background image

 

Lilian Jackson Braun 

 

Kot, który wiedział i inne 

opowiadania 

 

 

Kot tom 30. 

Przełożył Stanisław Kroszczyński 

Tytuł oryginalny serii: The Cat Who... Series! 

Tytuł oryginału: The CatWhoHad 14Tales 

 

background image

 

1 Kot, który wiedział 

-  Opowiadanie  Kot,  który  wiedział  zostało  opublikowane  po  raz  pierwszy  w  „Ellery 

Queen’s Mystery Magazine” w grudniu 1963 roku. 

Już  w bardzo młodym wieku  Phuut Phat zorientował  się, że  ludzie  należą  do gatunków 

niższych. Nie widzą w ciemnościach. Jedzą i piją najprzedziwniejsze rzeczy. Przede wszystkim 

jednak  mają  tylko  pięć  zmysłów  -  ci  dwoje,  którzy  mieszkali  z  nim  razem,  nie  potrafili  nawet 

przekazać sobie myśli, nie uciekając się do użycia słów. 

Przez  ponad  rok,  czyli  odkąd  przybył  do  tego  domu,  Phuut  Phat  usiłował  wprowadzić 

własny, o wiele doskonalszy system porozumiewania się, ale dwójka jego uczniów czyniła nader 

mizerne postępy w tej dziedzinie. W porze kolacji siadał i koncentrował się, aż wreszcie któreś z 

nich nagle stwierdzało: „Pora nakarmić kota” - jakby samo wpadło na tę myśl. 

Jednak  ich  zdolność  odbierania  wiadomości  przekazywanych  przez  Phuut  Phata 

ograniczała  się  do  spraw  najprostszych  i  podstawowych.  Poza  tym  nie  docierało  do  nich  nic  i 

Phuut Phat stracił już nadzieję, że kiedykolwiek się rozwiną. 

Poza  tym  jednak  żyło  mu  się  w  tym  domu  całkiem  wygodnie.  Wszystko  odbywało  się 

regularnie,  zgodnie  z  codzienną  rutyną,  a  tę  Phuut  Phat  cenił  nade  wszystko.  Ubolewał  nad 

wszelkimi  jej  zakłóceniami  -  które  szczęśliwie  zdarzały  się  nieczęsto  -  jak  spóźnione  posiłki, 

niepotrzebne  hałasy,  obce  osoby  w  domu  lub  wątróbka  w  inne  dni  niż  niedziela.  Zawsze  w 

niedzielę jadał wątróbkę. 

Dom,  w  którym  mieszkał  Phuut  Phat,  mieścił  się  w  eleganckiej  dzielnicy  miasta.  Był 

dwupiętrowy, pełen puszystych dywanów, miękkich foteli i wysokich mebli, na których szczycie 

mógł  zasiadać,  by  spoglądać  z  góry  na  podejrzanych  gości.  Wystarczył  jeden  sus,  żeby  Phuut 

Phat znalazł się na najwyższej komodzie, a kiedy pomykał z kuchni mieszczącej się na parterze 

na  piętro  do  salonu  i  ku  sypialniom  na  drugim  piętrze,  wyglądało  to  niemal,  jakby  frunął  nad 

wyłożonymi miękkim chodnikiem schodami - albowiem Phuut Phat był kotem syjamskim. Jego 

płowa  sierść  była  delikatniejsza  od  gronostajów.  Tam,  gdzie  futerko  przybierało  kolor 

ciemnobrązowy,  przypominało  lśniący  aksamit.  Takich  miejsc  było  osiem  (a  przed  tą  wizytą  u 

doktora dziewięć). Jego skośne oczy miały barwę nieprzeniknionego błękitu. 

Mieszkających  w  tym  samym  domu  ludzi  Phuut  Phat  na  swój  użytek  określał  jako 

background image

Jedynkę  i  Dwójkę.  Jedynka  zapewniała  mu  wszystkie  wygody,  zaspokajała  jego  próżność 

wyszukanymi  komplementami,  a  czasem  ozdabiała  mu  szyję  klejnotami  zdjętymi  z  własnego 

nadgarstka. 

Natomiast Dwójka  przydawał się  o tyle,  że  służył rozrywce  i  zabawie.  Mówił  niewiele, 

umiał jednak potrząsać kluczykami umocowanymi na lśniącym łańcuszku, przesuwając je w tę i 

z  powrotem  ku  uciesze  Phuut  Phata.  Ponadto  co  rano  w  garderobie  wiązał  krawat,  którego 

grubszy  koniec  zataczał  w  powietrzu  fascynujące  kręgi,  a  Phuut  Phat,  żeby  mu  sprawić 

przyjemność, skakał i chwytał go perłowymi pazurkami. 

Te  codzienne  igraszki,  drzemki  na  puchowych  poduszkach,  wycieczki  na  schody 

przeciwpożarowe, gdzie miał swój kojec, oraz dwa posiłki dziennie wyznaczały rytm życia Phuut 

Phata. 

Aż  kiedyś  pewnej  niedzieli  zorientował  się,  że  ustalony  porządek  uległ  niepokojącemu 

zakłóceniu.  Niedzielne  gazety,  które  zazwyczaj  leżały  rozrzucone  na  podłodze  biblioteki,  by 

mógł  rozszarpywać  je  pazurami  na  strzępy,  zebrano  w  stos  i  ułożono  schludnie  na  biurku. 

Przestawiono meble. W domu znalazło się mnóstwo kwiatów, których nie pozwolono mu gryźć. 

Jedynka była zdenerwowana, a Dwójka był zbyt zajęty, żeby się z nim bawić. Pojawiła się jakaś 

obca w  białym  ubraniu,  która zaczęła tłuc  garnkami i pobrzękiwać  szkłem, a kiedy  Phuut Phat 

zwabiony  zapachem  krewetek  oraz  wędzonych  ostryg  zjawił  się  w  kuchni,  aby  dokonać 

inspekcji, kucharka przegoniła go bezceremonialnie. 

Phuut  Phat  przeszkadzał  wszystkim.  Wreszcie,  żeby  już  nie  plątał  się  pod  nogami, 

umieszczono  go  w  drucianym  kojcu  na  tarasie  schodów  przeciwpożarowych,  skąd  obserwował 

wróble uwijające się w ogrodzie na dole, aż poczuł pustkę w żołądku. Wtedy podniósł  wrzask, 

żeby wpuszczono go z powrotem do domu. 

Zastał Jedynkę przed toaletką; była zajęta swoimi włosami i w ogóle jej nie obchodziło, 

że  jest  głodny.  Wskoczył  lekko  na  stolik,  siadł  wyprostowany  pośród  lśniących  buteleczek, 

wyprężył ogon i skupił spojrzenie błękitnych oczu na czole Jedynki. Zaczął się koncentrować - 

koncentrować  -  i  koncentrować.  Z  Jedynką  zawsze  trudno  się  było  porozumieć.  Jej  umysł 

przeskakiwał z myśli na myśl całkiem jak jeden z tych wróbli, które nie były w stanie usiedzieć 

ani  przez  chwilę  na  tej  samej  gałązce.  Jakby  wcale  nie  potrafiła  się  zrelaksować.  Phuut  Phat 

musiał zmobilizować całą swą wolę, aby przekazać jej, czego chce. 

Nagle spojrzała w jego stronę. Coś wreszcie zaświtało w jej głowie. 

background image

-  Ach,  John  -  zawołała  do  Dwójki,  który  szczotkował  właśnie  zęby.  -  Może  mógłbyś 

poprosić Millie,  żeby nakarmiła Phusia?  Zapomniałam  dać mu jeść, zupełnie wyleciało  mi  to z 

głowy. Jest już po piątej, a ja jeszcze nie uporałam się z moimi włosami. Powinieneś już włożyć 

marynarkę,  niedługo  zaczną  schodzić  się  goście.  I  proszę,  powiedz  Howardowi,  żeby  zapalił 

świece.  Mógłbyś  też  przygotować  kilka  płyt...  Nie,  zaczekaj  chwileczkę.  Jeżeli  Millie  wciąż 

jeszcze przygotowuje przystawki, może sam byś nakarmił Phusia? Wystarczy otworzyć mu jakąś 

puszkę. 

Na  te  słowa  Phuut  Phat  począł  wpatrywać  się  w  Jedynkę  z  taką  intensywnością,  że 

wysyłane przezeń fale energii psychicznej stały się niemal widoczne. 

- Ojej, zapomniałam - zorientowała się Jedynka. - Dzisiaj niedziela, więc spodziewa się, 

że  dostanie  wątróbkę.  Ale  najpierw  pomóż  mi  zapiąć  suknię  i  załóż  Phusiowi  na  szyję  moją 

bransoletkę  ze  szmaragdami.  A  może nie,  ja założę szmaragdy,  a  jemu  damy ametysty...  John! 

Zdajesz sobie sprawę, że jest piętnaście po piątej?! Naprawdę, powinieneś już włożyć marynarkę. 

-  A  ty powinnaś  się uspokoić -  stwierdził  Dwójka.  -  Przecież nikt nigdy  nie przychodzi 

punktualnie na przyjęcia. Powiedz mi, Helen, dlaczego upierasz się, żeby urządzać spędy na tyle 

osób, skoro tak się przy tym denerwujesz? 

-  Denerwuję  się?  Wcale  się  nie  denerwuję.  A  poza  tym  to  ty  wpadłeś  na  pomysł,  żeby 

zaprosić  jednocześnie  twoich  klientów  i  moich  przyjaciół.  Sam  mówiłeś,  że  w  ten  sposób 

upieczemy  całą  masę  pieczeni  na  jednym  cholernym  rożnie...  A  teraz,  proszę  cię,  nakarm  już 

Phusia. Tak się we mnie wpatruje, że głowa mnie od tego rozbolała. 

Phuut Phat ledwie zdążył pochłonąć krem z wątróbki, umyć pyszczek i zająć strategiczną 

pozycję  w  salonie,  gdy  zaczęli  nadchodzić  ludzie.  Jego  poirytowanie  zakłóceniem  codziennej 

rutyny  łagodziła  nieco  świadomość,  że  goście  będą  się  nim  zachwycać.  Jego  imię  w  języku 

syjamskim  podobno  znaczyło  „cudne  zjawisko”,  a  on  sam  doskonale  zdawał  sobie  sprawę  ze 

swej urody. Ułożył się więc między dwoma georgiańskimi lichtarzami ze srebra, unosząc wysoko 

głowę  i  wyciągając  jedną  łapkę do  przodu,  a  drugą  podwijając z  gracją;  jego ogon  tymczasem 

zwisał niedbale przez krawędź marmurowego gzymsu nad kominkiem. Czekał na komplementy. 

Gości  było  naprawdę  wielu,  a  Phuut  Phat  jak  zwykle  miał  okazję  stwierdzić,  że  tylko 

nieliczni  z  nich  wiedzą,  jak  należy  odnosić  się  do  kota.  Niektórzy  gadali  jakieś  bzdury 

fałszywym,  afektowanym  tonem.  Inni  wykonywali  gwałtowne  ruchy  w  jego  kierunku  albo,  co 

było doprawdy oburzające, próbowali wziąć go na ręce. 

background image

Właściwie  tylko  jeden  naprawdę  potrafił  się  zachować  odpowiednio,  z  szacunkiem  i 

rezerwą.  Phuut  Phat  zmrużył  oczy  na  znak  uznania.  Był  to  mężczyzna  o  dystyngowanym 

wyglądzie,  który  ciężko  opierał  się  o  lśniącą  laskę.  Zachowując  należyty  dystans,  powoli 

wyciągnął rękę w jego stronę, by Phuut Phat mógł ją powąchać. Kot uprzejmie poruszył wąsami. 

- Jesteś żywą rzeźbą - stwierdził gość. 

- To jest Phuut Phat - oznajmiła Jedynka, która przecisnęła się ku nim przez zatłoczony 

salon. - Jest najważniejszą osobą w tym domu. 

-  Prawdziwy  koci  arystokrata  -  zauważył  człowiek  ze  lśniącą  laską,  zwracając  się  do 

gospodyni tym samym wytwornym tonem, którym zyskał sympatię Phuut Phata. 

-  O  tak,  mógłby  zdobywać  medale  na  wystawach.  Ale  to  domator,  wychodzi  tylko  do 

klatki, którą urządziliśmy dla niego na schodach przeciwpożarowych. 

- Świetny pomysł! - stwierdził gość. - Powinienem urządzić coś takiego dla mojej kotki. 

Mamy szylkretową kotkę perską. Czy mógłbym obejrzeć tę klatkę? 

- Ależ oczywiście. Jest przy oknie biblioteki. 

- Macie państwo piękny dom. 

- Dziękuję. Zarzucano nam, że urządziliśmy go pod kolor Phuut Phata, ale właściwie to 

poniekąd  prawda.  Zresztą  jak  pan  może  zauważył,  nie  ma  u  nas  żadnych  łatwo  tłukących  się 

bibelotów. Kiedy Phuut Phat zrywa się do lotu, nic nie jest w stanie go powstrzymać. 

-  W  rzeczy  samej,  zauważyłem,  że  zbieracie.państwo  georgiańskie  srebra  -  stwierdził 

gość. - jest tu kilka pięknych okazów. 

- Widać, że zna pan się na srebrze. Pańska laska to także rzadki okaz. 

Uśmiechnął się gorzko. 

- Człowiek robi, co może, żeby z przykrej konieczności czerpać choć odrobinę satysfakcji 

estetycznej. 

Jakby dla zilustrowania tych słów, postąpił dwa kroki, mocno kulejąc. 

-  Może  miałby  pan  ochotę  obejrzeć  moją  kolekcję  sreber  na  dole,  w  jadalni?  - 

zaproponowała Jedynka. - Same wczesne egzemplarze, mniej więcej z czasów Wrena. 

Phuut  Phat,  który  zorientował  się,  że  rozmowa  nie  dotyczy  już  jego  niezwykłych  zalet, 

zeskoczył  na  dół  i  chyłkiem  wymknął  się  z  salonu,  poruszając  nerwowo  koniuszkiem  ogona. 

Znalazł na podłodze oliwkę i wturlał ją pod grzejnik. Kilka razy ktoś o mało go nie rozdeptał. W 

desperacji  uciekł  na  górę  do  pokoju  gościnnego,  gdzie  odkrył  stos  futer  z  norek  oraz  soboli. 

background image

Ułożył się wygodnie na samym jego szczycie i usnął. 

Po  tak  drastycznym  zakłóceniu  domowej  rutyny  Phuut  Phat  potrzebował  kilku  dni,  by 

przyjść  do siebie, toteż cały następny tydzień upłynął mu jak we śnie -  i  nic dziwnego,  spędził 

bowiem ten czas głównie w ten właśnie sposób. Potem jednak znów nadeszła niedziela i krem z 

wątróbki, gazety rozsypane na podłodze i błogi nastrój odprężenia wśród domowników. 

-  Phusiu!  Nie  tarzaj  się  w  tych  gazetach  -  zawołała  Jedyn  ka.  -  John,  pobrudzi  sobie 

futerko od farby drukarskiej. Daj mu „Wall Street Journal”, jest czystszy. 

- Może chciałby pójść do swojego kojca i zażyć nieco słoneczka. 

-  O  właśnie,  kochanie,  zapomniałam  cię  spytać:  kim  był  ten  czarujący  pan  ze  srebrną 

laską na naszym przyjęciu? Jakoś umknęło mi jego nazwisko. 

- Nie mam pojęcia - stwierdził Dwójka. - Myślałem, że to ty go zaprosiłaś. 

- Cóż, widocznie przyprowadził go ze sobą któryś z gości. Przypomniało mi się, bo chciał 

urządzić  u  siebie  w  domu  taki  sam  kojec.  Ma  szylkretowego  persa.  A  mówiłam  ci,  że 

Hendersonowie mają dwa kociaki birmańskie? Jesteśmy do nich zaproszeni w następną niedzielę 

na drinka i żeby obejrzeć kotki. 

Minął kolejny tydzień, który odznaczył się tym, że Phuut Phat znalazł sobie nowy punkt 

obserwacyjny.  Odkrył  mianowicie,  że  można  wskoczyć  na  szczyt  staroświeckiej  szafy 

wznoszącej się niczym wieża w hallu przy wejściu do biblioteki. Poza tym jednak był to tydzień 

jak wszystkie inne, po którym nastąpił równie pozbawiony wydarzeń weekend - ku zadowoleniu 

Phuut Phata. 

W  niedzielę  Jedynka  i  Dwójka  wybierali  się  na  oględziny  birmańskich  kociaków,  toteż 

Phuut Phat otrzymał swój posiłek wcześniej niż zwykle, po czym zasnął na sofie w bibliotece. 

Obudził go dzwonek telefonu. Wokół panował mrok, poza nim nie było nikogo w domu. 

Podniósł  głowę  i  zaskrzeczał  na  aparat,  ganiąc  w  ten  sposób  urządzenie  za  zakłócenie  jego 

spokoju,  aż  dzwonek  posłusznie  umilkł.  Phuut  Phat  znów  pogrążył  się  we  śnie  z  pyszczkiem 

opartym o łapkę. 

Gdy  telefon  zadzwonił  po  raz  drugi,  Phuut  Phat  wstał  i  obrzucił  go  pogardliwym 

spojrzeniem,  przeciągając  się  z  grzbietem  wygiętym  w  łuk  i  ogonem  skręconym  w  znak 

zapytania. 

Aby  wyrazić  swą  irytację,  wskoczył  na  biurko  i  podrapał  pazurami  okładkę  słownika 

Webster’s Unabridged. Przez  chwilę  zajmował się żuciem  skórzanej zakładki.  Potem  zachciało 

background image

mu się pić. Zeskoczył więc i podążył do garderoby, gdzie znajdowała się jego miseczka z wodą. 

Wszystkie światła były pogaszone, noc pochmurna, a jednak przemierzał mroczne pokoje 

pewnie,  omijając nogi  mebli i zatrzymując się niekiedy, by sprawdzić jakiś niedostrzegalny  dla 

ludzkiego oka pyłek znajdujący się na dywanie w hallu. Nic nie mogło umknąć jego uwadze. 

Phuut  Phat  chłeptał  wodę,  poruszając  z  wielką  prędkością  języczkiem,  gdy  nagle  coś 

sprawiło,  że  podniósł  głowę  i  zaczął  nasłuchiwać.  Jego  ogon  zamarł  w  bezruchu.  Wróble  na 

podwórzu? Krople deszczu uderzające o schody przeciwpożarowe? A potem znów zapadła cisza. 

Pił  więc  dalej,  ale  znów  zaniepokoił  go  podejrzany  odgłos.  Zdecydowanie  działo  się  coś 

niedobrego.  Ogon  Phuut  Phata  napuszył  się  jak  wiewiórcza  kita;  kot  z  nastroszonymi  wąsami 

bezgłośnie przemknął do hallu, spoglądając ku bibliotece. 

Dostrzegł  jakąś  postać  na  schodach  przeciwpożarowych.  Ten  ktoś  dobierał  się  do 

bibliotecznego okna. 

Spoglądał  jak  skamieniały  -  aż  okno  otworzyło  się  i  do  pokoju  wsunęła  się  czarna 

sylwetka. Phuut Phat jednym susem znalazł się na samym szczycie wysokiej szafy. 

Gdy  znalazł  się  wysoko  i  mógł  obserwować  wszystko  z  góry,  poczuł  się  bezpiecznie. 

Tylko czy poczucie bezpieczeństwa to nie za mało? W zamierzchłych stuleciach jego przodkowie 

strzegli świątyń Orientu. Kryli się w cieniach, czaili na wysokich murach, gotowi w każdej chwili 

zaatakować intruza i zmienić jego twarz w krwawą masę, drąc skórę na strzępy tak właśnie, jak 

Phuut Phat szarpał niedzielne gazety. Poczuł, że gra w nim pierwotny instynkt, lecz w tej samej 

chwili  przypomniał  sobie  również,  że  jest  przecież  kotem  cywilizowanym  i  jak  najbardziej 

oswojonym. 

Tymczasem  włamywacz,  skradając  się  na  palcach,  znalazł  się  już  w  hallu;  Phuut  Phat 

zorientował  się,  że  go  zna.  To  był  ten  mężczyzna  ze  lśniącą  laską.  Jednak  tym  razem  jego 

obecność miała w sobie coś złowrogiego. Z główki laski dobywał się nikły promyk niebieskiego 

światła. Mężczyzna  nie opierał  się  już  o  laskę, lecz trzymał  ją przed  sobą,  gdy kierował się ku 

schodom.  Gdy  intruz  mijał  szafę,  sierść  na  grzbiecie  Phuut  Phata  najeżyła  się.  Instynkt 

nakazywał: „Teraz, skocz na niego!” Jednak jakiś nieokreślony lęk powstrzymał go od działania. 

Bezgłośnie,  całkiem  jak  kot,  włamywacz  zszedł  na  dół,  nieświadom  tego,  że  w 

ciemnościach  obserwuje  go  para  czujnych  oczu.  Po  chwili  uszu  Phuut  Phata  doszły  stłumione 

odgłosy z jadalni. Czuł Zło. Na szczycie szafy nic mu nie groziło, a jednak zadrżał. 

Gdy mężczyzna pojawił się znów, dźwigał spory ciężar, który zaniósł do okna biblioteki. 

background image

Potem zakradł się na drugie piętro, a po dobiegających dźwiękach Phuut Phat zorientował się, że 

buszuje w sypialni. Kot oblizał nerwowo nosek. 

Włamywacz pojawił się znów, podążając za plamą niebieskiego światła. Gdy zbliżył się 

do szafy, Phuut Phat uniósł się, wiodąc zmagania z jakąś niewidzialną siłą. Odczuwał przemożny 

impuls nakazujący mu zaatakować, a zarazem paraliżujący lęk. 

„Na co czekasz? Skacz!!!” - nakazał dziki instynkt odziedziczony po przodkach. 

„Nie ruszaj się z miejsca!” - ostrzegł obezwładniający strach. 

„Skacz wreszcie!... Teraz... teraz... TERAZ!!!” 

Phuut  Phat  wylądował  na  głowie  mężczyzny,  rozdzierając  miękkie  ciało  pazurami 

ostrymi jak brzytwy. 

Ohydny wrzask, jaki wydał z siebie intruz, podziałał na Phuut Phata niczym elektryczny 

wstrząs. Kot poszybował w powietrzu - popędził jak strzała schodami na górę - do sypialni - by 

skryć się pod łóżkiem. 

Przez  dłuższy  czas  drżał  na  całym  ciele,  czuł  suchość  w  pyszczku,  jego  uszy  niemal 

wywróciły  się  na  lewą  stronę  pod  wpływem  owego  straszliwego  przeżycia.  W  tym  wszystkim 

było  coś  bardzo  złego  i  bardzo  dziwnego,  chociaż  nie  był  w  stanie  pojąć,  co  tak  naprawdę 

wprawiło  go  w takie pomieszanie.  Wiedział  jednak, że  z  czasem powróci spokój,  więc  póki co 

leżał skulony w ciemnościach. Na łapkach miał ślady krwi. Powąchał je z obrzydzeniem i zaczął 

wylizywać. 

Czynił to powoli, ze wstrętem. Potem podwinął łapki pod tułów i czekał. 

Kiedy  Jedynka  i  Dwójka  wrócili  do  domu,  wyczuł  ich  jeszcze,  nim  trzasnęły  drzwi 

taksówki.  Powinien  wybiec  im  na  spotkanie,  ale  był  oszołomiony  przejściami  tego  wieczoru, 

rozedrgany  wewnętrznie,  słaby  i  niepewny  siebie.  Dosłyszał  szczęk  zamka  w  drzwiach 

wejściowych, odgłos kroków na schodach, pstryknięcie włącznika światła w sypialni, gdzie krył 

się pod łóżkiem. 

Jedynka wydała cichy okrzyk, a potem zawołała głośno: 

-  John!  Ktoś  był  w  naszej  sypialni.  Okradli  nas!  W  głosie  Dwójki  pobrzmiewało 

niedowierzanie: 

- Dlaczego tak sądzisz? 

- Moja kasetka z biżuterią! Zobacz! Jest otwarta - i pusta! Dwójka szybko otworzył drzwi 

szafy. 

background image

- Twoje futra wciąż tu są, Helen. A co z pieniędzmi? Miałaś w domu jakieś pieniądze? 

- Nie, nigdy nie trzymam gotówki w domu. Ale srebra! Co ze srebrami? John, biegnij na 

dół, żeby sprawdzić. Ja nie mam odwagi... Nie! Zaczekaj! - teraz w głosie Jedynki słychać było 

panikę. - Gdzie jest Phuut Phat? Co się stało z Phuut Phatem? 

- Nie mam pojęcia - stwierdził Dwójka, również mocno zaniepokojony. - Nie widziałem 

go, odkąd przyszliśmy. 

Przeszukali cały dom, wołając kota po imieniu; ich ograniczone zmysły nie były w stanie 

wyczuć, że Phuut Phat znajduje się przecież tuż obok, pod łóżkiem - pogrążony w rozważaniach 

o zmiennych kolejach losu na tym małym świecie. 

Kiedy  wreszcie  któreś  z  nich,  czołgając  się  na  czworakach,  dostrzegło  parę  oczu 

lśniących  pod  łóżkiem,  został  delikatnie  wydobyty  ze  swej  kryjówki,  a  Jedynka  wzięła  go  na 

ręce, kołysząc  i wtulając wilgotną,  słoną twarz  w  jego  futerko, podczas gdy  Dwójka stał  obok, 

głaszcząc  go niezdarnie. Uspokojony Phuut  Phat  przestał drżeć.  Próbował zamruczeć,  ale na  to 

było jeszcze za wcześnie, miał zbyt ściśnięte gardło. 

Jedynka dalej  trzymała  Phuut  Phata  na  rękach  -  a  on  wcale  nie  miał  ochoty  zeskoczyć, 

nawet gdy do domu wpuszczono dwóch obcych ludzi. Ludzi, którzy zadawali pytania i oglądali 

wszystkie pomieszczenia. 

-  Jesteśmy  ubezpieczeni  -  powiedziała  im  Jedynka  -  ale  tych  sreber  nie  da  się  zastąpić 

niczym  innym.  Były  bardzo  stare  i  bardzo  rzadkie.  Poruczniku,  czy  jest  jakaś  szansa,  że  je 

odzyskamy? - nerwowo bawiła się uszkami Phuut Phata. 

-  Na  tym  etapie  śledztwa  trudno  stwierdzić  -  odparł  detektyw  -  ale  może  państwo 

będziecie mogli nam pomóc. Czy ostatnio nie wydarzyło się coś dziwnego? Na przykład jakieś 

dziwne telefony? 

-  Owszem  -  stwierdziła  Jedynka.  -  Ostatnio  kilka  razy  ktoś  do  nas  dzwonił,  ale  nie 

odzywał się, kiedy podnosiliśmy słuchawkę. 

- Stara sztuczka. Sprawdzają w ten sposób, czy jesteście państwo w domu. 

Jedynka popatrzyła w oczy Phuut Phata. 

- Phusiu, czy telefon dzwonił, kiedy nas nie było? - spytała, kołysząc go na rękach. - Jaka 

szkoda,  że  Phuut  Phat  nie  może  nam  opowiedzieć,  co  się  zdarzyło!  Musiał  się  okropnie 

wystraszyć. Dzięki Bogu, że nic mu się nie stało. 

Phuut  Phat  uniósł  łapkę,  aby  ją  polizać.  Na  jednym  z  pazurków  pozostał  jeszcze  ślad 

background image

ludzkiej krwi. 

- Gdyby tylko  Phuś  mógł  nam powiedzieć, kto  tu był!  Phuut Phat zamarł w  bezruchu z 

wyciągniętym różowym języczkiem. Wbił wzrok w czoło Jedynki. 

- Zauważyliście państwo jakichś obcych w okolicy? - dopytywał się porucznik. - Kogoś 

podejrzanego? 

Ciało Phuut Phata stężało, jego błękitne oczy skupiły się na punkcie położonym pomiędzy 

brwiami Jedynki, nieco powyżej nich. Przecież wiedział. 

- Nic nie przychodzi mi do głowy. A ty coś zauważyłeś, John? 

Dwójka potrząsnął głową. 

- Biedny Phuś - powiedziała Jedynka. - Zobacz, jak się we mnie wpatruje. Na pewno jest 

głodny. Phusiu, chciałbyś coś przegryźć? 

Kot poruszył się niecierpliwie. 

- Intrygują mnie te plamy krwi na parapecie - rzekł detektyw. - Czy państwa kotek jest na 

tyle agresywny, żeby zaatakować obcego i podrapać do krwi? 

- Boże  jedyny,  nie!  - zawołała  Jedynka.  -  To  rozpieszczone  domowe  zwierzątko. Kiedy 

przyszliśmy, znaleźliśmy go pod łóżkiem, był śmiertelnie przerażony. 

- Tak więc jest pani pewna, że ostatnio nie wydarzyło się nic niezwykłego? A może był w 

domu ktoś, kto mógł widzieć srebra albo biżuterię? Może niedawno w państwa domu robotnicy 

dokonywali jakichś napraw? Może ktoś, kto mył okna? 

-  Żałuję,  ale  nic  nie  przychodzi  mi  do  głowy  -  stwierdziła  Jedynka.  -  Naprawdę,  nie 

przypominam sobie żadnej podejrzanej osoby. 

Phuut Phat poddał się. 

Wyrwał się z objęć  Jedynki i  zeskoczył  na podłogę.  Pomaszerował  w kierunku  drzwi  z 

opuszczonym  łebkiem,  nie  posiadając  się  z  oburzenia.  Przecież  wiedział,  kto  to  był.  Wiedział! 

Człowiek z błyszczącą laską. Jednak na próżno usiłował się z nią porozumieć. Ludzki umysł jest 

tak zamknięty, że nic naprawdę ważnego nie jest w stanie do niego dotrzeć. A Jedynka była tak 

zaabsorbowana  własną  gadaniną,  że  jej  umysł  absolutnie  nie  był  w  stanie  nikogo  ani  niczego 

słuchać... 

Nagle  uwagę  Phuut  Phata  zwrócił  brzęk  kluczyków.  Odwrócił  się  i  ujrzał  Dwójkę 

kołyszącego nimi na łańcuszku  w tę  i z  powrotem,  w tę  i z  powrotem.  Nie mówił nic. Dwójka 

zawsze  więcej  myślał,  niż  mówił.  Być  może  Phuut  Phat  próbował  porozumieć  się  nie  z  tym 

background image

umysłem,  co  należało.  Być  może  tak  naprawdę  to  Dwójka  był  numerem  jeden  w  tym  domu,  a 

Jedynka numerem dwa? 

Phuut  Phat usiadł i w bezruchu zaczął się  koncentrować,  wyciągając szyję.  Kluczyki na 

łańcuszku kołysały się, a Phuut Phat skupił spojrzenie niebieskich oczu na trzech zmarszczkach 

między brwiami a włosami Dwójki. Kluczyki kołysały się w lewo i w prawo, w lewo i w prawo. 

Phuut Phat skupiał się coraz bardziej. 

- Chwileczkę - odezwał się Dwójka, wyrywając się z zamyślenia. - Właśnie coś przyszło 

mi  do  głowy.  Helen,  pamiętasz  nasze  przyjęcie  sprzed  dwóch  tygodni?  Był  na  nim  taki  facet, 

którego oboje nie znaliśmy. Facet ze srebrną laską. 

-  Ależ  tak!  Interesował  go  kojec  dla  kota  na  schodach  przeciwpożarowych.  Dlaczego 

wcześniej o nim nie pomyślałam? Tak, poruczniku, bardzo interesował się naszą kolekcją sreber. 

- Czy to coś panu mówi, poruczniku? - spytał Dwójka. 

- A i owszem - detektyw oraz drugi policjant wymienili spojrzenia, tamten skinął głową. 

-  Ten  człowiek  -  dodała  Jedynka  -  wyrażał  się  w  bardzo  wytworny  sposób  i  miał 

nienaganne maniery. Mocno kulał. 

-  Znamy  go  -  stwierdził  ponuro  detektyw.  -  Tylko  udaje  kalekę.  Budzi  w  ten  sposób 

współczucie - i zaufanie. Znamy jego sposoby działania i to, co państwo opowiedzieli, pasuje do 

niego jak ulał. Nie wiedzieliśmy tylko, że znów zaczął działać w tym sąsiedztwie. 

- Tylko skąd te plamy krwi na parapecie? - zastanawiała się Jedynka. 

Phuut Phat wygiął tułów, przeciągając się błogo, i wyszedł z pokoju, by rozejrzeć się za 

jakimś  miękkim,  ciemnym  i  spokojnym  miejscem.  Zamierzał  porządnie  się  wyspać.  Był 

zrelaksowany i usatysfakcjonowany. Udało mu się nawiązać istotny kontakt z ludzkim umysłem, 

toteż  doszedł  do  wniosku,  że  może  jednak,  mimo  wszystko,  istnieje  jakaś  nadzieja.  Być  może 

nadejdzie taki dzień, że nauczą się otwierać na nadchodzące komunikaty, odbierać je i rozumieć. 

To prawda, że  czeka ich jeszcze  długa droga,  nim zdadzą  sobie  sprawę ze  swoich możliwości. 

Ale jednak - jednak nie są tak zupełnie beznadziejni. 

2 Noc wielkiej kałuży 

Dla  Percy’ego  duchy  nie  były  niczym  nowym.  W  Anglii,  gdzie  przyszedł  na  świat, 

pojawiały się bezustannie. Tylko że brytyjskie zjawy potrafiły się zachować zgodnie z regułami 

dobrego wychowania, natomiast po wizycie dwójki nieokrzesanych prostaków, którzy nawiedzili 

background image

letnią rezydencję Percy’ego w Michigan, pozostał mu niesmak i rozgoryczenie. 

Percy  był  kawalerem  w  średnim  wieku,  cenił  sobie  spokój  i  wygodę,  miał  też  swoje 

luksusowe  nawyki.  Takim  samym  lekceważeniem  obdarzał  małe  dzieci,  jazgocące  psy  i 

hałaśliwych  dorosłych.  On  sam  szczycił  się  nieskazitelnymi  manierami  oraz  nieposzlakowaną 

opinią. Właściwie Percy’ego można by uznać za konserwatywnego nudziarza - gdyby oczywiście 

był  człowiekiem.  Ponieważ  jednak  przyszedł  na  ten  świat  jako  kot,  cieszył  się  powszechną 

estymą z racji wzorowego zachowania. 

Był  korpulentny,  pręgowany  -  szary  i  czarny  wzór  na  jego  futerku  był  równie 

symetryczny  jak  prążki  na  skrzydłach  motyla.  Coś  w  stanowczym  wyrazie  jego  pyszczka 

nadawało  mu  wygląd  osobnika  wiernego  swoim  przekonaniom,  przywodząc  zarazem  na  myśl 

dobrodusznego tygrysa ludojada. 

Letnie  weekendy  Percy  spędzał  w  otoczonym  lasami  letnim  domku  położonym  na 

uważanym za dość ekskluzywną okolicę wybrzeżu jeziora Big Pine. Przesypiał tam całe godziny 

w  towarzystwie Corneliusa  i  Margaret  lub przyglądał  się bez  mrugnięcia  okiem  spokojnej  tafli 

jeziora. 

Cornelius również nade wszystko cenił sobie wygodę, także był w średnim wieku i lubił 

spokój.  Również  był  korpulentny  i  podobnie  jak  Percy  miał  wygląd  zarazem  stanowczy  i 

dobroduszny.  Podczas  weekendów  układał  puzzle,  odbywał  niespieszne  przechadzki  razem  z 

żoną albo próbował się nauczyć łowić ryby. Margaret dziergała na drutach swetry lub krzątała się 

z  upodobaniem  w  nowocześnie  wyposażonej  kuchni.  Goście  -  jeśli  takowi  się  zjawiali  -  byli 

spokojni,  kulturalni,  w  średnim  wieku  i  nie  przejawiali  skłonności  do  nadmiernego  wysiłku. 

Życie toczyło się monotonnie i jednostajnie, czyli dokładnie tak, jak Percy’emu to odpowiadało - 

dopóki nie nadeszła noc wielkiej kałuży. 

Do letniego domku na sobotę i niedzielę zaproszono Billa Diddletona z żoną. Barek został 

zaopatrzony  w  kosztowne  trunki,  które  Cornelius  lubił  serwować,  a  w  lodówce  znalazły  się 

specjalności  Margaret,  takie  jak  bisque  z  krewetek  i  cielęcina  w  auszpiku  tudzież  ciasto  z 

jagodami. Uwielbiała raczyć gości smakowitymi potrawami, a Cornelius również nie posiadał się 

z  radości,  gdy  trafiła  się  okazja,  by  przyodziać  na  siebie  kucharski  fartuch  i  przyrządzić  steki, 

które specjalnie w tym celu sprowadzał z Teksasu. 

-  Ciekawe,  jaka  jest  ta  nowa  żona  Billa  -  mruknęła  znad  swej  robótki  Margaret,  gdy 

czekali na przybycie Diddletonów. - Mam nadzieję, że potrafi docenić dobrą kuchnię. 

background image

-  Brakuje  jednego  kawałka  układanki  -  stwierdził  Cornelius,  przyglądając  się  ze 

zmarszczonymi brwiami puzzlowej wersji Mony Lizy. 

-  Leży  na  podłodze,  obok  twojego  lewego  buta,  mój  drogi.  Jak  sądzisz,  czy  Bili 

przypadnie  do  gustu  Percyemu?  Obawiam  się,  że  nasz  Percy  nie  przepada  za  osobami  o  tak 

ekspansywnym charakterze. 

Na dźwięk swojego imienia Percy podniósł głowę. Zauważył, że kłębek włóczki potoczył 

się na podłogę, ale nie stanowiło to dla niego nawet najmniejszej pokusy. Nigdy nie przeszkadzał 

Margaret  w  jej  robótkach  ani  Corneliusowi  w  układaniu  puzzli.  Pan  domu  uśmiechnął  się 

przyjaźnie do swego milczącego podopiecznego. 

- Percy, ten pan,  który wkrótce  tu  się  zjawi, jest  jednym  z moich najlepszych  klientów, 

toteż wszyscy będziemy dokładali wszelkich starań, by przez najbliższe trzydzieści sześć godzin 

jakoś znieść jego ekscesy. 

Percy  zmrużył  oczy,  wyrażając  niedbałą  zgodę.  Jednak gdy  Diddletonowie  pojawili  się, 

wzniecając krzyk, rejwach i ogólny harmider, schronił się czym prędzej na antresoli, skąd mógł 

przyglądać się wszystkiemu, zachowując dyskretny dystans. 

Kobieta była drobna i nerwowa, a przemawiała przy tym piskliwym głosem, toteż Percy 

natychmiast zakwalifikował ją do tej samej kategorii co małe, dziamgające pieski. Tym niemniej 

z zafascynowaniem przyglądał się jej biżuterii połyskującej w promieniach słońca wpadających 

do  wnętrza  domu.  Mężczyzna  był  muskularny,  arogancki  i  tryskający  energią,  całkiem  jak 

boksery,  z  którymi  Percy’emu  zdarzyło  się  mieć  do  czynienia.  Srebrzysty  pręgowaniec  miał 

bardzo określone poglądy dotyczące tej akurat psiej rasy. 

Gdy tylko Bili Diddleton znalazł się we wnętrzu, natychmiast zwrócił uwagę na poziomą 

belkę  biegnącą  pod  stropem  salonu.  Podskoczył  i  uwiesił  się na  niej,  a  następnie  w  tej  pozycji 

przebył całą jej długość. To nietuzinkowe zachowanie sprawiło, że Percy poczuł się zażenowany. 

-  No  proszę,  proszę!  -  odezwał  się  Cornelius  najjowialniejszym  tonem,  na  jaki  go  było 

stać.  -  Przypuszczam,  mój  stary,  że  po  tym  pokazie  atletycznej  sprawności  gotów  jesteś  na 

drinka. A co pani mogę podać, pani Diddleton, jeśli wolno spytać? 

- Mów mi Deedee - zachichotała. 

-  Ach,  tak!  Oczywiście.  Z  przyjemnością.  Pozwolę  sobie  zaoferować  osiemnastoletnią 

szkocką... 

- Mam lepszy pomysł - oznajmił Bili. - Pokaż mi barek, a sporządzę ci takiego drinka, że 

background image

w życiu go nie zapomnisz. Masz sok pomidorowy? 

- Ten koktajl to specjalność Billa, pyszności - zapiszczała jego żona. - Składa się z soku 

pomidorowego,  piwa  imbirowego,  szkockiej...  -  uniosła  wzrok,  próbując  przypomnieć  sobie 

czwarty  składnik,  i  natychmiast  wrzasnęła  przenikliwie.  Między  słupkami  balustrady  ujrzała 

pozbawioną ciała głowę, która wpatrywała się w nią zielonymi oczami. 

-  To  tylko  nasz  Percy  -  wyjaśniła  Margaret.  -  Wcale  nie  jest  taki  groźny,  na  jakiego 

wygląda. 

- Kot! Nie znoszę kotów! 

Percy  nie  mógł  oprzeć  się  wrażeniu,  że  ten  weekend  nie  zaczyna  się  najlepiej  -  i  miał 

rację.  Na  lunch  Margaret  przewidziała  suflet  z  homarami,  a  następnie  jedną  ze  swych 

specjalności,  czyli  sałatę,  którą  przygotowywała  od  razu  na  stole,  rozkoszując  się  pochwałami 

gości. Tym razem jednak Bili Diddleton uparł się, że sałatą zajmie się osobiście. 

-  Siądź  sobie  i  odpocznij,  Meg  -  rzekł  -  a  ja  ci  pokażę,  jak  eksperci  radzą  sobie  z 

zielskiem. 

-  Czy  to  nie  cudownie,  że  Bili  cię  wyręczy?  -  zauważyła  Deedee.  -  Jest  doskonałym 

kucharzem. Przygotował też na ten weekend jedno ze swoich wspaniałych ciast. 

- Właściwie tort. Nazywam go „szczęśliwa siódemka” - wtrącił Bili. - Siedem warstw, z 

siedmioma  różnymi  odmianami  wódy.  Musi  się  przegryźć  przez  dwadzieścia  cztery  godziny, 

zanim się do niego dobierzemy... Co jest, Meg? Boisz się tych kilku kalorii? 

- Ależ nie - odparła Margaret, siląc się na wesołość. - Tyle że ja planowałam... 

-  Wyjaśnijmy  to  sobie  od  razu,  kotku.  Nie  chcę,  żebyście  robili  sobie  kłopot z naszego 

powodu. Fajnie, że nas tutaj zaprosiliście, więc weźmiemy na siebie część roboty. 

- Bili ma takie dobre serce - szepnęła Deedee do Margaret. 

-  A  to  jeszcze  nie  wszystko.  Słuchajcie,  przywiozłem ze  sobą  cztery  fantastyczne  steki. 

Dziś wieczorem pokażę wam, jak przyrządzić na grillu dobre mięso. 

- Ach tak? No proszę, proszę! - rzekł zgnębiony Cornelius i dodał, żeby zmienić temat: - 

A  tak  przy  okazji,  czy  lubicie  może  stare  cmentarze?  Natrafiliśmy  w  lesie  na  dawne  miejsce 

pochówków, prawdziwy zabytek. Na nagrobkach - ciągnął, zapalając się do ulubionego tematu - 

widnieją imiona drwali”którzy przybyli tu ongiś w poszukiwaniu zarobku. Za dawnych czasów te 

okolice  stanowiły  największy  ośrodek  przemysłu  drzewnego  na  Środkowym  Zachodzie. 

Znajdowało się tutaj pięćdziesiąt tartaków oraz pięćdziesiąt saloonów. 

background image

Temat  ten  był  jednym  z  koników  Corneliusa,  który  interesował  się  historią  i  wiedział 

niemało  o  przeszłości  otaczającej  ich  krainy.  Odmalował  więc  słowami  barwny  obraz 

przeszłości,  kiedy  to  wraz  z  rozpoczęciem  sezonu  rzeką  napływały  łodzie  pełne  rosłych, 

brodatych  mężczyzn  w  czerwonych  chustach  na  szyjach;  całe  tysiące  drwali  opanowywały 

powstałe przy tartakach miasteczka, wrzeszcząc, plując śliną żółtą od przeżutego tytoniu i pijąc 

na  umór.  Nosili  buty  z  kolcami  ostrymi  jak  gwoździe,  dzięki  którym,  gdy  padał  deszcz,  nie 

ślizgali  się  na  drewnianych  chodnikach.  Tymi  samymi  szpikulcami  przebijali  też  sobie 

wzajemnie  żołądki,  kiedy  doszło  do  bójki.  Drwali  zabitych  podczas  bijatyk  w  saloonach  albo 

wrzucano do jeziora, albo - o ile zostało im jeszcze coś z wypłaty - grzebano ich na tym właśnie 

cmentarzu. Nagrobek kosztował dwanaście dolarów, a w tę cenę wliczone było także epitafium. 

-  W  późniejszych  czasach  przemysł  drzewny  przeniósł  się  dalej  na  zachód  -  opowiadał 

Cornelius - a przytartaczne osady spaliły się lub rozsypały ze starości. Pozostały tylko kamienne 

nagrobki, na których widnieją napisy, w których mowa jest na przykład o ospie wietrznej albo o 

sójkach. Otóż kiedy któryś z drwali został zabity - albo „spławiony”, jak to wówczas określano, 

zapewne  w  nawiązaniu  do  ściętych,  a  więc  martwych  drzew,  które  spławiano  rzeką  -  otóż 

powiadano,  że  zamordowani  drwale  po  śmierci  wcielają  się  w  szare  sójki.  Natomiast  „ospa 

wietrzna” to rodzaj obrazowego porównania. Chodzi o to, że skóra człowieka skopanego butami 

opatrzonymi w kolce wyglądała, jakby była pokryta wysypką. 

-  Mamy  dwa  ulubione  nagrobki  -  dodała  Margaret  -  na  obu  są  błędy  ortograficzne. 

Morgan Black  został „spławion”  w  roku 1861,  a  „Świński  Ogon”  Beebe  „zmar  ot wysypki”  w 

tym samym roku. 

- No to zasuwamy! - zawołał Bili. - Niech no sobie zobaczę tę trupiarnię. Moim zdaniem 

to były szczere, proste chłopaki - tak jak ja! 

- A nie ma tam trującego bluszczu? - zaniepokoiła się Deedee, kurcząc się w fotelu. 

- Ani trochę - uspokoiła ją Margaret. - Chodzimy na ten cmentarz w każdy weekend. 

Ku  zadowoleniu  Percy’ego  wszyscy  czworo  wybrali  się  na  oględziny  historycznych 

nagrobków.  Jednak  niestety  wrócili  zbyt  prędko  jak  na  jego  gust.  Najwyraźniej  ta  wycieczka 

pobudziła wyobraźnię Billa Diddletona. 

-  Szkoda,  cholera,  że  ten  cmentarz  jest  taki  zapuszczony  -  stwierdził.  -  Fajnie  by  było 

wyciąć zielsko, poprostować nagrobki i wybudować płot dookoła. Chętnie spędziłbym tu kiedyś 

tydzień,  żeby  się  tym  zająć  -  zapadło  znaczące  milczenie,  ale  Bili  nie  zniechęcił  się,  za  to 

background image

przyszła mu do głowy nowa myśl: - Ejże, a czy może chłopaki łażą sobie po nocach? Chodzi mi 

o to, czy widujecie tu czasem jakieś duchy? 

- Bili! - oburzyła się jego małżonka. - Nawet nie mów takich rzeczy! 

- Idę o zakład, że jak wejdę w trans, bez problemu sprowadzę tu kilku gości z zaświatów. 

Tacy jak oni na pewno nie poszli sobie grzeczniutko do nieba - puścił oko do Corneliusa. - Może 

byśmy zaprosili ze dwóch, żeby dotrzymali nam towarzystwa dziś w nocy? Na przykład ci wasi 

ulubieńcy, Morgan Black i „Świński Ogon” Beebe? Ej, wy tam, przybywajcie! 

Po kolacji usiedli wszyscy przy kominku.  Bili odchylił głowę do  tyłu, wyprostował  się, 

zamknął  oczy  i  zaczął  mruczeć  pod  nosem.  W  domku  zapanowała  niesamowita  cisza,  słychać 

było tylko trzaskanie polan w ogniu. 

Margaret zadrżała, a w tej samej chwili Deedee krzyknęła piskliwie: 

- Przestań już! To wcale nie jest śmieszne. Ciarki mnie przechodzą! 

Bili drgnął, jakby przebudzony, i zabrał się do poprawiania ognia. 

-  No  dobra,  to  jeszcze  po  kielichu  i  spać.  Pora  iść  w  kimę,  jeżeli  mamy  wstać  jutro  o 

piątej i iść na ryby. Meg, kotku, zostawiam „szczęśliwą siódemkę” na barze, żeby się przegryzła 

przez noc. Chyba kot się do niej nie dobierze, co? 

-  Oczywiście,  że  nie  -  zapewniła  Margaret,  a  Percy  -  który  przyglądał  się  temu 

wszystkiemu z niesmakiem - odwrócił głowę, nie posiadając się z oburzenia. 

Kiedy tamci poszli spać, przeszedł się w ciemnościach po domu, przeciągając się i ciesząc 

samotnością.  Ogień  na  kominku  przygasł,  na  palenisku  pozostał  tylko  żar.  Była  to  spokojna 

bezksiężycowa  noc,  za oknami  widać było tylko czarne niebo, czarne jezioro i czarne sylwetki 

sosen. 

Percy  umościł  się  na  dywaniku  przed  kominkiem  i  począł  wylizywać  futerko  w  cieple 

bijącym od paleniska,  kiedy doszedł  go od strony  szczytów sosen  jakiś dziwny dźwięk,  na  tyle 

niezwykły, że kot zamarł w bezruchu z wyciągniętym języczkiem. Brzmiało to trochę jak wycie 

wiatru  w  górnych  gałęziach,  które  zazwyczaj  zapowiadało  burzę,  ale  wąsy  Percy’ego  dały  mu 

znać,  że  tym  razem  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  pogodą.  Gdy  tak  spoglądał  w  stronę  czarnych 

okien,  przez  szkło  przeniknęła  czyjaś  obecność.  Uczyniła  to  bezgłośnie,  bezszelestnie.  Percy 

poczuł chłodny powiew na wilgotnym po toalecie futerku. 

Owa obecność, gdy znalazła się wewnątrz, wydała z siebie niski, bolesny jęk, zwijając się 

przez  chwilę  w  bezkształtnej  masie.  Percy  przyglądał  jej  się  z  zainteresowaniem,  ona  zaś 

background image

tymczasem przybrała kształt - zwalisty kształt ludzki. 

Jak  wspomnieliśmy,  zjawy  nie  były  dla  Percy’ego  niczym  nowym.  Jeszcze  jako  młody 

kociak  kiedyś  w  Anglii  próbował  otrzeć  się  o  kostki  pewnego  ducha  i  ku  swemu  zdziwieniu 

przekonał się, że jest to niewykonalne, po prostu jakby otarł się grzbietem o powietrze. Ta zjawa 

była  największa  i  najtoporniejsza  ze  wszystkich,  jakie  dotąd  widział.  W  miarę  jak  nabierała 

kształtów,  dostrzegł  brodatą  postać  w  czapce  włożonej  na  bakier,  zszarganej  kurcie  i  portkach 

wsuniętych w ciężkie buciory. „Stukstukstuk” - rozległy się kroki na wypolerowanej drewnianej 

podłodze. 

