background image
background image

 

 
 
 
 
           Tytuł oryginału: The Children's Doctor's Special Proposal 

 
 
 
 

   KATE  HARDY 

   MIŁOSNA TERAPIA 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
- Witamy w domu. - Lynne powitała Katrinę szerokim uśmiechem. - Jak 

było we Włoszech? 

-  Cudownie.  Włochy  pod  koniec  września  są  po  prostu  doskonałe.  To 

moje nowe najulubieńsze miejsce na świecie. Pompeje były olśniewające. I 
Błękitna  Grota!  I...  -  Roześmiała  się.  -  Ale  przecież  ty  nie  o  to  pytasz, 
prawda?  Tak,  przywiozłam  wam  włoskie  ciastka.  Naprawdę  pyszne.  - 
Pomachała trzymaną w ręce torebką. 

-  Całe  szczęście.  -  Lynne  poklepała  ją  po  ramieniu.  -  Właśnie  to 

chcieliśmy usłyszeć. Ale cieszę się, że wakacje się udały. 

- Jak radzi sobie Sadie? - zapytała Katrina, rozkładając ciastka na talerzu 

w kuchni i przyklejając do nich karteczkę zachęcającą do częstowania się. 

-  Dobrze.  Ale  tęskni  za  twoimi  opowieściami  i  cały  czas  pyta,  kiedy 

wraca doktor Rina. 

- Moje słoneczko. - Sadie, dwulatka z dysplazją stawu biodrowego, była 

ulubienicą Katriny. Po operacji musiała leżeć z nóżką na wyciągu, a mimo 
tego nigdy nie marudziła i zawsze witała personel medyczny z uśmiechem. 
- Zaraz do niej pójdę, zdążę przed obchodem. - Katrina włączyła czajnik i 
uderzyła  ręką  w  czoło.  -  Prawie  zapomniałam.  Nasz  nowy  konsultant.  - 
Wiedziała, że zaczął pracę dzień po jej wyjeździe na urlop, dlatego jeszcze 
go nie poznała. - Jaki on jest? 

Lynne pokiwała głową z jawną aprobatą. 
-  Po  prostu  boski.  A  jego  głos...  W  chwili,  w  której  go  usłyszysz, 

zapragniesz, aby już do końca życia szeptał ci do ucha czułe głupstwa. 

- Tyle że jest zajęty, bo tak jak ty, zakochał się jeszcze jako nastolatek? 
-  Właściwie  nikt  tego  nie  wie,  ale  moim  zdaniem  nie.  Świetnie  radzi 

sobie z dziećmi, jest uprzejmy dla rodziców i personelu, ale co go kręci? - 
Lynne  potrząsnęła  z  żalem  głową.  -  Nikt  nie  ma  pojęcia.  Dotychczas 
odmówił każdemu, kto chciał go zaprosić na integracyjne piwo. 

- Ale nie jest jednym z tych, co to spędzają tu minimum swojego cennego 

czasu, a resztę poświęcają prywatnej praktyce? 

Lynne potrząsnęła głową. 
-  Właśnie  nie.  Co  więcej,  ciągle  zostaje  po  godzinach.  A  jeśli  nawet 

wychodzi wcześniej, potem dzwoni albo wpada na chwilę, aby na przykład 
sprawdzić wyniki badań. 

background image

Czyli  pracoholik,  pomyślała  Katrina.  W  porządku,  dopóki  nie  oczekuje, 

że inni pójdą w jego ślady, bo to może nie spodobać się lekarzom, którzy 
mają rodziny. 

- A jaki jest we współpracy? - zapytała na głos. 
-  Szybki,  działa  intuicyjnie,  a  co  do  reszty...  Cóż,  zaraz  sama  się 

przekonasz.  Właśnie  wszedł.  -  Lynne  spojrzała  w  kierunku  drzwi.  -  Dzień 
dobry, panie doktorze. 

- Rhys - poprawił ją z uśmiechem. Co to był za uśmiech... 
Lynne  ma  rację,  pomyślała  Katrina.  Rhys  Morgan  jest  absolutnie  boski. 

Wysoki,  ciemnowłosy,  z  niebieskimi  oczami.  A  z  takim  nazwiskiem  musi 
mówić z melodyjnym walijskim akcentem. Niewiarygodnie seksownym. 

I te zmysłowe usta... 
Odepchnęła  od  siebie  te  myśli.  Rhys  Morgan  jest  jej  nowym  kolegą,  a 

ona  nie  umawia  się  ze  współpracownikami.  Nie  po  historii  z  Pete'em.  Nie 
popełni drugi raz tego samego błędu. 

- Dzień dobry, Lynne - powiedział. 
-  Rhys,  to  jest  Katrina  Gregory,  nasz  starszy  stażysta.  -  Pielęgniarka 

przedstawiła  ich  sobie  szybko.  -  Kat,  to  Rhys  Morgan,  nasz  nowy 
konsultant. 

- Cześć, Rhys. Miło cię poznać - powiedziała Katrina i wyciągnęła rękę. 
Gdy  ją  uścisnął,  Katrina  ze  zdumieniem  odkryła,  że  przeszył  ją  dreszcz. 

Jego  także,  jeśli  sądzić  po  tym,  jak  rozszerzyły  się  jego  oczy.  Ale  szybko 
odzyskał nad sobą kontrolę i uśmiechnął się do niej uprzejmie, jednocześnie 
puszczając jej dłoń. 

- Cześć, Katrina. 
- Właśnie nastawiłyśmy wodę, a obchód zaczyna się dopiero za dziesięć 

minut. Napijesz się kawy? 

- Z chęcią. Poproszę czarną, bez cukru. 
Wsypała kawę rozpuszczalną do trzech kubków, dodając cukru dla Lynne 

i  mleka  dla  siebie,  a  następnie  napełniła  je  wrzątkiem  i  jeden  podała 
Rhysowi. 

-  Częstuj  się  ciastkami,  dopóki  masz  okazję.  Gdy  tylko  wiadomość  się 

rozniesie,  wszystkie  znikną.  -  Spojrzała  na  zegarek.  -  Przepraszam  was  na 
chwilę, pójdę zajrzeć do Sadie. Powiem jej, że wróciłam. 

- Sadie? To ta mała dziewczynka z dysplazją? - zapytał. 
Katrina przytaknęła. 
- Lynne twierdzi, że bardzo tęskni za moimi historyjkami. 

2

RS

background image

Skrzywił się z dezaprobatą. 
-  Jako  lekarz  powinnaś  umieć  zachować  dystans.  Nie  angażuj  się  w 

emocjonalne związki z pacjentami. 

-  Nie  sądzę,  aby  opowiadanie  bajek  małej  dziewczynce  przykutej  do 

łóżka można było nazwać związkiem emocjonalnym. - A zresztą, za kogo 
on  się  uważa,  by  ją  upominać?  Może  i  jest  konsultantem,  w  zasadzie  jej 
przełożonym,  ale  to  nie  znaczy,  że  może  jej  dyktować,  jak  ma  wypełniać 
swoje  obowiązki.  Wiedziała  z  doświadczenia,  że  poświęcanie  odrobiny 
uwagi małym pacjentom często działa cuda: pozwala im się zadomowić, a 
wierzyła,  że  wszystko,  co  czyni  szpital  mniej  przerażającym,  pomaga  w 
leczeniu.  -  Lubię  swoją  pracę  i  nie  zamierzam  przepraszać  za  to,  że  chcę 
poświęcić  pięć  minut  swojego  prywatnego  czasu  na  to,  żeby  nieco 
rozweselić dziecko. A teraz przepraszam - powiedziała chłodno. - Wrócę na 
obchód. 

Gdy  Katrina  weszła  do  sali,  zachwycony  uśmiech  Sadie  natychmiast 

rozproszył  wszystkie  mieszane  uczucia,  z  którymi  powitała  w  szpitalu 
Rhysa Morgana. 

- Doktor Rina! 
-  Tęskniłaś  za  mną,  króliczku?  -  Katrina  usiadła  na  krześle  przy  łóżku  i 

zmierzwiła dziewczynce włosy. 

- Bajka? - rzekła Sadie. 
-  Później.  Jak  zjesz  lunch,  a  ja  będę  miała  przerwę  -  obiecała  Katrina.  - 

Cześć,  Jo  -  powiedziała,  odwracając  się  do  mamy  Sadie.  -  Za  pięć  minut 
jest obchód, ale najpierw chciałam was zobaczyć. Jak się macie? 

- Doktor Morgan mówi, że Sadie dobrze sobie radzi. 
Mam nadzieję, że pod koniec tygodnia nas wypiszą. Oczywiście, bardzo 

nam się tu podoba, ale... 

- Nie ma to jak dom - dokończyła Katrina ze zrozumieniem. 
- Jak twoje wakacje? - zapytała Jo. 
- Wspaniałe. Wpadnę do was później. A dzisiejsza historia, panno Sadie - 

dodała,  uśmiechając  się  do  dziewczynki  -  będzie  o  księżniczce.  Na 
wakacjach widziałam magiczną jaskinię, taką, w której księżniczka poznała 
kiedyś księcia z podmorskiej krainy. 

- Syrenki - powiedziała radośnie Sadie. 
- Coś w tym rodzaju. Do zobaczenia. 
Podczas  obchodu  Katrina  zauważyła,  że  Rhys  jest  dokładnie  taki,  jak 

opisała  go  Lynne.  Sympatyczny  dla  dzieci,  uprzejmy  dla  rodziców  i 

3

RS

background image

cierpliwy  na  tyle,  aby  odpowiedzieć  na  każde  zadane  mu  pytanie  i 
szczegółowo  objaśniać  bardziej  zawiłe  procedury.  Zawodowo  nie  mogła 
mu  nic  zarzucić.  Ale  przeszkadzała  jej  jego  rezerwa.  Rodzaj  niewidzialnej 
ściany.  Tak  jak  Lynne,  Katrina  nie  potrafiła  powiedzieć,  jaki  Rhys  jest 
naprawdę. 

Wkrótce  przestała  o  nim  myśleć  i  skupiła  się  na  pacjentach  przychodni 

pediatrycznej,  których  przyjmowała  cały  ranek.  Na  lunch  umówiła  się  z 
kuzynką. 

-  Witaj  w  domu,  kochanie.  -  Madison  uścisnęła  ją.  -  Wyglądasz 

cudownie.  Chociaż  nadal  twierdzę,  że  samotna  wędrówka  po  wybrzeżu 
Amalfi to czyste szaleństwo. 

- Zobaczyłam dzięki temu o wiele więcej, niż gdybym tkwiła cały czas na 

plaży - zauważyła Katrina. 

-  A  spotkałaś  może  podczas  swojej  wędrówki  jakiegoś  boskiego 

włoskiego księcia? 

Madison naprawdę jest niepoprawna, pomyślała Katrina. 
-  Nie,  ale  za  to  wymyśliłam  bajkę  dla  Sadie.  O  księciu  z  podmorskiej 

krainy.  -  Roześmiała  się.  -  Coś  w  sam  raz  dla  ciebie,  gdyby  nie  Theo.  - 
Urwała na chwilę. Madison zawsze była na bieżąco ze szpitalnymi plotka-
mi. Mogła  wiedzieć coś więcej o Rhysie  Morganie.  -Poznałaś już naszego 
nowego konsultanta? - zapytała. 

-  Rhysa  Morgana?  -  Madison  pokiwała  głową.  -W  zeszłym  tygodniu,  w 

czasie  trudnego  porodu,  dziecko  oczywiście  ma  się  dobrze,  zaprosiłam  go 
do teatru. Bardzo miły facet. Zna się na tym, co robi, ale nie zadziera nosa. - 
Oczy Madison rozbłysły. - Skoro o niego pytasz, Kat, czy to oznacza, że... 

-  Nie,  to  nic  nie  znaczy  -  przerwała  jej  Katrina,  zgadując,  o  co  kuzynka 

chce  zapytać.  -  Jest  sympatyczny,  to  na  pewno  dobry  lekarz,  ale  jak  dla 
mnie  zbyt  powściągliwy.  A  dziś  rano  powiedział  mi,  że  zbytnio  angażuję 
się emocjonalnie w sprawy pacjentów. 

-  Cóż,  w  tym  akurat  ma  trochę  racji.  Naprawdę  jesteś  zbyt  blisko  ze 

swoimi podopiecznymi - wytknęła jej łagodnie Madison. 

Katrina zmrużyła oczy. 
-  Kocham  moją  pracę.  Kocham  mój  oddział.  A  opowiadanie  dzieciom 

bajek dobrze na mnie wpływa. Nic nie odstresowuje lepiej niż wycieczka w 
krainę fantazji i te uśmiechnięte, wpatrzone we mnie buzie. 

- Ale mimo to zamartwiasz się nimi, gdy wracasz do domu. Nie potrafisz 

się wyłączyć. 

4

RS

background image

- Taka praca. - Katrina spojrzała na zegarek. -Uciekam. Obiecałam Sadie 

historyjkę, a nie chcę zdenerwować  nowego konsultanta, spóźniając się na 
popołudniowy obchód. 

-  Chyba  nie  najlepiej  rozpoczęliście  znajomość.  Daj  facetowi  szansę. 

Naprawdę  jest  w  porządku.  -  Madison  urwała  i  popatrzyła  na  kuzynkę  z 
troską. - Nie wszyscy mężczyźni są tacy jak Pete. Przecież wiesz. 

- Wiem, wiem. - Katrina przewróciła oczami. - Ale nie wszyscy są także 

moimi  potencjalnymi  partnerami.  Jestem  zadowolona,  ograniczając  się  do 
przyjaciół i kolegów. 

- Hm. Kiedy spotkasz tego jedynego, zmienisz zdanie. 
Katrina zmierzwiła włosy Madison. 
-  Wiem,  że  ty  już  go  znalazłaś,  ale  nie  wszystkie  mamy  tyle  szczęścia. 

Naprawdę  lubię  swoje  życie.  Kocham  pracę,  mam  wielu  przyjaciół  i 
najlepszą  rodzinę  pod  słońcem.  Nie  wspominając  o  tym,  że  za  cztery 
miesiące  zostanę  ciocią  i  matką  chrzestną  ślicznej  dziewczynki.  Nie 
potrzebuję nic więcej, Maddie. Naprawdę, dobrze jest, jak jest. 

- Skoro tak mówisz... 
-  Uhm.  -  A  fakt,  że  nie  może  wyrzucić  z  myśli  wspomnienia 

niewiarygodnie  niebieskich  oczu  Rhysa,  które  kolorem  przypominają  jej 
morze  u  wybrzeża  Amalfi,  to  tylko  niegroźne  powakacyjne  wariactwo, 
które wkrótce przejdzie. - Do zobaczenia później. 

Zdążyła jeszcze opowiedzieć Sadie bajkę o księżniczce i syrenim księciu, 

którzy spotkali się w magicznej grocie, zanim znów stanęła twarzą w twarz 
z Rhysem. 

-  Zdecydowałaś  się  przyjąć  na  oddział  dwóch  porannych  pacjentów  - 

zauważył. 

Dziś  rano  przyjmował  w  innej  poradni,  więc  jak  zdążył  to  sprawdzić? 

Może  po  prostu  rzucił  okiem  na  tablicę,  na  której  umieszczali  nazwiska 
pacjentów i przypisanych do nich pielęgniarek? 

-  Przyjęłam  Jennie  Myerson.  Jej  pediatra  przysłał  ją  do  nas,  bo  ma 

opuchniętą buzię, podniesione temperaturę i ciśnienie oraz krew w moczu. 
Narzeka na ból stawów. Nie bierze żadnych leków, nie jest to więc reakcja 
alergiczna. Dwa tygodnie temu przeszła zapalenie gardła. Chcę sprawdzić, 
czy to nie był gronkowiec, który wywołał śródmiąższowe zapalenie nerek. 

- Podałaś jej coś na ustabilizowanie ciśnienia i paracetamol - powiedział, 

studiując jej notatki. 

- Pobrałam również krew i zleciłam badanie moczu. Czy są już wyniki? 

5

RS

background image

- Według karty jeszcze nie. 
-  W  takim  razie  po  obchodzie  podejdę  do  laboratorium.  Ale  jeśli  mam 

rację  i  OB  i  mocznik  są  podwyższone,  chciałabym  zrobić  jeszcze  USG 
nerek. 

-  Myślę,  że  twoja  diagnoza  się  potwierdzi  -  oznajmił,  zaskakując  ją.  - 

Zadzwoń  do  laboratorium,  a  ja  umówię  USG.  Jeśli  badanie  krwi  wyjdzie 
tak,  jak  uważasz,  zaczniemy  podawać  penicylinę.  U  małych  pacjentów  ta 
choroba ma często ciężki przebieg. 

Przeanalizował  równie  uważnie  pozostałe  karty,  biorąc  pod  uwagę 

zapiski Katriny i obserwacje pielęgniarek. Zdecydowanie gracz zespołowy, 
pomyślała  Kat.  Słucha  innych.  To  dobrze  dla  oddziału.  Ale  dlaczego  w 
pozostałych przypadkach zachowuje dystans? 

Wspaniale  się  z  nim  współpracuje  -  działa  intuicyjnie,  szybko  stawia 

diagnozę, rozumie uczucia pacjentów i potrafi rozwiać obawy ich rodziców 
- ale mimo to nie dopuszcza do siebie nikogo. Podczas obchodu ani razu nie 
spojrzał jej w oczy. Gdyby nie poranny komentarz Lynne, pomyślałaby, że 
to  ona  stanowi  problem.  Nie  kwestionował  co  prawda  jej  umiejętności 
zawodowych,  ale  dał  jej  do  zrozumienia,  że  zbyt  emocjonalnie  traktuje 
pacjentów. 

I jeszcze ten dziwny dreszcz, który poczuła, gdy uścisnął jej dłoń i który 

on także na pewno odczuł. Może dystans to jego sposób na uświadomienie 
jej,  że  nie  zamierza  jej  podrywać?  Cóż,  w  takim  razie  w  porządku.  Ona 
przecież  także  nie  zamierzała  nic  robić  w  tym  kierunku.  Już  raz  dostała 
nauczkę  -  wiązanie  się  z  kolegami  z  pracy  to  najszybsza  droga  do 
miłosnego zawodu. Nigdy więcej. 

Później  tego  samego  popołudnia,  gdy  Rhys  przechodził  obok  świetlicy, 

usłyszał  śmiech.  Głośny  śmiech.  Jakby  wszystkie  dzieci  oglądały  razem 
jakiś program, a nie bawiły się oddzielnie, jak zazwyczaj. Nie pamiętał, aby 
ktoś  wspominał  mu"  o  zaproszeniu  gościa,  który  miałby  zapewnić  małym 
pacjentom  rozrywkę,  a  wiedział,  że  w  pokoju  nie  ma  telewizora.  Co  więc 
się tam dzieje? Zaintrygowany, zajrzał do środka. 

W  rogu  pokoju  siedziała  Katrina.  Otaczały  ją  dzieci  z  oddziału,  którym 

wolno  było  się  poruszać.  Na  początku  pomyślał,  że  czyta  im  jakąś 
książeczkę,  ale  szybko  uświadomił  sobie,  że  nie  trzyma  nic  w  rękach. 
Opowiadała  historię  z  głowy,  ilustrując  wydarzenia  za  pomocą  kilku 
pacynek. Angażowała słuchaczy w swoje opowiadanie - zadawała pytania, 

6

RS

background image

a  potem  dostosowywała  tok  wypadków  do  ich  odpowiedzi  i  namawiała 
wszystkich do wspólnego śpiewania prostych piosenek. 

Spojrzał na zegarek. Skończyła dyżur pół godziny temu, ale nadal tu była, 

dostarczając  radości  dzieciom.  Katrina  Gregory  niewątpliwie  uwielbia 
swoją pracę. 

A pacjenci najwyraźniej odwdzięczają się jej równie gorącym uczuciem. 

Już w czasie obchodu zauważył, że główki tych nowszych zwracają się ku 
niej  automatycznie,  a  starsi  witają  ją  jak  starą  przyjaciółkę.  Dzieci 
rozjaśniały  się  na  jej  widok  i  nawet  te  najbardziej  chore  zdobywały  się  na 
uśmiech.  Promieniujące  z  doktor  Riny  ciepło  oddziaływało  na  każdego. 
Nawet na niego. 

Boże,  jak  ona  na  niego  działa!  Katrina  jest  cudowna.  Nie  tylko  ze 

względu  na  osobowość.  Ma  ciemnoniebieskie  oczy  i  seksowne  usta,  które 
sprowokowałyby  nawet  świętego.  Gdy  dotknęła  rano  jego  dłoni,  poczuł 
przyjemny dreszcz. Miała delikatną skórę, spokojny czysty głos i roztaczała 
wokół siebie lekki kwiatowy zapach. 

Była  nieodparcie  pociągająca.  Zapragnął  jej  od  pierwszego  wejrzenia.  I 

natychmiast  przywołał  się  do  porządku.  Niemożliwe,  aby  kobieta  tak 
atrakcyjna  była  wolna.  Nie  nosiła  obrączki,  przyłapał  się  na  sprawdzaniu 
tego  podczas  obchodu,  ale  pewnie  zawiesza  ją  w  pracy  na  łańcuszku 
schowanym  pod  bluzką  dla  bezpieczeństwa  i  aby  mieć  ją  bliżej  serca.  A 
nawet jeśli się  myli i Katrina nie  ma nikogo, on nie jest  mężczyzną, który 
mógłby zaoferować jej coś wartościowego. 

Jego  ostatnia  dziewczyna  oświadczyła,  że  jest  tak  zdystansowany,  że 

równie  dobrze  mógłby  mieszkać  w  Australii  i  kontaktować  się  z  nią  na 
odległość. Wiedział, że  miała dużo racji. Był naprawdę beznadziejny, jeśli 
chodzi  o  kobiety,  zdecydował  się  więc  trzymać  tego,  w  czym  jest  dobry. 
Pracy. Katrina Gregory jest jego koleżanką. 

Koniec, kropka. Rhys odszedł od drzwi i udał się do swego gabinetu. 

 
 
 
 
 
 
 
 

7

RS

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Następnego  ranka  Katrina  szła  odwiedzić  Sadie,  gdy  na  korytarzu 

zauważyła Rhysa. 

-  Dzień  dobry  -  powiedziała  radośnie,  mając  nadzieję,  że  dzięki  temu 

uniknie 

kolejnego 

wykładu 

na 

temat 

konieczności 

utrzymania 

emocjonalnego dystansu w stosunku do pacjentów. 

-  Dzień  dobry  -  odparł,  posyłając  jej  leniwy  słodki  uśmiech,  od  którego 

zmiękły jej kolana. - Dziś mam dyżurować z tobą w przychodni. 

-  Naprawdę?  Myślałam,  że  będę  pracować  z  Ti-mem.  -  To  z  nim 

zazwyczaj przyjmowała pacjentów; bardzo go lubiła za entuzjazm i świeże 
podejście. 

-  Dzwonił  przed  chwilą,  że  jest  chory,  złapał  jakąś  paskudną  grypę 

żołądkową.  Obawiam  się  więc,  że  dziś  będziesz  skazana  na  mnie  -  rzucił 
lekko. 

-  Myślę,  że  dam  sobie  radę  -  odrzekła  podobnym  tonem.  Zabawne,  jak 

jego spojrzenie przyspiesza bicie jej serca. Naprawdę powinna wziąć się w 
garść.  -  Nie  chcę  zabrzmieć  protekcjonalnie,  ale  czy  pracowałeś  kiedyś  w 
takiej przychodni? 

- To będzie mój pierwszy raz, ale o ile się orientuję, nasi pacjenci są tutaj 

odsyłani przez lekarzy pierwszego kontaktu albo przez izbę przyjęć. 

Pokiwała głową. 
-  Współpracuje  z  nami  kilka  wyspecjalizowanych  pielęgniarek,  które 

wykonują  podstawowe  badania,  kiedy  dzieci  są  tu  przyprowadzane. 
Sprawdzają  wagę,  wzrost,  temperaturę,  ciśnienie,  osłuchują  je  i  pobierają 
próbkę  moczu,  a  następnie  przeprowadzają  wywiad  rodzinny.  My 
przyjmujemy  dzieci  w  kolejności  ich  przybycia.  Chyba  że  zdarzy  się  jakiś 
nagły przypadek, ale zawsze uprzedzamy rodziców, że tacy pacjenci to dla 
nas priorytet. 

- Taki sam system pracy mieliśmy w Cardiff Memoriał - odparł. - Mnie to 

odpowiada. Napijesz się kawy, zanim zaczniemy? 

Spojrzała na zegarek. 
-  Niestety,  już  nie  zdążymy,  chyba  że  zalejemy  ją  zimną  wodą.  Kto 

wykonuje dziś poranny obchód? 

- Will. 

8

RS

background image

Will  był  starszym  konsultantem.  Ten  wysoki  rubaszny  mężczyzna  był 

znany  ze  swoich  niefortunnych  żartów  i  jeszcze  bardziej  niefortunnego 
doboru krawatów, ale pacjenci go uwielbiali. Uśmiechnęła się. 

- Biedne pielęgniarki, o pacjentach już nie wspomnę. Będą potrzebowali 

okularów  przeciwsłonecznych!  Przynajmniej  ty  masz  znośny  gust,  jeśli 
chodzi o krawaty. 

- Na twoim miejscu bym się o to nie zakładał. -W jego oczach zamigotał 

złośliwy  chochlik.  -  To  już  mój  trzeci  tydzień  tutaj.  Myślę,  że  czas 
rozpocząć rywalizację z Willem w kategorii ozdób kołnierzyka. 

Jęknęła. 
- Tylko mi nie mów, że tobie również wyszukują je żona i dzieci. 
- Żadnych żon. Żadnych dzieci. Ani zamiaru posiadania takowych. 
Jego  ton  nagle  ochłodził  się,  co  zburzyło  pogodny  nastrój.  Katrina 

skrzywiła się w duchu. Przecież Lynne uprzedzała ją wczoraj, że Rhys jest 
bardzo wrażliwy na punkcie życia prywatnego. 

-  Przepraszam.  Nie  próbowałam  węszyć.  Po  prostu  Will  zawsze 

opowiada nam o tym, jak jego żona i dzieci w każdym sklepie znajdują, mu 
najbardziej  krzykliwe  krawaty  i  doszłam  do  wniosku,  że  jeśli  ty  masz 
podobną kolekcję, musi ona pochodzić z tego samego źródła. 

- Przeczesała włosy palcami. - Ale nie chciałam być wścibska. Naprawdę 

mi przykro. 

- Nie ma sprawy. 
Znów  wytworzył  się  pomiędzy  nimi  dystans,  ale  tym  razem  odczuła  go 

jeszcze wyraźniej. 

W  przychodni  starała  się  zachowywać  profesjonalnie,  ale  nie  mogła 

zaprzeczyć, jak bardzo jest świadoma obecności Rhysa - nie zdarzało się jej 
to z Timem czy z innymi współpracownikami. Nawet gdy stała odwrócona 
tyłem  do  korytarza,  wiedziała,  kiedy  Rhys  wychodzi  z  gabinetu  i  prosi 
kolejnego pacjenta. Niepokoiło ją to. Dlaczego ten facet budzi w niej takie 
uczucia? 

Jej trzeci pacjent tego poranka zaniepokoił ją jednak bardziej. Petros miał 

sześć lat i był bardzo blady. 

- Jest taki od dwóch dni, zmęczony, ma mdłości -powiedziała jego matka. 

- I bolą go plecy. 

-  Ma  podwyższoną  temperaturę  i  z  trudem  oddycha  -  zaobserwowała 

Katrina. 

Pani Smith pokiwała głową. 

9

RS

background image

- Mocz ma bardzo ciemny, mimo że dużo pije. 
Chłopiec miał oliwkową karnację, ale jego usta odznaczały się niezdrową 

bladością, a białka oczu były żółtawe. 

- Cześć, Petros. Jestem doktor Katrina. Czy mogę cię zbadać? 
Chłopiec apatycznie wzruszył ramionami. 
-  W  ogóle  nie  jest  sobą.  -  Matka  chłopca  przygryzła  wargi.  -  To  żywe 

srebro. Nigdy nie był tak cichy i potulny. 

Katrina ścisnęła jej dłoń, aby dodać otuchy. 
-  Proszę  nie  martwić  się  na  zapas.  Znalazł  się  w  odpowiednim  miejscu. 

Czy  ktoś  inny  w  pani  rodzinie  lub  wśród  jego  przyjaciół  ma  podobne 
objawy? 

- Nie. 
-  Posłucham  teraz  twojego  serca  i  płuc,  Petros.  A  potem,  jeśli  będziesz 

chciał, możesz osłuchać swoją mamę. 

Chłopiec pokiwał głową, ale nie powiedział ani słowa. 
-  Weź  głęboki  wdech.  I  wydech.  Wdech.  I  wydech.  Wspaniale.  Dobra 

robota,  słoneczko.  -  Jego  serce  pracowało  normalnie.  -  Czy  możesz 
otworzyć usta i powiedzieć „a"? 

Petros  wykonał  polecenie,  ale  było  to  najcichsze  „a",  jakie  Katrina 

kiedykolwiek  słyszała.  W  gardle  chłopca  nie  dostrzegła  stanu  zapalnego, 
ale usta i język były blade. 

- Muszę pobrać krew do badań - zwróciła się do pani Smith. - Myślę, że 

syn może mieć żółtaczkę, chcę więc zrobić test na to i na anemię. 

- Miał żółtaczkę po porodzie. Ale położna powiedziała, że to powszechne 

u noworodków. 

-  Miała  rację,  zazwyczaj  taka  żółtaczka  ustępuje  w  pierwszym  tygodniu 

w wyniku kontaktu ze światłem słonecznym. 

- Tak było. 
Katrinę dręczyły pewne podejrzenia, ale nie potrafiła ich nazwać. 
-  Ostatnio  mieliśmy  piękną  pogodę,  prawda?  -  zapytała.  -  Robiłeś  coś 

ciekawego przez te dni, Petros? 

- Byłem w ogrodzie dziadka. On hoduje magiczne fasolki. 
-  Jak  ten  Jaś  z  bajki?  Super!  Lubisz  ogród  dziadka?  Petros  pokiwał 

głową. 

-  Teść  kupił  tego  lata  działkę  -  wyjaśniła  pani  Smith.  -  Posadził  na  niej 

warzywa, a Petros mu pomaga. Nazywamy bób magicznymi fasolkami, wie 

10

RS

background image

pani,  jak  to  jest,  kiedy  trzeba  zmuszać  dzieci  w  tym  wieku  do  jedzenia 
warzyw. 

- Rozumiem. 
- Czy mogę paniom przeszkodzić? - zapytał Rhys, wchodząc do gabinetu 

Katriny. 

Jest  jej  przełożonym.  I  ma  o  kilka  lat  więcej  doświadczenia.  Jeśli  ma 

jakieś błyskotliwe pomysły, była gotowa go wysłuchać. Jej zdaniem, dobro 
pacjenta stoi zawsze na pierwszym miejscu. 

- Proszę bardzo. Przedstawił się szybko. 
- Pani Smith, czy bób, o którym pani przed chwilą wspomniała, syn jadał 

już wcześniej? 

- Nie. Myśli pan, że może być uczulony? 
- Nie całkiem. Petros to greckie imię, prawda? Pokiwała głową. 
- Tak miał na imię mój dziadek. Uśmiechnął się do niej. 
- Czy mogę zapytać, z której części Grecji wywodzi się pani rodzina? 
-  Moja  rodzina  pochodzi  z  Cypru.  Moi  dziadkowie  przenieśli  się  do 

Londynu tuż po wojnie i otworzyli tu restaurację. 

- Katrino, czy mogłabyś do zestawu badań krwi dołączyć jeszcze test na 

obecność G6PD? - zapytał. 

- Oczywiście. - Nareszcie wszystko zaczęło się u-kładać. - Podejrzewasz 

fawizm? 

- Tak, miałem kilka takich przypadków w Walii. 
- Co to jest fawizm? - przerwała im pani Smith. - IG6PD? 
-  To  enzym,  który  znajduje  się  w  naszym  organizmie.  Nazywa  się 

dehydrogenaza  glukozo-6-fosforanowa,  ale  termin  jest  przydługi,  dlatego 
dla  wygody  nazywamy  go  G6PD  -  objaśnił  Rhys.  -  Niektórzy  ludzie  mają 
go w erytrocytach mniej niż inni. Zazwyczaj obserwujemy to u pacjentów o 
śródziemnomorskich korzeniach. Jeśli występuje niedobór tego enzymu, to 
w  sytuacjach,  kiedy  pojawia  się  gorączka,  przyjmujemy  nieodpowiednie 
leki czy też jemy bób, nasz organizm przestaje ochraniać czerwone krwinki 
i pojawia się anemia. 

-  Lub  żółtaczka,  a  symptomy  to  bóle  pleców  i  mocz  koloru  mocnej 

herbaty - uzupełniła Katrina. 

Pani Smith pokiwała głową ze zrozumieniem. 
- Tak jak teraz u Petrosa. 
-  Musimy  przeprowadzić  badanie  krwi,  ale  myślę,  że  Rhys  ma  rację  - 

zakończyła Katrina. 

11

RS

background image

- I podacie mu to G-cośtam w tabletkach? 
-  Niestety  nie  -  odparł  Rhys.  -  Sprawdzimy  jeszcze  poziom  żelaza.  Jeśli 

będzie  zbyt  niski,  pewnie  potrzebna  będzie  transfuzja.  Ale  po  niej  Petros 
poczuje się znacznie lepiej. Odpoczynek i tlen ułatwią mu oddychanie. 

- Ta choroba nie będzie miała wpływu na jego codzienne funkcjonowanie 

- wyjaśniła Katrina - ale będziecie musieli państwo unikać pewnych leków, 
takich  jak  aspiryna,  niektóre  antybiotyki  i  leki  przeciwmalaryczne.  Dam 
pani ulotkę, która wszystko wyjaśni i będzie zawierać spis rzeczy, których 
należy się wystrzegać. 

- Proszę też uprzedzić o tym lekarza rodzinnego i dopilnować, aby w jego 

historii  medycznej  znalazł  się  odpowiedni  wpis  -  dodał  Rhys  -  aby  w 
przyszłości  nie  przepisano  mu  przez  pomyłkę  nieodpowiednich  leków. 
Musimy też ostrzec panią, że przy kolejnej infekcji może znów pojawić się 
anemia i żółtaczka. 

- I proszę pod żadnym pozorem nie dawać mu więcej bobu. 
Pani Smith wyglądała na zaniepokojoną. 
- Ale wszystko będzie dobrze? 
-  Jak  najbardziej  -  zapewniła  ją  Katrina,  mierzwiąc  włosy  chłopca.  - 

Teraz pobierzemy krew. - Odwróciła się do jego matki. - Wyniki powinny 
być do odebrania po południu. Wtedy będziemy wiedzieć znacznie więcej. 
Wiem, że niełatwo jest czekać tak długo i przykro mi, że nie możemy tego 
przyspieszyć.  Ale  w  pobliżu  jest  mały  barek,  w  którym  można  napić  się 
kawy,  a  po  drugiej  stronie  korytarza  świetlica  z  mnóstwem  książek  i 
zabawek. - Uśmiechnęła się do Petrosa. - Zobaczymy się później, dobrze? 

Pokiwał głową. 
- Wkrótce poczujesz się znacznie lepiej. 
Po  zakończeniu  dyżuru  Rhys  zaczął  szukać  Katriny.  Zauważył  ją 

niedaleko wyjścia. 

- Katrina - zawołał - idziesz do stołówki? 
Drzwi wahadłowe zatrzasnęły się tuż za nią. Czyżby go zignorowała? 
Rhys  przystanął  zdziwiony.  Czy  zdenerwował  ją,  ingerując  w  jej 

przypadek?  Wtedy  nie  wydawała  się  być  na  niego  zła.  Ale  może 
zachowywała  się  profesjonalnie  ze  względu  na  obecność  pacjenta?  Cóż, 
później  z  nią  porozmawia  i  wytłumaczy,  że  nie  chciał  kwestionować  jej 
umiejętności. Zauważył już, że dobrze wykonuje swoje obowiązki. Ostatnią 
rzeczą,  której  oboje  potrzebują,  jest  konflikt,  który  zakłóciłby  harmonijną 
pracę oddziału. 

