background image

KRYSTYNA SIESICKA

ZAPACH RUMIANKU

background image

PIRAMIDA

- Bonjour, madame! - mówiłyśmy.

- Bonjour, mes enfants! - odpowiadała pani Jannot. Klara zawsze była lepsza.

- Tres bien - mówiła pani Jannot. - Tres bien, Claire! - chwaliła ją. A dla mnie miała 

tylko uśmiech. Miły, dobry uśmiech. Czasami jednak kładła mi rękę na głowie i szeptała 

cicho:

- Pauvre Susanne...

Biedna Zuzanna. O ile wtedy miała rację, o tyle pomyliła się na przyszłość. W życiu 

ułożyło mi się lepiej niż Klarze. Wygodniej. Zabawne, ale ani jej, ani mnie na nic nie przydał 

się francuski, ta zmora mojego dzieciństwa, i scena, na której nie ja, tylko Klara zbierała 

oklaski. Dawno minęły już czasy pani Jannot, naszych wspólnych lekcji, tajemnic, zwierzeń, 

uniesień. Tego, co teraz jest między Klarą a mną, nie można nazwać przyjaźnią. To raczej 

przywiązanie i suma wspomnień nas łączy, ale myślę, że niekiedy jest to więź silniejsza niż 

inne. Dawniej wiedziałam o Klarze wszystko, dziś wiem niewiele, a jednak zawsze ogarnia 

mnie   tkliwość,   kiedy   spotykam   Klarę,   często   po   latach   niewidzenia.   Zdumiewa   mnie   jej 

codzienny trud.

- To wszystko sprawa wyboru - twierdzi Klara.

- Ale czy jesteś szczęśliwa? - pytam naiwnie, tak jak dawniej naiwnie mawiałyśmy: 

„Och, musimy być szczęśliwe!”.

- Tak - odpowiada Klara. - Jestem szczęśliwa, chociaż chwilami bywam wściekła.

Ze mną odwrotnie. Najczęściej jestem wściekła, a tylko chwilami bywam szczęśliwa. 

Pomimo wszystko uważam, że w życiu ułożyło mi się lepiej niż Klarze.

Myślę o tym, siedząc na leżaku przed jej domem. Lato w tym roku jest cudowne, a 

pobyt u Klary, te kilka leniwych  dni, które mam poza sobą, przyniosły mi odprężenie, o 

którym marzyłam.

- Słuchaj, czy ty pamiętasz panią Jannot? - pytam.

- Oczywiście!

Klara uśmiecha się i ramieniem odgarnia opadające na czoło włosy. Czyści cebulki 

tulipanów, spieszy się, twierdzi, że to zaległa robota, którą powinna wykonać już dawno, ale 

nie chce mojej pomocy.

- Dlaczego przypomniała ci się pani Jannot?

- Nie wiem. W każdym razie ten francuski nie przydał się ani tobie, ani mnie. Ja 

używam wyłącznie angielskiego, a ty do zwierząt mówisz tylko po polsku.

background image

- Mylisz się. Czasami mówię do nich po francusku - śmieje się.

- Wtedy, kiedy klnę. Zwierzęta często mnie złoszczą.

- Przecież je kochasz. Twoja sąsiadka mówiła mi wczoraj: „Klara to ci dopiero kocha 

zwierzęta! Da pani wiarę? Ona nawet krowy myje szamponem”. Dlaczego się śmiejesz?

- Pani Jannot nie pozwalała ci przedrzeźniać ludzi, pamiętasz? Biedna, nie wiedziała, 

że tępi w tobie coś, co za kilka lat innych będzie zachwycać, co inni będą oklaskiwać. Już 

wtedy byłaś aktorką, ma pauvre Susanne! A co do krów, to moja sąsiadka miała rację. Myję 

je czasami szamponem, fakt.

- Oszalałaś?

-   Nie.   Po   prostu   jest   mi   przyjemnie,   kiedy   przy   dojeniu   czuję   zapach   dobrego 

kosmetyku.

Przytrzymuję   palcem   zielony   listek,   który   miał   chronić   mój   nos   od   zbyt   mocnej 

opalenizny, i patrzę na Klarę.

- Dziwisz się? Ty? Taka estetka? Wąchałaś kiedy krowę? - pyta.

- Nie.

- To powąchaj.

Nasze spojrzenia spotykają się.

- Z tym liściem na nosie nie wyglądasz najlepiej - mówi Klara.

- Czy rzeczywiście musisz?

-   Muszę.   W   najbliższym   sezonie   będę   grała   Ofelię.   Nie   mogę   się   opalić,   moja 

charakteryzatorka dostałaby szału. A poza tym...

- Poza tym...?

- Tadeusz nie lubi opalenizny.

-   Tadeusz   nie   lubi   opalenizny   -   powtarza   Klara   i   wrzuca   kolejną   cebulkę   do 

drewnianej skrzynki.

Wiem, że w tym powtórzeniu kryje się ironia. Klara nie znosi Tadeusza.

-   Wyglądasz   świetnie   -   mówi.   -   Ale   czy   istotnie   Ofelię   musi   grać   aktorka 

czterdziestoletnia?

- Dam sobie radę.

Wcale nie wyglądam świetnie, przeciwnie, te zmarszczki koło oczu i bruzdy wzdłuż 

policzków sprawiają, że nikt nie może mi dać mniej lat, niż mam w rzeczywistości. Klara z 

pewnością   wygląda   młodziej   niż   ja.   Tres   bien,   Claire!   Pauvre   Susanne...   Być   może   pod 

niektórymi względami pani Jannot miała rację.

- Przyniosę ci maślanki - mówi Klara. - Powinnaś więcej jeść. Przyniosę ci maślanki i 

background image

chleba z twarogiem.

- Dziękuję, ale może trochę później, teraz nie jestem w stanie przełknąć ani kęsa.

- Proszę cię, Zuza, zjedz teraz.

- Nie, nie mogę.

Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma 

cebulki przeznaczone do selekcji.

- Czy nigdy nikt nie powiedział ci prosto z mostu, że jesteś zbyt chuda? - pyta.

- Chuda? Szczupła raczej - protestuję.

- Otóż jesteś chuda! Jeżeli ci nikt tego nie powiedział, ja ci to mówię. Dobrze, mogę 

być niedelikatna czy jak tam chcesz. W każdym razie wiedz, że jesteś chuda.

Listek na nosie przeszkadza mi. Zdejmuję go i przyglądam się Klarze.

- Chuda jesteś - powtarza niemiłosiernie. - Tak cię proszę, zjedz coś. Ta prośba Klary 

jest już łagodna w tonacji, nie sposób jej się oprzeć.

- Ale mało, łyk maślanki i kęs chleba - ulegam.

Klara podnosi się ze stołka, strzepuje ze spodni łupiny cebulek. Chodzi w spodniach i 

kolorowych   bluzkach,  każdego  dnia   w   innej.   Pięknie  wyglądają   kretonowe  bluzki   Klary, 

kiedy   suszą   się   na   sznurku   rozciągniętym   na   wprost   kuchennego   okna.   Jeszcze   piękniej 

wyglądają na samej Klarze. Proste w kroju, zawsze jakby trochę przyciasne, podkreślają jej 

szczupłą talię, ozdabiając ją zawadiackim węzłem ściągniętym  z przodu. Z przyjemnością 

patrzę na Klarę. Jest taka smukła, długonoga, giętka.

- Przyniosę ci maślankę, a potem zajrzę do tego cholernego cielęcia - mówi Klara.

To   cholerne   cielę   urodziło   się   wczoraj.   Izabela   miała   ciężki   poród.   Też   pomysł, 

nazywać krowę Izabelą! Przyjechało aż dwóch weterynarzy.

-   Zróbcie   coś,   żeby   ona   tak   nie   cierpiała!   -   wołała   Klara,   szarpiąc   za   klamkę 

samochodu, którym Marek ich przywiózł. - Nie mogę słuchać jej płaczu.

Izabela mruczała posępnie jeszcze przez dwie godziny. Urodził się byczek, którego 

Klara nazwała Ferdynandem.

Nachyla się, zbiera rozrzucone cebulki.

- Jeżeli Marek będzie tędy przechodził, powiedz mu, że jestem...

Urywa ,w połowie zdania, bo Marek wychodzi właśnie zza rogu domu i zbliża się w 

naszą   stronę.   Szare   oczy   Klary   rozświetlają   się   w   uśmiechu.   Marek   kładzie   rękę   na   jej 

ramieniu, przechyla głowę i mówi cicho, jakby powierzał Klarze jakąś tajemnicę.

- Byłem w oborze. Ferdynand miewa się wspaniale.

- A Izabela?

background image

- Och, chyba jest szczęśliwa!

Chwilami wydaje mi się, że oni nie są normalni. A chwilami myślę, że to ja nie jestem 

normalna. Odchodzą w stronę ganku. Idą szybko, Marek obejmuje Klarę ramieniem, jest dużo 

wyższy od niej, chociaż Klara też jest wysoka. Kiedy tak patrzę na nich, na ich elastyczne 

kroki, trzcinkowatą sylwetkę Klary i młodzieńcze ruchy Marka, moja gimnastyka poranna, 

którą zaleciła mi kosmetyczka, te wszystkie przysiady, wdechy i wydechy, skłony i marsze, 

wydają mi się jakimś nieporozumieniem. Ćwiczę już tyle lat i tak systematycznie, a jednak 

coraz częściej czuję tę jakąś ociężałość stawów, z pewnością nie poruszam się już tak, jak 

ruszałam się jeszcze niedawno.

Jaka piękna jest zieleń świeżo przystrzyżonej trawy. Klara przepędza stąd kury i chyba 

słusznie,   trawnik   dokoła   domu   powinien   być   czysty.   Kiedy   Marek   mówi:   „nasze 

gospodarstwo, moje konie, nasz drób” - wydaje mi się to naturalne. Ale kiedy Klara mówi: 

„w naszej oborze, moje kury, nasz chlew”, czuję, jak po plecach przechodzą mi ciarki. Może 

dlatego,   że   przywykłam   do   innych   słów   i   tylko   tamte   słowa   dawnej   Klary   brzmią   mi 

prawdziwie i naturalnie.

Ale Klara teraz ich nie używa. Nie słyszałam, żeby mówiła: impresjonizm, kubizm, 

Cezanne, Makowski, rzeźba, płótno, olej. Kiedy człowiek ma szesnaście lat, nie wie nic o 

swoim przyszłym  losie i tylko  zdaje mu się, że już wszystko  wie. Że jest jasnowidzem, 

prorokiem, że już wszystko sobie przygotował, podał i że pozostało jedynie żyć. Patrzę przed 

siebie i widzę wybieg dla źrebiąt.

- Proszę cię, Zuza, weź to ode mnie - mówi Klara, podając mi kubek maślanki.

Nie mogę tego wziąć, w każdym razie nie teraz, nie w tej chwili. Patrzę w stronę 

wybiegu i ogarnia mnie przerażenie.

- Słuchaj, Klara, czy ona musi siedzieć na tej żerdzi? Przecież spadnie.

- Ona nawet jak spada, to zawsze na cztery łapy - śmieje się Klara. - No, weź to ode 

mnie, Zuza.

Biorę. Maślanka jest zimna, cudowna. Piję, ale nie spuszczam oka z wybiegu.

- Zawsze tam siedzi - mówi Klara. - Nie zauważyłaś? Każdego popołudnia.

- Nie zauważyłam.

-   Nnno...   -   waha   się   Klara   -   może   rzeczywiście.   Odkąd   przyjechałaś,   kręciła   się 

zawsze przy tobie. Tęskniła, musiała się nacieszyć. Klara uśmiecha się. Milczy przez chwilę, 

a potem mówi spokojnie:

- Ona czeka na Rafała.

Zabawna jest Klara z tymi imionami.

background image

- Wasz źrebak ma na imię Rafał?

- Nasz źrebak nazywa się Nikodem. Natomiast syn naszego weterynarza ma na imię 

Rafał. Spójrz...

Rafał. Pali się w słońcu ciemnoruda, może kasztanowa czupryna. Rafał biegnie przez 

wybieg,   na   przełaj,   młody   źrebak   weterynarza.   Biegnie   w   stronę   ogrodzenia,   na   którym 

siedzi, wymachując nogami, moja córka Katarzyna.

Wczoraj dzień był taki piękny, bezchmurny, a dziś od rana pada deszcz. Musi być już 

bardzo późno, mój zegarek stanął, zabawnie tak żyć jak gdyby ponad czasem, a może raczej 

obok czasu, bo właściwie jest mi zupełnie obojętne, o której wstanę, mogę nawet w ogóle nie 

wstawać. Klara byłaby zachwycona. Miała rację, pokój, w którym mnie umieściła, wspaniale 

nadaje się do wypoczynku.

- Będziesz spała w gościnnym - powiedziała. - To jedyny pokój w tym domu, gdzie 

można   porządnie   odpocząć.   Może   dlatego   -   dorzuciła   po   chwili   -   że   nic   w   nim   nie 

zmieniałam. Wygląda tak, jak wyglądał w dniu mojego przyjazdu. Kuchnię i te dwa pokoje, 

których używamy, starałam się jakoś unowocześnić, rozumiesz? Przystosowałam je do siebie, 

do moich nawyków, przyzwyczajeń. Są na pewno ładniejsze i wygodniejsze, niż były.  W 

gruncie rzeczy udało mi się chyba stworzyć zupełnie niezłe, dość stylowe wnętrza, prawda? A 

jednak odpocząć można tylko w gościnnym. Właściwie, nie rozumiem dlaczego.

I przyprowadziła  mnie tutaj. Bielone ściany,  surowe  belki sufitu. Ciemne sprzęty: 

duże meblowe łóżko, dwudrzwiowa szafa, stolik o owalnym blacie i dwa krzesła wybijane 

skórą.

- Jedyna  rzecz,  której nie mogłam  ścierpieć - mówiła, kiedy zmywałam  z twarzy 

zmordowany podróżą makijaż - to siatkowa firanka, haftowana w kiście winogron. Uważam, 

że ta jest lepsza.

Stanęła   przy   oknie,   pociągnęła   sznur   i   rozsunęła   białą   tkaninę,   lekką,   prawie 

przezroczystą,   drukowaną   w   nieduże,   niebieskawe   kwiaty.   W   pierwszej   chwili   ten   pokój 

wydawał  mi  się zimny, nieprzytulny,  łóżko, na którym  piętrzyły  się tradycyjne  poduchy, 

wprawiało mnie w zakłopotanie. To przecież był dom Klary! I Klara akceptowała te poduchy, 

tę tłoczoną kapę na łóżku, brzydkie lustro ujęte grubą, złoconą ramą, wiszące nad umywalnią. 

Teraz   jednak   rozumiem,   bo   odpoczywam   w   tym   pokoju.   Dziś   zaraz   po   przebudzeniu 

rozsunęłam zasłonę i otworzyłam  okno. Teraz leżę i równa ściana deszczu, spływająca z 

brzegu dachu, odciąga mnie od świata na tyle, na ile jest to możliwe. Usiłuję wyobrazić sobie 

ten dzień, w którym Klara przyjechała po raz pierwszy do swojego nowego domu. Czy była 

zaskoczona? Czy przerażona tym, na co się zdecydowała? Czy może entuzjazm pierwszych 

background image

dni małżeństwa objął i ten dom, który był ostatecznie rodzinnym domem Marka? Nie wiem, 

nie umiem  wyobrazić sobie Klary wchodzącej  do ciemnej  sieni, przesuwającej  dłonią  po 

ścianie w poszukiwaniu nieznajomego kontaktu. A może to Marek zapalił światło? Może 

czekała, aż zaparkuje wóz i wprowadzi ją, swoją śliczną, swoją młodziutką, swoją ukochaną 

żonę, do tego domu, opuszczonego i zaniedbanego, w którym od tragicznej śmierci rodziców 

był tylko raz?

Wczoraj   wieczorem   przyszła   do   mnie.   Usiadła   na   brzegu   łóżka   i   przez   chwilę 

przyglądałyśmy   się   sobie   w   milczeniu.   Jest   jednak   miedzy   nami   tych   wiele   lat,   które 

spędziłyśmy   oddzielnie,   i   to   te   lata   paraliżują   struny   głosowe.   Pomimo   wszystko   ciągle 

kocham Klarę. Zsunęła z nogi sandałek i bosą stopą gładziła baranie futro leżące przy łóżku 

zamiast dywanika.

- To Cezary - powiedziała, wpatrując się w białe kudły. - Znałaś go.

-   Nie   -   zaprzeczyłam.   -   Nie   znałam   Cezarego.   Nigdy   go   nie   widziałam.   Wasze 

zwierzęta poznałam dopiero teraz. Zapomniałaś, że jestem u ciebie pierwszy raz?

- Nie zapomniałam, ale ty jednak znałaś Cezarego. Pamiętasz, spotkałyśmy się kiedyś 

w pociągu? Wracałaś z jakiegoś występu.

- Ach, tak! - przypomniałam sobie.

Spotkałyśmy się w pociągu. Wsiadła na niewielkiej stacji, poznałam ją natychmiast, w 

objęciach trzymała otulone różowym kocykiem zawiniątko.

- Klara, masz dziecko! - zawołałam z radością, wiedząc, że zawsze marzyła o dziecku.

- Nie - odchyliła rąbek kocyka. - To jagnię. Jego matka była u naszych przyjaciół, ale 

umarła wczoraj wieczorem. Biorę je do siebie.

To było z dziesięć lat temu. Wczoraj Klara bosą stopą przesuwała po baranim futrze.

- Lubił, kiedy głaskało go się po bokach - powiedziała żartobliwie, ale w jej uśmiechu 

był żal i rozrzewnienie.

- Czy to on był pierwszym zwierzakiem, któremu nadałaś ludzkie imię?

- O, nie! Zaraz po przyjeździe mieliśmy krowę. Należała jeszcze do moich teściów. 

Zanim Marek zdecydował się na powrót, wiesz, po tej ich śmierci, Łysula była na wsi, u 

Marka kuzynów. Oddali nam ją następnego dnia. Zmieniłam jej imię. Mogłam pogodzić się z 

krową,   ale   nie   mogłam   pogodzić   się   z   imieniem.   Nazwałam   ją   Piękną   Heleną.   -   Klara 

roześmiała się. - Już w następnym tygodniu we wsi mówili, że Sopoćków Marek przywiózł 

sobie z Warszawy żonę wariatkę. Początkowo nie miałam tu lekkiego życia. Chciałam uczyć 

w szkole. Robót i rysunków. Myślę, że udałoby się to jakoś załatwić, gdyby nie to, że kiedyś 

całowaliśmy się z Markiem przed oknami gminnej rady narodowej. Odrzucili moje podanie, a 

background image

przewodniczący   powiedział   Markowi...   Eh,   to   było   dwadzieścia   lat   temu.   Możesz   sobie 

wyobrazić, co powiedział. Teraz mogłabym tu uczyć, nawet mi proponowali, ale teraz to ja 

już nie chcę.

- Dlaczego?

- Co za pytanie, Zuza! Rozmachaliśmy gospodarstwo, jestem Markowi potrzebna. Kto 

by tego dojrzał? Wtedy, kiedy starałam się o szkołę, nie byłam mu potrzebna. Ale teraz tu jest 

moje miejsce.

Pomyślałam, że te pierwsze lata małżeństwa Klary kryją chyba w sobie jakiś dramat. 

Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej na ten temat, ale ona tylko szybciej zaczęła 

przesuwać nogę po baranicy i powiedziała:

- W dwa tygodnie po naszym przyjeździe Marek pojechał na targ po kury. Zostałam 

sama i musiałam wydoić Piękną Helenę. Poprzedniego dnia Marek pokazywał mi, jak mam to 

robić, i nawet wydawało mi się, że potrafię. Weszłam do obory, Helena odwróciła głowę i 

patrzyła na mnie. To ja też na nią patrzyłam, zastanawiając się jednocześnie, od której by tu 

strony do niej podejść, żeby nie oberwać ogonem. Bo ona tak machała tym ogonem, wiesz, 

jak to krowy: pac, pac, pac. Raz po jednym boku, raz po drugim. „Diabli! - pomyślałam. - Ta 

rzecz jest w ogóle nie do zrobienia”. Wreszcie udało mi się podsunąć wiadro pod Piękną 

Helenę. Prawdę mówiąc, pchałam je grabiami przez pół obory, bo bałam się podejść bliżej. 

Wzięłam stołek i usiadłam tak, jak mi to Marek przykazał. Ale, oczywiście, usiadłam za 

daleko. Helena przesunęła się i wtedy już w ogóle nie mogłam jej dosięgnąć. Więc znowu 

grabiami pchnęłam wiadro pod nią, a za sobą pociągnęłam stołek. A Helena dalej swoje dwa 

kroki w bok. Tak mnie włóczyła  po całej oborze przez pół godziny,  aż wreszcie dopięła 

swego. Rozbeczałam się i poszłam do domu z pustym wiaderkiem.

- A co Marek? - zapytałam.

- Śmiał się. Śmiał się tak strasznie, że sam długo nie mógł wydoić tej nieszczęsnej 

Łysuli. Bo to było tak, że kiedy on wrócił, zastał mnie całą we łzach. Jak tylko zobaczyłam, 

że Marek staje w drzwiach,  rzuciłam w niego ścierką. Ścierką,  rozumiesz? I zawołałam: 

„Jeżeli   jeszcze   raz   zostawisz   mnie   samą   z   dojeniem   Pięknej   Heleny,   to   umrę,   ty   głupi 

Parysie!”.

Wesoły   był   ten   wieczór,   który   Klara   spędziła   ze   mną   wczoraj.   Śmiałyśmy   się 

obydwie, potem przyleciała do nas Kasia. Dopiero kiedy wyszły, przypomniałam sobie to 

zdanie, które Klara zaakcentowała: „Rzuciłam w niego ścierką”.

Właściwie  to są pierwsze od lat  wakacje,  które spędzam razem z Kasią.  Ostatnio 

wysyłałam ją zawsze do Rabki. Samą, do pensjonatu. Ale kiedy wczesną wiosną tego roku 

background image

zjawiła się w Warszawie Klara i tak zupełnie nieoczekiwanie wpadła do nas, żeby po godzinie 

pobytu zaproponować: „Dajcie mi Katarzynę na lato” - uległam. Kasia wpatrywała się we 

mnie błagalnie, Klara zauroczyła ją swoim wdziękiem. Pamiętam, jak ona wtedy przyszła. 

Och, wcale nie Sopoćków Marka żona! Była taka wytworna, elegancka

-  Klara   Sopoćko!  W  pierwszej   chwili   pomyślałam  z  ulgą,  że   widocznie   sprzedali 

gospodarstwo i przenieśli się do miasta, ale Klara szybko rozwiała moje złudzenia. „Myszy 

zjadają nam cebulki tulipanów - powiedziała. - Przyjechałam szukać ratunku. Podobno w 

sklepie z nasionami można kupić jakiś chwast, którego myszy nie znoszą. Chcielibyśmy to 

wysiać”. Podałam herbatę w swoim pokoju, Klara uważnie oglądała moje ściany, moje meble, 

mój parkiet. „Ja mieszkam inaczej - powiedziała - mogłabyś też przyjechać, Zuza, razem z 

Kasią”. I wtedy umówiłyśmy się, że przyjadę na drugi miesiąc wakacji. Więc jestem. Zjadłam 

już śniadanie, które Klara przysłała mi przez Kasię, posłałam łóżko, uczesałam się. Ale ciągle 

jeszcze nie mam ochoty na wyjście z tego pokoju. Powinnam przejrzeć Hamleta, powtórzyć 

rolę Ofelii, grałam ją ostatnio z pięć lat temu. Przejaśnia się, za oknem widać na niebie 

błękitne łatki pośród chmur. Słyszę głos Klary dobiegający tu z sieni, krzyczy na kury, które 

weszły do domu.

- Jazda stąd! Sio! No i co się tak gapisz, głupia? Jakież te kury mają durne oczy, 

popatrz tylko, Kasiu.

Potem jej kroki coraz bliżej moich drzwi, ciche, delikatne stukanie i skrzypnięcie.

- Wstałaś?

Wchodzi.

- Słuchaj - mówi - chciałabym Kasię posłać do miasta. Pozwolisz?

- A posyłałaś ją, kiedy mnie tu jeszcze nie było?

- Posyłałam.

- To dlaczego pytasz? Przecież dałam ci ją na całe lato, ty nią rządzisz. A w ogóle, to 

czy ona ci tu nie przeszkadza? - pytam głupio.

-   Kaśka?   Skąd!   -   oburza   się   Klara   i   widzę,   że   to   jest   szczere   oburzenie,   a   nie 

uprzejmość.

Siada na krześle wybitym skórą, wyciąga przed siebie długie nogi.

- Kasia jest absorbująca - mówię. - Potrafi straszliwie zawracać głowę. Mam z nią 

dużo   kłopotów,   wiesz?   Jest   bardzo   uparta,   samowolna.   Martwię   się   o   nią.   Ma   niedobry 

charakter, wszystkie wady Tadeusza i moje skoncentrowały się w niej.

Klara patrzy przed siebie, może na te błękitne łatki pośród chmur.

-   Literatura   -   mówi   cicho,   ledwo   poruszając   ustami.   -   Wszystko,   co   mówisz,   to 

background image

literatura. Sama wyobraźnia.

-  Ale  tak  jest.  Obawiam  się, że  nie   zdążyłaś  jej  poznać   - upieram  się.  Klara  nie 

podejmuje dyskusji. Opiera głowę o ścianę i patrzy na mnie.

- Kobiety takie jak ty w ogóle nie powinny mieć dzieci - komunikuje mi wreszcie.

Może ma rację, ale to twierdzenie rodzi we mnie bunt.

- Dlaczego?

- Bo twoim posłannictwem jest sztuka - deklamuje Klara. Potem dodaje innym tonem: 

- Nie gniewaj się, ale ty nie masz głowy na macierzyństwo. Ono ci przelatuje obok nosa. 

Przegapiasz szczęście.

- O, to już nieprawda! - wołam. - Nie przegapiam. Nie masz pojęcia, czym jest dla 

mnie Katarzyna. Od samego początku, od tej chwili, w której dowiedziałam się, że mam ją 

mieć. Nawet kiedy ją rodziłam, byłam szczęśliwa. Pomimo bólu. A w ogóle... - Waham się, 

ale widocznie moje wahanie jest zbyt  krótkie, bo jednak mówię to, czego nie powinnam 

powiedzieć: - A w ogóle, to ty nie wiesz, czym jest macierzyństwo!

-   To   raczej   ty   nie   wiesz   -   mówi   Klara   spokojnie   i   przymyka   oczy.   -   Pomiędzy 

Markiem a mną jest konflikt serologiczny. Rodziłam dwa razy. Zawsze martwe. To ty nie 

wiesz, czym jest macierzyństwo. Ja wiem.

Milczę. Przypomina mi się różowy kocyk, w którym Klara wiozła pociągiem małe 

jagnię, Cezarego. Ten kocyk zmylił mnie wtedy, dopiero dziś wiem, skąd Klara go wzięła. 

Pewnie z tej szafy, tej o którą opieram się teraz. Przełykam ślinę, chce mi się pić, chcę cofnąć 

całą tę rozmowę albo objąć Klarę ramionami i powiedzieć: przebacz! Nie mówię nic, bo 

wchodzi Marek. Staje przed nami i powiada głosem nabrzmiałym pretensją:

- Ten twój pies, Klara, niech go bogowie mają w swojej opiece, wyrwał mi dziurę na 

siedzeniu.

Odwraca się, patrzymy na jego wystrzępione spodnie, Klara śmieje się histerycznie.

- Dobrze ci się śmiać. Reperowałem zawias przy drzwiach do lamika, nachyliłem się, 

stukam młotkiem, klnę, bo gwoździe mi się gną. A ten podchodzi, małpa, tak cicho, że go 

nawet nie słyszałem, i nagle - cap! Wierny pies, niech go pokręci! Ale wczoraj na własne 

oczy widziałem, jak się łasił do tego obcego pijanicy, który chciał od nas kupować butelki. 

Daj mi jakieś portki, nie będę tak chodził!

Klara   wstaje,   idą   w   stronę   drzwi.   Marek   po   drodze   zdejmuje   wysokie   gumowce, 

potyka się, mamrocze niegroźne przekleństwa, ich kroki, głosy, śmiechy oddalają się ode 

mnie. Zostaję sama, bo oni odchodzą w ten swój dzień zwyczajny, pracowity, którego, tak się 

zdaje, nigdy nie potrafię zrozumieć. I nagle słyszę głos Katarzyny,  wibrującym sopranem 

background image

włączony   do   ich   śmiechu.   Ogarnia   mnie   lęk,   że   ona   pokocha   powietrze   tego   domu, 

przepojone zapachem Lima za dnia, maciejki wieczorem i rumianku zawsze.

U Marków rozpoczęły się żniwa. Ich pole oddziela od domu brzozowy zagajnik. Idę 

wąskim przesiękiem, jest już sucho. Piaszczysta ziemia szybko wysycha po deszczu. Myślę o 

wczorajszym dniu i o tych niedobrych słowach, których nie szczędziłyśmy sobie z Klarą. Nie 

powinnam mówić tamtego o macierzyństwie, ale Klara też nie powinna. Może istotnie nie 

jestem najlepszą matką, może poświęcam Kasi zbyt mało czasu, nie wiem, możliwe, ale 

przecież to nieprawda, że przegapiam szczęście. Nawet jeśli Klara tak myśli, to jeszcze nie 

powód, żeby mi to mówić. Czasami zbyt wielka szczerość graniczy z brakiem delikatności. 

Jako dziewczynka Klara była bardzo subtelna i delikatna, widać coś ją zmieniło. Ale ja dużo 

wybaczę Klarze, bardzo dużo. Za jej przyjaźń, która była najcudowniejszą sprawą mojego 

dzieciństwa,   a  nawet  młodości.  Miałyśmy   chyba  po  dziesięć   lat,   kiedy  złożyłyśmy  sobie 

przysięgę. Pamiętam jej słowa do dziś: „Przysięgamy, że będziemy zawsze razem, na dobre i 

na złe, że będziemy razem mieszkać i nie opuścimy się aż do śmierci. Tak nam dopomóż 

Bóg”. Mieszkać z Klarą? Tu na tej wsi? Nigdy. I Klary też nie wyobrażam sobie w swoim 

domu.   Jako   dziewczynki   miałyśmy   podobne   usposobienia,   później   zaczęły   rysować   się 

różnice między nami, ale jeszcze niezbyt wyraźne. Dopiero kiedy poznałam Pawła i kiedy 

mój   brat   przedstawił   Klarze   Marka,   dopiero   wtedy   stałyśmy   się   zupełnie   do   siebie 

niepodobne.

Wychodzę z zagajnika i patrzę. Tuż przede mną jest już ściernisko, w oddali widzę 

Marka   krzątającego   się   przy   żniwiarce   i   ludzi   ze   wsi,   którzy   przyszli   mu   pomóc.   W 

przyszłym   tygodniu   Marek   będzie   im   pomagał,   takie   jest   prawo   tej   wsi.   A   Klara   stoi 

oddzielnie, ujęła się pod boki jak prawdziwa gospodyni, stoi na lekko rozstawionych nogach, 

bardzo zgrabnie wygląda w tych spodniach, chociaż może zbyt mocno przegięła się do tyłu. 

Patrzy. I nagle, z zupełnego zapomnienia, wraca do mnie jakiś zimowy wieczór w Olsztynie. 

Wracałyśmy z teatru, Klara i ja. Klara obojętna, ja nieprzytomnie podniecona. To był już ten 

czas różnic między nami.

- Surzyński był zachwycający - powiedziałam. - Był zupełnie cudowny!

Oglądałyśmy   składany   program   w   jego   wykonaniu,   nazywało   się   to   Od   Cyda   do 

żołnierza polskiego czy jakoś tak.

- Najbardziej podobał mi się fragment z Wyzwolenia - mówiłam, - Chcę, aby w letni 

dzień, słoneczny, letni dzień, zżęto przede mną żytni łan...

- Po co ci łan? I do tego żytni? - roześmiała się Klara.

A teraz stoi, ujęta pod boki, żniwa w całej pełni, letni dzień w całej pełni, mam ochotę 

background image

podejść do niej i zapytać: „Klara, po co ci ten łan?”. Katarzyna biegnie przez ściernisko. Jej 

jasna   czupryna   jeszcze   bardziej   wypłowiała   na   słońcu,   nawet   orzechowe   oczy   jakby 

przybladły i zżółkły. Staje obok mnie i jeżeli słońce ma zapach, to właśnie ona nim pachnie.

- O czym ty tak myślisz, mama, zamiast podejść bliżej i śmiać się razem z nami? Nie 

masz pojęcia, jak wuj Marek się wygłupia.

- Kasiu!

