background image

Szczepan Twardoch 
Gmina

„Duch wionie, kędy chce”

Na   Ojca   Świętego   czekałem   na   lotnisku.   Samolot 

wylądował już dawno temu, a Namiestnika Chrystusowego 
wciąż nie było. Patrzyłem na kiepsko wydrukowane zdjęcie, 
wymięte   już   i   zniszczone,   aby   upewnić   się,   czy   go   nie 
przegapiłem. W końcu, zniecierpliwiony, kupiłem kawę w 
automacie,   ale   zaraz   wyobraziłem   sobie,   jak   idiotycznie 
będę   wyglądał,   witając   papieża   z   kawą   w   dłoni. 
Wyrzuciłem   więc   kubek   do   śmieci,   upijając   pospiesznie 
zaledwie   łyk,   który   poparzył   mi   język.   W   końcu,   zajęty 
obmyślaniem   wymówek,   które   przedstawię   gminie 
wróciwszy   bez   Ojca   Świętego,   prawie   go   przeoczyłem. 
Szedł,   przyglądając   się   ciekawie   witrynom   bezcłowych 
sklepów,   odziany   w   szary   płaszcz,   z   aktówką   w   dłoni   - 
wyglądał jak urzędnik w delegacji: Podszedłem do niego, 
nie bardzo wiedząc co powiedzieć - nie przygotowaliśmy 
żadnego   znaku   rozpoznawczego,   nic.   Cholera,   mogłem 
przynajmniej trzymać jakąś gazetę, albo założyć czerwoną 
czapkę -jak na szpiegowskich filmach. Zastanawiałem się, 
czy nie zrobić ukradkiem znaku krzyża, potem pomyślałem, 
że mógłbym narysować na posadzce rybę. Musiałem mieć 
głupią minę, bo Ojciec Święty spojrzał na mnie i od razu 
wiedział,   0   co   chodzi.   Pokręcił   głową   z   politowaniem; 
później opowiadał nam wiele o krajach, gdzie chrześcijanie 
są prześladowani. Skinął „mi ręką na powitanie - poszliśmy 

background image

do samochodu. Dopiero w domu gminy, gdzie już wszyscy 
czekali,   odświętnie   wystrojeni,   z   ucztą   kobiety   pod 
kierunkiem   Ralfa,   który   pracował   jako   szef   kuchni, 
przygotowały  wspaniałe  żarcie,  gdy strażnik  zamknął  za 
nami drzwi, rzuciłem się na kolana i ucałowałem pierścień 
na   palcu   Ojca   Świętego.   Kiedy   chciałem   ucałować   jego 
stopy, chwycił mnie za ramię i powiedział:

- Wstań, synu, bo to nie papieskie trzewiki, tylko półbuty 

kupione od Koreańczyków.

Po   powitaniu   Ojciec   Święty   udzielił   nam 

błogosławieństwa,   po   czym   odprowadzono   go   do 
apartamentu, by mógł odświeżyć się po podróży. Następnie 
Ralf zaprosił dostojnego gościa na posiłek. Ojciec  Święty 
wyglądał   na   nieco   oszołomionego   ilością   dań   jadł   z 
apetytem,   chwalił   potrawy,   dziękował   kucharkom   i 
powtarzał co chwila:

- Zaprawdę, dobrze tu sobie żyjecie.
Po   uczcie   odbyła   się   uroczysta   msza,   którą   Jego 

Świątobliwość koncelebrował z naszym kapłanem. Homilia 
była cudowna i bardzo mądra! Później, kiedy Ojciec Święty 
zaczął nauczać w hallu gminy, ja, pod pozorem pilnej pracy, 
wymknąłem   się   do   Anity.   Z   powodu   przygotowań   do 
papieskiej   wizyty   nie   widziałem   jej   już   trzy   dni.   Tylko 
Harold, nasz kapłan i mój spowiednik, wiedział gdzie idę. 
Spojrzał   na   mnie   mrożącym   krew   w   żyłach   wzrokiem   - 
wytrzymałem spojrzenie, odwróciłem się i uciekłem szybko, 
żeby nie zdążył za mną wyjść. .

Anita już na mnie czekała. Wtuliła się we mnie od razu, 

gdy stanąłem W drzwiach nie pozwalając mi nawet zdjąć 

background image

kurtki.   Poszliśmy   do   łóżka.   Nadzy,   zatopieni   w   swoich 
objęciach, przykryci kołdrą i kocem, nie dopuszczaliśmy do 
siebie   przenikliwego,   szarego   zimna   otaczającego   nas 
pomieszczenia -wynajmowałem tę małą kawalerkę tylko dla 
spotkań z Anitą.

Gdy   leżeliśmy   przytuleni,   Anita   zapaliła   na   nocnym 

stoliku   świecę   i   opowiadała   mi   o   swojej   pracy   -   nie 
wiedziałem   wtedy,   że   kłamała.   Byłem   szczęśliwy   -   nie 
myślałem   o   grzechu,   o   gminie,   o   Ojcu   Świętym,   nie 
myślałem o niczym poza nią. Prawie zapomniałem już o 
tajemniczym   zniknięciu   mojej   pierwszej,   platonicznej 
miłości, cudownej, porywającej, czystej, jak z rycerskiego 
eposu.

***

Leon zasiadł do kolacji. Nie lubił, gdy ktoś mu usługiwał 

przy   jedzeniu,   dlatego   służba   wniosła   posiłek,   ustawiła 
dania   przy   jednym   końcu   ogromnego   stołu   i   dyskretnie 
zniknęła. Jadalnia mieściła się na piętrze willi. W pewnym 
sensie był to bardziej pałac niż willa, niby-stolica małego 
państwa   -   sporej   posiadłości   na   Rugii.   Niewielkiego 
księstwa z ponad kilometrowym pasem wybrzeża, którego 
Leon   był   jedynym   władcą.   Jego   dom   -   jego   twierdzę 
zbudowano tutaj kilka lat temu, według starego projektu 
Franka   Gehry'ego.   Rozłożysta,   surowa   bryła   wyrastała   z 
wysokiego, wapiennego klifu, w miejscu, w którym kiedyś 
malował   swoje   romantyczne   obrazy   Caspar   David 
Friedrich. W stronę rozszalałego Bałtyku zwracała się długa 

background image

płaszczyzna   ciemnoszarego   szkła   -   przeźroczysta   ściana 
jadalni, w której znajdował się Leon. Milioner spróbował 
rosołu   i   pomyślał   z   uznaniem   o   nowym   hiszpańskim 
kucharzu. Po chwili jednak odłożył łyżkę. Nie miał apetytu.

Spadkobierca rodziny inflanckich, niemiecko-węgierskich 

książąt,   wywodzących   swój   ród   od   rycerza   Magnusa, 
bohatera III wyprawy krzyżowej, magnat prasowy, jeden z 
najbogatszych ludzi w Zjednoczonej Europie, doktor nauk 
humanistycznych, świetny żeglarz i dwukrotny zdobywca 
Pucharu Ameryki - Leon Ludwik Zygmunt książę von Alte-
Pulverkopf, czuł się samotny. Nie myślałomałej armii ludzi, 
zajmujących się utrzymaniem jego prywatnego państewka - 
ogrodnikach,   kucharzach,   służbie,   trzystu   ochroniarzach, 
czy innych pracownikach. Nie byli dla niego towarzystwem. 
Leon   stał   nieruchomo   przy   przeszkolonej   ścianie   jadalni. 
Środek   wielkiego   pomieszczenia   zajmował   długi   stół   z 
hebanu. Podłogę pokrywał gruby, szary dywan, dwa lata 
tkany przez specjalnie ku temu sprowadzonych do Europy 
afgańskich   mistrzów.   Jedynym   elementem   zakłócającym 
ascetyczną prostotę pokoju był oprawiony w szeroką ramę z 
czarnego   drewna   obraz   Friedricha,   przedstawiający 
rugijskie klify - dokładnie to miejsce, w którym osiem lat 
temu wyrosła twierdza księcia Alte-Pulverkopf.

Leon wpatrywał się w morze, śledząc zielone burtowe 

światełko   walczącego   ze   sztormem   jachtu,   ledwie 
widocznego   na   horyzoncie.   Podszedł   do   stojącej   obok 
staroświeckiej lunety. Wycelował mosiężny tubus i spojrzał, 
lecz było zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć. Wrócił więc 
do stołu. Wystarczyła odpowiednia komenda, by z cichym 

background image

szumem   wysięgnika,   spłynął   z   sufitu   ogromny,   płaski 
ekran. Leon zignorował ikony otrzymanej korespondencji i 
oczekujące   video-konferencje,   w   tym   jedną   z   premierem 
Portugalii. Sprawdził jedynie, czy, nie ma wiadomości od 
lekarza córki, po czym wywołał kamerę zamocowaną na 
dachu, skierował ją na morze. Przez chwilę szukał zielonego 
światełka - gdy znalazł, zbliżył maksymalnie obraz.

Niewielki, może dwunastometrowy kecz, pod gdańską (a 

może   bornholmską?)   banderą,   z   postawionymi   dwoma 
sztormowymi   sztakslami,   dzielnie   płynął   pod   wiatr.   W 
kokpicie   siedziało   dwóch   ludzi,   trzeci   właśnie   powoli 
zmierzał   w   kierunku   dziobu.   Przypięty   do   lajfpatentu 
zamierzał   chyba   poprawić   sztormowego   foka,   który 
zaczepił się o dziobowy reling. Leon patrzył na zmagania 
łódeczki z falami może przez kwadrans, wreszcie wyszedł z 
jadalni,   zjechał   windą   do   garażu.   Wsiadł   do   terenowego 
mercedesa i pojechał do przystani. Oswald - jego stały i 
ulubiony   załogant,   stał   już   na   molo,   w   staroświeckim 
sztormiaku i südwestce.

- Cześć, Peter.
- Dobry wieczór, panie kapitanie. - Stary rybak nigdy nie 

zwracał   się   do   niego   inaczej.   Zdawał   się   nie   dostrzegać 
innych   aspektów   życia   milionera.   Alte-Pulverkopf   był 
dobrym żeglarzem i Petera nic więcej nie obchodziło. - Tak 
myślałem, że pan kapitan przyjedzie. Dobra pogoda, żeby 
pożeglować   -   przekrzykiwał   ryk   morza   i   zawodzenie 
wiatru.

- Jakie prognozy? - zapytał milioner, również krzycząc.
- Przez całą noc ósemka, nad ranem osłabnie. I nordzi.

background image

- Dobra, bierzemy Adlera. Jest gotowy?
-   Jak   zawsze.   Panie   kapitanie,   chciałem   zapytać...   - 

powiedział Peter, zawieszając głos.

- O co?
- Moglibyśmy zabrać mojego syna?
- Twojego syna? - Leon spojrzał na rybaka. - W zasadzie, 

czemu nie. Chociaż, może być ciężej nad ranem, sam wiesz, 
jak to jest z meteo...

-   Panie   kapitanie,   on   ma   już   piętnaście   lat.   Czas 

najwyższy, żeby zobaczył prawdziwe morze.

- A więc niech tak będzie. Jest przygotowany?
- A jakże, panie kapitanie.
Szybko   odcumowali   Adlera.   Był   to   drewniany, 

osiemnastometrowy   jol.   Zbudowano   go   w   hamburskiej 
stoczni   jeszcze   przed   II   wojną   światową,   na   specjalne 
zamówienie Göringa, który zresztą nigdy nim nie pływał. 
Leon bardzo lubił ten jacht. Kupił go kilkanaście lat temu i z 
pomocą Petera odnawiał własnymi rękami. Znał 'tu każdą 
wręgę,   każdą   klepkę   poszycia,   każdą   śrubę   w   motorze. 
Odchodzili na silniku. Peter stał przy sterze, a Leon razem z 
jego synem przygotowywał sztormowe żagle. Skończywszy, 
zszedł do kabiny, rozłożył mapę i, nie włączając nawet GPS-
a, wyznaczył pozycję. Po krótkim namyśle zdecydował, że 
na początek pójdą na północ, w kierunku Sundu, a gdzie 
dalej - zastanowi się później. Przekrzykując huk fal, podał 
Peterowi kurs. Teraz czas było postawić żagle.

