background image

HENRY N. BEARD, DOUGLAS C. KENNEY 

 
 
 

Nuda Pierścieni

background image

Ten Pierścień niezrównany elfy wykonały 

I rodzone matki zań by dziś sprzedały.  
Władca cieni, 
śmiertelnych i wszelkiego stwora  
Ten 
ścichapęk siłą daje, lecz zmienia w potwora.  
Moc pot
ęŜną kryje w sobie ów jeden, Jedyny.  
I pozwala niezwykle dokonywa
ć czyny.  
Rozbity czy popsuty, naprawi
ć się nie da.  
Znaleziony odesła
ć (za pobraniem) do Sorheda.

 

 
Słysząc  takie  kiepskie  wiersze  i  mając  na  głowie  upierdliwego  Czarodzieja 

wystawiającego  mu  walizki  na  próg,  co  ma  robić  biedny  chochlik,  pomyślał  Frito.  Nie  ma 
innego  wyjścia  -  musi  ruszyć  w  drogę,  na  spotkanie  takich  niewiarygodnych  niebezpie-
czeństw,  jak  kiepskie  bary  szybkiej  obsługi,  nurkujące  i  zasypujące  go  pociskami 
rozpryskowymi  pelikany,  a  wszystko  po  to,  Ŝeby  pozbyć  się  pierścienia, za  który  szanujący 
się  właściciel  lombardu  nie  dałby  złamanego  grosza.  No  dobrze,  im  prędzej  wyruszy,  tym 
szybciej skończy tę misję - chyba Ŝe ktoś najpierw skończy z nim... 

 -  Czy  podoba  ci  się  to,  co  widzisz...?  -  pytała  zmysłowa  elfka,  prowokacyjnie 

rozchylając poły szaty i odsłaniając ukryte pod nią, krągłe wdzięki. Fritowi zaschło w gardle, 
a w głowie zakręciło się od Ŝądzy i piwska. 

Elfka  zrzuciła  cieniutki  peniuar  i  nie  wstydząc  się  swojej  nagości,  podeszła  do 

zafascynowanego  chochlika.  Cudownie  kształtną  dłonią  dotknęła  owłosionych  palców  jego 
stóp, a on bezradnie patrzył, jak podkurczają się pod wpływem dzikiej namiętności. 

 -  Pozwól,  a  uczynię  cię  szczęśliwym  -  szepnęła  ochryple,  gmerając  przy  zapinkach 

jego kamizelki, ze śmiechem odpinając mu miecz. - Pieść mnie, och, pieść mnie! - błagała. 

Ręka  Frita,  jakby  obdarzona  własną  wolą,  wyciągnęła  się  i  przesunęła  po  delikatnej 

wypukłości  elfiej  piersi,  podczas  gdy  druga  powoli  objęła  wąską,  idealną  talię  dziewki, 
przyciskając ją do jego potęŜnej piersi. 

 -  Paluchy,  uwielbiam  owłosione  paluchy  -  jęczała,  pociągając  go  na  przetykany 

srebrem  dywan.  Maleńkie,  róŜowe  paluszki  jej  stóp  pieściły  gęste  futro  na  jego  śródstopiu, 
podczas gdy nos Frita szukał ciepła cudownego, elfiego pępuszka. 

 - PrzecieŜ ja jestem taki mały i włochaty, a ty... ty jesteś taka piękna - chlipał Frito, 

niezgrabnie wyplątując się z szelek. 

Elfka nie odpowiedziała, tylko westchnęła cięŜko i mocniej przycisnęła go do swego 

gibkiego ciała. 

 - Najpierw musisz coś dla mnie zrobić - szepnęła mu do porośniętego kudłami ucha. 
 - Wszystko, co zechcesz - załkał Frito, wiedziony nieodpartą potrzebą. - Wszystko! 
Zamknęła oczy, a potem otwarła je, unosząc w górę. 
 -  Pierścień  -  powiedziała.  -  Muszę  mieć  twój  Pierścień.  Całe  ciało  Frita  napięło  się 

boleśnie. 

 - O nie - zawołał. - Nie to! Wszystko... tylko nie to! 
 - Muszę go mieć - rzekła, czule i zarazem gwałtownie. - Muszę mieć Pierścień! 
Oczy Frita zamgliły się od łez i udręki. 
 - Nie mogę! - rzeki. - Nie wolno mi! 
Jednak wiedział, Ŝe stracił wolę walki. Dłoń elfowej panny powoli sunęła w kierunku 

łańcuszka  przy  kieszonce  jego  kamizelki,  coraz  bliŜej  Pierścienia,  którego  Frito  strzegł  tak 
wiernie... 

background image

PRZEDMOWA 
 
 
ChociaŜ  nie  moŜemy  z  pełnym  przekonaniem  stwierdzić,  jak  to  robi  profesor  T.,  Ŝe 

“historia  ta  rosła  w  trakcie  opowiadania",  przyznajemy,  iŜ  niniejsza  historia  (a  raczej 
konieczność zdobycia paru groszy) rosła wprost proporcjonalnie do złowieszczego kurczenia 
się naszych kont bankowych w Harvard Trust w Cambridge, Massachusetts. Ten ubytek wagi 
naszych i tak juŜ chudych portfeli sam w sobie nie był powodem do alarmu (czy teŜ “larum", 
jak  by  ładnie  ujął  to  profesor  T.),  w  przeciwieństwie  do  gróźb  i  szturchańców,  jakie 
zbieraliśmy  od  naszych  wierzycieli.  Przemyślawszy  to  dobrze,  schroniliśmy  się  w  czytelni 
naszego klubu, aby pomedytować nad zmiennymi kolejami losu. 

Jesień  zastała  nas  -  dręczonych  przez  odleŜyny  i  znacznie  chudszych  -  w  naszych 

skórzanych  fotelach.  Nadal  nie  mieliśmy  nawet  sztucznej  kości,  którą  moglibyśmy  rzucić 
wilczemu  stadu  ziejącemu  przed  frontowymi  drzwiami.  Właśnie  wtedy  w  nasze  drŜące  ręce 
wpadł  zaczytany  egzemplarz  dziewiętnastego  wydania  Władcy  Pierścieni  poczciwego 
profesora  Tolkiena.  Z  symbolami  dolara  w  niewinnych  oczach,  szybko  ustaliliśmy,  Ŝe  ta 
ksiąŜka wciąŜ sprzedaje się, jak dobrze wiecie co. Uzbrojeni po zęby w słowniki oraz odbitki 
międzynarodowych  praw  dotyczących  paszkwilantów,  zamknęliśmy  się  w  sali  do  gry  w 
squasha,  zabierając  ze  sobą  taką  ilość  czipsów  i  Dr.  Peppera,  którą  udławiłby  się  koń. 
(Prawdę mówiąc, napisanie tego rzeczywiście wymagało udławienia małego konia, ale to juŜ 
całkiem inna historia.) 

Wiosna zastała nas z popsutymi zębami i kilkoma funtami papieru pokrytego kleksami 

oraz  nieczytelnymi  gryzmołami.  Ponownie  przeczytawszy  całość,  stwierdziliśmy,  Ŝe  to 
zadziwiająco celna satyra na lingwistyczne i mitologiczne elementy utworów Tolkiena, pełna 
Ŝ

arcików  z  jego  sposobu  wykorzystania  staro  -  skandynawskich  sag  i  fonemu  spółgłosek 

szczelinowych. Jednak pobieŜna lektura odpowiedzi od potencjalnych wydawców przekonała 
nas,  Ŝe  większą  korzyść  przyniosłoby  nam  spalenie  rękopisu  na  bibliotecznym  kominku. 
Następnego dnia, udręczeni potwornym kacem i utratą prawie wszystkich włosów na głowach 
(ale  to  jeszcze  inna  opowieść),  zasiedliśmy  z  ekstra  mocnymi,  wysoko  wydajnymi  Smith 
Coronami w zębach i spłodziliśmy ustęp, który teraz czytacie przed drugim śniadaniem. (A w 
tych stronach śniadamy diablo wcześnie, koleś.) Rezultatem, jak zaraz sami się przekonacie, 
jest  ksiąŜka  tak  czytelna  jak  równanie  liniowe,  o  wartości  literackiej  zbliŜonej  do  autografu 
złoŜonego na siedziszczu Szymona Słupnika. 

“Co do ukrytego znaczenia czy «przesłania»" - jak pisał profesor T. w swoim wstępie, 

ten  tekst  nie  zawiera  nic  prócz  tego,  czego  sami  się  w  nim  doszukacie.  (Wskazówka:  Co, 
według P.T. Barnuma, “rodzi się co minutę?) Mamy nadzieję, Ŝe dzięki tej ksiąŜce czytelnik 
nie  tylko  pogłębi  znajomość  problemu  piractwa  literackiego,  ale  takŜe  samego  siebie. 
(Wskazówka:  Czego  brakuje  w  tym  słynnym  cytacie?  “_____to_____".  Macie  trzy  minuty, 
Uwaga, gotowi, start!) 

Nuda  Pierścieni  została  wydana  jako  parodia.  To  bardzo  waŜne.  Chodzi  o  satyrę  na 

temat  innej  ksiąŜki,  a  nie  zwyczajne  naśladownictwo.  Dlatego  z  całym  naciskiem 
przypominamy,  Ŝe  to  nie  jest  prawdziwa  tolkienistyka!  Jeśli  zatem  masz  zamiar  nabyć  ten 
tomik,  myśląc,  Ŝe  to  coś  o  Władcy  Pierścieni,  to  lepiej  od  razu  odłóŜ  go  na  tę  stertę 
przecenionych ksiąŜek, z której go wyciągnąłeś'. Och, ale skoro doczytałeś do tego miejsca, to 
oznacza, Ŝe... Ŝe juŜ kupiłeś... orany... ojej... (Dolicz jeszcze jedną, Jocko. “Brzęk!") 

I  wreszcie,  mamy  nadzieję,  Ŝe  ci  z  was,  którzy  czytali  pamiętną  trylogię  profesora 

Tolkiena, nie poczują się uraŜeni naszym pomysłem. Mówiąc całkiem powaŜnie, uwaŜamy, iŜ 
moŜliwość  poŜartowania  sobie  z  tak  znaczącego,  prawdziwego  arcydzieła  geniuszu  i 
wyobraźni  jest  w  istocie zaszczytem.  W końcu,  taka jest  najwaŜniejsza  rola  ksiąŜki  -  bawić 
czytelnika  -  a  w  tym  przypadku  i  bawić,  i  rozśmieszać.  I  nie  martw  się  zbytnio,  jeśli  nie 

background image

uśmiejesz się z tego, co przeczytasz, bo jeśli nadstawisz twoje róŜowe uszka, gdzieś daleko, 
daleko usłyszysz radosny brzęk srebrzystych dzwoneczków... 

To my, frajerze. Brzęk! 

background image

PROLOG - DOTYCZĄCY CHOCHLIKÓW 
 
 

Głównym  zadaniem  tej  ksiąŜki  jest  zarobienie  pieniędzy  i  z  niej  czytelnik  moŜe 

dowiedzieć się wiele o charakterach i talentach literackich autorów. Jednak o chochlikach nie 
dowie się prawie nic, poniewaŜ kaŜdy, kto ma choć szczyptę rozumu w głowie, natychmiast 
przyzna, Ŝe takie stworzenia istnieją wyłącznie w umysłach dzieci, które spędziły dzieciństwo 
w  wiklinowych  koszykach  i  wyrosły  na  bandziorów,  złodziei  psów  lub  agentów  ubez-
pieczeniowych. Mimo wszystko, sądząc po wysokości nakładów interesujących ksiąŜek prof. 
Tolkiena,  jest  to  dość  liczna  grupa,  łatwa  do  rozróŜnienia  po  wypalonych  w  kieszeniach 
dziurach,  które  mogły  powstać  jedynie  w  wyniku  samozapłonu  grubych  warstw  ciasno 
zwiniętych  banknotów.  Dla  takich  czytelników  zebraliśmy  tu  kilka  płaskich  dowcipów  o 
chochlikach, otrzymanych w wyniku długotrwałego skakania po ułoŜonych w stos ksiąŜkach 
prof. Tolkiena. RównieŜ dla nich zamieszczamy krótkie streszczenie wcześniejszych przygód 
Dildo Buggera, które nazwał PodróŜe z popaprańcami w poszukiwaniu Śródziemia Dolnego, 
lecz rozsądnie zatytułowane przez wydawcę Dolina trolli. 

Chochliki  to  denerwujący  i  niezbyt  atrakcyjny  lud,  którego  liczebność  drastycznie 

zmalała  od  czasu  ogromnego  wzrostu  zapotrzebowania  na  bajki.  OcięŜałe  i ponure, a  nawet 
tępawe, wolą wieść spokojny, sielski Ŝywot. Nie znoszą urządzeń bardziej skomplikowanych 
od garoty, pałki czy lugiera i zawsze obawiały się “Wielkoludów" albo “Wielgusów", jak nas 
nazywają.  Teraz  z  zasady  unikają  nas,  oprócz  rzadkich  okazji,  kiedy  zbierają  się  w 
stuosobową bandę, Ŝeby wykończyć samotnego farmera lub myśliwego. Są małe, mniejsze od 
krasnoludów,  które  uwaŜają  je  za  karzełki,  płochliwe  i  tajemnicze,  często  wspominając  o 
“chochelce  kłopotów".  Rzadko  przekraczają  trzy  stopy  wzrostu,  lecz  bez  trudu  potrafią 
poradzić sobie ze stworzeniami o połowę mniejszymi od siebie, jeśli szybciej wyciągną broń. 
Co  do  chochlików  z  Bagna,  o  które  głównie  nam  chodzi,  są  to  stworzenia  o  niezwykle 
pospolitym  wyglądzie,  ubrane  w  nowiuteńkie  szare  garnitury  z  wąskimi  klapami,  alpejskie 
kapelusiki  i  skórzane  krawaty.  Nie  noszą  butów  i  poruszają  się  na  dwóch  potęŜnych, 
włochatych  narządach  zwanych  stopami  tylko  ze  względu  na  ich  lokalizację  na  końcu  nóg. 
Ich  pryszczate  oblicza  mają  złośliwy  wyraz  świadczący  o  głębokim  zamiłowaniu  do 
anonimowych, obscenicznych rozmów telefonicznych, a kiedy uśmiechają się, ich długie na 
stopę  jęzory  poruszają  się  w  sposób  budzący  zazdrość  smoków  z  Komodo.  Mają  długie, 
zwinne  palce,  jakie  zazwyczaj  wyobraŜamy  sobie  zaciśnięte  na  szyi  jakiegoś  futrzastego 
zwierzątka  lub  gmerające  w  cudzej  kieszeni  i  z  niezwykłą  zręcznością  wytwarzają  rozmaite 
skomplikowane  rzeczy,  takie  jak  spreparowane  kości  do  gry  lub  ładunki  wybuchowe. 
Uwielbiają dobrze zjeść i wypić, grać w głuchy telefon z głupimi czworonogami i opowiadać 
kiepskie dowcipy o krasnoludach. Wydają nudne przyjęcia i niewiele pieniędzy na prezenty, 
ciesząc się takim samym szacunkiem i popularnością jak zdechła wydra. 

Nie  ulega  wątpliwości,  Ŝe  chochliki  to  nasi  krewni,  jedno  z  ogniw  łańcucha 

ewolucyjnego  wiodącego  od  wiewiórek  przez  wilkołaki  do  Włochów,  jednak  nie  sposób 
ustalić  stopnia  owego  pokrewieństwa.  Wywodzi  się  ono  z  Dawnych  Dobrych  Czasów,  gdy 
naszą  planetę  zamieszkiwały  przeróŜne  niezwykłe  stworzenia,  które  dziś  moŜna  zobaczyć 
dopiero  po  wypiciu  kwaterki  Jasia  Wędrowniczka.  Tylko  u  elfów  zachowały  się  kroniki 
tamtych  czasów,  przewaŜnie  pełne  elfich  dyrdymałów,  odraŜających  obrazków  nagich  trolli 
oraz ohydnych opisów orgii urządzanych przez orki. Jednak chochliki najwidoczniej  Ŝyły w 
Ś

ródziemiu  Dolnym  na  długo  przed  czasami  Frita  i  Dilda,  zanim  -  jak  bardzo  stare  salami 

nagle objawiające swoje istnienie - stały się problemem dla rządów Małych i Głupich. 

Wszystko  to  działo  się  w  Trzeciej  Erze  Śródziemia  Dolnego  -  inaczej  zwaną  Epoką 

Kamienia  Lizanego  -  i  krainy  z  owych  czasów  juŜ  dawno  pochłonęło  morze,  a  ich 
mieszkańców  szklane  słoje  gabinetu  osobliwości  pana  Ripleya.  Chochliki  współczesne 

background image

Fritowi  od  dawna  nie  posiadały  Ŝadnych  danych  na  ten  temat,  częściowo  w  wyniku 
analfabetyzmu  i  niedorozwoju  umysłowego  stawiających  je  na  poziomie  młodego  dorsza,  a 
po  części  z  powodu  zamiłowania  do  badań  genealogicznych,  które  kazało  im  niechętnym 
okiem patrzeć na wątpliwe początki pracowicie fałszowanej historii rodu. Mimo to bełkotliwa 
mowa i upodobanie do keczupu świadczyły, Ŝe kiedyś musiały naleŜeć do kultury  Zachodu. 
Ich  legendy  i  stare  pieśni,  opiewające  głównie  nimfo  -  manię  elfek  i  smoczą  ruję,  często 
wspominały o terenach nad rzeką Rycyną, między Lasem Dykty a Górami Papier - Mache. W 
wielkich  bibliotekach  Twodoru  znajdują  się  materiały  potwierdzające  tę  tezę,  na  przykład 
stare  artykuły  w  “Detektywie"  i  tym  podobne.  Nie  wiadomo,  dlaczego  podjęli  ryzykowną 
wyprawę do Aleodoru, jednak ich pieśni głoszą, Ŝe na ich ziemię padł cień, w wyniku czego 
przestały rosnąć ziemniaki. 

Przed  przekroczeniem  Gór  Papier  -  Mache  chochliki  podzieliły  się  na  trzy  odrębne 

plemiona: Platfusów, Stolców i Wybredków. Platfusy, jak dotąd najliczniejsze, były smagłe, 
niskie, o rozbieganych oczkach; miały bardzo szerokie dłonie i stopy.  śyły w  górach, gdzie 
mogły  łowić  króliki  i  małe  kozy,  a  zarabiały  na  Ŝycie,  wynajmując  się  jako  obstawa 
miejscowych  krasnoludów.  Stolce  były  większe  i  ładniejsze  od  Platfusów,  zamieszkiwały 
cuchnącą  krainę  wzdłuŜ  biegu  i  przy  ujściu  rzeki  Rycyny,  hodując  urazę  i  wólce,  które 
sprzedawały przepływającym. Miały długie, lśniące, czarne włosy i uwielbiały noŜe. Często 
zadawały się z ludźmi, wyręczając ich w sprzątaniu. Najmniej liczne były Wybredki, wyŜsze i 
chudsze  od  innych  chochlików,  Ŝyjące  w  lasach,  gdzie  świetnie  prosperowały,  handlując 
galanterią skórzaną, sandałami i wyrobami rękodzielniczymi. Czasem wynajmowały się jako 
dekoratorzy  wnętrz  elfich  domostw,  jednak  przez  większość  czasu  śpiewały  ponure  ludowe 
piosenki i molestowały wiewiórki. 

Przekroczywszy  góry,  chochliki  niezwłocznie  przeszły  na  osiadły  tryb  Ŝycia. 

Poskracały  sobie  nazwiska  i  wcisnęły  się  do  wszystkich  ziemiańskich  klubów,  odrzucając 
dawną mowę i zwyczaje jak odbezpieczony granat. Jednoczesna dziwna migracja na wschód 
ludzi oraz elfów z Aleodoru pozwala na dość dokładne określenie daty przybycia chochlików. 
W  tymŜe  roku,  1623  roku  Trzeciej  Ery,  bracia  Brasso  i  Drano  przeprawili  się  przez  Rzekę 
ś

ółci  ze  znacznymi  siłami  chochlików,  przebranych  za  pospolitych  rabusiów  grobów  i  pod 

Ŝ

eberkiem  pozbawili  części  władzy  samego  Króla  (Arglebargle'a  IV  albo  któregoś  innego.) 

Mimo  jego  słabych  protestów  postawili  poborców  myta  na  drogach  i  mostach,  przepędzili 
jego  posłańców  i  wysłali  doń  sugestywne  listy  z  pogróŜkami.  Krótko  mówiąc,  osiedli  na 
dobre. 

Tak  rozpoczęła  się  historia  Bagna,  a  chochliki,  mając  na  względzie  przepisy  o 

przedawnieniu, od chwili przebycia Rzeki śółci zmieniły kalendarz. Były bardzo zadowolone 
z nowej ojczyzny i znów zniknęły z kart historii człowieka, co przyjęto z powszechnym Ŝalem 
porównywalnym  z  uczuciem  wywołanym  nagłym  zdechnięciem  wściekłego  psa.  Na 
wszystkich  mapach  Bagno  oznaczano  czerwonymi  wykrzyknikami  i  podróŜowali  przez  nie 
wyłącznie  zbłąkani  wędrowcy  lub  kompletni  wariaci.  Nie  licząc  tych  rzadkich  gości, 
chochliki pozostawiono samym sobie aŜ do czasów Frita i Dilda. Kiedy Ŝeberko miało swego 
Króla,  chochliki  nominalnie  pozostawały  jego  poddanymi  i  aŜ  do  ostatniej  bitwy  z 
Ruderykiem z Boraksu posyłały do boju swoich strzelców wyborowych, chociaŜ brak danych 
na temat tego, po której stawały stronie. Północne Królestwo upadło i chochliki powróciły do 
swego  ustabilizowanego,  prostego  Ŝycia,  jedząc  i  pijąc,  śpiewając  i tańcząc,  płacąc czekami 
bez pokrycia. 

Mimo  wszystko  dostatnie  Ŝycie  w  Bagnie  zasadniczo  nie  zmieniło  przeciętnego 

chochlika, który nadal był równie trudny do zabicia jak karaluch i równie miły w obcowaniu 
jak  zagnany  w  kąt  szczur.  ChociaŜ  atakowały  tylko  z  zimną  krwią  i  zabijały  wyłącznie  dla 
pieniędzy,  chochliki  pozostawały  mistrzami  ciosów  poniŜej  pasa  i  podstępów.  Były 
wyśmienitymi  strzelcami  znakomicie  posługującymi  się  wszelkiego  rodzaju  oręŜem  i  kaŜde 

background image

małe,  powolne  i  głupie  stworzenie,  które  odwróciło  się  do  nich  plecami,  naraŜało  się  na 
stratowanie. 

Początkowo  wszystkie  chochliki  mieszkały  w  norach,  co  bynajmniej  nie jest  niczym 

dziwnym  u  stworzeń  będących  za  pan  brat  ze  szczurami.  W  czasach  Dilda  przewaŜnie 
zamieszkiwały na powierzchni ziemi na sposób elfów i ludzi, jednak zachowywały tradycyjny 
charakter  swoich  domostw,  które  niczym  nie  róŜniły  się  od  siedzib  gatunków  masowo 
zasiedlających  pod  koniec  lata  ściany  starych  budynków.  Ich  chatki  zawsze  były  owalne, 
zbudowane  z  mokrej  słomy,  błota,  kawałków  darni  oraz  innych  resztek,  często  pobielonych 
przez  przelatujące  gołębie.  W  wyniku  tego  większość  chochlikowych  miast  wyglądała  tak, 
jakby powstała na skutek gwałtownych i przykrych zaburzeń Ŝołądkowych jakiegoś wielkiego 
i niechlujnego stworzenia - na przykład smoka. 

W  całym  Bagnie  był  co  najmniej  tuzin  tych  przedziwnych  osad,  połączonych  siecią 

dróg,  urzędów  pocztowych  i  systemem  rządów,  który  nawet  kolonia  małŜy  uznałaby  za 
prymitywny. Samo Bagno dzieliło się pensami, półpensami i miedziakami z głową Indianina, 
którymi zarządzał burmistrz wybierany co roku w prima aprilis przy urnach wyborczych. W 
pełnieniu obowiązków pomagały mu liczne siły policji, która nie robiła nic prócz wymuszania 
zeznań,  głównie  od  wiewiórek.  Oprócz  tych  kilku  namiastek  instytucji  państwowych  w 
Bagnie  nie  istniał  jakikolwiek  rząd.  Chochliki  przewaŜnie  były  zajęte  produkowaniem  i 
spoŜywaniem Ŝywności oraz alkoholu. Przez resztę czasu wymiotowały. 

background image

O znalezieniu Pierścienia 
 

Jak  juŜ  powiedziano  w  poprzednim  tomie  tych  opowieści,  Dolinie  Trolli,  Dildo 

Bugger  wyruszył  pewnego  dnia  z  bandą  stukniętych  krasnoludów  i  skompromitowanym 
róŜokrzyŜowcem  imieniem  Goodgulf,  aby  odebrać  smokowi  stertę  krótkoterminowych 
obligacji  samorządowych  oraz  wartościowych  asygnat  kasowych.  Wyprawa  została 
uwieńczona  sukcesem  i  smok,  przedwojenny  bazyliszek  śmierdzący  jak  autobus,  został 
wzięty od tyłu podczas odcinania kuponów. Mimo wszystko chociaŜ podczas owej wyprawy 
dokonano wielu bezsensownych i idiotycznych czynów, ta historia obchodziłaby nas jeszcze 
mniej - o ile to moŜliwe - gdyby nie drobne oszustwo, jakie w jej trakcie popełnił Dildo, Ŝeby 
dostać  swoją  dolę.  W  Górach  Mączystych  wędrowcy  zostali  napadnięci  przez  zgraję 
rozszalałych norek, a spiesząc na pomoc walczącym krasnoludom, Dildo najwyraźniej stracił 
poczucie  kierunku  i  znalazł  się  w  dość  odległej  części  jaskini.  Stanąwszy  przed  wylotem 
tunelu,  wiodącego  stromo  w  dół,  Dildo  w  wyniku  chwilowego  nawrotu  zadawnionego 
niedomagania ucha wewnętrznego pobiegł nim na pomoc - jak sądził - swoim przyjaciołom. 
Przebiegłszy  spory  dystans  i  nie  znajdując  nic  prócz  tunelu,  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  musiał 
gdzieś zmylić drogę, kiedy nagle korytarz doprowadził go do rozległej pieczary. 

Kiedy  oczy  Dilda  przywykły  do  bladej  poświaty,  stwierdził,  Ŝe  grotę  wypełniało 

szerokie,  nerkowatego  kształtu  jezioro,  w  którym  paskudnie  wyglądający  błazen  zwany 
Goddam  hałaśliwie  pluskał  się  na  starym,  gumowym  koniku  morskim.  śywił  się  surowymi 
rybami i sporadycznymi przybyszami takimi jak Dildo, którego wizytę przyjął z entuzjazmem 
równym temu, jaki wzbudziłoby w nim nagłe przybycie cięŜarówki z wyrobami McDonalda. 
Jednak tak jak kaŜdy potomek chochlikowego rodu, Goddam wolał zachować ostroŜność przy 
atakowaniu istot mających ponad pięć cali wzrostu i waŜących więcej niŜ dziesięć funtów, tak 
więc wyzwał Dilda na turniej zagadek, Ŝeby zyskać na czasie. Dildo, który w wyniku nagłego 
ataku  amnezji  zapomniał,  Ŝe  przed  jaskinią  właśnie  przerabiają  krasnali  na  rąbankę,  przyjął 
wyzwanie. 

Zadawali sobie niezliczone zagadki, takie jak kto grał Cisco Kida i co to jest Krypton. 

W  końcu  Dildo  wygrał  ten  turniej.  Ponaglany,  Ŝeby  zadał  kolejną  zagadkę,  zawołał, 
zaciskając  dłoń  na  rękojeści  tęponosej  trzydziestki  ósemki:  “Co  mam  w  kieszeni?"  Na  to 
Goddam  nie  zdołał  odpowiedzieć  i  z  rosnącym  zniecierpliwieniem  popłynął  do  Dilda, 
skamląc:  “PokaŜ  mi,  pokaŜ".  Dildo  spełnił  jego  prośbę,  wyciągając  pistolet  i  opróŜniając 
magazynek w kierunku Goddama. Mrok utrudniał celowanie, więc zdoła tylko przedziurawić 
gumowego konika. Goddam, który nie umiał pływać, szamotał się w wodzie, wyciągając rękę 
do Dilda i błagając o pomoc. Dildo zauwaŜył niezwykły pierścień na jego palcu i natychmiast 
ś

ciągnął  klejnot.  Wykończyłby  Goddama  od  razu  lecz  nie  zrobił  tego,  w  przypływie  Ŝalu. 

ś

ałuję, Ŝe skończyły mi się naboje, pomyślał i wrócił tunelem, ścigany wściekłymi wrzaskami 

Goddama. 

To  dziwne,  ale  Dildo  nigdy  o  tym  nie  opowiadał,  twierdząc  Ŝe  wyjął  Pierścień  z 

nozdrzy  jakiejś  świni  lub  z  automatu  do  gry  -  nie  pamięta  skąd.  Goodgulf,  z  natury 
podejrzliwy, za pomocą jednego ze swych magicznych wywarów (zapewne pentotalu sodu.) 
w  końcu  zdołał  wydobyć  prawdę  z  chochlika  i  bardzo  przejął  się  tym,  Ŝe  Dildo,  będąc 
zręcznym  i  zamiłowanym  łgarzem,  nie  wymyślił  bardziej  wiarygodnej  historyjki.  Właśnie 
wtedy, mniej więcej pięćdziesiąt lat wcześniej nim rozpoczyna się nasza opowieść, Goodgulf 
zaczął domyślać się, jak waŜny jest Pierścień. I jak zwykle, kompletnie się mylił. 

background image

NUDA PIERŚCIENI 

 
 
 

TO MOJE PRZYJĘCIE I OLEJĘ, KOGO ZECHCĘ 
 
 

Kiedy  pan  Dildo  Bugger  z  Bug  Endu  niechętnie  oznajmił,  Ŝe  zamierza  wydać 

przyjęcie  dla  wszystkich  chochlików  w  tej  część  Bagna,  w  Chochlikowie  natychmiast 
zawrzało - we wszystkich brudnych lepiankach rozległy się okrzyki: “Wspaniale!" i “O rany, 
Ŝ

arcie!"  Śliniąc  się  na  samą  myśl,  tracąc  zmysły  z  łakomstwa  kilku  odbiorców  zaproszeń 

poŜarło  małe,  pięknie  zdobione  kartoniki  zaproszeń.  Jednak  po  początkowym  ataku  euforii 
chochliki powróciły do swych codziennych zajęć, znów - jak to mają w zwyczaju - zapadając 
w błogą drzemkę. 

Mimo  wszystko  ta  podniecająca  wieść  rozeszła  się  wśród  ocienionych  matami  bud, 

ś

wieŜych  dostaw  zdumionych  osłów  wielkich  beczek  pienistego  jak  mydliny  piwska, 

sztucznych  ogni  ton  naci  ziemniaczanej  i  gigantycznych  stert  starych  strucli.  Dc  miasta 
sprowadzono  całe  wozy  ze  snopami  świeŜo  ściętej  parząwki  -  popularnego  i  bardzo  silnego 
ś

rodka  wymiotnego.  Wieść  o  fecie  dotarła  nawet  nad  Rzekę  śółci  i  mieszkańcy  tych 

odległych  okolic  zaczęli  ściągać  do  miasta  jak  pijawki,  wabione  obietnicą  darmowej  uczty, 
przy której minóg jawił się nędzną przekąską. 

Nikt  w  całym  Bagnie  nie  miał  pojemniejszego  brzucha  od  zaślinionego  i 

zdziecinniałego starego plotkarza, Hafa Gangree. Haf przez całe Ŝycie skrupulatnie pełnił swe 
urzędnicze obowiązki i dzięki sporym zyskom z szantaŜu juŜ dawno przeszedł na emeryturę. 

Tego wieczoru Wargacz, jak go nazywano, siedział w  “Podbitym Oku" - podejrzanej 

norze  często  zamykanej  przez  burmistrza  Fastbucka  z  powodu  nieobyczajnego  zachowania 
się  zatrudnionych  tu  piersiastych kelnerek,  które podobno potrafiły  wyrolować  trolla, zanim 
zdąŜyłbyś powiedzieć “Rumpelstilzchen". Jak zwykle towarzyszyło mu paru moczymordów, 
włącznie z jego synem, Spamem Gangree, który właśnie świętował wyrok w zawieszeniu za 
czyn nierządny dokonany na nieletnim smoku płci Ŝeńskiej. 

 -  Cała  ta  sprawa  bardzo  dziwnie  pachnie  -  rzekł  Wargacz,  wdychając  Ŝrące  opary 

swojej fajki. - Mówią o tym, Ŝe pan Bugger nagle wyprawia wielką bibę, podczas gdy przez 
długie lata nie poczęstował sąsiadów nawet kawałkiem sera. 

Słuchacze w milczeniu pokiwali głowami, poniewaŜ właśnie tak stały sprawy. Nawet 

przed  “dziwnym  zniknięciem"  Dilda, jego  nory  w  Bug Endzie  pilnowały  groźne  wilkołaki i 
nikt  nie  pamiętał,  aby  kiedykolwiek  dał  choć  pensa  na  Doroczną  Wentę  Chochlikowa  Na 
Rzecz Bezdomnych Duchów. Fakt, Ŝe nikt inny teŜ nie dał, w niczym nie tłumaczył słynnego 
skąpstwa  Dilda.  Trzymał  się  na  uboczu,  oddany  tylko  swojemu  siostrzeńcowi  i  manii 
układania pornograficznych puzzli. 

 - A ten jego chłopak, Frito - dodał ślepawy Nat Clubfoot - jest zupełnie stuknięty. 
Stary  Poop  z  Backwater  przytaknął,  razem  z  innymi.  Bo  któŜ  nie  widział  młodego 

Frita błądzącego bez celu po krętych uliczkach Chochlikowa, niosącego bukiecik kwiatków i 
mamroczącego  coś  o  “prawdzie  i  pięknie"  albo  plotącego  takie  głupoty  jak  "Cogito  ergo 
chochlikum"? 

 -  To  dziwak,  naprawdę  -  rzekł  Wargacz  -  i  wcale  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  w  tej 

gadaninie o jego krasnoludzich sympatiach tkwiła szczypta prawdy. 

Zebrani  przyjęli  to  stwierdzenie  zaambarasowanym  milczeniem,  szczególnie  młody 

Spam,  który  nigdy  nie  wierzył  w  nie  potwierdzone  pogłoski  o  tym,  Ŝe  Buggersi  to 

background image

“krasnoludy w przebraniu". Jak przypominał Spam, prawdziwe krasnoludy są niŜsze i cuchną 
znacznie gorzej od chochlików. 

 -  Często  powiadają  -  zaśmiał  się  Wargacz,  machając  prawą  nogą  -  Ŝe  pewien  facet 

tylko poŜyczył sobie nazwisko Bugger! 

 -  Właśnie  -  pisnął  Clotty  Peristalt.  -  Jeśli  ten  Frito  nie  jest  owocem  mieszanego 

związku, to ja nie odróŜniam śniadania od podwieczorku! 

Wszyscy  biesiadnicy  ryknęli  śmiechem,  przypominając  sobie  matkę  Frita,  a  siostrę 

Dilda,  która  lekkomyślnie  związała  się  z  kimś  po  niewłaściwej  stronie  Rzeki  śółci  (kimś 
znanym  jako  mieszaniec,  tzn.  pół  chochlik,  pół  opos).  Kilku  słuchaczy  podchwyciło  temat, 
przypominając  szereg  wulgarnych  (wulgarnych  dla  wszystkich  oprócz  chochlików, 
oczywiście) i dość prostackich Ŝartów na koszt Buggersów. 

 -  Ponadto  -  rzekł  Wargacz  -  Dildo  zawsze  postępował..  tajemniczo,  jeśli  wiecie,  co 

mam na myśli. 

 -  Niektórzy  powiadają,  Ŝe  zachowuje  się  tak,  jakby  miał  o  do  ukrycia,  tak  mówią  - 

powiedział  jakiś  obcy  głos  z  ciemnego  kąta.  Ten  głos  naleŜał  do  męŜczyzny  nie  znanego 
chochlikom  spod  “Podbitego  Oka",  przybysza  nie  zauwaŜonego  przez  nich  ze  względu  na 
jego  pospolity  czarny  hełm,  czarną  kolczugę,  czarną  maczugę,  czarny  sztylet  oraz  zupełnie 
zwyczajne oczy, gorejącej jak dwa węgle. 

 - Ci, którzy tak mówią, mogą mieć rację - przyznał Wargacz, mruganiem uprzedzając 

słuchaczy o zbliŜającej się poincie. - Jednak ci, którzy mówią inaczej, teŜ mogą się mylić. 

Kiedy ucichła salwa śmiechu wywołana tym typowym dla Gangree wicem, mało kto 

spostrzegł, Ŝe nieznajomy zniknął pozostawiając za sobą tylko dziwną woń stajni. 

 - Jednak - upierał się Spam - to będzie przednia zabawa. 
I wszyscy przyznali mu rację, poniewaŜ chochlik niczego nie lubi bardziej niŜ okazji 

opchania się do obrzydzenia. 

Była  chłodna,  wczesna  jesień,  zapowiadająca  doroczną  zmianę  chochlikowych 

deserów - z całych melonów na całe dynie. Jednak młodsze chochliki, które jeszcze nie były 
zbyt  opasłe,  aby  powlec  swoje  niezgrabne  cielska  uliczkami  miasta,  ujrzały  zapowiedź 
nadchodzących uroczystości: sztuczne ognie! 

Kiedy zbliŜał się dzień uczty, wozy ciągnione przez kozły pociągowe przetoczyły się 

przez  bramę  Chochlikowa,  wyładowane  pudłami  i  skrzyniami  opatrzonymi  runicznym 
krzyŜykiem Czarodzieja Goodgulfa oraz rozmaitymi nazwami elfich firm. 

Skrzynie  wyładowano  i  otwarto  pod  drzwiami  Dilda,  a  tłum  chochlików  machał 

przysłowiowymi  ogonami,  podziwiając  ich  cudowną  zawartość.  Były  tam  pęki  rur 
zamocowanych  na  trójnogach  do  wystrzeliwania  ogromnych  rzymskich  ogni;  grube, 
opatrzone  lotkami  rakiety  z  dodatkowymi  guzikami  na  przedzie,  waŜące  setki  funtów; 
ruchomy  cylinder  z  szeregiem  komór  zaopatrzony  w  korbkę  do  obracania;  a  takŜe  wielkie 
petardy przypominające dzieciom zielone ananasy z przymocowanym kółeczkiem. Na kaŜdej 
skrzynce  widniały  wymalowane  zieloną  farbą  elfie  runy  głoszące,  iŜ  te  zabawki  zostały 
wyprodukowane  w  baśniowej  wytwórni  najwidoczniej  noszącej  nazwę  “NadwyŜki 
woskowe". 

Dildo  z  szerokim  uśmiechem  pilnował  rozładunku  i  rozgonił  młódź  jednym 

morderczym machnięciem nogi zaopatrzonej w dobrze naostrzony pazur. 

 - Wynocha, zmiatać, won! - zawołał wesoło za umykającymi. Potem roześmiał się i 

wrócił do swojej nory, Ŝeby porozmawiać z gościem. 

 -  To  będzie  pokaz  ogni  sztucznych,  jakiego  nie  zapomną  -  zachichotał  podstarzały 

chochlik  do  Goodgulfa,  który  z  wyraźnym  niesmakiem  pykał  cygaro,  siedząc  w  fotelu 
będącym  typowym  okazem  nowoczesnego  elfiego  bezguścia.  Podłoga  wokół  nich  była 
zasłana czteroliterowymi fragmentami układanki. 

 -  Obawiam  się,  Ŝe  musisz  zmienić  swoje  plany  względem  nich  -  stwierdził 

background image

Czarodziej,  rozplątując  kłąb  splątanych  kłaków  swej  długiej,  brudnoszarej  brody.  -  Nie 
moŜesz uciekać się do masowych mordów przy załatwianiu drobnych porachunków z miesz-
kańcami miasteczka. 

Dildo  uwaŜnie  przyglądał  się  staremu  przyjacielowi.  Czarodziej  miał  na  sobie 

znoszoną  szatę  czarnoksięŜnika,  która  juŜ  dawno  wyszła  z  mody,  z  ponadrywanymi 
gwiazdami  i  cekinami  zwisającymi  z  wystrzępionego  rąbka.  Na  głowie  nosił  pomiętą, 
stoŜkowatą  czapkę,  niechlujnie  pobazgroloną  fosforyzującymi  w  mroku,  kabalistycznymi 
znakami, wzorami chemicznymi oraz wyblakłymi graffiti krasnoludów, a w zartretyzowanej 
dłoni o ogryzionych paznokciach dzierŜył krzywy, stoczony przez korniki kostur, który słuŜył 
mu jako “czarodziejska" róŜdŜka i drapak do pleców. W tej chwili Goodgulf uŜywał go w tym 
drugim  celu,  jednocześnie  wpatrując  się  w  palce  swoich  nóg  wystające  z  tego,  co  niegdyś 
było czarnymi trampkami na grubej podeszwie. 

 -  Wyglądasz  na  trochę  steranego,  Gulfie  -  zachichotał  Dildo.  -  Krach  na 

czarodziejskim rynku, no nie? 

Goodgulf wyraźnie wzdrygnął się, słysząc swój szkolny przydomek, ale z godnością 

wygładził fałdy szat. 

 - To nie moja wina, Ŝe niedowiarki drwią z mojej mocy - rzekł. - Jeszcze rozdziawią 

gęby na widok moich czarów! 

Nagle machnął kosturem i komnata pogrąŜyła się w mroku. W ciemności Dildo ujrzał, 

Ŝ

e szaty Goodgulfa jarzą się jasną poświatą. W jakiś tajemniczy sposób na piersi czarodzieja 

pojawiły  się  dziwne  znaki,  tworzące  napis  w  elfim  języku:  “Pocałujesz  mnie  po  ciemku, 
mała?" 

Równie nagle światło ponownie rozjaśniło przytulną norę i napis na piersi czarodzieja 

zgasł. Dildo podniósł oczy do góry i wzruszył ramionami. 

 - Daj spokój, Gulfie - powiedział. - Takie numery wyszły z mody razem z koszulami 

w kwiatki. Nic dziwnego, Ŝe musisz dorabiać karcianymi sztuczkami w salkach parafialnych 
róŜnych pipidówek. 

Goodgulf nie przejął się sarkazmem przyjaciela. 
 -  Nie  drwij  z  mocy  przekraczających  twoje  zdolności  pojmowania,  bezczelny 

włochaczu - rzekł, a w jego dłoni nagle pojawiło się pięć asów. - Widzisz skuteczność moich 
czarów! 

 - Widzę tylko, Ŝe w końcu naprawiłeś tę spręŜynę w rękawie - zachichotał chochlik, 

nalewając staremu kumplowi kufel piwa. 

 - MoŜe więc dasz spokój tym swoim hokus - pokus i powiesz mi, czemu zaszczyciłeś 

mnie swoją obecnością? I apetytem. 

Zanim  odpowiedział,  Czarodziej  odczekał  chwilę,  usiłując  zmierzyć  Dilda  ponurym 

spojrzeniem oczu, które ostatnio zdradzały tendencję do lekkiego zezowania. 

 - Czas porozmawiać o Pierścieniu - rzekł. 
 - Pierścieniu, pierścieniu... Jakim pierścieniu? 
 - Wiesz aŜ za dobrze, o jakim Pierścieniu - odparł Goodgulf. - O Pierścieniu w twojej 

kieszeni, Bugger. 

 - Och, o tym Pierścieniu - rzekł Dildo, udając niewinnego. 
 -  Myślałem,  Ŝe  mówisz  o  tym  pierścionku,  który  zostawiłeś  w  mojej  wannie  po 

ostatniej sesji z gumową kaczką. 

 -  Nie  czas  na  Ŝarty  -  powiedział  Goodgulf  -  gdyŜ  Zło  kroczy  po  ziemi,  a 

niebezpieczeństwo czai się wszędzie. 

 - Ale... - zaczął Dildo. 
 - Dziwne rzeczy dzieją się na Wschodzie... 
 - Ale... 
 - Zguba nadciąga z Zachodu... 

background image

 - Ale... 
 - Lis wpadł do kurnika... 
 - Ale... 
 - ... mucha do śmietany... 
Dildo gwałtownie zacisnął dłoń na ustach Czarodzieja. 
 - Chcesz powiedzieć... chcesz powiedzieć... - szepnął - Ŝe moŜemy znaleźć w koszu 

zgniłe jabłko? 

 - Mmhmm! - potwierdził zakneblowany mag.  
Najgorsze obawy Dilda stały się prawdą. Po przyjęciu, pomyślał, trzeba będzie podjąć 

kilka powaŜnych decyzji. 

 
 
ChociaŜ  rozesłano  tylko  dwieście  zaproszeń,  Frito  Bugger  nie  powinien  być 

zaskoczony, widząc kilkakrotnie więcej gości zasiadających przy ogromnych, podobnych do 
koryt stołach pod wielkimi baldachimami rozstawionymi na łące Buggera. Szeroko otworzył 
młode  oczy  na  widok  długich  rzędów  gęb  Ŝarłocznie  szarpiących  i  ogryzających  pieczyste, 
nie zwaŜających na nic. W pomrukującym i czkającym tłumie otaczającym biesiadne stoły nie 
dostrzegł  wielu  znajomych  twarzy,  lecz  mało  której  nie  zakrywała  maska  zaschniętego 
tłuszczu  i  sosu.  Dopiero  wtedy  młody  chochlik  pojął  prawdziwość  ulubionego  przysłowia 
Dilda: “Trzeba wiele, Ŝeby zamknąć usta chochlikowi". 

Mimo wszystko to wspaniałe przyjęcie, stwierdził Frito, uchylając się przed niedbale 

rzuconym,  ogryzionym  udźcem.  Wykopano  wielkie  jamy  w  ziemi  na  przyjęcie  stert 
przypalonego  mięsiwa,  które  goście  wrzucali  w  swe  dobrze  umięśnione  gardziele,  a  wuj 
Dildo  wymyślił  sprytny  system  rur  z  grawitacyjnym  obiegiem,  aby  doprowadzić  galony 
mocnego  piwska  do  ich  bezdennych  brzuchów.  Frito  w  ponurym  milczeniu  obserwował 
swoich  ziomków,  którzy  ciamkając,  opychali  się  chrupkami  ziemniaczanymi  oraz  napychali 
kieszenie  kubraków  i  sakiewki  kawałkami  tłustego  miecha  “na  później".  Od  czasu  do  czasu 
zbyt  łakomy  biesiadnik  padał  nieprzytomny  na  ziemię,  ku  wielkiej  uciesze  towarzyszy, 
którzy,  korzystając  z  okazji,  obsypywali  go  resztkami.  A  właściwie  resztkami,  których  nie 
chowali sobie “na później". 

Wszędzie  wokół  Frita  rozchodził  się  donośny  zgrzyt  chochlikowych  zębów,  cięŜkie 

chochlikowe  posapywania  i  jękliwe  granie  chochlikowych  brzuchów.  Chrzęst  i  chrupanie 
niemal  zagłuszyły  hymn  Bagna,  który  z  mniejszym  lub  większym  powodzeniem  usiłowała 
odegrać wynajęta orkiestra. 

 

Myśmy chochliki włochaty lud  
Lubimy je
ść duŜo, a nawet w bród.  
Wszyscy jak bracia si
ę kochamy  
I bardzo rzadko si
ę poŜeramy. 
WciąŜ głodni i wiecznie spragnieni,  
Cho
ć brzuch pęka z przejedzenia.  
Po
Ŝre wszystko do ostatnich okruchów,  
Nasza banda strasznych ob
Ŝartuchów. 
 
Refren: 
ŜrećŜrećŜrećŜrećŜrećŜrećŜrećŜreć. 
 

background image

Dalej, chochliki, zasiądźmy do stołu,  
A ka
Ŝdy z nas połknąć moŜe wołu.  
Zatem jedzmy, od wieczora po rano.  
(I znów, byle tylko podano).
 
Cokolwiek na stole nasz wróg!  
Jedz póki
ś nie wyciągnął nóg!  
Wci
ąŜ weseli, nie dorastamy,  
Ś

piewamy, gramy i rzygamy! 

 
Refren: 
ŜrećŜrećŜrećŜrećŜrećŜrećŜrećŜreć.

 

 
Frito przeszedł wzdłuŜ rzędów stołów, mając nadzieję znaleźć przysadzistą, znajomą 

postać  Spama.  “śreć,  Ŝreć,  Ŝreć..."  -  mamrotał  pod  nosem,  lecz  te  słowa  wydały  mu  się 
dziwne. Dlaczego był taki samotny wśród rozbawionego tłumu, dlaczego zawsze czuł się jak 
intruz w swojej własnej wiosce? Frito spojrzał na falangi miarowo poruszających się siekaczy 
i długich na stopę, rozdwojonych jęzorów wywieszonych z setek ust, róŜowych i wilgotnych 
w popołudniowym słońcu. 

W  tym  momencie  dostrzegł  jakieś  poruszenie  u  szczytu  stołu,  gdzie  powinien  był 

zasiadać  jako  honorowy  gość.  Wuj  Dildo  stał  na  ławie  i  gestem  uciszał  zebranych,  chcąc 
wygłosić  poobiednią  przemowę.  Po  burzy  szyderczych  okrzyków  i  ogłuszeniu  paru 
najbardziej  niesfornych  gości,  wszystkie  kudłate,  sterczące  uszy  i  szkliste  oczka  skierowały 
się na gospodarza, łowiąc jego słowa. 

“Moi  bracia  -  chochliki -  rzekł - moi  bracia  z  rodów  Poops  i  Peristalts, Barrelgutts  i 

Hangbellies,  Needlepoints,  Liverflaps  i  Nosethingers".  (Nosefingers!  -  poprawił  go 
rozsierdzony  pijak,  który,  zgodnie  ze  zwyczajem  swego  rodu,  wepchnął  sobie  w  nozdrze 
palec aŜ do czwartego stawu). 

