background image

W A 
Książka i Wiedza 
Książka i Wiedza 
Tytuł oryginału ON FORSYTE CHANGE 
Przełożył Tadeusz Jakubowicz 
Tekst oparto na wydaniu Państwowego Instytutu Wydawniczego z roku 1957 
Opracowanie graficzne Bożena Kowalewska 
Redaktor techniczny Zygmunt Borowski 
Korektorzy 
Halina Leś-Cichal 
Ewa Okupniak 
Wydawnictwo „Książka i Wiedza" Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza 
„Prasa-Książka-Ruch" 
Warszawa, grudzień 1988 r. 
Wydanie II. Nakład 199650+350 egz. 
Obj. ark. wyd. 11,6 Obj. ark druk 11 (8,9) 
Papier offsetowy Id. V. 70 g. rola 70 cm 
Oddano do składania 15 marca 1988 r. 
Podpisano do druku w listopadzie 1988 r. 
Druk ukończono w styczniu 1989 r. 
Prasowe Zakłady Graficzne 
w Koszalinie, ul. A. Lampego 18/20 
Zam. nr K-214 U-75 
Dwanaście tysięcy osiemset dwunasta publikacja „KiW" 
ISBN 83—05—11661—1 
(dla tomu VII ISBN—83—05—12238—7) 
H. Wincentemu Marrotowi 
Niniejszy tom apokryficznych opowieści o Forsyte'ach przedkładam publiczności, która tak 
długo okazała się cierpliwa, oraz krytyce, okazującej jeszcze większą cierpliwość. Chciałbym 
powiedzieć na swe usprawiedliwienie: po pierwsze, że trudno rozstać się nagle i ostatecznie z 
tymi, z którymi obcowało się tyle czasu, a po wtóre, że te pospieszne noty mogą, jak sądzę, 
przyczynić się naprawdę do uzupełnienia kroniki rodu Forsyte'ów. 
Wszystkie one zostały napisane po ukończeniu Łabędziego śpiewu, ale miejsce ich jest 
między Sagą i Nowoczesną komedią, bez Sagi bowiem nie byłyby zrozumiałe, koniec zaś ich 
przypada przed początkiem Komedii. 
W nadziei uzyskania przebaczenia oddaję je czytelnikom. 
John Galsworthy 
«Superior T>osseta» (1821-1863) 
W roku 1821 „Superior Dosset" Forsyte przybył do Londynu — wprawdzie nie na białym jak 
mleko rumaku. Według świadectwa ciotki Anny, znanej z dokładności, złożonego młodemu 
Jolyonowi, który przybył z Eton na ferie, wędrówka z Bosport odbyła się familijnie 
dyliżansem i dwoma wózkami pocztowymi. 
—  Było to po śmierci naszej kochanej matki i ojciec nasz, to znaczy twój dziadek, drogi Jo, 
zachowywał się w podróży bardzo milcząco. Nie ujawniał nigdy swoich uczuć. Ja siedziałam 
wraz z twym dziadkiem w pierwszym wózku, trzymając w ramionach twoją ciotkę Zuzannę i 
twego stryja Tymoteusza, miał on wówczas dwa lata i jakie to było interesujące dziecko! A w 
drugim wózku jechał twój drogi ojciec, taki był zrównoważony i zupełnie do ciebie podobny.  
Miał wtedy właśnie piętnaście lat, twój wiek. Obok siedziała ciotka Jula i ciotka Estera, i twój 
stryj Mikołaj, czteroletnie dziecko. Twój stryj James i Swithin, i Roger jechali dyliżansem. 
Pamiętam, że przez całą drogę Swithin bardzo swawolił swą procą. Wyruszyliśmy wczesnym 

background image

rankiem i przybyliśmy wszyscy na noc do twego stryjecznego dziada Edgara przy Primrose 
Hill. Przypominam go sobie dobrze w spodniach po kolana i z mnóstwem breloków przy 
łańcuszku.  Oczywiście, byliśmy wszyscy ubrani na czarno. Twój dziadek nosił żałobę przez 
dwa lata po śmierci naszej drogiej matki. Tę stratę odczuł bardzo dotkliwie, choć nigdy o tym 
nie mówił. 
—  Jak on wyglądał, ciociu? 
—  Był silnie zbudowany, kochanie, i miał żywe rumieńce. W owych czasach pito dużo wina, 
zwłaszcza madery. 
—  Ale czym on był? 
—  Zaczął jako murarz, kochanie. 
—  Jako wolnomularz? 
—  Nie od razu. Jako zwykły murarz. Widzisz, jego ojciec był rolnikiem i oddał twego 
dziadka na naukę do murarza, żeby się nauczył budowania. Sądzę, że to była mądra decyzja, 
gdyż w owych czasach otwierały się dla przedsiębiorców budowlanych duże możliwości, tak 
że twój dziadek szybko zrobił karierę. Kiedyśmy przybyli do Londynu, był już na drodze do 
dużej zamożności. 
Chytrymi oczyma wpatrywała się ciotka Anna w twarz bratanka. 
Stojąc opierał się o kominek, spoglądając na swe trzewiki. Jak zgrabnie wyglądał w swym 
pierwszym surducie! Poczciwy chłopiec był elegancki, ale nieco zaambarasowany, jak gdyby 
doznał wstrząsu nerwowego. Oczywiście, w Eton przebywał pośród arystokracji. 
Ciotka rzekła stanowczo: 
—  Drogi Jo, nigdy nie powinniśmy wstydzić się swego pochodzenia. For syci pochodzą z 
bardzo dobrego gniazda wiejskiego i zawsze byli ludźmi dotrzymującymi słowa, a to jest 
rzecz ważna! A nasza droga mama była damą w każdym calu. Nazywała się Pierce, 
devonshireska rodzina, i była córką bardzo szanowanego prawnika w Bosporcie. Zmarł jako 
bankrut, jego wspólnik bowiem uciekł z pieniędzmi klientów i cały jego majątek poszedł na 
pokrycie strat. Mama miała taką ujmującą twarz i zwracała wielką uwagę na nasz sposób 
bycia i mówienia. To jest jej miniatura. 
Młody Jolyon zbliżył się i ujrzał owalną twarz, blond włosy przedzielone pośrodku i 
zachodzące falisto na czoło, ciemnoszare oczy spoglądające nań głęboko spod brwi, z lekka 
zaostrzony podbródek. Ramiona okrywała koronka. 
—  Twój dziadek kochał ją na swój sposób. W ciągu lat po naszym przybyciu do Londynu 
pracował całymi dniami, a wieczorem widywa: łam go zwykle siedzącego w małym gabinecie 
nad planami i kosztorysami, nie mógł zdecydować się iść spać. I wówczas zaczął uprawiać 
konną jazdę. Było to dlań istne dobrodziejstwo. 
Młody Jolyon spojrzał w górę. Czoło jego rozchmurzyło się, jak gdyby jego dziadek uczynił 
wreszcie coś chwalebnego. 
—  Oczywiście, kiedy był chłopcem, często jeździł konno na fermie. A podjąwszy jazdę na 
nowo, używał jej codziennie, dopóki podagra nie zaczęła mu dokuczać zbyt dotkliwie. 
—  O! więc cierpiał na podagrę, ciotko Anno? 
—  Tak, kochanie, podagra była wtedy znacznie pospolitsza niż obecnie. Pod wieloma 
względami twój dziadek przypominał twego stryja Swithina, ale był niższy. Przepadał wprost 
za końmi i znał się na winie. 
Młody Jolyon gładził swą kamizelkę, jak gdyby chcąc opanować wzruszenie wobec tych 
oznak dystynkcji, i był dosyć przenikliwy, by spostrzec, iż ciotka obserwuje przejawy jego 
snobizmu. 
—  Gdzieście mieszkali, ciociu? 
—  Z początku, mój drogi, wynajęliśmy dom przy Primrose Hill, 

background image

w pobliżu twego stryjecznego dziadka Edgara. Mieszkaliśmy tam przez wiele lat, dopókiśmy 
się nie przeprowadzili do własnego domu, który wybudował twój dziadek w dzielnicy St. 
John's Wood. I tam pozostawaliśmy aż do jego śmierci w roku 1850, kiedy przybyliśmy tu, 
naturalnie wraz z twoim stryjem Tymoteuszem. 
—  Jakiego rodzaju domy budował dziadek, ciociu? 
—  Nie przypominam sobie, kochanie, czy widziałam kiedykolwiek któryś z nich, z 
wyjątkiem tego, gdzie mieszkaliśmy. Ale sądzę, iż były budowane bardzo solidnie. Z 
początku, jak mi się zdaje, dziadek budował przeważnie na przedmieściu Fulham, również i w 
Brighton, a później 
— w St. John's Wood. Była to wówczas rozkwitająca dzielnica Londynu. Nie był wcale, jak 
się to mówi, partaczem. Koledzy dali mu śmieszne przezwisko: „Superior Dosset". 
—  Dlaczego? 
—  Widzisz, nigdy nie lubił, żeby go uważano za dorsetczyka, mówił zawsze, że się urodził 
za granicami tego hrabstwa, w Devonshire, chociaż parafia była w Dorset, i zawsze patrzał z 
góry na mieszkańców Dorset-shire: mówił, że to arogancka banda — miał takie śmieszne 
powiedzenia 
— i dlatego dokuczali mu. O, to był oryginał! Oczywiście ten i ów mógłby go nazwać 
przewrotnym. 
—  A jak się ubierał, ciociu? 
Ciotka Anna odstawiła swymi długimi, cienkimi palcami miniaturę i wyjęła z małej szufladki 
inną. 
—  To jest twój dziadek, kochanie, namalowany w roku 1821, na krótko przed śmiercią 
naszej drogiej matki. 
Młody Jolyon ujrzał oblicze rumiane, gładko wygolone, o nieco podniesionych w górę 
brwiach i wypukłościach na czole, o dużych mięsistych ustach, prostym dużym nosie, 
szerokim rozdwojonym podbródku, o jasnych oczach, gdzie pod ciężkimi powiekami igrał, 
zda się, żart; kasztanowate włosy były zaczesane z ładnie zarysowanego czoła. Szyję okręcała 
biała chustka, granatowy surdut z długimi połami miał krótką talię, dwurzędowa kamizelka 
była jasnej barwy, pęk breloków wisiał na czarnej wstążce; podobizna ukazywała tylko górną 
połowę ciała. 
—  Czy nosił spodnie? 
—  Tak, kochanie, przeważnie brązowożółte, o ile sobie dobrze przypominam, aż do śmierci 
naszej matki. Ale wieczorem chodził w spodniach po kolana, a przy trzewikach miał 
sprzączki. Zachowałam je do dziś. Dam ci je kiedyś, ty bowiem po swoim drogim ojcu 
będziesz głową rodziny, podobnie jak mój ojciec swego czasu. 
—  Tak? Czy i mój dziadek był najstarszy? 
—  Podobnie jak przed nim jego ojciec. Imię Jolyon przechodzi zawsze na najstarszego. Nie 
powinieneś o tym nigdy zapominać, drogi Jo. To wielka odpowiedzialność. 
—  Wolałbym mieć, ciociu, sprzączki bez odpowiedzialności. Ciotka zsunęła nisko okulary z 
orlego nosa — w ten sposób mogła 
lepiej widzieć bratanka — i splotła cienkie palce o spiczastych paznokciach, ozdobione 
trzema pierścionkami, jak gdyby powoli dochodząc do jakiegoś wniosku. Poczciwy Jo! 
Czyżby go uczono brać rzeczy lekko? Eton — oczywiście, jest tam miło i bardzo 
dystyngowanie, ale może cokolwiek niebezpiecznie! I oczy ciotki mierzyły go od falujących 
blond-włosów na czole aż do rzemyków, przytrzymujących spodnie pod trzewikami. Czy nie 
staje się on trochę fircykowaty? 
—  Twój dziadek, kochanie, zawsze poważnie traktował swoją sytuację. Mogłabym ci 
opowiedzieć pewną historię... 
—  Hura! 
Ciotka Anna zmarszczyła się. Tak! Wysłuchanie tej historii przyniesie mu pożytek. 

background image

—  Działo się to owego roku, kiedy twój drogi ojciec i jego przyjaciel Nick Treffry 
usamodzielnili się jako hurtownicy herbaty. Było to jakieś sześć lat po naszym przybyciu do 
Londynu. Twój dziadek zarabiał bardzo dobrze jako przedsiębiorca budowlany, tak że miał 
możność dać odpowiednie wykształcenie wszystkim swym synom. Szczególnie twój stryj 
Mikołaj był takim obiecującym chłopcem, a stryj James odbywał właśnie praktykę — 
otrzymał licencję adwokacką w dwudziestym pierwszym roku życia, a więc w terminie 
możliwie najwcześniejszym. Ale mimo wszystkich wydatków, jakich mu przyczynialiśmy, 
twój dziadek mógł odłożyć sporo pieniędzy. Mieszkaliśmy wciąż jeszcze przy Primrose Hill i 
widywaliśmy się często z twoim stryjem Edgarem, a twój dziadek włożył istotnie część 
swego majątku w interesy stryja... 
—  Co to było, ciociu? 
—  Juta, kochanie. Twój dziadek nie był bynajmniej wspólnikiem, ale miał w tym udział. 
Stryj Edgar wcale nie przypominał dziadka. Był to bardzo miły człowiek, ale słabego 
charakteru i, jak mi się zdaje, zbytnio polegał na radach osób trzecich. W każdym razie dał się 
wciągnąć w spekulacje na tzw. zwyżkę. I bardzo nieopatrznie nie poradził się twego dziadka. 
I, oczywiście, kiedy się dziadek o tym dowiedział, wpadł w gniew. Widzisz, ja zastępowałam 
trochę naszą drogą matkę i pamiętam, kiedy do mnie powiedział: „Co, u diaska, wyprawia ten 
żebrak, gra na zwyżkę! Zapamiętaj sobie, co ci mówię, Anno, będzie on niebawem cienko 
śpiewał!" 
Ciotka Anna zrobiła pauzę wspominając tę dawną scenę. Widziała, jak krępa postać jej ojca 
pochyla się nad starym mahoniowym stołem — teraz jest on w pokoju o piętro niżej —jak 
jego duża o krótkich palcach ręka zaciska się nagle, krew napływa do twarzy, a oczy się 
mrużą W obliczu owej smutnej wizji. 
—  I tak się też stało, ciociu? 
—  Tak, kochanie. Działo się to w tym okropnym roku, kiedy wszystko 
10 
nagle spadło, zwłaszcza juta. Biedny stryj Edgar był tak poczciwy, że nie potrafił nigdy 
zrozumieć, jak ludzie mogą być okrutni i chciwi. 
—  Czy został zrujnowany, ciociu? 
—  Opowiem ci o tym. Jak już rzekłam, twój dziadek nie pozostawał w spółce ze stryjem 
Edgarem i jak tylko się dowiedział, co stryj zrobił, pozbył się czym prędzej swego udziału i 
salwował swoją skórę, jak to się zwykło mawiać. Wtedy właśnie juta spadła, zamiast pójść w 
górę, i stryjowi Edgarowi groziło bankructwo. Twój dziadek przeżywał wtedy okropne 
chwile, rozważając wciąż, czy ma mu pomóc, czy też nie. Widzisz, dobrze rozumiał, że to 
oznaczałoby dlań na szereg lat zastój w interesach budowlanych, a dla nas wszystkich daleko 
posuniętą oszczędność i wyrzeczenie się wielu rzeczy, do których byliśmy przyzwyczajeni. 
Odczuł też bardzo postępowanie twojego stryja, który nie zasięgał jego rad, i zaczął wyrażać 
się o nim w słowach pełnych goryczy. Wszystko to wybuchło pewnego wieczora, kiedy stryj 
Edgar rozpłakał się — nie miał silnego charakteru. Widzę go jak żywego: siedział tu kryjąc 
twarz w dużej, czerwonej chustce jedwabnej. Twój dziadek przechadzał się tam i z powrotem 
pytając go, czy spodziewa się, że ktoś za niego będzie wyciągał z ognia kasztany, bo on, jako 
żywo, robić tego nie zamierza. Myślałam już, że dostanie ataku. Aż tu nagle zatrzymał się i 
przez dłuższą chwilę spoglądał na styja Edgara. „Edgarze — rzekł — jesteś doprawdy 
mizerak. Ale ja jestem głową rodziny i nie chcę, aby nasze nazwisko zostało zbezczeszczone. 
No, idź sobie teraz, a jutro wyciągnę cię z tego". 
—  I uczynił to, ciociu? 
—  Tak, Jo. Była to straszna ofiara. Ale wszyscy, zdaje mi się, odczuli wielką ulgę. Bardzo 
kochaliśmy stryja Edgara i jaki by to wybuchł skandal, gdyby on zbankrutował, zwłaszcza iż 
był niezupełnie czysty. Potem spotykaliśmy go już nieczęsto, ale umarł znacznie bogatszy niż 

background image

kiedykolwiek przedtem, a wszystko to całkowicie zawdzięczał twojemu dziadkowi. Widzisz 
więc, mój drogi, nie jest dobrze, gdy się traktuje lekko kwestię odpowiedzialności. 
Bratanek przestał wpatrywać się w ciotkę, jak gdyby nagle zrozumiał, dlaczego opowiedziała 
mu tę historię. 
—  Ale skoro umarł znacznie bogatszy, wydaje mi się, że to było dobrze. 
Ciotka Anna uśmiechnęła się. Doprawdy, ten poczciwy chłopak jest bardzo niegrzeczny! 
—  Jo! — rzekła przybierając wyraz powagi — mogę ci opowiedzieć inną jeszcze historię o 
twoim dziadku. 
—  O, dobrze, ciociu! 
—  Było to w trzecim dziesięcioleciu, okresie dla wszystkich bardzo ciężkim. Dziadek twój 
budował wówczas kilka domów w Brighton. Był zawsze człowiekiem zręcznym, który w 
interesach wychodził obronną 
11 
ręką, ale tym razem opowiadał mi nieraz, że będzie rad, jeżeli osiągnie pięć procent zysku. 
Pamiętam to wszystko bardzo dokładnie, gdyż właśnie żywiłam wtedy nadzieję, że interes się 
powiedzie. Miałam do tego specjalny powód. 
Ciotka Anna zrobiła pauzę widząc oczyma duszy swój specjalny powód: stał w spodniach 
szerszych u góry, a węższych u dołu i spoglądał na nią, siedzącą na sofie w krynolinie i 
pięknie uczesaną. Słyszała jeszcze jego męski głos i zwrócone do niej słowa: „Droga Anno, 
czy mogę pomówić z twoim ojcem?" I słyszała własną odpowiedź: „Bądź łaskaw zaczekać, 
drogi Edwardzie, ojczulek jest teraz bardzo stroskany. Ale jeśli, jak się spodziewam, 
wszystko pójdzie dobrze, będę mogła na przyszły rok rozstać się z nim i z drogimi dziećmi". 
—  Jakiż to miałaś specjalny powód, ciociu? 
—  Och, mniejsza o to, mój chłopcze. Jak już powiedziałam, twój dziadek był niezwykle 
zaabsorbowany, bo te domy mogły go wybawić z wielkich kłopotów. Był to straszliwy rok i 
muszę, niestety, powiedzieć, że puszczono w ruch niemało szykan. 
—  Co to są szykany? 
—  Szykanować, mój drogi, znaczy za wszelką cenę pognębiać swego bliźniego. 
—  Czy dziadek pognębił swego bliźniego? Ciotka Anna spojrzała bystro na bratanka. 
—  Nie — rzekła — to właśnie oni go pognębili, Jo. 
—  Mów dalej, ciociu. Jakie to interesujące! Bardzo pragnę usłyszeć. 
—  Otóż pewnego dnia twój dziadek wrócił z Brighton do domu okropnie podniecony. Dużo 
czasu upłynęło, zanim go mogłam uspokoić tak, aby mi opowiedział, co się stało. Jak się 
wydawało, trzy spośród jego domów nie chciały schnąć. Pierwsze domy były w zupełnym 
porządku, tak że twój dziadek oczywiście nie żywił żadnych podejrzeń. Ale dostawca 
materiałów budowlanych użył wody morskiej zamiast zwykłej. Nie potrafiłam nigdy dojść, 
czy miał on w tym interes, czy też uczynił to wskutek ignorancji, ale twój dziadek był 
przekonany, że to szubrawiec. „Nie wyschną, nie wyschną" — powtarzał bezustannie. 
Przypuszczam, że gdyby był w owej chwili umarł, słowa te znaleziono by wyryte w jego 
sercu. Widzisz, groziło to podkopaniem jego reputacji jako przedsiębiorcy budowlanego. A 
potem, zdaje się, ktoś wskazał mu, w jaki sposób może nadać tym domom pozór suchych, 
chociaż w wilgotny dzień nie byłyby naprawdę suche! Owej nocy położywszy się spać 
słyszałam jeszcze długo, jak chodził u siebie tam i z powrotem, rano zaś mruknął: „Nie, niech 
mnie diabeł porwie, jeżeli się na to zgodzę!" Po okrutnej z sobą walce postanowił nie 
przykładać ręki do żadnego oszustwa. 
—  I cóż się potem stało, ciociu? 
—  Otóż kazał te trzy domy zburzyć i wybudować na nowo, to go kosztowało tysiące. 
12 
—  I nie zmusił do odszkodowania człowieka, który użył wody morskiej? 

background image

—  Próbował to zrobić, Jo, ale ów człowiek zbankrutował. Twój dziadek zestarzał się bardzo. 
Wszyscy odczuliśmy to okropnie. 
Ciotka Anna zamilkła, zagubiona we wspomnieniach, jak zniosła to wówczas. Edward!... 
Głos bratanka przywołał ją do rzeczywistości. 
—  Ale dziadek nie zbankrutował, prawda, ciociu? 
—  Nie, Jo. Choć niewiele brakowało. Ale może tak było dobrze. To mu zapewniło wielki 
szacunek i po latach jeszcze cieszył się, że postąpił tak uczciwie. 
Ciotka spojrzała wylękła — młody Jolyon obserwował ją w jakiś szczególny sposób. 
—  Ty musiałaś przeżyć przykre chwile, ciociu? 
Ciotka Anna zacisnęła mocno usta, nie chcąc, by jej okazywano współczucie. 
—  Widzisz więc, mój drogi — rzekła — że twój dziadek miał dobre zasady, a to jest rzecz 
najważniejsza. 
—  Czy chodził do kościoła i tak dalej? 
—  Nie bardzo. Wychowano go w duchu wesleyanizmu, tak że nigdy nie był w zupełnej 
zgodzie z oficjalnym kościołem. Mawiał zwykle, że nabożeństwo jest zbyt pompatyczne. 
Oczywiście, my wszyscy przekładaliśmy kościół oficjalny nad sekciarstwo i ojciec nigdy nie 
sprzeciwiał się temu. 
—  Przypuszczam, że rad był wcale tam nie chodzić. 
Ciotka Anna zasłoniła sobie usta małym papierowym wachlarzykiem. 
—  Nie trzeba być złośliwym, mój drogi. 
—  Och, nie, ciociu, to jest doprawdy moje przekonanie. 
—  Otóż, Jo, nie sądzę, aby można było pc^śmierci naszej drogiej matki nazwać twego 
dziadka człowiekiem bardzo religijnym.  On zawsze buntował się przeciwko swemu losowi. 
—  Czy mój ojciec był z nim dobrze? 
—  Nie bardzo. Twój ojciec był zanadto ulubieńcem naszej matki. 
—  Rozumiem. 
—  Tak, kochanie, twój dziadek był zawsze tak zajęty, że miał niewiele czasu dla nas, dzieci. 
Może ze wszystkich mnie najwięcej lubił. 
—  Zapewne dlatego, że jesteś taka dobra, ciociu. 
—  Cicho, Jo! Nie żartuj sobie ze mnie. Po śmierci naszej matki byłam jedyną dosyć dorosłą 
osobą w domu, z którą mógł rozmawiać. 
—  Zdawało mi się, że mój ojciec był wtedy w moim wieku. 
—  Tak, ale wówczas nie rozmawiano z dziećmi tak jak teraz. Młody Jolyon nic nie 
odpowiedział, tylko lekko podrzucił głowę do 
góry. Dzieci! 
—  Ile pieniędzy dziadek zostawił po tym wszystkim, ciociu? 
13 
—  Trzydzieści tysięcy funtów, kochanie, podzielonych równo między nas dziesięcioro. Był 
bardzo sprawiedliwy. 
Młody Jolyon wyjął zegarek, stary zegarek swego ojca, na który lubił spoglądać. 
—  Muszę już iść,  ciociu. Mam się spotkać z kolegą u Madame Tussaud1. Czy mógłbym 
dostać te sprzączki? 
Ciotka Anna zatrzymała na nim swój wzrok. Był jej ulubieńcem, choć nie chciała przyznawać 
się do tego. 
—  Czy można ci je powierzyć, kochanie? 
—  Oczywiście, że można. 
—  Jest to przedmiot dziedziczny. A może by tak lepiej poczekać z tym, aż będziesz starszy? 
—  Och, ciociu, czyż nie jestem już?... 
Palce ciotki Anny zaczęły szperać w małej szufladce. 

background image

—  Dobrze, pod warunkiem, że będziesz je miał w największej pieczy. I nie powinieneś ich 
nosić, dopóki nie pójdziesz do sądu. 
—  Czy tam noszą trzewiki ze sprzączkami? 
—  Tak mi się zdaje, kochanie. Nigdy tam nie byłam. Oto one. Ciotka wyjęła spośród zwojów 
bibułki sprzączki — imitacja czarnych 
kamieni oprawnych w srebro. Umieszczone na tle czarnego aksamitu, obydwie sprzączki 
lśniły bardzo dyskretnie. 
Młody Jolyon wziął je do ręki. W której by je umieścić kieszeni, aby nie zdeformowały jego 
figury? 
—  Podobają mi się, ciociu. 
—  Tak, kochanie, to stara, szlachetna imitacja. Czy masz jakieś pewne miejsce, gdzie by je 
można schować? 
—  Och, tak, mam dużo szuflad! 
Umieścił sprzączki w tylnej kieszeni surduta i nachyliwszy się pocałował ciotkę. 
—  Żebyś tylko nie usiadł na nich, Jo. 
—  My, studenci, nie siadamy nigdy na połach, ciociu. Zamyślony wzrok ciotki odprowadził 
go do drzwi. Odwrócił się i skinął 
jej ręką. Poczciwy Jo! Wyrasta teraz na mężczyznę! Prawdziwa przyjemność nań patrzeć. 
Będzie z niego kiedyś zupełnie dystyngowany człowiek, podobnie jak jego ojciec, więcej 
nawet jeszcze. Ale czy postąpiła słusznie dając mu sprzączki? Czy nie jest zbyt młody, by 
zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności? Zasunęła małą szufladkę, z której je wyjęła, i 
przed jej wzrokiem przesunął się korowód dawnych dni, sny jej dzieciństwa i wieku 
dojrzałego — młodości nie znała. Dni jej własnej odpowiedzialności — od dwudziestego 
roku życia była matką dla całej rodziny! I tylko jedne niefortunne konkury, „liźnięcie i 
obietnica" —jak mawiał Swithin — unicestwione przez wodę morską i obawę o dobrą 
1 Gabinet figur woskowych. 
14 
reputację ojca. Czy żałowała tego? Nie! Jakżeby mogła? Gdyby jej ojciec nie postąpił 
uczciwie w sprawie tych domów — gdyby nie był człowiekiem honoru — nie mogłaby dać 
sprzączek drogiemu Jo jako symbolu przewodnictwa i prawości. Edward! Cóż, ożenił się 
wreszcie bardzo szczęśliwie. Nie zachowała doń urazy. Żona obdarzyła go wkrótce 
bliźniętami. Może tak było najlepiej: bracia i siostry, którym zastępowała matkę, lubili ją 
bardzo i tak było przyjemnie patrzeć, jak dorastają jej drogie dziateczki! Tak, Soames 
nadejdzie niebawem wracając do domu z zoo. Obchodzi dzisiaj ósmą rocznicę urodzin i ona 
przygotowała już dlań upominek — pudełko z klockami, aby sobie sam wybudował dom, 
podobnie jak jego dziadek, tylko już bez morskiej wody... A—a!... U—u!... Może by tak 
uciąć maleńką drzemkę, zanim przyjdzie ten kochany chłopiec, może by tak... U—u!... A—
a!... 
Cienkie jej usta, zwykle zaciśnięte, wydęły się lekko ponad czworokątnym podbródkiem, 
wspartym na kamei. Fala przyjemnej drzemki zatopiła świadomość ciotki Anny, na której 
czole wiły się w trybuszony zakręcone włosy. Usta rozchyliły się raz jeden, szepcząc: 
„sprzą... sprzączki". 
%kpsydra c^asu 
Wiosną 1860 roku, po południu, w przeddzień wyjazdu syna do Eton, stary Jolyon umieścił 
swój cylinder na drewnianym kołku w hallu Stanhope Gate i wszedł do jadalni. Młody 
Jolyon, powiesiwszy swój cylinder na niższym drewnianym kołku, podążył za ojcem i, skoro 
tylko ten usadowił się w dużym skórzanym fotelu, przysiadł na jego poręczy. Czy to z 
powodu mumii egipskich obejrzanych dopiero co w Muzeum Brytyjskim, czy też po prostu 
dlatego, iż wynurzała się przed nimi ciężka perspektywa przejścia chłopca do nowej szkoły, i 
to szkoły elitarnej, dość, że obaj czuli się staro, gdyż w podobnych okolicznościach nie ma 

background image

właściwie wielkiej przepaści między trzynastym a pięćdziesiątym czwartym rokiem życia. I ta 
bliskość fizyczna, która istniała zawsze między młodym Jolyonem a jego ojcem, zanim 
chłopiec w dziesiątym roku życia poszedł po raz pierwszy do szkoły, teraz powracała niemal 
nieświadomie wraz z przeczuciem chłopca, że jutro będzie już mężczyzną. Chłopiec 
przechylił się tak, że głowa jego wsparła się na ojcowskim ramieniu. Stary Jolyon zaliczał 
takie chwile, z biegiem lat coraz rzadsze, do najcenniejszych, jakie mu życie dawało — 
doznawał ogromnej pociechy, że chłopiec jest taki serdeczny. 
—  No, Jo — rzekł — cóż sądzisz o tych mumiach? 
—  Okropne są, ojczulku. 
—  Hm, tak. Jednak, gdybyśmy ich nie wzięli, uczyniłby to ktoś inny. Powiadają, że są warte 
mnóstwo pieniędzy. Szczególna rzecz pomyśleć sobie, Jo, że potomkowie tych mumii może 
żyją jeszcze. No, w każdym razie możesz powiedzieć teraz, żeś je widział. Niewielu 
chłopców, jak sądzę, mogłoby powiedzieć coś podobnego. Przypuszczam, że w Eton będzie 
ci się podobało. 
Powiedział to dlatego, iż obawiał się właśnie czegoś wręcz odwrotnego. Niewiele wiedział o 
tej szkole, ale był to duży, słynny zakład, dokąd 
16 
posyłał swego chłopca. Ojciec czuł, jak policzek syna przy wiera silniej do jego ramienia, i 
usłyszał wysoki głos chłopca, nieco stłumiony, szepczący: 
—  Opowiedz mi coś o swojej szkole, ojczulku. 
—  O mojej szkole, Jo? Nie było tam nic wielkiego. Wstąpiłem do szkoły w Epsomfcałą 
drogę od Bosportu do Londynu odbywało się dyliżansem, potem wózkami pocztowymi, nie 
było wtedy kolei. Oddano mnie pod opiekę pocztyliona, ogromnego, czerwonego na twarzy 
chłopa z trąbką. Podróżowało się przez całą noc, dziesięć mil na godzinę, konie zmieniano co 
godzinę, regularnie jak w mechanizmie zegarowym. 
—  Czy jechałeś też na koźle, ojczulku? 
—  Owszem, mały żółtodziób wciśnięty między pocztyliona i jednego z podróżnych. Zimno 
było; w owych czasach noszono szale aż do oczu. Matka dawała mi zwykle pieróg z baraniny 
i butelkę cherry-brandy. Stary pocztylion dobry był typ, ochrypły jak wrona i okrągły niby 
baryła. A warto było popatrzeć, jak powoził, odganiał batem muchę z ucha konia lejcowego.                                              

—  Czy było tam wielu chłopców? 
—  Nie, zakład był niewielki, ze trzydziestu. Ale ja wyszedłem ze szkoły w piętnastym roku 
życia. 
—  Dlaczego? 
—  Matka moja umarła, kiedy przyszła na świat twoja ciotka Zuzanna, tak że opuściliśmy 
Bosport i zamieszkaliśmy w Londynie. Tam od razu wstąpiłem do interesu. 
—  Jak wyglądała twoja matka, ojczulku? 
—  Moja matka? 
Stary Jolyon zamilkł, szukając jej obrazu pośród mnóstwa różnych wspomnień. 
—  Bardzo ją kochałem, Jo. Rozumiesz, byłem najstarszym synem. Mówią, że jestem do niej 
podobny. Nie jestem tego pewny. Była to ładna kobieta o subtelnych rysach. Nick Treffry 
powiedziałby ci, że była najpiękniejszą kobietą w całym mieście, przy tym kobietą dobrą, dla 
mnie bardzo dobrą. Głęboko odczułem jej śmierć. 
Mocniej jeszcze przywarła głowa chłopca do ojcowskiego ramienia. Wszystko, co czuł w 
stosunku do chłopca i co chłopiec — spodziewał się tego i wierzył — czuł w stosunku do 
niego, sam czuł przed laty do swojej matki. Umarła przy dziesiątym dziecku, mając ledwie 
czterdzieści jeden lat. Dziesiątym! W owych czasach nie przejmowano się tymi rzeczami — 
dopóty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie. Ach, jej śmierć była gorzką stratą. - 

background image

Młody Jolyon zsunął się z poręczy fotela, jak gdyby wyczuł, że ojciec przebywa myślami 
gdzie indziej. 
—  Pójdę chyba spakować się, ojczulku. 
—  Doskonale, mój chłopcze! Wypalę tymczasem cygaro. 
17 
Po wyjściu syna —jakiż miły chłopczyna! — stary Jolyon zbliżył się do pudełka po chińskiej 
herbacie, w którym trzymał cygara, i wyjął stamtąd jedno. Przyłożył cygaro do ucha, odciął 
koniuszek, zapalił i włożył je do ust. Pociągnął, wyjął je znowu, potrzymał w dwóch palcach 
o zbyt ostro przyciętych paznokciach i rozkoszował się wonią niebieskiego dymu. Niezła 
trawa, zupełnie zdatna do palenia! Wróciwszy na fotel rozparł się w nim wygodnie i 
skrzyżował nogi. Dawno już nie myślał o matce. Widział jeszcze przed sobą jej twarz. Tak, 
dokładnie widział jasne spojrzenie osadzonych głęboko oczu i zaostrzony podbródek. I 
słyszał też jej głos — dźwięczny, łagodny, subtelny. Które z nich wdało się w nią? Anna — 
odrobinę, Estera — owszem, Zuzanna — trochę, Mikołaj — może, choć był on taki ostry, on 
sam — powiadają, nie wie dobrze, ale tak by chciał. Matka była istotą łagodną. I nagle miał 
uczucie, jak gdyby jej ręka przesunęła się po jego czole, odgarniając mu włosy, jak to lubiła 
czynić. Jak dobrze pamięta jeszcze powrót ze szkoły do ojcowskiego domu w Bosport po 
długiej, zimnej podróży dyliżansem. Przybywa i widzi w hallu wysoką postać ojca z lekko 
rozstawionymi nogami i pochyloną głową, zupełnie jak gdyby ktoś zadał mu przed chwilą 
cios. I dopiero, kiedy powiedział: „To ja, ojcze" — stary zauważył go. 
—  Co? Ty, Jo? 
Twarz miał mocno czerwoną, powieki nabrzmiałe, tak że ledwie widać było oczy. Uczynił 
jakiś szczególny ruch oburącz i głową w kierunku schodów. 
—  Idź na górę — rzekł. — Matka czuje się bardzo źle. Idź tam, mój chłopcze. Rób, co 
chcesz, tylko nie płacz! 
Poszedł mając w sercu jakieś bolesne uczucie lęku. Siostra Anna wyszła mu naprzeciw ł— 
wówczas ładna, zgrabnie wyrosła dziewczyna. Potem była dla nich wszystkich matką — 
poświęciła się, aby wychować młodsze rodzeństwo. Dzielna kobieta ta Anna! 
—  Wejdź, Jo — rzekła. — Matka chciałaby cię zobaczyć. Ale, Jo! Och, Jo! 
I ujrzał dwie łzy spływające po jej policzkach. Ten widok sprawił na nim okropne wrażenie. 
Anna nigdy nie płakała. Na ogromnym łożu spoczywała matka biała jak prześcieradło, 
odcinały się tylko jej ciemne sploty. W pokoju panował lekki zmierzch, a tam przy oknie 
siedziała jakaś obca kobieta, pielęgniarka, trzymając na łonie białe zawiniątko! Chłopiec 
zbliżył się do łóżka. Jeszcze teraz widział jej twarz — bez jednej zmarszczki, gładką jak 
wosk. 
Nie wydobył z siebie ani jednego'dźwięku i tylko stał patrząc. Ale jej oczy otwarły się i, choć 
twarz pozostała zupełnie nieruchoma, zwróciły się nieco w bok, aby się dobrze w niego 
wpatrzeć. Wówczas usta jej poruszyły się szepcząc: „To Jo, to mój kochany chłopiec!" I 
nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem, Jolyon nie stoczył z sobą równie ciężkiej walki, by 
nie wybuchnąć płaczemalbo nie rzucić się do ucieczki. 
18 
Ale tylko powiedział to jedno: „Matko!" Usta jej poruszyły się znowu: „Pocałuj mnie, mój 
chłopcze". On zaś pochylił się i ucałował jej czoło, takie gładkie, takie zimne. A potem osunął 
się na kolana i trwał tak wpatrzony w jej zamknięte oczy, dopóki nie przyszła Anna i nie 
zabrała go stamtąd. W mansardzie, którą zajmował wraz z Jamesem i Swit-hinem, rzucił się 
na łóżko i ukrywszy twarz łkał, łkał... Umarła tego samego rana nie powiedziawszy ani słowa 
więcej — tak go poinformowała Anna. Po upływie czterdziestu lat znów odczuł zimną, 
bolesną pustkę owych dni, okropny, dławiący ucisk w gardle, jak wówczas, kiedy na starym 
cmentarzu zabierano mu ją na zawsze. W sam dzień ich wyjazdu do Londynu postawiono jej 
nagrobek. Poszedł tam i stał odczytując: 

background image

KU PAMIĘCI 
ANNY 
UKOCHANEJ ŻONY 
JOLYONA FORSYTE'A 
URODZONEJ 1 LUTEGO 1780 r. 
ZMARŁEJ 16 KWIETNIA 1821 r. 
Był jasny dzień majowy i stał samotny pośród gęstych mogił cmentarnych. 
Stary Jolyon poprawił się w fotelu. Cygaro mu zgasło, policzki ponad siwiejącymi 
bokobrodami — nieodzowna moda szóstego dziesięciolecia — zabarwiły się nagle, głęboko 
osadzone oczy zabłysły gniewnie spod ściągniętych brwi, gdyż niespodzianie opanowało go 
inne wspomnienie, sprzed dziesięciu lat, gorzkie, oburzające i haniebne. 
Był znów wiosenny dzień 1851 roku. Przed rokiem pochowali na Highgate swego ojca, 
trzydzieści lat po śmierci matki. Przypomniało mu się to właśnie i pojechał do Bosportu po 
raz pierwszy od owego czasu. Podróż odbył koleją i na drogę włożył szkocką czapkę. Z 
trudem rozpoznał miejsce, tak się zmieniło wszystko i rozrosło. Odnalazłszy stary kościół 
parafialny skierował się w stronę cmentarnego węgła, gdzie pochowano jego matkę, i stanął 
przerażony przecierając oczy. Nic tam nie pozostało! Drzewa, mogiły, wszystko zniknęło! W 
tym miejscu mur przecinał ukośnie cmentarz, dalej zaś biegła teraz linia kolejowa. Cóż, na 
miłość boską, zrobiono z mogiłą jego matki? Szukał ze zmarszczonym czołem przemierzając 
cały cmentarz niby pies gończy. Może przynajmniej przeniesiono ją gdzie indziej. Ale nie — 
ani nawet śladu! Wybuchła w nim wówczas jakaś mściwa wściekłość wraz ze wstydem, który 
gwałtownie mu wzburzył krew. Barbarzyńcy, wandale, łajdaki! Jego matka... kości jej 
rozproszone, imię starte, szczątki zniweczone! Obmierzły tor kolejowy przeciął jej grób! 
Jakim prawem?... Drżącymi rękami uchwycił się kraty przy jednej z mogił, a krople potu 
zrosiły jego rozpalone czoło. Gdyby istniało jakieś prawo, które mógłby poruszyć, poruszyłby 
je! Gdyby tu można było kogoś ukarać, ukarałby go, przebóg! 
19 
I znów ogarnął go ten wstyd, tak obcy jego naturze! Cóż to zaprzątało tak ojca, co zaprzątało 
ich wszystkich, że żadne z dzieci nie zjawiło się tu przez tyle lat, aby spojrzeć, czyjej grób 
jest w porządku! Zbyt zajęci byli zarabianiem pieniędzy, cecha wieku, budując tę 
świętokradzką linię kolejową, która burzyła swoim istnieniem dostojną ciszę śmierci! Opuścił 
nisko głowę na drżące ręce. Jego matka! A on nie bronił jej, gdy leżała taka bezbronna! Ale 
co robił pastor, że ich nie uprzedził o tym, co tu się miało stać? Znów podniósł głowę i 
rozejrzał się wokół. Tam, daleko ktoś pełł ścieżki. Jolyon zbliżył się do nieznajomego i 
zapytał: 
—  Jak dawno już przeprowadzono tu tę linię kolejową? Stary przerwał pracę i wsparł się na 
rydlu. 
—  Z dziesięć lat albo i więcej. 
—  Co zrobiono z grobami w tym tu rogu? 
—  O, ja nigdy tego nie pochwalałem. 
—  Pytam się, co zrobiono z tymi mogiłami? 
—  No, rozkopano je po prostu. 
—  A trumny? 
—  Nie wiem. Trzeba się zapytać pastora. To były stare mogiły, ze sto lat i więcej 
przeważnie. 
—  To nieprawda, jedna była mojej matki z roku 1821. 
—  Aha, pamiętam, stał tam nowy kamień. 
—  Co się z tym stało? 
Stary spojrzał nań, a potem przed siebie na ścieżkę, jak gdyby uświadomiwszy sobie nagle 
anormalność sytuacji. 

background image

—  Zdaje mi się, że nie mogli znaleźć właściciela, trzeba się zapytać pastora, może wie. 
—  Jak dawno już tu jest? 
—  Cztery lata będzie na świętego Michała. Stary pastor nie żyje, ale może nowy da panu 
jakieś informacje. 
Stary Jolyon stał niby zwierz pozbawiony swego łupu. Nie żyje! Ten łajdak nie żyje! 
—  Czy nie wiecie, co zrobiono z trumnami, z kośćmi? 
—  Nie mógłbym powiedzieć, pewnie pogrzebano gdzie indziej, tak sobie myślę. Może i 
doktorzy zabrali trochę. Nie mógłbym powiedzieć. Jak panu mówię, wikary może wie. 
I splunąwszy w dłonie znów zabrał się do pielenia. 
Wikary? Chodził do niego na próżno. Nic nie wiedział albo przynajmniej tak twierdził. Nikt 
tu nic nie wiedział! Łgarze, tak, łgarze, nie wierzył ani jednemu słowu z tego, co mówili. Nie 
chcieli odnaleźć właściciela z obawy, aby nie stanął na przeszkodzie ich planom! Znikło, 
rozwiało się wszystko prócz rejestru cmentarnego! Ponad miejscem, gdzie spoczywała 
wpierw jego matka, biegną teraz szyny, huczą pociągi. A on musiał jednym z tych pociągów 
powrócić do Londynu, który tak omotał jego duszę i serce, iż zdradził tę, która mu dała życie! 
Ale kto by 
20 
mógł pomyśleć coś podobnego? Święta ziemia! Czyż nie było hamulca na tę falę postępu, czy 
nawet nie powstrzymają jej umarli złożeni w ziemi? 
Sięgnął po zapałkę, ale cygaro miało gorzki smak — odrzucił je precz. Nie powiedział nic o 
tym Jo i nie powie nic — chłopiec nie powinien wiedzieć. Chłopiec nie zrozumiałby nigdy, 
jak to życie ujarzmia człowieka, z chwilą gdy się człowiek zaczyna dorabiać. Jak to jedna 
rzecz pociąga za sobą drugą, aż wreszcie przeszłość wymknie się z pamięci, a fala interesów 
wznosząc się coraz wyżej i wyżej zatapia uczucia i wspomnienia, i zielone niwy młodości. 
Chłopiec nie zdoła nigdy zrozumieć, jak postęp sunie niepowstrzymanie naprzód, zupełnie 
przemieniając najcichsze na ziemi ustronia. A jednak może chłopiec powinien wiedzieć — 
mogłoby to posłużyć mu za lekcję. Nie! On mu tego nie powie — dotknęłoby go zbyt 
boleśnie, że można własną matkę w ten sposób... Sięgnął po „Timesa". Ach! Jaka różnica! 
Pamięta „Timesa", kiedy przybył po raz pierwszy do Londynu — drobny druk, jakiego by 
dziś nikt nie zdołał odczytać. „Times" —jeden tylko arkusz zawierający debaty parlamentarne 
i nieco ogłoszeń o posadach zaofiarowanych i poszukiwanych. A spojrzeć nań teraz — 
wielkie i głośne wydawnictwo, w kwitnącym stanie i ma dwa razy większy druk. 
Skrzypnęły drzwi. Co to takiego? Ach tak, niosą herbatę! Na górze jego żona, 
niedysponowana. Podano mu herbatę tutaj. 
—  Proszę zanieść też coś i dla pani — rzekł. — I poproście tu panicza. 
Mieszając herbatę — najlepszy Soochong jego własnej firmy — przeczytał wiadomość o 
zdrowiu lorda Palmerstona i o spodziewanej wizycie u królowej tego szczególnego szarlatana 
— cesarza francuskiego. Po czym wszedł syn. 
—  A, jesteś tu, Jo! Herbata będzie za mocna. 
I podczas gdy chłopiec pił, stary Jolyon przyglądał mu się. Jutro pojedzie do tego świetnego 
zakładu, skąd po skończeniu wychodzą kandydaci na premierów i biskupów, gdzie uczą się 
dobrych manier — tak przynajmniej sądził — oraz pogardy dla handlu. Hm! Czy chłopiec 
nauczy się gardzić ojcem? I nagle zbudziła się w starym Jolyonie cała jego prymitywna 
uczciwość i ta szczególna niezależność, która mu zyskała wśród ludzi poważanie i budziła 
trochę lęku. 
—  Pytałeś mnie właśnie o swoją babkę, Jo. Nie opowiedziałem ci jeszcze, jak to 
przyjechawszy trzydzieści lat po jej śmierci do miejscowości rodzinnej nie znalazłem jej 
grobu, który rozkopano, aby przeprowadzić kolej. Nie znaleziono nawet najmniejszego śladu 
i nikt nie mógł lub też nie chciał mi nic o tym opowiedzieć. 

background image

Chłopiec trzymał łyżeczkę nad filiżanką i patrzył przed siebie. Wyglądał tak niewinnie i 
czysto. Nagle policzki oblał mu rumieniec i zawołał: 
—  Co za hańba, ojczulku! 
—  Tak. Jakiś nicpoń pastor pozwolił na to, nie porozumiewając się 
21 
wcale z nami. Ale była to moja wina, Jo. Ja powinienem był wcześniej zatroszczyć się o jej 
grób. 
I znów chłopiec nic nie odpowiedział jedząc ciasto i patrząc na ojca. A stary Jolyon pomyślał: 
„No, więc powiedziałem mu". 
Nagle chłopiec rzekł: 
—  To samo stało się z mumiami, ojczulku. 
Z mumiami! Z jakimi mumiami? O, widzieli je w Muzeum Brytyjskim. I stary Jolyon 
zamilkł, spoglądając wstecz poprzez klepsydrę czasu. Dziwne, że mu to nie przyszło do 
głowy. Dziwne! Chłopiec jednak zauważył to! Hm! Co to właściwie znaczy? I nagle w starym 
Jolyonie powstała jakaś niejasna świadomość duchowego rozdźwięku między jego 
pokoleniem a pokoleniem syna. Dwa i dwa czyni cztery. A on tego nie spostrzegł. Dziwne! W 
Egipcie, jak powiadają, wszystko jest piaskiem. Może się rzeczy sarnorzutnie działy. A przy 
tym, choć możliwe, iż, jak zauważył, żyją ich potomkowie, nie są to ani synowie, ani wnuki. 
Jednak! Chłopiec zauważył tu związek, on zaś — nie. Odezwał się niespodzianie: 
—  Skończyłeś pakowanie, Jo?    < 
—  Tak, ojczulku. Ale czy myślisz, że mogę wziąć z sobą białe myszki? 
—  Hm, mój chłopcze, nie wiem. Może są trochę za młode jak na Eton. Ten zakład jest o 
sobie wysokiego mniemania. 
—  Tak, ojczulku. 
To dotknęło samego Jolyona w samo serce. Biedny chłopczyna! 
—  Czy ty miałeś białe myszki, ojczulku? Stary Jolyon potrząsnął głową. 
—  Nie, Jo. Za moich młodych lat nie byliśmy jeszcze tacy cywilizowani. 
—  Ciekaw jestem, czy te mumie je miały — rzekł młody Jolyon. 
Mak 
Ci, którzy bywali na „giełdzie Forsyte'ów" w domu Tymoteusza przy Bayswater Road i byli 
przyzwyczajeni do widoku ciotki Estery, siedzącej na lewo od kominka w fotelu z książką, w 
postawie nazbyt już flegmatycznej nawet jak na lekturę, musieli nieraz się zapytywać: czy tą 
spokojną osobą wstrząsały kiedykolwiek jakieś przygody lub walki duchowe i jakie? Czy 
kochała kiedykolwiek, a jeśli tak, to kogo? Czy chorowała kiedykolwiek i na co? Komu się 
zwierzała i z czego? Nie żeby sprawiała na obserwatorze wrażenie sfinksa. To by nawet było 
niezbyt miłe. A^jednak — rzecz dosyć ciekawa t*- z trzech sióstr, mieszkających u 
Tymoteusza, ciotka Estera właśnie' tchnęła, mimo swej flegmatycz-ności, atmosferą, rzec by 
można, wolnej myśli. Lepiej by może powiedzieć, iż czyniła wrażenie, jak gdyby gwoli 
spokojnemu życiu odsunęła od siebie więcej pragnień i myśli, nadziei i antypatii, niż 
którakolwiek z jej sióstr potrafiłaby zaznać. Nie czuło się w rzeczywistości, że ciotka Estera 
miała jakąś przeszłość, lecz że przez całe życie wyrzekała się przeszłości, którą z łatwością 
mogłaby mieć. I czuło się również, że była tego świadoma, lecz uważała, że nie jest to 
tragiczne, ale konieczne, jakby mawiała do siebie: „Wyglądać na to, do czego się jest 
niepodobną — zabawne, nieprawdaż?" Kiedy się zjawiła teoria Freuda o kompleksach oraz 
inhibicjach, młodsi członkowie rodziny, jak Violetta, zajmująca się malarstwem pastelowym, 
Krzysztof, ze swą predylekcją do sceny, i Maud Dartie, wielce odważna, roztrząsali pytanie, 
co się przydarzyło ciotce Esterze, zanim stała się taką, jaką jest. Zdania były podzielone. 
Twierdzono, że ciotka albo upadła na głowę, mając trzy lata, albo też w trzynastym roku 
życia była napastowana przez Murzyna. Ale zgodnie przyznawano, że w ciotce Esterze tkwiły 

background image

szczególne możliwości, których rozmyślnie nie chciała rozwijać. Doktryna o „utrzymaniu 
równowagi", która w rodzinie liczącej tyle „oryginałów" utworzyła 
23 
pewien fundusz rezerwowy czy amortyzacyjny w osobach Estery i Tymoteusza, dawała jak 
gdyby całkowite wyjaśnienie biologiczne — i dopiero kiedy w roku 1907 Estera umarła, 
zostawiając Franciszce Forsyte swoją porcelanę, do wiadomości jednego przynajmniej 
członka rodziny doszło, iż ciotka Estera „wypróbowała swoje możliwości", zanim całkowicie 
i na zawsze zrezygnowała z przeszłości. W imbryku z porcelany Lowestoft Franciszka 
znalazła zmięty zwitek pożółkłych już papierów, których, jak się zdaje, ciotka Estera nie 
zniszczyła wskutek bierności, nim popadła w jeszcze głębszą apatię. Kartki papieru leżały 
przysypane obficie goździkami i pyłem płatków różanych wraz z trzema guziczkami od 
trzewików, które zapewne znalazły się w imbryku w chwili, kiedy ciotka Estera nie miała 
czasu umieścić ich gdzie indziej. Kartki były luźne, jak gdyby wyrwane z pamiętnika, i to 
jedno dawało już do myślenia, pozwalając wnioskować, że ciotka Estera musiała kiedyś 
wykazać energię, gdyż w przeciwnym razie nie byłoby pamiętnika, z którego je wydarto. Że 
dostały się one do rąk Franciszki, było może pomyślną okolicznością, nikt inny bowiem z 
Forsyte'ów nie rozkoszowałby się nimi dostatecznie. Istotnie, tak się nimi rozkoszowała, iż 
sądziła, że ciotka Estera pragnęła, aby te kartki przetrwały niby protest przeciwko jej nie 
wyzyskanemu życiu. A wkrótce Franciszka przyoblekła je w kształt opowiadania, które 
posłała anonimowo do czasopisma „Argonauta", ale tam opowiadania nie przyjęto. W jej 
wersji imiona uległy zmianie, lecz tutaj przywrócono im pierwotną postać. Tytuł brzmiał: 
„Mała przejażdżka Estery, kartki z pamiętnika bardzo wczesnej epoki wiktoriańskiej, 
znalezione w porcelanowym imbryku" — i zaczynało się to bez żadnych wstępów: 
Środa rano. Jakież to było zachwycające wczoraj stać w księżycowym blasku, nad brzegiem 
płynącego u mych stóp pięknego Renu, wyobrażając sobie, jak mija zamki i grody, aby 
wreszcie wpaść do wielkiego, błękitnego morza! Jak ślizgała się po wodzie miesięczna 
poświata! I pomyśleć, że w promieniach tego samego księżyca Lorelei wabiła ludzi ku 
zgubie, zbójeccy baronowie wyruszali ze swych zamków na wyprawy, a na ich zbrojach 
igrały lśnienia delikatnych blasków. Ale czyja naprawdę myślałam o tym wszystkim? Nie, 
miałam w sobie jedną tylko myśl: „Czy on przyjdzie? Czy on naprawdę przyjdzie?" I co by 
powiedziano w domu, gdyby mnie ujrzano stojącą tak z kapturem nasuniętym na twarz w 
oczekiwaniu kochanka? Kochanek! O, rozkoszne słowo! „Obym tylko — pomyślałam sobie 
— nie zapomniała zupełnie po niemiecku i mogła zrozumieć, co mi on powie słodkim swym 
głosem, a on — oby nie musiał trudzić się mówieniem po angielsku!" Nie myśl, mój 
pamiętniku, że nie zdawałam sobie sprawy, jak nieskromnie postąpiłam przychodząc tutaj. 
Tak, wiedziałam to dobrze, ale nie troszczyłam się o to. Nie troszczyłam się wcale. I po co? 
Serce mi mówi, że go kocham. I mówi mi serce, że on mnie kocha. A potem on przyszedł, 
24 
nadszedł, zanim zauważyłam, że już jest, owinięty w ten szeroki płaszcz, z którego Swithin 
śmiałby się na pewno. Ale on wygląda w nim tak marsowo, taką ma wysmukłą postać. Jak 
okrutnie biło mi serce, kiedy bez słów wziął mnie w ramiona, otulając tak szczelnie 
płaszczem, iż tworzyliśmy, rzekłbyś, jedną osobę. Ach, to było boskie! I — jakie to dziwne! 
— nie czułam zupełnie lęku ani niepokoju. Nie pomyślałam ani razu o domu, gdy się 
znajdowałam w jego ramionach. Śpiewał gdzieś słowik — było tak romantycznie, tak pięknie, 
że tego nigdy nie zapomnę. Rolandseck, drogi Rolandseck!... Kiedy, nie zauważona na 
szczęście przez nikogo, wróciłam do swojego pokoju, ogarnął mnie zimny dreszcz na myśl, 
że nazajutrz mamy wyjechać do Bonn. Czy nie będzie to dlań zbyt daleko, aby mnie 
zobaczyć, skoro go zatrzymuje służba wojskowa? Ale jeśli mogę zawierzyć jego słowom, a 
raczej jego ustom — nie zawiedzie mnie. O godzinie szóstej, powiedział, na placu miejskim 
pod lipami. O, mój pamiętniku, jakąż drogą kroczy twoja Estera? Kiedy wczorajszego 

background image

wieczoru byłam w jego objęciach, czułam, iż mogę się dlań wyrzec całego świata. Naturalnie, 
pochodzi on z bardzo dobrej rodziny. Ale gdy się znalazłam w swoim łóżku, wszystko 
wydało mi się takie trudne i uciążliwe. Myślę, iż drogi nasz ojciec nie zniósłby tego, abym 
wyszła za mąż za niemieckiego oficera lub może nawet nie wyszła zań — przecież nie wiem 
nawet, czy nie jest już żonaty. A wojskowi są przysłowiowo niestali — kochają, a potem 
odchodzą. I co by wówczas stało się ze mną? Ale ta rozkosz, jakiej doznaję, kiedy czuję 
uścisk jego ramion — czyż może być na świecie coś piękniejszego nad miłość? A jakże 
często śmiałam się z tego. I doprawdy wcale już siebie nie poznaję, a moje poczucie humoru 
zupełnie gdzieś znikło. Pomyśleć, że dopiero trzy tygodnie temu jechaliśmy parowcem do 
Calais — wydaje mi się, że to już cały wiek. I wszystkie miasta, i ludzie, oglądani dotąd, 
zblakli, jak gdyby to był sen. I tylko te trzy ostatnie dni wydają mi się rzeczywistością. A 
może to właśnie jest sen, z którego się obudzę, aby stwierdzić, że go nigdy nie spotkałam. I 
pomyśleć, że gdybyśmy tego wieczora nie poszli do pijalni w Ems, nie ujrzałabym go nigdy. 
Ten boski walc, który tańczyliśmy razem — jak on elegancko tańczy! To była miłość od 
pierwszego wejrzenia i ja zachowałam się wysoce nieskromnie, ale nic sobie z tego nie robię. 
Jednak chciałabym nieraz wiedzieć, co on myśli o 'mnie, kiedy nie jesteśmy razem. 
Ostatecznie mam lat trzydzieści, nie jestem już młodą dziewczyną, jak może mu się wydaje, 
powiedział bowiem, że wyglądam tak młodo. Nazywa mnie swą Engli-sches Madchen!1 O, 
Boże, jak trudne jest życie! Dziwię się sama widząc, jak cała układnosć i dobra edukacja, 
której mnie nauczono, tracą, zda się, wszelkie znaczenie z chwilą, gdy jestem z nim. Muszę 
być doprawdy zła, bo uśmiecham się na myśl, co czuliby i powiedzieli Jan i Eleonora 
1 Angielską dziewczyną (niem.). 
25 
dowiedziawszy się, gdzie spędziła ostatnią noc ich „droga, skromna Estera" i jak cała jej myśl 
wysila się, aby i dzisiejszej nocy również wymknąć się z domu i spotkać z nim pod lipami na 
placu miejskim w Bonn. Na moim zegarku już prawie siódma. Muszę cię już zamknąć, mój 
pamiętniku, i przygotować się do drogi... 
Środa wieczór. Och, Boże, ileż naopowiadałam historii! Przede wszystkim oświadczyłam, iż 
nabawiłam się bólu głowy wskutek wstrząsów dyliżansu i muszę się położyć, i przespać, aby 
wyglądać świeżo przy obiedzie. A potem nasłuchiwałam, aż się przekonałam, że Jan i 
Eleonora rozpakowują się w swoim pokoju, wówczas wymknęłam się. On już tam czekał 
pełen niecierpliwości, buty miał zupełnie zakurzone, jechał bowiem konno przez cały czas i 
musi też wrócić konno z powrotem, aby zdążyć na ranny apel. Ach, jaka szczęsna chwila! Ale 
nie tak cudowna, jak ubiegłej nocy, ponieważ w pobliżu byli ludzie, a choć lipy roztaczały się 
rozłożyście, nie zasłaniały nas tak, jak bym tego pragnęła. Tak, pragnęłam tego, czuję się 
zupełnie wytrącona z równowagi. Tej nocy 
— ośmielęż się zawierzyć nawet tobie, mój pamiętniku? — ma on przyjść pod moje okno. 
Czyż myślałam o tym wybierając sobie pokój na parterze? Tak, będę uczciwa, myślałam o 
tym istotnie. Nigdy już nie będę się śmiała z zakochanych. Zbyt słodka jest miłość i zbyt 
upajająca. Każe nam czynić rzeczy, o których by się nam nigdy nie śniło, i czuć się dumnym 
z nich, dopóki nikt o tym nie wie. A potem, wróciwszy, spotkałam Jana i powiedziałam mu, 
że mając ból głowy wyszłam odetchnąć świeżym powietrzem i udałam się na przechadzkę. I 
cieszyłam się widząc, że tak zwiodłam poczciwego Jana! Tak, i dodałam jeszcze, iż będę się 
czuła jutro zupełnie dobrze, jeżeli pójdę spać zaraz po obiedzie. Biedny Jan, on jest taki ufny i 
ma takie dobre oczy. Wydaje mi się, że Eleonora musi być bardzo szczęśliwa. Wszystko jest 
dla nich takie proste! Ach, Boże! Jakże inne i trudne jest wszystko dla nas. Zbyt to bolesne, że 
nie jest on Anglikiem. Bernhard — to imię dźwięczy pięknie i mocno, tak jak powinno 
właśnie, ale woleje bez tego „h". Mierzy on sześć stóp wzrostu i ma dwadzieścia osiem lat, a 
mnie uważa za dwudziestoczteroletnią 

background image

— nie powiedziałam mu, że jestem starsza. Kiedy mnie obejmuje, niczym mi wszystko, 
nawet prawda. Pomyślna to okoliczność, że możemy rozmawiać ze sobą tylko łamanym 
językiem, jest to dla mnie jak gdyby usprawiedliwienie, że go zwodzę co do mego wieku. 
Ostatecznie trzydzieści i dwadzieścia osiem to nie taka wielka różnica. I on taki duży i silny, i 
pełen męskości — przy nim czuję się zupełnie bezradna i młoda. Jest tyle romantyczności w 
tej pięknej Nadrenii, że czuję się tu zupełnie inaczej, niżbym się czuła w Anglii. W Anglii nie 
potrafiłabym nigdy postępować tak jak teraz, doprawdy nie — byłabym zawstydzona 
doznając tak gwałtownych i rozkosznych uczuć. Piszę to w łóżku z obawy, że poczciwa 
Eleonora mogłaby tu wejść, a ja powiedziałam, że się zaraz kładę. Ale zdaje mi się, że będę 
mogła podnieść się wkrótce 
26 
i zamknąć drzwi, a potem włożę mój liliowy negliż — jest mi w nim do twarzy — i rozplotę 
włosy. Wiem, że to xt.qq.t. śmiała, ale chwilami czuję się zdecydowana jak tygrysica w 
obronie swych młodych. A potem nagle, kiedy pomyślę, że mam ukochanego, który przyjdzie 
nocą pod moje okno, to serce, rzekłbyś, zamiera we mnie. „Romeo, Romeo, czemuś ty 
Romeo?" Och, dlaczego on nie jest Anglikiem? Wszystko byłoby wówczas łatwiejsze, wtedy 
bowiem mógłby starać się o mnie otwarcie. Gdyby ktoś wiedział, że on przyjdzie tu 
dzisiejszej nocy, czy mogłabym ludziom spojrzeć w oczy? A przecie, gdybym była pewna, że 
nikt się o tym nie dowie, czułabym się jak ptak wolny i szczęśliwy, pełen radości, że jego 
towarzysz przybędzie doń w noc księżycową. Tylko że ptaki nie przybywają do swych 
towarzyszek w noc księżycową. Jaka jestem niemądra! Ale, och, gdyby go ujrzano! Nie chcę 
o tym myśleć, nie chcę. Odwagi, moje serce! On mówi, że jestem so schóne1, jak to ładnie 
brzmi. Aleja wiem, że tak nie jest. Nie mam ani różowych policzków, ani jasnych jak len 
włosów, ani koralowych ust tutejszych dziewcząt. Jestem ciemnowłosa i smuklejsza. Może 
dlatego podobam mu się. Och, jak mi mocno bije serce! Muszę cię teraz odłożyć, mój 
pamiętniku. Co — och, co będę miała za sobą, kiedy cię znów wezmę do ręki?!... 
Piątek po południu. Jestem w rozterce. Nie wiem, co mam począć, nie wiem zupełnie. Od 
chwili, kiedy otrzymałam jego drogi list, czuję się bezustannie oszołomiona. Przy pomocy 
słownika zrozumiałam wszystko, co do mnie napisał. Pułk jego wyrusza jutro do Frankfurtu, 
więc błaga mnie, abym podążyła za nim. Mówi, że się pobierzemy i że mnie otoczy „na 
zawsze szczęściem". Ale aż do wymarszu tak jest zajęty, że nie może się ze mną zobaczyć. Ja 
wiem, to moja zwykła wada, że nie potrafię postępować samodzielnie. Anna mi to wciąż 
wyrzuca. Ciekawa jestem, co by też powiedziała wiedząc, że gdybym się mogła zdobyć na 
decyzję, poszłabym doń bez względu na konsekwencje. Nie abym się lękała konsekwencji, 
ale to tak trudno uczynić coś samodzielnie. Tyle jest do załatwienia, jeśli mam wyjechać. 
Ach, gdyby tak mógł ktoś uczynić to za mnie. To nie moja dusza, ale ciało moje zwleka i 
ociąga się. Jakże chciałabym być Anną, która czyni od razu to, co jej się wydaje słuszne. 
Czyżbym się wstydziła tego, co się stało? Nie, nie przed sobą. Jakże mogłabym się wstydzić, 
że byłam powolna nakazom swego i jego serca? Ale nie mogę wymóc na sobie, aby wyjaśnić 
wszystko Janowi i Eleonorze. Oni byliby tak bardzo przerażeni, a jak bym zdołała im to 
wytłumaczyć? Przy tym muszę przygotować się do drogi i sprzedać swój naszyjnik, gdyż nie 
mam dosyć pieniędzy. On by mi przysłał, gdyby wiedział, ale ja nie mogę prosić go o to. Och, 
Boże! Jakie to wszystko trudne. Wczoraj byłam oszołomiona wspomnieniem naszej nocy, 
które wciąż jeszcze mnie pali. Ale dzisiaj opuściła mnie zupełnie odwaga 
Powinno być so schón — taka piękna (niem.). 
27 
i energia. Nasza noc! Nigdy, nigdy nie potrafiłabym pisać o niej, nawet w tobie, pamiętniku 
mój. Było to nazbyt cudowne i straszne, i słodkie. Czy troszczyłam się o to, co czyniłam, czy 
troszczę się o to, co uczyniłam? Po tysiąckroć nie! Gdyby on był tu w tej chwili, stałoby się 
znów to, co się stało. Muszę być zapewne rozwiązła z natury, gdyż w głębi serca odczuwam 