- No, wygłupia się, co ja na to poradzę? Mam szukać innych słów, skoro jest takie 

dobre pod ręką? Więc o czym tak myślisz, nadobna Ofelio?

- Myślę o cioci Klarze i o naszej przyjaźni - mówię speszona, bo to, zdaje się, nie są 

sprawy, które zdaniem Katarzyny zasługują na myślenie. Nie mylę się.

- Eh, ty poetko! - mówi, całując mnie niedbale. Sposób bycia Katarzyny razi mnie.

- Daj spokój! - Oganiam się od następnego pocałunku.

- Czy ty też uważasz - pyta nagle - że ciocia Klara była dla ciebie złą przyjaciółką?

- O, nie! - przeczę gwałtownie. A potem błysk zastanowienia. - Co znaczy: też? - 

pytam.

- Ciocia Klara mówiła mi kiedyś, że była dla ciebie niedobra i że po dziś dzień myśli o 

tym ze wstydem. W ogóle mówi, że była podła jako dziecko, a jako dziewczyna jeszcze 

podlejsza. Nie mieści mi się to w głowie. Teraz jest cudowna jako kobieta i myślę, że w 

końcu to jest najważniejsze. Nie?

- Nie wiem.

Jestem zaskoczona wyznaniami Klary. Kasia opiera się plecami o moje plecy, czuję 

jej dłoń na swojej głowie. Znowu przymiarka.

-   Przerosłam   cię   o   jakieś   dziesięć   centymetrów   -   komunikuje   z   zadowoleniem.   - 

Niedługo zaczniesz donaszać po mnie sukienki.

Wyskakuje zza moich pleców, wyciąga w górę opalone ramiona, przechyla głowę do 

tyłu i patrząc na czubki brzóz ponad nami, woła:

- Mama, jak ja kocham żyć!

Uśmiecham   się   wątlutko,   bo   znów   myślę   o   Klarze   i   o  sobie,   i   o  tym,   że   kiedyś 

byłyśmy obydwie podobne do tej Katarzyny, która stoi teraz przede mną, byłyśmy do niej 

podobne, kiedy miałyśmy po te szesnaście lat. Teraz jesteśmy inne niż ona, od siebie też 

różne. Ale co właściwie kształtuje człowieka, przecież nie tylko czas?

Tego dnia obiad był spóźniony, ale nie z powodu żniw. Po prostu Kasia pomagała 

Klarze w kuchni i zamiast majeranku wsypała szałwię do grochówki. Jedliśmy zsiadłe mleko 

z ziemniakami i właściwie wszyscy byli  zadowoleni z tej zmiany,  tylko Kasia płakała w 

background image

czasie całego obiadu. Płakała jeszcze później, kiedy Klara zaparzyła kawę i usiedliśmy na 

chwilę przed domem, żeby Marek ochłonął przed dalszą robotą. Siedział na stopniach ganku, 

w ręku trzymał filiżankę z kawą i przyglądał się Katarzynie z wyraźnym współczuciem.

- Ot i dramat! - powiedział wreszcie. - Szałwia zamiast majeranku. Przerzucił wzrok 

na Klarę, jego niebieskie oczy błysnęły w ciemnej opaleniźnie.

- No, to co? Zaprzęgamy, pani dziedziczko? - spytał żartobliwie.

Klara skinęła głową. Zaprzęganie w ich gwarze jest jednoznaczne z wyprowadzeniem 

samochodu z garażu.

No i jedziemy do kina. Marek został, więc Klara prowadzi wóz, patrzy na szosę, 

zawsze jeździ bardzo uważnie.

- Gniadego  kupiliśmy  za tulipany  - mówi nagle,  chociaż nie  pytam.  - To sprawa 

wieloletnich oszczędności. Nieraz kusiło nas żeby podjąć z książeczki całą forsę i poszaleć.

Oczywiście.   Ich   konie   nazywają   się   Mercedes,   Olimpia   i   Romeo   ale   swojego 

volkswagena nazwali Gniady! Ciekawe, jak by oni szaleli.

- Jak wy byście szaleli, Klara?

- Pojechalibyśmy na wycieczkę do Holandii, Marek ma tan znajomego, który mógłby 

nas zaprosić, ale na nasz własny koszt

- Uśmiecha się, przymruża oczy i nie spuszczając wzroku z szosy która wije się teraz 

łagodnymi zakrętami, mówi cicho, jakby nieśmiało

- Chcielibyśmy zobaczyć, jak w Holandii kwitną tulipany.

Kasia   nie   mówi:   „Eh,   ty   poetko!”.   Owszem,   przypatruje   się   Klarze   uważnie,   ale 

milczy. Gniady leniwie ciągnie pod górę, nie przyspieszany przez Klarę.

-   Co   się   stało   z   tym   waszym   samochodem,   który   mieliście   na   początku?   - 

przypominam sobie.

- Marek sprzedał go. Musiał przecież jakoś zacząć, a był bez grosza.

Nie mówi jak zwykle: „Sprzedaliśmy, musieliśmy, byliśmy” Może sprzeciwiała się 

sprzedaży tamtego wozu, który tak bardzo lubiła? Może Marek zrobił to wbrew jej woli, a ona 

potem znów rzuciła w niego ścierką?

- Któregoś wieczoru Marek powiedział, że musi to zrobić - mówi Klara. - I żebym się 

zgodziła. Zgodziłam się, ale noc spędziłam na dworcu.

-   Sama?   -   upewnia   się   Kasia,   która   jest   jeszcze   na   tyle   młoda,   że   potrzebuje 

dosłowności.

- Nie. Z walizką. Chciałam wtedy zostawić Marka, Kasiu.

- Zostawić Marka...? - powtarza Katarzyna, a potem dorzuca z naganą w głosie: - O 

background image

głupi samochód, ciociu?

Ja wiem, że dla Klary była to kolejna kropla. Dla Katarzyny to chyba tylko sprawa 

samochodu.

- To nie był taki zupełnie głupi samochód, kochanie. On gadał z nami, rozumiesz?

To Kasia rozumie, to się mieści w jej wyobraźni. Gadający samochód.

- Rozumiem - mówi i milknie.

I   poważnieje.   Może   widzi   teraz   Klarę   siedzącą   w   nocy   na   ławce   w   opustoszałej 

dworcowej   poczekalni.   Łokieć   oparty   na   stojącej   obok   walizce,   dłoń   podtrzymuje   głowę 

ciężką  od  myśli.   A  może  nawet  ślady łez  na  pobladłych   policzkach.  Często  przystają   tu 

pociągi, każdy był dobry dla Klary, ale żadnym nie odjechała.

- Przyszedł po ciebie? - pyta nagle Kasia. Klara nie odpowiada, ale potakująco kiwa 

głową.

- I powiedział, że nie sprzeda? - upewnia się moja córka.

-   Tak.   Ale   sprzedał   w   następnym   tygodniu   -   wyjaśnia   Klara.   -   Zdechło   nam 

pięćdziesiąt kur, burza zerwała dach nad stajnią, w ogóle, to właśnie wtedy postanowiliśmy 

zająć się tulipanami.

- Płakałaś, kiedy wuj nim odjeżdżał? - głos Kasi drży lekko. - Okropne to było dla 

ciebie, ciociu, kiedy ten samochód ginął ci z oczu?

-   Nie   widziałam.   Leżałam   na   łóżku   w   gościnnym   pokoju   i   głowę   wtulałam   pod 

poduszką. Nie chciałam słyszeć tego, co on mi gadał na do widzenia.

Szałwia zamiast majeranku, a teraz to. Niedobre popołudnie ma Katarzyna. Opiera się 

o poduszki samochodu, zamyka oczy, ale widzę dwie łzy na rzęsach. Kogo jej żal? Klary czy 

samochodu? nagle coś zamiera we mnie, bo Katarzyna szepcze cicho:

- Biedny Marek.

Wychodzimy z kina, jest już chłodniej, chociaż słońce grzeje. Ale zerwał się wiatr, 

którego   nie   było   przez   cały   dzień,   i   to   chłodzi.   Wchodzimy   na   rynek,   Klara   przystaje   i 

wyciąga przed siebie rękę, chce, żebym spojrzała w stronę kościoła.

- Ładny - przyznaję. - To gotyk?

- Tak, ale nie o tym myślę. Widzisz cynober tych cegieł? Jak on jest mocny w słońcu, 

a jeszcze mocniejszy przez tę zieleń dokoła. Przez te korony wysokich drzew.

Cynober. Nareszcie coś z dawnej Klary.

- Muszę zajść do weterynarza, Izabela ciągle jest bardzo słaba. Chcę z nim pogadać. 

Zajdziesz ze mną czy może wolisz zaczekać w ogródku? Tu jest taki mały ogródek koło 

cukierni. Jak wolisz?

background image

- Zaczekam, tylko pokaż gdzie.

- Ale ja idę z ciocią, mamo, dobrze? - mówi Kasia i jest to prośba, która brzmi jak 

komunikat. Siadam przy stoliku.

- Idziemy do tego domu, spójrz! To nie potrwa długo.

- Może potrwać, tu jest bardzo przyjemnie.

Odchodzą.   Klara   w   sprawie   Izabeli,   Kasia,   jak   sądzę,   w   sprawie   Rafała.   Z   tego 

miejsca   widzę   cały   rynek,   niewielki,   kwadratowy.   Po   jego   bokach   stoją   dwupiętrowe 

kamienice,   których   partery   zajęte   są   przez   sklepy.   Spółdzielnia,   mydlarnia,   obuwie, 

pasmanteria,   kolektura   „totka”.   Restauracja   „Arkadiusz”,   rzeźnik   fryzjer   męski   i   damski, 

odzież.   Apteka,   piekarnia.   Dalej   już   nie   mogę   rozpoznać,   ale   zapewne   dalej   jest   sklep 

papierniczy i księgarnia, a może i jeszcze jedna spółdzielnia spożywcza. Dom, do którego 

weszły Klara i Kasia, nie wyróżnia się niczym. To ten w którym na dole jest fryzjer męski i 

damski. Być może w mieszkaniu weterynarza pachnie wodą po goleniu i sprayem. Być może 

dolatuje tam zapach bigosu z kuchni pobliskiej restauracji albo - co gorzej - zapach mięsa z 

rzeźnickiego sklepu. „Wybacz, Paweł - myślę. - Wybacz, Paweł, że ja tego nie wybrałam”. 

Bo on pewnie mieszka w podobnym miasteczku, na podobnym rynku jego żona też ma tak 

blisko do fryzjera  jak żona weterynarza, do którego poszła Klara. Nocą nie dają jej spać 

krowie porody zadławione cielęta, chore konie, do których Paweł musi jeździć po kilkanaście 

kilometrów. Ubiera się w sklepie odzieżowym na rynku albo szyje sukienki u pozbawionej 

gustu  krawcowej.   „Wie   pani,  to   bardzo  niedaleko,   zaraz   za  kościołem,  taki  wysoki,  trzy 

piętrowy dom”. „Wybacz, Paweł, że ja tego nie wybrałam. Tak czy inaczej, ominęło cię 

jedno.   Nie   rzucałam   w   ciebie   ścierką   nocą   nie   biegłeś   na   dworzec,   na   którym   ja   nie 

siedziałam z pobladłą twarzą, oparta o walizkę”.

- Proszę pani, bardzo przepraszam...

Stoi przede mną młodziutka dziewczyna, pewnie w wieku Kasi.

- Bardzo przepraszam - powtarza, podsuwając mi pod rękę pamiętnik. - Ale ja tak bym 

chciała mieć pani autograf.

Dwie duże role w filmie i telewizyjny serial wybijają teraz moją twarz spośród twarzy 

innych ludzi. Ciekawe, że film i telewizja przyniosły mi więcej popularności niż piętnaście lat 

pracy   w   teatrze.   Przestałam   być   składnikiem   tłumu.   „Pawle,   może   pamiętasz,   jak 

tłumaczyłam ci kiedyś, może na dzień lub dwa przed naszym ostatecznym rozstaniem, że to 

jest moją ambicją?”.

- Jak masz na imię? - pytam.

- Irka.

background image

Uśmiecham się, podpisuję.

Widocznie Klara i Kasia załatwiły już swoje sprawy i poszły po samochód, który 

zostawiłyśmy na małym parkingu przed dworcem, właśnie podjeżdżają Gniadym. Płacę za 

swoją kawę i po chwili znikamy.

- Ach, mama! - mówi Katarzyna. - Nie masz pojęcia, jak ja się uśmiałam. Myślałam, 

że   już   w   ogóle   skonam.   Bo   wiesz,   Rafał   imitował   głosy   zwierząt.   Ale   jak   on   to   robi! 

Bezbłędnie, mówię ci! Patrzę w lusterko zawieszone nad przednią szybą wozu. Spotykam nim 

znaczące spojrzenie Klary. Ja też patrzę znacząco. Tak jak patrzyłyśmy zawsze na siebie, 

kiedy jedna drugiej chciała powiedzieć bez słów: „Cześka zakochała się w Jurku”. Zmieniały 

tylko imiona, ale spojrzenie było zawsze to samo.

- Kasia zakochała się w Rafale - mówi mi wzrok Klary.

- Tak, Kasia zakochała się w Rafale - potwierdzają w lusterku moje oczy.

- Ale to chyba niegroźne - uspokaja mnie Klara głośno.

- Co nie jest groźne? - pyta Katarzyna.

- A, nic! - śmieje się Klara.

- Ja też mam nadzieję, że to niegroźne - mówię.

-   Mama!   Co   wy   macie   za   tajemnice?   Ciociu!   -   denerwuje   się   Kasia.   Milczymy. 

Katarzyna też milknie, trochę obrażona i dotknięta, wytrzymuje jednak długo.

- Jutro poznasz Rafała, mamo, bo on przyjedzie do nas i będziemy razem zrywać 

papierówki z tych dwóch drzew koło domu. Bardzo jestem ciekawa, jak on ci się będzie 

podobał - trzepie.

- A tobie się podoba? - pytam.

- Mnie tak - przyznaje. - On jest taki, wiesz... wiesz, mama... - zacina się - och, no... 

chyba bardzo dobry kolega - kończy bezradnie.

Bo może i czuje się bezradna wobec tego, co ją ogarnia.

Zasnęłam wcześnie i przed północą wyrwał mnie ze snu pomruk burzy. Wstaję, żeby 

zamknąć okno, wiatr wydyma lekką firankę. Nie chce mi się spać, zapalam światło i sięgam 

po Hamleta. O, jakże bym chciała zwyciężyć ten zwrot, który jak dotąd zawsze był silniejszy 

ode mnie! Tyle razy grałam już Ofelię, to był mój sukces sprzed pięciu lat. A jednak zawsze, 

każdego wieczoru, ogarniała mnie panika, kiedy rozpoczynał się akt czwarty i zbliżała scena 

piąta. Z lękiem myślę, że w najbliższym sezonie powtórzy się to wszystko. Dwa słowa, tylko 

dwa małe słowa. To wprost śmieszne, wprost nie do wiary, że nie potrafię się z nimi uporać, 

pomimo takiego wysiłku! „Byłbym był”. Dlaczego nie potrafię tego powiedzieć porządnie, 

spokojnie, bez uprzedniej koncentracji, która z pewnością jest słyszalna. „Byłbym był”. Tak, 

background image

to jeszcze jakoś wychodzi, ale w całym zdaniu wszystko zaczyna mi się plątać... „I byłby był 

słowa dotrzymał... I bymbył był słowa... I byłbym bym...” Zupełnie jak dzwony w kościele. 

Jeszcze raz, tylko spokojnie: byłbym  był słowa dotrzymał, lecz trzeba ci było... No, więc 

mogę!

- Mama...

Uchylają się drzwi i zagląda Katarzyna.

- Co, Kasiu?

- Czy ty słyszysz, że grzmi?

- Słyszę.

- To ty i tak nie śpisz, co? Wejdę pod kołdrę.

Nie czeka na odpowiedź. Sadowi się wygodnie pod moim bokiem, sięga po Hamleta, 

którego odłożyłam, otwartego na akcie czwartym. Zagląda, czyta i śmieje się.

- Och, mama, znowu bymbył był?

- Byłbym był! - poprawiam ją. - Już mi nie plącz, Kasiu, i tak mam to poplątane.

Kasia kładzie książkę na baranicy.

- Wiesz, dziś wieczorem wuj mierzył mi czas. Zgadnij, ile miałam.

- Nie wiem. Dwanaście i pięć na setkę?

- Nie. Trzynaście i dwie. Taki skandal, masz pojęcie? Mój trener zemdleje, kiedy to 

ujrzy na swoim stoperze. Biegałam już dwanaście i osiem. Trzynaście i dwie! - Katarzyna 

robi minę cierpiętnicy.

- No tak, ale to nie na bieżni - pocieszam ją. Ktoś stuka do drzwi. Klara.

- Dlaczego wy nie śpicie?

- Boimy się burzy - mówi Kasia, kryjąc swój wstyd za liczbą mnogą. - A dlaczego 

ciocia nie śpi?

- Marek obudził się i stwierdził, że jest piekielnie głodny. Smażymy kaszankę - mówi 

Klara i patrzy prowokująco.

- Ummm... - mruczy Kasia. - Czy zjesz kaszanki, luba Ofelio? - pyta mnie.

A ja wsuwam stopy w swoje klapki i narzucam podomkę. Kasia ciągle jeszcze leży, 

przygląda mi się i śpiewa:

- Po czym ja cię poznam teraz, o kochanku mój? Płaszcz pielgrzymi, sandały, twój że 

to jest strój?

- Czy ona oszalała? - pyta Klara.

- Tak jakby, ciociu. Ale powinnaś zapytać: Niestety, kochane dziewczę, co znaczy ten 

śpiew?  I wtedy znalazłabyś się, królowo, w samym  sednie czwartego aktu, sceny piątej! 

background image

Obłąkanie Ofelii.

- Czy ona całego Hamleta umie na pamięć? - pyta mnie Klara.

- W każdym razie z połowę! - odpowiada Kasia dumnie i wyskakuje z łóżka. Idzie w 

stronę drzwi, zatrzymuje się i kłaniając Klarze nisko, deklamuje poważnie:- Mówią, że sowa 

była córką piekarza. Ach, panie! Wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, co się nami stanie. 

Niech wam Bóg pomaga przy wieczerzy!...

Potem wychodzi. Jesteśmy same. Klara uśmiecha się, patrząc mnie.

- Byłby idiotą, gdyby się w niej nie zakochał - mówi. - Słuchaj, czy ona odziedziczyła 

coś po tobie? Myślę o zdolnościach?

- Sądzę, że tak - odpowiadam krótko.

W kuchni Marek smaży kaszankę, a Kasia gryzie skórkę od chleba, zaglądając mu 

przez ramię.

- Długo jeszcze, wuju? - pyta.

Odwraca się, widząc nas w drzwiach, przełyka szybko ostatni kęs i uśmiechając się do 

Klary, mówi:

- Dzień dobry, dziś święty Walenty, dopiero co świtać zaczyna...

- Daj spokój, Kasiu! - przerywam jej.

Siadam na taborecie pod oknem. Nie ma mowy o świtaniu. Jest noc, szyby zalane 

deszczem. Drobne rozgrzane ziarenka kaszy pryskają z patelni, Klara wyjmuje talerzyki z 

białego kredensu.

- Podaj widelce, Kasiu - prosi.

Jej pies zlizuje z podłogi okruchy chleba, potem siada przede mną. Nie proszony 

podaje mi łapę z wylewną serdecznością i tłucze ogonem w podłogę. Marek nakrywa stół 

żółtym obrusem, uśmiecha się do mnie i mówi:

- Cieszę się, że zjesz razem z nami.

Kasia układa widelce. Grzmi. A jednak słoneczna jest kuchnia Klary tej nocy.

- Zmoknie ci to, co zostało na polu, Marku - mówię ze szczerą troską.

- Zmoknie. Ale wiesz co? - Stuka palcem w barometr zawieszony przy oknie. - Jutro 

będzie pogoda. Murowane.

Przyjechał. Jak mi opowiada Klara, przywiózł ze sobą prosiaka.

- Jak to, przywiózł prosiaka? - pytam.

- Przyjechał na motorze. Prosiak siedział w przyczepie. Rafał ma fantazję.

- Ale skąd on wziął tego prosiaka?

-   A   ja   wiem?   Kupił   albo   wygrał   na   strzelnicy.   Widzę,   że   Klara   uśmiecha   się   z 

background image

zakłopotaniem.

- Prawdę mówiąc, przywiózł go w prezencie twojej córce - wyjaśnia.

Robi mi się słabo. Och, znam dobrze Katarzynę i wiem, że za wszelką cenę będzie 

chciała zabrać to zwierzę do Warszawy.

- Ależ Klaro! - wołam z przerażeniem.

- Mojej winy w tym nie ma - odpowiada. - Ja Kasi nie dawałam prosiąt w prezencie. 

No cóż! Różni są chłopcy. Jedni przywożą pannom kwiatki, drudzy cukierki. Rafał przywiózł 

prosiaka.   W   końcu   jest   to   dość   sympatyczne,   Zuza,   ale   jeżeli   chcesz,   mogę   ci   podać 

walerianę.

Dziękuję za walerianę, wystarczy mi łyk zimnej wody. Prosiak na moim dywanie, 

prosiak w mojej kuchni, prosiak kąpany w mojej wannie, prosiak, który w końcu wyrasta na 

ogromną świnię. O! Jeden łyk wody to za mało! Wpada Katarzyna.

- Mama, dostałam prosiaka! - woła. - Słuchaj, jest taki cudowny!

„Panie Boże, skróć mi rękę, bo inaczej zdzielę tę dziewczynę po głowie” - myślę 

nabożnie.

- Słuchaj, mama, nie poczujesz się chyba dotknięta, jeżeli na twoją cześć nazwę tę 

świnkę Zuzanna?

- Kasiu! - jęczy Klara.

- Och, ciociu - tłumaczy Kasia - ona jest doprawdy taka słodka. I wuj Marek wróży jej 

karierę artystyczną.

- Na jakiej podstawie? - pytam.

- Wuj mówi, że ona ma powłóczyste spojrzenie. I rzeczywiście, przekonasz się sama. I 

taka jest wdzięczna. Jak idzie, to tyłeczkiem jak modelka na pokazie mody. Wuj Marek jest 

oczarowany. Żebyście słyszały, jak do niej przemawiał. Tak jakby mówił do cioci Klary: 

„Zaraz dam ci żreć, kochanie, cierpliwości, skarbie”.

Kasia naśladuje  głos Marka, Klara cieszy się i śmieje głośno, ja jakoś nie mogę. 

Katarzyna uspokaja się wreszcie i mówi:

- Mama, czy możesz się ogarnąć? Rafał zaraz tu przyjdzie.

- Przecież jestem ogarnięta - odpowiadam sucho.

- Tak mi zależy na tym, żebyś porządnie wyglądała. - Kasia

Przejeżdża mi palcem po brwiach.

W   tej   samej   chwili   słychać   delikatne   stukanie.   Drzwi   otwierają   i   wchodzi   Rafał. 

Błękitne dżinsy, biała koszula,  kolorowy szalik  zawiązany pod szyją.  Przypomina  mi się 

Bonanza, kiedy niego patrzę. Oczy Rafał ma brązowe, a jego kasztanową czuprynę już kiedyś 

background image

widziałam z daleka. A więc to w nim zadurzyła Kasia. No, jeżeli już musi, to przyznaję, że 

gust ma niezły. Rafał przy drzwiach, czeka. To mi się podoba, owszem. Podoba mi , że nie 

wpada do pokoju i nie leci w moją stronę z wyciągniętą ręką.

- Rafał - mówi Kasia - pozwól, to moja mama. No i proszę. Znowu muszę jej zwrócić 

uwagę,  że   to  jego   powinna  przedstawić  mnie,  a  nie   mnie   jemu.   Chyba   Rafał   też   o  tym 

pomyślał, bo uśmiechnął się, ale tylko przelotnie. Zbliża się, nachyla nisko nad moją ręką, 

którą całuje z szacunkiem. „Bardzo ładnie” - myślę. I wtedy on mówi:

- Widziałem panią w Zaczekaj Lusiu. Bardzo draczny film. I pani też była wdechowa 

jako Lusia.

Zatyka   mnie   ta   pozytywna   recenzja.   Do   tej   pory   przejmowałam   się   jedynie 

negatywnymi.

- Miło mi - odpowiadam z wysiłkiem.

Kasia patrzy w niego jak w tęczę. A Klara wbiła wzrok w sufit i tylko kąciki ust jej 

drżą, a broda się marszczy. Dobrze jej się śmiać.

- No, to co, Kasia? - pyta Rafał. - Idziemy zrywać papierówki?

- Tak! Oczywiście! - woła moja pracowita córka. - Przynieś tylko drabinę, widziałam 

ją koło stajni. Ja się przez ten czas przebiorę. Rafał wychodzi, a Katarzyna podbiega do mnie.

- No? - pyta. - No, jak? Wzruszam ramionami.

- Ten słownik... - mówię. Już nie chcę dodawać: I ten prosiak! Kasia smutnieje. Żal mi 

jej.

- Powinnaś mu powiedzieć, że nie lubisz takiego słownika - podsuwam jej. - To jest 

doprawdy   nieprzyjemne,   jak   taki   przystojny,   dobrze   ułożony   chłopiec   nie   ma   pojęcia   o 

potocznym języku. A czasami jak dziewczyna coś powie, to...

- Oj, no dobrze, mama, powiem, powiem! - woła Kasia niecierpliwie. - Ale poza 

tym...?

- Owszem. Poza tym owszem - chwalę jej wybór i uszczęśliwiam ją.

Podwieczorek   jemy   w   ogrodzie.   Pod   drzewami   stoją   już   dwie   skrzynki   pełne 

papierówek.

- Właściwie bardzo lubię zrywać jabłka - mówi Rafał. - To jest fajowe zajęęę... - To 

„ę”  przedłuża się i przechodzi w pomruk. Rafał  ściąga brwi. - Jest to bardzo przyjemne 

zajęcie. - Patrzy na Katarzynę wyczekująco.

- Dobrze - mówi Kasia. - Zupełnie dobrze.

Uśmiecham się. Oni są zabawni. I on chyba nie wie, że ta krytyka wyszła ode mnie. 

Kasia jest dyplomatką, nie posądzałam jej o to.

background image

- Czy pan już zdał maturę? - pytam.

- Ja nie jestem żaden pan. Jestem Rafał! Zdałem. Katarzyna kręci się nerwowo.

- I na co się wybierasz, Rafale?

Teraz Klara opuszcza głowę i wierci się na plecionym krześle.

- Na matematykę.

- O!

- Dlaczego pani się dziwi?

- Pewnie dlatego, że nigdy nie lubiłam matematyki  i nie mogę pojąć, że w ogóle 

można się nią interesować.

- A muzykę pani lubi? - pyta Rafał.

- Ogromnie!

- Dla mnie matematyka ma dużo cech wspólnych z muzyką. Widząc moje pytające 

spojrzenie, Rafał wyjaśnia:

- No tak. Proszę sobie wyobrazić jakieś bardzo długie, skomplikowane wyliczenie...

Przyglądam   się   Rafałowi,   słucham   uważnie   jego   słów.   Mówi   wolno,   z 

zastanowieniem. Od czasu do czasu zacina się lekko, porostu myśli, a potem przekazuje mi to 

myślenie nieomal na bieżąco.

-   i   tak   jak   jedna   fraza   muzyczna   przechodzi   w   drugą   frazę,   tutaj   jeden   układ 

przekształca się w drugi... To jest tak, więc to jest tak... mmm... jakby się tworzyło, to jest 

cała kompozycja... muzyczna ma swoje tempo, prawda? Matematyka też. Czasami Liczenie 

idzie lekko, bardzo płynnie, szybko, i to jest allegro, czasami dzieje się inaczej i z tego allegro 

trzeba przejść w lento. Pani się nad tym nie zastanawiała? Takie lento może się ciągnąć długo, 

aż w pewnej chwili, zupełnie nieoczekiwanie... mmm... wszystko zaczyna  się upraszczać, 

skracać, wyjaśniać... no... staccato, prawda? I później ten finał, te jakieś akordy porywające... 

W tym miejscu dyrygent kierujący orkiestrą podnosi zazwyczaj pałeczkę i nieruchomieje albo 

przeciwnie, obniża ją, opuszcza... tak czy inaczej instrumenty milkną. Widzi pani, podobnie 

dzieje się z ołówkiem matematyka. Ten końcowy akord to jest coś niesłychanego! Wynik. 

Symbole matematyczne nieruchomieją, utwór ma już swój taneczny kształt. Rafał zamilkł i 

teraz patrzy na mnie pytająco.

- Tak - odpowiadam. - Rozumiem.

Katarzyna  nagłym  ruchem kładzie rękę  na policzku Rafała.  Na siłę  odwraca jego 

głowę w bok i mówi:

- Mama, spójrz, on sobie zapuszcza faworyty!

Następnego   dnia   popołudnie   upływa   mi   leniwie   i   samotnie.   Przede   mną   leży   na 

background image

stoliku list od Tadeusza, który Kasia przyniosła mi przed wyjściem. List jest do niej, dla mnie 

znalazłam jedynie krótki dopisek na marginesie: „Zuleczko, dzwonili z teatru, prosili, żeby 

cię zawiadomić, próby rozpoczynają się pierwszego września. T”. Lakoniczny styl depesz, ale 

przywykłam do niego tak dalece, że często, kiedy otrzymuję depesze, to one wydają mi się 

podobne do listów Tadeusza. Ten styl zresztą jest ściśle związany z jego usposobieniem, z 

rozwagą, rzeczowością i chłodnym sposobem bycia, może nawet zbyt chłodnym niekiedy. 

Ale nie mam prawa narzekać na swoje małżeństwo. Jest udane, chociaż Klara nazwała je 

kiedyś małżeństwem z rozsądku. Owszem, z rozsądku, ale ten rozsądek mi się opłacił. Myślę, 

że   Kasia   nie   jest   podobna   do   żadnego   z   nas.   Trudno   ją   zresztą   oceniać,   bywa   czasami 

zaskakująca. Wiem, że jest wrażliwa, że potrafi się skupić, a jednak wczoraj, kiedy Rafał 

opowiadał nam o swojej matematyce, ona myślała o jego faworytach, tylko to ją interesowało. 

Rozdrażniła mnie odpowiedź Katarzyny, kiedy Rafał zapytał:

- A ty na co się wybierasz, Kasia?

Parę   lat   temu   odpowiadała   szybko:   „Będę   krytykiem   literackim,   tak   jak   tatuś!”. 

Ostatnio   zmieniła   plany:   „Będę,   oczywiście,   aktorką,   tak   jak   mama!”.   A   wczoraj   długo 

patrzyła   przed   siebie,   jakby   w   ogóle   nie   dotarło   do   niej   pytanie   Rafała.   I   wreszcie   ta 

odpowiedź:

- Nie wiem.

Nie lubię, kiedy Kasia wzrusza ramionami.  Klara zostawiła mi szklankę malin ze 

śmietaną. Jem je przez łakomstwo, bo nie jestem głodna.

- Przykro mi, że cię zostawiam samą, ale rozumiesz, muszę. Poszła na zebranie koła 

gospodyń wiejskich, Kasia wybrała się tam razem z nią.

- Czy jesteś przewodniczącą tego koła? - zapytałam, ciekawa czy Klarę doceniają tu 

na wsi.

- Skąd! - oburzyła się. - Coś ty, Zuza! Przewodniczącą jest Wala Rucianowska. To 

najlepsza gospodyni w całej okolicy.

- Ciocia jest w sekcji opiekuńczej - wtrąciła Kasia.

- Kim się opiekujesz, Klaro?

- Dziećmi. Chodź, Kasiu, bo w końcu spóźnimy się, tak jak w zeszłym razem.

Świetne są te maliny,  może tylko  zbyt obficie posypane cukrem, stałam sama, bo 

Marek   nie   wrócił   jeszcze   z   pola.   Nagle   spokój   mojego   popołudnia   zakłóca   narastający 

warkot. Odwracam głowę stronę domu, to Rafał podjeżdża przed ganek na swoim motorze. 

Zostawia go pod drzewem.

- Halo, Rafał! - wołam. Patrzy w moim kierunku.

background image

- Dzień dobry. Nie ma nikogo?

- Nie. Jestem sama.

Podchodzi, wita się. Siada na ogrodowym krześle, z którego wygłaszał swoje expose.

- Dokąd Kasia poszła?

- Na zebranie koła gospodyń wiejskich - uśmiecham się. Nie potrafię rozmawiać z 

chłopcami   w   jego   wieku.   Drażni   mnie   milczenie,   które   teraz   zapada.   Rafał   rozgląda   się 

dokoła bezradnie, jakby z nadzieją, że temat do rozmowy siedzi gdzieś na krzaku, tylko go 

wziąć.   Wyobrażam   sobie,   że   jego   męczarnia   jest   jeszcze   większa   niż   moja,   żal   mi   go. 