“Mam  nadzieję,  Ŝe  wszyscy  napchaliście  sobie  brzuchy  aŜ  do  obrzydzenia".  To 

tradycyjne  pozdrowienie  przyjęto  zwyczajową  salwą  pierdnięć  i  czknięć,  świadczących  o 
zadowoleniu z poczęstunku. 

“Jak wam wiadomo, przez większość Ŝycia mieszkałem w Chochlikowie i wyrobiłem 

sobie  zdanie  o  wszystkich  jego  mieszkańcach.  Teraz,  zanim  was  opuszczę  na  zawsze,  chcę 
pokazać wam, co o was myślę". Tłum zawył radośnie w przekonaniu,  Ŝe oto nadszedł czas, 
gdy  Dildo  rozdzieli  oczekiwane  prezenty.  Jednak  to,  co  nastąpiło,  zaskoczyło  nawet  Frita, 
który z niemym podziwem spojrzał na swego wuja. Dildo odwrócił się i opuścił spodnie. 

Wybuchło  potworne  zamieszanie,  które  lepiej  pozostawmy  wyobraźni  czytelnika, 

choćby  nie  wiedzieć  jak  ubogiej.  Jednak  Dildo,  dawszy  wcześniej  umówiony  znak  do 
odpalenia  sztucznych  ogni,  umknął  rozwścieczonym  mieszkańcom  miasteczka.  Nagle 
potwornie huknęło i błysnęło. Rycząc z przeraŜenia, Ŝądne zemsty chochliki padły na ziemię 
wśród ogłuszającego łoskotu i rozbłysków. Gdy wszystko ucichło, co odwaŜniejsi członkowie 
karnej  ekspedycji  podnieśli  głowy  i  spojrzeli  na  mały  pagórek,  na  którym  stał  stolik 
gospodarza. Nie było go tam. Tak samo jak Dilda. 

 -  Szkoda,  Ŝe  nie  widzieliście,  jakie  mieli  miny  -  śmiał  się  Dildo,  mówiąc  do 

Goodgulfa i Frita. Bezpiecznie ukryty w swojej norze, stary chochlik pokładał się ze śmiechu. 
- Biegali jak wystraszone króliki! 

 - Króliki czy chochliki, mówię ci, Ŝe powinieneś uwaŜać - rzekł Goodgulf. - Mogłeś 

kogoś zranić. 

 - Nie, nie - odparł Dildo. - Wszystkie odłamki poleciały w innym kierunku. A w ten 

background image

sposób pokazałem im, co o nich myślę, zanim na dobre opuszczę to miasteczko. 

Dildo  wstał  i  ostatni  raz  sprawdził  swoje  kufry,  starannie  zaadresowane  “Riv'n'dell, 

Estrogen". 

 - Robi się gorąco i trzeba było jakoś poruszyć tych obŜartych tępaków. 
 - Gorąco? - zapytał Frito. 
 - Tak - odparł Goodgulf. - Zło kroczy po... 
 -  Nie  teraz  -  przerwał  mu  niecierpliwie  Dildo.  -  Powiedz  mu  tylko  to,  co  mi 

powiedziałeś. 

 -  Twój  nieuprzejmy  wuj  mówi  o  tym  -  zaczął  Czarodziej  -  Ŝe  dostrzegłem  wiele 

znaków na niebie i ziemi źle wróŜących wszystkim, w Bagnie i wszędzie. 

 - Znaków? - spytał Frito. 
 -  Zaprawdę  i  zaiste  -  odparł  ponuro  Goodgulf.  -  W  minionym  roku  widziałem 

przedziwne i zatrwaŜające zjawiska. Pola obsiane pszenicą rodziły trawę i grzyby, i nawet w 
małych  ogródkach  nie  przyjmowały  się  karczochy.  Był  upalny  dzień  w  grudniu  i  niebieskie 
migdały.  Wydrukowano  kalendarze  z  miesiącem  złoŜonym  z  samych  niedziel,  a  dwaj 
sprzedawcy  polis  otrzymali  za  Ŝycia  Order  Podwiązki.  Rozstąpiła  się  ziemia,  ukazując 
wnętrzności kozła powiązane marynarskimi węzłami. Słońce pociemniało, a z niebios padały 
rozmokłe czipsy ziemniaczane. 

 - I Ŝ zapowiadają te znaki? - jęknął przeraŜony Frito. 
 - Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami Goodgulf - ale to  świetny tekst. Jednak to 

nie  wszystko.  Moi  szpiedzy  mówi  o  czarnych  zastępach  zbierających  się  na  Wschodzie,  w 
martwe krainie Fordoru. Hordy paskudnych norek i trolli rosną w siłę a czerwonookie cienie 
codziennie  podkradają  się  aŜ  do  granic  Bagna.  Niebawem  na  tej  ziemi  zapanuje  terror  pod 
straszliwymi rządami Sorheda. 

 - Sorhed! - wykrzyknął Frito. - PrzecieŜ Sorheda juŜ nie ma. 
 - Nie wierz we wszystko, co usłyszysz od heroldów - rzekł ponuro Dildo. - UwaŜano, 

Ŝ

e  Sorhed  został  zniszczony  na  zawsze  w  bitwie  o  Brylopad,  jednak  najwidoczniej  to  było 

zwykłe chciejstwo. Tymczasem on oraz jego Dziewięciu Niezguli wymknęli się z pola bitwy, 
sprytnie  udając  trupę  cygańskich  akrobatów.  Uciekłszy  przez  Ngaio  Marsh,  przedarli  się  na 
przedmieścia  Fordoru,  gdzie  ceny  nieruchomości  natychmiast  spadły  jak  sok  cierpiący  na 
paraliŜ. Od tej pory cały czas odbudowywali swą potęgę. 

 -  Jego  Czarny  Karbunkuł  Zagłady  urósł  i  niebawem  gotów  zalać  całe  Śródziemie 

Dolne  strugami  swego  plugastwa.  Jeśli  mamy  przetrwać,  ten  wrzód  trzeba  przeciąć,  zanim 
Sorhed zacznie naciskać. 

 - Tylko jak to zrobić? - rzekł Frito. 
 -  Musimy  trzymać  go  z  daleka  od  tego,  co  oznacza  dlań  pewne  zwycięstwo  -  rzekł 

Goodgulf. - Musimy trzymać go z dala od Wielkiego Pierścienia! 

 -  A  co  to  za  Pierścień?  -  spytał  Frito,  ukradkiem  rozglądając  się  za  najbliŜszym 

wyjściem z nory. 

 - Przestań rozglądać się za najbliŜszym wyjściem, to ci powiem - zgromił Goodgulf 

przestraszonego  chochlika.  -  Wiele  wieków  temu,  kiedy  chochliki  jeszcze  walczyły  z 
wiewiórkami o orzechy laskowe, w Krainie Elfów wykonano Pierścienie Władzy. Stworzone 
według  tajemnego  przepisu  znanego  obecnie  tylko  producentom  pasty  do  zębów,  te 
legendarne  Pierścienie  dawały  ich  posiadaczom  cudowną  moc.  Było  ich  dwadzieścia:  sześć 
do władania ziemią, pięć dla panowania nad morzami, trzy dla królowania w powietrzu i dwa 
zapobiegające  nieświeŜemu  oddechowi.  Mając  te  Pierścienie,  dawni  mieszkańcy  tych  ziem, 
zarówno śmiertelnicy, jak elfy, Ŝyli w pokoju i szczęściu. 

 - PrzecieŜ to dopiero szesnaście - zauwaŜył Frito. - A co z pozostałymi czterema? 
 - Zwrócono je do producenta z powodu wad fabrycznych - zaśmiał się Dildo. - Często 

powodowały zwarcia na deszczu i właściciel zostawał bez palca. 

background image

 -  Oprócz  Wielkiego  Pierścienia  -  ciągnął  Goodgulf  -  który  rządzi  wszystkimi 

pozostałymi,  dlatego  jest teraz  tak  usilnie  poszukiwany  przez  Sorheda.  Jego  moc  i  uroda  są 
legendarne,  a  właściciela  obdarza  ponoć  niezwykłymi  przymiotami.  Powiadają,  Ŝe  dzięki 
mocy  tego  klejnotu  posiadacz  moŜe  dokonywać  wspaniałych  czynów,  panować  nad 
wszystkimi stworzeniami, pokonywać niezwycięŜone armie, rozmawiać z rybami i drobiem, 
giąć  stal  gołymi  rękami,  jednym  susem  wskakiwać  na  wysokie  mury,  zyskiwać  przyjaciół i 
wpływ na ludzi, załatwiać mandaty za nieprzepisowe parkowanie... 

 - I zostać królową balu - dokończył Dildo. - Cokolwiek zechce! 
 - Tak więc wszyscy chcą mieć ten Wielki Pierścień - mruknął Frito. 
 - Chcą, Ŝeby spadła na nich klątwa! - zawołał Goodgulf, gwałtownie machając laską. 

- PoniewaŜ równie pewna jest moc Pierścienia, jak jego władza nad posiadaczem! Właściciel 
powoli zmienia się i nigdy na lepsze. Robi się nieufny i zazdrosny o swą potęgę, a jego serce 
zmienia się w kamień. Zbytnio wielbi swą siłę i dostaje wrzodów Ŝołądka. Staje się ocięŜały i 
draŜliwy,  podatny  na  neurozy,  migreny,  bóle  kręgosłupa  i  częste  przeziębienia.  Niebawem 
nikt nie zaprasza go na przyjęcia. 

 - Straszliwa jest moc tego Wielkiego Pierścienia - rzek Frito. 
 -  I  straszliwe  brzemię  tego,  kto  go  posiadł  -  dodał  Goodgulf.  -  PoniewaŜ  jakiś 

nieszczęśnik musi odnieść klejnot tam gdzie nie dosięgnie go Sorhed, naraŜając się na wiele 
niebezpieczeństw  i  niemal  pewną  zgubę.  Ktoś  musi  zanieść  ten  Pierścień  do  Otchłani 
Fordoru,  pod  samym  nosem  strasznego  Sorheda;  ktoś  na  pozór  nieodpowiedni  do  tego 
zadania, kto nieprędko zostanie wykryty. 

Frito wzdrygnął się, współczując temu nieszczęśnikowi. 
 -  A  więc  posiadaczem  Pierścienia  powinien  być  kompletny  tuman  -  rzekł  z 

nerwowym uśmiechem. 

Goodgulf zerknął na Dilda, który skinął głową i niedbale rzucił Fritowi mały, lśniący 

przedmiot. To był pierścień. 

 - Gratuluję - rzekł ponuro Dildo. - Właśnie wygrałeś główną nagrodę. 

background image

II 
TROJE TO ZABAWA, CZWORO SAME NUDY 
 

 
 - Na twoim miejscu - rzekł Goodgulf - niezwłocznie ruszyłbym w drogę. 
Frito spojrzał nań nieobecnym wejrzeniem znad herbaty z rzepy. 
 -  Nie  widzę  problemu,  Goodgulf.  MoŜesz  być  na  moim  miejscu.  Nie  pamiętam, 

Ŝ

ebym zgłosił się na ochotnika do tęgo interesu z Pierścieniem. 

 -  Nie  czas  na  jałowe  swary  -  stwierdził  Czarodziej,  wyciągając  królika  z 

pogniecionego kapelusza. - Dildo wyruszył kilka dni temu i czeka na ciebie w Riv'n'dell, co i 
ja zrobię. Tam o losie Pierścienia zadecydują wszyscy mieszkańcy Śródziemia Dolnego. 

Frito  udawał  zajętego  swoją  filiŜanką  herbaty,  gdy  Spam  wszedł  do  pokoju  i  zaczął 

sprzątać norę, pakując przedmioty naleŜące do Dilda. 

 -  Hej,  panie  Frito  -  wychrypiał,  odsuwając  z  czoła  tłuste  kędziory.  -  Chcę  tylko 

spakować  resztę  rzeczy  pańskiego  wuja,  który  tak  tajemniczo  zniknął  bez  śladu.  Dziwna 
sprawa, no nie? 

Widząc,  Ŝe  nie  otrzyma  Ŝadnego  wyjaśnienia,  wierny  sługa  powlókł  się  do  sypialni 

Dilda.  Goodgulf,  pospiesznie  złapawszy  królika,  który  hałaśliwie  zwymiotował  na  dywan, 
znów podjął rozmowę. 

 - Jesteś pewny, Ŝe moŜna mu ufać?  
Frito uśmiechnął się. 
 - Oczywiście. Spam jest moim prawdziwym przyjacielem jeszcze z poprawczaka. 
 - I nic nie wie o Pierścieniu? 
 - Nic - odparł Frito. - Jestem tego pewny.  
Goodgulf z powątpiewaniem spojrzał na zamknięte drzwi sypialni. 
 - Nadal go masz, prawda? 
Frito skinął głową i pociągnął za łańcuszek ze spinaczy, którym przymocował klejnot 

do wystrzępionej koszulki do krykieta. 

 - A więc bądź ostroŜny - ostrzegł Goodgulf - gdyŜ ma on przedziwne właściwości. 
 -  MoŜe  na  przykład  napchać  mi  kieszenie?  -  zapytał  młody  chochlik,  obracając 

Pierścień w grubych palcach. Popatrzył na klejnot z obawą, jak często czynił to w ciągu kilku 
minionych dni. Był zrobiony z jasnego metalu, pokrytego dziwnymi wzorkami i napisami. Na 
wewnętrznej powierzchni wyryto coś w nie znanym Fritowi języku. 

 - Nie rozumiem tych słów - rzekł Frito. 
 -  No  pewnie  -  odparł  Goodgulf.  -  To  mowa  elfów,  język  Fordoru.  W  swobodnym 

przekładzie napis głosi: 

Ten Pierścień niezrównany elfy wykonały  
I rodzone matki za
ń by dziś sprzedały.  
Władca cieni, 
śmiertelnych i wszelkiego stwora  
Ten 
ścichapęk siłę daje, lecz zmienia w potwora.  
Moc pot
ęŜną kryje w sobie ów jeden, Jedyny.  
I pozwala niezwykłe dokonywa
ć czyny.  
Rozbity czy popsuty, naprawi
ć się nie da.  
Znaleziony odesła
ć (za pobraniem) do Sorheda. 
 -  Shakestoorem  to autor  nie  był  -  stwierdził  Frito,  pośpiesznie chowając  Pierścień  z 

powrotem do kieszeni. 

 - Jednak przekazał wyraźne ostrzeŜenie - przypomniał Goodgulf. - Nawet teraz słudzy 

Sorheda  węszą  za  granicą  w  poszukiwaniu  tego  Pierścienia  i  nie  minie  wiele  czasu,  a 
wywęszą go tutaj. Czas ruszać do Riv'n'dell. 

Stary mag wstał, podszedł do drzwi sypialni i otworzył ją nagłym szarpnięciem. Spam 

background image

rąbnął  nadstawionym  uchem  o  podłogę,  grzechocząc  kieszeniami  pełnymi  najlepszych, 
platerowanych mithrilem sztućców Dilda. 

 - A oto twój wierny towarzysz. 
Gdy  Goodgulf  wszedł  do  sypialni,  Spam  -  gorączkowo  usiłując  ukryć  wystające  z 

kieszeni sztućce - uśmiechnął się głupkowato do Frita, przybierając tępy wyraz twarzy, który 
Frito tak polubił 

Ignorując Spama, Frito lękliwie zawołał za Czarodziejem: 
 - PrzecieŜ... przecieŜ... muszę się przygotować! Moje bagaŜe... 
 -  Bez  obawy  -  odparł  Goodgulf,  podając  mu  dwie  walizki!  -  Zająłem  się  tym  i 

spakowałem je za ciebie. 

 
 
Noc  była  jasna  jak  klejnot  elfów,  roziskrzona  gwiazdkami,  gdy  Frito  zebrał  swoją 

kompanię  na  pastwisku  za  miastem.  Oprócz  Spama  byli  to  dwaj  bliźniacy  -  Moxie  i  Pepsi 
Dangleberry,  obaj  bardzo  hałaśliwi  i  zupełnie  bezuŜyteczni.  Właśnie  wesoło  harcowali  na 
łące. Frito przywołał  ich do porządku, zastanawiając się, dlaczego Goodgulf ściągnął mu na 
kark  tych  dwóch  zadowolonych  z  siebie  idiotów,  którym  nikt  w  mieście  nie  powierzyłby 
nawet spalonej zapałki. 

 - Chodźmy, chodźmy! - zawołał Moxie. 
 -  Tak,  chodźmy  chodźmy  -  dodał  Pepsi,  zrobił  jeden  krok  i  runął  jak  długi, 

rozkwaszając sobie nos. 

 - Fatalnie! - zaśmiał się Moxie. 
 - Gorzej niŜ fatalnie! - jęknął Pepsi. 
Frito uniósł oczy ku niebu. Zapowiadała się długa podróŜ. 
Z  trudem  pozbierawszy  swoich  kompanów,  Frito  dokonał  inspekcji  ich  ekwipunku. 

Tak jak się obawiał, zapomnieli o jego poleceniach i zabrali mnóstwo sałatki ziemniaczanej. 
Natomiast Spam napchał plecak kiepskimi romansidłami i sztućcami Dilda. 

W  końcu ruszyli,  zgodnie  z  instrukcjami  Goodgulfa,  oznakowanym  na  Ŝółto  Krętym 

Szlakiem  Wewnątrzstanowym  ku  Whee.  Mieli  przed  sobą  najdłuŜszy  odcinek  drogi  do 
Riv'n'dell.  Czarodziej  kazał  im  podróŜować  niepostrzeŜenie  nocą  poboczem  szlaku, 
nadstawiając  uszu,  mając  szeroko  otwarte  oczy  i  czyste  nosy.  Na  skutek  niedawnego 
niefortunnego upadku Pepsi z trudem spełniał to ostatnie zalecenie. 

Przez  jakiś  czas  wędrowali  w  milczeniu,  zajęci  czynnością,  która  u  chochlików 

uchodzi  za  myślenie.  Jednak  Frito  był  mocno  zaniepokojony  czekającą  ich,  długą  drogą. 
Podczas gdy jego towarzysze wesoło kroczyli naprzód, Ŝartobliwie kopiąc się i podstawiając 
sobie nogi, jemu serce zamierało z obawy. Wspominając szczęśliwsze czasy, zamruczał pod 
nosem, a potem zanucił prastarą pieśń krasnoludów, której nauczył się, siedząc na kolanach 
wujka  Dilda,  pieśń,  której  autor  Ŝył  na  długo  przed  początkiem  Śródziemia  Dolnego. 
Brzmiała tak: 

 

Hej - ho, hej - ho, 
Do pracy by się szło, 
Hej - ho, hej - ho, hej - ho, hej - ho, Hej - ho, hej - ho...

 

 
 - Dobre! Dobre! - pisnął Moxie. 
 - Tak, dobre! Szczególnie to “hej - ho" - dodał Pepsi. 
 -  A  jaki  tytuł  ma  ta  piosenka?  -  spytał  Spam,  który  nie  zna  wielu  pieśni  (a 

przynajmniej wielu przyzwoitych pieśni). 

 - Nazywam ją “Hej - ho" - rzekł Frito. 

background image

Jednak  wcale  nie  poprawiła  mu  humoru.  Wkrótce  zaczęli  padać  i  wszyscy  się 

przeziębili. 

Niebo  na  zachodzie  zmieniło  barwę  z  czarnej  na  perłowoszarą  gdy  cztery  chochliki, 

zmęczone  i  zasmarkane,  przerwały  marsz  i  zatrzymały  się  na  popas  w  kępie  wierzb,  wiele 
kroków od nie osłoniętego Szlaku. Strudzeni wędrowcy wyciągnęli się na ziemi pod okapem 
gałęzi,  po  czym  spoŜyli  lekki  posiłek  złoŜony  z  krasnoludowego  chleba,  warzonego  przez 
chochliki piwa oraz sznycli cielęcych. Potem, cicho pojękując z przeŜarcia, wszyscy zapadli 
w sen, śniąc swoje chochlikowe sny, przewaŜnie związane sznyclami cielęcymi. 

Frito  obudził  się  nagle. JuŜ  zapadał mrok  i  mdlące  ściskanie  w  Ŝołądku  sprawiło,  Ŝe 

chochlik z przeraŜeniem spojrzał spomiędzy gałęzi na Szlak. Poprzez liście dojrzał w oddali 
jakiś ciemny ogromny kształt. To coś poruszało się powoli i ostroŜnie  Szlakiem wyglądając 
jak  wysoki,  czarny  jeździec  na  ogromnym  i  brzuchatym  wierzchowcu.  Stojąc  na  tle 
zachodzącego słońca, Frito wstrzymał oddech, gdy złowroga postać wpatrywała się w okolic 
czerwonymi  ślepiami.  W  pewnej  chwili  te  gorejące  węgle  spojrzały  prosto  na  Frita,  ale 
zamrugały krótkowzrocznie i przesunęły się dalej. Ogromny rumak, który zdumionym oczom 
Frita  jawił  się  jako  wielka,  niezwykle  przekarmiona  świnia  wielkości  chałupy,  chrząkał  i 
obwąchiwał mokrą ziemię, łowiąc ich zapach. Pozostałe chochliki obudziły się i zamarły ze 
zgrozy.  Na  ich  oczach  tropiciel  spiął  rumaka,  pierdnął  donośnie  i  smrodliwie,  po  czym 
odjechał. Nie zauwaŜył ich. 

Chochliki  zaczekały,  aŜ  pochrząkiwanie  bestii  zupełnie  ucichnie  w  oddali,  zanim 

podjęły rozmowę. Frito  odwrócił się do swoich towarzyszy, którzy pochowali się  w jukach, 
szepcząc: 

 - Wszystko w porządku. Odjechał.  
Spam niepewnie wyjrzał z worka. 
 -  A  niech  mnie, jeśli  nie  zgłupiałem  ze  strachu.  -  Zaśmiał  się  słabo. - To  było  takie 

dziwne i niepokojące! 

 - Dziwne i niepokojące! - potwierdził chór głosów z innych sakw. 
 -  A  jeszcze  bardziej  niepokojące  jest  to,  Ŝe  za  kaŜdym  razem,  gdy  otworzę  dziób, 

słyszę echo! 

Spam  kopnął  oba  worki,  które  odpowiedziały  jękami,  lecz  najwidoczniej  nie 

zamierzały wypluć swojej zawartości. 

 - Zrzęda z niego - rzekł pierwszy. 
 - Zrzęda i złośliwiec - przytaknął drugi. 
 - Zastanawiam się - powiedział Frito - kim i czym był ten straszliwy jeździec. 
Spam spuścił oczy i z zakłopotaniem potarł podbródek. 
 - Podejrzewam, Ŝe to jeden z tych, przed którymi Wargacz kazał mi pana przestrzec, 

panie Frito. 

Frito spojrzał na niego pytająco. 
 -  Noo  -  rzekł  Spam,  odgarniając  lok  i  przepraszająco  liŜąc  nogi  Frita  -  teraz 

przypominam sobie, Ŝe tuŜ przed tym, zanim ruszyliśmy w drogę, stary powiedział mi tak: “I 
nie  zapomnij  ostrzec  pana  Frita,  Ŝe  pytał  o  niego  jakiś  śmierdzący  obcy  z  czerwonymi 
ś

lepiami". “Obcy?" - zapytałem. “Tak, a kiedy nie puściłem pary, on nastroszył się, zasyczał i 

podkręcił czarnego wąsa. «Przekleństwo» - warknął ten paskudny stwór - «kolejna poraŜka!* 
A  potem  machnął  swoją  pałą,  wskoczył  na  świnię  i  pogalopował  na  niej  przez  Bag  Eye, 
wrzeszcząc  coś  jakby  «Dalej,  Śluzaku!»".  “Bardzo  dziwne"  -  mówię.  Chyba  powinienem 
powiedzieć panu o tym trochę wcześniej, panie Frito. 

 -  No  cóŜ  -  mruknął  Frito  -  teraz  nie  ma  czasu,  Ŝeby  się  tym  martwić.  Nie  jestem 

pewien,  ale  wcale  nie  zdziwiłbym  się  gdyby  istniało  jakieś  powiązanie  między  tamtym 
obcym, a naszym okropnym tropicielem. 

Frito zmarszczył brwi, ale jak zwykle zapomniał je przyfastrygować. 

background image

 -  W  kaŜdym  razie  -  stwierdził  -  nie  moŜemy  juŜ  bezpiecznie  podąŜać  Szlakiem  do 

Whee. Musimy pójść na skróty przez Evilyn Wood. 

 - Evilyn Wood? - powtórzył chór z worków. 
 - Panie Frito - powiedział Spam - powiadają, Ŝe to miejsce jest... nawiedzone! 
 -  MoŜe  i  jest  -  odparł  spokojnie  Frito  -  ale  jeśli  zostaniemy  tutaj,  na  pewno 

skończymy w sosnowych garniturkach. 

Frito  i  Spam  pospiesznie  wykopali  bliźniaków  z  worków  i  wszyscy  razem  zmietli 

resztę  sznycli,  obficie  zasypując  okolicę  -  okruchami.  Kiedy  skończyli,  ruszyli  dalej,  przy 
czym bluźniąc wydawali cieniutkie pi - pi w nie całkiem próŜnej nadziei, Ŝe w ciemnościach 
zostaną  wzięci  za  wędrowne  karaluchy.  PodąŜali  na  zachód,  sprytnie  wykorzystując  kaŜdą 
okazję,  Ŝeby  runąć  na  ziemię,  wyciągając  nogi,  aby  do  wschodu  słońca  znaleźć  się  w 
bezpiecznej leśnej gęstwinie. Frito obliczył, Ŝe w ciągu dwóch dni przebyli dwie staje - nieźle 
jak na chochliki, lecz wciąŜ zbyt, mało. Musieliby szybkim marszem przejść przez las, Ŝeby 
nazajutrz znaleźć się w Whee. 

Maszerowali w milczeniu, przerywanym tylko cichym pojękiwaniem Pepsi. Ten głupi 

pokurcz znów  rozkwasił sobie nochal pomyślał Frito - a Moxie  zaczyna kaprysić. Jednak w 
miarę jak noc mijała i wstawał świt, równina zaczęła przechodzić we wzniesienia, wgłębienia 
i garby gąbczastej, miękkiej ziemi o barwie cielęcego móŜdŜku. Gąszcz wokół potykających 
się wędrowców, zastąpiły pojedyncze drzewka, a potem ogromne, nieprzyjemnie wyglądające 
drzewa, przygięte i poskręcane przez wiatr, mróz oraz artretyzm. Niebawem ich cień połknął 
blask poranka i nowy mrok przykrył wędrowców, jak sterta mokrych ręczników. 

Przed  wieloma  laty  był  to  wesoły,  miły  las  dobrze  wyrośniętych  sosen  błotnych, 

zasmarkanych  smreków  i  związanych  wiązów,  miejsce  schadzek  zbijających  bąki  kretów  i 
wściekłych wiewiórek. Jednak teraz drzewa pochyliły się ze starości, trapione przez myszate 
mszaki oraz rozmaite roztocza, tak Ŝe Nattily Wood stał się dziwaczną puszczą Evilyn. 

 -  Do  rana  powinniśmy  być  we  Whee  -  rzekł  Frito,  kiedy  przystanęli,  aby  podjeść 

trochę sałatki ziemniaczanej. Jednak złowrogi szelest w gałęziach drzew nad głowami grupki 
wędrowców  ostrzegał,  aby  nie  biesiadowali  zbyt  długo.  Pospiesznie  ruszyli  dalej,  ostroŜnie 
unikając  gradu  odchodów,  jakimi  co  chwilę  obsypywali  ich  niewidzialni  i  rozwścieczeni 
mieszkańcy koron drzew. 

Po kilku godzinach takiego szamba, chochliki padły wyczerpane na ziemię. Ta kraina 

była zupełnie nie znana Fritowi, który juŜ dawno zgubił drogę. 

 -  Do  tej  pory  powinniśmy  juŜ  wyjść  z  lasu  -  powiedział  zaniepokojony.  -  Chyba 

zabłądziliśmy. 

Spam z przygnębieniem spojrzał na ostre jak rapier szpony swoich  palców u nóg, ale 

zaraz rozpromienił się. 

 - MoŜe to i prawda, panie Frito - rzekł. - Jednak niech się pan nie martwi. Ktoś był tu 

zaledwie  kilka  godzin  temu,  sądząc  po  wyglądzie  tego  obozowiska.  I  tak  samo jak  my, jadł 
sałatkę! 

Frito  uwaŜnie  zbadał  ślady.  To  prawda,  ktoś  był  tutaj  przed  kilkoma  godzinami  i 

spoŜywał typowy posiłek chochlików. 

 -  MoŜe  pójdziemy  tym  śladem  i  wydostaniemy  się  stąd.  ChociaŜ  bardzo  zmęczeni, 

ruszyli w dalszą drogę. 

Szli  i  szli,  daremnie  nawołując  nieznajomych,  których  ślady  co  rusz  znajdowali  na 

trawie: kawałek cielęcego sznycla, kiepskie romansidło, jeden ze sztućców Dilda (Co za zbieg 
okoliczności,  Pomyślał  Frito).  Jednak  nigdzie  nie  dostrzegli  chochlików.  Napotkali  sporego 
królika  z  tanim  kieszonkowym  zegarkiem,  ściganego  przez  jakąś  stukniętą  dziewczynkę, 
jeszcze  jedno  dziecko  napastowane  przez  trzy  rozjuszone  niedźwiedzie  grizzly  (“Lepiej  nie 
mieszajmy  się  do  tego"  -  rzekł  rozsądnie  Frito)  oraz  opuszczoną  i  upstrzoną  przez  muchy 
chatkę  z  piernika  z  napisem  “Do  wynajęcia"  na  drzwiach  z  marcepanu.  I  wciąŜ  Ŝadnych 

background image

drogowskazów. 

PółŜywi  ze  zmęczenia,  w  końcu  runęli  na  ziemię.  W  ponurym  lesie  było  juŜ  późne 

popołudnie, a więc najwyŜszy czas na drzemkę. Jakby pod wpływem nasennego naparu, cała 
czwórka  zwinęła  się  w  kosmate  kłębuszki  i  zapadła  w  sen  pod  osłoną  konarów  ogromnej, 
trzęsącej się osiki. 

Z  początku  Spam  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  Ŝe  juŜ  nie  śpi.  Czuł  jak  coś 

delikatnie  i  ostroŜnie  ciągnie  go  za  ubranie,  lecz  uznał,  Ŝe  to  miły  sen  o  gadzich 
przyjemnościach,  jakich  niedawno  zaznał  w  Bagnie.  Jednak  teraz  był  pewny,  Ŝe  usłyszał 
odgłos cichego ssania i rozdzieranej odzieŜy. Wytrzeszczył oczy i ujrzą Ŝe leŜy całkiem goły, 
z rękami i nogami związanymi przez mięsiste korzenie drzewa. Wrzeszcząc ile sił w płucach, 
głupiec zbudził swych towarzyszy, tak samo związanych i rozebranych do naga przez wijącą 
się  roślinę,  która  teraz  szeleściła  lubieŜnie.  Dziwne  drzewo  podśpiewywało  sobie,  ściskając 
ich  coraz  mocniej.  Na  oczach  patrzących  na  to  z  odrazą  chochlików  opuściło  gałęzią  z 
pomarańczowymi,  wargowymi  kwiatami  na  końcach.  Wydatne  pąki  opadły  niŜej  z 
obrzydliwym cmokaniem i mlaskaniem, przywierając do unieruchomionych nieszczęśników. 
Zamknięte w tych ohydnych objęciach, chochliki miały wkrótce zostać zacałowane na śmierć. 
Zbierając resztki sił, zaczęły wzywać pomocy! 

 - Ratunku, ratunku! - wołały. 
Jednak nikt nie odpowiadał. Pełne pomarańczowe kwiaty opadały na ciała bezradnych 

chochlików, wijąc się i pojękując z Ŝądzy. Nabrzmiałe płatki przywarły do wydętego brzucha 
Spama  i  zaczęły  ssać  chciwie;  chochlik  czuł,  jak  jego  ciało  zostaje  wessane  do  wnętrza 
kwiatu.  Potem  Spam  ze  zgrozą  zobaczył,  ja  płatki  puściły  go  z  donośnym  plaśnięciem, 
pozostawiając  ciemny,  brzydki  znak  w  miejscu,  gdzie  były  przyssane.  Spam,  nie  mogąc 
uwolnić ani siebie, ani swoich towarzyszy, patrzył, jak cięŜko dyszące płatki szykują się do 
ostatniego, zabójczego pocałunku. 

Jednak kiedy długa, czerwona łodyga opadła, by rozpocząć swe obrzydliwe praktyki, 

Spamowi  wydało  się,  Ŝe  słyszy  urywek  wesołej  piosenki.  Dźwięk  rozlegał  się  gdzieś 
niedaleko i był coraz głośniejszy! Ochrypły, ospały głos śpiewał słowa, które Spam z trudem 
rozróŜniał: 

 

Ŝę wal! Trawkę pal! Zagryź meskaliną! 
Wdychaj hasz! Łykaj crash! Popraw metadryną! 
Nie ma odlotu bez kompotu! Jam jest Tim Benzedryno!

 

 
ChociaŜ  oszaleli  ze  strachu,  wszyscy  słuchali  coraz  głośniejszej  piosenki  brzmiącej 

tak, jakby śpiewał ją ktoś śmiertelnie chory na świnkę: 

 

Prychać, wzdychać! Padzie przez leśne dąbrowy,  
A
Ŝ rozwścieczony mieszczanin wieszać cię gotowy!  
Wrzeszcze
ć jak opętany, ryczeć jak ranny tur!  
Chod
źcie za mną, a wnet na łby wasze padnie mór!  
Wy
Ŝej niŜ niebieskie ptaki lecą, gdzie chmur przystań.  
Otworzymy sklep z marych
ą, w którym kaŜdy skorzysta!  
Ludzi - kwiatów przybywa, w paciorkach i włosach długich,  
Którzy zapyziałemu 
światu ostatnie oddadzą posługi.  
Za Miło
ść, Pokój, Braterstwo toast dzisiaj wznosimy  

background image

A kiedy nas przyciśnie, to znów w tango ruszymy!

 

Nagle przez listowie przedarła się jaskrawo odziana postać, otulona płaszczem długich 

włosów  o  konsystencji  dobrze  przeŜutej  tureckiej  chałwy.  Przypominała  człowieka,  jednak 
nie za bardzo; miała sześć stóp wzrostu, lecz nie waŜyła więcej niŜ trzydzieści pięć funtów, z 
brudem włącznie. Stojący z rękami opuszczonymi prawie do ziemi śpiewak był pomalowany 
we  wszystkie  barwy  tęczy,  od  schizofrenicznej  czerwieni  po  psychopatyczny  błękit.  Na 
chudej  szyi  miał  zawieszony  tuzin  rozmaitych  amuletów,  wśród  których  poczesne  miejsce 
zajmował  wisiorek  z  runicznym  napisem  “Kelvinator".  Wśród  tłustych  kudłów  błyskało 
dwoje  wyłaŜących  z  orbit  oczu,  tak  nabiegłych  krwią,  Ŝe  przypominały  raczej  dwie  kulki 
bardzo chudego boczku. 

 -  Oooo,  ŜeŜ...!  -  powiedział  stwór,  szybko  oceniwszy  sytuację.  Potem,  na  pół 

doskoczywszy, a na pół podtoczywszy się do zabójczego drzewa, przysiadł na chuderlawych 
piętach i zerknął na pień bezbarwnymi, podobnymi do spodków źrenicami, wreszcie wydał z 
siebie szereg dźwięków, które Fritowi wydały się serią głuchych kaszlnięć: 

 

O rozchyl się, gąszczu! I wypuść to stadko  
Puszystych kotów, które
ś splątał gładko!  
Chocia
Ŝ po odlocie otumaniony,  
Nie jestem jeszcze zupełnie szalony!  
Zatem sko
ńcz te karesy i puszczaj ofiary,  
Niech zwyci
ęŜy rozum i obyczaj stary!  
Te kotki s
ą miłymi gośćmi w naszym lesie,  
A wi
ęc puszczaj je zaraz, ty wstrętny obwiesiu! 

 
Co mówiąc, wychudłe stworzenie ułoŜyło cienkie palce w literę “V" i rzuciło elfowe 

zaklęcie: 

 

Tim, Tim, Benzedryna!!  
Haszysz! Gorzała! Gazolina!  
Pu
ść! Puść! Zrób to dla Tima!  
Raz, dwa, trzy i li
ście tataraku,  
Rozchyl gał
ęzie, liściasty tępaku!

 

 
Wysokie  drzewo  zadrŜało  i  pęta  jak  zwoje  wczorajszego  makaronu  opadły  z  ofiar, 

które z radosnymi okrzykami zerwały się na równe nogi. Patrzyli zafascynowani, jak wielki 
zielony  napastnik  łka jak  dziecko  i  ssie  własne słupki  ze  złości. Chochliki  pozbierały  swoje 
odzienie i Frito odetchnął z ulgą, stwierdziwszy, Ŝe Pierścień nadal jest bezpiecznie przypięty 
do surduta. 

 -  Och,  dziękujemy  -  zapiszczały  chórem,  machając  ogonami  -  dziękujemy, 

dziękujemy! 

Jednak ich wybawca nie odpowiedział. Jakby nie zdając sobie sprawy z ich obecności, 

zesztywniał  i  wykrztusił  “Gr  -  gr  -  gr",  raz  po  raz  otwierając  i  zamykając  powieki  -  jak 
wielkie  parasole.  Ugiął  i  wyprostował  kolana,  potem  znów  je  ugiął  i  jak  sterta  splątanego 
włosia  runął  na  porośniętą  mchem  ziemię.  Toczył  pianę  z  ust  i  wrzeszczał:  “Och  BoŜe, 
zabierzcie ich ode mnie! Są zieloni i jest ich tu pełno! Ach! Och! OBoŜeOBoŜeOBoŜeOBoŜe 
- OBoŜeOBoŜe!" Histerycznie walił się rękami po głowie i całym ciele. 

background image

Frito  zamrugał  oczami  ze  zdziwienia  i  złapał  za  Pierścień,  ale  nie  uŜył  go.  Spam, 

pochylając się nad leŜącym nieszczęśnikiem, uśmiechnął się i podał mu rękę. 

 - Najmocniej przepraszam - zaczął - czy mógłbyś powiedzieć nam jak... 
 - O nie, nie, nie! Spójrzcie na nich! Są wszędzie! Trzymajcie ich ode mnie z daleka! 
 - Kogo trzymać z daleka? - spytał uprzejmie Moxie. 
 - Ich! - wrzasnął udręczony nieznajomy, wskazując na swoją głowę. Potem zerwał się 

na  chuderlawe  nogi  i  pobiegł  w  kierunku  najbliŜszego  hikorowego  drzewa.  Pędząc  ile  sił w 
nogach,  z  opuszczoną  głową,  na  oczach  zdumionych  chochlików  walnął  bykiem  w  pień  i 
runął  na  ziemię.  Frito  napełnił  swój  kapelusz  czystą  wodą  z  pobliskiej  strugi  i  podbiegł  do 
niego, ale ofiara postawiła oczy w słup i wydała kolejny przeraźliwy okrzyk. 

 - Nie, nie, tylko nie woda! 
Wystraszony Frito odskoczył, a chudzielec z trudem podniósł się na czworaki. 
 - Mimo tu serdeczne dzięki - rzekł. - Odlot zawsze tak na mnie działa. 
Wyciągając  brudną  rękę,  dziwnie  mówiący  nieznajomy  uśmiechnął  się  bezzębnym 

uśmiechem. 

 - Tim Benzedryna, do waszych uzług. 
Frito i pozostali przedstawili się po kolei, raz po raz rzucając niespokojne spojrzenia w 

kierunku zabójczego drzewa, które nadal nadstawiało swoje słupki. 

 - Ojej, ni mrtwci si nim - zabulgotał Tim. - Jst obrŜony: Wy koty jsteści tu nowe? 
Frito ostroŜnie wyjawił mu, Ŝe podąŜają do Whee, ale zabłądzili. 
 - Czy mógłbyś pokazać nam drogę? 
 -  Ojej,  pywni  -  zaśmiał  się  Tim  -  to  pryste.  Jydnk  pyrw  chydźmy  do  mni,  pyznyci 

moje stare. Nzywa si Hashberry. 

Chochliki  zgodziły  się,  bo  skończyły  im  się  zapasy  sałatki  ziemniaczanej. 

Pozbierawszy  tobołki,  poszły  za  przedziwnie  zygzakującym  Benzedryną,  który  od  czasu  do 
czasu  przystawał,  Ŝeby  pogawędzić  z  jakimś  ładnym  kamieniem  lub  pniem,  pozwalając  się 
dogonić.  Gdy  tak  krąŜyli  bez  celu  między  groźnie  wyglądającymi  drzewami,  z  gardła  Tima 
Benzedryny wydobywały się chrypliwe, wesołe dźwięki: 

 

O cudowna jak omamy ćpuna! Zapruta kolejnym odlotem!  
O  nabuzowana  panno  z  mózgiem  z
Ŝartym  kompotem,  jaki  ode 

mnie dostajesz! 

O tępa blondynko, od ptaków i Ŝuków wielkości turkawek!  
O chuderlawa poczwaro z kieszeniami pełnymi strzykawek!  
O zmierzwionych kudłach!  
O oczach 
ślepych na wszystko!  
O nigdy nie k
ąpiąca się i nie goląca nóg hipisko!  
O niezdolna na czymkolwiek skupi
ć dłuŜej uwagi!  
O Hashberry, by ci
ę,  kochać, potrzeba odwagi!

 

 
Kilka chwil później wyszli na polankę na szczycie niewielkiego pagórka. Na niej stał 

prymitywny  barak  w  kształcie  kalosza,  z  niewielkim  kominem,  z  którego  wydobywał  się 
gęsty, paskudnie wyglądający, zielony dym. 

 - Ojej - pisnął Tim - jest w domu! 
Prowadzeni  przez  Tima  wędrowcy  podeszli  do  niepozornej  chatki.  W  jedynym  jej 

oknie  na  poddaszu  migotało  białe  światło.  Gdy  przeszli  przez  próg  i  bróg  niedopałków, 
połamanych fajek oraz zuŜytych baterii, Tim zawołał: 

background image

 

Przyszło czterech, co chcą poszaleć sobie deczko,  
A wia
ć czas najwyŜszy podzielić się fajeczką.

 

 
Z zadymionego wnętrza nadleciało w odpowiedzi: 
 

Zatem zacznij i niech kaŜdy sztachnie się jak trzeba,  
Aby zaraz rykn
ąć śmiechem i ulecieć do nieba.

 

 
Wśród fosforyzujących tapet i stroboskopowych lamp Frito z początku dostrzegł tylko 

coś, co wyglądało jak sterta brudnych szmat. Jednak ten stos odezwał się ponownie: 

 

Chodźcie więc i wszyscy pociągnijcie dym z fajki,  
Zmie
ńcie swe mózgi w ser i poznajcie świat bajki!

 

 
Nagle,  gdy  chochliki  wytrzeszczały  załzawione  oczy,  stosik  łachów  poruszył  się  i 

usiadł, okazując się niezwykle chudą kobietą o podkrąŜonych oczach. Patrzyła na nich przez 
chwilę,  zamruczała:  “Ale  numer"  i  z  brzękiem  paciorków  runęła  na  twarz,  zapadając  w 
katatoniczny stupor. 

 - Nie mrtwcie się Hash - rzekł Tim. - Wtorek to jej dzień na crash. 
Nieco  oszołomione  kwaśnymi  wyziewami  i  migotaniem  lamp,  chochliki  zasiadły  ze 

skrzyŜowanymi  nogami  na  brudnym  materacu  i  uprzejmie  poprosiły  o  coś  do  zjedzenia, 
poniewaŜ przebyły długą drogę i były gotowe połknąć konia z kopytami. 

 - Do zjedzenia? - Tim zachichotał, przetrząsając ręcznie zrobioną, skórzaną sakwę. - 

Czkajci, a zyraz cuś wym znyjdę Nich spyjrze... och, ojej! Ni wiedzyłym, Ŝe jiszczy to mymy!  

 Niezgrabnie  wytrząsnął  zawartość  sakwy  i  zgarnął  je  na  nią  równą  kupkę.  Były  to 

chyba  najbardziej  podejrzane  grzyby,  jakie  Spam  kiedykolwiek  widział,  co  -  dość 
nieuprzejmie - powiedział na głos: 

 -  To  chyba  najbardziej  podejrzanie  wyglądające  grzyby  jakie  widziałem  w  Ŝyciu  - 

stwierdził. 

Niewiele było rzeczy w  Śródziemiu Dolnym, których Spam kiedyś nie skosztował, a 

mimo to przeŜył, tak więc zaczął jeść ciamkając i opychając się bezwstydnie. Grzyby miały 
dziwni kolor i zapach, ale całkiem przyjemny smak, chociaŜ nieco spleśniały. Później podano 
chochlikom  okrągłe  ciasteczka  z  wytłoczonymi  na  nich  literkami.  (“Rozpuszczyją  się  w 
mózgu, ni w renkach" - zachichotał Tim.) 

Napchane  do  masy  krytycznej,  zadowolone  chochliki  rozsiadły  się  wygodnie,  gdy 

Hashberry  zagrała  im  na  czymś,  co  wyglądało  jak  cięŜarna  deska  do  prasowania. 
Zaspokoiwszy  głód,  Spam  był  szczególnie  zadowolony,  kiedy  Tim  zaproponował  mu 
szczyptę  “własnej  spycjylnej  miszanki"  do  fajeczki.  Dziwny  aromat,  pomyślał  Spam,  ale 
miły. 

 - Czykyjci około pył gydziny - rzekł Tim. - Myci ochote na rap? 
 - Rap? - powtórzył Spam. 
 - No wici, takie... gadani ustami - odparł Tim, zapalając swoje nargile z przerobionej 

wirówki do mleka, pełnej tarcz i pokręteł. - Jesteści tu, bo łaś przypylyło? 

 -  W  pewnym  sensie  -  odparł  rozsądnie  Frito.  -  Dostaliśmy  ten  Pierścień Władzy  i... 

och! 

Frito za późno ugryzł się w język; teraz nie mógł juŜ tego cofnąć. 
 - Fajowo! - rzekł Tim. - PokaŜci!  

background image

Frito niechętnie podał mu Pierścień. 
 -  Tandeta  -  stwierdził  gospodarz,  odrzucając  mu  klejnot.  -  Nywet  tyn  złom,  co 

wciskym krasnalom ji lypszy. 

 - Sprzedajesz pierścionki? - spytał Moxie. 
 -  Jasne  -  odparł  Tim.  -  W  sezyni  turstycznym  mym  tu  sklyp  z  amuletymy  i 

pamiontkymy. Daji mi kasę na zimywe miesiyncy, kapujisz? 

 -  MoŜe  nie  będzie  komu  odwiedzać tego  lasu  - stwierdził  spokojnie  Frito  -  jeśli  nie 

pokrzyŜujemy planów Sorheda. Przyłączysz się do nas? 

Tim potrząsnął włosami. 
 -  Ni  kuś  mni,  człowieku.  Jistym  świdomym  obdŜektyrym...  ni  chcy  Ŝydnyj  wyjny. 

Przybyłym  ty,  Ŝeby  uniknyć  poboru,  rozumisz?  Jeśli  jakiś  kot  chcy  mi  cyś  zybryć,  mówię 
“Fajowo" i daji mu kwiaty y paciorky. “Myłość" - mówię mu. “Nigdy wincy wyjny" - mówię. 
A zryszty, i tak mym kategorie “C". 

 - Bez jaj! - warknął cicho Spam do Moxie. 
 - Ni, ja mym jaja - rzekł Tim, pukając się w skroń. - Tylko tu pusto! 
Frito  uśmiechnął  się  dyplomatycznie,  ale  nagle  okropnie  rozbolał  go  brzuch.  Zaczął 

wywracać  oczami  i  poczuł  pustkę  w  głowie.  To  pewnie  atak  domowego  duszka,  pomyślał, 
gdy w uszach zaczęło mu dzwonić jak w krasnoludziej kasie sklepowej. Język mu napuchł, a 
ogon zaczął wibrować. Obrócił się do Spama, chcąc zapytać, czy i on czuje się tak samo. 

 - Argle - bargle morble łuusz? - powiedział. 
Co jednak nie miało Ŝadnego znaczenia, ujrzał bowiem, iŜ Spamowi nagle wpadło do 

głowy,  aby  zmienić  się  w  duŜego,  róŜowego  smoka  w  trzyczęściowym  garniturze  i 
słomkowym kapeluszu. 

 - Co mówiłeś, panie Frito? - spytał ten stuknięty jaszczur głosem Spama. 
 - Ffluger fribble golorowy fruble - odparł sennie  Frito, myśląc, Ŝe to dziwny pomysł, 

nosić taki kapelusz późną jesienią. 

Zerknąwszy na bliźniaków, Frito spostrzegł, Ŝe obaj zmienili się w pasiaste podstawki 

do filiŜanek, szybko toczące się w dal. 