background image

dumę z tego, co zrobiłam. Ale wobec świata, wobec Jana i Eleonory? Jakże mogę pozostawić 
ich bez słowa po tym, gdy mi okazali tyle uprzejmości zabierając z sobą w tę podróż? A jeśli 
nie, jak zdołam opowiedzieć im to, co uczyniłam — co uczyniliśmy oboje? Umarłabym chyba 
ze wstydu! Ale jeśli nie mogę zdecydować się na opuszczenie ich bez słowa i na wszystko, co 
jest konieczne, muszę pojechać z nimi do Kolonii i wrócić do Londynu, nie zobaczywszy go 
już więcej. On wkrótce zapomni o mnie. Będę dlań tylko wspomnieniem nocy miłosnej. 
Może jednej z wielu nocy, bo cóż wiem o nim prócz tego, że go kocham i że wydał mi się 
piękny i dzielny? Gdy podnoszę wzrok, widzę go, jak się nachyla ku mnie w świetle księżyca. 
O Boże! Byłam zła, ale byłam szczęśliwa. Dzwonią na kolację. Tak! Jestem zupełnie 
wytrącona z równowagi. Może w nocy zdobędę dosyć odwagi, by działać, gdyż tak bardzo go 
pragnę!... 
Niedziela. Kolonia. Wszystko odbyło się jak należy bez mojego, zda się, udziału i ciało moje 
przybyło tu wraz z Janem i Eleonorą. Napisałam do niego. Oświadczyłam mu, że jeśli mnie 
naprawdę kocha, przyjedzie do Anglii, aby się o mnie starać. Aleja wiem, że on nie 
przyjedzie. Czuję, że to koniec. Nie jestem naiwna. Jan i Eleonora sądzą, że dostałam 
porażenia słonecznego, w drodze było tak gorąco. A to nie wskutek słońca, lecz księżyca. 
Księżyca! Ja, Estera, która się zawsze śmiałam!... Och, Boże! W piersi mam kawał ołowiu. 
Wczoraj wczesnym rankiem Eleonora przyszła do mojego pokoju i uparła*się pomóc mi w 
pakowaniu. Ona jest taka uprzejma. Wyjechaliśmy o godzinie ósmej i podróżowaliśmy przez 
cały dzień. Teraz mamy zwiedzić katedrę, a jutro wyjeżdżamy dalej koleją i za cztery dni 
będziemy w domu. Jan powiedział dziś wieczór: ,,No, zdaje mi się, że to była bardzo 
przyjemna przejażdżka!" To bardzo miły, kochany chłopiec, ale jakże ślepy! Kiedy wrócimy 
do domu, ucałuję ich wszystkich i powiem: „Jaka rozkoszna przejażdżka!" Gdy tak siedzę tu 
w sypialni pisząc, spoglądam sama na siebie złośliwie: „Droga, skromna, cnotliwa, mała 
Estera". Uf! Nie płakałam wcale, ale jakżebym chciała!... Jutro wyruszamy w drogę, dalej i 
dalej od niego. Umysł mój i wola są zupełnie sparaliżowane, tylko moje zranione serce żyje. 
Wiem, że gdyby tak wypadło jeszcze raz, postąpiłabym zupełnie tak samo. I zawsze 
pozostanę taka sama, zawsze spragniona miłości i swobody, zawsze wolna w swych myślach, 
ale nie w uczynkach... 
Sobota. Od wielu dni nie zwierzałam ci się, pamiętniku mój. I na co? Wczoraj odbyliśmy 
podróż parowcem i stanęliśmy w Londynie. Zaśmiałam się ujrzawszy nasz dom, ale nie 
czułam radości. Wyglądał tak 
28 
powszednio i tak był podobny do innych domów, och, Rolandseck! I poświata miesięczna na 
wodzie! Nie nadszedł od niego list. Byłam naiwna — teraz to widzę. Duma moja jest 
zraniona, a serce boli — boli. Anna patrzy na mnie tak bacznie, nie mogłam powściągnąć 
gorzkiego uśmiechu! Biedna Anna! A Jula biadała nad tym, że jestem taka blada. Głupia. 
Czuję się o wiele starsza od nich. A teraz będę żyła dzień po dniu robiąc zupełnie to samo, co 
robiłyśmy zawsze dotąd. Ale nie będę już czuła tak samo, gdyż byłam tam, gdzie one nie 
były. Odbyłam swą małą przejażdżkę... 
Jako redaktor Franciszka dodała, co następuje: 
„Ta historia rzuca niewątpliwie ciekawe światło na charakter naszych babek z epoki 
wiktoriańskiej. 
F.F." 
 w opałach 
W roku 1920, po śmierci swego stryja, Tymoteusza, Soames Forsyte miał wykonać testament, 
który byłby przyniósł z czasem tak zdumiewające rezultaty, gdyby nie prawo przeciw 
nieograniczonej kumulacji odsetek i kapitału. Soames zadawał sobie niesłychany trud, aby 
wytłumaczyć Tymoteuszowi, iż wskutek tego prawa jego zamierzenia nie będą 
urzeczywistnione. Ale Tymoteusz tylko spoglądał nań bystrym wzrokiem i mówił: 

background image

„Głupstwo! Rób właśnie tak!" I Soames zrobił tak. W każdym razie można było dojść do 
prawnej granicy kumulacji i to było wszystko, co można było zrobić, by zadośćuczynić 
życzeniu starego kawalera. Kiedy w charakterze wykonawcy testamentu Soames przystąpił do 
przeglądania papierów pozostawionych przez Tymoteusza, znalazł raz jeszcze potwierdzenie 
właściwej stryjowi przez całe życie namiętności do bezpieczeństwa. Właściwie nic nie zostało 
zniszczone. Znalazły się tam pokwitowania rachunków za lat siedemdziesiąt i książeczki 
czekowe, do których dodano wypłacone czeki skrupulatnie według dat, a że już przed 
wybuchem wojny Tymoteusz był karmiony łyżką i niezdolny do prowadzenia interesów — 
wszystko to spalono. Mnóstwo papierów odnosiło się do spraw wydawniczych, które 
prowadził on w roku 1879, aby następnie umieścić swój majątek w akcjach „Console". 
Wkrótce potem, szczęśliwie dla Soamesa, sprawy te zakończyły w naturalny sposób swój 
żywot. I te papiery również oddano na pastwę ognia. Ale następnie — i to była o wiele 
poważniejsza rzecz — znaleziono całe szuflady pełne prywatnych listów i wszelakich 
zapisków nie tylko Tymoteusza, ale też i trzech jego sióstr, które od śmierci ojca w roku 1850 
mieszkały z nim razem. I z całą sumiennością, jaka cechowała Soamesa w tym niesumiennym 
świecie, postanowił najpierw je przejrzeć, a dopiero później skazać na zagładę. Nie było to 
30 
atwe zadanie! Przegryzał się niezmordowanie przez tę korespondencję, ;ylabizując jedną po 
drugiej zakurzone ćwiartki pożółkłych listów, creślonych zawiłym pismem epoki 
wiktoriańskiej. Od czasu do czasu, jośród całego mnóstwa sentencjonalnych zdań, bawiły go 
z lekka lelikatne uwagi, które rzucały światło na tego lub owego członka odziny. Po piętnastu 
wieczorach takiego przeglądania — kazał bowiem vszystkie papiery przewieźć ciężarowym 
autem do swego domu w Map-edurham — natknął się na list stanowiący punkt wyjścia 
niniejszego >powiadania. Mieścił się w pożółkłej kopercie zaadresowanej pismem 
Pymoteusza: „Miss Hatty Beecher". Data opiewała: dwudziesty siódmy naja 1851 roku — 
listu tego widocznie nigdy nie wysłano. Hatty Beecher! 'łie byłoż to panieńskie nazwisko 
Hatty Chessman, ruchliwej, starzeją-:ej się, nieco uszminkowanej wdowy zaprzyjaźnionej za 
czasów młodo-ici Soamesa z jego rodziną? Pamiętał jej śmierć, wiosną 1899 roku. Napisała 
jego ciotkom Julii i Esterze po pięćset funtów. 
Soames zaczął czytać list z pełną wstydu ciekawością, choć pismo niało już prawie 
siedemdziesiąt lat, a strony zainteresowane dawno nie syły. Podczas tej lektury ogarnęło go 
dziwne uczucie, jakiego się doznaje •ozpoznawszy ślady krwi w tkankach mumii. 
Droga moja Hatty! (tak zaczynał się list). 
Przypuszczam, że nie będzie Pani bardzo zdziwiona otrzymawszy ode nnie to pismo 
(„najwidoczniej nie otrzymała go nigdy" — pomyślał soames), które sprawiło mi wiele 
niepokoju, nie należę bowiem do tych ekkomyślnych paniczyków, co to czynią w życiu 
najpoważniejsze kroki tez należytego zastanowienia. Jedynie przekonanie, że wchodzą tu v 
grę moje najżywotniejsze interesy, nawet moje szczęście i, tuszę sobie, •ównież i Pani 
szczęście — skłoniło mnie do skreślenia tych słów. Spodziewam się, że nie byłem natarczywy 
w swych atencjach względem Pani, ale też mam zarazem nadzieję, że nie uszło uwagi Pani, 
jak wielkie vrażenie wywarły na mnie wdzięki Jej osoby i Jej charakteru oraz że \ wciąż 
wzrastającym zainteresowaniem szukam Jej towarzystwa. Nie nogę przeto sądzić, że będzie 
się Pani czuła jakkolwiek bądź dotknięta, eśli z całą powagą, wynikłą z długich rozmyślań i 
rozważań w głębi nego serca, poproszę Ją o zaszczyt oddania mi swej ręki. Jeżeli będę tak 
szczęśliwy, iż spotkam się z Pani zgodą na nasze narzeczeństwo, to lołożę największych 
starań, aby zapewnić Pani pomyślne i wygodne )gnisko domowe, otoczyć Ją wszelkimi 
względami i okazać się dobrym nałżonkiem! Jak Pani zapewne wiadomo, mam trzydzieści 
jeden at, interesy moje rozwijają się i szczęśliwy jestem mogąc Pani oświad-:zyć, iż znajduję 
się na drodze do zamożności. Pod materialnym więc vzględem będzie Pani otoczona całym 

background image

komfortem, nawet zbytkiem, jaki stotnie, czuję to, Pani przystoi. Jak powiada, zdaje mi się, 
markiz klontrose: 
31 
Tchórzy przed losem i życie pędzi 
Mało co warte Ten, co się boi postawić wszystko 
Na jedną kartę! 
Wspominałem już, że tego kroku nie czynię lekkomyślnie, i jeśli spodoba się Pani, droga 
moja Hatty, uwieńczyć powodzeniem moje aspiracje, może Pani, wierzę w to, liczyć na mnie, 
iż dam Jej szczęście. Będę jak na rozżarzonych węglach, dopóki nie otrzymam Pani 
odpowiedzi, która, spodziewam się, nadejdzie nie później niż jutro. Spieszę wyrazić Pani 
pełen oddania podziw i pozostaję, droga moja Hatty, 
Pani wiernym i przywiązanym wielbicielem 
Tymoteusz Forsyte 
Z lekkim uśmiechem Soames upuścił na kolana ten pożółkły list 
—  o sześć lat starszy od niego — i pogrążył się w zadumie. Biedny Tymoteusz! I nigdy go 
nie wysłał. Dlaczego? Nigdy nie spróbował szczęścia. O ile sobie przypomina Hatty 
Chessman, dobrze było dla starego kawalera, że się z tego wywikłał. Ze wszystkiego, co 
słyszał, Hatty Chessman była swego czasu swawolną kobietką. 
A jednak! Tu oto leżał list! Nie zaprzeczony dowód, że stryj Tymoteusz też był kiedyś 
człowiekiem. 1851? Rok wystawy międzynarodowej! Tak, mieszkali już wtedy przy 
Bayswater Road, Tymoteusz i dziewczęta, Anna, Jula i Estera! Można sobie wyobrazić, co by 
to było, gdyby taki list spadł z nieba w owych czasach. Co mogła uczynić Hatty, że on nie 
wysłał tego listu? Albo też, co uczynił Tymoteusz? Zjadł coś, co mu nie posłużyło 
—  wcale by się temu nie dziwił, musiał się czegoś przestraszyć. Na kopercie widniało 
nazwisko Hatty, ale brakło adresu. Czy przebywała ona wtedy u nich, czy też... Soames 
wiedział, że była w wielkiej przyjaźni z Julą i Esterą! Wsunął z powrotem list do pożółkłej 
koperty z monogramem Tymoteusza w owalnym medalionie na odwrotnej stronie, rzucił go 
na tacę i zabrał się do dalszego przeglądania papierów pozostałych po stryju. 
Halo! A to co takiego? 
Trzy cienkie czerwone notesy przewiązane razem na kokardkę kawałkiem brudnej, tęczowej 
wstążeczki. Czyje to pismo? Niewątpliwie ciotki Anny, której charakter pisma był 
wyrazistszy i równiejszy niż kogokolwiek z rodziny. Pamiętnik, dalibóg, i to dobrze stary! 
Zaczynał się od zwiedzenia przez nich „kącika" w listopadzie 1850 roku i ciągnął się aż do 
roku 1855, kiedy to stara ciotka Jula poślubiła Septimusa Smalla. Jakaż to musiała być 
staromodna gawęda! Ale nagle oczy Soamesa zabłysły znowu na widok pożółkłego listu na 
tacy i wziąwszy drugą część pamiętnika zaczął przewracać kartki, póki nie dotarł do kwietnia 
1851 roku. 
32 
3 kwietnia. Wszyscy jesteśmy poruszeni wielką wystawą, która ma być otwarta w Hyde 
Parku. James powiada, że nie jest pewny, ale zdaje mu się, iż będzie fiasko. Panuje tam 
wielka krzątanina i Park jest po prostu nie do poznania. Poczciwy Tymoteusz jest zupełnie 
wytrącony z równowagi. Lęka się, że wystawa ściągnie tu mnóstwo łotrów i cudzoziemców, a 
nasz dom może być narażony na włamanie. Tymoteusz stał się teraz bardzo roztargniony i 
nigdy nie rozmawia z nami o interesie, ale przypuszczamy na podstawie rzuconej przez 
Jamesa w niedzielę uwagi, iż zapewne trudno mu się zdecydować ostatecznie na nowe 
wydanie poezji dra Wattsa. Są one bardzo budujące, ale James powiada, że Tymoteusz nie 
wie, czy ktoś zechce je obecnie czytać. 
„Hm! — pomyślał Soames — gdyby Tymoteusz zdecydował się wtedy wydać na nowo te 
okropne wiersze, żałowałby tego niechybnie przez całe życie!" Wzrok jego prześliznął się po 
cienkich, wyraźnie zapisanych kartkach, aż natrafił na następujące miejsce: 

background image

3 maja. Hatty Beecher („ach, jest nareszcie!") przyjechała 30 kwietnia, żeby spędzić z nami 
miesiąc. Jest to bardzo zgrabna dziewczyna i ma śliczne kształty. Poszliśmy wszyscy na 
otwarcie wystawy. Były ogromne tłumy, a nasza kochana młoda królowa miała na sobie strój, 
w którym wyglądała szczególnie dobrze. Nie zapomnę nigdy tej chwili. Jak ludzie 
wiwatowali! Tymoteusz oprowadzał nas, jest, jak się zdaje, zupełnie zadurzony w Hatty i 
ledwie śmie na nią spojrzeć. Mam nadzieję, że ona jest naprawdę miła. Estera i Jula nie mogą 
się jej dość nachwalic. Dzisiaj poszli wszyscy pospacerować po Parku i przyjrzeć się tłumom 
zwiedzającym wystawę, choć pogoda jest wietrzna i słotna. Ale, jak mawiał drogi nasz ojciec, 
to tylko „ranne dąsy", niebawem rozpogodziło się i zajaśniało słońce... 
7 maja. Poszliśmy wszyscy do opery. Poczciwy Jolyon przesłał nam bilet do swej loży wraz z 
żartobliwą uwagą: „Pilnujcie, aby się Tymoteusz nie zakochał w Taglioni, nie byłaby dlań 
odpowiednią żoną". Muszę powiedzieć, że istotnie to coś nadzwyczajnego, jak ona się unosi 
na jednym palcu, ale Tymoteusza, zda się, absorbowało zupełnie coś innego. Przez cały czas 
baletu miał wzrok utkwiony w plecjłch Hatty. Mario był zachwycający, śpiewał jak anioł, nie 
słyszałam nigdy nic piękniejszego. Przy wyjściu mieliśmy wielkie trudności. Padał deszcz i 
nasze krynoliny zmoczyły się zupełnie. Głupi stangret musiał pomylić Tymoteusza z kimś 
innym, nie dostałyśmy wehikułu i trzeba było iść z krużganku pieszo. Ale Hatty była w takim 
nastroju, że jej wcale na tym nie zależało. Istna z niej terkotka. Myślę sobie, czy to bardzo 
rozsądnie ze strony poczciwego Tymoteusza, że się z nią widuje tak często. Jestem pewna, że 
obce jej są wszelkie złe intencje, ale wydaje mi się, że jej suknia wieczorowa była bardziej 
wycięta, niż potrzeba. Dałam jej swój szal brukselski. 
33 
13 maja. Dzisiaj poszliśmy do ogrodu zoologicznego. Hatty nie była tam jeszcze nigdy. Pod 
wieloma względami jest zupełną prowincjuszką, ale bardzo szybko orientuje się w sytuacji. 
Poczciwy Tymoteusz odbył długą drogę ze swego biura, żeby się z nami spotkać. Lękam się, 
iż go pociągnęły tu raczej piękne oczy Hatty niż zwierzęta. Przyznaję, iż zwierzyniec nie 
sprawił mi zbytniej uciechy. Publiczność bardzo pospolita, a małpy tak podobne do ludzi i w 
swych manierach bynajmniej nie miłe. Hatty chciała koniecznie wsiąść na słonia, a 
Tymoteusz musiał oczywiście okazać się kawalerem, ale jestem pewna, że go to naprawdę nie 
zachwycało. I istotnie, zasiadłszy za nią w namiociku znosił wstrząsy z tak głęboką powagą, 
iż nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Estera zaś śmiała się tak, iż lękałam się o całość 
wstążek przy jej kapeluszu. Byłam zmuszona doprowadzić ją do porządku, bo mógł to 
spostrzec poczciwy Tymoteusz. Rada byłam, żeśmy się spóźnili na karmienie lwów. Foka 
była bardzo śmieszna... 
17 maja. James był u nas na herbacie. Opowiedział nam, że Swithin kupił świeżo parę 
szpaków, bardzo ognistych koni, i nie wie, co jeszcze może z tego wyniknąć. Gdyby Swithin 
zaprosił Hatty na przejażdżkę, James radził jej nie jechać. Ale Hatty rzekła: „Przepadam 
wprost za tym". Ma ona z pewnością bardzo dużo odwagi, ale doprawdy skłonna jest do 
lekkomyślności. Nie byłam niezadowolona, że Tymoteusz ma sposobność przekonać się, jak 
ona lubi przygody, gdyż coraz bardziej czuję, że się nią interesuje. Nie pamiętam, aby 
zachowywał się kiedykolwiek tak jak przez te dwa ostatnie tygodnie. A choć ma ona w sobie 
wiele powabu, nie wydaje mi się zupełnie, aby mogła być dobrą żoną. Nie potrafię też ukryć 
przed sobą, iż ten związek wywołałby zamieszanie w naszym życiu. Ale powtarzam sobie 
wciąż, że nie powinnam być egoistką, i gdyby to miało być dla dobra Tymoteusza, zdaje mi 
się, iż nie „mrugnęłabym okiem", jak to Mikołaj mawia żartobliwie. Dziewczęta przepadają 
za nią i nie mają oczu na te drobnostki, które ja widzę i które mnie niepokoją. Muszę się 
spodziewać, że będzie jak najlepiej. Rozmawiałam wczoraj o tym z moim drogim Jolyonem, 
jest teraz głową całej rodziny, teraz gdy nie ma już z nami naszego drogiego ojca. Jolyon ma 
tyle zdrowego rozsądku. Powiedział, żebym się nie martwiła. Tymoteusz nigdy się nie 
zdecyduje „chwycić przynęty". Pomyślałam sobie, że to szczególne wyrażenie. 

background image

20 maja. Złożył nam wizytę niejaki pan Chessman. Przyszedł ze Swithinem. Jula uważa, że 
był ubrany elegancko, ale co do mnie, nie mam upodobania do tych czarno-białych w dużą 
kratę materiałów wełnianych, które, jak się zdaje, stanowią teraz dernier cri1 dla 
dżentelmenów. Estera i Hatty nadeszły, kiedyśmy już siedzieli przy herbacie, i pan Chessman 
okazywał Hatty wiele względów. Przypuszczam, że nie 
1 Ostatni krzyk mody (fr.). 
34 
będę niesprawiedliwa wobec niej twierdząc, iż rzucała mu spojrzenia, które uważam za 
mocno wyzywające. Cieszyłam się, że nie było Tymoteusza. Choć, uczciwie biorąc, nie 
wiem, czy nie byłoby może lepiej, gdyby był ją widział. Swithin powiedział, że pan 
Chessman spekuluje papierami wartościowymi i jest w tym kierunku bardzo obrotny. Muszę 
przyznać, iż według mnie, nadaje się on znacznie lepiej dla Hatty niż Tymoteusz. Więc może 
Opatrzność sprawiła, że znalazł się on w naszym domu. Swithin zaprosił ją i Esterę na 
czwartkowe posiedzenie w Królewskim Towarzystwie Łuczniczym. Następnie dwo-rował 
sobie z Jamesa z powodu nowo nabytych koni i powiedział, że jest starą babą. Nie powtórzę 
tego Jamesowi; to by go tylko rozstroiło. Wieczorem po obiedzie czytałam głośno Cowpera 
dziewczętom i Tymoteuszowi. Wybrałam jego słynny poemat Zadanie, zaczynający się od 
śmiałego wiersza: „Ciebie opiewać chcę, kanapo!" Nie czytałam zbyt długo, gdyż Tymoteusz 
wydawał się taki senny: pracuje bardzo ciężko przez cały dzień w swym dusznym biurze. 
Muszę powiedzieć, iż Hatty wcale nie zachowywała się dobrze. Robiła za moimi plecami 
jakieś grymasy, które widziałam doskonale w lustrze, ale, oczywiście, nie zwracałam na to 
żadnej uwagi, bo ona jest naszym gościem. Co do mnie, uważam, iż Cowper bardzo jest 
wdzięczny i budujący, choć, prawdę mówiąc, wolę Johna Gilpina od wszystkich jego 
poważnych poematów... 
23 maja. Wczoraj odbyła się maleńka scena, i wcale już nie jestem pewna, na czym polega 
obecnie mój obowiązek. Dziś rano, po wyjściu Tymoteusza do biura, udałam się do jego 
gabinetu, aby odkurzyć książki, które kupił wraz z Jamesem, kiedyśmy tutaj zamieszkali. 
Każdy z nich nabył kompletną małą biblioteczkę, zawierającą Kosmos Humboldta, Hudibrasa 
i wszystkie co cenniejsze dawne dzieła. I kogóż tam zastałam? Hatty, siedzącą w fotelu 
Tymoteusza i czytającą książkę, w której od razu rozpoznałam jeden z małych oprawnych w 
skórę tomików lorda Byrona.^Była tak pogrążona w lekturze, iż zauważyła mnie dopiero, gdy 
stanęłam tuż obok niej. Doznałam po prostu wstrząsu przekonawszy się, iż czytaną przez nią 
książką jest ów okropny Don Juan, o którego tyle było wrzawy. Hatty nie próbowała nawet 
ukryć tego, lecz odezwała się złośliwie: 
—  Kto by też mógł pomyśleć, że Tymoteusz posiada tę książkę! Zdaje mi się, że się 
uniosłam i rzekłam ostro: 
—  Uważam, droga moja Hatty, iż nie jest rzeczą właściwą przychodzić do pokoju 
mężczyzny, siadać w jego fotelu i czytać podobną książkę. Nie spodziewałam się tego po 
tobie! 
Na to ona odparła nieuprzejmie: 
—  Jak to? Czytałaś tę książkę? 
—  Oczywiście, że jej nie czytałam — rzekłam. 
—  W takim razie — powiada zuchwale — co ty możesz o niej wiedzieć? 
35 
—  Jest rzeczą powszechnie znaną — mówię — że to książka nie dla panien. 
Hatty potrząsnęła głową, czerwona jak burak. Lecz ja stałam dalej, patrząc na nią, tak że 
wreszcie wstała i odłożyła książkę tam, skąd ją wzięła. Przeszło mi przez myśl, aby 
skorzystać z tej sposobności, lecz przypomniałam sobie w porę, że ona nie ma matki i jest 
naszym gościem, rzekłam więc tylko: 
—  Wiesz dobrze, droga Hatty, że Tymoteusz nie lubi, kiedy się bierze jego książki. 

background image

Ona zaśmiała się i powiedziała złośliwie: 
—  Nie, one nie wyglądają na to, aby były przeznaczone do czytania. Coś mnie korciło, ale 
się pohamowałam. Ostatecznie jest młoda i pełna 
temperamentu i sądzę, że nasz mały dom wydaje się jej z pewnością zbyt spokojny. Hatty 
wybiegła z pokoju i już jej nie widziałam. A teraz nie mogę się zdecydować, czy mam o tym 
powiedzieć Tymoteuszowi. Jestem pewna, że jest on poważnie epris1. Kiedy sądzi, że go nikt 
nie widzi, spogląda na nią bezustannie, gryzie sobie palce i od pewnego czasu nie odpowiada 
na nasze pytania. Wydaje się, doprawdy, że wcale nie słyszy tego, co się doń mówi. 
Powiedziałabym mu od razu, gdybym wiedziała, jak to przyjmie. Ale mężczyźni są tacy 
śmieszni, i kto mi zaręczy, że to właśnie nie rozpali go bardziej jeszcze, zamiast go uspokoić. 
Jakkolwiek bądź, czuję coraz więcej, że Hatty nie byłaby dlań wcale idealną towarzyszką. 
Jemu przydałaby się bardziej kobieca istota, a zwłaszcza taka, która by się zeń nie śmiała. 
Wydaje mi się, że trzeba czekać, co czas przyniesie, jak mawiał często drogi nasz ojciec...   , 
25 maja. Swithin zabrał dziś wieczór swoją karetą Esterę i Hatty. Były u niego na obiedzie, na 
który zaprosił też pana Chessmana oraz państwo Traguair. Tymoteusz wyglądał jak chmura 
gradowa, przez cały wieczór siedział z miną grobową, a kiedy dziewczęta wróciły do domu w 
różowych humorach, zauważyłam, że był tak podniecony, iż przez omyłkę przysunął Hatty 
swoją szklankę z ponczem. Odchodząc do swego pokoju zostawiła ona na poręczy krzesła 
swój szal, a kiedy Tymoteusz pochwycił go, aby jej odnieść, spostrzegłam, iż go przytknął do 
nosa. Bardzo się lękam, że ona w nim obudziła zgoła nie najszlachetniejsze porywy. To jest 
powodem, że trudno mi bardzo poruszyć pewne sprawy. Mam wrażenie, że pana Chessmana 
zesłała tu Opatrzność. Badałam szczegółowo Esterę na ten temat i, wedle jej słów, on i Hatty 
zapłonęli ku sobie. Nie sądzę, opierając się na twierdzeniu Swithina, żeby pan Chessman był 
tak dobrze sytuowany jak drogi Tymoteusz, który odznaczał się zawsze wielką oszczędnością, 
a teraz robi doskonałe interesa na elementarzach szkolnych. Jestem pewna, że pan Chessman 
nie jest dostatecznie zabezpieczony, ale oddając Hatty sprawiedliwość uważam, iż nie kieruje 
się ona materialnymi pobudkami. Wszystko to 
1 Zajęty nią (fr.) 
36 
jest mocno denerwujące i mogę tylko modlić się o to, aby sprawy przybrały jak 
najpomyślniejszy obrót. 
28 maja. Tymoteusz zawiadomił mnie dziś listownie, że wyjeżdża do Brighton odetchnąć 
nieco morskim powietrzem i nie wróci przed upływem dwóch tygodni. Trudno sobie 
wyobrazić, jaką mi to sprawiło ulgę, gdyż po tym, co zaszło poprzedniego wieczora, lękałam 
się, czy nie jest moim obowiązkiem — wkroczyć. Muszę więc przypuszczać, że Tymoteusz 
wie, co miałam mu do powiedzenia, i że wszystko zostało jak najlepiej załatwione. Udał się 
wehikułem na stację i odjechał najwcześniejszym pociągiem, nie pożegnawszy się i właściwie 
nie widząc nikogo z nas. Muszę wyłożyć wszystko, co się stało, możliwie najdokładniej. 
Wczoraj wieczorem państwo Traąuair zaprosili Hatty do siebie na obiad, a następnie na operę 
do swej loży. My czworo zjedliśmy spokojnie w domu obiadek, w swoim własnym gronie po 
raz pierwszy od przyjazdu Hatty. Kucharka zrobiła szczególnie smaczną leguminę, a pieczone 
grzanki były tak dobre jak nigdy. Tymoteusz wydobył butelkę specjalnego brunatnego sherry 
i własnoręcznie napełnił nam kieliszki. Po czym, podniósłszy swój, przymknął' oczy i rzekł: 
„No, za zdrowie piękności i ogniska domowego!" Wyglądał przy tym niemalże swawolnie. 
Ale po obiedzie był bardzo roztargniony i oddalił się do swego gabinetu. Muszę wyznać, że to 
mnie zaniepokoiło, nigdy bowiem nie widziałam, aby wzniósł jakiś toast lub w ten sposób 
mrużył oczy. A wiedząc to, co wiedziałam, nie mogłam oprzeć się obawie, że postanowił 
oświadczyć się. Grałyśmy przez jakiś czas w bezika, Jula i ja, i stawałam się coraz to 
niespokojniejsza, kiedy zaś wniesiono poncz, zaniosłam Tymoteuszowi szklankę do jego 
gabinetu. Siedział przy biurku gryząc obsadkę i utkwiwszy wzrok w suficie. Zauważyłam, że 

background image

musiał podrzeć jakiś list. Dokoła leżały jeszcze jego szczątki, a gdy odważyłam się podnieść 
jeden z nich, aby go rzucić do kosza, ujrzałam na nim wyraz „Hatty". Moje wejście 
zdenerwowało widocznie Tymoteusza. 
— Czego tu szukasz, Anno? — zapytał. — Jestem zajęty. 
Po czym znów pogrążył się w myślach. Nie wiedziałam po prostu, co mam właściwie 
uczynić. Wyszłam więc i usiadłszy w salonie czekałam, aż on pójdzie na górę. Dziewczęta 
udały się już na spoczynek, a ja usiadłam z robótką przy oknie — noc była taka ciepła. 
Wyznaję, iż siedząc tak modliłam się. Tymoteusz zawsze był moim ulubieńcem, odkąd 
umarła nasza droga matka wydając na świat Zuzannę, i przerażała mnie myśl, że mógł 
uczynić kjok, który by sprowadził nań nieszczęście. Nie wyobrażałam sobie, aby mógł 
napisać do Hatty i podrzeć coś innego niż list z oświadczynami. Twarz miał zgorączkowaną, 
a wzrok jakiś szklany. Musiałam przesiedzieć przy oknie dosyć długo. Na Bayswater Road 
było zupełnie cicho, światła na wystawie w Parku płonęły tak ładnie, a na niebie migotały 
gwiazdy — zawsze wydawały mi się 
37 
cudowne, jasne i takie dalekie. Nie mogłam należycie pracować myśląc o poczciwym 
Tymoteuszu. On długo nie udawał się na górę, choć było coraz później. Wiedziałam, że 
czeka, aż Hatty wróci do domu, aby jej osobiście doręczyć napisany przez siebie list. 
Ogarnęła mnie wprost rozpacz, aż wreszcie pomyślałam sobie: „Kiedy Hatty wróci, pójdę 
sama otworzyć jej drzwi, może Tymoteusz pozwoli mi rozmówić się z sobą, zanim «wykona 
skok», jak mówił James". Nerwy miałam napięte niczym struny, wreszcie wzięłam tom 
wierszy pana Cowpera i próbowałam uspokoić się nieco. Powozy i dorożki wracały teraz 
ulicą, wioząc ludzi z wystawy i teatrów do domu — wiedziałam, że niedługo wypadnie mi 
czekać. Czytałam właśnie te dowcipne wierszyki O wysokiej cenie ryb, kiedy ujrzałam, jak 
przed naszymi drzwiami zatrzymała się dorożka. Przyznaję, że czułam się jak uderzona 
obuchem i musiałam przetrzeć oczy, byłam bowiem pewna, że Traąuairowie odwiozą Hatty 
swoim powozem. Naprzód wysiadł mężczyzna w narzutce teatralnej i cylindrze, po czym 
widziałam, jak zupełnie zdecydowanie pomógł Hatty wydostać się. Postawiwszy ją na ziemi 
podniósł jej rękę do ust i pochwyciłam rzucone mu przez nią szczególne spojrzenie. Wreszcie 
wsiadł z powrotem do dorożki i odjechał. Był to pan Chessman. Zrazu czułam się tak 
odrętwiała na myśl, że ona odbyła całą drogę z opery sama z nim w powozie, iż nie mogłam 
się ruszyć. A potem zastanawiałam się, czy Tymoteusz również widział to, co ja widziałam. 
W najwyższym podnieceniu zbiegłam po schodach do hallu. Drzwi do jego pokoju były 
zamknięte, a dzwonek rozlegał się przy wejściu. Tymoteusz nie wyszedł, musiał więc, jak 
uważałam, widzieć wszystko. Lękam się, iż uczyniłam coś wysoce niewłaściwego: stanąwszy 
pod jego drzwiami nasłuchiwałam. Według swych własnych uczuć mogłam wy wnioskować, 
jak musiała nim wstrząsnąć okoliczność, że kobieta, której miał zamiar się oświadczyć, 
jechała sama wieczorem z prawie obcym mężczyzną jednym z tych nowych wehikułów, tak 
bardzo sprzyjających intymności. Usłyszałam jakiś szmer, jak gdyby ktoś dyszał niezmiernie 
ciężko — była to straszna chwila. I w obawie, żeby nie uczynił czegoś gwałtowniejszego, 
pobiegłam otworzyć frontowe drzwi. Przede mną stała Hatty z chłodnym wyrazem. Bogu 
dziękuję teraz, że nic jej nie powiedziałam, ale ona musiała wyczytać w mojej twarzy, że 
wiem wszystko. 
— No — rzekła zuchwale — jesteśmy więc tu znowu! Świetnie spędziłam czas! Dobranoc, 
panno Forsyte! 
I pobiegła na górę. Serce moje krwawiło z powodu Tymoteusza. Znów nasłuchiwałam pod 
jego drzwiami i mogłam rozróżnić jego kroki przemierzające pokój tam i z powrotem, 
rzekłbyś, dziki zwierz w klatce. Długo chodził w ten sposób, bo choć uczuć swych nie 
uzewnętrzniał, były one zawsze bardzo głębokie. Trudno sobie wyobrazić, jakiej doznałam 

background image

ulgi słysząc nagle, że zaczął pogwizdywać coś wesołego. Domyśliłam się więc, że najgorsze 
już przeszło. I choć Tymoteusz przechadzał się jeszcze 
38 
w dalszym ciągu, przekradłam się na górę cicho jak myszka. Jestem pewna, że słusznie 
postąpiłam w tym wypadku, uważając, że rozwaga jest główną podstawą męstwa. Tymoteusz 
nie znosi po prostu, aby go ktoś widział w stanie podniecenia, to wprawia go niemal w szał. 
Znalazłszy się w swoim pokoju padłam na kolana i podziękowałam Panu Bogu za to 
opatrznościowe zrządzenie losu, jakkolwiek myśląc o tej jeździe Hatty dorożką czuję, że 
drogi Opatrzności są zaiste niezbadane. Wielką ulgę sprawia mi świadomość, że Tymoteusz 
jest teraz w Brighton, zażywając zdrowego powietrza morskiego i wszelkich rozrywek... 
I  czerwca. Hatty odjechała dzisiaj. Byłoby mi przykro powiedzieć, iż uważam ją za 
lekkomyślną, pewna jestem, że w gruncie rzeczy ma ona dobre serce. Ale muszę przyznać, że 
jej wpływ na Julę i Esterę był niepokojący — oczywiście jest ona młodsza od nich, a 
dzisiejsza młodzież nie odznacza się wcale odpowiednim zachowaniem i ma bardzo małe 
poczucie obowiązku czy po prostu dobrych manier. Trudno mi, doprawdy, wybaczyć jej 
złośliwą uwagę wypowiedzianą w ostatniej chwili: 
—  Powiedz Tymoteuszowi, że przykro mi, jeżeli nadszarpnęłam jego słabe nerwy. 
Po czym umknęła szybko, zanim mogłam zdobyć się na odpowiedź... 
6 czerwca. Tymoteusz jest wciąż w Brighton. Estera miała od niego wczoraj list, w którym 
donosi, iż odbył Wycieczkę aż na Devil's Punchbow, co mu wpłynęło dodatnio na wątrobę. 
Oglądał też tresowane pchły oraz akwarium. Pisał, że i Swithin przyjechał tam swymi 
nowymi szpakami, ale on* Tymoteusz, niezbyt się nimi zachwyca — oczywiście nie zna się 
na koniach tak jak Swithin. W liście swoim nie wspomina ani jednym słowem o Hatty, mam 
więc nadzieję, że rana zaczyna się zabliźniać! Dziś po południu przyszedł Jolyon — 
dziewcząt nie było właśnie w domu — i mówił mi, że kupił obraz Holenderskie łodzie 
rybackie o zachodzie słońca; jaki on ma trafny sąd! Był tak szczery, że zwierzyłam mu się o 
Tymoteuszu i Hatty. Zmrużywszy oczy rzekł: 
—  Hm! Tymoteusz był w opałach. Doprawdy, utrafił w sedno rzeczy... 
II  czerwca. Wszyscy mówią, że wystawa to bardzo udana impreza mimo tylu cudzoziemców, 
których tu ściągnęła. Książę Albert stał się bardzo popularny. Estera otrzymała dziś rano list 
od Hatty. No, no, pan Chessman oświadczył się jej. Jaka to ulga! Niezależnie już od drogiego 
Tymoteusza ciążyło mi na sumieniu, że ona zachowywała się tak będąc w gościnie u nas. A 
teraz, kiedy Tymoteusz wraca już do domu, będzie wszystko dobrze, jeżeli tylko te nowiny 
nie rozjątrzą jego rany... 
Soames upuścił małą czerwoną książeczkę i wziął pożółkły list. Ważył w ręku tę cienką i 
nieco zatłuszczoną ćwiartkę papieru. Więc to było tak! Zachichotał z cicha. Stare dziwadła! 
Ale nagle odezwał się w nim odruch lojalności. Nikt prócz niego nie powinien się z nich 
śmiać! Nikt, na Jowisza! I chwyciwszy zeszyt oraz list rzucił je po kolei w ogień. 
%onkury o ciotkę Juk 
Wojnę krymską i małżeństwo Septimusa Smalla z panną Julią For-syte, dwa wydarzenia, 
które wypadły w roku 1855, połączył piknik na wodzie urządzony na cześć „bohatera", 
majora Smalla, młodszego brata Septimusa, rannego w nogę. Architektura związała 
niewątpliwie Septimusa z rodziną Forsyte'ów, był on bowiem wspólnikiem firmy Dew-
bridge, Smali i Keyman, której specjalność stanowiło budownictwo w stylu gotyckim, modne 
wówczas na wyspach brytyjskich. Roger Forsyte miał w związku z swym zawodem — 
nabywaniem nieruchomości — wiele do czynienia z tą firmą, która wykonała dlań plany 
domów na terenach wybranych w Kensington, wówczas oddalonym jeszcze przedmieściu. 
Roger odwiedzał od czasu do czasu Septimusa Smalla w niedzielę w jego willi nadbrzeżnej w 
Twickenham, aby wykończyć plany przy cygarze i kieliszku wina. Po jego ślubie w roku 
1853 towarzyszyła mu żona i obaj panowie zabierali ją na przejażdżki łódką, wiosłując tak, 

background image

jakby byli na morzu. Panowie nosili długie bokobrody, białe spodnie i niskie, szerokoskrzydłe 
kapelusze słomkowe, zaś śliczna i*drobna pani Forsyte sterowała, a jej krynolina zakrywała 
rufę i część łodzi. Podczas tęgiej zimy w roku 1854 Septimus, człowiek słabej kompleksji, 
zapadł przez nieostrożność na bronchit. Wyszedł z choroby z długą brodą oraz kaszlem, który 
mu zjednał później ze strony młodych „Rogerów" przydomek: „pastylka od kaszlu". Zjawili 
się oni na horyzoncie między rokiem 1853—1862, a George, wynalazca przydomka, należał 
do rocznika 1856. Niewątpliwie ta to właśnie długa broda i kaszel zdobyły Sep-timusowi 
serce Julii, do tego czasu po prostu „ciotki Juli", gdyż tylko młody Jolyon, młody Roger, 
młody Mikołaj, Ernest i.St. John Hayman znajdowali się już na świecie i co najwyżej byli 
jeszcze w kołysce. Kiedy po latach dowiedziała się ona, że drogiego Septimusa przezywają w 
rodzinie „pastylką od kaszlu", omal nie zemdlała. 
40 
W roku 1855, mając lat czterdzieści, odznaczała się różową cerą i swoistym wdziękiem. Ale 
zaprzeczyłaby energicznie uwadze, jaką niejednokrotnie wypowiadał Roger do swej żony: 
„Jula ma zamiary względem Sępa". Co za pomysł! Ona ma zamiary, rzeczywiście, kiedy tu 
chodziło całkowicie o jego dobro, a najmniejszy jego kaszel budził w niej pełne rozkosznego 
drżenia współczucie. On tak bardzo potrzebował kogoś, kto by się oń troszczył i baczył, by 
się pilnował w nocy, kto by pielęgnował jego brodę, tak imponująco po męsku spadającą mu 
na pierś. Przykrość sprawiała jej myśl, że ktoś o wyglądzie tak interesującym, niemal 
dorodnym, mógł być, jak twierdził Roger, niewzruszonym kawalerem. Jej siostra Zuzanna, o 
siedem lat młodsza od niej, była już trzy lata zamężna za Johnem Haymanem i opowiadała jej 
zawsze, jak John podziwiał ją w tej lub innej sukni, a raz posunął się do aluzji, iż najwięcej 
woli ją bez niczego — jakież to śmiałe ze strony Zuzanny! 
Kiedy w lipcu 1855 roku zaproszono ją wraz z Rogerem i jego żoną na ten piknik na wodzie, 
była bardzo podniecona i wiele czasu poświęciła swej toalecie. Zjawiła się wreszcie w 
różowym kolorze, z zielonymi wstążkami przy kapeluszu i nowiutkiej krynolinie. Roger, 
mieszkający wówczas przy Bayswater w domu, który zamierzał sprzedać niebawem z 
umiarkowanym zyskiem — dopiero w roku 1869 zainstalował się na stałe przy Princes Gate 
— przyjechał po nią swoim powozem zupełnie nowomodnego typu, zwanym „Victoria" 
(Roger był zawsze taki niezwykły i ludzie uważali go za ekscentryka). W drodze do 
Twickenham musiał siedzieć tyłem do koni na wąskiej ławeczce, która znajdowała się poniżej 
wysokiego kozła, przymocowana żelazną podpórką. Było mu tam tak niewygodnie, że 
wszyscy troje doznali ulgi przybywszy wreszcie na miejsce. Poczciwy pan Smali powitał ich 
przy bramie; wyglądał imponująco w kapeluszu chroniącym od słońca i białych spodniach — 
„kaczych szczudłach", jak je określił Roger, zawsze taki sam kpiarz. W ręku trzymał pęk 
goździków. „To dla pani, panno Julio", rzekł podnosząc je uroczyście do samego jej nosa. 
Wpięte w jej szal kwiaty wyglądały znakomicie na tle sukni i bardzo pachniały. Wszystko 
byłoby doskonale, gdyby Roger parokrotnie nie mrugnął szybko okiem. Jak gdyby!... Potem 
wszyscy udali się do domu, aby powitać majora Smalla i coś przekąsić przed wyruszeniem 
nad rzekę. 
„Pastorowa Willa" (ciotka Jula przemianowała ją potem na „Słoneczną") nie była zbudowana 
przez firmę Dewbridge, Smali i Keyman. Utrzymana w stylu epoki króla Jerzego, 
dwupiętrowa, miała oszklone drzwi, wychodzące z salonu na murawę, tuż obok przepływała 
rzeka, a naprzeciwko znajdowała się mała wysepka. W salonie były cztery osoby, tak że 
razem uczestniczyło w pikniku osiem osób: major Smali, dorodny, brodaty jegomość o 
sztywnej nodze, w garniturze z surowego jedwabiu, Hatty Chessman, jak zawsze dusza 
każdego towarzystwa, 
41 

background image

i — „któż jeszcze, jak sądzisz, moja droga?" — August Perry, niemal już sławny dzięki swym 
zachwycającym książkom łączącym muzykę z rymami oraz swym recytacjom towarzyskim. 
On to właśnie był twórcą tego ronda, które stało się tak popularne: 
Na łódź! Dalej wiosła, stery, Niech panuje humor szczery, Zaśpiewajmy wraz Down-derry! 
Ostatni wiersz miewał czasem dowcipne warianty, np.: „Będziemy śpiewać i pić sherry" albo: 
„Niech nam żyje Gucio Perry!" 
Siedząc na obitym kretonem krześle z kieliszkiem sherry-cobbler w ręku i wazonem lawendy 
tuż obok, Jula nie mogła powstrzymać się od patrzenia raz po raz na panią Augustową Perry, 
zastanawiając się po trosze, czy sprawi jej przyjemność być żoną tak popularnego i tak 
poszukiwanego człowieka jak Gucio Perry, który grał też na gitarze. Miała nadzieję, że Roger 
nie znajdzie się w tej samej łodzi co ona — tak lubił się przekomarzać — zwłaszcza jeśli tam 
będzie ich drogi gospodarz. Spodziewała się również, że zauważył on ożywioną rozmowę, 
jaką prowadziła z majorem Smallem. I doprawdy był to zaszczyt toczyć z nim gawędę, bo 
ostatecznie to on miał sztywną nogę i był bohaterem, ale przez cały czas udawało się jej mieć 
baczenie na kochanego gospodarza, i spostrzegła, że był trochę niespokojny. A potem 
wszyscy skierowali się poprzez gazony ku dwóm łodziom, które wyglądały tak wdzięcznie z 
pasiastymi poduszkami i brązową politurą. Chwila szczególna — Jula nie wiedziała, do której 
łodzi ma wejść, a August Perry nie przestawał sypać żartami. Ale pan Septimus ujął ją 
delikatnie, a zarazem mocno za ramię powyżej łokcia i skierował ku łodzi, w której usiadła 
żywo obok swej szwagierki na rufie. 
—  Moja droga — rzekła — spodziewam się, że nie każą mi sterować. To taka wielka 
odpowiedzialność. 
—  O! Ja będę sterowała, droga Julo — odparła szwagierka. Siedziały tak stykając się 
krynolinami i — o, radości! — kto wsiadł do 
łodzi jak nie drogi pan Septimus i August Perry. Nie mogła powściągnąć uśmiechu, kiedy ten 
pocieszny Gus rzekł: 
—  Ściągnę surdut, Sep. 
A pan Septimus, zawsze rycerski, zapytał: 
—  Czy panie pozwolą? Oczywiście, pozwoliły! 
Zrzucili więc obydwaj surduty i umieścili wiosła w dulkach. I łódka pomknęła naprzód. Było 
cudownie! Julia czuła, bądź co bądź, że nie tylko ona, lecz i ta kochana Maria, taka milutka, 
siedząca obok niej, rada była, że w ich łodzi nie znajdował się poczciwy Roger (choć przecież 
był jej mężem). Jak wspaniale wiosłowali, niemal do taktu! August Perry — ze swoją okrągłą 
twarzą, zupełnie wygolony — rzucał ciekawe spojrzenia 
42 
spoza pleców pana Septimusa i robił takie zabawne uwagi. A potem naumyślnie puścił wiosło 
i zsunął się na dno! Ile tam było śmiechu — tak śmiesznie wyglądał! Naprzód płynęli 
przeciwko prądowi, potem — z prądem, woda była taka zielona, a łabędzie takie białe. W 
końcu przybili do małej wysepki na wprost „Pastorowej Willi", gdzie znalazły się zapasy 
piknikowe, kto by się spodziewał! Wszystko tak cudownie obmyślone i tak było 
romantycznie pod wierzbami! Rozpostarto koce, August Perry ujął gitarę — zupełnie jak na 
obrazie Watteau. 
Lunch okazał się wyśmienity. Sałatka z homarów, pieróg z gołębi, ciasto ponczowe, maliny i 
szampan. Znalazły się talerze i łyżki, widelce i serwetki, a z boku przyglądał się temu milutki 
piżmowiec. Nigdy jeszcze Julia nie cieszyła się tak jak wtedy i doznała doprawdy głębokiej 
ulgi na widok majora Smalla flirtującego na zabój z Hatty Chessman. Być obsługiwaną przez 
kochanego gospodarza — zaszczyt to nie lada, a Roger i Gus Perry tacy byli zabawni. 
Wszystko razem okazało się zachwycające. Kiedy po skończonym lunchu panowie zapalili 
cygara, zaintonowano wspólnie czarujące ronda: Na łódź, na łódź! Trzy ślepe myszki, Biały 
piasek, szary piasek. Głos pana Septimusa brzmiał tak męsko i głęboko, niemal jak organy. 

background image

Potem bawiono się w chowanego. Każdemu po kolei dano pięć minut na ukrycie się przed 
innymi — jaki dowcipny i ciekawy pomysł! Julia schowała się w krzakach wierzbiny i kto —
jak też myślicie —ją znalazł? Pan Septimus, i był taki zdumiony! Kiedy już przeszła kolej 
wszystkich, okazało się, że czas na herbatę, i nie lada była sprawa z ugotowaniem wody w 
kociołku. Roger, oczywiście, zaproponował — to do niego podobne! — by zostawić tu 
kociołek i pójść na herbatę do domu, ale to by popsuło cały romantyczny nastrój. A kiedy 
woda wreszcie się zagotowała, byłaby wyborna herbata, gdyby nie zalatywała dymem. Ale 
nikt się tym nie przejmował, bo to przecież był piknik! Wreszcie nadeszła chwila, kiedy 
sześcioro innych weszło do łodzi i odpłynęło. Wydawało się to czymś wprost 
opatrznościowym. Wówczas ona wraz z kochanym gospodarzem pomagała służącym 
spakować wszystko, aby drugą łodzią zawieźć z powrotem do domu. Podczas tego Julia 
zauważyła, że Septimus zakaszlał kilkakrotnie.   • 
—  Jestem pewna, drogi panie Septimusie — rzekła — że tu dla pana zbyt wilgotno o tak 
późnej porze. Już po szóstej. 
Jak życzliwie przyjął tę uwagę. 
—  Usiądźmy sobie na murawie, panno Julio — rzekł — i czekajmy na powrót tamtych. 
Usiedli więc pod cedrem, gdzie panował cudowny chłód i było zupełnie zacisznie, gdyż 
gałęzie spuszczały się bardzo nisko. Julia doznawała wprost uczucia jakiegoś niepokoju, 
siedząc tu tak z nim sama po raz pierwszy. Ale on był taki poprawny i rozmawiał z nią o 
Southeyu. Czyjej się podoba jego poezja? On osobiście woli Miltona. 
—  Muszę się przyznać, panie Septimusie — rzekła — że nie czytałam 
43 
Raju odzyskanego, ale Milton jest bez wątpienia wielkim poetą, taki dźwięczny. 
—  A co pani sądzi o twórczości Wordswortha, panno Julio? 
—  Och, ja uwielbiam pana Wordswortha! Czuję, że musiał mieć niezwykle szlachetny 
charakter. 
Mówiąc to nie mogła się oprzeć ciekawości, czy też zapyta ją o poezję Byrona. Gdyby to 
uczynił, odważyłaby się odpowiedzieć: „Tak, czytałam!" Nie chciała bynajmniej mieć przed 
nim jakichkolwiek sekretów, a lektura Childe Harolda i Giaura wywarła na niej tak silne 
wrażenie! Oczywiście, lord Byron nie odznaczał się dobrymi zasadami, ale była pewna, iż 
drogi pan Septimus nie potrafi jej w żaden sposób podejrzewać o czytanie nieodpowiednich 
książek. W gabinecie Tymoteusza było kilka tomów Don Juana. Estera czytała to i była 
przerażona. A kiedy z jego strony nie padło oczekiwane pytanie, doznała rozczarowania. To 
by ich niewątpliwie znacznie, zbliżyło ku sobie. Czuła jednak, że ten temat onieśmielał go — 
zapytał natomiast, czy lubi powieści Karola Dickensa. 
—  Oczywiście — odparła — to utalentowany pisarz, ale uważam, że on opisuje bardzo 
osobliwe typy, z zupełnie pospolitej sfery. A w Klubie Pickwicka tyle się mówi o piciu 
alkoholu, choć, wiem to dobrze, książka podoba się wielu osobom. Czy pan się zachwyca 
Klubem Pickwicka, panie Septimusie? 
—  Nie, panno Julio. Ta książka wydaje mi się niezmiernie ekstrawagancka. 
Czas w cieniu cedru upływał tak szybko i byłoby zupełnie dobrze, gdyby komary nie cięły jej 
okrutnie przez pończochy — nie mogła, oczywiście, się drapać ani nawet zawołać: „O!" Była 
niezmiernie ciekawa, czy jego również cięły. Im dłużej siedzieli, tym bardziej czuła, jak mało 
troszczy się on o siebie — nie miał nawet szala mimo wieczornego chłodu. Potrzeba mu 
koniecznie kogoś, kto by się nim opiekował. Komary cięły w dalszym ciągu, a ona 
uśmiechała się, a łódź mknęła z powrotem. August Perry zaś śpiewał przy gitarze. Jakiż z 
niego był miły gawędziarz! I jak było romantycznie — muzyka na wodzie! 
A potem skończyło się wszystko i sama z drogą małą Mary pojechała do domu ,,Victorią", 
Roger odmówił tym razem zajęcia miejsca na nędznej ławeczce tyłem do koni i wsiadł wraz z 

background image

Hatty Chessman do jej karetki. Co za ulga! Popołudnie przeszło tak... tak świątecznie, że Julia 
nie chciała znosić z tego powodu przycinków... 
Tego wieczoru siedziała długo przy oknie na Bayswater Road, myśląc o brodzie Septimusa i o 
tym, czy też kiedy się ośmieli nazwać go „Sępem", czy on zwróci się do niej z prośbą w 
sprawie odwiedzenia jej starszego brata, drogiego Jolyona — teraz kiedy ich ojciec nie żyje... 
A potem zaczęła się ich korespondencja — to było zachwycające przeżycie. Listy jego 
zawierały od czasu do czasu gałązkę lawendy 
44 
—jego ulubione perfumy. Były to wspaniałe listy, pisane przez architekta i człowieka pełnego 
wzniosłych zasad, i tak subtelnego. Od czasu do czasu miała istotnie wrażenie, jak gdyby 
odznaczał się on nadmierną subtelnością, gdyż często czytała biblijne formuły ślubne i 
myślała o ich znaczeniu — kto by tego nie uczynił? Ze swej strony starała się nie być w 
listach pochopna do plotek, lecz iść śladem Marii Edgeworth. Przez cały ten czas robiła dla 
niego szal na drutach. Miał to być sekret i praca odbywała się w jej sypialni, bo gdyby to 
spostrzegł Tymoteusz, zapytałby na pewno: „Czy to dla mnie?" A może też dodałby: „Nie 
potrzebuję tak dużej rzeczy". A w razie jej odpowiedzi: „Nie, to nie dla ciebie", byłby się 
zdenerwował i chciałby wiedzieć, dla kogo to przeznaczone — czego ona żadną miarą nie 
mogłaby zdradzić. 
W sierpniu pojechali wszyscy (Anna i Estera, ona i Tymoteusz) do Brighton odetchnąć 
morskim powietrzem i w jednym z listów wspomniała o tym przypadkiem Septimusowi — 
zawsze Septimus zajmował jej myśli. Można sobie wyobrazić jej zdumienie, kiedy na trzeci 
dzień ujrzała go siedzącego na molo. Na ten widok oblała się rumieńcem. Tymoteusz 
zatrzymał się z nagła. 
— Jak to?! To jest Sep Smali! Już mnie nie ma! 
Tym okazał, jak mało orientował się w sytuacji, inaczej bowiem nie pozostawiłby jej z nim 
samej. Jaką rozkoszną godzinę spędziła przy jego boku, wsparta na balustradzie. Znał się tak 
dobrze na wszystkich sprawach, zbierał i suszył morszczyznę i nie znosił śpiewaków 
ulicznych uczernionych na Murzynów. Powiedział jej również, iż powietrze morskie jest 
bardzo skuteczne na jego kaszel, i była pewna, że zauważył jej kapelusz, gdyż rzekł takim 
rozmarzonym głosem: „Panno Julio, przepadam za tymi okrągłymi kapeluszami, jakie się 
teraz widzi, a woale na nich wyglądają zachwycająco". Jej woal muskał niemal jego policzek. 
Wszystko to było takie miłe i rozkoszne. Pragnęła zaprosić go do siebie do hotelu na lunch, 
wtedy mogłaby doręczyć mu szal i powiedzieć: „Mam dla pana maleńką niespodziankę, drogi 
panie Septimusie", i zarzucić mu szal na szyję. Ale czuła, że to sprawi szczególne wrażenie. 
Byłoby rzeczą okropną, gdyby Tymoteusz dał folgę swemu rozdrażnieniu — nieraz czynił to 
już, zwłaszcza kiedy musiał czekać na posiłki. Gdyż, oczywiście, ani on, ani droga Anna, ani 
nawet Estera nie wiedzieli nic ojej uczuciach w stosunku do drogiego „Sępa", tak że na ogół 
lepiej było nie zapraszać go. I oto — po prostu coś opatrznościowego! — on zapytał, czy 
może jej towarzyszyć do hotelu, i cóż mogła mu odpowiedzieć ponadto, że będzie 
zaszczycona! Miał taki arystokratyczny wygląd, idąc obok niej, z tą swoją okazałą brodą, 
muślinową wstążką dookoła kapelusza i białym parasolem z zieloną obwódką. Miała 
doprawdy nadzieję, że ludzie pomyślą sobie: „Jaka dystyngowana para!" Wiele nadziei 
przewijało się przez jej mózg, kiedy tak szli wzdłuż wybrzeża patrząc na prosty lud jedzący 
ślimaki i wdychając smołową woń łodzi. I wzbierało w niej jakieś tkliwe 
.                             45 
uczucie, tak że nie mogła się powstrzymać od zwrócenia jego uwagi na morze, zupełnie 
błękitne i uwieńczone bielą niedużych fal. 
—  Tak bardzo lubię naturę — rzekła. 
—  Ach, panno Julio! — odparł. Słowa jego zapamiętała na zawsze. — Piękności natury 
przewyższa jedynie tylko piękno... och, muszka wpadła mi w oko! 