Jednocześnie   przychodzi   mi   ochota   wrócić   do  naszej   wczorajszej   rozmowy   i   powiedzieć 

Rafałowi, że bardzo mi podobało to, co mówił o matematyce. Chyba powinien się ucieszyć.

- Chcę ci coś powiedzieć, Rafał... - zaczynam.

- Nie... - mówi, opuszczając głowę. - Nie, nie trzeba.

- Dlaczego? Chcę, żebyś wiedział...

Przerywa mi nagłym gestem dłoni.

- Nie, proszę pani! Ja przecież wiem.

„O czym on mówi? - zastanawiam się. - Czy sądzi, że chcę mu morały na temat jego 

znajomości z Kasią? To nieprawdopodobne!”

- Co ty wiesz, Rafał? - pytam ze zdumieniem.

- A wszystko. Ojciec mi powiedział.

Nie rozumiem. Patrzę na Rafała i nic nie rozumiem.

-   Tak!   -   powtarza.   -   Powiedział   mi.   Byliśmy   razem   na   Zaczekaj,   Lusiu!   Kiedy 

wyszliśmy z kina, ojciec mi powiedział. Mówił, że chyba pani zrobiła bardzo rozsądnie, bo z 

nim... bo u nas, w naszych warunkach, mogłaby pani grać najwyżej w amatorskim teatrze, A 

przecież pani taki teatr na pewno by nie odpowiadał, prawda?

Jeszcze  tylko  kilka malin  zostało  na dnie szklanki,  rozgniatam  je  łyżeczką.  Może 

powinnam zachować się teraz inaczej, ale ja nigdy nie grałam takiej roli i nie wiem, jak się 

gra.   Zawsze   odrzucałam   role   banalne.   Łyżeczka   dzwoni   o  szklankę,   to   jest   głos   mojego 

wzruszenia. Paskudny scenariusz podsunęło mi życie.  Muszę coś powiedzieć. Odstawiam 

szklankę i patrzę na Rafała. Zupełnie nie jest podobny do Pawła, nic a nic. Patrzę na jego 

oczy, nos, usta, na włosy, brwi i czoło, błądzę po omacku, szukam, nie odnajduję. Jakby na 

zasadzie kontrastu widzę przed sobą coraz wyraźniej twarz Pawła, taką jaką pamiętam. Biorę 

papierosa, Rafał sięga po zapałki, wstaje, podaje mi ogień i znowu siada na wprost mnie. O co 

mnie pytał? O teatr amatorski? Ależ ja nic nie wiem, nic nie wiem o amatorskich teatrach! 

Rafał przygląda mi się ze ściągniętymi brwiami. Nie wiem, o czym mam mówić. Czy nie 

background image

lepiej zdobyć się na szczerość?

- Słuchaj - zaczynam. - Nie wiedziałam. Nie znałam twojego nazwiska.

Jeszcze mocniej ściąga brwi.

- No, to ja się wygłupiłem. Myślałem, że pani wie. I myślałem że pani chce ze mną o 

tym mówić.

Podnosi się z krzesła, wkłada ręce do kieszeni, opiera się o drzewo, stoi kilka kroków 

ode mnie. Znowu patrzę na jego pochmurną twarz i nagle ogarnia mnie czułość. To jest Pawła 

syn

Katarzyna biegnie.

- Słuchaj! - woła z daleka.

Jakie to szczęście, że już wróciły.

- Ty, Rafał, słuchaj! Czy to prawda, że wybierasz się na koński targ?

- Prawda.

- A czy prawdą jest to, co mówiłeś wujowi Markowi? Że chcesz mnie ze sobą wziąć?

Katarzyna jest już blisko. Staje na wprost Rafała, patrzy mu prosto w oczy.

- A co dziewczynie po końskim targu? - pyta Rafał.

- A jeżeli ci powiem, że nic dziewczynie po końskim targu, natomiast coś dziewczynie 

po wyprawie z tobą, to uwierzysz?

Ależ jest śmieszna! Podciąga spodnie w talii ruchem sześciolatki.

- Coś ty taka wkurzona?

- Na ciebie, zakuty łbie! A co dziewczynie po końskim targu? - przedrzeźnia Rafała. - 

Nie widziałam nigdy. I chcę zobaczyć, weźmiesz mnie ze sobą.

- Trzeba wstać o czwartej rano.

- To wstałbyś o trzeciej i przyjechał mnie obudzić, gdybym potrzebowała twojej łaski. 

Ale nie potrzebuję! - mówi Kasia gniewnie. - Mam budzik, nastawię i wstanę. Jeżeli nie 

chcesz jechać ze mną, jadę sama. W nosie mam twoje towarzystwo. Przekonasz się, że będę 

tam jeszcze przed tobą.

Wróciła wściekła z tego zebrania gospodyń wiejskich.

-   Dlaczego   jesteś   taka   wściekła,   Kasiu?   -   pytam.   Odwróciła   się   w   moją   stronę   i 

odpowiada:

- Też byłabyś wściekła, mama, gdybyś widziała to, co ja widziałam!

- A coś ty takiego widziała?

- Eeee... - krzywi się.

- No, co widziałaś? - nalega Rafał.

background image

- Widziałam dzieci. Małe. Brata i siostrę. Oboje z mongolizmem... co ja wam będę 

mówiła? Mam wam opisywać te dzieci czy jak?- aa, Klara będzie się starała o zakład dla nich. 

Nagle opada z Kasi cała złość, buzia jej maleje i brzydnie.

- Rafał, weź mnie na ten targ - prosi. - No, weź mnie, co ci szkodzi? Tak bym chciała 

pojechać.

- To pojedziesz, Kasiu.

Odchodzą. Jeszcze tylko Katarzyna mówi mi, że idą do stajni, tylko Rafał wita się z 

Klarą, która wychodzi właśnie z domu, patrzy w moją stronę. Potem podchodzi.

- Usiądę na chwilę. Wypalę papierosa i do roboty - mówi. Podaję jej zapałki. Jeżeli 

przyszła na tak krótko, nie mam czasu na odwlekanie pytań.

- Nie wiedziałam, że Rafał nazywa się Niedzielski. Znałam jego ojca, wiedziałaś o 

tym?

- Nie.

- Znałam go. Niedużo brakowało, a byłybyśmy sąsiadkami.

- Co ty mówisz? I kiedy to było?

-   Pamiętasz   ostatnie   wakacje   przed   swoim   ślubem?   Byłaś   w   Kazimierzu,   a   ja   w 

Jastarni. Tam to się zaczęło, a skończyło niewiele później.

- Nigdy mi nie mówiłaś.

- Nigdy. Wtedy wynikła sprawa twojego małżeństwa. Wobec podobnych problemów 

zajęłyśmy, widzisz, różne stanowiska...

- Nie chwaliłaś się swoimi - mówi Klara sucho.

- Po prostu nie chciałam mówić.

- Dlaczego?

„Och, nie będę się z nią bawić w kotka i myszkę. Minęło już tyle lat”.

- Wiec masz rację, myśląc, jak myślisz. Nie byłam w porządku w stosunku do Pawła, 

nie miałam się czym chwalić. Byłam zresztą bardzo nieszczęśliwa.

- Biedactwo! - mówi Klara i to brzydko brzmi.

- Czy budzi się w tobie lojalność w stosunku do lekarza twoich zwierząt? - pytam 

ironicznie.

A ona równie ironicznie odpowiada mi:

- Mogę mieć bałagan w szafie, ale w uczuciach lubię porządek. - Milczymy przez 

chwilę, potem Klara mówi krótko:

- Przepraszam, Zuza.

Być może przypomniała sobie chwile własnych załamań. Więc teraz proszę ją:

background image

- Opowiedz mi coś o nim.

- Muszę cię zmartwić... - odpowiada mi po krótkim namyśle. Wzdycha, jak gdyby 

czas  trwania  jej westchnienia  mógł zmień  treść tego,  co musi mi  powiedzieć. - Nie  jest 

szczęśliwy. I nigdy nie był.

- Dlaczego?

- Nie wiem. Dwa nieudane małżeństwa, ale to nie one odchodzi od niego, tylko on od 

nich, od tych swoich żon. Być może szukał w nich ciebie i nie znajdował. Często się śmieje, 

jest wesoły, ale kryje się za tym wszystkim pewna melancholia. Może zawsze taki był? Och...

- Co, Klaro?

- Tak, teraz przypominam sobie ten dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczył Kasię. To 

było tutaj, u nas. Przyjechał na początku wakacji, bo kury zaczęły nam zdychać i Marek 

pojechał po niego. Zobaczył Kasię, zapytał, czy mamy gościa na lato. Mówię, że tak, że to 

córka przyjaciółki, pewnie pan zna jej mamę z filmu albo z telewizji. „Tak, mówi, znam”.

- I co dalej?

- Chciałbym zobaczyć tę dziewczynkę - powiedział.

Zawołałam Kasię, przyglądał jej się bardzo długo. Podała mu rękę na powitanie i on, 

wiesz, tak jakoś przytrzymał jej rękę. I potem powiedział, że będzie jej mówił ty, bo przecież 

mógłby być jej ojcem.

Nic więcej Klara nie mówi. I ja też już o nic nie pytam.

- I ze mną nie byłby szczęśliwy.

- Możliwe - odpowiada mi Klara. - Ale tego nigdy nie wie się na pewno.

- Nie byłby! - upieram się.

Nie mówię tego głośno, ale myślę, że zginęłabym w tym życiu Pawła. Zadusiłby mnie 

zapach   wody  po  goleniu   i   sprayu.   Usiłuję   teraz   stworzyć  sobie   wizję   domu  Pawła,   z   tą 

restauracją   niedaleko   i   fryzjerem   na   dole,   żeby   odgonić   w   ten   sposób   inną   wizję,   wizję 

naszego   szczęścia.   Dzieci   wracają,   może   Klara   domyśla   się,   że   jeszcze   przez   chwilę 

wolałabym nie rozmawiać z nimi, bo prosi:

- Idźcie, Kasiu, do kuchni. Na stole stoi miseczka. Wlałam tam resztki krupniku z 

twojego talerza, wrzuciłam jakieś wczorajsze ochłapy i potężny gnat z zupy. Daj to psu, dziś 

jeszcze nie jadł.

- Dobrze, ciociu!

Odchodzą   znowu,   ale   Kasia   zawraca,   już   sama.   Rafała   zostawiła   przed   gankiem. 

Nachyla się nade mną i całuje mnie w czoło.

- Mama! - mówi.

background image

I   odbiega.   A   więc   powiedział   jej.   Po   co?   Nagle   stwierdzam,   że   mam   już   dość 

odpoczynku i że chciałabym znaleźć się w swoim domu. Katarzyna niech zostanie, jeżeli ma 

ochotę, ale ja wyjadę. Ja wyjadę. Może pojutrze? I znowu Kasia i Rafał idą ku nam. Rafał 

śmieje się, a ona ma minę niewyraźną.

- Ciocia, co ja mam zrobić? Wuj Marek zjadł te wszystkie zlewki, a teraz obgryza 

gnat. Pies siedzi naprzeciwko niego i warczy.

Kasia wraca z końskiego targu o dwunastej. Klara szykuje obiad, ja wszywam rękaw 

do jej kretonowej bluzki. Słuchamy, jak Kasia opowiada o targu, pijąc jednocześnie zsiadłe 

mleko prosto ze słoja po marynowanych ogórkach.

- Mówię wam, że to była istna fantazja! Kiedy jechaliśmy w tamtą stronę, nawaliła 

nam kobyła, to znaczy, mama, że popsuł się motor.

Łyk mleka i Kasia mówi dalej:

- Przyjeżdżamy, a tam istne końskie szaleństwo. Ofelia robi wysiadkę w porównaniu z 

jedną klaczą, która... - łyk mleka - dostała bzika na środku placu. Nikt jej nie chciał kupić, bo 

same rozumiecie, na co komu zwariowany koń? Tylko Rafał zachwycił się tą klaczą, ale... - 

łyk mleka - Rafał nie ma pieniędzy. Więc, masz pojęcie, ciocia, namówił Lipczaka, żeby tę 

klacz kupił. I Lipczak dał się wrobić w ten wątpliwy interes. - Kasia oblizuje białe wąsy 

sponad   górnej   wargi.   -   Z   drugiej   strony,   ja   mam   nadzieję,   że   ta   klacz...   -   łyk   mleka   - 

odwdzięczy   się   Lipczakowi   za   jego   dobre   serce.   Kiedyśmy   wracali,   mówię   do   Rafała: 

„Rafciu, mój skarbie, stawiaj wodę sodową, bo trupem padnę”. Najpierw chciał mnie bić za 

tego Rafcia, a potem rzecze wielkodusznie: „Dobra, ja ci tę wodę postawię”. I... - dwa łyki 

mleka   -   postawił.   To   ja,   mama,   ty   mnie   znasz,   z   punktu   wypiłam   trzy   szklanki.   To   on 

powiada, że wypije cztery, jedną po drugiej, bez łapania powietrza. Babka przy wózku patrzy 

jak na głupich. W sumie strzeliliśmy jedenaście szklanek, żeby... - łyk mleka - przekonać się 

na koniec, że Rafał nie ma ani grosza przy sobie. Potem wam dokończę, bo teraz muszę iść do 

klo.

- Ona dziś nie wyjdzie z tego klo do końca wieczora - śmieje się Klara. - Po tej wodzie 

sodowej i po tym mleku!

Wyglądam przez okno, widzę, jak Kasia wybiega z ganku i leci w stronę szarej budki, 

ale dostrzega mnie, zatrzymuje się i podskakuje raz na jednej nodze, raz na drugiej, woła:

- Mama, teraz sama widzisz, jakie ja mam cudowne wakacje!

Ustaliłyśmy z Klarą, że Kasia zostanie u niej do końca sierpnia. Klara nie zdziwiła się, 

kiedy powiedziałam jej, że chcę wyjechać wcześniej, niż początkowo zamierzałam.

-   Spodziewałam   się   czegoś   takiego.   Trudno,   Zuza!   Są   ludzie,   których   nie   można 

background image

zatrzymać, i ty do nich należysz.

Przyglądam   się   Klarze,   która   pochylona   nad   stołem   formuje   zgrabne   kotlety   z 

mielonego mięsa. Jej uroda zawsze mnie urzekała. Uważałam ją za śliczną, kiedy byłyśmy 

dziewczynkami,   za   bardzo   ładną,   kiedy  dorosłyśmy,   za   fascynującą   w   tym   czasie,   kiedy 

wychodziła za Marka. A teraz...? Najdokładniej jednak rysuje mi się w pamięci twarz Klary, 

którą zapamiętałam z tego wieczoru na dworcu, kiedy przyszłam po nią, bo wracała właśnie z 

Kazimierza. Może bym jej wtedy opowiedziała o moich przejściach z Pawłem, gdyby nie to, 

że Marek też czekał na nią. Był na dworcu pierwszy, zobaczyłam go, wychodząc na peron. 

Pamiętam, jak mnie speszyła czarna opaska na jego ramieniu.

- Marek - zapytałam, nie wiedząc, czy dobrze robię, czy źle, dotykając takich spraw - 

straciłeś kogoś?

- Tak. Rodziców.

Opowiadał mi potem o ich śmierci. Wieźli jarzyny do miasta, pijany kierowca uderzył 

w   bok   furmanki.   Pamiętam   również   oczy   Marka,   kiedy   wpatrywał   się   w   nadjeżdżający 

pociąg. Wiedziałam już, powiedział mi, że czeka nie tylko na Klarę, ale i na jej decyzję. Był 

na trzecim roku ogrodnictwa, kiedy postanowił rzucić studia i wrócić na wieś, żeby wszystko 

nie marniało, tak mówił. I napisał o tym do Klary do Kazimierza. Była wtedy na drugim roku 

akademii, miała zacząć trzeci. Wysiadła z pociągu.

- Marek! - zawołała.

Ten jej głos też pamiętam. Często używałam go później na scenie, ale chyba nigdy nie 

potrafiłam w jednym słowie, w jednym imieniu, wyrazić tyle, ile Klara wtedy. Usłyszałam jej 

głos i od razu zrozumiałam, że wybrałyśmy dwie różne drogi, droga Klary wydała mi się 

niepojęta.

Do kuchni  wchodzi  Marek. Wygląda  bardzo źle, ma podsiniałe oczy i zapadnięte 

policzki. Ciemna opalenizna nie ratuje sytuacji.

- Nie ma tu Antoniowej? - pyta matowym głosem.

Antoniowa przychodzi pomagać Klarze w ogrodzie i widziałam, że dziś była także.

- Antoniowa jest w piwnicy - mówi Klara. - Układa jabłka.

- Potrzebne mi „Holands Glory”. Pięćset sztuk. Masz oczyszczone?

- Mam oczyszczone. Antoniowa wie, gdzie stoją. Pokaże ci.

-   Chcę,   żeby   Rafał   je   zabrał,   a   on  zaraz   jedzie  do   domu.   Powiedział,   że   chętnie 

podrzuci skrzynkę do Roztockiego.

- Roztocki porywa się na tulipany? - dziwi się Klara. - A nie chciał w zeszłym roku.

- Dał się namówić. To ja zejdę,  Klara, na dół, a ty powiedz Rafałowi, jak on tu 

background image

przyjdzie, żeby poczekał.

Marek wchodzi do sieni, z której jest zejście do piwnicy.

- Bardzo źle wygląda - mówię do Klary. - Czy ty to widzisz?!

- I źle się czuje - dodaje Klara. - Nigdy tak źle się nie czuł.

- Rafał, katafał! - woła Kasia pod oknem.

Spoglądam tam. Rafał idzie od strony ogrodu. I nagle słyszymy z sieni niepokojący, 

dziwny hałas, który paraliżuje nasze ruchy. Potem wszystko cichnie, żeby wrócić znowu, ale 

jedynie przeraźliwym głosem Antoniowej.

- Jezus, Maria, Józefie...! Pani! Pani! Paaani!

Minęło już pięć godzin od chwili, kiedy żółta karetka pogotowia wyjąc przeraźliwie, 

powiozła   Klarę   i   Marka   do   szpitala.   W   chwilą   później   ruszył   za   nimi   Rafał   na   swoim 

motorze. Rafał wrócił po jakimś czasie, oni zostali.

- Nic nie wiem, niczego sensownego nie mogłem się dowiedzie Wiem, że pan Marek 

jest na chirurgii. Pani Klary nie widziałem.

Siedzimy   więc   z   Kasią   pełne   niepokoju,   bezradne.   Wszystko   w   czym   mogliśmy 

pomóc Klarze, zostało już zrobione. Antoniowa wydoiła krowy, Rafał zajął się końmi, Kasia 

drobiem, ja kuchnią. Potem Rafał zawiózł cebulki tulipanów do Roztockiego, wrócił i znowu 

pojechał do szpitala. Mam nadzieję, że zaczeka tam na Klarę i że przywiezie ją do domu.

- Mama, mogę to skończyć? - pyta Kasia, pokazując mi garnek na którego dnie widzę 

wiśnie pozostałe z kompotu.

- Chyba tak.

- To skończę.

Siada w sporej odległości od wiadra i pluje pestką przez połowę kuchni. Trafia. Już mi 

się nie chce strzępić języka, dziś jest mi wszystko obojętne, niech pluje. Znowu trafia. I 

znowu.

- Gdzieś ty się tego nauczyła? - pytam wreszcie.

- Rafał mnie nauczył. To łatwe, wiesz? Spójrz, jak to się robi. Widzisz? Kładzie się 

pestkę na czubku języka, o tak, no popatrz! I... tfu! Trafiła. Podsuwa mi garnek.

- Chcesz spróbować?

- Nie. Przeżyłam tyle bez tej umiejętności, to już chyba i umrę bez niej.

Jak  głośno cyka  zegar  kuchenny. Chętnie  zajęłabym   się czymś,  ale   wszystko   jest 

zrobione.

- Kasiu, może jest jeszcze coś do roboty?

- Już myślałam.  Nie ma. Możemy tylko  tak drętwo czekać, nic więcej nie da się 

background image

zrobić. Jeżeli jest ci źle, pomyśl, że im jest jeszcze gorzej - poucza mnie. I znowu trafia.

- Chyba odłożysz swój wyjazd, mama? Nie zostawisz tak Klary?

- Chyba odłożę.

- Odłóż. Bądź dobrą przyjaciółką!

Myślę   o   Klarze,   o   jej   opanowaniu,   o   tym,   jak   szybko   zorganizowała   pomoc   dla 

Marka, chociaż ręce jej drżały i głos się łamał. I mówię nagle:

- Klara jest wspaniałą kobietą.

- Nie zawsze taka była, mówiłam ci już. Denerwuje mnie to.

- Co ty możesz o tym wiedzieć, Kasiu? Nie znałaś jej.

- Ty też jej nie znałaś - odpowiada Kasia, odstawiając pusty garnek.

- Już na pewno lepiej ja ją znałam niż ty.

- Nie wiem. Myślę, że ja wiem o niej więcej, to znaczy o tej dziewczynce, którą 

kiedyś była, o tej, z którą tyś się przyjaźniła. Założę się, że ja o niej więcej wiem.

- Jakim cudem możesz wiedzieć o niej więcej?

- Bo Klara mi opowiadała. Mówiła mi rzeczy, o których tobie nie powiedziałaby za 

żadne skarby. To znaczy nie teraz, tylko wtedy, kiedyście się przyjaźniły. Czy ty, na przykład, 

wiesz, że Klara okradła kiedyś Matkę Boską?

- Nie pleć, Kasiu. Nie mam nastroju do żartów.

- Ja też. Tfu!

Widocznie zrobiła sobie zapas tych pestek i trzyma je w ustach.

- Okradła Matkę Boską. Zrobiła to, jak miała dziesięć lat. Jej dziadek wtedy chorował, 

ciocia bardzo się bała, że on umrze. I zaczęła zbierać pieniądze z przeznaczeniem na mszę za 

zdrowie   dziadka.   Ta   msza   miała   być   odprawiona   przed   ołtarzem   Matki   Boskiej 

Częstochowskiej.   Ale   któregoś   dnia   Klara   zobaczyła   na   wystawie   kolorową   włóczkę   i 

okropnie jej się zachciało kupić tę włóczkę na sweterek dla lalki. Wzięła pieniądze, które 

należały już do Matki Boskiej, w każdym razie ona tak to wtedy rozumiała, i kupiła za nie 

włóczkę.  Była  przekonana, że okradła Matkę Boską, czuła się taka podła i nikczemna.  I 

jeszcze do tego, mama, ten biedny dziadek, za którego zdrowie nie będzie mszy! Widzisz to? 

Bo ja widzę. Potem, jak już przyniosła tę włóczkę do domu, zaczęła bać się kary bożej. 

Pomyślała, że coś takiego na sucho jej nie ujdzie, że Matka Boska pójdzie do Pana Boga i 

wszystko wyklepie. Uważała, że załatwią to przy pomocy pioruna. I czekała na ten grom z 

jasnego nieba, który ją porazi. Ty się uśmiechasz, bo ja to tak opowiadam. Ale jak ciocia 

Klara mnie to opowiadała, ja się nie śmiałam. Bo wiesz, ona się tego pioruna do tej pory 

spodziewa. Ma dużo takich sprawek na sumieniu. Różne kłamstwa, donosicielstwo, obłudę. 

background image

Jeszcze ci powiem, że ciocia do tej pory ma ten sweterek, który wtedy zrobiła dla lalki. I ja go 

widziałam.

Historia, którą opowiedziała mi Kasia, z trudem mieści mi się w głowie. Klara była 

prawdomówna, szczera, uczciwa. Była taka jak jest teraz, pod tym względem nie zmieniła się 

ani trochę. Ale po co opowiadała Katarzynie te głupstwa?

- Ciocia mi powiedziała - słyszę nagle głos Kasi - „Kasiu, to nie sztuka patrzeć na 

siebie, kiedy coś już się stanie. Sztuka - to patrzeć na siebie w trakcie”.

Czuję, że wpływ Klary na moją córkę jest silniejszy niż mój i nie wiem już sama, czy 

mam się martwić tym, czy cieszyć.

- Wydaje mi się, że coś słyszę... - mówi Kasia. - Ty też co słyszysz?

- Tak. Chyba tak.

Podbiegamy do okna. Już zmierzcha na dworze, ale to jeszcze nie wieczór. Patrzymy 

w głąb drogi, po chwili coś się tam pojawia.

- Motor! To będzie Rafał, zobaczysz, mamo. Tak, to Rafał. Podjeżdża, za nim siedzi 

Klara.

Wybiegamy z Kasią przed dom.

- Już lepiej - mówi Klara z poszarzałą twarzą. - Ale nie dali mi przy nim zostać. A 

przecież nikt go tak nie dojrzy, jak ja bym dojrzała - dodaje z rozżaleniem.

Obejmuję ją i idziemy w stronę ganku. Klara ogląda się i woła przez ramię:

- Chodź, Rafał! Kasia, powiedz mu, żeby wszedł do domu. - I zwraca się do mnie: - 

Taki był dla mnie dobry, tam w szpitalu. Kiedy czuję się nieszczęśliwa, a ktoś jest dla mnie 

dobry, strasznie się rozklejam...

Wchodzimy do kuchni.

- Siadaj teraz i mów - proszę. - Co to było?

- Spadł, bo kiedy stanął na tych schodach do piwnicy, zakręciło mu się w głowie. 

Złamał rękę w dwóch miejscach. Już ją wsadzili w gips. Ale dlaczego zakręciło mu się w 

głowie, to nie wiadomo. Teraz będą robić badania. Nie wiem, może był po prostu zmęczony, 

a może coś mu jest...

- Na pewno był zmęczony - pocieszam ją.

- Tak myślisz? Może. Słuchaj, Zuza, kiedy dostałam się wreszcie do tej piwnicy i 

zobaczyłam   go   tam...   myślałam...   myślałam   najgorsze...   i   wtedy,   wiesz?   Świat   mi   się 

skończył.

Klara płacze. Siedzi z głową opartą o ścianę i płacze. Dopiero teraz. Kasia i Rafał 

zatrzymują się w drzwiach. Łzy Klary niepokoją ich i peszą. Nie potrafią jeszcze uczestniczyć 

background image

w czyimś cierpieniu. A zresztą, któż potrafi? Patrzą na mnie pytająco.

- Wejdźcie - mówię.

Wkładam grzałkę do dzbanka, w którym Klara zwykle gotuje wodę na herbatę, jeżeli 

nie  pali   się  ogień.  Powtarzam  jej  codzienne  ruchy,  otwieram   kredens, wyjmuję   szklanki, 

uzupełniam pustą cukiernicę. Robię to wszystko, czego Klara nigdy dotąd nie dawała mi 

robić, bo byłam gościem, któremu pozwalano jedynie na zabawę w szycie.

- Rafał, proszę cię, wylej wodę z wiadra, a ty, Kasiu, przynieś mi czystej - mówię. I 

nagle czuję się swoja w tym domu.

Rafał chwyta obydwa wiadra.

- Zostań! - mówi do Kasi.

- Może ty się położysz, Klaro? - proponuję.

-   Nie.   Położę   się   dopiero   wtedy,   kiedy   poczuję   się   bardzo   śpiąca   -   mówi   Klara, 

wycierając łzy wierzchem dłoni.

Kasia podchodzi do niej, nieśmiało gładzi Klarę po włosach.

- Ciocia, bądź spokojna, jego tam dopilnują...

Rafał wraca z wiadrami. To z czystą wodą stawia na niskim taborecie, to do brudnej, 

obok na podłodze.

- Proszę pani - zwraca się do Klary. - Jasiek wrócił. Mówi, że się prześpi w stajni, 

żeby pani rano nie była sama z tym wszystkim. Zawiezie mleko do rozlewni, ma to pani z 

głowy.

Zazwyczaj Jasiek nocuje u siebie, we wsi. Jest synem Antoniowej, w lecie pomaga 

Markowi przy koniach.

- Dobrzy jesteście - mówi Klara. - Ale ty, Rafał, jedź już do domu. Dziękuję ci.

- Pojadę. Ale jakby coś trzeba było, to pani wie?

- Wiem.

- Wystarczy pchnąć Jaśka po mnie.

Rafał już nie czeka na herbatę, odjeżdża po chwili. Kasia wraca sprzed domu i staje 

przy oknie. Długo patrzy na szosę. Rafała nie widać już, ale ona jeszcze ciągle patrzy i patrzy.

Klara pomału wprowadza swój dom w odmienny rytm.  Mikołaj, najbliższy sąsiad 

Marków, uczciwie dzieli swój czas pomiędzy dwa gospodarstwa. Wszystko, z czym Klara nie 

daje sobie rady, pomimo pomocy Antoniowej i Jaśka, bierze na swoje barki ten ponury, 

nieprzystępny mężczyzna. Boję się Mikołaja i uciekam, kiedy tylko dobiega mnie z podwórza 

jego nosowy, głęboki głos.

W pokoju Klary Antoniowa myje podłogę.

background image

- Czy ja tu mogę wejść? - pytam. - Pan Mikołaj stoi przed gankiem, a ja się go boję.

- Pani wejdzie - odpowiada mi. - Tylko pani wytrze buciki o tę szmatę, bo zaraz się 

naniesie. Mikołaja nie trza się bać, to dusza człowiek.

- Wiem, ale on ma taki groźny wygląd.

- Gdzie on tam groźny! Pani się zapyta Kasi. Kasia pani powie, jaki on groźny. Taki 

on groźny, że go do rany przyłóż.

Nie mam pojęcia, jakie Katarzyna może mieć dowody na dobroć Mikołaja. Antoniowa 

zaspokaja moją ciekawość.

- Tę dziewczynę, czarną taką, z którą Kasia po wsi chodzi, to pani widziała?

- Widziałam.

- No, to Mikołajów Pola, córka. Tak on mówi. Żadna ona córka dla Mikołaja.

- A skąd ją wziął?

- Skąd miał wziąć? Z przytuliska.

Antoniowa   klęczy   na   podłodze,   ale   na   chwilę   prostuje   plecy.   Patrzy   na   mnie, 

uśmiecha się.

- Kasia nie mówiła?

- Nie.

- Z przytuliska. Trzy lata miała, jak dom jej dał niby swojej. Własnych dziecisków 

troje się dochował, ale Polę równo z nimi widzi. Taki jest Mikołaj. A żonie, co ją nieraz ręka 

swędzi, żeby Polę przez kark zdzielić, to on mówi: „Skoro ty, Malwina, na tę sierotę rękę 

podniesiesz, od łokcia ci uschnie!” - tak jej grozi. Więc swoje bębny to ona wygrzmoci, ale 

Poli palcem nie tknie. Kasia to wie, Kasia z Polą trzyma.

Tak, przypominam sobie tę Polę dokładnie. Ładna dziewczyna, czarna jak Cyganka.

- Teraz to się Pola na położną uczy. I pracę, mówią, że u nas dostanie. Podobnież już 

tam   na   nią   w   izbie   porodowej   czekają.   Doktorka,   co   od   młodej   Grzelakowej   dziecko 

przyjmowała, to tak jej mówiła: „Następne, Urszulko, Pola wam odbierze”.

Antoniowa pochyla się i myje podłogę w milczeniu.

- Dziwno mi... - mówi po chwili - że one tak się z Kasią ku sobie mają. Obydwom 

przecie Rafałek w głowie. I Poli, i Katarzynie.

Wstaje, wyżyma nad wiadrem ścierkę od podłogi, potem gospodarskim spojrzeniem 

sprawdza czystość jasnych desek.

- No! - mówi z zadowoleniem. - Teraz wygląda, jak się należy. Zapuściła pani Klara 

podłogę, domyć nie mogłam.

Wreszcie wychodzi. Mam ochotę zawołać Kasię i zapytać  ją wprost i o Polę, i o 

background image

Rafała. Początkowo bawiła mnie i wzruszała ta Kasi miłość. Teraz mnie niepokoi. Wyglądam 

przez okno, ale nigdzie nie widzę Katarzyny. Wołam. Nikt mi nie odpowiada.

Spotykam ją dopiero przy obiedzie. Jemy we dwie, bo Klarę odwołała Antoniowa.

- Izabeli coś jest - tłumaczy mi Kasia. - Antoniowa mówi, że ona chyba jest chora. Ale 

cioci się nie zdaje. Nie podejmuję tematu Izabeli.

- Co robiłaś przed obiadem? - pytam.

-   Przed   obiadem?   Przed   obiadem   robiłam   taką   masę   rzeczy,   mama,   że   samo 

wyliczenie zabrałoby mi czas do kolacji.

- Więc może w skrócie?

- Rano pomagałam cioci. Przed południem pomagałam cioci. W samo południe też 

pomagałam cioci.

- Kasiu!

- Chciałaś w skrócie, mamo! Oj, nie patrz tak na mnie, błagam, Ofelio!

