background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

TĘSKNOTA I NADZIEJA 

 

SAGA CÓRKA MORZA IV 

 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth wpatrywała się w plecy Jensa. Poprosiła go, żeby dokonał jakiegoś wyboru. 

Albo  zdecydował  się  dochować  tajemnicy,  albo  zameldował,  że  jego  żona  popełniła 
morderstwo.  Jak  mogłam  to  zrobić?  –  pomyślała,  ogarniając  kuchnię.  Czy  to  były  słuszne 
pozwolić, by Jens miał decydować o moim życiu lub śmierci? 
 

Jej  spojrzenie  zatrzymało  się  na  wąskiej  zasłonce  w  oknie,  uszytej  ze  starej  sukni 

matki na ich wesele. Jaka duma była z tych zasłonek. Dlaczego teraz myślę o tych sprawach? 
–  zdumiała  się.  Czyżbym  miała  stąd  odejść?  Bo  wkrótce  będę  musiała  umrzeć?  Drżenie 
ogarniało całe ciało niczym fala mdłości. 
 

Nie  miała  pojęcia,  ile  czasu  minęło  od  chwili,  kiedy  zadała  mu  swoje  pytanie  może 

tylko sekundy, albo minuty? Mogła minąć godzina, lub całe życie. 
 

Znowu  zaczęła  przyglądać  się  Jensowi.  Pochylił  się  do  przodu  i  ukrył  twarz  w 

dłoniach, a potem jął przeczesywać włosy palcami i wpatrywać się w nią pustym wzrokiem. 
 

Pewnie  się  zastanawia,  co  powiedzieć,  pomyślała,  czując,  że  ciało  ma  zdrętwiałe. 

Jakby to nie o nią chodziło. Otworzyła usta, żeby poprosić go o jakąś decyzję, ale nie mogła 
słowa wykrztusić. 
 

Wtedy on się wolno i znowu na nią popatrzył. Niebieskie oczy były wielkie. Można by 

w nich utonąć, pomyślała z żalem i chciała rzucić mu się w ramiona. 
 

Cofnąć wszystko, powiedzieć, że to nieprawa. Ale przecież nie mogła. 

 

Jens odchrząknął, potem wstał. 

 

-  Nie  całkiem  rozumiem  to,  co  zrobiłaś,  Elizabeth.  Niezależnie  od  tego,  co  Leonard 

zrobił tobie, to było morderstwo. Odebrałaś życie drugiemu człowiekowi. 
 

Chciała  się  bronić,  powiedzieć,  że  wtedy  czuła,  jakby  jej  życie  się  skończyło,  tego 

samego  dnia,  gdy  Leonard  sponiewierał  jej  ciało.  Ale  tym  razem  też  słowa  nie  chciały 
wydostać się z gardła. Jens ją osądził. Teraz nieważne już, co ona myśli to nie ma znaczenia. 
Skoro nawet on nie mógł zrozumieć, to kto będzie w stanie to zrobić? 
 

- Próbowałem pojąć twój gniew i bezsilność, jakie odczuwałaś. Rozumiem, że chciałaś 

się zemścić, ale żeby w ten sposób… 
 

Zrobił  parę  kroków  w  jej  stronę,  zatrzymał  się  i  spoglądał  na  żonę  z  góry.  Ogarnął 

spojrzeniem jej twarz, a potem mówił dalej: 
 

-  Jeśli  zgodzę  się  dźwignąć  tę  tajemnicę  razem  z  tobą,  to  w  jakiś  sensie  stanę  się 

współwinnym morderstwa. Wiesz o tym? 
 

Elizabeth  przytaknęła,  ale  nie  przestawała  patrzeć  mu  w  oczy.  Jego  oczy  to  ostatnie, 

co  będę  wspominać,  zanim  umrę,  pomyślała,  jego  cudowne  niebieskie  oczy  o  wielkich 
czarnych źrenicach. 
 

- Ale ja cię kocham, Elizabeth – mówił dalej Jens. – Kocham cię bardziej niż własne 

ż

ycie. Dlatego nic nie powiem. I będę ci pomagał dźwigać twoje brzemię. 

 

Elizabeth  stała,  wpatrując  się  w  niego,  a  słowa  wolno  do  niej  docierały.  Czy  dobrze 

usłyszała? Jens objął ją silnymi ramionami i mocno przycisnął do piersi. Elizabeth przytuliła 
do  niego  policzek,  słyszała  teraz  bicie  jego  serca.  Czuła  skórę  pachnącą  Jensem,  czuła  jego 

background image

 

2

wargi  na  swoich  włosach  delikatne  pocałunki  i  głos,  który  szeptał  słowa  miłości.  Elizabeth 
nie wiedziała nawet, że  płacze, dopóki nie uniósł twarzy i nie otarł łez. 
 

- Teraz powinniśmy się położyć – rzekł łagodnie i poprowadził ją ku schodom. 

 

Dopiero leżąc  pod kołdrą poczuła, jak bardzo zmarzła. 

Przytuliła  się  mocno  do  silnego  ciała  męża,  ale  zimno  tkwiło  bardzo  głęboko,  w  samym 
szpiku, i nie chciał jej opuścić. Miała w głowie mnóstwo niewypowiedzianych słów, które też 
nie  chciały  wyjść  na  zewnątrz.  Na  tyle  pytań  pragnęła  otrzymać  odpowiedź!  Może  będę 
mogła zapytać później, jak Jens wróci z połowów, pomyślała, przymykając oczy. 
 

-  Teraz  powinnaś  tylko  spać  –  szepnął  Jens  do  jej  ucha.  –  Moja  mała  Elizabeth 

potrzebuje odpoczynku. Jutro wszystko wyda ci się lepsze. 
 

Ale  ona  chciała  czuwać.  Do  jego  wyjazdu  zostało  już  tak  niewiele  godzin.  Mimo  to 

musiała  jednak  zasnąć,  bo  gdy  o  brzasku  otworzyła  oczy,  łóżko  było  puste.  Nawet  nie 
zauważyła, że Jens wyszedł. 
 

Elizabeth leżała, wdychając zapach jego poduszki. 

 

- Nigdy nie wypiorę tej poszewki – szeptała – To będzie moja pociecha, dopóki on nie 

wróci. 
 

Skuliła się w pozycji płodu i przymknęła oczy. Czy słusznie postąpiła, przyznając się 

do wszystkiego? Lina ją o to prosiła, ale… czy naprawdę? Może Lina to tylko przywidzenie? 
Może…  -  pytań  było  mnóstwo  i  żadnej  odpowiedzi.  Jednego  tylko  była  pewna:  wystarczy 
nieostrożne słowo Jensa, by Elizabeth została osądzona. Jeśli powie coś choćby jednej jedynej 
osobie, dla nie będzie to oznaczało śmierć. Zimno powrócił do jej ciała. 
 
 

Kiedy  Maria  wprowadziła  się  do  jej  domu,  pojawił  się  w  nim  zupełnie  inny  nastrój. 

Mała siostra gadała niemal nieprzerwanie o wszystkim, co ją zajmowało, ale akurat tego dnia 
siedziała milcząca i dziubała drutem do robótek blat stołu. Elizabeth podeszła, zabrała jej drut 
i odłożyła do koszyka z włóczką, potem wróciła do zmywania. 
 

- Nauczyciel się o ciebie pytał – oznajmiła Maria swobodnie, 

 

Elizabeth obróciła się w kółko o popatrzyła na siostrę. 

 

- Czego chce? Mam nadzieję, że nie zrobiłaś nic, czego musiałabym się wstydzić? 

 

Maria przewracała oczami. 

 

- Oczywiście, że nic takiego nie zrobiłam. On się po prostu o  ciebie pytał, jak ci się 

powodzi. 
 

Elizabeth zastanawiała się nad tymi słowami. 

 

- Nie mówił nic więcej? – spytała, słysząc, że głos ma nienaturalnie wysoki. 

 

Maria  patrzyła  na  siostrę  przez  chwilę,  zanim  wzięła  ścierkę,  którą  podawała  jej 

Elizabeth. 
 

- Nie, dlaczego miałby to robić? 

 

- Bez powodu. – Elizabeth poczuła, że poci się i rumieni. Maria myśli pewnie, że on 

pytał  z  uprzejmości,  ale  Elizabeth  wiedziała,  że  za  tymi  słowami  kryje  się  coś  więcej. 
Przeniknął ją dreszcz, zrobiło jej się niedobrze, 
 

- Może wreszcie umyjesz tę filiżankę, żebym mogła ją wytrzeć? – spytała Maria. 

 

- Oczywiście – odparła Elizabeth nieobecna myślami i nadal stała, wpatrując się przed 

siebie. – Muszę iść na chwilę na strych – powiedziała nieoczekiwanie i, odstawiając filiżankę, 
wbiegła po schodach na górę. 
 

W sypialni uklękła przed oknem i przyglądała się pokrytemu śniegiem krajobrazowi. 

Dlaczego,  na  Boga,  nauczyciel  przesyła  mi  pozdrowienia?  –  zastanawiała  się.  Ciekawe,  jak 
on pytał?  I niemniej ciekawe, dlaczego.  Zagryzła dolną wargę. Maria coś ukrywała. Na tyle 
dobrze zna. Gdyby tylko Jens tu był, pomyślała z westchnieniem i wstała. Spojrzenie padło na 
skrzynię,  leżała  na  niej  Biblia  Jensa.  Ostrożnie  wzięła  książkę  i  otworzyła  na  pierwszej 
stronie. 

background image

 

3

 

Amor vincit omnia – przeczytała głośno. Miłość wszystko zwycięża, przetłumaczyła 

sama sobie. Jens zapomniał wziąć Bibliępomyślała. Moim zdaniem to znak, nie wiem tylko, 
czy dobry, czy zły. 
 
Rozdział 2 
 
 

Elizabeth  zawsze  przestrzegała  zasady,  że  w  sobotę  dom  musi  być  gruntownie 

wysprzątany.  Ani  razu  tego  nie  zaniedbała,  co  napawało  ją  dumą.  Teraz  wyprostowała  się  i 
zadowolona patrzyła na wyszorowane do białości deski podłogi. 
 

-  No  to  zrobione  –  powiedziała  do  Marii.  –  A  ty  skończyłaś  swoje?  –  spytała, 

spoglądając przez ramię na siostrę, która wybierała popiół z pieca. 
 

-  Tak,  zaraz  kończę.  Muszę  tylko  jeszcze  wynieść  wiadro.  Nie  masz  pojęcia,  jak 

niewiele dzieci teraz chodzi do szkoły, Elizabeth – odpowiedziała. – Prawie wszyscy chłopcy 
wyjechali na połów. W każdym razie ci najwięksi. 
 

Elizabeth skinęła głową i wyżęła ścierkę do podłogi. 

 

- Dziwne, że nauczyciel w ogóle prowadzi szkołę w tym czasie. Chyba nie bardzo ma 

kogo nauczać? 
 

-  Nie,  tylko  ja,  Indianne  i  Olav,  i  jeszcze…  -  Dziewczynka  liczyła  na  palcach:  -  I 

jeszcze czworo. – Siedziała i patrzyła na podłogę, w palcach zwijała brzeg spódnicy. 
 

Elizabeth widziała, że nad czymś się zastanawia i spytała ostrożnie: 

 

- Wszystko w porządku w szkole? 

 

Maria drgnęła i zarumienia się. 

 

- Tak, dlaczego pytasz? 

 

-  Bo  jeśli  jest  coś,  co  cię  niepokoi,  to  po  prostu  powiedz,  Maryjko,  a  ja  zrobię 

wszystko, żeby to zmienić.  
 

Maria zagryzła dolną wargę, wzrok miała teraz rozbiegany. 

 

- Właściwie to jest coś, co chciałam ci powiedzieć. 

Coś o nauczycielu. On… - więcej nie zdążyła powiedzieć, bo drzwi otworzyły się z trzaskiem 
i w progu stanęła  Indianne z buzią zalaną łzami. Zdyszana musiała przytrzymać się futryny, 
zanim, szlochając, zdołała wykrztusić kilka słów niemających sensu. 
 

- Dziecko kochane – zawołała Elizabeth i ukucnęła przed dziewczynką. – Uspokój się 

trochę i opowiedz mi, co się takiego stało. – Otarła rąbkiem fartucha łzy Indianne i przytuliła 
ją mocno do siebie. 
 

W końcu dziewczynka oznajmiła w wielkim pośpiechu: 

 

-  Krowa  kopnęła  jedną  kozę,  która  teraz  strasznie  głośno  beczy,  bo  ją  pewnie  boli. 

Mama jest przerażona, a ja nie wiem, co robić, bo to wygląda okropnie! 
 

Elizabeth podprowadziła ją do stołu. 

 

- Usiądź tu sobie. Mówisz, że koza zerwała się z uwięzi, tak? I znalazła się za krową? 

 

Indianne przytakiwała, szlochając. 

 

- Mama powiedziała, żeby cię przyprowadzić. A ja myślę, że powinnaś wziąć ze sobą 

swoje lekarstwa. 
 

Elizabeth skinęła głową i wstała. Zioła, które ma w domu, nie wyleczą ani nawet nie 

złagodzą takiej dolegliwości, ale ze względu na małą wzięła ze sobą kilka słoiczków. Ubrała 
się szybko, słoiczki włożyła do węzełka. 
 

- Jesteście duże i mądre dziewczynki, będziecie musiały się zająć Ane, a ja pobiegnę 

na  dół.  –  Pospiesznie  pogłaskała  Indianne  po  czarnych  włosach.  –  Wszystko  będzie  dobrze, 
zobaczysz. 
 

-  Nie  becz  już  więcej  –  usłyszała  słowa  Marii,  zanim  zamknęła  za  sobą  drzwi.  – 

Elizabeth wszystkich potrafi uzdrowić. Kozę też.   

background image

 

4

 

Zebrała spódnicę z przodu i biegła wąską ścieżką w dół. Biały  obłok pary  unosił się 

nad jej ustami, ale pot spływał strumykami pod ubraniem, kiedy dotarła do obory w Heminy. 
Dwie  latarki  rzucały  mdłe  światło  na  Ragnę  i  kozę.  Było  tak,  jak  Indianne  powiedziała, 
nieszczęsne zwierzę beczało z bólu. 
 

-  Moja  droga,  dziękuję,  że  przyszłaś  tak  szybko  –  rozpłakała  się  Ragna  na  widok 

Elizabeth. – Nie mam pojęcia, co robić. Słyszałaś kiedyś coś tak rozdzierającego? 
 

Elizabeth ukucnęła przed kozą i ostrożnie badała zwierzę delikatnymi dotknięciami. 

 

- Żadnej kości nie złamała, to pewne – stwierdziła, macając żebra. Zwierzę się powoli 

uspokaja,  jakby  wiedziało,  że  przyszłam  mu  pomóc,  pomyślała.  Ale  koza  nagle  znowu 
zabeczała przejmująco, Elizabeth odskoczyła w tył. 
 

- Co ty robisz? – krzyknęła Ragna oskarżycielsko. 

 

- Nic. Myślę, że ona ma wewnętrzne obrażenia. W każdym razie jest potłuczona… nie 

wiem. 
 

- Ale zrób coś, ona nie może leżeć w ten sposób! Nie widzisz, że to zwierzę zamęczy 

się na śmierć? – lamentowała Ragna. 
 

Elizabeth przetarła drżącą dłonią twarz i ciężko przełknęła ślinę. 

 

-  Moim  zdaniem  powinnaś  ją  zaszlachtować,  to  przynajmniej  mięso  uratujesz  – 

powiedziała, starając się nie patrzeć na kozę. 
 

- A nie mogłabyś jej dać tych swoich ziół? 

 

- Nie, myślę, że na to moje zioła nie pomogą. 

 

Ragna chodziła tam i z powrotem, a Elizabeth przykucnęła znowu i głaskała szorstką 

sierść kozy, mamrocząc jakieś uspakajające słowa. 
 

- Żebym tak miała to lekarstwo, które dostałam na moją złamaną rękę – powiedziała 

Ragna.  Elizabeth  zesztywniała  z  przerażenia.  Podłoga  się  pod  nią  uginała,  szumiało  jej  w 
uszach,  a  teściowa  mówiła  dalej:  -  Ale  myślę,  że  Jakob  gdzieś  je  zapowiedział,  bo  nagle 
zniknęło.  Muszę  go  zapytać,  jak  wróci  do  domu.  A  zresztą,  może  to  nie  było  lekarstwo  dla 
zwierząt. 
 

Elizabeth musiała zwilżyć wargi końcem języka i odchrząknąć, żeby powiedzieć: 

 

- Powinnaś sprawdzić Olava, niech ci pomoże zabić kozę. 

 

- Jego nie ma w domu – odparła Ragna. – Poleciał po coś do Storvika. 

 

Elizabeth wstała na drżących nogach i wpatrywała się w teściową. Nie byłaby w stanie 

zabić  kozy.  Tym  zawsze  zajmował  się  ojciec,  a  teraz  Jens.  Ona  może  zrobić,  co  trzeba  z 
mięsem, bo to jest tylko jedzenie. 
 

-  Musisz  ją  zabić  –  powtórzyła  stanowczo.  –  Zwierzę  nie  może  tak  leżeć  i  cierpieć, 

sama powiedziałaś. 
 

-  O  nie,  moja  droga  –  odparła  Ragna,  kręcąc  powoli  głową  i  cofając  się  w  stronę 

wyjścia. – Tym to ty się zajmiesz. Ja nigdy nie zabiłam żadnego zwierzęcia i nigdy tego nie 
zrobię.  –  Stanęła  już  przy  drzwiach,  otworzyła  je  i  wyszła.  –  Albo  wywleczesz  kozę,  albo 
sama ją zabij – powiedziała na koniec. Potem zamknęła drzwi tuż przed nosem Elizabeth. 
 

Koza  stęknęła  głośno  i  Elizabeth  do  niej  wróciła.  Zwierzę  rzucało  głową  i  kopało 

jedną nogą. 
 

-  Daj  mi  siłę  –  mamrotała  Elizabeth  cicho,  nie  bardzo  wiedząc,  do  kogo  kieruje  tę 

prośbę.  A  może  powinnam  spróbować  ziół?  Zastanawiała  się,  wyjmując  dwa  słoiczki,  które 
ze  sobą  przyniosła.  Dopiero  teraz  odkryła,  że  jedne  zioła  są  na  kaszel,  a  drugie  na  wodę  w 
ciele.  Elizabeth  czuła,  że  gardło  jej  się  zaciska.  Dlaczego  to  takie  trudne,  zastanawiała  się. 
Uboje  odbywają  się  każdej  jesieni,  ludzie  to  robią,  a  ja  nie  mogę  nawet  dobić  kozy,  która 
bardzo  cierpi.  Podniosła  się  energicznie  i  przyniosła  siekierę,  którą  widziała  przedtem  przy 
drzwiach. Ręka jej drżała, kolana się pod nią uginały, kiedy szła z powrotem do kozy. 
 

-  Jeśli  trafię  cię  w  czoło  obuchem  siekiery,  to  niczego  nawet  nie  poczujesz  – 

powiedziała cicho, unosząc rękę. 

background image

 

5

 

Nagle koza wpiła w Elizabeth oczy i patrzyła. Jęknęła cicho, a Elizabeth opuściła rękę. 

Jakby  zwierzę  prosiło  mnie  o  łaskę,  myślała,  zastanawiając  się,  czy  jej  się  przypadkiem  w 
głowie  nie  miesza.  Zwierzę  nie  mogłoby  chyba  prosić  o  łaskę!  Oczywiście  koza  nie  ma 
pojęcia, co zamierzam zrobić. Poza tym i tak zostałaby zabita i zjedzona później! 
 

Próbowała  być  twarda,  ale  okazało  się  to  niemożliwe.  Odrzuciła  siekierę  i  zaczęła 

głaskać zwierzę po żebrach. Nagle poczuła jakieś pulsowanie w ramieniu, spływające w dół, 
do  pleców.  Ręka  mi  zdrętwiała,  to  była  pierwsza  myśl,  która  przemknęła  jej  przez  głowę, 
zaraz jednak zdała sobie sprawę, że to coś innego. Przymknęła oczy w głębokiej koncentracji. 
Może potrafię uzdrawiać zwierzęcia w taki sam sposób jak ludzi? Zrobiła to już dwukrotnie 
przedtem.. Zauważyła, że koza się uspokaja. Nie rzuca już tak głową i przestała beczeć. 
 

Elizabeth  siedziała,  dopóki  nie  poczuła,  że  siły  ją  opuszczają.  Na  koniec  otworzyła 

oczy  i  w  napięciu  przyglądała  się  kozie.  Zwierzę  nadal  leżało  bardzo  spokojne.  Ostrożnie 
pomogła  mu  wstać.  Najpierw  koza  chwiała  się  na  nogach,  ale  Elizabeth  podprowadziła  ją 
ostrożnie do zagrody, do której wrzuciła trochę słomy. 
 

-  Teraz  musisz  odpocząć  –  powiedziała  i  poczuła  się  głupio,  nikt  przecież  nie 

rozmawia w ten sposób ze zwierzętami. 
 

Smuga światła z latarki spłynęła na podłogę i Ragna wsunęła głowę do zagrody? 

 

- No i jak? – spytała. 

 

- Lepiej – odparła Elizabeth. – Wróciła na miejsce. 

Może ma jakieś skaleczenia, których nie widzę, ale teraz potrzebuje spokoju i opieki, za jakiś 
czas wrócimy zobaczyć, co się dzieje. 
 

- A co zrobiłaś? – spytała teściowa, podchodząc bliżej. 

 

-  Dałam  jej  ziół  –  kłamała  Elizabeth  –  One  łagodzą  bóle  –  dodała  pospiesznie,  ale 

teściowa najwyraźniej jej nie uwierzyła. 
 

- Dziękuję – powiedziała Ragna po prostu, kiedy wyszły obie z mrocznej obory. 

 

- Nie ma za co – odparła Elizabeth. Pochyliła się i umyła ręce w śniegu. 

 

Jak na Ragnę to i tak dużo. 

 
 

Przez resztę dnia Elizabeth chodziła pogrążona w myślach. Dopiero kiedy płożyły się 

spać, przypomniała sobie, że siostra chciała jej powiedzieć coś o nauczycielu. 
 

- Maria, kochanie – szepnęła, potrząsając lekko ramieniem małej. 

 

- Tak? 

 

- Co ty mi chciałaś opowiedzieć, zanim poszłam do Ragny? O nauczycielu. 

 

-  Nic  takiego  –  odparła  siostra  pospiesznie.  Zbyt  pospiesznie,  stwierdziła  Elizabeth  i 

uniosła się, opierając na łokciu. 
 

- Musisz mi powiedzieć, o co chodzi! 

 

Maria skubała kołdrę. – To tylko to, że… że nauczyciel chce z tobą rozmawiać. 

 

- No dobrze. A wiesz o czym? 

 

Maria pokręciła głową. 

 

- Ja nie zrobiłam nic złego, Elizabeth, powinnaś mi wierzyć! 

 

- A może chce mi tylko powiedzieć, jaka jesteś zdolna? – próbowała Elizabeth, czuła 

jednak, że ogarnia ją niepokój. 
 

- Chyba nie… zresztą nie wiem. – Maria mówiła niepewnym głosem. 

 

Niepokój narastał w duszy Elizabeth. Pogłaskała siostrę po włosach. 

 

- Niczym się nie martw, Mario. Jestem pewna, że wzywa mnie nie po to, żeby się na 

ciebie skarżyć. Kiedy miałabym tam pójść? 
 

- Jutro po podwieczorku. 

 

- No to późno zawiadamia. W dodatku w sobotę – mówiła Elizabeth zdumiona. 

 

-  Ja  wiedziałam  o  tym  już  tydzień  temu  –  przyznała  Maria,  podciągając  kołdrę  pod 

brodę. 

background image

 

6

 

- Głuptas – roześmiała się Elizabeth. – Dlaczego nie powiedziałaś nic wcześniej? 

 

- Masz tyle zajęć, że nie chciałam ci przeszkadzać, a potem zapomniałam, aż dopiero 

dzisiaj… nie jesteś na mnie zła? 
 

-  No  coś  ty,  ale  teraz  śpijmy,  bo  musimy  wypocząć  do  jutra.  Ty  przecież  będziesz 

musiała przypilnować Ane, jak ja pójdę, wiesz. 
 

Maria przytaknęła i odwróciła się do niej plecami. 

Wkrótce potem oddychała równo i spokojnie. Elizabeth jednak długo leżała i wpatrywała się 
w ciemność. Coś się tu nie zgadza. Czuła to. 
 
 

Elizabeth otrząsnęła śnieg ze spódnicy i wsunęła włosy pod chustkę, zanim zapukała 

do drzwi budynku szkolnego. 
 

- Dzień dobry, zapraszam, pani Rask – witał ją Henning  Nielsen, wyciągając rękę. – 

Proszę bardzo, niech pani siada – powiedział, wskazując krzesło. 
 

Elizabeth  rozglądała  się  po  klasowej  izbie,  zdejmując  chustkę.  Zastanawiała  się,  w 

której ławce siedzi Maria. 
 

Henning chrząknął, uśmiechnął się przelotnie i złożył razem opuszki palców obu rąk. 

 

- Pani się pewnie zastanawia, dlaczego panią wezwałem? – zapytał. 

 

Elizabeth skinęła niepewnie. 

 

- Tak, nie będę zaprzeczać – odparła cicho, składając starannie rękawice. 

 

- Szczerze mówiąc, mam zamiar wyzywać wszystkich rodziców po kolei. Tak, tak, ja 

wiem,  że  pani  jest  siostrą  Marii,  ale  skoro  jej  tata  jest  na  łowisku,  to…  -  przekładał  jakieś 
papiery, czytał pospiesznie jakieś notatki. 
 

Elizabeth czuła, że żołądek jej się kurczy. Sytuacja była niezwykła, a ona czuła się tu 

nie  na  miejscu.  A  może  jest  coś  więcej…  ten  mężczyzna  ma  w  sobie  coś,  co  na  z  trudem 
znosi.  Był  bardzo  uprzejmy,  kiedy  spotkali  się  w  sklepie,  ale  teraz…  jakiś  taki  śliski, 
pomyślała i zastanawiała się dlaczego nie zwróciła na to uwagi już przedtem. 
 

- Proszę mi wybaczyć – powiedział, zrywając się z miejsca. – Całkiem zapomniałem 

poczęstować panią kawą. – Wziął dzbanek, stojący na piecu i nalał do dwóch kubków. – Ma 
pani jeszcze długą drogę przed sobą, a już teraz pewnie pani zmarzła, mogę sobie wyobrazić. 
Czy mógłbym mówić do pani Elizabeth? 
 

Skinęła głową i upiła trochę kawy z kubka. Gorący napój dobrze jej zrobił. 

 

- No cóż, Elizabeth, a więc nasza Maria… Może pani być dumna ze swojej siostry, bo 

to niezwykle uzdolniona młoda dama. 
 

-  Nie  skończyła  jeszcze  ośmiu  lat  –  odparła  Elizabeth,  nie  bardzo  wiedząc,  czy 

rzeczywiście odczuwa dumę po jego słowach. 
 

- To nie prawda. Ale one szybko rosną, te nasze dzieci – stwierdził, obrzucając ciało 

Elizabeth spojrzeniem wodnisto niebieskich oczu. 
 

-  Mimo  wszystko  minie  jeszcze  wiele  czasu,  zanim  Maria  będzie  damą  –  rzekła 

Elizabeth stanowczo. 
 

Roześmiał się. 

 

- Ona naprawdę jest uzdolniona. W krótkim czasie nauczyła się całego alfabetu, teraz 

czyta bardzo dobrze, lepiej niż inni, o wiele od niej starsi. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  robi  jej  się  ciepło  z  radości.  Tak  rzadko  słyszy  coś  dobrego  o 

sobie i swojej rodzinie, zapamiętała te słowa i powtórzy je później Marii. 
 

-  Sama  pani  może  zobaczyć  –  mówił  dalej  Henning  Nielsen,  wyjmując  jakiś  gruby 

zeszyt. 
 

Elizabeth odstawiła kubek z kawą i podeszła do niego. 

 

- Zobaczmy – mówił, przewracając kartki tam i z powrotem. 

 

Elizabeth  wodziła  wzrokiem  po  stronnicach  i  raz  po  raz  odczytywała  uwagi  przy 

nazwiskach różnych uczniów. Opuścił szkołę ze względu na kopanie torfu. Nie miał jedzenia. 

background image

 

7

Nie  wiedział,  że  szkoła  już  się  zaczęła.  Wyjechała  do  Ameryki.  Zmarł  na  morzu  z  zimna  i 
wysiłku – 

czytała. Przy nazwisku Marii była tylko jednak uwaga: została w domu ze względu 

na niepogodę
 

Henning dalej przewracał kartki. 

 

- Tak, tutaj to mamy – powiedział i głośno przeczytał: 

 

- Pisanie: dobrze. Czytanie: Rozumienie: dobrze. 

 

Elizabeth  zwróciła  się,  że  to  przeczytała.  Nie  miała  jednak  czasu  dłużej  się 

zastanowić, bo nagle poczuła rękę nauczyciela na swoim biodrze. Cofnęła się pospiesznie, ale 
on  zdawał  się  tego  nie  zauważać.  Wstał  i  spoglądał  na  nią  wargi  miał  mięsiste  i  wilgotne, 
Elizabeth odwróciła wzrok. 
 

- Jeśli pan nauczyciel nie ma nic więcej do powiedzenia, to ja bym podziękowała za 

kawę… będę się zbierać do domu – powiedziała tak opanowana, jak tylko potrafiła. 
 

Wtedy on mocno objął ją w talii przywarł do jej ust wargami – mokrymi, dławiącymi. 

 

Elizabeth stała jak wryta, bliska paniki, strach odbierał jej siły. Zaraz jednak pojawił 

się gniew, z wielką siłą odepchnęła go od siebie i uwolniła się z jego objęć. Bez słowa ruszyła 
do drzwi i wybiegła w mroźny zimowy dzień. Na dworze było ślisko, nie mogła biec bardzo 
szybko, więc nauczyciel wkrótce ją dogonił i chwycił za ramiona. 
 

- Ależ ty się spieszysz, Elizabeth. 

 

Ogarnęły ją mdłości, była zła, że pozwoliła mu zwracać się do ciebie po imieniu, ale 

zacisnęła z całych sił wargi, by nie powiedzieć czegoś złego.  
 

Widziała, że nauczyciel wzrok ma rozbiegany, a kiedy znowu się odezwał, jego głos 

brzmiał niepewnie: 
 

- Wiem, że przyszłaś tu, bo chciałaś się zabawić! Nic innego mi nie wmawiaj, wiem, o 

co ci chodziło, tak mi się nadstawiałaś. 
 

Cała  uprzejmość  zniknęła,  choć  nadal  zwracał  się  do  niej  per  ty,  sympatycznego 

uśmiechu nie było już na jego wargach. Zamiast tego w głosie pojawił się lodowaty chłód. 
 

-  Nie  dotykaj  mnie  więcej!  Jeśli  wyciągniesz  rękę,  to  będzie  to  ostatnia  rzecz,  jaką 

zrobisz – syknęła ledwo dosłyszalnie, zastanawiając się, skąd bierze odwagę, by  rozmawiać 
tak z samym nauczycielem. 
 

Ten popatrzył na nią zdumiony. 

 

- grozisz mi? – spytał i zachichotał. 

 

Elizabeth  milczała,  ale  wciąż  patrzyła  mu  w  oczy,  bo  wściekłość  nagle  stała  się 

większa niż rozsądek. 
 

-  Nikt  ci  nie  uwierzy,  gdybyś  o  tym  komuś  powiedziała  –  rzekł  nauczyciel 

tryumfująco. 
 

Elizabeth  wyrwała  mu  się  i  odeszła  bez  słowa.  Widziała,  że  on  ma  rację.  Nigdy 

nikomu nie będzie mogła powiedzieć, że nauczyciel ją całował. 
 

Dopiero  kiedy  budynek  szkolny  całkiem  zniknął  jej  z  oczu,  przystanęła  i  zaczęła 

głęboko oddychać. 
 

-  Panie  Boże,  co  jest  we  mnie  złego,  że  wszystkie  chłopy  myślą,  iż  wystarczy 

wyciągnąć rękę i wziąć, czego chcą? – szeptała, ale nikt jej nie odpowiadał. Pojawił się tylko 
znowu biały obłoczek pary. 
 
 

- Czego on chciał? – spytała Maria, gdy tylko Elizabeth weszła do domu. 

 

- Kto? – spytała Elizabeth zaskoczona. 

 

- No przecież nauczyciel – powiedziała siostra zdumiona. 

 

- Ach, ob.! Nic, powiedział tylko, że jesteś bardzo zdolna, dobrze czytasz i w ogóle. 

 

Maria  zarumieniła  się.  Uśmiechnęła  się  szeroko,  pokazując,  że  brak  jej  dwóch 

przednich zębów. 
 

background image

 

8

 

Tak często jak tylko mogła, Elizabeth biegła na dół do Heimly zobaczyć co z kozą. 

 

-  Teraz  zaczyna  już  normalnie  jeść  i  mleko  też  daje  –  powiedziała  Ragna  pewnego 

dnia, kiedy obie szły do obory – Wiele razy się zastanawiałam, co ty jej właściwie zrobiłaś – 
mówiła dalej, zerkając na Elizabeth. 
 

- Co ja zrobiłam? – powtórzyła Elizabeth. – Już ci przecież mówiłam. Dałam jej trochę 

ziół łagodzących ból. 
 

Panowała nad sobą i spoglądała w stronę drzwi. 

 

- Jest jeszcze coś, nad czym się zastanawiasz? – spytała złośliwie. 

 

- Co to były za zioła? – spytała teściowa ostro. 

 

-  No  nie,  to  już  zachowam  dla  siebie  –  odparła  Elizabeth  stanowczo,  ale  z  bijącym 

sercem. Pospiesznie dodała: - Ale zawsze dostaniesz u mnie zioła, jakby cię coś bolało. 
 