-  Jasny  gwint!  -  odezwał  się  głuchy,  pobrzmiewający  echem  głos.  -  A  co  to  znowu  za 

chałupa? - duch przyglądał się ze zdumieniem puszystym dywanom, mosiężnym ornamentom na 

kamiennej  obudowie  komina  i  stolikowi  ze  szklanym  blatem,  na  którym  można  było  dostrzec 

niedokończoną układankę. 

Percy  poprawił  się  na  swym  dywaniku,  podwijając  łapki  pod  siebie,  bo  zrobiło  się 

chłodno.  Cały  pokój  wypełniła  zatęchła  wilgoć.  Znów  rozległo  się  „stukstukstuk”.  Odwrócił 

głowę i ujrzał jeszcze jedną postać, która zmaterializowała się za nim. Był to również mężczyzna, 

odziany w takie same proste łachy jak poprzedni, był jednak niższy od niego i nie nosił brody, za 

to po jego plecach spływał długi warkocz spleciony z włosów. 

-  Któż  to  jak  nie  „Świński  Ogon”  Beebe!  -  ryknęła  pierwsza  zjawa  głosem  na  pozór 

chrapliwym i gromkim, lecz w rzeczywistości niemal bezdźwięcznym. Głosem, który dosłyszeć 

mógł tylko kot. 

- Niech  mnie diabli, przecież  to Morgan Black!  -  zawołał drugi  tym samym  ryczącym i 

bezgłośnym szeptem. Obaj drwale stali naprzeciwko siebie na szeroko rozstawionych nogach, z 

ramionami  luźno  zwisającymi  w  dół.  -  Suszy  mnie  jak  jasna  cholera  -  poskarżył  się  Świński 

Ogon. 

- A mnie łeb nawala jak nie wiem co - stwierdził Morgan, stęknął i dotknął rękami skroni. 

- Pewnie obaj byliśmy nieźle ubzdryngoleni, jak nas spławili. Gadaj, stary opoju: jak żeś 

oberwał? 

- Normalnie. Była rozróba w saloonie „Pod Czerwoną Beką”. 

Morgan siadł ciężko na sosnowej skrzyni, zdjął głowę z ramion i ułożył ją na kolanach, 

żeby porządnie wymasować sobie skronie. 

- A mnie dorwali w Sawdust Flats - Świński Ogon zachichotał upiornie. - Łyknąłem parę 

background image

kielichów gorzały  i właśnie  miałem pójść  do  Sadie  Lou,  żeby  naostrzyć  sobie  siekierkę, jak to 

mówią, kiedy napatoczyłem się na tego gościa z „Blue Nose”, co ma krzywe nogi, no to od razu 

żem mu dał w oko. No i nimem się obejrzał, a tu wyskoczyło na mnie siedmiu jego koleżków. 

Jak  już  skończyli mnie młócić  buciskami,  to taką  miałem wysypkę na całej skórze,  że w  życiu 

podobnej nie widziałeś. No i do Sadie Lou żem nie dolazł... 

- To było w sześćdziesiątym pierwszym - stwierdziła bezgłośnie głowa Morgana. - Dobry 

był rok, rzeka wyjątkowo spławna na wiosnę. 

- A ja właśnie zajmowałem się spławianiem bali. Hop, hop, z jednego na drugi! Mógłbym 

dopłynąć do brzegu na bańce mydlanej! 

- Gadanie. 

Świński Ogon siadł ostrożnie w miękkim skórzanym fotelu Corneliusa. 

- Ożeż ty! Chałupkacukiereczek, ja cię kręcę! - zaczął śpiewać, zawodząc upiornie: - Jak 

wycinaliśmy  las,  brnąc  w  śniegu  po  pas,  tyleśmy  narąbali,  że  było  pełno  bali...  A  my  też 

narąbani, hej ho! 

- Przymknij się - warknął Morgan. - Zaraz łeb mi się rozsypie na kawałki. 

-  Dobrze  ci  gadać,  a  ja  to  co?  Suszy  mnie  tak,  że  wypiłbym  całą  Tittabawassee. 

Najchętniej  odgryzłbym  ucho  temu  frajerowi,  który  nas  wezwał!  Nie  mogli  zostawić  nas  w 

spokoju? 

Morgan starannie umocował głowę z powrotem na ramionach. 

- Nadchodzi świt. Zaraz się zmywamy. 

-  Było  nie  było,  jakąś  pamiątkę  trzeba  po  sobie  zostawić  -  stwierdził  Świński  Ogon.  - 

Czuję, jak mnie nosi.  Juhuuu!!!  - wydał  z  siebie okrzyk  będący  zaświatową  wersją  dziarskiego 

wrzasku drwala, przewracając stolik i wyciągając druty z robótki Margaret. Percy aż skurczył się 

ze zgrozy. 

Następnie drwal przeszedł się po całym pokoju: stukstukstuk. Buciory uderzały kolcami o 

podłogę, lecz nie zostawiały najmniejszego nawet śladu na wypastowanych deskach. 

-  A  to  co  za  breja?!  -  odezwał  się,  zrzucając  siedmiowarstwowy  tort  z  baru.  Wypiek 

wylądował na podłodze z nieapetycznym pacnięciem. - Juhuuu! 

W oddali rozległo się pobrzmiewające echem pianie koguta na jednej z farm oznajmiające 

bliski świt. 

- Przymknijże się, ty konusie jeden! - w głosie Morgana pobrzmiewała groźba. Wstał ze 

background image

skrzyni, zaciskając pięści. - Chcesz, żeby łeb mi odpadł? Gdybym tylko mógł cię dorwać, to... 

- Godzina wybiła! - zawołał śpiewnie Świński Ogon. - Dnieje na bagniskach! 

Morgan Black rzucił się na niego, ale w tej samej chwili obie postacie rozpłynęły się w 

powietrzu. Jeszcze przez moment w salonie unosiła się wilgotna mgiełka. 

- Dnieeeje na bagniskach! - grzmiał ostatni zamierający krzyk, jaki Percy usłyszał wraz z 

kolejnym pianiem koguta. Mgiełka zaczęła znikać i topnieć, i kurczyć się, aż nie pozostało z niej 

nic  prócz  sporej  kałuży  na  deskach  podłogi.  Potem  zapanowała  cisza  i  słychać  już  było  tylko 

szum fal u brzegu jeziora i pierwsze ćwierkanie budzących się ptaków. 

Kiedy  ci  tak  hałaśliwi  przybysze  ulotnili  się  wreszcie,  zadowolony  Percy  zwinął  się  w 

kłębek na dywaniku, zakrywając jedną łapką uszy - i usnął. Obudził go pełen rozjuszenia wrzask. 

-  Jasna  cholera!  -  ryknął  Bili  Diddleton.  Ubrany  był  w  strój  rybacki  i  gumowe  buty.  - 

Jasna cholera, tort diabli wzięli! 

-  Nie  mogę  zrozumieć,  jak  to  się  stało  -  powtarzał  Cornelius.  -  Nigdy  dotąd  nie  robił 

takich psikusów, przenigdy. 

- Trzy godziny przygotowywałem ten tort. Osiemnaście jajek i siedem różnych gatunków 

wódy! 

Na dźwięk jego głosu u balustrady pojawiły się dwie zaspane kobiety. 

- Patrzcie na mój tort! - krzyknął do nich Bili. - Przeklęte kocisko zrzuciło go na podłogę. 

Margaret czym prędzej zbiegła na dół. 

- Nie wierzę, żeby Percy mógł pozwolić sobie na coś takiego. Gdzie on jest? - tymczasem 

Percy,  przytłoczony  ciężarem  potwarzy,  jaką  nań  rzucono,  uznał,  że  najrozsądniej  będzie 

zniknąć. 

- Tam się schował! - zadudnił głos Billa. - Bydlak właśnie dał nura pod kanapę. 

Zaraz potem rozległ się okrzyk Margaret, zdumionej i zaskoczonej. 

- Moja robótka! Wyciągnął z niej druty. Percy! Niedobry kotek! 

Percy  położył  uszy  po  sobie  w  pozbawionej  nadziei  rezygnacji,  a  zarazem  niemym 

oburzeniu - osamotniony w ciemnościach pod tapczanem. 

- To całkiem nie w jego stylu - przekonywał Cornelius. - Naprawdę nie mogę pojąć, co 

skłoniło go do takiego zachowania... Margaret! Moja układanka rozsypana, stolik przewrócony! 

Ten kot chyba musiał oszaleć! 

Teraz po schodach z wolna zeszła Deedee. 

background image

- Zauważyliście, że podłoga jest cała mokra? Na samym środku pokoju jest wielka kałuża. 

-  Nietrudno  zgadnąć,  co  to  takiego!  -  żachnął  się  Bili,  wprost  ociekając  sarkazmem  i 

żądzą zemsty. 

- Percy! - zawołali Margaret i Cornelius unisono. - Coś ty narobił?! 

Do cna przytłoczony tym ostatnim niesprawiedliwym posądzeniem, Percy aż skurczył się, 

marząc  tylko  o  tym,  by  zniknąć  jak  tamci  nocni  goście.  Był  wyjątkowo  schludnym  kotem  i 

szczególnie skrzętnie przestrzegał wszelkich zasad czystości wiążących się z jego kuwetką. 

Margaret obeszła kałużę. 

- Jakoś nie mogę uwierzyć, żeby Percy zrobił coś takiego. 

- A kto inny mógł zostawić kałużę na podłodze? - spytał Bili wielce zjadliwym tonem. - 

Może duchy? 

-  Duchy!  -  pisnęła  głośno  Deedee.  -  Wiedziałam!  Wszystko  przez  te  twoje  głupie 

zaklęcia,  Bili!  - zajrzała  do  wielkiego  kieliszka na brandy  stojącego na  barku.  -  Gdzie jest  mój 

pierścionek z diamentem? Włożyłam go do tego kielicha, kiedy pomagałam wczoraj Margaret w 

kuchni.  Och,  Bili!  Tutaj  stało  się  coś  strasznego.  Jest  mi  zimno,  cała  się  trzęsę.  Czuję  w 

powietrzu coś złowrogiego i zatęchłego. Wracajmy do domu. Proszę! 

Bili stał pośrodku pokoju, skrobiąc się lewą stopą w kostkę prawej nogi. 

- Wiecie co, chyba rzeczywiście powinniśmy wracać, zapim Deedee całkiem się rozklei. 

- Zaraz przygotuję śniadanie - zaproponowała Margaret. - Od razu wszyscy poczujemy się 

lepiej. 

-  Nie  chcę  żadnego  śniadania -  zawodziła  żałosnym tonem Deedee.  -  Ja chcę do domu. 

Dostałam jakiejś wysypki na kostkach, oszaleć można! - zademonstrowała im białe bąble. 

- To od trującego bluszczu, dziewczynko - stwierdził Bili. - Chyba mam to samo. 

- Niemożliwe - zaprotestowała Margaret. - Na tym cmentarzu nigdy nie było ani jednego 

źdźbła trującego bluszczu! 

Diddletonowie pospiesznie spakowali swoje rzeczy i odjechali znad jeziora Big Pine, nim 

jeszcze słońce wzniosło się nad szczyty drzew. 

Urażona  duma  Percy’ego  nie  pozwoliła  mu  opuścić  schronienia  pod  kanapą,  odmówił 

spożycia  śniadania  i  jeszcze  przez  dłuższy  czas  po  owej  nocy  wielkiej  kałuży  odnosił  się  z 

niejakim chłodem do Corneliusa i Margaret. Co prawda szybko wybaczyli mu wszystko, ale co 

komu z przebaczenia za  grzechy,  których  się nie popełniło?  O incydencie opowiedziano innym 

background image

gościom, którzy pojawiali się w kolejne weekendy, toteż ku ubolewaniu Percy’ego jego reputacja 

wielce ucierpiała na całej tej historii. 

Pod  koniec  lata  pierścionek  z  diamentem  należący  do  Deedee  znalazł  się  za  sosnową 

skrzynią.  Jednak  państwo  Diddletonowie  nigdy  nie  odwiedzili  już  letniej  rezydencji  nad 

jeziorem. Należy też odnotować fakt, iż Cornelius i Margaret przestali chodzić na groby drwali. 

Niemal z dnia na dzień cały cmentarz porosły jadowite pnącza. 

- Jakie to dziwne - rzekła Margaret. - Nigdy przedtem nie rósł tu trujący bluszcz! 

- Nie mogę tego pojąć - oznajmił Cornelius. 

3 Fenomenalna koteczka 

Pierwszy  raz  ze  zjawiskiem  kociej  hiperaktywności  mechanicznej  zetknęliśmy  się 

piętnaście lat temu. W tamtych czasach mój mąż i ja nie mieliśmy w domu żadnego zwierzątka, 

toteż  pełni  najlepszych  zamiarów  zgodziliśmy  się  zapewnić  dom  oraz  utrzymanie  pewnej 

młodziutkiej syjamskiej kotce na czas kilku tygodni, podczas których moja mieszkająca na stałe 

w St. Louis siostra miała przebywać za granicą. Geraldine zapewniła nas, że taki kociak w domu 

to sama radość. W liście napisała: 

„Nie  powierzyłabym  SinSin  nikomu  innemu  oprócz  was.  Na  pewno  nie  sprawi  wam 

najmniejszego  kłopotu.  Pamiętajcie  tylko,  żeby  nie  wychodziła na  dwór  i  nie  miała  kontaktu  z 

żadnymi kocurami. Jest  już  w takim  wieku,  że  coś  mogłoby  jej  strzelić do  łebka,  a  ja nie chcę 

żadnej wpadki, bo to kotka z imponującym rodowodem i zamierzam skrzyżować ją z nie mniej 

rasowym  kocurkiem,  kiedy  przyjdzie  co  do  czego.  W  zamian  za  opiekę  SinSin  zapewni  wam 

kocie ciepło i rozrywkę. To naprawdę przemiła i bardzo mechaniczna kotka. Co wam przywieźć 

z Paryża?” 

- Co to znaczy „mechaniczna kotka”? - spytałam Howarda. Zajęty był naszą wieżą stereo, 

która już od kilku tygodni zachowywała się dość chimerycznie. 

-  Za  czasów  mojego  dzieciństwa  zabawki  były  nakręcane  -  odparł  -  ale  teraz  pewnie 

wszystkie są na baterie. 

- Nie, Geraldine pisze tak o swoim kociaku, prawdziwym - wyjaśniłam. - Czy miałbyś coś 

przeciwko temu, gdybyśmy zaopiekowali się małą kotką na jakiś czas? 

- Jeśli chcesz, to proszę bardzo - rzekł Howard -  tylko mnie w to nie angażuj. Będę tak 

długo grzebał w tym sprzęcie, dopóki nie znajdę przyczyny awarii. Wydaje mi się, że to coś we 

background image

wzmacniaczu. 

Jednak już bardzo niedługo mój mąż dokonał pewnego zaskakującego odkrycia: kiedy w 

grę wchodziła SinSin, nie sposób było uniknąć zaangażowania. 

Odebraliśmy  ją  na  lotnisku.  Wewnątrz  specjalnego  pojemnika  z  otworami 

wentylacyjnymi  widać  było  drobny  kłębuszek  futerka.  Kłębuszek  drgnął.  Był  żywy. 

Umieściliśmy koci transporter na tylnej kanapie samochodu. 

- Teraz mogę odetchnąć - stwierdziłam. - Podróż minęła jej bezpiecznie. 

Howard  zasiadł  za  kierownicą  z  błogim  wyrazem  niezaangażowania  na  obliczu. 

Opuściliśmy  lotnisko  i  tylko  odrobinę  przekraczaliśmy  ograniczenie  prędkości,  gdy  nagle  w 

paniczne  przerażenie  wprawił  nas  szatański  wrzask,  który  rozległ  się  za  nami.  Brzmiało  to  jak 

krzyk rannej mewy, lecz było równie donośne jak ryk syreny karetki pogotowia. Howard zjechał 

na  pobocze  i  omal  nie  wpadliśmy  do  rowu.  Okazało  się,  że  SinSin,  która  przed  podróżą 

otrzymała  słaby  środek  uspokajający,  przychodziła  właśnie  do  siebie  i  postanowiła  nam  się 

przedstawić. 

-  Może  chce  wyjść  z  tego  pudła  -  wyraziłam  przypuszczenie,  mając  jednocześnie 

nadzieję, że nie jest to zwykły sposób przemawiania naszej nowej lokatorki. Gdy wydobyłam ją z 

pojemnika,  ogarnęły  mnie  wątpliwości.  Cóż  to  za  cudowne  stworzenie,  które  powierzono  mej 

opiece?  Jej  jasne futerko było w dotyku delikatniejsze od mojej  kurtki z  wiewiórek  i sprawiało 

wrażenie  o  wiele  cenniejszego.  Rozmieszczone  na  nim  ciemnobrązowe  akcenty  wyglądały  tak 

szykownie, że od razu poczułam się zwykłą, zaniedbaną kurą domową. Natomiast jej oczy... były 

błękitne jak niebo i pełne tajemnic przerastających możliwość mojego pojmowania. 

Przejęta  i  zdenerwowana,  posadziłam  ją  na  starym  swetrze,  zastanawiając  się,  czy 

dziesięcioletni  kaszmir  jest  dla  niej  czymś  wystarczająco  dobrym.  Ciałko  SinSin  było  smukłe, 

zwinne i sprężyste. 

Po drodze do domu zatrzymaliśmy się przy supermarkecie, aby kupić zapas kociej karmy 

i torbę żwirku do jej kuwety. Właśnie, czy plastikowa kuweta wystarczy? Czy może spodziewała 

się czegoś z porcelany albo kryształowej patery? 

Poszliśmy po zakupy, pozostawiając ją na kaszmirowym sweterku. Oczywiście starannie 

zamknęliśmy  samochód.  A  jednak  gdy  wróciliśmy  na  parking  objuczeni  torbami,  wokół 

samochodu zgromadził się tłumek ciekawskich gapiów, a SinSin znajdowała się na zewnątrz, na 

masce wozu. Jedno z tylnych okien było otwarte na oścież! 

background image

Siedziała tak sobie niczym starożytny egipski posążek, wyciągając szyję i napawając się 

zachwytami gawiedzi, które najwyraźniej uważała za coś w najoczywistszy sposób naturalnego. 

Z  mocno  bijącym  sercem  przecisnęłam  się  przez  tłum.  Próbowałam  ją  złapać,  ale  ona  tylko 

odsunęła  się  niedbałym,  wyniosłym  ruchem  i  wskoczyła  na  dach  samochodu.  Pośród  widowni 

rozległy się śmiechy. 

- Nie straszcie jej - rzuciłam błagalnym tonem. 

W ślad  za nią wspiął się teraz Howard,  wykonując  dziwne, gwałtowne  ruchy i mrucząc 

coś pod nosem, gdy usiłował przechytrzyć siedmiomiesięczną kotkę. Rozbawienie gawiedzi nie 

poprawiło  jego nastroju,  toteż  gdy  wreszcie  udało  mu  się  schwytać  SinSin,  można  było  o  nim 

powiedzieć wszystko prócz tego, by był niezaangażowany. 

Odjechaliśmy  spod  supermarketu  i  kłóciliśmy  się  właśnie  zawzięcie,  czyją  winą  było 

pozostawienie  otwartego  okna,  gdy  nagle  do  rzeczywistości  przywołał  nas  chłodny  podmuch. 

Tym  razem  otwarte  było  drugie  tylne  okno,  a  SinSin,  wyciągając  szyję,  podziwiała  mijany 

krajobraz i mrugała oczyma na wietrze. 

Wrzasnęłam, a Howard nadepnął na hamulec. Wreszcie nas oświeciło. Elektryczne szyby! 

SinSin  po  prostu  przypadkiem  stanęła  na  przycisk  otwierający  okno  -  najpierw  jedno,  potem 

drugie. Nie trzeba dodawać, że resztę podróży spędziła zamknięta w swoim pojemniku, na cały 

głos wyrażając sprzeciw wobec takiego stanu rzeczy. 

Gdy  weszliśmy  do  domu,  nowo  przybyła  obwąchała  wszystko  z  wyraźną  dezaprobatą, 

wzgardziła  kolacją  podaną na jednym  z  moich najlepszych talerzyków,  zignorowała  mięciutkie 

legowisko,  które  jej  przygotowaliśmy,  i  nawet  nie  spojrzała  na  głupie  zabawki,  które  dla  niej 

kupiliśmy. Obserwowaliśmy każdy  jej  ruch  z  niepokojem,  a  Howard  przyglądał  jej  się  z  takim 

zafascynowaniem, że całkiem zapomniał o swojej wieży stereo. 

-  Powinniśmy  zostawić  ją  na  trochę  w  spokoju  -  stwierdziłam  po  jakimś  czasie.  - 

Wybierzmy  się  do  kina,  niech  pobędzie  trochę  sama.  Będzie  mogła  zaznajomić  się  z  nowym 

miejscem w swoim własnym tempie. 

Wyszliśmy więc, ale jakoś nie potrafiłam skupić się na akcji filmu. Żeby tylko SinSin nie 

zrobiła  sobie  jakiejś  krzywdy! Czy  aby na pewno w  naszym domu nie  ma czegoś, co  mogłoby 

być dla niej niebezpieczne?  Niektóre okna zostawiliśmy  otwarte, były w  nich tylko siatki  -  czy 

przypadkiem  nie  wypchnie  którejś  z  nich  i  nie  ucieknie?  A  co  będzie,  jeżeli  zacznie  obgryzać 

liście którejś z moich roślin doniczkowych i się otruje? 

background image

Do  domu  wróciliśmy  około  północy,  a  gdy  wjechaliśmy  na  naszą  cichą  uliczkę,  mój 

niepokój  przerodził  się  w  przerażenie.  Na  gankach,  chodnikach  i  trawnikach  pełno  było 

sąsiadów.  Chodzili  w  tę  i  we  w  tę,  wymachując  ramionami  oraz  perorując  z  oburzeniem. 

Najwyraźniej protestowali w ten sposób przeciw czemuś. Tak, niewątpliwie nie przypadły im do 

gustu  jazgotliwe  dźwięki  gitar  i  łomot  ciężkiej  rockowej  muzyki...  dobiegającej  najwyraźniej  z 

naszego domu. 

Pod nasze drzwi zajechał radiowóz, błyskając światłami na dachu. 

-  Co  też  państwu  przyszło  do  głowy?  -  zrugał  nas  policjant.  -  Czy  tak  postępują 

odpowiedzialni  ludzie?  Co  to  za  pomysł,  żeby  wyjść  z  domu  i  zostawić  radio  rozkręcone  na 

pełny regulator? Niby porządni ludzie, a tu proszę, takie rzeczy! 

Dźwięk  wydawany  przez  wieżę  Howarda  był  wprost  ogłuszający.  Rzucił  się,  żeby  ją 

wyłączyć, tymczasem ja próbowałam wytłumaczyć się przed policjantami i przeprosić sąsiadów. 

- Z tym sprzętem coś jest nie tak - stwierdziłam. - Czasem działa, czasem nie działa, ale 

żeby się sama włączyła? Tego nigdy byśmy się nie spodziewali. 

Biedna  SinSin!  Odniosłam  wrażenie,  że  ona  ucierpiała  najbardziej.  Leżała  skulona  pod 

łóżkiem,  najwidoczniej  wstrząśnięta  tym,  że  przyszło  jej  wbrew  własnej  woli  mieszkać  w  tak 

hałaśliwym  domu.  Pozwoliła  jednak  Howardowi wyciągnąć  się  ze swej kryjówki i dała  mu się 

ugłaskać. Mój mąż był bardzo dumny z tego, że udało mu się uspokoić to wrażliwe zwierzątko. 

Następnego  dnia  rano  wszyscy  czuliśmy  się  lepiej.  Gdy  zasiedliśmy  do  leniwego 

niedzielnego śniadania, SinSin zabawiała nas, uganiając się za jakimś drobiazgiem, który skądś 

wytrzasnęła.  Jak  okazało  się  później,  była  to  część  mojej  maszyny  do  pisania.  Łapczywie 

pochłonęła swój poranny posiłek i w ogóle widać było, że zaakceptowała swoje nowe otoczenie. 

Oboje promienieliśmy z zadowolenia. 

-  A  tak  nawiasem  mówiąc  -  rzucił  Howard  -  grzanki  będą  dużo  cieplejsze,  jeśli 

podłączysz opiekacz do prądu. 

-  To  dziwne  -  zauważyłam,  wpychając  wtyczkę  do  kontaktu.  -  Byłam  pewna,  że  jest 

włączony. 

W tym momencie oboje zerwaliśmy się na równe nogi, gdy z salonu dobiegł nas gromki, 

solenny głos: 

-  Odśpiewajmy  teraz  wszyscy  razem  hymn  siedemdziesiąty  trzeci  -  a  kościelne  organy 

zadudniły pierwszymi akordami. 

background image

Pobiegliśmy tam oboje i oczom naszym ukazało się coś wręcz niewiarygodnego. SinSin 

dotykała łapkami przycisków wieży. 

- Niesamowite! - zaparło mi dech w piersiach. 

- Coś podobnego! - zawołał Howard z podziwem, zachwytem i niejaką dumą.  - Sprytne 

zwierzątko, prawda? 

A to był dopiero początek. 

Zasiedliśmy znów do śniadania, rozmawiając o tym, jaki to zmyślny kociak nam się trafił, 

aż nagle ujrzeliśmy, jak przycupnęła na ułamek sekundy, wskoczyła bez trudu na stół kuchenny i 

wyłączyła  ekspres  do  kawy.  Chwyciła  mianowicie  wtyczkę  zębami  i  stanowczym  ruchem 

pociągnęła ją do tyłu. Następnie zeskoczyła i poszła sobie, kiwając z satysfakcją ogonem. 

Geraldine użyła w swym liście trafnego określenia. W samej rzeczy SinSin odznaczała się 

szczególnymi  uzdolnieniami  mechanicznymi.  Mogliśmy  tylko  żywić  nadzieję,  że  to  młode 

stworzenie o tak specyficznych upodobaniach ma dość rozumu, aby uniknąć porażenia prądem. 

Czego nie mogła dokonać pazurkami, robiła właśnie zębami. Jej mały pyszczek miał moc 

obcęgów.  SinSin  przejawiała  skłonność  do  wszystkiego,  co  dało  się  włączyć,  wyłączyć  lub 

przełączyć  -  a  więc  do  przycisków,  guzików,  dźwigienek,  zasuwek,  zatrzasków,  pstryczków, 

pokręteł,  wajch...  Gdy  zdarzyło  jej  się  mieć  do  czynienia  z  jakimkolwiek  urządzeniem 

mechanicznym,  przechylała  tylko  główkę  na  bok  i  spoglądała  na  nie  z  ukosa,  kombinując  tak 

długo, aż nie rozgryzła, jak to coś działa. 

Ulubionym  terenem  jej  zabaw była kuchnia, istny ogród  pokus  i rozkoszy.  Gdy  zaczęła 

interesować  się  leżącym  tam  zwykle  na  stole  telefonem  i  jego  klawiaturą,  zrazu  próbowaliśmy 

chować go w szufladzie, ale SinSin niemal natychmiast odkryła, że otwarcie tejże nie sprawia jej 

najmniejszego  kłopotu,  a  to  dzięki  plastikowym  kółkom  umożliwiającym  płynne  wsuwanie  i 

wysuwanie  szuflady  -  niemal  bez  użycia  siły.  Włożyliśmy  więc  telefon  do  szafki  wiszącej  na 

ścianie  i  tam  był  bezpieczny  -  oczywiście  o  ile  uchwyty  jej  drzwiczek  były  mocno  związane 

drutem.  Nie  było  to  może  najwygodniejsze  rozwiązanie,  ale  lepsze  to  od  horrendalnych 

rachunków  za  rozmowy  międzymiastowe,  jakie  z  pewnością  wkrótce  zaczęłyby  nadchodzić, 

gdyby nie przedsięwzięte środki ostrożności. 

- Przecież to tylko na parę tygodni - przypomniał mi Howard. 

Przez te kilka tygodni SinSin codziennie wyłączała wszystkie lampy, a od czasu do czasu 

także  lodówkę.  Pewnego  popołudnia,  gdy  została  sama  w  domu,  rozpracowała  elektryczny 

background image

młynek  do  kawy.  Zmieliła  wszystkie  ziarna,  jakie  były  w  pojemniczku,  i  spaliła  silnik 

urządzenia. 

Ciekawe, że przyciski z napisem OFF jakoś nie budziły jej zainteresowania, natomiast te, 

na  których  widniał  napis  ON,  wręcz  przeciwnie,  uruchamiały  zielone  i  czerwone  światełka, 

inicjowały brzęczenie,  warczenie  i  buczenie  nadające  sens  jej  poczynaniom.  Szczególną radość 

sprawiało  jej  włączanie  jednego lub kilku  telewizorów naraz w  samym  środku nocy, gdy  mrok 

panujący  we  wnętrzach  rozpraszało  migające  światło  kineskopu,  a  ciszę  wypełniała  zgiełkliwa 

muzyka lub podekscytowane głosy telewizyjnych prezenterów. 

W  naszym  domu  właściwie  nie  ma  wydzielonych  pokojów  i  drzwi  między  nimi,  nie 

mamy  też  piwnicy,  toteż  wyjątkowo  trudno  było  nam  zamknąć  gdzieś  tego  przemyślnego 

zwierzaka - lub uniemożliwić SinSin dostęp do którejś z części wnętrza. Jednak zadbaliśmy o to, 

by  pod  żadnym  pozorem  nie  mogła  dostać  się  do  żadnej  z  łazienek.  Po  prostu  stan  liczników 

ciepłej  i  zimnej  wody  wzrósł  w  zastraszającym  tempie,  gdyż  SinSin  uwielbiała  ocierać  się 

łebkiem  o  krany,  a  potem  przyglądać  się  z  lubością  wodzie  wirującej  w  odpływie  umywalki; 

potrafiła też siedzieć całymi godzinami na rezerwuarze, spuszczając wodę raz za razem. Nie było 

sensu na nią krzyczeć, mała czarodziejka tylko mrużyła swe anielsko błękitne oczęta, aż w końcu 

dawałam za wygraną i brałam ją na ręce, żeby kotkę przytulić. 

Z  czasem  nauczyliśmy  się  przewidywać  jej  psikusy,  chować  drobniejsze  urządzenia  i 

maskować  te  większe  za  pomocą  dywanów  lub  koców;  opracowaliśmy  też  szereg  antykocich 

zabezpieczeń  na  bazie  drutu  i  taśmy  klejącej.  Howard  nawet  nie  tknął  swojej  wieży  hifi  przez 

całe długie tygodnie! 

- Sprawmy sobie własnego kota, kiedy SinSin wróci do domu - zaproponował, gdy po raz 

czterdziesty rozwiązała sznurówki u jego butów. 

Gdy  czas  jej  pobytu  u  nas  miał  już  się  ku  końcowi,  uznaliśmy,  że  mamy  powody  do 

satysfakcji. Nie dopuściliśmy, by nawiązała kontakt z innymi kotami albo popełniła samobójstwo 

lub spaliła dom. 

A  jednak  SinSin  miała  w  zanadrzu  jeszcze  jedną  niespodziankę.  Dwa  dni  przed 

spodziewanym powrotem mojej siostry z Europy  SinSin osiągnęła wiek dojrzały. Zaraz też, nie 

szczędząc głosu, oznajmiła nam o tym doniosłym wydarzeniu. 

Histeryczny  skowyt  i  zawodzenie  rozlegało  się  nieprzerwanie,  godzinami.  Choć 

pozamykaliśmy  wszystkie  okna,  jej  popisy  wokalne  przenikały  ściany  domu,  toteż  reakcje 

background image

sąsiadów  oscylowały  między  zwykłą  wściekłością  a  pogróżkami,  w  których  mowa  była  o 

rychłym wytoczeniu nam procesu. 

W  desperacji  zatelefonowaliśmy  do  weterynarza.  Był  już  późny  wieczór,  więc 

zadzwoniliśmy na telefon domowy. Lekarz oznajmił: 

- To typowe dla syjamskich królowych. Najlepiej od razu skojarzyć ją z kocurem, bo w 

przeciwnym wypadku oszalejecie państwo od tego hałasu. 

-  Nie  możemy  -  wyjaśniłam.  -  Moja  siostra  z  St.  Louis  ma  własne.plany  dotyczące  jej 

zamążpójścia. 

- W takim razie proponuję watę w uszy i zapraszam jutro rano do kliniki. Dam jej środek 

uspokajający. 

;  Póki  co  to  Howard  i  ja  łyknęliśmy  pigułki  na  uspokojenie,  a  następnie  zamknęliśmy 

SinSin  w  pomieszczeniu  gospodarczym,  zabezpieczywszy  uprzednio  drutem  krany,  pamiętając 

także o wyłączeniu z kontaktów pralki oraz suszarki. 

Pomieszczenie to było najbardziej oddalone od naszej sypialni, nie dość jednak odległe, a 

połknięta przeze mnie pigułka nie wystarczyła, by zapobiec efektowi potwornego harmidru, jaki 

obudził  mnie  parę  godzin  po  północy.  Skowyt  SinSin  był  zgoła  niczym  w  porównaniu  z 

kakofonią  wrzasków,  pomruków,  prychania,  jaka  zaatakowała  moje uszy  -  brzmiało  to  niczym 

ścieżka  dźwiękowa  efektów  specjalnych  z  horroru.  Omal  nie  spadłam  z  łóżka,  a  następnie  po 

omacku zaczęłam przedzierać się w stronę pomieszczenia gospodarczego, krzycząc jednocześnie 

wniebogłosy, żeby obudzić Howarda. Kiedy otwarłam drzwi, ujrzałam wokół siebie połyskujące 

w  półmroku  iskierki.  Iskierki  czerwone  i  białe,  jarzące  się  w  ciemnościach  jak  odpryski 

fajerwerków, a to pośród wrzasków, łoskotu i łomotu. Kiedy stanęłam tak w drzwiach, zdębiała z 

przerażenia,  iskierki  również  znieruchomiały  i  zawisły  w  przestrzeni.  Dopiero  wtedy  zdałam 

sobie sprawę, że podobnie jak nieszczęścia, iskierki te pogrupowane są w pary. Jak pary oczu. 

Zaspany  Howard  wtoczył  się  za  mną  do  pokoju  i  wymacał  włącznik  światła.  Iskierki 

znikły, natomiast oczom naszym  ukazało się całe  mnóstwo kotów -  kotów  na  pralce,  kotów na 

suszarce,  kotów  na  koszach  z  bielizną...  jeden  z  nich  spoglądał  na  nas  ze  skrzynki  z 

bezpiecznikami.  Koty  znajdowały się wewnątrz  szafek, pod  nimi i na nich. Koty szare,  czarne, 

rude, pręgowane i łaciate, a wszystkie spoglądały na nas z wyrzutem i oburzeniem. 

Pośrodku  całego  tego  zamieszania  królowała  SinSin,  była  nieco  oszołomiona,  ale 

najwyraźniej bardzo z siebie dumna. Udało jej się otworzyć klapę, przez którą dostawca wstawiał 

background image

butelki z mlekiem, i tym samym wpuścić do środka całą kocurzą populację z sąsiedztwa. 

Odsyłając SinSin z powrotem do St. Louis, wysłaliśmy też pisemne wyjaśnienie, którego 

jednak  Geraldine  nie  przyjęła  najlepiej,  a  we  właściwym  czasie  moja  niewdzięczna  siostra 

odesłała nam całą czwórkę potomków SinSin. 

Każde  z  czworga  kociąt  wyglądało  inaczej,  ale  wszystkie  przejawiały  szczególne 

zamiłowania i uzdolnienia techniczne, choć nie dorównywały pod tym względem swojej matce, 

przewyższając jednak zarazem w tej dziedzinie dachówce i koty domowe zamierzchłej epoki. Co 

więcej, pojawiające się nowe technologie okazywały się coraz łatwiej przyswajalne dla kolejnych 

następujących pokoleń. Czy działo się tak dlatego, że oglądały telewizję, miast wpatrywać się w 

mysie dziury? Czy może to kwestia przemian genetycznych związanych z dodatkami zawartymi 

w  kociej  karmie?  Zjawisko  w  każdym  razie  wydaje  się  godne  dalszej  obserwacji,  a  my  akurat 

mamy po temu znakomite warunki. 

Obecnie  Howard  i  ja  prowadzimy  coś  w  rodzaju  schroniska  dla  bezdomnych  lub 

niechcianych kotów, które jest jednocześnie szkołą z internatem dla prawdziwie uzdolnionych i 

hiperaktywnych  technologicznie  przedstawicieli  kociego  rodu,  starając  się  zapewnić  im 

odpowiedni start życiowy i przyszłą karierę. 

Nie  należy  lekceważyć  fenomenu,  jakim  jest  nasilająca  się  rewolucja  technologiczna 

pośród kotów. Być może już bardzo niedługo nadejdą czasy, kiedy wszelkie urządzenia domowe, 

w  szczególności  komputery,  będą  musiały  spełniać  określone  normy  kotoodporności.  W 

przeciwnym razie coś, co obecnie zaliczamy jeszcze do kocich psikusów, grozi KATASTROFĄ, 

kryzysem i wszechcywilizacyjnym kociokwikiem. 

4 Bohater z ulicy Drummond 

W  wyniku  nieprzyjemnego  incydentu,  jaki  miał  miejsce  na  trawniku  przed  domem 

Jamisonów, kot wycofał się pod krzak jałowca, aby przemyśleć sytuację, a mały Vernon Jamison 

pobiegł z rykiem do domu. Ryczał całymi godzinami; z czasem zabrakło mu łez i płacz przestał 

brzmieć  przekonująco,  wciąż  jednak  rozlegał  się  z  całą  donośnością,  na  którą  stać  marudnego 

sześciolatka.  Przed  domem  tymczasem  zgromadziła  się  dzieciarnia  z  całej  okolicy,  czyniąc 

zgiełk,  przepychając  się  i  krążąc  wokół  pewnego  miejsca  na  trawniku  -  zakrytego  teraz 

wiklinowym koszykiem - tego właśnie miejsca, gdzie doszło do wspomnianego wydarzenia. 

Wreszcie  pani  Jamison  zdecydowała  się  zadzwonić  do  agencji  reklamowej,  w  której 

background image

pracował jej małżonek. 

- Vernon  płacze  przez  całe  popołudnie i  nie można go  uspokoić - powiadomiła  męża. - 

Nie wiem już, co mam robić. 

- Od czego się zaczęło? 

- Urwał ogon Ślimakowi. 

- Co urwał komu? 

-  Ogon!  Urwał  ogon  Śliniakowi!  -  pani  Jamison  podniosła  głos.  -  Chodzi  o  tego 

szarobiałego  kota,  który  włóczy  się  po  sąsiedztwie.  Wszystkie  dzieciaki  znęcają  się  nad  tym 

nieszczęsnym  zwierzęciem,  a  dziś  Vernon  pociągnął  go  za  ogon.  Kawałek  ogona  został  mu  w 

rączce, no i od tego czasu Vernon płacze. Teraz już dostał gorączki. 

Przez chwilę po drugiej stronie panowała cisza. 

- Hm - odezwał się pan Jamison. - A czy ktoś zainteresował się temperaturą kota? 

-  Och,  Sliniakowi  nic  się  nie  stało.  Siedzi  sobie  pod  jałowcem  i  ma  tylko  trzy  czwarte 

ogona,  ale  chyba  mu  to  nie  przeszkadza.  Gorzej,  że  dzieciaki  z  całej  dzielnicy  zadeptują  twój 

trawnik. 

- Mój trawnik! - zakrzyknął pan Jamison do telefonu. - Zaraz tam będę! 

Wzdłuż  ulicy  Drummond,  przy  której  mieszkali  państwo  Jamisonowie,  wznosiły  się 

bliźniacze  domki,  nieróżniące  się  od  siebie  niczym  oprócz  wyglądu  frontowych  trawników. 

Niektóre z nich przypominały krowie pastwiska, inne zwykły ugór. Tylko gazon przed domkiem 

państwa Jamisonów przywodził na myśl zielony aksamit. 

Każda z rodzin posiadała dwa samochody, trzy  rowery, trójkołowy rowerek dla dziecka, 

wózek dziecięcy i kosiarkę do trawy, nikt jednak nie przyznawał się do posiadania kota imieniem 

Sliniak. Był to kot pokaźnych rozmiarów, jak się rzekło szarobiały, który zawdzięczał swoje imię 

niemiłemu defektowi - kot ten bowiem ślinił się niezwykle obficie. Całe strugi śliny bezustannie 

spływały mu po wąsach i futrze, połyskiwały na jego piersi i gromadziły się w kałużę na każdym 

podeście, jaki obrał akurat, by zdrzemnąć się w promieniach słońca. Jeśli któryś z mieszkańców 

ulicy Drummond siadał na ogrodowym krzesełku i  w następnej chwili zrywał się co prędzej na 

równe  nogi,  oznaczało  to,  że  wcześniej  w  tym  samym  miejscu  spał  sobie  smacznie  Sliniak. 

Sliniak  nie  faworyzował  nikogo  i  odwiedzał  kolejno  wszystkie  domy,  obdarzając  je  swym 

wilgotnym błogosławieństwem. 

Sliniak  miał  jeszcze  jedną  skazę  na  urodzie.  Dwa  lata  wcześniej  pewien  mechanik 

background image

naprawiający  telewizory  cofał  się  swoim  samochodem  i  nieszczęśliwie  najechał  na  jego  ogon, 

którego  końcówka  odtąd  zwisała  żałośnie  i  najwyraźniej  była  nieczuła  na  ból.  Okoliczne 

dzieciaki  udowodniły to  wielokrotnie,  przejeżdżając po ogonie Sliniaka  rowerkami, a  ponieważ 

kot  wyglądał  tak,  jak  wyglądał,  starały  się  go  drażnić  i  robić  miny  mające  wystraszyć  go  na 

śmierć. 

Sliniak  tymczasem  na  wszystkie  te  szykany  nie  zwracał  najmniejszej  uwagi,  a  nawet  z 

upodobaniem  włóczył  się  tam  właśnie,  gdzie  zwykli  gromadzić  się  milusińscy,  ochoczo 

wystawiając się na zniewagi i odpowiadając mruczeniem, gdy go tarmoszono. 

-  Zjeżdżaj  stąd,  Sliniak!  -  wrzeszczaładzieciarnia.  -  Ty  parszywe  kocisko!  -  a  Sliniak 

ocierał się wówczas o ich kostki, wpatrując się z uwielbieniem w swych dręczycieli. 

O  ile  Sliniak  przyjął  utratę  koniuszka  ogona  ze  stoickim  spokojem,  Vernon,  gdy  ujrzał 

złowieszczą  pozostałość  w  swej  lewej  dłoni,  dał  upust  przerażeniu  i  poczuciu  winy  istnym 

maratonem  ryku.  Dopiero  zapewnienie,  że  zaraz  z  pracy  przyjdzie  ojciec,  zdołało  go  uciszyć. 

Kiedy pojawił się pan Jamison, przede wszystkim przegonił ze stanowiącego jego dumę trawnika 

ssących kciuki gapiów w wieku przedszkolnym, a następnie zawołał do żony: 

- Co ten koszyk robi na moim trawniku? 

- Przykryłam  nim  ogon  Sliniaka  - wyjaśniła.  - Nie  chciałam  go  dotykać.  Vernon jest  w 

łóżeczku, dostał kakao. 

Na  widok  ojca  Vernon  otworzył  buzię,  wydając  przenikliwy  wrzask,  i  złapał  pana 

Jamisona za rękaw. 

-  Dosyć  tego,  młodzieńcze!  -  uciszył  go  ojciec,  uwalniając  rękaw  marynarki  od 

kurczowego  uchwytu  lepkich  rączek  Vernona.  -  Płacz  nic  tu  nie  pomoże,  a  już  na  pewno  nie 

naprawi kociego ogona. To był wypadek. Nic już nie da się poradzić - możesz tylko przeprosić i 

obiecać, że w przyszłości będziesz dobry dla tego nieszczęsnego zwierzaka. To stworzenie boże, 

więc musimy odnosić się do niego z szacunkiem. 

- Ale on jest wstręciuch - zaoponował Vemon, pociągając nosem. - Ciągle tylko się ślini. 

- Pewnie cierpi na alergię. Jeżeli postanowisz, że będziesz dla niego dobry, na pewno ci 

przebaczy. I nie wycieraj nosa paluchami. 

- A co zrobimy z jego ogonem? - zaszlochał Vernon, wczepiając się w rękaw marynarki 

ojca. 

- Wykopiemy dołek na podwórku za domem i godnie pochowamy koci ogon. Przestań już 

background image

mnie ciągnąć za rękaw! Ile razy ci powtarzałem, żebyś zostawił w spokoju moje ubranie? 

Pochówkowi  Ślimakowego  ogona  przyglądała  się  cała  horda  małoletnich  żałobników; 

swą mokrą obecność zaznaczył też kot we własnej osobie, ocierając się o łydki tych wszystkich, 

którzy  zechcieli  na  to  pozwolić.  Incydent,  który  kosztował  go  utratę  części  ogona,  w  żadnym 

stopniu nie zmniejszył uwielbienia Sliniaka dla swoich prześladowców. 

Pod koniec tygodnia ulica Drummond zapomniała już o kocim ogonie, a to pod wpływem 

nowych,  ekscytujących  wydarzeń.  Rozpoczęto  mianowicie  budowę  kolejnej  partii  domków  i 

okolica zaroiła się od ciężarówek, spychaczy oraz koparek. 

Pewnego  popołudnia,  gdy  wszyscy  mieszkańcy  poniżej  dziesiątego  roku  życia 

nadzorowali  wykopki,  Vernon  przybiegł  do  domu  po  swoje  trzecie  ciasteczko  czekoladowe,  a 

przy okazji oznajmił matce: 

- Sliniak obwąchuje trawnik przed naszym domem. Zdaje mi się, że znalazł jakąś norę. 

-  O  Boże!  Mam  nadzieję,  że  to  nie  krety,  które  rozkopują  trawnik  -  zawołała  pani 

Jamison. - Twój ojciec chyba dostałby zawału. 

Godzinę później Vernon przybiegł do domu po puszkę coli. 

- Mamo? Sliniak ciągle obwąchuje to miejsce. Daj mi coś, żebym mógł zatkać norę. 

- Ani mi się waż tykać trawnika twojego ojca. Pójdę i zobaczę, co to takiego. 

Pani  Jamison  musiała  przyznać,  że  Słiniak  naprawdę  odgrywał  przedziwny  rytuał, 

obwąchując  zawzięcie  trawę,  potem  cofając  się  i  marszcząc  nosek.  Po  kilku  sekundach  wracał 

jednak  w  to  samo  miejsce,  z  wyraźnym  obrzydzeniem  powtarzał  identyczne  ruchy,  kichał  i 

obnażał zęby. 

Vernon  przepłoszył  kota,  a  pani  Jamison  przykucnęła,  by  dokładniej  zbadać  otwór  w 

ziemi. 

-  O  matko,  to  gaz!  Gaz  się  ulatnia!  -  krzyknęła.  -  Biegnę  zadzwonić  po  twojego  ojca. 

Pilnuj, żeby wszyscy trzymali się z daleka. Jeżeli to rzeczywiście wyciek gazu, w każdej chwili 

może dojść do wybuchu! 

Vernon pobiegł czym prędzej do dzieciarni zgromadzonej przy koparkach. 

-  Słuchajcie,  znalazłem  dziurę,  którą  leci  gaz!  -  pochwalił  się.  -  Cała  ulica  wyleci  w 

powietrze. Mama dzwoni po gliny. 

Nie  minęło  parę  minut,  a  na  ulicy  Drummond  pojawiły  się  dwa  samochody  pogotowia 

gazowego  i  zahamowały  z  piskiem  opon  przed  domkiem  państwa  Jamisonów.  Pracownicy 

background image

pogotowia wyładowali z nich czujniki oraz sprzęt do kopania w ziemi. Dwaj mężczyźni ruszyli 

biegiem do sąsiednich domów, aby wszędzie odciąć dopływ gazu. 

Vernon, który aż podskakiwał z podniecenia, podążył w ślad za jednym z nich. 

- Hej, to ja znalazłem to miejsce, gdzie gaz się ulatnia - wrzasnął, chwytając pracownika 

pogotowia za połę kurtki. 

- Bohater z ciebie - stwierdził technik, uśmiechając się z przymusem i uwalniając się od 

Vernona. - Niewykluczone, że uchroniłeś całą okolicę przed poważnymi kłopotami. 

- Jestem bohaterem! - oznajmił Vernon kilka minut potem, gdy pojawił się jego ojciec. 

Pan Jamison tylko jęknął. 

- Już po moim pięknym trawniku! Przecież nie zostanie tu ani źdźbło trawy. 

-  A  ja  miałam  ciasto  w  piekarniku  i  też  przepadło  -  poskarżyła  się  jego  żona,  która 

przechadzała  się  tam  i  z  powrotem  po  pokoju,  próbując  uciszyć  niemowlę,  które  dawno  już 

należało nakarmić. 

Rozległ się dzwonek u drzwi. Na progu ujrzeli młodą kobietę z dyktafonem, za którą stał 

mężczyzna dzierżący w dłoniach aparat fotograficzny. 

- Jesteśmy z „Daily Times” - poinformowała. - O ile się nie mylę, państwa synek ocalił 

całą dzielnicę od katastrofy. 

- To ja,  to  ja, to  ja!  -  rozdarł  się  Vernon.  - Jestem bohaterem!  -  i  chwycił reporterkę za 

rękę. 

- Vernonie! - zgromił go ojciec. - Trzymaj ręce z daleka od tej pani. 

- Chcielibyśmy zrobić mu zdjęcie. 

- Nie jestem pewien, czy życzę sobie, żeby zdjęcie mojego syna pojawiło się w gazecie - 

zastanowił się pan Jamison. - To byłoby... 

- Ale ja chcę, ale ja chcę! Ja chcę mieć zdjęcie w gazecie! - wrzasnął Vernon i pociągnął 

za pasek od aparatu. - Zrób mi zdjęcie! 

- Spokojnie, młodzieńcze - rzekł fotograf. 

- Kochanie - szepnęła pani Jamison do męża - niech już mu zrobią to zdjęcie. Nie ma w 

tym nic złego. 

Tak więc cała rodzina zgromadziła się obok sterty ziemi, która kiedyś była trawnikiem - 

Vernon uczepiony ramienia fotografa, a pani Jamison z niemowlęciem na ręku, które to dziecię 

darło się wniebogłosy. Reporterka tymczasem usiłowała z nią porozmawiać. 

background image

- Proszę mi opowiedzieć, jak to się stało. 

- No więc... - zastanowiła się pani Jamison - Vernon przybiegł do domu i oznajmił mi, że 

Sliniak obwąchuje trawnik przed naszym domem. 

- Kto taki obwąchiwał trawnik? - zdziwiła się dziennikarka. 

-  No,  Sliniak.  Taki  bezdomny  kot,  co  się  tu  kręci...  O,  widzi  pani?  Siedzi  tam,  pod 

jałowcem. Straszny łazęga, ale uwielbia dzieci. 

- Ma ogon jak u owcy. 

-  To  dziwaczna  historia  -  odparła  matka  Vernona  i  westchnęła  ciężko.  -  Kilka  tygodni 

temu mój syn urwał mu ogon. 

- Naprawdę? Tak łatwo urwać kotu ogon? 

-  Akurat  w  tym  wypadku  było  łatwo.  Poza  tym  Sliniak  najwyraźniej  nie  miał  nic 

przeciwko temu. 

- Hm. A co wydarzyło się dzisiaj? 