background image

—  Drogi panie Septimusie, pozwoli pan, że ją usunę rogiem mojej chusteczki. 
Pozwolił. To zabrało jej wiele czasu, on zaś trzymał się dzielnie, otwierając szeroko oko. A 
kiedy wreszcie wyjęła czarny drobiażdżek, spojrzeli nań oboje i zdawało jej się, że bardzo ich 
zbliżył, jak gdyby patrzyli sobie wzajem w dusze. Jaka cudowna chwila! A potem — serce jej 
biło bardzo mocno — on ujął jej rękę. Zadrżały pod nią kolana. Podniosła wzrok ku jego 
twarzy, takiej szczupłej, wzniosłej i niespokojnej. Tam gdzie się oko załzawiło, widniała 
jeszcze wilgotna smuga. I na jej zaróżowionej twarzy o pulchnych, odętych wargach, w jej 
jasnoszarych oczach pojawił się jak gdyby wyraz uwielbienia. Podniósł z wolna jej rękę aż do 
swojej brody i nachylił ku niej usta. Pomyśleć tylko! Na esplanadzie! Odczuła w sobie jakąś 
miękkość i słodycz. Usta jej zadrżały, a z oczu potoczyły się dwie duże łzy. 
—  Panno Julio — rzekł — Julio, czy mogę mieć nadzieję? 
—  Drogi Septimusie — odparła — oczywiście, może pan. 
I jak gdyby przez mgłę ujrzała jego muślinową wstążkę powiewającą na wietrze, a stojący w 
pobliżu jakiś prosty człowiek przestał jeść i wpatrzył się w nią jak w tęczę. 
({Mikołaj - król (1S64) 
Pod koniec siódmego dziesięciolecia ktoś wypowiedział kiedyś uwagę: „Mikołaj For syte to 
najzdolniejszy człowiek w Londynie". I z tym oświadczeniem zgadzali się po większej części 
ci, którzy go obserwowali w interesach i sprawach publicznych. Ale dopiero w prywatnym 
życiu należało szukać dowodów tego twierdzenia. Gdziekolwiek Mikołaj występował, był on 
z pewnością pierwszym kogutem w kojcu, w istocie też przypominał nieco koguta: bardzo 
schludny, o wysokim czole i zaczesanych w tył na kształt grzebienia włosach, wyprostowany, 
żywy w ruchach głowy i szyi. Cerę miał również świeżą i rumianą, włosy niemal 
kasztanowate, zanim osiwiały. Kiedy na jakimś zebraniu wstawał i zaczynał mówić z 
właściwym sobie suchym humorem, ludzie pochylali się naprzód i rzadko przestawali 
słuchać, zanim usiadł. Był niemal powszechnie znany ze swej zdolności ośmieszania 
przeciwnika, a nie ma nic, co by w równym stopniu dodawało znaczenia działaczowi 
publicznemu. Albowiem Mikołaj był działaczem publicznym, ile to tylko odpowiadało 
Forsyte'owi. Nigdy nie pożądał jakiejś niezwykłej potęgi lub stanowiska, nigdy, na przykład, 
nie kandydował do parlamentu. Poprzestał na uzyskaniu faktycznej, jeżeli nie nominalnej 
kontroli w każdym przedsięwzięciu, w którym umieścił kapitały. Odznaczał się pewnym, 
odpowiednio przystosowanym poczuciem obywatelskim, które go przywiodło niemal 
niepostrzeżenie do pochwycenia steru władzy w dwóch instytucjach użyteczności publicznej, 
tramwajach i kanalizacji, jakkolwiek jego udziały w nich nie były znaczne. Jako 
rzeczoznawca w inwestowaniu kapitałów był prawie nieomylny, toteż kiedy nie powiodła mu 
się jakaś tam realizacja, jego pięciu braci doznawało wprost uczucia ulgi. Potrafił być i 
przedsiębiorczy, i wesoły, ale nikt nigdy nie mógł powiedzieć, jakim właśnie będzie — i już 
to samo było źródłem jego przewagi nad innymi. Można by rzec z dużą dozą słuszności, że 
nigdy nie 
47 
miał przyjaciela. Wielu próbowało się doń zbliżyć, ale on zawsze odsuwał ich wcześniej czy 
później, przeważnie wcześniej. Może był organicznie niezdolny do obcowania z kimkolwiek 
na stopie równości. Z drugiej zaś strony, budziła podziw jego nieskazitelność — uważał ją 
bowiem za obowiązek wobec siebie — i można było w każdym czasie podążyć za nim z 
uczuciem zupełnej ufności. Nie znając go zupełnie, niejeden wziąłby go może z łatwością za 
którąś z owych pierwszorzędnych znakomitości lekarskich, co to udają się do chorego z 
wizytą tylko za bardzo wysokie honorarium. Z tym wszystkim nie odznaczał się zbytnim 
zdrowiem, ale raczej miał typowe zdrowie Forsyte'a, które dozwoliło mu przeżyć 
dziewięćdziesiąt jeden lat i raczej winno być nazwane żywotnością. 
Nie będąc właściwie skąpy w sprawach pieniężnych, okazał największą przezorność ze 
wszystkich członków rodu, po części niewątpliwie dlatego, że miał dużo dzieci, po części zaś, 

background image

ponieważ odznaczał się pewną surowością, niezbyt chętną modzie i nowinkom, i żywił 
niemal bezwzględne przekonanie, że praca wychodzi człowiekowi na dobre. I to doprowadza 
nas do jego życia prywatnego, które zaczęło się małżeństwem w roku 18.48. Czy w 
małżeństwie chciał zaspokoić najrdzenniejsze ludzkie instynkty supremacji — pozostanie na 
zawsze kwestią. Ale faktem jest, że należał do ludzi, którzy muszą się ożenić, i to ożenić 
młodo -^wziąwszy pod uwagę epokę wiktoriańską i jego własną konstytucję fizyczną. To, że 
poślubił pieniądze — na długo przed ustawą o prawach majątkowych mężatek, co mu 
pozwoliło najrozsądniej zużytkować otrzymany posag, podczas gdy pani Mikołaj owa w 
ogóle nie miała prawa rozporządzać swym majątkiem — nie może służyć za dowód, iż był to 
związek oparty na zimnym wyrachowaniu. Przeciwnie, Mikołaj okazał się gorącym 
konkurentem do ręki bardzo ładnej panny, córki prowincjonalnego bankiera, z którym był 
związany sprawami pieniężnymi. Krępowana przez matkę, a może też i przez swą krynolinę, 
młoda osoba trzymała Mikołaja w przyzwoitej odległości aż do pewnej ceremonii, 
wypełnionej jak najskrupulatniej łącznie z naprawdę dowcipną mową, którą wygłosił pan 
młody. Tym więcej niespodzianek doznała potem. 
Niespodzianki te wywołały ową „frondę", która w ciągu tylu dziesięcioleci tliła się poza 
fasadą jego autorytetu małżeńskiego. 
Nie będziemy roztrząsali tu kwestii, czy obyczaje dwudziestego wieku uchroniłyby Mikołaja 
albo raczej panią Mikołaj ową od poczucia, że jest. mężatką. Faktem pozostaje, że poczucie to 
miała. A wraz z wydaniem kolejno na świat małych Mikołajątek poczucie to stopniowo się 
wzmagało. Kiedy w ciągu czternastu lat urodziła ich sześcioro, odmówiła kategorycznie 
dalszego produkowania dzieci. Dla Mikołaja, który posiadał już wówczas znaczny majątek, 
było to niedorzecznością ze strony trzydziestopięcioletniej zaledwie kobiety — tym bardziej 
że po raz pierwszy ograniczono jego przywileje. Temu to ograniczeniu jego całkowitej 
swobody należy przypisać nerwowe podrażnienie, jakie się 
48 
w nim z czasem niewątpliwie rozwinęło. Ale kto, patrząc na panią Mikołajową, mógłby 
nawet pomyśleć, że jest ona w jakikolwiek sposób odpowiedzialna za humory swego pana i 
władcy? Faktem jest, że nikt prócz Mikołaja nie widział prawdziwej pani Mikołajowej — 
„Fanny", jak ją zwano, miała bowiem na imię Elżbieta. Jej sposób bycia w towarzystwie był 
zupełnym przeciwieństwem jej zachowania się w domu. Scharakteryzowano ją pewnego razu, 
że wchodzi do pokoju za Mikołajem z „uciesznie przerażoną miną". Jakże słusznie! Tak 
właśnie było. I czemu? Ponieważ mąż uczynił ją celem swych zjadliwych żartów, których nie 
nauczyła się nigdy odparowywać. Uśmiechała się więc i uśmiechała z owym przerażonym 
wyrazem w oczach i była przeważnie rada, jeśli wróciła do domu, zanim on zdążył wypuścić 
strzałę. Ale znalazłszy się w domu, gdzie ona jedna tylko mogła go słyszeć, pozbywała się tej 
przerażonej miny. I za pomocą tysięcznych sposobów kobiecych (nie mając może 
zdecydowanego zamiaru) brała na nim odwet. Nie w obecności dzieci — nie, przeważnie w 
ciszy wspólnej sypialni, a szczególnie pośród intymności wspólnego łoża małżeńskiego. Tam 
przekształcała Mikołaja z człowieka autorytatywnego w błagającego. Nie czyniła tego 
dlatego, że był jej przykry — nigdy nim nie był — ale niemal z zasady, gdyż ostatecznie 
miała własną duszę, a niepodobna było okazać tego w inny sposób. We wszystkich jawnych 
dziedzinach życia Mikołaj odznaczał się zupełnym autokratyzmem, rządził — częściowo przy 
pomocy pieniędzy, które były kiedyś jej własnością — i nadawał ton. Któż więc zganiłby ją 
za to, że przypominała mężowi, iż jest zwykłym śmiertelnikiem jak i ona? Mamy tu 
właściwie, w miniaturze jak gdyby, doskonałą ilustrację monarchii i usiłowań poddanych 
ograniczenia jej absolutyzmu. 
Na „giełdzie Forsyte'ów" podejrzewano mgliście tę ustawiczną walkę w celu ograniczenia 
praw Mikołaja, i trudno ją opisać z całą dokładnością. Ale pomimo całego instynktownego 
maskowania tej sprawy do wiadomości rodziny przedostały się wieści o pewnej fazie tej 

background image

walki, godnej upamiętnienia dzięki temu, że rzuca światło na przemianę w instytucjach 
brytyjskich i niedoskonałość sądów ludzkich. Zaczęło się od listu pani Mikołajowej 
opatrzonego nagłówkiem: 
24 czerwca 1864 roku, 
Bournemouth „Chine Hotel" 
Drogi mężu! 
Dawno już miałam zamiar uczynić krok, który — jak się obawiam — obudzi w Tobie 
niepokój i niezawodnie spotka się z Twoją niechęcią. Przybyłam wczoraj do tego hotelu 
położonego w czarującej okolicy i zamierzam spędzić tu kilka tygodni. Powietrze morskie jest 
doskonałe, a w hotelu mieszka kilka bardzo miłych osób. Proszę Cię, przyślij mi trochę moich 
pieniędzy. Sądzę, doprawdy, iż byłoby poręcznie, gdybyś 
49 
na przyszłość zechciał mi wypłacać stałą rentę z majątku, jaki mi pozostawił mój drogi ojciec. 
Ucałuj ode mnie drogie dzieci. 
Twoja kochająca żona Fanny 
Jeszcze przed otrzymaniem tego listu Mikołaj był już w stanie znacznego zatroskania — żeby 
nie powiedzieć: niepokoju — a przeczytał go z osłupieniem nie konweniującym 
najmądrzejszej głowie w Londynie. Żeby żona wyjeżdżała w ten sposób sama, nie 
opowiedziawszy się mężowi, to go zupełnie „położyło" — do czego by się zresztą nikomu nie 
przyznał. A że na domiar wszystkiego żądała od niego przysłania pieniędzy i nawet renty — 
to wydało mu się wręcz haniebne. Położył się spać i spędził fatalną noc. Do czego ta kobieta 
zmierza? Im więcej trapiła go bezsenność, tym bardziej skłaniał się do przekonania, że w 
życiu swoim nie słyszał o niczym podobnym. Nazajutrz odpisał jej, co następuje: 
Droga Fanny! 
Otrzymałem Twój list. Twój odjazd w taki właśnie sposób sprawił mi wielką niespodziankę. 
Jeżeli postanowiłaś postępować na własną rękę, musisz też ponosić konsekwencje. Nie 
zamierzam Ci, oczywiście, przysłać pieniędzy, a najlepsze, co możesz uczynić, to wrócić 
natychmiast do domu. Co się tyczy renty, to — na miłość boską — po co ci ona potrzebna? 
Otrzymujesz ode mnie wszystko, czego, rozsądnie biorąc, możesz wymagać. Musiałaś, jak 
przypuszczam, słyszeć gdzieś jakieś brednie o majątkowym prawie mężatek. Im prędzej 
wybijesz sobie z głowy te nowomod-ne historie, tym lepiej będzie dla nas obojga, jak również 
i dla dzieci. 
A teraz, na miłość boską, wracaj do zdrowych zmysłów i do domu. 
Twój kochający Cię mąż Mikołaj Forsyte 
Po czym udał się na jakieś posiedzenie, jeszcze nieco podrażniony, ale przekonany, że sprawę 
załatwił i że żona będzie nazajutrz w domu. Nie wróciła jednak, a po dwóch dniach otrzymał 
od niej drugi list. 
Drogi mężu!                                                                         > 
Żałuję bardzo, że nie dostrzegłeś słuszności mojego postępowania i moich żądań. Zmuszona 
więc jestem pozostać tu nadal. W naszym hotelu mieszka bardzo miły radca prawny, który mi 
oznajmił, że Ty będziesz odpowiedzialny za wszystkie długi, jakie ja tu poczynię, i jest to, 
moim zdaniem, zupełnie słuszne. Nie powiedziałam mu, oczywiście, że miałam na myśli 
siebie. Spodziewam się, że z Twoim trawieniem jest lepiej. Ucałuj ode mnie drogie dzieci. 
Twoja kochająca Cię żona Fanny 
50 
Mikołaj odłożył list ze słowami: „No, na upór kobiety nie ma lekarstwa!" Co się jej, u Boga, 
stało? Długi, rzeczywiście! Ba! Ładnie teraz wygląda! Skandal, po prostu, zajmować się 
takimi sprawami, kiedy się ma coś ważniejszego na głowie! No, jeżeli tak dalej pójdzie, nie 
pozostanie mu nic innego, jak pojechać tam i sprowadzić ją do domu! I stało się. 
Poczekawszy jeszcze jeden dzień w nadziei, że żona odzyska rozsądek, odpowiedział jej tak: 

background image

Droga żono! 
Zechciej wziąć pod uwagę, że oczekuję Twojego powrotu do domu, w przeciwnym bowiem 
razie będę zmuszony pojechać i przywieźć Cię tutaj. Jestem zdziwiony i zmartwiony Twoim 
postępowaniem, zwłaszcza w obecnej chwili, kiedy absorbują mnie ważne interesy. Nie bądź 
więc nierozsądna, ale wracaj do domu, jak przystało na dobrą żonę. 
Twój kochający Cię mąż Mikołaj Forsyte 
Na list ten nie dostał odpowiedzi. Minęły trzy dni, w ciągu których doznał wszelkiego rodzaju 
udręk duchowych i fizycznych. Zaczął nawet żywić ciemne podejrzenia na temat miłego 
radcy prawnego. Fanny miała dopiero trzydzieści siedem lat, a ż kobietą nigdy nie wiadomo. 
Wreszcie, głęboko zaniepokojony, wymówił się od udziału w posiedzeniu Centralnego 
Związku Kanalizacyjnego i pojechał do Bournemouth. W hotelu oznajmiono mu, że pani 
Forsyte wyjechała przed dwoma dniami. Nie, adresu nie zostawiła! Zimna obojętność Fanny 
w stosunku do niego, ujawniona tym postępowaniem, zupełnie wytrąciła Mikołaja z 
równowagi. Być zmuszonym porozumiewać się z niemal ironicznie uśmiechniętym 
dyrektorem hotelu i zdradzić się z tym, że jego własna żona poczyna sobie całkiem 
niezależnie, to było — było po prostu potworne! Nie zapytał nawet, czy uregulowała 
rachunek. Ale znajomość stosunków hotelowych — sam był w zarządzie jednego z nich — 
upewniła go, że to zostało załatwione, w przeciwnym bowiem razie przedstawiono by mu 
odpowiednią notę. Skąd wzięła pieniądze? Oczywiście marnowała biżuterię. Mikołaj wrócił 
do Londynu — nic innego nie pozostawało mu do czynienia. Nazajutrz otrzymał list od żony 
z wiadomością, że udała się do Weymouth, ale zważywszy, iż ta miejscowość nie jest tak 
przyjemna, jak się spodziewała, nie pozostanie tam długo. Nie dodała jednak, dokąd się udaje. 
„Hm — pomyślał Mikołaj — bawi się ze mną w kotka i myszkę, tak". I z ponurą miną 
poszedł do City. 
Mężczyzna może powziąć na temat swojej żony najlepsze postanowienie w rodzaju: „Nie 
chcę mieć z nią nic więcej do czynienia" albo: „Jeżeli jej się zdaje, że się wreszcie zgodzę, to 
się grubo myli". Jeśli jednak miało się z żoną, tak jak Mikołaj, sześcioro dzieci — z tych troje 
jeszcze w domu; jeżeli ktoś cieszy się, podobnie jak Mikołaj, reputacją człowieka, który 
51 
zawsze stawia na swoim, a przy tym nieskazitelnego ojca rodziny, to musi być wyjątkowo 
irytujące, kiedy nie potrafi się, bez kłamstwa, określić miejsca pobytu swej żony, kiedy trzeba 
unikać „giełdy For-syte'ów" niby piekła — może nim i jest — i przemykać się we własnym 
domu czując, iż dzieci i służba wiedzą wszystko doskonale. Mikołaj zaczął cierpieć dotkliwie 
na dolegliwości żołądkowe, które zjawiają się wówczas, kiedy ktoś przeciwstawia się naszej 
woli, instynktom oraz uczuciu szacunku dla nas samych. Nieraz myślał: „Gdyby tak mogła 
mnie teraz widzieć, nie postępowałaby w podobny sposób". 
Po upływie dwóch tygodni Mikołaj otrzymał od żony list pisany w hotelu w Cheltentham. 
Mimo łagodniejszego na ogół tonu była w nim wzmianka o pewnym sympatycznym doktorze. 
Doktor ten — no, doktorów znał chyba Mikołaj aż nadto dobrze! — udzielił jej bardzo 
życzliwych rad. List zaś kończył się następującymi słowami: „Nie wątpię, drogi mój mężu, iż 
jesteś obecnie skłonny wyznaczyć mi stałą rentę, oczywiście z moich własnych funduszów, i 
sądzę — czyż nie myślisz tak samo? — że pięćset funtów rocznie stanowi najmniejszą sumę, 
jaka mi konweniuje. Czuję, że mając takie zabezpieczenie mogłabym powrócić do domu. 
Tymczasem rozstałam się ze swym szmaragdowym wisiorkiem. Ucałuj ode mnie drogie 
dzieci. Twoja kochająca Cię żona Fanny". 
Rozstała się ze swym szmaragdowym wisiorkiem! Rzecz, która kosztowała go 
dziewięćdziesiąt funtów, oddała przypuszczalnie za jakieś trzydzieści lub czterdzieści. Nigdy 
jeszcze nie ujrzał tak jaskrawo bezwzględnego szaleństwa kobiet. Pięćset funtów rocznie, 
rzeczywiście, do wyrzucenia na głupstwa! Ale ten list rozwiał niewątpliwie mgłę zasnuwającą 
jego umysł. Teraz przynajmniej sytuacja wyjaśniła się. Jeżeli jej przyrzeknie pięćset funtów 

background image

rocznie — wróci do domu. Wszystko to robota owych agitatorów, nabijających kobietom 
głowy różnymi ideami. Banda szkodników! Ale chłopcy wracają za jakieś dwa tygodnie ze 
szkół, i będzie to wyglądało bardzo dziwnie, jeśli nie zastaną w domu matki, która by z nimi 
pojechała nad morze. 
Wczoraj jeszcze powiedział doń jakiś muzykant kręcący swą przeklętą katarynkę: „Nie, panie 
prezesie, ja wiem, co jest wart spokój i cisza — nie ruszę się stąd bez dwu i pół szylinga". 
Bezwstyd tego nicponia ubawił Mikołaja — dał mu żądane pół korony. Fanny postępuje 
zupełnie tak samo. Ale kto wie, czy nie ucieknie ponownie, ażeby wyciągnąć z niego drugą 
połowę tysiąca funtów rocznie, jakie wziął za nią? Nie, ostatecznie nie uważał, że postąpi tak 
nierozważnie, ale próbował jeszcze zwalczyć swoje pragnienie pokoju i ciszy za tak wysoką 
cenę. Przez cały ten czaj Mikołaj miał jakieś mgliste uczucie, że nie chodzi tu właściwie o 
pieniądze. Nigdy nie zdradzała znajomości spraw pieniężnych ani też nie dbała o pieniądze, i 
nieraz, istotnie, miał sposobność strofowania jej za niezrozumienie ich wartości. To, co miała 
na celu, Mikołaj wahał się 
52 
określić słowem, które czaiło się szpetnie w jego mózgu, a brzmiało 
— niezależność. Fanny niezależna! Przecież jutro znalazłaby się w przytułku dla biedaków! 
Mikołaj był, istotnie, podobny do większości ludzi: nie mógł zrozumieć, że inni czują 
potrzebę tego, bez czego on sam uważałby się za kompletnie nieszczęśliwego. Jakaż będzie 
jego własna sytuacja, jeżeli da jej niezależność — stanie się wówczas igraszką jej kaprysów, 
fantazji i wszelkiego rodzaju kobiecych głupstw! I wówczas 
— była to radosna chwila — zjawiło się przed nim rozwiązanie: dać jej stałą rentę i przerwać 
wypłacanie, kiedy mu się będzie podobało! Wszystko wydało mu się nagle jasne, dziwił się, 
że nie pomyślał o tym wcześniej. Wieczorną pocztą odpisał żonie, że po przemyśleniu całej 
sprawy na nowo gotów jest wypłacać jej stałą rentę w wysokości stu dwudziestu pięciu 
funtów kwartalnie, zarazem donosił, że wyśle po nią pojutrze powóz do pociągu na piątą po 
południu. 
Mikołaj odczuł coś znacznie silniejszego niż zdziwienie ujrzawszy zamiast Fanny nowy list 
od niej, w którym oświadczała, że roczną rentę pięciuset funtów rozumie jako procent od 
kapitału, który ma być na nią przepisany, przy czym wyraz „przepisany" podkreślono. Nigdy 
nie uwierzyłby, że właśnie Fanny może być taka podła. W tym stanie zdumienia i niesmaku 
Mikołaj trwał przez dobrą godzinę siedząc w swoim gabinecie, wychodzącym na północ, tak 
że głowa jego nie była nigdy wystawiona na działanie promieni słonecznych. Był 
zdecydowany nie posuwać się do tego kroku, a zarazem miał zupełną świadomość, iż 
niepodobna dalej trwać w tej sytuacji — bez żony. Nie było jej już przez siedemnaście dni, a 
z każdym dniem czuł w głowie coraz większy ciężar i zamęt. Trzeba temu położyć w 
jakikolwiek sposób kres. Kiedy tak siedział, wciąż podejmując i odrzucając decyzje, miał w 
sobie poczucie jakiejś stopniowo wzmagającej się wrzawy — ten przeklęty hałas katarynki, 
skrzypiącej bezustannie ostatni przebój: „W górę, chłopcy, balonem, w górę balonem!" 
Rumieniec irytacji zabarwił gładko wygolone policzki Mikołaja, zalewając też i czoło aż po 
siwiejący wysoko grzebień koguci. Podszedł do okna i otworzył je na oścież. Tam stał ten 
nicpoń, grając na katarynce i szczerząc doń zęby. Przez chwilę brakło Mikołajowi słów, po 
czym przypływ szubienicznego humoru wyzwolił go z właściwej mu powagi. Bezczelność 
tego draba była doprawdy śmieszna! Uśmiechnął się do niego i zamknął okno. Gdyby sam był 
kataryniarzem, postąpiłby zupełnie tak samo. Żebrak musiał poznać, że trafiła kosa na 
kamień, i zagrawszy Szampańskiego Karolka potoczył dalej swoją katarynkę. 
Ale ten drobny incydent zmienił również bieg myśii Mikołaja albo raczej napędził mu nieco 
więcej krwi do głowy, tak że wydało mu się teraz godne zachodu sprowadzić Fanny z 
powrotem nawet na jej własnych warunkach. Jego przemówienie na walnym zebraniu 
Zjednoczonego  Koncernu  Tramwajowego  było  wyznaczone  na  piątek, 

background image

53 
a obecnie mając ciężką głowę, z powodu ciągłej nieobecności żony, na pewno wszystko 
popsuje. 
Pięćset funtów rocznie — z przepisanego kapitału lub nie — cóż to było ostatecznie! Musi w 
tej chwili pójść do Jamesa i załatwić tę sprawę, po czym z dokumentami w kieszeni skoczy 
jutro do Cheltentham i sprowadzi żonę do domu. Przywoławszy dorożkę rzucił woźnicy: 
„Poultry", i wsiadł do środka. Z Ladbroke Grove był kawał drogi i Mikołaj siedząc 
wyprostowany i baczny za biegnącym koniem, trzęsącym go po klinkierach ówczesnego 
Londynu, myślał, co też powie bratu Jamesowi w odpowiedzi na pytanie, jakie mu 
niewątpliwie postawi: „Dlaczego chcesz to zrobić?" I postanowił odrzec mu po prostu: „Cóż 
cię to obchodzi?" James zawsze miał w sobie coś ze starej kobiety i najlepiej postępować z 
nim ostro. 
Z pewnym więc lękiem usłyszał głos Jamesa: 
—  Myślałem sobie, że nie pozostaje ci nic innego do zrobienia; powiadają, że Fanny 
wymyka się z rąk. 
—  Kto powiada? — warknął Mikołaj. 
James zagłębił palce w jednym ze swych bokobrodów ostrzyżonych podług mody szóstego 
dziesięciolecia. 
—  O, oni... Tymoteusz i dziewczęta. 
—  Czemuż to oni wtrącają się do spraw, których zupełnie nie znają? James odchrząknął. 
—  Hm — odparł. — Nie wiem, nigdy mi nic nie mówią. 
—  Jak to? — rzucił Mikołaj. — Godzinami całymi siedzicie razem i prawicie sobie 
skandaliczne historie. No, nie mam czasu na gawędę. Przygotuj dokumenty i podpisz je wraz 
ze starym Bustardem w charakterze gwarantów. Chcę to mieć gotowe jutro na godzinę 
jedenastą. Weź z moich akcji Great Western Stock tyle, aby otrzymać pięćset funtów rocznej 
renty. 
Cheltentham — to było odpowiednie zastosowanie dla tych akcji. I w duchu pomyślał: „Nie 
mam zaufania do kolei żelaznych. W niedługim czasie wymyślą coś innego". 
Rozstał się z Jamesem nieco podnieconym pośpiechem, z jakim jego brat przystąpił do 
rzeczy. Wykonał jednak wszystko i Mikołaj z podpisanym i opieczętowanym dokumentem 
wsiadł do popołudniowego pociągu jadącego w kierunku Cheltentham. W ciągu podróży 
strawił całe godziny na przeżuwaniu zgryźliwych uwag o sposobie, w jaki go potraktowano. 
Ale po przybyciu zastał żonę przy herbacie w hotelowej bawialni, a widząc, że wygląda 
zupełnie młodo i świeżo, postanowił powstrzymać się od sarkazmów i powiedział tylko tyle: 
—  No, Fanny, wyglądasz po prostu wspaniale! Ona zaś odparła: 
—  Dawno nie widzieliśmy się, drogi Mikołaju! Jak się mają kochane dzieci? 
54 
—  Cierpiałem na bóle głowy — odparł Mikołaj — dzieci są zupełnie zdrowe. Przywiozłem 
ci to — położył dokument na stoliku. — Wszystko jest w porządku, nie zrozumiesz z tego ani 
słowa.                     i 
—  Jestem pewna, mój drogi, że załatwiłeś wszystko jak najlepiej. 
A podczas gdy ona zmarszczywszy brwi czytała, Mikołaj spoglądał na nią myśląc: „Wygląda 
piękniej, niż mi się zdawało". 
W ciągu całego wieczoru był wesoły, niemal dowcipny. Wszystko, w istocie, przypominało 
nieco owe dni miodowego miesiąca spędzonego w Brighton. 
Na krótko przed północą zwrócił się do niej wsparty na łokciu i zapytał prawie niespodzianie: 
—  Cóż, u Boga, doprowadziło cię do tego? 
—  Och, mój drogi — odparła nachylona ku niemu — tak bardzo potrzeba mi było spokoju. 
—  Spokoju? Po czym właściwie był ci potrzebny? Nie masz żadnego zajęcia? 
Ona uśmiechnęła się. 

background image

—  A teraz — rzekła — będę mogła zawsze wyjeżdżać i odpoczywać, ilekroć poczuję 
potrzebę. 
—  Tam, do licha, to się jeszcze zobaczy! 
—  Jak to również będzie przyjemnie nie być nigdy zmuszoną prosić cię o pieniądze. To cię 
nieraz tak denerwuje. 
A Mikołaj pomyślał: „No, zrobiłem to. Ach, te kobiety!" Odwrócił się jeszcze bardziej i 
popatrzył na nią; leżała na wznak, a na ustach jej igrał lekki, szczególny uśmieszek, rzekłbyś, 
mówiła do siebie: „Kochany Mikołaj, najmądrzejsza głowa w Londynie!" 
W ten sposób Mikołaj, podobnie jak i inni królowie, został ograniczony przez konstytucję, ale 
— swoją własną, fizyczną. 
cBr%ijkra historia 
(iS67) 
W roku 1866 dziewiętnastoletni Jolyon Forsyte opuścił Eton i przybył do Cambridge mając 
na modłę owych czasów podgolone bokobrody. Był sympatycznym młodzieńcem, 
wytrenowanym fizycznie i wyrobionym umysłowo, a że bardziej skłonnym niż większość 
młodych barbarzyńców do wzruszeń estetycznych oraz innych, więc przejął się nieco 
powieściami Whyte Melville'a. Wskutek bezustannej lektury o dandysach z bokobrodami, 
ubranych bez zarzutu i zachowujących doskonały i niczym nie zakłócony stoicyzm w 
przykrych sytuacjach pośród długów i niepowodzeń, nabrał on przekonania, iż najwyższym 
celem egzystencji są bokobrody i obojętność wobec losu. W gruncie rzeczy było to credo 
niezupełnie pozbawione pewnej szlachetności. Młodzieniec dostał się niepostrzeżenie do sfer 
towarzyskich i oddał się studiowaniu wista. Wszyscy bohaterowie Whyte Melville'a grali 
wybornie w wista i jeździli konno aż do zapamiętania. Młody Jolyon brał chętnie udział w 
polowaniach i kłusował do Newmarket, dogodnie położonego dla studentów z Cambridge. 
Podobnie jak wielu młodzieńców przed i po nim przybywających na miejsce swego pobytu 
nie miał on prawie żadnego poczucia wartości pieniędzy. I ową „przykrą historię" należy 
przypisać przeważnie tej okoliczności, że podczas gdy on nie miał poczucia wartości 
pieniędzy ani też dostatecznych środków pieniężnych w stosunku do swych potrzeb, ojciec 
jego, stary Jolyon, posiadał jedno i drugie w dostatecznej mierze. Sto funtów, umieszczonych 
na koncie młodego Jolyona w okresie pierwszego semestru, wydało mu się znaczną sumą, ale 
wkrótce niewiele z niej pozostało. To go zdziwiło, ale nie miało dlań ostatecznie wielkiego 
znaczenia, wszyscy bowiem dandysi Whyte Mel-ville'a tkwili w długach i właściwie połowa 
ich zalet polegała na niczym nie zamąconej obojętności wobec zobowiązań czysto 
finansowych. Mło- 
56 
dy Jolyon zaczął przeto wpadać w długi. Była to rzecz łatwa i w „dobrym tonie". Pod koniec 
pierwszego semestru wydał dwa razy tyle, ile mu wyznaczono. Nie był zepsuty ani 
szczególnie rozrzutny, ale czymże jest, ostatecznie, pieniądz? Zresztą życie z dnia na dzień 
było jedynym sposobem okazania obojętności wobec losu. Nie znaczy to, aby w tym celu 
umyślnie wynajmował konie, kupował ubrania, obuwie, wina i tytoń, ale w pewnym sensie 
szło przecież o zasadę. To trzeba pojąć, stary Jolyon bowiem zupełnie nie mógł tego później 
zrozumieć. Sam jako młodzieniec nie miał nawet połowy tych środków co jego syn, a nie 
wpadł nigdy w długi i zrobił karierę życiową. Ale też nie cieszył się przywilejami Eton, 
Cambridge i nie czytał powieści Whyte Melville'a. Został po prostu handlarzem herbaty. 
Młody Jolyon rozpoczynając następny semestr z drugą setką funtów, otrzymanych od 
nieświadomego ojca, zrozumiał od razu, iż, gdyby spłacił swe długi lub przynajmniej znaczną 
ich część, zostałby bez środków na bieżące wydatki. Użył więc pieniędzy na co 
najniezbędniej-sze potrzeby codziennego życia — opłaty szkolne, wino, wista, konną jazdę 
itp., długom zaś pozwolił rosnąć. 

background image

Pod koniec pierwszego roku wynosiły one okrągłe trzysta funtów i młodzieniec zaczął się 
zastanawiać. Na nieszczęście jednak przybył on w drugim roku do Cambridge z dłuższymi 
jeszcze bokobrodami i większą niż kiedykolwiek ochotą do zabaw. Miał przyjaciół, 
najlepszych w świecie chłopców, życie płynęło słodko, egzaminy były jeszcze daleko. Jolyon 
podobał się i rad był z tego. Prowadził, w istocie, taki tryb życia, który nie dawał zupełnie 
sposobności do przycierania mu rogów. 
Jego koło składało się z bardzo miłych młodzieńców z Eton, Harrow i Winchester, niektórzy 
z nich mieli więcej doświadczenia życiowego niż młody Jolyon, inni — więcej pieniędzy, 
żaden z nich jednak nie dorównywał mu pod względem poczucia odpowiedzialności. W 
mieszkaniu „Cuffsa" Charwella (nazwisko wymawiało się Cherrell, a studiował on teologię i 
został później biskupem) zdradzono po raz pierwszy wista dla bakarata pod auspicjami 
„seniora" Covercourta. Ta młoda latorośl Covercourtów z Shropshire odkryła ową 
zachwycającą rozrywkę, połączoną nierozdzielnie z dziewiątką, w jednym z francuskich 
zdrojowisk w czasie letnich wakacji i po powrocie do Cambridge młodzieniec pełen był 
pochwał na jej temat w swoisty dlań, zdumiewająco beznamiętny sposób. Młody Jolyon nie 
był naprawdę graczem, to znaczy zawsze zachowywał całkowitą świadomość i nie tracił 
nigdy głowy. Poza tym, mimo Whyte Melville'a, jego sytuacja finansowa w owym czasie 
wprawiała go niewątpliwie w zdenerwowanie — ostatecznie wciąż przegrywał raczej, niż 
wygrywał. Ale skoro tacy kamraci, jak „Cuffs" Cherrell, „fuks" Totteridge, Guy Winlow i 
sam „senior" — najlepsi w świecie chłopcy — byli zwolennikami bakarata, któż mógł być 
„pętakiem" i robić wstręty? 
57 
Czwartego wieczora z rzędu przypadła nań kolej trzymać „bank". Po zaspokojeniu 
najdokuczliwszych wierzycieli i uregulowaniu opłat szkolnych, egzekwowanych tak 
bezlitośnie z góry, Jolyonowi pozostało piętnaście funtów — w dwa tygodnie po rozpoczęciu 
semestru. I oto musiał otworzyć „bank" stoma funtami. Z bijącym sercem i skamieniałą 
twarzą zasiadł przeto na środkowym miejscu przy zielonym stole. Była to, koniec końcem, 
najlepsza sposobność okazania się godnym swych bokobrodów. Niechaj będzie, co chce — 
nie wolno mu przynieść wstydu swym bohaterom: „Digby Grandiemu", „Daisy Watersowi" i 
„Jaśnie wielmożnemu Crasherowi". 
Zaczął przegrywać od pierwszej chwili. Po kilku przelotnych uśmiechach fortuny dewena nie 
opuszczała go z jakimś zaciętym uporem. Ale zacisnąwszy zęby trwał przez cały czas z zimną 
krwią. Po upływie pół godziny wstał od stołu ze zblazowaną miną. Bank był rozbity, a młody 
Jolyon, uśmiechając się blado, podpisał wystawione swym wierzycielom rewersy, między 
nimi jeden „seniorowi" Covercourtowi opiewający na osiemset funtów. Pokrzepiwszy się 
nieco grzanym winem zasiadł do stołu, ale przez resztę wieczoru nie wygrywał ani też nie 
przegrywał. Powrócił wreszcie do swego mieszkania z jakimś niepokojącym uczuciem — 
zdawało mu się ciągle, że widzi ojcowskie oblicze. Był to bowiem jego pierwszy dług 
honorowy bez pokrycia, a taki dług różnił się bardzo od rachunków u dostawców. I siedząc na 
swym wysokim łóżku w pokoju mającym sześć stóp na piętnaście, młodzieniec biedził się 
nad sposobami spłacenia należności. Zapłacić bowiem musi, jakkolwiek bądź! Może by tak 
bank zechciał powiększyć jego konto kredytowe? Jolyon ujrzał wyraźnie tępe oblicze 
wyglądające spoza tego przeklętego okienka. Nie, oni nie! A w takim razie kto? Ten plugawy 
Davids? Albo — ojciec. Co było gorsze? Och, ojciec to najgorsze. Nagle bowiem młody 
Jolyon pojął, że od samego początku prowadził tu tryb życia, który dla jego ojca byłby 
zupełnie niezrozumiały. Z jakimś uczuciem lęku uświadomił sobie wysiłek potrzebny, aby 
wyjaśnić sytuację temu człowiekowi o wysoko sklepionym czole oraz by znieść spojrzenie 
skierowane nań z jakiejś niezmiernej głębi. Nie! Lepiej już spróbować u Davidsa. 
Ostatecznie, czyż wszyscy oni — „Daisy Waters", „Digby Grand", „Jaśnie wielmożny 
Crasher" i reszta tej elity — wstydzili się pożyczać od lichwiarzy? Wcale nie! Robił to „fuks", 

background image

robił „senior". Na cóż innego istnieją, w gruncie rzeczy, ci lichwiarze? I próbując pocieszyć 
się tą myślą młodzieniec usnął, znękany wprost swą niedolą. 
Następnego ranka zapewniono go w banku, poprzez zaciśnięte zęby, że podwyższenie kredytu 
bez zabezpieczenia jest niewykonalne. Młody Jolyon podniósł brwi, przesunął palcami po 
bokoorodach i mruknąwszy: „No, mniejsza o to!", wyszedł, usiłując utrzymać zachwiany 
nieco kontenans. Znów ujrzał przed sobą ojcowskie oblicze i nie mógł znieść tego   widoku.   
Skierował   się   do   mieszkania   „fuksa"   Totteridge'a. 
58 
Ujmujący młodzieniec wyszedł dopiero co z wanny i siedział właśnie w szlafroku przed 
porcją pieczonych cynader. Młody Jolyon rzekł: 
—  Totteridge, stary koniu, daj mi polecające słówko do tego szelmy Davidsa! 
„Fuks" spojrzał bystro. 
—  Co to, oskubany jesteś, przyjacielu? — zapytał. — No, ten cię obedrze ze skóry, Jo! 
—  Nie ma rady — odparł ponuro młody Jolyon. 
Wyszedł z odpowiednim poleceniem i udał się po południu do pieleszy pana Rufusa Davidsa. 
Hebraj czy k-dobr oczy ńca przeczytał bilet i skierował na młodego Jolyona krytyczne 
spojrzenie. 
—  Ile pan potrzebuje, pan Forsyte? — zapytał. 
—  Sto pięćdziesiąt. 
—  To będzie pana kosztowało za sześć miesięcy dwieście. Ja daję dogodne warunki. 
Dogodne warunki! Młody Jolyon połknął cisnącą mu się na usta odpowiedź. Nie należało się 
targować. 
—  Chciałbym wiedzieć, z kim mam do czynienia, rozumie pan, pan Forsyte. Muszę pogadać 
z ludźmi. Proszę przyjść jutro. 
—  Może pan robić, co się panu podoba — rzekł młody Jolyon. 
—  Zupełnie słusznie, pan Forsyte. Jutro po południu. Młody Jolyon skinął głową i wyszedł. 
Ostatecznie nie było to takie straszne. I kłusując do Newmarket | zapomniał niemal o 
Horacjuszowym: „Post eąuitem sedet atra cura 1". 
Następnego dnia po południu otrzymał w zamian za swój autograf sto pięćdziesiąt funtów i, 
odszukawszy „seniora" oraz innych posiadających jego rewersy, uregulował dług. Nie bez 
pewnego poczucia cnoty zasiadł wieczorem w swym mieszkanku do kolacji. Zajadał właśnie 
dziką kaczkę na zimno, kiedy zastukano do jego drzwi. 
—  Proszę wejść — zawołał. 
Na progu — w płaszczu, z cylindrem w ręku — stał jego ojciec... 
Stary Jolyon siedział właśnie w City w biurze wielkiej firmy herbacianej Forsyte i Treffry, 
kiedy mu doręczono razem z innymi listami z prowincji list z napisem „poufne". 
Great Cury Cambridge 
Szanowny Panie! 
Kiedy przed rokiem otworzył Pan u nas konto swemu synowi, wyraził Pan życzenie, abyśmy 
go powiadomili, gdyby zaszło coś szczególnego. Stosownie do tego śpieszymy podać do 
Pańskiej wiadomości, że pan 
Za jeźdźcem siedzi czarna troska (łac). 
59 
Jolyon For.sy te junior zwrócił się dziś do nas o podwyższenie mu kredytu 
0 sto funtów. Nie uważaliśmy się za uprawnionych do zaspokojenia tej prośby bez pańskiego 
zezwolenia, lecz będziemy radzi postąpić odpowiednio do otrzymanych pod tym względem 
zleceń. Łącząc serdeczne życzenia świąteczne kreślimy się z wysokim poważaniem. 
Brotherton & Dornett 
Stary Jolyon spoglądał przez pewien czas na ten list surowym 

background image

1 zatroskanym wzrokiem. Po czym schował go do wewnętrznej kieszeni surduta i wyjął mały 
grzebyk, którym przyczesał siwiejące bokobrody oraz wąsy. 
—  Wyjeżdżam do Cambridge, Timming. Proszę mi sprowadzić dorożkę. 
W drodze na kolej i w wagonie, a potem znów jadąc ze stacji Cambridge stary Jolyon, 
niespokojny i nieszczęśliwy, przetrawiał wciąż jedno pytanie: Czemu chłopiec nie zwrócił się 
do niego? Cóż on uczynił takiego, aby się starać o podobną nadwyżkę? Miał dostateczne 
środki. Nigdy nie wspomniał, że odczuwa jakieś kłopoty finansowe. Rozważał tę sprawę na 
różne sposoby, ale jakkolwiek ją rozważał, wniosek wypadał jeden i ten sam — była to 
słabość, słabość, żeby wymagać tyle pieniędzy, przede wszystkim zaś słabość polegała na 
tym, że nie zwrócił się najpierw do swego ojca. Stary Jolyon najbardziej ze wszystkiego nie 
lubił słabości. I oto stał teraz na progu wysoki i siwiejący. 
—  Przyjechałem do ciebie, Jo. Otrzymałem właśnie list, który mi się nie podoba. 
Młodego Jolyona przeszyła myśl: ,,Davids!" i serce uciekło mu w pięty aksamitnych pantofli. 
Odezwał się jednak cedząc słowa: 
—  Bardzo się cieszę, ojcze. Jesteś już po obiedzie? Zjadłbyś może dziką kaczkę? To jest 
wcale niezłe. 
Wziąwszy ojcowski płaszcz i kapelusz usadowił gościa tyłem do ognia, rozdmuchał ogień 
miechami i krzyknął ze schodów, by przyniesiono nakrycie i jeszcze jedną porcję kaczki. A 
podczas tego czuł, że go mdli, bo kochał ojca głęboko i właśnie dlatego doznawał wobec 
niego lęku. A stary Jolyon, który kochał głęboko swego syna, nie żałował, że jest blisko 
ognia, że grzeje nogi i czeka. 
Zjedli kaczkę, popili ją winem, pogawędzili o pogodzie i rozmaitych drobiazgach. Kiedy się z 
tym wszystkim załatwili, młody Jolyon rzekł: 
—  Usiądź na skórzanym fotelu, ojczulku — a miał przy tym uczucie, jak gdyby się zapadał 
pod ziemię. 
Stary Jolyon przyciął cygaro, podał drugie synowi i zasiadł w-starym fotelu skórzanym z 
jednej strony kominka. Młody Jolyon usiadł na fotelu z drugiej strony i obaj palili w 
milczeniu, dopóki stary nie wyjął z kieszeni listu, który następnie wyciągnął w kierunku 
młodzieńca. 
60 
- Co to właściwie ma znaczyć, Jo? Dlaczego nie zwróciłeś się do mnie? 
Młody Joylon przeczytał list z uczuciem ulgi, ale ogarnął go niepokój oraz gniew na 
postępowanie banku. Po cóż, u Boga, napisali? Dotknął swych bokobrodów i rzekł: 
—  O! To! 
Stary Joylon patrzył nań surowo wzrokiem przenikliwym i głębokim. 
—  Ma to prawdopodobnie znaczyć, że masz długi? — odezwał się wreszcie. 
Młodzieniec wzruszył ramionami. 
—  No tak, rzeczywiście. Przypuszczam, że musi się... 
—  Co się musi? 
—  Żyć tak jak inni koledzy, ojczulku. 
—  Inni koledzy? Czy nie otrzymujesz przynajmniej tyle, ile otrzymuje przeciętnie każdy 
student? 
Młody Jolyon otrzymywał tyle. 
—  Ale o to właśnie idzie — rzekł żywo — że nie obracam się w przeciętnej sferze. 
—  Czemu tedy przebywasz w takim towarzystwie, Jo? 
—  Nie wiem, ojcze. Chodziliśmy razem do szkoły, i to, i owo. To jest bardzo przyjemna 
sfera. 
—  Hm! — mruknął stary Jolyon basem. — Czy ta setka funtów wystarczyłaby, aby cię 
urządzić? 
—  Urządzić mnie! Och tak, owszem, pod pewnym ważnym względem. 

background image

—  Pewnym ważnym względem? — powtórzył stary Jolyon. — Czy nie każdy dług jest 
ważny? 
—  Oczywiście, ojczulku. Ale tutaj wszyscy są winni kupcom. Sądzę, że oni są na to 
przygotowani. 
Stary Jolyon zmrużył oczy i rzucił bystre spojrzenie. 
—  Kupcy? Te sprawy nie dotyczą kupców? Cóż to więc jest? Kobieta? Wyraz ten padł ostro 
i głucho. 
Młody Jolyon potrząsnął głową. 
—  O, nie! 
Stary Jolyon poruszył się nieco swobodniej, jak gdyby doznał wewnętrznej ulgi. Strząsnął 
popiół z cygara. 
—  Zatem musiałeś grać, Jo? 
Usiłując zachować spokojny wyraz twarzy i kierując wzrok na ojca młodzieniec odparł: 
—  Trochę. 
—  Hazard? 
Jakaś konsternacja i niepokój brzmiące w tych słowach tak silnie podziałały na młodego 
Jolyona, iż rzekł pośpiesznie: 
—  Nie przypuszczaj, ojczulku, że mam zamiar grać dalej. Ale, rozu- 
61 
miesz, Newmarket, a przy tym... przy tym nie można uchodzić za pyszałka. 
—  Pyszałka? Dlatego   że się nie hazarduje? Tego nie rozumiem. Hazard! 
I znów, słysząc ton jego głosu, młody Jolyon zawołał: 
—  Doprawdy nie zależy mi na tym wcale, ojczulku. Będę się czuł równie szczęśliwy nie 
grając. 
—  Czemu więc to robisz? To jest słabość. Ja nie lubię słabości, Jo. Twarz młodego Jolyona 
nagle stężała. Ojciec tego nigdy nie zrozumie, 
że trzeba okazać się wyższym, wznieść się ponad los! Beznadziejne poczynanie! Rzekł 
chwiejnie: 
—  Wszyscy najlepsi chłopcy... 
Stary Jolyon odwrócił wzrok. W ciągu co najmniej dwóch minut wpatrywał się milcząco w 
ogień. 
—  Ja nigdy nie grałem i nie miałem długów — rzekł wreszcie, a w głosie jego dźwięczała nie 
duma, lecz nuta głębokiego przekonania. — Muszę znać twoją sytuację. Co się właściwie 
dzieje? Mów prawdę. Ile jesteś dłużny i komu? 
Młodego Jolyona przychwycono raz na odpisywaniu. Ale to było gorsze. Tłumaczyć się, 
podobnie jak wtedy, że tak wszyscy robili, nie wydawało się możliwe. Rzekł nadąsany: 
—  Przypuszczam, że będzie tego jakieś trzysta funtów, kupcom. Spojrzenie starego przeszyło 
go na wskroś. 
—  I to nie jest ważne? Co jeszcze? 
—  Około setki byłem winien kolegom, ale to już uregulowałem. 
—  To w tym celu chciałeś zyskać zwiększenie kredytu? 
—  Dług honorowy, tak! 
—  Dług honorowy — powtórzył Jolyon. — A skąd wziąłeś na to pieniądze? 
—  Pożyczyłem je. 
—  Kiedy? 
—  Dzisiaj. 
—  Od kogo? 
—  Od niejakiego Davidsa. 
—  Lichwiarz? Młodzieniec pochylił głowę. 
—  Więc wolałeś zwrócić się do lichwiarza niż do mnie? 

background image

Usta młodego Jolyona zadrżały. Rzucił cygaro w ogień, będąc zbyt zdenerwowany, aby dalej 
palić. 
—  Ja... ja wiedziałem, że... ty tego nie znosisz, ojczulku. 
—  Bardziej jeszcze nie znoszę tego właśnie, Jo. 
Obydwom wydawało się, że przeżywają najgorszą chwilę w życiu. Trwało to dość długo. 
Wreszcie stary Jolyon rzekł: 
—  Jaki rewers podpisałeś? 
62 
—  Pożyczyłem sto pięćdziesiąt i zobowiązałem się zwrócić dwieście za sześć miesięcy. 
—  A w jaki sposób zamierzałeś je zapłacić? 
—  Nie wiem. 
Stary Jolyon rzucił z kolei swoje cygaro do ognia i przesunął ręką po czole. 
Pod wpływem impulsu młodzieniec zerwał się z miejsca i niepomny swych bokobrodów i 
tego, że jest „szykowcem", usiadł na poręczy ojcowskiego fotela. W oczach jego zabłysły łzy. 
—  Przykro mi niezmiernie, ojczulku. Ale ty tego nie rozumiesz. Stary Jolyon potrząsnął 
głową. 
—  Nie, ja tego nie rozumiem. Ta droga wiedzie do ruiny. 
—  To były długi honorowe, ojczulku. 
—  Wszystkie długi są honorowe. Ale nie o to idzie. Wydaje mi się, że ty nie potrafisz 
spojrzeć prawdzie w oczy. Jesteś dobrym chłopcem, ale to ci nie przyniesie pożytku. 
Młody Jolyon podniósł się. 
—  Ja potrafię spojrzeć prawdzie w oczy — rzekł. — Ja... Och, gdybyś wiedział! 
Popchnąwszy nogą płonące szczapy utkwił wzrok w ogniu. Oczy mu płonęły, czuł się na 
wskroś przejęty i podczas gdy „szykowiec" odzywał się w nim: „Tyle hałasu o pieniądze",- 
głęboka miłość do ojca napełniała go bolesnym drżeniem. Słyszał, jak stary Jolyon mówił: 
—  Idę już, Jo. Przygotuj mi na jutro spis swoich długów. Ureguluję je sam. A do tego 
twojego lichwiarza pójdziemy razem.                            < 
Młodzieniec słyszał, jak ojciec wstał, słyszał, jak brał płaszcz i kapelusz i jak otwierał drzwi. 
Odwróciwszy się nagle zawołał: 
—  Och, ojczulku! 
—  Dobranoc, Jo. 
Wyszedł.                                                                           ( 
Młody Joylon trwał przez długi czas przy gasnącym kominku. Jego ojciec nie wiedział, nie 
mógł wiedzieć, co winien czynić młody chłopiec, jak się zachowywać, aby — aby się okazać 
wyższym od losu. Ojciec był staroświecki! Ale oprócz miłości młody Jolyon czuł dla swego 
ojca podziw, podziwiał go fizycznie i moralnie tak jak — nie, więcej niż „Jaśnie 
wielmożnego Crashera" lub „Digby Granda". I cierpiał. 
Siedział długo sporządzając listę swych długów, o ile było to możliwe, skoro ma się zwyczaj 
niszczenia rachunków. Przeżyte wzruszenia niepokoiły go jeszcze we śnie, a kiedy się 
obudził, poczuł się nieswojo na myśl o wspólnej wizycie u Davidsa. 
Stary Jolyon zjawił się o godzinie dziesiątej i wyglądał rozstrojony. Przejrzał spis długów 
synowskich. 
—  Czy to wszystko, Jo? 
—  Tak, o ile sobie przypominam. 
63 
—  Napisz mi, jeżeli będzie coś jeszcze. Którzy z twoich przyjaciół uprawiają hazard? 
Młody Joylon oblał się rumieńcem. 
—  Zechciej mi wybaczyć, ojczulku... Stary Jolyon spojrzał na syna. 
—  Dobrze! —/rzekł. — Chodźmy teraz do tego lichwiarza. Ruszyli żwawo.  Na szczęście nie 
spotkali nikogo ze znajomych 

background image

jadącego do Newmarket. Młody Jolyon dojrzał z dala, przy końcu czworoboku, „seniora" 
Covercourta i nie odpowiedział na jego ukłon. W zupełnym milczeniu, idąc obok siebie, 
ojciec i syn wyszli na ulicę. Raz tylko stary Jolyon zauważył: „Te budynki uniwersyteckie nie 
mają wprost końca". Po czym nie padło między nimi ani jedno słowo, dopóki nie dotarli do 
biura pana Davidsa ponad salą bilardową. 
Stary Jolyon zaczął wchodzić po schodach stukając parasolem, młodzieniec szedł za nim z 
pochyloną głową. Był do głębi zawstydzony — możliwe, iż stary Jolyon jeszcze więcej się 
wstydził. 
Lichwiarz siedział w drugim pokoju, widzialny poprzez półotwarte drzwi. Stary Jolyon 
pchnął je parasolem. Pan Davids wstał, pozornie zdziwiony, i jak tylko mógł najuprzejmiej 
zezował w kierunku przybyłych. 
—  To mój ojciec — rzekł Jolyon utkwiwszy wzrok w swych butach. 
—  Jeśli się nie mylę, pan Davids? — zaczął stary Jolyon. 
—  Tak, sir. Czym mógłbym służyć? 
—  Pan był wczoraj tak dobry i pożyczył memu synowi sto pięćdziesiąt ' funtów, w zamian za 
co wystawił on panu rewers na nadmierną sumę. 
Zechce mi go pan uprzejmie zwrócić i przyjąć ten oto czek. Pan Davids umył ręce. 
—  Na jaką sumę opiewa pański czek, sir? Stary Jolyon wyjął czek i rozwinął go. 
—  Na wysokość pańskiej pożyczki plus dziesięć procent za jeden dzień. 
Pan Davids podniósł swe czysto umyte ręce. 
—  O, nie, pan Forsyte! Nie! To nie jest interes. Daj mi pan czek na sumę wymienioną w 
rewersie i otrzyma go pan zaraz z powrotem. Ja nie mam obaw co do zapłaty, żadnych obaw. 
Stary Jolyon wcisnął sobie cylinder na głowę. 
—  Pan przyjmie mój czek! — rzekł i podsunął go lichwiarzowi pod same oczy. 
Pan Davids zbadał go i rzekł: 
—  Jak się zdaje, pan mnie uważa za głupca. 
—  Ja uważam pana za nicponia! — rzekł stary Jolyon. — Sześćdziesiąt sześć procent, 
doprawdy! 
Pan Davids cofnął się zdumiony. 
—  Ja miałem wielkie ryzyko pożyczając pieniądze pańskiemu synkowi. 
64 
Nic pan nie ryzykował. Dziesięć od sta za jeden dzień czyni iziewięć pensów i trzy fardyngi; 
ja zaokrągliłem to do dziesięciu pensów. $ądź pan tak dobry zwrócić mi rewers. Pan Davids 
potrząsnął głową. 
—  Dobrze — rzekł stary Jolyon. — Zebrałem o panu informacje i udaję ię wprost do 
prokuratora. 
Pan Davids znów zaczął myć ręce. 
—  A jeżeli ¦¦*- odparł —ja pójdę do rektora uniwersytetu i powiem mu, e pański syn 
pożyczył ode mnie pieniądze? 
—  Idź pan! — rzekł stary Jolyon. — Idź! Chodźmy, Jo! 
Odwrócił się w kierunku drzwi, a za nim podążył opanowany, lecz upełnie zgnębiony syn. 
—  Stop! — rzekł pan Davids. — Nie chcę absolutnie robić nikomu rzykrości. 
Oczy starego Jolyona zabłysły spod ściągniętych brwi. 
—  O — r.zekł nie odwracając się — doprawdy! Spiesz się pan zatem. »aję panu dziesięć 
minut czasu — i wyjął zegarek. 
Młody Jolyon patrzył na znany sobie złoty przedmiot. Słyszał, jak za imi krzątał się pan 
Davids.. 
—  Oto jest, pan Forsyte, oto jest! Stary Jolyon odwrócił się. 
—  Czy to twój podpis, Jo? 
—  Tak — odrzekł tępo młodzieniec. 

background image

—  Weź go zatem i podrzyj zaraz. 
Młody Jolyon wziął rewers i potargał go z pasją. 
—  Oto pański czek — rzekł stary Jolyon. 
Pan Davids chwycił papier przestępując z nogi na nogę.      / 
—  To nie jest wcale interes, doprawdy to nie jest interes — powtarzał. 
—  Diabła tam nie interes — odparł stary Jolyon. — Podziękuj pan vemu Stwórcy, że nie 
udałem się jeszcze do prokuratora. Żegnam! 
Stukając parasolem wyszedł. 
Młody Jolyon towarzyszył mu jak baran. 
—  Gdzie jest dworzec, Jo? 
Młodzieniec poprowadził ojca. Szli zachowując jak najgłębsze mil-;enie. Wreszcie stary 
Jolyon rzekł: 
—  To była przykra historia. A najbardziej dotknęło mnie, Jo, żeś się ie zwrócił do mnie. 
Odpowiedź uwięzia młodzieńcowi w gardle. 
—  I nie graj, mój chłopcze. To słabość charakteru. No, jesteśmy na tiejscu! 
Wyszli na peron. Stary Jolyon kupił „Timesa". Stali obok siebie 
milczeniu, dopóki nie nadszedł pociąg londyński. Wówczas młody 
jlyon wsunął rękę pod ojcowskie ramię i uścisnął je. Stary skinął głową. 
65 
— Nie będę już o tym nigdy wspominał, Jo. Ale jedno ci powiem: jeżeli chcesz być 
„szykowcem", pamiętaj, że musisz być też dżentelmenem. Bądź zdrów, mój chłopcze! 
Przez chwilę trzymał rękę na ramieniu syna, po czym odwrócił się żywo i wszedł do wagonu. 
Młodzieniec stał z gołą głową patrząc na odjeżdżający pociąg. Potem wrócił, sam nie wiedząc 
dobrze jak, do uniwersytetu. 
Tak, naprawdę! Przykra historia! 
— Nie będę już o tym nigdy wspominał, Jo. Ale jedno ci powiem: jeżeli chcesz być 
„szykowcem", pamiętaj, że musisz być też dżentelmenem. Bądź zdrów, mój chłopcze! 
Przez chwilę trzymał rękę na ramieniu syna, po czym odwrócił się żywo i wszedł do wagonu. 
Młodzieniec stał z gołą głową patrząc na odjeżdżający pociąg. Potem wrócił, sam nie wiedząc 
dobrze jak, do uniwersytetu. 
Tak, naprawdę! Przykra historia! 
"Bunt w domu 
Kiedy jesienią 1870 roku dom Rogera Forsyte'a padł ofiarą włamania, Smith musiał być 
niewątpliwie pijany i nie czynił poważnych wysiłków selem odparcia oskarżenia. Smith, 
barczysty mężczyzna o niezwykle wesołym usposobieniu, stał się, w ciągu krótkich miesięcy 
swej służby w nowym domu Rogera, ulubieńcem młodych i nawet sam Roger zwykł był 
nazywać go „miłym chłopem". Upić się tak, żeby o tym nikt nie wiedział, jest błędem, ale 
pijaństwo, które wykryto, to już występek. Być pijanym w chwili gdy tuż pod nosem zostaje 
dokonane włamanie, stanowi zbrodnię, jeśli nie zdradę. Taki przynajmniej był pogląd Rogera, 
który też zareagował na to natychmiastowym zwolnieniem ze służby. Jego srebrne łyżki 
znikły i Smith musiał również zniknąć. 
—  Gdybyś nie był pijany — rzekł — słyszałbyś, oczywiście, tych łotrzyków. Chcesz być 
kamerdynerem? Ależ ty jesteś do niczego! 
—  Tak, sir — odparł pokornie Smith. — Kieliszek był zawsze moją słabością, ale nigdy bym 
nie przypuszczał, że może dojść do tego. 
—  No, ale doszło — rzekł Roger. — Dziś jeszcze zabieraj się stąd i proszę nie zgłaszać się 
do mnie po świadectwo. 
Na usprawiedliwienie bezwzględnego postępowania Rogera należy zaznaczyć, iż w owych 
czasach nie istniało ubezpieczenie od włamania. To Roger właśnie (zawsze pomysłowy) 
wprowadził ten zwyczaj i musiał się zwrócić w tym celu do firmy Lloyd. 

background image

—  Podobnej bezczelności nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać — dodał. Istotnie, skradziono 
cały kosz ze wszystkimi łyżkami, widelcami, 
solniczkami i pieprzniczkami z Rogerowego gospodarstwa, ot, bezpośrednio sprzed nosa 
pijanego Smitha, chrapiącego na swym łóżku w pokoju kredensowym. Kiedy lokajczyk 
wszedł tam następnego ranka, ujrzał go śpiącego jeszcze, a przy łóżku stała szklanka i pusta 
butelka po whisky. 
67 
Po zwolnieniu ze służby Smith wśliznął się z powrotem do pokoju kredensowego, niby obity 
pies, a Roger udał się do sypialni, gdzie jego żona leżała w ogromnym łożu nie myśląc niemal 
o niczym. W kilku arbitralnych słowach wyłożył jej sp,rawę. 
—  Och, Rogerze, jaka szkoda! Taki miły człowiek. Dzieci będą bardzo zmartwione. 
—  Furda! — rzekł Roger. — Muszę teraz pójść na policję. Ale ci ludzie są do niczego. Mała 
nadzieja, żebyśmy odzyskali cokolwiek. 
Pani Rogerowa leżała w dalszym ciągu, obojętna jak przedtem. Siedemnaście lat temu wyszła 
za mąż, a jeśli miała teraz własne życie, nikt nie wiedział, jakie ono było. 
Smith zaś, z drugiej strony, wyprostowany w swym spencerku, miał taki wyraz na szerokiej i 
dobrodusznej twarzy, jak gdyby zapodział gdzieś spodnie. Kiedy tak stał, otworzyły się nagle 
drzwi i na progu pokoju kredensowego zjawiła się panna Frania. Frania Forsyte była wówczas 
dwunastoletnim ciemnowłosym dzieckiem o cienkich nogach, przy których jej ubrania 
wydawały się zawsze zbyt krótkie. Jej szare, celtyckie oczy błyszczały złowrogo. 
—  Nie możesz odejść, Smith. Ja tego absolutnie nie chcę. Nie jesteś winien, żeś był pijany, 
kiedy przyszli ci włamywacze. 
»— Tss! Panno Franiu — rzekł Smith. — Pan powiedział, żebym sobie poszedł. 
Frania wzięła go za rękę. 
—  Drogi Smith! 
Okrągłe oblicze Smitha jak gdyby się wydłużyło. 
—  To moja wina, proszę panienki.   Byłem   pijany, niepodobna zaprzeczyć. 
—  Ale skąd mogłeś wiedzieć, że przyjdą włamywacze? 
—  Właśnie, że nie mogłem, proszę panienki, to fakt. 
—  No więc? 
—  Gdybym nie był pijany — rzekł Smith z nagłą gwałtownością — dałbym j a im bobu! 
Zgiął ramię i naprężył je, aby uwydatnić swe potężne bicepsy. 
—  Och, Smith — rzekła Frania —jakiś ty mocny! Zobacz, j a wcale nie mam muskułów. 
I dziewczynka zgięła cienkie jak patyk ramię. Ale na myśl o tym, że wkrótce nie będzie tu już 
Smitha, któremu by mogła pokazać swoje słabiutkie mięśnie, łzy trysnęły jej z oczu. 
—  Ty nie możesz odejść! — zawołała znowu. — Oto Eustachy, powie ci zupełnie to samo. 
Czwarty z kolei z pięciu potomków Rogera miał teraz jedenaście lat. Był on, podobnie jak 
siostra, ciemnowłosy i delikatny, z szarymi jak i ona oczyma, ale jego spokój szczególnie 
kontrastował z żywym tempera- 
68 
lentem Frani. Odbywał właśnie rekonwalescencję po śwince, która ku }go uciesze 
przeszkodziła mu wrócić do szkoły. 
—  Czy naprawdę musisz odejść, Smith? — zapytał. — Ja bym na ivoim miejscu nie odszedł. 
Po prostu zostałbym. 
Smith uśmiechnął się. Jego uśmiech był niby słońce w południe. 
—  Ojciec zapomni — dodał Eustachy. 
Smith przymknął jedno oko, co go szczególnie, poza wszystkim mym, czyniło drogim 
dzieciom. 
—  Czy zapomni, paniczu? Nie zdaje mi się. 

background image

—  A mnie tak — rzekł Eustachy. — Najlepiej nie zwracać na ojca wagi. On ciebie nie może 
zbić. Popatrz na swoje muskuły! 
Smith po raz drugi naprężył ramię. Nie mógł być razem z dziećmi przez ziesięć minut, żeby 
przynajmniej raz tego nie zrobić. 
—  Smith — rzekła Frania — pójdziemy z tobą do ojca i pomówimy nim. 
Smith potrząsnął głową. 
—  Przypuszczam; że on nie widział twoich muskułów — dodał ustachy. 
Smith uśmiechnął się. Tak jak wszystkie silne, dobroduszne i wesołe atury nie potrafił 
powiedzieć stanowczo „nie". 
—  Więc postanowione — rzekła Frania. — Kiedy ojciec wróci, przyj-ziemy z Eustachym po 
ciebie. Chodź, Eustachy! — W drzwiach iwróciła się jeszcze. — Ty nie odejdziesz, drogi 
Smith! 
Smith, pośrodku pokoju, kiwał powoli okrągłą głową. 
Pozostawał wciąż jeszcze w nieokreślonym nastroju, kiedy zjawił się olicjant powiadomiony 
przez Rogera. Usposobienie Smitha wybitnie przyjało mu w obcowaniu z policją. Nad wyraz, 
pokorny, gładki szczególnie uprzejmy pociągał władze jak śmietanka kota. Policjant, tory się 
zjawił, aby badać i pytać, zaczął gawędzić i popłukiwać sobie ardło. Popyając Rogerowe 
piwo oświadczył: 
—  Według mego przekonania był to czysty przypadek. Człowiek może ieraz spać tak mocno, 
że go nie zbudzi żaden włamywacz. Tak było 
tobą, przyjacielu. Musiałeś przedtem golnąć sobie nieco. Pomówię twoim panem jak 
potrzeba. 
Na górze w jadalni pani Rogerowa utkwiła wzrok w brązowym zegarze ćwiczyła zdanie, 
które zaczynało się w ten sposób: 
„Rogerze, chciałabym, żebyś się zastanowił jeszcze nad decyzją ' sprawie Smitha. Jest dużo 
powodów, żeby..." — nic więcej nie rzychodziło jej na myśl, prócz: „Z pewnością 
wpadniemy z deszczu pod pnnę" — który to zwrot nie wydawał się jej dostatecznie właściwy. 
Nieświadom sił, sprzysięgąjących się przeciwko niemu, Roger wracał ivawo z policji, gdzie 
składał szczegółowe i prawdziwe zeznania otyczące skradzionego mu srebra. Po drodze 
wzrok jego natrafił na głoszenie o sprzedaży z licytacji jakiegoś domu. Wszedł do hallu 
69 
Odemknąwszy drzwi kluczem — był jednym z pierwszych, którzy kazali sobie dorobić 
własny klucz. Podczas gdy zdejmował płaszcz, jakaś cienka, widmowa postać wionęła 
poprzez ciemności w kierunku schodów wiodących na dół, skąd się wydobywał zapach 
pieczonej baraniny. Inna postać zsunęła się po poręczy schodów z góry, a przeczekawszy, aż 
Roger wejdzie do jadalni, prześliznęła się na dół i również tam zniknęła. Poruszona nagłym 
wejściem małżonka pani Rogerowa zdjęła przykrywkę ze stojącego na kredensie 
kryształowego słoja, w którym znajdowały się marynowane orzechy, i zaczęła: 
—  Rogerze, ja chciałabym... chciałabym... 
—  Czego byś chciała? — zapytał Roger. — Pewno jakiegoś głupstwa. Nie napuszczaj mi 
tego zapachu. Nie mogę po prostu znieść zapachu octu. 
—  Tu chodzi o Smitha — szepnęła pani Rogerowa. — Chciałabym... 
—  Dosyć! — rzekł Roger. — On musi stąd odejść. Pani Rogerowa przykryła słój. 
—  No, dobrze, mój drogi. Ale gdzie my znajdziemy... 
—  Znajdzie się mnóstwo doskonałych służących — rzekł Roger 
— Gdzie policjant, którego tu przysłano? 
—  Musi być na dole. 
—  Naturalnie. Ci ludzie są do niczego. A to co znowu? 
Od drzwi ciągnęła procesja prowadzona przez Franię. Ustawiła się przy drugim końcu stołu 
— od lewej ku prawej: Frania, Smith, Eustach j i policjant. 

background image

—  Co to ma znaczyć, Smith? — zapytał Roger gładząc bokobrody 
—  Powiedziałem, żebyś sobie poszedł. Czy masz mi coś jeszcze dc powiedzenia? 
—  Tak! — zawołała przenikliwym głosikiem Frania. — Smith nie odchodzi. 
—  Co?! — krzyknął Roger. 
—  Tak jest, ojcze! — rzekł spokojnie Eustachy. 
—  Tak jest? Co to ma znaczyć, ty bezwstydny żółtodziobie? 
—  Pański służący musiał się zdrzemnąć, sir — rzekł stanowcze policjant. 
—  Oczywiście, że zasnął. Był pijany. 
—  Z trudem mógłbym to twierdzić, sir — odrzekł policjant. — P< prostu nie obildził się w 
odpowiedniej chwili. 
—  Jeżeli masz coś na swe usprawiedliwienie — rzekł Roger — t< pośpiesz się przed 
odejściem. 
Smith potrząsnął głową. 
—  Nie mam nic, sir, dalibóg! 
Z jednej i drugiej strony Frania i Eustachy targali go za rękawy, jal gdyby zachęcając do 
pokazania swych mięśni. 
—  Dobrze więc — rzekł Roger — idź już sobie. Za chwilę pomówi 
70                                     \ 
z panem, kónstablu. A wy, dzieci, zmykajcie i uważajcie, abym się i do was... 
—  Jeżeli Smith odejdzie — wykrzyknęła Franią -— my też pójdziemy. Roger osłupiał. Po 
raz pierwszy zdarzyło się, aby ktoś mu stawiał opór. 
—  Idźcie do mojego gabinetu oboje i czekajcie, aż tam przyjdę. Mary, zabierz je stąd. 
Lecz i pani Rogerowa była, zda się, pod wpływem jakichś czarów i nie ruszyła się z miejsca. 
Twarz Smitha okryła się purpurą wstydu. Również i policjant stał nieruchomo. Chuda postać 
Rogera stężała. Był znacznie mniejszy niż Smith lub nawet policjant, ale wyraz jego twarzy, 
twardy i zdecydowanie zacięty, przywracał mu równowagę. Wyjdź — rzekł do Smitha. 
Smith ruszył ku drzwiom,  ale  dzieci oparły się o nie  plecami. Bokobrody Rogera jak gdyby 
oblały się rumieńcem. 
—  Tego już stanowczo za wiele! — padło z jego zaciśniętych ust. Tę szczególnie krytyczną 
sytuację uratowało poczucie obowiązku 
Smitha, które w nim zawsze dominowało, ilekroć był trzeźwy. Z głębokim westchnieniem 
ujął za pasek każde z dzieci z osobna, podniósł je do góry, postawił następnie z dala od drzwi 
i wyszedł. 
—  Idźcie oboje do mojego gabinetu — powtórzył Roger. Dzieci weszły do hallu. 
—  Czy ty pójdziesz do gabinetu, Franiu? 
—  On nas obije. 
—  Nie zrobi tego — rzekł Eustachy.— Uzbrójmy się w noże! 
—  Nie — odparła Frania — idźmy lepiej ze Smithem. 
—  Smith odprowadzi nas z powrotem do domu — rzekł Eustachy — pójdziemy sami. 
—  Dobrze — rzekła Frania. 
—  Weźmiemy parasol ojca i naszą skarbonkę. 
—  Nie będziemy mogli jej otworzyć. 
—  Tak, ale sprzedamy ją komuś. Tam brzęczy. 
—  No dobrze, prędko! 
Pochwyciwszy ojcowski parasol i zamkniętą skarbonkę dzieci otworzyły frontowe drzwi i 
biegnąc przez Kensington Road znalazły się niebawem w Hyde Parku. Skarbonka brzęczała 
przez całą drogę. 
—  Ile tam jest? — zapytał Eustachy. 
—  Cztery szylingi i jedenaście pensów. 
—  Sprzedajmy ją więc za pięć szylingów. Puszka kosztowała szylinga. 