Doprowadza mnie do szału. Może innego dnia potrafiłabym się śmiać, ale nie dziś. 

Dziś nie mam poczucia humoru.

- Był Rafał? - pytam.

- Był - odpowiada Kasia krótko.

Widzę, że nadąsała się. Mój nastrój jest widać zaraźliwy.

- A Pola była?

- Była.

Wspaniale zapowiada się szczera, przyjacielska rozmowa, którą zaplanowałam.

- Czy ty wiesz o tym, że Poli bardzo się Rafał podoba?

- Wiem.

A więc zauważyła.

- Zauważyłaś to? - pytam.

- Nie. Pola mi powiedziała.

Odpowiedzi Kasi są rozmyślnie lakoniczne. Tak zresztą, jak i moje pytania. Wiem, że 

dalsza rozmowa mija się z celem. Więc milczę.

- Dlaczego pytasz? - nie wytrzymuje jednak Kasia. - Dlaczego cię to ciekawi, mamo?

-   Bo   myślę,   że   to   brzydko   odbijać   chłopca   koleżance.   Kasia   patrzy   na   mnie   z 

otwartymi szeroko ustami. Wreszcie zamyka je i mówi:

- On z nią nigdy nie chodził. Ona dla niego jest jak ładny obrazek w książce, na który 

miło popatrzeć, ale potem odwraca się kartkę i czyta dalej, bo w książce nie obrazki są ważne, 

tylko treść. A życie jest jak książka.

background image

Wygląda na to, że Kasia cytuje Rafała.

- To on ci tak powiedział?

- Nie! - przeczy Kasia. - To Pola.

Ciśnie mi się na usta pytanie, powstrzymuję je z wysiłkiem, ale Kasia i tak odpowiada 

mi na nie:

- A ja, mamo, nie jestem dla Rafała obrazkiem. Jestem dla niego treścią.

Łykowaty był kogut Klary. Z trudem przechodzi mi przez gardło.

- Czy to również Pola wymyśliła? - pytam.

- Nie, Rafał.

Już chyba nie odezwę się do końca obiadu. Mogę tylko patrzeć, i patrzę na Kasię 

siedzącą na wprost mnie. Trzyma w garści nogę koguta, który, jeśli mnie pamięć nie myli, na 

imię miał Teofil. Energicznie szarpie zębami ciemne mięso, gryzie je niedbale i łyka.

-   Twardy   ten   Teodor   -   mówi.   -   Za   życiu   też   miał   niedobry   charakter.   Może   nie 

powinnam tego mówić o nieboszczyku?

Uczesała się dziś w dwa warkoczyki, ale krzywo, i jeden ma nad uchem, a drugi z tyłu 

głowy. Dopiero teraz widzę, że łuszczy jej się skóra na zbyt mocno opalonym nosie.

Minęłam   już   brzozowy   zagajnik   i   pole   Marków.   Och,   jak   daleko   zapuściłam   się 

dzisiaj. I dobrze, bo w końcu wyjechałabym stąd, nie rozejrzawszy się nawet w najbliższej 

okolicy. Pachnie skoszone siano, ale to chyba już nie jest łąka Marka. Łąka Marka kończy się 

tam, przy starej lipie. Tak, to przecież tę lipę pokazywała mi Kasia. „Spójrz - mówiła - tutaj 

tak wyglądają słupy graniczne”. Zdaje mi się, że zbliżam się do stawu, o którym też mi 

opowiadała. Oczywiście! Sitowie, a za nim połyskliwa powierzchnia wody. Ładnie tu. Och, 

nie! Co to, to nie! Nie cierpię żab, nie pójdę dalej. Dziś żaby i łąka, pojutrze będę stała na 

dywanie w moim pokoju. Zawsze zdumiewa mnie możliwość uzyskiwania takich kontrastów 

w ciągu kilku godzin. Muszę wysłać depeszę do Tadeusza. Poproszę Rafała, żeby mi ją nadał 

jutro rano, bo sama nie wybiorę się na pocztę.

Najgorsze są niepotrzebne spotkania, a przecież mogłabym spotkać Pawła, mogłoby 

się i tak zdarzyć. Jeżeli nie przyjechał tutaj, to znaczy, że on też tego nie chce. Nawet jednego 

słowa nie przekazał mi przez Rafała, nawet pozdrowień, nic. Zrozumiał, że miałam rację, ale 

tej swojej piramidy,  widać, mi nie wybaczył.  Piramida. O, jak ja to pamiętam! Najpierw 

mówił  tak  spokojnie,  a potem coraz  głośniej,  a potem krzyczał  na  mnie.  Nikt nigdy nie 

podniósł na mnie głosu, tylko jeden Paweł, ale też tylko on jeden miał prawo to zrobić. No, 

miał, co ja na to poradzę? Miał.

- Dlaczego pozwoliłaś, żebym pokochał cię aż tak? Dlaczego nie powiedziałaś mi od 

background image

razu: „Paweł, ty nie buduj na moim uczuciu żadnej piramidy!”? Dopiero teraz, kiedy piramida 

stoi, a ty odchodzisz jak jakaś turystka. Czy ty w ogóle wiesz, że takiej piramidy już się nie da 

rozebrać? Patrzyłaś, jak ją buduję, widziałaś, pomagałaś mi w tym. A teraz mówisz: „Nie!”. A 

teraz mówisz: „Jadę dalej, piramidy to nie dla mnie!”. Chyba od początku musiałaś wiedzieć, 

co jest dla ciebie, a co nie?

- Nie byłam pewna.

Tyle miałam na swoją obronę. Wtedy zaczął krzyczeć.

- Jeżeli nie byłaś pewna, to nie miałaś prawa dyktować mi, gdzie i co będzie stało w 

naszym domu! Przypomnij sobie! Ile rysunków zrobiłaś? Tu będzie stało to, a tu tamto! I 

byłaś pewna, że lubisz dywany! I byłaś pewna, że nie znosisz ciemnych mebli! I byłaś pewna, 

że wolisz garnki polewane od aluminiowych! I cienkiej porcelany też byłaś pewna. Tylko 

jednego  nie   byłaś   pewna:  czy  chcesz   ze  mną   być,   czy  nie!  Taki   drobiazg,   szczegół   bez 

znaczenia. Mniej ważny od tego, jaką zasłonkę powiesisz w kuchni. Kwiatki czy kratka - to 

był twój dylemat!

Nie,   ja   z   pewnością   sama   nie   pojadę   na   pocztę.   Rafał   to   załatwi,   jeżeli   go   dziś 

poproszę. Co on wie o piramidzie swojego ojca? Co Paweł mu powiedział? A co wie Kasia? 

Wolałabym,  żeby nic nie wiedziała, ale Rafał na pewno rozmawiał z nią o tym.  Trudno, 

niczego już nie da się cofnąć. O czym ja myślę? Cofnąć? Niczego przecież nie chciałabym 

cofać, właściwie jestem szczęśliwa, czego mogę pragnąć jeszcze? W tej chwili chcę jedynie 

zamienić łąkę na dywan, mam dość wakacji, dość odpoczynku. To chyba Kasia i Rafał tam 

idą. Tak, to oni, ale nie widzą mnie. Jeżeli nie spojrzą tu, zawołam ich. Słyszę już śmiech 

Kasi. Jak ta dziewczyna potrafi się śmiać, zupełnie jakby ktoś worek grochu wysypywał na 

podłogę. Przystają. On siada teraz, a ona stoi przed nim. Nie słyszę tego, co Kasia mówi, ale 

nie   myli   mnie   chyba   ten   charakterystyczny   układ   rąk,   które   wyciąga   przed   siebie,   te 

rozpostarte palce. Pochyla głowę, ona robi to zupełnie inaczej niż ja. Och, Kasiu, ty nadobna 

Ofelio! Żaby wyskakują ci spod stóp, sitowie szumi za twoimi plecami, a przecież ta scena 

rozgrywa się w komnacie, na zamku. Ale Kasia nie potrzebuje scenografii, wiem, to jest gra 

dla   jednego   widza,   który   i  tak   nie   dostrzega   niczego  poza   aktorką.   To   jego   zapatrzenie, 

zasłuchanie, oczarowanie. Jestem turystką, Paweł miał rację, przez całe życie byłam turystką. 

Chodzę pośród piramid, ale żadna nie jest moja, nigdzie nie zbudowałam własnej. Kasia i 

Rafał mijają mnie, nie zawołam ich. Kasia unosi głowę do góry, mówi coś, Rafał pochyla się, 

słucha. Teraz wybuchają śmiechem, on chwyta ją za rękę, biegną, są już przy lipie, Kasia 

przystaje, szuka czegoś w trawie, Rafał też. On znajduje pierwszy, widzę, podaje Kasi małe, 

białe kwiatki. To rumianek.

background image

- Myślałam,  że go zamorduję! - mówi Kasia ze złością. Zmywa  naczynia,  biedne 

talerze aż podskakują w misce. - Niech ciocia powie sama, czy on nie jest małpą?

Klara   wyrabia   ciasto   drożdżowe   na   placek   dla   Marka.   Zachciało   mu   się   ciasta   z 

kruszonką. Klara wróciła szczęśliwa, bo to pierwsza rzecz, na którą Marek ma apetyt.

- O kim ty mówisz? Nie uważałam.

- Mówię o tym młodym kretynku, synu doktora, który leczy cioci zwierzęta. Czy to 

dość jasno powiedziane?

- Zupełnie jasno - śmieje się Klara.

- Otóż, wyobraźcie sobie, że ten młodociany idiota zamknął mnie dziś wieczorem w 

chlewie. Mama, ty się nie śmiej, ty raczej posłuchaj do końca! Wiec zamknął mnie w chlewie, 

słowo wam daję. Najpierw zwabił mnie tam podstępnie. „Idź, Kasia, zobacz, jak ta twoja 

Zuzanna niepokojąco przytyła. Mnie się zdaje, że ona jest w ciąży!” To ja mu mówię: „Nie 

bądź głupi, ona jest małą świnką, o wiele za małą na takie rzeczy”. A on mi na to, że kiedyś 

czytał   w   gazecie,   że   gdzieś   tam   jakaś   dziesięcioletnia   dziewczynka   urodziła   dziecko.   W 

Wenezueli chyba. I że skąd wiem, czy przypadkiem moja Zuzanna też nie jest taka. „Debil 

kompletny jesteś” - mówię mu, ale idę, bo myślę sobie, może ta Zuzia jest chora albo co? 

Włażę do chlewa, patrzę, świntucha moja słodka wygląda zupełnie normalnie, żadnej ciąży na 

niej nie widzę. Oglądam się, chlew zamknięty. Podchodzę do drzwi, pięścią walę. „Otwórz!” 

- wołam. „Dobrze - on mi na to. - Ale pod warunkiem!”. Pytam go, pod jakim warunkiem. 

„Że   mnie   pocałujesz!”.   Zatkało   mnie.   Nie   dlatego,   żebym   go   w   ogóle   nie   miała   ochoty 

pocałować.   To   byłaby   drobna   przesada.   Ale   pomyślcie   sobie:   chlew,   świnie   mi   się   pod 

nogami plączą, prosiaki kwiczą, wieprze chrząkają, a ja mam mieć melodię na całowanie 

jakiegoś tam chłopaka! Dobrze wam się śmiać, mnie tam do śmiechu nie było.

Kasia przerywa i z pasją wrzuca do miski nową porcję talerzy.

- Najpierw mówię do niego łagodnie: „Otwórz, baranie! Bardzo cię proszę!”. A on mi 

na   to:   „Długo   możesz   prosić,   bo   najbliższy   baran   u   Roztockiego,   trzy   kilometry   szosą. 

Pocałujesz?”. „Może bym cię pocałowała - mówię mu - ale metody masz faszystowskie!” „To 

się   namyśl,   ja   poczekam”.   „Otwieraj!”   -   wołam.   „Dobrze   -   on   mówi.   -   Chętnie.   A 

pocałujesz?”. Nawet usiąść nie było na czym w tym cioci chlewie, chyba że świni na karku. 

Aż tu nagle, Chryste Panie, widzę, że idzie do mnie ten knur! Ciocia, ty wiesz, stary Baltazar! 

I tu się okazało, że ja się zupełnie nie nadaję na żadną cichą bohaterkę. „Rafał! - wołam. - 

Otwórz,   błagam   cię,   Baltazar   mnie   wącha!”.   „Pocałujesz?”.   „Pocałuję,   przysięgam”.   I 

wypuścił mnie.

- No i co? - pyta Klara. - Co było dalej?

background image

- Dalej, to ja stanęłam naprzeciwko Rafała i czekam. Przecież na szyję nie będę mu się 

rzucała, prawda? Jeszcze te resztki ambicji we mnie tkwią. A on stoi i gapi się na mnie. 

„Długo tak się będziesz patrzył?” - pytam go wreszcie. „Długo”. „Ja tam nie mam czasu - 

mówię. - Jak mam cię pocałować, to zaczynaj!”.

Kasia płucze ostatni talerz i wylewa wodę z miednicy.

- I co? - dopytuje się Klara. - Zaczął?

- Ciocia!

- No, powiedz! Tyle powiedziałaś, to powiedz do końca.

- Oj, ciociu, no!

Nie wiemy, jak się skończyło to wszystko, bo Kasia odwraca się, sięga po ściereczkę i 

w milczeniu wyciera szklanki. Klara energicznie wyrabia ciasto, które ciągle jeszcze klei jej 

się do rąk. Nigdy sama nie robiłam ciasta i z podziwem obserwuję zmagania Klary.

- Ciociu - odzywa się Kasia. - Wiesz, ja tak sobie stoję i myślę. Głupia historia.

- Z czym?

- A z takim pocałunkiem na przykład. Czy to każdy przeżywa się tak samo, czy potem 

człowiekowi obojętnieje?

- Nie - odpowiada Klara. - Nie obojętnieje.

Kasia zbliża się, siada na brzegu stołu. Zaczynam się obawiać, że jej opowiadanie nie 

było zwierzeniem, ale prowokacją. Za szczerość będzie wymagała szczerości. I chyba się nie 

mylę.

- Więc powiedz mi, tylko tak z ręką na sercu, ciociu, czy jak wujek Marek całuje cię 

teraz, to czujesz to samo, co czułaś za pierwszym razem?

- Podaj mi rodzynki - mówi Klara.

Bierze z rąk Kasi rodzynki i dosypuje do ciasta. Nie patrzy na Katarzynę ani na mnie. 

A Kasia czeka.

-   Nie   wiem,   po   co   ci   ta   wiadomość,   Kasiu.   Nie   chciałabym   zbyć   cię   głupią 

odpowiedzią...

- Więc może nie zbywaj? - proponuje Kasia.

-   Nie,   nie   czuję   tego   samego.   Ale   to   wcale   nie   jest   zobojętnienie,   przeciwnie. 

Pamiętam świetnie ten pierwszy raz i mogę ci o nim opowiedzieć. Marek pocałował mnie 

wtedy dzięki pewnej pani, która prosiła mnie o zmaglowanie bielizny. Mieszkałam u niej w 

tym czasie, kiedy studiowałam na akademii. Wynajmowała mi pokoik służbowy przy kuchni, 

płaciłam   jej   bardzo   mało,   ale   od   czasu   do   czasu   pomagałam   w   różnych   czynnościach 

gospodarskich. Ja nie wiem, Kasiu, czy ty w ogóle byłaś kiedy w maglu? Jeżeli byłaś, to 

background image

wiesz, jak tam jest i co się tam robi. Jeżeli nie, to i tak nie potrafisz sobie tego wyobrazić. 

Magiel, do którego musiałam pójść, był dość daleko, no, tak jak od nas do domu Mikołaja. 

Bieliznę   ta   pani   naszykowała   mi   w   koszu.   Tego   dnia   Marek   przyszedł   do   mnie   i 

zaproponował mi kino. Odmówiłam i w zamian zaproponowałam mu magiel. Nie odmówił i 

poszliśmy z tym koszem. W maglu nikogo nie było, mogłam więc zabrać się od razu do 

roboty.   Nawet   mi   to   składnie   szło,   szybko   nawijałam   na   wałek   te   wszystkie   powłoczki, 

poszewki i już nie pamiętam co. Ale w pewnej chwili, upadł mi na podłogę jakiś drobiazg. 

Nachyliliśmy się jednocześnie. To była serwetka, podniosłam ją pierwsza i powiedziałam: 

„Widzisz, ja jestem szybsza!”. Staliśmy na wprost siebie, wyjął mi z ręki tę serwetkę, rzucił 

na stół. „Możliwe - powiedział. - Ale ja za to mam złotą odznakę strzelecką!”. Objął mnie i 

pocałował. Tak to było, Kasiu, zupełnie zwyczajnie. Co wtedy czułam? Radość, że zrobił to, 

o   czym   marzyłam   już   od   kilku   tygodni,   bo   podobał   mi   się,   nawet   myślałam   o   tym,   że 

chciałabym być jego żoną.

Klara odrywa rękę od ciasta i unosi ją do góry. Jest błyszcząca od tłuszczu i zupełnie 

gładka.

- A co czuję teraz? - Waha się. - Owszem, powiem ci. Już nie uniesienie, nie zachwyt, 

nie radość. Więcej.

Kasia milczy. I ja też się nie odzywam. Paweł pocałował mnie po raz pierwszy na 

plaży w Jastarni. Była godzina czwarta rano, spotkaliśmy się, żeby razem obejrzeć wschód 

słońca. Kiedy chmury nad morzem zaczęły różowieć i drżąca smuga pojawiła się na wodzie, 

Paweł objął mnie i...

- Mama poznała tatusia w samolocie - mówi Kasia. - I tatuś pocałował mamę po raz 

pierwszy w kilka tygodni później, kiedy wracali z imienin wuja Alfreda. Tatuś mi opowiadał, 

że mama była tego dnia prześlicznie ubrana. Tatuś objął ją i pocałował. Bardzo chciał, żeby 

została jego żoną, ale po tym pocałunku zwątpił, czy mu się to uda kiedykolwiek załatwić, bo 

mama powiedziała tylko: „Tadziu, uważaj na mój kapelusz!”.

Klara smaruje tłuszczem foremki, uśmiecha się. Ja też się uśmiecham. Kasia objęła 

rękoma kolano i siedząc na brzegu stołu, kołysze się jak papużka na drążku.

W nocy budzi mnie jakiś hałas przed oknem. Leżę przez chwilę i nasłuchuję, głos 

Kasi   podrywa   mnie   na   równe   nogi.   Zapalam   światło,   patrzę   na   zegarek.   Jest   trzecia. 

Podbiegam do okna i widzę, jak Katarzyna, boso, w piżamie, biegnie do domu od strony 

obory. Zauważa światło w moim oknie.

- Mama! Czy u ciebie w pokoju jest mój dres?

- Jest. A co się stało?

background image

Kasia nie odpowiada, biegnie i już słyszę jej kroki w sieni. Otwieram drzwi.

- Co się stało?

Katarzyna z trudem łapie powietrze.

- Izabela... Izabela zdycha... ja muszę po ojca Rafała... Gdzie dres?

- Ależ, Kasiu!

- Na rowerze pojadę. Mama... gdzie ten dres... gdzie go schowałaś?

- Niech Jasiek pojedzie.

- Jasiek musi z ciocią... Ja przecież nie pomogę... nic się nie znam... To spodnie, a 

gdzie góra?

- Nie wiem, gdzie góra! - wołam. - Gdzieś tu musi być. Słuchaj, Kasia, ja ciebie nie 

puszczę samej taki kawał!

- Och, mama, zrozum! Izabela zdycha.

- Zawołajcie Mikołaja!

- Mikołaj tam jest. Błagam, już nic nie mów... Gdzie góra?

Nie mogę jej puścić. Nie puszczę jej po nocy, to wykluczone. Nic mnie nie obchodzi 

żadna Izabela. Trzymam kurczowo górę od dresu, którą właśnie w tej chwili znalazłam.

- Nie pojedziesz, nie pozwalam ci!

- Ktoś musi. Ktoś przecież musi! Wyrywa mi z rąk bluzę.

- Oddaj mi to! - wołam.

Już ją wkłada na siebie, myli się, zdejmuje i znowu wkłada tyłem na przód.

- Oddaj mi! - Chwytam wiszący luźno rękaw.

- Mamo, zrozum!

- Rozumiem - mówię. - Sama pojadę. Leć do cioci, weź kluczyki od Gniadego i klucze 

od garażu. Powiedz, że ja pojadę.

- Ty? Tam?

Katarzyna znowu wyrywa mi dres.

- Tam to ja ciebie nie puszczę! Żeby nie wiem co.

- Ależ Kasiu!

- Nie! Tylko ja mogę, ty nie... Tam? Mama!

- Uspokój się, oprzytomniej! Pojadę, rozumiesz? W tej chwili jest mi wszystko jedno, 

byleby tylko ona nie jechała po nocy. Ale Katarzyna już wkłada na nogi moje pantofle, jest 

gotowa.

- Kasiu, ta historia jest dla mnie bez znaczenia, zrozum! - wołam wreszcie.

Po raz pierwszy dotykam tej sprawy, o której nigdy z nią nie mówiłam. Staje, patrzy 

background image

na mnie. I mówi szybko, jednym tchem:

- Może dla ciebie jest bez znaczenia. Może, nie wiem. Ale przecież Rafał jemu nic nie 

powiedział. On nie wie, że i ty tu jesteś. Wiec jak to ma być? Pojedziesz, tak? Zadzwonisz do 

drzwi, tak? On ci otworzy. Zobaczy, stoisz. Pomyśli, że to może dalszy ciąg tego, co mu się 

śniło albo coś. A ty na to: „Paweł, Marków krowa zdycha”.

Podbiegam do okna. Widzę, jak ona goni przez podwórze, jak porywa rower oparty o 

ścianę stajni. Powinnam ubrać się i pójść do Klary, ale przecież nic nie pomogę ani jej, ani 

Izabeli. Nie mogę zebrać myśli, nic nie rozumiem, nic. Nie wiem, ile Kasia wie o mnie, ile o 

Pawle,   o   tym   Pawle   dzisiejszym,   którego   ja   już   nie   znam   wcale.   A   może   obydwie 

wyolbrzymiamy rolę, którą odegrałam w jego życiu, może ona w istocie była mniejsza i mniej 

ważna? Może od dawna zapomniał o mnie i tylko my obydwie, Kasia i ja, chcemy, żeby 

pamiętał, bo tego potrzebują jej sentymentalizm i moja niedobra ambicja? Jest mi zimno. 

Wsunę się pod kołdrę i będę czekała. Wpatruję się w niebo jaśniejące już za oknem, słyszę 

świergot budzących się ptaków, najpierw cichy, teraz coraz żywszy. Przez chwilę dobiega 

mnie głos Mikołaja, później skrzypienie kuchennych drzwi, to pewnie Antoniową przygnał 

niepokój. Leżę, zapadam w krótki sen, który także jest czuwaniem. Potem zapalam papierosa, 

już widno. Słucham i poznaję motor Rafała, podbiegam do okna, zaciągam zasłonę. Staję i 

przez   wąską   szparkę   patrzę   na   podwórze.   Wjeżdżają.   Kasia   w   przyczepie,   Rafał,   Paweł. 

Zeskakuje, ale jak szybko biegnie w stronę obory, jak szybko znika mi z oczu, już go nie 

widzę, krótki metraż tego filmu, na który tak długo czekałam. Kasia i Rafał stoją na środku 

podwórza. Rafał pochyla  się i zdejmuje Katarzynie  pantofle. Kasia podskakuje  na jednej 

nodze, teraz kładzie rękę na głowie Rafała, opiera się, stoi spokojnie, a on ogląda jej piętę. 

Zbyt małe są moje pantofle dla Katarzyny. Wiatr rozdyma zasłonę, muszę przytrzymać ją 

ręką. Patrzę znowu, idą teraz w stronę domu, Kasia boso, bo Rafał niesie moje pantofle. 

Wolnym ramieniem obejmuje ją i coś mówi, ale cicho, i nie słyszę co. Wchodzą do domu, ich 

kroki w sieni są lekkie i ostrożne. Czyżby sądzili, że śpię? Nie, bo stają przed drzwiami 

mojego pokoju.

- Wejdź i pokaż mamie te swoje pięty - mówi Rafał. - A ja tam zajrzę, co z Izabelą.

- Wrócisz i powiesz?

- Dobrze.

- Bo ja stąd nie wyjdę. Będę tu, dopóki nie usłyszę, że wyjeżdżacie.

- Dobra! - mówi Rafał i po chwili dodaje: - To ja dziękuję ci za to, co powiedziałaś, 

Katarynka.

Mówi   do   niej:   Katarynka.   Ale   za   co   jej   dziękuje,   tego   nie   mogę   pojąć.   Co   mu 

background image

powiedziała? Dlaczego tak chcą ustrzec Pawła przed spotkaniem ze mną? Co się za tym 

kryje? Siadam na łóżku i czekam, Kasia wchodzi. Bez słowa ściąga z siebie bluzę od dresu. 

Podchodzę, przygładzam jej rozwichrzone włosy.

- Widzisz? - mówi. - Już jestem. I nic się nie stało. Tylko pięty obtarłam, spójrz.

Patrzę na te biedne pięty.

- Coś z tym trzeba zrobić, Kasiu.

Na   jednej   z   półek   w   mahoniowej   szafie   Klara   trzyma   lekarstwa.   Szukam   wody 

utlenionej, dermatolu, plastra z opatrunkiem. Kasia usiadła na łóżku, oparła się o drewnianą 

poręcz i patrzy na mnie.

- Nie wiem - mówi nagle - czy chciałabym mieszkać na wsi, tak jak ciocia i wuj. 

Nawet nie wiem, czy chciałabym tak jak doktor i Rafał mieszkać w niedużym miasteczku. 

Ale ich życie tutaj jest mocne, to fakt.

- Co przez to rozumiesz?

Woda   utleniona   musi   być   w   ciemnej   butelce,   wyjmuję   wszystkie   ciemne   butelki, 

sprawdzam napisy na etykietkach.

- Pamiętasz? - pyta Kasia. - Jak ciocia ci powiedziała, że zachwyca ją nie styl tego 

kościoła na rynku, tylko barwa cegieł, z których jest zbudowany? Myślałam o tym dziś, kiedy 

wjeżdżałam na rynek, bo cioci „cynober” był fantastyczny w tej zupełnej ciszy, wiesz, w tej 

pustce, w tym całym świecie. I przyszło mi do głowy, że w życiu też nie powinien się liczyć 

styl, tylko barwa. Cynober.

Znajduję buteleczkę z wodą utlenioną.

- Pokaż, Kasiu, pięty.

Siadam obok niej.

- Chyba nie będzie piekło, mamo?

- Nie, zrobię ci to bardzo delikatnie.

Zaczynam od lewej stopy, jest bardziej obtarta.

- Nie wiem przecież - mówi Kasia - nie wiem przecież, jak ułoży mi się życie. Och, 

nawet nie bardzo dobrze wiem, jak bym chciała, żeby mi się ułożyło. Tylko jednego jestem 

pewna. Zrobię wszystko, żeby ono było mocne, niech sobie będzie nawet i trudne, ale niech to 

będzie ten cynober, mamo! We wszystkim, i w pracy, i w miłości, we wszystkim... Oj! teraz 

to mnie zabolało... Powiedz, czy nie mam racji?

- Oczywiście - mówię.

- Czy dla ciebie tą barwą jest scena? - pyta Kasia nagle, przechyla głowę i zagląda mi 

w oczy.

background image

- Tak.

- Czy może wygoda, sława i pieniądze? - pyta znowu. Nachylam się nisko nad piętą 

mojej córki.

- Nie. Scena! - powtarzam.

Ale boję się, że ona mnie przejrzała.

- Kocham cię - mówi nagle.

I znowu boję się, że rzuciła mi to jak jałmużnę biednemu. Na ciche stukanie do drzwi 

odpowiadamy jednocześnie:

- Proszę!

Wchodzi Rafał.

- Wszystko będzie dobrze z Izabelką - mówi i idzie w naszą stronę. Nachyla się: - Jak 

twoje pięty? Ooou! Wyjściowy garnitur, daję słowo! Boli cię to?

- Boli - mówi Katarzyna. - Co to za hałas na podwórzu?

- Mikołaj zaprzęga. Bierzemy Izabelę. No, nie patrz tak na mnie! Powiedziałem ci, 

wszystko będzie dobrze, ale ojciec chce ją mieć u siebie. Spokojna głowa, dostanie separatkę, 

wygodne łóżko i pielęgniarkę na noc. Będzie się miała równie dobrze, jak pan Marek w 

swoim szpitalu. Założę się, że za trzy dni będziesz jej mogła przywieźć placek z kruszonką. A 

tobie co przywieźć? Bo ja przyjadę tu po obiedzie.

- Mnie? - zastanawia się Kasia. - Chyba nic. Albo nie! Przywieź mi takie duże ciacho, 

wiesz, które? Takie różowe, puchate.

- Dobra. Przywiozę ci.

Żegna  się  z   nami   pospiesznie.  Właściwie   żegna  się   tylko  ze   mną,  bo  czy  można 

nazwać   pożegnaniem   ten   przelotny   ruch   ręki,   którym   Rafał   wichrzy   i   tak   nastroszoną 

czuprynkę Kasi? Wychodzi. Kasia sięga po poduszkę, podsuwa ją sobie pod głowę. Chowam 

do szafy wodę utlenioną i dermatol.

- Zdejmij spodnie od dresu, bo uśniesz w nich - mówię.

- Tak mi się nie chce. Wiesz, kiedy zamykam oczy, to wydaje mi się, że ciągle jeszcze 

jadę na tym rowerze i jadę...

- Zmęczyłaś się.

- Może trochę.

Słychać głos Mikołaja i furmanka rusza. W chwilę później Rafał zapuszcza motor. Nie 

podchodzę   do   okna,   Kasia   również,   może   po   raz   pierwszy   nie   odprowadza   wzrokiem 

odjeżdżającego Rafała. A przecież nie śpi, poznaję to po drżeniu przymkniętych powiek.

- Chcesz spać u mnie? - pytam.

background image

- Uhmm... - mruczy sennie.

- Więc rozbierz się do końca.

Wstaje, ściąga szybko granatowe spodnie, które włożyła na piżamę i wsuwa się pod 

kołdrę. Ogarnia mnie znużenie. Zdejmuję podomkę i kładę się obok Kasi.

- Jedziesz jutro? - pyta mnie jeszcze.

- Tak.

- To dobrze.

- Dlaczego?

Nie odpowiada mi, a ja czekam w napięciu. Może nareszcie poznam przyczynę, dla 

której tak pilnie strzegą Pawła przed spotkaniem ze mną.

- Dlaczego? - pytam znowu.

- Bo twoje łóżko jest wygodniejsze, będę sypiała tutaj, kiedy wyjedziesz.

Słyszę   teraz   jej   równy  oddech,   chyba   usypia.   Ja   nie   mogę,   boli   mnie   głowa,   nie 

powinnam   palić   tak   dużo.   A   jednak   wbrew   zdrowemu   rozsądkowi   znowu   sięgam   po 

papierosa.

- Ja też nie mogę spać - żali się Kasia z dziecinnym rozgrymaszeniem. - Ciągle jadę na 

rowerze, ciągle nie mogę dojechać, a w ogóle to bolą mnie pięty. I taka mi przyszła ochota na 

to puchate ciastko, które Rafał ma przywieźć, że nie masz pojęcia!

- Boże! - wzdycham. - Jakie w tobie jest jeszcze to wszystko nie wyważone, Kasiu.

- Masz rację - mówi. - Chaos i zamęt. Nic więcej.

Postawiłam   leżak   w   cieniu.   Klara   idzie   do   ogrodu,   zatrzymuje   się   obok   mnie. 

Przygląda mi się.

- Tak chciałam, żebyś trochę przytyła - mówi. - Gdzie tam! Chyba jeszcze bardziej 

schudłaś. To przez te moje kłopoty.

- Wcale nie schudłam, spójrz!

Pokazuję Klarze suwak przy spódnicy. Nie mogę podciągnąć go do samej góry.

- Och! Naprawdę? To świetnie! Ale na buzi jesteś mizerna. Może to ta dzisiejsza noc?

- Może.

-   Wiesz   co?   -   przypomina   sobie   Klara   nagle.   -   Kiedy   wracałam   rano   do   domu, 

zatrzymaliśmy się z Mikołajem na rynku, on coś chciał kupić w spółdzielni. I wiesz kogo 

widziałam? Nigdy byś nie zgadła, Frankę.

- Co ty mówisz! Frankę? - dziwię się. - I co u niej słychać?

- Nie wiem. Nie rozmawiałam z nią.

- No, wiesz, Klara! Nie zauważyła ciebie czy jak? Dlaczego nie zawołałaś?

background image

- Bo ja wiem. Nigdy jej nie lubiłam.