-  No... Sliniak obwąchiwał  jakiś  otwór w  ziemi, więc poszłam zobaczyć,  o co  chodzi, i 

poczułam gaz. To wszystko. 

Tymczasem fotograf zdołał rozewrzeć paluszki Vernona zaciśnięte na pasku od aparatu i 

próbował upozować go przed jałowcami. 

- A teraz pochyl się - polecił - tak jakbyś sprawdzał to miejsce, w którym poczułeś gaz. 

- Chwileczkę - przerwała pani Jamison. - Najpierw muszę go uczesać i włożyć mu czystą 

koszulkę. To tylko chwilka. 

Fotograf sapnął niecierpliwie i spojrzał w niebo, a reporterka rzekła do niego półgłosem: 

- To nie dzieciak wyczuł gaz, tylko ten kot. - Właściwie to nawet lepiej. Zróbmy zdjęcia 

kotu - mężczyzna wycelował aparat w Sliniaka i wystrzelał całą rolkę filmu. 

Kiedy  pojawił  się  Vernon  w  czystej  koszulce  oraz  z  włosami  przylizanymi  na  mokro, 

fotograf zarządził: 

- A teraz stań tam, gdzie ci mówiłem, i weź twojego kota na ręce, tak żeby było go widać. 

- To nie mój  kot! -  wrzasnął  Vernon. - Nie  chcę mieć  zdjęcia z  tym parszywym  starym 

Sliniakiem. 

-  Chcesz  -  zapewnił  go  fotograf.  -  Na  pewno  chcesz.  Przecież  teraz  jest  sławny. 

Wyniuchał gaz i uratował całą dzielnicę. 

-  Nieprawda,  wcale  że  nie  uratował!  -  rozwrzeszczał  się  Vernon,  tłukąc  fotoreportera 

background image

pięściami.  -  To  ja  uratowałem  dzielnicę!  Zjeżdżaj  stąd,  Sliniak!  -  i  rzucił  w  kota  kamykiem, 

Sliniak zaś zmrużył rozkosznie oczy i zamruczał głośno. 

- Vernonie!  -  rzekł ostrym tonem pan  Jamison.  -  Rób,  co  ci  każe  pan dziennikarz, albo 

jazda do domu! 

-  Już  dobrze,  dobrze  -  fotograf  nagle  zrobił  się  dziwnie  zgodny.  -  Zrobimy  tak,  jak  ten 

młody  człowiek  sobie  życzy  -  a  następnie  skierował  aparat  w  stronę  Vernona  i  pstryknął 

migawką - nie zakładając jednak do aparatu nowego filmu. A zwracając się do reporterki, dodał 

półgłosem: - Wiejmy stąd. Nie mogę znieść tego bachora, który ciągle się mnie czepia za rękaw i 

próbuje  mi  wyrwać  aparat.  Zobaczymy,  jak  ci  z  telewizji  okiełznają  gówniarza.  Właśnie  tu 

zajechali. 

W  wiadomościach  o  szóstej  telewidzowie  mogli  podziwiać  Sliniaka  w  całej  okazałości, 

również następnego dnia w „Daily Times” ukazało się jego zdjęcie. Notka pod spodem głosiła: 

„Mieszkający  na  przedmieściach  kot  bez  ogona  zapobiegł  wczoraj  eksplozji.  Czujne  zwierzę 

wywąchało gaz ulatniający się z rury uszkodzonej w wyniku prac budowlanych”. 

Zdjęcie  kota  ukazało  się  na  pierwszej  stronie  i  trzeba  stwierdzić,  że  w  pełni  oddawało 

dobroduszny charakter Sliniaka, z całą jego poczciwością i mokrym pyszczkiem. Tak się złożyło, 

że  w  sezonie  ogórkowym  wobec  braku  innych,  istotniejszych  wydarzeń  media  z  całego  kraju 

przekazały tę wiadomość swoim odbiorcom. Niemal z dnia na dzień Śliniak stał się osobistością 

sławną w całych Stanach Zjednoczonych. 

Cieszy  się  w  tej  chwili  takim  zainteresowaniem  i  otrzymuje  tyle  atrakcyjnych  ofert,  że 

pan  Jamison  podjął  się  roli  jego  agenta.  Ponieważ  nikt  z  okolicznych  mieszkańców  nie  był  w 

stanie udowodnić swych praw własności do Sliniaka, mieszkańcy ulicy Drummond uznali go za 

dobro  wspólne,  przy  czym  postanowiono,  że  właściciele  wszystkich  posesji  położonych  przy 

ulicy  Drummond  posiadać  będą  taką  samą  liczbę  udziałów  w  kocie.  Na  pierwszym  walnym 

zebraniu udziałowców  doszło  do  gorącej dyskusji  na  temat proponowanej zmiany  nazwy  ulicy, 

aby  uczcić  jej  bohatera.  Nie  osiągnięto  jednak  konsensusu  i  sprawę  odłożono  do  następnego 

spotkania. 

Vernon  został  wysłany  do  szkoły  z  internatem.  Teraz  w  jego  dawnym  pokoju  rezyduje 

Sliniak. Nie ślini się już. Po dwóch wizytach w klinice weterynaryjnej i przejściu na nową dietę, 

złożoną  z  wyważonej  pod  względem  składników  odżywczych  kociej  karmy,  wyzbył  się  tej 

nieapetycznej przywary. Tym niemniej na Tshirtach i naklejkach wciąż widnieje jako Śliniak, a 

background image

jego dzieje mają posłużyć jako kanwa dla pełnometrażowego filmu. 

 

5 Szalony myszołowca z muzeum 

Gdy  zaparkowałam  przed  bramą  muzeum  w  Lockmaster,  obok  mnie  powoli  przejechał 

radiowóz,  a  siedzący  za  kierownicą  policjant  obejrzał  sobie  dokładnie  tablicę  rejestracyjną 

mojego  wozu.  Już  to  powinno  mi  dać  do  myślenia,  był  to  bowiem  znak,  że  w  tym  sennym 

miasteczku dzieje się coś niezwykłego. Jasne, że jeśli chodzi o muzea, bezpieczeństwo stanowi 

kwestię o podstawowym znaczeniu, jednak na prowincji mało kto myśli w ten sposób. 

Zdjęłam  okulary  przeciwsłoneczne,  poprawiłam  makijaż,  wyciągnęłam  ze  schowka  na 

rękawiczki  broszurę  Towarzystwa  Historycznego  oraz  wydobyłam  spod  fotela  małe  czarne 

pudełko. Okazało się już dawno, że podczas zbierania materiałów do mojej książki, która miała 

zostać zatytułowana Małe muzea na północnym wschodzie środkowych Stanów Zjednoczonych, 

kasetowy dyktafon jest znacznie przydatniejszy od notesu, jeśli chodzi o utrwalanie informacji. 

Policyjny patrol znów się pojawił, ja tymczasem przerzuciłam pasek magnetofonu przez 

ramię, przejrzałam jeszcze raz broszurę, przypominając sobie podstawowe informacje o miejscu, 

które za chwilę miałam odwiedzić. Czytałam na głos: 

„Muzeum  w  Lockmaster  mieści  się  w  budynku  z  roku  1850  wybudowanym  przez 

Fredericka  Lockmastera,  zamożnego  przedsiębiorcę,  potentata  przemysłu  drzewnego, 

stoczniowego oraz kolejowego. Wystrój wnętrza tej wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji również 

pochodzi  z  epoki,  w  której  powstał budynek.  Siedziba  znajdowała się w  posiadaniu  rodziny aż 

przez pięć pokoleń. Ostatnio została przekazana Towarzystwu Historycznemu z przeznaczeniem 

na muzeum”. 

Idąc wyłożonym cegłami chodnikiem prowadzącym do domu, dyktowałam dalej: 

„...Trzykondygnacyjna  konstrukcja  drewniana  z  wieżyczkami,  dwuspadowym  dachem, 

balkonami,  oknami  wykuszowymi  i  werandami.  Położona  na  terenie  obszernego  ogrodu 

okolonego zdobnym ogrodzeniem z kutego żelaza”. 

Muzeum  można  było  zwiedzać  tylko  po  południu,  ale  udało  mi  się  wynegocjować 

prywatną  wizytę  o  godzinie jedenastej. Gustowna tabliczka na drzwiach głosiła  ZAMKNIĘTE. 

Nacisnęłam na przycisk dzwonka. Czekając, aż ktoś się odezwie, nagrywałam dalej: 

„Wspaniałe  rzeźbienia  przy  wejściu,  półkoliste  witrażowe  okienko  nad  drzwiami  i 

background image

okienka boczne z trawionego szkła”. 

Tymczasem owego wspaniałego wejścia wciąż nikt nie otwierał. Zadzwoniłam powtórnie 

i czekając, aż ktoś się objawi, odwróciłam się, by obejrzeć sobie krajobraz. Radiowóz objeżdżał 

właśnie kwartał, już po raz trzeci podczas mojej obecności. 

Było  to  piętnaste  małomiasteczkowe  muzeum,  które  zwiedzałam,  toteż  mniej  więcej 

wiedziałam, czego  należy  się  spodziewać.  Wewnątrz  panować  będzie  uroczysta  cisza.  Personel 

muzeum składać się będzie z dwóch przemiłych pań w wieku około siedemdziesięciu pięciu lat, 

które na powitanie poproszą mnie, bym wpisała się do księgi gości, a na pożegnanie powiedzą mi 

„dziękujemy za wizytę”, zaś podczas gdy ja będę zwiedzać, one podzielą się ze sobą półgłosem 

uwagami na temat ostatniego pogrzebu, jaki odbył się w okolicy. 

Jednak w Lockmaster sprawy miały się zgoła inaczej. Właśnie miałam zadzwonić po raz 

trzeci, kiedy usłyszałam szczęknięcie otwieranego zamka i zgrzyt odsuwanej ciężkiej zasuwy. 

Potem  drzwi  uchyliły  się  nieznacznie;  wyjrzała  zza  nich  drobna  kobiecina  o 

przestraszonych  oczach  i  rozwichrzonych  siwych  włosach.  Najwyraźniej  była  czymś 

zdenerwowana. Jedną rękę trzymała za plecami, a w drugiej dzierżyła sękaty kij, trochę grubszy 

od laski i  nieco cieńszy  od  maczugi.  Towarzyszył jej przekarmiony  zwierzak o jaskraworudym 

futrze, który przyglądał mi się z nieprzyjaznym błyskiem w zmrużonych żółtych ślepiach. 

Przedstawiłam  się,  włączając  jednocześnie  magnetofon.  Kot  -  o  ile  to  był  kot  - 

odpowiedział głębokim gardłowym pomrukiem, który przeszedł w groźne warknięcie. 

- Marmolado! Przestań natychmiast! - jęknęła kobieta. Teraz spostrzegłam, że jej oddech 

był przyspieszony, jakby przybyła na moje spotkanie w pośpiechu z jakiegoś odległego zakątka 

domu.  -  Proszę  wejść  -  zwróciła  się  do  mnie.  -  To  jest  Marmolada,  który  pełni  tu  obowiązki 

myszołowcy.  Zazwyczaj  jest  dość  przyjazny,  ale  ostatnio  miał  traumatyczne  przeżycia.  Mam 

nadzieję, że mu pani wybaczy. 

Gdy  znalazłam  się  w  przestronnym  frontowym  hallu,  rude  kocisko  wygięło  grzbiet  w 

pałąk  i  napuszyło  ogon  jak  lisią  kitę,  zwiększając  w  ten  sposób  dwukrotnie  swój  rozmiar, 

pokazało długie żółte kły i położyło uszy po sobie, gotowe do ataku. 

- Czy ten kot często ogląda horrory? - zainteresowałam się. 

- Uciekaj  stąd,  Marmolado.  Nie przeszkadzaj  nam!  -  kobieta odsunęła zwierzaka kijem, 

który  Marmolada  chwycił  zębami.  -  Dobry  kotek,  dobry  kotek  -  rzekła,  starając  się  odzyskać 

swój drąg. Wtedy zauważyłam, że lewą dłoń ma owiniętą chusteczką, na której widniały krwawe 

background image

plamy. 

- Co się pani stało? - spytałam zaskoczona. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  musiała  pani  długo  czekać  -  stwierdziła,  wciąż  jeszcze  mocno 

zdyszana. - Nie słyszałam dzwonka. Mój aparat słuchowy chyba jest zepsuty. A może po prostu 

bateria jest słaba. To Marmolada powiadomił mnie o pani przybyciu. Musi nam pani wybaczyć, 

bo dziś rano mieliśmy tu małe zamieszanie. Ja tylko zastępuję panią Sheffield. Pogotowie zabrało 

ją półtorej godziny temu. Strasznie się spieszyłam, żeby panią wpuścić do środka. 

Z  głównego  hallu  widziałam  salon  -  przestronny  i  wystawnie  urządzony,  jednak  stoły  i 

krzesła były poprzewracane, a podłoga usiana szczątkami potłuczonej porcelany. 

- Co tu się stało? - spytałam nieco głośniej. 

- Nazywam się Rhoda Finney. Prawdziwym autorytetem, jeśli chodzi o kolekcję należącą 

do  muzeum,  jest  właśnie  pani  Sheffield,  jednak  zrobię  co  w  mojej  mocy,  żeby  przekazać  pani 

najważniejsze informacje. Może najpierw pozbędę się tej chustki. Krwawienie już chyba ustało. 

Nic poważnego - i zwracając się do kota, który przybrał teraz pozę buldoga i bardzo podejrzliwie 

przypatrywał się nam obu, dodała: - Mieliśmy małe nieporozumienie, co, kiciu? 

Zwierzak  zaczął  oblizywać  pazury.  Jednak  kiedy  wyczuł  na  sobie  moje  spojrzenie, 

przerwał tę czynność, mianowicie po to, by obdarzyć mnie przeciągłym syknięcioprychnięciem, 

które wyglądało dość niebezpiecznie, a potem znów zajął się sobą. 

- Obawiam się, że mamy tu w salonie straszny bałagan - ciągnęła dalej pani Finney - ale 

póki co kazano nam niczego nie dotykać. Pani Sheffield półtorej godziny temu zobaczyła, co się 

stało,  i  dostała  zawału.  Na  szczęście  pan  Tibbitt  przybył  w  porę  i  ją  znalazł.  Pan  Tibbitt  pełni 

funkcję naszego stróża. Ma dziewięćdziesiąt lat - to taki miły staruszek. 

-,  Czy to  sprawka  wandali?  -  teraz  spytałam już naprawdę  głośno. Marmolada  rzucił mi 

bardzo nieprzychylne spojrzenie, natomiast pani Finney opowiadała dalej, jakbym nie odezwała 

się ani słowem. 

-  Aby  w  pełni  pojąć,  jakie  jest  historyczne  znaczenie  tej  siedziby,  trzeba  zdać  sobie 

sprawę,  że  zamieszkiwało  ją  pięć  pokoleń  rodu  Lockmasterów.  Twórcą  rodzinnej  fortuny  był 

Frederick.  Jako  drzewny  potentat  miał  dostęp  do  najlepszych  gatunków  drewna  i  tylko  takich 

użył  przy  budowie  domu;  konstrukcja  jest  dziełem  cieśli  okrętowych  zatrudnionych  w  jego 

stoczniach.  Proszę  zwrócić  uwagę  na  tę  klatkę  schodową,  co  za  wspaniała  robota  -  i 

przyciszonym głosem dodała: - Frederick był bardzo przystojnym mężczyzną, nosił brodę i miał 

background image

całe tuziny kochanek! Właściwie nie powinnyśmy opowiadać takich intymnych szczegółów, ale 

dzięki temu postać nabiera życia, staje się ciekawsza, nie uważa pani? Oczywiście jestem pewna, 

że pani.tego nie wydrukuje... Chodźmy teraz do salonu. Proszę uważać na potłuczoną porcelanę. 

Ściany  zawieszone  były  gobelinami  i  obrazami  olejnymi,  a  W  głębi  na  podwyższeniu 

królowały  bogato  zdobione  organy,  nad  którymi  wisiały  cztery  portrety.  Obok  brodacza 

Fredericka  można było tam  podziwiać  jakiegoś  oficera z  czasów wojny domowej,  wytwornego 

dandysa  z  czasów  edwardiańskich  i  współcześnie  wyglądającego  biznesmena  w  szarym, 

dwurzędowym garniturze. 

- Cztery pokolenia - wyjaśniła moja przewodniczka. - Syn Fredericka nosił imię Charles. 

Nazywamy  go  „Charles  Koneser”.  Po  wojnie,  podczas  której  odznaczył  się  szczególnym 

bohaterstwem,  nabył  te  dzieła  starych  mistrzów,  które  widzi  pani  w  tym  pomieszczeniu,  oraz 

tkaniny z Gobelin i francuskie meble... wszystkie sygnowane. A także te organy, bardzo rzadki 

okaz.  Wszystkie  eksponaty  opisane  są  w  naszym  katalogu,  który  sprzedajemy  po  trzy  dolary 

sztuka, ale pani oczywiście dostanie go gratis... O mój Boże! Nasz bezcenny dywan z Aubusson, 

cały  poplamiony  krwią!  Myśli  pani,  że  to  da  się  sprać?  Teraz  są  takie  firmy  i  mają  specjalny 

sprzęt...  Marmolada  od  rana  wylizuje  sobie  pazury.  Chyba  smak  ludzkiej  krwi  sprawił,  że  tak 

nagle zdziczał. 

Moje wysiłki, by wtrącić jakieś pytanie czy komentarz, zostały całkowicie zignorowane. 

Pani Finney poprowadziła mnie do następnego pokoju. 

-  A  teraz  przechodzimy  do  trzeciego  pokolenia  -  oznajmiła.  -  Theo  był  wielkim 

podróżnikiem, zwiedził cały świat. Polował na grubą zwierzynę. Też był kobieciarzem, podobnie 

jak jego dziadek, ale o tym proszę nie pisać. Zastrzelił się w Indiach - i podobno to wcale nie był 

wypadek, przynajmniej tak ludzie mówią. Tutaj mamy palarnię dla panów. 

Na  wybitych  skórą  ścianach  zawieszono  głowy  rozmaitych  egzotycznych  zwierząt  oraz 

prymitywne włócznie myśliwskie. Rudy kocur wciąż podążał za nami; teraz zaczął obwąchiwać 

moje buty, z bardzo nieprzyjemnym wyrazem pyszczka. 

-  Kiciu,  przestań!  -  ofuknęła  go  moja  przewodniczka.  -  Nie  wypada...  Idź  poszukać 

myszy... A więc idziemy dalej: czwarte pokolenie urządziło tę wspaniałą bibliotekę zawierającą 

tysiące rzadkich woluminów i pierwszych wydań. To dzieło Filipa Filantropa, jak go nazywamy. 

Właśnie on i jego przeurocza żona, Margaret, przekazali tę siedzibę w darowiźnie Towarzystwu 

Historycznemu po tym, jak wydziedziczyli syna. Prawdziwa rodzinna tragedia! Był jedynakiem. 

background image

Nasz stróż nazwał go „Dennis Wyrodek”. Dennis przebywa teraz w więzieniu i prawdę mówiąc, 

wszystkim nam kamień  spadł z  serca,  gdy  się  znalazł za  kratkami. Ale  tego proszę nie pisać  w 

swojej książce, dobrze? 

Zrezygnowałam  już  z  zadawania  pytań,  podążałam  tylko  potulnie  za  moją 

przewodniczką. 

Teraz oddychała już normalnie. Z wyraźną lubością ciągnęła swą opowieść: 

-  Dennis  był  moim  uczniem,  kiedy  pracowałam  w  szkole  podstawowej,  i  już  wtedy 

wiedziałam doskonale, że nigdy do niczego nie dojdzie. Jego ojciec był zdania, że syn powinien 

chodzić do zwykłej, publicznej szkoły, jak wszystkie inne dzieci, jednak nie był to dobry pomysł 

i  skończyło  się  na  tym,  że  musiał  go  od  nas  wypisać.  A  potem  został  relegowany  z  aż  trzech 

college’ów  -  i  to  wcale  nie  najlepszych.  Wciąż  pakował  się  w  tarapaty,  doprawdy  bardzo 

niestosowne... Aż wreszcie aresztowano go, poszło o jakieś narkotyki, czy coś w tym  rodzaju... 

Marmolado! Zostaw gościa w spokoju! 

Kot  teraz  zrobił  się  nagle  bardzo  serdeczny,  zaczął  ocierać  się  o  rnoje  kostki  i 

pieszczotliwie skubać moje nylonowe pończochy. 

- Przez Dennisa jego matce pękło serce - stwierdziła pani Finney. - Na górze może pani 

obejrzeć  jej  osobiste  apartamenty,  w  całości  utrzymane  w  tonie  brzoskwiniowym.  Nie  pójdę  z 

panią, bo moje kolana się buntują podczas pokonywania tych dwudziestu dwóch stopni, jednak z 

pewnością  stwierdzi  pani,  że  warto  było  się  fatygować.  Proszę  koniecznie  obejrzeć  szklane 

gablotki,  w  których  znajduje  się  zgromadzona  przez  Margaret  kolekcja  jajek  Faberge.  Swego 

czasu znajdował się tam również zbiór bezcennych klejnotów, które były w posiadaniu rodziny 

od czterech pokoleń. Kiedy  zostały skradzione,  podupadła na zdrowiu i wkrótce potem umarła. 

Koniecznie  też  musi  pani  obejrzeć  jej  łazienkę,  jest  cała  wyłożona  czarnym  onyksem.  Filip 

całkiem niedawno zginął w katastrofie lotniczej, w Europie. Wszystko to bardzo smutne. 

Następnie znalazłyśmy się we wspaniałej jadalni mogącej pomieścić dwudziestu czterech 

gości i podczas gdy moja przewodniczka wychwalała tamtejsze boazerie, nagle znów pojawił się 

Marmolada.  Przyniósł  martwą  mysz,  którą  upuścił  na  czubek  mojego  buta.  Bardzo  ostrożnie 

zrzuciłam ją, aby nie urazić zwierzaka, a zwłaszcza by znów go nie rozjuszyć. Trzeba przyznać, 

że był to bardzo niezwykły kot. 

- Jakie to słodkie z jego strony! - wykrzyknęła pani Finney. - Przyniósł pani prezent, żeby 

przeprosić za swoje niegrzeczne zachowanie. Kici, kici, dobry kotek! 

background image

W  tej  samej  chwili  na  tyłach  domu  dały  się  słyszeć  jakieś  hałasy,  a  potem  pojawił  się 

łykowaty staruszek. Zdawał się jak najbardziej pełen wigoru, tylko jego nogi i ramiona poruszały 

się jakoś sztywno, jakby był robotem. Choć było lato, miał na sobie ciemny, wyjściowy garnitur, 

co prawda mocno już sfatygowany i wypchany na łokciach oraz kolanach. Bez żadnego wstępu 

zaanonsował wysokim, skrzypiącym głosem: 

- Specjaliści od odcisków palców przyjadą dziś po południu, więc nie możemy otworzyć 

muzeum. To może potrwać nawet kilka dni. Wszystko zależy od postępów w śledztwie. 

Pani Finney przedstawiła mi go: 

- Oto pan Tibbitt, nasz stróż, którego wszyscy uwielbiamy. Był moim dyrektorem, kiedy 

uczyłam w szkole podstawowej... Skoro już pan przyszedł, panie Tibbitt, chciałabym pobiec do 

szpitala, żeby sprawdzić, jak się miewa pani Sheffield. 

- Dobrze się miewa. Jest na ostrym dyżurze - zapewnił ją pan Tibbitt. - Choć prawda jest 

taka, że nigdy nic nie wiadomo. W jej wieku starczy byle co i trach! - rzucił okiem na lewą rękę 

pani Finney. - Lepiej niech pani pokaże te zadrapania lekarzom. A jak tam Marmolada? Już mu 

lepiej? 

- Stał się nieco bardziej towarzyski - wtrąciłam. - Kilka minut temu podarował mi mysz. 

- Był wściekły jak osa, kiedy tu przyszedłem dziś rano - stwierdził pan Tibbitt. - Warczał, 

prychał i miotał się jak tygrys po klatce. Szkoda, że nie może nam powiedzieć, co wydarzyło się 

tu w nocy. Właśnie wracam z komisariatu. Powiedziałem im wszystko, co wiedziałem. Musi pani 

wiedzieć,  że  w  tym  mieście  kiedyś  mieliśmy  tylko  jednego  policjanta.  A  i  ten  nie  miał  nic  do 

roboty, tylko przeprowadzał dzieci przez ulicę i w sobotę wieczorem odwoził pijaków do domu. 

Ale potem zaczęli pojawiać się turyści i trzeba było kupić aż trzy radiowozy. 

Elokwentna Rhoda Finney znikła z horyzontu, pozostawiając mnie pod opieką nie mniej 

elokwentnego pana Tibbitta. Teraz jednak przynajmniej mogłam zadać kilka pytań: 

- Myśli pan, że ci wandale to turyści? 

- Nie, akurat o to ich nie można winić. Jest coś, o czym nie mówiłem przy Rhodzie, bo 

pewnie  znowu  musiałbym  wzywać  karetkę.  Słyszała  pani  o  tych  trzech  skazańcach,  którzy 

wczoraj uciekli z więzienia? 

- Rzeczywiście, jakbym coś słyszała podobnego w porannych wiadomościach przez radio. 

- Otóż jeden z nich wywodzi się z rodu Lockmasterów - oznajmił pan Tibbitt. 

- Dennis Wyrodek? 

background image

- O, widzę, że Rhoda dopuściła panią do rodzinnych sekretów. Owszem, tamtych dwóch 

złapali na bagnach, ale Dennis jest wciąż na wolności. Ale daleko nie zajedzie. Jest na to za mało 

bystry. 

- To myśli pan, że właśnie Dennis zdemolował salon? 

-  Nie  mam  żadnych  wątpliwości.  Dobrze  wiedział,  jak  można  dostać  się  do  domu  - 

otworzył klapę, przez którą w dawnych czasach wrzucano węgiel do piwnicy. 

- Czy to mogła być zemsta za to, że został wydziedziczony? I dlaczego narobił bałaganu 

akurat w salonie? Skoro taki jest zawzięty, można by się spodziewać, że spali cały dom... 

- Już mówiłem, jest nie dość bystry, żeby na to wpaść. Policjanci znaleźli śrubokręt leżący 

na  podłodze,  więc  sądzą,  że  Dennis  chciał  nim  zniszczyć  portret  swojego  ojca  wiszący  nad 

organami. Ten chłopak jest chory. Nie jestem pewien, co chciał tu zmajstrować, ale najwyraźniej 

kot  mu  to uniemożliwił.  Nie ma co,  te  jego  zębiska mogą  przegryźć człowiekowi  gardło.  Mnie 

się wydaje, że Dennis zakradł się do salonu i po ciemku nadepnął Marmoladzie na ogon... No i 

nagle jakby rzuciło się na niego dziesięć kotów z wrzaskiem, zębami i pazurami. 

-  Z  tego  wniosek,  że  państwa  oficjalny  myszołowca  pracuje  na  drugim  etacie  jako 

ochroniarz? 

-  Hm,  mam  taką  swoją  teoryjkę  -  powiedział  pan  Tibbitt,  a  w  jego  zmętniałych  oczach 

pojawił  się  błysk.  -  Marmolada,  o  ile  nie  śpi,  większość  czasu  spędza  na  czatach  obok  tych 

starych  organów.  Podejrzewam,  że  znajduje  się  tam  jakaś  wyjątkowo  wydajna  mysia  dziura. 

Zawsze się złościł, kiedy likwidowałem mysie gniazda, choć muszę stwierdzić, że nigdy nie był 

tak rozwścieczony jak dziś rano. 

- Chyba go rozumiem - stwierdziłam. - Podejrzewał, że ktoś dobiera się do źródła źródeł, 

do strategicznych zasobów, do najważniejszego złoża... 

- No to spróbujmy przetestować moją teoryjkę - zaproponował pan Tibbitt i poprowadził 

mnie do salonu. Szedł krokiem raźnym, choć nieco niepewnym. 

Poszłam  za  nim.  Kot  rzeczywiście  tam  był  i  wpatrywał  się  w  organy,  skulony  jak  do 

skoku, z wyciągniętą głową - obraz idealnego skupienia i koncentracji. 

-  Niech  pani  podejdzie do  organów  -  poinstruował  mnie pan Tibbitt.  -  Zobaczymy,  jak 

zareaguje. 

- Pan chyba żartuje? - zaprotestowałam.  Ale emerytowany dyrektor szkoły nie żartował, 

więc  choć  z  ociąganiem,  weszłam  do  tamtego  pomieszczenia,  powoli,  na  paluszkach.  Uszy 

background image

Marmolady  drgnęły.  Nasłuchiwał.  Podeszłam  bliżej,  wówczas  odwrócił  głowę  w  moją  stronę. 

Poderwał się, żółte ślepia wpatrywały się we mnie groźnie. 

- No, niechże pani idzie dalej - ponaglił mnie pan Tibbitt ze swojego bezpiecznego punktu 

obserwacyjnego przy wejściu. 

Kocur  wygiął  grzbiet  w  łuk,  nastroszył  ogon  i  obnażył  morderczo  wyglądające  kły.  A 

przecież  ten  sam  zwierzak  przed  chwilą  ocierał  się  o  moje  kostki  i  przyniósł  mi  prezent! 

Postąpiłam  jeszcze  krok:  Marmolada  zaczął  warczeć  i  prychać  jak  opętany.  Uciekłam  z 

wrzaskiem, przewracając po drodze miśnieńską podstawkę pod doniczkę. 

- Widziała pani? Miałem rację - ucieszył się pan Tibbitt. 

- Wielkie dzięki - tylko tyle byłam w stanie wykrztusić. 

Od  tamtego  wydarzenia  minęło  kilka  tygodni,  podczas  których  zwiedziłam  jeszcze 

dziesięć  innych  małomiasteczkowych  muzeów  w  całym  stanie.  Nie  miały  co  prawda  do 

zaoferowania  zwiedzającym  takich  atrakcji  jak  obrazy  starych  mistrzów,  afrykańskie  oszczepy 

czy  jajka  Faberge,  za  to  emanowały  ciszą  i  spokojem.  Personel  mówił  niewiele,  prosił  tylko  o 

wpisanie się do księgi gości, a potem, żegnając się: „Dziękujemy za wizytę”. W żadnym z nich 

nie grasował wojowniczy myszołowca, w żadnym nie było świeżej krwi na dywanie. 

Przy każdej nadarzającej się okazji przeglądałam lokalne gazety i słuchałam radia, które 

informowało  o  pogrzebach  tudzież  rozgrywkach  kręglarskich,  jednak  nie  było  już  ani  słowa  o 

włamaniu do muzeum w Lockmaster ani też o zbiegłym więźniu. Tylko kaseta tkwiąca w małej 

czarnej skrzynce stanowiła dowód, że cała ta historia mi się nie przyśniła. 

Kiedy pędziłam już szosą w stronę domu, moją uwagę zwrócił drogowskaz sygnalizujący 

zjazd  do  odległego o pięćdziesiąt  mil  Lockmaster.  Postanowiłam  więc  zajrzeć  tam  jeszcze  raz. 

Muzeum  było  otwarte  dla  zwiedzających,  toteż  parkowało  przed  nim  kilka  samochodów, 

natomiast  radiowozu  nie  było  nigdzie  widać.  Na  drzwiach  wisiała  tabliczka  z  napisem: 

OTWARTE. ZAPRASZAMY! 

Przy  stoliku  w  sieni  siedziały  dwie  przemiłe,  siwowłose  starsze  panie  i  rozmawiały  o 

artretyzmie. 

- Prosimy wpisać się do księgi gości - odezwała się jedna z nich. 

- Katalogi po trzy dolary - oznajmiła druga. 

W  salonie  panował  idealny  porządek,  zwiedzający  przemierzali  wnętrza,  starając  się 

czynić jak najmniej hałasu i rozmawiając niemal szeptem. Na próżno rozglądałam się za Rhodą 

background image

Finney,  Marmoladą  czy  panem  Tibbittem...  A  więc  jednak  to  był  sen,  a  czarna  skrzynka  mnie 

okłamała! 

Przesnułam  się  po  parterze,  a  potem  weszłam  po  dwudziestu  dwóch  stopniach,  by  raz 

jeszcze  rzucić  okiem  na  łazienkę  z  czarnego  onyksu  i  klejnoty  Faberge.  I  tam  -  pośród 

brzoskwiniowych aksamitnych draperii i buduarowych foteli z obiciami w tym samym kolorze - 

ujrzałam  znajomą  postać:  staruszka  w  ciemnym  garniturze.  Był  przykucnięty,  właśnie  zatykał 

mysią dziurę. Lecz czynności tej przyglądał się uważnie jakiś nieznany mi kot, szary i chudy! 

- Panie Tibbitt! - zawołałam. - Pamięta mnie pan? Gdzie się podział Marmolada? 

Z trudem wstał, rozprostowując każdy staw z osobna. 

- Marmolada odszedł na wczesną emeryturę - odpowiedział tym samym wysokim głosem, 

który  pamiętałam.  -  Biedne  kocisko  całkiem  zwariowało,  zaczął  się  rzucać  na  gości  i 

przewodników. Nigdy nie przyszedł do siebie po tamtych przeżyciach. Teraz mieszka u mnie. 

- Nie brak mu tutejszej diety obfitującej w myszy? 

- Nie, nie, nie. On nigdy nie jadł myszy. Był w pełni profesjonalnym łowcą. Pracownicy 

muzeum zawsze zapewniali mu odpowiednią kocią karmę. 

- A co z Dennisem Wyrodkiem? W gazetach nic nie było na ten temat. 

- Z przyjemnością mogę stwierdzić, że znów wylądował w więzieniu - powiadomił mnie 

pan Tibbitt. - No i znaleźli klejnoty. 

- Jakie znów klejnoty? 

-  Jak  to,  nie  pamięta  pani?  Tę  kolekcję  bezcennych  kamieni  szlachetnych,  która 

znajdowała  się  w  posiadaniu  rodziny  od  roku  1850!  Oczywiście  to  Dennis  je  ukradł.  Wtedy 

jeszcze  tu  mieszkał,  toteż  ukrył  je  w  domu,  zamierzając  wydobyć  je  ze  skrytki,  kiedy  sprawa 

przycichnie.  Jubilerzy  na  całym  świecie  otrzymali  opis  tych  kamyków,  policja  wszędzie  ich 

szukała,  a  tymczasem  one  przez  cały  ten  czas  znajdowały  się  tutaj,  na  miejscu.  Kiedy  Dennis 

uciekł,  powrócił  tu  po  swój  łup.  Oczywiście  nie  udało  mu  się.  Ten  chłopak  nigdy  nie  potrafił 

niczego zrobić porządnie. 

- A kto znalazł klejnoty? I skąd się dowiedziano, że są w domu? 

-  Siądę  sobie  i  odpocznę  minutkę.  Zaczynam  się  starzeć  -  stwierdził  pan  Tibbitt, 

rozglądając się za krzesłem, które nie byłoby obite brzoskwiniowym jedwabiem czy aksamitem. 

Okazało  się,  że  w  onyksowej  łazience  jest  też  zwykła,  czarna  ławeczka.  Tutaj  emerytowany 

dyrektor  dokończył  swej  opowieści:  -  Policjanci  zwrócili  uwagę  na  dziwne  zachowanie 

background image

Marmolady  i  zaczęli  podejrzewać,  że  z  organami  jest  coś  nie  tak.  Przypomnieli  sobie  tamtą 

nierozwikłaną zagadkę skradzionych klejnotów. 

- Ale Marmolada chyba interesował się myszami, nie muzyką? 

- Tak czy inaczej, sprowadzili eksperta od takich organów i powiedzieli mu o śrubokręcie. 

Pamięta pani, koło instrumentu i rodzinnych portretów znaleziono śrubokręt leżący na podłodze. 

Pamiętałam. 

-  Okazało  się,  że  to  był  bardzo  ważny  ślad!  Facet  od  organów  odkręcił  kilka  śrubek, 

uniósł pokrywę wiatrownicy - no i proszę, najspokojniej w świecie leżały tam sobie diamenty i 

szmaragdy warte fortunę! 

Wyłączyłam magnetofon i pożegnałam się z panem Tibbittem. Kiedy schodziłam na dół 

po dwudziestu dwóch stopniach, zawołał za mną: 

- Tylko niech pani nie pisze o tym wszystkim w swojej książce! 

 

6 Kot, który chadzał nad przepaścią 

Tylko  Dakh  Wbng  wie,  co  tak  naprawdę  wydarzyło  się  tamtej  księżycowej  nocy  na 

ścieżce  wiodącej  wzdłuż  skraju  urwiska.  Kot  ze  swej  natury  nie  bywa  mściwy  i  nie  przejawia 

skłonności do bohaterstwa. Czyni tylko to, co niezbędne, aby zapewnić sobie wyżywienie, ciepło, 

wygodę, święty spokój i aby od czasu do czasu podrapano go za uszkiem. Ale Dakh Wong jest 

kotem syjamskim, a rasa ta słynie ze swej inteligencji i wierności. 

Dakh Wong ma nietypowe ubarwienie, mianowicie jego futerko jest wyjątkowo ciemne i 

między  ciemnobrązowymi  uszkami  a  takim  samym  ogonem  przybiera  odcień  ciemnopłowy, 

tylko na brzuszku jest jaśniejsze. Jest kotem silnym i zwinnym, lecz skrywa swe możliwości pod 

płaszczykiem nienagannych manier, a jego skośne oczy pełne są szafirowych sekretów. 

Jako  młode  kocię  Dakh  Wong  wiódł  żywot  przyjemny,  obfitujący  w  jedzenie,  ciepło, 

wygodę, troskę i - nade wszystko - spokój. Aż pewnego dnia, kiedy był już dorosły, oddano go w 

ręce  nieznajomej  osoby,  a  w  rezultacie  po  raz  pierwszy  zetknął  się  ze  złem  i  dane  mu  było 

poznać ludzką podłość. 

Nim został umieszczony w koszyku i zabrany, znajomy, łagodny głos powiedział: 

- Dakh Wong to wyjątkowy kot. Nie sprzedałabym go nikomu prócz ciebie, Hildo. 

- Wiesz, że u mnie będzie mu dobrze, Elizabeth. 

background image

- A co na to twój mąż? Czy lubi zwierzęta? 

-  Woli  psy,  ale  to  ja  potrzebuję  mieć  zwierzątko.  Jack  przebywa  prawie  cały  czas  poza 

domem. Te wszystkie budowy, przy których się zatrudnia, rozrzucone są po całym stanie. 

-  Naprawdę,  Hildo,  nie  mam  pojęcia,  jak  ty  wytrzymujesz  w  tej  głuszy.  Przecież  kiedy 

byłaś jeszcze dziewczyną z miasta, nie mogłaś usiedzieć w miejscu. 

- Jestem trochę samotna, ale mam  moje pianino. Chciałabym uczyć  gry na  nim dzieci z 

okolic. 

- To czemu tego nie robisz? Dobrze by ci zrobiło, jakbyś się czymś zajęła. 

- Jack nie chce się zgodzić. 

- Na Boga, co mu do tego? 

Hilda sprawiała wrażenie zażenowanej. 

-  No,  wiesz,  czasami  jest  dziwny...  Mam  nadzieję,  że  Dakh  Wong  lubi  muzykę.  Czy  w 

ogóle koty lubią muzykę? 

Elizabeth przyjrzała się uważnie swojej starej przyjaciółce. 

- Hildo, czy między tobą i Jackiem wszystko układa się tak, jak powinno? Martwię się o 

ciebie. 

- Oczywiście, że wszystko się układa... Słuchaj, muszę już lecieć, bo inaczej nie zdążę na 

autobus. Mam nadzieję, że kot dobrze zniesie tę podróż - Dakh Wong obwąchiwał dziwną parę 

butów,  szczególnie  zainteresowały  go  sznurowadła  z  frędzelkami.  Nigdy  jeszcze  nie  widział 

takich frędzelków. 

- Zobacz, Elizabeth! To niesamowite, rozwiązał mi sznurówki. 

- Pozwól, zawiążę ci. 

-  Dziękuję  - a  potem rozległo się westchnienie:  -  Czy  te  buty  nie  są  okropne?  A lekarz 

mówi, że już nigdy nie będę mogła nosić zwykłych, ładnych bucików. 

-  To  był  okropny  wypadek,  Hildo,  i  to  pod  niejednym  względem.  Masz  szczęście,  że 

uszłaś z życiem. 

- Wiesz, to nie była tak naprawdę wina Jacka. 

- Tak, tak. Już mi mówiłaś. Dalej masz bóle? 

- Prawie nie. Tylko już zawsze będę kulała w taki paskudny sposób. Choćby dlatego nie 

mam nic przeciwko temu, żeby się schować przed ludźmi na tej mojej wsi. 

Wtedy  właśnie  Dakh  Wong zmienił  właścicielkę;  zaprotestował  -  ale  niezbyt  głośno  -  i 

background image

zapierał się  trochę  łapkami,  jednak  kiedy znalazł się  już  wewnątrz przykrytego koszyka, ułożył 

się  spokojnie  i  przez  całą  długą  podróż  nie  odezwał  się  ani  razu.  Od  czasu  do  czasu  czuł 

podnoszący  go  na  duchu  dotyk  silnych  palców  wsuwanych  do  wnętrza  koszyka,  a  wówczas 

pozwalał się gładzić po uszach i miękkim futerku. 

Nowa siedziba Dakh Wonga była po prostu niewielkim domkiem na wsi, w górach, nad 

urwiskiem. Dakh Wong odkrył  fascynujący nowy świat chodników z frędzlami, przestrzeni pod 

grzejnikami, szerokich parapetów i miękkich foteli. Był tam też koncertowy fortepian. 

Bardzo  szybko  ten dziwny mebel przypadł mu do gustu,  ale  też od  razu  okazało się, że 

kotom wstęp na i do niego jest wzbroniony. Jednak gdy gasło światło, wolno mu było ułożyć się 

na cieplutkim łóżku, przytulić się i wsłuchiwać w bicie serca swojej pani. Tylko w weekendy z 

nią nie sypiał. 

- Hildo, powtarzam po raz ostatni: wywal tego zwierzaka z naszego łóżka! 

- Przecież ci nie przeszkadza, Jack. Leży po mojej stronie. 

- Nie chcę, żeby kręcił się po tej sypialni! Zamknij go w piwnicy. 

- Tam jest zimno i wilgotno. Będzie wył przez całą noc. 

- Dobra, jeżeli dla ciebie kot jest ważniejszy ode mnie, to ja idę się położyć na sofie. 

- Nie fatyguj się. Sama pójdę się tam położyć. 

- Dzięki. 

- Wiedziałam, że ten pomysł ci się spodoba. 

- Nie trzaskaj drzwiami. 

Dakh  Wong zeskoczył z rozgrzanego łóżka  i podążył śladem kapci  schodzących powoli 

schodami, ostrożnie, po  jednym stopniu naraz. Położył po  sobie uszka,  a  jego  futro  nastroszyło 

się  nieco.  Nie  lubił  podniesionych  głosów,  a  napięcie,  które  wyczuł,  sprawiło,  że  poczuł  się 

nieswojo. 

Nie  tylko  kłótnie  sprawiały,  że  w  piątkowe  wieczory,  soboty  i  niedziele  Dakh  Wong 

odczuwał dyskomfort. Musiał też wystrzegać się stóp. Nie mógł czuć się bezpiecznie nigdzie na 

całej przestrzeni podłogi. A tymczasem nade wszystko lubił wyciągnąć się jak długi na dywanie 

oświetlonym  słońcem.  Podłoga  była  jego  terytorium,  a  stopy  powinny  go  obchodzić  dookoła. 

Jednak w weekendy jego prawa nie były przestrzegane. 

Pewnej soboty obudził się nagle, przerażony, gdy miażdżący ciężar przygniótł koniuszek 

jego ogona, a następnego dnia poczuł brutalne uderzenie w miękkie podbrzusze, kiedy leżał ufnie 

background image

wyciągnięty pośrodku przedpokoju. 

- Cholera z tym kotem! Potknąłem się o niego! Mogłem złamać nogę. Hildo, czy słyszysz, 

co do ciebie mówię? 

- Powinieneś patrzeć pod nogi. Znowu piłeś? 

- Bardziej ci zależy na tym śmierdzącym zwierzaku niż na mnie. 

- Pachnie dużo ładniej niż to cygaro, które palisz. 

-  To  jest  mój  dom  i  będę  palił,  co  będę  chciał,  i  będę  chodził,  gdzie  mi  się  będzie 

podobać, i jeżeli ten pchlarz będzie wchodził mi w drogę... 

- Zaczynasz mówić jak ci prostacy, z którymi się zadajesz. 

- ...jeżeli będzie mi wchodził w drogę, to go utopię! 

- On wcale nie ma pcheł, a tobie nie wolno go nawet tknąć. On należy do mnie. Nie mam 

zamiaru usychać tu samotnie, w tym miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Nie masz pojęcia, 

jak to jest, kiedy przez cały tydzień nie ma do kogo ust otworzyć... 

-  Kobiety!  O  co  wam  wszystkim  chodzi?  Najpierw  domagacie  się  całego  mnóstwa 

urządzeń,  które oszczędzają  wam pracy,  a  potem narzekacie, że nie  macie nic do roboty.  Może 

byś” zajęła  się  pieczeniem  chleba  ałbo  kucharzeniem,  zamiast  kupować  gotowe  rzeczy  -  skoro 

tak ci się nudzi? 

-  Usiądź  wreszcie  i  przestań  chodzić,  albo  przynajmniej  zdejmij  te  ubłocone  buciory. 

Zapaskudzisz całą podłogę. 

- Może spróbuj prać na tarce, jeżeli taka jesteś znudzona? 

-  Jestem  pianistką,  a  nie praczką.  Chyba  już zapomniałeś,  że zrezygnowałam  z  kariery, 

żeby za ciebie wyjść. Myślę, że niedługo zacznę dawać lekcje... 

- Tak, tak. Żeby ludzie pomyśleli, że nie jestem w stanie utrzymać... chorej żony? 

- Gdybyś usiadł wreszcie i posłuchał... 

- I żeby brudne dzieciaki tutejszych wieśniaków kręciły się po moim domu? Wykluczone! 

Po moim trupie! 

- Uważaj! O mało nie nadepnąłeś mu na łapkę! 

- Wstrętne kocisko! 

Dakh  Wong  wkrótce  nauczył  się,  że  w  weekendy  najlepiej  jest  schodzić  mu  z  oczu. 

Większość czasu spędzał na dworze. Lubił wysoko położone miejsca, a ścieżka wiodąca wzdłuż 

skraju  przepaści  nadawała  się  znakomicie,  by  obserwować  z  niej  szeroki  świat.  U  stóp 

background image

kamiennego urwiska płynął spieniony strumień, a za nim rósł las, z którego poszycia dochodziły 

tajemnicze odgłosy. 

Dakh Wong potrafił siedzieć na tej ścieżce całymi godzinami, a wszystkie zmysły wciąż 

dostarczały mu rozrywki. Przyglądał się liściom niesionym przez wiatr, wciągał noskiem zapach 

dzikich  czereśni  i  rozkoszny  aromat  rozgrzanej  w  słońcu  ziemi,  kosztował  smaków  takich  jak 

goryczka  źdźbła  trawy  lub  kwaśne  owady,  które  chwytał;  nasłuchiwał  odgłosów  gleby,  gdy 

korzenie  sięgały  w  dół,  poszukując  wilgoci.  Nasłuchiwał  też  hałasów  dobiegających  z  domu  - 

dźwięków  kłótni,  trzaskania  drzwiami,  kroków  okrutnych  buciorów.  Te  wysoko  sznurowane 

ciężkie  buciska  o  grubych  podeszwach  i  tępych  nosach  sprawiały,  że  czuł  się  małym  i 

bezbronnym stworzonkiem. 

Gdy  mijał  weekend,  znów  powracało  poczucie  bezpieczeństwa.  Jakby  wiedział,  że  jest 

potrzebny, bo trzymał się blisko niej i siadywał obok fortepianu, podczas gdy palce tańczyły po 

klawiszach, a stopa naciskała pedał. Buty zawiązane były skórzanymi sznurówkami, a  frędzelki 

na ich końcach podskakiwały przy każdym ruchu. 

Popołudniami towarzyszył frędzelkom na ścieżce wzdłuż urwiska. Po jednej stronie rosły 

krzewy  dzikiej  czereśni,  po  drugiej  pęki  traw  zwisające  nad  przepaścią.  Buty  z  frędzelkami 

zawsze  przemierzały  tę  ścieżkę  niepewnie,  z  wahaniem,  ostrożnie.  Zatrzymywały  się  przy 

drewnianej  ławeczce,  żeby  odpocząć,  a  potem  podążały  do  drucianego  ogrodzenia  na  końcu 

ścieżki. Znajdowała się tam furtka, a za nią następny dom, lecz buty z frędzelkami nigdy nie szły 

dalej, zatrzymywały się przy furtce. 

Pewnego dnia, po popołudniowym spacerze, na wielkim okrągłym stole w kuchni pojawił 

się jeden talerz, jeden spodek i filiżanka, a Dakh Wong usadowił się na krześle, by obserwować, 

jak kęsy wędrują z talerza do ust, przenoszone widelcem. 

- Dobrze mi z tobą, Dakh Wong. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. 

Zmrużył oczy. 

- Jesteś dużym, silnym, dzielnym i mądrym kotem. Dakh Wong oblizał łapkę i przesunął 

nią po swym pyszczku. 

- Miałbyś może ochotę na trochę kraba z puszki? Dakh Wong z gardłowym pomrukiem 

wskoczył na stół. 

- Ojejku! Kotom nie wolno chodzić po stole. 

Dakh  Wong  usiadł  z  godnością,  zachowując  stosowny  dystans  od  dzbanuszka  ze 

background image

śmietanką. 

- Ale co tam, przecież nikt nie widzi. Jesteśmy tu tylko my dwoje, ty i ja. A my nikomu o 

tym nie powiemy. 

Przez  resztę  tygodnia  spożywali  posiłki  razem,  jednak  gdy  nadszedł  piątkowy  wieczór, 

Dakh Wong wyczuł, że tego dnia wszystko będzie inaczej. 

Na stole pojawił się brązowy obrus, mosiężne świeczniki i dwa talerze zamiast jednego. 

Dakh  Wong  był  w  kuchni  sam, dokonując  inspekcji  nakrytego  stołu.  Miejsce,  które  zazwyczaj 

zajmował, zastawione  było  naczyniami,  ale  między  świecznikami  mógł zmieścić się bez trudu. 

Wskoczył  leciutko,  przeszedł  zręcznie  pośród  szkła  i  porcelany,  a  następnie  ułożył  się  w 

malowniczej pozie na samym środku brązowego obrusa. 

Po  chwili  usłyszał  znajome  odgłosy.  Na  podwórzu  zaparkował  samochód,  zachrzęścił 

żwir i ciężkie buciory, których Dakh Wong się bał, podeszły do drzwi. Kot zwinął się w kłębek. 

Okrutne buty nie mogą go dosięgnąć, kiedy leży na stole. 

Drzwi otwarły się i zamknęły z głośnym trzaskiem, aż cały dom lekko zadrżał. 

- Ej, Hildo! Hildo! Gdzie jesteś, do diabła? Co się stało z tymi drzwiami? 

- Jestem tutaj. Byłam na górze, przebierałam się. 

- A to po co? Ktoś ma przyjść? 

- Nie, nikt. Pomyślałam, że byłoby miło... 