Ragna nie była w stanie ukryć, że jest zadowolona, ale duma nie pozwalała jej tak po 

prostu dziękować. Elizabeth musiała się uśmiechnąć pod nosem. 
 

- Jutro jadę do znajomych – powiedziała Ragna, kiedy już miały się rozejść każda w 

swoją stronę. 
 

- Ach tak, gdzie mieszkają ci znajomi? – spytała Elizabeth bardziej z uprzejmości, niż 

z ciekawości. 
 

 - Nie znasz ich, mieszkają niedaleko od dworu  Dalsrud. Muszę się trochę rozerwać, 

porozmawiać z innymi ludźmi. 
 

Elizabeth skinęła i już miała iść, kiedy nagle, jakby same z siebie, potoczyły się słowa: 

 

- A nie mogłabym się z tobą zabrać? Odwiedziłabym Helene. 

 

Ragna spoglądała na nią pytająco, więc dodała: 

 

- Helene jest służącą w Dalsrud. 

 

- Oczywiście, to się da zrobić. Wyruszamy zaraz po obiedzie. 

 

Kiedy Elizabeth szła do domu, pożałowała swojej decyzji. A co będzie, jeśli Kristian 

nie  pojechał  na  zimowe  połowy?  I  czy  ona  będzie  w  stanie  patrzeć  znowu  na  dwór  po  tym 
wszystkim, co się tam stało? 
 
Rozdział 3 
 
 

Elizabeth z wahaniem wysiadła z sań i wpatrywała się w wielki dom. Miała wrażenie, 

ż

e  czas  powrócił  do  tamtego  dnia,  kiedy  ojciec  przywiózł  ją  do  Dalsrud  a  postać  kobieca, 

którą zobaczyła w oknie strychu, prosiła ją, by zawróciła, póki nie jest za późno. 
 

Ragna  powiedziała  coś,  czego  Elizabeth  nie  dosłyszała,  śnieg  rozpryskiwał  się  spod 

końskich kopyt, została sama. 
 

Cisza  aż  w  uszach  dzwoniła.  Tamtego  dnia,  dawno  temu,  było  późno  lato,  słońce 

pięknie grzało, śpiewały ptaki. W oknach wisiały białe koronkowe firanki. Teraz zamieniono 
je  na  ciemne,  ciężkie  zasłony  z  jakiegoś  innego  materiału.  Nie  widziała  stąd,  jakiego  są 
koloru,  zresztą  nic  ją  to  nie  obchodziło.  Jak  potoczyłoby  się  jej  życie,  gdyby  tamtego  dnia 
zawróciła?  Gdyby  odmówiła  wejścia  do  tego  domu,  ubłagała  ojca,  żeby  ją  stąd  zabrał  i 
poszukał pracy w innym miejscu? Tyle złego tutaj przeżyła. Gwałt, morderstwo… no, ale nie 
miałaby Ane, nie poznałaby też Helene. Z zamyślenia wyrwała ją córeczka, która wierciła się 
niespokojnie. 
 

- Ane iść – żądało dziecko. 

 

-  Nie,  mama  musi  cię  nieść  na  rękach  –  powiedziała  Elizabeth,  przytulając  małą 

mocniej  do  siebie.  Czy  jest  za  późno,  żeby  zawrócić?  Zastanawiała  się,  patrząc  w  ślad  za 
odjeżdżającymi  saniami.  Widziała  teraz  już  tylko  niewielki  czarny  punkt  daleko  na  drodze, 
nie mogłaby ich dogonić. Ale Elizabeth wiedziała, dokąd Ragna jedzie, Indianne pokazała jej 
dwór, kiedy przejeżdżali obok. Gdyby chciała, mogła tam po prostu pójść… 

background image

 

9

 

I  tak  dobrze,  że  Maria  nie  chciała  z  nami  jechać,  pomyślała.  Młodsza  siostra  wolała 

jednak zostać u Dorte, twierdziła, że obiecała jej w czymś pomóc. Elizabeth podjęła decyzję. 
Nie chciała już odwiedzić Helene. Postanowiła, że pójdzie za Ragną. 
 

W  tym  samym  momencie  drzwi  się  otworzyły  i  Helene  stanęła  w  progu.  Pulchna 

młoda kobieta przechyliła głowę, jakby się dziwiła. Ona mnie nie poznaje, przyszło Elizabeth 
do  głowy.  Widok  przyjaciółki  wywołał  dobre  wspomnienia  i  pospiesznie  zdjęła  z  głowy 
chusteczkę. 
 

Helene wyprostowała się, wytrzeszczała oczy u wykrzyknęła radośnie: 

 

-  Czy  to  naprawdę  ty,  Elizabeth?  –  Krzyknęła  i  biegła  przez  dzieciniec,  wyciągając 

ramiona  do  przyjaciółki.  Elizabeth  zauważyła,  że  Helene  ma  wilgotne  oczy  i  sama  poczuła 
bolesny skurcz gardła. Tak rzadko się nawzajem widują, bardzo dobrze, że to w końcu stało. 
 

-  No  nie,  jak  ta  Ane-Elise  wyrosła  –  uśmiechała  się  Helene,  gładząc  dziecko  po 

policzku. 
 

Ane była onieśmielona i chowała buzię 

 

- Ale podobna do ciebie – powiedziała Helene poważnie, patrząc na Elizabeth. 

 

- No tak, miała szczęście, ale nie wiem, po kim odziedziczyła charakter… 

 

- Ona jest słodka niczym aniołek – rzekła Helene łagodnie. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się i pokiwała głową. 

 

- Tak, ja też nazywam ją moim małym aniołkiem, ale potrafi być czasami nieznośna, 

możesz mi wierzyć! 
 

- To też ma po tobie – roześmiała się Helene, wysuwając rękę pod pachę Elizabeth. – 

Chodź teraz, zanim obie zmarzniecie. A właściwie to jak się tutaj dostałaś? 
 

- Moja teściowa mnie podwiozła. Jechała z wizytą do znajomych. 

 

- Jak to dobrze, że znalazłaś czas, żeby nas odwiedzić. 

 

Przy drzwiach Elizabeth przystanęła i zatrzymała Helene. 

 

- Czy Kristian jest w domu? – spytała. 

 

-  Nie,  pojechał  na  zimowe  połowy.  I  on,  i  Ole,  w  domu  zostałyśmy  tylko  my,  same 

baby. Chciałaś z nim porozmawiać? 
 

-  Nie,  tak  tylko  się  zastanawiałam.  –  Elizabeth  obojętnie  wzruszyła  ramionami  i 

Helebe nie pytała o nic więcej. 
 
 

Kiedy  weszły  do  kuchni,  do  Gurine,  rozpoczęły  się  znowu  serdecznie  powitania. 

Elizabeth była obejmowana i oglądana. 
 

- Mój Boże, jak dobrze,  że mogę cię zobaczyć przed śmiercią – powiedziała Gurine, 

klaszcząc w dłonie. 
 

- Przed śmiercią! – prychnęła Elizabeth. – Czeka cię jeszcze wiele dobrych lat. 

 

Gurine  nie  odpowiedziała,  minęły  dwa  latam  odkąd  Elizabeth  wyjechała  z  Dalsrud, 

kucharce przybyło siwych włosów, a na twarzy pojawiły się nowe zmarszczki. 
 

-  A  ty  dorosłaś  –  stwierdziła  Gurine.  –  I  ta  mała  też,  jest  jak  skóra  zdjęta  z  matki  – 

rzekła, łaskocząc Ane pod bródką. 
 

Tak,  na  szczęście  nie  ma  w  niej  żadnego  podobieństwa  do  Leonarda,  pomyślała 

Elizabeth,  siadając.  Kiedy  Helene  i  Gurine  nakrywały  do  stołu,  Elizabeth  rozglądała  się  po 
izbie.  Wracały  wspomnienia,  mnóstwo  wspomnień!  Tutaj  siedziała  i  pisała  list  do  Jensa  z 
podziwem  dla  bogactwa  tego  dworu.  Tu  była  zazdrosna  i  kłóciła  się  z  Nikoline,  robiła  na 
drutach i szorowała podłogę. I tutaj wlałam lekarstwo do kawy Leonarda, pomyślała i dostała 
gęsiej skórki. 
 

Gurine usiadła ciężko obok niej na ławę, stęknęła głośno, chwytając się za biodro. 

 

- Boli cię? – spytała Elizabeth. 

 

- Tak, boli mnie to biodro, z każdym rokiem jest gorzej. 

 

Helene również usiadła. 

background image

 

10

 

-  Mam  nadzieję,  że  pobędziemy  przez  chwilę  same,  zanim  wróci  Nikoline  – 

powiedziała z paskudnym grymasem. – Jest na górze i zajmuje się tam innymi rzeczami.  
 

Elizabeth spoglądała to na jedną, to na drugą. 

 

- Dzieje się tu coś specjalnego? – spytała i nie  miała pojęcia, czego będzie dotyczyć 

odpowiedź. 
 

Najpierw odezwała się Gurine. 

 

- Ja nigdy nie lubiłam plotek ani obgadywania ludzi, ale to, co jest teraz każdemu by 

się  dało  we  znaki  –  powiedziała  z  ciężkim  westchnieniem.  –  Nikoline  kompletnie  straciła 
rozum. Ona… - umilkła, jakby nie znajdowała właściwych słów. 
 

Helene jej pomogła. 

 

-  Ona  przejęła  całe  zarządzanie  domem.  A  teraz,  kiedy  Kristian  jest  na  zimowych 

połowach, zrobiła się jeszcze gorsza. 
 

-  Nie  możecie  jej  czegoś  powiedzieć?  –  spytała  Elizabeth.  –  Ty,  Helene,  nigdy  nie 

bałaś się powiedzieć tego, co ci leży na sercu. 
 

Przyjaciółka wzruszyła ramionami. 

 

-  Ona  jest  sprytna,  możesz  mi  wierzyć.  Jeśli  nie  dostanie  tego,  czego  chce,  zatruje 

ż

ycie nam wszystkim. Wykręca się jak może od wszelkiej ciężkiej pracy, a kiedy Kristian jest 

w domu, podlizuje mu się i kłamie, on natomiast wierzy we wszystko, co Nikoline powie. 
 

-  Ale  przecież  musi  być  mimo  wszystko  jakiś  sposób,  żeby  ją  usadzić?  –  Elizabeth 

zaczynała się irytować.  
 

- Myślisz, że ja nie próbowałam? Wtedy ona się kładzie i udaje chorą, albo ma napad 

wściekłości.  Nie  wiadomo,  co  gorsze.  I  zresztą  co  my  możemy  zrobić?  Przecież  nie  udam 
nam  się  jej  stąd  przepędzić.  To  musiałby  zrobić  Kristian,  a  słyszałaś,  co  mówiłam.  Nie  ma 
sensu nawet z nikim rozmawiać, bo, jak powiedziała, on wierzy Nikoline, albo też zbywa nas, 
ż

e nie chce się mieszać w takie sprawy i udaje, że jest zajęty czym innym. 

 

- Ja to bym chciała, żeby on znalazł sobie jakąś kobietę – westchnęła Gurine. – Kogoś, 

kto by dał sobie radę z Nikoline. 
 

- Phi, właśnie o to chodzi, są pewne plotki… - mówiła Helene, patrząc przed siebie. 

 

Elizabeth uniosła filiżankę z kawą do ust, ale pospiesznie ją odstawiła. 

 

- Kristian zamierza się żenić? – spytała z uczuciem, którego nie potrafiłaby określić. 

Czy to zazdrość? Nie, powiedziała sobie w duchu, odpychając od siebie tę myśl. 
 

- Kristian? Nie! – prychnęła Helene. – Ja miała na myśli Nikoline. Ludzie gadają, że 

podobno  nasza  dobra  Nikoline  zadała  się  z  jakimś  mężczyzną,  mieszkającym  gdzieś  tu  w 
okolicy. Mówią, że to człowiek bogaty. 
 

Elizabeth otworzyła usta. 

 

- Bogaty człowiek miałby się z nią żenić? Ze służącą? 

 

Gubin odłamała kawałek ciasta ze swojego talerzyka i podała Ane. 

 

-  Z  tego,  co  słyszymy,  t  ona  bardzo  mu  się  podoba  –  odpowiedziała,  uprzedzając 

Helene. – Ja nie słucham plotek, ale to  chyba  musi być prawda – dodała. – Nikt jednak nie 
wie,  kto  to  jest,  i  nikt  nie  odważy  się  zapytać  samej  Nikoline.  –  Gurine  umilkła.  Może 
pożałowała trochę, że powtarza plotki pospiesznie zmieniła temat: 
 

- No, ale ty musisz nam opowiedzieć, jak ci się żyje! 

Helene mówiła, że masz duży i piękny dom, że dostałaś wspaniałego męża. 
 

Elizabeth roześmiała się serdecznie. 

 

-  Tak,  Jens  jest  dobrym  mężem  i  nasz  dom  też  bardzo  lubię.  Chociaż  nie  jest  ani 

piękny,  ani wielki. Mamy  tyle, żeby dawać sobie radę, chociaż pewnie więcej niż ma wielu 
innych ludzi, tak że nie mam się na co skarżyć. No i mamy Ane. 
 

- Dziecko jest darem od Boga – rzekła Gurine,  odsuwając dzbanuszek z mlekiem od 

małej. 
 

- Mówiłaś, że boli cię biodro – przypomniała jej Elizabeth. 

background image

 

11

 

- Tak, to chyba starość – westchnęła Gurine. 

 

Elizabeth  pomyślała,  że  kucharka  rzeczywiście  musi  być  starsza,  niż  ona  sądziła  w 

czasie, kiedy pracowała w Dalsrud. 
 

-  Nic  mi  już  na  to  nie  pomaga  –  mówiła  dalej  Gurine.  –  Próbowałam  i  gorącego,  i 

zimnego,  robiłam  też  okłady  z  gorącej  kaszy.  Jedna  taka  dała  mi  ziół,  ale  one  też  nie 
pomogły. 
 

Elizabeth zastanawiała się, czy powinna położyć swoje dłonie na biodrze Gurine. A co 

będzie, jeśli to nie pomoże… albo, jeśli pomoże? Czyż ludzie nie gadali już dość na jej temat? 
No i co z tego? – szepnął jakiś głos w jej duszy. Ważniejsze jest, żeby pomóc Gurine, niż to, 
ż

e ludzie będą plotkować. 

 

- Połóż się tutaj na ławie – poleciła stanowczo. – Zobaczymy, co się da zrobić. 

 

Gurine i Helene wymieniły spojrzenia, Helene ostrożnie pokiwała głową. 

 

- A będzie bolało? – spytała Gurine. 

 

- Nie, nic, nigdy nie słyszałam, żeby to bolało. 

 

Kucharka z wahaniem położyła się na ławie, a Elizabeth umieściła obie dłonie na jej 

biodrze.  Potem  przymknęła  oczy  i  próbowała  się  skoncentrować  przez  dłuższą  chwilę  w 
kuchni panowała kompletna cisza. Nagle Gurine szepnęła: 
 

- Czuję ciepło… w biodrze pulsuje… i jakby kłuje… 

 

Elizabeth usłyszała, że Helene wzdycha, po czym znowu zaległa cisza. Za jakiś czas 

Elizabeth poczuła się zmęczona. Otworzyła oczy i wpatrywała się w starszą kobietę: 
 

- Lepiej ci? – spytała. 

 

Gurine pokiwała głową i bez trudu wstała. 

 

- Tak. Już mnie nie boli. Coś ty zrobiła? 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, jak ma wytłumaczyć to, co się stało. 

 

- Sama nie wiem – odparła, uznając, że najlepiej mówić prawdę. 

 

- Ona potrafi uzdrawiać – oznajmiła Helene z wielką powagą. – Już kiedyś słyszałam 

o takich ludziach. Pamiętasz, Gurine, opowiadałam ci o jednej kobiecie? O takie, która potrafi 
widzieć, czego inni nie widzą. 
 

Kucharka przytaknęła niechętnie. 

 

- No tak, pamiętam, ale jeśli mam być szczera, to za bardzo w to nie wierzę. 

 

W  tej  samej  chwili  drzwi  do  kuchni  otworzyły  się  gwałtownie  i  na  progu  stanęła 

Nikoline. Na widok Elizabeth najpierw pobladła, potem poczerwieniała. 
 

- Co ty tu robisz? – spytała ostro, opierając ręce na biodrach. 

 

- A co cię to obchodzi? – spytała Elizabeth. 

 

Nikoline na moment została wytrącona z równowagi, ale szybko się pozbierała. 

 

- Nie ma tu już dla ciebie pracy, jeśli tak sobie wyobrażałaś. 

 

- Z jakiego powodu uważasz, że chciałabym być tutaj służącą, skoro sama posiadam 

gospodarstwo? – spytała Elizabeth krótko. 
 

Dopiero  teraz  Nikoline  zauważyła  Ane.  Twarz  jej  się  wydłużyła,  potrząsnęła 

gwałtownie głową i podeszłą do pieca. 
 

- A wy macie czas na gadanie i picie kawy w środku dnia? – spytała, spoglądając ze 

złością na Helene i Gurine. 
 

- My pilnujemy swojej roboty, ty też pilnuj swojej – odparła Helene. 

 

Nikoline udała, że tego nie słyszy i znowu wpiła spojrzenie w Elizabeth. 

 

- Powiem ci, że słyszałam o tobie to i owo. 

 

Elizabeth  poczuła,  że  ogarnia  ją  niepokój.  Co  ta  służąca  wie?  Nie  zapomniała  złego 

języka  Nikoline  i  wrogości,  jaka  zawsze  od  pierwszej  chwili,  między  nimi  panowała. 
Wciągnęła powietrze, niedostrzegalnie, ale głęboko, zanim odparła spokojnie. 
 

- Możliwe, wierzę ci. 

 

- A nie masz ochoty dowiedzieć się, co to jest? – spytała Nikoline. 

background image

 

12

 

-  Nie,  szczerze  mówiąc,  nie  interesuje  mnie  to  nic  a  nic.  Nie  słucham  plotek  ani 

kłamstw, możesz mi wierzyć. 
 

Widać było, że jej słowa nieprzyjemnie dotknęły Nikoline, bo odwróciła się na pięcie i 

bez słowa wyleciała za drzwi. 
 

- Rany boskie! – krzyknęła Helene, patrząc w ślad za nią. – Aleś jej powiedziała! 

 

Elizabeth uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

 

- Tak, chyba tak – przytaknęła, słysząc, że głos jej trochę drży. Dałaby nie wiadomo 

co, żeby dowiedzieć się, co też Nikoline wie. To chyba nic związanego z Leonardem? Nie, bo 
przecież w takim razie tamta powiedziałaby o wszystkim już dawno temu. A może słyszała, 
ż

e Ane nie jest dzieckiem Jensa? Tylko od kogo? Przecież jedynie Helene, Jens i jej ojciec o 

tym wiedzą, a żadne z nich na pewno pary z ust nie puściło, tego była pewna. Najwyraźniej 
słowa Nikoline to puste pogróżki, albo zwyczajne plotki. 
 

Elizabeth  siedziała  pogrążona  we  własnych  myślach  i  nie  słyszała,  że  Helene  mówi 

coś od dłuższego czasu.  
 

- Czy ty mnie nie słuchasz? – spytała przyjaciółka i szturchnęła ją lekko w bok. 

 

- Oczywiście, że słucham – odparła Elizabeth, zastanawiając się, że Helene mówiła o 

tej  kobiecie,  która  potrafi  uzdrawiać,  ale  pewna  nie  była.  –  Mogłabyś  popilnować  Ane?  – 
spytała pospiesznie. 0 Musze na chwilę do małego domku. 
 

Załatwiła  się  szybko.  Ale  siedziała  nadal  w  wygódce  i  zastanawiała  się  nad  tym,  co 

powiedziała Nikoline. 
 

-  No  nie,  przestań  już  –  upomniała  półgłosem  sama  siebie.  –  Nie  możesz  jej  o  nic 

zapytać, więc najlepiej zapomnij o sprawie. 
 

Elizabeth otworzyła haczyk i miała wracać do domu, kiedy  głosy dochodzące z izby 

parobków sprawiły, że przystanęła. Potem ostrożnie podeszła do tamtych drzwi i stanęła bez 
ruchu. Słyszała cichy kobiecy śmiech, potem głos mężczyzny, który mówił coś niewyraźnie. 
Kto się tam, na Boga ukrywa? – myślała Elizabeth, zastanawiając się, czy nie powinna wejść 
do izby. Może to jacyś włóczędzy, albo złodzieje, którzy przyszli coś ukraść. Helene mówiła, 
ż

e Ole popłynął na zimowe połowy, w takim razie izba powinna być pusta. 

 

Nagle mężczyzna odezwał się znowu, tym razem głośniej. 

 

- Jesteś najsłodszą dziewczyną, jaką znam, Nikoline. 

 

Elizabeth  zesztywniała  i  wstrzymała  dech.  To  musi  być  ten  mężczyzna,  o  którym 

mówiły Helene i Gurine. Bezgłośnie uchyliła leciutko drzwi i zajrzała do środka.  
 

-  Uważasz,  że  jestem  słodka?-  gruchała  Nikoline,  rozpinając  guziki  bluzki.  Jej 

wełniany szal leżał na podłodze. 
 

-  Nigdy  nie  miałem  takiej  kobiety  jak  ty  –  odparł  młody  mężczyzna,  wpatrując  się 

zgłodniałym wzrokiem w białe piersi, które wysunęły się spod bluzki. – Nigdy – powtórzył, 
przywierając wargami do różowej brodawki. 
 

Nikoline jęknęła i odsunęła się lekko w tył. 

 

- A wiele ich miałeś przede mną? – spytała zaczepnie. 

 

- Chciałabyś wiedzieć? – spytał mężczyzna ochryple i zaczął całować jej szyję. 

 

Nikoline wzruszyła ramionami, a jej ręka przesuwała się w dół po szczupłych męskich 

biodrach, po pośladkach i po udach. 
 

- Muszę cię mieć, Nikoline. Natychmiast! 

 

- Jeszcze nie – zaśmiała się cicho. Odsuwała się wolno od niego, rozpinała guziki przy 

spódnicy. Wkrótce ściągnęła ją i stanęła przed kochankiem w samych pończochach i butach. 
 

Elizabeth zasłoniła dłonią usta, by stłumić krzyk. Mimo wszystko stała i  wpatrywała 

się w to, co robią tamci, a serce tłukło jej się w piersi. Nie była w stanie się otrząsnąć. 
 

-  Pamiętaj,  że  masz  tylko  oznaczony  czas  –  powiedziała  Nikoline.  –  Rozkoszuj  się 

moim ciałem, dopóki możesz. Wkrótce zostaniesz mężem tej chudej Bergette. 

background image

 

13

 

- Nawet mi tego nie przypominaj – odparł mężczyzna, obejmując Nikoline. – Dobrze 

wiesz, że nie robię tego z własnej woli, że to nasi rodzice tak zdecydowali. Dwa duże dwory 
połączą się w jeden jeszcze większy, dlatego to całe małżeństwo. 
 

-  No  to  będziemy  sąsiadami  –  stwierdziła  Nikoline,  kładąc  dłonie  na  jego  nagich 

pośladkach. – Bo z czasem ja zostanę gospodynią Dalsrud! 
 

Mężczyzna mamrotał coś w odpowiedzi, przyciskając ją mocno do siebie. 

 

- Kristian będzie mój – mówiła dalej Nikoline. – A wtedy nie będziemy się już mogli 

spotykać,  bo  nie  będę  ryzykować  dworu  dla  czegoś  takiego!  Ale  wtedy  tutaj  zapanują  inne 
prawa i zasady, możesz mi wierzyć. Pierwsze, co zrobię, to wyrzucę na zbity pysk Helene, a 
potem Gurine. Nowe służące wybiorę sama. 
 

Elizabeth  zbladła  z  oburzenia.  Więc  takie  plany  ma  Nikoline!  Chciała  pobiec  do 

kuchni i powiedzieć przyjaciółkom, co się święci, ale nie była w stanie się ruszyć. Poza tym 
może Nikoline zdradzi jeszcze więcej swoich planów. 
 

- Chodź teraz – powiedziała Nikoline. Pociągnęła mężczyznę za sobą w stronę pryczy, 

pochyliła się do przodu, oparła o siennik, rozstawiając nogi. – Teraz pokaż, jaki jesteś dobry – 
zachichotała. 
 

Mężczyzna  zmagał  się  przez  chwilę  z  guzikami  przy  spodniach,  w  końcu  oczom 

Elizabeth  ukazał  się  jego  wielki  członek. Jęknęła  z  podniecenia,  ale  też ze  zgryzoty.  Czy  to 
możliwe, że kobieta może przyjąć coś takiego? – zastanawiała się, przełykając ślinę. 
 

Nikoline  jęczała  przeciągle,  kiedy  mężczyzna  wchodził  w  nią  wolno,  najpierw 

ostrożnie,  potem  coraz  energiczniej.  Z  jękiem  prosiła  o  jeszcze,  a  on  trzymał  mocno  jej 
biodra. 
 

Elizabeth ostrożnie zamknęła drzwi, odwróciła się i biegiem wróciła do wygódki tam 

opadła na drewniane siedzenie i przez dłuższą chwilę trwała bez ruchu, zaciskając uda. Potem 
przymknęła oczy i wsunęła rękę pod bieliznę, wolno, bardzo wolno, aż dotarła do najbardziej 
wrażliwego  miejsca.  Bezwstydnie  przesuwała  palec  tam  i  z  powrotem,  aż  poczuła,  że  ciało 
zaczyna drżeć z rozkoszy. 
 

Siedziała  potem  przez  wiele  minut,  oszołomiona,  dopóki  mróz  nie  zmusił  jej  do 

wstania. Zaczerwieniona ze wstydu, wyprostowała spódnicę i pospiesznie wróciła do kuchni. 
 

- Gdzieś ty była tak długo? – spytała Helene. – Już miała iść cię szukać.   

 

Elizabeth już miała wszystko na końcu języka, chciała opowiedzieć Helene o planach 

Nikoline.  Raz  i  drugi  przełknęła  ślin.  Jeśli  o  tym  powie,  będzie  musiała  opowiedzieć  o 
wszystkim, co widziała. Poprawiła ubranko Ane, by zyskać na czasie. 
 

- Haczyk się zaciął – rzekła, patrząc w podłogę. 

 

- Co u licha? – zdenerwowała się Gurine i już biegła do drzwi. – Muszę tam iść i zaraz 

naprawić. Ktoś może się zatrzasnąć i siedzieć godzinami, jeśli drzwi… 
 

Elizabeth przerwała jej. 

 

- Już jest w porządku zreperowałam. 

 

Helene przyglądała jej się taksująco. Elizabeth czuła, że policzki jej płoną. Pospiesznie 

podeszła do okna. 
 

-  Jakie  masz  piękne  kwiaty,  chociaż  to  zima  –  powiedziała  patrząc  na  podwórze  i 

obejście.  Nigdzie  ani  śladu  Nikoline,  ani  tego  mężczyzny.  Pewnie  jeszcze  nie  wyszli  z izby 
czeladnej.  Musi  tam  być  potwornie  zimno,  przyszło  jej  do  głowy,  bo  oczywiście  nie 
zdecydowali się napalić w piecu. To by ich zdradziło. Muszę porozmawiać z Helene w cztery 
oczy  i  powiedzieć  dokładnie,  jakie  Nikoline  ma plany,  pomyślała.  W  tej samej  chwili  zdała 
sobie sprawę, że Gurine coś do niej mówi. 
 

- Mówiłaś coś? – spytała. – Zamyśliłam się trochę. 

 

-  Mówię  tylko,  że  podziwiasz  niezbyt  piękne  rośliny.  Teraz  na  zimę  ja  je  po  prostu 

przycinam. 

background image

 

14

 

Elizabeth spojrzała zawstydzona na parę nagich gałązek sterczących z ziemi. Przedtem 

widziała tylko doniczkę. 
 

- Nie spotkałaś gdzieś Nikoline? – zainteresowała się Helene. 

 

Elizabeth zesztywniała. – Nie, a powinnam? – spytała szybko. Zbyt szybko. 

 

Helene roześmiała się. 

 

-Nikt  nie  mówi,  że  powinnaś,  ale  myślę,  że  nasza  Nikoline  zapomniała,  że  miała 

dzisiaj  ciąć  szmatki  na  chodniki.  –  Helene  machnęła  ręką.  –  My  jesteśmy  zajęte  całymi 
dniami,  a  Nikoline  unika  nawet  tych  niewielkich  obowiązków.  Uważa,  że  siedzenie  przy 
krosnach jeszcze ujdzie, ale żeby ciąć szmaty? O nie, to nie dla niej. 
 

-  Ty  się  teraz  sama  zajmujesz  oborą?  –  spytała  Elizabeth,  myśląc  o  innych  ciężkich 

pracach,  które  spadły  na  przyjaciółkę,  podczas  gdy  Nikoline  chodzi  wystrojona  i  wykonuje 
najlżejsze  obowiązki.  Do  tego  Gurine,  która  jest  stara  i  zmęczona…  a  co  one  by  zrobiły, 
gdyby Nikoline udało się zrealizować swoje plany? Boże drogi! Inna myśl zakradła się do jej 
głowy:  czyżby  Kristian  rzeczywiście  chciał  się  ożenić  ze  służącą?  Nie  wydaje  się  to 
specjalnie wiarygodne, ale nigdy nie wiadomo. 
 

Helene  pracuje  w  Dalsrud  od  lat.  Zdarzyło  się,  że  chciała  stąd  odejść,  ale  Leonard, 

którego  Helene  nienawidziła,  teraz  nie  żyje,  a  ona  mimo  wszystko  dobrze  się  tu  czuje.  W 
Dalsrud  wszystko  jest  znajome,  to  daje  jej  poczucie  bezpieczeństwa,  choć  praca  ciężka. 
Trudno  zresztą  powiedzieć,  czy  w  innym  dworze  miałaby  lepiej.  A  Gurine  –  kto  chciałby 
zatrudnić kucharkę w jej wieku? Nikt! Nikoline zamierza wyrzucić je natychmiast jak tylko 
będzie mogła, a nowej pracy raczej nie znajdą. Elizabeth koniecznie powinna poinformować 
o  wszystkim  Helene.  Niełatwo  będzie  wyjaśnić,  w  jakich  okolicznościach  się  o  tym 
dowiedziała, ale trudno. 
 

Gurine  mówiła  coś,  stojąc  przy  kuchennym  blacie,  na  którym  wyrabiała  bochenki 

chleba. Helene bawiła się z Ane, a Elizabeth kiwała głową i uśmiechała się, udając, że słucha. 
 

Powinnam  oczywiście  przemilczeć,  co  robiła  Nikoline  z  tym  młodym  mężczyzną, 

pomyślała, ale zaraz zmieniła zdanie. Nie, musi Helene o tym powiedzieć. Najlepiej jednak, 
ż

eby  Gubione  o  niczym  nie  wiedziała.  Starzy  ludzie  z  trudem  przyjmują  złe  wiadomości. 

Helene  z  pewnością  potrafi  zorganizować  wszystko  tak,  by  tamta  się  dowiedziała,  czego 
trzeba,  ale  należy  to  robić  ostrożnie.  Z  Helene  powinna  porozmawiać  w  cztery  oczy.  Nowa 
myśl przyszła jej do głowy. Jak Helene powie o wszystkim Krystianowi? Bo czy to możliwe, 
ż

e on naprawdę jest zakochany w Nikoline? Nie, trzeba zaryzykować i założyć, że nie. 

 

Ponieważ Gurine była zajęta chlebem, Elizabeth próbowała wywołać Helene z domu. 

Przysunęła się bliżej przyjaciółki, szturchnęła ją ostrożnie w bok i szepnęła: 
 

- Muszę z tobą porozmawiać. 

 

Helen  patrzyła  na  nią  pytająco  przez  kilka  sekund.  Po  czym  skinęła  głową  i 

pospiesznie wstała. 
 

- Nie, nie mogę tu przecież siedzieć przez cały dzień – powiedziała głośno, zerkając na 

Gurine.  –  W  salonie  leży  stos  obrusów,  które  trzeba  posortować  przed  prasowaniem. 
Pomożesz mi, Elizabeth? 
 

Odwróciły się w stronę wyjścia niemal równocześnie w tym samym momencie drzwi 

się  otworzyły  i  serce  Elizabeth  podskoczyło  do  gardła,  gdy  spojrzała  prosto  w  nieprzyjazne 
oczy Nikoline. 
 

Policzki  pokojówki  płonęły  na  zwykle  bladej  twarzy,  a  włosy  znajdowały  się  w 

nieładzie. Można by powiedzieć, że ona jest piękna, przemknęło Elizabeth przez myśl. Gdyby 
nie te oczy.. i jej zachowanie. 
 

- Tymi obrusami sama się zajmę – oznajmiła pokojówka lodowatym tonem. 

 

- No to dlaczego jeszcze tego nie zrobiłaś? – spytała Helene 

 

- Nie twoja sprawa. 

background image

 

15

 

- Miałaś też dzisiaj ciąć szmaty na chodniki – mówiła dalej Helene, która nie chciała 

tak od razu dać za wygraną. 
 

- I co z tego? – Nikoline potrząsnęła głową i popatrzyła na dzbanek kawy. 

 

-  A  wy  najwyraźniej  robicie  sobie  przerwy,  kiedy  tylko  przyjdzie  wam  ochota. 

Kristian o wszystkim się dowie, jak wróci do domu. 
 

-  Zawsze  byłaś  skarżypytą  –  prychnęła  Elizabeth.  –  A  na  przerwę  one  sobie  dobrze 

zasłużyły, pamiętaj, żeby o tym też powiedzieć. 
 

- A ty z jakiej racji się wtrącasz? – spytała Nikoline ostro, podchodząc do niej. 

 

Elizabeth musiała panować nad sobą z całej siły. Myśl o wstrętnych planach Nikoline 

sprawiła, że żołądek jej się kurczył ze złości. 
 