- Już nie mów, że nie lubiłaś Franki. Pamiętam, że byłam nawet o nią zazdrosna - 

przypominam sobie. - Był taki okres, że odrabiałyście razem lekcje. I mówiłaś, że ją lubisz, 

nawet się bałam, że lubisz ją więcej niż mnie.

- Mówiłam, że ją lubię? - zastanawia się Klara. - Możliwe. Zawsze byłam fałszywa jak 

nieszczęście.

Przypominam sobie moje rozmowy z Kasią.

- Masz bardzo ostre spojrzenie na swoje dzieciństwo - mówię. - Chyba jesteś nawet 

zbyt surowa.

- O nie! - śmieje się Klara. - To tylko ty mnie nie znałaś. Pokazywałam ci się od 

najlepszej strony.

Klara wymachuje plecionym koszykiem i przygląda mi się z rozbawieniem.

- Dlaczego?

- Bo mi zależało na tobie. Po pierwsze, kochałam się w Justynie, który był twoim 

bratem, po drugie, jadłam u was obiady, kiedy moja mama została sama, po trzecie, to ja, a 

nie ty, miałam figurę podobną do figury twojej matki i jej stare sukienki pasowały na mnie 

bez przeróbki.

- Klara!

Pleciony koszyk leci w górę i upada tuż koło mojego leżaka, Klara podnosi go.

- Tak, Zuza, taka właśnie byłam. Och, długo by można opowiadać. Bardzo długo 

nawet.   Ale   zawsze   marzyłam   o   tym,   żeby   być   wspaniałym,   szlachetnym   człowiekiem. 

Tymczasem charakter miałam taki paskudny, że ulepić z niego przyzwoity model człowieka 

było naprawdę bardzo trudno. Pracowałam nad sobą, ale...

- Ciociu! - woła Kasia, idąc w naszą stronę.

- Słucham?

- Czy ciocia już zrywała porzeczki?

- Nie. Dopiero idę zrywać.

- To ja cioci pomogę, bo mi się nudzi.

- Dobrze, zaraz pójdziemy do ogrodu, powiem tylko mamie dwa słowa.

- Mogę zostać?

-   Oczywiście.   Znasz   już   tę   historię.   Więc  mówię   ci,   Zuza,   że   tworzywo   było   do 

niczego.   Świetnie   wiedziałam,   jaką   chcę   być.   I   wiedziałam,   że   jeżeli   sama   nie   potrafię 

opanować siebie, to nikt nie zrobi tego za mnie. Och, bardzo byłam biedna! To zresztą łatwo 

sobie   wyobrazić:   niedobra   dziewczynka,   zimna   egoistka,   obłudnica,   wyrachowana.   I   ona 

background image

właśnie zaczyna marzyć o tym, że stanie się zupełnie inna - śmieje się Klara.

- Ale w końcu udało ci się - mówię.

- Nie wiem. Trudno mi siebie oceniać. W jakimś sensie pewnie mi się udało, bo chyba 

jednak jestem lepsza, niż byłam. Ale to trwało tak strasznie długo.

Klara milknie.

- Zawsze myślałam, że byłaś moją najlepszą przyjaciółką - mówię z żalem. - Teraz 

widzę, że to była fikcja.

- Ach, nie mów tak! - Klara rzuca w stronę Kasi pleciony koszyk i kuca przy moim 

leżaku.   -   Zawsze   starałam   się   być   dla   ciebie   przyjaciółką,   ale   chociaż   rzadko   mi   się   to 

udawało,   nie   odrzucaj   tego   starania,   ono   było   takie   mozolne.   I   pomyśl.   Obok   Franki 

przeszłam dziś obojętnie. Obok ciebie, Zuza, nie potrafiłabym tak przejść. Nigdy!

-   Oj,   przestańcie   się   rozklejać   -   mówi   Kasia.   Teraz   ona   wymachuje   koszykiem. 

Zakłada go sobie na głowę, zdejmuje. Nagle nieruchomieje, patrzy na nas i mówi:

- Wszystkiego można się nauczyć,  tylko kochania nie. To musi być spontaniczne, 

inaczej - wysiadka.

Klara podnosi się.

- Mylisz się - przeczy gwałtownie.

- Och, ty, ciociu, chyba nic o tym nie wiesz. Pokochałaś wuja spontanicznie. Jeszcze 

jak! Nie. Tego nie można się nauczyć - powtarza Kasia z uporem.

- A to? - Klara szerokim ruchem ramienia ogarnia swój dom, podwórze, brzozowy 

zagajnik, za którym ciągnie się pole Marka. - Przecież ja kocham to wszystko. Co ty myślisz, 

Kasiu? Że w życiu tylko miłość do ludzi się liczy? Nie. Każdego dnia starałam się pokochać 

to, co wybrałam, bo wydawało mi się, że dopiero wtedy będę naprawdę szczęśliwa.

Klara wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów, trzyma ją w ręku, ale nie zapala. Patrzy 

teraz   przed   siebie,   na   swój   mały,   biały   dom   i   na   zielony   trawnik   przed   nim.   Katarzyna 

przerzuca wzrok z twarzy Klary na moją twarz, potem znowu spogląda na Klarę, potem 

znowu   na   mnie.   Jej   spojrzenie   przypomina   mi   wzrok   detektywa,   który   jest   na   tropie 

rozwikłania sprawy. Ale jaką ona sprawę chce rozwikłać? O czym myśli?

- Coś ty taka zadumana? - pytam.

- Zadumana? - powtarza, unosząc brwi. - Nie, mama, nie jestem zadumana.

Kasia podrzuca w górę koszyk, a Klara go łapie.

- Idziemy! - mówi.

Odchodzą. Widzę je po chwili przy rzędzie zielonych, rozłożystych krzewów. Jutro 

już mnie tu nie będzie. Mój pociąg odchodzi przed wieczorem, ale mamy stąd wyjechać 

background image

wcześniej, bo chcę jeszcze zajść do Marka i pożegnać się z nim. Więc o tej porze już mnie tu 

nie będzie. Widzę Polę, która biegnie przez wybieg dla źrebiąt, dostrzega widać Klarę i Kasię, 

bo leci prosto w ich stronę. Przez chwilę stoi przy nich, coś mówi, słyszę śmiech Klary, 

śmiech Kasi, śmiech Poli.

Potem Pola nachyla się i zrywa porzeczki, nie wrzuca ich do kosza, tylko wsypuje do 

ust. Więc jutro o tej porze już mnie tu nie będzie.

Ze szpitala do dworca trzeba jechać przez rynek, może zresztą jest jakaś inna droga, 

ale Klara jedzie tędy. Mijamy kościół, pochmurno, więc jego barwa jest mniej wyrazista. 

Mijamy spółdzielnię, mydlarnię, sklep z obuwiem, pasmanterię i kolekturę „totka”. Teraz 

restauracja „Arkadiusz”, rzeźnik. Wreszcie fryzjer męski i damski. No, tak.

-   Czy   w   mieszkaniu   Rafała   pachnie   płynem   po   goleniu   i   innymi   fryzjerskimi 

kosmetykami? - pytam.

- Nie - odpowiada Kasia. - Skąd. Niczym takim tam nie pachnie. Już jesteśmy na 

bocznej ulicy, którą jedzie się do dworca. Klara wolno prowadzi Gniadego po nierównej 

nawierzchni.

- W mieszkaniu Rafała w ogóle niczym nie pachnie - mówi Kasia po chwili. - Tak jak 

i u nas. Myślałam kiedyś o tym. Nasze mieszkanie jest pozbawione zapachu. To tylko u cioci 

Klary wszystko pachnie rumiankiem. I to jest dobre. Wydaje mi się, że każde mieszkanie 

powinno mieć swój zapach, wtedy dopiero jest naprawdę mieszkaniem. Wolałabym, żeby u 

nas pachniało bodaj naftaliną, ale żeby to był zapach mojego domu.

- Och, naftaliną.

Nie znoszę zapachu naftaliny, Kasia wie o tym.

-   Ja   też   nie   lubię   -   mówi.   -   Ale   wolałabym   naftalinę   niż   nic.   Zajeżdżamy   przed 

dworzec. Podbiega Rafał i otwiera drzwiczki Gniadego.

- Och, jesteś! - Cieszy mnie jego widok.

Pomaga nam wysiąść, potem podaje mi spore tekturowe pudełko.

- Proszę przyjąć - mówi - ode mnie...

Biorę od niego pudełko, mój niepokój musi być wyraźny, bo Kasia śmieje się i woła:

- Och, mama boi się, że tam jest prosiak albo jakieś inne zwierzę, na przykład królik z 

małżonką.

Rafał uśmiecha się, wyjmuje z bagażnika moje walizki. Idziemy w stronę budynku 

dworcowego, Klara zostaje w tyle, zamyka drzwiczki Gniadego.

- Co tam jest, Rafał? Zdradź mi tajemnicę - proszę go.

- Tak się pani boi, że prosiak? Nie, nie prosiak.

background image

- Więc co? - Idziemy, ale ja ciągle podejrzliwie oglądam pudełko.

- Tam się coś rusza! - wołam nagle. - Wyraźnie czuję.

Ogarnia mnie lęk i obrzydzenie, strasznie nie lubię takich różnych małych zwierząt, 

które można zmieścić w kartonowym pudełku. A może tam jest szczeniak? Albo kociak? Nie, 

nie mogę tego nawet nieść! Stawiam pudełko na stopniu schodów.

- Rafał, wybacz! - mówię. - Tam się coś rusza, ja tego nie mogę wziąć!

- No wiesz, mama! Robisz mu przykrość, on się tak starał, opowiadał mi - woła Kasia 

z rozżaleniem.

- Muszę wiedzieć, co tam jest!

Kasia podnosi pudełko, robi palcem małą dziurkę w rogu pokrywki. Podsuwa mi pod 

nos.

- Powąchaj!

Wącham, wciągam głęboko powietrze. Wącham jeszcze raz.

- Białe myszy! - mówię z przerażeniem.

- Tort! - woła Katarzyna. - On ci zrobił własnoręcznie wspaniały tort! A ty - „białe 

myszy”! To wanilia pachnie.

Rafał   stoi   obok   nas,   osowiały   i   przygaszony.   Jak   ja   mogłam   powiedzieć:   „białe 

myszy!”. Jak mogłam posądzić go o coś takiego!

- Och, Rafał, dziękuję ci! Wiesz, że doprawdy jestem wzruszona. Że też ci się chciało 

robić specjalnie dla mnie.

- Mam nadzieję, że będzie pani smakował, uszarpałem się jak diabli z tym kremem, bo 

mi nie chciał zgęstnieć.

Biorę od Kasi pudełko, idziemy na peron, pociąg podjechał właśnie, Rafał wsiada z 

moimi walizkami, trzymam w ręku pudełko z tortem, żegnam się z Kasią, z Klarą.

- Dziękuję ci, kochana - mówię. - Było mi cudownie!

- Och, nie mów tak nawet! Nie wyszło tak, jak chciałam. - Klara uśmiecha się z 

zakłopotaniem.

Rafał zajął mi miejsce przy oknie, walizki postawił na siatce. Żegnam się z nim i 

kiedy pochyla się nad moją ręką, całuję jego głowę. Rafał prostuje się, patrzy na mnie. Widzę, 

że chce mi coś powiedzieć.

- No, co Rafał? - pytam niezręcznie.

- Nic, nic. Tylko o Kaśkę to niech pani będzie spokojna... - mówi szorstko.

- Ależ, tak, oczywiście.

Klara woła go, pociąg już zaraz ruszy. Teraz podchodzę do okna, macham Kasi i 

background image

Klarze,   podbiega   Rafał.   Widzę,   że   niedaleko   stoi   kilka   dziewcząt,   przyglądają   się   nam, 

szepczą. Z sąsiednich okien wychylają się obcy ludzie, patrzą w naszą stronę. Kasia zbliża się 

do wagonu, staje na palcach, nachylam się do niej.

- Poznali cię, mama - mówi cicho, z zadowoleniem.

Głaszczę   jej   opalony   policzek.   Odchodzi,   staje   obok   Rafała,   patrzy   na   mnie,   na 

roześmiane dziewczęta. Wreszcie na Klarę, która stoi z boku. Zaczynam teraz rozumieć. Te 

jej ciągłe spojrzenia, porównywania, zadumy oznaczają, że dokonuje wyboru. Nie pomiędzy 

nami, bo ja zawsze będę jej bliższa niż Klara. Dokonuje wyboru swojej przyszłej drogi, patrzy 

na nas i dokonuje wyboru siebie na tej drodze.

Pociąg rusza, przez chwilę idą wzdłuż peronu. Machają mi. Rafał wyjmuje z kieszeni 

wielką   chustkę,  podaje   ją  Kasi. Widzę  tę  chustkę  Rafała   ponad głową  Katarzyny,  widzę 

podniesioną rękę Klary, widzę kasztanową czuprynę. Pociąg jedzie coraz prędzej, zostają w 

tyle, oddalam się od nich. Do widzenia, Kasiu! Do widzenia, Rafale! Żegnaj, Klaro! Nie 

wiem, kiedy zobaczymy się znowu. Jeszcze chwila i jeszcze chwila. Odwracam się, stawiam 

pudełko z tortem obok swoich walizek. Dwie starsze panie, młody człowiek, dziewczyna. 

Patrzę, uśmiechają się. Poznali mnie. A więc wracam do swojego życia, pełnego życzliwych 

spojrzeń obcych ludzi, pełnego anonimowych uśmiechów. Siadam, czuję się uwolniona od 

minionych   napięć,   swobodna.   A   jednak   znowu   wstaję   i   podchodzę   do   okna.   Nie   widać 

peronu, nie zobaczę więc na nim małych punktów, zaledwie chwila, a jestem już tak daleko, i 

daleka może? Minęliśmy miasteczko, widzę las i drogę, suchą, piaszczystą, biegnącą wzdłuż 

toru.   Czy   Tadeusz   będzie   na   dworcu?   Chyba   tak,   zawsze   jest.   Czy   przygotuje   na   moje 

powitanie uroczystą kolację? Na pewno.

- Może masz ochotę na kieliszek koniaku, Zuleczko? - zapyta.

- Tak, Tadziu, mam wielką ochotę na kieliszek koniaku - odpowiem.

background image

GRAJĄCA SZAFA

Kiedy   już   siedzę   tutaj,   w   środku,   zawsze   patrzę   na   szybę,   na   ten   pokraczny, 

odwrócony napis AINREIKUC. Sam nie lubię tu przychodzić, głupio. Ale z kimś, to tak, 

nawet bardzo. Kasia mówi, że duszno, że ją drapie w gardło dym od papierosów, i ledwo 

przyjdzie, zaraz chce wychodzić. Podobno ten dym szczypie ją w migdały. Mnie tam nie 

szczypie,   może   dlatego,   że   mam   wycięte.   Ona   twierdzi,   że   przyczyna   jest   inna,   taka 

mianowicie, że jej gardło jest artystyczne, a moje matematyczne. Tłumaczy mi to z poważną 

miną, zupełnie jakby wierzyła w to, co mówi. Śmieszna jest nieprzeciętnie. Lubię patrzeć, jak 

wbija   w   siebie   te   różowe   ciastka.   U   innych   dziewcząt   drażni   mnie   łakomstwo   i   brak 

opanowania. U niej wcale mnie nie drażni, przeciwnie, nawet mi się podoba, kiedy prosto od 

drzwi Kasia gna do bufetu, żeby sprawdzić, czy aby te ciastka są. Jeżeli są, zjada trzy, cztery, 

a potem jęczy. Kiedyś zjadła pięć i było jej niedobrze. Myślę! Mnie się zrobiło słabo od 

samego patrzenia. Nie może zrozumieć, dlaczego ja zjadam tylko jedno. Widocznie żołądek 

artystyczny różni się od żołądka matematycznego pojemnością, mówię. Ale lubię w niej to, że 

nie robi z siebie dorosłej, chociaż, prawdę mówiąc, to ona jest bardziej dorosła, niż na to 

wygląda.   Nie   jest   może   tak   ładna,   jak   jej   matka.   Albo   jak   Pola.   Pola   była   ładniejsza. 

Kapitalna nieregularność czasownika „być”. Obiektywnie: Pola jest ładniejsza. Subiektywnie: 

Pola była ładniejsza. A wszystko to czas teraźniejszy. Tylko strona osobista. Ale figurę Kasia 

ma lepszą. Nogi długie bez opamiętania.  No  i te ruchy.  Kiedy pierwszy raz zobaczyłem 

Katarzynę, pomyślałem sobie, dlaczego ona tańczy. A ona wtedy zwyczajnie szła. Ale jak ona 

zwyczajnie idzie, ruszają jej się biodra, ramiona i głowa, dopiero później to zauważyłem. 

Najbardziej   mnie   śmieszy,   że   w   szkole   wybrali   ją   do   pocztu   sztandarowego.   Nie   mam 

pojęcia, jak ona chodzi z tym sztandarem, bardzo bym chciał to zobaczyć. W ogóle, lubię 

sobie przypominać dzień, kiedy musiałem odwieźć panią Klarę do domu, i odwiozłem, i pani 

Klara powiedziała, żebym został na podwieczorku, to poznam osobę, która przyjechała do 

niej na lato. „Spójrz - mówi - ona właśnie idzie”, i pokazuje mi Kasię, która tańczy w naszą 

stronę. Zostałem i na podwieczorku, i na kolacji, i jeszcze później też nie mogłem wyjechać, 

bo ona ciągle tańczyła, to na ganku, to w pokoju, to na podwórzu, a ja tylko patrzyłem i oczu 

oderwać nie mogłem. W końcu odjechałem, ale czułem się głupio, tak jakby mi głowa została 

u Sopoćków. Z Polą był spokój, z Kasią spokoju nie ma. Jeżeli nawet siedzi, nic nie mówi, 

nie rusza się, to i tak wiadomo, że coś się w niej kotłuje. Jeszcze nie spotkałem człowieka, w 

którym wszystko kotłowałoby się tak zupełnie bez przerwy. Ona jest jak równanie z tysiącem 

niewiadomych, cholernie chciałbym  je rozwiązać. No i dokąd poszła? Już pół godziny tu 

background image

siedzę.

- Idź do cukierni, weź trzy ciastka i zaczekaj. Zaraz tam przyjdę, tylko kupię, co 

trzeba.

- Pójdę z tobą.

- Nie.

- Pójdę! - powiadam.

-   Proszę   cię!   -   I   patrzy   na   mnie   takim   wzrokiem,   że   nic,   tylko   iść   do   cukierni, 

zamawiać trzy ciastka i czekać.

Zwróciłem uwagę na jedno. Jak ona mówi: „proszę cię!”, to zawsze usta wygina w 

podkówkę. A głowę przechyla w bok. Bardzo rzadko o coś prosi, ale jak już prosi i ja widzę 

tę podkówkę, to zaraz mówię: „Dobra, masz to z głowy”. No, nareszcie.

- Długo czekałeś? - pyta.

- Akurat tyle samo, ile ciebie nie było - mówię.

- E, to raptem pół godziny.

- A ile miałem czekać?

- Gdybyś był poetą, toby ci się zdawało, że czekasz wieki całe.

- Nie jestem poetą i nigdy nie będę. Czekałem pół godziny.

- Jak uważasz, ale wydaje mi się, że prosta uprzejmość wymaga dołożenia kwadransa.

Przysuwa do siebie talerzyk z ciastkami.

- A ile czasu ty tutaj szłaś? - pytam.

- Trzy kwadranse.

- Czy to uprzejmość?

- Nie. Złośliwość przedmiotów martwych. Mój zegarek spieszy się trzydzieści minut 

na godzinę.

- Podejrzewam, że nie jest to złośliwość przedmiotów martwych, tylko osób żywych.

- Nie kłóć się ze mną - proponuje mi Kasia nagle.

- Dobra, mogę się nie kłócić. Czekałem wieki całe! - zgadzam się poetycznie.

Podpieram głowę ręką i patrzę, jak ona je.

- Twój trener będzie zachwycony, jak mu się nagle pojawi na bieżni sto kilo żywej 

wagi. Gazela! Może się przerzucisz na podnoszenie ciężarów?

- Rafał! Czy ty mógłbyś się nie odzywać chociaż przez pięć minut?

- Mógłbym. W milczeniu będę patrzył, jak pożerasz honor polskiego sprintu. Jeżeli cię 

zapytają: „Ile pani ma na setkę, mademoiselle?”, będziesz mogła odpowiedzieć: „Wieki całe”. 

Będzie to odpowiedź uprzejma i pełna poezji.

background image

- Ja to strenuję - mówi Katarzyna, atakując trzecie ciastko. - Zresztą wcale tak bardzo 

nie utyłam. Wczoraj Mikołaj ważył Baltazara, zważyłam się też i okazało się, że...

- ciągle jeszcze ważysz mniej od niego - kończę za nią.

- Och, wiesz, Rafał!

- Nie wiem, ale mam nadzieję.

- Z tobą w ogóle nie można rozmawiać. W ogóle. Jesteś złośliwy i antypatyczny. 

Okazało się, że przybyło mi tylko pół kilograma.

- Przez jeden dzień? To rzeczywiście bardzo mało.

-  Nie  przez  jeden  dzień,  tylko   przez...  ummm...  zaraz,   niech  ja  policzę.  Ostatnim 

razem ważył mnie wuj Marek, to było, czekaj, to było dziesięć dni temu. Niemożliwe! Pół 

kilograma przez dziesięć dni?

- Dokończ to ciastko, dziecino.

- Rafał, policz dokładnie!

- Wiesz,  matematyka  nie  jest  moją mocną  stroną.  Ostatnio  zajmuję  się wyłącznie 

poezją.

Trzecie ciastko je pomału. Korzystam z okazji i przyglądam się Katarzynie, ale tak, 

żeby ona wiedziała, że na nią patrzę. Przyglądam się wtedy i przyglądam się, i przyglądam. A 

ona nie patrzy, przeczesuje palcami grzywkę, odwraca głowę w bok, o żadnym jedzeniu nie 

ma mowy, potem odwraca głowę w drugą stronę, później patrzy na swoje kolano, jeszcze 

później przesuwa palcem po brzegu stolika, to trwa, rzecz jasna. Ale w końcu pojawia się na 

jej  twarzy coś na kształt uśmiechu.  Teraz  jest  to samo, bezbłędna historia,  już  mam  ten 

uśmiech.  Jeszcze  chwila, a Kasia podniesie  głowę i spojrzy mi w oczy. Tak,  już jest to 

spojrzenie, niby obojętne, a przecież - ha! A ja się przyglądam i przyglądam. Uśmieszek raz 

słabnie, raz jest wyraźniejszy, tak, bardzo dobrze, Kasiu, długo to ty tego nie wytrzymasz, 

zaraz   zrobią   ci   się   dołeczki   na   policzkach.   Spojrzonko   jest   świetne,   ma   być   wściekłe,   a 

wygląda co najmniej sympatycznie. No? No, no, Kasiu? Ach, tak oczywiście! Są już dołeczki, 

ta gra jest bez pudła, zawsze jeden zero dla mnie.

- Rafał!... - Sama pretensja w tym głosie.

-   Tak,   Katarynko,   masz   mi   coś   ważnego   do   powiedzenia?   -   pytam   nieswoim 

barytonem.

- Jesteś zupełnie beznadziejny!

Jakby ktoś tego słuchał z boku, mógłby się przerazić. Zupełnie beznadziejny! Coś 

podobnego. Beznadziejny. Zupełnie. Kompletnie beznadziejny.

- Kiedyś mi to już powiedziała moja historyczka, ale ona miała sto osiemdziesiąt lat, a 

background image

ja   pomyliłem   powstanie   listopadowe   z   drugim   powstaniem.   Natomiast   mój   matematyk 

powiedział mi kiedyś: „Rafał, jesteś genialny!”. Czy nie mogłabyś zająć jego stanowiska?

- Nie, nie mogłabym.

Kończy swoje trzecie ciastko, patrzę na zegarek, nieźle, zrobiła się siódma, jak tak 

dalej pójdzie, to prędzej Kasi matka dojedzie do Warszawy niż my do pani Klary.

- To co, Kasia? - mówię. - Masz mamę z głowy?

- Och, nie mów tak! Jest mi przykro.

- Przykro? Jesteś w porządku.

- Ale nie w stosunku do niej.

Katarzyna sięga po swoją siatkę pełną jakichś paczek i paczuszek, i paczuszeczek.

- Ile ty tego nakupowałaś!

- Tylko trochę, nie znasz moich możliwości. Kocham wydawać pieniądze.

- I co sobie kupiłaś?

- Sobie? - zastanawia się. - A sobie to chyba nic... Ach, nie! Sobie też coś kupiłam. 

Nigdy byś nie zgadł co.

Przewraca wszystkie paczki, wreszcie wyjmuje jedną, rozwija. Pewnie, że bym nie 

zgadł. Mała, fajansowa miseczka w kwiatki.

- Po co ci to?

- Nie wiem. Ładna?

Odsuwa od siebie miseczkę i ogląda ją, jakby to w ogóle było coś. A to jest nic, 

dosłownie skorupa.

- Ładna - mówię. - Bardzo ładna. Patrzy na mnie.

- Widzę przecież, że ci się nie podoba. Dziki jesteś, to śliczna miseczka.

Zawija ją znowu w ten papier, można powiedzieć, z czułością.

- Dlaczego? - mówię. - Podoba mi się.

- Ale u siebie w domu nie chciałbyś takiej mieć?

- Mógłbym mieć. Dla psa albo coś. - Uuuu, niedobrze, błąd.

- Dla psa. Też wymyśliłeś!

- Więc nie dla psa, no! Nie dla psa.

Odwracam się, bo jeszcze te ciastka nie zapłacone i kawa nie zapłacona, a ja przecież 

muszę w końcu odwieźć Katarzynę. Nigdzie nie ma babki, która mi podawała. A nie, jest, 

przyjmuje od kogoś pieniądze, trzeba zaczekać. O! Nie zauważyłem,  daję słowo, dopiero 

teraz...

- Cześć, tata! - wołam.

background image

Śmiesznie wygląda, jak Katarzyna dyga, siedząc na brzegu krzesła.

- To co, Rafał? - pyta cicho. - Podejdziemy czy jak to się robi? Nie wiem, jak to się 

robi.

- Chyba musimy podejść - mówię. - Ale siadać nie będziemy. Na ósmą miałem cię 

odwieźć.

Zostawiam pieniądze na stoliku, powiem kelnerce po drodze, że tu leżą. Kasi siatkę 

zabieram i ruszamy w stronę taty.

- My nie siadamy,  bo późno - mówię z punktu. - A ja jeszcze muszę to dziecko 

odwieźć, wziąłem sobie na głowę ciężki obowiązek.

Kaśka uśmiecha się, taki lizus, że nie daj Boże. Tata patrzy na nią.

- Mamę odprowadziłaś? - pyta mój stary gładko. Ale skąd on to wie? No, skąd on to 

wie?

- Tak... - mówi Kasia. - Właśnie...

Wychodzimy w końcu przed cukiernię, kładę siatkę Kasi na siedzeniu w przyczepie, 

ona stoi obok i czeka, aż mi motor zapali. Zapalił.

- Siadaj, Kasia.

Patrzy na mnie. Jasne, wiem, co myśli.

- Dlaczego mu powiedziałeś? Po co?

- Nic mu nie powiedziałem.

Tylko tyle mówię, ale widzę, że wierzy.

- Więc skąd on wie? Przecież ani ciocia, ani wuj też mu nie powiedzieli, bo prosiłam. 

Rafał...

- No?

-   Jeżeli   on   wie,   to   możliwe,   że   mama   go   widziała,   że   się   jakoś   spotkali.   Może 

przypadkiem, a może mama go szukała. Jak ty myślisz?

- Nie wiem. Spróbuję się dowiedzieć.

-   Spróbuj,   błagam.   Bo   tak...   jeżeli   mama   go   widziała,   sam   rozumiesz...   jeżeli   go 

widziała, to te wszystkie moje starania mogły pójść psu na budę.

- Siadaj, Kasia!

Siada   za   mną.   Czekam,   ruszę   dopiero,   kiedy   poczuję   jej   ręce   na   swoim   swetrze. 

Diabli, jest mi wszystko jedno, czy ktoś kogoś szukał i czy ktoś kogoś znalazł. Najważniejsze, 

żeby wiatr wiał nam w twarz, bo ona wtedy chowa się za mnie i kładzie głowę na moich 

plecach.

Wracam do domu, chałupa pusta, żywego ducha, znowu tatę po nocy gdzieś powlekli 

background image

czy jak? Późno niby nie jest, ale zawsze. A nie, pardon, siedzi tu po ciemku. Zapalam światło.

- Nic i co tam słychać? - pyta.

- Nic. W porządku - mówię. - A u ciebie? Ziewa. Wsuwa rękę pod okulary i przeciera 

oczy.

- Też... - powiada wreszcie.

- Zjemy coś?

- Możemy zjeść.

- To ja coś zrobię.

- Zrób.

Znowu ziewa, rany gościa, nie lubię, kiedy on taki. Idę do kuchni. Takiej głupiej 

kuchni   jak   nasza   to   ja   w   życiu   swoim   nie   widziałem,   chyba   coś   tu   poprzestawiam   i 

pozmieniam, pytać w ogóle nie będę. Wielka jak sala muzealna, a może to i jest muzeum 

swojego rodzaju. Każda ściana to kolejna epoka, inny styl. Ta z oknem należy do mojej 

matki, jest najlepsza, pochlebiam sobie. Bo i ten zegar porcelanowy to pierwszorzędna rzecz, 

pamiętam, jak go kupiła, i ta brązowa, drewniana półka z haczykami na kubeczki też jest 

dobra. Z oknem podzielonym na osiem małych szybek wygląda ta ściana trochę jak z teatru. 

Najgorsza jest ściana Meli. To dramat nie ściana, cała Mela jest tu uwieczniona, ale też ona 

najdłużej   chyba   rządziła   w   tej   kuchni.   Eh,   Melania,   Melania,   po   co   ci   był   ten   kredens 

zwalisty, żebym to ja wiedział! Chyba po to, żeby można w nim upychać wszystkie roczniki 

tych pism ilustrowanych, które przez czas trwania kadencji Melanii musiałem porządkować 

jak kto głupi przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą. Uff, ciężka to była kobieta, 

szczęście, że się tacie w końcu wyczerpała bateria od aureoli. Albo ta niebieściuchna szafka 

obok kredensu. Zawsze stała pusta i teraz jest pusta. Mela wieszała nad nią taką białą szmatkę 

z napisem: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Ciekawe, Pan Bóg Meli dawał szczodrą 

ręką, chociaż nigdy przed dziesiątą nogi z łóżka nie spuściła. Tę makatkę durną tata wyrzucił. 

Makatkę po Meli wyrzucił i z piętnaście par starych pantofli, które zostawiła na dolnej półce. 

Dlaczego nie można by wyrzucić i tej wiszącej półki niebieściuchnej, pięć pustych szufladek 

pod nią, pięć pustych haczyków nad nią, pięć pustych słoiczków na niej? Trzecia ściana to 

epoka   kamienia   łupanego,   czyli   Klimy   rzeźbiarki.   Praktycznie,   to   Klima   nigdy   nie   była 

pełnoprawną władczynią tej kuchni, niemniej ślady jej kandydatury na to stanowisko są tu 

wyraźne, bo chociażby dziura w murze, którą wywaliła na głębokość pół metra, dobitnie o 

tym świadczy. Wnęka na lodówkę.

A lodówka stoi obok na podłodze, bo nasza droga Clementine, zabrawszy swój mesel, 

młotek i błogosławieństwo taty na drogę, wyjechała tam, skąd przybyła, nie kończąc nawet 

background image

mozaiki w naszym kościele, co dopiero mówić o dziurze na taty lodówkę. Pamiętam, że po jej 

wyjeździe   poszliśmy  z  tatą   na  piwo,  pierwszy  raz   mi  wtedy stawiał  i   chyba  ostatni.  Na 

czwartej ścianie są drzwi, łaska niebios, że piątej ściany tu nie ma, bo...

- Ile osób będzie na kolacji?

- My dwaj.

- I myślisz, że damy radę zjeść tyle chleba?

Faktycznie,   pokroiło   mi   się   zbyt   pochopnie.   O,   tata,   młodzieżowiec   jaki,   ręce   w 

kieszeniach,   nogę   na   stołku   postawił   i   gwiżdże,   od   kogo   on   się   tego   nauczył,   jak   by 

powiedziała   Mela,   słoneczko   zaszłe   tej   kuchni.   Kasia   kazała   dyplomatycznie.   No,   to 

dyplomatycznie.

- Tata - mówię - tyś się widział z Kasi matką?

- Czemu pytasz?

- Ciekawi mnie.

Gwiżdże. „Gwizdać to ty możesz w lesie”. Eh, Melanio, ja ciebie nigdy nie zapomnę!