background image

—  Ale komu? 
—  Znajdziemy jakiegoś starego pana. 
Szli wzdłuż alei dla jeźdźców pod parasolem, padał bowiem deszcz. Frania nie miała na sobie 
ani kapelusza, ani płaszczyka, Eustachy zaś był w szkolnej czapce, czarnej z czerwonym 
paskiem. 
—  Patrz! — zawołała Frania. — Już tu mamy jednego. 
71 
Zbliżyli się do ławki, na której siedział wysoki, tęgi mężczyzna. Oparłszy się oburącz ńa 
rączce od laski wyglądał, jakby chciał wstać. Miał szpakowatą kozią bródkę, szary filcowy 
kapelusz, a na jego brązowej aksamitnej kamizelce chwiał się długi łańcuszek od zegarka. 
Frania, niosąca skarbonkę, wyciągnęła ją w jego stronę. 
—  Halo! — rzekł stary pan. -    Cóż to tam macie? 
To nasza skarbonka  - odparła Frania, - Chcemy ją sprzedać. Tam są cztery szylingi i 
jedenaście pensów miedziakami. 
—  Ale jest warta więcej — rzekł Eustachy. 
—  Diabła tam warta! — mruknął stary pan, a jego szare oczy, z lekka nabiegłe krwią, 
zabłysły. — I czemuż to chcecie ją sprzedać? 
—  Bo nie możemy jej otworzyć — rzekła Frania. 
—  A bez tego trudno wyjąć pieniądze — dodał Eustachy. — A one należą do nas i są nam 
potrzebne, widzi pan. 
—  Na cóż to są wam potrzebne?.— zapytał stary pan. 
—  Musimy kupić sobie obiad. 
—  Jesteście zabawną parką — rzekł stary pan. — Jak się nazywacie? 
—  Kupi pan od nas skarbonkę? — zapytał Eustachy. — W takim razie powiemy panu. 
—  Cóż ja zrobię z waszą skarbonką, hę? 
—  Schowają pan do jednej ze swych wielkich kieszeni. 
—  Dobrze — rzekł stary pan — macie tu pięć szylingów. Dajcie mi to. A teraz, jak się 
nazywacie? 
—  Forsyte — rzekła Frania. — Ja jestem Frania, a to jest Eustachy. 
—  Forsyte? — mruknął stary pan. — Diabła tam Forsyte! A gdzie mieszkacie? 
—  Czy można panu zaufać? — zapytał Eustachy cofając parasol do tyłu. 
Stary pan wybuchnął śmiecherti. 
—  Zaufać? Pod jakim względem? 
—: Widzi pan — rzekł Eustachy ostrożnie — myśmy właśnie uciekli. 
—  O! — rzekł stary pan i coś zamruczał. 
—  Musieliśmy — wtrąciła Frania. — To z powodu Smitha. Długo by opowiadać. 
—  Więc zjemy razem obiad i opowiecie mi wszystko — rzekł stary pan wstając. — Jak na 
imię waszemu ojcu? 
—  Roger. 
—  A, a! — zawołał stary pan. — Znam waszych stryjów Jolyona i Swithina, i waszego 
kuzynka Jo. Nazywam się Mikołaj Treffry. Słyszeliście kiedy o mnie? 
—  Nie — odparł Eustachy. 
—  Ja słyszałam! — wykrzyknęła Frania. — Ojciec mówi, że pan się cieszy złą sławą. Co to 
znaczy? 
—  „Złą sławą" — pan Treffry zachichotał. — Mój powóz stoi przy 
72                                                                                                       • 
bramie wjazdowej. Chodźcie ze mną, pokażę wam, dlaczego wasz ojciec mówi, że się cieszę 
złą sławą. Dzieci spojrzały po sobie, a Eustachy szepnął: 
—  Można, on jest solidny. 

background image

—  Diabła tam jest!     zawołał niespodzianie pan Treffry. — Chodźcież, żółtodzioby!                                                                
'      % 
Dzieci towarzyszyły mu w milczeniu do bramy. Przy wejściu stał faeton z pjodniesioną budą, 
zaprzężony w parę przepysznych koni. Trzymał je za uzdę groom. 
—  Wsiadajcie!      rzekł pan Treffry. 
Frania wspięła się żywo, Eustachy zawahał się. 
—  Dokąd pan chce nas zabrać? 
—  Na Albany, znacie to miejsce? 
-- Tak — odparł Eustachy.      Jerzy tam był kiedyś. 
—  Czy dosyć solidne dla was, hę? 
—  Tak — rzekł Eustachy i zwinąwszy parasol usiadł obok siostry. Pan Treffry wdrapał się 
ciężko na kozioł wraz ze swym woźnicą: 
—  Jazda, Tim! 
Konie ruszyły żwawo, groom puścił cugle i, biegnąc ża pojazdem, zajął miejsce z tyłu. 
Faeton chwiał się z jednej strony na drugą, ocz\   >ani błyszczały. 
—  O, to mi się podoba! -   rzekła. 
—  Wasz ojciec dostałby ataku, gdyby tak nas teraz zobaczył      zachichotał pan Treffry. — 
Mieszkacie na Prince's Gate, prawda? 
Eustachy obejrzał się w jego stronę i, naśladując Smitha, przymrużył lewe oko. 
—  Z ciebie, mój chłopcze, flegmatyczny młodzieniec — zauważył pan Treffry. 
Jezdnie w owych czasach nie były szczególnie gładkie i po drodze do Albany wytrzęsło ich 
dobrze. Kiedy po przybyciu na miejsce dzieci umyły się i oczyściły pod kierunkiem 
służącego, udały się następnie do niskiej, wykładanej boazerią sali. Na ścianach wisiały 
wizerunki koni i psów, w rogu stało pudło z dubeltówkami i kilka czarnych skrzyneczek po 
chińskiej herbacie, na których widniały postacie i kwiaty z kolorowej laki.   • 
—  A teraz — odezwał się pan Treffry — przekąsimy coś. 
Posiłek składał się z cietrzewia, naleśników i karczochów. Prócz tego każde z dzieci dostało 
kieliszek wina. 
—  No.— rzekł pan Treffry. — Cóż się właściwie stało? Frania opowiedziała historię ze 
Smithem. 
—  Hm! — mruknął pan Treffry. — Więc waszemu ojcu skradziono srebrne łyżki.                '          
-                   [ 
—  A myśmy mu zabrali parasol — dodał Eustachy.   ' 
—  No,  postaram się już,  żeby was nie obito,  chociaż naprawdę 
73 
zasłużyliście na to. Wasza matka musi być w ładnym strachu. Green, zaprzęgaj znów do 
faetonu! Odbyli drogę do Prince's Gate po jeszcze njerówniejszej jezdni. 
—  Macie tu swoją skarbonkę — rzekł pan Treffry. 
—  Ale pan ją kupił! 
—  Cicho no! Proszę zanieść mój bilet swemu panu. . Frania chwyciła pokojówkę za rękaw. 
—  Czy Smith odszedł, Aniu? 
—  Jeszcze nie, panienko. Wszyscyśmy byli tacy niespokojni o was. 
—  Hura! Słyszysz, Eustachy? Smith jeszcze nie poszedł! 
—  No, dobrze, nie hałasuj! 
Roger, pani Rogerowa, trzy pokojówki i Smith zjawili się nagle nie wiadomo skąd. 
—  Dzień dobry! — rzekł pan Treffry wysuwając się naprzód. — Wyobrażam sobie, że 
państwo są w strachu. Jestem Mikołaj Treffry, wspólnik pańskiego brata Jolyona. Te 
żółtodzioby uciekły, aby sobie ochłodzić nieco główki. Zjadły u mnie obiad, a teraz odwożę 
je z powrotem bez szwanku. 
—  Hm! — mruknął Roger wielomównie. 

background image

—  Powinny dostać baty, ani gadania — ciągnął dalej pan Treffry wyprostowując się 
całkowicie — ale przyrzekłem im, że nie dostaną. To wy jesteście — dodał zwracając się do 
Smitha — tym, co to sobie podpił? 
—  Tak, sir.                                                                            s 
—  Hm! Niech mu pan pczebaczy.tym razem. Oto pański parasol. Roger wziął parasol. 
—  No — rzekł — nie wiem doprawdy, do czego to wszystko doprowadzi. — Podał rękę 
panu Treffry'emu. — Mój brat zawsze opowiada 
0 panu. Twierdzi, że któregoś pięknego dnia skręci pan sobie kark. 
—  Hm! Jo to bardzo ostrożny człowiek. Rad jestem, że ma pan z powrotem swoje dzieci. Do 
widzenia, łaskawa pani. Bądźcie zdrowe, żółtodzioby. 
I pan Treffry wyszedł mrucząc pod-nosem. Zapanowało milczenie. 
—  No! — rzekł wreszcie Roger, a lekki uśmiech pojawił się pośród jego bokobrodów, aby 
zaraz zniknąć -7 a teraz, żebym nie słyszał już od nikogo ani słowa więcej! 
Po czym udał się do jadalni.         .. , 
Frania podbiegła do Smitha i automatycznie dotknęła jego mięśni. 
—  Drogi Smith! 
—  Mamo — odezwał się Eustachy — jedliśmy cietrzewie, naleśniki 
1 karczochy i pędziliśmy powozikiem jak strzała. 
Tak skończył się bunt w domu Rogera, a wraz z wojną francu-sko-niemiecką tegoż roku dał 
on może początek bardziej swobodnej filozofii życiowej. 
z kulawe kaczątko June 
Aż do ósmego niemal roku życia mała June Forsyte bawiła się lalkami. )opiero jesienią 1876 
roku znalazła ona żywą istotę, na której losy miała •aczyć. 
Stało się to tak. W pobliżu domu jej dziadka, starego Jolyona Forsyte'a, »rzy Stanhope Gate, 
gdzie June i jej matka mieszkały wspólnie ze tarymi, znajdowały się stajnie. Były tam dwa 
pomieszczenia dla koni ugowych, Brownie i Betty, oraz przegroda dla kucyka June, Bruce'a. 
ład stajniami w trzech pokojach mieszkał stangret Betters, jego żona mała córeczka, a gdzie 
miał swój kąt chłopak stajenny — Panu Bogu :hyba było wiadomo. 
Któregoś październikowego popołudnia zsadzono June przy bramie tajni z jej kucyka. 
Dziewczynka miała na sobie długą niebieską imazonkę, a spod płomiennych włosów 
błyszczały swawolnie oczy. 
—  Ten kucyk jest bardzo chytry, panno June. Nie trzeba mu dawać vięcej niż dwie 
marchewki, bo inaczej będzie mu się zdawało, że może obić z panienką, co chce. 
—  Kochany! — rzekła June głosem brzmiącym szczególnie głęboko ak na małą 
dziewczynkę. 
Dała już kucykowi cztery marchewki, a teraz stała obok niego przy :łobie głaszcząc zwierzę 
czule po pysku. W sąsiedniej przegrodzie IPgwizdywał sobie chłopak stajenny i czyścił 
zgrzebłem Betty, którą tangret Betters wolał pod wierzch od Brownie, „przeklętej szkapy, 
:awsze gotowej brykać". 
—  Jerzy, jak myślisz, kto jest ładniejszy: Brownie czy Betty? Chłopak skinął głową w stronę 
pierwszego żłobu. 
—  Ten koń prezentuje się lepiej, proszę panienki. 
—  Nb to dam mu jedną marchewkę, a Betty dwie, ona nie jest temu vinna, poczciwe 
biedactwo. 
75 
Rozdzieliwszy wszystkie marchewki koniom, które poszturchiwały jć pyskami w głowę, 
dziewczynka skierowała się na dziedziniec. Better: wspiął się po schodach do swego 
mieszkanka, a dolatujący stamtąd zapach cebuli świadczył, że pani Betters, nieduża, blada i 
pomarszczom kobieta, smażyła mięso. 

background image

Na pustym dziedzińcu znajdował się jeden tylko gołąb i June pobiegłć ku niemu tak 
gwałtownie, że ptak frunął od razu na dach. Dotknięte w swych uczuciach June zebrała tren 
amazonki i ruszyła w stronę domu kiedy zza węgła wyszła mała dziewczynka płacząc rzewnie 
w rękav sukienki. 
—  Zuziu Betters, czemu się mażesz? 
Mała dziewczynka, brzydka i chuda, zapłakała jeszcze głośniej. 
—  Uszczypnęli mnie, mówią, że jestem złodziejką, dlatego tylko, ż< wzięłam to, co do mnie 
należy. 
Odsłoniła kilka siniaków na ramieniu i pokazała parę brudnych plan na sukience. 
—  Kto cię uszczypnął? 
—  Chłopcy i dziewczynki, z którymi chodzę do szkoły. 
—  A czyś ty ich także uszczypnęła? 
—  Nie. 
—  Więc ja to zrobię. Obrzydliwe dzieciaki. Nie płacz, Zuziu. Ja ci< obronię. 
Zuzia, wyższa o pół głowy, spojrzała na nią z góry i otworzyła usta. 
—  Pójdziemy ich poszukać. Mam pejcz. Już oni ciebie więcej ni< ruszą. Ty nie jesteś bardzo 
odważna, co? 
—  Nie-e — rzekła Zuzia. 
June świsnęła pejczem, który był akurat tak gruby jak koniec kija o< wędki. —. Chodź! 
Okrążyły węgieł domu. Tren June ciągnął się za nimi. Nigdzie nie było widać śladu dzieci. 
—  Pójdziemy do nauczyciela i powiemy mu. 
—  Nie-e. 
—  Dlaczego nie? 
—  Bo oni dopiero mnie zbiją, jeżeli powiem. 
—  Czemu oni ciebie nie lubią, Zuziu? Dlatego że jesteś brzydka — Zuzia znów zaczęła 
płakać. — Nie jęcz! To nie twoja wina, że jeste brzydka. 
Zuzia lamentowała coraz głośniej. 
Zjawiło się nagle dwóch małych, chłopców i dziewczynka, którz; zaczęli wytykać ją palcami. 
June podniosła pejcz. Dzieci trąciły się łokciami. 
—  Źle wychowane dzieciaki! — rzekła June przybierając ton swoje guwernantki. 
76 
Jeden z chłopców gwizdnął przeraźliwie. 
—  To wyście uszczypnęli małą Zuzię Betters? Dzieci wybuchnęły głośnym, ordynarnym 
śmiechem. 
—  Jesteście wstrętni smarkacze! — krzyknęła June. — Ja wam tu zaraz pokażę! 
Dzieci cofnęły się przed atakiem i odskoczyły na bok z niesamowitym krzykiem. Jeden z 
chłopców popchnął June tak, że przydeptała swój tren i jak długa rozciągnęła się w 
niebieskiej amazonce na ziemi. Wówczas dzieciaki, uszczypnąwszy serdecznie Zuzię, wydały 
zbiorowy okrzyk i znikły. 
June podniosła się. Ubranie miała brudne, policzki płonące. Pejcz gdzieś przepadł. Zuzia 
wrzeszczała z całych sił. 
—  Nie płacz! To dzieciństwo. 
—  Oni mnie znów uszczypnęli. 
—  Gdzie? 
—  W sie-e-dzenie. 
—  Chodź ze mną, pokażesz to mojemu dziadkowi — rzekła June. — On już nauczy ich 
rozumu. Dostaniesz mój pudding. Chodź! 
I pociągnęła opierającą się Zuzię w stronę domu starego Jolyona. 

background image

—  Francois — rzekła June do służącego Szwajcara — to jest Zuzia Betters. Dzieciaki ją 
poszczypały i ona ma dostać mój pudding. Ona nie jest odważna, więc nie trzeba jej straszyć. 
Chcę, żeby dziadzio zobaczył jej sińce. Chodź, Zuziu! 
Ciągnąc wciąż małą, June przeszła do jadalni. 
Stary Jolyon, który w soboty nie wyjeżdżał nigdy do City, siedział w fotelu przy kominku i 
czytając „Timesa" czekał, aż oznajmią porę lunchu. Poprzez stół nakryty na pięć osób 
spojrzał na dwie małe osóbki i oczy mu zabłysły. 
—  No, moje kurczątko, kogo tam prowadzisz? 
—  Zuzię Betters, dziadziu. Poszczypano ją z tyłu. Chciałabym, żebyś to zobaczył. 
Pchała Zuzię w stronę fotela, podczas gdy stary Jolyon spoglądał chytrze na córkę swego 
stangreta. 
—  Hm! — rzekł. — Jesteś małą, chudą żabką. 
—  Tak. Ona musi dostać mój pudding. Ona jest zanadto chuda i taka blada. I ma zupełnie 
brudną buzię, ale to nie jej wina. 
—  Co się stało z twoją amazonką? — zapytał stary Jolyon. — Spadłaś z konia? 
—  Ależ nie! Usiadłam tylko trochę na chodniku, kiedy biłam tych smarkaczy, a oni zabrali 
mi pejcz i uciekli. 
— Hm! Ładna historia! Wyciągnął rękę i zadzwonił. 
—  Zabierzcie na dół tę małą, Francois, i umyjcie jej twarz, a potem dajcie jej dobrze zjeść. I 
powiedzcie chłopakowi, niech skoczy do 
77 
Bettersa i uprzedzi go, że mała jest tutaj. A ty idź się trochę oczyścić — dodał zwracając się 
do June — zanim matka cię zobaczy i nie mów o tym wcale. 
Obydwie dziewczynki wyszły. W hallu June rzekła: 
—  Chciałabym zobaczyć, jak się ją myje, Francois. 
—  Proszę bardzo, panienko. 
Podczas lunchu June kręciła się niespokojnie i z trudem tylko, pod wpływem wzrpku starego 
Jolyona, powstrzymywała się od relacji o tym, co zaszło. 
Po wyjściu matki i guwernantki dziewczynka zbliżyła się do dziadka, który zapalił, jak 
zwykle, cygaro, i umieściła się między jego kolanami. 
—  Dziadziu, ja chcę zostać przyjaciółką Zuzi Betters. 
—  Och! — rzekł stary Jolyon. — Taki bąk jak ty, a już zbiera kulawe kaczątka. 
—  Czy Zuzia jest kulawym kaczątkiem? Stary Jolyon skinął głową. 
—  Nie byłbym zdziwiony, gdyby ją teraz jeszcze więcej szczypano. Wygląda mi na 
biedactwo. 
—  Więc ja się nią będę opiekowała. 
—  W jaki sposób? — zapytał stary Jolyon mrużąc oczy. 
—  Dam ja im... jeżeli ją jeszcze raz uszczypną! 
—  Nie łap ryb przed niewodem. 
—  Wiem! — zawołała nagle June. — Ona może się uczyć razem ze mną, dziadziu, zamiast 
chodzić do szkoły. 
Stary Jolyon potrząsnął głową. 
—  Z tego nic nie będzie. Idziesz do zoo? June klasnęła w dłonie, ale zaraz oświadczyła: 
—  Nie. Muszę uważać na Zuzię. 
Stary Jolyon otworzył szeroko oczy. Po raz pierwszy zobaczył prawdziwy charakter swojej 
wnuczki. 
—  To jest zahukane, biedne stworzenie — rzekł. — Nigdy nie uda ci się z niej coś zrobić. 
Po wyjściu June utkwił zamyślony wzrok w żarzącym się cygarze. Dzieci! Co też mają za 
pomysły! Dowie się ona pewnego dnia, że nie można się „opiekować" każdym, kogo się 
spotka na swej drodze. Im prędzej, tym lepiej. Kto wie! Ale wspaniałomyślne maleństwo, 

background image

wyrzec się pójścia do zoo! Lekcje! Co by też jej matka powiedziała na to? Taka dobra z niej 
kobieta, że nigdy nie da się nic przewidzieć. I stary Jolyon westchnął. Gdyby jego syn nie 
poślubił tak porządnej kobiety, może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. A Jo... No, 
no! Drzemka! Tylko jedną chwilkę. I zgasiwszy cygaro przechylił się w tył ze wzrokiem 
utkwionym w Holenderskie łodzie rybackie o zachodzie słońca. Jego chuda ręka o 
spiczastych paznokciach zwisła z poręczy starego fotela. Poczciwe maleństwo! Kulawe 
kaczątka!... 
78 
Mimo nieufności owej „porządnej kobiety", lękającej się złego wpływu na akcent córki, i 
wbrew krańcowej opozycji guwernantki June •ostawiła na swoim. Co rano Zuzia Betters, 
wymyta niemal ponad miarę, iadywała w szkolnym pokoju przy stole, lejąc gorzkie łzy nad 
mozol-iym sylabizowaniem. Zabezpieczona od szczypania i czyniąc postępy we wszystkich 
sprawach materialnych, jak to: mydło, pudding i odzież, razu wylewała codziennie takie 
potoki łez jak nigdy i June często nusiała ją brać w ol; onę przed guwernantką. 
—  Miss Pearson, nie powinna pani doprowadzać Zuzi do płaczu llatego tylko, że ona wyraża 
się pospolicie. Ona nie potrafi lepiej. To nie woja wina, że jesteś pospolita, prawda, Zuziu? 
Ta obrona wywoływała w gruncie rzeczy tyleż łez co i napomnienia wychowawcze. Poza 
godzinami szkolnymi dziewczynka uczyła Zuzię wszystkich gier, w które bawiła się sama, 
oraz innych, których nie iprawiała. Pokazała jej, jak się ubiera i rozbiera lalki, uwolniła ją od 
tapastliwości włoskiego charta, pomogła jej oparzyć się przy gotowaniu zekolady i 
karmelków i pokłuć sobie palce podczas szycia nocnych :oszulek dla lalki. Kiedy Zuzię 
stawiano do kąta, June stawała niezmien-rie w przeciwległym kącie — tak dalece była lojalna 
wobec „swego :ulawego kaczątka". „Porządna kobieta" spoglądała z zimną krwią na en 
eksperyment — przeszkodzi on June być egoistką. Stary Jolyon 
wrodzoną przenikliwością oczekiwał nieuniknionego końca: nie wie-zył w „kulawe 
kaczątka". 
A koniec zbliżał się nieuchronnie z każdym gramem, jaki Zuzi Betters irzybywał na wadze 
wskutek codziennych posiłków, i wraz z po-;łębiającą się pogardą, jaką obudziła w niej 
zwolna poufałość. Przestała uż wylewać łzy, policzki jej nabrały rumieńców, a błękitna 
wstążka dobiła jej porządnie umyte włosy. Nabrała istotnie tuszy i już nie łudziła współczucia 
June. Ale nawyk opiekowania się przetrwał u June io połowy listopada. Pozbyła się go nagle 
w jeden dzień. 
Zuzia miała lalkę, którą dostała od June. W myśl prawa rekompensaty - głoszonego przez 
modnego wówczas filozofa Emersona — traktowała i tak, jak ją samą traktowano: owładnęła 
jej duszą, ciało jej stawiała do :ąta i kazała jej klęczeć dla jej własnego dobra. Wraz z rosnącą 
tuszą iuzia traktowała lalkę coraz baTdziej protekcyjnie, jeśli nie arbitralnie, riebawem też 
takie postępowanie zwróciło na siebie uwagę June i lalka aczęła być dla niej z kolei 
„kulawym kaczątkiem". 
Którejś soboty z rana, kiedy lalkę znów oćwiczono i postawiono aprzód do jednego, a 
następnie do drugiego kąta, June nie mogła już apanować nad swym oburzeniem. 
—  Zuziu, nie powinnaś traktować w ten sposób biednej Amy, jak ci nie rstyd! 
Zuzia odparła: 
—  Dlaczego nie? To moja lalka! 
79 
—  Nie pozwolę na to! — rzekła June. — I koniec na tym! 
—  A ja będę! — zawołała Zuzia i szybko uniosła sukienkę lalki. Oczy June stały się zupełnie 
niebieskie, włosy, zda się, zalśniły od 
skier. 
—  Jeżeli ją obijesz — rzekła — ja ciebie obiję.                    ' 

background image

—  Tak? — odparła Zuzia — a ja jestem większa od ciebie. I położyła sobie lalkę na 
kolanach. 
—  Stój! — zawołała June. 
—  Nie chcę! — krzyknęła Zuzia. 
June rzuciła się ku niej. Lalka upadła na podłogę, a obydwie dziewczynki zaczęły z sobą 
walczyć. Zuzia tak dalece skorzystała z sześcio-tygodniowego dobrego odżywiania, że 
okazała się silniejsza. Ale nie miała odwagi June. Walka, krótka i zacięta, skończyła się tym, 
że June usiadła na piersiach Zuzi. Zuzia sapała, wywijała się i drapała. June usiadła jeszcze 
mocniej. 
—  Przyrzeknij, że nie będziesz jej biła. 
—  Nie przyrzeknę! 
—  Więc będę siedziała, dopóki nie przyrzekniesz. 
Zuzia zaczęła krzyczeć. June zasłoniła jej usta ręką. Zuzia ją ugryzła. 
Krzyki zwabiły starego Jolyona, który był w swej garderobie. Oć dawna już spodziewał się 
ujrzeć widok, jaki się przedstawił jego oczorr po wejściu do pokoju. 
—  Dosyć tego! — rzekł. — Wstań, June! No, co się tu stało? June, która podniosła lalkę, 
była purpurowa i nasrożona, Zuzij 
— zapłakana i wylękła. 
—  Co ci się stało w rękę? — zapytał stary Jolyon June. 
—  Ona nie powinna bić Amy — rzekła dziewczynka. — Ja nie chcę 
—  Czyś ty ją ugryzła? — spytał stary Jolyon Zuzię. Zuzia jęknęła. 
Chcąc instynktownie bronić Zuzi June powiedziała machinalnie: 
—  To ja zaczęłam, bo ona nie powinna bić Amy. 
Zuzia wyjąkała:                                         .                                      | 
—  Ja nie chciałam, dopóki mi ona nie zakazała. 
—  No dobrze — rzekł stary Jolyon. — Daj mi lalkę. Idź, June, i przemy rączkę. A ty — 
zwrócił się do Zuzi — idź do domu na obiad. 
Dziewczynki wyszły. Zuzia pochlipując, June — czerwona jak burak Stary Jolyon został sam 
z lalką, wystrojoną woskową figurką, istotnii bardziej nadającą się do bicia niż porcelana. 
Okrągłe, niebieskie źrenic Amy wyrażały tylko obojętność. Zabawne małe stworzonka te 
dzieci Z powodu kawałka wosku kapryszą i wpadają w gniew! No, no!... Pewni znowu 
kulawe kaczątko. Poprawił potargane szatki lalki i oczy mi zabłysły. Skończyło się więc z 
Zuzią Betters! Na szczęście! 
Położywszy lalkę na stole skierował się z wolna do jadalni, myślą wciąż o tych zabawnych 
małych stworzonkach. 
80 

June przyszła na lunch z obwiązaną ręką. Nie chciała jeść puddingu i słychać było, jak 
szeptała do Francois, aby go schował dla Zuzi. 
Kiedy dowiedziała się później, że Zuzia nie będzie tu przychodziła więcej, a musi znów 
wrócić do szkoły — zachowała milczenie. I nikt nie mógłby powiedzieć, co właściwie czuła. 
Stary Jolyon miał jednak 'wrażenie, że nie była nieszczęśliwa. On dobrze przewidział to 
wszystko. 
Sytuacja Zuzi Betters była teraz gorsza niż przedtem. Dzikie zwierzęta, powracające z niewoli 
na swobodę, nie spotykają się z życzliwym przyjęciem ze strony swych towarzyszy. Tak się 
też stało z kulawym kaczątkiem June. Niebawem Zuzia była równie chuda, posiniaczona i 
zapłakana jak i przedtem. Ale że jej June nie widywała więcej, Zuzia pozostała w jej pamięci 
różowa i pulchna, z niebieską wstążką we włosach i nie budziła już współczucia. Poza tym 
June znalazła sobie nowe kulawe kaczątko — żonę kataryniarza z niemowlęciem na ręku. 
es w domu 'Tymoteusza 

background image

(i878) 
Pani Septimusowa Smali, zwana w rodzinie Forsyte'ów ciotką Julą, wracając któregoś 
niedzielnego ranka wiosną 1878 roku z nabożeństwa w kościele św. Barnabasza do domu, z 
przyzwyczajenia skierowała swe kroki przez ogrody Kensington, wówczas jeszcze niezbyt 
rozrosłe. Wielebny Tomasz Scoles był bodajże błyskotliwszy niż zwykle i ciotka Jula czuła 
potrzebę rozprostowania kości, co stanowiło niezmienny niemal rezultat jego „przyjemnych 
kazań". Idąc swym bardzo drobnym kroczkiem w jedwabnym fioletowym stroju i czarnej 
mantylce — suknie owego roku Pańskiego były szczególnie wąskie — myślała o drogiej 
Esterze. Jaka szkoda, że cierpiała zawsze w niedzielę rano na taką okropną migrenę — 
kazanie sprawiłoby jej tyle dobrego! Bo teraz, kiedy droga Anna nie mogła znosić trudów 
niedzielnych nabożeństw, Estera powinna by, według niej, przemóc się na tyle, żeby 
uczęszczać do kościoła. Jakież budujące było to, co drogi pastor Scoles mówił o liliach 
polnych, które nigdy nie próbują podnieść swej urody, jak również o damach światowych, 
które w pełni swego rozkwitu nie osiągają nigdy piękna owych kwiatów. Niewątpliwie miał 
on na myśli „turniury" — co za dowcip! — i Estera ubawiłaby się słysząc to, gdyż dopiero 
wczoraj, kiedy Emilia z drogim Jamesem przyszli z wizytą, była właśnie mowa o greckim 
stylu w modzie damskiej i Emilia powiedziała, że powrót do krynolin jest tylko kwestią czasu 
i że ona osobiście zamierza poddać się tej modzie, skoro tylko się pojawi. Droga Anna omal 
nie pogniewała się z nią o to, a James oświadczył, że nie bardzo rozumie, jaki jest pożytek z 
krynolin. Istotnie, krynoliny zajmują bardzo wiele miejsca, „turniury" zaś są mniejsze i dają 
więcej ciepła. Estera zaś rzekła, iż nie nadają się ani jedne, ani drugie i nie rozumie ich 
powodzenia. To samo właśnie oświadczył pastor Scoles. Musi naprawdę zastanowić się nad 
tym, jeżeli pastor Scoles uważa je za szkodliwe dla duszy. On zawsze powie coś, co 
82 
pobudza następnie do myślenia. Pastor Scoles tak by się przydał Esterze! I przez chwilę 
ciotka Jula zatrzymała wzrok na murawie. 
Boże drogi! Czemu ten biały piesek biegnie tak zapamiętale? Czy się zabłąkał? Tam i z 
powrotem, i znowu w kółko! Zdaję się, że to ^zpic, całkiem nowa rasa psów. I spostrzegłszy 
ławkę pani Septimusowa Smali schyliła się, uniósłszy nieco z tyłu suknię dla zabezpieczenia 
„turniury", i usiadła, aby móc lepiej obserwować białego pieska. Słońce, przedzierające się 
przez dwie wiosenne chmurki, padło na jej twarz, oświetlając wzdęte poduszeczki tłuszczu, 
które próbowały jak gdyby przebić się przez siatkę woalki. Jej szare, Forsyte'owskie oczy 
wpatrzyły się tym baczniej w psa, że po nader tajemniczym zniknięciu biednego Tommy'ego 
(jej kota) — podejrzewała o to mocno kominiarza — w domu Tymoteusza nie było oprócz 
papugi Polly innego stworzenia, które mogłaby otoczyć czułością. Ten pies był zabiedzony i 
brudny, jak gdyby się gdzieś wałęsał przez całą noc, ale miał taki milutki, zaostrzony 
pyszczek. Zdawało jej się, że on również zwrócił na nią uwagę, i ciotka Jula poczuła w 
okolicach gorsetu jakieś szczególne ciepło. Niemal, rzekłbyś, świadom tego wszystkiego 
piesek zbliżył się, sunąc boczkiem, i usiadł na tylnych łapkach w trawie, jakby próbując 
powziąć o jej osobie jakieś zdanie. Ciotka Jula ściągnęła usta w zamiarze gwizdnięcia. 
Woalka przeszkodziła temu, wysunęła się natomiast obciągnięta w rękawiczkę dłoń. „Chodź, 
piesku, chodź, kochany!" Poczciwemu jej sercu wydało się, że piesek westchnął z ulgą, 
ponieważ wreszcie ktoś zwrócił na niego uwagę. Nie przysunął się do niej jednak, poruszył 
tylko końcem swego puszystego ogona, ciotka Jula zaś przemówiła jeszcze przymilniej szym 
tonem: 
„Chodź tu, poczciwino!" 
Pies przypełznął bliżej poruszając się pokornie całym ciałem, ale pozostał jeszcze w pewnej 
odległości. Ciotka Jula zauważyła, że jest bez obróżki. Dalibóg, mordkę i ślepki miał 
zachwycające. 
—  Pom! — zawołała. — Poczciwy, mały Pom! 

background image

Pies spojrzał tak, jakby oczekiwał dowodów miłości, a uczucie ciepła wzmogło się pod 
gorsetem ciotki Juli.            ' 
—  Chodź, kochanie! 
Nie był on, oczywiście, ładny w takim stanie zupełnego zaniedbania, ale miał sterczące uszka 
i spoglądał tak mądrze jasnymi ślepkami — trochę z boku. Zabłąkany, i to w Londynie! Czyż 
nie przypominało to owej smutnej książeczki pani —jakże się ona nazywa — czy nie autorki 
Pierwszej modlitwy Jessyki? Boże drogi, żeby tak zapomnieć jej nazwiska? Piesek przysunął 
się nagle i drżąc cały wygiął grzbiet, dotykał już niemal palców w rękawiczkach, które 
tymczasem obwąchiwał. Ciotka Jula wydała jakiś pomruk. Duma przepełniała jej serce, że 
spośród tylu osób, na które to stworzenie mogło zwrócić uwagę, ją jedną to spotkało! Teraz 
piesek wyciągnął język i dyszał w męce niezdecydowa- 
83 
nia. Biedactwo! Było jasne, że nie wiedział, czy się odważy wybrać sobie nowego pana. 
Ciotka Jula nie myślała, oczywiście, że go będzie mogła zabrać do domu pełnego dywanów, a 
droga Anna jest taka skrupulatna, gdy idzie o porządek. A Tymoteusz! Tymoteusz byłby 
przerażony! A jednak!... No, któż może jej zabronić głaskać ten mały pyszczek? I ona 
również dyszała z lekka pod kryjącą jej twarz woalką. To było wzruszające! I nagle — ani 
ona, ani pies nie wiedzieli, w jaki sposób — jej palce i jego pyszczek dotknęły się wzajem. 
Piesek nie poruszał już zupełnie ogonem, drżał całym ciałem. Ciotka Jula poczuła nagle 
wstyd, że budzi w zwierzęciu taki lęk. I, choć nigdy nie miała do czynienia z psami, 
wiedziona instynktem sięgnęła palcem ku psiemu uchu i zaczęła delikatnie drapać mu skórę. 
Miała nadzieję, że pies nie posiada pcheł. I raptem! Biały piesek skoczył jej na kolana. Ułożył 
się tam zwróciwszy na nią błyszczące spojrzenie. Obcy pies na jej sukni, najlepszej 
odświętnej sukni! Co za wydarzenie! Piesek wspiął się naprzód i polizał jej podbródek. 
Ciotka Jula podniosła się prawie machinalnie, piesek osunął się na dół. Doprawdy, nie 
wiedziała, co myśleć — on sobie za wiele pozwala! O Boże! Jaki on chudy — teraz kręci się 
koło jej nóg! Co by powiedział pastor Scoles? A gdyby tak poszła stąd? Skierowała się w 
stronę domu, a pies podążył za nią w odległości kilku cali. Myśl, że wkrótce będzie jadła 
rostbef, pudding i ciasteczka, była dla ciotki Juli niemal nie do zniesienia, kiedy ujrzała psie 
spojrzenie, zda się, mówiące: „I dla mnie trochę!" Kłębiły się w niej myśli: czy ma go 
przestraszyć i odpędzić parasolką, czy też...? Nie, tego nie uczyni nigdy! Psy potrafią być 
takie — słyszała o tym! A następnie, jaka to odpowiedzialność! I pchły! Tymoteusz nie znosi 
pcheł! I trudno wiedzieć, jak też pies zachowa się w domu! Nie! Doprawdy, nie może go 
zabrać! Piesek podniósł nagle łapkę. Tt, tt! Jaki miły pyszczek! I ciotka Jula poczuła 
przypływ niezwykłej odwagi. Kierując się zdecydowanie ku ogrodowej bramie rzekła słabym 
głosem: „No więc chodź!" I piesek poszedł. Okropność! 
Kiedy próbowała przejść przez Bayswater Road, przemknęło obok niej parę tych 
niebezpiecznych dwukołowych dorożek — takie nieostrożne! — a na samym środku jezdni 
skręcił duży furgon, tak że ciotka Jula musiała się zupełnie zatrzymać. I, oczywiście, ani śladu 
policjanta! Komunikacja uliczna stawała się doprawdy nie do zniesienia. Oby tylko nie 
spotkała przypadkiem Tymoteusza, wracającego ze swej zwykłej przechadzki. I gdyby jej się 
udało zamienić słówko ze Smither — tą dzielną dziewczyną — aby pieska nakarmiła i 
wyszorowała, zanim ktokolwiek zdąży go zobaczyć. A co dalej? Może by się udało zostawić 
go w suterenie do czasu, kiedy się ktoś po niego zgłosi. Ale jakże się znajdzie właściciel, 
skoro nie wie zupełnie, gdzie go szukać? Gdyby tak można było poradzić się kogoś? Może 
Smither zna jakiegoś policjanta — choć żywiła nadzieję, że tak nie jest — policjanci mogą 
być niebezpieczni dla 
84 
nia. Biedactwo! Było jasne, że nie wiedział, czy się odważy wybrać sobie nowego pana. 
Ciotka Jula nie myślała, oczywiście, że go będzie mogła zabrać do domu pełnego dywanów, a 

background image

droga Anna jest taka skrupulatna, gdy idzie o porządek. A Tymoteusz! Tymoteusz byłby 
przerażony! A jednak!... No, któż może jej zabronić głaskać ten mały pyszczek? I ona 
również dyszała z lekka pod kryjącą jej twarz woalką. To było wzruszające! I nagle — ani 
ona, ani pies nie wiedzieli, w jaki sposób — jej palce i jego pyszczek dotknęły się wzajem. 
Piesek nie poruszał już zupełnie ogonem, drżał całym ciałem. Ciotka Jula poczuła nagle 
wstyd, że budzi w zwierzęciu taki lęk. I, choć nigdy nie miała do czynienia z psami, 
wiedziona instynktem sięgnęła palcem ku psiemu uchu i zaczęła delikatnie drapać mu skórę. 
Miała nadzieję, że pies nie posiada pcheł. I raptem! Biały piesek skoczył jej na kolana. Ułożył 
się tam zwróciwszy na nią błyszczące spojrzenie. Obcy pies na jej sukni, najlepszej 
odświętnej sukni! Co za wydarzenie! Piesek wspiął się naprzód i polizał jej podbródek. 
Ciotka Jula podniosła się prawie machinalnie, piesek osunął się na dół. Doprawdy, nie 
wiedziała, co myśleć — on sobie za wiele pozwala! O Boże! Jaki on chudy — teraz kręci się 
koło jej nóg! Co by powiedział pastor Scoles? A gdyby tak poszła stąd? Skierowała się w 
stronę domu, a pies podążył za nią w odległości kilku cali. Myśl, że wkrótce będzie jadła 
rostbef, pudding i ciasteczka, była dla ciotki Juli niemal nie do zniesienia, kiedy ujrzała psie 
spojrzenie, zda się, mówiące: „I dla mnie trochę!" Kłębiły się w niej myśli: czy ma go 
przestraszyć i odpędzić parasolką, czy też...? Nie, tego nie uczyni nigdy! Psy potrafią być 
takie — słyszała o tym! A następnie, jaka to odpowiedzialność! I pchły! Tymoteusz nie znosi 
pcheł! I trudno wiedzieć, jak też pies zachowa się w domu! Nie! Doprawdy, nie może go 
zabrać! Piesek podniósł nagle łapkę. Tt, tt! Jaki miły pyszczek! I ciotka Jula poczuła 
przypływ niezwykłej odwagi. Kierując się zdecydowanie ku ogrodowej bramie rzekła słabym 
głosem: „No więc chodź!" I piesek poszedł. Okropność! 
Kiedy próbowała przejść przez Bayswater Road, przemknęło obok niej parę tych 
niebezpiecznych dwukołowych dorożek — takie nieostrożne! — a na samym środku jezdni 
skręcił duży furgon, tak że ciotka Jula musiała się zupełnie zatrzymać. I, oczywiście, ani śladu 
policjanta! Komunikacja uliczna stawała się doprawdy nie do zniesienia. Oby tylko nie 
spotkała przypadkiem Tymoteusza, wracającego ze swej zwykłej przechadzki. I gdyby jej się 
udało zamienić słówko ze Smither — tą dzielną dziewczyną — aby pieska nakarmiła i 
wyszorowała, zanim ktokolwiek zdąży go zobaczyć. A co dalej? Może by się udało zostawić 
go w suterenie do czasu, kiedy się ktoś po niego zgłosi. Ale jakże się znajdzie właściciel, 
skoro nie wie zupełnie, gdzie go szukać? Gdyby tak można było poradzić się kogoś? Może 
Smither zna jakiegoś policjanta — choć żywiła nadzieję, że tak nie jest — policjanci mogą 
być niebezpieczni dla 
84 
takiej ładnej dziewczyny jak Smither, z jej rumieńcami, z jej figurą, w jej wieku. I nagle 
uświadomiwszy sobie, że już jest w domu, ciotka Jula poczuła przerażenie. Oto dzwonek — 
kluczy od zatrzasku nie znano jeszcze. I zapach obiadu. Tak, piesek poczuł go również! Teraz 
albo nigdy! Ciotka Jula zwróciła przeciwko niemu koniec parasolki i rzekła słabo: 
„Pójdziesz!" Ale zwierzę skuliło się tylko. Nie, ona nie może go przepędzić! I zdobywszy się 
na szczyt zuchwalstwa zadzwoniła. A czekając, aż otworzą drzwi, ciotka Jula odczuła niemal 
jakąś wyzywającą radość. Zrobiła coś okropnego, ale nie dbała o to! Drzwi otworzyły się 
wreszcie, a ciotka Jula poczuła duszę na ramieniu. 
—  Och, Smither! Ta biedna psina przywlokła się za mną. To mi się zdarza po raz pierwszy. 
Musiała się zabłąkać. I jest taka chuda i brudna. Co z nią zrobimy? 
Pies, znalazłszy się w miejscu tak bogatym w smaczne zapachy, zaczął merdać ogonem. 
—  Ach! — rzekła Smither, była przecież taka młoda. — Biedactwo! Czy mam powiedzieć 
kucharce, żeby mu dała trochę ochłapów, proszę pani? 
Na dźwięk słowa „ochłapy" ślepki psa zabłysły, zda się, żywiej. 
—. Dobrze — rzekła ciotka Jula — na twoją odpowiedzialność, Smither. Zabierz go żywo do 
kuchni. 

background image

Stała przez chwilę bez ruchu, a pies, idąc za Smither i swym węchem, pobiegł przez mały hali 
na dół po kuchennych schodach. Tupot jego łapek obudził w ciotce Juli mieszane uczucia, 
jakich nie doznała od śmierci Septimusa Smalla. 
Znalazłszy się w swoim pokoju zdjęła kapelusz i woalkę. Co też ma im powiedzieć? Zeszła 
na dół sama nie wiedząc, co powie. 
W salonie, który ozdabiały nowe pęki traw z pampasów, siedziała Anna na sofie. Po wejściu 
Juli odłożyła trzymaną książkę do nabożeństwa — zawsze czytała sobie tekst nabożeństwa 
niedzielnego. Usta i podbródek wydawały się kwadratowe, a wyraz jej szarych, starczych 
oczu był taki, jak gdyby cierpiała. Czekała oczywiście na lunch — nazwę tę usiłowali 
koniecznie wprowadzić, bo według Emilii nikt, mający pretensje do dobrego tonu, nie 
nazywał już tego posiłku obiadem, nawet w niedzielę. Estera, siedząca w kącie przy kominku, 
oblizywała językiem wargi. Przepadała za ciastkami z owocami, a w tym roku miały być 
dzisiaj po raz pierwszy. Ciotka Jula rzekła: 
—  Pastor Scoles mówił dziś wspaniale, piękne kazanie! A potem odbyłam przechadzkę po 
parku. 
Coś ją przestrzegło przed dalszymi szczegółami. W milczeniu oczekiwały uderzenia gongu. 
Zaprowadzono właśnie w domu gong — Emilia oświadczyła, że to „ostatnia moda". 
Nagle zabrzmiały uderzenia. O, nieba! Co za hałas, bum... bum! Nie, Tymoteusz tego nigdy... 
Smither musi koniecznie nauczyć się. U kocha- 
85 
nego Jamesa przy Park Lane kamerdyner wydobywał z gongu niemal przyjemne dźwięki. Na 
progu jadalni Smither zameldowała: 
—  Wszystko pożarł, proszę pani. Taki był zgłodniały. 
—  Sz! 
W hallu rozległy się ciężkie kroki. Tymoteusz wyszedł ze swego gabinetu. Wyglądał 
kwadratowo w surducie, twarz miał brunatnoczer-woną — zawsze odznaczał się takim 
delikatnym zdrowiem. Teraz usiadł jak zwykle tyłem do okna, żeby go nie raził blask słońca. 
Tymoteusz nie chodził, oczywiście, do kościoła — było to dlań nazbyt męczące, ale 
dopytywał się zawsze o wysokość kwesty i nieraz dodawał, że nie wie doprawdy, na co im 
potrzeba tyle pieniędzy, tak jak gdyby pastor Scoles był jakimś utracjuszem. Właśnie 
zaprowadził teraz nowe klęczniki i w związku z tym ciotka Jula myślała, że może drogi 
Tymoteusz i Estera pójdą do kościoła. Tymoteusz jednak rzekł: 
—  Klęczniki. One tylko przeszkadzają i niszczą spodnie. 
Ciotka Anna, która już nie mogła klęczeć, uśmiechnęła się pobłażliwie: 
—  W kościele trzeba klęczeć, mój drogi. 
Wszyscy zajadali już teraz rostbef, a Tymoteusz rzekł: 
—  Musztardy. I powiedz, Smither, kucharce, że kartofle dziś nie dość przyrumienione. 
Słyszałaś? 
Smither, zaczerwieniwszy się ponad jego głową, odparła: 
—  Tak jest, proszę pana. 
Ciotka Jula była tak silnie podniecona myślą o psie, że po zjedzeniu yorkshireskiego 
puddingu odczuła zdecydowane dolegliwości żołądkowe. 
—   Po kościele odbyłam taką przyjemną przechadzkę po parku — rzekła znękanym głosem. 
—  Nie powinnaś chodzić w takich czasach sama. Bóg wie, co ci się może przytrafić. 
Ciotka Jula połknęła łyk ciemnego sherry, serce jej biło tak mocno! Ciotka Estera — z niej to 
była czytelniczka! — mruknęła, że wyczytała, jak pan Gladstone chodził tam nieraz na 
przechadzkę. 
—  Otóż to właśnie — rzekł Tymoteusz. 
Ciotka Anna oświadczyła, że pan Gladstone jest człowiekiem wysokich zasad, którego nie 
należy potępiać. .— Potępiać — zawołał Tymoteusz. — Ja bym go powiesił! 

background image

—  To zupełnie niewłaściwe mówić coś podobnego w niedzielę, mój drogi. 
Właśnie dobrze w taki dzień — mruknął Tymoteusz. Ciotka Jula zadrżała, Tymoteusz miał 
zły dzień. I nagle wstrzymała oddech. Uszy jej uderzyło warczenie, jak gdyby biały piesek 
swawolił z kucharką. Rzuciła ukradkiem spojrzenie na Smither. 
86 
—  Co to takiego? — zapytał Tymoteusz. — Pies? 
—  Tu obok pod 9 mają psa — mruknęła ciotka Jula, a zdumiony wzrok Smither powiedział 
jej, że rozminęła się z prawdą. Jakież to dzieją się okropne rzeczy, kiedy człowiek dopuszcza 
się na samym początku ł>yle kłamstewka. Warczenie przeszło w głośne szczekanie, jak 
gdyby z kolei kucharka drażniła się z psem. 
—  To nie jest obok — rzekł Tymoteusz — to na dole. Co to wszystko znaczy? 
Oczy wszystkich skierowały się pośród ogólnego milczenia ku Smither. Coś potem 
skrzypnęło, a dziewczyna rzekła: 
—  To jest, proszę pani, ten mały piesek, co przyszedł tu za panią. 
—  O — rzekła pośpiesznie ciotka Jula — ten piesek? 
—  Co to znaczy? — rzekł Tymoteusz. — „Przyszedł za panią"? 
—  Był taki chudy — wyjaśniła słabo ciotka Jula. 
—  Smither — rzekła ciotka Anna — podaj mi grzanki i powiedz kucharce, że chcę ją 
widzieć, jak tylko zje obiad. 
Zażywne policzki ciotki Juli oblał rumieniec.                              •   : 
—  Ja tu ponoszę całkowitą odpowiedzialność — odezwała się. — Ten piesek zabłąkał się, 
był głodny i kucharka dała mu parę ochłapów. 
—  Obcy pies — mruknął Tymoteusz. — Z pewnością napuści do domu pcheł. 
—  Och, nie przypuszczam — szepnęła ciotka Jula. — To dobrze ułożona psina. 
—  Skąd ty możesz o tym wiedzieć? Nie potrafisz odróżnić psa od słomianki. 
Jeszcze silniejszy rumieniec zabarwił tłuste policzki ciotki Juli. 
—  To był chrześcijański uczynek — rzekła patrząc prosto w oczy Tymoteusza. — Gdybyś 
był w kościele, nie mówiłbyś tego. 
Po raz pierwszy może w życiu stawiała otwarcie czoło bratu, odznaczającemu się delikatnym 
zdrowiem. Skutek był całkowity. Tymoteusz zaczął pośpiesznie zajadać owocowe ciasteczka. 
—  Dobrze, nie pokazujcie go mnie na oczy — mruknął. 
—  Smither, postaw na stole wino i orzechy — rozkazała ciotka Anna — i zobacz, co tam 
kucharka robi na dole. 
Po jej wyjściu zapanowało milczenie. Wszyscy zdawali sobie sprawę, jak dalece Jula 
zapomniała się. 
Ciotka Anna podniosła do ust kieliszek — zawierał on dwa naparstki ciemnego sherry. Był to 
upominek od drogiego Jolyona —jak on się zna na winach! Ciotka Estera, która podczas tej 
sceny zjadła w roztargnieniu drugie ciastko, uśmiechała się. Ciotka Jula miała wzrok 
utkwiony w Tymoteuszu. Spróbowała po raz pierwszy opozycji i czuła jej słodycz. 
Smither tymczasem wróciła. 
—  I co, Smither? 
87 
—  Kucharka właśnie go myje, proszę pani. I po cóż to? — zapytał Tymoteusz. 
—  Bo on jest brudny — rzekła ciotka Jula. 
—  Otóż i masz! 
Rozległ się głos ciotki Anny odmawiającej pacierz, po czym wszystkie trzy siostry wstały. 
—  Zostawimy cię przy twoim kieliszku, kochanie. Smither, podaj mi, proszę, szal. 
Na górze w salonie zaległo grobowe milczenie. Ciotka Jula próbowała uspokoić podniecone 
nerwy, ciotka Estera starała się okazać, że właśnie nic się nie stało, ciotka Anna, 
wyprostowana i nieco gniewna, usiłowała stłumić wynikły rokosz wyrazem swych cienkich i 

background image

bezkrwistych warg. Nie myślała o swej osobie, lecz o niezmiennym porządku rzeczy, tak 
poważnie nadwerężonym. 
Ciotka Jula oświadczyła nagle po raz drugi: 
—  On pobiegł za mną, Anno. 
—  Bez po... bez zaproszenia z twojej strony? 
—  Przemówiłam do niego, bo się zabłąkał. 
—  Należało najpierw pomyśleć, a potem przemówić. Psy zaraz korzystają z tego. 
Twarz ciotki Juli przybrała-wyraz sprzeciwu. 
—  Właśnie rada jestem — rzekła. — I już dosyć. Tyle hałasu. Ciotka Anna spoglądała 
zatroskana. Czas płynął. Ciotka Jula zaczęła 
grać w ,,solitaire'a" — grała zupełnie oderwawszy się myślami, tak że na tablicy działy się 
nieprawdopodobne rzeczy. Ciotka Anna siedziała wyprostowana z zamkniętymi oczyma, a 
ciotka Estera obserwująca przez kilka minut, czy się otworzą, wyjęła spod poduszki książkę i 
ukrywszy ją za parawanem od kominka zaczęła czytać. Był to już drugi tom, a nie znała 
jeszcze tajemnicy lady Audley. Jest to, oczywiście, powieść, ale — jak powiedział Tymoteusz 
— właśnie na niedzielę. 
Zegar wybił trzecią. Ciotka Anna otworzyła oczy, ciotka Estera zamknęła książkę. Ciotka Jula 
zmieszała z hałasem kule ,,solitaire'a". Zastukano do drzwi, kucharka bowiem, nie należąca 
do wyższych regionów domu, jak Smither, zawsze stukała. 
—  Proszę. 
Weszła kucharka, jeszcze w swej różowej perkalowej sukni, a za nią wkroczył pies z 
śnieżnobiałą puszystą sierścią, doskonale wyszcżot-kowaną. Cały jego sposób bycia oraz 
ruchy ogona cechowało już to zuchwalstwo, już to lekceważenie. To była chwila! 
Kucharka rzekła: 
—  Przyprowadziłam go tutaj, proszę pani. Podjadł już sobie uczciwie i jest wykąpany. Taka 
miła z niego psina i już całkiem do mnie przywykł. 
Wszystkie trzy ciotki siedziały teraz w milczeniu, przenosząc wzrok kolejno na psa i na nogi 
mebli. 
88 
—    Rzetelnie by się pani ubawiła, proszę pani, widząc, jak on pożerał. I przychodzi, kiedy 
go się wabi Pommy. 
To dopiero — rzekła ciotka Estera z wysiłkiem. Nieprzyjemne sytuacje sprawiały jej po 
prostu mękę. 
Ciotka Anna pochyliła się naprzód, głos jej, choć lekko drżący, zabrzmiał stanowczo: 
—  Pies nie jest nasz, a pan nigdy by się na to nie zgodził. Smither musi go odprowadzić na 
policję.                                                        \ ¦   * 
Jak gdyby dotknięty tymi słowami, pies wysunął się zza fałd kucharki w stronę mówiącej. 
Wygiąwszy grzbiet zaczął bardzo wolno poruszać ogonem. Ślepki jego błyszczały niby kulki 
agatu. Ciotka Anna spojrzała nań. Jej cienkie, pożyłkowane ręce, obce, rzekłbyś, jej 
stanowczemu charakterowi, poruszały się niespokojnie na gładkiej sukni. Usta ciotki Juli 
przybrały pod wpływem wzruszenia wyraz nadąsania. Ciotka Estera uśmiechała się nerwowo. 
—  Na policję — powtórzyła kucharka. — Nie jest on do tego z pewnością przyzwyczajony. 
Widzi mi się, proszę pani, że on nigdy nie nosił obróżki. 
—  Pommy — zawołała ciotka Jula. 
Na ten dźwięk pies odwrócił się ku niej, obwąchał jej kolana, zaraz jednak zaczął na nowo 
obserwować ciotkę Annę, jak gdyby rozumiejąc, kto tu sprawuje władzę. 
—  On jest doprawdy milutki — szepnęła ciotka Estera również kierując wzrok na ciotkę 
Annę. 
Ale w tejże chwili otwarły się ponownie drzwi. 
—  Pan Swithin Forsyte, proszę pani — zaanonsowała Smither. 

background image

Ciotki Jula i Estera wstały na powitanie brata, ciotka Anna, korzystając z przywileju swych 
siedemdziesięciu ośmiu lat, pozostała na miejscu. Rodzina przychodziła zawsze do ciotki 
Anny, nigdy zaś ciotka Anna — do rodziny. Przybycie drogiego Swithina odczuli wszyscy 
jako coś opatrznościowego — on był takim znawcą koni. 
—  Możecie zostawić tu na chwilę tego pieska. Pan Swithin powie nam, co należy zrobić. 
Swithin, któremu przebycie wąskich schodów zajęło sporo czasu, wkroczył do pokoju. 
Wysoki, z podaną naprzód piersią, kwadratową i obrzmiałą bladą twarzą, bystrym 
spojrzeniem okrągłych oczu i niewielką szpakowatą bródką pod wąsatą wargą miał wygląd 
mistrza ceremonii, i biały piesek cofnąwszy się w kąt głośno zaszczekał: 
¦— Co to takiego? — zapytał Swithin. — Pies? 
Tak mógłby zapytać ktoś wchodząc do nowoczesnego salonu: 
„Co to takiego? Wielbłąd?" 
Usunąwszy się pospiesznie do kąta ciotka Jula pogroziła psu palcem. Zwierzę z lekka 
zadrżało i przycichło. Ciotka Anna rzekła: 
—  Podaj drogiemu Swithinowi krzesło, Estero. Pragniemy usłyszeć 
89 
twoją radę, Swithinie. Ten mały piesek przyszedł dziś rano do domu z& Julą. Musiał się 
zabłąkać. 
Swithin usiadł z rozstawionymi kolanami, by zachować wyniosłą postawę oraz uchronić od 
fałd piękną kamizelkę. Wysokie szytywne buty lśniły spod jasnoniebieskich spodni. 
—  Czy Tymoteusz wpadł w złość? — zapytał. Drogi Swithin, jakiż on śmieszny. 
—  Jeszcze nie -^ odparła ciotka Estera, która bywała czasem niemal złośliwa. 
—  No, to wpadnie. Julo, nie stój tam w kącie niby drąg. Daj tu psa, obejrzymy go. Zresztą to 
nie jest pies, to suczka. 
Ten szczególnie męski wyraz, choć wypowiedziany tonem dystyngowanym, sprawił takie 
wrażenie, jak gdyby pokój został nagle okropnie zanieczyszczony. Wszyscy uważali psa za 
przedstawiciela wytworniej-szej płci, bo oczywiście nikt nie zwraca uwagi na płeć. Ciotka 
Jula jednak, którą pożycie z Septimusem Smallem uczyniło bardziej doświadczoną, żywiła 
pewne wątpliwości, ale uważała, że będzie wytworniej o tym nie wspominać. 
—  Suczka — powtórzył Swithin. — Będziecie z nią miały kłopotów bez liku.                                           

—  Tego* się właśnie lękamy — rzekła ciotka Anna — choć nie wydaje mi się, mój drogi, 
aby to określenie nadawało się do rozmowy w salonie. 
—  Głupstwo — zawołał Swithin. — Chodźże tu, smyku. Wyciągnął zdobną w pierścienie 
rękę przesiąkniętą zwierzęcą wonią, 
sam powoził dopiero co parą koni. 
Zachęcany przez ciotkę Julę biały piesek zbliżył się i usiadł skulony obok wysuniętej dłoni. 
Swithin podniósł go do góry chwyciwszy za skórę na karku. 
—  Dobra rasa — rzekł stawiając zwierzę z powrotem na podłodze. —- Nie możemy go 
zatrzymać — rzekła stanowczo ciotka Anna. 
— Dywany... Myślałyśmy oddać go na policję. 
—  Na  waszym   miejscu  —  oświadczył   Swithin  —  umieściłbym ogłoszenie w 
„Timesie". „Przybłąkał się biały szpic, suka. Wiadomość: The Nook, Bayswater Road". 
Możecie dostać nagrodę. Ano, popatrzmy na jej zęby. 
Piesek, zahipnotyzowany, rzekłbyś, zapachem Swithinowej ręki i spojrzeniem jego okrągłych, 
porcelanowych oczu, nie okazał sprzeciwu, kiedy mu otworzono pysk.          '• 
—  To szczeniak — rzekł Swithin. — Ks, ks! 
Ta zdecydowana podnieta pobudziła psa do wysoce szczególnego wyczynu. Stuliwszy jak 
najniżej ogon, skoczył w bok i przywarował obok krzesła Estery, po czym oparł pysk o 

background image

podłogę i, trzymając w powietrzu tylne łapki wraz z ogonem, utkwił w Swithinie spojrzenie 
czarnych jak guziki ślepków. 
90                                                                           .     • 
—  Nie zdziwiłbym się wcale — rzekł Swithin — gdyby ten pies kosztował grubszy grosz. 
Ks, ks! 
Tym razem piesek pocwałował przez cały pokój, cudem jakimś omijając nogi mebli, wreszcie 
zatrzymawszy się na tylnych łapkach obok parawanu zaczął skubać pampasowe trawy. 
—  Zadzwoń, Estero — rzekła ciotka Arma. — Zadzwoń na Smither. Julo, uspokój go. 
Swithin, którego bródka zjeżyła się w uśmiechu, rzekł: 
—  Gdzie   Tymoteusz?   Chciałbym   widzieć,   jak   ona   ugryzie   go w nogę. 
Ciotka Jula, ogarnięta macierzyńską troską, schyliła się i chwyciła pieska w ramiona. Stała 
nadąsana patrząc na spiczasty pyszczek rozgrzanego zwierzęcia, gotowa ważyć się na 
wszystko. Delikatny zapach mydła kręcił jej w nosie. 
—  Sama zaniosę go na dół — rzekła. — Nie potrzeba go drażnić. Chodź, Pommy. 
Pies, który w całej tej sprawie nie miał nic do powiedzenia, wysunął różowy język i polizał jej 
nos. Ciotka Jula miała rozkoszne uczucie, że jest kochana, i aby się z tym nie zdradzić, 
uniosła pieska pośpiesznie w ramionach. Ale zamiast na dół zabrała go na górę do swego 
pokoju, który przytykał do sypialni drogiej Anny. Stała tak pośród mahoniowych mebli, 
trzymając wciąż zwierzę w ramionach. Wszyscy byli przeciwko niej i tej biednej psinie, więc 
coraz silniej ją obejmowała. Szpic dyszał ciężko i od czasu do czasu lizał jej policzki cienkim 
językiem, jakby upewniając się, że to rzeczywistość. W ciągu dziesięciu lat od śmierci 
Septimusa Smalla nikt jej naprawdę nie kochał, a teraz, kiedy znalazło się stworzenie gotowe 
ją pokochać, chcą je od niej oderwać. Ciotka Jula usiadła na łóżku nie wypuszczając wciąż 
psa, podczas gdy tam, w salonie, mówi się z pewnością o tym, żeby Pommy odesłać na 
policję lub umieścić ogłoszenie w gazecie! Wreszcie spostrzegłszy, że zostają na niej włosy z 
białej sierści psa, postawiła go na podłodze. Zaczął krążyć po pokoju obwąchując meble, 
wreszcie zbliżył się do umywalni i sapiąc spojrzał na ciotkę Julę. „Czego może chcieć?" — 
myślała ogarnięta trwogą. Nagle pies stanął na tylnych łapach i wysunął język. Tak, miał 
pragnienie. Zapomniawszy o nakazach życia towarzyskiego ciotka Jula chwyciła dzbanek i 
postawiła go na podłodze. Przez kilka chwil rozlegało się jedynie chłeptanie. Czy 
rzeczywiście mógł tyle wypić? Piesek spojrzał na nią, poruszył dwukrotnie ogonem, po czym 
zabrał się do dokładniejszych oględzin pokoju. Obejrzawszy wszystko prócz ciotki Juli, o 
której musiał mieć widocznie wyrobione zdanie, położył się pod toaletką, wysunął spod 
falbany łeb i przednie łapy i wydawał szereg krótkich warczeń. Ciotka Jula zrozumiała, że 
miało to znaczyć: „Chodź, pobaw się ze mną". Wziąwszy worek na przybory toaletowe 
poruszyła nim kilkakrotnie przed pieskiem. Pochwyciwszy 
91 
 
worek —jakże nieoczekiwanie! — piesek zaczął targać nim gwałtownie. Ciotka Jula była 
zarazem zachwycona i przerażona. Najwidoczniej piesek czuł się jak u siebie w domu. Ale jej 
nieszczęsny worek! Jakże ostre i mocne były te małe ząbki! Ciotka Jula po prostu rosła. Nie 
dbała, rzekłbyś, zupełnie o to, co się stanie z jej workiem, skoro to sprawiało przyjemność 
pieskowi. Worek leżał w strzępach, a ciotka Jula zbierając je z podłogi myślała wyzywająco: 
„No, mniejsza o to, przecież nie wybieram się teraz w podróż do Brighton". Na głos zaś 
rzekła surowo: 
—  Widzisz, coś zrobił? 
I podczas gdy oglądali razem szczątki worka, ciotka Jula powzięła niezachwiane 
postanowienie. Mogą sobie mówić, co im się podoba. Znaleźć znaczy zatrzymać. A jeśli się 
to Tymoteuszowi nie podoba, wielka rzecz. Co za wspaniałe uczucie! Ktoś zastukał do drzwi. 

background image

—  O, Smither — rzekła ciotka Jula — widzisz, co ten piesek zrobił? I pokazała jej odważnie 
strzępy worka. 
—  Ach! — zawołała Smither. — Ależ ma ostre zęby! Czy pani pozwoli na dół? Państwo 
Jamesostwo Forsyte'owie są w salonie. Mam zabrać tego pieska? Może by on trochę 
pobiegał? 
—  Nie odnoś go na policję, Smither. Ja go znalazłam i zatrzymam go. 
—  Naturalnie, proszę pani. Będziemy miały towarzystwo wraz z kucharką, teraz kiedy 
odszedł Tommy. Pies już nas polubił. 
W nagłym porywie zazdrości ciotka Jula rzekła: 
—  Biorę  na siebie  całą odpowiedzialność.  Pommy,  idź teraz ze Smither. 
Znalazłszy się w ramionach Smither, piesek przechylił na bok łebek i spoglądał 
sentymentalnie ku ciotce Juli. A ile w niej było instynktu macierzyńskiego, poruszyło się 
ponownie pod ciemnofioletową suknią usianą białymi włoskami sierści. 
—  Proszę powiedzieć, że zaraz przyjdę. I zaczęła usuwać białe włoski. 
Przed drzwiami do salonu zatrzymała się, po czym weszła uginając się w kolanach. James 
opowiadał właśnie jakąś historię, a jego duże usta poruszały się pośród okazałych 
bokobrodów. Długie nogi wyciągnął tak daleko, że ciotką Jula musiała obejść dokoła. Na jej 
widok ściągnął długie usta, mówiąc: 
—  Jak się masz, Julo? Słyszę, że znalazłaś psa — po czym ciągnął dalej zaczętą historię. 
Dotyczyła ona pewnego jegomościa, który, zostawszy pogryziony przez psa, kazał sobie 
przypalać rankę tak długo, że wreszcie nie mógł siedzieć. Tymczasem okazało się, że pies nie 
był wcale wściekły, i cały zabieg poszedł na marne. Oto, co zdarza się, kiedy się trzyma psy. 
Nie wiadomo w ogóle, co się z nich ma prócz kłopotów. 
Emilia zauważyła:   ,                                                          , 
—  Szpice są teraz w modzie. W powozach wyglądają tak zabawnie. 
92 
Ciotka Estera szepnęła, że Jolyon ma włoskiego charta w swoim mieszkaniu przy Stanhope 
Gate. 
—  Istny szkielet — rzekł Swithin. — Sama skóra i kości. 
—  Nie masz chyba zamiaru zatrzymać tego psa? — spytał Juli James. — Nie wiadomo, co z 
tego może wyniknąć. 
Czerwona jak piwonia ciotka Jula odezwała się ostro: 
—  Terę fere, James. 
—  No, możesz mieć jeszcze do czynienia z sądami. Słyszałem, że istnieje jakiś przytułek dla 
zabłąkanych psów. W twoim własnym interesie leży zwrócić go tam. 
—  Zwróć swoją babkę — rzuciła ciotka Jula. Jamesa nie bała się wcale. 
—  Hm, pies nie jest twoją własnością. Znajdziesz się w konflikcie z prawem. 
—  Kpię sobie z prawa. 
W milczeniu przyjęto to niebywałe oświadczenie. Nie wiedziano zupełnie, co się dzieje z 
Julą. 
—  No — rzekł konkludująco James — nie mów potem, że cię nie uprzedzałem. Co 
powiedział Tymoteusz, pewnie wpadł w złość? 
—  Jeżeli mu się tak podoba, to niech wpada — odparła ciotka Jula. — Ja mu nie stawiam 
przeszkód. 
—  A co zrobisz ze szczeniętami? — zapytał Swithin. — Trzymam dziesięć przeciwko 
jednemu, że będzie miała szczenięta. 
—  Widzisz, Julo — zauważyła ciotka Anna. 
Ciotka Jula była w stanie takiego podniecenia, że wzięła z sąsiedniego stoliczka wachlarz i 
zaczęła nim poruszać obok swej rozpalonej twarzy. 

background image

—  Wszyscy jesteście przeciwko mnie — rzekła. — Szczenięta, rzeczywiście! Takie 
maleństwo! 
Swithin wstał. 
—  Bądźcie zdrowi wszyscy. Idę teraz do Mikołaja. Do widzenia, Julo. Zabiorę cię któregoś 
dnia na przejażdżkę i pokażę przytułek dla zabłąkanych psów. 
Po czym wypiąwszy pierś ruszył ku drzwiom i niebawem słychać było jego kroki na 
schodach. James rzekł machinalnie: 
—  Zabawny typek z tego Swithina. 
Takie wrażenie sprawiał na nim zawsze bliźniak, podczas gdy Swithin myślał o swym bracie: 
„Nieszczęśliwa figura ten James". 
Emilia, która się nudziła, zaczęła opowiadać ciotce Esterze o nowej modzie jedzenia ostryg 
przed zupą. Był to oczywiście bardzo cudzoziemski zwyczaj, ale mówią, że tak właśnie robi 
następca tronu. James nie chce o tym słyszeć, ona jednak osobiście uważa ten zwyczaj za 
elegancki. To się okaże. James zaczął opowiadać ciotce Annie, że Soames chce rozpocząć w 
styczniu praktykę adwokacką — to dzielny chłopiec. 
93 
Opowiadanie było rozwlekłe. Ciotka Jula siedziała nadąsana, zasłaniając się wciąż 
wachlarzem. Tęskno jej było za drogim Jolyonem. Był jej ulubieńcem i starszym bratem, 
który nigdy nie pozwalał, aby ktokolwiek jej dokuczał, prócz tego on jeden tylko miał psa, a 
wreszcie nawet Anna bała się go trochę. Tęskniła za tym, by usłyszeć, jak mówi: „Jesteście 
stare baby, oczywiście Jula może zatrzymać to, co znalazła". O to właśnie idzie! Pies poszedł 
za nią z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie był przecież drogocennym kamieniem albo 
sakiewką — wówczas, oczywiście, byłoby zupełnie co innego. Nieraz Jolyon przychodził do 
nich w niedzielę, choć zwykle zabierał małą June do zoo. A gdyby Jolyon przyszedł, James 
poszedłby sobie z pewnością, w obawie, aby mu nie utarto nosa. I dobrze by doprawdy się 
stało, skoro James tak się wstrętnie zachował! 
—  Mam zamiar pójść na Stanhope Gate — rzekła nagle — i zasięgnąć opinii drogiego 
Jolyona. 
—  A na co ci to właściwie potrzebne? — zapytał James chwytając się za bokobrody. — Z 
pewnością odeśle cię z kwitkiem. 
Czy to lękając się tej możliwości, czy też z innych względów, dość, że ciotka Jula pozostała 
na miejscu, ale przestała się wachlować i przybrała wyraz twarzy, który w rodzinie był 
źródłem powiedzonka: „Och, ten ktoś to wykapana Jula". 
Ale James wkrótce wyczerpał cały zapas nowinek tygodniowych. 
—  No, Emilio — rzekł — chcesz zapewne wracać do domu. Nie można tak długo trzymać 
koni. 
Trafność tej formuły nigdy nie była wystawiana na próbę, gdyż Emilia podnosiła się od-razu 
mówiąc: 
—  Do widzenia, kochane, pozdrowienia dla Tymoteusza. Musnąwszy policzki starych dam 
wyszła z pokoju, zanim James mógł 
sobie przypomnieć — jak to później skarżył się w powozie — o co właściwie miał zapytać 
siostry, wybierając się do nich specjalnie w tym celu. 
Po ich odejściu ciotka Estera, zerknąwszy kolejno na jedną i na drugą, okryła szalem 
Tajemnicę lady Audley i wysunęła się na palcach. Wiedziała, co teraz nastąpi. Ciotka Jula 
ujęła drżącymi rękoma deskę „solitaire'a". Nadeszła decydująca chwila. Jula trwała w 
oczekiwaniu, przebierając wilgotnymi od potu palcami, i rzucała ukradkowe spojrzenia na 
wyprostowaną postać Anny w czarnej jedwabnej sukni przybranej dżetami i broszą-kameą. 
Za żadną cenę nie chciała odezwać się pierwsza. I nagle rzuciła: 
—  Czemu nic nie mówisz, Anno? 

background image

Ciotka Anna zwróciła na nią spojrzenie swych szarych oczu, które tak dobrze widziały z 
daleka, i rzekła: 
—  Słyszałaś, Julo, co powiedzieli Swithin i James? 
—  Ja nie oddam psa — odparła ciotka Jula. — Nie oddam, i koniec. 
94 
Krew pulsowała jej mocno w skroniach. Tupnęła przy tym nogą. 
—  Gdyby to był istotnie grzeczny piesek, to nie zabłąkałby się w ten sposób, żeby zgubić 
swego pana. Do piesków tej płci nie można mieć zaufania. Powinnaś to wiedzieć w twoim 
wieku, Julo. Teraz, kiedy jesteśmy same, mogę z tobą pomówić otwarcie. Oczywiście, że 
będą za nią biegały inne psy. 
Ciotka Jula włożyła palec do ust, possała go i wyjąwszy rzekła: 
—  Dosyć mam tego traktowania, jak gdybym była małą dziewczynką. Ciotka Anna odparła 
spokojnie: 
—  Zdaje mi się, żeś powinna zażyć kalomelu na takie humory. Myśmy tu nigdy nie mieli 
psów. 
—  Ja też nie chcę, żebyście mieli teraz — rzekła ciotka Jula. — Ja chciałam go mieć dla 
siebie. Ja... ja... 
Nie mogła zmusić się do wypowiedzenia tego, co czuła w sercu. To byłby istny wylew 
tęsknoty. 
—  Nie jest rzeczą słuszną zatrzymywać to, co do nas nie należy — zauważyła ciotka Anna. 
— Wiesz doskonale o tym sama. 
—  Dam ogłoszenie do gazety. Jeżeli zjawi się właściciel pieska, oddam mu go.  Ale on 
poszedł za mną z własnej  woli. I może pozostać w suterenie. Tymoteusz nie potrzebuje go 
oglądać. 
—  Zniszczy nam wszystkie dywany — wtrąciła ciotka Anna. — Będzie szczekał po nocach, 
żyć nam po prostu nie da w spokoju. 
—  Dosyć mam waszego spokoju! — zawołała ciotka Jula drapiąc palcami deskę ,,solitaire'a". 
— Dosyć mam spokoju i dosyć ciągłego troszczenia się o wszystko, aż... aż... aż się człowiek 
staje niewolnikiem. 
Ciotka Anna podniosła do góry blade, przezroczyste ręce. 
—  Nie wiesz same   co mówisz. Jeżeli ktoś nie potrafi troszczyć się o swoje rzeczy, nie jest 
godzien ich posiadać. 
—  Troszczyć się, troszczyć... Mam już tego wyżej uszu! Chcę czegoś ludzkiego, chcę tego 
psa. A jeżeli nie będę go mogła tu zatrzymać, pójdę sobie i zabiorę go z sobą. Skończyłam. 
Były tb chyba najlekkomyslniejsze słowa, jakie wypowiedziano kiedykolwiek w domu 
Tymoteusza. Ciotka Anna odparła bardzo spokojnie: 
—  Wiesz dobrze, Julo, że nie możesz stąd odejść. Nie masz na to pieniędzy. Więc po co tak 
mówisz? 
—  Jolyon da mi pieniądze, on nigdy na to nie pozwoli, żebyś mnie gnębiła. 
Między starczymi oczami ciotki Anny utworzyła się zmarszczka świadcząca o głębokiej 
trosce. 
—  Nie wydaje mi się, abym cię gnębiła — rzekła. — Zapominasz się! Przez całą minutę 
ciotka Jula nic nie mówiła, a spojrzenie jej coraz to 
wybiegało spod splecionych palców ku pomarszczonej, bladej jak kość słoniowa twarzy 
najstarszej siostry. W oczach jej zabłysły łzy skruchy. 
95 
Droga Anna jest bardzo stara i lekarz zawsze mówił... Żywo wyciągnęła chustkę do nosa. 
—  Ja... ja jestem rozstrojona... Ja... ja... nie myślałam tego... droga Anno... Ja... — wybiegły z 
jej ust słowa. — A... a... ale ja t-tak ch-chcę mieć tego p-pieska... 

background image

Zapanowało milczenie przerywane jej łkaniem, wówczas zabrzmiał głos ciotki Anny, 
spokojny, z lekka drżący: . 
—  Dobrze, moja droga. Będzie to poświęcenie, ale jeśli ma ci dać szczęście... 
•— Och! — łkała ciotka Jula. — Och! 
Wielka łza spadła na deskę ,,solitaire'a". Ciotka Jula wytarła ją swą małą chusteczką. 