- Coś ty, do diabła, zrobiła z tymi drzwiami? 

-  To  jest  klapa  dla  kota.  Poleciłam  ją  zainstalować,  żeby  Dakh  Wong  mógł  wchodzić  i 

wychodzić, kiedy chce. Zobacz, jest na zawiasach... 

- Klapa dla kota! Zniszczyłaś zupełnie dobre drzwi! Kto to zrobił?! Kto wyciął tę dziurę? 

-  Taki  bardzo  miły  pan,  który  mieszka  obok.  Nie  zapłaciłam  ani  centa,  jeżeli  o  to  ci 

chodzi. 

- Skąd znasz tego mężczyznę? Dlaczego nie wziął od ciebie pieniędzy? 

-  Poszłam  kiedyś  na  spacer  tą  ścieżką  wzdłuż  urwiska,  przecież  lekarz  kazał  mi  dużo 

chodzić - a sąsiad właśnie naprawiał płot, więc zaczęliśmy rozmawiać. Dakh Wong był wtedy ze 

mną, a tamten pan stwierdził, że przydałoby się zrobić dla niego wejście. Więc przyszedł tutaj ze 

skrzynką pełną narzędzi... 

- I ty wpuściłaś do domu obcego mężczyznę, chociaż byłaś sama? 

- Jack, ten pan ma siedemdziesiąt lat. I trzynaścioro wnucząt. Jeden z jego wnuków chce 

background image

grać na pianinie, a ja będę go uczyć, czy to ci się podoba, czy nie. 

- Ile ma lat? 

- A co to ma za znaczenie? 

- Chcę wiedzieć, co tu się dzieje, kiedy mnie nie ma. 

- Daj spokój, Jack. 

- Ja cię już nie interesuję, więc pewnie kręcisz z kimś na boku. 

- Obrażasz mnie. Nie musisz być taki niemiły. 

-  Nie  potrafisz  docenić  prawdziwego  mężczyzny.  Szkoda,  że  nie  wyszłaś  za  jednego  z 

tych długowłosych pedałów. 

-  Jack,  przestań  mnie  męczyć.  Przebierzesz  się  czy  chcesz  koniecznie  zapaskudzić  całą 

podłogę tymi buciskami? 

- Dobre sobie. Wycięłaś wielką dziurę w drzwiach, ale robisz mi piekło, żebym tylko broń 

Boże nie porysował podłogi! 

Głosy  stawały  się  coraz  donioślejsze,  a  Dakh  Wong  czuł  się  coraz  bardziej  niepewnie. 

Poruszył się nerwowo. 

- Hildo! Ten bydlak jest na stole!... Jasna cholera, won stąd! 

Brutalna dłoń zrzuciła Dakh Wonga na podłogę, a bezlitosny bucior uderzył go w brzuch 

z taką siłą, że aż wyleciał w powietrze. 

- Jack! Jak możesz kopać mojego kota! 

- Ten wszarz nie będzie mi chodził po stole! 

Dakh  Wong wymknął  się  przez klapę  w  drzwiach i zatrzymał  się  na  ganku,  by wylizać 

obolałe  miejsce,  nim  udał  się  nad  urwisko.  Pośród  traw  rosnących  przy  ścieżce  zwinął  się  w 

zamyślony kłębek i począł nasłuchiwać brzęczenia wieczornych owadów. 

Wkrótce usłyszał,  że  samochód odjechał,  czyniąc  przy  tym  więcej hałasu niż  zwykle,  a 

potem zobaczył idące ścieżką buty z frędzelkami. 

; - Dakh Wong! Gdzie jesteś?... Biedny kotek! Nic ci się nie stało? 

Silne dłonie uniosły Dakh Wonga i przygładziły jego futro. Pozwolił się mocno przytulić, 

a jego ucho drgnęło, gdy spadła na nie kropelka wilgoci. 

- Już nie wiem, co mam robić. Naprawdę nie wiem. Tak dalej być nie może. 

Złowrogie  buciory  nie  pojawiły  się  już  tego  weekendu,  ani  następnego,  ani  jeszcze 

następnego,  za  to  dom  zaczęły  odwiedzać  inne  obce  stopy.  Goście  przychodzili  przez  furtkę 

background image

znajdującą się u końca ścieżki nad przepaścią, niosąc ze sobą gwar i śmiech, drobne przysmaki 

dla Dakh Wonga, i uważali, gdzie stąpają. 

Pewnego  wieczoru,  który  nastąpił  po  popołudniu  wypełnionym  muzyką,  goście  odeszli 

ścieżką, a Dakh Wong wyciągnął się jak długi pośrodku dywanu w salonie. Nagle uniósł łebek. 

W ciemnościach na zewnątrz rozległ się złowrogi odgłos - znajomy łoskot ciężkich buciorów na 

ganku. Zwalisty mężczyzna chwiejnie wtoczył się do domu. 

- Jack!... Więc jednak zdecydowałeś się wrócić! Gdzie byłeś? 

- A co to ma za znaczenie? 

- Znowu piłeś. 

- Piłem... i myślałem... i piłem... i... 

Dakh Wong usłyszał, że w kuchni coś ciężkiego spadło na podłogę. 

- Jesteś pijany jak bela! Nie jesteś nawet w stanie usiedzieć na krześle. 

- Chcę znaleźć kota. Gdzie jest ten śmierdziel? Zaraz go utopię. 

- Jack, lepiej idź sobie. 

Rozległ  się  kolejny  łoskot.  Dakh  Wong  przemknął  przez  dom  jak  brązowy  cień,  przez 

kuchnię i na zewnątrz. Przycupnął pod schodami, by nasłuchiwać gniewnych głosów. 

- Ostrzegam cię, Jack. Nie urządzaj burd. Idź już sobie. 

- Chcesz mnie wywalić z mojej własnej chałupy? 

- Z nami koniec, Jack. Nieodwołalnie. 

- Znaczy się, że co? 

- Występuję o rozwód. 

- Hurra! Teraz się wreszcie zabawię. 

-  Już  się  nieźle  zabawiasz,  jak  to  nazwałeś.  Myślisz,  że  nie  wiem,  co  się  dzieje  w  tej 

przyczepie, w której mieszkasz? Otóż wiem, zapewniam cię, ze wiem, co tam wyprawiacie - ty 

razem z twoimi koleżkami! 

- Dobra, dobra. Będziesz miała swój rozwód. I tak nikt cię nie chce. Kto by chciał taką... 

taką kalekę! 

- Jestem kaleką z twojej winy, to ty prowadziłeś po pijanemu! A teraz będziesz mi za to 

płacił - i płacił - i płacił. 

- Ty zdziro! 

- Kiedy dopadną cię moi prawnicy, nie zostawią ci nawet centa dla twoich kumpli! 

background image

- Ty obrzydła kaleko, ty czarownico! Połamię ci te paluchy! 

- Nawet nie waż się mnie tknąć! 

- Zabiję cię... 

- Przestań!... PRZESTAŃ... 

Dakh  Wong  usłyszał  krzyki,  a  potem  kroki.  Zaraz  potem  zobaczył  buty  z  frędzelkami, 

które kulejąc, oddalały się pospiesznie od domu i znikły w ciemnościach. Kierowały się w stronę 

przepaści, i to prędzej, niż kiedykolwiek zdarzyło mu się to widzieć. 

Skoczył  w  ślad  za  nimi  i  odgłosem  szlochania  oraz  cichych  jęków,  podczas  gdy  stopy 

czyniły  nadludzkie wysiłki,  by  jak  najszybciej dotrzeć  do furtki. Ścieżka  była  jasno  oświetlona 

księżycową  poświatą,  wijąc  się  między  mrocznymi  krzewami  dzikiej  czereśni  a  czernią 

przepaści. 

Tymczasem  w  domu  rozległ  się  jakiś  łomot,  potem  znów  -  i  donośne  przekleństwa. 

Następnie  Dakh  Wong  ujrzał  okrutne  buciory  przechodzące  przez  podwórze  i  kierujące  się  w 

stronę ścieżki. 

Przed  sobą  miał  buciki z  frędzlami uciekające  w  panice,  za  sobą  -  nadciągające  ciężkie 

buciska. Położył uszy, a jego smukły ogon najeżył się niczym szczotka. Stanął pośrodku ścieżki, 

wyginając grzbiet w łuk. 

A  potem,  niespodziewanie,  jakby  nagle  opanowało  go  rozleniwienie,  przycupnął  na 

ścieżce,  położył  się  i  zamarł  w  bezruchu.  Tak  się  złożyło,  że  swą  ciemną  postać  ułożył  tam 

właśnie,  gdzie  na  ścieżkę  padał  cień  gałęzi,  toteż  w  tej  plamie  mroku  Dakh  Wong  był  tylko 

niewidocznym kłębkiem ciemnobrązowego futerka. 

Buciory dudniły coraz bliżej, głos zagrzmiał tużtuż: 

- Dorwę cię, ty zdziro! Załatwię cię na cacy! 

Dakh Wong zamknął oczy. Buty nadeszły, uderzyły go boleśnie w bok. Prychnął wściekle 

i  zerwał  się  na  równe  łapy;  tymczasem  mężczyzna  stracił  równowagę,  zachwiał  się...  i  złe 

buciory znikły za krawędzią urwiska. Słychać jeszcze było drobną lawinę kamyków spadających 

do przepaści, a potem już tylko głośny plusk, gdy coś bardzo ciężkiego wpadło do płynącego w 

dole strumienia. Kot zabrał się do wylizywania obolałego boku. 

Jedynie Dakh Wong wie, co naprawdę stało się tamtej nocy na ścieżce wiodącej wzdłuż 

urwiska i dlaczego postąpił wtedy tak, a nie inaczej. Koty z natury nie są mściwe ani nie miewają 

też skłonności do bohaterskich czynów, lecz Dakh Wong jest kotem syjamskim, a kiedy słyszy, 

background image

jak ludzie rozmawiają o nieszczęśliwym wypadku, do którego doszło na ścieżce, jego szafirowe 

oczy pełne są nieodgadnionych tajemnic. 

 

7 Kochankowie z Kanionu 

(Poniższy wywiad z panią P.R.G. został nagrany w domu spokojnej starości dla kobiet w 

grudniu  1985  roku  w  ramach  projektu  dotyczącego  ustnych  przekazów  historycznych 

zainicjowanego przez Gattville Community College). 

-  Ależ  oczywiście,  z  przyjemnością  podzielę  się  moimi  wspomnieniami  z  lat 

dwudziestych. A o czym właściwie chciałabyś posłuchać, moja droga? 

- Jak wyglądało życie kobiet w latach dwudziestych? 

- Och, wspaniale! Dopiero co zyskałyśmy prawo do głosu, o tym chyba wiesz? Nosiłyśmy 

krótkie  włosy  i  krótkie  spódniczki  nad  kolano,  i  nie  nosiłyśmy  już  halek.  Mówili  na  nas 

„chłopczyce”.  Moi  rodzice  nie  posiadali  się  z  oburzenia,  bo  tańczyłam  tego  okropnego 

charlestona,  paliłam  papierosy  w  długich  cygarniczkach  i  próbowałam  udawać,  że  nie  mam 

biustu. Niektóre z nas wyjeżdżały do Paryża, a tam to dopiero był ubaw. Piękne czasy...! 

A  najlepsze  z  tego  wszystkiego  było,  że  nareszcie  uzyskałyśmy  dostęp  do  całego 

mnóstwa wspaniałych zawodów - nie byłyśmy już skazane wyłącznie na stenografię i uczenie w 

szkole. Czułyśmy, że nadszedł nasz czas, rozumiesz? 

- A jakie zawody uważano wtedy za wspaniałe? 

-  Można  było  pracować  w  reklamie...  zostać  dziennikarką...  albo  handlowcem...  dostać 

pracę  w  wydawnictwie...  i  temu  podobne.  Ja  zostałam  ilustratorką  i  nigdy  nie  zapomnę  mojej 

pierwszej pracy w agencji reklamowej. Mieściła się w budynku naprzeciwko Kociego Kanionu. 

Pamiętasz  historię  Pałace  Theater  i  skandal,  jaki  był  z  tym  związany?  No  nie,  jasne,  że  nie 

pamiętasz. Jesteś o wiele za młoda. 

- Co to był Koci Kanion? 

-  Ogromna,  ogromna  wyrwa  w  ziemi,  w  której  aż  roiło  się  od  bezdomnych  kotów!  Z 

początku  gazety  podniosły  wrzawę,  pisząc,  że  to  obelga  dla  uczciwych  obywateli  i  pomnik 

korupcji. A wszystko zaczęło się od tego, że zburzyli Pałace Theater. Ale najpierw zadzwonię po 

herbatkę... Halo,  Marie? Czy  mogę prosić o  dzbanek  herbaty i jakieś  ciasteczka  do  numeru sto 

pięć? I dwie filiżanki, jeśli można prosić. Mam gościa. Dziękuję, Marie. 

background image

Zaraz,  o  czym  to  ja  mówiłam?  Aha,  no  właśnie,  Pałace  Theater.  Wyglądał  jak  grecka 

świątynia, istniał od zawsze i słynął z doskonałej akustyki. Występowali w nim wszyscy wielcy 

artyści tamtej epoki - Caruso, pani Barrymore, boska Sarah - po prostu wszyscy. 

- Gdzie się znajdował? 

-  W  samym  sercu  miasta  na  East  Side.  Teraz  tamtędy  biegnie  autostrada.  Musisz 

wiedzieć, że w latach dwudziestych śródmieście obfitowało w rozmaite atrakcje, a przy tym było 

tam  czysto  i  bezpiecznie.  To  zbrodnia,  że  zburzono  Pałace  Theater,  no  ale  spekulanci  od 

nieruchomości  postanowili  wybudować  wielgachny  biurowiec  o  wysokości  dwudziestu  dwóch 

pięter. 

- Czy nikt nie próbował ich powstrzymać? 

- Owszem, kilka osób napisało oburzone listy do gazet, ale nie było żadnych demonstracji 

czy kampanii protestacyjnych, jak to się teraz robi. Prawdziwe manifestacje odbywały się tylko 

na rzecz praw wyborczych kobiet, nim je nam przyznano, albo wtedy, gdy protestowali robotnicy 

lub jeśli chodziło o odwołanie - albo utrzymanie - prohibicji. 

Tak więc teatr został zburzony i rozkopano cały obszar między czterema ulicami na East 

Side.  Zaczęły  powstawać  fundamenty  nowego  drapacza  chmur.  Jednak  gdy  tylko  budowa 

ruszyła,  władze  miejskie  prawie  od  razu  nakazały  wstrzymanie  prac.  Z  początku  dlatego,  że 

użyto cementu niespełniającego odpowiednich norm, ale potem okazało się, że cały projekt jest 

wadliwy i z inżynieryjnego punktu widzenia nie nadaje się do realizacji! Zaraz też wyszło na jaw, 

że  przy  okazji  ktoś  wziął  ogromną  łapówkę,  wszczęto  procesy;  ujawniono,  iż  w  sprawę 

zamieszani  byli  też  politycy,  ktoś  popełnił  samobójstwo...  Sprawy  sądowe  ciągnęły  się  całymi 

latami,  gazety  wciąż  o  tym  trąbiły  -  a  tymczasem  teren  budowy  ogrodzono  płotem.  Wówczas 

zdarzyło  się  coś  dziwnego,  mianowicie  wszystkie  dzikie  i  bezdomne  koty  z  całego  miasta 

odkryły ten wielki wybetonowany wykop, tak samo jak swego czasu odkryły paryskie cmentarze 

i rzymskie ruiny. Czy byłaś w Europie, moja droga? Powinnaś się tam wybrać, póki jesteś młoda. 

- Jaka była reakcja opinii publicznej na tę kocią inwazję?. 

-  Wyobraź  sobie,  że  ludzie  zaczęli  przychodzić  na  East  Side,  żeby  przyglądać  się  tym 

stadom kotów gnieżdżących się w wykopie, który stał się prawdziwą atrakcją turystyczną. Jeden 

z lokalnych dziennikarzy nazwał miejsce Kocim Kanionem, a po jakimś czasie władze miejskie 

wybudowały tam specjalny płot widokowy. 

- Co to jest płot widokowy? 

background image

- To było zwykłe, drewniane ogrodzenie złożone z trzech poziomych belek, ale na górnej 

belce umieszczono szeroką półkę, o którą można było się wygodnie oprzeć. Na tyle szeroką, że 

mieścił  się  tam  koszyk  z  wiktuałami  i  termos,  toteż  pracownicy  okolicznych  biur  często 

przychodzili tam na lunch. 

Wyobraź sobie, że biurowce wokół Kanionu miały po cztery czy pięć pięter, ale prawie w 

żadnym nie było windy! 

Znajdowały się tam również małe hoteliki, przytulne knajpki, sklepy odzieżowe, galerie i 

zakłady  kapelusznicze.  Na  pewno  w  życiu  nie  widziałaś  zakładu  kapeluszniczego,  moja droga, 

ale w tamtych czasach były ważniejsze niż stacje benzynowe. Kapelusze nosili wszyscy, a mało 

kto mógł sobie pozwolić na automobil. 

Moja  agencja  reklamowa  znajdowała  się  na  piętrze  ponad  galerią  sztuki  i  jej  okna 

wychodziły  na  Koci  Kanion.  Pierwszego  dnia  pracy  wprost  nie  mogłam  się  doczekać  pory 

lunchu,  żeby  móc  pobiec  z  moim  szkicownikiem  do  tego  płotu  widokowego,  o  którym  ci 

mówiłam. 

Wykop  był  bardzo głęboki  i przedstawiał  sobą bardzo urozmaicony  krajobraz;  wznosiły 

się tam betonowe słupy, piętrzyły betonowe płyty, w szczelinach pieniło się zielsko... a po tym 

wszystkim uganiały się koty, skacząc niczym kozice, inne zaś skubały chwasty albo myły się w 

słońcu. 

Była tam jedna biała puszysta kotka inna od pozostałych. Widać było, że jest młoda, ale 

nie zadawała się z innymi kociakami. Siedziała na wysoko położonej półce - spokojna, wyniosła, 

jak księżniczka na tronie. Stałam przy płocie i rysowałam ją, kiedy podszedł do mnie jakiś młody 

człowiek i zajrzał mi przez ramię. 

- Świetne rysunki - stwierdził. - Pewnie jest pani artystką i wystawia pani w jednej z tych 

galerii? 

- Nie - odpowiedziałam. - Właśnie zaczęłam pracować w agencji reklamowej. Uwielbiam 

ten płot. Ktoś wpadł na doskonały pomysł. 

- Dziękuję - odparł. - To był projekt mojej firmy. Jestem architektem. 

To  był  bardzo  przystojny  młody  człowiek,  a  ja  uważałam,  że  być  architektem  to  coś 

wyjątkowo  szałowego.  Robił  zdjęcia  Kanionu  jednym  z  tych  skrzynkowych  aparatów 

fotograficznych,  które  sprzedawano  wówczas  po dolarze  za  sztukę.  A  trzeba  ci  wiedzieć,  moja 

droga,  że  robiło  się  nimi  lepsze  fotografie  niż  wieloma  nowomodnymi  i  skomplikowanymi 

background image

aparatami. Ten młody człowiek powiedział do mnie: 

-  Mógłbym  bez  końca  przyglądać  się  pejzażowi,  jaki  tworzą  te  wszystkie  plany,  masy, 

wyniesienia i zagłębienia. Przypominają mi jakąś abstrakcyjną kompozycję, a jednocześnie jakby 

miniaturowe  średniowieczne  miasto  -  a  właściwie  dwa  miasta,  pomiędzy  którymi  rozciąga  się 

pole bitwy. 

Opowiedział  mi  wtedy,  że  koty  zajmujące  jedną  stronę  wykopu  nigdy  nie  zadają  się  z 

tymi,  które  mieszkają  po  przeciwnej  stronie.  Jedynie  w  nocy,  kiedy  księżyc  wchodził  w 

określoną fazę, oba kocie plemiona spotykały się na betonowej płaszczyźnie pośrodku i wówczas 

rozpoczynała się straszna, krwawa bitwa. 

Koty po tamtej stronie były raczej bure - najczęściej szare - a te po naszej różnokolorowe 

- rude, czarne, łaciate, pręgowane... wszelkiej barwy i maści. Architekt, który miał na imię Paul, 

nazywał je „Bure” i „Pstre”. 

-  Jeśli będzie pani  tu  zaglądać  odpowiednio  często  -  powiedział  -  szybko  zorientuje się 

pani, kto  jest  władcą którego  królestwa i które koty są  jego  wojownikami.  Na  przykład  królem 

Pstrych jest ten czarnobiały kocur o wojowniczym wyglądzie. 

A ja na to: 

-  A  ta  mała,  biała  kotka,  która  siedzi  w  słońcu,  to  Księżniczka.  Nigdy  nie  zniża  się  do 

żadnych pospolitych czynności, nie gania za motylami i nie uprawia zapasów z innymi młodymi 

kotami. Siedzi tylko na swym tronie i snuje piękne, szlachetne myśli. Jeśli zdarzy jej się zejść do 

kociego pospólstwa, kroczy powoli, z godnością. 

O,  nadchodzi  nasza  herbata...  Dziękuję  ci,  Marie...  Mam  nadzieję,  że  ciasteczka  są  z 

czekoladą... Tak! Podobnych przysmaków nie mieliśmy w latach dwudziestych. 

- Czym się żywiły te wszystkie koty? 

-  Czym  się  żywiły?  Po  prostu  wyłaziły  z  Kanionu  i  szły  na  żebry  przy  kuchennych 

drzwiach okolicznych restauracji. Poza tym jestem pewna, że polowały na gryzonie i grzebały w 

śmietnikach.  No  i  oczywiście  ludzie,  którzy  przyszli  je  oglądać,  dzielili  się  z  nimi  swoimi 

posiłkami. Na własne oczy widziałam, jak koty zajadały się pączkami, winogronami, oliwkami, 

kanapkami  z  masłem  orzechowym,  jajkami  na  twardo...  Nie  grymasiły,  chętnie  częstowały  się 

wszystkim, co im rzucono. 

Niektóre  zaprzyjaźniały  się  z  odwiedzającymi,  którzy  zabierali  je  do  domu.  Strasznie 

chciałam  przygarnąć  tę  białą  kotkę,  ale  właściciel  mieszkania,  które  wynajmowałam,  był  po 

background image

prostu tyranem i nawet nie chciał o tym słyszeć. A moja Księżniczka miała niebiańsko błękitne 

oczy!  Odkryłam  to  pewnego  dnia,  gdy  wzięłam  ze  sobą  moją  lornetkę  teatralną.  Gdy 

powiedziałam  o  tym  Paulowi,  on  odparł,  że  lubi  dziewczyny,  które  mają  niebieskie  oczy.  A 

muszę ci  powiedzieć,  moja  droga,  że  kiedy  byłam  młoda,  moje  oczy  miały  bardzo  intensywny 

odcień. Jednak z wiekiem zblakły, niestety. 

- A jak radziły sobie koty w niepogodę? 

- Tam było pełno wnęk i szczelin, w których mogły się schronić, a zimą władze miejskie 

dostarczały do Kanionu bele słomy, które także stanowiły pewne zabezpieczenie przed chłodem. 

Zresztą te zwierzaki były odporne, przeszły twardą szkołę życia. 

Ale, ale! Jeszcze nie opowiedziałam ci o kociej mamie! 

Kiedy  po  raz  drugi  spotkałam  się  z  Paulem  przy  płocie  widokowym,  rozmawialiśmy  o 

moim  ulubionym  aktorze.  Słyszałaś  kiedyś  o  takim  gwiazdorze,  który  nazywał  się  Francis  X. 

Bushman? Powiadano, że to najprzystojniejszy mężczyzna na świecie. Otóż gawędziliśmy sobie 

o jego roli w filmie Ben Hur, kiedy z tramwaju wysiadła jakaś dziwna postać objuczona dwiema 

wielkimi  torbami.  Ubrana była  byle jak,  w jakieś  nędzne, wypchane ciuchy,  a  na nogach  miała 

męskie półbuty. Wyglądała jak czarownica. 

- Oho, nadchodzi kocia mama - stwierdził Paul. - Pojawia się tu prawie codziennie. 

Chociaż  na  ogrodzeniu  wisiały  tabliczki  z  napisem  „Wstęp  wzbroniony”,  kobieta 

przecisnęła się między belkami i zeszła na dół do Kanionu. Rozpoczęła oględziny kotów. Któryś 

z nich kulał,  więc ona  wyciągnęła  mu coś z  łapki za  pomocą pesety.  Wpuszczała  im krople do 

oczu,  przemywała  rany wacikami. Gdy jakiś zwierzak sprawiał wrażenie osowiałego,  wpychała 

mu  do  pyszczka  pigułkę.  Na  koniec  podeszła  do  Księżniczki  i  poczęstowała  ją  czymś  do 

jedzenia.  Pewnie  był  to  smaczny  kąsek  godny  jej  wysokości,  może  na  przykład  pieczona  pierś 

bażanta. Nie wiem, co takiego jej przyniosła, ale biała kotka posiliła się bardzo ochoczo. 

- Czy ta „kocia mama” była opłacana przez władze miejskie? 

-  Nie,  robiła  to  zupełnie  bezinteresownie,  a  przy  tym  nadzwyczaj  fachowo  i  z  wielkim 

spokojem.  No  i była  przy  tym  niezwykle  tajemniczą  postacią.  Paul  powiedział  mi,  że  czytał  w 

gazecie  poświęcony  jej  artykuł,  z  którego  jednak  niewiele  się  dowiedział.  Mieszkała  gdzieś  na 

farmie  w  pobliżu  granic  miasta.  Kiedy  zdarzyło  jej  się  znaleźć  w  Kanionie  martwego  kota, 

zabierała  go  ze  sobą  tramwajem  i  urządzała  mu  pogrzeb.  Niektórzy  utrzymywali,  że  to  jakaś 

zdziwaczała milionerka,  sama wiesz,  kochana, jakie plotki  ludzie  rozpowiadają.  Inni twierdzili, 

background image

że była swego czasu pielęgniarką w szpitalu, lecz usunięto ją z pracy w wyniku oskarżenia o to, 

że  z litości przyspieszyła  zgon nieuleczalnie chorego  pacjenta.  Inni zaklinali  się  i  twierdzili, że 

wiedzą  z  całą  pewnością  -  rzekomo  była  to  wdowa  po  lekarzu,  którego  zastrzeliła  z  powodu 

zdrady  małżeńskiej,  i  miała  za  sobą  pobyt  w  więzieniu.  Jak  było  naprawdę,  tego  nigdy  się  nie 

dowiedziałam. 

Najpierw  zajmowała  się  Pstrymi,  a  potem  przechodziła  przez  pole  bitwy  i  nie  mniej 

troskliwie  zajmowała  się  Burymi.  Następnie  wspinała  się  z  powrotem  na  górę,  żeby  przejść 

wzdłuż  płotu, potrząsając puszką  i powtarzając:  „Kilka  centów na  lekarstwa  dla  kotków?  Kilka 

centów na kotki?” Muszę przyznać, że miała wyjątkowo dźwięczny głos. 

Pewnego dnia spytałam ją o moją białą ulubienicę. Dlaczego tak różniła się od innych i 

trzymała się na uboczu? Skąd ta jej wyniosłość? Kocia mama popatrzyła na mnie, zaskoczona: 

- Ta biała kotka? - powtórzyła. - To pani nie wie? Przecież jest ślepa. 

Jakby grom we mnie strzelił. 

- Skąd tu się wzięła? - spytałam. 

- Jakiś cholerny s... ją wyrzucił. 

No  wiesz,  kochana,  użyła  takiego  słowa,  że  nie  mogę  go  powtórzyć.  A  potem  poszła 

dalej, wyciągając do gapiów rękę z puszką i prosząc o datki na koty. 

Było  w  tej  białej  koteczce  coś  takiego,  że  serce  mi  się  ściskało.  Błagałam  właściciela 

mieszkania,  żeby  pozwolił  mi  ją  wziąć  do domu,  ale  nie,  nie  ma  mowy  -  powtarzał  -  żadnych 

zwierząt. W biurze mój pulpit do rysowania ustawiony był przy oknie wychodzącym na północ, 

czyli  na  Kanion,  toteż  kiedy  tylko  podnosiłam  wzrok,  żeby  dać  oczom  odpocząć,  machinalnie 

zaczynałam rozglądać  się  za kłębuszkiem  białego  futerka odcinającym  się  od szarości betonu i 

zieleni chwastów. 

Pewnego  dnia  ujrzałam  coś  pięknego.  Młody  kocur  z  plemienia  Burych  śmiało 

przekroczył granicę,  a  działo  się  to w  biały  dzień.  Wiedziałam,  że jest  młody,  bo był  smukły i 

zwinny, pewny siebie,  a szedł krokiem dumnym i zdecydowanym. Dostrzegł  moją Księżniczkę 

siedzącą  na  osłonecznionej  półce  i  podszedł  do  niej  bardzo  blisko.  Rzecz  jasna,  nie  mogła  go 

zobaczyć, ale byłam pewna, że wyczuła jego obecność. Pozostał przy niej przez jakąś minutę, a 

potem dał drapaka na swoją stronę, jakby ktoś go trafił z procy. 

Nazwałam go sobie Książę z Bajki. Odtąd często ją odwiedzał, a pewnego dnia ujrzałam, 

jak dotykają się noskami z Księżniczką. To było takie romantyczne i takie smutne, aż chciało mi 

background image

się płakać. 

Pewnie zrobiłam się sentymentalna, bo Paul i ja zaczęliśmy „mieć się ku sobie”, jak to się 

wtedy mówiło, no i wiesz, cały czas bujałam w obłokach... 

- A co w tamtych czasach młodzi ludzie robili na randkach? 

- No, na przykład chodziłam z Paulem na kolacje do jakiegoś lokalu, za pięć dań płaciło 

się  tylko  dolara!  A  potem  do  klubu  jazzowego  albo  do  kinematografu.  Wówczas  kinoteatry 

urządzone  były  z  wielkim  przepychem,  ale  wyświetlały  oczywiście  tylko  czarnobiałe  filmy, 

nieme,  a  aktorzy  wyglądali,  jakby  ktoś  ich  unurzał  w  mące.  Czasami  Paul  odwiedzał  mnie  w 

moim mieszkaniu, a ja go częstowałam kurczakiem a la king przyrządzonym na podgrzewaczu. 

Potem  słuchaliśmy  koncertu  symfonicznego  przez  radio;  z  orkiestrą,  która  grała  na  żywo, 

wyobrażasz sobie? Nie to co teraz. 

- Czy pani i Paul byliście już wtedy ze sobą? 

-  Nie  w  takim  sensie,  jak  wy,  młodzi,  teraz  to  rozumiecie!  To  były  prawdziwe  zaloty, 

całkiem staromodne. Mówiło  się, że  „chłopczyce” są  bezwstydne  i  rozwiązłe,  ale  ja  w każdym 

razie byłam okropnie romantyczna. Ale zaraz, zaraz, o czym to ja mówiłam...? 

- O tym, że szary kocur trącał się noskiem ze ślepą kotką. 

-  O  tak,  to  było  takie  ich  zalecanie  się,  takie  wzruszające...!  Zaczynał  się  październik, 

zbliżała się zima. Liście spadały z drzew, a ja miałam takie dziwne przeczucie, że coś się kończy 

i nigdy już nie będzie tak jak przedtem. Paul wyjechał w interesach do Chicago na kilka dni, w 

dodatku swoim autem, a nie pociągiem. Patrzyłam, jak jego ford model T oddala się, i czułam się 

strasznie samotna. 

Właśnie wtedy  zauważyłam też, że Książę z Bajki  nie odwiedził tego dnia  Księżniczki. 

Rysowałam przy swoim pulpicie, ale wciąż zerkałam przez okno. Minęło parę dni, ale nadal się 

nie  pojawiał.  Siedziała  na  tym  swoim  skrawku  betonu,  czekała  na  niego  i  czekała,  a  ja 

wiedziałam, że za nim tęskni. 

A potem któregoś dnia... Księżniczka także znikła! To miejsce, które zawsze zajmowała, 

było  puste,  nie  było  jej  też  widać  nigdzie  w  okolicy.  Wciąż  spoglądałam  przez  okno  w  tamtą 

stronę,  przeszukiwałam  wzrokiem  szary,  betonowy  pejzaż  niedokończonej  budowy,  próbując 

dopatrzyć  się  jej  białego  futerka.  A  była  taka  bieluteńka!  No  i  po  pracy  poszłam  nad  Kanion, 

wypatrywałam oczy w nadziei, że ją ujrzę. Ale na próżno. Zachodziłam w głowę, co też się z nią 

stało. 

background image

Następnego ranka wyglądałam uważnie przez okno mojej agencji, czekając, aż pojawi się 

kocia mama ze swoimi torbami. Kiedy przyjechała, popędziłam w dół po schodach i przebiegłam 

ulicę, nie zwracając uwagi na samochody; krzyczałam za nią i machałam rękami, żeby na mnie 

zaczekała. 

- Proszę pani, proszę pani! Chodzi mi o tę białą kotkę - wołałam, ledwo mogłam złapać 

oddech. - Wie pani, chodzi mi o tę ślepą kotkę. Gdzie się podziała? Nigdzie jej nie ma! 

- A, tak. Wiem - kocia mama skinęła głową. - Nie żyje. Wczoraj ją pochowałam. 

Rozpłakałam się. 

- Nie, nie, to niemożliwe! - wyszlochałam. - Co jej się stało? 

-  Najadła  się  trujących  ziół  -  wyjaśniła  kocia  mama.  -  Niektóre  z  tych  chwastów  są 

trujące, wszystkie koty wiedzą, że trzeba ich się wystrzegać. 

- Ale ona przecież była ślepa - jęknęłam. - Nie mogła wiedzieć, że są trujące! 

- Gdzie tam - obruszyła się tamta kobieta. - Pewnie, że wiedziała. Wszystkie koty wiedzą. 

To instynkt, moja pani. 

Wróciłam  do  biura,  zalana  łzami,  a  mój  szef  powiedział  mi,  żebym  poszła  do  domu. 

Wieczorem  tego  samego dnia,  kiedy  snułam  się  z  kąta  w  kąt  po  moim  mieszkaniu,  nie  mogąc 

sobie  znaleźć  miejsca,  zadzwonił  telefon.  To  był  Paul!  Dojechał na  miejsce  bezpiecznie,  udało 

mu  się  wszystko  załatwić  i  bardzo  za,mną  tęsknił.  A  potem,  zanim  zdążyłam  przekazać  mu 

smutną wiadomość, opowiedział mi o przedziwnym wydarzeniu. 

Tego  dnia,  kiedy  wyjechał  do  Chicago,  po  jakimś  czasie  w  chłodnicy  jego  auta 

zagotowała się woda. W tamtych czasach to się zdarzało bardzo często, jak wiesz. Zatrzymał się 

więc,  żeby  dolać  wody,  a  kiedy  odkręcał  przykrywkę  chłodnicy,  usłyszał  żałosne  miauczenie. 

Podniósł  więc  klapę  silnika,  spod  której  wyskoczył  szary  kot,  który  dał  nura  w  krzaki.  Paul 

szukał  go  przez  chwilę,  ale  nie  znalazł,  był  jednak  pewien,  że  to  Książę  z  Bajki,  który  jakimś 

sposobem  wlazł  do  silnika  forda  T  zaparkowanego  przed  budynkiem,  w  którym  mieściło  się 

biuro Paula. Na pewno chciał się ogrzać, a potem nie był w stanie się wydostać. 

- Ale tego chyba nie mógł wiedzieć na pewno, prawda? Przecież jest dużo szarych kotów. 

-  Poczekaj,  kochana,  to  jeszcze  nie  cała  historia...  Następnego  dnia  spotkaliśmy  się  z 

Paulem  przy  płocie  widokowym.  Kocia  mama  odbywała  swój obchód.  Niektóre  koty  wspinały 

się na brzeg wykopu, aby żebrać o resztki jedzenia. A w dole środkiem pola bitwy podążał szary 

kot. 

background image

-  To  on!  -  zawołałam.  Wyglądał  doprawdy  żałośnie,  był  brudny  i  wychudzony,  jedno 

ucho  miał  nadszarpnięte,  a  całe  futro  poplamione  krwią.  Widać  było,  że  idzie  z  trudem,  jakby 

bolały go wszystkie łapy. Kierował się w stronę kanionu opanowaną przez Pstrych. 

- Musiał przebyć całą tę drogę z powrotem, nie wiem, ile to mil! - zdumiał się Paul. 

- Jest strasznie wynędzniały, widać, że ma za sobą okropne przejścia - stwierdziłam. - Czy 

kocia mama go zauważyła? Może ona będzie mogła mu pomóc? 

- Obawiam się - dodał Paul - że poparzył sobie łapki pod klapą silnika... Patrz na niego, 

dokąd on idzie? 

Szary  kot  oczywiście  szukał  Księżniczki.  Nieszczęsne  zwierzę  chwiejnym  krokiem 

podeszło  do  miejsca,  gdzie  zwykle  się  spotykali.  A  potem  wymizerowany  Książę  z  Bajki 

odwrócił  się  i  z  wielkim  trudem  wdrapał  się  na  górę,  by  wyjść  z  wykopu.  Chciałam  do  niego 

podejść, ale Paul powiedział: 

-  Nie  dotykaj  go.  Teraz  pewnie  pójdzie  poszukać  sobie czegoś  do  jedzenia,  a  kiedy  się 

pożywi, zacznie się myć. Koci język najlepiej leczy wszystkie kocie rany. 

Kiedy ranny kot, kulejąc, wyszedł na ulicę za nami, oznajmiłam: 

- Nie będę więcej tu przychodzić. Za bardzo się wzruszam i przejmuję ich losem. Zaraz 

poproszę szefa, żeby przestawili moją rysownicę w inne miejsce... 

Przerwał mi pisk opon hamującego automobilu, a potem krzyki przechodniów. Ktoś biegł 

w stronę płotu, krzycząc: 

- Gdzie jest ta pani, która leczy koty?! 

Paul ruszył w tamtą stronę, ale prawie od razu zawrócił. 

-  Chodźmy  stąd  -  rzekł,  prowadząc  mnie  w  przeciwnym  kierunku.  -  Nie  patrz  w  tamtą 

stronę. 

To było sześćdziesiąt lat temu, a ja wciąż pamiętam, jakby zdarzyło się wczoraj. 

- Smutna historia. 

- Tak, kochanie, bardzo smutna historia. Smutna, ale jest jeszcze epilog. 

Wyszłam  za  mąż,  oczywiście  za  mojego  architekta.  A  wiesz,  co  dostałam  od  niego  w 

ślubnym prezencie? Dwa kociaki. Kocurek był szary, a koteczka biała i puszysta. Nazwałam je 

Romeo i Julia. 

 

8 Tipsy kontra inspekcja 

background image

(Poniższy  wywiad  z  panem  C.  W.  został  nagrany  na  taśmę  magnetofonową  w  domu 

spokojnej  starości  dla  emerytowanych  marynarzy  w  listopadzie  1985  roku  w  ramach  projektu 

dotyczącego  ustnych  przekazów  historycznych  zainicjowanego  przez  Gattville  Community 

College). 

-  No  pewno,  że  pamiętam  czasy  Wielkiego  Kryzysu,  jeszcze  jak.  Herbert  Hoover, 

prohibicja,  kolejki  po  chleb,  kuchnie  polowe  z  gorącą  zupą,  Franklin  Delano  Roosevelt, 

zniesienie prohibicji... To wszystko miało miejsce za moich czasów i dobrze to pamiętam. Jeśli 

chcesz  wiedzieć,  młody  człowieku,  nie  żyło  się  wtedy  lekko.  Brałem  się  za  zmywanie  garów, 

zamiatałem ulice - imałem się każdej roboty, jaką mogłem dostać. Przede wszystkim na statkach, 

jeśli  mi  się  udało.  To  było  jeszcze,  zanim  zlikwidowali  nabrzeże  portowe  i  wybudowali  te 

flkuśne wieżowce, posadzili drzewa i takie tam różne. 

- Ajak wyglądało nabrzeże w latach trzydziestych? 

- Przy biegnącej nim ulicy znajdowały się  przede wszystkim doki i  magazyny  portowe. 

Trochę  dalej  -  kamienice  czynszowe,  sklepy  rzeźnickie,  sklepy  kolonialne,  kilka  niedrogich 

knajpek,  dwa  kościoły,  szkoła.  Były  tam  i  lokale  z  nielegalnym  wyszynkiem,  ale  to  przed 

zniesieniem  prohibicji.  Nie  powiem,  przyjemna  była  okolica.  Wszyscy  się  tu  znali.  Budynek 

szkoły zaopatrzony był w schody przeciwpożarowe, które opuszczało się z pierwszego piętra, z 

tym że były zabudowane, więc wyglądały jak ogromna, cynowa rynna. Teraz po tym wszystkim 

już śladu nie ma. 

A był u mnie w zeszłym tygodniu taki jeden kumpel. Robił za rzeźnika w Nick’s Market 

na  nabrzeżu.  „Prosiak”,  tak  żeśmy  go  nazywali.  Dalej  jest  tłusty  jak  świnia  i  pali  te  swoje 

cygaraśmierdziuchy. Gadaliśmy sobie o dawnych czasach. O tym, jak to hamburgery kosztowały 

trzynaście centów za funta. Albo tramwaje: za bilet płaciło się dziesiątaka.  Aż tu Prosiak mówi 

do mnie: 

- Idę o zakład, że nie pamiętasz, jak to było z Tipsy i facetem od inspekcji zdrowotnej. 

A ja mu na to: 

-  Lepiej  się  nie  zakładaj,  bobyś  przegrał.  Opowiadałem  o  Tipsy  moim  wnukom.  Ta 

historia przetrwa, kiedy ani mnie, ani ciebie nie będzie już pośród żywych. r A co to za historia, 

która opowiedział pan wnukom? 

- Już ci mówię. Chodziło o to, że dzięki tej Tipsy śmialiśmy się w czasach, kiedy mało co 

nas cieszyło. Nie było roboty. Nie było zasiłków dla bezrobotnych. Nie miałem z czego opłacić 

background image

czynszu.  Niektórzy  z  nas  przymierali  głodem,  nim  nastały  lepsze  czasy.  Tak  to  już  było  w 

czasach Wielkiego Kryzysu, chłopcze. A Tipsy dawała nam radość. 

- Ale kto to był ta Tipsy? 

-  Najzabawniejsza  kotka,  jaką  ktokolwiek  widział!  Kręciła  się  w  okolicach  „Nick’s 

Market”, polując na myszy. Wtedy to nikt nawet nie myślał o karmie dla kotów, nie wydaje mi 

się.  Ludzie  sami  nie  mieli  co  do  garnka  włożyć.  Koty  i  psy  same  musiały  się  starać  o  swoje 

żarcie. 

- A co wspólnego miała Tipsy z inspekcję zdrowotne? 

-  No  właśnie,  to  jest  cała  historia!  Widziałem  na  własne  oczy,  jak  inspektor  po  raz 

pierwszy natknął się na Tipsy. Poszedłem sobie do sklepu Nicka, żeby kupić u niego na krechę 

coś  na  ząb,  a  przy  okazji  pogadać  sobie  z  Prosiakiem.  Żona  Nicka  siedziała  przy  kasie, 

nachmurzona  jak  buldog.  Nick  wtedy  jeszcze  siedział  w  kiciu  za  bimbrownictwo.  A  Tipsy 

siedziała  sobie  na  wystawie  sklepu,  pośród  pęczków  marchwi  i  główek  kapusty,  i  się  myła. 

Powiem ci, że w całym tym sklepie kotka była najczystsza. 

No, aż tu wchodzi jakiś facet w brązowym garniaku, białej koszuli i krawacie, no mówię 

ci, wygląda niczym  ważniak z  ratusza. Przytachał ze  sobą  grubą księgę w  czarnych  okładkach. 

Wetknął  nos  do  lodówki  na  mięso,  powęszył  trochę  na  zapleczu  i  zapisał  coś  w  tej  swojej 

księdze. Popatrzył  krzywo na  Tipsy,  ale  ta nie zwróciła  na niego  uwagi,  tylko  podrapała  się  w 

ucho. 

No i mówi ten cały inspektor do żony Nicka: 

- Macie dwa tygodnie, żeby posprzątać w sklepie i pozbyć się zwierzaka. 

-  Zwierzaka?  -  żona  Nicka  rzuciła  mu  wściekłe  spojrzenie.  -  Chwileczkę,  co  ze 

zwierzakiem? Jakiego zwierzaka? 

- Proszę pozbyć się tego kota! - nakazał inspektor, głośno i wyraźnie, bo zorientował się, 

że  kobiecina  coś  nie  za  bardzo  rozumie  po  angielsku.  -  Kota!  Tego  kota,  który  siedzi  na 

wystawie! 

Na to  żona  Nicka  wstała i wzięła się pod  boki,  podeszła  do urzędasa, jakby  chciała  mu 

przyłożyć. 

- Żadnego kota się nie pozbędę. A inspektor: 

-  Takie  jest  zarządzenie  władz  miejskich,  moja  paniusiu.  W  sklepach  spożywczych  nie 

wolno trzymać kotów. 

background image

-  Ha!  -  odpowiada  ona.  -  Znaczy  się,  władze  miejskie  popierają  myszy  w  sklepach 

spożywczych? 

-  Od  tego  są  pułapki!  Pułapki,  rozumie  pani?  -  rzecze  inspektor.  -  Jeżeli  ten  zwierzak 

jeszcze  tu  będzie  za  dwa  tygodnie,  może  się  paniusia  spodziewać  grzywny  w  wysokości 

dziesięciu dolarów. 

A ona wtedy otwiera kasę i wręcza mu dychę. 

- To ja zapłacę od razu, a kot zostanie. 

-  Nie  chcę  od pani pieniędzy  -  on  na  to.  -  Ja  tylko  mówię,  jakie  jest  prawo.  Tłumaczę: 

niech pani się pozbędzie kota! 

- Dobra, niech będzie dwadzieścia - i kobiecina podaje mu już dwa banknoty. 

Wtedy Prosiak wychodzi zza swojej lady z mięsem, a musisz wiedzieć, że żona Nicka to 

była jego teściowa, no więc mówi do niej: 

- Widzi mama? A nie mówiłem? Trzeba wywalić ze sklepu tego śmierdziela. 

- Akurat! Jeśli ktoś tu śmierdzi, to chyba ty! 

Wtedy Prosiak zwraca się do inspektora, próbując załagodzić sprawę: 

-  Panie,  zrozum  pan.  Ona  pochodzi  z  Europy.  Wciąż  jej  powtarzam,  że  kot  nie  może 

siedzieć na warzywach, bo to niehigieniczne. 

-  Aha!  -  powiada  ona  do  Prosiaka.  -  Już  ty  pilnuj  swoich  hamburgerów,  żeby  były 

higieniczne, tylko żeby mi więcej w nich nie było niedopałków cygar. 

- Dlaczego była taka uparta? 

- Jeśli chcesz wiedzieć, chłopcze, to Tipsy przyciągała klientów do sklepu. Siedziała sobie 

na wystawie i łapała muchy, ale z zewnątrz wyglądało to, jakby machała łapą do ludzi idących 

chodnikiem.  Dzieciaki  nie  posiadały  się  z  zachwytu  i  przychodziły  właśnie  tam,  żeby  wydać 

swoje kilka centów. Ale dorośli też mieli z tego niezły ubaw. Aż miło było popatrzeć, jak ktoś się 

uśmiecha pomimo całego tego Wielkiego Kryzysu. 

- A skąd wzięło się to imię - Tipsy? Znaczy chyba tyle co „wstawiona”, „na cyku”? 

-  A  widzisz,  w  tym rzecz, bo  to zabawna  historia. Cała była  biała, tylko  na łebku  miała 

czarną  łatę.  Wyglądało  to,  jakby  czapka  zsunęła  jej  się  na  oko.  Jak  jakiemuś  pijaczkowi.  Ale 

mało tego, bo w dodatku jeszcze trochę koślawo łaziła, tak właśnie, jakby się zataczała. Pewnie 

miała coś nie tak z łapką. 

- I co się stało, kiedy minęły dwa tygodnie? Została w sklepie? 

background image

- Zaraz ci powiem, co było dalej. Prosiak zawsze kłócił się ze swoją teściową, no i teraz 

doszedł  do  wniosku,  że  rzeczywiście,  kota  trzeba  się  pozbyć.  Któregoś  wieczoru,  kiedy  stara 

poszła  na  górę,  żeby  się  położyć,  wpakował  Tipsy  do  pudła  i  w  tym  pudle  zatargał  ją  do 

drugstore’u  sześć  ulic  dalej.  Akurat  tam  byłem,  wpadłem  sobie  na  lody.  W  tamtych  czasach 

można było dostać trzy kulki za dziesięć centów. Mieli tylko w trzech smakach: czekoladowym, 

waniliowym i truskawkowym. 

- Hej,  Sam  -  mówi Prosiak do właściciela. - Dalej masz  kłopot z  myszami? No  to  mam 

coś dla ciebie. 

- Ale ja nie chcę kota - stwierdził Sam. 

Jednak  Prosiak  i  tak  wypuścił  Tipsy  z  pudełka,  a  ona  zaraz  zaczęła  latać  po  sklepie. 

Dostała kota, jak to mówią. Trzeba było słyszeć, jak klienci pokrzykiwali, jaki się zrobił rwetes. I 

mówią do Sama: 

- Nie ma mowy, Sam, musisz ją zatrzymać. 

No i Tipsy została. Od razu poczuła się jak u siebie w domu. Złapała parę myszy, a potem 

poszła sobie spać na czystych ręcznikach za dystrybutorem wody sodowej. 

Sam zawsze grał z nami w karty na zapleczu baru Gusa, więc usłyszałem od niego, co się 

wydarzyło  następnego  dnia.  Tipsy  zabawiała  gości,  kiedy  do  sklepu  wszedł  ten  sam  inspektor. 

Od razu zauważył Tipsy i dobrze jej się przyjrzał. Chyba ją rozpoznał, ale nie był pewien. 

- Proszę bardzo, oranżada dla pana - rzecze Sam. - Wszystko w porządeczku? 

-  Wszystko  oprócz  kota  -  wyjaśnia  inspektor.  -  Prawo  zabrania  trzymać  zwierzęta  w 

zakładach sprzedających żywność lub napoje. 

Sam nie był kimś, kto chciałby zadzierać z ratuszem i władzami, więc wywalił Tipsy na 

dwór. 

- A co na to klienci? 

-  Pewnie,  że  trochę  byli  rozczarowani,  ale  to  jeszcze  nie  koniec,  słuchaj  dalej. Ta  mała 

bestyjka swoim chwiejnym krokiem powędrowała prosto z powrotem do sklepu Nicka, chociaż, 

jak mówiłem, dzieliło ją od niego sześć ulic. Kiedy następnego dnia Prosiak przyszedł do roboty, 

ujrzał  przed  wystawą  sklepu  zgromadzony  tłum,  ludzie  śmiali  się  w  kułak,  a  dzieciaki 

podskakiwały.  Tipsy urzędowała  w najlepsze  pośród  fasolki  szparagowej  i  machała  łapkami do 

widzów. 

Wieczorem  Prosiak  wpakował  ją  do  pudła  po  mleku  w  proszku  i  zaniósł  do  Gusa.  Za 

background image

prohibicji  Gus  prowadził  nielegalną  knajpę.  Po  zniesieniu  prohibicji  założył  w  tym  samym 

miejscu „Drwalkę Gusa”. Urządził lokal tak, że od środka wyglądał jak chata z bali. 

