background image

Francis Durbridge

Harry Brent

Przełożył Kazimierz Piotrowski

Wszystkie postaci występujące w tej książce są fikcyjne.

Rozdział pierwszy

Harry  Brent  tak  wykształcił  swą  pamięć,  że  automatycznie  rejestrowała  każdy

szczegół  z  jego  życia,  umieszczała  w  kartotece  mózgu  i  zamrażała  tam  na  wypadek,  gdyby

ów fakt był mu kiedyś potrzebny. Charakterystyczna więc scenka, jaka się rozegrała na stacji

Waterloo,  pozostała  w  jego  podświadomości  i  mógł  ją  potem  obejrzeć  po  raz  drugi  niczym

kolorowy film, przechowany wraz z zapisem dźwięku.

Taksówkarz podwiózł go przed halę, w której znajdują się kasy biletowe, na dziesięć

minut przed odjazdem pociągu. Brent przystanął przed kioskiem z książkami, kupił powieść i

włożył pod pachę. W tej samej ręce trzymał niedużą walizkę. Pociąg do Market Weldon, jak

wiedział  z  doświadczenia,  odchodził  z  peronu  trzeciego.  Brent  dołączył  do  gromadki

pasażerów  stojących  w  kolejce  przy  wejściu  na  perony.  Kontroler,  imigrant  z  Indii

Zachodnich, sprawdzał bilety.

- Pociąg do Market Weldon na prawo. Tylko ostatnie cztery wagony.

- Dziękuję.

Szedł  wzdłuż  pociągu  szukając  miejsca  przy  oknie,  frontem  do  lokomotywy.  W

pociągu,  odchodzącym  o  dziesiątej  rano,  było  więcej  niż  zwykle  pasażerów.  Dopiero  w

czwartym wagonie Brentowi udało się znaleźć miejsce w rogu, od korytarza. Położył walizkę

na  górze  i  usiadł  wygodnie  z  książką  na  kolanach.  Miał  jeszcze  dużo  czasu  na  lekturę.  Na

razie  chciał  się  dobrze  przyjrzeć  tym,  którzy  przez  półtorej  godziny  mieli  być  jego

towarzyszami  podróży.  Jedną  z  ulubionych  zabaw  Brenta  było  określanie  pochodzenia  i

zawodu osób widzianych po raz pierwszy.

Zakwalifikował jako zacną starą pannę siedzącą naprzeciw niego damę i zastanawiał

się, w jakiej szufladce umieścić głodnego, nerwowego i onieśmielonego starego kawalera w

przeciwnym  rogu,  gdy  jego  uwagę  zwróciła  twarz  dziewczyny,  która  zaglądała  z  peronu  do

przedziału.  Ocenił  ją na  jakieś dwadzieścia lat.  Była  chyba  ładna, rysy  miała  regularne.  Ale

nie  przypadła  mu  do  gustu.  Jej  twarz  była  dziwnie  martwa,  bez  wyrazu.  Nie  miała  bagażu,

tylko  w  jednej  ręce  ściskała  bukiet,  a  pod  pachą  drugiej  trzymała  ilustrowany  magazyn.

Nawet  spieszne  zamykanie  drzwi  i  ostry  sygnał  konduktorskiego  gwizdka,  ostrzegające,  że

background image

pociąg  zaraz  ruszy,  nie  zrobiły  na  niej  najmniejszego  wrażenia.  Zniknęła  mu  z  oczu.  Znów

zaczął przyglądać się sześciu pasażerom w przedziale. Zarejestrował wszystkich w pamięci i

właśnie  zabierał  się  do  lektury  powieści,  gdy  zauważył,  że  ktoś  szarpie  się  z  klamką  drzwi.

Podniósł wzrok. W korytarzu stała dziewczyna z kwiatami i żonglowała magazynem, torebką

i  bukietem.  Naprzeciw  niego  było  jedno  wolne  miejsce,  ale  pasażerowie,  w  poczuciu  owej

konspiracyjnej  i  dziwnie  wrogiej  solidarności,  jaka  tak  szybko  łączy  osoby  w  przedziale

wagonu, uporczywie ignorowali kandydatkę ubiegającą się o przyjęcie do towarzystwa.

Po krótkim wahaniu Brent pochylił się i otwarł drzwi.

- Przepraszam, czy to miejsce jest zajęte?

Jej głos mógł być miły, ale teraz zabrzmiał głucho, bezdźwięcznie.

- Nie - odparł Brent. - - Chyba wolne.

Prześliznęła się koło niego pozostawiając mu zamknięcie drzwi. Miał czas na szybkie,

ale dokładne zlustrowanie jej kształtów. Przedstawiały się nader korzystnie. Miała pantofle z

krokodylej skóry i taką samą torebkę. Ciemnobrązowy kostium był dobrze uszyty. Ale sposób

noszenia  się  dziewczyny  sprawił  na  nim  wrażenie,  że  nie  dba  o  to,  czy  się  podoba

mężczyznom.

Zacna  cioteczka  posunęła  się  trochę.  Dziewczyna  ostrożnie  usiadła,  wciąż  troskliwie

trzymając w ręce kwiaty, jakby nie bardzo wiedziała, co z nimi zrobić. Zauważyła, że Brent

jej się przygląda, spojrzała nerwowo w jego stronę.

- Czy... czy ten pociąg idzie do Market Weldon?

-  Mam  nadzieję  -  odparł  Brent.  Z  uśmiechem  skinął  głową  w  stronę  okna.  Pociąg

ruszył w sposób ledwie dostrzegalny. - Ja też tam jadę.

Szuka schronienia po jakiejś miłosnej katastrofie - pomyślał Brent - a może chce się

otrząsnąć po stracie bliskiej osoby. To by tłumaczyło apatię, puste spojrzenie i ręce nerwowo

ś

ciskające bukiet. Poczuła się nieswojo. Otwarł książkę i pogrążył się w lekturze pierwszego

rozdziału.

Historia  była  pasjonująca  i  półtorej  godziny  podróży  do  Market  Weldon  szybko

minęło.  Dziewczyna  -  zauważył  to  kątem  oka  -  nawet  nie  zajrzała  do  magazynu,  tylko

patrzyła na krajobraz przesuwający się za oknem. Gdy ukazała się dobrze mu znana farma ze

zbiornikiem  gazu  i  pociąg  zaczął  zwalniać,  Brent  zamknął  książkę,  wstał,  wziął  z  półki

walizkę  i  wyszedł  na  korytarz.  Zanim  pociąg  stanął,  wyskoczył  i  jako  jeden  z  pierwszych

znalazł się przy wyjściu z peronu.

Wiedział,  że  Eryk  Vyner  będzie  czekał  na  parkingu  po  drugiej  stronie  placu  przed

stacją.  Od  razu  zauważył  dużego  humbera  combi,  okrytego  grubą  warstwą  kurzu,  z  kołami

background image

oblepionymi  błotem.  Wygląd  samochodu  świadczył,  że  służy  na  farmie,  a  kierowca  był

niezawodnie  człowiekiem  mającym  stale  do  czynienia  z  traktorami,  żywym  inwentarzem  i

płodami  ziemi.  Eryk  Vyner  był  mężczyzną  po  czterdziestce  i  zdążył  przekonać  się,  że

gospodarstwo rolne, jeśli prowadzić je z wydajnością nowoczesnego przedsiębiorstwa, może

się pięknie opłacać.

Vyner ujrzał wysokiego młodego mężczyznę przechodzącego przez plac przed stacją i

w  charakterystyczny  sposób  kołyszącego  się  w  biodrach.  Z  wąską  walizeczką,  w  butach  z

kozłowej  skóry  i  moherowym  ubraniu,  Brent  sprawiał  wrażenie,  jakby  właśnie  wysiadł  z

transatlantyckiego odrzutowca. Na ręce niósł kamelowy płaszcz.

Vyner wysiadł z samochodu i podszedł przywitać Brenta.

- Dzień dobry, Harry.

- Cześć. A to co znowu? - Brent wskazał głową na temblak podtrzymujący prawą rękę

Vynera. - Carol nie mówiła mi, żeś miał wypadek.

- To głupstwo. Jeździłem po wariacku na traktorze - chciałem się popisać.

Brent z powątpiewaniem popatrzył na ciężki samochód.

- Nie powiesz mi, że będziesz jedną ręką prowadził ten grzmot?

- Nic nie szkodzi - stanowczo zapewnił Vyner. - Ten humber ma układ kierowniczy ze

wspomaganiem. Wsiadaj, stary.

Brent  wśliznął  się  na  miejsce  koło  kierowcy  i  położył  walizkę  na  stosie  narzędzi,

którymi  zawalony  był  tył  wozu.  Vyner  ruszył  i  prowadząc  jedną  ręką  wyjechał  z  parkingu.

Nagle mocno nacisnął nogą hamulec, humber zadrżał i stanął.

- Głupia dziwka! - mruknął Vyner. - Lezie jak ślepa na jezdnię.

Najwyraźniej obojętna na to, że brakowało parę cali, a doznałaby poważnych obrażeń,

dziewczyna szła dalej przez jezdnię w stronę postoju taksówek w głębi placu. Znów ściskała

pod  pachą  magazyn,  a  bukiet  trzymała  w  ręce  z  takim  nabożeństwem,  jakby  to  była

olimpijska pochodnia.

Cicho  klnąc  Vyner  znów  ruszył  i  już  nieco  ostrożniej  pojechał  w  stronę  centrum

miasteczka. Market Weldon leżało w środku jednego z najbogatszych regionów rolniczych w

Anglii  i  miało  jakieś  siedem  tysięcy  mieszkańców.  Chlubiło  się  normańskim  opactwem,

rzymskim mostem, ratuszem wzniesionym przez Wrena i rynkiem, który niewiele się zmienił

od początku osiemnastego wieku.

- Naprawdę uważasz, że wypada? Abym został u was na weekend?

-  Boże  drogi,  jasne!  Już  ci  mówiłem,  Harry,  że  jak  się  ożenisz  z  moją  siostrą,  będę

czekał na was co tydzień.

background image

-  Jeżeli  nie  będziesz  miał  się  na  baczności,  to  w  ogóle  zwalimy  ci  się  na  kark  -  z

uśmiechem powiedział Brent.

- A niby dlaczego nie? Do Londynu jest stąd tylko półtorej godziny koleją. Mógłbyś

co  dzień,  bez  najmniejszego  trudu,  jeździć  tam  i  z  powrotem.  I  skończyłoby  się  gadanie,  że

nie można znaleźć mieszkania w Londynie.

- Już znalazłem. Przynajmniej tak mi się zdaje. Chciałbym, żeby Carol obejrzała je w

przyszłym tygodniu, jeśli będzie mogła się stąd wyrwać.

-  Na  pewno  będzie  mogła.  Stary  Fielding  jest  niezwykle  dobry  dla  Carol  i  nigdy  jej

nie  odmawia  zwolnienia.  A  poza  tym  Carol  w  przyszłym  tygodniu  przestaje  u  niego

pracować.

Brent  instynktownie  nacisnął  nogą  wyimaginowany  hamulec,  gdy  Vyner  szarpnął

samochodem, by wyprzedzić autobus, który nagle zdecydował się stanąć.

- Czy wiesz, że stary zaprosił nas dzisiaj do restauracji na obiad?

-  Tak  -  odparł  Vyner.  -  Carol  mi  mówiła.  Mój  Boże,  Samowi  Fieldingowi  będzie

brakowało panny Carol. Była świetną sekretarką.

- Jak długo pracowała u niego?

- Och, prawie siedem lat. A przez pięć lat była sekretarką Fieldinga.

-  Jak  go  poznałem  w  zeszłym  tygodniu,  spojrzał  mi  prosto  w  oczy  i  powiedział:

„Kradniesz mi najlepszą sekretarkę, jaką miałem w całym życiu, młody człowieku, ale Bogu

dziękować, że nie wyjdzie za tego obłudnego policjanta”. Nie miałem zielonego pojęcia, do

czego stary, pije.

Roześmiał się. Vyner odwrócił się i przyjrzał Brentowi.

- Carol nie mówiła ci o swym eks-narzeczonym?

- Mówiła. Ale nie powiedziała, że pracuje w policji kryminalnej.

Ubawiło to Vynera.

- Pewnie pomyślałeś, że stary Fielding plecie głupstwa.

Wjechali  na  rynek.  Po  drugiej  stronie  nad  bramą  w  stylu  georgiańskim,  z  filarami,

prowadzącą  do  starego  zajazdu  i  najlepszego  pubu  w  miasteczku  -  stała  ogromna  rzeźba

przedstawiającą czarnego niedźwiedzia.

- Zdążysz wpaść na jednego? - spytał Vyner. Już skręcił w stronę hotelu.

Brent  popatrzył  na  zegarek.  Przynajmniej  raz  pociąg  przyszedł  punktualnie,  a  u

Fieldinga miał być dopiero przed obiadem.

-  Chyba  tak  -  powiedział.  -  Mogę  się  przespacerować  do  biura  Fieldinga.  To  parę

kroków z pubu „Pod Niedźwiedziem”.

background image

-  Nie  masz,  stary,  zaufania  do  mnie  jako  kierowcy?  Brent  uśmiechnął  się  i  wskazał

głową na temblak.

- Nie przepadam za twoim prowadzeniem nawet jak jesteś w najlepszej formie. Dziś

zanosi się na to, że zrobisz jatki na drodze.

B

iuro  Sama  Fieldinga  nie  uczyniło  żadnych  ustępstw  na  rzecz  współczesnej  mody.

Kiedyś był  to  salon  dużego  domu  we  wczesnym  wiktoriańskim stylu.  Siedząc tutaj Fielding

rozwinął  przedsiębiorstwo,  które  było  jego  własnym  dziełem.  Zaczął  od  niedużej  spółki

inżynierów elektryków i stopniowo poszerzał jej zakres, aż firma „Samuel Fielding Ltd.” stała

się jednym z najbardziej renomowanych dostawców elektronicznych części do samolotów, a

także do zdalnie kierowanych pocisków i rakiet. Ale stare, morrisowskie tapety pozostały na

ś

cianach,  perskie  dywany  nadal  leżały  na  podłodze,  a  biurka  i  krzesła  były  z  ciemnego

mahoniu,  ręcznie  wypolerowanego  i  powleczonego  lakierem.  Tylko  środki  łączności  na

drugim,  olbrzymim  biurku  były  nowoczesne.  Stalowe  szafki  z  kartotekami,  elektryczne

maszyny do pisania i teleksy umieszczone zostały wyłącznie w sekretariacie, oddzielonym od

gabinetu  drzwiami  z  mahoniu.  Pokój  sprawiał,  sympatyczne  wrażenie.  Było  w  nim  wiele

rzeczy, jakie nieczęsto można znaleźć w dyrektorskim gabinecie: torba z kompletem kijów do

golfa,  wilkinsonowski  sekator,  stara  sportowa  marynarka  z  paskiem,  wisząca  na  drzwiach,

kilka  stojaków  z  fajkami,  drewniana,  o  przedziwnym  kształcie  część  rozbitego  statku,

znaleziona dawno gdzieś na brzegu morza, i staroświecki gramofon z korbką i ogromną tubą.

Stary  zegar,  z  niezwykłą  precyzją  odmierzający  czas,  wybił  właśnie  wpół  do

pierwszej, gdy Carol Vyner weszła z sekretariatu. Przyniosła plik listów i położyła na stole.

- To dzisiejsza druga poczta. Nie ma nic takiego, co by nie mogło poczekać.

Sam  Fielding  był  dobrodusznym,  ale  energicznym  mężczyzną,  lat  około

pięćdziesięciu  pięciu,  sprawnym  fizycznie,  muskularnym  -  tylko  posiwiałe  włosy  zdradzały

jego  wiek.  Nos,  złamany  czterdzieści  lat  temu  i  źle  złożony,  nieco  skrzywił  mu  twarz,  na

której wczesne owdowienie też wycisnęło swoje piętno. Fielding podniósł wzrok i spojrzał na

sekretarkę starając się nie myśleć, czym będzie jego życie bez niej. Teraz, kiedy zbliżała się

chwila  jej  odejścia,  boleśnie  odczuwał,  jak  bardzo  był  do  niej  przywiązany.  Może  jedną  z

przyczyn  ich  świetnej  współpracy  było  to,  że  nigdy  nie  tknął  Carol  ani  nie  zdradził  się  z

serdecznych  uczuć,  jakie  żywił  do  niej.  Cieszył  się,  że  nadal  będzie  go  uważała  za  zacnego

protektora,  niemal  ojca,  a  tajemne  tęsknoty  serca  pokrywał  ostentacyjną  żartobliwością  i

pogodą ducha.

background image

- Żebym nie zapomniała - powiedziała Carol. Przechyliła głowę, światło padło na” jej

włosy. - Dziewczyna zrezygnowała z posady u pana. Ta, z którą rozmawiał pan wczoraj.

- Ta z... hm... dużym biustem?

Pytając Sam Fielding odwrócił wzrok od wyraźnie zarysowanych kształtów Carol.

- Jakże się cieszę. Nie zna pisowni i ma okropne maniery.

Carol położyła teczkę na biurku szefa.

-  O  wpół  do  pierwszej  ma  pan  przyjąć  Barbarę  Smith,  a  za  kwadrans  czwarta  -

następną kandydatkę.

Fielding nie otwarł teczki. Patrzył na nią z niesmakiem - nagle odepchnął krzesło od

biurka.

-  Nie  znoszę  ludzi  niepunktualnych.  Minęło  wpół  do  pierwszej.  Zaraz  powinien

przyjść Harry. Na którą godzinę go zaprosiłaś?

Carol podeszła do okna, spojrzała na parking i bramę.

- Powiedziałam, żeby przyszedł po wpół do pierwszej. Pewnie pociąg się spóźnił.

-  Jak  zwykle.  Nawiasem  mówiąc,  nie  zgadniesz,  z  kim  jechałem  do  Londynu  we

wtorek wieczorem.

- Z. kim?

- Twoim eks-narzeczonym.

- Alanem!

- Tak. Jest teraz inspektorem. Alan Milton, inspektor policji.

Nastąpiła  krótka  pauza.  Carol  nie  odwróciła  się  i  dalej  wyglądała  przez  okno.  Może

przykuł jej uwagę widok ciężarówki z napisem na boku: „Samuel Fielding Ltd.”

-  Ostatnio  bardzo  często,  zdaje  się,  jeździ  do  Londynu.  Tydzień  temu  Harry  i  ja

spotkaliśmy go na ulicy w Londynie - powiedziała.

-  Musi  jeździć  do  stolicy,  żeby  się  trochę  rozerwać.  W  Market  Weldon  kawaler  nie

bardzo ma co robić, zwłaszcza jak jest funkcjonariuszem policji.

Fielding podszedł do okna i stanął tuż za Carol. - Wiesz, to bardzo dziwne. Jak byłaś

zaręczona z Miltonem, nie znosiłem go i uważałem za nadętego obłudnika. A teraz... no cóż,

mimo wszystko odnoszę się do niego z pewnym szacunkiem.

- Alan jest taki, że łatwo go nie docenić.

- Mnie się też tak zdaje.

Ktoś mocno zastukał dwa razy do drzwi. Dał się słyszeć głos Brenta:

- Można?

background image

Carol  gwałtownie  się  obejrzała.  Na  widok  wyrazu  jej  twarzy  serce  się  Fieldingowi

ś

cisnęło.  Może  trzeba  było  jego  życiowego  doświadczenia,  by  dostrzec,  jak  słabą  istotą  jest

Carol.

Kiedy  przeszła  koło  niego,  Fielding  pomyślał,  że  mógłby  ofiarować  jej  poczucie

pewności,  zrozumienie,  służyć  mądrą  radą,  być  wytrwale  oddanym,  ale  szukała  i

potrzebowała czego innego. Tego, co mogli jej dać tylko tacy mężczyźni, jak Milton i Brent.

Fieldingowi pozostała jedynie nadzieja, że Brent nie złamie jej serca.

Słyszał, jak młodzi witają się za jego plecami. Pozwolił im, by przez chwilę byli sami,

mogli uśmiechnąć się do siebie, objąć i pocałować. Po czym odwrócił się do nich z szerokim

uśmiechem.

- Dzień dobry, Harry!

-  Dzień  dobry  panu.  -  Harry  ścisnął  wyciągniętą  rękę  Fieldinga.  -  Chyba  nie

przyszedłem za wcześnie?

- Ale skąd! Jak się miewamy?

- Świetnie. A pan?

-  Och...  wciąż  mam  kłopoty  z  sekretarką.  Harry  surowo  spojrzał  na  Carol.

Uśmiechnęła się.

- To nie znaczy, że ze mną, mój drogi.

-  Dobrze  zrozumiałem.  Fielding  już  szedł  do  drzwi  prowadzących  do  sali

konferencyjnej.

- Chodźcie, napijemy się. A potem wyskoczymy coś przegryźć. Zamówiłem stolik w

nowej restauracji, „Grandzie”.

- Proszę nie zapominać, że ma pan przyjąć Barbarę Smith. Ten sygnał chyba znaczy,

ż

e już jest.

Rzeczywiście dał się słyszeć dzwonek.

-  O,  Boże  drogi.  Zupełnie  zapomniałem  o  niej.  Carol  szybko  podeszła  do  biurka  i

przycisnęła palcem przełącznik na konsolecie.

- Słucham?... Tak. Zaczekaj, Gladys. - Podniosła wzrok na Fieldinga. - Jest. Odłożyć

czy pan przyjmie ją teraz?

- Pomówię z nią - zdecydował Fielding. - Niech ją Gladys tu przyśle.

Carol cicho powiedziała parę słów do mikrofonu. Fielding wrócił za biurko.

-  Weź  Harry’ego  do  sali  konferencyjnej,  daj  mu  kieliszek  sherry  lub  czego  będzie

chciał. Postaram się przyjść do was jak najprędzej.

background image

-  Ta  dziewczyna  ma  bardzo  dobre  referencje  -  powiedziała  Carol.  W  jej  glosie

zabrzmiała  nuta  wymówki.  -  Przez  telefon  zrobiła  wrażenie  miłej  i  spokojnej  osoby,  więc

proszę nie...

- Nie co?

Fielding zza biurka niewinnie spojrzał w oczy swej sekretarce.

- Niech pan jej nie zahuka. Jest pewnie cała w nerwach, więc... niech się pan postara

być miły dla niej.

- Co to ma znaczyć: „niech się pan postara”? Jestem miły. Jestem miły dla wszystkich.

Prawda, Harry?

Brent, nieco zażenowany, roześmiał się.

- Ba, właśnie zaprosił mnie pan na obiad.

Druga  sekretarka,  o  cerze  nie  najgładszej,  zastukała  do  drzwi,  otworzyła  je  i

wprowadziła  kandydatkę  na  następczynię  Carol.  Kandydatka  zrobiła  cztery  kroki  i  stanęła

wyprostowana. Spoglądała to na Brenta, to na Fieldinga. Torebkę przewiesiła przez ramię, a

w ręce trzymała złożony magazyn. Ale gdzieś między stacją a biurem Fieldinga rozstała się

ze swym cennym bukietem.

-  O,  witam -  przerwał ciszę  Brent.  Dziewczyna  na znak, że go  poznała, uśmiechnęła

się słabo, niemal niedostrzegalnie.

- Spotkaliśmy się w pociągu - wyjaśnił Harry trochę zdziwionej Carol.

Sam Fielding chrząknął.

- Jestem Sam Fielding. To moja sekretarka, panna Vyner. I jej narzeczony, pan Brent.

Barbara  Smith  sztywno  skinęła  głową.  Jej  milczenie  nie  sprawiało  wrażenia,  że

wynika  ze  zdenerwowania.  Wydawało  się,  że  w  jakiś  dziwny  sposób  wykonuje  ruchy  wiele

razy wyćwiczone przedtem.

Carol przysunęła krzesło przed biurko, a Fielding wskazał na nie okrągłym gestem.

- Niechże pani siądzie - powiedział. - Dziękuję.

- W teczce znajdzie pan wszystkie dane pani, włącznie z jej listem - wyjaśniła Carol.

Podsunęła  nieco  bliżej  teczkę  szefowi,  który  przybrał  oficjalną,  trochę  nadętą  minę.

Skinęła kandydatce głową i uśmiechnęła się do niej zachęcająco. Poprowadziła Brenta do sali

konferencyjnej.

Fielding  otworzył  teczkę  i  przeglądał  napisane  na  maszynie  dokumenty.  Znów

chrząknął.

- Widzę, że pracowała pani w branży narzędzi mechanicznych.

- Tak. W firmie „MacDowell i Spółka” - cicho odpowiedziała dziewczyna.

background image

- Świetna firma. Jak długo pani tam pracowała?

- Około trzech lat.

- W Londynie?

- W Londynie i Coventry.

-  I  co  pani  -  konkretnie  robiła?  -  Starał  się  przybrać  ton  przyjazny  i  miły,  żeby

dziewczyna nabrała pewności siebie.

- Zaczęłam jako stenografka w Coventry, ale po trzech miesiącach zostałam sekretarką

pana George’a Bootha. Był kierownikiem biura kadr.

-  Znam  George’a  Bootha!  -  zawołał  Fielding.  -  Grywaliśmy  razem  w  golfa.  Taki

nieduży facet z wąsem jak szczotka do zębów.

- Właśnie.

- W golfa gra beznadziejnie. Ryje darń i zostawia dołki.

- Na ten temat nic nie mogłabym powiedzieć.

- Naturalnie. - Fielding westchnął. Humor mu się trochę popsuł. - Zechce pani nieco

więcej powiedzieć mi o sobie.

- Potem pracowałam w firmie maklerskiej „Hadley and Salter”. Na Fenchurch Street

w Londynie. - Telefon na biurku Fieldinga zadzwonił. - Nie bardzo mi się tara podobało, bo

przywykłam do zupełnie innej pracy...

Przerwała,  popatrzyła  na  telefon.  Fielding,  zniecierpliwiony,  zmarszczył  czoło  i

podniósł słuchawkę.

-  Przepraszam  panią...  Tak?...  Aha.  Będę  z  nim  mówił.  Proszę  połączyć.  -  Podniósł

wzrok  na  Barbarę  Smith.  -  Przepraszam,  to  krótka  sprawa.  Halo?  Fred?  Mówi  Sam...  Tak.

Wysłaliśmy  kosztorys.  Powinieneś  dostać  jutro  rano...  -  Posłuchał  i  roześmiał  się.  -  Jeśli,

chcesz wiedzieć, co  o  tym  myślę,  jest  to  diabelnie  trudna  rzecz. Pojęcia nie mam,  jak  damy

radę zrobić za taką cenę... Dobra, zadzwoń, jak rzucisz okiem na kosztorys... Tak, pracuję w

sobotę rano, powinieneś wiedzieć o tym... Nie, tego nie rób, zadzwoń... Ja też jestem dobrej

myśli, a jakże. Dziękuję ci, żeś zadzwonił.

Gdy - położył słuchawkę, jeszcze cicho się śmiał. Podniósł wzrok, chciał ją przeprosić

- słowa zamarły inu na ustach. Barbara Smith stała naprzeciw niego po drugiej stronie biurka.

Beznamiętny,  apatyczny  wyraz  jej  twarzy  nie  zmienił  się.  Nie  było  na  niej  śladu  gniewu,

zaciekłości  czy  podniecenia.  Trzymała  w  prawej  ręce  mały  pistolet  automatyczny  wyjęty  z

torebki, która leżała na krześle za nią. Lufa wycelowana była prosto w serce Fieldinga. Ręka

jej nie zadrżała, a spojrzenie szaroniebieskich oczu pozostało bez wyrazu.

background image

Sala  konferencyjna  z  dębową  boazerią  stanowiła  chlubę  biura  Fieldinga.  Stoły,

krzesła,  bufet,  szafka  i  kredens  w  rogu  były  autentycznymi  antykami  z  okresu  Regencji.

Jedynym  ustępstwem  na  rzecz  nowoczesności  był  barek  ukryty  za  częścią  boazerii  na

zawiasach  -  W  sali  tej  odbywały  się  nie  tylko  zebrania  zarządu  spółki,  ale  i  prywatne

przyjęcia.  Podejmowano  tu  ważnych  klientów  firmy  i  osoby  zwiedzające  fabrykę,  a  także

urządzano czasem koktajle.

Carol  nalała  sobie  sherry?  patrzyła,  jak  Harry  miesza  w  szklance  gin  z  wermutem

wokół kostki lodu.

-  Kłopot  jest  oczywiście  z  łazienką  -  powiedział  Harry.  -  Ale  jak  się  wprowadzimy,

pogadam z właścicielem domu i zobaczymy co się da zrobić.

-  Wszystko  to  zapowiada  się  wspaniale  -  oczy  Carol  się  roziskrzyły.  -  Jakim  cudem

dowiedziałeś się o tym mieszkaniu?

- Pamiętasz mieszkanie przy Finchley Road? Właścicielka, starsza pani, bez przerwy

znikała i nie wiadomo było gdzie jej szukać.

Carol roześmiała się.

-  Tak.  Była,  zdaje  się,  taktowną  osobą.  Zostawiała  nas  samych,  byśmy  mogli

nasiąknąć atmosferą jej suteryny.

- Otóż, kiedy zadzwoniłem do niej, by powiedzieć, że jej mieszkanie jest urzekające,

ale po głębszym namyśle...

Nagle urwał. Chociaż przygłuszony przez masywne drzwi do gabinetu Fieldinga, huk

strzału dał się wyraźnie słyszeć.

- To był strzał!

Postawił  szklankę  z  głośnym  stuknięciem  i  skoczył  do  drzwi.  Otworzył  je,  Carol

biegła  za  nim.  Stanęli  oboje  w  progu,  porażeni  groteskowym  widokiem  za  biurkiem.  Kula

przebiła  Fieldingowi  serce  w  chwili,  gdy  chciał  wstać,  i  odrzuciła  go  na  krzesło.  Siedział  z

głową przechyloną w tył, otwartymi ustami i wyrazem osłupiania w wybałuszonych oczach.

Gdy drzwi się otworzyły, dziewczyna właśnie odwracała się od biurka. W ręce wciąż ściskała

pistolet,  z  lufy  wiła  się  w  górę  wstążka  dymu.  Wyraz  jej  twarzy  się  nie  zmienił,  był  nadal

chłodny,  niemal  obojętny.  Odwróciła  się  gwałtownie  do  Harry’ego  i  „Carol,  teraz  lufa

pistoletu była zwrócona w ich stronę.

- Nie ruszaj się - Brent ostrzegł Carol.

Wolno,  ostrożnie  zbliżał  się  do  dziewczyny.  Patrzyła  na  niego  bez  zdziwienia  lub

strachu. Parę kroków przed nią Brent stanął i wyciągnął rękę.

background image

- Lepiej będzie, jak pani odda mi broń. Spojrzała na pistolet, jakby dopiero teraz zdała

sobie sprawę, że celuje do nich. Wyciągnęła rękę z pistoletom, podszedł i ostrożnie odebrał.

-  Carol,  zadzwoń  po  doktora  -  powiedział  przez  ramię  -  chociaż  na  niewiele  już  się

przyda.

K

omenda  policji  w  Market  Weldon  mieściła  się  w  nowym  budynku  z  cegły,

otoczonym niedużymi trawnikami.; Był to dobry punkt - blisko supermarketu i kina „Odeon”.

W środku unosił się dobrze znany zapach stęchłego, dymu po papierosach, lekko zaprawiony

aromatem  środków  odkażających.  Gabinet  inspektora  Alana  Miltona  znajdował  się  na

pierwszym  piętrze.  Z  okna  widać  było  główną  ulicę  i  parking,  na  którym  stało  pół  tuzina

wozów  policyjnych.  Milton  był  mężczyzną  po  trzydziestce,  poważnym,  o  wyobraźni  nieco

przyciężkiej,  ale  przystojnym  -  na  miarę,  przeciętnych  wymagań.  Niezbyt,  chętnie  się

uśmiechał  lub  odprężał.  Umysł  miał  schludny  i  metodyczny.  W  gabinecie  utrzymywał

pedantyczny porządek. Biurko nie było zarzucone luźnymi papierami, akta układał w równe

stosy i zabezpieczał je zdobnymi przyciskami...

- Jesteś tego absolutnie pewny? - spytał zza biurka Milton.

- Absolutnie.

- Z kim rozmawiałeś u MacDowella?

- Mówiłem z sekretarzem firmy, a on przełączył mnie na George’a Bootha.

Milton zastukał palcem w teczkę na biurku z aktami Barbary Smith.

- U Bootha rzekomo pracowała.

Sierżant Roy Phillips potrząsnął głową. Był starszy od inspektora, miał skłonność do

otyłości,  łysiał  na  środku  głowy.  Parę  lat  temu  przy  podnoszeniu  samochodu,  pod  którym

leżał ranny w wypadku kierowca, dostał ruptury i od tego czasu zrobił się ociężały.

- W życiu nie słyszał o niej. Dokładnie im opisałem tę dziewczynę. Booth zadzwonił

do  mnie  jakieś  pół  godziny  temu.  On  i  sekretarz  są  pewni,  że  nigdy  nie  pracowała  u

MacDowella.

- A maklerzy - jakże im? „Hadley and Salter”?

- Dokładnie to samo. Nigdy o niej nie słyszeli. - Phillips pulchnym palcem wskazał na

teczkę.  -  List,  jaki  napisała  do  Fieldinga,  to  stek  kłamstw.  Założę  się,  że  sama  sfałszowała

referencje i poprosiła swych kumpli, by je podpisali.

Milton otwarł teczkę i wyjął podanie Barbary Smith o przyjęcie do pracy.

background image

-  Ten  list  jest  napisany  na  hotelowym  papierze  listowym.  Naturalnie  sprawdziłaś  w

hotelu.

- Hotel „Clifton”, przy Southampton Row - oznajmił Phillips, by wykazać, że pamięta

nazwę hotelu. - Przybyła tam we wtorek, a wyprowadziła się dziś rano. Jako swój stały adres

podała... - zerknął do notesu - 34 Genoa Mansions, Kensington.

- Jest tam znana?

- Czy pan inspektor słyszał kiedy o takiej ulicy w Londynie?

- Nie. Ale to jeszcze nie znaczy...

- Ja też nie słyszałem. I nikt nie słyszał.

Milton  ze  złością  odsunął  krzesło  od  biurka.  „Pan  inspektor”  w  ustach  Phillipsa

zirytował go nie mniej niż kłamstwa Barbary Smith. W ten sposób Phillips przypominał mu,

ż

e dłużej od niego służy w policji.

-  W  co  się,  do  licha  ciężkiego,  bawiła  ta  dziewczyna?  Zatrzymuje  się  w  londyńskim

hotelu, podaje fałszywy adres i najprawdopodobniej zmyślone nazwisko. - Podszedł do okna i

wrócił  nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  dzwoni  telefon.  -  Potem  składa  podanie  o  pracę  w

Market  Weldon,  wsiada  rano  do  pociągu...  -  Mrucząc  podniósł  słuchawkę  i  warknął:  -

Słucham?...  Przy  telefonie.  Kto?...  Aa,  przepraszam,  panie  nadinspektorze.  Nie  poznałem

pańskiego głosu.

Phillips odwrócił się, by ukryć uśmieszek. Nagła zmiana tonu Miltona pobudziła jego

dość wątpliwe poczucie humoru.

-  Tak,  staramy  się,  panie  nadinspektorze.  Jak  tylko  można...  Ale  odmawia  zeznań...

ani słowa nie chce powiedzieć... - Milton odsunął słuchawkę od ucha i czekał cierpliwie, żeby

dojść do głosu. - Panie nadinspektorze, spędziłem z nią czterdzieści minut, a doktor Clayton

godzinę starał się nakłonić ją... Ale nie wiemy, kim ona jest, o to chodzi... Tak, naturalnie...

Oczywiście, panie nadinspektorze... Postaramy się... Dziękuję.

Ostatnie  słowa  Milton  wypowiedział  tonem  wyrażającym  głęboką  wdzięczność  i

szacunek” ale gdy położył słuchawkę, zgrzytał zębami.

- Jakim cudem ten człowiek mógł zostać... Tak, o co chodzi?

Tomlins,  urzędnik policyjny w  mundurze, wszedł  do pokoju  i  zamrugał  oczami,  nim

odpowiedział na pytanie rzucone opryskliwym tonem.

- Gibson prosił powiedzieć panu, że samochód czeka. Pański telefon był zajęty.

Milton wyprostował zaciśnięte ręce i próbował się uspokoić.

- Dobrze. Już jadę.

Podszedł do szafy w rogu, wziął płaszcz i kapelusz.

background image

- Czy możemy teraz sporządzić listę? - spytał Tomlins.

-  Tak.  Sierżant  Phillips  pomoże  panu.  Proszę  napisać  na  maszynie  w  sześciu

egzemplarzach. Nadinspektor pewnie będzie chciał dostać cztery.

- Tak jest, panie inspektorze.

Phillips  siadł  za  biurkiem  Miltona  i  położył  przed  sobą  torebkę  Barbary  Smith.

Tomlins przysunął krzesło, usiadł z boku biurka, otworzył notes i nacisnął długopis.

-  Wrócę  za  godzinę  -  wychodząc  powiedział  Milton.  Phillips  skinął  głową.  Sapiąc

otworzył  torebkę  i  starannie  wysypał  na  biurko  jej  zawartość:  puderniczkę,  portmonetkę  z

krokodylej  skóry,  kredkę  do  ust,  dwa  klucze  na  kółku,  yale  i  do  samochodu,  koronkową

chusteczkę, paczkę papierosów.

- Takich fajek jeszcze nie widziałem.

- Francuskie - wyjaśnił Phillips.

Obmacał torebkę w środku, by sprawdzić, czy niczego w niej nie zostawił. Wyciągnął

rękę. Trzymał w niej trochę pognieciony bilet do teatru. Wygładził go na suszce.

- Teatr w Dalesbury. Sobota, 14 listopada, Rząd D, numer miejsca 4.

Spojrzał na Tomlinsa.

- 14 listopada To w przyszłym tygodniu, prawda?

- Dziś jest szóstego. Tak, w przyszłym tygodniu.

- No to jedno miejsce w teatrze będzie puste - z przekonaniem oświadczył Phillips. -

Dobra. Weźmy się do tej listy. Paczka gauloise’ów.

- Goluazów - powtórzył Tomlins. - Jak się to pisze?

- G-a-u-l-o-i-s-e-ó-w.

Zaczekał, aż Tomlins wypisze dokładnie.

-  Portmonetka  z  krokodylej  skóry.  Zawartość:  trzy  banknoty  pięciofuntowe,  jeden

banknot  -  dziesięć  szylingów.  Kwit  z  hotelu  „Clifton”  na  osiem  funtów,  osiemnaście

szylingów, dziewięć pensów.

Z  parkingu  na  dole  słychać  było,  jak  Milton  zapala  motor  i  odjeżdża.  Tomlins  pisał

dalej czysto, kaligraficznie.

F

arma  w  Becklehurst  znajdowała  się  w  odległości  pięciu  mil  od.  Market  Weldon.

Sam  dom  był  piękną  budowlą  w  stylu  georgiańskim  z  szarego  kamienia,  który  wyblakł  i

nabrał  z  czasem  miłego  dla  oka  koloru.  Dom  został  zaprojektowany  dla  obywatela

ziemskiego,  pokoje  miały  szlachetne  proporcje,  drzwi  i  okna  były  wdzięczne,  trawniki

background image

starannie  zaplanowane.  Eryk  Vyner  miał  nosa  do  interesów  i  umeblował  dom  pięknymi

antykami, zanim ceny nabrały zawrotnego tempa. Obliczał, że ta inwestycja już kilkakrotnie

zwiększyła swą wartość. W salonie były wysokie okna, kasetonowy sufit, wzdłuż ścian biegł

gzyms ozdobiony meandrem, a kominek mógłby zaprojektować sam Robert Adam.

Carol  leżała  na  kanapie,  bardzo  blada  i  załamana.  Ilekroć  uznała  to  za  wygodne,

skwapliwie zamykała oczy i z satysfakcją podtrzymywała wrażenie, że jest istotą zbyt kruchą,

by wiele mówić lub cokolwiek robić. Odgrywała główną rolę w scenie pełnej emocjonalnego

napięcia.  Była  jedyną  kobietą  w  pokoju,  w  którym  znajdowało  się  trzech  mężczyzn.  Z

każdym z nich była blisko, ale zupełnie inaczej, związana.

Eryk  Vyner,  jej  brat,  osunął  się  w  fotelu  i  ssał  fajkę,  która  dawno  zgasła.  Przybrał

zaczepno-obronną  postawę  starszego  brata,  osłaniającego  piękną  i  nieodporną  na  ciosy

siostrę.  Harry  Brent  siedział  na  kanapie  przy  Carol  i  trzymał  ją  za  rękę.  Minę  miał  pewną  i

władczą,  jak  przystało  przyszłemu  mężowi.  Alan  Milton  stał  przed  kominkiem  starając  się

podkreślić  swą  rezerwę,  że  jest  tutaj  nie  jako  były  narzeczony  Carol,  tylko  jako

funkcjonariusz policji.

- Carol, wiem jak ciężko to przeżywasz. Ale musisz wziąć się w garść i pomóc mi. -

Podszedł  do  kanapy  i  spojrzał  z  góry  na  Carol.  -  Musisz  dokładnie  mi  opowiedzieć,  jak  to

było. Zacznij od początku i nie śpiesz się.

Harry Brent zmierzył Miltona wzrokiem. Zirytowała go skrupulatność i wyraźny brak

ż

yczliwości policjanta.

-  Ależ  ona  nie  wie,  co  się  stało.  Kiedy  padły  strzały,  była  ze  mną,  w  sali

konferencyjnej.

- Wziąłem - to pod uwagę, proszę pana. Niemniej chciałbym usłyszeć relację Carol.

Carol oparła się na łokciu i otarła oczy chusteczką.

- Jak powiedziałam Fieldingowi, że chcę zrezygnować z pracy, bo wychodzę za mąż,

polecił  mi  dać  ogłoszenie  do  „Timesa”.  W  środę  rano  otrzymaliśmy  list  od  tej  dziewczyny,

Barbary  Smith. Tego  samego  dnia  po  południu  zadzwoniła  do mnie  i spytała,  czy przyszedł

list. Umówiłam ją z Fieldingiem na piątek, to znaczy dziś, o wpół do pierwszej.

- Skąd dzwoniła?

- Z Londynu chyba. Nie jestem tego pewna. Milton skinął głową.

-  Jak  powiedziałaś  Fieldingowi  o  tej  wizycie,  czy  nie  odniosłaś  wrażenia,  że  zna

Barbarę Smith? Ze poznał ją przedtem?

background image

- Nie, na pewno jej nie znał! - Stanowczo potrząsnęła głową, usiadła. - Nie mam co do

tego  najmniejszej  wątpliwości!  -  odwróciła  się  do  Harry  ego.  -  Widziałeś,  jak  weszła  do

gabinetu. Czy odniosłeś wrażenie, że zna Fieldinga?

- Nic na to nie wskazywało.

- Nigdy przedtem nie widział tej ohydnej dziewczyny. Jestem tego absolutnie pewna.

Znów była bliska płaczu. Cień troski pojawił się na twarzy Miltona.

- No dobrze, Carol. Wierzę ci - powiedział łagodnym tonem.

Brent wstał i podszedł do szeratońskiego stolika we wnęce okna.

- Jeśli chodzi o ścisłość - powiedział - ja widziałem tę dziewczynę przedtem.

Milton z zaciekawieniem wpatrzył się w tył głowy Brenta. Eryk Vyner wyjął fajkę z

ust i wyprostował się w fotelu.

- Ty? - spytał Eryk.

- Tak. - Brent odwrócił się do inspektora. - Jechała ze mną pociągiem. W tym samym

przedziale, siedziała naprzeciw mnie.

Milton spojrzał na Carol, potem Vynera i znów na Brenta.

- Rozmawiał pan z nią?

-  Ona  się  do  mnie  odezwała.  Trzymała  w  ręce  kwiaty  i  nie  mogła  otworzyć  drzwi  z

korytarza. Otwarłem, podziękowała.

- I to wszystko?

- Tak. Aha - spytała, czy ten pociąg idzie do Market Weldon. Odpowiedziałem, że tak.

- Czy widział pan tę dziewczynę przedtem - to znaczy, zanim wsiadła do pociągu?

- Nie, nigdy.

- Jest pan tego pewny?

- Tak, absolutnie.

Carol  bacznie  obserwowała  twarz  Harry’ego.  Doznała  wyraźnej  ulgi,  gdy

uspokajająco uśmiechnął się do niej. Milton znów stanął na dywanie przed kominkiem.

-  Muszę  powiedzieć,  że  niewiele  nam  to  wyjaśniło.  Rozmawialiśmy  z  wszystkimi  w

biurze,  odwiedziliśmy  panią  Green,  gospodynię  Fieldinga,  skontaktowaliśmy  się  z  jego

klubem.  Sprawdziliśmy  złożone  przez  nią  referencje  i  jesteśmy  przekonani,  że  zostały

sfałszowane. Nawet adres, jaki podała w recepcji hotelu, jest zmyślony. Nie możemy znaleźć

nikogo, kto by coś o niej wiedział.

Eryk podniósł się z fotela, zrobił parę kroków i wysypał popiół z fajki do kominka.

- A czegoś od niej się dowiedział? - zapytał.

background image

-  Nie  chce  mówić.  Nie  powie  ani  słowa.  Na  to  nie  ma  rady.  Po  prostu  nic  z  niej  nie

możemy wydobyć.

- Czy wygląda na załamaną? - spytał Harry.

- Trudno powiedzieć, skoro nic nie mówi. Nie wydaje mi się, żeby była załamana. Jest

raczej niespokojna.

- Czy rzeczywiście nazywa się Barbara Smith? - spytał Eryk.

Milton wzruszył ramionami.

- Tyle wiem, co ty.

Harry wyjął papierosa i zapalił zapalniczką.

- Interesuje mnie sprawa czasu. Pociąg przyszedł o wpół do dwunastej, może minutę

wcześniej lub później. Od razu złapała taksówkę. Ale u Fieldinga zjawiła się dopiero o wpół

do  pierwszej.  Eryk  czekał  na  mnie,  zdążyliśmy  wypić  parę  szklaneczek  i  pogadać,  a  jednak

byłem przed nią w biurze Fieldinga.

- Słuszna uwaga - przyznał Milton. - Ale pojechała taksówką nie do Fieldinga, tylko

na Halford Bridge.

- Halford Bridge? - powtórzył Eryk. - To jest na drugim końcu miasta.

- Właśnie. Kiedy dojechali do mostu, zapłaciła i zwolniła taksówkę.

- Która to była godzina?

- Mniej więcej za kwadrans dwunasta. Dwadzieścia pięć minut później widziano ją na

High Street. Zatrzymała taksówkę i pojechała do Fieldinga.

-  Zasadnicze  pytanie  brzmi  zatem  tak:  co  robiła  między  za  kwadrans  dwunasta  a

dziesięć po dwunastej? - spytał Brent.

- Niewątpliwie odwiedziła kogoś.

- Ale skąd o tym wiesz? - wtrącił się Vyner.

-  Miała  kwiaty,  jak  wyszła  z  pociągu,  i  miała  je,  jak  wysiadła  z  pierwszej  taksówki.

Była  bez  „kwiatów,  gdy  zatrzymała  drugą  taksówkę,  na  High  Street.  Obaj  kierowcy

doskonalę to pamiętają.

- A więc dała komuś te kwiaty?

- Tak. Zasadnicze pytanie brzmi zatem: komu? Komu dała kwiaty?

Carol  spuściła  nogi  na  podłogę  i  z  zainteresowaniem  przysłuchiwała  się  rozmowie.

Kolory wracały jej na policzki. Zwróciła się do Miltona:

- Czy niedaleko Halford Bridge jest jakiś szpital lub prywatna klinika?

Inspektor uśmiechnął się do eks-narzeczonej.

- Nie, Carol. Myśleliśmy o tym. Nie ma.

background image

Eryk  Vyner  przyjrzał  się  pustej  fajce  i  włożył  ją  do  workowatej  kieszeni  tweedowej

marynarki.

- Ale jest tam cmentarz - powiedział.

- Cmentarz?

W  głosie  Miltona  zabrzmiała  nuta  nie  tyle  zdziwienia,  co  konsternacji.  Uprzytomnił

sobie,  że  nawet  on  mógł  przeoczyć  fakt  rzucający  się  w  oczy.  Teraz  Vyner  trochę  się

zmieszał.

-  Tak  -  powiedział.  -  Przy  kościele  Marii  Panny.  Właśnie  mi  to  przyszło  do  głowy  -

tłumaczył  się.  -  Wiesz,  kwiaty  -  cmentarz.  Nie  więcej  jak  pięć  minut  piechotą  od  Halford

Bridge.

H

alford  Bridge  było  małą  wsią,  którą  wchłonęło  żywiołowo  rozrastające  się  Market

Weldon. Iglica wieży kościoła Marii Panny posłużyła policyjnemu kierowcy za niezawodny

znak  orientacyjny.  Podjechał  krótką  uliczką  i  zaparkował  jaguara  na  wysypanym  żwirem

miejscu  przed  bramą  kościoła.  Kościół  Marii  Panny,  z  nawą  z  trzynastego  wieku,  stanowił

cenny zabytek, a grób słynnego miejscowego poety ściągał liczne rzesze turystów. Tuż obok

bramy  kościoła  parafia  zbudowała  domek  dozorcy.  Jego  mieszkaniec  pełnił  funkcje  stróża,

zarządcy cmentarza i przewodnika.

Kiedy wóz policyjny zatrzymał się ze zgrzytem hamulców i Milton wysiadł, Bernard

Wedgewood  właśnie  wy-;  chodził  ze  swego  domku  trzymając  w  ręce  wieniec.  Przystanął  i

podejrzliwie  patrzył  na  idącego  w  jego  stronę  funkcjonariusza  policji.  Miał  pod

sześćdziesiątkę.  Niskiego  wzrostu,  przygarbiony,  o  zapadniętych  oczach,  krótkowidz,  z

chronicznym kaszlem. Podwinięte rękawy odsłaniały tatuaże na obu rękach.

- Pan Wedgewood? - uprzejmie spytał Milton.

- Aha.

- Jestem inspektor Milton. Czy mógłbym zamienić z panem parę słów?

- A o co chodzi?

-  Prowadzę  dochodzenie  w  sprawie  niejakiej  Barbary.  Smith.  Być  może  odwiedziła

ten cmentarz dzisiaj między jedenastą czterdzieści pięć a dwunastą.

-  Hm...  jeżeli  tu  była,  musiałem  ją  widzieć  -  oświadczył  Wedgewood  z  nutą

usprawiedliwienia. - Nikt nie wejdzie ani nie wyjdzie stąd bez mojej wiedzy.

background image

-  To  dobrze.  Czy  pamięta  pan  dość  ładną  dziewczynę  lat  około  dwudziestu  pięciu?

Brunetka.  Raczej  wysoka.  Miała  na  sobie  brązowy  kostium,  pantofle  i  torebkę  z  krokodylej

skóry. W ręce trzymała magazyn i kwiaty..

-  Kalie  -  poprawił  Wedgewood  -  a  do  tego  parę  irysów  i  prymulek,  wszystko

przybrane liśćmi cyprysu.

- Pamięta ją pan?

- A jakże! Przyszła chyba za pięć dwunasta. Pytała o jeden grób. Chciała położyć na

nim kwiaty.

- I znalazła ten grób?

- Sam ją zaprowadziłem.

Z dziedzińca kościelnego wyszła przez furtkę grupa zwiedzających. Zachowywali się

cicho,  z  szacunkiem  i  trwożnie  spoglądali  w  stronę  Wedgewooda,  który  umiał  zaszczepić

turystom bojaźń bożą.

- Czy zechciałby pan zaprowadzić mnie do tego grobu? - spytał Milton.

- Z przyjemnością - odparł Wedgewood i lekko zakaszlał.

Schylił  się,  by  starannie  oprzeć  wieniec  o  ścianę  domku,  po  czym  poprowadził

Miltona  do  bramy  cmentarza.  Milton  dał  znak  kierowcy,  żeby  zaczekał,  i  poszedł  za

przewodnikiem podrygującym na sztywnych, artretycznych nogach. Dobrze rozsadzone cisy

ocieniały kościelny dziedziniec, wysokie wiązy zdawały się wspierać stare mury kościoła. Na

cmentarzu groby utrzymane były we wzorowym porządku, a ścieżki starannie wypielone. Tu i

ówdzie  przystanęły  gromadki  zwiedzających,  by  w  zmierzchu  dnia  rozejrzeć  się  z  ową

zadumą, jaka w tego rodzaju miejscach pojawia się na twarzach wszystkich, wyjąwszy ludzi

zupełnie niewrażliwych. Milton, nie wiedząc dlaczego, zdjął kapelusz.