- Peter, słyszysz mnie?! - krzyknął, nie przerywając pracy.
- Słyszę, panie kapitanie.
- Kiedy byłem młody, czytałem sobie wspomnienia Rilke- 

background image

go, takiego poety. Słyszałeś o nim?

-   Nie,   panie   kapitanie!   -   odkrzyknął   rybak, 

przyzwyczajony do dziwnych pytań ze strony milionera, 
jak i do nieoczekiwanie snutych opowieści.

-   Nieważne.   Opisuje   tam   taką   dziwną   sytuację,   nie 

pamiętam już dokładnie kontekstu. Otóż Rilke spotykał się 
kiedyś codziennie z kobietą i zawsze kupował jej różę, po 
czym przechodzili obok cmentarza, przy którym siedziała 
stara   żebracz   a,   której   zawsze   dawał   jakąś   niewielką 
jałmużnę.   No   i   pewnego   razu   kupił   dwie   róże,   i   jedną, 
zamiast datku dał żebraczce. Następnego dnia żebraczki nie 
było. Nie zobaczył jej przez cały tydzień. Słyszysz mnie?!

- Tak jest, panie kapitanie! Pewnie stwierdziła, że jak ma 

dostawać róże, to znajdzie sobie inne miejsce - odkrzyknął 
rybak.

-   Właśnie   nie,   Peter,   właśnie   nie!   Kiedy   spotkał   ją   po 

tygodniu, zapytał, co się z nią działo. Ona wytłumaczyła 
mu, że to, co wyżebrze jednego dnia, to akurat tyle, żeby 
kupić   jedzenie   na   dzień   następny   -   więc   musi   żebrać 
codziennie.   Zaś   przez   ostatni   tydzień   żyła   miłością. 
Rozumiesz coś z tego, Peter? - zapytał milioner, knagując fał 
sztormowego żagla i wracając do kokpitu.

- Nic a nic, panie kapitanie!
-   No   właśnie.   Powiem   ci   jeszcze   jedno.   Jako   młody 

chłopak, postanowiłem zrobić to samo, co zrobił Rilke - i 
dałem żebraczce róże. Nawet ty nie chciałbyś słyszeć słów, 
jakimi mnie nazywała, rzucając we mnie kamieniami.

***

background image

Albert dwoił się i troił. Dumny ze swej roli pokazywał 

gościowi pomieszczenia gospodarcze, studio poligraficzne, 
opowiadał o przygotowaniach do uruchomienia rozgłośni 
radiowej. Zauważył, że Oskar zniknął, a wbrew temu, co 
chłopak   myślał,   również   wiedział,   gdzie   Oskar   chadza. 
Ojciec Święty, przechadzając się ż Albertem, opowiadał o 
biednych i zakonspirowanych wspólnotach na Wschodzie i 
na   południu,   o   pracy   misyjnej,   aż  Albertowi   zrobiło   się 
trochę wstyd z powodu zamożności gminy i przestał się 
chwalić. Usiedli przy stole: Ojciec Święty, przy nim Albert - 
naczelnik   gminy   i   ksiądz   Harold.   Judycie   zaszczyt   ten 
przypadł jako najstarszej z kobiet. Milcząc, zajęła miejsce z 
boku.   Dalej   siedzieli   członkowie   Rady   -   Jerzy,   Benedykt, 
Antoni, Baltazar i Mateusz. Pierwszy odezwał się Albert:

- Niech Wasza Świątobliwość raczy nam opowiedzieć o 

pracy misyjnej w Ameryce.

- Oczywiście, moje dzieci. W Ameryce, jak wiecie, zostało 

sporo   katolików.   Niestety,   nie   tak   wielu   jak   w  Ameryce 
Południowej.   Tam   wiara   ciągle   kwitnie,   jak   w   Europie 
dawno   temu.   Nawet   jeśli   nie   każdy   wierny   chodzi   do 
kościoła, to kościoły ciągle należą do nas. Biskupi cieszą się 
poważaniem i ogólnym szacunkiem. Mamy swoje szkoły, 
misje i inne ośrodki, a prezydenci wciąż mówią „Tak nam 
dopomóż Bóg”. Ludzie otwarcie deklarują się katolikami. 
Oczywiście,   większość   chrześcijan   w   USA   to   ciągle 
protestanci, ale to nie jest protestantyzm europejski, który 
tak szybko wypaczył prawdziwą ideę chrześcijaństwa. W 
końcu nie można zapominać, że najwartościowszy ludzie 

background image

spośród   protestantów,   nonkonformiści,   od   czterystu   lat 
emigrowali za ocean... Poza tym w Ameryce jest mnóstwo 
konwertytów, całe wspólnoty wracają do kościoła. Tam nie 
doszli do władzy tacy, jak tutaj, czy jeszcze gorzej - jak New 
European Party of Enlightment... Wiecie, że u nas nie tak 
dawno skazali nauczycielkę na trzy lata więzienia, bo w 
szkole nosiła krzyżyk?

-   Ale...   ja,   za   przeproszeniem   Waszej   Świątobliwości, 

widziałem   na   wystawie   w   sklepie   bardzo   nieprzyzwoite 
zdjęcia, na których modelka nosiła krzyżyk... Nie mówiąc o 
tej   całej   pornografii   z   zakonnicami...   -   zauważył   ksiądz 
Harold, oblewając się rumieńcem.

Ojciec Święty uśmiechnął się z pobłażaniem:
-   Synu,   przecież   tutaj   chodzi   wyłącznie   o   to,   że   ta 

nieszczęsna kobieta była katoliczką i krzyżyk był symbolem 
jej wiary... Adwokata miała chyba najgorszego z możliwych. 
Pijaczynę,   wyznaczonego   z   urzędu.   Nikt   inny   nie   chciał 
podjąć się jej obrony, choć oferowaliśmy spore honorarium. 
On też założył linię obrony, opierającą się na tym, o czym 
wspomniałeś, mój synu. Niestety udowodniono, że dzieci 
wiedziały,   że   kobieta   jest   chrześcijanką   i   czuły   się 
przerażone! Nic zresztą dziwnego. Boją się nie tylko dzieci. 
Ostatnio   komando   „Krew   Boga”   zamordowało   trzy 
przywódczynie partii singerystek...

- „Krew Boga”?!? Wiadomo, że to naprawdę oni?
-   Tak,   paru   zdesperowanych   i   zdeterminowanych 

młodzieńców.   Kościół   wydał   stosowne   oświadczenie, 
odżegnując się od ich działań, oraz zdecydowanie potępił 
rozwiązywanie problemów przy użyciu siły. Chociaż nie da 

background image

się ukryć, że ,sprzyja im wielu spośród naszych...

Albert, do tej pory wpatrujący się we własne, splecione na 

brzuchu   dłonie,   nagle   podniósł   głowę   i   spojrzał   na   Ojca 
Świętego.

- Co Wasza Świątobliwość mówi? Chrześcijanie popierają 

morderców?!? Przecież ci zbrodniarze są jeszcze gorsi od 
takich singerystek! Jak to możliwe?

- Ach, synu, to nie takie proste...
-   Jak   to   nie?!   Mało   razy   chrześcijanie   odrzucili   nauki 

Chrystusa, ruszali na krucjaty, zabijali? Zabijali w imię Tego, 
który zabraniał zabijać i kazał nieść pokój! - Albert prawie 
krzyczał. Ojciec Święty słuchał w milczeniu. Tylko Benedykt 
zauważył, że prawa dłoń papieża coraz mocniej zaciska się 
na poręczy fotela. Albert podniósł się nieco na krześle:

- Wasza Świątobliwość mówi, że to nie jest proste?! A czy 

nie mamy dowodów na to, że chrześcijanin nie powinien 
używać przemocy, nawet gdy jest prześladowany?! A jak 
zachowywali się pierwsi chrześcijanie? A co nam mówi nasz 
Pan w Kazaniu na Górze? W ogóle cała Ewangelia? A Ojciec 
Święty?

- Zamilcz; zanim będzie za późno - powiedział Pius XV. 

Albert usiadł, otworzył usta i kiedy zdał sobie sprawę, co

zrobił, wstał, okrążył stół i rzucił się Ojcu Świętemu do 

stóp. Papież nie kazał mu wstać, poczekał chwilę i zapytał:

-   Kim   ty   jesteś,   żeby   mnie   uczyć   teologii?   Albert 

wybełkotał, nie podnosząc głowy:

- Proszę pokornie Waszą Świątobliwość o wybaczenie.
- Wstań, już dosyć, siadaj.
Albert posłusznie wykonał polecenie.

background image

- Dlaczego aż tak się zdenerwowałeś, synu? Jedna moja 

uwaga wystarczyła... - zapytał Ojciec Święty, najwyraźniej 
przekonany,   że   tym   razem   naczelnik   gminy   zdoła 
zapanować nad emocjami.

- Przepraszam, Ojcze Święty, na rany Chrystusa, prze...
    -   Przestań.   Twoja   skrucha   jest   autentyczna,   już   ci 

wybaczyłem. Widzę, że sam się przeraziłeś swoim czynem. 
Pytam

teraz,   co   ciebie,   pokornego   syna   Kościoła,   skłoniło   do 

takiego   wybuchu.   Pytam   o   przyczynę   twojego   gniewu. 
Albert ze spuszczoną głową wyszeptał:

- Pokornie błagam o wybaczenie. I pośród nas, którzy 

żyjemy w kraju, w którym pozwala nam się żyć cicho i 
spokojnie, są tacy, co chcieliby uciec się do przemocy.

Benedykt   uśmiechnął   się   delikatnie   pod   nosem.   Ojciec 

Święty pokiwał głową.

- Mówiłem, że dobrze tu sobie żyjecie. Ale pamiętajcie, 

wiara   i   Kościół   są   najsilniejsze   zawsze   tam,   gdzie   go 
prześladują.

***

- Ja pochodzę ze złej rodziny, Wasza Świątobliwość. Ojca 

być może znałem, tylko matka nigdy nie powiedziała mi, 
który z jej gachów mnie spłodził, za przeproszeniem Waszej 
Świątobliwości.   Sama   pewnie   nie   wiedziała.   Była 
narkomanką, kupczyła swoim ciałem za narkotyki. Zmarła, 
kiedy miałem 12 lat. Byłem duży i silny, nigdy nie byłem 
uzależniony   i   nie   dałem   się   w   to   bagno   wciągnąć,   więc 

background image

szybko zaczęli mnie szanować. Zostałem przywódcą gangu 
młodzieżowego. Kradliśmy samochody. Kiedy miałem  16 
lat, po raz pierwszy zabiłem -człowieka, zaś kiedy miałem 
22   lata,   trafiłem   do   więzienia   za   podwójne   morderstwo. 
Zamordowałem   moją   dziewczynę,   którą   przyłapałem   na 
braniu   narkotyków.  Nie   rozmyślnie,   nie,  nie   chciałem   jej 
zabić. Chciałem   ją tylko  mocno  sprać,  żeby  ją oduczyć... 
Zrobiłem to z miłości. Ale upadła i uderzyła głową o stół... 
Wtedy   wziąłem   pistolet   i   odszukałem   dealera,   który 
sprzedał jej działkę. Zabiłem go, tym razem świadomie, z 
premedytacją. Potem chciałem się zastrzelić, ale nie miałem 
już   naboi.   Wszystkie   wpakowałem   w   tego   drania. 
Próbowałem   podciąć   sobie   żyły.   Ale   nie   umiałem   tego 
zrobić   dobrze,   a   może   byłem   zbyt   zrozpaczony...   czy 
wstrząśnięty? W każdym razie policja znalazła mnie przy 
zwłokach, w całkiem dobrym zdrowiu. Dostałem osiem lat 
resocjalizacji. Miałem szczęście i wtedy, kiedy kawałkiem 
szkła próbowałem wyprawić się na tamten świat, i później. 
W więzieniu trafiłem na inspektora resocjalizacji, który był 
również   kapłanem.   Oczywiście   tej   informacji   nie   było   w 
jego   aktach   personalnych.   Przez   dwa   lata   robił   ze   mnie 
człowieka. Uczył mnie kochać Boga, rozumieć Jego słowo i 
żyć według nauki głoszonej w Ewangelii. Potem znaleziono 
u mnie Biblię. Nie miałem z tego powodu jakichś większych 
kłopotów. Miałem prawo posiadać takie książki, jakie mi się 
podobało,   ale   sprawdzono,   skąd   ją   mam,   i   ksiądz   Eryk 
stracił   pracę.   Jednak   nadal   mnie   odwiedzał.   Pod   jego 
kierunkiem studiowałem historię Kościoła i trochę teologii, 
ale nie szło mi najlepiej. Ksiądz Eryk zmarł na dwa miesiące 

background image

przed   moim   wyjściem.   Szczerze   go   opłakiwałem.   Na 
szczęście, zanim odszedł z tego świata, zdążył zabrać mnie 
tutaj. Udało mi się wtedy dostać przepustkę. Ksiądz Eryk 
chciał   mi   pokazać   chrześcijańską   gminę.   Ech,   co   to   była 
wtedy   za   gmina.   Raptem   jedna   rodzina,   siostra   Judyta, 
którą już Wasza Świątobliwość poznał, i jej świętej pamięci 
mąż.   Kiedy   już   Odsiedziałem   swoje,   wróciłem   tutaj. 
Zaczęliśmy   ewangelizację,   jakoś   to   leciało,   i  tak   po   paru 
latach nazbierało się nas na porządną gminę. Szkoda, że 
ksiądz Eryk tego nie dożył.

