background image

                     Robert Kościuszko 
 
                            Strażnicy 

 
                                           Wojownik Trzech Światów 
 
Robert Kościuszko 
Wojownik , Trzech Światów 4 
część IV 
Warszawa 
Tytuł: 
Wojownik Trzech Światów - część IV 
 
Redakcja: Anna Niemyska 
Redakcja techniczna: Wojciech Kozioł - 4dot 
Projekt okładki: Artur Gołębiowski 
Konsultacja: ks. Artur Godnarski 
Copyright © 2010 by Robert Kościuszko http://wojownik.info 
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana, ani w jakikolwiek inny sposób 
reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub 
magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody 
wydawcy. 
ISBN 978-83-927925-7-4 
Spis Treści 
Rozdział 1 Panika na cmentarzu..........7 
Rozdział 2 Problem Koksa.............15 
Rozdział 3 Skok na bank..............27 
Rozdział 4 Wypad z gangu.............35 
Rozdział 5 Bulhaz....... ...........45 
Rozdział 6 Rodzinna kłótnia............55 
Rozdział 7 Cudowny telefon............63 
Rozdział 8 Podryw.................69 
Rozdział 9 Władca.................77 
Rozdział 10 Życie czy śmierć............89 
Rozdział 11 Pułapka................101 
Rozdział 12 W paszczę bestii...........107 
Rozdział 13 Ryzykowna akcja...........117 
Rozdział 14 Pogromca zła.............125 
Rozdział 15 Pokuta................ . 137 
Rozdział 16 Zamach na króla...........143 
Rozdział 17 Na pomoc Dawidowi.........153 
Rozdział 18 Wypełnione proroctwo........161 
Rozdział 19 Nowy początek............169 
Rozdział 20 Odważna decyzja...........177 
Rozdział 21 Misja nadal trwa...........185 
 
 
Rozdział 1 

background image

 
Panika na cmentarzu 
Wybiła właśnie północ. Na starym cmentarzu panowała zupełna ciemność. Nie było ani 
jednej zapalonej lampy czy znicza. Pomniki nagrobków i kamienne krzyże wiały grozą 
pośród czarnej nocy. Wszędzie unosiła się chłodna, wilgotna mgła. Gdzieś w oddali słychać 
było smętne szczekanie i zawodzenie psów. Wtem za pomnikiem największego, omszałego 
grobowca rozległ się jakiś szept. Po nim nad stojącą płytą grobu ukazała się czyjaś głowa i 
natychmiast zniknęła. 

Cicho, ktoś idzie... - trzech zaczajonych chłopaków rozmawiało półgłosem. 

Robimy stały numer z umarlakiem? - pytał jeden z nich. 

Dobra, ale ty, Koks, będziesz go odgrywał? 

OK, strasznie mnie to kręci. 


Zamknijcie się, jest już blisko - rozkazał szef. 

Tym razem zrobimy tyle dymu, żeby ten ktoś umarł ze strachu. 

To ja idę na stanowisko - oznajmił szeptem Koks. Jednak zdołał wykonać zaledwie 

pięć kroków i jego lewa stopa zapadła się w grząskiej ziemi tuż przy pobliskim nagrobku. 

Ajj! - krzyknął przestraszony chłopak. Próbował wyciągnąć nogę, która po udo tkwiła 

teraz wewnątrz grobu. - Nie mogę jej wyciągnąć! - Koks darł się, nie zważając już na to, że 
psuje całą akcję. - Ktoś trzyma moją stopę, wciąga mnie do grobu! Pomóżcie mi! 

wrzeszczał przerażony. 

Pozostali dwaj kompani zerwali się na równe nogi i pędem ruszyli ku bramie cmentarza. Co 
chwilę przewracali się jeden przez drugiego, przepychając się pośród nagrobków w szalonej 
ucieczce. 

Ratunku, pomocy, wampir wciąga mnie pod ziemię! - Koks darł się wniebogłosy. 

Krocząca w ciemności postać, która miała być nastraszona, okazała się grabarzem, 
pracującym na tym cmentarzu. Mężczyzna podbiegł do płaczącego chłopaka. 

Co ty tu robisz, smarkaczu? Pewnie niszczysz krzyże, co? Bawisz się w satanistę, 

sralu jeden. Już ja ci pokażę! 

Niech pan mi pomoże. Ktoś odgryza mi stopę 

błagał na wpół omdlały ze strachu Koks. 

Mężczyzna chwycił chłopaka pod pachy i mocnym szarpnięciem wyciągnął go z potrzasku. 
Łobuz zatoczył 

■mm 

się i klapnął tyłkiem na ziemię. Był sparaliżowany strachem. Miał jedną bosą stopę, ale 
bynajmniej nie była przez nikogo obgryziona. 

Widzisz, szczylu, ten nieboszczyk zabrał ci za karę but - śmiał się mężczyzna. 

Następnie wsunął rękę do dziury. Zapłakany Koks zacisnął powieki. Nie chciał patrzeć, jak 
wilkołak czy wampir wciąga grabarza pod ziemię. Jednak ku jego zdziwieniu nic takiego się 
nie stało. Za to mężczyzna wyciągnął z dziury zabłocony but. Pracownik cmentarza spojrzał 
na Koksa i z udawanym przejęciem zawołał: 

Spójrz, młody, masz odgryzioną połowę stopy! 

Przerażony Koks zaczął oglądać swe obrażenia, ale 
nie doszukał się żadnych ran. 

To był zwykły korzeń. Już się nie bój - zaśmiał się mężczyzna i podał but 

zasmarkanemu bohaterowi. 

background image

Po kilku latach od tego wydarzenia Koks znów był na tym samym cmentarzu. Czuł się dosyć 
niepewnie. Kluczył między nagrobkami i wspominał tę nieprzyjemną przygodę. Słyszał, jak 
krew z wrażenia pulsuje mu w głowie. 
- No gdzie oni są? - pytał sam siebie. - Ale wybrali miejsce spotkania, niech ich jasna... - w 
tym momencie zamilkł, bo stanął dokładnie przed tym samym grobem, który rzekomo 
wciągał go do środka. Miał teraz głupią i zawstydzona minę na myśl o korzeniu, który 
przepłoszył całą bandę. 

No, jesteś wreszcie! - zabrzmiał jakiś ochrypły głos z ciemności. 

Przestraszony Koks znieruchomiał i spojrzał w tamtą stronę. 

Kasa, ty kretynie, nie wydurniaj się! Cały czas bawisz się w straszenie frajerów na 

cmentarzu? - chłopak starał się mówić bardzo pewnie. 

A ty jesteś właśnie tym przestraszonym frajerem? - ochrypły głos dręczył Koksa. - Co 

ci tak skacze pi-kawa, facet? Pewnie boisz się, że znów wciągnie cię jakiś wampir? 

Wolę wampira niż kumpla, który wystawia mnie glinom na odstrzał. 

Koks, ty chyba głupi jesteś. To był wyścig. Każdy z nas walczył o nagrodę. Zwyciężył 

tylko jeden. 

Mocno się brechtałem, gdy usłyszałem, że to nie ty zgarnąłeś całą forsę. 

Koks, tobie się we łbie pomieszało od tej kraksy. Zostały nam niecałe dwa tygodnie. 

Przecież zarówno ja, jak i ty potrzebujemy tej forsy. Bez niej nie mamy się co pokazywać 
Skinolowi na oczy. Chyba że wymyślimy jakiś inny sposób. Inaczej powyrywa nam nogi z... 
Ty, słuchaj... - tu Kasa zawiesił głos, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu wypalił: - 
Kolo, a jak ty właściwie uciekłeś śledczym psom, co? 

Nie musiałem uciekać, wypuścili mnie. Nic na mnie nie mieli poza tym wypadkiem. 

Wlepili mandat i puścili. 

Kręcisz, facet. Przecież gliny wiedziały, że jesteś zawodnikiem w wyścigu. Gadaj, co 

z ciebie wyciągnęli. 
10 

Mówię ci, że nic! 

Nagle gdzieś w ciemności pod drzewem rozległ się dzwonek telefonu. 

Kto tam jest? - zaskoczony Koks bezskutecznie wypatrywał jakiejś postaci. 

Odpowiedzią była cisza. Nikt nie rozmawiał przez telefon. Widać było jedynie czerwony, 
żarzący się punkt, zapewne końcówkę palącego się papierosa. 

To jest nasz nowy anioł stróż, taka rada nadzorcza, jeśli wolisz. Pilnuje, abyśmy wraz 

ze Skinolem wykonali to ważne zadanie. Jest osobiście zainteresowany, aby jego forsa na 
pewno pojawiła się w ciągu dwóch tygodni. Poczekaj tu, muszę z nim pogadać. Zaraz 
wracam. Tylko nie ruszaj się stąd. 
Chłopak oddalił się w kierunku palącego się papierosa i zniknął w nocnej mgle. Było widać 
jedynie czerwony punkt poruszający się raz w górę, to znów w dół. Koks próbował usłyszeć 
cokolwiek z sekretnej rozmowy, jednak z ciemności dobiegały tylko niewyraźne pomruki, 
których nie był w stanie rozszyfrować. W końcu wrócił Kasa i oznajmił: 

Władca właśnie mi wyjaśnił, że według niego zostało nam już tylko jedenaście dni. 

Przekazał też coś dla ciebie. 

Dla mnie? 

Takie dziwne? Musisz udowodnić, że trzymasz z nami, a nie z glinami. 

Czyli nie wierzycie mi - oburzył się Koks. 

Powiedzmy, że ani wierzymy, ani nie wierzymy. Ty sam pokażesz, czy nadal jesteś 

jednym z nas. 
11 

Kasa, nie wnerwiaj mnie. 

background image

Nie masz wyjścia, kolo. Musisz zdać ten egzamin, inaczej będziesz spalony. 

Jak to spalony? 

Po prostu będziesz musiał zniknąć, bo za dużo wiesz o nas wszystkich. 

Co znaczy zniknąć? 

Jeśli nas zdradziłeś, zlikwidujemy cię. Dostaniesz kulkę w ten twój gruby kark albo 

bejsbolem po twoim pustym łbie. Tak czy inaczej, facet, może już nie być ciebie na tym 
świecie. Jasne? - młody szef wyjaśnił wszystko w swoim bandyckim stylu. 
Koks przełknął głośno ślinę. Przez chwilę nie mógł z siebie wykrztusić żadnej odpowiedzi. W 
końcu bąknął: 

Jasne. 

Znów zaległa niewygodna, wręcz złowroga cisza. Czuć było nienawiść między 

kryjącymi się w ciemności chłopakami. 

To co mam robić? - zapytał ten, który miał być sprawdzany. 

Wyrwiesz skądś całą forsę, jakiej potrzebujemy. 

Odbiło ci, gościu? Mam sam skombinować sto tysięcy? - Koks nie mógł uwierzyć w 

to, co usłyszał. 

No co ty, jakie sto tysięcy? 

Koks słysząc to, odetchnął z ulgą. 

Masz zgarnąć dwieście kawałków. 

Ile? - zakrzyczał chłopak. 

Dwieście. Tyle potrzebujemy. Inaczej wszyscy żegnamy się z tym światem, 

rozumiesz? Oni nie żartują 
12 
i nie odpuszczą. - tu Kasa kiwnął głową w kierunku palącego się w oddali papierosa. 

Gdzie wy chcecie znaleźć dwieście patyków? 

Raczej gdzie ty je znajdziesz? 

Gdzie? 

W banku. 

Ja nie mam konta w banku. 

Ta forsa nie leży na twoim koncie, zakuta pało. Stukniesz bogatszym od ciebie te 

dwieście paczek i tak wkupisz się z powrotem w nasze łaski. 
Koks czekał oszołomiony na to, co ostatecznie powie Kasa, i w końcu usłyszał: 

Normalnie, zrobisz skok na bank. 

 
 
 
 
Rorfcmł 2 
Problem Koksa 
Oni chcą, żebym stuknął ten oddział City Banku dokładnie na dwieście kawałków - chłopak 
powiedział ściszonym głosem. 
Stał teraz w księgarni, trzymał odwrotnie jakąś otwartą książkę i oczywiście jej nie czytał. Za 
to pełen obaw patrzył przez okno, obserwując po drugiej stronie ulicy nowoczesną placówkę 
banku. 
Obok niego na małym drewnianym krzesełku, przy dziecięcym stoliczku siedział wielki 
mężczyzna. Znajdowali się w dziale z literaturą dla dzieci. 

Czy jesteś pewien, że twoi kumple tu nie wpadną? Dobrze by było, aby nie widzieli 

nas razem - zasugerował inspektor policji Elezar Cherub. 

Inspektorze, wiem, że ludzie traktują mnie jak tę-paka, ale tyle rozumiem, że wtedy 

byłoby już po mnie. Dobrze obmyśliłem to miejsce. Na szczęście oni tu nie 

background image

 
Rozdział 2 
Problem Koksa 
Oni chcą, żebym stuknął ten oddział City Banku dokładnie na dwieście kawałków - chłopak 
powiedział ściszonym głosem. 
Stał teraz w księgarni, trzymał odwrotnie jakąś otwartą książkę i oczywiście jej nie czytał. Za 
to pełen obaw patrzył przez okno, obserwując po drugiej stronie ulicy nowopzesną placówkę 
banku. 
Obok niego na małym drewnianym krzesełku, przy dziecięcym stoliczku siedział wielki 
mężczyzna. Znajdowali się w dziale z literaturą dla dzieci. 

Czy jesteś pewien, że twoi kumple tu nie wpadną? Dobrze by było, aby nie widzieli 

nas razem - zasugerował inspektor policji Elezar Cherub. 

Inspektorze, wiem, że ludzie traktują mnie jak tę-paka, ale tyle rozumiem, że wtedy 

byłoby już po mnie. Dobrze obmyśliłem to miejsce. Na szczęście oni tu nie 
15 
 
przychodzą. Ja sam jestem pierwszy raz w życiu w księgarni. Jeszcze nigdy nie przeczytałem 
w całości żadnej książki. Bez obawy, te wielkie kioski nas nie interesują. 

A jeśli będą chcieli tak jak my obejrzeć bank? - znów jasnowłosy oficer sprawdzał 

inteligencję swego podopiecznego. 

Mają obok sklep z grami komputerowymi. Na pewno tam by siedzieli. 

Więc będziemy musieli uważać przy wyjściu, żeby się na nich nie natknąć - dla 

formalności zasugerował Elezar. 

Spoko, będziemy „lukać", czy ich nie ma - chłopak rozejrzał się dla pewności. 

Coś jednak mąciło jego spokój. W końcu wyrzucił to z siebie: 

Inspektorze, ja mam poważniejszy problem - chłopak westchnął ciężko, po czym 

wyjaśniał dalej: - Oni chyba myślą, że zwariowałem. Mam odwalić za nich całą czarną 
robotę, a jeśli mi się nie uda, to wy, gliny, właśnie mnie zgarniecie za kratki - to mówiąc, 
nabrał pełne płuca powietrza, zacisnął pięści i powiedział podniesionym głosem jakby do 
kumpli: 

O nie, spadowa. Nie nie wkręcicie mnie w ten interes! 

Jednak opamiętał się, bo jakaś mała dziewczynka, siedząca na zielonym dywaniku, „uniosła 
głowę znad wielkiej ilustrowanej książki. Przyłożyła palec do ust i tak jak zapewne nauczyła 
ją mama, uciszyła nieokrzesanego chłopaka: 
16 

Ćććśśś - mała wydała z siebie upominający głos. 

Koks uniósł rękę w geście przeprosin. 

A jeśli nie zrobisz tego skoku, to co wtedy? - spytał wielki policjant. 

Co wtedy? - Koks drapał się po ogolonej głowie i próbował wznieść się na wyżyny 

swej inteligencji. - To wtedy... - tu głos zaczął mu dziwnie drżeć - to wtedy wtopa, po prostu 
likwidacja. Schodzę z tego świata. 
Teraz przybliżył się do swego rozmówcy, aby nie słyszały tego dzieci, i ciągnął dalej swoje 
wyjaśnienie: 

Powiedzieli, że wybiorą kulkę albo bejsbol - chłopak zaczął trząść się cały, gdy 

jeszcze bardziej uświadomił sobie powagę sytuacji. - Ja chyba naprawdę zwariuję z tym 
wszystkim. Przecież nie mam żadnego wyjścia. Jestem w pułapce. 

Masz wyjście, Koksiński, masz. Musisz pomóc nam rozbić tę bandę. Tylko tak 

możesz się uratować - Elezar patrząc spokojnie na niego, zasugerował odważne i jedjne 
rozwiązanie tego problemu. 

Co pan ode mnie chce, inspektorze? Jak niby miałbym to zrobić? - zdziwił się Koks. 

background image

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Sytuacja stawała się dla chłopaka nie do zniesienia. Już się 
bał tego nieznanego planu, który inspektor Cherub miał w swojej głowie. 

Musisz zrobić ten skok na bank, kolego - uśmiechnięty policjant zaskoczył Koksa 

swoją radą. 

Jak to, przecież za to idzie się do kicia - łysy chłopak nie mógł uwierzyć własnym 

uszom. 

Tak, idzie się za kraty, chyba że jest to akcja kontrolowana przez policję. 

17 

Ale, panie władzo, czy mam wystawić swoich kupli na odstrzał? - obruszył się młody 

gangster. 

Nadal nazywasz kuplami tych, którzy chcą cię zlikwidować? - dziwił się oficer, 

unosząc znacząco brwi. 
Następnie ściszył jeszcze bardziej głos, aby w ten sposób przekonać chłopaka twardymi 
argumentami. 

Przecież tak naprawdę to oni wystawiają ciebie, jak wy to mówicie, na żer psom 

śledczym. My prędzej czy później łapiemy każdego bandziora, który napada na bank. 
Przecież kamery są dzisiaj wszędzie: i w środku, i na zewnątrz, w całym mieście. Twoi 
szefowie dobrze o tym wiedzą. Wypchnęli cię na straconą pozycję. 

Ja się zabiję - chłopak był zrozpaczony. 

Nie rób tego, synu. Po tamtej stronie śmierci czekałoby ciebie jeszcze gorsze 

powitanie - Elezar powiedział to z bardzo poważną miną. 

Skąd pan wie? 

Nie pamiętasz tego dziwnego gościa w celi przesłuchań? Jego współpracownicy już 

tam na ciebie czekają. 
Zmieszany łysol nie potrafił poskładać w swojej głowie tych wszystkich dziwnych faktów. 

Kim pan jest, inspektorze? Czego pan ode mnie właściwie chce? - wyrzucił z siebie 

chłopak. 

Po prostu zaufaj mi. Ja naprawdę chcę uratować ci życie. Razem załatwimy tę sprawę 

j będziesz wolny. 
Dresiarz westchnął ciężko, po czym zapytał: 

To w jaki sposób można wydostać się z takiego kanału? 

18 

O tym opowie ci już mój przyjaciel. 

W tym momencie zza regału z literaturą dla młodzieży wyłonił się uśmiechnięty Józek. 

Ten ministrant? A co on tu robi? - wzburzył się Koks. - A, rozumiem, idziesz z działu 

religijnego? Pewnie przeglądałeś żywoty świętych albo pochłaniałeś biografię Matki Teresy z 
Kalkuty? 

Już wystarczy, Koksiński - inspektor Cherub studził emocje chłopaka. - To jest 

prawdziwy fachowiec. On pomoże mi wyjaśnić wszelkie szczegóły techniczne. Tylko idźmy 
już stąd, bo te dzieci za chwilę będą wiedziały tyle, że same zorganizują napad na bank. 
 
W tej chwili jakiś chłopiec, który stale siedział schowany za wielką otwartą książką, wstał, 
podszedł i powiedział: 

My z moim kumplem mamy już opracowany super plan skoku na bank. Przyjmijcie 

nas do zespołu, to wam wszystko opowiemy. 
Cała trójka dorosłych otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. 

To może... chodźmy już lepiej na Colę? - zaproponował Jozue. - Tu w księgarni jest 

kawiarnia. Usiądziemy w jakimś kącie, żeby nie rzucać się w oczy. 

Chodźmy, ale ty, mały, zostajesz tutaj - Elezar ostatecznie wyjaśnił sprawę. 

background image

Po niedługim czasie siedzieli już we czwórkę, bo Osa czekała tu na nich cierpliwie, sącząc 
brązowy gazowany napój z pływającymi kostkami lodu. 

Więc mówisz, kolo, że znowu będziecie nas podsłuchiwać? - Koks przypomniał sobie 

tę dziwną 
19 
akcję z Tomaszem Polakiem i jego ojcem. - Ciekawe, co się wtedy stało z tymi dwoma 
frajerami - chłopak mówił teraz sam do siebie, jakby się głośno zastanawiał. 

Tak, będziemy cię podsłuchiwać, ale twój mikrofon ukryjemy o wiele lepiej - 

zapewniał Jozue. 

Co ty powiesz? - łysy dres specjalnie drażnił swego rozmówcę. 

Ważne, abyś stale nam mówił, co robisz w danej chwili, oczywiście gdy będziesz sam 

- Józek nie zwracał uwagi na złośliwości Koksa. - Jeśli odbierzesz jakieś informacje, które 
tylko widać, powiedzmy, dostaniesz SMS-a, czytaj go głośno do mikrofonu. Musimy znać 
rozwój sytuacji, aby cię chronić. 

Chyba aby dorwać moich kumpli - wtrącił Koks. 

Pamiętaj, chłopcze, że oni chcą cię zniszczyć. To już nie są twoi kumple - 

przypomniał Elezar. 

Panie inspektorze, dlaczego mam słuchać takiego młodego gnojka, gdy chodzi tu o 

prawdziwą policyjną akcję i być może o moje życie - denerwował się Koksiński. 

Jozue jest w tym bardzo dobry - Ola zaczęła bronić swego brata. 

Osa ma rację - potwierdził oficer policji. - Razem ze swoim kumplem Kablem robią 

dla nas nawet szkolenia z nowoczesnych technologii. To oni doradzają nam, jaki nowy sprzęt 
wchodzi na rynek, i zdobywają go dla nas. Są najlepsi, więc słuchaj go, bo Jakubowicz może 
pomóc uratować ci życie. 
20 

OK, nie mam więcej pytań, ale i tak cię nie lubię, facet - Koks nie zmieniał swego 

nastawienia. 

Nie szkodzi, koleś - Jakubowicz i tym razem się nie zmartwił. Dalej spokojnie 

kontynuował swoje instrukcje: - Oprócz mikrofonu będziesz miał też nadajnik GPS schowany 
w bucie. 

Nie będzie mi przeszkadzał? - młody gangster trochę dał się wciągnąć w temat. 

Nie, bo będzie zatopiony w podeszwę. 

Pamiętajcie, że noszę jedynie NIKE, rozmiar 44. Kupcie mi jakieś superanckie buty. 

Mówiąc to, Koks zaczął objawiać pewne trudności w koncentracji. Stale rozglądał się gdzieś 
po księgarni, jakby ta ważna sprawa przestała go interesować. W końcu wypalił: 

Od czasu jak tu usiedliśmy, stale przygląda się nam jakiś spory gość. Stoi tam, przy 

gazetach. 

Nie martw się, Koksiński - uspokajał go inspektor Cherub. - To jest mój asystent, 

komisarz Maj. On czuwa nad wszystkim i kontroluje, czy teren jest czysty. 

Jaki znów teren? - Koks nadal nie potrafił się skupić na rozmowie. 

No, czy nie widać gdzieś twoich byłych kumpli - sprecyzował Elezar, po czym 

przybliżył do ust swoją sztuczną dłoń i powiedział półgłosem: - Albert, podejdź do nas na 
chwilę. 
Wysoki mężczyzna ruszył natychmiast w ich kierunku. Przemierzał księgarnię długimi 
krokami, aż w końcu dotarł do części kawiarnianej i stanął przed ich stolikiem. 
21 

Witam szanownych państwa - powiedział uprzejmie. 

Cześć - odpowiedział Elezar, po czym zwrócił się do siedzącej młodzieży i 

przedstawił swego współpracownika: 

To jest komisarz Albert Maj, mój nowy asystent. 

background image

Młody mężczyzna ukłonił się i uśmiechnął przyjaźnie. Był ubrany w młodzieżowym stylu. 
Miał t-shert i dżinsy. Osa na jego widok natychmiast zaczęła poprawiać fryzurę. Była pod 
wrażeniem tak przystojnego i zadbanego oficera policji. Natychmiast"wyczuła zapach jego 
wody po goleniu. 

A to jest Ola zwana Osą. 

Zarumieniona dziewczyna obdarzyła nowo poznanego policjanta nieco zakłopotanym 
uśmiechem i natychmiast wyjaśniła: 

Nie lubię tego przezwiska, ale oni w ogóle mnie nie słuchają. 

To jest Józek zwany Jozue i Koksiński, ksywa Koks, nasz nowy współpracownik. 

Hejka - Jakubowicz rzucił na powitanie. 

Był pod wrażeniem wysportowanej sylwetki i profesjonalnego wyglądu komisarza, pomimo 
jego cywilnego stroju. Natomiast Koks podziwiał jego silną budowę, szczególnie szerokie 
barki i umięśnioną klatkę piersiową. 

Miło mi was poznać - odpowiedział nowo przybyły policjant, po czym zwrócił się do 

swego szefa: 

Inspektorze, pójdę już na zewnątrz. Będę tam jeszcze czuwał, dopóki nie wyjdziecie. 

22 

Witam szanownych państwa - powiedział uprzejmie. 

Cześć - odpowiedział Elezar, po czym zwrócił się do siedzącej młodzieży i 

przedstawił swego współpracownika: 

To jest komisarz Albert Maj, mój nowy asystent. 

Młody mężczyzna ukłonił się i uśmiechnął przyjaźnie. Był ubrany w młodzieżowym stylu. 
Miał t-shert i dżinsy. Osa na jego widok natychmiast zaczęła poprawiać fryzurę. Była pod 
wrażeniem tak przystojnego i zadbanego oficera policji. Natychmiast'"wyczuła zapach jego 
wody po goleniu. 

A to jest Ola zwana Osą. 

Zarumieniona dziewczyna obdarzyła nowo poznanego policjanta nieco zakłopotanym 
uśmiechem i natychmiast wyjaśniła: 

Nie lubię tego przezwiska, ale oni w ogóle mnie nie słuchają. 

To jest Józek zwany Jozue i Koksiński, ksywa Koks, nasz nowy współpracownik. 

Hejka - Jakubowicz rzucił na powitanie. 

Był pod wrażeniem wysportowanej sylwetki i profesjonalnego wyglądu komisarza, pomimo 
jego cywilnego stroju. Natomiast Koks podziwiał jego silną budowę, szczególnie szerokie 
barki i umięśnioną klatkę piersiową. 

Miło mi was poznać - odpowiedział nowo przybyły policjant, po czym zwrócił się do 

swego szefa: 

Inspektorze, pójdę już na zewnątrz. Będę tam jeszcze czuwał, dopóki nie wyjdziecie. 

22 

OK! - odpowiedział Elezar. 

Gdy jego asystent się oddalił, inspektor Cherub powiedział jakby dla odprężenia: 

Słuchaj, Koksiński, jak ty masz na imię, bo do akt podałeś tylko ksywę i nazwisko: 

Koks, Koksiński. Skoro mamy współpracować, poznajmy się. Mnie znasz, Olę i Józefa także. 
No a jak ty masz na imię? 

Wolę nie mówić. 

Powiedz, stary. Co ci szkodzi? - zachęcał go Józek. 

Nie powiem, bo będziecie się brechtać. 

Powiedz śmiało, nie będziemy się śmiać, obiecujemy - zapewniała Osa. 

Jestem ... - chłopak zawahał się jeszcze i w końcu wyjawił swój sekret: - jestem 

Anatol Koksiński. 

background image

No nie mogę! - parsknął śmiechem Jozue. Po czym z wielkim wysiłkiem opanował się 

i powiedział: 

No co, ja nic nie obiecywałem, to ona - i znów zaniósł się śmiechem. - Anatol! To jest 

jeszcze bardziej obciachowe imię niż moje. 

Daj spokój, Jozue - Elezar uciął te szyderstwa. 

Józef to fajne imię i Anatol też jest bardzo w porządku. < 

Naprawdę tak pan myśli? - Koks lekko się rozchmurzył. 

Oczywiście - zapewniał go inspektor. - Słuchaj, Anatol. Teraz ja opowiem ci o reszcie 

akcji, bo to już nasza policyjna działka. Mamy gotową procedurę na taką okazję. Zapamiętaj 
to dobrze. Gdy wejdziesz do banku, skierujesz się do kasy numer trzy. To bardzo 
23 
ważne, abyś napadł na to stanowisko, bo tam będzie siedział podstawiony nasz człowiek. 

Czy będzie w policyjnym mundurze? - Koks udawał zdziwionego. 

No nie żartuj sobie. Będzie wyglądał jak pracownik banku - Elezar przywoływał go do 

porządku. 

A będę mógł sobie do niego postrzelać? - błaznował dalej dresiarz. 

Pogięło cię? - tych głupot nie wytrzymywała już Ola. 

No... myślałem, że policja ma założone na takie akcje kamizelki kuloodporne - Koks 

sprawiał teraz wrażenie, jakby mówił serio. 

Nie wygłupiaj się, Koksiński - inspektor Cherub starał się ogarnąć całą rozmowę. - 

Myślę, że twoi kolesie wręczą ci atrapę pistoletu, a jeśli dadzą prawdziwą broń, to raczej ze 
ślepymi kulami. Pamiętaj jednak, że jeśli kogoś specjalnie skrzywdzisz, odpowiesz za to 
więzieniem. 

Dobra, dobra, rozumiem. 

Facet w okienku zrobi, co mu każesz - oficer policji kontynuował instrukcję. - Nasz 

człowiek wyda ci tę forsę, wsadzisz ją do papierowej torby. Ten gość też ci ją da, jeśli go 
grzecznie poprosisz. Może nawet zapakować ci te pieniądze. W końcu spokojnie wyjdziesz z 
łupem do swoich ludzi. Gdy już cię przejmą, my natychmiast wchodzimy do akcji. Musimy 
zdążyć, zanim będą chcieli cię zlikwidować. 

Jak to? Myśli pan, że będą chcieli to zrobić, nawet gdy przyniosę tę grubą kasę? - 

dresiarz sprawiał wrażenie prawdziwie zaskoczonego. 
24 

Mogą ci nadal nie ufać, a ty wiesz o nich wszystko, no i jeszcze wyczyścisz bank z ich 

polecenia. Będziesz w wielkim niebezpieczeństwie, drogi Anatolu. Musimy natychmiast 
zatrzymać was wszystkich. Nie rób wtedy nic na własną rękę. Wykonuj polecenia oddziału 
specjalnego. To będą prawdziwi fachowcy. An-tyterroryści w takich momentach w ogóle nie 
znają się na żartach. 
Koks wyglądał teraz na oszołomionego. Wzdychał tylko ciężko. 

To co, Anatol, wchodzisz w tę akcję? - Elezar chciał się ostatecznie upewnić. 

Zapadło długie milczenie. W końcu odezwał się Koksiński: 

A co mam zrobić, jedynie wy nie chcecie mnie skasować... Wchodzę. 

Więc jak tylko się dowiesz, kiedy to będzie, zadzwoń. Czekamy na sygnał od ciebie. 

W tym momencie zabrzmiał dźwięk nadchodzącego SMS-a. Ola pośpiesznie wyjęła telefon z 
kieszeni skórzanej torebki i nacisnęła odpowiedni guzik. Na twarzy dziewczyny pojawił się 
rumieniec. Po jej plecach przemknął dreszcz, a serce zaczęło bić o wiele mocniej. 

Od kogo? - spytał zaciekawiony Jozue. 

To do mnie - odpowiedziała siostra, chowając telefon pod stołem. 

Po chwili znów zerknęła na ekran, aby ponownie odczytać ten sekretny tekst: JESTEś 
PRZEPIęKNA, NIE MOGĘ się DOCZEKAć, GDY ZNOWU CIę UJRZĘ Z UKRYCIA. 
25 

background image

Rozdział 3 
Skok ma bank 
Niedaleko City Banku, tuż za skrzyżowaniem, w bocznej uliczce stała zaparkowana 
ciężarówka. Była średniej wielkości i szczelnie zamknięta. Na twardych bocznych ścianach 
widniały reklamy wyścigowych motorów, chyba na sprzedaż. Chociaż na zewnątrz 
samochodu nie było nic słychać, to wewnątrz zamkniętej skrzyni odbywały się pełne napięcia 
rozmowy. W słabym świetle dwóch żarówek stał Koks otoczony łysymi dresiarzami. Szef 
gangu udzielał ostatnich instrukcji przed napadem. 
- Słuchaj uważnie, żebym znów nie musiał ci powtarzać, tępaku - tłumaczył mu Grzegorz 
Jakubowicz. - Kasa będzie czekał na ciebie przed bankiem na motorze, gotowy do ucieczki. 
Ja z Gruchą i Szprychą będziemy was obserwować z zaparkowanego Merca. Musimy być w 
pobliżu w razie jakichś niespodzianek. 
27 
Żaden z dresiarzy nie był świadomy, że tuż nad ich łysinami, z sufitu obserwuje ich jeszcze 
jedna niewidzialna istota z innego świata. To coś przemykało niepostrzeżenie od ściany do 
ściany. Był to jakby cień w kształcie ośmiornicy pełzającej po całym suficie i po bocznych 
burtach skrzyni. Ta dziwna istota zwieszała swoje macki nad głowami rozmawiających i 
oplatała ich niby mroczną pajęczyną. Jej nieprzyjemne, lepkie włókna błyskawicznie wrastały 
w ciała ofiar. W ten sposób to odrażające stworzenie sączyło do ich głów myśli, jakie tylko 
chciało. Ich umysły i serca należały teraz do tej kreatury. 
- Więc wchodzisz do środka banku w kasku, żeby kamera nie zdjęła twojej twarzy - tłumaczył 
dalej stary Skinol. - Przy drzwiach ściągasz garnek z głowy i zostajesz w kominiarce. W tych 
placówkach nie ma ochrony, ale jest pełno kamer. Od tego momentu masz trzy i pół minuty 
do przyjazdu uzbrojonej ochrony. Żeby zdążyć, musisz natychmiast wszystkich śmiertelnie 
przerazić gnatem i rzucić ich na glebę. Każdy ma leżeć z gębą w dywanie. Podchodzisz do 
stanowiska kasowego i od twojego zdecydowania zależy, czy pracownik cię posłucha. 
Rozpętaj taką zadymę, aby natychmiast wstał i robił grzecznie wszystko, co mu każesz. 
Wtedy zgarniasz kasę i wychodzisz spokojnie na zewnątrz. Siadasz na motor i zwiewacie 
stamtąd. Podjeżdżacie pędem tutaj i wjeżdżacie po platformie do ciężarówki. Kudłaty, który 
siedzi za kierownicą, zamyka za wami tył. W ten sposób znikacie wszystkim z oczu jak 
cmentarne duchy. W końcu samochód bez żadnego pośpiechu odjeżdża do naszej bazy. 
Jasne? 
28 
Żaden z dresiarzy nie był świadomy, że tuż nad ich łysinami, z sufitu obserwuje ich jeszcze 
jedna niewidzialna istota z innego świata. To coś przemykało niepostrzeżenie od ściany do 
ściany Był to jakby cień w kształcie ośmiornicy pełzającej po całym suficie i po bocznych 
burtach skrzyni. Ta dziwna istota zwieszała swoje macki nad głowami rozmawiających i 
oplatała ich niby mroczną pajęczyną. Jej nieprzyjemne, lepkie włókna błyskawicznie wrastały 
w ciała ofiar. W ten sposób to odrażające stworzenie sączyło do ich głów myśli, jakie tylko 
chciało. Ich umysły i serca należały teraz do tej kreatury. 
- Więc wchodzisz do środka banku w kasku, żeby kamera nie zdjęła twojej twarzy - tłumaczył 
dalej stary Skinol. - Przy drzwiach ściągasz garnek z głowy i zostajesz w kominiarce. W tych 
placówkach nie ma ochrony, ale jest pełno kamer. Od tego momentu masz trzy i pół minuty 
do przyjazdu uzbrojonej ochrony. Żeby zdążyć, musisz natychmiast wszystkich śmiertelnie 
przerazić gnatem i rzucić ich na glebę. Każdy ma leżeć z gębą w dywanie. Podchodzisz do 
stanowiska kasowego i od twojego zdecydowania zależy, czy pracownik cię posłucha. 
Rozpętaj taką zadymę, aby natychmiast wstał i robił grzecznie wszystko, co mu każesz. 
Wtedy zgarniasz kasę i wychodzisz spokojnie na zewnątrz. Siadasz na motor i zwiewacie 
stamtąd. Podjeżdżacie pędem tutaj i wjeżdżacie po platformie do ciężarówki. Kudłaty, który 
siedzi za kierownicą, zamyka za wami tył. W ten sposób znikacie wszystkim z oczu jak 

background image

cmentarne duchy. W końcu samochód bez żadnego pośpiechu odjeżdża do naszej bazy. 
Jasne? 
28 
Bardzo podenerwowany Anatol pokiwał wyraźnie głową na znak, że wszystko rozumie. Po 
czym przełknął głośno ślinę. 