- Nie - mówi. - Córka doktora Gradzika była na dworcu i widziała was. Oczywiście i 

Zuzannę. To ona mi powiedziała.

No, jasne. Widziałem Magdę Gradzik. Smaruję chleb masłem, tata się przygląda.

- Żałuję, żeś mi nie powiedział. Chętnie bym się zobaczył...

A   właśnie.   Katarzyna   miała   rację,   gdyby   wiedział,   toby   ją   odnalazł.   Dla   mnie   to 

niechby ją sobie zobaczył, niechby pogadał, piątej ściany i tak nie ma w naszej kuchni. Ale 

Kaśki było ważniejsze, pewno. A zresztą, czort znajet, może i dla niego lepiej.

- Co tam, tata! - mówię. - Będziesz wyciągał z lamusa stare wspominki. Warto?

- Może i warto.

- Mówiłeś przecież, że to zadra. I że do tej pory boli, jak ruszać. Patrzę. Kiwa głową, 

uśmiecha się, biedaczysko.

- A ciebie, Rafał, jak ząb boli, to go nie naciskasz?

- Tata, no, naciskam, pewno.

Bierze ze stołu kawałek chleba, je, głodny był widać.

- Żałuję, żeś mi nie powiedział - powtarza znowu. - Długo ona była u Sopoćków?

- Zaraz. Dwa tygodnie. Chyba.

- Dwa tygodnie? To przecież ja tam jeździłem? W nocy, pamiętasz, po Izabelę.

Nic nie mówię, co ja mam mówić.  Nic nie powiem. Herbaty mogę  mu nalać, to 

wszystko.

- To ona tam wtedy była... - mówi. - No, no.

background image

Przygląda mi się podejrzliwie. Dobrze Kasi mówić, załatw to dyplomatycznie.

- Z serem, tata, czy z kiełbasą?

- Z serem. Słuchaj, Rafał, powiedz mi taką rzecz. Prosiła cię pani Zuzanna, żebyś mi 

nie mówił? Wiedziała chyba, że jesteś moim synem, nie?

Oj, wiedziała, wiedziała. Dyplomatycznie, tak?

- Wiedziała, rzecz jasna. Ale o nic nie prosiła.

-   Nie   bardzo   rozumiem.   Dlaczego   w   takim   razie   sam   nic   mi   nie   powiedziałeś? 

Zwłaszcza wtedy, kiedy jechałem po Izabelę, powinienem wiedzieć. Powinienem!

No, tak. Teraz będzie żal do mnie i do całego świata. A jak jechał po Izabelę, to kto po 

niego przygnał? Kaśka. I kto Kaśce drzwi otworzył? Ja. I kogo Kaśka prosiła: „Nie mów mu 

tylko,   błagam!   Nie   mów!”.   I   ta   podkówka   piekielna.   Mógłbym   powiedzieć   staruszkowi: 

„Tata, dla ciebie to wspominki, sentymenty czy jak, a żebyś ty wiedział, o co ta dziewczyna 

wtedy grała!”. Pewno, mógłbym i tak powiedzieć. Ale po co pchać Kaśkę do tej rozmowy, 

żeby tata jeszcze i do niej miał żal?

- Przykro mi, tato - mówię, bo w rzeczy samej jest mi przykro.

Nie odpowiada. Siada na krześle, sięga po szklankę, podsuwam mu cukier, głupio, jej 

bohu. I taty żal.

- Młody jesteś jeszcze, Rafał. Jak dorośniesz, zrozumiesz. Oooo! Skąd ja to znam?

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że jak mam wyciągnąć z szafy czyste skarpetki, to 

najpierw ciągnie mi się krawat, potem dwie pary brudnych, potem spodnie od piżamy, potem, 

owszem, czyste, ale dziurawe, a dopiero po długich i ciężkich cierpieniach coś, co się nadaje 

do włożenia na nogi. A w ogóle to najbardziej chce mi się spać rano. Kiedy tata ściąga mnie z 

łóżka, budzą się we mnie instynkty mordercze. Zawsze sobie obiecuję, że jak on wyjdzie, to 

ja się gruchnę spać z powrotem, ale jak  już go nie ma, a ja jestem umyty,  ubrany i po 

śniadaniu, to cała senność mi przechodzi aż do następnego rana. Wieczorem nigdy nie jestem 

śpiący, kiedy leżę w łóżku, zawsze zbiera mi się na myślenie. Ciemno, wygodnie, nogi sobie 

człowiek wyciągnie, okno otwarte, cicho, spokój, grzech spać w takich warunkach. Lubię 

sobie przypominać różne rzeczy, które mi się przytrafiały. Albo coś sobie w głowie układać 

po kolei. O czym dziś będę myślał, nie wiem. Najważniejsze, że skarpetki znalazłem, bo to 

oznacza, że mogę się położyć, prania nie lubię. O Kaśce mógłbym myśleć, ale coś mi się 

zdaje, że do Meli wrócę, bo tak mi się przypominała w tej kuchni, a jeszcze tata z tym , jak 

dorośniesz, zrozumiesz” wyjechał. Może nawet nie o Meli, ale o tym, co w tacie po niej 

zostało. A więc po pierwsze skłonność do kupowania makulatury, bo trudno nazwać prasą 

coś, czego się nie czyta. Czyta może połowę tego, co przynosi, reszty nie. A dalej, to zostały 

background image

te powiedzonka, którymi Mela krasiła mi każdy obiad i kolację, śniadania sam sobie brałem, 

to był spokój. „Czym skorupka za młodu, każdy kij ma dwa końce, jak sobie pościelesz, nosił 

wilk razy kilka, jak dorośniesz, zrozumiesz”. Może. Może, jak dorosnę, zrozumiem. Dla taty 

Mela miała osobny zestaw, nie wytrzymał tego. A ja musiałem i wtedy wytrzymywać, i teraz 

muszę. Co jeszcze po Meli? Piękna rzecz: groszowe oszczędności na co dzień. Dopóki był z 

mamą, sprawa forsy nie istniała, dopiero Melania nauczyła  go ciułania, połowę na życie, 

połowę w pończochę. „Ty, Rafał, nigdy się nie dorobisz”. Dobrze, mogę się nie dorabiać, nie 

zależy   mi   na   tym.   „Jak   dorośniesz,   zrozumiesz”.   Fajno,   wtedy   założę   sobie   książeczkę 

oszczędnościową i będę tak jak tata ganiał na pocztę nadziany, a wracał z poczty bez grosza. 

Z mamy to w nim zostało sławne umiłowanie turystyki pieszej. Długie niedzielne spacery 

zamiast poobiedniej drzemki, biedna Mela pojąć nie mogła, skąd to się w nim wzięło, a to 

właśnie   po   mamie   było.   I   jeszcze   po   mamie   -   kult   dla   filmów   psychologicznych   i   dla 

współczesnej literatury amerykańskiej, brawo! Po Klimie tata wiele nie zdążył odziedziczyć, 

ale w każdym razie spodnie z teksasu nosi do tej pory, bo go przekonała, że jeszcze nie jest 

taki stary. Może to i warte dziury w ścianie. A swoją drogą, dziwna historia, żeby nie wiem 

jak człowiek był twardy, to z każdego uczucia coś w nim zostaje, uczy się czegoś, czego 

dawniej nie umiał, raz to jest dobre, raz złe. I z siebie też coś komuś zostawia w spadku. Pola? 

Nie wiem. Może to, że teraz każdemu dzieciakowi, nawet najbardziej zasmarkanemu, potrafię 

ciepłe słowo powiedzieć. Tak, Polinka, tyś mnie tego nauczyła. Ale i kręcenia tacie też ty. 

Mówić, że idę tu, a iść tam. Iść tam, a mówić, że gdzie indziej idę. Dla zasady. Przed Polą 

tego   nie   robiłem,   dopiero   potem,   przez   to   jej   wieczne   dogadywanie.   „Co   ty   się   tak 

opowiadasz, co to kogo obchodzi, dwa lata masz czy jak?” A teraz...? Teraz to jest zupełnie 

specjalna sprawa. Miałem przykład na Brzostowskim, głupi idiota! I tak mu powiedziałem: 

„Głupi idioto! Jeszcze ci brakowało kłopotu z dziewczyną,  co ja ci teraz pomogę, nic ci 

pomóc nie potrafię, musisz to wziąć na swoją głowę, Artur”. Poszedł. A ja dopiero wtedy 

pomyślałem   sobie,   że   Artur   Arturem,   idiota   idiotą,   ale   za   tym   wszystkim   jest   przecież 

dziewczyna, która beczy gdzieś po kątach. Zobaczyłem nagle Renatę, wyobrażać ją sobie 

zacząłem, i to było Kaśki spojrzenie, to już po niej mam ten wzrok. Ale i Kasia po mnie też 

coś ma, też nauczyłem ją patrzeć, tylko znowu na co innego, nie na ludzi. Na przykład na 

siano, że przedtem było trawą, po której żaby skakały i bocian łaził. Na słomę, że przedtem 

kłos się na niej trzymał w polu. Po Kasi matce, tacie została tylko ta pewność, że już nigdy 

żadna babka tamtej do pięt nie dorośnie. Nawet mama, a co za pomyłka, bo przecież wiem, że 

mama o niebo więcej była warta! Kasia jest inna. Nie ma chyba na świecie drugiej takiej 

dziewczyny jak Katarzyna. Wolałbym ją może spotkać dopiero za trzy, cztery lata niż teraz. A 

background image

tak?  Zresztą  nie wiem. Nie mam pojęcia, może i tak jest dobrze. Chciałbym  ją mieć  na 

zawsze. Fajne byłoby takie życie z Kaśką, chociaż może czasami trochę jak ciuciubabka. 

Babko, na czym  stoicie? Na beczce. A co w tej beczce? Kwas. No, to łapcie nas! Takie 

byłoby życie z Kaśką, połowę pewnie przestałbym na beczce. Nigdy nie zapomnę, jak ona mi 

powiedziała: „Wiesz, Rafał, obtarłam sobie pięty”. I ja się nachyliłem, żeby te pięty zobaczyć, 

a ona oparła rękę o moją głowę. „Kiedy opieram się w ten sposób, wydaje mi się, że nawet w 

powietrzu  mogłabym  stać”.  I wtedy zapytałem:  „Ale czy do tego jest ci potrzebna  moja 

głowa?”. A Kaśka odpowiedziała: „Tak, twoja!”.

Idziemy sobie z Katarynką przez wieś, a co za dzień! Istna fantazja. Wolałbym może 

nad stawem sobie posiedzieć, ale na tę dziewczynę mocnych nie ma.

- Jak się uprzesz, to jak ten baran Roztockiego - mówię. - Nie szkoda ci dnia?

- Nie szkoda mi, bo widzisz, bardzo chcę zobaczyć, jak tam teraz wygląda. Ciocia mi 

mówiła, że już ją oszklili i że nawet parkiet jest położony. Czasami myślę, że może bym 

chciała prowadzić klubokawiarnię na wsi. Co to trzeba skończyć, żeby móc?

- Chyba mniej niż wydział aktorski.

Zabójcze spojrzenie. No, ale co tej Kasi po głowie chodzi?

- Sieroto! - powiadam. - Zastanów się! Czy ty byś wytrzymała na wsi?

- Nie wiem właśnie. Może bym i wytrzymała.

- Oj, Kasia, czy ty przypadkiem na siłę nie szukasz problemu? Tylko po to, żeby na 

złość mamie inaczej go rozwiązać?

- Psycholog! - mówi pogardliwie.

No, to ja się już nie odezwę. Ani słowa. Woda w gębę.

- Żaden psycholog - mówię. - Tylko zdaje mi się, że tak jest.

- To ci się źle zdaje. Podoba mi się tutaj. Może nie wieś, ale ludzie.

Ludzie   jej   się   podobają.   Mnie   też,   ale   przecież   ludzie   to   nie   wszystko.   Nic   nie 

powiem. I tak jej nie przekonam, po co mam sobie język strzępić?

- Gdybyś tu żyła od urodzenia, gdybyś nie była przyzwyczajona do czego innego - 

mówię - to byłoby wszystko w porządku. Ale to przecież jest życie, o którym  nie masz 

zielonego pojęcia. Spójrz na Klarę.

- Właśnie patrzę.

Nie, teraz to już koniec. Ani słowa. Kaganiec na twarz. Ładny dom wybudował sobie 

młody Zychowiak. Ten jego mały smyk siedzi na płocie i śpiewa:

Idzie kaczor polną drogą, Przytupuje lewą nogą, Nagle potknął się i zbladł, Bo w 

ramiona kaczki wpadł!

background image

Zobaczył  nas, to zaraz przycichł. Do Zychowiaka podobny, jakby kto skórę zdarł. 

Mijamy go. Nogami macha, głowę odwrócił.

- Ładne dziecko ten Zygmuś - mówi Kasia.

Idziemy środkiem drogi, między koleinami, już niedaleko do klubu- kawiarni, a nawet 

chyba widać szary pawilon za szkołą. Zygmuś znowu śpiewa:

Idzie   Rafał   polną   drogą.   Przytupuje   lewą   nogą,   Nagle   potknął   się   i   zbladł,   bo  w 

ramiona Kasi wpadł!

Głupi smarkacz! Słowo daję, chętnie bym mu pupę sprał na kwaśne jabłko. Czego ta 

Kaśka się śmieje, też niemądra. Odwracam się, po Zygmusiu śladu nie ma.

- Prysnął - cieszy się Kasia. - Bał się, że zawrócisz. Ale przecież ty byś mu nic nie 

zrobił, prawda?

- Tylko bym mu głowę ukręcił, nic poza tym.

- Ummm... jaki podły! - mruczy Kasia.

Ale teraz ona zapomina o Zygmusiu, to tylko mnie jeszcze ciągle trzęsie. Zapomina, 

patrzy jak zaklęta. W rzeczy samej, pawilonik jest śliczny, więcej szkła niż muru.

- Trumienka dla śpiącej królewny - mówię. No, to strzeliłem.

- Jeżeli nawet, i tak możesz być spokojny. Królewicza nie ma w pobliżu.

Uuuu! Niedobrze. Zostawia mnie i leci do okna. Staje na palcach, zagląda do środka. 

Oj, przyjdzie chyba przepraszać Katarynkę. To przez tego Zygmusia cholernego, to on mnie 

tak rozzłościł, bo co za głupie śpiewki, nie rozumiem. Niech sobie, o kim chce, śpiewa, ale 

Kasi niech mi nie rusza! Nie wiem, co ona widzi przez to okno, przecież tam jest jeszcze 

zupełnie pusto w środku. Podejdę chyba i przeproszę, nie mam na co czekać, ona mi tak łatwo 

tej trumienki nie daruje i nie zrozumie, że to Zygmuś mnie wkurzył. Idę.

- No i jak w środku wygląda? - zagajam obojętnie. A spod oka patrzę. No, tak. Tego 

między nami jeszcze nie było. - Kasia, daj spokój.

- To ty mi daj spokój. Idź stąd i daj mi spokój!

- No, Kasia, nie płacz, no!

Że się obrazi, to przewidywałem, ale łzy? Łyka je i łyka, nosem pociąga.

- Nie gap się na mnie! - mówi. - Nie gap się, słyszysz?

- Mogę się nie gapić.

Opieram się o drzwi do tej przeklętej trumienki i gwiżdżę. Na durnia wychodzę, sam 

to widzę, nikt mi nie musi mówić. A do tego łapię się na tym, że gwiżdżę o kaczorze, który 

się potknął. Wiec przestaję. Wyjmuję chustkę i podaję Kasi. Bierze, nie wszystko między 

nami skończone, jeszcze wspólna chustka została.

background image

- Nie gniewaj się, Katarynka - mówię. - Strzeliłem nieprzeciętnie głupio.

- Nieprzeciętnie! - powtarza, ale chowa moją chustkę do swojej kieszeni.

No, to podejdę do niej. Podchodzę. Unosi głowę i patrzy na mnie, podle mi się robi.

- Kaśka... - mówię i czuję, że mi w gardle zasycha, napiłbym się wody. Już raz tak 

było, wtedy, kiedy ją w chlewie zamknąłem.

- Kaśka...

Kładę ręce na jej policzkach i to jest tak, jakbym pisklaka w nich trzymał małego.

- Rafał, proszę cię... - mówi i ja nie wiem, o co ona mnie prosi, i już się chyba nigdy 

nie dowiem, bo całuję tę podkówkę, a drzewo za Katarzyną rośnie mi nagle koroną w dół, a 

korzeniami do góry.

A po południu zbiera się na burzę, stoimy z Kasią w oknie i patrzymy, jak chmurzyska 

ciągną szare, masywne, nisko, tuż nad ziemią prawie.

- Podskoczyłbyś do nich? - pyta Kasia.

- Pewno, że bym podskoczył - mówię. - Wielka filozofia.

- To idź i podskocz.

- Nie chce mi się.

- Aha.

Pani Klara kroi placek ze śliwkami.

- Jak wy ze sobą rozmawiacie, to mi się płakać chce - mówi.

-   Czy   wy   nigdy   nie   macie   ochoty   na   sensowną   rozmowę,   tylko   zawsze   takie 

banialuki?

- Ja czasami mam - powiada Kasia. - Ale widzi ciocia, partner wysiada pod tym 

względem.

- Ja też czasami mam - odgryzam się. - Ale widzi pani, z dziećmi to z sensem nie ma o 

czym. W chowanego się pobawić, w klasy, owszem. A rozmowa to już ciężej idzie.

Patrzę   teraz,   jak   pani   Klara   układa   placek   na   talerzyku.   Ładnie   wygląda,   pewnie 

jeszcze ciepły.

- No, to siadajcie. No, to siadamy.

- Bierzcie, ja nie będę jadła. Papieros marzy mi się już od godziny - mówi pani Klara i 

zapala giewonta. - Powiedzcie mi teraz taką rzecz. Już chyba możecie? Dlaczego tak wam 

zależało na tym, żeby Kasi mama nie zobaczyła się z doktorem?

Kaśka nie odpowiada, kręci głową, miny robi takie żadne.

- Bo ja wiem... - mówi wreszcie. - Tak jakoś... Po co? Tyle lat minęło, niech sobie 

dalej mijają. Mamie mogłoby być głupio, doktorowi głupio.

background image

Oj, mętnie się Kasia spowiada, ja bym rozgrzeszenia nie dał za takie stękanie.

- E, przesada! - mówi pani Klara. Papierosem przegarnia popiół w popielniczce i 

zużyte zapałki.

Katarynka swój placek ogląda na wszystkie strony, jakby pierwszy raz w życiu coś 

takiego widziała. Oj, Kasiu, Kasiu!

- To się je bez chrzanu i musztardy, możesz śmiało zaczynać - mówię.

- Zginęłabym bez ciebie, mój dobry człowieku - odpowiada mi Kasia. Patrzy żwawiej, 

pewnie ma nadzieję, żeśmy zeszli z tematu. I ma rację.

-   Jak   się   woda   zagotuje,   to   weźcie   sobie   herbatę.   Ja   zajrzę   do   kurnika,   jajka 

powybieram.

Pani Klara wychodzi. Biorę sobie drugi kawałek placka, fajny jest.

- Czemu jej nie powiedziałaś? - pytam. - Ostatecznie, nic w tym złego nie było.

- Na pewno nic złego nie było. Ale widzisz, ciocia nie lubi mojego taty. Nigdy go nie 

lubiła. Słyszałam, jak kiedyś rozmawiała o nim z wujem Markiem. Nie wiedzieli, że ja słyszę. 

„Taki drętwy! - mówiła. - Sztywny. Bardzo do Zuzy nie pasuje”. Wiec teraz sam powiedz: 

czy ciocia w ogóle by mnie zrozumiała? Chyba nie.

- Myślę, że może by zrozumiała. Łatwa jest do rozumienia, a filozofii wielkiej w tym 

nie ma. To, że twój tata sztywny, to jedna sprawa, a to, że tobie o niego idzie, to druga.

- Ciocia myśli, że ja tak o mamę - uśmiecha się Kaśka.

- A o mamę to ja jestem zupełnie spokojna. Mamie bilans zawsze się zgodzi, nawet 

kiedy ma w nim czortowski bałagan, już taka jest. Uwielbiam ją niezależnie od tego. Ale tata!

- Co tata?

- Tata ma wszystko poukładane w sobie jak w szufladkach. Jedna szufladka z tym, 

druga z owym, trzecia jeszcze z czymś innym. Ale niech tylko w jednej z nich ktoś zrobi mu 

bałagan, to zaraz i w reszcie nie może się połapać. Gdyby tak mama wyskoczyła nagle tacie z 

tej szufladki, w której ją tata trzyma, to jemu wszystko by runęło. Cały jego system. Bo tata 

ma system, według tego systemu żyje. Może to dla kogoś śmieszne, drętwe, sztywne, ale 

przecież nie dla niego.

Kasia sięga po następny kawałek placka, młóci szybko, muszę się pospieszyć, bo ona 

ma, rzeczywiście, tempo sprinterskie.

- A jeżeli dla niego jest ważne, to tylko to się liczy, nie?

Taki pewien nie jestem, czy Kasia ma rację. Te wszystkie rzeczy, które dla Meli były 

ważne, na przykład, to obiektywnie patrząc, reprezentowały sobą dobrze wyrośniętą chałę.

- Ej, nie zawsze się to liczy, co dla kogoś ważne. Czasami ludziom wydają się ważne 

background image

sprawy zgoła chałowate.

- O chałowate nie walczę.

Zrezygnuję chyba z następnego placka, niech już ona sobie zje wszystko do końca, 

jeszcze by mi śliwka w gardle stanęła.

- A czy ty w ogóle wiesz, co chałowate, a co nie?

- Nie wiem - odpowiada Kasia z punktu. - I to jest najgorsze. Wybieram to, o czym 

wiem, że bez pudła jest ważne. Będziesz jadł?

- Nie.

- To ja zjem. Obiektywne wartości znam. Wyliczyć ci?

- Nie, dziękuję. Ja je też znam.

- A co się liczy dla mnie osobiście, to ja, Rafał, nie wiem. Ty wiesz? No, ty to wiesz, 

że na pewno matematyka. Już tego mogę ci zazdrościć. Bo ja, na przykład, nie wiem, czy dla 

mnie z całą pewnością liczy się teatr. Czasami myślę, że tak, czasami wcale nie jestem taka 

pewna.

Trzyma w ręku nadgryziony kawałek placka i patrzy na mnie, jakbym to ja mógł 

powiedzieć, co się dla niej liczy, a co nie.

- Prawie wszystkim dziewczętom w moim wieku marzy się scena. Myślisz, że nie 

wiem? Może ja jestem tylko taka typowa?

-   Typowa,   Katarynka,   to   ty   nie   jesteś   -   mówię   i   patrzę,   jak   ona   się   zabiera   do 

ostatniego kawałka.

Typowa to ona nie jest, sam widziałem, jak się przeistacza z Kaśki w różne inne 

babki.   Nieprzeciętne   to   są   widowiska,   jak   raz   taką   jedną   staruchę   mi   grała,   to   aż   mnie 

przerażenie ogarnęło, że może ona taka naprawdę jest, a na Kaśkę tylko się zgrywa. Ja tam ją 

widzę wyłącznie na scenie.

- Kasia - mówię - ty byś chyba zrobiła starszliwe głupstwo, jakbyś się rozmyśliła.

- A gdybym tak została nauczycielką...? Już wiem, co jej po głowie chodzi.

- Na wsi? - pytam, żeby się upewnić.

- Na wsi.

Już nic nie mówię, o nic więcej nie pytam, bo znam tę historyjkę o ludziach, którzy 

zafascynowali nieszczęsną Katarzynę. Kto wie, czy bez mojego pytania Kasia mi tu zaraz z tą 

fascynacją nie wystąpi, to jej ukochany monolog. Ale jakoś nie. Cisza. Pewnie ją ten placek 

zamurował. A może usłyszała, że pani Klara nadchodzi.

- Słuchaj, Rafał, zabieraj się do domu, żebyś zdążył przed burzą. Ciągnie, spójrzcie, 

jakie chmurzyska.

background image

Nie chce mi się jechać, ale chyba muszę, to fakt.

- Czy pani jutro jedzie do pana Marka? - pytam.

- Jadę.

- To może by się pani zgodziła Kaśkę na rynku wyrzucić?

- Mogę ją wyrzucić, a co macie w planie?

- Grającą szafę - mówi Katarzyna. - Do cukierni wstawili, ciociu, ma ciocia pojęcie?

- Mam pojęcie.

Pani Klara kiwa głową. Dobra jest, jutro gramy!

Tak, ale jak długo można? Kaśka już dziesiątą dwuzłotówkę pakuje do tej nienażartej 

paszczy,   grozi   mi   bankructwo   ostateczne,   nie   wypominając   nikomu   dwóch   różowych, 

puszystych z kremem. Jest dopiero piętnasty, a ja już się skończyłem finansowo. Trzeba się 

będzie rozejrzeć za jakimś zajęciem czy jak? Mógłbym u Roztockiego robotę znaleźć, on 

ludzi   szuka,   ale   nawóz   po   polu   rozrzucać   tylko   po   to,   żeby   Kasia   mogła   grającą   szafę 

dwuzłotówkami karmić, to przy największym uczuciu jakoś mi się nie chce. Po co ja ją tam 

brałem, sam dziewczynę rzuciłem w szpony namiętności. A wyrwać nie sposób.

- Rafałku, skarbie, masz jeszcze dwa złote?

Rafałku, skarbie, niech to drzwi ścisną, mam dwa złote, mam, ale przecież...

- Co ty masz taką minę? - dziwi się Kaśka. - Co...? Może ja za dużo...?

- Nie, skąd - powiadam. - Graj sobie, Katarynka!

„Graj sobie!”  Tylko  że katarynkę  to się korbką kręci  i melodyjka  zasuwa. Wraca 

Kaśka od tej szafy, siada i słucha.

- Wiesz? - mówi. - Ja to chciałabym być taką grającą szafą.

- Pewno - zgadzam się. - Zarobek łatwy. Jakbyś sobie przełyk wytrenowała, to łykanie 

dwuzłotówek żaden problem.

- No wiesz! Niemądry jesteś. Ja z zupełnie innych powodów.

- Z jakich?

Nie mówi od razu, brodę ręką podparła i patrzy na szafę.

- Taką  radość ludziom  sprawia.  Głupia szafa,  nawet tego  nie rozumie.  A ja  bym 

rozumiała.

Widzę nagle, że Kasia wzrok od szafy odrywa i patrzy uważnie na coś, co się dzieje za 

moimi  plecami. Odwracam głowę i też patrzę. Ale nic się tu nie dzieje, po prostu jakaś 

dziewczyna stoi, nie wiem, skąd ją znam, bo nie ze szkoły i nie zethapu.

- Czy mogłabym usiąść z wami na chwilę? - pyta.

Kaśka mówi, że tak, dziewczyna siada, ciągle nie wiem, już mi głupio, ale ciągle nie 

background image

wiem, skąd ją znam.

- Nie poznajesz mnie?

- Wiesz co? - mówię. - Nie!

- Renata - ona powiada i już mi świta.

- Ach, Renata! Oczywiście, bardzo cię przepraszam, ale tak jakoś...

- Nie dziwię się, widziałeś mnie raz.

Teraz Renata patrzy na Kasię, uśmiecha się, nie powiem, mile.

- Ja wam przeszkodziłam?

- Ależ skąd! - mówi Kasia. - Szafa gra.

Teraz Renata na mnie spogląda. I tak patrzy, jakby się wahała.

- Słuchaj... - mówi wreszcie. - Chciałam cię tylko o coś zapytać, Rafał, czy ty... no, 

czy ty przypadkiem nie widziałeś Artura?

- Widziałem.

- Kiedy?

- Kilka dni temu. Dlaczego pytasz?

- Szukam go.

Rozumiem, że Renata szuka Artura, ale nie rozumiem, dlaczego nie może go znaleźć.

- Byłam u niego w domu, wiesz, do tego się posunęłam, bo przecież nikogo tam nie 

znam. Jego mama powiedziała mi, że Artur wyjechał i wróci dopiero pod koniec września, na 

kilka dni, bo potem jedzie na studia.

Uuuu, bracie Arturze...

- Możliwe - mówię.

- Nie! - powiada Renata twardo. - Niemożliwe. I słuchaj, Rafał... - Renata wyciąga 

papierosy, zapałki, rozgniata w palcach twardego giewonta. - Ja cię bardzo proszę. Znajdź mi 

Artura! Znajdziesz?

Patrzy na mnie, czeka na to, co powiem. A ja nie wiem, co mam powiedzieć. Wiem, 

po co jej ten Artur tak pilnie potrzebny.

Na   Kasię   teraz   patrzę.   Przygląda   się   Renacie,   już   nieomal   widzę,   jak   się   w   niej 

wszystkie strunki napinają, ma Kasia intuicję.

- Znajdź jej tego Artura - mówi. - Postaraj się!

Renata uśmiecha się do Kaśki, najpierw żywo, a potem coś jej się w oczach zaczyna 

błyszczeć. Oj, mają te dziewczyny ślepia w mokrym miejscu, aż złość bierze.

- Jak ja ci go znajdę? - zastanawiam się.

- Pójdź do niego do domu - prosi Renata. - On na pewno jest, jego mama tak tylko mi 

background image

mówi.

- Nie! Przecież wie, że możesz go w każdej chwili spotkać.

Renata przechyla się w moją stronę.

- Zrozum! To jest niemożliwe, żeby on wyjechał.

Już mi się nie chce tłumaczyć  biednej Renacie, że na tym  świecie nie ma rzeczy 

niemożliwych.

- Masz dwa złote? - pyta się to moje szczęście niestrudzone. - Jak masz, to idź i wrzuć 

na to samo.

Idę, nawet chętnie, bo muszę myśli do kupy zebrać. Wrzucam dwa złote, oglądam 

szafę z jednej, z drugiej strony, żeby trochę na czasie zyskać, ale co mi po czasie, jak nic 

mądrego do głowy mi nie przychodzi. No, dobra, pójdę do Artura do domu, ale z góry wiem, 

że to niewypał.  Może chociaż jego adres zdobędę. Renata  ważniejsza mi się wydaje  niż 

Artura spokój. Odwracam się, idę do stolika. Widzę dwie głowy nachylone do siebie. Renata 

coś mówi, Kaśka przytakuje. No, mogłem przewidzieć, że mnie Kasia grzecznie spławia. Ale 

po co ta dziewczyna jej to mówi, po co? Na mój widok Renata wstaje.

- Idę, nie będę wam przeszkadzać. Więc jak, Rafał?

- Pójdę do niego. Mieszkasz tam, gdzie dawniej?

- Tak, na Pustelnej.

- Wpadnę do ciebie jutro i powiem, co się udało załatwić.

Mówię to wszystko spokojnie, ale mnie diabli biorą na Renatę. No, bo po co ona tej 

Kasi mówiła? Co jej Kasia pomoże? Odchodzi. Siadam, patrzę na Kasię, sam czuję, że spode 

łba.

- Rafał...? - pyta Katarzyna przeciągle. - Ty wiesz, dlaczego ona szuka tego Artura?

- Wiem - mówię. - Możesz sobie darować.

- Skąd wiesz?

- Od niego.

- To on tu gdzieś był?

- On tu gdzieś był, ale teraz to już nie mam pojęcia, gdzie się podziewa. Spłynął.

- To podłe... - mówi Kasia cicho. - Jakie to podłe... Och, Rafał... - Przymruża oczy, 

buzię wykrzywia, jakby z bliska patrzyła na jakieś ohydztwo.

- W końcu Artur się zjawi - pocieszam ją.

- No i co z tego? Zjawi się, jak już będzie za późno - mówi Kaśka zapalczywie. - A z 

jakiej racji Renata ma się o to wszystko sama martwić? „W końcu się zjawi! - przedrzeźnia 

mnie. - W końcu się zjawi!” Dobry jesteś!

background image

- Na małżeństwo nigdy nie jest za późno - mówię drętwo.

- Na małżeństwo? - Kaśka patrzy na mnie i mruga oczyma, jakby jej jakiś paproch 

wpadł.

- A coś ty myślała? Przecież teraz on musi się z Renatą ożenić, nie?

- Zwariowałeś? On się z nią nie ożeni i Renata dobrze o tym wie. Chyba nie łudziła się 

nawet przez pięć minut.

Nie zwariowałem, po prostu logicznie myślę. Dziwna ta Kasia. Patrzymy na siebie, 

jakbyśmy się dopiero w tej chwili poznali. Dziwna Kaśka, daję słowo. Logicznie myślę, nic 

więcej. A jeżeli nie, to w takim razie dlaczego one mi każą szukać Artura? Za kogo one mnie 

mają, bardzo przepraszam!