- Jedno mogę ci obiecać – oznajmiła. Mówiła głębokim, złowrogim głosem. – Ja wiem 

więcej,  niż  myślisz,  jeszcze  tego  pożałujesz!  Twój  czas  nadejdzie,  możesz  mi  wierzyć.  – 
Dostrzegła niepewność we wzroku tamtej, co ją szczerze ucieszyło. 
 

- Więc ty jednak potrafisz rzucać uroki na ludzi – szepnęła Nikoline. – Wiedziałam o 

tym! 
 

Elizabeth  nie  odpowiedziała.  Może  właśnie  to  Nikoline  miała  na  myśli,  mówiąc,  że 

słyszała  o  mnie  jakieś  rzeczy,  pomyślała.  Z  jednej  strony  chciała  postraszyć  pokojówkę,  z 
drugiej  rozsądek  podpowiadał,  że  powinna  przestać.  Zanim  zdążyła  coś  postanowić, 
spostrzegła przez okno, że sanie Ragny wjeżdżają na dziedziniec. Nikoline i Helene spojrzały 
w ślad za jej wzrokiem. 
 

-  Przyjechali  po  ciebie  –  powiedziała  Gurine  z  wyraźną  ulgą,  że  tym  samym  kłótnia 

się skończy. 
 

Nikoline chciała odejść, ale Elizabeth ją zatrzymała, zanim puściła jej rękę. 

 

Wkrótce potem byli w drodze do domu, i Elizabeth nie zdążyła ostrzec Helene. 

 
 

Siedziała pogrążona w myślach i patrzyła prosto przed siebie. Ane drzemała spokojnie 

na kolanach matki, zmęczona tym długim dniem i Mn bóstwem przeżyć. Indianne i Olav też 
wyglądali  na  zmęczonych,  jechali  w  milczeniu,  raz  po  raz  przecierając  oczy.  Zaczął  padać 
ś

nieg.  Duże  płatki  spadały  w  dół,  osiadały  na  policzkach  i  nosach,  które  robiły  się  od  tego 

mokre i zimne. Szare światło, jakie o tej porze roku w środku dnia, powoli przemieniało się w 
wieczorny  mrok.  Drzewa  rzucały  długie  cienie,  ale  w  domach,  które  mijali,  migotały  ciepłe 
ś

wiatła lamp i łojowych świec. 

 

-  Wiesz,  że  w    końcu  będzie  wesele  –  powiedziała  Ragna,  z  rzadkim  u  niej 

uśmiechem. – Bergette i Sigvard nareszcie się pobiorą.  
 

Aha, więc on tak ma na imię, pomyślałą Elizabeth. 

 

- Mówisz o ludziach, których odwiedziłaś? – spytała. 

 

-  Rak,  to  rodzice  kawalera.  No  cóż,  nie  było  go  w  domu  przez  cały  czas,  bo  musiał 

załatwiać  jakieś  interesy.  To  bardzo  sympatyczny  młody  człowiek,  naprawdę  trudno  o 
drugiego takiego. 
 

Elizabeth musiała odwrócić wzrok, bo zrobiło jej się niedobrze. Powinniście wiedzieć, 

jakie  to  interesy  on  załatwiał.  No,  a  gdyby  Nikoline  zaszła  w  ciążę?  Ta  myśl  spadła  na  nią 
niczym  błyskawica.  Nie,  o  ile  dobrze  zna  pokojówkę,  to  na  w  jakiś  cudowny  sposób  tego 
nieszczęścia uniknie. 
 

- A jaka jest Bergette? – spytała ostrożnie. 

 

-  Śliczna  dziewczyna.  Mówią,  że  jest  chorowita  i  słaba,  dobrze  więc,  że  bęzie  miała 

takiego ślicznego męża, który się nią zaopiekuje.  
 

Ragna wciąż coś opowiadała, ale Elizabeth już jej nie słuchała. Nie zna tych ludzi, ale 

odczuwała głębokie współczucie dla Bergette. Biedaczka, będzie ofiarą takiego człowieka jak 
Sigvard!  Niech  ją  Bóg  przed  tym  uchroni  i  niech  Nikoline,  na  Boga,  nie  złapie  Kristiana  w 
swoje pazury, myślała, zaciskając pięści pod futrzanym okryciem. 

background image

 

16

Rozdział 4 
 
 

Storvaagen, zima 1873 

 

W  chacie  cuchnęło  mokrymi  wełnianymi  ubraniami  i  skórą.  Jens  siedział  na  swojej 

skrzyni i opierał się o ścianę. Ciało miał ciężkie i wyczerpane od nieustannej roboty i zima. 
Mimo  wszystko,  a  może  się  na  pryczy,  którą  dzielił  z  chłopcem,  będącym  w  tym  roku 
pierwszy raz na zimowych połowach. Wszyscy inni położyli się już dawno temu. Od strony 
pryczy  Andresa  słychać  było  ciche  chrapanie,  Abraham  mamrotał  coś  przez  sen,  potem 
odwrócił się i spał dalej. Jutro pewnie pośpią dłużej, bo to niedziela. A może nawet wybiorą 
się do kościoła. Jens westchnął, czując pieczenie pod powiekami. 
 

Na szczęście właściciel łowiska, Wolff, płaci dobrze za ryby, więc warto trudzić się na 

marnie,  potem  jednak  ryby  się  pojawiły,  i  gdyby  tak  pozostało,  to  będą  zabezpieczeni, 
zarówno  on,  jak  i  Elizabeth,  i  Ane.  Jego  dziewczyny,  dla  których  ofiarowałby  wszystko. 
Nawet własne życie, gdyby było trzeba. 
 

Rozmyślał często o tej potworności, z jakiej zwierzyła mu się Elizabeth, ale im dłużej 

się  zastanawiał,  tym  większej  nabierał  pewności,  że  postąpiła  słusznie,  wyznając  mu  tę 
tajemnicę.  Mimo  wszystko  potrzebował  sporo  czasu,  by  przyjąć  do  wiadomości  to,  co 
powiedziała.  Dzielił  oto  łoże  i  stół  z  morderczynią,  która  swój  grzech  nosiła  w  samotności, 
nic nikomu nie mówią. Chyba to właśnie sprawiło mu największy ból.    
 

Jakob,  siedzący  opodal  przy  stole,  powiedział  coś  i  wytrącił  go  z  zamyślenia. 

Przybrany ojciec próbował sformułować parę zdań w liście do Ragny, ale jakoś mu nie szło. 
Pisanie  listów  nigdy  nie  buło  mocną  stroną  Jakoba,  Jens  o  tym  wiedział.  Na  napisanie  paru 
stron potrzebował co najmniej tygodnia albo i więcej. 
 

Jens wstał, człapiąc podszedł do stołu i tam usiadł. Teraz między nim a Jakoba, stała 

tylko samotna łojowa świeca. Przeciąg od okna sprawiał, że płomień chybotał. Jens spojrzał 
w  małe  okienko,  ale  zobaczył  tylko  swoje  odbici.  Blizna  szczerzyła  się  do  niego  złośliwie, 
więc  się  odwrócił.  W  domu  zbyt  wiele  o  tym  nie  myślał,  ale  tutaj,  w  Storvaagen,  wracały 
wszystkie wspomnienia.  
 

-  Dobrze  będzie  wrócić  do  domu  –  zagaił  Jakob  i  wyjął  fajkę  z  kieszeni  spodni 

wyczyścił ją trochę wiórkiem, zanim znowu nabił tytoniem. 
 

- Tak – to wszystko, co powiedział Jens. 

 

Jakob rozpalił tytoń i pykał teraz z fajki, spoglądając przed siebie. 

 

- Bo pomyśl tylko, Jens. Gorąca kąpiel, czyste ubrania, i – co najważniejsze – można 

pospać  za  plecami  swojej  baby.  –  Chrząknął  lekko,  zerkając  na  Jensa,  który  znowu 
przytaknął. 
 

-  Aż  dziwnie,  jak  człowiek  pamięta  wszystko,  co  dotyczy  tych,  którzy  zostali  w 

domu… jak spojrzeć na to w ten sposób – ciągnął dalej Jakob. – Pamiętam tamten czas, kiedy 
Ragna złamała rękę. Przypominasz to sobie? – Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej. – To 
było tej jesieni, kiedy Elizabeth służyła w Dalsrud. 
 

Jens  pamiętał  wszystko  aż  za  dobrze,  ale  nie  mówił.  Słuchał  jednym  uchem,  nadal 

pogrążony we własnych myślach. 
 

- Pojęcia ni mam, jak to się stało, że koń ją kopnął! 

Svarten to przecież najspokojniejsze stworzenie, jakie chodzi po tej ziemi. No tak, coś mogło 
go  przestraszyć,  nigdy  nie  wiadomo.  Ragna  była  biała  jak  śnieg,  kiedy  wyszła  do  domu, 
pamiętam. Noże, zmiłuj się, jak ja się wtedy przestraszyłem. Nie wiedziałem przecież, co się 
stało, a ona przez dłuższą chwile nie była w stanie nic powiedzieć. 
 

Jakob  umilkł  i  spokojnie  wypuszczał  z  fajki  niebieski  dym.  Wkrótce  ogień  w  piecu 

zgaśnie,  ale  nie  mogli  dołożyć  drewna.  Trzeba  oszczędzać  opał,  który  kupili.  Musi  starczyć 
do końca sezonu. Ale przy tym zimnie jutro w izbie będzie szron, a ubrania, które wywiesili, 
ż

eby wyschły pozostaną niemal tak samo mokre, jak były. Drżąc z zimna, będą naciągać buty 

background image

 

17

i  wierzchnie  ubrania,  i  czekać,  aż  trochę  się  rozgrzeją.  Może  zrobią  sobie  kawy,  bo  to 
niedziela.  Jens  wciąż  powtarzał  sobie  to  słowo.  Dzień  odpoczynku!  To  brzmi  niczym 
muzyka. 
 

- Nigdy tak nie gnałem konia – mówił dalej Jakob, który powrócił do swojej historii. – 

Nie  wiem  jak  szybko  dotarłem  do  doktora.  A  przez  całą  drogę  męczył  mnie  niepokój,  czy 
zostanę  go  w  domu.  Bo jak  nie,  to  co  bym  zrobił?  –  kręcił  głową.  –  Nie  mogłem  zabrać  ze 
sobą  Ragny,  chociaż  w  ten  sposób  zyskalibyśmy  na  czasie.  Ale  ona  za  bardzo  cierpiała. 
Doktór  dał  lekarstwo,  które  natychmiast  zadziałało.  Nazywało  się  opium  i  powiem,  ci,  że 
musiało być bardzo mocne. Ragna zasnęła momentalnie. 
 

Jens  zesztywniał  i  musiał  chwycić  jedną  ręką  blat  stołu.  Czuł,  że  pot  spływa  mu  po 

całym  ciele..  z  drżeniem  otarł  czoło.  Mała  łojowa  świeczka  wydawała  mu  się  teraz  wielka 
niczym tranowa lampa. 
 

Jakob uśmiechnął się pod nosem. 

 

- A jak już Ragnie było lepiej to dzieciaki chciały się bawić w doktora i musiałem dać 

im  taką  samą  butelkę.  Domagały  się  tego  uparcie.  Żeby  mieć  wreszcie  spokój,  znalazłem 
pustą  buteleczkę  po  lekarstwie,  napełniłem  wodą  i  dałem  im.  A  żebyś  wiedział,  jaki  lament 
się zrobił, kiedy ta buteleczka znikła! No to ja im powiedziałem: pilnujcie swoich rzeczy, to 
nie  będzie  takich  przypadków.  Ale  wiesz,  jakie  dzisiaj  są  dzieciaki,  rozrzucają  wszystko 
dookoła. Rozpieszczone do niemożliwości. Nie, za czasów mojego dzieciństwa nie byłoby to 
możliwe.  Wtedy  nie  było  kochającej  mamusi,  która  na  wszystko  pozwalała.  Nie  mieliśmy 
ż

adnych  doktórów,  nie  mówiąc  już  o  lekarstwach.  Nikomu  nawet  się  nie  śniło  o  zabawie. 

Zresztą nie było wtedy na to czasu. Nie, tylko robota od rana do wieczora… 
 

Jens przerwał mu, czując, że serce wali jak młotem. 

 

- A co z tamtą prawdziwą butelką, ona też zginęła? – głos z pozoru brzmiał spokojnie, 

ale tylko on sam słyszał leciutkie drżenie, kiedy wypowiadał kolejne słowa. 
 

Jakob pokręcił głową i uśmiechnął się. 

 

-  Nie,  tę  schowałem  na  strychu.  Jest  dobrze  chroniona  w  skrzyni  Ragny.  A  klucz 

Ragna  nosi  przy  pasku.  Jak  trzeba,  to  się  buteleczkę  wyjmuje.  –  Jakob  uśmiechnął  się.  – 
Przypominam sobie teraz jak mnie okropnie rozbolały zęby. Wziąłem wtedy parę kropel tego 
samego lekarstwa i nie uwierzysz, pomogło też na żeby. Zaraz ci opowiem… 
 

Jakob  ciągnął  swoją  opowieść  z  najdrobniejszymi  szczegółami,  mówił,  jak  to  było  z 

bólem  tego  zęba  i  jak  w  końcu  znalazł  kowala,  który  mu  go  wyrwał.  Jens  słuchał  jednym 
uchem, bo powoli zaczynała do niego docierać prawda: Elizabeth nie jest morderczynią! Ona 
wzięła buteleczkę, którą bawiły się dzieci i wodą „otruła” Leonarda Dalsruda! Pulsowało mu 
w całym ciele z wielkiej, szalonej radości. Chcia krzyczeć, śmiać się, płakać, wszystko na raz. 
Ale  nie  mógł.  Musiał  nad  sobą  panować,  co  było  niezwykle  trudne.  Mimo  wszystko  zadał 
jeszcze jedno pytanie. Żeby być całkiem pewnym.  
 

- A więc zginęła tylko ta butelka, którą bawiły się dzieci? 

 

-  Tak,  Indianne  przysięgała,  że  postawiła  ją  na  parapecie  kuchennego  okna,  ale  ja 

uważam, że zgubiła ją gdzieś poza domem. Napisałem nawet na niej „opium”, żeby wszystko 
było  podobne.  No,  ale  jak  dzieciaki  nie  pilnują  swoich  rzeczy,  to  tak  się  kończy.  Nie,  Jens, 
trzeba oszczędzać światło, powinniśmy się trochę przespać. 
 

Jakob  zdmuchnął  łojową  świecę  i  w  izbie  zaległy  ciemności.  Jens  słyszał,  jak 

przybrany  ojciec  wstaje  i  idzie  do  swojej  pryczy.  On  sam  siedział  jeszcze  przez  chwilę, 
wpatrując się przed siebie. 
 

- A ty się nie kładziesz? – spytał Jakob. 

 

Dopiero teraz Jens wstał i po omacku dotarł do koi. 

Szybko  ściągnął  buty  i  wierzchnie  ubranie,  potem  wślizgnął  się  pod  futrzane  okrycie. 
Słuchając spokojnego oddechu obok siebie, rozmyślał o tym, co Jakob mu powiedział. Aż go 
swędziały  palce,  żeby  wstać  i  napisać  list  do  Elizabeth,  w  myślach  sformułował  już  zdania. 

background image

 

18

Kochana  Elizabeth.  Jakob  właśnie  opowiedział  mi  całą  historię  o  buteleczce  z  lekarstwem  i 
chcę przekazać ci tę radosną nowinę, że nie jesteś morderczynią… 
 

Nie,  przecież  tak  nie  można  pisać.  Pomyśleć,  co  by  było,  gdyby  ten  list  wpadł  w 

czyjeś ręce? Musi poczekać, aż wróci do domu i wtedy powie jej o wszystkim w cztery oczy. 
Już  widział  radość  na  jej  twarzy.  Wyobrażał  sobie,  że  początkowo  będzie  go  słuchać  z 
niedowierzaniem, potem z ulgą i wreszcie z radością. Wprost nie mógł się doczekać, kiedy to 
się stanie. 
 

Przez  większość  nocy  leżał  nie  śpiąc  i  wpatrywał  się  w  mrok.  Widział  przez  okno 

ś

wiecący księżyc, wielką białożótą kulę. Jeśli Elizabeth nie śpi, to może ona też patrzy w tej 

chwili  na  księżyc.  To  była  dobra  myśl,  dała  mu  poczucie,  że  są  sobie  nawzajem  bliżsi  niż 
kiedykolwiek. 
 
Rozdział 5 
 
 

Elizabeth  była  niespokojna,  myśli  krążyły  jej  w  głowie.  Od  wielu  dni  rozmyślała  o 

tym, w jaki sposób ostrzec Helene, wyrzucała sobie, że nie zrobiła tego od razu. 
 

Przy domowych pracach udawało się stłumić złe myśli, ale dzisiaj jest niedziela, dzień 

odpoczynku i wszystkie na najkonieczniejsze prace zostały wykonane. Elizabeth westchnęła. 
 

Maria  czytała  coś  cicho  w  swojej  książce.  Musi  to  chyba  umieć  już  na  pamięć, 

pomyślała  Elizabeth,  uśmiechając  się  na  widok  pochylonej  głowy.  Ona  sama  nie  ma 
cierpliwości do tego rodzaju zajęć. Wyjęła Biblię Jensa, ale myśli krążyły  własnymi torami, 
nie mogła się skupić, więc odłożyła książkę. 
 

Powinnam napisać list, postanowiła, i poczuła ulgę. 

Rozmyślała nad tym wielokrotnie, ale zawsze rezygnowała w obawie, że list mógłby wpaść w 
ręce Nikoline. Teraz pospiesznie, żeby się rozmyślić, wyjęła swoje przybory do pisania. 
 

Maria spojrzała na nią znad książki. 

 

- Będziesz pisać do taty, czy do Jensa? – spytała. 

 

-  Do  Helene  –  odparła  Elizabeth,,  zaglądając  do  kalendarza,  żeby  sprawdzić  datę. 

Potem pewną ręką zaczęła pisać list. Tyle dni nosiła w sobie te słowa, że pióro jakby samo z 
siebie sunęło po kartce. 
 
 

4. kwietnia 1873 

 

Droga Helene 

 

Piszę  do  Ciebie  ten  list,  chociaż  istnieje  niebezpieczeństwo,  że  mógłby  wpaść  w 

niepowołane ręce. 
 

Jest  coś,  o  czym  bardzo  chciałam  Ci  powiedzieć,  kiedy  byłam  w  Dalsrud,  ale  nie 

znalazłam do tego okazji. Podsłuchałam mianowicie rozmowę między Nikoline i tym młodym 
m
ężczyzną,  który  ma  się  żenić  z  dziewczyną  o  imieniu  Bergette.  Tak,  dobrze  widzisz,  droga 
przyjaciółko.  Spotkali  si
ę  w  izbie  czeladnej,  a  ja  ze  wstydem  muszę  przyznać,  ż
podsłuchiwałam pod drzwiami. Pocieszam si
ę tylko, że dobrze zrobiła, bo to, co usłyszałam, 
nie  wró
ży  nic  dobrego.  Jak  się  z  pewnością  domyślasz,  Nikoline  romansuje  z  tym  młodym 
człowiekiem, ale powiedziała, 
że zerwie związek, jak tylko wyjdzie za mąż
 

I to prawda, Nikoline chce się wydać ni mniej, ni więcej, tylko za Kristiana Dalsruda. 

Twierdzi,  że  ma  jasne  plany.  Powiedziała,  że  jak  tylko  zostanie  gospodynią,  to  od  razu 
wyrzuci Ciebie, i Gurine ze słu
żby. 
 

Nie podoba mi się to, bo nie lubię rozsiewać plotek, ale uważam, że to bardzo ważne. 

Musiałam  Cię  ostrzec,  moja  kochana.  Teraz  modlę  się  i  mam  nadzieję,  że  znajdziesz  jakieś 
rozwi
ązanie. Będę prosić Pana Boga, żeby nie opuszczał Ciebie i Gurine. 
 

Na koniec chciałam Ci powiedziećże u nas wszystko w porządku. 

 

Z najcieplejszymi pozdrowieniami od twojej oddanej przyjaciółki Elizabeth. 

background image

 

19

 

Przeczytała list, żeby sprawdzić, czy nie narobiła błędów. 

 

- Nie mogłabyś przeczytać głośno? – spytała Maria. 

 

- Nie! – Elizabeth pospiesznie złożyła kartkę. 

 

- Dlaczego nie? Czy to jakieś tajemnice? 

 

- Nie, bo to moja sprawa – odparła Elizabeth stanowczo: 

 

Maria  wysunęła  koniuszek  różowego  języka  i  wykrzywiła  buzię  w  paskudnym 

grymasie. 
 

-  Widzę  cię  –  krzyknęła  Elizabeth.  –  I  wypraszam  sobie  takie  wstrętne  zachowanie. 

Właściwie powinnam cię zlać! – Umilkła na chwilę i zerknęła ma młodszą siostrę, próbując w 
myślach znaleźć dla małej odpowiednią karę. 
 

-  Za  to  wymyjesz  ziemniaki  –  oznajmiła  odpowiednią  w  końcu,  nie  znajdując  nic 

innego. 
 

Ani  mama,  ani  tata  nigdy  nas  nie  bili,  myślała  Elizabeth,  skrobiąc  rybę,  którą  miały 

zjeść na obiad. Niektórzy biją swoje dzieci rózgą i mówią, że to dla ich dobra, ale ona sama 
nie wierzy w takie rzeczy. U nich w domu wisiała wprawdzie przy drzwiach brzozowa rózga, 
ale  nigdy  jej  nie  używano.  Maria  już  od  dawna  się  tego  nie  boi,  bo  rózga  jest  stara  i 
zniszczona.  Młodsza  siostra  musi  nauczyć  się  odróżniać  słuszne  od  niesłusznego,  ale 
Elizabeth nigdy nie zdobyłaby się na to, żeby ją uderzyć. 
 

Maria zrobiła, co jej kazano, a teraz nieproszona nakrywała do stołu. Ale ze sobą nie 

rozmawiały i Elizabeth wciąż była trochę zła z powodu zachowania małej. Postawiła garnek z 
rybą  na  piecu  tak  energicznie,  że  aż  rozlała  wodę,  rzucając  równocześnie  ukradkowe 
spojrzenia w stronę szafy,  gdzie schowała list. Jutro powinna go wysłać, niech zniknie i nie 
kusi młodszej siostry. 
 

Jedzenie  było  gotowe.  Elizabeth  odmówiła  modlitwę  i  potem  jadły  przez  dłuższą 

chwilę w milczeniu. 
 

-  Chciałam  przeprosić  za  to,  że  cię  przedrzeźniałam  –  bąknęła  Maria  ze  wzrokiem 

utkwionym w talerzu. 
 

- No, już w porządku – odparła Elizabeth pospiesznie. 

 

-  Chociaż  uważasz,  że  jestem  mała  –  mówiła  dalej  Maria,  patrząc  wprost  na  straszą 

siostrę – to ja rozumiem, że byłaś zła z powodu czegoś, o czym pisałeś w liście. 
 

Elizabeth  drgnęła  tak,  że  rozlała  wodę  ze  swojego  kubka.  Ciekawe,  ile  też  siostra 

rozumie? A może ukradkiem zaglądała jej przez ramię? 
 

- Dlatego napisałaś ten list, że byłaś zła – oznajmiła Maria na koniec. 

 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  jej  niewinne  niebieskie  oczy.  Maria  wielokrotnie  musi 

wykonywać  prace  dorosłych,  ale  przecież  jest  tylko  małą  dziewczynką,  jeszcze  nawet  nie 
skończyła  ośmiu  lat,  pomyślała.  Może  zbyt  wiele  od  niej  wymagany?  Żeby  tak  Jens  wrócił 
już do domu! Wtedy wszystko byłoby lepiej. Tęsknota szarpała jej udręczonym ciałem. 
 

- Jeśli chcesz, to mogę ci poodgarniać śnieg – zaproponowała Maria. Wylizując talerz 

do czysta. 
 

-  Dziękuję,  to  miło  z  twojej  strony  –  powiedziała  Elizabeth,  czując,  że  ogarniają  ją 

wyrzuty  sumienia.  Później  musi  jakoś  załagodzić  całą  sytuację,  może  opowie  siostrze  jakąś 
historię. 
 

- Twoja mała łopata stoi w sieni – powiedziała, kiedy Maria zbierała się do wyjścia. 

 

- Ja wiem – powiedziało dziecko przez ramię, zamykając za sobą drzwi. 

 
 

Elizabeth nuciła, sprzątając ze stołu. Zerknęła w stronę okna i nagle poczuła, że serce 

przestaje jej bić z radości. Dokładnie naprzeciwko kuchennego okna zobaczyła idącego Jensa! 
Minęło  parę  sekund,  zanim  zdołała  opanować  się  na  tyle,  że  mogła  do  niego  postukać  w 
szybę. Ale on najwyraźniej jej nie słyszał, bo po prostu przeszedł obok. Elizabeth poprawiła 

background image

 

20

potargane  włosy  i  przygładziła  spódnicę.  Spojrzała  pospiesznie  w  lusterko,  policzki  jej 
płonęły a oczy błyszczały. 
 

- Jens jest w domu – wyszeptała, czując uścisk w gardle z radości. Spojrzała w stronę 

schodów  na  strych,  zastanawiając  się,  czy  nie  powinna  obudzić  Ane,  tak,  żeby  Jens  mógł 
spotkać je obie od razu, ale się rozmyśliła. Dobrze będzie spędzić krótką chwilę tylko z nim. 
Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  Jens  nie  ma  ze  sobą  kuferka  na  żywność.  Pokręciła  jednak 
głową i roześmiała się sama z siebie. 
 

-  Oczywiście,  że  najpierw  musiał  przynieść  plecak,  wszystkiego  na  raz  zabrać  nie 

mógł – powiedziała głośno sama do siebie i przestępowała z nogi na nogę z niecierpliwości. 
 

On  pewnie  zamieni  najpierw  parę  słów  z  Marią,  zanim  wejdzie  do  domu.  Może 

zresztą  Maria  pobiegła  już,  żeby  powitać  ojca?  –  zastanawiała  się  Elizabeth,  zdejmując 
fartuch. No, teraz jest  gotowa na powitanie męża. Trochę szkoda, że nie zdążyła posprzątać 
kuchni,  ale  nic  się  już  na  to  nie  poradzi.  na  szczęście  zostało  jeszcze  dość  jedzenia,  Jens 
będzie mógł zjeść ciepły obiad. 
 

Minuty  mijały,  a  ona  nic  nie  słyszała.  Znowu  spojrzała  w  okno,  ale  zobaczyła  tylko 

Marię odgarniającą śnieg. Wtedy jednak usłyszała hałas na ganku. Jens tupał, otrząsając śnieg 
z butów i czyścił ubranie. Drzwi się jednak nie otworzyły i nieoczekiwanie zaległa dławiąca 
cisza. 
 

Z bijącym sercem Elizabeth długo wpatrywała się w kuchenne drzwi, potem otworzyła 

je i rozejrzała się po małej sieni. Nigdzie ani śladu człowieka. Podłoga też sucha, nie było na 
niej żadnego śniegu z butów. Otworzyła drzwi  wejściowe i spojrzała prosto na Marię, która 
stała oparta na łopacie. 
 

- Jesteś sama? – spytała Elizabeth. 

 

Maria patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc. 

 

- A kto poza tym mógłby tu być? 

 

- Naprawdę nikogo nie było? – spytała Elizabeth niepewnie. 

 

Maria  patrzyła  na  nią  długo,  zanim  potrząsnęła  głową  tak  mocno,  że  warkocze 

zatańczyły z boku na bok. 
 

- Bo zdawało mi się, że kogoś słyszałam – mruknęła Elizabeth i przygarbiona wróciła 

do domu. 
 

W kuchni opadła na krzesło i gapiła się w okno. Czyż mogłabym się tak pomylić? – 

dziwiła się. Nie, ja go widziałam, słyszałam go… Zasłoniła usta ręką, gdy zrozumiała, co się 
stało. Ja widziałam cień Jensa, pomyślała. Jens jest w drodze do domu. 
 

Przepełniła ją buzująca radość. 

 
Rozdział 6 
 
 

Storvaagen, 4. kwietnia 1873 

 

Jens  szedł  z  rękami  ukrytymi  głęboko  w  kieszeniach  spodni  i  rozglądał  się  dookoła. 

Nieduże,  szare  chaty  z  dachami  z  torfu,  szopy  na  ryby  i  suszarnie  stały  gęste  jedna  przy 
drugiej. Słońce wyglądało spoza warstwy chmur, tu i tam siedział przed chatą jakiś rybak na 
pustej beczce, ciesząc się pierwszym wiosennym ciepłem. Jens ze złością kopnął wielki rybi 
łeb,  który  leżał  mu  na  drodze.  Ponieważ  była  niedziela,  Abraham  nie  zgodził  się,  by 
wypłynęli na morze, chociaż się pięknie wypogodziło. Głośne dyskusje na ten temat trwały w 
ich chacie, w końcu Jens nie był w stanie dłużej tego znosić i wyszedł, żeby się przejść. 
 

Przystanął  i  z  zazdrością  spoglądał  na  wszystkich,  którzy  wiosłując,  pływali  po 

fiordzie. Niepogoda szalała od wielu dni i nastrój w chacie był bardzo niedobry. Jakby ludzie 
z  uporem  szukali  u  siebie  błędów  i  braków,  które  wytykali  sobie  nawzajem.  Wystarczyło 
podnieść palec, by wyzwolić tłumioną irytację. Jens zaklął cicho i już miał ruszać dalej, kiedy 
podszedł do niego jakiś mężczyzna. 

background image

 

21

 

- Wyszedłeś na spacer rozkoszować się piękną pogodą? – spytał nieznajomy. 

 

- Tak, bo co innego można robić, kiedy przodownik nie pozwala wypłynąć na połów – 

odparł Jens. 
 

Tamten  podrapał  się  po  głowie  pod  czapką  uszanką.  Jens  domyślił  się,  że  czapka 

została uszyta ze skóry kota, poznawał to po miękkim futerku. 
 

- Tak, wieku z nas musi siedzieć na tyłku, mimo że robota czeka – mówił mężczyzna. 

Roześmiał  się  krótko.  –  Wcześniej  zimą  tęskniłem  tylko  za  tym,  żeby  odpocząć  i  móc  się 
wyspać,  ale  w  ostatnich  dniach  nie  robiłem  nic  innego.  Tak,  tak.  Myślałem  pójść  dzisiaj  do 
kościoła, ale nawet z tego nic nie będzie. Człowiek zaczyna murszeć do takiego kręcenia się 
bez końca. 
 

Jens  musiał  się  roześmiać.  Swobodna  rozmowa  z  obcym  mężczyzną  poprawiła  mu 

trochę humor. 
 

- Ja też miałem ochotę wybrać się do kościoła przed powrotem do domu – powiedział. 

– Moim zdanie obraz ołtarzu tutejszego kościoła jest bardzo piękny. 
 

-  Hę?  Obraz  przy  ołtarzu?  A  tak,  pewnie  ten  anioł  tak  ci  się  podoba  –  zachichotał 

chłop. 
 

Jens drgnął i poczuł, że się czerwieni. 

 

- He, He – chichotał chłop. – Widocznie dobrze trafiłem. Ona się nazywa Sara Susane 

Bing Lind, ta, która pozowała do obrazu. Żebyś wiedział, bracie, że to piękna dziewczyna. A 
ty to pewnie jeszcze nie masz ukochanej, co? – spytał, gapiąc się na Jensa. 
 

-  Owszem,  mam,  jestem  żonaty.  A  ten  anioł  na  ołtarzu  sprawia,  że  wciąż  muszę 

myśleć o mojej Elizabeth. Ona też wygląda jak anioł. Ma tak samo jasne włosy i… - dalej się 
w  swoim  opisie  nie  posunął,  bo  w  tej  chwili  rozległ  się  dzwon  wzywający  na  jedzenie  do 
głównego budynku. 
 

-  Rany,  a  ten  znowu  zaczyna  –  powiedział  chłop,  jakby  to  sam  właściciel  łowiska, 

Wolff, na nich dzwonił. 
 

- Nikt w każdym razie nie przegapi czasu posiłku przy takim dzwonie – rzekł Jens ze 

ś

miechem. 

 

- Nie, niech mnie licho. Słyszałeś kiedyś takie bicie? 

 

Jens pokręcił głową. 

 

-  To  dzwon  kościelny,  który  poprzedni  właściciel  kupił  za  czterysta  talarów.  To 

straszna cena, tak uważam. A co ty sądzisz? Tak, ten dzwon ma podobno kilkaset lat. Stare 
paskudztwo – dodał, prychając złośliwie. 
 

Jens nie potrafił powstrzymać się od śmiechu, chociaż tamten wyglądał ponuro. 

 

- Chyba nie masz nic przeciwko właścicielowi łowiska? – spytał. 

 

- A ty go lubisz? 

 

- No cóż, nigdy nic mi nie zrobił. Poza tym dobrze płaci za ryby. 

 

- Ja byłem u niego w domu – powiedział mężczyzna, jakby nie słysząc słów Jensa. 

 

- Ach, tak? 

 

- Mhm. Szedłem do kantoru, żeby z nim porozmawiać. I drzwi do jednego salonu na 

pierwszym piętrze były otwarte. – Umilkł na chwilę dla zwiększenia napięcia. – Powinieneś 
to widzieć! Pokój pięknie urządzony. Jasnoniebieskie ściany, wielkie lustro i piękne obrazy. 
Na  podłodze  dywan,  pośrodku  pokoju  okrągły  stół  otoczony  krzesłami.  Nie  myśl  sobie, 
wszędzie  kroniki  i  ozdoby…  -  umilkł,  jakby  szukał  właściwy  słów,  ale  nie  znalazłszy  ich, 
zaczął opowiadać dalej. – Chyba wiesz, że kantor jest na drugim piętrze? 
 

- Wiem, ale nigdy tam nie byłem – odparł Jens. 