I jeszcze jedno - dodał stary Jakubowicz. 

Następnie powoli schował rękę za siebie, jakby chciał 
sięgnąć po coś zatkniętego za pasek spodni. Nagle wyciągnął ten tajemniczy przedmiot. W 
jego dłoni pojawił się czarny pistolet. 

Dostaniesz tego gnata na akcję. 

Mówiąc to, Jakubowicz szybko wzniósł broń obiema rękami nad głowę i głośno ją 
odbezpieczył. Czarna macka piekielnego doradcy zwisająca z sufitu pieszczotliwie pogładziła 
to śmiercionośne narzędzie. Następnie znów oplotła głowę przemawiającego szefa. Po chwili 
milczenia stary Skinol głęboko westchnął, jakby miał do powiedzenia coś trudnego i zarazem 
ważnego: 

Gdy w- banku dostaniesz już forsę, poślesz kulkę do tego pracownika w krawacie. 

Słysząc to, Koksiński otworzył usta z wrażenia. Poczuł, jak robi mu się całkowicie sucho w 
gardle i na języku, jak zimny pot zaczyna spływać mu na czoło, a kolana zaczynają drżeć. 

Ale po jakiego grzyba mam strzelać? - zapytał wystraszony chłopak. - Przecież będę 

już miał całą sałatę w ręku. 

W ten sposób udowodnisz, że jesteś z nami, że gliny nie przeciągnęły cię na swoją 

stronę, rozumiesz? Masz go tylko zranić. Spróbuj trafić w ramię lub bark. 
29 

Odpowiedzią była cisza. 

Chyba nie obleciał cię cykor, twardzielu? - sprawdzał go stary Skinol. 

Dla mnie taka akcja to mały pryszcz - Koks zebrał wszystkie siły, aby nie zadrżał mu 

głos. 
Następnie chwycił pistolet, z powrotem go zabezpieczył, ostrożnie zatknął za pasek z tyłu 
spodni i zasłonił bluzą. 
Cienista ośmiornica próbowała opleść swoją lepką macką umysł Koksa, ale zamiast tego 
cofnęła się z obrzydzeniem. Wzdrygnęła całym swym mrocznym cielskiem, jakby Anatol 
mocno ją czymś zaskoczył. 

No to rozpoczynamy akcję, dzięki której zarobimy dwieście kawałków. To jest nasza 

droga ku wolności. Ruszajcie! - szef wydał komendę. 
Kasa chwycił kierownicę motoru stojącego przy ścianie. Zwolnił go z nóżki, na której opierał 
się czarny Kawasaki. Dosiadł maszyny i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik natychmiast 
zaskoczył. Następnie kiwnął głową na Koksa. Ten usiadł na miejscu pasażera. Skrzynia 
ciężarówki wypełniła się zapachem spalin motocykla. 

Koks, nie wolno ci tego wtopić. Inaczej już cię nie ma - wyjaśnił na pożegnanie szef, 

po czym zawołał: 

Szprycha, otwieraj klapę! 

Jeden z łysoli nacisnął jakiś zielony guzik i tylna ściana ciężarówki zaczęła się odchylać na 
zewnątrz, aż w końcu dotknęła ziemi, tworząc chropowatą zjeżdżalnię. Kasa z głośnym 
rykiem silnika ruszył jak dziki. 
30 
Zjechał na ulicę. Dotarł w mgnieniu oka do skrzyżowania. Skręcił w prawo i zniknął za 
rogiem budynku. 

A my ruszamy do Merca! - zakomenderował Grzegorz Jakubowicz. 

W tym momencie zadzwonił telefon komórkowy szefa. Ten natychmiast odebrał. 

background image

Co jest? - zapytał oschle w swoim stylu, a następnie słuchał uważnie głosu w 

słuchawce, który zawzięcie coś tłumaczył. 
Stary Skinol wyglądał, jakby stało się coś strasznego. Jego twarz przybrała grymas 
wściekłości. 

I dopiero teraz do nas z tym dzwonisz? Głupie smarki! - powiedział jakby sam do 

siebie, po czym dodał: - Ale czekaj, poczekaj! Czy słyszały nas tylko moje dzieciaki, czy 
także gliny? 
Padła jakaś odpowiedź w słuchawce. 

No to jesteśmy ugotowani na twardo - skomentował szef, po czym dodał: - Dobra, 

zaraz go dopadniemy i wtedy będziemy wciskać, że tylko tak sobie żartowaliśmy. 
Głos w słuchawce jeszcze bardziej zdenerwował czymś starego Skinola. Teraz zaczął już 
krzyczeć z wściekłości: 

Tak, pamiętam, że zostało tylko sześć dni. Nie musisz mi tego teraz przypominać. 

Będziecie mieli tę wielką forsę. Wepchnę te dwieście kawałków w waszą nienażartą gębę, aż 
dostaniecie niestrawności. 
Głos w słuchawce chyba powątpiewał w słowa szefa gangu, bo ten odpowiedział: 
31 

To już moja sprawa, skąd załatwię tę kasę. Cześć. 

Jakubowicz rozłączył rozmowę. Spojrzał lodowatym wzrokiem na swoich dresiarzy i 
wycedził przez zęby: 

Ten drań nas zdradził. Jazda, musimy dopaść Koksa jeszcze przed skokiem! 

Kasa i Koks zajechali właśnie motorem pod oddział City Banku. Anatol poprawił kask, a pod 
nim kominiarkę. Było mu bardzo gorąco. Tak samo maskował się Kasa. Na wszelki wypadek 
jeszcze odwracał zasłoniętą twarz od kamer zainstalowanych nad wejściem do banku. Nagle 
podjechał do nich niczym błyskawica Mercedes, a w nim szef z resztą bandy. Samochód 
zatrzymał się przy motorze z piskiem opon. 
Przyczajeni w niedalekich krzakach Jozue i Kabel dokładnie słyszeli w swych słuchawkach 
rozpaczliwie hamujący samochód. Tak samo inspektor Cherub wraz ze swym zespołem 
wyraźnie odbierał wszelkie sygnały dźwiękowe z urządzenia podsłuchowego. Policja miała 
swoją bazę w bagażówce zaparkowanej nieopodal banku. 

Zostajemy na miejscach - uspokajał Elezar. - Zdaje się, że ktoś przejrzał nasze plany i 

celowo niszczy akcję. Teraz musimy już jedynie obserwować rozwój wydarzeń. Na razie nie 
mamy powodu, aby ich zatrzymywać. 

Inspektorze, wyskoczę jeszcze raz na zewnątrz. Zobaczę na własne oczy, jak to 

wszystko tam wyglą- 
32 
da - odezwał się siedzący obok komisarz Maj. - Będę ostrożny, obiecuję. Nie namierzą mnie. 
Inspektor Cherub wyraził zgodę skinięciem głowy. 
W tym momencie w słuchawkach policji zabrzmiał nieprzyjemny głos Kasy: 

Szefie, co się dzieje? Mieliście stać tam dalej pod drzewem! Co wy wyprawiacie? 

Koniec tych głupich żartów - zawołał stary Jakubowicz przez otwarte okno 

samochodu. - Koks, wsiadaj do wozu! 

Jakich żartów, odbiło wam, czy co? - denerwował się Kasa. 

W tym momencie napięcie ich nerwów było nie do wytrzymania. Przecież mieli właśnie 
rozpocząć napad na bank. 

Koks, wsiadaj do wozu, i to już! - powtórzył szef, który wysiadł z samochodu, 

otworzył tylne drzwi i zawołał ponownie do Anatola: 

Koks, właź natychmiast! 

Koksiński wsiadł do granatowej limuzyny i usiadł na tylnym siedzeniu. Obok niego władował 
się szef i zatrzasnął drzwi. 

background image

Gazu, Szprycha, gazu! - zawołał i Mercedes ruszył z zawrotną prędkością. 

Zaskoczony Kasa natychmiast wystartował za nimi. 
W słuchawkach zabrzmiał znów głos starego Ski-nola. 

No co ty, Koks, my się tu fajnie bawimy, a ty przyłazisz z jakąś pluskwą? Wyjmuj ten 

sprzęt. 
33 

Jaka pluskwa, szefie? - Koksiński bronił się, jak tylko potrafił. 

Zaraz ci pokażemy. Zabierz mu najpierw broń! 

Teraz było słychać jakąś szamotaninę. 

Ja naprawdę nic już więcej nie mam, aj! - zarzekał się Anatol. 

Nachyl się mocniej, facet! 

Uważajcie, bo skręcicie mi kark. 

Potem zabrzmiał dźwięk jakichś oddzieranych plastrów oraz szumy i zgrzyty, jakby ktoś 
mocno chwytał mikrofon ręką. Głos starego Jakubowicza stał się teraz bardzo donośny i 
wyraźny. Zapewne trzymał sprzęt przy samych ustach. 

Witam serdecznie wszystkich słuchaczy naszej audycji. My tylko chcemy nagrywać 

film kryminalny i właśnie mamy próbę. Nieładnie tak podsłuchiwać uczciwych artystów w 
pracy. 
Następnie w słuchawkach dało się słyszeć jakieś głośne uderzenie, a następnie szum 
przejeżdżających co chwilę samochodów. 

Wyrzucili sprzęt na ulicę, cwaniaki! - zawołał Jo-zue do wszystkich. 

Czy działa GPS? - zapytał Elezar z wozu policyjnego. 

Tak, cały czas ich namierzamy - odpowiedział Jo-zue. - Przełączamy sygnał również 

na wasz ekran i ruszamy za nimi. 

Józek, pościg zostaw lepiej nam. Oni są teraz rozwścieczeni, słyszysz? - zawołał 

inspektor. 
Rorfcriał 4 
WljpAt» l 5AM$M 
Teraz w Mercedesie Jakubowicza atmosfera była już inna od tej udawanej przez mikrofon. 
- Ty śmieciu, zdradziłeś nas. Chciałeś wystawić swoich kumpli? - szef rozpoczął prawdziwe 
porachunki. 

Psy mnie zmusiły - tłumaczył się przestraszony Koks. 

Ciekawe jak? 

Dali mi wybór, więzienie albo to - Anatol bronił się rozpaczliwie. 

No to źle wybrałeś, koleś - ocenił stary Skinol, po czym rzucił do kierowcy: 

Szprycha, lecimy do Tesco. Na parkingu dla zmył-ki wsiadamy do BM-ki i jedziemy 

na skarpę. Tam się ostatecznie policzymy, panie James Bond. 
35 

Tak jest, szefie - odpowiedział kierowca, po czy przyspieszył jeszcze bardziej, gnając 

przez miasto z wprost niewyobrażalną prędkością. 
W tej chwili znów zadzwonił telefon Jakubowicza. 

Co tam znowu? - odezwał się Skinol. - Co? 

Mężczyzna spojrzał jeszcze groźniejszym wzrokiem 
na Koksińskiego. 

I chcesz mi wcisnąć kit, że nie wiedziałeś o tym wcześniej? - szef gangu darł się do 

słuchawki. - Pewnie, że lepiej późno niż wcale. Gościu, gliny siedzą nam na karku, a ja mam 
się cieszyć? Facpt, pracujesz w takim miejscu, że powinieneś być bardziej zorientowany. 
Chyba że bawisz się z nami w kotka i myszkę. Cześć. 
Jakubowicz odłożył telefon i przetarł oczy dla uspokojenia. Następnie znów zwrócił się do 
przerażonego Koksa. 

background image

Co, eleganciku, przekupili cię nowymi bucikami? Ściągaj je, i to szybko. 

Ale po co, szefie? - Koksiński stale udawał, że nie wie, o co chodzi. 

Grucha, pomóż mu ściągnąć buty. Nasz supera-gent ma tam nadajnik GPS. 

Ale co wy, nie żartujcie! - Anatol próbował silić się jeszcze na śmiech, ale całkiem mu 

to nie wyszło. 

Ściągaj buty, ty... 

Nastąpiła gwałtowna szarpanina i po chwili pan Jakubowicz trzymał już w dłoniach dwa 
nowe NIKE'i. Przyglądał się im z dziwnie dumną miną, po czym powiedział sam do siebie: 
36 

I pomyśleć, że sam cię tego nauczyłem. Nieźle, synu, nie widać żadnych śladów. 

Mówiąc to, otworzył okno i wyrzucił buty na zewnątrz. Rozległo się tylko skomlenie jakiegoś 
bezdomnego psa, który właśnie oberwał sportowym pociskiem. 
Dwa motory mknęły przez miasto w jego niezakor-kowanej części. Pierwszym motocyklem 
jechał Józek, który co chwilę wpatrywał się we wmontowany ekran GPS. Drugi pojazd 
prowadziła Osa, a za nią siedział Kabel. Chłopak stale regulował jakieś urządzenie, które 
trzymał w dłoniach. Mocno ściskał siedzenie nogami, bo ręce miał zajęte. 

Bardzo dobrze, Kabel, utrzymuj nadal taką jakość, mam stale wyraźny sygnał - Józek 

chwalił kolegę przez radio. - Coś dziwnie zwolnili, szybko ich doganiamy. 

Sygnał jest mocny, bo jedziemy tuż za tobą, Jozue - uspokajał go Kabel. 

Widzę was w lusterku. Hej, oni wjeżdżają w to osiedle po prawej. Zupełnie bez sensu, 

chyba że mają gdzieś tu w bloku jakąś nową bazę. Nadal nie widzę samochodu, ale sygnał 
GPS jest wyraźny. 
Pościgowe motory wjechały w osiedle i zaczęły kluczyć wąskimi, lokalnymi uliczkami. 

Hej, punkt zatrzymał się po drugiej stronie tego bloku - komentował Józek. - 

Objedźmy go. 

Bądź ostrożny braciszku, oni mają broń, a tata jest wściekły - rzuciła Osa. 

37 
ii 

Spoko, przecież nic nam nie zrobi, a my musimy ratować Koksa. 

Józek ruszył powoli chodnikiem, bo nie było tu przejazdu dla pojazdów. Jakiś zdenerwowany 
mężczyzna zawołał z okna z pierwszego piętra: 

I gdzie tu jeździsz, baranie, zaraz zadzwonię po policję! 

Jozue uniósł tylko rękę w geście przeprosin, ale chyba nie było to za bardzo zrozumiałe, bo z 
okna wystrzeliło jabłko trafiając go prosto w plecy. Chłopak nie dał się wyprowadzić z 
równowagi i końcu przedostał się na drugą stronę budynku. Był bardzo zaskoczony tym, co tu 
zobaczył. Z wrażenia aż zakrzyczał głośno do mikrofonu: 

Słuchajcie, nie ma samochodu, ale kursor na GPSie wyraźnie wskazuje, że powinni 

znajdować się przed tym blokiem. Stali się niewidzialni, czy co? Może obijają go pod tą wiatą 
w śmietniku. Idę zobaczyć. 
Jozue zsiadł z motoru i ostrożnie zbliżył się do obskurnego, murowanego śmietnika. Zajrzał 
do środka, następnie wszedł do wewnątrz pomieszczenia. Nastąpiła jakaś gwałtowna 
szamotanina i po chwili wyskoczył na zewnątrz mały, przestraszony kundel, a za nim wybiegł 
Józek trzymający w dłoni obgryziony sportowy but. Podbiegł do motoru Osy, wołając 
rozpaczliwie: 

Straciliśmy ich! Wywalili czujnik przez okno. To koniec. Teraz już załatwią Koksa. 

Może jest jakiś sposób? - Osa próbowała tchnąć jeszcze jakąś nadzieję. - Módlmy się i 

pomyślmy. 
38 

Hej, spójrzcie - zawołał Kabel, pokazując palcem w stronę głównej ulicy przy osiedlu. 

Wszyscy odwrócili głowy w tamtą stronę. 

background image

To chyba Elezar! Tak, to jego motor - wołał. 

Kiwa do nas - Osa również poznała inspektora. 

Jedźmy za nim! - zakomenderował Jozue. 

Oba motory wydostały się dość sprawnie z osiedla i przez trawnik wjechały na główną 

ulicę. Elezar był już mocno z przodu, ale w końcu udało im się go dogonić. 
W słuchawkach Jakubowiczów i Kabla zabrzmiał głos wielkiego oficera: 

Trzymajcie się blisko mnie. Róbcie to samo co ja, choćby nie wiem jak było to 

dziwne. Uratujemy tego chłopaka. 

Ale straciliśmy czujnik GPS. Nie wiemy, gdzie oni są - Józek zgłaszał, w jak trudnej 

sytuacji się znajdują. 

Zaufajcie mi, używam lepszego systemu nawigacji niż satelitarny - uspokajał ich 

policjant. - Jedźcie za mną i róbcie to co ja! 
Osa nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zarówno motor policyjny, jak i cała postać oficera 
emanuje światłem jaśniejszym od dziennego. Jakby jakaś łuna pulsowała wokół niego. 
Myślała, że tylko jej się to wydaje, ale po chwili usłyszała w słuchawkach głos Jozuego: 

Hej, widzicie to co ja? 

Tak, też to zauważyłam - odpowiedziała siostra. -Józek, ale ty tak samo świecisz, 

wiesz? 

Co ty, nic nie widzę. 

39 
Po niedługim czasie szybkiej jazdy trzy motory dotarły do wielkiego korka w strefie 
śródmiejskiej. Gigantyczna ilość samochodów cisnęła się na czterech pasach ruchu. Cała ta 
masa prawie nie poruszała się do przodu. Ele-zar włączył sygnał policyjny. Rozbłysło 
niebieskie światło, a głośna syrena zaalarmowała najbliższych kierowców. Pojazdy zaczęły 
się rozstępować na boki, tworząc coś w rodzaju tunelu, którym mknęła teraz grupa 
pościgowa. 

Wow, ale akcja! - zawołał Jozue. 

Tłok był coraz gęstszy i motocykle pomimo uprzywilejowanego sygnału posuwały się coraz 
wolniej. W końcu dojechały do wielkiego skrzyżowania, a w słuchawkach rozległ się głos 
Elezara: 

W tym tempie ich nie dogonimy. Musimy przyspieszyć. Róbcie dokładnie to co ja, nie 

bójcie się! 
Mówiąc to, Oficer Armii Zwierzchności rozbłysnął pełnią swojej anielskiej chwały. 
Oniemiały Jozue zmrużył oczy. 

Józek, co się z wami dzieje? Otacza was jakieś bardzo jasne światło! - wołała Osa. 

Ciebie też, siostrzyczko! - zakrzyczał odwrócony ku niej Jozue. 

Ruszamy! - zawołał Elezar i wystartował jak strzała, przejeżdżając na ukos przez 

skrzyżowanie. 
Za nim ruszyli oboje Jakubowiczowie. W tym pędzie zaczęli postrzegać otoczenie -coraz 
mniej wyraźnie. Jakby samochody, tramwaje, autobusy, przechodnie stali się na pół 
przeźroczyści. 

Elezarze, co ty robisz, jedziesz wprost na ten budynek! - darł się przestraszony Jozue. 

40 

Nie bójcie się, jedźcie za mną - zawołał inspektor Cherub, po czym wjechał do 

szklanego biurowca, przenikając jego ścianę. 
Było już za późno, żeby wyhamować. Józek i Osa zamknęli tylko oczy i. z krzykiem wjechali 
wprost na szklaną ścianę: 

Aaaa! 

Także ją przeniknęli. Nieśmiało rozchylili powieki. Skuleni ze strachu mijali teraz z ogromną 
szybkością jakichś ludzi w garniturach siedzących przy biurkach. Mignął im pokój z 

background image

kserokopiarkami, jakieś biuro, chyba szef, który krzyczał na podwładnych, toaleta damska, 
potem męska, długi korytarz z popielniczkami, jakaś restauracja pełna ludzi, kuchnia z 
gęstymi oparami 

to wszystko było jak film puszczony w bardzo szybkim tempie. 

Aaaaa, Elezarze, co ty wyprawiasz, zabijesz nas! 

darł się przerażony Józef. 

Wreszcie znów pojawiła się ulica, tym razem już nie zakorkowana. Przeniknęli cały budynek 
i wyskoczyli po jego przeciwległej stronie. Prawie otarli się o jakichś pieszych, którzy w 
ogóle nie zareagowali. W końcu wjechali na jezdnię i znowu przybrali normalny wygląd, a 
otoczenie nabrało swej wyrazistości. Pomknęli teraz przez luźniejszą część miasta. Nareszcie 
oddalali się od zapchanego centrum. Po kilku minutach ujrzeli z daleka las, który porastał 
wysoką skarpę, urywającą się stromą przepaścią. Całe miasto bowiem wybudowane było na 
sporym wniesieniu, otoczonym głęboka doliną. 
41 
 

Inspektorze, skąd wiesz, dokąd jechać? - tym razem zawołała Osa. 

Po prostu wiem, zaufajcie mi. 

Nagle Elezar zniknął. W jednej chwili rozpłynął się gdzieś bez śladu. Za to Józek ujrzał 
wprost przed sobą niewielką polanę otoczoną drzewami. Na jej środku stał granatowy BMW, 
z którego wywlekano właśnie Koksa. Na dachu samochodu szalała jakaś wielka, cienista, 
półprzeźroczysta ośmiornica, która jakby pomagała wyciągać krzyczącego chłopaka z 
pojazdu. Wszystko to działo się tak szybko, że Jozue nie miał czasu się zastanawiać nad tymi 
dziwnymi zjawiskami. , 

Zostawcie mnie! Zrobię dla was drugi skok. Zdobędę te pieniądze - błagał Koks. 

Za późno, to już twój koniec - stary Skinol wydał ostateczny wyrok. 

Ośmiornica chwyciła swą macką dłoń Gruchy i wspólnie podnieśli kij bejsbolowy, którym 
skutecznie pomogli Koksińskiemu wydostać się z samochodu. 

Aaj, aaj! - chłopak krzyczał i stękał za każdym silnym uderzeniem. 

Jozue stukał pięścią w swój kask, jakby chciał się obudzić z tego dziwnego snu. W końcu 
zawołał do mikrofonu: 

Kabel, wyciągaj kamerę i wszystko nagrywaj. Ja ruszam mu na pomoc. 

Anatol właśnie wyrwał się swym oprawcom i ruszył biegiem na bosaka przed siebie. Zdołali 
go jednak szybko dopaść i znów otrzymał serię mocnych uderzeń kijami. Przewrócił się na 
ziemię, skulił i rękami zasłonił głowę. 
42 

Inspektorze, skąd wiesz, dokąd jechać? - tym razem zawołała Osa. 

Po prostu wiem, zaufajcie mi. 

Nagle Elezar zniknął. W jednej chwili rozpłynął się gdzieś bez śladu. Za to Józek ujrzał 
wprost przed sobą niewielką polanę otoczoną drzewami. Na jej środku stał granatowy BMW, 
z którego wywlekano właśnie Koksa. Na dachu samochodu szalała jakaś wielka, cienista, 
półprzeźroczysta ośmiornica, która jakby pomagała wyciągać krzyczącego chłopaka z 
pojazdu. Wszystko to działo się tak szybko, że Jozue nie miał czasu się zastanawiać nad tymi 
dziwnymi zjawiskami. f 

Zostawcie mnie! Zrobię dla was drugi skok. Zdobędę te pieniądze - błagał Koks. 

Za późno, to już twój koniec - stary Skinol wydał ostateczny wyrok. 

Ośmiornica chwyciła swą macką dłoń Gruchy i wspólnie podnieśli kij bejsbolowy, którym 
skutecznie pomogli Koksińskiemu wydostać się z samochodu. 

Aaj, aaj! - chłopak krzyczał i stękał za każdym silnym uderzeniem. 

Jozue stukał pięścią w swój kask, jakby chciał się obudzić z tego dziwnego snu. W końcu 
zawołał do mikrofonu: 

background image

Kabel, wyciągaj kamerę i wszystko nagrywaj. Ja ruszam mu na pomoc. 

Anatol właśnie wyrwał się swym oprawcom i ruszył biegiem na bosaka przed siebie. Zdołali 
go jednak szybko dopaść i znów otrzymał serię mocnych uderzeń kijami. Przewrócił się na 
ziemię, skulił i rękami zasłonił głowę. 
42 

Ty zdrajco, ty śmieciu - wołali Grucha i Szprycha, okładając go bejsbołami. 

Nagle ich uwagę ściągnął motor Józka nadjeżdżający od strony miasta. Zauważyli też Osę i 
Kabla filmujących ich z daleka. 

Nie wtrącajcie się", gówniarze! - zawołał w ich kierunku stary Jakubowicz. 

Koksiński wykorzystał to zamieszanie, znów zerwał się na równe nogi i z krwawiącym nosem 
podjął następną ucieczkę. Siepacze zawahali się przez chwilę. W tym momencie Jozue 
przejechał obok nich, wzbijając przy tym duszący tuman kurzu. Zrównał się z uciekinierem, 
otworzył kask i zawołał: 

Koks, wskakuj! 

Chłopak nie zastanawiał się ani chwili. Sprawnym susem wskoczył na siedzenie tuż za 
Józkiem i w kilka sekund byli już poza zasięgiem bandy. Jednak po tej stronie nie było 
żadnego wyjazdu z polany. Tworzyła ona bowiem pewnego rodzaju półwysep otoczony z 
trzech stron urwistą skarpą. Wyjazd był tylko jeden. Józek zawrócił motocykl w miejscu. 
Spod tylnego koła posypały się piach i kamienie. Ruszył z powrotem. 
Szprycha i Grucha pognali biegiem na spotkanie uciekinierom. Jozue zaczął zjeżdżać 
niebezpiecznie blisko urwiska. W ten sposób usiłował wyminąć bandziorów. Oni już 
wiedzieli, że nie zdołają go dopaść. Przejeżdżał teraz tuż obok nich z bardzo dużą prędkością. 
Wściekły Grucha w swojej bezradności wziął duży zamach i wraz z wiązanką przekleństw 
rzucił bejsbolem w przemykający motocykl. Wirujący kij przeciął powie- 
43 

trze z odgłosem buczenia i trafił dokładnie w przednie koło motoru. W ułamku sekundy 
zablokował je. Motor wraz z chłopakami wyskoczył w powietrze, przekoziołkował się kilka 
razy i runął w przepaść. Potężna siła obracającego się motocykla wyrzuciła Józka i Koksa w 
bok. Jozue stracił natychmiast przytomność, na wpół świadomy Koks ujrzał tylko świecącą 
twarz inspektora Cheruba i poczuł silny uścisk jego ramienia. Zdawało mu się, że dziwnie 
wyglądający teraz policjant osłaniał ich swym potężnym ciałem ze wszystkich stron. Wtedy 
usłyszał wybuch motoru. Eksplozja wstrząsnęła ziemią i powietrzem. Jednak tym, co 
Koksiński zapamiętał najwyraźniej, było wrażenie, że czuł się bardzo bezpiecznie. 

Nieee! - zakrzyczał na górze zrozpaczony stary Jakubowicz i ruszył pędem ku skarpie. 

Ujrzał tylko chmurę ognia i dymu rozwiewające się na wietrze, a następnie osmalony wrak 
motocykla staczający się u samego podnóża skarpy. Grzegorz Jakubowicz chwycił się za 
głowę i zawył płaczącym głosem: 

Co wyście zrobili! 

Szefie - zawołał Szprycha, pokazując palcem gdzieś poniżej w bok. - Oni leżą tu 

blisko. Pana syn chyba się poruszył. 
 
Rozdział 5 
BmIW 
Anatolu, Anatolu, zbudź się! - słowa te dotarły wreszcie do świadomości chłopaka. 
Koks otworzył ciężkie powieki i próbował wyostrzyć zamazany obraz. Wszystko teraz 
wirowało i drżało mu przed oczami. 

Kto to,'kto mnie woła? 

background image

Cały czas nie mógł dostrzec postaci, która do niego mówiła. Poczuł tylko jakąś wielką, silną 
dłoń. Zbliżyła się i przykryła jego całą twarz. Gdy tajemnicza dłoń znów się oddaliła, 
Koksiński zakrzyczał: 

Pan inspektor? Dlaczego pan tak dziwnie wygląda? Co się stało? - chłopak był mocno 

zaskoczony. 

Już po wszystkim. Przeszedłeś próbę. Na końcu miałeś wypadek, ale jesteś już prawie 

ostatecznie po naszej stronie. 
45 

Gdzie ja jestem, w więzieniu? Dlaczego tu tak mocno świeci słońce? 

Koks próbował mrużyć oczy, jednak nic to nie pomagało. 

Nie jesteś w więzieniu. Wręcz przeciwnie, zaraz możesz wyjść na wolność z lochów 

swojego życia. 

To gdzie ja w końcu jestem? 

Jesteś między twoim i moim światem. Straciłeś przytomność, gdy spadłeś ze skarpy. 

Wezwałem cię tu, abyś mógł odpocząć i podjąć ważną decyzję, zanim wrócisz z powrotem do 
swego ciała - Wyjaśnił jasnowłosy olbrzym. 

Zanim wrócę do mego ciała, jak to? 

Anatol zerwał się na równe nogi i zaczął oglądać siebie, ale niczego nie mógł dostrzec. Miał 
czucie w rękach, nogach, wydawało mu się, że nimi poruszał, ale nie widział swoich kończyn. 
W ogóle nie mógł zobaczyć samego siebie. Dostrzegał tylko wielkiego, jaśniejącego 
mężczyznę, który uśmiechał się przyjaźnie. 

To niemożliwe - wyjąkał zszokowany chłopak. 

Możliwe. Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy. Tak mawia mój Pan. Czy 

pamiętasz wypadek? - zapytał odmieniony inspektor. 

Pamiętam tylko, że jakiś gość na motorze zgarnął mnie z największego łomotu. Gdyby 

nie on, zatłukliby mnie na śmierć. 

To był Jozue - wyjaśnił Efezar. 

Ten frajer? - krzyknął zaskoczony Koks. 

To on uratował ci życie, ryzykując własne. To się nazywa: „prawdziwa przyjaźń". 

46 

Pamiętam, że Grucha rzucił w nas bejsbolem i wtedy wszystko zaczęło wirować, i 

wtedy zobaczyłem... - tu Koks zastanowił się, czy dobrze pamięta. 

Zobaczyłem pana, inspektorze. Słyszałem też wybuch, to chyba motor wywalił w 

powietrze, tak? 

Razem z Józefem spadliście ze skarpy. Rzeczywiście motocykl mocno eksplodował. 

Prawie nic z niego nie zostało - jaśniejący wojownik uzupełnił całą relację. 

Czy pan nas złapał? A może ja jednak zginąłem? 

Anatol drżącym głosem próbował składać w jedną całość swe wspomnienia. 

Jeszcze żyjesz synu, tylko straciłeś przytomność. 

Czyli to pan mnie uratował - Koksiński w końcu wyciągnął jakiś rozsądny wniosek i 

wypowiedział go jakby do samego siebie. 
Teraz zaczął baczniej się przyglądać swemu wybawcy, co powodowało, że odczuwał coraz 
większą niepewność. W końcu zapytał: 

Co się stało z pana ręką? 

Straciłem przedramię w bitwie jakieś trzy tysiące lat temu. 

Trzy tysiące lat temu?! - wykrzyknął zaskoczony Koks. - To kim pan jest, 

inspektorze? 
Chłopak nie usłyszawszy natychmiastowej odpowiedzi, przyglądał się jeszcze baczniej 
dziwnemu wojownikowi. 

background image

Dlaczego pan tak dziwnie wygląda i tak mocno pan świeci? Po co panu ten miecz i ten 

pancerz? 

Widzisz, chłopcze - oficer Armii Zwierzchności mówił powoli, aby dać swemu 

rozmówcy więcej cza- 
47 
su na przemyślenia - może to będzie dla ciebie dużym szokiem, ale ja nie jestem człowiekiem. 

No nie, ja mam chyba jakąś naćpaną fazę - Koks znów niczego nie rozumiał. - To kim 

pan jest? 

Nazywam się Elezar, jestem strażnikiem i sługą wszechpotężnego Elohima i jego 

syna, Lwa Judy. Jestem Cherubem. Zostałem posłany do waszego świata, abym chronił ciebie 
i inne ważne osoby. 

To ja jestem ważny? - zdziwił się Koks. 

Tak, i to bardzo. Znalazłeś się także w kluczowej chwili swojego życia, jakby na 

rozstaju dróg. Za chwilę będziesz musiał podjąć decyzję, czy wolisz pozostać w niewoli, czy 
raczej chcesz wyjść na wolność. 

W ogóle nie jarzę, o co chodzi - zakłopotany chłopak podrapał się po niewidzialnej 

głowie. - Musi pan mówić do mnie jaśniej. 

Mój Władca, najwspanialszy Elohim powołał także i ciebie do istnienia. Chciał, abyś 

się z Nim przyjaźnił i był szczęśliwy. Jednak pojawił się wróg, który przekonał cię, że jesteś 
głupi, mało ważny, i że twój Stwórca w ogóle nie istnieje. Zostałeś okłamany i pojmany w 
niewolę. Zacząłeś służyć wrogowi. Robiłeś to, co ten zły ci kazał, aż doszedłeś do bram 
śmierci. Jednak wyobraź sobie, że wielu twoich prawdziwych przyjaciół prosiło dobrego 
Elohima, aby dał ci jeszcze ostatnią szansę. Na twoje szczęście On zgodził się i ta chwila 
właśnie nadeszła. 

Kto Go prosił w mojej sprawie? - Koksiński był naprawdę zaskoczony. 

Na przykład Jozue, Osa, Kabel, ja... - Elezar wymieniał po kolei. 

48 
su na przemyślenia - może to będzie dla ciebie dużym szokiem, ale ja nie jestem człowiekiem. 

No nie, ja mam chyba jakąś naćpaną fazę - Koks znów niczego nie rozumiał. - To kim 

pan jest? 

Nazywam się Elezar, jestem strażnikiem i sługą wszechpotężnego Elohima i jego 

syna, Lwa Judy. Jestem Cherubem. Zostałem posłany do waszego świata, abym chronił ciebie 
i inne ważne osoby. 

To ja jestem ważny? - zdziwił się Kqks. 

Tak, i to bardzo. Znalazłeś się także w kluczowej chwili swojego życia, jakby na 

rozstaju dróg. Za chwilę będziesz musiał podjąć decyzję, czy wolisz pozostać w niewoli, czy 
raczej chcesz wyjść na wolność. 

W ogóle nie jarzę, o co chodzi - zakłopotany chłopak podrapał się po niewidzialnej 

głowie. - Musi pan mówić do mnie jaśniej. 

Mój Władca, najwspanialszy Elohim powołał także i ciebie do istnienia. Chciał, abyś 

się z Nim przyjaźnił i był szczęśliwy. Jednak pojawił się wróg, który przekonał cię, że jesteś 
głupi, mało ważny, i że twój Stwórca w ogóle nie istnieje. Zostałeś okłamany i pojmany w 
niewolę. Zacząłeś służyć wrogowi. Robiłeś to, co ten zły ci kazał, aż doszedłeś do bram 
śmierci. Jednak wyobraź sobie, że wielu twoich prawdziwych przyjaciół prosiło dobrego 
Elohima, aby dał ci jeszcze ostatnią szansę. Na twoje szczęście On zgodził się i ta chwila 
właśnie nadeszła. 

Kto Go prosił w mojej sprawie? - Koksiński był naprawdę zaskoczony. 

Na przykład Jozue, Osa, Kabel, ja... - Elezar wymieniał po kolei. 

 

background image

Anatol odczuwał coraz większe zadziwienie. Wierzył w słowa jaśniejącego Cheruba i czuł, 
jakby oczy otwierały mu się na rzeczywistość, której nigdy wcześniej nie dostrzegał. 
Przemyślał ostatnie zdania tej niecodziennej rozmowy, po czym zapytał: 

Jaką szansę dostałem? Co mam robić? - Koks nie tylko już wierzył, że to może być 

prawda, ale chciał iść dalej. 

Musisz dokonać wyboru. Zdecyduj, kto ma być twoim Panem na zawsze: 

wszechpotężny Elohim, czy Bulhaz. 

Jaki znowu Bulhaz? Dziwnie się koleś nazywa. To jakiś death metal? 

To on zawładnął twoim życiem. Będziesz mógł go teraz zobaczyć. Jest tutaj. Ja muszę 

się wycofać, ale nie bój się. 

Niech pan poczeka, ja jeszcze... - Koksiński nie nadążał za tą nową rzeczywistością. 

Będę blisko. Nie mogę już ci więcej pomóc, dopóki sam nie zdecydujesz. Tak więc 

wybieraj: Elohim czy Bulhaz. Wołaj głośno do swego Pana. Wołaj głośno. 
Po tych słowach Elezar zniknął. 

Inspektorze, gdzie pan jest? - wołał zaniepokojony Koks. 

Gdzieś blisko znów zaczął czaić się strach, który powoli wsączał się do serca chłopaka. 

Cześć, głupku, myślałeś, że uciekniesz przede mną? Nigdy ci się to nie uda - 

zabrzmiał jakiś znajomy głos. 
 
 

Skinol? Szefie, słyszę cię. Co pan tu robi? - dresiarz bezskutecznie próbował 

wypatrywać postaci starego Jakubowicza. 