Akurat  dostałem  u  niego  robotę  i  pomagałem  za  barem,  kiedy  Prosiak  wmaszerował  z 

tym swoim kartonem. 

Gus trzepnął go w plecy i mówi do mnie: 

- Nalej temu frajerowi czerwonej herbatki, niech sobie kiszki rozgrzeje - Gus od czasu do 

czasu lubił posługiwać się żargonem drwali. 

Gus  to  w  ogóle  był  fajny  facet,  chociaż  wyglądał,  jakby  był  pomylony.  Siwe  kudły 

sterczały  mu  na  wszystkie  strony,  miał  nos  jak  haczyk  i  wodniste  oczy.  W  dawnych  czasach 

prowadził saloon na północy kraju, gdzie miał klientelę złożoną głównie z drwali. Twardy był z 

niego gość. Kiedy go poznałem, nie był już pierwszej młodości, ale i tak zdarzało się, że w jednej 

chwili  przeskakiwał  przez  bar,  żeby  wywalić  za  drzwi  jakiegoś  robotnika  z  huty  albo  dokera, 

kiedy tamten zaczynał rozrabiać. 

Pamiętam tamten bar, cały zrobiony był z bali, a za kontuar robiła sosnowa decha gruba 

na trzy  cale. To było coś!  Stał tam  też  żelazny,  pękaty  piec, od  którego do  komina biegła rura, 

miała chyba z piętnaście metrów długości. Ściany całe zawieszone były zwierzęcymi łbami - łosi 

i  jeleni.  Wypchany  szop  pracz,  wypchana  łasica  -  takie  tam.  Gus  przechwalał  się,  że  sam  je 

wszystkie  ustrzelił,  ale  nikt  mu  w  to  nie  chciał  wierzyć.  Bo  Gus  miał  słabość  do  zwierzaków. 

Wszyscy wiedzieli, że prędzej by ustrzelił człowieka niż choćby królika. Tam, na północy, miał 

oswojoną wiewiórkę ziemną; jakiś pijak założył się z drugim, że żywcem odgryzie zwierzakowi 

głowę  -  no  i  odgryzł,  ale  Gus  za  to  o  mało  go  nie  zabił,  bo  przyłożył  mu  z  całej  siły  w  łeb 

bosakiem do przenoszenia bali. 

- I co powiedział Gus, kiedy zobaczył Tipsy? 

- Jak zobaczył pudło, spytał Prosiaka: 

- Co tu masz, tłuściochu? 

- Nowy wynalazek do zabijania szczurów - odpowiada Prosiak. 

Gus zajrzał do pudła, a Tipsy prychnęła mu prosto w nos. Stary był zachwycony. 

- Ale ma charakterek, no nie?! - zawołał. 

Postawił  ją  na  barze,  a  Tipsy  dalej  przed  siebie  po  tej  desce,  zataczając  się  od  jednego 

końca  do  drugiego.  Lawirowała  między  kuflami  i  kieliszkami,  a  z  tą  czarną  łatą  na  oku  -  no 

mówię ci, sto pociech! 

background image

I mówię do Gusa, tak dla śmichu: 

- To co, szefie, tej pani trunków już nie podajemy? Powiadam ci, chłopcze, Tipsy stała się 

atrakcją całego nabrzeża. Codziennie odstawiała na barze regularną komedię. 

Dawałeś jej zgaszonego peta, a ona dawaj za nim gonić, łapać, rzucać w powietrze, tłuc 

go łapkami, a potem nagle siadała na nim i udawała głupią, że to niby nie wie, gdzie się podział. 

Odkąd się pojawiła, nalewałem gościom o wiele więcej gorzały i piwa. 

Gus mieszkał na górze i pozwalał jej spać na swojej poduszce. 

-  I  wiecie  co?  -  powiadał.  -  Ta  bestyjka  owija  mi  się  wokół  łba  jak  futrzana  czapa  - 

przechwalał się - a kiedy chce wyjść, to gryzie mnie w nos. 

No i wychodziła, wychodziła. Zaczęła się robić coraz grubsza i coraz bardziej leniwa, no i 

wszyscy wiedzieliśmy, że będzie się kocić. I niech mnie, jeżeli Gus nie zaczął jej kupować mięsa 

i nie postarał się o pudło z piaseczkiem, żeby nie musiała zasuwać na dwór. 

. - Czy interes przestał się kręcić, kiedy Tipsyjuż nie dawała swoich przedstawień? 

-  A  skąd,  w  życiu!  Wszystko  szło  jak  po  maśle.  Ludziska  zakładali  się,  ile  będzie 

kociaków  i  jakiego  koloru.  W  końcu  zrobiła  się  gruba  jak  beka  i  kiedy  próbowała  łazić,  nie 

wiadomo  było  -  śmiać  się  czy  płakać.  Gus  zrobił  się  nerwowy.  Przygotował  już  pudełko,  w 

którym  kocięta  miały  przyjść  na  świat,  i  nie  pozwalał  nikomu  stroić  sobie  żartów  z  wyglądu 

Tipsy. 

Aż tu pewnego dnia któż to wchodzi do baru, jak nie nasz inspektor od higieny. Zobaczył 

Tipsy i mało go szlag nie trafił. Znowu zaczął swoją gadkę o dziesięciu dolarach kary. 

Kiedy się wyniósł, mówię do Gusa: 

- No i co teraz zrobisz? 

- Jasny gwint, zapłacę i tyle - odpowiada. - Ta mała jest tego warta. 

Dziesięć dolców! To było więcej, niż człowiek zarabiał na tydzień, o ile w ogóle dostał 

jakąś robotę. 

Następnego  wieczoru  do baru  wparowała  banda  marynarzy  z  frachtowca  przewożącego 

cement  zacumowanego  przy  nabrzeżu.  Zaczęli  rzucać  świńskie  gadki  o  Tipsy,  a  Gus  się 

wściekał. Wreszcie jeden z tych kretynów próbował dać jej trochę whiskey w popielniczce. Gus 

przeskoczył przez bar jakby diabeł w niego wstąpił i łapie marynarza za klapy: 

- Ty taki owaki! - wrzeszczy. - Wynocha mi stąd, bo cię na kopach wyniosę! 

Wmieszali  się  inni marynarze, no a stali  bywalcy  nie mogli na to  pozwolić.  To dopiero 

background image

była  rozróba!  Pięści  poszły  w  ruch,  porozbijane  łby,  powywracane  stoły...!  Ktoś  chyba 

zamachnął  się  krzesłem,  bo  całe  piętnaście  metrów  rury  od  pieca  zwaliło  się  w  dół.  W  całym 

lokalu zrobiło się czarno od dymu i sadzy! 

- A gdzie była Tipsy podczas tej bójki? 

- Właśnie do tego zmierzam. W końcu jedni i drudzy dali nogę, a Gus i ja przez całą noc 

sprzątaliśmy.  Kiedyśmy  się  już  z  tym  jako  tako uporali,  zaczęliśmy  jej  szukać.  Ale  nic  z  tego, 

kamień w wodę. 

Gus  jakby  bzika  dostał.  Przeczesaliśmy  piwnicę,  pudła  na  lód,  kosze  ze  śmieciami, 

szukaliśmy wszędzie. Ja poszedłem pytać w okolicznych sklepach, a Gus wybrał się na nabrzeże. 

Ale nic z tego, po Tipsy ślad zaginął. 

-  Przepadła  -  mówi  Gus  i  wyciera  nochal.  -  Tamten  statek  odpłynął  wczoraj  w  nocy. 

Marynarze  ukradli  ją,  jak  nic.  Kto  wie,  może  ją  utopili?  -  Nigdy  nie  widziałem  faceta  tak 

załamanego. 

Wieczorem w barze nie było wesoło. Wszystkie zakłady odwołano, a o dziesiątej było już 

pusto. Następnego dnia - to samo. Goście brali po jednym piwku, czasem dwa, a potem sobie szli 

gdzie indziej. Gus nie miał serca do niczego. 

Zostaliśmy  sami  w barze,  tylko ja  i on,  i nawet  nie chciało  nam się gadać. Aż tu  nagle 

słyszymy coś dziwnego. Do licha, jakby miauknięcie, czy co? Gus od razu zrywa się i wrzeszczy: 

- To Tipsy! Gdzie ona jest? Musiała gdzieś ugrzęznąć. 

Zaczęliśmy  nasłuchiwać.  No  i  tak,  znów  miauknięcie.  Dochodziło  z  czarnej  dziury  w 

ścianie, dziury, w którą kiedyś wetknięta była rura od pieca. W środku coś jakby się poruszało... 

A  potem  wylazł  stamtąd  czarny  kot.  Niósł  w  pyszczku  coś  małego  i  czarnego,  z  początku 

pomyślałem, że może mysz. 

- To nie Tipsy - mówię, ale jak zeskoczyła na dół i zatoczyła się, wszystko stało się jasne. 

To była Tipsy, a jakże. 

- Jak zareagował Gus? 

-  Chłopie,  o  mało  nie  zwariował.  Zaczął  wrzeszczeć,  skakać  z  radości  i  tak  dalej.  Po 

nabrzeżu wieść rozeszła się lotem błyskawicy i jeszcze tej samej nocy był u nas taki ruch jak u 

nikogo. 

Tipsy wylizała do czysta wszystkie kociaki. Okazało się, że dwa są pręgowane, a cztery 

czarnobiałe. Cała rodzinka kłębiła się teraz w tym swoim pudełku na barze, aż tu... zgadnij, kto 

background image

przychodzi! 

- Inspektor? 

-  Ano  właśnie,  nikt  inny!  Gus  bierze  od  niego  mandat  i  tak  jakby  uśmiecha  się 

półgębkiem. 

- Ile to mnie będzie kosztować, panie inspektorze? Dziesięć baksów? - pyta. 

-  Siedemdziesiąt  dolarów  -  mówi  tamten.  -  Po  dziesięć  za  każde  zwierzę  w  zakładzie. 

Grzywna  płatna  w  ratuszu.  W  ciągu  najbliższych  tygodni  może  pan  się  spodziewać  kolejnej 

inspekcji. 

- Siedemdziesiąt cholernych dolców! - mówię potem do Gusa. - To już lepiej je potopić. 

- Nie ma mowy - odpowiada Gus. - Wystawimy je na loterii i zbierzemy tyle, że starczy 

na tę karę. 

No i fakt, bilety sprzedawały się jak gorące bułeczki. Ale Gus nie oddał kociaków tak od 

razu, o nie. Nie pozwolił, żeby odebrać je mamie, bo były za młode. No i tak się stało, że cała 

ferajna baraszkowała po knajpie, kiedy ten cholerny inspektor znów się pojawił. 

Przeliczył ogony i znów wypisał mandat na siedemdziesiąt dolarów. 

- Czego pan się napijesz, inspektorze? - pyta Gus i puszcza do mnie oko. - Ja stawiam. 

- Przykro mi. Przepisy nie pozwalają - odpowiada inspektor i tak śmiesznie potrząsa nogą, 

bo jeden z tych pręgowanych zaczął mu się wspinać po spodniach. 

Wreszcie kociaki miały siedem tygodni i nadszedł czas, żeby wylosować zwycięzców. To 

było  w  sobotę  wieczorem,  knajpa  pękała  w  szwach.  Jednak  Gus  był  jakiś  dziwnie  spokojny. 

Myślałem,  że  szkoda  mu  Tipsy,  że  będzie  musiała  rozstać  się  ze  swoimi  małymi.  Aż  tu  po 

losowaniu nagle mówi jakby nigdy nic: 

- Wszystkie drinki na koszt firmy, dopóki wódy starczy. O północy zamykają mi knajpę. 

Goście podnieśli wielki rwetes, nikt nie chciał mu wierzyć. 

- Śmieszna rzecz, chłopaki - mówi Gus. - Za prohibicji prowadziłem spelunę, a kiedyś na 

północy o mało nie załatwiłem jednego faceta - nikt palcem nie kiwnął. A teraz sprawiłem sobie 

małego kotka i odbierają mi licencję. 

Prosiak też tam był i powiedział: 

- Gus, nie rób z siebie durnia. Sprawa nie jest warta świeczki. Pozbądź się kota. 

Na to Gus: 

- Ani mi to w głowie. Tipsy i ja zbudujemy sobie chatkę na północy, dobrze będzie nam 

background image

się żyło. W North Kennebeck będzie miała używanie. Lasy, pola i żadnych urzędasów. 

Wtedy ostatni raz widzieliśmy Gusa i jego Tipsy. 

- Czy słyszał pan, co się z nimi potem działo? 

-  Nie,  tego  nie  mogę powiedzieć.  Ale  parę  lat  temu pojechaliśmy  sobie z  kumplami  na 

ryby,  na  północ.  Takim  dużym  wozem  kempingowym.  Zatrzymaliśmy  się  właśnie  w  North 

Kennebeck,  żeby  nakopać  trochę  robaków.  Żadnych  chat  tam  już  nie  ma,  a  wszystkie  drogi 

pokryte  są  asfaltem.  Wszędzie  osiedla  mieszkaniowe,  ulice  z  krawężnikami...  Chyba  w  tym 

mieście  pełno  jest  kotów,  bo  jak  zajrzałem  do  sklepu,  to  zobaczyłem  z  pięćdziesiąt  różnych 

rodzajów  kociego  żarcia  w  puszkach.  Pytałem  ludzi,  czy  ktoś  może  słyszał  o  takim  jednym 

starym,  co  miał na imię  Gus.  Ale nikt  go  nie  pamiętał. No i nic dziwnego, przecież to  było ze 

czterdzieści kilka lat temu. Czas płynie, nie ma co. 

Poszliśmy  do  restauracji  w  North  Kennebeck  i  zamówiliśmy  kanapki.  Po  pięć  dolców! 

Przypomniały mi się czasy Wielkiego Kryzysu, kiedy sandwicze można było dostać za dziesięć 

centów sztuka, a wielką michę zupy za pięć. Chociaż nie powiem, knajpka była przyjemna, taka 

właśnie  jakby  chata  z  bali.  Ludziska  powiadali,  że  stoi  już  od  bardzo  dawna.  Właściciele  się 

zmieniali, ale nazwa pozostała. Tawerna „U Tipsy”, chłopcze, tak się to miejsce nazywało. 

 

9 Kot zwany Sumieniem 

(Poniższy wywiad z panią A.J.T. został nagrany w domu spokojnej starości w Gattville w 

październiku  1985  roku  w  ramach  projektu  dotyczącego  ustnych  przekazów  historycznych  z 

inicjatywy Gattville Community College). 

- Nie krzycz na mnie! Nie jestem głucha. Nic już nie widzę, ale słuch mam dobry. Chcesz 

wiedzieć,  ile  mam  lat?  W  gazecie  pisali,  że  sto,  ale  ja  tam  nie  wiem.  Ostatnie  moje  urodziny, 

jakie  pamiętam,  to  dwudzieste  piąte.  Dostałam  wtedy  dwadzieścia  pięć  czerwonych  róż  na  te 

dwudzieste  piąte  urodziny.  I  to  drogich!  Takich,  co  to  kosztowały  pewnie  z  dolara  za  tuzin. 

Przyjechały z Chicago pociągiem, a chłopak z dworca przywiózł mi je rowerem do domu. Róże 

w  grudniu!  Wyobrażasz  sobie?!  Na  pogrzeb  pana  Freddiego  przyjechał  cały  wagon  pełen 

kwiatów, ale to było w kwietniu. 

Przysuń mój fotel do okna, żebym poczuła słońce... O właśnie, tak jest dużo lepiej. Masz 

głos, jakbyś był jeszcze bardzo młody. Jesteś może z gazety? 

background image

- Me, proszę pani. Jestem z college’u. 

-  Co?  Z  jakiego  college’u?  Z  college’u?  Ci  z  gazety  zrobili  mi  zdjęcie. Też  zrobisz  mi 

zdjęcie...? Mów głośniej! Wszyscy tylko mamroczą. 

-  Me  będę  robić  zdjęć,  proszę  pani.  Chcemy  tylko  zarejestrować  pani  wspomnienia 

dotyczące Gattville w dawnych czasach. Zbieramy ustne przekazy historyczne. 

-  Ustne  co?  Ja  tam  nic  nie  wiem.  Będziesz  zapisywał,  co  ci  opowiem?  A  mogłabym 

powiedzieć  niejedno.  Za  mojej  młodości  był  wybuch  w  spichlerzu  i  pół  miasta  się  spaliło.  A 

znowu któregoś lata przyjechał cyrk i uciekł z niego lew. 

Co to za dźwięk? Słyszę jakiś szum. 

- To tylko magnetofon, proszę pani... 

-  Co  takiego?  Co  to  znowu  za  pomysły...?  A  słyszałeś  o  inwazji  szarańczy?  Kiedy 

nadciągnęły do Gattville, najpierw słychać było ich brzęczenie. A potem na całą okolicę spadła 

czarna  chmura.  Zjadały  wszystko,  zboża,  drzewa,  wszystko  -  nawet  pranie  rozwieszone  na 

sznurach. 

A znowu innym razem do Gattville przyjechał sam prezydent. Ale nie wysiadł z pociągu, 

tylko wygłosił przemówienie z tylnego pomostu wagonu... Jesteś tam jeszcze? 

- Tak, proszę pani. To wszystko jest bardzo ciekawe. 

- Całe miasto - no, prawie - poszło na dworzec i krzyczeli: „Teddy! Teddy!” Największy 

tłum, jaki kiedykolwiek widziałam w Gattville, jeżeli nie liczyć pogrzebu pana Freddiego. Ciotka 

Ulah poszła na  dworzec z transparentem na  kiju:  PRAWA  WYBORCZE  DLA KOBIET!  A po 

drugiej  stronie  było  napisane:  ZAMKNĄĆ  SALOONY!  Z  tej  ciotki  to  było  niezłe  ziółko,  nie 

powiem. 

- To był Theodore Roosevelt, tak? 

- Gdzie jest mój kot? Chcę mojego kota. Sprawdź na łóżku... Nie? W takim razie na stole. 

To  nie  jest  prawdziwy  kot.  Prawdziwego  nie  pozwolą  mi  tu  trzymać,  ale  lubię  mieć  coś 

futrzanego na kolanach. Mówię do niego i głaszczę go. Ma tylko jedno oko, ale co z tego? I tak 

to tylko guziki. Może mógłbyś mi przysłać taki guzik? Potem ktoś naprawi mu to oko. 

Miałam takie buciki z szarej giemzy, a przy nich dwanaście guziczków z masy perłowej. 

Ależ były śliczne! Włożyłam je na pogrzeb i całkiem mi się zniszczyły, kiedy szłam za trumną. 

Błoto było, bo to przecież kwiecień... Kot też był na pogrzebie. W Gattville zawsze było 

mnóstwo  kotów.  Trzy  w  sklepie,  a  w  spichlerzu  zawsze  siedem  albo  i  osiem.  Kuzyn  Willie 

background image

powiadał, że nasze miasto powinno nazywać się Catville, Kocie Miasto. Ciotka Ulah złościła się i 

twierdziła, że nie wolno tak mówić, ale wujaszek Bili śmiał się jak opętany. 

Bank  też  miał  swojego  kota.  Stare  dokumenty  trzymano  w  pudłach,  w  piwnicy,  no  i 

pewnej  zimy  zalęgły  się  tam  myszy,  które  narobiły  niezłego  bigosu.  Tak  więc  sprawili  sobie 

kotkę. Na imię miała Konstancja. Była czarna, z białymi łapkami, i miała zielone oczy. Ojejku, 

co to  były za oczy!  Gdy spoglądała,  ludzie  czuli  się nieswojo. Zdawało się,  że Konstancja  zna 

wszystkie  twoje  myśli  i  patrzy  na  ciebie  z  wyrzutem.  Wujaszek  Bili  nazwał  ją  Sumienie. 

Powiedział kiedyś: „Gdyby ktoś włamał się i chciał obrabować bank, Sumienie tylko by na niego 

popatrzyła,  a  facet  by  zmiatał,  gdzie  pieprz  rośnie”.  No  i  potem  wszyscy  już  nazywali  ją 

Sumienie. 

Posłuchaj!  Słyszysz  sójki?  To  mi  przypomina  tamten  pogrzeb.  Czy  za  oknem  rośnie 

drzewo? Sójki lubią dęby... 

- Przepraszam panią, ale co to był za pogrzeb, o którym pani mówiła? 

- Nie krzycz tak! Nie jestem przecież głucha... Pogrzeb? No jak to, przecież pogrzeb pana 

Freddiego. Chyba wiesz, co się z nim stało? Pisali o tym na pierwszej stronie „County Gazette”. 

Wszyscy  przepadali  za  panem  Freddiem.  Bardzo  przystojny  był  z  niego  mężczyzna.  Nosił  taki 

mały  wąsik,  miał  pofalowane  włosy  i  błękitne  oczy.  Kiedy  dorastał  tu,  w  Gattville,  mówili  na 

niego po prostu Freddie. Ale potem został dyrektorem banku, miał swoje prywatne biuro, kasjera, 

stenotypistkę i w ogóle. Toteż wtedy ludzie zaczęli mówić na niego „pan Freddie”. Rozumiesz, 

darzyli go szacunkiem. Wcale nie był stary. Miał zaledwie czterdzieści lat, kiedy umarł... Jesteś 

tam jeszcze? 

- Tak, proszę pani. Bardzo ciekawie pani opowiada. 

-  Farmerzy  przyjeżdżali  do  miasta,  żeby  poprosić  o  pożyczkę  na  kupno  nasion,  a  pan 

Freddie  przyjmował  ich  bardzo  uprzejmie,  jakby  czynili  bankowi  nie  wiadomo  jaki  honor. 

Kobiety  zawsze  przynosiły  mu  ciasteczka  swojego  wypieku  albo  słoik  domowych  konfitur. 

Najbardziej  lubił  konfitury  z  agrestu.  Dziewczyny  zaglądały  do  banku,  że  niby  chcą  rozmienić 

pięć centów, a to tylko po to, żeby pan Freddie się do nich uśmiechnął. 

Był  żonaty,  ale  nie  był  szczęśliwy.  Ożenił  się  z  wdową,  dużo  starszą  od  siebie,  kiedy 

jeszcze był w college’u. Rzadko kiedy pojawiała się w Gattville, właściwie tylko w niedziele, bo 

ciągle - chorowała. 

Pan Freddie nie chodził do kościoła, ale wszyscy powtarzali, że jest prawdziwym darem 

background image

niebios.  Po  wybuchu  w  spichlerzu  zorganizował  nam  ochotniczą  straż  pożarną.  I  zadbał,  żeby 

miasto  zlikwidowało  drewniane  chodniki,  a  zamiast  nich  położyło  ceglane.  Namówił  ich  też, 

żeby w szkole założyć kanalizację. Kiedy burzyli stare latryny na szkolnym dziedzińcu, wujaszek 

Bili  stwierdził,  że  odtąd  udając  się  za  potrzebą,  uczniowie  będą  składać  hołd panu  Freddiemu. 

Wujaszka Billa zawsze trzymały się takie żarty. 

Słyszysz? To  ta  starucha  z  drugiej  strony  korytarza!  Nic  tylko  zrzędzi.  Dlaczego  starzy 

ludzie muszą czynić wokół siebie tyle zamieszania?... O czym to ja mówiłam? 

- O pogrzebie, proszę pani. 

- O pogrzebie?... A, tak. O pogrzebie pana Freddiego. To był bardzo pracowity człowiek, 

nieraz  tyrał  po  sześć  albo  i  siedem  dni  w  tygodniu,  chyba  że  wyjeżdżał  do  Chicago.  Musiał 

pracować  do  późnego  wieczora,  bo  w  godzinach  otwarcia  banku  bezustannie  nachodzili  go 

klienci. Wchodzili do jego prywatnego gabinetu i zwierzali mu się ze swoich kłopotów. 

W  Gattville  nie  było  prawnika,  a  pan  Freddie  znał  się  na  tych  rzeczach  i  radził  im,  co 

mają robić.  Albo kiedy  mieli  kłopoty w  rodzinie.  A nawet  jak  ktoś  nie  mógł  spać  w nocy.  Pan 

Freddie wszystkich wysłuchiwał - był taki życzliwy, z sympatią - kiedy wychodzili z banku, od 

razu czuli się lepiej. Powiadało się, że z pana Freddiego więcej pożytku niż z księdza i doktora 

razem wziętych. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego się powiesił. 

O,  słyszysz?  Idzie  pielęgniarka.  Słyszę  jej  buty:  skrzypskrzypskrzyp na podłodze.  Moje 

buciki nigdy nie skrzypiały. 

- Czas na pigułkę, słodka staruszeczko! Wyciągamy rączkę... A teraz do buzi! Tutaj jest 

szklanka  wody...  Niedługo  przyjdę  znowu,  kiedy  będzie  pora  drzemki.  Bądź  grzeczną 

dziewczynką. Nie flirtuj za bardzo z tym miłym młodym panem. 

-  Phi,  też  coś!  Słyszałeś,  jak  mnie  nazwała?  Nie  jestem  żadną  staruszeczką  i  wcale  nie 

jestem słodka. Głupia pielęgniara! Skrzypskrzypskrzyp! Ja tam zawsze miałam porządne buciki. 

Na przykład takie z białej giemzy z osiemnastoma guziczkami i koronką na górze. To były buciki 

na lato. 

- Przepraszam, proszę pani. Mówiła pani, że pan Freddie odebrał sobie życie? 

-  Co  takiego?  A,  tak.  To  Matt  go  znalazł.  Matt  był  kasjerem.  Pan  Freddie  zawsze 

przychodził do banku najwcześniej i otwierał, ale kiedy Matt zjawił się tam w sobotę rano, drzwi 

były zamknięte na klucz. To było dziwne, bo wtedy wypadał dzień wypłaty w tartakach, czyli dla 

banku  huk  roboty.  Tak  więc  Matt  obszedł  budynek,  żeby  sprawdzić,  czy  jest  już  powóz  pana 

background image

Freddiego i koń w stajni. No i tam go właśnie znalazł, powieszonego! To było straszne! 

Matt biegł środkiem ulicy i krzyczał: „Ratunku! Morderstwo!” Poleciał prosto do kuźni. 

Bo widzisz, kowal był jednocześnie konstablem. Zatelegrafowali do sądu okręgowego i wkrótce 

do miasta galopem nadjechał  koroner.  Miał  co prawda  jeden z tych nowomodnych  automobili, 

ale mówił, że nie ma do niego zaufania. Głupia maszyna ciągle tylko się psuła. 

Telefonistka  z  centrali  zadzwoniła  do  wszystkich  abonentów  -  w  Gattville  było  już 

dziewiętnaście telefonów - no i wkrótce całe miasto wyległo na ulicę. Nikomu się w głowie nie 

mieściło,  że  pan  Freddie  mógłby  zrobić  coś  takiego.  Tego  dnia  chyba  nikt  nie  tknął  żadnej 

roboty.  Tylko  właściciel  saloonu  miał  mnóstwo  pracy.  Wujek  Bili  powiedział,  że  saloon  był 

pełny po brzegi. 

Stary Joshua przez całą noc sporządzał trumnę, był stolarzem. A panna Tillie, krawcowa, 

wyłożyła ją aksamitem. Biedny pan Freddie! Położyli go na stole w poczekalni banku. Przecież 

nie mogli go zanieść do domu. 

- Dlaczego? 

- Co?... No przecież z powodu jego żony. Kiedy to się stało, całkiem pomieszało jej się w 

głowie. A zawsze była słabego zdrowia... Chcę się napić wody. Na stole jest dzbanek... Co to ja 

mówiłam? 

- Opowiadała pani o pogrzebie... 

-  Naczelnik  stacji  kolejowej  zebrał  zamówienia  na  kwiaty  i  zatelegrafował  do  Chicago. 

Nigdy nie widziałeś tylu kwiatów naraz! Na pogrzeb przyszło całe miasto. Oczywiście poza żoną 

pana Freddiego i pielęgniarką, która musiała się nią zajmować. Naczelnik stacji też nie mógł, z 

powodu  telegrafu  i  pociągów,  ale  wszyscy  inni  przyszli  -  nawet  tacy,  co  zwykle  tylko 

przesiadywali  w  saloonie,  i  ta  tłusta  dziewczyna,  która  mieszkała  w  ruderze  za  torami,  też. 

Wszystkie  kobiety  płakały.  Mężczyźni  także  powyjmowali  chusteczki  do  nosa.  Tyle  było 

siąkania i chlipania, że mało kto słyszał, co mówi kaznodzieja. Panna Tillie zwyczajnie zemdlała. 

Potem mężczyźni ponieśli trumnę na cmentarz na wzgórzu. Musiałam w moich nowych 

bucikach brnąć przez głębokie błoto i cały czas unosić rąbek spódnicy. Błękitne sójki skrzeczały 

z  wielkiego  dębu,  tak  jakoś  gniewnie,  pogardliwie.  I  wtedy  zobaczyłam  Sumienie,  tę  kotkę  z 

banku, jak szła razem z procesją. Trzymała się trochę na uboczu, przedzierając się przez zarośla. 

Pewnie nie chciała ubłocić sobie tych białych łapek. 

Gdzie są moje krople od kaszlu? Zobacz na stole. Od tego gadania zasycha mi w gardle. 

background image

Rzadko kiedy mam okazję z kimś rozmawiać. Tylko mówię do mojego kota. Nikt nigdy do mnie 

nie przychodzi. Dawniej odwiedzała mnie matka i przynosiła czekoladki, ale już nie przychodzi. 

- Czy wyszło na jaw, dlaczego pan Freddie popełnił samobójstwo? 

- Co takiego? Mówże głośniej! Nie mamrocz pod nosem!... Następnego dnia po pogrzebie 

bank  znowu  był  otwarty.  Matt  wyelegantował  się  jak  nie  wiem  co,  włożył  swój  najlepszy 

garnitur,  jakby  to  była  niedziela.  Myślał,  że  teraz  to  on  zostanie  dyrektorem  banku.  Nigdy  nie 

lubiłam tego Matta. Nosił takie przylizane włosy. Wydawało mu się, że to niby szykowne! 

Tymczasem nowego dyrektora przysłali z Chicago. Nosił takie okulary na sprężynce, tak 

samo jak prezydent, i miał taki wyraz twarzy, jakby te okulary bardzo go bolały. To się nazywało 

pincenez. Wszyscy wiedzieli, że bank już nigdy nie będzie taki jak przedtem. Nikt już nie witał 

ich uśmiechem, skończyły się pogaduszki! Jakby nad miasto nadciągnęła wielka, czarna chmura. 

Gorsza od szarańczy. No a potem ten okularnik zaczął wynajdywać różne rzeczy. 

Starzeję się. Gdzie jest mój szal? Czy mamy teraz zimę? Kiedyś lubiłam zimę, ale teraz 

wszystko jest inaczej. Nie słychać już dzwoneczków sań. 

-  Przepraszam,  proszę  pani.  Opowiadała  pani  o  nowym  dyrektorze  banku.  Co  takiego 

odkrył? 

-  Co  znowu?...  A,  co  to  był  za  skandal!  Klienci  się  skarżyli,  bo  nagle  okazało  się,  że 

muszą  płacić  za  prowadzenie  rachunku.  Pan  Freddie  nigdy  nie  kazał  im  płacić.  Ale  okularnik 

wyjaśnił, że tylko właściciele naprawdę dużych rachunków zwolnieni są z opłat. Wtedy wszczął 

się  rwetes!  Przecież  to  wszystko  byli  najbogatsi  ludzie  w  mieście  -  właściciele  hotelu,  ci  od 

tartaków, spichlerza i tak dalej. Wujek Bili mówił, że już wtedy przeczuwał coś niedobrego. Był 

księgowym  w  hotelu,  no  i  mieli  zdeponowaną  w  banku  sporą  sumkę.  A  okularnik powiadomił 

ich, że saldo wynosi tylko połowę tego, co zdeponowali! 

A  potem  do  miasta  zaczęli  zjeżdżać  się  obcy  -  inspektorzy,  kontrolerzy  i  nie  wiem  kto 

jeszcze.  Okazało  się,  że  brakuje  mnóstwa  pieniędzy.  Najpierw,  że  dziesięciu  tysięcy,  potem 

pięćdziesięciu,  a  wreszcie  osiemdziesięciu  tysięcy  dolarów.  Mówili,  że  pan  Freddie  prowadził 

podwójną księgowość i że te lewe wpisy zrobione były jego charakterem pisma. 

Matt powiedział inspektorom, że o wszystkim wiedział, że pan Freddie kradnie pieniądze, 

i ostrzegł go, ale pan Freddie odpowiedział: „Nic się nie przejmuj, to nie twoja sprawa. Tak się 

zrobi,  żeby  wszystko  się  zgadzało”.  Matt  bał  się  powiedzieć  coś  więcej,  bo  pan  Freddie 

wyrzuciłby go z pracy. Tak powiedział inspektorom. 

background image

Osiemdziesiąt tysięcy dolarów! Wujek Bili powiedział, że to tyle, ile normalny człowiek 

nie zarobi przez całe życie. 

- Co pan Freddie zrobił z tymi pieniędzmi? 

- Że co? Nikt nie mógł dojść, gdzie się podziały te pieniądze. Wdowa ich nie miała. Pan 

Freddie nie był hazardzistą. Nie był rozrzutnikiem. Przecież nawet nie miał porządnego powozu, 

tylko  taką  jednokonną  bryczkę.  Byle  jaką.  A  płaszcz  nosił  ze  zwykłej  wełny,  nie  podszyty 

futrem, jak jakiś bogacz. 

Wujek  Bili  powiedział:  „Do  licha,  jeżeli  Freddie  tak  gładko  obrobił  bank,  to  dlaczego 

założył  sobie  sznur  na  szyję?”  I  powiedział:  „Na  mój  rozum  ta  kotka,  Sumienie,  zjawiła  się  w 

jego gabinecie i tak na niego popatrzyła, że mu poszło w pięty”. 

- Czy kiedykolwiek znaleziono te osiemdziesiąt tysięcy? 

- Niby co?... Ta stara znów się wydziera. Która jest godzina? 

- Dochodzi trzecia, proszę pani. Czy ta sprawa została kiedykolwiek wyjaśniona? 

-  Co  takiego?...  Nie  wiem.  Jestem  już  zmęczona.  Wiem  tyle,  że  Matt  rzucił  pracę  i 

wyjechał. Do Chicago, czy dokądś tam. I jeszcze coś się stało, ale nie chcę o tym mówić. 

- Dlaczego nie? Proszę opowiedzieć. Przecież to już historia. 

-  No...  nie  wiem...  Biedna  Sumienie!...  Znaleźli  ją  w  szopie  na  tyłach  banku.  Była 

sztywna jak kij! Ktoś udusił ją drutem. 

- Kto taki? Może Matt? 

- Jestem zmęczona.  Nie  chcę  już  rozmawiać.  Nikomu jeszcze nie  opowiedziałam reszty 

tej historii. Zjadłabym czekoladkę. Masz może czekoladki? 

- Me, proszę pani, ale następnym razem przyniosę czekoladki. Może opowiedziałaby pani 

tę historię do końca? Bardzo ciekawie pani opowiada. 

- Nie pamiętam. Teraz chcę się zdrzemnąć. - Jakie czekoladki lubi pani najbardziej? 

-  Czekoladki?...  Najbardziej  takie  nadziewane,  w  bombonierkach.  Abigail  zawsze  takie 

dostawała, kiedy wyjeżdżała do Chicago. 

- Kim była Abigail? 

-  W  Chicago  dostawała  mnóstwo prezentów:  jedwabne  sukienki,  giemzowe  rękawiczki, 

wysokie botki zapinane na guziczki. Ludzie w Gattville brali ją na języki. Skończyła dwadzieścia 

jeden  lat,  a  nie  miała  męża.  Ale  mało  ją  to  obchodziło...  Była  najładniejszą  dziewczyną  w 

mieście. Wszyscy tak mówili. 

background image

- Przepraszam panie, ale kto to był Abigail? 

-  No  jak  to,  przecież  tą  stenotypistką  w  banku!  Umiała  pisać  na  maszynie  i  w  ogóle. 

Wiedziała, co się stało, ale to była tajemnica. 

- Czy wiedziała, co stało się z tymi osiemdziesięcioma tysiącami dolarów? 

-  Obiecałam,  że  nie  powiem,  ale...  czy  ja  wiem?  Nigdy  mnie  nie  odwiedza.  Byłyśmy 

dobrymi przyjaciółkami, ale teraz nigdy do mnie nie przychodzi. 

- Czy to Abigail dostała te pieniądze? 

-  Abigail?... Nie, gdzie tam.  Abigail  nie  miała tych pieniędzy...  Ten Matt je  dostał.  Był 

kasjerem w banku. Pan Freddie mu je dał. 

- Dlaczego? Czy pani pamięta? 

-  Czy  pamiętam?  Oczywiście,  że  pamiętam!  Matt  groził  mu,  że  wszystko  powie,  jeżeli 

pan” Freddie mu nie zapłaci. Z początku chciał tylko trochę. Matt powiedział panu Freddiemu, że 

wszystko tak urządzi, żeby nikt się nie dowiedział... Która jest godzina? Jestem już zmęczona. 

- Bardzo proszę, niech pani mi powie, dlaczego Matt groził panu Freddiemu? Co takiego 

miał  powiedzieć?  Teraz  już  może  pani  wyjawić  ten  sekret.  Przecież  to  wszystko  zdarzyło  się 

bardzo dawno temu. 

- Nie wiem. Nie pamiętam... Chodziło o Chicago. Wiesz, oni tam ze sobą, we dwójkę... 

- Abigail i pan Freddie? 

-  Abigail  mi  o  tym opowiedziała...  Jeździła  w  odwiedziny  do babki. A  potem spotykała 

się z panem Freddiem w hotelu. Kupował jej prezenty. No i wyprawiali tam różne rzeczy. 

- Co pani rozumie przez „różne rzeczy”? 

- No chyba wiesz! Różne rzeczy! Abigail mi o tym powiedziała... Wiedziała, że to grzech, 

ale żal jej było pana Freddiego. Jej matka nie była dla niego dobra. Ciągle tylko chorowała. 

- Chce pani powiedzieć, że żoną pana Freddiego była matka  Abigail? To znaczy, że był 

ojczymem Abigail? 

- Nie wiem. Zadajesz za dużo pytań. 

- Co stało się z Abigail po pogrzebie i po tym, jak odkryto nadużycia w banku? 

- Nie wiem. Wyjechała. Nie wiem, dokąd wyjechała. Nigdy nie przyszła mnie odwiedzić. 

A  byłyśmy  dobrymi  przyjaciółkami...  Niepotrzebnie  skrzywdziła  tę  kotkę,  Sumienie.  Bardzo 

żałuję, że to zrobiła...  A teraz już idź sobie, jestem zmęczona. Gdzie jest pielęgniarka?... Słyszę 

jej kroki: skrzypskrzyp... 

background image

- Oj, niegrzeczna dziewczynka! Za  dużo mówiłyśmy, a teraz jesteśmy zmęczone.  Teraz 

trzeba  już  do  łóżeczka.  Abby,  powiedz  do  widzenia  młodemu  panu.  Obudź  się  i  powiedz  do 

widzenia. Abigail! Abigail! Obudź się! 

 

10 SuSu i duch   

-  Opowiadanie  SuSu  i  duch  zostało  opublikowane  po  raz  pierwszy  w  „Ellery  Queen’s 

Mystery Magazine” w kwietniu 1964 roku. 

Kiedy moja siostra i ja wróciłyśmy z wakacji, dowiedziałyśmy się, że nasz ekscentryczny 

sąsiad, który poruszał się na wózku, został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym. Było nam 

przykro, ale zarazem nie byłyśmy zaskoczone. To był dziwak, trudny człowiek, którego nikt nie 

lubił, toteż nikt w naszym bloku nie przejął się jego zniknięciem. Nikt oprócz naszej syjamskiej 

kotki. 

Otóż przyjaźń, jaka łączyła SuSu i pana van Vlieta, była zjawiskiem tak niezwykłym, że 

aż niepokojącym. 

Po  pierwsze,  gdyby  nie  SuSu,  w  ogóle  nie  zawarłybyśmy  znajomości  z  panem  van 

Vlietem,  ponieważ  raczej  nie  utrzymywałyśmy  kontaktów  z  sąsiadami.  To  był  bardzo  duży 

budynek  i  mieszkało  w  nim  pełno  różnych  dziwnych  typów,  od  których  naszym  zdaniem 

najlepiej było trzymać się z daleka. Z drugiej jednak strony tamto mieszkanie miało liczne zalety: 

pokoje duże,  czynsz umiarkowany,  a z okien  roztaczał  się  piękny  widok na rzekę. Był  tam też 

niewielki park położony nad rzeką u stóp budynku i w nim właśnie po raz pierwszy ujrzałyśmy 

pana van Vlieta. 

Pewnego niedzielnego popołudnia moja siostra Gertrudę i ja wyszłyśmy z SuSu na spacer 

do  tego  parku.  Właściwie  nie  wiem,  czy  można  nazwać  parkiem  ten  dość  szeroki  trawnik 

dzielący nasz budynek od dawnego nabrzeża. Od czasu do czasu cumowały tam jeszcze barki i 

holowniki, a SuSu - która lękała się tych wielkich potworów - wolała nie zbliżać się za bardzo do 

brzegu. 

Był  to  jeden  z  ostatnich  pogodnych  dni  listopada.  Wkrótce  rzeka  miała  zamarznąć, 

czekała nas pora mroźnych wiatrów. Zimą nasz „park” pustoszał, nikt tam nie chodził - bo i po 

co? 

SuSu  lubiła żuć trawę  i  tym właśnie  była  bardzo zajęta,  kiedy  coś odwróciło jej uwagę, 

background image

wabiąc  ją  ku  rzece.  Ciągnąc  uparcie  za  smycz,  zaprowadziła  nas  przez  trawnik  do  biegnącego 

nabrzeżem  chodnika,  gdzie  ujrzałyśmy  mężczyznę  w  średnim  wieku  siedzącego  w  wózku 

inwalidzkim. Wózku doprawdy niezwykłym: wykonany był niemal całkowicie z lanego żeliwa, 

jak podstawa staromodnej maszyny do szycia, i wybity wyleniałym pluszem. Wysokie oparcie i 

wyszukane zdobienia sprawiały, że ów fotel na kółkach przypominał ruchomy tron, a zasiadał w 

nim  człowiek  o  wyglądzie  udzielnego  monarchy.  Owa  majestatyczna  postura  kontrastowała 

jednak w absurdalny sposób z jego zszarganym odzieniem. 

Ku naszemu  zaskoczeniu  to  właśnie  do  niego  ciągnęła  nas  SuSu.  Zagruchała  radośnie i 

wskoczyła mu na kolano, a on pogłaskał ją po futerku. 

- Rozpoznaje mnie - wyjaśnił nam z wyraźnym obcym akcentem, jakby germańskim. - W 

poprzednim życiu ja także byłem kotem. 

Spojrzałam  znacząco na  Gertrudę,  ale  moja  siostra  bez  mrugnięcia  okiem  przyjęła  jego 

słowa do wiadomości. 

Nie  można  powiedzieć,  żeby  miał  miłą  powierzchowność  -  ostry  podbródek,  uszy 

umieszczone zbyt wysoko i oczy, które były właściwie  tylko szparkami; a  kiedy  uśmiechał  się, 

wyglądał  jeszcze  gorzej.  Tym  niemniej  SuSu  wyraźnie  była  pod  jego  urokiem.  Ocierała  się  o 

jego  kostki,  a  on  drapał  ją  tam,  gdzie  należy  drapać  kota.  Razem  stanowili  przedziwną  parę  - 

SuSu  ze  swoim  przepysznym  jasnym  futerkiem,  o  wyglądzie  kotki  luksusowej  i  kosztownej  - 

oraz  ten  człowiek  na  wózku  w  znoszonej  kurtce,  z  kolanami  przykrytymi  kapą  zjedzoną  przez 

mole. 

W  trakcie  niezbyt  długiej  rozmowy  wyszło  na  jaw,  że  pan  van  Vliet  wraz  ze  swym 

towarzyszem, który popychał wózek, wprowadzili się właśnie do dużego apartamentu na naszym 

piętrze. Zastanawiałam się, po co tym dwóm tak wiele pokoi. Zaś co do jego towarzysza, trudno 

było  stwierdzić,  czy  jest  niemową,  czy  tylko  nietowarzyskim  mrukiem.  Ten  niski  i  krępy 

mężczyzna  o  okrągłej  głowie  bez  szyi  jakby  umieszczonej  bezpośrednio  na  ramionach  miał  w 

oczach  jakiś  taki  nieprzyjemny  błysk.  Stał  za  wózkiem  swojego  mocodawcy  w  ponurym 

milczeniu. 

Gdy wracałyśmy do siebie, Gertrudę spytała: 

- Jak ci się podoba nasz nowy sąsiad? 

- Wolę koty, zanim się wcielą w ludzi - odparłam. 

-  Ale  to  ciekawa  postać  -  stwierdziła  moja  siostra,  jak  zwykle  nastawiona  życzliwie 

background image

wobec otoczenia. 

Kilka dni później piłyśmy kawę po kolacji, a SuSu - również spożywszy swój wieczorny 

posiłek  -  dokonywała  toalety,  siedząc  w  blasku  lampy.  Przyglądałyśmy  się  jej  ruchom  pełnym 

gracji, gdy nagle zawahała się i zamarła w bezruchu z jedną łapką w powietrzu. Widać było, że 

nasłuchuje.  A potem z jej  gardła  dobył się zupełnie nowy,  nigdy  jeszcze przez nas niesłyszany 

dźwięk,  który  przypominał  melodyjne  gaworzenie.  W  następnej  chwili  stanowczym  krokiem 

skierowała się ku drzwiom naszego mieszkania. Tam usiadła, nasłuchując i wyczekując, chociaż 

my obie wciąż jeszcze niczego nie słyszałyśmy. 

Minęły  jeszcze  całe  dwie  minuty,  nim  rozległ  się  dzwonek  u  drzwi.  Poszłam,  żeby 

otworzyć,  i  nie  mogę  powiedzieć,  żebym  była  zachwycona  widokiem  pana  van  Vlieta  w  jego 

królewskim fotelu na kółkach. 

SuSu  tymczasem  od  razu  wskoczyła  mu  na  kolana  -  z  doprawdy  niezwykłą  dla  niej 

ufnością  -  a  on,  kiedy  pogładził  ją  po  uszach  i  podrapał  pod  pyszczkiem,  obdarzył  mnie 

uśmiechem wąskich ust i szparkowatych oczu, mówiąc: 

- Goedenavond. Właśnie rozpakowywałem stare skrzynie i znalazłem coś, co chciałbym 

paniom podarować. 

Wytwornym gestem wręczył mi mały obrazek w ramie, toteż poczułam się zobowiązana, 

żeby  zaprosić  go  do  środka.  Wtoczył  się  na  swoim  żelaznym  fotelu  do  naszego  mieszkania  z 

pewnym trudem, podczas gdy gumowe opony zostawiały głębokie bruzdy w puszystym dywanie. 

-  Jak  pan  daje  radę  poruszać  się  samodzielnie  na  tak  ciężkim  wózku?  -  spytałam.  - 

Przecież musi ważyć chyba z tonę. 

-  Ale  to  dzieło  sztuki  -  oświadczył  pan  van  Vliet,  gładząc  pieszczotliwie  podłokietniki 

wyłożone pluszem. 

Gertrudę  natychmiast  po  jego  przyjściu  zerwała  się  i  przygotowała  mu  filiżankę  kawy. 

Kosztując jej, stwierdził: 

-  Chciałbym,  żeby  pani  nauczyła  parzyć  kawę  tego  mojego  niezgułę.  Przyrządza 

najgorszą zootje, jaką kiedykolwiek miałem w ustach. W Holandii lubimy, żeby kawa była sterk, 

i dodajemy  trochę  cykorii.  Ale  ten  człowiek to  klootzak.  Nie trzymałbym go ani przez  minutę, 

gdybym mógł sam sobie poradzić. 

SuSu  pocierała  łebkiem  o  guziki  kurtki  Holendra,  a  on  uśmiechał  się,  zadowolony, 

pokazując małe, kwadratowe zęby. 

background image

-  Czy  wszystkie  koty  tak  lgną  do pana?  -  spytałam,  trochę  zazdrosna.  SuSu  tymczasem 

wpadła w ekstazę, ponieważ zaczął drapać ją po karku. 

-  To  całkiem  naturalne  -  stwierdził.  -  Umiem  czytać  w  ich  myślach,  a  one  oczywiście 

czytają w moich. Z pewnością wie pani, że dla kotów to nic nadzwyczajnego. Idzie człowiek do 

lodówki po piwo, a kot ani drgnie, jednak jeśli wybierze się pani do kuchni, by przygotować kotu 

posiłek, co się dzieje? Nim dotknie pani klamki, kot wpada do kuchni jak bomba, niezależnie od 

tego,  gdzie  się  akurat  znajdował.  Pani  fale  mózgowe  docierają  do  kota  nawet  wtedy,  kiedy 

wydaje się, że śpi. 

Gertrudę zgodziła się z nim: 

- Rzeczywiście, chyba to prawda. 

- Jasne, że to prawda - pan van Vliet wyprostował się z godnością. - Wszystko, co mówię, 

jest  prawdą.  Koty  potrafią  znacznie  więcej,  niż  się  paniom  wydaje.  Nie  tylko  odczytują  nasze 

myśli, ale umieją też i są w stanie przekazać człowiekowi jakąś myśl, zaszczepić mu ją w głowie. 

A także wyczuwają, kiedy coś ma się zdarzyć. 

- Z pewnością ma pan rację - rzekła moja siostra. - SuSu wiedziała, że pan się zjawi na 

długo, nim usłyszała dzwonek. 

- Oczywiście, że mam rację. Ja zawsze mam rację - oznajmił pan van Vliet. - Moja babka 

we Vlissingen miała kocura imieniem Donker, zanim umarła, a potem jeszcze przez wiele lat po 

swoim  pogrzebie  wracała,  żeby  pogłaskać  kota.  Każdego  wieczoru  Donker  sadowił  się  przed 

fotelem, na  którym zawsze  urzędowała grootmoeder,  a  potem przeciągał się  i mruczał,  chociaż 

niby nikogo tam nie było. To się powtarzało każdego wieczora, o wpół do dziewiątej. 

Po tej wizycie zaczęłam nazywać go Duchem Babci, i on bowiem pojawiał się u nas kilka 

razy na  tydzień właśnie  o  wpół do  dziewiątej. Przypuszczałam,  że to  z powodu  kawy  parzonej 

przez Gertrudę. 

- Stęskniłem się już za moją ślicznotką - powtarzał, a SuSu była po prostu wniebowzięta. 

Prawdę  mówiąc,  byłam  zadowolona,  że pan  van Vliet  nigdy nie zostawał u nas  długo,  chociaż 

Gertrudę zazwyczaj zachęcała go, by posiedział jeszcze trochę. 

Ten  obrazek,  który  nam  podarował,  niespecjalnie  przypadł  mi  do  gustu.  Było  to 

sylwetkowe przedstawienie trzech postaci - mężczyzny we fraku i cylindrze, kobiety w czepku i 

szerokiej sukni oraz kota z ogonem wzniesionym dumnie jak lanca. Powiesiłam jednak obrazek 

na ścianie, żeby sprawić przyjemność mojej siostrze, chociaż w niezbyt honorowym miejscu, bo 

background image

nad zlewem w kuchni. 