12

RS

background image

Kilka  godzin  później  sytuacja  powtórzyła  się.  Zobaczył,  jak  Katrina 

wchodzi  do  pokoju  dla  personelu,  zawołał  ją,  a  ona  zupełnie  go 
zignorowała. 

Po  prostu  świetnie.  Wciąż  ma  żal  o  poranek.  Albo  o  poprzedni  dzień, 

kiedy przypomniał jej o konieczności utrzymania zawodowego dystansu. 

Nie  może  pozwolić,  aby  ta  sytuacja  trwała.  Po  dyżurze  zamieni  z  nią 

kilka słów w swoim biurze z nadzieją, że uda im się osiągnąć porozumienie. 

Lynne wezwała go do badania. Po drodze zauważył Katrinę siedzącą przy 

łóżku  jednej  z  pacjentek  i  rozmawiającą  z  jej  rodzicami.  Oboje  mieli 
zaczerwienione oczy, a dziecko było blade. Zmarszczył brwi. Ruby Jeffers 
została przyjęta na oddział z zapaleniem opon mózgowych. Miała problemy 
ze  słuchem  i  na  dzisiaj  została  umówiona  na  konsultację  z 
otolaryngologiem. Najwyraźniej wieści nie były dobre, co go nie zdziwiło. 

Zaskoczyła  go  natomiast  Katrina,  która  właśnie  przechyliła  głowę  na 

lewą  stronę.  Co  ona  robi?  Pokazuje  małej  dziewczynce  swoje  kolczyki? 
Czy wykonuje magiczną sztuczkę, wyjmując coś z ucha? 

Zmarszczył brwi i podszedł bliżej. 
- Widzisz? Naprawdę łatwo go wyjąć. I włożyć z powrotem. Nie boli, bo 

jest  robiony  na  wymiar.  Mają  taki  specjalny  materiał,  jak  plastelina. 
Wkładają go do twojego ucha, aby zobaczyć, jak wygląda w środku i zrobić 
taki aparat specjalnie dla ciebie. 

Nagle  zrozumiał.  Katrina  nie  tylko  przejmuje  się  pacjentem,  ona  po 

prostu także nosi aparat słuchowy. 

-  Popatrz.  -  Znów  przechyliła  głowę  i  z  pomocą  dziewczynki  założyła 

aparat. - Wkładasz to do ucha, włączasz i słyszysz. Możesz robić wszystko 
to,  co  robiłaś  dotychczas.  A  jeśli  chcesz,  możesz  wybrać  sobie  kolor.  Mój 
jest przezroczysty, bo jestem dorosła, ale twój może być różowy i może się 
mienić, jeśli tylko będziesz chciała. 

- Naprawdę? - Twarz Ruby rozjaśniła się. 
- Naprawdę. Albo fioletowy. Ja marzyłam o niebieskim, żeby pasował do 

moich oczu, ale dorośli nie dostają tych fajnych. 

Rhys wycofał się, czując się jak idiota. Teraz rozumiał, czemu Katrina go 

zignorowała  -  po  prosto  go  nie  usłyszała.  Stał  za  nią,  nie  mogła  więc  go 
zobaczyć  i  zorientować  się,  że  mówi  do  niej.  A  on  chciał  oskarżyć  ją  o 
lekceważenie i małostkowość. Ogarnęło go poczucie winy. W ogóle jej nie 
znał,  ale  przecież  zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  ciepła  i  urocza.  Nie  była 

13

RS

background image

typem obrażalskiej, która pielęgnuję urazę i odgrywa się za pomocą cichych 
dni. 

Naprawdę powinien przestać osądzać ludzi przez pryzmat swojej rodziny. 

I zdecydowanie winien jest przeprosiny Katrinie. 

Wpadła do jego biura niedługo później. 
-  Mam  wyniki  krwi  Petrosa  Smitha.  Miałeś  rację,  to  G6PD.  Dzięki  za 

wyłapanie tego. Coś mnie niepokoiło, ale nie potrafiłam tego zdefiniować. 

- Po to ma się kolegów - powiedział lekko. - Czy chcesz, abym poszedł z 

tobą i porozmawiał z nimi? 

- Nie, dzięki. Widzę, że jesteś zajęty. 
-  Jak  uważasz.  Właściwie  chciałbym  z  tobą  porozmawiać.  Czy  możesz 

zamknąć drzwi? 

- Po co? 
- Chciałbym tylko zamienić z tobą słówko. 
- Co się stało? 
-  Usiądź.  Nie  zamierzam  przecież  odgryźć  ci  głowy.  Po  prostu...  - 

Westchnął. - Jestem ci winien przeprosiny. 

Mrugnęła z niedowierzaniem, ale usiadła. 
- Chcesz mnie przeprosić? Za co? 
- Wołałem cię dzisiaj. Dwa razy. Zignorowałaś mnie. 
Zarumieniła się. 
- Przepraszam, ja... 
- Pozwól mi skończyć - przerwał jej. - Myślałem, że robisz to specjalnie. 

Dopiero  potem  podsłuchałem  twoją  rozmowę  z  Ruby  i  jej  rodzicami  i 
zrozumiałem, że po prostu mnie nie usłyszałaś. 

Skrzywiła się. 
-  Przepraszam.  Czasami  przeszkadza  mi  to  w  pracy,  zwłaszcza  w 

otwartych  przestrzeniach.  Panuje  hałas  i  muszę  wtedy  polegać  bardziej  na 
czytaniu z warg. 

- Nie masz za co przepraszać. Po prostu teraz, kiedy o tym wiem, będę się 

upewniał,  że  widzisz  moją  twarz,  gdy  rozmawiamy,  i  będę  starał  się 
zwrócić na siebie twoją uwagę, gdy zauważę cię w miejscu publicznym. 

- Dziękuję. - Wstała. - Lepiej już pójdę. Pani Smith czeka. 
Wiedział, że powinien to tak zostawić. Zawarli  rozejm. Ale coś zmusiło 

go do mówienia. 

-  Zanim  wyjdziesz,  czy  zgodziłabyś  się  pójść  ze  mną  wieczorem  na 

kolację? 

14

RS

background image

Wyglądała na zdumioną. 
- Ale ty nie... 
- Ja nie...? 
- Nie lubisz wychodzić wieczorami z kolegami z pracy. 
-  Nie  najlepiej  radzę  sobie  w  tłumie.  Nie  piję,  nie  lubię  karaoke  i  wolę 

zjeść  porządną  kolację  i  spokojnie  z  kimś  porozmawiać,  niż  siedzieć  na 
rogu  okropnie  długiego  stołu,  nie  znając  nikogo  i  wiedząc,  że  zostałem 
zaproszony tylko dlatego, że wszyscy próbują być mili dla „tego nowego". 

- Rozumiem. 
Jej wyraz twarzy go zaintrygował. 
- A ty co podejrzewałaś? 
- Nie mam pojęcia. Może skomplikowane życie rodzinne? 
- Nic w tym rodzaju. Jestem sam. 
-  Cóż,  dziękuję  za  zaproszenie,  ale  chyba  muszę  odmówić.  Nie  jestem 

zwolenniczką randkowania z kolegami z pracy. 

Zrozumiał  jej  odmowę,  ale  jej  powód  natchnął  go  nadzieją.  Katrina  z 

nikim się nie spotykała i nie stwierdziła, że nie jest nim zainteresowana - po 
prostu nie chciała umawiać się ze współpracownikiem. 

-  Masz  rację,  to  może  utrudnić  życie.  Zaprosiłem  cię,  bo  nie  najlepiej 

zaczęliśmy  znajomość,  a  ja  chciałbym,  żebyśmy  jednak  spróbowali  się 
zaprzyjaźnić. To naprawdę pomoże nam w pracy. 

- Cóż, nie należało mnie wobec tego wczoraj besztać. 
- Obawiałem się, że podchodzisz do pacjentów zbyt emocjonalnie. To nie 

jest zdrowe dla żadnej ze stron. - Uśmiechnął się, aby złagodzić ton swojej 
wypowiedzi. - Ale potem zobaczyłem, jak opowiadasz w świetlicy bajkę. 

-  W  czasie  wolnym,  nie  podczas  dyżuru.  -  Wyprostowała  się.  - 

Zamierzałeś mnie powstrzymać? 

- Nie. Tak naprawdę pomyślałem sobie, że byłabyś świetną nauczycielką. 
Rozluźniła się. 
-  Moja  najlepsza  przyjaciółka  uczy  w  podstawówce.  Używa  pacynek 

podczas opowiadania, a ja wykorzystuję jej pomysł. 

- Naprawdę świetny. Dzieci chyba to uwielbiają. 
- Umilamy im pobyt w szpitalu i staramy się osłabić ich lęk, żeby mogły 

się skoncentrować na zdrowieniu. To naprawdę pomaga. - Rozłożyła ręce. - 
Ja  też  to  lubię.  Są  takie  dni,  kiedy  nic  się  nie  układa.  Wtedy  idę  do  nich, 
widzę wpatrzone we mnie uśmiechnięte buzie i wiem, że życie ma sens. 

- Jesteś więc raczej optymistką? 

15

RS

background image

- Zdecydowanie. 
- To zjedz ze mną kolację. Jako koleżanka. I potencjalna przyjaciółka. 
Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. 
- To nie będzie randka. 
- W żadnym razie. I możesz wybrać lokal. 
- Dobrze. Dziękuję za zaproszenie. Chcesz iść prosto po pracy? 
-  Zaraz  po  tym,  jak  skończysz  opowiadać  bajkę.  Jej  uśmiech  był 

najwspanialszym prezentem, o jaki 

mógłby poprosić. 
- Super. Wpadnę tu po ciebie. Do zobaczenia. 
- Do zobaczenia - odpowiedział miękko. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

16

RS

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
To  nie  randka,  powtórzyła  w  myślach  Katrina,  idąc  ze  świetlicy  do 

gabinetu  Rhysa.  To  początek  zawodowej  przyjaźni.  A  ona  jest  szczęśliwa, 
żyjąc swoim uporządkowanym życiem. 

Zastukała lekko w otwarte drzwi i oparła się o futrynę. 
- Gotowy? 
Spojrzał na nią znad monitora. 
-  Dasz  mi  jeszcze  minutę?  Zapiszę  tylko  ten  plik  i  wyłączę  komputer. 

Dokąd pójdziemy? - zapytał, wstając. 

- Lubisz marokańską kuchnię? 
- Tak. 
-  To  świetnie.  Niedaleko  stąd  jest  fajna  marokańska  knajpka,  Mezze. 

Często chodzimy tam z Maddie. 

- Maddie? Ach, teraz już wiem, dlaczego wydałaś mi się znajoma, gdy się 

po  raz  pierwszy  spotkaliśmy.  Madison  Gregory  z  porodówki  to  twoja 
siostra? 

-  Prawie.  Teoretycznie  jest  moją  kuzynką,  ale  nasi  ojcowie  prowadzą 

wspólny  interes,  a  nasze  mamy  są  przyjaciółkami,  więc  dorastałyśmy 
razem.  -  Roześmiała  się.  -  Maddie  jest  o  dwa  lata  starsza,  więc  często  za-
chowuje się jak starsza siostra. A ty masz rodzeństwo? 

- Jestem jedynakiem. 
Jego  głos  był  neutralny,  ale  Katrina,  przyzwyczajona  do  obserwowania 

twarzy  i  wyciągania  z  nich  wniosków,  zauważyła  od  razu,  że  próbuje  coś 
ukryć.  Nie  znali  się  jednak  wystarczająco  długo,  aby  ośmieliła  się  drążyć 
temat. 

W  drodze  do  restauracji  rozmawiali  o  błahostkach.  Orientalny  wystrój 

lokalu wywarł na Rhysie ogromne wrażenie. 

- Dobry wieczór, Katrino. Stolik ten sam co zwykle? 
- zapytał kelner. 
- Byłoby cudownie. Dziękuję, Hassan. Rhys uniósł brwi. 
-  Uprzedzałaś,  że  często  tu  przychodzisz,  ale  ty  jesteś  z  całą  obsługą  po 

imieniu! 

-  Uwielbiam  marokańską  kuchnię.  Maddie  nie  cierpi  gotowania,  więc 

naprawdę  często  tu  bywamy.  Jadamy  tutaj,  albo  w  uroczej  pizzerii  na 
następnej ulicy. 

17

RS

background image

-  Musisz  więc  znać  menu.  A  może  jesteś  nudna  i  zawsze  zamawiasz  to 

samo? - Postanowił z niej zakpić. 

- Przyznaję, że zawsze wybieram ten sam pudding 
- odrzekła z uśmiechem - ale poza tym próbowałam tu wszystkiego. 
- Co możesz polecić? Katrina odchyliła się na krześle. 
-  Możemy  być  nudni  i  zamówić  dla  każdego  po  przekąsce  i  jednym 

daniu. Albo możemy zamówić wielki stos przekąsek i się nimi podzielić! 

Roześmiał się. 
- Chyba potrafię zgadnąć, co byś wolała. Czyli wielki stos raz. 
Przestudiowali  razem  kartę,  a  gdy  Hassan  podał  im  drinki,  złożyli 

zamówienie. 

- Opowiedz mi coś o sobie - poprosiła Katrina, gdy kelner odszedł. 
Rhys wzruszył ramionami. 
- Niewiele tego jest. Jestem Walijczykiem, ale to dosyć oczywiste z takim 

nazwiskiem  i  akcentem.  Dorastałem  w  Południowej  Walii,  studiowałem  w 
Cardiff, do Londynu przeprowadziłem się trzy tygodnie temu. Twoja kolej. 

-  Jestem  Angielką,  dorastałam  w  Suffolk,  studiowałam  w  Londynie.  - 

Taki  sam  zestaw  gołych  faktów,  jakimi  on  ją  zbył.  Chociaż,  jeśli  opowie 
mu  coś  więcej,  może  zachęci  go  do  większej  otwartości.  -  Nie  lubię 
różowego,  to  Maddie  odziedziczyła  po  naszych  przodkach  ten 
dziewczyński  gen,  i  nie  cierpię  komedii  romantycznych,  na  które  ona 
ciągnie mnie z uporem maniaka. - Uśmiechnęła się kpiąco. - Za to ona nie 
lubi filmów, za którymi ja przepadam. A chodzenie do kina w pojedynkę... 
-  Zmarszczyła  nos.  -  Jeśli  nie  mogę  z  kimś  omówić  tego,  co  zobaczyłam, 
bawię się dwa razy gorzej. 

- Jakie filmy lubisz? 
-  Wszystkie  te,  za  których  oglądanie  nazywają  mnie  dziwaczką. 

Zwłaszcza stare, jak „Obywatel Kane" czy „Vertigo". Mam nieszkodliwego 
bzika na punkcie czarnego filmu gangsterskiego. 

-  Doskonale  cię  rozumiem.  Ja  przepadam  za  scenariuszami  Cornelia 

Woolricha i Raymonda Chandlera. 

Zamrugała, a potem lekko postukała palcem w swój aparat słuchowy. 
- Nie, to nie aparat. Powtórz, bo nie wiem, czy sobie to wyobraziłam, czy 

ty naprawdę powiedziałeś, że lubisz Woolricha? 

-  Naprawdę.  -  Uśmiechnął  się.  -  Mam  wszystkie  jego  opowiadania. 

Odkryłem je jako nastolatek i pokochałem. Po przeczytaniu jednego z nich 

18

RS

background image

przez dwa lata nie mogłem spojrzeć na jagnięcinę. Wyobraź sobie, jakie to 
kłopotliwe w Walii! 

Roześmiała się, doskonale wiedząc, które opowiadanie ma na myśli. 
- Chyba się jakoś dogadamy - powiedziała. Podniósł kieliszek. 
- Za to wypiję. 
Ich  dłonie  zetknęły  się,  gdy  stuknęli  się  na  zgodę.  Katrina  poczuła  ten 

sam  dreszcz,  który  wstrząsnął  nią,  gdy  się  poznali.  Nadal  jednak  nie 
zamierzała  nic  z  tym  zrobić.  Wiedziała,  co  się  dzieje,  gdy  umawiasz  się  z 
kolegą z pracy, a potem wasz związek rozpada się w nieprzyjemny sposób 
na  oczach  całego  szpitala.  I  musicie  nadal  ze  sobą  współpracować.  Nie 
zaryzykuje po raz drugi. Jej relacja z Rhysem będzie czysto zawodowa. 

W końcu podano ich zamówienie, ogromny półmisek zawierający szereg 

mniejszych dań i koszyk wiejskiego chleba. 

-  Jagnięcina.  -  Katrina  wskazała  na  oproszone  przyprawami  szaszłyki  z 

grilla. 

Roześmiał się. 
- To bezczelna próba zmuszenia mnie do zostawienia wszystkiego tobie. 
-  O  rany!  Mój  podły  plan  się  nie  powiódł  -  powiedziała,  śmiejąc  się  i 

odłamując  kawałek  pieczywa,  aby  nabrać  nim  odrobinę  bakłażanowego 
puree. - Mmm, to jest pyszne. 

- Tabbouleh również. Czy jest w nim cynamon? 
-  I  rzeżucha.  Twoje  podniebienie  jest  tak  wyczulone,  bo  stołujesz  się  w 

mieście, czy może lubisz gotować? 

-  Często  jadam  w  restauracjach.  Umiem  przyrządzić  kilka  potraw,  ale 

jeśli  pracuję  do  późna,  szybciej  i  łatwiej  jest  mi  potem  po  prostu  gdzieś 
wstąpić po drodze do domu. A ty gotujesz? 

-  To  mnie  uspokaja.  Lubię  eksperymentować.  -  Uśmiechnęła  się  do 

niego. - I lubię wszystko, co zawiera czekoladę. 

Wskazał ręką jedzenie. 
- Chwilowo jej nie mamy. 
- Och, zaczekaj, na deser zamówimy lody z czekoladą i kardamonem. 
Delektowali  się  pikantnymi  tartinkami  z  serem  i  fala-felem,  gdy  Rhys 

zapytał: 

- Jak się czuje Petros Smith? 
-  Poziom  hemoglobiny  nie  był  imponujący,  ale  nie  musieliśmy  robić 

transfuzji.  Wolałam  więc  nie  stresować  go  bardziej  i  pozwoliłam  mamie 
zabrać go do domu. Wrócą, gdyby działo się coś niepokojącego. 

19

RS

background image

- Rozumiem. A Jeffersowie? 
-  Godzą  się  z  sytuacją.  Za  sześć  tygodni  mają  kolejną  konsultację  z 

otolaryngologiem,  ale  uprzedzono  ich,  że  Ruby  prawdopodobnie  będzie 
potrzebowała  aparatu.  -  Uśmiechnęła  się  smutno.  -  Szkoda,  że  za  moich 
czasów wizyty kontrolne nie były tak dokładne jak dzisiaj. 

- Od dawna jesteś głucha? 
-  Nie  jestem  zupełnie  głucha,  to  raczej  znaczna  utrata  słuchu.  Teraz 

wydaje  mi  się,  że  zaczęłam  chorować,  kiedy  miałam  siedem  lat,  ale  nikt 
tego  nie  zauważył,  dopóki  Maddie  nie  zapisała  się  na  trzecim  roku  na 
wykład  z  audiologii.  Wiesz,  jak  to  jest,  kiedy  studiuje  się  medycynę: 
przedzierasz się przez stosy literatury, a potem szukasz objawów choroby u 
siebie i wszystkich wokół. 

- Pamiętam, sam tak robiłem. 
- Właśnie. Maddie dręczyła mnie tak długo, aż w końcu zgodziłam się na 

wizytę  u  specjalisty.  Byłam  na  pierwszym  roku  studiów,  kiedy  się 
dowiedziałam. 

- Nikt nie wyłapał tego wcześniej? 
- Jako dziecko byłam marzycielką, zresztą zostało mi to do dzisiaj. Kiedy 

nie  reagowałam  na  wołanie,  wszyscy  myśleli,  że  właśnie  bujam  w 
obłokach.  -Wzruszyła  ramionami.  -  Pamiętasz,  jak  to  wyglądało,  gdy 
byliśmy  dziećmi.  Nie  robili  w  ramach  standardowych  wizyt  tylu  badań  co 
teraz.  -  Przewróciła  oczami.  -  Powiedziałam,  byliśmy.  Mam  dwadzieścia 
osiem lat i założyłam, że ty nie jesteś wiele starszy? 

- Mam trzydzieści dwa. Byłaś w szoku, kiedy odebrałaś wyniki? 
Skinęła głową. 
- Mogłam myśleć tylko o tym, że to niemożliwe, abym ogłuchła w takim 

wieku.  -  Roześmiała  się  smutno.  -  A  wychodząc  z  gabinetu,  w  poczekalni 
minęłam  kilkoro  dzieci.  Faktycznie,  na  wykładach  musiałam  się  mocno 
wysilić, aby coś usłyszeć, ale zrzucałam winę na akustykę sali: zawsze była 
zatłoczona, ludzie szeptali do siebie. 

- Aparat coś zmienił? 
-  I  to  jak!  -  Jej  twarz  nagle  się  ożywiła.  -  To  było  niewiarygodne. 

Zaczęłam słyszeć o wiele lepiej, siedząc z tyłu, niż wtedy, gdy siedziałam w 
pierwszym rzędzie. A śpiew ptaków... Nigdy go nie słyszałam. Przez kilka 
miesięcy  doprowadzałam  wszystkich  do  szału,  czekając  na  każdy  nowy 
dźwięk. - Uśmiechnęła się. - Miałam szczęście i dostałam już ten pionierski 
aparat,  dostosowany  do  mojej  wady  słuchu.  Wiem,  że  nigdy  nie  będę 

20

RS

background image

słyszeć  w  pełni,  ale  on  znacznie  ułatwił  mi  życie.  Nie  muszę  się  aż  tak 
koncentrować, gdy rozmawiam z ludźmi i polegać tylko na napisach, kiedy 
oglądam telewizję. 

-  Nie  miałem  pojęcia,  że  masz  problemy  ze  słuchem,  dopóki  nie 

pokazałaś Ruby swojego aparatu. 

-  Chyba  powinnam  była  cię  o  tym  uprzedzić.  -  Wzruszyła  ramionami.  - 

Ale nie chcę być traktowana inaczej tylko dlatego, że gorzej słyszę. 

Zamrugał zdziwiony. 
- Ale dlaczego miałbym cię przez to inaczej traktować? 
-  Niektórzy  zaczynają  się  dziwnie  zachowywać,  gdy  się  dowiedzą. 

Mówią  naprawdę  głośno,  jakby  to  sprawiało  mi  jakąś  różnicę,  albo 
zaczynają  odnosić  się  do  mnie  jak  do  osoby  opóźnionej  w  rozwoju,  która 
nie  rozumie,  co  się  do  niej  mówi.  A  to  mnie  strasznie  irytuje.  Jestem 
naprawdę taka sama jak inni. 

Taka  sama?  Nie, Katrina  Gregory  jest  wprost  wyjątkowa.  Rhys  odrzucił 

tę myśl, gdy tylko zaświtała mu w głowie. Nie szuka miłości. Nie ma na nią 
miejsca w jego życiu. 

- Dlatego zazwyczaj nikomu nie mówię. 
- Wiesz, co spowodowało u ciebie utratę słuchu? Pokiwała głową. 
- Miałam tomografię komputerową, wyszła czysta. Mój lekarz powiedział 

mi  wtedy,  że  przyczyną  może  być  świnka,  którą  przechodziłam  w 
dzieciństwie. Maddie ma przez to dziwaczne poczucie winy, bo to ona mnie 
nią zaraziła. - Katrina machnęła ręką. - Milion razy mówiłam jej już, że to 
śmieszne. Przecież to ona przywróciła mi słuch, zmuszając mnie do pójścia 
na badania. Gdyby nie ona, do dziś sądziłabym, że po prostu tak ma być. 

Rhys  milczał.  Dziecko  zarażone  wirusem,  który  wywołał  poważną 

chorobę. Trochę za bardzo przypomina to jego przeszłość. 

- Więc twoja rodzina wini Maddie za twoją głuchotę? 
- Coś ty! Oczywiście, że nie. - Zmarszczyła brwi. - Jak, na litość boską, 

można obwiniać dziecko za to, że zachorowało? To nie wina Maddie, że się 
czymś  zaraziła,  tak  samo  jak  ja  nie  jestem  winna  temu,  że  złapałam  to  od 
niej, ale na  mnie  miało inny wpływ. - Wzruszyła ramionami. - Zdarza się. 
Tylko nie można dopuścić, aby zrujnowało ci to resztę życia. 

Zdarza się. 
O  ile  lepsze  życie  wiodłaby  jego  rodzina,  gdyby  przyjęła  to  do 

wiadomości.  Gdyby  byli  na  tyle  silni,  aby  po  śmierci  jego  siostry  trzymać 
się razem, zamiast pozwolić ich domowi się rozpaść. 

21

RS

background image

-  Dobrze  się  czujesz,  Rhys?  -  zapytała  Katrina,  patrząc  na  niego  z 

niepokojem. 

-  Tak,  tak.  -  Nie  można  zmienić  przeszłości,  nie  ma  więc  sensu  o  niej 

rozmawiać. - Miałaś rację. Jedzenie było wyśmienite. 

Zrozumiała,  że  umyślnie  zmienia  temat.  Coś  się  stało,  ale  on nie  chce  o 

tym  rozmawiać.  Nie  tu  i  teraz.  Może  otworzy  się  przed  nią,  gdy  trochę 
lepiej się poznają. 

Resztę  wieczoru  spędzili  na  dyskusji  o  filmach  i  książkach.  Katrina  nie 

mogła  uwierzyć,  jak  bardzo  pokrywają  się  ich  gusty.  Rhys  coraz  bardziej 
się jej podobał. Było w nim coś takiego, co prowokowało ją do rozmyślania 
nad tym, jak by wyglądał ich pierwszy pocałunek. A nie myślała o nikim w 
tym kontekście od czasu Pete'a. Czyste szaleństwo. 

Zwłaszcza że Rhys z.nią pracuje. 
A  taką  opcję  już  przerobiła.  I  musiała  zmieniać  szpital.  Kocha  swoją 

pracę  w  London  Victoria,  jej  oddział  jest  dla  niej  jak  rodzina,  nie  będzie 
więc ryzykować tego wszystkiego dla kilku miłych chwil z Rhysem. 

Po  wypiciu  kolejnej  filiżanki  słodkiej  miętowej  herbaty  i  zjedzeniu 

ostatniego ciastka z miodem odchyliła się na oparcie krzesła. 

- Chyba nie zdołam się podnieść. 
- Trzeba było zostawić mi jagnięcinę - powiedział z uśmiechem. 
- Ba! - Spojrzała na zegarek. - Wiesz, że siedzimy tu już trzy godziny? - 

Wydawało się jej, że minęło zaledwie kilka minut. 

- Poproszę o rachunek. 
- O nie. Płacimy po połowie - zaprotestowała. 
- Nie ma mowy. To był mój pomysł, chciałem cię przeprosić. 
- Tak, ale teraz jesteśmy przyjaciółmi. A przyjaciele się dzielą. 
Skrzyżował ramiona. 
- Proszę się ze mną nie kłócić, pani doktor. 
- Despota, tak? Mam pomysł. Ty zapłacisz teraz, a ja  następnym  razem. 

Pójdziemy do kina, a potem obgada-my film przy tapas. 

- Brzmi to świetnie. 
Po  uregulowaniu  rachunku  Rhys  uparł  się,  aby  odprowadzić  Katrinę  do 

domu. 

- Naprawdę nie trzeba. Mieszkam w Londynie już od dziesięciu lat. Znam 

drogę. 

- Zgódź się. My, Walijczycy, tak już mamy. 
- Jesteś jak sir Lancelot? 

22

RS

background image

- Lancelot był Francuzem. Ale sir Gawain pochodził z Walii. 
Roześmiała się. 
- Dobrze. Widzę, że naprawdę polubię przyjaźń z tobą, panie Morgan. 
Opuścili  restaurację  i  przeszli  opustoszałymi  ulicami.  W  końcu 

zatrzymali się przed małym wiktoriańskim domkiem. 

- Tu mieszkam. Chcesz wejść na kawę? 
- Byłoby miło. 
- Świetnie. - Wprowadziła go do salonu. - Usiądź, zaraz wracam. 
Dom  Katriny  promieniował  spokojem.  Ściany  miały  jasne  kolory, 

wszędzie stały rośliny, półki uginały się pod ciężarem książek i filmów. Nie 
było tylko muzyki. Tym się różnili. 

Na  gzymsie  kominka  stały  oprawione  w  ramki  fotografie.  Podszedł 

bliżej,  aby  się  im  przyjrzeć.  Katrina  i  Maddie  na  rozdaniu  dyplomów; 
Katrina  z  rodzicami;  Katrina,  Madison  i  dwie  pary  w  ogrodzie;  kolejne 
zdjęcia rodziców Katriny. Ich wyraźnie bliskie relacje wywołały w Rhysie 
skurcz zazdrości. 

Ze  względu  na  okoliczności  nie  winił  ojca  za  to,  że  odszedł  i  próbował 

znaleźć  szczęście  gdzie  indziej.  Nie  obwiniał  też  matki,  która  straciła 
dziecko i została porzucona przez męża. Dorastając, pogodził się przecież z 
sytuacją.  I  doszedł  do  wniosku,  że  o  wiele  łatwiej  jest  przejść  przez  życie 
samotnie. Ludzie samowystarczalni nie tracą bliskich i nie cierpią. 

Nie czuł pustki. Ma pracę, w której jest dobry i którą naprawdę kocha, ma 

muzykę, książki i filmy, które wypełniają wolny czas. Ma wszystko, czego 
potrzebuje.  Związanie  się  z  Katrina  tylko  skomplikowałoby  sytuację. 
Powinien jak najszybciej sprowadzić ich relację na właściwe tory - pracują 
razem i się kolegują. I tyle. 

Katrina  zauważyła  zmianę  w  Rhysie,  gdy  tylko  weszła  do  salonu. 

Uprzejmy, ale znów pełen rezerwy. Czy to z tym mężczyzną jeszcze przed 
chwilą gawędziła wesoło w restauracji, przekomarzała się i śmiała? 

- Dla ciebie czarna. - Podała mu kubek. 
- Dziękuję. - Uśmiechnął się uprzejmie. 
- Rhys, czy coś się stało? 
- Nie, dlaczego pytasz? 
- Nic nie mówisz. 
- Uświadomiłem sobie właśnie, jak późno się zrobiło. A ja jestem raczej 

skowronkiem niż sową. 

- Ja też. I dlatego pochłaniam ogromne ilości kawy na nocnych dyżurach. 

23

RS

background image

- Skąd ja to znam. 
Westchnęła  w  duchu.  Rhys  wyraźnie  się  wycofuje.  A  ona  nie  potrafiła 

znaleźć choćby jednego powodu, dla którego to robi. Cisza przeciągała się. 
Rhys dopił kawę. 

- Dziękuję. 
-  To  ja  dziękuję.  Za  kolację.  Mam  nadzieję,  że  nie  powiedziałeś,  że 

pójdziesz ze mną kiedyś do kina tylko dlatego, że tak wypadało. Naprawdę 
trudno jest znaleźć kogoś, kto lubi takie same filmy. 

Zmieszał się, ale potrząsnął głową. 
- Nie, mówiłem poważnie. 
-  To  dobrze.  Moglibyśmy  jutro  przejrzeć  repertuar  i  sprawdzić,  czy  nie 

grają czegoś ciekawego. Jeśli nie będziesz zajęty. 

- Byłoby miło. - Wstał. - Dobranoc, Katrino. 
- Dobranoc. - Odprowadziła go do drzwi. - Do zobaczenia na oddziale. 
Analizowała  ich  spotkanie,  myjąc  kubki.  Dlaczego  Rhys  nagle  się 

wycofał?  Może...  Może  przemyślał  sprawę  i  doszedł  do  takich  wniosków 
jak kiedyś Pete - że jej ułomność to jednak przeszkoda? 

Myślała, że potrafi uczyć się na błędach. Czyżby? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

24

RS

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Następnego  dnia  Katrina  miała  popołudniowy  dyżur,  zdecydowała  się 

więc  dla  odprężenia  upiec  ciastka.  Mnóstwo  ciastek.  Aromat  czekolady  i 
wanilii  polepszył  jej  nastrój  i  zanim  dotarła  do  pracy,  była  znacznie 
spokojniejsza. 

Zostawiła  w  kuchni  puszkę  ze  smakołykami  opatrzoną  karteczką 

zachęcającą  do  częstowania  się  i  właśnie  miała  iść  na  oddział,  gdy  do 
pomieszczenia wszedł Rhys. 

- Dzień dobry - powiedział. 
- Cześć. - Obdarowała go uprzejmym uśmiechem, przypominając sobie w 

myślach, że odtąd ich relacje mają być czysto zawodowe. 

- Co wiesz o atrezji nozdrzy tylnych? 
- Nozdrza tylne są niedrożne, na ogół przez zarośnięcie częściowo kostne 

lub  łącznotkankowe.  Dziecko  nie  może  przez  to  właściwie  oddychać  - 
wyrecytowała. - Neonatologia poprosiła cię o konsultację? 

Potrząsnął głową. 
- Właśnie przyjęliśmy małą dziewczynkę, ma cztery miesiące. Ma atrezję 

jednostronną,  dlatego  trudno  było  ją  zdiagnozować.  Zauważyłem  wczoraj, 
że  świetnie  radzisz  sobie  z  zestresowanymi  rodzicami.  Państwo  Gillespie 
bardzo się niepokoją i przydałaby im się kojąca rozmowa. 

Zamrugała oczami. 
- A więc dziś od rana znów się przyjaźnimy? 
Zaczerwienił się, najwyraźniej świadomy, do czego odnosi się aluzja. 
- Przepraszam, Katrino. Co mam ci powiedzieć? 
- Możesz zacząć od wyjaśnienia mi, co cię tak wczoraj rozdrażniło. 
-  Naprawdę  nic.  -  Nerwowo  przeczesał  palcami  włosy.  -  Po  prostu  nie 

najlepiej  sobie  radzę  w  relacjach  z  ludźmi.  Zawsze  byłem  samotnikiem,  z 
innymi stykam się przede wszystkim w pracy. Spanikowałem, bo wczoraj z 
tobą  czułem  się  lepiej  niż  z  kimkolwiek  innym  od  bardzo  dawna. 
Przepraszam. 

Mówił szczerze. Zobaczyła to w jego twarzy. Rozumiała, z jakim trudem 

mu to przychodzi. 

- Przyjmuję przeprosiny. 
-  Świetnie.  Więc  teraz  państwo  Gillespie.  Chodźmy,  pani  doktor.  Po 

drodze zapoznam cię z historią choroby. 

Weszli do sali. Rhys przedstawił Katrinę rodzicom. 

25

RS

background image

-  Jaka  śliczna  -  powiedziała,  gładząc  małą  Rosannę  po  policzku  i 

spoglądając na panią Gillespie. - Musicie być z niej bardzo dumni. 

- Jesteśmy, tylko... - Pani Gillespie przygryzła wargi. 
- Martwicie się operacją. To zrozumiałe. Ale jesteście w dobrych rękach. 

Will jest fantastycznym chirurgiem. 

-  Będą  państwo  mieli  okazję  poznać  go przed  operacją  -  wtrącił  Rhys.  - 

Teraz  go  zastępuję  i  z  chęcią  odpowiem  na  wszystkie  pytania  związane  z 
zabiegiem i tym, co dalej. 

- Dziękuję - powiedział pan Gillespie cicho. 
- Rosanna choruje na atrezję nozdrzy tylnych. Jej nozdrza są węższe niż 

powinny i dlatego ma trudności z oddychaniem. 

- Ale da się to wyleczyć? 
-  Oczywiście.  Operacyjnie  poszerzymy  nozdrza,  w  których  następnie 

chirurg  umieści  krótkie  rurki,  aby  utrzymać  ich  drożność,  gdy  nos  będzie 
się goił. 

-  Wyjmiemy  je  za  mniej  więcej  trzy  miesiące  i  potem  Rosanna  będzie 

radzić sobie bez nich - dodała Katrina. 