Ty szczylu, nic nie umiesz i nic już w życiu ci się nie uda - usłyszał z innej strony. 

Tata? Przecież ty umarłeś. Gdzie jesteś? - chłopak nerwowo się rozglądał. 

Naraz na wielkiej lepkiej linie zleciała z góry niczym czarna błyskawica jakaś wielka istota. 
To coś plasnęło o ziemię, lądując na swych ośmiu owłosionych nogach. 

Aaaaa! 

Koks krzyknął z przerażenia, aż głos uwiązł gdzieś w jego sparaliżowanym gardle. Teraz nie 
mógł już wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Niczym we śnie, gdy chce się krzyczeć z 
przerażenia, ale nie można. 
Tuż przed nim czaiło się coś podobnego do wielkiej ośmiornicy. Była ciemnosina i cała 
owłosiona. Do tego jeszcze potwór miał głowę podobną do ludzkiej, tylko pozbawionej oczu, 
i to było chyba najstraszniejsze. 

To ja mówiłem do ciebie - odezwała się kreatura. - Jestem Bulhaz, twój pan i władca. 

Gdy ślepa głowa zaczęła mówić, zaskoczony chłopak dojrzał, jak z wnętrza otwierającej się, 
uzębionej paszczy łypie na niego jakieś wielkie oko. Ośmiornica zaczęła pełzać i przelewać 
się, - sprawnie krążąc wokół Koksińskego. 

Chcesz odejść do Niego? - stwór zaśmiał się szyderczo. - To niemożliwe, bo On nie 

istnieje. 
50 
 
Demon znów otworzył swe sine wargi i oblizał się fioletowym jęzorem, jakby miał apetyt na 
Anatola. Wywołało to fale straszliwego smrodu. 

Nawet gdyby twój Stwórca istniał, nie dopuściłby do siebie takiego leszcza jak ty. 

Po tych słowach dwa owłosione ramiona wystrzeliły ku głowie chłopaka, której on sam nie 
umiałby teraz dostrzec, nawet gdyby stał przed lustrem. Koks poczuł, jak macki przysysają 
się coraz mocniej do jego czoła, policzków i szyi. Chłopak zaczął trząść się z przerażenia. 

On gardziłby takim kretynem jak ty. Ty nic nie umiesz i dla Niego byłbyś nikim - 

potwór ciągnął dalej swoje obelżywe drwiny, po czym dwa następne ramiona chlasnęły wokół 
tułowia Anatola, oplatając jego klatkę piersiową. 

background image

Koks stęknął pod tym silnym uderzeniem. Zaczął płakać z bezradności. 

Ty zdrajco, zawiodłeś nas - ohydna ośmiornica rzuciła teraz ciężkim oskarżeniem. 

Chłopak poczuł, jakby sztywne włosy z odnóży bestii zaczęły przebijać niewidzialną skórę na 
jego głowie i piersiach. Koks wydał z siebie paniczny wrzask. 

Ratunku!!! 

Jesteś śmieciem! Zabiję cię i wywalę na kupę gnoju - odgrażał się potwór, 

jednocześnie obserwując ofiarę swym wyłupiastym okiem z wnętrza paszczy. 
Koksiński czuł, jakby nieprzyjemna szczecina bestii wrastała już do jego wnętrza i zamieniała 
się tam w ostrą pajęczynę. Wręcz słyszał, jak gęsta sieć penetru- 
 
Demon znów otworzył swe sine wargi i oblizał się fioletowym jęzorem, jakby miał apetyt na 
Anatola. Wywołało to fale straszliwego smrodu. 
- Nawet gdyby twój Stwórca istniał, nie dopuściłby do siebie takiego leszcza jak ty. 
Po tych słowach dwa owłosione ramiona wystrzeliły ku głowie chłopaka, której on sam nie 
umiałby teraz dostrzec, nawet gdyby stał przed lustrem. Koks poczuł, jak macki przysysają 
się coraz mocniej do jego czoła, policzków i szyi. Chłopak zaczął trząść się z przera- 
żenia. 

On gardziłby takim kretynem jak ty. Ty nic nie umiesz i dla Niego byłbyś nikim - 

potwór ciągnął dalej swoje obelżywe drwiny, po czym dwa następne ramiona chlasnęły wokół 
tułowia Anatola, oplatając jego klatkę piersiową. 
Koks stęknął pod tym silnym uderzeniem. Zaczął płakać z bezradności. 

Ty zdrajco, zawiodłeś nas - ohydna ośmiornica rzuciła teraz ciężkim oskarżeniem. 

Chłopak poczuł, jakby sztywne włosy z odnóży bestii zaczęły przebijać niewidzialną skórę na 
jego głowie i piersiach. Koks wydał z siebie paniczny wrzask. 

Ratunku!!! 

Jesteś śmieciem! Zabiję cię i wywalę na kupę gnoju - odgrażał się potwór, 

jednocześnie obserwując ofiarę swym wyłupiastym okiem z wnętrza paszczy. 
Koksiński czuł, jakby nieprzyjemna szczecina bestii wrastała już do jego wnętrza i zamieniała 
się tam w ostrą pajęczynę. Wręcz słyszał, jak gęsta sieć penetru- 
51 
Demon znów otworzył swe sine wargi i oblizał się fioletowym jęzorem, jakby miał apetyt na 
Anatola. Wywołało to fale straszliwego smrodu. 

Nawet gdyby twój Stwórca istniał, nie dopuściłby do siebie takiego leszcza jak ty. 

Po tych słowach dwa owłosione ramiona wystrzeliły ku głowie chłopaka, której on sam nie 
umiałby teraz dostrzec, nawet gdyby stał przed lustrem. Koks poczuł, jak macki 
przysysają~się coraz mocniej do jego czoła, policzków i szyi. Chłopak zaczął trząść się z 
przerażenia. 

On gardziłby takim kretynem jak ty. Ty nic nie umiesz i dla Niego byłbyś nikim - 

potwór ciągnął dalej swoje obelżywe drwiny, po czym dwa następne ramiona chlasnęły wokół 
tułowia Anatola, oplatając jego klatkę piersiową. 
Koks stęknął pod tym silnym uderzeniem. Zaczął płakać z bezradności. 

Ty zdrajco, zawiodłeś nas - ohydna ośmiornica rzuciła teraz ciężkim oskarżeniem. 

Chłopak poczuł, jakby sztywne włosy z odnóży bestii zaczęły przebijać niewidzialną skórę na 
jego głowie i piersiach. Koks wydał z siebie paniczny wrzask. 

Ratunku!!! 

Jesteś śhnieciem! Zabiję cię i wywalę na kupę gnoju - odgrażał się potwór, 

jednocześnie obserwując ofiarę swym wyłupiastym okiem z wnętrza paszczy. 
Koksiński czuł, jakby nieprzyjemna szczecina bestii wrastała już do jego wnętrza i zamieniała 
się tam w ostrą pajęczynę. Wręcz słyszał, jak gęsta sieć penetru- 
 

background image

Demon znów otworzył swe sine wargi i oblizał się fioletowym jęzorem, jakby miał apetyt na 
Anatola. Wywołało to fale straszliwego smrodu. 

Nawet gdyby twój Stwórca istniał, nie dopuściłby do siebie takiego leszcza jak ty. 

Po tych słowach dwa owłosione ramiona wystrzeliły ku głowie chłopaka, której on sam nie 
umiałby teraz dostrzec, nawet gdyby stał przed lustrem. Koks poczuł, jak macki przysysają 
się coraz mocniej do jego czoła, policzków i szyi. Chłopak zaczął trząść się z przerażenia. 

On gardziłby takim kretynem jak ty. Ty nic nie umiesz i dla Niego byłbyś nikim - 

potwór ciągnął dalej swoje obelżywe drwiny, po czym dwa następne ramiona chlasnęły wokół 
tułowia Anatola, oplatając jego klatkę piersiową. 
Koks stęknął pod tym silnym uderzeniem. Zaczął płakać z bezradności. 

Ty zdrajco, zawiodłeś nas - ohydna ośmiornica rzuciła teraz ciężkim oskarżeniem. 

Chłopak poczuł, jakby sztywne włosy z odnóży bestii zaczęły przebijać niewidzialną skórę na 
jego głowie i piersiach. Koks wydał z siebie paniczny wrzask. 

Ratunku!!! 

Jesteś śmieciem! Zabiję cię i wywalę na kupę gnoju - odgrażał się potwór, 

jednocześnie obserwując ofiarę swym wyłupiastym okiem z wnętrza paszczy. 
Koksiński czuł, jakby nieprzyjemna szczecina bestii wrastała już do jego wnętrza i zamieniała 
się tam w ostrą pajęczynę. Wręcz słyszał, jak gęsta sieć penetru- 
51 
 
 
je jego mózg i serce. Jak wypełnia go po brzegi niczym miliony ostrych, połączonych igieł. 

Rzucę cię na stertę trupów, żeby zżarły cię robaki - demon ciągnął swą przeraźliwą 

mowę. 
Anatol poczuł teraz, jak macki zacisnęły się jeszcze bardziej wokół jego ciała. Czuł, jak ta 
szkarada wypełniła już całkowicie jego wnętrze. Wrosła w każdą cząstkę jego ciała i duszy. 

Mogę uczynić z tobą wszystko, bo należysz do mnie, bo mam cię całego, bo jestem 

twoim panem. Ja, Bulhaz, jestem twoim panem! - diabeł śmiał się głośno triumfalnym 
rechotem. - To już twój koniec. Gnij przez wieczność. 
Koks nie mógł nic zrobić. W rzeczywistości prawie cały był wypełniony tą kreaturą, która 
zaczęła teraz trawić swój żer. Jedynie w umyśle Koksa tliło się, niczym mały, dogasający 
płomyczek, ostatnie wspomnienie, ostatnia myśl, słowa, które usłyszał od jaśniejącego 
wojownika: „Wołaj głośno do swego Pana". 
Anatol uchwycił się tych słów. Zebrał jeszcze pozostałe resztki opadłych sił, skierował je do 
ust. Otworzył swe wargi i chyba ostatnim możliwym wydechem z omdlałych piersi 
wyszeptał: 

Elohim... 

Bestia znieruchomiała. Chłopak wyczuł te nagłą zmianę. Teraz poczuł, jakby coś zaczęło się 
pruć w jego wnętrzu, jakby jakieś szarpnięcia wyrywały z niego ostrą, wrośniętą pajęczynę. 
Po chwili płuca znów mogły nabrać powietrza, a gardło wydało spazmatyczny jęk. Czucie 
wróciło do klatki piersiowej, szyi i twarzy. 
52 
Koks zebrał odnowione siły i wydawało mu się, że tym razem zawoła naprawdę głośno: 

Elohim! 

W efekcie jedynie wypowiedział to słowo półgłosem. Lecz moc tego imienia była potężna. 
Bulhaz skulił się w bólu. Jakby wielka niewidzialna dłoń odrywała go od jego ofiary. Anatol 
poczuł, że może już teraz swobodnie nabrać pełne płuca powietrza, aby w końcu już 
naprawdę z całych sił zawołać: 

Elooohiiim jest moim Paaaneeem! 

background image

Przerażony Bulhaz odskoczył daleko od chłopaka. W panice zaczął rozglądać się wokoło 
przez swój otwarty pysk, jak gdyby z każdej strony mogło go dopaść wielkie 
niebezpieczeństwo. 
Naraz rozległ się potężny szum i jasna łuna rozświetliła przerażonego demona. Jakaś 
olbrzymia, świecąca kula lecąca z zawrotną prędkością uderzyła w owłosioną ośmiornicę. Ta 
z krzykiem przetoczyła się bezwładnie. Kulisty płonący pocisk natychmiast otworzył się i 
przeistoczył w wielkiego Elezara ściskającego w jedynej, lewej dłoni płonący miecz. 
Wojownik doskoczył do swego wroga. Broń świsnęła, ucinając natychmiast dwa wstrętne 
ramiona bestii. Jednak te momentalnie odrosły. Bulhaz zaśmiał się złowrogo. Następny cios 
anielskiego oficera pozbawił go kolejnych trzech odnóży. Jednak także z tych ran wyrosły 
jeszcze silniejsze kończyny, wypełniając niedawną stratę. 
Teraz Bulhaz przystąpił do kontrataku. Świsnął swymi potężnymi mackami, które owinęły się 
wokół szyi 
53 
i jedynego nadgarstka oficera Armii Zwierzchności. To był potężny uścisk tuż poniżej miecza 
jasnowłosego przeciwnika. Potwór rozwarł swą uzębioną paszczę ociekającą gęstą śliną i 
wydał przeraźliwy ryk. Elezar wytężył wszystkie swe siły i jego opleciona dłoń zaczęła 
kierować czubek miecza ku rozdziawionemu pyskowi demona. Ten wybałuszał coraz bardziej 
swfe przerażone ślepie. Potwór napiął wszystkie mięśnie do granic możliwości. Napierający 
Elezar aż stękał z wysiłku. Drżący wierzchołek miecza wciąż zbliżał się do rozwartej paszczy. 
W końcu bestia skapitulowała i krzyczący w natarciu Cherub wepchnął całe ostrze do pyska 
wroga. Miecz przekuł wielkie oko, które bluznęło jakąś żółtą mazią. Elezar wysunął mecz i 
oddalił się na kilka kroków. 
Śmiertelnie zraniony Bulhaz ryczał teraz z bólu i złości. Wierzgał wszystkimi kończynami. 
Elezar natomiast zawołał donośnym głosem, ogłaszając ostateczny wyrok śmierci dla bestii. 
Była to jednocześnie zapowiedź nowego życia Anatola. 
- Niech Elohim i Jego Syn, Lew Judy, królują w tym chłopcu przez Ich Wszechpotężnego 
Ducha, a ty giń w otchłani na zawsze! 
Mówiąc to, jaśniejący wojownik znów doskoczył i ciął błyskawicznie mieczem, aż szkaradny 
łeb Bulha-za ostatecznie odpadł od reszty cielska i potoczył się do niewidzialnych stóp 
odmienionego Koksa. 
 
Rozfcział 6 
Robzitwa kłótnia 
Wczesnym rankiem w kuchni u Jakubowiczów panowała jeszcze spokojna atmosfera. Przy 
stole siedziała Ola. Nie mogła spać. Przed nią leżała zapisana piękna kartka papieru z 
nadrukowaną czerwoną różą. Czytała już ten list dziesiątki razy. Podniosła go teraz, aby znów 
upajać się jego pięknym zapachem. To był jakiś męski dezodorant czy może woda po goleniu. 
Ten jej tajemniczy adorator musiał mieć dobry gust. 
„Kim jesteś?" - zastanawiała się dziewczyna, gdy nagle do kuchni wpadli jednocześnie tata i 
Józef, którzy już na schodach prowadzili burzliwą dyskusję. 
- Co wy wprawiacie? Czy nie możecie usiedzieć spokojnie jednego dnia w domu, podczas 
gdy ja załatwiam ważne interesy? 
55 
Wzburzony tata chodził teraz nerwowo po kuchni. W ręce trzymał pusty kubek. Przez ten 
cały czas próbował zrobić sobie kawę. Jednak był tak zdenerwowany, że stale wyciągał 
bezmyślnie z szafek jakieś niepotrzebne sprzęty, po czym chował je z powrotem i głośno 
zatrzaskiwał drzwiczki lub szufladę. 

background image

To nie są żadne interesy, tato, tylko gangster-ka w świecie przestępczym. Ty jesteś już 

tam bossem! Po prostu chciałeś zrobić skok na bank rękami twoich bandziorów! - Józef 
wyjaśnił w swoim bezpośrednim stylu. 
Chłopak siedział z zabandażowanym czubkiem głowy. Miał wielki, napuchnięty policzek 
koloru sinozielo-nego, co wcale nie ułatwiało mu mówienia. 

Tobie się we łbie pomieszało, smrodzie. My kręcimy film na zamówienie telewizji 

internetowej. Za to ty wczoraj prawie się zabiłeś przez własną głupotę. Do teraz nie mam 
pojęcia, jak z tego wyszedłeś w jednym kawałku. Jeszcze się trzęsę na samo wspomnienie 
tego upadku. Powinieneś dostać wielki szlaban na motor i w ogóle na wychodzenie z domu. 

Tato, nie zmieniaj tematu i nie opowiadaj nam tych bajek o reżyserze. Nas nie 

oszukasz - syn wcale nie dawał się zbić z tropu. - Rozmawialiśmy wcześniej z Koksem. 
Wyjawił nam cały wasz plan. Chcieliście stuknąć przynajmniej dwieście tysięcy z City 
Banku. Mamy nagraną waszą rozmowę z ciężarowego samochodu. Kazałeś mu strzelać do 
tego człowieka przy kasie. My sami zaczynamy się ciebie bać i w ogóle wstyd nam za ciebie. 
56 

A ty, panie mądralo, jesteś mi winien motor, który wczoraj roztrzaskałeś. Ciekawe, 

kto mi za niego zapłaci? Do tego mieszasz w głowie moim ludziom tak, że wariują. 
Ojciec zauważył, że zdobył na chwilę przewagę w rozmowie i natychmiast dodał: 

Dzieciaki, mówię wam prawdę. Kręcimy film do telewizji internetowej. 

Film, mówisz? A 'z Koksińskim pewnie graliście tylko udawaną rolę? Twoi aktorzy 

bardzo wczuwają się w swoje postacie, bo prawie go zatłukli na naszych oczach. To też był 
wasz plan filmowy? Gdybym mu nie pomógł, nie wiem, co by się z nim stało. My tobie już 
nie wierzymy, panie Skinol! 

Nie wtrącaj się, szczeniaku, do spraw, których nie rozumiesz, i pamiętaj, że 

rozmawiasz ze swoim ojcem. Należy mi się trochę szacunku. 

Ale tatusiu, proszę, zrozum, że ty już popełniłeś poważne przestępstwo, organizując to 

wszystko - do rozmowy włączyła się Ola. - Całe szczęście, że ten napad wam nie wyszedł, bo 
to byłaby katastrofa. Proszę, skończ z tym. My nie chcemy, żebyś wrócił do więzienia na 
długie lata. Nie zostawiaj nas znów samych, tato, błagam cię! - Ola nie wytrzymała już tego 
wszystkiego i rozpłakała się głośno. 

Ja po prostu... - panu Jakubowiczowi trudno było teraz mówić. - Ja po prostu robię to 

dla was. Przecież muszę jakoś utrzymać naszą rodzinę. 

Ale my nie chcemy, abyś zarabiał w ten sposób! - zapłakana Ola wołała niewyraźnie 

przez łzy. - Nie 
57 
potrzebujemy ani tych pieniędzy, ani tego domu. My chcemy, żebyś ty był z nami. Tatusiu, 
proszę cię, wróć do uczciwego życia. Bóg na ciebie patrzy. On też chce ci pomóc. 
Ojciec zamilkł, jakby w końcu zaczął zastanawiać się nad tym, co do niego mówiły dzieci. 

Dobrze, zostawię te interesy, ale muszę załatwić do końca tę ostatnią sprawę. 

A co to za sprawa? - Józek domagał się wyjaśnienia. 

Pożyczyłem kiedyś od pewnych ludzi dużo pieniędzy na zakup motocykli. Niestety, 

motory nie sprzedają się tak, jak myślałem. Muszę oddać im ten dług wraz z dużymi 
odsetkami, a nadal nie mam tej forsy. 

To dlatego robiliście ten skok? - Józek stale obstawał przy swoim. 

Tak, dlatego! - zdenerwowany tata w końcu się przyznał. 

Może ci ludzie poczekają jeszcze trochę na swoje pieniądze? - Ola chciała napełnić 

wszystkich jakąś nadzieją. 

Czekali już bardzo długo i w końcu stracili cierpliwość - ojciec wprowadzał swe dzieci 

w brutalną rzeczywistość. 

Kiedy musisz im oddać te dwieście tysięcy? - Jozue chciał znać konkrety. 

background image

Zostało mi pięć dni - odpowiedział ojciec. 

A jeśli ci się nie uda? 

Musi mi się udać. 

58 

Ale jeśli nie? 

Uda się! 

Tato! - zawołał zniecierpliwiony Józef. 

Pan Jakubowicz próbował dobrać odpowiednie słowa. Następnie westchnął ciężko i 
powiedział: 

Jeśli się nie uda, to pozostało mi ostatnich pięć dni życia. 

Tatusiu, co ty mówisz! - przerażona Ola podbiegła i przytuliła się do taty tak mocno, 

jakby traciła go już w tej chwili. 

Sprzedajmy szybko dom! - Józef zaczął intensywnie myśleć. 

Nie zdążymy sprzedać domu w tak krótkim czasie. Poza tym mamy go też na kredyt. 

To pożycz więcej z banku - syn rozmyślał nad kolejnymi rozwiązaniami. 

Już tego próbowałem, wszędzie odrzucają moją prośbę. 

Pomożemy ci zdobyć uczciwie tę kasę. Coś wymyślimy - dzielny Józek nadal się nie 

poddawał. 

Wystarczy, że nie będziecie mi przeszkadzać w pracy. Nie zakładajcie mi podsłuchów, 

nie buntujecie moich ludzi i nie nasyłajcie na mnie inspektora Cheruba. ' 

Ale Elezar chce także nam pomóc - zapewniała Osa. 

Nie opowiadaj mi, dziewczyno, takich bajek - pan Jakubowicz znów się mocno 

zdenerwował, jakby wróciły jakieś trudne wspomnienia. - To przez niego zginęła wasza 
matka. Teraz kradnie mi jeszcze was, a mnie sa- 
59 

mego chce wepchnąć za kraty. On niszczy nasze życie, nie widzicie tego? 

Nieprawda, Elezar chce nam pomóc, ty go nie znasz. Mamusia zginęła w wypadku. To 

nie była jego wina. 
Ola znów zaniosła się płaczem. 

Widzę, że ten wichrzyciel przeciągnął was już całkowicie na swoją stronę. On 

przecież rozbija naszą rodzinę, to chyba jasne. 

My mu wierzymy! - odważnie zadeklarował Jozue. - On nie kłamie tak jak ty. 

Tata westchnął głęboko dla uspokojenia i powoli wypuścił powietrze, po czym powiedział: 

Nie myślałem, że doczekam kiedykolwiek czegoś podobnego. Żeby jakiś policjant był 

dla was ważniejszy od rodzonego ojca? - pan Jakubowicz wypowiedział te słowa ze zbolałą 
miną. 

Jemu po prostu można ufać - ciągnął dalej Jozue. 

W takim razie będziecie musieli wybrać: albo ten glina, albo tata! - emocje wzięły 

górę nad rozsądkiem ojca. 

Nie masz prawa stawiać nas przed takim wyborem! - syn sprzeciwił się stanowczo. 

To okrutne, ja tego nie wytrzymam! - krzyknęła Ola i z płaczem wybiegła z kuęhni. 

I to jest twoja miłość? Tak nas kochasz? - Jozue był wściekły na ojca. - Zatem 

posłuchaj. Ja wybieram Elezara, słyszysz? Wolałbym, żeby to on był moim ojcem. A ty jeśli 
tak bardzo chcesz, idź sobie do więzienia. Nie będziemy cię w ogóle żałować. 
60 
mego chce wepchnąć za kraty. On niszczy nasze życie, nie widzicie tego? 

Nieprawda, Elezar chce nam pomóc, ty go nie znasz. Mamusia zginęła w wypadku. To 

nie była jego wina. 
Ola znów zaniosła się płaczem. 

background image

Widzę, że ten wichrzyciel przeciągnął was już całkowicie na swoją stronę. On 

przecież rozbija naszą rodzinę, to chyba jasne. 

My mu wierzymy! - odważnie zadeklarował Jozue. - On nie kłamie tak jak ty. 

Tata westchnął głęboko dla uspokojenia i powoli wypuścił powietrze, po czym powiedział: 

Nie myślałem, że doczekam kiedykolwiek czegoś podobnego. Żeby jakiś policjant był 

dla was ważniejszy od rodzonego ojca? - pan Jakubowicz wypowiedział te słowa ze zbolałą 
miną. 

Jemu po prostu można ufać - ciągnął dalej Jozue. 

W takim razie będziecie musieli wybrać: albo ten glina, albo tata! - emocje wzięły 

górę nad rozsądkiem ojca. 

Nie masz prawa stawiać nas przed takim wyborem! - syn sprzeciwił się stanowczo. 

To okrutne, ja tego nie wytrzymam! - krzyknęła Ola i z płaczem wybiegła z kuchni. 

I to jest twoja miłość? Tak nas kochasz? - Jozue był wściekły na ojca. - Zatem 

posłuchaj. Ja wybieram Elezara, słyszysz? Wolałbym, żeby to on był moim ojcem. A ty jeśli 
tak bardzo chcesz, idź sobie do więzienia. Nie będziemy cię w ogóle żałować. 
60 
Wściekły pan Jakubowicz poczerwieniał na całej twarzy i cisnął kubkiem o podłogę. Ten 
rozsypał się na drobne kawałki. Mężczyzna zerwał się z miejsca, podbiegł do syna i 
zamachnął się, chcąc uderzyć go w twarz. Zawahał się jednak i długo trzymał wzniesioną 
ręką. W końcu ją opuścił i powiedział: 
- Nie zdążą mnie zamknąć. Za pięć dni już nie będzie waszego beznadziejnego taty. 
Rozdział 7 
CwbO\VMVj telefon 
Szlochająca Ola wbiegła schodami na górę. Wpadła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na 
klucz i rzuciła się na łóżko, przyciskając załzawioną twarz do poduszki. W uszach brzmiały 
jej jeszcze te wszystkie bolesne słowa, które zostały wykrzyczane przed chwilą w kuchni. 
Leżała tak dość długo. Być może nawet zasnęła. Zasłony na oknach jeszcze od nocy stale 
zaciemniały pokój. W sypialni panował leniwy półmrok. Co pewien czas pojawiały się 
wspomnienia tajemniczego, romantycznego listu. Jego miłego zapachu... 
Nagle zabrzmiał odgłos przychodzącego SMS-a w telefonie komórkowym. Niedawne sny 
natychmiast gdzieś się rozwiały. Ola zastanawiała się, czy ma ochotę w ogóle go odebrać. W 
końcu podniosła się i chwyciła słuchawkę. Otworzyła wiadomość tekstową i ser- 
63 
ce znów zaczęło bić jak szalone, a świat zawirował jej w głowie. Odczytała ją jeszcze raz: 
MOJ PIĘKNY KWIATUSZKU, CZY DOTARŁ DO CIEBIE LIST? MARZE O TYM, ABY 
CIE SPOTKAĆ. 
Przejęta Ola sprawdziła, czy jest numer zwrotny. Niestety, wiadomość znów była wysłana z 
internetu. Dziewczyna opadła na łóżko i zamknęła oczy. Próbowała sobie wyobrazić, kim 
może być ten tajemniczy nieznajomy. Przy jakich okazjach może ją obserwować. Leżała, 
rozmyślając tak przez dłuższy czas. Gdy przewróciła się na bok i otworzyła na chwilę jedno 
oko, dostrzegła na stoliku nocnym jakiś notes. Była zaskoczona. Widziała go pierwszy raz. 
Chwyciła notes do ręki, a kartki same otworzyły się na literze „M". Byli tam jej znajomi 
zaczynający od tej litery. Marysia, Marzenka, Marek, rodzina Mroczyńskich. Jednak uwagę 
Oli natychmiast przykuł tylko jeden numer. 
„Co to znaczy? To chyba jakiś bardzo stary kalendarz. Nie, on nie może być stary, skoro są tu 
aktualni znajomi" - myślała gorączkowo. 
Osa poczuła, że robi jej się gorąco, bo choć wydawało się to niemożliwe, szalejące serce 
dziewczyny chciało wierzyć, że to jest prawda. Ola sprawdziła jeszcze raz. Mniej więcej w 
połowie strony obok liczb 777 777 777 widniał wyraźny wpis: MAMA. Nigdy wcześniej nie 
widziała tego numeru. 

background image

„Panie Boże, wiem, że to niemożliwe - dziewczyna modliła się w myślach. - To na pewno 
mama kogoś innego, bo moja przecież poszła do nieba. Jednak Ty wiesz, jak bardzo tęsknię 
za moją mamusią, choć- 
64 
by za krótką rozmową. Choćby tylko usłyszeć jedno małe słówko. Całe moje życie znów 
napełniłoby się radością". 
W tym momencie pojawiła się nieśmiała myśl, niczym cichutki głosik, gdzieś w najgłębszym 
zakamarku jej serca: „Zadzwoń do niej. Sprawdź, kto się kryje pod tym numerem. Co ci 
szkodzi? Przecież niczym nie ryzykujesz". Nie-mogła przestać o tym myśleć. W końcu 
chwyciła telefon. Zawahała się jeszcze, ale jednak wycisnęła dziewięciokrotnie jednym 
klawiszem: 777 777 777. Zastanowiła się jeszcze przez kilka sekund i ostatecznie nacisnęła 
zieloną słuchawkę. 
Najpierw trwała cisza, a potem pojawił się sygnał poprawnego połączenia. Osa czuła, jak 
przyspiesza się jej oddech. Przecież zaraz ktoś odbierze, a jeśli ta osoba się zdenerwuje, jeśli 
ten ktoś uzna to za głupi żart? Jak się przedstawić? Jak się wytłumaczyć? Sygnał trwał nadal, 
aż w końcu ktoś podniósł słuchawkę. Z tamtej strony odezwał się ciepły kobiecy głos: 
- Witaj Oluniu, jak bardzo się cieszę, że zadzwoniłaś. 
Osa leżała oniemiała ze słuchawką przyciśniętą do ucha. To był najwspanialszy, najsłodszy 
głos, jaki znała. Poznała go od razu. Marzyła codziennie, aby go usłyszeć, ale teraz nie 
potrafiła nic powiedzieć. Usta zaczęły jej drżeć, łzy znów napłynęły do oczu i spłynęły po 
policzkach, jednak tym razem były to łzy szczęścia i wielkiej radości. Dziewczyna chciała 
bardzo coś odpowiedzieć, ale zamiast tego rozpłakała się rzewnie. Nabrała kilka razy głęboko 
powietrza i w końcu cichutko zapytała: 
65 

Mamusia? 

Tak, kochana córeczko, to ja. 

Ola przestała już panować nad swymi emocjami. Jednocześnie płakała i śmiała się ogarnięta 
wielkim szczęściem. Nie starała się zrozumieć czegokolwiek, ale chłonęła tę najcudowniejszą 
niespodziankę, jaką Ktoś jej podarował. 

Mamusiu, bardzo tęsknię za tobą. Gdy umarłaś, stale płakałam, całymi dniami i 

nocami. Nawet gdy brakowało mi łez, moje serce stale płakało. 

Ja też za tobą tęsknię Oleńko, ale spotkamy się i wtedy będziemy już na zawsze blisko 

siebie. 

Mamusiu, jak ci tam jest? 

Jest mi tu dobrze, jedynie Was tu brakuje, ale już niedługo, kochana, już niedługo... 

Mamuś, tata się całkiem pogubił. Dużo pije i prowadzi jakieś ciemne interesy. Boimy 

się, że go stracimy - Ola znów zaczęła płakać. 

Nie martw się, maleńka. Módlcie się o tatę i kochajcie go tak jak do tej pory. Chociaż 

tata tego nie pokazuje, jego męskie serce stale cierpi. Mówcie mu trudną prawdę. Ja nadal go 
bardzo kocham. Kocham go nawet coraz bardziej. 

Mamo, wiesz, ktoś się mną interesuje. Przysyła mi miłe SMS-y, a wczoraj podrzucił 

mi do schowka motocykla przepiękny, pachnący list. Napisał dla mnie wiersz. Tylko że ciągle 
nie wiem, kto to jest. 

Bo jesteś już kobietą, moja Oleńko, wspaniałą, piękną, mądrą kobietą. Tylko bądź 

ostrożna, bo w waszym świecie jest wiele zła. Bądź rozważna Aleksandro! 
66 

Mamusia? 

Tak, kochana córeczko, to ja. 

background image

Ola przestała już panować nad swymi emocjami. Jednocześnie płakała i śmiała się ogarnięta 
wielkim szczęściem. Nie starała się zrozumieć czegokolwiek, ale chłonęła tę najcudowniejszą 
niespodziankę, jaką Ktoś jej podarował. 

Mamusiu, bardzo tęsknię za tobą. Gdy umarłaś, stale płakałam, całymi dniami i 

nocami. Nawet gdy brakowało mi łez, moje serce stale płakało. 

Ja też za tobą tęsknię Oleńko, ale spotkamy się i wtedy będziemy już na zawsze blisko 

siebie. 

Mamusiu, jak ci tam jest? 

Jest mi tu dobrze, jedynie Was tu brakuje, ale już niedługo, kochana, już niedługo... 

Mamuś, tata się całkiem pogubił. Dużo pije i prowadzi jakieś ciemne interesy. Boimy 

się, że go stracimy - Ola znów zaczęła płakać. 

Nie martw się, maleńka. Módlcie się o tatę i kochajcie go tak jak do tej pory. Chociaż 

tata tego nie pokazuje, jego męskie serce stale cierpi. Mówcie mu trudną prawdę. Ja nadal go 
bardzo kocham. Kocham go nawet coraz bardziej. 

Mamo, wiesz, ktoś się mną interesuje. Przysyła mi miłe SMS-y, a wczoraj podrzucił 

mi do schowka motocykla przepiękny, pachnący list. Napisał dla mnie wiersz. Tylko że ciągle 
nie wiem, kto to jest. 

Bo jesteś już kobietą, moja Oleńko, wspaniałą, piękną, mądrą kobietą. Tylko bądź 

ostrożna, bo w waszym świecie jest wiele zła. Bądź rozważna Aleksandro! 
66 
Nagle ktoś zapukał do drzwi. 

Ola, Ola, jesteś tam? To ja, Józek. Dziewczyna obudziła się. Spojrzała rozczarowana 

na 
sufit. Czuła, że jej drżące serce wciąż jeszcze było przepełnione łagodną obecnością mamy. 
Tak bardzo pragnęła zatrzymać to uczucie. 

Wejdź braciszku! - odpowiedziała. - Miałam cudowny sen. Opowiem ci o nim. A 

może to była prawda? 
 
'"T*'-'-'* 'f ír *« • ą 4 »Igr- y !.»roi, n pXp 
ja -y, at • - \ r, 
Rorbrfof S 
?obrv)\v 
Ola wytarła znów łzy. Kończyła właśnie opowiadać bratu swój sen: 
- Słyszałam jej głos, był taki ciepły. Chciałabym tam zostać na zawsze. 
Dziewczyna wypowiadała te słowa zza parawanu, gdzie ubierała się w modny strój do jazdy 
motocyklem. Najpierw naciągnęła obcisłe spodnie, następnie zwiewną, krótką sukienkę. W 
końcu włożyła jeszcze kurtkę zapinaną na zamek błyskawiczny. Chwyciła kask i wyszła ze 
swej garderoby. 

Ruszam na spacer. Muszę się przejechać. Tyle padło dziś trudnych słów. Muszę 

odpocząć od tego wszystkiego. Chcę pobyć sama. Gdzie jest tata? - zapytała. 

Nie wiem, gdzieś pojechał - odpowiedział Józek. 

Ola zbiegła po schodach na parter, a następnie weszła do garażu. Pomiędzy wieloma innymi 
motorami 
69 
stał jej czerwony Suzuki. Dziewczyna wcisnęła guzik pilota i drzwi garażu wraz z bramą 
wjazdową posesji zaczęły się automatycznie otwierać. Osa dosiadła swojej maszyny, 
przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechała ostrożnie z garażu. Wjechała na ulicę i w końcu 
ruszyła dynamicznie przed siebie. Nie miała celu podróży. Po prostu chciała być sama. 
Jeździła ulicami miasta i rozmyślała o ostatnich przeżyciach. Ostre słowa taty mieszały się w 
jej umyśle z łagodnym głosem mamy. Marzyła o tym, aby brutalna rzeczywistość była tylko 

background image

nocnym koszmarem, a dzisiejszy słodki sen stał się jawą. Wydawało jej się także, że cały czas 
czuje miły zapach tajemniczego listu od nieznajomego poety. Nagle z głębokiej zadumy 
wyrwał ją widok policjanta. Stał z uniesionym lizakiem w dłoni. Zdecydowanym gestem 
zatrzymywał młodą motocyklistkę. 
„O rany, pewnie było tu jakieś ograniczenie prędkości, nic nie pamiętam. Ile ja jadę?" - 
nieprzyjemne myśli przemknęły przez głowę Oli. 
Wcisnęła hamulce i zjechała na pobocze. 
„Nie denerwuj się, kobieto" - mówiła sama do siebie. „Teraz pozostało ci już tylko 
czarowanie pana władzy swym urokiem". 
Zatrzymała się tuż obok funkcjonariusza drogówki. Zdjęła kask, poprawiła fryzurę i 
obdarzyła policjanta wprost czarującym uśmiechem. - 

Czyżbym przeoczyła ograniczenie prędkości? -próbowała jakoś rozpocząć tę trudną 

rozmowę. 