Któregoś  dnia  Gertrudę,  która  jest  bibliotekarką,  wróciła  do  domu  bardzo 

podekscytowana. 

- Słuchaj, pod tymi sylwetkami jest podpis - oznajmiła. - Sprawdziłam w bibliotece, kim 

był Augustin Edouart. Okazuje się, że to był bardzo sławny artysta i nasze sylwetki mają ponad 

sto lat. Ten obrazek może być sporo wart. 

- Wątpię - stwierdziłam. - Takie wycinanki robiliśmy, kiedy byłam w trzeciej klasie. 

Jednak  ponieważ  moja  siostra  nalegała,  zaniosłam  to  dzieło  do  antykwariusza  -  a  ten 

stwierdził, że to niezły okaz, wart prawdopodobnie kilkaset dolarów. 

Kiedy Gertrudę to usłyszała, zawołała: 

- Jeżeli handlarz mówi kilkaset, to znaczy, że pewnie rzecz jest warta parę tysięcy. Myślę, 

że powinnyśmy oddać ten obrazek panu van Vlietowi. Biedak nie wie, jak cenne rzeczy rozdaje. 

Zgodziłam  się  z  nią;  prawdopodobnie  mógłby  go  sprzedać  i  kupić  sobie  porządny  fotel 

inwalidzki. 

O wpół do dziewiątej wieczorem tego samego dnia SuSu zaczęła prężyć się i gaworzyć. 

- Oto nadciąga Duch Babci - zauważyłam, a wkrótce potem usłyszałam dzwonek. 

-  Panie  van  Vliet  -  powiedziałam,  gdy  Gertrude  nalała  już  mu  kawy  -  pamięta  pan  te 

sylwetki,  które  od  pana  dostałyśmy?  Okazało  się,  że  są  wartościowe,  musi  je  pan  zabrać  z 

powrotem. 

- Oczywiście, że to wartościowa rzecz - stwierdził. - Przecież nie dawałbym w prezencie 

czegoś, co jest tylko rommell. 

- Ale czy zna się pan na antykach? 

-  Mevrouw,  w  moim  mieszkaniu  mam  antyki  warte  co  najmniej  milion  dolarów. 

Zapraszam obie panie, jutro musicie koniecznie przyjść i obejrzeć sobie moje skarby. Postaram 

się,  żeby  mój  klootzak  gdzieś  sobie  poszedł  na  ten  czas,  to  będziemy  mogli  wypić  w  spokoju 

filiżankę kawy. 

- A tak przy okazji, co to znaczy klootzak?. - spytałam. 

,  -  Nic dobrego - wyjaśnił pan  van  Vliet. - Gdyby ktoś mnie tak nazwał,  dałbym mu  w 

nos... Niech panie wezmą ze sobą moją ślicznotkę. Na pewno spodoba jej się ta graciarnia, będzie 

mogła sobie pozwiedzać. 

Nasza kotka sprawiała wrażenie, jakby wiedziała, o czym mowa. 

background image

-  SuSu  będzie  zachwycona  -  rzekła  Gertrudę.  -  Przez  całą  zimę  nie  wychodzi  z 

mieszkania. 

- Proszę zrobić jej na drutach sweterek i wyprowadzać na spacery do parku, także zimą - 

polecił  Holender  tym  rozkazującym  tonem,  który  zawsze  mnie  irytował.  -  Nieraz  otulam  się 

kocem i wybieram się wieczorem do parku. To świetnie robi na bezsenność. 

-  Ale  SuSu  nie  cierpi  na  bezsenność  -  powiadomiłam  go.  -  Śpi  dwadzieścia  godzin  na 

dobę. 

Pan van Vliet popatrzył na mnie z wyższością. 

- Myli się pani. Koty nigdy nie śpią. Ludziom tylko się wydaje, że one śpią, a tymczasem 

koty są najbardziej rozbudzonymi stworzeniami na tej planecie. 

Po jego odejściu odezwałam się do Gertrude: 

- Wiem, że lubisz tego faceta, ale przyznasz chyba, że jest mocno szurnięty. 

- Jest tylko trochę ekscentryczny. 

-  Jeżeli  naprawdę  ma  antyki  warte  milion  dolarów,  w  co  osobiście  wątpię,  dlaczego 

mieszka w tym paskudnym bloku? Dlaczego przynajmniej nie kupi sobie wózka, którym łatwiej 

byłoby mu się poruszać? 

- Pewnie dlatego, że jest Holendrem - brzmiało wyjaśnienie Gertrudę. 

- A co powiesz na te niestworzone historie, które opowiada o kotach? 

- Zaczynam przypuszczać, że są prawdziwe. 

- No i kim jest ten człowiek, który z nim mieszka? Służącym, pielęgniarzem, opiekunem 

czy czym tam jeszcze? Spotykam go nieraz w windzie, ale on nie odzywa się ani słowem, nigdy. 

Mam wrażenie, jakby wcale nie miał imienia, a pan van Vliet traktuje go niczym niewolnika. Nie 

jestem pewna, czy powinnyśmy jutro tam iść. Cała ta sytuacja jest zbyt dziwaczna. 

A jednak poszłyśmy. Apartament Holendra zapchany był po brzegi meblami i bibelotami. 

Gospodarz krzyknął do swego towarzysza: 

- Zabierz ten rommel, żeby panie mogły usiąść. 

Krępy mężczyzna z ponurym wyrazem twarzy zdjął jakieś malowidła i ozdobne tkaniny z 

rzeźbionej sofy. 

- A teraz wynoś mi się stąd! - krzyknął pan van Vliet. - Kup sobie piwo - i rzucił tamtemu 

trochę pieniędzy, całkiem jakby rzucał psu kość. 

Podczas  gdy  SuSu  rozpoznawała  nowy  teren,  piliśmy  kawę,  a  potem  pan  van  Vliet 

background image

oprowadził  nas  po  swych  skarbach,  lawirując  fotelem  na  kółkach  pośród  labiryntu  mebli. 

Pokazywał nam coś tam niejakiego Chippendalea, jakiegoś Thomasa 

Afflecka i jeszcze coś z Newport. Wedle jego słów były to bezcenne okazy, ale dla mnie 

wyglądały na zatęchłe relikty dawno minionej przeszłości. 

- Zajmuję się handlem antykami - wyjaśnił pan van Vliet. - Teraz jestem przykuty do tego 

nieszczęsnego  fotela,  ale  kiedyś  miałem  własny  antykwariat  i  brałem  udział  we  wszystkich 

znaczących  targach.  No  a  potem...  trafił  mi  się  paskudny  wypadek  samochodowy  i  teraz 

sprzedaję z tego mieszkania. Wyłącznie osobom, które przedtem się ze mną umówią. 

- I jak panu idzie? - zainteresowała się życzliwa Gertrudę. 

- Całkiem nieźle, nie narzekam. Ludzie z muzeów znają mnie, a kolekcjonerzy z całego 

kraju przyjeżdżają tu, bo i czemu nie? Kupuję. Sprzedaję. Całą fizyczną robotę wykonuje ten mój 

człowiek,  Frank.  Jest  doskonałym  asystentem  dla  antykwariusza  -  mocny  w  barach,  słaby  w 

głowie. 

- Gdzie go pan znalazł? 

- Gdzieś tam, na śmietniku. Nauczyłem go, w jaki sposób może być użyteczny dla mnie, 

nie tyle  jednak, żeby potrafił  być  użyteczny  sam  dla  siebie.  Sprytnie  pomyślane, co? - pan  van 

Vliet  mrugnął  okiem.  -  Frank  to  właśnie  klootzak,  ale  bez  niego  byłbym  bezsilny...  Ho,  ho! 

Patrzcie panie na tę ślicznotkę. Znalazła skarb! 

SuSu obwąchiwała właśnie srebrne naczynie z dwoma uchwytami. 

Pan van Vliet pokiwał głową z uznaniem. 

- To kubek na caudle, czyli gorącą mieszankę wina, jajek, chleba i cukru z przyprawami, 

którą  kiedyś  podawano  obłożnie  chorym.  Naczynie  wykonał  Jeremiah  Dummer  z  Bostonu  w 

siedemnastym wieku dla pewnej damy  z Salem. Powiadano,  że  była czarownicą. Patrzcie na  tę 

ślicznotkę. Ona wie! 

Odkaszlnęłam i powiedziałam: 

- No tak, tak. Szczęśliwie się składa, że ma pan Franka. 

- Myśli pani, że o tym nie wiem? - obruszył się pan van Vliet. - Właśnie dlatego dbam, 

żeby  nie  miał  pieniędzy.  Gdybym  zaczął  mu  płacić,  Bóg  wie  co  zacząłby  sobie  myśleć.  A 

klootzak, który zaczyna myśleć - ho, ho, nie ma nic gorszego! 

- Jak dawno zdarzył się pański wypadek? 

-  Pięć  lat  temu,  a  wszystko  to  była  wina  tego  idioty.  To  on,  to  on  mi  to  zrobił!  -  głos 

background image

naszego sąsiada narastał w miarę  tych  słów  aż do krzyku,  mężczyzna poczerwieniał  na  twarzy, 

tłukąc pięściami oparcia swojego fotela. Jednak wtedy podeszła SuSu i otarła się o jego kostki, a 

on  pogłaskał  ją  i  wyraźnie  się  uspokoił.  -  No  tak,  tak.  Pięć  lat  w  tym  przeklętym  fotelu. 

Jechaliśmy na targi antyków moim kombi. Prawie sto na godzinę, a ten kretyn nie zatrzymał się 

na czerwonym świetle i walnął prosto w ciężarówkę. W ciężarówkę wiozącą żwir! 

Gertrudę zasłoniła twarz dłońmi. 

- Jakie to okropne, panie van Vliet! 

-  Pamiętam,  jak  pakowałem  rzeczy  do  samochodu  na  te  targi.  Narzekałem  wtedy,  że 

mięśnie mnie bolą. Ha! Ile bym dziś dał za takie zakwasy! 

- Czy Frank też był ranny? 

Pan van Vliet machnął niecierpliwie ręką. 

- Owszem, w głowę. Przez sześć godzin wyciągali kawałki kryształu z Waterford z jego 

durnego łba. Odtąd zrobił się już zupełnie gek - postukał palcem w skroń. 

- Gdzie pan znalazł taki niezwykły fotel inwalidzki? - spytałam. 

-  Ho,  ho,  mevrouw,  niech  pani  nigdy  nie  pyta  handlarza,  gdzie  coś  znalazł.  Został 

wykonany dla pewnego milionera, który wzbogacił się na budowie kolei, w 1872 roku. Plusz jest 

oryginalny.  Pomyślałem  sobie,  że  skoro  już  muszę  spędzić  resztę  życia  w  fotelu  inwalidzkim, 

sprawię sobie taki, który zapewni mi przynajmniej przyjemność estetyczną. A teraz przejdźmy do 

celu dzisiejszej wizyty. Drogie panie, chciałbym panie prosić o pewną przysługę. 

Podjechał do biurka, a Gertrudę i ja wymieniłyśmy zaniepokojone spojrzenia. 

- Na tym biurku leży nowy testament, który właśnie sporządziłem, i potrzebuję świadków. 

Kilka  wyjątkowo  rzadkich  okazów  chcę  przekazać  muzeom.  Cała  reszta  ma  być  sprzedana,  a 

uzyskane środki przeznaczone na założenie fundacji. 

- A co z Frankiem? - zaniepokoiła się Gertrudę, która zawsze troszczy się o bliźnich. 

-  E  tam!  Ten  klootzak  na  nic  nie  zasługuje!...  Nim  jednak  panie  podpiszą  te  papiery, 

muszę zanotować jeszcze jedną rzecz. Jak brzmi pełne imię mojej ślicznotki? 

Obie zawahałyśmy się, ale w końcu powiedziałam: 

- W jej rodowodzie zapisane jest imię Superior Suda z Syjamu. 

-  Doskonale!  Będzie  to  więc  Fundacja  Superior  Suda.  Będzie  mi  bardzo  miło.  Pisanie 

testamentu to dość paskudna rzecz, tak samo jak fotel inwalidzki, więc warto wymyślić sobie coś 

miłego. 

background image

- Hm, A jaki będzie cel tej... fundacji? - spytałam niepewnie. 

Pan van Vliet obdarzył nas jednym ze swych enigmatycznych uśmiechów. 

- Będzie ona sponsorować badania naukowe - oznajmił. - Chciałbym, żeby różne uczelnie 

zajęły  się  studiowaniem  wysoko  rozwiniętych  zdolności  percepcyjnych  i  mentalnych  kota 

domowego oraz  zastosowaniem uzyskanej  wiedzy dla udoskonalenia umysłu  ludzkiego.  Drogie 

panie, nie mógłbym w żaden lepszy sposób zadysponować moim majątkiem. Człowiek jest o całe 

eony w tyle za najskromniejszym dachowcem - popatrzył na nas chytrze, mrużąc oczy. - Akurat 

coś o tym wiem. 

Poświadczyłyśmy  podpis  naszego  sąsiada.  Co  innego  mogłyśmy  zrobić?  Kilka  dni 

później wyjechałyśmy na wakacje i nie ujrzałyśmy pana van Vlieta już nigdy więcej. 

Co roku w zimie Gertrudę i ja wybierałyśmy się na południe, spędzając tam razem z SuSu 

trzy  tygodnie.  Po  naszym  powrocie  przykra  wiadomość  o  naszym  ekscentrycznym  sąsiedzie 

została nam przekazana w sposób nader bezceremonialny. 

Gdy wiozłyśmy windą nasze bagaże na górę, spotkałyśmy w niej Franka, który odezwał 

się po raz pierwszy. Już to samo w sobie było dla nas wstrząsem. 

Bez żadnych wstępów czy formułek grzecznościowych oznajmił nam po prostu: 

- Zabrali go. 

- Jak to? Co pan mówi? - odezwałyśmy się obie naraz. 

- No, zabrali go - było trochę zaskakujące, że głos tego muskularnego mężczyzny brzmiał 

tak piskliwie i nieczysto. 

- Co się stało panu van VIietowi? - dopytywała się moja siostra. 

- Odbiło mu.  Przyjechali jego krewni z Pensylwanii i zabrali go ze  sobą. Siedzi  teraz  u 

czubków. 

Widziałam wyraz twarzy Gertrudę, gdy spytała: 

- Czy to coś poważnego? Frank wzruszył tylko ramionami. 

- A co się stanie ze wszystkimi jego antykami? 

- Jego krewni powiedzieli mi, żebym się pozbył tych rupieci. 

- Ale przecież są bardzo cenne, prawda? 

-  Skąd.  Śmiecie.  Wtykał  wszystkim  ten  kit  o  muzeach  i  tak  dalej  -  znów  wzruszył 

ramionami i postukał się palcem w czoło. - Był tego, gek. 

Dotarłyśmy z siostrą do naszego mieszkania w zdumionym milczeniu, choć właściwie nie 

background image

mogłam się doczekać, żeby to powiedzieć: 

- A mówiłam ci, że ten twój Holender jest niespełna rozumu. 

- Jaka szkoda - rzekła półgłosem. 

-  Zwróć  uwagę  na  zmianę,  jaka  zaszła  we  Franku.  Teraz  zachowuje  się  jak  wolny 

człowiek. To musiało być coś strasznego, ta niewola u starego Scrooge’a. 

- Będzie mi brakować  pana  van Vlieta - szepnęła Gertrudę.  -  Był  bardzo interesującym 

człowiekiem. SuSu na pewno też będzie za nim tęsknić. 

Jednak  jeszcze  tego  samego  dnia  wieczorem  miałyśmy  okazję  przekonać  się,  że  SuSu 

wcale nie ma zamiaru wyrzec się swojego przyjaciela tak łatwo, jak my to uczyniłyśmy. 

Rozpakowywałyśmy  po  kolacji nasze bagaże,  gdy SuSu  rozpoczęła  swe przedstawienie. 

Zaczęła pląsać i mruczeć gardłowo, dokładnie w taki sam sposób, jak robiła to przez całą zimę, 

kiedy  tylko  pan  van  Vliet  zbliżał  się  do  naszych  drzwi.  Gertrudę  i  ja  spoglądałyśmy  na  nią, 

spodziewając  się  w każdej chwili odgłosu  dzwonka. Gdy SuSu  pobiegła  truchtem  ku drzwiom, 

poszłyśmy za nią. Zachowywała się wprost przedziwnie. Wyginała szyję, poruszała łebkiem tak, 

jakby się o coś ocierała, a potem przewróciła się na grzbiet i przeciągnęła rozkosznie, przez cały 

czas mrucząc na cały głos... ale dzwonek oczywiście się nie odezwał. 

Spojrzałam na zegarek. 

- Jest wpół do dziewiątej. SuSu pamięta. 

- To wzruszające, przyznasz? - powiedziała Gertrudę. Nie był to jednak koniec pokazów 

w  wykonaniu  SuSu,  lecz  zaledwie  początek.  Odtąd  niemal  co  wieczór  o  tej  samej  porze 

odprawiała ten sam rytuał. 

Przypomniało  mi  się,  że  kiedy  przeniosłyśmy  miejsce  do  spania  SuSu  z  pokoju 

gościnnego, nasza kotka jeszcze przez kilka dni i tak spała tam gdzie przedtem. 

-  Koty  zawsze  potrzebują  trochę  czasu,  żeby  zmienić  swoje  przyzwyczajenia.  Ale  po 

jakimś czasie zapomni o wizytach pana van Vlieta. 

SuSu  nie  zapomniała.  Minęło  tymczasem  kilka  tygodni.  Niespodziewanie  wcześnie 

nadeszło  przedwiośnie  i  gwałtowne  roztopy.  Ludzie  zaczęli  wychodzić  na  ulice  bez  płaszczy, 

kabriolety  jeździć  ze  spuszczonymi  dachami,  a  na  nabrzeżu  pojawiło  się  już  kilku  myślących 

pozytywnie wędkarzy, choć rzeką wciąż jeszcze płynęła kra. 

Pewnego z tych ciepłych wieczorów postanowiłyśmy zabrać SuSu do parku na pierwszy 

wiosenny  spacer,  spodziewając  się,  że  zainteresują  ją  wyschnięte  źdźbła  zeszłorocznej  trawy. 

background image

Ona jednak ciągnęła prosto ku rzece. Zaciekawiło nas to, więc pozwoliłyśmy się jej prowadzić i 

oto  na  chodniku  biegnącym  wzdłuż  brzegu  znów  ujrzałyśmy,  jak  powtarza  swój  niezwykły 

występ - mrucząc, wyginając grzbiet, wyciągając szyję. 

- Znowu to robi - stwierdziłam. - Chciałabym wiedzieć, co jej strzeliło do łebka. 

Gertrudę odpowiedziała niemal niedosłyszalnym szeptem: 

- Pamiętasz, co pan van Vłiet opowiadał o kotach i o duchach? 

-  Popatrz  na  tego  zwierzaka!  Mogłabym  przysiąc,  że  ociera  się  o  czyjeś  kostki. 

Wolałabym, żeby już przestała, bo zaczynam czuć się nieswojo. 

-  Zastanawiam  się  -  rzekła  moja  siostra  bardzo  powoli  -  czy  pan  van  Vliet  naprawdę 

znajduje się w szpitalu psychiatrycznym. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Czy  może  jest...  gdzieś  tam?  -  Gertrudę  lekko drżącą  ręką  wskazała  w  stronę  rzeki.  - 

Myślę, że pan van Vliet nie żyje, a SuSu o tym wie. 

- Przestań fantazjować - ofuknęłam ją. - Naprawdę przesadzasz, Gertrudę! 

-  A  ja  myślę,  że  Frank  zepchnął  tego  nieszczęśnika  do  wody  na  jego  wózku.  Pewnie 

którejś nocy, kiedy pan van Vliet nie mógł spać i zażądał, żeby Frank go zawiózł do parku. 

- Nie mówisz poważnie, Gertrudę. 

-  Nie  widzisz  tego?...  Mroźna  noc.  Późno,  nad  rzeką  nie  ma  nikogo.  Pan  van  Vliet 

owinięty w koc na swoim wózku. Boże jedyny, przecież ten wózek poszedł na dno, jakby był z 

ołowiu! Coś strasznego! Lodowata woda. I ten biedny, bezbronny człowiek. 

- Ale przecież... 

-  A  teraz  Frank jest  wolny i ma te  wszystkie antyki. Może  sprzedać je  i do końca  życia 

tarzać  się  w  bogactwie.  Nikogo  nie  obchodzi,  że  van  Vliet  zniknął  bez  śladu,  nikt  nie  będzie 

zadawać pytań. 

- Pewnie zniszczy testament - dodałam, poddając się sugestywnej wizji Gertrudę. 

-  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  ile  jest  warta  komoda  z  Newport?  Sprawdziłam  to  w 

bibliotece.  Mebel  bardzo  podobny  do  tego,  który  widziałyśmy  w  mieszkaniu  pana  van  Vlieta, 

został sprzedany za kilkaset tysięcy dolarów podczas aukcji na Wschodnim Wybrzeżu. 

- No tak, ale co z tymi krewnymi w Pensylwanii? 

- Dałabym  głowę,  że pan  van Vliet nie miał żadnych krewnych, ani w  Pensylwanii,  ani 

gdzie indziej. 

background image

-  Nawet  jeśli  to  prawda,  to  co  właściwie  mamy  zrobić?  -  spytałam  ze  złością.  - 

Powiadomić  dozorcę  budynku?  Może  zgłosić  się  na  policję?  I  powiedzieć  im,  że  zostało 

popełnione  morderstwo,  a  wiemy  o  tym  stąd,  że  nasza  kotka  codziennie  o  wpół  do  dziewiątej 

widzi ducha ofiary? Wyjdziemy na dwie stare panny, które są odrobinę gek. 

Prawdę  mówiąc,  rzeczywiście  zaczęłam  się  trochę  niepokoić  o  Gertrudę  -  dopóki  kilka 

dni później nie znalazłam w gazecie pewnej krótkiej notki... 

Przerzucałam strony  podczas  śniadania, aż tu nagle, na  samym dole siódmej  strony,  coś 

rzuciło mi się w oczy. Nie do wiary... 

-  Posłuchaj  tego  -  odezwałam  się  do  siostry.  -  „W  dole  rzeki  wyłowiono  ciało 

niezidentyfikowanego mężczyzny. Policja twierdzi, że zwłoki prawdopodobnie przebywały kilka 

tygodni pod lodem... Mężczyzna około pięćdziesięciu pięciu lat miał uszkodzony kręgosłup, więc 

z pewnością był niepełnosprawny... Nie zgłoszono zaginięcia żadnej osoby odpowiadającej temu 

opisowi”. 

Przez  dłuższą  chwilę  moja  siostra  wpatrywała  się  w  dzbanek  z  kawą.  Potem  wstała  i 

podeszła do telefonu. 

-  Teraz  -  powiedziała  drżącym  głosem  -  wystarczy,  żeby  policja  zbadała  dno  rzeki  na 

wysokości  naszego  domu.  Znajdą  tam  staroświecki  wózek  inwalidzki.  Żeliwny.  Z  resztkami 

oryginalnego pluszu - zamrugała oczami. - Proszę cię, wystukaj numer - podała mi słuchawkę. - 

Nie widzę cyferek na klawiszach. 

 

11 Stach i Strach 

Kiedy  poznałam  Jane,  miała  zwyczaj  powtarzać:  „Wolę  mieć  koty  niż  dzieci”.  Minęło 

dziesięć lat; miała już i dziecko, i kota. Stacha i Stracha, Stracha i Stacha... doprawdy przedziwną 

parkę.  Miała  też  za  męża  zdolnego  inżyniera,  który  robił  karierę;  śliczny  domek  na 

przedmieściach Chicago i co rokunowy samochód. 

Przez  te  dziesięć  lat  utrzymywałyśmy  ze  sobą  dość  luźny  kontakt,  głównie  za 

pośrednictwem  kartek  świątecznych i pocztówek wysyłanych z wakacji. Jednak pewnej  wiosny 

wybrałam się na konferencję do Chicago, więc zadzwoniłam do Jane, żeby z nią pogadać. 

Była zachwycona! 

-  Lindo,  po  prostu  musisz  wpaść  tutaj  z  wizytą,  kiedy  już  się  uporasz  ze  wszystkimi 

background image

spotkaniami.  Ed  ma  budowę  w  Arabii  Saudyjskiej,  a  ja  zostałam  tu  sama  ze  Stachem  i  ze 

Strachem.  Bardzo  bym  chciała,  żebyś  zobaczyła  ich  obu.  No  i  pogadamy  sobie  o  dawnych 

czasach. 

Opisała mi dokładnie drogę: 

- Kiedy opuścisz autostradę, przejedziesz cztery mile na północ, potem skręć w lewo przy 

fabryce cydru, aż znajdziesz się w Maplewood Farms. To będzie taka kręta szosa. Mieszkamy w 

ostatnim domu, białym z czarnymi okiennicami, a przed nim rośnie ogromny klon. Nie możesz 

zabłądzić. 

W piątek późnym popołudniem wynajęłam samochód i ruszyłam w drogę ku luksusowym 

przedmieściom, wspominając sobie przy okazji, jak to kiedyś obie mieszkałyśmy w namiotach i 

wcale  nie  skarżyłyśmy  się  na  nasz  los.  A  teraz  Jane  miała  dom  w  Maplewood  Farms,  a  ja 

apartament w Nowym Jorku z widokiem na Upper East Side. 

Kiedy Jane i ja poznałyśmy się, obie wyszłyśmy właśnie za młodych inżynierów, którzy 

budowali tamę w północnej głuszy. Pierwsze lato przekoczowałyśmy w rozbitych bezładnie tu i 

tam namiotach i byłyśmy przekonane, że to wspaniała przygoda. Cóż, byłyśmy młode, świeżo po 

ślubie, niemal jeszcze miałyśmy ryż we włosach. Po jakimś czasie dla inżynierów wybudowano 

domki,  choć  słowo  „budy”  byłoby  właściwie  lepszym  określeniem.  Pamiętam,  że  Jane 

udekorowała  wnętrze  swojej  chatki  zdjęciami  kotów,  a  na  Gwiazdkę  Ed  podarował  jej 

bursztynową perską kotkę, którą nazwała Mapie Sugar. Właśnie wtedy wygłosiła owo sławetne 

oświadczenie o kotach i dzieciach. Wszystko to wydawało się zamierzchłą przeszłością. 

Gdy  dotarłam  do  Maplewood  Farms,  zwolniłam,  jadąc  krętą  szosą  i  podziwiając 

malownicze  domostwa,  aż  u  jej  kresu  dostrzegłam  wóz  straży  pożarnej.  Na  trawnikach  i  na 

chodniku  stały  grupki  ludzi,  którzy  przyglądali  się,  ale  nie  okazywali  niepokoju.  Właściwie 

wszyscy sprawiali wrażenie raczej rozbawionych. 

Zaparkowałam  samochód  i  podeszłam  do dwóch  par,  które stały pośrodku  ulicy, sącząc 

koktajle. 

- Co się stało? - spytałam. 

Kobieta w marokańskim kaftanie uśmiechnęła się i wyjaśniła: 

- Strach wspiął się na wielki klon i nie potrafi z niego zejść. 

- Trzeci raz w tym miesiącu - uzupełnił mężczyzna w haftowanej meksykańskiej koszuli. 

- Oto na co idą nasze podatki!... Przynieść ci drinka, kochanie? 

background image

Drugi z mężczyzn zaproponował: 

- Może powinno się ściąć to drzewo? 

- Albo trzymać Stracha na smyczy - rzuciła pierwsza kobieta i wszyscy się roześmiali. 

Drabina strażaków wzniosła się ku gałęziom wielkiego klonu, po czym na górę wspiął się 

jeden  ze  strażaków.  Zniknął  pośród  zieleni.  Minęła  chwila  czy  dwie  i  pojawił  się  znowu,  a 

zgromadzeni gapie powitali go triumfalnym okrzykiem. Na rękach niósł sześcioletniego chłopca 

ubranego w dżinsy i bluzę z napisem „Chicago Cubs”. 

Jane, która czekała u stóp drabiny, przytuliła i dobrotliwie zbeształa dzieciaka - uroczego 

chłopczyka, który po ojcu odziedziczył blond włosy, a po matce wielkie, brązowe oczy. Potem ze 

łzami w oczach padłyśmy sobie w objęcia. 

- Myślałam, że Strach to twój kot! 

- Nie, kot ma na imię Stach - wyjaśniła Jane. - Siedzi tam, na schodkach przed domem. 

Nie może się doczekać, żeby cię poznać. 

Stach  okazał  się  wspaniałym,  pokaźnych  rozmiarów  kociskiem  o  gęstym  jasnym  futrze 

oraz nieskazitelnie białym podgardlu. Podążył za nami do domu, powiewając puszystym ogonem 

solennie i z godnością. 

Jane poleciła synkowi: 

- Pokaż cioci Lindzie pokój gościnny, a potem zaprowadź ją na taras. 

Strach zawlókł moją torbę na górę, a potem przyglądał się z wielkim zainteresowaniem, 

jak ją rozpakowywałam. 

- Czy jesteś moją ciocią? - zainteresował się. 

- Nie taką prawdziwą, ale możesz do mnie mówić „ciociu Lindo”. Będzie mi bardzo miło. 

A  potem  całą  czwórką  zebraliśmy  się  na  sekwojowym  tarasie,  z  którego  rozciągał  się 

widok na nieskazitelny gazon oraz porosły drzewami jar, u którego wejścia rosły kępki żonkili. 

Jane, Stach i ja rozsiedliśmy się wygodnie na wyłożonych poduszkami fotelach z kutego żelaza, 

tymczasem Strach - który teraz miał na sobie jednoczęściowy kombinezon w wojskowy kamuflaż 

-  postanowił  usadowić  się  u  moich  stóp  na  puszystym  dywaniku.  Był  naprawdę  przemiłym 

chłopczykiem i wyglądał uroczo we fryzurce w stylu Bustera Browna. Dość zaborczo oparł się o 

moje  nogi,  a  kiedy  pogładziłam  go  po  włosach,  popatrzył  na  mnie  i  uśmiechnął  się, 

uszczęśliwiony, a potem polizał palce i przygładził swoje blond pukle. Pomyślałam sobie, że jest 

równie próżny jak jego przystojny ojciec. 

background image

Gdy  piliśmy  sobie  wódkę  z  sokiem  pomarańczowym,  spytałam  Jane,  dlaczego  tak 

dziwnie nazywa swojego synka. 

-  Tak  naprawdę  ma  na  imię  Ed,  po  ojcu  -  odpowiedziała  Jane  -  ale  urodził  się  w 

Halloween i odtąd Ed mówi na niego „Strach”. Oczywiście w szkole nauczycielka zwraca się do 

niego  per  Edward,  ale  dla  wszystkich  kolegów  i  sąsiadów  nadał  jest  Strachem...  Lindo,  jesteś 

żywym obrazem kobiety sukcesu, zupełnie jak na zdjęciach w magazynach. Zazdroszczę ci. 

- Czy jesteś inżynierem? - wtrącił się Strach. 

- Nie, jestem szefem działu sprzedaży w firmie produkującej podzespoły elektroniczne. 

- O - powiedział, a po chwili spytał jeszcze: - Czy to coś trudnego? 

- Nie, jeżeli ktoś lubi obwody drukowane i mikroprocesory. 

- O - powiedział i wdrapał mi się na kolana. 

- Strachu, kochanie - upomniała go mama - zawsze pytaj o zgodę, zanim wejdziesz komuś 

na kolana. 

- Wszystko w porządku - zapewniłam ją. - Lubię małych chłopców. 

- Wiesz, on uwielbia, jak go pieścić. 

- A kto tego nie lubi?... A powiedz mi, kiedy Ed pojawi się w domu? 

- Dopiero za trzy tygodnie. 

- Nie przeszkadza ci, że wyjeżdża na tak długo? Zawahała się. 

- Owszem... ale wiesz, coś za coś. Dzięki temu żyjemy sobie dostatnio. Mamy pieniądze 

na gospodynię, która przychodzi pięć razy w tygodniu, na dobrą szkołę dla Stracha i fantastyczne 

wakacje. 

Podczas naszej  rozmowy kot  nasłuchiwał,  odwracając głowę i patrząc na  tę z nas,  która 

mówiła. 

, - Stach wygląda na bardzo inteligentnego kota - zauważyłam. 

-  Bo  rzeczywiście  tak  jest.  Dobrze  mi  w  jego  towarzystwie.  Właściwie  jakby  był 

człowiekiem. No, prawie... Lindo, nigdy nie powiedziałaś mi, dlaczego rozwiodłaś się z Billem. 

-  Chciałam  być  niezależna,  poświęcić  się  własnej  karierze  -  odpowiedziałam.  -  Miałam 

powyżej uszu roli  małżonki  inżyniera budującego  tamy. Zaczęłam dostawać hyzia, nie mogłam 

wytrzymać w obozowisku, a w dodatku Bili strasznie chlał. Krótko mówiąc, wszystko było nie 

tak. 

W tej  chwili  na trawnik  sfrunął rudzik, ptaszek z  czerwonym  brzuszkiem,  który  pewnie 

background image

dostrzegł tam jakiegoś robaka. Na jego widok Strach ożywił się niezmiernie, zeskoczył z moich 

kolan i ruszył w pogoń za ptaszkiem, który zręcznie wymykał mu się, oddalając się jednak tylko 

na tyle, by znaleźć się tuż poza zasięgiem chłopca. 

- Ten rudzik przylatuje każdego wieczoru, kiedy siedzimy na tarasie - stwierdziła Jane. - 

Chyba  lubi  drażnić  się  ze  Strachem.  Co  ciekawe,  Stach  nie  wykazuje  najmniejszego 

zainteresowania ptakami. 

- Czy planujesz więcej dzieci, Jane? 

- Chcielibyśmy adoptować dziewczynkę. Po tym, co przeszłam ze Strachem, nie odważę 

się  na  drugi  poród.  Wiesz,  urodził  się  w  obozowisku  -  jakiś  rok  czy  dwa  po  tym,  jak  ty 

wyjechałaś.  Nie  miałam  właściwej  opieki  prenatalnej,  bo  nie  zamierzałam  chodzić  do  tego  tak 

zwanego lekarza w obozowisku. Pamiętasz go może? 

Skinęłam głową. 

- Pamiętam, że w jego gabinecie czuć było whiskey zamiast środkami odkażającymi. 

- Dostawiał się do każdej kobiety. Mówię ci, do każdej! 

-  Przedsiębiorstwo  nie  było  w  stanie  skłonić  jakiegoś  naprawdę  dobrego  lekarza,  żeby 

pracował w takich warunkach. 

Nagle  przez  płot  przeskoczył  spory  pies,  który  pobiegł  prosto  w  stronę  chłopca.  Strach 

wylegiwał się właśnie na trawniku, żując źdźbło trawy, ale zerwał się na równe nogi i popędził 

do najbliższego drzewa. 

- Strachu, bardzo cię proszę, żadnego wspinania się! - zawołała jego matka. - Juneau nic 

ci nie zrobi. Chce tylko się z tobą pobawić. 

Do płotu podszedł mężczyzna w meksykańskiej koszuli, wołając: 

-  Do  mnie,  Juneau.  Do  domu,  piesku  -  i  zwracając  się  do  nas,  wytłumaczył:  -  Znowu 

zerwała się z łańcucha. Bardzo przepraszam. 

Dokładnie w chwili, gdy skończyłyśmy drugiego drinka, Stach zeskoczył ze swego fotela 

z  głośnym  łomotem  dobrych  paru  kilogramów  kota  uderzających  o  deski  i  podszedł  do  Jane, 

kładąc łapę na jej kolanie. 

-  Stach  informuje  mnie,  że  czas  już  na  kolację.  Lindo,  włożę  kokilki  do  mikrofalówki, 

żeby się zagrzały, i nakarmię tymczasem kota. Pani Phipps przygotowała dla nas przed wyjściem 

zapiekankę z kurczaka. Może zechcesz poszukać mojej latorośli i powiedzieć jej, że pora już się 

umyć. 

background image

Przeszłam się po ogrodzie, dostrzegając przy okazji perfekcyjnie profesjonalne grządki z 

kwiatami, aż odnalazłam Stracha. Grzebał w ziemi pośród żonkili. 

- Co porabiasz? - zainteresowałam się. 

- Grzebię w ziemi - poinformował mnie. 

- Zabłocisz sobie cały kombinezon. Chodź się umyć. Pora na kolację. 

Wstał i pociągnął nosem, unosząc głowę. 

- Kurczak! - zapiszczał głośno i pobiegł do domu, ale nie prosto, lecz zataczając radosne 

kręgi.  Kilka minut  później pojawił  się  przy  stole;  wyglądał nieskazitelnie w  spodenkach khaki, 

tygrysio pręgowanej koszulce oraz ze starannie wyszczotkowaną blond fryzurką. 

Jedliśmy  przy stole na tarasie. Stach próbował wskoczyć na  sekwojową balustradkę, ale 

omsknęła mu się łapa i spadł na dół, lądując przy tym na grzbiecie. 

- Słowo daję, nigdy nie widziałam tak niezdarnego kota - mruknęła Jane. - Chodź do nas, 

Stachu.  Ciocia  Linda nie będzie miała  nic przeciwko  temu, jeżeli  siądziesz z nami do kolacji  - 

wskazała czwarte krzesło, a on wskoczył na nie, po czym usadowił się, wyprostowany i uważny. 

- Matką Stacha była ta kotka, Mapie Sugar. Pamiętasz ją, Lindo? Miała pięć kociaków, ale tylko 

ten przeżył. Trochę dziwny, ale czyż nie jest piękny? 

Strach wybierał kawałki kurczaka ze swojej kokilki i pochłaniał je łapczywie. 

- Tylko  nie zapomnij o  brokułach,  kochanie -  napomniała  go  mama.  -  Od  tego chłopcy 

rosną duzi i silni. Chwaliłeś się cioci Lindzie, że będziesz uczył się pływać? 

- Ale ja nie chcę pływać - oznajmił na to. 

-  Zobaczysz,  kochanie,  będzie  bardzo  fajnie.  Może  któregoś  dnia  zdobędziesz 

mistrzostwo w pływaniu, tak jak twój tatuś, zanim jeszcze miał wypadek. 

- Ale ja nie chcę pływać - powtórzył i podrapał się gwałtownie w ucho. 

- Bardzo proszę, nie przy stole - pouczyła go mama. Aby zmienić temat, który wyraźnie 

okazał się drażliwy, spytałam: 

- A co lubisz najbardziej, Strachu? 

- Chodzić do zoo - odparł natychmiast. 

- Masz jakieś ulubione zwierzątka? 

- Lwy i tygrysy! - jego oczy zabłysły. 

-  Oj,  zapomniałabym!  -  zawołałam.  Przeprosiłam  ich  i  pobiegłam  na  górę  po  prezenty, 

które  przygotowałam  na  tę  okazję:  apaszkę  od  znanego  projektanta  dla  Jane  oraz  czapeczkę  z 

background image

futrzastym tygrysem dla Stracha. Mój podarunek dla Stacha - plastikowa piłeczka z dzwonkiem 

w środku - wydawał się żałośnie nieodpowiedni dla tak statecznego kota. Przyszło mi do głowy, 

że dużo lepsza byłaby kaseta wideo z jakimś szekspirowskim przedstawieniem. 

Kiedy  Strach  powędrował  do  łóżka,  Jane  i  ja  oddałyśmy  się  wieczornej  pogawędce  w 

salonie,  przy  czym  towarzyszył  nam  -  rzecz  jasna  -  Stach.  Jane  opowiadała  o  swojej  pracy 

charytatywnej i o tym, co się dzieje w country clubie oraz o projektach inżynieryjnych na całej 

planecie, którymi zajmował się Ed. Natomiast ja (zanudzając ją pewnie na śmierć) perorowałam 

na temat tyrystorów, ignitronów tudzież transformatorowych czujników przemieszczeń liniowych 

o  układzie  różnicowym  z  przesuwanym  rdzeniem.  Stach  nasłuchiwał  uważnie,  wtrącając  od 

czasu do czasu nader rzeczowe „miau”. 

- Przypomina mi jakiegoś sędziego sądu najwyższego albo nobliwego premiera. Ile on ma 

lat? 

- Tyle samo co Strach. Mówi  się, że  w kocim życiu każdy rok liczy się za  siedem lat u 

człowieka, więc tak naprawdę miałby czterdzieści dwa do czterdziestu dziewięciu lat. On i Strach 

przyszli na świat tego samego dnia, zawsze obchodzimy wspólne urodziny. Nie opowiadałam ci 

nigdy  o  tym,  jak  urodził  się  Strach,  prawda?  To  prawdziwy  cud,  że  wyszłam  z  tego  żywa... 

Napijmy się jeszcze, to ci opowiem. 

Nalała sherry i mówiła dalej: 

- Ed zamierzał  we  właściwym czasie przewieźć mnie samolotem  do szpitala, ale Strach 

zaczął  się  rodzić  o  trzy  tygodnie  za  wcześnie,  kiedy  Eda  nie  było.  Wyjechał,  żeby  zatrudnić 

nowych pracowników. Lekarz był jak  zwykle  w  jednym  ze  swoich  legendarnych ciągów, więc 

stanowczo odmówiłam i stwierdziłam, że nie pozwolę mu się nawet dotknąć. Żona szefa i taka 

jedna  dziewczyna  z  działu  personalnego  były  przy  mnie,  ale  ja  wrzeszczałam  jak  opętana  i 

jęczałam,  a  one  wpadły  w  panikę.  Wreszcie  szeryf  przywiózł  z  najbliższego  miasteczka 

akuszerkę,  i  dopiero  wtedy  podniosłam  wrzask!  Brakowało  jej  tylko  miotły  i  czarnego 

spiczastego kapelusza. Z początku myślałam, że przebrała się na Halloween! 

- Dobry Boże! - jęknęłam. - Przysłali ci Córę! Nazywała się Córa Sykes albo Sypes, czy 

jakoś  tak.  Opiekowała  się  mną,  kiedy  rozchorowałam  się  paskudnie  na  tę  okropną  gorączkę 

błotną. Miałam wrażenie, że próbuje mnie otruć. 

- Była zła do szpiku kości. Nienawidziła wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z 

tamą. 

background image

- Właściwie nic dziwnego, że była  rozgoryczona - odezwałam  się  w obronie  Córy.  - Po 

ukończeniu tamy jej farma miała być całkowicie zalana. Została zmuszona do opuszczenia domu, 

w którym spędziła całe swoje życie. 

Jane zamyśliła się. 

- Lindo, czy wierzysz w czary? 

- Raczej nie. 

-  Po  tym,  jak  wyjechałaś,  dużo  mówiło  się  w  obozowisku  o  tej  kobiecie.  Ona  sama 

twierdziła - ba, przechwalała się - że jej przodkowie przybyli tam z Salem w Massachusetts. Coś 

ci to mówi?... Wielu ludziom mówiła, że rzuciła klątwę na tamę. 

- O tym coś słyszałam. 

- Odniosłam wrażenie, że ta klątwa działa. Po tym strasznym wypadku Eda nastąpiła cała 

seria dziwnie pechowych  wydarzeń i coś w  rodzaju epidemii.  Mało  komu o  tym opowiadałam, 

Lindo, ale... Strach urodził się niewidomy. 

- Jane! Nie miałam pojęcia! Ale teraz wszystko już dobrze, prawda? 

-  Owszem,  w  porządku,  ale  wtedy  byliśmy  przerażeni.  Gadałyśmy  tak  i  gadałyśmy,  aż 

wreszcie  przypomniałam  sobie,  że  następnego  dnia  muszę  wcześnie  wstać,  żeby  zdążyć  na 

samolot. 

Kiedy położyłam się do łóżka, zrobiło mi się nieswojo. Maplewood Farms oraz przeżycia 

związane  z  budową  tamy  były  czymś  tak  odległym  od  przyjaznego  świata  generatorów 

tachometrycznych  czy  poczciwych  standardowych złączek, że  szczerze  zatęskniłam  za Nowym 

Jorkiem.  Było  też  coś  niepokojącego  w  zachowaniu  chłopca  i  sposobie  bycia  tego  kota. 

Postanowiłam, że przemyślę to później, kiedy będę mogła spojrzeć na wszystko z dystansu. Póki 

co  byłam  tak  wykończona  po  pracowitym  tygodniu,  że  senność  brała  górę  nad  wszystkimi 

innymi odczuciami. 

O  jakiejś  nieprzyzwoicie  wczesnej  godzinie  i  jeszcze  przez  sen  poczułam  coś  bardzo 

dziwnego.  Nie  otwierając  na  razie  oczu,  próbowałam  zorientować  się,  o  co  chodzi.  Nie,  nie 

byłam  w  moim  nowojorskim  apartamencie.  Ani  w  hotelu  w  Chicago.  Byłam  w  Maplewood 

Farms, a Strach lizał mnie po twarzy!!! 

Usiadłam gwałtownie. 

- Mamusia pyta: „jajka czy francuskie tosty?” - wyrecytował. 

- Dziękuję, Strachu, ale wystarczy mi bułka i kubek kawy. Jest za wcześnie na cokolwiek 

background image

innego. 

Prawdę  mówiąc,  odetchnęłam  z  ulgą,  gdy  nadeszła  chwila  pożegnania  i  ruszyłam  w 

stronę  lotniska.  Cała  ta  sytuacja  w  Maplewood  Farms  była  jak  dla  mnie  zbyt  niezwykła  i 

sprawiała,  że  czułam  się  nader  nieswojo.  Jednak  póki  siedziałam  za  kierownicą,  nie  miałam 

odwagi o tym myśleć. Dopiero gdy zajęłam miejsce w samolocie i dodałam sobie sił szklaneczką 

krwawej Mary, dokonałam przeglądu wszystkich faktów: Strach wspinał się na drzewa, gonił za 

ptakami  i  lizał  po  twarzy.  Właściwie  jeszcze  tylko  brakowałoby,  żeby  mruczał!  To  prawda,  że 

Jane  zawsze  miała  szmergla  na  punkcie  kotów,  ale  czy  to  możliwe,  żeby  z  tego  powodu  jej 

chłopczyk zachowywał się tak szczególnie... Hm, strach pomyśleć... 

Jednak  niestety  wszystko  się  zgadzało.  Przypomniałam  sobie,  że  chłopiec  ocierał  się  o 

mnie głową, kiedy był zadowolony, i jak mrużył przy tym oczy. Bał się psów. Nie miał ochoty na 

lekcje pływania. W zoo najbardziej podobały mu się wielkie koty. Ślinił palce, zanim przygładził 

włosy.  A  potem  przypomniałam  sobie  jeszcze  jedno:  urodził  się  ślepy,  jak  mały  kociak! 

Wzdrygnęłam się i zamówiłam kolejną krwawą Mary. 

O  ile  ten  chłopiec  przejawiał  aż  nazbyt  wiele  kocich  cech,  Stach  nie  posiadał  żadnej  z 

nich.  Czy  można  to  jakoś  wytłumaczyć?  Cóż...  obaj  przyszli  na  świat  tego  samego  dnia.  W 

dodatku w  tej samej  chacie. Dla  obu  matek  -  czyli  dla  Jane  i dla  Mapie Sugar  -  były  to trudne 

narodziny. No i była przy tym ta wstrętna baba, Córa, mniejsza o jej nazwisko. 

Dawni  znajomi  z  czasów  tamtej  budowy  opowiedzieli  mi  o  klątwie  Córy  rzuconej  na 

tamę i choć nie wierzę w takie bzdury, musiałam przyznać, że zarówno sam projekt był pechowy, 

jak i ludziom związanym z nim szczęście nie sprzyjało. Na przykład moje małżeństwo rozpadło 

się, a Bili popadł w alkoholizm. Przystojny, próżny i wysportowany mąż Jane stracił nogę, gdy 

przewrócił  się  na  niego  buldożer.  Inni  ginęli  zmiażdżeni  przez  pnie  ścinanych  drzew  lub 

pogrzebani  w  błocie,  gdy  obsunęła  się  ściana  wykopu.  Co  więcej,  tama  nigdy  nie  została 

ukończona! 

Projekt, który kosztował życie i zdrowie tylu ludzi, podczas realizacji którego dokonano 

ogromnych  spustoszeń w  środowisku naturalnym, który kosztował miliardy dolarów - został  w 

końcu zarzucony. Pojawiły  się  pogłoski,  że  to z powodu  nacisków politycznych, przekroczenia 

budżetu, objęcia władzy przez nową administrację w Waszyngtonie... 

Teraz zaczęłam się zastanawiać: czy w tym, co powiadano na temat Córy, nie było jednak 

odrobiny  prawdy?  Kiedy  sprowadzono  ją  do  obozowiska,  żeby  zaopiekowała  się  mną  podczas 

background image

choroby,  nieustannie,  choć  bezgłośnie,  poruszała  ustami.  Czy  mamrotała  wówczas  pod  nosem 

jakieś zaklęcia? 

Czy  rzuciła  coś  w  rodzaju  klątwy  na  te  dwa  stworzenia,  które  narodziły  się  w  jej 

obecności?  Czy  istnieje  możliwość  zamiany  cech  osobowości  między  niemowlęciem  a  kotem? 

Czy  owa  czarownica  zamieniła  w  pewnym  sensie  ich  dusze?  Wiem  o  wiele  więcej  na  temat 

tyrystorów i ignitronów niż o duszach, ale bez wątpienia taka koncepcja, o ile zupełnie nie była 

racjonalna,  to  wydawała  się  całkiem  spójna.  Na  wysokości dziesięciu  tysięcy  metrów  nie  takie 

pomysły przychodzą do głowy. 

Wszystko to miało miejsce na początku czerwca. Po powrocie wysłałam do Jane kartkę z 

podziękowaniami,  a  w  sierpniu  otrzymałam  od  niej  pocztówkę  z  Alaski.  Jane  wraz  z  Edem 

wybrali  się  tam  na  wakacje,  żeby  pokazać  Strachowi  góry  lodowe  i białe  niedźwiedzie,  ale on 

zafascynowany był głównie tamtejszym ptactwem. 

A  potem  w  grudniu  jak  zwykle  przyszła  od  nich  kosztowna  kartka  świąteczna,  wraz  z 

załączonym krótkim listem. 

Kochana Lindo... smutna wiadomość!... Mój ulubieniec, Stach, w dniu Halloween został 

rozjechany  przez  samochód  dostawczy  z  piekarni.  Samochód,  którym  przywieziono  tort 

urodzinowy dla niego  i  dla  Stracha! Nigdy już nie będę miała drugiego takiego kota jak Stach. 

Wciąż mi go brakuje... Poza tym u nas wszystko w porządku. Strach skończył siedem lat i robi 

się już z niego mały mężczyzna. Przestał drapać się w ucho i lizać ludzi po twarzy, zresztą kiedy 

u  nas  byłaś, pewnie  sama  zauważyłaś  te  różne jego dziecięce przywary. Uczy  się  pływać, a na 

Gwiazdkę chce dostać psa. Mam wrażenie, że po prostu przeszedł pewną fazę w rozwoju. 

Pozdrowienia, Jane 

Moje  przypuszczenia  okazały  się  słuszne!  Przedziwne  przemieszanie  cech  ludzkich  i 

kocich było sprawką tej zgorzkniałej, kipiącej nienawiścią kobiety, która wałęsała się w pobliżu 

budowy. A śmierć Stacha w jakiś tajemniczy sposób przełamała klątwę. 