Wedgewood  przystanął  przed  grobem  wyróżniającym  się  płytą  nagrobkową  dość

ś

wieżej  daty.  Milton  stanął  obok  Wedgewooda  i  obaj  wpatrzyli  się  w  przystrzyżoną  darń

pokrywającą miejsce, które mogło pomieścić dwie trumny.

-  Poprosiła  mnie  o  wazon  na  kwiaty  -  wyjaśnił  Wedgewood  wskazując  na  świeży

bukiet stojący na środku płyty w wazonie. - Powiedziała, że chce, aby kwiaty postały świeże

przez parę dni.

Miltona  interesowały  nie  tyle  kwiaty,  co  napis  wyryty  czarnymi  literami  na  szarym

marmurze.

Nieodżałowanej pamięci

background image

DAWIDA i FREDY BRENTÓW zmarłych 19 marca 1964 roku w wieku lat 52 i

49.

NAWET ŚMIERĆ ICH NIE ROZDZIELIŁA.

P

óźnym  popołudniem  następnego  dnia  Milton  pojechał  samochodem  do  farmy  w

Becklehurst.  Nie  zadzwoni  i  w  ogóle  nie  rozmawiał  z  Carol,  Erykiem  i  Brentem  od

poprzedniego  dnia.  Miał  swoje  powody,  dla  których  nie  chciał  nikogo  uprzedzać  o  tej

wizycie.

Była  sobota,  Milton  więc  nie  wezwał  wozu  policyjnego,  lecz  przyjechał  własnym

austin  mini.  Humbera  Eryka  nie  było  na  zwykłym  miejscu  przed  drzwiami  domu.  Milton

zaparkował samochód pod olbrzymim bukiem rosnącym tuż przy wykutej z żelaza bramie w

starym  ceglanym  murze.  W  głębi,  po  lewej  stronie  obszernego  podwórza,  które  dzieliło

georgiański  front  domu  od  muru,  stały  budynki  gospodarcze,  a  wśród  nich  garaż  na  dwa

samochody i stara drewniana stodoła wymalowana na matowo-czarno, a nad nią wznosił się

gołębnik. Przy otwartej bramie stodoły stał traktor.

Milton cicho zamknął drzwi samochodu i poszedł w stronę domu. Wieczór był cichy,

Milton  słyszał  tylko  ptasi  chór  z  drzew  nad  głową.  Żwir  chrzęścił  pod  nogami.  Milton  nie

mógł  się  oprzeć  wrażeniu,  że  ktoś  go  obserwuje,  może  z  domu,  może  zza  gęstych  krzaków

albo  z  ciemnych  bram  budynków  gospodarczych.  Otworzyła  mu  drzwi  Olive,  gospodyni

Eryka  Vynera,  osoba  pogodnego  usposobienia,  o  macierzyńskim  wyglądzie,  przystojna,  po

sześćdziesiątce.  Powiedziała,  że  pan  Vyner  pojechał  z  siostrą  do  domu  Fieldinga  zobaczyć,

czy pani Green dobrze się czuje.

- Nie będą tam długo. Może zaczeka pan w salonie? Przyniosę panu filiżankę herbaty.

Zaraz będzie.

- Nie, dziękuję, Olive. Przed chwilą piłem herbatę w biurze. Jak się ma Carol?

Olive  poprowadziła  go  przez  hall  do  salonu.  Po  drodze  skonfiskowała  celofanowe

opakowanie papierosów, które ktoś rzucił na świeżo wypolerowany stół.

- Czuje się trochę lepiej, ale noc miała okropną. Oka nie zmrużyła.

- Pan Brent jest jeszcze tutaj?

- O, tak. Jeszcze jest.

Przeszyła  Miltona  spojrzeniem.  Była  jedną  z  niewielu  osób,  które  uważały,  że  Carol

lepiej by zrobiła, gdyby się trzymała pierwszego narzeczonego.

- Pan Brent bardzo się stara. On nie ukrywa, że martwi się o Carol.

background image

Milton przyjął to jako wymówkę i dobrą radę. - Ale już jest za późno - pomyślał stojąc

przy oknie i patrząc na wolno ciemniejące niebo. Wspominał liczne drobne epizody z owych

dni, kiedy on i Carol uważali, że ich miłość będzie trwać wiecznie.

Po  kwadransie  zajechał  humber  combi.  Prowadził  Brent,  na  miejscu  obok  kierowcy

siedział Vyner, a Carol wcisnęła się między nich. Milton trochę się cofnął od okna i patrzył,

jak  Eryk  i  Carol  wysiadają.  Eryk  miał  jeszcze  rękę  na  temblaku.  Odbyli  krótką  rozmowę  -

Milton domyślił się, że Brent podjął się odstawić wóz do garażu.

Gdy Eryk i Carol weszli do pokoju, stał przed kominkiem.

- Cześć, stary! - przywitał go Eryk. - Długo czekałeś?

- Skąd, parę minut. Dobry wieczór, Carol, mam nadzieję, że lepiej się czujesz.

- Tak, dziękuję - lekko się zarumieniła. Nie znosiła zwyczaju Alana zwracania się do

niej  z  pełną  szacunku  uprzejmością.  Chcąc  pokryć  zmieszanie  szybko  wyjaśniła:  -  Właśnie

byliśmy w domu Fieldinga. Odwiedziliśmy jego gospodynię, panią Green.

- Wiem. Mówiła mi wasza gosposia. Wczoraj też wpadłem na chwilę do pani Green.

-  Osobiście  za  nią  nie  przepadam,  ale  muszę  przyznać,  że  bardzo  dobrze  wszystko

zniosła. Lepiej niż ja.

- Może nie była tak przywiązana do Fieldinga jaki ty - powiedział cicho Milton.

Podszedł i pomógł jej zdjąć płaszcz.

- Olive nie zapytała, czy byś się czegoś napił? - nagle spytał Vyner mierząc Miltona

pełnym wyrzutu spojrzeniem.

- Tak, zapytała, dziękuję.

- Więc czego się napijesz?

- Dziękuję. Na razie niczego.

- Cóż to ma znaczyć? - Vyner podszedł do baru. - Źle się czujesz czy jak?

- Alan nie pije na służbie. Prawda, inspektorze? - z nutą ironii spytała Carol.

Milton zacisnął zęby.

- A co, jesteś na służbie, stary?

- Hm... raczej tak. Chciałbym zamienić parę słów z twoim... hm, hm... narzeczonym,

Carol.

-  Harry  zaraz  tu  będzie  -  Vyner  nalał  whisky  i  wrzucił  do  szklanki  parę  kawałków

lodu. - Odstawia właśnie samochód do garażu.

- A po co chcesz się zobaczyć z Harrym? - spytała Carol.

-  Nie  udało  nam  się  niczego  dowiedzieć  o  tej  Barbarze  Smith.  Wobec  tego  muszę

przepytywać się na wszystkie strony.

background image

- Nadal odmawia zeznań? - zapytał Eryk.

- Niestety. Po prostu nie chce otworzyć ust.

- Już ja bym ją zmusił - burknął Eryk w trzymaną przy ustach szklankę. - Jeśli tylko

ma język.

Carol przyjrzała się twarzy Miltona.

-  Ale  dlaczego  chcesz  wypytywać  Harry’ego?  -  spytała.  -  Nic  nie  wie  o  tej

dziewczynie. Już ci wczoraj powiedział.

- Tak, pamiętam, ale... - Milton żałośnie popatrzył na Vynera, a potem spojrzał w oczy

Carol. - Bardzo cię przepraszam, że o to pytam. Kiedy poznałaś Harry’ego Brenta?

- Kiedy go poznałam?

Tak. - Milton szybko podniósł rękę i uśmiechnął się. - Z góry wiem, co powiesz. Co, u

licha, ma to wspólnego...

- Właśnie chciałam ci zadać dosłownie to samo pytanie - szorstko przerwała mu Carol.

-  Możesz  nie  odpowiedzieć,  jeśli  sobie  tego  nie  życzysz.  Ale  byłbym  wdzięczny,

gdybyś jednak odpowiedziała.

Carol  stanowczo  spojrzała  mu  w  oczy,  po  czym  opuściła  wzrok  i  odwróciła  się  do

okna.

- Zeszłego lata... jak my... jak zerwaliśmy z sobą... czułam się dosyć kiepsko.

- Nie tylko ty, Carol.

- Fielding poradził mi, żebym wyjechała na parę tygodni - mówiła dalej Carol, jakby

nie  słyszała  tego,  co  cicho  wtrącił  Milton.  -  Pewnego  ranka  poszłam  do  biura  podróży  w

Kensingtonie dowiedzieć się o wycieczkę. Za kontuarem siedział Harry...

- Wiesz, myślała, że to urzędnik - wtrącił śmiejąc się Vyner. - Okazało się, że trafiła

na właściciela firmy.

- I co dalej? - Milton zignorował uwagę Vynera.

-  Kiedy  podałam  mój  adres,  powiedział,  że  pochodzi  z  tej  samej  części  świata  i

zaczęliśmy rozmawiać o Market Weldon. W tydzień później zadzwonił do mnie i poszliśmy

razem na kolację.

Nastąpiła cisza, w której słychać było tylko dzwonienie lodu w szklance Vynera.

- Rozumiem - powiedział Milton. - Było to całkiem naturalne.

- Właśnie. Całkiem naturalne.

Milton  popatrzył  na  głowę  odwróconej  tyłem  do  niego  Carol,  po  czym  przeniósł

wzrok  na  Vynera.  Ten  spojrzał  mu  w  oczy,  bez  słowa  podszedł  do  barku  i  nalał  whisky  do

background image

szklanki. Tym razem inspektor nie odmówił. Carol podeszła do okna  i odsunęła zasłonę, by

zobaczyć drzwi do garażu. Jej okrzyk zmroził Miltona, zanim podniósł szklankę do ust.

- Co się stało? - równocześnie zapytali Milton i Vyner.

Odwróciła się do nich. W jej oczach widać było przerażenie.

-  To  Harry!  Coś  mu  się  stało!  Widziałam,  jak  chwiejąc  się  na  nogach  wyszedł  zza

krzaków i upadł na twarz. Głowę ma zakrwawioną!

- Zostań tu, Carol! - rozkazał Vyner. - Chodź, Alan!

Znaleźli  Harry’ego  dwadzieścia  jardów  od  zaryglowanych  drzwi  garażu.  Leżał  tuż

przy gęstych krzakach, w których doskonale mógł się ukryć napastnik. Krew obficie płynęła z

rany nad uchem. Nie było wątpliwości, czym posłużył się napastnik. Obok Brenta leżało pół

cegły.

Obaj  mężczyźni  zanieśli  go  do  salonu  i  położyli  na  kanapie.  Już  się  poruszał  i  coś

mamrotał,  gdy  Carol  przyniosła  wodę  i  ręczniki.  Milton  i  Vyner  odstąpili  od  kanapy,  Carol

przyłożyła  ręcznik  do  krwawiącej  rany  i  podsunęła  poduszkę  pod  głowę.  Wzięła  gąbkę  i

zaczęła przemywać ranę. Nagle szeroko otworzył oczy.

- Och. To ty, Carol. Co się stało?

-  Ktoś  cegłą  uderzył  cię  w  głowę,  stary  -  Vyner,  pochylił  się  i  zajrzał  mu  w  oczy.  -

Znaleźliśmy cię koło garażu.

Brent pomacał ranę. Skrzywił się i znów oparł głowę o poduszkę.

-  Tak.  Już  sobie  przypominam.  Zamknąłem  garaż  i  szedłem  do  domu.  Trzymałem  w

ustach  papierosa,  przystanąłem,  żeby  zapalić.  Usłyszałem  szelest  w  krzakach.  Kiedy,

odwróciłem się, żeby zobaczyć, co się dzieje, coś mniej rąbnęło w głowę nad uchem..

- Widziałeś sprawcę?

- Nie. Tylko jego rękę. Zdaje się, w rękawiczce. O Boże, głowa!

- Eryk, zadzwonię po doktora - powiedziała Carol. - To na pewno wstrząs mózgu.

- Ale skąd! - zaprotestował Brent. - Zaraz się pozbieram. Chyba na niedługo straciłem

przytomność?

- Byłeś zimny jak lód, gdyśmy cię podnosili - oświadczył Vyner. - Leżałeś martwym

bykiem, prawda, Alan?

- Czy mówiłem co... jak odzyskiwałem przytomność?

- Byłeś trochę niegrzeczny - przyznał Vyner. - Ali bardzo krótko.

-  Ale  dlaczego,  u  licha,  ktoś  by...  -  Brent  sięgnął  ręką  do  wewnętrznej  kieszeni

marynarki. - Portfela Zginął!

background image

-  Jesteś  tego  pewny?  Poszukaj  w  innych  kieszeniach  Brent  usiadł  i  przeszukał

wszystkie kieszenie. Carol zręcznie podsunęła mu parę poduszek, żeby mógł się oprzeć.

-  Szkoda  gadać.  Portfel  zniknął.  To  był  ten,  który  dostałem  od  ciebie,  Carol.

Psiakrew... cholera!

- Jak wyglądał? Chcielibyśmy od razu mieć dokładny opis - powiedział Alan.

-  Czarny  -  Carol  odpowiedziała  za  narzeczonego.  -  Ze  złoconymi  rogami.  I  z  jego

inicjałami. T. H. B...

- Było w nim pięćdziesiąt pięć funtów - ze smutkiem dodał Brent.

- I co jeszcze? - Milton wyjął notes.

- To chyba dosyć, bracie - oświadczył Vyner.

- Moje prawo jazdy - powiedział Brent lekkim uśmiechem kwitując uwagę Vynera. -

Parę fotografii. Aha, jeszcze list z biura podróży w Lucernie. Ale to nieważne. Zabolało mnie

te pięćdziesiąt pięć funtów.

Sięgnął za siebie, by poprawić poduszki. Wyprostował się.

- Pozwól, kochanie, że obmyję ci ranę - powiedziała Carol. - Nie jest zbyt głęboka, ale

właśnie skaleczenia najłatwiej się zakażają.

- Dobrze, przemyj. Ale nie przejmuj się. Tylko głowa mi pęka, a poza tym dobrze się

czuję.

Carol uklękła, by zmyć z głowy krzepnącą krew. Eryk wetknął mu kieliszek koniaku

w rękę. Milton podszedł do okna i wrócił. Wciąż trzymał notes w ręce.

- Czy jest pan dostatecznie przytomny, żeby odpowiedzieć na parę pytań?

- Spróbuję, ale słowo daję, już panu wszystko powiedziałem. Stałem z papierosem w

ustach i zapalniczką w ręce...

- Nie chodzi mi o to, co się stało dzisiaj. Wczoraj powiedział pan, że nie zna Barbary

Smith i po raz pierwszy w życiu zobaczył ją, jak wsiadła do pociągu.

- Tak, to prawda - przechylił głowę, żeby patrzeć na Miltona zza pochylonej nad nim

zatroskanej twarzy Carol. - Czy pan mi nie wierzy?

- Słyszałem, że urodził się pan w Market Weldon, panie Brent.

- Tak. Przy Richmond Street. I na miłość boską; proszę nie zwracać się do mnie przez

„panie Brent”!

- Uspokój się, kochanie. Będzie bolało, jak się będziesz tak rzucał.

-  Pańscy  rodzice  -  mówił  dalej  Milton  niewzruszony  gwałtowną  reakcją  Brenta  -

Dawid  i  Freda  Brentowie  zginęli  w  wypadku  samochodowym.  I  zostali  pochowani  tutaj,  na

cmentarzu w Harford Bridge.

background image

- Tak - przyznał Brent. - To co z tego?

Milton spojrzał na Vynera, który nalewał sobie whisky.

-  Miałeś  rację,  Eryk.  Barbara  Smith  wczoraj  rano  pojechała  na  cmentarz..  -  Zawahał

się, popatrzył na Brenta. - Udała się na cmentarz i kwiaty, które przywiozła, złożyła na grobie

pańskich rodziców, panie Brent.

Harry wolno, niepewnie wstał z kanapy.

- Złożyła kwiaty na... ja w to nie wierzę.

- Ale to prawda, proszę pana.

- Nie rozumiem... dlaczego miałaby to zrobić?

- Nie wiem. Myślałem, ze pan mógłby odpowiedzieć na to pytanie.

P

oniedziałek był jeszcze smętniejszy, niż na ogół bywają te dni tygodnia. Prawie trzy

dni  minety  od  zamordowania  Sama  Fieldinga,  a  Milton,  chociaż  nie  ustawał  w  pracy,  nie

zrobił  żadnych  postępów  i  ani  nie  ustalił  motywów  zbrodni,  ani  nie  doszedł,  kim  jest

naprawdę dziewczyna podająca się za Barbarę Smith. Normalnie z wielkim zapałem zająłby

się tak poważną sprawą. Morderstwa nieczęsto zdarzały się w Market Weldon. Ale ta zagadka

wiązała się zbyt bezpośrednio z jego życiem osobistym, co nie ułatwiało zadania. To właśnie

to,  w  „sposób  paradoksalny,  zadecydowało,  że  oparł  się  naciskowi  nadinspektora  i

komendanta  okręgu,  by  oddać  sprawę  w  ręce  Scotland  Yardu.  Milton  nadal  kochał  Carol

Vyner  i  zdawał  sobie  sprawę,  że  gdyby  dochodzenie  przyjęło  niepożądany  obrót,  Carol

bardzo boleśnie by to odczuła. Sprawę należało prowadzić ze współczuciem i zrozumieniem

dla  osób  wchodzących  w  grę,  do  czego  nie  był  zdolny  ktoś  obcy  z  Londynu,  nie  znający

stosunków w Market Weldon.

Gdy  wrócił  do  biura  po  uciążliwej  naradzie  z  nadinspektorem,  zobaczył  Tomlinsa,

który właśnie kładł na jego biurku pół tuzina świeżo napisanych na maszynie arkuszy.

-  Proszę  odnaleźć  sierżanta  Phillipsa.  I  powiedzieć,  że  chciałbym  się  z  nim  zaraz

zobaczyć.

-  Nie  ma  sierżanta  Phillipsa.  Dzwonił  do  niego  ktoś  z  rady  miejskiej.  I  sierżant

natychmiast wyjechał.

- W jakiej sprawie dzwonili?

- Nie wiem, panie inspektorze. Czy jestem potrzebny?

- Nie, dziękuję. To są zeznania taksówkarzy i zarządcy cmentarza?

background image

- Tak, a poza tym rysopisy z wydziału osób zaginionych i raport londyńskiej policji o

trzech dniach Barbary Smith w hotelu „Clifton”

- Dobra. Zaraz to przejrzę. Jak tylko wróci sierżant Phillips... O, jesteś, Roy!

Tomlins w drzwiach zderzył się z sierżantem, który ciężko dyszał po wejściu na górę

ze zdwojoną szybkością.

-  Wyglądasz  na  zadowolonego  z  siebie  -  zauważył  Milton,  gdy  Tomlins  zamknął

drzwi za sobą. - Czy rada miejska zgodziła się obniżyć ci czynsz?

Phillips  nie  raczył  odpowiedzieć  na  tę  złośliwość.  Sięgnął  do  wewnętrznej  kieszeni

marynarki i rzucił na biurko pogięty i zabłocony portfel.

- Jeden robotnik znalazł to w kuble, gdy wysypywali śmieci na miejskim zsypisku.

Milton wziął portfel i odwrócił, by zobaczyć inicjały.

-  To  na  pewno  portfel  Brenta.  Zajrzałeś  do  środka?  Phillips  rozchylił  portfel,  wyjął

zawartość i ułożył na biurku.

- Prawo jazdy, list z Lucerny, wspominał o nim. Kilka fotografii, jedna - osoby, które

dobrze znasz...

- Co z pieniędzmi? - przerwał mu Milton nakrywając kopertą fotografię uśmiechniętej

Carol.

-  Ulotniły  się.  Inaczej  nie  odzyskalibyśmy  tego  portfelu.  Pięćdziesiąt  pięć  funtów

wystarczy, by nawet uczciwy człowiek się załamał.

- Czy jeszcze coś było w tym portfelu?

- Tak, panie inspektorze. Jest.

Phillips  z  wewnętrznej  kieszonki  portfela  wyjął  zadrukowany  papierek  i  z

nabożeństwem położył go obok innych eksponatów na biurku.

- Co to jest?

- Bilet do teatru. Teatr w Dalesbury. Sobota, 14 listopada Rząd D, miejsce piąte.

Phillips oparł ręce na biurku i czekał, jak zareaguje inspektor.

- Czy Barbara Smith miała...

-  To  jest  sąsiednie  miejsce.  Na  to  samo  przedstawienie.  Milton  wstał  i  podszedł  do

stołu  pod  ścianą,  na  którym  w  kartonowym  pudełku  leżała  starannie  ułożona  zawartość

torebki Barbary Smith. Otworzył pudełko, wyjął bilet. Porównywał go z biletem znalezionym

w portfelu Brenta, gdy zadzwonił telefon. Phillips podniósł słuchawkę.

- Biuro inspektora Miltona... Tak. Jest tutaj. Zaczekaj.

- Kto?

- Sierżant Craddock. Coś goni kolegę.

background image

Milton wziął słuchawkę.

- Craddock? Tak, co tam?... O, Boże, kiedy się to stało?

-  Ale  skąd,  do  licha  ciężkiego,  miała  pigułki?  Czy  nie  została  porządnie

zrewidowana?... Gdzie ją biorą?

Odwrócił się do Phillipsa. Twarz poczerwieniała mu z gniewu.

- Barbara Smith się otruła. Wiozą ją do szpitala. Dawaj wóz, natychmiast!

Phillips skinął głową, położył portfel i wytoczył się na korytarz.

-  Jaki  szpital?  -  Milton  krzyczał  do  słuchawki.  -  Edwarda  VII  czy  przy  London

Road?... No to sprawdź, na miłość boską, człowieku!

Szalejąc z niecierpliwości Milton dwadzieścia razy tupnął nogą w podłogę, zanim głos

Craddocka znów zaskrzeczał w słuchawce.

- Dobra! - warknął Milton. - Powiedz doktorowi, że już jadę.

Powolny,  niemal  wiejski  rytm  głównej  ulicy  Market  Weldon  został  brutalnie

zakłócony  w  ów  słoneczny  poniedziałkowy  ranek.  Paniusie  z  koszykami  na  zakupy

przystawały  i  odwracały  się,  gdy  usłyszały  natarczywy  sygnał  karetki  pogotowia

przedzierającej  się  wśród  ospałych  pojazdów.  Kierowcy  zjeżdżali  na  bok,  by  przepuścić

karetkę,  a  na  pasach  przecinających  jezdnię  objął  władzę  młody,  sprężysty  policjant  i

zatrzymał  gromadkę  dzieci  szkolnych,  które  właśnie  chciały  skorzystać  z  praw

przysługujących pieszym. Dzieci stały trajkocząc zapamiętale. Biała karetka przemknęła koło

nich, ostrzegawczo błyskając niebieskim światłem na dachu.

Ruch  miejski  wracał  już  do  normalnego  stanu,  gdy  nagle  na  głównej  ulicy  dała  się

słyszeć druga syrena. Biały wóz policyjny, posługując się klaksonem i syreną, pędził jeszcze

szybciej niż karetka. Kiedy wydostał się z głównej ulicy, rozwinął zawrotną szybkość i w pół

drogi  na  London  Road  wyprzedził  trzęsącą  się  karetkę.  Z  piskiem  opon  skręcił  w  bramę

nowego szpitala.

Zajechała karetka, nawróciła, stanęła tyłem do wejścia z napisem: „Pomoc w nagłych

wypadkach”.  Milton  i  Phillips  już  stali  przy  drzwiach  wraz  z  pielęgniarką,  która  wyszła

przyjąć ofiarę wypadku. Z jednej strony karetki wyskoczył kierowca, a z drugiej sanitariusz.

Podbiegli do drzwi z tyłu, szybko je otworzyli.

W tym momencie tempo nagle się zwolniło.

Obu  mężczyznom  z  karetki,  ludziom  biegłym  w  swym  zawodzie,  wystarczyło  jedno

spojrzenie  na  lekarza,  który  powoli  zszedł  po  stopniach  karetki,  zostawiając  okrytą

prześcieradłem  postać  pod  nadzorem  pielęgniarki.  Był  to  starannie  ubrany,  mały,  łysiejący

background image

mężczyzna,  który  uważał,  że  najlepiej  prezentuje  się  w  muszce.  Rozejrzał  się,  zobaczył

Miltona, podszedł do niego.

- Inspektor Milton?

- Tak.

- Doktor Collins. Mam niedobrą wiadomość dla pana. Pacjentka nie żyje.

- Nie żyje? - tępo powtórzył Milton.

- Bardzo mi przykro, inspektorze. Zrobiliśmy co w naszej mocy, proszę mi wierzyć.

- Tak, tak, naturalnie.

- Jak wzięliśmy ją do karetki, jeszcze żyła, ale bardzo krótko.

- I nic nie powiedziała?

Milton  nie  mógł  oderwać  wzroku  od  niebieskiego  światła  na  dachu  karetki.  Wciąż

uporczywie błyskało, jakby nie wiedząc, że dla anonimowego ciała leżącego w środku już nic

nie może być pilne.

-  Tak,  powiedziała  -  odparł  doktor  Collins.  -  Bez  przerwy  pytała  o  kogoś,  kto  się

nazywa Harry Brent.

Rozdział drugi

Eryk  Vyner  właśnie  wychodził  z  domu,  gdy  Milton  zaparkował  swego  austina  mini

koło bramy. Farmer niósł wypchaną teczkę. Ręki już nie nosił ha temblaku.

- Cześć, Alan! - Vyner wesoło powitał inspektora. - Już rozwiązałeś zagadkę?

- Niezupełnie. Wyglądasz na wielkiego biznesmena.

- Mam konferencję z moim księgowym. Powinienem? być u niego o jedenastej.

- A to musisz się pośpieszyć - roześmiał się Milton. - Bo już jest dziesięć po.

-  Tak,  wiem.  Ostatnio  jakoś  nie  nadążam.  Ze  mną  chciałeś  się  zobaczyć  czy  może  z

Carol?

- Prawdę mówiąc, ani z tobą, ani z nią. Czy Harry Brent jest jeszcze, czy już wrócił do

Londynu?

- Jest jeszcze tutaj. I chyba do wieczora nie wyjedzie - skinął głową w stronę domu. -

Siedzi z Carol, stara się trochę ją uspokoić.

- Jak się ma Carol?

background image

-  Nie  najlepiej.  Nie  może  spać.  Przyznam  się,  że  we  zwałem  doktora,  by  ją  zbadał.

Wyszedł parę minut temu. Teraz będzie piekło, bo doktor nie pozwolił jej iść do biura, kazał

siedzieć w domu i niczym się nie przejmować.

- No to nie pójdzie.

- W jakiej sprawie chcesz się widzieć z Harrym?

- Znaleźliśmy jego portfel.

-  A  toście  się  uwinęli!  -  zawołał  Vyner,  wyraźnie  zdziwiony.  -  Niech  ja  skonam!

Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że potraficie coś znaleźć. I pięćdziesiąt pięć funtów też

jest?

- Niestety. Pieniądze wsiąkły.

-  No  tak  -  Vyner  z  mądrą  miną  pokiwał  głową.  -  To  już  nie  ten  portfel.  Bardzo  cię

przepraszam, stary...

- Można wejść?

- Ależ naturalnie. Drzwi są otwarte. Parę gołąbków znajdziesz w salonie.

Szukając  w  kieszeni  kluczy  od  samochodu  Vyner  szybko  poszedł  w  stronę  garażu.

Milton  wszedł  po  schodkach  do  drzwi  domu.  Były  szeroko  otwarte  -  wkroczył  do  hallu.  Z

salonu  dobiegały  głosy  Carol  i  Brenta.  Najwyraźniej  kłócili  się.  Milton  przystanął,

zażenowany, że słucha prywatnej rozmowy, a nie bardzo chciał ją przerwać.

- ... Stary osioł... - mówiła Carol - gdyby miał odrobinę oleju w głowie, zrozumiałby,

ż

e...

-  To  świetny  lekarz  i  dobrze  wie  co  robi.  -  Brent  przybrał  wyrozumiały  ton,  jakim

dorośli uspokajają krnąbrne dzieci. - Uspokój się, bo możesz mówić, co chcesz, a do biura i

tak nie pójdziesz, w każdym razie nie dzisiaj.

- Harry, na miłość boską, nie bądź idiotą! Muszę iść do biura, choćby na parę godzin.

- Ale nie dziś - Brent nagle zmienił ton. - Histeryzujesz. Nie pozwolę...

Milton zdecydował, że nadeszła chwila, kiedy trzeba się pokazać. Głośno zastukał do

drzwi salonu.

- Można?

Carol  mierzyła  Brenta  wyzywającym  spojrzeniem  -  przytrzymał  ją  mocno  za  ramię.

Usłyszawszy  głos  Miltona,  Brent  puścił  Carol  i  oboje,  zdziwieni,  odwrócili  się  w  stronę

drzwi.

-  O,  jak  się  masz,  Alan!  -  nacierając  rękę  ściśniętą  przez  Brenta,  Carol  wyszła  na

spotkanie  Miltona.  Zauważył  ciemne  rumieńce  na  jej  policzkach.  -  Powiedz,  czy  to  nie

ś

mieszne? Ten wstrętny doktor nie pozwala mi iść do biura.

background image

- Powiedział jej, by dała sobie spokój. Przynajmniej dziś. Podzielam jego zdanie.

-  Zrozum!  -  Carol  zwróciła  się  do  Brenta.  -  Potrzebują  mnie  w  biurze.  Nikt  się  nie

wyznaje w sprawach, które prowadził Fielding. I nie wiedzą, co mają robić.

- Ja bym zastosował się do rad lekarza - cicho powiedział Alan.

- Właśnie ty byś nie usłuchał i bardzo dobrze o tym wiesz. Odpocznę parę godzin i po

obiedzie pojadę do miasta. Harry, możesz zawieźć mnie humberem.

-  Pomyślimy  o  tym  -  odparł  Brent.  Wymienili  z  Miltonem  spojrzenia,  jakby  się

zmówili w tej jednej sprawie. Carol z zaczepną miną siadła na kanapie i skrzyżowała nogi.

-  Znaleźliśmy  pańską  zgubę,  panie  Brent  -  oświadczył  Milton  wyjmując  z  kieszeni

portfel. - Niestety, pieniądze zginęły. Czy zechciałby pan sprawdzić, co zostało?

Brent wziął portfel i z zaciekawieniem go rozchylił.

- Trochę ucierpiał. Gdzie go pan znalazł?

-  Jeden  z  robotników  pracujących  na  miejskim  zsypisku  znalazł  go  w  kuble  ze

ś

mieciami  i  oddał.  Oczywiście  zawiadomiliśmy,  między  innymi,  magistrat  o  tej  zgubie.

Byliśmy pewni, że pieniądze przepadną.

- Nie przypuszczałem, że jeszcze go zobaczę.

- Przykro mi, że pieniądze zginęły. Teraz już jest słaba nadzieja, że je pan odzyska.

- Mnie się też tak zdaje... - Brent otworzył portfel i sprawdzał jego zawartość.

- A poza tym wszystko jest?

- Chyba tak. Nie było nic wartościowego, poza... Oo, a to co?

Brent  znalazł  bilet  teatralny  i  przyjrzał  mu  się  ze  zdziwioną  miną.  Obserwując  jego

twarz i ręce Milton nie mógł dojść, czy Brent ukrywa wrażenie, jakie bilet zrobił na nim, czy

nie ma nic do zatajenia.

- To bilet do teatru.

- Tak. Właśnie widzę. - Brent potrząsnął głową i spojrzał w oczy inspektorowi. - Ale

nie mój. To nie mój bilet.

- Chce pan powiedzieć, że biletu nie było w portfelu, kiedy go skradziono?

- Nie było.

- Ale dlaczego miałby ktoś włożyć bilet teatralny do skradzionego portfelu? - wtrąciła

Carol. - Harry, jesteś pewny, że to nie twój bilet?

Milton wziął bilet z ręki Brenta.

- Mówię ci, że nie - powiedział Brent niemal ze złością. - Myślisz, że nie pamiętam,

czy  kupiłem  bilet  do  teatru?  I  to  jeszcze  w  Dalesbury...  Na  miłość  boską,  po  co  miałbym

jechać do Dalesbury? Gdybym chciał się wybrać do teatru, poszedłbym na West End.

background image

- No cóż, jeśli pan jest zupełnie pewny, że to nie pański bilet...

- Naturalnie - Brent z zaciekawieniem przyjrzał się twarzy inspektora, - Czy jest coś

nie w porządku z tym biletem, poza tym, że się znalazł w moim portfelu?

Milton, zanim odpowiedział, krótko się zastanowił.

-  Barbara  Smith  miała  w  torebce  bilet  do  teatru.  Tego  samego  teatru,  na  to  samo

przedstawienie, sąsiednie miejsce.

- Sąsiednie miejsce? Chce pan powiedzieć...

- Rząd D, miejsce czwarte, sobota, 14 listopada. A ten bilet jest na miejsce piąte.

- Ja... ja w to nie wierzę.

- Ale to prawda, panie Brent.

Carol  wstała.  Kręciła  głową  spoglądając  po  kolei  na  oczy  i  usta  tego  z  nich,  który

mówił.

-  W  takim  razie  można  to  wyjaśnić  w  jeden  tylko  sposób  -  stanowczym  tonem

oświadczył Brent. - Ten, kto ukradł portfel, włożył bilet do środka.

- Uważa pan, że tak się stało?

-  Tak,  inspektorze.  Ja,  z  wszelką  pewnością,  nigdy  przedtem  tego  biletu  nie

widziałem.

Milton  włożył  bilet  do  koperty  i  schował  ją  do  kieszeni  Skinął  głową,  jakby  uznał

sprawę za wyczerpaną.

-  No  dobrze.  Dziękuję  panu  -  powiedział.  Carol  obserwowała  go  ze  zmarszczonym

czołem.

- Czy pytałeś tę dziewczynę... Barbarę Smith... o bilet? Może wiedziała jak...

-  Niestety,  Carol,  o  nic  już  nie  możemy  zapytać  Barbary  Smith  -  cicho  powiedział

Milton.

Brent dobrze zrozumiał tę uwagę.

- Dlaczego?! Czy coś się stało?

- Nie żyje.

- Nie żyje?

- Tak, Carol.

Po chwili Brent zapytał:

- Kiedy to się stało?

- Otruła się dziś rano. Zabrali ją do szpitala, ale zmarła w karetce po drodze.

Milton  spojrzał  na  Carol  z  niemym  przeproszeniem  za  straszną  wiadomość,  jaką

przyniósł. Nie patrzyła na niego. Wpatrywała się w portfel, który Brent wciąż trzymał w ręce.

background image

A

lan Milton wynajmował w Market Weldon ładne, nieduże kawalerskie mieszkanie z

oknami  wychodzącymi  na  High  Street.  Mieściło  się  na  pierwszym  piętrze,  nad  biurem

Jacksona,  prowadzącego  największą  w  miasteczku  agencję  pośrednictwa  sprzedaży

nieruchomości. Przez bramę obok wystawy Jacksona wchodziło się na schody prowadzące na

pierwsze piętro Milton przymknął drzwi na dole, ale mieszkanie zamknął na klucz, po czym

zapalił światło i powiesił kapelusz i płaszcz w małym hallu. Po lewej jedne drzwi prowadziły

do  sypialni,  a  drugie  do  łazienki.  Drzwiami  z  hallu  na  prawo  wchodziło  się  do  pokoju,  za

którym mieściła się schludna, nowoczesna, nieduża kuchnia. Przechodząc przez pokój Milton

rzucił  na  stół  gazetę  wieczorną.  W  lodówce  znalazł  dwie  butelki  mleka  ze  śmietanką  na

wierzchu. Zerwał kapsel i nalał sobie pełną szklankę mleka. Zaniósł ją do pokoju i ostrożnie

postawił  na  podstawce  leżącej  na  stole,  przy  którym  jadał.  Zdjął  marynarkę,  powiesił  na

krześle, rozpiął kołnierzyk i rozluźnił krawat. Zamyślony, sączył ze szklanki pienisty, zimny

jak lód napój.

Na  stoliku  przy  kanapie  zadzwonił  telefon.  Nie  wypuszczając  z  ręki  szklanki  Milton

pochylił się i podniósł słuchawkę.

- Market Weldon 913. Od razu zauważył, że ktoś dzwoni z budki telefonicznej.

Cierpliwie zaczekał, aż rozmówca wrzuci monetę do aparatu.

- Market Weldon 913?

- Tak.

-  Czy...  mogłabym  mówić  z  panem  inspektorem  Miltonem?  -  Głos  kobiecy  zdradzał

zdenerwowanie. Mówiła z lekkim cocknejowskim akcentem.

- Alan Milton, słucham.

- Och! - nie wiadomo dlaczego to ją zaskoczyło. - Nazywam się Tolly. Pracowałam u

Fieldinga.  Poznaliśmy  się  w  Boże  Narodzenie,  zeszłego  roku,  kiedy  pańska  narzeczona...

Och, przepraszam... kiedy panna Vyner...

- Tak, przypominam sobie panią. Czym mógłbym służyć?

-  Otóż...  czytałam  o  Fieldingu.  O  tym  morderstwie.  Czy  znalazłby  pan  chwilę  czasu

dla mnie, panie inspektorze? Jeśli pan pozwoli, wolałabym nie przychodzić na policję.

-  Bardzo  chętnie  się  z  panią  zobaczę  -  zachęcająco  odparł  Milton.  -  A  może

przyszłaby pani do mnie? Mieszkam przy High Street, nad Jacksonem, biurem pośrednictwa

sprzedaży nieruchomości, wejście po prawej.

- Wiem, gdzie to jest - odpowiedziała szybko. - Czy mogłabym przyjść zaraz?

background image

- Tak, będę w domu cały wieczór. Skąd pani dzwoni?

- Och, dziękuję. Bardzo panu dziękuję. Nie odpowiedziała, położyła słuchawkę.

Wypił mleko, wstał i zastanawiał się, czy zdąży podgrzać fasolkę z puszki i zjeść ją z

grzanką,  zanim  przyjdzie  pani  Tolly.  Już  w  kuchni  otwierał  puszkę,  gdy  ktoś  zadzwonił  do

drzwi:  dwa  razy  i  po  krótkiej  pauzie,  jeszcze  dwa  krótkie  dzwonki.  Znieruchomiał.  Był  to

umówiony sygnał, który kiedyś oznaczał, że Carol czeka za drzwiami. Szybko się opanował,

poszedł do pokoju, włożył marynarkę i wyszedł do hallu otworzyć drzwi.

Miała  na  sobie  nieprzemakalny  płaszcz, mocno  ściśnięty paskiem,  co podkreślało jej

smukłą talię. Była blada i miała podkrążone oczy. W ręce trzymała dużą kopertę.

- No i co, nie poprosisz, bym weszła? Potrząsnął głową.

- Och, przepraszam. Proszę cię bardzo.

Cofnął się, by ją wpuścić. Uważał, by przechodząc nie otarła się przypadkiem o niego.

- Właśnie byłam w biurze. Ostatecznie udało mi się przekonać Harry’ego...

- Co ty mówisz! - zamknął drzwi. Przymuszał się do żartobliwego, obojętnego tonu. -

Wiedziałem, że postawisz na swoim. Jak zwykle.

- Alan, nie przyszłam tu po to, by mnie obrażano! - Spojrzała na niego zaczepnie.

- A po coś przyszła?

- Czy musimy rozmawiać w przedpokoju. A może ktoś jest u ciebie?

Powiedziała to szeptem, spoglądając w stronę pokoju.

- Tylko ta blondynka, co zwykle, ale już pewnie wyłazi z sypialni przez okno. Chodź

do tamtego pokoju.

Na wpół mu wierząc, ostrożnie weszła do pokoju.

- Napijesz się czego?

- Dziękuję. Nie mam czasu. Harry czeka na dole w samochodzie, chce złapać pociąg

odchodzący do Londynu o szóstej piętnaście.

Odwróciła  się  do  niego,  podała  mu  kopertę.  Rogi  były  załamane,  dostrzegł

zagraniczny znaczek.

- Uważałam, że może chciałbyś zobaczyć ten list. Jak przyszłam do biura, znalazłam

go w poczcie. Zaadresowany do Fieldinga.

- Co tam jest?

- Fotografia. Ze stempla widać, że list został nadany w Lucernie, we wtorek. Pewnie

przyszedł w piątek rano.

background image

Milton  wziął  kopertę  i  wyjął  z  niej  fotografię  o  wymiarach  mniej  więcej  8  na  11

centymetrów. Był to portret dziewczyny, którą natychmiast rozpoznał jako Barbarę Smith. Na

górze drukowanymi literami napisano: „POZBYĆ SIĘ TEJ DZIEWCZYNY”.

Na pytające spojrzenie Alana Carol odpowiedziała:

- Nie było listu ani żadnej kartki. Tylko fotografia. Jak myślisz, co to może znaczyć?

- Nie wiem - odwrócił fotografię, ale na drugiej stronie nie było nazwiska ani numeru

zdjęcia. - Czy poza tobą widział ktoś tę fotografię?

- Nie. Sama otwarłam kopertę. Jak zobaczyłam, co w niej jest, uznałam, że trzeba to

zaraz oddać tobie.

- I nikomu fotografii nie pokazałaś?

- Nie. To znaczy - nikomu w biurze.

- Jak mam to rozumieć?

- Po... powiedziałam o tym Harry’emu. Naturalnie.

- I pokazałaś mu fotografię?

- Ee... tak.

Położył  fotografię  na  stole  i  nakrył  ją  kopertą.  Carol  przeszła  na  drugą  stronę  stołu,

który spełniał teraz rolę ziemi niczyjej” między nimi.

- Słuchaj, powiedz mi, czy Harry dobrze znał Sama Fieldinga?.

-  Prawie  wcale  go  nie  znał  -  tonem  obronnym  odparła  Carol.  -  Poznali  się  jakieś

dziesięć dni temu. Na moich urodzinach.

- Trzynastego października.

-  Byliśmy  na  kolacji  „Pod  Falstaffem”:  Harry,  Eryk  i  ja.  Fielding  przyszedł  tam  w

towarzystwie swoich przyjaciół. Naturalnie przedstawiłam mu Harry’ego. - Przypatrywała się

Miltonowi  z  zakłopotaną  miną.  Ściągnęła  brwi.  -  Ale  dlaczego  pytasz  o  Harry’ego?  On  nie

ma nic wspólnego z tą sprawą.

- Czyżby?

Milton spojrzał jej w oczy, po czym wziął nóż do rozcinania papieru i zaczął uderzać

nim w dłoń lewej ręki. Znała to bardzo dobrze. Znaczyło, że powziął jakąś ważną decyzję.

-  Słuchaj,  coś  ci  powiem...  Może  nie  powinienem  tego  mówić,  ale  usprawiedliwia

mnie sytuacja.

- Jeżeli jest to coś, czego nie powinieneś mi mówić - powiedziała oschle - stanowczo

wolałabym...

background image

-  Och,  na  miłość  boską,  Carol!  Nie  traktuj  mnie  jak  wroga,  obcą  osobę.  A  teraz

posłuchaj.  W  karetce  pogotowia  Barbara  Smith,  zanim  straciła  przytomność,  uporczywie

dopytywała się o kogoś...

- O kogoś? - powtórzyła Carol. Wyraz jej oczu świadczył, że zaczyna się domyślać, o

kogo chodziło.

- O kogoś, kto... nazywa się Harry Brent. - Kto... kto ci to powiedział?

- Doktor Collins. A pielęgniarka potwierdziła. Rozmawiałem z obojgiem.

Odgłosy  ruchu  na  High  Street  przycichły.  W  Market  Weldon  godziny  szczytu  nie

trwały długo. Carol podeszła do okna, rozsunęła zasłony i wyjrzała na ulicę.

- Ja po prostu nie wierzę w to.

- Ale to prawda, Carol.

Mógł  podejść,  położyć  jej  ręce  na  ramionach  i  zapewnić,  że  bez  względu  na  to,  w

jakich  się  znalazła  opałach,  jest  jedna  tylko  osoba,  do  której  może  z  całym  zaufaniem?

zwrócić się o pomoc. Ale ktoś zadzwonił do drzwi - rękę musiał mieć niezbyt lekką.

- Powiedziałem ci to w zaufaniu. I proszę nie powtarzaj tego. Nikomu.

- Dobrze, ale jeśli Harry rzeczywiście znał tę dziewczynę, to na pewno...

- Nikomu - powtórzył stanowczo Milton. - Rozumiesz?

Odeszła od okna. Ton Miltona zbił ją z tropu i zdziwił.: Lekko skinęła głową.

- Tak, nie powiem.

Ktoś znów zadzwonił do drzwi. Milton szybko wyszedł? otworzyć. Zobaczył sierżanta

Phillipsa, który stał na wycieraczce leżącej pod drzwiami i już podniósł palce, by jeszcze raz

nacisnąć dzwonek.

- O, cześć, Roy. Wejdź.

Zdumiony Phillips wlepił wzrok w Carol, która wyszła do hallu i stanęła za Miltonem.

- Och! - sierżant się zmieszał. - Nie przeszkadzam?

- Ale skąd! Czekałem na ciebie. Byłeś w Dalesbury?

- Tak. Właśnie wróciłem.

- Znasz Carol?

- Tak. Znamy się. Dobry wieczór pani.

- Dobry wieczór.

- Wejdź - powiedział Alan. - I poczęstuj się czymś mocniejszym. Zaraz wrócę.

- O, dziękuję.

Wciąż  zmieszany,  Phillips  niezgrabnie  skinął  głową  Carol  i  ciężkim  krokiem

policjanta wmaszerował do pokoju. Alan trzymał otwarte drzwi.

background image

- Nie musisz mnie odprowadzać do bramy.

-  A  jednak  zejdę.  -  Zdobył  się  na  ledwie  dostrzegalny  uśmiech.  -  Zawsze  cię

odprowadzałem, prawda?

Gdy wrócił, płaszcz i kapelusz sierżanta leżały na krześle, a on nalewał sobie piwa do

szklanki. Wziął ze stołu fotografię i przyglądał się jej ciekawie.

- Skąd się to wzięło?

- Carol przyniosła. Fotografię dostał Fielding. Przyszła dziś rano. W kopercie nie było

listu. Tylko fotografia, z tym napisem.

Phillips spojrzał na stempel pocztowy.

- List nadany w Lucernie, trzeciego.

- Tak. Powinien przyjść w piątek rano, w dniu, kiedy Fielding został zamordowany.

Milton  siadł  na  najwygodniejszym  krześle.  Od  chwili  gdy  wstał  dziś  rano,  dopiero

teraz usiadł po raz pierwszy. Nawet obiad jadł na stojąco.

-  Wróćmy  do  Dalesbury.  Jak  poszło?  Byłeś  w  teatrze?  Phillips  położył  fotografię  na

stole i nakrył ją kopertą.

-  Tak,  byłem.  Kasjerki  niewiele  mogły  powiedzieć.  Ich  zdaniem  jest  możliwe  -  ale

tylko możliwe - że obydwa bilety, Barbary Smith i ten w portfelu, kupiła Jacqueline Dawson.

- Jacqueline Dawson?

-  Jest  za  gwiazdę  w  tym  przedstawieniu.  -  Phillips  popił  piwa  i  otarł  pianę,  z  górnej

wargi.  -  Przed  miesiącem  grała  tu,  w  Market  Weldon,  w  tej  samej  sztuce!  Przedtem

występowała w Southampton, a za dwa tygodnie gra w Leatherhead.

- I ona kupiła te dwa bilety? - podsunął Milton. Nie mógł się skoncentrować. Myślami

był  na  dole,  przy  bramie  od  ulicy,  i  wciąż  widział  na  delikatnej  twarzy  Carol  wyraz

niepewności i goryczy.

Phillips wzruszył ramionami.

-  Kasjerki  uważają,  że  to  ona,  ale  nie  są  tego  pewne.  Prawdę  mówiąc,  nie  są  pewne

niczego.  Jacqueline  Dawson  ma  wielu  przyjaciół  i  lubi  widzieć  ich  w  pierwszych  rzędach.

Aby mieć pewność, że przyjdą, kupuje bilety; i rozdaje.

- Widziałeś się z nią?

-  Nie.  Jak  wyjeżdżałem,  jeszcze  jej  nie  było.  Poza  tym  wolałem  zostawić  ją  tobie.

Wyrafinowane kobiety to nie moja specjalność.

- Taka wyrafinowana? - z uśmiechem spytał Milton.

Phillips  był  zakamieniałym  starym  kawalerem  i  w  kontaktach  z  płcią  słabą  czuł  się

niepewnie.

background image

- Ano - powiedział trzymając szklankę przy ustach - sam wiesz, jakie są te aktorki.

- Mówisz, że była w Market Weldon jakiś miesiąc temu?

- Tak jest. W naszym teatrze. Byłem na tym z siostrą. Sztuka nudna jak flaki z olejem,

ale Dawson całkiem nieźle grała. - Wskazał głową na hall. - Czekasz na kogoś?

Wyrwany  z  zadumy  Milton  uprzytomnił  sobie,  że  znów  ktoś  zadzwonił  do  drzwi.

Westchnął i wstał.

- Tak. Czekam na niejaką Tolly. Dzwoniła kwadrans temu. Chce ze mną pomówić w

cztery oczy.

-  Tolly?  Czy  to  może  ta,  co  prowadziła  bufet  u  Fieldinga?  Jej  mąż  ma  stragan  na

rynku.

- Ta sama. Znasz ją?

- Widziałem ją parę razy. Niebrzydka. Jeśli się lubi dojrzałe kobiety przy kości.

Pani  Tolly  stanęła  w  drzwiach  pokoju.  Zobaczyła  Phillipsa.  Była  kobietą  dość

wulgarną,  choć  wcale  niebrzydką.  Milton  oszacował  ją  na  jakieś  trzydzieści  pięć  lat.  Była

starannie  umalowana,  a  nieskazitelnie  blond  włosy  miała  świeżo  ułożone.  Futro  okrywało

pełne kształty, o których wspomniał Phillips. Kilka pierścionków błyskało na jej palcach.

- Nie wiedziałam, że będzie tu jeszcze ktoś - powiedziała do Miltona z nutą wymówki.

- Wszystko w porządku, proszę pani. To mój kolega, sierżant Phillips.

Phillips dzielnie przytaknął głową.

- Dobry wieczór pani - powiedział.

Wciąż  podejrzliwa,  pani  Tolly  zasznurowała  usta  i  raczyła  tylko  skinąć  głową

sierżantowi. Zapach mocnych perfum unosił się już w całym pokoju.

- Niechże pani siądzie - zachęcił ją Milton. - Napije się pani czegoś?

-  Hm,  tak.  Chętnie  -  Usiadła  ostrożnie  na  krześle  i  skrzyżowała  zgrabne  nogi.  -  Ma

pan gin i cytrynę?

-  Gin  i  tonik  -  odparł  Milton.  Nie  bez  żalu  pomyślał,  że  z  jego  pół  butelki  gordona

trochę ubędzie.

- Może być.

K

iedy  Milton  nalewał  pani  Tolly  ginu  i  toniku,  a  sobie  czystego  toniku,  skierowała

długie rzęsy w stronę Phillipsa.

-  Rzeczywiście  nie  wiedziałam,  przyjść  czy  nie,  ale  mówiłam  o  tym  z  Haroldem,

moim mężem. „Wiesz - powiedział - ja bym na twoim miejscu pogadał z inspektorem. To im

może pomóc, a na pewno nie zaszkodzi”.

background image

- Pani chciałaby w sprawie Fieldinga...

- Tak. W sprawie morderstwa. Bardzo mnie to przygnębiło. Bardzo.

- Pani niedawno przestała pracować u Fieldinga, prawda?

- Tak.

Wzrok  sierżanta  spoczął  na  naprężonym  udzie  pani  Tolly  i  szybko  się  cofnął.

Zażenowana, obciągnęła trochę skraj spódnicy, która natychmiast sama się zadarła.

-  Odeszłam  pół  roku  temu.  Miałam  okropne  bóle  w  plecach  i  pewnego  dnia

powiedziałam  sobie:  „Phyllis  jesteś  jeszcze  młodą  kobietą  i  jak  nie  przestaniesz  się

przejmować...”  O,  dzięki,  inspektorze.  To  mnie  postawi  na  nogi,  wyznam  szczerze.  Pańskie

zdrowie!  Poznaliśmy  się  w  Boże  Narodzenie  w  zeszłym  roku,  prawda?  Był  pan  z  narze...  z

panną Vyner.