„ Ojciec Święty słuchał snutych przez Alberta wspomnień 

i   jednocześnie   mu   się   przyglądał.   Miał   przed   sobą 
człowieka, na którym życie odcisnęło swoje piętno. Młodą 
jeszcze twarz naczelnika gminy przecinały głębokie bruzdy 
zmarszczek,   a   szarobrązowe   włosy   przyprószyła 
przedwczesna siwizna. Jednolicie czarny ubiór przydawał 
mu   jeszcze   powagi.   Ciemno   odziany,   gładko   ogolony,   z 
oczyma   płonącymi   głęboką   wiarą,   Albert   nieodmiennie 
kojarzył się z kaznodzieją. Papież przeniósł spojrzenie na 
siedzącego   obok   Benedykta.   Benedykt   z   pewnością   był 
sporo starszy od naczelnika gminy. Elegancko ubrany, w 
nieco   staroświecki,   lecz   przy   tym   doskonale   klasyczny 
garnitur, starszy mężczyzna zachowywał się z nonszalancką 
swobodą, właściwą zazwyczaj ludziom bardzo młodym lub 
bardzo bogatym.

-   Ale   przecież   całe   to   bogactwo,   które   tu   widzę...   - 

powiedział papież.

Benedykt przerwał Ojcu Świętemu:
-   Wasza   Świątobliwość,   jako   że   przekroczyliśmy 

background image

najwyższy próg dochodów gminy, zgodnie z zaleceniami 
stolicy   apostolskiej,   pięćdziesiąt   procent   dochodów 
przeznaczamy na potrzeby Kościoła, z czego pięćdziesiąt 
przelewamy   na   konta   kościelne,   trzydzieści   na 
ewangelizację na miejscu, dwadzieścia zaś na biednych. Nie 
mamy nic przeciwko tej daninie, przekraczającej znacznie 
zwyczajową dziesięcinę...

- Ależ to nie był zarzut, synu. W bogactwie nie ma nic 

złego. A swoją drogą, skąd czerpiecie tak duże zyski, skoro 
ich niewielka część zaledwie wystarczyła, by zbudować tak 
piękną siedzibę?

Albert spojrzał na Benedykta. Ten popatrzył mu hardo w 

oczy i nie spuścił wzroku. Albert dał za wygraną.

-   No  więc,   ehm,  dwa   lat   temu   przyłączyła   się   do  nas 

rodzina, znaczy się ojciec z synem, panowie Moreli. - Albert 
wskazał   na   Benedykta.   -   I   oni   właśnie   wnieśli   znaczny 
wkład finansowy, brat Benedykt jest dobrym analitykiem 
giełdowym, jego syn Oskar jest prawnikiem, zarabiają dużo 
pieniędzy...

- To wspaniale - uśmiechnął się Ojciec Święty.
Albert skrzywił się nieznacznie. Mimo, że dumny był z 

dobrze prosperującej gminy i z radością prezentował ją Ojcu 
Świętemu,   nie   zależało   mu   na   bogactwie.   Szczerze 
powiedziawszy, nawet go nie lubił, a najbardziej nie lubił tej 
niewymuszonej,   a   jednak   w   jakiś   sposób   ostentacyjnej 
elegancji Benedykta.

- Taaaak... Osiągamy sukcesy na polu finansowym, ale nie 

duchowym. Do naszej gminy nie dołączyła ani jedna osoba. 
Od kiedy staliśmy się bogaci, ponosimy nieustanne porażki 

background image

w ewangelizacji. Biedni nam już nie wierzą. Uważam, że 
powinniśmy   więcej   oddawać   Kościołowi,   a   sobie 
zatrzymywać   tyle,   by   wystarczyło   na   pokrycie 
podstawowych potrzeb. Luksus nam nie potrzebny.

- Synu, przecież kilka godzin temu prezentowałeś mi z 

dumą   małą   drukarnię   jaką   tu   macie,   mówiłeś   o   studiu 
radiowym...

- Oczywiście, ale to jednak co innego. Mamy samochody, 

drogie   ubrania,   wszystko,   a   wiele   z   tego   nie   jest   nam 
przecież potrzebne... a nawet przeszkadza!

Benedykt   uśmiechnął   się   zgryźliwie   pod   nosem, 

króciutko, dosłownie sekundę, lecz na tyle długo, by Ojciec 
Święty mógł to zauważyć.

-   Brat   naczelnik   wie   doskonale,   że   nasze   problemy   z 

ewangelizacją zaczęły się „od tej całej Agnes... - zauważył 
niewinnie.

Albert   otworzył   usta,   nie   mogąc   przez   chwilę   złapać 

powietrza, uniósł się na krześle.

- Co..., cco, jak śmiesz, w ogóle...
- Cisza! - huknął Ojciec Święty. Kiedy Albert po chwili 

wahania opadł z powrotem na siedzenie, Benedykt zaczął 
mówić.

-   Opowiem,   jak   było,   jeśli   Wasza   Świątobliwość   raczy 

mnie wysłuchać. Trzy miesiące temu na naszą katechezę 
przyszła   dziewczyna.   Z   marginesu,   narkomanka.   Brat 
Albert   prowadził   ewangelizację   głównie   w   takich 
środowiskach.

Albert znowu otworzył usta i zaczerpnął powietrza, ale 

zanim   zdążył   cokolwiek   wykrztusić,   Benedykt   nieco 

background image

głośniej mówił dalej, nie pozwalając sobie przerwać.

- Z czym się zgadzałem i zgadzam, i co uważam za nad 

wyraz   chwalebne,   tak   jak   i   pozostali   członkowie   naszej 
gminy. Jednak tym razem nikomu to nie wyszło na dobre. 
Dziewczyna,   jak   wspomniałem,   była   uzależniona,   ale 
narkotyki   nie   zdołały   jeszcze   zniszczyć   jej   urody,   a   była 
naprawdę   urodziwa.   Rudowłosa   piękność.   Paru   braciom 
całkiem poprzewracało się w głowach, kiedy tylko ją ujrzeli. 
Nie dziwię się zresztą. Była zmysłowa, ponętna,. a przy tym 
skromna, cicha, uległa, inteligentna. .

Benedykt   uśmiechnął   się   do   własnych   wspomnień.   W 

pewnym sensie dobrze wspominał tę dziewczynę. Na ten 
krótki czas, jaki spędziła w gminie, przypomniała mu, jak 
fascynującą istotą może być kobieta. W gminie takich nie 
było... Poza gminą też niewiele. Po prawdzie, nie spotkał 
żadnej równie pięknej i ekscytującej, od chwili gdy zmarła 
Alicja, ponad dwadzieścia lat temu.

Albert siedział z ponurą miną. Myślał o uczuciu, które 

udało mu się zdusić, i o ślubach, które złożył. Nie, on z 
pewnością nie wspominał dobrze rudowłosej dziewczyny. 
Benedykt mówił dalej:

- Była pracowita, porządna, chętna do nauki, ale, jak się 

okazało, niestety tylko na pokaz. Przygnał ją do nas zwykły 
głód. Przyszła śladem brata Alberta, choć nie śladem jego 
nauk. Brudna i zaniedbana, chciała po prostu ogrzać się i 
najeść. No i uciec od swego alfonsa, czy może dealera, który 
sprzedawał   jej   narkotyki.   Nie   do   końca   wiemy,   kim 
właściwie dla niej był, ale przyszedł tutaj za nią. Próbował 
się   wedrzeć   na   teren   gminy.   Naprawdę   dobrze   się 

background image

pilnujemy, przestępcy nie mają tu czego szukać, ale ten nie 
ustawał   w   wysiłkach.   W   końcu   brat   Albert,   nie   mając 
wyboru, nauczył go poszanowania cudzej własności.

- To znaczy? - zainteresował się Ojciec Święty
- To znaczy stłukłem go na kwaśne jabłko. I pozbyliśmy 

się   kłopotliwego   gościa.   Więcej   już   tu   nie   przychodził   - 
wyjaśnił niechętnie Albert.

- Wasza Świątobliwość, brat naczelnik nie dodał wszakże 

- kontynuował opowieść Benedykt - że po tym, jak bandytę 
spotkała zasłużona kara, odwiózł go do szpitala i odwiedzał 
w   tym   szpitalu   przez   tydzień.   Brat   Albert   jest   dla   nas 
wzorem ewangelicznej miłości nieprzyjaciół.

Albert nie usłyszał ironii. Dopiero po chwili doszedł do 

wniosku,   że   rzeczywiście   nie   było   w   tym   stwierdzeniu 
drwiny. Benedykt mówił dalej.

- Wracając do dziewczyny. Przez dwa tygodnie żyła jak 

przykładna   siostra,   przynajmniej   tak   nam   się   wydawało, 
lekceważyliśmy wszystko, co mogłoby doprowadzić nas do 
innych wniosków.

Albert   przestał   słuchać   Benedykta.   Zastanawiał   się, 

dlaczego Benedykt nie wspomina ani słowem o tym, jak on, 
naczelnik gminy, zakochany w Agnes jak sztubak, ogłuchł 
na wszelkie ostrzeżenia. Benedykt niewątpliwie doskonale 
pamiętał, ile razy próbował go przekonać, że dziewczyna 
nie jest szczera, że coś kombinuje. On, Albert, nawet nie 
dopuszczał do siebie takiej myśli. Zamiast tego rozważał, 
czy   biskup   mógłby   zwolnić   go   ze   ślubu   czystości 
uczynionego   w   podzięce   za   nawrócenie.   Jeszcze   dziś 
wspomnienie o Agnes nieodmiennie przywoływało i inne, 

background image

te z czasów, gdy nie wiązały go żadne śluby, i w kategoriach 
miłości cielesnej w ogóle nie istniało dlań pojęcie grzechu. 
By dać odpór podstępnej pamięci, skupił się na opowieści 
Benedykta.