 - Nie czuję się zbyt dobrze - powiedziała jedna. 
 - Czuję się okropnie - sprecyzowała druga. 
Tim,  teraz  w  postaci  dość  ładnej  sześciostopowej  marchewki,  ryknął  głośnym 

ś

miechem i zmienił się w skręcony taksometr parkingowy. Frito, oszołomiony ogromną falą 

płatków owsianych, zalewających mu mózg, nie zauwaŜał kałuŜy śliny zbierającej mu się na 
podołku. Coś bezgłośnie wybuchło mu między uszami, i z przeraŜeniem zobaczył, Ŝe pokój 
rozciąga się i kurczy jaki plastelina w ogniu. Uszy zaczęły mu rosnąć, a ramiona zmieniły się 
w rakietki do badmintona. W podłodze powstały dziury, z których wylewało się zębate masło 
orzechowe.  Tuzin  pasiastych  karaluchów  tańczył  rock  and  rolla  w  jego  brzuchu.  Ser 
szwajcarski dwukrotnie zawinął z nim walca po pokoju i odpadł mu nos. Frito otworzył usta, 
Ŝ

eby  coś  powiedzieć,  ale  wyleciało  z  nich  stado

 

latających  dŜdŜownic.  Jego  pęcherzyk 

Ŝ

ółciowy  zaśpiewał  arię  i  zatańczył  w  parze  z  wyrostkiem  robaczkowym.  Zaczął  tracić 

przytomność,  ale  zanim  stracił  ją  zupełnie,  usłyszał  jak  sześciostopowa  gofrownica 
chichocze: “Jeźli czujesz to tyryz, to zyczykj na odlot!" 

background image

III 
NIESTRAWNY 

POSIŁEK 

ZAJEŹDZIE 

DYBRYM 

JEDZONKIEM 

 

 
Złocisty blask późnego poranka juŜ ogrzewał trawy, kiedy Frito w końcu zbudził się, z 

głową  pękającą  z  bólu,  czując  w  ustach  smak  dna  ptasiej  klatki.  Rozejrzawszy  się  wokół, 
czując kaŜe kosteczkę, zobaczył, Ŝe wraz z trzema pozostałymi towarzyszami leŜy na samym 
skraju lasu, a przed nimi biegnie czteropasmowy trakt prowadzący prosto do Whee! Nigdzie 
nie było śladu Tima Benzedryny. Frito pomyślał, Ŝe wydarzenia minionej nocy zapewne były 
koszmarnym snem chochlika, który opchał się po uszy zepsutą sałatką ziemniaczaną. Wtem 
jego  wzrok  padł  na  papierową  torebkę  stojącą  obok  jego  plecaka  i  przyczepioną  do  niej 
karteczkę. Frito ze zdumieniem przeczytał: 

Drygi Frydku! 
Szkyda, 
Ŝe pydłeś tak szybky zeszły nocyy. Ominyły ci nprywdy fyjny podróŜe. 
Mym nydzieji, 
Ŝy tyn pirściń dziyła jak trza. 
Pokuj s Tobom, Timm 
PS.  Myci  myły  zypysik  prochuf,  co  ji  wym  zostawuji.  Mysze  ky
ńczyć,  bo  zara  mym 

odododlot oboŜeoboŜeo - boŜeoboŜeeeeee 

Frito  zajrzał  do  brudnej  papierowej  torebki  i  znalazł  sporą  ilość  kolorowych 

cukierków, bardzo podobnych do tych, jakie jedli minionej nocy. Dziwne, pomyślał, ale mogą 
się przydać. Kto wie? I tak, po godzinie cucenia towarzyszy, prowadzona przez niego grupka 
ruszyła w kierunku Whee, z oŜywieniem omawiając wydarzenia ubiegłego wieczoru. 

Whee  była  główną  wioską  Wheelandu,  małego  i  błotnistego  obszaru  zamieszkanego 

głównie  przez  zadzierające  nosa  krety  i  lud  marzący  o  tym,  Ŝeby  mieszkać  gdzie  indziej. 
Cieszyła  się  przelotną  popularnością,  kiedy  -  w  wyniku  nagłego  ataku  czkawki  geodety  - 
czteropasmowy Kręty Szlak Wewnątrzstanowy omyłkowo przeprowadzono przez sam środek 
tego  nędznego  sioła.  Potem,  przez  jakiś  czas,  tutejsza  populacja  Ŝyła  dostatnio  dzięki 
nielegalnemu  wystawianiu  mandatów  za  przekroczenie  szybkości  lub  nieprzepisowe 
parkowanie  oraz  sporadycznym,  bezczelnym  porwaniom.  Niewielki  ruch  turystyczny  z 
pobliskiego  Bagna  doprowadził  do  powstania  tanich  jadłodajni,  paskudnych  straganów  z 
pamiątkami  i  fabryczki  zabytkowych  znaków  granicznych.  Jednak  narastające  kłopoty  ze 
Wschodem  gwałtownie  zakończyły  ten  handel.  Ze  wschodnich  krain  zaczął  napływać 
strumyk  uchodźców  mających  niewiele  dobytku  i  jeszcze  mniej  rozumu.  Nie  tracąc  takiej 
okazji,  ludzie  i  chochliki  z  Whee  zgodnie  współpracowali  przy  sprzedaŜy  kiepsko 
władającym  ich  językiem  emigrantom  takich  rzeczy,  jak  krótsze  nazwiska  i  udziały  w 
wytwórniach perpetuum mobile. Ponadto zasilali swoje kiesy, wciskając czarnorynkowe wizy 
do Bagna tym nieszczęśnikom, którzy nie orientowali się w przepisach. 

Mieszkańcy  Whee  byli  przygarbieni,  przysadziści,  szerokostopi  i  ocięŜali.  Mając 

głębokie  oczodoły  i  skłonność  do  skrzywień  kręgosłupa,  często  bywali  brani  za 
neandertalczyków  -  powszechny  błąd,  który  z  czasem  znienawidzili.  Niezbyt  skłonni  do 
gniewu  i  czegokolwiek  innego,  Ŝyli  w  pokoju  z  sąsiadami  chochlikami,  których  bardzo 
podbudowywał fakt istnienia stworzeń stojących na niŜszym szczeblu drabiny ewolucji. 

Te dwa ludy utrzymywały się teraz z przemytu nielegalnych emigrantów i z zasiłków - 

powszechnie rosnących tu owoców w kształcie ludzkiej trzustki i równie apetycznych. 

Wioska  Whee  składała  się  z  około  sześciu  tuzinów  niewielkich  domków,  w 

większości  zbudowanych  z  pergaminu  i  korków  od  butelek.  Stały  nierównym  kręgiem, 
otoczone fosą, której smród ze stu kroków powaliłby smoka. 

Zatykając nosy, wędrowcy przeszli po skrzypiącym moście zwodzonym i przeczytali 

napis na bramie: 

background image

WITAMY W MALOWNICZEJ, HISTORYCZNEJ WHEE!  
LICZBA MIESZKAŃCÓW 1004328 961 WCIĄś ROŚNIE! 
Dwaj zaspani straŜnicy  obudzili się tylko po to,  Ŝeby uwolnili protestującego Spama 

od  reszty  sztućców.  Frito  oddał  połowy  magicznych  pastylek  Tima,  które  wartownicy 
schrupali z apetytem. 

Chochliki  umknęły,  zanim  tabletki  zaczęły  działać  i  -  zgodnie  z  instrukcjami 

Goodgulfa  -  skierowały  się  do  pomarańczowo  -  zielonego  neonu  migoczącego  w  środku 
miasta.  Znalazły  tam  kiepski  zajazd  z  chromu  i  pleksiglasu,  reklamowany  mrugającym 
neonowym  odyńcem,  poŜeranym  przez  ociekający  śliną  pysk.  PoniŜej  widniała  nazwa 
zajazdu  -  “Dybre  Jedzonko  &  Spanko".  Przeszedłszy  przez  obrotowe  drzwi,  wędrowcy 
podeszli  do  recepcjonisty,  którego  identyfikator  głosił:  “Cześć!  Jestem  HoJo  Hominigritts!" 
Podobnie  jak  reszta  personelu,  nosił  świński  kostium  z  fałszywymi  uszkami,  ogonem  i 
pyskiem z papier - mache. 

 - Czołem! - zabulgotał drawlem gruby chomik. - Chcecie pokój? 
 -  Tak  -  rzekł  Frito,  zerkając  porozumiewawczo  na  towarzyszy.  -  Przybyliśmy  do 

miasta na krótki urlop, prawda, chłopcy? 

 - Urlop - rzekł Moxie, mrugając do Frita. 
 - Króciutki urlopik - dodał Pepsi, kiwając głową jak idiota. 
 - Zechcecie tu podpisać? - powiedział urzędnik przez świńską maskę.  
Frito  wziął  gęsie  pióro  przymocowane  łańcuchem  do  pulpitu  i  wpisał  nazwiska: 

ALIAS TAJNIAK, IWAN MAM - SEKRET, JOHN NIEZNANY oraz TOM PSEUDONIM. 

 - Ma pan jakieś worki czy torby, panie... eee... Tajniak? 
 - Tylko pod oczami - mruknął Frito, kierując się do jadalni. 
 - Hej - zachichotał recepcjonista - moŜecie sobie obejrzeć nasz pierścień murów! 
 - Świetnie - odparł Frito, pospiesznie odchodząc. 
 - Bawcie się dobrze - zawołał za nimi urzędnik. - I nie dajcie sobie wcisnąć jakiegoś 

tandetnego pierścienia! 

Kiedy juŜ nie mógł ich usłyszeć, Frito z niepokojem zapytał Spama: 
 - Chyba nie sądzisz, Ŝe on coś wie - szepnął. - Jak uwaŜasz? 
 - Nie, panie Frito - odparł Spam, masując sobie Ŝołądek. 
 - Zjedzmy coś wreszcie! 
Wszyscy  czterej  weszli  do  jadalni  i  siedli  przy  stoliku  w  pobliŜu  ciepłego 

propanowego  kominka,  nieustannie  opiekającego  duŜego  cementowego  wieprza  na 
zmechanizowanym obrotowym roŜnie. Łagodne dźwięki fatalnego muzaka rozbrzmiewały w 
zatłoczonym  pomieszczeniu,  gdy  wygłodniałe  chomiki  studiował  kartę  w  kształcie 
proszczącej się świni. Podczas gdy Frito zastał nawiał się nad “Kwik - kwikburgerem Wujka 
Piggy"  opiekanym  w  czystym  oleju  lnianym,  Spam  wytrzeszczał  gały  na  skąpo  odziane 
“prosiaczki"  zatrudnione  tu  jako  kelnerki  -  piersiaste  dziewki  z  fałszywymi  ogonkami, 
uszkami i ryjami. 

Jedna z nich przytruchtała do stolika przyjąć zamówienie, a Spam poŜądliwie spojrzał 

na jej świńskie oczka, przekrzywiona blond perukę i owłosione nogi. 

 - Chcecie co zamówić, łazęgi? - spytała świnka, z trudem utrzymując równowagę na 

wysokich obcasach. 

 -  Proszę  dwa  kwik  -  kwikbiurgery  i  dwa  specjalne  łupu-cup  -  odparł  z  szacunkiem 

Frito. 

 - A co z pierścieniem, ee, chciałam powiedzieć z czymś do picia? 
 - Chętnie, proszę cztery orka - cole. 
 - Kapuję. 
Gdy kelnerka odmaszerowała, z trudem krocząc w przyciasnych butach na wysokich 

obcasach i potykając się o długą, czarna pochwę miecza, Frito uwaŜnie zmierzył okiem gości, 

background image

sprawdzająca  czy  nie  ma  wśród  nich  kogoś  podejrzanego.  Kilku  chochlików,  para 
ciemnoskórych facetów, pijany troll leŜący przy barze. Jak zwykle. 

Uspokojony,  Frito  pozwolił  towarzyszom  wmieszać  się  w  tłum  przestrzegając,  Ŝeby 

nie gadali o “wiecie czym".  

Kelnerka  wróciła  z  zamówionymi  kwikburgerami,  gdy  Spam  sprzedawał  kiepskie 

Ŝ

arty  parze  koboldów  w  kącie  sali,  a  bliźniacy  odstawiali  kilku  groźnie  wyglądającym 

gremlinom swoją ulubioną pantomimę. Kaleka i jego córki, będącą pewnym hitem w Bagnie. 
Gdy  coraz  liczniejszy  tłum  ryczał  ze  śmiechu  na  widok  ich  obscenicznych  gestów,  Frito  w 
zadumie  pałaszował  pozbawionego  smaku  kwikburgera,  zastanawiając  się,  jaki  los  czeka 
Wielki Pierścień, kiedy dotrą do Riv'n'dell i Goodgulfa. 

Nagle  trzonowce  Frita  natrafiły  na  jakiś  mały,  twardy  przedmiot  w  kwikburgerze. 

Klnąc  pod  nosem,  Frito  włoŜył  palce  do  ust  i  wydobył  z  nich  maleńki  metalowy  cylinder. 
Odkręciwszy wieczko, wyjął jeszcze mniejszy pasek mikrofilmu, na którym widniały słowa: 
“StrzeŜ  się!  Grozi  ci  wielkie  niebezpieczeństwo.  Czeka  cię  długa  podróŜ.  Wkrótce  spotkasz 
wysokiego bruneta. WaŜysz dokładnie pięćdziesiąt dziewięć funtów". 

Przestraszony  Frito  głośno  wciągnął  powietrze  i  rozejrzał  się  wokół,  szukając  autora 

tej  wiadomości.  W  końcu  jego  spojrzenie  spoczęło  na  wysokim,  czarnowłosym  męŜczyźnie 
siedzącym  przy  barze  nad  nie  tkniętym  kuflem  podwójnego  korzennego  piwa.  Szczupły 
nieznajomy  miał  na  sobie  szary  strój  i  oczy  skryte  za  czarną  maską.  Na  jego  piersi 
krzyŜowały się bandolety ze srebrnymi kulami, a przy chudym biodrze zwisał mu złowrogo 
wyglądający  miecz  z  rękojeścią  wykładaną  perłami.  Jakby  czując  na  sobie  spojrzenie  Frita, 
powoli  obrócił  się  na  stołku  i  znacząco  przyłoŜył  palec  do  ust.  Potem  wskazał  na  drzwi  do 
toalety i wystawił pięć palców. PIĘĆ MINUT. Potem wskazał najpierw na Frita, a potem na 
siebie.  Do  tego  czasu połowa  gości  zauwaŜyła  to  i  myśląc,  Ŝe to jakaś  gra,  dopingowała  go 
głośnymi okrzykami “Słynne powiedzenie?" albo “Proszę powtórzyć pytanie!" 

Młody chochlik udawał, Ŝe niczego nie zauwaŜył i ponownie przeczytał wiadomość. 

“Niebezpieczeństwo". Frito w zadumie spojrzał na osad haczyków na ryby i pienistą warstwę 
mielonego szkła w swojej szklance orka - coli. Upewniwszy się, Ŝe nikt nie widzi, ostroŜnie 
podsunął szklankę duŜej palmie doniczkowej, która z wdzięcznością przyjęła poczęstunek. 

Nabrawszy  podejrzeń,  Frito  wstał  od  stolika,  starając  się  nie  wywrócić  duŜej  rury 

podsłuchowej  umieszczonej  w  bukiecie  plastikowych  kwiatów.  Nie  zauwaŜony  wszedł  do 
toalety, gdzie miał czekać na wysokiego nieznajomego. 

Po  kilku  minutach  niektórzy  z  gości  korzystających  z  ubikacji  zaczęli  podejrzliwie 

spoglądać  na  Frita,  który  stał  gwiŜdŜąc,  z  rękami  w  kieszeniach,  oparty  o  wykafelkowaną 
ś

cianę.  Aby  uniknąć!  dalszych  podejrzeń,  Frito  odwrócił  się  do  wiszącego  na  ścianie! 

automatu. 

 -  No,  no,  no  -  rzekł  scenicznym  szeptem  -  właśnie  tego  szukałem!  -  Następnie,  z 

wystudiowanym zapałem, zaczął wrzucać do automatu drobne ze swej chudej sakiewki. 

Po  piętnastu  gwizdkach,  ośmiu  kompasach,  sześciu  miniaturowych  latarkach  i 

czterech  paczkach ekstrapewnych  wyrobowi  gumowych,  rozległo  się  tajemnicze  pukanie  do 
drzwi. W końcu! jeden z gości, skryty w kabinie, wrzasnął: 

 - Do cholery, niech ktoś wpuści tego s... syna! - Drzwi otwarły się na ościeŜ i stanął w 

nich zamaskowany nieznajomy który gestem kazał Fritowi schować się za róg. 

 - Mam dla pana wiadomość, panie Bugger - powiedział. 
Kwikburger podszedł Fritowi do gardła, gdy chochlik usłyszał swoje nazwisko. 
 - Ja... ja sądzić, pan sze mylić, senior - zaczął kulawo! Frito. - Ja bardzo przykry, ale 

nie znać nikt... 

 -  To  wiadomość  od  czarodzieja  Goodgulfa  -  ciągnął  nieznajomy  -  jeśliś  jest  tym, 

który zowie się Frito Bugger! 

 - To ja - powiedział stropiony i przestraszony Frito. 

background image

 - I tyś jest posiadaczem Pierścienia? 
 - MoŜe tak, a moŜe nie - odparł Frito, grając na zwłokę. Nieznajomy chwycił go  za 

klapy kamizelki i podniósł do góry. 

 - Tak, pewnie - pisnął Frito. - Mam go! MoŜesz mnie podać do sądu. 
 -  Nie  obawiaj  się,  zapomnij  o  lękach,  wstrzymaj  konie  i  nie  pękaj  -  zaśmiał  się 

tamten. - Jestem twym przyjacielem. 

 -  I  masz  dla  mnie  wieści  od  Goodgulfa?  -  wybełkotał  Frito,  czując,  jak  kwikburger 

wraca  na  miejsce.  Wysoki  męŜczyzna  rozpiął  zamek  błyskawiczny  schowka  przy  siodle 
przewieszonym przez ramię i wręczył Fritowi karteczkę z następującym tekstem: 

“Trzy pary gaci,  
cztery pary skarpetek,  
dwie koszule,  
kolczuga,  
buzdygan".
  
W  następnej  chwili  niecierpliwie  wyrwał  ten  spis  z  ręki  chochlika  i  podał  mu  zwój 

pergaminu.  Zerknąwszy  na  pieczęć  z  kartofla  i  runiczny  krzyŜyk  Goodgulfa  odciśnięty  w 
stwardniałej  gumie  do  Ŝucia,  Frito  upewnił  się  co  do  toŜsamości  nadawcy.  Pospiesznie 
rozerwał  zwój,  zachowując  gumę  dla  Spama.  Na  później.  Z  trudem  odcyfrował  znajome 
kulfony. Przeczytał: 

 
Drogi Frito! 
Halabarda  opadła!  To,  co  wiesz,  wpadło  w  
śmigła  wiatraka!  Niezgule  Sorheda 

zwęszyły  nasz  mały  podstęp  i  przetrząsają  wszystkie  nory  w  poszukiwaniu  “czterech 
chochlików, w tym jednego z ró
Ŝowym ogonem". Nie potrzeba abakusa, Ŝeby dojść do tego, Ŝ
kto
ś puścił farbę. Gdziekolwiek jesteś, zjeŜdŜaj stamtąd jak najszybciej i nie zgub wiesz czego. 
Spróbuj
ę spotkać się z wami w Wingtip, jeśli nie, szukajcie mnie w Riv'n'dell. W kaŜdym razie 
nie  przyjmuj  niczego  za  pewnik.  I  nie  przejmuj  si
ę  Stomperem,  to  porządny  gość,  niente 
zbytente bynte strynte, je
śli wiesz, co chcę rzec. 

Muszę kończyć, bo zostawiłem coś na palniku Bunsena. 
Goodgulf 
PS. Jak ci si
ę podoba nowa papeteria? Znalazłem ją na wyprzedaŜy! 
 
Kwik  -  kwikburger  Frita  znów  ruszył  do  góry.  Usiłując  jakoś  pogodzić  się  z  jego 

niewczesnym powrotem, Frito jęknął: 

 - A więc nie jesteśmy tu bezpieczni. 
 -  Nie  obawiaj  się,  mały  chochliku  -  rzekł  Stomper  -  albowiem  ja,  Arrowroot  z 

Arrowshirt,  jestem  przy  tobie.  Goodgulf  na  pewno  wspomniał  o  mnie  w  liście.  Nazywają 
mnie wieloma imionami... 

 -  Jestem  tego  pewny,  panie  Arrowshirt  -  przerwał  mu  przeraŜony  Frito.  -  Jednak 

będzie fatalnie, albo jeszcze gorzej, jeśli nie wyniesiemy się stąd. Myślę, Ŝe ktoś w tej nędznej 
spelunie dybie na mój skalp i bynajmniej nie po to, Ŝeby zrobić mi lanolinowy masaŜ! 

Wróciwszy  do  stolika,  Frito  zastał  trzy  pozostałe  chochliki  wciąŜ  obŜerające  się  do 

obrzydzenia. Ignorując zamaskowanego! nieznajomego, Spam uśmiechnął się zatłuszczonymi 
wargami do Frita. 

 - Zastanawiałem się, gdzie cię wcięło - rzekł. - Chcesz ugryźć mojego łupu-cupu? 
Kwik-kwik wyraźnie marzył o repatriacji i połączeniu się z łupu-cupem Spama, lecz 

Frito jakoś zepchnął go na miejsce i zrobił przy stoliku miejsce dla długich odnóŜy Stompera. 
Chochliki spojrzały na Stompera z apatycznym brakiem zainteresowania. 

 - Nie wiedziałem, Ŝe mamy dziś bal maskowy - powiedział Spam. 
Frito złapał rozwścieczonego Stompera za rękę. 

background image

 - Słuchajcie - powiedział szybko - to Stomper, przyjaciel! Goodgulfa i nasz... 
 - A nazywają mnie wieloma imionami... - zaczął Stomper.  
 -  A  nazywają  go  wieloma  imionami,  ale  teraz  musimy...  -  Frito  dostrzegł  stojącą 

obok, wysoką postać. 

 -  Chcecie  juŜ  zapłacić,  dupki?  -  zachrypiał  głos  zza  gąszczu  blond  włosów  i 

papierowego ryja. 

 - Hmm, pewnie - odparł Frito - a twój napiwek wyniesie, aaa... 
Nagle poczuł, Ŝe silna, szponiasta łapa sięga mu do kieszeni.  
 - Nie wysilaj się, mały - warknął głos. - Po prostu zaokrąglę rachunek! Ha ha ha ha! 
Frito  wrzasnął  przeraźliwie,  gdy  peruka  spadła z  głowy  fałszywej  kelnerki,  ukazując 

gorejące czerwone ślepia i paskudny uśmiech Niezguła! Jak zahipnotyzowany Frito patrzył na 
szyderczo wykrzywiony, ośliniony pysk, przy czym zauwaŜył, Ŝe kaŜdy ząb był opiłowany i 
ostry jak igła. Nie chciałbym płacić jego rachunku u dentysty, pomyślał. Rozejrzał się wokół, 
szukając  pomocy,  gdy  ogromny  stwór  uniósł  go  i  zaczął  mu  przetrząsać kieszenie,  szukając 
Wielkiego Pierścienia. 

 - Dawaj, dawaj - warczał zniecierpliwiony potwór. - Chcę go mieć! 
Osiem  pozostałych  kelnerek  otoczyło  ich,  groźnie  migocząc  dobrze  naostrzonymi 

tasakami. Brutalnie przytrzymali trzy pozostałe chochliki, pobladłe ze strachu. Po Stomperze 
nie zostało nawet śladu oprócz pary koślawych obcasów dygoczących pod stołem. 

 -  No  dobra,  gryzoniu,  dawaj!  -  syknął  wysłannik  zła,  wyciągając  ogromną  czarną 

maczugę.  -  Powiedziałem,  auuuuu!  -  wrzasnął  z  bólu,  jednocześnie  puszczając  Frita  i 
wyskakując wysoko w powietrze. Spod stołu wysunęło się ostre, zębate ostrze. Potem wylazł 
Stomper. 

 -  Dragonbreth!  Gilthorpial!  -  zajodłował,  wymachując  Ŝelastwem  jak  szaleniec.  Z 

nieporęcznym  mieczem  w  dłoni  runął  na  najbliŜszego  potwora.  -  Banzai!  -  wrzasnął.  -  Nie 
brać jeńców! Naprzód, gwardia! 

Zadał zamaszysty cios, chybił o dobry jard i potknął się o pochwę swego miecza. 
Dziewięciu  napastników  patrzyło  szeroko  otwartymi,  czerwonymi  oczami  na 

miotającego  się,  zapienionego  Stompera,  Z  niedowierzaniem  spoglądali  na  jego  szaleńczy 
atak.  Zaparło  im  dech.  Nagle  jeden  z  nich  prychnął  i  zachichotał.  Następny  parsknął. 
Przyłączyli się dwaj kolejni, podśmiechując się cicho, aŜ w końcu cała dziewiątka zaniosła się 
histerycznym,  chóralnym  śmiechem.  Stomper,  nadęty  i  wściekły,  wstał  i  natychmiast  upadł 
poślizgnąwszy  się  na  swoim  hełmie,  aŜ  srebrne  naboje  rozsypały  się  na  wszystkie  strony. 
Niezgule ryczeli ze śmiechu. Dwaj padli na podłogę, chichocząc niepowstrzymanie. Pozostali 
chwiali się na nogach, spazmatycznie łapiąc powietrze i wypuszczając z łap maczugi. Wielkie 
łzy  ciekły  im  po  pokrytych  łuskami  policzkach.  Ha  ha  ha!  Stomper  wstał,  z  wściekłości 
czerwony jak burak. 

Podniósł miecz i ostrze wypadło z rękojeści. Ha ha ha ha hal Niezgule turlały się po 

ziemi i łapały za boki ze śmiechu. Stompen umocował ostrze, zamachnął się potęŜnie i zatopił 
je w cementowej świni na kominku. HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA 
HA HA HA! 

W tym momencie, widząc, Ŝe nikt nie zwraca na niego uwagi. Frito podniósł jedną z 

cięŜkich, porzuconych maczug i zabrał się za rozbijanie łbów. Moxie, Spam i Pepsi poszli za 
jego przykładem i ruszyli między wijące się stwory, rozdając mocne kopniaki w jądra i sploty 
słoneczne. 

W  końcu  zbzikowany  Arrowroot  przypadkowo  przeciął  liny  mocujące  główny 

ś

wiecznik,  jednocześnie  przygniatając  stertę  wijących  się  pod  nim,  półprzytomnych 

potworów  i  pogrąŜając  pomieszczenie  w  kompletnych  ciemnościach.  Korzystając  z 
chwilowego zaciemnienia, chochliki po omacku ruszyły do drzwi wlokąc za sobą Stompera. 
Przeskakując  i  manewrując  między  gorejącymi  ślepiami,  uciekli  i  bez  tchu  przebiegli 

background image

zaułkami,  a  potem  obok  chrapiących  straŜników,  aŜ  minęli  most  zwodzony  i  wypadli  na 
otwartą  przestrzeń.  Biegnąc,  Frito  czuł  na  sobie!  zdumione  spojrzenia,  jakimi  wieśniacy 
odprowadzali  jego  i  jego  towarzyszy.  Miał  nadzieję,  Ŝe  nie  zawiadomią  sługusów  Sorheda. 
Na  szczęście  zobaczył,  Ŝe  nie  zwracają  na  nich  uwagi,  zajęci!  swoimi  wieczornymi 
rozrywkami - puszczaniem rac i gołębi pocztowych. 

Kiedy  znaleźli  się  za  miastem,  Stomper  zaprowadził  ich  w  gąszcz  cyprysów,  gdzie 

kazał im siedzieć cicho i nieruchomo, Ŝeby nie dostrzegli ich agenci Sorheda, którzy niedługo 
ockną się i ruszą w pogoń. 

WciąŜ  cięŜko  dyszeli,  gdy nieoceniony  Arrowroot  wzmocnił  sygnał  swojego  aparatu 

słuchowego i przyłoŜył ucho do ziemi. 

 -  StrzeŜcie  się!  -  szepnął.  -  Albowiem  słyszę  Dziewięciu  Jeźdźców  galopujących  w 

pełnym rynsztunku przez noc! 

Kilka  minut  później  przebiegło  obok  nich  stadko  spłoszonych  jeleni,  jednak  naleŜy 

oddać  sprawiedliwość  Stomperowi  i  przyznać,  Ŝe  niektóre  z  nich  były  uzbrojone  w  dość 
groźnie wyglądające rogi. 

 -  Ohydni  Niezgule  rzucili  na  mnie  urok  -  wymamrotał  przepraszająco  Stomper, 

wymieniając baterie - ale przynajmniej wiemy, Ŝe moŜemy bezpiecznie ruszyć dalej. 

W  tej  samej  chwili  straszliwi  jeźdźcy  z  łoskotem  przegalopowali  drogą  na  swych 

ś

winiach.  Wędrowcy  w  samą  porę  zdąŜyli  uskoczyć  w  krzaki  i  słudzy  Sorheda  przejechali 

obok.  Kiedy  szczęk  ich  zbroi  ucichł  w  oddali,  z  chaszczy  wynurzyło  się  pięć  głów, 
szczękających zębami jak tanimi marakasami. 

 - Niewiele brakowało! - rzekł Spam. - Prawie zafajdałem sobie pantalony. 
Postanowili  jeszcze  przed  wschodem  słońca  ruszyć  w  kierunku  Wingtip.  KsięŜyc 

otulił  się  szalem  grubych  chmur,  gdy  podąŜali  w  kierunku  tego  wyniosłego  szczytu, 
samotnego  granitowego  palca  na  południowym  krańcu  legendarnych  Gór  Harc, 
odwiedzanych przez niewielu prócz zziajanych harcerzyków. 

Stomper  w  milczeniu  kroczył  w  chłodnym  nocnym  wietrze,  nie  mówiąc  słowa, 

jedynie  cicho  brzęcząc  ocynkowanymi  ostrogami.  Bliźniacy  byli  zafascynowani  jego 
mieczem,  który  zwał  Krona,  Zabójca  Tuzinów.  Moxie  zrównał  się  z  zamaskowanym 
męŜczyzną. 

 - Ma pan ładny szpikulec, panie Arrowshirt - rzekł dociekliwy chochlik. 
 - Taa - rzekł Stomper, trochę przyspieszając kroku. 
 - Nie wygląda na standardowe wyposaŜenie. Pewnie specjalny model, no nie? 
 - Taa - odparł rosły męŜczyzna, lekko rozdymając nozdrza ze zniecierpliwienia. 
Szybki jak szczur, Moxie wysunął broń z pochwy. 
 - Mogę obejrzeć? 
Stomper, nawet nie mrugnąwszy okiem, celnym machnięciem nogi obutej w szyte na 

zamówienie kamasze wysłał młodego chochlika w powietrze. 

 - Nie - powiedział, chowając miecz z powrotem. 
 -  On  na  pewno  nie  chciał  być  niegrzeczny,  panie  Arrowshir  -  rzekł  Frito,  stawiając 

Moxie  na  uginające  się  nogi.  Zapadło  głuche  milczenie.  Spam,  którego  znajomość  sztuki 
wojennej  sprowadzała  się  do  umiejętności  dręczenia  kurcząt,  zaczął  śpiewać  pieśń,  której 
urywek gdzieś kiedyś zasłyszał: 

 

Barbisol był królem Twodoru  
Jego miecz raził wrogów gorzej moru,  
Jednak kiedy
ś zardzewiał cały,  
I ciosy Sorheda go złamały.

 

 

background image

Wtedy,  ku  zdziwieniu  chochlików,  wielka  łza  spłynęła  z  oka  Stompera,  który  ze 

szlochem zanucił w ciemnościach: 

 

Tak to padł Twodor, skoro pytacie,  
A król ze strachu narobił w gacie.  
Teraz Fordor zgroz
ę, budzi,  
A
Ŝ Korona wróci między ludzi!

 

 
Chochliki wytrzeszczyły oczy, jakby po raz pierwszy zobaczyły swojego towarzysza. 

Ze  zdumieniem  rozpoznały  legendarny  cofnięty  podbródek  i  wadliwy  zgryz  potomka 
Barbisola. 

 - A zatem ty musisz być prawowitym Królem Twodoru! zawołał Frito. 
Rosły rycerz spojrzał na niego spokojnie. 
 - To, co mówisz, moŜe być prawdą - rzekł - jednak w obecnej chwili powstrzymam 

się od komentarzy, poniewaŜ ta smutna pieśń ma jeszcze jedną, rzadko pamiętaną zwrotkę: 

 

Na Prawdziwego Króla Sorhed naciera,  
Zatem trzymajcie karty przy orderach,  
Gdy
Ŝ los nieszczęsny tego dogoni,  
Kto zbyt pochopnie zamiary odsłoni.

 

 
Patrząc, jak prawowity władca truchta w swoim niezwykłym  przebraniu, młody Frito 

znów pogrąŜył się w długich rozmyślaniach nad przedziwnymi zrządzeniami losu. 

Gdy  skraj  słonecznej  tarczy  ukazał  się  nad  odległym  horyzontem,  pierwsze  promyki 

słońca  nieśmiało  oświetliły  Wingtip.  Po  godzinie  mozolnej  wspinaczki  dotarli  na  szczyt  i  z 
ulgą  wyciągnęli  się  na  granitowej  półce,  podczas  gdy  Stomper  rozglądał  się  po  okolicy  w 
poszukiwaniu Goodgulfa. Węsząc wokół duŜego szarego głazu, Stomper nagle pochylił się i 
zawołał Frita. Chochlik spojrzał na kamień i dostrzegł wyrytą na nim toporną trupią czaszkę 
oraz runiczny krzyŜyk starego Czarodzieja. 

 - Goodgulf przechodził tędy niedawno - stwierdził Stomper - a o ile dobrze odczytuję 

te runy, uwaŜa, iŜ moŜemy tu bezpiecznie rozbić obóz. 

Mimo  to  Frito  połoŜył  się  spać  dręczony  niedobrymi  przeczuciami  .  PrzecieŜ, 

przypominał  sobie,  on  jest  królem  i  w  ogóle.  Most  przez  Rzekę  śółci  i  droga  do  Riv'n'dell 
znajdowały  się  niedaleko;  tam  znajdą  schronienie  przed  Świńskimi  Jeźdźcami.  Od  dawna 
naleŜało  mu  się  trochę  snu,  więc  odetchnął  z  ulgą,  zwijając  się  pod  niewielkim  kamiennym 
nawisem.  Wkrótce  zapadł  w  sen,  ukołysany  dobiegającymi  z  dołu  cichymi  szmerami  i 
szczękiem oręŜa. 

 -  Zbudźcie  się!  Zbudźcie!  Potwory!  Wróg!  Uciekać!  -  szeptał  ktoś,  budząc  Frita  ze 

snu.  Stomper  mocno  potrząsał  chochlikiem.  Frito  usłuchał  go,  zerknął  w  dół  zbocza  i 
dostrzegł dziewięć czarnych sylwetek skradających się wolno na górę, ku ich kryjówce. 

 - Wygląda na to, Ŝe źle odczytałem znaki - mruknął stropiony przewodnik. - Wkrótce 

nas dopadną, o ile nie odwrócimy ich uwagi. 

 - Jak? - spytał Pepsi. 
 - Właśnie, jak? - Przyłączył się, zgadnij kto. Stomper spojrzał na chochliki. 
 -  Jeden  z  nas  musi  pozostać  i  opóźnić  ich  marsz,  podczas  gdy  my  pobiegniemy  do 

mostu. 

 - Ale kto...? 
 -  Nie  ma  obawy  -  rzekł  szybko  Stomper.  -  Trzymał  w  ręku  cztery  patyczki;  trzy 

background image

długie  i  jeden  krótki  dla  tego,  której  rzucimy  na  poŜarcie,  który  znajdzie  się  w  panteonie 
bohaterów. 

 - Cztery? - zdziwił się Spam. - A co z tobą?  
Arrowroot wyprostował się z godnością. 
 -  Chyba  nie  chcielibyście,  Ŝebym  miał  niezasłuŜoną  przewagę,  skoro  to  ja 

przygotowałem losy? 

Uspokojone chochliki pociągnęły wyciory do fajki. Spam wyciągnął najkrótszy. 
 -  MoŜe  powtórzymy  losowanie?  -  jęknął.  Jednak  jego  towarzysze  juŜ  zniknęli  za 

krawędzią grani i gnali, ile sił w nogach, sapiąc i dysząc, Frito uronił wielką łzę za Spamem. 
Będzie mu brakowało. 

Spam spojrzał na zbocze i zobaczył,  Ŝe Niezgule zsiadły z koni i szybko zbliŜają się 

do niego. Schowany za głazem, zawołał dzielnie: 

 -  Na  waszym  miejscu  nie podchodziłbym  bliŜej!  Bo  poŜałujecie!  -  Nie  zwaŜając  na 

to,  słudzy  zła  podeszli  jeszcze  bliŜej]  -  Naprawdę  doigracie  się!  -  wrzasnął  Spam  bez 
przekonania. Niezgule podchodziły i Spam załamał się. Wyjął białą chusteczkę, pomachał nią 
i wskazał na wycofujących się przyjaciół. - Nie traćcie czasu na mnie - zawołał. - Tam umyka 
ten, który maj Pierścień! 

Słysząc  to,  Frito  skrzywił  się  i  zaczął  jeszcze  szybciej  przebierać  krótkimi  nóŜkami. 

Sadzący długimi susami Stomper juŜ przebiegł przez most i schronił się po drugiej stronie, na 
neutralnymi terytorium elfów. Frito obejrzał się. Nie zdoła uciec! 

Stomper  obserwował  ten  morderczy  wyścig  z  bezpiecznej  kryjówki  w  gąszczu 

wrzośców na brzegu strumienia. 

 - Pospieszaj, luby druhu! - zawołał Ŝyczliwie. - Słudzy! zła są tuŜ, tuŜ za tobą! 
Potem zasłonił oczy. 
Tętent  świńskich  racic  rozbrzmiewał  coraz  głośniej  w  uszach  Frita,  który  juŜ  słyszał 

ś

miercionośny świst straszliwych mieczów Niezguli. Przyspieszył, podejmując jeszcze jedną 

rozpaczliwą  próbę  ucieczki,  ale  potknął  się  i  upadł,  zaledwie  kilka  kroków  od  granicy. 
Chichocząc  z  uciechy,  Dziewięciu  Jeźdźców  otoczyło  Frita,  a  ich  świńskie  rumaki 
chrząkaniem domagały się jego krwi. 

 - Krwi! Krwi! - pochrząkiwały. 
PrzeraŜony  Frito  podniósł  głowę  i  zobaczył  powoli  zaciskający  się  wokół  niego 

pierścień.  Znalazł  się  zaledwie  na  odległość  wyciągniętej  ręki  od  śmierci.  Przywódca 
Niezguli,  wysoki  tęgi  cień  w  chromowanych  nagolennikach,  zaśmiał  się  dziko  i  uniósł 
maczugę. 

 - Chi - chi - chi, nędzny gryzoniu! Teraz się zabawimy! 
Frito cofnął się. 
 - MoŜe tak, a moŜe nie - rzekł, próbując swego ulubionego blefu. 
 - Arrgh! - wrzasnął zniecierpliwiony Niezguł, który przypadkiem nazywał się Argh. - 

Dalej,  załatwmy  tego  małego  świra!  Szef  kazał  odebrać  mu  Pierścień  i  skończyć  z  nim  od 
razu! 

Frito gorączkowo szukał jakiegoś wyjścia sytuacji. Postanowił zagrać swoją ostatnią 

kartę. 

 - No i dobrze, bo naprawdę nie chciałbym, Ŝebyście zrobili mi coś złego! - rzekł Frito, 

wytrzeszczając oczy i przewracając nimi jak kulkami do gry. 

 - Cha - cha - cha! - parsknął inny jeździec. - Czy moŜe być coś gorszego od tego, co z 

tobą zrobimy? 

Stwory podeszły bliŜej, aby posłuchać głośnego szczękania zębów Frita. 
Chochlik zagwizdał i zaczął udawać, Ŝe gra na bandŜo. Potem zaśpiewał zwrotkę Ole 

Man Ribber, drepcząc tam i z powrotem na uginających się nogach, podrapał się po wełnistej 
głowie  i  zatańczył  cake-walka,  jednocześnie  wyjmując  sobie  z  uszu  nasiona  dyni  i  nie 

background image

wypadając z rytmu. 

 - Naprawdę umie tańczyć - mruknął jeden z jeźdźców. 
 - Naprawdę zaraz zginie! - wrzasnął inny, spragniony chochlikowej krwi. 
 -  A  więc  zginę  -  zaciągnął  teksańskim  drawlem  Frito.  -  MoŜecie  zrobić  ze  mną 

biednym wszystko, co chcecie, bracia Niezgule, tylko proszę, nie wrzucajcie mnie w tę kępę 
wrzośców! 

Słysząc to, sadystyczne cienie zachichotały szyderczo. 
 -  Jeśli  tego  najbardziej  się  boisz  -  ryknął  zjadliwie  jeden  z  nich  -  to  właśnie  to  cię 

spotka, ty mały dupku! 

Frito poczuł, jak Ŝylasta ręka unosi go i ciska przez Rzekę śółci, w cierniste krzaki na 

drugim brzegu. Ucieszony, wstał i wyłowił z kieszeni Pierścień, upewniając się, Ŝe nadał jest 
tani przyczepiony do łańcucha. 

Jednak straszliwi jeźdźcy nie na długo dali się zwieść podstępowi Frita. Pognali swe 

zaślinione  rumaki  do  mostu,  zamierzając  ponownie  pochwycić  chochlika  i  jego  cenny 
Pierścień.  Jednali  Frito  ze  zdumieniem  zobaczył,  Ŝe  straszna  dziewiątka  została  zatrzymana 
przy wjeździe na most przez jakąś postać w błyszczącym odzieniu. 

 -  Myto,  proszę  -  zaŜądała  postać  od  zdumionych  Jeźdźców.  Ci  zupełnie  oniemieli, 

kiedy wskazano im pospiesznie nagryzmolony cennik przybity do słupka: 

 

Miejskie Myto Mostowe Elfboro 
Pojedynczy podró
Ŝni ......... 1 pens 
Furmanki dwu
śladowe....... 2 pensy 
Czarni Je
źdźcy....................45 sztuk złota

 

  
- Przepuść nas! - warknął rozzłoszczony Niezguł. 
 - Oczywiście - odparł uprzejmie poborca. - Policzmy:

 

jeden, dwa... no tak, dziewięciu 

po czterdzieści pięć od głowy, to razem... uuu, dokładnie czterysta pięć sztuk złota. Gotówką, 
proszę. 

Niezgule  zaczęli  pospiesznie  przeszukiwać  juki,  a  ich  przywódca  klął  wściekle  i 

wygraŜał pięścią. 

 -  Słuchaj  -  zagrzmiał  -  myślisz,  Ŝe  ile  my  zarabiamy?  Nie  ma  jakiejś  zniŜki  dla 

urzędników na delegacji? 

 - Przykro mi... - uśmiechnął się poborca. 
 - A co z kredytowymi listami podróŜnymi? Wszędzie je przyjmują. 
 - Przykro mi, ale to jest most, a nie kantor wymiany - odparł beznamiętnie mostowy. 
 - A moŜe czek? Gwarantowany przez Państwowy Bank Fordoru. 
 - Nie ma forsy, nie ma jazdy, przyjacielu. 
Niezgule trzęśli się z wściekłości, ale zawrócili wierzchowce, szykując się do odjazdu. 

Jednak zanim odjechali, ich przywódca potrząsnął sękatą pięścią. 

 - To jeszcze nie koniec, śmierdzielu! Jeszcze o nas usłyszysz! 
Powiedziawszy  to,  Niezgule  spięli  swe  popierdujące  rumaki  i  pomknęli  galopem, 

wzbijając wielką chmurę kurzu i łajna. 

Widząc  to  niemal  nieprawdopodobne  ocalenie  z  objęć  pewnej  śmierci,  Frito 

zastanawiał się, jak długo autorom będą uchodzić takie numery. I nie on jeden. 

Stomper  i  inne  chochliki  podbiegły  do  Frita,  gratulując  mu  szczęśliwej  ucieczki. 

Potem poszli razem ku tajemniczemu nieznajomemu, który wyszedł im naprzeciw, a widząc 
między nimi Stompera, zaczął machać rękami i śpiewać: 

O NASA! O UCLA!  

background image

O etaoin shrdlu!  
O zło
Ŝa berylu!  
Pandit J. Nehru!

 

Stomper podniósł ręce i odparł: 
 - Shantih Billerica! - Objęli się i uściskali, wymieniając pozdrowienia i tajemne znaki. 
Chochliki  z  zaciekawieniem  przyglądały  się  nieznajomemu.  Przedstawił  im  się  jako 

elf  Garfinkel.  Kiedy  zrzucił  płaszcz,  ze  zdumieniem  spojrzały  na  jego  upierścienione  palce, 
rozpięty kołnierzyk tuniki z ekskluzywnego butiku oraz srebrne plaŜowe klapka 

 - Myślałem, Ŝe zjawicie się tu kilka dni wcześniej - rzekł łysawy elf. - Jakieś kłopoty 

po drodze? 

 - Mógłbym o tym napisać ksiąŜkę - rzekł proroczo Frito. 
 -  No  cóŜ  -  powiedział  Garfinkel  -  lepiej  spadajmy  stąd  zanim  wrócą  tu  te  osiłki  z 

filmu klasy B. MoŜe i są głupi, ale na pewno uparci. 

 - Nic nowego - mruknął Frito, który ostatnio mruczał coraz częściej. 
Elf z powątpiewaniem spojrzał na chochliki. 
 - Umiecie jeździć konno, chłopcy? 
Nie  czekając  na  odpowiedź,  gwizdnął  głośno  przez  złote  zęby.  Pobliska  kępa 

cyprysów zatrzęsła się i wypadło z niej stadka przerośniętych merynosów, becząc z irytacją. 

 - Wsiadajcie - polecił Garfinkel. 
Frito,  z  niejakim  trudem  utrzymując  się  na  grzbiecie  podskakującego  czworonoga, 

jechał  na  końcu  kawalkady  zmierzającej  znad  Rzeki  śółci  ku  Riv'n'dell.  Wsunął  dłoń  do 
kieszeni, odnalazł Pierścień i wyjął go na gasnące światło dnia. Klejnot juŜ zaczaj wywierać 
nań swój złowrogi wpływ, przed którym ostrzegał go Dildo. Frito miał zatwardzenie. 

background image

IV 
KTO ZNALAZŁ, NIECH SIĘ RADUJE,  
KTO ZNALAZŁ, NIECH OPŁAKUJE 
 

 
Po  trzech  dniach  szybkiej  jazdy,  która  pozostawiła  Czarnych  Jeźdźców  wiele  mil  z 

tyłu,  zmęczone  chochliki  dotarły  w  końcu  do  niskich  wzgórków  otaczających  Riv'n'dell 
naturalnym  murem,  broniącym  przed  rzadkimi  rabusiami,  zbyt  głupimi  lub  małymi,  aby 
wdrapać się na te strome górki jak ogórki. Jednak ich zwinne rumaki bez trudu pokonały te 
przeszkody krótkimi, zapierającymi dech w piersi susami, tak Ŝe po krótkiej chwili Frito wraz 
z  towarzyszami  dotarli  na  szczyt  ostatniego  wzgórka,  z  którego  spojrzeli  na  pomarańczowe 
dachy  i  kopuły  elfich  gospodarstw.  Popędzając  zdyszane  wierzchowce,  pogalopowali  w  dół 
krętą sztruksową drogą wiodącą ku domostwom Oriona. 

Było  juŜ  późne  popołudnie,  gdy  kawalkada  jeźdźców,  prowadzona  przez  Garfinkela 

zasiadającego  na  wspaniałym,  kędzierzawym  tryku  -  Antraksie,  wjechała  do  Riv'n'dell. 
Powitał  ich  silny  wiatr  i  kawałki  metalu  sypiące  się  z  ołowianych  chmur.  Gdy  wędrowcy 
ś

ciągnęli  wodze  przed  największą  chałupą,  wysoki  elf  odziany  w  perkal  i  oślepiająco  białe 

paciorki wyszedł na podwórko i powitał ich. 

 -  Witajcie  w  Ostatnim  Gościnnym  Schronisku  na  Wschód  od  Morza  -  rzekł.  - 

Zapraszamy do sklepiku z pamiątkami. Klimatyzacja w kaŜdym pokoju. 

Garfinkel i wysoki elf zagrali sobie na nosach w odwiecznym pozdrowieniu swej rasy, 

wymieniając powitalne uprzejmości. 

 -  Aral  esso  decca  hej  jakleci  -  rzekł  Garfinkel,  zwinnie  zeskakując  ze  swego 

wierzchowca. 

 - A wokado polsilver nugat miło waswidzieć - odparł wysoki elf; potem zwrócił się 

do Stompera i powiedział: - Jestem Orion. 

 -  Arrowroot,  syn  Arrowshirta,  do  usług  -  rzekł  Stomper,  niezgrabnie  zsiadając  z 

rumaka. 

 -  A  ci?  -  spytał  Orion,  wskazując  na  cztery  chochliki,  śpiące  na  grzbietach  sennych 

wierzchowców. 

 - Frito i jego towarzysze, chochliki z Bagna - odparł Stomper. 
Słysząc  swoje  imię,  Frito  głośno  zabulgotał  i  drgnął,  gwałtownie  wyrwany  ze  snu, 

przy  czym  Pierścień  wypadł  mu  z  kieszeni  i  potoczył  się  do  nóg  Oriona.  Jedna  z  owiec 
przytruchtała i polizali go, natychmiast zmieniając się w hydrant przeciwpoŜarowy. 

 - Hmm - mruknął Orion i chwiejnie wtoczył się do chaty Garfinkel poszedł za nim i 

zaczęli szeptać  w  mowie  elfów.  Arrowroot  słuchał  tego  przez  chwilę,  po  czym  podszedł  do 
Spama,  Moxie  oraz  Pepsi  i  zbudził  ich  serią  szturchańców  i  solidnych  kopniaków.  Frito 
podniósł Pierścień i schował go do kieszeni,  

 -  A  więc  to  jest  Riv'n'dell  -  powiedział,  przecierając  oczy  z  podziwu  na  widok 

dziwnych  elfowych  domostw  zbudowanych  z  prasowanego  piernika  i  ocieplonych 
nadzieniem. 

 - Niech pan patrzy, panie Frito - powiedział Spam, wskazując na drogę. - Elfy, całe 

mnóstwo. Ooch, chyba śnię. śałuję, Ŝe nie moŜe mnie teraz zobaczyć stary Wargacz. 

 - Ja Ŝałuję, Ŝe nie jestem martwy - skamlał Pepsi. 
 - I ja teŜ - rzekł Moxie. 
 -  Niechaj  dobra  wróŜka  zasiadająca  w  niebie  spełni  wasze  Ŝyczenia  -  powiedział 

Spam. 

 - Zastanawiam się, gdzie jest Goodgulf - mruczał Frito.  
 Garfinkel wyszedł na podwórko i wyjął cienki blaszany gwizdek, po czym zagwizdał 

na nim przeraźliwie. Owce spokojnie odeszły na pastwisko. 

background image

 - To czary - westchnął Spam. 
 -  Chodźcie  za  mną  -  rzekł  Garfinkel  i  poprowadził  Stompera  oraz  chochliki  wąską, 

błotnistą ścieŜką wijącą się wśród kęp kwitnących krzewów rotograwiury i drzew butowych. 
Gdy  tak  szli,  Frito  czuł  upojną  woń  świeŜego  obornika  zmieszaną  z  zapachem  wapna  i 
musztardy,  a  gdzieś  w  oddali  słyszał  delikatne,  chwytające  za  serce  pobrzękiwanie  drumli 
oraz strzępy elfowej pieśni:  

 

Raz, dwa, trzy, płyń swą elebethiel zapluty githiel. 
Siędnij wfubar losowi zygzyg snafu. 
Och, zwróć mi mój piękny czerwony Fla, master!