- Zgadza się. Na towarzyskim spotkaniu pracowników Fieldinga. A teraz - co panią do

mnie sprowadziło?

Wychyliła pół szklanki i postawiła ją na stole.

-  Mówiłam  z  wielu  osobami  o  tym,  co  się  stało  w  piątek.  To  znaczy  z  moimi

przyjaciółmi  od  Fieldinga.  No  i  czytałam  o  morderstwie.  Przeczytałam  wszystko,  co  na  ten

temat pisali w gazetach. I nic się nie zgadza, proszę pana. Najmniejszego pojęcia nie mają.

- O czym?

-  Ano,  wszyscy  uważają,  że  morderstwo  było  zupełnie  niespodziewane,  że  biedny

stary  Fielding...  Inspektorze,  to  nie  była  żadna  niespodzianka!  On  wiedział,  że  go  chcą

zamordować! Ostrzeżono go na dobrych parę tygodni przedtem!

Przerwała.  Spoglądała  to  na  jednego,  to  na  drugiego,  by  sprawdzić,  jakie  wrażenie

zrobiły jej rewelacje. Doznała zawodu. Milton usiadł na oparciu wielkiego fotela i spokojnie

zapytał:

- A kto go ostrzegł?

- Ten sam Harry Brent, co się zaręczył z pańską narzeczoną.

Tym razem z satysfakcją zauważyła, że strzał był celny. Obaj funkcjonariusze policji

wymienili szybkie spojrzenia.

- Chce pani powiedzieć, że Brent znał od jakiegoś czasu Fieldinga? - spytał Milton.

- Tak, na pewno znał go już cztery tygodnie temu!

- Skąd pani taka pewna?

- Bo widziałam ich razem i już wtedy byli najwyraźniej zaprzyjaźnieni.

- Ale pani wtedy jeszcze nie znała Brenta?

background image

- Nie, nie znałam. Mam jednak dobrą pamięć do twarzy, a Brent nie należy do takich,

których  się  łatwo  zapomina.  Jak  tylko  zobaczyłam  go  tutaj  z  panną  Vyner,  powiedziałam

sobie: to jest ten sam gość, co był w kawiarni z Fieldingiem. Potem przypomniałam sobie, co

obaj wtedy mówili i przez parę ostatnich dni zastanawiałam się, czy przyjść do pana.

- Powiada pani, że widziała ich pani w kawiarni?

- Właśnie. Byłam u siostry w Londynie. Jest wdową, mieszka w Maida Vale. Często

odwiedzam ją i zawsze coś przywiozę dzieciakom. Mąż zostawił jej zaledwie paręset funtów,

więc  życie  siostry  wcale  nie  jest  usłane  różami.  Wyszłam  od  niej  dość  późno  i  uciekł  mi

ostatni autobus. Byłam wściekła, ale nie pozostało mi nic innego, tylko przyjść na piechotę do

najbliższej stacji kolei podziemnej. Człowiek nie wie, jak to daleko, póki sam nie przejdzie tej

drogi. W plecach mnie okropnie rwało i już myślałam, że nigdy nie dobrnę do Marble Arch,

nie mówiąc już o Market Weldon, gdy po drugiej stronie ulicy zobaczyłam kawiarnię. Był to

jeden  z  tych  lokali,  co  mają  ściany  wyłożone  imitacją  drzewa,  a  poza  tym  są  ekspresy  do

kawy, tylko przyzwoitej filiżanki herbaty tam się nie dostanie. Twarde ławeczki ustawiono w

małych przedziałach przypominających dzisiejsze wagony kolejowe.

- Miała pani opowiedzieć nam o Brencie - łagodnie przypomniał Milton.

- Właśnie dochodzę do tego - zapewniła pani Tolly,” przekonana, że trzyma w garści

atutowego asa. - Usiadłam, szczęśliwa, że ulżę nogom. Zastanawiałam się, czy włoski kelner

obrazi się, jak zamówię dzbanek herbaty. Zrobiło się późno i w kawiarni było pustawo. Więc

bez trudu zauważyłam, jak wszedł ten przystojny, wysoki mężczyzna. Bardzo był elegancko

ubrany, kamelowy płaszcz” dobre buty, kosztowny krawat...

- To był Brent? - wtrącił Phillips.

Kiwnęła głową.

-  Naturalnie  wtedy  jeszcze  nie  znałam  jego  nazwiska..  Przeszedł  tuż  obok  mnie,

najwyraźniej  szukał  kogoś,  z  kim  miał  się  spotkać.  Stanął  przy  stoliku  za  moimi  plecami.

„Cześć,  Sam”  -  powiedział.  Słyszę  drugi  głos:  „Harry!  Bogu  dzięki,  żeś  przyszedł”.  Muszę

przyznać, że skamieniałam. Głos Fieldinga poznałabym wśród miliona głosów. I pomyśleć, że

siedzieliśmy plecami do siebie, oddzieleni tylko niską przegrodą.

- Jest pani zupełnie pewna, że to był Fielding?

-  Tak,  panie  inspektorze.  Jak  usłyszałam  jego  głos,  wyjęłam  z  torebki  lusterko  i

udawałam,  że  maluję  sobie  usta.  Dobrze  widziałam.  Był  to  na  pewno  Fielding.  Bardzo  się

zmieszałam.  Nie  mogłam  nie  słyszeć,  co  mówili,  i  nie  wiedziałam,  czy  po  prostu  siedzieć  i

liczyć  na  to,  że  mnie  nie  zauważy,  czy  też  wstać  i  odegrać  wielką  scenę  doktora

Livingstone’a. Ostatecznie postanowiłam siedzieć jak trusia.

background image

Phillips sięgnął po butelkę i nalał sobie piwa do szklanki. Milton bacznie obserwował

twarz pani Tolly.

- Czy zapamiętała pani coś z ich rozmowy? - zapytał.

-  Z  początku  starałam  się  nie  zwracać  uwagi.  Byłoby  to  jednak  podsłuchiwanie.  Ale

usłyszałam,  jak  Brent  powiedział,  że  jest  umówiony  z  jakąś  Jacqueline.  Dlatego  się  tak

ś

pieszył.

- Jacqueline? Czy przypadkiem nie z Jacqueline Dawson?

-  Tak,  chyba  Dawson.  Fielding  powiedział  mniej  więcej  tak:  „A  jak  się  ma  nasza

przyjaciółka panna Dawson?” Ale najważniejsze wydało mi się to, że Brent starał się odwieść

Fieldinga od czegoś i ostrzegał go, żeby był ostrożny. A Fielding zapewniał, że wie, co robi, i

ż

e nie pierwszy raz ryzykuje.

- Czy pamięta pani, jak to powiedział i jakie wymienił nazwiska?

Sierżant wyjął notes i nacisnął długopis.

-  Żadnych  nazwisk  poza  jednym  -  Jacqueline  Dawson.  Brent  wspomniał  o  „naszych

przyjaciołach”. Wtedy nadstawiłam uszu i dokładnie pamiętam jego słowa: „Nasi przyjaciele

kazali mi ostrzec cię, że jeśli się będziesz, upierał, to jest niemal pewne, że będzie dokonany

zamach; na twoje życie”.

- Dokładnie tak powiedział?

-  Słowo  w  słowo  -  potwierdziła  pani  Tolly  patrząc  na  długopis  sierżanta,  zapisujący

wszystko. - Fielding próbował obrócić to w żarty. „Nic się nie martw - powiedział. - Powiedz

Jacqueline,  żeby  się  nie  przejmowała.  Gdybym  miał  trudności,  porozumiem  się  z  nią,

przyrzekam  ci  to”.  Nic  więcej  nie  słyszałam,  bo  kelner  w  końcu  przypomniał  sobie  moją

osobę i przyniósł mi dzbanek herbaty i filiżankę. Kiedy nalewałam herbatę, Brent wstał. Obaj

panowie  już  się  żegnali.  Był  z  Fieldingiem  nie  dłużej  niż  pięć  minut.  Wyszedł  sam.

Widziałam, jak złapał na ulicy taksówkę.

Milton wstał. Popatrzył przez ramię Phillipsa, by sprawdzić, czy dokładnie wszystko

zapisuje.

- A co Fielding? Zobaczył panią?

-  Tak.  Dziwne  to  było.  Podszedł  do  kasy  zapłacić  rachunek.  Wiedziałam,  że  jak  się

odwróci,  musi  mnie  zobaczyć.  I  rzeczywiście,  podszedł  do  mnie,  ale  zachował  się  bardzo

przyjaźnie.  „Dobry  wieczór  -  powiedział.  -  Co  za  niespodzianka!”  Przysiadł  się.  Zamówił

dwie kawy, wypytywał o moją siostrę i jej rodzinę. W końcu zaofiarował się, że weźmie mnie

samochodem  do  Market  Weldon.  Nie  był  ani  trochę  zmieszany  tym,  że  mogłam  podsłuchać

ich  rozmowę.  W  drodze  do  Market  Weldon  muwiliśmy  o  wszystkim  po  trochu:  o  kosztach

background image

utrzymania  bufecie  w  jego  firmie  i  o  tym,  że  miał  trochę  kłopotów  z  magistratem.  Ani

słowem  nie  wspomniał  o  swej  rozmowie  z  tym  drugim.  Ja  też,  oczywiście,  słowa  nie

pisnęłam.

Zadowolona, że jej opowieść zrobiła wrażenie na funkcjonariuszach policji, oparła się

i  wypiła  resztkę  ginu  z  tonikiem.  Sierżant  zdobił  jeszcze  swój  kunsztowny  rękopis,  stawiał

kropki nad „i”, przekreślał literę „t” i pogrubiał zawijasy.

- Mówi pani, że to się działo cztery tygodnie temu? - spytał zamyślony Milton.

- Tak. Dokładnie mówiąc, wczoraj minęło cztery tygodnie.

- Czy powiedziała pani komuś o tej historii, omawiała ją z kimś?

- Mówiłam tylko Haroldowi, mojemu mężowi.

- I co on na to?

-  Nie  uwierzył.  Powiedział,  że  albo  mi  się  przyśniło,  albo  nie  dosłyszałam,  o  czym

naprawdę  mówili.  Już  mi  się  zdawało,  że  ma  rację.  Ale  potem,  jak  doszło  do  tego

morderstwa, tośmy oboje niewąsko się wystraszyli.

-  Słusznie  pani  postąpiła  dzwoniąc  do  inspektora  -  powiedział  Phillips,  z  aprobatą

kiwając głową. - Może pani być tego pewna.

-  Nie  ma  pani  cienia  wątpliwości,  że  mężczyzną,  którego  spotkała  pani  w  kawiarni,

jest ten sam Brent, którego widziała pani z Carol Vyner?

Pani Tolly potrząsnęła starannie uczesaną głową z takim przejęciem, że aż zatańczyły

perłowe kolczyki.

- Nie mam cienia wątpliwości, panie inspektorze. Mogę stanąć przed sądem i przysiąc.

*

K

iedy Milton dotarł do Teatru Objazdowego w Dalesbury, wieczorne przedstawienie

jeszcze  się  nie  skończyło.  Zamienił  parę  słów  z  dyrektorem  teatru,  po  czym  wszedł;  na

widownię i stanął w przejściu przy ostatnich rzędach na parterze, skąd mógł śledzić końcową

scenę  sztuki.  Był  to  odpowiedni  moment  do  przyjrzenia  się  Jacqueline  i  Dawson  w  ataku.

Połowa  miejsc  świeciła  pustkami;  i  aktorka  najwyraźniej  robiła  co  mogła,  by  rozruszać

publiczność  przed  zapadnięciem  kurtyny.  Ale  sytuacja  była;  beznadziejna.  Publiczność  nie

zdradzała  zainteresowania.  Kiedy  po  skończonym  przedstawieniu  kurtyna  po  raz:  drugi  i

ostatni poszła w górę, aktorzy dzielnie uśmiechali się w świetle kinkietów, ale widzowie już

się przepychali do wyjścia.

Milton  odczekał,  aż  wszyscy  wyszli,  i  przez  drzwi  z  boku  sceny  wszedł  za  kulisy.

Brodząc po omacku wśród kabli i rekwizytów rozrzuconych na podłodze, nagle natknął się na

background image

szczupłego, zniewieściałego mężczyznę, w którym rozpoznał aktora grającego główną rolę u

boku Jacqueline Dawson.

- Przepraszam, ale tędy pan nie wyjdzie - powiedział aktor.

Milton  wyjaśnił  mu,  kim  jest  i  po  co  przyszedł.  Wydało  mu  się,  że  gwiazdor  jest

wrogo do niego usposobiony, choć w przyćmionym świetle nie widział jego twarzy.

- Chyba sam będę mógł panu pomóc, panie - inspektorze. Jestem Tony Moore. Pewnie

zauważył  pan,  że  grałem  z  Jacqueline,  ale  Bóg  mnie  pokarał  za  grzechy  i  jestem  także

kierownikiem artystycznym tego teatru.

- Żałuję, ale sprawa, z którą przyszedłem, dotyczy osobiście pani Dawson.

-  Nie  najlepsza  to  chwila  -  zaprotestował  Tony  Moore.  Gaszono  światła,  widać  było

niewyraźne sylwetki pracowników teatru zmierzających do wyjścia. - Jacqueline jest szaleni”

zmęczona po przedstawieniu. Mógłby pan zaczekać do jutra?

-  Nie  mogę  -  stanowczym  tonem  odpowiedział  Milton.  -  Czy  byłby  pan  tak  dobry

wskazać mi garderobę pani Dawson?

Moore zawahał się, po czym wzruszył ramionami i poprowadził Miltona korytarzem.

Nie pukając uchylił drzwi garderoby i zawołał:

- Jackie?

- Tak! Co tam? - głos aktorki był zmęczony i trochę zirytowany.

-  Przepraszam,  kochanie.  Pod  drzwiami  stoi  człowiek,  który  mówi,  że  nazywa  się

Milton, jest inspektorem policji i chciałby zamienić z tobą parę słów.

- Inspektor policji?

-  Tak,  koteczku  -  Moore  odwrócił  się  i  zmierzył  Miltona  od  stóp  do  głów.  -  Nie

wygląda na inspektora policji. W każdym razie nie takiego, jakich grałem na scenie.

- No dobrze, Tony. Poproś go tutaj.

Tony pchnął drzwi i wyszukanym, ironicznym gestem zaprosił Miltona, by wszedł.

W  garderobie  było  bardzo  ciasno.  Nieduży  pokoik  podzielono  przegrodą  na  dwa

maleńkie. W tym, który przypadł w udziale Jacqueline Dawson, ledwie mieściły się stolik do

charakteryzacji  z  dużym  lustrem,  zwykłe  krzesło,  fotel  i  parawan  zasłaniający  szafę  z

kostiumami.  Na  stoliku  tłoczyły  się  słoiki,  butelki,  szczotki  i  kawałki  ligniny.  Aktorka

siedziała  plecami  do  drzwi,  ale  Milton  zorientował  się,  że  obserwuje  go  w  lustrze.  Oczy

aktorki  przenikliwie  zlustrowały  jego  twarz,  po  czym  oceniły  krój  ubrania  i  przemknęły  po

płaszczu na ręce, szarym filcowym kapeluszu i dużej, białej kopercie pod pachą.

- Można?

- Tak. Proszę bardzo.

background image

Wszedł do środka. Drzwi cicho się za nim zamknęły.

-  Bardzo  miło  z  pani  strony,  że  zechciała  mnie  pani  przyjąć.  Przepraszam,  że

niepokoję.

- Nic nie szkodzi. Jestem ciekawa. - Odwróciła się na krześle i spojrzała mu w oczy. -

Zauważyłam,  że  publiczność  była  wrogo  usposobiona,  ale  nie  przypuszczałam,  że  wezwą

policję.

Milton  uśmiechnął  się.  Jacqueline  zdążyła  już  się  rozcharakteryzować,  co  dodało  jej

dziesięć  lat.  Twarz  bez  makijażu  zdradzała,  że  aktorce  niewiele  brakuje  do  czterdziestki.

Miała  niepokojąco  przeźroczyste  niebieskie  oczy  i  nauczyła  się  posługiwać  nimi  w

najbardziej korzystny sposób. Podbródek był mocno zarysowany. Największy jednak atut jej

wdzięków,  kwalifikujący  ją  do  ról  pięknych  kobiet,  jakie  grywała,  stanowiła  doskonale

zachowana figura, którą jeszcze podkreślał jedwabny szlafrok, włożony po przedstawieniu.

-  Nie.  Nie  przysłali  mnie  dzisiejsi  widzowie,  którzy  kompletnie  się  nie  znają  na

teatrze. Prowadzę dochodzenie w sprawie o morderstwo i sądzę, że pani mogłaby mi pomóc.

Wstała,  prześliznęła  się  koło  niego,  weszła  za  parawan  i  nieco  szerzej  otwarła

przesuwane drzwi szafy.

- Powiedział pan: sprawę o morderstwo?

Mówiła przez ramię, z ręką na sukience wiszącej w szafie.

- Tak. Spodziewam się, że pani wie, o jaką sprawę chodzi.

- Niestety nie.

Wpatrując się w jej plecy Milton powiedział:

- O zabójstwo Sama Fieldinga.

Przesunęła ręką po sukienkach, jakby nie mogła się zdecydować, którą włożyć.

- Sama Fieldinga? Kto to?

- Czy nie był pani przyjacielem?

Zdjęła sukienkę, ostrożnie wyciągnęła ją z szafy i odwróciła się do niego. Spojrzenia

ich spotkały się. Jej niebieskie oczy wyrażały rozbrajającą szczerość.

-  Żałuję,  ale  nie  był.  Zaraz!  Czy  chodzi  o  historię  w  Market  Weldon?  Zastrzeliła  go

jakaś dziewczyna.

- Właśnie. Niejaka Smith - Barbara Smith.

- No tak, w życiu nie słyszałam o żadnym Samuelu Fieldingu ani o Barbarze Smith - a

dowiedziałam się o nich dopiero z gazet. Czy ten starszy pan miał z nią romans?

Trzymając suknię w ręce podeszła do uchylonych drzwi i starannie je zamknęła.

- Nie sądzę - z bladym uśmiechem odparł Milton.

background image

- A tak bywa, prawda? - Wskazała głową parawan i podniosła suknię do góry, jakby

mógł  jej  jeszcze  nie  zauważyć.  -  Pozwoli  pan,  inspektorze,  że  się  ubiorę?  Wybieram  się  na

przyjęcie.

- Ależ proszę bardzo. Można usiąść?

- Proszę. Tylko wezmę ten płaszcz.

Zdjęła płaszcz z oparcia fotela i przewiesiła go na parawanie. Wzięła ze stolika paczkę

papierosów, zajrzała do środka i rzuciła ją z powrotem na stolik krzywiąc się z niesmakiem.

-  Zapali  pani?  -  spytał  sięgając  do  kieszeni  po  paczkę  papierosów  kupioną  po

południu.

- O, dziękuję. Pan jest bardzo miły.

Ku  jego  zdziwieniu,  wzięła  całą  paczkę  i  weszła  za  parawan.  Położył  kopertę  na

brzegu  stolika,  nie  znalazł  miejsca  dla  płaszcza  i  kapelusza  -  usiadł  i  wziął  je  na  kolana.

Odwrócił się w stronę parawanu.

-  Jak  aresztowaliśmy  Barbarę  Smith,  znaleźliśmy  w  jej  torebce  bilet  do  teatru.  Na

sztukę,  w  której  pani  występuje  -  na  przedstawienie  w  najbliższą  sobotę.  Zebraliśmy

informacje co do tego biletu. Nie ulega wątpliwości, że pani go kupiła.

Szelest  za  parawanem  świadczył,  że  Jacqueline  wkłada  jedwabną,  złotą,  obcisłą

sukienkę, którą przedtem trzymała w ręce.

- Że ja kupiłam?

- Tak.

- Ależ to niemożliwe. Chyba, że ona...

- Słucham, słucham.

- Otóż, muszę się przyznać, inspektorze, że kiedy mi się zdarzy grać w takim zabitym

deskami miasteczku jak Dalesbury, zawsze kupuję i rozdaję pewną ilość biletów. Ale zwykle

otrzymują te bilety osoby, które znam albo z którymi się kiedyś zetknęłam.

- A może pani się myli - spokojnie powiedział Milton. - Może poznała pani Barbarę

Smith.

- Barbarę Smith - powtórzyła namyślając się. - Nazwisko jest dostatecznie popularne,

ale... z całą pewnością nie przypominam sobie osoby o tym nazwisku.

-  Być  może  poznała  ją  pani  na  jakimś  przyjęciu...  albo  u  któregoś  z  przyjaciół,  na

przykład pana Brenta?

Za parawanem zrobiło się cicho. Jacqueline Dawson stanęła bez ruchu.

- Brenta?

background image

-  Tak.  Harry’ego  Brenta.  To  pani  przyjaciel,  prawda?  Malowidło  na  parawanie

przedstawiało typowy chiński obrazek: stożkowata góra w głębi, a na pierwszym planie, koło

dekoracyjnie  potraktowanego  mostku,  gromadka  elokwentnych  Chińczyków  w  trakcie

filozoficznej dysputy.

- Czy pani słyszała, co powiedziałem? Za parawanem dalej było cicho.

Milton  nadstawił  uszu  i  usłyszał  ciche  skrobanie.  Delikatny  zapach  ciała  mieszał  się

teraz  z  zapachem  mocnych  perfum.  Na  korytarzu  ktoś  przesuwał  kufer,  energicznie  nim

szarpiąc. Zbity z tropu, Milton wstał. Już miał ulec pokusie i zajrzeć za parawan, gdy ukazała

się Jacqueline. Trzymała w ustach papierosa. Wzięła ze stolika zapalniczkę, zapaliła i oddała

mu  paczkę  papierosów.  Znowu  jej  niebieskie  oczy  patrzyły  na  niego  z  onieśmielającą

uporczywością.

- Tak, słyszałam pana - powiedziała oschle. - Żałuję, ale nie znam żadnego Harry’ego

Brenta.

Milton z trudem wytrzymał jej spojrzenie. Włożył do kieszeni papierosy.

Nagle  odwróciła  się  od  niego,  siadła  przed  lustrem  i  zaczęła  czesać  włosy.  Nie

rozumiejąc, dlaczego Jacqueline  ni  stąd,  ni  zowąd  stała się wobec niego  tak oziębła, Milton

wyjął z koperty fotografię i pokazał jej.

- To jest zdjęcie Barbary Smith. Proszę dobrze się przyjrzeć.

Rzuciła  okiem  na  fotografię,  po  czym  zmieniła  grzebień  na  pomadkę  do  ust  i

skoncentrowała się na swym odbiciu w lustrze.

- Tak. Wiem. Widziałam w gazetach.

- Ale nie tę fotografię.

Zdawała  się  nie  słyszeć.  Rzuciła  pomadkę,  wzięła  torebkę  i  spojrzała  mu  w  oczy.

Wyraz jej twarzy wyraźnie świadczył, że chce się go pozbyć.

- Przykro mi, ale nie jestem w stanie panu pomóc. Wstała, spojrzała nad jego głową na

ś

cianę, lekko podniosła głos.

- Jesteś już gotów, kochanie?

Z sąsiedniej garderoby dał się słyszeć, zadziwiająco blisko, głos Tony Moore’a.

- Już idę, kiciuniu.

P

ółnoc minęła, gdy Milton wrócił do Market Weldon. Zostawił samochód w garażu,

jakieś  dwieście  jardów  od  domu,  i  odbył  krótki  spacer  pustą  ulicą.  Była  oświetlona  mdłym

blaskiem  nowoczesnych  lamp,  jakie  mądra  rada  miejska  uznała  za  odpowiednie  do

background image

sprofanowania  bezpretensjonalnego,  niemal  wiejskiego  stylu  sklepów  i  domów.  Z  wystawy

sklepu z damską konfekcją manekiny spoglądały na niego dumnie lub uwodzicielsko, na innej

wystawie  połyskiwały  sztućce.  Z  naprzeciwka  szedł  w  stronę  Miltona  policjant  w  hełmie.

Obchodził rewir, po drodze skrupulatnie sprawdzając drzwi i wystawy.

Milton przystanął przed biurem Jacksona i sięgnął do kieszeni po klucz „Yale”. Wśród

ogłoszeń  tu  i  ówdzie  kartka  wypisana  czerwonymi  literami  oznajmiała  z  dumą:

SPRZEDANE. Sportowy samochód przejechał hałaśliwiej z szybkością co najmniej 60 mil na

godzinę. Na widok policjanta kierowca zdjął nogę z gazu.

Drzwi bramy zatrzasnęły się za Miltonem. Nie zapalił światła i po ciemku wszedł na

górę.  Drugim  kluczem  na  kółku  otworzył  drzwi  do  mieszkania.  W  hallu  pociągnął  nosem  -

me  mógł  przypomnieć  sobie,  czy  pani  Tolly  paliła  papierosy.  Poczuł  cierpki  zapach

niedopałków.  Zawiesił  w  hallu  płaszcz  i  kapelusz,  położył  kopertę  na  stoliku  i  wszedł  do

pokoju. W gardle całkiem mu wyschło, chciał się napić mleka z lodówki.

Stanął przed drzwiami do kuchni. W powietrzu wisiał dym z papierosów. Nie musiał

się odwrócić, by zdać sobie sprawę, że ktoś jest w pokoju. Przyszło mu na myśl, że to jakiś

jego  informator  ze  świata  przestępczego,  który  wolał  przyjść  w  ciemną  noc,  a  nie  miał

trudności z zamkniętymi drzwiami lub oknem. Ostrożnie, wolno się odwrócił. Jakiś nie znany

mu  mężczyzna  siedział  w  fotelu  i  obserwował  go.  Był  niski,  krępy,  ubrany  z  przesadną

elegancją,  w  muszce,  ubraniu  w  kratkę,  lśniących  butach  z  długimi  szpicami.  Miał  długie

baczki.  Obok  niego  na  fotelu  leżała  popielniczka  ze  stosem  niedopałków.  W  prawej  ręce

trzymał rewolwer. Sześciocalowa lufa wycelowana była w brzuch Miltona.

- Kto pan - jest? - ostro zapytał Milton. - Co pan tu robi?

- Aleś pan się wlókł z tego Dalesbury, panie inspektorze. Na piechotę pan szedł?

Mówił  z  irlandzkim  akcentem,  raczej  północnym.  Milton  domyślił  się,  że  jego  gość

wychował się w Belfaście. Zrobił krok w stronę stolika, na którym stał telefon.

- Tylko z daleka od telefonu! - ostrzegł Irlandczyk. Wstał. Było coś szalonego w jego

oczach.  Zaniepokoiło  to  Miltona.  Nie  miał  do  czynienia  z  mordercą,  ale  nieznajomy  był

dostatecznie  zdenerwowany,  żeby  ze  strachu  pociągnąć  za  spust.  Wystraszony  człowiek  z

bronią  w  ręce  może  być  bardziej  niebezpieczny  niż  ktoś  pewny  siebie.  Milton  postanowił

zagrać na zwłokę.

- No dobrze. Kto pan jest i czego pan chce?

- Jeśli się nie mylę, masz, bracie, przy sobie paczkę papierosów.

- Papierosów?

background image

- Tak. Papierosów. Fajek, jeśli wolisz bardziej popularne słowo. W każdym razie tego

chcę. Po prostu paczkę fajek.

Uśmiechnął  się  ukazując  złotą  koronkę  i  szpetną  dziurę  po  drugim  zębie,  pewnie

straconym w bijatyce w jakiejś knajpie.

- Co to ma być? Żart?

Nieproszonego  gościa  dzielił  od  Miltona  stół.  Nie  spuszczał  z  oczu  rąk  inspektora.

Palec drżał mu na spuście.

-  Nie.  To  nie  żarty.  Przekonasz  się  o  tym,  jak  będziesz  na  tyle  głupi,  że  spróbujesz

mnie kiwnąć. Tylko spokojnie! Bez kawałów!

Milton włożył rękę do kieszeni marynarki, żeby lepiej schować paczkę papierosów.

- Zdawało mi się, że pan chce dostać papierosy.

Chodziło mu o to, żeby gość zbliżył się do niego. Z tego, co wiedział o przydatności

broni palnej, tamten powinien trzymać się z daleka od jego rąk i nóg. Tylko amator podchodzi

do przeciwnika i dźga go lufą dla postrachu.

- Wyjmij papierosy z kieszeni i rzuć na stół.

Milton  się  nie  ruszył.  Przypomniał  sobie  tajemniczą  ciszę,  kiedy  Jacqueline  Dawson

stała za parawanem i usłyszał dziwne skrobanie - jakby ktoś pisał piórem na kartonie. Wtedy

nie wiedział, co to mogło znaczyć.

-  Powiedziałem  -  rzuć  na  stół!  -  powtórzył  Irlandczyk  podniesionym  głosem,

wyciągając na parę cali rękę z rewolwerem.

- Żałuję, ale nie mam przy sobie papierosów. Proszę wziąć z pudełka na barku.

- Nie bądź za mądry - warknął gość. - Zaraz zobaczymy, czy masz papierosy, czy nie.

Ręce do góry! No już, bo rąbnę!

Z udaną niechęcią Milton wyjął rękę z kieszeni i podniósł ręce na wysokość ramion.

Po oczach tamtego poznał, że zauważył wypychającą kieszeń paczkę.

- Wyżej!

Milton  podniósł  ręce  wyżej.  Wpatrzył  się  w  rewolwer  udając,  że  zaczepna  postawa

Irlandczyka napędziła mu strachu.

- A teraz stań pod ścianą i przyłóż do niej dłonie.

To było za dobre, aby było prawdziwe. Milton odwrócił się i oparł się rękami o ścianę.

Stał  tuż  przy  niej  na  lekko  rozstawionych  nogach,  balansując  na  palcach  stóp.  Usłyszał,  jak

tamten podszedł do niego, i poczuł, że przystawił mu lufę do pleców.

Sytuacja była klasyczna. Nauczył się, jak ją opanować, na pierwszej lekcji walki bez

użycia broni.

background image

- Nie ruszaj się, bo wypruję ci flaki!

Oddech Irlandczyka nie był zbyt przyjemny. Musiał dobrze dodać sobie ducha przed

wielką  rozprawą.  Milton  czuł,  jak  Irlandczyk  włożył  mu  rękę  do  kieszeni,  trafił  na  paczkę

papierosów.

Nadeszła odpowiednia chwila. Milton zebrał siły, szybkim ruchem odwrócił się o 180

stopni i równocześnie prawą ręką uderzył w dół jak cepem trafiając kantem zaciśniętej pięści

w  przegub  Irlandczyka.  W  ułamku  sekundy  znalazł  się  twarzą  w  twarz  z  osłupiałym

napastnikiem.

Rewolwer przeleciał przez pokój i uderzył w ścianę pod barkiem.

Irlandczyk uzbrojony w rewolwer nie czuł się pewnie. Teraz, zmuszony do zdania się

na gołe pięści, był w swoim żywiole. Na pomoc przyszły mu instynkty rozwinięte w pijackich

bójkach. Z szybkością błyskawicy rąbnął Miltona pięścią w splot słoneczny i kolanem z dołu

uderzył w krocze. Milton ryknął wściekle. Chciał go złapać za gardło, ale tamten, niezwykle

zwinny,  uskoczył,  wydostał  się  zza  stołu  i  jak  strzała  wypadł  przez  drzwi.  Milton  usłyszał

stukot nóg na schodach, po czym trzasnęła brama na dole.

Nawet  nie  próbował  go  ścigać.  Stał  przez  chwilę  starając  się  opanować  ból,

uderzający  falami  po  łajdackim  ciosie  zadanym  kolanem.  Patrzył  na  leżący  na  podłodze

rewolwer. Mając rysopis sporządzony przez fachowca, policja szybko zidentyfikuje i dostanie

w ręce napastnika. Było niemal pewne, że ten gagatek figuruje w policyjnych rejestrach.

Ciężko  dysząc  z  bólu  wyjął  z  kieszeni  paczkę  papierosów.  Dopiero  gdy  wyciągnął

wewnętrzny  biały  kartonik,    ujrzał  na  nim  tekst  napisany  wyraźnym  kobiecym  charakterem

pisma:

Nie  mogę  teraz  mówić.  Radzą  odwiedzić  mieszkanie  18  w  Kingsdown  Mansions,

Richmond.

O

  drugiej  nad  ranem  w  Kingsdown  Mansions  światło  paliło  się  tylko  u  portiera  na

parterze i w mieszkaniu 18 na pierwszym piętrze. Kingsdown Mansions był to pięciopiętrowy

blok  mieszkalny,  który  stał  w  należącymi  do  niego  ogrodzie  niedaleko  brzegu  Tamizy  w

Richmond.  Od  drogi  do  Twickenham  dobiegał  nieustanny  szum  nocnego  ruchu.  Na  niebie

jarzył się pomarańczowy odblask świateł ulicznych lamp.

Czarnuszka nie dawała się złapać. Od pół godziny przyglądała się z krzaków, jak Reg

Bryer, nocny portier,  błądził w ciemnościach. Wołał: „Czarnuszka. Kiciu, kiciu! Ko teczko!

Chodź do tatusia!” i rozstawiał kuszące spodki z mlekiem. Nie zamierzała jeszcze wrócić do

background image

domu.  Miała  nocną  randkę  z  rudym  Tomem,  który  składał  jej  częste  wizyty,  przychodząc  z

bardziej plebejskiego domu przy drodze. Czarnuszka nie zamierzała mu się opierać, choć była

gotowa wydrapać mu ślepia, za to, że się spóźnił.

Z zadartym ogonem i nastroszoną sierścią, galopując bokiem, zmierzała przez trawnik

do  głównego  podjazdu.  Ze  wzgórza  zjechał  z  ledwie  dosłyszalnym  szumem  samochód.

Ś

wiatła  miał  wygaszone,  motor  wyłączony.  Czarnuszka  przycupnęła  na  środku  drogi,  koła

jaguara  przetoczyły  się  po  obu  jej  stronach.  Po  czym  bez  najmniejszej  urazy,  pobiegła  w

podskokach za samochodem. Wyłącznie nocne łajdactwa zaprzątały jej głowę.

Jaguar  zatrzymał  się  w  cieniu  krzaków,  niedaleko  domu.  Kiedy  stopa  w  bucie  z

kozłowej skóry stanęła na ziemi, Czarnuszka już tam była. W sekundę później ocierała się o

męską  nogę  w  moherowych  spodniach.  Ręka  zniżyła  się  w  mroku,  by  ją  podrapać  po  szyi.

Okrywała ją szczelnie rękawiczka starannie zapięta w przegubie.

Znad głównego wejścia do domu padł snop światła i na trawniku ukazał się ogromny

cień Rega Bryera. Kierowca jaguara zamarł w bezruchu.

-  Czarnuszka!  Chodź  tu,  bo  cię  obedrę  ze  skóry!  -  zawołał  portier  tłumiąc  gniew.  -

Przeklęta kocico!

Postał  chwilę  wpatrując  się  w  mrok,  po  czym  wycofała  się  do  portierni.  Czarnuszka

odprowadziła  gościa  do  wejścia  dla  służby.  Obserwowała  go,  jak  się  ostrożnie  rozglądał,  a

potem zniknął na klatce schodowej.

Samochód,  który  nadjechał  w  piętnaście  minut  później,  nie  przedstawiał  żadnego

niebezpieczeństwa  dla  kotów.  Rudy  Tom,  dogodziwszy  sobie  należycie,  zanim  odszedł,

przyjrzał  się,  jak  światła  wozu  omiotły  główne  wejście  i  najeżył  uszy  zirytowany  obrotami

małego silnika.

Inspektor  Milton  zaparkował  austina  mini  przy  głównym  wejściu  do  Kingsdown

Mansions  i  cicho  wszedł  do  hallu.  Przystanął  i  wysłuchał  dobiegającego  ze  schodów  do

suteryny monologu wygłaszanego zniżonym głosem.

-  Szukałem  cię  wszędzie.  Jesteś  okropna  zaraza,  Czarnuszko.  Inaczej  nie  mogę  cię

nazwać  -  okropna  zaraza.  Gdybym  miał  trochę  oleju  w  głowie,  przywiązałbym  cegłę  do

twojej paskudnej szyi i wrzucił cię do rzeki.

Reg Bryer głaszcząc niezmiernie zadowoloną z siebie: kotkę, która się zwinęła w jego

ramionach, dopiero gdy wyszedł po schodach na parter, zobaczył, że ktoś obcy stoi w hallu.

W  szarych  spodniach  z  flaneli,  koszuli  bez  kołnierzyka  i  w  wytartym  szlafroku  -  Bryer

wyglądał  dziwacznie  i  dość  rzewnie.  Milton  zakwalifikował  go  jako  wojskowego,  który

przeszedł na rentę inwalidzką przed wysługą lat.

background image

- Przepraszam, czy to Kingsdown Mansions?

- Owszem. Jestem portierem. Czym mógłbym służyć?

- Szukam mieszkania numer 18...

- Pierwsze piętro - przerwał mu portier. - Na lewo. Winda zepsuta. Musi pan wejść po

schodach.

Milton  wchodząc  po  schodach  wiedział,  że  Reg  Bryer  i  kotka  nie  spuszczają  go  z

oczu.  Wizyta  o  tak  późnej  porze  musiała  zdziwić  portiera.  Gruby  dywan  na  korytarzu

pierwszego  piętra  tłumił  kroki  Miltona.  Drzwi  apartamentów  były  z  solidnego  drzewa

tekowego, miały też mocne zawiasy i ciężkie zamki. Architekt, który zbudował ten dom, nie

uznawał tanich materiałów.

Milton  nacisnął  dzwonek.  Usłyszał  melodyjkę  za  drzwiami.  Po  upływie  pół  minuty

znów zadzwonił: dwa razy. Patrząc na zegarek odczekał trzydzieści sekund, po czym jeszcze

raz  zadzwonił,  bardzo  długo.  Odpowiedział  niemal  natychmiast  głos  kobiety  z  głębi

mieszkania.

- Dobrze, dobrze! Już idę!

Milton,  czekając,  wepchnął  lekko  do  środka  klapkę  skrzynki  na  listy.  Nagle  z  głębi

mieszkania  dał  się  słyszeć  przeraźliwy  krzyk.  Natychmiast  został  stłumiony,  po  czym

rozległy się odgłosy walki. Ktoś walczył o życie z zaciekłym napastnikiem.

Milton  uderzył  ramieniem  w  drzwi  usiłując  wyrwać  zamek.  Ale  zamek  mocno

trzymał.  Milton  cofnął  się  i  zaczął  kopać  w  drzwi  poniżej  zamka.  Ból  przeszył  mu  nogę,  a

zamek ani drgnął.

W  mieszkaniu  ktoś  strącił  wazon  czy  coś  podobnego.  Rozleciało  się  to  w  drobne

kawałki. Potem czyjeś ciężkie ciało upadło i słychać było okropne rzężenie.

Reg Bryer sapiąc wbiegł na górę. Oczy wyszły mu na wierzch.

- Na miłość boską! Co pan wyrabia? Co się stało?

- Ma pan zapasowy klucz od tego mieszkania? Tam kogoś mordują.

Portierowi opadła szczęka. Niepewnie włożył rękę do kieszeni.

- Mam. Pewnie zostawiłem go w suterynie.

- No to dawaj go, człowieku! Prędko, na miłość boską!

Reg  Bryer  zbiegł  na  dół  i  bardzo  długo  nie  wracał.  Milton  tłukł  w  drzwi.  W

mieszkaniu  z  wolna  się  uciszało,  aż  zapanowała  grobowa  cisza.  Gdy  wreszcie  portier

nadbiegł ciężko dysząc, Milton wyrwał mu z drżącej ręki klucz i otwarł drzwi.

W  mieszkaniu  wszystkie  światła  były  zapalone.  W  salanie,  pierwszym  pokoju  na

lewo,  znakowały  się  głębokie  kanapy,  fotele,  dywany  z  futer,  na  stołach  stały  lampy  z

background image

abażurami. Właśnie tu została stoczona walka. Na podłodze leżały dwie przewrócone lampy i

stłuczone kryształy, kruche nogi antycznego stolika były połamane.

- O, Boże! - jęknął Reg Bryer. Schylił się, wziął kotkę na ręce. - Nie, Czarnuszko, nie

patrz! Nie patrz!

Na podłodze, w poprzek dywanu leżała kobieta z jedną ręką wyciągniętą na parkiecie.

Na zalanej krwią, wykrzywionej twarzy wiły się brązowe loki.

-  Dziwne  -  głośno  powiedział  Milton.  -  Myślałem  że  farbuje  się  na  blondynkę.  Nie

przypuszczałem, że nosi perukę.

- Pan ją zna?

- Tak.

Ofiary  uduszenia  rękami  nigdy  nie  przedstawiają  miłego  widoku,  ale  rysy  twarzy

łatwo było poznać.

- Nazywa się Tolly.

Mówiąc  to  Milton  spojrzał  nad  szarą  twarzą  portiera;  na  szeroko  otwarte  okno,  za

którym  widać  było  metalowe  schody  przeciwpożarowe.  Gdzieś  na  dole  krótko  odezwał  się

starter, po czym dał się słyszeć szum odjeżdżającego samochodu.

Rozdział trzeci

Zasłaniając ręką oczy kotki Reg Bryer podszedł nieco bliżej, skrzywił się i cofnął.

-  Nie  mógłby  pan  zamknąć  jej  oczu?  Nie  można  pozwolić,  żeby  tak  patrzyła.

Uważałem ją za przystojną kobietę, ale teraz...

- Pan ją zna? - spytał Milton.

- A jakże. To jej apartament. Nazywa się nie Tolly, tylko Phyllis Stafford.

- Phyllis Stafford?

Milton  nie  miał  zamiaru  spełnić  prośby  portiera.  Niczego  w  tym  pokoju  nie  wolno

było  ruszać,  póki  nie  wykonają  swej  pracy  fotografowie,  specjaliści  od  odcisków  palców,

eksperci z zakładu medycyny sądowej, policyjni lekarze itd. W pół godziny od podniesienia

słuchawki mieszkanie, w którym teraz panuje groźna cisza i przytłaczająca atmosfera śmierci,

zatętni życiem, jakby się tutaj odbywało przyjęcie.

- Stafford, a może Strafford. Nigdy nie byłem tego całkiem pewny. Ale zaraz, kto pan

właściwie jest? I do kogo pan tutaj - przyszedł?

background image

- Nazywam się Milton. Jestem z policji. Wydawało mi się, że mieszka tu pani Dawson

- Jacqueline Dawson.

- Już gdzieś słyszałem to nazwisko - Bryer z trudem trzymał w ręce Czarnuszkę, która

doszła do wniosku, że już ma dosyć, i wszystkimi pazurami dawała temu wyraz. - Ale tu nie

ma żadnej pani Dawson - w Kingsdown Mansions.

Milton  wyjął  chusteczkę.  Owinął  nią  rękę,  podniósł  słuchawkę  telefonu  i  końcem

pióra nakręcił trzy cyfry.

- Centrala? Nagły wypadek. Proszę mnie połączyć z komisariatem w Richmond.

Za  jego  plecami  portier  syknął  i  zawył  z  bólu.  Czarnuszka  wygrała  bitwę  i  wyrwała

mu się z rąk. Stał wpatrzony w zaognioną rysę na lewej ręce.

Z

daję sobie sprawę, że to straszny cios dla pana.

- Boże drogi, cóż więcej można powiedzieć!

- Ale musi pan nam pomóc. Bardzo proszę, by pan był absolutnie szczery, bo inaczej...

- Przecież mówię szczerą prawdę!

Harold Tolly wyjął jaskrawą jedwabną chusteczkę i otarł czoło. Piecyk, włączony na

noc,  wydzielał  fale  ciepła,  chociaż  poranne  słońce  grzało  przez  okno  gabinetu  inspektora.

Miltona  piekły  oczy  z  niewyspania.  Otworzył  okno  jak  najszerzej,  ale  powietrze  było

nieruchome, więc niewiele to pomogło.

- Mówiłem już panu... - Tolly potrząsnął skołowana głową. - Nie wiedziałem, że moja

ż

ona posługuje się panieńskim nazwiskiem. Nie wiedziałem też, że wynajmowała apartament

w Richmond.

Odepchnął krzesło w tył i w podnieceniu zaczął spacerować po ciasnym gabinecie.

- Bardzo dużo podróżuję. Dwoję się i troję. Mam parę straganów tutaj, na rynku, jeden

w Dalesbury i jeszcze jeden w Kingston, a ostatnio otwarłem sklepik w Byfleet.

- Tak. Wiem, proszę pana - uspokajającym tonem powiedział Milton. Trudno się było

dziwić, że Tolly bardzo się zmienił od chwili, gdy go powiadomiono o zamordowaniu żony.

Dotąd był opanowany i umiał dopiąć celu dzięki pewności siebie, wymowie i eleganckiemu

wyglądowi. Teraz zupełnie się załamał.

- Naturalnie, jak ktoś tyle podróżuje... to... to... Milton pomyślał sobie - niezależnie od

współczucia - że Tolly zgrywa się na niepocieszonego w smutku wdowca. Może to się dało

wyczytać z twarzy inspektora, bo Tolly bystro spojrzał na niego i od razu zmienił ton. Znów

usiadł i przysunął się z krzesłem do biurka.

background image

- Widzi pan, inspektorze, niczego nie staram się zataić. Nie mam żadnego powodu, jak

mi Bóg miły! Phyllis i ja mieszkaliśmy razem, w naszej willi, ale... No cóż, każde z nas miało

swoich przyjaciół i... i robiliśmy co nam się podobało.

- Rozumiem.

- Nie mógłbym być bardziej szczery, prawda, inspektorze?

- Rzeczywiście, trudno by było - przyznał Milton.

Tolly,  choć  miał  pod  czterdziestkę,  zachował  młodzieńczą  figurę.  Nietrudno  było

wyobrazić  sobie,  jak  wieczorem  wykonuje  ćwiczenia  gimnastyczne  dla  utrzymania  się  w

formie  lub  jak  starannie  czesze  faliste  włosy  przed  wyjściem  na  randkę.  Miał  na  sobie

dwurzędową  marynarkę  z  fantazyjną  kamizelką,  w  krawat  wpiął  szpilkę  z  perłą,  spinki  z

drogimi kamieniami błyskały na mankietach, a srebrna bransoletka, z łańcuszkiem i napisem

pozwalającym stwierdzić tożsamość, otaczała przegub.

Zupełnie nie wyglądał na męża, który siedzi kamieniem w domu.

- Czy zechciałby pan powiedzieć mi, gdzie pan był zeszłej nocy?

- Zeszłej nocy? Do jedenastej siedziałem w sklepie w Byfleet i sprawdzałem rachunki.

Jeśli dobrze pamiętam, wróciłem do domu kwadrans przed dwunastą.

- Dziękuję. - Milton dopisał parę słów do notatki sporządzonej z rozmowy. - A teraz,

jeśli pan pozwoli.

- A teraz, jeśli pan pozwoli - przerwał Tolly - z kolei ja chciałbym zadać panu kilka

pytań.

Milton podniósł wzrok. Trochę go bawiła ta zmiana taktyki.

- Proszę bardzo.

- Jak słyszę, to pan wczoraj w nocy był w mieszkaniu Phyllis. I pan ją tam znalazł.

- To prawda.

- Więc jak to było? Jak doszedł pan, że ona wynajmuje ten apartament? Czy nie był

pan przypadkiem jednym z jej przyjaciół?

Milton uśmiechnął się do siebie na myśl, że mógłby płacić za gościnność pani Tolly.

Gdyby  nawet  był  skłonnymi  skorzystać,  wygląd  jej  apartamentu  świadczył,  że  zaspokajała

najbardziej kosztowne gusty.

- Nie - powiedział - spotkałem ją przedtem tylko dwa razy.

Zanim Tolly zdążył strzelić następnym pytaniem, drzwi się szeroko otwarły i sierżant

Phillips zajął sporą część pokoju. Był w płaszczu i kapeluszu, a przez rękę miał przerzuconą

sportową marynarkę.

background image

- O, przepraszam, panie inspektorze - powiedział jawnie niecierpliwym tonem. - Nie

wiedziałem, że ktoś jest u pana.

Widać było, że Phillips przyniósł jakąś ważną wiadomość.

-  Nic  nie  szkodzi,  Roy.  Pan  Tolly.  Sierżant  Phillips.  -  Panowie  skłonili  głowy.  -

Siadaj, Roy. Już kończymy.

Phillips siadł na jednym wolnym krześle. Milton znów zwrócił się do Tolly’ego:

- Udałem się do tego apartamentu, bo myślałem, że pani Dawson - Jacqueline Dawson

- tam mieszka.

- Jacqueline Dawson? Aktorka?

- Tak. Pan ją zna?

- Nie. Ale, oczywiście, widziałem ją na scenie. I to nie raz.

Milton odsunął krzesło. Wstał, podszedł do okna. Patrzył na parking. Był spokojny, że

Phillips będzie obserwował wyraz twarzy Tolly’ego.

-  Proszę  pana,  cztery  tygodnie  temu,  a  ściślej  mówiąc  w  niedzielę  minęło  cztery

tygodnie,  jak  pańska  żona  pojechała  do  Londynu  odwiedzić  siostrę.  W  drodze  powrotnej

wstąpiła  do  baru  kawowego  i  przypadkowo  podsłuchała  rozmowę  Fieldinga  z  jego

przyjacielem. Otóż, jak żona opowiadała panu o tym, czy powiedziała...

-  Chwileczkę!  -  Milton  usłyszał, jak  Tolly  odwraca się  na krześle. -  Fielding?  Mówi

pan o Samie Fieldingu, u którego żona kiedyś pracowała?

- Tak. Ale wie pan o tym zdarzeniu. Żona omawiała je z panem.

- Jakie zdarzenie? I właściwie co miała ze mną omawiać?

- Czy nie powiedziała panu, że podsłuchała rozmowę Fieldinga z pewnym mężczyzną,

któremu  na  imię jest  Harry? - Milton  odwrócił się,  by  się przyjrzeć twarzy Tolly’ego. - Nie

mówiła...

-  Nie  -  Tolly  stanowczo  potrząsnął  głową.  -  Nic  o  tym  nie  wiem.  Pojechała  do

Londynu odwiedzić siostrę. Często u niej bywała, przynajmniej tak mi mówiła. Ale nigdy ani

słowem  nie  wspomniała  o  żadnym  barze  kawowym  albo  o  tym,  że  spotkała  Fieldinga  czy

jakiegoś Harry’ego. Nic z tego nie rozumiem.

Przypatrując się Tolly’emu Milton utwierdził się w niechęci do niego. Wdowiec rzucił

okiem na Phillipsa, a potem na Miltona. Dolna warga zaczęła mu drżeć. Milton swobodnie się

uśmiechnął i przyjaźnie wyciągnął do niego rękę.

-  Dobrze,  proszę  pana.  Proszę  się  nie  przejmować.  To  głupstwo.  Najwidoczniej  się

pomyliłem.  -  Uścisnął  min  rękę.  Dłoń  była  oślizgła  od  potu.  -  Gdybyśmy  chcieli

skontaktować się z panem w ciągu najbliższych dni, gdzie pana szukać?

background image

Tolly wziął filcowy kapelusz i przed włożeniem zajrzał do środka.

-  Hm,  jutro  będę  tutaj,  bo  to  dzień  targowy.  Potem  do  końca  tygodnia  zostanę  w

Byfleet. Chociaż, Bóg mi świadkiem, nie mam ochoty do pracy.

- Gdybyśmy mogli coś zrobić... jakoś pomóc panu, niechże pan da znać. - Przytrzymał

otwarte  drzwi.  -  Jeżeli  mnie  nie  będzie,  może  pan  spokojnie  pomówić  z  sierżantem

Phillipsem.

- Dziękuję, panie inspektorze.

Tolly wyszedł potrząsając głową. Dzielnie się starał wrócić do świata ze swoją dawną

pewnością siebie. Milton zamknął drzwi i spojrzał na Phillipsa.

- Myślę, że mówił prawdę - powiedział Phillips.

- O Fieldingu? - Milton przysunął do biurka krzesło, na którym siedział Tolly. - Mnie

się  też  tak  zdaje.  Uważam,  że  Phyllis  Tolly  nas  okłamała.  Nie  sądzę,  by  mu  choć  słowem

wspomniała o spotkaniu w barze kawowym.

- Jeśli ta historia nie  jest zmyślona. Nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś tak poważne

ostrzeżenie przekazał w miejscu publicznym, gdzie rozmowa może być łatwo podsłuchana.