- ...no i nad ranem znaleźliśmy trupa. Okazało się, że o 

względy Agnes starało się dwóch naszych braci. W zasadzie 
starało się kilku naszych braci, ale tych dwóch dopuszczała 
do siebie bliżej, jeżeli Wasza Świątobliwość rozumie, o co 
chodzi. Jeden z nich zabił drugiego, na terenie gminy. Sąd 
dał wiarę, że zrobił to w samoobronie. Prawdę zna jedynie 
dobry   Bóg,  Agnes   i   ten   chłopak.   Oboje   wynieśli   się   bez 
pożegnania. Na początku dziwiliśmy się, że niczego ze sobą 
nie   zabrali.   Szczególnie   Agnes   była   przywiązana   do 
ziemskich dóbr, wydawało się podejrzane, że tak łatwo z 
nich zrezygnowała. Zagadka wyjaśniła się bardzo szybko. 
Dziewczynę namierzyła jedna ze stacji telewizyjnych. Dwa 
dni   później   wystąpiła   w   ich   programie   //Zobacz 
prawdę...\\

- A cóż to za program? - zapytał Ojciec Święty.
- Hmm, jakby to powiedzieć... Otóż w tym programie 

występują   ludzie,   najczęściej   młode   atrakcyjne   kobiety, 
który   opowiadają   o   doświadczeniach   swego   życia, 
nieodmiennie połączonych z seksem, często z przemocą. Na 
przykład,   jak   padły   ofiarą   gwałtu,   albo   same   uwiodły 
kogoś. Program kończy i zaczyna scenka, zainscenizowana 
na   żywo   w   studio   i   na   bieżąco   komentowana   przez 
publiczność.   To   inscenizacja   opowiadanych   wydarzeń,   w 
której   bierze   udział   główna   bohaterka   programu,   grając 
samą   siebie.   To   połączenie   porno   z   programem 

background image

kryminalnym.”   Obrzydliwość.   Agries   wystąpiła   w   tym 
programie, przedstawiła serię scenek z życia gminy. Jakie 
one   były,   może   sobie   Wasza   Świątobliwość   wyobrazić, 
zdobyła nawet pewną popularność. Opowieści i inscenizacje 
było dość... dosadne. Według nich Agnes, biedactwo, była 
ofiarą zbiorowego gwałtu, który odbył się na terenie gminy. 
Do   tego   była   też   nieustannie   zmuszana   do   prostytucji. 
Następnie   nasza   grzeczna   dziewczynka   opowiedziała   o 
homoseksualistach i pedofilach, którzy sobie u nas wesoło 
dokazują. Wasza Świątobliwość wybaczy sarkazm. Scenki z 
pedofilią nie było, za to na kanale płatnym tej samej stacji 
przedstawiono,   jak   to   nazwano,   symulację   komputerową 
tych zdarzeń, dla widzów, którzy „nie ustają w dążeniu do 
poznania prawdy”. Medialna kariera Agnes trwała jeszcze 
trzy miesiące. Wystąpiła w filmie pornograficznym, potem 
pracowała   w   sieciowym   serwisie   z   seksem   na   żywo,   po 
czym skończyło się jej pięć minut sławy. Podobno wróciła 
na ulicę.

Albert wrócił myślami do chwili, kiedy to, pomodliwszy 

się do Boga o wybaczenie, wyszedł poza teren gminy, prosto 
do punktu z kabinami do oglądania filmów porno. Spędził 
w   tej   plugawej   kabinie   pół   dnia.   Siedział   i   patrzył   na 
kobietę,   którą   kochał.   Patrzył,   jak   oddaje   się   kolejnym 
mężczyznom w coraz bardziej upokarzających pozycjach. 
Patrzył,   jak   chętnie   przyjmuje   kolejnych   kochanków,   jak 
skwapliwie pozwala im zaspokajać ich żądze w najbardziej 
obrzydliwy   sposób.   Patrzył   i   zagryzał   wargi   do   krwi. 
Cieszył się tylko z tego, że nie czuł za grosz podniecenia, o 
tyle jego grzech był mniejszy. To, co zobaczył na tym filmie, 

background image

zabiło w nim uczucie do tej dziewczyny. Było mu łatwiej jej 
nie nienawidzić.

-   W   tym   czasie   nachodziła   nas   policja.   Chodziło   o 

publicznie   wysunięty   zarzut   uprawiania   pedofilii,   która 
tutaj   ciągle   jest   zabroniona   -   kontynuował   Benedykt.   - 
Oskarżono nas również o posiadanie i handel narkotykami. 
Nawet handel żywym towarem. Siostra, która wyjechała na 
misję   do  Ameryki   Pomocnej,   została   podobno   sprzedana 
przez   nas   do   domu   publicznego   tamże.   O   parę 
drobniejszych   przewinień   też   byliśmy   oskarżeni. 
Oczywiście,   po   trzech   miesiącach   uniewinniono   nas   we 
wszystkich sprawach. Na „wszelki wypadek” przysyłano 
nam jeszcze kontrolę z Urzędu Skarbowo-Podatkowego i 
kilka z agencji od spraw higieny i bezpieczeństwa. Udało im 
się jedynie nałożyć na nas karę za nieprzestrzeganie higieny 
W żywieniu zbiorowym, niewielką zresztą.

- Im, to znaczy komu? A więc jednak prześladują was 

tutaj władze?

- Nie, nie całkiem. - Benedykt pokręcił głową. - Władze są 

do  nas  nastawione   raczej  neutralnie,   no,  może  jedynie  z 
lekką   podejrzliwością.   Do   czasu   tych   niefortunnych 
wydarzeń współpraca z tutejszym samorządem układała się 
bardzo dobrze. Oczywiście, nie tak dobrze, aby udało nam 
się   zdobyć   zgodę   na   odprawienie   publicznego 
nabożeństwa, ale w innych sprawach dogadywaliśmy się 
bez   trudu.   Z   pewnością   nie   musielibyśmy   tłumaczyć   się 
przed sądami, a pewnie nawet sami moglibyśmy skarżyć 
naszą   niedoszłą   siostrę,   gdyby,   nie   Leon   von   Alte-
Pulverkopf, zapiekły wróg chrześcijan.

background image

- A któż to taki?
-   Nabab   prasowy,   mulitmilioner.   Libertyn,   rozpustnik, 

bezwzględny człowiek, mający na sumieniu przynajmniej 
kilkanaście istnień. Całą jego rodziną jest córka, jedynaczka. 
Chyba jedyna istota na świecie, która znaczy coś dla niego, 
poza   oczywiście   nim   samym.   Dziedziczka   fortuny   Alte-
Pulverkopf została chrześcijanką, a na chrześcijanizm  nie 
ma miejsca w świecie jej ojca. Śmiem twierdzić, że nie ma 
tam   miejsca   na   żadną   religię.   Alte-Pulverkopf   uznał,   że 
jesteśmy sektą, która odebrała mu córkę. Zapewne uznaje, 
że   cześć   należy   się   tylko   jemu   samemu.   Umieścił 
nieszczęsną   dziewczynę   w   Szkocji,   w   szpitalu 
psychiatrycznym którego jest właścicielem, a chrześcijanom 
obiecał zemstę. Niestety, muszę przyznać, że jego odwet za 
wyimaginowane   krzywdy   był   bardzo   realny.   To,   że   nas 
uniewinniono, niczego nie zmieniło. O oskarżeniach pisały 
wszystkie   gazety,   o   uniewinnieniu   -   żadna,   bo   prawie 
wszystkie należą do niego. Straciliśmy długo i z mozołem 
wypracowywany szacunek, zaufanie, wszystko. Przedtem 
przychodziło do nas średnio po dwóch, trzech konwertytów 
na   miesiąc,   z   czego   zostawał   przeciętnie   jeden.   W   ciągu 
ostatnich   trzech   miesięcy   nie   przyszedł   do   nas   nikt, 
straciliśmy   ponadto   czterech   braci   i   dwie   siostry,   którzy, 
słabsi psychicznie, nie wytrzymali niechęci, jaką nas się tutaj 
otacza.

- Zaraz, zaraz, jak to? Umieścił swoją własną córkę w 

szpitalu psychiatrycznym? - przerwał Benedyktowi Ojciec 
Święty.

-   No,   niestety   tak,   Wasza   Świątobliwość   -   powiedział 

background image

Benedykt.   -   I   proszę   Waszą   Świątobliwość,   niech   Wasza 
Świątobliwość   o   tym   nie   mówi   nikomu.   Mój   syn,   ten 
chłopak,   który   odebrał   Waszą   Świątobliwość   z   lotniska, 
stracił w swoim czasie głowę dla tej dziewczyny...

- Nie tylko dla tej - wszedł Benedyktowi w słowo Albert.
- Dobrze, dobrze. W każdym razie, nie powiedzieliśmy 

chłopakowi o tym. Jest bardzo porywczy, a przy tym zna 
różnych   ludzi,   więc   mógłby   zrobić   coś   głupiego,   co   nie 
pomogłoby   dziewczynie   na   pewno,   a   mogłoby   bardzo 
zaszkodzić jemu.

- To okrutne... - westchnął Ojciec Święty.
Wciąż jeszcze, po czterdziestu z górą latach, śniło mu się 

czasem   skrzypienie   drzwi,   które   zamykał   za   sobą, 
zostawiwszy za nimi pewną młodą Brazylijkę, szlochającą 
rozpaczliwie, gdyż właśnie chwilę wcześniej, ze ściśniętym 
sercem oznajmił jej, jaką drogą postanowił pójść w życiu. 
Sam.

***

Biegłem,   ile   sił   w   nogach.   Wszystko   słyszałem.   Wstyd 

powiedzieć, ale podsłuchiwałem pod drzwiami. Musiałem 
pójść do Anity, a potem spotkać się z pewnym człowiekiem. 
Zadzwonię do niego po drodze do Anity - jest szybki, w 
parę godzin, które spędzę u niej, powinien zdążyć.

Anita spała. Leżała na brzuchu, rękami tuląc poduszkę. 

Patrzyłem na nią. Na nocnym stoliku, obok łóżka paliła się 
świeca, w jej świetle skóra Anity miała cudowny kolor, jak z 
artystycznej fotografii. Dotknąłem jej ramienia, obudziła się 

background image

i zamruczała jak kotka.

-Anito, nie przyjdę jutro.
Zamruczała   jeszcze   raz,   przeciągnęła   się.   Otarła   się   o 

mnie, objęła za szyję i cicho zaśpiewała mi do ucha starą 
piosenkę Björk, przekręcając słowa:

- //I'm afountain oflove, in the shape ofa girl, drink me, 

make mefeel real...\\

- Anito, ja naprawdę nie mogę jutro przyjść...
  Zamknęła mi usta pocałunkiem. Nie tylko nie mogłem 

przyjść jutro, nie powinienem przychodzić tutaj nigdy, ale - 
co   gorsze   -   powinienem   już   iść.   Jednego   byłem   pewien, 
nawet jeśli uda mi się nie przyjść jutro, nawet jeśli znajdę 
tyle sił, by nie przychodzić tu nigdy więcej, to nie uda mi się 
wyjść teraz. Za nic.

Wyszedłem po godzinie. W gminie nikt jeszcze na mnie 

nie  czekał.  Z handlarzem  umówiłem  się  w pubie  „Rex”, 
potem   mieliśmy   pojechać   do   niego.   Wziąłem   peugeota 
kombi z wypożyczalni i pojechałem do pubu. Nawet nie 
siadałem, zaraz wyszliśmy. Wyjechaliśmy za miasto, trochę 
się bałem - ale nic się nie stało. Kazał mi zatrzymać się przy 
ogrodzonym   baraku   z   blachy   falistej   i   poczekać   w 
samochodzie. Otworzył kłódkę na bramie, potem drzwi do 
baraku, na parę chwil zniknął w środku, potem pojawił się 
w   drzwiach   i   zawołał   mnie.   Wszedłem   do   środka.   Na 
podłodze stały skrzynie z bronią.

-   Tak   jak   chciałeś,   6   hecklerów   z   tłumikami,   po   trzy 

magazynki,   2000   nabojów,   10   glocków,   10   granatów 
hukowych, 10 kamizelek kuloodpornych, hełmy nylonowe, 
kombinezony z revtexu, łączność. A, i tutaj ten karabin.

background image

Sięgnął po opartą o ścianę broń.
- To stary ruski SWD, ale nic innego na szybko nie dało się 

zdobyć. Pokazać ci, jak się tego używa?