 

- No to tam jest też drugi salon. Jedna ze służących właśnie tam szła i nie zamknęła za 

sobą drzwi. Mogłem zerknąć ukradkiem również tam. Pokój jeszcze piękniejszy, możesz mi 
wierzyć… 
 

Przerwał im jakiś inny mężczyzna, który podszedł nieoczekiwanie. 

background image

 

22

 

-  A  ty  co  tu  robisz  i  kłamiesz?  –  spytał,  uderzając  pierwszego  mężczyznę  w  plecy 

potężną dłonią. 
 

-  Kłamię?  Powiem  ci,  że  najmniejsze  nawet  kłamstwo  nie  pojawiło  się  na  moich 

wargach, odkąd żyję na tym świecie – odparł zaczepiony z największą powagą.  
 

Jens  pożegnał  się  i  poszedł  dalej.  Tak,  chłop  mówił  chyba  naprawdę,  opisując 

wspaniałe pokoje Wolffa. Jens słyszał o nich już dawniej. Podobno Wolff ma trzy izby. Jedną 
dla gości, izbę prywatną i jadalnię. Jens kręcił głową, niechętnie wracając do swojej chaty. 
 

Jeszcze  przed  drzwiami  usłyszał  podniesione  głosy  w  środku.  A  więc  oni  nadal 

dyskutują, czy nie wypłynąć na morze, domyślił się i wszedł do izby. 
 

- Sieci nam poganiają, jak zostaną tam dłużej – powiedział stojący przy piecu Andres 

ponurym głosem. Drewniaki, które naprawiał, odłożył na bok. On też nie może sobie znaleźć 
spokoju, stwierdził Jens. Wyjrzał przez okno. Nowa grupa łodzi wyruszyła na wody fiordu. 
 

-  Powiedziałem  i  tak  będzie  –  odparł  Abraham,  biorąc  swoją  zniszczoną  Biblię.  – 

Niedziela  jest  dniem  świętym  i  nie  będziemy  pracować.  Koniec  z  tym.  –  Otworzył  książkę, 
ale Jens widział, że wcale nie czysta, po prostu udaje. 
 

- Ja się zgadzam z Andresem – oznajmił Jens. – Wszyscy po kolei wypływają, tylko 

my będziemy tak siedzieć i drapać się w karki. 
 

Abraham chciał coś powiedzieć, ale Jens mówił dalej. 

 

- DDla nas sieci oznaczają życie albo śmierć. Bez nich  nie zdobędziemy ryby. A bez 

ryby pomrzemy z głodu my i nasze rodziny. A nie mamy pieniędzy, żeby kupić sobie nowe – 
Głos młodego mężczyzny  wnosił się, że miarę jak mówił.  Zgromadzeni  wokół niego kiwali 
głowami,  co  mówiącego  rozgrzewało  jeszcze  bardziej.  –  Tracimy  poważny  zarobek,  nie 
łowiąc  przy  takiej  pogodzie.  Jeśli  wypłyniemy  teraz,  to  będzie  chyba  ostatni  raz  przed 
powrotem do domu. 
 

Abraham wstał. Był to władczy człowiek, wysoki i zdecydowany, przewyższał ich też 

rangę. Mimo wszystko Jens nie cofnął się ani o krok, kiedy tamten wpił w niego spojrzenie. 
 

- Ja tu jestem przewodnikiem i ja decyduję – oznajmił Abraham. 

 

- A ja mam to gdzieś – odparł Jens, wypinając pierś do przodu. Wiedział, że mówiąc 

tak, być może ryzykuje miejsce w łodzi Abrahama, ale nic nie mógł na to poradzić. – Jeśli ty 
nie  wypłyniesz,  to  my  zrobimy  to  sami  –  mówił  dalej,  żałując  jednocześnie,  że  nie  znalazł 
lepszej  pogróżki  patrzył  w  oczy  właścicielowi  łodzi,  i  ku  wielkiej  uldze  stwierdzi,  że  choć 
niechętnie, to jednak inni rybacy kiwają głowami na znak poparcia. Ale tylko Andres i Jakob 
zdecydowali się stanąć obok Jensa. 
 

- Działaj rozsądnie, Abrahamie – prosił Jakob. – Jest tak, jak mówi Jens, nie możemy 

siedzieć tylko dlatego, że jest niedziela. Jest pewien, że Pan na niebie tym razem popatrzy na 
nas  łaskawym  wzrokiem.  On  przecież  rozumie,  że  musimy  mieć  jedzenie.  Z  pewnością 
dlatego dał nam tę piękną pogodę. 
 

Jens widził, że Abraham się waha, błądził rozbieganym wzrokiem po izbie i drapał się 

w  głowie.  Cała  załoga  wstrzymała  dech  w  napięciu,  czekając,  jakie  będzie  ostatnie  słowo. 
Wiedzieli  bowiem,  że  mimo  iż  Jens  potrafi  gadać,  to  na  upór  Abrahama  nawet  on  nic  nie 
poradzi. Zresztą łódź należy do niego i wszystko jest mu podporządkowane. 
 

-  W  takim  razie,  w  imię  Boże,  spróbujemy  –  rzekł  w  końcu,  machając  ręką.  – 

Wypływamy. Przebierajcie się. Nie stójcie tak i nie gapcie się przed siebie! 
 

Napięcie  zniknęło,  ludzie  zaczęli  rozmawiać,  słychać  było  śmiechy,  wszyscy  w 

pośpiechu  wciągali  kurtki  i  spodnie  ze  skóry.  Wkładali  długie  po  pół  uda  rybackie  buty, 
wiązali czapki pod brodą i powoli ruszali w drogę. Tuż przed chatą spod śniegu wyłonił się 
stos rybich łbów – pewny znak, że zbliża się wniosła. 
 

Jens odczuwał wielką radość. Jeszcze tylko raz wypłyną w morze, a potem wróci do 

domu, do Elizabeth i Ane. Będzie mógł przekazać żonie wielką nowinę! Przez jakiś czas miał 
zamiar posłać jej pieniądze, ale zrezygnował Elizabeth może przecież kupować w sklepie na 

background image

 

23

zeszyt, a jak tylko Jens wróci do domu, to za wszystko zapłaci. Zarobione pieniądze nosił w 
skórzanym  woreczku  zawieszonym  na  szyi.  To  najbezpieczniejszy  sposób.  A  wysyłanie 
pieniędzy listem jest ryzykowne. 
 
 

Na łowsiku Vestfjorden aż się robiło od łodzi. Jest ich tu kilkaset, przypuszczał Jens. I 

ze  Storvaagen  i  z  łowisk  takich  jak  Skraaven  i  Sandviken,  a  także  z  innych.  Było  ich  dużo 
więcej, niż można by oczekiwać przy niedzieli. Wesołe okrzyki unosiły się nad wodą, słychać 
było śmiechy i żarty. 
 

Nagle  nad  głowami  ludzi  przeszedł  jakby  szum  w  powietrzu,  a  potem  kilka 

gwałtownych porywów wiatru przeleciało do fiordem. Rozmowy natychmiast ucichły. 
 

- To ostrzenie – rzekł Jakob. Abraham przytaknął. 

 

Jens  poczuł,  że  serce  zaczyna  mu  mocniej  bić..  nieprzyjemny  dreszcz  przemknął  po 

plecach. 
 

Więcej  nie  zdążył  nawet  pomyśleć,  bo  niebo  i  morze  eksplodowały  równocześnie 

straszliwym  sztormem.  Spadł  niczym  zesłany  przez  samego  diabła,  dosłownie  wciskał  ludzi 
we wzburzone fale wiosła wypadały z dulek, zewsząd słychać było krzyki i rozkazy. Dotarł 
do niego głos Abrahama który natychmiast p[przejął dowodzenie. 
 

- Zwijajcie żagle! Kierujcie się pod wiatr, ale do diabła, nie za blisko lądu!! 

 

Jens  zdziwił  się,  że  Abraham  przeklina,  om,  taki  religijny.  Może  to  strach?  Mimo 

wszystko  rozkaz  był  niepotrzebny.  Z  wyjątkiem  chłopca,  który  pierwszy  raz  wypływał  na 
łowiska,  wszyscy  byli  doświadczonymi  rybakami,  każdy  wiedział,  że  podejście  zbyt  blisko 
lądu oznacza niebezpieczeństwo rozbicia łodzi. 
 

Fale były wielkie niczym góry. Czarne i bezlitosne spadały na łodzie, miotające się po 

morzu. Przekleństwa i bluźnierstwa przekrzykiwały huk sztormu, ale ludzie robili, co trzeba. 
Każdy dobrze znał swoje obowiązki. 
 

- Odciąć sieci! – wrzeszczał Abraham i natychmiast Jens wyciągnął nóż, żeby przeciąć 

linki. A dopiero co narzekali, że sieci zgniją. Nigdy, nigdy sobie nie wybaczę, że przekonałem 
Abrahama do wyjścia na morze, myślał, biorąc na siebie całą winę. 
 

Andres  i  Jakob  zwijali  żagle,  najmłodszy  wylewał  wodę,  ile  tylko  miał  siły.  Jeden 

rybak  ze  Storvika  pomagał  mu,  bo  łódź  napełniała  się  szybciej,  niż  oni  byli  w  stanie  ją 
opróżniać. 
 

Jens  widział,  że  wiele  łodzi  sztorm  cisnął  na  brzeg.  Ludzie  wyglądali  niczym  małe, 

bezradne  lalki,  które  spadały  na  ląd  razem  zachowały  wiosła,  mężczyźni  próbowali  płynąc 
pod wiatr, ale i tak w końcu musieli przegrać. Na sąsiedniej łodzi, kręcącej się w kółko, jakiś 
rybak zaplątał się w liny. Jens widział, jak wymachuje rękami. W ręce trzymał nóż i w jaki 
cudowny  sposób  zdołał  się  wyrwać.  Wiatr  poniósł  łódź  dalej,  ale  mężczyznę  uratowali 
koledzy. Wyczerpany leżał na tej drugiej łodzi, gdy nagle morze otworzyło się przed nimi i 
wszyscy wpadli w ogromną otchłań, zniknęli na zawsze. 
 

Słyszał, że ktoś woła pomocy, inny wzywał matkę, jeszcze inni żony lub zwracali się 

do Stwórcy na niebie, zanim pogrążyli się w odmętach. Widział oczy kilku z nich i nigdy tego 
nie zapomni. Przerażone spojrzenia, ramiona wyciągające się do niego z błaganiem o ratunek. 
Ale  on  był  jedynie  bezsilnym  świadkiem  tego,  co  widział,  zanurzony  w  piekle  przerażenia. 
Którego pamięć zachowa na zawsze. 
 

Siedział sparaliżowany i patrzył prosto przed siebie, nie mając siły nic zrobić. Nagle 

poczuł, że ktoś wymierzył mu piekący policzek i usłyszał głos Andresa: 
 

- Obudź się, chłopcze! Masz żonę i dziecko, pamiętaj o tym. Musimy wrócić do domu 

ż

ywi – mówił Andres, próbując przekrzyczeć ryczący sztorm. 

 

- Elizabeth – wyszeptał Jens. Gwałtowny podmuch wiatru podniósł gdzieś jego słowa. 

Elizabeth  i  Ane,  myślał  chłopak.  Tak,  chcę  wrócić  do  domu,  do  nich.  Wrócić  do  domu  i 
powiedzieć Elizabeth, że jest niewinna! Ta myśl dała mu nową odwagę i nową siłę. 

background image

 

24

 

Sztorm wyrwał żagiel i niósł małą łódkę po grzbietach fal. Nikt nie wiedział, dokąd. 

Gdy tylko się uciszy, pożeglują w stronę lądu. I będą uratowani.  
 
Rozdział 7 
 
 

Szło ku wiośnie. Słońce stało wyżej na niebie, śnieg był rozmokły i topił się szybko, a 

spod niego tu i tam wyłaniały się żółte źdźbła. Długa i ciężka zima minęła także tym razem, 
wciąż jednak było jeszcze zimno. To przecież dopiero kwiecień. Śnieg całkiem spłynie może 
w połowie maja, pocieszali się ludzie. 
 

Elizabeth myślała wyłącznie o Jensie. Był w jej sercu niezależnie od pory dnia czy w 

nocy, przychodził do niej w snach. A właściwie prawie zawsze w jednym i tym samym śnie: 
siedział  w  łodzi  na  morzu,  machał  do  niej  i  wołał  ją  po  imieniu.  Miał  jej  coś  ważnego  do 
powiedzenia,  ale  im  głośniej  krzyczał,  tym  dalej  odpływała  jego  łódź  i  ginęła  z  wolna  w 
gęstej, szarej mgle. Chwycić wiosła i płyń do mnie, wołała Elizabeth, ale on najwyraźniej nie 
słyszał. Na koniec całkiem znikał. 
 

Budziła  się  zawsze  po  tym  śnie  spocona  i  roztrzęsiona,  zastanawiała  się,  co  też  on 

może  oznaczać,  co  Jens  chce  jej  powiedzieć.  Ale,  niestety,  musi  po  prostu  czekać.  Może 
otrzyma odpowiedź, jak mąż wróci do domu. 
 

- Dlaczego to wzgórze nazywa się Nonshaugen, Podwieczorkowe Wzgórze? – spytała 

Maria, kiedy szły w górę po stromym zboczu. 
 

-  To  dlatego,  że  kiedy  słońce  schowa  się  za  nie,  to  czas  jeść  podwieczorek.  Wiesz 

przecież, że nie wszyscy ludzie mają zegary i wiedzą, która godzina – tłumaczyła Elizabeth. 
 

-  Czas  na  jedzenie  jest  wtedy,  kiedy  człowiek  odczuwa  głód  –  uznała  Maria  i 

powiedziała jednym tchem: 
 

- Myślisz, że dzisiaj zobaczymy łodzie? 

 

-  Tego  nie  wiem.  Być  może.  –  Elizabeth  zastanawiała  się,  czy  powinna  powiedzieć 

siostrze,  że  widziała  cień  Jensa.  Tłumaczyła  sobie  to,  podobnie  jak  fakt, że Jens  zostawił  w 
domu Biblięjako dobry znak. Zrezygnowała jednak z rozmowy z siostrą. Maria jest za mała, 
ż

eby zrozumieć. To nie ma sensu. 

 

Znalazły się na szczycie wzgórza i stały zdyszane, rozgrzane drogą, i patrzyły na fiord. 

Mieni  się  błękitem  jak  okiem  sięgnąć,  pomyślała  Elizabeth.  Ale  żadnej  łodzi  nigdzie  nie 
widać. 
 

- No to i tum razem też nie przyjadą – westchnęła Maria. 

 

-  Przecież  mogą  się  pojawić  przed  wieczorem  –  pocieszała  Elizabeth.  –  Nie  muszą 

przypłynąć akurat w chwili, kiedy my tu stoimy. 
 

Maria przez dłuższą chwilę milczała. Elizabeth przeniosła Ane na drugie biodro. Stały 

i  wpatrywały  tak  dług,  aż  rozgrzana  skóra  się  schłodziła,  a  zimny  wiatr  przenikał  przez 
ubrania. 
 

Elizabeth już miała powiedzieć, że trzeba wracać na dół, gdy odezwała się Maria. 

 

- Ja widziałam raz, że Dorte płacze. 

 

Elizabeth zatrzymała się i czekała na dalsze wyjaśnienia. Skoro jednak siostra nic nie 

mówiła, spytała: 
 

- Dlaczego płakała? 

 

- Jej musi być smutno, bo straciła dwóch mężczyzn. Jeden, z którym miała ślub, utopił 

się w morzu. I ten drugi, który jest ojcem Daniela, też gdzieś zginął. 
 

Znowu przez dłuższy czas panowało milczenie. 

 

- Każdy płacze od czasu do czasu. Dorośli też – powiedziała Elizabeth na koniec. 

 

- Myślisz, że tata i Jens też mogą się utopić? – spytała Maria nieoczekiwanie. 

background image

 

25

 

-  Nie,  oni  wkrótce  wrócą  do  domu  –  odparła  Elizabeth  z  wielką  pewnością.  –  Ja  to 

wiem.  Wracajmy  teraz,  Maryjko,  do  domu.  Zaczyna  się  robić  zimno,  nie  możesz  się 
rozchorować tuż przed ich powrotem. 
 

Niepewny uśmiech rozjaśniał drobną twarz do siostry, kiedy wszystkie trzy schodziły 

na dół. 
 
 

Maria przez resztę dnia  czekała. Jej niepokój udzielił się też Elizabeth, więc doznała 

ulgi, kiedy trzeba było kłaść się spać. 
 

Otuliła siostrę kołdrą i pocałowała ją w czoło. 

 

- Odmówiłaś wieczorny pacierz? – spytała. 

 

Maria pokręciła głową. 

 

- W takim razie odmówimy razem. 

 

Złożyły ręce i Elizabeth zaczęła się modlić. 

 
 

Aniele Boży Stróżu mój, 

 

Ty zawsze przy mniej stój. 

 

Rano, wieczór, 

 

We dnie, w nocy, 

 

Bądź mi zawsze ku pomocy. 

 

Broń mnie od wszelkiego złego, 

 

I doprowadź mnie do zbawienia wiecznego. 

 

Amen 

 
 

- A teraz pomodlimy się też za tych, co na morzu – oznajmiła Maria. 

 

- Chciałabyś? – spytała Elizabeth. 

 

Maria przytaknęła. 

 

- „Kochany Boże i Jezu, i Aniołowie. Opiekujcie się tatą i Jensem i wszystkimi, którzy 

są  daleko  na  morzu.  I  sprawcie  tak,  żeby  wkrótce  wrócili  do  domu,  bo  ja  bardzo  za  nimi 
tęsknię. Amen. Poza tym, powiedzcie mamie, że jestem grzeczna i zdolna. Amen”. 
 

Elizabeth  zdławiła  pełen  czułości  śmiech  z  powodu  tej  dziecięcej  wieczornej 

modlitwy. 
 

- A teraz śpij – szepnęła, wstając. 

 

- A czy nie mogłabyś mi opowiedzieć historii o smoku? – poprosiła Maria, posyłając 

Elizabeth błagalne spojrzenie. 
 

-  Będziesz  w  stanie  słuchać  o  smoku?  A  może  jednak  opowiedziałabym  ci  o  czym 

innym? 
 

- O nie! Tata, i Olav zawsze opowiadają o smokach, na pewno nie będę się bać. 

 

Elizabeth  zastanawiała  się  przez  chwilę.  Jeśli  naprawdę  tak  jest,  to  jej  opowieść  z 

pewnością  małej  nie  zaszkodzi.  Ona  sama  też  lubi  takie  historie.  Wciągnęła  głęboko 
powietrze i zaczęła: 
 

- Był sobie raz pewien chłop, któremu ktoś źle założył wiosła w łodzi. 

 

Maria przerwała jej. 

 

- Ech, ja to już słyszałam. To smok mu to zrobił, więc chłop zastrzelił smoka, ale ten 

się  zemścił.  Chłopu  jednak  ktoś  pomógł  i  smok  przegrał.  Opowiedz  coś  innego, 
straszniejszego – poprosiła dziewczynka, układając się wygodnie. 
 

- Straszniejszego? – powtórzyła Elizabeth niepewnie. – No dobrze, niech będzie. „Byli 

sobie raz dwaj bracia, którzy mieszkali sami w domu. Pewnego zimowego dnia łowili ryby na 
fiordzie i do cieci wpadł im trup”. – Umilkła na chwilę, by sprawdzić reakcję Marii, ale skoro 
siostra  leżała  spokojnie,  mówiła  dalej:  -  „Wrzucili  martwego  człowieka  do  łodzi  i  starszy  z 

background image

 

26

braci powiedział: - Musimy zabrać go ze sobą na ląd i zadbać, by znalazł się w poświęconej 
ziemi”. 
 

Elizabeth mówiła teraz grubym męskim głosem, a Maria chichotała. 

 

- „Ale zdarzyło się tak, że tego dnia złowili mnóstwo ryb. Łódź była pełna po brzegi, 

więc  po  chwili  młodszy  zaproponował:  trzeba  wyrzucić  zwłoki  z  powrotem  do  morza,  to 
będziemy  mogli  złowić  jeszcze  więcej  ryb.  Starszy  brat  nie  zgadzał  się  z  nim,  bo  żywił 
głęboki  respekt  dla  zmarłych,  bał  się  poza  tym  upiorów,  więc  nie  chciał  ustąpić,  choć 
młodszy  bardzo  nalegał.  W  pewnej  chwili,  gdy  starszy  z  braci  odwrócił  głowę,  młodszy 
skorzystał z okazji i mimo wszystko wyrzucił trupa do morza”. 
 

Maria  skrzywiła  się,  ale  nie  powiedziała  nic.  Wcale  jej  ta  historia  nie  przeraża, 

pomyślała Elizabeth, ale mówiła dalej: 
 

-  „No  i  późny  wieczorem  bracia  siedzieli  przy  ognisku.  Starszy  brat  poprosił 

młodszego,  by  odniósł  ryby  do  szopy  na  łodzie.  Młodszy  poszedł,  ale  bardzo  długo  go  nie 
było.  W  końcu  starszy  musiał  go  szukać.  Wziął  ze  sobą  latarkę,  ale  akurat  tego  wieczora 
ś

wiecił księżyc, więc nie była mu właściwie potrzebna. Wołał wiele razy, jednak nie otrzymał 

odpowiedzi. Wkrótce znalazł się na kamienistym brzegu, w pobliżu szopy. Tam zauważył, że 
piasek na brzegu jest rozkopany, jakby ktoś wlókł coś ciężkiego”. 
 

Elizabeth zniżyła głos, by opowieść brzmiała jeszcze bardziej ponuro. 

 

- „Rozejrzał się wokół i nagle zobaczył swojego brata walczącego z jakimś potworem, 

tak  paskudnym,  że  nigdy  straszniejszego  nie  widział.  Śmiertelnie  przestraszony  stał  i  po 
prostu się gapił, bo zrozumiał, że to upiór, który chce wciągnąć jego brata do morza. Potwór 
miał skórzany worek, nad nim unosił się smród zgnilizny. Starszy brat chwycił młodszego i 
wyrwał go upiorowi, a potem zaprowadził do domu. Nocą jednak, kiedy obaj spali na strychu, 
potwór  wrócił.  Kopał  w  drzwi,  aż  je  wyważył,  słyszeli,  że  zbliża  się  do  ich  posłania.  W 
ciężkich  butach  chlupała  woda,  ciągnęły  się  za  nim  mokre  wodorosty,  a  odór  był  jeszcze 
gorszy niż poprzednio. Musieli długo walczyć z potworem, zanim się poddał, ale tylko na ten 
jeden raz. Bo młodszy z braci był później prześladowany przez cały czas. To kara za to, że nie 
pochował trupa w poświeconej ziemi”. 
 

Elizabeth zdała sobie sprawę, że Maria oddycha głęboko i spokojnie. Czyżby zasnęła? 

– zdziwiła się i pochyliła nad małą. 
 

- Mój Boże, to miała być straszna historia, a ona zasnęła – szepnęła, wstała i zeszła na 

palcach. – Ciekawe, z jakiej gliny to dziecko jest ulepione? – mruczała, kręcąc głową. 
 

 

 

Elizabeth  szła  przez  dziedziniec.  Wiatr  szarpał  jej  ubraniem  tak,  że  raz  owijało  się 

wokół  ciała,  a  w  następnej  chwili  podmuch  wpadał  pod  spódnicę,  która  unosiła  się  niczym 
ż

agiel.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  nadchodzi  wichura.  Rano  tłumaczyła  Marii,  jak  poznać 

zbliżającą się niepogodę po zachowaniu łojowej świecy. 
 

- Kiedy łój zbiera się wokół knota, nie wolno tego dotykać – mówiła siostrze. – Bo jak 

w  końcu  łój  przeleje  się  przez  brzeg,  to  trzeba  patrzeć,  z  której  strony.  To  od  tej  strony 
nadejdzie wiatr. 
 

- Skąd ty to wiesz? – spytała Maria z powagą. 

 

- Mama mnie nauczyła. I ty też musisz o tym wiedzieć. 

 

- Tata też mnie tego uczył. Jeśli owce schodzą w dół z gór, to będzie niepogoda, tak 

mówił. 
 

- To prawda – przytaknęła Elizabeth. 

 

Tym  razem  łój  spływał  od  północnej  strony,  będzie  więcej  wiał  północny  wiatr, 

pomyślała,  otwierając  haczyk  w  drzwiach  od  szopy,  do  której  weszła.  Wiatr  wył  i  gwizdał 
przez  dziurawe  ściany,  kiedy  napełniała  koszyk  z  torfem.  Ręce  wydawały  się  dwa  razy 
dłuższe niż normalnie, ale na szczęście to już ostatnia kolejka, teraz torfu wystarczy na kilka 
dni.  Kiedy  Jens  wróci  do  domu,  będzie  o  wiele  łatwiej,  bo  podzielą  prace  między  siebie. 

background image

 

27

Rozmasowywała obolały krzyż i w zamyśleniu wpatrywała się przed siebie. Dorte nie ma na 
kogo  czekać,  nie  ma  z  kim  dzielić  zmartwień  ani  pracy.  Dobrze  pamiętała  słowa  Marii,  że 
Dorte opłakuje dwóch mężczyzn. Biedna nieszczęsna kobieta, pomyślała, a serce krwawiło jej 
ze  współczucia.  Powinnam  częściej  odwiedzać  Dorte,  ale  nie  na  wszystko  wystarcza  czasu, 
usprawiedliwiała  się  sama  przed  sobą.  Czas…  gdyby  pozwoliła,  by  niektóre  domowe  prace 
poczekały  do następnego dnia, to przecież nic by  się nie stało. Może wziąć dzieci i od razu 
odwiedzić Dorte. Zdąży wrócić tak, by zrobić wieczorny obrządek. 
 

Chwyciła  mocno  koszyk  z  torfem  i  wyszła  na  dwór,  gdzie  wpadła  wprost  na  Ragnę. 

Obie  były  tak  samo  przestraszone  i  obie  głośno  krzyknęły.  Duża  chustka  powiewała  wokół 
teściowej,  czarna  chusteczka  związana  pod  brodą  sprawiła,  że  szczupła  twarz  tamtej 
wydawała się jeszcze bardziej wyrazista. 
 

Ona wyglądała, jakby nieustannie miała mi coś  do zarzucenia, przemknęło Elizabeth 

przez głowę. 
 

-  Dzień  dobry,  witaj  u  nas,  Ragna  –  powiedziała  głośno.  –  Co  cię  sprowadza  w  tę 

wichurę? 
 

- Lekki wiatr nie powinien mnie chyba przerażać – odparła Ragna, próbując utrzymać 

równowagę, gdy szarpnął nią kolejny poryw wichru. 
 

Nie,  rzeczywiście,  widzę,  pomyślała  Elizabeth,  widząc,  że  teściowa  ma  jej  coś 

wyjątkowego do powiedzenia. Z pewnością jakieś plotki, które do niej dotarły. 
 

-  Wejdźmy  do  domu  –  powiedziała  Elizabeth  krótko  i  ruszyła  przodem.  Była 

rozczarowana, że musi odłożyć wizytę u Dorte. 
 

-  Jak  wy  tu  macie  zimno  –  stwierdziła  Ragna,  kiedy  weszły  do  izby  i  popatrzyła 

surowo na Elizabeth. 
 

Ta  udała,  że  nie  słyszy.  Napełniła  dzbanek  wodą  i  przyniosła  zioła  na  herbatę.  W 

domu nie było oczywiście zbyt zimni, ale teściowa zawsze musi na coś narzekać, bo jak nie, 
to dzień byłby dla niej stracony, pomyślała, czując narastający gniew. 
 

- Widzę, że oszczędzasz na kawie – mówiła dalej Ragna pogardliwym tonem. Wzięła 

Ane na kolana i zaczęła jej się z uwagą przyglądać. 
 

- Oszczędność jest cnotą. Tak stoi w Piśmie Świętym – odparła Elizabeth ostro. To na 

moment  zamknęło  Ragnie  usta.  Dlaczego  ona  zawsze,  przy  każdym  spotkaniu  musi 
zachowywać się w ten sposób? – zastanawiała się Elizabeth z westchnieniem. Mogłaby teraz 
siedzieć z Dorte przy kuchennym stole i rozmawiać o przyjemniejszych sprawach, ale zamiast 
tego musi stać tutaj i wysłuchiwać złośliwości swojej teściowej. 
 

- Tak, tak – wciąż próbowała jakoś łagodzić sytuację. Żeby tak znaleźć jakiś temat do 

rozmowy! Coś, czego Ragna nie mogłaby odwrócić przeciwko niej. 
 

-  Nie  powinnaś  zostawić  Ane-Elise  samej,  kiedy  wychodzisz  z  domu  –  powiedziała 

Ragna. 
 

-  Przestań  już  –  odgarnęła  Elizabeth  zirytowana.  –  Jeśli  przychodzisz  tu  tylko  po  to, 

ż

eby  krytykować,  to  może  daj  sobie  spokój.  Maria  jej  pilnuje,  robi  to  od  czasu,  kiedy  Ane 

była maleńka. 
 

- Tak, właśnie tego się obawiałam. 

 

Elizabeth ujęła się pod boki. 

 

-  Teraz  ci  powiem,  żebyś  pilnowała  swoich  spraw  –  rzekła  z  udanym  spokojem, 

wpatrując  się  w  teściową  tak,  że  tamta  musiała  odwrócić  wzrok.  Elizabeth  w  milczeniu 
nakrywała do stołu. 
 

-  Proszę,  bądź  tak  dobra  i  częstuj  się,  Ragna,  nie  jest  to  wprawdzie  świąteczne 

pożywienie, ale i tak całkiem dobre jedzenie – powiedziała krótko i usiadła. 
 

- Widziałaś może Dorte w ostatnich dniach? – spytała Ragna nieoczekiwanie i napiła 

się trochę ziołowej herbaty. 

background image

 

28

 

- Nie, dawno temu widziałam ją po raz ostatni, zresztą wybierałam się do niej dzisiaj – 

wymknęło się Elizabeth. 
 

- Więc zaryzykujesz chodzenie między zagrodami z dzieckiem? 

 

- Co masz na myśli? 

 

Ragnę znowu upiła parę łyków herbaty, robiąc ważną minę. 

 

Ona nigdy nie przychodzi tu, jeśli nie ma specjalnego interesu, powinnam była już do 

tego przywyknąć, pomyślała Elizabeth. Ciekawe, jakie plotki teraz ma mi do przekazania? 
 

- Toś ty nie słyszała o uciekinierze? – spytała Ragna. 

 

Elizabeth pokręciła głową, czując narastający w ciele niepokój. 

 

- To zbiegły więzień! – rzekła Ragna cicho, ale wystarczająco głośno, żeby Maria to 

usłyszała i popatrzyła na nią wytrzeszczonymi oczyma. 
 

-  A  ty  słyszałaś  jakieś  głupstwa?  –  powiedziała  Elizabeth,  pragnąc  załagodzić  słowa 

teściowej. – To pewnie zwyczajne plotki. 
 

-  Możesz  wierzyć  w  moje  słowa  –  rzekła  Ragna  z  ważną  miną.  –  Zamordował 

jakiegoś starca w Vassvika i okradł kilka dworów. – W zapale opowiadania, niemal przestała 
oddychać,  twarz  miała  czerwoną,  gdy  mówiła  dalej:  -  Wziął  jakąś  kobietę  siłą.  Ona  potem 
straciła rozum i utopiła się w ozu. 
 

- Myślisz, że on tutaj przyjdzie? – wykrztusiła Maria bez tchu, nie spuszczając wzroku 

z Ragny. 
 

- Nie można zakładać, że nie przyjdzie – Ragna kiwała głową. – Na takich złodziejach 

i mordercach nigdy nie można polegać, jak powiedziałam, są śmiertelnie niebezpieczni. 
 

Złość  aż  się  gotowała  w  Elizabeth.  Jak  ona  może,  dorosła  kobieta,  siedzieć  tu  i 

opowiadać takie rzeczy w przy dziecku? 
 

-  Oczywiście,  że  on  tutaj  nie  przyjdzie  –  oznajmiła  głośno  i  stanowczo,  chcąc 

przerwać  makabryczną  opowieść.  –  Jeśli  w  ogóle  ktoś  taki  istnieje  –  dodała,  ignorując 
mroczne spojrzenie teściowej. – Maria, idź teraz na strych i pościel łóżka – poleciła. 
 

- Ale… 

 

- Zrobisz, co powiedziałam i skończmy z tym. 

 

Siostra niechętnie powlokła się na górę. 

 

- Bardzo ci dziękuję za wizytę – rzekła Elizabeth, wpijając znowu wściekłe spojrzenie 

w Ragnę. Była tak oburzona, że o mało nie zaczęła krzyczeć. 
 

-  Ty  się  wcale  nie  przejmujesz,  że  masz  dwoje  dzieci,  z  którymi  mieszkasz  sama  0 

odparła Ragna. – Więc musiała ci to powiedzieć. 
 

- Dziękuje, słyszałam więcej niż trzeba. Jak mogłaś Marię w ten sposób przestraszyć? 

 

-  Ale  nie  przychodź  do  mnie  z  płaczem,  jak  on  nagle  stanie  przy  twoim  łóżku  – 

prychnęła Ragna, wzrok jej pociemniał. Wstała i ruszyła ku drzwiom. 
 

Elizabeth  zatrzasnęła  je  za  teściową  i  ciężko  się  o  nie  oparła.  Miała  wrażenie,  ze 

otacza ją gęsta lepka mgła. Czy może być jakieś ziano prawdy w tym, co mówi Ragna? Nagle 
uderzyła  ją  straszna  myśl.  Jak  Ragna  mogła  zostawić  własne  dzieci,  jeśli  historia  jest 
prawdziwa? Czy tak strasznie lubi roznosić plotki, że była w stanie od nich odejść? Ta baba 
wierzy we wszystko, ale to… stała bezradnie w sieni jeszcze kilka minut, potem zdecydowała 
się porozmawiać z siostrą. Teraz nie może już niczego ukrywać, musi powiedzieć, że Ragna 
uwielbia roznosić po wsi takie historie, nieważne czy prawdziwe, czy nie. 
 