Letni s%ał fiSSo) 
Jerzy, drugi syn Rogera Forsyte'a z Prince's Gate miał w roku 1880 dwadzieścia cztery lata i 
rzekomo zajmował się rolnictwem. Znaczy to, że nie nadawał się do służby wojskowej i 
stanowczo odmówił obrania jakiegokolwiek „siedzącego" zawodu. Dlatego też spędzał środek 
tygodnia na zajęciach wiejskich, nie mających nic wspólnego z gospodarstwem, resztę zaś 
czasu w swym klubie na Piccadilly, który przezwał „Będeum"1, lub też w tamtych stronach. 
Oficjalnie mieszkał w rezydencji Plumtree Park w Bedfordshire, u pewnego dżentelmena-
rolnika, który starał się wynagrodzić sobie straty za pomocą premii płaconych mu przez 
ojców jego praktykantów. Spryt, jakim Jerzy Forsyte odznaczał się w dużym stopniu, 
umożliwiał mu spędzenie znacznej ilości czasu w gościnie u sąsiednich ziemian, gdzie 
uprawiał konną jazdę oraz polował na bażanty i zające. Latem, kiedy konie wypędzano na 
pastwisko, kiedy bażanty kryły się w gąszczu, a nawet zającom pozwalano się rozmnażać, 
Jerzy przyglądał się nieraz strzyżeniu owiec i zabawiał wieśniaków swymi żartami. Ale 
przeważnie czas mu schodził na studiowaniu budowy koni na Newmarket Heath albo też — 
chórzystek na scenie Liberty Theatre. Tego jednak lata roku 1880 zakochał się, jak to nieraz 
zdarza się ludziom światowym. Przedmiotem jego uczuć stała się pewna urocza kobieta o 
ciemnych, gołębich oczach, żona jednego z sąsiadów nazwiskiem Basset, ziemianina i majora 
rezerwy. Dla tych, którzy w pięćdziesiąt lat później pretendowali do tytułu burzycieli 
moralności, ciosem byłaby zapewne wiadomość, że Jerzy już wówczas był niemoralny. Z 
zapałenr odkrył, że jest zakochany w mężatce. Flora Basset, podobnie jak większość kobiet o 
gołębich oczach, była tym, co wówczas nazywano „flirciarką", a skoro mieszkała na wsi, 
żeby sprawić przyjemność mężowi, podczas gdy sama wolałaby przebywać w Londynie, 
uważała się za całkowicie uprawnioną do korzystania z każdej nadarzającej się zabawy. A 
Jerzy był niezmiernie zabawny. 
1 W oryginale Iseeum, żartobliwe połączenie „Ise" — skrótu I shall (będę) z końcówką „eum" 
jak klub Ateneum. 
97 
Rozpoczął umizgi na Wielkanoc od podziwu dla oczu i postaci Flory i westchnień celem jej 
zdobycia, według utartych' zwyczajów. Ale z nastaniem lata stwierdził, że te uczucia 
komplikują się stopniowo wskutek przeżyć, których nigdy dotąd nie doświadczył, znanych 
jednak innym ludziom jako zazdrość. Innymi słowy, doznawał szczególnej przykrości na 
myśl, że Flora jest żoną pana Basseta. Jerzy nie należał do tych, którzy analizują swe uczucia 
i zaopatrują je w etykiety, w przeciwnym bowiem razie zrozumiałby może, że jego pożądanie 
przerodziło się w namiętność. 
Nadszedł czerwiec, wraz z nim upały, i major Basset, ten „wróbel na nitce", jak go teraz Jerzy 
nazywał w myśli, wyruszył wraz ze swym pułkiem na letni obóz. Jerzy doznał uczucia nie 
tylko spotęgowanej nadziei, ale i ulgi, zaczął bowiem cierpieć, jeżeli nie był razem z Florą. 
Niebawem jednak przekonał się, że jego Flora ma tęgą główkę i nie miała zgoła zamiaru jej 
stracić. Nie okazała więc najmniejszej chęci kompromitowania się. Jerzy zdawał sobie, 
oczywiście, doskonale sprawę z tego, że gdyby skompromitował ją albo raczej siebie, to jego 
sytuacja stałaby się zupełnie nie do zniesienia, gdyż zależał od ojca, człowieka starszego, o 
poglądach moralnych Forsyte'ów. Zostałby prawdopodob- j nie całkowicie pozbawiony 
pieniędzy i miałby jedynie długi wyścigowe. Ale to nie wystarczało, aby czuł wdzięczność 

background image

dla Flory za to, że mu nie, pozwalała skompromitować siebie. Przeciwnie, jej powściągliwość 
doprowadzała go niemal do szaleństwa. 
A upał stawał się coraz większy. Drzewa, kwiaty i trawy dyszały przejmującą wonią, kukułka 
rzucała tęskne wołanie, leśne gołębie zawodziły miłosne trele. Wraz z rosnącą temperaturą 
widać było coraz więcej kształtów Flory. Jerzy grał z nią w krokieta i słuchał, jak śpiewała 
arie z komicznych oper, a od czasu do czasu wolno mu było zostać na obiedzie i potem aż do 
godziny dziewiątej. W żarze uczuć zaczął nieco wysychać jego humor. Tak przeszła połowa 
czerwca. 
Otóż Jerzy miał w sobie jakiś upór i wytrwałość, nie zbywało mu też na śmiałości. Nie 
zaniechał swego postanowienia, bohatersko walczył z jałowiejącym dowcipem i podobny 
wesołkom królewskim dawnych czasów, którzy musieli mieć humor, choć ból ściskał im 
serce, żartował w dalszym ciągu w obecności swej ukochanej, tłumiąc żar pożądliwych 
spojrzeń. Był „prosty, ale zabawny", jak sam siebie określał. Przestać być zabawnym równało 
się dlań straconej grze. Ale suche były jego usta, prawiące dowcipy, i niewiele wiedział o 
sercu swej Flory. Nie śmiał nigdy zapytać, jakie uczucia żywiła dla „wróbla na nitce'*, który 
miał już za tydzień wrócić do domu. I cierpiał, cierpiał tak, jak tylko mogliby tego pragnąć 
moraliści. Ale wciąż żartował, bo miał do wyboru: żart albo porażkę. A jego Flora wciąż 
uśmiechała się doń ciemnymi gołębimi oczyma, śmiała się na pół urażona, ściskała lekko jego 
rękę, pachniała słodko i spoglądała kusząco. I tak minął ostatni tydzień. 
93                                                   , 
Coraz to mocniej prażyło przez cały dzień słońce i przyjemnie było zasiąść w cieniu. Wzdłuż 
placu krokietowego na wprost domu Bassetow ciągnął się gąszcz rododendronów, obok — 
krzaki bzów, a pośród nich — altanka. Dalej jeszcze — sad pełen śliw i grusz. 
Jerzy wyjął młotek krokietowy z rąk swojej Flory i trzymając go mocno rzekł z uśmiechem: 
—  Dobrze byłoby ochłodzić się nieco. Usiądźmy sobie w cieniu, a to położymy między 
nami. 
Jego Flora zaśmiała się. 
—  Jest pan niegrzeczny, panie Jerzy. 
—  Niegrzeczny, ale miły — rzekł Jerzy i, ująwszy ją za rękę końcami palców, szedł 
delikatnie mimo swej ociężałości, jakby prowadząc Florę w menuecie. A idąc myślał 
jednocześnie: „Ostatni dzień, co za rozpacz!" 
Podeszli do altany. 
—  Co? — rzekł Jerzy. — Nie ma insektów! Naprzód, strzelcy! Weszli i usiedli. Jerzy 
umieścił młotek między sobą i Florą. Zapanowało milczenie, za nic w świecie nie potrafiłby 
dłużej żartować. 
Ponad młotkiem, oparta o drewnianą ścianę, Flora spoglądała chłodna i czarująca, z 
uśmieszkiem na ustach. Tego było za wiele! Jerzy pochwycił oburącz młotek, jego zażywną 
twarz oblał mocny rumieniec, duże, o ciężkich powiekach oczy patrzyły prosto przed siebie, 
na czoło wystąpiły mu żyły pod równo przedzielonymi włosami, a mięśnie na ramionach 
wyprężyły się pod zawiniętymi rękawami. Bezszelestnie przełożył młotek na drugą stronę, 
jakby to było piórko. 
—  Floro — rzekł chwytając tę rozkoszną, nie stawiającą oporu istotę. Tak zaspokoił swe 
pragnienie nie powiedziawszy słowa więcej. 
Niewiele minęło czasu i oto stał patrząc, jak opuszczała altanę z palcem na ustach i 
uśmiechem w oczach. A potem i on poszedł przez sad, niemy i wdzięczny za rozkosz jak 
oszołomione zwierzę i pijany triumfem niby bóg. Pogoda się zmieniła i wraz z upałem 
nadciągnęły chmury. Niebo zwisało ciężkie, nieprzeniknione, muchy brzęczały jadowicie 
wokół Jerzego, przylepiały się do ciała. Usiadł nad brzegiem strumyka i zapalił cygaro. 
Trzymał je długo w ustach, które nie przestawały się uśmiechać, i spoglądał na dym 
wypłaszający muchy i komary. Słuchał, nie słysząc wcale, ich brzęczenia i gruchania leśnych 

background image

gołębi, patrzył, nie widząc, na znieruchomiałe, pociemniałe niebo. Spędził tak dwie godziny 
zatopiony w rozpamiętywaniu kilku minionych chwil. Podniósł się z westchnieniem, nozdrza 
miał pełne woni pokrzyw, łopianu i siana. Nie chciało mu się wracać do domu, skierował 
kroki do oberży. Jadł chleb z serem i popijał porter. I znów obudziło się w nim pragnienie 
dotknięcia i ujrzenia Flory, na krótko tylko przycichłe. Pykając z wiejskiej fajki patrzył 
tęsknie, jak znikała z niebios światłość dzienna. Powietrze było 
99 

Coraz to mocniej prażyło przez cały dzień słońce i przyjemnie było zasiąść w cieniu. Wzdłuż 
placu krokietowego na wprost domu Bassetów ciągnął się gąszcz rododendronów, obok — 
krzaki bzów, a pośród nich — altanka. Dalej jeszcze — sad pełen śliw i grusz. 
Jerzy wyjął młotek krokietowy z rąk swojej Flory i trzymając go mocno rzekł z uśmiechem: 
—  Dobrze byłoby ochłodzić się nieco. Usiądźmy sobie w cieniu, a to położymy między 
nami. 
Jego Flora zaśmiała się. 
—  Jest pan niegrzeczny, panie Jerzy. 
—  Niegrzeczny, ale miły — rzekł Jerzy i, ująwszy ją za rękę końcami palców, szedł 
delikatnie mimo swej ociężałości, jakby prowadząc Florę w menuecie. A idąc myślał 
jednocześnie: „Ostatni dzień, co za rozpacz!" 
Podeszli do altany. 
—  Co? — rzekł Jerzy. — Nie ma insektów! Naprzód, strzelcy! Weszli i usiedli. Jerzy 
umieścił młotek między sobą i Florą. Zapanowało milczenie, za nic w świecie nie potrafiłby 
dłużej żartować. 
Ponad młotkiem, oparta o drewnianą ścianę, Flora spoglądała chłodna i czarująca, z 
uśmieszkiem na ustach. Tego było za wiele! Jerzy pochwycił oburącz młotek, jego zażywną 
twarz oblał mocny rumieniec, duże, o ciężkich powiekach oczy patrzyły prosto przed siebie, 
na czoło wystąpiły mu żyły pod równo przedzielonymi włosami, a mięśnie na ramionach 
wyprężyły się pod zawiniętymi rękawami. Bezszelestnie przełożył młotek na drugą stronę, 
jakby to było piórko. 
—  Floro — rzekł chwytając tę rozkoszną, nie stawiającą oporu istotę. Tak zaspokoił swe 
pragnienie nie powiedziawszy słowa więcej. 
Niewiele minęło czasu i oto stał patrząc, jak opuszczała altanę z palcem na ustach i 
uśmiechem w oczach. A potem i on poszedł przez sad, niemy i wdzięczny za rozkosz jak 
oszołomione zwierzę i pijany triumfem niby bóg. Pogoda się zmieniła i wraz z upałem 
nadciągnęły chmury. Niebo zwisało ciężkie, nieprzeniknione, muchy brzęczały jadowicie 
wokół Jerzego, przylepiały się do ciała. Usiadł nad brzegiem strumyka i zapalił cygaro. 
Trzymał je długo w ustach, które nie przestawały się uśmiechać, i spoglądał na dym 
wypłaszający muchy i komary. Słuchał, nie słysząc wcale, ich brzęczenia i gruchania leśnych 
gołębi, patrzył, nie widząc, na znieruchomiałe, pociemniałe niebo. Spędził tak dwie godziny 
zatopiony w rozpamiętywaniu kilku minionych chwil. Podniósł się z westchnieniem, nozdrza 
miał pełne woni pokrzyw, łopianu i siana. Nie chciało mu się wracać do domu, skierował 
kroki do oberży. Jadł chleb z serem i popijał porter. I znów obudziło się w nim pragnienie 
dotknięcia i ujrzenia Flory, na krótko tylko przycichłe. Pykając z wiejskiej fajki patrzył 
tęsknie, jak znikała z niebios światłość dzienna. Powietrze było 
99 
 
 
tak ciężkie i parne, że Jerzy oblewał się potem siedząc w oberży. I pomyślał: „Ostatnia noc. 
Może ona mnie wpuści, może..." 

background image

Wstał i poszedł w bezszelestny mrok, kierując swe kroki z powrotem nad strumień i przez 
czerniejący sad ku altanie. Po omacku znalazł młotek krokietowy i wziął go z sobą, 
przemykając się wzdłuż bzów aż do krzaków rododendronów okalających murawę. Mrok! 
Nieprzenikniony mrok. Jerzy mógł jednak dostrzec kontury domu. I przycupnąwszy na 
trawie, suchej jak trzcina, spojrzał w górę. Jedynie dwa okna na pierwszym piętrze były 
oświetlone, otwarte, lecz zasłonięte —jej okna. Jakże dobrze znał je i jak pragnął dostać się 
przez nie. Pomyślał sobie: „Przebóg! Rzucę w nie kamykiem". Pełznąc na kolanach zaczął 
szukać pośród krzaków odpowiednio małego pocisku. Po czym nabrawszy głęboko tchu, by 
uspokoić bijące gwałtownie serce, posunął się wzdłuż rododendronów w stronę domu. Ale 
nagle zatrzymał się jak wryty i zaraz padł w trawie na kolana. Ktoś odsunął firankę na bok i w 
oświetlonym oknie stanęła postać na pół ubranego mężczyzny. Wychyliwszy się zaczerpnął 
nocnego powietrza, potem odwrócił się mówiąc coś w głąb pokoju. Jerzy widział teraz jego 
profil — Basset. Pośród ciszy dobiegły go ich głosy —jego i jej. Ujrzał, jak coś przelotnie 
bielejącego — ciało, odzież 
— przesunęło się przez pokój, ujrzał, jak ramię mężczyzny wyciągnęło się w tamtą stronę. 
Jerzy ukrył twarz w suchej trawie tłumiąc jęk. Usłyszał cichy śmiech kobiecy, okno 
zatrzasnęło się, a dojmujący ból przygwoździł mu kolana. Chwycić młotek, pobiec tam, 
rozwalić mu głowę i jej... i jej! Znów osunął się na ziemię z wyciągniętymi naprzód 
ramionami. Pośród tej udręki wchłaniał bezwiednie woń rozprażonej trawy i leżał tak długo, 
długo, dopóki nocy nie rozdarły oślepiające błyskawice i huczące wokół grzmoty. Jerzy stanął 
chwiejnie na nogach i rzucił się w mrok, odetchnął dopiero pośród drzew. Błyskawice 
rozbłyskiwały raz po raz, pragnął, by piorun uderzył. Pragnął, by uderzył w niego, ale 
wiedział, że tak nie będzie. Potem lunął deszcz 
— gwałtowny jak z cebra — i przemoczył go na wskroś w jednej chwili. Padał i padał, 
wsączając mu chłód aż do samego serca. Ociekając wodą wrócił do domu. Zdarłszy z siebie w 
sypialni ubranie rzucił się na łóżko. A poprzez huczące grzmoty słyszał wciąż ten cichy, 
miękki śmiech i trzask zamykanego okna. Zasnął wreszcie. 
Kiedy się obudził, słońce zaglądało do pokoju i jasne promienie padały na jego obuwie — 
czternaście par butów i trzewików stało na prawidłach w trzech rzędach na wierzchu komody. 
Buty i trzewiki wszelkiego rodzaju: do konnej jazdy, do polowania, spacerowe, tenisowe, 
ranne. Jerzy spoglądał na nie bezmyślnym wzrokiem. W tych dobrze utrzymanych, lśniących 
trzewikach, wciągniętych na prawidła, tkwiło życie 
— jego życie, ale w jego sercu, wyrwanym z głębokiego snu, panowała śmierć. Ten śmiech! 
Nie! Niech piekło pochłonie kobiety! Dla niego 
— buty. Leżał na łóżku zgrzytając zębami w spazmatycznym skurczu ust. 
Hondekgeter 
ma 
Latem 1880 roku James Forsyte, zwolniwszy się któregoś popołudnia z pracy w City, spotkał 
na wprost koszar gwardii konnej swego starego przyjaciela Traąuaira. Uszedłszy z nim 
kawałek drogi rzekł: 
—  Nie czuję się dobrze. Przyjaciel odparł: 
—  Wyglądasz wcale czerstwo. Idziesz do klubu? 
—  Nie — odparł James. — Idę do Jobsona. Odbywa się tam dziś sprzedaż kolekcji obrazów 
Smeltera. Nie myślę, że tam jest coś szczególnego, ale w każdym razie warto zobaczyć. 
—  Smeltera? Czy pójdzie też pod młotek „Amor i Psysza", jak on się zwykle wyrażał? Ten 
to nigdy nie nauczył si? mówić poprawnie. 
—  Nie wiadomo doprawdy, na co on umarł — rzekł James. — Nie miał jeszcze 
siedemdziesiątki. Jego „1847"' był dobry. 
—  Tak. I jego ciemne sherry. James potrząsnął głową. 
—  Złe na wątrobę. Idę pieszo z Tempie i czuję znów wątrobę. 

background image

—  Powinieneś pojechać do Karlsbadu, najnowsze uzdrowisko, jak mówią. 
—  Do Hamburga — rzekł machinalnie James. — Emilii podoba się tam, dla mnie to zanadto 
światowe. Nie wiem sam, mam już sześćdziesiąt dziewięć lat. — Wskazał parasolem lwa na 
pomniku. — Ten bubek Landseer musiał na tym ładnie zarobić — mruknął. — Powiadają, że 
Disraeli mocno się chwieje. Ten długo nie pociągnie. 
—  Hm. Ten stary dureń Gladstone jeszcze nas wszystkich poróżni wzajemnie. Będziesz 
licytował u Jobsona? 
—  Ja? Nie mam pieniędzy na wyrzucenie. Moje dzieci dorastają. 
—  A! Jak się powodzi twojej zamężnej córce Winifredzie? Zmarszczka między brwiami 
Jamesa pogłębiła się. 
—  Nigdy mi nic nie mówi. Ale ja wiem, że Dartie, ten typek, którego poślubiła, trwoni 
pieniądze. 
Chodzi prawdopodobnie o szampan lub inne wino. 
101 
—  Któż to taki? 
—  Nieurzędowy makler — rzekł ponuro James. — Ale według tego, co mi wiadomo, nic nie 
robi, tylko włóczy się po wyścigach i tak dalej. Z tego nie wyniknie nic dobrego. 
Zatrzymał się na skraju chodnika, zamiatano właśnie środek jezdni po deszczu. Wyjąwszy z 
kieszeni spodni miedziaka dał go zamiataczowi. Ten spojrzał na długą postać Jamesa 
zdziwionym, chytrym wzrokiem. 
—  No, bądź zdrów, James. Idę do klubu. Ukłony dla Emilii. James Forsyte skinął głową i 
ruszył bocianim krokiem przez wąską 
jezdnię. Andy Traąuair wygląda wciąż doskonale! Ale ta jego żona. Też pomysł żenić się 
powtórnie w jego wieku. No, starzy głupcy są najgorsi. I zaniepokojony przejeżdżającym 
obok wozem podniósł instynktownie parasol, ci ludzie nigdy nie zwracają uwagi na 
przechodniów. 
Przechodząc przez St. James's Sąuare myślał z irytacją o tym, że te nowe kluby zajmują takie 
wspaniałe lokale. A ta jezdnia asfaltowa, którą teraz wszędzie wprowadzają, to Bóg wie co! 
Londyn nie jest już tym, czym był dawniej, zewsząd nalatują na człowieka konie. Znalazł się 
u Jobsona. Trzecia godzina. Zapewne zaraz się zacznie. Smelter musiał zostawić ładne 
pieniądze. 
Dostawszy się po schodach na górę wszedł przez poczekalnię do sali licytacyjnej. Licytacja 
już się rozpoczęła, ale jeszcze nie ruszono „spuścizny Williama Smeltera Esq". 
Włożywszy szkła w szylkretowej oprawie James zabrał się do przeglądania katalogu. Od 
czasu nabycia przezeń Turnera — mnóstwo lin i topiących się ludzi — niektórzy twierdzili, 
że to nie jest Turner, nie kupił ani jednego obrazu, a miał pustą ścianę nad schodami. Była to 
duża, źle oświetlona przestrzeń i James często myślał, że to miejsce wygląda wyjątkowo 
nago. Gdyby się trafiło coś okazyjnego, zastanowiłby się. Hm, tu był Bronzino: Amor i 
Psyche, z którego Smelter był taki dumny 
— akt. On nie chce mieć u siebie aktów przy Park Lane. Wzrok jego przebiegł katalog: 
Claude Lorrain, Bosboom, Cornelius van Vos, Sny-ders — hm! Martwa natura — same gęsi i 
kaczki, zające, karczochy, cebule, talerze, ostrygi, winogrona, indyczki, gruszki i pod tym 
wszystkim śpi para chartów o zgłodniałym wyglądzie. Nr 17, Hondekoeter Ptactwo, 
jedenaście stóp na sześć. Cóż za potwornie wielkie płótno! James zrobił w myśli trzy kroki do 
połowy obrazu i trzy kroki z powrotem. Hondekoeter! Jego brat Jolyon ma jednego 
Hondekoetera w pokoju bilardowym przy Stanhope Gate, mnóstwo ptactwa, ale obraz nie tak 
duży jak ten. Snyders, Ary Scheffer — mdła, bezsensowna rzecz, dalibóg! Rosa Bonheur. 
Snyders. 
James usiadł na krześle z boku pod ścianą i popadł w zadumę 

background image

— dowód, że szło o sprawę poważną, związaną z inwestycją pieniężną. Soames, obecnie jego 
wspólnik, rozwijał się dobrze, dostarczał mnóstwo 
102 
klientów. Kontrakt najmu domu na Bryanston SąuareJcończył się we wrześniu, trzeba będzie 
podnieść czynsz o jakąś setkę, zważywszy remonty, jakie poczynił poprzedni lokator. Na 
przyszły kwartał będzie miał wolnych parę tysięcy do umieszczenia. Można by je włożyć w 
akcje miedzi, ale to jeszcze kwestia. Mikołaj zawsze mii radził kupić „Midland", a ten Dartie 
namawiał go na „Argentyny" — no, tego by się za nic nie tknął. Pochyliwszy się naprzód, 
wsparty oburącz na parasolu, James patrzył badawczo na oszklony dach, jakby oczekując 
stamtąd jakiegoś znaku, a jego ogolone usta w obramowaniu siwych bokobrodów miały 
wyraz na wskroś zmysłowy, rzekłbyś: smakowały już tłustą dywidendę. 
—  Kolekcja Williama Smeltera Esq. z Russel Sąuare. 
A potem utarte w takich razach słowa: „ogólnie znany zbieracz", „arcydzieła szkoły 
holenderskiej i francuskiej", „rzadka okazja", „znawca" — pusta gadanina. Smelter kupował 
wszystko w czambuł. 
—  Nr 1 Amor i Psyche, Bronzina. Proszę państwa, jaką dać cenę wywoławczą za to piękne 
płótno, niewątpliwe arcydzieło szkoły włoskiej? 
James zachichotał w duchu. „Znawca z tym swoim: «Amorem i Psy-szą»". 
Ku jego zdumieniu obraz licytowano dosyć żywo i górna warga Jamesa zaczęła się wyciągać 
jak zawsze, ilekroć zachodziła rozbieżność w ocenie wartości. Obraz sprzedano, zjawił się 
Snyders. James obserwował uważnie, jak jedno płótno po drugim znajdowało nabywcę. W 
sali było gorąco, morzył go sen, nie wiedział właściwie, po co tu przyszedł. Mógł sobie uciąć 
drzemkę w klubie albo przejechać się z Emilią. 
—  Jak to? Nikt nie reflektuje na Hondekoetera? Na to duże arcydzieło? 
James patrzył na ogromne malowidło wsparte na sztalugach i podtrzymywane ż obydwóch 
stron przez woźnych. Olbrzymie płótno roiło się wprost od przeróżnego ptactwa nad 
sadzawką, a duży biały kogut wyglądał, jakby chciał zaraz zażyć kąpieli. Malowidło 
utrzymane było w ciemnym tonie, z wyjątkiem koguta o odcieniu żółtawym. 
—  No, panowie? Płótno znakomitego malarza ptactwa domowego. Mam powiedzieć 
pięćdziesiąt? Czterdzieści? Kto daje czterdzieści? To po prostu za darmo. No, więc cena 
wywoławcza trzydzieści funtów. Proszę spojrzeć na tego koguta. Mistrzowsko namalowany. 
No, moi panowie. Proszę licytować. 
—  Pięć funtów — rzekł James zasłaniając sobie usta ręką w taki sposób, że tylko licytujący 
mógł wiedzieć, kto to mówi. 
—  Pięć funtów za ten oryginalny obraz znakomitego malarza ptactwa domowego. Dziesięć 
funtów, powiedział pan, sir? Dziesięć funtów raz. 
—  Piętnaście — mruknął James. 
—  Dwadzieścia. 
—  Dwadzieścia pięć — rzekł James. Wyżej trzydziestu nie miał zamiaru iść. 
—  Dwadzieścia pięć to po prostu wartość ramy. Kto daje trzydzieści? 
103 
Nikt nie dał, i obraz dostał się Jamesowi, którego usta rozwarły się z lekka. Nie miał zamiaru 
kupować, ale rzecz była naprawdę tania, wielkość płótna przestraszyła nabywców. Jolyon 
zapłacił sto czterdzieści za swego Hondekoetera. Ten zapełni pustkę nad schodami. 
Poczekawszy, aż sprzedadzą dwa następne obrazy, James dał swój bilet wizytowy oraz 
wskazówki, dokąd mają odesłać Hondekoetera, po czym skierował się przez St. James's Street 
w stronę domu. 
Emilia zamierzała właśnie wyjechać landem z Rachelą i Cecylią. James uchylił się od 
towarzyszenia im, lękał się nieco pytań, gdzie był. Znalazłszy się w pustym domu 
zakomunikował Warmsonowi, że mu dolega nieco wątroba, i zażądał filiżanki herbaty z 

background image

grzankami, nic więcej. Następnie podszedł do schodów i zapatrzył się w puste miejsce na 
ścianie. Po zawieszeniu obrazu nie będzie już pustego miejsca. Co też powie Soames? 
Chłopiec zaczął się interesować obrazami po powrocie z zagranicy. No, cena, jaką dał, była 
poniżej wartości rynkowej. Przeszedłszy do salonu James wypił filiżankę mocnej chińskiej 
herbaty ze śmietanką i zjadł dwie grzanki. Jeżeli jutro nie będzie czuł się lepiej, zawezwie do 
siebie dra Dasha. 
Nazajutrz rano, wychodząc do biura, rzekł do Warmsona: 
—  Przyniosą tu dziś obraz. Trzeba będzie, żeby Hunt i Tomasz pomogli go zawiesić 
pośrodku wolnej przestrzeni nad schodami. Najlepiej to zrobić, kiedy pani wyjdzie z domu. 
Każcie wnieść malowidło tylnym wejściem, ma jedenaście stóp na sześć. A uważajcie, jak 
należy. 
Po jego powrocie do domu — raczej późno — Hondekoeter wisiał już na ścianie. Zapełniał 
doskonale pustą przestrzeń, ale że światło było skąpe, a obraz ciemny, niepodobna było 
rozróżnić, co właściwie wyobraża. Wyglądało to jednak dobrze. Wszedłszy do salonu zastał 
tam Emilię. 
—  James, na miłość boską, co znaczy ten wielki obraz na schodach? 
—  Obraz? — powtórzył James. — To jest Hondekoeter, nabyłem go bardzo tanio na licytacji 
zbiorów Smeltera. Jolyon też ma jednego u siebie przy Stanhope Gate. 
—  W życiu moim nie widziałam podobnej landary. 
—  Co? — rzekł James. — Doskonale zakrywa puste miejsce na ścianie. Co prawda, nad 
schodami niewiele można dojrzeć. Ale ptactwo jest wybornie wymalowane. 
—  Teraz na schodach jest jeszcze ciemniej niż przedtem. Ciekawe też, co na to powie 
Soames. Doprawdy, James, nie powinieneś sam kupować takich rzeczy. 
—  Zdaje mi się, że mogę robić ze swymi pieniędzmi, co mi się podoba — odparł James. — 
Jest to obraz bardzo znanego pędzla. 
—  No — rzekłaEmilia — człowiek w twoim wieku... Ale mniejsza o to. Nie unoś się. Siadaj 
i pij herbatę. 
James usiadł mrucząc do siebie: „Te kobiety zawsze są zdezorien- 
104 
towane. I mają tyle akurat zrozumienia dla rzeczy wartościowych co stary kot".                                  

Emilia, jak zwykle opanowana, łagodna i taktowna, nie powiedziała ani słowa więcej. 
Winifreda wraz z Montague Dartie'em przyszli później, tak że przy obiedzie zgromadziła się 
cała rodzina. Cecylia miała fryzurę nisko opuszczoną, a Rachela — upiętą ku górze, w tym 
sezonie wprowadzono Cecylię w świat. Soames, który właśnie zgolił małe baczki, noszone 
pod koniec siódmego dziesięciolecia, wyglądał bladziej i szczupłej niż zwykle. Winifreda 
zaczynała wyglądać „interesująco"., w drodze był bowiem mały Dartie, i kierowała czujny 
wzrok na kanciastego i wysmukłego Monty'ego, którego żółtawa twarz miała jakiś wyraz 
afektacji. W jego lśniącym gorsie tkwiła duża brylantowa spinka. 
Winifreda właśnie wszczęła rozmowę na temat Hondekoetera. 
—  Papo drogi, co cię skłoniło do kupna tego olbrzymiego obrazu? James spojrzał na nią i 
żując pieczeń baranią wybełkotał: 
—  „Olbrzymiego". W sam raz pasuje do pustego miejsca na schodach. W owej chwili 
zdawało mu się, że cała rodzina ma jakiś szczególny 
wyraz twarzy. 
—  Obraz bardzo piękny i duży — odezwał się Dartie. 
„Hm — pomyślał James. — Czego ten chce ode mnie, pieniędzy?" 
—  Taki żółty — poskarżyła się Rachela. 
—  Co ty wiesz o malarstwie? 
—  Wiem, co mi się podoba, papo. 

background image

James rzucił spojrzenie na syna, ale Soames patrzył w talerz. 
—  Obraz wart swojej ceny — rzekł nagle James. — Ptactwo jest pierwszorzędnie 
namalowane. 
Nikt nie powiedział nic więcej, nie chcąc w tej chwili ranić ojcowskich uczuć. Ale potem w 
salonie, kiedy Emilia wraz z trzema córkami przemierzyły ponownie całą długość 
Hondekoetera, wywiązała się ożywiona dyskusja. 
—  Doprawdy, ten ojciec! Rokoko nie było jeszcze dość odpowiednim określeniem obrazów 
tego rozmiaru. A kury? Kto chciałby w ogóle patrzeć na kury, nawet gdyby je można było 
widzieć? Ale, oczywiście, ojciec uważa, że okazyjne kupno usprawiedliwia wszystko. 
 
Emilia rzekła: 
—  Powinnaś mówić z większym szacunkiem, Cecylio. 
—  Ależ tak jest, mamo, naprawdę. To jest zdanie wszystkich starych Forsyte'ów. 
Emilia, która w głębi ducha podzielała to zdanie, szepnęła: 
—  Tss! 
W nieobecności Jamesa zawsze była lojalna w stosunku do niego. I wszyscy oni tak 
postępowali, chyba że się znajdowali w najściślejszym gronie. 
105 
 
—  Soames uważa, że obraz jest okropny — rzekła Rachela. — Mam nadzieję, że powie to 
ojcu. 
—  Soames nie zrobi nic podobnego — odparła Emilia. — W gruncie rzeczy, ojciec może 
robić, co mu się podoba w swoim własnym domu. Wy, dzieci, mówicie chwilami za dużo. 
—  Ależ, mamo, sama kapujesz, że ten obraz jest staromodny. 
—  Nie życzę sobie, abyś używała podobnych wyrażeń. 
—  Dlaczego? Wszyscy tak mówią w szkole. Winifreda wtrąciła: 
—  To są istotnie najmodniejsze zwroty, matko. 
Emilia zamilkła. Nic jej tak nie rozbrajało jak słowo „modny", bo choć odznaczała się 
niezależnym charakterem, za nic nie chciałaby uchodzić za zacofaną. 
—  Posłuchajcie — rzekła Rachela otworzywszy drzwi. 
Ze schodów dochodziły jakieś głosy: to James stojąc przed obrazem Hondekoetera wygłaszał 
pochwalną mowę. 
—  Ten kogut tu — mówił — to wspaniała sztuka. A spójrzcie tylko na to ptactwo na wodzie. 
Myślisz, że teraz potrafią tak malować? Wasz stryj Jolyon dał za swojego Hondekoetera sto 
czterdzieści funtów, a ja nabyłem tego za dwadzieścia pięć. 
—  A co, nie powiedziałam? — szepnęła Cecylia. — Okazja. Nienawidzę wszelkich okazji. Z 
Turnerem było to samo. 
—  Tss! — szepnęła Winifreda, która nie była już pierwszej młodości i pragnęła, aby Monty 
miał więcej skłonności do okazyjnego kupna, niż to się zdarzało dotychczas. — Ja sama lubię 
tanie kupno, przynajmniej wiadomo, że się coś dostało za swoje pieniądze. 
 
—  Ja wolę mieć pieniądze w kieszeni -^ rzekła Cecylia. 
—    Nie bądź niedorzeczna, Cecylio — odparła matka. — Idź, zagraj swoją sztuczkę. Ojciec 
to lubi. 
James i Dartie weszli właśnie do salonu. Soames udał się do swego pokoju, gdzie pracował 
wieczorami. 
Cecylia zaczęła grać swoją sztuczkę. Dziewczyna pozostawała obecnie w domu wskutek 
świnki grasującej w jej szkole na Ham Common. Etiudę, zawierającą liczne pasaże na całej 
klawiaturze, Cecylia studiowała właśnie na popis koncertowy, jaki miał się odbyć pod koniec 
roku szkolnego. James, który domagał się zawsze tego ćwiczenia, po części dlatego, że to 

background image

było korzystne dla Cecylii, po części zaś, że pomagało jego trawieniu, usiadł przy kominku. 
Pośród obramowanego bokobrodami oblicza wzrok jego uciekał od żywych postaci. Na 
nieszczęście, nie potrafił nigdy spać po obiedzie i w głowie jego brzęczał rój myśli. Soames 
powiedział, że nie ma obecnie popytu na płótna wielkich rozmiarów, a na obrazy szkoły 
holenderskiej popyt jest minimalny. Przyznał jednak, że za tę cenę Hondekoeter był 
okazyjnym nabytkiem — samo nazwisko już miało .odpowiednią wartość. Cecylia zaczęła 
swoją „sztuczkę", James 
106 
 
tonął wciąż w myślach. Dalibóg, nie wiedział, czy ten nabytek ma go cieszyć, czy nie. 
Wszyscy wypowiedzieli się ujemnie, z wyjątkiem Dartie'ego, jedynego człowieka, którego 
krytyce byłby rad. Twierdzić, że James miał świadomość zmiany zaszłej w światopoglądzie 
jego epoki, znaczyłoby przypisywać mu wrażliwość fizoloficzną nie licującą ani z jego 
wychowaniem, ani z jego pokoleniem. Miał jednak niejasne uczucie, że korzystne kupno nie 
jest już tym, czym bywało dawniej. I podczas gdy palce Cecylii przebiegały klawiaturę, nie 
wiedział istotnie, co ma myśleć. 
—  A może mi powiecie — rzekł, kiedy Cecylia zamknęła fortepian — że te wazony 
drezdeńskie nie są ładne? 
Nikt nie wiedział, do kogo i po co zwrócone było to pytanie, toteż nikt nie odpowiedział. 
—  Kupiłem je u Jobsona w roku 1867 i warte są dzisiaj trzy razy tyle, ile za nie zapłaciłem. 
Teraz odezwała się Rachela: 
—  Doprawdy, papo, czy tobie się podobają? 
—  Podobają się? Co to ma do rzeczy? Są oryginalne i warte mnóstwo pieniędzy. 
—  Chciałabym więc, żebyś je sprzedał, James — rzekła Emilia. — Są już zupełnie 
niemodne. 
—  Niemodne! Zanim ja umrę, podniosą się jeszcze w cenie. 
—  Okazja — mruknęła Cecylia bardzo cicho. 
—  Co tam mówisz? — zapytał James, którego słuch bywał nieraz szczególnie czujny. 
—  Powiedziałam „okazja", papo. Czyż nie tak? 
—  Oczywiście. — A z brzmienia jego głosu wynikało, że nie byłby ich kupił, gdyby nie 
stanowiły okazji. — Wy, młodzi, tyle tylko rozumiecie się na pieniądzach, że są do 
wydawania. — Spojrzał przy tym na swego zięcia, który gorliwie oglądał paznokcie. 
Emilia, chcąc z jednej strony ułagodzić Jamesa, który wyraźnie był podrażniony, z drugiej zaś 
będąc namiętną amatorką kart, poleciła Cecylii rozłożyć stolik i rzekła wesoło: 
—  Siadaj, James, zagramy sobie w „durnia". 
Dość długo siedzieli przy zielonym stoliku, grając punkt po groszu i coraz to wybuchając 
śmiechem, kiedy James wołał: „Jestem durniem!" Istotnie, w tej szczególnej grze James 
okazywał zawsze zupełną lekkomyślność. Grano o grosze i mógł bardzo tanim kosztem być 
utracjuszem. Przegrał szybko trzynaście szylingów, ale wcale to nań źle nie wpłynęło. 
Wstał od stołu w doskonałym humorze oświadczając, że jest bankrutem. 
—  No, sam już nie wiem — rzekł — ale ja zawsze marnuję pieniądze. Hondekoeter i 
wątpliwości, jakie obudził, poszły w niepamięć. 
Po wyjściu Winifredy i Dartie'ego, który nie poruszył spraw finan- 
107 
sowych, James udał się z Emilią na spoczynek w niemal wesołym usposobieniu. I 
odwróciwszy się tyłem do żony, zaczął wkrótce lekko chrapać. 
Obudził go jakiś głośny trzask i łoskot, jakby grzmotów, dochodzące z prawej strony. 
—  Na miłość boską, James, co to jest? — rozległ się wystraszony głos Emilii. 
—  Co?! Gdzie?! — zawołał James. — No, gdzież są moje pantofle? i— To musiał być 
piorun. Uważaj, James. 

background image

A James w szlafroku stał już obok łóżka i w blasku nocnego oświetlenia wyglądał niby wielki 
bocian. Mocno pociągnął nosem. 
—  Czujesz spaleniznę? 
—  Nie — odparła Emilia?                                   v 
—  No, daj mi świecę. 
—  Włóż ten szal, James. To nie mogą być włamywacze, nie robiliby takiego hałasu. 
—  Nie wiem — mruknął James. — Spałem. Wziął świecę z rąk Emilii i posunął się ku 
drzwiom. 
—  Co to wszystko znaczy? — zapytał stojąc na podeście. 
W słabym i migotliwym blasku świec mógł dostrzec kilka biało odzianych postaci: Rachelę, 
Cecylię i pokojówkę Fifinę w szlafrokach. Soames w nocnej koszuli stał u góry schodów, a na 
dole ten bubek Warmson. 
Zabrzmiał gitos Soamesa spokojnie i równo: 
—  To ten Hondekoeter. 
Istotnie u stóp schodów leżał olbrzymi Hondekoeter, frontem na dół. Podniósłszy wysoko 
świecę James stał z wzrokiem utkwionym w obraz. Wszyscy milczeli, tylko Fifine zawołała: 
„La, la!" 
Cecylia, która dostała jakiegoś ataku śmiechu, szybko znikła. 
Wówczas odezwał się z góry Soames w ciemności, ledwie rozjaśnionej świecą Jamesa. 
—  Wszystko w porządku, papo. Nic mu się nie mogło stać, bo obraz nie był oszklony. 
James nic nie odrzekł, ale zniżywszy lichtarz poszedł po schodach na górę i bez słowa wrócił 
do sypialni. 
—  Co się tam stało, James? — zapytała Emilia, która pozostała w łóżku. 
—  Obraz spadł, tak zawsze bywa, jeśli się samemu nie dopilnuje wszystkiego. Ten niedołęga 
Warmson. Gdzie woda kolońska? 
Skropiwszy się James wrócił do łóżka i leżąc na wznak czekał, żeby Emilia odciążyła nieco 
sytuację. Ale ona rzekła tylko: 
—  Przypuszczam, że to nie nabawiło cię bólu głowy, James. 
—  Nie — odparł James. 
A gdy już usnęła, on leżał jeszcze przez jakiś czas z otwartymi oczyma, 
108 
jak gdyby w oczekiwaniu nowego figla ze strony tego Hondekoetera, który tak mu się 
wywdzięczał za to, że go nabył i umieścił w przyzwoitym domu! 
Nazajutrz rano schodząc na śniadanie James przeszedł obok malowidła. Podniesiono je już i 
ustawiono oparte o ścianę. Biały kogut miał wciąż taki wygląd, jakby chciał zażyć kąpieli. 
Niby łódki pływało po wodzie ptactwo. James wszedł do jadalni. 
Wszyscy już tam siedzieli jedząc jaja i szynkę w jakimś podejrzanym milczeniu. 
James usiadł i nałożył sobie porcję. 
—  Co zamierzasz zrobić z tym teraz, James? — zapytała Emilia. 
—  Co zrobię? Zawieszę go z powrotem, oczywiście. 
—  Nie mówisz chyba serio, papo — rzekła Rachela. — Ubiegłej nocy dostałam ataku 
nerwowego. 
—  Ta ściana nie utrzyma go — wtrącił Soames. 
—  Co? Ściana jest mocna. 
—  On jest doprawdy zbyt wielki — dodała Emilia. 
—  I nikomu z nas nie podoba się, papo — rzuciła Cecylia. — To coś monstrualnego i takie 
żółte. 
—  Mostrualnego, istotnie — rzekł James i zamilkł. Nagle wykrztusił: — Cóż więc mam z 
tym zrobić? 
—  Odesłać z powrotem. Odsprzedać.                                        . 

background image

—  Nic nie dostanę za niego. 
—  Ale mówiłeś, papo, że to była okazja — rzekła Cecylia. 
—  Tak jest istotnie! 
Znów zapanowało milczenie. James spoglądał ukradkiem na syna. W spojrzeniu tym było coś 
wzruszającego, jak gdyby oczekiwał odeń pomocy. Ale Soamesa całkowicie absorbowało 
jedzenie. 
—  Każ go wstawić do rupieciarni, James — rzekła spokojnie Emilia. Obramowaną 
bokobrodami twarz Jamesa oblał rumieniec, a jego usta 
otworzyły się. Znów spojrzał na syna, ale Soames był wciąż zajęty jedzeniem. James 
skierował wzrok z powrotem na swoją filiżankę. I wówczas odczuł coś, czego nie potrafiłby 
wyrazić. Jak gdyby go zapytano: „Kiedy okazja' nie jest okazją?", a on nie umiałby na to 
odpowiedzieć. Oni jednak wiedzieli. Zmiana czasów, coś nowego wisiało w powietrzu. Nie 
można już kupować czegoś dlatego, że jest warte więcej, niż kosztuje. To już... już koniec 
wszystkiego. I nagle mruknął: 
—  No więc, niech będzie, jak chcecie! Ja to nazywam wyrzucaniem pieniędzy na ulicę! 
Po wyjściu Jamesa do biura Warmson, Hunt i Tomasz odstawili Hondekoetera do lamusa. 
Osłonięty pokrowcem pozostawał tam przez dwadzieścia jeden lat, do śmierci Jamesa w roku 
1901. Wówczas wydobyto go znów i poszedł „pod młotek". Uzyskano zań pięć funtów, 
nabywcą okazał się malarz plakatów zatrudniony w hodowli drobiu. 
 pawia 
Bal miał się ku końcowi. Soames postanowił wrócić do domu pieszo. Odnalazłszy w szatni 
płaszcz i cylinder ujrzał w lustrze swe odbicie: w białej kamizelce wyglądał jeszcze 
nienagannie, tylko kołnierzyk był na pół zmięty, a gardenia w klapie zaczynała więdnąć. 
Gorąco wprost szalone! Wyjąwszy z mankietu jedwabną chustkę Soames przetarł nią twarz 
przed włożeniem cylindra. 
Po szerokich, czerwonym dywanem wykładanych schodach, na których nie paliły się już 
chińskie lampiony, wyszedł na Inner Tempie. Dniało. Lekki powiew od rzeki odświeżył mu 
twarz. Pół do czwartej! 
Nigdy może nie tańczył tyle co tej nocy — tyle i tak długo. Sześć razy z Ireną! Sześć razy z 
innymi pannami, których już sobie teraz wcale nie przypominał. Czy tańczył dobrze? Tańcząc 
z n i ą miał jedynie świadomość jej bliskości i zapachu, tańcząc z innymi zaś — że ona krąży 
osobno, poza jego zasięgiem. 
Jeszcze tylko czternaście dni i czternaście nocy, a na zawsze posiądzie ją i jej zapach! Teraz 
musi być już niedaleko domu, jadąc z macochą wehikułem, w którym je umieścił. Jak Irena 
nienawidzi tej kobiety! I nic dziwnego. Soames bowiem wiedział dobrze, że szansę swoje 
zawdzięcza od półtora roku „tej kobiecie" pragnącej wydać za mąż swoją pasierbicę, aby 
samej wstąpić w związki małżeńskie. 
Z lśniącego barwami i ciemną boazerią hallu wyszedł na skąpo oświetlone, ciche ulice, 
ścigany rytmem walca, zamierającego w miarę tego, jak się Soames oddalał. Wciągnąwszy 
głęboko powietrze pełne woni traw z ogrodów Tempie, zdjął cienkie z czarnym wyszyciem 
rękawiczki koloru lawendy. 
Irena lubiła tańczyć! Nie będzie wypadało później tańczyć z własną żoną! Ale czy go to 
powstrzyma? Nie, dalibóg, nie! 
Skręcił obok krzewu róży w doniczce i płonącego jeszcze lampionu 
110 
chińskiego — ostatniej plamy barwnej w szaroici świtu — i minąwszy mroczną latarnię na 
rogu Middle Tempie Lane poszedł w stronę wybrzeża Tamizy i Iglicy Kleopatry. Kleopatra! 
Przewrotna kobieta! Gdyby jeszcze żyła, nikt by się jej nie kłaniał na Rotten Row i ścigano by 
ją za usiłowanie samobójstwa. Tak zaś nazwano tutaj iglicę jej imieniem, a ona sama stała się 
wielką postacią romantycznej historii, podobnie jak inne przewrotne kobiety: piękna Helena, 

background image

Semiramida, Maria Stuart... dlatego... dlatego, że czuła w swoich żyłach to, co on odczuwa 
teraz! Wielką namiętność, nie większą jednak od jego namiętności! No, on nie zostanie nigdy 
postacią romantycznej historii! I Soames uśmiechnął się drwiąco. 
Szedł na pół świadomie, a w piersiach miał takie uczucie, jak gdyby dusza jego pławiła się w 
słodko woniejącej toni. Wokół zupełna cisza: ani odgłosu kroków, ani turkotu kół — pusto, 
zielono, przestronnie, a szara Tamiza nabierała barwy, gdy na widnokręgu zadrgały pierwsze 
blaski słoneczne. Wszystko trwało w oczekiwaniu jedynej siły, ożywiającej cały świat — 
ciepła. I Soames, poruszony jedyną mocą swego życia, szedł żwawo. Jej okno! Światła w tym 
oknie z pewnością jeszcze nie zgaszono! Gdyby odsunęła nieco firankę, pragnąc odetchnąć 
świeżym powietrzem, mógłby ją jeszcze ujrzeć, pozostając sam niewidzialny za słupem 
latarni lub na progu jakiegoś domu — ujrzeć ją tak, jak jeszcze nigdy jej nie widział, a jak ją 
będzie wkrótce oglądał co wieczór i co rano. I pobudzony tą myślą pobiegł niemal naprzód, 
mijając blednące latarnie i Big Bena, Opactwo Westminsterskie, z wolna wyłaniające się 
swym ogromem ku wstającemu dniowi, minął na Victoria Street swoje mieszkanie i dotarł do 
rogu ulicy, gdzie ona mieszkała. Tu zatrzymał się z bijącym gwałtownie sercem. Musi być 
ostrożny! Ona nie powinna go zobaczyć. Taka jest dziwna, taka kapryśna, mogłoby się jej to 
nie podobać — na pewno nie podobałoby się. Soames przemknął po przeciwległej stronie 
pustej ulicy. Czy miał przysunąć się bliżej? Z pewnością nie mogłaby mu mieć za złe, gdyby 
przeszedł szybko. Stąd czwarty dom — pierwsze okno na drugim 
$ piętrze. I zatrzymawszy się obok latarni spojrzał w górę. Otwarte — tak! I firanki na pół 
ściągnięte, wietrzy pokój przed spaniem! Czy ma się 
_; ośmielić? Przypuśćmy, że go ujrzy podglądającego ją w chwili, kiedy sądziła, że jest sama, 
przez nikogo nie widziana? Gdyby więc — czyż to nie będzie dla niej jednym dowodem 
więcej, że jest jego jedyną myślą, jedynym celem i pragnieniem? Czy mogłaby mieć mu to za 
złe? W gruncie rzeczy Soames nie wiedział tego i stał wciąż wyczekując. Ona ,musi podejść 
do okna, by zasunąć firanki przed coraz jaskrawszym światłem dnia. Gdyby żywiła dlań takie 
same uczucia, jakie on żywi dla niej, to oczywiście nie miałaby mu za złe — byłaby rada i 
spojrzenia ich spotkałyby się pośród tej pustej ulicy londyńskiej, niesamowicie cichej, gdzie 
żywa dusza nie byłaby tego świadkiem. Przywarłszy do słupa latarni Soames stał nieruchomo, 
spragniony jej widoku. Zasłonił płasz- 
111 
czem bielejący gors koszuli, zdjął szapoklak i przycisnął go do siebie. Teraz z twarzą opartą o 
słup, tak że nie było jej wcale widać, wyglądał na jakiegoś rannego spacerowicza lub na 
powracającego birbanta. Ale spoza żelaznego słupa nie spuszczał oka z podłużnego kształtu 
okna, gdzie firanka chwiała się lekko w powiewie bliskiego świtu. I nagle zadrżał. Spojrzenie 
jego pochwyciło białe po łokieć ramię i Soames zobaczył, jak wsparłszy na ręku twarz 
utkwiła wzrok poprzez dachy w rozświetlającym się niebie. Ogarnięty namiętnością zmrużył 
oczy, by móc dojrzeć wyraz jej twarzy. Ale nie zdołał — była za daleko, daleko jak zawsze, 
lecz jak nie powinna była, nie mogła pozostać zawsze. O czym myślała? O nim? O tych 
białych wełniastych barankach płynących ze wschodu? O chłodnym powietrzu? O sobie 
samej? O czym? Przyciskając się do słupa Soames stał w śmiertehiym bezwładzie, bo gdyby 
zauważyła ona jakąś postać, znikłaby natychmiast. Szyja jej i włosy odgarnięte w tył ginęły 
pośród fałd firanek, widać było tylko białe i okrągłe ramię, owal wzniesionej w górę twarzy, 
tak znieruchomiałej, że Soames, oddalony od niej o sto stóp, taił w piersi dech. Wtem zaczęły 
świergotać wróble, buchnęło jasnością niebo. Ona się podniosła. Przez jedną chwilę Soames 
widział jej postać w nocnej koszuli, widział, jak wyciągnęły się naprzód długie,, białe 
ramiona i zasunęły firanki! Jakiś szał przeniknął jego ciało, porwał go z miejsca i głusząc swe 
kroki Soames podążył na Victoria Street. Ale nie wrócił do domu, rzucił się w przeciwną 
stronę. Raj był dlań jeszcze zamknięty! Nie sposób spać! Przyśpieszył kroku. Policjant 
przyjrzał mu się, minął go furgon miejski ze śmieciami, a ciężki stukot kopyt końskich był 

background image

jedynym dźwiękiem pośród cichego miasta. Soames skierował się w stronę Hyde Parku. Ten 
wczesny świat milczących ulic był dlań czymś tak niezwykłym, jak on sam ogarnięty tym 
podnieceniem wydałby się niezwykły tym wszystkim, którzy go znali i widzieli codziennie 
jako opanowanego, pilnego, trzeźwego obywatela. Na Knightsbridge minął go szybko, z 
jazgotem, zapóźniony wehikuł, w którym niejasno dojrzał siedzącą parę — za nim drugi 
wehikuł i jeszcze jeden. Soames podążył w kierunku zachodnim, w stronę domu, gdzie mieli 
oboje zamieszkać; dom lśnił, świeżą farbą i tablicą z nazwiskiem budowniczego. Przy 
urządzaniu nowego mieszkania oboje zbliżyli się ku sobie znacznie, a teraz Soames patrzył na 
tę niewielką budowlę z wdzięcznością i jak gdyby czcią. Dopiero dwanaście godzin temu 
uregulował należność za urządzenie wnętrza. I w tym oto domu będzie mieszkał z nią — 
niewiarygodne! W rannym świetle wszystko wyglądało jak marzenie — ten niewielki 
podłużny skwer wraz z domami był niby marzeniem jego przyszłości, jej przyszłości, 
wydawał się szczególny i nie zamieszkany. 
Przesądny lęk ogarnął nagle nie mającego przesądów Soamesa. Odwrócił wzrok, jakby w 
obawie, aby ten mały domek nie zapadł się istotnie w nicość. Szedł dalej, minąwszy koszary, 
w stronę ogrodzenia 
112 
Parku, idąc wciąż w kierunku zachodnim, lękając się powrotu do domu, zanim poczuje 
śmiertelne znużenie. Było po czwartej, miasto tchnęło wciąż pustką, ogołocone z tego 
wszystkiego, co je czyni rojnym ulem, a jednak ta głęboka pustka nadawała mu głęboki sens. 
Soames czuł, że na zawsze zapamięta miasto o tej porze, tak różne od miasta oglądanego co 
dnia. I zapamięta też siebie, kroczącego w ten sposób samotnie ze swym pragnieniem. Minął 
Prince's Gate i zawrócił. Ostatecznie, ma przecież swoją pracę 
— o pół do jedenastej biuro! Ulica i Park, i domy jawiły mu się teraz w pełnym świetle 
wczesnego ranka. Skierował się do Parku i przeszedł ina stronę Row. Zabawne jest oglądać 
Row bez koni kłusujących tam i sam lub ostrożnie idących stępa, bez szmeru pojazdów, bez 
tłumu siedzącej publiczności. Nic, tylko drzewa i ciemny szlak toru. Drzewa i trawa, choć nie 
spadła na nie wilgoć rosy, tchnęły zapachem. I Soames wyciągnął się jak długi na jednej z 
ławek, założywszy ręce pod głowę, umieściwszy szapoklak na piersiach, z wzrokiem 
utkwionym w listowiu odcinającym się na tle coraz jaśniejszego nieba. Łagodną świeżością 
muskał powiew jego policzki, usta i ręce. Pierwsze promienie słońca wędrowały skośnie od 
pnia do pnia, ptaki nie śpiewały jeszcze, lecz ćwierkały, gdzieś na drzewie gruchał gołąb 
leśny. Soames przymknął oczy i natychmiast wyobraźnia zaczęła mu malować jej obraz. Jej 
obraz —jak stała nieruchomo w sukni sięgającej falbanami lśniącej posadzki, podczas gdy on 
kreślił swe inicjały w jej karnecie balowym. Jej obraz 
— jak długimi palcami w rękawiczkach przytwierdzała do gorsu kame-lię, a potem odwróciła 
się ku niemu, by jej pomógł włożyć płaszcz. Obrazy, obrazy bez liku, a zawsze dziwne, 
malujące mu jej oblicze to promieniujące, to zadumane lub niechętne. Albo jak nachyla 
policzek do jego pocałunku, jak odwraca usta od jego ust, jak oczy jej patrzą z zapytaniem, na 
które jakby brakło odpowiedzi, jak ciemne i łagodne oczy wpatrują się w kota, mruczącego w 
jej ramionach. I jej widok rozpuszczonych kasztanowatych włosów, jak jeszcze nigdy ich nie 
widział, ale niebawem już, niebawem ujrzy! I jakby w odpowiedzi na zew jego wyobraźni 
zabrzmiał krzyk — przeciągły, nie ostry ani ściśle mówiąc szorstki, ale tak przejmujący, że 
napędził Soamesowi krew do serca. Skądś tam w rannej ciszy rozległ się i ponawiał 
długotrwały, namiętny krzyk pawia, rzekłbyś: krzyk duszy zatraconej. I wraz z tym krzykiem 
z głębi jego istoty dźwignął się obraz, który pozostał już w nim na zawsze: Irena z 
rozplecionymi włosami, blada i powolna, osuwająca się w jego ramiona. Obraz ten napełnił 
go rozkoszą, zbladł i rozpłynął się. Soames otworzył oczy. Przez Row przejeżdżał wóz do 
polewania. Soames wstał i ruszył szybko pod osłoną drzew usiłując odzyskać panowanie nad 
sobą. 