- Operacja potrwa około godziny - kontynuował Rhys. - Odbywa się przy 

pełnym znieczuleniu, więc nie będą mogli państwo w niej uczestniczyć, ale 
możecie  zaczekać  na  oddziale  albo  w  naszym  barku.  Znajdziemy  was, 
kiedy Rosanna opuści salę, żebyście mogli ją przytulić. 

- Będziemy mogli jej dotknąć? 
- Oczywiście. Mówić do niej, dotykać, wziąć na ręce. Będzie podłączona 

do  aparatury,  co  może  wyglądać  nieco  przerażająco,  ale  to  tylko  po  to, 
żebyśmy mogli właściwie o nią zadbać. Gdy tylko zacznie jeść i przybierze 
nieco  na  wadze,  a  państwo  nauczą  się,  jak  utrzymywać  rurki  w  czystości, 
zabierzecie ją do domu. 

- I wyzdrowieje? 
-  Nie  ma  żadnych  innych  problemów,  więc  zapewniam  panią,  że  już 

wkrótce będzie jeść i rosnąć jak każde dziecko. 

-  Właśnie.  Dzieci  moich  przyjaciółek  są  już  takie  duże,  myślałam,  że 

robię coś nie tak. - Oczy pani Gillespie wypełniły się łzami. 

Katrina wzięła ją za rękę. 
- To nie pani wina. Dobrze pani postąpiła, przywożąc ją do nas, zamiast 

zamartwiać się tym w domu. 

-  Moja  teściowa  mówi,  że  powinnam  była  odstawić  ją  od  piersi  wieki 

temu, i że dlatego nie rośnie i źle sypia. 

26

RS

background image

- Nie ma racji - zapewnił Rhys. - Zalecamy matkom karmienie piersią do 

czwartego  miesiąca.  Rosanna  nie  jadła  dużo,  bo  była  to  dla  niej  ciężka 
praca. A niemowlęta same decydują, kiedy idą spać; każde z nich jest inne. 

-  Było  wam  ciężko  -  dodała  Katrina.  -  Zarwane  noce,  ciągły  niepokój, 

zmęczenie. Od dzisiaj będzie lepiej. 

Pani Gillespie otarła łzy. 
- Dziękuję bardzo. 
Rhys wyprowadził Katrinę z sali. 
- Byłaś wspaniała. Dziękuję ci za wsparcie. Wzruszyła ramionami. 
- To moja praca. 
- Nieprawda, to nie to. Tobie po prostu zależy. 
- Rodzicom jest wystarczająco trudno, gdy dowiadują się, że ich dziecko 

jest  chore  i  potrzebuje  operacji.  Jedyne,  co  możemy  dla  nich  zrobić,  to 
spróbować  im  to  ułatwić.  Will  zawsze  powtarza  nam,  że  powinniśmy 
traktować pacjentów jak rodzinę: z szacunkiem, godnością i życzliwością. 

-  Nie  wszystkie  rodziny  są  takie  -  mruknął  Rhys.  To  zabrzmiało  bardzo 

osobiście, pomyślała Katrina, ale postanowiła nie kontynuować tematu. Już 
wiedziała, że znów by się wycofał. 

Później  tego  samego  popołudnia,  gdy  Katrina  piła  w  przerwie  kawę,  do 

pokoju dla personelu wszedł Rhys. 

- Właśnie o tobie myślałam - zwróciła się do niego z uśmiechem. 
- Potrzebna ci konsultacja? Potrząsnęła głową. 
-  Przeglądałam  gazetę.  W  tym  tygodniu  zaczyna  się  przegląd  filmów, 

kilka naprawdę świetnych wyświetlą jutro. Zarezerwować nam bilety? 

-  Jutro?  -  zapytał  z  żalem.  -  Niestety,  nie  dam  rady.  Mam  masę 

papierkowej roboty. Jeśli się z tym nie uporam... 

Doskonała  wymówka,  pomyślała  Katrina.  Poprzednik  Rhysa  był  trochę 

na  bakier  z  biurokracją,  ale  chyba  nie  zostawił  po  sobie  aż  takiego 
bałaganu? 

Cóż, nie będzie pchać się tam, gdzie jej nie chcą. 
-  Rozumiem.  -  Jej  błąd,  bo  założyła,  że  miłość  do  starych  filmów  może 

stać się podstawą udanej przyjaźni. Jeśli jednak on nie chce mieć przyjaciół, 
powinna to zaakceptować. - Będę się zbierać - powiedziała, spoglądając na 
zegarek. 

- Nie dokończysz kawy? 
Po tym, jak właśnie zrobiła z siebie idiotkę, nie będzie dotrzymywać mu 

towarzystwa. 

27

RS

background image

- I tak za dużo dziś wypiłam. Znów będę czuwać do trzeciej nad ranem - 

powiedziała lekkim tonem, opłukała kubek i wyszła z pokoju. 

Udało  jej  się  trzymać  uczucia  na  wodzy  do  piątku.  Gdy  wychodziła  ze 

szpitala  po  wieczornym  dyżurze,  zauważyła,  że  w  gabinecie  Rhysa  wciąż 
pali  się  światło.  Wiedziała,  że  przyszedł  tego  dnia  dużo  wcześniej  i  że 
powinien był już dawno pójść do domu. 

Podniósł głowę, gdy zastukała w otwarte drzwi. 
- Słucham? 
- Dobrze się czujesz? 
- Jasne. - Rozłożył ręce. - Dlaczego pytasz? 
- Tak tylko... - Wiedziała, że powinna trzymać buzię na kłódkę, ale słowa 

same  wypłynęły  z  jej  ust.  -Wszystkie  wieczory  w  tym  tygodniu,  poza 
wtorkowym,  spędziłeś  tutaj,  mimo  że  zaczynasz  pracę  na  długo  przed 
dziewiątą. 

Wzruszył ramionami. 
- Wolę w czasie dyżurów leczyć pacjentów na oddziale i w poradni, niż 

siedzieć tutaj, a kiedyś muszę przecież nadrobić zaległości. 

-  W  porządku,  ale  ty  po  prostu  przesadzasz.  Spędzanie  tylu  godzin  w 

pracy może ci zaszkodzić. 

Skrzyżował ramiona i odchylił się na krześle. 
- Co chcesz przez to powiedzieć, Katrino? 
- Życie to coś więcej niż tylko praca, a ty chyba powinieneś sobie nieco 

odpuścić. 

- Dziękuję za troskę, ale nie musisz się mną przejmować. 
- Chyba jednak muszę. Pracujesz na okrągło i przez to inni też zaczynają 

myśleć,  że  powinni  zostawać  dłużej,  a  to  nie  w  porządku.  Zwłaszcza  w 
stosunku do lekarzy, którzy dopiero założyli rodziny. 

-  Nie  byłem  świadomy  tego,  że  prosiłem  kogokolwiek,  aby  zostawał  po 

godzinach. 

- Nie prosiłeś, wiem. Ale i tak wszyscy czują się zobligowani od samego 

patrzenia na ciebie. 

-  Cóż,  jesteś  najwyraźniej  ich  rzecznikiem,  więc  możesz  wrócić  i 

zapewnić  ich,  że  nie  oczekuję  od  nikogo  pracy  w  takim  samym  wymiarze 
godzin jak mój. A jeśli dla kogoś stanowię problem, wolałbym to usłyszeć 
od  tej  osoby.  -  Zmarszczył  brwi.  -  A  teraz  przepraszam,  muszę  pójść  do 
pacjenta. 

28

RS

background image

-  Nocna  zmiana  doskonale  sobie  radzi.  Jeśli  coś  się  wydarzy,  na  pewno 

cię powiadomią. Po prostu unikasz problemu. 

- Nie ma żadnego problemu. 
-  Owszem,  jest.  Twoje  godziny  pracy  zaszkodzą  tobie,  a  w  przyszłości 

pacjentom.  Przecież  musisz  być  zmęczony.  Nikt  nie  jest  w  stanie 
wytrzymać długo takiego tempa. 

- Nic mi nie jest. A tak na marginesie, nigdy nie naraziłbym pacjentów na 

ryzyko - zauważył zimno. 

Westchnęła. 
-  Nikogo  do  siebie  nie  dopuszczasz,  prawda?  We  wtorek  byliśmy 

przyjaciółmi. Potem zacząłeś mnie unikać. Pracą wymówiłeś się od wyjścia 
do  kina.  Przepraszam,  że  się  narzucałam.  Po  prostu  uznałam,  że  w  re-
stauracji mówiłeś poważnie. 

Gdy się nie odezwał, wzruszyła ramionami. 
- Okej, jak chcesz. Idę. - Odwróciła się. 
-  Katrina,  zaczekaj!  -  Rhys  wyszedł  zza  biurka  i  położył  jej  dłoń  na 

ramieniu. 

- Na co? 
-  Mam  maniery  jaskiniowca.  Dogaduję  się  tylko  z  pacjentami  i  ich 

rodzicami, bo to moja praca i wiem, co mam robić. Ale... nie radzę sobie z 
ludźmi. Przepraszam. 

Katrina poznała ten typ na uniwersytecie - laboratoryjni geniusze, którzy 

nie  mieli  pojęcia,  jak  zagadać  do  kogoś  w  barze.  Rhys  był  taki  sam:  jeśli 
rozmawiali  o  faktach,  jedzeniu  i  filmach,  było  w  porządku.  Gdy  dyskusja 
zahaczała  o  tematy  osobiste,  gubił  się.  Na  pewno  czuje  się  teraz  równie 
niezręcznie jak ona. Ale przynajmniej się stara. Powinna to docenić. 

- Przeprosiny przyjęte. 
- Pewnie za dużo pracuję. Ale naprawdę lubię to, co robię. 
- I całą tę biurokrację też? 
-  To  nie  do  końca  tak.  Teraz  na  przykład  przeglądam  karty  pacjentów, 

uaktualniam  je  i  zastanawiam  się,  jak  przeprojektować  naszą  stronę 
internetową tak, aby była bardziej dostępna dla dzieci i rodziców. Mógłbym 
to robić w domu, ale ze względów technicznych szybciej uwinę się z tym w 
szpitalu. A na swoją obronę mógłbym jeszcze dodać, że ty też zostajesz po 
godzinach  albo  przychodzisz  wcześniej,  aby  poczytać  naszym  pod-
opiecznym. 

29

RS

background image

- Pół godziny na początku albo na końcu zmiany. To jest rozsądne. A to, 

co ty robisz, już nie. W istocie pracujesz na dwa etaty. Nie kłoć się ze mną, 
Rhys, przecież wiesz, że to niemądre. 

- Więc jestem pracoholikiem. - Rozłożył ręce. - Przecież to nie zbrodnia. 

Mnóstwo  ludzi  pracuje  równie  ciężko.  Ale  może  masz  rację.  No  dobrze.  - 
Spojrzał  na  zegarek.  -  Spieszysz  się,  czy  masz  jeszcze  czas  na  drinka? 
Czysto koleżeńskiego? 

- A od poniedziałku znów będziesz traktować mnie jak powietrze? 
- Postaram się tego nie zrobić. Chcesz iść na drinka? 
- Dzięki, ale o tej porze wszędzie będzie tłoczno i głośno. - Zmarszczyła 

nos. - I do tego ciemno. 

- Czyli będzie ci trudniej słyszeć i czytać z ruchu warg? - Skrzywił się. - 

Przepraszam. Nie pomyślałem. 

Wzruszyła ramionami. 
- Nie  ma sprawy.  Ale dzięki za propozycję.  Miło, że zapytałeś. - Kusiło 

ją,  nawet  bardzo,  ale  powstrzymała  się  przed  zaproponowaniem  jakiejś 
alternatywy. Czuła, że z łatwością mogłaby zakochać się w Rhysie i zaprag-
nąć  czegoś,  na  co  on  najwyraźniej  nie  jest  gotowy.  -Lepiej  już  pójdę. 
Udanego weekendu. 

- Nawzajem. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

30

RS

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Przez  następne  kilka  tygodni  Rhys  był  uprzejmy  i  przyjacielski. 

Traktował  Katrinę  tak  jak  pozostałych  kolegów  z  oddziału,  ona  natomiast 
często  przyłapywała  się  na  patrzeniu  na  jego  usta  nie  po  to,  aby  z  nich 
czytać, ale by zastanawiać się, jak by to było poczuć ich dotyk. Za każdym 
razem,  gdy  ich  palce  stykały  się  przelotnie,  przebiegał  ją  przyjemny 
dreszcz. 

Powinna  być  mądrzejsza.  Powinna  bronić  się  przed  emocjami,  które 

ogarniają ją, gdy na niego patrzy. 

Najgorsza  była  jednak  świadomość,  że  on  czuje  to  samo.  Widziała,  jak 

wpatruje  się  w  jej  usta.  Zauważyła,  że  jego  twarz  zmienia  kolor,  gdy 
przypadkiem się dotykają, a jego oczy na ułamek sekundy się rozszerzają. 

Dowody pożądania. Pobudzenia. 
Zaczęła  myśleć,  że  ignorowanie  tych  uczuć  będzie  równie  trudne,  jak 

poddanie  się  im  i  poniesienie  konsekwencji.  Sytuacja  między  nimi  może 
stać  się  niezręczna,  ale  musi  mu  to  powiedzieć.  Być  szczera.  I  sprawdzić, 
czy on nie ma pomysłu na to, jak w inny, rozsądniej szy sposób rozwiązać 
ten problem. 

Zmusiła się do skupienia na pracy. Właśnie zaczęła rozmowę z Kevinem 

Laceyem  i  jego  mamą.  Pani  Lacey  mówiła  bardzo  cicho  i  cały  czas 
opuszczała  głowę,  a  włosy  zasłaniały  wtedy  jej  twarz,  Katrina  nie  mogła 
więc  czytać  z  ruchu  warg.  Nie  zdołała  dotąd  usłyszeć  ani  jednego  jej 
pytania i nie była w stanie stwierdzić, czy Kevin i pani Lacey zrozumieli to, 
co  powiedziała  im  o  chorobie  chłopca  i  zaplanowanej  na  następny  dzień 
operacji. 

Wygląda  na  zdenerwowaną,  pomyślał  Rhys.  To  dosyć  niezwykłe, 

zazwyczaj  doskonale  sobie  radzi,  jest  zrelaksowana  i  odprężona.  Stan 
Kevina  jest  poważny,  ale  chorobę  można  kontrolować,  nie  jest  to  więc 
jedna z tych rozmów, podczas których trzeba przekazać rodzicom tragiczne 
wieści. 

A  potem  zobaczył,  w  czym  tkwi  problem.  Katrina  nie  mogła  dostrzec 

twarzy  pani  Lacey.  Na  oddziale  zaczynała  się  właśnie  przerwa  na  lunch, 
między łóżkami przejeżdżał wózek z posiłkami, sztućce brzęczały, wszyscy 
podnosili  głos.  Katrina  musi  się  teraz  bardzo  wysilać,  aby  usłyszeć  panią 
Lacey, która mówi szczególnie cicho. 

Podszedł do nich. 

31

RS

background image

- Dzień dobry, jestem doktor Morgan. Jak się czujesz, Kevin? 
- W porządku - odrzekł chłopiec, choć po jego bladości i ze sposobu, w 

jaki trzymał się za brzuch, Rhys zdołał wywnioskować, że tak nie jest. Jego 
powiększona śledziona dawała mu się we znaki. 

- Pani Lacey? 
- Pani doktor bardzo nam pomaga. 
Z  trudnością  usłyszał  wypowiedź  kobiety,  a  jego  słuch  był  doskonały. 

Katrina nie ma szans. Nie chciał zwracać na to jej uwagi, nie przy pacjencie 
- wiedział, jak jest wrażliwa na tym punkcie. Ale może jej pomóc inaczej. 

- Zaczyna się pora lunchu i na oddziale jest dosyć głośno. Na pewno ma 

pani  wiele  pytań  dotyczących  stanu  zdrowia  syna  i  jego  operacji.  Pani 
doktor, ja mam teraz przerwę. Może zechce pani wykorzystać mój gabinet, 
aby  tam  w  ciszy  i  spokoju  przedyskutować  z  panią  Lacey  wszystkie 
niepokojące ją kwestie? 

Ulga w jej oczach powiedziała mu, że dobrze zrobił. 
- Dziękuję, doktorze. To świetny pomysł. Uśmiechnął się do niej. 
- Cieszę się, że mogę pomóc. Wrócę za jakieś pół godziny, ale proszę się 

nie spieszyć. Gdybym był potrzebny, mam przy sobie komórkę. 

- Przekażę Lynne. 
- Do zobaczenia. 
-  Kevin,  może  chcesz  kanapkę?  -  zapytała  Katrina.  -  Doktor  Morgan  na 

pewno nie miałby nic przeciwko temu, abyś coś zjadł w jego biurze. 

Chłopiec potrząsnął głową. 
- Za bardzo boli. 
-  Podam  ci  środek  przeciwbólowy.  Pani  Lacey,  Kevin  choruje  na 

sferocytozę,  rodzaj  anemii.  Jego  czerwone  krwinki  mają  inny  kształt  niż 
nasze.  -  Narysowała  na  tablicy  dwie  komórki,  aby  zilustrować  różnicę.  -
Nieprawidłowy  kształt  sprawia,  że  są  one  niszczone  w  śledzionie,  która 
rozpoznaje  je  jako  anormalne.  To  dlatego  Kevin  jest  blady  i  szybko  się 
męczy.  I  dlatego  śledziona  jest  powiększona,  co  powoduje  silne  bóle 
brzucha. 

- A czy ten ból zniknie, jak pan doktor wyjmie mi śledzionę? 
Chłopiec przysłuchiwał się jej z uwagą. Uśmiechnęła się do niego. 
-  Po  operacji  przestaniesz  się  męczyć  i  nie  będzie  cię  już  boleć  brzuch, 

ale nie naprawimy twoich krwinek. 

-  Ale  wyzdrowieje?  -  zapytała  pani  Lacey.  Tym  razem  Katrina  ją 

usłyszała. 

32

RS

background image

-  Usunięcie  śledziony  może  spowodować  pewne  komplikacje.  Bez  niej 

Kevin  będzie  bardziej  podatny  na  infekcje.  Będzie  musiał  do  końca  życia 
brać  antybiotyki  i  zgłaszać  się  na  wszystkie  przewidziane  kalendarzem 
szczepienia.  Damy  mu  również  kartę,  którą  powinien  mieć  zawsze  przy 
sobie,  z  informacją,  że  nie  ma  śledziony  na  wypadek,  gdyby  potrzebował 
nagłej hospitalizacji. 

- A czy operacja będzie boleć? - zapytał Kevin. 
- Będziesz spał, dopiero po wybudzeniu możesz poczuć mdłości, zawroty 

głowy i ból gardła. Ale to nie potrwa długo. Bardziej przestraszy się twoja 
mama. Włożymy ci przez nos rurkę do żołądka, żebyś nie był głodny zaraz 
po zabiegu. I będziemy podawać ci przez nią środki przeciwbólowe. 

- Jak długo potrwa operacja? 
-  Od  półtorej  godziny  do  trzech.  Będzie  pani  mogła  z  nim  zostać  do 

znieczulenia, potem poprosimy, aby zaczekała pani w kawiarni. Za tydzień 
będzie  go  można  zabrać  do  domu.  Wrócicie  państwo  tylko  na  wyjęcie 
szwów.  -  Uśmiechnęła  się  do  Kevina.  —Za  miesiąc  pójdziesz  do  szkoły. 
Ale nie będziesz mógł uprawiać sportu przez następne trzy miesiące. 

- Nie zagram w nogę? Ale muszę. Jestem w reprezentacji szkoły. 
- Przykro mi, słoneczko. Twój brzuch musi się zagoić. A potem będziesz 

grać  jeszcze  lepiej  niż  teraz,  bo  nie  będziesz  się  tak  męczył.  -  Katrina 
uśmiechnęła  się  do  pani  Lacey.  -  Wezwę  teraz  chirurga  i  anestezjologa, 
abyście  mogli  z  nim  omówić  szczegóły  operacji.  Jeśli  będziecie  mieli 
jeszcze potem pytania, służę pomocą. 

- Trzy miesiące bez piłki. - Kevinowi zadrżała broda. 
- To naprawdę szybko minie. Zaczniesz znów grać, zanim się obejrzysz. 
Katrina wpadła na Rhysa dopiero pod koniec dyżuru. 
- Dzięki za poratowanie mnie dziś rano. 
-  Nie  ma  sprawy.  Sam  z  trudnością  ją  słyszałem.  Oddział  to  jednak 

hałaśliwe miejsce, a ona miała cały czas schowaną twarz, nie mogłaś więc 
czytać z ruchu warg. 

Katrina skrzywiła się. 
- Wiem, powinnam była coś powiedzieć. 
- Niekoniecznie. - Rhys zmarszczył brwi. - Chodź, napijemy się kawy. 
- Nie mogę, mam mnóstwo pracy. 
- Papiery mogą zaczekać. Skończyłaś dyżur w poradni, a ja obchód, czyli 

mamy czas na przerwę. 

- Rhys... - zaczęła. 

33

RS

background image

- Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać. 
On  chce  z  nią  porozmawiać?  Zadrżała,  po  czym  zaraz  zganiła  się  w 

duchu. Przecież to jasne, że nie chce dyskutować o ich związku. Oni nawet 
nie są w związku, po prostu się kolegują. 

Pozwoliła  zaprowadzić  się  do  cichego  stolika  w  rogu  stołówki  i  kupić 

sobie kawę z mlekiem. 

- Jest na tyle głośno, aby ludzie nas nie słyszeli, ale chyba nie za głośno 

dla ciebie? Słyszysz mnie? - zapytał. 

Automatycznie  przesunął  twarz  do  światła;  pomimo  otaczającego  ich 

zgiełku  mogła  z  łatwością  czytać  z  ruchu  warg,  gdyby  czegoś  nie 
dosłyszała. 

- Tak. 
-  Świetnie.  Teraz  powiem  ci  coś  bardzo  ważnego,  dlatego  uważaj. 

Katrino  Gregory,  jesteś  cholernie  dobrą  lekarką.  I  twoja  wada  słuchu  tego 
nie zmieni. 

Wciągnęła gwałtownie powietrze. 
- Po prostu czasami... Zresztą, nieważne. 
- Porozmawiaj ze mną, Katrino. Uśmiechnęła się kpiąco. 
- Przyganiał kocioł garnkowi. Machnął ręką lekceważąco. 
- Moje życie prywatne nie koliduje z pracą. Katrina uniosła podbródek. 
- Moje też nie. Westchnął. 
- Nie to chciałem powiedzieć. Przepraszam. Po prostu wydaje  mi się, że 

czasami  martwi  cię  to,  jak  twoja  wada  słuchu  wpływa  na  twoje 
funkcjonowanie. A z  mojego punktu widzenia nic takiego nie  ma  miejsca. 
Świetnie  radzisz  sobie  z  dziećmi  i  ich  rodzicami.  Każdy  miałby  dzisiaj 
problemy ze zrozumieniem tego, co mówi pani Lacey. Ja też nie mogłem jej 
usłyszeć. Twój słuch nie ma tu nic do rzeczy. - Zmarszczył brwi. - Czy ktoś 
powiedział ci, że jest inaczej? 

- Nie tutaj - wyrwało się jej, zanim zdołała się powstrzymać. 
-  Nie  chcesz  tutaj  o  tym  rozmawiać  czy  ktoś  powiedział  ci  coś  takiego 

gdzie indziej? 

Poruszyła się niecierpliwie. 
- Naprawdę musimy to teraz omawiać? 
- Tak. To ważne. Katrino, tu nikt nas nie podsłucha. 
A  jeśli  ktoś  powiedział  ci  coś,  co  cię  zmartwiło,  chciałbym  się  o  tym 

dowiedzieć. 

- To było dawno temu. Już to przebolałam. 

34

RS

background image

- Naprawdę? Podniosła głowę. 
- Zazwyczaj nie rozczulam się nad sobą. 
-  Wiem,  ale  jeśli  ktoś  podkopał  twoją  pewność  siebie,  to  może  wrócić, 

kiedy masz kiepski dzień, na przykład taki jak dzisiaj. Wszyscy tak mamy. 

- Wiem. 
-  Więc  porozmawiaj  ze  mną.  To  pomoże.  -  Sięgnął  przez  stół  i  uścisnął 

jej dłoń. Pragnienie, które w niej wezbrało, na chwilę odebrało jej oddech. 

- Katrino? 
- Dobrze już. Jeśli musisz wiedzieć, to był mój eks. Pete. Maddie nazywa 

go  Pete  Ropucha. -  Przełknęła  z  trudem.  Równie  dobrze  może  powiedzieć 
Rhysowi prawdę.  Wtedy on znów się wycofa, a ona odzyska kontrolę nad 
uczuciami.  -  Rzucił  mnie,  bo  jestem  wybrakowana.  Bał  się,  że  jeśli  się 
pobierzemy i będziemy mieli dziecko, ja nie usłyszę jego płaczu. Nie będę 
wystarczająco dobrą żoną i na pewno niedobrą matką. 

Rhys wyglądał na zszokowanego. 
- Co? Przecież to  idiotyzm! Katrino, wiesz, jak  reagują na ciebie dzieci. 

To  ciebie  wszyscy  wzywają,  gdy  trzeba  je  uspokoić,  opowiedzieć  bajkę, 
odciągnąć ich uwagę od choroby. I jesteś świetnym lekarzem. Pete nie miał 
pojęcia, o czym mówi. 

-  Czyżby?  Przecież  pracowaliśmy  razem.  Ja  byłam  starszym  stażystą,  a 

on specjalistą. 

- Tutaj? On był tu konsultantem przede mną? 
-  Nie,  w  innym  szpitalu.  Przeniosłam  się  tutaj  dwa  lata  temu.  - 

Odetchnęła głęboko. - Tam wszyscy wiedzieli o naszym rozstaniu. To było 
okropne.  Atmosfera  na  oddziale  stała  się  nie  do  wytrzymania.  Prawie 
wszyscy wzięli moją stronę, poza jedną kobietą, która... Cóż, okazało się, że 
Pete jej się podoba i pomyślała, że jeśli opowie się za nim, on się jej jakoś, 
hm, zrewanżuje. 

- Chyba do siebie pasowali. 
- Chyba tak. Nie mam pojęcia, czy się w końcu zeszli. I naprawdę mnie 

to  nie  interesuje.  Ale  przestałam  po  tym  wszystkim  lubić  chodzenie  do 
pracy.  Wszyscy  byli  tacy  mili,  ale  w  ich  oczach  widziałam  litość. 
Nienawidziłam tego, że nazywają mnie „biedną Katrina", bo przestałam być 
pewna, czy chodzi im tylko o Pete'a, czy o mój słuch. A praca z nim stała 
się  torturą.  Nigdy  więcej  nie  chcę  przez  to  przechodzić.  -  Skrzywiła  się.  - 
Wszyscy  mi  powtarzali,  że  to  on  popełnił  błąd,  nie  ja,  ale  przestałam  im 
wierzyć.  Bo  jeśli  on  był  taki  okropny,  dlaczego  byłam  na  tyle  głupia,  aby 

35

RS

background image

się w nim zakochać? I co będzie następnym razem? Znów wybiorę kogoś, 
kto będzie mnie źle traktował? 

-  Wiem,  że  przemoc  nie  jest  żadnym  rozwiązaniem,  ale  z  chęcią 

złamałbym facetowi szczękę - powiedział Rhys przez zęby. - To nieprawda, 
Katrino. Nie jesteś wybrakowana i na pewno nie bezużyteczna. Jesteś miła, 
mądra,  jesteś  doskonałym  lekarzem  i  sprawiasz,  że  świat  staje  się  lepszy. 
Nie pozwól sobie wmówić, że jest inaczej. 

Wyraz  jego  twarzy  powiedział  jej,  że  on  naprawdę  tak  myśli.  Jest 

wściekły na Pete'a i jego zachowanie. 

Jeśli jest w stosunku do niej tak opiekuńczy, to musi coś znaczyć. I to, jak 

na nią patrzy... Tęsknota. Pożądanie. 

Ale ona nie może nic z tym zrobić. 
Powinna  mu  to  wytłumaczyć.  Ale  jak?  Nie  jest  to  łatwy  temat,  a  Rhys 

jest skryty, co znacznie utrudni sprawę. Poczuła ucisk w gardle. 

- Rhys, posłuchaj, ja nie... To niezręczne. 
-  Nie  zdradzę  twojego  zaufania,  jeśli  to  cię  martwi.  To,  co  mi  powiesz, 

zostanie pomiędzy nami. 

Poczuła, jak na jej twarz wypływa rumieniec. 
-  Dziękuję.  Chodzi  o  to,  że  Pete...  Dlatego  nie  chcę  umawiać  się  z 

kolegami  z  pracy.  Nie  chcę  przechodzić  przez  to  wszystko  jeszcze  raz, 
dzielić oddziału na dwa wrogie obozy i być obiektem dyskusji przy kawie. 

- Doskonale cię rozumiem. 
- Tobie też przytrafiło się coś takiego? 
-  Niezupełnie.  Nigdy  nie  spotykałem  się  z  nikim  z  mojego  oddziału. 

Ale... Mamy układ? To, co ci powiem, zostanie pomiędzy nami? 

- Jasne. 
- Moi rodzice rozstali się, ledwo zacząłem szkołę. Nie będę wchodzić w 

szczegóły,  ale  naprawdę  nie  odbyło  się  to  w  harmonii.  Obiecałem  sobie 
wtedy,  że  nie  dopuszczę,  aby  mnie  to  spotkało.  -  Uśmiechnął  się  sucho.  - 
Oczywiście  z  wiekiem  zrozumiałem,  że  nie  każde  małżeństwo  musi 
zakończyć się rozwodem. 

-  Moi  rodzice  są  małżeństwem  od  trzydziestu  lat.  Tak  jak  rodzice 

Maddie. I nadal zachowują się czasami jak żenujące nastolatki. 

- Szczęściarze. - Wzruszył ramionami. - Naprawdę wiem, że ludziom się 

udaje,  ale  mnie  jakoś  nie.  Starałem  się,  wiele  razy,  ale  i  tak  moje  związki 
się rozpadały. 

- Czy to ostrzeżenie? 

36

RS

background image

-  Nie,  konstatacja.  Wiem,  że  mam  szanse,  ale  chyba  emocjonalnie  nie 

jestem  gotowy  na  podjęcie  ryzyka.  I  pewnie  dlatego  trzymam  ludzi  na 
dystans: bo tak jest łatwiej. Mniej stresu. Z pracą sobie radzę. Z ludźmi... 

-  Oparł  łokcie  na  stole  i  złożył  podbródek  na  złączonych  dłoniach.  - 

Mogę być z tobą szczery? 

Pokiwała głową. 
- Bardzo  mnie pociągasz, Katrino. Nie pamiętam, kiedy i z kim ostatnio 

czułem coś aż tak silnego. Ale nic z tym nie zrobię, bo zgadzam się z tobą, 
że związek w pracy to zły pomysł. Mówię to tylko po to, by ci wyjaśnić, że 
twoje  problemy  ze  słuchem  nie  mają  nic  wspólnego  z  tym,  że  nie 
zapraszam cię na randkę. To część ciebie i myślę, że to właśnie dzięki temu 
jesteś  tak  otwarta  na  ludzkie  uczucia.  Rozumiesz  język  ciała  lepiej  niż 
ktokolwiek, domyślam się więc, że wiedziałaś, co chcę ci powiedzieć. 

- Zastanawiałam się nad tym. - Przygryzła wargę. 
- A ty jesteś bardzo spostrzegawczy. Zauważyłeś dzisiaj, jak mi ciężko i 

rozwiązałeś problem tak, że nie poczułam się głupio, jak wtedy, gdy byłam 
z Pete'em. 

-  Głupio?  -  Rhys  zamrugał  powiekami.  -  Co,  do  cholery,  było  nie  tak  z 

tym facetem? Nie jesteś głupia. Przecież już jesteś praktycznie gotowa, aby 
objąć stanowisko specjalisty. Egzaminy zdasz śpiewająco. 

- Oby. 
-  Wiem  to  -  oświadczył,  biorąc  ją  za  rękę.  Oblizała  wargi,  czując,  jak 

przyspiesza jej tętno. 

- Nie rób tego - poprosił, puszczając jej dłoń. 
- Czego? 
-  Nie  oblizuj  warg.  To  sprawia,  że  chciałbym...  -Wstrzymał  oddech.  - 

Chciałbym cię pocałować. A poza tym, że obiecałem sobie trzymać się od 
ciebie  z  daleka,  znajdujemy  się  w  stołówce.  Gdybym  to  zrobił,  plotki 
zaczęłyby  się  szerzyć  z  prędkością  światła.  -  Zmusił  się  do  upicia  łyka 
kawy,  ale  filiżanka  stuknęła  o  spodek,  gdy  ją  odstawiał.  -  Mogłabyś  mnie 
teraz oskarżyć o molestowanie. 

Potrząsnęła głową. 
-  Jesteś  spostrzegawczy,  więc  na  pewno  wiesz,  że  ja  czuję  to  samo.  Od 

pierwszego  dnia.  -  Przeczesała  palcami  włosy.  -  Ale  ja  też  nie  będę 
ryzykować,  Rhys.  Naprawdę  lubię  swoją  pracę  i  nie  chciałabym  stąd  od-
chodzić, gdyby wszystko potoczyło się tak jak poprzednio. 

37

RS

background image

- Nie jestem taki jak Pete, nie doszłoby więc do tego, ale masz rację. Nie 

możemy tego zrobić. Zasługujesz na szczęście, którego ja chyba nie byłbym 
w stanie ci dać. To znaczy, jasne, moglibyśmy mieć gorący romans. 

Niepotrzebnie mówił to na głos. Prawie poczuł, jak jego ciało reaguje na 

ten pomysł. Rozszerzone źrenice Katriny podpowiedziały mu, że ona też to 
czuje. O Boże, powinien odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją. I to 
szybko. 

-  Ale  nie  jestem  na  etapie  planowania  przyszłości  i  małżeństwa,  a  nie 

byłoby  uczciwie  prosić  cię,  abyś  zrezygnowała  z  szukania  kogoś,  kto 
mógłby dać ci to, czego pragniesz. 

- Więc co zrobimy? 
-  Zostawimy  wszystko  tak,  jak  jest.  Kolegujemy  się.  Oboje  jesteśmy  na 

tyle rozsądni, aby na pierwszym miejscu stawiać karierę i dobro pacjentów. 

- Masz rację. To rozsądne. 
- Dobrze. Cieszę się, że sobie to wyjaśniliśmy. 
- Ja również. 
Powinien czuć ulgę. Ale wolałby, aby sprawy ułożyły się inaczej. 
-  Po  kawie  wracamy  na  oddział.  Ty  idziesz  w  swoją  stronę,  ja  w  swoją. 

Pracujemy.  A  w  końcu  przecież  ta  fascynacja  minie  i  będziemy  mogli 
patrzeć na siebie bez... 

- Chęci zerwania z siebie ubrań? Jęknął. 
-  Chyba  powinienem  był  wziąć  zimny  prysznic  zamiast  kawy.  Ale  tak. 

Coś w tym rodzaju. Wiem, że już to mówiłem, ale powtórzę dla pewności: 
to nie ma nic wspólnego z twoją wadą słuchu. 

- Dziękuję. Doceniam to. 
Wciąż czuł złość. Jej eks naprawdę namieszał. Jakaś jego część pragnęła 

namiętnie  ją  pocałować,  aby  jej  pokazać,  jak  bardzo  jest  pociągająca,  ale 
skończyłoby  się  komplikacjami,  których  oboje  woleli  uniknąć.  Katrina 
zasługuje na szczęście u boku kogoś, kto da jej to, czego potrzebuje - a to z 
góry wyklucza jego. 

Zawarli układ, i on zamierza się go trzymać. Niezależnie od tego, co na 

ten temat sądzi jego ciało. 

 
 
 
 
 

38

RS

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Zdołali  utrzymywać  sprawy  w  stanie  równowagi  przez  kolejne  kilka 

tygodni, choć Katrina nadal była szczególnie wyczulona na obecność Rhysa 
i wiedziała, że on czuje to samo. Świadomość. Tęsknotę. Wahanie. 

Moglibyśmy mieć gorący romans. Jego słowa nadal rozbrzmiewały w jej 

głowie. Może powinni się zdecydować? Może to rozładowałoby napięcie i 
mogliby potem wrócić do koleżeńskich relacji? 