 

Tego dnia wszystko nie poszły już do Dorte. Maria wyglądała na rozczarowaną, kiedy 

Elizabeth tłumaczyła jej, że nie należy się przejmować historią opowiedzianą przez Ragnę. 
 

-  No  ale  pomyśl,  gdyby  to  był  straszny  złodziej?  –  fantazjowała  Maria.  –  Co  byś 

zrobiła, gdyby przyszedł tutaj i ukradł mnie albo Ane? 
 

- To ja bym go przepędziła. 

 

- A gdyby on był większy i silniejszy od ciebie? 

background image

 

29

 

-  Żaden  złodziej  nie  byłby  ode  mnie  silniejszy,  gdyby  próbował  mi  was  odebrać  – 

oznajmiła  Elizabeth  i  chciała  już  zakończyć  dyskusję.  Maria  jednak  nie  miała  zamiaru 
poddawać się tak łatwo i w końcu Elizabeth musiała zmyślić jakąś historię o złodzieju, która 
jednak skończyła się dobrze. 
 

Tego wieczora długo leżała nie śpiąc. Wciąż wracało pytanie, czy mimo wszystko jest 

jakieś ziarno prawdy w opowieści Ragny? Plotki na ogół nie powstają same z siebie… a może 
jednak tak? 
 

W  środku  nocny  obudziła  się,  leżała  i  wpatrywała  w  mrok,  zastanawiając  się 

równocześnie,  co  ją  obudziło.  Może  to  tylko  wiatr,  myślała,  odwracając  się  na  drugi  bok, 
ż

eby  dalej  spać.  Wtedy  usłyszała  jakiś  świszczący  dźwięk  na  dole  w  kuchni.  Przez  wiele 

sekund  leżała  bez  ruchu,  wstrzymując  oddech  i  nasłuchiwała.  Dźwięk  pojawił  się  znowu  i 
teraz nie było już wątpliwości. Na dole ktoś jest. 
 

Najostrożniej jak mogła, wymknęła się z łóżka, włożyła pończochy i wełniany kubrak. 

Na  schodach  pożałowała,  ze  nie  zabrała  świecy,  ale  teraz  nie  mogła  już  po  nią  wrócić. 
Schodziła  wolno  stopień  za  stopniem,  unikając  tych,  które  skrzypią.  Oddech  miała  krótki, 
przerywany, rozglądała się na prawo i lewo, puls bębnił jej w uszach. Czy on słyszy bicie jej 
serca? Teraz była przekonana, że w kuchni rządzi się ten zbiegły więzień. 
 

Drgnęła, słysząc po raz trzeci świszczący dźwięk. Gwałtownie rzuciła się ku ścianie. I 

tak  dobrze,  że  mam  na  sobie  kubrak,  pomyślała,  bo  nocą  koszulę  widać  nawet  w  mroku. 
Wolno  skradała  się  dalej.  Świst  dochodził  od  strony  okna,  przy  którym  stał  stół.  Znowu  to 
samo! Miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi, kiedy dostrzegła przypominającą szopy 
rękę na oknie. 
 

Mimo  woli  położyła  dłoń  na  ustach,  żeby  stłumić  krzyk,  przez  cały  czas  jednak 

sztywno  wpatrywała  się  w  okno.  Stała  sparaliżowana  z  przerażenia.  Myśli  dosłownie 
zamarzły  jej  w  głowie,  krew  szumiała  w  uszach,  Elizabeth  dygotała.  Wtedy  chmury  się 
rozstąpiły  i  na  głębokie  westchnienie,  napięte  ramiona  opadły.  Wilgotną  od  potu  dłonią 
potarła twarz. Widziała wyraźnie, że to tylko gałąź, która stukała w szybę. 
 

-  Że  też  możesz  się  tak  śmiertelnie  wystraszyć  –  powiedziała  ze  złością  do  siebie  i 

powoli poszła z powrotem na strych. – Jutro z samego rana odpiłuję tę gałąź! 
 

Czuła,  że  twarz  jej  płonie  i  postanowiła,  że  nikt  się  o  tym  nie  dowie.  Wtedy  znowu 

podskoczyła  tak,  że  uderzyła  się  boleśnie  w  udo  o  poręcz  schodów.  W  oczach  pojawiły  się 
łzy. Musiała usiąść na chwilę, bu rozetrzeć dłonią bolące miejsce. 
 

-  Tym  razem  to  nie  jest  żadna  gałąź  –  szepnęła,  słysząc  jak  bardzo  drży  jej  głos.  – 

Wcale  się  nie  boję,  wcale  się  nie  boje  –  powtarzała  w  duchu,  ostrożnie  wstając.  Co  teraz 
robić?  Pospiesznie  spojrzała  na  strych,  usłyszała,  że  Maria  przewraca  się  we  śnie  na  drugi 
bok.  Łóżko  skrzypnęło.  Nikt  nie  dotknie  moich  dziewcząt,  pomyślała,  czując,  że  narasta  w 
niej  odwaga  i  równocześnie  gniew.  Chwyciła  krzesiwo,  leżące  przy  piecu,  zapaliła  łojową 
ś

wiecę, i skradając się, poszła do sieni. Musiała z całej siły zaciskać wargi, żeby zęby jej nie 

dzwoniły. To dlatego, że marznę, mówiła sobie, wiedząc, że to nie jest prawda. A jeśli mnie 
coś się stanie, to ci będzie z dziećmi, śpiącymi na strychu? Nie, nie będzie nic złego, myślała, 
ś

ciskając w ręce pogrzebacz. Przecież potrafię się obronić. 

 

Drzwi  do  sieni  skrzypnęły,  kiedy  je  otworzyła.  Płomień  świecy  chybotał 

niebezpiecznie,  wydawało  się,  że  zgaśnie,  Elizabeth  owionął  lodowaty  wiatr.  Przez  chwilę 
myślała,  że  to  upiory,  zanim  zauważyła,  że  małe  okienko  jest  otwarte.  Podskoczyła 
przerażona, kiedy coś spadło na ziemię. 
 

- Dobry Boże na niebie, pomóż mi teraz – modliła się w duchu, unosząc swoją broń, a 

równocześnie stopą zatrzaskując drzwi. Sekundy wydawały jej się wiecznością. Serce i płuca 
przestały  funkcjonować,  a  ona  wciąż  wpatrywała  się  w  niewielkie  pomieszczenie.  Wzrok 
przesuwał  się  po  półkach  niemal  pustych  teraz  na  przedwiośniu,  stały  tam  tylko  naczynia, 
jedno obok drugiego. 

background image

 

30

 

Nagle  poczuła  miękkie  futro  na  nodze  i  wrzasnęła.  Szczur!  –  przemknęło  jej  przez 

myśl. I zaraz potem usłyszała cichuteńkie niepewne „miau”, i znowu poczuła futro ocierające 
się o nogę. Rozdygotana przykucnęła, płacząc z ulgą. 
 

-  Pip  –  Nils,  czy  to  tylko  ty?  –  pytała  ze  szlochem.  –  Przyszedłeś  tutaj  za  Ragną  i 

zostałeś zamknięty w naszej spiżarce? 
 

Takie akurat imię kociak dostał dlatego, że miauczy tak piskliwie, przypomniała sobie. 

Wielokrotnie  głaskała  koci  grzbiet,  który  wyginał  się  rozkosznie.  Pip-Nils  uniósł  ogon  i 
machał nim z przejęciem. – Pomyśleć, ze przez kota Ragny o mało nie straciłam zmysłów z 
przerażenia  –  powiedziała  znowu  Elizabeth  sama  do  siebie,  czując,  że  łzy  płyną  jej  z  oczu. 
Dobrze było popłakać. Jakby cały strach i napięcie wypływały razem ze łzami. 
 

Kiedy  wstała  i  wypuściła  kota,  poczuła  się  potwornie  wyczerpana.  Pogrzebacz 

odłożyła  na  miejsce  przy  piecu  i  zgasiła  świecę.  Spokojnie  weszła  po  schodach  na  górę  i 
wślizgnęła pod kołdrę. Wkrótce potem zasnęła ciężko i spała bez snów. 
 

Następnego dnia Maria nie chciała iść z nią do Dorte. 

Twierdziła,  że  musi  porozmawiać  o  czymś  ważnym  z  Indianne,  ale  nie  miała  ochoty 
tłumaczyć  niczego  dokładniej.  Elizabeth  wiedziała  jednak,  że  miała  chce  iść  do  koleżanki, 
ż

eby  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  tej  sprawie,  o  której  opowiadała  Ragna.  Choć  miała 

ochotę zaprotestować, postanowiła, że pozwoli siostrze robić, co chce. Sama powlokła się w 
dół do Neset, do małej, szarej izby Dorte. 
 

Poczekała,  aż  Ane  i  Daniel  zaczną  się  bawić  na podłodze,  a  potem  opowiedziała,  co 

mówiła Ragna. O nocnych wydarzeniach nie wspomniała. 
 

Dorte wypiła herbatę, zanim potwierdziła nowiny. 

 

-  Ja  też  o  tym  słyszała,  tym  razem  Ragna  nie  roznosi  plotek.  Byłam  w  sklepie  i 

słyszałam, co mówił lensman. Prosił ludzi, żeby mieli się na baczności. Zapewniał, że zrobi 
wszystko, żeby złapać tego drania. Różni mężczyźni ze wsi zgłosili się do poszukiwań. 
 

Elizabeth skuliła się z przerażenia. Wiedziała, że Dorte nigdy nie zmyśla. 

 

-  Ale  wiadomość  o  kobiecie,  którą  zgwałcił,  to  nieprawda    mówiła  dalej  Dorte.  – 

rzeczywiście, jedna się utopiła, bo pomieszały jej się zmysły, ale z całkiem innego powodu. I 
ten stary w Vassdalen żyje. Ragna jednak nie kłamała. Początkowo myśleli, że umarł, ale on 
się jakoś ze wszystkiego wygrzebał. 
 

Elizabeth domyśliła się,  że Dorte  wie  więcej o tej kobiecie, która się utopiła, ale nie 

wypytywała. Co ją to w końcu obchodzi. 
 

-  Nigdy  przedtem  nie  zamykałam  drzwi  na  klucz  i  teraz  też  tego  nie  robię  – 

powiedziała Dorte. Potem przyniosła dzbanek i nalała znowu do kubków. 
 

Przypuszczalnie  dostała  kawę  od  Ragny  za  jakąś  pracę,  albo  może  Jakob  wsunął  jej 

potajemnie mały węzełek do kieszeni. To by było do niego podobne. Elizabeth zastanawiała 
się często, skąd u Jakoba taka troska o Drote, chyba zbyt duża, by mogła być przypadkowa. 
 

-  U  mnie  i  tak  nie  ma  czego  ukraść  –  mówiła  Dorte,  siadając.  –  Nie  mam  żadnych 

wartościowych rzeczy, które mogłyby go interesować, jedzenie też niewiele. Tyle co z reki do 
ust.  –  Wskazała  głową  w  stronę  dworu  Heimly,  dając  do  zrozumienia,  skąd  bierze  jedzenie 
dla siebie i dziecka. 
 

Elizabeth wpatrywała się w swoją filiżankę, potem wypiła ostrożnie kilka łyków. – Ja 

bym wolała raczej umrzeć z głosu, niż brać jedzenie od Ragny – oznajmiła twardo. 
 

- Ja nie żebrzę – odparła Dorte ostro – zarabiam na jedzenie, które dostaję. 

 

-  Moja  droga,  ja  nic  takiego  nie  myślałam!  Oczywiście,  że  zarabiasz,  ale  Ragna  jest 

moją teściową i… - wzruszyła ramionami i umilkła. Nie była w stanie tłumaczyć Dorte, jakie 
stosunki panują między nią a teściową. Zresztą Dorte i tak sama wie, co trzeba. 
 

- Ja rozumiem – powiedziała Dorte cicho, patrząc onieśmielona przez okno. 

background image

 

31

 

- U mnie też nie miałby czego kraść – powiedziała Elizabeth, próbując się roześmiać. 

– O tej porze roku panuje bieda, ale chyba będzie lepiej, kiedy mężczyźni wrócą z połowów. 
A latem to już pewnie całkiem dobrze, będziemy przecież mieć jagody, warzywa i jajka. 
 

Dorte chyba jej nie słuchała, nadal wyglądała przez okno. Elizabeth poczuła się jakby 

nie na miejscu. Uznała, że czas wrócić do domu. 
 

- No, musimy się już zbierać – powiedziała niepewnie, dopijając kawę. 

 

-  Muszę  ci  coś  powiedzieć  –  rzekła  Dorte,  nareszcie  spoglądając  sąsiadce  w  oczy. 

Policzki jej płonęły, ale zielone oczy mieniły się dziwnym blaskiem. 
 

Ona wygląda jak młoda dziewczyna, pomyślała Elizabeth. 

 

-  Ja  spotkałam  mężczyznę  –  zaczęła  Dorte,  wpatrując  się  w  blat  stołu,  jakby  nagle 

straciła pewność siebie. Kreśliła palcami jakiś wzór na stole i mówiła: 
 

-  Myślę,  że  to  ten  właściwy.  Nie,  nie  myślę,  ja  to  wiem  i  strasznie  się  cieszę, 

Elizabeth,  taka  radosna  nigdy  przedtem  nie  byłam!  On  sprawia,  że  znowu  czuję  się  ładna. 
On… - najpierw jakby smakowała słowa, które chciała wypowiedzieć i z uśmiechem patrzyła 
przed siebie. 
 

-  On  mówi  mi  tyle  pięknych  rzeczy,  od  dawna  nie  była  razem  z  mężczyzną  w  taki 

sposób. Wiesz, co mam na myśli? – spytała i zarumieniła się. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak, rozumiem. Ale gdzie go spotkałaś? Czy to ktoś znajomy? 

 

-  Spotkałam  go,  kiedy  odwiedzałam  jedną  taką  w  Storvika,  a  jego  znasz  bardzo 

dobrze. To sam nauczyciel z naszej szkoły. 
 

Elizabeth poczuła, że uśmiech zastyga jej na wargach. Minęła chyba cała wieczność, 

nim zdołała się pozbierać. 
 

- On… to znaczy Henning? – spytała z niedowierzaniem. 

 

- To ty jesteś z nim po imieniu? – spytała Dorte, mrużąc oczy. 

 

- On… to znaczy – jęknęła Elizabeth. Pospiesznie próbowała znaleźć jakieś wyjście. 

Czy  ma  opowiedzieć  Dorte  o  tym,  co  Henning  zrobił  tamtego  dnia  w  szkolnej  klasie?  Czy 
Dorte jej uwierzy, czy też poczuje się urażona? Zasługuje jednak na lepszego mężczyznę niż 
ten drań Henning Nielsen. Nie, nie mogę tego przemilczeć, przemknęło jej przez głowę. 
 

- Czy jesteś pewna, że to człowiek, którego byś chciała? – spytała, nie odpowiadając 

na pytanie Dorte. 
 

- Tak, oczywiście. Ja nie chodzę do łóżka… - Dorte umilkła i chrząknęła głośno. – To 

miły i uprzejmy mężczyzna – powiedziała zamiast tego. 
 

- Dorte – Elizabeth chwyciła sąsiadkę za rękę. – Dorte, ja nie chcę, żebyś jeszcze raz 

została zraniona, dlatego musze ci powiedzieć: Henning Nielsen to babiarz i kłamca. 
 

Chciała  powiedzieć  coś  więcej,  ale  Dorte  zerwała  się  z  miejsca  tak  gwałtownie,  ze 

stołek z hałasem upadł na podłogę. Głos jej drżał. 
 

- Wynoś się! Wynoś się mojego domu, Elizabeth! 

Ja ci ufałam, ale teraz widzę, że nie możesz ścierpieć mojego szczęścia. 
 

- Ależ moja droga, coś ty bąknęła Elizabeth, wstając. 

 

- Wyjdź stąd i nie pokazuj mi się tu nigdy więcej! 

 

W  oczach  miała  łzy.  Elizabeth  stłumiła  słowa  cisnące  się  na  usta  i  zaczęła  ubierać 

Ane. 
 

Zanim wyszła, odwróciła się po raz ostatni: 

 

- Nie miałam nic złego  na myśli, Dorte, musisz mi uwierzyć.  I  pamiętaj, że u nas w 

domu będziesz zawsze mile widziana. 
 

Potem  wyszła.  Powinnam  była  jej  to  powiedzieć  w  inny  sposób,  myślała.  Ale  jak 

zwykle zaczęłam gadać, zanim się dobrze zastanowiłam i zniszczyłam wszystko! Odwróciła 
się i popatrzyła na małej obejście Dorte. W sercu czuła ból. 
 

background image

 

32

Rozdział 8 
 
 

- Co będziesz kupować? – spytała Maria i oparła się o ramię Elizabeth, która siedziała 

przy stole i wypisywała listę zakupów. 
 

- Czarne nici i paczka igieł – czytała dziewczynka, podnosząc ze stołu kartkę szarego 

papieru. 
 

Elizabeth nie musiała tego zapisywać, ale kartka dawała je poczucie, że zrobi większe 

zakupy, niż w rzeczywistości ją na to stać. 
 

- A będziesz pilnować  małej Ane, kiedy ja popłynę do sklepu? – spytała, pociągając 

siostrę za warkocze. 
 

Maria udawała, że się zastanawia, potem przymrużyła jedno oko i powiedziała. 

 

- Tak, tak, z pewnością będę. 

 

- Głuptasie. Bądźcie obie grzeczne, to może kupię trochę brązowego cukru. 

 

- Słyszałaś, Ane, dostaniemy cukru – cieszyła się Maria. – Umiesz powiedzieć cukier? 

 

-  Tak  –  odparło  dziecko,  ale  nie  powiedziało  nic  więcej.  Najwyraźniej  jednak 

rozumiała, o czym jest mowa, bo jej twarzyczka rozjaśniła się niczym słońce. 
 

-  To  też  zapisz  na  kartce  –  dopominała  się  Maria.  Trzy  kawałki  brązowego  cukru. 

Jeden dla cienie, drugi dla Ane i trzeci dla mnie. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się i zapisała to wszystko. 

 
 

Jaki  to  był  dobry  dzień,  myślała  Elizabeth,  wiosłując  na  drugą  stronę  fiordu. 

Posegregowały  ostatnie  rzeczy  po  matce  i  tym  razem  nie  sprawiało  im  to  już  bólu.  Dobrze 
było myśleć, że znowu będą tych rzeczy używać. I Maria, i Ane dostaną nowe ubranka, trzeba 
tylko  kupić  nici.  Pamiętała,  jak  się  cieszyła  pierwszymi  oznakami  wiosny  ledwie  kilka  dni 
temu.  A  teraz  znowu  spadł  śnieg  i  wszystko  zamarzło.  Nic  dziwnego,  śniegu  można  się 
spodziewać nawet w połowie maja. 
 

Elizabeth  widziała  ludzi  z  daleka,  już  wtedy,  kiedy  wyciągała  łódź  na  kamienisty 

brzeg.  Przed  sklepem  stało  trzech  mężczyzn  i  kilka  kobiet.  Rozpoznała  starą  Hartuvikka, 
której kiedyś pomogła pokonać chorobę. Był też Kornelius. Nagle ogarnęło ją nieprzyjemne 
uczucie,  że  stało  się  coś  złego.  Próbowała  to  od  siebie  odepchnąć.  Przecież  nie  ma  nic 
dziwnego w tym, że ludzie stoją przed sklepem, wiedziała jednak, że sama siebie okłamuje. O 
tej porze roku ludzie zbierają się pod dachem, w cieple. 
 

Rozmawiali cicho, kiwali głowami, przytupywali dla rozgrzewki. Kiedy Elizabeth się 

zbliżyła,  rozmowy  umilkły,  a  rozbiegane  oczy  patrzyły  gdzieś  w  bok.  Stara  Hartuvikka  nie 
mogła powstrzymać płaczu. 
 

- Co się stało? – Pytała Elizabeth. 

 

- To ty nic nie słyszałaś? – pytała Hartuvikka, ocierając ręką twarz. 

 

Elizabeth pokręciła przecząco głową i poczuła, że serce bije jej głośno i boleśnie. 

 

- Był straszny sztorm na morzu. Dziesiątki ludzi zginęło – tłumaczyła któraś z kobiet. 

 

Słowa były niczym siarczysty policzek. Elizabeth oddychała ciężko. Miała wrażenie, 

ż

e za chwilę zacznie się dusić. 

 

- Albertine straciła męża i trzech synów – mówiła dalej Hartuvikka. 

 

- Alebertine z lasu? – zapytała Elizabeth. 

 

Tamta  przytaknęła.  Elizabeth  znała  Albertine.  Wiedziała,  że  będzie  teraz  sama  z 

ośmiorgiem  dzieci.  Jak  ona  sobie  da  radę?  Jak  w  ogóle  kobiety  sobie  radzą  po  takich 
przejściach?  Kręciło  jej  się  w  głowie,  miała  mdłości,  bała  się,  że  zemdleje.  Natrafiła  na 
spojrzenie Korneliusa. Bezzębnymi dziąsłami żuł z uporem bryłkę żywicy, teraz odwrócił się 
i wypluł to, co miał w ustach.  
 

Elizabeth  poczuła,  że  skóra  jej  drętwieje.  Dygotała.  Domyślała  się,  że  coś  przed  nią 

ukrywają. 

background image

 

33

 

- No powiedz wreszcie! – krzyknęła, patrząc na starą Hartuvikka. 

 

Tamta  zwlekała,  błagała  wzrokiem  pozostałych,  by  jej  pomogli,  ale  oni  odwracali 

głowy. 
 

- Bądź tak dobra – prosiła Elizabeth, ale Hartuvikka wciąż w milczeniu wpatrywała się 

w ziemię. 
 

- Zginął też Abraham – powiedziała w końcu. Głos miała piskliwy. 

 

Elizabeth  popatrzyła  w  stronę  sklepu.  Odnosiła  wrażenie,  ze  otacza  ją  gęsta  mgła, 

teraz zrozumiała wszystko. Ludzie stoją na dworze, bo jest zamknięte. Josefine jest w żałobie. 
 

- A on był przodownikiem na… - zaczął Kornelius. 

 

Elizabeth przytaknęła. Mdłości narastały. Zatoczyła się, a oni wciąż stali jak wrośnięci 

w  ziemię,  patrzyła  na  nich  przez  zasłonę  łez.  Nagle  musiała  się  odwrócić  i  zwymiotowała. 
Wymiotowała długo, w końcu wyrzuciła z siebie tylko cierpką żółć. Potem otarła usta garścią 
ś

niegu i wolno powlokła się w dół do swojej łodzi. 

 

 -  Jens  i  tata  na  pewno  żyją,  chociaż  pracowali  na  tej  samej  łodzi,  co  Abraham  – 

szeptała raz po raz, wiosłując w stronę domu. 
 

Nie chciała myśleć o innych, którzy utonęli w morzu. Mimo to obrazy przesuwały jej 

się przed oczami. Czarna otchłań, która wciągała w głąb jednego po drugim, a oni bronią się i 
wzywają  pomocy.  Serce  jej  krwawiło  na  myśl  o  wszystkich  bliskich,  którzy  oczekują  ich 
powrotu. Teraz jest jedną z nich. Żoną i córką. 
 

Zdarzało się, że w ciągu kilku sekund znikły całe rodziny. Ojcowie i synowie pływali 

najczęściej  na  tej  samej  łodzi,  to  wiedziała.  Takiej  żałoby  i  takiej  starty  nie  potrafiła  sobie 
wyobrazić. 
 

Podpłynęła  do  brzegu  i  wyszła  na  ląd.  Wciągnęła  łódź  na  kamienie,  ślizgała  się  na 

zamarzniętych kałużach, odzyskiwała równowagę i ciągnęła dalej. Od strony domu w Neset 
szła  ku  niej  Ragna,  a  z  nią  Dorte  i  Daniel.  A  ja  się  właśnie  z  nimi  pokłóciłam,  pomyślała 
niepewnie. Będę musiała im powiedzieć… 
 

-  Coś  ci  dolega?  –  spytała  Ragna  bez  śladu  współczucia  w  głosie.  Dorte  nie  mówiła 

nic, wpatrywała się w nią tylko pustym wzrokiem. 
 

Wszystko w Elizabeth protestowało. Najprościej byłoby udawać, że nic się nie stało, 

Bi  przecież  wygląda  na  to,  że  tak  jest.  Rozumiała  jednak,  że  musi  powiedzieć  to,  czego 
dowiedziała się przed sklepem. Zresztą i tak by się dowiedzieli później. 
 

- Spotkałaś może tego zbiega? – szydziła z niej Ragna. 

 

- Byłam w sklepie – zaczęła Elizabeth i musiała długo chrząknąć, zanim mogła mówić 

dalej.  –  Sklep  jest  zamknięty,  bo  Josefine  ma  żałobę.  Na  morzu  było  nieszczęście,  ludzie 
mówią, że zginęły dziesiątki mężczyzn. 
 

Dostrzegła,  że  teściowa  robi  się  upiornie  blada  i  przytrzymuje  się  ramienia  Dorte 

palcami wyciągniętymi niczym szpony. 
 

- Co ty tu opowiadasz? Josefine jest w żałobie? – syczała. 

 

Mówi, jakby mnie oskarżała, pomyślała Elizabeth, jakby to była moja wina. 

 

- Dzieci nie powinny tego widzieć – rzekła, wyglądało jednak na to, że kobiety jej nie 

słuchają, albo nie przejmują się tym, co mówi. 
 

-  Można  zacząć  się  zastanawiać,  ile  razy  jeszcze  ta  okolica  będzie  przeżywać  takie 

katastrofy  –  mówiła  Dorte,  patrząc  na  Elizabeth  błyszczącymi  oczyma.  –  Morze  zabrało 
mojego męża, mojego dziadka i dwóch moich wujków. 
 

-  Nikt  nie  powiedział,  że  oni…  że  zginęli  –  wyszeptała  Elizabeth,  odwróciła  się 

gwałtownie  i  pobiegła  w  stronę  domu.  Z  oczy  płynęły  jej  łzy,  dławił  ją  bolesny  szloch. 
Potknęła  się  o  własną  spódnicę  i  upadła  na  ziemię.  Leżała  tak,  dopóki  płacz  nie  ucichł.  Po 
chwili przewróciła się na plecy i wpatrywała w niebo, w ukrytą za nim wieczność. Jak przez 
mgłę  przypominała  sobie,  co  matka  opowiadała  jej  o  sztormie,  jaki  miał  miejsce  11  lutego 
1849  roku.  W  wielu  wsiach  nie  pozostał  po  nim  ani  jeden  mężczyzna.  „Tamtego  dnia 

background image

 

34

zostałam  sierotą  bez  ojca  i  bez  rodzeństwa”,  mówiła  matka,  patrząc  w  okno.  Mama  miała 
wtedy siedemnaście lat i była dorosła. Ale bracia mieli jedenaście i dwanaście. Zbyt wcześnie 
musieli zacząć zarabiać  na chleb, a potem utonęli w morzu. Mama opowiedziała jej o tylko 
jeden  raz.  Kiedy  Elizabeth  później  prosiła,  żeby  powtórzyła,  odmawiała  stanowczo,  z 
gniewem.  Później  Elizabeth  zrozumiała,  że  o  takich  sprawach  kobiety  rzadko  rozmawiają. 
Noszą  w  sobie  żal  i  tęsknotę,  ale  uważają,  że  wielu  spotkało  jeszcze  większe  nieszczęście, 
więc nigdy się nie spotkało jeszcze większe nieszczęście, więc nigdy się nie skarżą. 
 

Jak  dobrze  byłoby  po  prosu  zamknąć  oczy  i  zasnąć,  zostawić  za  sobą  cały  ból!  Ale 

chłód i wilgoć zaczęły przenikać przez cienkie ubranie i zmusiły ją do wstania. Miała wyrzuty 
sumienia  na  muś  o  tym,  że  dzieci  na  nią  czekają.  Ani  Jens,  ani  jej  ojciec  nie  umarli!  Nie 
wolno w żadnym razie tak myśleć, postanowiła zdecydowanie. 
 
 

Obie  dziewczynki  wybiegły  jej  na  spotkanie,  szarpały  za  spódnicę,  domagały  się 

uwagi. 
 

- Byłyśmy bardzo grzeczne – zapewniła Maria podniecona. – Kupiłaś nam brązowego 

cukru? 
 

Ane naśladowała wszędzie ruchy Marii, która podskakiwała po podłodze kuchni. 

 

O co jej chodzi? – zastanawiała się Elizabeth, czując, że ból ściska obręczą jej głowę. 

Opadła na najbliższe krzesło. Żeby tak mogła się położyć! Kiedy się obudzi, wszystko będzie 
jak  dawniej.  Elizabeth  słyszała,  że  Maria  nie  przestaje  mówić,  ale  nie  była  w  stanie 
skoncentrować się na jej słowach. Mózg miała kompletnie otępiały, głowa zdawała się pękać. 
Z wielkim wysiłkiem uniosła głowę i popatrzyła na siostrę. 
 

- Kupiłaś cukier? – marudziła Maria. 

 

Słowa wpadały w mózg Elizabeth. Nie miała żadnego wyjaśnienia, dlaczego wraca do 

domu z pustymi rękami. A przecież nie mogła powiedzieć dzieciom, co się stało. 
 

- Sklep był zamknięty – powiedziała wolno, widząc rozczarowanie na twarzy siostry. 

Tak się cieszyły na ten cukier, i ona, i Ane. 
 

- Dlaczego było zamknięte? – spytała Maria, a dolna warga drgała jej wyraźnie. 

 

-  Josefine  zachorowała,  ale  jak  tylko  wyzdrowieje,  to  dostaniecie  ten  swój  cukier  – 

pocieszała. 
 

Maria skinęła głową. 

 

Jak to możliwe, że dzień, który zaczął się tak dobrze, może kończyć się w ten sposób, 

myślała  Elizabeth,  zdając  sobie  sprawę  jak  bardzo  jest  brudna  i  przemoczona.  Maria  z 
pewnością też to zauważyła. 
 

- Poślizgnęłam się i zjechałam po zboczu – wyjaśniła Elizabeth pospiesznie, wstając. 

 

Musiała skierować myśli siostry na inne tory, więc przebierając się, spytała Marię, czy 

ona  i  Ane  chciałyby  się  wykąpać.  W  podziękowaniu  została  zasypana  pocałunkami  i 
uściskami. 
 

Lepiej  jest  pracować  niż  rozmyślać,  uznała  nosząc  wodę,  od  czego  rozbolały  ją 

ramiona.  Po  piątej  wyprawie  do  studni  stwierdziła,  że  przez  cały  czas  rzuca  ukradkowe 
spojrzenia  w  dół,  na  fiord.  Nie  miała  pojęcia,  kiedy  wydarzyła  się  katastrofa,  dlatego 
mężczyźni mogli wrócić w każdej chwili. Jeśli w ogóle wrócą… 
 

 

 

Myślami była zupełnie gdzie indziej, pomagając dziewczynkom płukać włosy. 

 

-  Musimy  być  wykąpane  i  śliczne,  kiedy  oni  wrócą  do  domu  –  powiedziała  Maria, 

zasłaniając twarz myjką, żeby mydło nie dostało się do oczu. 
 

-  No  a  jeśli  to  tylko  plotki  o  tym,  co  się  stało  z  Abrahamem  –  powiedziała  nagle 

Elizabeth. 
 

- A co o nim mówią? – spytała Maria, spoglądając na siostrę. 

background image

 

35

 

-  Co?  –  Nagle  dotarło  do  Elizabeth,  że  omal  się  nie  wygadała.  Pospiesznie  szukała 

jakiegoś wytłumaczenia. 
 

- Nie, to tylko takie gadanie dorosłych. 

 

Cień  przemknął  po  twarzy  Marii,  coś  dorosłego,  jakaś  podejrzliwość,  stwierdziła 

Elizabeth. Poczuła, że skóra na plecach jej lodowacieje. 
 

- Mówią, że kupił bardzo drogi prezent dla Josefine – powiedziała pospiesznie – Zbyt 

drogi,  po  prostu  go  na  to  nie  stać.  Ale  to  pewnie  tylko  głupie  gadanie.  Abraham  ma  tyle 
pieniędzy, że… - nagle nie była w stanie wymyślić nic więcej. Jak opowiadać takie historie o 
człowieku, który prawdopodobnie nie żyje? 
 

-  Mogę  wam  opowiedzieć  bajkę?  –  spytała  pospiesznie.  Nie  czekając  odpowiedzi, 

zaczęła: 
 

-  „Było  sobie  raz  siedem  sióstr,  które  przyszły  z  Sulitjelma,  były  one  córkami 

tamtejszego króla”. 
 

-  To  król  mieszka  w  Sulitjelma?  –  spytała  Maria.  Przypuszczalnie  nie  miała  pojęcia, 

gdzie się taka miejscowość znajduje. 
 

-  Nie,  ale  to  też  nie  był  prawdziwy  król,  tylko  taki  król  trolli.  Albo  taki  z  baśni  – 

wyjaśniła.  –  „Któregoś  dnia  siostry  odwiedziła  pewna  osoba  o  imieniu  Lekamoya  i  spytała, 
czy nie chciałyby pójść do kąpieli. Przeniosły się do miejsca o nazwie Landego, bo tam przy 
morskim  brzegu  znajdowało  się  pięknie  kąpielisko.  Musiały  się  kąpać  w  nocy,  przed 
wschodem  słońca.  Ale  było  też  pewien  olbrzym,  który  nazywała  się  Vaagekallen,  strasznie 
zakochany w Lekamoyi. Vaagekallen siedział i przytył na kąpiące się i pomyślał, że mógłby 
wziąć  ukochaną  do  niewoli.  Dosiadł  więc  swojego  konia  i  pomknął  jak  najszybciej  ponad 
fiordem.  Zobaczyła  go jedna z dziewcząt i  wszystkie razem uciekły  na południe. W Alstein 
siostry  były  tak  zmęczone,  że  padły  na  ziemię,  tylko  Lekamoya  leciała  dalej.  Wtedy 
Vaagekallen chwycił łuk i zaczął za nią strzelać. Zobaczył to jednak król Bronnoy i rzucił się 
na  ratunek.  Wtedy  wzeszło  słońce  i  wszyscy  troje  zostali  zamienieni  w  kamienie,  jak  to 
zawsze  bywa  z  trollami.  I  tam,  gdzie  Jens  i  tata  łowią  zimą  ryby,  w  Storvaagen,  można 
zobaczyć skamieniałego  Vaakallena. Jens mi o tym opowiadał. Kiedy zbocze góry pokrywa 
biały śnieg, wyraźnie widać jego twarz”. 
 