Zaraz się przekonamy, pani kierowco. Proszę przygotować prawo jazdy, dowód 

rejestracyjny i zapraszam 
70 
do radiowozu - mężczyzna odpowiedział oschłym głosem. Wydawał się całkowicie nieczuły 
na uroki miłej motocyklistki. 
„No to już po mnie, trafiłam na faceta z kamienia" - pomyślała Osa. 
Zsiadła z motocykla i ruszyła z drżącym sercem w kierunku policyjnego samochodu. 
Mężczyzna w mundurze otworzył tylne drzwi i uprzejmym gestem zaprosił ją do zajęcia 
miejsca wewnątrz wozu. Ola wsiadła na siedzenie tuż za kierowcą i zauważyła, że ktoś już 
obok niej siedzi. Spojrzała uważniej. Była tak zaskoczona, że z jej ust same wyrwały się 
słowa: 

Ojej, ja pana znam! 

Dziewczyna była tego pewna i teraz intensywnie walczyła ze swoją pamięcią, aby 
przypomnieć sobie okoliczności, w jakich już wcześniej spotkała tego młodego mężczyznę. 
Jednocześnie powtarzała w myślach: 
„Jest dobrze, kochana, jest dobrze. Znajomemu policjantowi łatwiej się wykręcisz". 
Drzwi samochodu zatrzasnęły się, ale nikt już więcej nie wsiadł do środka. Siedzący obok 
przystojny policjant w cywilu uśmiechnął się, po czym powiedział niezwykle łagodnym 
głosem: 

Witaj, mój Kwiatuszku. Nareszcie się spotykamy sami. Wiesz z moich liścików, że 

marzyłem o tym od dawna. 
W głowie Oli zawirowały wszystkie myśli. Zrobiło jej się gorąco. Czuła, jak mocne wypieki 
pojawiają się na policzkach. 
71 
„Czy to możliwe?" - zaskoczona dziewczyna nie potrafiła inaczej odpowiedzieć na pytanie 
wołające w jej sercu: „On pachnie jak ten piękny list. To jest naprawdę on". 
Następnego dnia rano Jozue siedział w mieszkaniu swego dobrego kumpla Kabla. Zamiast 
bandaża na głowie miał już tylko przyklejony solidny, szproki plaster. Także kolor siniaków 
na policzku przeszedł z odcienia sinej zieleni w barwę jasnofioletową. Chłopak był mocno 
zaniepokojony. Tłumaczył coś, nerwowo gestykulując przy tym rękami. 

Najnormalniej wyjechała wczoraj motorem na przejażdżkę i nie wróciła na noc. Do tej 

pory nie ma jej w domu. Dzwoniłem do niej chyba ze sto razy. Nie odbiera telefonu. Mówię 
ci, facet, że coś złego się stało. 

A wasz tata o tym wie? 

On też nie nocował w domu. Pewnie załatwia tę wielką, brudną forsę dla mafii. 

A może my tu sobie gadu, gadu w najlepsze, a ona właśnie wróciła. Zadzwoń jeszcze 

raz na chatę - rozważnie doradzał Kabel. 

background image

Józek znów chwycił telefon Jcomórkowy i wybrał numer domowy. Odczekał niecierpliwie 
kilka sekund, po czym powiedział podenerwowany: 

Nikt nie odbiera. 

Poczekaj jeszcze chwilę. Jeśli Osa wróciła po nieprzespanej nocy, to na pewno 

zakopała się pod kołdrą. 
72 
„Czy to możliwe?" - zaskoczona dziewczyna nie potrafiła inaczej odpowiedzieć na pytanie 
wołające w jej sercu: „On pachnie jak ten piękny list. To jest naprawdę on". 
Następnego dnia rano Jozue siedział w mieszkaniu swego dobrego kumpla Kabla. Zamiast 
bandaża na głowie miał już tylko przyklejony solidny, szeroki plaster. Także kolor siniaków 
na policzku przeszedł z odcienia sinej zieleni w barwę jasnofioletową. Chłopak był mocno 
zaniepokojony. Tłumaczył coś, nerwowo gestykulując przy tym rękami. 

Najnormalniej wyjechała wczoraj motorem na przejażdżkę i nie wróciła na noc. Do tej 

pory nie ma jej w domu. Dzwoniłem do niej chyba ze sto razy. Nie odbiera telefonu. Mówię 
ci, facet, że coś złego się stało. 

A wasz tata o tym wie? 

On też nie nocował w domu. Pewnie załatwia tę wielką, brudną forsę dla mafii. 

A może my tu sobie gadu, gadu w najlepsze, a ona właśnie wróciła. Zadzwoń jeszcze 

raz na chatę - rozważnie doradzał Kabel. 
Józek znów chwycił telefon komórkowy i wybrał numer domowy. Odczekał niećierpliwie 
kilka sekund, po czym powiedział podenerwowany: 

Nikt nie odbiera. 

Poczekaj jeszcze chwilę. Jeśli Osa wróciła po nieprzespanej nocy, to na pewno 

zakopała się pod kołdrą. 
72 
Sam mówiłeś, że twoja siostra to śpioch - przypominał kolega. 

Cały czas nikt nie odbiera - Józef był coraz bardziej zaniepokojony. 

W końcu przerwał połączenie i odłożył telefon. 

Ale niefart. To co robimy? - dopytywał się Kabel. 

Nie wiem. Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy, chyba tylko modlić się i 

czekać - odpowiedział Jozue. 

Może by zawiadomić inspektora? - doradzał Kabel. 

Myślisz, że ona może być w jakimś niebezpieczeństwie? - Jakubowicz powoli 

uświadamiał sobie powagę sytuacji. 

Nie, no chyba nic jej nie grozi. Osa pewnie jest na jakiejś dłuższej randce. Masz rację. 

Nie możemy zamęczać pana Cheruba takimi sprawami. 

Facet, co ci strzeliło do łba, jaka randka? Ola nie jest taka. To porządna dziewczyna. 

Zawsze wraca do domu na noc - Józef bronił siostry. - Poza tym Elezar to nasz przyjaciel, a 
nie jakiś tam policjant. Jakby co, pomoże nam w każdej sytuacji. Jednak cały czas mam 
nadzieję, że nic złego się nie stało. 
Tu Józek zawiesił głos, bo nagle zabrzmiał dzwonek telefonu. Jakubowicz podskoczył jakby 
rażony prądem. Natychmiast chwycił słuchawkę. 

Jakubowicz, słucham - powiedział. 

Najpierw nastała głucha, denerwująca cisza, aż w końcu odezwał się jakiś męski głos: 
73 

I co, detektywie, słabo pilnujesz siostry. 

Kto mówi? - Józek mocno się wysilał, aby opanować zdenerwowanie. 

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. 

Gościu, dzwonisz, aby mi to powiedzieć? - Jozue starał się za wszelką cenę zachować 

spokój. 

background image

Mam twoją siostrę - powiedział nieznajomy. 

Akurat! 

Dam ci Aleksandrę do telefonu. 

W słuchawce coś zatrzeszczało, a następnie rzeczywiście dał się słyszeć trochę przestraszony 
głos Osy. 

Józek, to ja, Ola ... 

No stara, gdzie ty jesteś? - Józek miał cały czas nadzieję, że jest to głupi żart. 

Nie wiem, braciszku, ale nic mi nie jest - Osa nagle przerwała rozmowę. 

No to już wystarczy tej rodzinnej pogawędki - nieznajomy znów przejął słuchawkę. - 

Siostra nie wie, gdzie jest, bo podczas podróży zawiązaliśmy szalik na jej piękne oczy. 
Jakubowicz w końcu zrozumiał, że sprawa jest bardzo poważna. 

Nie rób jej krzywdy, draniu, bo jak cię dorwę, to ci nogi z... 

Nie tak ostro, panie detektywie. Przypomnę ci, że to ja mam Aleksandrę, a ty nawet 

nie wiesz, gdzie nas szukać. Lepiej uważnie mnie teraz posłuchaj. Możemy wypuścić twoją 
siostrę, ale najpierw musisz przyjechać osobiście w umówione miejsce. 

Gdzie mam być? 

74 

Bądź za godzinę w starych magazynach dawnej rzeźni. Masz być sam, słyszysz? Nie 

chcemy widzieć żadnych kolegów ani tego wielkiego, mądralińskiego inspektora. Nie 
zabieraj także GPS-ów, podsłuchów, ukrytych minikamer ani innych śmiesznych gadżetów, 
bo dokładnie cię sprawdzimy. Na miejscu dowiesz się, co dalej robić. Zrozumiałeś? 
-Tak. 

I nie mów nikomu, dokąd jedziesz. 

Będę tam za godzinę - Józek odłożył słuchawkę, po czym powiedział do Kabla: 

Jadę do magazynów starej rzeźni. Nie zawiadamiaj inspektora bez mojego sygnału, 

ok? Nie rób nic, dopóki nie zadzwonię. 

Ale co się dzieje, Jozue? 

Jadę po Osę. Te dranie ją porwali! 

No to „trzym się", Jakubowicz - Kabel próbował pokrzepić przyjaciela na pożegnanie. 

Józef zajechał starym, rozklekotanym motorem na plac nieczynnej już rzeźni. Widok nie był 
tu zbyt zachęcający. Na betonowym placu piętrzyły się stosy starych, zbutwiałych, 
przegniłych skrzyń. Obok góra pogiętych, zardzewiałych barierek. Zapewne służyły do 
zapędzania zwierząt na miejsce kaźni. Wszędzie jeszcze cały czas unosił się niemiły zapach 
starego mięsa. 
Jozue podszedł do wielkich stalowych drzwi. Były uchylone. Chłopak wszedł do wnętrza 
obskurnego magazynu. W środku panował męczący półmrok. Stały tu długie rzędy wysokich, 
żelaznych regałów. Na grubych 
75 
łańcuchach zwisały z nich ogromne, brudne haki. Józef ruszył ostrożnie wzdłuż regałów. 
Zatrzymał się. Zaczął nadsłuchiwać. Wydawało mu się, że słyszy jakieś kroki. Wytężył słuch, 
ale teraz w uszach dzwoniły tylko te łańcuchy poruszane przeciągiem hulającym po 
magazynie. 
Przeszedł następne dwadzieścia metrów i znów się zatrzymał. Teraz zaniepokoił go inny 
dźwięk. Wyraźnie słyszał szmer i drapanie dochodzące z prawej strony, chyba zza olbrzymiej 
metalowej szafy. Chłopak zbliżył się ku niej. Stanął. Naraz usłyszał głośny, gardłowy syk. 
Skóra ścierpła mu ze strachu. Wtedy z przeraźliwym miauknięciem wprost znad szafy 
wyskoczył przestraszony, czarny kocur. Przeleciał dokładnie nad głową Jozuego i wylądował 
po drugiej stronie, znikając błyskawicznie między regałami. Józek wstrzymał oddech, a 
następnie z ulgą wypuścił powietrze z płuc. 

background image

Odwrócił się i w ułamku sekundy ujrzał przed sobą jakąś postać w kominiarce, z kijem 
bejsbolowym w rękach. Nie zdążył już nic więcej zauważyć. Poczuł silne uderzenie w obolałe 
czoło. W jednej chwili stracił przytomność i z głośnym łomotem runął na podłogę. 
 
 
 
 
Rozdział 9 
WtabCA 
Telefon znów zadzwonił, tym razem w kieszeni pana Grzegorza Jakubowicza. 
- Co tam znowu? - mężczyzna oschle rzucił do słuchawki. 

Cześć, Grzesio, tutaj Władca - rozmowę rozpoczął głos, który staremu Skinolowi 

kojarzył się bardzo niemiło. 
„No trudno, jakoś to zniosę" - pomyślał Jakubowicz. 

Czy pamiętasz, ile jeszcze dni zostało? - zapytał tamten. 

Cztery, czyli mnóstwo czasu. 

Marzyciel z ciebie. Widzę, że nasze dotychczasowe groźby nie robią na tobie 

większego wrażenia. Ty chyba myślisz, że my żartujemy, co? W ogóle nie zbierasz naszej 
forsy. Dlatego mam dla ciebie niespodziankę. Ogłaszam zmianę planów. Czas skończył się 
dzisiaj. 
77 

A ja ci mówię, że mam jeszcze cztery dni - Jakubowicz obstawał przy swoim. 

To my stawiamy warunki, a ty je wypełniasz. Jeśli zechcemy, zlikwidujemy cię 

natychmiast - rozmówca powoli tracił cierpliwość. 

Wtedy nie odzyskacie dwustu kawałków. 

I tak ich nam nie oddajesz, więc co nam po tobie. Skok na bank ci nie wyszedł, a w te 

cztery dni i tak nic nie zdążysz zorganizować. Mówię poważnie, czas dobiegł końca. 
Rozliczamy się dzisiaj i stawką nie jest już tylko twoje marne życie. 

Słuchaj, Władca, bądź choć trochę mężczyzną i nie łam umowy - Jakubowicz 

próbował podrażnić ambicję swego rozmówcy. 

Ty mięczaku, chcesz mnie uczyć, jak być mężczyzną? - odpowiedział tamten. - Nie 

umiesz nawet załatwić marnych dwustu tysięcy. Czas się skończył. Dzisiaj dajesz całą kasę 
albo własną głowę. 

A co ty na to, gdybym wpuścił do internetu info, kim naprawdę jesteś? - teraz w 

odwecie groził znów stary Skinol. 

Nie zrobisz tego. 

Dlaczego nie? 

Bo ja mam twoje dzieciaki. 

Blefujesz. 

To posłuchaj tego. 

Po chwili w słuchawce dało się słyszeć jakąś szamotaninę. W końcu zabrzmiał drżący głos 
wystraszonej Osy: 

Tato, to ja, Ola. 

78 

A ja ci mówię, że mam jeszcze cztery dni - Jakubowicz obstawał przy swoim. 

To my stawiamy warunki, a ty je wypełniasz. Jeśli zechcemy, zlikwidujemy cię 

natychmiast - rozmówca powoli tracił cierpliwość. 

Wtedy nie odzyskacie dwustu kawałków. 

background image

I tak ich nam nie oddajesz, więc co nam po tobie. Skok na bank ci nie wyszedł, a w te 

cztery dni i tak nic nie zdążysz zorganizować. Mówię poważnie, czas dobiegł końca. 
Rozliczamy się dzisiaj i stawką nie jest już tylko twoje marne życie. 

Słuchaj, Władca, bądź choć trochę mężczyzną i nie łam umowy - Jakubowicz 

próbował podrażnić ambicję swego rozmówcy. 

Ty mięczaku, chcesz mnie uczyć, jak być mężczyzną? - odpowiedział tamten. - Nie 

umiesz nawet załatwić marnych dwustu tysięcy. Czas się skończył. Dzisiaj dajesz całą kasę 
albo własną głowę. 

A co ty na to, gdybym wpuścił do internetu info, kim naprawdę jesteś? - teraz w 

odwecie groził znów stary Skinol. 

Nie zrobisz tego. 

Dlaczego nie? 

Bo ja mam twoje dzieciaki. 

Blefujesz. 

To posłuchaj tego. 

Po chwili w słuchawce dało się słyszeć jakąś szamotaninę. W końcu zabrzmiał drżący głos 
wystraszonej Osy: 

Tato, to ja, Ola. 

78 
Ojciec pobladł z wrażenia. Poczuł, jak przez jego całe ciało przechodzi zimny dreszcz. Był 
całkowicie zaskoczony. Myślał, że córka i syn siedzą bezpiecznie w domu. 

Córeczko, czy nic ci nie jest? Nic złego ci nie zrobili? - zapytał tata. 

Tatusiu, on mnie oszukał. Pobili też Józka. Józef wygląda okropnie. Całe szczęście, że 

jest już przytomny. Tato, zabierz nas stąd! 
Wołanie Oli zostało szybko przerwane i znów odezwał się nieprzyjemny głos mężczyzny: 

No właśnie, może byś zabrał stąd swoje ukochane dzieci, zanim stanie się z nimi coś 

naprawdę złego. Tylko nie zapomnij przywieźć ze sobą całej forsy. 

Dobra, dziś się rozliczymy. Dokąd mam przyjechać? - Grzegorz Jakubowicz zaczął w 

końcu działać. 

W ciągu godziny masz być w nieczynnej rzeźni. Tylko przyjedź sam. Jeśli pojawią się 

gliny albo spróbujesz jakichś innych sztuczek, zastrzelimy twoje szczeniaki. Wpakujemy im 
kulki bez mrugnięcia okiem - ostrzegał terrorysta. 
Już po trzydziestu minutach na obskurny plac dawnej rzeźni wjechał Grzegorz Jakubowicz. 
Dosiadał swego starego, ulubionego Harleya Davidsona. Silnik motoru wzbudzał respekt 
swym głośnym dudnieniem. Motocyklista naparł przednim kołem na wielkie stalowe drzwi, 
które otworzyły się do wewnątrz ogromnej, ciemnej hali. Jakubowicz ubrany w czar- 
79 
ny, skórzany kombinezon wjechał do środka i zaczął przeciskać się swym pojazdem między 
stalowymi regałami. Gryzące spaliny motoru zaczęły rozchodzić się po magazynie. 
Stary Skinoł sprawiał wrażenie bardzo pewnego siebie, aż do momentu, gdy ujrzał widok 
mrożący krew w żyłach. To przerażające widowisko było oświetlone jedną mocną lampą 
zwieszającą się z sufitu. Mniej więcej pośrodku hali, na wolnej przestrzeni stały przewrócone 
dwie duże, drewniane skrzynie. Na nich stali Józek i Ola. Dwie grube pętle oplatały szyje 
rodzeństwa. Sznury były przytwierdzone wysoko do dwóch ręcznych dźwigów, używanych 
zapewne kiedyś do załadunku mięsa. Młodzi wyglądali na bardzo przestraszonych. 
Jakubowicz natychmiast zatrzymał motor i zeskoczył z niego. Zdjął czarny kask. Rzucił go na 
ziemię i ruszył biegiem w kierunku swych dzieci. W tym momencie ciężkie powietrze 
magazynu wstrząsnął złowrogi dźwięk karabinu maszynowego. W tej samej chwili seria 
pocisków uderzyła w posadzkę tuż przed nogami starego Skinola. Prysnął odkruszony 
cement. Pan Grzegorz natychmiast się zatrzymał i trwał tak w bezruchu. 

background image

Gdzieś w oddali, pod ścianą, w ciemności jarzył się mały, czerwony, świecący punktr Raz był 
jaśniejszy, to znów zanikał. W pewnym momencie dokładnie w tamtym miejscu rozbłysła 
jeszcze jedna lampka, tym razem mała. Rozświetliła jakąś postać trzymającą między palcami 
zapalonego papierosa. Ten młody, elegancki męż- 
80 
 
czyzna siedział wygodnie w fotelu niczym reżyser tego dramatycznego przedstawienia. To 
był komisarz Albert Maj. Z ugrzecznionym, ale sztucznym uśmiechem powiedział: 

Cześć, Grzechu. Miło, że tu zajechałeś. Dzieci na pewno się ucieszyły. Ja sam jestem 

pełen nadziei na to spotkanie. Gdzie masz forsę? 
Pan Jakubowicz stał w milczeniu. Tę niewygodną ciszę przerwał znów mężczyzna siedzący w 
fotelu: 

Widzę, że trzeba odświeżyć ci pamięć. Zatem zacznijmy od razu od emocjonującej 

zabawy. Powiesimy tylko jedno z twoich dzieci, drugie wypuścimy na wolność. Ty podejmij 
decyzję. Kogo chcesz uwolnić, a kogo skazać na śmierć? 
Teraz na twarzy zdradzieckiego oficera policji ukazał się wręcz diabelski uśmiech. 

Tato, uwolnij Olę, my we dwóch sobie jakoś poradzimy! - wołał niewyraźnie Józek, 

cały posiniaczony i opuchnięty. 

Zapomnij, facet. Nie zostawię was samych, nigdzie stąd nie pójdę! - sprzeciwiła się 

Osa. 

Zamknij się, dziewczyno! - zdenerwowany Jozue darł się na siostrę. - Przynajmniej ty 

się uratujesz. Tato, uwolnij ją i w ogóle jej nie słuchaj! 

Jakaż kochająca się rodzina! Jesteście gotowi umierać za siebie nawzajem? Doprawdy 

wzruszyłem się - wynaturzony, bandycki komisarz naśmiewał się z tej dramatycznej sytuacji, 
którą sam wywołał. 

Pamiętajcie jedynie, że wybór należy wyłącznie do waszego ojca - dodał bezwzględny 

mafiozo. 

Uspokójcie się! - pan Jakubowicz zawołał do dzieci, po czym krzyknął w stronę szefa 

gangu: - Władco, ty potworze, uwolnij natychmiast moją córkę! 
Następnie ojciec zwrócił się do Józefa, mówiąc: 

Wybacz mi, synu. 

Dobra decyzja, tato! - wołał Józek, którego głowa była jeszcze stale oblepiona 

zakrzepłą krwią. 

Już wam powiedziałam, że ja nigdzie nie idę! - krzyczała Osa. 

W tym samym momencie wbrew woli dziewczyny jej sznur został odczepiony od dźwigu i 
opadł głucho na ziemię. Ola szybko podbiegła do taty i objęła go z całej siły za szyję. 

Nie zostawię was tu samych! - wołała. - Wolę zginąć z wami! 

Tata próbował za wszelką cenę zdjąć pętlę z jej szyi. 

Ależ mój pachnący kwiatuszku, tu mogłabyś tylko zwiędnąć. Lepiej posłuchaj tatusia 

- doradzał komisarz Maj, którego bardzo bawiła ta sytuacja. 

Zamknij się, kłamliwy łajdaku, nie zostawię mojej rodziny! - Ola wrzeszczała na 

przebiegłego Alberta, który jeszcze wczoraj romantycznie ją uwodził. 
Nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego. To zdarzenie zaskoczyło wszystkich. Spomiędzy 
regałów niczym zjawa wyskoczył jakiś łysy dresiarz. To był Koks. Chłopak nie czekając już 
dłużej na rozwój wydarzeń, zawołał do pana Grzegorza: 

Szefie, ja ją stąd zabiorę. 

A ten kretyn co tu robi? - zawołał komisarz Maj, który ze zdziwienia aż zakrztusił się 

dymem od papie- 
82 

background image

■i 
WM 
 

rosa. - Jakubowicz, miałeś być sam. Mówię ci, zginiecie wszyscy. 
Na te słowa stojący niedaleko jakiś osiłek z karabinem natychmiast odbezpieczył broń gotową 
do strzału. 

Wyluzujcie! Szef nic o mnie nie wiedział. Sam tu wlazłem - wołał Koksiński, unosząc 

dłonie nad głową. - Zrobię tak jak każesz, Władca. Zabiorę stąd dziewczynę i problem macie 
z bańki. 
Nastała nerwowa cisza. Napięcie było trudne do zniesienia. 

Dobra, zabieraj ją stąd, ciemniaku - Maj zgodził się na tę propozycję. 

Koks chwycił Osę w pół i zaczął na siłę odrywać ją od ojca. 

Zostaw mnie, mięśniaku! Ja chcę tu zostać, słyszysz? - krzyczała Aleksandra. - Tato, 

powiedz mu, żeby mnie puścił! 
W końcu Anatol zdołał oderwać dziewczynę. Przerzucił ją przez ramię i biegiem ruszył ku 
bramie. Przewieszona w pół Ola stale wrzeszczała i kopała Kok-sińskiego, jednak on w swym 
uporze zdołał w końcu dobiec do wyjścia i oboje zniknęli za wielkimi stalowymi drzwiami. 

Dobrze wybrałeś, stary - znów odezwał się policyjny dezerter. - Szkoda byłoby 

oszpecić taką urodę. Czy już sobie przypomniałeś, gdzie masz moje dwieście tysięcy? 

Nie mam nic dla ciebie, draniu - rzucił zdenerwowany pan Grzegorz. 

 
83 
rosa. - Jakubowicz, miałeś być sam. Mówię ci, zginiecie wszyscy. 
Na te słowa stojący niedaleko jakiś osiłek z karabinem natychmiast odbezpieczył broń gotową 
do strzału. 

Wyluzujcie! Szef nic o mnie nie wiedział. Sam tu wlazłem - wołał Koksiński, unosząc 

dłonie nad głową. - Zrobię tak jak każesz, Władca. Zabiorę stąd dziewczynę i problem macie 
z bańki. 
Nastała nerwowa cisza. Napięcie było trudne do zniesienia. 

Dobra, zabieraj ją stąd, ciemniaku - Maj zgodził się na tę propozycję. 

Koks chwycił Osę w pół i zaczął na siłę odrywać ją od ojca. 

Zostaw mnie, mięśniaku! Ja chcę tu zostać, słyszysz? - krzyczała Aleksandra. - Tato, 

powiedz mu, żeby mnie puścił! 
W końcu Anatol zdołał oderwać dziewczynę. Przerzucił ją przez ramię i biegiem ruszył ku 
bramie. Przewieszona w pół Ola stale wrzeszczała i kopała Kok-sińskiego, jednak on w swym 
uporze zdołał w końcu dobiec do wyjścia i oboje zniknęli za wielkimi stalowymi drzwiami. 

Dobrze wybrałeś, stary - znów odezwał się policyjny dezerter. - Szkoda byłoby 

oszpecić taką urodę. Czy już sobie przypomniałeś, gdzie masz moje dwieście tysięcy? 

Nie mam nic dla ciebie, draniu - rzucił zdenerwowany pan Grzegorz. 

83 

Rozczarowujesz mnie. Mam już kupiony bilet na samolot, a ty nie chcesz wyprawić 

mnie w drogę? W takim razie kontynuujemy naszą zabawę - oznajmił trochę zawiedziony 
mafiozo, po czym skinął na operatora dźwigu. 
Nagle sznur Józefa zatrzeszczał i napiął się jak struna. Chłopak został brutalnie uniesiony za 
szyję jakiś metr nad skrzynię. Jozue zacharczał. Spanikowany, pozbawiony oddechu rzucał 
się w powietrzu. Miał całkiem zaciśniętą tchawicę. Chwytał linę rękami i próbował podciągać 
się na niej. Niestety spocone dłonie ślizgały się po sznurze. 

Nie! - zakrzyczał przerażony pan Jakubowicz i natychmiast rzucił się w kierunku syna. 

background image

Wskoczył na drewniane pudło. Objął wiszącego chłopaka za kolana i uniósł go w górę. Jozue 
złapał głośno haust powietrza. Jednak w tym momencie coś zatrzeszczało i głośno trzasnęło. 
To spróchniała deska pod stopą taty załamała się i cała jego noga wpadła do środka skrzyni. 
Pętla znów zacisnęła się na szyi Józefa. Chłopak ponownie zaczął szarpać się bez powietrza. 
Stary Jakubowicz przeklinając, zdołał w końcu wydostać się ze skrzyni. Postawił szybko 
stopy na jej mocniejszych brzegach i znów uniósł syna w górę. 

Oddychaj synku, oddychaj - wyszeptał do Józefa. 

Rozemocjonowany Albert Maj aż wstał ze swego fotela i zawołał prześmiewczo: 

Ale ci syn wyrósł, co? Trudno go podnieść. Dobrze go wykarmiłeś za te moje 

pieniądze. Chłopak waży chyba z osiemdziesiąt kilo. 
84 
Następnie spokojnie, jak na strzelnicy, wyjął zza paska pistolet. Powoli go odbezpieczył i 
wycelował prosto w nogę ojca. Trwał tak przez chwilę w zawieszeniu, jakby zastanawiał się, 
czy to naprawdę zrobić, i wtedy rozległ się strzał. W ułamku sekundy kula wbiła się w udo 
mężczyzny. 

Aaj! - rażony pan Grzegorz opadł na kolano zgiętej zdrowej nogi. 

Józef znów zawisł na pętli. Ponownie zaczął charczeć bez oddechu i miotać się bezradnie na 
linie. Ojciec zebrał siły. Nie zważając na ból, zdołał się podnieść. Znów objął syna za nogi i 
uniósł go, darowując chłopakowi kolejne wdechy powietrza. 

Oddychaj synku, jeszcze cały czas żyjemy, oddychaj, kochany chłopcze - szeptał 

zdesperowany pan Grzegorz. 
Walczący o życie syn i ojciec na szczęście nie byli sami w tej dramatycznej sytuacji. 
Drewnianą skrzynię otaczało bowiem czterech niewidzialnych wojowników. Klęczeli oni z 
orężem w dłoniach. Wyrywali się całą duszą, aby pomóc Jakubowiczom. Jednak nie mogli 
tego zrobić. Najbardziej przeżywał wszystko ich dowódca. Trzęsący się z przejęcia Elezar 
wołał do swych aniołów: 

Stać! Stać! Nie możemy im pomóc bez rozkazu. Jeszcze nie teraz! 

Młody mafiozo znów jakby od niechcenia wycelował pistolet i powoli, bez drgnięcia okiem 
pociągał za spust. Padł kolejny strzał. Pocisk natychmiast rozszarpał dru- 
85 
gie udo taty. Stary Skłnol upadł z jękiem na skrzynię. Czuł, jakby rozżarzone węgle paliły się 
wewnątrz jego nóg. Duszący się Jozue był już zupełnie siny na twarzy. Jednak ojciec pomimo 
bolesnych ran zebrał swe wszystkie siły i po raz kolejny zdołał wstać na chwiejących się 
nogach. Drżącym ciałem ponownie mocno objął syna. Próbował znów unieść Józka w górę. 
Chociaż robił, co tylko mógł, ku swej rozpaczy jedynie popychał chłopaka lekko w górę. 
Pętla na szyi to rozluźniała się, to znów zaciskała. Ojcu wydawało się, że traci czucie w 
nogach. 
Serce Elezara rozdzierało się z bólu. Niewidzialny wojownik z całych sił ściskał dłonią 
rękojeść miecza i krzyczał: 

Sam nie dasz rady, człowieku, proś wreszcie Stwórcę o pomoc. Wołaj do Lwa Judy. 

Inaczej zginiecie! 
Pan Jakubowicz płakał już z bezradności. Jego zakrwawione nogi omdlewały od zadanych 
ran. Nie potrafił uratować syna. Józek dusił się z otwartymi ustami. W końcu zrozpaczony 
ojciec resztkami sił zawołał przez łzy: 

Boże, ratuj mojego syna! Jezu, pomóż mu, błagam Cię. 

Dokładnie w tej chwili padł trzeci strzał i kula przeszyła sam środek pleców pana Grzegorza. 
Rażony mężczyzna wyprężył się i runął nieprzytomny na skrzynię. 

Teraz! - zawołał Elezar, który w ułamku sekundy skoczył do Jozuego. 

86 

background image

Jednym świśnięciem miecza przeciął sznur tuż nad jego głową. Siny Józef nie zwalił się 
jednak na deski, bo niewidzialny oficer Armii Zwierzchności chwycił go swym kikutem i 
przygarnął pod pachę. Jednocześnie trzej pozostali wojownicy unieśli wielkie tarcze. Stanęli 
za nimi niczym za kuloodpornym murem ochraniającym rannych wewnątrz. 
Zaskoczony Albert Maj ujrzał teraz te trzy grube metalowe ściany za którymi zniknęły jego 
ofiary. 
- Co jest, do jasnej... Strzelać! Rozwalić mi to na wióry! - wrzeszczał gangster. 
Z kilkunastu karabinów maszynowych i pistoletów posypał się hałaśliwy grad kul. Jednak 
pociski jedynie odbijały się od trójkątnej twierdzy. Z gwizdami uderzały rykoszetami po 
stalowych regałach i ścianach, z powrotem raniąc strzelających bandziorów. W końcu 
wściekły komisarz Maj chwycił jakiś leżący kij bejs-bolowy. Z rykiem podbiegł do 
złączonych tarcz. Wziął wielki zamach i uderzył prosto w ornament wielkiego Oka 
zamkniętego w Trójkącie. Jednak kij nawet nie zdążył dotknąć pradawnego metalu, bo w 
ułamku sekundy fala mocnego światła połączona z potężną eksplozją wymiotły wszystko, co 
było w pobliżu niebiańskiej twierdzy. 
Szef gangu przeleciał kilkanaście metrów, odbił się od ściany i padł nieprzytomny na ziemię. 
W tej samej chwili rozległ się głośny trzask wszystkich ogromnych magazynowych okien. 
Wielkie masy tłuczonych szyb wsypywały się do wnętrza budynku. Jednocześnie w otworach 
pojawiło się kilkanaście postaci ubranych 
87 
na czarno. Wszyscy mieli na głowach kominiarki. Tajemniczy przybysze wiszący na linach 
zaczęli wskakiwać do środka Każdy z nich przytrzymywał wolną ręką zawieszony na szyi 
karabin maszynowy. 
- Na podłogę, wszyscy na podłogę, rzucić broń! - wrzeszczeli. - Nie ruszać się, bo zginiecie! 
Jesteście aresztowani. - wołali policjanci z oddziału antyterrorystycznego. 
Rorfrmł to 
Ż\jdc crvj śmierć 
u agle zrobiło się dziwnie zimno i nieprzy-jemnie wilgotno. Wszędzie unosiła się gęsta W ▼ 
mgła. Wokół latały jakieś czarne ptaszyska podobne do kruków fruwających jesienią nad 
cmentarzem. Wydawały przy tym głośne krakanie. Brzmiało to bardzo przygnębiająco. 
Zaskoczony pan Jakubowicz dostrzegł, że stoi teraz po kolana w mazistym, cuchnącym 
błocie. Mężczyzna natychmiast zaczął rozglądać się za jakimś twardszym gruntem, może 
kawałkiem trawy. Niestety, wszędzie widać było tylko ponure bagna. Gdzieś w oddali 
wystawały jedynie na powierzchnię gałęzie jakiegoś powalonego, zatopionego drzewa. 
„Gdybym chociaż mógł chwycić się tych konarów" - pomyślał stary Skinol i spróbował 
ruszyć w tamtą stronę. Niestety, ku jego zdziwieniu nie zdołał nawet 
89 
wyciągnąć stopy. Tak mocno byk zassana w błocie. Co gorsza, poczuł, że z każdym ruchem 
zapada się coraz niżej w grzęzawisku. Po kilku takich próbach tkwił już w nim po uda. 
„Lepiej nie ruszaj się, stary, bo to jest prawdziwe bagno, i to jeszcze obrzydliwie zimne. Jak 
tyś się tu znalazł?" - pan Jakubowicz mówił sam do siebie. 
Wtem w oddali dał się słyszeć jakiś cichy płacz. Mężczyzna zaczął wpatrywać się w miejsce, 
skąd dochodziło żałosne łkanie. Wyostrzał wzrok, jak tylko mógł. W końcu mgła rozwiała się 
na chwilę i pan Grzegorz dojrzał jakąś płaczącą kobietę. Była zanurzona w bagnie po pas. Nie 
próbowała się ratować, nie walczyła w żaden sposób o przeżycie, tylko płakała. 
Mgła znów zgęstniała w tym miejscu i zakryła postać kobiety. Za to obłok przerzedził się na 
krótko w innym miejscu. Pan Jakubowicz dostrzegł z przerażeniem, że wokół niego w 
szlamie tkwi wiele takich osób. Niektórzy byli zanurzeni po piersi. Innym wystawały nad 
powierzchnię błota jedynie głowy. Jednak wszyscy zachowywali się w podobny sposób. Byli 
jakby zrezygnowani. Nie walczyli o życie, ale tkwili biernie w pochłaniającym ich bagnie. 

background image

Płakała jedynie ta kobieta. Inni wykazywali się obojętnością na swój los. Jakby byli uśpieni 
czy zahipnotyzowani. Zatapiali się coraz niżej i niżej. 
Stary Skinol dostrzegł jeszcze coś niepokojącego. Kilkanaście metrów przed nim pojawiło się 
w gęstej bryi jakieś podłużne zagłębienie. Do tego ten dziwny kształt zbliżał się ku niemu. 
Pan Grzegorz odnosił wrażenie, 
90 
wyciągnąć stopy. Tak mocno była zassana w błocie. Co gorsza, poczuł, że z każdym ruchem 
zapada się coraz niżej w grzęzawisku. Po kilku takich próbach tkwił już w nim po uda. 
„Lepiej nie ruszaj się, stary, bo to jest prawdziwe bagno, i to jeszcze obrzydliwie zimne. Jak 
tyś się tu znalazł?" - pan Jakubowicz mówił sam do siebie. 
Wtem w oddali dał się słyszeć jakiś cichy płacz. Mężczyzna zaczął wpatrywać się w miejsce, 
skąd dochodziło żałosne łkanie. Wyostrzał wzrok, jak tylko mógł. W końcu mgła rozwiała się 
na chwilę i pan Grzegorz dojrzał jakąś płaczącą kobietę. Była zanurzona w bagnie po pas. Nie 
próbowała się ratować, nie walczyła w żaden sposób o przeżycie, tylko płakała. 
Mgła znów zgęstniała w tym miejscu i zakryła postać kobiety. Za to obłok przerzedził się na 
krótko w innym miejscu. Pan Jakubowicz dostrzegł z przerażeniem, że wokół niego w 
szlamie tkwi wiele takich osób. Niektórzy byli zanurzeni po piersi. Innym wystawały nad 
powierzchnię błota jedynie głowy. Jednak wszyscy zachowywali się w podobny sposób. Byli 
jakby zrezygnowani. Nie walczyli o życie, ale tkwili biernie w pochłaniającym ich bagnie. 
Płakała jedynie ta kobieta. Inni wykazywali się obojętnością na swój los. Jakby byli uśpieni 
czy zahipnotyzowani. Zatapiali się coraz niżej i niżej. 
Stary Skinol dostrzegł jeszcze coś niepokojącego. Kilkanaście metrów przed nim pojawiło się 
w gęstej bryi jakieś podłużne zagłębienie. Do tego ten dziwny kształt zbliżał się ku niemu. 
Pan Grzegorz odnosił wrażenie, 
90 
: • - 
jakby coś długiego poruszało się pod powierzchnią bagna. Co gorsza, to coś płynęło 
dokładnie wprost na niego. Gdy tajemniczy, nurkujący obiekt był już blisko, odbił w bok i 
zaczął krążyć wokół swego obserwatora, tworząc wyraźny, okrągły wir. W pewnym 
momencie mężczyzna poczuł, jak jakieś olbrzymie, podłużne cielsko ociera się o jego nogi. 
Przerażenie i panika wdarły się do serca pana Jakubowicza. 
Nieoczekiwanie właśnie w tej strasznej chwili zaczęło pojawiać się zupełnie inne, miłe 
zjawisko. Poprzez mgłę zaczęło przebijać jasne światło. Z początku sparaliżowany strachem 
mężczyzna w ogóle tego nie dostrzegał. Jednak światło, któremu towarzyszył przyjemny, 
ciepły powiew, zaczęło pochłaniać mgłę w tym miejscu. W końcu uwięziony w bagnie biedak 
ujrzał jakby wielkie słońce. Było ono otoczone mocną, wielobarwną tęczą. Do twarzy 
mężczyzny ponownie dotarł łagodny podmuch wiatru o miłej woni. Pan Grzegorz znał ten 
zapach i dziwił się, że właśnie tutaj go czuje. Dawno temu, gdy był jeszcze małym chłopcem, 
tak właśnie pachniała łąka u dziadków na wsi. Wyczuwał wyraźnie zioła i kwiaty dzikiej 
róży, które wrastały wtedy w ogrodzenie. Te zapachy na takich mokradłach bardzo go 
zmieszały. 
Jednak nie był to koniec dziwnych zjawisk. Otóż wietrzyk muskał wierzch bagna, i w tym 
miejscu natychmiast ukazywała się krystalicznie czysta woda. Na jej powierzchni zaczynały 
pływać kwitnące lilie wodne z wielkimi liśćmi. Wokół co pewien czas wynurzały łebki 
czerwone karasie. 
91 
 
„Jak to możliwe?" - zassany w bagnie człowiek mówił sam do siebie. Nawet zapomniał o 
grożącym mu niebezpieczeństwie i z uwagą obserwował to przepiękne zjawisko. 

background image

Strumień czystej wody był gnany przez pachnący wiatr również w kierunku pana 
Jakubowicza. W końcu dosięgnął go, a mężczyzna poczuł, jak przemiłe ciepło zaczyna 
opływać go dokoła. Tajemniczy podwodny potwór natychmiast gdzieś czmychnął, uderzając 
tylko końcem swego ogona w udo mężczyzny. W jego miejsce przypłynęły wielkie żółte 
kwiaty i baraszkujące wokół nich ryby. 
Nagle tę przepiękną, sielankową atmosferę przerwał głośny grzmot. Nie było widać pioruna, 
ale dźwięk burzy wstrząsnął potężnie zamglonym powietrzem. Po chwili znów zagrzmiało i 
stary Skinol, ku swemu zdziwieniu, w tym straszliwym dudnieniu usłyszał swoje imię. Jakby 
jakiś wszechwładny głos z burzy wołał do niego: 

Grzegorzu, Grzegorzu! 