 

12 Kot, który miał za długie wąsy 

W  porównaniu  z  innymi  wiejskimi  posiadłościami  mieszczącymi  się  w  okolicy, 

Hopplewood Farm nie była zbyt rozległa. Jej areał starczał akurat na potrzeby pana i pani Hopple 

oraz  ich  trojga  dzieci  -  a  więc  wznosił  się  tam  dom  z  ośmioma  sypialniami  i  garaż  na  sześć 

background image

samochodów,  poza  tym  znalazło  się  jeszcze  miejsce  na  basen  kąpielowy,  kort  do  gry  w  tenisa 

oraz  teren  golfowy  tudzież  stajnię  i  sąsiadujący  z  nią  corral  otoczony  kilkusetmetrowym 

ogrodzeniem, łączkę wystarczająco dużą, by pan Hopple mógł lądować na niej swoją awionetką, 

i oczywiście kwatery dla służby, cieplarnię i hangar. 

Domostwo  w  przeszłości  było  zbudowanym  z  kamienia  młynem  i  nadal  zdobiło  je 

gigantyczne  koło  młyńskie,  które  nie  obracało  się  już  od  wielu  lat.  Obecni  właściciele 

przebudowali swą siedzibę wielkim nakładem kosztów i umeblowali ją amerykańskimi antykami 

sprzed  dwóch  lub  więcej  stuleci.  Zdjęcia  tego  wnętrza  dwukrotnie  publikowano  w 

specjalistycznych czasopismach. 

Państwo Hopple, których przodkowie wywodzili się spośród wczesnych osadników, byli 

zdrowymi,  prostodusznymi  ludźmi  o  prostych  upodobaniach,  kochającymi  rodzinę  i  naturę. 

Lubili  urządzać  pikniki  na  łące  oraz  wyprawiać  się  na  wycieczki  swoim  dwunastometrowej 

długości  wozem  kempingowym.  Otaczali  się  zwierzętami.  Oprócz  czterech  klaczy  pełnej  krwi 

arabskiej  i  pociągowego  kucyka  mieli  też  rasowe  psy  myśliwskie  zamieszkujące  psiarnię  za 

szklarniami, hodowlę angorskich królików, nieco polskich kur, które znosiły jaja w pstrokatych 

skorupkach, i mieszkające wewnątrz domu stadko czterech egzotycznych kotów zwanych przez 

rodzinę „gangiem”. 

Ponadto przez krótki czas przebywał tam również kot, który miał zbyt długie wąsy. 

Gang  składał  się  z  pary  syjamczyków  o  czekoladowych  pyszczkach  i  łapkach, 

szylkretowego  persa  oraz  czerwonego  kota  abisyńskiego.  Wszystkie  posiadały  imponujące 

rodowody  tudzież  sprawiały  wrażenie,  jakby  doskonale  o  tym  wiedziały.  Ich  łapki  nigdy  nie 

zbrukały się włóczęgą po podwórku i okolicach, zwłaszcza że miały do swej dyspozycji obszerny 

apartament  wyposażony  w pluszowy  dywan, miękkie  siedziska,  wybitą  skórą drabinę,  rozmaite 

tajne  kryjówki  oraz  cztery  kosze  do  spania.  Przez  wielkie  okna  mogły  obserwować  koło 

młyńskie,  na  którym  ptaki  zakładały  swe  gniazda,  a  kiedy  pogoda  sprzyjała,  mogły  wychodzić 

sobie  na  zabezpieczony  siatką  balkon.  Miały  też  swoją  łazienkę  z  czterema  kuwetami 

opatrzonymi kocimi imionami. 

Kiedy  na  scenie  pojawił  się  kot  o  zbyt  długich  wąsach,  zaczynał  się  czerwiec,  toteż  w 

domu  przebywała  tylko  jedna  z  pociech  państwa  Hopple,  mianowicie  Donald,  sześcioletni 

chłopczyk  o  wielkich,  rozmarzonych  oczach,  którego  szofer  dowoził  codziennie  do  prywatnej 

szkoły położonej w sąsiednim okręgu. John był uczniem wojskowej szkoły z internatem w Ohio, 

background image

a  Mary  przebywała  w  pensjonacie  dla  dziewcząt  w  Wirginii.  Donald,  John  i  Mary.  Państwo 

Hopple lubili zwyczajne, proste imiona nawiązujące do amerykańskiej tradycji. 

Swą  najmłodszą  pociechę  otaczali  troską  i  uczuciem,  a  także  obsypywali  zabawkami, 

które miały za zadanie rozwinąć jego zdolności oraz zainteresowania. Donald miał swój własny 

komputer,  teleskop  i  kolekcję  kaset  wideo,  specjalną  dziecinną  gitarę  i  kije  golfowe 

odpowiednich  rozmiarów  oraz  strój  kosmonauty  NASA.  Tym  niemniej  ku  zmartwieniu  swego 

ojca chłopczyk w najmniejszym stopniu nie wykazywał zainteresowania sugerowanymi mu w ten 

sposób formami rozrywki. Najbardziej lubił baraszkować z nierasowymi kotami wszelkiej maści 

zamieszkującymi stajnię i opowiadać im historyjki na dobranoc. 

Temat  ten  został  poruszony  w  rozmowie  pewnego  piątkowego  wieczoru  na  początku 

czerwca. Pan Hopple przyleciał właśnie z Chicago, a przez poprzednich dziesięć dni przebywał 

na  Bliskim  Wschodzie  w  interesach.  W  szytym  u  londyńskiego  krawca  garniturze  z  wełny 

czesankowej,  półbutach  (oczywiście  również  na  miarę)  i  bardzo  realistycznie  wyglądającym 

tupeciku  sprawiał  wrażenie  wzorca  zamożnego  przedsiębiorcy,  człowieka  sukcesu  w  każdym 

calu. Gdy wylądował, na łączce czekał już na niego dżip, małżonka powitała go czule i radośnie, 

a  najmłodszy  syn  podskakiwał  z  ukontentowania  i  prosił,  żeby  tatuś  pozwolił  mu  nieść  swój 

neseser. 

Następnie,  podczas  gdy  mały  Donald  brał  prysznic,  a  później  przebierał  się  do  kolacji, 

jego  rodzice  rozkoszowali  się  szarą  godziną  w  swym  małżeńskim  apartamencie.  Pan  Hopple, 

który  miał  na  sobie  jedwabny  szlafrok,  otworzył  wielką  holenderską  szafę,  która  kiedyś  ponoć 

należała do Petera Stuyvesanta, a teraz służyła jako barek. 

- To co zwykle, kochanie? - spytał. 

- Nie wydaje ci się, że z tej okazji powinniśmy napić się szampana, kotku? - zasugerowała 

jego żona. - Taka  jestem szczęśliwa, że  wróciłeś  bezpiecznie do domu.  W  lodówce  chłodzi się 

butelka Dom Perignon. 

Pan  małżonek  rozlał  szampana  i  wzniósł  czuły  toast  ku  czci  swej  uroczej  żony.  Pani 

Hopple swego czasu, czyli dwadzieścia lat wcześniej, zdobyła tytuł ogólnokrajowej miss i wciąż 

prezentowała  się  nader  atrakcyjnie,  czy  to  w  strojach  od  paryskich  projektantów  na  balu 

charytatywnym, czy to w dżinsach, gdy krzątała się po gospodarstwie. 

-  Przede  wszystkim  opowiedz  mi,  co  tam  słychać  u  naszego  drobiazgu  -  poprosił  pan 

Hopple. - Myślałem o nich przez cały ten tydzień. 

background image

Państwo Hopple nigdy nie nazywali swych dzieci „dziećmi”. 

-  Mam  dobre  wiadomości  od  Johna  -  powiadomiła  go  małżonka  z  promiennym 

uśmiechem. - Zdobył kolejne  dwa  wyróżnienia  z  matematyki i dostał  się  do  drużyny  golfowej. 

Zamierza wybrać się w lecie na naukowy obóz matematyczny, ale najpierw chciałby zaprosić do 

domu pięciu kolegów z roku na polowanie i ryby. 

-  Zuch  chłopak!  Ma  przed  sobą  niezłe  perspektywy,  nie  ma  to  jak  zdrowa  równowaga: 

ciało i umysł. Brawo! Czy interesuje się już dziewczynami? 

- Nie sądzę, kochanie. Ma dopiero dziesięć lat, chyba zdajesz sobie z tego sprawę. Za to 

Mary w ten weekend będzie miała pierwszą randkę, i to z synem ambasadora... 

- Ambasadora? Jakiego kraju? - przerwał jej pospiesznie pan Hopple. 

- Z  jakiejś południowoamerykańskiej republiki,  jak  mi  się zdaje. Nawiasem mówiąc, tej 

wiosny wygrała wszystkie możliwe zawody hippiczne i prosi nas o podpisanie zgody na to, żeby 

grała w polo. Ma świetne stopnie. Zaczyna mówić o Harvardzie, chce iść na zarządzanie. 

- Zuch dziewucha! Pewnego dnia moja firma  będzie nazywała się  Hopple &  Córka  SA. 

No a jak tam postępy Donalda? 

Pani Hopple wciąż promieniała. 

- Jego nauczyciel twierdzi, że w czytaniu prześciga swych rówieśników o trzy lata, a przy 

tym  cechuje  się  nadzwyczaj  bujną  wyobraźnią.  Być  może  będziemy  mieli  w  rodzinie  pisarza, 

kochanie.  Donald  wciąż  wymyśla  rozmaite  historyjki.  Pan  Hopple  pokręcił  z  ubolewaniem 

głową. 

- Miałem nadzieję, że Donald zdobędzie się na coś więcej. Czy spędza wiele czasu przy 

komputerze albo bawiąc się teleskopem? 

- Obawiam się, że ani trochę, ale nie chcę go do niczego zmuszać. To takie inteligentne 

dziecko,  a  do  tego  jakie  grzeczne!  W  tej  chwili  interesuje  się  przede  wszystkim  kotami. 

Trójkolorowa  kotka  w  stajni  okociła  się  w  zeszłym  miesiącu,  pewnie  pamiętasz,  a  Donald 

zachowuje  się  jak  troskliwy  ojciec  chrzestny.  Czasami  wydaje  mi  się,  że  może  będzie  z  niego 

weterynarz. 

-  Jakoś  nie  miałbym  ochoty  w  przyszłości  przedstawiać  go  swoim  znajomym  słowami 

„mój  syn,  koński  lekarz”.  Z  dwojga  złego  już  lepiej,  żeby  został  literatem  -  pan  Hopple  dolał 

szampana do kieliszków. - A co nowego w gospodarstwie, moja kochana? 

- W tym tygodniu akurat sporo się zdarzyło, mój miły. Spisałam całą listę. Po pierwsze, 

background image

wygląda  na  to,  że  w  nocy  ze  środy  na  czwartek  mieliśmy  przerwę  w  dostawie  prądu;  rano 

wszystkie  elektryczne  zegary  spóźniały  się  o  czterdzieści  siedem  minut.  Sprawdziłam,  w  nocy 

nie było żadnej burzy, która mogłaby być  tego przyczyną. Swoją  drogą, trochę szkoda.  Deszcz 

bardzo by się przydał. Poza tym od tego czasu mamy kiepski odbiór telewizji. Technik sprawdził 

wszystkie  odbiorniki  i  stwierdził,  że  działają  bez  zarzutu.  Natomiast  personel  się  skarży.  Nasz 

konserwator twierdzi, że to za sprawą testów nuklearnych. 

-  No  właśnie,  a  co  poza  tym,  jeśli  chodzi  o  personel?  -  państwo  Hopple  nigdy  nie 

nazywali służby „służbą”. 

- Całkiem sporo. Obie pokojówki oznajmiły, że są ciężarne. 

Musiałam  zwolnić  stajennego  z  powodu  jego  sposobu  wyrażania  się...  A  kucharka 

domaga się premii. 

- Daj jej tyle, ile żąda - polecił pan Hopple. - Suzette jest dla nas bezcenna. Mam nadzieję, 

że przynajmniej ogrodnicy są w pełni zdrowia i zadowoleni z życia. 

Pani Hopple zerknęła na listę. 

- Pan Bunsen skarży się na artretyzm, podobno pogorszyło mu się. Powinniśmy zatrudnić 

jeszcze jednego pomocnika dla niego. 

- Zatrudnijmy dwóch. To lojalny pracownik - stwierdził jej małżonek. - Jak się sprawdza 

nasz nowy konserwator? 

-  Mam  tylko  jedno  zastrzeżenie.  Kiedy  odwozi  Donalda  do  szkoły,  straszy  chłopca 

jakimiś absurdalnymi opowieściami o rosyjskich spiskach i przybyszach z kosmosu czy zatrutej 

żywności. 

- Natychmiast  z nim porozmawiam.  Czy udało ci  się  znaleźć kogoś na  miejsce tamtego 

stajennego? 

- Szczęśliwie tak. Dyrektor szkoły polecił mi jednego z uczniów klasy maturalnej, który 

wyraża  się,  jak  przystało.  Ma dobre  maniery,  a  poza  tym  ostatnio uzyskał  pierwszą  nagrodę  w 

stanowej olimpiadzie w dziedzinie wiedzy ścisłej. Kto wie, może będzie miał pozytywny wpływ 

na naszego synka, kochanie. Dzisiaj Donald po raz pierwszy włożył swój strój kosmonauty. 

- To brzmi obiecująco. Jak nazywa się ten chłopak? 

- Bobbie Wynkopp. Mieszka w tym małym domku obok naszej południowej bramy. 

-  Przypomnij  mi,  kochanie,  żebym  go  zapytał,  czy  widział  jakichś  intruzów  na 

południowej łące. Kiedy podchodziłem dziś do lądowania, widziałem ślady ognisk. Nie mam nic 

background image

przeciwko piknikowiczom, ale nie życzę sobie, żeby przy tej suszy ktoś zaprószył ogień. 

Rozległ się melodyjny dźwięk gongu i państwo Hopple, dokończywszy toalety, udali się 

na dół, by spożyć kolację. 

Donałd  zasiadł  do  stołu  w  swoim  jedwabnym  włoskim  garniturku,  wyraźnie  żądny 

aprobaty i uwagi swoich rodziców, nie mogąc się doczekać, kiedy rozmowa skieruje się na jego 

temat. Gdy służąca podała pory w winegrecie, pan Hopple zadał wreszcie właściwe pytanie: 

- Ha, młody człowieku, jak tam twoje przygody w tym tygodniu? 

- Znakomicie, proszę taty! - odparł chłopczyk, a jego wielkie oczy lśniły. - Widziałem w 

stajni  bardzo  dziwnego  kota  -  siedział  na  dwóch  poduszkach  i  dobrał  się  do  porów,  z  wprawą 

posługując  się  przystosowanymi  do  jego  chłopięcych  rozmiarów  nożem  oraz  widelcem,  które 

sporządzono specjalnie do jego użytku, wzorując się na rodzinnych srebrach. - Nie mam pojęcia, 

skąd  się  wziął.  Ma  bardzo  długie  wąsy  -  Donald  wyciągnął  obie  rączki,  pokazując  dłońmi 

długość rzędu czterdziestu czy pięćdziesięciu centymetrów. 

- Coś mi się zdaje, że zmyślasz - stwierdził pan Hopple z szerokim uśmiechem. 

Donald wiedział, że ojciec tylko z nim się tak przekomarza. 

-  Naprawdę!  Jest  trochę  za  mały,  żeby  mieć  takie  długie  wąsy.  To  dziwny  kot,  mówię 

wam. 

Jego matka wtrąciła dobrotliwie: 

-  Małe  kotki  często  mają  długie  wąsy  i  wielkie  uszy,  złotko.  Potem,  kiedy  dorastają, 

wszystko się wyrównuje. 

Donald potrząsnął głową. 

- To nie jest mały kotek, mamo. Zachowuje się całkiem jak dorosły. Czasem jego wąsy są 

bardzo długie, a czasami robią się krótkie. To dziwny kot. Nazwałem go Wąsacz. 

-  Patrzcie państwo!  -  odezwał  się  jego  ojciec,  starając  się  zachować należytą  powagę.  - 

Kot ze składanymi wąsami! 

Donald wyjaśnił: 

- Te wąsy robią mu się długie, kiedy czegoś szuka. On wszędzie wtyka nos. Jest strasznie 

wścibski. 

-  Kochanie,  raczej  należałoby  powiedzieć,  że  jest dociekliwy  -  poprawiła  go dyskretnie 

mama. 

- Jego wąsy świecą  w  ciemności  -  opowiadał  dalej  chłopczyk  z  coraz większą  swadą. - 

background image

Kiedy  znajdzie  się  w  jakimś  ciemnym  kącie,  robią  się  zielone,  tak  samo  jak  ekrany  naszych 

komputerów. A jego uszy kręcą się w kółko i w kółko - tu Donald zakręcił w powietrzu palcem, 

próbując uzmysłowić rodzicom, jak wiruje bąk, słowo „żyroskop” nie było mu bowiem jeszcze 

znane. - Właśnie w ten sposób fruwa. Unosi się prosto jdo góry, jak helikopter. 

Dorośli szybko wymienili się spojrzeniami. 

- Ten twój pan Wąsacz to bystry gość - zauważył pan Hopple. - Jakiego jest koloru? 

Donald zastanowił się przez moment. 

-  Czasami  jest  niebieski,  ale  najczęściej  jest  zielony.  Chociaż  wczoraj  widziałem,  jak 

zrobił się cały fioletowy. Ale to dlatego, że się wściekł. 

- Rozgniewał się, kochanie - poprawiła go mama. - A co sądzi nasz nowy stajenny o panu 

Wąsaczu? 

- Bobbie  go nie widział. Wąsacz nie  lubi dorosłych. Kiedy tylko widzi dorosłych,  zaraz 

znika. Myk - i już go nie ma! 

Pani  Hopple  zadzwoniła  w  dzwonek,  dając  w  ten  sposób  znać  personelowi,  że  czas  na 

kolejne danie. 

-  A  jaki głos  ma to  niezwykłe zwierzątko, kochanie?  Czy  burczy  jak  nasze syjamczyki, 

czy też może miauczy jak wszystkie inne koty? 

Donald  rozważał odpowiedź na to  pytanie, przeżuwając,  a  następnie przełykając ostatni 

kęs pora. W następnej chwili wydał z siebie dość nieoczekiwany ciąg dźwięków: 

- AWK AWK ngngngngnghhhhhhhhhhhhhhh bipbipbip bipbipbip AWK. 

Służąca,  która  weszła,  by  zebrać  ze  stołu  talerze,  popatrzyła  na  Donalda  z  wyraźnym 

niepokojem,  a  nawet  gdy  przyniosła  następne  danie,  spoglądała  w  stronę  chłopczyka  mocno 

podejrzliwie. 

Właśnie w tej chwili chłopczyk zawołał: 

- O, tam jest! Patrzcie, tam jest Wąsacz! - pokazał paluszkiem na okno, lecz nim dorośli 

zdążyli się odwrócić, Wąsacz zniknął. 

Główne  danie  utrzymane  było  w  wiejskim  stylu,  zgodnie  z  gustem  obojga  państwa 

Hopple:  mieszanka  białej  fasoli,  jagnięciny,  mięsa  z  wieprzowych  żeberek,  domowej  kiełbasy, 

ziół  i  odrobiny  gotowanego  bażanta.  Ich  kucharka,  towar  importowany  ze  słynącej  z  win 

francuskiej krainy, nie chciała nawet tknąć takiego wynalazku jak kuchenka mikrofalowa, toteż 

zgodnie  z  jej  życzeniem  zbudowali  prymitywną  kuchnię  opalaną  węglem  -  ku  zadowoleniu 

background image

Suzette. Cassoulet, który został im właśnie podany, grzał się na fajerkach przez cały dzień. Wraz 

z  jego  nadejściem  na  stół  zmienił  się  temat  rozmowy  i  do  końca  posiłku  nie  pojawiła  się  już 

żadna wzmianka o Wąsaczu. 

Po  kolacji  Donald  poświęcił  się  swym  zwykłym  obowiązkom  polegającym  na 

nakarmieniu  gangu  -  co  oznaczało,  że  musiał  zawieźć  ich  posiłek  na  górę  oszkloną  windą, 

opłukać ich zabytkową miskę na wodę (srebrną, przypisywaną Paulo-wi Revere) i napełnić ją na 

nowo  wodą  mineralną  z  butelki.  Jego  rodzice  tymczasem  sączyli  kawę,  którą  podano  im  w 

bibliotece. 

- Miałaś rację co do małego - zauważył pan Hopple. - Daje się ponosić wyobraźni. 

Na co jego żona odparła: 

-  Opowieść Donalda jest prawdopodobnie oparta  na rzeczywistych faktach. Zapewne  to 

jakiś  bezdomny  kot,  pewnie  komuś  okociła  się  kotka  i  wyrzucił  małe,  może  na  przykład  z 

samochodu. 

- Masz na wszystko wyjaśnienie, kochanie. I tak świetnie sobie radzisz na gospodarstwie. 

Czy masz jakieś określone plany na weekend? 

- Nie, mój drogi. Wiedziałam, że po tak długiej podróży będziesz potrzebował spokoju i 

wypoczynku. Zaprosiłam tylko wnuczęta ogrodnika na lunch z Donaldem. Są w jego wieku, a on 

powinien od czasu do czasu spotykać się ze zwykłymi dziećmi. 

Zazwyczaj  co  sobotę  państwo  Hopple  spożywali  wystawne  śniadanie  w  oranżerii,  ale 

ponieważ tego dnia obie pokojówki cierpiały na poranne mdłości, cała rodzina zgromadziła się w 

kuchni.  Zasiedli  do  starego  drewnianego  stołu  pochodzącego  z  francuskiego  klasztoru,  pod 

baldachimem  miedzianych  garnków  i  suszących  się  ziół,  a  Suzette  przyrządziła  jajecznicę  na 

otwartym ogniu, używając do tego wielkiej miedzianej patelni o bardzo długiej rączce. 

Po śniadaniu Donald spytał: 

- Mamo, mamo, czy mogę zanieść trochę karmy gangu kotkom w stajni? 

- Hm, oczywiście - odparła miękko - ale zastanów się, czy na pewno warto je dokarmiać 

w ten sposób. W końcu to tylko nierasowe dachówce. 

- Dwa z tych kotków są bardzo mądre, mamo. Tak samo mądre jak syjamczyki. 

- Dobrze, Donaldzie. Skoro jesteś takiego zdania, zamierzam to uszanować. 

Kiedy znikł w podskokach, pani Hopple zwróciła się do małżonka: 

-  Widzisz?  Cała  historia  o  Wąsaczu  była  tylko  wytworem  jego  fantazji.  Już  o  niej 

background image

zapomniał... A przy okazji, miałam ci przypomnieć, żebyś spytał Bobbiego o ślady po ogniskach. 

Mąż  podziękował  jej  za  odświeżenie  pamięci,  podszedł  do  interkomu  i  połączył  się  ze 

stajnią. 

- Dzień dobry, Bobbie. Mówi Hopple. Nie poznaliśmy się jeszcze, ale słyszałem o tobie 

wiele dobrego. 

- Dziękuję panu. 

-  Ponieważ  mieszkasz  blisko  południowej  bramy,  chciałem  cię  spytać,  czy  zauważyłeś 

jakichś obcych na łące. Ktoś tam palił ognisko, a to mi się nie podoba. 

- Nie, proszę pana. Nic podobnego nie widziałem - poinformował go nowy stajenny - ale 

przez trzy dni mnie tu nie było. Wie pan, wyjechałem na konferencję naukową. 

-  W  takim  razie  jeśli  zauważysz  jakichś  intruzów  dopuszczających  się  niedozwolonych 

czynności, bardzo proszę, żebyś natychmiast do nas zadzwonił. O dowolnej porze. 

- Jasne, proszę pana - odpowiedział Bobbie. 

-  Jeszcze  jedno pytanie:  czy  widziałeś...  czy  widziałeś  jakieś dziwne  koty  w  stajni  albo 

gdzie indziej na terenie posiadłości? 

- Tylko kilka kociaków i starą kotkę, która jest ich matką. 

- Żadnego przybłędy o nietypowo długich wąsach? 

Tu nastąpiła chwila milczenia, po której młody człowiek odpowiedział: 

- Nie,  słyszałem  tylko  dość  dziwne odgłosy, trochę  to przypominało kwakanie, a potem 

jakby pikanie jakiegoś elektronicznego urządzenia. Nie mogłem dojść, co to takiego. 

-  Dziękuję,  Bobbie.  Jestem  z  ciebie  zadowolony,  tak  trzymać!  Pan  Hopple  wyłączył 

interkom. 

-  Te  dziwaczne  dźwięki  to  oczywiście  Donald  -  powiedział  do  żony.  -  Jak  myślisz, 

powinniśmy od razu iść z tym do doktora czy jeszcze trochę poczekać? 

- Ależ kochanie, on po prostu się bawi. Wkrótce z tego wyrośnie. To zupełnie normalne, 

że małe dzieci wyobrażają sobie nieistniejących przyjaciół i prowadzą z nimi rozmowy. 

- Zapewniam cię, że ja nigdy czegoś takiego nie robiłem - oświadczył jej małżonek i udał 

się do swego gabinetu, poprosiwszy uprzednio, by mu nie przeszkadzać. 

Gdy  zbliżało  się  południe,  konserwator  wziął  mercedesa  i  pojechał  do  miasta,  aby 

przywieźć bliźnięta Bunsen (braciszka i siostrzyczkę). Pani Hopple powitała je ciepło i wręczyła 

koszyk piknikowy, do którego kucharka zapakowała dość jedzenia dla tuzina dzieciaków. 

background image

- Donaldzie, mój kochany, nie zapomnij wziąć ze sobą pa-gera - przypomniała mu. - Dam 

ci sygnał, kiedy nadejdzie czas, żebyś przyprowadził swych gości z powrotem. 

Donald  zawiózł  bliźnięta  na  łąkę  wózkiem  zaprzężonym  w  kucyka.  Ponieważ  uważnie 

obserwował swego ojca w sytuacjach towarzyskich, potrafił doskonale odgrywać rolę gospodarza 

i  cały  piknik  przebiegł pomyślnie.  Nikt  się  z  nikim  nie pobił,  nikt  się nie przewrócił  i nikt  nie 

zwymiotował. 

Gdy  pani  Hopple  wezwała  synka  za  pośrednictwem  page-ra,  powiózł  swych  gości  z 

powrotem  ku  domowi,  zaglądając  po  drodze  w  kilka  szczególnie  interesujących  miejsc,  takich 

jak psiarnia, królikarnia, kurnik i stajnia. 

- Czy dobrze się bawiliście? - zwróciła się pani Hopple do podekscytowanych bliźniąt. 

- Zjadłem cztery takie te z czekoladą - powiadomił ją chłopczyk. 

- Mama kazała pani powiedzieć, że dziękujemy - wyrecytowała dziewczynka. 

- A ja widziałem węża - dodał chłopiec. 

- I widzieliśmy Wąsacza - uzupełniła dziewczynka. 

- Jest zielony! 

- Wcale że nie, jest niebieski i ma zielone wąsy. 

- Oczy mu się świecą. 

- A z wąsów sypią się iskry. - I umie latać. 

-  Naprawdę?  -  zdziwiła  się  uprzejmie  mama  Donalda.  -  A  może  powiedział  wam  coś 

ciekawego? 

Bliźnięta  popatrzyły  po  sobie,  a  w  następnej  chwili  chłopczyk  zakwakał  po  kaczemu, 

dziewczynka zaś wypowiedziała następujące słowa: 

- Bip-bip-bip! 

Oho - pomyślała sobie pani Hopple - mój Donald nieźle ich wyszkolił! Mimo wszystko 

jednak  wzmianka  o  iskrach  wzbudziła  u  niej  pewien  niepokój.  Ponieważ  państwo  Hopple 

mieszkali  tak  daleko  od  miasta,  nic dziwnego,  że  lękali  się  ognia.  Wyszła  więc  w  pośpiechu  i 

dosiadła motorynki, by udać się do stajni. 

Bobbie  był  w  corralu  i  zapewniał  koniom  niezbędną  ilość  ruchu.  Donald  rozprzęgał 

kucyka. W stajni - owszem, było kilka kotów, ale ani śladu stwora z rozżarzonymi wąsami. Pani 

Hopple  odzyskała  zwykłe  pogodne usposobienie  i  nawet  zaśmiała  się  z  samej  siebie  i  ze  swej 

łatwowierności. 

background image

W drodze powrotnej do domu dogoniła ogrodnika, który mozolnie wspinał się pod górę, 

niosąc kosz tulipanów i żonkili. Zganiła go dobrotliwie: 

- Panie Bunsen, dlaczego nie kazał pan zanieść kwiatów któremuś z chłopaków? 

-  E  tam.  Trzeba  rozruszać  stare  gnaty  -  odparł  staruszek  -  bo  inaczej  całkiem  mi 

zesztywnieją. 

- Pan Hopple poczynił już kroki, żeby zatrudnić dla pana pomocników. 

- E tam. Na co to się zda? W dzisiejszych czasach młodzi nie garną się do roboty. 

- A tak przy okazji, pańskie wnuczęta są przeurocze, panie Bunsen. Bardzo miło mi było 

je gościć. 

- Za dużo telewizji oglądają - poskarżył się. - Trawa żółknie na potęgę. Dwa tygodnie bez 

deszczu!...  I  to  jeszcze nie  wszystko.  Jakieś  paskudztwo  zalęgło się  w  szklarni.  Zeżarło pączki 

geranium.  A  jeszcze  do  tego  traktor  się  zepsuł.  Nie  mam  pojęcia,  co  z  nim  jest.  Po prostu  nie 

chciał dziś odpalić i już. 

- Musi pan koniecznie w poniedziałek rano zadzwonić po mechanika - doradziła mu pani 

Hopple. - Proszę powiedzieć, że zapłacimy za ekspresową naprawę. 

- Ba. Akurat dużo to zmieni. I tak przyjedzie, kiedy będzie mu się chciało. 

Wyraźnie  negatywne  nastawienie do  rzeczywistości przejawiane  przez  pana  Bunsena  w 

żadnej  mierze  nie  wpłynęło  na  samopoczucie  pani  Hopple,  która  zawsze  była  w  dobrym 

humorze. Deklamując sobie w myślach jakiś fragment wiersza Wordswortha, zaniosła kwiaty do 

specjalnego  pokoju  w  całości  wyłożonego  ceramicznymi  kafelkami.  Właśnie  zastanawiała  się, 

które z pięćdziesięciu lub więcej zgromadzonych tam wazonów będą odpowiednie, gdy usłyszała 

dobiegający z pobliskiej kuchni jakiś dziwny hałas, więc pobiegła sprawdzić, co się dzieje. 

Suzette stała przy kominku - który teraz był wygaszony i wysprzątany do czysta - tłukąc 

garnkami i patelniami oraz wrzeszcząc coś do komina. Z jej urywanych okrzyków, składających 

się  w  trzech  częściach  ze  słów  angielskich,  a  w  dwóch  z  francuszczyzny,  pani  Hopple 

dowiedziała  się,  że  diable  pojawił  się  sur  le  toit  i  próbował  dostać  się  przez  cheminee  do  la 

cuisine. 

Pani  Hopple  wyraziła  swe  uznanie  dla  determinacji  kucharki  w  jej  zmaganiach  z 

nieczystą  siłą  na  dachu,  zapewniając  ją  zarazem,  że  w  kominie  jest  solidna  krata,  toteż  nic  nie 

może się tą drogą dostać do kuchni - ani szop pracz czy wiewiórka albo myszy polne, ani też sam 

diabeł. 

background image

Powróciwszy  do  komórki  z  wazonami,  wybrała  srebrne  wiaderko  od  szampana  na 

czerwone  tulipany  i  zaczęła  zastanawiać  się,  do  czego  włożyć  żonkile,  kiedy  w  czynności  tej 

przeszkodził jej brzęczyk interkomu. 

-  Chciałem  powiedzieć,  że  traktor  działa,  pani  Hopple  -  oznajmił  ogrodnik.  -  Odpalił, 

jakby nigdy nic. Za to okazało się, że w cieplarni kilka szyb jest stłuczonych. 

Podziękowała panu Bunsenowi i znów zajęła się kwiatami, uśmiechając się do siebie na 

myśl  o  tym,  że  staruszek  nie  mógł  się  powstrzymać,  by  dobrej  wiadomości  nie  okrasić  jakąś 

wieścią  o  niepomyślnym  wydźwięku.  Gdy  układała  już  żonkile  w  miedzianym  dzbanie,  do 

pomieszczenia wpadł Donald. 

-  Nigdzie  nie  mogłem  cię  znaleźć,  mamo!  -  zawołał,  bardzo  wzburzony.  -  Wszystkie 

króliki gdzieś znikły! Myślę, że ktoś je ukradł! 

-  Nie,  kochanie  -  odparła  spokojnie.  -  Myślę,  że  znajdziesz  je  w  cieplarni,  gdzie 

przypuszczalnie  raczą  się  pączkami  geranium.  A  teraz  chciałabym  wiedzieć,  co  powiesz  na 

truskawki  z bitą  śmietaną  dziś  wieczorem?  -  był  to ulubiony  deser  całej  rodziny,  toteż  Donald 

najpierw kilka razy radośnie podskoczył, a potem uściskał serdecznie swą mamę. 

Chwilę później oznajmiła Suzette, używając przy tym języka zrozumiałego dla kucharki: 

- Teraz wybieram się na fermę, żeby przywieźć fraises oraz creme. 

Pani Hopple  zawsze  z  radością  witała  każdy pretekst, by przejechać się po okolicznych 

drogach swoim kabrioletem marki Ferrari.  A teraz właśnie wybierała się na farmę truskawkową 

po  świeżo  zebrane  owoce  i  do  mleczarskiego  gospodarstwa,  by  zaopatrzyć  się  tam  w  tłustą 

śmietankę. 

Przede  wszystkim  pobiegła  na  górę,  by  znaleźć  jakąś  chustę,  którą  będzie  mogła  upiąć 

włosy.  Mijając  drzwi  do  apartamentu  zajmowanego  przez  gang,  usłyszała  wydawane  przez 

Donalda te śmieszne odgłosy, na które koty odpowiadały donośnym miauczeniem. Już położyła 

dłoń na klamce, ale w ostatniej chwili rozmyśliła się, postanawiając, że nie będzie wtrącać się do 

zabawy  swojego  synka.  Gdy  po  kilku  chwilach  wracała,  ubrana  w  kaszmirowy  sweterek  i  w 

jedwabnej  chustce  na  głowie,  Donald  właśnie  wychodził  z  kociego  apartamentu,  najwyraźniej 

bardzo z siebie zadowolony. 

- Dobrze się bawisz, kochanie? - spytała. 

- Był tam Wąsacz - powiadomił ją. - Wspiął się po kole młyńskim i zaglądał przez okno. 

Wpuściłem go do środka. Strasznie lubi nasze koty. 

background image

-  Powiedziałabym,  że  raczej  „bardzo  lubi  nasze  koty”,  kochanie.  Mam  nadzieję,  że 

zamknąłeś potem okno. Przecież nie chcemy, żeby nasz gang wymknął się na zewnątrz, prawda? 

Cała w skowronkach udała się do garażu i usadowiła się w wygodnym fotelu samochodu. 

Nacisnęła guzik pilota, by otworzyć bramę, i przekręciła kluczyk w stacyjce. Nic jednak się nie 

wydarzyło.  Silnik  nawet  nie  zakaszlał,  a  solidna  brama  ani  drgnęła.  Pani  Hopple  powtórzyła 

próbę po raz drugi. I jeszcze raz, wkładając w to całą siłę woli. Na próżno. 

Konserwator nie przywiózł jeszcze z powrotem mercedesa, którym odwiózł bliźnięta do 

domu,  ale przecież  miała  do dyspozycji  jeszcze  trzy  inne  samochody.  Wsiadła  do  rollsa,  który 

również nie zapalił. Cadillac także nie zareagował. Podobnie jak i dżip. 

Cóż  za  tajemnicza  sprawa  -  pomyślała  -  coś  tu  jednak  jest  nie  tak.  Konserwator  z 

pewnością stwierdziłby, że to wina KGB albo kwaśnych deszczów. 

Zdecydowanym  krokiem  pomaszerowała  do  domu  i  natychmiast  udała  się  do  gabinetu 

swego  męża,  który  był  bardzo  zajęty  swoim  komputerem,  neseserem  i  dyktafonem.  Wysłuchał 

jednak  cierpliwie  jej  nieprawdopodobnej  historii,  westchnął  ciężko  i  udał  się  do  garażu,  by 

osobiście  zbadać  sytuację.  Pani  Hopple  tymczasem  wykonała  serię  ćwiczeń  oddechowych,  by 

odzyskać utraconą równowagę. 

-  Wszystko  w  porządku  -  oznajmił  pan  Hopple  po  powrocie.  -  Wszystkie  samochody 

działają, a brama się otwiera. Myślę, kochanie, że przyda ci się nieco urozmaicenia. Zjedzmy dziś 

kolację  w  restauracji.  Włożysz  swoją  nową  sukienkę  od  Saint  Laurenta,  pojedziemy  do  klubu. 

Suzette da chłopcu kolację. 

- Nie możemy, mój drogi. Obiecałam Donaldowi, że dziś na deser będą truskawki z bitą 

śmietaną. 

Tak  więc  państwo  Hopple  zostali  w  domu  i  spędzili  rodzinny  wieczór  w  tradycyjnym 

stylu.  Kolację podano  na  tarasie,  po  czym  na  gazonie odbyła  się partyjka  krokieta,  a  następnie 

prażenie  kukurydzy  na  gorących  węglach  ogrodowego  kominka.  Donald  nie  wspominał  już  o 

Wąsaczu, a jego rodzice nie zadawali pytań na temat niezwykłego kota. 

Wczesnym  rankiem  w  niedzielę,  kiedy  czerwcowe  słońce  i  świergoczące  ptactwo 

bezskutecznie  próbowały  obudzić  wszystkich,  którzy  jeszcze  spali,  dokonał  tego  dzwonek 

telefonu, który rozdzwonił się w Hopplewood Farm. 

Pan  Hopple  -  bardzo  jeszcze  senny  -  uniósł  się  na  łokciu  i  rzucił  okiem  na  cyfrowy 

radiobudzik. 

background image

- Czwarta trzydzieści! Któż to dzwoni o tak nieludzkiej godzinie? 

Pani Hopple uniosła się do pozycji siedzącej. 

- Ten stary zegar nad kominkiem pokazuje piątą dwadzieścia pięć. To znaczy, że znowu 

była przerwa w dostawie prądu. 

Jej małżonek odkaszlnął i podniósł słuchawkę: - Tak? 

-  Witam,  panie  Hopple.  Tu  mówi  Bobbie  Wynkopp.  Proszę  wybaczyć,  że  dzwonię  tak 

wcześnie, ale sam pan powiedział, że jeżeli cokolwiek zobaczę... 

- Tak, tak, Bobbie. O co chodzi? 

-  Chciałem  spytać...  to  wypalone  miejsce  na  łące,  które  pan  widział...  jakich  było 

rozmiarów? 

- Bo ja wiem... Na ile mogłem to ocenić z powietrza... hm... to był krąg o średnicy rzędu 

trzech metrów. 

- Otóż to. Właśnie pojawił się drugi. 

-  Co  takiego?  Czy  widziałeś  jakichkolwiek  intruzów?  -  pan  Hopple  całkiem  już  się 

rozbudził. 

Po chwili milczenia Bobbie odezwał się: 

- Panie Hopple, obawiam się, że pan mi nie uwierzy, ale dziś w nocy obudziłem się, bo 

nagle w moim pokoju zrobiło się strasznie jasno. Wie pan, śpię na strychu, a okno mam od strony 

łąki. To było takie dziwne zielone światło. Otóż wyjrzałem przez okno... ale nie uwierzy mi pan, 

panie Hopple. 

- Bardzo proszę, Bobbie, mów dalej. 

- No... tam  lądował  jakiś... pojazd.  Nie taki  jak  pański  samolot,  panie Hopple.  Był cały 

okrągły,  coś  na  kształt  frisbee.  Opadał  prosto  w  dół  -  bardzo  powoli,  zupełnie bezgłośnie,  wie 

pan. No i bardzo jasno świecił. 

-  Bobbie,  jeżeli  chcesz  mi  wmówić,  że  pojawił  się  tam  latający  spodek,  to  mogę  tylko 

powiedzieć, że coś ci się przyśniło... albo miałeś jakieś urojenia. 

-  Nic  podobnego,  proszę  pana.  Przysięgam,  absolutnie  nie  spałem!  A  nie  zażywam 

niczego takiego, co to wie pan... Może pan spytać, kogo pan chce. 

- Dobrze, dobrze. Mów dalej, Bobbie. 

-  Najdziwniejsze  było  to,  że...  ten  pojazd  był  bardzo  mały!  O  wiele  za  mały,  żeby 

pomieścić  jakąkolwiek  załogę,  wie  pan,  chyba  że  ci...  no,  kosmici...  mieliby  po  trzydzieści 

background image

centymetrów  wzrostu.  No  więc  wylądował  i  coś  zaczęło  się  wokół  niego  dziać.  Nie  bardzo 

widziałem co, bo nad łąką zaczęła unosić się mgła. Pobiegłem na górę po lornetkę mojego taty. 

Nie mogłem jej znaleźć po ciemku, bo nie działało światło. Wie pan, nie było prądu... Halo, panie 

Hopple, czy pan mnie słucha? 

- Ależ tak, słucham cię uważnie. A twoi rodzice? Czy oni również widzieli ten... pojazd? 

- Nie, i bardzo żałuję, że go nie widzieli. Bo tak to wygląda, jakbym zwariował albo coś 

zmyślał. Moja mama była w szpitalu na nocnym dyżurze, no a kiedy mój tato pójdzie spać, to już 

nic go nie jest w stanie obudzić. 

- No tak. A co zobaczyłeś przez lornetkę? 

-  Było  już  za  późno.  Startowali.  To  coś  uniosło  się prosto  do  góry  -  wie  pan,  strasznie 

powoli.  A zanim zdążyłem ustawić ostrość... hop! Znikło i już.  Nie  żartuję. Wcale nie mogłem 

potem  zasnąć.  Kiedy  już  trochę  się  rozjaśniło,  poszedłem  na  łąkę,  żeby  się  rozejrzeć.  To  coś 

wypaliło  krąg  w  trawie,  właśnie  o  średnicy  około  trzech  metrów.  Sam  pan  może  go  zobaczyć. 

Nie  wiem,  może  trzeba  sprowadzić  kogoś,  żeby  sprawdził,  czy  nie  ma  tam  jakiegoś 

promieniowania albo czegoś takiego. Sam nie wiem, czy dobrze zrobiłem, że tam poszedłem. 

- Dziękuję ci, Bobbie. To niezwykle interesująca opowieść. Jeszcze porozmawiamy o tej 

sprawie, ale najpierw muszę zorientować się w sytuacji. Póki co na twoim miejscu traktowałbym 

to jako informację ściśle tajną. 

- Tak jest, panie Hopple. Ściśle tajne! 

Gdy skończyli rozmowę, małżonka pana Hopple spytała: 

- Czy stało się coś złego?... Kochanie, czy coś się stało? 

Pan Hopple stał już przy oknie wychodzącym na południową stronę i spoglądał ku łące, 

bardzo uważnie. 

-  Słucham  cię,  moja  droga?  Co  mówiłaś?  Ten  młodzieniec  opowiedział  mi  przedziwną 

historię... Trzy metry przekroju! Ma rację, to bardzo niedużo. 

Rozległ  się  głośny  łomot,  gdy  sześcioletni  chłopiec  zderzył  się  z  drzwiami  i  wpadł  jak 

bomba do sypialni. 

- Kochanie! - przypomniała mu mama. - Zawsze pukamy przed wejściem. 

- Już ich nie ma! Już ich nie ma! - zawołał dziecięcym, piskliwym głosem. - Chciałem im 

powiedzieć dzień dobry, a ich już nie ma! 

- Tak, ale kogo nie ma, złotko? 

background image

- Gangu! Kotów! Wyszły przez okno i potem na dół po kole młyńskim! 

- Donaldzie! Zostawiłeś otwarte okno? 

-  Nie,  mamo.  Okno  jest  wybitne.  To  znaczy,  wybite  -  poprawił  się  natychmiast, 

dostrzegłszy spojrzenie mamy. - Szkło jest jakby... roztopione! Myślę, że Wąsacz to zrobił. On je 

porwał! 

Wyprosiła go stanowczo z sypialni. 

- Idź się ubrać, kochanie. Odnajdziemy gang. Zorganizujemy wielkie poszukiwania. 

Pani  Hopple  narzuciła  na  siebie  peniuar  i  szybkim  krokiem  wyszła  z  sypialni.  Gdy  po 

chwili wróciła, jej mąż wciąż wpatrywał się w dal przez południowe okno. 

- Donald mówi prawdę - rzekła. - Szkło w oknie naprawdę się stopiło. Jakie to dziwne! 

Pan Hopple ani drgnął, wpatrzony w przestrzeń, niby w transie. 

-  Kochanie,  co  ci  jest?  Słyszałeś,  co  powiedział  Donald?  Jej  pan  i  mąż  otrząsnął  się. 

Odszedł od okna i stwierdził: 

- Możesz sobie organizować wielkie poszukiwania, jeśli masz na to ochotę, ale gangu już 

nie odnajdziemy. Nie wrócą do nas. Ani Wąsacz, też nie. 

I  miał  rację,  jak  zwykle.  Koty  znikły  jak  kamfora.  Przepadły  też  dwa  najbystrzejsze 

kociaki  ze stajni  -  tak przynajmniej twierdził Donald. Natomiast króliki rzeczywiście odnalazły 

się w cieplarni, gdzie używały sobie w najlepsze. 

Teraz  życie  w  Hopplewood  Farm  toczy  się  całkiem  zwykłym  trybem.  Brama  garażu 

otwiera  się  za  każdym  razem,  silniki  samochodów  działają  bez  zarzutu.  Telewizory  świetnie 

odbierają  wszystkie  programy.  Przerwy  w  dostawie  prądu  zdarzają  się  tylko  wtedy,  gdy 

naprawdę  są  po  temu  poważne  przyczyny,  takie  jak  gwałtowne  burze  czy  testy  nuklearne. 

Króliczki nie opuszczają swojej królikami. Na traktorze można polegać. Nikt nie próbuje wkraść 

się przez komin. Szyby w oknach nie ulegają termicznym przekształceniom. 

Tylko  mały  Donald,  który  być  może  podejrzewa  znacznie  więcej,  niż  może  się  to 

wydawać, podczas kolacji rozmawia przy stole o planetach i planetoidach, a w nocy, kiedy jego 

rodzice sądzą, że śpi słodko, wpatruje się w niebo przez swój teleskop. 

 

13 Grzech Madame Phloi- 

-  Opowiadanie  Grzech Madame Phloi  zostało  po  raz  pierwszy opublikowane w  „EHery 

background image

Queen’s Mystery Magazine” w czerwcu 1962 roku. 

Madame  Phloi  od  samego  początku  darzyła  instynktowną  i  silną  niechęcią  człowieka, 

który wprowadził się do sąsiedniego apartamentu. Był gruby, a mankiety jego spodni wydawały 

nieprzyjemny zapach hydrantu przeciwpożarowego. 

Spotkali  się  po  raz  pierwszy  w  zdezelowanej  windzie,  która  miała  ruszyć  w  mozolną 

drogę  na  dziesiąte  piętro  tego  starego  budynku,  ongiś  bardzo  eleganckiego  i  modnego,  teraz 

jednak  popadającego  już  z  wolna  w  ruinę.  Madame  Phloi  odbyła  właśnie  przechadzkę  po 

miejskim  parku,  podczas  której  przeżuwała  źdźbła  miejskiej  trawy  i  goniła  za  spłowiałymi 

motylkami;  gdy  wraz  ze  swą  towarzyszką  weszła  do  windy,  ta  ostatnia  była  już  w  połowie 

wypełniona nowym sąsiadem. 

Trudno  wyobrazić  sobie dwie  bardziej  kontrastujące  postacie niż  ten  grubas  i  Madame, 

ale  nie  było  to  niczym  aż  tak  niezwykłym  w  apartamentowcu,  który  miał  za  sobą  wspaniałą 

przeszłość i żadnej przyszłości przed sobą. Sąsiad był potężnie zbudowany, niechlujny, odziany 

byle  jak.  Madame  Phloi  była  długonogą  arystokratką  o  błękitnych  oczach,  a  jej  płowozłote 

futerko na łapkach, pyszczku i koniuszku ogona przechodziło w ciemny brąz. 

Madame  Phloi  odnosiła  się  do  ludzi  grubych  z  lekceważeniem.  Przecież  gdy  ktoś  taki 

siadł,  nie  sposób  było  mu  wskoczyć  na  kolana,  miejsce  należne  kotu  zajmował  już  bowiem 

własny  brzuch  tłuściocha.  No  a  jaki  pożytek  z  człowieka,  któremu  nie  można  rozłożyć  się  na 

kolanach?  Tym  niemniej  zwykła  grzeczność  wymagała,  by  powąchać  jego  spodnie,  jednak 

natychmiast potem Madame Phloi cofnęła się, marszcząc nosek i obnażając zęby. 

-  Zabierz  pani  ode  mnie  tego  kota!  -  wrzasnął  grubas,  tupiąc  gwałtownie  na  Madame 

Phloi. Jej towarzyszka pociągnęła za smycz, choć nie było takiej potrzeby, bo Madame jednym 

susem  do  tyłu  znalazła  się  w  bezpiecznym  kącie  windy.  Urządzenie  zadrżało,  lecz  nadal  z 

wysiłkiem pięło się pod górę. 

- Nie lubi pan zwierząt? - zapytał ze zdziwieniem miły głos na drugim końcu smyczy. 

-  Paskudne,  fałszywe  stworzenia  -  tłuścioch  wykrzywił  się  z  wielką  niechęcią.  -  Tam 

gdzie poprzednio mieszkałem, zakradł się jakiś kot i zeżarł mi papugę. 

-  Bardzo  mi  przykro  z  tego  powodu.  Ale  jeśli  chodzi  o  Madame  Phloi  i  Thapthima, 

zapewniam,  że  nie  ma  powodów  do  zmartwienia.  Nigdy  nie  opuszczają  naszego  mieszkania, 

chyba że na smyczy. 

- Co? Ma pani aż dwa? No to niech pani je trzyma z dala ode mnie, bo poukręcam im łby. 

background image

Nie ukręciłem kotu łba, odkąd miałem czternaście lat, ale dobrze pamiętam, jak to się robi. 

Podłużnym  czarnym  pudłem,  które  trzymał  w  ręce,  grubas  wykonał  gwałtowny  ruch  w 

stronę Madame Phloi, która przecież spokojnie siedziała sobie w kąciku, nie zagrażając nikomu, 

choć  cała  spięta  i  z  uszami  położonymi  po  sobie.  Po  tej  zaczepce  jej  futerko  nastroszyło  się, 

próbowała umknąć, ale nie miała dokąd. Nawet gdy jej towarzyszka wzięła ją na ręce, gdzie była 

bezpieczna, Madame Phloi drżała na całym ciele. 

Uspokoiła  się  dopiero  w  domu,  czyli  w  swoim  skromnym,  lecz  zaopatrzonym  w 

odpowiednią  liczbę poduszek  apartamencie.  Na  sztywnych  łapkach powędrowała ku  słonecznej 

plamie,  gdzie  spał  Thapthim,  i  polizała  czubek  jego  głowy.  Potem  przeprowadziła  kompletną 

toaletę  własnej  osoby,  a  mianowicie  po  to,  by  pozbyć  się  z  futerka  smrodu  tamtego  osobnika. 

Thapthim nie obudził się. 