- Kiedy tata wróci do domu? – spytała Maria, przyglądając się badawczo siostrze. 

 

-  Niedługo.  Naprawdę  niedługo  wrócą  wszyscy.  I  wszyscy  będą  cali  i  zdrowi  – 

powiedziała gorączkowo. 
 

- A mogliby nie być? 

 

-  Oczywiście  –  odparła  Elizabeth  i  nagle  zaczęła  się  bardzo  spieszyć.  –  No,  koniec 

kąpieli! Wychodźcie obie. 
 

Muszę  uważać,  co  do  nich  mówię,  myślała,  wycierając  pulchne  ciałko  Ane.  Kiedy 

spojrzała w górę, napotkała spojrzenie siostry. I to Elizabeth pierwsza musiała cofnąć wzrok. 
 
 

Kiedy  nadszedł  wieczór  i  dziewczynki  już  się  położyły,  Elizabeth  nie  mogła  zasnąć. 

W głowie kłębiły się bolesne myśli, mnóstwo różnych pytań. W końcu wstała i wyjęła swój 
jedwabny szal. Tuliła go do piersi, wyglądając przez okno. Była pełnia, księżyc większy niż 
kiedykolwiek przedtem. 
 

- Czy Jens i tata patrzą na ten sam księżyc co ja? – szepnęła w mrok. – Czy wydostali 

się na ląd i ukryli gdzieś? Czy marzną? A może są przemoczeni? – zagryzała wargi i z trudem 
przełknęła  ślinę.  Nie  wolno  pogarszać  sprawy,  pomyślała.  Muszę  tylko  czekać  i  mieć 
nadzieję. 
 

Kiedy potem wróciła do łóżka i położyła się przy plecach Marii, zdziwiła się. Siostra, 

jak na śpiącą, oddychała zbyt równo i głośno. Najwyraźniej ona też nie może zasnąć. Ile tak 
naprawdę to dziecko rozumie? 

background image

 

36

 

Elizabeth  złożyła  pod  kołdrą  ręce.  Wargi  poruszały  się  bezgłośnie,  modliła  się 

szczerze.  „Drogi  Ojcze  Niebieski.  Nie  pozwól,  by  te  niewinne  dzieci  zostały  bez  ojców. 
Amen”. 
 

Potem objęła Marię ramieniem, przytuliła ją mocniej do siebie i w końcu zasnęła. 

 
Rozdział 9 
 
 

Elizabeth  ocknęła  się  zdjęta  jakimś  dziwnym  niepokojem.  Jakby  ktoś  jej powiedział, 

ż

e dzisiaj wydarzy się coś szczególnego.  Naciągnęła kołdrę na  głowę i przymknęła oczy. A 

może jej się to tylko śniło? Albo może wczoraj zdarzyło się coś, co odczuwa w ten sposób? 
Nie, pomyślała, podnosząc się niechętnie z łóżka. Takiego uczucia doznawała już wcześniej. 
Trzeba po prostu przyjąć to do wiadomości. Coś się wydarzy. 
 

Zanim zeszła do kuchni, wyjęła ze swojej skrzyni świeżą podpaskę. Czuła ćmiący ból 

w krzyżu i w brzuchu, rozpaliła w piecu i nastawiła wodę do mycia. Myślami cofnęła się do 
przeszłości, do pewnego dnia, kiedy była w Neset u Dorte. Musiała pójść do wygódki i tam 
nagle  stwierdziła,  że  krwawi.  Przerażona  zaczęła  głośno  płakać,  była  przekonana,  że  za 
chwilę umrze. Musiała tam siedzieć bardzo długo, bo w końcu Dorte przyszła jej szukać. 
 

- Co ci, na Boga, dolega? – spytała. 

 

- Ja umieram, umieram – szlochała Elizabeth. 

 

- A to dlaczego? 

 

- Bo ja… ja krwawię tam na dole! 

 

Dorte stała chwilę nic nie rozumiejąc, w końcu uśmiechnęła się skrępowana. 

 

- Nie, Elizabeth, nie umierasz. To zwyczajna kobieca dolegliwość. Będzie cię męczyć 

co miesiąc, zwykle trwa sześć lub siedem dni. Teraz dam ci podpaskę, a potem pójdziesz do 
domu i powiesz mamie, co się stało, to ona dla ci więcej. 
 

Elizabeth siedziała, dopóki Dorte nie wróciła z podpaską. 

 

-  Wypełniłam  ją  suchym  mchem,  będzie  lepiej  wchłaniać  –  powiedziała  Dorte  i 

wróciła do domu. Elizabeth przyglądała się podpasce z przerażeniem i obrzydzeniem, ale w 
końcu  musiała  zrobić,  co  kazała  jej  Dorte.  W  duchu  wciąż  powtarzała  słowo  „podpaska”, 
ż

eby nie zapomnieć. Minął niemal cały dzień, zanim odważyła się powiedzieć matce, co się 

stało, ale w końcu musiała. Spocona i onieśmielona wykrztusiła z siebie: 
 

- Mamo, ja zaczęłam krwawić co miesiąc i musisz mi dać podpaski. 

 

Matka  długo  hałasowała  naczyniami,  które  zmywała,  nie  podniosła  wzroku,  na  jej 

twarzy pojawiły się gorączkowe wypieki. W końcu bąknęła: 
 

- Leżą w mojej skrzyni. 

 

Nocami, kiedy wszyscy już spali, Elizabeth zrobiła sobie na drutach spory zapas tych 

podpasek, a potem co miesiąc prała je po kryjomu. 
 

Woda zaczęła wrzeć, Elizabeth otrząsnęła się z zamyślenia. Pospiesznie dolała trochę 

zimnej, a potem umyła się cała i wylała wodę za drzwi. 
 

-  Poczekam,  aż  Maria  się  obudzi,  dopiero  wtedy  pójdę  do  obory  –  powiedziała 

półgłosem  do  siebie  i  wróciła  na  strych.  Na  szczęście  Ane  wciąż  spała,  kiedy  Elizabeth 
potrząsnęła ramię siostry. 
 

- Maryjko, musisz się obudzić – wyszeptała, ale została ze złością odepchnięta. 

 

- Chce jeszcze spać – odparła siostra ponuro i odwróciła się do niej plecami, 

 

- Wierzę ci, ale musisz wstawać. 

 

Ż

adnej reakcji. 

 

-  Słyszysz  mnie?  –  Elizabeth  wzięła  ubrania  wiszące  na  krześle.  –  Zabieram  twoje 

rzeczy do kuchni, żeby się ogrzały. Jak wrócę z obory, to masz być ubrana, masz też nakryć 
do śniadania! 

background image

 

37

 

Przy obrządku znowu pojawił się ten dziwny niepokój, niczym głuchy ból w piersiach. 

Jakby się czegoś bała, nie wiedziała tylko czego. Ostawiła na bok widły do gnoju i wyszła na 
podwórze. Z gór wolno spływała mgła, szara i ciężka. Zaczynała padać lekka mżawka. 
 

Jak  ta  pogoda  się  zmienia.  Wczoraj  padał  śnieg,  a  dzisiaj  znowu  mamy  deszcz  – 

powiedziała  do  siebie.  Niezależnie  jak  od  pogody,  będę  musiała  wyprać  trochę  ubrań, 
pomyślała,  idąc  szybko  w  stronę  domu.  Kuchnia  była  pusta,  kiedy  do  niej  weszła,  ogień 
niemal całkowicie wygasł. Elizabeth poczuła, że ogarnia ją złość. Z hałasem odstawiła mleko 
na blat. 
 

- Co ja mówiła, kiedy szłam do obory? – spytała wchodząc na strych. 

 

Maria  przeniosła  Ane  do  podwójnego  łóżka,  leżały  teraz  obie  i  rozmawiały  ze  sobą. 

Dziewczynka wzruszyła obojętnie ramionami i odparła. 
 

- Nie pamiętam. 

 

-  Wstawaj  natychmiast!  –  krzyknęła  Elizabeth,  czując,  że  traci  cierpliwość.  Ból 

brzucha był teraz silniejszy, w krzyżu jej pulsowało. To nie poprawiało humoru. 
 

Kiedy  Ane  była  już  ubrana,  Maria  nadal  mocowała  się  z  guzikami  przy  sukni. 

Elizabeth  wiedziała,  że  siostra  naumyślnie  tak  się  grzebie,  ale  trzymała  język  za  zębami  w 
obawie, że powie coś, czego będzie potem żałować. Niemal rzucała na stół talerze i kubki. 
 

- Zaraz coś potłuczesz – powiedziała Maria, ale Elizabeth nie zareagowała. 

 

-  Kiedy  zjemy,  skończysz  swoją  robótkę,  którą  zaczęłaś  wczoraj  –  powiedziała  na 

koniec. 
 

- A ja miałam zamiar pobiec dzisiaj do Indianne – zaprotestowała Maria. – Ale dobrze, 

robotę mogę wziąć ze sobą. 
 

-  Nie  możesz.  Bo  mam  tutaj  dla  ciebie  więcej  zajęć  –  wybuchnęła  Elizabeth. 

Natychmiast  tego  pożałowała,  naprawdę  nie  ma  potrzeb  wrzeszczeć  na  siostrę.  Przecież  to 
jeszcze małe dziecko, trzy lata młodsza od tego  wuja, który zginął na zimowych łowiskach, 
pomyślała. Drobny mały chłopiec, dla którego biło gorące matczyne serce… 
 

-  Chodź  tutaj,  to  cię  uczeszę  –  powiedziała  ciepło  do  siostry  i  przyniosła  swój 

kościany grzebień. – Kiedy Jens wróci do domu, musisz go poprosić, żeby ci też taki zrobił. 
 

- Czy ty mnie kiedyś okłamałaś? – spytała nagle Maria. 

 

Pytanie  spadło  na  Elizabeth  tak  niespodziewanie,  że  początkowo  nie  wiedziała,  co 

powiedzieć. 
 

- Oczywiście, że cię nie okłamywałam – odparła surowo. 

 

- A dlaczego wczoraj uciekła od Dorte i Ragny? – spytała Maria, wpatrując się w nią 

uporczywie. 
 

- Skąd… skąd wiesz, że tak było?... – wyjąkała Elizabeth. 

 

- Widziałam przez okno. 

 

- Przypomniałam sobie, że muszę się spieszyć do domu, do was – bąknęła Elizabeth, 

wstydząc  się,  ze  tak  kłamie.  Ale  nie  miała  wyjścia.  Mimo  wszystko  było  jasne,  że  Maria 
rozumie, iż coś jest nie tak, jak powinno, 
 

Po śniadaniu siostra posłusznie wzięła swoją robótkę. Elizabeth zabrała się do prania, 

które namoczone czekało na gotowanie. Drewniane druty Marii stukały leciuteńko, poza tym 
w  kuchni  panowała  zupełna  cisza.  Po  chwili  rozległy  się  jakieś  szelesty  w  sieni,  delikatnie 
pukanie do drzwi, a potem ukazała się głowa Indianne.  
 

- Dzień dobry – przywitała się, dygając głęboko przed Elizabeth. 

 

- Dzień dobry, a któż to do nas dzisiaj przyszedł? 

 

Elizabeth  zauważyła,  jak  siostra  rozjaśniła  się  na  widok  przyjaciółki,  znowu  poczuła 

wyrzuty sumienia. 
 

Indianne też przyniosła swoją robótkę i dziewczynki niczym małe kobiety siedziały i 

rozmawiały ze sobą nad robotą. 

background image

 

38

 

- A co robi twoja mama? – wyrwało się Elizabeth, ze strachu aż wstrzymała oddech. 

Ż

eby tylko Ragna nie wygadała czegoś przed dziećmi. Z nią to nigdy nie wiadomo. 

 

- Mama jest dziwna i milcząca – odparła Indianne nieśmiało. 

 

- Naprawdę? – spytała Elizabeth niewinnie. – A to dlaczego? 

 

- Nie wiem, ale prawie się do nas nie odzywa. 

 

-  Z  pewnością  szybko  jej  to  przejdzie  –  zapewniała  Elizabeth,  starając  się,  by  głos 

brzmiał swobodnie. To znaczy, że teściowa niczego nie wygadała, przynajmniej dotychczas. 
 

Jaka między tymi dwiema dziewczynkami jest wielka różnica, myślała.  Indianne jest 

ładnie  ubrana,  ma  czerwony  kubraczek  i  nową,  czarną  spódniczkę.  Wszytko  ładne,  bez 
ś

ladów zniszczenia, nie mówiąc o łatach, a te jej czarne oczy i czarne włosy zapowiadają, że 

jak  dorośnie,  będzie  prawdziwą  pięknością.  Mimo  to  w  Marii  jest  coś  szczególnego,  jakaś 
słodycz i niewinność, które sprawiają, że człowiek ma ochotę ją chronić przed wszelkim złem 
i  trudnościami.  Elizabeth  szczerze  wierzyła,  że  siostra  znajdzie  sobie  miłego  mężczyznę, 
który będzie ją dobrze traktował.  
 

Nie  wyglądało  jednak  na  to,  by  same  dziewczynki  zwróciły  uwagę  na  te  różnice, 

Maria ma szczęście, że trafiła jej się taka przyjaciółka, że ma kogoś, komu może się zwierzać 
ze swoich myśli i tajemnic. Elizabeth życzyła jej tego z całego serca. 
 

- Może mogłybyśmy naciąć dla ciebie wodorostów? – spytała Maria. 

 

- Dobrze, jeśli macie ochotę – odparła Elizabeth, domyślając się, że to wymówka, by 

wymknąć się z domu. Doglądała prania w kociołku. 
 

- Tylko ubierzcie się dobrze, żebyście nie zmarzły – zawołała w stronę sieni, ale drzwi 

właśnie  się  zatrzaskiwały  za  dziewczynkami.  Na  stole  leżała  niedokończona  wełniana 
skarpeta. 
 
 

Płukanie w strumyku poszło szybko i bez problemów. Wielkie pranie zrobię później, 

kiedy  słońce  zacznie  świecić,  to  szybciej  wyschnie,  postanowiła.  Wstała  i  nagle  zobaczyła 
biegnącą Marię. Zesztywniała ze strachu. Dziewczynka była zdyszana i zaczerwieniona. 
 

- Wracają, wracają! – krzyczała, a łzy płynęły strumieniami po drobnych policzkach. – 

Tata,  Jens,  wszyscy  wracają  do  domu,  nikt  nie  umarł.  W  Nonshaugen  widziałam  łodzie  – 
wykrzykiwała zdyszana. 
 

Elizabeth  patrzyła  na  nią  w  milczeniu.  Więc  Maria  rozumiała  więcej,  niż  dawała  po 

sobie poznać. Siostra jest bardzo zdolna, wiedziała o tym od dawna, wierzyła jednak, że ona 
sama dobrze ukrywa swój lęk i niepewność. Jak bardzo się myliła! 
 

-  Pospiesz  się,  Elizabeth,  musimy  wyjść  im  na  spotkanie  –  krzyczała  Maria  raz  z 

płaczem,  to  znowu  ze  śmiechem.  –  Chodź,  oni  już  dopływają  do  brzegu.  Zaraz  ich 
zobaczymy… - reszta zdania zawisła w powietrzu, bo dziewczynka odwróciła się i pobiegła z 
powrotem. 
 

-  Tak,  wkrótce  ich  zobaczymy  –  rzekła  Elizabeth  bezdźwięcznie.  –  Wkrótce 

zobaczymy tatę i Jensa. – Wzięła Ane na ręce i pobiegła ścieżką w dół. Słowa Marii jeszcze 
nie  całkiem  do  niej  dotarły.  Biegła  w  stronę  fiordu.  Dopiero  kiedy  zobaczyła  łódź 
przybijającą do brzegu, przystanęła i szepnęła: 
 

- Tam wraca do domu mój tata, Ane. 

 

- Tata! – powtórzyło dziecko. 

 

Elizabeth roześmiała się, kierując twarz ku niebu, 

 

- Ty umiesz powiedzieć tata? – śmiała się z radości.- Jak myślisz, czy tata się ucieszy? 

 

-  Ostatni  odcinek  drogi  pokonała  biegiem.  Biegła  aż  do  gładkich  kamieni,  tam 

przystanęła  i  wodziła  wzrokiem  pośród  ubranych  na  czarno  postaci.  Na  brzegu  była  Dorte, 
razem z nią Ragna i dzieci. Mężczyźni wyskakiwali z łodzi i szli w stronę brzegu, brodząc w 
wodzie.  Nagle  Elizabeth  zrozumiała,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Ale  myśli  nie  nadążały  za 
uczuciami, jakby nie chciały przyjąć tego do świadomości. Było dwóch… nie, trzech nowych 

background image

 

39

mężczyzn.  Nie  widziała  ich,  kiedy  łodzie  wypływały.  To  zastępcy  Abrahama  i… 
najmłodszego z chłopców? A gdzie on? 
 

Widziała,  jak  Ragna  bierze  Jakoba  za  rękę.  Broda  teścia  była  dłuższa  niż  zwykle, 

podobnie włosy. Potem pojawił się jej ojciec. Rozpoznałaby go pośród tysiąca innych. Maria 
pobiegła  z  krzykiem  naprzód  i  rzuciła  się  ojcu  w  ramiona.  On  ją  uniósł  tak,  że  oplotła 
chudymi nogami jego biodrami i ukryła twarz na piersiach. Wczepiona w ojca, jakby nigdy 
nie miała go puścić. 
 

Ojciec  szedł  ku  Elizabeth,  trzymając  Marię  w  objęciach.  Elizabeth  szła  mu  na 

spotkanie;  trzymała  na  rękach  Ane.  Twarz  ojca  była  poorana  zmarszczkami,  oczy  jakby 
przesłaniała mgła, nie widziała jej u niego od śmierci matki. 
 

Prawda powoli docierała do Elizabeth z pełnym grozy lękiem. Głos zdawał się należeć 

do kogoś obcego, kiedy powiedziała spokojnie: 
 

- Ja wie, ale mimo wszystko opowiedz mi, tato. 

 

Widziała, że z trudem przełyka ślinę i mruga nieustannie, jakby niedowidział. 

 

- Tak, Jens zginął – powiedział w końcu. 

 

Przymknęła oczy, a słowa osiadały w jej mózgu. 

Głosy wokół umilkły, albo tylko mi się zdaje? – pomyślała. 
 

- Powiedz, co się stało? – rzekła ochryple. 

 

- A może najpierw wejdziemy do domu? – spytał ojciec. 

 

- Nie, chcę to wiedzieć teraz. – Tym razem głos brzmiał stanowczo. 

 

Ojciec chrząknął znowu, patrząc gdzieś w bok. 

 

- Wypłynęliśmy na morze tuż przed burzą. Może o tym słyszałaś? 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

-  Było  zupełnie  cicho  i  piękna  pogoda,  kiedy  wypływaliśmy  –  mówił  dalej  ojciec.  – 

Nie mogliśmy czekać, bo sieci już zbyt długo tkwiły w wodzie, zaczynały gnić. To miał być 
nasz ostatni połów przed powrotem do domu. I wtedy rozpętał się sztorm, jakby ktoś worek 
rozwiązał! Myślę, że tamtego dnia sam diabeł rządzi pogodą. 
 

Ojciec znowu przełknąć ślinę i wielokrotnie musiał wciągać głęboko powietrze, zanim 

mógł mówić dalej. 
 

-  Abrahamem  cisnęło  o  pokład.  Nie  zdążyliśmy  nic  zrobić,  bo  dosłownie  w  tym 

samym momencie fala zmyła go do morza. On… to on mówił, że tego dnia powinniśmy się 
wstrzymać do pracy. 
 

Ojciec  milczał  tak  długo,  że  musiała  go  prosić,  żeby  dokończył,  ale  przerażające 

obrazy przelatywały jej przed oczyma. 
 

- Był z nami praktykant, pierwszy raz na łowisku. Miał trzynaście lat. 

 

Elizabeth zwróciła uwagę, że ojciec powiedział „miał”. Coś w niej chciało prosić, by 

ojciec  milczał,  zarazem  jednak  wiedziała,  że  tę  historię  usłyszy  tylko  jeden  raz,  raz  i  nigdy 
więcej. To by było zbyt bolesne. 
 

-  Ten  mały  był  nowicjusze  na  zimowych  połowach,  nie  miał  doświadczenia.  Nie 

trzymał się w łodzi, był nieuważny i zmyła go fala. Jens rzucił mu lunę i próbował ratować, 
jakimś boskim cudem mu się to udało. – Andres zacisnął powieki, po chwili podjął opowieść. 
– Jens tak się opiekował tym chłopcem… 
 

Elizabeth dostrzegła, że drobnymi plecami Marii wstrząsa szloch. 

 

-  Jens  przeleciał  przez  pokład  i  utonął,  on  również  –  dokończyła  Elizabeth.  Ojciec 

przytaknął skinieniem. 
 

-  Dziękuję  ci,  że  mi  to  opowiedziałeś  –  rzekła  spokojnie,  chcąc  odejść,  ale  pod 

wpływem nagłego impulsu odwróciła się i znowu spytała: 
 

- Kiedy to się stało? 

 

- Jakoś tak koło południa – odparł ojciec. – W niedzielę, 4 kwietnia. 

background image

 

40

 

Wtedy widziałam jego cień pomyślała. Akurat wtedy, kiedy wpadł do morza, zdążył 

im przekazać wiadomość. Ludzie mówią, że kiedy ktoś umiera, może przekazać wiadomość 
tym,  którzy  zostali  w  domu.  Ale  Jens  nie  umarł.  On  nie  mógł…  Bez  słowa  więcej  poszła  z 
powrotem do Dalen. 
 
Rozdział 10 
 
 

W ciągu pierwszych dni, a może tygodni – Elizabeth nie miała pewności, chodziła jak 

w półśnie. Niczy, lunatyczka zajmowała się domem i obejściem. 
 

Nigdy nie wierzyła, że można uczucia zamknąć, nie dopuszczać ich do siebie. Aż do 

tego  wieczora,  kiedy  miała  położyć  Ane  spać.  Wtedy  córeczka  po  raz  pierwszy  zapytała  o 
Jensa. 
 

- Mój tata? – spytał czysty, dziecięcy głosik. 

 

Słowa trafiły Elizabeth w serce, potrzebowała wielu sekund, by się opanować. – Tata 

wróci  później  –  odparła,  słysząc,  jak  obco  brzmi  jej  głos.  –  Tata  jest…  daleko  teraz,  ale 
pewnego dnia wróci znowu do domu, do Ane. 
 

Córeczka  uśmiechnęła  się  tak  szeroko,  że  oczka  przybrały  kształt  małych 

półksiężyców.  Na  ten  widok  Elizabeth  doznała  ukłucia  w  sercu.  Zwaliły  się  na  nią 
wspomnienia. To spojrzenie Kristiana! Przez cały czas powtarzała sobie i innym, że córeczka 
odziedziczyła  jej  oczy,  co  zresztą  było  poniekąd  prawdą.  Oczy  małej  miał  ten  sam 
złocistobrązowy kolor, co jej. Ale Kristian jest przyrodnim bratem Ane. Ta myśl sprawiała jej 
ból. I nagle spadło na nią coś jeszcze. Czy aby Kristian nie było wśród tych, którzy zginęli na 
morzu? Jak wielu innych znajomych być może przepadło. 
 

Przez  wiele  minut  siedziała  przy  oknie  na  strychu  i  wpatrywała  się  w  leżącą  poniżej 

wieś i czarny nocą fiord. Gdzie ty jesteś, Jensie? – myślała. Marzniesz? Czy widzisz te same 
gwizdy, co ja, i czy myślisz teraz o mnie? 
 

Przyniosła  jedwabny  szal,  który  Jens  kupił  jej  rok  temu  i  przytuliła  go  do  policzka. 

Jest  chłodny,  miękki  i  delikatny  jak  morze  –  powiedziała  wtedy,  kiedy  go  jej  dał.  Teraz 
będzie  myśleć  o  Jensie  zawsze,  kiedy  dotknie  jedwabiu.  Ostrożnie  powiesiła  go  znowu  na 
wieszaku, będzie mogła patrzeć na niego za każdym razem, kiedy wejdzie na strych. Potem 
wyjęła Biblię Jensa i poszewkę, na której spał w noc przed wyjazdem. Zaraz potem złożyła ją 
starannie, by jak najdłużej zachować zapach męża, i schowała do swojej skrzyni. Powąchała 
teraz i poczuła, że jeszcze trochę pachnie Jensem. 
 

Wspomnienie zwaliły się na nią niczym fale na wzburzonym morzu, opadła na kolana, 

ale  płakać  nie  była  w  stanie.  Po  prostu  nie  mogła,  to  by  oznaczało,  że  przyjmuje  do 
ś

wiadomości,  iż  Jens  utonął.  Jęczała  i  przyciskała  Biblię  do  siebie,  ale  oczy  wciąż  miała 

suche.  Uznała  za  dobry  znak  to,  że Jens  zapomniał  swojej  Biblii.  Teraz  przypomniała  sobie 
też, że kiedyś powiedział, iż po jego śmierci Ane powinna odziedziczyć świętą księgę. 
 

- Panie i Boże mój, teraz musisz mi pomóc żyć dalej. I abym nigdy nie straciła wiary, 

ż

e  Jens  żyje  –  szeptała  półgłosem,  odkładając  rzeczy  z  powrotem  do  skrzyni.  W  końcu 

zasnęła  z  wyczerpania.  Kiedy  zaczynał  się  następny  dzień,  zwlokła  się  znowu  z  posłania. 
Robota nie może czekać. 
 

Elizabeth niewidzący oczyma wpatrywała się w kuchnię. Ile razy modliłam się już do 

Boga? – myślała. Z pewnością tyle samo, ile spoglądała w okno, wypatrując Jensa. I równie 
często,  jak  chodziła  na  Nonshaugen.  Setki!  Może  istnieje  jakaś  niewielka  szansa,  że  został 
wyrzucony  na  brzeg  i  ludzie  go  znaleźli.  Takie  rzeczy  zdarzyły  się  już  przedtem,  chociaż 
większość  rozbitków  zamarzła  na  śmierć.  Ale  ja  nie  chcę  rezygnować  z  nadziei,  myślała 
stanowczo. Przynajmniej dopóki nie dostanę dowodu na to, że naprawdę umarł.  

background image

 

41

 

Przypomniała  sobie,  że  pastor  powiedział  kiedyś,  iż  ludzie  nie  powinni  się  modlić  z 

zaciśniętymi pięściami.  Może teraz właśnie to robię, w bezsilności i rozpaczy, że  Bóg mnie 
nie chce wysłuchać? 
 

Elizabeth  wstała  z  westchnieniem  i  poszła  do  spiżarki.  Zostało  już  bardzo  niewiele 

jedzenia.  Pojemnik  na  mąkę  wkrótce  będzie  pusty,  dno  ledwie  przykryte.  Zawsze  miała 
nadzieję,  że  nie  będzie    musiała  dodawać  mielonej  kory  drzew  do  mąki  na  chleb,  w  końcu 
jednak nie będzie wyjścia. Mączkę rybną, która jest znacznie lepszym dodatkiem, też trudno 
teraz zdobyć. 
 

Na  półce  stało  trochę  cukru  leżała  ryba  i  ziemniaki  z  obiadu.  To  dzisiaj  będzie  ich 

kolacja.  W  tym  momencie  pożałowała,  że  pozwoliła  Jakubowi  zabić  kury.  Zaraz  jednak 
odsunęła od siebie tę myśl. Kury znosiły niewiele jajek, za zarówno Ane, jak i ona sama były 
bardzo głodne tamtego dnia. 
 

Wczoraj  poszła  do  Nymark.  Nie  rozmawiali  o  Jensie,  ale  Elizabeth  wiedziała,  co 

ojciec myśli. On nie wierzył, że Jens jeszcze wróci. To sprawiało jej ból, chociaż powtarzała 
sobie, że ojciec się myli. 
 

Chciał ją poczęstować kolacją, ale ona wiedziała, jak niewiele sami mają. Powiedziała 

więc, że jadła przed wyjściem i nie jest głodna, chociaż zdawało się, że w żołądku ma dziurę. 
Ale  może  Ane  chciałaby  troszkę…  tak    więc  przynajmniej  dziecko  się  najadło.  A  to 
najważniejsze.  Ojciec  sam  jej  powiedział,  że  pieniądze  zarobione  na  połowach  musi 
przeznaczyć  na  spłatę  długów.  Miał  je  zarówno  w  Storvaagen,  jak  i  w  sklepie,  poza  tym 
wciąż zmagał się z pożyczką na kupno zagrody. Nie zostało już tego wiele, podkreślał, ale jak 
się nie ma nic, to nawet taki dług stanowi problem. 
 

Ane  poszła  za  Elizabeth  do  spiżarki  i  teraz  domagała  się,  żeby  wziąć  ją  na  ręce. 

Dziecko tarło oczka i ziewało. 
 

- Czy mały aniołek mamy jest zmęczony? – spytała Elizabeth. 

 

- Nie! – Ane stanowczo kręciła głową. – Nie spać. 

 

- No to nie, nie pójdziesz jeszcze do łóżka – uśmiechnęła się Elizabeth, widząc, że za 

chwilę  Ane  sama  zażąda,  żeby  ją  położyć.  Wtedy  ona  będzie  mogła  zrobić  wieczorny 
obrządek. 
 

Usiadła  przy  oknie  z  córeczką  na  kolanach.  W  pewnym  momencie  zauważyła,  że  w 

stronę  ich  domu  idzie  Ragna.  Żołądek  jej  się  ścisnął,  odczuwała  niechęć  niczym  szpony 
wbijające się w plecy. Pospiesznie obejrzała kuchnię. Wszystko czyste i wysprzątane, nie ma 
się do czego przyczepić, stwierdziła. I ogarnęła ją irytacja na samą siebie. Dlaczego nie może 
zlekceważyć  tego,  co  mówi  teściowa?  Przecież  nigdy  nie  przejmowała  się  sądami  innych 
ludzi. 
 

Kiedy Ragna wkroczyła do kuchni, Elizabeth znowu ogarnął niepokój. Nie potrafiłaby 

określić dlaczego, ale tym bardziej ją to przerażało. 
 

- Byłam dzisiaj w sklepie – oznajmiła Ragna bez wstępów, szukając czegoś w kieszeni 

fartucha. – Przyszedł do ciebie list – powiedziała i podała Elizabeth kopertę. 
 

Natychmiast poznała, że list jest od Helene i serce zabiło jej z radości. Bardzo chciała 

niezwłocznie rozerwać kopertę. Z tęsknoty za Jensem zapomniała, że ostrzegła przyjaciółkę o 
tym,  jakie  plany  ma  Nikoline.  Ciekawe,  co  z  Nikoline  i  Sigvardem?  Czy  Helene  znalazła 
jakieś  wyjście  z  sytuacji?  Czy  Bergett  i  Sigvard  wzięli  ślub?  I  co  z  Krystianem?  Pytania 
kłębiły jej się w głowie. 
 

-  Kto  to  do  ciebie  pisze?  –  spytała  Ragna  spoglądając  na  list,  zanim  schowała  go 

zdecydowanym ruchem do kieszeni.  
 

- To ta, co zajmuje się chlewami w Dalsrud? 

 

Elizabeth wpiła wzrok w teściową i patrzyła na nią uporczywie. 

 

-  Helene  jest  służącą  –  poprawiła.  Najwyraźniej  Ragna  miała  jeszcze  coś  więcej  do 

powiedzenia. 

background image

 

42

 

- Nie rób sobie kłopotów z mojego powodu. Ja przyszłam tylko na chwilę – zapewniła 

Ragna pospiesznie, gdy Elizabeth chciała nalać do kociołka wody na herbatę. 
 

Było coś w głosie teściowej, co budziło w niej lęk. 

Elizabeth  z  wahaniem  odstawiła  kociołek,  nie  wiedząc,  co  ze  sobą  począć.  Wróciła  na 
krzesło. 
 

- Chciałaś porozmawiać o czymś szczególnym? – spytała ostrożnie. 

 

-  Tak,  skoro  pytasz,  to…  Ragna  bawiła  się  frędzlami  swojej  chusty,  potem  uniosła 

głowę  i  wpiła  w  Elizabeth  spojrzenie  swoich  szarych  oczu.  –  Nie  jest  ci  teraz  łatwo, 
Elizabeth.  Nam  zresztą  też  nie.  To,  co  się  stało  z  Jensem…  to…  -  zacisnęła  wargi  i 
pospiesznie otarła oczy. – On był dla nas jak rodzony syn, strasznie za nim tęsknimy. Jedyna 
pociecha to to, że jest mu lepiej tam, gdzie się teraz znajduje, chociaż dla nas to wielka strata. 
 

Elizabeth zaciskała zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, czego będzie żałować. Jens nie 

umarł, myślała. Kiedy Ragna to zrozumie? 
 

- No, ale dla was to jeszcze straszniejsze. Bez gospodarza nie dacie sobie rady. 

 

Elizabeth przymknęła powieki i spoglądała spod nich. Do czego Ragna zmierza? 

 

-  Nie  rozmawiałam  jeszcze  o  tym  z  Jakobem,  ale  to  oczywiście,  że  on  się  ze  mną 

zgodzi – ciągnęła dalej Ragna. 
 