 

 
Na końcu ścieŜki stała chatka z polerowanej Joyvah i otoczona klombem sztucznego 

kwiecia.  Garfinkel  wystukał  szyfr  zamka  i  gestem  zaprosił  gości  do  środka.  Znaleźli  się  w 
obszernej komnacie, która zajmowała całą powierzchnię domku. Pod ścianami stało mnóstwo 
łóŜek wyglądających tak, jakby dopiero co spały w nich zboczone kangury, a w kątach były 
poustawiane krzesła i stoły wyraźnie zdradzające lewe ręce elfowych rzemieślników. Środek 
zajmował  długi  stół  zasypany  stertą  kart  po  gwałtownej  partii  kanasty  i  zastawiony 
półmiskami  sztucznych  owoców,  które  nie  zmyliłyby  nikogo  nawet  z  odległości  pięćdzie-
sięciu metrów. Moxie i Pepsi natychmiast zaczęli je jeść. 

 -  Czujcie  się jak  w  domu  -  rzekł  Garfinkel,  wychodząc.  -  Koniec  doby  hotelowej  o 

trzeciej. 

Stomper cięŜko opadł na krzesło, które złoŜyło się z nim ze stłumionym trzaskiem. 
Od odejścia Garfinkela nie upłynęło nawet pięć minut, kiedy ktoś zapukał do drzwi i 

zirytowany Spam poszedł otworzyć. 

 - Lepiej niech to będzie jedzenie - mamrotał - bo zamierzam to zjeść. 
Gwałtownie  otworzył  drzwi,  ukazując  tajemniczego  nieznajomego  w  długiej  szarej 

szacie  i  kapeluszu,  noszącego  grube  czarne  szkła  i  sztuczny  gumowy  nos,  który  bardzo 
nieprzekonująco  zwisał  mu  na  brodę.  Przybysz  nosił  sztuczne  wąsy,  sznurkową  perukę  i 
ogromny, ręcznie malowany krawat z elfową panną. W lewej ręce dzierŜył długi kij golfowy, 
a na nogach miał plaŜowe klapki. Palił grube cygaro. 

Spam zachwiał się ze zdziwienia, a Stomper, Moxie, Pepsi oraz Frito zawołali jednym 

głosem: 

 - Goodgulf! 
Starzec wczłapał do środka, zdejmując przebranie, ukazując znajomą twarz szarlatana 

i wydrwigrosza. 

 - Jam to, we własnej osobie - przyznał czarodziej, rwąc sobie włosy z głowy. Potem 

kolejno  podchodził  do  wędrowców  i  mocno  ściskał  im  dłonie,  raŜąc  elektrowstrząsami  z 
ukrytej w dłoni gadŜetu. 

 - No, no - rzekł odkrywczo. - Znów jesteśmy wszyscy razem. 
 - Wolałbym być w trzewiach smoka - odparł Frito. 
 - Ufam, Ŝe nadal masz to - powiedział Goodgulf, spoglądając na Frita. 
 - Masz na myśli Pierścień? 
 -  Milcz!  -  zawołał  Goodgulf.  -  Nie  mów  głośno  o  Wie  kim  Pierścieniu  ani  tu,  ani 

nigdzie. Gdyby szpiedzy Sorheda odkryli,  Ŝe ty, Frito Bugger, mieszkaniec Bagna, masz ten 
Pierścień,  wszystko  byłoby  stracone.  A  jego  szpiedzy  są  wszędzie.  Dziewięciu  Czarnych 
Jeźdźców  ruszyło  w  drogę,  a  niektórzy  powiadają,  Ŝe  widziano  równieŜ  siedmiu 
krasnoludków,  sześć  kucharek  i  całą  rodzinę  Trappów,  razem  z  psem.  Nawet  ściany  mają 
uszy - rzekł, wskazując na dwie duŜe małŜowiny uszne wystające zza gzymsu kominka. 

 - Czy nie ma Ŝadnej nadziei? - jęknął Frito. - Nigdzie i jest bezpiecznie? 

background image

 -  Kto  wie?  -  odparł  Goodgulf  i  wydawało  się,  Ŝe  dziwny  cień  zasnuł  mu  twarz.  - 

Powiedziałbym więcej - rzekł -  wydaje się, Ŝe dziwny cień zasnuł mi twarz. 

Co  rzekłszy,  zamilkł.  Frito  zaczął  płakać,  a  Stomper  pochylił  się  nad  nim  i 

pocieszająco połoŜywszy rękę na ramieniu chochlika, powiedział: 

 - Nie lękaj się, drogi chochliku, nie opuszczę cię, obojętnie co się zdarzy. 
 - Ja teŜ - dorzucił Spam i zasnął. 
 - I my - powiedzieli Moxie i Pepsi, ziewając.  
Jednak Frito był niepocieszony. 
 
 
Kiedy  chochliki  przebudziły  się  ze  snu,  Goodgulfa  i  Stompa  nie  było,  a  księŜyc 

ś

wiecił mętnym blaskiem przez lepkie okna. 

Goście zjedli juŜ zasłony i zabierali się za abaŜury, kiedy Garfincel wrócił, odziany w 

najlepsze  płótno  workowe,  i  zaprowadził  ich  do  chałupy,  którą  widzieli  poprzedniego  dnia. 
Była  obszerna  i  jasno  oświetlona,  a  dobiegający  ze  środka  rwetes  niósł  się  daleko  w  noc. 
Kiedy  podeszli,  zapadła  nagła  cisza,  a  potem  powietrze  rozdarł  przeraźliwy  pisk  fletu, 
przypominający zgrzyt przesuwanej po tablicy kredy. 

 - Ktoś zarzyna świnię - stwierdził Spam, zatykając sobie uszy. 
 - Cii - ostrzegł Frito i  w tejŜe chwili ktoś zaczął śpiewać tak słodko, Ŝe chochlików 

natychmiast lekko zemdliło. 

O Unicef clearasil Bełkot i paplanina  
O Mynnen mylar muriel O hej derry tum gardol  
O Yuban necco glamorene? Enden nytol, wazelina! 
 Sławi smutny nembutal.

 

Z  ostatnim  drŜącym  skowytem  granie  ucichło  i  pół  tuzina  oniemiałych  ptaków  z 

łoskotem spadło na ziemię przed Fritem. 

 - Co to było? - spytał chochlik. 
 -  To  prastara  pieśń  Ŝałobna  w  mowie  Dawnych  Elfów  -  westchnął  Garfinkel.  - 

Opowiada  o  Unicefie  i  jego  długich  oraz  bezskutecznych  poszukiwaniach  czystej  toalety. 
“Nie ma tu ubikacji?" - zawodzi. “Nie ma umywalki?" Nikt mu nie odpowiada. 

Tak rzekł Garfinkel i zaprowadził chochliki do Domu Oriona. Znaleźli się w długiej, 

drewnianej  izbie,  na  środku  której  ustawiono  bardzo  długi  stół.  Na  jednym  końcu  sali 
znajdował się kominek ogromnym dębowym gzymsem, a wysoko w górze wisiały wielkie 
mosięŜne kandelabry, w których z cichym trzaskiem płonęły świece z wosku ziemnego. Przy 
stole zasiadała zwykła banda i granda Śródziemia Dolnego; elfy, duszki, Marsjanie, kilka Ŝab, 
krasnoludów, gnomów, kilku osobników podobnych do ludzi, parę straszydeł, grupka trolli w 
ciemnych okularach, dwa gobliny zreedukowane przez członków ruchu Christian Scienc, oraz 
przekarmiony smok. 

U  szczytu  stołu  zasiadł  Orion  i  Lady  Lycra,  odziani  w  oślepiająco  białe  i  jaskrawe 

szaty.  Wyglądali  jak  nieŜywi,  ale  tyłka  pozornie,  poniewaŜ  Frito  dostrzegł,  Ŝe  ich  oczy 
błyszczą niczym wilgotne grzyby. Włosy mieli rozjaśnione tak, Ŝe lśniły jak złote szyszaki, a 
twarze  jasne  i  gładkie  jak  powierzchnia  księŜyca!  Wokół  nich  lśniły  jak  gwiazdy  cyrkony, 
granaty i magnetyty. Na głowach mieli jedwabne abaŜury, a dziwny wyraz na ich obliczach 
kojarzył się z hasłami typu: “Dać wolną rękę Czang Kaj - szekowi" czy “Kocham moją Ŝonę, 
ale te dzieciaki!" Oboje drzemali. 

Po lewej ręce Oriona siedział Goodgulf w czerwonym fezijako Mason 32. stopnia i 

Honorowy  StraŜnik  Relikwii,  a  po  jego  prawej  Stomper,  odziany  w  biały  strój  StraŜnika, 
zaprojektowany  przez  samego  Gene  Autry.  Fritowi  wskazano  miejsce  w  połowie  stołu, 
pomiędzy niezwykle zdeformowanym krasnoludem a elfem śmierdzącym jak ptasie gniazdo, 

background image

Moxie  i  Pepsi  zaś  zostali  odesłani  do  małego  stoliczka  w  kącie,  razem  z  wielkanocnym 
zajączkiem i parą zębatych duszków. 

Tak  jak  wszystkie  mityczne  stworzenia  zamieszkujące  w  zaczarowanym  lesie  i  nie 

mające  stałego  źródła  utrzymania,  elfy  jadały  dość  skromnie,  więc  Frito  z  rozczarowaniem 
znalazł na talerzu kupkę mielonych orzechów, kory i kurzu. Mimo to, jad wszystkie chochliki, 
potrafił  zjeść  wszystko,  co  zdołał  wepchnąć  sobie  do  gardła,  chociaŜ  wolał  dania,  które  nie 
opierały się zbytnio, jako Ŝe nawet na pół ugotowana mysz dwa razy na trzy potrafiła pokonać 
chochlika.  Ledwie skończył jeść, gdy krasnolud siedzący po jego prawej ręce obrócił się do 
niego i wyciągnął doń niezwykle łuskowatą dłoń. Skoro znajduje się na końcu jego ramienia, 
pomyślał Frito, nerwowo ściskając kończynę, to musi to być jego ręka. 

 - Gimlet, syn Groina, twój posłuszny sługa - rzekł krasnolud, kłaniając się i ukazując 

wydatny garb. - Obyś zawsze kupował tanio, a sprzedawał drogo. 

 -  Frito,  syn  Dilda,  do  usług  -  rzekł  lekko  stropiony  Frito,  gorączkowo  szukając 

właściwej odpowiedzi. - Niech twe hemoroidy zagoją się bez pomocy chirurga. 

Krasnolud był lekko zdumiony, ale nie uraŜony. 
 - A więc ty jesteś chochlikiem, o którym mówił Goodgulf, tym od Pierścienia? 
Frito skinął głową. 
 - Masz go przy sobie? 
 - Chciałbyś go zobaczyć? - zapytał uprzejmie Frito. 
 -  Och  nie,  dzięki  -  rzekł  Gimlet.  -  Mój  wujek  miał  magiczną  spinkę  do  krawata. 

Kiedyś kichnął i odpadł mu nos. 

Frito nerwowo dotknął nozdrza. 
 -  Wybaczcie,  Ŝe  przerywam  -  powiedział  elf  po  lewej,  spluwając  dokładnie  w  lewe 

oko  krasnoluda  -  jednak  mimowolnie  słyszałem  twoją  rozmowę  z  tym  Frankensteinem. 
Naprawdę jesteś tym chochlikiem, który posiada ten klejnot? 

 - Jestem - rzekł Frito i kichnął potęŜnie. 
 -  Za  pozwoleniem  -  powiedział  elf,  podając  gwałtownie  kichającemu  Fritowi  brodę 

krasnoluda. - Ja jestem Legolam, z elfów Północnego Spawasu. 

 - Parszywy elf - syknął Gimlet, zabierając swoją brodę. 
 - Świński krasnal - zasugerował Legolam. 
 - Lalkarz. 
 - Kopacz.  
 - Robal. 
 - Kret. 
 - Nie chcielibyście posłuchać dowcipów, pieśni albo czegoś? - spytał zaniepokojony 

Frito. - Wędrowny smok przychodzi do biednego farmera, który... 

 - Pieśni - zgodzili się jednocześnie Gimlet i Legolam. 
 -  Oczywiście  -  rzekł  Frito,  rozpaczliwie  usiłując  przypomnieć  sobie  jakieś  wycia 

Dilda, po czym zaczął śpiewać piskliwym głosikiem: 

Dawno temu Król Elfów Ŝył, Saranrapem zwany,  
on pobił norki przy Mellowmarsh i Sorhed był pokonany.
 
Na niego krzepkie krasnale szły, co swe kopalnie rzuciły,  
lecz gdy rozgorzał straszny bój, sromotnie podały tyły.
 
Ś

piew: 

 Clearasil, metrecal, lavoris (chórem), sromotnie podały tyły! 
Rozgniewał się potęŜny Król i krzyknął, rwąc włosy z głowy,  
“Niech tylko dorw
ąrzecze tak “ Stryk dla kurdupli gotowy! " 
Strachliwe są kurduple - krasnale, lecz zręczna to w rękach gromada.  
Król Yellowbac, aby je ratowa
ć, do władcy elfów tak gada. 
Ś

piew: Odkręć słój, skórę łój, gardol i duz. Do władcy elfów tak gada! 

background image

“Jeśli w nas wątpisz, panie, to", Yello Królowi rzecze,  
“ we
ź od nas dar, potęŜny miecz, kaŜdego nim wroga usieczesz". 
“Clearasil, tak ostrze owo zwą", sprytnego karła to słowa.  
“ We
ź tę łapówę, nie gniewaj siębo szkoda urazę chować". 
Ś

piew: 

 Mercedes, sedes, Edsel i koka. Szkoda urazę chować. 
“Przyjmuję ten cudowny dar zrobiony bez Ŝadnej fuszerki".  
Powiedział Król, chwycił miecz i posiekał krasnala w plasterki.
 
Od tego dnia powtarza się w balladach i setkach wierszy, 
 elf, krasnal godni zaufania s
ą, tylko gdy uderzysz pierwszy! 
Ś

piew: 

 Oxydol, geritol, kleik i Trix. Tylko gdy uderzysz pierwszy! 
 
Gdy tylko Frito skończył, podniecony Orion nagle wstał i gestem nakazał ciszę. 
 - Bingo w Elf Lounge - rzekł i uczta skończyła się. 
Frito  przepychał  się  do  stolika,  przy  którym  siedzieli  Moxie  i  Pepsi,  kiedy  zza 

doniczkowej palmy wysunęła się koścista dłoń i złapała go za ramię. 

 - Chodź ze mną - rzekł Goodgulf, rozchylając liście i wiodąc zaskoczonego chochlika 

korytarzem  do  niewielkiej  komnaty,  niemal  całkowicie  zajętej  przez  wielki  stół  o  szklanym 
blacie.  Orion  i  Stomper  juŜ  zajęli  przy  nim  miejsca,  a  usiadłszy  obok  Goodgulfa,  Frito  ze 
zdumieniem  zobaczył  swoich  niedawnych  towarzyszy  uczty,  Gimleta  i  Legolama, 
wchodzących  do  pokoju  i  zasiadających  po  przeciwnych  stronach  stołu.  Za  nimi  szybko! 
wkroczył krępy męŜczyzna w fosforyzujących, wypchanych na kolanach portkach i butach z 
ostrymi noskami. Ostatnia pojawiła się postać w jaskrawej koszuli, kurząca cuchnące cygaro 
elfowego wyrobu i taszcząca planszę do gry w scrabble. 

 - Dildo! - zawołał Frito. 
 -  Ach,  Frito,  mój  chłopcze  -  rzekł  Dildo,  mocno  klepiąc  Frita  po  plecach.  -  A  więc 

jednak udało ci się. No, no, no. 

Orion wyciągnął spoconą dłoń, a Dildo pogrzebał w kieszeni i wyjął plik pomiętych 

banknotów. 

 - Dwa, prawda? - rzekł. 
 - Dziesięć - poprawił Orion. 
 - Dobrze, dobrze - odparł Dildo i połoŜył banknoty na dłoni elfa. 
 - Tyle czasu minęło od twojego przyjęcia - rzekł Frito. - Co porabiałeś? 
 -  Nic  szczególnego  -  rzekł  stary  chochlik.  -  Trochę  zajmowałem  się  układankami, 

trochę pedofilią. Wiesz, Ŝe jestem na emeryturze. 

 - Ale o co w tym wszystkim chodziło? Kim są Czarni Jeźdźcy i czego ode mnie chcą? 

I co ma z tym wspólnego Pierścień?  

 - Wiele i nic, mniej więcej tak, drogi chochliku - wyjaśnił! Orion. - Jednak wszystko 

w swoim czasie. Ten Wielki Konwentykiel został zwołany, aby odpowiedzieć na takie i inne 
pytania,  jednak  na  razie  mogę  rzec  tylko  tyle,  Ŝe  wiele  spraw  potoczyło  siei  nie  po  naszej 
myśli, niestety. 

 - Zaprawdę - przytaknął posępnie Goodgulf. - Straszliwe Nienazwane znów podnosi 

głowę i nadszedł czas działania. Frito. I daj mi Pierścień. 

Frito  skinął  głową  i  wyjął  z  kieszeni  łańcuch  ze  spinaczy,  ogniwo  za  ogniwem. 

Zręcznym ruchem rzucił na stół straszliwy klejnot, który wylądował z cichym brzękiem. 

Orion jęknął. 
 - Magiczny Ten - tego! - zawołał. 
 -  Jaki  mamy  dowód  na  to,  iŜ  to  ten  Pierścień?  -  zapytał  męŜczyzna  w  butach  ze 

spiczastymi czubkami. 

background image

 - Liczne są znaki, jakie moŜe przeczytać mędrzec, Bromoselu - oznajmił Czarodziej. - 

Kompas, gwizdek, magiczny dekoder, mamy tu wszystko. A ponadto inskrypcja: 

Grundig blaupunkt lugerfrug Watusi smerfwazoo!  
Nixon dirksen nihilista Rebozo boogaloo.
 
Głos Goodgulfa stał się ochrypły i odległy. Złowroga ciemna chmura wypełniła pokój. 

Frito rozkaszlał się w duszącym, tłustym dymie. 

 - Czy to było konieczne? - spytał Legolam, wykopując wciąŜ dymiący granat dymny 

Czarodzieja za drzwi. 

 - Pierścienie lubią takie hokus - pokus - odparł dostojnie Goodgulf. 
 -  Ale  co  to  oznacza?  -  pytał  Bromosel,  lekko  rozzłoszczony  tym,  Ŝe  nazywano  go 

“męŜczyzną w butach ze spiczastymi czubkami". 

 - RóŜnie to interpretują - wyjaśnił Goodgulf. - Według mnie albo “Wpadł głupi pies 

do kuchni i porwał mięsa ćwierć" albo “Nie właź na mnie". 

Nikt  się nie  odezwał  i  w  komnacie  zapadła  głucha cisza. W  końcu Bromosel  wstał i 

zwrócił się do Konwentyklu. 

 -  Teraz  wiele  się  wyjaśniło  -  rzekł.  -  Pewnej  nocy  w  Minas  Troney  miałem  sen  o 

siedmiu krowach, które zjadły siedem buszli ziarna, a kiedy skończyły, weszły na czerwoną 
wieŜę  i  zwymiotowały  trzykrotnie,  śpiewając:  “Niechaj  lecą  me  słowa  nad  gumna,  jestem 
krową  i  jestem  z  tego  dumna".  A  potem  zakapturzona  postać  w  bieli  i  z  wagą  wystąpiła 
naprzód i przeczytała ze świstka papieru: 

Pięć  jedenastych  wzrostu,  jedna  dziewiąta  twej  wagi  Na  stronie  osiem  -  osiem 

niechybnie wyciągniesz nogi. 

 - Kiepsko - rzekł Orion. 
 -  No  cóŜ  -  stwierdził  Stomper.  -  Chyba  pora  wyłoŜyć:  karty  na  stół.  -  To  mówiąc, 

opróŜnił kieszenie swego wyblakłego, workowatego stroju. Kiedy skończył, leŜał przed nim 
pokaźny  stos  róŜnych  dziwnych  przedmiotów,  między  innymi  złamany  miecz,  złote  ramię, 
zrobiony  z  płatka  śniegu  przycisk  do  papieru,  Święty  Graal,  Złote  Runo,  Całun  Turyński, 
kawałek drzewa z KrzyŜa Pańskiego i szklany pantofelek. 

 -  Arrowroot,  syn  Arrowshirta,  dziedzic  Barbisola  i  król  Minas  Troney,  do  waszych 

usług - oznajmił dość głośno Stomper. 

Bromosel zerknął na następną stronę i skrzywił się. 
 - Jeszcze co najmniej jeden rozdział - jęknął. 
 -  A  więc  Pierścień  naleŜy  do  ciebie!  -  zawołał  Frito  i  pospiesznie  rzucił  go  do 

kapelusza Arrowroota. 

 -  No,  niezupełnie  -  rzekł  Arrowroot,  kołysząc  zawieszonym  na  długim  łańcuszku 

pierścionkiem.  -  PoniewaŜ  ma  magiczną  moc,  powinien  naleŜeć  do  kogoś  znającego  się  na 
numerach  typu  abrakadabra,  stoliczku  nakryj  się.  Na  przykład  do  czarodzieja.  -  Z  tymi 
słowami zręcznie nasadził Pierścień na koniec laski Goodgulfa. 

 - Ach, tak, oczywiście - powiedział pospiesznie Goodgulf. - A właściwie i tak, i nie. 

A  moŜe  po  prostu  nie.  KaŜdy  głupi  wie,  Ŝe  to  typowy  przypadek  habeas  corpus  albo  tibia 
fibia,  poniewaŜ  chociaŜ  ten  bzdet  został  zrobiony  przez  czarodzieja  -  dokładnie  mówiąc, 
przez Sorheda - takie gadŜety zostały wymyślone przez elfy, a on właściwie tylko korzystał z 
licencji. 

Orion wziął Pierścień do ręki, jakby miał do czynienia z rozwścieczoną tarantulą. 
 - Nie - stwierdził powaŜnie - nie mogę przyjąć takiego daru, gdyŜ powiedziano: “Kto 

znalazł, niech się raduje, zgubił niech opłakuje". I ocierając niewidoczną łzę, zarzucił łańcuch 
na szyję Dilda. 

 - A takŜe “Nie budźcie licha, jeśli chce sobie pospać" -  rzekł Dildo i wsunął go do 

kieszeni Frita. 

 - Zatem postanowione - zaintonował Orion. - Frito Bugger zatrzyma Pierścień. 

background image

 -  Bugger?  -  powtórzył  Legolam.  -  Bugger?  To  dziwne.  Jakiś  paskudny  mały  błazen 

imieniem  Goddam  węszył  na  czworakach  po  Spawasie,  szukając  chochlika  zwanego  pan 
Bugger. To było trochę niezwykłe. 

 - Istotnie - dodał Gimlet. - W zeszłym miesiącu banda czarnych gigantów jadących na 

ogromnych świniach przejechała przez góry w poszukiwaniu chochlika nazywanego Bugger. 
Wtedy nie zastanowiło mnie to. 

 - Rzeczywiście, kiepsko - orzekł Orion. - Jest tylko kwestią czasu, zanim dotrą tutaj - 

stwierdził,  zarzucając  szal  na  głowę  i  wykonując  gest,  jakby  rzucał  coś  na  pastwę  stada 
wilków - a jako neutralny kraj, nie mamy innego wyjścia... 

Frito zadrŜał. 
 - Pierścień i jego posiadacz muszą natychmiast odejść - przytaknął Goodgulf - tylko 

dokąd? I kto go będzie strzegł? 

 - Elfy - rzekł Gimlet. 
 - Krasnoludy - powiedział Legolam. 
 - Czarodzieje - mruknął Arrowroot. 
 - Lud Twodoru - stwierdził Goodgulf. 
 -  A  więc  pozostaje  nam  jedynie  Fordor  -  podsumował  Orion.  -  Jednak  tam  nie 

poszedłby nawet umysłowo chory troll. 

 - Ani krasnolud - potwierdził Legolam. 
Nagle Frito zauwaŜył, Ŝe oczy wszystkich są zwrócone na niego. 
 - Czy nie moglibyśmy po prostu wrzucić go do kanału burzowego albo zastawić go i 

połknąć kwit? - zapytał. 

 - Niestety - odparł ponuro Goodgulf - to nie jest takie łatwe. 
 - Ale dlaczego? 
 - Dlatego - wyjaśnił Goodgulf. 
 -  I  ten  tego  -  dorzucił  Orion.  -  Jednak  nie  lękaj  się,  drogi  chochliku  -  ciągnął  -  nie 

wyruszysz sam. 

 - Dobry stary Gimlet pójdzie z tobą - powiedział Legolam. 
 - I nieustraszony Legolam - powiedział Gimlet. 
 - I szlachetny król Arrowroot - powiedział Bromosel. 
 - I wierny Bromosel - powiedział Arrowroot. 
 - I Moxie, Pepsi oraz Spam - powiedział Dildo. 
 - I Goodgulf Szarozęby - dodał Orion. 
 -  Istotnie  -  rzekł  Goodgulf,  przeszywając  go  spojrzeniem.    Gdyby  wzrok  mógł 

zabijać, starego elfa wyniesiono by z sali nogami do przodu. 

 -  Niechaj  tak  będzie.  Wyruszycie,  kiedy  wróŜby  będą  pomyślne  -  orzekł  Orion, 

zerkając do kieszonkowego horoskopu. - A o ile się nie mylę, będą niezwykle dobre za około 
pół godziny. 

Frito jęknął. 
 - Wolałbym nigdy się nie narodzić. 
 -  Nie  mów  tak,  drogi  Frito  -  zawołał  Orion.  -  To  była  szczęśliwa  chwila  dla  nas 

wszystkich.  

PoŜegnalny  prezent  Dilda.  Jednak  paczka  zawierała  tylko  krótki  miecz  ze 

szwajcarskiej  stali,  kuloodporną  kamizelkę  z  dziurami  wyŜartymi  przez  mole  oraz  kilka 
zaczytanych powieści o takich tytułach, jak Elfia Ŝądza czy Dziewczyna goblina. 

 - śegnaj, Frito - powiedział Dildo, bardzo przekonująco odgrywając atak epilepsji. - 

Teraz wszystko zaleŜy od ciebie (westchnienie, jęk), o, pochowajcie mnie pod tym zielonym 
jaworem, ooo. Ooch. 

 -  śegnaj  ,  Dildo  -  odparł  Frito  i  po  raz  ostatni  pomachawszy  mu  ręką,  wrócił  do 

pozostałych. Gdy tylko zniknął mu z oczu, Dildo zwinnie zerwał się na równe nogi i pomknął 

background image

do sali, podśpiewując sobie: 

Siedzę ja sobie, dłubiąc w nosie i myśląc o róŜnych sprawach. 
O krasnalach gryzących paznokcie i elfich brzydkich zabawach. 
Siedzę ja sobie, dłubiąc w nosie i śnią sny bardzo egzotyczne. 
O smokach ubranych w gumowe stroje i trollach noszących majtki śliczne. 
 
 - No cóŜ, teraz chyba poŜegnamy się - rzekł Dildo, biorąc Frita na bok, kiedy opuścili 

salę posiedzeń. - Czy teŜ raczej powiemy sobie “do widzenia"? Nie, sądzę, Ŝe “poŜegnanie" 
będzie odpowiedniejszym słowem. 

 - śegnaj, Dildo - powiedział Frito, tłumiąc szloch. - Szkoda, Ŝe nie idziesz z nami. 
 - No tak. Jednak jestem juŜ za stary na takie rzeczy - stwierdził stary chochlik, udając 

całkowity paraliŜ dolnej połowy ciała. - Mimo to mam dla ciebie kilka drobnych prezentów - 
dorzucił,  podając  siostrzeńcowi  pokaźną  paczkę,  którą  ten  otworzył  z  kompletnym  brakiem 
entuzjazmu, pamiętając poprzedni. 

Siedzę, ja sobie, dłubiąc w nosie i marząc o dreszczu, Ŝe hej! 
O goblince, co nigdy nie mówi “nie" lub o orce, uwielbiającej klej. 
I siedząc tak sobie i dłubiąc, myślą o róŜnych miłych sprawach  
jak pejcze, kajdany i rzemienie, o chłostaniu i innych zabawach.
 
 -  śałuję,  Ŝe  musicie  odejść  tak  szybko  -  powiedział  pospiesznie  Orion  jakieś 

dwadzieścia  minut  później,  gdy  towarzysze  zebrali  się  przy  swoich  jucznych  owcach.  - 
Jednak Cień rośnie, a przed wami długa droga. Lepiej zacznijcie ją zaraz, w nocy.  Wróg ma 
oczy wszędzie. 

Gdy to mówił, duŜa, porośnięta sierścią gałka oczna złowieszczo sturlała się z gałęzi 

drzewa i głuchym plaśnięciem spadła na ziemię. 

Arrowroot dobył Kronę, swój złamany miecz (później pospiesznie sklejony) i machnął 

nim nad głową. 

 - Naprzód - krzyknął - do Fordoru! 
 - śegnajcie, Ŝegnajcie - rzekł niecierpliwie Orion. 
 - Excelsior - zawołał Bromosel, wściekle dmąc w swój policyjny gwizdek. 
 - Sayonara - powiedział Orion. - Aloha. Avaunt. Arroint. 
 - Kodak khaki no - doz! - krzyknął Gimlet. 
 - Dristan nasograf! - wrzasnął Legolam. 
 - Habeas corpus - powiedział Goodgulf, machając laską. 
 - Muszę si-si - jęknął Pepsi. 
 - I ja teŜ - rzekł Moxie. 
 - Zaraz dam si-si wam obu - zagroził Spam, podnosząc z ziemi kamień. 
 - Ruszajmy - zachęcił Frito i wędrowcy powoli poszli traktem wiodącym z Riv'n'dell. 

Po  kilku  krótkich  godzinach  przebyli  kilkaset  stóp  od  chałupy,  przy  której  nadal  stał  Orion, 
cały w uśmiechach. Gdy karawana pokonywała pierwsze lekkie wzniesienie, Frito obejrzał się 
i  spojrzał  na  Riv'n'dell.  Gdzieś  daleko;  w  mroku  leŜało  Bagno  i  chochlik  poczuł  ogromną 
tęsknotę za rodzinnym domem, jak pies wspominający dawno zapomniany ochłap. 

Gdy  tak  patrzył,  wzeszedł  księŜyc,  spadł  deszcz  meteorytów  i  pokazała  się  zorza 

polarna, kur zapiał po trzykroć, zagrzmiało! przeleciało stado gęsi w szyku tworzącym znak 
swastyki, a czyjaś gigantyczna dłoń napisała na niebie ogromnymi, srebrnymi literami “Mene, 
mene,  i  co  dalej?"  Nagle  Frito  doznał  nieodpartego  przeczucia,  Ŝe  znalazł  się  w  punkcie 
zwrotnym, Ŝe kończy się jeden rozdział jego Ŝycia, a zaczyna następny. 

 -  Wio,  zwierzaku  -  rzekł,  kopiąc  juczną  owcę  w  nerki,  a  kiedy  wielki  czworonóg 

chwiejnie powlókł się naprzód, zwrócony ogonem ku mrocznemu wschodowi, z pobliskiego 
lasu  nadleciały  odgłosy  świadczące,  Ŝe  jakiś  duŜy  ptak  pochorował  się  -  krótko  lecz 
hałaśliwie. 

background image

KILKA POTWORÓW 
 
 

Przez wiele dni wędrowcy podąŜali na południe, ufając oczom StraŜnika Arrowroota, 

uszom  chochlików  oraz  mądrości  Goodgulfa.  Tydzień  po  opuszczeniu  Riv'n'dell  napotkali 
skrzyŜowanie  dróg  i  przystanęli,  aby  wybrać  najlepszy  szlak  wiodący  przez  wyniosłe  Góry 
Mealey. 

Arrowroot pozezował w dal. 
 - StrzeŜmy się okropnego Mount Badass - rzekł, wskazując na spory kamień milowy 

stojący przy drodze, sto jardów dalej. 

 - A więc musimy ruszyć na wschód - rzekł Goodgulf, wskazując laską na czerwone 

słońce, zapadające w ocean chmur. 

Opodal przeleciała kaczka, głośno kwacząc. 
 - Wilki! - jęknął Pepsi, nasłuchując cichnącego dźwięku. 
 -  Lepiej  rozbijmy  tu  obóz  na  noc  -  rzekł  Arrowroot,  z  łoskotem  rzucając  plecak  na 

ziemię  i  miaŜdŜąc  kobrę  okularnika.  -  Jutro  musimy  znaleźć  przełęcz,  którą  przejdziemy 
przez góry. 

Kilka minut później wędrowcy siedzieli na środku skrzyŜowania wokół trzaskającego 

ogniska, na którym wesoło piekł się jeden z królików - rekwizytów Goodgulfa. 

 - W końcu mamy porządne ognisko - rzekł Spam, wrzucając do ognia grzechotnika. - 

Sądzę, Ŝe wilki pana Pepsi nie będą nas niepokoić tej nocy. 

Pepsi prychnął. 
 - Wilk musiałby być naprawdę napalony, Ŝeby dobierać się do takiego łazęgi jak ty - 

powiedział,  ciskając  w  Spama  kamieniem,  chybiając  o  stopę  i  ogłuszając  czającą  się  pumę. 
KrąŜącą wysoko nad ich głowami, niewidoczny dla wędrowców przywódca  szpiegowskiego 
stada  wron  zerknął  przez  lornetkę  i  zaklął  w  chrapliwym  języku  swego  gatunku, 
wypuszczając przy tym nie dojedzony ser. 

 - Gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy? - zapytał Frito. 
 -  Jesteśmy  na  skrzyŜowaniu  -  odparł  Czarodziej,  po  czym  wyjął  zza  pazuchy 

poobijany  sekstans  i  wycelował  go  w  księŜyc  kowbojski  kapelusz  Arrowroota  oraz  górną 
wargę Gimleta. - Wkrótce przejdziemy górę lub rzekę i dotrzemy do innej krainy! - rzekł. 

Arrowroot podszedł do Frita. 
 -  Nie  obawiaj  się  -  rzekł,  siadając  na  wilku  -  bezpiecznie  przeprowadzimy  cię  na 

drugą stronę. 

Wędrowcy  nabrali  otuchy,  gdy  następny  dzień  powitał  ich  jasnym  i  bezchmurnym 

porankiem, jak to często zdarza się, kiedy nie pada. Po skąpym śniadaniu złoŜonym z mleka i 
miodu, ruszyła rzędem za Arrowrootem i Goodgulfem, przy czym kawalkada zamykał Spam 
na  swej  jucznej  owcy,  do  której  przemawiał  w  czuły  sposób,  w  jaki  chochliki  zawsze 
traktowały futrzaste zwierzątka.  

 - Och, jaka byłabyś smaczna w sosie miętowym - biadolił. 
Przeszli  wiele  staj  (staja  to  około  trzy  ósme  mili,  a  moŜe  nieco  mniej  od  hektara) 

wzdłuŜ szerokiej, wygodnej autostrada wiodącej na wschód, do cuchnących stóp Gór Mealey, 
a  późnymi  popołudniem  dotarli  do  pierwszych  krągłych  wzgórków.  Tam  droga  szybko 
zniknęła pod stertą kamieni i ruinami staroŜytnego posterunku poborców myta. Dalej wąska, 
głęboka  i  ciemna  jak    węgiel  dolina  ciągnęła  się  złowrogo  aŜ  do  skalnych  zboczy  gór. 
Arrowroot gestem zatrzymał karawanę i wędrowcy zebrali się wokół niego, Ŝeby popatrzeć na 
niegościnny krajobraz. 

 -  Obawiam  się,  Ŝe  to  niedobre  miejsce  -  powiedział  Arrowroot,  ślizgając  się  na 

ś

wieŜej czarnej farbie, która pokrywała kaŜdy cal ziemi. 

 - To Czarna Dolina - rzekł powaŜnie Goodgulf. 

background image

 - Czy juŜ jesteśmy w Fordorze? - zapytał Frito z nadzieją w głosie. 
 - Nie wspominaj o tamtej mrocznej krainie w tej mrocznej krainie - ostrzegł ponuro 

Czarodziej.  -  Nie,  to  nie  Fordor,  lecz  najwidoczniej  i  tu  sięgnęła  ręka  Wroga  Wszystkich 
Dobrych Ludzi. 

Gdy  tak  stali,  patrząc  na  straszliwą  dolinę,  usłyszeli  wycie  wilków,  ryk  niedźwiedzi 

oraz wrzaski sępów. 

 - Jak cicho - rzekł Gimlet. 
 - Zbyt cicho - zauwaŜył Legolam. 
 - Nie moŜemy tu zostać - stwierdził Arrowroot. 
 -  Nie  -  przytaknął  Bromosel,  spoglądając  na  szarą  płaszczyznę  strony  i  grubą  część 

ksiąŜki w prawej dłoni czytelnika. - Przed nami jeszcze daleka droga. 

Przetruchtawszy przez ponad godzinę stromym, usianym głazami zboczem, wędrowcy 

dotarli,  zziajani  i  usmoleni,  do długiej  półki  skalnej biegnącej  między  urwiskiem  a stawem, 
którego  całą  powierzchnię  pokrywała  gruba  warstwa  oleistej  mazi.  Na  ich  oczach  wielki, 
szerokoskrzydły  wodny  ptak  z  głośnym  pluskiem  opadł  w  paskudną  ciecz  i  natychmiast 
rozpuścił się. 

 - Chodźmy - rzekł Goodgulf. - Przełęcz nie moŜe być daleko. 
Z tymi słowami powiódł ich wokół kamiennego występu sterczącego ze stawu przed 

nimi  i  zasłaniającego  widok  na  resztę  górskiego  zbocza.  Półka  zwęŜała  się  w  tym  miejscu i 
wędrowcy  musieli  posuwać  się  cal  po  calu.  Kiedy  minęli  zakręt,  zobaczyli  przed  sobą 
wznoszące  się  na  setki  stóp  urwisko.  W  ścianie  skalnej  było  wykute  wejście  do  jakiejś 

podziemnej  jaskini,  starannie  zamknięte  ogromnymi  drewnianymi  drzwiami  z  ogromnymi 
Ŝ

elaznymi  zawiasami  i  gigantyczną  klamką.  Drzwi  były  pokryte  dziwną  klątwą  starannie 

wykaligrafowną  runami  krasnoludów  i  skonstruowane  tak  niezwykle  starannie,  Ŝe  ze  stu 
kroków ni dało się dojrzeć szczeliny między drewnem a kamieniem.  

 
(sami sobie przeczytajcie S&C) 
 
Arrowroot westchnął. 
 - Czarna Jama! - zawołał. 
 - Tak - potwierdził Gimlet - legendarny Nikon - mojego przodka, Fergusa Fewmeta. 
 - Straszna Andrea Doria, przekleństwo krzywych ludzi szepnął Legolam. 
 - A gdzie jest przełęcz? - spytał Frito. 
 -  Oblicze  tej  ziemi  zmieniło  się,  od  kiedy  po  raz  ostatni  wyjechałem  za  granicę  i 

odwiedziłem  te  strony  -  rzekł  szybko  Goodgulf  -  dlatego,  moŜe  zrządzeniem  Losu,  trochę 
zboczyliśmy z drogi. 

 - Sądzę, Ŝe byłoby mądrzej odszukać przełęcz - Arrowroot. - Nie moŜe być daleko. 
 - Trzysta kilometrów, plus minus szyling - stwierdził Goodgulf, trochę bez sensu, a w 

tejŜe chwili wąska półka, którą przybyli z doliny, z głuchym łoskotem zapadła się do stawu. 

 - To przesądza sprawę - powiedział ze złością Bromosel. 
 - Hej - ho! - zawołał. - Chodź tu i zjedz nas! 

background image

A z oddali odpowiedział mu echem głuchy pomruk: 
 - Ja zwierz, ja to zrobić. 
 - Zaiste, przywiodło nas tutaj jakieś ponure zrządzenie Losu 
 - rzekł Arrowroot - albo stuknięty Czarodziej. Goodgulf zachował spokój. 
 - Musimy odgadnąć zaklęcie otwierające te drzwi i to szybko. JuŜ zapada zmrok. 
Z tymi słowami uniósł laskę i zawołał: 
Yuma pało alto erin go brae Tegrin correga cremora ole! 
Drzwi nawet nie drgnęły, a Frito nerwowo zerknął na oleiste pęcherzyki, które zaczęły 

tworzyć się na powierzchni stawu. 

 - Gdybym tylko słuchał mojego wujka Si - Si i poszedł na stomatologię - jęczał Pepsi. 
 -  Gdybym  został  w  domu,  zbiłbym  majątek,  sprzedając  encyklopedie  -  pociągał 

nosem Moxie. 

 -  A  gdybym  ja  miał  dziesięć  funtów  cementu  i  dwa  worki,  juŜ  od  godziny 

pływalibyście sobie w tym stawie - rzekł Spam. 

Goodgulf siedział bezradnie przed upartym portalem, mamrocząc zaklęcia. 
 - Pizolit - zaintonował, uderzając laską w drzwi. - Bitum. Laszlo. Clayton - Bulwer. 
Oprócz głuchego dudnienia, drzwi nie zareagowały na jego wysiłki. 
 -  Nie  wygląda  to  najlepiej  -  stwierdził  Arrowroot.  Nagle  Czarodziej  zerwał  się  na 

równe nogi. 

 - Klamka! - zakrzyknął i podprowadziwszy juczną owcę do drzwi, stanął na palcach 

na jej grzbiecie i obiema rękami! nacisnął wielką klamkę. Ustąpiła bez oporu i wrota uchyliły 
się, skrzypiąc przeraźliwie. 

Goodgulf pospiesznie zszedł z owcy, a Arrowroot i Bromosel odciągnęli drzwi jeszcze 

o kilka cali. W tejŜe chwili w głębi stawu rozległ się głośny bulgot i bekanie, po czym z toni 
wyłonił się ogromny potwór, czkając okropnie. 

Wędrowcy wrośli w ziemię z przeraŜenia. Stwór miał mniej f więcej pięćdziesiąt stóp 

wysokości, łuskowate wdzianko, dobrego i dentystę oraz dykcję gazeciarza. 

 - Aaaaa! - wrzasnął Legolam. - To tezaurus! 
 - Mniam! - ryknął potwór. - Kaleczyć, dusić, miaŜdŜyć, Patrz KRZYWDZIĆ. 
 - Szybko! - zawołał Goodgulf. - Do jaskini. Wędrowcy pospiesznie jeden po drugim 

prześlizgnęli  się  przez  wąskie  przejście.  Ostatni  szedł  Spam,  który  usiłował  wepchnąć  w 
szczelinę  protestującą  owcę.  Po  dwóch  rozpaczliwych,  lecz  bezowocnych  próbach  podniósł 
rozzłoszczonego czworonoga i cisnął go prosto w rozdziawiony pysk potwora. 

 - Jadalny - orzekł wielki stwór,  Ŝując z apetytem. - SpoŜywczy, poŜywny, smaczny. 

Patrz POKARM. 

 -  Mam  nadzieję,  Ŝe  się  udławisz  -  warknął  ze  złością  Spam,  gdy  wizja  jagnięcego 

udźca  odleciała  w  dal,  trzepocząc  skrzydełkami.  Przecisnął  się  przez  otwór  i  dołączył  do 
reszty  grupy  w  jaskini.  Z  donośnym  beknięciem,  od  którego  zadrŜała  ziemia,  a  powietrze 
napełniło  się  wonią,  jaka  towarzyszy  odkryciu  dawno  zapomnianego  kawałka  sera,  bestia 
zatrzasnęła drzwi. PotęŜny łoskot odbił się echem w trzewiach góry i wędrowcy znaleźli się w 
kompletnych ciemnościach. 

Goodgulf  pospiesznie  wyjął  zza  pazuchy  krzesiwo  i  gorączkowo  krzesząc  skry  ze 

ś

cian  i  podłogi,  zdołał  zapalić  koniec  swojej  laski,  uzyskując  wątły  płomyk  dający  mniej 

więcej tyle światła co martwy robaczek świętojański. 

 - Co za czary - rzekł Bromosel. 
Czarodziej  spojrzał  w  zalegające  przed  nimi  ciemności  i  dochodząc  do  wniosku,  Ŝe 

jedyna moŜliwa droga wiedzie schodami w górę, poprowadził grupkę w gęsty mrok. 

Przewędrowali sporą odległość korytarzem, który zaczynał się na szczycie schodów i 

przewaŜnie  biegł  w  dół,  nieustannie  zmieniając  kierunek,  aŜ  powietrze  stało  się  gorące  i 
duszne, co zaniepokoiło naszych bohaterów. Nadal nie znaleźli Ŝadnego źródła światła oprócz 

background image

pryskającej laski Goodgulfa, a jedynym dźwiękiem był złowieszczy tupot kroków za plecami, 
cięŜkie  dyszenie  północnych  Koreańczyków,  grzechot  automatów  do  gier  i  inne  hałasy 
typowe dla takich ciemnych, ponurych zakamarków. 

Wreszcie  dotarli  do  miejsca,  gdzie  korytarz  rozgałęział  się  na  dwie  odnogi,  obie 

wiodące  w  dół.  Tam  Goodgulf  zatrzymał  grupę.  Natychmiast  usłyszeli  szereg  złowrogich 
bulgotów  i  innych  dźwięków  nie  z  tego  świata,  które  sugerowały,  Ŝe  Czterej  Jeźdźcy  Apo-
kalipsy postanowili zagrać sobie opodal małą partyjkę brydŜa. 

 - Rozdzielmy się - zaproponował Bromosel. 
 - Skręciłem sobie kostkę - rzekł Pepsi. 
 - Cokolwiek chcecie zrobić, nie róbcie hałasu - ostrzegł Arrowroot. 
 - Aaa - psik! - kichnął ogłuszająco Moxie. 
 - Oto mój plan - rzekł Goodgulf. 
 - Kule ich nie powstrzymają - powiedział Bromosel. 
 - Cokolwiek się stanie - stwierdził Arrowroot - musimy zachować czujność. 
Po czym wszyscy, jak jeden mąŜ, zasnęli. 
Kiedy  zbudzili  się,  wokół  znów  było  cicho,  a  po  pospiesznym  posiłku  złoŜonym  z 

placków  i  piwa,  przystąpili  do  wyboru  odpowiedniej  drogi.  Gdy  stali,  dyskutując,  z  głębi 
ziemi nadleciało miarowe dudnienie. Raz, dwa, trzy, rzut i punkt! 

Jednocześnie  powietrze  stało  się  bardziej  gorące  i  duszne,  a  ziemia  zadrŜała  im  pod 

stopami. 

 -  Nie  ma  czasu  do  stracenia  -  powiedział  Goodgulf,  zrywając  się  na  równe  nogi.  - 

Musimy coś postanowić i to szybko. 

 - Według mnie na prawo - orzekł Arrowroot. 
 - Na lewo - poprawił Bromosel. 
Przy  dokładniejszych  oględzinach  okazało  się,  Ŝe  w  lewej  odnodze  brakuje  około 

czterdziestu stóp podłogi i Goodgulf pospiesznie ruszył drugą, a pozostali wędrowcy deptali 
mu  po  piętach.  Korytarz  biegł  stromo  w  dół,  a  po  drodze  napotykali  niezbyt  apetyczne, 
złowróŜbne znaki, między innymi pobielały szkielet Minotaura, resztki człowieka z Piltdown 
oraz sfatygowany kieszonkowy zegarek królika z wygrawerowaną dedykacją: “Białasowi od 
całej bandy z Krainy Czarów". 

Niebawem korytarz zaczął opadać łagodniej, aŜ w końcu doprowadził wędrowców do 

wielkiej  pieczary,  zastawionej  rzędami  wielkich  metalowych  szafek  i  oświetlonej  jasną 
poświatą. Gdy tam weszli, dudnienie stało się jeszcze głośniejsze: Raz, dwa, zwód. Raz, dwa, 
zwód i rzut. 

Nagle  z  korytarza,  którym  przybyli  wędrowcy,  wypadła  liczna  ,,  gromada  norek  i 

runęła na nich, wymachując sierpami i młotami.  

 - Uraaa, uraaa! - krzyczał ich przywódca, wywijając wielkim pedałem. 
 - Śmierć gnojkom! - wrzeszczał pedał. 
 - Zostańcie tu - powiedział Arrowroot. - Ja pójdę na  zwiady. 
 - Osłaniajcie mnie - rzekł Legolam. - Ja ich odciągnę. 
 - StrzeŜcie tyłów - polecił Gimlet. - Sprawdzę korytarz.  
 - Brońcie fortu - zaproponował Goodgulf. - Ja ich okrąŜę. 
 - Trzymajcie się - radził Bromosel. - Ja ich załatwię. 
 -  Pingpong  jangcyjang!  -  wrzeszczał  wódz  norek.  Wędrowcy  przemknęli  przez 

komnatę i wpadli w boczny korytarz.  Norki deptały im po piętach. Gdy tylko  znaleźli sit w 
tunelu, Goodgulf zatrzasnął drzwi przez nosem napastników i pospiesznie rzucił na nie czar. 

 -  Niech  to  szlag  trafi  -  rzekł,  uderzając  laską  w  drzwi,  które  z  cichym  pufnięciem 

zmieniły  się  w  chmurę  dymu,  pozostawiając  czarodzieja  twarzą  w  twarz  ze  zdumionymi 
norkami.  Goodgulf  szybko  wyjął  z  kieszeni  długą  petycję,  podpisał  ją  i  wepchnął  w  rękę 
zaskoczonego przywódcy, po czym pognał korytarzem do towarzyszy, którzy stali na drugim 

background image

końcu wąskiego wiszącego mostu, przerzuconego nad głęboką otchłanią. 

Gdy Goodgulf wszedł na most, w korytarzu rozległo się złowieszcze raz, dwa, i tłum 

norek runął naprzód. Wśród nich gnał ogromny czarny cień, zbyt okropny, aby go opisać. W 
ręku trzymał wielką czarną kulę, a na piersi miał napisane topornymi runami “Ballhog". 