Wszystko wokół mocno drżało. Nawet mgła poruszała się rytmicznie. 

Kto to mówi? - zawołał przestraszony pan Jakubowicz. 

Odpowiedź dotarła wprost od oślepiającego, tęczowego Słońca. 

Wołałeś mnie na pomoc, więc jestem. 

Znieruchomiały człowiek pośpiesznie próbował sobie 
przypomnieć, kogóż to wołał na pomoc. Zanim jednak doszedł do ładu ze swoją pamięcią, 
usłyszał ponownie: 
92 

Tak jak prosiłeś, uratowałem twego syna - Słońce pulsowało światłem przy każdym 

słowie. 
W końcu mężczyzna wpadł na to, kto mógł do niego mówić. Choć trudno mu było w to 
uwierzyć, na przekór rozumowi z jego ust same wyrwały się słowa: 

Dziękuję Ci, Panie. Bardzo Ci dziękuję! 

I wzruszony człowiek zaczął płakać z wdzięczności. Po chwili zebrał się w sobie i zapytał: 

Ale kim jesteś, komu składam podziękowania? - dopytywał się dla pewności. 

Jestem, który Jestem. Ja jestem od zawsze i na zawsze. Ja jestem wszędzie. Ja jestem 

Wielki Elohim, Lew Judy, Władca wszystkich światów. Ja jestem twoim Stwórcą. 
Przerażony człowiek wręcz namacalnie czuł, jak na zewnątrz niego pojawiają się radość i 
bezpieczeństwo, które chciałyby go ogarnąć i wejść do jego serca. 

Panie, co się ze mną dzieje, co to za miejsce? 

Teraz głos zaczął bardziej przypominać szum płynącej wielkiej, górskiej rzeki, czy może 
raczej setek olbrzymich rzek. 

Umarłeś, mój synu, i jesteś teraz w przedsionkach krainy śmierci. 

Jak to, umarłem? - człowiek nie potrafił zrozumieć. 

Dopiero po kilku chwilach, jakby próbując zgodzić się z tym, co usłyszał, zapytał: 

Czy to jest może piekło? 

Jeszcze nie i nikt nie musi cię tam zabierać. 

93 
 
 
 
Na te słowa fala jeszcze cieplejszej i przyjemniejszej wody obmyła starego Skinola. 

Jestem złym człowiekiem i wiem, że zasługuję na piekło. Tym bardziej dziękuję, że 

mnie wysłuchałeś i że moje dzieci żyją - zastrzelony ojciec myślał przede wszystkim o swojej 
córce i synu. 

To prawda, zaszedłeś daleko ścieżką zła, ale Ja mogę cię z niej wyprowadzić. Tylko 

znów mnie poproś 

oznajmił Władca wszystkich światów. 

Nie potrafię - odpowiedział pan Jakubowicz. 

Jestem nikim. Jestem śmierdzącym robakiem. Nienawidzę samego siebie. 

background image

Na te słowa krystalicznie czysta woda wokół mężczyzny natychmiast zaczęła zamieniać się 
znów w cuchnące, zimne błoto. Stary Skinol zapadł się w nie jeszcze głębiej. Tkwił teraz w 
bagnie po pas. 

Ja mam moc, aby cię oczyścić - odpowiedział Dawca życia. - Kiedyś pozwoliłem się 

zabić za twoje grzechy, abyś ty nie musiał za nie ginąć. Gdy umierałem, myślałem o tobie i 
twoich czynach. Dokonałem Ostatecznego Uderzenia. Wygrałem tę bitwę i znów żyję. 
Dlatego mówię ci: proś mnie, a wybaczę ci twoje zło. Dam ci nowy początek. Staniesz się 
dobry. 

Ale ja nie potrafię już nawet sam sobie przebaczyć. Jestem beznadziejny. Zawiodłem 

moją żonę. Błagała mnie przed śmiercią, abym opiekował się dziećmi, a ja zawiodłem ich 
wszystkich. Kradłem, zastraszałem małolatów, sprzedawałem narkotyki, i to nawet dzieciom. 

Rzeczywiście tymi czynami zasłużyłeś na wieczną śmierć - powiedział Sędzia 

wszechświata. - Jednak pa- 
94 
 
miętaj: moje życie za twoje życie. Daję ci wielką szansę. Może ty nie potrafisz teraz sobie 
wybaczyć, ale Ja umiem przebaczyć nawet najobrzydliwsze zło. Poza tym twoja Ania nadal 
cię-kocha. Jest tu ze Mną. Ona też wierzy, że możesz być dobrym człowiekiem. Dlatego proś 
mnie, a takim cię uczynię. 

Jak to, Ania jest u Ciebie żywa i bezpieczna? - zaskoczony i wzruszony pan 

Jakubowicz potrafił powiedzieć tylko tyle, po czym zamilkł. 
W końcu znów usłyszał słowa pochodzące od pulsującego Słońca: 

Spójrz na nich - dziwnie smutny teraz Głos zwrócił uwagę mężczyzny na tonących 

wokół zrezygnowanych ludzi. - Czy chcesz być taki, jak ci wszyscy? Wołałem ich setki razy i 
nadal wołam, ale nie chcą przyjąć mojej pomocy. Wolą być niezależni, samodzielni. Są 
przerażeni, ale nie pozwalają, abym się do nich zbliżył. Dumni z siebie do końca, aż po 
wieczność. Dumni z tego, że odpowiedzieli „NIE". 
Po tych .słowach wyskoczył ze Słońca ciepły promień radosnego światła, który zaczął 
dotykać przeróżne osoby topiące się w bagnie. Jednak ku zdziwieniu starego Skinola każda z 
nich odwracała twarz w przeciwną stronę. 
Nagle wokół jednej z tonących osób pojawił się znany już, złowrogi wir. Ten mężczyzna był 
zanurzony w błocie po piersi. Śledził teraz koliste ruchy bagna wokół siebie. Pan Jakubowicz 
też obserwował to zjawisko. Wszystko rozgrywało się dość blisko niego. Pan Grzegorz 
domyślał się, że pod powierzchnią błota musi krą- 
95 


żyć to długie, tajemnicze stworzenie, zaciskające teraz swój krąg wokół ofiary. 
Nagle wir się zatrzymał, a przed twarzą tonącego zaczęły wynurzać się z błota jakieś szare, 
chropowate pagórki, porośnięte długim, sterczącym zielskiem. Dwa mniejsze wzgórza z 
przodu i dwa większe z tyłu. Te dwa garby z tyłu zaczęły się poruszać. Teraz dopiero 
przerażony pan Jakubowicz dostrzegł, że to mrugają wielkie ślepia, a te z przodu to nozdrza 
porośnięte obrzydliwymi włosami. To był wierzch łba jakiegoś potwora przypominający 
głowę zaczajonego, gigantycznego krokodyla. 
Bestia obserwowała tonącą osobę, parsknęła błotem, po czym oczy i nozdrza znów zapadły 
się pod powierzchnią bagna. Błoto ponownie zaczęło wirować wokół topielca. Wir stawał się 
coraz szybszy i szybszy. Po kilku sekundach zrobił się już prawdziwy błotnisty lej z 
bezradnym mężczyzną w środku, jak gdyby pod spodem w dnie rozwarła się jakaś wielka 
dziura. Nagle rozległo się dziwne, głośne siorbanie i mężczyzna wraz z tonami mazistej bryi 

background image

zapadł się jakby w czyjąś gardziel, a na tym miejscu pojawiła się szeroko rozdziawiona 
paszcza z wielkim jęzorem i ostrymi zębiskami. 
Zszokowany stary Skinol patrzył na to z niedowierzaniem. W końcu wahając się, zapytał 
swego Rozmówcę: 
- Czy on został pożarty? 
Nagle spostrzegł, że on sam jest w nie lepszym położeniu. Ponad powierzchnię bagna 
wystawała już tylko jego głowa. Teraz wpadł w prawdziwą panikę. 
96 

Ty nie musisz iść do piekła, nikt nie musi - powiedział Władca ukryty w światłości. 

Wydawało się, że teraz naprawdę płacze. - Grzegorzu, pytam cię po raz ostatni: chcesz żyć 
czy umrzeć na zawsze? Proś mnie, a uratuję cię i dam ci nowe życie. Poproś mnie, tyle 
wystarczy. 
Panu Jakubowiczowi pozostały ostatnie sekundy, aby cokolwiek powiedzieć. Chociaż trzymał 
swą brodę jak najwyżej, błoto dotykało już jego ust. W końcu przemógł się i zrozpaczony, tuż 
przed całkowitym utonięciem, wykrzyczał najmądrzejsze słowa w całym swoim życiu: 

Ratuj mnie, Panie! 

W tym momencie bagno wciągnęło go aż po czubek głowy. Mężczyzna zdołał już tylko 
odruchowo wyciągnąć ręce ponad powierzchnię błota. 

A więc żyj! - uradowany Stwórca ogłosił swój ułaskawiający wyrok. 

Na te słowa rozległ się głośny szum i we mgłę niczym wicheę wleciały dwa wielkie, 
skrzydlate stworzenia. Przypominały gigantyczne jastrzębie. Nurkującym lotem dopadły do 
tonącego, jakby chciały go upolować. Ptaki chwyciły szponami wystające z bagna dłonie i 
machając potężnymi skrzydłami, wyciągnęły zassanego mężczyznę na powierzchnię. 
Przerażony, oklejony gęstą mazią Grzegorz Jakubowicz wisiał na pół przytomny, trzymany za 
obie ręce. Teraz w końcu można było dostrzec, dlaczego sam nie zdołał wydostać się z 
mokradeł. Jakieś żylaste, chude łapska, wyłaniające się spod powierzchni bagna 
97 
trzymały mężczyznę za obie stopy i nadal nie chciały go puścić. 
Wtedy kolejny promień światła niczym laser wystrzelił ze Słońca, uderzając wprost w 
zaciśnięte diabelskie dłonie. Swąd palonego mięsa natychmiast rozszedł się po najbliższej 
okolicy i Grzegorz Jakubowicz w końcu odzyskał wolność. 
Pan życia odezwał się ponownie z pulsującej światłości: 

Daję ci nowe serce. Grzegorzu, żyj w przyjaźni ze Mną. 

W tym momencie człowiek poczuł mocne szarpnięcie w klatce piersiowej. Ta siła wręcz 
rzuciła całym jego ciałem. 

A teraz wracaj szybko do swych dzieci i opiekuj się nimi, tak jak chciałeś - rozkazał 

prawdziwy Władca. 
Na te słowa obydwa jastrzębie wystartowały niczym dwie błyskawice. Pan Jakubowicz 
mrużył swe przestraszone oczy i wstrzymywał oddech. Nawet jako doświadczony 
motocyklista nie przypuszczał, że może poruszać się z taką szybkością. Unosił się wyżej i 
wyżej, w końcu ptaki wraz ze swym podopiecznym wyskoczyły ponad mgłę. Nad nimi 
rozpościerało się błękitne, czyste niebo. Mężczyzna chciał już zawołać: „Nie tak wysoko!", 
ale nie zdążył, bo ptaki zaczęły nagle opadać i leciały niby na łeb, na szyję, spadając ku 
jakiemuś wielkiemu miastu. 
W końcu wylądowały przed dziwnym, białym murem ze starymi, drewnianymi drzwiami 
Ogrodzenie 
98 
było porośnięte gęstym pnączem. Jastrzębie postawiły delikatnie pana Jakubowicza na 
ziemię. Zdziwiony człowiek zorientował się teraz, że po obu jego stronach nie stoją ptaki, ale 
dwaj potężnie zbudowani mężczyźni. Jeden z nich otworzył drzwi, a drugi powiedział: 

background image

Wchodź tu szybko, bracie! - po czym zdecydowanym ruchem wepchnął uratowanego 

do środka. 
Grzegorza Jakubowicza ogarnęła ciemność i znów silne szarpnięcie wstrząsnęło jego klatką 
piersiową. Naraz usłyszał jakby przez głęboki sen czyjeś wołanie: 

Nie do wiary, on wrócił! Przecież już nie żył. Jest akcja serca, to jakiś cud! Siostro, 

proszę zabrać defibrylator. Doktorze, więcej tlenu. Odzyskaliśmy go! Tak trzymaj chłopie, 
tak trzymaj! 
Rorfcrfoł tt 
Pułapka 
Tomasz i jego ojciec zostali znów sami. Siedzieli na łące w sporej odległości od murów 
Hebronu. Zapadał już zmrok. 

Tato, czy myślisz że poradzimy sobie bez wujka? - teraz zatroskany chłopak 

potrzebował jakiegoś uspokajającego potwierdzenia, bo znikniecie Elezara budziło w nim 
wielki niepokój. 

Spoko, synu, jak wy to mówicie. Jesteśmy nieźli mocarze. Kto nam podskoczy? - pan 

Szymon przejawiał niezwykły, wręcz nastoletni entuzjazm. 

Ale jesteś wyluzowany, tatuńciu. Skąd ty masz tyle energii po tym wszystkim? Ja 

padam na ryj ze zmęczenia - Tomasz dosyć szczerze dzielił się swymi odczuciami. 
101 
40 

Synku, ty nie masz ryja, najwyżej brudną gębę. I nie przesadzajmy z tym zmęczeniem. 

Jakaś jedna bitwa i całonocny marsz? Zresztą to było już parę dni temu. Nie zdążyłeś 
odpocząć przez ten czas tutaj? Ja w twoim wieku... 

Tato, błagam, nie! Chodźmy już, bo się ściemnia i zaraz zamkną bramę - Tomasz 

przerwał ojcowskie kazanie. 
Jednocześnie od strony lasu popłynęło smętne wycie jakiegoś wilka. Po chwili inne dzikie psy 
dołączyły się do tego złowieszczego zawodzenia. Tomek zrobił wielkie oczy, spojrzał na tatę 
i powiedział: 

Nie wiem, jak ty, ale ja wolałbym spać wewnątrz murów miasta. Na wszystkie kły i 

śliniące-się paszcze, zabierajmy się stąd, tatusiu! 
Nie minęła godzina, gdy Tomasz z ulgą kładł się na swym legowisku. Ledwo przyłożył głowę 
do tobołka udającego poduszkę, a natychmiast odpłynął do krainy snów. Wyglądał, jakby 
wsiąkał w posłanie zrobione z rozścielonych na sianie krowiej skóry i płaszcza. Chłopak spał 
nieruchomo na tym wszystkim. Było tak ciepło, że nie musiał się niczym nakrywać. Pan 
Polak leżał przez jakiś czas obok. Czujnie nasłuchiwał miarowego oddechu syna. Gdy w 
końcu usłyszał głośne chrapanie Tomka, stwierdził, że nadszedł właściwy moment. Podniósł 
się i najciszej jak tylko mógł wyszedł z małej stodółki. To niskie pomieszczenie pachnące 
świeżym sianem spełniało teraz funkcję ich sypialni. Mężczyzna 
102 
skierował się z powrotem do bramy miasta. U wielkich drewnianych wrót stało trzech 
uzbrojonych strażników. Patrzyli trochę podejrzliwie na zbliżającego się pana Polaka. 

Na wszystkie ciemności Egiptu, brama zamknięta! 

oznajmił dowódca straży. 

O, dzielni wojownicy, ja właśnie w tej sprawie 

pan Szymon próbował jakoś rozpocząć niełatwe negocjacje. 

Poczekaj no, bracie, czy ja ciebie nie widziałem wtedy nad Stawami Gibeonu pośród 

ludzi Iszboszeta? Tfu! - to mówiąc, wojownik splunął, jakby chciał okazać największą 
pogardę wrogiemu królowi. 
Polak przełknął nerwowo ślinę, po czym zaczął odkręcać tę coraz trudniejszą sytuację: 

background image

Tak, to prawda, wzięli mnie do niewoli, ale w bitwie zdołałem wrócić znów do 

swoich. 

Ja go znam, to jest Szymon, ojciec tego młodego Tomiasza - rozpoznał go drugi 

strażnik, po czym dodał: - A po co chcesz wyjść, człowieku, poza mury miasta? Lasy i góry 
są pełne dzikiego zwierza. Na wszystkie bestie Szeolu, życie ci niemiłe? 

Zostawiłem coś ważnego na zewnątrz i muszę po to iść - kombinował pan Szymon. 

A może ty jednak jesteś szpiegiem i idziesz wygadać swoim, co się tutaj dzieje? - 

dowódca ciągnął dalej swe podejrzenia. 

Niechby mnie Elohim starł na proch i tamto dorzucił, jeśli mam jakieś złe zamiary! - 

pan Polak chciał wypaść jak najbardziej swojsko. 
103 
 

No nie gniewaj się tak, przyjacielu. Przecież wiesz, co się stało dokładnie tu, w tej 

bramie. Abner, wielki wódz, który podobno chciał przejść na stronę naszego pana, został 
zamordowany. Nikt jeszcze nie wie, z czyjego polecenia. Znalazł go generał Joab i kazał nam 
sprawdzać dokładnie każdego. 

Abyście wiedzieli, że jestem wiarygodnym sługą naszego pana, zostawię wam coś w 

zastaw - to mówiąc, pan Szymon zdjął z ręki ciężki, tykający szwajcarski zegarek na grubej 
bransolecie i podał dowódcy. 

Ładny naramiennik, tylko trochę ciasny - strażnik próbował bezskutecznie naciągnąć 

go na swój gruby biceps. - Jest ze srebra?  ' 

Nie znam się tak bardzo, ale to solidna robota - tłumaczył tata Tomiasza. - Na pewno 

wrócę jeszcze przed świtem i wtedy to odbiorę. 

No nie wiem, czy będę chciał ci oddać. Wydaje taki dziwny dźwięk. No dobrze, na 

wszystkie skarby Izraela, ruszaj, bracie. 
Dowódca kiwnął głową do jednego ze strażników i ten z wysiłkiem uniósł zakleszczony, 
gruby rygiel. Następnie uchylił wrota i powiedział: 

Droga wolna, Szymonie, tylko wracaj szybko. 

Pan Polak ruszył przed siebie w ciemną noc. Księżyc 
nie wzeszedł jeszcze na niebo i tylko migocące gwiazdy próbowały nieśmiało rozświetlić 
podmiejskie łąki Hebronu. Powietrze było bardzo ciepłe, a głośno grające cykady dodawały 
otuchy nocnemu piechurowi. Pan Szymon poruszał się ostrożnie, bo do takiej ciemności jego 
oczy przyzwyczajały się dość powoli. Po jakichś piętnastu mi- 
104 
nutach ostrożnego marszu mężczyzna dotarł w pobliże lasu, mniej więcej w to samo miejsce, 
gdzie kilka godzin temu siedzieli z Elezarem i Tomaszem. 
Nagle wędrowiec poczuł powiew dziwnie chłodnego wiatru. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł 
po jego plecach. W jednej chwili ucichły szalejące cykady. Zapanowała niepokojąca cisza, 
tylko wiatr wiejący ze szczytów gór zawodził żałośnie nad pobliskim lasem. 
Wtem do uszu pana Polaka dotarł inny dziwny dźwięk. To było jak rechot jakiegoś 
złośliwego starca. Pan Szymon zatrzymał się i zaczął uważnie nasłuchiwać. Zuchwały śmiech 
zabrzmiał jeszcze głośniej i wtedy zaskoczony przybysz z przyszłości usłyszał swoje 
nazwisko: 

A więc jesteś, Polak. Dobrze, że przyszedłeś - zaskrzeczał w ciemności jakiś 

chrapliwy głos, a potem zawtórowało mu wiele innych nieprzyjemnych chichotów. 
Odgłosy te dochodziły z różnych stron i człowiek odnosił niepokojące wrażenie, jakby był 
przez nie całkowicie otoczony. 

Kto to ¿nówi? - zawołał mężczyzna. 

Wydawało mu się, że słyszy ten głos z MP3-ki. 

Chciałbyś wiedzieć, co? - ochryplak drażnił swego rozmówcę. 

background image

Nie mów mu jeszcze, niech się chłop pomęczy - doradzał ktoś inny, tym razem 

piskliwie. 

Skąd mnie znacie? - tata Tomka czuł się teraz już bardzo niepewnie. 

Znamy cię bardzo dobrze, Polak, i nie musisz wcale wiedzieć, skąd - odparł 

niewidoczny starzec. 
Zaniepokojony pan Szymon przełknął głośno ślinę. 
105 
Rozbriał 12 
W paszczę bestii 
To co, Ralgut, mam go już zeżreć? - dał się słyszeć jeszcze inny, niski, dudniący głos. 
- Hasz haszpardul! Zamknij się, głupcze - zbeształ go ten ochrypły. - Słyszałeś, że chcemy 
człowieka pomęczyć w niewiedzy, a ty nas tu ujawniasz. Jeśli będziesz dalej gadał takie 
bzdury, to w ogóle nie poczujesz jego smaku, rozumiesz, tępaku? 
- Rozumiem, to już się nie powtórzy, panie - odpowiedział ten gruby. 
Wydawało się, jakby stworzenie to było jakąś wielką i mało rozgarniętą istotą. 
Pan Szymon wydawał się już w tym momencie porządnie wystraszony i upatrywał pewną 
nadzieję w księżycu, który zaczął ukazywać się ponad lasem. Jego srebrzyste światło w końcu 
padło na rozległą łąkę i rozświetliło miejsce, skąd przemawiały tajemnicze po- 
107 
stacie. Księżycowy blask wzbudził nerwowe zamieszanie i po chwili ojciec Tomasza ujrzał 
jakieś wielkie, blade cielsko. Zwalista gruba istota przypominała gigantycznego pancernika o 
dziwnie przezroczystej skórze. Chociaż jego łeb był o wiele mniejszy od tułowia, to przy 
panu Szymonie wydawał się i tak ogromny. Pazury stworzenia były długie i silne, niczym 
łopaty. Można było łatwo wywnioskować, że ten mało rozgarnięty olbrzym uwielbia kopać 
tunele. 

Jak to: zeżreć? Kim wy jesteście? - mężczyzna nie ukrywał swego rosnącego strachu. 

Jak zapewne sam się zorientowałeś, wpadłeś w pułapkę, hi hi hi - drwił z niego ten 

ochrypły. - Mądrze uczynisz, gdy będziesz grzecznie wypełniał nasze polecenia. Inaczej 
zginiesz nie tylko ty sam, ale także twój ukochany synalek. 

Aaahaa ha ha - ryknęły złośliwym śmiechem wszystkie stworzenia jeszcze schowane 

gdzieś w ciemności. 
Światło księżyca ogarnęło kolejną część łąki, a jego blask ujawnił teraz postać dowodzącego 
Ralguta. Jego wygląd trochę zaskakiwał. Był to bowiem stwór przypominający wychudłą 
hienę, posiadającą jednak pewne ludzkie rysy. Ralgut nie był zbyt uszczęśliwiony, gdy 
srebrna poświata obnażyła go przed oczami człowieka. 

Czego ode mnie chcecie, pokraki? - zapytał przybysz z Hebronu. 

Przywódca dziwacznej bandy przybrał zaciekawiony wyraz pyska, jakby nadeszła chwila, na 
którą czekał od dłuższego czasu. 
108 

Znasz pewną tajemnicę, Polak, której my jesteśmy bardzo ciekawi. 

Nic wam nie powiem, wstrętne gadziny - pan Szymon próbował uzyskać jakąś 

przewagę w rozmowie. Jednak jego drżący głos ujawniał przerażenie. 

Ty ludzki pomiocie! Myślisz, że kim ty jesteś, aby tak do nas mówić? Zaraz wystękasz 

nam wszytko. 
Po tej groźbie ochrypły szef skierował głos do przeźroczystego olbrzyma, wołając: 

Żerlag, durny psie, bierz go! Tylko nie waż się go połykać. 

Wielki stwór przypominający pancernika rzucił dzikie spojrzenie. Odchylił łeb do tyłu, jakby 
przygotowywał się do natarcia. Pan Szymon skulił się w sobie i ruszył do ucieczki. Niestety, 
zdołał wykonać jedynie dwa kroki, gdy Żerlag, tylko z pozoru ociężały, rzucił się z 

background image

rozdziawioną paszczą na ludzki przysmak. Kłapnął raz zębiskami i w jednej chwili 
mężczyzna zniknął wszystkim z oczu. 
Przerażony pan Polak krzyczał wniebogłosy. Niestety, dźwięk z jego gardła pozostawał 
stłumiony wewnątrz gigantycznego pyska. Człowiek poczuł za to, że toczy się po wielkim, 
obślizgłym jęzorze. Straszliwy smród poraził jego nozdrza, wstrzymując na jakiś czas oddech. 

Nie połykaj go, grubasie, on zna bezcenną tajemnicę! - wrzeszczał przygarbiony 

Ralgut. 
Jęzor znieruchomiał i mężczyzna leżał teraz skulony gdzieś w środku, zakrywając głowę 
rekami. 

Chyba nie połknąłeś go, tłusty głupku? - pytał zaniepokojony szef. 

109 

Ee e! - Żerlag wydał tylko dziwny odgłos. 

Kiwnął przy tym przecząco głową. Obrzydliwie 
ośliniony pan Szymon znów zaczął kulać się wewnątrz paszczy to w prawo, to w lewo. 

Pokaż go natychmiast, psie. 

Wielki potwór rozchylił swe grube wargi i odsłonił wielkie, żółte zębiska. 

Polak, ty ludzki robaku, czy żyjesz? Pokaż się! - zawołał hienowaty stwór. 

Zszokowany pan Szymon spróbował wstać. Trudno było utrzymać równowagę na tak 
grząskim podłożu. Zdołał jednak podejść na czworaka do wielkich zaciśniętych zębisk i 
wysunąć swe ręce na zewnątrz przez szerokie szpary między siekaczami. Oczom kreatur 
ukazały się jego przedramiona i dłonie ociekające gęstą, zielonożółtą śliną. Pan Szymon 
jeszcze nigdy nie czuł się tak obrzydliwie. Z gardzieli bestii dochodziły bulgocące dźwięki 
pochodzące zapewne z olbrzymiego żołądka. Ralgut znów zawołał: 

A teraz słuchaj mnie uważnie, ludzka gnido. Wiemy, że znasz Tajemny Plan 

Ostatecznego Uderzenia. Urodziłeś się w czasach przypadających po tej decydującej bitwie. 
Gadaj wszystko, co o tym wiesz. 

A wypuścicie mnie? - dobiegł zrozpaczony głos z wnętrza paszczy. 

Nie ty tu stawiasz warunki. Teraz jesteś tylko nędznym kawałem mięsa do pożarcia. 

Powiedz nam wszystko, co wiesz, to się zastanowimy nad twoim losem. 

Tylko że ja nie rozumiem, o co wam chodzi. 

110 

Posłuchaj uważnie, ludzki synu. W pewnym momencie historii nasz odwieczny Wróg, 

którego imienia tu nie wymienię, wyśle do waszego świata swego Syna. Choć nie jesteście 
tego warci, On ma stoczyć Decydującą Bitwę o was,, ludzkie kreatury. To Ostateczne 
Uderzenie podobno już zostało wykonane przed twoim urodzeniem. Wyśpiewaj nam teraz 
grzecznie, jak wyglądała ta walka. 

Ja nadal nie kojarzę, o czym wy mówicie! - zrozpaczony więzień wołał z wnętrza 

paszczy. - A niby z kim ten Ktoś miał walczyć? 

No oczywiście z naszym wszechpotężnym władcą, Lucyferem. 

Na te słowa wszystkie bestie skłoniły się nisko i uwięziony poczuł, jak leci nagle w dół, a 
następnie znów w górę, niczym pasażer samolotu wpadającego w turbulencję. Po tym ukłonie 
paszcza Zerlaga znów znieruchomiała. 

A czy ten wasz Wróg nie nazywa się przypadkiem Elohim? 

Na dźwięk tego imienia rozległ się wrzask z diabelskich gardeł. Demony wpadły w paniczny 
popłoch. Do tego jeszcze księżyc ogarnął swym blaskiem wszystkie przerażone kreatury. Ich 
strach sprawił, że więzień poczuł się trochę śmielej. Mógł je teraz wyraźnie oglądać nie tylko 
przez szpary w zębiskach, ale także poprzez przeźroczyste poliki Żerlaga. 

Hasz, hasz, cisza, spokój! - próbował zapanować nad sytuacją równie przestraszony 

Ralgut. - Tylko bez takich obrzydliwych imion, ludzki pomiocie, dobra? 
111 

background image

 
Tak, to właśnie On wyśle swego Syna. Tfu! - spocona hiena splunęła na ziemię. 

Ahaaa - pan Szymon sprawiał wrażenie, jakby sobie coś w końcu przypomniał. - To 

może chodzi wam o Jezusa? 
To imię ponownie wprawiło w gwałtowne drżenie wszystkich, a niektórych powaliło nawet 
na ziemię. Ralgut niemałym wysiłkiem opanował swój głos i z zaciśniętym gardłem zapytał: 

A co to za Jeden? Brzmi obrzydliwie i strasznie. Pierwszy raz o Nim słyszymy. 

No, to jest właśnie Syn Stwórcy. Urodził się na tej ziemi około dwa tysiące lat przede 

mną, czyli to będzie za jakieś tysiąc lat, licząc od teraz. 

Tak, tak, tak, to o Niego może chodzić. Mów 

dalej, człowieku - piekielny szef był znów bardzo przejęty- 
Teraz zapadła kompletna cisza. Wszyscy słuchający zrozumieli powagę sytuacji. Za chwilę 
miała wyjść na jaw największa tajemnica wszechświata, skrywana od pradawnych czasów. 
Wszyscy wyczekiwali tych słów z głośnym biciem diabelskich serc. 

No, ale On w ogóle nie walczył. Wręcz przeciwnie, pozwolił się zabić i nawet nie 

stawiał oporu - wyjaśnił pan Szymon. 

Jak to, dał się zabić? W takim razie chyba nie o Niego nam chodzi - przygarbiony 

starzec nie potrafił ukryć swego rozczarowania. 

Zaraz, zaraz, poczekajcie - pan Polak za wszelką cenę próbował utrzymać uwagę 

swych porywaczy. 
112 
- Wszystko inne by się zgadzało. Podobno Jezus umarł za grzechy ludzi. No ja tam w to za 
bardzo nie wierzyłem, choć w obecnym położeniu brzmi mi to dosyć sensownie. 

Co on gada? To jakiś wariat. Żerlag musiał go za mocno kłapnąć - potwory 

komentowały opowieść człowieka. 
Słowa, które wypowiadał uwięziony, dodawały jemu samemu pewnej otuchy, więc 
niezrażony obelgami mówił dalej: 

Podobno każdy człowiek, który zgrzeszył przeciwko Stwórcy, zasłużył na piekło. 

Tego domagał się wasz Lucyfer. Kiedy Jezusa zabili, to jego śmierć wykupiła dusze 
wszystkich ludzi spod władzy piekła. Rozumiecie, to była taka wymiana: Jego życie za życie 
nas wszystkich. Ponadto okazało się, że On jest potężniejszy od śmierci i dlatego po trzech 
dniach znów ożył. 

Żerlag chyba musiał uszkodzić mu łeb - znów ktoś komentował. 

Hasz, cisza! - padł ochrypły rozkaz. 

Teraz.ludzie z powrotem należą do waszego Wroga, jeśli tylko chcą się u Niego 

schronić. A wierzcie mi, że ja w tej chwili bardzo bym tego chciał. 
Pan Polak przez chwilę się zastanowił, po czym powiedział: 

Macie rację. Gdzieś czytałem, że tak został wypełniony Odwieczny Plan waszego 

Nieprzyjaciela. Czy właśnie o ten Plan wam chodziło? 
Zapadła cisza. Wszyscy rozważali każde słowo wychodzące z ust tego człowieka. W końcu 
trzęsący się 
113 
Ralgut nie wytrzymał i parsknął szyderczym chichotem: 

Hi hi hi, i myślisz, durniu, że my uwierzymy w taką dziecinną bajeczkę? 

Haa ha ha! 

Wszystkie bestie wręcz zanosiły się złośliwym brech-taniem. Niektóre nawet kulały się po 
ziemi. Gruby Żerlag również nie zdołał zachować powagi i zaryczał długim, gromkim 
śmiechem, nabrał pełną paszczę powietrza i ... zakrztusił się. Dławił się przez chwilę, aż w 
końcu coś przełknął. Przerażony tym, co zrobił, spojrzał spanikowanym wzrokiem na swego 
szefa. 

background image

Połknąłeś go, głupcze? Coś ty zrobił, przecież musimy go stawić żywego przed 

Lucyferem. Wyrzygaj mi go tu natychmiast - darł się Ralgut. 
Przestraszony grubas zaczął się cofać. Wściekła hiena zwróciła się do reszty kreatur i 
krzyknęła na całe gardło: 

Brać go! Rozszarpcie mu ten gruby bebzon i natychmiast wyciągnijcie mi tu żywego 

więźnia. 
Na te słowa rozległo się groźne warczenie i ujadanie. W jednej chwili wszystkie demony 
dopadły do brzucha wielkiego Żerlaga. Najszybsze wbiły swe pazury w przeźroczystą skórę 
olbrzyma. Następne zatopiły w nim ostre zębiska, po czym zaczęły wyszarpywać kawałki 
śmierdzącego mięsa. Żerlag zawył z bólu i przerażenia. Spiął się w sobie i na przekór swojej 
tuszy niby gigantyczna sprężyna wyskoczył wysoko w górę, strząsając z siebie wczepione 
szkarady jak trafione solą, opite pijawki. Następnie odwrócił się w powietrzu i opadł głową w 
dół, 
 
jakby skakał do wody. Przednie pazury niczym dwie potężne koparki ruszyły do pracy. 
Wielkie ilości ziemi i pokruszonej skały sypnęły na boki wprost na głowy jego 
prześladowców. Gigant był teraz w swoim żywiole. Szybko znikał pod ziemią, włażąc w 
powiększający się tunel. Jakieś dwa wściekłe potwory złapały go rozpaczliwie za wielką tylną 
nogę i gruby, krótki ogon. Jednak na nic się to nie zdało. Żerlag po prostu zapadł się pod 
ziemię. Pozostała po nim jedynie góra piachu, piętrząca się niczym gigantyczne kretowisko. 
Rozdział 13 
Ryzykowna akcja 
Tomasz zerwał się ze swojego posłania. Był zlany potem. - Ale koszmar, dobrze, że to był 
tylko sen - wyszeptał do samego siebie. 
Następnie zwrócił się w stronę, gdzie spał tata, aby podzielić się z nim tym ciężarem: 

Mówię ci, tatuńciu, jaki miałem straszliwy sen. Grałeś tam główną rolę. 