-  Ba,  jeśli  nic  takiego  się  nie  zdarzyło,  w  jakim  celu  -  wymyśliła  tę  skomplikowaną

historię?

Phillips potrząsnął głową bębniąc palcami w marynarkę, którą wciąż trzymał w ręce.

- Nie wiem. Coś tu się nie zgadza. Milton wskazał głową na marynarkę.

- A jak było dziś rano? Widzę, że masz jakieś wiadomości.

-  Wiadomość  jest  na  pewno  interesująca.  W  końcu  odszukałem  panią  Dawson.  Ma

mieszkanie  w  Esher.  Twierdzi,  że  nic  nie  napisała  na  paczce  papierosów,  że  w  życiu  nie

słyszała o pani Tolly i z wszelką pewnością nigdy nie była w Kingsdown Mansions.

- Kłamie.

- Tego rodzaju kobiety zawsze mnie okłamują. Może tobie powie co innego.

- Hm. I co dalej?

-  Po  wizycie  u  naszej  przyjaciółki,  Jacqueline,  pojechałem  do  Richmond  i  dokładnie

przeszukałem całe mieszkanie. Na górnej półce w szafie znalazłem tę marynarkę.

-  Zostawioną  przez  jednego  z  odwiedzających  ją  dżentelmenów?  Nie,  to

nieprawdopodobne. Jest na niej jakieś nazwisko?

Phillips z dumą podniósł marynarkę trzymając ją za wszyty pod kołnierzem wieszak.

- Nie ma. Ale jest nazwisko krawca, jego adres i telefon. Zadzwoniłem do niego.

Phillips przerwał. Zwlekał, spoglądał spod oka na inspektora.

- No, mówże, Roy! - niecierpliwie ponaglił go Milton.

background image

Phillips starannie przewiesił marynarkę przez krzesło, po czym obwieścił:

- Marynarka została uszyta dla Eryka Vynera.

N

a  farmie  w  Becklehurst  nigdzie  nie  można  było  znaleźć  Eryka  Vynera.  W  domu

skierowano Miltona do magazynu zboża, w magazynie do kojców z kurczakami, z kojców do

chlewów. Wreszcie dopadł Eryka na polu ćwierć mili od domu. Stał pochylony nad silnikiem

traktora wraz z młodym praktykantem i starał się dojść, dlaczego silnik nie chce zaskoczyć.

-  Nic  nie  rozumiem  -  mówił  młodzieniec.  -  Wczoraj  chodził  jak  ta  lala.  Spróbować

jeszcze raz?

-  Może  masz  za  gęstą  mieszankę.  Daj  mu  spokój  przez  pięć  minut,  a  potem  spróbuj

jeszcze raz. A, cześć, Alan Co cię sprowadza tak wcześnie? Myślałem, że chłopaki z policji

nie zaczynają pracy przed dziesiątą rano.

-  Jesteś  najwyraźniej  źle  poinformowany  -  dobro  dusznie  odparł  Alan. -  A  poza  tym

nie jest dziesiąte tylko za kwadrans jedenasta.

- Co? Naprawdę? - Vyner spojrzał na zegarek i wzniósł oczy do nieba. - Boże drogi!

Jak ten czas lec: Jeszcze nic nie zrobiłem, a od szóstej jestem na nogach.

-  Ja  całą  noc  nie  spałem  -  mruknął  Milton.  -  Nie  będę  zabierał  ci  czasu.  Chciałem

tylko wiedzieć, czyś już kiedy widział tę marynarkę? Vyner popatrzył.

- Zdziwiło mnie, żeś wyniósł ją z domu. Pewnie Olive bała się, żebym się nie zaziębił.

Skąd ją wziąłeś?

- To twoja marynarka?

-  Oczywiście.  -  Vyner  podrapał  się  po  głowie  i  zmarszczył  czoło.  -  A  wiesz,  że

właśnie tę marynarkę pożyczyłem Harry’emu.

- Brentowi? Kiedy pożyczyłeś?

-  Och,  jakieś  trzy  tygodnie  temu.  Przyjechał  na  weekend  i  poszliśmy  we  dwójkę  na

ryby.  Deszcz  lał  jak  z  cebra.  Przemokliśmy  do  suchej  nitki,  więc  pożyczyłem  mu  starą

marynarkę. Harry wrócił w niej do Londynu. Prawdę mówiąc, zapomniałem o niej.

- Rozumiem.

- Ale skąd się wzięła u ciebie? Gdzieś ją znalazł?

-  Dziś  rano  przyniesiono  mi  ją  do  biura  -  odparł    Milton  wymijająco.  -  Słuchaj,  czy

mówi ci coś nazwisko Stafford... Phyllis Stafford?

-  Phyllis  Stafford?  -  Vyner  wpatrzył  się  w  pole,  na  którym  pasło  się  stado  czarno-

białych krów. - Nie. Nic mi nie mówi.

background image

- A pani Tolly?

-  Naturalnie,  słyszałem  o  niej.  Któż  w  Market  Weldon  jej  nie  zna?  Pracowała  u

Fieldinga.

- Stafford to jest jej panieńskie nazwisko, a raczej było.

- Aa, nie wiedziałem. - Vyner gwałtownie odwrócił głowę. - Co to znaczy: było?

- Dobrze ją znałeś? Była twoją przyjaciółką?

-  Niech  mnie  Bóg  broni!  -  Vyner  roześmiał  się.  Milton  przypomniał  sobie,  że

podobnie  zareagował,  gdy  Harold  Tolly  zadał  mu  to  samo  pytanie.  -  Chyba  w  życiu  nie

zamieniłem z nią więcej niż parę słów. Słuchaj, Alan, mówisz o tej kobiecie, jakby nie żyła.

- Nie żyje. - Milton wiedział z doświadczenia, że nie należy zbyt wyraźnie przyglądać

się  osobie,  której  zakomunikowało  się  niespodziewaną  wiadomość.  Bo  to  budziło  czujność

lub wywoływało nienaturalne reakcje. Niekoniecznie trzeba było obserwować zmianę wyrazu

twarzy  -  indagowana  osoba  mogła  się  zdradzić  rozmaicie:  ruchem  rąk,  zmianą  rytmu

oddechu, jakimś nieznacznym, mimowolnym nerwowym gestem.

- Została zamordowana. Uduszono ją. Dziś w nocy znaleźliśmy jej trupa w mieszkaniu

w Richmond.

Praktykant  chciał  jak  najprędzej  zabrać  się  do  orania.  Znów  spróbował  uruchomić

traktor. Nagle silnik zaczął warkotać. Sprawiło to zawód Miltonowi. Hałas silnika zagłuszył

zupełnie Vynera - może krzyknął: „O rany boskie!” Praktykant obiegł traktor dokoła. Zgasił

motor.

Vyner odstąpił o krok od Miltona, by wydać polecenie swemu pracownikowi. Milton

dotknął jego ramienia.

-  Słuchaj  -  powiedział.  -  Teraz  jestem  z  kimś  umówiony.  O  marynarce  powiem  ci

później.

-  Lepiej  powiedz  od  razu,  stary.  Czyś  przyjechał  tu  żeby  mi  oddać  marynarkę,  czy

zawiadomić mnie, że Phyllis Tolly została zamordowana?

-  W  tej  chwili  nic  więcej  nie  mogę  powiedzieć.  Później  wszystko  ci  wyjaśnię.

Dziękuję za rozpoznanie marynarki.

Odwrócił  się  na  pięcie  i  poszedł  błotnistą  drogą  prowadzącą  do  farmy.  Wiedział,  że

Vyner  odprowadza  go  osłupiałym  wzrokiem.  Po  krótkiej  chwili  praktykant  włączył  bieg  i

puścił  sprzęgło.  Silnik  zaterkotał  i  zgasł.  Słysząc  gwałtowne  okrzyki  Vynera  czarno-białe

krowy podniosły głowy.

background image

K

iedy  żył  Sam  Fielding,  wydawało  się,  że  przedsiębiorstwo  samo  funkcjonuje,  bez

większego  udziału  z  jego  strony.  Każdy  wiedział  co  do  niego  należy  i  wykonywał  swoje

obowiązki.  Byli  nawet  tacy,  którzy  uważali,  że  starszy  pan  nie  bardzo  przykłada  rękę,  by

zarobić  na  piękną  pensję  dyrektora,  jaką  pobiera.  Teraz,  gdy  go  zabrakło,  zmienili  zdanie.

Bez czujnego oka, które od razu widziało, że coś się zacięło, bez głosu zachęty i pochwały,

gdy  wszystko  szło  dobrze,  i  bez  łatwości,  jaką  Fielding  miał  w  kontaktach  z  ludźmi,

pozwalającej  dawać  sobie  radę  z  kapryśnymi  klientami  -  cała  organizacja  bardzo  szybko

pogrążała  się  w  chaosie.  Nawet  Carol,  której  zdawało  się,  że  to  ona  kieruje  szefem,  a  nie

odwrotnie, zaczynała się gubić. Siedząc za biurkiem Fieldinga we wtorek rano, cztery dni po

jego  śmierci,  miała  przed  sobą  stos  listów,  wymagających  odpowiedzi,  rachunki  do

zapłacenia,  kosztorysy,  które  trzeba  było  doręczyć,  formularze  eksportowe,  które  należało

wypełnić.  Przynajmniej  pogrzebem  nie  musiała  się  martwić.  Alan  odnalazł  młodszą  siostrę

Fieldinga, która przyleciała ze Szkocji, by zająć się uregulowaniem spraw zmarłego.

Carol  właśnie  drapała  się  po  głowie  długopisem,  gdy  drzwi  się  otworzyły  i  z  biura

wszedł  George  Longfield  z  plikiem  akt  w  ręce.  Longfield  należał  do  najbardziej  udanych

zdobyczy  personalnych  Fieldinga.  Sześć  lat temu przyszedł  na  pierwszą rozmowę  z  szefem.

Miał wówczas długie włosy opadające na ramiona. Ku ogólnemu zdziwieniu stary przyjął go

do  pracy.  Obecnie  Longfield  należał  do  najlepiej  się  prezentujących  urzędników  firmy  i

oczekiwał awansu na kierownicze stanowisko.

-  Przepraszam,  Carol,  nigdzie  nie  mogę  znaleźć  tego;  listu.  Szukałem  go  we

wszystkich  segregatorach.  Nie  myślisz,  że  mógł  włożyć  ten  list  do  specjalnej  teczki,  którą

trzymał u siebie?

-  Mówiłeś  z  Dorą?  Jak  mnie  nie  było,  zabrała  parę  listów.  Może  odnotowała  go  w

swoim notesie stenograficznym.

-  Masz  rację.  Pomówię  z  nią.  Przy  okazji:  gospodyni  Fieldinga  chce  się  z  tobą

zobaczyć. Dzwoniła wczoraj wieczór, zaraz po twoim wyjściu.

- Tak. Mówiłam z nią. I już wiem o piórze. Ma przyjść tutaj o dwunastej.

George  Longfield  usłyszał,  że  ktoś  zapukał  do  drzwi;  za  jego  plecami,  zobaczył

rozpromienioną  twarz  Carol  i  odwrócił  się,  by  ujrzeć  wchodzącego  do  pokoju  wysokiego

młodego mężczyznę w kamelowym płaszczu.

- Można?

- Harry!

background image

Jakby  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  zmarszczki  na  jej  zatroskanej  twarzy

zniknęły. Wyszła zza biurka powitać Brenta.

- Co ty tutaj robisz, mój drogi?

- Pomyślałem sobie, że może potrzebna ci jest pomoc.

-  A  toś  zgadł!  -  Rzuciła  okiem  na  zawalone  papierami  biurko.  -  Czy  znasz  się  na

przepisach o spółkach i podatku od osób prawnych?

Harry uśmiechnął się. Przyjaźnie skinął głową urzędnikowi, który zrozumiał i szybko

się  wyniósł.  Brent  wziął  Carol  w  ramiona  i  ucałował.  Po  czym  lekko  ją  odsunął  od  siebie  i

przyjrzał się jej z poważną miną.

- Jak tam, Carol? Jak się czujesz?

- Och, całkiem dobrze. A co z twoją głową? Już nie boli?

Brent potarł głowę.

-  Nie  boli.  Już  o  tym  zapomniałem.  Ale  martwiłem  się  o  ciebie.  Wczoraj  wieczór,

gdyśmy się żegnali na stacji, wyglądałaś dość kiepsko.

- I dlatego przyjechałeś?

- No wiesz... - usprawiedliwił się uśmiechem. - Jadę do Guildford. Umówiłem się tam

na wpół do pierwszej.

Carol  roześmiała  się.  Opuściła  ręce,  odsunęła  się  trochę  od  niego.  -  Jedziesz  do

Guildford przez Market Weldon? Równie dobrze mógłbyś jechać przez Edynburg.

- Mam jaguara. Będę tam za godzinę. - Podszedł do starego gramofonu, odsunął ramię

i  patrzył  na  wolno  obracającą  się  tarczę.  -  Carol,  chciałbym  cię  o  coś  zapytać.  Myślałem  o

tym bez przerwy, od chwili jak rozstaliśmy się wczoraj wieczór.

- Słucham - patrzyła na jego plecy, zdziwiona, że zadając pytanie unikał jej wzroku. -

O co chodzi?

Unieruchomił tarczę, odwrócił się do niej.

- Co Alan Milton powiedział ci, jak dałaś mu tę fotografię?

- Już ci mówiłam. Po... prostu podziękował, że ją przyniosłam, nic więcej.

-  Byłaś  u  niego  około  piętnastu  minut.  Potem,  w  drodze  na  stację,  miałaś  strasznie

zbolałą minę i prawie się nie odzywałaś. Wydaje mi się, że coś powiedział ci wczoraj... coś o

mnie.

Z kolei Carol unikała jego wzroku.

- Nie, Harry...

- Jeżeli powiedział, uważam, że zwykła lojalność wymaga, byś mi to powtórzyła.

background image

-  O  tobie  nie  było  mowy.  -  Stanęła  za  biurkiem  i  z  roztargnieniem  zaczęła  układać

papiery. - Cały czas rozmawialiśmy o tej fotografii. Potem przyszedł sierżant Phillips i...

- I co dalej? - przynaglał ją Brent, gdy urwała.

- Nic dalej nie było - odparła z lekką irytacją. Zeszłam na dół i pojechaliśmy na stację.

Podszedł do biurka, stanął naprzeciw Carol i zmusił ją, by spojrzała mu w oczy.

- Carol, przykro mi. Bardzo mi przykro, ale po prostuj nie wierzę ci.

-  Dobrze,  Harry  -  nagle  śmiało  spojrzała  mu  w  oczy.  -  Rzeczywiście  mówiliśmy  o

tobie.  Alan  powiedział,  że  jego  zdaniem  kłamałeś.  Uważa,  żeś  go  świadomie  okłamał

wypierając się, że Barbara Smith była twoją przyjaciółką.

-  Jak  to...  przyjaciółką?  W  ogóle  nie  znałem  tej  dziewczyny.  Na  oczy  jej  nie

widziałem od chwili, gdy w stacji Waterloo wsiadła do pociągu.

Zacisnął ręce ze złości. Przez chwilę uporczywie patrzyli na siebie.

- I to jest prawda, Harry? - spytała niepewnie.

- Ależ tak! - Obszedł biurko, siadł na jego brzegu, patrzył na nią. Wziął dłoń Carol i

przytrzymał  w  obu  rękach.  -  Słuchaj,  Carol.  Wiem,  różne  rzeczy  się  zdarzyły,  przedziwne

rzeczy, których nie umiem wyjaśnić. Kwiaty na grobie, bilet do teatru, fakt, że jechała w tym

samym przedziale, co ja. Ale przysięgam ci, że nie znałem tej dziewczyny. Nigdy przedtem

na oczy jej nie widziałem.

- I nie wiedziałeś, po co tu przyjechała? Nie wiedziałeś, że...

- Że... co? - Carol mocno ścisnęła jego rękę.

- Że...

- No mów!

Odezwała się cichym głosem bojąc się własnych słów:

- Nie wiedziałeś, że miała zabić Fieldinga?

-  Jak  mi  Bóg  miły,  nie  wiedziałem!  -  Był  już  naprawdę  zły,  uwolnił  rękę  z  uścisku,

wstał.  -  Co  ty  wygadujesz!  Prawie  nie  znałem  Fieldinga.  Zaledwie  dwa  razy  go  spotkałem,

wiesz o tym! W gruncie rzeczy był dla mnie obcym człowiekiem.

Chwycił Carol za ramiona. Nogi krzesła zgrzytnęły, gdy ją okręcił.

- Carol, co właściwie Milton mówił ci wczoraj wieczorem? Musisz mi powiedzieć.

Ś

cisnął  ją  mocniej.  Skrzywiła  się  z  bólu,  oczy  zaszły  jej  łzami.  W  kąciku  ust

zarysowało  się  niezdecydowanie.  Nagle  zniknęła  świetna  sekretarka.  Została  wystraszona

dziewczyna,  wciąż  kochająca,  ale  już  niepewna,  czy  ma  wierzyć  chłodnemu,  ale  solidnemu

Alanowi Miltonowi, czy temu zapalczywemu obcemu mężczyźnie, w którym się zakochała.

background image

Brent,  pogrążony  w  myślach  po  rozmowie  z  Carol,  szedł  do  jaguara  zaparkowanego

przy  głównej  bramie  zakładów  Fieldinga.  Nie  zauważył  wjeżdżającego  przez  bramę  austina

mini  i  spostrzegł  go,  dopiero  gdy  Alan  podjechał  do  jego  wozu  i  wysiadł.  Brent  przystanął.

Przez krótką chwilę obaj mężczyźni patrzyli na siebie niczym dwa brytany gotowe rzucić się

jeden drugiemu do gardła.

-  Dzień  dobry  -  Alan  już  się  uspokoił  i  mówił  całkiem  przyjaznym  tonem.  -  Nie

spodziewałem się, że pana tu zobaczę.

- Życie jest pełne niespodzianek - poinformował go Brent.

Milton wskazał głową na jaguara.

- Pański?

- Tak. - Brent przesadnie uprzejmym gestem wskazał na austina. - A to pańskie?

Milton zignorował pytanie.

- Śmiem przypuszczać, że był pan z wizytą u Carol. 

- Kapitalny wniosek. Jadę do Guildford, wpadłem na pogawędkę, i to wszystko. Czy

powinienem prosić pana inspektora o zezwolenie?

-  Do  Guildford?  -  Milton  przechylił  głowę  i  uśmiechnął  się.  Ale  nie  podjął  tego

tematu. - Carol pewnie mówiła panu o Phyllis Tolly?

- Phyllis Tolly? Któż to jest?

-  Widocznie  jeszcze  się  nie  dowiedzieli,  inaczej  Carol;  by  panu  powiedziała.  Tolly

pracowała  w  tych  zakładach.  Dziś  w  nocy,  a  raczej  nad  ranem,  została  zamordowana.

Znaleziono jej zwłoki w mieszkaniu w Kingsdown Mansions.

Brent wytrzymał spojrzenie Miltona. Po chwili cicho spytał:

- Jak została zamordowana?

- Uduszono ją. Gołymi rękami.

- Domyślacie się, panowie, kto jest sprawcą?

Duża  ciężarówka  przeciskała  się  przez  bramę.  Kierowca  zatrąbił,  Milton  odsunął

Brenta z drogi.

- Nie. Nie domyślamy się. Jak dotąd.

- Kingsdown Mansions - gdzie to jest? W Market Weldon?

- Tutaj nie ma Kingsdown Mansions, proszę pana - z wymówką pouczył go Milton. -

To piękny blok mieszkalny w Richmond, na brzegu Tamizy.

-  W  Richmond!  -  Brent  zrobił  taką  minę,  jakby  chciał  jeszcze  o  coś  spytać,  ale

rozmyślił się, skinął głową na pożegnanie i położył rękę na klamce jaguara.

Milton odszedł parę kroków i zawrócił, jakby właśnie coś sobie przypomniał.

background image

-  Och,  przepraszam.  Jak  pan  był  tutaj  tydzień  czy  dwa  tygodnie  temu,  zdaje  się

pożyczył pan marynarkę od Eryka Vynera.

- Marynarkę? - Brent wolno się wyprostował.

-  Tak.  Pewnego  popołudnia  poszli  panowie  na  ryby,  złapał  was  deszcz  i  Vyner

pożyczył  panu  marynarkę,  w  której  wrócił  pan  do  Londynu.  Była  to  stara  sportowa

marynarka..

- A tale, zgadza się. - Ton pytania i odpowiedzi był swobodny i przyjazny. - Pożyczył

mi marynarkę.

- I co się stało z tą marynarką?

Uśmiechając się z rozbrajająco niewinną miną Harry spojrzał inspektorowi w oczy.

- A jak się panu zdaje? Jeżeli coś pożyczam, to zwracam właścicielowi. Tak też było z

tą marynarką.

Lekko skinął głową Miltonowi, schylił się, wsiadł do samochodu i zatrzasnął drzwi.

C

zy byłaś zdziwiona, jak Phyllis Tolly wymówiła pracę?

- Nie. Wciąż się skarżyła na bóle w plecach, ale podejrzewałam, ze z innych powodów

chciała zrezygnować z pracy w bufecie.

-  Proszę  cię,  bądź  ze  mną  szczera.  Czy  wśród  pracowników  biura  był  ktoś,  z  kim

Phyllis łączyły bliskie stosunki?

Carol potrząsnęła głową.

-  Nie  sądzę.  Zdaje  się,  uważała,  że  praca  w  bufecie  jest  nieco  poniżej  jej  godności.

Krępowało ją to i unikała kontaktów z pracownikami firmy.

- Niezupełnie o to pytałem - z uśmiechem powiedział Milton.

Gdy  przyszedł,  Carol  malowała  sobie  twarz.  Był  pewny,  że  płakała  w  chwili,  gdy

zawiadomiono  ją  o  jego  przyjściu.  Postarał  się  jak  najdelikatniej  powiedzieć  jej  o

zamordowaniu  Phyllis  Tolly.  Odniosła  się  do  tego  zdarzenia  w  sposób  niemal  filozoficzny,

jakby to był wypadek właściwie niewiele znaczący w jej życiu.

-  No  cóż,  mogę  ci  tylko  powiedzieć,  jaka  była  w  godzinach  pracy.  Nie  należała  do

moich  przyjaciółek,  więc  bardzo  mało  wiedziałam  o  jej  życiu  prywatnym.  Chociaż,

naturalnie, różne o niej chodziły słuchy.

- Na przykład?

- No, sam wiesz... - zrobiła niewyraźny gest.

- Właśnie że nie wiem - Milton uśmiechnął się. - I dopiero staram się dowiedzieć.

background image

Popatrzyła  na  niego  i  pomyślała,  że  jednak  wypytuje  ją  znacznie  taktowniej  i

spokojniej niż Harry.

-  Mówiono,  że  chociaż  mieszkała  z  mężem...  jakoś  się  dogadali.  Nie  ulega

wątpliwości,  że  miewała  przyjaciół.  I  na  pewno  nigdy  nie  brakowało  jej  pieniędzy.  Wydaje

mi się, że właśnie dlatego zrezygnowała z pracy. Mogła zarobić więcej - wcale nie pracując.

-  Zdaję  sobie sprawę, że  moja hipoteza  może ci  się  wydać  niedorzeczna,  ale  czy  nie

sądzisz, że Sam Fielding był jedną z jej sympatii?

- Fielding? - na samą myśl o tym Carol się obruszyła. Spojrzała na dużą fotografię w

ramkach  stojącą  na  biurku  Fieldinga  od  śmierci  jego  żony.  -  Boże  wielki!  To  wierutny

nonsens!

- Dlaczego nonsens? - upierał się Milton. - Wcale nie była brzydka.

- Tak, ale on nie należał do tego rodzaju mężczyzn.

- A jakim był mężczyzną?

- Nie był kobieciarzem, możesz być tego pewny. Przez tyle lat pracowałam u niego i

nigdy nie okazał mi odrobiny zainteresowania, nie zaproponował, że się spotkamy po pracy,

czy coś w tym rodzaju.

-  Nie  posądzam  go  o  to,  że  był  kobieciarzem.  Ale,  mój  Boże,  wolno  mu  było  mieć

przyjaciółkę, jedną lub dwie.

Carol potrząsnęła głową.

-  Była  tylko  jedna  kobieta  w  życiu  Fieldinga.  Po  jej  śmierci  nigdy  się  nie

zainteresował  żadną  kobietą  -  chyba  że  miał  do  kogoś  ojcowski  sentyment.  Jeśli  nie  grał  w

golfa lub nie majstrował na swoim jachcie, zamykał się w pokoju z zabawkami.

- Z zabawkami? - niedowierzająco powtórzył Milton.

-  Tak  nazywał  stary  warsztat,  w  którym  zaczęła  się  jego  kariera.  Gdy  wybudował

fabrykę,  zachował  ten  warsztat.  Bardzo  często,  po  godzinach  pracy,  jak  wszyscy  poszli  do

domu,  pracował  tam  samotnie.  Było  to  święte  miejsce,  do  którego  nikt  nie  miał  dostępu.

Właśnie ostatnio wiele czasu poświęcał swej nowej zabawce.

- Jakiej znów zabawce?

-  Sam  to  tak  nazywał.  Był  przekonany,  że  jest  bliski  skonstruowania  swego  rodzaju

aparatu fotograficznego, który może robić zdjęcia przez ścianę. Pokpiwaliśmy sobie z niego,

z  przykrością  się  przyznaję.  Przed  wielu  laty  wynalazł  nowy  typ  magnetofonu  i  sprzedał

patent  jednej  amerykańskiej  firmie.  Zrobił  na  tym  wielkie  pieniądze,  tak  przynajmniej

mówiono. Odtąd starał się, raczej bez powodzenia, zrobić podobną sztukę.

- Czy widziałaś ten aparat?

background image

- Nie, ale raz widziałam film, jaki zrobił tym aparatem.

- Jakież to były zdjęcia?

-  Nie  najlepsze  -  Carol  się  roześmiała.  -  Przeważnie  były  podwójne.  Widocznie

zapomniał, że trzeba przekręcać film.

Jeszcze się śmiali, gdy w drzwiach ukazała się głowa. Longfielda, który oznajmił, że

przyszła pani Green.

- Świetnie, zaraz do niej wyjdę.

- Daj pióro, to sam ją spławię - powiedział.

- O, dziękuję, George.

Otworzyła dolną szufladę biurka i wyjęła z niej niebieskiego parkera ze złotą nasadką.

Wstała, przez biurko podała pióro Longfieldowi. Ale zanim je wziął, cofnęła rękę.

- Nie. Wiesz, może jednak zamienię z nią parę słów. W przyszłym tygodniu wyjeżdża

do Kanady i pewnie nigdy więcej jej nie zobaczę.

Longfield skinął głową i wyszedł.

- Pani Green wybiera się do Kanady? - Milton do zniszczonej torby Fieldinga włożył z

powrotem kij do golfa, któremu uważnie się przyglądał.

- Tak. Ma tam córkę.

- Aha, a co z tym piórem? - wskazał na pióro w jej ręce.

- Jak się okazało, pani Green dała je Fieldingowi na gwiazdkę. Zadzwoniła do mnie i

spytała,  czy  mogłaby  to  pióro  odebrać.  Powiedziała,  że  chciałaby  mieć  jakąś  pamiątkę  po

Fieldingu.

- Starsza pani jest, zdaje się, sentymentalna.

- Nie bardzo. Zdziwiło mnie...

- Carol, zaczekaj!

Podszedł i wziął pióro z jej ręki. Przyjrzał mu się uważnie.

- Poproś tu panią Green.

Carol  zawahała  się,  zaskoczona  jego  tonem.  Zdjął  nasadkę  i  obejrzał  pióro.  Carol

wyszła.

Milton  włożył nasadkę  i  z  kieszeni wyjął  własne  pióro.  Był  to także  parker,  ale  cały

czarny i nieco mniejszy. Milton zerkając na drzwi schował do kieszeni pióro Fieldinga. Gdy

Carol wprowadziła panią Green, z zainteresowaniem oglądał własne pióro.

- Dzień dobry pani - uśmiechnął się do niej przyjaźnie. - Pani Vyner mówiła mi, że w

przyszłym tygodniu jedzie pani do Kanady.

background image

Pani  Green  była  zażywną  kobietą  w  okularach  z  rogową  oprawą,  o  zachłannym

wyrazie twarzy. Zaciśnięte usta świadczyły, że ma ustawiczne pretensje do świata. Na widok

inspektora przyjęła postawę obronną, co się u niej zwykle wyrażało agresywnym tonem.

- Tak, moja córka wraz z mężem wyemigrowała cztery lata temu. Od dawna nalegali,

ż

ebym  ich  odwiedziła.  Teraz,  jak  odszedł  pan  Fielding,  nie  ma  celu  dłużej  z  tym  zwlekać.

Jego siostra może sama doskonale dać sobie radę i wcale nie zachęca mnie, bym pozostała w

domku dla służby.

Spojrzała  wyzywająco  na  Miltona,  jakby  dopraszając  się,  żeby  spróbował

zakwestionować jej wyjaśnienia.

-  Tak,  to  jasne.  Ale  prosiłbym,  żeby  pani  przed  wyjazdem  zostawiła  u  pani  Vyner

swój adres w Kanadzie, po prostu na wypadek, gdybyśmy chcieli się z panią skontaktować.

- Tak - odpowiedziała pani Green sznurując usta. - Sama zamierzałam to zrobić.

Milton podał jej pióro.

-  O,  to  jest  pióro,  które  pani  chciała  odebrać.  Dała  je  pani  w  prezencie  Samuelowi

Fieldingowi.

-  Dziękuję  -  pani  Green  wzięła  pióro,  rzuciła  na  nie,  okiem  i  spojrzała  na  Carol.  -

Mam  nadzieję,  że  nie  weźmie  mi  pani  tego  za  złe.  Mogłam  prosić  siostrę  pana  Fieldinga  o

jakąś pamiątkę, ale ona... no cóż, jest zachłanna na wszystko, co zostało po bracie.

Carol  niepewnie  popatrzyła  na  Miltona.  Nie  wiedziała,  czy  ma  sprostować  pomyłkę.

Lekko potrząsnął głową.

- Ależ ja to rozumiem - powiedziała.

- Pani dała to pióro w prezencie Fieldingowi? - spytał Milton przyjaznym tonem.

Odwróciła się do niego, jakby chciała podziękować za podsuniętą myśl.

- Tak, właśnie.

- I sama pani wybrała to pióro. Dając dowód dobrego gustu.

- Tak - czule spojrzała na pióro. - Czarny kolor wydał mi się odpowiedni. Lepszy niż

jakieś kolorki.

- Żegnam panią. Mam nadzieję, że podróż do Kanady odbędzie pani bez przeszkód.

Podał  jej  rękę,  pani  Green  serdecznie  ją  uścisnęła.  Oboje  byli  zadowoleni  z  siebie,

każde z całkiem innego powodu.

- Dziękuję, panie inspektorze.

Odwróciła się, by pożegnać Carol, ale ta już szła w stronę drzwi.

- Odprowadzę panią na dół.

- Och, naprawdę nie trzeba, moja droga.

background image

Carol zerknęła przez ramię na Miltona i wyprowadziła panią Green z pokoju.

Kiedy  wróciła,  inspektor  składał  niebiesko-złotego  parkera  i  potrząsał  głową  nie

wiedząc co o tym sądzić.

-  Wygląda  na  całkiem  zwyczajne  pióro.  -  Stał  patrząc  na  zamknięte  drzwi  i  lekko

stukał piórem w dłoń. - Więc po kiego diabła chciała je odebrać?

N

ie  było  trudno  odnaleźć  panią  Green.  Dozorca  przy  bramie  widział,  jak  poszła  w

stronę  rynku.  Policjant  na  skrzyżowaniu  zauważył,  że  skręciła  w  Wiltshire  Road.  Milton

dostrzegł  ją  przez  okno  kafeterii,  sto  jardów  dalej.  Stała  w  kolejce  przy  ladzie.  Wzięła

filiżankę  herbaty  i  ciastko.  Po  chwili  siedziała  przy  oknie  i  gapiła  się  na  przechodniów.

Drgnęła, gdy usłyszała głos za sobą.

- Pozwoli pani, że się przysiądę?

Inspektor trzymał w ręce tacę ze szklanką mleka. Uśmiechał się przyjaźnie, ale to jej

wcale nie pocieszyło.

- Ależ proszę bardzo.

Zmieszana,  obserwowała  go,  jak  siadł  naprzeciw,  wziął  szklankę  i  pochylił  się,  by

oprzeć  tacę  o  nogę  stolika.  Z  przyjemnością  napił  się  mleka  i  wygodnie  się  rozsiadł,  jakby

chciał z nią miło pogawędzić.

- Ile teraz kosztuje podróż do Kanady? Wyobrażam sobie, że dosyć dużo.

- O, tak - spiesznie zapewniła pani Green. Był to bezpieczny grunt. - Żeby się dostać

do córki, muszę wydać prawie sześćdziesiąt funtów. Widzi pan, mieszkał w Edmonton, akurat

na drugim końcu Kanady. A jak już sic; tam dostanę i nie spodoba mi się... ale nie śmiem o

tyra myśleć. Musi się spodobać.

- No to życzę pani powodzenia - podniósł szklankę.;

- Dziękuję.

-  Aha,  żebym  nie  zapomniał.  -  Nie  wypił,  postawił;  szklankę,  wyjął  z  kieszeni  pióro

Fieldinga. - Chyba się pomyliłem. Dałem pani inne pióro.

Pani Green otwarła szeroko usta.

- Inne pióro?

- Tak, przepraszam. Dałem swoje, zamiast Fieldinga. Można panią prosić o zwrot?

Wiedziała, że Milton coś przeciw niej knuje, ale nie mogła dojść na czym to polega.

Poszukała w torebce, wręczyła mu pióro. Wziął i obydwa położył przed nią na stoliku.

background image

-  Nie  bardzo  podobne  jedno  do  drugiego,  prawda?  Nie  rozumiem,  jak  mogłem  tak

głupio się pomylić. Ale, co jeszcze dziwniejsze, pani też nie zauważyła różnicy.

Spojrzała mu w oczy, żeby wyczytać w nich, co myśli, ale jego wzrok nic nie mówił.

- Ile pani zapłaciła za to pióro?

- Około... jakieś trzydzieści pięć szylingów, chyba. Dokładnie nie pamiętam, bo...

- Bo go pani nie kupiła, co?

- Ależ tak, kupiłam! Na urodziny Fieldinga.

- Czyżby? A mnie się zdawało, że na gwiazdę. Niechże mi pani powie, gdzie je pani

kupiła?

Wpatrywał  się  jej  w  oczy  w  sposób  graniczący  z  nieprzyzwoitością.  Chciała  spuścić

wzrok, ale nie śmiała.

-  A...  a  w  sklepie  na  High  Street,  nie  mogę  sobie  przypomnieć,  jak  się  nazywa  ta

firma.

-  Proszę  pani  -  Milton  nagle  zmienił  ton.  Nie  był  już  przyjazny,  przestał  się

uśmiechać. - Prowadzę dochodzenie w sprawie morderstwa. A właściwie dwóch morderstw.

Jeżeli, w moim przekonaniu, ktoś świadomie ukrywa...

- Dwa morderstwa?

- Tak. Niejaka Tolly została zamordowana wczoraj w nocy, a raczej dziś nad ranem.

Uduszona.

Ręka pani Green drgnęła i strąciła łyżeczkę na podłogę.

- Tolly? Phyllis Tolly? Ta co pracowała u Fieldinga?

- Tak.

- O, Boże! - szepnęła. Krew odpłynęła jej z twarzy.

- Czy była pani przyjaciółką?

- Tak... Nie, niezupełnie, ale...

Po kafeterii krążył posługacz z wózkiem. Zbierał tace i naczynia. Spojrzał na Miltona

z  wyrzutem  i  schylił  się,  by  zabrać  tacę.  Pani  Green  wpatrzyła  się  w  okno.  Chciała  się

pokrzepić herbatą, ale ręka tak jej drżała, że musiała postawić filiżankę.

- Słucham panią - cicho powiedział Milton, gdy posługacz się oddalił.

- To jej mąż prosił mnie, żebym się postarała... - Szukała słów. Nagle spojrzała mu w

oczy; nic już nie udawała. - Właśnie pan Tolly chce mieć to pióro.

- Pan Tolly? - głos Miltona nie zdradził zdziwienia.

- Tak. Oboje przyszli do mnie dwa lub trzy dni temu. To znaczy pani Tolly i jej mąż.

Powiedziała, że bardzo ich przygnębiła wiadomość o Fieldingu i spytała, czy mogliby mi w

background image

czymś  pomóc.  Rozmawialiśmy  jakieś  pół  godziny  i  dopiero  jak  wychodzili,  pan  Tolly

powiedział, że ma klienta... on prowadzi stragan na rynku, pan wie.

- Tak. Wiem. Co dalej?

- Powiedział, że jeden jego klient chciałby mieć jakąś pamiątkę po Fieldingu. I że ten

klient  ma  źle  w  głowie,  a  nawet,  że  to  kompletny  wariat,  ale  robił  z  nim  interesy  i...

powiedział, że jak by dostał to pióro dla tamtego, da mi pięćdziesiąt funtów. Gotówką.

- Zapytała pani, dlaczego ten klient chciał mieć pióro Fieldrnga?

-  Tak.  Powiedział,  że  me  wie  i  to  go  nie  obchodzi.  Dla  niego  był  to  interes  i  nic

więcej.

Milton wziął w rękę obydwa pióra.

- Spodziewam się, że pani - dla własnego dobra - tym razem mówi prawdę.

- Tak. Słowo daję, panie inspektorze. - Potrząsnęła głową, skurczyła się na krześle. -

Wiedziałam,  że  nie  powinnam  tego  robić,  że  jestem  idiotka,  ale  miałam  ostatnio,  tyle

wydatków, a jeszcze to, co się stało z panem Fieldingiem i... wszystko razem wziąwszy...

- Kiedy ma się pani zobaczyć z Tollym?

-  Chce  odebrać  pióro  dziś  wieczór  i  przekazać  klientowi  jutro  rano.  Jutro  jest  dzień

targowy.

- Dobrze. - Wręczył jej pióro niebiesko-złote, a swoje schował do kieszeni. - A teraz

co pani ma zrobić: Nikomu ani słowa o naszej rozmowie. Po prostu da pani pióro Tolly’emu i

weźmie pięćdziesiąt funtów. Zadzwonię do pani jeszcze dziś wieczór.

Bez słowa wzięła pióro i schowała w torebce. Wstała, nie mogła opanować drżących

rąk.

- Jeżeli pani zrobi, co powiedziałem, nie będzie pani miała powodu do zmartwienia.

Odwróciła głowę, skinęła i sięgnęła po chusteczkę. Kiedy w chwilę potem przechodził

koło okna, patrzyła w przestrzeń i przykładała do oczu papierową chusteczkę.

R

ynek  w  Market  Weldon,  z  dominującą  nad  nim  zegarową  wieżą  ratusza

zaprojektowanego  przez  Wrena,  był  rozległy.  Piękny  bruk  z  okrągłych  kamieni  został

pieczołowicie  zachowany.  Plac  był  przecięty  na  krzyż  chodnikami  z  cegły,  biegnącymi  z

czterech  rogów.  Na  środku  wznosiła  się  fontanna  z  tablicą,  która  upamiętniła  tajemnicze

wydarzenie siedemnastego wieku, kiedy to nieuczciwy kupiec przysięgał, że jego towar jest

bez zarzutu i padł rażony piorunem z jasnego nieba. W drugiej połowie dwudziestego wieku

tak usilnie dopominano się o miejsce dla samochodów, że magistrat zgodził się przeznaczyć

background image

rynek na parking. Stanowcze sprzeciwy Rady Ochrony Zabytków w Market Weldon zostały

stłumione.  W  rezultacie  efektowny  wzór,  w  jaki  układał  się  bruk  i  chodniki  z  cegły  oraz

fontanna  z  trzynastego  wieku  zostały  zasłonięte  przez  zamarłe  w  bezruchu  banalne  kształty

samochodów. Ale w środę właściciele musieli zabrać samochody, bo był to dzień targowy i

władzę na rynku przejmowali właściciele straganów.

W  środę  następnego  tygodnia  po  zamordowaniu  Fieldinga  około  południa  ruch  na

targu  sięgnął  szczytu.  Zawodowi  straganiarze  przyjechali  wczesnym  rankiem  pół-

ciężarówkami, ustawili stoły, rozpięli markizy i zachęcająco wyłożyli towary.

Przez  stukot  butów  tłumu  na  bruku  przebijały  się  okrzyki  sprzedawców

zachwalających towary.

Milton i Phillips w cywilu nie zwracali na siebie uwagi. Wędrowali po rynku wraz z

tłumem.  Rozglądali  się  bystro,  przypatrywali  twarzom  i  odruchowo  notowali  w  pamięci

każdy  szczegół,  który  potem  mógł  okazać  się  przydatny.  Przy  otwartej  półciężarówce,

wyładowanej  ręcznikami,  prześcieradłami,  kocami,  obrusami  i  wszelkiego  rodzaju  lnianymi

wyrobami,  czerwony  na  twarzy  mężczyzna,  okazałej  tuszy,  głębokim  głosem,

przypominającym buczenie syreny ostrzegającej o mgle, trajkotał z wielką pewnością siebie,

hipnotyzując gospodynie domowe, które i otoczyły go półkolem i chciwie słuchały:

- A teraz, szanowne panie, nadzwyczajna okazja, którą przez cały tydzień trzymałem

dla  was,  szczęśliwców  I  z  Market  Weldon.  Ta  kapa  jest  oryginalnym  dziełem  japońskiego

rękodzielnictwa. W Londynie na West Endzie - gdyby panie dostały taką kapę - kosztowałaby

co  najmniej  siedem  gwinei.  Ale  ja  nie  oferuję  tej  kapy  za  siedem  gwinei.  Ani  za  sześć.  A

nawet nie za pięć. Jak wymienię cenę, ze zdumienia mowę paniom odbierze. A jednak pani,

która pierwsza podniesie rękę, zabierze tę kapę do domu, aby upiększyć swoją sypialnię tym

unikalnym okazem japońskiego rękodzieła. Cena zaś, szanowne mieszkanki Market Weldon,

jest  cztery  funty,  dziesięć  szylingów.  Kto  więc?...  Ach,  młoda  dama.  Od  razu  panią

zauważyłem, moja kochana, i powiedziałem sobie: „Oto dama, która ma dobry gust”.

Wskazał  palcem  ofiarę  swemu  pomocnikowi.  Była  to  strudzona  kobieta  lat  około

trzydziestu,  o  drżących  ustach  i  nieufnym  spojrzeniu.  Już  nerwowo  szukała  pieniędzy  w

olbrzymiej torebce.

-  Stary  kawał  -  powiedział  Milton  do  Phillipsa.  -  Aż  dziw  bierze,  jak  się  ludzie  dają

nabierać.

- Ale jedno trzeba mu przyznać - odparł Phillips z nutą zazdrości. - Samo jego gadanie

jest warte gwineę za minutę.

background image

Milton  wskazał  głową  na  okazały  stragan  pod  szkarłatną  markizą.  Harold  Tolly

handlował  jak  zwykle,  mimo  straty,  jaką  ostatnio  poniósł.  Jego  hasłem  było:  „wysokiej

jakości  artykuły  męskie  po  cenach,  na  jakie  każdy  może  sobie  pozwolić”.  Koło  straganu  z

koszulami, krawatami, butami, kapeluszami i kalesonami przeszedł Eryk Vyner i lekko skinął

głową  Tolly’emu.  Ale  wzrok  Miltona  zatrzymał  się  na  kobiecie  w  spodniach,  za  którą,

jawnie,  lub  ukradkiem,  oglądali  się  wszyscy  mężczyźni.  Towarzyszył  jej  młody  brunet  z

długimi baczkami, w krótkim nieprzemakalnym płaszczu i filcowym kapeluszu na bakier.

- Kto jest ten gość z Jacqueline Dawson?

- Nie widzę jego twarzy - szepnął Phillips. - Przejdźmy trochę dalej.

Nie  zauważyli  taksówki,  która  wjechała  na  rynek  z  ulicy  prowadzącej  na  stację.

Taksówka zatrzymała się przed ratuszem. Wysiadł z niej niski, żwawy mężczyzna.

- Ile jestem panu winien?

- Pięć szylingów.

- Proszę pięć i dwa dla pana.

- Dziękuję. Dziękuję bardzo.

Irlandczyk  świetnie  się  czuł.  Błysnął  złotym  zębem  do  kierowcy  i  odwrócił  się,  by

ogarnąć  okiem  kolorowe  widowisko  na  rynku.  Miał  na  sobie  nowiutki  garnitur  i  krótki

płaszcz z czarnym futrzanym kołnierzem.

-  Nie  będę  tu  długo  -  powiedział  do  taksówkarza.  -  Gdyby  pan  mógł  zaczekać,

pojedziemy z powrotem na stację.

-  Nie  mogę  tu  stać  -  wskazał  głową  na  wóz  policyjny  krążący  wokół  rynku.  Była  to

limuzyna,  wyglądająca na  wóz  rodzinny, w  kolorach bladoniebieskim i białym, z napisem z

boku: „Policja”. Z przodu siedzieli dwaj policjanci w mundurach. Sprawiali wrażenie raczej

lodziarzy  niż  surowych  stróżów  prawa.  Irlandczyk  odwrócił  od  nich  wzrok  i  nerwowo

podrapał się po nosie.

- Ma pan chyba rację. Gdzie tu jest najbliższy postój taksówek?

- U wylotu High Street. O, tam.

Milton i Phillips podeszli do straganu Tolly’ego i ukryci za wazonami z kwiatami na

sąsiednim straganie obserwowali niezwykłą parę. Tolly, usłużnie schylony, wiązał dla swego

klienta jedwabny krawat w efektowny węzeł.

- To czysty jedwab, proszę pana. Krojony ze skosu. Osobiście gwarantuję.

Młody człowiek z niepewną miną obejrzał się na swą towarzyszkę, którą najwyraźniej

ś

miertelnie to nudziło.

- Co powiesz, kochanie?

background image

- Powiem, że to koszmarna szmata - odparła dobitnym głosem Jacqueline Dawson.

Niedoszły  nabywca  potrząsnął  głową  przepraszając,  w  ten  sposób  zawiedzionego

Tolly’ego. Para ruszyła w stronę straganu z wyrobami skórzanymi.

-  Nazywa  się  Mark  Rainer  -  powiedział  Phillips.  Aktor.  Grał  tutaj  z  nią.  Wystąpił  w

drugorzędnej roli, ale dobrze go pamiętam.

Przeszukując  dalej  rynek  zauważyli  co  najmniej  dwóch  facetów,  którzy  siedzieli  już

za kradzieże w sklepach, i zawodowego kieszonkowca, który był znany z tego, że bywał na

targach nie mniej regularnie niż straganiarze. Specjalizował się w damskich torebkach. Dwaj

funkcjonariusze  właśnie  odchodzili  od  straganu  ze  sztuczną  biżuterią,  gdzie  rozgorzała

awantura o niewydanie reszty, gdy Milton dotknął ramienia sierżanta.

-  Słuchaj,  Roy.  Jest  ten  gość,  który  się  włamał  do  mojego  mieszkania.  Ten  sam,  co

chciał koniecznie dobrać się do moich papierosów.

Wytworny mały Irlandczyk kroczył w ich kierunku uśmiechając się do siebie i robiąc

oko do każdej dziewczyny po drodze. Phillips i Milton schowali się pod markizą straganu z

owocami, ciekawi, czy dotrze do nich. Dotarł. Ale, gdy się znalazł w odległości dwudziestu

jardów,  jego  bystre  oczka  dostrzegły  Miltona.  Stanął  jak  wryty.  Spojrzał  na  Phillipsa.

Nietrudno było poznać, że to policjant. Reakcja Irlandczyka była błyskawiczna. Odwrócił się

na pięcie i ze spuszczoną głową zaczął gwałtownie przeciskać się przez tłum.

- Za nim! - krzyknął Milton ruszając w pościg. - Musimy go dostać.

Irlandczyk  miał  tę  przewagę,  że  nie  zważał  na  to,  kogo  odepchnie  czy  przewróci  po

drodze. Wśród okrzyków protestu, ścigany przekleństwami, sunął przez rynek jak zając przez

kartoflisko.  Co  chwila  zatrzymywał  się,  stawał  na  palcach  i  patrzył,  gdzie  są  ścigający  go

funkcjonariusze. Ku jego zdumieniu zniknęli bez śladu.

Przewaga zaś Miltona i Phillipsa polegała na tym, że było ich dwóch i robili to nie po

raz pierwszy. Rozdzielili się i przedzierali w stronę rogu rynku równolegle ze ściganym. Ich

stanowcze  „proszę  się  odsunąć”  i  „przepraszam”  torowało  drogę  skuteczniej  niż

bezceremonialne  maniery  Irlandczyka.  Skręcił  na  prawo,  w  stronę  High  Street.  Zobaczył

przed  sobą  Phillipsa.  Odwróciwszy  się  dostrzegł  Miltona,  który  z  drugiej  strony  przedzierał

się  przez  tłum.  Pozostał  tylko  jeden  kierunek  ucieczki.  Ale  tutaj  zagradzał  mu  drogę

młodzieniec ostrożnie pchając przeładowany owocami wózek w dół lekkiego wzniesienia: na

skraju rynku. Bez chwili wahania Irlandczyk dała nura pod wózek. Wynurzył się po drugiej

stronie  i  bykiem  zaprawił  młodzieńca.  Ten  złapał  się  za  brzuch,  wypuścił  z  rąk  drążki.

Kunsztownie  ułożona  góra  jafskich pomarańczy, złotych renet,  bananów  z Indii  Zachodnich

background image

gruszek z Południowej Afryki, muszkatelowych winogron i ananasów zachwiała się i runęła

jak lawina pod nogi obu policjantów.

Na  widok  swego  dzieła  uciekinier  głośno  się  roześmiał.  Młodzieniec  wstając  klął,

Phillips  i  Milton  ugrzęźli  w  górze  owoców.  Wściekły  straganiarz  chwycił  Irlandczyka  za

rękaw płaszcza.

- Ej! Zrobiłeś to umyślnie! Nie ujdzie ci to na sucho! - zawołał.

Ś

miejąc się w oczy zawziętemu młodzieńcowi, Irlandczyk odpiął jedyny zapięty guzik

płaszcza.  Młodzieniec  szarpnął  za  rękaw.  Płaszcz  na  jedwabnej  podszewce  ześliznął  się  z

Irlandczyka,  który  zostawił  go  w  rękach  przeciwnika  i  po  paru  krokach  dotarł  do  ulicy

biegnąc wzdłuż rynku. W samobójczy sposób manewrując miedza samochodami wylądował

na trotuarze.

Posterunkowi Booth i Sanderson siedzieli w policyjnym wozie na rogu High Street i z

dobroduszną pobłażliwością obserwowali rynek.

-  Coś  się  ruszyło  na  rynku  -  powiedział  Booth  do  Sandersona,  który  siedział  za

kierownicą.

- Aha. Ktoś ma kłopot z wózkiem. Bo ładują więcej owoców, niż Się może zmieścić.

-  Hoho  -  zauważył po  chwili  Booth. -  Ktoś  koniecznie  chce, żeby  go  przejechali. O,

rany! Ale mu się śpieszy!

Sanderson cmoknął.

-  Ta  ciężarówka  o  mało  go  nie  przejechała.  Czekaj,  Bill.  Pamiętasz  ten  rysopis,  co

dostaliśmy dziś rano? Pasuje, nie?

- Ten, co napadł na Miltona? Tak, zgadza się. No to już, zagrodzimy mu drogę.

Irlandczyk  dostrzegł  wóz  policyjny,  w  chwili  gdy  obaj  policjanci  wyskakiwali,  z

samochodu. Zaczął kluczyć, jak osaczone zwierzę, po czym rzucił się w uliczkę prowadzącą z

rynku  do  kościoła.  Ale  tutaj  nie  mógł  ukryć  się  w  tłumie.  Booth,  który  na  zawodach

policyjnych zajął pierwsze miejsce w biegu na sto jardów, szybko się z nim rozprawił. Zanim

Irlandczyk dobiegł do końca uliczki, Booth go dopadł, skoczył, złapał w pół i zwalił się z nim

na bruk.