 - Aaaa! - ryknął Legolam. - Atakują! 
Goodgulf odwrócił się twarzą do czarnego cienia, który powoli zbliŜał się do mostu, 

odbijając czarną kulę. Czarodziej zachwiał się i chwytając liny, podniósł laskę. 

 - Cofnij się, patałachu! - zawołał. 
Słysząc to, Ballhog ruszył na most, a Czarodziej cofnął się, wyprostował i rzekł: 
 - Naprzód, niebiescy! Arrowroot wywinął Kroną. 
 - On nie zdoła utrzymać mostu! - krzyknął i pobiegł na pomoc. 
 - E pluribus unum! - zawołał Bromosel i skoczył za nim. 
 - Esso extra - rzekł Legolam, idąc w jego ślady. 
 -  Kaiser  Frazer!  -  ryknął  Gimlet,  dołączając  do  nich.  Ballhog  skoczył  ku  nim  i 

unosząc nad głowę straszliwą kulę, wydał triumfalny okrzyk. 

 - Dulce et decorum - rzekł Bromosel, szarpiąc liny mostu. 
 - Racja - mruknął Arrowroot, przecinając wspornik. 
 - Tak będzie znacznie lepiej - stwierdził Legolam, siekąc zaciekle. 
 -  Pozostań  z  moim  Bogiem  -  zaintonował  Gimlet,  szybkim  ciosem  topora  zrywając 

ostatni sznur. 

Most  runął  z  donośnym  trzaskiem,  zrzucając  Goodgulfa  i  Ballhoga  w  otchłań. 

Arrowroot odwrócił się i tłumiąc szloch, pobiegł korytarzem. Pozostali towarzysze deptali mu 
po  piętach.  Kiedy  minęli  pobliski  zakręt,  oślepił  ich  nagły  błysk  słonecznego  światła  i  po 
kilku  minutach,  pozbywszy  się  śpiącego  wartownika  -  norki,  wypadli  przez  bramę  na 
południowe schody. 

Stopnie  biegły  wzdłuŜ  syropowatego  strumienia,  w  którym  złowieszczo  pękały 

wielkie, lepkie, wielobarwne pęcherze. Legolam przystanął i splunął pogardliwie. 

 - To Spumante - wyjaśnił - przysmak elfów. Nie pijcie tego, powoduje próchnicę. 
Wędrowcy szybko zeszli w płytką dolinę i po niecałej godzinie stanęli na zachodnim 

brzegu  rzeki  Nesselrode,  którą  krasnoludy  nazywają  Nazalspray.  Arrowroot  zatrzymał  ich 
gestem.  Stopnie  wiodące  w  dół  gwałtownie  urywały  się  na  brzegu  rzeki,  a  po  obu  stronach 
wąskiego przejścia zbocza pagórków opadały w rozległą, nagą równinę pełną bogów wiatru, 
delfinów w marynarskich czapkach oraz planów ulic. 

 -  Obawiam  się,  Ŝe  dotarliśmy  do  nie  zbadanych  obszarów  -  rzekł  Arrowroot, 

osłaniając dłonią oczy i spoglądając w dal. - Niestety, nie masz wśród nas Goodgulfa, który 
mógłby nas poprowadzić. 

 - Ale kanał - mruknął Bromosel. 
 -  Tam  oto  leŜy  Lornadoon,  ziemia  Dawnych  Elfów  -  rzekł  Legolam,  wskazując  na 

rozpościerający się za rzeką, rzadki las krzywych wiązów i karłowatych sosen. - Goodgulf na 
pewno poprowadziłby nas tamtędy. 

Bromosel  włoŜył  nogę  w  leniwy  nurt,  z  którego  wyskoczył  paluszek  rybny  i  rząd 

smaŜonych małŜy. 

 -  Magia!  -  zakrzyknął  Gimlet,  gdy  kanapka  z  tuńczykiem  świsnęła  mu  koło  ucha.  - 

Czary! Diabelskie sztuczki! Izolacjonizm! śywe srebro! 

 -  Tak  -  rzekł  Legolam - ta  rzeka jest  zaczarowana,  gdyŜ  nosi  imię elfki Nesselrode, 

która  kręciła  z  Mentholem,  bogiem  poobiednich  drinków.  Jednak  zła  Oxydol,  bystrooka 
bogini  impasów  i  szlemików,  ukazała  się  jej  pod  postacią  piątki  z  kontrą  i  powiedziała,  Ŝe 
Menthol  jednocześnie  kombinuje  z  księŜniczką  Phisohex,  córką  króla  Sano.  Słysząc  to, 
Nesselrode  spieniła  się  i  poprzysięgła  skopać  Phisohex  tyłek,  a  ponadto  namówiła  matkę 
Cineramę,  boginię  krótkoterminowych  poŜyczek,  Ŝeby  przemieniła  Menthola  w 

background image

psychostymulant.  Jednak  Menthol  zwęszył  spisek  i  przyszedł  do  Nesselrode  pod  postacią 
zamraŜarki,  zmienił  ją  w  rzekę  i  ruszył  w  świat,  sprzedawać  encyklopedie.  Do  dziś,  na 
wiosnę,  rzeka  cicho  woła:  “Mentholu,  Mentholu,  ty  draniu.  Byłam  elfką  z  sąsiedztwa,  a  tu 
bach i jestem rzeką. Ty śmierdzielu". A wiatr odpowiada jej: “Fuj!" 

 - Smutna opowieść - rzekł Frito. - Czy to prawda? 
 - Nie - odparł Legolam. - Jest takŜe pieśń. I zaczął śpiewać. 
 

Przed laty elfka sobie Ŝyła, w dzień za stenografią robiła. 
 Miała peruk
ę i złote zęby, od perfum jej kwaśniały gęby. 
Mówiła, Ŝe sztuka jest “słodka", trzepocząc rzęsami, idiotka.  
List
ę, przebojów na pamięć znała, bez przerwy gumą poŜuwała. 
W głowie miała ciuchy i chłopów, a na głowie loki (z papilotów).  
Wkładała  d
Ŝinsy  z  modnym  wzorem,  z  psiapsiółkami  wychodzą

wieczorem. 

Raz elfa spotkała i w tym rzecz, bo on zabrał ją na mecz - Twierdził,  
ś

e mieszkanie ma duŜe, uwielbia tańce, kwiaty i podróŜe. 

źną nocą oddala mu się cala, w jego samochodzie rzecz się działa.  
Bogaty 
myślała mądry i śliczny, z nim stworzymy związek idylliczny. 
Potem krzywiąc usta w uśmiechu, rzekł, Ŝe z inną Ŝyje w grzechu.  
Na umow
ę - zlecenie na poczcie pracuje, a mieszka z mamusią która mu 

gotuje. 

Srebrną Izę. nieszczęsna uroniła, zła, samotnie do domu wróciła.  
Tydzie
ń wcześniej teŜ było tak samo, (CóŜ robić pracującej elfce, mamo?). 

 
 - Lepiej wynieśmy się stąd przed zmrokiem - rzekł w końcu Arrowroot. - Powiadają, 

Ŝ

e w tych stronach są zębate nietoperze i krwawe wonpyry. 

Podniósł  swój  podręczny  zestaw  kosmetyczny  i  wszedł  do  syropowatej  cieczy,  a 

reszta  poszła  w  jego  ślady.  Woda  w  Ŝadnymi  miejscu  nie  miała  więcej  jak  kilka  stóp 
głębokości, więc chochliki bez trudu przedostały się na drugi brzeg. 

 - To naprawdę dziwna rzeka - stwierdził Bromosel, gdy 

fale sięgnęły mu do ud. 

Na drugim brzegu rzeki znaleźli gęstą kępę uschniętych drzew pokrytych napisami w 

elferanto, głoszącymi:  

WITAJCIE W LEGENDARNEJ WIOSCE ELFÓW, ODWIEDŹCIE FARMĘ WEśY, 

NIE 

OMIŃCIE 

PRACOWNI 

PANNY 

SANTY, 

ORAZ 

CHROŃCIE 

NASZ 

ZACZAROWANY LAS! 

 - Lornadoon, Lornadoon - westchnął Legolam. - Cud Śródziemia Dolnego! 
Na dźwięk tych słów otwarły się drzwi w pniu duŜego drzewa, ukazując pokoik pełen 

stojaków z pocztówkami, głośno tykające zegary z kukułką oraz skrzynki słodyczy z syropem 
klonowym. Zza dystrybutora napojów wyłonił się niechlujnie wyglądający elf. 

 - Witam grupę - rzekł, kłaniając się nisko. - Jestem Pentel. 
 - Podejdź tu, stary oszuście - zachęcił Legolam. 
 - No, no, no - powiedział elf, chrząkając, Ŝeby dodać sobie waŜności. - PodróŜujemy 

poza sezonem, co? 

 - Przypadkiem przechodziliśmy tędy - odparł Arrowroot. 
 -  NiewaŜne  -  powiedział  elf.  -  Jest  tu  mnóstwo  rzeczy  do  obejrzenia,  mnóstwo.  Na 

lewo skamieniałe drzewo, na prawo Skała Ech i śywy Mostek, a wprost przed wami Studnia 
Stu Dni. 

 - Przybywamy z Dorii - ciągnął Arrowroot. - Zmierzamy do Fordom.  

background image

Elf pobladł. 
 -  Mam  nadzieję,  Ŝe  podobało  wam  się  w  Lornadoon,  Krainie  Czarów  -  dokończył 

pospiesznie, wręczając im plik folderów oraz naklejek na juczne konie, po czym wskoczył do 
ś

rodka, zatrzasnął drzwi i zaryglował je. 

 - śyjemy w niespokojnych czasach - stwierdził Arrowroot. Legolam otworzył jeden z 

prospektów i spojrzał na mapę. 

 -  Jesteśmy  niedaleko  od  Wioski  Elfów  -  orzekł  w  końcu  -  i  jeśli  to  miejsce  nie 

zmieniło właściciela, nadal zamieszkują tam krewni Oriona - Cellophane i Lady Lavalier. 

 - Elfy - mruknął Spam. - Nie twierdzę, Ŝe Sorhed ma rację, ale teŜ nie twierdzę, Ŝe się 

myli - o ile mnie wyczuwacie. 

 - Zamknij dziób - poradził mu Legolam. 
Po  pospiesznym  spoŜyciu  kadzidła  i  mirry,  wędrowcy  ruszyli  szeroką  ścieŜką,  którą 

Legolam  zidentyfikował  według  mapy  jako  Szlak  Grozy.  Od  czasu  do  czasu  mechaniczne 
smoki i gobliny wyłaniały się chwiejnie z gumowych zarośli, ziewając i pomrukując. Jednak 
nawet  chochliki  nie  przejęły  się  ich  atakami  i  po  kilku  godzinach  przybyli  na  skraj  małego 
gaju  bardzo  skamieniałych  drzew  o  dziwnie  symetrycznych  gałęziach,  z  których  spadała 
mocno skorodowane mosięŜne liście, tworząc sztucznie wyglądające kupki. 

Gdy tak stali zdumieni, w wykuszowym oknie pobliskiego; drzewa pojawiła się głowa 

elfki, która zawołała w prastarej mówią elfów:  

Witaj, cny podróŜniku! 

 
 - Masz wszystkich w domu? - Zadał właściwe pytania Legolam. 
W następnej chwili drzwi w wielkim pniu otworzyły się i wyszedł z nich niski elf. 
 - Cellophane i Lady Lavalier oczekują was na górze - rzekł i wprowadził wędrowców 

do  szerokiego  pnia.  Drzewo  było  całkowicie  puste  w  środku  i  wyklejone  tapetą  z 
cegiełkowym  wzorem.  Spiralne  schody  wiodły  przez  otwór  w  suficie  na wyŜsze  piętro  i  elf 
skinął  na  nich,  Ŝeby  tam  weszli.  Gdy  dotarli  na  górę,  znaleźli  się  w  komnacie  bardzo 
podobnej  do  tej  na  parterze,  tylko  jasno  oświetlonej  wiszącymi  pod  wysokim  sklepieniem, 
wielkimi' kandelabrami zrobionymi z kół furmanek. Na końcu komnaty, na, dwóch pieńkach, 
siedzieli Cellophane i Lavalier, spowici w zwoje muślinu. 

 -  Witamy  w  Lornadoon  -  rzekła  Lavalier,  powoli  podnosząc  się  i  wędrowcy 

zobaczyli,  Ŝe  była  krzepka  jak  młode  drzewko  lub  karłowaty  dąb.  Miała  wspaniałe, 
kasztanowate włosy i kiedy potrząsnęła głową, tuziny dojrzałych kasztanów spadły z nich jak 
grad na podłogę. Frito bawił się Pierścieniem i podziwiał jej niezrównaną urodę. Gdy tak stał, 
jak w transie, Lavalier obróciła się do niego i zobaczyła, Ŝe bawi się Pierścieniem i podziwia 
jej niezrównaną urodę. 

 -  Widzę,  Frito  -  rzekła  -  Ŝe  bawiąc  się  Pierścieniem,  podziwiasz  moją  niezrównaną 

urodę. 

Frito jęknął ze zdumienia. 
 - Nie lękaj się - powiedziała, złośliwie mruŜąc oko. - Nie mamy uprzedzeń. 
Wtedy Cellophane wstał, powitał kolejno kaŜdego z wędrowców i gestem wskazał na 

gumowe  stolce  umieszczone  pod  ścianami.  Poprosił,  aby  opowiedzieli  mu  o  swoich 
przygodach. 

Arrowroot odchrząknął. 
 - Dawno, dawno temu - zaczął. 
 - Me imię Ishmael - rzekł Gimlet. 
 - Raz do roku w... - zaczął Legolam. 
 - Słuchaj mnie, Muzo - rozpoczął Bromosel. 
Po  krótkiej  dyskusji  Frito  opowiedział  całą  historię  o  Pierścieniu,  przyjęciu  Dilda, 

Czarnych  Świniarzach,  a  takŜe  o  Konwentyklu  Oriona,  Dorii  oraz  przedwczesnym  zejściu 

background image

Goodgulfa. 

 - Rety, rety, jej - powiedział ze smutkiem Cellophane, kiedy Frito skończył. 
Lavalier westchnęła. 
 - Mieliście długą i cięŜką podróŜ - rzekła. 
 - Tak - dodał Cellophane - cięŜkie jest wasze brzemię. 
 - Wasi wrogowie są potęŜni i bezlitośni - stwierdziła Lavalier. 
 - Macie czego się bać - dodał Cellophane. 
 - Wyjedziecie o świcie - podsumowała Lavalier. 
Po  obfitej  uczcie  z  cherubinów  i  serafinów,  Cellophane  i  Lavalier  upchnęli 

strudzonych wędrowców w pokoiku w pobliskim drzewie, a gdy Frito  zamierzał tam wejść, 
Lavalier  odciągnęła  go  na  bok  i  zaprowadziła  do  leŜącej  opodal cienistej dolinki,  na  środku 
której stało brudne ptasie korytko, w którym pływała do góry brzuchami para wróbli. 

 - Trucizna - wyjaśniła Lavalier, ciskając pierzaste zwłoki w chaszcze. - Tylko w ten 

sposób moŜna je powstrzymać. 

Z tymi słowami splunęła do wody, z której wyskoczyła złota rybka, krzycząc: 
 - Czego chcesz, do cholery!? 
A  Lavalier  nachyliła  się nad  taflą  i  szepnęła: “Wilmot  Proviso",  na  co  woda  zaczęła 

wrzeć,  wypełniając  powietrze  zapachem  wołowego  gulaszu.  Nagle  Frito  zauwaŜył,  Ŝe 
powierzchnia  wody  wygładziła  się  i  ujawniła  obraz  człowieka  wpychającego  sobie  cal  do 
nosa. 

 - Ach, te reklamy - mruknęła zirytowana Lavalier. 
Po chwili męŜczyzna zniknął, zastąpiony obrazami elfów i krasnoludów tańczących na 

ulicach,  hulanek  w  Minas  Troney,  swawoli  w  Bagnie,  reportaŜem  z  przetopienia  sporego 
spiŜowego posągu Sorheda na spinki do krawatów, aŜ w końcu Frito ujrzał siebie, siedzącego 
na stercie ozdobnej biŜuterii i uśmiechającego! się radośnie. 

 - To dobry znak - oznajmiła Lavalier. Frito przetarł oczy i uszczypnął się. 
 - A więc nasza przyszłość nie maluje się tak czarno? - zapytał. 
 - Wyrocznia Lavalier nigdy nie kłamie - oznajmiła stanowczo Lady i zaprowadziwszy 

Frita z powrotem do jego towarzyszy, zniknęła w gęstym oparze perfum “Gwałt dŜungli". 

Frito  uszczypnął  się  jeszcze  raz,  po  czym  walnął  głową  w  drzewny  dom  i  zapadł  w 

głęboki sen. 

Powierzchnia  źródła  przez  chwilę  pozostała  czarna,  a  potem  zamigotała  i  ukazała 

uroczyste  powitanie  S/s  “Titanic"  w  nowojorskim  porcie,  zwrot  francuskich  długów 
wojennych oraz powszechny dobrobyt w państwach socjalistycznych. 

Na południowym skraju nieba Velveeta, ukochana gwiazda zaranna elfów i pokojowa 

Jutrzenki,  wstała i  powitała  miodoustego  Noxzemę  i  ściskając  złote  wiaderko  ze  śmieciami, 
kazała  mu  szykować  skrzydlatą  rikszę  Novocainy  -  herolda  dnia.  Tam  teŜ  wstała 
czerwonooka  Ovaltine  o  czułych  wargach,  którymi  lekko  ucałowała  ziemię  na  wschodnim 
krańcu Mórz. Innymi słowy, było wcześnie rano. 

Wędrowcy  wstali  i  po  pospiesznym  śniadaniu  złoŜonym  z  jaj  na  boczku,  zostali 

zaprowadzeni  przez  Cellophane,  Lavalier  oraz  ich  sługi  przez  las  na  brzeg  wielkiej  rzeki 
Rycyny, gdzie czekały trzy małe tratwy z balsy. 

 -  Nadeszła  smutna  chwila  rozstania  -  rzekła  powaŜnie  Lavalier.  -  Jednak  mam  dla 

kaŜdego  z  was  skromny  dar,  który  godzinie  rozpaczy  przypomni  wam  Lornadoon.  Co 
mówiąc, wyciągnęła spory kufer i wyjęła zeń garść niezwykłych prezentów. 

 - Dla Arrowroota - powiedziała - klejnoty koronne. 
I  podała  zdumionemu  królowi  gruszkę  w  kształcie  diamentu  oraz  nasionko  siewki 

wielkości szmaragdu. 

 -  Dla  Frita,  odrobinę  magii.  -  I  chochlik  otrzymał  cudowną  szklaną  kulę  pełną 

ś

nieŜnych płatków. 

background image

I tak kaŜdy członek małej kompanii otrzymał jakiś niezwykły dar: Gimlet prenumeratę 

“śycia  Elfów",  Legolam  zestaw  do  madŜonga,  Moxie  pudełko  maści  tygrysiej,  Pepsi  parę 
widelców do sałatek, Bromosel rowerek trójkołowy, a Spam repelent w aerozolu. 

Dary  szybko  załadowano  na  tratwy,  razem  z  innym  wyposaŜeniem  niezbędnym 

podczas wyprawy, takim jak liny, puszki gulaszu wołowego, sterty kopry, magiczne płaszcze 
przybierające kolor otoczenia - zielonej trawy, zielonych drzew, zielonych skał czy zielonego 
nieba,  egzemplarz  Katalogu  smoków  i  bazyliszków,  karton  karmy  dla  psów  oraz  skrzynka 
polskiej wódki. 

 - śegnajcie - rzekła Lavalier, gdy wędrowcy stłoczyli się na tratwach. - KaŜda wielka 

podróŜ rozpoczyna się od małego kroku. śaden człowiek nie jest wyspą. 

 - Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - dodał Cellophane. Tratwy popłynęły rzeką, a 

Cellophane i Lavalier wsiedli na wielkiego łabędzia w kształcie łodzi i towarzyszyli im przez 
jakiś czas, przy czym Lavalier siedziała na dziobie, nucąc staroŜytną pieśń Ŝałobną elfów przy 
łamiącym serce łoskocie stalowych bębnów: 

Dago, Dago, Lassi Lima rymcymcym  
Yanqui unicycle rainar rotoroot  
Telstar aloha saarinen cloret  
Seat camaro impala desoto?  
Gardol ole telefon lumumba!  
Chattanooga i tampa muriel  
Zawle czeszko ni
ą do baru, bwana,  
Aleniez mu siszgodo picia!
 
Comsat melba rubaiyat nirwana  
Garda y vega hiawatha halo.  
O mitra, mitra, padn
ę na ryuo!  
Yaldaree valdera, que sera, mesje,  
Honi siot la vache qui rit.  
Honi soit la vache qui rit.
 

 
(“Och,  liście  opadają,  kwiaty  więdną,  a  wody  płyną  na  młyn  republikanom.  O 

Ramarze, Ramarze, jedź szybko na swoim unicyklu, by ostrzec nimfy i królowe uciech! Ach, 
któŜ teraz zbierze leśne runo i zapląsa w róŜanych ogrodach? KtóŜ ostrzyŜe moje jednoroŜce? 
Spójrz, nawet krowy śmieją się z tego, biada, biada". Chór: “Jesteśmy chórem i mówimy tak. 
Tak, tak, tak".) 

Gdy  maleńkie  stateczki  mijały  zakręt  rzeki,  Frito  obejrzał  się  w  samą  porę,  aby 

zobaczyć,  jak  Lady  Lavalier  wdzięcznie  wkładaj]  palec  do  ust  w  prastarym  elfim  geście 
poŜegnania. 

Bromosel  spojrzał  przed  siebie,  gdzie  meandry  rzeki  stawiały  ich  twarzą  w  twarz  z 

ledwie wstającym słońcem. 

 - Kto rano wstaje, ten chodzi niewyspany - mruknął i zasnął. 
A taki był czar Lornadoon,  Ŝe chociaŜ spędzili w tej zaczarowanej krainie tylko noc, 

wydała im się tygodniem i kiedy dryfowali z prądem, Frito zaczął obawiać się, Ŝe nie zostało 
im  juŜ  wiele  czasu.  Wspomniał  złowróŜbny  sen  Bromosela  i  po  raz  pierwszy  zauwaŜył  na 
czole  wojownika  duŜą  plamę  jagnięcej  krwi,  nakreślone  kredą  “X"  na  jego  plecach,  oraz 
czarne znamię wielkości dublona na jego policzku. Wielki i dość nieprzyjemnie wyglądający 
sęp  siedział  na  jego  lewym  ramieniu,  dłubiąc  w  zębach  i  śpiewając  idiotyczną  piosenkę  o 

background image

gwarku. 

Około południa rzeka stała się wąska i płytka, i niebawem całkowicie zatarasowała ją 

bobrowa tama, zza której dobiegały złowrogie klaśnięcia ogonów i złowieszcze wycie turbin. 

 -  Sądziłem,  Ŝe  droga  do  Wysp  Langerhansa  jest  wolna  -  rzekł  Arrowroot.  -  Teraz 

widzę, Ŝe słudzy Sorheda dotarli nawet tutaj. Nie moŜemy dalej płynąć tą rzeką. 

Powiosłowali do zachodniego brzegu i wyciągnąwszy tratwy na ląd, pospiesznie zjedli 

posiłek złoŜony z niebieskich migdałów. 

 -  Obawiam  się,  Ŝe  te  stworzenia  mogą  zrobić  nam  coś  złego  -  rzekł  Bromosel, 

wskazując na mroczny kontur betonowej tamy. 

Ledwie  to  rzekł,  gdy  po  kamiennym  brzegu  przeszła  chwiejnym  krokiem  jakaś 

przysadzista postać. Miała mniej więcej cztery stopy wzrostu, bardzo ciemną cerę, ogon jak 
zbyt mocno rozbity stek, czarny beret i binokle z czarnymi szkłami. 

 -  Sługa  unizony  -  wysepleniła,  kłaniając  się  nisko.  Arrowroot  zmierzył  przybysza 

zamyślonym spojrzeniem. 

 - Kim jesteś? - rzekł w końcu, kładąc dłoń na rękojeści miecza. 
 - Zwyczajnym podróŜnym, tak jak wy - rzekł przybysz, z emfazą klaskając ogonem. - 

Mój koń zgubił podkowę, a moŜe moja łódź zatonęła, nie pamiętam. Arrowroot odetchnął. 

 - No cóŜ, a więc serdecznie witamy - rzekł. - Obawiałem się, Ŝe moŜesz być sługą zła. 
Stwór uśmiechnął się pobłaŜliwie, ukazując parę przednich zębów wielkości kafelków 

do łazienki. 

- A skądŜe - powiedział, machinalnie obgryzając przyniesioną z prądem gałąź. Nagle 

kichnął potęŜnie, przy czym spadli mu okulary. 

Legolam jęknął. 
 - Czarnobrody! - zawołał, odskakując. 
W tejŜe chwili w pobliskim lesie rozległ się potworny zgiełk i banda wyjących norek 

oraz pomrukujących bobrów runęła ni nieszczęsnych wędrowców. 

Arrowroot zerwał się na równe nogi. 
 - Ekskrementa! - zakrzyknął, dobył Kronę i zwrócił ją rękojeścią ku najbliŜszej norce. 
 - Tahan chałwa! - zawołał Gimlet, rzucając toporek. 
 - Unguentum! - rzekł Legolam, kładąc ręce na głowę. 
 - Ipso facto! - warknął Bromosel i odpiął pas z mieczem.  
Spam  przecisnął  się  przez  tłum  pospiesznie  poddających  się  wojowników  do  Frita  i 

złapał go za ramię. 

 - Czas spływać, bwana - szepnął i zarzucił mu szal na głowę, po czym oba chochliki 

czmychnęły  na  tratwę  i  odpłynęły,  zanim  dostrzegły  je  atakujące  norki  oraz  ich  tępawi 
przyjaciele. 

Wódz norek chwycił Arrowroota za klapy i potrząsnął nim jak listkiem. 
 - Gdzie chochliki?! - wrzasnął. 
Arrowroot  najpierw  spojrzał  tam,  gdzie  przed  chwilą  stali  Frito  i  Spam,  a  potem  na 

Moxie  i  Pepsi,  którzy  ukrywali  się  opodal  miejsca,  gdzie  Legolam  i  Gimlet  udawali 
nieŜywych. 

 -  Skłamiesz,  to  zginiesz.  -  Obiecał  wódz  norek  i  Arrowroot  nie  mógł  nie  dosłyszeć 

złowrogiej nuty w jego głosie. 

Wskazał na chochliki i dwie norki natychmiast chwyciły je w swoje łapy - przednie, 

oczywiście. 

 - To jakaś pomyłka - pisnął Moxie. - Ja nie mam tego. 
 - Złapaliście nie tego faceta - wrzasnął Pepsi. - To on - dodał, wskazując na Moxie. 
 -  Nie,  to  on!  -  krzyknął  Moxie,  pokazując  Pepsi.  -  Poznałbym  go  wszędzie.  Trzy 

stopy i pięć cali, osiemdziesiąt dwa funty, na lewym ramieniu tatuaŜ smoka w rui, podejrzany 
o udzielanie pomocy znanemu posiadaczowi Pierścienia. Wódz norek zaśmiał się okrutnie. 

background image

 -  Reszta  moŜe  uciekać,  zanim  doliczę  do  dziesięciu  -  rzekł,  znacząco  wywijając 

dwoma tasakami. Bromosel natychmiast rzucił się do ucieczki, lecz zaplątał się w swój pas i 
runął jak długi, nadziewając się na ostro zakończone noski swoich butów. 

 -  OtóŜ  nadszedł  kres  drogi  -  jęknął.  -  Och,  powiedzcie  Lacedomecjanom,  Ŝeby 

odpalili torpedy. 

Potem zarzęził jak stary gruźlik i oddał ducha. Wódz norek potrząsnął głową. 
 -  O  rany,  to  było  zupełnie  niepotrzebne  -  mruknął  i  poprowadził  swoją  bandę  z 

powrotem w las, uprowadzając Moxie i Pepsi. 

Frito i Spam w milczeniu przepłynęli na drugi brzeg rzeki i wciągnęli małą tratwę na 

piasek,  a  niewidoczna  w  cieniu  tamy,  mała  szara  postać  na  zielonym  gumowym  koniku 
morskim w Ŝółte kropki ostroŜnie powiosłowała za nimi. 

 -  No  i  po  herbacie,  jak  by  rzekł  stary  Wargacz  -  powiedział  Spam  i  zabrawszy  z 

tratwy śpiwory, ruszył z Fritem w górę wąskim parowem, wiodącym do następnego rozdziału. 

background image

VI 
JE
ŹDŹCY ROI - TANU 
 
 

Przez  trzy  dni  Arrowroot,  Gimlet  i  Legolam  tropili  bandę  norek,  przerywając  swój 

zawzięty pościg tylko po to, Ŝeby zjeść, popić, pospać, pograć w bezika i zboczyć od czasu do 
czasu,  aby  zwiedzić  co  ciekawsze  miejsca.  StraŜnik,  krasnolud  i  elf  niestrudzenie  ścigali 
porywaczy  Moxie  i  Pepsi,  często  przechodząc  nawet  trzysta  jardów,  zanim  pogrąŜali  się  w 
apatii.  Wielekroć  Stomper  gubił  trop,  co  przychodziło  mu  z  trudem,  gdyŜ  norki  lubią 
pozostawiać  za  sobą  wielkie,  cuchnące  sterty  odchodów.  Następnie  starannie  je  rzeźbią  i 
modelują z nich przeraŜające postaci jako nieme ostrzeŜenie dla kaŜdego, kto ośmieliłby się 
rzucić im wyzwanie. 

Jednak spotykali te kopce coraz rzadziej, co świadczyło o tym, Ŝe tamtym zaczęło się 

spieszyć lub zabrakło Ŝarcia. W kaŜdymi razie trop był mniej wyraźny i rosły straŜnik musiał 
się bardzo starać, Ŝeby dostrzec nawet najmniejszy ślad przechodzącego oddziałku - znoszony 
dziurawy but, parę spreparowanych kości, a jeszcze dalej, parę przedziurawionych norek. 

Byli  w  krainie  ponurej  i  płaskiej,  w  której  napotykali  jedynie  kolczaste  krzewy  oraz 

inne  karłowate  rośliny.  Czasami  mijali  opuszczoną  wioskę,  zamieszkaną  jedynie  przez 
bezpańskie  psy  które  pustoszyły  i  tak  skromne  zapasy  wędrowców.  Powoli  schodzili  na 
pustkowie doliny Roi - Tan; krainę skwarną, suchą i posępną. Po lewej wznosiły się zamglone 
szczyty gór Mealey, a po prawej odległe i rozlazłe Effluvium. Na południu leŜały legendarne 
ziemie Roi - Tannerów, niezrównanych owczarzy potrafiących okiełznać szalejącego tryka - 
merynosa. 

Dawniej  ci  pasterze  byli  wrogami  Sorheda  i  dzielnie  walczyli  z  nim  pod  Brylopad  i 

Ipswitch. Jednak teraz krąŜyły pogłoski o bandach jeźdźców pustoszących północny Twodor, 
grabiących, plądrujących, palących, zabijających i gwałcących. 

Stomper  przystanął  i  wydał  głuchy  jęk  zgrozy  i  znudzenia.  Norki  pozostawiały  ich 

coraz bardziej w tyle. OstroŜnie odwinął kawałek magicznego cwibaka elfów i podzielił go na 
cztery równał kawałki. 

 -  Jedzcie  wszyscy,  więcej  bowiem  nie  mamy  -  rzekł,  chowając  czwarty  kawałek  na 

później. 

Legolam  i  Gimlet  Ŝuli  w  ponurym  milczeniu.  Wszędzie  wokół  wyczuwali  złowrogą 

obecność  Serutana,  czarodzieja  z  Isinglassu.  Jego  paskudna  aura  unosiła  się  w  powietrzu,  a 
podległe mu tajne słuŜby spowalniały ich pochód. Te tajne siły przybierały rozmaitą postać, 
lecz teraz pojawiły się jako runy. 

Gimlet,  który  -  jeśli  to  moŜliwe  -  lubił  Legolama  jeszcze  mniej  niŜ  Riv'n'dell  - 

zakrztusił się swoją porcją ciasta. 

 - Przekleństwo na elfów i ich wstrętne gnioty - wymamrotał. 
 - I na krasnoludy - odparował Legolam - z ich niewyparzonymi ozorami. 
Po  raz  dwudziesty  obaj  dobyli  mieczy,  gotowi  wypatroszyć  się  nawzajem,  lecz 

Stomper przerwał im, zanim któryś zginął. W końcu i tak zjedli swoje porcje. 

 - Wstrzymajcie się, przestańcie, halt, avaunt, schowajcie miecze, zabądźcie swarów i 

złóŜcie broń - przemówił, podnosząc postrzępioną rękawicę. 

 -  Spadaj,  frajerze  -  warknął  krasnolud.  -  Zaraz  zrobię  rąbankę  z  tego  stracha  na 

wróble! 

Jednak  StraŜnik  wyciągnął  swego  peacemakera  i  spór  zakończył  się  równie  szybko, 

jak  wybuchł,  bo  nawet  krasnoludy  i  elfy  nie  lubią,  jak  strzela  im  się  w  plecy.  Potem,  gdy 
kombatanci schowali swoje miecze, Stomper znów zabrał głos. 

 -  Patrzajcie!  -  zawołał,  wskazując  na  południe.  -  Mrowie  jeźdźców  nadciąga  jak 

wiatr! 

background image

 - Szkoda, Ŝe nie jadą pod wiatr - rzekł Legolam, kręcąc nosem. 
 - Elfy mają wspaniały węch - stwierdził Stomper. 
 -  I  szybko  biegają  -  mruknął  krasnolud  pod  nosem.  Wszyscy  trzej  pozezowali  na 

chmurę kurzu wznoszącą się na horyzoncie. Nie było wątpliwości, Ŝe to owczarze, gdyŜ wiatr 
zapowiadał ich przybycie. 

 - Myślicie, Ŝe są przyjaźnie usposobieni? - spytał Legolam, drŜąc jak liść. 
 -  Tego  nie  mogę  powiedzieć  -  odparł  Stomper.  -  Jeśli  taił  to  nie  mamy  się  czym 

martwić; jeŜeli to wrogowie, musimy podstępem uniknąć ich gniewu. 

 -  Jak?  -  pytał  Gimlet,  nie  dostrzegając  Ŝadnej  kryjówki  na  rozległej  równinie.  - 

Walczymy czy uciekamy? 

 - Ani to, ani to - odrzekł StraŜnik, padając na ziemię. Udamy martwych! 
Legolam i Gimlet popatrzyli po sobie i potrząsnęli głowami. Zgadzali się w niewielu 

kwestiach, ale Stomper był zdecydowania jedną z nich. 

 -  Równie  dobrze  moŜemy  zabrać  paru  ze  sobą  -  rzekł  Gimlet,  wyciągając  swój 

toporek - bo lepiej odejść z zapiętymi rozporkiem. 

Owczarze  byli  coraz  bliŜej  i  słychać  było  juŜ  przeraźliwe  pobekiwanie  ich 

wierzchowców.  Wysocy  i  jasnowłosi  byli  ci  Roi  -  Tannerzy,  noszący  hełmy  zwieńczone 
groźnie  wyglądającymi  szpikulcami  i  małe,  szczeciniaste  wąsiki.  Wędrowcy  ujrzeli  teŜ,  iŜ 
przybysze  mieli  długie  buty  oraz  skórzane  spodenki  na  szelkach  i  trzymali  długie  piki 
wyglądające jak okute ołowiem szczotki do podłogi. 

 - Okrutnie srogo wyglądają - rzekł Legolam. 
 - Tak - przytaknął Stomper, zerkając przez palce. - Dumni i zawzięci są męŜowie Roi 

- Tanu, a ponadto niezwykle chciwi ziemi i władzy. Jednak ziemia często naleŜy do sąsiadów, 
stąd nie cieszą się zbytnią popularnością. ChociaŜ nie umieją czytać uwielbiają pieśni, tańce i 
zabójstwa z premedytacją. Jednak wojaczka nie jest ich jedynym zajęciem; chętnie organizują 
letniej obozy dla swoich sąsiadów, wyposaŜone w nowoczesne piece i prysznice. 

 -  A  więc  ci  faceci  nie  mogą  być  całkiem  źli  -  powiedział

Legolam  z  nadzieją  w 

głosie. W tejŜe chwili ujrzał błysk stu klingi wyciągniętych ze stu pochew. 

 - Chcesz się załoŜyć? - zaproponował Gimlet. 
Patrzyli  bezradnie  na  zbliŜających  się  jeźdźców.  Nagle  wojownik  w  samym  środku 

szeregu, noszący spiczasty hełm ozdobiony dwoma rogami, niezdecydowanie machnął ręką i 
jego  ludzie  ściągnęli  wodze,  dając  pokaz  wyjątkowo  kiepskiej  sztuki  jeździeckiej.  Dwaj  z 
tych, którzy pospadali z rumaków, zostali stratowani w powszechnym zamieszaniu. 

Gdy ucichły wrzaski i przekleństwa, rogaty dowódca podjechał do trzech wędrowców 

na niezwykle duŜym i białym tryku, w którego ogon wpleciono barwne wstąŜki. 

 -  Ten  pajac  wygląda  jak  widelec  -  szepnął  Gimlet  kątem  swoich  grubych  warg. 

Przywódca,  niŜszy  od  innych  o  głowę,  spojrzał  na  nich  podejrzliwie  przez  dwa  monokle  i 
potrząsnął kijem. Dopiero wtedy zauwaŜyli, Ŝe to kobieta - kobieta w obszernym napierśniku 
ś

wiadczącym o krzepkiej budowie. 

 -  GdŜe  wy  iszcz  i  co  robycz  tutaj,  skoro  fcale  nie  powinno  bycz  fas  tu,  gdzie 

jesteście? - spytała ich kobieta - wojownik kulawą interlingwą. 

Stomper  wystąpił  naprzód  i  skłonił  się  nisko,  przyklękając  na  jedno  kolano  i 

odgarniając lok z czoła. Potem ucałował ziemię pod stopami jej owczej mości. Na dokładkę 
wylizał jej buty. 

 -  Witaj,  dobra  pani  -  wyseplenił,  gdyŜ  naoliwiony  język  dziwnie  zwinął  mu  się  w 

ustach.  -  Jesteśmy  wędrowcami  szukającymi  w  waszej  ziemi  przyjaciół  porwanych  przez 
paskudne  norki  Sorheda  i  Serutana.  MoŜe  gdzieś  ich  widzieliście.  Mają  trzy  stopy  wzrostu, 
włochate  stopy  i  ogonki,  prawdopodobnie  są  odziani  w  płaszcze  elfów  i  zmierzają  do 
Fordoru, aby połoŜyć kres zagroŜeniu, jakim jest Sorhed dla Śródziemia Dolnego. 

Kapitan owczarzy obrzuciła go tępym spojrzeniem, a potem odwróciła się do swoich 

background image

ludzi i skinęła na jednego z nich. 

 - Medyku! Szybko, mam dla ciebie pacjent. Und on ist der deliryk! 
 - Nie, piękna pani - rzekł Stomper - ci, o których mówię, to chochliki, albo - w mowie 

elfów  -  hoipolloi.  Ja  jestem  ich  przewodnikiem,  zwanym  przez  niektórych  Stomperem, 
chociaŜ mam wiele imion. 

 - Ja jeszt tego pefna - zgodziła się kobieta, podrzucając złotymi puklami. - Medyku! 

GdŜe bist du? 

W końcu przyjęto wyjaśnienia Arrowroota i po kolei wszyscy się przedstawili. 
 -  Jam  jeszt  Eorache,  córka  Eorlobe,  kapitan  Rubbermarku  i  Thane  z  Chofder.  Co 

osnacza fy bycz mili dla mnie albo fas fcaleti nie bycz - powiedziała wojowniczka o rumianej 
twarzy.  Nagle  spochmurniała  na  widok  Gimleta,  którego  obrzuciła  podejrzliwym 
spojrzeniem. 

 - Pofiedz jeszcze raz sfoje imię. 
 - Gimlet, syn Groina, pana Geritolu i Królewskiego Inspektora Nadzoru Sanitarnego - 

odparł krępy krasnolud. 

Eorache zsiadła z wierzchowca i obejrzała Gimleta z bliska mocno zaciskając wargi. 
 - To sabafne - stwierdziła w końcu - nie fyglądasz ka fato! 
Potem zwróciła się do Stompera. 
 - Und ty. Undershirt, tak? 
 - Arrowshirt! - rzekł Stomper. - Arrowroot z Arrow  - shirt! 
Błyskawicznie wyrwał lśniącą Kronę z pochwy i wywijając nią nad głową, zawołał: 
 -  A  oto  Krona  tego,  którego  elfy  nazywają  wieloma  imionami,  jak  Lumbago  i 

Lodestone  czy  Dunderhead,  dziedzica  tronu  Twodoru  i  prawego  syna  Arrowheada  z 
Araplane, Zabójcy Tuzinów i potomka Barbisola, Króla Góry. 

 - Ach zo - powiedziała Eorache, zerkając na czekającego medyka. - Jednak fierze, Ŝe 

fy nie szpiecy der Serutan. To szmierdŜel, nie fariat. 

 -  Przybywamy  z  daleka  -  oznajmił  Legolam  -  i  wiódł  nas  Goodgulf  Szarozęby, 

Czarodziej Królów i Dobry Ojciec Chrzestny drugiej klasy. 

Kobieta  uniosła  blond  brwi  i  oba  monokle  wypadły  jej  z  załzawionych  niebieskich 

oczu. 

 - Cii! Tego imienia lepiej tu nie fymafiacz. Der król, mein vater, przegracz ulubiony 

rumak, Saniflush der Szybki, do tego oszusta i potem stfierdŜycz koszci bardziej koszlafe jak 
trzynogi  troll!  TydŜen  poszniej  biedne  sfierzę  fróczycz  całe  sapchlone  i  sapomniecz  szę  na 
nofy gobelin króla. Jak król go siąpię, bedŜe martfy Czarodziej! 

 -  W  twych  słowach  jest  smutna  prawda  -  rzekł  Arrowroot,  usiłując  zajrzeć  jej  pod 

puklerz - gdyŜ Goodgulfa nie masz juŜ wśród nas. Zginął w walce z przewaŜającymi siłami 
nieprzyjaciela w Sztolniach Dorii. Przeciwnik grał nieczysto, stosując nieprzepisowe zwody. 

 -  Poetycka  szprafiedlyfoszcz  -  rzekła  Eorache  -  ale  bedŜe  mi  brakofacz  ten  stary 

durnia. 

 -  A  teraz  -  przypomniał  Arrowroot  -  poszukujemy  naszych  dwóch  towarzyszy 

porwanych przez norki i zawleczonych nie wiedzieć gdzie. 

 -  Ach  -  odparła  kobieta  -  wojownik  -  fczoraj  sałatfylyszmy  oddział  norek,  ale  nie 

fidzielyszmy szadnych chochlików. Snaleszcz tylko kilka kosteczek w kotle - nic fiencej. 

Trzej wędrowcy uczcili pamięć towarzyszy dziesięcioma sekundami milczenia. 
 - Dacie nam skorzystać z waszych kudłatych wierzchowców? - zapytał Gimlet. 
 -  Okej  -  odpowiedziała  Eorache  -  ale  my  jechacz  do  Isinglass  sałatfycz  i  ten 

sztukniony Serutan. 

 -  A  więc  będziecie  walczyć  razem  z  nami  przeciw  niemu  -  rzekł  Stomper.  - 

Sądziliśmy, Ŝe owczarze sprzymierzyli się ze złym czarodziejem. 

 -  My  nigdy  nie  pracofacz  dla  tego  szfira  -  odparła  głośno  Eorache  -  a  nafet  jeszli 

background image

pomagacz mu na początku, my tylko fykonyfacz roskasy i sapewne to nie bycz my, tylko kto 
inny,  bo  my  bycz  gdzie  indŜej.  A  sreszta,  on  marnofacz  czas  szukacz  jakiegosz  sztukniony 
Pierszczeń, który nic nie był fart. Ja nie fierzycz w takie sztuczki. 

Kobieta trzasnęła obcasami i zrobiła w tył zwrot, wołając przez ramię: 
 - Zo, fy jechacz mit uns czy sostać tu i umrzecz s głoda?  
Stomper  pomacał  ostatni  kawałek  magicznego  cwibaka  w  kieszeni  i  zwaŜył  szansę, 

nie zapominając o obfitych wdziękach Eorache. 

 - My jechacz mit fami - rzekł z rozmarzeniem. 
Pepsi śnił, Ŝe jest wiśnią w likierze na wierzchu czekoladowej melby. Trzęsąc się na 

szczycie bitej śmietany, ujrzał nad sobą monstrualne usta i ostre zębiska, ociekające wielkimi 
kroplami  śliny.  Usiłował  zawołać  “ratunku",  lecz  w  ustach  miał  pełno  stwardniałej  polewy 
czekoladowej. Paszcza opadała, wydychając ciepły, smrodliwy oddech... niŜej i niŜej... 

 - Obudźcie się, dupki! - warknął ochrypły głos. - Szef chce z wami gadać! Cha, cha, 

cha! 

Mocny kopniak trafił w i tak juŜ posiniaczone Ŝebra Pepsi. Otworzył oczy i w nocnym 

mroku napotkał złośliwe spojrzenie norki. Tym razem wrzasnął, lecz przez knebel wydostał 
się  jedynie  cichy  gulgot,  a  gdy  chochlik  usiłował  zerwać  się  na  równe  nogi,  przypomniał 
sobie, Ŝe nadal jest mocno związany. 

Nagle  przypomniał  sobie,  Ŝe  razem  z  Moxie  zostali  pojmani  przez  bandę  norek  i 

powleczeni na południe w kierunku budzącym w nich bezgraniczny lęk - ku ziemi Fordoru. 
Jednak  setka  blond  wojowniczek  na  bojowych  owcach  odcięła  im  drogę  i  teraz  norki 
gorączkowo szykowały się do odparcia ataku, którego oczekiwały o wschodzie słońca. 

Pepsi  otrzymał  drugiego  kopniaka,  a  potem  usłyszał,  jak  inna  norka  mówi  do 

pierwszej: 

 -  Mukluk  puszkin  chochli  -  grag  babuszka  lefrak!  -  bluznął  bardziej  basowy  głos, 

który  Pepsi  rozpoznał  jako  naleŜący  do  Goulasha,  przywódcy  norek  Serutana,  które 
towarzyszyły oddziałowi większych, lepiej uzbrojonych siepaczy Sorheda. 

 -  Gorboduc  khosla!  -  zaklęła  większa  norka,  ponownie  odwracając  się  do 

przestraszonych chochlików. - ZałoŜę się, Ŝe oni oddaliby rękę i nogę, Ŝeby stąd zniknąć. 

Z udawaną zawziętością uniósł broń nad głowę, ciesząc się przeraŜeniem i protestami 

jeńców. 

 -  Ja,  Goulash,  będę  miał  przyjemność  doprowadzić  te  świnie  do  samego  Serutana, 

pana walecznej Omahah, Najpaskudniejsze - go z Paskudnych oraz Nosiciela  Świętej Białej 
Skały i przyszłego szefa całego Śródziemia Dolnego! 

Nagle siarczysty cios okręcił norkę jak koło garncarskie. 
 - Ja ci dam szefa całego Śródziemia Dolnego! - prychnął jeszcze niŜszy, basowy głos. 
Moxie  i  Pepsi  podnieśli  głowy  i  ujrzeli  gigantyczną  norkę,  mającą  dobrze  ponad 

siedem  stóp  wzrostu  i  co  najmniej  czterysta  funtów  wagi.  Stojąc  nad  rozciągniętą  na  ziemi 
norką,  potwór  arogancko  wskazał  na  czerwony  nos  namalowany  na  swojej  piersi.  To  był 
Karsh z walecznej Ottowah, dowódca sił Sorheda, który rzucił Goulasha na ziemię. 

 - Ja ci dam szefa całego Śródziemia Dolnego! - powtórzył. 
Goulash zerwał się z ziemi i zrobił obsceniczny gest w stronę Karsha. 
 - Slushfund tietack kierkegaard! - wrzasnął do większej norki, tupiąc ze złości. 
 - Ersatz! - ryknął Karsh ze złością, po czym wyciągnął swój czterostopowy scyzoryk i 

zręcznie  przyciął  Goulashowi  paznokcie  do  łokcia.  Mniejsza  norka  podskoczyła  i  podniosła 
swoje  ramię,  bluzgając  potokiem  przekleństw,  który  zdawał  się  grozić  wystąpieniem  z 
brzegów. 

 -  Te  pastuchy  -  rzekł  Karsh,  odwracając  się  znowu  do  chochlików  -  zamierzają 

zaatakować  nas  o  świcie,  więc  chcę  wiedzieć  wszystko  o  tym  Magicznym  Pierścieniu  - 
natychmiast! 

background image

Sięgnąwszy  do  duŜego  skórzanego  worka,  norka  wyjęła  naręcze  lśniących 

instrumentów  i  ułoŜyła  je  na  ziemi  przed  Pepsi  i  Moxie.  LeŜał  przed  nimi  duŜy  bykowiec, 
ś

ruba  do  zgniatania  kciuków,  kot  o  dziewięciu  ogonach,  gumowy  wąŜ,  dwie  pałki,  zestaw 

lancetów  oraz  przenośny  grill  z  dwoma  rozŜarzonymi  do  czerwoności  Ŝelazami  do 
cechowania. 

 - Znam sposoby, Ŝe będziecie śpiewać jak kanarki - zachichotał, grzebiąc w gorących 

węglach długim palcem wskazującym. -  KaŜdy  z was moŜe wybrać sobie jeden z rzędu A i 
dwa z grupy B. Cha, cha, cha! 

 - Cha, cha, cha! - powiedział Pepsi. 
 - Litości! - jęknął Moxie. 
 - Ej, dajcie spokój, chłopcy - rzekł Karsh, wybierając Ŝelazo z potrójnym “S" Sorheda 

- niech mam jakąś rozrywkę, zanim zaczniecie mówić. 