- Tak.
- Tak myślałem.
Wyciągał po kolei, pistolet maszynowy, potem pistolety, 

granaty i pokrótce demonstrował mi, jak czego użyć. Po 
skończonym pokazie zapytał:

- To co, odpowiada?
- Odpowiada.
- Teraz mi powiedz, po co ci to?
- A co cię to obchodzi? Płacę.
-   Nie   pierdol,   kolego.   Jak   mi   nie   powiesz,   wystarczy 

ogólnie, to nie sprzedam ci nawet petardy. I nie myśl sobie, 
że możesz mnie okłamać.

Rzeczywiście   nie   wyglądał,   jakby   dał   się   zbyć   byle 

bzdurą, postanowiłem więc powiedzieć prawdę..

- Mówiąc w skrócie, jestem terrorystą.
- Co ty powiesz,- kolego... To widzę. Do kogo chcesz z 

tego strzelać?

- Do polityków.
-   OK.   Jednorazowa   akcja   czy   organizujesz   jakąś   stałą 

działalność?

- Stałą.
- Lewacki czy faszystowski terroryzm?
- No, nie wiem... Niech ci będzie, że faszystowski.
-  OK. Przelewaj  kasę.  Dodaj  sobie  dziesięć  procent   do 

tego, co mówiłem wcześniej.

Wyciągnąłem   palmtopa,   przelałem   mu   pieniądze. 

background image

Sprawdził na swoim stan konta i dopiero wtedy pomógł mi 
wnieść skrzynie do samochodu.

- To by było tyle. Planujesz jakieś dalsze zakupy?
- Za jakiś czas, może...
- Za jakiś czas to ty będziesz trupem, kolego. Ale, jakbyś 

dziwnym trafem żył, wiesz, jak mnie znaleźć. Jedź.

Odjechałem.   Jadąc   do   naszego   magazynu,   myślałem   o 

tym,   czy   Anita   będzie   po   mnie   płakać,   jeżeli   zginę. 
Zastanawiałem się, co pomyśli, gdy dowie się (a przecież 
powiem jej, gdy wrócę), że ryzykowałem życie dla innej 
kobiety. Dla kobiety, której nawet nie kochałem.

Z młodzieńczych lektur wiedziałem dokładnie, jaka jest 

różnica   między   samobójcą  a   bohaterem,   i   lokowałem   się 
wtedy, z dużą pewnością siebie, w tej drugiej kategorii.

***

Po   trzydziestu   sześciu   godzinach   rejsu   wrócili   do 

przystani na Rugii. Oswald z synem zajęli się klarowaniem 
jachtu, zaś milioner kazał zawieźć się do domu. Od razu 
skierował się do łazienki, polecając przy tym wezwać dwie z 
dziesięciu   swoich   konkubin,   na   stałe   mieszkających   w 
rezydencji. Jednak, mimo że każda z nich była gotową na 
jego skinienie, od trzech miesięcy nie miał kobiety. I tym 
razem   nie   zaprosił   kochanek   do   sypialni   -   potrzebował 
jedynie   ciepłych   kobiecych   dłoni,   aby   rozgrzały 
przemarznięte ciało i. ulżyły obolałym mięśniom. Po kąpieli, 
otulony   w   jedwabny   szlafrok,   kazał   podać   sobie   do 
gabinetu   kolację   i   szklankę   chivasregala.   Jeszcze   nie   tak 

background image

dawno   dyktował   lokajowi   długą   listę   życzeń   odnośnie 
posiłku.   Jednak,   od   pewnego   czasu,   przestał   znajdować 
przyjemność w jedzeniu. Najbardziej wyszukane potrawy 
przyjmował   obojętnie.   Wyciągnął   się   w   fotelu,   włączył 
ekran i nie zważając na godzinę, wywołał doktora Jamesa 
McCormicka, dyrektora szpitala psychiatrycznego i lekarza 
osobiście odpowiedzialnego za córkę. Zaczekał pięć minut, 
aż   wreszcie   McCormick,   nieco   zaspany,   acz   ubrany 
schludnie i porządnie, pojawił się przed kamerą.

- Dzień dobry, panie Pulverkopf.
- Dzień dobry, doktorze. Co u mojej córki?
- Nic nowego.
- Proszę dać mi podgląd na jej pokój.
Obraz   zamigotał,   w   roku   pojawiło   się   nowe   okienko. 

Leon   dokładnie  widział  duży,  luksusowy  pokój,  szerokie 
łóżko z rozkopaną pościelą. Obok, z opuszczonymi rękami i 
pochyloną głową klęczała ciemnowłosa dziewczyna.

- Modli się?
- Jak zwykle, panie Pulverkopf.
- Jakieś postępy?
-   Panie   Pulverkopf,   płaci   mi   pan   fortunę   dlatego,   że 

jestem znakomitym specjalistą. I jako specjalista, i zarazem 
autorytet w dziedzinie, mówię panu: nie można wyleczyć 
pana   córki,   bo   ona   nie   jest   chora.   Religijność   to   dziwna 
przypadłość, ale to nie jest choroba. Oczywiście, można by 
wyperswadować jej tego Chrystusa, ale ja jestem lekarzem, 
a nie rzeźnikiem, czy dealerem narkotyków - McCormick 
wygłosił   swoje   oświadczenie   spokojnym   tonem, 
pozbawionym   nawet   cienia   irytacji.   Ani   na   chwilę   nie 

background image

przestał się uśmiechać.

- Mówił mi pan to już ze sto razy, panie doktorze.
-1 powiem jeszcze tysiąc. Niech pan się nie spodziewa, że 

podam   jej   jakiekolwiek   lekarstwo   poza   aspiryną.   I   tylko 
wtedy, gdy aspiryna będzie konieczna. Jeśli spróbuje pan na 
mnie   wymusić   jakiekolwiek   działania   na   płaszczyźnie 
medycznej niezgodne z moim osądem, odejdę. Pana córka 
nie jest bar: dziej chora psychicznie, niż...

- Niż kto, panie doktorze? - zgryźliwie uśmiechnął się 

milioner.

- Niż pan, panie Pulverkopf. Jako...
- Specjalista i autorytet, wiem, panie doktorze - przerwał 

psychiatrze Leon.

- Jako psychiatra doradzam panu wizytę u nas.
- Dziękuję, nie skorzystam. Nie ma ryzyka, że popełni 

samobójstwo?

- Jak już mówiłem wiele razy...
- Żadnego, wiem. Proszę na nią uważać.
McCormick   pomyślał,   że   mógłby   nagrać   swoje 

odpowiedzi i odtwarzać je przy każdej rozmowie z Alte-
Pulverkopfem   automatycznie.   Milioner   łączył   się   z   nim 
kilka razy w tygodniu, o przeróżnych porach, pytania były 
zawsze praktycznie takie same, odpowiedzi również. Chyba 
najwyższy czas, by to przerwać.

- Panie Pulverkopf...
- Słucham? - zdziwił się milioner. Psychiatra powinien się 

już rozłączyć.

- Nie powinien pan jej tutaj trzymać.
-   No,   teraz   to   już   pan   posuwa   się   za   daleko,   panie 

background image

McCormick. Mam sądowe uznanie niepoczytalności, mam 
pełne prawo...

- Panie Pulverkopfi - krzyknął lekarz - Niech pan nie gada 

bzdur! Każde dziecko od Gibraltaru po Moskwę wie, że pan 
może otrzymać sądowe potwierdzenie na to, że królowa 
brytyjska jest pawianem! Nie może pan w nieskończoność 
więzić swojej córki! Przecież pan z nią nawet nie rozmawia! 
Niech pan się chociaż do niej odezwie!

- Zwalniam pana, panie McCormick. Ma pan trzydzieści 

sześć godzin na opuszczenie kliniki i wskazanie swojego 
następcy.

-   Bardzo  dobrze!  Ale   niech   pan   o   tym   pomyśli,   panie 

Pulverkopf! Zabiera pan tej dziewczynie życie! Jak długo 
chce pan ją tutaj trzymać?

- Trzydzieści sześć godzin, McCormick. I zanim pan zrobi 

coś   głupiego,   przypomnę,   nikt   nie   stanie   po   pańskiej 
stronie. Absolutnie nikt - powiedział Leon i rozłączył się.

Postanowił   wreszcie   wziąć   się   do   pracy.   Przesłał 

wiadomość   premierowi   Portugalii.   Polityk   zgłosił   się   po 
kilkunastu   minutach,   i   obaj   zagłębili   się   w   szczegółach 
zaplanowanego   na   marzec   wystąpienia   Portugalii   ze 
Zjednoczonej   Europy.   Po   paru   kwadransach 
nadspodziewanie   owocne   negocjacje   zakłóciła   ikona 
wiadomości   o   najwyższym   priorytecie.   Zgłaszał   się   Piotr 
(albo raczej Peter) Fusz, szef wywiadu Alte-Pulverkopfa na 
Europę Środkową. Milioner pożegnał premiera tak szybko, 
jak było to możliwe.

- Panie Leonie - zaczął szpieg. Jako jeden z nielicznych 

miał prawo zwracać się do milionera w ten poufały sposób.

background image

- Słucham.
-   Mam   ważne   wiadomości.   -   Fusz   wyglądał   na 

skonfundowanego.

- Mów.
- No, otóż, do tej gminy w Warszawie...
- Do TEJ gminy? - zapytał milioner
-   Tak.   Mianowicie   przyjechał   do   nich   papież,   na   to 

wygląda.

- Ooooo! Kiedy?
- No właśnie, w tym problem, panie Leonie...
- To znaczy?
-   Bo   doszło   do   małego   przeoczenia...   Zawiodła   nasza 

agentka,   no   i   wychodzi   na   to,   że   papież   przyjechał   do 
gminy już kilka tygodni temu...

- Kiedy?!? - ryknął wściekłym głosem milioner.
- Tak, hm, dokładnie osiem tygodni temu.
- Fusz, czy ty stroisz sobie ze mnie żarty? - złowrogo 

wyszeptał Leon. - Czy po to cię zatrudniam? Czekałeś, aż 
napiszą o tym moje gazety? A może znudziła ci się praca u 
mnie?

- Nie, panie Leonie. Pokornie przepraszam, panie Leonie. 

To się więcej nie powtórzy - kajał się szpieg.

-   Wiesz,   Fusz,   nawet   z   departamentu,   w   którym   ty 

pracujesz, również można wylecieć na bruk. Najczęściej z 
dziesiątego piętra. Zdajesz sobie z tego sprawę, Fusz?

- Tak jest, panie Leonie. Przepraszam, panie Leonie.
-   Niech   to   będzie   naprawdę   ostatni   raz.   Następne 

przeoczenie, koniec z tobą. Rozumiesz, durniu?

- Tak jest.

background image

- Co z tą agentką?
- No, wygląda na to, że zakochała się w inwigilowanym, i 

jakby to powiedzieć, zdradziła nas.

- I co, pracuje dla nich?
-   Wygląda   na   to,   że   nie.   Po   prostu   odmawia 

przekazywania jakichkolwiek informacji.

- Załatwiłeś to już?
- Jeszcze nie. Wszystko przygotowane, nie ucieknie nam, 

ale chciałem panu pozostawić decyzję, co z nią zrobić.

- Dobrze. Nie zabijaj jej. Przywieź mi ją tutaj, na Rugię. 

Chcę z nią porozmawiać.

- Tak jest! - Leon bez uprzedzenia zakończył połączenie. 

Uśmiechnął się pod nosem i wywołał ze swojego archiwum 
dossier Xaviera Reverte, zwanego też Piusem XV. Papieża. 
Jednego   z   trzech.   Jednak   to   właśnie   Xavier   Reverte 
najczęściej był uznawany za prawowitego sukcesora stolicy 
apostolskiej.

***

Albert   i   ksiądz   Harold   weszli   do   mojego   pokoju   z 

grobowymi minami. ?

- Musimy porozmawiać, Oskarze - powiedział Albert. - 

Między nami jest Namiestnik Chrystusowy, a ty robisz coś 
tak strasznego...

- Jak ksiądz mógł? Będzie się ksiądz w piekle smażył - 

wycedziłem ze wściekłością.

- Zamknij się, durniu. Jak coś takiego mogło ci przyjść do 

głowy... - Albert był oburzony. - Śledziłem cię. Wybacz mi tę 

background image

nieufność,   ale   podejrzewałem   coś   o   wiele   gorszego, 
rozumiesz to chyba, w naszej sytuacji.