Albo pogorszyłoby sytuację. Bo choć potrafiła sobie wyobrazić, jak Rhys 

się  z  nią  kocha,  rzeczywistość  na  pewno  okazałaby  się  bogatsza.  A  z  tego 
chyba nie potrafiłaby zrezygnować. 

Musi  po  prostu  zacząć  brać  zimne,  długie  prysznice.  Albo  przepływać 

kilka  długości  pobliskiego  basenu  przed  pracą  -  w  nim  woda  zawsze  jest 
lodowata. 

Zastanawiała się nad tym, gdy zobaczyła, jak Rhys wchodzi na oddział ze 

śpiworem  i  walizką  w  ręce.  Wyjeżdża?  O  ile  wiedziała,  nie  wziął  urlopu. 
Dziwne. 

Po  raz  kolejny  zobaczyła  go  w  czasie  przerwy.  Siedział  w  pokoju  dla 

personelu i dzwonił dokądś, jednocześnie skreślając coś z listy. 

- Wszystko w porządku? - zapytała. 
-  Nie  bardzo.  -  Przewrócił  oczami.  -  Pamiętasz  tę  burzę,  która  przeszła 

nad  miastem  w  zeszłym  tygodniu?  Wiatr  zerwał  z  mojego  budynku  kilka 
dachówek  i  właściciel  wezwał  ekipę,  aby  to  naprawiła.  Okazało  się,  że 
znaleźli  trochę  azbestu.  Muszę  się  wyprowadzić  na  czas  remontu.  A  że 
właściciel  budynku  ma  fioła  na  punkcie  zdrowia  i  bezpieczeństwa, 
musiałem się spakować. 

Spojrzała  na  listę  z  nazwami  okolicznych  hoteli.  Większość  z  nich  była 

przekreślona. 

- Nie masz szczęścia w szukaniu? 
- Wszędzie mają komplet z powodu święta, przerwy międzysemestralnej i 

tego  koncertu  pod  koniec  tygodnia.  -  Westchnął.  -  Chyba  będę  musiał 
spędzić kilka nocy w biurze. Dlatego przyniosłem śpiwór. 

- Są tu prysznice i w ogóle, ale życie na walizkach jest okropne. Tutaj w 

ogóle nie odpoczniesz. 

- Nie jest to najlepsze wyjście, masz rację, ale kilka dni jakoś przetrwam. 
Zastanawiała się przez chwilę. 

39

RS

background image

- Posłuchaj, ja  mam  wolny pokój. Możesz pomieszkać u  mnie przez ten 

czas. 

Zamrugał z niedowierzaniem powiekami. 
- Katrino, to bardzo miło z twojej strony, ale nie mogę cię fatygować. Nie 

wiem, jak długo to potrwa. Może kilka dni, może tygodni. 

- Żaden problem. - Poza tym, oczywiście, że mają trzymać się od siebie z 

daleka.  Ale  nie  może  go  przecież  tak  zostawić.  Zaproponowałaby  gościnę 
każdemu w takiej sytuacji. 

- W takim razie dziękuję. Naprawdę. 
- Masz tylko śpiwór i walizkę? 
- Obawiam się, że nie. - Uśmiechnął się kpiąco. - Mam mieszkanie pełne 

książek i filmów, tylko meble nie są moje. 

Uśmiechnęła się. 
- Pomogę ci. Przyjadę do ciebie wieczorem i zapakujemy część rzeczy do 

mojego samochodu. Dwa chyba wystarczą, aby to wszystko przewieźć? 

- Katrino, ratujesz mi życie. 
-  Żaden  problem.  Każdy  tutaj  zrobiłby  na  moim  miejscu  to  samo. 

Pomagamy sobie w kłopotach. 

- Dzięki. Naprawdę to doceniam. I stawiam dziś w związku z tym kolację 

na wynos - zadeklarował. 

- Świetnie. Pizza, sałatka i najlepsze grzanki z rozmarynem w mieście. 
- Umowa stoi. 
W  drodze  do  domu  Rhys  zatrzymał  się  dwa  razy,  schował  jeden  z 

pakunków pod fotelem pasażera w samochodzie, a potem wyjął z bagażnika 
taśmę do pakowania i pudła. Zdążył spakować większość ubrań, zanim do 
drzwi zadzwoniła Katrina. 

- Wchodź. Napijesz się kawy? -' Chętnie. 
Przeszedł do kuchni i włączył czajnik. 
-  Opróżniłem  już  sypialnię  i  łazienkę.  Zostały  tylko  kuchnia  i  salon.  - 

Uśmiechnął się. - Na szczęście niedawno zgrałem większość mojej kolekcji 
płyt  na  twardy  dysk,  będziemy  więc  mieć  mniej  roboty.  -  Nie  wspomniał, 
że drugiej części nie zdążył jeszcze od przeprowadzki rozpakować. 

Jej oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyła futerał na wiolonczelę i pulpit do 

nut. 

- Zgadłabym, że umiesz śpiewać, bo przecież jesteś Walijczykiem, ale nie 

miałam pojęcia, że potrafisz grać. 

Roześmiał się. 

40

RS

background image

-  Nie  wierz  stereotypom.  Nie  wszyscy  Walijczycy  umieją  śpiewać. 

Szkolne  przedstawienia  były  zazwyczaj  torturą,  bo  połowa  dzieciaków 
wypadała z rytmu. 

- Jak długo grasz? 
-  W  moim  domu  od  zawsze  stało  pianino,  zacząłem  więc  brzdąkać 

jeszcze jako szkrab. A lekcje pobierałem od trzeciego roku życia. - Zanim 
wszystko  się  popsuło.  Potem  szczęśliwy  był  tylko  wtedy,  gdy  mógł  grać. 
Wypełniał panującą w domu nieznośną ciszę. - Później nauczyłem się także 
grać na wiolonczeli. 

Rozejrzała się. 
- Teraz nie masz pianina? 
-  Niestety,  ale  tęsknię  za  nim.  Gdy  kupię  mieszkanie  w  Londynie,  to 

najpierw wstawię tam pianino. 

- Swoje zostawiłeś w Walii? 
- Przewiezienie go byłoby kłopotliwe. Z początku nie wiedziałem, gdzie 

będę mieszkać i czy będę mieć miejsce na taki sprzęt. Córka mojego kolegi 
z  pracy  chciała  się  uczyć  gry,  więc  jej  je  podarowałem.  -  Było  to  bolesne 
przeżycie,  ale  przynajmniej  miał  pewność,  że  jego  pianino  znalazło  dobry 
dom. 

-  W  mojej  rodzinie  nikt  na  niczym  nie  gra.  Tata  i  wujek  Bryan  zawsze 

puszczają  sobie  muzykę  w  garażu,  Maddie  jest  wielką  fanką  lat 
pięćdziesiątych:  Deana  Martina,  Julie  London  i  lekkiego  jazzu,  ale 
ograniczają się do podśpiewywania i tańczenia. 

- A ty? 
Zmarszczyła nos. 
- Zazwyczaj podoba mi się to, co innym. Ale nie mam w domu radia ani 

wypasionej wieży. Nie słucham muzyki, kiedy jadę sama samochodem. 

-  Może  będę  mógł  pokazać  ci,  co  najbardziej  lubię.  Ale  ostrzegam,  to 

bardziej klasyka niż pop czy rock. 

- Nie wiem, czy będę w stanie to docenić, ale dzięki za propozycję. 
Oczywiście.  Przecież  kiedyś  wspomniała  mu,  że  ma  trudności  ze 

słyszeniem  dźwięków  o  wysokiej  częstotliwości.  Może  problem  rozciąga 
się także na dolną część skali? 

- Mam zacząć od pakowania filmów? - zapytała. - W jakimś szczególnym 

porządku? 

- Po prostu wrzucaj je do pudeł. Ja zacznę od książek. 
- Chciałeś kiedyś zostać muzykiem? 

41

RS

background image

-  Tak  jakby.  Wahałem  się  pomiędzy  studiami  medycznymi  a 

muzycznymi. To był trudny wybór. 

- Co sprawiło, że wybrałeś medycynę? 
-  Chciałem  pomagać  ludziom  poczuć  się  lepiej.  A  moja  nauczycielka 

muzyki do dzisiaj jest na mnie zła. 

- Musiałeś iść za głosem serca. No i wciąż możesz grać dla przyjemności. 
-  Właśnie  to  jej  powiedziałem.  A  pediatria  naprawdę  daje  mi  mnóstwo 

satysfakcji.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Dlatego  wiem,  że  dokonałem 
właściwego wyboru. 

Szybko  uwinęli  się  z  książkami  i  filmami.  Rhys  nie  pozwolił  Katrinie 

dźwigać nic cięższego niż jego torba na laptopa, więc to on zanosił pudła do 
samochodu, a ona kończyła pakować kuchnię. 

Zauważyła,  że  w  jego  mieszkaniu  nie  ma  żadnych  osobistych  pamiątek. 

Nic,  co  mogłoby  jej  powiedzieć,  jakim  jest  człowiekiem.  Na  półkach  nie 
było ani jednej fotografii, żadnych pocztówek na lodówce. 

Wiedziała, że jest jedynakiem i że jego rodzice się rozstali, gdy był mały, 

ale  oczekiwała  chociaż  jednego  ich  zdjęcia,  albo  przynajmniej  fotografii 
ukochanego  zwierzątka.  Albo  odbitki  z  czasów  studiów,  na  której  byłby 
Rhys i jego przyjaciele. 

Ostrzegał  ją,  że  trzyma  ludzi  na  dystans.  Nie  spotkała  dotąd  człowieka 

tak  zamkniętego  w  sobie  jak  on,  toteż  nie  mogła  oprzeć  się  wrażeniu,  że 
nawet nie zauważy, że ma tymczasowego współlokatora. Coś w jej umyśle 
nadal  przekonywało  ją,  że  zaoferowanie  Rhysowi  noclegu  to  zły  pomysł, 
ale nie może pozwolić, aby spał w biurze. 

Na szczęście przed jej domem zauważyli dwa wolne miejsca parkingowe, 

mogli  więc  szybko  rozpakować  samochody.  W  czasie,  gdy  Rhys  nosił 
kartony, ona załatwiła mu tymczasową kartę postojową. 

-  To  ostatnie?  -  zapytała,  wskazując  pudło,  które  właśnie  wniósł  do 

przedpokoju. 

-  Prawie.  Jeszcze  jedno.  -  Ku  jej  zdziwieniu  wrócił  ze  wspaniałym 

bukietem białych róż i frezji. 

- To dla mnie? 
-  Kupiłem  je  po  drodze.  Chciałem  ci  jakoś  podziękować  za  ratunek.  - 

Uśmiechnął się. - Powiedziałem kwiaciarce, że nie jesteś fanką różowego. 

-  Rhys,  one  są  przepiękne.  -  Jej  oczy  zaszły  łzami.  Kiedy  ostatnio  ktoś 

kupił jej kwiaty? Pete przestał to robić na długo przed końcem ich związku. 
- Dziękuję... 

42

RS

background image

-  Gdybym  wiedział,  że  będziesz  płakać,  kupiłbym  czekoladę  - 

powiedział, ocierając jej z policzka pojedynczą łzę. - Nie płacz, kochanie. 

-  Wstawię  je  do  wody.  i  pokażę  ci  twój  pokój.  Powinno  być  tam 

wystarczająco dużo miejsca na rzeczy, a resztę możemy umieścić w jadalni, 
tak jak wiolonczelę. 

- Nie chcę zajmować ci całego mieszkania. 
- Oj, przestań. Jesteś moim gościem. 
- Właściwie chciałem z tobą o tym porozmawiać. Chciałbym płacić twój 

czynsz przez ten czas. 

- Nawet tak nie mów. Nie wynajmuję pokoi. 
-  Wiem,  ale  twoje  rachunki  i  tak  przeze  mnie  wzrosną,  chcę  się  więc 

jakoś  dokładać.  Wezmę  na  siebie  też  część  sprzątania  i  gotowania.  I  nie 
kłóć się ze mną, bo zrobiłabyś to samo, gdybyś była na moim miejscu. 

Nie mogła się z tym nie zgodzić. 
- W porządku. Dziękuję. 
- Świetnie. Zacznę od zamówienia pizzy. 
- Ulotka leży w kuchni, obok telefonu. Gdybyś chciał dać znać rodzicom 

albo komukolwiek innemu, że tu jesteś, możesz im podać mój numer. 

- Nie ma takiej potrzeby. Mam komórkę. Ale dzięki za propozycję. 
Nie potrafiła rozszyfrować tonu jego głosu, ale resztę wyczytała z mowy 

ciała. Wyglądało na to, że jego filozofia niedopuszczania nikogo w pobliże 
obejmowała także rodziców. 

Zanim  Rhys  się  rozpakował,  przywieziono  pizzę.  Katrina  starała  się  w 

czasie  kolacji  nie  poruszać  żadnych  osobistych  tematów  i  Rhys  znów  się 
odprężył. 

- Często grasz na wiolonczeli? - zapytała. 
-  Pół  godziny  dziennie,  żeby  nie  wyjść  z  wprawy,  czasami  dłużej,  jeśli 

miałem ciężki dzień. 

Najwidoczniej  w  ten  sposób  się  relaksował.  Ona  wolała  zagubić  się  w 

czytaniu. 

-  Zagrasz  coś  dla  mnie  czy  jesteś  zbyt  zmęczony?  Popatrzył  na  nią  ze 

zdziwieniem. 

- Chcesz, żebym dla ciebie zagrał? 
-  Pewnie  nie  będę  w  stanie  tego  docenić,  ale  chyba  jestem  ciekawa.  - 

Zmarszczyła nos. - Chciałabym wiedzieć, jaką muzykę lubisz. 

- Dobrze. Zagram w jadalni, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Masz tam 

drewnianą podłogę, więc akustyka będzie lepsza. 

43

RS

background image

- Potrzebujesz pulpitu i nut? Potrząsnął głową. 
-  Tylko  jeśli  chcę  zagrać  coś,  czego  dawno  nie  grałem.  Większość 

utworów znam na pamięć. 

Katrina  obserwowała  go  zafascynowana.  Rhys  ustawił  krzesło  w 

odpowiedniej pozycji, wyjął instrument z futerału i naciągał smyczek. 

- Uwielbiam to - oświadczył. - Druga część koncertu g-moll Bacha. 
Naprawdę  zatopił  się  w  muzyce,  pomyślała.  Pochylał  się,  przesuwając 

smyczkiem po strunach. Jego palce precyzyjnie wydobywały z nich kolejne 
nuty. A gdy spojrzała na jego twarz, zobaczyła, że mur, którym się otacza, 
zniknął. Zapragnęła go jeszcze bardziej. 

Skończył grać i popatrzył na nią. 
- Bardzo ładne - powiedziała uprzejmie. 
- Ale musiałaś się skoncentrować. Spojrzała na niego ze zdumieniem. 
- Skąd wiesz? 
- Dźwięki były niskie. Zastanawiałem się, czy je usłyszysz, czy będziesz 

mieć  trudności.  -  Zamyślił  się  na  chwilę.  -  Mogę  cię  poprosić  o  coś 
dziwnego? 

- Dziwnego? 
- Podejdź, usiądź przy mnie i przyłóż rękę do instrumentu tutaj. - Dotknął 

lewej  dolnej  części  wiolonczeli.  -  Jeśli  poczujesz  wibracje,  będziesz  lepiej 
słyszeć. 

- A nie będę wchodzić w drogę smyczkowi? 
- Nie. 
- A nie zniszczę lakieru czy coś? Roześmiał się. 
- To nie Stradivarius czy obiekt muzealny, Katrino. Zwykła wiolonczela. 

Dotykanie nie zrobi jej krzywdy. No, chodź. 

Wzięła  poduszkę  z  sofy  i  usiadła  obok  niego,  kładąc  dłoń  w  miejscu, 

które jej wskazał. 

- To chyba mój ulubiony utwór Bacha. - Zaczął znów grać, a ona odkryła, 

że miał rację. Wibracje naprawdę pomogły jej słyszeć. 

- To było cudowne - powiedziała, gdy skończył. - I wiem, że to jest Aria 

na strunie G. Mój tata ma to na płycie. 

Pokiwał głową. 
- Nie przerywaj - poprosiła. 
Następny utwór prawie doprowadził ją do łez. 
- Niesamowite. Co to? 

44

RS

background image

- Druga część sonaty Patetycznej Beethovena. Tak naprawdę jest to utwór 

na  fortepian,  ale  myślę,  że  nadaje  się  również  na  wiolonczelę.  -  Wzruszył 
ramionami.  -  Doprowadzałem  do  szału  moją  nauczycielkę  muzyki, 
transkrybując moje ulubione utwory fortepianowe na wiolonczelę. 

-  Doskonale  grasz.  Chyba  zaczynam  rozumieć,  dlaczego  Maddie  tak 

kocha muzykę. 

- Muzyka to pokarm dla duszy. 
-  Czy  byłoby  bardzo  nieładnie  z  mojej  strony,  gdybym  poprosiła  o 

jeszcze? 

- Chcesz więcej, mój młody uczniu? Zdjęła dłoń z instrumentu. 
- Przepraszam. 
-  Żartowałem  przecież.  -  Przełożył  smyczek  do  drugiej  ręki,  a  prawą 

sięgnął  do  niej.  -  Jeśli  chcesz,  abym  jeszcze  grał,  sprawisz  mi  wielką 
przyjemność. 

Dotyk jego dłoni... Nie mogła nic poradzić na to, że jej palce owinęły się 

wokół  niej.  Przez  długą  chwilę  nic  nie  mówili,  jedynie  wpatrywali  się  w 
siebie. Katrina zaczęła się zastanawiać, jak by to było poczuć jego rękę na 
skórze. Dotykałby jej z taką samą precyzją, z jaką gra? Wywołałby w niej 
taką samą wibrującą reakcję, jaką wydobywał z wiolonczeli? To było takie 
kuszące. 

Ale  po  szalonej  nocy  przyjdzie  poranek.  A  że  oboje  mają  teraz  inne 

problemy, powinna jednak wykonać krok w tył. I to zaraz. 

-  Czyli  to  Bach  jest  twoim  ulubionym  kompozytorem?  -  zapytała 

radośnie, prostując palce. 

Zobaczyła w jego oczach zrozumienie. On też zastanawiał się, jak by to 

było, gdyby jej dotknął. Jak zareagowałaby na jego dłonie, jego usta. 

-  Tak.  Wiesz,  trochę  przeszkadzają  mi  te  nierozpakowane  pudła.  Może 

zagram ci innym razem? 

- Pójdę nastawić wodę. Niezręczny moment minął, pomyślała. Na razie. 

 
 
 
 
 
 
 
 

45

RS

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Następnego  dnia  Katrinę  zbudził  zapach  świeżo  parzonej  kawy. 

Najwyraźniej Rhys był już na nogach. Wstała, ubrała się szybko i weszła do 
kuchni. 

- Dzień dobry. 
- Dzień dobry - odpowiedział. 
- Zrobiłeś kawę. To wspaniale. - Uśmiechnęła się. 
- Chyba mogłabym do tego przywyknąć. 
- O nie. Jutro twoja kolej. 
- Dobrze spałeś? 
- Doskonale, dziękuję. 
- To świetnie. - Zaczęła szperać w szafkach. - Płatki czy grzanki? 
- Nie oczekuję, że będziesz przygotowywać mi śniadania, Katrino. 
-  Wiem.  Ale  robię  sobie  grzankę,  a  cztery  grzanki  opiekają  się  w  tym 

samym czasie co dwie. 

- W takim razie z chęcią się poczęstuję. Dzięki. 
- Nalał obojgu kawy, do jej kubka dodał mleka. 
- Cóż, smacznego. 
- Smacznego. 
Od  dawna  nie  dzieliła  z  nikim  swojego  mieszkania  w  taki  sposób. 

Odkryła, że naprawdę dobrze się z tym  czuje i że  miło będzie  mieć z kim 
pójść  do  pracy.  Madison  wyprowadziła  się  już  dawno  temu,  ale  nadal 
tęskniła za ich wspólnymi spacerami do szpitala. 

-  Mogę  ci  zająć  minutkę?  -  zapytała  Katrina  po  południu,  zaglądając  do 

gabinetu Rhysa. 

- Jasne. O co chodzi? 
-  Mała  dziewczynka,  cztery  lata,  powtarzające  się  problemy  z  układem 

moczowym. Rodzeństwo zdrowe, więc zastanawiam się, czy nie ma jakiejś 
ukrytej przyczyny. 

- Myślisz o odpływie pęcherzowo-moczowodowym? 
- To tylko podejrzenie. Nie robiłam jeszcze badań. 
-  Zacznij  od  USG,  choć  w  nim  łatwo  przeoczyć  ślady  zbliznowaceń. 

Wszystko  zależy  od  stopnia  rozwoju  choroby  i  stanu  ogólnego  pacjenta. 
Możliwe, że będziesz musiała wykonać także cystografię. 

- Wolałabym nie. To badanie bardzo nieprzyjemne dla dzieci, nawet jeśli 

dobrze przygotuje się je do zabiegu. 

46

RS

background image

- Chcesz, żebym wpadł i rzucił okiem? 
- Będę wdzięczna. 
Katrina  przedstawiła  go  swojej  pacjentce  Annabel  i  jej  mamie,  a  Rhys 

wytłumaczył im pokrótce, co podejrzewają. 

-  Zrobimy  teraz  magiczne  zdjęcie  twojego  brzuszka  -  rzekła  Katrina  do 

dziewczynki.  -  Nie  będzie  bolało,  ale  może  troszkę  łaskotać,  bo  będę 
musiała nałożyć na twój brzuszek specjalny żel, żeby zdjęcie było wyraźne. 

Rhys spojrzał na monitor. 
- Na pewno widzę zbliznowacenia. 
- To dobra wiadomość, bo to oszczędzi córce kolejnych nieprzyjemnych 

badań - wyjaśniła Katrina. 

-  Co  więcej,  mimo  że  niewątpliwie  jest  to  odpływ  pęcherzowo-

moczowodowy,  nie  widzę  poszerzenia  moczowodów.  Tę  chorobę 
diagnozujemy  w  pięciostopniowej  skali.  U  Annabel  jest  to  stopień  drugi, 
czyli obejdzie się bez operacji. 

-  Kiedy  Annabel  zacznie  rosnąć,  jej  moczowód  się  wydłuży,  a  stan 

polepszy. 

-  Aby  uniknąć  infekcji  w  przyszłości,  zapiszemy  córce  długoterminową 

kurację antybiotykami. Będą to bardzo małe codzienne dawki, które trzeba 
jej będzie podawać do piątego roku życia. 

- I wyrośnie z tego? 
- Jestem pewien, że tak. A jeśli nie, naprawimy problem operacyjnie. Ale 

proszę  się  nie  martwić  na  zapas.  W  większości  przypadków  wystarcza 
kuracja antybiotykami. 

-  Powinniśmy  także  przebadać  jej  starsze  rodzeństwo.  Mogę  umówić 

państwa od razu. 

- Dziękuję. - Mama Annabel uśmiechnęła się. - Od dawna państwo razem 

pracują? 

- Od jakiegoś czasu - odpowiedział Rhys. 
- Tak myślałam. 
- Dlaczego? 
- Bo kończycie po sobie zdania. 
- Naprawdę? - Katrina zamrugała zaskoczona. - Nie miałam... 
-  Pojęcia  -  dokończył  Rhys  z  uśmiechem.  -  To  się  nazywa  praca 

zespołowa. 

47

RS

background image

-  Wszyscy  tu  tak  mamy  -  dodała  Katrina.  Ale  gdy  tylko  to  powiedziała, 

zaczęła się zastanawiać. Tak jest? Czy tylko pomiędzy nią a Rhysem panuje 
taka harmonia? 

Myślała o tym jeszcze w sobotę rano, idąc do łazienki. Zrzuciła szlafrok, 

odciągnęła zasłonę prysznicową... i zobaczyła Rhysa spłukującego z siebie 
resztki mydła. 

-  O  mój  Boże!  Przepraszam,  nie  wiedziałam.  Nie  słyszałam...  O  Boże. 

Przepraszam! - Potwornie zawstydzona chwyciła ręcznik i uciekła. 

Wszystko  toczyło  się  jak  na  zwolnionym  filmie.  Odciągnięta  zasłona, 

zszokowana Katrina wpatrująca się w niego, zażenowana. Najwyraźniej nie 
domknął  drzwi,  a  ona  nie  usłyszała  lejącej  się  wody.  A  ostatnią  rzeczą, 
której  chciał,  było  wywoływanie  w  niej  skrępowania.  Zakręcił  kurek, 
chwycił  ręcznik,  owinął  go  sobie  wokół  pasa  i  wyskoczył  z  wanny.  Nie 
zważając na to, że ocieka Wodą, pobiegł za nią i złapał ją tuż przy drzwiach 
do jej sypialni. 

-  Katrino,  zaczekaj.  -  Położył  jej  dłoń  na  ramieniu,  aby  przyciągnąć  jej 

uwagę i nakłonić do odwrócenia się. 

-  Przepraszam  -  powiedziała,  przygryzając  wargę.  Była  naprawdę 

zawstydzona i bliska łez. 

-  Nic  się  nie  stało.  To  moja  wina.  Chyba  nie  domknąłem  drzwi.  Nie 

słyszałaś prysznica? 

- Nie, w ogóle nie pomyślałam. - Nerwowo przełknęła ślinę. - Naprawdę 

mi przykro. 

-  Kochanie,  przestań  przepraszać.  To  nie  twoja  wina.  Nie  spodziewałaś 

się  mnie  tam,  a  ja  powinienem  był  upewnić  się,  że  zamknąłem  drzwi.  - 
Pogłaskał  ją  po  policzku.  -  Przepraszam,  powiedziałaś  mi,  że  nie  jesteś 
całkowicie głucha, a ja nie zastanawiałem się potem, jak znaczący jest twój 
ubytek słuchu. 

-  Żartujemy  sobie  z  tego  w  domu.  Wszyscy  mówią,  że  tylko  ja  mogę 

przespać  burzę  z  piorunami.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  drżąco.  -  Może 
mógłbyś odtąd śpiewać pod prysznicem? Bardzo głośno? 

Najwyraźniej stara się zbagatelizować sytuację, ale 
Rhys  słyszał,  że  głos  nadal  się  jej  łamie.  Była  smutna.  I  zawstydzona.  I 

czuła, że to wina jej wady. Niewątpliwie znów myśli o byłym narzeczonym 
i jego okrutnych niesprawiedliwych uwagach. 

48

RS

background image

-  Katrino,  nigdy  nie  przepraszaj  za  to,  że  jesteś  sobą.  Lubię  cię  właśnie 

taką.  -  Było  to  niebezpieczne  i  nie  powinien  tego  robić,  ale  chciał  ją 
pocieszyć. Otoczył więc jej talię ramionami, przyciągając ją do siebie. 

Miała na sobie miękki biały szlafrok; gdy przytulił policzek do jej twarzy, 

poczuł, że jej skóra jest jeszcze delikatniejsza niż materiał. 

Nie  zdołał  się  powstrzymać.  Przesunął  głowę  bardzo  powoli  i  kącikiem 

ust dotknął jej warg. Lekki, słodki, łagodny pocałunek. A potem wszystko 
się zamazało. Nie był pewien, co się stało, ale nagle Katrina wtulała się w 
niego,  jej  ramiona  otaczały  go  ciasno,  a  jej  usta  odpowiadały  na  jego 
pieszczoty. 

Czuł  pulsowanie  krwi  w  żyłach.  Czuł,  jak  wali  mu  serce.  Wszystko  w 

nim  rosło,  rozkwitało.  Dokładnie  tak  sobie  wyobrażał  całowanie  Katriny. 
Jakaś  jego  część  ostrzegała  go,  że  powinien  przestać,  że  znajduje  się  w 
niebezpieczeństwie,  ale  jego  żądza  była  silniejsza.  Nie  pamiętał,  kiedy 
ostatnio pragnął kogoś tak bardzo. Uczucia, uwolnione od zapór, rozlały się 
w nim niepowstrzymanie. 

Miała na sobie szlafrok, ale wiedział, że pod nim jest naga. Przez krótką 

chwilę, zanim włożyła go z powrotem w łazience, widział, jaka jest śliczna. 
I pragnął zobaczyć ją jeszcze raz. Dotknąć jej. Posmakować. Nie przerywa-
jąc pieszczot, rozwiązał pasek jednym płynnym ruchem i tkanina spłynęła z 
jej  ramion.  Wtedy  przerwał  pocałunek.  Cofnął  się  o  krok,  aby  móc  na  nią 
popatrzeć. 

Była cudowna. 
Przesunął  dłońmi  po  jej  barkach  i  ramionach  w  kierunku  bioder  i 

zatrzymał się na dłużej na okrągłościach talii. Jęknął z rozkoszy. 

- Kochanie, jesteś taka piękna. Zapierasz mi dech w piersi. 
Nie  odpowiedziała  mu,  tylko  na  niego  popatrzyła.  Jej  niebieskie  oczy 

były ogromne i pełne zachwytu i strachu. Rhys zrozumiał, że czuje to co on. 
Pragnie  tego  z  całych  sił,  ale  boi  się,  że  coś  pójdzie  nie  tak  i  wszystko 
wokół nich runie. A może nadszedł czas, aby zdobyć się na odwagę? 

Pochylił  głowę  i  obsypał  pocałunkami  jej  szyję.  Miała  taką  miękką 

rozkoszną skórę. Zapragnął więcej. 

Zsunął  usta  niżej.  Westchnęła  lekko  i  zanurzyła  palce  w  jego  włosach. 

Delikatny  nacisk  jej  opuszków  ponaglił  go,  podpowiadając,  że  podoba  się 
jej  to,  co  robi.  Przeniósł  się  na  drugą  pierś,  pieszcząc  ją  językiem  i 
wargami, dopóki nie oparła się o niego, domagając się więcej. 

49

RS

background image

- Jesteś cudowna - wyszeptał, gładząc jej brzuch. Jej oddech był szybki i 

płytki,  tak  jak  jego.  -  Pragnę  cię,  Katrino.  Pragnę...  -  Wyprostował  się  i 
spojrzał jej prosto w oczy. - Myślę, że oboje tego pragniemy. 

-  Tak.  -  Otworzyła  drzwi  do  sypialni  i  weszła  do  środka,  zostawiając 

szlafrok na podłodze. 

Przez zasłony przenikało delikatne światło, widział ją więc wyraźnie. 
- Jesteś niesamowita, Katrino - powiedział, idąc za nią i zamykając drzwi. 

- Olśniewająca. 

Zaczerwieniła  się.  Czyżby  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  jaka  jest 

śliczna? 

A  potem  uśmiechnęła  się  i  wtedy  kompletnie  stracił  głowę.  Wziął  ją  w 

ramiona, całował ją i pieścił. Poczuła się doskonała. 

-  Chcę  cię  dotykać,  Katrino.  Całą  -  wyszeptał  między  pocałunkami. 

Chciał  się  dowiedzieć,  jaka  jest,  dać  jej  rozkosz,  sprawić,  aby  poczuła  się 
tak niesamowicie,  jak on czuł się dzięki niej. Nieśmiało pociągnęła za róg 
ręcznika. Opadł na podłogę. 

-  Jesteś  doskonała  -  szepnął.  I  przypomniał  sobie,  że  ona  go  nie  słyszy. 

Przesunął  się  tak,  aby  mogła  czytać  z  ruchu  ust  i  powtórzył:  -  Jesteś 
absolutnie doskonała. 

Jego  palce  powędrowały  wzdłuż  zewnętrznej  strony  uda  w  dół,  a  potem 

wróciły po wewnętrznej stronie. Katrina zadrżała i przesunęła się odrobinę, 
aby  umożliwić  mu  dostęp  do  miejsca,  którego  tak  pragnął.  Dotknął  jej 
lekko, a następnie wsunął palec pomiędzy delikatne fałdy. Zachłysnęła się, 
gdy opuszkiem potarł skórę. 

- Podoba ci się? 
- Tak. - Zrobił tak jeszcze raz. - Och. - Westchnęła z rozkoszą. Pochylił 

się,  aby  ją  pocałować,  wciąż  dotykając  i  pieszcząc,  aż  zaczęła  wydawać  z 
siebie ciche jęki. 

I nagle uderzyła go pewna myśl. 
- Katrino. - Dotknął jej ramienia, aby ściągnąć na siebie jej uwagę. 
-  Co?  -  Otworzyła  oczy  i  zamrugała  gwałtownie,  starając  się  skupić.  - 

Słucham? 

- Masz prezerwatywy? 
-  Prezerwatywy?  -  Jej  oczy  rozszerzyły  się.  Najwyraźniej  dotarł  do  niej 

sens jego pytania. - Nie. 

- Aha. 
- Chcesz powiedzieć, że ty też nie? 

50

RS

background image

- Niestety - przyznał z żalem. 
- I nie borę pigułki. - Wzięła głęboki wdech. 
W  jej  głosie  usłyszał  tony,  które  powiedziały  mu,  że  jest  równie 

rozczarowana  jak  on.  Zaciągnął  ją  na  sam  szczyt,  a  teraz  ją  zostawi.  Cóż, 
nie zamierza jej zawieść. 

-  Jest  inny  sposób  -  rzekł  łagodnie  i  pochylił  się,  aby  ją  pocałować, 

wsuwając jednocześnie dłoń między jej uda. 

- Rhys... 
- Cii. W porządku - uspokoił ją, wyznaczając ustami  mokry szlak w dół 

jej  ciała  przez  mostek  do  pępka.  Rozchylił  jej  nogi  i  przesunął  palcem 
wzdłuż  jej  kobiecości.  Jęknęła  cicho.  Robił  tak  raz  po  raz,  powoli,  wy-
czuwając  napięcie,  które  się  pomiędzy  nimi  wytworzyło,  Wreszcie 
zachłysnęła się z rozkoszy. 

- Tak - wyszeptała. - Och, Rhys, tak... 
- Otwórz oczy, kochanie - poprosił ją po chwili, gładząc jej policzek. 
Posłuchała.  Ogarnęła  go  oszałamiająca  radość,  gdy  zobaczył  jej 

rozszerzone źrenice i poczuł na skórze delikatne pulsowanie jej kobiecości. 

-  O  mój  Boże  -  powiedziała  Katrina  roztrzęsionym  głosem.  -  Rhys,  to 

było... To znaczy... 

Spodobało  mu  się,  że  zdołał  uczynić  z  tej  inteligentnej  kobiety 

rozdygotaną dziewczynę, że dzięki niemu zatraciła się w rozkoszy. 

- W porządku - powiedział, całując ją. Zaczerpnęła powietrza. 
- Moja kolej. 
- Nie musisz. - Przesunął się tak, aby położyć się na boku. - To nie działa 

w ten sposób, kochanie. 

- Ale Rhys... Dzięki tobie czuję się niesamowicie. 
- To świetnie. Taki był nasz zamiar. Bo ty jesteś niesamowita, Katrino. 
- I powinnam zrobić to samo dla... Uciszył ją pocałunkiem. 
-  Tutaj  nie  ma  żadnych  powinności.  -  Pocałował  ją  ponownie.  -  Nie  do 

końca  tak  miało  to  wyglądać.  Nie  planowaliśmy  tego,  ale  po  prostu  nie 
mogłem  oderwać  od  ciebie  rąk.  Gdy  już  raz  cię  dotknąłem,  nie  mogłem 
przestać. 

- I co teraz? 
- Lubię cię,  Katrino. Bardzo.  I czuję się całkiem inaczej, kiedy jestem z 

tobą. 

- Ale? 

51

RS

background image

- Ale nie  wiem, czy  mogę dać ci to, na co zasługujesz. - Skrzywił się.  - 

Nie  jestem  w  tym  dobry.  Rozpoczynam  związek  z  dobrymi  intencjami,  a 
potem  pomiędzy  mną  a  kobietą,  w  której  się  zakochuję,  wyrasta  szklany 
mur  i  wszystko  zaczyna  się  psuć.  Nie  chcę  skazywać  cię  na  coś  takiego, 
zwłaszcza  po  historii  z  Pete'em.  Nie  chcę  cię  skrzywdzić.  -  Wiedział,  że 
powinien znów się wycofać, ale bardzo jej potrzebował. Przytulił ją do sie-
bie  i  przesunął  tak,  aby  jej  głowa  spoczęła  w  zagłębieniu  jego  ramienia.  - 
Ale przekroczyliśmy pewną granicę. Wątpię, abyśmy mogli wrócić do tego, 
co było. Bo teraz już wiem, jak się czuję, kiedy cię dotykam. 