To  zaspane,  pozbawione  ambicji,  życzliwe  całemu  światu  stworzenie  -  jej  syn  - 

pozostawało dla Madame Phloi zagadką, gdyż ona sama była zawsze czujna i pełna energii. Nie 

próbowała  go  zrozumieć,  po  prostu  go  kochała.  Spędzała  godziny,  czyszcząc  mu  łapki,  pierś  i 

inne okolice ciała, gdzie bez trudu mógłby sięgnąć sam własnym języczkiem. Podczas posiłków 

jadła powoli, żeby zostawić mu coś na deser, kiedy upora już się ze swoją miseczką, a on zawsze 

łakomie rzucał się na dodatkową porcję. A kiedy spał, czyli przez większość czasu, pełniła przy 

nim  straż,  przybierając  królewską,  wyprostowaną  pozę  -  nim  nie  ogarnęło  jej  zmęczenie. 

Wówczas zwijała się w kłębu-szek i zapadała w niespokojną półdrzemkę. 

Trzeba  przyznać,  że  Thapthim  był  przemiłym  kotem.  Lubiły  go  inne  koty,  duże  i  małe 

psy,  ludzie, a nawet do pewnego  stopnia osoby  cierpiące na  lęki i fobie dotyczące kotów. Jego 

pyszczek wyglądał jak prześliczny brązowy kwiatek, a wielkie błękitne oczy spoglądały na świat 

czule  i  ufnie.  Odkąd  był  maleńkim  kociątkiem,  nie  miał  nic  przeciwko  temu,  by  mruczeć  za 

dotknięciem dłoni  -  czyjejkolwiek  dłoni.  Z  czasem  stał  się  tak przyjazny,  że  zaczynał  mruczeć 

nawet  wtedy, gdy  ktoś w  pokoju na niego popatrzył.  Co  gorsza, przychodził, kiedy  go wołano, 

pałaszował  wszystko,  co  znalazło  się  w  jego  miseczce,  a  kiedy  padało  polecenie,  by  skądś 

zszedł... schodził! 

Jego mądra  rodzicielka  nie  mogła pochwalać  tak niekocich manier,  bo  wskazywały  one 

na niejaki brak charakteru i raczej nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć. Starała się świecić mu 

przykładem:  kiedy  podawano  kolację,  obwąchiwała  talerzyk  wyniośle  i  odchodziła,  choćby 

potrawa  była  niewiadomo  jak  kusząca.  Tak  powinien  postępować  każdy  szanujący  się 

background image

przedstawiciel  kociego  rodu.  Owszem,  po  minucie  czy  dwóch  powracała  i  obdarzała  posiłek 

łaską swej uwagi, jednak zawsze czyniła to bez widocznego entuzjazmu. 

Gdy  w  stronę  kota  wyciągają  się  ludzkie  ręce,  kocią  powinnością  jest  cofnąć  się, 

odskoczyć, podroczyć się nieco i poflirto-wać, nim nastąpi moment harmonii, a kot pozwoli się 

schwytać  i  pogłaskać.  Musiała  z  przykrością  stwierdzić,  że  Thapthim  na  wszelkie  oznaki 

życzliwości  ze  strony  ludzi  reagował,  przewracając  się  od  razu  na  grzbiet,  mrucząc  donośnie  i 

przymykając z rozkoszy oczęta. 

Już od wczesnego wieku poznał zasady, którymi rządził się ten dom: 

- Nie wolno spać w szafce z garnkami. 

- Tylko czasami wolno siadać na stole, na którym stoi maszyna do pisania. 

- Siadać na stole, gdzie znajduje się dzbanek z kawą, nie wolno nigdy. 

Otóż  smutną  prawdą  było  to,  że  Thapthim  przestrzegał  wszystkich  tych  reguł. 

Tymczasem Madame Phloi wiedziała doskonale, że każdy zakaz to wyzwanie, a kwestią dobrego 

tonu i charakteru jest, by go łamać. Posłuszeństwo byłoby zaprzeczeniem własnej godności... Ale 

wszystko  wskazywało  na  to,  że  jej  syn  nigdy  nie  zrozumie,  jakimi  naprawdę  istotnymi 

wartościami należy się kierować w życiu. 

Rzecz  jasna  Thapthim  budził  powszechny  zachwyt  w  człowieczym  świecie  maszyn  do 

pisania oraz pełnych kawy dzbanków i wyrażano się z uznaniem o tym, jaki to grzeczny kotek. 

Tyle że  Madame Phloi również cieszyła  się  niemałym  uznaniem,  i  to  w dodatku z właściwych 

powodów.  Szanowano  ją  za  jej  niezależność,  podziwiano,  gdyż  zawsze  potrafiła  postawić  na 

swoim w nader przebiegły sposób, zachwycano się jej białym futerkiem na piersi i tajemniczym 

błyskiem  w  błękitnych  niczym  ostróżki  oczach.  Była  klasyczną  kotką  syjamską,  zarówno  z 

wyglądu,  jak  i  ze  sposobu  bycia.  Przechylając  wdzięcznie  na  bok  główkę  i  spoglądając  tymi 

prześlicznymi oczyma, potrafiła wyczarować spod noża i widelca cały stek. 

Dopóki do sąsiedniego mieszkania nie wprowadził się tamten grubas z czarnym pudłem, 

Madame  Phloi  nie  napotkała  na  swej  drodze  żadnych  wrogów.  Dwoje  jej  towarzyszy,  którzy 

zajmowali  to  samo  mieszkanie  co  ona  i  Thapthim,  były  to  bezimienne  istoty  wielkiej 

poczciwości, które często wychodziły i wracały. Jedno z nich stanowiło idealny cel, jeśli miało 

się  ochotę  coś  przekąsić  między  posiłkami,  wystarczyło  dotknąć  łapką  jego  kostki  i  przysmak 

pojawiał  się  jakby  znikąd. To  drugie  służyło  do ogrzewania  kotów  podczas  chłodnych  nocy,  a 

kiedykolwiek  Madame  miała  ochotę,  by  podrapano  ją  po  brzuszku  lub  wymasowano  kości 

background image

policzkowe, na tę właśnie istotę zawsze mogła liczyć. 

Jednak jej życie nie składało się tylko z pieszczot i przysmaków; Madame Phloi miała też 

swoje  obowiązki.  Pełniła  mianowicie  funkcję  oficjalnego  obserwatora  i  nasłuchiwacza 

domowego. 

W  domu  było  sześć  okien,  które  należało  obserwować,  ich  zewnętrzne  parapety 

przechodziły  bowiem  w  biegnący  wokół  całego  budynku  szeroki  gzyms,  po  którym  z 

upodobaniem przechadzały się gołębie. Kroczyły  dumnie, przeszukiwały sobie piórka i całkiem 

nie  zwracały  uwagi  na  Madame,  która  siedziała  na  parapecie  wewnątrz  i  przyglądała  im  się 

beznamiętnie, lecz uważnie przez siatkę w oknie. 

O  ile  jej  dzienna  praca  polegała  na  przyglądaniu  się,  to  po  zapadnięciu  zmroku  trzeba 

było nasłuchiwać, a to wymagało znacznie większego skupienia. Madame Phloi wsłuchiwała się 

w  odgłosy dobiegające z wnętrza ścian.  Słyszała  skrobanie korników, szumiące  rury,  a  czasem 

pęknięcie jakiejś starej gipsowej płyty, głównie jednak odzywały się głosy duchów niezliczonych 

pokoleń nieżyjących już myszy. 

Któregoś dnia wieczorem, wkrótce po incydencie w windzie, Madame Phloi wsłuchiwała 

się w odgłosy budynku. Thapthim oczywiście spał, a tamci dwoje w milczeniu przewracali kartki 

książek.  Nagle  rozległ  się  dziwny  i  zarazem  okropny  dźwięk  dochodzący  zza  ściany.  Uszy 

Madame stanęły na baczność, a zaraz potem kotka położyła je po sobie. 

Otóż  zza  tej  ściany  dobiegało  jakieś  niekończące  się  rozdzierające  skrzypienie,  czegoś 

takiego  Madame  jeszcze  nigdy  nie  słyszała.  Był  to  odgłos  mrożący  krew  w  żyłach  i 

przyprawiający  jej  uszka  o  ból.  Wrażenie  było  tak  przykre,  że  Madame  Phloi  uniosła  łebek  i 

zaprotestowała na swój sposób, wydając rozdzierający skowyt. Jazgot obudził nawet Thapthima. 

Rozejrzał  się  dookoła,  mocno  zaniepokojony,  potrząsnął  gwałtownie  łebkiem  i  zasłonił  uszy 

łapkami, próbując w ten sposób odciąć się od obmierzłego hałasu. 

Tamci dwoje również zwrócili uwagę na dziwny odgłos. 

- Słyszysz? - odezwało się jedno z nich, to, które miało taki łagodny głos. 

- To pewnie nasz nowy sąsiad - stwierdziła druga istota. - Nie do wiary! 

- Kto by pomyślał, że taki gbur jest w stanie zagrać coś tak subtelnego? Zdaje mi się, że 

to Prokofiew? 

- Moim zdaniem raczej Bartok. 

-  Kiedy  jechałam  z  nim  windą,  niósł  pudło  ze  skrzypcami.  Próbował  uderzyć  nim 

background image

Madame Phloi. 

-  To  jakiś  szaleniec...  Ale  popatrz  na  koty!  Najwyraźniej  nie  przepadają  za  muzyką 

skrzypcową. 

Madame Phloi i Thapthim wybiegli w podskokach z pokoju tak pospiesznie, że zderzyli 

się ze sobą po drodze do kryjówki pod łóżkiem. 

Nie był to jedyny odgłos z sąsiedniego mieszkania, jaki dotarł do uszu Madame Phłoi. Już 

następnego  wieczoru,  gdy  wkroczyła  do  salonu,  by  rozpocząć  nasłuchiwanie,  jej  uszy 

zarejestrowały stłumione przez ścianę trzepotanie, któremu towarzyszyło bardzo komunikatywne 

świergotanie. Taka muzyka odpowiadała jej jak najbardziej, ułożyła się więc wygodnie na sofie, 

by się nią napawać, podkuliwszy uprzednio brązowe łapki pod kremowy brzuszek. 

Wkrótce jednak przyjemność tę jej zakłócono; głośno trzasnęły drzwi, a potem za ścianą 

rozległ się dudniący jak grzmot głos grubasa. 

-  Coś  ty  tu  narobiła,  parszywe  ptaszysko!  -  usłyszała.  -  Musiałaś  akurat  do  skrzypiec?! 

Wracaj do klatki, i to już, bo inaczej łeb ci rozwalę! 

Groźba ta wywołała całą falę pospiesznego świergotu. 

- Zamknij się, głupie bydlę! Zamknij się i wracaj do klatki, bo cię... 

Tutaj nastąpił ogłuszający trzask, a potem zapanowała już cisza, tylko od czasu do czasu 

słychać było żałosne „pip!”. 

Madame  Phloi  była  wprost  zafascynowana.  Właściwie  gdy  następnego  dnia  podjęła 

obserwację okien,  gołębie  wydały jej się zupełnie nieinteresujące.  Thapthim  rzecz  jasna spał,  a 

tamci wyszli na cały dzień, przedtem jednak pamiętali, by otworzyć okno i położyć poduszeczkę 

na chłodnym marmurowym parapecie. 

Na  niej  właśnie  siedziała  -  mały,  lecz  czujny  kłębuszek  futerka  -  wdychając  rozkoszne 

letnie  zapachy,  widząc wszystko  i wiedząc wszystko. Wiedziała  na  przykład, że  ta istota,  która 

idzie właśnie korytarzem dziesiątego piętra, ma na stopach stare tenisówki i lekko kuleje, a zaraz 

zatrzyma się przy ich drzwiach, odstawi kubeł i otworzy zamek za pomocą uniwersalnego klucza. 

Właściwie  ledwo  raczyła  odwrócić  główkę,  gdy  do  pokoju  wkroczył  pomywacz  okien. 

Należał on do  licznej  świty  jej  wielbicieli. Pachniał przyjaźnie, choć czuć go też było  wilgotną 

piwnicą  i  mopem  do  mycia  podłogi.  Mówił  do  rzeczy,  nie  obrażał  inteligencji  Madame 

piskliwymi, czułostkowymi głupotami, jak to zdarzało się niektórym. 

- Zeskakuj,  koteczko - odezwał się  melodyjnym głosem.  -  Charlie musi wyjąć  tę siatkę. 

background image

Zobacz, przyniosłem tu trochę serka dla ślicznej kici. 

Wręczył  jej  skromny  podarunek  w  postaci  kawałka  cheddara,  który  Madame  Phloi 

obwąchała  i  zorientowała  się,  że  jest  w  niewłaściwym  gatunku.  Dotknęła  go  łapką,  którą 

natychmiast otrząsnęła. 

- Ho, ho! Jaka wybredna koteczka - zaśmiał się Charlie. - A teraz siedź sobie tutaj i patrz, 

jak  Charlie  będzie  mył  to  okno.  Tylko nie  wyskakuj  mi  na  gzyms,  bo  Charlie  tam  za  tobą  nie 

pójdzie. Co to,  to  nie! Wszystko  tu takie stare,  że aż  się  sypie,  a  ten  gzyms  to już najbardziej. 

Któregoś  dnia  jakiś  gołąb  tupnie  za  mocno  i  wszystko  poleci  w  dół!...  Ejże,  tu  jest  stłuczone 

szkło! Ktoś rozbił okno. 

Charlie  usiadł  na  marmurowym  parapecie  i  wychylił  się  tyłem  nad  przepaścią, 

opuszczając okno, by umyć je od zewnątrz. Podczas gdy Madame Phloi uważnie śledziła każdy 

jego ruch za szybą, do pokoju wszedł zaspany Thapthim, ziewnął, przeciągnął się i pochłonął ser. 

-  A  teraz  Charlie  z  powrotem  założy  siatkę,  żebyście  mogły  sobie  patrzeć  na  te 

zwariowane gołębie. Siatka też się rozłazi. Wszystko się sypie, cały ten dom. 

Pamiętał, żeby położyć z powrotem poduszeczkę na twardym i zimnym parapecie. Potem 

zajął  się  kolejnymi  oknami,  a  Madame  powróciła  na  swe  stanowisko,  sadowiąc  się  jednak  na 

samym skraju poduszki, by większą jej część zostawić dla Thapthima. 

Tego  ranka  gołębie  pojawiły  się  późno,  pewnie  wystraszyła  je  czynność  mycia  okien. 

Właśnie  kiedy  za  oknem  zaszumiała  pierwsza  para  błękitnoszarych  skrzydeł  nadlatującego 

gościa,  Madame  Phloi  zauważyła  maleńką  szczelinę  w  siatce,  tuż  przy  ramie.  Każdy  otwór, 

choćby najmniejszy, stanowił dla niej pokusę, ba, wręcz przymus, żeby udowodnić samej sobie, 

że potrafi przecisnąć się wszędzie, choćby było nie wiadomo jak ciasno, choćby nawet nie było 

po temu żadnego rozsądnego powodu... 

Odczekała, aż Charlie, kulejąc, opuści mieszkanie, i zaczęła napierać na siatkę nosem - z 

początku  ostrożnie  i  nieśmiało,  a  potem  uparcie  i  stanowczo.  Cal  po  calu  przerdzewiała  siatka 

odrywała się od ramy, aż wreszcie cały jej róg zwisł luźno. Wówczas Madame Phloi przeszła na 

drugą  stronę:  nos  i  uszy,  szczupłe  barki,  wytworne  przednie  łapki,  smukły  tors,  tylne  łapki 

sprężyste jak stal i wreszcie długi, dumny ogon. Po raz pierwszy w życiu znalazła się na gołębiej 

promenadzie. Przeszedł ją rozkoszny dreszcz. 

Po drugiej stronie siatki letargiczny Thapthim, niebotycznie zdumiony tym przedziwnym 

rozwojem wypadków, spoglądał na swą nieustraszoną rodzicielkę, wysunąwszy różowy języczek 

background image

na  pół  centymetra.  Przez  moment  zetknęli  się  noskami  przez  siatkę,  a  potem  Madame  podjęła 

odkrywczą  wyprawę.  Szła  ostrożnie,  starannie  dobierając  miejsca,  w  których  stawiała  łapki, 

gołębie bowiem pozostawiły na gzymsie mnóstwo niechlujnych pamiątek. 

Gzyms  miał  około  sześćdziesięciu  centymetrów  szerokości.  Zachowując  wielką 

ostrożność,  podeszła  do  samej  krawędzi,  spuszczając  nosek  i  unosząc  wysoko  ogon.  Dziesięć 

pięter niżej poruszały się rozmaite przedmioty oraz istoty, ale nie dopatrzyła się w nich niczego 

interesującego.  Idąc  samą  krawędzią,  ominęła  potłuczone  szkło  i  skierowała  się  w  stronę 

mieszkania grubasa - powodowana jakąś na poły zapomnianą ciekawością. 

Okno  stało  otworem,  nie  było  w  nim  siatki.  Madame  Phloi  zajrzała  dyskretnie  do 

wewnątrz. Ku swemu zaskoczeniu ujrzała cielsko grubasa rozwalone na podłodze; jego ogromny 

brzuch unosił się i opadał rytmicznie, czemu towarzyszyło chrapanie. Phloi była zaniepokojona, 

widząc  człowieka  leżącego  na  podłodze,  była  bowiem  zdania,  że  podłoga  jest  miejscem 

przeznaczonym  wyłącznie  dla  kotów.  Oblizała  nerwowo  nosek  i  wpatrywała  się  w  niego 

wielkimi  oczyma.  W  ciemnym  kącie  pokoju  coś  zatrzepotało  i  zaskrzeczało.  Grubas  otworzył 

oczy. 

- PSIK! Wynocha mi stąd, ale już! - wrzasnął, dźwigając się na nogi i potrząsając pięścią 

w stronę okna. 

Madame  Phloi  trzema  susami  znalazła  się  przy  oknie  swojego  mieszkania  i  przecisnęła 

się przez siatkę do bezpiecznego wnętrza. Zerknęła jeszcze za siebie, aby sprawdzić, czy grubas 

jej nie ściga, a upewniwszy się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, wymyła Thapthimowi 

uszy, potem wylizała swoje własne łapki i zasiadła w oczekiwaniu na gołębie. 

Tak jak każdy normalny kot Madame Phloi żyła zgodnie z Regułą Trzech. Wzbraniała się 

przed  każdą  nowością  trzykrotnie,  nim  ją  w  końcu  zaakceptowała.  Próbowała  pokonać 

przeszkodę trzykrotnie, zanim rezygnowała, i po trzykroć podejmowała daną czynność, nim się 

nią nużyła. Nic więc dziwnego, że odbyła jeszcze dwa wypady na gołębią promenadę i w końcu 

udało jej się namówić do tego również Thapthima, który za ostatnim razem przyłączył się do niej. 

Razem  przycupnęli  na  krawędzi,  spoglądając  na  świat  położony  w  dole.  Poczucie 

swobody  było  upajające. Thapthim dokonał  brawurowego  i  lekkomyślnego skoku  w  pogoni za 

gołębiem, lądując na grzbiecie matki. Ta ofuknęła go i pacnęła łapką w ucho. On pacnął ją w nos. 

Rozpoczęły się wielkie  zapasy  na niby;  tarzali się oboje  w tych  zmaganiach  tuż  przy  krawędzi 

przepaści,  nic  sobie  nie  robiąc  z  czyhającego  niebezpieczeństwa  i  wydając  przy  tym  gardłowe 

background image

pomruki świadczące o najwyższym ukontentowaniu. 

Nagle Madame Phloi zerwała się na równe łapy i przycupnęła w obronnej pozycji. Grubas 

wychylił się przez okno. 

-  Kici,  kici,  kici!  -  szczebiotał  właśnie  takim  falsetem,  jakiego  nie  znosiła,  wysuwając 

spodek z czymś do jedzenia. Madame zamarła,  ale Thapthim zwrócił swe piękne, ufne oczy na 

nieznajomego i ruszył w jego stronę po gzymsie. Mrucząc i kołysząc przyjaźnie ogonem, wszedł 

prosto w pułapkę. Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund: spodek cofnął się, a Thapthim 

został uderzony podłużnym czarnym pudłem niczym kijem bejsbolo-wym, wypadł poza krawędź 

gzymsu i znikł. Spadał w ciszy. 

Kiedy kobieta i mężczyzna wrócili do domu, śmiejąc się i gawędząc pogodnie, dźwigając 

całe  naręcza  zakupów,  od  razu  zorientowali  się,  że  stało  się  coś  złego.  Nikt  nie  powitał  ich  w 

drzwiach.  Madame  Phloi  zwinięta  w  smutny  kłębuszek  na  parapecie  wpatrywała  się  w 

uszkodzoną siatkę, a Thapthima nigdzie nie było. 

- W siatce jest dziura! - usłyszała głos, ten łagodniejszy. 

- Założę się, że wyszedł na gzyms. 

- Mógłbyś wychylić się i sprawdzić? Tylko ostrożnie. 

- Przytrzymaj Phloi. 

- Widzisz go? 

- Ani śladu! Pełno tu szkła, a okno u sąsiada jest wybite. 

- Przypuszczasz, że ten człowiek...? Niedobrze mi na samą myśl. 

- Nie martw się na zapas, kochanie. Znajdziemy go... Słyszysz? Dzwonek do drzwi. Może 

ktoś go znalazł i właśnie odnosi do domu. 

W drzwiach stał Charlie, przestępując z nogi na nogę. 

- Przepraszam państwa - odezwał się. - Nie zginął państwu jeden z kotków? 

- Tak! Znalazł go pan? 

-  Biedaczysko  -  rzekł  Charlie.  -  Znalazłem  go  dokładnie  pod  państwa  oknem,  leżał  w 

krzakach. 

- Nie żyje! - jęknął ten łagodny głos. - Tak, proszę pani. Wysoko tutaj. 

- Gdzie... gdzie on teraz jest? 

- Zabrałem go do piwnicy, proszę pani. Zajmę się nim, proszę pani. Tak mi się zdaje, że 

lepiej, żebyście państwo już nie oglądali tego biedaka. 

background image

A  Madame  Phloi  wciąż  wpatrywała  się  w  dziurę  i  czekała  na  powrót  Thapthima.  Od 

czasu  do  czasu  sprawdzała  też  inne  okna,  tak  na  wszelki  wypadek.  Ale  czas  mijał,  a  on  nie 

wracał,  więc  sprawdziła  za  kaloryferami  i  pod  łóżkiem.  Zażądała,  by  otworzyć  drzwi  szafek,  i 

próbowała  dostać  się  do  schowka.  Obwąchała  dokładnie  drzwi  wejściowe.  Wreszcie  pośrodku 

salonu wydała pojedynczy, rozpaczliwy i donośny jęk. 

Nieco później tego samego wieczoru pojawił się znów Charlie. 

-  Chciałem  tylko  powiedzieć  pani,  że  wszystkim  ładnie  się  zająłem  -  powiedział.  - 

Miałem  takie  pudełko,  w  sam  raz  właściwych  rozmiarów  -  białe,  z  eleganckiego  sklepu.  I 

owinąłem go starą niebieską zasłoną. Jego futerko ładnie wyglądało na tym tle. No i pochowałem 

biedaka dokładnie pod państwa oknami, pośród krzaków. 

A  Madame  Phloi  wciąż  szukała,  wciąż  i  wciąż  powracała  na  parapet,  by  pilnować 

miejsca, gdzie Thapthim zniknął. 

Wzgardziła jedzeniem. Odrzuciła wszelkie wysiłki, które miały na celu, by ją pocieszyć. 

Przez całą noc siedziała w ciemnościach z szeroko otwartymi oczami i czekała. 

Teraz  okno  w  salonie  było  szczelnie  zamknięte,  lecz  następnego  dnia  Madame,  która 

została sama w pustym mieszkaniu, zabrała się do siatek w sypialni. Jedna z nich była nowa i nic 

nie dało się zrobić, ale druga  przerdzewiała  już nieco i wkrótce  kotka przeciskała  się  już  przez 

szparę, która pod jej naporem wciąż się poszerzała. 

Znalazłszy się na gzymsie, ominęła ostrożnie potłuczone szkło, zbliżając się do miejsca, 

gdzie  zniknął  Thapthim.  I  oto  wszystko  się  powtórzyło.  Pojawił  się  on  -  ten  gruby  człowiek  - 

trzymając w ręce spodeczek. 

- Kici, kici, tutaj. 

Madame Phloi przycupnęła, a następnie cofnęła się nieco. 

- Dać kici mleczka? - znów ten sam obrzydły falset, ale tym razem nie uciekła do domu. 

Siedziała  bez  ruchu  na  gzymsie,  kilkanaście  centymetrów  poza  jego  zasięgiem.  -  Kici,  kici. 

Dobry kotek. 

Madame  Phloi  podpełzła  bardzo  ostrożnie  ku  spodkowi  w  wyciągniętej  ręce,  a  grubas 

ukradkiem wykonywał jakieś manewry drugą ręką. 

Madame  cofnęła  się  ukośnie  -  trochę  w  stronę  domu,  a  trochę  zbliżając  się  do  skraju 

przepaści. 

- Kici, kici. Dobry  kotek - nawoływał  grubas, wychylając  się  nieco bardziej  z okna, ale 

background image

pod nosem powtarzał też: - Fałszywy zwierzak! Dorwę cię, choćby nie wiem co. Zachciało ci się 

mojej papużki, co? 

Madame  Phloi  wszystkimi  zmysłami  wyczuwała  niebezpieczeństwo.  Położyła  uszy  po 

sobie, jej wąsy nastroszyły się, a biały brzuszek przywarł do powierzchni gzymsu. 

Zbliżyła się jednak nieco, a gruby mężczyzna próbował złapać ją ręką. Szybko cofnęła się 

o  krok,  wpatrując  się  bez  mrugnięcia  oczu  w  jego  twarz  ociekającą  potem.  Zauważyła,  że 

odstawił spodek na bok i wystawił nieco więcej tłustego brzucha za okno. 

Znów  podeszła,  znalazła  się  niemal  w  zasięgu  jego  palców,  a  on  gwałtownym  ruchem 

wyciągnął po nią oba potężne ramiona. 

-  Tym  razem  cię  dorwę,  śmierdzielu  -  warknął  pod  nosem  i  opierając  jedno  z  kolan  o 

parapet,  rzucił  się  na  Madame  Phloi.  Gdy  wymknęła  się  mu  między  palcami,  wylądował  na 

gzymsie całym swym ciężarem. 

Zmurszała  konstrukcja  nie  wytrzymała,  kawałek  gzymsu  zapadł  się  pod  nim.  Grubas 

wrzasnął, usiłując chwycić się powietrza, a w tej samej chwili kremowopłowa błyskawica znikła 

z pola widzenia. 

Tłuścioch nie spadał w milczeniu. 

A Madame Phloi? Kiedy kobieta i mężczyzna wrócili do domu, zastali ją zgiętą we dwoje 

pośrodku  plamy  słońca  na  jej  dywanie  w  salonie.  Zajęta  była  dokonywaniem  toalety  swego 

pięknego, brązowego ogona. 

 

14 Noworoczna tragedia   

-  Opowiadanie  Noworoczna  tragedia  zostało  po  raz  pierwszy  opublikowane  w  „EHery 

Queens Mystery Magazine” w marcu 1968 roku. 

1 stycznia 

Kochany  Tomku, oto zaczął się kolejny  nowy rok.  Modlę  się  i mam nadzieję,  że wojna 

wkrótce się skończy, a Ty otrzymasz przydział bliżej domu. Myślę o Tobie bez przerwy. 

Jest godzina czwarta nad ranem i pewnie powiesz, że.to dziwna pora na pisanie listów, ale 

jestem  taka  zdenerwowana.  Kochany  synku,  dopiero  co  pod  naszym  domem  wydarzył  się 

okropny  wypadek.  Jestem  w  domu  sama  -  Jim  jest  w  pracy  -  a  ja  muszę  komuś  o  tym 

opowiedzieć. 

background image

Jim ma dzisiaj specjalny dyżur nocny właśnie z powodu Nowego Roku, więc do północy 

czytałam  sobie  na  sofie  jakiś  kryminał,  a  gdy  wybiła  dwunasta,  otworzyłam  okno,  żeby 

posłuchać trąbienia klaksonów  i bicia w  dzwony.  (Przepraszam  za ten gryzmoł.  Na  stole siedzi 

kot,  który  przygląda  się,  jak  piszę,  i  właśnie  potrącił  łapką  mój  długopis.  Taki  bezdomny 

dacho-wiec, którego przygarnęłam). 

O  północy  cała  okolica  wyglądała  jak  choinka  w  Boże  Narodzenie:  zielone  światła  na 

stacji  benzynowej,  czerwony  neon  na  „Wallys  Tavern”,  migające  światła  na  skrzyżowaniach. 

Samochody  jechały  powoli,  bo  najpierw  padała  zamarzająca  mżawka,  a  potem  śnieg,  a  ja 

odmówiłam krótką modlitwę, prosząc Pana Boga, żeby Jim wrócił bezpiecznie do domu. 

Potem  włożyłam  na  siebie  ten  śliczny  ciepły  szlafrok,  który  dostałam  od  Ciebie  na 

Gwiazdkę, i zdrzemnęłam się na sofie, bo obiecałam, że będę na niego czekać. Od czasu do czasu 

budziły mnie syreny - policyjne, pogotowia, strażackie - a potem znów zapadałam w drzemkę. 

Nagle  całkowicie rozbudził  mnie bardzo głośny  hałas.  Bum-bum  - i jeszcze  głośniejszy 

trzask,  a  potem  dźwięk  tłuczonego  szkła.  Coś  się  stało  za  domem,  bo  stamtąd  dobiegły  te 

odgłosy.  Pobiegłam  do  okna  w  kuchni  i  wyjrzałam.  Zobaczyłam  czarny  samochód,  który 

najwyraźniej  wjechał  na  chodnik  i  uderzył  w  ścianę  tego  starego  magazynu.  Drzwi  po  obu 

stronach  były  otwarte,  wewnątrz  paliło  się  światło,  a  z  fotela  kierowcy  zwisał  jakiś  kształt,  z 

głową na śniegu. Nawet nie mogłam stwierdzić, czy to mężczyzna, czy kobieta. 

Byłam  wstrząśnięta,  ale  miałam  jednak  dość  przytomności  umysłu,  żeby  zadzwonić  po 

policję.  Kiedy  znów  podeszłam  do  okna,  na  ulicy  panował  absolutny  spokój,  jak  w  kostnicy. 

Żadnych samochodów, nikt nie podbiegł do rozbitego wozu. W oknach wszystkich domów było 

ciemno. A tam w dole ktoś leżał samotnie i umierał albo już nie żył. 

Pomyślałam o Tobie, Tomku, i  o tym,  co bym czuła, gdybyś był  ranny  i  samotny, i  nie 

mogłam  powstrzymać  łez.  Postanowiłam,  że  muszę  zejść  na  dół.  Złapałam  kurtkę  myśliwską 

Jima i zbiegłam trzy piętra po schodach, bo nie chciałam czekać na windę, a potem przez tylne 

wyjście, tani gdzie stoją kubły na śmieci, wybiegłam na ulicę. 

To był młody mężczyzna mniej więcej w Twoim wieku i myślałam, że serce mi pęknie. 

Miał zakrwawioną  głowę,  plamy  krwi  były też na śniegu. Od  razu wiedziałam, że  już nie żyje. 

Ale nie mogłam go zostawić samego, więc zaczęłam się modlić, dopóki nie zobaczyłam świateł 

radiowozu skręcającego w tę uliczkę. 

Wtedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  stoję  w  śniegu,  a  mam  na  sobie  kapcie,  szlafrok  i 

background image

myśliwską  kurtkę,  więc  pobiegłam  z  powrotem  do  budynku  i  patrzyłam,  co  działo  się  dalej, 

ukryta w cieniu bramy. 

Z radiowozu wyskoczył policjant i zawołał do swojego kolegi: 

- Wezwij ludzi z kostnicy. Temu gościowi już nic nie pomoże! 

I właśnie wtedy zobaczyłam, że w ciemnościach coś się porusza. Z początku pomyślałam, 

że to jakiś okropny szczur, bo jest ich sporo w tej okolicy.  A potem z cienia wyłonił się czarny 

kot  i  podszedł  prosto  do  mnie,  wyciągając  łapkę.  Zrozumiałam,  że  chce,  żeby  go  zabrać  ze 

śniegu. Wzięłam go na ręce - sam zresztą wiesz, jak bardzo lubię koty - a łapki miał po prostu 

lodowate. Ja też już się trzęsłam, więc pojechaliśmy oboje na górę, żeby się ogrzać. 

Patrzyłam przez okno, jak zabierają ciało, i nie mogłam nie myśleć o jego biednej matce i 

o  tym,  jak  policjanci  zastukają  do  jej  drzwi,  a  potem  zawiozą  ją  do  kostnicy.  Chciałabym 

wiedzieć, kim był. Może napiszą o tym w gazecie. 

Chciałabym, żeby Jim już wrócił. A ten kot siedzi na stole, wpatruje się we mnie i rzuca 

cień na papier, tak że nie widzę, co piszę. Jest bardzo smukły i czarny, z żółtymi oczami. Musi 

należeć do kogoś w tym domu, ale póki co najwyraźniej nie ma zamiaru sobie pójść. 

Wciąż  myślę  o  tym  młodym  człowieku,  który  pewnie  wypił  za  dużo  podczas 

noworocznego przyjęcia. Może nawet mieszkał w tym budynku i właśnie wracał do domu? Nie 

znam żadnego z naszych sąsiadów. Jim twierdzi,  że to same szumowiny i lepiej trzymać się od 

nich z daleka. Rzeczywiście to nie jest najlepsza dzielnica, ale mieszkanie jest bardzo porządne i 

Jim ma blisko do komisariatu. 

W przyszłym roku pójdzie na emeryturę, a wtedy kupimy sobie mały domek w Northport 

i tam się przeprowadzimy. Swoją drogą, nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś wyjdę za 

mąż - i to za policyjnego detektywa! Pamiętasz, jak Ty i ja, kiedy jeszcze mieszkaliśmy właśnie 

w Northport, zaczytywaliśmy się przygodami Herkulesa Poirot czy inspektora Maigreta? 

Słyszę, że Jim już wraca. Dokończę później. 

1 stycznia, po południu 

Wracam do mojego listu... Jim postanowił się zdrzemnąć. Opowiedziałam mu o wypadku, 

na co stwierdził: 

- Kolejny pijak! Ludzie sami się proszą o nieszczęście. 

Nie  opowiedziałam  mu,  że  zeszłam  na  dół  w  szlafroku  i  kapciach,  więc  trochę  się 

plątałam, gdy chciał wiedzieć, skąd wziął się kot. Siedzi tu dalej i chodzi za mną jak cień. 

background image

Właśnie podali przez radio, kto to był! Pierwsza ofiara wypadku drogowego w tym roku: 

Wallace Sloan, dwadzieścia pięć  lat,  zamieszkały  pod numerem  18309  w Hamilton.  Samochód 

uderzył w dwa słupki, a następnie rozbił się o ceglany budynek. 

Wrak został już odholowany, a teraz pojawiła się ekipa, która naprawia słupki. Spytałam 

dozorcę, czy ktoś nie szuka czarnego kota, ale nie, o niczym nie wiedział. 

Kochany synku, uważaj na siebie. Modlimy się, żebyś jak najprędzej wrócił do domu. 

Twoja kochająca matka 

4 stycznia Kochany Tomku, bardzo się cieszę, że ciasto się nie pokruszyło w drodze. Czy 

karmią tam Was przyzwoicie? Czy dostałeś mój list, w którym pisałam o wypadku? Teraz wiem 

już trochę więcej: kiedy Jim usłyszał nazwisko tamtego biedaka, powiedział: 

- To ten młody facet, który był właścicielem „Wally’s Tavern”. Straszna speluna. 

Potem w poniedziałkowej gazecie przeczytałam nekrolog. Wallace Sloan pozostawił żonę 

i czwórkę dzieci! A był jeszcze taki młody! Od razu pomyślałam o jego rodzinie. Wiem dobrze, 

co  to  znaczy  być  wdową  z  małym  dzieckiem.  A  co  dopiero,  kiedy  jest  ich  czworo!  Biedna 

kobieta! 

Tomku,  pewnie powiesz,  że dziwnie  się  zachowuję, ale - poszłam na  jego pogrzeb.  Jim 

myślał,  że  wybrałam  się do  centrum  po  zakupy,  bo  rozpoczęły się  styczniowe  wyprzedaże. To 

była  strasznie  smutna  ceremonia,  bardzo  przygnębiająca,  bo  prawie  nie  było  żałobników,  a 

wdowa  wyglądała,  jakby sama była jeszcze dzieckiem.  Gdy  wyszliśmy  z  domu pogrzebowego, 

nawiązałam rozmowę z sąsiadką państwa Sloan. Powiedziała mi: 

- Ludzie mysią, że Wally był pijany, jak to wszyscy w Nowy Rok, ale coś pani powiem: 

on  nigdy  nie  tknął  ani  kropli  alkoholu.  Ciężko  pracował,  dniami  i  nocami.  Pewnie  nie  mógł 

inaczej,  w  końcu  czworo  dzieciaków...  i  piąte  w  drodze.  Przypuszczam,  że  był  śmiertelnie 

zmęczony i po prostu zasnął za kierownicą. 

Dziwna sprawa! Bo widzisz, Tomku, jechał w kierunku wschodnim, najwyraźniej z tego 

dużego parkingu za stacją benzynową, gdzie zostawiają swoje samochody klienci baru. Jeżeli nie 

był  pijany,  to  jak  mógł  zasnąć,  ujechawszy  zaledwie  kilkadziesiąt  metrów?  W  dodatku  na  tej 

ulicy? Przecież tu jest tyle dziur w asfalcie i wybojów! 

Właściwie  nie  wiem,  dlaczego  tak  zajęła  mnie  ta  historia.  Pewnie  czytam  zbyt  wiele 

kryminałów.  A Ty, Tomku,  czy masz  czas na lekturę?  Może chcesz,  żebym  Ci wysłała  coś do 

czytania? 

background image

Tak więc nie bardzo wiem dlaczego, ale zaczęłam się rozpytywać w sklepiku i teraz wiem 

na  pewno dwie  rzeczy.  Po  pierwsze,  Wally  Sloan  zawsze  parkował  za  stacją  benzynową,  a  po 

drugie, nigdy nie pił. 

Kot nadal u nas mieszka i chodzi za mną krok w krok. Pewnie jednak nie ma właściciela. 

Nazwałam  go  Cień.  Kupiłam  trochę  karmy  i  urządziłam  mu  toaletkę.  Wcale  nie  chce  nigdzie 

wychodzić, tylko trzyma się ciągle blisko mnie. Naprawdę, bardzo miły kotek. 

Muszę  już  nakryć  do  stołu.  Jim  teraz  pracuje  w  dzień.  Na  kolację  będziemy  mieli 

klopsiki, takie jak lubisz. Wkrótce znów napiszę. 

Ucałowania od mamy 

5 stycznia 

Kochany Tomku, słuchałam dziś wiadomości i dziękowałam Bogu, że jesteś w obsłudze 

naziemnej.  Czy  u  Ciebie  wszystko  w  porządku?  Czy  potrzebujesz  czegoś,  co  mogłabym  Ci 

wysłać? 

Muszę  opowiedzieć  Ci  najnowsze  wieści!  Dzisiaj  odwiedziłam  żonę  Wally’ego  Sloana. 

Opowiedziałam jej zmyśloną historyjkę, że niby poznałam Wally’ego w jego lokalu. Zaniosłam 

jej domowe ciasto owocowe i duży słoik moich konfitur z truskawek, a ona o mało nie zemdlała. 

Chyba ludzie z miasta nie są przyzwyczajeni do czegoś takiego. Nie to co w Northport. 

Pomyślałam sobie, że może będzie to dla niej jakąś pociechą, że ktoś czuwał przy nim w 

tę noc, kiedy zdarzył się wypadek. Kiedy opowiedziałam jej, jak się za niego modliłam, uścisnęła 

moją dłoń, a potem wybiegła z płaczem do sypialni. 

Mają ładny dom. Była tam też jej matka, więc spytałam ją: 

-  Sądzi  pani,  że  córka  jakoś  sobie  poradzi?  -  bo  wiesz,  myślałam  o  tych  czterech 

maleństwach. 

- Pewnie, że da sobie radę - odpowiedziała matka; była jakaś taka oschła i rozgniewana. - 

Poradzi sobie, ale nie dzięki niemu! Nie zostawił nic prócz długów. 

- Jaka szkoda - powiedziałam. - Przecież Wally tak ciężko pracował. 

Obruszyła się. 

- Akurat. Prowadził bar, ale co to za praca? Mógł dostać porządną posadę w centrum, ale 

wolał zadawać się z hołotą i spędzać całe dnie na wyścigach. 

Ha, drogi Watsonie! To coś nowego. Wiemy już, że Wally był hazardzistą! Po powrocie 

do domu postanowiłam opracować plan działania. Kot ciągle kręcił się przy mnie, wtykając swój 

background image

nosek we wszystko, co próbowałam robić. Powiedziałam więc do niego: 

-  Cieniu,  co  zrobiłaby  na  moim  miejscu  panna  Marple?  A  jak  postąpiłaby  Hildegarde 

Withers? 

Cień  zawsze  spogląda  na  mnie  tak,  jakby  wiedział,  o  czym  mówię  -  albo  jakby  sam 

próbował mi coś powiedzieć. 

Po kolacji Jim poszedł na spotkanie swojego klubu, a ja przeszłam się po domu, od drzwi 

do drzwi. Pod numerem 408 otworzył mi jakiś starszy pan. Spytałam: 

-  Przepraszam  najmocniej,  jestem  sąsiadką  spod numeru  410.  W  Nowy  Rok  przybłąkał 

się do mnie kot, a ktoś powiedział, że to może pański. Jest czarny. 

- Nasz kot to rudzielec - oświadczył - i wygrzewa się właśnie na kaloryferze. 

Zadzwoniłam do około dwudziestu mieszkań. Niektórzy sąsiedzi od razu mówili „nie” i 

zatrzaskiwali  mi  drzwi  przed  nosem,  ale  większość z  nich  była  bardzo  sympatyczna.  Najpierw 

zamienialiśmy  parę słów o  kotach,  a  potem  wspominałam  mimochodem o  wypadku. Niektórzy 

znali Wally’ego, bo chodzili do jego baru. 

Pod  numerem  503  powitała  mnie  jakaś  kobieta  w  średnim  wieku,  która  wyglądała  jak 

prawdziwa... jak by to powiedzieć... zdzira? Zaprosiła mnie na drinka. Gdyby Jim się dowiedział, 

że  przyjęłam  jej  zaproszenie,  chyba dostałby  zawału,  no  ale  nic  mu  nie powiedziałam.  Zresztą 

wypiłam tylko małe piwo. A oto co usłyszałam: 

-  Teraz  ta  cholerna  knajpa  jest  zamknięta  i  człowiek  musi  chlać  w  domu.  Co  to  za 

przyjemność, ja się pytam? 

Miała szkliste oczy i włosy w nieładzie. 

- Szkoda faceta - dodała. - Z Wally’ego był miły gość. Chojny. A takich lubię. 

- Czyli z tego wynika, że jego bar przynosił znaczne dochody - zauważyłam. 

Uśmiechnęła się do mnie (a ma okropne zęby!): 

- Pani chyba żartuje. Wally dorabiał sobie na boku, jak każdy, nie? 

Wspomniałam, że o ile wiem, grał na wyścigach. 

- Grał? Gdzie tam, do diabła. Przyjmował zakłady i z tego miał forsę! Gdyby się wydało, 

straciłby licencję na wyszynk, więc raczej się z tym krył. Gus robił za jego pośrednika. 

- Gus? 

- No, wie pani, Gus. Ten mechanik ze stacji benzynowej. Zbierał zakłady dla Wally’ego. 

W  sylwestra  była  niezła  zadyma  w  barze.  Gus  zwlekał  z  wypłatą,  a  tamten  facet  próbował 

background image

odebrać swoją forsę na siłę. 

- Ale nikomu nic się nie stało? 

-  Nie,  tylko  Gus  ma  podbite  limo.  Wally  wywalił  ich  obu  z  knajpy.  Trudno  mieć 

Lany’emu za złe, bo postawił pięć stówek, a jego koń wygrał, dwadzieścia do jednego. 

- Larry? Kto to taki? 

- No zna pani Larry’ego, to ten z trzeciego piętra. Robi za pielęgniarza w szpitalu. Kawał 

chłopa. Jakby chciał, toby starł Gusa na miazgę. 

Rzecz jasna zeszłam od razu na dół i sprawdziłam skrzynki pocztowe. Pod numerem 311 

mieszka L. Marcus. Wróciłam na górę i zadzwoniłam do jego drzwi, ale nie było go w domu. 

Ciekawa  jestem,  dlaczego  Gus  zwlekał z wypłatą. Dwadzieścia  do jednego!  Przecież  to 

daje  dziesięć  tysięcy,  prawda?  Jak  myślisz,  czy  wypadek  Wallyego  był  jakoś  związany  z  tym 

zakładem? 

Napiszę Ci, jeżeli dowiem się czegoś więcej. 

Twoja kochająca mama 

PS. Dzisiaj jest piątek. Wczoraj nie miałam kiedy wysłać tego listu do Ciebie. A dziś rano 

głaskałam  Cienia  i  rozmyślałam  o  tym  wypadku.  Pamiętałam  wszystko  wyraźnie,  ze 

szczegółami.  Czarno-biała  scena,  jak  w  starym  filmie.  Czarna  krew  na  białym  śniegu,  czarna 

ściana magazynu - zaparkowane w pobliżu samochody przykryte białym śniegiem - czarne ślady 

opon  tam,  gdzie  samochód  Wallyego  wjechał  na  chodnik  -  dwa  przewrócone  słupki,  czarne  - 

nawet kot był czarny. 

A potem przypomniałam sobie coś, co dotyczyło samochodu Wally’ego. Był cały czarny! 

A przecież jeżeli stał na otwartym parkingu, to na masce i na dachu powinien być śnieg, prawda? 

A był mróz i padało bez przerwy przez cały wieczór. Trochę śniegu musiałoby zostać, nawet po 

tym zderzeniu. 

Tomku,  czy  pamiętasz  wypadek  wujka  Roya  trzy  lata  temu?  Pamiętasz,  co  było 

przyczyną? Otóż to nasunęło mi pewien pomysł, więc wybrałam się na stację benzynową, żeby 

porozmawiać  z  Gusem.  Jim  pojechał  dziś  do  pracy  razem  ze  swoim  partnerem,  więc 

wyprowadziłam  samochód  z  garażu  i  powiedziałam  Gusowi,  że  pasek  klinowy  wydaje  jakieś 

dziwne dźwięki (oczywiście to nieprawda). A potem zaczęłam mówić o wypadku. 

- Wszyscy wiemy, że Wally nie pił. Może coś było nie tak z jego samochodem? 

- Owszem - przyznał Gus. - Mówił mi, że ma luzy w kierownicy. Na to ja, żeby zostawił 

background image

wóz na parkingu  i  dał  mi  kluczyki, a ja  zajmę się tym  w poniedziałek.  Ale wychodzi na  to, że 

postanowił jednak pojechać nim do domu, kretyn! Przecież dalibyśmy mu jakąś zastępczą brykę. 

Potem  spytałam  go,  czy  nie  wie  czegoś  o  czarnym  kocie,  bo  zaraz  po  wypadku  taki 

właśnie się do mnie przybłąkał. Na to odpowiedział: 

-  Dzieciaki  Wally’ego  mają  czarnego  kota.  Wally  czasami  zabierał  go  do  baru,  kiedy 

szczury zanadto się rozpleniły. 

- A czy w sylwestra kot był w barze? 

- Nie wiem - odparł. - Nie było mnie tam. A jednak miał wyraźnie podbite oko! 

- Ojej - powiedziałam. - Coś się panu stało w oko. 

- Nic takiego - odrzekł. - Grałem w hokeja na lodzie. Na razie to tyle, Tomku. Napiszę, 

kiedy będę mogła. Wciąż czytam Twoje listy, od nowa i od nowa. 

Twoja mama 

9 stycznia 

Kochany  Tomku,  tylko  kilka  słów,  żeby  Ci  napisać,  że  moje  podejrzenia  okazały  się 

słuszne! W piątek wieczorem po kolacji powiedziałam do Jima: 

- Kochanie, czy wierzysz w Opatrzność? Kiedy zginął Wally Sloan, Opatrzność sprawiła, 

że  przez  okno  wyjrzała  żona  detektywa,  wścibska  starsza  pani,  która  lubi czytać  kryminały  -  i 

dodałam:  -  Mam  wrażenie,  że  Wally  Sloan  został  zamordowany.  Chyba  mechanik  z  warsztatu 

poluzował coś przy kierownicy jego samochodu, tak że Wally stracił panowanie nad wozem, gdy 

wjechał na pierwsze wyboje. Znasz Gusa ze stacji benzynowej? Policja powinna go przesłuchać. 

Poza tym kobieta spod numeru 503 może coś wiedzieć. Aha, i pielęgniarz spod 311. 

Tomku, szkoda, że nie mogłeś widzieć miny, jaką zrobił Jim. 

To było w piątek. Dzisiaj ludzie z wydziału zabójstw wiedzą już wszystko. Gus przegrał 

pięćset dolarów Larry’ego w kości, w ogóle nie obstawił tamtego konia! A potem próbował się 

wykpić,  zwalając  wszystko  na  Wally’ego.  Żeby  sprawa  się  nie  wydała,  uszkodził  samochód, 

powodując śmiertelny wypadek. 

Na  tym  samochodzie  nie  było  śniegu,  więc  byłam  pewna,  że  był  pod  dachem  w 

warsztacie,  no  i  jakoś  przyszło  mi  do  głowy,  że  to  pewnie  Gus  przy  nim  majstrował.  Jim  jest 

teraz ze mnie bardzo dumny, a mam nadzieję, że Ty również, Tomku, mój kochany. 

Ucałowania od mamy 

PS. Zapomniałam Ci powiedzieć. W piątek wieczorem Cień zniknął. Jakimś tajemniczym 

background image

sposobem  wydostał  się  z  mieszkania  i  od  tego  czasu  już  go  nie  widzieliśmy.  Zupełnie  jakby 

chciał mi coś powiedzieć, a kiedy prawda wyszła na jaw, uznał swoje zadanie za spełnione. Jaka 

szkoda. To był taki miły kotek. Bardzo go polubiłam. 

 

background image

 

Spis treści 

 

1 Kot, który wiedział- ..................................................................................................................... 2 

2 Noc wielkiej kałuży ................................................................................................................... 11 

3 Fenomenalna koteczka............................................................................................................... 20 

4 Bohater z ulicy Drummond ....................................................................................................... 27 

5 Szalony myszołowca z muzeum ............................................................................................... 33 

6 Kot, który chadzał nad przepaścią ............................................................................................ 42 

7 Kochankowie z Kanionu ........................................................................................................... 50 

8 Tipsy kontra inspekcja ............................................................................................................... 59 

9 Kot zwany Sumieniem ............................................................................................................... 67 

10 SuSu i duch ............................................................................................................................... 74 

11 Stach i Strach ............................................................................................................................ 85 

12 Kot, który miał za długie wąsy ............................................................................................... 94 

13 Grzech Madame Phloi- .......................................................................................................... 108 

14 Noworoczna tragedia ............................................................................................................. 117