P

hillips  siedział  w  gabinecie  Miltona  i  pisał  raport  o  zdarzeniu  na  rynku.  Podniósł

wzrok  znad  biurka,  gdy  wszedł  Milton.  W  ręce  trzymał  teczkę  z  aktami.  Był  zły.  Rzucił

teczkę na biurko.

background image

-  Spędziłem  godzinę  z  naszym  przyjacielem.  Nie  chce  pisnąć  ani  słowa.  Nawet  się

przedstawić.

Wskazał głową na rzeczy leżące na biurku: kwity wpłat u bukmachera, trzy klucze na

kółku,  siedemnaście  szylingów  i  sześć  pensów  w  bilonie,  gruby  plik  pięciofuntowych

banknotów,  solidny  nóż  sprężynowy  z  jednym  ostrzem,  para  gumowych  tasiemek,  połówka

powrotnego biletu do Londynu, brudna chusteczka, paczka małych cygar.

- Czy zawartość jego kieszeni coś nam mówi? Phillips przejechał palcem po rzeczach

na biurku i potrząsnął głową.

- Niestety, nie ma nic, co by pozwoliło go zidentyfikować.

- A Scotland Yard już doszedł do czegoś? Jeszcze nie.

- Któż to jest, u licha ciężkiego? - niecierpliwie spytał Milton.

Wziął plik banknotów, zaczął liczyć.

- Pojęcia nie mam - odparł sierżant.

-  W  każdym  razie  wnoszę  oskarżenie  przeciw  niemu..  Włamał  się  do  mojego

mieszkania i groził mi rewolwerem. To mi wystarczy.

Phillips skinął głową i oparł się w krześle.

- Miałem ciekawą rozmowę z Tollym. Wiesz, co on opowiada? Mówi, że nic nie wie o

ż

adnym  piórze,  nigdy  w  życiu  nie  widział  nikogo  przypominającego  tego  Irlandczyka  i

twierdzi,  że  pół  roku  temu  pożyczył  pięćdziesiąt  funtów  od  pani  Green,  które  wczoraj

wieczór... 

- Zwrócił! O, mój Boże! To całkiem prawdopodobne!

- Jest to historia wygodna dla niego. Milton rzucił na biurko plik banknotów.

-  Dwieście  funtów.  Ciekawe  czym  się  trudni  nasz  przyjaciel,  skoro  musi  mieć  przy

sobie tyle pieniędzy, a nie ma portfelu. Proszę, co nowego?

Posterunkowy  Booth  z  patrolu  samochodowego  miał,  świeży  plaster  na  policzku  -

skaleczył  się  w  starciu  z  Irlandczykiem.  W  ręce  trzymał  elegancki  płaszcz  z  czarnym

futrzanym kołnierzem i szkarłatną podszewką.

- Przepraszam, panie inspektorze. Nie przeszkadzam?

- Nie, proszę. Nic panu nie dolega?

Policjant bez czapki wyglądał bardzo młodo. Uśmiechnął się.

- Nic mi nie dolega, panie inspektorze. Nie najgorzej się bawiłem dziś rano. Nieczęsto

zdarza się taka robota jak dzisiaj na rynku.

-  Cieszy  mnie,  że  przynajmniej  jeden  się  bawił  -  oschle  zauważył  Milton.  -  Co  pan

przyniósł?

background image

- Jeden straganiarz oddał ten płaszcz. Mówi, że Irlandczyk zostawił go, bo się bardzo

ś

pieszył.

Milton wziął płaszcz.

- Nie ma nic, co by wskazywało na właściciela?

- Nie, ale w wewnętrznej kieszonce jest kwit.

Milton  odwrócił  płaszcz  podszewką  na  wierzch  i  z  kieszonki  wyjął  złożoną  kartkę

papieru.  Była  to  kopia  rachunku  na  sumę  szesnaście  funtów,  siedemnaście  szylingów,

dziewięć pensów. Na górze wypisano nazwisko i adres klienta. Milton przeczytał rachunek i

podał go Phillipsowi.

-  Pan  Kevin  Jason  -  czytał  głośno  sierżant.  -  Mieszkanie  numer  56,  Kingsdown

Mansions, Richmond, Surrey.

Booth został nagrodzony uśmiechem i zadowolonym spojrzeniem inspektora.

- Dziękuję, Booth, bardzo dziękuję.

R

eg  Bryer  za  dnia  prezentował  się  lepiej  niż  w  nocy.  Kiedy  tego  samego  dnia  po

południu  Milton  i  Phillips  zobaczyli  go  w  hallu  Kingsdown  Mansions,  miał  na  sobie

granatowy garnitur z dwurzędową marynarką i krawat pułku, w którym kiedyś służył.

- Mój Boże, oczywiście, znam Jasona! - zawołał w odpowiedzi na ich pytanie. - Mówi

z  tak  twardym  akcentem  irlandzkim,  że  nożem  można  by  krajać.  Ubiera  się  starannie.

Mieszka tu już z pół roku, jeśli się nie mylę. Na samej górze, numer 56...

Milton pogłaskał kotkę, która plątała się pod nogami.

- A czym właściwie pan Jason się zajmuje?

-  Czym?  Pojęcia  nie  mam  -  portier  z  ojcowską  dumą  uśmiechnął  się  widząc,  że

Czarnuszka  zrobiła  dobre  wrażenie.  -  Powiada,  że  jest  handlowym  konsultantem,  ale  diabli

wiedzą  co  to  może  znaczyć.  Raz  chciałem  zasięgnąć  u  niego  konsultacji.  Chodziło  o  marne

pięć funtów. Ale daleko z nim nie zajechałem.

-  No  dobra,  panie  Bryer  -  powiedział  Phillips  z  trochę  nadętą  miną.  -  Niech  pan  nas

zawiezie na górę. Chcemy obejrzeć jego mieszkanie.

- Mam zadzwonić i sprawdzić, czy jest u siebie?

- Nie ma go w domu. Ale mamy nakaz rewizji, jeśli o to się pan martwi.

Bryer  spojrzał  na  nich  z  powątpiewaniem,  potrząsnął  głową  i  poprowadził  schodami

na górę. Na drzwiach windy wciąż wisiał napis: „nieczynna”.

background image

Mieszkanie 56 mieściło się dokładnie nad apartamentem wynajmowanym przez panią

Tolly,  tylko  trzy  piętra  wyżej.  Rozkład  był  ten  sam,  ale  umeblowanie  zupełnie  inne.  Kevin

Jason był zwolennikiem nowoczesnego stylu i nie żałował pieniędzy.

-  To  jest  prawie  taki  sam  apartament  jak  tamten.  -  Reg  Bryer,  pobrzękując  pękiem

kluczy,  otwierał  drzwi.  -  Jak  apartament  pani  Stafford...  albo  Tolly...  czy  jeszcze  inaczej.

Sypialnia, pokój gościnny, kuchnia, łazienka. A tam - pokój na różne graty, nieduży...

- Dziękuję panu, wystarczy - Alan powiedział to tonem, z którego jasno wynikało, że

już nie potrzebna im jest pomoc portiera.

Na  twarzy  Bryera  ukazał  się  wyraz  rozczarowania.  Jego  apetyt  na  dramatyczne

wydarzenia zaostrzyły wypadki poniedziałkowej nocy.

- Jeżeli panowie uważają, że na nic nie mogę się przydać...

- Jak będzie pan potrzebny, damy znać.

- Dobrze. - Bryer podszedł do drzwi i zawrócił. - Jeszcze jedno. Gdyby zjawił się pan

Jason, a panowie jeszcze nie wyszli?

- Nie przyjdzie - równocześnie odparli Milton i Phillips.

- Aa... - Spoglądał na nich, coś mu zaświtało w głowie. - Aa, rozumiem.

Gdy drzwi się zamknęły, Milton energicznie przystąpił do dzieła.

-  Roy,  przeszukasz  living  room.  Zdaje  się,  tutaj  wykonywał  papierkową  robotę.  Ja

tymczasem szybko się rozejrzę w reszcie mieszkania.

Phillips  skinął  głową.  Zlustrował  wzrokiem  pokój  i  w  pamięci  sporządził  inwentarz

jego  zawartości,  po  czym  postanowił  zacząć  od  stojącego  przy  oknie  biurka  w  szwedzkim

stylu.  Sprawdził  papiery  leżące  na  biurku.  Chciał  się  zabrać  do  szuflad,  gdy  z  głębi

mieszkania zawołał Milton:

- Roy!

- Słucham.

- Pozwól tutaj. Wejdź przez pierwsze drzwi po prawej.

Phillips  wszedł  do  pokoju  gościnnego.  Żaluzje  były  spuszczone.  Milton  zapalił

ś

wiatło. Phillips cicho gwizdnął, trochę ze zdziwienia, a trochę z zazdrości. Pokój zamieniono

na salkę projekcyjną. Na stole przy drzwiach stał telefon i leżały notes, ołówek i rolki filmu.

Na  stojaku  obok  stołu  umieszczono  16-milimetrowy  aparat  projekcyjny  z  wkręconym  już

filmem. Na ścianie po drugiej stronie pokoju zawieszono ekran.

- Roy, bawisz się w te rzeczy, prawda? Phillips z zainteresowaniem oglądał aparat.

- Tak. Ale mój projektor - jest znacznie gorszy. Nie stać mnie na taki.

- Poradzisz sobie z nim?

background image

- Chyba. To nic trudnego.

- No to już. Chciałbym rzucić okiem na ten film. Phillips myślał, że szef robi kawały,

ale w tonie Miltona było coś takiego, że odechciało mu się śmiać.

-  Dobra  -  powiedział.  -  Tylko  zobaczę,  jak  to  działa.  Phillips  sprawdził  przewody

biegnące od kontaktu w ścianie, upewnił się, że film został odpowiednio założony i zapoznał

się z mechanizmem obsługi aparatu, stanowiącego ostatnie słowo techniki. Milton stanął przy

kontakcie kolo drzwi i czekał, aż na ekranie ukaże się jasny snop światła.

- Dobra - powiedział sierżant. - Możesz zgasić światło. Jesteśmy gotowi.

Stali w półmroku i patrzyli na ekran. Słychać było tylko terkotanie projektora. Phillips

naregulował aparat. Ukazał się ostro skontrastowany obraz.

Widać  było  ciche,  ustronne  miejsce  na  jakiejś  rzece.  Mogła  to  być  Tamiza.  Woda

płynęła wolno, małe stado kaczek kreśliło trójkąty na powierzchni, przecinając ukośnie nurt

rzeki.  Operator  fotografował  zapewne  zza  gęstego  listowia,  bo  co  chwila  ogromny,

rozmazany liść zaciemniał skraj obrazu. Kamera wolno przejechała po drugim brzegu, niczym

czyjeś  ciekawe  oko,  które  wypatruje  miłosnych  par.  W  końcu  zatrzymała  się  na

przycumowanym  do  brzegu  małym  jachcie.  Wyraźnie  było  widać  jego  nazwę,  „Horyzont”,

wymalowaną  na  dziobie.  Zrazu  pokład  wydawał  się  pusty.  Potem  koło  dzioba  ukazała  się

postać  schylonego  mężczyzny.  Wciąż  plecami  do  kamery,  mężczyzna  wyprostował  się.  Był

mocnej  budowy,  dość  wysoki,  a  sądząc  z  ruchów  -  już  niemłody.  W  starych  drelichowych

spodniach,  sportowej  koszuli  w  kratkę  i  czapce  członka  jacht-klubu.  Odwrócił  się  w  stronę

poręczy nadburcia i twarz stała się widoczna. W ustach trzymał fajkę.

- O, Boże! -  zawołał Phillips. -  To Sam Fielding! Milton, wpatrzony w ekran, skinął

głową.

- Tam jest jeszcze ktoś - powiedział.

Fielding  uśmiechnął  się.  Widać  było,  jak  poruszają  się  jego  usta.  Wyjął  fajkę  i

trzymając  ją  w  ręce  podkreślał  gestem  słowa.  Najwidoczniej  mówił  do  kogoś  koło  rufy,

jeszcze  niewidocznego.  Spoglądając  na  drugi  brzeg,  Fielding  zaczął  wolno  nabijać  fajkę.

Minę  miał  swobodną  i  zadowoloną.  Bez  najmniejszego  pośpiechu  wyjął  z  kieszeni  zapałki,

zapalił fajkę i puścił obłoczek dymu, który popłynął w słońcu.

- Na pewno nie wie, że go filmują - zauważył Phillips. - A to co znowu?...

- Patrz. Widzisz, ktoś idzie po schodach.

Ukazała  się  głowa  drugiego  mężczyzny.  Szedł  na  górę  z  kabiny  pod  pokładem,

odwrócony plecami do kamery, ale widać było, że jest młody i sprężysty. Z gołą głową, miał

na  sobie  tylko  spodnie  i  koszulę  z  podwiniętymi  rękawami.  Nic  nie  wskazywało,  by  się

background image

ś

pieszył  lub  chciał  się  ukryć.  Odwrócił  się  do  Fieldinga  z  uśmiechem,  jakby  żartowali.

Kamera skierowała się na niego. Twarz i postać drugiego mężczyzny ukazała się z bliska.

- To Harry Brent!

Milton  i  Phillips  powiedzieli  to  równocześnie.  Spojrzeli  jeden  na  drugiego  ze

zdumieniem. W tej chwili na ekranie ukazał się drgający biały kwadrat. Film się skończył.

Rozdział czwarty

Phillips podszedł do lampy wiszącej na środku pokoju i zapalił światło...

- Jak myślisz, kiedy był zrobiony ten film?

- Trudno powiedzieć, ale sądząc z liści na drzewach chyba jakieś dwa miesiące temu.

- Mnie się też tak zdaje - Phillips wskazał głową na projektor. - W każdym razie ten

film  dowodzi  jednego.  Opowieść  Phillips  Tolly  o  spotkaniu  w  barze  kawowym  może  być

prawdziwa.  Obaj  panowie  niewątpliwie  się  znali,  zanim  pewnego  wieczoru  w  restauracji

„Pod Falstaffem” Carol przedstawiła Brenta Fieldingowi.

- Uhum.

Phillips zerknął na twarz inspektora. Milton, zamyślony, patrzył na pusty ekran, jakby

jeszcze  widział  spokojną  i  niczym  nie  zmąconą  scenę  na  rzece.  Zmarszczył  brwi  i  pięścią

prawej ręki lekko stukał w otwartą dłoń lewej.

-  Jakoś  nie  bardzo  jesteś  zadowolony  -  poskarżył  się  Phillips.  -  A  przecież  trochę

posunęliśmy się naprzód.

-  Tak,  to  prawda  -  przyznał  Milton.  Trudno  było  wymagać  od  Phillipsa,  by  się

domyślił  prawdziwej  przyczyny  jego  posępnego  nastroju.  Z  tego,  co  zobaczyli,  można  było

wysnuć  tylko  jeden  wniosek  -  że  Harry  Brent  jest;  kłamcą.  Okłamał  policję  -  co  do  swej

znajomości  z  Fieldingiem.  Gorzej,  okłamał  Carol,  jeszcze  przed  morderstwem.  Trudno  było

oprzeć  się  wnioskowi,  że  nawet  jeżeli  sam  nie  popełnił  tej  zbrodni,  wiedział  o  tej  sprawie

znacznie  więcej,  niż  chciał  się  przyznać.  Dla  Miltona  żadną  pociechą  nie  była  perspektywa

aresztowania  mężczyzny,  który  zajął  jego  miejsce  w  życiu  Carol.  Ona  mu  tego  nigdy  nie

wybaczy.  Poza  tym  nie  był  to  sposób  odzyskania  jej  względów.  Zdawał  sobie  sprawę,  że

Carol, choć miała już pewne wątpliwości co do Brenta, jest gotowa stanąć w jego obronie. Im

dłużej  zaś  będzie  zaślepiona  tym  większym  ciosem  stanie  się  dla  niej  ujawnienie  prawdy.

Musiał  istnieć  jakiś  sposób  ukazania  jej  prawdziwego  oblicza  Brenta,  zanim  nastąpi

zdemaskowanie.

background image

-  Chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  Brent  nie  powiedział;  Carol,  że  tak  dobrze  zna  jej

pracodawcę.

- I dlaczego Fielding jej nie powiedział?

- Trafne pytanie - przyznał Milton

- Jest tu jeszcze parę taśm. Puścimy je?

- Tak. Trzeba zobaczyć.

Phillips  wkładał  taśmę  do  projektora,  gdy  zadzwonił  telefon  na  stoliku.  Spojrzał  na

inspektora.  Przez  chwilę  obaj  patrzyli  na  telefon.  Dzwonił  bez  przerwy.  Milton  podszedł,

przez parę sekund trzymał rękę nad aparatem, nagle się zdecydował - podniósł słuchawkę.

- Tak?

-  Richmond  7942?  -  Był  to  stanowczy  głos  kobiecy  Milton  schylił  się  i  sprawdził

numer.

- Tak.

- Mam telegram dla pana Kevina Jasona. Może pan przyjąć?

-  Tak.  Chwileczkę.  Wezmę  kartkę  i  ołówek.  -  Sięgnął  po  notes  leżący  na  biurku  i

wyjął z kieszeni pióro. - Dobrze. Proszę dyktować.

Telefonistka przeczytała telegram wyraźnie wymawiając każde słowo.

- Brent, literuję: B-R-E-N-T, będzie w San Remo, dwa słowa: S-A-N R-E-M-O, dziś

wieczór ósma trzydzieści.

-  „Brent  będzie  w  San  Remo  dziś  wieczór  ósma  trzydzieści”  -  powtórzył  Milton.  -

Zgadza się?

- Tak. Życzy pan sobie, żebyśmy przysłali ten telegram?

- Czy jest tam coś więcej?

- Nie. Podyktowałam wszystko.

- A podpis?

- Nie ma. Przysłać telegram?

- Ee... tak, proszę.

- Zechce pan podać adres.

- Mieszkanie 56, Kingsdown Mansions, Richmond.

- Dziękuję - głos telefonistki dopiero teraz stał się radosny. Wyłączyła się.

Milton przesunął kartkę, żeby zaintrygowany Phillips mógł ją przeczytać.

- Myślę, że chodzi o Harry’ego Brenta.

- I co powiesz na to? - spytał Milton.

background image

E

ryk  Vyner  środy  spędzał, w  Market Weldon Poza targiem na rynku odbywał się  w

ś

rody  targ  bydła,  na  który  przyjeżdżali  farmerzy  z  całego  hrabstwa.  Weszło  w  zwyczaj,  że

tego  dnia  Eryk  spotykał  się  z  siostrą  na  obiedzie  „Pod  Niedźwiedziem”.  W  tę  środę  mieli

sobie do powiedzenia więcej niż zwykle. Jako jedni z ostatnich gości siedzieli przy kawie w

sali  klubowej.  Carol  nie  miała  ochoty  wrócić  do  spraw,  jakie  czekały  na  nią  w  biurze,  i  w

przedłużającej się rozmowie z bratem szukała pociechy.

Vyner  zapłacił  rachunek,  dając,  jak  zwykle,  hojny  napiwek  kelnerowi.  Gdy

wychodzili, przystanął w hallu. Był zmieszany, szukał słów.

- Mówiłaś, że masz dzisiaj wieczór spotkać się z Harrym.

- Tak. Powiedziałam ci - wybieramy się na kolacje w Londynie.

- Może byś poprosiła go, żeby zadzwonił do mnie dzisiaj. Cały wieczór będę w domu.

- A nie mogłabym przekazać mu tej wiadomości?

- Wolałbym sam z nim pomówić. Próbowałem dodzwonić się do niego dziś rano, ale...

- Co to znowu? Nagle zrobiłeś się taki tajemniczy. O czym chcesz mówić z Harrym?

Vyner odczekał, aż przejdzie koło nich grupa gości wychodzących z baru.

- Młody gość, niejaki Robson, był u mnie dziś rano. Od razu się domyśliłem, że jest

podwładnym Alana.

- No i co?

- Wypytywał mnie o marynarkę. Tę, którą pożyczyłem Harry’emu.

Vyner  unikał  wzroku  siostry.  Patrzył  ponuro  na  grupę  wychodzących  gości.  Zaczął

padać  deszcz.  Goście  zatrzymali  się  pod  portykiem,  podnosili  kołnierze  i  biegli  do  swoich

samochodów.

- Cóż się tak zainteresowali tym starym łachem? Zdawałoby się...

-  Mają  aż  nadto  dowodów  do  zainteresowania  -  moją  marynarką.  Znaleziono  ją  w

Richmond - w mieszkaniu Phyllis Tolly.

Carol przyjrzała się twarzy brata.

- Twoją marynarkę tam znaleźli?

- Tak - przyznał Vyner ze zbolałą miną. - Jak Alan zapytał mnie o nią, powiedziałem

prawdę.  Wtedy  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  to  ma  wielkie  znaczenie.  Prosił,  bym

potwierdził,  że  to  moja  marynarka.  Potwierdziłem,  ale  powiedziałem  też,  że  pożyczyłem  ją

Harry’emu. Strasznie mi przykro. Gdybym wiedział...

- Co ty chcesz mi powiedzieć? - Dwie zmarszczki pojawiły się między jej brwiami. -

Dlaczego tłumaczysz się przede mną?

background image

- Niestety, Harry powiedział co innego.

- Jak to?

- Oświadczył Alanowi, że zwrócił mi tę marynarkę.

- A nie zwrócił?

- Nie.

- Po co miałby kłamać?

- Tego nie wiem.

Wyszli  przed  hotel.  Na  rynku  podnosiły  się  parasole,  ludzie  kulili  się  w

nieprzemakalnych płaszczach.

- Lepiej zostaw to mnie. Pomówię z Harrym. Przestań się martwić.

- A jednak się martwię. Znasz mnie. Lubię jasne sytuacje. Poza tym...

Carol  zawiązała  na  szyi  plastykowy  kaptur,  który  nosiła  w  torebce  na  wypadek

deszczu.

- Słucham...

-  Chciałem  powiedzieć...  -  szukał  słów.  -  Znałem  Phillis  Tolly.  Rozmawiałem  z  nią.

Nie łączyły nas zażyłe stosunki, oczywiście, ale... widzisz, nie sądzę, by Harry znał ją choćby

ze słyszenia, zanim została zamordowana.

-  To  jasne,  że  nie  słyszał  o  niej  -  stanowczo  stwierdziła  Carol.  -  Na  pewno  cała

historia wyjaśni się w idealnie prosty sposób. Idziesz w moim kierunku?

- Nie, muszę iść na targ bydła. Którym pociągiem wracasz wieczorem?

- Ostatnim. Zdaje się, odchodzi z Londynu o jedenastej trzydzieści. Ale nie zawracaj

sobie głowy. Bez trudu złapię taksówkę.

- Przyjadę na stację - przyrzekł Vyner. Uśmiechnął się, ścisnął jej ramię. - Będę czekał

na parkingu.

-  Naprawdę  nie  trzeba  -  zaprotestowała.  Pokiwał  jej  ręką  i  już  odchodził.

Odprowadziła  go  wzrokiem.  Kroczył  na  deszczu,  bez  parasola,  w  pumpach,  zniszczonym

kapeluszu  i  przydługiej  tweedowej  marynarce.  Carol  poszła  do  biura,  na  spotkanie  nowych

kłopotów, jakie mogły tam na nią czekać.

A

lanowi nie podobało się u Harolda Tolly’ego nie tyle to, że kłamał, ile że miał talent

do  zabierania  czasu.  Od  poprzedniego  przesłuchania  Tolly  odzyskał  pewność  siebie  i  poza

chrypką,  jakiej  się  nabawił  zachwalając  towary  na  straganie,  był  w  świetnej  formie.  Jako

background image

wdowiec  no-:  sił  czarny  krawat,  poza  tym  ubrany  był  ze  zwykłą  sobie  elegancją  pożeracza

serc niewieścich, włącznie z goździkiem w butonierce.

- Już panu mówiłem! - robił z siebie idiotę, który, nie jest w stanie zrozumieć prostej

prawdy. - Nie znam żadnego Jasona. W życiu na oczy go nie widziałem.

- Szedł do pańskiego straganu... - znużonym głosem stwierdził Milton.

Stal po prostu dlatego, że bał się zasnąć, gdyby usiadł. Od dawna twierdził, że nocne

ogrzewanie  to  nieporozumienie,  teraz  upewnił  się  w  tym  przekonaniu.  Najlepiej  czuł  się  na

ś

wieżym  powietrzu  i  bardzo  mu  nie  odpowiadała  atmosfera  w  domach  z  centralnym

ogrzewaniem. Phillips zaś był gorącym zwolennikiem zaduchu. Ilekroć Milton otwarł okno w

biurze, sierżant zaraz je zamykał.

- Szedł do pańskiego straganu, ale jak zobaczył sierżanta Phillipsa i mnie, rzucił się do

ucieczki.

- Skąd pan to wie? Mógł być umówiony z kim innym, może szedł do innego straganu.

- Uważamy, że szedł do pańskiego straganu.

-  A  jednak  nie.  Mówię  panu,  że  nie  znam  tego  człowieka.  Nigdy  przedtem  go  nie

widziałem. Ani o nim nie słyszałem.

Milton westchnął.

-  No  dobrze.  Zostawmy  pana  Jasona  na  chwilę  w  spokoju  i  porozmawiajmy  o  pani

Green.

- A o co chodzi? - agresywnie zapytał Tolly.

- Dał jej pan pięćdziesiąt funtów.

- Zgadza się. Pożyczyła mi kiedyś pięćdziesiątala. Oddałem.

-  Pani  Green  mówi  co  innego.  Powiada,  że  prosił  ją  pan,  by  się  postarała  o  pióro  -

pióro  Samuela  Fieldinga.  Jak  twierdzi,  właśnie  za  to  pióro  obiecał  pan  dać  jej  pięćdziesiąt

funtów.

-  Pan  żartuje!  -  gwałtownie  zaprotestował  Tolly.  -  Pięćdziesiąt  funtów  za  pióro!  Za

wariata mnie pan uważa?

-  Nie  uważam  pana  za  wariata.  -  Milton  starał  się  panować  nad  sobą  i  starannie

dobierać  słowa.  Doskonale  wiedział,  że  podejrzany  chciałby  go  wyprowadzić  z  równowagi,

zmusić  do  wypowiedzenia  obraźliwych  słów  i  w  ten  sposób  osłabić  jego  pozycję.  -  Nie

wydaje mi się jednak, by pan mówił prawdę. Kevin Jason prosił, by pan postarał mu się o to

pióro  i  jestem  pewny,  że  zaproponował  panu  więcej  niż  pięćdziesiąt  funtów,  na  przykład

dwieście.

background image

-  Panie  inspektorze  -  Tolly  przybrał  ton  przykrego  rozczarowania.  -  -  Jeżeli  uważa

pan, że nie mówię ani słowa prawdy, to po co zadawać mi pytania?

-  Drogi  panie  -  Milton  przeszedł  do  rogu  pokoju  i  nagle  się  odwrócił.  -  Jest  pan

przedsiębiorcą. Ma pan wielu przyjaciół i szerokie stosunki.

- No i co? Czy prawo tego zabrania?

- I mimo to chciałby pan, abym uwierzył, że tylko u pana Green mógł pan pożyczyć

pieniędzy.

Tolly  wstał.  Był  o  stopę  niższy  od  Miltona.  Oblizał  wargi,  szukał  słów,  które  by

zmiażdżyły inspektora. Milton wrócił za biurko. Nacisnął guzik:

- Najpierw prosiłem inne osoby. Zwróciłem się do, diabli wiedzą, ilu znajomych, ale

ich to nie bawiło.

-  Ja  też  nie  będę  się  bawił.  Niech  się  pan  stąd  zabiera.  Proszę  się  zastanowić.  Jak

będzie pan gotów zeznać prawdę, proszę do mnie zadzwonić.

- Powiedziałem panu prawdę!

Drzwi się otworzyły, ukazała się w nich twarz Tomlinsa.

- Pan Tolly wychodzi.

- Tak jest, panie inspektorze. - Tomlins uprzejmie zwrócił się do Tolly’ego: - Sierżant

Croft prosi na słówko szanownego pana. Zechce pan pójść za mną.

- Któż, u diabła, jest sierżant Croft?

-  Prosiłem go,  by  wziął odciski  pańskich  palców  -  I  wyjaśnił Milton.  Siedział  już za

biurkiem  i  patrzył  na  maszynopis  leżący  na  stosie  akt.  -  Naturalnie  jeśli  pan  nie  ma  nic

przeciw temu.

- Przypuśćmy, że mam.

- A to nie zrobimy - miłym tonem powiedział Milton.

Tolly wpatrzył się w pochyloną głowę Miltona. Jeszcze bardziej rozgniewało go to, że

Milton najwyraźniej przestał się nim interesować.

- A niby... na co panu moje odciski?

-  To  zwykła  formalność.  W  mieszkaniu  pańskiej  żony  znaleźliśmy  wiele  odcisków.

Chcielibyśmy,  rzecz  jasna,  wyeliminować  odciski  osób,  o  których  wiadomo,  że  nie  miały

powodów do jej zamordowania.

- Ale ja tam nigdy nie byłem. Nic nie wiedziałem o tym mieszkaniu.

-  No  to  nie  ma  pan  powodu  do  zmartwienia,  prawda?  Milton  podniósł  słuchawkę  i

poprosił telefonistkę w centralce:

- Proszę mnie połączyć z panią Carol Vyner u Fieldinga.

background image

Tolly,  jeszcze  niezdecydowany,  czy  zgodzić  się  na  wzięcie  odcisków,  dał  się

wyprowadzić Tomlinsowi. Ledwie Milton przeczytał pół strony, do gabinetu zajrzał Phillips.

Był w kapeluszu i nieprzemakalnym płaszczu.

- Wychodzę. Za dwadzieścia minut będę do dyspozycji pana inspektora.

- Dobra. Dziękuję, Roy.

C

arol  przestała  pracować  w  gabinecie  Fieldinga  i  przeniosła  się  do  swego  pokoju

obok, znacznie mniejszego. Teraz, gdy Davidson, sekretarz spółki, raczył wrócić i jakość tam

wziąć  się  do  roboty,  sytuacja  się  nieco  poprawiła.  Hipochondryk  z  usposobienia,  Davidson

wymógł  na  Fieldingu  dwutygodniowy  urlop  zdrowotny  na  Bahamach  i  nie  śpieszył  się  z

odpowiedzią  na  telegram  Carol.  Ale  jak  wrócił,  mógł,  jej  zdaniem,  wziąć  odpowiedzialność

za  co  ważniejsze  sprawy  przedsiębiorstwa.  Carol  wzięła  w  swe  ręce  ster  w  krytycznych

chwilach, gdy w ciągu pierwszych dni po morderstwie groził firmie zamęt. Jeśli miała odejść

pod  koniec  tygodnia,  musiała  uporządkować  prowadzone  przez  siebie  sprawy,  aby  je

przekazać nowej sekretarce. Co innego było pracować dla Fieldinga a całkiem co innego być

pomocnicą Davidsona.

Wkładała kartkę papieru do maszyny, gdy zadzwonił telefon.

- Carol Vyner.

- Cześć, Carol. Mówi Alan.

- Aa, jak się masz.

Jej głos nie zabrzmiał entuzjastycznie - nic na to nie™ mogła poradzić. W głębi duszy

wiedziała,  że  Alan  bardzo  by  chciał  jej  pomóc  i  zrobić  co  tylko  było  w  jego  mocy  by  nic

złego jej się nie stało. Ale równocześnie wyczuwała, że Alan podejrzewa o coś Harry’ego. W

pewnej mierze udało mu się wzbudzić również jej podejrzliwość. Nie chciała jednak wiedzieć

więcej.  Harry  zapewnił  ją,  przysiągł,  że  nie  znał  Barbary  Smith  i  prosił,  by  uwierzyła,  że

wszystkie  te  zagadkowe  okoliczności  dadzą  się  wyjaśnić.  Rozpaczliwie  chciała  zachować

zaufanie  do  niego.  Ale  ziarnko  wątpliwości  już  kiełkowało.  Rozsądek  mówił  jej,  że  Harry

ukrywa  przed  nią  coś  ważnego.  Pytania  Miltona  uświadomiły  jej,  jak  mało  wie  o  swym

narzeczonym,  jego  przeszłości,  rodzinie,  a  nawet  pracy.  Czy  miało  by  sens  wzięcie  ślubu  z

mężczyzną,  którego  właściwie  nie  znała?  Nie  miałoby  najmniejszego  sensu,  gdyby  spojrzeć

na  sprawę  obiektywnie.  Ale  jedna  prosta  rzecz  przesądzała  sprawę.  Kochała  Harry’ego.

Zakochała się w nim niemal od pierwszego spojrzenia i nic z tego, co się zdarzyło, ani żadne

wątpliwości,  czy  domysły,  jakie  podsuwał  jej  Milton,  nie  zmieniły  tego  faktu.  Nadal  go

background image

kochała  i  z  tego  powodu  chciała  mu  wierzyć.  Alan  nie  był  więc  sprzymierzeńcem,  bo  tylko

utrudniał jej wytrwanie.

-  Słuchaj,  muszę  się  z  tobą  zobaczyć.  Pozwolisz,  że  podjadę  po  ciebie  za  piętnaście

minut.

-  Przepraszam  cię,  Alan.  Jestem  strasznie  zajęta.  O  szóstej  piętnaście  jadę  do

Londynu, a mam tu roboty po uszy. Czy mógłbyś zaczekać do jutra rana?

- To niemożliwe - głos Alana zabrzmiał oschle. Mówił funkcjonariusz policji, nie jej

przyjaciel. - Spotkamy się przed bramą zakładów Fieldinga. Już wyjeżdżam.

-  Bardzo  żałuję,  Alan  -  odparła  chłodnym,  stanowczym  tonem.  -  To  niemożliwe.

Muszę załatwić korespondencję i jeszcze dziś wysłać.

- To nie potrwa długo, Carol. A sprawa jest bardzo ważna.

- Może ważna dla ciebie, ale to nie zmienia...

-  Dla  ciebie  też  ważna  -  Milton  podniósł  głos.  -  Chodzi  o  Harry’ego.  Zabieram  cię

dokładnie za piętnaście minut.

Rozłączył się, zanim zdążyła zaprotestować. Trzymała słuchawkę, w uchu dźwięczał

jej sygnał.

Nie mogła się oprzeć ciekawości, a poza tym Alan w nowej roli trochę ją nastraszył.

Pozostał jej w pamięci jako młody człowiek, nieśmiało ubiegający się o jej względy. Mogła

się  nie  zgodzić,  kiedy  proponował  jej  randkę.  Ale  teraz  rozkazującym  tonem  wyznaczył  jej

spotkanie. Nie sposób było odmówić. Niemniej umyślnie się spóźniła, żeby czekał na nią, a

nie ona na niego. Przechodząc przez pokryty żwirem zalanym smołą placyk przed budynkiem

administracyjnym, zobaczyła austina mini zaparkowanego przy bramie.

Alan wysiadł i otwarł drzwi.

- Alan, o co właściwie chodzi? Nie wiem, jak zdążę na; pociąg.

-  Wskakuj,  Carol.  To  nie  potrwa  długo.  Odwiozę  cię  tutaj  o  wpół  do  szóstej,

przyrzekam.

Mówił  tonem  chłodnym,  oficjalnym.  Zdała  sobie  sprawę,  że  skapituluje,  ale  chciała,

ż

eby go to kosztowało.

- Ale dokąd jedziemy? Nie mogę uciec z biura bez...;

- Na miłość boską, przestań się spierać, wsiadaj!

- Nie wsiądę, póki mi nie powiesz, dokąd jedziemy.

- Nie zamierzam cię uprowadzić, Carol - powiedział z nutą ironii. - Nic ci nie grozi,

zapewniam cię. A teraz wsiadaj.

background image

Dozorca przy bramie, który podnosił szlaban dla samochodów wjeżdżających na teren

zakładów  lub  wyjeżdżających  z  nich,  zaczął  się  interesować  sceną,  jaka  się  rozgrywała

między nimi. Carol jeszcze raz potrząsnęła głową i wsiadła do samochodu.

Grobowa  cisza  panowała  w  samochodzie,  gdy  Alan  w  zawrotnym  tempie  przejechał

High  Street  i  znaleźli  się  na  London  Road.  Skręcił  w  nowe  osiedle,  zbudowane  przez

magistrat.  Jechali  wśród  schludnych,  skromnych  ogródków  przed  domkami  z  cegły

oszalowanymi  deskami.  Wszystkie  były  jednakowe.  Milton  zatrzymał  wóz  przed  jednym

domkiem z nieskazitelnym trawnikiem od ulicy, ozdobionym pół tuzinem statuetek figlarnych

karzełków.

Z boku domu, pod daszkiem stał stary, ale dobrze utrzymany ford.

- Kto tu mieszka? - spytała Carol.

- Cierpliwości - odparł Milton i przez jej ramię otworzył drzwi.

Na  progu  czekał  sierżant  Phillips,  uśmiechnięty  na  myśl,  że  będzie  pełnił  honory

magistrackiego  domu,  w  którym  mieszkał  z  niezamężną  siostrą.  Carol  przeszła  po

wycieraczce do nóg, z napisem „Witamy”, i znalazła się w hallu, w którym na ścianie wisiało

parę łabędzi zastygłych w bezruchu.

- Pierwsze drzwi na prawo, proszę pani - usłużnie powiedział Phillips.

Spodziewała  się,  że  wejdzie  do  salonu,  umeblowanego  najmodniejszymi  cudeńkami,

kupionymi na raty. Stanęła jak wryta. Było to coś w rodzaju pracowni. Wzdłuż jednej ściany

stała  ławka,  przy  drugiej  -  szafa  i  stół,  a  naprzeciw  rozpięto  mały  ekran.  Ciężkie  zasłony

zakrywały  okna.  Na  stojaku  naprzeciw  ekranu  stał  16-milimetrowy  projektor.  Dla  widzów

ustawiono trzy krzesła, środkowe niewątpliwie pochodziło z salonu.

-  To  moja  pracownia  -  szybko  wyjaśnił  sierżant  uprzedzając  pytanie.  -  Moje  hobby.

Wie pani, filmowe zdjęcia.

Rozgniewana Carol odwróciła się do Miltona.

- Przywiozłeś mnie tutaj po to...

- Chcemy pokazać ci parę filmów. Może byś siadła, Roy zaraz zacznie pokaz. Zdaje

się, że środkowe krzesło jest dla ciebie.

Zachowanie  obu  funkcjonariuszy  świadczyło,  że  nie  zamierzają  niepotrzebnie

zabierać czasu jej lub sobie. Phillips skinął głową. Już trzymał rękę na kontakcie.

Rzuciła  okiem  na  projektor.  Wszystko  było  gotowe  do  pokazu.  Siadła  sztywno  na

brzegu krzesła.

-  Słuchaj,  pokażemy  ci  dwa  bardzo  krótkie  filmy  -  wyjaśnił  Milton.  -  Pozwól,  że

najpierw  powiem,  o  co  chodzi.  Niejaki  Kevin  Jason,  Irlandczyk,  przed  paru  dniami  włamał

background image

się  do  mojego  mieszkania  i  zatrzymaliśmy  go  pod  tym  zarzutem.  Jason  ma  apartament  w

Kingsdown Mansions.

- Kingsdown Mansions? Czy to nie tam znaleziono trupa Phyllis Tolly?

- Tak, właśnie tam. Przeszukaliśmy mieszkanie Jasona: i znaleźliśmy trzy filmy. Tak

się składa, że Roy jest specjalistą w tej dziedzinie.

-  Amatorem,  panie  inspektorze  -  wtrącił  Phillips  z  udaną  skromnością.  -  Nie  jestem

specjalistą.

-  Dość  na  tym,  że  obejrzeliśmy  te  filmy.  Jeden  z  nich»:  pokażemy  go  za  chwilę,

dowodzi,  że  Harry  Brent  był  przyjacielem,  powiedziałbym  bliskim  przyjacielem  Sama

Fieldinga. - Carol popatrzyła na niego. Ujrzał niechęć w jej oczach, ale się tym nie zraził. -

Naprawdę interesuje nas drugi film, który pokażemy ci najpierw. Gotów, Roy?

- Tak jest.

- Chwileczkę - powiedziała Carol. - Czy Jason… czy to on nakręcił te filmy?

- Tak należałoby przypuszczać, ale nie jesteśmy pewni. Zdjęć dokonano niewątpliwie

bez wiedzy osób zainteresowanych... to znaczy tych, których zobaczymy na filmie.

- Moim zdaniem, film ten został nakręcony z samochodu albo furgonetki.

- Zaczynamy, Roy...

-  Phillips  zgasił  światło  przy  drzwiach,  podszedł  do  projektora  i  włączył  go.  Po

krótkim migotaniu i zamazanych kształtach na ekranie obraz nabrał ostrości. Carol pochyliła

się,  skupiła  uwagę.  Od  razu  poznała  ulicę  w  Kensingtonie,  gdzie  pierwszy  raz  spotkała

Harry’ego  Brenta.  Kamera  skoncentrowała  się  na  wejściu  do  biura  podróży.  Nad  wejściem

ukazał  się  szyld:  „Harry  Brent,  Ltd”.  Niemal  natychmiast  zajechała  taksówka  i  stanęła  przy

chodniku.  Wysiadła  z  niej  kobieta,  a  za  nią  mężczyzna.  Mężczyzna  szukał  w  kieszeni

drobnych,  by  zapłacić  taksówkarzowi.  Drżący  blask  filmu  oświetlał  twarz  Miltona.  Carol

odwróciła się do niego.

- To Jacqueline Dawson. I Sam Fielding - powiedziała.

Milton skinął głową. Uważnie śledził film. Fielding zapłacił i machnął ręką na znak,

ż

e  taksówkarz  może  zatrzymać  resztę.  Wziął  Jacqueline  Dawson  pod  rękę  i  poprowadził  w

stronę biura. Film zamigotał i skończył się.

-  Dalsze  zdjęcia  zostały zrobione innego  dnia.  Postaraj się  przypomnieć sobie, kiedy

to było.

Film  znów  zamigotał  i  zrobił  się  wyraźny.  Jeszcze  raz  ukazało  się  wejście  do  biura

Brenta,  ale  zrobione  z  innego  miejsca.  Pogoda  niewątpliwie  się  popsuła.  Zmieniono  na

wystawie  parę  plakatów  reklamowych.  Na  ulicy  stały  zaparkowane  inne  samochody.  Na

background image

ekranie  ukazał  się  prywatny  samochód.  Zatrzymał  się  naprzeciw  biura  podróży.  Był  to

dwuosobowy sportowy M. G. Midget. Kierowca, w małym filcowym kapeluszu na bakier i w

krótkim  nieprzemakalnym  płaszczu  z  paskiem,  wysiadł  z  wozu,  zatrzasnął  drzwi,  rzucił

okiem  na  prawo  i  na  lewo,  po  czym  bardzo  szybko  poszedł  w  stronę  biura  Brenta.  Kiedy

znalazł się przed drzwiami, otworzyły się i z biura wyszła dziewczyna. Carol dech zaparło -

poznała  siebie.  Dziewczyna  na  filmie  musiała  znać  właściciela  sportowego  samochodu,  bo

uśmiechnęła  się  do  niego  na  powitanie.  Uchylił  kapelusza.  Rozmawiali  przez  chwilę.

Zażartował, roześmiała się. Znów uchylił kapelusza. Wszedł do biura. Dziewczyna podeszła

do  brzegu  chodnika,  popatrzyła  w  głąb  ulicy,  podniosła  rękę,  jakby  zatrzymała  taksówkę.

Film się skończył.

Phillips  zapalił  światło.  Carol  mrużąc  oczy  od  blasku  oparła  się  w  krześle.  Widok

własnej osoby na filmie zrobił na niej wielkie wrażenie, trochę się przestraszyła. Phillips bez

słowa  wyjął  film  z  projektora  i  zaczął  zakładać  następny.  Milton  wstał.  Spojrzał  z  góry  na

Carol.

- Pamiętasz, kiedy to było?

-  Taak.  Jakieś...  trzy  tygodnie  temu.  W  sobotę  chyba  minęło  trzy  tygodnie.  Ale

dlaczego ktoś mnie fotografował?

-  Kto  jest  ten  mężczyzna?  -  Milton  zignorował  jej  pytanie.  -  Ten,  z  którym

rozmawiałaś?

- Nazywa się Rainer. Mark Rainer. Jest przyjacielem Harry’ego.

- I Jacqueline Dawson?

- Jak to?

- A tak. Byli razem na targu. Widzieliśmy ich dziś rano. Krótko przed aresztowaniem

Jasona.

Niepewna,  czy  nie  zaszkodziła  Harry’emu  rozpoznając  Rainera,  Carol  popatrzyła  na

Miltona marszcząc brwi..

- Czy to prawda, Alan?

- Tak. Powiedz nam, co wiesz o Marku Rainerze.

-  Jest  przyjacielem  Harry’ego,  i  to  od  dawna,  jeśli  się  nie  mylę.  Cztery,  może  pięć

tygodni temu byliśmy razem na kolacji. Wtedy go poznałam.

- Czym on się zajmuje?

- Zdaje się, pracuje w firmie, „Cook” lub „American Express”. Mówił mi, że czasem

grywa małe role w teatrze. Jest zabawny. Ma bzika na punkcie sportowych wozów. Chyba to

wszystko, co mogłabym o nim powiedzieć.

background image

- Żonaty?

- Nie, zdaje się... Na pewno nie.

- Mieszka w Londynie?

- Nie wiem, słowo daję.

Milton rzucił okiem, by sprawdzić, czy Roy jest gotów, i uznał, że ma jeszcze czas na

parę dodatkowych pytań.

- Słuchaj, czy Sam Fielding miał jacht - „Horyzont”?

-  Tak  -  potwierdziła  z  zapałem.  Czuła  się  na  pewniejszym  gruncie.  Nie  mogła

zaszkodzić Harry’emu odpowiadając na pytania dotyczące Fieldinga. - Trzymał go w Marlo

w, jeździł tam na weekendy. Ale sprzedał ten jacht.

- Kiedy?

- Och, parę miesięcy temu. Pod koniec letniego sezonu.

Phillips  skinieniem  głowy  dał  znak  Miltonowi,  że  jest  gotów  do  wyświetlenia

następnego filmu. Milton podszedł do drzwi, przekręcił kontakt.

-  Carol,  co  byś  powiedziała,  gdybyś  usłyszała  ode  mnie,  że  Fielding  zaprosił  kiedyś

twojego narzeczonego do Marlow?

-  Herry’ego?  Ależ  to  niemożliwe!  Nie  znał  go,  dopiero  ja  przedstawiłam  mu

Harry’ego...

Urwała. Spojrzała na Miltona, Phillipsa i film w projektorze. W końcu jej wzrok oparł

się  na  pustym  ekranie.  Wpatrywała  się  weń  prosząc  Boga,  żeby  cokolwiek  ekran  jej  powie,

nie było to zbyt ciężkie do zniesienia. Patrząc na jej profil Milton poczuł, że coś ściska go za

gardło. Nagle zgasił światło.

- Odjazd, Roy!

N

o  i  proszę  -  powiedział  Milton,  gdy  zatrzymaj  wóz  przy  bramie  do  zakładów

Fieldinga.  -  Przyrzekłem,  że  odwiozę  cię  o  wpół  do  szóstej.  Jest  teraz  dwadzieścia  pięć  po

piątej.

- Dziękuję - Carol nie śpieszyła się z otwarciem drzwi samochodu.

- Masz niewesołą minę, Carol.

Zerknęła  na  niego  z  wyrazem  goryczy  w  oczach.  -  Czy  to  dziwne?  Ostatecznie

dopiąłeś swego.

- Jak to?

background image

-  Przekonałeś  mnie,  że  mężczyzna,  za  którego  mam  wyjść,  jest  kłamcą.  Dowiodłeś,

ż

e...

-  Zaraz,  zaraz!  -  Milton  przerwał  zirytowanej  Carol.  -  Zadanie  było  na  inny  temat.

Harry Brent nie interesuje mnie dlatego, że jest twoim narzeczonym! On mnie interesuje, bo

w przedziwny sposób jest zamieszany w sprawę morderstwa Fieldinga.

- Twoim zdaniem, wiedział, że Fielding ma być zamordowany?

- Moim zdaniem, wiedział, że się na to zanosi - pochylił się, wyłączył motor. - Carol,

chciałbym  cię  jeszcze  o  coś  zapytać.  Tylko  proszę,  bądź  szczera.  Przedwczoraj  wieczór

powiedziałem ci o Barbarze Smith. Powtórzyłem, co powiedziała przed śmiercią.

- No i co? - wyzywającym tonem spytała Carol, domyślając się o co chodzi.

- Czy powtórzyłaś to... Harry’emu?

- Nie. Nie powtórzyłam... - zawahała się widząc, że obserwuje jej twarz w lusterku. -

Wiedział,  że  mówiliśmy  o  nim.  Wyczuł  to,  jak  jechaliśmy  samochodem  na  stację.  Na  drugi

dzień  rano  zjawił  się  u  mnie  w  biurze.  Powiedział,  że  jest  zaniepokojony  i  wie,  że

poprzedniego dnia wieczorem mówiliśmy o nim.

- I co dalej?

-  Byłam  w  trudnej  sytuacji.  Nie  mogłam  zbyć  go  milczeniem.  Powiedziałam,  że  nie

uwierzyłeś w to, co mówił o tej dziewczynie. I że twoim zdaniem musiał ją skądś znać. Ale

nie powtórzyłam, co ona mówiła... że wymieniła jego nazwisko. Naprawdę, Alan...

Popatrzyła  w  lusterko,  by,  spojrzeć  mu  w  oczy,  i  zobaczyła  minę,  jakiej  nigdy

przedtem u niego nie widziała. Natychmiast przybrał wyraz oschłej oficjalności, ale zdążyła,

zdać sobie sprawę, że sytuacja była dla niego nie mniej przykra niż dla niej.

-  Słuchaj,  co  ty  właściwie  wiesz  o  Harrym  Brencie?  Poznałaś  go  przypadkowo,

powiedział  ci,  że  pochodzi  z  Market  Weldon,  zaprosił  na  kolację  i  proszę!  -  już  byliście

zaręczeni.

- Zakochałam się. A jak się kogoś kocha, to mu się wierzy.

- I nadal mu wierzysz?

-  Nie  wiem.  -  Otworzyła  drzwi,  obróciła  się,  żeby  wysiąść.  Położył  jej  rękę  na

ramieniu.

- Jeszcze słówko. Kiedy masz się z nim zobaczyć?

- Dziś wieczór. Idziemy na kolację. Dlatego jadę do Londynu.

- Idziesz dziś z Harrym na kolację w Londynie?

- Tak.

- Myślałem, że jest za granicą, we Włoszech, czy gdzieś tam.

background image

- Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?

Milton wzruszył ramionami, jakby to nie miało żadnego znaczenia.

- Nie wiem. Tyś chyba mówiła.

Nieco  mocniej  ścisnął  jej  ramię.  Tym  razem  nie  miała  nic  przeciw  temu.  A  nawet

ociągała się z wyjściem, jakby w tym małym samochodzie czuła się bezpieczna.

- Gdyby coś się stało, kochanie... Gdybyś miała jakieś kłopoty, choćby ci wydały się

bez znaczenia - wiesz, gdzie mnie szukać.

Obejrzała  się  na  niego,  twarz  jej  złagodniała.  Delikatnie  uwolniła  ramię  z  uścisku  i

otworzyła drzwi.

- Dziękuję ci, Alan.

Poszła  szybko  nie  oglądając  się,  ale  wiedziała,  że  odjechał  dopiero,  jak  weszła  do

budynku.

D

ni małej włoskiej restauracji były policzone. Znajdowała się tuż koło wieży nowego

urzędu  pocztowego,  w  jednej  z  uliczek  na  wschód  od  Portland  Place,  przeznaczonym  do

zburzenia i zabudowy. Domy i sklepy po obu stronach restauracji znalazły się w opłakanym

stanie,  gdyż  ich  właściciele  nie  kwapili  się  łożyć  pieniędzy  na  lokale  skazane  na  zagładę.

Wiele  domów  już  świeciło  pustkami.  Około  stu  jardów  od  restauracji  parkan  otaczał

rumowisko, na miejscu gdzie przedtem wznosił się rząd domów w stylu regencji i gdzie miał

być  zbudowany  monolityczny  wieżowiec  z  betonowych  płyt.  Signor  Ruffo  Silvani  jednak

postanowił  przetrwać  do  ostatniej  chwili.  Wejście  do  restauracji  mieniące  się  kolorami  i

ozdobione kwiatami, stanowiło jedyne w tym rejonie miejsce tchnące barwnym optymizmem.