background image

Pod koniec ósmego dziesięciolecia powierzchowność Franciszki For-syte cechowało jeszcze 
coś, co na giełdzie Forsyte'ów określano jako „typ celtycki". Wyrażenie to pojawiło się od 
niedawna i choć nikt nie wiedział, jak wygląda Celt, uważano, że ma miłą powierzchowność. 
Mimo iż Franciszka nie przywodziła właściwie na myśl zamierzchłej epoki bardów, miała 
jednak ciemne włosy i duże szare oczy, była kompozytorką, pisała opowiadania i poematy i 
grała na skrzypcach. Z tych wszystkich powodów cieszyła się pewną swobodą w rodzinie, 
która nie traktowała jej zbyt poważnie. Warto tu wspomnieć, do jakich granic sięgała ta 
swoboda. 
Smukła i wyrośnięta, zdecydowana i wymowna, Franciszka, nieodrodna córka Rogera, 
odznaczała się pewnym wdziękiem i zdolnością ukazywania swych zalet w najlepszym 
świetle. W trzydziestym roku życia zdołała sobie zapewnić sporą niezależność. Sypiała 
jeszcze w domu przy Prince's Gate, ale miała swoją pracownię w okolicach Chelsea. Na owe 
czasy była emancypowana tak dalece, że zapraszała do siebie na herbatę swych redaktorów, 
kolegów po piórze, muzyków, a nawet młodych ludzi, z którymi tańczyła w domu, przez jej 
brata Jerzego ochrzczonych mianem „wielbicieli Franciszki". 
W domu Tymoteusza na Bayswater Road mówiono do niej od czasu do czasu: 
—  Czy sądzisz, kochanie, że to właściwe przyjmować u siebie na herbacie młodych ludzi? 
Na co Franciszka odpowiadała: 
—  Czemu nie? — kładąc zawsze kres dalszej dyskusji, ciotki bowiem uważały, że jeszcze 
mniej Właściwe będzie podkreślać tę kwestię, a ostatecznie droga Frania była muzykalna. 
W rodzinie przypuszczano raczej, niż wiedziano, że Franciszka była 
114                    , 
stale w kimś zakochana, ale wydawało się to naturalne u osoby jej typu, przy czym miała to 
być miłość platoniczna. Diagnoza ta okazała się najzupełniej trafna — tyle istotnego sprytu 
kryło się pod słowną finezją na giełdzie Forsyte'ów. 
Wkrótce potem, jak Franciszce udało się wreszcie wydać swoją sonatę skrzypcową, 
najpoważniejszą z jej dotychczasowych kompozycji, spotkała owo indywiduum, które 
niebawem stało się znane jako „cudzoziemski żebrak Franciszki". Nazwa „dago"1 nie weszła 
jeszcze wówczas w użycie i nie było słowa na określenie wyjątkowej pogardy Anglosasów 
dla każdego dwunożnego przedstawiciela płci męskiej spod szerokości geograficznej na 
południe od Genewy. Cudzoziemiec spod szerokości geograficznej na północ od Genewy był 
istotą jeśli nie godną szacunku, to przynajmniej ludzką, lecz obcokrajowiec z południa był 
niewątpliwie „żebrakiem", o ile nie czymś gorszym. 
Młodzieniec nazwiskiem Racazy — wymówienie tego nazwiska stanowiło dla każdego 
Forsyte'a niezwalczoną trudność — miał na imię Guido i, jeśli było można wierzyć 
Franciszce, przybył z Raguzy, aby podbić Londyn grą na skrzypcach. Wydawca jej sonaty 
przedstawił go jako idealnego wykonawcę tej nieprzeciętnej kompozycji. Było to słuszne po 
części dlatego, że cudzoziemiec znajdował się w tym punkcie swej kariery, kiedy chętnie grał 
wszystko bezinteresownie, po części zaś dlatego, że Franciszka, wolna w owej chwili od 
wszelkich duchowych powikłań, spostrzegła, że ma włosy takie jak na najlepszych portretach 
Rafaela, i zażądała, by go jej przedstawiono. 
Po tygodniu cudzoziemiec zagrał sonatę u niej w pracowni po raz pierwszy i ostatni. Fakt, iż 
nigdy nie zaproponował nawet ponownego odegrania utworu, powinien był stanowić dla 
Franciszki pewne ostrzeżenie. Ale z dziwną mieszaniną lojalności wobec przedmiotu swego 
ówczesnego podziwu oraz Forsyte'owskiego przeświadczenia, że im on będzie sławniejszy, 
tym sławniejszą stanie się i ona, Franciszka mianowała go swym tegorocznym wielbicielem i 
postanowiła wyrobić mu nazwisko. Trudno zaprzeczyć, że jej psychologia szwankowała od 
początku. Źle oceniła Guida, swoją rodzinę i siebie samą. Ale takie pomyłki człowiek 
uświadamia sobie powoli, a swoboda, jaką się Franciszka cieszyła, napełniła ją brawurą. 
Przyzwyczajona była do kierowania się własną wolą i nie miała poczucia taktyki w 

background image

odróżnianiu dużych posunięć od małych. Wypróbowawszy u siebie w pracowni zachowanie 
się przybysza w towarzystwie wydawcy, dwóch przyjaciółek i wielbiciela z tak zamierzchłej 
przeszłości, że można mu było zaufać, Franciszka zabrała się poważnie do pracy zapraszając 
młodego człowieka na obiad na Prince's Gate. Przybył z rozwichrzoną czupryną, 
nieodpowiednio ubrany, a szeroka kokarda przy kołnierzyku „powiewa- 
1 Zniekształcone imię Diego, które przyjęło się na określenie narodów łacińskich. 
115 
ła na jego piersi", jak to później krytycznie zauważył Eustachy. Wieczór minął w dość 
przykrym nastroju, spotęgowanym jeszcze wskutek przybycia Jerzego, gdy panowie siedzieli 
jeszcze przy winie, by „naciągnąć ojca na pieniądze". Wyścigi w Ascot wypadły dlań 
opłakanie i Jerzy siedział w milczeniu przyglądając się skrzypkowi, jak gdyby był 
dziwolągiem. 
Tylko Roger jako gospodarz próbował wprawić młodzieńca w swobodny nastrój. 
—  Jak słyszę, gra pan na skrzypcach — powiedział. — Czy może pan z tego żyć? 
—  Ależ tak, żyję bardzo dobrze. 
—  Co pan nazywa „dobrze"? — zapytał Roger, jak zwykle praktyczny. 
—  Zarabiam ze sto funtów na rok. 
—  Hm! — mruknął Roger. — Czy służy panu tutejszy klimat? Młodzieniec potrząsnął 
czupryną. 
—  Nie! Padać deszcz. Nie świecić słońce. 
—  Ha! — rzekł Roger. — Gdzie jest właściwie pański dom? 
—  Raguza. 
—  Ach, na Bałkanach? Co? 
—  Ja jestem na pół Italiano. 
W tej chwili Eustachy, posłuszny porozumiewawczemu spojrzeniu zamyślonych oczu 
Jerzego, wstał mówiąc: 
—  Czy nie moglibyśmy pójść i posłuchać trochę muzyki? 
Roger i Jerzy zostali sami i tego wieczora już ich nie widziano więcej. 
W salonie pani Rogerowa, niemal już zasypiająca, rzekła do Franciszki: 
—  Oczywiście, moja droga, jest on pod pewnym względem interesujący, ale nie wygląda 
zbyt czysto, prawda? 
—' To taka karnacja, mamo. 
—  Ale skąd wiesz o tym, moja droga? 
—  Och! Przecież jest rodem z Raguzy. 
—  Ciekawam — rzekła pani Rogerowa — czy to stamtąd właśnie pochodzi ragoutf 
Widziałam, że jemu nasz obiad nie musiał zbytnio smakować. 
—  To człowiek uduchowiony — odparła Franciszka. — A tu wszyscy myślą tylko o 
jedzeniu. 
—  Tak — westchnęła pani Rogerowa — gdyby twój ojciec nie dbał tak bardzo o to, nie 
myślałabym o jedzeniu ani w połowie tyle co teraz. Czasem pragnęłabym znaleźć się w kraju, 
gdzie nie znają wołów ani baranów i gdzie nie ma też sezonu. 
—  Jedzenie to okropna nuda — zauważyła Franciszka. Matka spojrzała na nią bacznie. 
116 

—  Na pewno zjadłaś tylko bułkę na lunch. 
—  Słodką bułkę, mamo. 
—  To za mało, Franiu. 
—  Nigdy nie jem więcej, jeśli nie muszę. 
—  Twoja samodzielność spłata ci któregoś dnia brzydkiego figla. Ojciec z pewnością nie 
będzie zachwycony, jeśli się często będziesz widywała z tym młodzieńcem. 

background image

—  Ojciec jest beznadziejny — rzekła Franciszka. — Powinien jak mumia znajdować się w 
muzeum. 
Przelotny uśmiech zagościł na twarzy pani Roger owej, jak gdyby pomyślała sobie: „Może i 
jest mumią!" Powiedziała jednak: 
—  Więcej szacunku, kochanie. 
W tej samej chwili weszli młodzi ludzie. Eustachy miał wygląd szczególnie dandysowski, 
jakby chcąc zrównoważyć zaniedbanie swego towarzysza. Franciszka posadziła swego 
„cudzoziemca", ponurego i na-dąsanego, na sofie, sama zaś usiadła obok niego. Eustachy z 
matką zagrali w pikietę. Słychać było, jak Jerzy wyszedł wreszcie (nie wydostawszy 
pieniędzy), a wkrótce potem, jak Roger poszedł do sypialni. Tak dobiegł końca ten dosyć 
przykry wieczór. 
Roger, wyładowawszy w sypialni swe niezadowolenie z powodu takich synów jak Jerzy, 
rzekł nagle: 
—  A czegóż chce Franciszka z tym swoim wędrownym muzykantem! Ta dziewczyna napyta 
sobie biedy. 
Pani Rogerowa milczała, wyczerpawszy wszystkie zasoby celem złagodzenia sytuacji 
Jerzego. 
—  W dodatku skrzypek — rzekł Roger. 
—  Ona temu nie winną, mój drogi, że jest muzykalna — rzekła pani Rogerowa. 
—  Z muzyki nie wynikło nigdy nic dobrego — oświadczył Roger. — Obudź mnie, jeśli będę 
chrapał, zasycha mi w gardle... 
Nie zrażona lodowatym nastrojem tego wieczoru, Franciszka pracowała w dalszym ciągu nad 
karierą swego „wielbiciela". Zabrała go nawet do Tymoteusza. Był to ów>okres, kiedy na 
całą rodzinę padł cień żałoby wskutek tej „okropnej historii Soamesa, Ireny i Bosinneya, moja 
droga", co to omal nie dostała się do gazet. Wszystkich opanowała nadzwyczajna wrażliwość 
i na wszystko, co nie było Forsyte'owskie, spozierano rysim wzrokiem. 
Co sobie poczynała Franciszka z tym młodzieńcem, którego włosy sterczały nieporządnie, 
cera była oliwkowa, a oczy — niemal czarne, to stanowiło nierozwiązalny problem dla nich 
wszystkich. Usiłowali go jednak rozwiązać puszczając w ruch języki i kiwając głową. Jedna 
ciotka Jula zaryzykowała twierdzenie, że młody człowiek wygląda romantycznie, w zamian 
za co Swithin napiętnował ją mianem „sentymentalnej starej gęsi". 
117 
 
—  Ten typek powinien skakać w czerwonej mycce na katarynce — dodał. — Romantyczny! 
Było to, istotnie, surowe potępienie skromnej pochwały, wyrażone przez rodzinę, która na 
długi czas dosyć miała romantyzmu. Wizyta, złożona ciotkom Esterze i Juli w obecności 
jedynie Swithina i Eufemii, trwała zaledwie dwadzieścia minut i „przeszła szczęśliwie" dzięki 
brawurze Franciszki. Uwiozła swego cudzoziemca omnibusem i pocieszała go przez całą 
drogę do swej pracowni łamaną włoszczyzną. Instynkt opiekuńczy i coś jakby zachwyt dla 
skrzypka rozpaliły się w niej na widok Swithina wychylonego niby złowieszczy posąg z 
obramowania kamizelki na tle jasnoniebieskiego fotela. Jakże Guido był doń niepodobny! 
Cała energia Franciszki skupiła się teraz na urządzeniu mu koncertu. W tym celu nie 
szczędziła żadnego trudu. Koncert odbył się pod koniec sezonu w niewielkiej salce, świeżo 
otwartej przez pewnego fabrykanta fortepianów. 
Pośród wielu innych i cała rodzina Forsyte'ów otrzymała zaproszenia, wypisane odręcznie 
przez Franciszkę. Otrzymał je nawet Swithin w swoim klubie. Po raz pierwszy zapewne 
dostał zaproszenie na koncert i oświadczył, że zamierza pójść i zobaczyć, co się tam będzie 
działo. Jego zdaniem, ten cudzoziemski żebrak (określenie Rogera przyjęło się) musiał 
kosztować Franciszkę ładny pieniądz. Przybyła-też znaczna liczba osób należących do klanu, 
wiedziona, oczywiście, niespokojną ciekawością, nie zaś zamiłowaniem do muzyki. Swithin 

background image

znalazł się między siostrzenicami: Winifredą Dartie, którą uważał zawsze za osobę 
przystojną, a Eufemią, według niego zbyt chudą i krzykliwą. Cały drugi numer programu 
Swithin przespał jak suseł i obudził się w sam czas z tak głośnym chrapaniem, że z ust 
Eufemii wydarł się jeden z jej najbardziej przenikliwych okrzyków. Podczas żywych 
oklasków, jakie nastąpiły, Swithin obrócił się ku niej, ile tylko mógł, pytając, czemu, u licha, 
tak krzyczy. Na co Eufemia odparła: 
—  Ach, stryju Swithinie, zabijasz mnie wprost! — Posiadała duże, choć ambarasujące 
poczucie humoru. 
Podczas trzeciego numeru Swithin już nie spał i obserwował bacznym okiem zręczność 
młodzieńca żałując, iż nie pamiętał o włożeniu waty do uszu. W przerwie, jaka nastąpiła, 
wydostał się przemyślnie z sali i nie czekając na powóz udał się najętym wehikułem do swego 
klubu, gdzie zapalił cygaro i natychmiast zasnął. Osąd jego, później relacjonowany, brzmiał, 
że ten typek narobił okropnego hałasu, rzucając się przy tym niesamowicie. 
Koncert, który przyniósł trzynaście funtów, trzy szylingi i sześć pensów, pochłonął niemal 
wszystkie oszczędności Franciszki. Daleko gorsze jednak były wyniki moralne. Recenzje 
były złe. Franciszkę ogarnęła wściekłość. Guido, który pierwszą złą recenzję przyjął 
wspaniale lekkim skrzywieniem ust, wybuchnął przy drugiej przekleńst- 
118 
wami, przy trzeciej zaczął wyrywać sobie włosy, czwartą zaś oblał łzami. Głęboko poruszona 
Franciszka ujęła oburącz jego głowę i ucałowała ją ponad łzami. Wraz z tym pocałunkiem 
zrodziło się w niej poważne uczucie, niezupełnie pożądanie cielesne, lecz raczej świadomość, 
że należy on do niej, musi więc go wspierać wszędzie.i zawsze. W dwa tygodnie później — 
dwa tygodnie pełne burzy i słońca, podczas których Franciszka podarowała mu dwie szczotki 
w srebrnej oprawie, specjalny szampon do włosów, kilka nowych krawatów i parasol — 
zawiadomiła matkę listownie, że jest zaręczona z Guidem. Dodała jednocześnie, że będzie 
sypiała u siebie w pracowni, aż ojcu minie atak gniewu, który z pewnością nastąpi. 
I znów zawiódł ją zmysł psychologiczny — podobnie jak wszyscy młodzi Forsyte'owie nie 
potrafiła ocenić dokładnie tych właściwości, które zyskiwały powodzenie wszystkim starym 
Forsyte'om. Krótko mówiąc — dostawali ataków gniewu z powodu drobiazgów, nigdy zaś w 
sprawach poważnych. Kiedy zaglądała im w oczy surowa rzeczywistość, spotykali ją 
wejrzeniem pełnym silniejszego jeszcze realizmu. 
Prócz słów: „Dziewczyna zwariowała", Roger nie powiedział nic więcej ku niezmiernej uldze 
małżonki. Twarz jego stała się ciemnopur-purowa i przybrała nagle wyraz kamienny. 
Wyszedł z jadalni. Znalazłszy się w swoim sanktuarium — pokoju, gdzie przemyśliwał nad 
przyszłością niezliczonych nieruchomości i gruntów — zasiadł w fotelu i wziął do ręki nóż do 
papieru. Siedział tak przez całe pół godziny w głębokim milczeniu postukując tylko od czasu 
do czasu nożem o dolne zęby, mocne jeszcze jak kamień. Franciszka była jego jedyną córką i 
kochał ją na swój sposób (nie darmo uchodził Roger za oryginała). Kochał ją bardziej niż 
synów: Rogera, Jerzego, Eustachego i Tomasza. Siedział tak bez gniewu — sprawa była zbyt 
poważna. Niebawem wstał i wrócił do jadalni, gdzie pani Rogerowa męczyła się nad 
ułożeniem listu do córki. 
—  Czy wiesz, gdzie mieszka ów młody typek? — zapytał. 
—  Tak, Rogerze. Glendower Mews 5, Kensington. 
' — Napisz do niego i zaproś go z Franciszką na lunch od dziś za tydzień. Napisz też do 
Franciszki. Gdzie „Times"? Pani Rogerowa podała dziennik i wyjąkała: 
—  Co chcesz uczynić, Rogerze? 
—  Nie zadawaj pytań, a nie usłyszysz kłamstw. Tylko bez nerwów, Zostaw to mnie!                                                 

Wziął „Timesa" do swego sanktuarium, przeczytał uważnie całą stronę, spojrzał na kalendarz 
i coś zanotował. Potem wstał i przesunął się całą barczystą postacią do kominka, stojąc tyłem 

background image

do ognia i wysuwając naprzód głowę. Jego szerokie, wypukłe czoło zaczerwieniło się. Ze 
wszystkich starych Forsyte'ów on jeden tylko golił całą twarz — był to nowy dowód jego 
ekscentryczności w owej epoce. Grube wargi zacisnęły się tworząc prostą linię. Decyzja, jaką 
miał powziąć, była niezwykle 
119 
ważna nawet dla człowieka takiego jak on, który przez całe życie brał udział w licytacjach. Za 
dziesięć dziesiąta! Roger wziął książeczkę czekową, podpisał jedną z kartek, wyrwał ją, 
schował książeczkę do kieszeni i zadzwonił. Na progu zjawił się korpulentny i zadowolony 
kamerdyner. 
—  Słucham pana. 
—  Wejdźcie tu, Smith, i zamknijcie drzwi. Mam dla was polecenie. Pojedziecie nie 
zwlekając z tym listem i przywieziecie to, co tu napisane. Zapłacicie tym oto czekiem — 
wysokość sumy możecie wypisać sami. Po czym przywieziecie mi to na Glendower Mews 5. 
Będę was tam oczekiwał po jedenastej. Śpieszcie się i zabierzcie z sobą szczotkę do zębów, 
może wam wypadnie spędzić noc poza domem. 
—  Słucham pana. 
Po wyjściu uśmiechającego się służącego Roger stanął przy oknie i wyjrzał. Piękna pogoda. 
—  Nie będę ryzykował — rzekł i skierował się do hallu. 
Tam zdjął z haka szary cylinder — jedyny w całej rodzinie — wziął parasol i wyszedł. Był 
piątek, nazajutrz przypadało sierpniowe święto, i Roger znajdował się w mieście dlatego 
tylko, że zamierzał kupić jakiś dom, który miał być we wtorek sprzedany z licytacji. Poszedł 
wolnym krokiem nie chcąc się rozgrzać. Ten młodzik — skrzypek i cudzoziemiec 
— nie wstanie zapewne przed jedenastą, ale Roger nie miał zamiaru się z nim minąć, przybył 
więc na Glendower Place około pół do jedenastej. Znał dobrze te strony, miał tu dom. Uliczka 
była zaraz za rogiem. Spostrzegłszy, że to ślepy zaułek, Roger zaczął patrolować. Prócz 
kotów i służących nikt nań nie zwracał tu uwagi. Po upływie pół godziny 
— w sąsiedztwie wybiła gdzieś jedenasta — zajechał wehikuł, z którego wysiadł Smith. 
Podał Rogerowi dużą kopertę. Sprawdziwszy jej zawartość Roger skinął głową. 
*— Poczekajcie tu — rzekł do woźnicy. — No, Smith, proszę za mną! Pod numerem 5 
podniósł parasol i zastukał. Drzwi otworzyła typowa żona londyńskiego stangreta. 
—  Chciałbym się widzieć z młodym cudzoziemcem, który tu mieszka, panem Guido 
Ratcatski. — Słychać było dźwięki skrzypiec. — Tędy zapewne? 
Żona stangreta, rzuciwszy spojrzenie na cylinder Rogera, odparła: 
—  Tak jest, sir, i proszę uważać na mały stopień u góry. Roger zaczął się piąć, a za nim szedł 
uśmiechnięty Smith. 
—  Zostańcie tu — rzekł Roger, gdy dotarli do małego schodka, i podnosząc parasol zastukał. 
Drzwi się otwarły. 
—  Dzień dobry — rzekł Roger zdejmując cylinder i wchodząc do środka. — Doskonałe 
mieszkanko do ćwiczeń. Proszę siadać, mam z panem do pomówienia. 
120 
Młodzieniec, nie ubrany i nie uczesany, odłożył skrzypce i skrzyżowawszy ramiona oraz 
namarszczywszy brwi wyjrzał przez okno. 
Roger rozejrzał się dookoła. Był to, jego zdaniem, nadzwyczaj nędzny pokój. Całe 
umeblowanie stanowiły: żółta komoda, żelazne łóżko, okrągła umywalnia, leżały też 
porozrzucane części garderoby. Poza tym w pokoju o pochyłym suficie panował upał i 
pachniało stajnią. Roger się zżymał. Jego szarym bystrym oczom nie uszedł wyraz pewnej 
trwogi malującej się w ponurym spojrzeniu młodego cudzoziemca. 
—  No, młodzieńcze, przypuszczam, że pan jest ambitny. 
—  Ambitny? Cóż to znaczy? 
—  Chce pan dojść do czegoś w swoim zawodzie? 

background image

—  Ta-ak. 
—  Słusznie, całkiem słusznie. I dojdzie pan! A teraz, jakże tam sprawa z moją córką? 
—  Dobrze. 
Roger spojrzał mu prosto w oczy. 
—  Z tego, wie pan, nic nie będzie! Nie stać pana na małżeństwo z dziewczyną, która nie 
będzie miała grosza. Powiem krótko i jasno. Franciszka nie posiada własnych pieniędzy, a 
ode mnie nie otrzyma szylinga, jeśli wyjdzie za pana. 
—  Pieniądze! — zawołał gwałtownie młodzieniec. — Pieniądze! Nic, tylko pieniądze! 
—  Tak — rzekł Roger. — Tylko pieniądze. I powtarzam raz jeszcze, ona nie dostanie ode 
mnie szylinga. Ile ma pan lat? 
—  Dwadzieścia pięć. 
—  Franciszka się urodziła w pięćdziesiątym ósmym. Ma dobrą trzydziestkę. Powiedział pan, 
że zarabia sto funtów na rok. Ona swą pisaniną zarobi pięćdziesiąt, jak dobrze pójdzie. Sto 
pięćdziesiąt rocznie dla was obojga? I za to chce pan utrzymać dzieci na początku swej 
kariery? 
—  Kochamy się — oświadczył ponuro młodzieniec.. Roger potrząsnął głową. 
—  Miłość nie wytrzyma przy stu pięćdziesięciu funtach na rok. A teraz, niech mnie pan 
posłucha. 
—  Ja nie chcę słuchać, nie chcę słuchać! 
Roger podniósł z wolna parasol, jakby chcąc wypróbować możliwości młodzieńca. 
—  To jest przelotna fantazja mojej córki — rzekł. — Co roku ma inną, pan jest ostatnią. W 
Londynie się panu nie wiedzie, koncert pański się nie udał, klimat tutejszy panu nie 
odpowiada. Mam dla pana pewną propozycję. — Z wewnętrznej kieszeni Roger wyjął 
kopertę i książeczkę czekową. — Tu jest karta okrętowa pierwszej klasy do Nowego Jorku, 
odjazd jutro rano  z Liverpoolu. — Poklepał książeczkę czekową. — I trzysta funtów, jeśli 
pan natychmiast stąd wyjedzie nie żegnając się z nią. 
121 
Zamilkł patrząc badawczo na nieszczęśliwego młodzieńca, który ociekał obficie potem, wił 
się na parapecie okna, zatapiał ręce w gęstwinie włosów i wydawał jakieś szczególne 
syczenie. Roger usłyszał wreszcie słowa:                     < 
—  To jest niehonorowe. Ona mnie kocha. 
—  Głupstwo! — odparł Roger. — Ostatecznie dam panu czterysta, które pan może podjąć w 
drodze na stację. Niechże pan będzie rozsądny! Mój służący czeka obok. Zajmie się panem 
troskliwie aż do wyjazdu z Liverpoolu. Mając czterysta funtów, można już wyrobić sobie 
nazwisko. Z żoną i dziećmi zginie pan marnie w psiej budzie. Proszę mi dać pióro i atrament. 
Twarz młodzieńca tworzyła istne „studium", włosy mu sterczały, bąkał jakieś niezrozumiałe 
słowa, podczas gdy oczy czyniły rozpaczliwe wysiłki, by nie widzieć książeczki czekowej. 
Roger czekał trzymając ją otwartą. Wyglądało to jak podczas licytacji. 
—  Dam panu jeszcze pięćdziesiąt, niezłe to na początek. Niech pan nie będzie głupcem i nie 
skazuje mojej córki i siebie na nędzę. Dotrzymam tego, co powiedziałem: ona nie zobaczy 
ode mnie ani szylinga. Niechże pan będzie mężczyzną i ratuje Franciszkę. 
Młodzieniec uderzył się dłonią w gors różowej koszuli w paski. 
—  Czuję tu coś — rzekł. — Nie mogę tak wyjechać! 
—  Ratuj ją! — powtórzył Roger. — No! Gdzie atrament? Młodzieniec wskazał ręką. Roger 
spostrzegł na kominku butelkę 
taniego atramentu. Nagle zadrżał, jak gdyby ujrzał przepaść, nad którą stała jego córka. 
—  Pięćset! — zawołał ostro. Młodzieniec wyrzucił w górę ręce. 
—  Ja ją ratować! — krzyknął. Roger wypełnił czek. 
—  Smith! Zawieziecie pana Ratcatski na dworzec Euston i wyjedziecie najbliższym 
pociągiem do Liverpoolu. Staniecie w dobrym hotelu i uważajcie, aby miał wszystko, co 

background image

potrzeba. Rano odprowadzicie go na pokład okrętu idącego do Nowego Jorku. Musi wyjechać 
w pilnej sprawie. Po drodze na stację wstąpicie do banku i podejmiecie ten czek. Pieniądze i 
bilet dacie temu panu, kiedy będzie na pokładzie, nie wcześni ej. Jest cudzoziemcem i mógłby 
wpaść w ręce oszustów. — Po czym zwracając się do młodzieńca, który patrzył jak osłupiały, 
dodał: — Na dole czeka wehikuł. Smith spakuje pańskie rzeczy. 
Wielbiciel Franciszki stał jak wryty przy parapecie, z rękoma zatopionymi we włosach. 
Nagle, odzyskując świadomość, schwycił skrzypce i przycisnął je do gorsu różowej w paski 
koszuli. 
—  Oto moja żona — rzekł. 
Uczucie, jakiego doznał Roger, że młodzieniec jest w tej chwili 
122 
zupełnie szczery, skojarzyło się w nim z gwałtowną chęcią wymierzenia mu kopniaka. 
—  Zupełnie słusznie! — rzekł. Na progu Smith szepnął do niego: 
—  Już ja go od siebie nie puszczę, proszę pana, gdybym nawet miał go przytrzymać za 
sprzączkę od spodni. Wyprawię go jak się patrzy. 
Roger skinął. 
—  I ani mru-mru! A gdyby pisał jakieś listy, przechwycicie je! Znalazłszy się na dole otarł 
pot z czoła. Gorąca przeprawa! Minąwszy 
stojący wehikuł zatrzymał się na rogu, aby obserwować dalszy przebieg sprawy. Nie wierzył 
temu młodemu żebrakowi ani na jotę. Po paru chwilach jednak ujrzał go przyciskającego 
miłośnie skrzypce, a obok szedł Smith niosąc duży sakwojaż. Wsiedli do pojazdu i ruszyli. 
Roger wydał tak głębokie westchnienie ulgi, że mijający go przechodzień spojrzał nań. 
Kolana ugięły się pod nim nagle i byłby upadł, gdyby go nie podtrzymało obce ramię. 
—  Halo, sir! — zawołał przechodzień. — Słabo panu? Roger uwolnił się od obcego uścisku. 
—  Nie! — odparł niechętnie. 
Uszedł kilka kroków, by zadokumentować swe opanowanie, lecz musiał zatrzymać się 
znowu. Ostatecznie miał siedemdziesiąt pięć lat, było gorąco, a w tej licytacji szło o życie 
jego jedynej córki. I pomyśleć, że ten cudzoziemski żebrak kosztował go z górą pięćset 
funtów! Tak, i udało mu się go pochwycić wskutek czystego bluffu. On wiedział dobrze — 
jeśli nawet ten żebrak nie domyślał się tego — że żaden z Forsyte'ów nie potrafiłby znieść 
widoku własnej córki żyjącej w niedostatku. Gdyby ten typek wytrzymał i nie ruszył się z 
Londynu, stałoby się nieszczęście. Prędzej czy później musiałby im wyznaczyć rentę, aby nie 
dopuścić do nędzy. O mały włos! Miał szczęście! Spostrzegłszy przejeżdżający wehikuł 
Roger zawołał go. 
W domu opowiedział o wszystkim w najściślejszej tajemnicy żonie. Wysłuchała go, 
opanowana podziwem i przerażeniem. 
—  Biedna Frania!— rzekła drżącym głosem. 
—  Biedna, bzdura! Cudzoziemski żebrak i awanturnik! Powinna ,mi na klęczkach 
dziękować! Ale tak już jest, nikt nie ma dla mnie nigdy wdzięczności!                                        
• 
—  Och, Rogerze, wszyscy jesteśmy ci z pewnością wdzięczni. Ale... ta... biedna, droga 
Frania! 
—  Gdybyś jej kiedykolwiek powiedziała choć słowo, wydziedziczę cię! 
—  Ależ, oczywiście, nic jej nie powiem. Czemuż jednak poleciłeś mi zaprosić ich w 
przyszłym tygodniu na lunch? 
—  Żeby ją zbić z tropu, rzecz prosta! Cóżeś ty myślała? Ale kobiety 
123 
 
nigdy nie myślą! No, daj mi jeden z tych swoich proszków. Boli mnie 
głowa. 

background image

Smith wrócił nazajutrz po południu. Towarzyszył panu Ragcatchy'emu aż do samego 
wyjazdu. Młodzieniec był, jak się wydaje, przygnębiony, ale dwukrotnie przeliczył banknoty. 
O ile jemu — Smithowi — wiadomo, nie napisał żadnego listu. Kiedy okręt podniósł kotwicę, 
młodzieniec stał jak na rozżarzonych węglach i chwycił się oburącz za włosy. 
—  Zapewne też wyrwał sobie kilka — rzekł Roger. — Już ja wam za to podniosę zasługi. 
—  Dziękuję panu — odparł Smith — ale zapewniam, że sprawiło mi to rzetelną 
przyjemność. On by nigdy nie pasował do panny Franciszki, jeśli mi wolno tak powiedzieć, 
proszę pana. 
A Franciszka? Co ona przeżyła, co podejrzewała, co wiedziała — nikt od niej nigdy nie 
usłyszał. Po czterech dniach napisała do matki, że zaszła pomyłka i Guido wyjechał. W 
tydzień później wróciła na Prince's Gate, jeszcze bledsza i szczuplejsza, bardziej jeszcze 
„celtycka" niż kiedykolwiek. Nazajutrz wyjechała z Londynu do Ilfracombe. Jesienią miała 
już nowego „wielbiciela". Nikt nie słyszał od niej najmniejszej wzmianki o jej 
„cudzoziemskim żebraku". Tylko w pamięci Rogera trwał on jako najkosztowniejszy z 
żebraków kiedykolwiek spotkanych w życiu. 
«Q%wórkgwy J?orsyte» 
(Ąo) 
Historycy rejestrujący tok przemian społecznych i obyczajowych zlekceważyli niewątpliwie 
rower. A jednak trudno było zaprzeczyć, że ten „wynalazek szatana" —jak go zawsze 
nazywał Swithin Forsyte, od czasu kiedy to w roku 1874 w Brighton „żelazny konik" 
przestraszył jego siwki — był przyczyną największych od czasów Karola II zmian w 
zwyczajach i obyczajach. Z początku niewinny ze względu na swą szczególną niewygodę, 
powodującą trzęsienie i ból w kościach, a w późniejszym stadium nieszkodliwy, gdyż 
niebezpieczny wyłącznie dla życia i całości przedstawicieli płci męskiej, rower stał się w 
dzisiejszej formie, jako dostępny i dla płci pięknej, potężnym środkiem rozluźnienia 
obyczajów. Pod jego wpływem, całkowitym lub częściowym, znikły „przyzwoitki", długie 
wąskie suknie, ciasne gorsety, nisko opuszczone fryzury, czarne pończochy, grube kostki, 
duże kapelusze, pruderia i obawa ciemności. Pod jego wpływem, całkowitym lub 
częściowym, rozkwitły wycieczki za miasto na weekend, mocne nerwy, mocne łydki, mocna 
mowa, krótkie spodnie, zamiłowanie do łąk i lasów, równouprawnienie płci, dobre trawienie i 
praca zawodowa, słowem — emancypacja kobiety. Ale dla Swithina, może dlatego właśnie, 
że szło o Swithina, rower pozostał tym, czym był na początku — „wynalazkiem szatana". 
Albowiem, niezależnie już od popłochu doznanego przez jego siwki, Swithin, przeżywszy 
pierwsze szesnaście lat swego życia pod znakiem „Prinny"1 i rozwijając się w epoce lorda 
Melbourne'a, sławnej knajpy londyńskiej Cider Cellars, pawilonu wystawowego w Brighton, 
pozostał do końca — pod względem smaku i sposobu bycia — typem z epoki Regencji, 
niezdolnym pozbyć się zamiłowania do wzorzystych kamizelek i biżuterii oraz przekonania, 
że kobiety są istotami, które nieodmiennie odznaczać się muszą elegancją i — ach, tak! — 
wdziękiem. 
Mowa o księciu małżonku królowej Wiktorii. 
125 
 
 
 
 
Te oto rozważania trzeba mieć w pamięci, kiedy się przystępuje do lektury epizodu, który się 
wydarzył na giełdzie Forsyte'ów około 1890 roku. 
Swithin spędził pierwsze miesiące tego roku w Brighton, a koło kwietnia zaczął odczuwać 
wyraźnie dolegliwości wątroby. Ostatnie trzy lata mocno go nadwerężyły i od jakiegoś czasu 
rozstał się ze swym faetonem poprzestając na przejażdżkach, codziennie po południu, 

background image

zamkniętą karetą, zaprzężoną w parę siwków, w której paradował po promenadzie, od 
ostatnich domów Hove aż do pierwszych budynków Kemptown. O czym myślał podczas tych 
wycieczek — pozostało tajemnicą. Może o niczym. I dlaczegoż by nie? Dla tak samotnego 
jak on starca nie było żadnych bodźców w kierunku myślenia. A choć zawsze można myśleć 
o sobie, to jednak człowiek nie może być ciągle tym zaabsorbowany. Powrót do hotelu 
odbywał się regularnie o godzinie czwartej. Lokaj pomagał mu wysiąść z wehikułu, ale potem 
Swithin wchodził już do środka samodzielnie. Za nim kroczył Alfons z mocno nadmuchaną 
powietrzem poduszką gumową, na której zawsze jego pan siadywał, i z pledem szkockim na 
nogi. W hallu Swithin zatrzymywał się przez chwilę, zdecydowanie wysuwając naprzód 
podbródek i wyżej niż zwykle podnosząc ciężkie powieki sponad oczu artretyka. Następnie 
wyciągał malakkę o złotej gałce, by go od niej uwolniono, i lekkim ruchem rąk, obciągniętych 
w jasne skórkowe rękawiczki do prania, dawał znak, że należy zdjąć z niego granatowy, 
podbity wiewiórczym futerkiem płaszcz z karakułowym kołnierzem. Po skończeniu tych 
czynności i odłożeniu rękawiczek oraz czarnego kapelusza filcowego, 
0  niemal kwadratowym denku, dotykał zarostu na podbródku, jak gdyby chcąc się upewnić, 
że właściwa mu dystynkcja nie opuściła go bynajmniej. 
O tej porze Swithin zwykł był siadywać w miejscu, gdzie na pewno nie czuło się przeciągu, 
aby wypalić pół cygara przed udaniem się windą do swoich apartamentów. Siadywał tu 
pogrążony w zupełnej nieruchomości i na wszystko niewrażliwy, tak że nikt nie decydował 
się doń przemówić. Ale jemu wydawało się, że w ten sposób widzi więcej życia 
1 podtrzymuje starą reputację „Czwórkowego Forsyte'a". Niby jeszcze w karecie, siedział 
wyprostowany pośród poduszek, z lekka rozstawiwszy grube nogi, i przykładał cygaro do 
ucha. Osłuchawszy je troskliwie trzymał przez chwilę między obrzmiałym kciukiem i palcem 
wskazującym, obciągniętymi żółtawobiałą skórą artretyka, następnie wkładał do ust i czekał, 
żeby mu podano ognia. Z wypiętą piersią, ukrytą pod czarnym atłasowym plastronem z 
brylantową szpilką, wydawał się jednostajnie grubą masą od szyi do nóg i niby posąg Buddy 
w rogu świątyni obserwował ruch hotelowy spod ciężkich, na pół obwisłych powiek. Jego 
kwadratowa starcza twarz, zupełnie blada, od dawna pozbawiona wpływu świeżego 
powietrza, odznaczała się taką nierucho- 
126 
¦nością, że ludzie spoglądali na nią, jak gdyby była tarczą zegara. Małe, siałe wąsy i kępka 
włosów na dolnej wardze, krzaczaste brwi i włosy starannie przyczesane na czole podkreślały 
bodaj jeszcze to podobieństwo do tarczy. Od czasu do czasu ktoś, kogo ojciec lub wuj znali 
Swithina w dawnych latach, przystawał, jakby dla naregulowania zegarka, nówiąc: „Dzień 
dobry, panie Forsyte". Wówczas oblicze Swithina przybierało wyraz, rzekłbyś, mruczącego 
kota i grubym, dobitnym jłosem mówił: „A, dzień dobry. Dawno już nie widziałenvpańskiego 
jjca". A że zwykle ten ojciec dawno już nie żył, więc następował kres •ozmowy. Ale Swithin 
trwał jeszcze sztywniejszy, albowiem przemówiono doń. 
Po wypaleniu połowy cygara następowała zwykle zmiana. Trzy-nająca je ręka ześlizgiwała 
się, drżąc z lekka, po poręczy fotela. Podbródek pochylał się z wolna pośród szeroko 
rozwartych rogów sztywnego, białego kołnierzyka, obrzmiałe powieki zamykały się zupełnie, 
lekkie drżenie ogarniało usta, z których wydobywał się słaby, "ównomierny oddech — 
Swithin spał. A ci, co przechodzili obok, rzucali lań zimne, rozbawione spojrzenie, nieco 
zniecierpliwione, może też ;rochę współczujące, gdyż w podobnych okolicznościach Swithin, 
jakby pomny na minioną świetność, nie chrapał. A potem, oczywiście, następowała chwila 
przebudzenia. Podbródek podnosił się w górę, roz-:hylały się usta i, rzekłbyś, wybiegał z nich 
cały oddech w długim westchnieniu. Rozklejały się oczy rzucając szkliste spojrzenie, język 
przesuwał się po podniebieniu i ustach i na starczej twarzy zjawiał się wyraz grymaszącego 
dziecka. Z nadąsaną miną podnosił na wpół wypalone cygaro, patrzył na nie tak, jakby mu 
było coś winne, a nie chciało zapłacić, i trzymając je dwoma palcamiopuszczał do 

background image

spluwaczki. ?o czym siedział dalej, ten sam i nie ten sam, czekając, aż ktoś ze służby 
podejdzie dość blisko, by mógł powiedzieć: „Hej, proszę mi tu zawołać nojego kamerdynera". 
A kiedy wreszcie Alfons zjawiał się, mruczał: ,Ąha, jesteś. Troszkę się zdrzemnąłem. 
Chodźmy na górę". 
Podniósłszy się przy pomocy służącego z fotela stał przez dobrą chwilę jszołomiony, a potem 
sam już, opierając się ciężko na lasce i jednej ipdze, posuwał się w kierunku windy, a za nim 
kroczył Alfons z gumowymi poduszkami. Ten i ów szepnął nieraz mijając ich: „To stary 
Forsyte. Śmieszny typ, co?" 
Ale nie taki przebieg miały sprawy w owo szczególne popołudnie kwietniowe, wspominane 
na giełdzie Forsyte'ów. Kiedy bowiem, uwol-lipny od kapelusza i płaszcza, Swithin zamierzał 
skierować się na swoje zwykłe miejsce, spostrzeżono, iż podniósł laskę ze słowami: „No, ależ 
na moim fotelu siedzi jakaś dama!" 
Istotnie, to uświęcone miejsce zajmowała postać w dosyć krótkiej sukni. 
— Pójdę na górę! — rzekł Swithin nadąsany. 
127 
 
 
Ale w tej samej chwili postać wstała i podeszła ku niemu. 
—  Na Boga! — wykrzyknął Swithin, poznał bowiem swoją bratanicę Eufemię. 
Otóż Swithin żywił do najmłodszego dziecka swego brata Mikołaja jakąś szczególną 
antypatię. Eufemia była, jego zdaniem, zbyt chuda i mówiła zawsze nie to, co trzeba, przy 
tym odznaczała się krzykliwością. Swithin nie widział jej od czasu koncertu owego 
cudzoziemca Franciszki, kiedy to, niestety, miał ją za sąsiadkę. 
—  Jak się miewasz, stryju? Uważałam, że muszę cię zobaczyć, kiedy tu jestem. 
—  Mam podagrę — odparł Swithin. — Jak ojciec? 
—  Och, jak zwykle. Mówi, że czuje się niedobrze, ale to nieprawda. — I z lekka zapiszczała. 
Swithin utkwił w niej ostry wzrok. Zirytowany już tym, że zajęła jego fotel, gotów był niemal 
zawołać: „Twój ojciec wart dziesięć razy więcej od ciebie", ale przypomniawszy sobie w czas 
wymagania dobrych manier, mruknął dosyć uprzejmie: 
—  Co cię tu sprowadziło? 
—  Rower. 
—  Co? — rzekł Swithin. — Ty używasz podobnych narzędzi? Eufemia zapiszczała znowu: 
—  Och, stryju! „Podobnych narzędzi!" 
—  Tak — rzekł Swithin — a cóż to jest innego jak nie wynalazek szatana? Napijesz się 
herbaty? 
—  Dziękuję, stryju. Ale musisz być z pewnością zmęczony po przejażdżce. 
—  Zmęczony! Czemuż mam być zmęczony? Kelner! Proszę przynieść herbatę, tam, na moje 
miejsce. 
Wytknąwszy jej w ten sposób faux pas, jaki popełniła siadając na jego fotelu, skierował ją 
tam z powrotem i sam poszedł za nią. Po dotarciu do fotela nastąpiła złowroga chwila. 
—  Siadaj — rzekł Swithin. 
Przez sekundę Eufemia dotknęła krawędzi fotela, po czym z lekkim piskiem oświadczyła: 
—  Ależ to twój fotel, stryju! 
—  Alfonsie — rozkazał Swithin — przynieś jeszcze jeden. 
Po przyniesieniu fotela umieszczono poduszki dla Swithina w jego fotelu i kiedy oboje 
usiedli, Eufemia rzekła: 
—  Czy nie słyszałeś, stryju, że kobiety zaczynają jeździć na rowerze? Włosy na dolnej 
wardze Swithina zjeżyły się. 
—  Kobiety — rzekł — dobrze je nazwałaś. Ale dama jeżdżąca na czymś podobnym! 
Eufemia zachichotała. 

background image

—  Ale, stryju, dlaczego na czymś podobnym? 
128                                                                                                    . 
 
¦ 
—  Z nogami zwisającymi z obu stron, tamując ruch uliczny — i rzuciwszy spojrzenie na 
krótką suknię Eufemii dodał: — pokazując wszystkim łydki. 
Eufemia zaśmiała się po cichu. 
—  Och, stryju! — rzekła wreszcie stłumionym głosem — po prostu mnie zabijasz! 
Ale w tej samej chwili podano herbatę. 
—  Nalej sobie — rzekł Swithin krótko — ja tego nie piję. 
I wziąwszy z rąk kelnera ogień do cygara spoglądał na bratanicę spłowiałymi oczyma. 
Dopiero po drugiej filiżance Eufemia przerwała milczenie. 
—  Stryju Swithinie, opowiedz mi, dlaczego cię nazywają „Czwórkowym Forsyte'em"? 
Dawno już chciałam to wiedzieć. 
Oczy Swithina stały się zupełnie okrągłe. 
—  Dlaczego nie mieliby tak mówić? 
—  „Czwórkowy", ale przecież jeździłeś zawsze parą? Swithin potarł sobie szyję. 
—  Oczywiście. To był tylko komplement dla mojego... hm... stylu! 
—  Stylu! — powtórzyła Eufemia. — Och, stryju! — Zaczerwieniła się tak, iż Swithin 
przypuszczał, że się zachłysnęła. 
Potem powoli, ale niezbicie uświadomił sobie, że to on jest właśnie przyczyną jej wzruszenia. 
Na policzki wystąpił mu słaby rumieniec, w gardle poczuł jakieś dławienie, które w razie 
nieostrożności z jego strony mogłoby go przyprawić o nieszczęście. Trwał bez ruchu. 
Eufemia wstała. 
—  Muszę już iść, stryju. Bardzo się cieszę, że się z tobą widziałam. Wyglądasz doskonale. 
Nie podnoś się, proszę. Dzięki za herbatę! 
Nachyliwszy się pocałowała go szybko w czoło i poszła ku drzwiom pokazując przy tym 
łydki. Była jeszcze bardzo czerwona, a Swithinowi wydawało się, już po jej wyjściu, że wciąż 
słyszy pisk. 
Przez chwilę trwał nieruchomo, a następnie próbował się unieść. Nie miał pod ręką laski, nie 
miał chwili czasu do stracenia i po prostu męczył się. Podniósł się wreszcie, stał przez parę 
sekund, aby się opanować, i bez laski ruszył naprzód, sam nie wiedząc jak, w stronę okna 
hallu, które wychodziło na promenadę. Tak, to była ona, jego bratanica, ta chichotka. Wsiadła 
na swój rower, wprawiła go w ruch i pojechała, pojechała naprzód! Pedałuje pokazując kostki 
u nóg, nie ma za grosz wdzięku, elegancji! Nic! Pojechała! A Swithin stat stukając 
wskazującym palcem w szybę, jak gdyby potępiając to, co widział. Styl! Styl! Ona, ona 
śmiała się z niego. Nie ma żadnej wątpliwości! Jeśli nawet powoził tylko parą, to była to 
najpiękniejsza para koni w całym królestwie! Poruszony do głębi duszy stał tak wciąż, a ten 
nieszczęsny rumieniec barwił bladość jego policzków. Czy był świadom całego szyderstwa 
tkwiącego w śmiechu bratanicy? Czy był świadom tego, jak ów przydomek „Czwórkowy 
129 
 
Forsyte" streszczał w sobie opinię o nim wielkiego świata, opinię, iż pnąc się do wyróżnienia, 
nadął się jak żaba, dwukrotnie powiększając swoją wagę? Czy był świadom tego okrutnego 
szyderstwa? Może tylko podświadomie, ale i tego było dość. Głucha wściekłość ogarnęła go 
aż do samych podeszew lakierowanych trzewików, które wkładał na obolałe nogi wychodząc 
między ludzi. 
Więc ona jechała na „czymś podobnym" i śmiała się z niego? Już on jej pokaże! Odwrócił się 
od okna i podszedł do biurka. Okrągłe jego oczy miały żółte blaski, ręce drżały, kiedy wziął 

background image

arkusz papieru i zaczął pisać. Niekształtne litery — tyle tylko pozostało z jego pisma, które 
dawniej miało niemal wyrazistość sztychu — złożyły się w następujące słowa: 
„To jest kodycyl do mojego, Swithina Forsyte'a, testamentu. Dla zaznaczenia, iż potępiam 
obyczaje i sposób bycia bratanicy mej Eufemii, córki mego brata Mikołaja Forsyte'a i jego 
żony Elżbiety, niniejszym odwołuję zapis części mej własności uczyniony we wspomnianym 
testamencie. Nie zapisuję jej nic zupełnie". 
Zatrzymał się i odczytał raz jeszcze. To ją nauczy! Wierny wobec dam zapisał połowę swego 
majątku, w równych częściach, swoim trzem siostrom, drugą połowę — swym ośmiu 
bratanicom w równych częściach. No, teraz będzie ich tylko siedem! Zadzwonił. 
—  Proszę tu zawołać mojego kamerdynera i portiera z hallu. 
Po ich przyjściu dodał następujące słowa: „Podpisany w obecności..." 
—  Proszę — rzekł. — To jest kodycyl do mojego testamentu. Biorę was na świadków. 
Napiszcie tu swoje nazwiska i zawód. 
Po czym Swithin osuszył wszystko bibułą, zaadresował kopertę i napisał: 
Drogi Jamesie! 
Przy niniejszym przesyłam kodycyl. Dołącz go do mojego testamentu i potwierdź jego 
odbiór. 
Twój kochający Cię brat Swithin Forsyte 
Zapieczętował pismo „bażantem", którego otrzymał w roku 1850 w urzędzie heraldycznym za 
dużą sumę pieniędzy. 
—  Weź to — rzekł do Alfonsa — i nadaj na poczcie. A teraz pomóż mi usiąść z powrotem na 
fotelu. 
Usadowiwszy się zaczął po odejściu Alfonsa błądzić niespokojnie wzrokiem dokoła. 
Styl! Jego starzy kompani wszyscy już odeszli. Nie zjawia się tu ani jeden z tych, co go znali 
w minionych dniach chwały! W dniach, kiedy panowała jeszcze elegancja. Rowery, 
rzeczywiście! No, ta młoda dama pozwoliła sobie na kosztowną wycieczkę rowerem, na 
kosztowny śmiech. Wyniesie to jakieś sześć do siedmiu tysięcy funtów. Najgłośniej śmiać się 
będzie 
130 
istatni! I pełen przekonania, że skruszył kopię o elegancję, o dobre naniery, o... o styl, Swithin 
odzyskał z powrotem właściwą sobie cerę. }czy jego straciły nieco żółte zabarwienie, ciężkie 
powieki znowu opadły 
spojrzenie nabrało niemal wyrazu zadumy. Ten przeklęty wiatr vschodni! Swithin gotów 
stracić apetyt, jeśli nie będzie uważał. 
„Czwórkowy Forsyte"! Czemuż by nie? W każdej chwili mógł w prze-złości powozić 
czwórką, gdyby mu się to podobało! Czwór...! Podbródek >padł mu z wolna na piersi. Czw...! 
Oczy się zamknęły, usta odęły. Zasnął rzymając wciąż rękę na lasce. 
Do hallu weszło dwóch młodych ludzi przybyłych z Londynu na veekend. W kapeluszach na 
głowie, w wysokich kołnierzykach, poniżając laskami, przechodzili obok Swithina. 
—  Spójrz na tego starego mamuta — odezwał się jeden z nich >ółgłosem. 
Przystanęli przyglądając mu się z boku. 
—  Halo, Giles, toż to stary wuj Swithin! 
—  Do diaska! To on! Proszę cię, Jesse, spójrz tylko na jego pierścienie, la tę brylantową 
szpilkę. A jak mu błyszczą włosy i lakierowane rzewiki. Ciekawe, jak ten dziadyga jeszcze 
się stroi! 
—  Kroćset! Mam nadzieję, że j a nigdy nie będę stary. Chodź, Giles! 
—  Tęgi staruch! 
I „syjamscy bracia", jak ich nazywano w rodzinie, przesunęli się dalej rzymając wysoko nad 
sztywnymi kołnierzykami swe chude twarze. 

background image

Ale starcze, blade wargi Swithina, okolone niewielkim białym wąsem niewielką kępką 
białych włosów, w dalszym ciągu wciągały i wypusz-:zały równomiernie oddech. Spał i nic 
nie słyszał. 
Widy Tweetymana 
Kiedy Marianna, córka Mikołaja Forsyte'a, poślubiła w roku 1881 Edwarda Tweetymana, 
Mikołaj oświadczył: „Ten chłop nigdy nie dorób się majątku, lepiej byłaby wyszła za jego 
brata". Uwaga ta, powtórzoni na giełdzie Forsyte'ów, wywołała ze strony całej rodziny 
beznamiętni ocenę obydwóch braci, tak dalece różniących się pod względem charak teru i 
powierzchowności, jak tylko pozwalają na to prawa pokrewieńst wa oraz spółki handlowej. 
Obaj Tweetymanowie byli z zawodu in żynierami, w rzeczywistości zaś, jak to z żalem 
stwierdzono, fabrykan tami pomp, i mieli swoje biura przy King William Street. Starszy, 
Albert był kwadratowy i ciężkiej budowy, czerwony i gruby na twarzy, skory di śmiechu, a 
jego niebieskie oczy przypominały spojrzenie byka, któr; porwał Europę. On to przyjmował 
zamówienia, kierował interesam i robił majątek. Młodszy, Edward, był nieco wyższy i 
znacznie szczupłej szy, odznaczał się bladą, subtelną twarzą i zapadłymi skroniami. Skąpi 
włosy falowały lekko nad białym jego czołem, skąpy wąs zwisał nib; cienkie kłaki siana nad 
altruistycznym uśmiechem, a bladoniebieski oczy spoglądały w zadumie przed siebie z jakąś 
świętą żarliwości wynalazcy. To on wynalazł pompy, a przynajmniej znał się na icl 
mechanizmie, był fanatykiem prawdy i żył jakby na dnie studn przeznaczonej dla pomp i 
prawdy. Przypadkowo natura obdarzyła g tym, czego nie posiadał jego brat. Nie było to 
wiele. Ale, odznaczając si naturą lojalną i skromną, nie miał świadomości tej różnicy. Albei 
posiadał siłę człowieka urodzonego, aby zgarniać. Edward zaś — wdzięk jednostki 
stworzonej do wydawania. Rodzina rychło się przekonał o słuszności uwagi Mikołaja. Ale nie 
jest rzeczą nieprawdopodobną, ż Marianna doszła jeszcze przed nimi do tego wniosku. Jak na 
córk Mikołaja odznaczała się przyjemnym charakterem, który neutralizowe ła wybitna chęć 
posiadania. Była to przystojna, dobrze zbudowan 
132 
młoda osoba mająca instynktowną zdolność do przystrajania „wystaw sklepowych". 
Poślubiając Edwarda Tweetymana przeoczyła zapewne fakt, iż zanim się przystroi „wystawę 
sklepową", trzeba ją najpierw mieć. Mąż nie miał nic takiego. Na zewnątrz był jak matowa 
szyba, przez którą niepodobna nic dostrzec. Z odziedziczonym po ojcu sprytem uświadomiła 
sobie ten fakt jeszcze przed zakończeniem miodowego miesiąca i postanowiła pokazywać 
swego męża nie przystrajając go w dodatkowe wartości. Pod względem pieniężnym wart był 
nadzwyczaj mało — jakieś czterysta funtów rocznie oraz pewne możliwości. Ona sama miała 
z domu trzysta pięćdziesiąt, które Mikołaj dawał sprawiedliwie każdemu z dzieci, w chwili 
kiedy opuszczało gniazdo przy Lad-broke Grove. Ale nawet w ósmym dziesięcioleciu 
siedemset pięćdziesiąt funtów na rok nie stanowiło dochodu dla Forsyte'ów, mających modne 
upodobania i skłonności do odkładania, tak że nie było nic dziwnego, iż Marianna usiłowała 
zrealizować owe „możliwości". Trudno było, w istocie, żyć z Edwardem Tweetymanem nie 
dostrzegając, jak kipiał pomysłami. Niby woda z jakiejś studni, do której zakładał pompy, 
pomysły wytryskiwały z niego w dzień, a nawet w nocy. Ale dzięki swej praktycznej naturze 
Marianna niebawem pojęła, że mózg Edwarda nie rozwija owych pomysłów, żeby móc z nich 
ciągnąć korzyści. Mózg jego kończył swą pracę wraz z odkryciem — wynalazkiem maszyny, 
resztę zaś pozostawiał bratu. W tym stadium pomysły nie przedstawiały możliwości, bo 
mówiąc słowami proroka, a raczej kuzynka Marianny, Jerzego Forsyte'a, Albert zawsze 
„zagarniał wszystko". Wkrótce Marianna oświadczyła na giełdzie Forsyte'ów, że Edward to 
„geniusz i święty", co na zdrowy rozum rodziny miało znaczyć „niepraktyczny i chłodna wy 
w wykonywaniu obowiązków małżeńskich". I odczuwano sympatię wobec oczywistych 
zamiarów Marianny napełnienia jedwabnej sakiewki, jaką nabyła. Spodziewano się jednak, że 
może ona natrafić na trudności, skrępowana z jednej strony przez Mikołaja, z drugiej 

background image

— przez brata Edwarda. Ona sama była świadoma tych ograniczeń, gdyż pierwszy jej wysiłek 
skierował się w trzecią stronę, celem sprzymierzenia swego małżonka Tweetymana z 
niejakim Karolem Podmore'em z North Street, Westminster. On to niedawno zajadał nad 
Jeziorem Czterech Kantonów wiśnie Racheli i Cecylii, aby im dowieść, że robaki! spożyte w 
dowolnej ilości są nieszkodliwe, i odtąd został przyjacielem całej rodziny. Poznawszy go na 
wieczorze tanecznym wydanym przez ciotkę Rogerową Forsyte przy Prince's Gate, Marianna 
wykryła, że pan Podmore jest fanatycznym amatorem lodów.  Wyprzedzając naukę wyraził 
opinię, że nie ma nic pożywniejszego i zdrowszego nad lody 
— śmiałe bardzo zdanie w czasach, kiedy niemal powszechnie uważano za szkodliwe 
wszystko, co dawało zadowolenie zmysłowe.  „Każdy 
— oświadczył — powinien jeść lody, ale trzeba mieć dobrą maszynkę". Wraz z jego 
pomysłem zaprezentowała go Edwardowi na jakimś koryta- 
133 
rzu, pewna, że coś z tego wyniknie. Znajomość ta utrwaliła się w Hurling-ham, dokąd 
Podmore, jako człowiek dobrze sytuowany, zaprosił ich, aby zobaczyli, jak on strzela gołębie. 
Był to właśnie rozkwit tej przyjemnej rozrywki, kiedy pełne tężyzny pokolenie uważało 
jeszcze strzelanie do gołębi za sport. Ale popołudnie przyniosło Mariannie nowy dowód 
niepraktyczności Edwarda i pogrążyło ją w ponurym nastroju. Kiedy bowiem Podmore miał 
już zestrzelić siódmego z kolei gołębia, Twee-tyman, zajęty przez cały czas problemem 
urządzenia automatycznie podnoszących się siedzeń, zawołał głośno: „Uwaga, ptak!" — i 
Podmore spudłował. Marianna niemal natychmiast zabrała stamtąd męża. 
—  Na miłość boską, Edwardzie! — rzekła doń, kiedy się już znaleźli w dorożce. — Nie 
rozumiem, jak ty chcesz dojść do czegoś będąc tak roztargniony! » 
Edward uśmiechnął się i twarz jego zajaśniała szczególną żarliwością. 
—  Skrzydła gołębia poruszały się tak — rzekł przesuwając pod sam nos Marianny 
błękitnawobiały palec. 
—  Właśnie — odparła sucho, używając może po raz pierwszy tego wyrażenia w rozmowie z 
mężem. — Ale czy myślisz coś przedsięwziąć z tą maszynką do lodów? Karol Podmore uparł 
się przy tym, a on ma dużo pieniędzy. 
Edward uścisnął jej rękę. 
—  Rzymianie — rzekł — lepiej od nas rozumieli się na robieniu lodów. — Po czym zaczął 
kiwać głową, z czego wywnioskowała, że musi mieć jakiś pomysł. 
Marianna czekała pełna nadziei, powstrzymując się od przykrych pytań, nie znosiła bowiem 
niepokoju. Aż wreszcie któregoś dnia, przeglądając niemal machinalnie jego kieszenie, 
znalazła ładny rysune-czek maszynki do lodów w katalogu firmy A. E. Tweetyman. 
Zrozumiała więc, że wynalazek jest gotowy i przeszedł w posiadanie jego brata. To ją 
naprawdę rozgniewało. Sprawa ta poruszyła w ostrej formie cały problem stosunku Alberta 
do możliwości Edwarda. Coś należało uczynić! I uczyniła! Zaprosiła szwagra na obiad i użyła 
całej swej przebiegłości, aby zetknąć z nim swego ojca. Istotnie, poza sprawami publicznymi, 
kiedy to Mikołaj wygłaszał niezmiennie najlepsze przemówienia ze wszystkich, odrywał się 
on rzadko od swego kominka, swych pism rannych i wieczornych. Ale choć nie czynił jawnej 
różnicy między dziećmi, Marianna była jego ulubienicą. Przyszedł więc. Cały wieczór 
wypełniła długa walka o duszę albo raczej o możliwości Tweetymana, ale on był tego 
zupełnie nieświadom. Największa trudność tkwiła w niemożności uświadomienia Edwardowi 
jego własnych wad. Otóż on, człowiek wysoce utalentowany, był zupełnie powolny temu 
zdziercy, swemu bratu, w dodatku niezdolny do buntu. A gdyby wypowiedziano walkę jego 
bratu, wtedy — Marianna uświadomiła to sobie jeszcze przed końcem wieczoru — Edward 
wpadłby całkowicie w zależność od 
134 

background image

towarzystw handlowych Mikołaja i pognębienie brata nie przyniosłoby mu żadnych korzyści. 
Albowiem Marianna poznała owego wieczora nową stronę charakteru swego ojca, której 
przedtem nie podejrzewała. Gdyby ojciec zdobył i zatrudnił Edwarda, traktowałby go jak 
urzędnika w swych przedsiębiorstwach, nie zaś jako zięcia — bez żadnego nepotyz-mu! 
Innymi słowy, wynalazca Edward uwolni się od jednej troski, aby popaść w drugą, równie 
przykrą, i nawet się nie zmartwi. Marianna rzadko kiedy była tak rozczarowana. Jedynym 
rezultatem całej tej sprawy był wzrost szacunku Mikołaja dla Alberta i spadek jego szacunku 
dla Edwarda. Kiedy Marianna udała się na spoczynek z mężem, nie zgasiła świecy, lecz 
spoglądała z boku na Edwarda. Leżał na wznak, skronie miał bardziej jeszcze zapadłe, a pod 
kosmykami wąsów błądził słaby uśmiech. To, co powiedział Mikołaj o nabieraniu wody 
przez lokomotywy jego linii kolejowej, pobudziło wynalazczość Edwardą tak, iż był już na 
drodze do pewnych ulepszeń. W mdłym blasku świecy wyglądał może nazbyt świątobliwie w 
flanelowej nocnej koszuli. Marianna była wzruszona. W tym człowieku tkwił jakiś urok 
mimo wad, których sam sobie zupełnie nie uświadamiał, a ostatecznie ona poślubiła go 
przecież z miłości. Przez dłuższą chwilę spoglądała nań z wyrazem jakiejś niejasnej 
namiętności i lekkim rumieńcem na twarzy. 
—  Edwardzie — rzekła wreszcie — zdaje mi się, że bujasz daleko ode mnie. Ostatecznie 
jestem twoją żoną. 
Lewar, który w owej chwili absorbował jego uwagę, znikł naraz. 
—  Oczywiście, moja droga! — odparł zwracając się ku niej. Marianna wykorzystała 
całkowicie tę sytuację. Ostatecznie Edward 
posiadał też inne możliwości i wieczór ten nie musiał być całkowicie zmarnowany. 
Rezultatem była Patrycja. W roku 1895 liczyła już sobie dwanaście lat i stanowiła jeden z 
najlepszych wynalazków swego ojca. Z biegiem czasu zmniejszyła się objętość Edwarda w 
pasie, wzrosła zaś tusza jego brata, który został radnym. Aspiracje Marianny pozostały nie 
spełnio-ne.Wprawdzie Mikołaj wyznaczył każdemu ze swych dzieci po pięćset funtów 
rocznie, a Edward pobierał u swego brata siedemset funtów rocznie, ale cóż to było dla 
przystojnej młodej kobiety z towarzystwa? Więcej niż kiedykolwiek odczuwała ekonomiczną 
niezaradność męża, jemu zaś dawało się to coraz mniej we znaki. Albowiem absorbował go 
wynalazek, który uważał, jak dotychczas, za najważniejszy, a mianowicie pewien rodzaj 
pompy, służącej do wydobywania towarów ze statków. Obecnie Edward był już niemal 
błękitnobiały i zupełnie szczęśliwy. Policzki miał bardziej jeszcze zapadłe niż skronie i 
Marianna zwątpiła już prawie o jego możliwościach, i to tak dalece, że poprzedni jej stosunek 
do brata Edwarda zmienił się w jakiś szacunek dla jego genialnego instynktu posiadania. To, 
że pozostała całkowicie wierna 
135 
swemu mężowi mimo jego wad, przemawia na korzyść jego uroku i wysokogatunkowych 
zalet Forsyte'ów. 
Rok 1895 pozostanie pamiętny przez swą szczególną pogodę. Po dwu miesiącach mrozów 
nastąpiła nagle ciepła pogoda i odnowa życia, która przeciągnęła się aż do późnej jesieni. 
Trzęsący niemiłosiernie samochód obwoził publiczność dookoła wystawy w South 
Kensington, rowery czyniły istną furorę, łodzie pokrywały całą Tamizę, młode niewiasty 
schodziły z właściwej drogi. Nie da się zaprzeczyć, że i Marianna odczuła wpływy tej aury, 
nieprawdą byłoby jednak twierdzić, że w historii, która się wydarzyła, powodowała się czymś 
innym poza czysto domowymi sprawami. Kiedy Edward zbliżał się do końca swego 
największego wynalazku, ona zbliżała się do swego Waterloo. Teraz albo nigdy zjawiała się 
sposobność skapitalizowania wreszcie jego możliwości i położenia kresu jego wadom! I 
Marianna powzięła plan, śmiałością swą godny istotnie córki Mikołaja. Aby wyrwać swego 
Edwarda ze szponów wad, postanowiła rozpocząć regularne oblężenie Alberta. Chociaż 
radny, był on wciąż jeszcze kawalerem, człowiekiem gorącokrwistym, lubiącym życie — pod 

background image

każdym względem stanowił przeciwieństwo jej biednego Edwarda. Marianna zaatakowała go 
smacznymi obiadkami, po których umieszczała go z cygarem w jakimś wygodnym fotelu, 
Edwarda zaś odsyłała do jego wynalazków. Usadowiwszy się na wprost Alberta we 
wspaniałej toalecie wieczorowej, uwydatniającej jej wdzięki, potrącała o tematy erotyczne w 
sposób podniecający, to znów łagodzący, mówiąc 
0 jakimś skandalu towarzyskim (wśród tegorocznych był na szczęście 
1  duży skandal), o najnowszej tancerce, powieści czy sztuce. Od tej konwersacji łatwo było 
przejść do partii pikiety, przy której wystarczy niewielkich starań, by kolana partnerów się 
dotknęły. Niewiele minęło dni, a spostrzegła z udanym zdziwieniem, że pełen męskości 
Albert zaczyna się palić. Wówczas ujrzała jasno swój obowiązek. Ostrożnie więc 
poczęstowała go zimnym prysznicem i spostrzegła, jak ochłódł. Zaczęła wtedy znowu 
rozpalać go spojrzeniami i dotknięciem kolan. Po wielu wieczorach podobnie ostrożnego 
przygotowania Marianna poczuła, że na jej awanse Albert odpowie w sposób zadowalający, i 
obawiała się jedynie, żeby nie uczynił tego wcześniej, niż ona zechce. A chociażby taki obrót 
rzeczy nie był zupełnie nieprzyjemny, pokrzyżowałby jej plany polityki familijnej — aby, 
mianowicie, Edward zastał ją w ramionach Alberta. Chciała, by to odkrycie Edwarda zbiegło 
się, o ile możliwe, z chwilą wykończenia przez niego wynalazku. Rozumowała bowiem tak: 
jeśli wynalazek nie będzie skończony, Edward może nigdy go nie dokończy z powodu 
wstrząsu. Natomiast jeśli wynalazek będzie gotów, ona zacznie błagać męża, by jej bronił 
przed tym człowiekiem, jego bratem, z którym nie może mieć już nic wspólnego, i aby 
zaproponował swój nowy wynalazek, na własnych warunkach, firmie Featherstone. Przede 
wszystkim Edward musi być przekonany, że Albert jest w niej 
136 
gwałtownie zakochany, a mąż w to nigdy nie uwierzy, o ile nie ujrzy na własne oczy. 
Marianna przygotowała już uprzednio firmę Featherstone, którą naprawdę finansował Karol 
Podmore. I urobiła już Alberta. Teraz pozostawało jeszcze przygotować Edwarda. To 
wymagało dokładnego przemyślenia. Pokój, w którym Edward rozwijał swoje pomysły 
wynalazcze, znajdował się na samej górze domu i cała trudność polegała na tym, aby nie 
wzywając go sprowadzić jednak do salonu, gdzie mógłby ją zaskoczyć w ramionach Alberta. 
Wreszcie znalazła rozwiązanie — proste jak wszystkie doniosłe rozwiązania, kiedy się o nich 
myśli potem: postanowiła schować model! Obliczyła, że przejdą dwie minuty, zanim' Edward 
uda się na górę i stwierdzi z roztargnieniem brak modelu. Jeszcze trzy minuty upłyną mu na 
poszukiwaniach i powrocie do salonu, aby się zapytać, co też mogło się przytrafić. Jeżeli więc 
ona rozpali Alberta w cztery minuty po pójściu Edwarda na górę, rzecz miała wszelkie szansę 
powodzenia. 
Rankiem najdłuższego dnia roku Edward, nucąc jak mysikrólik w pokoju kąpielowym, 
oświadczył jej, że ukończył model swego wynalazku. Patrząc na jego wyniszczoną postać 
Marianna zauważyła sucho: „Wielki czas". Po śniadaniu zatelegrafowała do Alberta (telefony 
nie były jeszcze używane) prosząc go na obiad. Zadysponowała pieczołowicie odpowiednio 
podniecające dania i oczekiwała z bijącym sercem punktu kulminacyjnego. W czasie obiadu 
wszystko do tego stopnia szło po jej myśli, że Albert dotknął nawet lekko jej nogi, na co 
Marianna nie odpowiedziała, tak że wzrok jego bardziej niż kiedykolwiek przypominał byka 
porywającego Europę. Następnie naprowadziła rozmowę na temat nowego wynalazku i 
zaproponowała Edwardowi, aby po obiedzie przyniósł z góry model. Kiedy tak siedział na 
wprost niej, twarz jego, choć zapadła i niemal błękitna, jaśniała taką szczęśliwością, jakby się 
przed nim otwarło niebo. I Mariannę ogarnęły wyrzuty sumienia w związku z ciosem, jaki 
zamierzała mu zadać. ,,To dla jego dobra" — pomyślała i dotknęła końcem bucika podbicia 
Alberta. Poczciwy Edward, jakiż on ślepy! Kiedy w salonie zasiedli do kawy, rzekła: „No, 
Edwardzie!", i spojrzała na zegar. Po wyjściu Edwarda podniosła się z sofy idąc w stronę 
kominka. Tam stał zegar z brązu, ślubny upominek od stryja Rogera. 