-  Ja  też  -  przyznała.  -  I  chcę  sprawić,  abyś  poczuł  się  tak  jak  ja  dzięki 

tobie. Niewiarygodnie. 

- Nie musisz. 
-  Ale  chcę.  -  Pogłaskała  jego  biodro.  -  Pragnę  cię  dotykać,  Rhys.  Chcę, 

abyś się zatracił tak jak ja. Chcę cię zszokować. 

-  Dotykaj  mnie  dalej  tak  jak  teraz,  a  zapomnę  o  tym,  że  jedno  z  nas 

powinno być rozsądne - ostrzegł ją łagodnie. 

Cofnęła rękę. 
- Przepraszam. 
-  Nie  przepraszaj.  -  Pocałował  ją  znowu.  -  Rozmawialiśmy  o  tym. 

Zgodziliśmy się trzymać od siebie z daleka, ale nam nie wyszło. - Przerwał 
na chwilę. - Może czas spróbować czegoś innego. 

- Masz na myśli: zostać kochankami? 
- Tak. Chcę być z tobą - powiedział, przesuwając palcem po jej wardze. - 

Chcę ci pokazać, czym jest prawdziwa rozkosz. 

-  Kochankowie.  -  Najwyraźniej  ta  myśl  podnieciła  ją  równie  mocno  jak 

jego. Jej źrenice były ogromne, a usta lekko rozchylone. 

Westchnęła. 
- Strasznie się boję, Rhys. 
-  Ja  też.  Ale  może  nadszedł  czas,  żebyśmy  podjęli  ryzyko.  Zobaczyli, 

dokąd nas to zaprowadzi. 

- Ale bądźmy na razie dyskretni. 
-  Dobrze.  -  Pocałował  ją  lekko,  aby  przypieczętować  umowę.  -  Jeśli 

zostanę tu z tobą dłużej, zrobię coś głupiego - pocałował ją znowu - może 
więc  lepiej  wstańmy.  Ja  dokończę  prysznic.  Wolałbym  brać  go  z  tobą, 
owiniętą  ciasno  wokół  mnie,  ale  zachowam  umiar  i  pójdę  sam.  Przy  tobie 
tracę silną wolę. 

- Aha. 

52

RS

background image

- I to nie jest pierwsza szklana cegła - zapewnił ją, widząc nagłą troskę na 

jej twarzy. - Gdy tylko się wykąpiemy, wychodzimy. Nieważne dokąd i co 
będziemy  robić.  Muszę  dokonać  pewnego  niezbędnego  zakupu,  potem 
zabiorę  cię  na  kolację.  A  dziś  wieczorem,  Katrino,  zamierzam  się  z  tobą 
kochać. Tak jak planowałem to zrobić od naszego pierwszego spotkania. 

Spojrzała  na  niego  nieśmiało  i  boleśnie  słodko,  tak  że  prawie  się 

zapomniał. 

- Mam szczerą nadzieję, że to obietnica. Uśmiechnął się. 
- Bo tak jest. I, Katrino? 
- Słucham? 
-  Wiedz,  że  ja  zawsze...  -  pocałował  ją  dla  podkreślenia  swoich  słów  - 

dotrzymuję obietnic. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

53

RS

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Po  wizycie  w  łazience  Rhys  ubrał  się  i  zrobił  im  obojgu  kawę.  Siedział 

przy stole, przeglądając magazyn medyczny, gdy do kuchni weszła Katrina. 
Ubrana na sportowo, w dżinsy i lekki sweter, wyglądała bardzo apetycznie, 
a  gdy  przesłała  mu  nieśmiały  słodki  uśmiech,  musiał  się  z  całych  sił 
powstrzymywać, aby nie posadzić jej sobie na kolanach. 

Zamiast tego odłożył gazetę i wziął do rąk kubek, aby je czymś zająć. 
- Cześć. Kawa jest jeszcze gorąca. 
- Robienie mi kawy zaczyna ci wchodzić w nawyk. - Uśmiechnęła się. - 

Ale chyba mogłabym się do tego przyzwyczaić. Jadłeś już śniadanie? 

- Czekałem na ciebie. 
- To świetnie. Dziś zamierzam eksperymentować. 
- Eksperymentować? - Ach, obrazy, które sprowokowało to słowo... 
Zaczerwieniła się po korzonki włosów. 
- Jesteś rozkoszna. I podoba  mi się,  że twoje  myśli biegną tymi samymi 

ścieżkami co moje. 

- Przestań. Zamierzam zrobić śniadanie. Ty skup się na czytaniu. 
Zaczęła ucierać coś w misce i rozgrzewać masło na patelni do omletów. 
Naleśniki na śniadanie? Świetny pomysł. 
- Wyjmę talerze i sztućce - oznajmił. 
Zrobił to tylko po to, aby przechodząc obok niej, pocałować jej kark. Po 

to, by wiedziała, że nie zmienił zdania, gdy ona brała prysznic. 

Zauważył,  jak  dodaje  do  ciasta  kolejne  składniki  i  zrozumiał,  co 

przyrządza. Walijskie naleśniki. 

Nie  całkiem  tradycyjne,  bo  nie  dodała  rodzynek.  Ale  wyczuł  słodki 

zapach cynamonu. I czegoś jeszcze. 

- Wyśmienite - powiedział po pierwszym kęsie. - Cynamon? 
-  Przykro  mi,  że  nie  są  takie  jak  powinny,  ale  nie  cierpię  rodzynek.  A 

wanilia to pomysł mojej mamy. -Uśmiechnęła się. - Uwielbiam ten zapach. 
Nic nie pobije naprawdę dobrych lodów waniliowych. 

Jedzonych  w  łóżku,  pomyślał,  z  tych  małych  półlitrowych  kubeczków, 

jedną łyżeczką, częstując się nawzajem i... 

- Rhys? 
Potrząsnął głową. 
-  Przepraszam.  Zamyśliłem  się.  Ty.  Lody.  Łóżko.  Gwałtownie 

zaczerpnęła powietrza. 

54

RS

background image

- Rhys! 
W  jej  twarzy  odbiła  się  tęsknota.  Najwyraźniej  też  potrafi  sobie  to 

wyobrazić. 

-  Nie  możemy.  -  Jak  ciężko  było  to  powiedzieć,  gdy  całe  jego  ciało 

domagało się wzięcia jej do łóżka i kochania się z nią do utraty zmysłów. - 
Potrzebujemy... 

- Zapasów - dokończyła za niego. 
- A czekanie zaostrza apetyt - dodał. Tyle że teraz wcale w to nie wierzył. 

Każdy słodko pachnący kawałek naleśnika przypominał mu słodycz jej ust. 

Zanim  skończyli  zmywać,  Katrina  opanowała  pożądanie,  ale  spojrzenie 

Rhysa nadal utrudniało jej oddychanie. Pamiętała doskonale, jak się czuła, 
gdy ją całował i dotykał, aż cała rozpłynęła się w orgazmie. I nie oczekiwał 
niczego w zamian. 

Wieczorem mu to wynagrodzi. 
Owinęła  się  szalem,  a  on  włożył  znoszoną  skórzaną  kurtkę,  która  w 

połączeniu  z  poprzecieranymi  dżinsami  i  czarnym  swetrem  sprawiła,  że 
wyglądał groźnie. Seksownie jak diabli. 

Trzymał  ją  za  rękę  przez  całą  drogę  do  metra  i  w  metrze.  A  także  gdy 

spacerowali  po  parku  Hampstead  Heath,  brodząc  w  stertach  jesiennych 
liści. 

- Tęskniłem za tym. 
- Cardiff jest pełne drzew i parków? 
-  Nie  tak  jak  Londyn.  Myślałem  raczej  o  wsi,  w  której  dorastałem. 

Niedaleko  leżą  ruiny  zamku,  otoczone  ogromnym  parkiem.  W  ciepłe  dni 
tam się uczyłem. Tylko ja, moje książki i świeże powietrze. - U-śmiechnął 
się.  -  Naprawdę  uwielbiałem  chodzić  tam  jesienią.  Liście  szeleściły  pod 
stopami, a ja zbierałem kasztany. 

Dlaczego w czasie studiów nie mieszkał w domu, tak jak ona i Madison? 

A jeśli tak kochał wieś, dlaczego nie zdecydował się osiąść na prowincji i 
tam poprowadzić praktyki? 

Zjedli  lunch  w  małej  kawiarni,  a  resztę  popołudnia  spędzili  na 

zwiedzaniu  sklepików  z  antykami.  Gdy  przechodzili  obok  drogerii,  Rhys 
przeprosił  ją  na  chwilę,  a  Katrina  poczuła,  że  się  czerwieni.  Wiedziała,  co 
zamierza kupić. I wiedziała, że resztę dnia spędzi na zastanawianiu się, co 
będą robić wieczorem. 

Gdy  wrócił,  musiał  zauważyć  jej  rozkojarzony  wzrok,  bo  zapytał 

łagodnie: 

55

RS

background image

- Wszystko w porządku, Katrino? 
- Tak, tak. 
- To dobrze. - Ujął jej dłoń, podniósł ją do ust i pocałował koniuszki jej 

palców. - Myślę, że powinniśmy zjeść wcześniejszą kolację. 

Jej oczy rozszerzyły się. 
- Rhys, ale nie jesteśmy odpowiednio ubrani... 
-  Na  elegancką  restaurację,  nie.  -  Przyciągnął  ją  bliżej  i  pochylił  głowę, 

aby  wyszeptać  jej  do  ucha:  -  Katrino,  chciałbym  zobaczyć  cię  wizytowo 
ubraną,  zwłaszcza  gdybym  wiedział,  że  to  mnie  przypadnie  przywilej 
wyłuskania cię potem z tych ciuszków. 

Jego szept sprawił, że przeszedł ją dreszcz. 
- Ale jeśli teraz wrócimy do domu, aby się przebrać, może nie udać nam 

się wyjść poza stadium zdjęcia ubrań. 

Jego usta potarły wrażliwą część jej ucha. 
-  Może  więc  chodźmy  gdziekolwiek,  zjedzmy  coś.  A  potem  zabiorę  cię 

do domu. 

Znaleźli  małą  włoską  knajpkę.  Miejsce  okazało  się  niezwykle 

romantyczne,  na  stolikach  stały  świece  oraz  kwiaty.  Usadzono  ich  w 
zacisznym kącie. 

Za  każdym  razem,  gdy  Rhys  na  nią  patrzył,  gdy  ich  palce  stykały  się 

przypadkiem nad miseczką z oliwą, Katrina czuła podniecające pulsowanie. 
Z nim działo się to samo. Gdy kelner podał im kartę  z deserami i zapytał, 
czy  życzą  sobie  kawę,  Rhys  spojrzał  na  nią.  Pokręciła  głową.  Nie  chciała 
nic słodkiego. Tylko jego. 

-  Poprosimy  rachunek  -  rzekł  Rhys  z  uśmiechem.  Każda  minuta 

oczekiwania ciągnęła się im w nieskończoność. W końcu doszli do metra. 

- Szkoda, że wagon jest taki pusty. 
- Dlaczego? - spytała zaintrygowana. 
-  Bo  gdyby  był  pełen  ludzi,  musiałabyś...  A  zresztą.  I  tak  to  zrobimy.  - 

Usiadł  i  pociągnął  ją  sobie  na  kolana.  Otoczyła  ramionami  jego  kark.  - 
Teraz znacznie lepiej - skwitował radośnie. 

Nie rozmawiali w drodze do domu. Nie musieli. Z każdym krokiem serce 

Katriny  biło  coraz  szybciej.  Gdy  tylko  zamknęli  za  sobą  drzwi,  Rhys 
chwycił  ją  w  ramiona  i  zaczął  ją  całować.  Szal  ześliznął  się  z  jej  barków. 
Jego kurtka wylądowała na podłodze obok. 

- Zostaw je - powiedział cicho. - Posprzątam później. Cały dzień byliśmy 

bardzo rozsądni, więc nie mogę dłużej czekać. Pragnę cię, Katrino. - Wziął 

56

RS

background image

ją  za  ręce.  Popatrzył  jej  w  oczy.  Pocałował  opuszki  palców,  obejmując 
każdy  na  moment  ustami.  Zobaczyła  w  jego  oczach  pożądanie.  -  Muszę 
tylko wiedzieć, czy pragniesz tego równie mocno jak ja. Upewnić się, że cię 
nie ponaglam. 

W odpowiedzi go pocałowała. 
-  Nie  ponaglasz  mnie.  Pragnę  tego  tak  jak  ty.  Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i 

przytrzymał czule, jakby była nieskończenie cenna. Pochylił głowę i zbliżył 
wargi do jej ust w delikatnym pocałunku. Za drugim razem pieszczota stała 
się intensywniejsza. Całował ją czule i zaborczo. 

Nigdy nie pragnęła nikogo tak bardzo. 
Popchnął drzwi do sypialni, wziął ją na ręce i położył na łóżku. Zaciągnął 

zasłony,  usiadł  obok  niej  i  uniósł  brzeg  jej  swetra.  Podniosła  ręce,  aby 
ułatwić  mu  zadanie.  Przesunął  palcem  po  koronkowym  wykończeniu  jej 
stanika,  delektując  się  kontrastem  pomiędzy  sztywnością  materiału  a 
miękkością jej skóry. 

- Jesteś taka piękna, kochanie. Poczuła rumieniec na twarzy. 
-  A  ty  masz  na  sobie  zdecydowanie  za  dużo  -  powiedziała,  aby  ukryć 

zmieszanie. 

-. Masz zamiar coś z tym zrobić? 
Skinęła głową i ściągnęła mu sweter. Głaskała jego barki, ramiona, potem 

przesunęła dłonie na jego klatkę piersiową i brzuch. 

- Ty też jesteś piękny, wiesz? 
Nie  pamiętała,  aby  pragnęła  kogoś  tak  bardzo.  Rhys  był  po  prostu 

doskonały. Wyglądał jak walijski rycerz, z którego kiedyś się naśmiewał - 
szlachetny,  przystojny,  z  ciemnymi  włosami,  które  kontrastowały  z  jasną 
cerą i niebieskimi oczami. Seksowny. 

Przesunął  palcem  po  jej  dekolcie,  a  drugą  ręką  rozpiął  stanik  i  pozwolił 

mu  opaść  na  podłogę.  Gdy  objął  dłońmi  jej  piersi,  odchyliła  głowę  i 
odsłoniła  szyję.  Wykorzystał  to,  znacząc  wilgotny  ślad  od  kącików  jej  ust 
do koniuszków piersi. Zachłysnęła się, gdy zaczął je pieścić. 

- Rhys... Przerwał od razu. 
- Mam tak nie robić? 
- Nie, nie. 
- Więc co się stało? Przełknęła z trudem. 
- To nie wystarczy. Pragnę cię, Rhys. Teraz. Cały dzień myślałam tylko o 

tobie, o nas. O dzisiejszym wieczorze. I jeśli nie zaczniesz natychmiast się 
ze mną; kochać, wywołasz we mnie samozapłon. 

57

RS

background image

- Twoje życzenie to dla mnie rozkaz, kochanie. Rozpiął guziki jej spodni 

i  delikatnie  zsunął  je  z  bioder.  Stanęła  przed  nim  ubrana  jedynie  w  białe 
koronkowe figi. 

Z  zadowoleniem  zauważyła,  że  jego  źrenice  są  rozszerzone,  a  policzki 

płoną. 

- Katrino, ja... - Potrząsnął głową, jakby zbierając myśli, a potem szybko 

zrzucił resztę odzieży, podniósł ją i położył na łóżku. 

Jego ręce były pewne i delikatne. Odnalazł na jej ciele strefy erogenne, o 

których istnieniu dotąd nie wiedziała. Wiła się pod nim, desperacko pragnąc 
więcej.  Okrążył  jej  pępek  językiem,  całował  kości  bioder,  a  w  końcu 
wsunął ręce pomiędzy jej uda. Gdy jego dłonie przesunęły się niżej, na tył 
kolan, jęknęła przeciągle. 

- Rhys. Nie drażnij się ze mną. Proszę. Muszę... 
- Wiem. Ja też. Zaczekaj - wyszeptał, całując ją, zanim wstał. 
Był  kompletnie  nagi,  ale  nie  czuł  zażenowania.  Katrina  nie  mogła 

powstrzymać  się,  by  go  nie  obserwować.  Naprawdę  był  piękny. 
Perfekcyjnie  zbudowane  ciało  okryte  gładką  skórą.  Wygrzebał  z  kieszeni 
dżinsów kupiony tego dnia pakiecik. 

- To chyba  moje zadanie - powiedziała, gdy wrócił do łóżka. Rozerwała 

foliowe  opakowanie  i  wsunęła  prezerwatywę  na  penisa.  Rhys  gwałtownie 
odetchnął. 

Potem  uklęknął  pomiędzy  jej  udami,  a  ona  opadła  na  poduszki.  Tak  jak 

tego  poranka,  gdy  doprowadził  ją  na  skraj  rozkoszy,  bezinteresownie 
upewniając się, że ona jest zaspokojona, mimo że on nie był. A teraz... 

Pocałował ją jeszcze raz. 
- Katrino? - wyszeptał. 
- Tak? 
- Teraz? 
- Teraz - potwierdziła. 
Powoli  i  delikatnie  osunął  się  na  nią.  Katrina  nie  była  już  dziewicą,  ale 

nic nie mogło się równać z tym doświadczeniem. 

- Jak w raju - powiedział Rhys cicho, wyrażając jej myśli słowami. 
Przesunął  ręce  w  górę  jej  ud,  delikatnie  układając  ją  tak,  aby  nogami 

opasała  mu  talię  i  wszedł  w  nią  głębiej.  Katrina  zaczęła  cicho  jęczeć  z 
rozkoszy. 

Całował  ją  namiętnie,  a  gorące  pocałunki  sprawiały,  że  drżała  i 

przywierała do niego coraz mocniej. Czuła, jak jego klatka piersiowa opiera 

58

RS

background image

się na jej piersiach, a ocieranie się jego włosków ojej przewrażliwione sutki 
doprowadzało  ją  do  szaleństwa.  I  wtedy,  jakby  wiedząc,  że  ona  jest  na 
krawędzi,  Rhys  zwolnił.  W  niewiarygodnym  skupieniu  wycofał  się  z  niej 
prawie całkowicie, a potem wsunął się znowu. Katrina poczuła, że zaczyna 
frunąć. Po chwili ciałem Rhysa wstrząsnął dreszcz. Katrina zrozumiała, że 
on także osiągnął spełnienie. 

Po wszystkim ułożyła się wygodnie w jego ramionach. 
- Żałujesz? - zapytał miękko. 
- Nie. 
- To dobrze. 
- A ty? 
Pogładził ją po policzku. 
- Nie. 
- To dobrze. 
- Ale? 
Zdumiało ją, jak doskonale ją rozumie. Potrafi wyczuć najmniejszą nawet 

obawę. 

- Zastanawiałam się właśnie... czy masz zamiar wrócić teraz do siebie? 
- Jeśli chcesz. - Podniósł się, aby spojrzeć jej w oczy. - Ale gdybym mógł 

wybierać, czy wolę spać z tobą w ramionach i obudzić się jutro przy tobie... 
Zdecydowanie wybrałbym właśnie to. 

Dokładnie to chciała usłyszeć. 
- W porządku. 
Gdy  wyszedł  do  łazienki,  wyjęła  aparat  i  umieściła  go  w  pudełku,  które 

trzymała obok zegarka. Wrócił i powiedział coś, czego nie usłyszała. 

- Przepraszam cię, musisz powtórzyć - oznajmiła, czując wypływający na 

twarz rumieniec. - Ja... nie sypiam z aparatem w uchu. 

Pocałował czubek jej nosa. 
- Nie musisz przepraszać. Pytałem tylko, czy jesteś pewna. 
- Tak. 
- To dobrze. - Wsunął się pod kołdrę, zgasił światło i wziął ją w ramiona, 

przytulając się do niej. 

Powieki Katriny stały się ciężkie. Bezpieczna w objęciach Rhysa, zapadła 

w sen. 

 
 
 

59

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Gdy  obudziła  się  następnego  dnia,  ze  zdziwieniem  zauważyła,  że  Rhys 

wciąż  leży  obok,  trzymając  ją  w  ramionach.  Poczuła  się  dziwnie. 
Zapomniała już, jak to jest budzić się przy kimś. 

Zwłaszcza że nadszedł nowy dzień. Niedziela - żadne z nich nie musi iść 

do szpitala. Czy sprawy pomiędzy nimi będą wyglądać inaczej po tym,  co 
się zdarzyło w nocy? A może Rhys zdążył wszystko przemyśleć i dojść do 
takich samych wniosków jak Pete? I teraz się wycofa? 

Przeciągnęła  się  lekko  i  została  nagrodzona  pocałunkiem  w  zagłębienie 

pomiędzy szyją a ramieniem. 

- Dzień dobry, śpiochu. - Jego głos był czysty, rozbawiony. - Mówiłaś, że 

jesteś skowronkiem? 

- Bo jestem. - Musi być kilka minut po siódmej. Spojrzała na zegarek. 
- Dziewiąta? - krzyknęła przerażona. - Nigdy nie sypiam tak długo! 
- Ja też nie. Ale nie chciałem się ruszać. Spodobało mi się budzenie się z 

tobą w ramionach. Jesteś taka ciepła... 

Czyli nie zmienił zdania. Obudził się wieki temu i po prostu chciał z nią 

zostać. 

Poczuła,  jak  po  całym  jej  ciele  rozlewa  się  ciepło,  lęki  zniknęły.  Może 

jednak wszystko się ułoży? 

- I co teraz? - zapytała. 
-  Myślę,  że  powinniśmy  wziąć  długi  prysznic.  Razem.  Na  dworze  jest 

paskudnie, więc zrobię nam śniadanie. Jeśli jest coś w kinie, możemy pójść. 
-  Pogładził  ją  po  policzku.  -  A  jeśli  nie...  z  chęcią  położę  się  z  tobą  na 
kanapie i obejrzę film w domu. 

Leniwe  jesienne  niedzielne  popołudnie  spędzone  z  Rhysem.  Nie  mogła 

wymyślić nic lepszego. 

- Brzmi to całkiem nieźle. 
Prysznic  faktycznie  zajął  im  dużo  czasu.  Katrina  uświadomiła  sobie  po 

nim,  że  odtąd  będzie  inaczej  patrzeć  na  swoją  łazienkę.  Na  zawsze 
zapamięta,  jak  Rhys  uniósł  ją  i  oparł  o  kafelki,  jak  woda  spływała  po  ich 
ciałach, jak owinęła się wokół niego, a on umył ją po wszystkim i osuszył 
puszystym ręcznikiem. 

Zanim  w  końcu  zeszli  do  kuchni,  pora  śniadaniowa  minęła.  Sprawdzili 

repertuar  kin,  ale  nie  zobaczyli  nic,  co  skłoniłoby  ich  do  wyjścia  z  domu. 
Był  to  jeden  z  najmilszych,  najbardziej  uroczych  dni,  jakie  Katrina 

60

RS

background image

pamiętała. Ugotowali razem lunch. Zasłonili okna i oglądali swoje ulubione 
filmy,  zwinięci  na  kanapie,  a  potem  Rhys  grał  dla  niej  na  wiolonczeli  i 
kochał się z nią na podłodze w salonie. 

Następne tygodnie były najszczęśliwszym okresem w jej życiu. W pracy 

utrzymywali dystans, czasami tylko jadali razem lunch, ale cały wolny czas 
spędzali razem. 

Madison miała rację. Czegoś jej brakowało. A teraz wie na pewno - Rhys 

jest tym jedynym. 

Nie powiedział jej jeszcze, że ją kocha, tak jak ona nie powiedziała tego 

jemu. Ale nie miała wątpliwości. Miłość była w jego oczach, w sposobie, w 
jaki jej dotykał, w tym, jak upewniał się, że widzi jego twarz, gdy zaczynał 
z nią rozmawiać. 

Rhys  wrócił  co  prawda  do  siebie  zaraz  po  remoncie  dachu,  ale  nadal 

większość nocy spędzali razem. Katrina trzymała nawet u niego zapasową 
szczoteczkę do zębów i część ubrań. I powoli Rhys zaczynał się otwierać. 
Może więc wszystko się ułoży? 

-  To  ja  powinnam  promieniować  szczęściem  -  napomknęła  Madison, 

dodając zdecydowanie za dużo pieprzu do pizzy z grzybami i awokado. 

-  I  promieniejesz.  A  jeśli  pytasz,  czy  jestem  w  ciąży,  to  proszę,  nie 

wygłupiaj  się.  Oczywiście,  że  nie  jestem.  Najwyraźniej  od  tych  ohydnych 
dodatków do pizzy pomieszało ci się w głowie. 

Madison zmrużyła oczy. 
- W awokado nie ma nic ohydnego. A ja nie pytałam, czy jesteś w ciąży. 

Powiedziałam  tylko,  że  wyglądasz  na  szczęśliwą.  Czyli  musisz  mieć  pod 
dostatkiem fantastycznego seksu. 

- Maddie! 
Kuzynka uśmiechnęła się, w ogóle nieskruszona. 
- No, zdradź coś, masz czy nie? 
Katrina zaczerwieniła się po korzonki włosów. 
- Mam. 
- Świetnie. Dobrze widzieć cię taką radosną, Kat. To ten jedyny, prawda? 
- Nie rozmawiamy o przyszłości. 
- Ale go kochasz? 
- Jeszcze mu tego nie powiedziałam. Madison uniosła brwi. 
- Zaryzykuj. Warto, naprawdę. 
-  Jeszcze  nie.  -  Wciąż  coś  ją  powstrzymywało,  lecz  nie  była  pewna  co. 

Wszystko  było  jeszcze  zbyt  nowe.  A  ona  dopiero  niedawno  uświadomiła 

61

RS

background image

sobie,  jak  głębokie  uczucie  żywi  do  Rhysa.  -  Nie  powiedziałaś  o  nas 
nikomu? 

- Oczywiście, że nie. Wyznałaś mi to w zaufaniu. -Madison westchnęła. - 

Kiedy dzwoni twoja mama i pyta, dlaczego ostatnio jesteś taka szczęśliwa, 
mówię jej, że to dlatego, że kochasz swoją pracę i świetnie radzisz sobie na 
egzaminach. 

- Dziękuję. 
Madison sięgnęła przez stół i uścisnęła jej rękę. 
-  Hej,  pamiętasz,  co  mi  powiedziałaś,  jak  martwiłam  się  tym,  co  działo 

się pomiędzy mną a Theem? Kazałaś mi się go trzymać i czekać cierpliwie, 
aż rozwiąże swoje problemy, bo wiedziałaś, że będzie warto. I miałaś rację. 

- To co innego. 
- Wcale nie. Rhys jeszcze nie powiedział ci, co go gryzie. A ty mówiłaś 

mu o Pecie Ropusze? 

-  Tak.  Twierdzi,  że  mój  słuch  to  część  mnie  i  nie  widzi  w  tym  żadnego 

problemu. 

-  To  dobrze.  Inaczej  musiałabym  połamać  wszystkie  kości  w  jego  ciele. 

Dwa razy. 

- Maddie! 
- No co? Przecież cię kocham. Każdy, kto cię skrzywdzi, będzie miał do 

czynienia ze mną. 

- On tego nie zrobi, Maddie. - Przygryzła wargę. -Nie umyślnie. Ale nie 

chcę  pierwsza  wyznawać,  co  czuję.  Na  wszelki  wypadek,  gdyby  nam  nie 
wyszło. 

- Ja myślę, że się wam uda. On jest cichy i skryty, ale w naszej rodzinie 

ty też jesteś ta cicha, więc pasujecie do siebie idealnie. - Uśmiechnęła się. - 
Chcę być druhną na twoim ślubie, pamiętaj. 

-  Ty  nie  dzielisz  skóry  na  niedźwiedziu,  ty  już  dawno  paradujesz  w 

uszytym  z  niej  płaszczu!  Gdybym  miała  kiedykolwiek  wyjść  za  mąż,  ty 
będziesz  kroczyć  do  ołtarza  tuż  za  mną.  Tylko  nawet  nie  marz  o  różowej 
sukience. 

- Kolor możemy negocjować. Ale chcę mieć buty na wysokich obcasach. 
- I tak szybciej będziemy planować twój ślub. 
-  Pobierzemy  się  najprawdopodobniej  dopiero  w  maju,  więc  mamy 

mnóstwo czasu. A właśnie, a propos uroczystości rodzinnych: w tym roku 
urządzam  święta.  Przyjadą  mama  i  tata,  rodzice  Thea  przylecą  z  Grecji. 
Chciałabym, żebyś ich poznała. 

62

RS

background image

Katrina spojrzała na nią z żalem. 
-  Przykro  mi,  kochanie.  Chciałabym  przyjść,  ale  w  Boże  Narodzenie 

mam dyżur. 

- Pierwsza czy druga zmiana? 
- Pierwsza. 
-  Dobrze,  to  ułatwi  sprawę.  Zaproszę  ciocię  Babs  i  wujka  Danny'ego, 

żeby  mogli  poznać  Thea  i  jego  rodziców  przed  ślubem,  a  przy  okazji 
zobaczyć się z tobą. Przyjdziesz do nas, jak skończysz pracę. 

-  Tylko  nic  mi  nie  zostawiaj.  Zjem  coś  w  szpitalu.  Schowaj  może 

odrobinę indyka i sałatkę na kanapki, no i wielki kawałek tortu. 

Madison roześmiała się. 
-  Nie  bój  się.  W  tym  roku  gotuje  Theo.  Chcieliśmy  cię  poprosić,  żebyś 

zrobiła swoje bożonarodzeniowe czekoladowe ciasteczka. 

-  Jasne.  Ale  mówiłam  poważnie.  Nie  czekajcie  na  mnie  z  obiadem. 

Dołączę do was, jak tylko będę mogła. 

-  Właściwie  chciałam  zaprosić  was  oboje.  Chyba  że  Rhys  jedzie  na 

święta do Walii? 

- Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. Zapytam go i dam ci znać. 
- Super. Czuję, że to będą wspaniałe święta. 
Rhys  usłyszał  krzyk  dochodzący  z  drugiej  strony  korytarza.  Szybko 

przeprosił  swą  pacjentkę  i  jej  rodziców  i  poszedł  sprawdzić,  co  się  dzieje. 
Katrina  najwyraźniej  wpadła  na  ten  sam  pomysł,  bo  weszła  do  sali  tuż  za 
nim. 

Denise, 

czteroletnia 

ofiara 

wypadku 

samochodowego, 

właśnie 

przewieziona na oddział po operacji, rzucała się na łóżku i krzyczała. 

-  Już  w  porządku,  słoneczko.  Wszystko  będzie  dobrze  -  starał  się  ją 

uspokoić. 

W drzwiach pojawiła się Lynne. 
- Co się stało? Przed chwilą u niej byłam, spała. 
- Pewnie się obudziła, sama w obcym  miejscu, zdenerwowała się i chce 

do mamy - powiedziała Katrina. - Co z jej rodzicami? 

- Zaraz sprawdzę. 
- Czy coś cię boli, skarbie? - zwrócił się Rhys do dziewczynki. 
Płakała zbyt głośno, aby go usłyszeć. 
-  Poczekaj,  przytulę  ją,  opowiem  bajkę.  Jeśli  się  uspokoi,  łatwiej  nam 

będzie dowiedzieć się, co jej dolega. 

63

RS

background image

Rhys  wiedział,  jak  dzieci  reagują  na  Katrinę.  Było  w  niej  coś,  co 

sprawiało,  że  szpital  stawał  się  cichym  spokojnym  azylem,  w  którym 
można się skryć przed światem. Tak samo zresztą wpływała na niego. 

Pozwolił  jej  więc  zająć  swoje  miejsce  i  wziąć  dziewczynkę  na  kolana. 

Stopniowo  krzyk  Denise  przeszedł  w  głośne  pochlipywanie,  które 
ustępowało w miarę, jak pochłaniała ją opowieść o wróżkach i księżniczce 
mieszkającej  na  magicznej  gwieździe.  Katrina  kołysała  ją  delikatnie  i 
głaskała po włosach. 

Obserwując je, Rhys nagle zrozumiał coś niepojętego. 
Kocha ją. Naprawdę kocha. 
Jeszcze  nigdy  nie  czuł  czegoś  takiego.  Nie  wiedział,  jak  powinien  jej  o 

tym  powiedzieć-jak  zacząć.  Środek  stresującego  dyżuru,  który  spędzali  na 
opiece  nad  zdenerwowanym  dzieckiem,  nie  może  być  ani  właściwym 
miejscem, ani czasem. 

-  Możesz  mi  teraz  powiedzieć,  co  się  stało,  słoneczko?  -  odezwała  się 

Katrina. - Coś cię boli? 

- Chcę do mamy. 
Katrina spojrzała pytająco na Rhysa. 
-  Znajdę  Lynne  i  dowiem  się  wszystkiego.  Pielęgniarkę  spotkał  w 

połowie drogi do recepcji. 

- Jakieś wieści dotyczące rodziców Denise? 
- Nic dobrego. Jej mamę wciąż operują, tata nie odbiera telefonu. 
- A dziadkowie? Wujkowie i ciotki? Przyjaciel rodziny? Katrina świetnie 

sobie  radzi,  ale  nie  może  zostać  z  Denise  na  zawsze.  Za  pół  godziny 
zaczyna dyżur w poradni, nie ma jej kto zastąpić. Will jest na chirurgii, ja 
też jestem zajęty. 

-  Jeśli  dziecko  się  do  niej  przywiąże,  będziemy  musieli  odrywać  je  od 

niej  siłą  -  westchnęła  Lynne.  -A  krzyk  nie  jest  zdrowy  ani  dla  Denise,  ani 
dla innych pacjentów. 

-  Potrzebna  jej  znajoma  twarz.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Zejdę  na  izbę 

przyjęć,  poszukam  w  rzeczach  jej  mamy  jakichś  telefonów  kontaktowych. 
Gdyby coś się działo, dzwoń na komórkę. 

W izbie przyjęć znalazł torebkę mamy Denise. 
-  Próbowaliśmy  dzwonić  na  numer  kontaktowy,  który  ma  zapisany  w 

telefonie  -  oznajmiła  pielęgniarka  -  ale  to  chyba  również  numer  jej  męża. 
Nie odpowiada. 

64

RS

background image

-  A  notes?  -  Przekartkował  zapiski,  docierając  do  sekcji  z  adresami.  - 

Cholera. Albo nie zapisała telefonu rodziców, bo zna go na pamięć, albo nie 
ma  z  nimi  kontaktu.  Spróbuję  zadzwonić  do  przedszkola.  Może  oni  mają 
jakiś inny numer do jej męża. 

Dodzwonił się do dyrektorki i pokrótce wyjaśnił sytuację. 
-  Czy  mogłaby  mi  pani  powiedzieć,  jak  mogę  skontaktować  się  z  tatą 

Denise? 

- Przykro mi, nie mogę podać panu jego numeru. Rhys westchnął. 
- Wydaje mi się, że sytuacja, w której dziecko na skutek wypadku ląduje 

w  szpitalu,  jego  matka  jest  wciąż  w  sali  operacyjnej,  a  z  ojcem  nie  ma 
kontaktu,  kwalifikuje  się  do  miana  awaryjnej?  Na  pewno  w  takich 
okolicznościach może mi pani udostępnić jego numer. 

- Przykro mi, obowiązuje nas ustawa o ochronie danych osobowych. 
Rhys  całą  siłą  woli  powstrzymywał  się,  aby  nie  krzyknąć,  że  czasami 

zasady  trzeba  złamać  ze  względu  na  zdrowy  rozsądek  i  zwykłą  ludzką 
życzliwość. 