- Musi się z nią ożenić, przecież innego wyjścia nie ma - mówię i sam słyszę, że za 

głośno. Kaśka pochyla głowę.

- Jest inne wyjście...  - powiada cichutko. Potem znowu podnosi głowę, patrzy na 

mnie, uśmiecha się jakoś tak dziwnie. - A ty, Rafał, skoczyłeś mi wysoko... ponad głowę.

Podjeżdżam pod dom Sopoćków, Kasia nie wybiega przed ganek, tylko pani Klara 

macha mi ręką z okna.

- Kasia wzięła hamak i poszła do zagajnika - woła. - Idź tam!

Każą, to idę. Gdzie ona tam hamak powiesiła? Brzózki młode, giętkie, a Kasia, było 

nie   było,   swoje   waży.  Z   brzegu   nie   widzę,   wchodzę   głębiej.   Też   nie   ma.   A   może   przy 

ściernisku, z drugiej strony? No, tak, jest Katarynka, śpi czy nie śpi? Nie śpi.

- Można cię trochę od pszczół pooganiać?

- Pszczół tu nie ma, ale pooganiać możesz. Staję przy drzewie, rzeczywiście, dość 

masywne znalazła, i poruszam hamakiem, nie za bardzo, ale silniej, niż to Kasia robiła.

- Daj spokój, bo zwymiotuję!

- A proszę cię bardzo, zwymiotuj sobie - mówię uprzejmie, ale Kaśka się złości.

- Jejku, ja poważnie! Nie mogę tak się huśtać wysoko, bo mi się wtedy coś robi z 

błędnikiem.

- Jak mi tak uczenie tłumaczysz, to zaraz rozumiem. Siadam sobie teraz naprzeciwko 

Kaśki i patrzę na nią.

- Co u ciebie słychać? - pytam.

- Nic. Co ma być słychać, głowa mnie boli i tyle. Od taty fajny list dostałam, wiesz? - 

ożywia się nagle.

Wyjmuje z kieszeni spodni zmiętoszony arkusik, rozprostowuje go.

- Masz! Obejrzyj sobie.

background image

- Obejrzyj czy przeczytaj?

- Możesz przeczytać, ale najpierw obejrzyj.

Oglądam, fajny list. Cały w rysuneczki. Pod każdym rysuneczkiem podpis. Czytam: 

„Tadzio kupuje kwiatki dla mamy! Tadzio leci na dworzec! Tadzio podaje mamie herbatę!”. 

Najbardziej mi się podoba ten ostatni Tadzio, obwiązany fartuszkiem w groszki. Ale i ten z 

donicą też jest klawy. Oddaję Kasi list.

- Wdechowy - mówię. - Nie wygląda na to, żeby go drętwy facet pisał.

- Dlatego ci pokazałam. Taki on drętwy, jak ten list - smutnieje Kasia. - Żal mi taty - 

mówi. - Ma taką jedną szufladkę pełną ciepła i co mu po niej? Mama nigdy jej nie otwiera, 

może nie potrafi, może nie chce, kto to wie? A jeżeli tata sam ją otworzy, to ona wcale tego 

nie zauważa, wiesz? Napisała do mnie krótko: „Dojechałam szczęśliwie, bez przygód, dom 

zastałam w idealnym porządku, tatuś kupił piękny dywan przed mój tapczan...”

Uśmiecha się smutno Katarynka, po chwili mówi dalej:

- Dojechała bez przygód. A dla mnie takie powitanie: kwiaty, kolacja, dywanik to już 

byłaby przygoda! Mama jest nieprzytomna na punkcie dywanów, byle jaki jej nie zachwyci. 

Więc ile on się musiał nabiegać, żeby w końcu znaleźć coś, co się mamie będzie podobało. 

Dojechała   bez   przygód.   A   ja   stanęłabym   boso   na   takim   dywanie   i   byłabym   nieludzko 

szczęśliwa, i napisałabym do Niny, bo moja córka będzie miała na imię Nina, napisałabym do 

niej: „Spotkała mnie cudowna przygoda dywanikowa...”

Patrzę na Kaśkę i myślę, że mnie chyba też spotkała jakaś przygoda.

-   Gdyby   mama   wyszła   za   twojego   tatę   -   mówi   Kasia   dalej   -   to   może   miałaby 

dywanikowe   przygody   i   każdy   powrót   do   domu   byłby   dla   niej   rewelacją.   Nie   wyszła, 

rozumiem, wybrała sobie coś innego. Ale nie rozumiem, dlaczego to w takim razie o moim 

ojcu mówi: drętwy?

Kasia wstaje z hamaka, szkoda. Szarpie sznur. Wstaję i ja, żeby jej pomóc. Zwijam 

hamak, biorę go pod jedno ramię, pod drugie Kasia wsuwa mi rękę. Idziemy przez zagajnik, 

gadać się jakoś nie chce. Pani Klara myje okna w pokoju, widzimy z daleka.

- Muszę jej pomoc - mówi Kasia. - Wuj Marek jutro wraca. A Izabelę dziś rano 

przywiózł pan Mikołaj, wiesz? Ciocia będzie miała wreszcie całą rodzinę w domu. Hej, ciociu 

Klaro! - woła Kasia z daleka. - Zamawiam sobie mycie następnego okna.

Okazuje się, że następne jest już umyte.

- To w czym my możemy pomóc?

- Idźcie do ogrodu po kwiaty. Ale rwij, Kasiu, tak, żeby do każdego wazonu coś było. 

I żeby kolory się zgadzały. I żeby to nie były wiechy.

background image

Kładę hamak na ganku i gnamy do ogrodu. Tu jest fajnie, o, tu jest fajnie!

- Zaczniemy od tych żółtych, co? - pytani Kasi.

-   Nie.   Zaczniemy   od   czegoś   innego.   Od   tego   mianowicie,   czy   zastałeś   Artura   w 

domu? - Kasia stoi miedzy grządkami, sama jak słonecznik.

A myślałem, że zapomniała. Myślałem, że jej to z głowy wyleciało.

- Zastałeś czy nie?

- Nie.

- I co?

-   Wyjechał.   Jego   matka   prawdę   powiedziała   Renacie.   Od   razu   wiedziałem,   że   to 

prawda.   Adresu   nie   podała   żadnego.   Obóz   wędrowny.   Zapytałem   o   trasę,   bo   można   by 

napisać do jakiegoś schroniska po drodze. Ona trasy, mówi, nie zna. W Beskid poszedł. W 

który? Ona nie wie, w który. Dobrze ją Artur ustawił.

- Byłeś u Renaty?

- Byłem.

- I...?

- Co ja jej poradzę?

Kasia nachyla się, zrywa żółte kwiaty.

- No i czemu nie rwiesz? - pyta. - Pospiesz się.

- Czasu jest dosyć - mówię.

- Może dla ciebie, ale nie dla Renaty! - odpowiada mi Kasia ostro. - Ona mieszka na 

Pustelnej. Pod którym?

- Pod ósmym. Nie mieszaj się w to, Kasia. Przecież ty w niczym jej nie pomożesz.

- Ja nie. Ale Pola.

- A co jej Pola poradzi? Oszalałaś?

-   Przestań   wymachiwać   tymi   kwiatami,   Rafał,   bo   im   głowy   poodpadają.   Pola   w 

wojewódzkim szpitalu na pewno kogoś zna, miała tam praktykę i szkołę też tam ma. Wiesz, 

szpital odpada, tu wszyscy Renatę znają.

- Kaśka! - mówię i czuję, że mi diabeł pod gardło podjeżdża. - Trzeba ściągnąć Artura, 

rozumiesz? To jedno trzeba zrobić.

I trzeba Arturowi powiedzieć, jak się ma zachować. A jeżeli cokolwiek zaczniesz 

załatwiać z Polą, to ja... to ja... - Nie kończę, bo mi nic do głowy nie przychodzi. Nie wiem, 

co ja, tylko wiem, że najchętniej sprałbym teraz Kaśkę tak, że tylko by jej nogi w powietrzu 

latały.

- Co ty? - pyta Kaśka.

background image

- Wygrzmocę cię, jak Boga kocham!

- Dobrze - mówi Kaśka. - A teraz pójdziesz ze mną do Poli!

Zrywamy kwiaty, aż im korzenie piszczą. Pójdę z nią do Poli, pewnie, że pójdę. Może 

mi  się uda przetłumaczyć  tym  zwariowanym  dziewczynom,  co trzeba  robić,  a czego  nie 

trzeba.

U Mikołaja w domu nikogo nie ma, tylko Pola siedzi na strychu i szykuje polne bratki 

do suszenia. Sprzedaje to później w skupie ziół. Siadam na jakiejś beczce i słucham, jak Kasia 

wyłuszcza sprawę Renaty. Pięknie, nawet i moje stanowisko uwzględnia w tej relacji. Ale 

dokładniej  swoje   i  Renaty.   Pola  słucha,  kiwa głową,  że  też   te  dziewczyny  zawsze  tylko 

przytakują. Renata pewnie też tak głową kiwała, wtedy to problemu nie było. Rozpacz mnie 

ogarnia, jak tej Kasi słucham, rozpacz. I nagle słyszę, jak Pola mówi:

- Znam Renatę, całą tę rodzinę znam. Stać ich na to, żeby dziecko utrzymać.

Oddycham z ulgą, może ta nareszcie Kasi kubeł zimnej wody na głowę wyleje.

- Ale nie stać ich na to, żeby Renata mogła je mieć.  Moralność im nie pozwala. 

Renacie też. Znam tę śpiewkę, nasłuchałam się przez ten czas, kiedy byłam na praktyce. „Nie 

mogę, siostro, chociażbym chciała. Co by ksiądz proboszcz na to powiedział?” Ale przedtem 

to o księdzu proboszczu nikt nie myśli. Ty, Rafał, mówisz, że Artur powinien się z Renią 

ożenić? A powinien, masz rację. Tylko pomyśl sobie, jak by on to swoje prawo skończył, 

gdyby je zaczynał z żoną i niemowlakiem pod pachą? Dziwisz się, że mu to nie w smak? Ja 

się tak bardzo nie dziwię.

Teraz   Polę   mam   ochotę   udusić.   Każdego   mogą   zrozumieć.   Renatę   mogą,   Artura 

mogą, tylko mnie nie mogą! Przyznają mi rację, ale uważają, że to jest racja idioty. Racja 

kretyna, racja durnia. A przecież to jest zwykła ludzka racja, nic więcej.

- Pięknie! Wiec uważacie, że on jest w porządku. Nogi za pas i w Beskid!

- Wcale nie uważamy, że on jest w porządku. Powinien Renacie pomóc, powinien z 

nią być.

Pola mówi jeszcze coś, ale nie mogę słuchać, we łbie mi się to wszystko nie mieści.

- Wiec wy na miejscu Renaty zrobiłybyście to samo? - pytam wreszcie, bo mnie to 

nurtuje już od wczoraj, bo w końcu nie wiem, jak by Kaśka postąpiła, na przykład.

- Ja tak - mówi Pola. - Ale nie ze względu na księdza proboszcza. Ze względu na 

swoją przyszłość.

-   W   takim   razie   jesteś   nieodpowiedzialna   za   swoje   czyny.   Kompletnie 

nieodpowiedzialna!

- Być może... - przyznaje Pola. - Być może, że to tak wygląda. A Kasia ani słowa. 

background image

Patrzę na nią, czekam. Milczy.

- No, Katarynka?

Cicho   się   zrobiło   na   Mikołajowym   stryszku,   Kaśka   włosy   odgarnęła   do   góry, 

przysiadła na jakiejś belce jak kura na grzędzie. To ja wzruszam ramionami i podchodzę do 

sieci, w którą Mikołaj ryby łowi w stawie. Oczka poprzerywane, sprawdzam, czy tylko w tym 

miejscu, czy wszędzie. Wszędzie, sieć jest do niczego. Powiem o tym pani Klarze, bo się 

wczoraj  martwiła,  jak się ma Mikołajowi  odwdzięczyć,  żeby go przypadkiem  nie urazić. 

Niech mu sieć kupi. Odwracam się na pięcie.

- No, więc jak, Katarynka? - Chyba jej dosyć czasu dałem na myślenie.

Spojrzenie   ma   jakieś   takie,   widzę,   że   coś  chce   mi   nim   powiedzieć,   ale   ja   się   na 

subtelnościach nie znam. Niech powie normalnie, takie tam czytanie w oczach to dobre dla 

humanistów, a ja matematyk jestem i proszę mi prawdę wygarnąć, jak trzeba, a nie gapić się 

na mnie jak koza na malowane wrota.

- Ja wam coś powiem - mówi Pola. - Idźcie wy do domu. Ja mam robotę, muszę 

jeszcze do ojca iść na pole, bo mi kazał przylecieć pod wieczór, a może się jeszcze i do 

miasteczka wybiorę. Zobaczę, jak będzie. Jedno wam obiecuję, zajmę się Renatą sama. Niech 

to dla ciebie, Kasiu, będzie rozdział z podpisem: koniec!

Mądra jest Polinka z jednej strony, chociaż z drugiej nie bardzo. Widzę, że Kasia 

waha się, ale w końcu mówi:

- Dobrze, Pola. Jeżeli ty się tym zajmiesz, to... - Podchodzi, całuje Polę i idzie do 

wyjścia. Ja jeszcze zostaję, ale też wyciągam łapę do Polinki.

- Czekaj, Rafał... - mówi Pola. - Dla ciebie to żaden koniec. W tym wojewódzkim oni 

robią takie rzeczy, owszem, ale ktoś z rodziny musi krew dać, rozumiesz? Ja nie mogę, bo 

jestem rejestrowanym dawcą i pobierali ode mnie w zeszłym tygodniu, więc teraz nie wezmą, 

nawet gdybym chciała. Artura nie ma, tak? No, a jej rodzina odpada. Dasz?

Baranieję. Jeszcze mam własną krew dorzucać do tego interesu? Czy ta Pola oszalała?

- Honorowo, Rafał! - nalega.

- Komu ty mówisz o honorze, Pola? Tobie się klepki poprzestawiały.

- Więc znajdź Artura! - syczy Pola cicho. Widzę, że jest wściekła. - Niech przyjedzie 

tylko po to jedno: dać krew! Znajdziesz go?

- Gdzie ja ci go będę szukał, gdzie? - pytam się Poli, jakby ona mogła wiedzieć.

- Nie wiem gdzie. Musisz go wytrzasnąć, choćby spod ziemi. Bez krwi nie da się nic 

zrobić.

- Rafał! - woła Kasia z dołu.

background image

- Idź do niej - mówi Pola już spokojnie. - Idź do niej, ona jest taka fajna.

Wracamy do Sopoćków, ale nie szosą, Kasia wybrała drogę przez łąkę. Idzie, głowę 

ma spuszczoną, ani słowa jeszcze nie powiedziała. Nie zgadza mi się to równanie, nie mogę 

zrozumieć, skąd w tej Kaśce tyle cynizmu. Bo to jest cynizm, nic więcej. Idę za Kasią ze dwa 

kroki z tyłu, ale nagle ona przystaje, dochodzę do niej, bierze mnie pod rękę dziwnym jakimś 

gestem, jakby ratunku szukała czy coś. Zaraz  mi złość przechodzi, tylko  smutek zostaje. 

Cholernie mi smutno, cholernie. Jeszcze się mocniej do mnie przygarnia, głowę unosi w moją 

stronę.

- Rafał... - mówi. - Ty sobie nie myśl o mnie źle.

- A jak ja mam myśleć, Kasia?

- Może tylko, że mnie nie rozumiesz?

- A nie mógłbym ciebie zrozumieć? Bardzo bym chciał, wiesz chyba. Znowu głowę 

opuściła, trzyma się mojego ramienia kurczowo, palce zaciska na rękawie swetra.

- Wiec ci  powiem,  chociaż nikomu  nie mówiłam.  Nie  mówiłam,  bo wiesz, przez 

gardło mi przejść nie mogło... Ale jeżeli zacznę ryczeć, to się nie złość.

- Nie będę się złościł - obiecuję i Kaśce, i sobie.

- Widzisz, w naszym domu mieszkała taka Lucyna. Zwyczajna, żadne cudo. Starsza 

ode mnie o jakieś trzy lata, ale spotykałyśmy  się często na schodach, gadałyśmy,  potem 

zaczęła przychodzić do nas i ja do niej czasami wpadałam. - Kasia głowy nie podnosi, jakby 

nie do mnie mówiła, tylko do tej zielonej trawy, po której idziemy. - I ta Lucyna, tak jak 

Renata,   rozumiesz?   I  też   chłopak   jej   przepadł   jak   kamień   w   wodę.   Tylko   że   Lucyna   to 

dziecko urodziła. Najpierw uważała się za bohaterkę i mówiła, że dla niej to pestka mieć 

dziecko bez ślubu. Zastąpię mu ojca, mówiła, ile się po świecie takich dzieci chowa i dobrze 

im.   Ten   chłopczyk   był   śliczny,   nie   masz   pojęcia!   Chodziłam   do   Lucyny,   dawała   mi   go 

przewijać, brałam go na ręce, taki to był dzidziuś słodki, że...

Idziemy,   Kasia   przerwała   swoje   o   tej   Lucynie,   a   ja   jej   nie   popędzam,   bo   się 

domyślam,  że siły zbiera do powiedzenia mi tego, co jej nie może przez gardło przejść. 

Powietrza w płuca nabiera, wydycha je i znowu to samo, nabiera i wydycha.

- I jednego dnia - mówi wreszcie, ale bardzo cicho - Lucyna oddała tego Piotrusia do 

domu dziecka.

Znowu Kasia milczy, tylko idzie szybciej. No, więc oddała, źle zrobiła czy dobrze, nie 

wiem, ale żaden dramat.

- W zeszłym roku poszłam z Lucyną, żeby go zobaczyć. Ona chodzi do niego tak 

mniej więcej raz na pół roku. I widziałam go.

background image

- Źle mu tam było? - próbuję się domyślić.

- Może nie źle, ale... Lucyny, widzisz, nie poznał.

„Pani! Pani!” - To wszystko, co mówił, kiedy go brała na ręce. „Ja jestem mama” - 

tłumaczyła mu Lucyna, prosiła go, żeby powtórzył. Ale on nie, za nic. „Pani! Pani!”

Biedna Kasia, już głos jej się łamie, ale nie płacze, wytrzymuje jakoś.

- A potem Lucyna została z nim, a ja poszłam na salę, opiekunka mnie wzięła, bo 

prosiłam. Wiec tak, Rafał. Te dzieci mają gdzie spać, mają co jeść, zabawki też mają, ale... 

nie umiem ci powiedzieć. Od początku bałam się, że nie potrafię, a kiedy już zaczęłam, to tak 

strasznie chcę, żebyś mnie zrozumiał.

- Ja już troszkę rozumiem - powiadam.

- Troszkę, to mnie nie urządza. Więc słuchaj... Słuchaj i zrozum. Ja tam widziałam 

maleńką dziewczynkę, która siedziała w kąciku, niczym się nie bawiła, tylko tak się jakoś 

dziwnie kiwała. Zapytałam tej opiekunki, dlaczego. I wiesz, dlaczego?

- Nie.

- Dlatego że tam dzieci często tak się kiwają. To jest głód, Rafał, taki głód uczucia. 

Nikt ich nie przytula do siebie, nikt im nie mówi najpotrzebniejszych słów: mój skarbie, moja 

dziecinko, moje kochanie, czy ja wiem, jakich jeszcze? Tych zwyczajnych, które każde inne 

dziecko słyszy. Kiedy matka przytula dziecko, to tak się kołysze razem z nim. Siedzi i tak się 

kołysze, prawda? A tam, Rafał, dzieci kołyszą się same.

Och moja Kasiu, Katarynko! Och, moja Szafo Grająca! Tak by mi się chciało wziąć 

teraz Kaśkę na ręce i zanieść ją gdzieś, w taki fajny świat, w którym nie ma żadnej Lucyny, 

żadnego  Artura ani  dzieci kołyszących  się  samotnie.  Ale gdzie  ja ci  go znajdę, u licha? 

Jesteśmy już prawie na podwórzu Sopoćków. Kasia zatrzymuje  się, staje przede mną. W 

końcu mi pewnie ukręci ten guzik od koszuli.

- Zapytałam się Renaty, czy nie mogłaby urodzić swojego dziecka. Byłeś wtedy przy 

szafie. To była pierwsza rzecz, o którą zapytałam. Pewno, powiedziała, mogłabym gdzieś 

wyjechać, urodzić i oddać. I teraz mnie zrozum, Rafał. Teraz ty mnie zrozum. Myślę, że ona 

naprawdę tego dziecka nie powinna mieć. Jest na to za głupia. Dzieci mogą się rodzić tylko 

ludziom i zwierzętom. Ale nigdy potworom. Potworom nigdy, Rafał.

Skończyła   Kaśka.   I   co   ja   mam   jej   powiedzieć?   Bo   nie   ma   racji,   dziecko   to   jest 

dziecko, cześć, kropka. Chce Katarynka, żebym ją zrozumiał, trudno mi, bo dla mnie życie to 

sprawa poza dyskusją. Najważniejsze. Nawet jeżeli gdzieś po drodze przyjdzie się pokołysać 

samemu. Ale troszkę to ja Kasię pojmuję, na tyle, żeby nie mieć do niej żalu. Poli nie mogę. 

Na każde dziecko chucha i dmucha, każde wydaje się jej nie wiem jak cudowne. A tu - bach! 

background image

Ty nie jesteś konsekwentna, Polinka. Coś musze tej Kasi powiedzieć, stoi i czeka.

- Czy ciągle jeszcze tak źle o mnie myślisz? - dopytuje się w końcu.

- Nie! - mówię. - Teraz to inaczej wygląda.

Pani Klara stoi na ganku, widzi nas, woła. Idziemy.  Ja nawet chętnie idę. Z Polą 

zawsze szukałem samotności, zawsze myślałem, jak by się tu gdzieś z nią urwać, z Kasią 

inaczej. Z Kasią wolałbym nie zostawać samemu.

- Ciebie to złości, że ja się tak ciągle do czegoś dopasowuję - powiada nagle. - Ale 

muszę się przecież na coś zdecydować. Więc tak sobie myślę, Rafał, może ja bym poszła na 

psychologię,   co?   Mogłabym   wtedy   pracować   w   jakiejś   poradni.   Na   przykład   w   poradni 

świadomego macierzyństwa. Głupi jesteś, wiesz?

Nie jestem głupi, tylko piekielnie rozśmieszony i dlatego zwija mnie w korkociąg. Bo 

jak tu się nie śmiać, kiedy sobie człowiek wyobrazi Kaśkę w takiej poradni, no jak? Pędzelki 

nad uszami, portki na niej opięte, bo chyba Kasia Baltazara w wadze przeskoczy, jak tak dalej 

pójdzie.   Tańczy   sobie   przez   to   podwórze,   „proszę   cię,   Rafał”,   i   podkówka.   Poradnia 

świadomego macierzyństwa pasuje do niej akurat jak pięść do nosa.

- Z czego ty się tak śmiejesz? - pyta mnie pani Klara.

- Jemu dużo do śmiechu nie potrzeba - mówi Kasia za mnie. - Wystarczy palcem 

kiwnąć, a on zaraz rechocze, ciociu, jakby było z czego. Lepiej byś sobie guzik przyszył!

Podaje mi guzik, ukręciła, wiedziałem, że tak będzie.

Idziemy sobie przez rynek, popołudnie upalne jak diabli. Zrobiliśmy już chyba ze 

dwadzieścia kilometrów, może przesada, dziesięć.

- Odwiozę cię - mówię.

Ale ona - nie. Na zegarek patrzy.

- Jeszcze trochę - mówi. - Za godzinę.

Ja mogę, ale widzę, że Kaśka ma dosyć, ledwo nogami powłóczy. Tak to czas nigdy 

nam się nie dłuży, ale jak trzeba coś z nim zrobić, to zaraz nie wiadomo co. Już całe swoje 

dzieciństwo Kasi opowiedziałem, z mamą w roli głównej, i całą młodość górną i chmurną 

zreferowałem, jak trzeba. O czym by tu jeszcze?

- Chodź, Kasia, zajdziemy do kościoła, pokażę ci Klimy mozaikę.

- Tę nie dokończoną?

- I tę dokończoną. Dwie tam są.

Wchodzimy,   pusto,   tylko  babcia  Rucianowskiego  różaniec   odmawia  i   jakieś   dwie 

babki z księdzem coś szepczą przy samym wejściu. Fajny jest ksiądz Balicki, najbardziej to 

mi   się   w   nim   podoba,  że   gra   z   chłopakami   w   piłkę   nożną   na  boisku   szkolnym.   Kiedyś 

background image

widziałem na własne oczy, jak gola strzelił Heńkowi Makule, a z Heńka najlepszy przecież 

bramkarz w naszym ełkaesie. Tak czy owak, księdza Balickiego to bardzo szanuję. Kasi oczy 

błyszczą. Ładna ta Klimy mozaika, pewno. Druga byłaby jeszcze ładniejsza, ale co zrobić. 

Chłodno tu, przyjemnie, mógłbym jeszcze postać, ale Kasię już gna.

- Chodź - mówi - Idziemy.

Idziemy, trudno. Znowu Kasia na zegarek patrzy, ale dopiero dziesięć minut minęło, 

myślę, że ona trochę przesadza, a może i nie. Może rzeczywiście Sopoćkowie wolą się witać 

w domu bez świadków? Kasia by wolała. Ja też bym wolał. Więc niby dlaczego komuś mam 

psuć?

To i chodzimy bez celu, a takie chodzenie - rzecz beznadziejna. Szafę i ciastka Kasia 

zaliczyła na samym wstępie, potem nam się nudno zrobiło. Uuuuu..., gorąco nieprzeciętnie.

- Kiedy patrzyłam na te mozaiki, zaraz sobie waszą Klimę wyobrażałam, wiesz?

- Nasza nigdy ona nie była. Odstawała od nas na trzy kilometry, mówiłem ci. Wściec 

się było można.

Przechodzimy obok piekarni, świeży chleb pachnie, jeść mi się zachciało.

- Chodź - mówię - kupimy sobie pół bochenka.

Jeszcze   ciepły,   skórka   miękka,   pod   palcami   się   ugina,   ale   w   zębach   trzeszczy. 

Siadamy z Kasią na ławce pod kinem. Kasia zamówiła sobie piętkę, a ja resztę zjem.

- Mama mi nie pozwala jeść takiego chleba - mówi Kasia.

- Mnie też nie pozwalała, a potem Mela. A to najlepszy chleb. Teraz mi się pić chce, a 

tobie?

- Też.

To idziemy na wodę sodową. A stamtąd Kasia rusza wreszcie w stronę domu. Motor 

mam przed bramą.

- No, to jak? Pojedziemy pomalutku? - pytam.

- Chyba tak - mówi Kasia. - Coś mi się zdaje, że nudno dziś było. - I przygląda mi się 

podejrzliwie. - Ale mnie czasami dobrze, chociaż nudno. A tobie?

- Bardzo dobrze.

Kasia ma racje. Nudno było, ale z nią nawet i to jest ciekawe. Innej dziewczynie to już 

bym się urwał z piętnaście razy. Objeżdżam rynek, za rogiem mieszka Artur, nie chce mi się 

patrzeć w stronę jego domu, bo zaraz cała złość mi wraca, dziś znowu tam byłem i znowu 

spudłowałem.   Nie   ma   co,   nie   znajdę   Artura,   chociaż   złaziłem   wszystkich   po   kolei.   U 

Adamczewskiego byłem, u Renka Gradzika byłem, u Smoleńca byłem, u Kuby Rydzewicza 

byłem,   więcej   przyjaciół   on   tu   nie   ma,   ten   cały   Artur.   Mogę   jeszcze   jutro   wpaść   do 

background image

Staniszewskiego, ale z Witkiem to Artur ostatnio koty darł, więc Witek też nic nie będzie 

wiedział, tamci nie wiedzą, to Witek tym bardziej. Nikomu pary z gęby nie puścił. Przepadł, 

misterna rzecz.

- Wolniej! - krzyczy Kasia za moimi plecami.

Ale mnie się spieszy na szosę. Bardzo lubię jeździć szosą. Przez mostek będziemy 

zaraz przejeżdżać. O, w tym miejscu z Renatą stałem dziś rano, tu się z nią umówiłem. Żal mi 

dziewczyny, ręce oparła o poręcz, przechyliła się, łzy jej do wody kapały, smutne to było. Kto 

by pomyślał, rzeczka płynie sobie grzecznie, spokojnie, a tam Renacine łzy w tej wodzie 

gdzieś aż do samego morza wędrują.

- Wolniej, Rafał!

Dobra, wolniej, już teraz mogę, bo na szosie jesteśmy,  a to szczególnie lubię. Te 

wierzby po obydwóch stronach drogi tak mi się podobają. Spękana kora, chropawa od narośli 

i odcisków, zawsze mnie to bierze, lubię ręką przesuwać po takiej korze, może i dlatego 

twarze starych ludzi godzinami mogę oglądać, bo do wierzbowej kory są podobne. Wolę 

drzewa niż kwiaty, ale głupio byłoby do cioci na imieniny z dębem w garści wędrować. Po 

szczeniacku ten Artur wychodzi. Pola z Renatą pojutrze mają jechać, co tu robić, jej bohu, 

pojęcia zielonego nie mam. Renata o nic mnie nie prosiła, ani słowa nie pisnęła, tylko do tej 

rzeki płakała i płakała. Dusi mnie ta cała sprawa, w życiu mnie tak nic nie dusiło, ale coś mi 

się widzi, że przyjdzie rękaw od koszuli podciągnąć i niech biorą, ile trzeba, dobrą mam, 

zerową. Ta jednak pociecha, że może się przydać komuś, kto bardzo będzie krwi potrzebował, 

i o tym muszę myśleć, a nie o tym, dlaczego to robię. A może na przekór wszystkiemu dla 

jakiegoś   dziecka   okaże   się   ratunkiem,   życie   mu   ocali   albo   co?   Chyba   już   nawet   do 

Staniszewskiego nie będę chodził. Wracając, zajadę do Poli, zapytam: „To kiedy ja mam się 

zgłosić, Polinka?”. „Dobry z ciebie kolega - powie - na poziomie jesteś, Rafał”. A ze mnie zły 

kolega,   najchętniej   zdrowo   bym   dołożył   Arturowi,   taki   ten   mój   poziom,   żaden   inny. 

Zatrzymuję motor, do tyłu się oglądam, Kasia na mnie patrzy.

- Co się stało? - pyta. - Dlaczego nie jedziesz?

- Więc dobrze, Katarynka - mówię. - Dam jej krwi, ile trzeba. Tylko nie pytaj mnie, 

dlaczego to zrobię, bo nie wiem, słowo honoru, że nie wiem. Dam i cześć. Ale żadnego 

gadania na ten temat nie chcę. Ani słowa!

Już mogę dalej jechać, ale Kaśka kładzie mi rękę na ramieniu, woła, więc się znowu 

oglądam.

-   Słuchaj,   Rafał   -   mówi,   a   te   ślepia   cętkowane   mało   jej   z   powiek   nie   wylecą.   - 

Słuchaj...

background image

- Słucham, no?

- Muszę ci coś powiedzieć.

- Mów, czekam przecież.

- Kiedy muszę się zebrać... chwileczkę.

Czekam, a ona się zbiera za moimi plecami. Wreszcie, kładzie mi ręce na policzkach i 

trzyma moją głowę tak mocno, że ruszać nią nie mogę i tylko przed siebie patrzę, bo za siebie 

Kasia mi nie daje.

- Więc tak... - mówi. - Może są chłopcy równiejsi od ciebie, ale ja żadnego takiego nie 

znam. I jak ja jestem z tobą, Rafał, to...

- To co?

- Kiedy nie wiem. Jedź.

- To mnie puść.

- Puszczę, jak ruszysz.

Ruszam. Kasia znowu ręce mi na ramionach kładzie, a jej głowę czuję na plecach, 

chociaż nie ma dziś wiatru. Oj, Katarynka, jak ty jesteś ze mną, to ja też nic nie wiem. Jadę 

wolno, dobrze mi, żal wjeżdżać w końcu na to podwórko Sopoćków. Gniady przed gankiem, 

nawet go pani Klara do garażu nie wprowadziła. Pan Marek w drzwiach staje, rękę do góry 

podnosi.

- Coście tak bałamucili? Kaczka w ryżu stygnie.

Kaśka zeskakuje i leci do niego, potem ja za nią. A w kuchni pachnie fenomenalnie, 

pani Klara kaczkę wyjmuje z piecyka, śpiewa sobie, szczęśliwa, aż patrzeć miło.

- Myjcie ręce i do stołu! - woła. - Kasiu, a do ciebie jest list. Położyłam go w pokoju, 

książka chyba albo jakieś pisma.

To ja pierwszy myję ręce, a Kasia leci szukać swojego listu. Długo jakoś nie wraca, 

pan Marek już przy stole siedzi, a jej ciągle nie ma.