background image

— Albercie — rzekła — chodź no tu! Chciałabym usłyszeć twoje zdanie o tym zegarze. 
Radny wstał. Poprzez rzęsy Marianna mogła dostrzec, jak jego zażywna twarz zaczerwieniła 
się jeszcze więcej, a drżące wargi niemal ociekały śliną. Zbliżył się do niej, ona zaś, nie 
odrywając wzroku od zegara, zaczęła mówić o epoce, z której pochodził. Po upływie czterech 
minut wytężony słuch Marianny pochwycił jakieś odgłosy na schodach. Wówczas poruszyła 
się tak niezręcznie, że jej białe ramię dotknęło jego piersi. Reszta odbyła się automatycznie. 
Marianna znalazła się oko w oko 
137 
z nim, ramię Alberta objęło ją wpół, a jego usta pochyliły się ku jej wargom. Cofnęła się, a 
jego wargi dotknęły jej szyi. Wszystko odbyło się, jak miało być. Wówczas drzwi się otwarły 
i na progu stanęła Patrycja w szlafroczku. 
—  Mamusiu! — zawołała przenikliwym głosem. — Ojczulek zgubił swój... Och! ----- 
Zniknęła. I czując zawrót głowy Marianna usłyszała jej okrzyk: 
—  Ojczulku, ojczulku! Prędko! Stryj Albert gryzie mamę w szyję! 
Wówczas to Marianna okazała swe dobre wychowanie. Z nieporównaną przytomnością 
umysłu straciła przytomność i upadła na sofę w omdleniu, które tak trudno przejrzeć. Edward, 
poprzedzając przerażoną Patrycję, ujrzał ją i Alberta, który stał z rękoma zatopionymi w 
skąpych, ale mocno wypomadowanych włosach. 
—  Spójrz tylko! --- rzekł. — Zemdlała.       I nie bez aplombu dodał: — To z gorąca. 
Obaj mężczyźni ocucili po pewnym czasie Mariannę, która wsparta na ramieniu Edwarda 
poszła do sypialni. Albert oddalił się. 
—  Gdyby mnie Albert nie chwycił — rzekła na schodach - - byłabym się dotkliwie potłukła.  
Szczęście, że on taki silny. Patrycjo, model ojczulka stoi na górze w szafie. Postawiłam go 
tam, bo tak bezpieczniej, i zapomniałam mu powiedzieć. 
W trzy dni później firma A. E. Tweetyman opatentowała model. Edward nic nie spostrzegł. 
Patrycja widziała wszystko, była jednak dzieckiem, które łatwo zwieść. Ale przez pewien 
czas stosunek Marianny do córki, która wszystko popsuła, był dosyć szorstki. Doznana przez 
nią porażka była tak znamienna, że jako rozsądna kobieta poddała się jej zupełnie. Edward 
okazał się beznadziejny! Dała mu spokój. Upośledzony człowiek, który do końca swych dni 
nie dowie się nigdy, kim jest. Co się tyczy Alberta, dała mu również spokój. Niełatwo Edward 
zauważył, że brat jego nie otrzymuje już zaproszeń na obiady. 
Któregoś dnia Marianna w przystępie iście Forsyte'owskiego humoru opowiedziała historię 
tej porażki swej siostrze Eufemii, która przy tej sposobności wydawała szczególnie głośne 
okrzyki. Dzięki niej ten epizod stał się znany na giełdzie Forsyte'ów. 
<<cBracia syjamscy» (ipoo) 
Kiedy wojna burska trwała już pewien czas i sprawy przybierały niepomyślny obrót, Giles i 
Jesse Hayman — ogólnie znani w rodzinie Forsyte'ów jako „bracia syjamscy" — postanowili 
zaciągnąć się *ha ochotnika do kawalerii. Decyzję tę powzięli wspólnie — nic bowiem nie 
czynił jeden bez drugiego — nie wdając się w zbędne rozmowy. Giles, starszy o rok i 
silniejszej kompleksji, wyjął z ust fajkę, usunął z kolan foksteriera i wskazując palcem 
nagłówek „Czarny tydzień" w „Daily Maił" rzekł: 
—  Te dziady Buro wie! 
Jesse, siedzący w fotelu po drugiej stronie kominka, wziął foksteriera na kolana, wytrząsnął 
fajkę i odparł: 
—  Hołota! 
I znów zapadło milczenie. Po czym Giles rzekł: 
—  A gdyby tak zaciągnąć się do kawalerii? Cóż ty na to? 
Jesse wetknął pustą fajkę między zęby i skinął głową. Sprawa była załatwiona. Następnie 
przez jakiś czas jeszcze pozostali przy kominku, wyciągnąwszy w stronę ognia nogi w 

background image

długich butach. Szare ich wyłupiaste oczy patrzyły nieruchomo w płomienie, a wychudłe 
brunatnoczer-wone twarze nie zdradzały żadnego zgoła wyrazu. 
Nie mając, niby książęcy synowie, żadnych zajęć prócz konnej jazdy, polowania i rozmaitych 
gier, bracia zamieszkiwali niewielką drewnianą rezydencję w pobliżu stajen wyścigowych na 
Hampshire Downs. Każdy z nich miał pięćset funtów dochodu rocznie. Byli sierotami. Matka 
ich Zuzanna —jedna z zamężnych sióstr Forsyte'ów — przeniosła się śladem swego 
małżonka do wieczności z Working, w roku 1895. Chłopcy nie byli żonaci i nawet nie myśleli 
o tym, nie mieli również przyjaciółek. Ale od czasu do czasu przyjeżdżali do Londynu. 
Powziąwszy w ten sposób decyzję wstąpienia do szeregów armii, 
139 
 
pomyśleli przede wszystkim o wesołym spędzeniu wieczoru i pojechali do stolicy. Stanęli jak 
zwykle w niewielkim hotelu „Malcolm", położonym w sąsiedztwie Covent Garden i mającym 
charakter sportowy. Przebrawszy się poszli na obiad do „Cri". Zajadali w milczeniu, jako 
wstęp do „wesołego wieczoru", ostrygi, cynaderki z rusztu, kuropatwy, ser zapiekany na 
grzance, zapijając je whisky i szklanką starego porto! Dwukrotnie tylko przerwali jedzenie 
rozmową. Za pierwszym razem Jesse rzekł: 
—  Te obwiesie Burowie przechodzą samych siebie! Na co Giles odparł: 
—  Otóż to! 
A następnie Giles odezwał się: 
—  Buller ich już nauczy. Na co Jesse odparł: 
—  Poczciwy, stary Buller! 
Skończywszy posiłek umieścili w ustach cygara, włożyli płaszcze i cylindry i wyszli w 
łagodną noc kierując się piechotą w stronę „Pąndemonium" 
Ża dawnych czasów, kiedy mieszkali jeszcze w domu rodzicielskim na Campden Hill i kuli 
do egzaminów, których przez jakieś szczególne fatum, nie bez związku z ich umysłem, nigdy 
nie zdawali, tak że pozostali bez zawodu, niewiele było wieczorów, żeby ich nie widziano 
pośród miejsc stojących tego zakładu. Przechyleni przez balustradę oglądali popisy 
akrobatów, brzuchomówców, sztukmistrzów, śpiewaków, komików i tancerek owej epoki. 
Ale nigdy nie okazywali swego zadowolenia, nieraz jednak widniał na ich twarzach z trudem 
hamowany uśmiech. Zazwyczaj wychodzili stąd razem, jak przyszli, czasem opuszczali 
zakład nie razem, lecz każdy z kimś innym. Jednak żaden z nich nie wiedział, czy drugi 
rozmawiał bodaj z tą osobą, w której towarzystwie wyszedł. 
Ponieważ nie byli w Londynie od wybuchu wojny burskiej, nie słyszeli jeszcze żołnierskiej 
pieśni Tommy Atkins. I kiedy nastąpił ten niezawodny numer, Giles zauważył widoczne 
wrażenie, jakie pieśń wywarła na Jesse'em, Jesse zaś spostrzegł to samo u Gilesa. Po pewnych 
wysiłkach przeciwstawienia się słowom i melodii dla utrzymania „formy", głowy braci 
zaczęły się niedostrzegalnie niemal poruszać w takt refrenu, a usta ich, połykając wyrazy i 
spóźniając się o jeden wiersz, podjęły słowa tego refrenu. Wrażenie, jakiego doznali, było 
wybitnie emocjonalne, co tłumaczy do pewnego stopnia dalsze wydarzenia. Zaledwie 
skończyła się pieśń i na scenie ukazał się brzuchomówca z jakimś marynarzem na kolanach, 
kiedy nagle uwagę Jesse'ego przyciągnęła przyciszona rozmowa z tyłu. Słuch jego, 
wyostrzony podchwytywaniem na polowaniach psiego skowytu i ptasiego lotu, przejął 
wyraźnie następujący dialog: 
—  Jeśli mi nie przyniesiesz dziś wieczór dziesięciu funtów, nie zazdroszczę ci! 
140 

—  Dziesięć funtów? A skąd ci je wezmę? —  No, lepiej nie wracaj bez nich do domu! 
—  Och, ty bestio! 
—  Dobrze już, mój skarbie! 

background image

Jesse się odwrócił. Spostrzegł oddalającego się grubego jegomościa 5 nieprzyjemnym 
wyglądzie i młodą kobietę, uszminkowana, ale dość przystojną, w dużym kapeluszu, która 
spoglądała w jego stronę. 
—  Słyszałeś, Giles? Giles skinął głową. 
—  Bydlę! 
Stwierdziwszy w ten sposób swą ujemną opinię skoncentrowali znów sałą uwagę na scenie. 
Dopiero podczas śpiewu aktora w szkockiej spódniczce Jesse poczuł, że ktoś lekko dotyka 
jego ramienia, i usłyszał tuż koło swego ucha szept: 
—  Och, przepraszam pana! Nieprawdaż, jaki on zabawny? Uszminkowana młoda kobieta w 
dużym kapeluszu przechylała się 
obok niego przez balustradę. 
Była doprawdy młoda. Miała ładne, choć umalowane usta, a ciemne oczy spoglądały z 
lękiem. 
—  Chce się pan zabawić tej nocy? — szepnęła. 
Jesse wzruszył ramionami. Ale ulegając wrażeniu, jakie na nim wywarła pieśń Tommy 
Atkins, rzekł: 
—  Słyszałem, co to bydlę mówiło do pani przed chwilą. Zawodowy uśmiech zamarł na 
ustach młodej kobiety. Skrzyżowała 
ramiona na piersiach i wydała głębokie westchnienie. Jesse odsunął się z lekka. Minęła 
chwila. Wówczas ramię dziewczyny dotknęło go znowu i Jesse, przyzwyczajony do 
obserwowania spod oka, mógł dostrzec, że jego towarzyszka obejrzała się ukradkiem. 
Wspomniane „bydlę" stało znów za nią z dwoma przyjaciółmi. Pierwszy osobnik rzucił na nią 
tak groźne spojrzenie, że Jesse odezwał się z zadziwiającą porywczością: 
—  Poślij to bydlę do wszystkich diabłów! 
—  Co? — zapytał Giles. 
—  To bydlę za nami. Bydlę żyjące z kobiet! 
—  Spokojnie, stary! — odparł Giles. 
Osobnik odszedł z towarzyszami mrucząc coś do siebie. 
—  Och! — szepnęła dziewczyna. — Co pan zrobił! Nie odważę się wrócić dziś do domu. Co 
mam począć? 
Jesse nic nie odrzekł nie znajdując odpowiedzi. Niechęć do wszelkich awantur, właściwa 
ludziom tego typu, skierowała ponownie jego uwagę na scenę, gdzie obecnie produkował się 
tancerz o silnych, lśniących nogach. Ale jednocześnie zauważył, jak łzy spływały z wolna po 
policzku dziewczyny, znacząc wąski ślad wśród pudru i różu. 
—  Nie chciałby pan wziąć mnie do siebie? — usłyszał jej głos. Jesse potrząsnął głową. 
141 

—  Przyjechałem tylko na jedną noc do Londynu. Idę na wojnę. 
—  Och! — szepnęła przerażona dziewczyna. — On mnie obije. Jesse otworzył szeroko oczy. 
—  To znaczy, że... Dziewczyna skinęła gwałtownie. 
—  Słyszałeś, Giles? Giles coś mruknął. 
Dziewczyna ocierała ukradkiem ślady łez. 
Jesse odwrócił się tyłem do balustrady i obserwował przechadzającą się publiczność. Giles 
automatycznie uczynił to samo. Dziewczyna wciąż patrzyła na scenę. „Gdyby tylko bujała — 
pomyślał Jesse — to odwróciłaby się również". Prócz tego twarz jej nabrała szczególnego 
rumieńca. 
—  Zdaje mi się, że jej się dostanie — szepnął do Gilesa. 
Bracia spojrzeli na nią, ale wyglądała, jak gdyby już otrząsnęła się ze słabości. Wąchała 
trzeźwiące sole. Postanowiwszy oddalić się od niej Jesse podniósł rękę do cylindra, gdy nagie 
zauważył „bydlę", stojące w grupie jakichś mężczyzn. Wszyscy spoglądali w jego stronę. 

background image

—  Widzisz te bydlęta? — zapytał. Giles skinął twierdząco. 
Tamci spostrzegłszy, że są obserwowani, przeszli dalej. Jesse zwrócił się do dziewczyny. 
—  Słuchaj — rzekł — musisz przenocować w hotelu. My cię odprowadzimy. Najlepiej 
zaraz. 
Dziewczyna, która wciąż miała zalękniony wygląd, odwróciła się od balustrady. 
—  Dziękuję panu bardzo — rzekła — ale nie mam pieniędzy. 
—  Dobrze — odparł Jesse. — Chodź! 
Przeszli przez galerię i skierowali się na dół mając dziewczynę pośrodku. 
—  Znasz jakiś hotel w pobliżu? — zapytał Jesse. — W naszym nie można, tam przyjmują 
tylko mężczyzn. 
—  Tak, „Hotel Robin" przy Covent Garden. 
—  Dobrze. Idziemy w tamtą stronę. Proszę, oto pięć funtów. Masz jakiś dziwny wygląd. 
—  Dziwnie się czuję — odparła po prostu dziewczyna. Przez chwilę szli w milczeniu, po 
czym dodała: — Nie zniosłabym dzisiaj bicia, naprawdę nie zniosłabym. 
—  To bydlę! — rzekł Jesse. Giles wydał jakiś pomruk. 
Kiedy skręcali w Bedford Street, dziewczyna dotknęła ramienia Jesse'ego. 
—  Och! — szepnęła z przerażeniem. — Oni idą za nami. 
W odległości jakichś pięćdziesięciu kroków posuwało się za nimi pięciu 
142 
mężczyzn, najwidoczniej śledzili ich. Instynktownie „bracia syjamscy" przyspieszyli kroku i 
zboczyli na Henrietta Street. 
Jeżeli oni również skręcą, będziemy widzieli — rzekł Giles. 
Boję się, żebym nie zemdlała — odezwała się dziewczyna. 
—  Et! — zawołał Jesse. — Jeśli oni pójdą za nami, zatrzymamy ich tu. A ty żywo pospiesz 
do hotelu! Oni się nie zorientują, co się z tobą stało. Weź ją pod rękę, Giles! 
Przy końcu Covent Garden obejrzał się. Grupa mężczyzn skręcała właśnie w Henrietta Street. 
Jesse trącił lekko dziewczynę. 
—  Biegnij teraz do hotelu! Nie bądź głupia! Oni się zupełnie nie zorientują. Zatrzymamy ich 
tu. No, żywo! 
Dziewczyna zaczerpnęła oddech i wybełkotała: 
—  Och! Dziękuję panom! 
Po czym pchnięta z lekka przez Gilesa zniknęła za rogiem. „Bracia syjamscy" zawrócili teraz 
bardzo wolno w stronę pięciu mężczyzn, a Giles zaczął nucić fałszywie melodię Tomy 
Atkinsa. Pięciu prześladowców, którzy posuwali się żwawo, zwolniło teraz kroku i 
zatrzymało się. Istotnie, obie strony nie mogły się wyminąć nie ustępując sobie z drogi. 
„Bydlę", największy z całej bandy, wysunął się naprzód i podnosząc pięść zwrócił się do 
„braci syjamskich": 
—  My właśnie do was... Cóż to... powiedzieliście tam niedawno? „Bydlę" powiedzieliście? 
Sami jesteście bydlęta! 
„Bracia syjamscy" nic nie odrzekli. 
—  Wy... musicie się najpierw nauczyć manier i my... was nauczymy. Giles zwrócił się do 
Jesse'ego. 
—  Ci sportowcy są naprawdę nudni — rzekł. 
—  Dajcie im kopniaka, chłopcy — rozkazało „bydlę". 
To, co nastąpiło potem, było tak niesportowe, że zraniło najświętsze uczucia „braci 
syjamskich". Z punktu widzenia „formy" cała historia przedstawiała się opłakanie — dobrym 
smakiem odznaczał się jedynie pierwszy cios, wymierzony lewą ręką przez Gilesa w nos 
„bydlęcia". W chwilę później starł się on z trzema spośród „sportowców", Jesse zaś — z 
pozostałymi dwoma. „Bracia syjamscy" byli wytrawnymi bokserami, ale ich przeciwnicy bili 
„bykiem", kopali i chwytali poniżej pasa, tak że bracia musieli przybierać pozycję zależnie od 

background image

okoliczności. Byli jednak zręczni i wytrenowani, mieli mocny oddech i walczyli jak lwy. 
Widok Gilesa, który pod ciężarem przeciwników leżał niemal zupełnie na ziemi, podniecił 
Jessego do tego stopnia, że wbrew wszelkim regułom sportowym uderzył kolanem pod brodę 
jednego z napastników. Po czym, skoczywszy na drugiego, chwycił go w sposób zgoła 
nieprzepisowy za gardło i trzepnął głową o framugę drzwi, a wreszcie spiesząc Gilesowi z 
odsieczą kopnął trzeciego „sportowca" koło ucha tak, że ten rozciągnął się jak długi. Dwaj 
pozostali poniechali Gilesa i wówczas dopiero mogli „bracia syjamscy" zorganizować się do 
obrony. Walka 
143 
skończyła się równie prędko, jak zaczęła. „Sportowcy" znikli i bracia zostali sami na pustym 
Covent Garden. Giles miał rozcięty policzek, potłuczone kolano, rozerwaną połę płaszcza. 
Jesse — posiniaczoną szczękę. Krawaty ich zwisały nieporządnie, cylindry leżały w 
rynsztoku. W milczeniu zawiązali krawaty, spięli szpilką rozerwany płaszcz, oczyścili się 
wzajemnie i podniósłszy cylindry ruszyli w stronę swego hotelu. Znalazłszy się w sypialni 
umyli się, nałożyli plaster na policzek Gilesa, chustką obwiązali jego kolano, włożyli 
bonżurki" i zeszli do sali bilardowej. Tam zamówiwszy whisky z sodą usiedli w kącie paląc 
fajki. 
—  Sportowcy! — rzekł Giles. 
—  Dostali, co chcieli! —r odparł Jesse. 
Uśmiechnęli się obaj i przez długi czas patrzyli w milczeniu przed siebie z tym samym 
nienasyconym wyrazem wyłupiastych szarych oczu. 
—  Do licha z tą babą! — odezwał się nagle Jesse. 
Giles skinął. Niebawem poszli spać, kończąc w ten sposób nocną zabawę. Nazajutrz 
zaciągnęli się do wojska, a w miesiąc później ruszyli konno „na zabawę". 
J^orsyłe wchodzi w lud 
W październiku 1_917 roku, kiedy naloty na Londyn stały się już rzeczą powszednią, 
Eustachy Forsyte ujawnił zdecydowaną tendencję chodzenia do łaźni tureckiej. Najbardziej 
wybredny z całej rodziny, zachował niczym nie zmąconą, aż wyzywającą flegmę w sposobie 
bycia i w obliczu grożącego niebezpieczeństwa uczęszczał do łaźni tureckiej z taką 
obojętnością, jakby przykładał palec do nosa. Skoro tylko rozlegały się syreny alarmowe, 
wychodził ze swego mieszkania lub klubu i szedł prosto na Northumberland Avenue. 
Krokiem sprężystym, z lekka pochylony mijał obojętnie śpieszące tłumy, jak człowiek 
lekceważący chodnik, który deptał. Rozebrawszy się spokojnie układał się —jak na człowieka 
po pięćdziesiątce był niezwykle smukły i zgrabny — na kanapce w najgorętszym pokoju, 
mniej więcej w tym czasie, kiedy mniej opanowani obywatele oblewali się potem bez łaźni. 
Mając zdecydowane skłonności wdowca o nieco egocentrycznym charakterze niewiele 
troszczył się o to, co się stanie — w internacie wzniecił nawet pożar w jednej z sal szkolnych, 
aby móc wypróbować swą zimną krew w chwili niebezpieczeństwa. A gdy go sprowokowano 
na uniwersytecie, wyskoczył z okna pierwszego piętra i bynajmniej nie stracił przytomności. 
Leżąc na wznak miał na bladej, gładko ogolonej twarzy wyraz niemal wyniosły, a jego 
ciemnoszare oczy patrzyły spod ręcznika na złote gwiazdy rozsiane na sklepionym pułapie, 
zwykłą ozdobę każdego pokoju mającego reprezentować styl orientalny. Myślał o 
Maidenhead i o porcelanie Chelsea, a raz po raz rzucał spojrzenie na swe ciało, aby się 
przekonać, czy już lśni. Niezbyt towarzyski, odzywał się rzadko do biorących łaźnię gości, i 
to przeważnie korpulentnych. W ten sposób spędzał godziny grozy, a kiedy rozlegały się 
syreny odwołujące alarm, wracał do swego klubu lub mieszkania z uśmiechem człowieka, 
który się dobrze wypocił. Po czym spożywał posiłek z uczuciem, że wyprowadził Szwabów w 
pole. 
145 
 

background image

Ale pewnego razu, pod koniec okresu nalotów, sprawy potoczyły się nieco innym trybem. 
Rozległy się syreny alarmowe i Eustachy wyruszył w swą zwykłą wędrówkę. Nalot jednak 
nie osiągnął jeszcze kulminacyjnego punktu w chwili, kiedy zziębnięty i głodny Eustachy 
wyszedł koło ósmej z łaźni i skierował się na Strand. Znajdował się właśnie na wprost dworca 
Charing Cross, kiedy uwagę jego zwróciło kilka powtarzających się wybuchów. Ludzie 
zaczęli biec obok niego, a policjant krzyknął głośno: „Kryć się, kryć się!" Eustachy 
zmarszczył się. Druga porcja łaźni była niemożliwa, stanął więc niezdecydowany, jedyny 
człowiek na całej ulicy, który nie uległ ogólnej panice. Zanim mógł powziąć postanowienie, 
czy pójść do klubu, czy też udać się do restauracji, gdzie miał zamiar zjeść obiad, barczysty i 
wysoki policjant chwycił go za ramiona i popchnął w kierunku wejścia do kolei podziemnej. 
—  Kryć się! Natychmiast! — zawołał szorstko. Eustachy uwolnił ramię. 
—  Nie chcę! 
—  Ależ pan musi! — odparł policjant. 
Spostrzegłszy, że mógłby pójść dalej jedynie po okazałym trupie tego natrętnego jegomościa, 
Eustachy wzruszył ramionami i próbował w dalszym ciągu pozostać na miejscu, ale 
napływający wciąż potok ludzi pociągnął go ku stromemu zejściu w kierunku schodów. Tu 
uczynił zdecydowany wysiłek w celu przebicia się z powrotem na ulicę. Okazało się to 
zupełnie daremne i Eustachy, porwany naprzód, znalazł się w połowie schodów pośród 
zwartej masy mężczyzn, kobiet i dzieci typów, które bynajmniej nie wydawały mu się 
pociągające. Niejednokrotnie już zauważył, że ludzie w masie nie sprawiają przyjemności 
oku, uchu czy powonieniu, ale do tego wniosku doszedł w drodze rozumowania. Obecnie 
stwierdził to niezbicie za pomocą zmysłów i właśnie, po wyjściu z tureckiej łaźni, w sposób 
szczególnie dosadny i odpychający. W tej mysiej dziurze, zawsze przykrej dla Eustachego, 
który nigdy nie jeździł podziemną koleją, powietrze stało się wkrótce tak zepsute, iż Eustachy 
natychmiast zdecydował narazić się raczej na pociski artylerii przeciwlotniczej niż pozostać 
tutaj. Na nieszczęście decyzję tę udaremniła przyciśnięta doń korpulentna jejmość o 
krostowatej twarzy, powtarzająca wciąż: „Tu jest bezpiecznie, Henrysiu"; dalej sam Henryś, 
blady mechanik o wyliniałych wąsach, ich dziecko z patykowatymi nogami, które mruczało 
od czasu do czasu: „Zabiję tego kajzera!", wreszcie dwóch wyrostków o żydowskim 
wyglądzie, co do których Eustachy wygłosił natychmiast w duchu wyrok: „Należałoby ich 
zgładzić!" Plecy Eustachego znalazły się między biustem jakiejś młodej kobiety pachnącej 
tanim pudrem, która dyszała mu wprost w ucho, a brzuchem jej towarzysza, który, sądząc z 
zalatujących odeń woni, musiał być zwolennikiem whisky. Na prawo i na lewo oraz dalej na 
schodach stały dziesiątki i dziesiątki różnych postaci, z których żadna nie 
146 
przypadła Eustachemu do gustu. Rzekłbyś, los postanowił nagle zburzyć wszelką przegrodę 
dzielącą go dotychczas od „pospólstwa". 
Umieściwszy pod nosem chustkę mocno skropioną wodą kolońską, Eustachy próbował 
rozważać. Przejdzie prawdopodobnie parę godzin, zanim się rozlegnie syrena odwołująca 
alarm. Czy nie udałoby mu się przecisnąć stopniowo ku wyjściu? Jego sąsiedzi byli 
przypuszczalnie zdania, że im się „udało" i że spłatali Hunom figla. Skoro więc nie okazywali 
zamiaru oddalenia się stąd, Eustachy uważał, że będą woleli mieć jego miejsce niż 
towarzystwo. Zdumiał się przeto, kiedy jego próbę ucieczki powitały mrukliwe admonicje w 
rodzaju: „Nie pokazywać się! Stać spokojnie!", i podobne niemiłe uwagi. Po raz pierwszy 
zetknął się z psychologią tłumu: co było dobre dla nich, było też dobre i dla niego! Jeśli się 
będzie upierał, potraktują go jako zdrajcę ludu i będą stawiali energiczny opór! Eustachy 
porzucił więc swój zamiar i starał się możliwie skurczyć w sobie, tak aby otaczające go ciała 
pozostawały raczej w kontakcie z jego zewnętrzną powłoką niż jego istotą. Poza ulatniającym 
się już zapachem wody kolońskiej Eustachy zasklepiał się w ochronnej pogardzie dla tłumu, 
który zdecydowanie wolał to cuchnące mrowisko od szrapneli i bomb na ulicy. Czyż nie mają 

background image

zupełnie węchu? Czyż są całkowicie obojętni na gorąco i nie posiadają wcale dumy 
pozwalając Hunom skazywać się na tak opłakaną niewygodę? Czyż nikt z nich nie czuje, 
podobnie jak on, iż jedynie godnym sposobem traktowania niebezpieczeństwa to spoglądać 
na nie z pogardą? 
Przeciwnie, wszyscy ci ludzie, zda się, myśleli, iż kryjąc się w ten sposób we wnętrzu ziemi 
odnoszą triumf nad nieprzyjacielem. Rysujące się w ich wyobraźni obrazy własnych ciał, 
poszarpanych w kawałki lub ogłuszonych pociskami, były dla nich żywsze niż jakiekolwiek 
zaklęcia Eustachego. I Eustachego olśniła myśl: „Dobre maniery obezwładniają wyobraźnię 
do tego stopnia, iż traci ona moc wywoływania obrazów". Podobnie jak arystokraci 
francuscy, którzy szli obojętnie na gilotynę, Eustachy poczuł, iż woli raczej wylecieć w 
powietrze lub zginąć od kuli niż dzielić ze swymi sąsiadami ten „mysi" triumf. Im dłużej 
patrzył na nich, tym mocniej poruszały się jego nozdrza. Drażniła go nawet wesołość, z jaką 
znosili swą stęchłą kryjówkę. Okrzyk patykowatego dziecka: „Zabiję tego kajzera!", obudził 
w nim, po raz pierwszy od wybuchu wojny, współczucie dla niemieckiego cesarza. To 
uproszczone pojęcie odpowiedzialności, przyjęte przez jego ziomków, brzmiało groteskowo 
w słowach dziecka ulicy! 
—  Należałoby go powiesić! — rozległ się jakiś głos z prawej strony. 
—  Boże! Ależ tu gorąco! — biadał głos z lewej. — Zemdleję, jeżeli to potrwa dłużej. 
„Przynajmniej przestanie sapać" — pomyślał Eustachy trąc sobie ucho. 
147 

—  Czy ja depczę pańską nogę, sir? — zapytała korpulentna i krostowata jejmość. 
—  Dziękuję, niezupełnie. 
—  Odsuń się trochę, Henrysiu! 
—  Odsunąć się? — powtórzył wesoło blady mechanik. — Dobre sobie, co? Niezbyt tu 
przestronnie, prawda, sir? 
Słowo „sir" powtórzone dwukrotnie lub może budzące się w nim poczucie solidarności 
ludzkiej skłoniło Eustachego do odpowiedzi. 
—  Jak śledziom w beczce. 
—  Zabiję tego kajzera! 
—  Ona nie lubi tych nalotów, to pewne — rzekła korpulentna jejmość. — Prawda, Milly? 
Ale nie bój się, złotko. Tutaj jesteśmy bezpieczni. 
—  O! Sądzi pani? — zapytał Eustachy. 
—  O-o, tak! Wszyscy mówią, że w podziemnej bezpiecznie. 
—  To pociecha! 
I jak gdyby za każdym otwarciem ust ulatniało się z niego nieco zawziętości, Eustachy czuł 
się już niemal życzliwie usposobiony do małej rodziny, cisnącej go z dwóch stron. 
—  Chciałbym tu mieć swoją dziewczynę — odezwał się nagle jeden z żydowskich 
wyrostków. — Dobra okazja do pościskania się trochę. 
—  Trafiłeś! — powiedział drugi. 
„Należałoby ich zgładzić!" — pomyślał Eustachy z większą jeszcze stanowczością. 
—  Jak długo może to trwać, sir? — zapytał mechanik odwracając nieco bladą twarz. 
—  Myślę, iż jakieś półtorej godziny. 
—  Zabiję tego kajzera! 
—  Dosyć, Milly, już to mówiłaś przedtem. Za dużo tego dobrego, prawda, sir? 
—  Tak mi się właśnie wydaje — mruknął Eustachy. 
—  Ale ona jeszcze za mała na taki ścisk. To jej działa na nerwy, wie pan. Będę już 
zadowolony, kiedy zabiorę ją i żonę do domu, tak! 

background image

Coś w jego papierowo, białej twarzy oraz jego głucho brzmiący głos i prosty altruizm tej 
uwagi wywarły wrażenie na Eustachym. Ten mechanik pachniał potem i trocinami, ale był to 
przyzwoity człowiek! 
A czas mijał, wzmagało się gorąco i zaduch. Teraz panowała niemal cisza. Jakiś głos rzekł: 
„Ale to trwa!", co zostało zaaprobowane ogólnym westchnieniem. Całą tę masę ludzką 
absorbowała tylko chęć możliwej zmiany pozycji i zaczerpnięcia odrobiny powietrza do 
zmęczonych płuc. Eustachy zaprzestał wszelkich rozważań, myśl jego skoncentrowała się po 
prostu na słowach: „Stać prosto, prosto!" Patykowate dziecko, zniechęcone niepowodzeniem 
swego okrzyku, zapadło w jakiś bezwład oparłszy się o kolano Eustachego. A on myślał, czy 
też ta mała nie ma świerzbu, dziwił Się, że nikt nie mdleje! Bladolicy mechanik objął żonę 
148 
wpół. Twarz jego, widmowo białą, Eustachy spostrzegał od czasu do czasu, a wyłaniała się 
tak, jakby wisiała w powietrzu. Nagle młoda kobieta za nim osunęła się z westchnieniem na 
jego ramię i w jakiś niezwykły sposób znalazła dość miejsca, by upaść na ziemię. Mechanik 
odwrócił ku niej bladą twarz. 
—  Biedactwo, zemdlała! 
—  No, nic dziwnego w takim gorącu! — mruknął amator whisky i zaczął wachlować ją 
swym melonikiem. 
—* Ściśny jej pan głowę między kolanami — rzekł mechanik. Eustachy nacisnął jej głowę, 
amator whisky pchnął ją pękiem kluczy w plecy. Zemdlona ocknęła się z głośnym 
westchnieniem. 
—  Lepiej, żeby tak została — rzekł mechanik. — Gorące powietrze idzie do góry. 
I znów mijał czas przy akompaniamencie okrzyków i życzeń. Pośród niesamowitego syku 
zgasło światło, jak gdyby duchy podziemne wyrażały swe uczucia. Eustachy poczuł, jak tę 
stłoczoną masę przebiegł dreszcz. Jakiś głos krzyknął: „Czy nas ziemia pochłonęła?" I fala 
zamarła w straszliwym spokoju. 
Gdzieś na schodach załkała kobieta, potem druga, trzecia. 
—  Histeria — szepnął mechanik. — Zatkaj dziecku uszy, Polly. — Mała oparta o 
Eustachowe kolano zaczęła biadolić. — Milly, gdzie był Mojżesz, kiedy zgasło światło? 
Wspaniała niedorzeczność tych słów wywołała na usta Eustachego kwaśny, daremny 
uśmiech. Czuł, jak żydowskie wyrostki próbowały łokciami przebić sobie wyjście. 
—  Stać spokojnie! — rzucił ostro. 
—  Słusznie, sir — rzekł mechanik. — Na nic się nie zda robić panikę. 
—  Śpiewajcie, frajery, śpiewajcie! — krzyknął jakiś głos: „Gdy na polach zakwitły białe 
stokrotki". 
I wszyscy wokół zawyli pieśń, której Eustachy nigdy dotąd nie słyszał. Światło zapaliło się 
równie nagle, jak zgasło. Śpiew urwał się w przeciągłym: „Aaach!" Eustachy obejrzał się 
wokół. Łzy spływały po twarzy krostowatej jejmości. Na ustach mechanika błąkał się 
uśmiech ulgi: „Odwołano alarm! Odwołano alarm!... Hip, hip, hura!" Okrzyki potężniały za 
Eustachym, tłum się zakołysał unosząc go niemal z ziemi. 
—  Proszę trzymać małą — rzekł do mechanika. — Ja wezmę ją z drugiej strony. 
Krok za krokiem, rozpaczliwie powoli, prowadzili dziecko pośród nieprawdopodobnego 
ścisku ku wyjściu. Eustachy odetchnął głęboko, rozszerzając potężnie płuca, kiedy tłum 
wypadł na ulicę niby eksplodujący pocisk. Bladolicy mechanik zaczął kaszleć tak okropnie, 
jakby miał się udusić. Uspokoił się wreszcie i rzekł: 
—  To oczyszcza gardło. Jestem panu bardzo zobowiązany, sir. Nie 
149 
wiem, doprawdy, jak bym wyprowadził stamtąd Milly. Mała wygląda nietęgo. 
Rzeczywiście, twarz dziecka była bledsza niż ojcowska, a oczy patrzyły nieruchomo. 
—  Mieszka pan daleko? 

background image

—  Nie, tu w pobliżu, sir. 
Poprowadzili znów dziecko, które poruszało automatycznie nogami. Ulica roiła się od ludzi, 
którzy powychodzili z kryjówek i dążyli do domu. Eustachy dojrzał tarczę jakiegoś zegara. 
Dziesiąta! 
„Do licha z tymi ludźmi — pomyślał. — Restauracje będą zamknięte". 
Krostowata jejmość, jak gdyby odgadując jego myśli, rzekła: 
—  Henrysiu, nie możemy zatrzymywać tego dżentelmena, musi być bardzo zmęczony. Ja 
przecie mogę pomóc nieść Milly. Niech się pan nami nie krępuje, sir, i dziękujemy uprzejmie. 
—  To drobiazg — odparł Eustachy. — Nie ma o czym mówić. 
—  Jesteśmy na miejscu, sir — rzekł mechanik zatrzymując się obok bocznych drzwi jakiegoś 
sklepu. — Mieszkamy tu w suterenie. Jeśli to nie jest zbyt śmiałe, czy zechciałby pan wypić z 
nami filiżankę herbaty? 
W tej chwili nogi dziecka znieruchomiały. 
—  No, Milly, złotko, do góry nosek, jesteśmy już w domu. Ale główka małej opadła na 
piersi. 
—  Zemdlała, biedne maleństwo! 
—  Proszę ją unieść — rzekł Eustachy. 
—  Otwórz drzwi, matko, klucz mam w kieszeni. Idź naprzód i zapal gaz. 
Ponieśli obydwaj wątłe dziecko, które teraz ważyło cetnary, w dół po schodach do sutereny i 
złożyli je na łóżeczku w pokoju zamieszkanym najwidoczniej przez całą trójkę. Mechanik 
przygiął głowę małej do jej kolan. 
—  Odzyskuje przytomność. No, Milly, jesteś już w swoim łóżeczku! A teraz dostaniesz 
filiżankę dobrej, gorącej herbaty. Tak! 
—  Zabiję tego kajzera! — szepnęło patykowate dziecko wlepiwszy zdziwione porcelanowe 
niebieskie oczy w Eustachego. Twarz dziewczynki wyglądała, w gazowym świetle jak z 
wosku! 
—  Ruszajże się, matko, i daj temu dżentelmenowi filiżankę. Herbata zrobi panu dobrze, sir, 
musi pan być wygłodzony. Czy nie zechciałby pan wypalić papierosa w kuchni, zanim żona 
ugotuje nam herbatę? 
Szczególna sympatia obudziła się w Eustachym, kiedy patrzył na tego bladego altruistę. 
Wyciągnął doń lśniącą, wypukłą papierośnicę, pełną papierosów ze złotymi ustnikami. 
Mechanik wziął jednego i potrzymał przez chwilę grzecznie w palcach, jakby chciał 
powiedzieć: „Nie jest to wprawdzie mój gatunek, ale skoro pan taki uprzejmy..." 
—  Dziękuję panu, sir. Papieros zrobi nam obydwóm dobrze po tym lochu. Duszno tam było. 
150 
Eustachy przyjął z uśmiechem to niesłychanie łagodne określenie. 
—  Tak, niezupełnie świeże powietrze. 
—  Ja bym przeczekał doskonale ten nalot w domu, ale dziecko było przerażone, a kolej 
podziemna jest naprzeciwko. No, teraz jest to wszystko na porządku dziennym, ale dzieci i 
starsi nie znoszą tego. Nie mówię już o kobietach. Mam nadzieję, że czuje się pan już lepiej, 
sir. Wyglądał pan bardzo blado, kiedyśmy stamtąd wyszli. 
—  Dziękuję      rzekł Eustachy i pomyślał: „Nie tak blado, jak ty, mój przyjacielu". 
—  Herbata będzie za chwilę. Mamy tu gaz i woda gotuje się bardzo szybko. Siadaj, stara, już 
ja ci przyniosę. 
Eustachy podszedł do okna. Kuchnia była hermetycznie zamknięta. 
—  Czy to  państwu nie  przeszkodzi,  że  otworzę  okno? — rzekł. — Jestem jeszcze na pół 
uduszony po tej kolei podziemnej. 
Usiadłszy na parapecie pośród doniczek z gerania, Eustachy wdychał stęchłe, wilgotne 
powietrze londyńskich suteren. Oczy jego błądziły obojętnie po ścianach ozdobionych 
kolorowymi ilustracjami z dodatków świątecznych i drobiazgami z porcelany ustawionymi 

background image

wszędzie, gdzie tylko był cal wolnego miejsca. Te pamiątki z nadmorskich miejscowości 
obudziły w nim jakąś lękliwą sympatię. 
—  Widzę, że państwo kolekcjonują porcelanę — rzekł wreszcie. 
—  Tak! Żona lubi te rzeczy — odparł mechanik zwracając białą, oświetloną gazem twarz ku 
Eustachemu. — Pamiątki z wakacji. To miłe drobiazgi, chociaż się trochę kurzą. 
—  Ma pan słuszność — rzekł Eustachy i ujrzał nagle siebie samego, jak z piórkiem w ręku 
odkurza cenne zbiory z epoki Ming. Ming i te pamiątki z Margate! 
Mechanik mieszał łyżeczką herbatę w imbryczku. 
—  Proszę o słabą, jeśli można — rzekł pośpiesznie Eustachy. 
Mechanik nalał trzy filiżanki herbaty, jedną z nich przyniósł Eustachemu z kubkiem mleka i 
miseczką z wilgotnym cukrem. Herbata była gęsta, ciemna, prawdopodobnie indyjska, a 
Eustachy, który pijał zwykle jasną, chińską z cytryną, wziął uroczyście filiżankę. Była zresztą 
lepsza, niż przypuszczał, i wypił ją z wdzięcznością. 
—  Dziecko wypiło smacznie herbatę — rzekła krostowata jejmość wracając z sypialni. 
—  Tu jest dla ciebie, matko. 
—  A ty nie piłeś jeszcze, Henrysiu? 
—  Właśnie będę pił — odparł blady mechanik napełniając czwartą filiżankę. I po pauzie 
dodał: - - Pozwoli pan jeszcze jedną, sir? Jest dużo. 
Eustachy potrząsnął głową. 
—  Nie, bardzo dziękuję. Muszę już iść. 
Ale siedział w dalszym ciągu na parapecie, podobnie jak podróżny na 
151 
szczycie góry, w świszczącym wietrze, zwleka jeszcze, nim zacznie schodzić w dół. 
Mechanik zabrał się wreszcie do picia herbaty. 
—  Doprawdy, nie chce pan jeszcze filiżanki, sir? 
I znów nalał herbaty żonie i sobie. W miarę picia tego ciemnego płynu oboje widocznie 
ożywiali się. 
—  Zawsze, mówię, że nie ma to jak herbata — rzekła kobieta. 
—  To prawda. Tam by nam się była przydała filiżanka, co, sir? Eustachy wstał. 
—  Mam nadzieję, że mała będzie wkrótce zdrowa — rzekł. — I bardzo dziękuję państwu za 
herbatę. Oto mój bilet. Bardzo się cieszę z tej znajomości. 
, Mechanik wziął kartkę i spojrzał na Eustachego pokornie niby pies. 
—  Nam było naprawdę bardzo przyjemnie i my dziękujemy panu, sir. Zawsze będę pamiętał, 
co pan zrobił dla naszego dziecka. 
Eustachy potrząsnął głową. 
—  Nic wielkiego. Dobranoc, pani... Hm... 
—  Nazywam się Thompson, sir. 
Uścisnął jej rękę opanowując lekkie drżenie, jakie budziła w nim jej twarz. 
—  Dobranoc panu, panie Thompson. 
Ręka bladego mechanika, który otarł ją szybko o spodnie, uścisnęła z niezwykłą siłą dłoń 
Eustachego. 
—  Dobranoc, sir. 
—  Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy — rzekł Eustachy. 
Na dworze była gwiaździsta noc. Eustachy stał przez chwilę na ulicy pod sklepieniem nieba, 
utkwiwszy wzrok w dalekich srebrnych punkcikach, tak niepodobnych do złotych gwiazdek 
zdobiących sklepienie tureckiej łaźni. I stojąc tak miał dziwne uczucie, niemal jakby spędził 
miły wieczór, bo człowiekowi sprawia przyjemność to, czego jeszcze nie widział i czego 
może już po raz drugi nie zobaczy. 
Soames i Sztandar (1914 -1918) 

background image

Tego dnia 1914 roku, kiedy morderstwo w Sarajewie wstrząsnęło światem, Soames Forsyte 
przejeżdżał taksówką przez Haymarket-trzymając na kolanach obraz Jamesa Marisa, kupiony 
właśnie u Dumetriusa. Był zadowolony z wyniku ostrego pojedynku. Po dłuższym targu 
handlarz obniżył w ostatniej chwili cenę i Soamesa bardzo to zdziwiło. 
Przyczyna tej okoliczności wyjaśniła się wieczorem przy Green Street, kiedy przeczytał w 
popołudniowej gazecie: „Tragiczne to wydarzenie może jeszcze wstrząsnąć Europą w jej 
posadach. Ponure ewentualności tego zabójstwa wstrząsają wyobraźnią". Musiały wstrząsnąć 
wyobraźnią Dumetriusa. Przeraził się. Rynek na przedmioty, których „zalety" zależą od 
spokoju ludzkich umysłów i ruchu turystycznego z Ameryki, jest — Soames wiedział o tym 
dobrze — niezmiernie czuły. „Ponure ewentualności!" Odłożył gazetę i pogrążył się w 
zadumie. Nie! Dumet-rius jest panikarzem. Jeden arcyksiążę mniej lub więcej, cóż to w 
gruncie rzeczy znaczy! Oni zawsze dostają się do gazet w taki lub inny sposób. Zobaczy się, 
co „Times" powie o tym jutro, prawdopodobnie będzie to burza w szklance wody. Soames nie 
odznaczał się zresztą sympatią dla spraw europejskich. „Niepokoje na Bałkanach" stały się 
już przysłowiowe, a w takich przysłowiach nic się zwykle nie kryje. 
Nazajutrz czytał „Timesa" podczas powrotnej drogi do Mapledurham z kupionym Jamesem 
Marisem. Jak zwykle wobec zabójstwa redakcja załamywała ze zgrozą ręce, ale w artykule 
nie było nic, co by przeszkodziło Soamesowi pójść z wędką na ryby. 
Istotnie, nawet po ultimatum Austrii Soames w ciągu następnego miesiąca — podobnie jak 
dziewięćdziesiąt dziewięć procent jego współobywateli — nie mógł zrozumieć, dlaczego 
„robią o to tyle hałasu". Przypuszczenie, że Anglia miałaby zostać w to zamieszana, było 
idiotyzmem. Taka myśl nigdy poważnie nie przyszła do głowy człowiekowi, 
153 
który się urodził wkrótce po wojnie krymskięj i sądził z przyzwyczajenia, że Europie można 
dawać rady, ale nic więcej. Zaczęły się też wakacje Fleur i Soames myślał o kupieniu jej 
kucyka: w dwunastym roku życia czas już, aby się nauczyła i tej, raczej zbytecznej 
umiejętności — konnej jazdy. Prócz tego, czyż nie dosyć było niepokojów w Irlandii, jeśli już 
ludziom potrzebny jest niepokój? Anetka pierwsza wznieciła straszliwy niepokój. Ta piękna 
kobieta — „idzie jej trzydziesty piąty rok", jak mawiał Jerzy Forsyte'—- nie czytywała 
angielskich dzienników, lecz za to otrzymywała często listy z Francji. Dwudziestego ósmego 
lipca powiedziała do Soamesa: 
—  Wiesz, zanosi się na wojnę, ci Niemcy zupełnie oszaleli! 
—  Wojna z powodu takiego drobiazgu? Absurd! — mruknął Soames. 
—  Och, ty nie masz wyobraźni, Soamesie. Oczywiście będzie wojna i mojej biednej 
ojczyźnie wypadnie bić się za Rosję. A wy, Anglicy, co uczynicie? 
Co uczynimy? My? Nic! Jeśli jesteście na tyle głupi, żeby zaczynać wojnę, my nie możemy 
wam pomóc! 
—  My się spodziewamy od was pomocy — rzekła Anetka. — Ale na was,  Anglików,  nigdy 
nie  można liczyć.  Wy  zawsze  czekacie, by zobaczyć, dokąd kot skoczy. 
—  Co to nas może obchodzić? — odparł podrażniony Soames. 
—  Przekonacie się o>tym dość prędko, kiedy Niemcy zajmą Calais. 
—  Myślałem, że wy, Francuzi, uważacie siebie za niezwyciężonych. Po czym wstał i 
wyszedł z pokoju. 
Tego wieczoru nawet Fleur zauważyła, że ojciec się nią nie interesuje. Przez całą sobotę i 
niedzielę był zdenerwowany. W niedzielę wieczór rozeszła się pogłoska, że Niemcy 
wypowiedziały wojnę Rosji. Soames uważał to za kaczkę dziennikarską, ale nie spał przez pół 
nocy, w poniedziałek zaś rano przeczytawszy w „Timesie" potwierdzenie tej wiadomości 
wyjechał do Londynu pierwszym pociągiem. Był to dzień sierpniowego święta i Soames udał 
się do swego klubu, jedynego miejsca, gdzie można by zasięgnąć wiadomości giełdowych. W 
klubie zastał znaczną liczbę osób zainteresowanych tym samym, a między innymi jednego ze 

background image

wspólników jego maklerów giełdowych Green i Greening. Jemu właśnie wyłożył Soames 
szczegóły dotyczące zamierzonej sprzedaży pewnych papierów wartościowych. Giełdziarz 
spojrzał nań z ukosa. 
—  Nic się nie da zrobić, panie Forsyte — rzekł. — Mówią, że giełda ma być zamknięta przez 
kilka dni. 
—  Zamknięta? — powtórzył Soames.  — Nie chce pan przez to powiedzieć, że zaprzestaną 
interesów, nawet gdyby... 
—  Będą musieli zaprzestać albo ceny spadną na łeb na szyję. Już i tak mamy dostateczną 
panikę... 
—  Panikę! — powtórzył Soames wpatrzony w giełdziarza. „Zręczny 
154 
typek!", pomyślał i powiedział: — Proszę skreślić moje zlecenie. Nie będę nic sprzedawał. 
Nie przypuszczając wcale, że w ten sposób dał wyraz nie tylko swej osobistej decyzji, 
Soames wstał i podszedł do okna. Na ulicy panowało podniecenie. Gazeciarze wykrzykiwali 
głośno: „Ultimatum Niemiec dla Belgii!" Soames przypatrywał się twarzom przechodniów. 
Nie miał tego zwyczaju, ale teraz pochwycił się na tym. Wszyscy mieli zmarszczone brwi. Tu 
było coś! Tam, w podmiejskiej posiadłości, nie wyobrażał sobie niebezpieczeństwa. I nagle 
zapragnął przeczytać ostatnie wiadomości telegraficzne. 
Czytali je tu ludzie, których nie znał, a Soames nie mogący wprost czynić tego, co czynili 
inni, a zwłaszcza czekać na taką czynność, skierował się do palarni i tam usiadł. Niezbyt 
zadomowiony w klubie, nie wiedział po prostu, jak nawiązać rozmowę z obcymi ludźmi, i 
poprzestał na słuchaniu tego, co mówili. Było to dostatecznie niepokojące. Kilku siedzących 
dość blisko napełniała, zda się, jedna tylko obawa, że „ten przeklęty rząd nie sprosta 
całkowicie sytuacji". Soames coraz bardziej nadstawiał uszu. W ciągu tak krótkiego czasu nie 
słyszał nigdy jeszcze tylu złorzeczeń pod adresem radykałów i klasy robotniczej. Słowa 
„zdrajcy" i „politycy" powracały niby refren w toku rozmów. Choć ogólny ton wyrażanych 
poglądów odpowiadał jego przekonaniom, buntowało się w nim wszystko, co jego natura 
miała ukrytego, umiarkowanego i obliczonego. Czy ci ludzie wyobrażają sobie wojnę jako 
coś w rodzaju pikniku na wodzie? 
—  Jeżeli my teraz nie przystąpimy do wojny — rzekł jeden z grupy 
— to nie będziemy mogli nigdy chodzić z podniesioną głową. Soames głośno pociągnął 
nosem. Jak to? On tego nie rozumiał. Niemcy 
i Austria przeciwko Francji i Rosji — skoro im się podoba robić takie głupstwo. Dawniej 
Europa była zawsze w stanie wojny. A teraz, kiedy utrzymywano tak wielkie armie, dziw po 
prostu, że już dawno nie wzięli się za łby. Na cóż się zdało nie mieć stałego wojska oraz mieć 
dużą flotę, skoro nie można dzięki temu uchronić się od wojny? Te okazy! Myślą tylko o 
dywidendach. A dużo im z tego przyjdzie! Jeżeli Anglia straci głowę i przystąpi, to w ogóle 
nie będzie dywidend. Wojna, rzeczywiście! Cała istota tego człowieka, który mimo swych 
sześćdziesięciu lat cieszył się pokojem jako czymś samo przez się zrozumiałym, buntowała 
się przeciwko tak obrzydliwemu finałowi. Cóż takiego uczyniła właściwie Rosja albo Francja, 
żeby się mogły spodziewać, iż Anglia będzie dla nich wyciągała kasztany z ognia? A co do 
Niemiec — ich kajzer jest wścibskim typem, który wciąż pobrzękuje szablą i bluffuje, ale 
przynajmniej można ich prędzej zrozumieć niż Rosjan i Francuzów. Austria zaś 
— sama myśl o wojowaniu z nią wydawała się śmieszna. 
—  Albert zwrócił się z apelem do wielkich mocarstw — rzekł jakiś głos. 
Albert to był król belgijski! Więc zwrócił się do mocarstw? Belgia! Czy 
155 
nie dano jej gwarancji jak Szwajcarii? Niemcy nie będą na tyle szaleni! Żyje się w czasach 
cywilizowanych — traktaty i temu podobne rzeczy! Soames wstał. Nie miało sensu słuchać 
dalej tych głupstw. Pójdzie na lunch. 

background image

Ale ledwie mógł jeść — taki upał! Nie byłby zdziwiony, gdyby i upał również wpływał na 
sytuację polityczną. Gdyby tak wsadzić do lodu tych wszystkich panujących i generałów, to 
natychmiast zaczęliby śpiewać inaczej. Soames wypił szklankę kwasu jęczmiennego, kiedy 
usłyszał, jak przy sąsiednim stole lokaj rzekł do jednego z członków: „Tak piszą, sir". 
—  Wielki Boże! — zawołał zagadnięty zrywając się. Soames zapomniał o dobrym tonie. 
—  Co takiego piszą? 
—  Niemcy wkroczyli do Belgii, sir. Soames postawił szklankę. 
—  Skąd pan to wie? 
—  Jest w ostatnich wiadomościach, sir. 
Soames wydał dźwięk, rzekłbyś, idący z głębi jego trzewików — taki był niski. Teraz trzeba 
się zastanowić. Ale nie można w takim miejscu zastanowić się spokojnie nad czymkolwiek. 
—  Rachunek! — rzekł. 
Wbrew przepisom klubowym i własnym długoletnim nawykom Soames dał lokajowi 
szylinga, miał bowiem niejasne uczucie, że ten człowiek oddał mu jakąś szczególną 
przysługę. Po czym, w nagłej tęsknocie za domem, pojechał taksówką na dworzec Paddington 
i przez cały czas czytał w wagonie wieczorne gazety albo też siedział wpatrzony w okno. 
Przybywszy do domu nie powiedział nikomu nic, nic z tego, co słyszał — całą jego istotę 
pochłaniał milczący, okropny wysiłek dopasowania się do nowej sytuacji. Ten Grey — 
zrównoważony chłop, najlepszy z całej gromady — pewno teraz wygłasza mowę w 
parlamencie. O czym mówi? I jak to posłowie przyjmują? Wsiadł do łódki i słuchał gruchania 
gołębi pośród zieleni i spokoju pogodnego dnia. Nie chciał mieć nikogo przy sobie. Anglia! 
Powiadają, że flota jest w pogotowiu. Myśli jego nie były zdolne sięgnąć dalej. Woda dawała 
mu jakąś dziwną pociechę, jak gdyby jego wiara we flotę płynęła wraz z wodą ku morzu, 
gdzie była duma i moc Anglii. Zanurzył rękę i zielonawa woda zaczęła przepływać przez jego 
rozstawione palce. Przebóg! To frunął zimorodek — Soames nie widział go już od tygodni — 
niebieskawy błysk pośród sitowia. Za nic nie chciałby znaleźć się teraz na miejscu tego 
Greya. Podobno jest wędkarzem i lubi ptaki. Co też on im tam mówi pod Big Benem1 ? 
Zawsze był to dżentelmen, cóż innego mógł powiedzieć prócz tego, że Anglia dotrzyma 
słowa? I Soames znów wydał dźwięk idący, zda się, z głębi jego istoty. Nie widział innego 
wyjścia, tylko zgodzić się z tym. A co wtedy? 
Big Ben — zegar na wieży przy parlamencie *r Londynie. 
156 
Cały ten zielony spokój, wszystkie ogniska domowe i akcje, i walory przepadną, przepadną! 
A stary stryj Tymoteusz ma dziewięćdziesiąt cztery lata! Trzeba przypilnować, żeby się 
staruszek nie dowiedział. Na szczęście, od śmierci ciotki Estery gazety nie przychodzą do ich 
willi. Tymoteusz tak się zdenerwował sprawozdaniem z Izby Lordów w roku 1910, że 
przestał czytać nawet „Timesa". 
„A moje obrazy? — pomyślał Soames. — Tak, a guwernantka Fleur to Niemka!" Po 
francusku Fleur zawsze rozmawiała z matką. Anetka zechce na pewno usunąć guwernantkę 
— wcale by go to nie zdziwiło. Ale co się z nią stanie — nikt nie będzie chciał mieć u siebie 
Niemki w razie wojny. Obok przefrunęła ważka. Soames obserwował ją i gdzieś w głębi swej 
istoty poczuł jakiś tępy, dojmujący ból. Piękne lato, pogodne i gorące, ale ludzie nie mogą 
cieszyć się nim, tylko muszą rozpętać na całym świecie tę piekielną zawieruchę. Kto wie, kto 
wie, do czego to może doprowadzić. Soames wstał i z wolna popłynął w stronę 
przeciwległego brzegu. Stamtąd zobaczy kościół. Nigdy tam nie chodził, ale przypuszczał, że 
kościół miał jakieś znaczenie. A teraz w całej Europie ludzie zaczną się mordować. Co 
powiedzą duchowni? Nie zdziwiłby się, gdyby nic nie powiedzieli, zabawni ludzie. Siódma! 
Już pewno skończyło się posiedzenie Izby Gmin. I Soames z wolna popłynął z powrotem. 
Pachniały słodko lipy i łąki, pachniał głóg i powój, a teraz w przedwieczornym chłodku trawa 

background image

dyszała mocną wonią. Soamesowi nie chciało się wyjść na brzeg, ale zaczynała dokuczać 
wilgoć. 
A matki tych wszystkich chłopców idących teraz na wojnę. Same młodziaki, rekruci z Rosji i 
Austrii, z Niemiec i Francji, a żaden z nich nie wie, po co idzie, i nie troszczy się o to. Ładna 
zabawa! Znajdzie się i tu gromada ochotników, jeżeli... jeżeli!... Ale on nie wiedział, zupełnie 
nie rozumiał, jaki byłby pożytek z Anglii prócz walki na morzu. 
Wysiadłszy z łódki Soames skierował się z wolna w stronę domu ku głównemu wejściu. Upał 
już zelżał, blade gwiazdy wybłyskiwały na niebie, w powietrzu unosił się lekki kurz. Soames 
stał jak pelikan i czekał, sam nie wiedząc na co. Od strony Reading zawarczał nadjeżdżający 
motocykl. Kierowca w zakurzonym kombinezonie rzucił mu tylko: „Parlament uchwalił! 
Przystępujemy!" — i pomknął dalej. Soames wyciągnął rękę ruchem, zda się, ślepca. 
„Przystępujemy?" Z czczym żołądkiem stał tak pod migotliwymi gwiazdami, a cała pdtęga 
jego wyobraźni, której na ogół nie podsycał, odżyła teraz i naprężyła się. Luźne, oderwane 
obrazy wojny pędziły przez ekran jego świadomości, podobne gromadzie dzikich gęsi nad 
diunami i morzem, z mroku jego niedoswiadczenia z powrotem w mrok niedoswiadczenia 
laika, który myślał kategoriami pokojowymi przez całe swoje długie życie. Co za historia 
spotkała go w sześćdziesiątym roku życia! Mogli byli zaczekać, aż się zestarzeje jak 
Tymoteusz. Niepokój! Otóż to, niepokój! Kitchener, powiadają, powrócił z Egiptu. To już 
coś. Ponuro 
157 
wyglądający jegomość, z oczami utkwionymi przed siebie jak oczy lwa w ogrodzie 
zoologicznym. Ale ten zawsze dopnie swego. Soames przypomniał sobie nagle to, co przeżył 
podczas mrocznych dni wojny burskiej 
— drobiazg to w porównaniu z dzisiejszą sytuacją. Był tfeż i stary Roberts 
— ale ten przypuszczalnie już jest za stary. 
„Ale może — myślał — nie będziemy musieli walczyć na lądzit". Chociaż, kto wie? Możliwe 
było, iż Niemcy zreflektują się jeszcze słysząc, że Anglia przystępuje do wojny. No i Rosja, 
która ma więcej milionów ludzi niż wszyscy inni razem wzięci. Walec parowy — tak ją 
nazywano. Ale czy posiada ona dosyć pary? Przecież Japonia ją pobiła. 
„No, jeśli zaczniemy, to musimy wytrwać!" Ta myśl napełniła go jakimś zmieszanym 
uczuciem dumy i żałości. Było coś przerażającego zarazem i głęboko radosnego w tej 
instynktownej świadomości. Dziś wieczór zaśpiewają wszędzie Rządź, Brytanio — na pewno. 
Masa ludzka nie myśli — ptasie móżdżki! 
Gwiazdy rozpalały się na ciemnogranatowym niebie. Po całej Europie ciągną teraz ludzie i 
armaty, statki wojenne prują morza. I ta cisza, ten spokój przed burzą. To nie może trwać 
długo. Nie, szli już, maszerowali drogą ze śpiewem na ustach — zapewne pijani. Nie znał 
melodii ani słów 
— jakiś pospolity motyw: 
Długa to droga do Tipperary, 
Długi, długi to marsz>.. 
Żegnaj, Piccadilly, żegnaj, Leicester Sąuare! 
Długa to droga do Tipperary, 
A moje serce tam jest. 
Co to ma do rzeczy, chciałby wiedzieć. Już wydają okrzyki. Musieli się ludzie dowiedzieć — 
pospólstwo! Ale pospólstwo czy nie, dziś wszyscy są Anglią, Anglią! No, trzeba już wejść do 
domu. 
Tego wieczora i w ciągu całego następnego dnia Soames trwał pod ciężarem milczenia, jak to 
bywa, kiedy decyzja zapada instynktownie raczej niż świadomie. Przeczytał mowę „tego 
Greya" i, podobnie jak cały kraj, oczekiwał — pewny, że to nigdy nie nastąpi — odpowiedzi 

background image

na wysłane przez Anglię ultimatum. Niemcy zasmakowali w gwałcie i nigdy nie opuszczą 
dobrowolnie Belgii. 
Po południu Soames nie mógł dłużej znieść swej własnej ponurości ani podniecenia Anetki i 
udawszy się piechotą na stację pojechał do Londynu. Ulice były pełne ludzi i z każdą chwilą 
zapełniały się coraz więcej. Późno już było, kiedy zasiadł do obiadu w klubie „Connoisseurs". 
Pó jedzeniu, które, zda się, stało mu w gardle, zeszedł do dolnych pokojów. 
158 
¦ 
Ze swego miejsca przy oknie widział St. James's Street i tłumy spieązące w stronę 
parlamentu, gdzie skupiało się życie całego kraju. Tu siedział sam. O godzinie jedenastej 
upłynąć miał podobno termin ultimatum. W tym zacisznym pokoju, którego urządzenie i 
obrazy na ścianach gromadzono w ciągu całego stulecia spokoju dla łudzi obdarzonych 
smakiem, była rzeczywistość, jaką Soames znał dotychczas, rzeczywistość Anglii czasów 
Wiktorii i Edwarda. Wojna z Burami oraz inne pomniejsze zatargi z Aszantami, 
Afgańczykami i w Sudanie — czysto wojskowe ekspedycje do odległych krajów — ledwie 
musnęły życie klubowe. Człowiek prowadzi normalne życie uświadamiając sobie tylko, że to 
i owo jest złem koniecznym, co zresztą miało w porze śniadania charakter pewnej podniety, 
jak dawka soli glauberskiej. Ale ta wielka sprawa, ba, pojednała nawet polityków, jak o tym 
pisano w porannych dziennikach. I przyszły mu na myśl wierszyki Lewisa Carrolla. 
Ogromna wrona leci, ach! Podobna smoły beczce, A obu śmiałków zdjął wnet strach I dali 
pokój sprzeczce. 
Soames wstał i przeszedł niespokojnie do hallu. Z obecnych w klubie członków — było ich 
jakieś pół tuzina skupionych obok tablicy z ostatnimi wiadomościami — nie znał nikogo i 
trzymał się na uboczu. Jeden z nich odwrócił się i zagadnął go o coś. Soames poczuł w całym 
ciele chłód — w chwilach szczególnego wzburzenia odsuwał się jeszcze bardziej od ludzi. 
Nie mógł po prostu pozostawać tu dłużej i słuchać ich paplaniny. Rzuciwszy krótką 
odpowiedź wziął kapelusz i wyszedł. Pośród tłumu będzie sam i wraz z falą podążył przez 
PallMall ku Whitehall. W rosnącej wciąż ciżbie panował, mimo ogólnego podniecenia, 
szczególny spokój. Z wolna pociągnął go tłum przez Cockspur Street w stronę Whitehall, aż 
wreszcie u wylotu Downing Street masa ludzka zatrzymała się i zastygła w miejscu. Do 
terminu brakowało dziesięciu minut! Niedostępny, z natury i dzięki wychowaniu, nastrojom 
tłumu, Soames czuł się jednak pof uszony. To było już coś więcej niż nastrój tłumu, coś z 
dziedziny uczuć indywidualnych silniejszych od zwykłego impulsu, coś takiego, gdzie hałas 
stanowi tylko tło. Panował hałas, rozmawiano, tu i ówdzie wybuchał okrzyk, ale nie miał, zda 
się, związku z ludźmi i nie był im właściwy w większym stopniu niż gwiazdom, które 
migoczą i trwają. Mężczyźni i kobiety wszelkich stanów i kondycji byli tu stłoczeni niby 
śledzie w beczce, a on stał pośród nich twarzą przy twarzy i wcale się o to nie troszczył. 
Wyłącznie ludność cywilna, spokojna — ani jednego żołnierza lub marynarza. Zaczęto 
śpiewać hymn narodowy. Soames poruszył ustami, ale pocieszał się tym, że nie słyszy siebie. 
Utkwił wzrok w Big Benie. Niewiarygodnie wolno posuwały się po jasno oświetlonej tarczy 
wskazówki. zegara, na pół zwrócone ku niebu. Jeszcze dwie 
159 
minuty i zacznie się! Co z tego wyniknie? Nie mógł nic przewidzieć! Szpetna historia! Skoro 
się raz zacznie, niepodobna już przerwać, trzeba ciągnąć — do śmierci, do samej śmierci! 
Teraz wszystkie twarze pod ulicznymi lampami zwrócone były w jednym kierunku, twarze 
białe od światła, a z otwartych ust wybiegała wciąż ta pieśń. Nagle — bum! Zegar wybił 
godzinę i wybuchły radosne okrzyki. Dziwny powód do uciechy! „Hura-a-aa! Zaczęło się!" 
Soames poszedł dalej. Czy się cieszył? Sam dobrze nie wiedział. Szedł nieco zawstydzony. 
Czemu nie czekał tam u siebie nad rzeką, zamiast rzucać się w tłum niby jeden z tych 
młodych biuralistów albo ekspedientów sklepowych? Rad był, że nikt się nie dowie, gdzie się 

background image

obracał. Jak gdyby takie wzruszenie było dlań właściwe, jak gdyby w jego wieku właściwe 
było jeszcze coś czynić lub osiągnąć. Sześćdziesiątka! Czuł się szczęśliwy, że nie ma syna. 
Dość, że ma trzech siostrzeńców. No cóż, Val był w południowej Afryce i nie wyleczył 
jeszcze nogi. Ale drugi syn Winifredy, Benedykt, ile ma lat? Trzydzieści? No i chłopiec 
Cecylii — właśnie dopiero wyjechał do Cambridge. Wszyscy ci chłopcy! Niektórzy z nich nie 
będą mieli nic pilniejszego dó roboty, niż pójść i dać się zabić. Szpetna, smutna historia! I 
wszystko dlatego, że!... Tak, dlatego właśnie? 
Idąc jakby w stanie somnambulicznym doszedł do hotelu Ritza. Wszędzie panował niezwykły 
ruch. Kelnerzy stali na chodniku. Córy nocy rozmawiały ze sobą żywo lub zwracały się do 
policjantów, jak gdyby zapomniały o swej profesji. Soames minął Berkeley Sąuare kierując 
się przez spokojniejsze ulice w stronę domu siostry. Winifreda oczekiwała go. Nosiła jeszcze 
półżałobę po Montague Dartie'em, co Soames uważał za zbyteczne. Jako opiekun majątku 
siostry zmuszony był wysłuchać całej historii, która wydarzyła się na schodach francuskiego 
hotelu, choćby dlatego, żeby utrzymać ją w tajemnicy przed innymi. 
—  Słyszę, że wojna została wypowiedziana, Soamesie. Co za ulga! —: Ulga! Ładna mi ulga! 
—  Wiesz, mój drogi, co mam na myśli. Kto wie, do czego by doszli ci radykałowie. 
—  To będzie kosztowało miliardy — rzekł Soames — zanim się skończy. I nie wiadomo, 
kiedy się skończy. Z Niemcami nie ma żartów. 
—  Ale, Soamesie, jesteśmy w sojuszu z Rosją. I mówią, że Francuzi są teraz tacy dzielni. 
—  Tyle się mówi — odparł Soames. 
—  Więc ty się nie cieszysz? 
—  Owszem, cieszę się, żeśmy nie stchórzyli. Ale to ogólna ruina. Gdzie jest twój Benedykt? 
Winifreda spojrzała nań bystro. - Och! — rzekła. — Ależ on nie idzie nawet na ochotnika. 
160 
—  Pójdzie — odparł Soames ponuro. 
—  Sądzisz, że to rzeczywiście taka poważna sprawa? 
—  Diabelnie poważna — rzekł Soames. — Zapamiętaj sobie moje słowa. 
Winifreda milczała przez kilka chwil. Twarz jej, dotąd zupełnie opanowana, wyglądała teraz 
tak, jakby ktoś uchylił rąbka kryjącej ją zasłony. Rzekła ściszonym głosem: 
—  Rada jestem, że kochany Val ma jeszcze chorą nogę. Nie przypuszczasz chyba, Soamesie, 
że będziemy mieli tu inwazję? 
—  Nie, o ile nasi nie stracą głowy. Wszystko zależy od floty. Mówią, że niejaki Jellicoe to 
zdolny chłop, ale nigdy nie wiadomo. Przy tym te zeppeliny... poślę Fleur do internatu gdzieś 
na zachód. 
—  Czy należy zaopatrzyć się. w zapasy? 
—  Gdyby wszyscy to zrobili, zabrakłoby wiktuałów, a wtedy byłoby źle. Im mniej hałasu, 
tym lepiej. Wrócę do domu pierwszym pociągiem. Teraz idę spać. Dobranoc! 
Pocałował ją w czoło, które jeszcze okrywała zasłona. 
Soames spał dobrze i przed południem był już w Mapledurham. Powitanie Fleur oraz 
promienny spokój rzeki uspokoiły go tak, że zjadł lunch z pewnym apetytem. Potem, kiedy 
siedział na werandzie, przystąpił doń główny ogrodnik. 
—  Odłożono wystawę ogrodniczą, która miała być otwarta dziś po południu, sir. Wygląda na 
to, że Niemcy ugryźli więcej, niż mogą strawić. Jak pan sądzi, sir? 
—  Trudno powiedzieć — odparł Soames. 
Drażniło go to, że wszyscy uważają tę wojnę za jakiś piknik. 
—  Szczęście, że lord Kitchener jest tu — rzekł ogrodnik — on im pokaże. 
—  To może trwać rok i dłużej — rzekł Soames. — I żeby mi tu nic nie zmarnować, 
rozumiecie? 
Ogrodnik miał zdziwioną minę. 
—  Ja myślałem... 