 - Nie, proszę! - rzekł Moxie. 
 - Który pierwszy? - Zaśmiała się okrutna norka. 
 - On! - powiedziały chórem chochliki, pokazując jeden drugiego. 
 -  Ho  -  ho!  -  ryknęła  norka,  mierząc  wzrokiem  Moxie  jak  ,  gospodyni  kiełbasę. 

Podniósł  płonące  Ŝelazo  i  Moxie  pisnął,  słysząc  odgłos  ciosu.  Jednak  kiedy  znów  otworzył 
oczy,  jego  dręczyciel  wciąŜ  stał  nad  nim,  lecz  dziwnie  zmieniony.  Chochlik  spostrzegł,  Ŝe 
norce  brakuje  głowy.  Ciało  opadło  na  murawę  jak  przekłuty  balonik,  a  nad  nim  pojawił  się 
triumfalnie  uśmiechnięty  Goulash.  W  drugiej  ręce  trzymał  długie  ostrze  z  rodzaju  tych 
których zazwyczaj uŜywa się do świniobicia. 

 -  Trafiony,  zatopiony!  -  zawołał,  podskakując  z  uciechy. 

-  A  teraz  -  syknął  do 

chochlików - mój pan Serutan chce wiedzieć, gdzie się podział Pierścień! 

Podkreślił te słowa, odrzucając celnym kopniakiem zewłok Karsha dobre dwadzieścia 

jardów dalej. 

 - Pierścień, pierścień? - rzekł Pepsi. - Wiesz coś o jakimś  pierścieniu, Moxie? 
 - Nie, chyba Ŝe chodzi o moją bliznę po szczepieniu - powiedział Moxie. 
 - No juŜ, juŜ! - nalegał Goulash, lekko osmalając włosy na prawym paluchu Pepsi. 
 - Dobra, dobra - szlochał Pepsi. - RozwiąŜ mnie, a narysuję ci mapę. 
Goulash pospiesznie przystał na to i rozplatał więzy na rękach i nogach Pepsi. 
 - Teraz przysuń pochodnię, Ŝebyśmy dobrze widzieli - polecił chochlik. 
 -  Gnash  lubdub!  -  wykrzyknęła  podniecona  norka  w  swoim  obrzydliwym  języku, 

niezdarnie Ŝonglując bronią i pochodnią w jedynej pozostałej ręce. 

 - Hej, lepiej daj mi potrzymać ten miecz - zaproponował Pepsi. 
 - Knish snark! - bełkotał stwór, wymachując pochodnią. 
 - Tutaj są góry Mealey, a tu Effluvium - rzekł Pepsi, rysując na ziemi ostrym końcem 

lśniącego ostrza. 

 - Krishna rimski - korsakow! 
 - ...a to Wielki Kręty Szlak... 
 - Grackle borgward! 
 - ...a tu twój woreczek Ŝółciowy, tuŜ nad jajami! 
 -  Grr!  -  zaprotestowała  norka,  padając  na  ziemię,  rozpruta  jak  stara  poduszka.  Gdy 

narządy  wewnętrzne  Goulasha  hałaśliwie  kończyły  pracę,  Pepsi  uwolnił  Moxie  i  razem 
zaczęli  przekradać  się  przez  szeregi  norek,  mając  nadzieję,  Ŝe  nie  zostaną  zauwaŜeni  przez 
wojowników  szykujących  się  do  bitwy  czekającej  ich  z  nadejściem  świtu.  Obchodząc  na 
palcach  grupę  norek  pracowicie  ostrzących  swe  straszliwe  noŜe,  chochliki  usłyszały  cichą, 
bełkotliwą  pieśń,  na  pół  śpiewaną,  na  pół  czkaną  w  spastycznym  rytmie  wybijanym  przez 
jedną  norkę,  rytmicznie  walącą  łbem  o  Ŝelazny  hełm.  Gdy  przemykali  w  ciemnościach, 
słyszeli obce, chrapliwe słowa: 

Od iglic Khezadumu sięgających nieba  

background image

Po Lithui brzegi omywane falami, 
Walczyć będziem za króla Sorheda  
Z
ębami, pazurami oraz kopniakami...

 

  
- Cii - szepnął Pepsi, gdy pełzali przez otwarty teren - nie rób hałasu. 
 - Dobrze - szepnął Moxie. 
 -  Co  to  za  szepty?  -  warknął  głos  w  ciemności  i  Pepsi  poczuł,  Ŝe  szponiasta  łapa 

chwyta  go  za  klapy.  Nie  zastanawiając  się,  kopnął  pazurzastą  nogą  i  uciekł,  pozostawiając 
wartownika wijącego się na ziemi i ściskającego jedyną część ciała nie chronioną przez zbroję 
ani ubezpieczenie zbiorowe. Chochliki śmignęły jak błyskawice obok zaskoczonych norek. 

 -  Do  lasu,  do  lasu!  -  zawołał  Pepsi,  w  samą  porę  uchylając  się  przed  strzałą,  która 

zrobiła  mu  równy  przedziałek  we  włosach.!  Uciekając  w  kierunku  zbawczego  lasu,  ze 
wszystkich stron słyszeli krzyki i wrzaski, gdyŜ szczęśliwym zrządzeniem losu donośne beee! 
surm  Roi  -  Tannerów  właśnie  oznajmiło,  Ŝe  rozpoczął  się  atak.  Wskoczywszy  w  gęstwinę, 
chochliki patrzyły z przestrachem, jak krwioŜerczy owczarze atakują norki. Bitewne pobeki-
wania  odbiły  się  stugębnym  echem  w  ciszy  poranka.  Zapomniawszy  o  zbiegłych  jeńcach, 
norki  stawiły  czoło  spadającym  na  nich  falom  kudłatej  śmierci;  kije  od  mioteł  z  łoskotem 
spadły na grube czaszki norek. Wrzaski i odgłosy ciosów doleciały do uszu chochlików, które 
z  rozdziawionymi  ustami  patrzyły  na  tę  rzeź.  Norki  nie  zdołały  powstrzymać  ataku 
przewaŜającego  liczebnie  nieprzyjaciela  i  oszalałe  merynosy  gnały  po  polu  bitwy,  bodąc  i 
kopiąc, walcząc równie zaciekle i nieczysto jak ich zawzięci jeźdźcy. Kilka norek rzuciło swe 
tasaki i powiewało białą flagą. Zwycięzcy ze śmiechem otoczyli je, po czym zaczęli  rąbać i 
siec,  ciskając  głowami  jak  piłkami  do  koszykówki.  Chichocząc  z  uciechy,  wesoła  banda 
błyskawicznie uwolniła zwłoki od portfeli i złotych zębów. Pepsi i Moxie odwrócili oczy na 
widok tych okropności, daremnie walcząc z mdłościami. 

 - Ho - ho - ho! Owczarze grają ostro! 
Moxie i Pepsi spojrzeli na las, szukając właściciela głosu, ale dopiero kiedy wielkie, 

zielone  oko  mrugnęło  do  nich,  dostrzegli  olbrzyma  stojącego  tuŜ  przed  nimi  na  tle  ściany 
lasu. Opadły im szczęki na widok ogromnej, jedenastostopowej postaci, podpartej łobuzersko 
pod  boki.  Od  stóp  [rozmiar  pięćdziesiąt  sześć]  do  głów  był  jasnozielony.  Szeroki, 
pastelowozielony  uśmiech  wykwitł  mu  na  twarzy  i  potwór  roześmiał  się  ponownie.  Gdy 
chochliki  zamknęły  paszczęki,  zauwaŜyły,  Ŝe  olbrzym  jest  nagi  oprócz  mini  -  slipek  koloru 
natki  pietruszki  oraz  kilku  liści  kapusty  wplecionych  w  zmierzwione  włosy.  W  obu  rękach 
trzymał  paczkę  mroŜonych  szparagów,  a  zielona  szarfa  na  jego  piersi  głosiła:  OFERTA 
DNIA, KUKURYDZA ZA PIĘĆ CENTÓW. 

 - Nie, nie - jęknął Pepsi. - To... to niemoŜliwe! 
 -  Ho  -  ho  -  ho!  A  jednak  -  zahuczał  olbrzym,  pół  człowiek,  pół  warzywo.  -  Jestem 

Birdseye, Pan Vee - Ates, często nazywany we... 

 - Nie mów! - krzyknął przeraŜony Moxie, zatykając sobie uszy. 
 -  Nie  bójcie  się  -  uśmiechnęło  się  uprzejmie  warzywo.  -  Jestem  pokojowo 

usposobiony. 

 - Nie, nie! - jęczał Pepsi, nerwowo skubiąc spinkę krawata. 
 -  Dobrze,  dobrze  -  rzekł  olbrzym.  -  Chodźcie  i  spotkajcie  moich  poddanych,  którzy 

mieszkają w lesie. Usychają z niecierpliwości. Ho - ho - ho! 

Zielona postać zgięła się wpół ze śmiechu, rozbawiona swoim bon motem. 
 - Proszę, proszę - błagał Pepsi. - Nie zniesiemy tego. Nie po tym wszystkim, co nas 

spotkało. 

 -  Muszę  nalegać,  przyjaciele  -  rzekł  olbrzym.  -  Mój  lud  wyrusza  na  wojnę  ze  złym 

Serutanem,  poŜeraczem  celulozy  i  sprzymierzeńcem  czarnych  chwastów,  które  z  kaŜdym 

background image

dniem  duszą  nas  coraz  mocniej.  Wiemy,  Ŝe  i  wy  teŜ  jesteście  jego  wrogami,  więc  musicie 
pójść z nami i pomóc nam zwycięŜyć tego zabójcę warzyw. 

 - No cóŜ, dobrze - westchnął Pepsi - jeśli musimy... 
 - Musimy - westchnął Moxie. 
 -  Nie  wzdychaj  -  pocieszył  go  olbrzym,  zarzucając  sobie  oba  chochliki  na 

jaskrawozielone ramię. - Być panem Vee - Ates takŜe nie jest łatwo, szczególnie w niektórych 
porach. Ho! 

Chochliki wierzgały i krzyczały, usiłując uciec ogromnemu nudziarzowi. 
 -  Nie opierajcie  się  -  rzekł  uspokajająco  -  znam  dwie  dziewczyny  jak  rzepy,  w  sam 

raz dla was, chłopcy. Spodobają się wam, są... 

 - Niewinne jak lilie - mruknął Pepsi. 
 - Hej! - zawołał olbrzym - to naprawdę dobre. Szkoda, Ŝe nie ja to powiedziałem! 
 - Jeszcze powiesz - załkał Moxie. - Powiesz. 
Arrowroot, Legolam i Gimlet rozmasowali obolałe mięśnie w cienistym gaju, podczas 

gdy  Roi  -  Tannerzy  poili  swoje  spienione  wierzchowce  i  wyszukiwali  najsłabsze  z  nich  na 
wieczerzę. Przez trzy dni jechali tędy i owędy przez skalny płaskowyŜ ku straszliwej fortecy 
Serutana  Gauche'a  i  wzajemne  stosunki  między  towarzyszami  uległy  pewnej  zmianie. 
Legolam i Gimlet niestrudzenie drwili z siebie, tak Ŝe kiedy elf uśmiał się z krasnoluda, który 
pierwszego  dnia  spadł  z  konia  i  został  powleczony  po  ziemi.  Gimlet  zrewanŜował  mu  się, 
ukradkiem podając wierzchowcowi Legolama silny środek przeczyszczający. Na drugi dzień 
chore  zwierzę  zaczęło  krąŜyć  i  zataczać  się,  unosząc  spanikowanego  elfa,  który  jeszcze  tej 
nocy  zemścił  się,  skracając  prawą  tylną  nogę  merynosa  Gimleta,  w  wyniku  czego  podczas 
wielogodzinnej jazdy  następnego  dnia  krasnolud  cierpiał  na chorobę  lokomocyjną.  Nie  była 
to spokojna podróŜ. 

W dodatku zarówno Gimlet, jak Legolam mieli wraŜenie, Ŝe coś dziwnego stało się z 

Arrowrootem,  od  czasu  gdy  spotkali  Roi  -  Tannerów,  bo  siedział  apatycznie  w  siodle, 
pogrąŜony  w  rozpaczy,  wciąŜ  zerkając  ukradkiem  na  przywódczynię  owczarzy,  która 
odrzucała jego awanse. Ostatniej nocy Legolam zbudził się i stwierdził, Ŝe StraŜnika nie ma w 
jego namiocie, a pobliskie krzaki trzęsą się podejrzanie. Zanim elf zdąŜył zdjąć siateczkę do 
włosów i przypasać miecz, Arrowroot wrócił, bardziej przygnębiony niŜ zwykle, rozcierając 
wykręconą rękę i podsiniaczone oczy. 

 - Wpadłem na drzewo - wyjaśnił zwięźle. 
Jednak teraz Isinglass i forteca Serutana były juŜ blisko i przerwano jazdę, Ŝeby udać 

się na wieczorny odpoczynek. 

 -  Auu!  -  jęknął  boleśnie  Gimlet,  zwijając  się  na posłaniu  z  mchu  - od  jazdy  na  tym 

przeklętym czworonogu na pewno pękła mi kość ogonowa. 

 - To jedź na głowie - rzekł złośliwie Legolam - jest miękka i nie tak cenna. 
 - Odczep się, fryzjerze. 
 - śaba. 
 - Dupek. 
 - Świr. 
Brzęk  ostróg  i  trzaskanie  bata  przerwało  tę  dyskusję.  Trzej  towarzysze  zobaczyli 

toczącą się ku nim po mchu Eorache. Otrzepała nabijane ćwiekami oficerki z kurzu i lanoliny, 
z powątpiewaniem potrząsając głową. 

 - Fy dfaj dalej mófycz der brzydkie sofa? Pogardliwie ominęła spojrzenie okrągłych, 

psich oczu Arrowroota i roześmiała się. 

 -  F  nasza  ojczysna  my  nie  tolerofacz  sporuf  -  napomniała  ich,  wyciągając  dwa 

sztylety dla podkreślenia swoich słów. 

 -  Chłopcy  są  bardzo  zmęczeni  po  długiej  jeździe  -  łagodził  zgnębiony  StraŜnik, 

Ŝ

artobliwie trzaskając obcasami - ale rwą się do walki, a ja chcę dowieść mojej waleczności w 

background image

twoich lazurowych oczach. 

Eorache  zakrztusiła  się  lekko  i  splunęła  pod  wiatr  duŜą  kulą  brązowego  tytoniu.  Z 

obrzydzeniem tupnęła nogą. 

 - Masz pecha - rzeki Gimlet. 
 -  Nie  martw  się  -  pocieszał  Legolam,  obejmując  nazbyt  przyjacielskim  gestem 

Arrowroota - wszystkie baby są takie same, słodkie jak trucizna. 

Arrowroot wyrwał się, łkając jak dziecko. 
 - Trochę pomieszacz mu sze f głofa - rzekł krasnolud, pukając się w czoło. 
Zapadła noc i zamigotały obozowe ogniska Roi - Tannerów. Za następnym wzgórzem 

leŜała  dolina  Isinglass,  nazwana  teraz  przez  f  podstępnego  czarodzieja  Serutanlandem. 
Odepchnięty  StraŜnik  wlókł  się  między  odpoczywającymi  wojownikami,  ledwie  słysząc  ich 
dumną pieśń, zagłuszającą dzwonienie spienionych rumaków: 

 

My ist der wesołe, dŜelne Roi - Tannery, 
Lubim buty, saluty, flagi i ordery. 
Gnamy nasze ofceffiatr, deszcz to czi wyczeczka! 
Batem, ostrogami, w skuszanych porteczkach. 
My tanczycz, szpiefacz, kto wie dlaczego,  
Ale my nigdy nie iszcz gensziego.  
Pokój chczemy i wsz
ędŜe go zrobymy,  
Do twojego ty
Ŝ sze wprowadŜymy. 

 
Wojownicy  baraszkowali  przy  ogniskach,  śmiejąc  się  i  Ŝartując.  Dwaj  zakrwawieni 

pojedynkowicze siekli się szablami przy wtórze radosnych okrzyków jasnowłosych widzów, a 
opodal  spora  ich  grupka  wyła  z  zachwytu,  robiąc  coś  nieprzyjemnego  bezpańskiemu 
kundlowi. 

Jednak  to  nie  poprawiło  humoru  StraŜnikowi.  Zgnębiony,  poszedł  w  ciemność, 

mamrocząc  pod  nosem  “Eorache,  Eorache"  Jutro  dokona  tak  dzielnych  czynów,  Ŝe  będzie 
musiała zwrócić na niego uwagę. Oparł się o drzewo i westchnął. 

 - Naprawdę cię trafiło, co? 
Stomper  odskoczył  z  cichym  okrzykiem  przestrachu,  ale  spomiędzy  liści  wychynęła 

znajoma mała główka Gimleta. 

 - Nie zauwaŜyłem, jak podszedłeś - rzekł Arrowroot, chowając miecz. 
 - Próbowałem zgubić tego dupka - rzekł krasnolud. 
 -  Kto  tu  jest  dupkiem,  co?  -  warknął  Legolam,  napastujący  wiewiórkę  ziemną  za 

pniem drzewa. 

 - O wilku mowa - jęknął Gimlet. 
Wszyscy  trzej  usiedli  pod  drzewem  i  rozmyślali  o  dalekiej  drodze,  jaką  przebyli, 

najwidoczniej zupełnie niepotrzebnie. Na cóŜ się zda zwycięstwo nad Serutanem, jeśli Sorhed 
zdobędzie  Pierścień  Frita?  KtóŜ  zdoła  mu  się  wtedy  oprzeć?  Martwili  się  tak  przez  dłuŜszą 
chwilę. 

 - Czy to nie czas na deus ex machina? - rzekł ze znuŜeniem 
Legolam. 
Nagle rozległo się donośne płask i jaskrawy rozbłysk na chwilę oślepił zaszokowaną 

trójkę.  Kwaśny  odór  taniej  magnezji  rozszedł  się  w  powietrzu  i  wędrowcy  usłyszeli  głośne 
łup!,  po  którym  nastąpiło  jeszcze  głośniejsze  uff!  Potem  przez  deszcz  konfetti  ujrzeli  jakąś 
postać odzianą na biało, otrzepującą gałązki oraz kurz z nienagannie odprasowanych szortów 
i  błyszczących  butów  sięgających  do  połowy  uda.  Nad  białą  marynarką  w  stylu  Nehru  i 

background image

medalionem  godnym  cielęcia  ujrzeli  starannie  przystrzyŜoną  siwą  brodę  oraz  przydługie 
bokobrody.  Stroju  dopełniał  wielki  biały  kapelusz  panama  z  dopasowanym  barwą  strusim 
piórem. 

 - Serutan! - jęknął Arrowroot. 
 -  Blisko,  ale  nie  całkiem  -  zachichotała  elegancka  postać,  strzepując,  niewidoczny 

pyłek  z  szytej  na  miarę  marynarki.  -  Spróbuj  jeszcze  raz.  To  naprawdę  smutne,  kiedy  nie 
rozpoznają cię starzy przyjaciele. 

 - Goodgulf?! - zakrzyknęli wszyscy trzej. 
 - Nikt inny - odparł podstarzały dandys. - Wyglądacie na zdziwionych... 
 - Jak... jak..? - zaczął Legolam. 
 - Myśleliśmy, Ŝe... 
Stary czarodziej mrugnął i poprawił tandetny medalion. 
 -  Moja  opowieść  jest  zaiste  długa,  a  ja  nie  jestem  tym  samym  Goodgulfem 

Szarozębym, którego kiedyś znaliście. Zmieniłem się, i to bardzo, jednak mógłbym dodać, Ŝe 
nie dzięki wam. 

 -  Tak,  dzięki  czernidłu  na  skroniach  i  noŜyczkom  -  szepnął  spostrzegawczy 

krasnolud. 

 -  Słyszałem!  -  rzekł  Goodgulf,  przygładzając  równo  przycięte  bokobrody.  -  Nie 

lekcewaŜcie mojej obecnej postaci, gdyŜ moja moc jeszcze wzrosła. 

 - Ale jak... 
 - Od czasu naszego ostatniego spotkania wiele podróŜowałem i wiele widziałem, tak 

więc wiele chciałbym wam opowiedzieć - rzekł Goodgulf. 

 - Mów wszystko oprócz nazwiska twego krawca - powiedział Gimlet. - A nawiasem 

mówiąc, skąd wytrzasnąłeś te ciuchy? Myślałem, Ŝe do karnawału jeszcze sporo czasu. 

 - Z najcudowniejszego małego butiku w Lornadoon. Świetnie dopasowane, prawda? 
 - Lepiej, niŜ sądzisz - przytaknął krasnolud. 
 - Ale jak... - znów zaczął krasnolud. Czarodziej uciszył ich gestem. 
 -  Wiedzcie  zatem,  iŜ  nie  jestem  juŜ  dawnym  Czarodziejem.  Mój  duch  został 

oczyszczony,  mój  charakter  zmieniony,  a  image  odnowione.  Niewiele  pozostało  we  mnie 
dawnego ja. 

Goodgulf dwornym gestem skłonił się, zamiatając ziemię kapeluszem. 
 - Jestem całkowicie odmieniony. 
 - Na pewno? - mruknął Gimlet na widok pięciu asów, które wypadły z kapelusza. 
 - Goodgulfie! - wykrzyknął zniecierpliwiony elf. - Jeszcze nie powiedziałeś nam, jak 

wyrwałeś  się  ze  szponów  wroga,  przeszedłeś  przez  ogień,  przeŜyłeś  upadek  do  wrzącej 
otchłani, uciekłeś krwioŜerczym norkom i odnalazłeś nas tutaj! 

Gdy  gwiazdy  pojaśniały  na  aksamitnym  nieboskłonie,  elf,  krasnolud  i  StraŜnik 

zasiedli  wokół  rozpromienionego  maga,  aby  wysłuchać  opowieści  o  jego  cudownym, 
niewiarygodnym ocaleniu. 

 - No cóŜ - zaczął Goodgulf - kiedy wydostałem się z czeluści... 

background image

VII 
SERUTAN WYMAWIANY WSPAK TO PASKUDA 
 

 
ś

ałosne  ranne  świergotanie  ptaków  obudziło  Legolama,  który  spojrzał  sennie  na 

wschodzące słońce. Rozejrzawszy się wokół, stwierdził, Ŝe pozostali towarzysze śpią, oprócz 
Goodgulfa, który kładł pasjansa na zadku śpiącego Gimleta. 

 - Nie moŜesz połoŜyć waleta na asa. To oszustwo -  ostrzegł elf. 
 -  Jednak  mogę  zaraz  połoŜyć  cię  na  łopatki  -  odparł  chytry  stary  szarlatan  -  więc 

lepiej  zajmij  się  wyrabianiem  zegarów  z  kukułką,  lub  czymkolwiek,  co  robisz  w  wolnym 
czasie. Ja medytuję. 

Elf czule spojrzał na Czarodzieja. Przez pół nocy siedzieli i słuchali jego opowieści o 

dziwnych miejscach i dzielnych czynach. Opowieści mówiących o odwadze i sprycie, dzięki 
którym  Goodgulf  pokonał  niezliczonych  wrogów.  Historii,  które  niewątpliwie  były  stekiem 
bezczelnych  łgarstw.  Jeśli  Goodgulf  zmienił  się,  to  niezbyt  wiele.  Co  więcej,  Gimletowi 
zginął zegarek. 

Powoli  obudzili  się  pozostali  członkowie  wyprawy.  Arrowroot  wstał  ostatni, 

częściowo  z  powodu  apatii,  w  jaką  popadł  za  sprawą  pięknej  Roi  -  Tannerki,  a  po  części 
dlatego,  Ŝe  nie  mógł  zapiąć  swoich  kalesonów  z  klapą  na  tyłku.  StraŜnik  starannie  
przygotował  skromne  śniadanie  złoŜone  z  jajek,  wafli,  boczku,  i  grejpfrutów,  naleśników, 
gorącej owsianki, świeŜo wyciśniętego soku pomarańczowego oraz smaŜonego Ŝółtego sera. 
JuŜ  na  początku  wyprawy  wędrowcy  stwierdzili,  iŜ  nikt  nie  potrafi  tak  dobrze  usmaŜyć 
Ŝ

ółtego sera, jak stary Arrowroot. 

 -  Zo,  fy  freszcie  fstacz  -  warknął  czyjś  głos.  Spojrzenia  wszystkich  zwróciły  się  ku 

Eorache, odzianej w najlepsze buty, ostrogi i  zbroję. W nosie wojowniczki tkwiła paskudna 
kość kurczęcia. 

 -  Wygląda  zabójczo  -  zachichotał  Goodgulf,  wstając,  Ŝeby  powitać  zdumioną  panią 

kapitan. 

 - To ty! - wytrzeszczyła oczy Eorache. 
 - A co, oczekiwałaś Beowulfa? 
 - Ale... ale my myszlecz ty kaput f przepaszcz - powiedziała Roi - Tannerka. 
 - To długa historia - rzekł Goodgulf, nabierając powietrza do płuc. 
 - A fiencz sachofaj ją dla szebie - przerwała mu Eorachal - Mamy falczycz s Serutan. 

Choczcze są mnie, ja. 

Wędrowcy  poszli  za  Eorache  do  pozostałych  wojowników  siedzących  na  dzikich, 

pobekujących rumakach, rwących się dój boju tak samo jak ich jeźdźcy. Wojownicy powitali 
ją, unosząc zaciśnięte pięści w salucie i robiąc szeptem uwagi na temat dziwnego StraŜnika, 
który kręcił się przy niej jak zidiociały basset. 

Dosiedli  wierzchowców.  Eorache  niechętnie  przydzieliła  Goodgulfowi  Thermofaxa, 

najszybszą z owiec Roi - Tannerów. Potem, gdy StraŜnik zaczął śpiewać, pojechali na zachód, 
w kierunku Isinglass. 

Po  niecałych  dwóch  godzinach  jazdy  wjechali  na  kamienisty  pagórek  i  Eorache 

donośnym  okrzykiem  zatrzymała  oddział.  W  dole,  w  rozległej  dolinie  ujrzeli  pastelowe, 
róŜowobłękitne  mury  i  potęŜnej  fortecy  Serutana.  Całe  miasto  otaczał  potęŜny  barbakan,    
przed nim była bladolawendowa fosa z jasnozielonym mostem zwodzonym. Proporce dzielnie 
łopotały na wietrze, a wyniosłe wieŜe zdawały się łechtać chmury. 

Za  murami  wędrowcy  dostrzegli  liczne  cuda,  które  w  przeszłości  zwabiły  tu 

niezliczone  rzesze  turystów.  W  mieście  czekały  najróŜniejsze  rozrywki:  gry  i  zabawy  w 
wielkich  namiotach,  koła  fortuny  i  gollumcoastery,  gabinety  śmiechu,  przejaŜdŜki  na 
gryfokartach  oraz  domy  gry,  w  których  chłop  mógł  stracić  sporo  czasu,  a  jeśli  był 

background image

nieostroŜny, to i spodnie. Przed laty, gdy Serutan jeszcze pokazywał się światu ze swej dobrej 
strony,  Goodgulf  pracował  w  takim  kasynie  jako  krupier  Koła  Fortuny.  Jednak  tylko  przez 
krótki czas. Nikt nie wiedział, dlaczego musiał wyjechać, na zawsze wygnany z Serutanlandu, 
jak nazwał tę krainę zły czarodziej. A Goodgulf nikomu o tym nie opowiadał. 

Wędrowcy z lękiem spoglądali na nieruchome koła i nakryte pokrowcami eksponaty. 

Na  wysokich  blankach  stały  szeregi  łuczników  i  kopijników,  a  za  nimi  kotły  z  wrzącym 
krochmalem.  Nad  szańcami  unosiła  się  ogromna  postać  o  twarzy  postaci  z  kreskówek, 
rozsławionej  niezliczonymi  zwojami  komiksów  i  tandetnymi  zabawkami.  Był  to  Dickey 
Dragon,  szczerzący  się  do  przybyszów  nad  napisem  głoszącym:  WITAMY  W 
SERUTANLAN  -  DZIŚ.  W  NIEDZIELE  WSZYSTKIE  ATRAKCJE  PO  DWA  PENSY. 
ZauwaŜyli, Ŝe głupawe uśmiechy Dickeya Dragona są obecne wszędzie. Proporczyki, szyldy - 
wszystkie  ukazywały  ten  sam  idiotyczny  grymas  i  wywalony  jęzor.  Niegdyś  lubiane 
stworzenie  teraz  jawiło  się  symbolem  Ŝądzy  władzy  jego  twórcy,  siłą,  której  panowaniu 
trzeba połoŜyć kres. 

 -  Nasz  Dickey  Dragon  to  potęŜna  forteca  -  odkrył  Goodgulf,  ignorując  jęki 

towarzyszy. 

 - Ja - przytaknęła Eorache - der Serutanner robycz pieniondz na kapelusz s der Dickey 

Dragon i na podkoszulka s der Dickey Dragon, na der Dickey Dragon to i der Dickey Dragon 
tamto. Der Serutanner bycz bogaty szmierdŜel. 

Goodgulf zgodził się z tym i dodał, Ŝe nie był taki, kiedy byli przyjaciółmi. 
 - Jednak to było zwyczajne mydlenie oczu dla ukrycia jego prawdziwych zamiarów - 

dodał - i dlatego musimy go pokonać.  

 - Tylko jak? - spytał Legolam. 
 -  Der  dyfersyjna  taktik!  -  wykrzyknęła  Eorache,  aŜ  zadrŜała  jej  kurza  kość.  - 

Poczebny nam jakisz tempak, co odfróczi ich ufaga, kiedy my saatakofacz od tył. 

Urwała i kątem oka zerknęła chytrze na zakochanego StraŜnika. 
 - Myszlę, sze ten temp... ehm, bohater mosze słamacz serce kaszda freulein. 
Stomper nadstawił uszy jak gacek i wydobył miecz, krzycząc: 
 -  Na  Kronę!  Podejmę  się  tego  zadania  dla  twej  chwały  i  honoru,  aby  zdobyć  twój 

podziw, choćbym miał nie wrócić. 

Niezdarnie skierował ku niej opornego merynosa i ucałował jej krzepką dłoń. 
 -  Jednak  najpierw  poproszę  cię,  piękna  Eorache,  o  dar,  który  zachowam,  próbując 

odwagą dorównać twej niezrównanej urodzie. Proszę cię o jakąś skromną pamiątkę. 

Po  sekundzie  wahania  Eorache  skinęła  rogatą  głową  i  odpięła  grubą  skórzaną 

bransoletę, po czym podała nabijany ćwiekami pasek Arrowrootowi, który  z radością zapiął 
go sobie na szyi. 

 - Dobra, hier ist der dar - powiedziała - a teraz raus!  
Wśród  głośnych  okrzyków  bez  słowa  pogalopował  w  dół  stoku  w  kierunku 

zwodzonego mostu. Pędził coraz szybciej, podczas gdy pozostali pod osłoną grzbietu pagórka 
okrąŜali  miasto.  Nagle,  gdy  ostre  kopyta  merynosa  zadudniły  przed  portalem  fortecy,  most 
szybko  uniósł  się,  ukazując  namalowany  pod  spodem  znajomy  pysk  z  podpisem: 
PRZEPRASZAMY.  PRZERWA  OBIADOWA.  Jednak  impet  poniósł  Stompera  dalej,  aŜ  w 
pełnym!  galopie  runął  w  lawendową  fosę.  Miotając  się  w  wodzie,  Stomper  wrzeszczał  ze 
strachu, gdyŜ wokół zaroiło się od ostrych dziobów. Wielkie, Ŝarłoczne Ŝółwie rzuciły się na 
tonącego  StraŜnika,  a  łucznicy,  zauwaŜywszy  to  zamieszanie,  nie  zasypiając  gruszek  w  po-
piele, zasypali go gradem strzał. 

Eorache,  słysząc  jego  wrzaski,  wjechała  na  szczyt  pagórka  i  ujrzała  Stompera 

szamoczącego  się  w  fosie,  otoczonego  ze  wszystkich  stron.  Warknąwszy  pod  nosem 
przekleństwo w języku Roi - Tannerów, popędziła rumaka i skoczyła za nim do fosy, po czym 
ułoŜyła jego głowę w zgięciu swego muskularnego ramienia i dotarła do brzegu. Na oczach 

background image

oniemiałych  z  podziwu  wojowników  stanęła  w  głębokiej  na  dwie  stopy  wodzie  i  uciekła  z 
fosy, a dwa opite wodą i naszpikowane strzałami merynosy pobiegły za nią. Donośne wiwaty 
rozległy  się  wśród  Roi  -  Tannerów,  gdy  ich  przywódczyni  wjechała  stępa  na  wzgórek, 
ciągnąc  za  sobą  spazmatycznie  łapiącego  ustami  powietrze  StraŜnika.  Mruknąwszy  coś  pod 
nosem,  zaaplikowała  sztuczne  oddychanie  Stomperowi,  który  wykaszlał  zdumiewającą ilość 
szlamu  i  kilka  małych  Ŝółwi.  Zawzięte  gady  mocno  poszarpały  mu  odzienie,  pozostawiając 
tylko  bieliznę,  która  -  jak  zauwaŜyła  Eorache  -  miała  wyhaftowaną  na  tyłku  Królewską 
Koronę Twodoru. 

 - Hej! - zawołała do półprzytomnego StraŜnika. - Masz s tyłu fyhaftofana Królefska 

Korona Tfodoru. 

 - Tak - rzekł Goodgulf - gdyŜ on jest prawowitym królem wszystkich ziem Twodoru. 
 -  Nie  Ŝartujesz?  -  spytała  Eorache,  szeroko  otwierając  oczy.  -  Hmm.  Mosze  ten 

dumkopf ist mimo fszystko okej. 

Ku powszechnemu zdziwieniu zaczęła coś cicho mruczeć do Stompera, przerzuciła go 

sobie przez ramię i poklepała po plecach. 

 - Nie ma czasu na dworskie rozrywki - powiedział Goodgulf. - Nasz plan zawiódł i 

wróg poznał nasze zamiary. Godzina ataku minęła i przegraliśmy. 

 - Czy to oznacza, Ŝe moŜemy juŜ wracać do domu? -  zapytał Legolam. 
 - Nie! - odparł Czarodziej, a jego medalion błysnął w słońcu - gdyŜ w oddali widzę 

maszerujące wojska. 

 - Bzdury - stwierdził Gimlet. - A juŜ myślałem, Ŝe mam dobry dzień. 
Z przestrachem patrzyli, jak czarna fala wojowników zalewa odległe wzgórze i płynie 

ku  nim  z  zatrwaŜającą  szybkością.  Przyjaciel  to  czy  wróg,  nikt  nie  potrafił  powiedzieć. 
Patrzyli na to przez wiele minut, aŜ na murach Serutanlandu ozwały się trąby. 

 - To na pewno przybywają posiłki norek, Ŝeby zniszczyć na wszystkich! - jęknął elf. - 

Serutan wysłał przeciw nam potęŜną armię! 

 - Nie! - zawołał StraŜnik. - To nie norki! Nigdy nie widziałem czegoś takiego! 
Pozostali  przekonali  się,  Ŝe  to  prawda.  Pod  wodzą  jakiegoś  monumentalnego 

stworzenia na Serutanland maszerowały szereg za szeregiem ogromne, wojownicze warzywa. 
Niósł się upiorny śpiew: 

 

Do mnie, do mnie, wszystkie warzywa!  
W gór
ę liście, przybądźcie Ŝywo!  
Kapusty, Marchewki, Cukinie, Ogórki!  
Zgodnie zrobimy puree z ka
Ŝdej norki! 
Te paskudne stwory na papką zgnieciemy  
Posiekamy na plastry, resztki wyplujemy!  
Wyple
ńcie wroga niczym chaszcze ostu  
A potem rzu
ćcie na stertą kompostu! 

 
 - Ho - ho - ho! - przeleciało nad ziemią i przeraŜone owce skłębiły się, jak to owce, w 

stado.  Oniemiali  wędrowcy  patrzyli  i  na  druŜyny  oberŜyn,  plutony  patisonów,  kompanie 
komosy,  bataliony  buraków  i  regimenty  pietruszek  maszerujące  w  rytmie  marsza 
wygrywanego przez orkiestrę dętą złoŜoną z pięćdziesięciu rzep. Za tymi nie kończącymi się 
szeregami  szły  kolejne  formacje:    zdeterminowanych  awokado,  zuchwałych  pomidorów  i 
innych odwaŜnych warzyw. 

Ziemia  dudniła  pod  miarowymi  krokami  tej  hordy,  a  w  powietrzu  niosły  się  tysiące 

przeraźliwych okrzyków wojennych. Na czele kolumny dumnie maszerował zielony generał, 

background image

który  do  swego  skromnego  stroju  dodał  parę  epoletów  z  kukurydzianych  kolb.  Ponadto  na 
jego ramionach siedziały znajome postacie. Goodgulf dostrzegł to pierwszy. 

 - Niech mnie pokręci, to te dwa pokurcze! - zawołał. 
I  miał  rację.  Moxie  i  Pepsi  siedzieli  chwiejnie  na  ramionach  Birdseye'a,  energicznie 

machając rękami do Goodgulfa i reszty. 

Hektary  produktów  podeszły  pod  same  mury  Serutanlandu  i  ustawiły  się  w  szyku 

bojowym.  Przez  szkło  poŜyczone  od  Eorache,  Arrowroot  ujrzał,  jak  skonsternowane  norki 
najpierw rozdziawiły usta, a potem w panice zaczęły biegać po murach. 

 - Ho - ho - ho! - zagrzmiał gigant. - Wiedz, Serutanie, Ŝe stoją przed tobą Vee - Ates. 

Poddaj się albo zrobimy z ciebie pulpę! 

Z początku z fortecy nie było Ŝadnej odpowiedzi. Potem jakiś głos rzucił donośnie: 
 - Paszoł w buraki! 
 - Rozumiem - odparł olbrzym - Ŝe chcecie walczyć. Wrócił do swoich wojowników i 

zaczął  rzucać  rozkazy,  które  szybko  wykonywali,  biegiem  formując  szyk  i  przygotowując 
machiny oblęŜnicze. 

Wielkie  melony  na  pół  podeszły,  a  na  pół  pod  toczyły  się  na  brzeg  fosy,  a  za  nimi 

ogromne ziemniaki, które skoczyły na nie, zasypując szańce śmiercionośnym gradem nasion i 
oczyszczając  mury  z  norek.  Te  padały  jak  muszki  owocówki,  czemu  towarzyszyły  głośne 
wiwaty widzów na wzgórzu. 

Następnie  kolumna  słodkich  ziemniaków  zasypała  fosę,  ignorując  strzały  głęboko 

grzęznące  w  ich  miąŜszu.  Zanurzone  do  połowy  w  pełne  Ŝółwi  wody,  ziemniaki  wypuściły 
długie, zwinne pędy, które wspięły się po pionowej powierzchni murów, wykorzystując kaŜdą 
nierówność.  Te  rozłogi  posłuŜyły  jako  drabiny  oblęŜnicze  dla  oddziałów  specjalnych 
ogórków, które pospiesznie wspięły się na blanki, aby związać walką obrońców. Jednocześnie 
olbrzym przyciągnął wielką katapultę na kołach i wycelował ją w kierunku miasta. 

 - Gasy bojofe! - krzyknęła Eorache, odgadując jego plan. 
Zdumieni widzowie niebawem przekonali się, co miała na myśli Roi - Tannerka, gdyŜ 

trzy  pełne  kompanie  szalotki  podeszły  do  katapulty  i  zaczęły  układać  się  w  szerokim 
uchwycie.  Kiedy  zwolniono  ramię  machiny,  ośmiostopowe  cebule  poszybowały  szerokim 
łukiem  nad  murami  i  uderzyły  o  ziemię,  wzbijając  ogromną  chmurę  kwaśnego  oparu. 
Obserwatorzy  widzieli,  jak  norki  gwałtownie  ocierają  załzawione  oczy  brudnymi,  czarnymi 
chusteczkami. Balisty cytrusów - samobójców siały śmierć na barykadach, a od ogłuszającego 
łoskotu  pękających  ziaren  kukurydzy  kruszyły  się  mury,  spadając  na  głowy  siepaczy 
Serutana. 

Jednak  norki  nadal  stawiały  rozpaczliwy  opór;  ich  długie  ostrza  migotały,  ociekając 

witaminową  posoką.  Mury  były  usłane  siekanym  czosnkiem,  pokrojoną  cebulą  i  pociętą 
marchewką. Rzeki czerwonego soku pomidorowego płynęły po kamieniach, a fosa zapełniła 
się sałatką warzywną. 

Widząc, Ŝe walka na murach pozostaje nie rozstrzygnięta, wysoki dowódca sięgnął po 

jeszcze jedną  broń  -  dynię  wielkości  tira.  Wypełniając  rozkaz, cięŜkie  warzywo  przetoczyło 
się  przez  fosę  po  szczątkach  usieczonych  towarzyszy.  Zasypywany  strzałami,  wielki 
pomarańczowy  wojownik  stanął  przed  podniesionym  mostem  i  natychmiast  zaczął  łomotać 
weń  swą  ogromną  masą.  Mur  trząsł  się  i  dygotał.  Dynia  raz  po  raz  uderzała  we  wrota,  a 
przeraŜeni  obrońcy  lali na  napastnika  dzbany  parującej  owsianki.  Sparzone,  lecz  nie  tracące 
animuszu  dzielne  warzywo  cofnęło  się  o  kilka  jardów,  zaparło  o  ziemię,  po  czym  runęło w 
kierunku  wrót.  Rozległ  się  potworny  trzask  i  brama  jakby  eksplodowała,  rozsypując  się  w 
drzazgi.  Ogłuszony  uderzeniem  taran  potoczył  się  w  tył,  zachwiał,  wzruszył  szerokimi, 
okrągłymi  ramionami  i  pękł  na  dwie  połowy.  Nasiona  wypłynęły  i  zmieszały  się  z  jeszcze 
ciepłymi  sokami  braci  -  wojowników.  Na  moment  zapadła  cisza.  Potem,  z  donośnym 
okrzykiem, wszystkie Vee - Ates rzuciły się w kierunku bramy i wpadły do miasta. Za nimi 

background image

runęli Roi - Tannerzy i wędrowcy, aby pomścić chwalebny koniec dyni. 

Walka  za  murami  była  krótka  i  krwawa.  Gimlet  z  bojową  pieśnią  na  ustach  dobijał 

ranne norki i rąbał ich bezwładne, nieprzytomne ciała. Arrowroot i Legolam dzielnie załatwili 
wielu przeciwników od tyłu, a Goodgulf wspierał ich dobrymi radami, bezpiecznie schowany 
za stertą gruzu. Jednak to przywódczyni Roi - Tannerów i jej wojownikom przypadł zaszczyt 
zniszczenia  pozostałych  norek.  Arrowroot  szukał  Eorache  i  znalazł  ją,  z  entuzjazmem 
siekającą  na  plasterki  przeciwnika  co  najmniej  o  połowę  mniejszego  od  niej.  Kobieta  - 
wojownik dostrzegła,  Ŝe nieśmiało machał do niej ręką. Uśmiechnęła się, mrugnęła i rzuciła 
mu jakiś okrągły przedmiot. 

 - Hej! Królu! Łap! 
StraŜnik niezdarnie chwycił souvenir. Była to głowa norki. Jej mina wyraŜała głęboką 

urazę. 

W  końcu  bitwa  zakończyła  się  i  przyjaciele  podbiegli  do  siebie,  Ŝeby  serdecznie 

powitać się po długim niewidzeniu. 

 - Serdecznie witamy! - zawołali Moxie i Pepsi. 
 - My was teŜ, zapewniam - rzekł Goodgulf, tłumiąc ziewnięcie. 
 -  Witajcie,  co  za  spotkanie!  -  skłonił  się  Legolam.  -  Niechaj  skończą  się  wasze 

kłopoty z łupieŜem. 

Gimlet przykuśtykał do chochlików i obdarzył ich wymuszonym uśmiechem. 
 - Czołem pod stołem. Abyście jadali zbalansowane posiłki trzy razy dziennie  i mieli 

zdrowe, regularne wypróŜnienia. 

 - Jak to moŜliwe - rzekł Arrowroot - Ŝe spotykamy się w tej obcej ziemi? 
 - To długa opowieść - rzekł Pepsi, wyjmując plik notatek. 
 -  Zatem  zachowaj  ją  dla  siebie  -  powiedział  Goodgulf.  -  Widzieliście  gdzieś  Frita  i 

Pierścień, albo macie o nich jakieś wiadomości? 

 - śadnych - odparł Moxie. 
 - My teŜ - mruknął Gimlet. - Zjedzmy coś. 
 -  Nie - powiedział Czarodziej - bo jeszcze nie znaleźliśmy złego Serutana. 
 - Niech to szlag - skwitował Gimlet. - JuŜ prawie minęła pora lunchu. 
Razem z Birdseyem i Eorache zaczęli szukać złego maga. Wieść głosiła, Ŝe Serutana i 

jego  paskudnego  kompana  Wormcasta  widziano  w  Isintower,  najwyŜszej  budowli  w 
Serutanlandzie, znanej z obrotowej restauracji na samym jej szczycie. 

 - Jest tam - oznajmił jakiś seler. - Zablokował windy, ale jest tam. 
 - Ho - ho - ho - zauwaŜył gigant. 
 - Zamknij się - dodał Goodgulf. 
Wysoko  nad  głowami  ujrzeli  okrągłą,  obracającą  się  restaurację  z  migoczącym 

neonem głoszącym SERUTAN NIE MA SOBIE RÓWNYCH. Pod nim otworzyły się szklane 
drzwi. Jakaś postać podeszła do balustrady. 

 - To on! - zawołała Eorache. 
Rysy  twarzy  miał  dość  podobne  do  Goodgulfa,  lecz  odzienie  zupełnie  dziwaczne. 

Nosił trykotowy, jaskrawoczerwony kostium oraz długą pelerynkę z czarnej satyny. Do czoła 
przykleił  sobie  czarne  rogi,  a  do  pośladków  przyczepił  ogon  z  chwostem.  W  ręku  miał 
aluminiowe widły, a na nogach skórzane kamasze z pęknie." f tymi podeszwami. Zaśmiał się 
do stojących na dole wędrowców.  

 - Cha - cha - cha - cha - cha. 
 - Zejdź na dół - zawołał Arrowroot - i odbierz, co ci się naleŜy. Otwórz drzwi i wpuść 

nas. 

 - Nie - zachichotał Serutan - nie ma mowy. Lepiej załatwmy to jak normalni, rozsądni 

ludzie. 

 - Sałatfmy - ułatfmy! - wrzasnęła Eorache. - Chcemy tfa nędzna skóra! 

background image

Zły  czarownik  cofnął  się  w  udanym  przestrachu,  a  potem  wrócił  do  barierki  i 

uśmiechnął  się.  Głos  miał  łagodny  i  kojący,  ociekający  słodyczą  jak  topniejąca  melba. 
Wędrowcy z zachwytem słuchali sacharynowo słodkich słów. 

 -  RozwaŜmy  wszystko  od  początku  -  ciągnął  Serutan.  -  Oto  usiłuję  w  pocie  czoła 

uczciwie  zarobić  kilka  pensów.  Nagle  konkurenci  tworzą  spółkę,  która  uderza  w  aktywa 
mojej korporacji, usiłując wyprzeć mnie z rynku. Przejęliście moje aktywa i zlikwidowaliście 
zapasy towaru. To oczywisty przypadek nieuczciwej konkurencji. 

 - Hej - powiedział zielony gigant do Goodgulfa - ten facet ma główkę nie od parady. 

Nic dziwnego, Ŝe umie lać wodę. 

 - Zamknij się - przytaknął Goodgulf. 
 - Słuchajcie, mam propozycję - rzekł Serutan, gestykulując końcem ogona. - I chociaŜ 

nie jestem specjalnie przywiązany do tej idei, pomyślałem, Ŝe wystawię ją za próg i zobaczę, 
czy ktoś skorzysta okazji. Przyznaję, Ŝe chciałem się trochę rozerwać, ale to ten zły Sorhed 
chce zagarnąć całą pulę. Tak jak ja to widzę, moŜemy stworzyć nową spółkę, jeśli zrezygnuję 
z  pakietu  akcji  zapewniającego  mi  kontrolę  nad  Dickeyem  Dragonem  w  zamian  za 
utrzymanie stanowiska i coroczne udziały we wszystkich starych Pierścieniach, jakie uda nam 
się zdobyć. Dorzućcie trzydzieści procent łupów, jakie zagarniemy w Fordorze, a oddam wam 
jeszcze mojego partnera Wormcasta. I tak jest odpowiedzialny za dzisiejszą klęskę. 

Wewnątrz wieŜy rozległ się gniewny wrzask i miska sztucznych owoców przeleciała 

nad  uchem  Serutana.  W  chwilę  później  na  wieŜy  pojawił  się  chudy  starzec  w  uniformie 
posłańca, potrząsający pięścią. 

 - Grrrr! - zapluł się. 
Serutan  podniósł  protestującego  Wormcasta  i  mimochodem  przerzucił  go  przez 

barierkę. 

 -  Aaaaaarrrrrgggghhhh!  -  wykrzyknął  Wormcast.  Niegodziwy  siepacz  z  impetem 

uderzył o ziemię. 

 - Jeszcze nigdy nie widziałem czerwonego placka - zauwaŜył Gimlet. 
 - Oto dowód mojej dobrej woli - rzekł gładko Serutan. -  
Umowa stoi? 
 -  śadnych  umów  -  ostrzegł  Goodgulf. -  Ten  łobuz  jest  bardziej  śliski  niŜ  piskorz  w 

słoju wazeliny. 

 -  Zaczekajcie  -  powiedział  Arrowroot.  -  PrzecieŜ  obiecuje  zrzec  się  pakietu 

kontrolnego. 

 - Mówię N - I - E - powiedział Goodgulf, poprawiając kapelusz. - Nie chcę obudzić 

się pewnego pięknego poranka z jego obietnicą w plecach. 

W tym momencie jakiś czarny przedmiot śmignął mu koło ucha. 
 - To staje się monotonne - orzekł Gimlet. 
Okrągły przedmiot odbił się od trotuaru i upadł pod nogi Pepsi. Chochlik obejrzał go z 

zaciekawieniem i podniósł. 

 - Zostawimy cię pod straŜą w twojej paskudnej wieŜy - rzekł Goodgulf - i Vee - Ates 

rozprawią się z tobą, kiedy skończą ci się zapasy steków w spiŜarni. 