Silvani  przybył  do  Anglii  jako  jeniec  wojenny,  a  kiedy  skończyła  się  wojna,  postanowił

związać swe losy z krajem tych, którzy go wzięli do niewoli. Sprowadził do Londynu żonę i

czworo  dzieci,  które  -  w  miarę  dorastania  -  zaczynały  pracować  w  restauracji  i  odciążały

Ruffo  i  jego  żonę.  Co  miesiąc  skrupulatnie  obliczano  dochody  i  dokładało  się  trochę  do

kapitału zbieranego przez signora Silvani. W ciągu lat kapitał znacznie się powiększył. Kiedy

brygady rozbiórkowe dotrą do  nich, signor Silvani i jego  signora nie przeniosą się do lokali

przy Euston Road. Spełni się marzenie ich życia i osiedlą się w kupionej z oszczędności willi

na wzgórzu nad jego rodzinnym miastem, któremu restauracja „San Remo” zawdzięczała swą

nazwę.

Na  razie  zawodowa  duma  wymagała  utrzymania  restauracji  na  wysokim  poziomie  i

nie sprawienia zawodu stałej klienteli, jaką ten zakład zdołał sobie zjednać.

background image

Brent  należał  do  gości  najwyżej cenionych  przez  signora Silvani.  Nacisnął  parę razy

klakson zgodnie z utartym zwyczajem i Pietro, najstarszy syn signora Silvani rozpromieniony

zbiegł  po  dwóch  schodkach  na  chodnik.  Brent  wysiadł,  Pietro  zajął  miejsce  za  kierownicą.

Wchodząc do restauracji wiedział, że młody Włoch bezpiecznie zaparkuje wóz w pobliskiej

bocznej uliczce.

-  Przygotowałem  pański  ulubiony  stolik  -  signor  Silvani  powitał  gościa  z  pełną

szacunku  uprzejmością.  Pulchne  ręce  restauratora  wymownie  gestykulowały,  a  jego  smagła,

trochę świecąca twarz marszczyła się w uśmiechach.

- Chyba trochę się spóźniłem. Czy mój gość jeszcze się nie zjawił?

- Młoda dama? Nie, proszę pana, jeszcze nie.

Zza  brudnej  szyby  okna,  na  pierwszym  piętrze  domu  niemal  naprzeciw  „San  Remo”

Reg Bryer obserwował przyjazd Brenta. Nerwowo rzucił niedopałek na podłogę, i przydeptał.

Na  podłodze  leżało  już  z  pół  tuzina  niedopałków.  Podciągnął  pustą  skrzynkę  po  herbacie,

pełniącą funkcję jedynego mebla w tym pokoju, i usiadł na niej. Po raz dwudziesty spojrzał

na zegarek. Było prawie dziesięć po dziewiątej. Filey znów się spóźnił. Gdy przyjdzie, będzie

musiał pogodzić się z sytuacją, jaką tu zastanie. Pewnie będzie grymasił, że Reg nie wybrał

mu  pozycji do  strzelania  dokładnie naprzeciw  restauracji, ale  tak  szczęśliwie się  złożyło, że

ten dom był pusty. Wystarczyło, że Reg udał frajera, który chce ulokować pieniądze w parceli

-  właściciel  dał  mu  klucze  i  zezwolił  na  obejrzenie  domu.  Reg  sprawdził  wyjście  na

podwórze, zostawił drzwi otwarte. Wraz z Fileyem chcieli szybko się ulotnić po wykonaniu

roboty.

Jeszcze  raz  sprawdził  okno,  żeby  się  upewnić,  że  łatwo  się  otwiera  i  zamyka.

Przedtem doprowadził  do  porządku  zetlałe  linki  okna, żeby działały jak  należy.  Zapewniało

to  gładkie  wykonanie  roboty,  ale  nie  spodziewał  się  po  Fileyu,  że  mu  podziękuje.  Znów

zamknął  okno.  Zobaczył,  że  pod  „San  Remo”  zajeżdża  taksówka.  Wysiadła  z  niej  bardzo

zgrabna  blondynka.  Oczy  mu  się  zwęziły,  gdy  obserwował,  jak  dziewczyna  zapłaciła

taksówkarzowi i weszła do restauracji.

Harry już siedział przy stoliku w kącie i naradzał się z signorem Silvani co do wyboru

win. Wstał, gdy ukazała się Carol. Pietro uśmiechając się pośpieszył, by odebrać jej płaszcz.

-  Strasznie  przepraszam,  Harry  -  Carol  była  niepocieszona,  że  się  spóźniła  i  z

roztargnieniem skinęła głową w odpowiedzi na głęboki ukłon właściciela. - Pociąg spóźnił się

dziesięć minut i nie mogłam złapać taksówki...

-  Nie  przejmuj się,  Carol!  -  Brent  otoczył ją ramieniem  i  pocałował  w  policzek.  -  Ja

też się spóźniłem.

background image

- Powinnam przyjechać samochodem.

Pietro odsunął stolik, by mogła się przecisnąć do miejsca obok Brenta. Harry usiadł.

- Jak się ma Eryk?

-  Świetnie.  Masz  od  niego  serdeczne  pozdrowienia.  Hm,  powiedziałam,  że  świetnie

się czuje - no, niezupełnie. Jest trochę zaniepokojony.

-  Oo?  -  spoglądał  na  nią  ukradkiem,  zaintrygowany  jej  nerwowym  zachowaniem.  A

poza  tym  odnosiła  się  do  niego  z  pewną  rezerwą,  co  zauważył,  jak  tylko  weszła  do

restauracji. - A cóż go niepokoi?

Carol zerknęła na Pietro i signora Silvani, którzy usłużnie kręcili się koło stolika.

- Zaraz zamówimy - powiedział Brent. - Na razie poproszę dwa dry martini.

Signor  Silvani  od  razu  zrozumiał  o  co  chodzi.  Gdy  zostali  sami,  Brent  ściszonym

głosem powtórzył pytanie.

- Niepokoi się, bo była u niego policja. Nawet dwa razy. Uporczywie wypytują go o

marynarkę..

- Jaką marynarkę?

- Sportową - tę, coś pożyczył od niego. Pamiętasz, kiedyś po południu przemokłeś na

deszczu i pożyczyłeś od Eryka marynarkę.

Brent odłożył kartę win.

-  Tak,  pamiętam,  naturalnie.  Wiesz,  to  dziwna  historia.  Twoja  była  sympatia,

inspektor Milton, wypytywał mnie...

- Stanowczo cię proszę, żebyś przestał uporczywie nazywać Alana moją byłą sympatią

- oschłym tonem powiedziała Carol.

-  Och,  przepraszam.  -  Położył  dłoń  na  jej  rękach,  uśmiechnął  się.  -  Jesteś  dziś

przewrażliwiona, kochanie. A może to nie Eryk jest zaniepokojony, tylko ty?

- To jasne, jak on ma zmartwienie, ja też się martwię.

- No tak, ale czym on właściwie się martwi? Pożyczył mi marynarkę, zwróciłem.

- O to właśnie chodzi. Eryk mówi, żeś jej nie oddał. Nastąpiła krótka pauza.

- Powiada, że nie oddałem?

- Tak.

- Hm, zdawało mi się, że oddałem. - Miał szczerze zmartwioną minę. - Byłem pewny,

ż

e... Ale może się mylę. Nie jest wykluczone, że ta marynarka jest u mnie. Powiedz Erykowi,

ż

e jeszcze raz poszukam.

Wzruszył ramionami, otworzył kartę win.

background image

-  Harry,  ty  chyba  nie  rozumiesz.  Marynarka  jest  w  rękach  policji.  Znaleziono  ją  w

apartamencie w Richmond, gdzie została zamordowana Phyllis Tolly. Naturalnie, policja chce

wiedzieć, jak się ta marynarka tam dostała.

-  No  cóż,  ja  jej tam  nie zaniosłem -  śmiejąc  się zapewnił  Brent.  -  Nawet  nie znałem

Phyllis Tolly.

- Ty nie, ale Eryk ją znał.

- O, Boże! Nie powiesz mi chyba, że policja podejrzewa naszego drogiego Eryka?

-  Nie  wiem,  czy  go  podejrzewają,  czy  nie,  ale  chcą  się  dowiedzieć,  w  jaki  sposób

marynarka Eryka dostała się do tamtego mieszkania i prawdę mówiąc nie mam o to do nich

pretensji.

-  Ja  też  nie  mam  pretensji.  -  Zauważył,  że  jest  rozjątrzona,  przybrał  ton  spokojny  i

rzeczowy.  -  Ale  niewątpliwie  szukają  nie  tam  gdzie  trzeba.  Ja  tej  marynarki  nigdzie  nie

zaniosłem i nie wyobrażam sobie, by Eryk to zrobił.

- Na pewno nie! - cofnęła rękę pod pozorem, że chce otworzyć torebkę i wyjąć z niej

chusteczkę. - Harry, jesteś pewny, zupełnie pewny, że oddałeś tę marynarkę?

Nie, już ci mówiłem, nie jestem pewny na sto procent. Zdawało mi się, że oddałem. -

Sprawiał wrażenie, że jej pytania bardziej go bawią, niż martwią. Uśmiechnął się, poklepał ją

po ręce. - Nie martw się, Carol. Wiesz, pogadam z twoją byłą sym... z Miltonem. Powiem mu,

ż

e nie jestem absolutnie pewny, czy oddałem tę marynarkę. Czy to coś pomoże?

- Wtedy zaczną ciebie maglować - odparła niepocieszona Carol.

- A to świetnie! Proszę bardzo. Byłeś ty się przestała martwić.

Po  raz  pierwszy  spojrzała  mu  w  oczy.  Ścisnął  jej  rękę,  zauważył,  że  trochę  się

odprężyła. Nie unikała jego wzroku. Jak zwykle, gdy spotykały się ich spojrzenia, ogarnęła ją

fala czułości.

- Dwa dry martini.

Piętro przyniósł dwa kieliszki na tacy. Ich brzegi okryły się już mgiełką.

- Dziękuję. Już możemy coś zamówić.

- Tak jest, proszę pana. Ojciec sam przyjmie zamówienie.

C

zekanie  coraz  bardziej  grało  na  nerwach  Bryerowi.  Następne  pół  tuzina

niedopałków  znalazło  się  na  podłodze,  wskazówki  zegara  zdążyły  dojść  do  dziewiątej

dwadzieścia.  A  Fileya  ani  śladu.  Dwadzieścia  minut  temu  Bryer  był  pewny,  że  słyszał,  jak

ktoś zamknął drzwi na dole, a potem chodził boso na którymś z wyższych pięter, ale nie miał

background image

odwagi pójść i sprawdzić. Dopiero gdy dochodziło wpół do dziesiątej, usłyszał na ulicy huk

potężnego  motoru  bez  tłumika  Wyciągnął  szyję  i  zobaczył  motocyklistę  kluczącego  wśród

samochodów. Był w czarnej skórzanej kurtce, a na głowie miał kask, spod którego wystawały

długie  włosy.  Za  sobą  przymocował  futerał  na  skrzypce.  Przejechał  koło  domu  i  skręcił  w

najbliższą boczną ulicę. Bryer zbiegł na dół, by wpuścić wspólnika.

Właśnie otwierał bramę, gdy nadszedł Filey. Zdjął kask i potrząsnął włosami. Trudno

było  zgadnąć,  ile  ma lat.  Miał chudą,  bezwzględną  twarz  i wąskie zacięte usta.  Mimo  czoła

zrytego zmarszczkami w ruchach był młodzieńczy i sprawiał wrażenie sportowca.

- Wcale się nie śpieszyłeś - poskarżył się Bryer zamykając bramę na klucz.

Filey już szedł na górę ściskając w ręce futerał.

- Jason jest?

- Nie mógł przyjść.

- A dlaczego?

- Jasona przymknęła policja. I jeszcze go trzymają

- Kiedy to się stało?

- Dziś rano. W Market Weldon.

- Dureń, cholera.

- Wszyscy popełniamy błędy.

- Nie w tej robocie.

Wyszli  na  pierwsze  piętro.  Filey  przystanął,  spojrzał  na  drzwi.  Bryer  wysunął  się

naprzód i otwarł drzwi od frontowego pokoju.

- Tutaj.

- Boże, co za nora! Nie zostawili żadnych mebli?

Filey podszedł do okna i przez chwilę patrzył na domy po drugiej stronie ulicy.

- Miało być naprzeciw wejścia do „San Remo”.

- No i jest prawie naprzeciw, jak cholera!

Filey spojrzał na niego złym okiem. Portier położył uszy po sobie.

- Poprawiłeś te linki od okna?

- Tak. Teraz gładko chodzą.

Filey przyciągnął skrzynkę po herbacie i postawił ją na parapecie okna. Na skrzynce

położył  futerał,  otwarł  i  delikatnie  jak  dziecko  z  kołyski,  wyjął  automat  Waldo-Fleischer  z

teleskopem.

- Przyjechali oboje?

background image

-  Tak.  Są  w  restauracji.  Brent  był  za  dziesięć  dziewiąta,  dziewczyna  dwadzieścia

minut po nim. Muszą już kończyć. Przyjechałeś w samą porę.

Filey trzymał w rękach automat i sprawdzał celownik.

-  Ludziom  na  takim  poziomie  zjedzenie  kolacji  musi  zająć  dobrą  godzinę.  Mamy

jeszcze mnóstwo czasu. Jeśli się nie mylę, on chce, żeby załatwić tylko Brenta.

- Nie - nerwowo zaprzeczył Bryer. - Brenta i dziewczynę.

Filey spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Brenta i dziewczynę? Jesteś tego pewny?

-  Naturalnie.  Tak  powiedział.  Najpierw  Brenta,  a  dziewczynę,  jak  będziesz  mógł  ją

dostać.

-  Och,  mogę,  nie  ma  o  czym  mówić  -  odparł  Filey  z  bladym  uśmiechem.  -  Tylko  w

takich sprawach człowiek nie chce popełnić błędu, to jasne.

- On tak powiedział - powtórzył Bryer.

Filey  skinął  głową.  Uchylił  okno  i  przykucnął,  by  sprawdzić  pole  widzenia.  Przez

chwilę  spoglądał  na  okna  pustych  domów  naprzeciw.  Potem  położył  futerał  na  podłodze,

automat  zaś  na  skrzypce.  Starannie  przesunął  go  trochę  na  prawo  i  ukląkł.  Wziął  automat  i

opierając  się  łokciami  na  skrzynce  wysunął  koniec  lufy  przez  uchylone  okno.  Przyłożył

policzek do kolby i wycelował na wejście do „San Remo”. Szczupłą, wrażliwą ręką nastawił

teleskop.  Zarepetował.  Dał  się  słyszeć  krótki,  metaliczny  dźwięk,  gdy  nabój  wszedł  do

komory. Ostrożnie położył automat. Wstał.

-  Teraz  trzeba  tylko  czekać  -  powiedział  do  Bryera,  który  się  niecierpliwił.  -  Nie

spuszczaj oka z restauracji, nie będziesz się nudził.

-

  N

a  pewno  nie  napijesz  się  likieru?  -  spytał  Brent  podejmując  ostatnią  próbę

uratowania  wieczoru.  Starannie  dobrane  menu  i  butelka  świetnego  wina  niewiele  pomogły.

Carol  była  przygnębiona  i  nieswoja.  Rozmowa  zupełnie  się  nie  kleiła,  jakby  spotkali  się  po

raz  pierwszy  i  okazało  się,  że  niewiele  ich  łączy.  Sprzątnięto  ze  stolika.  Stały  przed  nimi

filiżanki  bardzo  mocnej  kawy  po  włosku.  Pietro,  widząc,  że  Brent  zapala  papierosa,

doskoczył z popielniczką.

- Na pewno nie.

- A może koniak?

- Nie, dziękuję, Harry.

background image

Nawet  signor  Silvani  domyślił  się,  że  atmosfera  przy  stoliku  nie  jest  najlepsza  i  co

chwila spoglądał spod oka na parę gości.

- O której masz pociąg?

- O jedenastej trzydzieści. Spojrzał na zegarek.

- Masz mnóstwo czasu. W dziesięć minut będziesz na stacji. Odwiozę cię, naturalnie.

Carol  skinęła  głową.  Jeszcze  bardziej  przygnębiła  ją  myśl,  że  się  rozstaną  nie

usunąwszy dzielącej ich bariery.

- Gdzie jest twój wóz? Nie widziałam go tutaj.

- Za rogiem, na Burton Street.

- Aha.

- Piętro zawsze parkuje. Bardzo lubi dostać w ręce mego jaguara.

- Rozumiem.

W  milczeniu  obserwował  Carol  popijającą  kawę.  Postawiła  filiżankę,  sięgnęła  po

torebkę.

- Hm... dziękuję ci, Harry.

- Za co?

- Za kolację. Uśmiechnął się gorzko.

-  Straszna  myśl  przemknęła  mi  przez  głowę.  Że  powiesz:  „za  bardzo  miły  wieczór”.

Tak zwykle się mówi. Tylko, że nie był to bardzo miły wieczór, prawda, Carol?

Przez sekundę zdawało mu się, że Carol wstanie i odejdzie na zawsze. Ale nagle się

zdecydowała. Stanowczym ruchem odłożyła torebkę, odwróciła się do niego i spojrzała mu w

oczy.

-  Dlaczego  mnie  okłamałeś?  Po  kiego  diabła  ukryłeś,  że  Fielding  był  twoim

przyjacielem?

-  Nie  był  moim  przyjacielem  -  odparł  matowym  głosem.  -  Spotkałem  go  tylko  dwa

razy. Po raz pierwszy, jak...

- Nie kłam, Harry! Proszę cię, nie kłam. Wiem, że byłeś jego przyjacielem. I nie mogę

pojąć,  dlaczego  mi  o  tym  nie  powiedziałeś.  Tamtego  wieczoru,  gdy  „Pod  Falstaffem”

przedstawiłam cię Fieldingowi, obaj zachowaliście się, jak byście spotkali się po raz pierwszy

w życiu. Dlaczego? Powiedz, dlaczego?

Zaciągnął się i zgniótł papierosa w popielniczce.

- Kto powiedział ci, że byłem przyjacielem Sama? - spytał cicho. - Phyllis Tolly?

- Tolly?

background image

-  Tak.  Pewnego  wieczoru  spotkała  nas  w  barze  kawowym.  Było  prawie  niemożliwe,

by ktoś znajomy nas tam spotkał, nieszczęście jednak chciało... Phyllis Tolly, tak?

Patrzył na nią z taką powagą i tak stanowczo, że gdyby nawet chciała, nie mogła go

okłamać.

- Nie.

- No to kto?

Zawahała  się.  Co  by  Alan  powiedział,  gdyby  się  dowiedział,  że  wygadała  wszystko

narzeczonemu?

- Widziałam zdjęcia...

- Zdjęcia? Moje i Fieldinga?

- Tak. Ktoś sfilmował ciebie i... Harry, dlaczego ani ty, ani Fielding nie przyznaliście

się, że się znacie?

Nie odpowiedział. Trochę przestraszyła się reakcją Harry’ego na jej rewelacje. Widać

było,  że  Harry  się  niecierpliwi.  Nerwy  miał  napięte.  Nawet  głos  mu  się  zmienił.  Mówił

spokojnie, ale bardzo stanowczo.

- Carol, powiedz mi o tych filmach. Kiedy je widziałaś?

- Jeden... z moich przyjaciół mi pokazał te filmy.

- Kiedy?

Carol nie odpowiedziała. Ogarnęła ją straszna pewność, że znalazła się w sytuacji” w

której musi zdradzić jednego z tych mężczyzn, a może obydwu.

-  Kiedy,  Carol?  -  powtórzył  Brent  tonem,  który  nie  dopuszczał  wymijającej

odpowiedzi.

- Dziś po południu.

-  Inspektor?  -  Jej  milczenie  świadczyło,  że  trafił  w  dziesiątkę.  Chwycił  ją  za  garnie,

jeszcze bardziej zniżył głos. - Carol, to niezwykle ważne. Powiedz mi o tych filmach. Kiedy

je widziałaś?

Nie reagował jak ktoś poczuwający się do winy, przyłapany na krętactwie, lecz raczej

jakby w grę wchodziły okoliczności ważniejsze niż jego własna skóra.

- Byłeś na jachcie... jachcie Samuela Fieldinga... gdzieś na Tamizie. Rozmawialiście,

nie ulegało wątpliwości, że jesteście bliskimi przyjaciółmi.

Widząc, że zdecydowała się powiedzieć mu wszystko, przestał ściskać jej ramię.

- Mów dalej.

background image

-  Były  jeszcze  inne  filmy,  nakręcone  przed  twoim  biurem...  jak  Fielding  wysiada  z

taksówki w towarzystwie Jacqueline Dawson... jak ja rozmawiam z Markiem Rainerem na tej

samej ulicy...

-  Mark  Rainer  i  Jacqueline  Dawson?  -  Wiadomość  wyraźnie  go  przeraziła.  -  Gdzie

Milton zdobył te filmy? Kto mu je dał?

- Nie wiem, Harry.

- Musisz wiedzieć. Po prostu musisz! - Ale Carol już zdała sobie sprawę, że za dużo

powiedziała. To tylko pogorszyło sytuację. Harry jeszcze bardziej, w jej przekonaniu, oddalił

się od niej.

- Nie wiem, gdzie je zdobył.

Harry  wpatrzył  się  jej  w  oczy.  Udała,  że  musi  wyjąć  lusterko  z  torebki  i  sprawdzić

makijaż. Po krótkim namyśle Brent energicznie zastukał w stolik. Nadbiegł Piętro.

-  Rachunek  proszę,  Piętro.  Natychmiast.  I  przynieś  I  płaszcz  pani.  Musimy  zaraz

wyjść.

N

a miłość boską, przestań spacerować - powiedział Filey do Bryera. - Najpierw się

krzywisz, że  nie przyszedłem  o dziewiątej,  teraz  jęczysz,  bo  się okazało,  że przyszedłem za

wcześnie.

- Siedzą blisko dwie godziny. Prawie wszyscy goście już się wynieśli.

- Mówiłem ci, że tacy mogą całą godzinę, a nawet dwie dzióbać kolację.

Filey wyjął z kieszeni grzebień i przyczesał rzadkie włosy. Nie palił, ale bez przerwy

ż

uł  gumę.  Bryer  podszedł  do  okna  i  znów  zaczął  obserwować  wejście  do  restauracji.  Filey

starał się odprężyć i odwracał oczy od świateł, aby dobrze widzieć w krytycznej chwili.

-  Ktoś  wychodzi!  -  krzyknął  Bryer.  -  Chyba  dziewczyna.  Tak,  to  ona.  Wychodzą,

Filey!

Szczęki Fileya zaczęły się trochę szybciej poruszać. Jednym susem dopadł okna i zajął

stanowisko  za  skrzynką.  Bryer  otworzył  okno.  Wyborowy  strzelec  wysunął  lufę  automatu.

Prawym  okiem  widział  zbliżenie  wejścia  do  restauracji.  Dziewczyna  stojąc  na  trotuarze

zapinała guziki płaszcza i czekała na mężczyznę. Filey wycelował na drzwi restauracji i trafił

na  Brenta,  który  wychodząc  zacisnął  pasek  płaszcza  i  podniósł  kołnierz.  Brent  podszedł  do

dziewczyny, wziął ją pod rękę, coś do niej powiedział - pewnie dokąd idą. Przez chwilę stali

nieruchomo. Filey uznał, że nadeszła pora. Punkt, w którym krzyżowały się cienkie jak włos

background image

linie  teleskopu,  był  wycelowany  na  lewą  pierś  Brenta,  automat  ani  drgnął  -  jakby  go

przyśrubowano. Filey końcem prawego palca wskazującego naciskał czubek kciuka.

W  tym  momencie  cała  przestrzeń  zupełnie  się  zaciemniła.  Fileyowi  wydało  się,  że

nagle,  zrządzeniem  mściwego  losu,  stracił  wzrok.  Mrużąc  oczy  opuścił  lufę  i  wyjrzał  przez

szczelinę między parapetem a oknem.

- Co do cholery...

Duża  ciężarówka,  jakimi  zwykle  przewozi  się  meble,  zjawiła  się  na  ulicy  i  zasłoniła

restaurację. Bryer i Filey zobaczyli tył głowy kierowcy, który wychylił się z szoferki i mówił

coś do mężczyzny i dziewczyny na trotuarze.

- W porządku - powiedział Bryer. - Tylko pyta o drogę. Zaraz ruszy.

Rzeczywiście,  kierowca  już  się  wyprostował.  Usłyszeli,  jak  zgrzytnął  bieg,  motor

przyśpieszył  obroty.  Gdy  ciężarówka  wolno  ruszyła,  Filey  chwycił  automat.  Trzeba  było

szybko strzelać. Pole obstrzału odsłoniło się, Filey patrzył przez teleskop, ale ze zdumieniem

zobaczył pusty trotuar. Dziewczyna i mężczyzna zniknęli.

- Niech mnie...

- Dostali cynk - powiedział Bryer. W jego głosie zabrzmiała już nuta paniki. - Musieli

dostać cynk. Trzeba, cholera, wiać stąd w podskokach.

C

arol była teraz bardziej oszołomiona niż zła. Wszystko działo się tak błyskawicznie,

ż

e  mogła  jedynie  dać  ponieść  się  fali  wydarzeń.  Starała  się  jednak  zrozumieć  niezwykłe

wydarzenie  na  ulicy.  Harry  zachował  się  jakby  nagle  zwariował.  I  czy  to  nie  Mark  Rainer

prowadził wóz meblowy?

Harry bardzo szybko mówił do Piętro, który nie mógł go zrozumieć.

- Ależ zostawiłem pański wóz na Bur ton Street. Przez kuchnię wyjdzie pan na Fulton

Street.

-  Właśnie  tam  chcę  wyjść  -  tłumaczył  Brent.  -  A  nie  od  frontu.  Bądź  taki  dobry  i

wyprowadź nas przez kuchnię.

Piętro w charakterystyczny włoski sposób wzruszył ramionami.

- Eh, per carita! Jeśli pan sobie życzy... Proszę za mną.

Brent odwrócił się i wziął Carol pod rękę. Wyrwała mu się.

- Czekaj, Harry! Co się tu dzieje? Czy to Mark Rainer siedział w tym samochodzie?

Dlaczego zaciągnąłeś mnie z powrotem?

background image

- W domu naprzeciw był ktoś z automatem. Musieliśmy, pod osłoną tego samochodu,

cofnąć się tutaj.

- Z automatem? Chcesz powiedzieć, że... czekał na ciebie?

Brent skinął głową.

- Czekał na nas. Słuchaj, przepraszam cię, ale teraz nic ci nie mogę wyjaśnić. Proszę,

rób co ci mówię.

Naprawdę  wystraszona,  wyszła  za  nim  z  sali  restauracyjnej  przez  drzwi  prowadzące

do kuchni. Szef kuchni skończył wreszcie pracę i siedział spocony za stołem przy kuflu piwa.

Piętro  przeprowadził  ich  przez  korytarz  zawalony  pustymi  kartonami,  skrzynkami  po

owocach, butelkami po winie i kubłami pełnymi śmieci.

-  To  jest  Fulton  Street  -  powiedział  i  dodał  po  raz  ostatni  starając  się  doprowadzić

Brenta  do  przytomności:  -  Jak  skręci  pan  w  lewo,  a  potem  w  prawo,  znajdzie  pan  swój

samochód.

- W porządku, Piętro - uspokoił go Brent. - Wiem co robię.

Wsunął  mu  funta  w  rękę.  Piętro  podziękował  uśmiechem  i  wrócił  do  restauracji.

Niemal natychmiast z kierunku wskazanego przez Piętro błysnęły światła samochodu. Czarny

jaguar  szybko  podjechał  do  nich,  gwałtownie  zahamował  i  stanął  na  środku  wąskiej  ulicy.

Harry podbiegł do kierowcy. Wysiadł Mark Rainer, nie wyłączył motoru.

- Masz wóz, Harry. Zobaczymy się potem.

- Dobra. Dziękuję ci, Mark.

- Więcej tu nie przychodź. - Rainer zerknął na Carol, która stała na brzegu chodnika i

obserwowała ich. Zniżył głos: - Masz z nią kłopot.

- Tak. Ale poradzę sobie.

- Mam nadzieję. W przeciwnym razie sam nie wiem, co by...

-  To  moja  sprawa,  Mark!  Daj  mi  spokój.  To  nie  twoje  zmartwienie.  -  Zdał  sobie

sprawę,  że  jest  niegrzeczny  wobec  człowieka,  który  przed  chwilą  uratował  mu  życie,

opanował się i przyjaźnie poklepał Rainera po ramieniu. - Kto to był? Nasz przyjaciel Filey?

- Tak. Ale mieliśmy kogoś po tamtej stronie. Wiadomość przyszła w ostatniej chwili.

Lepiej tu nie stać za długo. Zadzwonię później do ciebie.

Rainer  odwrócił  się  na  pięcie  i  szybko  odszedł  w  kierunku,  z  którego  przyjechał.

Harry otworzył drzwi jaguara.

- Wsiadaj, Carol.

Nie  była  już  zdolna  do  sprzeciwu.  Nie  miała  wyboru  -  wsiadła.  Usadowiła  się

wygodnie. Czuła, jak oparcie uciska jej plecy, gdy Harry dodawał gazu.

background image

- Czy... ktoś rzeczywiście chciał cię zabić?

- Tak.

- Kto?

-  Niejaki  Filey.  Specjalista  od  snajperskiej  broni.  Był  w  budynku  naprzeciw

restauracji.  Wydało  mi  się,  że  widzę  jakąś  twarz  w  otwartym  oknie  pustego  domu.  W  tej

właśnie chwili nadjechał wóz meblowy.

- Ale dlaczego? Z jakiego powodu ktoś chciałby cię zabić?

Harry  zwolnił  przed  wjazdem  na  ruchliwszą  ulicę.  Spojrzał  na  prawo  i  lewo.  Opony

zapiszczały na zakręcie.

- Przyjaciele Fileya uważają, że ja coś wiem.

- O czym?

- O kimś... z Market Weldon.

- Z Market Weldon?

Skręcił  w  Euston  Road.  Wszystkie  światła  przed  nimi  były  zielone.  Harry  pasem

szybkiej jazdy wyprzedzał wolniej poruszające się samochody.

- Czy to najkrótsza droga do stacji?

- Chciałaś, żebym powiedział ci prawdę i wszystko dokładnie wyjaśnił.

- Tak.

-  No  to  wstąpmy  do  mnie  i  spełnię  twoje  życzenie.  Powiem  ci  o  tym,  co  się  stało

dzisiaj, o Samie Fieldingu i co ma z tym wszystkim wspólnego Barbara Smith...

- Ale pociąg. Spóźnię się na pociąg.

- O to się nie martw. Odwiozę cię do domu. - Wyciągnął rękę, położył jej na kolanie. -

Proszę  cię,  moja  złota.  Zrób  to  dla  mnie.  Miałem  okropny  dzień.  Skoro  zażądałaś,  bym  ci

wszystko wyjaśnił, powinnaś dać mi szansę wyłożenia całej sprawy.

Głos  Harry’ego  był  czuły, a  dotknięcie  jego ręki  działało,  jak zwykle,  elektryzująco.

Nie można było oprzeć się komuś o tak nieodpartej sile oddziaływania.

- Dobrze, Harry.

Przestali  odzywać  się  do  siebie.  Harry  prowadząc  szybko,  ale  ze  skupioną  uwagą,

dojechał do cichej uliczki w Chelsea. Jego mieszkanie znajdowało się na najwyższym piętrze.

Wjechali na górę windą, otworzył drzwi, wprowadził ją do saloniku.

- Pozwolisz, że wezmę twój płaszcz.

Był tak opiekuńczy, że podziałało to wreszcie na Carol. Skłonna była uznać, że zbyt

pochopnie go osądziła i że za chwilę rozwieją się wszystkie jej wątpliwości.

- Usiądź, Carol, napijemy się czegoś.

background image

Siadła  w  jednym  z  niskich,  supernowoczesnych  foteli  i  starała  się  doprowadzić  do

porządku twarz, która jakby postarzała się w ciągu tego wieczoru. Słyszała, jak za jej plecami

Harry  wyniósł  płaszcz  do  hallu  i  pobrzękiwał  butelkami  i  szklankami  na  barku.  Dużo  było

tego nalewania, mieszania i bełtania. Wreszcie podszedł do niej z dwiema szklankami na tacy.

- To dla ciebie - powiedział podając jej trunek nieco ciemniejszy. - Mieszanka mojego

pomysłu, jest dość mocna, przyrządziłem dla ciebie nieco słabszą wersję.

- Co tam jest? - sięgnęła po wąską szklankę. Kawałek lodu stuknął o szkło.

- Och, mnóstwo różnych rzeczy. To się tak pije. Powiedz, czy ci smakuje.

Podniósł szklankę i pociągnął duży łyk. Carol sączyła trunek, próbując, jaki ma smak.

- Tego tak się nie pije - śmiejąc się zaprotestował Harry. - Trzeba więcej wypić, żeby

alkohol zadziałał.

Przez cały wieczór traktowała go ozięble. Teraz chciała to naprawić, uśmiechnęła się

do niego, odchyliła głowę w tył i opróżniła znaczną część szklanki.

- Smakowało? - spytał Harry uważnie się jej przyglądając.

- Mm - odparła niepewnym tonem. - Troszeczkę za gorzkie dla mnie.

Rozdział pięty

Milton  upadał  ze  zmęczenia,  kiedy  w  nocy  z  środy  na  czwartek  nareszcie  wrócił  do

domu.  Dzień  był  okropny.  Sprawa  wcale  się  nie  wyjaśniła,  lecz  coraz  bardziej  się

komplikowała  i  gmatwała.  Nerwowe  napięcie  zwiększało  przekonanie,  że  nie  ma  do

czynienia  ze  zwykłą  zagadką  kryminalną,  którą  można  rozwiązać  cierpliwie  rekonstruując

wypadki,  jakie  poprzedziły  zbrodnię.  Tym  razem  sytuacja  wciąż  się  rozwijała  i  zmieniała.

Zamordowanie Sama Fieldinga nie było kulminacyjnym punktem napiętej sytuacji, tylko dało

początek  rozwojowi  wypadków.  Otoczony  kłamstwami,  fałszywymi  świadkami  i

spreparowanymi  dowodami,  Milton  czuł  się  trochę  jak  budowniczy  usiłujący  wznieść

fundamenty na lotnych piaskach. A jednak zdawał sobie sprawę, że trzeba się śpieszyć, miał

przeczucie, że zanosi się na następne morderstwo i że okrutne siły, z którymi walczy, zadadzą

jeszcze  jeden  cios,  a  może  na  tym  się  nie  skończy.  Najgorsze  z  wszystkiego  było  jego

osobiste  powiązanie  ze  sprawą.  Chwilami  poważnie  się  zastanawiał,  czy  troska  o  Carol  nie

utrudnia mu zadania. Rzeczywiście, nie miał do sprawy dostatecznego dystansu.

Ż

adne  z  tych  zmartwień  nie  przeszkodziło  mu  zasnąć,  ledwie  się  położył  w  łóżku.

Budzik nastawił na szóstą, co zapewniało mu pięć godzin snu.

background image

Przez  jakiś  czas  ignorował  natarczywy  dzwonek,  który  wtargnął  do  jego  snów.

Wiedział,  że  jak  na  budzik,  dzwoni  za  daleko,  a  poza  tym  dźwięk  był  inny.  Ta  część  jego

ś

wiadomości,  która  właściwie  nigdy  nie  odpoczywała,  stopniowo  dochodziła  do  głosu  i

wreszcie go obudziła. Zdał sobie sprawę, że ktoś uporczywie i pewnie już dość długo dzwoni

do drzwi.

Zapalił  nocną  lampkę  i  spojrzał  na  zegarek.  Dochodziła  piąta.  Sięgnął  po  szlafrok,

wsunął nogi  w  ranne pantofle i  poszedł  do drzwi  zapalając po  drodze światła.  Na dole  gość

dalej naciskał guzik dzwonka przy bramie.

- Dobra. Dobra! - zawołał Milton. - Już idę.

Człapiąc pantoflami zszedł na dół i otworzył bramę. Stanął twarzą w twarz z Erykiem

Vynerem. Farmer wyglądał żałośnie. Najwidoczniej całą noc nie spał. Miał na sobie to samo

ubranie co na targu.

- Eryk! Na miłość boską! Nie spodziewałem się, że to ty!

- Pozwolisz, Alan?

-  Ależ  naturalnie!  Co  tam  znowu?  Co  się  stało?  Vyner  zaczął  wchodzić  na  górę.

Milton zamknął bramę i podążył za nim.

- Strasznie przepraszani... że tak cię zerwałem z łóżka. Nie gniewaj się.

- Nic nie szkodzi. Nie zrobiłbyś tego bez poważnych powodów.

Vyner chwiejąc się na nogach wszedł do pokoju i odwrócił się do Alana.

- Jestem zaniepokojony, Alan. Strasznie się martwię!

- Nie trzeba być inspektorem policji, żeby to zauważyć. Czym się tak martwisz?

-  Na  pewno  coś  się  stało  Carol.  Wczoraj  wieczór  pojechała  do  Londynu  i  dotąd  nie

wróciła.

- Może przenocowała w Londynie? Vyner potrząsnął głową.

-  Nie,  na  pewno  nie.  O  to  właśnie  chodzi.  Rozmawiałem  z  Harrym.  Wsadził  ją  do

pociągu.

- Którego?

- Ostatniego. O jedenastej trzydzieści. Wyjechałem do pociągu... powiedziałem jej, że

będę czekał na stacji... nie przyjechała.

-  Hm,  może  zasnęła  w  pociągu.  -  Mówiąc  to  Milton  wiedział,  że  domysł  jest

nieprawdopodobny. Był pewny, że już się sprawdziło jego przeczucie. Ale starał się na zimno

rozpatrzeć wszystkie możliwości. - Ten pociąg idzie do Dalesbury.

background image

-  Wiem.  Właśnie  stamtąd  wracam.  W  drodze  do  Dalesbury  pociąg  zatrzymał  się  w

Middleton,  Roxby,  Market  Weldon  i  Railsford.  Sprawdziłem  na  wszystkich  stacjach.  Nie

jechała tym pociągiem.

Vyner, zbyt podniecony, by usiąść, kręcił się po pokoju i rozglądał się nic nie widząc.

Milton włączył elektryczny piecyk, bo Vyner przyniósł z sobą chłód wczesnego poranka.

- No, dobrze. Zacznijmy od początku. Kiedy widziałeś ją ostatni raz?

-  Wczoraj  po  południu.  Wpadłem  do  niej  do  biura  na  chwilkę.  Wyjechała  o  szóstej

dziesięć, była z Harrym na kolacji w „San Remo”, potem odwiózł ją...

- „San Remo”?

- Tak. To mała restauracja w Londynie. Harry bardzo ją lubi i często tam bywa.

Zamilkł nie rozumiejąc, dlaczego Milton zrobił zdziwioną minę.

- Rozumiem. I co dalej?

- Po kolacji, powiada Harry, odwiózł ją na stację. Przyjechali trochę za wcześnie, więc

siedzieli w samochodzie i rozmawiali.

- I co potem?

- Wsadził ją do pociągu. Przynajmniej tak mówi.

- Czyżbyś mu nie wierzył? Vyner wytrzymał spojrzenie Miltona.

- Tak, jasne, że mu wierzę!

- Ale...

- Jeżeli wsadził ją do pociągu, to co się z nią stało, do licha?!

Milton otworzył szufladę biurka i wyjął notes i ołówek.

-  Każę  jeszcze  raz  sprawdzić  na  wszystkich  stacjach.  Możemy  dać  bardzo  dokładny

rysopis. Jak była ubrana?

Vyner stuknął się dłonią w czoło.

- O Boże. Niech no pomyślę.

- A może granatowa sukienka w czerwone cętki?

- Tak.

- Właśnie. I zdaje się miała etolę. Pewnie ją pamiętasz.

-  Powinienem  -  przyznał  Milton  z  wymuszonym  uśmiechem.  -  Dałem  ją  Carol  w

prezencie na ostatnią gwiazdkę. Czy była w kapeluszu?

- Nie. Może wzięła chustkę na głowę, obawiając się deszczu, ale była bez kapelusza.

Milton zapisywał. Nie podnosząc głowy spytał:

- Co powiedział Harry, jak usłyszał od ciebie, że Carol nie przyjechała?

background image

- Był bardzo zdziwiony. Po prostu nie mógł tego zrozumieć. A propos, przyrzekłem,

ż

e zadzwonię do niego. Czeka na telefon ode mnie. Czy można skorzystać z twego aparatu?

Milton dodał jeszcze parę słów do rysopisu i wydarł kartkę z notesu. Wstał.

- Tak. Dzwoń. A ja się ubiorę.

- Alan! - zawołał Vyner za wychodzącym do sypialni Miltonem.

- Słucham.

- Jak myślisz, co się mogło stać Carol?

Milton  odwrócił  się  w  drzwiach.  Było  coś  wzruszającego  w  trosce  Vynera  o  siostrę,

ale Milton nie chciał mu powiedzieć, jak dalece jego obawy są uzasadnione.

- Nie wiemy, że w ogóle coś jej się stało. Sprawa może wyjaśnić się w idealnie prosty

sposób. Ale jak będziesz mówił z Brentem, powiedz, że chciałbym się z nim zobaczyć. Będę

czekał na niego u siebie w biurze o godzinie dziewiątej.

B

rent  zjawił  się  punktualnie  na  wezwanie  inspektora.  Za  dziesięć  dziewiąta

zaparkował  jaguara  przed  komendą  policji  w  Market  Weldon  i  był  u  Miltona  pięć  przed

dziewiątą.  To  inspektor  się  spóźnił.  Zastał  Brenta  w  swym  gabinecie  przeglądającego  jakiś

stary magazyn.

- Przepraszam, że czekał pan na mnie, panie Brent.

Gdy  Brent  wstał,  Milton  zauważył,  nie  bez  satysfakcji,  że  jego  gość  też  ucierpiał  na

nieprzespanej nocy i jest jawnie zdenerwowany.

- Nie szkodzi. Przyjechałem trochę za wcześnie.

-  Zdaje  mi  się,  że  dzisiejszy  dzień  kiepsko  się  zaczął.  Właśnie  słyszałem,  że

motocyklista  potrącił  jednego  z  moich  detektywów  i  uciekł.  Chciałbym  zobaczyć  miejsce

wypadku. Przeszedłby się pan ze mną? To parę minut stąd i przynajmniej telefony nie będą

nam przeszkadzały.

Brent skinął głową. Nic nie mówili. Dopiero gdy szli w stronę High Street, pierwszy

odezwał się Brent.

- Czy są jakieś wiadomości o Carol?

-  Niestety,  nie  ma.  Wie  pan,  bardzo  trudno  mi  uwierzyć,  że  Carol  wsiadła  do  tego

pociągu.

- Na pewno wsiadła. Odwiozłem ją na stację.

background image

-  Nikt  jej  na  stacji  nie  widział.  I  jakoś  nikt  nie  przypomina  sobie,  by  widział,  jak

wsiadała  lub  wysiadała  z  tego  pociągu.  No,  ale  posłuchajmy,  co  pan  ma  do  powiedzenia.  O

której godzinie przyszedł pan do „San Remo”?

-  Mniej  więcej  za  dziesięć...  -  spojrzał  na  inspektora.  -  Skąd  pan  wie,  że  byliśmy  na

kolacji w „San Remo”?

- Eryk mi powiedział - uprzejmie wyjaśnił Milton. - Musiał pan wspomnieć o tym, jak

dzwonił do pana.

- Aa, tak. Zdaje się, że mu powiedziałem.

- I co dalej?

-  Przyszedłem  za  dziesięć  dziewiąta.  Carol  się  spóźniła,  jakiś  kwadrans,  jeśli  dobrze

pamiętam.  Zjedliśmy  kolację  i  mniej  więcej  za  kwadrans  jedenasta  wyszliśmy  z  restauracji.

Odwiozłem ją na stację, wsiadła do pociągu.

- Czy odprowadził ją pan do wagonu?

- Ee... nie. Nie odprowadziłem.

- To skąd pan wie, że wsiadła do pociągu?

- Przecież musiała wsiąść, skoro...

Milton przystanął. Odwrócił się do Brenta i zmusił go, by patrzył mu prosto w oczy.

- Chcę wiedzieć, jak to było. Chcę dokładnie wiedzieć, co się działo na stacji.

-  Po...  pokłóciliśmy  się  w  restauracji  i  potem  siedzieliśmy  przez  chwilę  w

samochodzie i jeszcze trochę rozmawialiśmy. Jakieś dwadzieścia po jedenastej wysiedliśmy z

samochodu i poszliśmy na stację. Pożegnałem się z nią... wróciłem do domu.

Znów zaczęli iść, trochę wolniej.

- - Gdzie się pan z nią pożegnał - na peronie?

-  Nie.  Przy  kiosku  z  książkami.  Nie  poszedłem  na  peron.  Ale  Carol  poszła.  Stałem  i

patrzyłem za nią.

- Ale nie widział pan, jak wsiadła do pociągu?

- Nie. Chyba nie. - Zawahał się, jak ktoś kto musi się przyznać do czegoś bolesnego. -

Byłem zupełnie wytrącony z równowagi.

- Aż tak?

- Tak. Już panu mówiłem. Pokłóciliśmy się.

- A właściwie z jakiego powodu?

- Czy muszę odpowiedzieć na to pytanie?

- Może pan nic nie mówić, jeśli pan sobie tego nie życzy, panie Brent.

background image

Milton spojrzał przez ramię czekając na przerwę w ruchu, by mogli przejść na drugą

stronę ulicy.

-  Na  miłość  boską,  niech  pan  przestanie  zwracać  się  do  mnie  per  „panie  Brent”!

Zarzuciła mi, że jestem kłamcą, powiedziała, że wie na pewno, że ja... - Był tak rozdrażniony,

ż

e  tracił  panowanie  nad  sobą.  -  Proszę  pana,  jakie,  u  licha,  ma  to  znaczenie,  o  cośmy  się

pokłócili? Nie mam zamiaru mydlić panu oczu ani też ukryć cokolwiek. Już panu mówiłem.

Doszło między nami do cholernej awantury i zerwaliśmy z sobą.

Milton  nagle  wszedł  na  jezdnię  i  zaczął  lawirować  między  furgonetką  a

nadjeżdżającym  samochodem  w  sposób  całkiem  nie  stosowny  dla  funkcjonariusza  policji.

Brent przyśpieszył kroku, żeby go dogonić.

- Czy Carol była przygnębiona? - spytał Milton, gdy znów znaleźli się na trotuarze.

- Tak - pytanie zdziwiło Brenta. - Naturalnie.

- Bardzo?

-  Bardzo.  Obojgu  nam  było  niezmiernie  przykro.  Dlatego  nie  odprowadziłem  jej  na

peron.  Zawsze  ją  odprowadzałem,  ale  wczoraj,  no  cóż...  powiedzieliśmy  sobie  tylko  „do

widzenia”. Po prostu nie byłem w stanie jeszcze raz się z nią żegnać.

- Mówiąc, że państwo zerwali z sobą - ma pan na myśli...

- To, co powiedziałem! - zawołał Brent w nagłym przystępie gniewu. - Skończyliśmy

z sobą! Ostatecznie!

Tuż  za  nimi  samochód  przyhamował.  Kierowca  lekko  naciskał  klakson.  Milton  z

irytacją zmarszczył brwi, odwrócił się i zobaczył niespokojną twarz Phillipsa wyglądającą z

tylnego okna policyjnego wozu.

- Panie inspektorze!

- Na miłość boską, Phillips! Co to ma znaczyć, chcesz nas zamknąć?

- Domyśliłem się, że pana tu znajdę. Mamy wiadomość.

- Nie może poczekać? Będę w komendzie za dziesięć minut.

- To pilne. Dotyczy także pana Brenta.

Samochód stanął przy chodniku. Milton otworzył drzwi i zwrócił się do Brenta:

- Może później skończymy naszą rozmowę. Niech pan wsiada, zobaczymy, co Phillips

ma do powiedzenia.

Wsiedli  z  tylu,  Phillips  posunął  się,  żeby  zrobić  im  miejsce.  Na  kolanie  trzymał

paczkę luźno owiniętą papierem. Milton zatrzasnął drzwi, kierowca włączył motor.

- Zdaje się, że zdobyliśmy wiadomość o Carol Vyner, panie inspekorze.

Phillips zerknął na Miltona. Inspektor skinął głową, Phillips odwinął paczkę.

background image

- To są rzeczy Carol! - zawołał Brent.

-  Tak  -  odparł  Phillips.  Odsunął  papier  i  położył  rzeczy  na  kolanie.  -  Jej  torebka  i

pantofle.

- Gdzieście to znaleźli? - nerwowo spytał Milton.

- W Kingston... niedaleko Tamizy. Znalazła dziewczynka idąca do szkoły.

- Kingston? - powtórzył Brent. Zwrócił się do Miltona. - Musiała wsiąść do pociągu

na drugim peronie. O jedenastej dwadzieścia pięć odchodzi pociąg do Kingston.

Milton  wpatrywał  się  w  pantofle  i  torebkę.  Umazane  były  błotem,  przylepiły  się  do

nich kawałki trawy.

-  Jeżeli  jej  tam  nie  wywieziono,  naturalnie  -  powiedział  głucho.  -  Czy  przeszukują

rzekę?

-  Tak,  panie  inspektorze.  Sprowadzili  płetwonurków.  Milton  najwidoczniej  starał  się

opanować. Pochylił się do kierowcy.

- Na stację, jak najprędzej!

- Panie inspektorze - powiedział Brent. - Co pan miał na myśli mówiąc: „jeśli jej tam

nie zabrano”? Czy chciał pan powiedzieć...

-  Nic  nie  chciałem  powiedzieć  -  warknął  Milton.  Odwrócił  się  od  niego,  wrogość

między nimi tym razem wyraźnie doszła do głosu. - W tej chwili chętnie bym posłuchał, co

pan ma do powiedzenia, panie Brent.

Ranek  wlókł  się  nieznośnie.  Co  pół  godziny  Milton  dzwonił  do  Kingston,  ale

odpowiedź była wciąż ta sama. Policyjni płetwonurkowie nie znaleźli nic więcej, co by mogło

naprowadzić  na  ślad  Carol.  Chociaż  zarząd  Tamizy  i  posterunki  policji  rzecznej  zostały

zaalarmowane,  nie  było  raportu  o  znalezieniu  zwłok.  Milton  zwlekał  z  zawiadomieniem

Eryka Vynera. Jakaś się opanował, ale rozpacz Vynera była zaraźliwa i mogła go rozbroić. W

południe  nie  można  już  było  dłużej  zwlekać.  Wziął  wóz  policyjny  i  kazał  się  zawieźć  do

farmy w Becklehurst.

Przy  wjeździe  na  podwórze  kierowca  musiał  nagle  ostro  zahamować.  Z  bramy

wyjeżdżał  ford.  Była  to  duża  limuzyna,  ciągnęła  przyczepę.  Omal  się  nie  otarła  o  wóz

policyjny.  Kiedy  ich  mijała,  Milton  zobaczył  twarz  Tolly’ego,  wpatrzoną  w  niego  zza

kierownicy. Tolly skinął głową inspektorowi i pojechał dalej.

Vyner  całe  rano  nie  wychodził  z  domu  i  nie  oddalał  się  od  telefonu.  Widocznie

usłyszał, jak przyjechali, bo wyszedł przed dom, zanim inspektor zdążył wysiąść.

- Są jakieś wiadomości o Carol?

- Znaleźliśmy jej torebkę... i pantofle. Vynerowi zadrżały usta.

background image

- Gdzie?

- Znalazła dziewczynka, niedaleko Tamizy, w Kingston.

-  O,  Boże!  -  szepnął  Vyner.  Nieprzytomnym  wzrokiem  rozejrzał  się  dokoła.  -  Biorę

wóz! Jadę tam!

Milton mocno przytrzymał go za ramię.

- Zaczekaj, Eryk. Jestem w kontakcie z Kingston. Możesz mi wierzyć, nie ma sensu,

ż

ebyś jechał - absolutnie nic tam nie zdziałasz.

- W porządku, Alan. - Potrząsnął głową, zgarbił się. - Nie pojadę.

- Czy widziałeś się dzisiaj z Harrym?

- Nie i nić nie rozumiem. Oczywiście czekałem na niego, ale się nie zjawił. Nawet nie

zadzwonił. Czy wrócił do Londynu?

Kierowca wozu policyjnego nawrócił i stanął przodem do bramy. W domu stary zegar

zaczął wybijać dwunastą.

- Tak, chyba wrócił. Powiada, że wczoraj wieczór pokłócił się z Carol. Bardzo ich to

przygnębiło. Zdaje się, zerwali...