-  A  czy  mogłaby  pani  zadzwonić  do  niego  w  moim  imieniu?  -  zapytał 

zamiast tego. - Mówi doktor Rhys Morgan. Proszę kontaktować się ze mną 
albo z siostrą Lynne Brearley. Denise naprawdę jak najszybciej potrzebuje 
kogoś, kto by się nią zajął. 

- Czy wszystko z nią w porządku? 
- Jej stan jest zadowalający - rzeki Rhys sucho. 
- Rozumiem. 
-  Dziękuję  za  pomoc.  Byłbym  wdzięczny,  gdyby  zadzwoniła  pani  do 

krewnych Denise natychmiast. 

Gdy wrócił na oddział, zaczepiła go Lynne. 
-  Właśnie  rozmawiałam  z  dziadkami  Denise.  Już  do  nas  jadą.  Świetnie 

sobie poradziłeś. 

-  To  nie  ja  uspokoiłem  dziewczynkę.  Wszystkie  pochwały  należą  się 

Katrinie. 

- Naprawdę dobrze radzi sobie z dziećmi. Dzięki niej się uśmiechają. 
Tak jak on. Zdecydował, że dzisiejszego wieczoru jej to powie. 

 
 
 
 
 

65

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
-  Biedne  dziecko  -  powiedziała  Katrina,  gdy  wychodzili  ze  szpitala.  - 

Dobrze, że przynajmniej ma dziadków, którzy się nią zajmą. 

-  Denise  też  musi  zostać  u  nas  jeszcze  kilka  dni  na  obserwacji  - 

przypomniał jej Rhys. - I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pewna lekarka 
będzie poświęcać wszystkie swoje przerwy na odprowadzanie jej na oddział 
dla dorosłych, aby mogła zobaczyć mamę... 

Katrina rozłożyła ręce. 
- Możesz wykorzystać nasze służbowe relacje i mi zabronić. 
- Przecież i tak byś mnie zignorowała. 
- O, widzę, że zaczynasz się uczyć. - Urwała na chwilę. - Rhys, pracujesz 

w Boże Narodzenie, prawda? 

Skinął głową. 
- To nie fair zmuszać do przychodzenia w ten dzień lekarzy, którzy mają 

dzieci i chcą pobyć z nimi w święta. 

Ona  była  tego  samego  zdania.  Żałowała,  że  nie  spędzi  tego  dnia  z 

rodziną,  ale  przynajmniej  nie  zawiedzie  swoją  nieobecnością  żadnych 
dzieci.  Zazwyczaj  zresztą  udawało  się  jej  skończyć  wcześniej  i  potem 
odwiedzić rodziców. 

-  Zastanawiałam  się,  czy  jedziesz  na  święta  do  Walii.  Wzruszył 

ramionami. 

-  Dobrze  mi  tutaj,  w  Londynie.  Może  moglibyśmy  spędzić  wieczór 

razem, jak już skończymy dyżur? 

Katrina była zachwycona jego propozycją, ale też uświadomiła sobie, jak 

bardzo Rhys oddalił się od rodziców, jeśli nawet nie planował zobaczyć ich 
w  dzień,  który  wszyscy  inni  z  całego  serca  chcieli  spędzić  z  bliskimi. 
Relacje  w  jej  rodzinie  wyglądały  zupełnie  inaczej.  Przynajmniej  raz  w 
miesiącu jeździła do domu. Rhys nie był w Walii, odkąd się poznali. I, o ile 
wiedziała, nie rozmawiał z rodzicami od tygodni. 

Ale  może  się  myli?  Może  on  po  prostu  w  ten  sposób  poprosił  ją,  aby 

poznała jego rodzinę? 

- Czy twoi rodzice przyjadą do Londynu, aby się z tobą spotkać? 
- Wątpię. 
- Ale zobaczycie się w święta? 
- Wątpię - powtórzył. Jego głos stał się zimny, ostrzegał ją, aby porzuciła 

ten temat. 

66

RS

background image

Ale  jak  może  to  zrobić?  Rezerwa  obecna  w  stosunkach  Rhysa  z  jego 

bliskimi  jest  niewątpliwie  przyczyną  jego  skrytości.  Na  jego  miejscu, 
prawie nie rozmawiając z rodzicami, byłaby bardzo nieszczęśliwa. 

Może więc powinna mu pomóc się przełamać? 
-  Skąd  wiesz,  jeśli  nawet  ich  nie  zapytałeś?  Rzucił  jej  desperackie 

spojrzenie. 

-  Po  prostu  wiem.  -  Zamilkł  na  chwilę.  -  Wiesz,  Katrino,  dziś  chyba 

pojadę do siebie. Sam. 

Katrina  poczuła,  jak  jej  oczy  robią  się  okrągłe.  Nie  spodziewała  się,  że 

Rhys zareaguje w ten sposób, że ją odepchnie. 

- Ale... 
- Nie ma o czym mówić - uciął cicho. - Potrzebuję więcej przestrzeni. Nie 

wszystkie  rodziny  są  takie  jak  twoja.  A  czasami  lepiej  zostawić  pewne 
sprawy w spokoju. Możesz mi wierzyć. - Rhys, ja... 

Ale on już odwrócił się i odszedł. 
Katrina wróciła do mieszkania, ale nie kłopotała się gotowaniem. Straciła 

apetyt. 

Jak mogła tak niewłaściwie ocenić sytuację? 
Chciała  do  niego  zadzwonić,  przeprosić  za  to,  że  naciskała,  ale  miała 

wrażenie, że on naprawdę powiedział to, co myśli. Potrzebuje przestrzeni. 

A  ona  powinna  to  zaakceptować.  Uwierzyć  mu  na  słowo  i  pozwolić  się 

wycofać. 

Nawet jeśli z tego powodu czuje się okropnie. 
To  była  pierwsza  od  dawna  noc,  którą  spędzili  oddzielnie.  Katrina  źle 

spała,  tęskniąc  za  ciepłem  ramion  Rhysa  i  żałowała,  że  w  ogóle 
poprzedniego  dnia  otworzyła  usta.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  pamiętała, 
poczuła się naprawdę głucha, odcięta od świata. Rhys był cichy, ale swoją 
obecnością wypełniał dom. 

Tęskniła za jego muzyką. 
Za jego leniwym seksownym uśmiechem. 
Za nim. 
Rhys  także  spędził  noc  na  rozmyślaniu.  Kusiło  go,  aby  zadzwonić  do 

Katriny,  gdy  pił  poranną  kawę,  ale  wiedział,  że  rozmowy  przez  telefon 
kosztują ją mnóstwo wysiłku. Musiała z całych sił przyciskać słuchawkę do 
prawego  ucha  i  wyłączyć  aparat  w  lewym,  aby  nic  nie  rozpraszało  jej 
uwagi. 

67

RS

background image

Zamiast  tego  szybko  wystukał  na  klawiszach  tekst  wiadomości.  „Kat, 

przepraszam.  Nie  powinienem  był  na  ciebie  napadać.  Do  zobaczenia  w 
pracy. Wtedy przeproszę cię osobiście w stosowny sposób. Rhys". 

Pół  godziny  później  jego  telefon  oznajmił  nadejście  odpowiedzi.  „Ja  też 

przepraszam. Za bardzo naciskałam. Do zobaczenia później. Kat". 

Na końcu dodała uśmiechniętą buźkę. 
Wybaczyła mu. Wzięła nawet część winy na siebie, choć nie można było 

jej nic zarzucić. 

W  szpitalu  podczas  obchodu  Katrina  zachowywała  się  jak  zwykle 

profesjonalnie.  W  czasie  lunchu  była  nieosiągalna,  bo  tak  jak  co  dzień 
zabrała  Denise  na  oddział  ogólny,  aby  mała  mogła  zobaczyć  się  z  mamą. 
Miał więc czas, aby jej coś kupić. Nie mógł wrócić do pracy z kwiatami, bo 
wywołałoby to plotki, dlatego wybrał coś  mniej rzucającego się w oczy, z 
nadzieją, że to również się jej spodoba. 

Po  dyżurze  nadrobił  zaległości  w  dokumentach,  a  Katrina  opowiedziała 

dzieciom tradycyjną wieczorną bajkę i jak co dzień wyszli z oddziału w tym 
samym momencie. 

- Możemy porozmawiać? - zapytał. 
- Jasne. 
-  Zastanawiałem  się,  czy  zgodziłabyś  się  zjeść  ze  mną  dzisiaj  kolację  w 

Mezze? Jeśli nie jesteś zajęta. Chciałbym cię przeprosić. 

- Rhys, naprawdę nie musisz... 
-  Ale  chcę.  I  pragnę  to  zrobić  właściwie,  co  byłoby  nieco  trudne  pod 

czujnym okiem naszych kolegów i koleżanek. 

- Aha. 
- To jak? Uśmiechnęła się. 
- Oczywiście, zgadzam się. Bardzo chciałabym pójść z tobą do Mezze. 
- To świetnie. 
Odczekał,  aż  usiedli  i  zamówili  wybór  przystawek,  którymi  mieli  się 

dzielić, po czym wręczył jej papierową torebkę. 

Jej  oczy  rozszerzyły  się  ze  zdziwienia,  gdy  zobaczyła  wydrukowane  na 

niej logo. 

- Rhys, one są strasznie drogie! 
- Ale je lubisz? 
- Uwielbiam. To  moje ulubione czekoladki, ale kupuję je sobie tylko na 

urodziny. Dziękuję. Naprawdę nie musiałeś. 

68

RS

background image

- Musiałem. Nie powinienem był się wczoraj tak zachować. - Westchnął. 

- Moja rodzina nie jest ze sobą tak blisko jak twoja, Katrino. I chyba jestem 
na tym punkcie nieco przewrażliwiony. 

- Nieco? 
- Okej, bardzo - przyznał. - Przepraszam. 
-  A  ja  niepotrzebnie  cię  naciskałam.  -  Przygryzła  wargę.  -  A  właśnie, 

skoro  mowa  o  naciskaniu...  Posłuchaj,  zrozumiem,  jeśli  odmówisz,  ale 
Maddie  chce  mieć  u  siebie  w  tym  roku  wielkie  rodzinne  święta.  Zaprosiła 
mnie, abym przyszła do niej po pracy. Przyjadą moi rodzice, będzie Theo. - 
Poruszyła  się  niespokojnie.  -Ale  naprawdę  nie  chcę  naciskać.  Mogę 
przedstawić  cię  jako  kolegę  z  pracy,  który  spędził  ze  mną  bożonarodze-
niowy dyżur. Wszyscy wiedzą, że Maddie wyznaje zasadę: im więcej osób, 
tym  weselej,  więc  nikogo  nie  zdziwi  twoja  wizyta.  I...  -  Odetchnęła 
głęboko. - Zaczynam mówić bez sensu. Chodzi o to, no, zastanawiałam się 
po prostu, czy nie zgodziłbyś się pójść ze mną? 

Chciała,  aby  jej  towarzyszył.  Spędził  z  nią  rodzinne  święta.  Zrobił  coś, 

czego nie robił od wielu lat. Od zawsze upewniał się, że będzie w ten dzień 
pracował. 

Rodzinne  święta  z  Madison,  rodzicami  jej  i  Katriny,  rodziną  Thea. 

Pomysł  ten  napełnił  go  strachem  -  nie  przywykł  do  takich  rzeczy.  Ale 
wiedział, że powinien zdobyć się na wysiłek, przez wzgląd na Katrinę. Dla 
niej rodzina jest ważna. 

- Dobrze, przyjdę. 
- Dziękuję. 
Przytuliła się do niego i strach zaczął blednąc. Z Katrina u boku wszystko 

jest  możliwe.  Zaczynał  wierzyć,  że  z  nią  uda  mu  się  stworzyć  związek, 
którego  nigdy  wcześniej  nie  zdołał  utrzymać.  Będzie  miał  kochającą 
partnerkę i rodzinę, która już zawsze przy nim będzie. 

W  Wigilię  Rhys  został  na  noc  u  Katriny.  Denerwował  się  -  dawno 

przestał przestrzegać świątecznych zwyczajów. A Katrina poszła na całego. 
Prawdziwą  choinkę,  której  zapach  unosił  się  w  całym  domu,  udekorowała 
błyszczącymi  światełkami,  na  drzwiach  powiesiła  wieniec,  przystroiła 
gzyms  kominka  zielonymi  gałązkami,  a  w  salonie  ustawiła  kartki  z 
pozdrowieniami  i  świece  pachnące  pomarańczami,  goździkami  i  cyna-
monem. Na sam koniec w przedpokoju, tuż za drzwiami, powiesiła u sufitu 
pęk jemioły. 

69

RS

background image

-  Nie  jest  prawdziwa  -  wyjaśniła  mu.  -  To  ekologiczna  jemioła  z 

jedwabiu. Ale działa tak samo. 

Jak  mógł  oprzeć  się  chęci,  by  ją  pod  nią  pocałować?  Po  kolacji,  którą 

ugotowali razem, Rhys podał jej małe pudełeczko. 

- Co to? 
-  Tradycyjny  walijski  przysmak  bożonarodzeniowy.  Toffi.  Zazwyczaj 

przyrządzamy je w Wigilię, aleja zrobiłem to wczoraj po dyżurze. 

Spróbowała kawałek. 
-  Mmm.  Pyszne.  -  Przechyliła  lekko  głowę.  -  Jak  dużo  czasu  zajmuje 

przygotowanie toffi? 

- Pół godziny? 
-  Znasz  przepis  na  pamięć?  Bo  może  moglibyśmy  zrobić  trochę  dla 

Maddie, na jutro? 

-  Nie  doceniasz  mnie,  kochanie.  Wszystko  jest  gotowe  -  rzekł  z 

uśmiechem.  -  To  tylko  mała  przekąska  dla  nas,  na  dzisiaj,  ale  w  każdej 
chwili mogę zrobić więcej. 

- Rhys... dziękuję. - Podeszła do niego i przytuliła go mocno. - Wiem, że 

będzie ci jutro ciężko i zrozumiem, jeśli zmieniłeś zdanie. 

Nie  rwał  się  do  tej  wizyty,  ale  wiedział,  że  gdyby  z  niej  zrezygnował, 

głęboko zraniłby Katrinę. 

- Przyjdę - obiecał. 
-  Jutro  rano  nie  będziesz  miał  czasu  na  otwieranie  prezentów,  więc 

pomyślałam,  że  wręczę  ci  ten  ode  mnie  dzisiaj.  -  Podeszła  do  jednej  z 
szafek i wyciągnęła z niej bożonarodzeniową skarpetę. - Wesołych świąt - 
powiedziała, całując go lekko. 

-  Katrino...  -  Poczuł  ucisk  w  gardle.  Kiedy  po  raz  ostatni  otrzymał  taką 

skarpetę w Boże Narodzenie? Zbyt dawno temu, aby mógł to pamiętać. Ale 
rozumiał,  że  święta  były  ciężkim  okresem  dla  jego  mamy.  On  także 
nienawidził  dni  pomiędzy  Wigilią  a  Nowym  Rokiem,  na  które  przypadała 
rocznica  śmierci  jego  maleńkiej  siostrzyczki.  Wtedy  jego  życie  wywróciło 
się do góry nogami i już nigdy nie wróciło do normy. 

Odepchnął  od  siebie  wspomnienia.  Nie  teraz.  Nie  tutaj.  Katrina 

najwyraźniej  uwielbia  Gwiazdkę  i  nawet  jeśli  będzie  musiał  w  końcu  o 
wszystkim  jej  opowiedzieć,  nie  zamierzał  psuć  atmosfery  tego 
szczególnego dnia. 

- Dziękuję. Ale ja nie mam dla ciebie skarpety. Wzruszyła ramionami. 
- To nic. Nie spodziewałam się niczego. 

70

RS

background image

- Ale coś ci kupiłem. - Jego prezenty były opakowane w zwykłe torebki 

albo owinięte w papier ze sklepu. - Wesołych świąt, kochanie. 

-  Dziękuję  -  powiedziała,  całując  go.  Następnego  dnia  personel  szpitala 

zorganizował dla swoich małych podopiecznych wizytę Świętego Mikołaja. 
Dzięki  wsparciu  sponsorów  każde  dziecko  na  oddziale  otrzymało  mały 
podarunek. 

Katrina zauważyła w pewnym momencie, że małego Tommy'ego Price'a 

nikt  tego  dnia  nie  odwiedził.  Chłopczyk  podziękował  Mikołajowi  za 
prezent, ale został w swoim łóżeczku i nie dołączył do pozostałych dzieci, 
bawiących się w świetlicy. 

Ogarnęło ją współczucie. Czy tak wyglądało dzieciństwo Rhysa? A jeśli 

tak, jak poradzi sobie z rodzinnymi świętami u Gregorych? 

Zatrzymała  się  przy  łóżku  Tommy'ego.  Wręczyła  mu  czekoladkę  w 

kształcie renifera, z wielkim czerwonym nosem. 

- Wesołych świąt - powiedziała radośnie. 
- Nawzajem, proszę pani. I dziękuję - odparł szybko. 
Jego  oczy  błyszczały  podejrzanie.  Katrina  zauważyła,  że  jest  bliski 

płaczu,  zaczęła  więc  opowiadać  mu  śmieszne  historie,  dopóki  się  nie 
rozchmurzył.  Podzieliła  się  z  nim  swoimi  ciasteczkami,  a  pod  koniec 
dyżuru wsunęła mu do kieszeni dodatkową czekoladkę. 

- Nie  mogę uwierzyć, że nikt z rodziny Tommy'ego nie pofatygował się 

do szpitala, aby go odwiedzić w Boże Narodzenie - powiedziała do Rhysa, 
gdy opuszczali szpital. - To podłe. 

-  Nie  sądzisz,  że  może  zbyt  pochopnie  wysnuwasz  wnioski?  -  zapytał 

łagodnie. - Może jego rodzice desperacko boją się szpitali? Może w domu 
jest  ciężko?  Może  muszą  opiekować  się  starszymi  rodzicami  albo 
schorowanym dzieckiem i po prostu nie starcza im na to wszystko czasu? 

-  Masz  rację,  przepraszam.  -  Westchnęła.  —  Czasami  chciałabym  mieć 

magiczną różdżkę... 

- Nie możesz naprawić wszystkiego, kochanie. 
- Wiem, wiem, po prostu czasami chciałabym móc. - Potrząsnęła głową. - 

Tak, wystarczy. Idziemy do Maddie. 

Im bliżej byli domu Madison i Thea, tym bardziej Rhys się denerwował. 

Wiedział, jak wiele znaczy jego wizyta dla Katriny, choć w istocie wolałby 
się  znaleźć  na  bezludnej  wyspie.  Zwłaszcza  gdy  Madison  zaprosiła  ich  do 
środka  i  uświadomił  sobie,  ile  osób  już  się  tam  znalazło.  Wszyscy 
rozmawiali, śmiali się i zachowywali tak, jakby znali się przez całe życie. 

71

RS

background image

Zdołał  się  uśmiechnąć  i  ze  wszystkimi  uprzejmie  przywitać.  Madison 

ucieszyła się z walijskiego toffi i szampana, które przyniósł. 

Ulokował  się  w  cichym  miejscu  w  rogu  pokoju,  ale  w  momencie,  w 

którym  przyszli,  Katrina  znalazła  się  w  centrum  uwagi.  Najwidoczniej 
rodzina  ją  uwielbiała.  Im  dłużej  ich  obserwował,  tym  wyraźniej 
uświadamiał  sobie,  jak  bardzo  są  ze  sobą  związani.  Rodzice  Katriny 
przekrzykiwali  się  wesoło,  rodzice  Madison  porozumiewali  się  czasami 
wzrokiem  i  uśmiechali  do  siebie.  Greccy  krewni  Thea  byli  hałaśliwi  i 
otwarcie  zachwyceni  wszystkimi  dookoła,  a  sam  gospodarz  nadskakiwał 
cały czas ciężarnej narzeczonej. 

A on sam nie mógł oderwać wzroku od Katriny. Czytała coś siostrzenicy 

Thea i przytulała do siebie jego bratanka, siedząc pod choinką. To było jej 
miejsce. Jej rodzina. Chyba nawet jego matka nie zdołałaby się jej oprzeć. I 
wtedy zrozumiał. 

Razem  z  nim  w  pokoju  przebywają  trzy  pary,  które  spędziły  w 

szczęśliwych małżeństwach łącznie prawie wiek. Dawały oparcie dzieciom, 
wspomagały się w trudnych chwilach. Ich miłość była bezwarunkowa. 

Może  więc  mógłby  zaryzykować  wspólne  życie  z  Katrina?  Jeśli  ona 

zgodzi się podjąć ryzyko wraz z nim? 

Wciąż przetrawiał tę wizję, kiedy podeszła do niego siostrzenica Thea. 
- Chodź, posłuchasz z nami bajki - powiedziała po angielsku i wzięła go 

za rękę. 

Czy mógł się oprzeć takiemu zaproszeniu? 
Usiadł obok Katriny, a mała Arianna zażądała, aby zajął się jej bratem w 

czasie, gdy ona i Katrina będą urządzać przedstawienie kukiełkowe. 

Ku  swojemu  zdziwieniu  zauważył  w  pewnym  momencie,  że  dobrze  się 

bawi  w  otoczeniu  tej  kochającej  się  rodziny.  Jadł  ciastka,  opowiadał 
okropne dowcipy, śmiał się z tych opowiadanych prze Ariannę i przyłączył 
się do wspólnego nakrywania do herbaty, a potem gry w kalambury. 

W końcu wieczór dobiegł końca. 
Mama  Katriny  przytuliła  go  na  pożegnanie,  jej  tata  uścisnął  mu  dłoń, 

Theo poklepał go po ramieniu, a Madison odprowadziła ich do drzwi. 

- Dziękuję wam za wizytę. Zwłaszcza tobie - dodała po cichu. - Wiem, że 

zrobiłeś to dla Kat. Ona jest wyjątkowa. I myślę, że ty też. Jeśli sobie na to 
pozwolisz. 

- Przepraszam. Czy było bardzo źle? - zapytała Katrina, gdy wyszli. 
- Nie, twoja rodzina jest urocza. Uśmiechnęła się. 

72

RS

background image

-  Czy  w  takim  razie  mogę  cię  poprosić,  abyś  towarzyszył  mi  na  ślubie 

Maddie w maju? 

Odetchnął głęboko. 
- Jasne. 
-  Świetnie.  -  Umilkła  na  moment.  -  Powiedziałam  jej  o  twojej 

wiolonczeli. Zastanawiałyśmy się... to będzie ceremonia cywilna i... 

- Chciałaś zapytać, czy zagram na jej ślubie? 
- Tylko jeśli chcesz. Ale jeśli byłby to dla ciebie jakiś problem... 
Bycie  częścią  jej  rodziny?  Zatrzymał  się,  wziął  w  dłonie  jej  twarz  i 

delikatnie dotknął wargami jej ust. 

-  Jeśli  chcesz,  abym  zagrał,  zrobię  to  z  przyjemnością.  Poproś  tylko 

Maddie o listę utworów. Żebym miał czas na przygotowanie, jeśli wybierze 
coś, czego nie znam. 

Pójdzie  na  ślub  jej  kuzynki  i  zagra  podczas  ceremonii.  Pozwoli  jej 

rodzinie wciągnąć się w ich magiczny krąg. 

I  może  w  końcu  zdecyduje  sieją  zapytać...  W  nowym  roku,  gdy  już 

uporządkuje swoje sprawy. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

73

RS

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Kryzys  nadszedł  dwa  dni  przed  Nowym  Rokiem.  Mimo  upływu  czasu 

Rhysowi  nadal  cierpła  skóra  na  myśl  o  tej  dacie.  Rocznica  śmierci  jego 
młodszej  siostry  Gwyneth.  Wiedział,  że  powinien  opowiedzieć  o  tym 
Katrinie,  ale  brakowało  mu  słów.  Zachowywał  się  więc  normalnie  do 
momentu,  w  którym  w  połowie  jego  dyżuru  na  oddział  przyjęto 
sześciotygodniowe dziecko ze zdiagnozowanym zapaleniem płuc. 

Takie przypadki już mu się zdarzały, uporałby się z tym więc, gdyby nie 

wydarzenie tuż pod koniec zmiany - gdy przechodził korytarzem, zobaczył 
matkę  dziecka,  najwyraźniej  bardzo  zdenerwowaną,  która  krzyczała  na 
swojego syna. Winiła go za przyniesienie wirusa do domu i zarażenie małej 
Felicity.  Buzia  chłopca  była  blada  jak  płótno,  ściągnięta  strachem,  po 
policzkach płynęły mu łzy. 

Rhys, pamiętając siebie w takiej samej sytuacji, poczuł gniew. Spróbował 

się opanować i wszedł do sali. 

- Jakiś problem? - zapytał obcesowo. 
Pani  Walters  popatrzyła  na  niego  zdziwiona,  ale  stetoskop  i  szpitalny 

identyfikator  podpowiedziały  jej,  że  ma  do  czynienia  z  lekarzem,  którego 
niełatwo będzie zbyć. Nie zdołała jednak powstrzymać złości. 

- Oczywiście,  że tak! Moja  córka leży tu poważnie chora. Chyba pan to 

zauważył? 

Rhysowi nie przeszkadzała jej nieuprzejmość, ale łzy w oczach chłopca. 

Zacisnął dłonie. 

- Myślę, że powinniśmy zamienić słówko w moim gabinecie. Pielęgniarki 

zajmą się Felicity i jej bratem. 

Pani Walters zbladła na myśl o tym, co zaraz usłyszy o stanie córki. Bez 

słowa ruszyła za lekarzem. 

-  Proszę  pani,  rozumiem,  że  martwi  panią  choroba  Felicity,  ale 

krzyczenie  na  syna  nie  pomoże  jej  wyzdrowieć.  Córka  potrzebuje  teraz 
spokoju. Tak jak inne dzieci na oddziale. 

Pani Walters wojowniczo uniosła głowę. 
-  Proszę  nie  rozmawiać  ze  mną  w  ten  sposób.  Zgłoszę  to  pana 

przełożonemu. 

-  Proszę  bardzo.  Ale  sugeruję,  aby  skoncentrowała  się  pani  raczej  na 

swoich bliskich. Felicity wyzdrowieje, nie ma żadnych skutków ubocznych. 
Ale  martwi  mnie  stan pani syna. Szpital to naprawdę przerażające  miejsce 

74

RS

background image

dla dzieci. Simon bardzo martwi się o siostrę. Nakrzyczała pani na niego i 
wmówiła  mu, że jej choroba to jego wina, teraz więc nie tylko się boi, ale 
czuje się też winny. 

Pani Walters milczała, ale jej twarz się zaczerwieniła. 
-  Dodam  na  marginesie,  że  to  mało  prawdopodobne,  aby  akurat  on  był 

źródłem  infekcji  Felicity.  Ten  wirus  rozprzestrzenia  się  bardzo  szybko, 
mogła  więc  zarazić  się  od  tuzina  innych  osób.  Pani  syn  potrzebuje  teraz 
odrobiny wsparcia i zapewnienia, że jego mama go nadal kocha. 

Czyli czegoś, czego on sam nigdy nie otrzymał. 
Pani Walters nadal piorunowała go spojrzeniem, ale w jej oczach pojawił 

się  cień  poczucia  winy.  Rhys,  wiedząc,  że  motywy  jego  postępowania  nie 
są ściśle profesjonalne, postanowił jakoś złagodzić swą wypowiedź. Okazać 
nieco sympatii. Zrobić to, co zrobiłaby na jego miejscu słodka i pełna ciepła 
Katrina. 

-  Myślę,  że  pani  również  to  pomoże.  Simon  przytuli  panią  i  także 

spróbuje pocieszyć. 

Pani  Walters  wybuchnęła  płaczem.  Chciał  ją  powstrzymać  przed 

wyżywaniem się na niewinnym dziecku, ale tego się nie spodziewał. Podał 
jej paczkę chusteczek. Gdy się uspokoiła, wrócili na oddział. 

Na miejscu zastali Katrinę opiekującą się dwójką maluchów. 
- Dzięki, że dotrzymywałaś towarzystwa Simonowi 
- powiedział do niej Rhys. 
- Nie ma sprawy. Świetnie się bawiliśmy. A Felicity ma się coraz lepiej. 
- To dobrze. - Rhys klęknął, aby jego twarz znalazła się na poziomie oczu 

chłopca. - Trzymasz się, Simon? 

- zapytał miękko. 
Dziecko pokiwało głową. 
- Pani doktor opowiedziała mi bajkę. 
- Fajnie jej to wychodzi, prawda? - Zmierzwił mu włosy. - Wiem, że się 

martwisz,  widząc  swoją  siostrę  w  takim  stanie,  ale  nic  jej  nie  będzie. 
Naprawdę. I chcę, żebyś wiedział, że to nie twoja wina, że zachorowała. 

- Ale mamusia... - Dolna warga Simona zadrżała. 
-  Twoja  mamusia  była  zdenerwowana  i  przestraszona,  tak  jak  ty,  a 

czasami  dorośli  mówią  wtedy  rzeczy,  których  tak  naprawdę  nie  chcą 
powiedzieć.  A  ja  jestem  lekarzem  i  zapewniam  cię,  że  to  nie  twoja  wina. 
Twoja mamusia już to rozumie. 

- I Felicity nie umrze? 

75

RS

background image

- Ależ skąd. - Od śmierci Gwyneth medycyna poczyniła znaczne postępy. 

- Będziemy się nią opiekować, podamy jej różne lekarstwa i wyzdrowieje. 
Twoja mama chciałaby z tobą porozmawiać. - Spojrzał na panią Walters. 

Kobieta podeszła do nich, uklękła i mocno przytuliła Simona. 
-  Przepraszam,  że  na  ciebie  nakrzyczałam,  synku.  Pan  doktor  ma  rację. 

Byłam  zdenerwowana  i  wyładowałam  złość  na  tobie.  Nie  powinnam  była 
tego robić. To nie twoja wina, że Felicity jest chora. Kocham cię, Simon. 

Rhys  pokiwał  głową  z  aprobatą  i  po  cichu  wycofał  się  do  swojego 

gabinetu. Potrzebował pięciu minut w samotności, aby dojść do siebie. 

Coś się stało, pomyślała Katrina. Rhys doskonale nad sobą panował i nie 

podniósł głosu, ale jego oczy były jakieś inne. A przez ostatnich kilka dni 
był jeszcze cichszy niż zazwyczaj. 

Podeszła  do  drzwi  jego  gabinetu  i  zamrugała  ze  zdziwieniem.  Od  kiedy 

Rhys zamyka się na klucz? 

Gdy zapukała, otworzył jej bez słowa. 
-  Nie  jest  w  porządku,  więc  nawet  mi  tego  nie  mów  -  zaczęła,  widząc 

wyraz jego twarzy. - Co się stało? 

Odwrócił  się.  Była  pewna,  że  coś  powiedział,  ale  nie  zdołała  tego 

wychwycić. 

-  Nie  słyszę  cię,  Rhys.  Mamrotałeś  coś  pod  nosem,  a  ja  nie  widziałam 

twoich ust. Spójrz na mnie i powtórz. 

Zrobił to, o co go prosiła. 
- Nic, to nieistotne. 
Tym razem nie pozwoli mu się wycofać. 
- Kłamiesz. 
- Nie chcę rozmawiać o tym tutaj. 
- Dobrze. Za dwadzieścia minut kończysz dyżur, tak jak ja. Pójdziemy do 

mnie. Tam jest cicho i nikt nie będzie nam przeszkadzał. 

Ogarnęła ją ulga, gdy się zgodził. 
Milczał w drodze do domu; uszanowała to i nie zmuszała go, aby zaczął 

mówić. Gdy usiedli przy stole w kuchni, zaparzyła kawę, a potem ponowiła 
prośbę: 

- Porozmawiaj ze mną, Rhys. Westchnął. 
- To przez ten ostatni przypadek. 
- Felicity Walters? Pokiwał głową. 
-  Nawet  ja  słyszałam  wrzaski  jej  mamy,  a  byłam  po  drugiej  stronie 

korytarza. - Uśmiechnęła się. - Właśnie szłam sprawdzić, co się dzieje, ale 

76

RS

background image

mnie  uprzedziłeś.  Nie  wiem,  jak  nakłoniłeś  ją  do  przeproszenia  syna,  ale 
byłeś wspaniały. 

- Taa... 
- Jest coś jeszcze, prawda? Przez chwilę bawił się kubkiem. 
- Tak. - Długo milczał, a potem spojrzał na nią. -Byłem w wieku Simona, 

kiedy moja młodsza siostra Gwyneth zachorowała na zapalenie płuc. 

Przecież mówił jej, że jest jedynakiem. 
- Gwynnie nie miała tyle szczęścia co Felicity. 
- Och, Rhys. - Odstawiła kubek, podeszła do niego i przytuliła go mocno. 
Posadził ją sobie na kolanach. 
- Tylko dzięki tobie nie udusiłem dzisiaj tej kobiety. Jego głos nagle się 

załamał, a Katrina poczuła pod powiekami łzy. 

- Tak mi przykro, Rhys. 
- Pamiętam, jak moja mama krzyczała na mnie tak samo jak pani Walters 

na Simona. Winiła mnie za to, że zaraziłem siostrę. Gdyby nie ja, Gwyneth 
nie dostałaby zapalenia płuc i nadal by żyła. 

Odchyliła się, aby spojrzeć mu w oczy. 
- Rhys, jesteś pediatrą. Wiesz, że nie miała racji. 
- Teraz to wiem - powiedział bez przekonania - ale przez całe dzieciństwo 

w to wierzyłem. 

Nic  dziwnego,  że  nie  był  zżyty  z  rodzicami.  Może  oni  nadal  go 

obwiniają? 

- Kiedy to się stało? 
- Dwadzieścia osiem lat temu. 
- Dziś przypada rocznica? - domyśliła się. Pokiwał głową. 
-  Każdego  innego  dnia  bym  sobie  z  tym  poradził,  ale  dziś  omal  nie 

straciłem  nad  sobą  kontroli.  Byłem  tak  wściekły,  że  miałem  ochotę 
wyrzucić ją z oddziału. 

-  Ale  tego  nie  zrobiłeś.  Zrozumiałeś,  co  nią  kierowało,  i  naprawiłeś  to. 

Jestem z ciebie dumna. 

Jego oczy zajaśniały podejrzanym blaskiem, gdy na nią popatrzył. 
- Naprawdę? 
- Tak. - Pokiwała głową energicznie. - I teraz rozumiem, dlaczego przez 

ostatnie dni byłeś taki cichy. 

- Powinienem był ci powiedzieć, wyjaśnić, ale... 

77

RS

background image

-  Jesteś  skryty.  Nie  lubisz  rozmawiać  o  takich  sprawach.  -  Przygryzła 

wargę. - A ja cię dręczyłam. Zmusiłam cię do pójścia do Maddie. Do grania 
na wiolonczeli na jej ślubie. Jestem taka... 

- Sza. - Przycisnął palec do jej ust. - Nie przepraszaj. Zmusiłaś  mnie, to 

fakt,  ale  wyświadczyłaś  mi  tym  przysługę.  Pokazałaś,  jak  wygląda 
prawdziwe Boże Narodzenie. 

- To znaczy, ty nigdy...? - Urwała zdumiona. 
- Nie, odkąd skończyłem trzy lata. Niewiele z tego pamiętam. - Skrzywił 

się.  -  Mówiłem  ci,  moi  rodzice  się  rozstali,  kiedy  byłem  mały.  Te  święta, 
które  Gwynnie  spędziła  w  szpitalu,  były  ostatnimi,  w  czasie  których 
byliśmy  razem.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Chyba  ciężko  jest  małżeństwu 
wyjść  z  takiej  próby  zwycięsko.  Moim  rodzicom  się  nie  udało.  Problemy 
mieli już wcześniej. Pamiętam, jak na siebie krzyczeli, zwłaszcza mój tata. 
Ale potem powiedzieli mi, że będę miał rodzeństwo i kłótnie ustały. Byłem 
taki zadowolony z tego, że będę dla kogoś starszym bratem, będę miał się z 
kim  bawić.  Nie  mieliśmy  wielu  krewnych.  Mój  tata  miał  jakieś  kłopoty  w 
pracy. Zamknięto jego kopalnię. 