- Zgodzi się w czym? 

 

Ragna spojrzała na nią zaskoczona. 

 

- W tym, że musimy przejąć opiekę nad Ane-Elise, to jasne – oznajmiła. 

 

Elizabeth patrzyła na nią wstrząśnięta. 

 

- Czy ty jesteś z kamienia, czy rozum ci odebrało, kobieto? – spytała. – Nie rozumiesz, 

ż

e nie możesz mi odebrać mojego dziecka? Skąd ci w ogóle taka myśl przyszła do głowy? 

 

Ragna zaczerwieniła się. Mówiła teraz przez zaciśnięte zęby: 

 

-  Jens  znalazł  niestety  mokry  grób.  –  Pożegnała  się  pospiesznie  i  mówiła  dalej.  – 

Musisz nareszcie uznać, Elizabeth, że bez niego pomrzecie z głodu. 
 

Elizabeth widziała, że usta Ragny nadal się poruszają, ale słowa do niej nie docierały. 

Tylko jedno zdanie ciągle krążyło jej w głowie: Jens znalazł niestety mokry grób. 
 

- Zamknij się! – wrzasnęła gwałtownie, wstając. – Przychodzisz tu do mojego domu i 

opowiadasz mi, że Jens nie żyje, a przecież to nie prawda! Jest tak samo żywy jak ja i ty, i 
niedługi wróci do domu. Jestem tego całkowicie pewna. 
 

Widziała, że Ragna wstaje i podchodzi do niej. 

 

-  I  skąd  masz  prawo  odebrać  mi  moje  dziecko?  –  krzyczała.  Nie  dawała  teściowej 

czasu na odpowiedź, ale wyciągnęła przed siebie drżącą rękę i pokazała drzwi. – Nie wracaj 
tutaj, dopóki nie będziesz miała czegoś rozsądnego do powiedzenia! 
 

Ragna wyglądała tak, jakby ktoś wymierzał jej siarczysty policzek. Zbladła jak ściana. 

Potem  na  szyi  i  policzkach  pojawiły  się  czerwone  plamy.  W  końcu  jednak  najwyraźniej 
odzyskała zdolność oddychania, bo zatoczywszy się w tył, wysyczała: 
 

- Przyjdzie taki dzień, że będziesz potrzebowała pomocy, ale nie wyobrażaj sobie, że 

ją wtedy u mnie znajdziesz, Elizabeth! Pozwolę ci umrzeć z głodu na moich oczach. 
 

- Wynoś się! – krzyczała Elizabeth i wypchała teściową z kuchni. Potem zatrzasnęła 

drzwi i kopnęła je z całej siły. Opadła na najbliższy stołek, tuląc do siebie Ane. 
 

-  Mój  biedny  mały  aniołek  –  szepnęła  małej  do  ucha.  –  Bałaś  się,  kiedy  mama  tak 

strasznie krzyczała? 
 

- Mama zła? – spytała Ane, wpatrując się w nią okrągłymi, brązowymi oczyma. 

 

- Nie, już nie. – szeptała Elizabeth. – I nigdy nie jestem zła na Ane, bo ona jest moim 

aniołkiem.  
 

Córeczka  uśmiechnęła  się  niepewnie,  a  potem  ciężko  oparła  głowę  o  pierś  matki. 

Siedziała  tak  przez  jakiś  czas,  a  potem  Elizabeth  usłyszała,  że  dziecko  oddycha  równo  i 
spokojnie. Zaniosła ją na strych i ostrożnie położyła do łóżka. 

background image

 

43

 

- Teraz będziesz sobie spać, a mama zajmie się oborą. Wszystko się ułoży, nie obawiaj 

się.  Pokażemy  Ragnie,  że  damy  sobie  radę.  A  kiedy  Jens  wróci  do  domu,  to  ona  dopiero 
będzie zaskoczona, możesz sobie wyobrazić – szeptała, schodząc na dół. 
 
 

Dopiero  kiedy  przebierała  się  w  robocze  ubranie,  przypomniała  sobie  o  liście. 

Zastanawiała się przez chwilę, czy nie odłożyć jeszcze na jakiś czas czytania, ale ciekawość 
wzięła górę Elizabeth otworzyła kopertę. 
 
 

Kochana Elizabeth 

 

Już jakiś czas temu dowiedziałam się o tej strasznej tragedii, jaka Cię dotknęła. 

 

Sama  nie  wiem,  ile  razy  formułowałam  w  myślach  słowa  listu  od  Ciebie  i  ile  razy 

odkładałam napisanie go, ale wydawało mi sięże tego żalu, który teraz musisz odczuwać, nie 
złagodz
ą  moje  słowa  pociechy.  To,  że  Jensa  nie  ma,  jest  trudne  do  pojęcia.  Wy  dwoje 
nale
żeliście  do  siebie.  Tak  właśnie  było.  Dzięki  Tobie  poznała,  Jensa,  zanim  jeszcze  miałam 
szcz
ęście spotkać go osobiście. 
 
 

Łzy  sprawiły,  że  Elizabeth  nie  mogła  dłużej  czytać.  Otarła  oczy  wierzchem  dłonie. 

Wyobrażała sobie Helene, siedzącą w małym pokoiku na strychu i piszącą ten list. Żeby tal 
przyjaciółka mogła być przy niej! Ona i Jens. Z trudem przełknęła ślinę i czytała dalej: 
 
 

Nieustannie  o  tobie  myślę;  jak  mogłam  najprościej  opisać  Jensa?  Chyba  jako  kogoś

na  kogo  sobie  zasłużyłaś.  A  Ty,  moja  najdroższa  przyjaciółko,  zasługujesz  wyłącznie  na 
najlepsze. 
 

Słowa są zbyt ubogie, nie wyrażają tego, co czuję. Ale wciąż jesteś w moich myślach. 

 

Chciałabym ci bardzo podziękować za twój list z ostrzeżeniem. Jak to dobrze, że tego 

dnia, kiedy list przyszedł, ja odbierałam pocztę. Bo normalnie robi to Nikoline. 
 

Chcę Cię uspokoić, jeśli chodzi o stosunek między Nikoline i Sigvardem. On i Bergette 

są  już  po  ślubie.  Mówiono  w  okolicy,  że  ona  jest  słabą  i  chorowitą  dziewczyną.  Moim 
zdaniem, ma w sobie wi
ęcej woli, niż ludzie przypuszczają. Tylko że to się okazało dopiero po 
ś

lubie.  Jeśli  chodzi  o  Nikoline,  to  ona  wciąż  łazi  za  Krystianem,  ale  on  ją  przez  cały  czas 

odpycha. Cieszy mnie, że mogę być tego świadkiem. Ale dzięki Twojemu ostrzeżeniu mogę się 
postara
ć, by pokrzyżować jej plany. Bardzo Ci dziękuję. Równocześnie muszę poinformować 
Ci
ęże zarówno Kristian, jak i parobek Ole są cali i zdrowi. 
 

Bardzo  bym  chciała  być  teraz  przy  Tobie,  trzymać  Cię  za  rękę  i  pocieszać  Cię,  ale 

sama wiesz, jakie to trudne. A nawet po prostu niemożliwe. Pomyśl o słowach, zapisanych w 
Pi
śmie Świętym: mnóstwo wody nie może ugasić miłości, a strumień jej nie ostudzi… 
 

Pamięć o Jensie i o tym, co was łączyło, nigdy nie zaginie. 

 

 

 

 

 

 

Tymi słowami muszę zakończyć mój list. 

 

Najlepsze pozdrowienia od Twojej oddanej przyjaciółki 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Helene 

 
 

Elizabeth starannie złożyła arkusik. Włoży list do skrzyni, ale słowa Helene zachowa 

w sercu. Przyjaciółka nie powiedziała, że Jens nie żyje, ale że go nie ma. Dzieli z nią żałobę i 
z pewnością także wierzy, że któregoś dnia Jens wróci. 
 
 

Elizabeth szybko zrobiła co trzeba w oborze. Na wydojenie jednej kozy i nakarmienie 

jej i owiec nie potrzeba zbyt wiele czasu. Przecedziła mleko, zanim przyniosła siano. Zostało 
go już bardzo niewiele, dlatego dodawała do paszy gotowane ryby i odpady i cięte wodorosty. 
Stała  teraz  pogrążona  w  myślach,  gdy  zwierzęta  nagle  przestały  żuć  i  spoglądały  gdzieś  za 
nią. Elizabeth zrobiło się nieprzyjemnie, jakby ją obejmowała jakaś spocona dłoń. Włosy na 

background image

 

44

karku zjeżyły się, kiedy czyjś cień padł na podłogę. Myśli wirowały jej w głowie. Potrzebuje 
czasu,  żeby  chwycić  widły  stojące  pod  przeciwległą  ścianą.  Postać  za  nią  zamykała  jedyną 
drogę  ucieczki.  I  nie  jest  to  nikt  znajomy,  nikt,  kto  dobrze  jej  życzy,  bo  w  takim  razie  już 
dawno  by  się  odezwał.  Wiedziała,  że  znajduje  się  w  śmiertelnym  niebezpieczeństwie,  czuła 
pulsowanie pod skórą. 
 

Poklepała kozę po głowie. 

 

-  Jeszcze  wam  dobrze  nie  posprzątałam  –  rzekła,  wyciągając  rękę  po  widły.  Zanim 

jednak to zrobiła, intruz zaatakował. Czyjaś silna ręka gwałtownie chwyciła ją w pasie, druga 
zatkała usta. 
 

- Zdawało ci się, że jesteś przebiegła? – spytał wulgarny męski głos. W nos Elizabeth 

buchnął ciężki odór jego oddechu. 
 

Jeśli zaraz nie cofnie tej swojej brudnej łapy, to zwymiotuję, pomyślała udręczona. 

 

- Ilu ludzi jest jeszcze w domu? – spytał napastnik. 

 

Elizabeth zastanawiała się czy powinna skłamać i powiedzieć, że tak, w domu jest jej 

mąż  i  ojciec.  Czy  napastnik  jej  uwierzy  i  pozwoli  odejść?  Nie,  prawdopodobnie  nie.  Ane, 
biedactwo,  pomyślała  nagle.  Muzę  wyjść  z  tego  cała  i  zdrowa  i  wrócić  do  niej.  Elizabeth 
ostrożnie poruszyła głową. Ucisk na ustach zelżał, ale równocześnie mężczyzna wyciągnął z 
kieszeni nóż i przyłożył jej do gardła 
 

- Tylko spróbuj krzyknąć, a będzie z tobą marnie – wysyczał. – Na jej policzek spadło 

parę kropel śliny. 
 

- Kto jest w domu? 

 

-  Moja  dwuletnia  córeczka.  Śpi  na  strychu  –  odparła,  czując  że  ze  strachu  głos  na 

piskliwy, obcy. 
 

- I nikogo więcej? – pytał dalej. 

 

- Nie. 

 

- Czekasz na kogoś? 

 

Miała ochotę powiedzieć, że na Jensa, ale dała spokój. 

 

- Nie, na nikogo. 

 

- No to dobrze. W takim razie idziemy – nakazał, chwytając ją mocno za ramię. 

 

Tysiące myśli przelatywały jej przez głowę, kiedy mogła mu się nareszcie przyjrzeć. 

Czarne  włosy  i  broda  były  tłuste  i  potargane.  Ubranie  zwisało  w  strzępach  i  cuchnęło 
potwornie. Kiedy otworzył usta, by coś powiedzieć, zobaczyła spróchniałe, nieduże pieńki po 
zębach.  Ale  najgorsze  były  oczy.  Było  w  nich  coś  dzikiego  i  desperackiego,  coś,  co 
sprawiało,  że  marzła  z  przerażenia.  Natychmiast  zrezygnowała  z  pomysłu,  by  mu  się 
wyszarpać i uciec. Ten człowiek byłby w stanie zabić ją na miejscu. 
 

- A może o mnie słyszałaś? – spytał. 

 

Elizabeth nie odpowiadała, 

 

- Nie słyszałaś o zbiegłym więźniu? – spytał znowu z dumą w głosie. 

 

Tak  też  myślała,  przemknęło  Elizabeth  przez  głowę,  gdy  potykając  się,  szła  z 

napastnikiem w stronę domu. 
 

W  kuchni  stał  przez  dłuższą  chwilę  i  nasłuchiwał.  Rozglądając  się  równocześnie 

wokół.  Potem  popchnął  ją  przed  sobą  do  izby,  ta,  też  się  rozejrzał,  żeby  stwierdzić,  że 
pomieszczenie jest puste. 
 

- Lepiej, żebyś mówiła prawdę, że jesteś w domu sama – syknął. – Masz jakąś broń? – 

spytał na tym samym oddechu i popchnął ją na krzesło. 
 

- Nie mam. 

 

- Więc nie chodzisz na polowania? – spytał z szyderczym chichotem. 

 

- Jens zwykle zimną zastawiał sidła na zające i przepiórki, ale ja tego nie potrafię… 

 

- Kto to taki ten Jens? 

background image

 

45

 

-  Był  moim  mężem,  ale  zaginął  podczas  ostatnich  zimowych  połowów.  –  Z  trudem 

wymawiała te słowa. 
 

- A więc nie żyje? - stwierdził brutalnie, wybuchając hałaśliwym śmiechem. 

 

Elizabeth poczuła, że strach przechodzi w złość. Przygryzła mocno  wargi i zacisnęła 

dłonie na podołku. 
 

- To znaczy, że twój chłop utonął – powtórzył napastnik, ujmując jej podbródek. 

 

-Nie odparła ze złością. – On nie utonął. Ja powiedziałam że zaginął, ale któregoś dnia 

na pewno wróci. 
 

Mężczyzna potrząsnął głową i znowu chichotał szyderczo. 

 

- Niech mnie diabli, ty jesteś głupsza, niż początkowo myślałem. 

 

Powtarzał jej słowa wielokrotnie, śmiejąc się przy tym ordynarnie. 

 

Ś

miej się, śmiej, pomyślała z wściekłością.  Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni, 

ty zawszone gówno. 
 

Nagle śmiech ustał, jak nożem ciął, i mężczyzna przez dłuższą chwilę wpatrywał się w 

nią  z  uwagą.  Elizabeth  czuła,  że  pot  spływa  jej  po  plecach,  w  dalszym  ciągu  jednak  miała 
obojętną minę. 
 

Podszedł o krok bliżej, 

 

- Chcę mieć dowód, że dziecko śpi na strychu – oznajmił, podrywając ją z krzesła. – 

Jazda na górę – rozkazał. – Chcę je zobaczyć. 
 

Kiedy  weszli  na  strych,  spojrzał  pospiesznie  na  dziecinne  łóżeczko,  rozejrzał  się  po 

pokoju  zmrużonymi  oczyma  i  zadowolony  popchnął  ją  z  powrotem  na  schody  i  na  dół  do 
kuchni. 
 

- Już wiesz, że nie kłamałam? – spytała, próbując zachować spokój. 

 

- Zamknij się i czekaj, aż zostaniesz zapytana – warknął niecierpliwie. Przez jakiś czas 

chodził tam i z powrotem, w końcu powiedział: 
 

- Jestem głodny. Zrób mi coś do jedzenia. 

 

Wtedy w głowie Elizabeth nieoczekiwanie zrodził się plan. 

 

- Czego tak stoisz? Szykuj jedzenie – rozkazywał. 

Elizabeth wyszła do spiżarki i przyniosła tacę z rybą i ziemniakami. 
 

-  Nie  dostaniesz  wszystkiego  –  powiedziała,  odkładając  na  mniejszy  talerz.  –  Moja 

córka też musi coś zjeść. 
 

- Nie mówiłem, że masz milczeć? – warknął mężczyzna. 

 

Elizabeth nie odpowiedziała, podeszła do pieca i zaczęła odgrzewać jedzenie. Myślała 

intensywnie, plan przybierał coraz bardziej konkretny kształt. 
 

- Nie próbuj mnie przechytrzyć – krzyknął nagle. – I od razu możesz porzucić myśli o 

ucieczce.  Starzec  w  Vassdalen  próbował  uciekać,  ale  źle  się  to  dla  niego  skończyło.  – 
Napastnik  wybuchnął  ostrym  śmiechem,  ale  Elizabeth  wyczuwała  w  tym  jakiś  cień 
niepewności.  
 

-  Dlaczego  nic  nie  mówisz?  –  spytał  obcy.  –  Nie  chcesz  wiedzieć,  jak  tamten 

skończył? 
 

Elizabeth wzruszyła ramionami, wciąż zajęta jedzeniem. 

 

- Umarł. Zatłukłem go – oznajmił mężczyzna. 

 

Elizabeth zdjęła jedzenie z pieca i przełożyła je na talerz. Czy pozwolić mu, by nadal 

uważał, że jest mordercą? Nie. Prawda odbierze mu trochę pewności siebie. 
 

- Gadaj, do diabła! – rozkazywał napastnik. 

 

- Przed chwilą kazałeś mi milczeć, ale mogę ci powiedzieć, że ten starzec z Vassdalen 

nie umarł. Żyje i ma się bardzo dobrze – rzekła z wolna, zerkając na zbiega. 
 

Ten jadł tak szybko, że wciąż coś wypadało mu z ust, ale zbierał wszystko starannie i 

pakował z powrotem, teraz spojrzał na nią spod oka i spytał z niedowierzaniem: 
 

- Nie umarł? 

background image

 

46

 

- Nie. 

 

Wyglądało, jakby przyjął te słowa z ulgą, chociaż próbował to ukryć. Elizabeth powoli 

nabierała odwagi. 
 

- Ukrywasz się już od dawna – powiedziała. – Może chciałbyś się trochę oporządzić? 

Mam balię do kąpieli, czyste ubrania, a w rzece jest mnóstwo wody. 
 

Mężczyzna  jadł  długo  nic  nie  mówiąc,  Elizabeth  zaczynała  się  obawiać,  że  jej  plan 

mimo wszystko się nie powiedzie. Co zrobi, jeśli on odmówi? Mężczyzna zjadł wszystko do 
czysta, potem beknął i otarł usta wierzchem dłoni. 
 

- Zawsze byłem zdania, że zbyt częste mycie odbiera człowiekowi siły. 

 

Po jedzeniu sprawia wrażenie spokojniejszego, pomyślała Elizabeth, przyjmując to za 

dobry znak. 
 

- Zrobisz, jak zechcesz – odparła, starając się wyglądać obojętnie. 

 

Mężczyzna wyciągnął przed siebie nogi. 

 

- Dlaczego tak bardzo chcesz, żebym się wykąpał? – spytał sennie. 

 

Elizabeth  udawała,  że  zajęta  jest  czymś  w  kuchni,  ze  strachu,  że  on  się  domyśli,  co 

zamierza. 
 

-  Bo  uważam,  że  strasznie  cuchniesz  –  oznajmiła  z  lękiem,  że  może  zachowuje  się 

zbyt odważnie. 
 

Zachichotał znowu, ale widać było, że ocenia jej pozycję. 

 

-  No  to  możesz  nanosić  dla  mnie  wody  –  powiedział.  –  Ale  godzę  się  na  to  tylko  z 

jednego powodu. 
 

- Jakiego? – spytała, czując, że drętwieje. 

 

-  Bo  lubię  patrzeć,  jak  się  męczysz  i  pracujesz  dla  mnie.  –  Wybuchnął  głośnym 

ś

miechem, jakby powiedział coś wyjątkowo zabawnego. 

 

Elizabeth posłała mu ponure spojrzenie i wzięła wiadra. 

 

- Tylko nie próbuj żadnych głupstw – zawołał za nią. 

- Pamiętaj, że mam twoją córkę,. 
 

Tak, on ma Ane, pomyślała. 

 

Miała nadzieję, że może w którymś z sąsiednich obejść zobaczy kogoś i będzie mogła 

dać znać, że potrzebuje pomocy. Ale wszędzie panował spokój, nikogo nie było widać. Kiedy 
on nareszcie znajdzie się w balii, nagi i bezbronny, będę mogła wziąć Ane i uciec, myślała, 
napełniając wiadra wodą. Powtarzała sobie w duchu, jak powinna zakraść się pospiesznie na 
górę,  chwycić  śpiące  dziecko  i  uciekać  ile  sił  w  dół  do  ludzi.  Plan  musi  się  powieść.  Na 
pewno się uda, to jej jedyna szansa. 
 

Była spocona, ramiona ją bolały, kiedy po raz trzeci dźwigała dwa ciężkie wiadra. 

 

- Nie chciałabyś wiedzieć, jak mam na imię? – spytał mężczyzna. 

 

- Nie – odparła zmęczona i chciała znowu wyjść. On jednak najwyraźniej miał ochotę 

na rozmowę i powiedział pospiesznie. 
 

- Mam na imię Izajasz, biblijne imię, od parobka Ezajaza. 

 

To  szyderstwo  z  Pisma  Świętego,  pomyślała  Elizabeth,  ale  nie  powiedziała  nic.  Ten 

człowiek  był  przecież  kiedyś  małym  dzieckiem.  Kto  mógłby  wiedzieć,  że  wyrośnie  z  niego 
taki potwór? Odwróciła wzrok, ale przy drzwiach mimo wszystko się zatrzymała. 
 

- Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – spytała, ze zgrozą oczekując odpowiedzi. 

 

-  Różnych  rzeczy  –  odparł  przeciągle.  –  Przede  wszystkim  potrzebuję  jedzenia  i 

odpoczynku. Bo widzisz, ja już od dawna uciekam. A kiedy dostanę to czego potrzebuję, nie 
będziesz mi więcej potrzebna, wtedy… - ostrożnie przeciągnął nożem po własnym gardle. 
 

Elizabeth  przeniknął  zimny  dreszcz,  kiedy  pojęła,  co  on  ma  na  myśli.  Pospiesznie 

wzięła  wiadra  i  wybiegła  na  dwór.  Więc  taki  miał  plan.  Poderżnie  mi  gardło,  Kidy  już 
dostanie, czego potrzebuje, myślała, wlokąc się w stronę rzeki. Łzy piekły ją pod powiekami, 

background image

 

47

Kidy  znowu  wracała  do  domu.  Już  niedługo,  myślała.  Już  niedługo  Ane  i  ja  będziemy 
bezpieczne, muszę wytrzymać jeszcze trochę… 
 

Nie  potrafiła  powstrzymać  okrzyku,  kiedy  wkroczyła  do  kuchni  i  zobaczyła,  że 

napastnik siedzi z Ane na kolanach. 
 

- Weź te swoje brudne łapy od mojej córki ty, ty… - nie znajdowała odpowiedniego 

słowa, więc podbiegła i wyrwała mu dziecko. 
 

-  O  co  ci  chodzi?  –  spytał  mężczyzna  z  udaną  obojętnością.  –  Obudziła  się,  więc 

wziąłem  ją  na  ręce.  Ona  mnie  lubi…  dałem  jej  trochę  brązowego  cukru,  który  miałem  w 
kieszeni. – Chochoł pokazując wszystkie swoje spróchniałe zęby. 
 

Elizabeth przyciskała do siebie dziecko i chowała twarz we włosach małej. Tego nie 

było w moim planie, myślała, ogarnięta paniką. Ane powinna spać, kiedy będziemy uciekać. 
Powinna  spać,  bo  wtedy  będzie  cicho  i  wszystko  pójdzie  gładko.  Nie  wpadaj  w  panikę, 
upomniała sama siebie. To twoja jedyna szansa, niech no tylko on wejdzie do izby. 
 

- Pan miły – oznajmiła Ane, wskazując paluszkiem zbiegłego więźnia. 

 

Elizabeth miała ochotę płakać z bezsilności. 

 

- Pomogłem ci trochę – powiedział mężczyzna, wstając. – Balia i woda są już w izbie. 

Teraz musisz przynieść coś do przebrania. 
 

Elizabeth głęboko wciągnęła powietrze, po chwili wyjęła jakieś stare ubranie po ojcu. 

Były takie zniszczone, że zamierzała większość pociąć na szmaty i zrobić z nich chodniki, ale 
dla zbiega wystarczą. 
 

- I zabieram małą – powiedział, biorąc Ane, zanim Elizabeth zdążyła zaprotestować, 

 

- Co chcesz zrobić z moim dzieckiem? – krzyknęła i chciała mu odebrać córkę. 

 

- Uspokój się – warknął, trzymając ją na odległość wyciągniętej ręki. – Ona będzie w 

tym samym pomieszczeniu co ja. Nie myślałaś chyba, że zostawię was obie same w kuchni? 
 

Mierzył ją wzrokiem i Elizabeth musiała się bardzo starać, żeby ukryć rozczarowanie. 

Odwróciła się iż zagryzła wargi, zanim zdążyła coś powiedzieć. 
 

- Oczywiście, że tak nie myślałam – bąknęła. – Musisz jednak zrozumieć, że się boję, 

kiedy traktujesz moje dziecko w ten sposób. 
 

Dopiero gdy usłyszała, że zamknął drzwi za sobą i mówił coś do Ane, pozwoliła łzom 

płynąć. Musiała zakrywać usta dłonią, by powstrzymać szloch, który dławił ją w gardle. Jens, 
gdzie jesteś? – modliła się w duchu. Wróć do domu, tak bardzo cię potrzebujmy! Desperacko 
wpatrywała się w kuchenne okno z nadzieją, że może ktoś przyjdzie. W końcu pochyliła się 
nad blatem kuchennym i płakała, dopóki nie poczuła się spokojniejsza. Wtedy wyprostowała 
się,  umoczyła  szmatkę  w  wodzie  i  przemyła  twarz.  Nigdy  nie  pozwolę,  bu  ten  Izajasz 
zobaczył u mnie ślady łez, pomyślała, prostując się. Ze względu na Ane muszę przygotować 
nowy  plan,  w  przeciwnym  razie  będzie  z  nami  marnie,  powiedziała  do  siebie,  czując,  że 
odzyskuje ducha walki. 
 

Elizabeth  dziwiła  się,  że  ktoś,  kto  niemal  zabił  człowieka,  może  być  taki…  szukała 

odpowiednich  słów…  takie  cierpliwy  wobec  Ane.  No  tak,  ale  przecież  grozi,  że  ją  zabije  i 
wziął  Ane  jako  zakładniczkę.  Jest  niebezpieczny,  nie  wolno  o tym  zapominać.  A  gdyby  tak 
teraz wymknęła się po kryjomu i pobiegła wezwać pomoc? Czy miałaby szansę. Nie, bez Ane 
nie wyjdzie z domu. 
 

- Mów coś do mnie, żebym wiedział, że tam jesteś – krzyknął mężczyzna zza drzwi. 

 

- Nadal mi nie ufasz? – spytała, głównie po to, żeby coś powiedzieć. 

 

- Nie, nie ufam. Dlaczego miałabym to robić? 

 

- Każdy sądzi według siebie. 

 

- Nie bądź bezczelna. Pamiętaj, że wciąż mam twoje dziecko – odparł. 

 

- Jeśli chociaż jeden włos spadnie jej z głowy, to będziesz tego żałował do końca życia 

–  krzyknęła  gwałtownie,  z  naciskiem  wypowiadając  kolejne  słowa  i  usłyszała,  że  on  śmieje 
się serdecznie. 

background image

 

48

 

Wzrok Elizabeth wciąż krążył po kuchni. 

 

-  Uspokój  się  i  pomyśl  rozsądnie  –  szepnęła  do  siebie.  –  Musisz  znaleźć  jakieś 

wyjście. Nie jesteś głupia, Elizabeth. Wiedz, że jesteś bardziej przebiegła niż on. 
 

Dźwięk własnego głosu trochę pomagał. Muszę trzymać go z daleka on Ane, dopóki 

nie będziemy mogły wyjść, pomyślała. Tylko że on pilnuje nas nieustannie.  
 

- Jesteś tam? – spytał znowu. 

 

- Jestem, jak się czuje Ane? 

 

- Nieźle. Poplątała całą twoją włóczkę. 

 

Dobrze, pomyślała Elizabeth, będę miała trochę więcej czasu dla siebie. 

 

- Co zrobisz, jak już odpoczniesz? – spytała. 

 

-  Jak  już  będę  gotów,  muszę  przedostać  się  na  drugą  stronę  gór,  jak  najdalej  od 

lensmana i pastora, którzy chcieliby zamknąć mnie w twierdzy w Kabelvaag. – Roześmiał się 
cicho. – Tak, oni w to wierzą. Ale nie, wiem dobrze, jaka kara mi grozi za wszystko, co mam 
na sumieniu. 
 

Elizabeth miała wiotkie kolana, serce biło jej boleśnie i głośno. Zaciskała rozdygotane 

ręce. Ciekawe, jakby ten zbieg zareagował, gdyby mu powiedziała, że ona też odebrała życie 
człowiekowi? Potarła rękami twarz, jakby chciała oddalić i złe myśli, i tamte wspomnienia. 
 

-  Zapakuj  wszystko,  co  masz  w  domu  do  jedzenia,  bo  zabiorę  to  ze  sobą.  Już  się 

zdecydowałem.  Ty  pójdziesz  ze  mną  i  będziesz  to  niosła  –  zawołał.  –  W  każdym  razie  tak 
długo, jak długo będę cię potrzebował. Ale dziecko zostanie. 
 

Elizabeth przestała oddychać z przerażenia. 

 

-  Chyba  nie  masz  zamiaru  zostawić  w  pustym  domu  takiego  małego  dziecka?  – 

spytała. Głos przypominał pisk. 
 

-  A  dlaczego  nie?  Poczekaj,  to  zobaczysz!  Nie  myślisz  chyba,  że  jestem  taki  głupi, 

ż

eby ciągnąc za sobą dzieciaka, a ciebie zostawić, żebyś sprowadziła sobie pomoc? Albo że 

zabiorę was obie ze sobą? 
 

- Tylko że ja już nie mam więcej jedzenia – skłamała i usłyszała, ze woda wychlapuje 

się z balii, bo mężczyzna wstał, albo poruszył się gwałtownie. 
 

- Nie masz więcej jedzenia? – zawył. 

 

Nie  odpowiadając,  wybiegła  do  spiżarni  i  rozglądała  się  wokół.  Musi  schować 

jedzenie,  ale  gdzie?  Spojrzenie  padło  na  podłogę.  Oczywiście!  Wbiegła  z  powrotem  do 
kuchni i chwyciła pogrzebacz. 
 

- Pytałem cię o coś – usłyszała z izby. 

 

- Pan kąpie! – krzyczała Ane. 

 

- A ja powtarzam ci, że nie mamy już żadnego jedzenia – odparła, biegnąc na palcach 

z  powrotem  do  spiżarni.  Mocowała  się  przez  chwilę,  w  końcu  jednak  udało  jej  się  wyrwać 
jedną  deskę  z  podłogi,  nie  robiąc  przy  tym  najmniejszego  hałasu.  Z  drugą  poszło  znacznie 
łatwiej. Wyjęła ją  gołymi rękami i zdecydowanie zaczęła wrzucać  garnki  i słoiki do dziury. 
Na koniec wrzuciła tam też gałązkę jałowca, która leżała na półce i miała odstraszać myszy. 
Ułożyła deski na miejscu, postawiła na nich jakieś naczynie i stwierdziła, że nie widać tego, 
co przed chwilą zrobiła. 
 

W kuchni musiała położyć rękę na piersi, by uspokoić serce. 

 

- Słyszysz, co powiedziałem? A może ogłuchłaś? – spytał, uchylając lekko drzwi. 

 

Serce podskoczyło Elizabeth do gardła. Skończyła dokładnie w ostatnim momencie. 

 

Po chwili potem mężczyzna znalazł się znowu w kuchni. 

 

Ane  przybiegła  do  matki.  Nie  wyglądało  na  to,  żeby  dziecko  poniosło  jakąkolwiek 

szkodę podczas pobytu razem z więźniem w jednym pomieszczeniu. 
 

Nagle Elizabeth poczuła na sobie jego spojrzenie. Stanęła jak wryta. 

 

-  Czy  coś  jest  nie  tak?  Stoję  tu  jak  stałam,  a  jeśli  nie  wierzysz,  że  nie  mamy  nic  do 

jedzenia, to sam możesz zobaczyć – rzekła. 

background image

 

49

 

Kilkoma  długimi  krokami  pokonał  odległość  do  spiżarni.  Usłyszała,  że  zaklął 

paskudnie, po czym wrócił. 
 

- Czym będziecie się żywić? – spytał. 

 

- Miałam zamiar wypłynąć na ryby, chciałam też wziąć coś w sklepie na zeszyt. 

 

-  Mowy  nie  ma  –  odparł,  chodząc  tam  i  z  powrotem  i  mamrocząc  przekleństwa  i 

wyzwiska. 
 

-  Oczywiście,  że  nie,  sam  musisz  coś  znaleźć.  Ale  jednak  powinieneś  wiedzieć,  nie 

pójdę z tobą bez mojej córki. 
 

-  No  to  oboje  myślimy  tak  samo  –  odparł  mężczyzna  ponuro.  –  Najpierw  jednak 

musimy  zdobyć  jedzenie.  Minie  dużo  czasu,  zanim  będę  mógł  znowu  wejść  do  jakiejś 
zagrody. 
 

Elizabeth  wzruszyła  ramionami.  Ane  zaczynała  marudzić,  więc  wzięła  ją  na  rękę  i 

zaczęła  wolno  kołysać,  chodząc  po  kuchni  i  nucąc  jakąś  dziecięcą  piosenkę.  Po  chwili 
przystanęła gwałtownie, udając, że ma pomysł. 
 

- Mogłabym pójść na wieś i dowiedzieć się, czy ktoś nie pożyczy mi trochę jedzenia – 

oznajmiła. 
 

- Ty myślisz, że ja jestem taki głupi? – spytał, patrząc na nią wrogo. 

 

-  Moje  dziecko  zostanie  oczywiści  z  tobą  –  obiecała  niechętnie.  –  Zatrzymaj  ją  jako 

zakładniczkę na wypadek gdybym wymyśliła coś głupiego. 
 

- A skąd mam wiedzieć, że nie wezwiesz pomocy, kiedy znajdziesz się we wsi? 