- Zerwali z sobą? - zdziwił się Vyner. - Nic o tym nie wiedziałem.

-  Właśnie  o  to  chciałem  cię  zapytać.  Jak  rozmawialiście  przez  telefon,  Harry  nie

wspomniał ci o awanturze z Carol?

- Nie, ani słowem.

- Jesteś tego pewny?

- Absolutnie.

-  Dziękuję  ci.  Jak  tylko  się  czegoś  dowiem,  zaraz  dam  ci  znać.  Bądź  dobrej  myśli.  -

Położył rękę na klamce i od niechcenia zapytał przez ramię:

-  Czy  to  Harold  Tolly  wyjeżdżał  stąd  przed  chwilą?  Vyner,  pogrążony  w  myślach,

jakby nie dosłyszał pytania. Potem lekko drgnął i oprzytomniał.

-  Tolly?  A,  tak.  Potrzebuje  zieleni  do  udekorowania  straganu.  Myślał,  że  będę  mógł

mu pomóc.

- Mówiłeś o Carol?

-  Powiedziałem,  że  martwię  się  o  nią,  bo  nie  wróciła  na  noc  do  domu.  Czy  źle

zrobiłem? Nie powinienem był mu o tym mówić?

- Och, to nie ma znaczenia - uspokoił go Milton.Ale Vyricr nie rozchmurzył czoła do

chwili, gdy inspektor wsiadł do samochodu i odjechał.

background image

M

ilton  zauważył  dużego  forda  zaparkowanego  po  drugiej  stronie  ulicy,  naprzeciw

komendy.  Był  tego  samego  koloru  co  samochód,  który  omal  nie  zderzył  się  z  Wozem

policyjnym na farmie w Becklehurst, ale już bez przyczepy.

-  Czy  to  ten  sam  wóz,  który  na  nas  najechał?  Kierowca,  czekając,  aż  przejadą

samochody  i  będzie  mógł  wprowadzić  wóz  na  parking  policyjny,  spojrzał  na  numer

rejestracyjny forda.

- Tak, panie inspektorze. Ten sam numer.

- Uhm. A to się pośpieszył.

Milton sprawdził na biurku recepcji, czy nie ma dla niego wiadomości, wziął ze swej

przegródki plik papierów i pchnął wahadłowe drzwi z napisem „Panowie”. Chciał skorzystać

z wolnej chwili. Bo jak znajdzie się w biurze... Mył ręce, gdy wszedł Phillips.

- Cześć, Roy! Jest coś nowego z Kingston?

-  Nie.  Przed  chwilą  pytałem.  Ale  był  telefon  z  Dalesbury.  Sprawa  Jasona  staje  na

wokandzie nie o trzeciej, tylko pół godziny wcześniej.

- To znaczy, że musimy wyjechać stąd o wpół do drugiej.

- Tak. Na górze ktoś czeka na ciebie. Harold Tolly.

- A to dobre. Przed chwilą go widziałem.

- Rozmawiałeś z nim?

- Nie. Wyjeżdżał z farmy Vynera, kiedy tam przyjechałem. Nie wiesz, czego chce?

- Nie chciał powiedzieć. Chce koniecznie zobaczyć się z tobą.

Milton skończył wycierać ręce ręcznikiem na rolkach i wyszedł.

W gabinecie czekał Tolly pod czujnym okiem Tomlinsa. Jakby dla potwierdzenia, że

się  zreflektował  i  szanuje  zwyczaje,  włożył  ciemny  garnitur  lepiej  pasujący  do  czarnego

krawata. Gdy Milton szedł do biurka, Tolly wstał na dowód szacunku dla inspektora.

- Czeka pan na mnie?

- Tak, jeśli może pan poświecić mi parę minut, panie inspektorze.

-  Dziękuję  -  Milton  skinął  głową  Tomlinsowi,  który  natychmiast  się  ulotnił.  -

Rzeczywiście mogę poświęcić panu tylko parę minut. Mam dzisiaj mnóstwo roboty.

Tolly podszedł do biurka. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął fotografię formatu

pocztówki i podał ją Miltonowi.

-  Wczoraj  wieczór  robiłem  porządki  i  przejrzałem  rzeczy  Phillis  -  mojej  żony.  W

starej torebce znalazłem to zdjęcie. Przyszło mi na myśl, że może zainteresować pana.

background image

Milton  przyjrzał  się  fotografii.  Przedstawiała  mężczyznę  i  kobietę  na  zatłoczonym

trotuarze. Poznał  miejsce,  gdzie  zostało  zrobione zdjęcie.  Było  to  na rogu  Lower  Richmond

Street i Picadilly Circus. Właśnie tam polowali uliczni fotografowie. Ten widocznie pstryknął

parę,  zanim  go  zauważyli,  a  potem  umiał  ich  przekonać,  by  kupili  zdjęcie.  Szli  pod  rękę,

przytuleni  do  siebie  i  tak  jedno  na  drugie  patrzyło,  że  można  się  było  domyślić  daleko

posuniętej zażyłości.

- Czy pan pokazywał już komuś to zdjęcie?

- Nie.

- Na przykład panu Vynerowi?

-  Nie,  powiedziałem  już  panu,  że  nie  pokazałem  nikomu...  Aa,  rozumiem,  do  czego

pan  zmierza.  -  Potrząsnął  głową.  -  Widziałem  się  dzisiaj  z  Vynerem,  ale  nie  w  sprawie

fotografii.

- A o co chodziło?

- Potrzebuję zieleni do przybrania straganu i myślałem, że on mi pomoże.

Milton skinął głową i znów spojrzał na fotografię.

- Wiedział pan, że Vyner był... hm... przyjacielem pańskiej żony?

- Wiedziałem, rzecz prosta, że Vyner zna Phyllis... Poznał ją przez swoją siostrę. Ale

jak już pan pyta, to fotografia świadczy, że łączyło ich coś więcej niż przyjaźń.

-  Tak.  Raczej  tak.  -.  Milton  rogiem  fotografii  postukał  w  dłoń.  Podniósł  wzrok  i

powiedział  stanowczym  tonem:  -  No  cóż,  dziękuję  panu.  Zatrzymam  to  zdjęcie,  jeśli  pan

pozwoli.

- Ależ proszę bardzo.

Tolly’ego  stropiło  nagłe  zakończenie  rozmowy.  Patrzył  na  Miltona,  który  już  zaczął

przeglądać akta leżące na biurku.

Po chwili inspektor podniósł wzrok.

- Czy tylko w tej sprawie chciał się pan ze mną zobaczyć?

- Nie. Nie tylko. Zmieniłem zdanie.

- Zmienił pan zdanie?

- Tak. - Tolly przestępował z nogi na nogę i prawą dłonią pocierał kostki palców lewej

ręki.  -  Postanowiłem  powiedzieć  panu  prawdę.  To,  co  pani  Green  mówiła  o  piórze,  ściśle

odpowiada rzeczywistości. Prosiłem ją, by się postarała o pióro - pióro Fieldinga. Obiecałem

dać jej pięćdziesiąt funtów.

Wyjął z kieszeni znane Miltonowi niebiesko-złote pióro. Położył je na biurku.

Milton obserwował Tolly’ego: ręce lekko mu drżały.

background image

- Na co potrzebne było panu pióro?

- Pewien mój znajomy prosił, bym mu się o nie postarał. Powiedział, że... sypnie forsą.

- Co pan nazywa sypnięciem forsą?

- Czterysta funtów. Gotówką.

Milton  przetarł  piekące  oko.  Tolly  stał  przed  nim  jak  uczeń  przed  nauczycielem  za

katedrą.

- Kto to był?

Tolly nie śpieszył się z odpowiedzią. Milton postanowił mu pomóc.

- Czy to ten, któregośmy przymknęli - Kevin Jason?

Tolly przytaknął głową.

- Czy dobrze zna pan Jasona?

-  Prawie  wcale  go  nie  znam.  Pewnego  wieczoru  przedstawił  mi  się  w  barze  „Pod

Koroną”  w  Kingston.  Powiedział,  że  słyszał,  że  moja  żona  pracowała  u  Fieldinga  i  była

przyjaciółką pani Green. Rozmawialiśmy chwilę przy barze. Postawił mi parę piw. Wydawało

mi się, że jest trochę stuknięty. Nie brałem go zbyt serio. Ale na drugi dzień znów był w barze

i znów się rozmawiało. I właśnie wtedy zrobił mi tę propozycję.

- Czy mówił, na co mu to pióro? I dlaczego był gotów zapłacić tyle pieniędzy?

- Nie. Nie mówił. Ale ja go zapytałem. Odpowiedział, że to jego sprawa. A do mnie

należy tylko dostarczyć mu pióro. Do tej chwili uważam, że jest stuknięty. Za takie coś nikt

nie da nawet piątki.

Milton wziął pióro i pogroził nim Tolly’emu.

- Dlaczego wcześniej mi pan o tym nie powiedział?

- Nie chciałem się wpakować. A poza tym...

- Słucham.

-  Jason  dał  mi  dwieście  funtów  zaliczki.  Bałem  się,  że  stracę  tę  forsę,  jeżeli...  jeżeli

powiem panu, jak to było naprawdę.

- Rozumiem.

Milton  wstał,  podszedł  do  stalowej  szafki  i  włożył  pióro  do  szuflady.  Tolly  się

przyglądał

-  Powiedziałem  panu  prawdę,  panie  inspektorze.  Żałuję  tylko,  że  nie  zrobiłem  tego

wcześniej.

- Ja też żałuję.

Milton  zamknął  szafkę  na  klucz.  Gdy  się  odwrócił,  Tolly  uśmiechnął  się  do  niego:

Odzyskał już szacunek dla siebie.

background image

- No to udzieliłem panu informacji, może teraz pan by mi coś powiedział.

- A co chciałby pan wiedzieć?

- Co Jason panu powiedział? Jaka jest jego wersja?

- Odmawia zeznań. Nic nie chce nam powiedzieć.

- Odmawia? To jeszcze go trzymacie?

-  Tak.  Parę  dni  temu  włamał  się  do  mojego  mieszkania.  Był  uzbrojony,  groził  mi

pistoletem. Sprawa staje na wokandzie dziś po południu.

- Nic o tym nie wiedziałem! Coś podobnego! To dlatego żeście go przymknęli?

- Właśnie. - - Milton podszedł do drzwi i otworzył, by tamten zrozumiał, że nie ma już

czasu dla niego. - A teraz bardzo pana przepraszam.

Za  drzwiami  ukazał  się  Phillips  zamarły  w  bezruchu  jak  posąg.  Utrzymywał

równowagę  w  uważnej  pozycji  -  z  uchem  przyłożonym  do  drzwi  i  zgiętym  palcem,  którym

miał  zapukać.  Wyprostował  się  i  z  dość  głupią  miną  spoglądał  to  na  inspektora,  to  na

Tolly’ego. Z jego zachowania widać było, że ma coś do powiedzenia, ale nie przy Tolly m.

- Tak, naturalnie - powiedział Tolly. Zawahał się, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale

się rozmyślił i wyszedł. W przejściu kiwnął głową Phillipsowi.

Sierżant zamknął za sobą drzwi i położył wielką pięść na klamce.

- Przyszła wiadomość od Jason a...

- Od Jasona?

- Chce się z tobą zobaczyć przed rozprawą. Zaraz przyprowadzą go tutaj.

Patrzyli na siebie. Żaden z nich nie chciał okazać, jak wiele spodziewa się po zwrocie

w sytuacji, na którą tak długo czekali.

- Roy, rozwiąże mu się język?

- Tak mi się zdaje.

P

olicjant  eskortujący  Jasona  z  aresztu  do  Miltona  nazywał  się  Torą  Laidman.  Był

trochę  rozczarowany  pracą  w  policji.  Nie  awansowało  się  prędko,  a  koperta  z  pensją

przedstawiała  się  kiepsko  w  porównaniu  z  zarobkami  jego  rówieśników,  którzy  poszli  do

pracy  w  fabrykach  lub  zarabiali  na  własny  rachunek.  Jego  rezygnacja  została  przyjęta,  ale

musiał  odpracować  w  pocie  czoła  okres  wymówienia.  Potem  mógł  znaleźć  jakieś  bardziej

opłacalne  zajęcie,  które  pozwoliłoby  utrzymać  żonę  i  pięcioro  dzieci  w  sposób  bardziej

odpowiadający wyobrażeniom szanownej małżonki.

background image

Nie przypuszczał, że będzie miał kłopot z aresztowanym. Jason kilkakrotnie zapewnił

go, że parę dni pod kluczem nauczyło go rozumu. Od tej chwili będzie szedł na rękę policji.

Laidmana  bawiła  pewność  siebie  i  dobry  humor  Irlandczyka.  Schlebiało  mu  też,  że  Jason

zwraca się teraz do niego przez „panie władzo”.

Po przybyciu do komendy policji Laidman zameldował się w recepcji, gdzie Tomlins

rozmawiał z dyżurnym sierżantem.

- Powiem mu, że jesteście tutaj - zapewnił Tomlins. - Nie jestem pewny, ale zdaje się,

ż

e z kimś rozmawia. Może pan wziąć tego faceta do poczekalni.

-  W  porządku  -  z  rezygnacją  odparł  Laidman.  Jeśli  będzie  za  długo  czekał,  znów

spóźni się na obiad w domu. - Idziemy, panie Irlandczyk. Tędy proszę - powiedział.

Jason przestępował z nogi na nogę. Wiadomo było, o co chodzi.

- Czy mógłbym prosić o pozwolenie wejścia na chwilę do wychodka przed rozmową z

panem inspektorem? Bardzo bym nie chciał źle się zachować w jego obecności.

Laidman mimo woli się uśmiechnął.

- Dobra. Tam jest „dla panów”. Tylko proszę nie siedzieć za długo.

Jason żwawo podszedł do męskiego ustępu. Gdy otwierał drzwi, Laidman zawołał za

nim:

-  Niech  się  panu  nie  zdaje,  że  pan  nawieje.  Nawet  Tomcio  Paluch  by  się  nie

prześliznął przez takie okienko.

Jason  odpowiedział  nieprzyzwoitym  gestem  i  zniknął  za  drzwiami,  które

automatycznie się zamknęły. Ledwie, znalazł się w środku, natychmiast przystąpił do dzieła.

Szybko sprawdził okienko i przekonał się, że policjant miał rację. Ale szczęście mu sprzyjało

- poza nim nie było nikogo w - ustępie. Aby się upewnić, zajrzał do wszystkich trzech kabin.

Były  puste.  Wszedł  do  środkowej  i  zamknął  drzwi.  Wskoczył  na  sedes  i  sięgnął  ręką  na

pokrywę  rezerwuaru.  Namacał  palcami  małą  paczkę.  Ostrożnie  ją  wyciągnął,  usiadł  na

sedesie  i  odwiązał  sznurek.  W  paczce  był  automatyczny  pistolet  i  kartka.  Wiadomość

brzmiała tak: „Zabierzemy cię spod Clarence Gate o drugiej lub trzeciej punkt”.

Jason podarł kartkę na drobne kawałki i spuścił je z wodą. Papier, w który zawinięta

była paczka, położył na wierzchu rezerwuaru. Zaczęły mu drżeć ręce. Wcale nie cieszył się,

ż

e  znów  ma  pistolet.  Ostatnia  próba  posłużenia  się  bronią  spaliła  na  panewce.  Nie  mógł

dopuścić  do  jeszcze  jednej  tego  rodzaju  przygody.  Ale  rozkaz  to  rozkaz,  autora  zaś

lakonicznej  wiadomości  bał  się  nie  mniej  niż  policji.  Skrzypnęły  drzwi.  Ktoś  wszedł.  Jason

czekał. Gdy został sam, z ręką zaciśniętą w kieszeni na pistolecie, podszedł do drzwi i pchnął

je.

background image

Laidman,  oparty  o  biurko  recepcji,  rozmawiał  z  Tomlinsem,  który  już  wrócił  od

Miltona.

- Nie śpieszyłeś się, Irlandczyku - powiedział.

- Czy inspektor czeka już na mnie? - spytał Jason starając się podtrzymać żartobliwy

ton.

-  Nie  bardzo  -  odparł  Laidman.  -  Jeszcze  pan  sobie  poczeka.  Proszę  wejść  do

poczekalni. Nie, ja za panem.

Z  poczuciem  ulgi,  że  nie  będzie  musiał  uciekać  przez  główne  wejście,  Jason  dał  się

wprowadzić  do  poczekalni.  Była  to  ponura  salka  z  wyściełanymi  ławkami  wzdłuż  ścian  i

stołem na środku. W powietrzu unosił się zapach dymu z papierosów. Okno, wychodzące na

podwórze otoczone policyjnymi garażami, było szczelnie zamknięte.

Jason szybko przeszedł za stół i stanął plecami do okna.

Laidman zamknął drzwi. Spojrzał na zegarek, odwrócił się i zobaczył, że Jason stoi za

stołem  zwrócony  twarzą  do  niego  i  w  ręce  trzyma  automatyczny  pistolet.  Jeżeli  ręka  mu

drżała, Laidman tego nie zauważył.

- O, cholera, skądżeś to wziął?

- Nieważne - warknął Jason. - Wejdź do środka, tylko się do mnie nie zbliżaj, bo jak

mi Bóg miły, wpakuję kulę w brzuch. Dostaniesz za „Irlandczyka”.

Jadowity ton Jasona zrobił na Laidmanie wstrząsające wrażenie. Przyszło mu na myśl,

ż

e mógłby nagle się odwrócić i otworzyć drzwi, ale się rozmyślił. Wolno okrążył stół. Może

gdyby dostatecznie się zbliżył...

- Dobra. A teraz podnieś okno, dolną część.

Jason  cofając  się  przeszedł  na  drugą  stronę  stołu,  który  znów  go  osłonił.  Laidman

obserwując  Jasona  kątem  oka  przekręcił  klamkę  i  podniósł  okno.  Zerknął  przy  tym  na

podwórze, ale nie było nikogo.

- Wyżej - rozkazał Jason. - Dobra, wystarczy. Odejdź od okna.

Laidman usłuchał. Sprzeczne myśli tłoczyły mu się w głowie: lojalność wobec władz,

obowiązki rodzinne, co powiedzą przyjaciele, gdy zostanie napiętnowany jako tchórz. Ale w

takich sytuacjach nie ma wiele czasu na myślenie. Cofnął się do boku stołu. Jason doskoczył

do okna i wciąż celując do Laidmana przełożył jedną nogę przez parapet.

Laidman,  nie  bardzo  wiedząc  dlaczego,  zaatakował.  Przyszła  mu  do  głowy  szalona

myśl, żeby przyskrzynić Jasona okrakiem na oknie. Ale się nie udało. Jason strzelił Laidman

złapał się za brzuch i runął na podłogę. Irlandczyk wyskoczył na podwórze, zatrzasnął okno i

wybiegł za róg budynku. Uliczka prowadziła z komendy do nowego gmachu rady miejskiej.

background image

Jason swobodnym krokiem szedł przed frontem rady. Przechodnie patrzyli w stronę komendy

zastanawiając  się,  czy  słyszeli  prawdziwy  strzał,  czy  też  strzelił  tylko  gaźnik  samochodu.

Jason skręcił w stronę High Street. Przyśpieszył kroku.

B

rent  zaparkował  jaguara  w  bocznej  ulicy  niedaleko  wylotu  St.  James’s  Street,

wrzucił  osiem  sześciopensówek  do  automatu  pobierającego  należność  za  parkowanie,  i

popatrzył  na  zegarek.  Była  za  trzy  minuty  pierwsza.  Poszedł  chodnikiem  po  zachodniej

stronie St. James’s Street tak, by dojść do bramy Westminster Club punktualnie o pierwszej.

Sir  Gordon  surowo  przestrzegał  punktualności.  Wejście  do  tego  sławnego,  ekskluzywnego

klubu prowadziło przez skromne drzwi georgiańskiego domu o pięknych proporcjach. Portier,

siedzący w szatni z południowym wydaniem „Evening News” na kolanach, spojrzał na niego

zza okularów.

- Dzień dobry.

- Dzień dobry panu.

- Jestem umówiony z sir Gordonem Townem.

- Aa, pan Brent?

- Tak jest.

Portier odłożył gazetę i wyszedł z szatni.

- Sir Gordon czeka na pana. Pozwoli pan, że wezmę pański kapelusz i płaszcz?

Brent oddał kapelusz i płaszcz i poszedł za portierem do głównego hallu klubu. Stały

tam  gromadki  mężczyzn  w  ciemnych  ubraniach,  rozmawiających  ściszonymi  głosami.  Inni

czytali  ostatnie  wiadomości  wystukiwane  przez  dalekopis  lub  przeglądali  obwieszczenia  na

tablicy.  Wiele  oczu  odwróciło  się,  by  oszacować  nieznajomego  z  rezerwą,  właściwą

angielskim  dżentelmenom  z  wyższych  sfer.  Portier  krótkim  korytarzem  zaprowadził  Brenta

do palarni z głębokimi fotelami wyściełanymi czarną skórą. Podszedł do szpakowatego pana

siedzącego w najdalszym kącie i schylił się, by szepnąć mu do ucha.

- Pan Brent, sir.

- Aa, Brent.

Sir  Gordon  Town  położył  „Timesa”  na  bocznym  oparciu  fotela  i  wstał.  Portier  się

ulotnił.

Town  był  wysokim  mężczyzną  o  bystrym  oku,  miał  pod  sześćdziesiątkę.  Podał

Brentowi mocną, chłodną rękę.

- Jakże się cieszę. Jak się pan miewa?

background image

- Doskonale, dziękuję, sir - mimo wszystko. Town przyjrzał mu się uważnie.

- Niechże pan siada. Czego się pan napije?

Brent zauważył, że Town wypił już pół dużego kieliszka cienkiego sherry.

- Można by dry martini?

Town zerknął w stronę kelnera, który wyłonił się z ciemnego kąta.

- Moglibyśmy postarać się o dry martini?

Na twarzy kelnera pojawił się zmęczony, pobłażliwy uśmiech.

- Zrobimy co się da, sir.

Town skrzyżował nogi i podniósł kieliszek.

- Żebym nie zapomniał, mój drogi. Mam dla pana wiadomość od Morgana. Chce się z

panem zobaczyć, w czwartek o trzeciej.

- Przecież byłem u niego parę miesięcy temu - zaprotestował Brent.

- Tak, wiem. Ale zna pan doktora Morgana - ostatnio właściwie on kieruje wydziałem.

Jest to człowiek skrupulatny aż do znudzenia.

- Bardzo proszę powiedzieć Morganowi, że nic mi nie dolega. Może mi pan wierzyć,

jak dojdę do wniosku, że nie jestem w stanie spełniać swych obowiązków, to będę pierwszy...

-  Niech  pan  sam  mu  to  powie.  Zrobi  pan  to  znacznie  lepiej  niż  ja  bym  potrafił.  -

Uśmiechnął  się  rozbrajająco.  -  Jednakże  nie  spotkaliśmy  się,  by  dyskutować  o  pańskiej

kondycji  choć  jestem  pewny,  że  refleks  ma  pan  znakomity,  drogi  kolego.  Słyszałem,  od

Rainera, że ma pan kłopoty.

- Tak jest.

- Z tą dziewczyną?

- Po części - przyznał Brent i szybko dodał: - Ale za tę sprawę biorę na siebie pełną

odpowiedzialność.

- Jeżeli nie chodzi o Carol Vyner, to o co?

Brent  pochylił  się  do  przodu  i  spojrzał  na  obecnych  w  palarni  mężczyzn.  Żaden  nie

był tak blisko, by mógł słyszeć ich rozmowę. Town wybrał najbardziej bezpieczne miejsce w

klubie.

-  Sprawa  już  dojrzewa.  Przy  odrobinie  szczęścia  zamkniemy  drania  w  ciągu

najbliższych dwóch dni.

- No i?

-  Chciałbym  powiedzieć  inspektorowi  Miltonowi  o  Fieldingu.  Powiedzieć  mu

wszystko.

- Milton? Ten facet z miejscowej policji kryminalnej?

background image

- Tak. Czy wyraża pan na to zgodę?

Town włożył papierosa do cygarniczki i z kieszeni kamizelki wyjął zapalniczkę.

- Uważa pan za konieczne powiedzieć mu wszystko?

- Tak jest. To inteligentny facet, czujny i bardzo solidny.

- O, Boże. Całkiem jak nasz Morgan - Town pstryknął zapalniczkę.

- Jeżeli nie zorientujemy go w sytuacji, uważam, że mogą być kłopoty.

- Jakiego rodzaju?

- Hm... przypuśćmy, że dokona aresztowania... w niewłaściwej chwili.

Town skinął głową i przyjrzał się rozżarzonemu końcowi papierosa.

- Tak, nad tym trzeba by się zastanowić.

-  Poza  tym  Milton ma pewne,  potrzebne mi,  informacje. Och,  wiem,  że  pan  może  je

uzyskać dla mnie i w razie potrzeby zwrócić się do AC. Ale robi się gorąco i w każdej chwili

może nam być potrzebna pomoc Miltona... to się może stać nagle.

- A co z Carol Vyner?

- Pozostawiam do pańskiej decyzji.

-  Aha.  Spodziewałem  się  takiej  odpowiedzi.  I  to  pan  nazywa  wzięciem  na  siebie

odpowiedzialności?

- Pan, zdaje się, zapomniał - odciął się Brent. - Ta dziewczyna to pański pomysł.

- Zaproponowałem, by pan się z nią zaprzyjaźnił. I nic więcej.

- No i tak się stało.

- Wiem, ale niestety na tym się nie kończy, prawda?

Brent  prawdopodobnie  odparowałby  cios  w  sposób  nieroztropnie  gwałtowny,  ale

właśnie zjawił się kelner z kieliszkiem na srebrnej tacy.

- Dry martini dla pana.

Brent  wziął  kieliszek,  spróbował  i  stwierdził,  że  trunek  jest  wysokiej  klasy.  Gdy

kelner się oddalił, zapytał:

- Więc jak, zezwala mi pan pomówić z Miltonem?

-  Jeżeli  pomówi  pan  z  Miltonem,  równie  dobrze  może  pan  powiedzieć  wszystko

dziewczynie. Obaj doskonale o tym wiemy.

- Tak jest.

- Musiałby pan wszystko jej powiedzieć, od samego początku.

- Tak.

- Chce pan to zrobić?

background image

-  Chcę  to  zrobić  -  otwarcie  przyznał  Brent.  -  Uważam,  że  nadeszła  pora,  abym  był

wobec niej szczery. Sytuacja by się wyjaśniła, nawet gdyby to nic więcej nie dało.

Town  przyglądał  się  Brentowi  przez  mgiełkę  dymu  z  papierosa.  Nieznacznie  się

uśmiechnął.

- Nasza sytuacja też nie jest prosta, sam pan wie.

-  To  znaczy  odpowiedź  brzmi:  nie  -  ponuro  oświadczył  Brent.  Postawił  kieliszek  i

sięgnął do kieszeni po papierosy.

- Drogi przyjacielu, naprawdę proszę nie wyciągać pochopnych wniosków. Wiem, jak

pan  i  pańscy  przyjaciele  z  wydziału  mnie  nazywają,  ale  nie  jestem  pozbawiony  ludzkich

uczuć. Pomówimy o tym przy obiedzie.

K

evin  Jason  nie  zdążył  na  spotkanie  o  drugiej.  Zbyt  ryzykowne  było  wsiąść  do

pociągu  na  stacji  w  Market  Weldon,  ale  udało  mu  się  nakłonić  kierowcę  ciężarówki,  który

brał benzynę na stacji Sheila przy London Road, by go podwiózł do Hammersmith. Stamtąd

pojechał  koleją  podziemną  do  Regent’s  Park.  Teraz  było  już  pięć  po  trzeciej.  Zaczął  się

niepokoić.  Przekonany,  że  wszystkie  komisariaty  otrzymały  jego  rysopis,  zdawał  sobie

sprawę, jak dalece niepożądane jest takie dreptanie w jednym miejscu. W każdej chwili mógł

przejeżdżać  tędy  wóz  patrolowy.  Spacerując  tam  i  z  powrotem  zastanawiał  się,  czy  nie

wyrzucić pistoletu, który wciąż miał w kieszeni. Ukazała się furgonetka. Przystanął, utkwił w

niej wzrok. Ale nie dojechała do niego - skręciła w boczną ulicę.

Siedem po trzeciej zobaczył drugą furgonetkę nadjeżdżającą z szybkością dwudziestu

mil  na  godzinę.  Był  pewny,  że  to  po  niego.  Gdy  się  zbliżyła,  zobaczył  znaną  twarz.  Za

kierownicą siedział Reg Bryer. Jason, uśmiechając się z ulgą, zszedł na jezdnię. Bryer trochę

zwolnił, ale widać było, że nie zatrzyma się. Jasona zaskoczył dziwny wyrazi twarzy Bryera.

Furgonetka  przejechała  koło  niego  -  napis  „Pralnia  Albatros”  mignął  mu  tuż  przed  nosem.

Zaczął  biec  za  furgonetką.  Z  tyłu  samochodu  była  spuszczona  żaluzja.  Kiedy  zaczęła  się

podnosić,  Jasonowi  wydało  siej  że  rozumie  do  czego  zmierzają:  wciągną  go  do  środka  w

biegu.  Przyśpieszył  starając  się  dogonić  furgonetkę.  Cóż  się  temu  Regowi  zdaje!  Że  jestem

olimpijskim biegaczem czy jak? - pomyślał.

W  odsłoniętym  już  całkowicie  tyle  furgonetki  ukazała  się  postać  przykucniętego

mężczyzny. Z odległości dziesięciu jardów Jason bez trudu rozpoznał Fileya, który? trzymał

w  rękach  automat.  Podniósł,  wycelował.  Tak  to  zaskoczyło  Jasona,  że  nie  rzucił  się  na

jezdnię,  tylko  stanął  jak  wryty  i  podniósł  ręce.  Jen  patetyczny  gest  mógł  równie  dobrze

background image

oznaczać,  że  błaga  o  litość,  jak  że  się  poddaje.  Jason  stał  się  idealnym  celem.  Automat

szarpnął  w  rękach  Fileya,  kula  trafiła  Jasona  w  pierś.  Runął  przed  siebie.  Filey,  na  wszelki

wypadek i żeby pokazać, jaki to z niego snajper, wpakował drugą kulę w leżącego Jasona. Po

czym ściągnął w dół żaluzję. Furgonetka nabierała szybkości.

Jason jeszcze żył, alt wiedział, że chwil? jego są policzone. Zebrali się ludzie, słyszał

podniecone głosy.

- Nie ruszajcie go - ktoś powiedział. - Trzeba zaczekać na karetkę.

Ż

adna  karetka  nie  mogła  dorównać  szybkości  wirującej  karuzeli  unoszącej  Jasona  w

zaświaty. Wiedział o tym. Podniósł rękę.

- Chce coś powiedzieć - odezwał się ostry glos kobiecy.

Ktoś mówił mu wprost do ucha:

- - No co, stary? Co chcesz powiedzieć?

- Niepotrzebnie to zrobili - szepnął Jason. - Ja bym nic nie powiedział...

- Słusznie, stary. Nic nie mów.

C

arol z wielkim wysiłkiem walczyła o odzyskanie przytomności. Zanim otwarła oczy,

doznawała  obcych  jej  wrażeń:  dobiegał  do  niej  szum  ulicy,  poduszka  miała  lekki  zapach

perfum,  jakich  nigdy  nie  używała,  materac,  na  którym  leżała,  był  znacznie  miększy  niż  jej

własny. Wszystkie te  wrażenia tłumił  jednak  stan tępej  apatii. Instynktownie wyczuwała,  że

za długo śpi, już dawno powinna była wstać. Obróciła się na plecy i otworzyła oczy.

Pokój  był  zupełnie  obcy.  Zwykle  umeblowanie  sypialni  nie  miało  w  sobie  nic

indywidualnego.  Niewątpliwie  był  to  pokój  gościnny.  Z  trudem  trochę  się  podniosła.

Rozglądała się wokół i szukała w pamięci wyjaśnienia.

Wreszcie  przypomniała  sobie.  Zawroty  głowy,  senność,  od  której  nogi  miała  jak  z

gumy.  Harry  pochyla  się  nad  nią  z  dziwną  miną,  skupioną  i  zatroskaną.  Ale  w  jego

mieszkaniu nie było takiego pokoju...

Ktoś ją rozebrał, zapakował w szlafrok i położył do łóżka. Na krześle obok leżały jej

rzeczy  starannie  ułożone  Zegarek  wciąż  „miała  na  ręce.  Wpatrzyła  się  w  tarczę  i  straciła

zaufanie do własnego zegarka. Wskazywał kwadrans po jedenastej. A jednak przez zasłony w

oknach przeświecały promyki bladego, zimowego słońca.

W ustach jej wyschło. Postawiła nogi na podłodze. Chwiejnym krokiem podeszła do

umywalni. Ochlapała twarz zimną wodą i napiła się z kubka do zębów. Trochę rozjaśniło jej

się w głowie.

background image

Drzwi były zamknięte na klucz z drugiej strony. Stukała do nich, wołała: „Harry!”, ale

bała się narobić hałasu. Nikt nie odpowiedział. Słaniając się na nogach wróciła do łóżka i  z

ulgą znów się położyła.

Ktoś  przekręcił  klucz  w  drzwiach.  Carol,  zafascynowana,  patrzyła,  jak  drzwi  się

otwierają. Weszła dobrze ubrana kobieta. Na jej twarzy malowała się przyjazna troska.

- Świetnie. Obudziła się pani. Czy dobrze się panij czuje?

- Znam panią - powiedziała Carol zdając sobie sprawę, że język jej się plącze. - Gdzie

panią już widziałam?

-  Jestem  Jacqueline  Dawson.  Może  widziała  mnie  pani na  scenie. Parę  tygodni  temu

graliśmy w Market Weldon.

- Ale co?... dlaczego?... Czy to mieszkanie Harry’ego?

- Nie. Moje. Wczoraj wieczór Harry i Mark Rainer, przywieźli panią tutaj.

- Nic nie rozumiem. Czy mnie odurzono narkotykami?, Głowę mam strasznie ciężką..

Jacqueline podeszła do okien i rozsunęła zasłony. Uważnie przyglądała się Carol.

- Zrobię pani dużą filiżankę czarnej kawy. To rozjaśni pani w głowie

- Tak. Prosiłabym.

Carol oparła głowę na poduszce, zamknęła oczy i usłyszała, jak Jacqueline przekręca

klucz w zamku. Natychmiast zmorzył ją sen. Kiedy znów otwarła oczy, obudziła się na dobre.

Jacqueline przyniosła kawę i postawiła na nocnym stoliku. Carol sięgnęła po filiżankę. Kawa

była zimna. Zegarek wskazywał dziesięć po drugiej.

Naprawdę zła, wstała, umyła się i szybko się ubrała. Przyczesała włosy, zrobiła twarz

jak się dało za pomocą tego, co miała w kosmetyczce, po czym zaczęła energicznie bębnić w

drzwi.  Nie  było  odpowiedzi.  Przystawiła  ucho  do  drzwi.  W  głębi  mieszkania  słychać  było

kobiecy  głos.  Sądząc  po  długich  pauzach,  prawdopodobnie  rozmawiała  przez  telefon.  Carol

usłyszała, jak ktoś położył słuchawkę, po czym rozległo się stukanie wysokich obcasów.

Carol  cofnęła  się.  Jacqueline  weszła,  zamknęła  drzwi  i  oparła  się  o  nie.  Wskazała

głową na kawę.

-  Tak  szybko  pani  zasnęła,  że  zostawiłam  panią  w  spokoju.  Już  pani  lepiej  wygląda.

Gdyby pani chciała coś zjeść, to zaraz podam.

- Wolałabym dowiedzieć się, co to wszystko ma znaczyć - z irvtacja odparła Carol. -

Przywiezienie mnie tutaj bez mojej zgody i trzymanie pod kluczem?

- Wiem, że wyda się to pani nieprawdopodobne, ale nie trzymalibyśmy pani tutaj bez

bardzo poważnych powodów.

- Jakież to są powody?

background image

- Proszę spytać Harry’ego. Jedzie tutaj. To właśnie on dzwonił.

- A ja pytam panią. Co się stało w nocy? Chcę wiedzieć!

-  Harry  dał  pani  dry  martini  z  środkiem  nasennym.  Obawiam  się,  że  trochę  za

mocnym.  Chciał  tylko,  żeby  pani  usnęła  i  wraz  z  Markiem  Rainerem  mógł  panią  przewieźć

tutaj, dc Esher, bez żadnych historii...

- Esher? Jesteśmy w Esher? Jacqueline skinęła głową.

- Niestety straciła pani przytomność. Harry się przeraził, i to bardzo.

-  Nic  dziwnego  -  oschłym  tonem  powiedziała  Carol.  -  Bardzo  źle  reaguję  na  tego

rodzaju  środki.  Ale  po  co  chciał  mnie  tu  przywieźć,  zacznijmy  od  tego.  Nie  mogę

zrozumieć...

-  Ktoś  usiłował  wczoraj  zabić  Harry’ego,  o  czym  chyba  pani  wie.  Na  szczęście,  nie

udało im się. Ale Harry był pewny, że znów się do niego przysądzą, może w inny sposób, na

przykład dobiorą się do pani...

- Do mnie?

- Tak - Jacqueline odstąpiła od drzwi. Zauważyła, że Carol się udobruchała. - Ale nie

zrobią tego, już nie. Może pani być spokojna.

- Skąd pani wie?

-  Bo  pewien  dżentelmen  jest  przekonany,  że  pani  nie  żyje.  Sądzi,  że  zeszłej  nocy

utonęła pani w Tamizie.

Rozdział szósty

Dochodziła  czwarta,  gdy  Brent  przyjechał  do  Esher.  Zaparkował  wóz  przed  starym

pałacem  przerobionym  na  mieszkanie.  Jacqueline  wynajmowała  tu  apartament.  Nie  było

windy. Brent przebiegł trzy kondygnacje i stanął przed drzwiami. Zadzwonił.

Niemal natychmiast Jacqueline otworzyła.

- Harry! Jakże się cieszę. Jak ci poszło na obiedzie?

- Nie najgorzej. Znasz Sinobrodego. Dał mi w kość, ale w końcu dopiąłem swego.

- To ci ogromnie ułatwi sytuację.

Zamknęła drzwi i poszła za nim do saloniku. Rzucił płaszcz i kapelusz na fotel.

- Jak się ma pacjentka?

- Nie było kłopotu, jak spała, ale kiedy wreszcie się ocknęła, narobiła piekła.

Harry uśmiechnął się niezbyt wesoło.

background image

- To znaczy, że całkiem dobrze to zniosła.

- Tak. O to się możesz nie martwić.

- Gdzie jest?

Jacqueline wskazała głową na pokój gościnny.

- Siedzi tam. I pewnie słyszy każde nasze słowo. W tym mieszkaniu wszystko słychać.

Harry się przygarbił.

- No to teraz dostanę za swoje. Bogu dziękować, że stary pozwolił mi zorientować ją

w sytuacji.

- Jesteś gotów? - ubawiona Jacqueline podniosła brew i wzięła klucz ze stołu.

Z  pokoju  wyszła  Carol.  Była  chłodna  i  obojętna  wobec  Harry’ego.  Miała  aż  nadto

czasu, by zadbać o swój wygląd. Przybladła, może po tym, co przeszła, a może po prostu ze

złości. Harry uznał, że tak urzekająco jeszcze nigdy nie wyglądała.

Nie  zdążyli  się  odezwać,  gdy  zadzwonił  telefon.  Harry  zrobił  niecierpliwy  gest,  ale

Jacqueline szybko podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę.

- Esher 68901.

Ktoś się zgłosił, Jacqueline przytknęła słuchawkę do piersi.

- To do ciebie, Harry - powiedziała. - Alan Milton.

- Alan! - zawołała Carol. Podbiegła do telefonu. - Mogę z nim mówić?

-  Nie.  Proszę  cię,  Carol  -  Harry  stanął  między  nią  a  Jacqueline.  -  To  strasznie  pilne.

Starałem się złapać Miltona godzinę temu, ale nie było go w biurze. Podałem ten numer.

Jacqueline  oddała  rnu  słuchawkę.  Przytrzymała  za  ramię  Carol,  która  chciała  się

dorwać do telefonu.

- Milton? Mówi Brent. Proszę chwilę zaczekać. I nie odkładać słuchawki.

Nakrył dłonią mikrofon. Zwrócił się do Jacqueline.

- Carol może słuchać naszej rozmowy na aparacie, w sypialni. Tylko za nic w świecie

nie pozwól jej się wtrącić. Gdyby to zrobiła, przerwij połączenie.

Carol zrozumiała, że nic więcej nie uzyska i dała siej zaprowadzić do sypialni. Wraz z

Jacqueline  siadła  na  skraju  łóżka  z  baldachimem.  Jacqueline  podała  jej  słuchawkę,  ale

trzymała dłoń na widełkach gotowa w każdej chwili przerwać połączenie.

Carol usłyszała słaby głos Miltona.

- Halo?... Halo?...

Słychać było także drugi głos, chyba Phillipsa. Widocznie Milton dzwonił z biura.

- Rozłączyli się? - spytał ten głos.

- Chyba nie.

background image

- Do kogo dzwonisz?

- Nie wiem. Harry Brent podał ten numer. Zgłosiła się jakaś kobieta. Sądząc po głosie,

była to...

Nagle, z bliska, włączył się głos Harry’ego.

- Inspektor Milton? Mówi Harry Brent.

-  Tak.  Zastałem  na  biurku  kartkę,  że  pan  prosi,  bym  zadzwonił  do  pana  pod  ten

numer...

-  Zgadza  się,  inspektorze.  Chciałbym  się  z  panem  zobaczyć  -  dziś  wieczór,  jeśli

można.

- A w jakiej sprawie? - ostrożnie spytał Milton. - Czy chodzi o Carol?

Carol  otwarła  usta,  Jacqueline  zacisnęła  rękę  na  aparacie.  Brent  zignorował  pytanie

inspektora.

- Czy godzina ósma odpowiada panu?

-  Dobrze,  o  ósmej,  panie  Brent  -  odparł  po  krótkim  namyśle  Milton.  -  Gdzie  by  pan

chciał się spotkać?

- Czy można u pana w domu?

- Tak, proszę bardzo. Pan będzie sam?

- Sam.

- Czy w tej chwili nic więcej nie może mi pan powiedzieć?

-  Nie  mogę.  Tylko  chciałbym  prosić,  żeby  pan  zadzwonił  do  generalnego

nadinspektora  Stentona  w  Scotland  Yardzie.  Wewnętrzny  34.  O  każdej  porze,  byle  przed

szóstą trzydzieści.

- Do Stentona? - powtórzył Milton wyraźnie zdziwiony.

- Tak. Czeka na telefon od pana. A my się spotkamy o ósmej.

Carol  usłyszała,  jak  Harry  położył  słuchawkę.  W  tej  samej  chwili  Jacqueline

przerwała połączenie. Wzięła od Carol słuchawkę i położyła na widełkach.

Kiedy wróciły do saloniku, Harry paląc papierosa stał zamyślony przy oknie i patrzył

na ogołocone z liści drzewa.

-  Dlaczego  chcesz  się  zobaczyć  z  Alanem?  -  spytała  Carol.  Szybki  i  zaskakujący

rozwój  wypadków  zupełnie  zbił  ją  z  tropu.  -  I  czemu  prosiłeś,  by  zadzwonił  do  Scotland

Yardu? - Spojrzała na Jacqueline i znów na niego. - Czy... współpracujesz z policją?

Harry odwrócił się i wyszedł na środek pokoju. Miał bardzo poważna minę.

- Carol, słyszałaś może o D.I.5?

- D.I.5? No pewnie.

background image

- Otóż, pracuję dla D.I.5. Tak samo Jacqueline Dawson i Mark Rainer. - Wskazał na

kanapę,  wiktoriańską,  z  wysokim  oparciem,  obitą  aksamitem  koloru  brzoskwini  i

udekorowaną  sześciu  poduszkami  w  jaskrawych  barwach.  -  Siadaj.  Chcę  opowiedzieć  ci  o

Samie Fieldingu.

Carol posłusznie usiadła. W zachowaniu Harry’ego zaszła radykalna zmiana. Wdzięk

zastąpiła spokojna powaga. Carol trochę się go bała.

- Może byśmy to nagrali dla inspektora - powiedział do Jacqueline.

Otworzyła  szufladę  biurka,  wyjęła  z  niej  mały,  poręczny  magnetofon  firmy  IBM  na

tranzystorach  i  postawiła  go  na  stoliku.  Harry  wziął  mikrofon,  pochylił  się  i  włączył

magnetofon. Mówiąc zwracał się do niej, ale Carol miała przedziwne wrażenie, że Milton też

słucha.

-  Swego  czasu  Sam  Fielding  powiadomił  Ministerstwo  Lotnictwa,  że  pracuje  nad

aparatem  fotograficznym,  który  w  rewelacyjny  sposób  ulepszy  wszystko,  czym  dzisiaj

dysponujemy.  Ministerstwo  zbadało  sprawę.  Stwierdzono,  że  Fielding  jest  rzeczywiście  ńa

drodze  do  wielkiego  odkrycia.  Zaproponowano  mu,  by  kontynuował  prace  pod  nadzorem

Ministerstwa. Fielding odmówił. Upierał się, że będzie pracował samodzielnie.

-  Nietrudno  mi  uwierzyć  -  wtrąciła  Carol.  -  Czy  miało  to  coś  wspólnego  z  aparatem

fotograficznym, o którym ci mówiłam?

- Tak. Negatywy, jakie widziałaś, nie były dwoma zdjęciami na jednej kliszy. Fielding

odkrył sposób fotografowania żywych istot poprzez zasłonę martwej materii. Nie była to już

fotografia,  tylko  elektroniczny  zapis,  Możesz  się  domyślić,  jakie  miało  to  znaczenie  dla

wywiadu, nie mówiąc już o zdjęciach lotniczych.

- A myśmy pokpiwali sobie z niego - cicho powiedziała Carol.

-  Upór  Fieldinga  spowodował  wiele  kłopotów.  -  Harry  starał  się  mówić  wyraźnie,

ż

eby taśma nadawała się do użytku. - Parę osób dowiedziało się o tym wynalazku. Próbowali,

oczywiście  bez  powodzenia,  ubić  z  Fieldingiem  interes.  Jakieś  trzy  miesiące  temu  otrzymał

list  od  kogoś,  kto  się  podpisał  „AX”.  List  był  krótki  i  rzeczowy.  Dawał  Pieldingowi  do

wyboru. Albo się zgodzi na współpracę z AX, albo AX go zgładzi.

Jacqueline siedziała na kanapie i uważnie słuchała.

- Niestety, Sam nie potraktował serio tej groźby... - dodała.

- Ale myśmy wiedzieli, że to nie żarty. - Uczucie zazdrości ukłuło Carol w serce, gdy

zobaczyła, jak tamci wymieniają spojrzenia świadczące, że świetnie się rozumieją.

- Choć bowiem nie zidentyfikowaliśmy pana AX...

- Czy to był jeden człowiek? - spytała Carol.

background image

- Jest jeden - poprawił Brent. - Ma oczywiście wspólników. Wiedzieliśmy, że jeśli nie

położy  ręki  na  wynalazku,  będzie  mu  zależało  na  tym,  by  nikt  inny  go  nie  dostał.  Wiele

godzin spędziłem z Samem usiłując go przekonać, żeby opuścił Market Weldon i pracował w

tajnym państwowym ośrodku badawczym. Odmówił - nawet słyszeć o tym nie chciał.

Carol  skinęła  głową.  Taki  właśnie  był  Fielding.  Nie  tylko  uparty  jak  osioł,  ale  nie

widział świata poza swoją firmą. Nie do pomyślenia było, żeby opuścił fabrykę.

Brent wzruszył ramionami.

- W tej sytuacji nie mieliśmy wyboru. Trzeba go było osłaniać. Ale nie można kogoś

pilnować  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę,  jeżeli  ten  ktoś  nie  jest  skłonny;

współdziałać. A on się od tego uchylał.

Brent przerwał. Zwilżył wargi. Magnetofon był wciąż włączony. Jacqueline pochyliła

się w jego stronę i zastąpiła Brenta.

-  AX  wiedział,  że  Harry  i  ja  przyjaźnimy  się  z  Fieldingiem,  z  czego  wyciągnął,

całkiem zresztą logiczny wniosek, że prowadzimy tę samą grę co on. Nawet mu się nie śniło,

ż

e  działamy  z  ramienia  D.I.5.  Z  początku  nawet  nie  wiedział,  kim  jesteśmy.  Dlatego  kazał

nakręcić te filmy spodziewając się, że mogą nas zidentyfikować.

- A co było z Barbarą Smith? Czy pracowała dla AX?

- W rzeczywistości nazywała się Worthing - powiedział Brent. - Była Nowozelandką.

Najpierw  znalazła  się  na  Bliskim  Wschodzie,  potem  w  Europie,  stąd  przyjechała  do  Anglii,

jakieś cztery miesiące temu. Wedle raportów naszego agenta stała się narkomanką jeszcze na

kontynencie.  AX  słyszał  o  Barbarze  Worthing,  a  nawet  dużo  o  niej  wiedział.  Ładna

dziewczyna w takiej jak ona sytuacji może łatwo zainteresować przestępcę. Ale Worthing nie

podlegała bezpośrednio AX.

Papieros  Brenta  tlił  się  na  popielniczce,  zapaliły  się  od  niego  niedopałki.  Oddał

mikrofon Jacqueline i pochyliwszy się zgasił, pożar w popielniczce.

Jacqueline zwróciła się w stronę mikrofonu i dalej tłumaczyła Carol.

-  Kiedy  AX  ostatecznie  zdecydował  się  zamordować  Fieldinga,  postanowił  rzucić

podejrzenie na Harry’ego. W ten sposób mógł osiągnąć dwa cele. Kazał jednemu ze swoich

ludzi,  niejakiemu  Fileyowi,  zaprzyjaźnić  się  z  Barbarą  Worthing  i  przedstawić  się  jej  jako

Harry  Brent.  Naturalnie,  dziewczyna była  przekonana, że to  jego prawdziwe nazwisko -  nie

miała najmniejszych powodów do podejrzeń.

-  Filey  jest  zawodowym  mordercą  -  podjął  Brent.  -  Bez  żadnych  skrupułów  zrobi

wszystko, jeśli mu dobrze zapłacić. Z jakichś szczególnych powodów kobiety tracą głowę dla

niego.  Oprócz  swych  fizycznych  wdzięków  Filey  miał  jeszcze  jedną  przewagę  nad  nią.

background image

Zaczął jej dostarczać heroiny. W ten sposób znalazła się w jego rękach. Znasz narkomanów.

Zrobią  dosłownie  wszystko,  byle  dostać  w  porę  swą  dawkę.  A  dalej  wiesz,  co  się  stało.

Przyjechała  do  Market  Weldon,  wstąpiła  na  cmentarz,  bo  Harry  Brent,  czyli  Filey  tak  jej

polecił, a potem...

-  Ale  nie  można  zastrzelić  zupełnie  obcej  osoby  tylko  dlatego,  że  ktoś  nam  kazał  to

zrobić - zaprotestowała Carol. - Nawet jeśli się jest narkomanką, prawda?

-  Któż  wie,  co  opowiedział  jej  Filey?  Pewnie  była  pod  wpływem  głodu  heroiny,  a

Filey  postarał  się,  żeby  nie  miała  swojej  dawki.  Musiała  być  oszołomiona.  Filey  mógł  jej

powiedzieć,  że  pistolet  jest  nabity  ślepymi  nabojami  i  że  chodzi  tylko  o  to,  by  nastraszyć

Fieldinga...

- A co było z tą fotografią przysłaną do biura?

-  Wysłał  ją  nasz  agent  w  Szwajcarii.  Barbara  Worthing  została  wysiedlona  ze

Szwajcarii  za  narkotyki.  Kiedy  wyszło  na  jaw,  że  się  zadaje  z  Fileyem,  trzeba  było  jakoś

ostrzec Fieldinga. Nie wiedzieliśmy, jak ona wygląda, ale naszemu agentowi udało się zdobyć

jej fotografię dzięki kontaktom z Interpolem.

-  Ostrzeżenie  przyszło  za  późno  -  ze  smutkiem  powiedziała  Carol.  -  Gdybym

wiedziała o tym wszystkim, może bym zdołała uchronić...