Nagle chłopak spostrzegł, że jest w stodole sam. 

Tato, gdzie jesteś? - zawołał. 

Niestety znikąd nie otrzymywał żadnej odpowiedzi. Chłopak zerwał się na równe nogi, 
wskoczył w sandały i wybiegł na zewnątrz. Był wczesny ranek. Miasto dopiero budziło się do 
życia. 

Tato, tato! - chłopak wołał półgłosem, bo nie chciał pobudzić ludzi śpiących jeszcze w 

pobliskich zabudowaniach. 
117 
ś 
Tomasz rozglądał się na wszystkie strony, jednak nigdzie nie dostrzegał ojca. Nagle usłyszał 
pewien znajomy dźwięk. To coś bardzo go zaskoczyło. Chociaż ten sygnał niezbyt pasował 
do starożytnej rzeczywistości, to dla Tomka brzmiał dość swojsko. Długo męczył się, nie 
mogąc sobie przypomnieć, co takiego właściwie słyszy. 

To jest alarm z zegarka taty! - młody Polak nareszcie zidentyfikował dźwięk i ruszył 

w jego kierunku. 
Szedł uważnie, nasłuchując źródła tego cichego, elektronicznego pisku. W końcu w pobliskiej 
wąskiej uliczce zauważył wysokiego wojownika. Ten zachowywał się co najmniej dziwnie. 
Kręcił się wokoło, jakby gdzieś przy sobie szukał miejsca, skąd dochodziło to dziwne 
piszczenie. Mężczyzna zapewne słyszał coś takiego pierwszy raz w życiu. W końcu uniósł 
rękę, zbliżając przedramię do ucha. Spojrzał zdziwiony na swój biceps i znowu przyłożył go 
do ucha. Tomasz nareszcie namierzył, skąd rozbrzmiewał ten sygnał budzika. Podbiegł do 
zdziwionego oficera i zawołał: 

Na całe bogactwo Hioba! Skąd, wojowniku, masz zegarek mojego taty? 

background image

Czy masz na myśli, młodzieńcze, tę bransoletę? Dostałem ją dziś w nocy, gdy stałem 

na straży. Na całą szarańczę Egiptu, nie wiem, dlaczego to teraz tak dziwnie piszczy - 
mężczyzna zbliżył tym razem do ucha chłopaka swoje ramię wraz z naciągniętym zegarkiem. 

Wiem, co to jest za dźwięk. 

118 
m m 
- *4 
Tomasz wyciągnął dłoń ku elektronicznemu urządzeniu i palcem przycisnął odpowiedni 
guzik. Alarm natychmiast ucichł. 

Jak tego dokonałeś, chłopcze? - zdziwił się izraelski oficer. - Mam nadzieję, że to nie 

jakiś diabelski naramiennik. Widzę, że znasz się na takich magicznych bransoletach, mały. 
Bystry z ciebie chłopak. 

Kto ci to dał, panie? - zaniepokojony Tomek próbował dalej podążać tropem ojca. 

Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, czy w ogóle chce ujawniać te nocne wydarzenia. W 
końcu jednak powiedział: 

Dziś w nocy, gdy stałem na warcie u wrót miasta, przyszedł człowiek o imieniu 

Szymon, syn niejakiego Polaka. Bardzo chciał wyjść poza mury Hebronu. Odradzaliśmy mu, 
bo dochodziła północ. Jednak on upierał się przy swoim, że niby zapomniał tam czegoś 
ważnego. W końcu wypuściliśmy go, a w zastaw dał mi ten dziwny naramiennik. Powiedział, 
że odbierze go w drodze powrotnej, ale do teraz jeszcze nie wrócił. 
Tomasz pobladł. 

Mówisz, że mój ojciec spędził noc na zewnątrz miasta i do teraz go nie ma? - 

przerażony chłopak musiał jeszcze raz powtórzyć te słowa, aby jego zaspany umysł mógł je 
przyswoić. 

Nie wiedziałem, młodzieńcze, że jesteś jego synem. Tak, twój ojciec cały czas jest 

poza murami miasta. Mam nadzieję, że nie robi tam czegoś nierozważnego, bo król i jego 
dowódcy są mocno zdenerwowani ostatnimi wydarzeniami. 
119 
W umyśle chłopaka zaczęły wirować wspomnienia koszmarnego snu zmieszane z nowymi 
obawami. 

Dziękuję, panie oficerze - powiedział bardzo zaniepokojony. 

Następnie odwrócił się i ruszył z powrotem ku małej stodółce. 

No ładnie, zostałem sam z takimi problemami, a wujek Elezar bawi się w najlepsze 

gdzieś w naszym świecie - młody Polak zaczął cały drżeć ze zdenerwowania. - Boże, ratuj! 
Wielki Elohimie, ześlij jakąś pomoc. Błagam cię - chłopak słał swe prośby w kierunku 
nieba. 

Po tych słowach wbiegł do wnętrza swego prymitywnego mieszkania i ... 

Aaaa! - krzyknął przestraszony. 

Nie spodziewał się aż tak szybkiej odpowiedzi na swą desperacką modlitwę. Bowiem w kącie 
drewnianej stodoły stał pochylony Elezar. Nie mieścił się w tym niskim pomieszczeniu i 
dlatego natychmiast usiadł na sianie. 

Wezwano mnie, bo podobno jesteście w poważnej potrzebie - powiedział niskim 

głosem jasnowłosy wojownik. 

Elezarze! Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że jesteś - Tomek serdecznie 

przywitał wielkiego przyjaciela. 
Westchnął głęboko, dając w ten sposób wyraz swoim trudnym przeżyciom. 

Miałem koszmarny sen. Śniło mi się, że tata został porwany przez jakieś bestie. 

Największa z nich go 
błękitnego 

background image

120 
połknęła. Wiem, że to idiotyczne tak przejmować się snem, ale on naprawdę gdzieś zniknął. 
Przed chwilą spotkałem strażnika, który buchnął tacie zegarek, chociaż twierdził, iż dostał go 
w prezencie. Wojownik powiedział, że wypuścił mojego ojca o północy za mury miasta. 
Elezarze, szalony Szymon Polak do teraz nie wrócił. Nie wiem, co się dzieje. 
Oficer Armii Zwierzchności spojrzał uważnie na swego podopiecznego, po czym niewesołym 
głosem powiedział: 

Obawiam się, Tomiaszu, że nie mam dla ciebie najlepszych wieści. 

Jakoś to zniosę, wujku, ważne, że znowu jesteś tu ze mną. Razem damy radę. No to 

opowiedz, co się stało. 

Wyobraź sobie, mój przyjacielu, że przyśniła ci się prawda. 

Jak to? - widać było, że młody Polak próbował na nowo wrócić pamięcią do swych 

nocnych widzeń. 

Twój tata rzeczywiście został najpierw zwabiony, a następnie porwany przez siły 

ciemności. 

Co takiego? - chłopakowi trudno było uwierzyć w to, co słyszał. 

Co więcej, wycisnęli z niego Tajemny Plan Ostatecznego Uderzenia - Elezar wyjawiał 

następne trudne fakty. 

Powiedział im? - Tomasz był wręcz zaszokowany. - No to koniec. 

Na szczęście nie wszystko stracone. 

121 

Co ty mówisz, Elezarze, przecież to jest katastrofa w skali wszechświata. 

Wszyscy nasi wywiadowcy są także zaskoczeni takim obrotem sprawy - dzielny 

cherub relacjonował dalej. - Reakcja tych kreatur była nie do pojęcia. Twój ojciec wyjaśnił im 
wprost całą tę Odwieczną Tajemnicę, a oni... 

Co zrobili? - zakrzyczał Tomek z nerwowym zniecierpliwieniem. 

Oni mu po prostu nie uwierzyli. 

Jak to, przecież usłyszeli prawdę, tak? 

Tak, twój ojciec przekazał im prawdziwe fakty, ale oni mu nie uwierzyli. Teraz nasi 

wojownicy ścigają te bestie i likwidują jedną po drugiej. Dopóki te ignoranckie tępaki nie 
odzyskają twego ojca, będą się bali schronić u Lucyfera. Czerwony Smok z wściekłości 
rozerwałby ich na strzępy. Tak więc jest jeszcze nadzieja, że on o niczym nie wie. 

Mówisz, że mój tata gdzieś im przepadł? To gdzie on się podziewa? 

Przed chwilą sam mi powiedziałeś. Przypomnij sobie dobrze swój sen - Elezar 

westchnął głęboko, jakby musiał uświadomić serdecznemu przyjacielowi coś bardzo 
trudnego. - On jest w żołądku tego grubego Zerlaga. 

Wujku, co ty mówisz? - młody Polak aż zakrył usta dłonią. - Mam nadzieję, że ja 

jeszcze nadal śpię. 

Niestety nie śpisz, a ten demon, siedząc w swej norze, powolutku trawi duszę 

Szymona Polaka - wielki wojownik uzmysławiał Tomkowi, straszną prawdę. 
122 

No to na co czekamy, Elezarze, ruszajmy tam. Ratujmy tatę! - gorączkował się 

roztrzęsiony syn. 

Niestety, chłopcze, to jest nadal tylko wasza misja. Dzielny Strażniku, musisz sam 

uratować swego ojca. Wierz mi, że całym sobą wyrywam się, aby pomóc twemu tacie, ale nie 
mogę. Ruszysz tam sam. 

Ale ja nawet nie wiem, gdzie jest kryjówka tego Żerlaga i nie mam zielonego pojęcia, 

jak się tam dostać 

tłumaczył bezradny chłopak. 

Za chwilę zostaniesz ponownie przemieniony 

background image

tłumaczył Elezar. - Znów otrzymasz nadprzyrodzone właściwości. Będziesz jak 

anielski oficer. Jestem pełen nadziei, że sprostasz temu zadaniu, bo twoja wiara jest mocna. 
Do tego weź jeszcze tę moją broń. 
Tomasz spojrzał z niedowierzaniem na swego wielkiego przyjaciela. Myślał, że się 
przesłyszał. 

Mam zabrać twój miecz? - zapytał bardzo zaskoczony. 

Tak, skoro ja nie mogę ruszyć do walki, niech on się do czegoś przyda. 

Ale ja nie jestem godzien nawet trzymać tej pradawnej broni - zarzekał się 

onieśmielony Polak. 

Ty jesteś Strażnikiem i synem naszego Wszechmocnego Pana. To ja jestem 

zaszczycony, że mój oręż spocznie w twoich dłoniach, dzielny wojowniku 

tymi słowami Elezar zachęcał swego ucznia i mówił mu rzeczywiście prawdę. - 

Otrzymasz także jaśniejącą moc. Gdy zstąpisz do głębokich ciemności, chwała mieszkająca w 
tobie będzie rozświetlała ci drogę. 
123 

Wybacz mi, ale nie nadążam za tym wszystkim. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć - 

Tomek był porządnie wystraszony. 

Nic nie mów, chłopcze, tylko rób to, do czego zostałeś powołany - Elezar wciąż go 

umacniał. - Za chwilę Duch Wszechpotężnego Elohoma porwie cię i zaniesie w to ponure 
miejsce. Przenikniecie jakby ziemię i skały, stępując do głębin. Jednak tak naprawdę 
przejdziecie do innego świata, bo tam ukryty jest twój ojciec. Bądź mężny i dzielny, a na 
pewno uratujesz swego tatę. Ufaj Duchowi Elohima. 
Tomasz w końcu podjął wezwanie i zacisnął dłoń na rękojeści anielskiego miecza. Nagle 
poczuł się jakoś dziwnie. Odniósł wrażenie, jakby Ktoś albo coś wypełniło go po brzegi. 
Jakby stał się wielką gąbka nasączoną orzeźwiającą wodą i ta woda rozpierała ciśnieniem od 
wewnątrz każdą komórkę jego ciała. Jakby jego ręce stawały się dłuższe i cięższe, choć 
patrzył na nie i stale wydawały się tej samej wielkości. Zdawało mu się w pewnym 
momencie, że jakaś siła odrywa go od ziemi i niesie w górę. To było dziwne zjawisko, bo 
jednocześnie cały czas stał przed Elezarem i patrzył na niego. Nie bał się. Wręcz przeciwnie, 
doświadczał wokół siebie i w sobie wielkiego spokoju. 
To odczucie gwałtownego wznoszenia trwało przez jakiś czas, aż w końcu Tomasz poczuł, że 
zaczyna opadać z powrotem w dół, i to z wielką prędkością. Spadał i spadał, aż nagle Elezar i 
wszystko inne zniknęło mu sprzed oczu. Zapanowała całkowita ciemność. 
Rozdział 14 
Pogromca zta 
Chłopak czuł, że nadal opada gdzieś w ciemne głębiny. Nie potrafił nic dostrzec. W końcu 
chyba wylądował. Zatrzymał się momentalnie, choć nie poczuł żadnego uderzenia o podłoże 
czy jakiegokolwiek wstrząsu. Jego wzrok stale nie potrafił przebić się poprzez te gęste 
ciemności. Tomasz cały czas ściskał w obu dłoniach wielki miecz swego przyjaciela. Ta broń 
jakby łączyła go z duchem Elezara. Dzięki temu młody Polak-czuł się jakoś bezpieczniej. 

Na dobrego Elohima, gdzie ja jestem? - chłopak zapytał półgłosem samego siebie. 

Jednak gdy tylko wypowiedział to święte imię, jego ciało natychmiast rozbłysło jaśniejącą 
chwałą. 

Aaaa! - krzyknął przestraszony, po czym dodał: - Ale jazda! 

125 
Tomasz świecił tak przez pewien czas, po czym zaczął łagodnie przygasać. Jednak podczas 
tych kilku sekund zdążył dostrzec, że jest w jakimś podziemnym, ciasnym korytarzu. 
Przypominał on długi, wąski szyb starej kopalni. Dzielny poszukiwacz wolał się nie 
zastanawiać, ile metrów pod ziemią się znajduje. W pewnym momencie dostrzegł na ścianach 
jaskini wielkie bruzdy, jakby łyżka koparki albo pazury jakiegoś gigantycznego, ryjącego 

background image

stworzenia rozpruwało kiedyś to podłoże. Ten widok poważnie zaniepokoił młodego 
zwiadowcę. 

Panie mój, Elohimie, jak dobrze, że to Ty we mnie tak świecisz! - na te słowa chwała 

znów zajaśniała. 

Dziękuję, mój Boże, że jesteś ze mną. 

Tomasz zorientował się, że gdy tylko zwracał się do swego Pana, jego moc w nieprzerwany 
sposób rozświetlała czarny tunel. Zatem Tomek mówił i mówił do Władcy światłości. W 
końcu ruszył przed siebie. Szedł tak przez kilka minut, nie przerywając swego kontaktu z 
Duchem Elohima. 

Bardzo mi ulżyło, że nawet w takim miejscu jesteś obecny, mój Królu - Tomasz 

podtrzymywał wciąż kontakt ze swym Opiekunem. - Naprawdę wielki sza-cun dla Ciebie. 
Ale długa ta jaskinia, nie widzę żadnego krańca. Skąd tu się bierze w ogóle jakieś powietrze 
do oddychania? 
Po kolejnych kilku minutach chłopak dotarł w końcu do jakiegoś rozwidlenia tunelu. Poczuł 
się znów dość bezradnie. Pierwsze, co przyszło -mu teraz do głowy, to zapytać: 

Którędy mam iść, o Wszechwiedzący? 

126 
Światło emanujące z Tomasza wyraźnie oświetliło tylko jeden z korytarzy, natomiast ten 
drugi nadal tonął w ciemnościach. 

Dzięki! - zawołał chłopak, po czym ruszył drogą światła. 

Minęło tak następnych kilkanaście minut. Tomek dzielnie posuwał się naprzód, nie przestając 
rozmawiać ze swym wszechobecnym Przewodnikiem. Naraz w oddali usłyszał jakiś dźwięk. 

Co to? - zapytał. 

Niestety nie miał pojęcia, co takiego dociera do jego uszu. Postał tak chwilę, nasłuchując w 
bezruchu, po czym ruszył znów naprzód. Z każdym krokiem odgłos był coraz wyraźniejszy. 
W końcu jaśniejący zwiadowca doszedł do wniosku, że słyszy jakieś niezrozumiałe jeszcze 
słowa wypowiadane grubym, basowym głosem. Po następnych kilkuset metrach nie tylko 
gęste podziemne powietrze, ale nawet ściany tunelu drżały od tego dudniącego dźwięku. 

Co tam jest, mój Panie? - pytał zaniepokojony wędrowiec. 

Te tajemnicze słowa pochodziły z wielkiej, bladej paszczy: , 

I co, nieźle zwiałem tym chuderlakom - Żerlag pochwalił samego siebie. - Jestem 

wielki, ale też i szybki. Miałem ich naprawdę piekielnie dosyć. Ten przemądrzały Ralgut już 
chyba bardziej nie potrafi zadzierać swego obrzydliwego, mikrego nosa. Niech go czarna 
otchłań pochłonie razem z całą resztą tych durni. Niech teraz się tłumaczą przed Wielkim 
Smokiem, skoro są 
127 
tacy bystrzy. Niech ich rozmaże po ścianach swej królewskiej groty! 
Następnie wielki pancernik zwrócił się do kogoś jeszcze: 

Dobrze ci w moim brzuchu, ludzki pomiocie? 

Pan Szymon zachował pełną świadomość i to chyba 
było najgorsze. Mężczyzna leżał na dnie wielkiego żołądka zatopiony w jakąś ciepłą, 
bulgoczącą ciecz. Miał nadzieję, że nie są to prawdziwe soki trawienne. Panowała tu 
całkowita ciemność. Już nie można było mówić o smrodzie tego miejsca. To prawdziwie 
trujące, żrące opary wdzierały się do nosa i gardła mężczyzny. Wręcz czuł ich obrzydliwy 
smak. Wzbudzało to w nim odruchy wymiotne. Pan Polak dziwił się, że jeszcze się nie otruł 
lub nie udusił tymi wyziewami. Za to dobrze słyszał dudniący głos potwora. Nawet rozumiał 
jego mowę. Również sam próbował coś powiedzieć, jednak wszelkie wypowiadane słowa 
niknęły gdzieś we wnętrzu żołądka. 

Musisz się z tym pogodzić, że twój głos już nigdy nie wydostanie się na zewnątrz. 

Jednak mów śmiało, ja cię słyszę wewnątrz siebie. Czuję także twój strach. Twoje poczucie 

background image

beznadziejności miesza się z panicznym przerażeniem. Karmię się tymi kąskami i uwierz mi 
na słowo, że bardzo mi to smakuje. 
Zadowolony z siebie potwór westchnął, po czym znów zaczął mówić: 

Wiesz co, ludzki robalu? Nit chciałbym pozwolić, abyś znikał w takiej nudnej 

bezczynności. Mnie też by się nudziło. Zabawmy się w coś diabelnie porywające- 
128 
go. Nazywam tę zabawę: Realną Piekielną Grą. Ja będę wtłaczał do twojego umysłu moje 
myśli. Ty będziesz na nie odpowiadać. Możesz nawet się bronić czy kontratakować. Takich 
twardych graczy lubię najbardziej. Stworzymy nasz wspólny świat. Jak dojdziesz już do 
pewnej wprawy, to zagram trochę ostrzej. Wprawdzie inni mówią, że nie jestem zbyt 
rozgarnięty, ale za to jestem silny. Zobaczymy, jak ty sobie poradzisz. Jestem ciekawy, w 
jakiej jesteś formie, mały, wątły człowieczku z nowych czasów. 
Następnie Żerlag zamilkł, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu znów się odezwał: 

Co na przykład powiesz na ten ponury las? 

Nagle pan Szymon ujrzał rozległy sosnowy bór ze 
starymi, schorowanymi drzewami. Niektóre były mocno powykręcane. Inne, nagie, w ogóle 
nie miały igieł. Nie było tu widać żadnych ścieżek. Niżej, pomiędzy drzewami, rosły gęste 
krzaki poprzetykane obrzydliwymi pajęczynami. Niektóre zarośla straszyły długimi 
cierniami. 

Wolisz lato, czy też może zimę? - zapytał mistrz Realnej Piekielnej Gry. - Czasem 

podróżuję na północ, gdzie lód nie topnieje. 
W tym momencie zrobiło się bardzo zimno. Pan Szymon spostrzegł, że stoi po łydki w 
śniegu. Cały czas padało. Zaczął także wiać silny wiatr przechodzący w prawdziwą zamieć. 
Trudno było cokolwiek dostrzec z odległości trzydziestu metrów. 

No dalej, broń się, nędzny ludziku. Wymyśl trochę ciepła. Sprowadź jakąś swoją 

milutką wiosnę. 
129 
Pan Polak zaczął sobie wyobrażać, że wieje ciepły wiatr, że zza chmur wychodzi słońce. 
Myślał tak z całych sił i rzeczywiście śnieg zaczął topnieć wokół niego. Zaczęła nawet 
wyłaniać się zielona trawa. Niestety potrafił tego dokonać tylko w najbliższej okolicy wokół 
siebie. 

Dobry jesteś, to nie będzie nudna zabawa - entuzjazm Żerlaga wzrastał coraz bardziej. 

- A co byś powiedział na mojego pieska? - dodał demon. 
Nagle gdzieś w oddali, podobnie jak tamtego wieczora pod murami Hebronu, rozległo się 
wycie wilka. Mężczyzna poczuł, że jego serce opanowuje strach. Zaczął powoli wpadać w 
panikę i wtedy zima znów ogarnęła te miejsca, w których jeszcze przed chwilą widoczne były 
oznaki wiosny. Wycie przybliżało się bardzo szybko. Teraz można było już nawet usłyszeć 
warczenie biegnącego zwierzęcia. Pan Szymon tego nie wytrzymał i rzucił się do ucieczki. 

Obleciał cię strach, Polak? Nie chcesz walczyć z moim pupilkiem? - naśmiewał się 

podziemny grubas. 

Bądź mężczyzną! 

Pan Szymon stanął i odwrócił się. Zdołał jakoś opanować strach. Teraz w rękach trzymał 
pistolet, który sam wymyślił. Odbezpieczył broń, wycelował w biegnącego psa i wystrzelił 
dwa razy. Trafiony wilk zaskomlał z bólu i pokulał się bezwładnie po śniegu. 

Niezła broń, nie znam jej. Jest z twoich czasów? 

zdziwił się gruby diabeł. - Nie ciesz się tak bardzo, człowieku, zyskałeś tylko 

chwilową przewagę. Mój wilk, tak jak w każdej grze, ma więcej" niż jedno życie. 
130 
Pan Polak zaczął sobie wyobrażać, że wieje ciepły wiatr, że zza chmur wychodzi słońce. 
Myślał tak z całych sił i rzeczywiście śnieg zaczął topnieć wokół niego. Zaczęła nawet 

background image

wyłaniać się zielona trawa. Niestety potrafił tego dokonać tylko w najbliższej okolicy wokół 
siebie. 

Dobry jesteś, to nie będzie nudna zabawa - entuzjazm Żerlaga wzrastał coraz bardziej. 

- A co byś powiedział na mojego pieska? - dodał demon. 
Nagle gdzieś w oddali, podobnie jak tamtego wieczora pod murami Hebronu, rozległo się 
wycie wilka. Mężczyzna poczuł, że jego serce opanowuje strach. Zaczął powoli wpadać w 
panikę i wtedy zima znów ogarnęła te miejsca, w których jeszcze przed chwilą widoczne były 
oznaki wiosny. Wycie przybliżało się bardzo szybko. Teraz można było już nawet usłyszeć 
warczenie biegnącego zwierzęcia. Pan Szymon tego nie wytrzymał i rzucił się do ucieczki. 

Obleciał cię strach, Polak? Nie chcesz walczyć z moim pupilkiem? - naśmiewał się 

podziemny grubas. 

Bądź mężczyzną! 

Pan Szymon stanął i odwrócił się. Zdołał jakoś opanować strach. Teraz w rękach trzymał 
pistolet, który sam wymyślił. Odbezpieczył broń, wycelował w biegnącego psa i wystrzelił 
dwa razy. Trafiony wilk zaskomlał z bólu i pokulał się bezwładnie po śniegu. 

Niezła broń, nie znam jej. Jest z twoich czasów? 

zdziwił się gruby diabeł. - Nie ciesz się tak bardzo, człowieku, zyskałeś tylko 

chwilową przewagę. Mój wilk, tak jak w każdej grze, ma więcej" niż jedno życie. 
130 
Po tych słowach zaskoczony pan Polak dostrzegł, jak pies zaczyna się podnosić. Zwierzak 
znów wyszczerzył kły i zawarczał, gotowy do pościgu. Mężczyzna rzucił w niego pistoletem i 
ponownie ruszył biegiem przed siebie. Uciekał, ile tylko miał sił w nogach. Śnieg był wysoki. 
Czuł, że zaczyna brakować mu tchu. Co chwilę przedzierał się przez- cierniste zarośla, 
boleśnie raniąc nogi. Warczenie i wycie bestii było coraz bliżej. 

Mam jeszcze inne pieski w swojej hodowli - krzyknął z satysfakcją opasły demon. 

Naraz skowyt wielu zgłodniałych wilków zaczął dochodzić z innych stron. Zwierzęta 
nadbiegały z boków, nawet z przodu. Zdołały już okrążyć swą ofiarę i teraz zaciskały 
śmiertelny potrzask. 

Będziesz tylko uciekał, tchórzu? Wymyśl dla siebie jakieś schronienie. Niech trochę 

potrwa ta zabawa - domagał się Żerlag. 
Pan Szymon ze wszystkich sił zaczął sobie wyobrażać leśną, drewnianą chatę z dymiącym 
kominem. Po chwili ku swej radości taki domek właśnie ujrzał. Nadzieja na ratunek dodała 
mu sił. Przyspieszył biegu i wpadł do środka leśniczówki. Zatrzasnął za sobą drewniane 
drzwi. 
„Szafa, szafa, jakaś ciężka szafa" - intensywnie myślał mężczyzna. - „O, jest nareszcie". - 
ścigany naparł na ciężki mebel i przysunął go do drzwi, barykadując szczelnie wejście. 
Słyszał, jak wilki dopadły już do domu. Drapały pazurami w drewniane ściany. 
 
„Okno" - pomyślał wystraszony mężczyzna i dopadł do otwartych drewnianych okiennic. 
131 
W tej samej chwili w otworze okiennym pojawił się łeb dużego wilka z rozdziawionym 
pyskiem. Pan Polak grzmotnął go drewnianymi drzwiczkami, zatrzaskując okiennice. Rozległ 
się jęk i piszczenie obolałego psa. Mężczyzna pośpiesznie zaryglował okiennice drewnianym 
skoblem i dalej nadsłuchiwał odgłosów z zewnątrz. 

Myślisz, że to były groźne drapieżniki? - usłyszał gruby głos demona. - Nie spotkałeś 

jeszcze mojego największego ulubieńca. 
Wtem za drzwiami rozległo się warczenie jakiegoś gigantycznego wilczego potwora. Było go 
słychać nawet ponad dachem. W pewnym momencie cały dom zaczął się trząść. 
„O nie, ta bestia chyba dobiera się do sufitu" - pomyślał zrozpaczony mężczyzna. 

background image

Belki dachu trzeszczały. Pan Szymon wyobrażał sobie z całych sił, że sufit jest mocny, ale nic 
to nie pomagało. Z powały sypały się wióry i trociny. 

Tatusiu! - naraz rozległ się jakiś delikatny, dziecięcy głos. - Tatusiu! 

Uwięziony nie wierzył własnym oczom. 

Tomeczku, dziecko, co ty tu robisz? 

Zaskoczony ojciec spostrzegł, że po drewnianej podłodze biegnie do niego jego małe, 
pięcioletnie dziecko. 

Tomku, jak tu się dostałeś, syneczku? - zapytał tata i przytulił małego chłopczyka. 

W suficie rozległ się złowrogi "dźwięk łamanej belki. Gigantyczna wilcza bestia wyrwała 
wąski kawałek dachu i teraz próbowała wcisnąć zmarszczony, wściekły pysk do środka 
pomieszczenia. 
132 

Tatusiu, nie bój się. Będę walczył z tobą. Zobacz, jaki mam miecz - mówiąc to, 

chłopiec uniósł w górę drewniany, zabawkowy mieczyk. 
Ojciec poczuł, jak jego zrozpaczone serce topi się niczym wosk. Przygarnął chłopczyka 
mocno w swoje objęcia. Zaczął płakać. Nabrał powietrza i przez łzy powiedział: 

To ja powinienem obronić ciebie, mój synku, ale nie potrafię. Nie mamy żadnych 

szans. Wybacz mi. 

Nie bój się, tato! Tato, Tato! - to wołanie rozbrzmiewało coraz głośniej. 

Pan Polak ocknął się ze swego widzenia. 

No co ty, wychodzisz z gry? - zawołał rozczarowany Żerlag. 

Pan Szymon znów uświadomił sobie, że tak naprawdę to leży na dnie wielkiego żołądka 
obrzydliwego stwora. 

Tato, jesteś tam? - znów rozległ się ten okrzyk. 

Co to za światło, tutaj? - krzyknął oślepiony demon. 

Pan Szymon także zauważył mocny błysk gdzieś na zewnątrz przeźroczystego cielska 
potwora. Prawie w tej samej chwili rozległo się głośne wołanie: 

Elohim! 

Przeplótł je krótki, urwany ryk Żerlaga: 

Abdur Lucrrll... - gruby głos diabła urwał się w jednej chwili, a po skalnym podłożu 

potoczył się jego ucięty, wielki łeb. 
Teraz światło jaśniało jeszcze mocniej. Jakaś postać podeszła do boku leżącego martwego 
cielska. 
133 

Tato, jesteś tam? Chyba widzę cię w środku. 

Tomku, to naprawdę ty? Jestem tu, wewnątrz. Co się stało? - głos uwięzionego ojca 

wydobywał się teraz przez przeciętą gardziel zabitego olbrzyma. 

Tato, wydostanę cię stamtąd. Trzymaj się jak najdalej ode mnie. 

Tomasz zbliżył się jeszcze bardziej do leżącego cielska Żerlaga. Jego nieruchomy łeb z 
wytrzeszczonymi ślepiami leżał niedaleko. Chłopak powiedział: 

Panie mój, wszechpotężny Mocarzu, ..proszę, daj mi siłę i dobrego cela. 

Na te słowa ciało młodego Strażnika zaświeciło jeszcze jaśniej. Następnie Tomiasz zrobił 
porządny zamach mieczem i ze świstem przeciął skórę na brzuchu olbrzyma. Pomimo silnego 
uderzenia rozciął tylko wierzchnią warstwę cielska. Zamierzył się po raz drugi i anielskie 
ostrze weszło znacznie głębiej, sięgając aż gigantycznego żołądka. W jednej chwili trysnęły z 
wnętrza wielkie ilości obrzydliwego płynu, a wraz z nim wysunął się na zewnątrz jakiś wielki 
przezroczysty wór. Na jego dnie leżał uwięziony, skulony człowiek. Tomasz zrobił kolejny 
zamach. Wymierzył ponad sylwetką taty i ciął mieczem po raz trzeci. Wielki żołądek w 

background image

końcu pękł na pół, wylewając na ziemię swe soki wraz z wycieńczonym, ale jeszcze żywym 
więźniem. 

Tato! - zawołał chłopak i skoczył do wymęczonego ojca. 

Objął go obiema rękami i przycisnął ze wszystkich sił. Mokry, sponiewierany tata aż stęknął i 
zakaszlał. Następnie wykrztusił z siebie: 
134 

Mój dzielny syn - i lekko się uśmiechnął. 

Tomasz uniósł broń swego przyjaciela, którą trzymał 
za plecami ojca i powiedział: 

Tato, chwyć szybko razem ze mną rękojeść tego anielskiego miecza. 

Pan Szymon spojrzał na pradawny oręż. Z niemałym wysiłkiem wyciągnął swą drżącą dłoń i 
objął nią rękojeść tuż obok dłoni Tomka. Wtedy rozbłysła nieopisana światłość. Pochłonęła 
obu Polaków. Gdzieś wewnątrz niej zabrzmiał okrzyk syna: 

Wujek Elezar! Jak dobrze, że jesteś! Udało się nam! 

Rorfcriał 15 
Pokute 
waj wojownicy szli pośpiesznie ku pałaco-■ wi króla Judy. Idąc zdecydowanym krokiem, 
szybko mijali mieszkalne domy Hebronu. Wyglądali na mocno podenerwowanych. W końcu 
doszli do jasnoszarego, kamiennego muru ogradzającego pałac Dawida. Strażnik otworzył 
natychmiast drewnianą bramę. Joab i jego brat Abiszaj wkroczyli na wewnętrzny dziedziniec. 
Stało tam już kilku mężczyzn. Przestępo-wali niecierpliwie z nogi na nogę, wyczekując 
nadchodzących oficerów. 
- Na wszystkie rumaki Egiptu, Joabie, Abiszaju, nareszcie jesteście! - zawołał Benajasz 
stojący pomiędzy dworzanami. - Król jest wściekły. Nie drażnijmy go już dłużej. Chodźmy 
szybko. 
Mężczyźni skierowali się ku największemu budynkowi wśród pałacowych zabudowań. 
Następne stare drzwi 
137 
zostały otwarte przez kogoś od wewnątrz i Benajasz wprowadził wszystkich do przestronnej 
sali królewskiej. Przybyli mężczyźni podeszli jeszcze kilkanaście kroków i stanęli. Następnie 
oddali niski pokłon. Wtedy rozstąpili się, pozostawiając na środku obu synów Serui. 
Pod frontową ścianą na skromnym, choć ciężkim tronie zasiadał sam król Judy. Dawid patrzył 
przez dłuższy czas w milczeniu na obu swoich kuzynów. Cisza, jaka zapadła w całej sali 
tronowej, była trudna do zniesienia. Wszyscy wyczekiwali nieuchronnie jakieś nadchodzącej 
burzy. W końcu król Judy przerwał milczenie i zawołał donośnym głosem: 

Na świętość naszego Pana, niech każdy to usłyszy, że ani ja, ani moje królestwo nie 

ponosimy winy przed Sprawiedliwym Sędzią za przelaną krew Abnera, syna Nera! 
Joab natychmiast poczerwieniał na twarzy ze zdenerwowania i odpowiedział: 

Przypomnę ci, Dawidzie, że to był nasz zaciekły wróg. To on zabił naszego brata 

Asaela i należała mu się za to pomsta. 

Wasz brat zginął z jego reki na polu bitwy nad Stawami Gibeonu. Wtedy między nami 

trwała jeszcze wojna! - mówiąc to, Dawid aż wstał z tronu. - Natomiast Abner przybył do 
mnie w,szczerości serca i w pokoju, aby złożyć swą broń. On się dobrowolnie poddał mojej 
władzy, a ja darowałem mu życie. 

Na wszystkich szaleńców Izraela, Dawidzie, czy Abner naprawdę był ci droższy od 

nas? - zawołał Joab z zaciśniętymi, uniesionymi pięściami. - Przecież on 
138 
tyle razy nastawa! na twoje życie, a my narażając swoje, stawaliśmy murem, aby odgrodzić 
cię od niego. Co się stało, królu, że nagle jego nazywasz przyjacielem, a nas traktujesz jak 
wrogów? 

background image

Na te słowa powstało małe zamieszanie wśród innych stojących dworzan i oficerów, którzy 
także nie wiedzieli, co o tym wszystkim myśleć. 

Joabie, zamordowałeś prawego człowieka w czasie pokoju - Dawid wyciągnął prawą 

rękę i palcem wskazał na winnego. - Dlatego niech odpowiedzialność za to przestępstwo 
spadnie wyłącznie na głowę twoją i całego twojego rodu. 
Po tych słowach władca podniósł wysoko ręce i zawołał gdzieś w górę: 

Oby w domu Joaba nigdy nie ustały trąd, podpieranie się laską, śmierć od miecza i 

głód chleba! 
Następnie król zwrócił się do wszystkich dworzan i zawołał prawdziwie zasmuconym 
głosem: 

Czy wy nie wiecie, że właśnie zginął w Izraelu jego wielki wódz? 