- Słuchaj, jestem wolnym człowiekiem i mogę...
- Jesteś członkiem tej gminy! A ja jestem jej naczelnikiem! I 

nie pozwolę na to!

Dostałem nagłego ataku pewności siebie. Ksiądz stał z 

tyłu, skulony ze strachu. -Na co?

- Nie rób ze mnie głupka. Wystarczyło mi, że widziałem, 

jak cię witała ta twoja...

- Uważaj, Albert.
Zamilkł na chwilę. Wstałem z łóżka, wciągnąłem spodnie. 

Albert wrzasnął:

- Nie pozwolę, żeby członek mojej gminy uprawiał porób- 

stwo z poganką!

- To znaczy, poróbstwo w tej gminie dopuszczalne jest 

tylko z chrześcijankami?

Zatkało   go.   Na   chwilę   stanął   jak   wryty,   z   otwartymi 

ustami. Wyszedłem i udałem się prosto do pokoju mojego 
ojca.   Wszedłem   bez   pukania.   Czytał   „Czasy   katedr” 
Duby'ego. Odłożył książkę i spojrzał na mnie.

- O co chodzi, sy...
Nie czekałem, aż dokończy pytanie,
- Wiesz, co on zrobił? Spróbował mi zabronić spotykać się 

z Anitą!

- Kto?
- Jak to-kto! Tato! Albert, do cholery!
Ojciec   wstał,   podszedł   do   barku,   wyjął   butelkę 

glenfiddisha, dwie szklanki. - Z lodem?

- Ale, tato...

background image

- Z lodem?
- Tak.
Wrzucił   kilka   kostek   do   obu   szklanek,   uzupełnił 

złotobrązowym   płynem,   postawił   szklanki   na   stoliku   i 
spokojnie wrócił na swoje miejsce.

- Siadaj - polecił.
Usiadłem,   zwilżyłem   usta   alkoholem,   potem   wypiłem 

całą zawartość jednym haustem.

-   Lepiej   ci?   -   zapytał   ojciec   uprzejmie.   Odetchnąłem. 

Przyjemne ciepło rozluźniało łagodnie węzeł, jaki czułem w 
sobie.

- Uspokoiłeś się?
- Tak.
Nagle otworzyły się drzwi. Stanął w nich Albert.
- Popijacie sobie gorzałę! - ryknął
Ojciec nie poruszył się, widziałem tylko, jak jego prawa 

dłoń zacisnęła się w pięść.

-   Wyjdź.   Jeżeli   chcesz   tutaj   wejść,   zapukaj   najpierw   - 

powiedział, nie patrząc nawet w stronę naczelnika.

- Jak się zwracasz do mnie...
-   Wyjdź.   Jeżeli   masz   mi   coś   do   powiedzenia   i   chcesz 

wejść, to najpierw zapuk...

- Pewnie, żebyście mogli sobie tutaj urządzać biesiady! - 

wrzasnął Albert

- Wyjdź.
- Czy ty wiesz, co twój syn...
Ojciec miał już sześćdziesiątkę na karku, był niski i chudy, 

nie   miałby   szans   w   konfrontacji   z   rosłym   Albertem, 
weteranem   wielu   bójek,   których   ślady,   wspomnienia 

background image

dawnego   życia,   nasz   naczelnik   wstydliwie   ukrywał   pod 
długimi rękawami. Jednak odruchów nie mógł ukryć. Stał 
na szeroko rozstawionych, lekko ugiętych nogach, z rękami 
przed sobą, nieco bokiem. W każdym sporze przyjmował 
taką   pozycję,   nie   potrafił   tego   opanować.  Ale   nigdy   nie 
uciekał się do przemocy. Poza tym jednym razem, kiedy 
nękał nas ten wiecznie pijany bandzior. Albert porządnie go 
stłukł. I właśnie ten Albert bał się teraz mojego taty, który w 
życiu z nikim się nie bił. Ale tato potrafił walczyć inaczej. I 
miał mnie.

- Wyjdź - powiedział jeszcze raz.
- Ale...
- Wyjdź, albo każę Oskarowi cię wyrzucić.
Wstałem. Słodki Jezusie, bałem się, chciałem, żeby Albert 

wyszedł. Nie sądziłem, że mógłbym dać mu radę. Nie jemu. 
A Albert widział to, widział mój strach. Spojrzał na mnie 
pogardliwie,   po   czym   odwrócił   się   i   wyszedł,   delikatnie 
zamykając drzwi. Ustąpił przed ojcem.

- Pieprzony bandzior - powiedziałem.
- Następnym razem, kiedy tak się wyrazisz o naczelniku 

naszej gminy, dam ci w twarz, zrozumiałeś?

Przełknąłem ślinę.
- Przecież sam zagroziłeś mu przemocą...
Tata sięgnął po jedną z kilku książek, leżących na stoliku. 

Przewrócił kilka stron. Wyraźnie widać było, że tę książkę 
nie raz otwierano na tych właśnie stronach.

- Ojciec Lampros pisze list do starszego brata, w którym 

nakazuje mu udać się na poszukiwania księcia Sunmyry i 
przypomina,   aby   zabrał   broń.   Bracia   nie   posiadają   w 

background image

Pustelni   Rucianej   nic   poza   dubeltówką   na   kaczki.   Mówi 
wtedy   starszy   brat:   //”W   pośpiechu   sięgamy   zwykle   po 
pierwszą   lepszą   rzecz,   jaka   wpadnie   nam   w   ręce;   ojciec 
Lampros   zresztą   zlecił   mi   zabrać   broń   raczej   jako   znak 
wolności i wrogości -podobnie jak chcąc okazać przyjaźń, 
przychodzi się z kwiatami”\\. - Ojciec skończył czytać i 
znów spojrzał na mnie. - Podobnie ja uczyniłem. Nie wiem, 
czy podołałbyś bratu Albertowi w walce wręcz, ale dałem 
mu   do   zrozumienia,   że   dopuszczam   taką   możliwość. 
Rozumiesz?

- Tak, tato. Albert...
- Brat Albert albo brat naczelnik. Jesteś już spokojny, więc 

nie   możesz   usprawiedliwić   niestosowania   form   swym 
gniewem.

- Tato, sam przecież wiesz, jak śmieszne jest to sekciarskie 

zwracanie się do siebie per bracie...

-   Wiem.   Niezależnie   od   tego,   przychodząc   tutaj, 

zaakceptowaliśmy   obyczaje   tu   panujące   i   przystoi   nam 
stosować się do nich.

-   Dobrze.   A   zatem,   czy   brat   Albert   -   powiedziałem, 

ironicznie akcentując słowo „brat” -jest twoim wrogiem?

- Nie. Ale przez tę chwilę, kiedy wdarł się do mojego 

prywatnego   apartamentu,   był.   Powiedz   mi   teraz   o   co 
chodzi.

- Brat Albert Zabronił mi się widywać z Anitą.
- Kim jest Anita?
Zbiło mnie to z tropu. No tak, ojciec nie mógł wiedzieć, 

kim jest Anita. Nie wiedziałem co powiedzieć, dwa razy 
otwierałem usta, ale brakowało mi słów. W końcu ojciec 

background image

mnie wręczył:

- Domyślam się, że dziewczyna, którą kochasz.
- Tak.
- Dlaczego Albert zabronił ci się z nią spotykać?
- Nie wiem, w zasadzie.
-   Nie   wiesz?   Gzy   ona   jest   twoją   kochanką?   Chciałem 

skłamać. Podniosłem głowę i powiedziałem:

- Tak, tato.
-   Dlaczego   się   z   nią   nie   ożenisz?   Przecież   stać   cię   na 

utrzymanie rodziny.

- Bo ona nie jest chrześcijanką...
-   Domyślam   się.   Ożeń   się   z   nią,   mimo   to.   Wolałbym, 

żebyś miał żonę chrześcijankę. Ale myślę, że lepsza żona 
niewierząca, niż życie bez ślubu.

- Tylko, że ja nie wiem, czy ona zechce ze mną zamieszkać 

w gminie.

- Jak nie zechce, to zamieszkacie gdzie indziej. Myślałem 

o tym. Ale bałem się w ogóle wspomnieć przy

ojcu o takiej możliwości.
- Myślałem... sądziłem, że nie zgodziłbyś się.
- Synku, jesteś dorosłym mężczyzną. A ja wiem, co to 

znaczy kochać kobietę. Wiem, co to znaczy, kiedy cały świat 
kurczy się w swej ważności do rozmiarów szpilki i ma wagę 
puchu,   bo   ona   jest   całym   światem.   Wiem   też,   że   nie 
odejdziesz od Kościoła, który, jak wiesz, nie kończy się na 
naszej gminie. • Ciągle są chrześcijanie, którzy żyją między 
poganami. Pójdę do Alberta i wyjaśnię mu sytuację.

- Tato...
- Tak?

background image

- Ja wiem o Izabeli..,
Ojciec ciężko usiadł na fotel, wypuszczając powietrze z 

płuc.

- Podsłuchałem tydzień temu waszą rozmowę z Ojcem 

Świętym.

-   Och...   Wybacz   mi,   Oskarze.   Nie   mogłem   postąpić 

inaczej. Bałem się, że pójdziesz do „Krwi Boga”.

- Poszedłem.
- Boże... Oskar... - wyszeptał ojciec, przerażony. - Kiedy?
- Nieważne. Jestem coś winien tej dziewczynie, tato. Ja już 

jej   nie   kocham,   kocham   tylko   Anitę,   ale   jestem   jej   coś 
winien. Muszę ją wyciągnąć.

- Synku, przecież to jest niemożliwe, wiesz o tym!
- Muszę spróbować, tato. Muszę, po prostu. Wiesz o tym. 

Ojciec długo patrzył na mnie. Wreszcie pokiwał głową.

-   Nie   powiesz   Albertowi?   -   bardziej   prosiłem,   niż 

pytałem.

- Nie. Niech ci Bóg pomaga. Nie mów mi nic więcej. Nie 

mogę cię powstrzymać, więc nie chcę wiedzieć.

***

 Albert wstawał pierwszy w całej gminie. Kładł się spać 

codziennie   punktualnie   o   pomocy,   wstawał   równie 
punktualnie o czwartej rano, za piętnaście piąta pchał już 
wózek z zupą dla biednych do miejsca, w którym ją zwykle 
rozdawał.   Wiele   razy   proponowaliśmy   mu,   że   możemy 
przecież   wozić   jego   i   jedzenie-   samochodem,   on   jednak 
odmawiał. Uważał, że, po pierwsze, w samochodzie byłby 

background image

niewiarygodny,   po   drugie,   że   to   jego   osobista   pokuta. 
Następnie   wstawał   Ralf,   o   szóstej,   o   przygotowywał 
śniadanie dla całej gminy. Miałem więc ponad godzinę od 
wyjścia  Alberta.   Obudziłem   się   kilka   minut   po   czwartej. 
Kiedy tylko usłyszałem znajome terkotanie kół na bruku, 
zakradłem   się   powoli   do   pokoju   Alberta.   Drzwi   były 
otwarte. Albert traktował zamykanie drzwi jako znak braku 
zaufania. Wszedłem do pokoju i zablokowałem, zamek od 
środka.   Włączyłem   komputer   i   okazało   się,   że   Albert 
zabezpieczył go hasłem! Zdziwiłem się. Głowiłem się dosyć 
długo,   wreszcie   wpisałem   „AGNES”   i   udało   się.   Nie 
musiałem   długo   szukać.   W   bazie   adresowej   znalazłem 
interesujący   mnie   numer   od   razu.   Mogłem   już   wyłączyć 
komputer. Nic innego mnie nie interesowało.