Potem odwrócił się i wskazał palcem na Pepsi. 
 - Dobra, rzuć to. 
 - Oj, przecieŜ nie robiłem nic takiego. 
 - Tak, nic - bronił go Moxie. 
 -  Daj mi  to  -  powiedział  niecierpliwie  Czarodziej.  -  Nie moŜesz  tego  zjeść,  więc  na 

nic ci się nie przyda. 

Młody chochlik z ponurą miną oddał mu czarną kulę. 
 - A teraz - rzekł Goodgulf - musimy natychmiast ruszać. ChociaŜ ziemie Isinglassu i 

Roi  -  Tanu  zostały  uwolnione  od  władzy  Serutana,  nie  pozostaną  długo  wolne,  chyba  Ŝe 

background image

ocalimy sam Twodor od złego wpływu Sorheda. 

 - Co mamy zrobić? - rzekł Moxie. 
 - Właśnie, co robić? - spytał Pepsi. 
 - Powiem wam, jeśli zamkniecie się choć na chwilę - warknął Goodgulf. - Pięknemu 

miastu  Minas  Troney  zagraŜają  wschodnie  armie  Sorheda.  W  pobliŜu  leŜy  miasto  zła  - 
Chikken  Noodul  i  w  kaŜdej  chwili  czarna  chmura  zła  moŜe  spowić  jego  dobrych  sąsiadów. 
Musimy zebrać wszystkie nasze siły i obronić ich. 

Wskazał Arrowroota. 
 - Ty, Stomper, musisz zebrać twoich poddanych w Twodorze oraz wszystkich, którzy 

zechcą bronić murów Minas Troney. Eorache, ty musisz przyprowadzić wszystkich jeźdźców, 
jakich  moŜesz  nam  oddać,  a  Birdseye  równieŜ  musi  poprowadzić  swoich  dzielnych  Vee  - 
Ates do Twodoru. Pozostali pójdą tam ze mną. 

 - Sto słów bez pointy - stwierdził Gimlet. - Stary drań chyba jest chory. 
Wędrowcy  poŜegnali  się  i  z  cięŜkim  sercem  wyjechali  ze  zdobytej  fortecy  Isinglass, 

wiedząc,  Ŝe  na  tę  ziemię  spadnie  jeszcze  gorsza  plaga.  Goodgulf,  Moxie  i  Pepsi  wsiedli  na 
swe  oporne  rumaki  i  ubódłszy  je  ostrogami,  odjechali  w  zapadającym  zmierzchu  ku 
legendarnej stolicy Twodoru. Gdy odjeŜdŜali, dwie zgrabne młode marchewki pomachały im 
na poŜegnanie natkami, podskakując na smukłych korzonkach, nieco ocięŜale z powodu juŜ 
widocznego  zgrubienia.  Od  kiedy  Goodgulf  widział  ich  ostatni  raz,  Moxie  i  Pepsi  nie 
próŜnowali. 

Goodgulf  i  dwa  chochliki  jechali  przez  całą  noc  i  pół  następnego  dnia,  nieustannie 

wystrzegając  się  szpiegów  Sorheda.  Moxie  dostrzegł  raz  między  chmurami,  wysoko  na 
niebie, czarny cień lecący na wschód i wydawało mu się, Ŝe słyszy ciche, paskudne krakanie. 
Jednak juŜ od kilku godzin palił fajkę i nie był tego pewny. 

W  końcu  zatrzymali  się.  Goodgulf  i  Moxie  zasnęli  natychmiast  po  krótkiej  grze  w 

kości (Moxie przegrał) i Pepsi teŜ połoŜył się, udając pogrąŜonego we śnie. Jednak kiedy jego 
towarzysze  zaczęli  miarowo  chrapać,  powoli  wyślizgnął  się  ze  swego  namiociku  i 
przetrząsnął  juki  Czarodzieja.  Znalazł  w  nich  czarną  kulę,  którą  Goodgulf  tak  starannie 
schował. 

Była  mniejsza  od  melona,  chociaŜ  większa  od  piłki  plaŜowej.  Jej  powierzchnia  była 

gładka; tylko małe, owalne okienko ukazywało czarne wnętrze. 

 

Presto pręgo Trud, brud biada Rollo balonik Podia czekolada! 

 
 -  Magiczna  kula!  -  wykrzyknął.  -  Spełniająca  Ŝyczenia.  Chochlik  zamknął  oczy  i 

zaŜyczył sobie kufel piwa oraz beczkę opiekanych sznycli cielęcych. Rozległo się ciche puf i 
wokół  rozeszła  się  chmura  gęstego  dymu,  po  czym  Pepsi  ujrzał  przed  sobą  monstrualne, 
niewypowiedzianie brzydkie oblicze, wykrzywione złośliwym, groźnym grymasem. 

 -  Mówiłem  ci,  Ŝebyś  trzymał  swoje  łapy  z  daleka  od  tego!  -  wrzasnął  Czarodziej, 

wściekle łopocząc połami szaty. 

 -  Ej,  chciałem  sobie  tylko  popatrzeć  -  skomlił  Pepsi.  Goodgulf  wyrwał  mu  kulę  i 

przeszył go wzrokiem. 

 -  To  nie  do  zabawy  -  rzucił  szorstko.  -  Ta  kula  to  cudowny  mallomar,  magiczne 

cośtam elfów, uznane za zaginione dawno temu, w Epoce Kamienia Lizanego. 

 - Czemu nie mówiłeś tak od razu? - spytał retorycznie Pepsi. 
 - Za pomocą tego mallomaru staroŜytni zgłębiali tajemnice przyszłości i zaglądali w 

serca ludzi. 

 - Coś w rodzaju Ching? - spytał sennie Moxie. 
 - Patrz uwaŜnie! - nakazał Goodgulf. 
Oba chochliki patrzyły z zainteresowaniem, gdy mag robił zagadkowe gesty nad kulą i 

background image

mruczał dziwne zaklęcie. 

Hokus pokus Loco Parentis Jackie Onassis Dino de Laurentiis! 

Na  oczach  wystraszonych  chochlików  kula  rozjarzyła  się.  Goodgulf  nadal  mruczał 

zaklęcia. 

Kwik  -  kwak  kwadruplag!  Quodnam  quichote!  Period  pernod! 

Pnin peyote! 

Nagle  kula  jakby  rozświetliła  się  skrzącą  poświatą  i  wydała  cichy,  drŜący  dźwięk. 

Przez ten niski pomruk Pepsi usłyszał głos 

Goodgulfa. 
 -  Powiedz  mi,  o  czarodziejski  mallomarze,  czy  Sorhed  zostanie  pokonany,  czy  teŜ 

zwycięŜy?  Czy  czarna  chmura  Zguby  ogarnie  całe  Śródziemie  Dolne,  czy  teŜ  z  upadkiem 
złego maga zapanuje powszechna szczęśliwość? 

Pepsi i Moxie ze zdumieniem ujrzeli, jak w powietrzu zaczęły się formować ogniste 

litery,  które  miały  przepowiedzieć  wynik  nadchodzącego  boju  z  Panem  Ciemności.  Z 
niedowierzaniem przeczytali: “Odpowiedź mętna, spytać ponownie później". 

background image

VIII 
LEGOWISKO STUPORY ORAZ INNE GÓRSKIE KURORTY 
 

 
Frito  i  Spam  bez  tchu  wdrapali  się  na  szczyt  małego  wzniesienia  i  spojrzeli  na 

rozpościerającą  się  wokół  równinę,  przerywaną  jedynie  nagłymi  wzlotami  i  upadkami,  na 
hałdy ŜuŜla, fabryki tekstyliów i młyny prochowe Fordom. Frito usiadł na krowiej czaszce, a 
Spam wyjął z bagaŜu pudełko z serem i krakersami. 

W  tejŜe  chwili  usłyszeli  dźwięk  spadających  kamieni,  nadeptywanych  gałązek  i 

głośno wydmuchiwanego nosa. Oba chochliki zerwały się na równe nogi, a szary, łuskowaty 
stwór na czterech nogach powoli przywlókł się do nich, hałaśliwie obwąchując ziemię. 

 -  O  Ŝesz  ty!  -  zawołał  Frito,  uskakując  przed  paskudnym  stworzeniem.  Spam  wyjął 

swój  myśliwski  scyzoryk  otrzymany  od  elfów  i  cofnął  się,  a  serce  podeszło  mu  do  gardła 
razem z lepką kulą krakersów. 

Stwór  spojrzał  na  nich  złowrogo  zezującymi  oczyma,  uśmiechnął  się  lekko,  ze 

znuŜeniem stanął na tylnych łapach, przednie załoŜył na plecy i zaczął Ŝałośnie pogwizdywać. 

Nagle Frito przypomniał sobie opowieść Dilda o znalezieniu Pierścienia. 
 - Ty musisz być Goddamem! - pisnął. - Co tu robisz? 
 - No cóŜ - odparł stwór, mówiąc bardzo wolno. - Niewiele. Szukałem tylko pustych 

butelek,  Ŝeby  zapłacić  za  sztuczne  płuco  mojej  siostry.  Oczywiście,  od  czasu  jak  zrobili  mi 
operację, nie jestem juŜ sobą. Chyba po prostu mam pecha. To zabawne, Ŝe nigdy nie moŜna 
przewidzieć, co spotka człowieka. O rany, jak zimno. Musiałem zastawić płaszcz, Ŝeby kupić 
osocze dla mojej ulubionej gęsi. 

Spam rozpaczliwie usiłował unieść ołowiane powieki, ale z przeciągłym ziewnięciem 

osunął się na ziemię. 

 - Ty łajdaku - wymamrotał i zasnął. 
 - A więc odchodzę - rzekł Goddam, potrząsając głową. - No cóŜ, wiem, kiedy mnie 

nie  chcą  -  powiedział,  po  czym  usiadł  i  poczęstował  się  elfową  melbą  z  chochlikowych 
zapasów. 

Frito kilkakrotnie spoliczkował się i wykonał kilka ćwiczeń oddechowych. 
 - Słuchaj no, Goddam - zaczął. 
 -  Och,  nie  musisz  tego  mówić.  Jestem  tu  niepoŜądany.  Wiem.  Jak  zawsze.  Kiedy 

miałem  dwa  latka,  matka  zostawiła  mnie  w  schowku  bagaŜowym  w  zaczarowanym  lesie. 
Wychowały mnie miłe szczury. Jednak sądzę, Ŝe w kaŜdej chmurze trafia się srebrny błysk. 
No cóŜ, znałem kiedyś pewnego trolla, imieniem Wyzinski... 

Frito zachwiał się, osunął na ziemię i natychmiast zasnął. Kiedy Frito i Spam zbudzili 

się,  zapadła  juŜ  noc  i  nigdzie  wokół  nie  było  śladu  Goddama.  Oba  chochliki  pospiesznie 
upewniły  się,  Ŝe  mają  kompletny  zestaw  palców,  nóg  i  innych  części  ciała,  a  ponadto  nikt 
nieopatrznie  nie  zostawił  jakichś  ostrych  przedmiotów  między  ich  Ŝebrami.  Ku  ich 
nieopisanemu zdziwieniu niczego nie brakowało, nawet pilnika do paznokci czy spinki. Frito 
wymacał  bezpiecznie  przymocowany  spinaczami  Pierścień,  szybko  wsunął  go  na  palec, 
dmuchnął w magiczny gwizdek i z ulgą usłyszał znajome dolne E. 

 -  Nie  rozumiem,  panie  Frito  -  rzekł  w  końcu  Spam,  sprawdzając  językiem,  czy  ma 

wszystkie plomby. - To jakiś zboczeniec, albo gorzej. 

 - Hej, cześć! - powiedział nagle duŜy głaz, stopniowo zmieniając się w Goddama. 
 - Cześć - odparł słabym głosem Frito. 
 -  Właśnie  odchodziliśmy  -  rzekł  pospiesznie  Spam.  -  Musimy  podpisać  umowę  na 

dostawę broni w Tanzanii, odebrać trochę kopry na wyspie Guam, albo coś w tym stylu. 

 -  To  fatalnie  -  powiedział  Goddam.  -  Widzę,  Ŝe  stary  Goddam  znów  zostanie  sam. 

Jednak jest do tego przyzwyczajony. 

background image

 - Do widzenia - powiedział stanowczo Spam. 
 - Do widzenia, do widzenia, jakŜe smutne są rozstania - jęknął Goddam. Z rezygnacją 

pomachał wielką, brudną chustką i złapawszy Frita za rękę, zaczął cicho szlochać. 

Spam  chwycił  Frita  za  drugą  rękę  i  odciągnął  go  na  bok,  ale  Goddam  trzymał  się 

mocno; dopiero po minucie czy dwóch zrezygnował i upadł wyczerpany na głaz. 

 -  Z  przykrością  patrzę  na  odejście  starego  przyjaciela  -  rzekł  Goddam,  raz  po  raz 

ocierając chustką słoik majonezu, który miał zamiast twarzy. - Odprowadzę cię kawałeczek. 

 -  Chodźmy  -  warknął  zniechęcająco  Frito  i  trzy  małe  postacie  ruszyły  szybkim 

krokiem przez rozpalone wrzosowiska. 

Niebawem  dotarli  do  miejsca,  gdzie  ziemia,  dobrze  nawodniona  przez  zielony 

strumień, stała się wilgotna i grząska; Goddam człapał przed nimi. Kilkaset stóp dalej drogę 
całkowicie  zasłaniał  gęsty,  cuchnący  opar,  nieco  stłumiony  zapachem  fajki  i  róŜanych 
płatków. 

 -  To  Ngaio  Marsh  -  oznajmił  powaŜnie  Goddam,  a  Frito  i  Spam  ujrzeli  tajemniczo 

odbite  w  mętnych  kałuŜach  upiorne  wizje  trupów  z  ozdobnymi  sztyletami  w  plecach, 
dziurami od kuł w głowach oraz buteleczkami trucizny w dłoniach. 

Grupka wędrowców brnęła przez  śmierdzące pustkowie, odwracając oczy od widoku 

okropnych  zwłok.  Po  godzinie  wytęŜonego  marszu  dotarli,  przemoczeni  i  brudni,  na  suchy 
grunt. Tam znaleźli wąską ścieŜkę wiodącą prosto jak strzelił przez pustą równinę, do wielkiej 
kuli.  KsięŜyc  zaszedł  i  świt  barwił  niebo  na  jasny  brąz,  kiedy  dotarli  do  głazu  o  dziwnym 
kształcie. 

Frito i Spam rzucili bagaŜe pod małym występem skalnym, a Goddam usadowił się za 

nimi, podśpiewując pod nosem. 

 - No, dotarliśmy do celu - rzekł wesoło. Frito jęknął. 
Późnym  popołudniem  chochliki  obudził  brzęk  cymbałów  i  chrapliwe  dźwięki  trąb 

grających  Busman's  Holiday.  Frito  i Spam  zerwali  się  na  równe  nogi  i  ujrzeli,  zatrwaŜająco 
blisko,  wielką  Bramę  Fordoru  osadzoną  w  wysokiej  ścianie  skalnej.  Wrota,  umieszczone 
między  dwiema  wysokimi  wieŜami  najeŜonymi  reflektorami  i  drutem  kolczastym,  stały 
otworem  i  wchodził  w  nie  długi  szereg  wojowników.  Przestraszony  Frito  przycisnął  się  do 
głazu. 

Zanim  ostatni  wojownicy  weszli  do  Fordoru,  zapadła  noc  i  brama  zamknęła  się  z 

głuchym łoskotem. Spam wyjrzał zza kamiennego występu, po czym przysunął się do Frita, 
niosąc obfity posiłek złoŜony z chleba i ryb. Goddam natychmiast wylazł z wąskiej szczeliny 
skalnej i uśmiechnął się obleśnie. 

 - Droga do serca męŜczyzny wiedzie przez Ŝołądek - stwierdził. 
 - Właśnie tak sobie pomyślałem - mruknął Spam, kładąc dłoń na rękojeści miecza. 
Goddam spojrzał Ŝałośnie. 
 -  Wiem, jak  to jest  -  rzekł.  -  Byłem  na  wojnie. Przygnieciony  do  ziemi  krzyŜowym 

ogniem Japońców... 

Spam zakrztusił się i opadły mu ręce. 
 - Zgiń, przepadnij - zaproponował. 
Frito wziął wielką pajdę razowego chleba i wepchnął ją w usta Goddama. 
 -  Mmm,  mfmmm,  mmmblmm  -  powiedział  ponuro  stwór.  Grupka  wędrowców 

jeszcze  raz  ruszyła  w  noc  i  szła  przez  wiele  długich  godzin,  zawsze  omijając  kamienny 
pierścień otaczający kręgiem Fordor. Droga, którą podąŜali, była płaska i gładka, pozostałość 
jakiejś  staroŜytnej,  wyłoŜonej  linoleum  autostrady,  tak  Ŝe  zanim  księŜyc  stanął  wysoko  na 
niebie,  pozostawili  Bramę  Fordoru  daleko  za  sobą.  Koło  północy  gwiazdy  zostały 
przesłonięte  przez  liczne  chmury  wielkości  ludzkiej  dłoni  i  wkrótce  potem  spadła  ulewa, 
obrzucając  nieszczęsnych  wędrowców  mokrymi,  rozzłoszczonymi  ropuchami  i  rzekotkami. 
Jednak  chochliki  parły  naprzód  za  Goddamem,  a  po  męczących  piętnastu  minutach  burza 

background image

przeszła i - cisnąwszy jeszcze kilka kumaków - odeszła na zachód. 

Przez resztę nocy podróŜowali pod ledwie widocznymi gwiazdami, otępiali od zimna i 

nie  kończących  się,  cięŜkich  dowcipów  Goddama.  JuŜ  nad  ranem  znaleźli  się  na  skraju 
wielkiego lasu i zszedłszy z drogi, schronili się w małym zagajniku. Po chwili mocno spali. 

Frito  zbudził  się  nagle  i  stwierdził,  Ŝe  zagajnik  został  całkowicie  otoczony  przez 

rosłych,  ponurych  męŜów  odzianych  od  stóp  do  głów  w  zielone  stroje  brytyjskich 
zawodników.  Wojownicy  mieli  ogromne,  zielone  łuki  i  długie,  jasnozielone  peruki.  Frito  z 
trudem podniósł się z ziemi i kopnął Spama. 

W tym momencie najwyŜszy z łuczników wystąpił z szeregu i podszedł do nich. Nosił 

zabawny kapelusik z długim, zielonym piórkiem oraz duŜą, srebrną odznakę z napisem “Szef 
i  kilka  śpiących  snem  wiecznym  gołębi.  Frito  odgadł,  Ŝe  nieznajomy  musi  być  przywódcą 
tych ludzi. 

 - Jesteście otoczeni; nie macie Ŝadnych szans; wychodźcie z podniesionymi rękami - 

powiedział stanowczo przybysz. 

Frito pokłonił się nisko. 
 - Chodźcie tu i weźcie mnie - podał prawidłowy odzew. 
 - Jestem Farahslax z Zielonych Peruczek - oznajmił tamten. 
 - Ja jestem Frito, z niczego szczególnego - odparł drŜącym głosem chochlik. 
 - Mogę ich trochę zabić? - pisnął niski, gruby męŜczyzna z czarną przepaską na nosie, 

podbiegając z garotą do Farahslaxa. 

 - Nie, Magnavoksie - powiedział Farahslax. - Kim jesteście? - spytał, zwracając się do 

Frita. - I jakie są wasze niegodziwe zamiary? 

 -  Moi  towarzysze  i  ja  zmierzamy  do  Fordoru,  aby  wrzucić  Wielki  Pierścień  do 

Otchłani Zazu - odrzekł Frito. 

Słysząc  to,  Farahslax  sposępniał  i  spojrzawszy  najpierw  na  Goddama  i  Spama,  a 

potem znów na Frita, z krzywym uśmieszkiem wyszedł na palcach z gaju, po czym zniknął ze 
swymi ludźmi w pobliskim lesie, śpiewając wesoło: 

Jesteśmy sprytne Zielone Peruczki,  
Kr
ąŜymy nocą, znamy róŜne sztuczki,  
Gniew i nienawi
ść, oto nasza scheda  
i wszyscy mamy gdzie
ś Sorlieda. 
Otworzyć ogień, Uderzyć z flanki,  
Cisn
ąć ich w płomień w górę szklanki! 
Wiemy wszystko o podłych podstępach,  
Stosujemy je w le
śnych ostępach.  
Niepotrzebny nam prawny kruczek,  
Gdy mo
Ŝemy uŜyć brudnych sztuczek. 
Raz, dwa, trzy, Podejdź wroga. Niechaj drŜy! Cha - cha - cha. 

Zanim  zieloni  wreszcie  odeszli,  niewiele  godzin  pozostało  do  zmroku,  więc  po 

obfitym  posiłku  złoŜonym  z  głąbów  kapuścianych  oraz  buraków,  Frito,  Spam  i  Goddam 
wrócili  na  drogę,  która  szybko  wyprowadziła  ich  z  lasu  na  rozległą  asfaltową  przestrzeń 
rozpościerającą  się  pod  wschodnim  zboczem  Fordoru.  Do  wieczora  dotarli  w  cień  czarnych 
kominów Chikken Noodul, straszliwego przemysłowego  miasteczka wzniesionego na Minas 
Troney. Z głębi ziemi dobiegało złowrogie łup - łup cięŜkich maszyn produkujących kalosze i 
papier toaletowy na potrzeby machiny wojennej Sorheda. 

Goddam poprowadził Frita i Spama przez gęsty mrok, drogą biegnącą z wywalonym 

językiem  w  górę,  ku  ogromnym  zerwom  Soi  Hurok,  wielkich  urwisk  Fordoru.  Wspinali  się 

background image

chyba z godzinę. Po godzinie dotarli na górę, wyczerpani i zasapani, po czym wyciągnęli się 
na wąskiej półce u wylotu wielkiej jaskini górującej nad mroczną doliną. 

Nad  nimi  kołowały  liczne  stada  czarnych  pelikanów,  a  wszędzie  wokół  migotały 

błyskawice i ziały czernią grobowce, dysząc w cięŜkim powietrzu. 

 - Czarno to widzę - rzekł Spam. 
Z  jaskini  dolatywał  kwaśny  odór  zjełczałego  sera  oraz  zepsutych  korniszonów,  a  z 

jakiejś skrytej głęboko pod powierzchnią ziemi komory dobiegał złowieszczy szczęk drutów 
do robienia swetrów. 

Frito i Spam ostroŜnie weszli do jaskini, a Goddam powlókł się za nimi, krzywiąc usta 

w rzadkim u niego uśmiechu. 

Przed wiekami, gdy świat był młody, a serce Sorheda jeszcze nie stwardniało jak stary 

sernik, wziął sobie za Ŝonę młodą trollkę. Miała na imię Mazola, elfy zaś zwały ją Blanche, i 
poślubiła  przystojnego  młodego  czarodzieja  wbrew  sprzeciwom  swoich  rodziców,  którzy 
tłumaczyli,  Ŝe  Sorhed  “po  prostu  nie  przypomina  trolla"  i  nigdy  nie  zdoła  zaspokoić  jej 
potrzeb.  Jednak  oni  oboje  byli  młodzi  i  zapatrzeni  w  siebie.  Przez  pierwsze  sto  tysięcy  lat 
małŜeństwa  Ŝyli  szczęśliwie;  zamieszkali  w  odremontowanym  trzypokojowym  lochu  z 
pięknym widokiem, a gdy ambitny Ŝon - koś studiował demonologię i zarządzanie na studiach 
wieczorowych, Mazola obdarzyła go dziewięcioma krzepkimi sobowtórami. 

Potem  nadszedł  dzień,  gdy  Sorhed  dowiedział  się  o  istnieniu  Wielkiego  Pierścienia 

oraz  moŜliwościach,  jakie  zapewniłby  mu  podczas  wspinaczki  na  szczyt.  Zapominając  o 
wszystkim, mimo gwałtownych sprzeciwów małŜonki, zabrał synów z akademii medycznej i 
nazwał ich Niezgułami. Jednak pierwsza wojna o  Pierścień została przegrana. Sorhed i jego 
słudzy ledwie uszli z Ŝyciem. Od tej pory jego małŜeństwo psuło się coraz bardziej. Sorhed 
cały czas spędzał w swojej czarnoksięskiej pracowni, a Mazola siedziała w domu, rzucając złe 
czary  i  oglądając  tasiemcowe  seriale  w  mallomarze.  Zaczęła  tyć.  AŜ  pewnego  dnia  Sorhed 
zastał Mazolę w kompromitującej sytuacji z fachowcem naprawiającym mallomary, po czym 
natychmiast wypełnił pozew o rozwód, w wyniku którego otrzymał opiekę nad dziewięcioma 
Niezgułami. 

Mazola,  skazana  teraz  na  samotność  w  ponurym  wnętrzu  Soi  Hurok,  hołubiła  i 

podsycała swoją nienawiść. Stupora - tak ją teraz nazywano - całe eony pielęgnowała swoją 
urazę,  Ŝywiąc  się  cukierkami,  magazynami  filmowymi  i  przypadkowymi  grotołazami.  Z 
początku  Sorhed  posłusznie  posyłał  jej  miesięczne  alimenty  w  postaci  tuzina  lub  więcej 
norek,  lecz  te  dary  prędko  się  urwały,  gdy  zaczęto  szeptać  o  tym,  co  naprawdę  oznacza 
zaproszenie  na  obiad  z  byłą  lubą  Sorheda.  Trawiąca  ją  wściekłość  czyniła  jej  towarzystwo 
zupełnie  niestrawnym.  Z  morderczym  błyskiem  w  oku  miotała  się  po  swoim  legowisku, 
nieustannie  przeklinając swojego  męŜa i jego  złośliwe  dowcipy  o  trolejbusach.  Przesiadując 
przez  długie  wieki  w  swej  mrocznej,  ponurej  komyszy,  myślała  wyłącznie  o  zemście. 
Odcięcie światła było ostatnią kroplą dopełniającą jej puchar goryczy. 

Frito i Spam schodzili coraz niŜej w trzewia Soi Hurok, a Goddam szedł tuŜ za nimi. 

A  przynajmniej  tak  zakładali.  WciąŜ  głębiej  i głębiej  zapuszczali  się  w  ciemne,  gęste  opary 
podziemnych  korytarzy,  nieustannie  potykając  się  o  stosy  czaszek  i  butwiejące  skrzynie  ze 
skarbami. Nie widzącymi oczami wpatrywali się w ciemność. 

 - Myślę, Ŝe tu jest naprawdę ciemno - szepnął Spam. 
 -  Błyskotliwa  uwaga  -  odparł  cicho  Frito.  -  Jesteś  pewny,  Ŝe  dobrze  idziemy, 

Goddam? 

Nie było odpowiedzi. 
 - Pewnie poszedł dalej - rzekł z nadzieją w głosie Frito. Przez długi czas wymacywali 

sobie  drogę  przez  mroczne  tunele.  Frito  mocno  ściskał  Pierścień.  Gdzieś  w  głębi  korytarza 
usłyszał  cichy,  mlaszczący  dźwięk.  Frito  stanął  jak  wryty,  a  poniewaŜ  Spam  trzymał  go  za 
ogon, runęli z łoskotem, który  odbił  się głośnym echem w podziemiach. Mlaskanie ucichło, 

background image

lecz zaraz rozległo się jeszcze głośniej. I bliŜej. 

 - Z powrotem - wychrypiał Frito. - I to szybko!  
Chochliki umykały przed złowrogim mlaskaniem, pokonując liczne zakręty i odnogi, 

lecz  ono  wciąŜ  zmniejszało  dystans  i  w  powietrzu  rozszedł  się  mdlący  smród  zleŜałych 
cukierków.  Wędrowcy  biegli  przed  siebie  na  oślep,  aŜ  zatrzymali  się,  widząc jakieś  wielkie 
poruszenie. 

 - Spójrz - szepnął Frito. - To patrol norek. 
Spam  szybko  przekonał  się,  Ŝe  to  prawda,  gdyŜ  trudno  było  nie  poznać  ich  po 

odraŜającej  mowie  i  szczęku  zbroi.  Jak  zawsze,  idąc,  dyskutowały  i  opowiadały 
nieprzyzwoite  kawały.  Frito  i  Spam  przywarli  do  ściany,  mając  nadzieję,  Ŝe  pozostaną  nie 
zauwaŜeni. 

 -  Wy  szczurki  -  syknął  głos  w  ciemności  -  w  tym  miejscu  zawsze przechodzą  mnie 

ciarki! 

Ty świrku - zgromił go inny - zwiadowcy mówią, Ŝe ten chochlik z Pierścieniem jest 

tutaj. 

 -  Tak  -  przytaknął  inny.  -  I  jeśli  go  nie  dostaniemy,  Sorhed  zrobi  z  nas  senne 

koszmary. 

 - Trzeciej klasy - potwierdził inny. 
Norki zbliŜały się i chochliki wstrzymały oddech. W chwili gdy Frito pomyślał, Ŝe juŜ 

przeszły, zimna, śliska łapa dotknęła jego piersi. 

 - Hej, chłopcy! - wykrzyknęła norka. - Mam ich, mam ich! 
Zanim  ktoś  zdąŜyłby  policzyć  do  trzech,  cała  banda  skoczyła  na  wędrowców, 

wymachując pałkami i kajdankami. 

 -  Sorhed  z  przyjemnością  was  zobaczy!  -  zachichotał  jeden  z  napastników, 

przyciskając się (i dysząc) do Frita. 

Nagle  w  ciemnym  tunelu  rozległ  się  głuchy,  przeciągły  jęk  i  norki  cofnęły  się  

przeraŜeniem. 

 - O rany! - wrzasnął któryś. - To ta maszkara! 
 - Stupora! Stupora! - skowyczał inny, niewidoczny w mroku. Frito wyrwał z pochwy 

Tweezer, lecz nie widział niczego, co mógłby przeciąć. Wtem przypomniał sobie o  śnieŜnej 
kuli  otrzymanej  od  Lavalier.  Trzymając  szklany  amulet  w  wyciągniętej  ręce,  nacisnął  mały 
przycisk  na  spodzie.  Natychmiast  oślepiający  jasny  łuk  elektryczny  oświetlił  wilgotne 
otoczenie, ukazując komnatę z kafelkami na ścianach i tandetną armaturę. A tuŜ przed nimi 
stała okropna Stupora. 

Spam  wrzasnął  przeraźliwie,  widząc  coś  tak  odraŜającego.  Stupora  była  ogromną, 

bezkształtną  masą  drgającego  cielska.  Jej  nabiegłe  krwią  ślepia  gorzały,  gdy  ruszyła  ku 
norkom, ciągnąc po posadzce strzępy perkalowej koszuli nocnej. Runęła całym cięŜarem ciała 
na  sparaliŜowane  strachem  ofiary  i  rozszarpała  je  na  strzępy  szponiastymi  łapami  oraz 
ostrymi kłami, ociekającymi Ŝółtymi kroplami domowego rosołu. 

 - Macie nierówno po sufitem! - wrzasnęła, podrzucając kolejną norkę pod sklepienie, 

odrywając jej kończyny i zdzierając z niej zbroję jak papierek z cukierka. - Nigdzie się stąd 
nie  ruszę!  -  pieniła  się,  wpychając  drgający  tors  do  paszczęki.  -  Oddałam  ci  najlepsze  lata 
Ŝ

ycia! - szalała, wyciągając do chochlików pomalowane czerwonym lakierem szpony. 

Frito  cofnął  się  pod  ścianę  i  ciął  w  straszliwe  pazury,  ale  zdołał  tylko  zarysować 

emalię.  Stupora  pisnęła,  rozwścieczona  jeszcze  bardziej.  Straszliwy  stwór  runął  naprzód  i 
ostatnim  obrazem,  jaki  ujrzał  Frito,  był  widok  Spama,  gorączkowo  szprycującego 
rozdziawioną gardziel Stupory repelentem na owady. 

background image

IX 
ZUPA MINAS TRONEY 
 

 
Wieczorne  słońce  zachodziło  -  jak  powinno  -  na  zachodzie,  gdy  Goodgulf,  Moxie  i 

Pepsi  zatrzymali  wyczerpane  merynosy  u  bram  Minas  Troney.  Chochliki  z  podziwem 
spoglądały na legendarną stolicę Twodoru, Twierdzę Zachodu i największego w Śródziemiu 
Dolnym producenta ropy naftowej, zabawek jo - jo oraz szmergla. Miejskie grunty otaczały 
Równiny  Pellegranoru,  a  była  to  ziemia  obfitująca  w  suszarnie  i  spichlerze,  nie  mówiąc  o 
szopach,  stodołach,  oborach,  ruchomych  chodnikach  i  pływających  dokach.  Przez  tę  krainę 
płynęła  nieobliczalna  Effluvium,  rok  po  roku  zapewniając  stałym  mieszkańcom  potęŜne 
dostawy  salamander  i  komarów  widliszków.  Nic  dziwnego,  Ŝe  do  miasta  ściągały 
nieprzebrane rzesze jajogłowych westmanów, gruboustych eastmanów oraz tumanów. Tylko 
tutaj mogli uzyskać paszport umoŜliwiający opuszczenie Twodoru. 

Samo  miasto  pamiętało  Dawne  Dni,  kiedy  Beltelephon  Zdziadziały  wydał  dość 

nieoczekiwany  dekret,  aby  wybudować  na  tej  równinie  królewski  ośrodek  narciarski 
niezrównanej piękności. Niestety, stary król kopnął w kalendarz, zanim zakończono roboty i 
ziemne, a jego skretyniały synalek, Nabisco Niekompetentny, w typowy dla siebie sposób źle 
odczytał  gryzmoły  starego  pierdoły,  w  wyniku  czego  zuŜyto  więcej  zbrojonego  betonu,  niŜ 
zakładał  pierwotny  projekt.  Rezultatem  było  Minas  Troney,  inaczej  zwane  “Głupotą 
Nabisco". 

Bez  konkretnego  powodu  miasto  tworzyło  siedem  koncentrycznych  kręgów 

otaczających pomnik Beltelephona i jego ulubionej konkubiny, imieniem Nephritis Otyła albo 
Phyllis. W kaŜdym razie efekt finalny przypominał włoski tort weselny. 

KaŜdy  pierścień  był  wyŜszy  od  następnego,  tak  samo  jak  czynsz.  W  najgorszym, 

siódmym kręgu zamieszkiwali dzielni drobni mieszczanie. Często moŜna było zobaczyć, jak 
rozmieniali drobne z przeznaczeniem na takie czy inne wydatki. W szóstym kręgu mieszkali 
kupcy, w piątym wojownicy i tak dalej, aŜ do pierwszego i najwyŜszego kręgu, zasiedlonego 
wyłącznie  przez  Stewardów  i  dentystów.  Na  kaŜdy  poziom  wjeŜdŜało  się  windami 
nieustannie  wymagającymi  remontu,  tak  Ŝe  w  owych  czasach  człowiek  wspinający  się  po 
drabinie  społecznej  musiał  to  robić  dosłownie.  KaŜdy  krąg  był  dumny  ze  swojej  historii  i 
okazywał  pogardę  niŜej  stojącym  przez  codzienne  wylewanie  nieczystości  oraz  takie  wy-
raŜenia jak “Siedem sobie" czy “Kochanie, nie poniŜaj się". 

KaŜdy  poziom  był  dobrze  strzeŜony  przez  przewieszone  blanki,  opatrzone  w 

najdziwniejszych  miejscach  wtrętami  i  ozdóbkami  -  jak  wersy  wiersza.  KaŜdy  taki  wtręt 
łączył się z sąsiednimi ciągami, tak więc łatwo zgadnąć, iŜ mieszkańcy zawsze spóźniali się 
na spotkania albo ginęli bez śladu. 

Gdy  trzej  wędrowcy  powoli  zmierzali  do  pałacu  Beneluksa  Stewarda,  obywatele 

Twodoru  gapili  się  na  nich  przez  chwilę,  po  czym  natychmiast  udawali  się  do  swoich 
okulistów. Chochliki odpowiadały równie zdumionymi spojrzeniami mieszkańcom: ludziom, 
elfom, krasnoludom, upiorom i licznym republikanom. 

 - Na kaŜdym konwencie spotyka się taką zbieraninę - wyjaśnił Goodgulf. 
Powoli  pokonali  ostatni  rząd  ruchomych  schodów  i  stanęli  na  pierwszym  poziomie. 

Pepsi przetarł oczy na widok ogromnej budowli. Budynek był zaprojektowany z rozmachem, 
z  rozległymi  trawnikami  i  przepysznymi  ogrodami.  ŚcieŜka  pod  stopami  wędrowców  była 
wyłoŜona  alabastrem,  a  liczne  fontanny  szemrały  jak  banknoty.  Przy  drzwiach  zostali  dość 
nieuprzejmie poinformowani,  Ŝe dentysty nie ma w domu i muszą - przyjść - jeszcze - raz - 
kiedy  - stary - wróci. 

Ujrzeli tam zrujnowany pałac z najtwardszego masonitu, o ścianach błyszczących od 

warstw sreberka po czekoladzie i starych lamp rowerowych. Nad drzwiami z okutej Ŝelazem 

background image

sklejki  widniał  napis  STEWARD  WYSZEDŁ.  PoniŜej  następny  oznajmiał  WYSZEDŁ  NA 
OBIAD, a jeszcze niŜej kolejny informował, Ŝe POSZEDŁ NA RYBY. 

 - Jeśli dobrze czytam te znaki, Beneluksa nie ma w domu - rzekł Moxie. 
 -  Sądzę,  Ŝe  to  blef  -  powiedział  Goodgulf,  uparcie  naciskając  przycisk  dzwonka  - 

gdyŜ  Stewardzi  z  Minas  Troney  zawsze  cenili  sobie  prywatność.  Beneluks  Cymbał,  syn 
Elektroluksa Kutwy, pochodzi z długiej linii Stewardów liczącej wiele stetryczałych pokoleń, 
Z  dawien  dawna  władają  Twodorem.  Pierwszy  Wielki  Steward,  Parafin  Wślizek,  był 
zatrudniony  w  kuchni  króla  Chloroplasta  jako  młodszy  podkuchenny,  kiedy  władca  zginął 
ś

miercią  tragiczną.  Najwidoczniej  upadł,  wbijając  sobie  w  plecy  tuzin  widelców. 

Jednocześnie  prawowity  dziedzic,  jego  syn  Karoten,  w  tajemniczy  sposób  opuścił  miasto, 
napomykając  coś  o  spisku  oraz  stosie  listów  z  pogróŜkami  pozostawianych  na  jego  tacy  ze 
ś

niadaniem.  Wobec  niejasnych  okoliczności  śmierci  jego  ojca  wyglądało  to  dziwnie,  więc 

Karotena podejrzewano o intryganctwo. Potem jego krewni zaczęli jeden po drugim umierać 
w  zagadkowy  sposób.  Kilku  znaleziono  uduszonych  ścierkami  do  naczyń,  a  paru  umarło 
wskutek  zatrucia  pokarmowego.  Jeszcze  kilku  znaleziono  utopionych  w  wazach  z  zupą,  a 
jeden  został  napadnięty  przez  nieznanych  sprawców  i  zatłuczony  brytfanką.  Co  najmniej 
trzech nabiło się plecami na widelce, zapewne w przypływie Ŝalu za przedwcześnie zmarłym 
królem. W  końcu  w  Minas  Troney  nie  został nikt,  kto miałby  prawo  lub  ochotę  nosić  prze-
klętą  koronę  i  tron  Twodoru  czekał  na  chętnego.  Kuchcik  Parafin  dzielnie  przyjął  ten 
zaszczyt;  do  czasu  aŜ  spadkobierca  Karotena  powróci,  aby  zaŜądać  swego  dziedzictwa, 
pokonać nieprzyjaciół Twodoru i zreorganizować usługi pocztowe. 

W tym momencie w drzwiach pojawił się otwór, a w nim świdrujące oko. 
 - Cz - czego chcecie? - spytał głos. 
 - Jesteśmy wędrowcami przybywającymi dopomóc szczęściu Minas Troney. Jam jest 

Goodgulf Szarozęby. 

Czarodziej wyjął z portfela pognieciony świstek papieru i wsunął go w otwór. 
 - C - coto? 
 -  Moja  wizytówka  -  odparł  Goodgulf.  Natychmiast  wróciła  do  niego  w  tuzinie 

kawałków. 

 - Stewarda nie ma. Na wakacjach. śadnych ak - akwizyto - rów! 
Otwór zamknięto z trzaskiem. 
Jednak  Goodgulfa  niełatwo  było  wystrychnąć  na  dudka  i  chochliki  widziały,  Ŝe 

rozzłościła  go  taka  bezczelność.  Jego  oczy  powoli  zaczęły  wychodzić  z  orbit,  przybierając 
wygląd dwóch mandarynek. Zadzwonił ponownie, długo i głośno. Oko znów zamrugało przez 
otwór napłynęła woń czosnku. 

 - T - to znowu ty? Mówiłem, b - bierze prysznic. 
I dziurkę znów zamknięto. 
Goodgulf  nic  nie  powiedział.  Sięgnął  za  pazuchę  swojej  marynarki  w  stylu  Mao  i 

wyjął  czarną  kulę,  którą  Pepsi  w  pierwszej  chwili  wziął  za  mallomar  ze  sznurowadłem. 
Czarodziej  podpalił  cygarem  koniec  sznurówki  i  wrzucił  kulę  do  otworu  na  listy.  Potem 
uciekł  za  róg,  a  chochliki  rzuciły  się  w  jego  ślady.  Rozległo  się  donośne  bum!  i  kiedy 
chochliki wyjrzały zza muru, drzwi znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej róŜdŜki. 

Wszyscy  trzej  dumnie  przemaszerowali  przez  dymiący  portal.  Zaraz  napotkali 

niechlujnego, starego gwardzistę, który ocierał sadzę z załzawionych oczu. 

 - MoŜesz powiedzieć, Ŝe Goodgulf Czarodziej oczekuje na audiencję. 
Trzęsący  się  ze  starości  wojownik  skłonił  się  z  szacunkiem  i  poprowadził  ich  przez 

duszne korytarze. 

 -  S  -  Stewardowi  to  się  n  -  nie  spodoba  -  wychrypiał  straŜnik.-  juŜ  od  lat  n  -  nie 

wychodził z pałacu. 

 - Czy lud się nie burzy? - spytał Pepsi. 

background image

 - Cz - czasami - zapluł się stary. 
Poprowadził  ich  przez  salę  herbową,  której  kartonowe  arkady  i  łuki  gipsowych 

sklepień  wznosiły  się  dobrą  stopę  nad  ich  głowami.  Szczodrze  powielane  arrasy  opisywały 
legendarne czyny króla. Pepsi szczególnie spodobał się ten z dawno zmarłym królem i kozicą, 
czego  nie  omieszkał  powiedzieć.  Goodgulf  dał  mu  klapsa.  Ściany  lśniły  od  wmurowanych 
butelek  po  piwie  i  sztucznych  kamieni,  a  zbroje  z  polerowanego  aluminium  rzucały  jasne 
błyski na ręcznie kładzione linoleum pod nogami idących. 

W końcu dotarli do sali tronowej ze słynnymi mozaikami z pluskiewek. Sądząc po jej 

wyglądzie,  Królewska  Sala  Tronowa  słuŜyła  jednocześnie  jako  Królewski  Natrysk. 
Gwardzista  zniknął  i  zastąpił  go  równie  stary  paź  w  brudnooliwkowej  liberii.  Uderzył  w 
mosięŜny gong i wychrypiał: 

 -  Pokłońcie  się  i  dygnijcie  przed  Beneluksem,  Wielkim  Stewardem  Twodoru, 

prawdziwym regentem Zaginionego Króla, który pewnego dnia powróci - a przynajmniej tak 
powiadają. 

Siwowłosy  paź  umknął  za  kotarę  i  jedna  z  zasłon  załopotała.  Wytoczył  się  zza  niej 

wychudły  starzec  na  rozklekotanym  wózku  ciągniętym  przez  zaprzęg  cięŜko  dyszących 
szopów. Beneluks nosił frakowe spodnie, krótki czerwony kubraczek oraz muszkę na gumce. 
Na  łysiejącej  głowie  miał  szoferską  czapkę  z  herbem  Stewardów,  dość  ostentacyjną  ozdobą 
wyobraŜającą  skrzydlatego  jednoroŜca  niosącego  tacę  śniadaniową.  Moxie  wyczuł  wyraźny 
zapach czosnku. 

Goodgulf głośno odchrząknął, bo Steward najwyraźniej był pogrąŜony we śnie. 
 - Najlepsze Ŝyczenia i przyjemnych wakacji - zaczął. - Jestem Goodgulf, Nadworny 

Czarodziej  Koronowanych  Głów  Śródziemia  Dolnego,  Cudotwórca  i  Dyplomowany 
Chiromanta. 

Stary Steward otworzył jedno ślepawe oko i z obrzydzeniem spojrzał na chochliki. 
 - C - co to za jedni? Na drzwiach jest napisane “Ŝadnych zwierząt". 
 - To chochliki, mój panie, twoi mali, lecz godni zaufania sprzymierzeńcy z północy. 
 -  K  -  kaŜę  straŜy  rozłoŜyć  kilka  gazet  -  mruknął  Steward  i  pomarszczona  głowa 

cięŜko opadła mu na piersi. 

Goodgulf ehmknął i mówił dalej. 
 -  Obawiam  się,  Ŝe  przynoszę  smutne  i  ponure  wieści.  Niegodziwe  norki  Sorheda 

zabiły  twego  ukochanego  syna  Bromosela,  a  teraz  Pan  Ciemności  z  jakichś,  sobie  tylko 
znanych powodów, chce odebrać ci Ŝycie i królestwo. 

 - Bromosel? - powtórzył Steward, podnosząc się na jednym łokciu. 
 - Twój ukochany syn - zachęcał go Goodgulf. 
W zmęczonych starych oczach pojawił się błysk zrozumienia. 
 -  Ach,  on.  Pisze  tylko  wtedy,  kiedy  potrzebuje  p  -  pieniędzy.  T  -  tak  samo  jak  ten 

drugi. T - to s - smutne. 

 - Tak więc przybyliśmy wraz z armią jadącą kilka dni drogi za nami, aby zemścić się 

na Fordorze - wyjaśnił Goodgulf. 

Steward ze złością machnął drŜącą ręką. 
 - Fordor? N - nigdy o nim nie słyszałem. Ani o - o tym cz - cza - rodzieju. Audiencja 

skończona - rzekł Steward. 

 -  Nie obraŜaj  Białego  Czarodzieja  -  ostrzegł  Goodgulf,  wyciągając  coś  z  kieszeni.  - 

Albowiem wielka jest moja moc. Masz, wybierz jedną kartę. Jakąkolwiek. 

Beneluks  wyciągnął  jedną  z  pięćdziesięciu  dwóch  siódemek  kier  i  podarł  ją  na 

konfetti. 

 - 

:

 Audiencja skończona - powtórzył stanowczo. 

 -  Głupi  stary  piernik  -  warknął  Goodgulf  nieco  później,  w  ich  pokoju  w  gospodzie. 

JuŜ od godziny miotał się i złorzeczył. 

background image

 - Co moŜemy zrobić, jeśli nam nie pomoŜe? - spytał Moxie. - Ten gość jest stuknięty 

jak łepek gwoździa. 

Goodgulf pstryknął palcami, wpadając na chytry pomysł. 
 - OtóŜ to! - zachichotał. - Wszyscy wiedzą, Ŝe stary ma hysia. 
 - Tak samo jak jego kumple - trafnie zauwaŜył Pepsi. 
 -  Jest  psychiczny  -  głośno  rozmyślał  Czarodziej.  -  ZałoŜę  się,  Ŝe  ma  manię 

samobójczą. Psychoza maniakalno - depresyjna. Kliniczny przypadek. 

 - Manię samobójczą? - powtórzył ze zdziwieniem Pepsi. - Skąd wiesz? 
 - Mam takie przeczucie - odparł w zadumie Goodgulf. - Po prostu przeczucie. 
Wieczorem  w  mieście  rozeszła  się  wieść  o  samobójstwie  starego  Stewarda.  Tablice 

ś

wietlne  ukazywały  ogromną  fotografię  płonącego  stosu,  w  który  rzucił  się,  uprzednio 

starannie  związawszy  sobie  ręce  i  nogi,  a  takŜe  napisawszy  poŜegnalny  list  do  swych 
poddanych. Tego dnia nagłówki gazet głosiły wielkimi literami: STUKNIĘTY BENELUKS 
PŁONIE,  a  późniejsze  wydania  donosiły,  Ŝe  CZARODZIEJ  OSTATNI  WIDZIAŁ  STE-
WARDA:  PODAJE  SORHEDA  JAKO  SPRAWCĘ  NIESZCZĘŚCIA  B.  PoniewaŜ  cały 
personel  pałacu  tajemniczo  zniknął,  Goodgulf  uprzejmie  podjął  się  zorganizować  pogrzeb 
państwowy  i  ogłosił  lunch  godziną  Ŝałoby  narodowej  po  zmarłym  władcy.  Przez  kilka 
następnych  dni,  pełnych  zamieszania  i  politycznego  wrzenia,  zręczny  Czarodziej  zwołał 
liczne  konferencje  prasowe.  Całymi  godzinami  debatował  z  wysokimi  urzędnikami, 
przekonując ich, Ŝe zgodnie z ostatnią wolą zmarłego przyjaciela, on, Goodgulf, ma dzierŜyć 
władzę  w  państwie  do  czasu  powrotu  jedynego  Ŝywego  potomka,  Farahslaxa.  W  wolnych 
chwilach moŜna go było znaleźć w pałacowej łazience, z której próbował usunąć słaby zapach 
czosnku i ropy naftowej. 

W  imponująco  krótkim  czasie  Goodgulf  zmobilizował  senną  stolicę  i  zorganizował 

sprawnie  działającą  milicję.  Zarządzając  zasobami  Minas  Troney,  Czarodziej  osobiście 
sporządzał wykazy zaopatrzenia, plany fortyfikacji oraz lukratywne umowy na dostawy, które 
własnoręcznie  podpisywał.  Z  początku  protestowano  przeciw  takim  nadzwyczajnym 
uprawnieniom.  Jednak  nad  miastem  zbierały  się  czarne  chmury.  Ten  fakt,  oraz  kilka  nie 
wyjaśnionych  eksplozji  w  redakcjach  opozycyjnych  gazet  uciszyły  “tych  przeklętych 
izolacjonistów",  jak  określił  ich  Goodgulf  w  szeroko  rozpowszechnianym  wywiadzie. 
Wkrótce  potem  uciekinierzy  ze  wschodnich  prowincji  przynieśli  wieść  o  hordach  norek 
atakujących  i  zalewających  graniczną  warownię  Twodoru  -  Oranyalekanau.  Mieszkańcy 
Twodoru wiedzieli, iŜ niebawem psy Sorheda zaczną obwąchiwać ich nogawki. 