- Gdzie ta Kasia przepadła? Idź, Rafał, zobacz, co się tam stało, zawołaj ją - prosi 

mnie pani Klara.

Zaglądam do pokoju, wchodzę. Kasia stoi, patrzy na mnie, w garści papierzyska jakieś 

trzyma.

- Wiesz, Rafał? - mówi, ale minę ma speszoną. - Wiesz, że ja dostałam rolę w Teatrze 

Młodego Widza?

- W telewizji?

- Tak. Dostałam rolę, rozumiesz? Główną rolę!

Wygląda, że dopiero w tej chwili do Kasi dotarło to, o czym mi mówi. Wymachuje 

background image

swoimi papierzyskami, śmieje się, oczy jej błyszczą.

- Jeszcze przed wakacjami mnie oglądali, musiałam wyklepać jakiś dialog, kilka min 

zrobić do kamery, myślałam, że nie wyszło. A tymczasem wyszło. Dostałam tę rolę, Rafał! 

Spójrz, mama przysłała mi scenariusz, żebym mogła się zacząć uczyć, bo próby rozpoczną się 

we wrześniu. Och, Rafał!

No,   fajno,   ale   dlaczego   ja   tym   scenariuszem   obrywam   po   głowie,   to   nie   bardzo 

rozumiem.   Wyrywam   go   Kaśce   i   patrzę   na   pierwszą   stronę.   Adaptacja   Ani   z   Zielonego 

Wzgórza.

- Chodź - mówi Kasia i ciągnie mnie za rękaw. - Chodź, muszę im powiedzieć.

Pani Klara kroi kaczkę.

- Umyj ręce, Kasiu - mówi. - Pospiesz się! A Kaśka staje przed nią, dyga nieśmiało.

- Może by pani zechciała nazywać mnie Kordelią?...

- Kordelią? - krzywi się pani Klara. - Czyś ty oszalała, Kasiu?

- Kiedy byłam młodsza, wolałam imię Geraldyna, ale teraz jestem zdania, że Kordelią 

jest najładniejsze...

No,   myślę   sobie,   to   my   teraz   będziemy   mieli   kino.   Kaśka   tańczy   dookoła   stołu, 

wreszcie obejmuje Marka Sopoćko i woła:

- Będę grała Anię w Teatrze Młodego Widza! Będę grała Anię!

Teraz Katarynka robi się ważniejsza niż ta kaczka w ryżu. Sopoćkowie rzucają się na 

adaptację, ja się nie rzucam, staję z boku, patrzę na Kaśkę i śmiać mi się chce. Bo teraz to ona 

już nie myśli  o poradni świadomego macierzyństwa ani o studium nauczycielskim, ani o 

klubie żadnym. Tylko to wie, że będzie grała, wszystko inne liczyć się przestało. A co się ze 

mną stanie, tego nie wiem. Tata mi się przypomina i już mi cała ochota na śmiech mija. Na 

kaczkę też mam mniejszy apetyt. Najchętniej bym się zabrał stąd i do chałupy wracał. Ten 

dzień ciągnie się jak kisiel, dosyć już mam, zmęczyło mnie to wszystko. Mówię, że jadę, bo 

ojciec   sam   siedzi.   Zatrzymują   mnie,   owszem,   ale   oni   wszyscy   też   jacyś   nieprzytomni, 

rozumiem. Za dużo wrażeń jak na jedno popołudnie. Zabieram się. Pan Marek przed dom 

mnie odprowadza, Kaśka tylko „do zobaczenia” woła i nos w scenariusz wtyka. Jeszcze raz 

się oglądam, kiedy z podwórza na drogę wyjeżdżam. Nie ma Kaśki w oknie ani na ganku nie 

stoi. No, dobra, kismet, będzie, co będzie.

Poli nie zastaję, więc tylko u Mikołaja karteczkę zostawiam i ruszam do domu. Ojciec 

jest. Siedzi przy telewizorze i boks ogląda.

- Dopiero się zaczęło - mówi. - Zdążyłeś.

Myśli, że ja na boks wróciłem. Nie, tata, ja nie na boks, żebyś ty wiedział, staruszku, 

background image

jak się dziś podle czuję, tobyś mnie chyba przez nokaut techniczny poddał. Daj sobie spokój, 

powiedziałbyś, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Może i świętą rację miała Melania, tylko że 

ona tak mówiła, kiedy kapci zapomniałem  zmienić  i na podłogę, jak ojciec, w brudnych 

butach lazłem. A ty, tata, myślałbyś sobie o swojej Zuzannie i o mojej Kaśce. Kładę się na 

tapczanie, oczy zamykam, nic mnie ten boks nie obchodzi, słucham tylko, jak tata stęka przy 

każdym   silniejszym   ciosie,   zupełnie   jakby   to   on   sam   obrywał.   Może   szkoda,   że   nie 

pojechałem na obóz z drużyną, kiedy Radziwonowicz proponował. „Jedź - mówił - co z tego, 

że teraz nie należysz, ale stary, wypróbowany druh jesteś”. Może szkoda, że nie pojechałem, a 

może i nie szkoda, bo coś ładnego zaliczyłem. Usnąłbym chętnie, ale nie dlatego, że mi się 

spać chce. To myśli takie mam niewygodne jak cudze półbuty. Ja wiem, że Kaśka świetnie się 

do aktorskiej roboty nadaje, sam jej to tłumaczyłem. Ale pomachać mogła, taki drobiazg, 

jedna chwilka, jedno machnięcie. Poderwała tę rudą sensatkę, proszę bardzo, rozumiem, że 

się cieszy, dlaczego nie, ale pomachać mogła, przecież wie, że z tego machania obrządek się 

zrobił. „Prawie wszystko mam w sobie po ojcu - powiedziała - po mamie bardzo mało”. 

Tylko że widzisz, Kasia, to nie ilość się liczy, tylko waga, bardzo mało po mamie - dziś 

przechyliło szalkę. Jutro nie pojadę do Spoćków. Ani pojutrze. W ogóle mogę tam nie jechać, 

jak tak się sprawy mają, jak Kasia wagi nie pilnuje. Usnę. Zacznę liczyć, to może usnę. Raz, 

dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście... E, tam!

Dobre są takie mgiełki poranne, co to niebo niebieskie widać, słońce widać, a nad 

samą  ziemią   snuje  się  przejrzysty,   białawy  obłok,  jakby  dym   jakiś  po trawie   łaził.  A  tu 

jałowce w rosie całe, pomyślałbyś, że pająk je pajęczyną oplótł. Pójdę stąd chyba, bo w końcu 

krasnoludków zacznę szukać na tej polanie. Coś mnie rozmazuje zanadto cały ten plener i 

taka się ze mnie Ania z Zielonego Wzgórza robi. Wrócę do domu i kilka równań rozwiążę dla 

uzyskania równowagi, bo jeszcze trochę, a w poślizg wpadnę i ze łbem wlecę do Jeziora 

Lśniących Wód. Ależ miała minę Sylwia, kiedy od niej tę Anię pożyczyłem! I tata, jak o 

trzeciej rano przyszedł, żeby mi światło na siłę zgasić. Dobra to jest dla Kasi rola, nic ująć, 

nic dodać, jak sobie na świeżo czytałem, cały czas mi Kaśka przed oczyma stała. Już ona im 

pokaże, jak się tę Anię powinno grać, już ja to widzę. Z Polą na ósmą się umówiłem, godzina 

czasu, gdzie mnie tu przyniosło, daję słowo, po co ja tu przylazłem, trzeba było w domu 

siedzieć, kilka równań ułożyć albo pospać dłużej. Ale mnie już od wczoraj tak nosi.

- Panie Rafał!

O, Klimacki. Ładnie ten jego konik utrzymany.

- Dzień dobry - mówię. - A skąd pan tak rano wraca?

- Ja to nie dziwota, matce karmę dla kur woziłem. Siadaj pan, podrzucę, na rynek jadę. 

background image

Ja to nie dziwota, ale pan skąd?

Siadam sobie obok Klimackiego.

- A ja ze spaceru.

Pogwizduje Klimacki, głową kręci.

- Nie udał się spacer, co? Panna oddzielnie, kawaler oddzielnie.

- Panny w ogóle nie było - mówię. - Sam sobie łaziłem.

- Już mnie pan nie oszukasz! - śmieje się chytrze. - Za stary jestem.

- Wcale pana nie oszukuję, panie Klimacki, coś pan!

- Hę, hę! A ja pannę mijałem przy rozstajach, no? I jak pan raz wyglądasz? Starego w 

pole nie wyprowadzisz, hę, hę! Śmieje się, oczy mruży, nos krzywi, tylko mu te zębiska 

wielkie u konia widać.

- E, nie ma się czego wypierać. Krew nie woda, co to ja nie wiem? Wiem, wiem. 

Panna przy rozstajach na autobus czekała, nie widziałem ino, w którą stronę chce jechać, do 

Sopoćków pewno, kogo chciała zobaczyć, to w lesie zobaczyła.

- Pan się myli, panie Klimacki. Ja tej panny na oczy dziś nie widziałem.

- No, to może ona do miasta.

Na rynek wjeżdżamy równo z autobusem. Zostawiam Klimackiego i na przystanek 

lecę, ale udaję, że tak sobie idę. Zwalniam, staję przed wystawą, w bok patrzę, pół godziny 

czasu, zawsze DŚ. W sukience przyjechała. Uczesana jaka. Pantofle białe, na obcasie, uuu, 

aktorka. Patrzę teraz na wystawę, niech sobie Kasia przypadkiem nie wyobraża, że ja na nią 

czekam. Łapie mnie za rękaw.

- Rafał...! Wytrzeszczam oczy.

- O, Katarynka! Skąd ty tutaj? Autobusem przyjechałaś?

- Tak.

- Po zakupy?

- Nie.

Przygląda mi się, spokój ma w spojrzeniu absolutny, coś mi się widzi, że to ja mam 

się tłumaczyć, ale ja nie będę, moja pani, to się po mnie nie pokaże.

- Do ciebie, Rafał, przyjechałam. Nie było cię wczoraj i... - utyka.

Słowem jej nie podeprę, niech utyka, kiedy taka jest.

- Nie wiedziałam, co się stało. Dlaczego nie byłeś?

- A dlaczego miałem być? Nie umawialiśmy się przecież - mówię.

- Nie wiedziałam, że musimy się umawiać - powiada Kasia. Widzę, że się nastroszyła. 

- Na teraz też nie umawiałam się z tobą, a jednak przyjechałam. Zdaje się, że niepotrzebnie?

background image

Już mnie nie trzyma za łokieć. Otwiera torebkę, grzebie w niej, o proszę, z torebką 

przyjechała, Sophia Loren.

- Dlaczego zaraz niepotrzebnie? Może potrzebnie? - mówię.

- Więc zdecyduj się. Potrzebnie czy niepotrzebnie? Nie znalazła w torebce tego, czego 

szukała, pewno niczego nie szukała. Ooo, ale patrzy ostro. Humory, tak? Liz Taylor.

- Coś ty się tak ubrała? - pytam. - Na festiwal do Cannes jedziesz czy jak?

- Więc niepotrzebnie, tak?

Kieckę ma niebrzydką, kretonik jakiś, ale uszyta fajnie. Biorę to w dwa palce.

- Ho! - mówię. - Paryski model. Dior to czy Chanel?

- Moja ciotka emerytka.

- Też ładnie.

- Dlaczego się wygłupiasz? Zidiociałeś czy jak? - pyta to wytworne dziewczę. - O co 

ci chodzi? Dlaczego jesteś taki wściekły? Co cię ugryzło?

- Za dużo pytań naraz. Nie wygłupiam się, nie zidiociałem, o nic mi nie chodzi, nie 

jestem wściekły, nic mnie nie ugryzło. Muszę już iść, bo się z Polą umówiłem na ósmą.

- Jedziecie?

- Ano właśnie.

- To ja cię odprowadzę, Rafał.

Idziemy na mostek, na mostku z Polą mam się spotkać.

- Nawet nie wiesz, dlaczego przyjechałam.

- Nie wiem.

- Pewno się nawet nie domyślasz?

- Nie.

- A ja przyjechałam,  bo... wiesz... nie pomachałam  ci wtedy. Wszystko  przez ten 

scenariusz. Ale ty, zdaje mi się, nie zauważyłeś tego...?

Nie, ja nie zauważyłem, skąd, co to mnie obchodzi, pomachała czy nie pomachała, 

pestka   dla   mnie,   mogła   machać,   mogła   nie   machać,   ja   tam   na   takie   rzeczy   uwagi   nie 

zwracam.

- Zauważyłem, że nie pomachałaś - mówię. - Oglądałem się przecież.

Patrzy Kasia na mnie, uśmiecha się jak jakaś dziewczynka mała i ręką w powietrzu 

macha.

- To ja teraz. Za tamto...

No, dobra, no. No, dobra, oj, no!

- Dlatego nie przyjechałeś?

background image

- Dlatego.

- Aha...

Więcej nic nie mówi, tylko uśmiecha się, idzie sobie obok mnie.

- Kasia... - mówię. - Ja tam cię wolę w spodniach i z poczochraną głową.

- Ja siebie też wolę w spodniach. Ale muszę się znowu do sukienek przyzwyczajać, bo 

potem będę się na planie ruszała jak chłopak.

Jak chłopak? Z tym tańczeniem? Już do chłopaka to ona niepodobna. No, ale może 

racja. Wsuwa mi Kasia rękę pod ramię, równo nam się idzie, chociaż ona na tych obcasach. 

Wiesz...? - mówi. - Wymyśliłam sobie coś. Coś ty wymyśliła, Katarynka?

- A z tą grającą szafą, pamiętasz? Mówiłam ci, że chciałabym jak ona...

- Pamiętam.

-   Więc   chyba   będę.   Pomyśl,   Rafał,   tylko   pomyśl!   Z   taką   Anią   chociażby.   U 

Zychowiaków ile dziewczynek! U Wali Rucianowskiej, Mikołaja, u was w miasteczku, we 

wsi, wszędzie. Otworzą sobie telewizor w którąś tam niedzielę, żeby Anię obejrzeć, prawda?

- Na pewno.

- Więc muszę się straszliwie starać, żeby im to trafiło. Przekręcą gałką, ekran się 

rozjaśni, dziewczyny patrzą, Ania stoi na stacji i czeka na Mateusza. To będę ja, Rafał, szafa 

gra.

Dobra jest ta łapka pod moim ramieniem, kładę na niej rękę.

- Uporządkowało mi się w głowie, wiesz? Już jakoś widzę swoje życie trochę dalej niż 

do jutra. Nie myśl, że chcę być sławna i nic więcej. Popularna i nic więcej. Szafą chcę być. I 

dlatego jeszcze przyjechałam, Rafał, żeby ci o tym powiedzieć.

Przyjechała, żeby mi powiedzieć. Bardzo dobra jest ta łapka, bardzo. Gładka, chłodna. 

I te oczy cętkowane, i cała Kaśka w ogóle. Swoją dolę do życia tutaj chce dołożyć, to się dla 

niej   zrobiło   pierwsze.   Grać   będzie   Rucianowskim,   Zychowiakom.   Urszulce   Grzelakowej, 

Sopoćkom, może i Klimackiemu. Już ja to wiem z całą pewnością, że Kaśka wróci tu kiedyś, 

do klubu- kawiarni i do naszego miasteczka, choćby na krótko, tyle żeby na swoim postawić 

konkretnie,   żeby   tych   właśnie   ludzi   przed   sobą   zobaczyć,   a   nie   innych,   żeby   nie   przed 

ekranem ich sobie wyobrażać, ale żywych mieć przed oczyma i widzieć, jak na nią patrzą, jak 

jej słuchają.

- Ja się nie dam, tak jak mama, postawić na jednej scenie, wiesz? - powiada nagle, 

jakby w moich myślach siedziała.

-   Wiem   -   mówię.   -   Już   cię   widzę,   jak   w   klubie-   kawiarni   deklamujesz   Sonety 

krymskie.

background image

- Może - mówi Kasia.

Polinka na mostku stoi, ręką nam macha.

- Przyjedziesz po obiedzie?

- Przyjadę, Katarynka.

-   Przyjedź,   Rosamunda   okociła   się   dziś   w   nocy,   kociaki   ma   tłuste   jak   kluski, 

zobaczysz.

- Dobra.

Pola już leci w naszą stronę, stuka ręką w zegarek. Późno widać, autobus nie będzie 

czekał, a my autobusem jedziemy. Pola nie chciała, żebym brał motor. Nie, Pola, nic mi nie 

będzie, nawet nie poczuję, że mi krwi trochę wyciągną,  ale  niech tam, mogę autobusem 

jechać.

- To na razie, Kasia.

Już odchodzę, ale jeszcze się odwracam, przystaję, patrzę na Kaśkę i czuję, że mi się 

oczy robią durne, jak u tego psa Sopoćków, kiedy na panią Klarę spogląda.

- Och, ty - mówi Kasia. - Leć!

Siedzimy z Kaśką w kuchni i parzymy kawę, to znaczy bardziej Kasia parzy, bo ja 

tylko patrzę. Tata zabrał się ze mną. Mam wolne popołudnie, powiada, chyba pojadę z tobą 

do Sopoćków pogadać z Markiem o starych Polakach. No i dobra. Siedzą teraz i wspominają, 

a duchy przodków snują się po kątach, aż podłoga skrzypi. Kasia kazała sobie dziurę po igle 

pokazać, pokazałem, długo na nią patrzyła, ani słowem się nie odezwała. Potem mi tylko 

szybko rękaw zsunęła, mruknęła coś pod nosem, ale nie zrozumiałem co, a powtórzyć nie 

chciała. Kuchnię u pani Klary to ja bardzo lubię. Kasia ma rację, że w tym domu wszystko 

pachnie rumiankiem, ale najmocniej pachnie w kredensie kuchennym, pojęcia nie mam, skąd 

się bierze ten zapach, bo nigdzie tu nie ma suszonego rumianku, sprawdzaliśmy z Kasią po 

kątach, nigdzie go nie ma, a pachnie. Ładny barometr przywiozła Kasia Sopoćkom. Stukam 

palcem, wskazówka leci na pogodę.

- Dobry miałaś pomysł z barometrem, Katarynka!

- To nie ja.

- A kto?

Kasia wyjmuje szklanki, ustawia na stole, uśmiecha się, jakby trochę pogardliwie.

- Z barometrem była cała historia. Kiedy tu jechałam, mama postanowiła kupić coś dla 

cioci i dla wuja. Przy obiedzie mówi do taty, że trzeba dla cioci materiał na sukienkę, a dla 

wuja modną koszulę. A tata w krzyk.

- Dlaczego?

background image

- Nie podobało mu się. Że to wyrzucone w błoto pieniądze, bo koszula się podrze w 

rok, a sukienka  jeszcze  prędzej.  „Według ciebie, Tadziu - mama  powiada - powinno się 

kupować prezenty z żelaza. Więc może im traktor kupimy albo snopowiązałkę?” Tacie aż nos 

poczerwieniał, sama widziałam. Mama poszła, kupiła materiał i koszulę.

- A skąd barometr?

- Tata odprowadzał mnie na dworzec. Już siedziałam w przedziale, jak wyjął z teczki 

pakę. Położył mi ją na kolanach. „Tu jest barometr, Kasiu - mówi do mnie. - Pożyje dłużej niż 

tamte rzeczy i może kiedyś bardzo stary wuj Marek i bardzo stara ciocia Klara spojrzą na 

niego i któreś powie: «Pamiętasz? To Kasia nam go przywiozła!» I to jest właśnie żelazo, z 

którego lubię kupować prezenty”.

- Ładne - mówię.

-   Bardzo   ładne.   Materiał   i   koszulę   ciocia   schowała   do   szafy.   A   wuj   przez   całe 

popołudnie chodził z barometrem po mieszkaniu, szukał dla niego miejsca, wreszcie znalazł. I 

często widzę, jak tu podchodzi i stuka palcem w szybkę. Z mojego taty jest kawał romantyka, 

to ci powiem. A mamę uwielbia. Nawet gdybym znał wszystkie języki świata, nie znalazłbym 

odpowiednich słów na określenie swojego uczucia do niej. Domyślasz się, że to cytat?

- Domyślam się.

- Czekaliśmy na mamę po premierze Nory Ibsena. I wtedy mi to powiedział. Staliśmy 

przed   teatrem,   padał   deszcz,   tata   nie   chciał   czekać   w   samochodzie,   bo   mama   nie   miała 

parasolki i tata bał się, że ona zmoknie, przechodząc te parę kroków do parkingu. Wreszcie 

pokazała się w drzwiach, podbiegł do niej z tym swoim czarnym, ogromnym parasolem, pod 

którym chciał ją ukryć. O, Rafał, ja tego nigdy nie zapomnę...

Stoi Kasia pośrodku kuchni, w ręku trzyma garnuszek z kawą, ale ja wiem, że ona ani 

tej kawy nie widzi, ani tego garnuszka, ani mnie, chociaż siedzę naprzeciwko niej. Teraz, to 

ona musi patrzeć na coś, co dawno minęło, ale tak jej w pamięci  zostało, jak zdjęcie w 

albumie.

- Nie wiem, skąd się wziął fotoreporter. Wystrzelił jakby spod ziemi. Leci do mamy z 

aparatem przy oczach, z tym fleszem. I mama odsunęła ręką tatę i parasol: „Odejdź, Tadziu!”. 

Pół nocy przepłakałam, tak mi go żal było.

Kaśka nalewa kawę do szklanek, trzy zanosi do pokoju, dwie zostawia w kuchni. 

Wraca, zagląda pod stół, bo tam w wiklinowym koszyku gnieździ się Rosamunda ze swoimi 

kociętami.

- Chodź, zobacz! - mówi. - One są nieprzytomnie śmieszne.

Nie   lubię   kotów,   wszystkie   one   dla   mnie   są   jednakowo   paskudne   i   wcale   nie 

background image

śmieszne, tylko dość obrzydliwe. Ale już ja dla tej Kasi to nawet do kociego koszyka mogę 

wejść i Rosamundę mogę drapać za uchem, i tymi jej smarkaczami zachwycać się, jakby było 

czym.

- Ale nie sądź - powiada Kasia nagle - że ja mamy nie kocham. Bardzo ją kocham. 

Jeden człowiek jest taki, drugi inny.

To, że jeden człowiek taki, a drugi inny, odkrywcze nie jest, moja Katarynko, ale ja 

wiem, co masz na myśli. Chętnie bym już spod tego stołu wylazł, bo mi tu niewygodnie, kark 

drętwieje i kolana bolą.

- Ty sobie tu możesz zostać, Kasia, ale ja mam ochotę na kawę.

Wyłażę, Kasia też. Siadamy przy stole, patrzę za okno, Jasiek Olimpię czyści przed 

stajnią, zgrzebłem jej ogon przeczesuje. Kasia słodzi kawę swoją i moją.

- Dziękuję - mówię.

Unosi głowę, uśmiecha się. A ja znowu jej spojrzenie swoim przetrzymuję. I znów tak 

na nią patrzę, że Kasi buzia poważnieje, oczy spuszcza. Pod stół, do Rosamundy zagląda. 

Potem łyżeczką cukier w cukiernicy przegarnia, a ja patrzę. Teraz Kaśka nogą macha i na 

czubek pantofla spogląda, ale coś już się tam koło ust pojawia, uśmieszek malutki taki, że go 

ledwie widać. Ja patrzę twardo, bo wiem, że jeszcze chwilka, jeszcze minutka, może dwie, a 

Kasia zacznie się złościć po swojemu. Już bohatersko głowę podnosi, pomalutku,  wyżej, 

wyżej, świetnie! No, tak.

- Och, Rafał, jaki ty jesteś!

- No, jaki jestem, jaki?

- Podły.

Podły. Też pięknie, mogę być podły, dlaczego nie.

- Jak to było, Kasia? - pytam.  - Nawet gdybym  znal wszystkie języki świata, nie 

umiałbym znaleźć słów... Tak?

- Podobnie. - nie umiałbym znaleźć słów na opisanie mojej miłości... Cicho w kuchni 

Sopoćków, słychać, jak mucha brzęczy.

- Czy ty też powiesz mi: „Odejdź, Rafał”?

Odsuwam krzesło, unoszę się, proszę bardzo, mogę odejść w każdej chwili, ale teraz 

jeszcze patrzę w te jej oczy, z których nagle uśmiech ucieka.

- Nie - mówi Kaśka cicho.

Długo patrzy Kasia na tę dziurę w ścianie, którą nam Klima wykuła. Potem otrząsa się 

nagle jak psiak, który przed chwilą z wody wyskoczył.

- Dziwne to... - mówi.

background image

Nie wiem, co ona tam w tej dziurze dziwnego widzi, dziura jak dziura.

- Dziwne - powtarza. - Aż mi się wierzyć nie chce, żeby taki twardy człowiek jak twój 

tata nie mógł się przez całe życie uwolnić od jednej babki. Żeby w każdej szukał jej odbicia. 

A może on w siebie wmawia?

- Może i wmawia, kto to może wiedzieć, Katarynko. Myślę, że mój tata już pewno 

sam nie wie, co jest prawdziwe w tym wszystkim, a co nie. A może dlatego tak mu to uczucie 

urosło, że nigdy tak naprawdę nie był z twoją mamą?

- Jak to?

- Zwyczajnie - mówię - nigdy z nią tak naprawdę nie był.

Idziemy z Kaśką do pokoju, patrzę, jak ona rozsiada się w moim fotelu, i myślę sobie, 

że chyba z jedną trzecią życia oddałbym za to, żeby móc ją na tym fotelu oglądać co dzień.

- Nigdy z nią nie był? - powtarza  Kaśka. - Co ty właściwie przez to rozumiesz? 

Przecież się znali.

- Ale nie mieli wspólnego domu, wspólnych kłopotów i tego wszystkiego, wiesz, tego 

całego bigosu na głowie. Żadne wspólne dziecko im nie chorowało, żadna wspólna herbata na 

ich wspólny dywan się im nie wylała, żadnych rachunków wspólnie nie płacili. Z niczego się 

w stosunku do siebie nie musieli rozliczać. Mnie się zdaje, że w takiej sytuacji to mogą się 

bez pudła kochać aż do samej śmierci. Bo nie mają okazji, żeby sprawdzić siebie nawzajem, 

jasne chyba, nie?

- Nie wiem, Rafał - mówi Kaśka i skrobie paznokciem obicie fotela.

-   Nie   skrob!   Jak  słyszę   takie  skrobanie,   to   aż   mi   włosy  dęba   stają.   Mam   ochotę 

natychmiast wyprysnąć. No, nie skrob, proszę cię, Katarynka!

Przestaje. Przygląda mi się, ale widzę, że to jest takie spojrzonko, które niczego nie 

zauważa.   Nawet   gdyby   mi   teraz   naprawdę   włosy   dęba   stanęły,   to   też   by   to   Kaśki   nie 

poruszyło. Rękę trzyma na oparciu fotela, mógłbym przechylić  się i pocałować każdy jej 

palec, każdy różowy paznokieć.

-   O   czym   myślisz,   Katarynka?   -   pytam,   ale   mam   znakomitą   świadomość,   że   to 

najgłupsze   pytanie,   jakie   człowiek   może   zadać   człowiekowi,   bo   właściwie   co   to   kogo 

obchodzi, o czym ktoś drugi myśli, jedyna rzecz naprawdę w życiu prywatna to myślenie. „O 

czym ty tak myślisz, Rafał?” - pytała mnie zawsze kochana, niezapomniana Melania i zaraz 

sama   sobie   odpowiadała,   że   na   pewno   o   zielonych   migdałach.   Nie   mówiła   nigdy   o 

niebieskich, tylko o zielonych.

- A o tym sprawdzaniu myślę - przytomnieje Kaśka. - O tym, że ja chyba tak jak Ania 

z Zielonego Wzgórza nie cierpię ludzi i miejsc bez wad.

background image

Uśmiecha się, może to o moich wadach myślała? Nie pytam. Potem rozgląda się po 

pokoju, jakby pierwszy raz u nas była.

- Wiesz, że tu jest ładnie - mówi.

A właśnie, że nie wiem. Dla mnie to tu jest okropnie. Te stare graty, ta podłoga 

nierówna, ten kredens zawalidroga, zbrzydło mi.

- Mnie się nie podoba, ja swoje mieszkanie urządzę inaczej - mówię.

- Jak?

- Gratów o wiele mniej.

Kasia odwraca się szybko, bierze z biurka kolorowy flamaster.

- Daj kawałek papieru - prosi - to ci narysuję, jak będzie w moim domu. Tyle razy o 

tym myślałam i wszystko już sobie wymyśliłam.

Daję kawałek papieru, siadam sobie na szerokiej poręczy fotela i patrzę, jak moja 

Kaśka rysuje. Włosy ma mięciutkie, pachnące.

- No! - mruczy gniewnie i opędza się ode mnie jak od jakiejś muchy. - Spójrz...

Tu będzie Katarynki kuchnia. Ładnie rysuje, widzę tę kuchnię, jakbym w niej siedział.

- A ten placek to co? - pytam.

- Talerz na ścianie.

- Nie lubię!

Przechyla Kaśka głowę, spogląda na swój talerz, potem na mnie, potem znowu na 

talerz. I wreszcie rany gorzkie! Zmazuje ze ściany całą tę ceramikę.

- A co lubisz?

- Zegary.

Rysuje   Katarynka   zegar   zamiast   talerza   i   wiem   teraz,   że   to,   o   czym   myślałem, 

sprawdza się nagle na tym świstku. Zegar zamiast talerza! To znaczy, że ten drugi taboret, 

który stoi obok stołu, jest dla mnie. Potem Kasia rysuje pokój. Kwadratowy. Dobra, niech 

będzie, chociaż zawsze myślałem o prostokącie.

- Dywan, prawda? - upewnia się Kaśka.

- Jasne, że dywan.

Więc pojawia się puszysty dywan, wielki, prawie na cały pokój.

- Wiesz, ja bardzo lubię palmy. Chciałabym mieć palmę. Tu bym ją postawiła, w tym 

kącie pokoju.

- W porządku - mówię - lubimy palmy.

Nie wiem, czy Kasia to czuje, ale ja czuję, że nagle zawisło nad nami jakieś napięcie, 

coś jakby mgła, taka gęsta, że człowiek przestaje widzieć drugiego człowieka, tylko błądzi po 

background image

omacku, a właściwie, to może i nie mgła, raczej wrażenie podobne do tego, które zawsze 

mnie   ogarnia,   kiedy   patrzę,   jak   na   maszt   wciągają   flagę   państwową,   hymn   grają,   a   na 

najwyższym podium stoi jakaś nasza dziewczyna albo chłopak ze złotym medalem na piersi. 

Coraz ładniejsza robi się palma, liście ma długie, prawie do ziemi sięgają.

- Zasłony lubisz pstrokate? - pyta Kasia.

- Nie. W jednym kolorze.

- Całe szczęście! - oddycha z ulgą.

I właśnie w tej chwili, kiedy ona zaciąga okno naszą zasłoną, słyszę, że tata otwiera 

drzwi, potem jego kroki słyszę. Zagląda.

- O! - mówi. - Dzień dobry.

Kasia podnosi się szybko, chce się przywitać, kuchnia i pokój wylatują jej z rąk i 

spadają na podłogę, wolno, jakby to był kawałek papieru, a nie mieszkanie. Tata podnosi, 

patrzy.

- Co to jest? - dziwi się.

- Mieszkanie  - mówi Kasia spokojnie,  no, bo pewno, każdemu wolno mieszkanie 

rysować, ostatecznie.

- Czyje? - pyta tata i jakoś tak dziwnie na Katarynkę patrzy, jakby ona na tym świstku 

Bóg   wie   co   narysowała.   Kasia   przechyla   głowę,   nic   nie   mówi   przez   chwilę,   wreszcie 

odpowiada niepewnie:

- Tak sobie. Niczyje.

- Aha! - mówi tata, oddaje Kaśce kartkę, ale przecież widzę, że on wyraźnie nie 

wierzy   w   to   niczyje   mieszkanie,   zbyt   dobrze   zna   się   na   rzeczy,   żeby   w   takie   „niczyje” 

wierzyć. A potem długo patrzy na mnie, brwi ma ściągnięte, ponury jest, jak zawsze, kiedy 

się jakaś heca szykuje. To ja też patrzę mu prosto w oczy. „Nie, tata - myślę - ja sobie tego 

mieszkania nie dam odebrać”. I on wie, że ja tak myślę i że ja naprawdę tego mieszkania nie 

dam sobie odebrać za nic w świecie, za żadne skarby, bo nagle robi unik, to znaczy odwraca 

się i palcem przygniata ziemię w doniczce, która na oknie stoi.

- Kwiaty nie były podlewane - mówi - chyba od tygodnia...