Następnego   dnia   zadzwoniłem.   Przedstawiłem   się 

imieniem   i   nazwiskiem.   Mój   rozmówca   uciął   moje 
tłumaczenia, wyraźnie kojarzył z kim rozmawia. Podał mi 
miejsce i godzinę spotkania. Dwa dni później, w jednej z 
największych   dyskotek   w   mieście.   Powiedział,   że   mam 
tylko przyjść i być, a on mnie znajdzie. Wydawało mi się to 
dosyć dziwne. W tej dyskotece nierzadko bawiło się na raz i 
pięć   tysięcy   ludzi,   ale   nie   dyskutowałem.   Zrobiłem,   jak 
kazał.   Kiedy   zaparkowałem   samochód   na   parkingu   pod 
dyskoteką,   natychmiast   przypadło   do   mnie   kilka 
małoletnich   panienek.   Szukały   kogoś,   kto   zapłaci   za   ich 
wejście   na   dyskotekę.   Oczywiście,   w   zamian   oferowały 
„miłe towarzystwo”, chociaż same nie używały raczej takich 
eufemizmów,   rzeczowo   proponując   „zrobienie   laski”   lub 
„rżnięcie”.   Zignorowałem   je   (niektóre   miały   mniej   niż 

background image

czternaście lat!) i skierowałem się do drzwi. Zauważyłem, 
że   im   bliżej   wejścia,   tym   dojrzalsze   dziewczęta 
proponowały   mi   spędzenie   wieczoru   w   zamian   za 
luksusową zabawę na najniższym i najdroższym poziomie 
dyskoteki.   Przy   drzwiach   zwróciłem   uwagę   na 
dwudziestoletnią   dziewczynę.   Miała   na   tyle   klasy,   żeby 
ograniczyć się do rzucania zalotnych spojrzeń, bawiąc się 
sugestywnie wstążką, która przytrzymywała stanik na jej 
kształtnym   biuście.   Oprócz   czarnego,   ażurowego   stanika 
miała na sobie jeszcze krótką spódniczkę, co czyniło jej strój, 
jak na te standardy, prawie skromnym. Podałem jej rękę. 
Uznałem, że dobrze będzie mieć przy sobie dziewczynę, 
żeby nie rzucać się niepotrzebnie w oczy. Uśmiechnęła się 
wdzięcznie,   i   nie   pytając   o   nic,   poszła   ze   mną.   Windą 
zjechaliśmy na najniższy poziom, gdzie było w samej rzeczy 
dużo sympatyczniej - nie było tłoku, klimatyzacja naprawdę 
działała, a w barze serwowano drinki, zamiast tzw. „piwa” z 
halucynogenami, jedynego napoju, jaki można było dostać 
wyżej.   Zamówiłem   dwa   campari,   chwilę   posiedzieliśmy 
przy stoliku. Dziewczyna paplała, ja nie słuchałem, co nie 
wydawało się jej przeszkadzać. Gdy zrozumiała, że nie chcę 
się z nią przespać w jednym z wielu przeznaczonych do 
tego celu intymnych zakątków, zrobiła się jeszcze milsza. 
Poszliśmy potańczyć i na chwilę zapomniałem, po co tutaj 
przyszedłem. Dobrze bawiłem się w jej towarzystwie. Gdy 
po kwadransie wróciliśmy do stolika, obok drinków leżał 
rachunek,   na   którym   ktoś   dopisał   niezdarnym   pismem: 
męska   toaleta,   obok   baru,   zaraz.   Skinąłem   na   kelnerkę, 
zamówiłem   jeszcze   dwa   campari.   Po   czym   grzecznie 

background image

przeprosiłem   moją   towarzyszkę,   poszedłem   do   toalety. 
Stanąłem   przed   umywalką   i   zacząłem   myć   ręce.   Facet 
wyglądający   absolutnie   przeciętnie   (krótkie   włosy,   lekka 
kurtka, jasna koszula, palmtop w kieszeni koszuli) stanął 
przy umywalce obok, i patrząc-na moją twarz w lustrze, 
cicho powiedział:, - Zejdź za godzinę do rosyjskiej bani na 
poziomie rekreacyjnym. Wejdź do kabiny numer trzy. Znasz 
dobrze niemiecki?

- Tak - odpowiedziałem, nieco zdziwiony.
- To dobrze, w takim razie, jeżeli ta dziewczyna, która 

przyszła z tobą, niemieckiego nie zna, możesz ją zabrać. 
Tutaj   mało   kto   chodzi   do   sauny   sam,   więc   lepiej,   żebyś 
wchodził   tam   z   dziewczyną.   Poza   tym,   nie   zaszkodzi 
popatrzeć. - Uśmiechnął się. ...

Wróciłem do sali. Nie było mnie może półtorej minuty, 

więc   moja   towarzyszka   nie   zdążyła   się   znudzić. 
Mimochodem zapytałem, czy zna niemiecki. Zaprzeczyła. 
Uznałem,   że   nie   ma   pewnie   powodów   mnie   oszukiwać, 
więc   po   chwili   zaproponowałem   jej   wizytę   w   saunie. 
Zgodziła się z ochotą. Zeszliśmy na dół, do przebieralni. 
Dziewczyna nie krępowała się zupełnie, zrzuciła od razu 
całe ubranie, mimo że uprzedziłem ją, iż w saunie będzie 
mój znajomy, z którym będziemy omawiać interesy. Nago 
weszliśmy do kabiny. Facet z toalety leżał na jednej z ław, 
zakrywając biodra ręcznikiem. Wskazał mi miejsce obok i 
zmierzył   z   uznaniem   w   oczach   ciało   dziewczyny. 
Uśmiechnęła się do niego i wskoczyła zręcznie na ławę tam, 
gdzie było najgoręcej. Niemal od razu przestała zwracać na 
nas uwagę. Mężczyzna odezwał się po niemiecku:

background image

- Witaj, Oskarze. Po pierwsze, skąd masz mój numer?
-   Wykradłem   z   komputera   naszego   naczelnika   - 

odpowiedziałem szczerze.

- Rozumiem. Powiedz zatem, co cię do nas sprowadza? 

Opowiedziałem w skrócie całą historię i przedstawiłem

moje   zamiary   oraz   moją   ofertę   dla   „Krwi   Boga”.   Jako 

gwarancję   mojej   uczciwości   podałem   mu   współrzędne 
geograficzne   miejsca,   w   którym   zakopałem   niedawno 
kupioną   broń.   Powtórzył   je   dwa   razy   po   cichu   i   skinął 
głową.

-   W   przyszłym   tygodniu   przyjdź   tutaj   we   wtorek,   o 

siedemnastej, do tej samej kabiny. Jeżeli mnie nie będzie, 
czekaj cierpliwie, odezwę się.

Wyszedł, owijając biodra ręcznikiem. Niemal w tej samej 

chwili   dziewczyna   zeszła   z   najwyższej   ławki,   pobiegła 
ochłodzić się pod prysznicem, wróciła po chwili. Siadła na 
przy mnie i zaczęła głaskać mnie po plecach. Odwróciłem 
się,   spojrzałem   na   nią,   pomyślałem   o  Anicie.   Delikatnie 
odsunąłem jej rękę. Zrozumiała od razu i zaśmiała się:

- Dziwny jesteś, ale cię lubię. Na szczęście, żaden z ciebie 

pedzio - powiedziała, patrząc na moje krocze.

Zawstydzony przykryłem się ręcznikiem i wyszedłem z 

kabiny. Gdy po chwili wyszła za mną, byłem już ubrany.

- Idę do domu - powiedziałem.
- Chcesz, żebym poszła z tobą? - zapytała
- Nie. Ale daj mi swój numer.
Sam nie wiedziałem, po co wziąłem od niej ten telefon. 

Gdy   odjeżdżałem   spod   dyskoteki,   zrozumiałem.   Była 
naturalna. Miała w sobie urok dzikuski. Nie była zepsuta, 

background image

ani niemoralna - była amoralna. Tutaj, w Europie, rodzą się 
dziś kobiety, jakich Gaugain szukał na Tahiti.

W półtora miesiąca później siedziałem w nocy na dziobie 

sporego   pontonu   napędzanego   bezgłośnym   silnikiem 
strumieniowym.   Ukryty   przed   radarami,   płynąłem   przez 
wody kanału La Manche, trzymając się skrzyni, wypełnionej 
po brzegi bronią.

***

W   Szkocji,   w   położonej   czterdzieści   kilometrów   od 

Edynburga   posiadłości   Sweetberry   Hill,   doktor   James 
McCormick wstał od terminala, wyprostował się, przetarł 
zaspane oczy i zastanowił się nad swoją sytuacją. Szybko 
sprawdził stan konta. Widok wielocyfrowej liczby działał 
kojąco. Nawet, gdyby nie podjął żadnej nowej pracy, taka 
suma   zapewni   mu   spokojne   i   dostatnie   życie   na   jakieś 
dziesięć lat. Nie martwił się o przyszłość tym bardziej, że z 
jego   wiedzą   i   doświadczeniem   mógł   znaleźć   pracę 
wszędzie. Postanowił napić się kawy. Zobaczywszy swoje 
odbicie   w   błyszczącej   obudowie   automatu   z   napojami, 
poczuł   przypływ   moralnej   satysfakcji.   Nie   będzie   więcej 
brał udziału w tym śmierdzącym przedsięwzięciu. Z kawą 
w   ręku   podszedł   do   zamkniętych   drzwi   pokoju   córki 
Pulverkopfa. Spojrzał na monitor, dziewczyna już położyła 
się   spać.   Po   chwili   samozadowolenie   w   nim   sklęsło.   On 
odejdzie, ale ona zostanie tutaj dalej, aż jej szalony ojciec 
umrze, albo zwariuje do reszty. W tym momencie potrącił 
go   biegnący   ochroniarz   z   pistoletem   maszynowym   w 

background image

dłoniach.

- Co się stało, Bob? - krzyknął za nim McCormick..
- Intruzi, panie dyrektorze - odkrzyknął ochroniarz, nie 

zatrzymując się.

- Stój! Nie podejmować żadnych działań! - McCormick 

wrzasnął ile sił w płucach i nie zwracając więcej uwagi na 
zdziwionego ochroniarza, pobiegł do dyspozytorni ochrony.

Na   miejscu   zastał   ten   sam   obraz   na   wszystkich 

monitorach.   Brama   szpitalnego   ogrodu   była   otwarta, 
staranowano ją terenową, czarną toyotą, która stała teraz 
naprzeciwko   wejścia   do   głównego   budynku.   Na   drugim 
monitorze, który pokazywał obraz z kamery noktowizyjnej, 
widać   było   rozbiegających   się   po   ogrodzie   uzbrojonych 
ludzi,   wyraźnie   przygotowujących   się   do   szturmowania 
wejścia. Dyspozytor spojrzał na Jamesa i zapewnił:

- Proszę się nie obawiać, nie mają szans. Jest nas więcej, a 

ci   wyglądają   na   amatorów.   Dobrze   wyposażonych,   ale 
amatorów. Za trzy minuty będzie po wszystkim.

- Proszę wydać swoim ludziom rozkaz poddania się.
- Co?!? Co pan mówi, panie dyrektorze?!? - ochroniarz nie 

wierzył własnym uszom.

-   Wyraźnie   słyszałeś.   Nie   mogę   ryzykować   życia 

pacjentów. Ja jestem za nich odpowiedzialny.

- Ale nie ma żadnego ryzyka...
- Rób co powiedziałem, durniu! - ryknął McCormick. - Ja 

tu   podejmuję   decyzje,   bo   ja   tu   ponoszę   za   wszystko 
odpowiedzialność! Wystarczy jedna zabłąkana kula!

Dyspozytor   przełknął   z   wysiłkiem   ślinę.   Po   chwili 

nacisnął   jeden   z   wielu   przycisków   i   powiedział   do 

background image

mikrofonu:

-   Alfa,   Beta,   Delta,   tu   Szef,   poddajcie   się   intruzom, 

powtarzam, poddajcie się intruzom. Złóżcie broń.

W   głośniku   kilka   głosów   naraz   zaczęło   domagać   się 

powtórzenia   komendy,   ochroniarze-komandosi   wszyscy 
jednocześnie zaczęli tłumaczyć, że sytuacja absolutnie tego 
nie wymaga. Posypały się pytania.