background image

—  Myślcie, co wam się podoba, ale nic mi nie zmarnujcie i sadźcie warzywa. Zrozumiano?                                                                   

—  Tak, sir. Więc sądzi pan, że to sprawa poważna, sir? 
—  Owszem — odparł Soames. 
—  Słucham pana. 
Ogrodnik oddalił się. Ograniczona głowa! W tym tkwiła bieda. Serca były na swoim miejscu, 
ale głowy mieli ludzie tępe. Powiadają, że Niemcy mają duże, okrągłe głowy i równe 
potylice. Tak też jest, jak sobie przypomina. Wszedł do domu i wziął „Timesa". Czytanie 
gazet wydawało się jedyną rzeczą, jaką można było robić. Podczas tego weszła do pokoju 
Anetka. Była zaczerwieniona i w ręku trzymała wełnianą kulę. 
—  No — zapytał Soames znad gazety — jesteś teraz zadowolona? 
161 
Anetka zbliżyła się do niego. 
—  Odłóż tę płachtę, Soamesie, i pozwól się pocałować. 
—  Dlaczego? — zapytał Soames. 
Anetka odebrała mu „Timesa" i osunęła się na jego kolana. Położywszy ręce na ramionach 
męża nachyliła się i pocałowała go. 
—  Dlatego, żeście nie opuścili mojej Francji. Dumna jestem z Anglii. 
—  To coś nowego — rzekł Soames. Anetka była ciężka i pachniała werbeną. — Nie widzę, 
gdzie my możemy coś zrobić poza morzem — dodał.                                                            ^ 
—  O, to nam wystarczy. Nie będziemy już wpierali się plecami w ścianę. Będziemy mieli 
was za sobą. 
—  Zapewne — rzekł Soames. Nie było mu to nieprzyjemne. Anetka wstała. Miała z lekka 
zmieniony wyraz twarzy. 
—  Teraz pobijemy tych wstrętnych Niemców. Soamesie, nie możemy zatrzymać u siebie 
Fraulein, ona musi odejść. 
—  Wiedziałem, że to przyjdzie. I dlaczego? To nie jej wina. i   — Mieć Niemkę w domu? 
Nie! 
—  Czemu nie? Ona jest nieszkodliwa. Jeżeli ją oddalisz, co ona zrobi 
z sobą? 
—  Co jej się podoba, ale nie tutaj. Kto wie, czy nie jest szpiegiem? 
—  Niedorzeczność! Brednie! 
—  Och, wy Anglicy, jesteście tacy powolni, czekacie zawsze, aż wara coś spadnie ha głowę. 
—  Nie widzę żadnej korzyści z histerii — mruknął Soames. 
—  Będą plotki w sąsiedztwie. 
—  Niech będą! 
—  Non! Powiedziałam jej, że musi odejść! Po feriach Fleur powinna iść do internatu. To 
je&t bezcelowe, Soamesie, ja nie będę trzymała Niemki. A la guerre comme a la guerre1. 
Soames wyraził pomrukiem niezadowolenie. Teraz już dosiądzie swego konika! Wrodzone 
mu poczucie sprawiedliwości doznało szczególnej odrazy, ale zmysł przewidywania mówił 
mu, że w razie oporu z jego strony sytuacja stanie się nie do zniesienia. 
—  Przyślij ją więc do mnie — rzekł. 
—  Tylko nie bądź wobec niej ślamazarny — rzuciła Anetka i- wyszła. 
Ślamazarny! Ten wyraz dotknął go. Ślamazarny! Przeżuwał go jeszcze w sobie, kiedy się 
nagle spostrzegł, że guwernantka jest w pokoju. 
Była to młoda, wysoka osoba o wydatnych kościach policzkowych, silnych rumieńcach i 
uczciwych szarych oczach. Stała w milczeniu, splótłszy ręce. 
- Brzydka sprawa, Fraulein. 
1 Na wojnie jak na wojnie (fr.). 
162 

background image

—  Tak, panie Forsyte. Madame mówi, że muszę odejść. Soames skinął głową. 
Francuzi mają bardzo silnie rozwinięte poczucie narodowe. Czy pani już coś przedsięwzięła? 
Młoda kobieta potrząsnęła głową. W tym ruchu Soames dostrzegł szczere przygnębienie. 
—  Co ja mogę przedsięwziąć? Nikt, jak przypuszczam, nie zechce mnie teraz wziąć. 
Gdybym tak była wyjechała przed tygodniem do Niemiec! Czy mnie obecnie wpuszczą? 
—  Czemu nie? To nie jest miasto portowe. Trzeba, żeby pani zgłosiła się do władz. Dam 
pani list, że jej zachowanie było przez cały czas przykładne. 
—  Dziękuję panu, panie Forsyte. To bardzo uprzejmie z pana strony. 
—  J a nie chcę, żeby pani odeszła — rzekł Soames. — To są nonsensy. Ale niepodobna tych 
rzeczy przezwyciężyć. — A widząc dwie łzy błyszczące na jej policzkach dodał pospiesznie: 
— Fleur odczuje brak pani. Ma pani pieniądze? 
—  Bardzo niewiele. Posyłałam swoją pensję starym rodzicom.   ¦ Otóż to właśnie! Starzy 
rodzice, młodsze dzieci, inwalidzi itp. Rozpacz! 
I oto on się do tego przyczynia! Przy tym przystojna młoda osoba! Nic nie ma się przeciwko 
niej, ale ta wojna! 
—  Gdybym ja był na pani miejscu — rzekł powoli — nie traciłbym czasu. Pojechałbym do 
Londynu, zanim ludzie zorientują się w tym wszystkim. Potem będzie istna histeria. Proszę 
zaczekać, dam pani pieniądze. 
Podszedł do starego biurka dębowego, które nabył w Reading — piękna sztuka z sekretną 
szufladą i przy tym okazyjna. Nie wiedział, ile jej dać, wszystko to było takie niepewne. Choć 
stała tu tak spokojnie, wiedział, że z trudem powstrzymuje łzy. 
—  Do licha! — rzekł łagodnie. — Dam pani kwartalną pensję i piętnaście funtów na koszta 
podróży. Jeżeli pani nie wypuszczą, proszę mi dać znać, kiedy się skończą te pieniądze. 
Młoda kobieta podniosła splecione ręce. 
—  Ja nie chcę pieniędzy, panie Forsyte. 
—  Głupstwo — rzekł Soames. — Proszę wziąć to, co pani daję. Wszystko to dzieje się 
wbrew mojej woli. Pani powinna tu zostać, według mnie. Ale co robić z kobietami? 
Wyjął z szuflady banknoty i zbliżył się do guwernantki. 
—  Każę panią odwieźć na stację. Proszę dziś jeszcze zgłosić się do władz. Nim się pani 
zapakuje, ja napiszę list. 
Młoda kobieta pochyliła się i pocałowała go w rękę. Nic podobnego nie zdarzyło mu się 
jeszcze nigdy i nie wiedział, czy chciałby to znów przeżyć. 
—  No, no! — rzekł i zasiadłszy przy biurku napisał: 
163 
Szanowny Panie! 
Okazicielka niniejszego, Fraulein Schultz, była guwernantką mojej córki w ciągu ubiegłych 
osiemnastu miesięcy. Mogę zaświadczyć na korzyść jej charakteru i zalet. Przez cały czas 
,pozostawała u nas w Mapledurham i tylko raz lub dwa wyjeżdżała na urlop, zdaje się, do 
Walii. Fraulein Schultz pragnie wrócić do Niemiec i mam nadzieję, że Pan zechce okazać jej 
wszelkie ułatwienia. 
Załączam przy niniejszym swój bilet i piszę się z wysokim poważaniem 
Soames Forsyte 
Po czym zatelefonował po auto, sam bowiem opierał się dotychczas nabyciu wozu na 
własność — kosztowny sprzęt, wciąż wymagający 
naprawy. 
Kiedy maszyna przybyła, Soames wyszedł do hallu, żeby zaczekać na młodą osobę, Fleur z 
przyjaciółką poszły do lasu, Anetka jest w ogrodzie i nie pokaże się zapewne. Ale on nie 
chciał, żeby guwernantka opuściła ich dom nie pożegnana przez nikogo. 
Naprzód wyniesiono lśniący, zagranicznej roboty kufer, potem torbę podróżną i pledy z 
wsuniętą w nie parasolką. Wreszcie wyszła młoda kobieta. Oczy miała zaczerwienione. Nagle 

background image

cała ta rzecz wydała się Soamesowi na wskroś barbarzyńska. Wyrzucić kobietę znienacka w 
ten sposób, dlatego że militarystyczne zbiry jej przeklętego kajzera potraciły rozum! To nie 
było po angielsku. 
—  Oto list. Najlepiej pani zrobi stając aż do wyjazdu w hotelu obok dworca Victoria. A więc 
szczęśliwej drogi! Bardzo mi przykro, ale podczas wojny będzie się pani czuła przyjemniej u 
siebie w domu. 
Uścisnął jej rękę i szybko cofnął swoją widząc, że jego ręce znów zagraża niebezpieczeństwo. 
—  Proszę ucałować ode mnie Fleur, sir. 
—  Nie omieszkam. Przykro jej będzie, że się nie pożegnała z panią. No, 
szczęśliwej drogi! 
Lękał się, żeby znów nie zaczęła płakać lub nie próbowała mu 
dziękować, i dodał pośpiesznie: 
—  Będzie pani miała dobrą jazdę. 
W istocie wątpił o tym, gdyż w wyobraźni widział ją z chustką przy oczach przez całą drogę. 
Teraz załadowano do auta bagaż, potem wsiadła ona. Auto ruszyło z właściwym sobie 
grzechotem. Soames stojąc na progu podniósł rękę machając nią w kierunku czerwonej 
twarzy guwernantki. 
Usta jej drżały i miała wylękłą minę. Soames uśmiechnął się do niej 
i wrócił do domu. Biedactwo!                                                               « 
164 
Pogłoski! Soames nigdy by nie przypuszczał, że ludzie mogą być tak głupi. Pogłoski o 
bitwach morskich, pogłoski o szpiegach, pogłoski o Rosjanach. Spotkał się, na przykład, na 
ulicy z nauczycielką szkoły wiejskiej. 
—  Słyszał pan, panie For syte, okropne nowiny? Soamesowi włosy zjeżyły się pod 
kapeluszem. 
—  Nie, co takiego? 
—  Och, była straszliwa bitwa morska. Straciliśmy sześć okrętów wojennych. Czy tó nie 
okropne? 
Soames zacisnął pięści w kieszeniach. 
—  Kto to pani powiedział? 
—  Cała wioska o tym Tnówi. Sześć okrętów, toż to okropne! 
—  Ile stracili Niemcy? 
—  Dwanaście! Soames niemal skoczył. 
—  Dwanaście! A więc to koniec wojny! Uważa pani to za straszne? To najlepsza 
wiadomość, jaka może być! 
—  Och! Ale sześć naszych okrętów, to okropne! 
—  Wojna to rzecz okropna — odparł Soames. — Ale jeśli to prawda... Pożegnał się 
pośpiesznie i podążył na pocztę. Oczywiście nie była to 
prawda. Nic nie było prawdą. Nawet jego własne podejrzenia. Ot, na przykład, ci' dwaj 
barczyści mężczyźni w słomkowych kapeluszach, których spotkał na polnej dróżce. Idąc 
stawiali nogi na zewnątrz, czego Anglicy nigdy nie robią. Niemcy, i w dodatku szpiedzy — 
albo on nie jest sobą. Zwłaszcza że zaraz po południu jego telefon przestał funkcjonować. I, 
oczywiście, okazało się, że są to dwaj Amerykanie, którzy spędzali wakacje w Pangbourne, 
przewody zaś telefoniczne uszkodziła burza. Ale co miał człowiek myśleć, skoro w gazetach 
roiło się od szpiegowskich historii, a nawet błyskawice pozostawały widocznie na żołdzie 
niemieckiego wywiadu. A i lusterka w słońcu, i zapałki w ciemnościach były w oczywistym 
porozumieniu z flotą niemiecką w Kanale Kilońskim czy też gdzie indziej. 
Soames coraz to powtarzał: „Duby smalone. Wszystko to czysta tępota!" I sam po chwili 
chwytał się na takiej tępocie. Albo te dwieście tysięcy żołnierzy rosyjskich, których wszyscy 
widzieli jadących w pociągach. Były to po prostu pogłoski i prawdopodobnie wyssane z 

background image

palca. Ale jakże można w to nie uwierzyć, jeśli się wierzyć chciało! Władze zaś nic nie 
mówiły — milczały jak ryby. Jak gdyby to był sposób postępowania z Anglikami! Prowadził 
jedynie do wszelkiego rodzaju domysłów. A bitwa pod Mons! Nawet o armii nie 
zakomunikowano nic ponadto, że sprawiła się bohatersko, że zabiła mnóstwo Niemców i 
cofnęła się 
165 
w porządku, aby im zadać decydujący cios. To było prawie wszystko, co się słyszało, aż nagle 
dowiedziano się, że nie wiadomo, czy Paryż może być ocalony, i że rząd francuski przeniósł 
się pośpiesznie do Bordeaux. I przez cały czas nie było nic do roboty, tylko czytać gazety, 
którym niepodobna wierzyć, i słuchać szelestu szydełka Anetki. Potem nadeszły wiadomości 
o bitwie nad Marną i Soames mógł odetchnąć swobodniej. 
Odetchnął swobodnie — zdawało mu się, że tygodnie całe nie potrafił tego zrobić. Mówiono, 
że to początek końca i że alianci — przecież on sam też używał określenia „alianci", i czemuż 
by nie? — będą niedługo w Niemczech. Soames tak bardzo pragnął w to uwierzyć, iż głośno 
mówił, że nie wierzy ani jednemu słowu, podobnie jak przy pięknej pogodzie brał z sobą 
parasol, bo wtedy był pewny. A potem — dalibóg! — zakopali się w rowach. Ten rodzaj 
prowadzenia wojny, która miała trwać cztery lata, wzbudził w umyśle Soamesa umiarkowany 
zachwyt. Ale w tej niezmienności sytuacji tkwiła pewna ulga po oszałamiającym ruchu Mons 
i Marny. Soames czytywał w dalszym ciągu gazety, kiwał głową i kupował pożyczkę 
wojenną. Siostrzeniec jego, Benedykt, został oficerem w armii dowodzonej przez Kitchenera, 
syn Cecylii zaciągnął się również. Przypuszczalnie musieli to zrobić. Anetka powiedziała 
kilkakrotnie, że chce pojechać do Francji i zostać sanitariuszką. Jeszcze jedna z jej fantazji. 
Mogła tu zrobić o wiele więcej, oszczędzając i pracując szydełkiem. 
Wkrótce potem Soames zawiózł Fleur do internatu w zachodniej Anglii — nie za wcześnie, 
zeppeliny bowiem zaczęły niebawem działać. W stosunku do ich wyczynów Soames ujawnił 
pewną wrodzoną przewrotność, chociaż bowiem dla zabezpieczenia swej córki umieścił ją w 
oddalonej okolicy, to jednocześnie uważał, że ludzie robią zbyt wiele hałasu z powodu 
nalotów. Udało mu się pewnego razu zobaczyć przez okno klubowe górnego piętra jeden z 
zeppelinów w ogniu. Nic o tym nie powiedział i był rad potem — któryś z członków klubu 
ujawnił przy sposobności swoje uczucia, a te wcale nie zasługiwały na uznanie. Była to 
niewątpliwie ze strony zeppelina prowokacja, ale ostatecznie cała jego załoga spaliła się 
żywcem. Na ogół biorąc, w miarę przeciągania się wojny rzeczywistość pozostawała przed 
nim najskuteczniej ukryta, przyczyniał się do tego nie tylko rząd i gazety, ale i jego wiek, i 
pewna przegroda, którą sam wzniósł dookoła siebie. Wojna była faktem, i po cóż robić z niej 
coś więcej, niż tego wymagała konieczność? Jeśli się kiedyś skończy, to można będzie 
ostatecznie dać folgę swym uczuciom. 
I zawsze te działania morskie, udane lub nie udane wystąpienia floty, wpływały na niego 
gwałtowniej niż wydarzenia na lądzie. Ze wszystkiego, co przyniosła początkowa faza wojny, 
najboleśniej dotknęło go bodaj bombardowanie Scarborough. Był to jak gdyby wściekły cios 
w okolicy serca. Duma jego krwawiła. Świadomość, że okręty nieprzyjacielskie mogły 
podejść tak blisko, żeby obrzucić pociskami angiel- 
166 
w porządku, aby im zadać decydujący cios. To było prawie wszystko, co się słyszano, aż 
nagle dowiedziano się, że nie wiadomo, czy Paryż może być ocalony, i że rząd francuski 
przeniósł się pośpiesznie do Bordeaux. I przez cały czas nie było nic do roboty, tylko czytać 
gazety, którym niepodobna wierzyć, i słuchać szelestu szydełka Anetki. Potem nadeszły 
wiadomości o bitwie nad Marną i Soames mógł odetchnąć swobodniej. 
Odetchnął swobodnie — zdawało mu się, że tygodnie całe nie potrafił tego zrobić. Mówiono, 
że to początek końca i że alianci — przecież on sam też używał określenia „alianci", i czemuż 
by nie? — będą niedługo w Niemczech. Soames tak bardzo pragnął w tó uwierzyć, iż głośno 

background image

mówił, że nie wierzy ani jednemu słowu, podobnie jak przy pięknej pogodzie brał z sobą 
parasol, bp wtedy był pewny. A potem — dalibóg! — zakopali się w rowach. Ten rodzaj 
prowadzenia wojny, która miała trwać cztery lata, wzbudził w umyśle Soamesa umiarkowany 
zachwyt. Ale w tej niezmienności sytuacji tkwiła pewna ulga po oszałamiającym ruchu Mons 
i Marny. Soames czytywał w dalszym ciągu gazety, kiwał głową i kupował pożyczkę 
wojenną. Siostrzeniec jego, Benedykt, został oficerem w armii dowodzonej przez Kitchenera, 
syn Cecylii zaciągnął się również. Przypuszczalnie musieli to zrobić. Anetka powiedziała 
kilkakrotnie, że chce pojechać do Francji i zostać sanitariuszką. Jeszcze jedna z jej fantazji. 
Mogła tu zrobić o wiele więcej, oszczędzając i pracując szydełkiem. 
Wkrótce potem Soames zawiózł Fleur do internatu w zachodniej Anglii — nie za wcześnie, 
zeppeliny bowiem zaczęły niebawem działać. W stosunku do ich wyczynów Soames ujawnił 
pewną wrodzoną przewrotność, chociaż bowiem dla zabezpieczenia swej córki umieścił ją w 
oddalonej okolicy, to jednocześnie uważał, że ludzie robią zbyt wiele hałasu z powodu 
nalotów. Udało mu się pewnego razu zobaczyć przez okno klubowe górnego piętra jeden z 
zeppelinów w ogniu. Nic o tym nie powiedział i był rad potem — któryś z członków klubu 
ujawnił przy sposobności swoje uczucia, a te wcale nie zasługiwały na uznanie. Była to 
niewątpliwie ze strony zeppelina prowokacja, ale ostatecznie cała jego załoga spaliła się 
żywcem. Na ogół biorąc, w miarę przeciągania się wojny rzeczywistość pozostawała przed 
nim najskuteczniej ukryta, przyczyniał się do tego nie tylko rząd i gazety, ale i jego wiek, i 
pewna przegroda, którą sam wzniósł dookoła siebie. Wojna była faktem, i po cóż robić z niej 
coś więcej, niż tego wymagała konieczność? Jeśli się kiedyś skończy, to można będzie 
ostatecznie dać folgę swym uczuciom. 
I zawsze te działania morskie, udane lub nie udane wystąpienia floty, wpływały na niego 
gwałtowniej niż wydarzenia na lądzie. Ze wszystkiego, co przyniosła początkowa faza wojny, 
'najboleśniej dotknęło go bodaj bombardowanie Scarborough. Był to jak gdyby wściekły cios 
w okolicy serca. Duma jego krwawiła. Świadomość, że okręty nieprzyjacielskie mogły 
podejść tak blisko, żeby obrzucić pociskami angiel- 
166 
skie domy, i nie uległy potem zatopieniu, była dlań wyjątkowo straszna. Co będzie dalej? Z 
upragnieniem oczekiwał z dnia na dzień czegoś decydującego na morzu, jakiegoś znaku 
brytyjskiej przewagi, jak gdyby duch ożywiający hymn Rządź, Brytanio wszedł mu w krew i 
ciało. Zatopienie „Lusitanii" wstrząsnęło nim zrazu tak jak wszystkimi, ale słysząc 
złorzeczenia pod adresem Ameryki za to, że natychmiast nie wypowiedziała wojny, uważał je 
za przesadzone. Ameryka była daleko i mówić, że grozi jej niebezpieczeństwo, znaczyło to 
samo, co mówić 
0 spodziewanej klęsce Anglii. A mimo wrodzonego pesymizmu Soames nie potrafił jakoś 
nigdy w to uwierzyć. Czuł przy tym głęboko, iż nie chce ratunku od Ameryki albo innego 
mocarstwa. Ale to przekonanie łączyło się dziwnie z pewnością, że gdyby Anglia straciła tylu 
zatopionych co Ameryka, to rzuciłaby się od razu w wir walki, i Soames przyznałby jej 
całkowitą słuszność. 
Na początku 1915 roku, wskutek braku sił pracowniczych, wprzągł się znów w jarzmo firmy 
Cuthcott, Kingson i Forsyte. Pracował intensywniej niż kiedykolwiek. Wobec niepewności 
przygniatającej cały naród, przypadki prawne, z jakimi miał do czynienia, wydawały mu się 
często „małostkowe", ale zajmował się nimi sumiennie. Sprawy te pozwalały mu zapomnieć o 
wojnie i zarazem więcej subskrybować na pożyczkę wojenną. Po drugiej bitwie pod Ypres 
Soames ufundował ambulans polowy i ku swemu wielkiemu niezadowoleniu przeczytał w 
pismach własne nazwisko. Kiedy w wagonie, jadąc do miasta lub wracając, słyszał starych 
mądrali rozprawiających o prowadzeniu wojny, o charakterze Niemców, polityków, 
Amerykanów oraz innych godnych potępienia ludzi, miał taką minę, jakby chciał kichnąć. 

background image

„Co wy o tym wszystkim wiecie — myślał sobie — takie paplanie to rzecz zgoła 
nieangielska". Wiele w owym czasie było histerii i rzeczy nieangielskich. Gazety dopomagały 
temu w słowach: „Internować Hunów", i innych „nakazach chwili", jak to teraz nazywano. 
Jeśli kiedykolwiek należało zamknąć ludziom usta, to właśnie teraz. A tymczasem wszyscy 
paplali i gadali jak nigdy. 
Tak przeszły niemal dwa lata, aż wreszcie któregoś czerwcowego ranka Soames przeczytał w 
gazecie pierwszy oficjalny raport o bitwie przy brzegach Jutlandii. Trzymając w ręku 
dziennik w ten sposób, by nikt nie mógł go zobaczyć, zanim on sam podniesie się na duchu, 
Soames wyszedł przez szklane drzwi salonu na wilgotny od rosy gazon i skierował się niby 
ślepiec ku rzece. Poczuł się nagle słabo. Stojąc tak z odkrytą głową w słonecznym cieple, 
pośród cichych drzew i wody, i świergotu ptaków, jak gdyby nic nie zaszło, próbował 
zapanować nad sobą. Miał niemal uczucie panicznego strachu. Nareszcie prawdziwa bitwa 
morska, 
1 takie straty! W cieniu topoli odczytał raz jeszcze komunikat. Początek wiadomości 
przejmował zgrozą, koniec był zadowalający! Czemuż nie odwrócili porządku i nie zaczęli od 
tego, że Niemcy uciekli w popłochu? 
167 
Co też strzeliło władzom do głowy, żeby go przyprawiać o taki lęk? To było zwycięstwo, 
nawet jeśli straciliśmy wszystkie okręty. Półgłówki! Żeby w ten sposób malować czarno! Czy 
to nie jest cios w plecy? Prawdę mówiąc — tak, ale po co nabawiać ludzi śmiertelnego 
strachu, skoro nie ma do tego najmniejszej potrzeby. Zacisnąwszy zęby Soames poszedł na 
śniadanie. 
— Mieliśmy wielką bitwę morską — rzekł do Anetki. — Straciliśmy sporo okrętów, ale 
ostatecznie Niemcy uciekli. Nie zdziwiłoby mnie wcale, jeżeliby się więcej nie pokazali. 
W ten sposób przez instynktowną przewrotność przepowiedział przyszłość. 
Dalsze raporty tegoż dnia i nazajutrz potwierdziły jego niechęć do władz, które mu sprawiały 
podobne cierpienia. Cóż tu się, u licha, dzieje? Ukrywano przed ludźmi różne rzeczy, a potem 
kiedy przyszły naprawdę pomyślne nowiny, podawano je tak, jakby to była katastrofa. 
Śmierć Kitchenera, która nastąpiła w kilka dni później, choć ostudziła nieco wzburzenie 
Soamesa, nie wywarła jednak miażdżącego wrażenia. Kitchener uczynił bardzo wiele dla 
kraju, wyglądał niby lew w ogrodzie zoologicznym, ale wśród powodzi światowych wydarzeń 
nawet jego wielka postać wydawała się mała. 
Pod koniec 1916 roku Soames miał ciekawe przeżycie osobiste, które pozostawiło po sobie 
większe wrażenie, niżby przyznał, tak że nigdy nie wspominał o tym. Było to w pociągu 
idącym do Londynu. Z pobudek patriotycznych podróżował w tym czasie trzecią klasą, tego 
jednak ranka, ponieważ pociąg był pełny, wziął bilet pierwszej klasy, w której siedział młody 
oficer, mający w siatce u góry rynsztunek polowy, i młoda przystojna kobieta z 
zaczerwienionymi oczyma. Patrząc spoza gazety Soames mógł wywnioskować, że jeśli nie 
byli małżeństwem, to powinni nim zostać, gdyż ustawicznie szukali swych rąk, oczu i ust. Na 
postojach, kiedy musieli przerywać to zajęcie, Soames obserwował ich ukradkiem. Bladość i 
rozpacz na twarzy oficera i spojrzenie zaczerwienionych oczu dziewczyny sprawiały 
Soamesowi istotną przykrość. Groziła im rozłąka wraz ze wszystkimi jej tragicznymi 
przeczuciami i głębokim bólem rozstań czasu wojny, taka, jaką przeżywały tysiące ludzi na 
całym świecie! Ale była to pierwsza rozłąka widziana przez Soamesa z bliska i o wiele 
boleśniejsza, niż to sobie wyobrażał. Przy wjeździe na stację Westbourne Park młodzi objęli 
się rozpaczliwym uściskiem. Widocznie dziewczyna musiała tu wysiąść i była, zda się, 
niezdolna do tego. Próbowała opanować łzy płynące jej po twarzy. Młody oficer otworzył 
gwałtownie drzwi i niemal wypchnął ją z wagonu. Twarz dziewczyny, stojącej na peronie, 
była tak głęboko nieszczęśliwa, że Soamesowi ścisnęło się serce. Pociąg ruszył i młody oficer 

background image

cofnął się z jękiem w róg wagonu. Soames zapatrzył się w okno. Jeszcze w ciągu całej minuty 
po zatrzymaniu się pociągu na stacji Paddington spoglądał na pusty wagon 
168 
stojący na sąsiednim torze. Wreszcie, chwyciwszy parasol, wyszedł ostatni z przedziału i 
znalazłszy taksówkę rzucił szoferowi ponuro: „Poultry!" Był ponury przez cały dzień. Na 
całym świecie tak się właśnie działo — szpetna historia! A jednak ludzie byli teraz, zda się, 
więcej zajęci racjami cukru i masła niż samą wojną. Naloty, zatopione okręty i zdobywanie 
żywności — to było wszystko, o czym ludzie myśleli, i jeszcze, oczywiście, tańce w nocnych 
klubach i malowanie się. Przez całe swoje życie nie widział tylu uszminkowanych twarzy co 
teraz. Kiedy wracał późno z biura i przechodził przez Strand, wszystkie spotkane kobiety 
wyglądały jak ulicznice, które widywał za młodych lat. Róż i puder, a obok khaki! 
Tak minął rok 1917 i Fleur wyrosła na dużą dziewczynkę. Miał o niej dobre wiadomości — 
była zdolna do nauki i do sportów. Zawsze to pociecha. Tam, w zachodniej Anglii, gdzie 
znajdował się jej internat, mało słyszano o wojnie i mało jej widziano. A podczas ferii 
zatrzymywał córkę jak najwięcej w domu. Niewiele było oznak wojny w Mapledur-ham, choć 
ludzi w khaki spotykano na każdym kroku. Kiedy ogłoszono powszechny pobór, Soames 
potrząsnął głową. Nie rozumiał, czego znów chce prasa. To była rzecz nie angielska. Ale po 
wprowadzeniu poboru uważał, że jest jedynie słuszny. Mimo tego nie pochwalał nigdy 
sposobu, w jaki terroryzowano pacyfistów z przekonania. Oczywiście, nie sympatyzował z 
ich poglądami, ale oburzała go myśl, iż w takich czasach prześladowano jego współobywateli. 
Prócz tego cały wrodzony mu indywidualizm buntował się skrycie przeciwko metodom 
traktowania ludzi jak niewolników, co stało się codzienną procedurą w tych obrzydliwych 
czasach. W pierwszym roku wojny stracił dwóch ogrodników, a teraz zabierano mu dwóch 
innych, pozostawiając go jedynie z jakimś staruszkiem i chłopcem, tak że sani nieraz brał 
szpadel do ręki i pełł chwasty, podczas gdy Anetka tępiła robactwo za pomocą jakiegoś 
francuskiego środka. W domu miał zawsze tylko żeńską służbę, tak że nie mogli mu zabrać 
kamerdynera, którego nie było — i to stanowiło pewną pociechę. Ale gdyby miał auto, 
zostałby bez szofera. Czuł, że byłby zniósł utratę służby spokojnie, gdyby poszli z własnej 
woli, ale on nie przynagliłby ich nigdy do pójścia. Powstrzymałaby go od tego tajemna wiara 
w świętość osobistych uczuć, nawet jeśli chodziło o ojczyznę. Sądził, że ludzie mają prawo 
zachować własne poglądy na sprawy. Gdyby on miał poniżej czterdziestki, poszedłby 
zapewne, choć sama myśl o tym budziła w nim bolesne uczucie w okolicach żeber, tak 
surowe, brutalne i puste wydawało mu się całe to rzemiosło wojenne. Ale nie namawiałby 
innych do zaciągania się. Tego rodzaju delikatne uczucia osamotniły go bardziej jeszcze w 
City, w klubie i w pociągu, gdzie większość ludzi była, rzekłbyś, gotowa wydawać rozkazy 
innym. Soames czuł się niemal zawstydzony swoją delikatnością — niepodobna prowadzić 
wojny nie wydając ludziom rozkazów. Próbował więc tak postępować, aby nikt nie 
169 
mógł domyślić się tej słabości. Ale przy jakiejś okazji doszło do ostrego przemówienia się z 
kuzynem Jerzym Forsyte'em w jego klubie. Jerzy, o rok tylko młodszy od Soamesa, udał się 
do Hampshire, aby tam zlustrować rekrutów. Weekendy natomiast spędzał w mieście, w celu, 
jak mówił, „rozkoszowania się nalotami". Soames podejrzewał go, że rozkoszuje się prócz 
tego czymś innym jeszcze. Którejś soboty po południu Soames zauważył Jerzego siedzącego 
w wykuszu klubu, odpowiedział przechodząc na jego ukłon. Jerzy zaprosił go do stołu. 
—  Wypijesz kieliszek? — zapytał. — Nie? Może herbaty? Możesz dostać mój cukier. 
Jego drwiące oczy o ciężkich powiekach ogarnęły Soamesa od stóp do głów. 
—  Jesteś chudy jak deska — rzekł. — Co ty robisz, produkujesz ' żołnierzy dla ojczyzny? 
Warga Soamesa uniosła się w górę. 
—  To nie jest dowcipne — odparł podrażniony. — A ty co robisz? 

background image

—  Szykuję żołnierzy na śmierć. Ty też powinieneś się tym zająć. Młodzieniaszków trzeba 
teraz popędzać. 
—  Dziękuję — rzekł Soames. — To mnie nie pociąga. Jerzy uśmiechnął się ironicznie. 
—  Zbyt wybredny? 
—  Jeśli chcesz. 
—  Czym jesteś właściwie zajęty? 
—  Swymi własnymi sprawami — rzekł Soames. 
—  Spisywaniem testamentów, hm? 
Soames odstawił filiżankę i wziął kapelusz. Nigdy nie czuł do Jerzego większej antypatii niż 
w tej chwili. 
—  Nie trzeba się tak zaraz unosić — rzekł Jerzy. — Ktoś musi przecież pisać testamenty. 
Mógłbyś również sporządzić i mój: równy podział między Rogera, Eustachego i Franciszkę. 
Ty i Eustachy będziecie Wykonawcami mojej woli. Przyjedź do mnie wieczorem podczas 
nalotu. Czytałeś, że zginął syn Johna Haymana? Podobno Hunowie przygotowują na wiosnę 
wielki atak. 
Soames wzruszył ramionami. 
—  Bądź zdrów — rzekł. — Przyślę ci szkic twojego testamentu. 
—  Zrób to krótko — odparł Jerzy. — I każ mnie spalić. Nie będzie kości na żądanie. 
Soames skinął głową i oddalił się. 
Wielki atak! Czyż nie zmęczą się nigdy tym robieniem jatek ze świata? Nieraz próbował się 
przychylić do stanowiska Lansdowne'a, ale zawsze jego na wskroś buldogowata natura 
opierała się temu z pomrukiem. Koniec, który nie był końcem — po tym wszystkim to nie jest 
rozwiązanie! Wytrwać aż do... Nigdy, nawet w najgorszych chwilach nie potrafił uwierzyć, 
aby Anglia mogła być pobita. 
170 
mógł domyślić się tej słabości. Ale przy jakiejś okazji doszło do ostrego przemówienia się z 
kuzynem Jerzym Forsyte'em w jego klubie. Jerzy, o rok tylko młodszy od Soamesa, udał się 
do Hampshire, aby tam zlustrować rekrutów. Weekendy natomiast spędzał w mieście, w celu, 
jak mówił, „rozkoszowania się nalotami". Soames podejrzewał go, że rozkoszuje się prócz 
tego czymś innym jeszcze. Którejś soboty po południu Soames zauważył Jerzego siedzącego 
w wykuszu klubu, odpowiedział przechodząc na jego ukłon. Jerzy zaprosił go do stołu. 
—  Wypijesz kieliszek? — zapytał. — Nie? Może herbaty? Możesz dostać mój cukier. 
Jego drwiące oczy o ciężkich powiekach ogarnęły Soamesa od stóp do głów. 
—  Jesteś chudy jak deska — rzekł. — Co ty robisz, produkujesz 1 żołnierzy dla ojczyzny? 
Warga Soamesa uniosła się w górę. 
—  To nie jest dowcipne — odparł podrażniony. — A ty co robisz? 
—  Szykuję żołnierzy na śmierć. Ty też powinieneś się tym zająć. Młodzieniaszków trzeba 
teraz popędzać. 
—  Dziękuję — rzekł Soames. — To mnie nie pociąga. Jerzy uśmiechnął się ironicznie. 
—  Zbyt wybredny? 
—  Jeśli chcesz. 
—  Czym jesteś właściwie zajęty? 
—  Swymi własnymi sprawami — rzekł Soames. 
—  Spisywaniem testamentów, hm? 
Soames odstawił filiżankę i wziął kapelusz. Nigdy nie czuł do Jerzego większej antypatii niż 
w tej chwili. 
—  Nie trzeba się tak zaraz unosić — rzekł Jerzy. — Ktoś musi przecież pisać testamenty. 
Mógłbyś również sporządzić i mój: równy podział między Rogera, Eustachego i Franciszkę. 
Ty i Eustachy będziecie Wykonawcami mojej woli. Przyjedź do mnie wieczorem podczas 

background image

nalotu. Czytałeś, że zginął syn Johna Haymana? Podobno Hunowie przygotowują na wiosnę 
wielki atak. 
Soames wzruszył ramionami. 
—  Bądź zdrów — rzekł. — Przyślę ci szkic twojego testamentu. 
—  Zrób to krótko — odparł Jerzy. — I każ mnie spalić. Nie będzie kości na żądanie. 
Soames skinął głową i oddalił się. 
Wielki atak! Czyż nie zmęczą się nigdy tym robieniem jatek ze świata? Nieraz próbował się 
przychylić do stanowiska Lansdowne'a, ale zawsze jego na wskroś buldogowata natura 
opierała się temu z pomrukiem. Koniec, który nie był końcem — po tym wszystkim to nie jest 
rozwiązanie! Wytrwać aż do... Nigdy, nawet w najgorszych chwilach nie potrafił uwierzyć, 
aby Anglia mogła być pobita. 
170 
W marcu 1918 roku Soames chorował w Mapledurham, przeziębiwszy się silnie, i ledwie 
wstał z łóżka, kiedy się rozpoczął wielki atak niemiecki. A nadszedł tak niespodziewanie, że 
wstrząsnął nim do samej głębi, wywołując zwykłe pragnienie ucieczki od ludzi. Soames 
skierował się z wolna na gromadzką łąkę, usiadł na swym płaszczu pod krzakiem janowca. 
Wokół panowała cisza i pachniało wiosną. Śpiewał skowronek. A tam Niemcy parli naprzód! 
Z głębi jego istoty wydobywało się coś w rodzaju modlitwy, kiedy tak siedział w ciszy 
ciepłego dnia. Słyszał tyle razy, że .jesteśmy na to przygotowani", a teraz, jak się zdaje, było 
na odwrót. Zawsze to samo! Zbyt pewni siebie! Siedział nasłuchując, jak gdyby można było 
usłyszeć daleką kanonadę. Dozorca śluzy usłyszał ją podobno raz. Właśnie! Nie mógł! A 
może słyszał? Czy to nie?... Absurd! Soames położył się na wznak, przykładając ucho do 
ziemi, ale pochwyciło ono delikatny poszum wiatru i bzykanie dzikiej pszczoły pośród 
kwitnącego janowca. Przyjemniejsze dźwięki niż grzmot dział. Teraz uszu jego doszedł 
pierwszy odgłos dzwonu z wiejskiego kościoła. Tam ludzie wnet obsiada ławki, uklękną i 
zaczną myśleć o niemieckim ataku, i wcale go nie zdziwi, jeśli proboszcz zaintonuje specjalne 
modły na intencję klęski Niemców. Tak, zgładzić lub być zgładzonym — wszystko właściwie 
sprowadza się do tego! Zabawna historia — życie żywi się życiem albo raczej śmiercią 
innych. Według najnowszych badań cała materia jest ograniczona i każdy twór żywi się 
innym tworem lub przynajmniej jego elementami. Ziemia też jest rozpadłym tworem, z 
którego powstają nowe twory, człowiek spożywa je, potem sam ulega rozpadowi powodując 
powstanie nowych tworów, spożywanych następnie przez kogoś, i tak w kółko. Pomimo tej 
ofensywy niemieckiej Soames nie mógł oprzeć się radości życia po dwutygodniowym 
zamknięciu w domu. Również i jego węch, skazany przez tak długi czas wyłącznie na zapach 
wody kolońskiej, był tego ranka szczególnie wrażliwy — mógł wąchać j ano wiec o zapachu 
subtelniejszym od wielu innych. „Janowca woń przynosi wiatr z odległych wzgórz" — gdzieś 
to wyczytał. I pomyśleć, że tam jego współobywatele walczą i umierają miażdżeni na atomy 
— młodzi chłopcy z jego biura; z jego ogrodu, ze wszystkich biur i ogrodów Anglii — by 
ocalić Anglię, ocalić świat, jak powiadają, ale to są koszałki-opałki! A kto wie, może po tych 
czteroletnich straszliwych zmaganiach nie ocalą Anglii? Podkurczywszy pod siebie cienkie 
nogi Soames patrzył w stronę rzeki, gdzie stał jego dom. Tak, ocalają, choćby to miało 
oznaczać cofnięcie granicy wieku rezerwy o dziesięć lat albo w ogóle zniesienie tej granicy! 
Anglia pod obcym panowaniem? Nigdy! Pogrzebał trochę ręką, wziął garstkę ziemi i podniósł 
machinalnie do nosa. Pachniała tak, jak właśnie pachnieć powinna — ziemią, i obudziła w 
Soamesie szczególne, swoiste wrażenie. Angielska ziemia! Hm! Ziemia pozostaje ziemią — 
w Anglii czy w Timbuktu! Zabawne to — dać życie za to, co miało zupełnie taki sam zapach 
jak jego pieczarkarnia. Nadaje się 
171 
czemuś nazwę i umiera się za to! Oto śpiewa skowronek — prawdziwie angielski ptak, 
wesoły i beztroski, wywodzący trele bez żadnej świadomości i troski o cokolwiek. Umilkły 

background image

dzwony wzywające na modlitwę. Jeżeli ludzie sądzą, że Pan Bóg szczególnie interesuje się 
Anglią, to się bardzo mylą! Bóg nie zrobi dla nich nic! Ludzie muszą sobie sami pomagać, a 
jeśli tego nie czynią, to czeka ich śmierć! Choćby i te łodzie podwodne. Zdać się na Pana 
Boga i czekać, co z tego wyniknie? No, to nim się człowiek obejrzy — umrze z głodu! 
Ciepłe powietrze i ukośnie padające promienie słoneczne łagodnie grzały blade wskutek 
długiego leżenia policzki Soamesa. Ale tam! Kiedy wojna się skończy, on tu przyjdzie znów 
zobaczyć, jak się będzie czuł, kiedy nic człowieka nie gniecie pod piątym żebrem. Ładny 
kawał gruntu — wysoko położony i otwarty. A teraz musi już iść do domu, a tam dadzą mu 
bulion z kury i usłyszy uwagę Anetki, że Anglicy nigdy nie patrzą dalej swego nosa — co 
było rzeczywiście prawdą — a on jej powie, że wcale tak nie jest. Ciężko bardzo, kiedy się 
wyczekuje wiadomości jak on.  Soames wstał. Dwunasta! Modlitwy skończone,  rozpoczęło 
się kazanie. Żal mu było tego pastora — z pewnością prawi o Filistynach! Oślich łbów jest 
rzeczywiście dużo,  ale nie ma nigdzie  Soamesa. Janowiec tego roku zakwitł wcześnie i 
pięknie. Jak to mówią: kiedy janowiec przekwitnie — nie wypada się całować. Zastanawiał 
się, co by tak powinno przekwitnąć, żeby nie wypadało się zabijać? Przeleciał sokół! Soames 
stanął i patrzył, jak ptak szybuje w powietrzu, a potem kołuje bokiem i wreszcie zawisa, zda 
się, w powietrzu niecąc czerwone blaski. W bladym świetle słonecznym Soames poszedł z 
wolna wzdłuż rzeki do domu. 
Nadszedł lipiec. Ofensywa niemiecka dawno się już załamała, odbudowano fronty, 
Amerykanie przybyli tłumnie. Foch objął naczelne dowództwo. Może było to konieczne, 
Soames sam dobrze nie wiedział, ale nieumiarkowane zadowolenie Anetki nie sprawiało mu 
przyjemności i — o ile się orientował — końca zgoła nie było widać. Pewnego dnia zwrócił 
się do Winifredy ze słowami, które zmieniły decydująco losy świata. 
— Nigdy nie wygramy — rzekł. — Straciłem już wszelką nadzieję. Żołnierze są dobrzy, ale... 
wodzowie! Nie ma wśród nich ani jednego, straciłem już wszelką nadzieję! 
Nikt jeszcze nie słyszał go tak mówiącego, nigdy też nie wygłosił takiego wyroku. Nazajutrz 
poranne dzienniki radośnie obwieściły, że zatrzymano niemiecką ofensywę przeciwko 
Francuzom i że Francuzi wraz z Amerykanami przerwali nieprzyjacielski front. Od tego dnia 
alianci, jak ich Soames ciągle nazywał, nie cofali się już więcej. 
172 
Ludzie interesujący się tymi kwestiami będą może rozważali pytanie, czy Soames — 
podobnie jak wiele innych osób — wygrał rzeczywiście wojnę, czy też dzięki ukrytej 
wrażliwości odczuł on,, wcześniej niż gazety, znaczenie wypadków i natychmiast tłumaczył 
je na opak, jak przystało na przekornego indywidualistę? Cokolwiek jest prawdą, Soames 
odczuł nadzwyczajną ulgę widząc, że wypadki przeczą jego zdaniu. Po raz pierwszy od trzech 
lat spędził popołudnie niedzielne w swej galerii obrazów. Francuzi szli naprzód. Anglicy 
czekali tylko, aby pójść naprzód, Amerykanie dobrze się sprawiali, skończyły się naloty, 
łodzie podwodne unicestwione. A wszystko to wydarzyło się, rzekłbyś, w ciągu dwóch dni. 
Kiedy Soames stał przed obrazem Goyi i oglądał reprodukcje fotograficzne malowideł z 
Prado, przyszła mu do głowy pewna myśl. Na płótnie Goi La Vendimia dziewczyna z 
koszykiem na głowie przypominała mu Fleur. Podobieństwo było niezaprzeczone. Po 
skończonej wojnie poleci jakiemuś artyście wykonać kopię tej dziewczyny — o ile sobie 
przypomina, koloryt był bardzo miły. To mu będzie przypominało przyjemne rzeczy: córkę 
oraz zwiedzane przez niego Prado, zanim kupił od lorda Burlingforda „Goyę" w roku 1910. 
Od lat już nie miał myśli nie zmąconych wojną — było to niemal błogosławieństwo 
oznaczające powrót do życia oderwanego od walki i mordów, powrót do Dumetriusa. I 
zadzwoniwszy kazał przynieść lampkę wina. Wypił trochę tylko, ale miał wrażenie, że żyje 
niemal w epoce wiktoriańskiej. Co też robili podczas lat wojny Jolyon i Irena? Czy również 
niepokoili się i schudli jak on? Przypuszczalnie! Ich syn będzie, o ile się nie myli, w roku 
przyszłym w wieku poborowym. Po tysiąc razy rad był, że Fleur sprawiła mu zawód i jest 

background image

dziewczyną. Był to, na ogół, najszczęśliwszy dzień, jaki przeżył od dnia, kiedy kupił Jamesa 
Marisa w lipcu 1914 roku... 
Teraz Soames zaczął z wolna przybierać na wadze, bo choć bitwy trwały dalej, ciężkie i 
krwawe, jednak wojna toczyła się już we właściwym kierunku, o czym zwątpił w ostatniej 
chwili. Nieprzyjaciel cofał się. Bułgarzy, Turcy, również i Austriacy mieli, jak mówiono, 
odpaść. A przez cały czas Amerykanie przybywali masowo. Soames spotykał oficerów 
amerykańskich w Londynie jadąc do City i wracając do domu. Nosili mundury koloru khaki i 
wysokie kołnierze, a nieraz i binokle. Musieli się czuć niezbyt wygodnie, mieli jednak dobry 
humor i wszystko, co można nabyć za pieniądze — a to była rzecz ważna. Soames często 
myślał, co też on zrobi, kiedy się skończy wojna. Jedni prawdopodobnie się upiją, inni 
potracą głowy i zapewne też — kapelusze. Ale on nie widział odpowiedniego sposobu 
wyrażenia swych uczuć. Myślał o wyjeździe do Brighton i o łowieniu ryb z łódki. Myślał też, 
żeby odwiedzić Fleur i następnie wrócić do domu. Albo też stanie w tłumie na wprost 
Downing Street jak wówczas, kiedy wojna się rozpoczęła. Nic z tego nie zadowalało go. 
Właśnie Austriacy przestali się bić. Jakoś nie myślał nigdy, że Anglia jest w stanie wojny z 
Austrią — mili ludzie, choć 
173 
mają za dużo arcyksiążąt. A teraz, kiedy ich pobito, arcyksiążęta zaś zostali wypędzeni, 
niemal było mu ich żal. Mówiono, że końca wojny należy oczekiwać lada dzień. Soames nie 
był taki pewny. Niemcy zawsze mieli coś jeszcze w zanadrzu. Okazali się nadzwyczaj 
waleczni, nie ma co mówić, w gruncie rzeczy może nazbyt waleczni. Nie zdziwiłby się, 
gdyby tak w ostatniej chwili usiłowali zniszczyć Londyn. Powodowany nieświadomą 
przewrotnością, Soames zamieszkał u Winifredy przy Green Street. Dziewiątego listopada 
przypadały jego sześćdziesiąte czwarte urodziny — na szczęście nikt o tym nie pamiętał. 
Nigdy nie znosił otrzymywania życzeń wszelkiej pomyślności oraz upominków — co za 
niedorzeczność! Wszyscy byli pewni, że już nastąpił koniec. Ale Soames powiedział: 
„Wspomnicie moje słowa, oni jeszcze na ostatek wykonają olbrzymi nalot". Opracowywano 
warunki zawieszenia broni i mówiono powszechnie, że podpisanie ich nastąpi każdej chwili. 
Soames potrząsał głową. W tym stanie niezdecydowania nie udał się jedenastego listopada do 
City i siedział właśnie w jadalni przy Green Street, kiedy rozległy się syreny alarmowe 
obwieszczające nalot. Czyż on tego nie mówił? Teraz minie kwadrans,  zanim rozpocznie się 
nalot. Trzeba wysunąć nos i zobaczyć, co się dzieje. Ulica była pusta, tylko jakaś stara kobieta 
— zapewne wyrobnica — stała ze ścierką w ręku na progu sąsiedniego domu. Soamesa 
uderzył wyraz jej twarzy. Gościł tam uśmiech, jaki poeci nazywają ekstatycznym. Skinęła w 
jego stronę ścierką, a potem — rzecz szczególna — otarła sobie nią oczy. Od strony Park 
Lane rozległy się dźwięki, radosne fale okrzyków. Soames ujrzał wybiegających z domów 
ludzi. Jakiś człowiek rzucił na chodnik kapelusz i zaczął po nim tańczyć. To nie mógł być 
nalot, nikt by tak nie postępował. Jak to? No, oczywiście, to było zawieszenie broni! 
Nareszcie! I drżąc na całym ciele, Soames wyszeptał cicho: „Bogu dzięki!" Przez chwilę 
pragnął pobiec na Park Lane, skąd dochodziły radosne okrzyki, ale nagle wydało mu się to 
zbyt wulgarne. Wrócił do domu zatrzaskując drzwi. Znalazłszy się w jadalni usiadł w fotelu i 
odwrócił się tyłem do tego wszystkiego. Siedział tak bez ruchu, tylko dyszał ciężko, jak 
gdyby dopiero co biegł. Usta drżały mu wciąż. Dziwne! I nagle — nigdy w życiu nie zdradził 
się z tym — łzy ' spłynęły mu z oczu i spadły na sztywny kołnierzyk. Nie sądził, że potrafi 
płakać, i pozwolił im płynąć. Ta długa, długa wojna skończyła się. Koniec! Po czym widząc, 
że jeśli nie będzie uważał, wypadnie mu zmienić kołnierzyk, wyjął z kieszeni chustkę. To 
przyznanie się do wzruszenia podziałało jak zaklęcie. Łzy wyschły i otarłszy dokładnie ich 
ślady Soames przechylił się w tył przymykając oczy. Przez dłuższy Czas trwał w tej pozie, jak 
gdyby odpoczywał po całodziennej pracy. Dźwięki dzwonów i odgłosy radości wdzierały się 
do zamkniętego pokoju, ale Soames siedział samotny i drżący z głową opuszczoną na piersi. 

background image

Wstał wreszcie i zbliżywszy się do kredensu nalał sobie kieliszek 
174 
 
mają za dużo arcyksiążąt. A teraz, kiedy ich pobito, arcyksiążęta zaś zostali wypędzeni, 
niemal było mu ich żal. Mówiono, że końca wojny należy oczekiwać lada dzień. Soames nie 
był taki pewny. Niemcy zawsze mieli coś jeszcze w zanadrzu. Okazali się nadzwyczaj 
waleczni, nie ma co mówić, w gruncie rzeczy może nazbyt waleczni. Nie zdziwiłby się, 
gdyby tak w ostatniej chwili usiłowali zniszczyć Londyn. Powodowany nieświadomą 
przewrotnością, Soames zamieszkał u Winifredy przy Green Street. Dziewiątego listopada 
przypadały jego sześćdziesiąte czwarte urodziny — na szczęście nikt o tym nie pamiętał. 
Nigdy nie znosił otrzymywania życzeń wszelkiej pomyślności oraz upominków — co za 
niedorzeczność! Wszyscy byli pewni, że już nastąpił koniec. Ale Soames powiedział: 
„Wspomnicie moje słowa, oni jeszcze na ostatek wykonają olbrzymi nalot". Opracowywano 
warunki zawieszenia broni i mówiono powszechnie, że podpisanie ich nastąpi każdej chwili. 
Soames potrząsał głową. W tym stanie niezdecydowania nie udał się jedenastego listopada do 
City i siedział właśnie w jadalni przy Green Street, kiedy rozległy się syreny alarmowe 
obwieszczające nalot. Czyż on tego nie mówił? Teraz minie kwadrans, zanim rozpocznie się 
nalot. Trzeba wysunąć nos i zobaczyć, co się dzieje. Ulica była pusta, tylko jakaś stara kobieta 
— zapewne wyrobnica — stała ze ścierką w ręku na progu sąsiedniego domu. Soamesa 
uderzył wyraz jej twarzy. Gościł tam uśmiech, jaki poeci nazywają ekstatycznym. Skinęła w 
jego stronę ścierką, a potem — rzecz szczególna — otarła sobie nią oczy. Od strony Park 
Lane rozległy się dźwięki, radosne fale okrzyków. Soames ujrzał wybiegających z domów 
ludzi. Jakiś człowiek rzucił na chodnik kapelusz i zaczął po nim tańczyć. To nie mógł być 
nalot, nikt by tak nie postępował. Jak to? No, oczywiście, to było zawieszenie broni! 
Nareszcie! I drżąc na całym ciele, Soames wyszeptał cicho: „Bogu dzięki!" Przez chwilę 
pragnął pobiec na Park Lane, skąd dochodziły radosne okrzyki, ale nagle wydało mu się to 
zbyt wulgarne. Wrócił do domu zatrzaskując drzwi. Znalazłszy się w jadalni usiadł w fotelu i 
odwrócił się tyłem do tego wszystkiego. Siedział tak bez ruchu, tylko dyszał ciężko, jak 
gdyby dopiero co biegł. Usta drżały mu wciąż. Dziwne! I nagle — nigdy w życiu nie zdradził 
się z tym — łzy spłynęły mu z oczu i spadły na sztywny kołnierzyk. Nie sądził, że potrafi 
płakać, i pozwolił im płynąć. Ta długa, długa Wojna skończyła się. Koniec! Po czym widząc, 
że jeśli nie będzie uważał, wypadnie mu zmienić kołnierzyk, wyjął z kieszeni chustkę. To 
przyznanie się do wzruszenia podziałało jak zaklęcie. Łzy wyschły i otarłszy dokładnie ich 
ślady Soames przechylił się w tył przymykając oczy. Przez dłuższy czas trwał w tej pozie, jak 
gdyby odpoczywał po całodziennej pracy. Dźwięki dzwonów i odgłosy radości wdzierały się 
do zamkniętego pokoju, ale Soames siedział samotny i drżący z głową opuszczoną na piersi. 
Wstał wreszcie i zbliżywszy się do kredensu nalał sobie kieliszek 
174 
starego, ojcowskiego, ciemnego sherry. Po czym wziąwszy płaszcz i parasol wyszedł, sam nie 
wiedział, dokąd i po co. 
Kierował się przez spokojne ulioe w stronę Piccadllly. Kiedy mijał ludzi, ci uśmiechali się 
doń. Nie było mu to przyjemne, musiał bowiem odpowiadać uśmiechem. Niektórzy rzucali w 
przejściu jakieś uwagi 
— rozmawiali z sobą, z Panem Bogiem albo mówili w próżnię. Co jakiś czas ktoś zaczynał 
biec. Doszedł do Piccadilly i tu mu się nie podobało. Pełno było ciężarówek i omnibusów 
zatłoczonych ludźmi, którzy wznosili okrzyki i zachowywali się  niepoczytalnie.  Minąwszy 
możliwie najspieszniej tę ciżbę, Soames przeszedł przez Green Park, zostawiając za sobą 
tłumy przed pałacem Buckinghamskim. Dobrnął do Westmins-teru i do gmachu parlamentu. 
Tłumy, wszędzie tłumy! Skręciwszy w bok szedł bulwarami wzdłuż rzeki — sam nie 
wiedział, dokąd i po co. Od Blackfriars skierował się ku City i dotarł do Ludgate Hill. I nagle 

background image

zrozumiał, dokąd szedł — do kościoła św. Pawła. Tłum wznosił się gigantyczną masą na tle 
szarego, listopadowego nieba, wyniosły ponad masą chorągwi i ludzi, milczący pośród 
wrzawy okrzyków i dzwonów. Soames wszedł po schodach i znalazł się wewnątrz. Nie był tu 
od początku wojny, a i teraz nie przybył, by obcować z Bogiem. Przyszedł, bo kościół był 
wielki i stary, i pusty, i angielski oraz dlatego, że budził w nim wspomnienia. 
Przemierzywszy nawę spojrzał w górę na sklepienie kopuły. Krzysztof Wren!1 Dobre, stare 
nazwisko angielskie. Dobre, stare angielskie kamienie i kości! Skończyła się groza 
gwałtownej śmierci, skończyły bomby i zatapianie okrętów, skończyło się wyciąganie 
nieszczęsnej młodzieży z domu na pewną zagładę. Pokój! Soames stał wsparłszy obie ręce na 
parasolu, a jego lewe kolano zgięło się lekko, jak gdyby w pozycji „spocznij". Blada, 
wzniesiona w górę, zamknięta w sobie twarz miała wyraz ironicznego zamyślenia. Rzeki krwi 
i łez! Po co? Wzrok jego padł na coś jaskrawego. Sztandary! Nawet tu nie mogą się bez nich 
obejść! Sztandar! Straszliwa rzecz — wzniosła i straszliwa 
— Sztandar! 
Architekt, twórca kościoła św. Pawła w Londynie. 
SPIS   TREŚCI 
Przedmowa...........            5 
Sprzączki „Superior Dosseta" (1821—1863) ...            7 
Klepsydra czasu (1821—1863) ......          16 
Mała przejażdżka Estery (1845)......         23 
Tymoteusz  w  opałach  (1851).......         30 
Konkury o ciotkę Julę (1855)......         40 
Mikołaj — król (1864)........         47 
Przykra historia (1867) ........         56 
Bunt w domu Rogera (1870) ......         67 
Pierwsze kulawe kaczątko June (1876) ....         75 
Pies w domu Tymoteusza (1878).....         82 
Letni   szał  (1880).........         97 
Hondekoeter    (1880)........        101 
Krzyk   pawia   (1883).........        HO 
Cudzoziemski żebrak Franciszki (1888) .      .      .     .       114 
„Czwórkowy  Forsyte"  (1890)......       125 
Wady Tweetymana (1895) .......       132 
„Bracia syjamscy"  (1900).......        139 
Forsyte wchodzi w lud (1917).....'.145 
Soames  i  Sztandar  (1914—1918).....        153