- Stracił pracę? 
-  Tak  jak  większość  mężczyzn  w  naszej  wsi.  Było  nam  ciężko,  zbliżały 

się  święta.  Pewnego  dnia  wróciłem  z  przedszkola  przeziębiony.  Gwynnie 
się zaraziła. Lekarz powiedział, że to tylko katar, ale jej stan się pogarszał. 
Zaczęła  z  trudem  oddychać.  Wywiązało  się  zapalenie  płuc.  Doktor  polecił 
zawieźć ją do szpitala, ale było za późno. Zmarła po dwóch dniach. 

-  I  ta  kobieta  dzisiaj...  Na  twoim  miejscu  chyba  nie  zdołałabym  się 

powstrzymać. 

- Nieprawda. - Potarł ustami jej wargi. - Jesteś pełna ciepła, słodka i miła. 

Gdyby  nie  ty,  na  pewno  dałbym  się  ponieść  nerwom  i  wyrzuciłbym  ją  z 
sali. 

- Jak to, gdyby nie ja? 
- Nauczyłaś mnie, jaką siłę ma miłość. Poczuła, jak coś dławi ją w gardle. 
- Och, Rhys. 
- Cieszę się, że jesteś obecna w moim życiu. 
- A ja się cieszę, że mam ciebie. - Pocałowała go. 
-  Wiem,  że  było  ci  trudno  wyznać  mi  to  wszystko,  ale  cieszę  się,  że  to 

zrobiłeś. Chcę, żebyś wiedział, że jestem obok. 

- Wiem. I doceniam to. Pogłaskała go po twarzy. 
- I dlatego wybrałeś medycynę? Dlatego pracujesz całymi dniami? 

78

RS

background image

- Żeby inne rodziny nie musiały przez to przechodzić? - Zastanawiał się 

przez chwilę. - Może. Wiem, że to nie była moja wina, ale myślę czasami, 
co  by  było,  gdyby.  Gdyby  się  nie  zaraziła  i  nie  umarła.  Czy  moje  życie 
wyglądałoby inaczej? 

- Jak sądzisz? 
- Chyba nie. Śmierć Gwynnie przyspieszyła rozwód moich rodziców, ale 

oni i tak by się rozstali. 

- Rozmawiałeś z nimi o tym? 
- Nie. 
- Kiedy ostatnio się z nimi widziałeś? Wzruszył ramionami. 
-  Nie  pamiętam,  kiedy  widziałem  ojca.  Już  od  dawna  nie  wymieniamy 

kartek i listów. - Urwał na chwilę. 

-  Ożenił  się  po  raz  drugi,  ma  trzy  córki.  Chyba  więc  nie  jestem  mu  już 

potrzebny. 

- Rhys, jesteś jego synem. Na pewno cię potrzebuje. 
- Przypominam mu tylko złe chwile. Tak jak mamie. 
- A ją widujesz? 
- Raz na kilka miesięcy. - Wzruszył ramionami. 
- Jest jej ciężko, Katrino. 
- Tobie też - zauważyła. 
-  Ja  nie  jestem  już  dzieckiem.  Umiem  sobie  z  tym  poradzić.  Teraz  już 

znasz prawdę o mojej rodzinie. Różni się od twojej, Katrino. 

- To prawda. Cieszę się, że byłeś ze mną szczery. 
-  Cóż,  niezupełnie  -  uśmiechnął  się  smutno.  -  Jest  jeszcze  jedna  rzecz, 

którą od jakiegoś czasu próbuję ci powiedzieć. 

Jej  serce  zamarło.  Nie.  Siedzi  mu  na  kolanach,  przytula  się  do  niego... 

Nie może teraz oznajmić jej, że to koniec. Na pewno nie. 

Oby nie. 
- Co to takiego? Przeczesał włosy palcami. 
- Nigdy nikomu tego nie powiedziałem. Część mnie jest tym przerażona. 

Boję się, że się nie uda. I na pewno wybrałem nieodpowiednią chwilę. 

Nie mogła nic wyczytać z jego twarzy. Zaczynała się naprawdę martwić. 

Ale  jeśli  jej  świat  ma  się  rozpaść,  lepiej,  aby  stało  się  to  teraz.  Uniosła 
podbródek. 

- Powiedz to wprost. 
- Kocham cię. 
Wpatrywała się w niego, wstrzymując oddech. 

79

RS

background image

- Co ty powiedziałeś? 
- Przepraszam. Wiedziałem, że to zły pomysł. Dość już na ciebie dzisiaj 

zrzuciłem. 

- Nie, nie, nie. - Delikatnie wzięła w dłonie jego twarz, aby upewnić się, 

że patrzy prosto na nią. -1 wiesz co? Ja też cię kocham. 

Milczał bardzo długo. 
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś powiedział mi coś takiego. 
Nie potrafiła tego pojąć. Ona słyszała te słowa codziennie, od rodziców, 

od Madison. 

- A twoje byłe? Wzruszył ramionami. 
- Mówiłem ci, jeszcze nigdy nikomu tego nie powiedziałem. Nie mogłem 

się  zdobyć  na  taką  deklarację,  a  one  twierdziły,  że  jestem  oziębły  i  też  mi 
tego nie mówiły. 

-  Nie  jesteś  oziębły.  Jesteś  skryty,  to  fakt,  ale  jesteś  też  pełen  ciepła, 

inteligentny i seksowny jak wszyscy diabli. Kocham cię. 

-  Nie  zasługuję  na  ciebie.  Powinnaś  być  z  kimś,  kto  da  ci  kochającą  się 

rodzinę, a ja chyba nie zdołam tego zrobić - ostrzegł. 

- Nie musisz. Już jedną mam. I chętnie się nią z tobą podzielę. 
- Nie przypuszczałem, że spotka mnie coś takiego. Kocham cię, Katrino, 

od  pierwszego  dnia.  Kiedy  cię  zirytowałem  i  oświadczyłaś,  że  zamierzasz 
dać tym dzieciom odrobinę radości, i że nikt cię nie powstrzyma. 

- Uśmiechnął się. - Mnie też przywróciłaś radość życia. 
- Świetnie. I tak już zostanie. - Mrugnęła do niego. 
-  Istnieje  coś  takiego  jak  praca  zespołowa.  A  ja  sądzę,  że  tworzymy 

doborową drużynę. 

- Masz rację. 
Pocałował ją. Ta delikatna pieszczota była pełna obietnic. Nie poprzestali 

na  tym.  Katrina  nie  protestowała,  gdy  Rhys  wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do 
sypialni. Po wszystkim skuliła się w jego ramionach. 

- Kocham cię. - Pocałował ją. - I będę ci to powtarzał codziennie. 
- Trzymam cię za słowo. - Uśmiechnęła się do niego. - Ja też będę ci to 

powtarzać. 

-  To  dobrze.  Właśnie  odkryłem,  że  bardzo  lubię  to  zdanie.  Ale  muszę 

jeszcze poćwiczyć słuchanie go. 

Rozpromieniła się. 
- To chyba była aluzja. Kocham cię, Rhys. W jego oczach nadal czaił się 

cień smutku. 

80

RS

background image

- Moi rodzice też cię polubili. Twierdzą, że jesteś troszkę za cichy, ale ja 

też jestem nieobecna i rozmarzona, więc ich zdaniem pasujemy do siebie. 

Pochylił się, aby ją pocałować. 
- Kocham cię, Katrino. I dziękuję ci za... - Słowa uwięzły mu w gardle. 
-  Zrobiłbyś  dla  mnie  to  samo  -  oświadczyła.  -  Wszystko  się  ułoży, 

zobaczysz. Bo stanowimy świetną drużynę. 

-  Chciałbym  powiedzieć  ci  jeszcze  o  czymś.  -  Pogłaskał  jej  policzek.  - 

Ale  potrzebuję  czasu,  aby  najpierw  uporządkować  swoje  sprawy.  Coś,  co 
powinienem był zrobić dawno, dawno temu. - Pocałował ją delikatnie. - A 
potem będę mógł rozpocząć nowy rok i nowe życie. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

81

RS

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Następnego dnia podczas obchodu pani Walters sama zaczepiła Rhysa. 
-  Panie  doktorze?  Felicity  ma  dzisiaj  w  nosie  dodatkową  rurkę, 

przyklejoną do twarzy. Czy to...? - Przygryzła wargę. 

Od razu zgadł, o co pyta. 
- Boli? Nie. Taśma jest tylko po to, aby Felicity przypadkiem tej rurki nie 

wyciągnęła.  -  Usiadł  przy  niej.  -  Przez  nią  podajemy  tlen,  to  znacznie 
wygodniejsze  niż  maska.  Dzięki  temu  mniej  się  męczy  przy  oddychaniu. 
Wiem, że wygląda to przerażająco, ale naprawdę nie sprawia jej to bólu. A 
jak się miewa Simon? 

W oczach pani Walters błysnęły łzy. 
-  Wczoraj  wieczorem  powiedział  mi,  że  chciałby,  żeby  znowu  były 

święta,  bo  wtedy  mógłby  poprosić  Mikołaja,  żeby  sprowadził  jego  siostrę 
do domu. 

Rhys poczuł ściskanie w gardle. Gdy Gwyneth umarła, on zrobił to samo 

-  obiecał  Mikołajowi,  że  nie  będzie  chciał  już  nigdy  żadnej  zabawki,  jeśli 
tylko wróci Gwynnie. 

-  To  niewiarygodnie,  jak  szybko  dzieci  przywiązują  się  do  siebie  - 

zauważył szorstko. - Ale Felicity naprawdę czuje się coraz lepiej. Za dzień, 
dwa odłączymy tlen, a w przyszłym tygodniu będzie mogła pani zabrać ją 
do domu. Simon nie przyszedł z panią? 

- Tata wziął go dzisiaj na mecz, aby choć trochę poprawić mu humor. Ale 

narysował coś dla siostry. 

Wyciągnęła z torebki kartkę i rozłożyła ją. 
Takie same portrety tworzył Rhys, gdy był dzieckiem. Patykowaci ludzie 

przedstawiający członków rodziny. Mama, tata, ja i Flisty - głosił podpis. 

- Urocze. 
-  Tak.  -  Pociągnęła  nosem.  -  Przepraszam,  że  wczoraj  na  pana 

nakrzyczałam. 

-  Była  pani  zdenerwowana.  Proszę  się  tym  nie  przejmować,  już 

zapomniałem. - Zbadał Felicity, potem pogłaskał ją po policzku. - Proszę o 
jeszcze dzień, dwa cierpliwości. Potem odłączymy tlen. Oczywiście,  może 
pani ją podnosić i przytulać nawet teraz, a kiedy będzie wystarczająco silna, 
aby radzić sobie bez aparatury, zacznie pani ją karmić. Naprawdę wszystko 
będzie dobrze. 

82

RS

background image

Wieczór  Katrina  spędzała  w  swoim  mieszkaniu  sama,  próbując 

skoncentrować  się  na  czytaniu  encyklopedii  filmowej,  którą  Rhys 
podarował  jej  na  Gwiazdkę.  On  był  u  siebie  i  dzwonił  do  rodziców. 
Próbowała stłumić urazę za to, że zdecydował się odbyć tę rozmowę sam i 
w  związku  z  tym  jej  nie  zaprosił.  Przecież  wie,  jak  skrytym  jest 
człowiekiem. I uprzedził ją, że musi poukładać swoje sprawy. Z pewnością 
nadal jeszcze wielu rzeczy o swojej przeszłości jej nie powiedział. 

- Przestań być taka wymagająca - zganiła się na głos. - Wyznał ci, że cię 

kocha.  A  nigdy  wcześniej  nikomu  tego  nie  mówił.  To  powinno  ci 
wystarczyć. 

Zamilkła,  bo  usłyszała  dzwonek  do  drzwi.  Otworzyła  i  ujrzała  na 

schodach Rhysa z wielkim bukietem kwiatów oraz butelką szampana. 

-  Szczęśliwego  nowego  roku,  kochanie  -  powiedział  z  uśmiechem  i 

wręczył jej bukiet. 

Wpuściła go do środka. 
- Nie spodziewałam się... 
- Przecież jest sylwester. Miałem nadzieję, że spędzimy go razem. 
- Myślałam, że... 
-  Kocham  cię,  Katrino.  Nie  poprosiłem  cię,  abyś  była  obok,  gdy  będę 

dzwonił  do  rodziców,  ale  nie  dlatego,  że  próbowałem  cię  odepchnąć. 
Chciałem ci oszczędzić nieprzyjemności, gdyby rozmowa potoczyła się źle. 
Po  latach  unikania  się,  ciszy...  Stwierdziłem,  że  będzie  dziwnie,  a  nie 
chciałem  cię  rym  zasmucić.  -  Wziął  od  niej  kwiaty,  położył  je  wraz  z 
szampanem na podłodze i przytulił ją. 

- A jak poszło? Westchnął. 
-  Moja  mama...  cóż,  jest,  jaka  jest.  Wątpię,  abyś  nawet  ty  potrafiła  ją 

rozweselić, kochanie. 

- A twój tata? 
- Przeprowadził się. Na szczęście osoba, która kupiła jego dom, jest jego 

bliskim znajomym i dała mi jego nowy numer. - Zawiesił głos. - W sobotę 
się z nim zobaczę. 

- To dobrze. Musicie porozmawiać. 
- Tak. Przez telefon był... wstrzemięźliwy. 
-  Pewnie  ty  też.  Przecież  minęło  tyle  czasu,  odkąd  ostatni  raz 

rozmawialiście. 

- Masz rację. Katrino, wiem, że proszę o wiele, może masz już plany na 

weekend, ale zastanawiałem się... Czy pojedziesz ze mną do Walii? 

83

RS

background image

- Oczywiście, że tak. - Dławienie w gardle spowodowało, że jej głos stał 

się chrapliwy. 

- Jesteś pewna? 
-  Przecież  poprosiłeś  mnie,  żebym  poznała  twoją  rodzinę.  Jasne,  że 

pojadę, Rhys. 

- Gdyby ci się nie spodobali... 
-  To  nieistotne.  -  Otoczyła  ramionami  jego  szyję  i  przyciągnęła  go  do 

siebie. - Mam ciebie. Cała reszta to premia. 

- Jestem szczęściarzem. 
- I to jakim. - Spojrzała na zegarek. - Za kilka godzin będzie Nowy Rok. 
- Chcesz dokądś pójść? Potrząsnęła głową. 
-  Hałas,  przytłumione  światła,  pijani  ludzie,  którzy  coś  mamroczą.  Nie, 

dziękuję. Poza tym oboje jutro pracujemy. 

-  W  takim  razie  mam  pomysł.  -  Pocałował  ją,  potem  wyswobodził  się  z 

jej  ramion  i  podniósł  butelkę.  -  Ty,  ja  i  łóżko.  A  pierwszą  rzeczą,  którą  ci 
powiem w nowym roku, będzie, że cię kocham. 

I tak zrobił. 
W kolejną sobotę pojechali odwiedzić ojca Rhysa. Katrina zauważyła, że 

im  bliżej  byli  celu,  tym  Rhys  mniej  mówił.  Dostrzegła  napięcie  na  jego 
twarzy, gdy przejechali przez Severn Bridge. 

Położyła mu dłoń na udzie. 
- Ciężko jest wracać do domu? Zmarszczył nos. 
- Tak. Ale musiałem to zrobić. 
-  Zaczynam  rozumieć,  jak  się  czułeś,  kiedy  poznawałeś  moją  rodzinę  - 

powiedziała, czując ściskanie w żołądku. 

- Denerwujesz się, kochanie? - zapytał miękko. - Nie masz powodu. Nie 

będzie tak źle. Pamiętaj, to praca zespołowa, jesteśmy razem. 

W końcu zaparkowali przed niewielkim domem. 
- Gotowa? 
Katrina ujęła go za rękę i ścisnęła ją mocno. 
- Gotowa. 
- A więc do dzieła. - Rhys wziął głęboki oddech, wysiadł z samochodu i 

otworzył drzwi Katrinie. 

Jego tętno przyspieszało z każdym krokiem. Llewellyn był taki ostrożny 

przez telefon. Naprawdę chciał się z nim zobaczyć czy zgodził się na wizytę 
z poczucia obowiązku? 

Był tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać. Zapukał. 

84

RS

background image

Drzwi  otworzył  im  mężczyzna,  który  mógłby  być  bratem  bliźniakiem 

Rhysa, tyle że o dwadzieścia pięć lat starszym i już posiwiałym. 

-  Witajcie  -  rzekł  miękko  Llewellyn  Morgan.  Rhys  nieśmiało  wyciągnął 

dłoń. Llewellyn uścisnął 

ją, a potem potrząsnął głową i objął Rhysa. 
- Mój syn - powiedział, przyciągając go do siebie. 
Jego głos łamał się z nadmiaru emocji. Rhys zrozumiał, że przez ostatnie 

ćwierć wieku żywił się nieprawdą. Mężczyzna, który przytulał go do siebie 
i  z  całych  sił  powstrzymywał  łzy,  nie  mógł  nie  chcieć  widywać  się  ze 
swoim  dzieckiem.  Obowiązek  nie  miał  nic  wspólnego  z  dzisiejszym 
zaproszeniem. 

- Gdzie moje dobre maniery? - otrząsnął się Llewellyn. - Nie powinienem 

tak trzymać was na progu. Wejdźcie do środka. 

- Dziękuję. Tato, to jest Katrina. 
- Miło cię poznać. 
- Wzajemnie. 
-  A  to  Dilys,  moja  żona  -  powiedział  Llewellyn,  skinąwszy  na  kobietę, 

która siedziała na kanapie w salonie, najwyraźniej czekając. 

- Cieszę się, że mogę was poznać. - Dilys położyła dłoń na sercu. - Rhys, 

wyglądasz  tak  jak  ojciec,  gdy  był  w  twoim  wieku,  kiedy  się  poznaliśmy. 
Przejechaliście  tyle  kilometrów,  aby  się  z  nami  spotkać.  Czego  się  na-
pijecie? Kawy? Herbaty? 

- Ja poproszę kawę, czarną, bez cukru - powiedział Rhys. 
- A ja z mlekiem - dodała Katrina. - Może ci pomogę, Dilys? 
Rhys  wiedział,  dlaczego  zapytała.  Chciała  umożliwić  mu  spędzenie 

chwili na osobności z ojcem. 

-  Miałem  nadzieję,  że  kiedyś  mnie  odwiedzisz  -  powiedział  Llewellyn, 

gdy  obie  panie  wyszły  do  kuchni.  -  Ale  wątpiłem,  że  ten  dzień  nadejdzie, 
kiedy przestałeś odpisywać na moje kartki. 

-  Przestałem  odpisywać?  Poczekaj  chwilę.  To  ty  zapomniałeś  o  moich 

trzynastych urodzinach. 

- Nieprawda. Wysyłałem ci kartkę co roku. Nawet po tym, jak przestałeś 

odpowiadać.  W  każde  urodziny  i  każde  Boże  Narodzenie,  aż  skończyłeś 
dwadzieścia jeden lat. A potem, przyznaję, poddałem się. 

Rhys nie mógł uwierzyć w to, że żył w mylnym przekonaniu, że ojciec o 

nim  zapomniał.  Czyżby  to  matka  ukrywała  przed  nim  te  listy?  Zrobiłaby 

85

RS

background image

coś  tak  podstępnego?  Ton  głosu  Llewellyna  powiedział  mu  jednak,  że 
ojciec nie kłamie. 

-  Miałem  trzynaście  lat.  Dorastałem.  Doszedłem  do  wniosku,  że  jeśli 

tobie nie zależy, to mnie też nie będzie. 

Myślałem, że skoro masz nową rodzinę, mnie już nie potrzebujesz. 
- To nieprawda. Tak, mam córki. Ale zawsze cię kochałem, zawsze byłeś 

mi  potrzebny.  -  Westchnął.  -Próbowałem  się  z  tobą  widywać  po  tym,  jak 
rozstaliśmy się z twoją mamą. Ale kłóciliśmy się za każdym razem, gdy po 
ciebie przyjeżdżałem i gdy cię odwoziłem. W końcu stwierdziłem, że lepiej 
trzymać się od was z daleka, żeby cię nie denerwować tymi ciągłymi awan-
turami. - Potrząsnął głową z frustracją. - Teraz wiem, że to był błąd, ale nie 
mogłem znieść, że przez nas płaczesz. Wysyłałem kartki. Wiedziałem, że to 
za mało, ale nie miałem innego pomysłu. 

-  Ale  byliśmy  u  ciebie  na  rozdaniu  dyplomów  -wtrąciła  Dilys,  wnosząc 

do pokoju tacę z kawą i walijskimi ciastkami posmarowanymi masłem. 

Rhys zamrugał z niedowierzaniem. 
- Byliście tam? Jakim cudem? 
-  Koleżanka  twojego  taty  informowała  nas,  co  się  u  ciebie  dzieje. 

Wiedziała,  że  twoja  mama  nie  pójdzie,  więc  powiedziała  nam. 
Zadzwoniliśmy na uczelnię i dowiedzieliśmy się, gdzie i kiedy odbywa się 
uroczystość - wyjaśniła Dilys. 

- Nie widziałem was. 
- Nie byłem pewien, czy będziemy mile widziani -powiedział Llewellyn - 

więc trzymaliśmy się na uboczu. Ale wysłuchałem twojego przemówienia i 
byłem z ciebie taki dumny. Mój syn, lekarz. 

- Nigdy mi tego nie powiedziałeś. 
- Bo nigdy nie pytałeś. Dilys trzepnęła męża w rękaw. 
-  Nie  wydziwiaj,  Llewellyn.  Jest  tu  teraz  i  tylko  to  się  liczy.  - 

Uśmiechnęła się do Rhysa. - Nasze dziewczynki wiedzą, że mają starszego 
brata  i  miały  nadzieję,  że  kiedyś  cię  poznają.  Gdyby  to  od  nich  zależało, 
byłyby tu dzisiaj z nami. Od rana dzwonią i pytają, czy już dotarliście. Tak 
długo czekaliśmy... - Jej oczy wypełniły się łzami. - Przepraszam cię, Rhys. 

- To nie twoja wina, Dilys. Chcę, żebyś wiedziała, że nigdy nie winiłem 

cię za odejście ojca. Wiem, że poznał cię na długo po tym. 

- Ciężko  mi było  z twoją  mamą. Straciłem pracę, bo zamknęli kopalnię. 

Nie  mogłem  utrzymać  rodziny,  nie  czułem  się  jak  mężczyzna,  coraz 
trudniej było ze mną wytrzymać. A potem... - Umilkł. 

86

RS

background image

-  Umarła  Gwyneth  -  dokończył  Rhys.  Llewellyn  na  chwilę  przymknął 

oczy. 

- Byłem taki bezradny. Było coraz gorzej. Musiałem odejść. - Westchnął. 

-  Chciałem  cię  wziąć  ze  sobą,  ale  byłeś  całym  światem  dla  matki.  Nie 
mogłem jej ciebie odebrać. - Położył dłoń na ramieniu Rhysa. -Straciliśmy 
wiele lat, ale  może uda się zacząć od nowa. Poznać się. A z czasem  może 
zobaczysz we mnie ojca, nie obcego człowieka. 

- Bardzo bym chciał. 
-  Nie  jestem  twoją  mamą  -  dodała  Dilys  -  ale  w  myślach  zawsze 

traktowałam cię jak syna. 

Rhys  był  zbyt  wzruszony,  aby  zdobyć  się  na  odpowiedź.  Zamiast  tego 

uścisnął ich oboje. 

-  Dziękuję,  kochanie  -  zwrócił  się  Llewellyn  do  Katriny  -  za  to,  że 

przyprowadziłaś mi mojego chłopca. 

Reszta popołudnia upłynęła we wspaniałej atmosferze na oglądaniu zdjęć 

i dzieleniu się opowieściami. Rhys musiał niestety odmówić zaproszeniu na 
kolację. 

- Chcielibyśmy zostać, ale jutro oboje mamy dyżur. Zadzwonię do was i 

mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy. Może nas odwiedzicie? 

- Bardzo byśmy chcieli, prawda, Dilys? 
-  I  moglibyśmy  zabrać  ze  sobą  dziewczynki.  Naprawdę  chciałyby  cię 

poznać. 

W drodze powrotnej Katrina była zamyślona. 
- O czym myślisz? - zapytał ją Rhys. 
-  Twoje  życie  wyglądałoby  zupełnie  inaczej,  gdybyś  dorastał  z  Dilys  i 

Llewellynem. Byłbyś kochany. 

Wzruszył ramionami. 
- Ale może wtedy nie pojechałbym do Londynu. I nie poznał ciebie. 
- Masz rację. Zacisnął lekko usta. 
- Nie mogę uwierzyć, że moja matka chowała przede mną kartki od ojca. 

Nie rozumiem, co chciała przez to osiągnąć? 

-  Może  bała  się,  że  ciebie  też  straci.  Może  w  ten  sposób  próbowała  cię 

przy sobie zatrzymać? 

Westchnął. 
- Czuję,  że  miałbym  ochotę od razu  do niej pojechać,  stanąć przed nią i 

zmusić  do  wyznania  prawdy.  Ale  to  niczego  nie  zmieni.  Nie  wiem,  czy 
mama kiedykolwiek powita cię równie ciepło jak Dilys. 

87

RS

background image

-  To  nic.  -  Katrina  przechyliła  się  i  przykryła  ręką  jego  dłoń  leżącą  na 

kierownicy. - Musimy jej dać trochę czasu. Oswoi się z tym. 

- Może masz rację. Wracajmy do domu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

88

RS

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 
Kilka  dni  później  Rhysa  wyrwał  ze  snu  dzwonek  telefonu.  Bez 

zastanowienia sięgnął po słuchawkę. 

- Rhys Morgan. 
- Cóż, nie to spodziewałam się usłyszeć - roześmiała się Madison. 
O  Boże.  Odebrał  telefon  Katriny  jak  własny.  Jeśli  jej  kuzynka  nie 

wiedziała dotychczas, że u niej nocuje, teraz już zna prawdę. 

- Ja, hmm... 
- Odpręż się, Rhys. Żartowałam. Dzień dobry. 
- Dobry? - Spojrzał na zegarek. 
Była pierwsza w nocy. A potem zrozumiał. Według Katriny Maddie jest 

w trzydziestym siódmym tygodniu. Jeśli więc dzwoni o tej porze... 

- Wszystko w porządku? 
- Jasne, nie mogłoby być lepiej. 
- To dobrze. Ale na pewno chcesz porozmawiać z Katrina. - Był pewien, 

że  to  Theo  ma  asystować  przy  porodzie,  ale  może  Madison  potrzebuje 
odrobiny wsparcia od kuzynki i najlepszej przyjaciółki. - Poczekaj chwilę. - 
Zapalił lampkę przy łóżku, aby Katrina mogła zobaczyć jego twarz i podał 
jej słuchawkę. - To Maddie, mówi, że wszystko w porządku. 

-  Ale?  -  Katrina  otworzyła  szeroko  oczy  i  przejęła  telefon.  -  Maddie? 

Czego mi nie powiedziałaś? Co? 

Dlaczego nie zadzwoniłaś? Oczywiście, że bym panikowała, ale... Czy...? 
Rhys zrezygnował z prób śledzenia tej rozmowy, lecz gdy tylko Katrina 

odłożyła słuchawkę, popatrzył na nią. 

- Co się stało? 
- Jestem ciocią! - zawołała rozpromieniona. 
- Gratulacje. Mama i dziecko mają się dobrze? 
- Tak. Helen dostała dziesięć punktów w skali Apgar, poród trwał osiem 

godzin.  To  znaczy  tak  naprawdę  dłużej,  bo  Maddie  zamiast  jechać  do 
szpitala,  spędziła  cały  dzień  na  zastanawianiu  się,  czy  ma  prawdziwe 
skurcze,  czy  to  tylko  Braxton  Hicks.  Theo  twierdzi,  że  to  najładniejsze 
dziecko,  jakie  widział  w  życiu.  Chciałabym  już  teraz  do  nich  jechać,  ale 
położne  nie  wpuszczą  mnie  na  oddział.  Maddie  i  Helen  muszą  odpocząć. 
Ale pójdę jutro, przed dyżurem. - Przerwała na chwilę. - Możesz odmówić, 
ale byłoby miło, gdybyś poszedł ze mną. 

89

RS

background image

Widział na jej twarzy, że naprawdę chciałaby, aby tam był. I ku swojemu 

zaskoczeniu odkrył, że nie ma nic przeciwko temu. Chciał dzielić z Katrina 
tę chwilę. Pierwszy raz będzie trzymać w ramionach dziecko, na które tak 
czekała. 

- Bardzo chętnie pójdę - powiedział szczerze. 
Następnego  dnia  pojawili  się  na  oddziale  położniczym  praktycznie  o 

świcie. 

-  Gratuluję,  Maddie.  -  Katrina  ucałowała  kuzynkę,  a  potem  uścisnęła 

Thea.  -1  tobie  też,  tatusiu.  Kwiaciarnie  jeszcze  zamknięte,  więc  na  bukiet 
będziesz  musiała  poczekać.  Ale  mam  kartkę.  Jestem  pierwsza.  -  Uśmie-
chnęła się. 

Theo odchrząknął. 
- Druga. Ja byłem pierwszy. 
- Drugie miejsce nas zadowala - wtrącił Rhys. - Gratuluję. Przynieśliśmy 

czekoladki. I szampana. 

- Jaka śliczna - powiedziała Katrina, zaglądając do łóżeczka. - Śpi. 
Rhys  usłyszał  zawód  w  jej  głosie.  Najwyraźniej  marzyła  o  wzięciu 

siostrzenicy na ręce. Maddie także to zauważyła. 

- Śpi czy nie, na pewno chciałaby, aby ciocia Kat ją przytuliła. 
Katrina  nie  potrzebowała  dodatkowej  zachęty.  Podniosła  dziewczynkę, 

usiadła na brzegu łóżka Madison i uśmiechnęła się. 

Rhys  przyniósł  ze  sobą  aparat,  ale  nie  potrafił  się  skupić  na  robieniu 

zdjęć. Widok Katriny trzymającej nowo narodzone dziecko uświadomił mu, 
czego tak naprawdę pragnie od życia. 

Stworzyć z Katrina rodzinę. 
Mieć  z  nią  dzieci.  Opowiadać  bajki  małej  dziewczynce  z  błękitnymi 

oczami  i  uśmiechem,  który  będzie  rozświetlać  wszystko  wokół.  Budować 
zamki z piasku z ciemnowłosym chłopcem, przekonanym o tym, że rodzice 
go  kochają.  Chciał  dzielić  z  nią  to  szczególne  porozumienie,  które  łączyło 
Maddie i Thea, gdy spoglądali na siebie ponad główką córki. 

- Rhys? 
Opanował wzruszenie i zrobił zdjęcie. Uśmiechnął się i zaczął rozmawiać 

z  młodymi  rodzicami.  Ale  gdy  nadeszła  jego  kolej,  aby  przytulić  dziecko, 
znów się zagubił. 

- Mężczyźni to oszuści. Niby tacy wielcy, silni, twardzi, ale dać wam do 

potrzymania  niemowlę  i  całkiem  się  rozklejacie  -  zarzuciła  mu  Madison, 
śmiejąc się. 

90

RS

background image

Katrina  przyłączyła  się  do  żartów,  ale  Rhys  zauważył  w  jej  oczach  cień 

smutku. 

Helen obudziła się głodna i zaczęła krzyczeć. 
- Chce do mamy - powiedział Rhys i oddał ją Madison. 
-  Musimy  iść  na  obchód  -  oznajmiła  Katrina  -  ale  jeszcze  do  was 

wpadniemy.  -  Pogłaskała  policzek  siostrzenicy,  ucałowała  Madison  oraz 
Thea i wyszła z Rhy-sem z sali. 

- Wszystko w porządku? - zapytał. 
-  Jasne.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  szeroko.  Może  wyobraził  sobie  ten 

smutek? 

Nie myślał o tym podczas obchodu i dyżuru w poradni. Wynegocjował z 

kolegami dłuższą przerwę na lunch. Katrinie powiedział, że musi zostać w 
poradni i nie będzie mógł z nią odwiedzić Maddie oraz dziecka, i wyszedł 
na zakupy. 

Po coś szczególnego. 
Pod koniec dyżuru zaczął jej szukać. 
- Wychodzisz dzisiaj wcześniej? - Popatrzyła na niego zdumiona. 
- Przecież staram się walczyć z pracoholizmem! Prychnęła drwiąco. 
- I mówisz to zaraz po tym, jak przepracowałeś całą przerwę na lunch? 
Nie  wyprowadził  jej  z  błędu,  ale  ujął  ją  pod  ramię  i  skłonił,  by  z  nim 

poszła. 

-  Idziemy  w  złym  kierunku  -  powiedziała,  gdy  powiódł  ją  w  stronę 

szpitalnych ogrodów. 

- Owszem. - Słońce zaszło już pół godziny temu, ale nie dbał o to. Chciał 

rozpocząć resztę swojego życia od razu. Splótł jej palce ze swoimi. 

- Rhys? - Katrina zmarszczyła brwi. 
Znalazł ławkę na uboczu i usiadł na niej, po czym pociągnął ją za rękę. 
- Chciałem z tobą porozmawiać. 
- Co się stało? 
-  Nie  martw  się,  kochanie.  -  Uśmiechnął  się  do  niej.  -  Może  nie  jest  to 

najlepszy  moment  i  nie  w  takim  miejscu  to  zaplanowałem,  ale  nie  mogę 
dłużej czekać. 

Wyglądała na kompletnie zagubioną. 
- Rhys? 
-  Kocham  cię.  Te  ostatnie  miesiące...  Przebyłem  długą  drogę.  Byłem 

przekonany,  że  pisane  mi  jest  spędzić  życie  w  samotności,  bo  tak  było 
łatwiej. Nie wierzyłem w rodzinę i małżeństwo. Ale potem zjawiłaś się ty i 

91

RS

background image

zrozumiałem, że się myliłem. Nie wyobrażałem sobie, że można poczuć do 
kogoś  to,  co  czuję  do  ciebie,  a  widząc  cię  w  otoczeniu  twoich  bliskich, 
uświadomiłem sobie, czym tak naprawdę jest rodzina. I małżeństwo. 

Ukląkł na jedno kolano. 
- Chcę stworzyć z tobą rodzinę. Dlatego pytam cię, Katrino, czy uczynisz 

mi ten zaszczyt i zgodzisz się zostać moją żoną? 

- Chcesz się ze mną ożenić? - zapytała skonsternowana, jakby nie mogła 

uwierzyć w to, co usłyszała. 

- Tak. Bo cię kocham. Sercem i duszą, ciałem i umysłem. Wierzę w to, co 

powiedziałaś  o  nas  jako  o  drużynie.  Niezależnie  od  tego,  co  nas  w  życiu 
spotka,  wiem,  że  sobie  poradzimy,  jeśli  będziemy  razem.  Moi  rodzice  nie 
wytrwali, ale widzę więź, która łączy tatę i Dilys. Twoich rodziców. Thea i 
Maddie. I myślę, że z nami jest tak samo. Chcę spędzić z tobą resztę życia. 
Wyjdziesz za mnie? 

- Och, Rhys. - Opadła na kolana i przytuliła go. - Tak. Tak. 
Jej pocałunek był łagodny i słodki. Poczuł, jak zapełnia się pustka, którą 

dotychczas nosił w sercu. W końcu wstali. 

-  Uczyniłaś  mnie  najszczęśliwszym  człowiekiem  na  świecie.  Będę 

dobrym mężem. Przysięgam. I ojcem. 

- Ojcem? Pokiwał głową. 
- Widziałem, jak tulisz dzisiaj rano Helen i zrozumiałem, że tego właśnie 

chcę. Ciebie i dzieci. 

- Dzieci. 
Jej ton go zaniepokoił. Wiedział, że Katrina uwielbia dzieci, ale pamiętał 

też  cień  w  jej  oczach  dzisiejszego  poranka  i  to,  co  kiedyś  wyznała  mu  w 
szpitalnej stołówce. 

- Czy to ma coś wspólnego z tym, co wmówił ci Pete? 
- Miał trochę racji. - Cała radość z niej wyparowała. 
-  Nieprawda,  nie  miał  o  niczym  pojęcia.  Będziesz  doskonałą  żoną  i 

cudowną matką. 