Po tych słowach Dawid wybuchnął głośnym płaczem. Chwycił obiema rękami swój kołnierz i 
rozdarł piękną, białą koszulę aż do dołu. Następnie padł na kolana i zaniósł się jeszcze 
żałośniejszym płaczem. Dźwięk kolejnych rozdzieranych ubrań wypełnił salę tronową. Na 
widok zrozpaczonego króla mężczyzna za mężczyzną rozdzierali swe szaty i padali na kolana 
w geście żałoby po wielkim wodzu. 

Abner chciał nareszcie zgromadzić w pokoju cały naród Izraela wokół tronu Judy. On 

potrafił to uczynić! 
139 
- wołał zapłakany syn Jessego. - Tymczasem ja czuję się jeszcze cały czas słaby, pomimo że 
zostałem namaszczony na króla nad naszym plemieniem. 
Następnie Dawid znów zwrócił się do Joaba i Abi-szaja stojących na środku bez ruchu, w 
nietkniętych koszulach: 

Wy zaś, synowie Serui, jesteście dla mnie zbyt potężni w swoim szaleństwie. Dlatego 

niech sam Pan odpłaci złoczyńcom według ich niegodziwości. 
Obaj bracia stali jakby nieporuszeni tymi słowami. Wtedy Dawid w pełni swego gniewu 
zerwał się z klęczek i ruszył biegiem ku stojącym mężczyznom. Zatrzymał się tuż przed 
swymi dwoma kuzynami. Stanął tak blisko, że jego rozpalona wściekłością, załzawiona twarz 
prawie dotykała kamiennego oblicza Joaba. 

Rozedrzyj swe szaty, bracie. Okaż jakiś żal, bo tylko tak możesz ocalić swoje życie od 

wyroku śmierci - król wycedził przez zęby bardzo poważne ostrzeżenie. 
Jednak Joab nawet nie drgnął. Patrzył wciąż nie-poruszony w oczy Dawida. Wszyscy 
mężczyźni na sali byli spoceni ze strachu. Wytworzyło się napięcie większe niż przed 
jakąkolwiek bitwą. 

Joabie, na całą naszą dotychczasową przyjaźń, okaż żal, a ułaskawię cię. Cały czas 

jesteś mi drogi - zapewniał go władca. 
Syn Serui patrzył jeszcze przez chwilę nieruchomo na króla i w końcu powoli uniósł ręce. To 
samo uczynił Abiszaj. Następnie mężczyźni zacisnęli dłonie na kołnierzach swych koszul. 
Wtedy bez jakiegokolwiek drgnięcia obojętnych twarzy zaczęli powoli rozdzierać 
140 
ubrania na piersiach, aż ukazały się umięśnione, owłosione torsy. Następnie Joab i Abiszaj 
opuścili luźno dłonie i nadal wpatrywali się chłodnym wzrokiem w oczy króla. 

Dobrze uczyniliście - powiedział Dawid, kiwając głową z aprobatą. - Zróbcie to samo 

ze swymi sercami. Teraz, bracia, nałożycie wory żałobne na swe rozdarte szaty i ruszycie 
wraz ze mną w kondukcie pogrzebowym za zwłokami Abnera. Podniesiemy tam głośny 
lament wraz z całym plemieniem Judy, bo zginął chwalebny wódz, który chciał pokoju dla 
całego Izraela. 
Następnie syn Jessego zwrócił się do reszty dworzan i wojowników: 

Niech mi Pan to uczyni i tamto dorzuci, jeślibym przed zachodem słońca tego 

smutnego dnia skosztował chleba lub czegokolwiek innego. 

background image

Mówiąc to, spojrzał znacząco na wszystkich. Mężczyźni zrozumieli bez słów, że lepiej będzie 
dla nich, gdy będą pościć tak samo. 
Po niedługim czasie z miejskiego placu Hebronu ruszył potężny kondukt żałobny. Na 
królewskim wojennym rydwanie, ciągniętym przez dwa bojowe rumaki, leżało ciało generała 
Abnera. Po bokach szła eskorta wojowników w złotych pancerzach, trzymająca złote tarcze. 
Za rtimi kroczył zasmucony król wraz z Joabem i Abiszajem. Cała trójka była odziana w 
zgrzebne wory żałobne. Następnie szli kapłani i lewici. Za nimi oficerowie, królewscy 
dworzanie i znaczniejsi wojownicy. W końcu szła cała reszta mieszkańców Hebronu. Wiel- 
141 
ki, smętny pochód poruszał się w kierunku bramy wyjściowej, aby w końcu dotrzeć do 
podnóży gór, gdzie czekał wykuty w skale nowy grób. W pewnym momencie Dawid zapłakał 
rzewnie i głośno zaśpiewał ułożoną przez siebie pieśń: 
„Czemu to umarł Abner, tak jak ginie nikczemnik? Wszak ręce twoje nie były spętane ani 
nogi twoje nie były skute łańcuchem. Jak napadnięty przez złoczyńców umarłeś". 
Biblia Tysiąclecia 2 Sm 3, 34 
Joab i Abiszaj szli wraz z królem, jakby w ogóle nie-poruszeni jego smutkiem. Daleko, gdzieś 
w głębi pochodu jakiś człowiek powiedział do drugiego: 
- Słyszysz, jak bardzo król jest zasmucony? Słyszysz, jak lamentuje nad śmiercią Abnera? 
Podobno zarządził post do końca dnia. Sam nie chce wziąć nic do swoich ust. Nie wierzę, 
żeby to z jego ręki zginął syn Nera. Nasz król jest jednak prawym władcą. 
Rorfcria116 
Zamach ma król a 
■ a północnym wschodzie, daleko od gór He-bronu, w Machanaim panował tego dnia W ▼ 
skwierczący upał. Miasto było położone znacznie niżej niż górska stolica Judy i palące słońce 
dawało się tu o wiele bardziej we znaki. Nawet tak wytrzymałe zwierzęta jak osły i wielbłądy 
chowano do cienia. Iszboszet, syn Saula, król Izraela, przez cały dzień również chronił się 
przed spiekotą w swej sypialni. Pomimo że było to jedno z najchłodniejszych pomieszczeń 
pałacu, władca czuł się tam i tak bardzo osłabiony. Zawsze źle znosił wysokie temperatury, 
jednak tego dnia brak sił i zawroty głowy nie pozwalały mu podnieść się z łóżka. Do tego 
jeszcze Abner, dowódca wojsk Izraela, stale nie wracał do stolicy. 
„Gdzież on się podziewa?" - rozmyślał zmartwiony Iszboszet. - „Na wszystkich narwańców 
Izraela, chy- 

143 
ba się nie obraził po naszej sprzeczce o tę jedną kobietę". 
Wtem rozległo się kołatanie do drzwi sypialni. 

Wejść - odpowiedział półgłosem król. 

Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem. Jedna z nadwornych służących wsunęła ostrożnie 
głowę, ukłoniła się i powiedziała: 

Panie mój, przybyli dowódcy twego wojska, podwładni Abnera: Bana i Rekab. Są 

wyczerpani po długiej podróży, ale proszą, abyś przyjął ich choć na chwilę. Mają wieści o 
synu Nera. 

To na co czekasz, głupia kobieto, wołaj ich tutaj w tej chwili! - rozkazał władca 

Izraela. 
Iszboszet z niemałym wysiłkiem usiadł na łóżku, aby pokazać swym oficerom, że ma jednak 
sporo siły. Niestety natychmiast poczuł zawroty głowy i bardzo pobladł na twarzy. 
Po chwili do osobistej sypialni króla weszli pewnym krokiem dwaj mocno zbudowani 
oficerowie. Obaj mieli rozpalone i spocone twarze. Pancerze na ich piersiach pokrywała 
gruba warstwa kurzu. Ciężko dyszący mężczyźni pokłonili się niezbyt starannie. Za nimi stała 
odźwierna, służąca Iszboszeta, która usłyszała: 

background image

Zostaw nas samych i zamknij za sobą drzwi. 

W komnacie pozostał tylko król wraz z dwoma dowódcami. 

Mówcie! - władca rzucił krótki rozkaz. 

Na wszystkie przekleństwa Izraela, złe wieści, panie - Bana rozpoczął meldunek. 

144 

Jak złe? - syn Saula domagał się dokładniejszych wyjaśnień. 

Abner nie żyje. Został zdradziecko zamordowany przez ludzi Dawida w Hebronie. 

Na życie Pana, co ty mówisz, człowieku! Czy jesteście pewni? - zawołał całkowicie 

zaskoczony król. 

Na głowy moich dzieci, przysięgam, że to prawda - zarzekał się oficer. 

Iszboszet poczuł, jak paraliżujące przerażenie ogarnia całe jego drżące ciało. Natychmiast 
powróciły mocne zawroty głowy i nudności. Władca Izraela zdołał jedynie przekląć 
półgłosem: 

Judzkie psy, niech sam Pan ich osądzi. 

I padł omdlały na swe łóżko. 
Obaj wojownicy nie czekali ani chwili. Rekab natychmiast zaryglował drzwi od środka i 
chwycił w ręce stojący obok spory kosz z prażonym ziarnem. Bana wyjął miecz, doskoczył 
do nieprzytomnego króla i błyskawicznym pchnięciem, bez mrugnięcia oka zatopił swe ostrze 
w brzuchu władcy. Król otworzył usta i wybałuszył oczy z bólu. Gwałtowny cios wstrząsnął 
całym jego ciałem. Oficer wyszarpnął zakrwawioną broń z powrotem na zewnątrz. Zrobił 
mocny zamach i ponownie, tym razem oburącz, ciął mieczem wprost w szyję leżącego 
Iszboszeta. 
Po chwili drzwi od sypialni otworzyły się i obaj dowódcy spokojnym krokiem wyszli z 
królewskiej komnaty, kierując się do wyjścia z pałacu. Wtem wypadła prosto na nich 
zaciekawiona nadworna służąca, pytając: 

Na miłosierdzie Elohima, jak czuje się król? 

145 

Nasz pan Iszboszet rozkazał, abyśmy już wyszli, bo chce spać. Rozkazał jeszcze, żeby 

nikt mu nie przeszkadzał - wyjaśnił Rekab trzymający pod pachą pleciony kosz. 
Nagle mężczyzna dostrzegł na nim czerwoną plamę i natychmiast przycisnął tę pobrudzona 
stronę do swego ciała. 

Dostaliśmy trochę prażonego ziarna na drogę - dodał wojownik, po czym spokojnie 

pożegnał odźwierną. 

Niech Pan strzeże was wszystkich tu w pałacu. My ruszamy w dalszą podróż. 

Bywajcie zdrowi - odpowiedziała służąca. 

Następnego dnia, jeszcze przed świtem rozległo się głośne dudnienie do bramy Hebronu. 
Pomimo że strażnicy długo nie reagowali, ten ktoś wcale się nie zniechęcał. Nocny przybysz 
grzmocił we wrota z całych sił, jak gdyby miał niecierpiącą zwłoki sprawę wagi państwowej. 
W końcu któryś z odźwiernych zawołał z wieży nad wjazdem do miasta: 

Na litość Władcy jutrzenki, kto tam tak grzmoci po nocy? 

To my, Bana i Rekab, synowie Rimmona z Beerot z pokolenia Beniamina! Jesteśmy 

dowódcami oddziałów królewskich. 

Bramy Hebronu zamknięte, szczególnie dla wrogów. Przecież widzicie, że jeszcze nie 

świta. Odejdźcie stąd, bo wystawię łuczników i zrobimy z was sito 

przestrzegł głos z wewnątrz miasta. 

146 

Jesteśmy tu sami. Wczoraj zbiegliśmy z dworu Iszboszeta! - nowo przybyli nie dawali 

za wygraną. - Przynosimy królowi Dawidowi, naszemu panu, wspaniałą nowinę. Syn Jessego 
zatriumfował nad swymi wszystkimi wrogami. Wszechmocny Elohim poddał pod jego 
panowanie całego Izraela. Natychmiast prowadźcie nas do króla! 

background image

Po chwili dało się słyszeć trzeszczenie otwieranego rygla i wrota rozchyliły się. Z wnętrza 
miasta wypadło siedmiu strażników z mieczami i włóczniami w rękach. Natychmiast otoczyli 
obu przybyszów. 

Nie możecie stanąć przed królem uzbrojeni! - zawołał dowódca. - Oddajcie broń! 

Obaj bracia bez wahania przekazali swój cały oręż. 

Co jest w tym koszu? - zapytał dowódca straży. 

Rekab przycisnął pleciony pojemnik mocniej do 
piersi, mówiąc: 

To jest nasz dar dla króla. 

Otwórz! - rozkazał strażnik. 

Oficer Izraelskiej armii uniósł wieko i pokazał prażone ziarno. 

Nasz król ma ziarna pod dostatkiem. Nie macie tam jakiejś' broni? - upewniał się 

dowódca oddziału. 

Przysięgam na nasze głowy, że oddaliśmy wam wszystko. 

Jeśli kłamiesz, to stracicie je natychmiast - poważnie zakomunikował odźwierny. 

Wiem o tym, dlatego mówię prawdę - Rekab głośno potwierdził, że rozumie powagę 

sytuacji. 
147 
Strażnicy szczelnie otoczyli wrogich oficerów. Dowódca oddziału zawołał: 

Ruszamy do króla! 

Zaspany syn Jessego właśnie wszedł do sali tronowej. Był potargany i stale ziewał. 

Co to za ważna sprawa? - zapytał stojącego przy drzwiach Benajasza. 

Panie mój, ujęliśmy pod bramą dwóch oficerów z plemienia Beniamina. Twierdzą, że 

są dowódcami oddziałów Iszboszeta. Mówią też, że uciekli od swojego króla, aby oznajmić ci 
wprost niezwykłe nowiny. 

No to bardzo ciekawe. Zatem wprowadź ich, mój przyjacielu - rozkazał Dawid, po 

czym usiadł zaciekawiony na swym tronie. 
Po chwili drzwi sali królewskiej otworzyły się i siedmiu strażników wprowadziło obu 
izraelskich przybyszów. Natychmiast padli oni na kolana, dotykając głowami ziemi. 
Eskortujący ich słudzy Dawida skłonili się z szacunkiem, nie spuszczając z oka wrogich 
oficerów. 

Bądź pozdrowiony, panie nasz, królu! - zawołał Bana. 

Bądź pozdrowiony, Boży wybrańcu - dodał Rekab. 

Czemu zawdzięczam te honory od dowódców nieprzyjacielskiej armii? - zapytał 

uprzejmie syn Jessego. 

Panie nasz, przynosimy ci wielce pomyślne wieści. 

Mówcie, słucham - władca Judy rozsiadł się wygodniej i skupił uwagę na mówiących. 

148 
Rekab postawił kosz przy swoich nogach. Sam podniósł się, uniósł obie ręce i uroczyście 
ogłosił: 

Dziś wszechmocny Elohim zapewnił pomstę naszemu panu Dawidowi nad Saulem i 

całym jego rodem. 
Następnie podniósł się Bana i dodał: 

Dziś Pan panów wypełnia przez nasze ręce przepowiednię, jaką dał kiedyś tobie, nasz 

władco. Teraz już cały Izrael wraz z królem Iszboszetem są rzuceni pod twoje stopy, o królu. 

Skąd ta pewność? - dopytywał się Dawid. 

Bo w tym oto koszu - wyjaśniał dalej Rekab, zanurzając dłoń w prażonym ziarnie - w 

tym koszu przynieśliśmy dowód. 
Mówiąc to, mężczyzna z triumfalną miną wyciągnął coś na zewnątrz i uniósł to wysoko nad 
sobą. 

background image

Niektórzy strażnicy aż jęknęli z przejęcia. Któryś z wrażenia zakrył dłonią usta. Zaskoczony 
Dawid natychmiast poderwał się z tronu i podszedł bliżej, aby się przyjrzeć, czy go oczy nie 
mylą. Rekab trzymał bowiem za włosy obcięta, zakrwawioną głowę króla Iszboszeta. 

Oto nasz dar dla ciebie, panie - powiedział Rekab. 

Sprawiał teraz wrażenie bardzo pewnego siebie. 

Skąd macie tę głowę? - zapytał zszokowany król. 

Wczoraj własnoręcznie zdobyliśmy to trofeum w pałacu Machanaim w królewskiej 

sypialni - wyjaśniał Bana. Miał przy tym wielce dumną minę. - W ten sposób przez nasze ręce 
Pan nieba i ziemi wypełnił proroctwo o pełni twej władzy, nasz królu. 
149 
Dawid zaczął chodzić nerwowo wokół obu oficerów i ich strażników. Na chwilę zasłonił 
dłońmi swą twarz, jak gdyby zaczął nad czymś rozpaczać, i w końcu zawołał gniewnym 
głosem: 

Słuchajcie, Rekabie i Bano! Czy wiecie, co uczyniłem kiedyś z człowiekiem, który 

obwieścił mi wiadomość o śmierci króla Saula? Na życie Pana, który wybawił mnie z 
każdego niebezpieczeństwa, ten wojownik myślał, że przynosi dobre wieści. Chlubił się tym, 
że własnoręcznie dobił rannego syna Kiszą na'polu bitwy. Powiem wam, co z nim uczyniłem. 
W Siklag skazałem go na śmierć, bo podniósł rękę na Bożego wybrańca! 

syn Jessego wołał coraz bardziej zagniewany. - Cóż dopiero teraz, gdy dwaj złoczyńcy 

zamordowali sprawiedliwego człowieka w jego domu, na jego własnym łóżku. Czy myślicie, 
że nie zażądam waszej krwi za tę królewską głowę? - Dawid wołał do przestraszonych synów 
Rimmona. 
Zaskoczony Rekab z wrażenia włożył swój łup z powrotem do kosza. 

Na sprawiedliwość Elohima - wołał dalej władca 

skazuję was na śmierć za ten haniebny postępek! 

Mówiąc to, skinął na swych strażników. Oni dopadli skazańców i wykręcili im ręce. Kolejni 
przyłożyli ostre miecze do ich gardeł. 

Ale panie nasz - wołał stękający z bólu Bana - to przez nasze ręce zyskałeś pełnię 

władzy. Czy tak się nam odwdzięczasz? 
Jednak król nie odpowiedział im już ani słowa. Straż wyprowadziła krzyczących więźniów na 
zewnątrz. Syn 
150 
Jessego podszedł i padł na kolana przed zakrwawionym koszem. Następnie zwrócił się do 
stojącego przy drzwiach Benajasza: 
- Obudź wszystkich, bracie. Dziś jest znów dzień żałoby. Mamy następny pogrzeb. 
Pochowamy tę królewską głowę w grobie razem z Abnerem, synem Nera. 
Rozdział 17 
Ma pomoc Dawfóowi 
Niewyobrażalnie jasne i ciepłe światło nadal nie pozwalało dostrzec czegokolwiek. Jednak 
uradowany Tomasz i jego tata byli świadomi stałej obecności Elezara. 

Szymonie, czy słyszysz mnie? - pytał oficer Armii Zwierzchności. 

Chyba tak - padła cicha odpowiedź wycieńczonego mężczyzny. 

Czy pamiętasz, co się z tobą działo? 

Pamiętam, ale wolę tego nie wspominać - pan Polak próbował unikać niewygodnych 

pytań. 

Nie uciekaj przed tymi wspomnieniami. Twoje męskie serce musi nad nimi 

zapanować. Stale powtarzaj sobie, że wraz z Tomaszem dzięki mocy Elohima pokonaliście 
Żerlaga. 
153 

background image

Łatwo ci mówić. Ty nie byłeś wysysany w tym cuchnącym żołądku - odpowiedział 

tata Tomka. 

Wiem, że to było koszmarne zdarzenie, ale wyszedłeś z tego. Spróbuj teraz wydobyć 

na wierzch poczucie zwycięstwa, bo taka jest prawda. Ona wyzwoli cię od strasznych 
wspomnień. To zwycięstwo, jak każde, wymagało zaciekłej walki, bólu, wytrwałości i wiary. 
Jednak walczyliście dzielnie i zwyciężyliście. 

Tak, wujku, zwyciężyliśmy - powtórzył szczęśliwy Tomasz. 

Czy zwyciężyliście, Szymonie? - Elezar domagał się potwierdzenia od taty Tomka. 

Tak - prawie szeptem odpowiedział pan Polak. 

Co tak? - drążył dalej jasnowłosy wojownik. 

Dzięki mocy Elohima zwyciężyliśmy tego ohydnego, śmierdzącego, przewalistego 

Żerlaga! - podenerwowany pan Szymon zebrał w sobie siły i wypowiedział dobitnie te słowa. 

Elohim Menaceach! Kawod Elohim! - zawołał Elezar. 

Kawod, Kawod - odpowiedzieli prawie jednocześnie Tomasz i jego ojciec. 

Po tych słowach wszechogarniający blask zaczął blednąc. Stawał się wyraźnie coraz słabszy, 
aż wreszcie powyżej linii wzroku zarysowała się jakaś nieduża, świecąca tarcza. Teraz ona 
była jedynym, choć już słabszym źródłem światła. Po chwili zaskoczony Tomasz zawołał: 

To jest przecież słońce! 

154 
Słońce zaczęło wyraźnie odcinać swój blask od błękitnego nieba. Poniżej mężczyźni zaczęli 
dostrzegać góry wznoszące się nad pobliskimi łąkami. Ku zdziwieniu nowo przybyłych 
pastwiska nie były puste, ale wypełnione tłumem ludzi. Dziesiątki tysięcy mężczyzn niczym 
wielkie jezioro otaczało obwarowane, górskie miasto. 

To Hebron! - zawołał radośnie Tomasz. - Wróciliśmy! Ale co tu robią te tłumy? 

Elezarze, czy to jest oblężenie? Chyba nie będzie znowu jakiejś bitwy? 
Zakłopotany Tomasz spojrzał pytająco najpierw na swego wujka, a później na tatę i aż się 
przestraszył tego widoku. Jego ojciec był blady jak ściana. Wychudzone kości policzkowe 
jakby chciały przebić się przez cienką skórę. Mokre, odbarwione ubranie wisiało na 
szpiczastych ramionach i łopatkach. Nieogolony zarost na brodzie i pod nosem jeszcze 
bardziej przydawały wrażenia biedy i mizerności pana Polaka. Jednak najgorsze było to, że 
całkowicie posiwiał. Wyglądał teraz jak dziadek. 

Tato, czy ty dobrze się czujesz? 

Nie za dobrze, ale cieszę się, że w ogóle żyję. 

Żyjesz, drogi Szymonie, i szybko dojdziesz do pełni sił - umacniał go Elezar. 

Następnie zwrócił się do syna i powiedział: 

To nie jest ani oblężenie, ani przygotowanie do bitwy, Tomaszu. 

Więc dlaczego jest tyle chorągwi i taka masa uzbrojonych wojowników? - dziwił się 

chłopak. 

Tu zgromadzili się wszyscy hebrajscy mężczyźni, aby ogłosić, kto jest ich nowym 

królem - wyjaśnił wiel- 
155 
ki strażnik, uśmiechając się przy tym radośnie. - Te chorągwie oznaczają jedenaście pokoleń 
Izraela. Dwunaste, plemię Judy, jest wewnątrz miasta. Naród znów jest razem, chociaż to 
niełatwe. Chodźmy, bo nasz przyjaciel Dawid będzie zapewne potrzebował jeszcze naszej 
pomocy. 
Trójka ruszyła ku tłumowi. Zbliżyli się akurat do chorągwi pokolenia Beniamina i zaczęli się 
przeciskać między dziwnie wzburzonymi mężczyznami. Wszyscy byli tu mocno 
podenerwowani. Wszędzie słychać było głośne rozmowy, a nawet sprzeczki. Wielki gwar 
wypełniał to miejsce, jakby to był jakiś gigantyczny rynek. 

background image

Ty śmiesz mówić, że Dawid miałby być królem całego Izraela? - wołał jakiś oburzony 

mężczyzna do swego towarzysza. - Mattanie, to górskie powietrze chyba odebrało ci rozum. 
Przecież na synu Jessego ciąży wyrok śmierci. Przestępca nie może być królem. 

Na życie Elohima, a któż inny nałożył na niego ten wyrok, jak nie Saul - odpowiedział 

Mattan. - Przecież nasz król zginął w bitwie. Jego synowie też nie żyją. Dawid mocno urósł w 
siłę. Kto mu się teraz sprzeciwi? Poza tym nie jestem przekonany o jego winie. 

No nie wierzę własnym uszom! - oburzył się tamten. 

Podobnym rozważaniom wprost nie było końca. Elezar prowadził obu Polaków przez ten 
rozkrzyczany tłum. 
156 

Pospieszmy się - wołał dzielny cherub. - Musimy dotrzeć jak najszybciej do pałacu. 

Syn Jessego potrzebuje nas. Trzymajcie tempo. 
Wiele wysiłku pochłonęło dojście do bramy miasta. Tutaj dopiero panował prawdziwy ścisk. 
Aż trudno było wziąć głębszy oddech. Na szczęście jeden ze strażników stojących na murze 
zawołał: 

Elezar, tam jest Elezar! Wpuśćcie go. 

W bramie pojawiła się eskorta z dzielnym, starym Szammą na czele. Grupa strażników bez 
litości rozpychała tłum. Wojownicy wrzeszczeli na tych, którzy nie chcieli się rozstąpić. 
Niektórych stłoczonych wręcz straszyli bronią. W końcu dotarli do ściśniętej w tłumie trójki 
mężczyzn. 

Tomiaszu, i ty tu jesteś? Jak dawno cię nie widziałem - uradował się dowódca. - 

Chodźcie, król potrzebuje teraz wsparcia zaprzyjaźnionych oficerów. 

Poczekaj, Szammo, jest z nami także mój ojciec! 

zawołał Tomasz, próbując przekrzyczeć ten cały zgiełk. 

Obaj trzymajcie się Elezara i chodźcie za nami! 

wołał Szamma. 

Eskortujący wojownicy ruszyli z powrotem w kierunku pałacu. Bardzo stanowczo rozpychali 
wszystkich na boki. 

Z drogi, jazda, posunąć się! - wrzeszczeli. 

Z bramy wyskoczyli im do pomocy jeszcze inni Judejczycy i w końcu Elezar, Tomasz i pan 
Szymon zdołali się wcisnąć do wnętrza miasta. Tu panowała zupełnie inna atmosfera. Nie 
było rozszalałego tłumu. Nikt się nie kłócił. Raczej można było odnieść wrażenie, że 
157 
wewnątrz Hebronu każdy wyczekiwał w napięciu czegoś ważnego, co miało się wkrótce 
wydarzyć. 
Teraz Elezar wraz z obu Polakami mogli nawet biec ku pałacowi. Pan Szymon, choć jeszcze 
wycieńczony, powoli odzyskiwał dawną formę. Coraz łatwiej dotrzymywał tempa 
jasnowłosemu wojownikowi. Jednak w pewnym momencie potknął się o jakiś kamień i runął 
jak długi na ubitą drogę. Tomasz natychmiast chwycił stękającego ojca za ramię, pomógł mu 
wstać i znów wszyscy ruszyli przed siebie. W końcu pędząca grupa dopadła do drzwi pałacu. 
Tutaj na czele odźwiernych stał dzielny Iszbaal Chakmonita, który już z daleka poznał swoich 
przyjaciół: 

Elezar, Tomiasz! Chyba sam Elohim was tu zsyła. Wchodźcie szybko, już się zaczęło! 

- wołał grubym głosem dzielny strażnik. - A to kto? Stój! - groźny Iszbaal już zatrzymywał 
swą stalową włócznią zdyszanego pana Polaka. 

To mój ojciec - krótko wyjaśnił Tomasz. 

Na litość naszego Pana, wybacz mi, bracie. Zatem wchodźcie wszyscy - zawołał 

Chakmonita, po czym ruszył korytarzem ku sali tronowej na czele biegnącej drużyny. 
Tutaj znów dał się słyszeć jakiś narastający gwar. Jak gdyby ktoś się kłócił. Iszbaal dobiegł 
do drzwi centralnej komnaty, które natychmiast otwarto. Mężczyźni zwolnili kroku. 

background image

Próbowali opanować przyspieszony oddech. Tomasz i jego tata weszli za Elezarem do 
gwarnej sali królewskiej i ujrzeli niecodzienny widok. Na obrzeżach komnaty stało wielu 
mężczyzn. Jeden przekrzyki- 
158 
wał drugiego. Wszyscy tworzyli coś na kształt półkola. Natomiast pod frontową ścianą 
znajdowała się tylko jedna osoba. To był król. Milczący Dawid stał tam samotnie. Za nim na 
podwyższeniu wznosił się jego pusty tron. 
- Wujku, co to za ludzie? - zapytał półgłosem zaskoczony Tomek. 
Rozdział 18 
Wypełnione proroctwo 
To są książęta pozostałych jedenastu rodów Izraela. Ich plemiona stoją właśnie pod murami 
Hebronu - Elezar wyjaśnił Tomaszowi ściszonym głosem, po czym dodał: - Na szczęście są tu 
jeszcze królewscy strażnicy i dworzanie. 
Wtem na środek sali majestatycznym krokiem wyszedł jakiś dostojnie wyglądający 
mężczyzna. Wzniósł wysoko ręce i zawołał stanowczo do wszystkich: 

Mężowie bracia, wysłuchajcie mnie. 

Gwar trpchę przycichł. 

Syn Jessego nie może zostać królem! 

Dlaczego nie? Dlaczego? Co stoi na przeszkodzie? - padały pytania z sali. 

Bo Saul, władca Izraela, był z naszego pokolenia Beniamina. Jego następca musi być 

także z tego plemienia! 
161 

Ależ dostojny Rafu, na wszechwładzę Elohima, przecież wszyscy synowie Saula 

zginęli! Jego ród wygasł! - ktoś głośno argumentował. 

Nieprawda, żyją jeszcze wnuki. Ród Saula ma swoich następców - starszy pokolenia 

Beniamina bronił rodziny swego zabitego władcy. 

Na święte Słowo Stwórcy, czy ty nie rozumiesz, bracie, że Wszechmocny zabrał 

władzę domowi Saula i dał ją Dawidowi? - zawołał jakiś człowiek w kapłańskich szatach. - 
Przecież prorok Samuel własnoręcznie namaścił syna Jessego na przyszłego króla. 

To jest podłe kłamstwo! Zaraz wszystko odszcze-kasz, ty... - wściekał się stojący na 

środku Rafu, po czym rzucił się z pięściami na mężczyznę w powłóczystym płaszczu. 
Kilku strażników stanęło mu na drodze i siłą zatrzymało miotającego się przywódcę. 

Czyś ty postradał zmysły, człowieku? Przecież to jest Natan, prorok Najwyższego - 

zawołał Benajasz, dowódca straży królewskiej, po czym dodał: - Całe szczęście, że kazaliśmy 
wam zostawić broń za drzwiami. 

Prorok? Pewnie mówi dokładnie to, co chce Dawid - Beniaminita rzucał obelgami. 

Nie podnoś swej ręki ani języka na proroka Pańskiego, żeby ci nie uschły - ostrzegał 

go Benajasz. 

Posłuchajcie mnie, bracia! - zawołał jakiś wielki, otyły mężczyzna, wychodząc na 

środek. - Nasz Pan naprawdę wywyższył Dawida ponad wszystkich władców. Teraz, gdy nie 
ma już nawet Abnera, jedy- 
162 
nie on może nas obronić przed Filistynami. Zaprzestańmy waśni. Niech syn Jessego 
ponownie połączy nas wszystkich w siłę i niech wprowadzi pokój między nami. Plemię 
Rubena zaprawdę chce Dawida na swego króla! 
Na te słowa część sali zaczęła wołać: 

Pokój, shalom, shalom Dawid! - to przywódcy pokoleń Neftalego, Zabulona, Asera i 

Manassesa manifestowali swoją zgodę. 

Przestańcie, cisza! - jakiś delikatny głos zdołał przekrzyczeć ich wszystkich. 

background image

Zaskoczeni mężczyźni zamilkli dość szybko. Z tłumu wyłoniła się piękna, wysoka kobieta, 
która stanęła na środku. 

Niewiasta tutaj? Hańba! Zabierzcie ją stąd! - protestowali oburzeni przywódcy, 

kierując swe twarze w stronę króla Judy. 
Jednak syn Jessego nie sprzeciwiał się. Nawet teraz stał nieporuszony. Jakby nie chciał 
zabierać głosu w swojej sprawie. 

To jest przecież Mikal, królowa Judy, żona Dawida! - ponownie odezwał się starszy 

rodu Beniamina. - Królowa ma tu prawo mówić. 
Wszyscy-ucichli, a głos zabrała Mikal: 

Powiedzcie mi, niewierni zdrajcy, dlaczego tak prędko zapomnieliście o moim ojcu, 

Saulu. On zapewniał wam pokój i bezpieczeństwo przez czterdzieści lat, a wy, 
niewdzięcznicy, tak mu się odwdzięczacie? Dawid niech nadal rządzi Judą, ale król całego 
Izraela powinien być z rodu mojego ojca Saula. 
163 

Hańba, wstyd, zabrać ją stąd! Dawidzie, czy pozwolisz, aby twoja żona cię obrażała? - 

kipiała gniewem starszyzna. 

Zamilcz, kobieto! - zawołał donośnym głosem jakiś przywódca. - Plemię Issachara 

również chce Dawida na tron Izraela! 

Posłuchajcie mnie, ludzie! Posłuchajcie mnie! - ktoś wykrzyknął głośno. 

Na te słowa Tomasz zamarł z przerażenia, bo na środek sali wyszedł nie kto inny, jak jego 
ojciec. Po chwili jednak strach w sercu chłopaka ustąpił miejsca zaskoczeniu, gdy 
rzeczywiście prawie wszyscy zamilkli. Padały jedynie pojedyncze okrzyki: 

Kim jesteś, oberwańcu? 

Kto wpuścił tu tego łachmytę? 

To jest Szymon, ojciec Tomiasza, przyjaciela króla Dawida - groźnie zawołał Elezar. - 

Pozwólcie mu mówić! 
Na chwilę nastała całkowita cisza. 

Zaświadczam wam, że mam wgląd w sprawy przyszłe. Mówię wam, tu nie chodzi 

tylko o Izraela, bo z rodu Dawida wyjdzie zbawienie i ono ogarnie wszystkie narody świata. 
Potomek Dawida, Mesjasz, uwolni mnóstwo ludzi od władzy szatana. 

Zabierzcie tego szaleńca! O czym on w ogóle mówi? - drwiły głosy z sali. 

Ludzie, ja widziałem to na własne oczy! - pan Szymon bronił swej wiary. 

Kto dziś wierzy w takie rzeczy! Zresztą, co nas obchodzą jakieś pogańskie narody. 

Niech piekło po- 
164 
chłonie tych nieobrzezańców. Zabierzcie tego szaleńca! 
Pan Polak został zepchnięty na bok, a na środek znów wkroczył Rafu, wołając: 

To wy wszyscy jesteście szaleńcami! Plemię Beniamina nie chce już z wami 

obradować! 
I wściekły mężczyzna ruszył ku drzwiom wyjściowym. Teraz w sali rozpętała się prawdziwa 
burza. Na drodze stanęli mu jacyś ludzie. Złapali go za ręce i wołali mu wprost do uszu. 

Rafu, to ty oszalałeś! - krzyczał starszy pokole-nia Symeona. 

Co uczyni ród Beniamin sam, gdy rzucą się na niego Filistyni albo Ammonici? Połkną 

was żywcem. Oni tylko czekają na takie okazje. Sam Beniamin zginie. Zostań z nami, bracie. 
Razem jesteśmy silni. Twój brat Efraim przywołuje cię do rozsądku - wołał drugi mężczyzna. 
Jednak Rafu jakby głuchy na to wszystko zdołał wyswobodzić się z obu uścisków i nadal 
uparcie zmierzał do wyjścia. 

Zatrzymaj się, bracie! 

background image

To stanowcze wezwanie Elezara uciszyło wszystkich w jednej chwili. Rafu stanął nieruchomo 
plecami do sali, jakby zatrzymała go jakaś potężna siła. W tym momencie po raz pierwszy 
zabrzmiał głos samego Dawida: 

Beniaminie, nasz bracie, ta sama krew płynie w naszych żyłach, jeden ojciec Izrael 

przekazał życie od Stwórcy naszemu narodowi. Dlatego zostań z nami! 
165 
- tu Syn Jessego zamilkł, aby za chwilę wypowiedzieć najważniejsze słowa: - Ja ciebie proszę 
w imieniu Judy. 
Po chwili zawtórowały mu głosy kolejnych dziesięciu plemion: 

Proszę w imieniu Rubena. 

Prosi cię Neftali. 

Prosi również Zabulon. 

Ja proszę cię w imieniu Manassesa. 

Prosi także Aser. 

Proszę w imieniu Issachara. 

Bardzo prosimy cię w imieniu Efraima,. 

Gad też ciebie prosi. 

Prosi cię również Dan. 

Prosi też Symeon. 