- Daj mnie na zewnętrzny megafon - polecił McCormick 

dyspozytorowi. . '

-   Uwaga,   tu   mówi   dyrektor   szpitala   Sweetberry   Hill. 

Poddajemy   się.   Proszę   nie   robić   nikomu   krzywdy, 
poddajemy się.

Intruzi wyraźnie przystanęli. Drzwi szpitala otwarły się i 

na zewnątrz wyszedł pierwszy z ochroniarzy, z rękami w 
górze. Chwilę później huknęło kilka strzałów. Ktoś chyba 
nie chciał się poddać.

***

Alte-Pulverkopf wszedł do niewielkiego pomieszczenia w 

piwnicy pod szpitalem w Sweetberry Hill. Betonowe ściany, 
noszące   jeszcze   ślady   szalunku   były   wilgotne. 
Pomieszczenie   oświetlała   wisząca   na   kablu   żarówka.   Na 
środku stało krzesło, do którego przywiązany był rozebrany 
James McCormick. Miał złamane dwa żebra, nos, wybite 
kilka zębów i oczy napuchnięte tak mocno, że nie widział 
nic. Ale był przytomny.

- McCormick... - odezwał się milioner.
-   Pan   Alte-Pulverkopf.   Szybko   pan   przyjechał   - 

background image

wymamrotał z trudnością doktor.

- Dlaczego to zrobiłeś?
- Bo jestem lekarzem.
Milioner   odwrócił   się,   wyciągnął   z   kabury   jednego   ze 

swoich   ochroniarzy   pistolet   i   zabił   doktora   McCormicka 
strzałem   w   głowę.   Płakał.   Łudził   się,   że   zabijając 
McCormicka, zabije prawdę, którą ten mu powiedział. Ale 
słowa psychiatry, które usłyszał w swojej twierdzy na Rugii 
ciągle   brzmiały.   Słów   nie   da   się   zastrzelić.   Słów,   które 
brzmiały w jego uszach, nie mógł zabić nawet on, władca 
sumień i opinii dwóch miliardów ludzi na połowie świata.

Cztery godziny wcześniej, na Rugii, w piwnicy bardzo 

podobnej do tej, zastrzelił swoją byłą agentkę, Anitę, która 
nie doniosła mu o planowanym zamachu na jego córkę.-Być 
może nie wiedziała, ale on nie miał ochoty tego roztrząsać.

Przyleciał   do   Wielkiej   Brytanii   tak   szybko,   jak   mógł, 

swoim prywatnym odrzutowcem. Brytyjska policja i służby 
specjalne nie miały żadnych wiadomości o losach jego córki, 
lecz   czterystu   jego   ludzi,   wspomaganych   przez   satelity   i 
wszelką   dostępną   mu   technologię,   szukało   sprawców   w 
całej Wielkiej Brytanii. W szpitalu urządzono centrum, do 
którego spływały wszystkie informacje. Po kilku godzinach 
wytężonej   pracy,   udało   się   wyśledzić   większość   z 
terrorystów, ze znikomym prawdopodobieństwem pomyłki.

***

Udało się.
Myślał   tylko   o   tym.   Trzy   minuty   temu   z   niewielkiego 

background image

lotniska   w   Szkocji   wystartowała   mała,   acz   bardzo 
nowoczesna awionetka, wyposażona w wielki zapas paliwa, 
która, z międzylądowaniem na Islandii, dowiezie Izabelę na 
prywatne,   należące   do   Kościoła   lotnisko   w   New   Jersey, 
gdzie   nie   sięgają   macki  Alte-Pulverkopfa.   Samolot   poleci 
bardzo nisko nad morzem. Nie zauważą go, nie wykryją. 
Izabela jest już bezpieczna, a on może wracać do domu, do 
Anity, wziąć z nią ślub, i zamieszkać gdzieś w głuszy. Byle 
tylko   wrócić,   wyrwać   się   stąd.   Uciekną   gdzieś, 
gdziekolwiek, chociażby do Stanów. Jechał teraz nadmorską 
autostradą   na   południe,   bardzo   szybko?   Drugim   pasem 
wyprzedziła   go   spora   furgonetka,   kiedy   już   znaleźli   się 
przed nim, tylne drzwi wozu otworzyły się i zobaczył, że 
czterech ubranych na czarno komandosów mierzy do niego 
z   karabinów   automatycznych.   Piąty   krzyczał   coś   przez 
megafon. Oskar włączył autopilota, przeżegnał się, sięgnął 
do   schowka   po   pistolet,   przeładował,   chowając   ręce   za 
tablicą   rozdzielczą,   położył   sobie   glocka   na   kolanach. 
Wyłączył   autopilota,   pojednawczo   podniósł   ręce   i   zaczął 
zwalniać.   Kiedy   furgonetka   zwolniła   również,   włączył 
manualną skrzynię biegów, zredukował bieg i wcisnął gaz 
do dechy, uderzając mocno w tylny zderzak vana.

Udało   się.   Dwóch   wypadło   mu   na   maskę.   Jednak 

furgonetka zaraz wysforowała się do przodu. W tym czasie 
Oskar   ponownie   włączył   autopilota,   wychylił   się   przez 
szyber-dach i zaczął strzelać. Zabił chyba dwóch, tak mu się 
wydawało. Ludzie Pulverkopfa chcieli wziąć go żywcem, 
więc strzelali w opony, nie w niego. Kiedy pękła przednia, 
prawa opona, samochód nagle zjechał na pobocze i uderzył 

background image

w   betonową   balustradę   rozdzielającą   pasy,   po   czym 
wyleciał   na   kilka   metrów   w   powietrze   i   spadł   na   dach. 
Potężna   karoseria   uratowała   Oskarowi   życie.   Stracił 
przytomność.   Ludzie   Pulverkopfa   wyciągnęli   go   z 
samochodu   i,   nie   zajmując   się   wrakiem,   wrzucili   do 
furgonetki,   obok   swoich   zabitych,   po   czym   pomknęli   w 
stronę Sweetberry Hill. Oskar odzyskał przytomność kilka 
minut   później.   Gdy   uniósł   głowę,   jeden   z   komandosów 
natychmiast przyparł go całym swoim ciężarem do podłogi 
samochodu, podczas gdy drugi zabierał się do skuwania 
Oskarowi  rak. Komandos  przypierający Oskara do ziemi 
miał do swojej taktycznej kamizelki, na ramieniu przypięty 
granat.   W   pewnym   momencie   zawleczka   znalazła   się   w 
zasięgu   zębów   Oskara,   a   ten   chwycił   ją   i   szarpnął.   Nie 
spowodowałoby  to  jeszcze  eksplozji   -  nie  uwolniłaby  się 
dźwignia   granatu,   lecz   ten   po   prostu   wyślizgnął   się   z 
niewielkiej kieszonki, wsadzony tam niedbale.

Potężna eksplozja podrzuciła pędzącą furgonetkę, która, 

płonąc, przebiła barierkę, i jak ognista kula z sykiem wpadła 
do morza.

Anioł i walkiria z szelestem skrzydeł sfrunęły z nieba na 

ziemię i razem uniosły duszę Oskara do nieba.

***

Albert   stał   przy   kotle,   wydawał   zupę   tym   nielicznym 

bezdomnym, którym i tak było wszystko jedno. Inni nie 
brali jedzenia od chrześcijan, obawiając się, że jak głosiła 
miejska legenda - dodają do niego jakichś narkotyków, aby 

background image

uzależnić i w efekcie nawrócić na chrześcijaństwo. Jednak, 
nawet   tych,   którym   było   wszystko   jedno,   ustawiała   się 
spora kolejka i Albert miał sporo roboty.

Nie   patrzył   na   ludzi   w   ogonku.   Sprawnie   nalewał 

pożywną zupę do plastikowych misek, dokładał po kromce 
chleba, uśmiechał się i podawał zupę z uprzejmym: „proszę, 
bracie”, „proszę, siostro”.

Nagle,   dłonie   sięgające   po   miseczkę   wydały   mu   się 

znajome. Podniósł głowę i zobaczył ją, lecz jakże zmienioną. 
Była na głodzie. Zbyt brzydka już i zniszczona, aby dostać 
narkotyki w zamian za ciało. Chciał chlusnąć w nią zupą, 
jaką   miał   w   chochli,   chciał   przeskoczyć   przez   wózek   i 
rozerwać ją na strzępy, za to wszystko, co zrobiła gminie, za 
to, co zrobiła jemu. Wszystko wróciło nagle i wspomnienia, 
i cała nienawiść.

- Proszę, Agnes - powiedział, podając jej jedzenie.
Siadła   na   krawężniku,   nieopodal.   Jadła,   popatrując   na 

niego, wyraźnie czekała, aż skończy wydawanie posiłku. 
Rozlewał zupę drżącą dłonią, łzy płynęły mu policzkach, 
lecz na twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Kiedy skończył 
i   zbierał   porozrzucane   naczynia   i   resztki   chleba,   straciła 
przytomność i przewróciła się na trawę. Albert ściągnął z 
wózka kotły po zupie, położył nań leciutkie jak piórko ciało 
dziewczyny   i   bez   wysiłku   pchając   wózek,   poszedł   ku 
siedzibie gminy. Otworzył mu Benedykt.

-   Ja...   przywiozłem   ją   -   wyszeptał   naczelnik   gminy.   - 

Pozwolisz mi ją położyć gdzieś u nas?

Benedykt podszedł do wózka i razem wnieśli dziewczynę 

do wolnego pokoju. Albert wezwał lekarza. Gdy odłożył 

background image

słuchawkę,   poczuł   na   ramieniu   dłoń   -   odwrócił   się   i 
zobaczył Benedykta.

- Wszystko w porządku, bracie naczelniku - powiedział 

Benedykt.

Leon, książę von Alte-Pulverkopf, płynął swoim Adlerem 

po   spokojnym   Morzu   Pomocnym.   Wiała   ładna   trójka, 
postawił   więc   dużego   grota   i   genuę.   Płynął   pełnym 
baksztagiem,   więc   nie   zawracał   sobie   głowy   stawianiem 
żagli na bezanmaszcie. Adler robił ładne pięć węzłów. Leon 
siedział   przy   sterze,   zerkając   co   jakiś   czas   na   kompas. 
Postanowił wyostrzyć  o  pół rumba, zawołał więc  Petera, 
zajętego przyrządzaniem świeżo złowionej ryby, aby wybrał 
odrobinę żagle. Ot tak tylko, dla zasady. Peter wyszedł z 
kambuza, przekręcił dwa obroty na kabestanie i zbierał się 
właśnie   do   ponownego   zejścia   pod   pokład,   gdy   nagły 
szkwał i fala zakołysały mocno jachtem. Bom przeleciał na 
drugą burtę, uderzając potężnie w głowę księcia, który stał 
przy relingu. Milioner bezwładnie wpadł do wody. Chłód 
fal przywrócił mu przytomność, jednak nie miał siły płynąć. 
Powoli tonął. Widział już nad sobą rozświetloną taflę wody, 
podłużny   kształt   kadłuba,   zauważył   koło,   które   pewnie 
Peter wrzucił do wody i bez lęku zapadał się w cichy ocean.

Zauważył przed sobą jasną postać:
- Leonie, Leonie, dlaczego mnie prześladujesz?
- Kim ty jesteś, panie? - zapytał Alte-Pulverkopf
- Ja jestem ten, którego ty prześladujesz.
Nagle   ktoś   pochwycił   go   za   kołnierz,   mocne   ramiona 

wyciągnęły szczupłe ciało na pokład. Zwymiotował morską 
wodą,   otrząsnął   się,   a   Peter   już   ściągał   z   niego   mokre 

background image

ubranie,   rozcierając   ręcznikiem,   pojąc   rumem   i   podając 
jakieś leki. Wreszcie ułożył oszołomionego Leona na koi.

- Zawracaj, Peter... - wyszeptał milioner.
- Jaki kurs, panie kapitanie?
- Do Damaszku, Peter, do Damaszku.

//słuchając Shadow Magnet i Laurelei Lisy Gerard
oraz Bukowiny Anny Marii Jopek\\

Szczepan Twardoch