Potrząsnęła głową. 
-  Rhys,  ja  przesypiam  burze  z  piorunami.  Prześpię  też  płacz  naszego 

dziecka.  Nie  wybaczyłabym  sobie,  gdyby  okazało  się,  że  byłam  mu 
potrzebna i nie pomogłam... 

Pocałował ją delikatnie, a potem odsunął się, aby widziała jego twarz. 
- Katrino, nic złego się nie wydarzy. Ja zawsze będę przy tobie. I usłyszę. 

- Uśmiechnął się. - Będę marudził i narzekał, wmawiał ci, że to twoja kolej, 

92

RS

background image

aby  wstać,  ale  usłyszę,  więc  nie  masz  się  o  co  martwić.  Kupimy  sobie 
elektroniczną  nianię,  która  będzie  świecić,  gdy  dziecko  będzie  płakać. 
Poradzimy sobie. - Pogłaskał ją po włosach. - Przecież jesteśmy doborową 
drużyną, sama tak powiedziałaś, pamiętasz? Pete opowiadał bzdury. 

- Naprawdę? 
-  Tak,  Katrino.  Dla  mnie  jesteś  doskonała.  Wiem,  że  z  tobą  u  boku 

wszystko jest możliwe. Jesteś ciepła, słodka. Może zabrzmi to banalnie, ale 
dla mnie jesteś jak promień słońca. Kocham cię. Będziesz wspaniałą matką. 
Będziemy współpracować i się uzupełniać. Ty będziesz opowiadać bajki, a 
ja  będę  nasłuchiwał,  czy  nasze  dzieci  nie  płaczą.  To  proste.  A  Helen  na 
pewno przyda się kuzynka. 

Głos Katriny drżał, gdy w końcu się odezwała. 
- Mnie to odpowiada. 
- Skoro już mamy to za sobą... - Ucałował jej dłoń. 
- Muszę cię przeprosić. Wprowadziłem cię w błąd. 
- Jak to? 
-  Powiedziałem  ci,  że  w  czasie  lunchu  pracuję,  lecz  skłamałem.  Miałem 

coś  do  załatwienia.  -  Wyjął  z  kieszeni  małe  pudełeczko.  -  Chciałem  ci  to 
dać. 

Otworzyła je i zobaczyła złotą obrączkę z sześcioma kamieniami. 
-  Symbolizują  słowo  miłość.  Jeśli  wolisz  pierścionek  z  brylantem, 

możemy ją wymienić. 

- Nie, jest  cudowna. Bardzo  mi się podoba. Za każdym razem, kiedy na 

nią spojrzę, pomyślę o tobie. 

- Nie płacz, kochanie. - Musnął wargami jej usta. 
- To walijskie złoto. 
- Nie trzeba należeć do rodziny królewskiej, aby móc je nosić? 
- Nie. - Uśmiechnął się. - Poza tym dla mnie jesteś księżniczką. 
Prychnęła lekko. 
- To obietnica, Katrino. Obiecuję, że zawsze będę cię kochał. 
- A ty zawsze dotrzymujesz słowa. - Podniosła głowę i pocałowała go. - 

Tak jak ja. Ja też zawsze będę cię kochać, Rhys. 

- Wiem. - Spojrzał jej w oczy. - Kiedy się pobieramy? 
- Pod koniec lata? 
-  Nie  mogę  tyle  czekać.  Kocham  cię  i  chcę  rozpocząć  życie  z  tobą  jak 

najszybciej. Zgodnie z prawem możemy się pobrać za dwa tygodnie. 

93

RS

background image

- Tak szybko? To niemożliwe. Chcę, aby Maddie była moją druhną, a ona 

dopiero co urodziła. 

-  Racja.  A  co  powiesz  na  ślub  w  Wielkanoc?  I  oficjalną  kolację 

zaręczynową w obecności naszych rodzin w walentynki? 

-  Zgadzam  się  na  kolację,  ale  nie  damy  rady  zorganizować  wszystkiego 

do świąt! 

- Jasne, że damy radę. - Uśmiechnął się. -  Zostaw to  mnie, ty tylko kup 

sukienkę. Zakładam, że chcesz mieć ślub kościelny? 

-  Tak,  zamierzam  wyjść  za  mąż  tylko  raz.  I  nie  mogę  pozbawić  taty 

przywileju poprowadzenia mnie do ołtarza. 

-  To  świetnie.  Musimy  więc  zobaczyć  się  z  twoimi  rodzicami.  I 

porozmawiać  z  pastorem.  I  zawiadomić  druhnę.  Zadzwoń  do  rodziców. 
Jeśli mają dzisiaj czas, pojedziemy do Suffolk. 

- Dzisiaj? 
Wzruszył ramionami. 
- Ile nam to zajmie? Dwie godziny? 
- A korki? 
- Nieważne. 
- Jesteś szalony - powiedziała, uśmiechając się. - Ale i tak cię kocham. 
Pocałował ją. 
- Dzwoń do rodziców. 
Dwie  godziny  później  siedzieli  w  salonie  państwa  Gregory.  Danny 

nalegał,  aby  otworzyć  szampana,  którego  przywiózł  Rhys,  a  Babs 
zachwycała się pomysłem ślubu w kościele parafialnym. 

- Ochrzciliśmy w nim Katrinę. I chcecie się pobrać w Wielkanoc? 
- Nie mogę dłużej czekać - wyjaśnił Rhys. 
-  Dużo  spraw  do  załatwienia  i  mało  czasu  -  zauważył  Danny.  -  Mogę 

wam  pomóc  z  samochodem.  Mój  znajomy  ma  białego  klasycznego  rolls 
royce'a. 

-  A  moja  przyjaciółka  piecze  pyszne  torty  -  dodała  Babs.  -  Pamiętasz 

Nicky, Kat? 

- I musimy jak najszybciej porozmawiać z pastorem. - Danny spojrzał na 

zegarek. - Może zadzwonię do niego i zapytam, czy możemy wpaść? 

- Wspaniale - uśmiechnął się Rhys. - Dziękuję. 
-  Jeśli  będziemy  mogli  wam  jakoś  pomóc,  po  prostu  mówcie.  Nie 

będziemy  w  nic  ingerować  bez  waszej  zgody,  ale  skoro  stałeś  się  teraz 
członkiem naszej rodziny, musisz się przyzwyczaić do naszej obecności. 

94

RS

background image

Ku zdumieniu Katriny, Rhys wstał i uścisnął jej matkę. 
- Dziękuję. Nie wyobrażam sobie bycia częścią innej rodziny. 
Katrina poczuła pieczenie pod powiekami. Rhys faktycznie przebył długą 

drogę. I dokądkolwiek pójdzie, ona będzie już zawsze u jego boku. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

95

RS

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 
- Wychodzisz za maż? - Madison wpatrywała się w Katrinę zszokowana. 

- Zaczekaj chwilę. Kiedy to się stało? 

- Wczoraj. 
- Jesteś zaręczona? 
- Rhys chce wyprawić oficjalną kolację w walentynki, aby nasze rodziny 

się poznały. Ale tak. - Poruszyła palcem, pokazując pierścionek. 

-  Wspaniały.  To  cudowne.  -  Madison  westchnęła.  -  Wiedziałam,  że  tak 

będzie. Wyznaczyliście datę? 

- Wielkanoc. 
-  Słucham?  W  tym  roku?  Ale  to  już  za  dwa  miesiące!  Nie  ma  mowy, 

żeby udało się wam to tak szybko zorganizować. Czy bierzecie cywilny? 

- Nie, ślub odbędzie się w kościele St. Mary. 
- Tam, gdzie byłyśmy chrzczone? 
- Tak. 
-  Tort.  Przyjęcie.  Sukienki.  Samochód.  Kwiaty  -  wyrecytowała  Madison 

na wdechu. - Nie dasz rady, Kat. To znaczy pomogę ci, na ile będę mogła. 
Ale to niemożliwe. 

-  Zapominasz  o  mojej  tajnej  broni:  mamie  i  narzeczonym.  Oni  już 

wszystko  ustalili.  Ona  robi  zaproszenia,  twoja  mama  zajmie  się  kwiatami. 
Nicky  piecze  tort  z  białej  czekolady.  Tata  załatwił  samochód,  a  wujek 
Bryan  nas  zawiezie.  Rhys  wypożyczył  namiot,  zorganizował  jedzenie  i 
zespół, a ja mam tylko wybrać sukienkę. - Uśmiechnęła się. - I tu do akcji 
wkraczasz ty. 

-  Kochanie,  Helen  ma  dopiero  trzy  dni.  Wątpię,  aby  była  gotowa  na 

wycieczkę po sklepach. 

-  Nie  pójdziemy  na  zakupy.  Zrobimy  to  przez  internet.  Bez  tłoku  i 

zawracania głowy. - Właśnie tak, jak lubi. 

- Ale przecież powinnaś dotknąć materiału, przymierzyć. 
- Wcale nie. 
- A buty? 
- Nie cierpię kupować butów, dobrze wiesz. 
-  Katrino  Gregory,  jesteś  po  prostu  niemożliwa.  Powinnam  nasłać  na 

ciebie nasze mamy. 

Katrina roześmiała się. 

96

RS

background image

-  Nie  możesz.  Już  je  przeciągnęłam  na  swoją  stronę.  Pomożesz  mi 

wybrać dla nas sukienki czy nie? 

- Dla nas? 
- A myślałaś, że kto będzie moją druhną? Madison przygryzła wargę. 
- Kat, mam brzuszek. Nie zdołam się go pozbyć do Wielkanocy. 
-  Nie  musisz.  -  Katrina  przytuliła  kuzynkę.  -  Wybierzemy  coś,  co  go 

zamaskuje.  A  zresztą,  doskonale  wiesz,  że  wyglądałabyś  ślicznie  nawet  w 
worku na kartofle. Masz styl. 

Oczy Madison błysnęły szelmowsko. 
- Czyli zamierzasz kupić sobie sukienkę? 
- Nie denerwuj mnie. 
- Wspaniale. Ja poproszę różową. Katrina jęknęła. 
- Nie ma mowy. 
- Malinową? 
- Nie. To też jest róż. 
- Łososiową? 
- Nawet o tym nie myśl. 
- Ależ jesteś despotyczna. 
- Uczyłam się od ciebie. 
Dwie  godziny  później  znalazły  idealne  stroje.  I  pasujące  do  nich  buty. 

Wszystko  miało  zostać  dostarczone  do  domu  Madison,  aby  Rhys  nie 
zobaczył sukni panny młodej przed ślubem. 

- Muszę znaleźć sobie drużbę - napomknął przyszły pan młody któregoś 

wieczoru. 

- Może poprosisz przyjaciela ze studiów? Albo kogoś z Cardiff? Albo od 

nas  z  oddziału?  Will,  na  przykład.  Na  pewno  zrobi  dla  ciebie  wyjątek  i 
włoży w ten dzień przyzwoity krawat. 

-  Szczerze  mówiąc,  myślałem  o  ojcu  -  powiedział  Rhys  z  wahaniem.  - 

Nie minęło wiele czasu, ale byłby to jakiś dowód zaufania. Wiary w to, że 
nasze relacje ułożą się pomyślnie. 

-  Bardzo  dobry  pomysł.  Ale  czy  twoja  mama  nie  będzie  miała  nic 

przeciwko temu? 

- Pewnie nawet nie przyjedzie, ani na ślub, ani na kolację. - Westchnął. - 

Przykro mi, Katrino. Nie mogę dać ci teściów równie miłych jak ci, których 
będę miał dzięki tobie. 

-  Ależ  możesz.  Llewellyn  i  Dilys.  Nie  mogę  się  doczekać  spotkania  z 

dziewczynkami w weekend. 

97

RS

background image

- Ja też. - Przytulił ją mocno. - Moje życie jest teraz znacznie lepsze niż w 

najśmielszych marzeniach. 

- I takie już zostanie - obiecała mu. 
Rhiannon,  Sian  i  Mair  okazały  się  dokładnie  takie  jak  ich  mama  - 

otwarte, ciepłe i gadatliwe. Katrina od razu je polubiła. 

-  Jest  jeszcze  jeden  powód,  dla  którego  zaprosiłem  was  do  Londynu  - 

powiedział Rhys. - Oczywiście poza tym, że chciałem się z wami zobaczyć. 
-  Wyjął  z  kieszeni  spodni  cztery  koperty  i  rozdał  je  Llewellynowi  i  Dilys 
oraz swoim przyrodnim siostrom. 

- Mamy je teraz otworzyć? - zapytała Rhiannon. 
- Proszę. 
-  Pobieracie  się  w  Wielkanoc?  -  Dilys  popatrzyła  na  nich  zdumiona,  a 

potem  rozpromieniła  się.  -  To  cudownie.  Jesteście  pewni,  że  powinniśmy 
przyjść? 

- Oczywiście - potwierdziła Katrina. - To nie będzie huczna uroczystość, 

bo moja rodzina jest niewielka, ale potem będzie przyjęcie, zjawią się nasi 
koledzy z pracy. 

- Z chęcią przyjedziemy - odpowiedziała natychmiast Dilys. - Wszyscy. 
- Jest jeszcze coś. - Rhys zwrócił się do Llewellyna. - Zastanawiałem się, 

czy zgodziłbyś się zostać moim drużbą? 

- Twoim drużbą? Ja... byłbym zaszczycony. I bardzo dumny. - W oczach 

Llewellyna błysnęły łzy. - Jeśli to nie zdenerwuje twojej mamy. 

Rhys wzruszył lekko ramionami. 
- Ona chyba nie przyjedzie. 
- Nie złagodniała przez te wszystkie lata? 
-  Wiesz,  jaka  jest.  Ale  chciałbym,  abyście  wy  przyjechali,  żebym  mógł 

dzielić ten dzień z rodziną. 

- Za nic byśmy tego nie przegapili - zadeklarowała ciepło Dilys. 
-  I  jeszcze  jedno  -  dodała  Katrina.  -  Chcielibyśmy  zaprosić  was  na 

oficjalną zaręczynową kolację. W walentynki. 

Dzień Zakochanych nadszedł szybko. Państwo Gregory i Morganowie od 

razu  zapalali  do  siebie  sympatią,  a  Katrina  była  zachwycona,  widząc,  jak 
Rhys rozkwita w ich towarzystwie. 

W trakcie posiłku ujął jej dłoń i wskazał rodzinę siedzącą kilka stolików 

dalej. Mały chłopiec kaszlał i wyraźnie nie mógł złapać oddechu. 

- Jedno z nas jest tam potrzebne, kochanie - zauważył cicho. - Ciało obce 

albo astma. Ja pójdę. 

98

RS

background image

Popatrzyła, jak odchodzi i rozmawia z rodzicami dziecka. Chwilę później 

skinął na nią. 

- Zaraz wracam - oznajmiła. 
Rhys  szybko  ją  przedstawił  i  zapoznał  z  historią  choroby.  Katrina 

zauważyła, że chłopiec rzęzi, ale poniekąd był to dobry znak - przynajmniej 
nadal oddychał. 

-  Ben  oddycha  tak  od  jakiegoś  czasu.  Chyba  nie  powinniśmy  byli 

zabierać  go  na  tak  długi  spacer,  ale  wspaniale  się  bawiliśmy  i  nie 
zauważyliśmy, że temperatura spadła - rzekła kobieta, przygryzając wargę. 

- Jak długo choruje na astmę? 
- Od trzech lat. 
-  Mają  państwo  przy  sobie  jego  inhalator?  Kobieta  szybko przetrząsnęła 

torebkę. 

- Nie. Musiał zostać w pokoju. 
- Czy mogą go państwo przynieść? Naprawdę jest natychmiast potrzebny. 
Do stolika podeszła kelnerka. 
- Czy mogę jakoś pomóc? Katrina skinęła głową. 
-  Czy  może  pani  przynieść  plastikowy  kubek  i  nóż?  Albo  jakieś  inne 

naczynie, w którym będzie można wyciąć dziurę? 

- I papierową torebkę, jeśli to możliwe. I proszę zadzwonić po karetkę - 

dodał Rhys. 

- Karetkę? - Ojciec chłopca zbladł. 
- To tylko na wszelki wypadek. Może wystarczą leki. 
Katrina  podniosła  chłopca,  usiadła  na  krześle  i  posadziła  go  sobie  na 

kolanach. Podtrzymywała go prosto, aby ułatwić mu oddychanie. 

-  Mam  na  imię  Katrina  i  jestem  lekarzem,  tak  jak  Rhys.  Spróbujemy  ci 

pomóc, słoneczko. Dobrze? 

Pokiwał głową, wyraźnie nie mając siły mówić. Zły znak, pomyślała. 
- Rozepnę ci teraz kołnierzyk, aby było ci wygodniej, a potem opowiem 

ci bajkę. Lubisz piratów? 

Gdy  chłopiec  przytaknął,  rozpięła  guzik,  zmierzyła  tętno  i  dotknęła 

mięśni  szyi,  aby  sprawdzić,  czy  używa  ich  przy  oddychaniu.  To 
oznaczałoby, że naprawdę musi walczyć o każdy oddech. 

Przekazała  wyniki  badań  Rhysowi.  Ten  lekko  pokiwał  głową.  Oboje 

zrozumieli,  że  Ben  przechodzi  ciężki  atak  astmy;  jego  tętno  i oddech  były 
przyspieszone, serce biło nierównomiernie. 

Zaczęła opowiadać mu bajkę, cały czas kontrolując jego stan. 

99

RS

background image

- Jak często Ben używa inhalatora? - zapytał Rhys. 
- Nie wiem. Trzy, cztery razy w tygodniu. 
- Często miewa takie ataki? 
- Nie. Raz na kilka miesięcy, ale żaden dotychczas nie był tak poważny. 

Trzymamy  go  z  dala  od  kotów  i  pyłków,  bo  wiemy,  że  to  prowokuje 
napady. 

- Coś jeszcze? 
Ojciec Bena potrząsnął głową. 
Kelnerka wróciła z polistyrenowym kubkiem i nożem. 
- Czy to wystarczy, panie doktorze? 
- Jak najbardziej, dziękuję. 
- Karetka jest w drodze. Powinna tu dotrzeć za piętnaście minut. 
-  Dziękuję.  -  Rhys  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Teraz  zrobię  dziurę  w  dnie 

kubka  -  wyjaśnił  ojcu  chłopca.  -  Dzięki  temu  lek  zadziała  bardziej 
efektywnie, bo więcej dotrze do jego płuc. 

Po chwili  mama  Bena przyniosła inhalator. Rhys włożył jego końcówkę 

do kubka, potrząsnął nim i zdjął zabezpieczenie. 

-  Ben,  przyłożę  ci  teraz  ten  kubeczek  do  twarzy  i  poproszę  cię,  żebyś 

wciągnął powietrze, kiedy dam ci sygnał. Możesz to dla mnie zrobić? 

Chłopiec pokiwał głową. Rhys nacisnął dyfuzor. 
-  Wspaniale,  Ben.  A  teraz  wdech,  wydech.  -  Odliczył  jeszcze  cztery 

powolne wdechy. 

- Czy nie powinien pan podać mu tego więcej, żeby szybciej zadziałało? - 

zapytał ojciec Bena z obawą. 

- Nie, w przeciwnym razie kropelki spreju skleja się ze sobą i osiądą na 

ściankach kubka, a do płuc Bena dotrze znacznie zmniejszona dawka leku - 
wyjaśniła Katrina. 

Rhys powtórzył całą procedurę. 
- Czy syn był już hospitalizowany z powodu choroby? - zapytała Katrina. 
- Nie - odrzekła matka Bena. 
- Muszą być państwo przerażeni. Ale proszę się nie obawiać.  W karetce 

podadzą  Benowi  tlen  i  podłączą  go  do  specjalistycznej  aparatury,  aby 
zmierzyć  ilość  gazu  we  krwi.  Od  jego  reakcji  zależy,  czy  będzie  trzeba 
zawieźć go do szpitala. Tam przejdzie wszystkie badania. Jeśli okaże się, że 
astma  się  rozwinęła,  trzeba  będzie  przemyśleć  podanie  Benowi  innych 
leków. 

100

RS

background image

-  Często  mają  państwo  do  czynienia  z  takimi  przypadkami?  -  zapytał 

ojciec chłopca. 

Katrina pokiwała głową. 
-  Pracujemy  na  oddziale  pediatrycznym.  Widzieliśmy  już  gorsze  ataki, 

więc proszę spróbować się nie martwić. 

Rhys nadal dawkował lek, ale Ben nie reagował, Katrina odetchnęła więc 

z ulgą na myśl o wezwanym ambulansie. 

- Są państwo tutaj na wakacjach? - zapytała. 
- Tak, przerwa międzysemestralna - wyjaśniła kobieta. 
- Bardzo przyjemna okolica. Powinni państwo jechać do Walberswick, na 

wybrzeże - doradziła im Katrina z uśmiechem. 

- Pani jest stąd? 
- Tu się urodziłam. Teraz odwiedzam rodzinę. 
-  A  my  zepsuliśmy  państwu  urlop.  -  Ojciec  Bena  przygryzł  wargę.  - 

Bardzo mi przykro. 

-  To  nie  do  końca  urlop  -  napomknął  Rhys,  potrząsając  inhalatorem.  - 

Świętujemy nasze zaręczyny. 

- Zaręczyny? Gratulacje. A my was tutaj zatrzymujemy, kiedy... 
-  Jesteśmy  lekarzami,  to  nasza  praca  -  przerwał  delikatnie  mamie  Bena 

Rhys. - Nie moglibyśmy siedzieć i patrzeć, jak wasz syn się męczy. 

- Właśnie - potwierdziła Katrina, mierzwiąc włosy chłopca. Na szczęście 

rzężenie zaczęło słabnąć. Rhys spojrzał na nią i odetchnął z ulgą. 

Zanim przyjechała karetka, Ben odzyskał oddech. 
- Powinni go państwo jednak przebadać - ostrzegł Rhys i razem z Katrina 

odprowadził  rodzinę  do  karetki,  aby  przekazać  ratownikom  historię 
choroby. 

Gdy wrócili do stolika, goście w restauracji przywitali ich oklaskami. 
- To nasza praca. Nie zrobiliśmy nic wyjątkowego - powiedział Rhys. 
-  Nieprawda.  -  Mair,  najmłodsza  córka  Llewellyna  i  Dilys,  podeszła  do 

niego i mocno go uścisnęła. - Mój brat bohater. Jestem z ciebie dumna. 

Rhys  nie  odpowiedział,  ale  z  jego  oczu  Katrina  wyczytała,  że  w  końcu 

poczuł się jak członek własnej rodziny, akceptowany i doceniany. Poczuła 
łzy pod powiekami. 

-  Musieliśmy  odesłać  wasze  desery  -  powiedziała  Babs.  -  Lody  się 

rozpuściły,  a  szarlotka  wystygła,  ale  zaraz  poproszę  kelnera  o  kolejne 
porcje. 

Katrina uśmiechnęła się. 

101

RS

background image

- Dzięki, mamo, ale nie trzeba. 
- Ja również dziękuję - dodał Rhys. - Za dużo adrenaliny. 
- Ale nie odmówiłabym kawy. Danny roześmiał się. 
- Zaraz zamówię. Dla wszystkich? 
- Tak wygląda wasza praca? - zapytała Sian. - Ratujecie życie i tak dalej? 
-  Nie  zawsze  -  wyjaśnił  Rhys.  -  Tym  zajmuje  się  ostry  dyżur.  Do  nas 

przysyłają już ustabilizowanych pacjentów. Ale przyjmujemy też pacjentów 
w przychodni i czasami trafiają się tam nagłe przypadki. 

-  A  poza  tym  pracujemy  na  oddziale,  lecząc  dzieci,  które  tam  leżą  - 

dodała Katrina. 

-  A  moja  przyszła  żona  spędza  pół  godziny  dziennie,  opowiadając 

naszym  małym  pacjentom  bajki.  -  Otoczył  ją  ramieniem  i  przyciągnął  do 
siebie.  -  Zbeształem  ją  za  to  pierwszego  dnia,  kiedy  się  poznaliśmy. 
Powiedziałem, że za bardzo angażuje się w sprawy pacjentów. Ale szybko 
przekonałem się, że postępuje właściwie. 

Po chwili do stolika wrócił Danny, za nim szła kelnerka z kawą. 
Dilys szturchnęła Llewellyna. 
- Teraz jest dobry moment. 
- Na co? - zapytał Rhys. 
-  Aby  wam  to  dać.  -  Llewellyn  wyjął  spod  stołu  paczkę  i  podał  ją 

Katrinie. - To taka tradycja. 

Katrina rozerwała opakowanie i zobaczyła drewnianą łyżkę. 
- Walijska łyżka miłości - objaśnił Rhys. 
-  To  symbol  -  dodał  Llewellyn.  -  Serce,  podkowa  i  celtycki  węzeł 

oznaczają miłość, szczęście i wieczność. 

- Jest piękna - odezwała się Katrina. Dilys znów szturchnęła męża. 
- Powiedz im wszystko. 
Llewellyn zaczerwienił się, ale milczał. 
-  Mężczyźni.  -  Dilys  przewróciła  oczami.  -  Sam  ją  dla  was  wyrzeźbił. 

Pracował nad nią od powrotu z Londynu. 

- Chciałem, żeby była wyjątkowa. 
- I jest. - Głos Rhysa lekko się załamał. - Dziękuję, tato. 

 
 
 
 
 

102

RS

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

 
-  Nie  będziemy  potrzebować  confetti  -  oświadczyła  Madison,  wchodząc 

do sypialni Katriny w dzień jej ślubu. - Pada śnieg. 

- To niemożliwe. Przecież jest Wielkanoc. 
- Która w tym roku przypada wcześniej. Jeśli nie wierzysz, wyjrzyj przez 

okno. 

Katrina  tak  zrobiła.  Z  nieba  leciały  wielkie  płatki  śniegu,  tworząc  na 

ziemi cieniutką białą warstwę. 

- Zdjęcia ślubne będą wprost zachwycające - zauważyła Madison. 
- Racja, ale co z Helen? Ma dopiero dwa miesiące. 
- Nie panikuj. Będzie się świetnie bawić pod opieką taty, babci i wujka. A 

my  mamy  jeszcze  mnóstwo  do  zrobienia.  Pomogę  ci  mimo  tego,  że  nie 
pozwoliłaś  mi  kupić  różowej  sukienki.  -  Madison  uśmiechnęła  się  do 
Katriny  i  pociągnęła  za  ręcznik,  którym  owinięte  były  jej  mokre  włosy.  - 
Zaczniemy od tego. 

-  Mam  jeszcze  coś  do  zrobienia.  -  Katrina  chwyciła  swoją  komórkę  i 

przesłała Rhysowi wiadomość. „Kocham cię. Do zobaczenia w kościele". 

Musiał  na  to  czekać,  bo  odpowiedź  nadeszła  natychmiast.  „Ja  też  cię 

kocham. I nie mogę doczekać się chwili, w której przeniosę cię przez próg 
sypialni". 

Madison jęknęła. 
- To pewnie Rhys. Panna młoda powinna się rumienić, ale jeśli zaczniesz 

już  teraz,  nie  zdołam  cię  odpowiednio  umalować.  Pomyśl  o...  sama  nie 
wiem. Przestań myśleć o tym, co sugeruje ci twój przyszły mąż, i zacznij na 
przykład nazywać po kolei wszystkie kości szkieletu, albo coś w tym stylu. 

- Wychodzę za mąż. Za Rhysa. Dzisiaj. Naprawdę wychodzę za mąż. 
Madison przytuliła ją. 
- I promieniejesz. Cieszę się, naprawdę. Ale jeśli zaraz nie zaczniemy się 

ubierać, na pewno się spóźnimy. 

Katrina zmarszczyła nos. 
- Pominiemy makijaż. Obiecałam mu, że będę punktualnie. 
-  Nie  pominiemy  makijażu  w  dzień  twojego  ślubu.  Po  prostu  zrobię  to 

szybciej  niż  zazwyczaj.  Siadaj,  ułożę  ci  włosy.  Mama  mówiła,  że  kościół 
jest już udekorowany, twój bukiet właśnie doręczono, kwiaty do butonierek 
są na dole, a tata, jeśli tylko zdoła oderwać się od wnuczki, zaraz zawiezie 
je do Rhysa. - Zamilkła na chwilę. - Czy jego mama się zjawi? 

103

RS

background image

- Nie mam pojęcia. Ze względu na Rhysa mam nadzieję, że tak. 
- Ale jeśli ma się zachowywać koszmarnie i wszystkich unieszczęśliwić, 

może lepiej, żeby nie przyjeżdżała - zauważyła Madison. 

- W obu przypadkach Rhysowi będzie przykro. 
-  Przecież  ma  ciebie.  Kiedy  staniesz  z  nim  przed  ołtarzem,  zaraz  się 

rozchmurzy. Dzięki tobie jest szczęśliwy, Kat. Ten facet to najlepsze, co cię 
w życiu spotkało. 

Pół godziny później Madison oświadczyła, że włosy, paznokcie i makijaż 

są zadowalające. 

- Ale nie wkładaj jeszcze sukienki. Najpierw wszystko sprawdzimy. Coś 

starego? 

- Perły mamy. 
-  Okej,  czyli  możemy  odhaczyć  też  coś  pożyczonego.  Nowa  jest 

sukienka. Coś niebieskiego? O nie, miałam kupić ci podwiązkę! - Uderzyła 
ręką w czoło. 

- Przepraszam cię, kochanie. Wybrałaś sobie beznadziejną druhnę. 
-  Nieprawda,  wybrałam  najlepszą.  Niedawno  zostałaś  mamą,  to  o  wiele 

ważniejsze niż niebieska podwiązka. - Katrina uśmiechnęła się. - Poza tym 
mam samo-nośne pończochy. I tak się składa, że są wykończone niebieską 
koronką. 

- Wspaniale, czyli jesteśmy uratowane. Zejdę na dół i zrobię nam herbatę. 

Potem dokończę swój makijaż i włożymy sukienki. 

Jak na zawołanie w drzwiach pojawiła się mama Katriny. 
- Herbata. 
Madison rozpromieniła się. 
- Doskonałe wyczucie czasu. Ciociu Babs, jesteś aniołem. 
- Ślicznie wyglądacie, dziewczynki. Chyba będę potrzebować chusteczki 

w kościele. 

- Matka panny młodej powinna ich zużyć całe tony 
- oświadczyła Madison z uśmiechem. 
- Powinnam jakoś pomóc, mamo? - zapytała Katrina. 
-  Ty  masz  tylko  pięknie  wyglądać.  Wszystko  jest  pod  kontrolą.  Bryan 

zawiózł  kwiaty  do  butonierek  do  hotelu  i  przywiózł  z  kościoła  Rosę. 
Ustawiała kapryfolium dopiero teraz, żeby nie zwiędło przez noc. 

Kościół miał być udekorowany kwitnącym zimą wiciokrzewem z ogrodu 

rodziców  Katriny.  Kilka  kwiatów  wpleciono  także  do  bukietu  panny 
młodej, ułożonego z białych róż. 

104

RS

background image

-  Kościół  wygląda  cudownie.  To  będzie  doskonały  ślub  -  powiedziała 

wesoło Madison. 

Rozległo się pukanie do drzwi. 
- Przesyłka dla panny młodej. - Katrina rozpoznała głos Thea. 
- Nie możesz wejść, Kat nie jest ubrana - krzyknęła Madison. - Poczekaj, 

idę do ciebie. 

-  To  tylko  wymówka,  żeby  móc  pocałować  przyszłą  żonę  -  zakpiła 

Katrina.  Maddie  i  Theo  wyznaczyli  datę  swego  ślubu  na  pierwszy  dzień 
maja. 

- Siedź cicho i pij herbatę - odpowiedziała jej kuzynka z uśmiechem. 
Gdy Madison wyszła, Babs uścisnęła córkę. 
-  Wyglądasz  pięknie,  kochanie.  Rhys  tak  bardzo  cię  kocha!  Widziałam, 

ile wysiłku włożył w to, aby ten dzień był idealny. 

-  Wiem.  -  Miała  tylko  nadzieję,  że  nie  pozwoli,  aby  gorycz  jego  matki 

popsuła tę wyjątkową chwilę. 

-  Przesyłka  od  pana  młodego  -  rzekła  Madison,  wchodząc  do  pokoju.  - 

Gałązka  mirtu  do  bukietu,  na  szczęście,  i  to.  -  Wyciągnęła  zza  pleców 
pojedynczą czerwoną różę z bilecikiem. 

Katrina rozpoznała pismo Rhysa, otworzyła kartkę i uśmiechnęła się. 
- Co pisze? 
- Ze mnie kocha. Madison przewróciła oczami. 
- Ja też cię kocham. Ojej, przecież to oczywiste. Za chwilę się pobieracie. 
Katrina roześmiała się. 
- Ja ciebie też, Maddie. Jeszcze nigdy nie byłam tak... - Poczuła dławienie 

w gardle. 

- Nie waż się płakać! Nie wolno płakać w dzień własnego ślubu, nawet ze 

szczęścia. - Uścisnęła kuzynkę. - Wypij herbatę, a ja się umaluję. 

- Macie jeszcze pół godziny - przypomniała im Babs.  - A ja tymczasem 

porwę moją siostrzenicę. 

Dwadzieścia  pięć  minut  później  obie  były  gotowe.  Stanęły  przed 

owalnym lustrem, podziwiając swoje odbicia. 

- Wyglądasz olśniewająco - powiedziała Katrina miękko. 
Madison  miała  na  sobie  suknię  z  szyfonu  w  kolorze  czerwonego  wina, 

odcinaną  pod  biustem,  aby  ukryć  brzuszek,  która  dodawała  jej  kilka 
centymetrów  wzrostu.  Ramiona  okryła  szalem  z  tego  samego  materiału. 
Strój harmonizował z jej ciemnymi rozpuszczonymi włosami. 

105

RS

background image

-  Ty  też  -  wyszeptała  Madison.  -  Jesteś  taka  wysoka,  szczupła  i  śliczna. 

Po prostu fantastyczna. 

Katrina  włożyła  suknię  w  kolorze  kości  słoniowej,  szytą  ze  skosu,  z 

okrągłym dekoltem i trenem. Naszyjnik z pereł, perłowe kolczyki i perłowy 
diadem  podtrzymujący  długi  welon  sprawiały,  że  wyglądała  jak  idealna 
panna młoda. 

- Tylko nie płacz. Bo i ja się rozpłaczę - ostrzegła ją Katrina. 
- Jesteście gotowe? Podjechał samochód. - Do pokoju weszła Babs. - Mój 

Boże, tylko na siebie popatrzcie. - Potrząsnęła głową. - Nasze dziewczynki, 
Rose. 

-  Nasze  dziewczynki  -  powtórzyła  mama  Madison,  wnosząc  bukiety.  - 

Wyglądacie olśniewająco. Chyba się rozpłaczę. 

-  Do  samochodu  -  zaordynowała  Madison.  -  I  to  już.  Zanim  Kat  się 

rozklei i rozmaże sobie makijaż. 

Danny ściskał dłoń córki przez całą drogę do kościoła, zbyt przejęty, aby 

coś powiedzieć. Madison czekała na nich na schodach. 

- Wiadomość od pana młodego. Macie niespodziewanego gościa. 
- Mama Rhysa? Zdecydowała się przyjechać? Madison pokiwała głową i 

poprawiła Katrinie welon. 

-  Nie  martw  się.  Rhys  ma  się  dobrze.  Uśmiecha  się.  Jego  mama  chyba 

zaraz zacznie płakać, tak jak moja, twoja i Dilys. To właśnie matki powinny 
robić  na  ślubach.  Aha,  Rhys  prosił,  aby  ci  przekazać,  że  cię  kocha.  - 
Cofnęła  się  o  krok.  -  Kat,  wyglądasz  cudownie.  Pasujecie  do  siebie  z 
Rhysem. Pod każdym względem. -Przełykając łzy, zajęła pozycję druhny. 

Gdy Katrina szła do ołtarza w rytm Kanonu D-dur Pachelbela, wspierając 

się na ramieniu ojca, Rhys odwrócił się, aby na nią popatrzeć. 

Zobaczyła  malującą  się  na  jego  twarzy  radość  oraz  miłość,  i  wtedy 

zrozumiała,  że  Maddie  miała  rację.  Ona  i  Rhys  pasują  do  siebie  idealnie. 
Wszystko się ułoży. 

106

RS


Document Outline