Rafu odwrócił się powoli, powiódł wzrokiem po twarzach wszystkich, schował twarz w 
dłoniach i ku zaskoczeniu całej sali rozpłakał się. Naraz wszyscy przywódcy podbiegli ku 
niemu, otoczyli go ściśle i z jedenastu gardeł grzmotnął potężny okrzyk: 

Shalom Izrael! 

Cała komnata wypełniła się radosnymi owacjami: 

Shalom, pokój! Kawod Elohim! 

Najpierw fala radości ruszyła od okien pałacu i przetoczyła się prze całe miasto. Następnie 
owacje przedostały się przez mury i ogarnęły te tłumy mężczyzn stojących wokół Hebronu. 
Okrzyk z kilkudziesięciu tysięcy gardeł uderzył swym echem po górach. 
Pośród tej radości szalejącej w komnacie królewskiej pan Polak poczuł czyjąś dłoń ściskającą 
jego bark od 
166 
tyłu. Następnie usłyszał głos Elezara, który swym dudnieniem przebijał się przez gromkie 
okrzyki: 

Dobrze się spisałeś, Szymonie. Odzyskałeś swoją wiarę. Pokazałeś to przed chwilą. 

Dawid zostanie królem Izraela! Misja zakończona sukcesem. Zatem możecie wracać do 
domu. 

Jak to, teraz, gdy historia świata rozgrywa się na naszych oczach? -"pan Polak spojrzał 

zdziwiony na wielkiego cheruba i stojącego przy nim Tomasza. 

Czeka tam na was rodzina. Zapomniałeś? Wracamy natychmiast! 

Rozfcział 19 
Nowvj początek 
W urokliwej wsi niedaleko miasta stał przytulny biały dom. Był świeżo pomalowany, a jego 
spadzisty dach pokrywała strzecha zrobiona ze specjalnej, mocnej trzciny. Dom znajdował się 
pośrodku starego sadu z wielkimi owocowymi drzewami. 
W tym domu w salonie przy sobotnim śniadaniu siedzieli Elezar wraz z rodziną 
Jakubowiczów. Właśnie dojadali pyszną jajecznicę z chrupiącymi grzankami. Do tego dorośli 
mężczyźni popijali kawkę. Młodzież spijała tradycyjnie napój bogów amerykańskich, czyli 
Colę. Pomimo wspaniałego otoczenia i przepysznego jedzenia humory przy stole były co 
najwyżej średnie. 

background image

- No i dlatego nie mamy nic, po prostu zero - powiedział pan Jakubowicz siedzący na wózku 
inwalidzkim. 
169 

 
Tuż przy nim na drewnianym krześle siedziała Aleksandra. Dziewczyna natychmiast 
przytuliła się do taty, chwyciła jego obie dłonie i powiedziała: 

Na szczęście mamy siebie, tatusiu, mamy siebie. 

Masz rację, Oluniu - wzruszony pan Grzegorz pogłaskał ją po głowie i jeszcze 

serdeczniej przygarnął do siebie. - Dobrze, że moja córeczka jest o wiele mądrzejsza od 
swojego ojca - powiedział. 

Oj tatku, daj spokój - Osa skarciła trochę tatę. 

Ola ma rację - potwierdził Elezar siedzący w fotelu. - Sprzedając dom, motory, 

samochody, i w ogóle cały majątek, odzyskałeś w końcu wolność, Grzegorzu. Nareszcie 
mogłeś pospłacać wszystkie długi w bankach i u tych twoich dawnych kolesiów, którym nie 
można nic udowodnić. 

A co zdecyduje sąd w mojej sprawie? - pytał zatroskany ojciec. 

Na szczęście załatwiłeś wszystko po męsku. Ponieważ sam przyznałeś się do winy, 

dostaniesz najwyżej kilka lat w zawieszeniu. 
Można było wyczytać sporą ulgę na twarzy taty. 

A jak ma się sprawa komisarza Maja? - zapytał Józef. 

Na dźwięk tego nazwiska Ola zaczęła kręcić się nerwowo. 

Ma wielkie problemy - powiedział inspektor Cherub. - Niedługo rusza jego proces. 

Jest oskarżony o bardzo ciężkie przestępstwa: próba zabójstwa, kierowanie grupą przestępczą, 
przeniknięcie do struktur policji, handel bronią i wiele innych. Może posie- 
170 
dzieć w więzieniu nawet dwadzieścia pięć lat. Zmarnował; swoje życie. 

Myślicie, że ja mojego nie przegrałem? - dopytywał się przygnębiony pan Grzegorz. - 

Gdybym mógł jakoś zadośćuczynić tym wszystkim dzieciakom. 

Zawsze można zawrócić i zacząć od nowa - pokrzepiał go wielki przyjaciel. 

Panie Jakubowicz, ja ci pomogę - odezwał się syn. - Rozkręcimy jakiś wspólny biznes. 

Posprzedajemy coś w internecie albo wejdziemy w wysoką technologię. Na przykład Kabel... 

Dobra, dobra, Jozue, ty najpierw skończ twoje liceum. A przypomnę ci, że dopiero je 

zaczynasz - powiedział Elezar. 

To da się zrobić - uspokajał Józef. 

No i co ten Kabel? - zainteresował się pan Grzegorz. 

Więc Kabel chociaż się jeszcze uczy, załatwił sobie praktykę w AB Industry. 

A co to za firma? 

Produkują tam, np. roboty, które później montują w fabrykach i one zastępują ludzi. 

Nikt w kraju nie produkuje.takich nowoczesnych robotów. Kabel mówi, że ryzyko jest duże, 
bo nikt im nie pokaże, jak to się robi, ale jak już się uda, to są numer jeden. 

Teraz przydałby mi się taki robocik do wielu spraw - zażartował tata, choć zamiast 

uśmiechnąć się, westchnął tylko za dawnym zdrowiem. 
Józek spojrzał smutnym wzrokiem na tatę przykutego do wózka. Zaczął też odruchowo 
masować szyję 
171 
dzieć w więzieniu nawet dwadzieścia pięć lat. Zmarnował swoje życie. 

Myślicie, że ja mojego nie przegrałem? - dopytywał się przygnębiony pan Grzegorz. - 

Gdybym mógł jakoś zadośćuczynić tym wszystkim dzieciakom. 

Zawsze można zawrócić i zacząć od nowa - pokrzepiał go wielki przyjaciel. 

background image

Panie Jakubowicz, ja ci pomogę - odezwał się syn. - Rozkręcimy jakiś wspólny biznes. 

Posprzedajemy coś w internecie albo wejdziemy w wysoką technologię. Na przykład Kabel... 

Dobra, dobra, Jozue, ty najpierw skończ twoje liceum. A przypomnę ci, że dopiero je 

zaczynasz - powiedział Elezar. 

To da się zrobić - uspokajał Józef. 

No i co ten Kabel? - zainteresował się pan Grzegorz. 

Więc Kabel chociaż się jeszcze uczy, załatwił sobie praktykę w AB Industry. 

A co to za firma? 

Produkują tam, np. roboty, które później montują w fabrykach i one zastępują ludzi. 

Nikt w kraju nie produkuje- takich nowoczesnych robotów. Kabel mówi, że ryzyko jest duże, 
bo nikt im nie pokaże, jak to się robi, ale jak już się uda, to są numer jeden. 
 

Teraz przydałby mi się taki robocik do wielu spraw - zażartował tata, choć zamiast 

uśmiechnąć się, westchnął tylko za dawnym zdrowiem. 
Józek spojrzał smutnym wzrokiem na tatę przykutego do wózka. Zaczął też odruchowo 
masować szyję 
171 
pokrytą bliznami po mocnych otarciach. W końcu powiedział zdenerwowany: 

Już dłużej nie mogę tego trzymać w sobie. Ele-zarze, powiedz, dlaczego nie 

wkroczyłeś do akcji wcześniej. Przecież na pewno wiedziałeś, co knuje ten policyjny zdrajca. 

Daj spokój, Józek! - uciszał go ojciec. 

Pozwól mi dokończyć, tato - przejęty Jozue znów zwrócił się do inspektora Cheruba. - 

Gdybyście wtedy zainterweniowali wcześniej, ojciec nie siedziałby teraz sparaliżowany na 
wózku. 

On uratował nam życie, synu. Jak możesz żądać jeszcze czegoś więcej? 

Nastała dłuższa cisza. Elezar miał równie zbolałą twarz, jak jego przyjaciele. W końcu 
odezwał się przyjaznym głosem doświadczonego kompana, który sam przeszedł niejedno 
bolesne doświadczenie. 

Pamiętaj, Józefie, że jestem wojownikiem, który wykonuje rozkazy. Ruszyłem do 

akcji dopiero wte-dy, gdy Wszechpotężny mi na to pozwolił. On jest dobry i wie wszystko, 
nawet gdy nam wydaje się inaczej. Bezwładne nogi twojego taty czy moja obcięta ręka nie są 
najważniejsze w życiu. My odnieśliśmy te rany, gdy zaciekle walczyliśmy o ukochane osoby. 
W tej bitwie stawką była dusza waszego taty i rodzina Jakubowiczów. Wasz tata nie tyko 
przeżył, ale schronił się na wieczność w mocy Lwa Judy. Wy "wszyscy znów sobie ufacie i 
lubicie się. Odzyskaliście najcenniejsze skarby. 
Oficer spojrzał na pana Grzegorza przykutego do wózka i dokończył: 
172 

Czasami Stwórca zagradza drogę, aby już nie wrócić do starego życia. 

To jak mamy teraz żyć na nowo, Elezarze? - głośno zadumał się zmartwiony pan 

Jakubowicz. 

Jak żyć? - wielki jasnowłosy przyjaciel powtórzył pytanie, tylko że z radosną nadzieją 

w głosie. 
Następnie wstał z fotela i podszedł do wielkiego okna balkonowego."To były właściwie 
oszklone drzwi wychodzące wprost na ogród. Zamaszystym ruchem oficer odsłonił wielką 
firanę i otworzył na oścież oba skrzydła. W jednej chwili ciepłe promienie lipcowego słońca 
rozświetliły cały pokój. Wraz z nimi do środka wleciał jakiś kolorowy motyl. Radosny śpiew 
ptaków działał jak balsam na zbolałe dusze. 

Dopóki nie pozbieracie się z finansami, możecie mieszkać u mnie, tutaj, w tym 

wiejskim domu - zaproponował Elezar. 

background image

Stanął twarzą do ogrodu, podziwiając czereśniowe drzewa obficie obwieszone dojrzałymi już 
owocami. Pod ich koronami głośno brzęczały pszczoły zbierające nektar z bujnie kwitnących 
ziół. 

Prawdę mówiąc - kontynuował inspektor Cherub - szukam kogoś, kto zaopiekowałby 

się tym domem. Pod moją hieobecność jakieś pijaczki stale robią balangi w ogrodzie. Ten 
wiejski dom potrzebuje gospodarza. Ja jestem ciągle zajęty w mieście. Tam w ciasnym 
mieszkaniu męczą się też moje pupile. Może nimi także byście się zajęli na jakiś czas? One są 
najszczęśliwsze tutaj, na tych przestrzeniach. 
To mówiąc, Elezar gwizdnął na palcach i zawołał: 
173 

Czasami Stwórca zagradza drogę, aby już nie wrócić do starego życia. 

To jak mamy teraz żyć na nowo, Elezarze? - głośno zadumał się zmartwiony pan 

Jakubowicz. 

Jak żyć? - wielki jasnowłosy przyjaciel powtórzył pytanie, tylko że z radosną nadzieją 

w głosie. 
Następnie wstał z fotela i podszedł do wielkiego okna balkonowego. To były właściwie 
oszklone drzwi wychodzące wprost na ogród. Zamaszystym ruchem oficer odsłonił wielką 
firanę i otworzył na oścież oba skrzydła. W jednej chwili ciepłe promienie lipcowego słońca 
rozświetliły cały pokój. Wraz z nimi do środka wleciał jakiś kolorowy motyl. Radosny śpiew 
ptaków działał jak balsam na zbolałe dusze. 

Dopóki nie pozbieracie się z finansami, możecie mieszkać u mnie, tutaj, w tym 

wiejskim domu - zaproponował Elezar. 
Stanął twarzą do ogrodu, podziwiając czereśniowe drzewa obficie obwieszone dojrzałymi już 
owocami. Pod ich koronami głośno brzęczały pszczoły zbierające nektar z bujnie kwitnących 
ziół. 

Prawdę mówiąc - kontynuował inspektor Cherub - szukam kogoś, kto zaopiekowałby 

się tym domem. Pod moją nieobecność jakieś pijaczki stale robią balangi w ogrodzie. Ten 
wiejski dom potrzebuje gospodarza. Ja jestem ciągle zajęty w mieście. Tam w ciasnym 
mieszkaniu męczą się też moje pupile. Może nimi także byście się zajęli na jakiś czas? One są 
najszczęśliwsze tutaj, na tych przestrzeniach. 
To mówiąc, Elezar gwizdnął na palcach i zawołał: 
173 

Derik, Pazurek! 

W odpowiedzi rozległo się radosne szczekanie i po chwili z ogrodu przez balkonowe okno 
wbiegł wesoły Golden Retriever. Jednym susem pies wskoczył na kanapę i na powitanie 
zaczął lizać Jozuego po twarzy . 

Cześć, Pazur, cześć - witał się z nim ucieszony Józek. 

Po kilku sekundach wbiegł do domu jeszcze inny ulubieniec Jakubowiczów. Był to długi, 
brązowy jamnik. Szybko dysząc, ledwo wyrabiał na zakręcie. Najpierw trochę ślizgał się na 
drewnianej podłodze. W końcu z rozpędu zdołał wgramolić się na kolana pana Grzegorza 
okryte kraciastym kocem. Następnie niczym niewiniątko zwinął się w kłębek i położył głowę 
na dłoni pana Jakubowicza. Co chwilę tylko łypał po kolei na wszystkich swymi bystrymi 
oczkami. 

Gdy Derik robi taką minkę, to znaczy, że coś przeskrobał - komentował jego wielki 

właściciel. - Ciekawe, co wykombinował tym razem. 
Wszyscy zaśmiali się głośno. Widać było w spojrzeniu całej rodziny, że w końcu wstępowała 
w nich nowa nadzieja. 

Ale moje dzieciaki muszą dojeżdżać codziennie do szkoły - odezwał się ojciec. 

Tatusiu, tutaj rano autobus jeździ co kwadrans 

nawet Ola zaczęła namawiać tatę. 

background image

Stąd do miasta jedzie się niecałe trzydzieści minut 

Józek dodawał swoje argumenty. - To krócej niż niektórzy stoją tam w korkach. 

174 

A dla ciebie, Grzegorzu, bez względu na decyzję, jaką podejmiesz, oddałem do 

przeróbki mój prywatny samochód. Zakładają w nim ręczny gaz, hamulec i sprzęgło. 

No co pan, panie inspektorze - niepełnosprawny mężczyzna poczuł się mocno 

nieswojo. 

Miałeś mi mówić po imieniu - upominał go Elezar. - Ja i tak stale jeżdżę służbowym 

wozem, a ten tylko się nudzi w garażu. Powiedzmy, że ci go pożyczam, dopóki znów nie 
kupisz swojego, OK? 
Mówiąc to, emanujący wiarą przyjaciel powiódł wzrokiem po całej rodzinie i zapytał, 
domagając się jakiegoś potwierdzenia: 

To wszystko brzmi chyba sensownie, prawda? 

Jozue z merdającym psem na kolanach i Ola wyglądali na zachwyconych. 
Ich ojciec siedział przez chwilę w milczeniu, jakby podejmował ostateczną decyzję. W końcu 
pogłaskał z uśmiechem cwanego jamnika i wskazując głową na swe dzieci, powiedział: 

Najważniejsze, żeby oni byli szczęśliwi. Dziękuję, Elezarze. 

Rozdział 20 
Oi)WAżm bCCVjZ]A 
Pan Szymon Polak szedł właśnie długim korytarzem firmowego wieżowca, w którym 
pracował. W tym świecie jego włosy przybrały znów brązowy kolor, a twarz wróciła do 
swego zdrowego wyglądu. Ubrany w starannie skrojony ciemny garnitur, białą koszulę i 
krawat sprawiał wrażenie finansowego profesjonalisty. Jego wypolerowane na wysoki połysk 
buty kroczyły bezszelestnie po miękkiej, granatowej wykładzinie. Dywan był tak czysty, że 
różni goście już wiele razy zastanawiali się nad zdejmowaniem butów. Za oszklonymi 
ścianami korytarza widać było kolejne biura pracowników. Wiele kobiet i mężczyzn siedziało 
w milczeniu przy swych nowoczesnych biurkach. Każdy w skupieniu wpatrywał się w ekran 
komputera, analizując niewyobrażalnie długie kolumny liczb. Po kilkunastu przebytych 
metrach pan Szymon zaczął mijać coraz 
177 
 
bardziej luksusowe gabinety należące do menadżerów firmy. Ich biurka były coraz większe i 
cięższe. Zamiast małych monitorów od komputerów na ścianach wisiały wielkie plazmowe 
ekrany. Pomiędzy tymi biurami minął także swój pusty pokój. W końcu mężczyzna dotarł na 
sam koniec korytarza, który przechodził w wielki, imponujący gabinet prezesa poprzedzony 
sekretariatem. 
Przy samym wejściu, za biurkiem siedziała pani Agnieszka, strzegąca swego szefa przed 
nieproszonymi gośćmi. 

Witam, panie Szymonie - powiedziała na powitanie asystentka. 

Następnie podniosła słuchawkę i po dłuższej chwili oczekiwania oznajmiła: 

Panie prezesie, przyszedł pan Polak. Oczywiście, już go proszę. 

Kobieta odłożyła słuchawkę i powiedziała: 

Prezes oczekuje pana. Jest bardzo zajęty, więc ma pan nie więcej niż cztery minuty. 

Proszę wejść. 
Pan Szymon otworzył drzwi najważniejszego gabinetu i wszedł do środka. Jego oczom 
ukazało się najpierw olbrzymie okno. Właściwie była to cała ściana ze szkła. Za nią 
rozpościerał się imponujący widok panoramy miasta. Najbliżej lśniły sąsiednie szklane 
wieżowce, obok nich rzeka, a nad nią rozciągnięty nowoczesny most linowy. Dalej widać 
było dzielnice biznesowe z niższymi budynkami i na końcu prawie już nierozpoznawalne 

background image

osiedla mieszkaniowe. Z trzydziestego trzeciego piętra można było zobaczyć" naprawdę 
spory kawałek miasta. Pod gigantycznym oknem stało budzące 
178 
respekt wielkie dębowe biurko, za którym zasiadał sam prezes Lechniewicz. Był to 
mężczyzna w średnim wieku o opalonej twarzy. Prezes nie podniósł nawet głowy znad swych 
papierów. Powiedział jedynie: 

Co tam słychać, Polak? 

Chociaż większość pracowników firmy mdlała ze strachu na myśl o wizycie w tym gabinecie, 
to jednak pan Szymon zachowywał całkowity spokój. Podszedł trochę bliżej biurka i 
powiedział: 

Szefie, przyszedłem panu oznajmić, że mam dosyć tej roboty. 

Prezes Lechniewicz dopiero teraz powoli uniósł głowę, zdjął okulary i z niemałym 
zaskoczeniem spojrzał na swego menadżera. 

Niesamowite. Dziękuję, Polak, że dzielisz się ze mną swoimi najgłębszymi 

odczuciami. Czy mam o tej sprawie zawiadomić największe media? Jeśli to już wszystko, to 
teraz w tył zwrot i marsz z powrotem do pracy. Grupa największych inwestorów czeka na 
swoje podsumowania. 

Panie prezesie, mam jeszcze głębsze doznania - kontynuował pan Szymon. 

Obawiam się, że pomyliłeś mnie ze swoim psychoterapeutą. No ale jeśli już tu jesteś, 

wyrzuć to z siebie. Byle szybko, bo mamy mało czasu. 
Szymon Polak nabrał powietrza i kontynuował: 

Prezesie, ja w ogóle nie mam czasu dla rodziny. Nawet w weekendy nadrabiam 

firmowe zaległości. Nie pamiętam już, kiedy zabrałem żonę do kawiarni. Stajemy się coraz 
bardziej obcy dla siebie. 
179 
Pan Lechniewicz przez chwilę myślał, jak zareagować. W końcu powiedział: 

Polak, ja jestem po rozwodzie i nie muszę przejmować się takimi problemami. Zresztą 

już dawno wyrosłem z tych naiwnych, młodzieńczych miłostek. Ta firma jest całym moim 
życiem. Stałem się dojrzałym, poważnym facetem i tobie też radzę stanąć trzeźwo na nogach. 
Tylko nie myśl, że jestem jakimś tam podłym materialistą. Może cię zaskoczę, ale ja wierzę, 
że pieniądze nie są najważniejsze w życiu, bo... - tu spojrzał uważniej na swego rozmówcę, 
dobierając odpowiedni ton głosu - ... bo w życiu najważniejsza jest władza. He he he - szef 
fijmy wydał z siebie coś w rodzaju śmiechu, który nie miał nic wspólnego z radością. 

I nie ma pan poczucia wielkiej straty, że dzieci pana prawie nie widują? - zapytał pan 

Szymon. 

Sfinansowałem im tyle zajęć pozaszkolnych, że nie mają czasu nawet zatęsknić za 

tatusiem. Moje dzieciaki to przyszła elita. Muszą się dynamicznie rozwijać. Osiągać ambitne 
cele. Poza tym większość czasu spędza z nimi profesjonalna opiekunka zatrudniona przez 
moją byłą żonę. Zapewne się pan domyśla, że dzieci mieszkają u mojej ex-małżonki. 
Oczywiście pomimo wypełnionego rozkładu dnia widujemy się. Na przykład dziś po 
południu odbieram je z basenu i zawożę na jazdę konną. Będziemy mieli mnóstwo czasu, aby 
porozmawiać w samochodzie. 

Mnie by to nie wystarczyło. Ja chciałbym chociaż w weekend wypić kawę z moją 

Kasią i porozmawiać 
180 
 
o życiu. Albo zrobić rodzinny wypad na wieś do przyjaciół. Chciałbym czasami być w domu, 
gdy moje chłopaki wracają ze szkoły. Ja jestem ciągle tak styrany, że nie mam siły ich 
wysłuchać, gdy opowiadają mi o swoich przeżyciach. Nie pamiętam, kiedy ostatnio grałem z 
moimi synami w piłkę. 

background image

Sorry, Szymonie, takie jest życie. 

Pana życie może takie jest, ale moje być nie musi - odważnie zauważył pan Szymon, 

po czym przeszedł do sedna sprawy. - Dlatego odchodzę z firmy. Proszę, to jest moje 
wypowiedzenie. 

Polak, czyś ty zwariował? - prezes nie krył zdenerwowania. - Chcesz zostawić nas 

teraz, w szczycie sprawozdań? 

Tak. 

Dobrze, w takim razie idź sobie na to bezrobocie. Będziesz miał w końcu dużo czasu 

dla swoich ukochanych bliskich - prezes Lechniewicz powiedział to spokojniejszym, choć 
trochę bardziej złośliwym tonem. 

Nie muszę iść na bezrobocie. 

Aha, ..to ja cię wykarmiłem na własnej piersi, a ty za moimi plecami szykowałeś sobie 

jakąś wygodną posadkę u konkurencji, tak? To co zamierzasz robić, Polak? - szef znów 
przejawiał podenerwowanie. 

Razem z moim kolegą zakładamy fundację. Będziemy szukać pieniędzy i za nie 

sprowadzać nowoczesne wózki inwalidzkie dla niepełnosprawnych dzieci. Być może 
zajmiemy się też specjalistycznymi samochodami dla nich. Mój kolega jest prawdziwym 
fachowcem w tej dziedzinie. 
181 
 

I ty chcesz odejść z naszej korporacji dla takiej niepoważnej dziecinady? - w głosie 

prezesa można było teraz wyczuć nieskrywaną pogardę. 

A co takiego ważnego my tutaj robimy? - pan Szymon przystąpił do kontrataku. - 

Tyramy od świtu do późnej nocy, czasem siedem dni w tygodniu, i po co? Żeby pomnożyć 
pieniądze jakimś znudzonym, nowobogackim piernikom? Przecież oni się nawet nie cieszą z 
tego, co dla nich robimy. Pewnie ciągle tylko narzekają, że mogli wybrać jednak inny fundusz 
kapitałowy, bo tu ich wielki majątek za wolno rośnie. Nie zamierzam tracić życia dla takiego 
bezsensu. Ono jest zbyt cenne dla mnie! Poza tym przeżyłem coś w rodzaju nawrócenia i Bóg 
w końcu mi otworzył oczy na to wszystko. 

No to sprawa się wyjaśniła - pan Lechniewicz wychylił się do przodu. - Pewnie 

wciągnęła cię jakaś sekta i zrobiła pranie mózgu. 
Wydawało się, jakby szef już całkowicie stracił szacunek do swego podwładnego. 

W takim razie dobrze, że odchodzisz, bo byś na-mieszał jeszcze innym moim ludziom 

w głowach - powiedział. 

Nie trafiłem do żadnej sekty. Chodzę do tego samego kościoła co zawsze, tylko we 

mnie coś odżyło - wytłumaczył pan Szymon. 

No dobrze, Polak, naiwny marzycielu, więc idź sobie. Tylko połóż tu kluczyki od 

służbowego wozu i komórkę. Pogonię mocniej ludzi do'roboty i poradzimy sobie lepiej niż z 
tobą na pokładzie. Demotywatorów 
182 
nam nie potrzeba. Zapamiętaj tylko dobrze moje słowa. Niedługo wrócisz do mnie z płaczem, 
ale wtedy usłyszysz zdecydowane: NIE! 

Prezesie, zapewniam, że już nigdy do pana nie wrócę - Szymon Polak uśmiechnął się 

pogodnie, po czym ostatecznie się. pożegnał: - Zostańcie tu z Bogiem. 

Idź z Bogiem, synku, jak mawiała moja biedna babcia - szef wypowiedział te słowa 

prawdziwie prześmiewczym tonem. 
Po jakichś pięciu minutach w gabinecie prezesa zabrzmiał służbowy telefon, na którym 
wyświetlił się numer sekretariatu. Pan Lechniewicz podniósł słuchawkę i zapytał: 

Tak, Agnieszko? 

Panie prezesie, pan Polak przysłał do pana SMS-a. 

background image

SMS-a na stacjonarny numer, jak on to zrobił? 

Nie mam pojęcia. Czy odtworzyć go teraz panu? 

Jeśli potrafisz, to proszę. 

To jest zwykła poczta głosowa, oto ona. 

Po chwiji w słuchawce prezesa... zabrzmiał komputerowy głos czytający tekst SMS-a: 
„PREZESIE, W PRZECIWIEŃSTWIE DO PANA JA JESTEM WOLNYM 
CZŁOWIEKIEM. POZDRAWIAM, POLAK". 
Rozdział 21 
MisjA MAb^l tr\\'A 
W podziemiach starego, kamiennego kościoła znajdowała się już spora grupa ludzi. Pomiędzy 
wieloma młodymi osobami był tam. także pan Szymon Polak. Obok niego stał Tomasz, a po 
drugiej stronie osamotniona Osa. Aleksandra stale rozglądała się jakoś niespokojnie. Ogień 
pochodni zatkniętych na bocznych ścianach przyjemnie trzaskał. Ich pulsujące światło 
tworzyło odpowiedni klimat. Na przedzie kaplicy, między dużym drewnianym krzyżem a 
wysokimi świecami, za starym pulpitem stał ojciec Sokołowski. Jak co tydzień prowadził 
wieczorne środowe spotkanie. 
- Wysłuchajmy teraz w skupieniu, jakie Słowo przygotował dla nas Pan na dzisiaj - 
powiedział ojciec Maciej, po czym spojrzał znacząco na Tomasza. 
185 
Chłopak podszedł powoli do Sokoła i stanął nad otwartą wielką księgą. Już chciał zacząć 
czytać, ale w tym momencie na schodach prowadzących do kaplicy dał się słyszeć jakiś hałas. 
Najpierw gwałtownie otworzyły się górne drzwi, a potem ktoś jakby łomotał czymś ciężkim 
po stromych, krętych stopniach. 

Ajj, uważajcie, to jest drogi wózek. Jak mi go rozwalicie, to będziecie mnie nosić na 

rękach. 

Tato, nie marudź. Jesteśmy już spóźnieni. Robimy, co możemy. 

Wszyscy na dole rozpoznali głos Jozuego i jego taty. Każdy zaczął wyrozumiale uśmiechać 
się pod nosem. Ojciec Sokołowski położył dłoń na ramieniu Tomasza, dając znak, aby ten 
jeszcze chwilkę poczekał. 
Łomot i ciężkie stękania przesuwały się dość szybko po schodach, coraz niżej i niżej. W 
końcu na samym dole ukazał się wszystkim Kabel, który pośpiesznie uciekł długimi susami w 
przód. Za nim stoczył się po najniższych stopniach skaczący wózek. Na wózku siedział pan 
Grzegorz Jakubowicz. 

Uwaga! - powiedział stłumionym głosem niepełnosprawny mężczyzna, wjeżdżając na 

posadzkę dolnego kościoła. 
Jego pojazd ciągnął za sobą drepczącego po schodach Józefa, który nie upadł tylko dlatego, 
że trzymał się mocno taty. 
Teraz pan Grzegorz z łatwością już podjechał i zatrzymał się przy swojej córce. Obok stanęli 
zakłopotani Józef z Kablem. Ola zamknęła oczy i pokiwała głową 
186 
oraz głęboko westchnęła. Tata spojrzał na nią w górę i wyszeptał: 

Sorry za spóźnienie, nie mogliśmy zapędzić psów do domu. 

Na te słowa wychylił się pan Szymon Polak i powiedział półgłosem: 

Nie przyjmuj się, dobrze, że jesteście. Jakby co, załatwimy ci nowy wózek. 

Gdy sytuacja już całkiem się uspokoiła, Tomasz zaczął czytać donośnym głosem: 

Czytanie z Drugiej Księgi Samuela: 

„Wszystkie pokolenia Izraelskie zeszły się u Dawida w Hebronie i oświadczyły mu: Oto 
myśmy kości twoje i ciało. Już dawno, gdy Saul był królem nad nami, ty odbywałeś wyprawy 
na czele Izraela. I Pan rzekł do ciebie: Ty będziesz pasł mój lud - Izraela i ty będziesz 
wodzem nad Izraelem. Cała starszyzna Izraela przybyła do króla do Hebronu. I zawarł król 

background image

Dawid przymierze z nimi wobec Pana w Hebronie. Namaścili więc Dawida na króla nad 
Izraelem" 
Biblia Tysiąclecia 2 Sm 5, 1 - 3. 
Tomasz spojrzał znacząco na swego tatę i Jozuego, a oni uśmiechnęli się do niego 
porozumiewawczo. 

Oto Słowo Boże - Tomek zakończył czytanie i zszedł z podwyższenia. 

Ruszył ku swemu ojcu i reszcie przyjaciół. Jednak nie zatrzymał się przy nich. Minął ich i 
szedł dalej, zbliżając się do tylnej ściany kaplicy. Tutaj w cieniu, jak 
187 
oraz głęboko westchnęła. Tata spojrzał na nią w górę i wyszeptał: 

Sorry za spóźnienie, nie mogliśmy zapędzić psów do domu. 

Na te słowa wychylił się pan Szymon Polak i powiedział półgłosem: 

Nie przyjmuj się, dobrze, że jesteście. Jakby co, załatwimy ci nowy wózek. 

Gdy sytuacja już całkiem się uspokoiła, Tomasz zaczął czytać donośnym głosem: 

Czytanie z Drugiej Księgi Samuela: 

„Wszystkie pokolenia Izraelskie zeszły się u Dawida w Hebronie i oświadczyły mu: Oto 
myśmy kości twoje i ciało. Już dawno, gdy Saul był królem nad nami, ty odbywałeś wyprawy 
na czele Izraela. I Pan rzekł do ciebie: Ty będziesz pasł mój lud - Izraela i ty będziesz 
wodzem nad Izraelem. Cała starszyzna Izraela przybyła do króla do Hebronu. I zawarł król 
Dawid przymierze z nimi wobec Pana w Hebronie. Namaścili więc Dawida na króla nad 
Izraelem" 
Biblia Tysiąclecia 2 Sm 5, 1 - 3. 
Tomasz spojrzał znacząco na swego tatę i Jozuego, a oni uśmiechnęli się do niego 
porozumiewawczo. 

Oto Słowo Boże - Tomek zakończył czytanie i zszedł z podwyższenia. 

Ruszył ku swemu ojcu i reszcie przyjaciół. Jednak nie zatrzymał się przy nich. Minął ich i 
szedł dalej, zbliżając się do tylnej ściany kaplicy. Tutaj w cieniu, jak 
187 
zawsze, stał wysoki, milczący mężczyzna. Chłopak zatrzymał się koło niego i zapytał 
szeptem: 

Elezarze, czy to już koniec naszej misji? 

Wysoki mężczyzna uśmiechnął się, jednak odpowiedział jak najbardziej poważnie, 
półgłosem. 

Nie, Tomiaszu, misja Strażników Elohima trwa nieprzerwanie aż do końca świata. 

Oficer Armii Zwierzchności spojrzał uważnie na swego przyjaciela i dodał jeszcze: 

Bądźcie czujni, bo w najmniej spodziewanej chwili możecie być wezwani do 

kolejnego zadania! 
Koniec 
Uwaga! Robert Kościuszko rozważa napisanie części zerowej Wojownika, lub stworzenie 
serii całkiem nowych przygód np o Danielu w Babilonii. Napisz do autora, co o tym myślisz: 
robert@kosciuszko.org.pl 
 
 
 
 
Partnerzy Wojownika Trzech Światów to: 
J - i 

Przystanek Jezus 

background image

Ogólnopolska inicjatywa ewangelizacyjna skierowana do ludzi młodych uczestniczących w 
Przystanku Woodstock, celem prezentacji osoby Jezusa Zmartwychwstałego, przynoszącego 
dar zbawienia. 
Organizatorem Przystanku Jezus (od początku w 1999 roku) jest: 
Katolickie Stowarzyszenie w Służbie Nowej Ewangelizacji Wspólnota św. Tymoteusza z 
Gubina. 
Wzorem lat ubiegłych będziemy: 
• 

świadczyć o spotkaniu z Jezusem, 

• 

dzielić się chlebem i czasem, 

• 

modlić się za potrzebujących, 

• 

posługiwać sakramentem Pokuty i Pojednania (księża), 

• 

rozmawiać z rówieśnikami. 

Zapraszamy wspólnoty ewangelizacyjne oraz księży chcących podjąć dialog z młodzieżą i 
służyć sakramentem Pokuty i Pojednania. 
www.PrzystanekJezus.pl 
DOMOWY KOŚCIÓŁ 

 

to matżeńsko-rodzinny ruch świeckich w ¿^■Pj - 1 Hj Kościele, działający w ramach Ruchu 
Światło^Życie, I W * który jest jednym z nurtów posoborowej odnowy^ Kościoła w Polsce.
 

'VPÎVw 

Łączy w sobie charyzmaty Ruchu Światło-Życiejj \ J i międzynarodowego ruchu małżeństw 
katolickich^ Equipes Notre-Dame.  lj(§| 
Założycielem Domowego Kościoła jest Sługa» Boży ks. Franciszek Blachnicki (1921-1987), 
zflf którym ściśle współpracowała siostra Jadwiga^» Skudro ZNSJ (1914-2009). WĘĘ&Ę^ 
Duchową kolebką Domowego Kościoła jest Krościenko nad Dunajcem, gdzie w 1973 roku 
odbyły się pierwsze^oazy rodzinJBF 
4r ~ 
DOMOWY KOŚCIÓŁ powstał, aby ułatwić małżonkom otwarcie się na siebie i innych oraz 
zrozumieć, czym jest miłość małżeńska, jak można i trzeba ją przeżywać, jak pokonywać 
codzienne trudności i pokusy, by żyjąc w małżeństwie osiągnąć świętość. 
Dziś trudno wytrwać w życiu zgodnym z nauką Kościoła, dlatego małżeństwa sakramentalne 
pragnące żyć według wskazań Słowa Bożego łączą się w małe grupy zwane kręgami (w skład 
kręgu wchodzi 4-7 par), które spotykają się raz w miesiącu. W trakcie 3-godzinnego 
spotkania dzielą się ze sobą doświadczeniem wiary, pomagają sobie wzajemnie w problemach 
małżeńskich i rodzinnych oraz wspólnie się modlą, wierząc, że Bóg może sprawić, że 
małżeństwa i rodziny będą szczęśliwsze. 
Obecnie w Polsce formuje się prawie 13 tysięcy małżeństw sakramentalnych, skupionych w 
ok. 3000 kręgach Domowego Kościoła. Kręgi rozwijają się również na Ukrainie, Słowacji, 
Białorusi, w Czechach, Niemczech, Włoszech, Austrii, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Francji, 
Kanadzie i USA 
KONTAKT i więcej o Domowym Kościele na www.dk.oaza.pl 
cv 
^ à