Moxie  i  Pepsi  kręcili  się  niespokojnie  w  pałacowej  poczekalni  przed  gabinetem 

Goodgulfa.  Nogi  zwisały  im  dobrą  stopę  nad  pluszowym  dywanem.  ChociaŜ  dumne  ze 
swoich nowych mundurów (Goodgulf awansował obu do stopnia podpułkownika), chochliki 
rzadko widywały Czarodzieja, a pogłoski o nadciągających norkach budziły w nich niepokój. 

 - Czy moŜemy się z nim juŜ zobaczyć? - skamlał Pepsi. 
 - Czekamy juŜ kilka godzin! - dodał Moxie. Kształtna elfka - recepcjonistka obojętnie 

poprawiła naszyjnik na opiętej bluzeczce. 

 - Przykro mi - powiedziała ósmy raz tego ranka - ale czarodziej jest nadal na naradzie. 
Zadzwonił  dzwonek  na  biurku  i  zanim  zdąŜyła  zakryć  rurę  głosową,  chochliki 

usłyszały głos Goodgulfa. 

 - Poszli juŜ? 
Elfka  poczerwieniała,  gdy  chochliki  śminęły  obok  niej  i  wpadły  do  gabinetu 

Goodgulfa.  Tam  zastały  Czarodzieja  z  grubym  cygarem  w  zębach  i  parą  tlenionych  sylfid 
siedzących na jego kościstych kolanach. Z rozdraŜnieniem spojrzał na Pepsi i Moxie. 

 - Nie widzicie, Ŝe jestem zajęty? - warknął. - Mam posiedzenie. Bardzo waŜne. 
Spróbował wrócić do meritum sprawy. 
 - Nie tak szybko - rzekł Pepsi. 

background image

 -  Tak,  właśnie  -  podkreślił  Moxie,  częstując  się  czarnym  kawiorem  z  talerzyka  na 

biurku Goodgulfa. 

Czarodziej westchnął ze znuŜeniem i odprawił gestem obie sylfidy. 
 - No więc - westchnął z wymuszonym uśmiechem - co mogę dla was zrobić? 
 - Nie tyle, ile najwidoczniej zrobiłeś dla siebie - odparł kpiąco Moxie. 
 -  Nie  narzekam  -  odpowiedział  Goodgulf.  -  Szczęście  uśmiechnęło  się  do  mnie. 

Poczęstujcie się moim obiadem. 

Moxie juŜ go skończył i właśnie przetrząsał szuflady biurka, szukając zapasów. 
 -  Zaczynamy  się  niepokoić  -  rzekł  Pepsi,  opadając  na  kosztowny  fotel  obity  skórą 

trolla.  -  W  mieście  krąŜą  plotki  o  norkach  i  innych  paskudnych  bestiach  nadciągających  ze 
wschodu.  Nad  naszymi  głowami  zawisła  czarna  chmura,  a  ogłoszono  dwudziesty  czwarty 
stopień zasilania. 

Goodgulf wydmuchnął grube kółko dymu. 
 - To nie są sprawy dla maluczkich - rzekł. - Ponadto podkradacie mi teksty. 
 - A ta czarna chmura? - spytał Pepsi. 
 -  To  tylko  kilka  świec  dymnych,  które  umieściłem  w  Stukaczym  Lesie.  To  zachęca 

obywateli do współpracy. 

 - A pogłoski o najeźdźcach? - nalegał Moxie. 
 - To proste - rzekł Goodgulf. - Sorhed na razie nie zaatakuje Minas Troney, a do tego 

czasu nasi towarzysze ściągną tu posiłki. 

 - A więc na razie nie ma niebezpieczeństwa? - odetchnął Pepsi. 
 - Wierzcie mi - powiedział Goodgulf, wypychając ich za drzwi. - Czarodzieje wiedzą 

o wielu sprawach. 

Niespodziewany  atak  o  świcie  następnego  dnia  zaskoczył  wszystkich  w  Minas 

Troney.  śadne  z  planowanych  fortyfikacji  nie  zostały  jeszcze  ukończone,  a  większości 
robotników i materiałów zamówionych i opłaconych za pośrednictwem biura Goodgulfa nikt 
nigdy  nie  ujrzał  na  oczy.  W  nocy  ogromna  horda  całkowicie  otoczyła  miasto,  a  jej  czarne 
namioty pokryły zieloną murawę niczym stary strup. Wszędzie wokół miasta łopotały czarne 
flagi  z  Czerwonym  Nosem  Sorheda.  Potem,  gdy  pierwsze  promienie  słońca  dotknęły  ziemi, 
czarna armia runęła na mury. 

Setki  norek,  podnieconych  ogromną  ilością  wypitych  jaboli,  rzuciło  się  do  bram.  Za 

nimi maszerowały kompanie trolli - renegatów i górskich pand, pieniąc się z nienawiści. Całe 
brygady  psychotycznych  upiorów  i  goblinów  zawodziły  przeraźliwie  odraŜający  okrzyk 
wojenny.  Za  nimi  maszerowały  kijki  golfowe  z  płaskimi  i  okrągłymi  główkami,  mogące  za 
jednym  morderczym  zamachem  wybić  zastęp  dzielnych  Twodoriańczyków.  Zza  wzgórza 
wyłonił się krwioŜerczy tłum maszynistek oraz cały zespół taneczny June Taylor. Widok zbyt 
okropny, aby go opisać. 

Goodgulf,  Moxie  i  Pepsi  obserwowali  to  z  murów.  Chochliki  były  bardzo 

wystraszone. 

 - Jest ich tak wielu, a nas tak mało! - zawołał Pepsi, bardzo przestraszony. 
 - Dzielne serce starczy za dziesięciu - rzekł Goodgulf. 
 - Jest nas tak mało, a ich tak wielu! - krzyknął Moxie, przestraszony bardzo. 
 -  Pilnowane  mleko  nigdy  nie  kipi;  trzymajcie  fason  -  zauwaŜył  Goodgulf.  -  Gdzie 

kucharek sześć, tam nie ma co jeść. 

Uspokojone  chochliki  załoŜyły  hełmy,  napierśniki,  nagolenniki,  naramienniki  i 

oŜłopały się neospasminy. Oba były uzbrojone w obosieczne noŜe do szatkownicy, o prostych 
i  mocnych  ostrzach.  Goodgulf  załoŜył  stary  strój  płetwonurka  z  najgrubszego  lateksu.  W 
małym, owalnym wizjerze jego hełmu było widać tylko jego równo przystrzyŜoną brodę. W 
ręku  dzierŜył  staroŜytną  i  niezawodną  broń,  zwaną  przez  elfy  półautomatycznym 
Browningiem. 

background image

Pepsi dostrzegł jakiś cień nad głową i wrzasnął. Rozległo się głośne fffssss! i wszyscy 

trzej  ledwie  zdąŜyli  się  pochylić.  Złośliwie  uśmiechnięty  Niezguł  wyprowadził  swego 
czarnego  pelikana  z  lotu  nurkowego.  Nagle  na  niebie  zaroiło  się  od  czarnych  ptaków 
pilotowanych przez Czarnych Jeźdźców w goglach. Skrzydlaci napastnicy śmigali z łopotem 
tu  i  tam,  robiąc  zdjęcia  lotnicze,  zrzucając  na  szpitale,  sierocińce  i  kościoły  swoje  ładunki 
guana.  KrąŜąc  nad  oblęŜonym  miastem,  pelikany  otwierały  zębate  dzioby,  wypluwając 
propagandowe ulotki na niepiśmiennych mieszkańców. 

Jednak  Twodorian  nękano  nie  tylko  z  powietrza.  Oddziały  lądowe  juŜ  szturmowały 

główną bramę i strącały z murów obrońców płonącymi kulami macy oraz dziełami zebranymi 
Le Nina. W powietrzu zrobiło się gęsto od świszczących zatrutych bumerango w i starych jaj. 
Kilka tych ostatnich trafiło w hełm Goodgulfa, powodując cięŜką migrenę. 

W  pewnej  chwili  pierwsze  szeregi  nacierających  rozstąpiły  się  i  chochliki  wydały 

okrzyk  zdumienia.  Do  bramy  przygalopowało  monstrualne  pekari.  Jechał  na  nim  Pan 
Niezguli. Był cały odziany na czarno; skórzaną kurtkę miał obwieszoną cięŜkimi łańcuchami' 
do opon. Ogromna postać zsiadła z wierzchowca, mocno wbijając obcasy oficerek w twardą 
ziemię.  Moxie  dostrzegł  groteskową,  pryszczatą  twarz;  krzywe  zębiska  i  tłuste  bokobrody 
zabłysły, matowo w pełnym słońcu. Wódz szyderczo wykrzywił się do obrońców na murach, 
a  potem  wepchnął  w  nozdrze  czarny,  tandetny  gwizdek  i  dmuchnął,  wydając  przeciągłe, 
rozdzierające uszy blaa! 

Natychmiast  oddział  gremlinów,  na  pół  oszalałych  od  syropu  przeciwkaszlowego, 

podtoczyło  ogromną  smoczycę  na  czarnych  łyŜworolkach.  Jeździec  poklepał  ją  po  rogatym 
pysku  i  wspiął  się  na  jej  łuskowaty  grzbiet,  kierując  uwagę  jednookiej  bestii  na  drewniane 
wrota. Ogromny gad kiwnął łbem i potoczył się ku drewnianej bramie. Twodorianie ze zgrozą 
zobaczyli,  jak  Niezguł  włącza  miotacz  płomieni;  uderzył  ostrogami  boki  potwora,  który 
szeroko otworzył paszczę i czknął donośnie strumieniem płonącego metanu. Wrota stanęły w 
ogniu  i  rozsypały  się  w  popiół.  Norki  natychmiast  przeskoczyły  dogasające  płomienie  i 
wpadły do miasta. 

 - Wszystko skończone! - zaszlochał Moxie. Szykował się do skoku przez mur. 
 - Nie rozpaczaj - rozkazał Goodgulf przez owalne okienko. - Przynieś mi moją białą 

szatę, i to szybko! 

 - Ach! - krzyknął Pepsi. - Biała szata do białej magii! 
 -  Nie  -  rzekł  Goodgulf,  przywiązując  tunikę  do  kija  bilardowego.  -  Biała  szata  na 

białą flagę. 

Gdy  czarodziej  zaczął  rozpaczliwie  wymachiwać  zaimprowizowaną  chorągwią,  z 

zachodu  nadleciał  odgłos  setek  rogów,  któremu  odpowiedziało  równie  wiele  na  wschodzie. 
Silny podmuch uderzył w czarną chmurę i rozgonił ją, a rozchodzący się opar ukazał wielką 
tarczę  z  widocznymi  na  niej  słowami:  UWAGA!  PALENIE  TYTONIU  MOśE  BYĆ 
PRZYCZYNĄ  WIELU  GROŹNYCH  CHORÓB;  skały  rozstąpiły  się,  a  niebo,  choć  bez-
chmurne,  zadudniło,  jakby  tysiąc  akustyków  waliło  w  tysiąc  metalowych  blach.  Ktoś 
wypuścił gołębie. 

Uradowani  Twodorianie  ujrzeli  wielkie  armie  nadciągające  ze  wszystkich  stron 

ś

wiata,  z  orkiestrami  dętymi,  sztucznymi  ogniami  oraz  falami  rozwianych  proporców.  Na 

północy Gimlet wiódł bandę tysiąca krasnoludów; na południu znajoma, przysadzista postać 
Eorache  jechała  na  czele  trzech  tysięcy  berserkerów  na  merynosach;  ze  wschodu  ciągnęły 
dwie wielkie armie, jedna zahartowanych w  bojach  Zielonych Peruczek Farahslaxa, a druga 
Legolama, złoŜona z czterech tysięcy bojowo nastawionych dekoratorek wnętrz. I wreszcie, z 
zachodu,  nadjeŜdŜał  odziany  na  szaro  Arrowroot,  wiodąc  swoich  czterech  weteranów  i 
druŜynę cherlawych skautów. 

Zanim  ktoś  zdąŜyłby  zliczyć  do  trzech,  armie  runęły  na  oblęŜone  miasto  i 

przeraŜonych  wrogów.  Rozgorzała  zacięta  bitwa;  wrogów  sieczono  mieczami  i  tłuczono 

background image

pałkami.  PrzeraŜone  trolle  umknęły  spod  kopyt  rumaków  Roi  -  Tannerów  tylko  po  to,  aby 
paść  pokotem  pod  ciosami  krasnoludzich  kilofów  i  szpadli.  Trupy  norek  i  upiorów  gęsto 
zasłały  ziemię,  Pan  Niezguli  zaś  został  otoczony  przez  rozzłoszczone  elfy,  które  wydrapały 
mu oczy i tarmosiły za włosy, aŜ z rozpaczy rzucił się na własny miecz. Czarne pelikany i ich 
niezgulich pilotów strącono za pomocą przeciwlotniczych rakiet do tenisa, a smoczyca została 
przyparta do muru przez skautów, którzy zasypali ją strzałami z gumowymi przyssawkami, aŜ 
całkiem załamała się nerwowo i z głośnym łomotem padła na ziemię. 

Tymczasem  rozochoceni  Twodorianie  zbiegli  z  murów  i  uderzyli  na  bestie,  które 

wtargnęły  do  miasta.  Moxie  i  Pepsi  sięgnęli  po  swoje  ostrza  do  szatkownicy  i  zaczęli 
wymachiwać  nimi  z  niezwykłą  wprawą.  Niebawem  Ŝaden  poległy  nieprzyjaciel  nie  miał 
swojego nosa. Goodgulf zajął się podstępnym duszeniem norek za pomocą gumowego węŜa 
powietrznego,  a  Arrowroot  zapewn  robił  coś  niezwykle  odwaŜnego.  Jednak  kiedy  później 
wypytywano go o bitwę, dawał dość niejasne odpowiedzi. 

W  końcu  zabito  ostatnich  nieprzyjaciół,  a  nieliczni,  którzy  zdołali  wyrwać  się  ze 

ś

miercionośnego  okrąŜenia,  zostali  szybko  dogonieni  przez  Roi  -  Tannerów  i  zatłuczeni 

zmiotkami  do  kurzu.  Trupy  norek  ułoŜono  w  wielkie  stosy.  Goodgulf  z  satysfakcją  kazał je 
zapakować  i  odesłać  do  Fordoru.  Za  zaliczeniem  pocztowym.  Twodorianie  zaczęli  zmywać 
wodą  z  węŜy  brudne  blanki,  a  jeszcze  ciepłe  cielsko  smoka  odwieziono  do  królewskich 
kuchni na wieczorną ucztę zwycięzców. 

Jednak  nie  wszystko  potoczyło  się  tak  dobrze.  Poległo  wielu  dobrych  i  dzielnych 

męŜów:  bracia  Beton  i  Baton,  oraz  wuj  Eorache,  szacowny  Eordrum.  Krasnoludy  i  elfy 
równieŜ poniosły straty, tak więc smutne Ŝałobne pienia mieszały się z okrzykami radości. 

ChociaŜ  przywódcy  z  przyjemnością  zebrali  się  po  bitwie,  i  oni  nie  uniknęli 

dotkliwych  strat.  Farahslax,  syn  Beneluksa  i  brat  Bromosela,  utracił  cztery  palce  i  miał 
skaleczony  brzuch.  Piękna  Eorache  miała  pocięte  potęŜne  bicepsy  i  brutalnie  rozbito  jej 
obydwa  monokle.  Moxie  i  Pepsi  stracili  w  utarczce  po  kawałku  prawego  ucha,  a  Legolam 
zwichnął sobie lewą nogę. Jajowata czaszka Gimleta została lekko spłaszczona zamaszystym 
ciosem, lecz zdarta z przeciwnika skóra, którą teraz nosił w charakterze prochowca, dobitnie 
ś

wiadczyła  o  wyniku potyczki.  Ostatni  kuśtykał Goodgulf,  podtrzymywany  przez  StraŜnika, 

który jakimś cudownym zrządzeniem losu nie odniósł Ŝadnych obraŜeń. Biała tunika starego 
czarodzieja była mocno postrzępiona, kurtka w stylu Nehru bardzo poplamiona na przedzie, a 
wysokie  buty  beznadziejnie  zniszczone.  Prawą  rękę  trzymał  na  temblaku  dopasowanym 
kolorem  do  reszty  stroju,  lecz  gdy  później  zaczął  zakładać  nań  drugą  rękę,  jego  ranę 
potraktowano mniej powaŜnie. 

Przy powitaniu popłynęły rzęsiste łzy. Nawet Gimlet i Legolam zdołali powściągnąć 

wrogie  uczucia,  ograniczając  się  do  jednego  czy  dwóch  obscenicznych  gestów.  Było  wiele 
ś

miechu i uścisków, szczególnie między Arrowrootem a Eorache. Jednak Arrowroot nie był 

ś

lepy i zauwaŜył ukradkowe spojrzenia, jakie wymieniła piękna owczarka z przedstawianym 

jej Farahslaxem. 

 -  A  ten  bohater  -  rzekł  w  końcu  Goodgulf  do  Arrowroota  -  to  dzielny  Farahslax, 

prawy dziedzic tronu Twodoru. 

 -  Czarujący,  naprawdę  -  odparł  lodowato  Arrowroot,  jednocześnie  potrząsając  ręką 

wojownika i nadeptując mu na zranioną nogę. - Ja jestem Arrowroot z Arrowshirtów, prawy 
syn  Araplane  i  prawdziwy  król  całego  Twodoru.  Poznałeś  juŜ  piękną  Eorache,  moją 
narzeczoną i królową! 

Nacisk, z jakim StraŜnik wygłosił to formalne powitanie, nie pozostał nie zauwaŜony. 
 -  Witam  i  pozdrawiam  -  odparł  Zielona  Peruczka.  -  Niechaj  twe  panowanie  i 

małŜeństwo będzie równie długie jak twe Ŝycie. 

Uścisnął rękę Arrowroota, miaŜdŜąc mu palce. Obaj spojrzeli na siebie z nie skrywaną 

nienawiścią. 

background image

 - Chodźmy do lecznicy - rzekł w końcu Arrowroot, oglądając zgniecione palce - gdyŜ 

wiele jest ran, które muszę opatrzyć. 

Zanim doszli do pałacu, wiele sobie powiedzieli. Goodgulfowi gorąco pogratulowano, 

Ŝ

e swoją flagą dał sygnał do ataku. Wielu podziwiało jego mądrość, dzięki której przewidział, 

iŜ  pomoc  nadchodzi,  lecz  w  tej  kwestii  Czarodziej  zachowywał  dziwno  milczenie. 
Wszystkich  zasmuciło  to,  Ŝe  Birdseye  nie  moŜe  dzielić  z  nimi  radości  zwycięstwa,  gdyŜ 
zielony olbrzym i jego wierne Vee - Ates w drodze powrotnej z Isinglassu wpadły w zasadzkę 
zastawioną przez hordę straszliwych królików - wampirów Sorheda. Z ich potęŜnej armii nie 
pozostała  nawet  łodyŜka.  Moxie  i  Pepsi  szczerze  opłakali  utratę  ponętnych  marchewek  i  z 
rozpaczy wycięli kilka hołubców. 

 - A teraz - rzekł Arrowroot, zapędzając rannych wojowników do betonowego bunkra 

- odpocznijmy w... ehm... w lecznicy, gdzie uwolnimy się od wszelkich zmartwień. 

Spojrzał znacząco na Farahslaxa. 
 -  Lecznicza  -  szmocznicza,  nicz  nam  nie  jeszt  -  spierała  się  Eorache,  patrząc  na 

Farahslaxa jak pies na soczysty kawał pieczeni. 

 - Róbcie, co mówię - rozkazał Arrowroot, tupiąc nogą. Towarzysze protestowali, ale 

usłuchali, Ŝeby nie ranić jego uczuć. W środku Arrowroot załoŜył biały fartuch i plastykowy 
stetoskop,  po  czym  zaczął  biegać  tu  i  tam,  zajmując  się  pacjentami.  Farahslaxa  umieścił  w 
osobnym pokoju, daleko od innych. 

 - Steward Twodoru zasługuje na wszystko, co najlepsze - wyjaśnił. 
Wkrótce wszyscy zostali opatrzeni, oprócz nowego Stewarda. Arrowroot stwierdził, iŜ 

Farahslaxowi  się  pogorszyło  i  konieczna jest  natychmiastowa  operacja.  Spotkają  się  później 
na uczcie zwycięzców. 

Biesiada  w  głównym  bufecie  pałacu  Beneluksa  była  niezwykłym  wydarzeniem. 

Goodgulf  odkrył  ogromne  zapasy  smakołyków;  przypadkiem  uprzednio  wszystkie  były  z 
rozkazu Czarodzieja racjonowane. Całe jardy serpentyn z bibułki oraz tandetnych lampionów 
budziły  podziw  gości.  Goodgulf  wynajął  orkiestrę  trolli,  którzy  przygrywali  gościom  z 
niskiego podium zbudowanego ze starych skrzynek po  pomarańczach i wszyscy pili do woli 
sztuczne miody. Potem wszyscy - rozgrzane elfy, pijane krasnoludy, zataczający się ludzie i 
tłum nie proszonych gości - potoczyli się ze swymi wyładowanymi tacami do długiego stołu 
bankietowego i zaczęli się opychać, jakby to była ich ostatnia wieczerza. 

 -  Nie  są  tacy  głupi,  jak  wyglądają  -  wymamrotał  Goodgulf  do  siedzącego  po  jego 

lewej ręce Legolama. 

Czarodziej,  pięknie  przystrojony  w  czyste  szaty,  rozsiadł  się  na  honorowych 

składanych krzesełkach u szczytu stołu wraz z chochlikami. Tylko nieobecność Farahslaxa i 
Arrowroota mąciła uroczysty nastrój. 

 -  Tak  myślisz...  gdzie  się  podziali?  -  zapytał  w  końcu  Moxic,  przekrzykując  szczęk 

tac i plastykowych sztućców. 

Otrzymał  odpowiedź,  przynajmniej  połowiczną,  gdy  wahadłowe  drzwi  sali 

bankietowej otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich krwawa, okropna postać. 

 - Stomper! - zawołał Pepsi. 
Setki gości przestały się obŜerać. Przed nimi stał Arrowroot, nadal w swoim fartuchu, 

zakrwawionym od stóp  do głów. Miał jedną rękę owiniętą bandaŜem i paskudny siniak pod 
okiem. 

 - Was ist? - spytała Eorache. - GdŜe der pszystojny 
Farahslaxer? 
 -  Biada  -  westchnął  StraŜnik.  -  Nie  masz  juŜ  Farahslaxa.  Ze  wszystkich  sił 

próbowałem go wyleczyć, ale na próŜno. Jego rany były liczne i głębokie. 

 -  Czo  szę  s  nim  ształo?  -  zaszlochała  Roi  -  Tannerka.  -  Był  sztruf,  gdy  my 

odchodzycz. 

background image

 -  Śmiertelne  otarcia  i  kontuzje  -  odparł  Arrowroot,  ponownie  wzdychając.  -  Z 

komplikacjami. Miał kompletnie poprzecinany naskórek, biedaczek. Nie miał Ŝadnych szans. 

 - Przysiągłbym, Ŝe nie miał Ŝadnych innych obraŜeń oprócz guza na głowie - mruknął 

Legolam, zasłaniając usta rękawem. 

 -  Tak  -  rzekł  Arrowroot,  obrzucając  elfa  miaŜdŜącym  spojrzeniem  -  tak  mogło  się 

wydawać  komuś  nie  obeznanemu  ze  sztuką  medyczną.  Jednak  ten  guz,  fatalny  guz,  był 
powodem  jego  śmierci.  Miał  wodogłowie.  W  dziewięćdziesięciu  procentach  śmiertelne. 
Musiałem amputować. To smutne, bardzo smutne. 

Arrowroot  ze  smutną  miną  podszedł  do  swojego  składanego  krzesełka.  Jakby  na 

umówiony  sygnał  kilka  podejrzanie  wyglądających  skrzatów  zerwało  się  na  równe  nogi  i 
zawołało: 

 - Nie ma juŜ ostatniego Stewarda! Niech Ŝyje Arrowroot z Arrowshirt, król Twodoru! 

Niech Ŝyje! 

Stomper  dotknął  palcami  ronda  swego  kapelusza,  skromnie  uznając  nowego  władcę 

Twodoru,  a  Eorache,  wyczuwając,  skąd  wieje  wiatr,  z  przekonującym  piskiem  radości 
zarzuciła  ramiona  na  szyję  nowego  króla.  Pozostali  goście,  zbyt  zmieszani  lub  pijani, 
powtórzyli ten okrzyk tysiąckrotnym echem. 

Jednak nagle, gdzieś w głębi komnaty, ozwał się jakiś piskliwy głos. 
 - Nie! Nie! - zapiszczał. 
Arrowroot uwaŜnie spojrzał po gościach i pijacki gwar ucichł. Na samym końcu stołu 

siedziała  przysadzista  postać  z  czarną  opaską  na  nosie,  cała  odziana  w  zieleń.  To  był 
Magnavoks, przyjaciel nieodŜałowanego Farahslaxa. 

 - Mów - rozkazał Arrowroot, mając nadzieję, Ŝe tamten nie usłucha. 
 -  Gdybyś  był  prawdziwym  królem  Twodoru  -  wybełkotał  Magnavoks  -  wypełniłbyś 

przepowiednię  i  zniszczyłbyś  naszych  wrogów.  Musisz  -  sz  to  zrobić,  zanim  będziesz  -  sz 
królem. 

MIMSZ 

-

 SZ 

tego dokonać. 

Chciałbym to widzieć - zachichotał Gimlet. Arrowroot zamrugał niespokojnie. 
 - Wrogów? PrzecieŜ wszyscy jesteśmy przyjaciółmi... 
 -  Ciii!  -  upomniał  go  Goodgulf.  -  A  Sorhed?  Fordor?  Niezgule?  A  dobrze  -  wiesz  - 

co? 

Stomper nerwowo przygryzł wargę i zamyślił się. 
 - No cóŜ, chyba musimy pomaszerować na Sorheda i rzucić mu wyzwanie. 
Goodgulfowi  opadła  szczęka  ze  zdumienia,  jednak  zanim  zdąŜył  udusić  Stompera, 

Eorache wskoczyła na stół. 

 - Tak jeszt! My ruszycz na Szorheda i sałatfycz go gut! 
Wrzaski Goodgulfa utonęły w ryku aprobaty wzniesionym przez pijany tłum. 
Następnego  ranka  armie  Twodoru  pomaszerowały  na  wschód,  słaniając  się  pod 

brzemieniem długich lanc, ostrych mieczów i potwornego kaca. Tysiące wojowników wiódł 
Arrowroot,  który  chwiał  się  w  siodle,  tuląc  do  piersi  bukłak  z  kefirem.  Goodgulf,  Gimlet  i 
pozostali jechali obok niego, modląc się, aby śmierć przyszła szybko, bezboleśnie, a najlepiej 
po kogoś innego. 

Przez  wiele  godzin  armie  toczyły  się  naprzód,  wojenne  rumaki  pobekiwały  pod 

cięŜarem  jeźdźców,  a  Ŝołnierze  pod  cięŜarem  okładów  z  lodu.  W  miarę  jak  zbliŜali  się  do 
Czarnych  Wrót  Fordoru,  wszędzie  było  widać  zniszczenia  wojenne:  powywracane  wozy, 
splądrowane  i  spalone  wsie  oraz  miasta,  ślicznotki  na  tablicach  reklamowych  ozdobione 
domalowanymi wąsami. 

Arrowroot,  marszcząc  brwi,  spoglądał  na  ruiny  tego,  co  niegdyś  było  cudownym 

zakątkiem. 

 -  Spójrzcie  na  ruiny  tego,  co  niedawno  było  kwitnącą  krainą  -  zawołał,  o  mało  nie 

spadając ze swego rumaka. - Po powrocie będziemy mieli co sprzątać. 

background image

 -  Jeśli  w  ogóle  wrócimy  -  rzekł  Gimlet  -  osobiście  wyczyszczę  to  wszystko 

szczoteczką do zębów. 

Król przybrał mniej więcej siedzącą pozycję. 
 - Nie lękajcie się, silna bowiem i odwaŜna jest nasza armia. 
 - Miejmy nadzieję, Ŝe nie otrzeźwieje, zanim tam dotrzemy - mruknął Gimlet. 
Gimlet  miał  niewątpliwie  rację,  gdyŜ  armia  zwolniła  tempo  marszu,  a  oddział  Roi  - 

Tanerów, których Stomper wysłał po maruderów, nie wracał juŜ od kilku godzin. 

W  końcu  Arrowroot  postanowił  połoŜyć  kres  biadoleniom,  zawstydzając  swych 

tchórzliwych wojowników. Nakazawszy heroldowi zadąć w róg, rzekł: 

 -  Ludu  Zachodu!  Bitwa  pod  Czarnymi  Wrotami  Sorheda  będzie  walką  nielicznych 

przeciw wielu; jednak ci nieliczni mają czyste serca, a tych wielu to  śmiecie. Mimo to, jeśli 
któryś z was chce zawrócić i uniknąć walki, moŜe to zrobić, przyspieszając w ten sposób nasz 
pochód. Ci, którzy pozostaną z królem Twodoru, Ŝyć będą wiecznie w pieśniach i legendach! 
Pozostali mogą odejść. 

Powiadają, iŜ chmura kurzu nie opadała przez kilka dni. 
 -  Naprawdę,  niewiele  brakowało  -  powiedział  Spam,  nadal  drŜąc  na  wspomnienie 

niedawnej ucieczki z paszczy Stupory. Frito lekko skinął głową, ale nadal nie miał pojęcia, co 
właściwie zaszło. 

Przed nimi wielkie, słone połacie Fordoru rozpościerały się aŜ do podnóŜa wielkiego 

kreciego kopca, na którym wznosił się Bardakh, wysokogórska główna kwatera Sorheda. Cała 
równina  była  usiana  koszarami,  placami  defilad  i  parkingami.  Tysiące  norek  uwijało  się 
gorączkowo,  kopiąc  rowy  i  znów  je  zakopując, oraz  skrobiąc  ziemię  ogromnymi  Ŝyletkami. 
W  oddali  Otchłanie  Zazu,  Czarna  Dziura,  wysyłała  w  powietrze  nad  Fordorem  spopielałe 
resztki setek roczników “National Geographic". TuŜ przed nimi, u stóp urwiska, czarny staw 
gęstej smoły bulgotał hałaśliwie, od czasu do czasu wydając donośne czknięcie. 

Frito stał tam przez długi czas, zerkając przez palce na odległy, dymiący wulkan. 
 - Daleka jest droga do Czarnej Dziury - rzekł, dotykając Pierścienia. 
 - Ty mieć racja, bwana - powiedział Spam. 
 - Ten smolny staw trochę przypomina Czarną Dziurę - stwierdził Frito. 
 - Okrągły - przyznał Spam. - Otwarty. Głęboki. 
 - Ciemny - dodał Frito. 
 - Czarny - stwierdził Spam. 
Frito zdjął z szyi łańcuch z Pierścieniem i w zadumie zakręcił nim nad głową. 
 - OstroŜnie, panie Frito - ostrzegł Spam, daremnie usiłując złapać go za rękę. 
 -  Jasne  -  odparł  Frito,  podrzucając  Pierścień  w  powietrze  i  zręcznie  łapiąc  go  za 

plecami. 

 - To bardzo ryzykowne - orzekł Spam, po czym podniósł spory kamień i rzucił go na 

ś

rodek stawu, gdzie głaz zatonął z wilgotnym plaśnięciem. 

 -  Szkoda,  Ŝe  nie  mamy  kotwicy,  Ŝeby  przytwierdzić  go  bezpiecznie  do  dna  -  rzekł 

Frito, nadal wywijając łańcuchem. - Wypadki chodzą po ludziach. 

 -  Jednak  na  wszelki  wypadek...  -  mamrotał  Spam,  daremnie  szukając  w  kieszeniach 

jakiegoś cięŜkiego przedmiotu. - Przydałoby się coś cięŜkiego - mruczał. 

 - Cześć - odezwał się szary kształt za ich plecami. - Kopę lat! 
 - Goddam, ty stary trepie - warknął Spam, upuszczając monetę pod nogi Goddama. 
 - Świat jest mały - rzekł Frito, chowając w dłoni Pierścień i poklepując zaskoczonego 

stwora po grzbiecie. - Patrz! - zawołał, wskazując na puste niebo. - Skrzydła Zwycięstwa pod 

Samotraką. 
Gdy Goddam popatrzył w górę, Frito pospiesznie załoŜył mu łańcuch na szyję. 
 - Hej! - zawołał Spam. - Miedziak z 1927 roku, z głową Indianina! 
Po czym opadł na czworaki przed Goddamem. 

background image

 - Oopla! - powiedział Frito. 
 - Aaaaa! - dodał Goddam. 
 - Plusk! - odparł smolny staw. 
Frito  głęboko  odetchnął  i  oba  chochliki  poŜegnały  się  z  Pierścieniem  oraz  jego 

balastem.  Kiedy  umykały,  ile  sił  w  nogach,  z  czarnej  toni  dobył  się  głośny  bulgot  i  ziemia 
zadrŜała.  Skały  pękły  i  ziemia  rozwarła  się  tuŜ  pod  ich  nogami,  ku  ogromnemu  strapieniu 
chochlików.  Czarne  wieŜe  w  oddali  zaczęły  się  chwiać  i  Frito  ujrzał,  jak  biura  Sorheda  w 
Bardakhu rozsypały się z łoskotem, tworząc stertę betonu i stali. 

 - Teraz juŜ nie buduje się tak jak kiedyś - zauwaŜył Spam, uskakując przed spadającą 

chłodziarką. 

Wokół chochlików pojawiły się ogromne szczeliny, odcinając im drogę ucieczki. Cała 

kraina  zdawała  się  wić  i  jęczeć  z  głębi  trzewi,  które  w  końcu  oŜyły  po  eonach  bezruchu. 
Ziemia przechyliła się pod dziwnym kątem i chochliki zaczęły się zsuwać w przepaść pełną 
starych Ŝyletek i potłuczonych butelek po winie. 

 - Ciao! - pomachał Spam Fritowi. 
 - W takiej chwili? - szlochał Frito. 
Nagle tuŜ nad głowami ujrzeli jakiś błysk. Na niebie pojawił się ogromny orzeł, gęsto 

upierzony i ufarbowany na róŜowo. Na jego boku złote litery tworzyły napis:  

DEUS EX MACHINA AIRLINES. 
Frito krzyknął z radości, gdy wielki ptak opadł niŜej i porwał ich obu z objęć pewnej 

ś

mierci w objęcia szponiastych łap. 

 - Jestem Gwahno - rzekł orzeł, gdy wzlatywali wysoko nad rozpadającą się ziemię. - 

Usiądźcie gdzieś. 

 - W jaki...? - zaczął Frito. 
 - Nie teraz, stary - warknął ptak. - Muszę ułoŜyć plan lotu z tego szamba. 
PotęŜne skrzydła uniosły ich na zapierającą dech w piersi wysokość i Frito patrzył z 

podziwem  na  wstrząsaną  konwulsjami  ziemię  w  dole.  Czarne  rzeki  Fordoru  wiły  się  jak 
dŜdŜownice,  ogromne  kontury  lodowców  ślizgały  się  na  pustych  równinach,  a  góry  grały  w 
kucanego berka. 

Na  moment  przed  tym,  zanim  Gwahno  zaczął  skręcać,  Fritowi  zdawało  się,  Ŝe 

dostrzega  jakiś  wielki,  ciemny  kształt  o  barwie  i  kształcie  puddingu,  umykający  za  góry  z 
saganem skarpetek do prania. 

Wspaniała armia, która ostatecznie stanęła u Czarnych Wrót, była nieco mniej liczna 

niŜ na początku. Ściśle mówiąc, liczyła siedem osób i byłaby jeszcze mniejsza, gdyby siedem 
merynosów nie wyrwało się swoim jeźdźcom. Arrowroot ostroŜnie spojrzał na Czarne Wrota 
Fordoru.  Były  kilkakroć  wyŜsze  od  człowieka  i  pomalowane  na jaskrawoczerwono.  Na  obu 
połówkach widniał napis WYJŚCIE. 

 - Wyłonią się stamtąd - wyjaśnił Arrowroot. - Rozwińmy nasz sztandar. 
Goodgulf posłusznie wykonał polecenie, przywiązując białą szatę do kija. 
 - PrzecieŜ to nie jest nasza chorągiew - zdumiał się Arrowroot. 
 - Chcesz się załoŜyć? - spytał Gimlet. 
 - Lepszy juŜ Sorhed niŜ rozbity łeb - stwierdził Goodgulf, przemieniając swój miecz 

w lemiesz. 

Nagle Arrowroot wytrzeszczył oczy. 
 - Patrzcie! - zawołał. 
Na czarnych wieŜach załopotały czarne flagi, a wrota otwarły się jak okropna paszcza, 

wypluwając swój ładunek zła. Wytoczyła się z niej armia, jakiej nie widział świat. Zza bramy 
wypadło sto tysięcy oszalałych norek wymachujących łańcuchami rowerowymi i łyŜkami do 
opon, za nimi zaślinione dywizje wyłupiastookich maszkar, zidiociałych zombi i cierpiących 
na nosaciznę wilkołaków. U ich boku  maszerowało osiem tuzinów cięŜkozbrojnych gryfów, 

background image

trzy tysiące idących gęsiego mumii i kolumna zmotoryzowanych bałwanów na bobslejach; a 
ponadto  sześć  kompanii  morderczych  dŜinów,  osiemdziesięciu  oszalałych  z  pragnienia 
wampirów  w  białych  krawatach  i  Upiór  z  Opery.  Nad  nimi  niebo  pociemniało  od  czarnych 
sylwetek straszliwych pelikanów, much wielkości cięŜarówki oraz Rodana - Ptaka Śmierci. Z 
portali  wylewały  się  kolejne  zastępy  nieprzyjaciół  w  róŜnych  postaciach  i  rozmiarach, 
włącznie  z  sześcionogim  diplodokiem,  Potworem  z  Loch  Ness,  King  Kongiem,  Godzillą, 
Potworem  z  Czarnej  Laguny,  Bestią  o  Tysiącu  Oczach,  Mózgiem  z  Planety  Arous,  trzema 
podgromadami  ogromnych  owadów,  Rzeczą,  Tym,  Ona,  Nimi  oraz  Plazmą.  Tupot  ich  nóg 
mógłby obudzić zmarłego, gdyby ci nie zamykali pochodu. 

 -  Baczcie  -  ostrzegł  Stomper.  -  Nieprzyjaciel  nadciąga.  Goodgulf  Ŝelazną  dłonią 

chwycił  go  za  rękaw,  a  pozostali  przycisnęli  się  do  nich  w  ostatnim,  drŜącym  poŜegnaniu 
przed nadchodzącą rzezią. 

 -  No,  my  mófycz  pa  -  pa  -  powiedziała  Eorache,  miaŜdŜąc  Arrowroota  w  ostatnim, 

czułym uścisku. 

 - śegnajcie - wyrzęził Arrowroot. - Umrzemy jak bohaterowie. 
 - MoŜe - zaszlochał Moxie - spotkamy się w jakimś lepszym miejscu. 
 - To nie będzie trudne - przytaknął Pepsi, spisując ostatnią wolę. 
 - Na razie, pokurczu - rzekł Legolam do Gimleta. 
 - Do widzenia, świrze - odparł krasnolud. 
 - Baczcie! - wykrzyknął Arrowroot, podnosząc się z klęczek. 
 - JeŜeli powie to jeszcze raz - mruknął Gimlet - sam go wypatroszę. 
Jednak  oczy  wszystkich  skierowały  się  tam,  gdzie  wskazywał  drŜący  paluch  króla  - 

StraŜnika.  Niebo  zasnuło  się  jasnym,  purpurowobrązowym  smogiem,  a  nagły  podmuch 
wichru  przyniósł  dziwne  pobekiwanie,  wydawane  przez  niektóre  Pierścienie,  kiedy  oddaj  ą 
ducha.  Czarne  szeregi  zwolniły  marsz,  przystanęły  i  zaczęły  się  cofać.  Nagle  w  górze 
podniósł się rozpaczliwy krzyk i czarne pelikany zaczęły spadać z nieba, a ich Czarni Jeźdźcy 
rozpaczliwie targali wodze. Hordy norek wrzasnęły, rzuciły łyŜki do opon i co sił w nogach 
pomknęły  w  kierunku  otwartej  bramy.  Kiedy  jednak  norki  oraz  ich  pokryci  łuskami 
sprzymierzeńcy wrócili za mury, nagle - jak za dotknięciem czarodziejskiej róŜdŜki - zmienili 
się w kupki czosnku. Straszliwa armia zniknęła i pozostało po niej tylko kilka białych myszek 
oraz rozmiękła dynia. 

 - Nie masz juŜ armii Sorheda! - zawołał Arrowroot, w lot pojmując sytuację. 
Nagle  czarny  cień  przeleciał  nad  równiną.  Podniósłszy  głowy,  ujrzeli,  jak  wielki 

róŜowy  orzeł  kołuje  nad  polem  bitwy,  podchodzi  do  lądowania  i  wykonuje  prawidłowe 
trzypunktowe przyziemienie, przynosząc dwóch obdartych, lecz znajomych pasaŜerów. 

 - Frito! Spam! - zawołała cała siódemka. 
 -  Goodgulf!  Arrowroot!  Moxie!  Pepsi!  Legolam!  Gimlet!  Eorache!  -  zakrzyknęły 

chochliki. 

 - Skończcie z tym - warknął Gwahno Pan Wichrów. - JuŜ mam opóźnienie. 
Reszta kompanii wraz Eorache z ulgą wdrapała się na szeroki grzbiet orła, nie mogąc 

się doczekać, kiedy zobaczą Minas Troney. Wielki ptak śmignął po równinie i otrząsnąwszy 
trochę lodu z piór ogona, niezgrabnie wzbił się w powietrze. 

 -  Zapiąć  pasy  -  ostrzegł  Gwahno,  oglądając  się  przez  skrzydło  na  Arrowroota  -  i 

korzystać z papierowych torebek. Po to one są, koleś. 

Wędrowcy,  znów  razem,  poszybowali  wysoko  w  niebo  i  chwycili  sprzyjający 

zachodni  wiatr,  który  w  kilku  krótkich  powiewach  zaniósł  ich  nad  piękne  miasto  Minas 
Troney. 

 - Mamy dziś miły wiatr w ogon - mruknął Gwahno. PrzeciąŜony orzeł złoŜył skrzydła 

i wylądował awaryjnie przed samą bramą siedmiopierściennego miasta. 

ZnuŜeni,  lecz  zadowoleni  wędrowcy  zeszli  z  ptasiego  grzbietu  i  przyjęli  radosne 

background image

owacje  zebranych  tłumów,  które  ze  łzami  w  oczach  obsypywały  ich  opakowaniami  po 
papierosach i chrupkach. Jednak Arrowroot nie zwracał uwagi na te wiwaty; nadal korzystał 
ze  swojej  torebki.  Pomimo  to  grupka  przystojnych  elfek  dopadła  cierpiącego  StraŜnika  i 
nałoŜyła mu pyszną koronę z czystego aluminium wysadzanego lśniącymi szkiełkami. 

 - To korona! - zawołał Frito. - Korona Lafressera! 
Wtedy elfowe ślicznotki wepchnęły Stomperowi w dłoń obtłuczone berło i zarzuciły 

mu  na  ramiona  wyszywaną  błyskotkami  królewską  szatę.  Arrowroot  otworzył  usta,  lecz 
korona  zsunęła  mu  się  z  czoła,  kneblując  usta  i  uniemoŜliwiając  wygłoszenie  powitalnej 
przemowy. Rozradowane tłumy uznały to za dobry omen i rozeszły się do domów. Arrowroot 
obrócił  się  do  Frita  i  rozpromienił.  Frito  skłonił  się  nisko  na  to  nieme  podziękowanie,  lecz 
wciąŜ marszczył brwi, myśląc o czymś innym. 

 -  Zniszczyłeś  Wielki  Pierścień,  zaskarbiając  sobie  wdzięczność  całego  Śródziemia 

Dolnego - rzekł Goodgulf, poklepując wesoło sakiewkę Frita. - Za twój heroizm spełnię jedno 
twoje Ŝyczenie. Proś, o co chcesz. 

Frito stanął na palcach i szepnął coś do ucha dobrego starego czarodzieja. 
 - Kawałek dalej, po lewej - wskazał mu Goodgulf. - Na pewno trafisz. 
I  tak  Wielki  Pierścień  został  zniszczony,  a  moc  Sorheda  złamana  na  zawsze. 

Arrowroot z Arrowshirt i Eorache wkrótce wzięli ślub, a stary Czarodziej przepowiedział,  Ŝe 
niebawem  ośmiu  potomków  w  monoklach  i  hełmach  zacznie  łamać  pałacowe  meble. 
Zadowolony  z  wróŜby  król  uczynił  Goodgulfa  Czarodziejem  bez  Teki  w  nowo  podbitych 
ziemiach  Fordoru  i  wyznaczył  mu  spory  fundusz  reprezentacyjny,  o  ile  stary  oszust  nie 
zechce  wrócić  do  Twodoru.  Krasnoludowi  Gimletowi  Arrowroot  sprzedał  po  cenie  złomu 
nadwyŜki  machin  wojennych  Sorheda;  Legolamowi  dał  prawo  przemianować  Chikken 
Noodul na “Ringland" oraz koncesję na handel pamiątkami w Otchłaniach Zazu. I wreszcie, 
cztery  chochliki  obdzielił  Królewskim  Uściskiem  Dłoni  oraz  biletami  na  przelot  w  jedną 
stronę  na  grzbiecie  Gwahno  do  Bagna.  O  Sorhedzie  zaginął  wszelki  słuch,  a  gdyby  wrócił, 
Arrowroot  obiecał  go  ułaskawić  i  dać  kierownicze  stanowisko  w  wojskowych  laboratoriach 
badawczych  Twodoru.  O  Ballhogu  i  Stuporze  równieŜ  niewiele  słychać,  chociaŜ  miejscowi 
plotkarze twierdzą, iŜ za kilka stuleci odbędzie się ich ślub. 

 

background image

STRASZLIWE ZAKOŃCZENIE 
 
 
Niedługo po koronacji Stompera Frito, jeszcze odziany w wystrzępiony płaszcz elfów, 

ze  znuŜeniem  truchtał  znajomą  krowią  ścieŜką  do  Bug  Endu.  Lot  był  krótki  i  oprócz  kilku 
obszarów  podwyŜszonej  turbulencji  oraz  zderzeń  ze  stadami  migrujących  flamingów, 
przebiegł zupełnie spokojnie. 

W Chochlikowie panował straszny bałagan. Sterty nie wywiezionych śmieci zalegały 

błotniste  ulice,  a  niesforna  chochlikowa  dzieciarnia  zdołała  zapaskudzić  wszystko  dookoła; 
nikt  nie  pofatygował  się  posprzątać  po  przyjęciu  Dilda.  Frito  z  dziwną  przyjemnością 
stwierdził, Ŝe tak mało się zmieniło podczas jego nieobecności. 

 - WyjeŜdŜałeś? - zachrypiał znajomy głos. 
 -  Tak  -  odparł  Frito,  opluwając  starego  Wargacza  w  tradycyjnym  chochlikowym 

powitaniu. - Wracam do domu z Wielkiej Wojny. Zniszczyłem Wielki Pierścień i pokonałem 
Sorheda, niegodziwego władcę dalekiego Fordoru. 

 - Akurat - prychnął Wargacz, starannie szukając czegoś w nosie, - Zastanawiam się, 

skąd ci się biorą te poronione pomysły. 

Frito  wszedł  do  swojej  nory,  brnąc  do  drzwi  przez  sterty  korespondencji  i  butelek  z 

mlekiem.  Znalazłszy  się  wewnątrz,  bezskutecznie  przeszukał  lodówkę  i  poszedł  do  swojej 
jaskini, aby rozpalić ogień. Potem cisnął w kąt płaszcz elfów i z westchnieniem ulgi opadł w 
miękki fotel. Wiele widział, a teraz był w domu. W tym momencie usłyszał ciche pukanie do 
drzwi. 

 -  Do  licha  -  mruknął,  wyrwany  z  zadumy.  -  Kto  tam?  Nie  było  odpowiedzi;  tylko 

kolejne, bardziej natarczywe pukanie. 

 - Dobra, dobra, juŜ idę! 
Frito podszedł do drzwi i otworzył je. 
Na  progu  ujrzał  dwadzieścia  trzy  grające  na  lirach  nimfy  w  przezroczystych 

spodniumach,  skulone  w  złotym  kanoe  unoszącym  się  na  chłodnej  mgle  ze  stu  gaśnic 
przeciwpoŜarowych,  z  załogą  złoŜoną  z  tuzina  podchmielonych  koboldów  w  błyszczących 
koszulach i obszywanych frędzlami spodniach. Przed Fritem stała dwunastostopowa zjawa w 
czerwonej  satynie,  wyszywanych  klejnotami  butach  do  konnej  jazdy,  dosiadająca  opasłego, 
blado - niebieskiego jednoroŜca. Wokół trzepotały skrzydlate Ŝaby, miniaturowe walkirie oraz 
latający  kaduceusz.  Wysoka  postać  wyciągnęła  do  Frita  sześciopalczastą  dłoń,  w  której 
trzymała bransoletę identyfikacyjną z dziwnymi znakami, wyraźnie emanującą złowrogą siłę. 

 - O ile wiem - rzekł powaŜnie przybysz - podejmujesz misje. 
Frito  zatrzasnął  drzwi  przed  nosem  zdziwionego  widma,  zaryglował  je, 

zabarykadował i zamknął, na wszelki wypadek  połykając klucz. Potem wrócił do kominka i 
zapadł w miękki fotel. Zaczął rozmyślać o czekających go latach cudownej nudy. MoŜe ajmie 
się układankami.