-  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  -  Z  twarzy  Harry’ego  można  było  odczytać,  że  ma

wyrzuty sumienia. - Łatwo jest być mądrym po szkodzie. Musisz zrozumieć, że trzymamy się

ś

ciśle  rozkazów.  Obowiązuje  nas  bezwzględna  tajemnica.  Nie  wolno  nam  o  tych  rzeczach

mówić nikomu - nawet najbliższym osobom.

Carol  wstała  z  kanapy  i  podeszła  do  okna.  Brent  spojrzał  na  Jacqueline.  Obeszła

kanapę, wyłączyła magnetofon. Położył mikrofon, podszedł do Carol, stanął za nią.

- Wiem o czym myślisz, Carol.

- Czyżby?

-  Zastanawiasz  się,  czy  zawarłem  z  tobą  bliższą  znajomość  tylko  dlatego,  że

pracowałaś u Fieldinga. Otóż odpowiedź jest: tak.

Gwałtownie odwróciła się do niego.

-  Fielding  zarekomendował  ci  moje  biuro  podróży,  bo  ja  go  o  to  prosiłem.

Powiedziałem, że moja znajomość z tobą może się nam obu przydać.

- No cóż, przynajmniej uczciwie się przyznałeś - z goryczą powiedziała Carol.

Położył jej ręce na ramionach i zajrzał w oczy.

- Tak, tylko... niestety, jednego nie wziąłem pod uwagę. Zakochałem się w tobie.

- Zakochałeś się we mnie? Naprawdę, Harry? - cicho spytała.

background image

M

ilton  poszedł  do  kuchni  po  dodatkową  porcję  lodu.  Pojemnik  z  kostkami  lodu

przymarzł  i  trzeba  go  było  podważyć  nożem.  Milton  podstawił  go  pod  kran,  polał  gorącą

wodą i wyłupał kostki na spodek. Brent przyszedł za nim do kuchni. W ręce trzymał szklankę

whisky.  Inspektor  wrzucił  parę  kostek  lodu  do  szklanki,  Brent  potrząsnął  nią  chłodząc

whisky.

- A pan się nie napije? Milton potrząsnął głową.

- Kiepski ze mnie pijak. Alkohole trzymam głównie dla gości.

- Bardzo mnie to cieszy.

Stukając  lodem  o  szklankę  Brent  wrócił  do  pokoju.  Przez  godzinę  siedzieli  i

rozmawiali.  Teraz  chętnie rozprostowali kości. Magnetofon  opowiedział  już  swoją  historię i

stał na stole, przy którym Milton zwykł był się samotnie pożywiać.

-  Nie  mam  do  pana  najmniejszej  pretensji  o  to,  że  mnie  pan  podejrzewał.  AX  w

bezbłędny  sposób  skierował  podejrzenia  na  moją  osobę.  Same  bilety  do  teatru  musiały

przekonać pana, że znałem tę dziewczynę, Barbarę Smith, a raczej Worthing.

- No cóż, muszę przyznać, że zrobiło to na mnie duże wrażenie. Miał pan bilet na to

samo  przedstawienie,  co  ona,  i  sąsiednie  miejsce.  Jednak  zdawałem  sobie  sprawę,  że  bilet

mógł  być  podłożony,  jak  ukradli  panu  portfel.  Ale  proszę  mi  powiedzieć  o  Jacqueline

Dawson. Dlaczego przekazała mi wiadomość w paczce papierosów.

Brent sączył whisky. Milton nalał mu szczodrze. Było chłodno i lód wolno się topił.

-  Chcieliśmy,  żeby  pojechał  pan  do  Kingsdown  Mansions  i  wpadł  na  trop  Phyllis

Tolly.

- Ale dlaczego pan się nią interesował? Brent uśmiechnął się.

-  Ano  właśnie.  Pracowała  dla  AX  i  deptała  mi  po  piętach  -  już  od  jakiegoś  czasu.

Pewnego wieczoru Fielding zobaczył ją w barze kawowym. Byłem tam z nim, a ona siedziała

tuż za jego plecami. Zauważył ją, podszedł do kasy, by zapłacić rachunek.

- Ale powiedziała mi o tym spotkaniu.

- Przedstawiła panu swoją wersję. Założę się, że to mnie jeszcze bardziej obciążyło w

pańskich oczach.

- A jakże - przyznał Milton i obaj się roześmiali.

- Właśnie dlatego posłaliśmy pana do Richmond. Uznaliśmy, że nadszedł czas, by pan

nieco  więcej  dowiedział  się  o  niej.  Oczywiście,  nie  orientowaliśmy  się,  że  ma  być

zamordowana.  -  Usiadł  na  oparciu  fotela.  -  Tej  samej  nocy  przyjechałem  do  Kingsdown

background image

Mansions. Widziałem mordercę. Niestety, było ciemno i nie mogłem go rozpoznać. Ale on o

tym  nie  wie.  Myśli,  że  dobrze  go  widziałem.  Dlatego  musiałem  usunąć  Carol  -  a  nawet

upozorować,  że  się  utopiła.  Po  zamachu  przed  „San  Remo”  wiedziałem,  że  AX  będzie  mi

chciał zamknąć usta i w tym celu może nawet wywrzeć presję na Carol.

Milton  z  zaciekawieniem  przyglądał  się  Brentowi.  Pamiętał,  co  generalny

nadinspektor  powiedział  mu  o  tym  niezwykłym  człowieku  i  o  wykonywanych  przez  niego

zadaniach.

- A po co pojechał pan wtedy db Kingsdown Mansions?

- Interesował mnie Reg Bryer, portier. Nasunęło mi się podejrzenie, że jest wmieszany

w  tę  aferę,  więc  przeszukałem  jego  mieszkanie.  Nie  omyliłem  się.  Bryer  jest  wspólnikiem

Fileya.

Inspektor  postanowił  odstąpić  od  zasad  i  napić  się  whisky  z  Brentem.  Podszedł  do

barku. Skromną porcję whisky rozcieńczył dużą ilością wody.

- Czy może mi pan powiedzieć coś więcej o tym AX?

-  Nic  więcej  nie  mogę  powiedzieć.  Na  razie  daliśmy  mu  w  skórę,  jeśli  idzie  o

wynalazek  Fieldinga.  Zdobyliśmy  wszystkie  dane  dwadzieścia  cztery  godziny  przed

zastrzeleniem biedaka. Ale dotąd nie wiemy, kim jest AX.

- Czy on wie, że panowie zdobyli te dane?

-  Nie.  Myśli,  że  nic  nie  zdziałaliśmy,  a  my  postaraliśmy  się  podtrzymać  go  w  tym

mniemaniu.

- Licząc na to, że się pojawi na scenie?

- Tak, na tym polegał pomysł z piórem. Ale spalił na panewce. Po morderstwie jeden z

naszych  ludzi  udawał,  że  chce  zdobyć  pióro  Fieldinga.  Przyjechał  do  Market  Weldon  i

dyskretnie się przepytywał o to pióro. Starał się, naturalnie, wywołać wrażenie, że w piórze

zostało ukryte coś ważnego mającego związek z pracami Fieldinga. AX nie przepuścił okazji.

W ciągu paru godzin Tolly nawiązał kontakt z panią Green.

- Na czym polegał pomysł? Czego się panowie spodziewali?

-  Liczyliśmy  na  to,  że  Tolly  przekaże  pióro  panu  AX.  Dlatego  Jacqueline  i  Mark

Rainer w środę rano obserwowali na rynku stragan Tolly’ego. - Spojrzał na zegarek. Wstał. -

Niestety,  muszę  już  iść.  Przyrzekłem  Carol,  że  przed  powrotem  do  Londynu  wpadnę  do

Eryka. Zamartwia się o nią.

- Czy Eryk wie, że Carol nic się nie stało i jest w Esher?

- Nie. Nie wie i nie chcemy, żeby wiedział. Nikt nie może wiedzieć. W każdym razie

w tej chwili.

background image

- Dobrze, jeżeli panom na tym zależy.

Milton  przyglądał  się,  jak  Brent  wypił  resztę  whisky  i  postawił  szklankę  na  stole.

Brent skinął głową inspektorowi, wziął płaszcz i kapelusz i skierował się do drzwi.

- Dobranoc, inspektorze. Dziękuję. Milton nie odprowadził go do drzwi.

-  Dobranoc  -  powiedział,  a  gdy  Brent  był  już  w  hallu  i  otwierał  drzwi,  zawołał:  -

Proszę serdecznie pozdrowić Carol.

- Tak. Nie zapomnę.

Brent energicznie zamknął drzwi.

B

rent  przyjechał  do  Becklehurst  znacznie  później,  niż  zamierzał.  Po  wyjściu  od

Miltona miał ogromną ochotę od razu wrócić do Esher, ale przyrzekł Carol, że zobaczy się z

jej bratem i postanowił dotrzymać słowa. A poza tym chciał o coś zapytać Vynera.

Jak zwykle zaparkował wóz na podwórzu. W domu było  zupełnie ciemno. Wyłączył

motor, zgasił światła i siedział przez chwilę, aby oswoić oczy z ciemnością. Potem wysiadł i

przyjrzał  się  domowi.  Może  Vyner  zrezygnował  z  zobaczenia  się  z  nim  i  wcześnie  poszedł

spać.  Czasem  tak  robił,  gdy  miał  wstać  o  świcie.  W  obecnej  sytuacji  było  to  jednak  mało

prawdopodobne.

Podszedł  do  drzwi,  nacisnął  klamkę.  Drzwi  były  zamknięte  na  klucz.  Posłużył  się

kołatką,  po  czym  długo  naciskał  dzwonek  Gdzieś  za  domem  zaszczekał  pies.  Przypomniał

sobie: czwartki Olive miała wolne.

Zszedł po schodkach i ruszył w stronę garażu. Musiał przejść obok miejsca, gdzie pięć

dni  temu  dostał  cegłą  w  głowę.  Wyminął  z  daleka  krzaki,  w  których  schował  się  wtedy

napastnik. Przez otwarte drzwi garażu zobaczył, że nie ma humbera. A może Eryk, który za

nic w świecie sam nie przyrządziłby sobie posiłku, pojechał gdzieś na kolację? Jeżeli tak, to

powinien  zaraz  się  zjawić.  Brent  wrócił  do  wozu,  zapalił  papierosa  i  podniósł  kołnierz

płaszcza. Powietrze było przejmująco chłodne. Nad ranem mógł chwycić przymrozek.

Oczy już  się oswoiły  z  mrokiem.  Kontury  budynków  gospodarczych,  dość bezładnie

wzniesionych  koło  domu,  rysowały  się  wyraźniej  na  tle  nieba.  Duża  stodoła  była  jeszcze

starsza niż dom. Carol protestowała, gdy Eryk okrył stodołę nowym dachem z falistej blachy,

na co odpowiedział, że drzewo stoczone przez robaki nie udźwignie ciężaru dachówki. Falista

blacha  jeszcze  się  nie  spatynowała  i  w  bladym  świetle  gwiazd  połyskiwała  posępnym

blaskiem.

background image

Stojąc  na  podwórzu  Brent  przebiegł  w  myśli  wydarzenia  ostatniego  tygodnia.  Od

zamordowania  Fieldinga  po  raz  pierwszy  miał  wolną  chwilę  i  mógł  pomyśleć.  Wyznanie

prawdy narzeczonej przyniosło mu ulgę, ale odzyskanie jej zaufania zabrało mu więcej czasu,

niż  mógł  sobie  na  to  pozwolić.  Musiał  jednak  nakłonić  Carol,  by  się  zastosowała  do  jego

wskazówek do chwili, gdy zdemaskuje pana AX.

Aż dziw brał, że wśród ciszy, która zrazu wydała się niczym nie zmącona, odróżniał

tyle  odgłosów.  Pies  przestał  szczekać.  Nagle  gdzieś  za  domem  rozkwiczały  się  świnie.

Zapewne,  jak  to  się  mówi,  za  panią  matką.  Na  pobliskim  polu  klacz  zarżała  miłośnie,  ze

stodoły bezszelestnie sfrunęła jak cień sowa. Po krótkiej chwili usłyszał jej hukanie spośród

drzew dojazdowej alei.

Ze  stodoły  dobiegł  metaliczny  brzęk,  niesamowicie  głośny.  W  uszach  Brenta

zabjzmiał,  jakby  ktoś  odbezpieczył  automat,  ale  przypuszczenie  wydało  mu  się  wprost

ś

mieszne.  A  jednak  ktoś  mógł  być  w  stodole  i  stamtąd  go  śledzić.  Nagle  niezwykle

wyostrzone  ucho  Brenta  dosłyszało  szelest,  jakby  ktoś  stąpał  po  słomie.  Niby  spacerując,

skierował  się  ku  stodole.  Z  jaśniejszego  miejsca  przed  domem  wstąpił  w  gęsty  mrok  koło

stodoły.  Zbliżywszy  się  zobaczył,  że  wrota  są  otwarte.  Teraz  był  już  pewny,  że  ktoś  jest  w

stodole, bo ten ktoś widocznie postanowił zmienić pozycję i napatoczył się na belkę. Musiał

być  mieszczuchem,  nie  nawykłym  do  wiejskiej  ciszy  i  ciemności.  Brent  był  pewny,  że

nieznajomy  kryje  się  za  lewym  skrzydłem  wrót  i  być  może  wysuwa  wycelowaną  na  niego

muszkę automatu przez szczelinę między zawiasami.

Schylił  się,  podniósł  kamień  i  przylgnął  do  pnia  drzewa.  Znalazł  się  w  trudnej

sytuacji.  Wiedział,  że  go  śledzono.  Było  wielce  prawdopodobne,  że  chcą  go  zamordować.

Mógł  bez  żadnych  oporów  zabić  człowieka  gołymi  rękami,  ale  musiał  mieć  absolutną

pewność, kogo zabija. Gdyby się pomylił, Vyner, po powrocie do domu, znalazłby jednego ze

swych robotników z przetrąconym karkiem.

Zawołał:

- Jest tam kto?

Głos  odbił  się  echem  od  domu.  Pies  znów  zaczął  szczekać.  Nagły  poryw  wiatru

trzasnął otwartymi drzwiami stodoły. Ale ze środka nikt nie odpowiedział.

Brent nabrał powietrza w płuca i naprężył się. Mocno ścisnął kamień w ręce, podniósł

ramię  w  górę  jak  do  rzutu  granatem.  Pocisk  przeleciał  nad  szczytem  stodoły  i  z  hukiem

uderzył  w  dach  po  drugiej  stronie.  Gruchocząc  stoczył  się  po  falistej  blasze  i  z  głuchym

odgłosem upadł za stodołą.

background image

W tej samej chwili Brent wskoczył przez otwarte wrota i rzucił się na zasłane słomą

klepisko.  Liczył  na  to,  że  przez  parę  decydujących  sekund  hałas  kamienia  rozproszy  uwagę

mordercy. Teraz, gdy się znalazł w stodole z domniemanym napastnikiem, widział gorzej niż

on. Tamten stał między nim a otwartymi wrotami. Ale czy wiedział, że Brent się tutaj dostał?

Leżał bez ruchu z zapartym tchem.

Po  jakichś  trzech  minutach  dostrzegł  ciemną  sylwetkę  poruszającą  się  za  drzwiami.

Nieznajomy stanął w wyjściu i ostrożnie wyglądał na podwórze. W ręce trzymał automat, w

mroku zarysowały się długie włosy.

Wybór  był  prosty.  Zabić  lub  zostać  zabitym.  Ale  Filey  się  przeliczył.  Popełnił  błąd

opuszczając swój żywioł: miasto.

Brent  rzucił  się  i  złapał  go  tak  niespodziewanie,  że  Filey  runął  na  ziemię.  Ale

snajperski instynkt nie pozwalał mu w żadnej sytuacji wypuścić automatu z ręki. Wiedząc, co

jest najbardziej niebezpieczne, Brent chwycił go za przegub i wykręcił mu rękę, Filey jęcząc

z bólu padł na twarz.

Brent naciskał coraz mocniej.

- Puść automat!

Tuż  przed  złamaniem  ręki  w  łokciu  Filey  puścił  broń.  Brent  odrzucił  automat  parę

jardów dalej. Było lepiej, niż się spodziewał. Dostanie Fileya żywego. Trzymając prawą rękę

wykręconą za łopatkami, złapał go za lewą rękę. Trzeba było tak samo ją wykręcić i związać

obie ręce nylonowym szalikiem, aby Filey stał się łagodny jak baranek.

Zajęty Fileyem Brent nie zauważył postaci, która zjawiła się przed wrotami stodoły i

spokojnie obserwowała  walkę.  Przybysz nagle zobaczył automat  u  swoich  stóp, schylił się  i

podniósł go. W prawej ręce ściskał już sztylet komandosa. Był w rękawiczkach.

Odczekał aż Brent, który klęczał okrakiem nad stękającym Fileyem, wyprostował się,

po  czym  wolno,  spokojnie  wbił  mu  nóż  w  lędźwie.  Brent  jeszcze  się  podniósł,  spróbował

wyrwać nóż i runął na twarz.

Filey przetoczył się na plecy i spojrzał na swego zbawcę. Wolno wstał. Masował sobie

przeguby i łokcie.

- Boże! - zawołał. - Dobrze, że pan się tu znalazł.

- Tak. Mieliśmy szczęście - odparł tamten. - Chce pan automat?

Przyłożył  automat  do  prawej  ręki  i  trzymał  go  z  lufą  wycelowaną  w  Fileya.  Ten

podszedł,  by  go  odebrać.  Gdy  znalazł  się  w  odległości  trzech  stóp,  przybysz  pociągnął  za

spust.  Filey  złapał  się  obiema  rękami  za  brzuch  i  upadł.  Morderca  rzucił  automat  między

trupy dwóch mężczyzn, odwrócił się i szybko wyszedł ze stodoły.

background image

R

estauracja „Weldon Steak House” była dość droga, ale otwarta dłużej niż inne lokale

w miasteczku. Zanim Milton skończył notatkę o rewelacjach Brenta, zrobiło się późno, wobec

czego, rad nierad, postanowił zafundować sobie dobrą kolację.

Gdy podano mu rachunek, doznał lekkiego wstrząsu. Odliczył sumę z właściwą sobie

skrupulatnością.  Właśnie  medytował,  ile  wyniesie  dziesięć  procent  napiwku,  jaki  zamierzał

zostawić na stoliku, gdy kątem oka dostrzegł nadchodzącego Phillipsa.

- Cześć, Roy!

- Szukaliśmy cię w całym mieście. Dzwoniłem, bez skutku, do domu...

- Jadam od czasu do czasu - łagodnie bronił się Milton. - O co chodzi, Roy? Stało się

coś?

Phillips przysunął sobie krzesło i odprawił kelnera. Siadł naprzeciw inspektora, oparł

się łokciami o stolik.

- Brent - powiedział ściszonym głosem. - Został zamordowany.

Milton osłupiał. Nie był w stanie przyjąć tego do wiadomości.

- Co? Nie żyje? Jesteś tego pewny?

-  Absolutnie  -  z  ponurą  miną  potwierdził  Phillips.  -  Widziałem  go.  Przed  chwilą

pożegnałem się z lekarzem.

-  Przecież  był  u  mnie  nie  dalej,  jak  godzinę  temu.  Powiedział,  że  jedzie  do  Eryka

Vynera, a potem wraca do Londynu...

Przerwał  niecierpliwie  marszcząc  brwi  -  podszedł  do  nich  kelner,  wziął  spodek  z

rachunkiem i napiwkiem. „Dziękuję panu bardzo” - powiedział bezbarwnym tonem i poszedł

do kasy.

-  Zaraz,  zacznijmy  od  początku  -  powiedział  Milton.  -  Co  się  stało?  Gdzie  został

zamordowany i w jaki sposób?

-  Nożem.  Eryk  znalazł  go  w  stodole,  tej  dużej,  koło  domu.  Był  tam  jeszcze  ktoś,

niejaki Filey. Też trup. Dostał kulę w brzuch.

- Ale co, do cholery, się stało, Roy?

Phillis  przyglądał  się  Miltonowi  z  niewyraźną  miną.  Wiedział,  że  inspektor  od

ujawnienia morderstwa Fieldinga miał nerwy napięte, ale był pewny, że ten flegmatyk nigdy

nie  da  się  wyprowadzić  z  równowagi.  Teraz  nie  był  już  taki  pewny.  Ostatnią  wiadomość

Milton przyjął w bardzo osobisty sposób.

background image

- Uważam, że między Brentem a Fileyem doszło do walki, w czasie której Filey został

zastrzelony. Ale, w ostatniej chwili...

Przerwał.  Para  przy  sąsiednim  stoliku  zapłaciła  rachunek  i  teraz  przechodziła  koło

niego.

- To tylko mój domysł, taka hipoteza.

- Mówże!

- Myślę, że nagle, w ostatniej chwili, ktoś trzeci się tam zjawił...

Milton skinął głową.

-  Tak,  to  całkiem  prawdopodobne!  Eryk  mówił  mi,  że  czekał  na  Harry’ego,  ale

zadzwonił  do  niego  Tolly  i  musiał  pojechać  do  Market  Weldon.  Jak  wrócił,  zobaczył  na

podwórzu  wóz  Harry’ego.  Wiedział,  że  Harry  nie  mógł  wejść  do  domu,  bo  drzwi  były

zamknięte, a gosposia miała wychodne. Szukał go wszędzie, aż w końcu wszedł do stodoły.

Rany  boskie,  możesz  sobie  wyobrazić,  jakie  to  na  nim  zrobiło  wrażenie!  Eryk  się  załamał,

zupełnie się załamał.

Milton popatrzył na Phillipsa, po czym gwałtownie odepchnął stolik i wstał.

-  Dobrze,  Roy.  Idziemy.  Trzeba  to  zobaczyć.  Potem  oddam  sprawę  w  twoje  ręce.

Wiesz, co robić?

- A ty dokąd? - spytał Phillips. Pochlebiło mu to, ale i zdziwiło go.

- Pomówię z Vynerem, a potem jadę do Esher.

- Do Esher?

- Tam jest Carol. Ktoś musi jej powiedzieć o Harrym Brencie.

T

o jest szok - powiedziała Jacqueline. - Człowiek jest wytrzymały tylko do pewnych

granic.  W  ciągu  ostatnich  paru  dni  zaznała  tyle  strachu,  tak  wiele  było  niespodzianek  i

nagłych  zmian  sytuacji,  że  już  nic  do  niej  nie  dociera.  Po  prostu  umysł  nie  zarejestrował

strasznej nowiny. Potem nastąpi reakcja i wtedy...

Milton  rozmawiał  z  Jacqueline  Dawson  w  jej  saloniku.  Zakomunikował  Carol

wiadomość  jak  umiał  najdelikatniej.  Oczekiwał,  że  wybuchnie  gniewem  i  będzie  mu

wyrzucała, że dopuścił do tego, albo załamie się i będzie się zalewała łzami. Stało się inaczej.

Ledwie  go  zobaczyła,  domyśliła  się,  jaką  przyniósł  wiadomość.  Drętwo  słucha-”  ła,  jak

jąkając się mówił urywanymi zdaniami. Gdy skończył, spojrzała na Jacqueline.

- Chciałabym zostać sama.

- Tak, naturalnie, kochanie. Może idź do swojego pokoju.

background image

Jacqueline  objęła  ją  i  wyprowadziła  do  pokoju,  w  którym  Carol  była  więziona.

Zamknęła drzwi, wróciła do Miltona.

- Czy mógłbym w czymś pomóc? Jacqueline popatrzyła na zamknięte drzwi.

- Nie ma sensu, żeby została u mnie. Teraz na pewno nie zaśnie. Poza tym zaraz tutaj

zrobi  się  ruch.  Muszę  zadzwonić  do  Marka  Rainera  i  przekazać  wiadomość  sir  Gordonowi

Townowi...

-  Już  chyba  wie  -  wtrącił  Milton.  -  Zameldowałem  generalnemu  nadinspektorowi

Stentonowi. Jeśli się nie mylę. Stenton współpracuje z pani kolegami z D.I.5.

- A to świetnie. Panie inspektorze, był pan wspaniały w czasie całej tej historii. Harry

mówił, że uważa pana...

- W tej chwili martwię się o Carol - przerwał jej Milton. - Widzi pani, Carol ma tylko

Eryka, swego brata, i nie jestem pewny, czy on...

- Trzeba ją czymś zająć. Najgorzej, jak będzie siedziała bezczynnie i rozmyślała. Na

pewno  coś  się  znajdzie  dla  niej  w  Market  Weldon.  A  może  by  wróciła  do  zakładów

Fieldinga?

-  Znajdzie  się  praca  dla  niej.  Ale  inna.  -  Zwrócił  się  w  stronę  zamkniętych  drzwi.  -

Dziękuję, że pani o tym pomyślała.

Carol  stała  przy  oknie  plecami  do  pokoju  wpatrując  się  w  ciemną  noc  przez

rozchylone zasłony. Usłyszała, jak zapukał i wszedł. Odwróciła się. Była blada jak płótno, ale

oczy miała wciąż suche.

- Żałuję, że nie mogę ci pomóc, CaroL

-  Jesteś  bardzo  kochany,  Alan,  żeś  natychmiast  tu  przyjechał.  Ale  właśnie

zastanawiałam się... dlaczego Eryk pojechał do Market Weldon, skoro umówił się z Harrym.

Gdyby został w domu, nigdy by do tego nie doszło.

- Obawiam się, że doszłoby. Ten człowiek - był zdecydowany zabić Harry’ego, jeżeli

nie dziś, to kiedy indziej.

- A co z Erykiem? Pewnie się załamał.

-  Tak,  był  to  wielki  wstrząs,  naturalnie.  Przecież  właśnie  on  znalazł  Harry’ego  i

Fileya.  Wiesz,  powiedziałem  mu,  że  nic  ci  się  nie  stało.  Teraz,  jak  Harry...  Nie  miało  już

sensu udawać, żeś się utopiła. Pytał, czy mógłbym cię odwieźć do Becklehurst.

-  Dziękuję.  -  Potrząsnęła  głową  odrzucając  włosy.  -  Pozbieram  swoje  rzeczy.

Przynajmniej nie muszę się pakować.

Wzięła  z  łóżka  etolę  i  zaczęła  zbierać  z  nocnego  stolika  kosmetyki  i  wrzucać  do

torebki.

background image

-  Możesz  mi  wierzyć,  Carol...  -  zaczął  z  zażenowaniem.  -  Strasznie  mi  żal  -

Harry’ego... i... i po prostu nie wiem, co powiedzieć.

- Nic nie możesz powiedzieć, Alan. Nikt tu nic nie wymyśli.

Zobaczył, że pasek Carol wisi na krześle. Podał jej - ich - ręce się przelotnie dotknęły.

- Wiem, że chwila jest najmniej odpowiednia, by o tym mówić... - Urwał. Przestała się

krzątać, spojrzała na niego.

- Sprawa przejdzie teraz w inne ręce - to nie ulega wątpliwości. Pewnie bardzo szybko

zostanę z niej wyłączony. Wpadłem na trop. To tylko domysł, ale...

- Słucham cię, Alan.

-  Zdaje  mi  się,  że  wiem,  kto  zabił  Harry’ego.  I  gdyby  dali  mi  trochę  czasu,  a  ty  byś

pomogła... chyba przygwoździłbym łajdaka.

Carol wrzuciła ostatni drobiazg do torebki i zamknęła ją.

- Oczywiście, pomogę ci, Alan. - W oku błysnęła jej iskierka ożywienia. - Na pewno.

Ale jak? Co mam zrobić?

Wskazał na jedyny fotel w pokoju.

- Siadaj, Carol. Zaraz ci powiem.

J

ak  Milton  przewidział,  zamordowanie  agenta  D.I.5  spowodowało  zwrot  w  całej

sprawie.  Niemal  cały  następny  dzień  spędził  na  udzielaniu  szczegółowych  informacji

funkcjonariuszom  przysłanym  przez  generalnego  nadinspektora  Stentona.  Ale  udało  mu  się

uzyskać zgodę na prowadzenie sprawy przez następnych czterdzieści osiem godzin zgodnie z

jego hipotezą.

Dopiero wieczorem dopadł Tolly’ego „Pod Niedźwiedziem” w Market Weldon. Tolly

siedział w barze przed stosem kanapek i kuflem piwa pogrążony w lekturze wieczornej gazety

z  relacją  o  najświeższych  wydarzeniach  z  serii  morderstw  w  Market  Weldon.  Miltona

zauważył dopiero, gdy ten usiadł na wolnym krześle obok i postawił szklankę na stoliku.

- Dobry wieczór.

Tolly  wyraźnie  drgnął,  ale  szybko  odzyskał  pewność  siebie.  Odrzucił  już  czarny

krawat i paradował w nowym, jedwabnym, modnie kwiecistym.

- Aa, cześć, inspektorze. Jak to się plecie na tym świecie! Właśnie o panu czytałem!

Rany boskie, co to się stało w nocy na farmie Vynera?

- Wszystko ma pan tutaj - Milton wskazał na gazetę. - Nie potrafię panu powiedzieć

więcej, niż napisali reporterzy.

background image

-  Co  najdziwniejsze,  inspektorze,  widziałem  się  wczoraj  z  Erykiem  Vynerem.  Był  u

mnie do...

-  Tak.  Wiem.  Właśnie  dlatego  chciałem  się  z  panem  zobaczyć.  Słyszałem,  że

zadzwonił pan do niego i zaproponował spotkanie w Market Weldon.

- Nie. - Tolly szybko pogryzł i przełknął kawał kanapki z wołowiną. - To on do mnie

zadzwonił.

- On do pana?

-  Tak  jest.  Starał  się  zdobyć  dla  mnie  trochę  zieleni.  Wczoraj  wieczór  zadzwonił  do

mnie,  że  da  się  zrobić.  Zaczęliśmy  mówić  o  tej  transakcji  i...  krótko  mówiąc,  targowaliśmy

się, więc zaprosiłem go do siebie na rozmowę przy szklaneczce.

- O której to było godzinie?

- O wpół do dziewiątej, chyba.

- Czy to znaczy, że Vyner przyjechał do pana o wpół do dziewiątej?

- Nie, wtedy zadzwoniłem do niego. Przyjechał do mnie koło dziewiątej.

- I jak długo był u pana?

-  Och,  powiedziałbym:  godzinę.  Może  trochę  dłużej.  -  Tolly  wbił  już  zęby  w  drugą

kanapkę,  ale  się  wycofał.  -  Na  miłość  boską,  nie  sądzi  pan  chyba,  że  Vyner  ma  z  tym  coś

wspólnego.

-  Nie  wiemy,  proszę  pana.  Ale  cieszy  mnie,  że  pan  go  nie  podejrzewa.  W  tej  chwili

jest pan bardzo ważnym świadkiem, jeśli chodzi o niego.

- Ja? Ważnym świadkiem? - Tolly spojrzał po sobie z przesadnym zdziwieniem. - A to

dlaczego?

-  Wedle orzeczenia  lekarskiego  Brent został  zamordowany  około  wpół  do  dziesiątej,

jeśli więc mówi pan prawdę...

- Jasne, że mówię prawdę!

- ... jeśli mówi pan prawdę, wyłącza to Vynera.

- Dopiero teraz zrozumiałem, do czego pan zmierza! - Tolly się podniecił. - Chodzi o

to, że ja jestem jego alibi.

Milton skinął głową i podniósł szklankę.

- Właśnie. Pan jest jego alibi. - Po czym dodał, jakby mu to teraz przyszło do głowy: -

A on jest pańskim alibi, naturalnie.

background image

N

a  drugi  dzień  rano  Carol  pocieszała  się,  że  to  już  ostatni  dzień  jej  pracy  w  firmie.

Straszny  był  ten  tydzień!  Jeszcze  oszołomiona  zawrotnym  rozwojem  wypadków,  wiedziała,

ż

e  pracuje  z  wydajnością  zmniejszoną  do  połowy.  Jej  myśli  raz  po  raz  uciekały  od

wykonywanej pracy. Kiedy sczepiły się cztery litery, wydarła z maszyny list i wrzuciła go do

kosza.  Zapaliła  papierosa  i  pomyślała,  że  za  dużo  pali.  Żyła  teraz  z  dnia  na  dzień  i  unikała

myśli o przyszłości.

Zadzwonił telefon na biurku. Podniosła słuchawkę.

- Carol Vyner przy telefonie. Słucham.

- Carol, to ja, Eryk...

Serce zabiło jej mocniej. Z wielkim wysiłkiem opanowała głos.

- A, jak się masz, Eryk. Skąd dzwonisz?

- Jestem w domu. Przepraszam, że zawracam ci głowę. Wiem, że jesteś bardzo zajęta,

ale chciałem ci coś powiedzieć. Olive nie wróci dziś wieczór. Jej bratu się pogorszyło.

- O, Boże drogi! Przepraszam. Nic nie szkodzi, dziękuję, żeś mnie o tym zawiadomił.

- Zaciągnęła się. - Słuchaj, chciałam poprosić cię o radę w pewnej sprawie, jeżeli masz trochę

czasu.

- Ależ naturalnie.

- Opróżniając dziś szuflady w gabinecie Fieldinga znalazłam klucz.

- No i co?

- Okazało się, że jest to klucz do sejfu w jego pracowni, wiesz, w tym sanktuarium.

- Tak. Rozumiem.

- Kiedyś, bardzo dawno temu, Fielding pokazał mi ten sejf i... Może nie powinnam ci

o tym mówić.

- Powiedz - Vyner wyraźnie się zainteresował. - O co chodzi?

-  Znalazłam  kopertę.  Z  napisem:  „Pilne”,  zaadresowaną  do  jakiegoś  Fostera  w

Ministerstwie Lotnictwa.

- Ministerstwie Lotnictwa?

- Tak. Jak myślisz, co powinnam zrobić? Posłać ten list do Ministerstwa czy oddać go

policji?

-  Oddaj  policji  -  powiedział  Vyner  po  krótkim  namyśle.  -  Na  pewno  nie  popełnisz

błędu, jeśli to zrobisz. Zadzwoń do Alana i wszystko mu powiedz.

- Chyba masz rację. Zrobię, jak radzisz. Dziękuję ci. Do widzenia.

background image

Położyła słuchawkę. Przez chwilę wpatrywała się w nią. Doznawała na przemian ulgi,

uczucia  niepewności  i  rozczarowania.  Skończyła  papierosa,  znów  zapaliła  i  zabrała  się

jeszcze  raz  do  przepisywania  trudnego  listu.  Otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  Milton.  Był  w

granatowym  płaszczu  i  szarym  kapeluszu.  W  ręce  trzymał  teczkę.  Położył  ją  na  brzegu

biurka.

- Spóźniłem się, Carol. Strasznie przepraszam, ale w tej chwili wróciłem z Londynu.

Jest zmęczony - pomyślała. - Jak długo może wytrzymać w takim napięciu?

-  Szkoda,  żeś  nie  zobaczył,  jak  zagrałam  swoją  rolę.  W  tej  chwili  położyłam

słuchawkę.

- I jak ci poszło?

- Uważam, że dobrze. Postarałam się wzbudzić zaufanie.

- Na pewno się udało. - Przyjrzał jej się uważnie. - Lepiej dzisiaj wyglądasz. Spałaś w

nocy?

- Spałam parę godzin - uśmiechnęła się blado. Otwarł teczkę.

- Niebawem dowiemy się, czy moje przeczucie było trafne. Masz tę kopertę.

Wyjął z teczki okazałą dużą kopertę, opatrzoną woskowymi pieczęciami z obu stron i

czerwonymi napisami: „Do rąk własnych” i „Poufne”. Adres brzmiał: Mr. A. F. Foster, Dep.

TZ. 95 - Ministerstwo Lotnictwa. Koperta napęczniała od zawartych w niej dokumentów.

-  Ba  -  powiedziała  Carol  ważąc  kopertę  w  ręce.  -  Wygląda  to  imponująco!  Jak  ci

poszło ze Stentonem?

-  Nie  najgorzej,  jeśli  wziąć  pod  uwagę  sytuację.  -  Siadł  na  brzegu  biurka.  -  Dał  mi

trochę po nosie, ale zgodził się, żebym w ciągu dwudziestu czterech godzin...

Przerwał. Zadzwonił telefon.

- Już jest - cicho powiedziała Carol. - Prosiłam, żeby z nikim innym mnie nie łączyli.

Milton skinął głową.

- Dobrze, Carol. Podnieś słuchawkę.

Przysiadł  się  bliżej,  by  słyszeć  rozmowę.  Carol  zmobilizowała  się  i  podniosła

słuchawkę.

- Carol Vyner, słucham.

- Carol, jeszcze raz Eryk. - Odsunęła nieco słuchawkę od ucha. Milton dobrze słyszał

przenikliwy głos Vynera. - Przepraszam, że przeszkadzam ci w pracy.

- Nic nie szkodzi. Czy coś się stało?

-  Nie,  wcale  nie.  Ale  właśnie  dzwonił  do  mnie  Alan...  Spojrzała  na  Miltona,  lekko

potrząsnął głową.

background image

-  Chce  się  ze  mną  zobaczyć,  wpadnie  tu  koło  pierwszej.  Przyszło  mi  na  myśl,  że

gdybyś przyjechała do domu na obiad, mogłabyś przywieźć tę kopertę i oddać ją Alanowi.”

- A wiesz, to świetny pomysł. Skinęła głową, spojrzała w oczy Miltonowi.

- Nie tłucz się autobusem, Carol. Weź taksówkę.

- Tak, doskonale. Bardzo cię przepraszam. Mamy w tej chwili strasznie dużo roboty.

- Tak, oczywiście - Vyner trochę się zaniepokoił. - Tylko postaraj się nie spóźnić.

- Postaram się. Cześć, Eryk.

Wolno położyła słuchawkę. Milton się wyprostował. Powiedziała przez ramię:

- Chwyciło.

P

łacąc  taksówkarzowi  Carol  zobaczyła,  że  Eryk  obserwuje  ją  przez  okno  salonu.

Taksówka odjechała, Carol poszła w stronę domu. Na podwórzu stał czerwony austin-healey i

parę innych samochodów. Koło stodoły ktoś zagwizdał z podziwu na jej widok. Mimo woli

odwróciła  głowę  w  tamtą  stronę.  Przed  otwartymi  wrotami  stodoły  stała  olbrzymia

ciężarówka.  Paru  robotników  wynosiło  ze  stodoły  bele  słomy  i  ładowało  je  na  ciężarówkę.

Zagwizdał  młody  olbrzym  atletycznej  budowy,  który  stał  na  ciężarówce.  Pod  jego  szeroko

rozstawionymi nogami stos bel rósł w górę. Mimo przejmującego zimna olbrzym był tylko w

spodniach  i  podkoszulku.  Skóra  błyszczała  mu  od  potu.  Ciężko  pracował  dźwigając  i

układając  bele  na  ciężarówce.  Carol  pomyślała,  że  wygląda  jak  Richard  Burton,  tylko  jest

zbyt zachwycony sobą. Odrzuciła włosy w tył i wbiegła po schodkach.

Z  kopertą  w  ręce  weszła  do  salonu.  Eryk  stał  w  drzwiach  do  gabinetu.  Pykał

przygasającą fajkę, ale najwyraźniej nie przynosiło mu to ulgi. Czuł się bardzo niepewnie.

- Cześć, Carol.

- Gdzie Alan? - ze zdziwieniem rozejrzała się po pokoju. - Jeszcze nie przyjechał?

- Nie, niestety, nie przyjedzie. Dzwonił dziesięć minut temu. Musiał w ważnej sprawie

skoczyć do Londynu.

- Och. Aa, rozumiem.

Vyner zajrzał do fajki i przyklepał tytoń kciukiem.

-  Powiedział,  że  skontaktuje  się  ze  mną  jutro  rano.  -  Zapalając  fajkę  zza  płomyka

zapałki spojrzał zezem na Carol. - Czy to jest... ten list, o którym mówiłaś?

Carol skinęła głową.

- Wiesz, może lepiej schować go w sejfie - powiedział.

- Tak, koniecznie.

background image

Ich  niespokojne  oczy  spotkały  się  na  moment.  Podała  mu  kopertę.  Wziął,  zważył  w

ręce i wyszedł z nią do gabinetu. Zamknął za sobą drzwi. Carol szybko podeszła do okna od

frontu.  Na  ciężarówce  góra  słomy  wciąż  rosła.  Czekała  wpatrzona  w  róg  domu,  za  którym

znajdowały  się  oszklone  drzwi  gabinetu  Eryka  wychodzące  na  podwórze.  Ukazał  się  Tolly.

Szedł  szybko,  pewny  siebie.  Był  w  jaskrawej  sportowej  marynarce.  Włożył  kopertę  do

wewnętrznej kieszeni i zapiął marynarkę.

- Gnojek! Czekał pod drzwiami - odezwał się za nią głos Eryka.

Usłyszała, jak szybko podszedł do telefonu i zaczął nakręcać numer.

- W Bogu nadzieja, że dobrze zapamiętałem numer - mruknął.

- Dzwonisz do Alana?

- Tak, czeka na telefon, jest w budce telefonicznej przy szosie, naprzeciw dojazdu. O,

jest sygnał...

Carol obserwowała Tolly’ego, który przyjaźnie pokiwał ręką robotnikom koło stodoły

i wsiadł do czerwonego austina-healeya. Słychać było, jak włącza motor.

Za plecami Carol Eryk nagle powiedział do telefonu;

- Alan, to ty?... W porządku. W tej chwili odjeżdża. Położył słuchawkę, podszedł do

Carol.

- Teraz - powiedział - zobaczymy, jak się Tolly stąd wydostanie.

Tolly  uśmiechał  się.  Z  przyjemnością  wyczuwał  kopertę  w  kieszeni.  Właściwie  już

był  bezpieczny.  Teraz  tylko  jak  najprędzej  na  lotnisko,  samolotem  na  kontynent  -  i  przed

północą zainkasuje sporą sumkę. Zmienił bieg, pochylił się, żeby włączyć radio.

Ale  zanim  zdążył  przekręcić  gałkę,  musiał  nacisnąć  hamulec.  Wóz  patrolowy

wjeżdżał  z  szosy  w  bramę  alei  dojazdowej  z  irytującą  powagą  i  ostrożnością,  jakie

znamionują  brytyjską  policję.  Aleja  dojazdowa  była  zbyt  wąska,  aby  dwa  wozy  mogły  się

minąć. Wyjazd na szosę został zablokowany.

Tolly gwałtownie zahamował i stanął. Z ostrym zgrzytem włączył tylny bieg. Patrząc

przez  ramię  cofał  się  po  wariacku  w  stronę  farmy.  Szarpał  kierownicą  i  rzucał  wozem  po

drodze.

Wóz policyjny zbliżał się z zawrotną szybkością. Tolly, z obłędem w oczach, spojrzał

w  tamtą  stronę  i  zrozumiał,  że  nie  da  rady.  Mocno  szarpnął  kierownicą  i  postawił  wóz  w

poprzek drogi. Wyrwał kluczyk, otworzył schowek na rękawiczki, wyjął pistolet, który ukrył

tam rano. Wyskoczył i skulony pobiegł w stronę podwórza.

Wóz  policyjny  zahamował  i  stanął  tuż  przed  opuszczonym  „austinem-healeyem.

Wyskoczyło  z  niego  czterech  funkcjonariuszy.  Milton,  Phillips  oraz  dwaj  policjanci  w

background image

mundurach, Smithson i Lunt. Pierwszy biegł Milton. Przeskoczył maskę wozu Tolly’ego. W

tej chwili przednia szyba samochodu, przebita kulą, zrobiła się biała jak śnieg. Tolly strzelił

zza  drzewa  na  podwórzu.  Tak  celny  strzał  z  odległości  trzydziestu  jardów  pohamował

Miltona.  Padł  na  drogę  i  zawołał  do  tamtych,  żeby  się  skryli  za  samochodem.  Lunt  go  nie

usłyszał. Biegł susami skrajem drogi licząc na to, że drzewa, dostatecznie go kryją.

- Lunt! Wracaj! - krzyknął Milton.

Za  późno.  Druga  kula  Tolly’ego  trafiła  policjanta  w  ramię.  Upadł  wijąc  się  z  bólu.

Phillips przeskoczył maskę i podbiegł do Lunta, by udzielić mu pierwszej pomocy.

Milton klął. Sami bohaterscy szaleńcy.

Dopiero dwa strzały, jeden po drugim, uświadomiły robotnikom ładującym słomę, że

coś  się  dzieje.  Przerwali  pracę  i  z  osłupieniem  patrzyli  na  niesamowitą  postać  Tolly’ego.

Drugi strzał i krzyk Lunta przekonał ich, że to nie żarty.

Tolly  przystanął  na  podwórzu  i  zastanowił  się  jakie  ma  szanse  ucieczki.  Była  tylko

jedna możliwość: dróżka, która obok stodoły prowadziła do gęstego lasu, zachowanego przez

Vynera,  bo  świetnie  się  tam  polowało  na  bażanty.  Gdyby  się  dostał  do  tego  lasu...  Ale

ciężarówka zablokowała drogę.

Tolly  szybko  się  zdecydował.  Posłał  jeszcze  jedną  kulę  w  stronę  policjantów,

odwrócił  się  i  ruszył  ku  stojącej  bez  ruchu  osłupiałej  gromadce  robotników.  Pogroził  im

pistoletem.

- Odejść od ciężarówki! - krzyknął. - No, już! Bo strzelam;

Pięciu  odskoczyło  na  bok.  Szósty,  młodzieniec  uparty  i  niezbyt  rozgarnięty,  nie

ś

pieszył się zbytnio. Gdy Tolly zbliżył się, nagle rzucił się na niego. Tolly strzelił. Kula raniła

robotnika w udo. Upadł. Tarzał się na ziemi sycząc z bólu. Robotnicy odwrócili się i stanęli

półkolem patrząc na Tolly’ego z bezradnym gniewem.

Mierząc do nich z pistoletu Tolly cofał się w stronę ciężarówki.

Carol  widziała  z  okna  salonu  gromadkę  wystraszonych  robotników  stojących

półkolem,  policjantów  ostrożnie  posuwających  się  drogą  dojazdową  i  jeden  ważny  element

sytuacji,  nie  dostrzeżony  przez  uciekiniera.  Był  nim  olbrzym  stojący  na  górze  słomy.  Z

wysokości piętnastu stóp spoglądał na Tolly’ego. Każdy krok wstecz Tolly’ego zbliżał go do

czekającej nań postaci.

Mimo  woli  oczy  robotników  zwróciły  się  w  górę.  Wyczuwając  niebezpieczeństwo

Tolly  się  odwrócił,  ale  w  tej  samej  chwili  olbrzym  skoczył  i  zwalił  go  na  ziemię,  miażdżąc

mu żebra. Pozostali robotnicy z gniewnymi okrzykami rzucili się w jego stronę...

background image

M

ilton  wygrał  spór  z  Phillipsem  o  okno.  Było  szeroko  otwarte  i  zamglone

listopadowe  słońce  zaglądało  do  gabinetu  inspektora.  Rześkie  powietrze  zacinało  mrozem.

Milton  podszedł  do  okna  i  głęboko  odetchnął  świeżym  powietrzem.  Phillips,  na  krześle  za

inspektorem, podniósł kołnierz, zaniepokojony przeciągiem między oknem a drzwiami.

- Tolly zamordował żonę - wyjaśniał dalej Milton - bo zaczęła mu się wymykać z rąk i

za  dużo  gadała.  Poza  tym  miała  za  wielu  kochanków.  Tolly  nie  był  temu  przeciwny,  ale

sytuacja  stała  się  niebezpieczna,  kiedy  się  wdał  w  robotę  na  dużą  skalę,  jaką  była  afera  z

Fieldingiem.

-  Tak,  to  mogę  zrozumieć.  Ale  wciąż  nie  mogę  dojść,  co  się  stało  tej  nocy,  kiedy

został zamordowany Brent. Nie znaleźliśmy odcisków jego palców na automacie.

-  Mam  co  do  tego  swoją  własną  teorię.  Tolly  zastrzelił  Fileya  z  jego  własnego

pistoletu.  Bał  się  Fileya.  Podejrzewał,  że  Filey  zabije  go  przy  pierwszej  sposobności.  Im

mniej  wspólników  do  podziału  pieniędzy,  tym  lepiej.  Ponadto  nadarzyła  się  okazja,  żeby

jeszcze jedno zabójstwo przypiąć Brentowi.

Milton podszedł do drzwi i otworzył je. Na korytarzu stał Tomlins.

- Jeszcze rozmawia z nadinspektorem? - spytał Milton.

Tomlins kiwnął głową.

- Jak wyjdzie, natychmiast panu „zamelduję. Może pan inspektor być o to spokojny.

Milton zamknął drzwi. Podszedł do Phillipsa.

- Eryk utrzymywał... hm, zażyłe stosunki z Phyllis Tolly. Prawdę mówiąc, dość często

bywał  w  Kingsdown  Mansions.  Tolly  się  o  tym  dowiedział  i  wpadło  mu  w  ręce  parę

kompromitujących  dowodów.  Wystarczyło  to  do  szantażowania  Vynera.  Groził  mu

skandalem. W czwartek wieczorem Tolly zadzwonił do Vynera i wezwał go do siebie. Eryk

pojechał, ale oczywiście nie zastał Tolly’ego w domu. Tolly czekał na Brenta w Becklehurst.

Milton niespokojnie spojrzał na zegarek, przez chwilę nasłuchiwał, po czym wrócił za

biurko.

- Vyner przeraził się i to tak, że postanowił powiedzieć mi o swoim romansie z Phyllis

Tolly.  Zaryzykowałem.  Z  pomocą  Eryka,  a  także  Carol,  zastawiłem  pułapkę.  Eryk  zaprosił

Tolly’ego do siebie i pozwolił mu podsłuchać swoją rozmowę z Carol. Dalej już wiesz. Tolly

kazał Erykowi jeszcze raz zadzwonić do niej i zdobyć list.

Phillips  wstał  i  podszedł  do  piecyka.  Stanął  blisko,  żeby  ogrzać  swoje  szerokie

siedzenie, ale szybko się wycofał.

background image

- Tak. A kiedy zacząłeś podejrzewać Tolly’ego? Kiedy zdałeś sobie sprawę, że to jest

AX?

- Jak oświadczył, że zmienił zdanie i chce wyznać mi prawdę. Odniosłem wrażenie, że

nie  był  to  prawdziwy  powód  jego  wizyty  u  mnie,  podobnie  jak  fotografia,  którą  przyniósł.

Byłem przekonany, że to tylko preteksty. Naturalnie później, jak uciekł Jason...

-  Upewniłeś  się  w  tym  przekonaniu  -  dokończył  za  niego  Phillips.  -  Tolly  podłożył

pistolet w toalecie.

- Tak i tylko po to przyszedł do komendy. Niepokoił się o Jasona, a może trochę się

go  bał.  Tolly  był  najbardziej  wystraszony  w  tym  kwartecie,  a  równocześnie  najbardziej

niebezpieczny...

Dyskretne pukanie do drzwi przerwało potok wyjaśnień Miltona. Podniósł wzrok znad

biurka. W drzwiach ukazała się głowa Tomlinsa.

- Panna Vyner właśnie wyszła, panie inspektorze.

- Wyszła? - zawołał podniecony Milton. - Czy nadinspektor zrezygnował z jej zeznań?

- Już zapięte na wszystkie guziki. Złożyła zeznanie i podpisała.

Milton upuścił ołówek na biurko. Wstał i pchnął krzesło, aż zgrzytnęło o podłogę.

- Zastąpisz mnie na chwilę - rzucił sierżantowi idąc do drzwi. - Zaraz wrócę.

Gdy  wyszedł,  Phillips  i  Tomlins  wyszczerzyli  zęby  do  siebie.  Phillips  podszedł  do

okna i energicznie je zamknął. Stanęli przy zamglonym oknie i wyglądali.

Z głównej bramy wyszła Carol. Wolnym krokiem szła w stronę ulicy. Przystanęła na

trotuarze,  jakby  niepewna,  dokąd  pójść.  Wiatr  rozwiewał  jej  włosy  i  przyciskał

nieprzemakalny  płaszcz  do  szczupłej  sylwetki.  Carol  niezdecydowana  poszła  w  kierunku

High Street.

Phillips dał sójkę w bok Tomlinsowi.

Ukazał  się  Milton.  Bez  płaszcza  i  kapelusza  biegł  w  stronę  ulicy.  Zobaczyli,  jak

dogonił Carol. Przystanęła, odwróciła się do niego. Nastąpiła krótka rozmowa. Carol wahała

się, Milton ją do czegoś namawiał. Dała się przekonać i wraz z nim poszła w stronę parkingu,

gdzie  stał  jego  austin  mini  Naturalnym  opiekuńczym  gestem  wziął  ją  pod  rękę,  a  Carol  w

sposób tak samo naturalny zrównała z nim krok.