 

Przejrzał ją. 

 

- Teraz we wsi są tylko  same kobiety.  Zanim znajdę jakiegoś mężczyznę, ty możesz 

być już daleko za górami. 
 

Wstrzymała  oddech,  a  on  się  zastanawiał.  Bądź  tak  dobry,  powiedz  „tak”,  prosiła  w 

duchu. I mój tata, i Jakob są już z pewnością w domu, a gdyby nie, to mogę poprosić Dorte 
albo Ragnę, żeby sprowadziły pomoc. Tylko nie zastanawiaj się za długo… 
 

- Nie – rzekł ostro i uderzył pięścią w stół. – Nic z tego o dosyć już gadania. Wymyślę 

coś innego. Tylko poczekaj. 
 

Serce Elizabeth zamarło. Już nie wiedziała, co robić. 

 
Rozdział 11 
 
 

Elizabeth  posadziła  Ane  na  podłodze  ze  strachu,  że  mogłaby  ją  upuścić.  Ramię  jej 

kompletnie zdrętwiało podobnie jak nogi, głowa, całe ciało. Czy nie ma już nadziei? Co on z 
nami zrobi? Unikała patrzenia na mężczyznę, bo jego ponure spojrzenie wywoływało w niej 
lodowate dreszcze. 
 

- Ane chce jeść! 

 

Córeczka szarpała ją za spódnicę. 

 

-  Tak  –  powiedziała  cicho.  –  Zaraz  dostaniesz  jedzenie.  –  Wyjęła  resztki  z  obiadu, 

których  nie  nadała  napastnikowi.  Zaczęła  je  odgrzewać,  zastanawiając  się,  czy  to  nie  jest 
ostatni  posiłek,  jaki  daje  dziecku.  Prócz  tej  odrobiny,  która  ukryła  pod  podłogą  nie  ma  nic 
innego, a do tamtych zapasów też nie może się dostać. 
 

Na dworze zaczynało zmierzchać, kiedy Ane się najadła. Co będzie jutro? Co powie 

córce, kiedy ta zażąda jedzenia? Zerknęła spod oka na Ezajasza. Siedział i czyścił paznokcie 
czubkiem  noża.  Brodę  i  włosy  wciąż  miał  tłuste  i  pozlepiane.  Najwyraźniej  nie  zatroszczył 
się, żeby porządnie je umyć. Elizabeth zmuszała się, by nie odwrócić wzroku, kiedy on nagle 
na nią spojrzał. Chyba nie rozumie, jak bardzo ja się boję, pomyślała. Głośno powiedziała: 
 

- Co zamierzasz z nami zrobić? 

 

Przyglądał  jej  się  długo,  jakby  oceniał  sytuację,  potem  znowu  patrzył  na  Ane, 

przesuwał ostrze noża po swojej brodzie, w końcu odparł: 

background image

 

50

 

- Nie obawiaj się. Już ja coś wymyślę. – Zachichotał złośliwie i Elizabeth wzięła córkę 

na ręce. – Położę ją – powiedziała krótko i wyszła. 
 

Ane  nie  chciała  leżeć  w  swoim  łóżku.  Była  bardzo  podniecona  obecnością  obcego, 

który pojawił się tak nieoczekiwanie. Elizabeth wzięła ją na kolana i usiadła przy oknie. Była 
już  pełnia  wiosny  i  właściwie  nigdy  nie  robiło  się  naprawdę  ciemno.  Jak  wytrzyma  z 
napastnikiem pod jednym dachem? Przeniknął ją dreszcz. Najgorsza była niepewność, to, że 
nie  miała  pojęcia,  co  ten  człowiek  zamierza  z  nimi  zrobić.  Jeden  plan  po  drugim  się  sypał. 
Pospiesznie złożyła ręce i modliła się w duchu: 
 

- Kochany, Wszechmogący Boże. Jeśli istnieje sprawiedliwość na tej ziemi, to musisz 

mi teraz pomóc. 
Amen. 
 

W tej samej chwili rozległo się wołanie z kuchni i Elizabeth wstała z Ane na rękach. 

 

- Mała nie chce spać – oznajmiła pospiesznie. 

 

Wydawało się, że on nie usłyszał, co mówiła. 

 

- Już się zdecydowałem – oznajmił i wbił nóż w blat stołu. 

 

Chciała  go  poprosić,  żeby  nie  niszczył  jej  mebli,  ale  nie  była  w  stanie.  Wkrótce 

zapadnie wyrok, z trudem przełknęła ślinę, zasychało jej w ustach. 
 

-  Poczekam  tylko,  aż  ludzie  położą  się  spać,  a  potem  wyjdziemy  razem,  ja  i  ty, 

pójdziemy  di  największego  dworu  w  okolicy  i  włamiemy  się  do  spichlerza.  Nie  ty  na  to 
wpadłaś – dodał szyderczo. 
 

Pewnie, pomyślała. Ze zgrozą czekała, że właśnie coś takiego wymyśli. Chce ją zabrać 

ze sobą, a Ane zostawić w domu. Wszelka nadzieja przepadła… 
 

Nagle  poczuła,  jakby  jakaś  delikatna  dłoń  pogłaskała  ją  po  policzku,  tak  delikatnie 

może głaskać jedynie stara dłoń. Lina-Laponka, pomyślała niepewnie, przymykając oczy, by 
zachować  jak  najdłużej  tamto  uczucie,  ale  ono  się  rozwiało.  A  może  je  sobie  tylko 
wyobraziła? Ale w sercu pojawiło się mimo wszystko źdźbło uporu i wola walki. Nie podda 
się! Nigdy w życiu nie pozwolę, żeby taki złodziej i przestępca mną rządził. Nigdy! Zagryzła 
wargi i zaciskała pięści za plecami. 
 

- O jakiej porze ludzie tutaj kładą się spać? – spytał. 

 

- Trudno powiedzieć 0 odparła chłodno. – Kładą się pewnie tak samo jak inni ludzie, 

kiedy są zmęczeni. 
 

Ezajasz  zmrużył  oczy  i  bawił  się  nożem,  Elizabeth  zdawała  się  tego  nie  zauważać, 

podeszła do stołu i usiadła. Wtedy nagle zauważyła jakąś postać w dole na drodze. Kobieta, 
zgadywała po kształtach, ale nie była pewna, bo odległość była jeszcze zbyt duża. Poczuła, że 
serce  zaczyna  jej  szybciej  bić,  oddech  też  przyspieszał.  Myśl,  myśl  szybko!!  –  powtarzała 
sobie w duchu. 
 

- Powinnam chyba wynieść wodę po twojej kąpieli, ale zdaje mi się, że ktoś idzie tam 

drogą  –  oznajmiła  lekko.  On  zerwał  się  tak  szybko,  że  stołek  z  hałasem  runął  na  podłogę. 
Miotał  przekleństwa,  wyglądając  przez  okno.  Pot  perlił  się  na  twarzy,  oczy  miał  dzikie, 
rozbiegane. 
 

- Nie pozwól jej tu wejść, ktokolwiek to jest – krzyknął i chwycił Ane, która zaczęła 

wrzeszczeć. 
 

- Zamknij się! – ryknął na dziecko, zakrywając  jej buzię ręką. 

 

Serce Elizabeth kurczyło się z przerażenia. 

 

- Nie postępuj tak z moim dzieckiem! – krzyknęła. – Uspokój ją, to nie będzie płakać. 

Przecież ją udusisz, jak będziesz ją tak trzymał. 
 

Gardło  miała  zaciśnięte,  mówiła  z  trudem.  Wyglądało  jednak  na  to,  że  Ezajasz 

rozluźnił trochę uchwyt. 
 

Musi  nad  sobą  panować!  Musi  myśleć  jasno.  Może  to  ta  jedyna  szansa,  jakiej 

oczekiwała? 

background image

 

51

 

- Tylko nie próbuj niczego, bo twoje dziecko przypłaci życiem – groził, wycofując się 

do izby z Ane na rękach. – Zostawię drzwi otwarte, żeby słyszeć, co mówisz. 
 

Elizabeth  nie  była  w  stanie  zrobić  nic  innego,  tylko  przytaknąć,  bo  właśnie  rozległo 

się pukanie do drzwi.  
 

-  Dorte,  to  ty?  –  spytała  Elizabeth  zaskoczona,  kiedy  tamta  weszła  do  kuchni.  –  No 

wiesz, jak miło, że do nas przyszłaś. 
 

Dorte stała w progu i zwijała w rękach brzeg fartucha. 

 

- Tak, przybiegłam, bo Maria zgodziła się posiedzieć z Danielem. 

 

- No właśnie, moja siostra jest świetną nianią – przytaknęła Elizabeth, czując, że ręce 

ma  mokre  od  potu.  Przez  cały  czas  musiała  walczyć  ze  strachem  o  Ane,  równocześnie  zaś 
powinna myśleć jasno. Dorte to jej jedyna nadzieja. 
 

- Bo ja chciałam się dowiedzieć, co u ciebie… po tym jak Jens zaginął – mówiła dalej 

Dorte niepewnie. 
 

Na szczęście nie powiedziała, że umarł, pomyślała Elizabeth. 

 

-  U  ciebie  wszystko  dobrze?  Taka  jesteś  cicha  –  mówiła  Dorte,  przyglądając  jej  się 

uporczywie. 
 

- A tak, tak, wszystko dobrze. 

 

- Przyszłam też prosić o wybaczenie za moje zachowanie, kiedy byłaś ostatnio u mnie 

– mówiła Dorte. – naprawdę nie było żadnego sensu w tym, że wyrzuciłam cię z domu. 
 

-  Nie  zastanawiaj  się  już  na  tym,  moja  droga.  Nie  wszystkie  dni  są  tak  samo  dobre, 

wtedy łatwo powiedzieć coś, czego właściwie nie myślimy.  A ja też powinnam cię prosić o 
wybaczenie. 
 

Chyba mówię za szybko i za dużo, myślała Elizabeth. 

To  może  go  rozzłościć.  Ale  muszę  przeciągnąć  jak  najdłużej  tę  rozmowę,  zanim  nie  znajdę 
właściwych słów, słów które pozwolą Dorte zrozumieć, a on niczego się nie domyśli. 
 

- Daniel już pewnie leży w łóżeczku? – spytała. 

 

- Tak. 

 

- Ane też. 

 

W  tej  samej  chwili  w  izbie  rozległ  się  cichy  pisk.  Dorte  otworzyła  usta,  żeby  coś 

powiedzieć, ale Elizabeth ją ubiegła. 
 

- To chyba kot mojego taty. Spędza i nas tyle samo czasu, co u taty i Marii. 

 

- Kot twojego ojca? 

 

- Tak, stary kot, którego tata zawsze miał. – Wpiła wzrok w Dorte i nie odwracała go 

ani  na  moment.  Raby  biskie,  kobieto,  nie  rozumiesz,  że  tu  dzieje  się  coś  strasznego?  – 
myślała desperacko. Tata nigdy nie miał żadnego kota, dlaczego ci więc o nim opowiadam?? 
 

-  Może  mogłabyś  mi  oddać  pewną  przysługę?  –  spytała  Elizabeth,  zwracając  się  w 

stronę uchylonych drzwi izby, bo wiedziała, że Ezajasz obserwuje ją uważnie przez tę szparę. 
– Zrobiła wymowny ruch, jakby chciała dać mu znak, że nie zamierza go oszukiwać. 
 

- Tak? Jaką? – pytała Dorte, patrząc na nią badawczo. 

 

- Nie mam w domu  ani  odrobiny jedzenia – może byś więc mogła pójść  do Ragny i 

pożyczyć trochę dla mnie? 
 

-  Ale…  -  bąkała  Dorte,  Elizabeth  jednak  przerwała  jej  pospiesznie.  –  Nie  mogę 

zostawić Ane samej, a muszę mieć jedzenie na jutro. – Ocierała spocone dłonie o spódnicę i 
mówiła  dalej  w  szalonym  pośpiechu:  -  Nie  mogła  popłynąć  do  sklepu,  a  jutro  będę  miała 
gości.  Potrzebuję  więc  trochę  mięsa,  ziemniaków,  podpłomyków  i  zwykłego  chleba.  No  i 
odrobinę masła. 
 

Dorte  przyglądała  jej  się  wstrząśnięta.  Elizabeth  czuła,  że  narasta  w  niej  panika  i 

skrzyżowała ręce na piersiach, by opanować drżenie. 
 

- Chcesz to wszystko pożyczyć od Ragny? – spytała Dorte. 

background image

 

52

 

-  Oczywiście!  Przecież  to  moja  teściowa,  a  poza  tym  człowiek  o  dobrym  sercu.  – 

Elizabeth próbowała pochwycić jej spojrzenie, ale jej się to nie udawało.  
 

Nagle zielone oczy rozbłysły i Dorte powiedziała stanowczo: 

 

- Oczywiście, zaraz pójdę i wszystko załatwię, Elizabeth. 

 

- Dziękuję ci! – wyszeptała Elizabeth, wolno wypuszczając powietrze z płuc. 

 

Dorte skinęła głową i pobiegła pędem w dół. 

 

-  Po  co  to  zrobiłaś?  –  ryknął  Ezajasz,  kiedy  wyszedł  z  izby.  Z  rozmachem  posadził 

Ane na podłodze.  
 

- Pan głupi – powiedziała Ane. Dola warga jej drżała, a na buzi miała ślady łez. 

 

Elizabeth chwyciła dziecko i poczuła jak cudownie jest tulić je znowu do siebie. 

 

- Chciałam ją stąd odesłać.  I  oszczędziłam ci wyprawy! – powiedziała. – Oni tam w 

Heimly mają psa kłamała dalej. – gdybyśmy się włamali do spichlerza, obudziłby cały dom. 
 

- To by było z korzyścią dla ciebie – rzekł podejrzliwie. 

 

- Ale ty masz przecież… - przesunęła palcem po swoim gardle. – A ja jednak kocham 

ż

ycie. 

 

- Daczego nie powiedziałaś przedtem, że mają psa? – spytał. 

 

Wzruszyła ramionami. 

 

-  Po  prostu  nie  pomyślałam.  Miałam  nadzieję,  że  tego  unikniemy,  ale  w  końcu 

rozsądek mi wrócił. 
 

Potoczyście  wyrzucała  z  siebie  słowa.  Jak  to  się  dzieje,  że  potrafię  tak  swobodnie 

kłamać?? – dziwiła się. Czy to Lina-Laponka mi pomaga? Ale jeszcze nie zostały uratowane. 
Wszystko zależy od Dorte. Czy ona zrozumiała?  
 

Elizabeth nie była w stanie siedzieć spokojnie, zabrała się więc do wynoszenia wody 

do kąpieli. Ezajasz chodził niespokojnie między kuchnią a izbą. 
 

- Nie mogłabyś zostawić tej cholernej wody? – wrzasnął, wyrywając jej wiadro. 

 

- Jeżeli Dorte zobaczy, że balia do kąpieli tutaj stoi, może nabrać podejrzeń – odparła 

Elizabeth spokojnie. – Nigdy się nie kąpię w środku tygodnia. 
 

To go trochę przestraszyło, oddał jej wiec wiadro.  

 

- W takim razie skończ z tym – burknął. 

 

Jeśli  wszystko  pójdzie  tak,  jak  mam  nadzieję,  powinnam  trzymać  go  jak  najdalej  od 

okna, myślała Elizabeth nerwowo. 
 

- Cholernie dużo czasu ona potrzebuje – narzekał Ezajasz, przyglądając się Elizabeth 

podejrzliwie. 
 

-  Może  wstąpiła  najpierw  do  domu,  żeby  zajrzeć  do  dziecka  –  bąknęła  Elizabeth, 

czując, że sama też jest coraz bardziej niespokojna. 
 

Ane ziewnęła i marudziła, wstając z posłania. 

 

- Muszę położyć ją do łóżka – powiedziała Elizabeth. 

 

- Zostanie tutaj – odparł krótko i stanowczo. 

 

Nie była w stanie protestować, przyniosła więc kołdrę i poduszkę i pościeliła dziecku 

na ławie, a Ezajasz znowu poszedł do izby. Nagle zaczął wykrzykiwać głośne przekleństwa i 
dwoma skokami dopadł do kuchennego okna. 
 

-  Tutaj  są  ludzie!  Aż  się  od  nich  roi  dookoła  domu.  Przeklęte  babsko!  –  ryczał, 

wymachując nożem. 
 

Elizabeth  trzęsła  się  cała,  nie  mogła  tego  opanować.  Dorte  zrozumiała  i  sprowadziła 

pomoc. Niech ją Bóg błogosławi, myślała gorączkowo. 
 

I wtedy stało się coś strasznego. Jak przez mgłę Elizabeth zobaczyła, że Ezajasz łapie 

Ane  jedną  ręką,  w  drugiej  w  dalszym  ciągu  trzyma  wielki  nóż  błysnęła  lśniąca,  świeżo 
naostrzona stal. Dziecko zwisało bezradnie, przewieszone przez jego rami. Elizabeth zdążyła 
zobaczyć przerażoną buzię Ane, kiedy Ezajasz ruszył ku drzwiom. 

background image

 

53

 

Miała  wrażenie,  że  ktoś  inny  kieruje  jej  ruchami,  gdy  chwyciła  kijankę  do  prania, 

stojącą  przy  drzwiach.  Zostawiła  ją  tam  po  ostatnim  praniu  ubrań.  Uniosła  w  górę  ciężką 
deskę i z całej siły zdzieliła go w plecy i tył głowy. Upadł do przodu, ale Elizabeth zdążyła 
przedtem chwycić Ane. 
 

Dysząc ze świstem stała i wpatrywała się w leżącego. Czy on nie żuje? Czy zabiłam 

jeszcze  jednego  człowieka?  –  myślała  niepewnie.  Ledwo  słyszała,  że  Ane  rozpaczliwie 
płacze. 
 

W chwilę później dom wypełnił się ludźmi. Ojciec, lensman, Jakob, dwóch mężczyzn, 

których nie znała, Ragna, no i Dorte. Elizabeth rzuciła jej się na szyję i wybuchnęła płaczem. 
Cały strach i napięcie tego dnia wyrzucała z siebie ze łzami i szlochem. Słyszała wokół głosy. 
Głębokie, basowe, znajome i dające poczucie bezpieczeństwa. Ojciec podbiegł i chciał wziąć 
Ane,  ale  Elizabeth  jej  nie  wypuściła.  Andres  poklepał  ją  po  plecach  i  mruknął,  że 
porozmawiają później. 
 

-  Zrozumiałam,  że  coś  jest  nie  tak,  kiedy  zaczęłaś  gadać  o  tym  kocie  i  o  jedzeniu, 

które trzeba pożyczyć od Ragny – mówiła Dorte spokojnie – ale cała prawda dotarła do mnie 
wtedy, kiedy zobaczyłam tam brudne ubrania – powiedziała, wskazując głową kąt w kuchni. 
 

Elizabeth spojrzała w ślad za nią i stwierdziła, że stare ubranie Ezajasza nadal leży na 

podłodze. 
 

-  A  to  dopiero  historia,  będziemy  ją  wszystkim  opowiadać  –  mówiła  Dorte, 

uśmiechając się niepewnie. – To o ubraniach i o kocie. 
 

Elizabeth przytakiwała, nareszcie odzyskała głos. 

 

- Czy on… nie żyje? 

 

- On? Nie! Złego diabli tak szybko nie biorą – odpowiedział lensman. 

 

Elizabeth  z  wdzięcznością  przymknęła  oczy.  Pocałowała  Ane  w  głowę.  Dały  sobie 

radę!  Przez  moment  miała  wątpliwości,  komu  właściwie  powinna  dziękować:  Bogu  czy 
Linie-Laponce. Ale może z decyzją poczekać, aż zostanie sama. 
 

Nagle Ezajasz ryknął w jej stronę: 

 

- Zapamiętaj sobie, że ja tu wrócę! I zemszczę się. Wtedy pożałujesz tego, co zrobiłaś. 

Będziesz błagać o… 
 

Lensman przerwał mu ostro i popychał go w Strobę drzwi napastnika wywoływały w 

Elizabeth lodowate dreszcze. 
 

-  Nie  przejmuj  się    nim  –  pocieszała  Dorte.  Mówiła  coś  jeszcze,  ale  Elizabeth  nie 

słyszała, 
 

Zapamiętaj to sobie, że ja wrócę. Słowa dzwoniły jej w uszach. Zapamiętaj to… 

 
 

W  pokoju  na  strychu  panował  mrok.  Tylko  maleńki  płomyk  łojowej  świecy  rzucał 

mdłe błyski na dziecko,  leżące w objęciach matki. Ane miała spocone włoski, które zwijały 
się miękko nad uszami. Elizabeth odgarnęła je z czułością. Chciała przytulić dziecko do siebie 
mocno  i  nigdy  więcej  nie  wypuszczać.  Tego  wieczora  omal  nie  straciła  córeczki.  Zagryzła 
dolną  wargę  i  powstrzymywała  płacz.  Żadnych  łez  więcej,  upomniała  samą  siebie. 
Wypłakałaś  na  ramieniu  Dorte  wszystkie  łzy,  kiedy  sprawa  dobrze  się  skończyła.  Teraz 
musisz patrzeć w przyszłość. 
 

Znowu wróciła myśl o Izajaszu. Jakob powiedział, że z pewnością zostanie skazany na 

karne roboty, może nawet dożywotnio. W każdym razie będzie siedział przez wiele, wiele lat. 
Elizabeth miała nadzieję, że tak się stanie, ale przecież raz już uciekł, może próbować znowu. 
Nigdy nie będzie się czuła bezpieczna, wiedziała o tym. 
 

Lensman zapisał jej zeznania, a tamci nieznajomi mężczyźni zabrali Ezajasza ze sobą. 

Potem Elizabeth czuła się kompletnie pusta w środku, miała wrażenie, że nie spała od wielu 
dni i nocy. Wszystkie mięśnie były niczym bolesne węzły w jej ciele, w oczach czuła piasek. 
Podziękowała Dorte jeszcze raz, zanim tamta poszła do domu, razem z innymi. 

background image

 

54

 

- Jesteś pewna, że poradzisz sobie sama? – spytała Dorte na odchodnym. 

 

- Tak, będzie dobrze. 

 

- To przyjdę do was jutro wcześnie rano. 

 

- Przyjdź. – Potem zamknęła cicho drzwi za Dorte i poszła na strych. 

 

Ane  popłakała  przez  sen  w  objęciach  matki.  Na  szczęcie  małe  dzieci  szybko 

zapominają,  pomyślała  Elizabeth.  Wiedziała,  że  ona  długo  nie  zapomni  o  tych  przeżyciach, 
może nigdy. 
 
Rozdział 12 
 
 

No to mamy za sobą i zimę, i wiosnę, myślała Elizabeth, schodząc w dół po zboczu, z 

ręką  Ane  w  swojej.  Słońce  grzało  na  bezchmurnym  niebie,  ptaki  były  bardzo  zajęte 
dostarczeniem jedzenia swoim młodym. Dokładnie tak jak my, ludzie, filozofowała Elizabeth, 
wymachując  bańką  ma  jagody.  Czarne  jagody  są  w  tym  roku  wyjątkowo  duże  i  słodkie,  a 
Elizabeth znała też miejsce porośnięte krzakami dzikich porzeczek. 
 

To pierwsze lato bez Jensa. Nagle poczuła, że wiadomość o jego zaginięciu dotarła do 

niej strasznie dawno temu. Jakby to się nie stało w innych czasach, w innym życiu. 
 

-  On    już  nigdy  nie  wróci  –  wyszeptała  i  patrzyła  ponad  odnogą  fiordu,  która 

wyciągała się w stronę wsi. – Trudno przyjąć to do wiadomości, ale minęło już tyle czasu… - 
nie dokończyła swoich rozmyślań, bo nagle dostrzegła Dorte. 
 

- Dorte, zaczekaj! – zawołała i wzięła Ane na ręce. 

 

-  Właśnie  wracam  od  Ragny  –  poinformowała  Dorte,  kiedy  Elizabeth  ją  dogoniła.  – 

Tam  wcześniej  można  posłuchać  nowin  –  dodała  z  uśmiechem.  Niosła  Daniela  na  rękach, 
chłopiec  na  rękach,  chłopiec  śmiał  się  i  wyciągał  rączki  do  Ane.  Posadziły  więc  dzieci  na 
ziemi, żeby się pobawiły, kiedy one będą rozmawiać. Elizabeth musiała się roześmiać.  
 

- Moja teściowa lubi przesadzać – mruknęła, 

 

-  Co  prawda,  to  prawda,  ale  dzisiaj  opowiadała  o  prawdziwych  wydarzeniach. 

Wyobraź sobie, że król Oscar odwiedził Kabelvaag! 
 

- Co ty powiesz? – dziwiła się Elizabeth zaciekawiona.  

 

- To najprawdziwsza prawda! W ubiegłym miejscu. Wyszedł na ląd w Storvaagen, a 

tam witany był przez samego gubernatora. 
 

- Storvaagen… to tam nasi jeżdżą co roku na zimowe połowy – szepnęła Elizabeth. 

 

-  No  i  wiesz,  co  jeszcze?  –  mówiła  dalej  Dorte.  –  Właściciel  łowiska  obwoził  króla 

swoją łodzią wiosłową! 
 

-  Co?  A  to  dopiero  odpowiednie  miejsce,  żeby  ciągać  po  nim  króla!  I  co  jeszcze 

robili?  –  pytała  zaciekawiona.  Widziała  oczyma  wyobraźni  całą  okolicę,  bo  Jens  bardzo 
dokładnie opisał jej łowiska. 
 

-  No,  to  teraz  posłuchaj.  Potem  król  był  u  właściciela  łowisk  i  tam  czekał  na  niego 

poczęstunek. Ciekawa jestem, co też taki król jada? 
 

- Pewnie mnóstwo słoniny i masła, i śmietany, i ciastka każdego dnia. No a potem król 

z  całym  orszakiem  pojechał  do  Kirkvaagen,  bo  tam  ludzie  z  Kabelvaag  zbudowali  nową 
drogę, przy której wywiesili tablicę z napisem: „Droga imienia króla Oscara”. 
 

- Nie! Naprawdę tak nazwali drogę? – nie dowierzała Elizabeth. 

 

- Tak, al. Król był tak bardzo ucieszony, że wypisał swoje imię na górskiej ścianie. 

 

- No coś ty! To ci dopiero nowiny, trzeba przyznać. 

 

Nagle  dostrzegła  Jakoba  w  dole  przy  szopie  na  łodzie.  Machał  do  niej,  dawał  znaki, 

ż

eby do niego przyszła. 

 

-  No  to  musze  lecieć  –  powiedziała  Elizabeth  i  pożegnała  się,  wciąż  rozmyślając  o 

wizycie króla na północy. Dobrze by było widzieć to wszystko na własne oczy… 
 

- No i co tam u was? – spytał Jakob, kiedy znalazła się już na kamienistym brzegu. 

background image

 

55

 

-  Wszystko  w  porządku  –  odparła  Elizabeth.  –  Jutro  zaczynam  sianokosy,  więc 

pomyślała, że dzisiaj mogłabym nazbierać jagód. 
 

- No tak, tak. – Jakob jakby nieobecny patrzył gdzieś w dal i ponad fiordem. – A my 

wynajęliśmy  parobka  do  koszenia  i  dziewczynę,  która  będzie  grabić  siano  –  powiedział  po 
chwili. – Gdybyś potrzebowała pomocy, to nie krępuj się, po prostu powiedz. 

-  Dziękuję,  ale  chyba  sobie  poradzę.  Mam  przecież  tatę.  Jensa  nie  ma,  cierpiała 

jeszcze bardziej, kiedy inni o tym wspominali. Być może Jakob zauważył jej stan, bo zwrócił 
się ku niej. Głos brzmiał pogodniej, kiedy znowu zaczął mówić. 
 

-  Byłem  wczoraj  w  sklepie.  Josefine  ma  zamiar  sprzedać  wszystko  i  wyjechać  na 

południe. 
 

- Ach tak? 

 

- No właśnie, ma tam rodzinę. Peder Binasen zamierza kupić cały majątek. 

 

Elizabeth  skinęła  głową.  Peder  Binasen,  słyszała  to  nazwisko,  a  po  wszystkich 

kłótniach z Josefine nie będzie za nią tęsknić. 
 

Popatrzyła w ślad za wzrokiem Jakoba, który wpatrywał się w plecy Dorte. 

 

- A ona to ostatnio miewa odwiedziny – oświadczył. 

 

- Odwiedziny? – powtórzyła Elizabeth, nie bardzo rozumiejąc. 

 

- Ech nie, nie będę rozsiewał plotek, ale wygląda jednak na to, że lepiej jej się wiezie. 

No, ale to jej sprawa – zakończył, odwracając wzrok. 
 

W tej samej chwili przybiegły do nich Maria i Indianne. 

 

- Ciocia Mia! – zawołała Ane uradowana i pobiegła na spotkanie dziewczynek. 

 

Elizabeth poczekała, aż dzieci wrócą i zapytała: 

 

-  Maria,  przypilnowałabyś  Ane,  kiedy  będę  zbierać  jagody?  Tam,  gdzie  idę,  jest 

bardzo nierówno, więc… 
 

- Jasne – przerwała jej Maria zdecydowanie i zabrała ze sobą Ane. 

 

Elizabeth  stała,  patrząc  w  ślad  za  trzema  oddalającymi  się  dziewczynkami,  dopóki 

mogły ją słyszeć, a potem spojrzała Jakubowi w oczy., 
 

- O czym chciałeś ze mną rozmawiać? – spytała. 

 

Mężczyzna był najwyraźniej speszony i spytał ze zdumieniem: 

 

- Skąd wiedziałaś, że…? 

 

- Bo ja jestem jasnowidzem, musisz wiedzieć – odparła ze śmiechem. – Nie, no coś ty, 

ż

artowałam. Ale machałeś o mnie, żebym tu przyszła, więc… 

 

Jakob niespokojnie udeptywał piasek, to wkładał ręce w kieszenie spodni, to znowu je 

wyjmował. 
 

- No powiedz wreszcie – poprosiła, czując, że przenika ją groza. Co jej mówiło, że on 

ma nieprzyjemną sprawę na sercu. 
 

- Ja wiem, że nie było dla ciebie łatwo, to z Jensem – zaczął Jakob. – Dla nas to też nie 

jest łatwe. Wszyscy strasznie za nim tęsknimy i… 
 

Elizabeth przerwała mu. 

 

- Jeśli próbujesz mi powiedzieć, że chcecie zaopiekować się Ane, to daj sobie spokój i 

po prostu o tym zapomnij! 
 

Jakob pokręcił głową. W jego oczach widziała żal. 

 

-  Nie,  Elizabeth.  Ragna  mi  powiedziała,  co  się  wtedy  stało  w  Dalen,  ale  zapewniam 

cię,  że  ja  o  niczym  wcześniej  nie  miałem  pojęcia.  Ja  się  nie  zgadzam,  Ane  jest  twoim 
dzieckiem, Elizabeth. 
 

Elizabeth  westchnęła  z  wdzięcznością.  Więc  przynajmniej  Jakoba  ma  po  swojej 

stronie. 
 

-  Widzisz,  wczoraj  w  moje  sieci  wpadła  ludzka  noga  –  rzekł  pospiesznie,  ale 

wyglądało, że zaraz tego pożałował, bo zaciągnął wargi i nie chciał patrzeć na synową.  
 

Elizabeth zakręciło się w głowie, musiała bardzo nad sobą panować, żeby stać prosto. 

background image

 

56

 

- Ach tak, to przecież nic nadzwyczajnego, że ludzie wyławiają z morza i takie rzeczy 

– mówiła drżącym głosem. 
 

0n myśli, że to noga Jensa, przyszło jej do głowy. Ale przecież Westfjord jest wielki, 

noga może należeć do kogokolwiek! Popatrzyła mu w oczy i nie odwracała wzroku. 
 

- Wiele wskazuje, że to noga Jensa  oznajmił Jakob i ruszył w stronę drzwi szopy. 

 

Elizabeth  poszła  za  nim,  chociaż  rozsądek  mówił  jej,  że  powinna  zawrócić,  nogi  nie 

chciał  jej  słuchać.  Oddech  miała  krótki  i  urywany,  gdy  Jakob  wyszedł  z  szopy,  trzymając 
długi do pół uda rybacki but. 
 

- Dlaczego uważasz że to but Jensa? – zdołała w końcu wykrztusić. 

 

- Bo pod piętą ktoś wyrył dwie litery. Duże J i duże R. 

 

- Wielu ludzi ma takie inicjały, ale Jens nie wyrył swoich na bucie, o ile mi wiadomo. 

On… on wyszył je na wełnianej wkładce. 
 

Jakob  wsunął  rękę  do  długiego  skórzanego  buta  i  wyciągnął  stamtąd  stopę.  Tego 

Elizabeth już nie zniosła. Żołądek skurczył się, podniósł niemal do gardła i wyrzuciła z siebie 
cała  śniadanie.  Wymiotowała  długo,  aż  nic  już  nie  zostało  w  środku.  To  trochę  pomogło. 
Pospiesznie otarła usta i poczuła, że policzki ma mokre od łez. 
 

-  To  nie  jest  noga  Jensa  –  powiedział  Jakob.  –  Przepraszam  cię,  Elizabeth,  że  to 

zrobiłem. Powinienem był sam lepiej się temu przyjrzeć… - w jego głosie słychać było ulgę i 
ż

al. 

 

- Nic nie szkodzi – odparła Elizabeth i naprawdę tak myślała. 

 

Może powinnam była powiedzieć coś więcej, myślała potem, kiedy już sobie poszła. 

Słyszała, że Jakob mówi coś, że trzeba pochować stopę. I słusznie, bo jak nie, to ten zmarły 
będzie wracał… jeśli cały nie znajdzie się w poświeconej ziemi, myślała. 
 
 

Jakob śledził ją wzrokiem przez całą drogę na Nonsehaugen. 

 

Elizabeth  czuła  się,  jakby  wszystkie  siły  ją  opuściły.  Ile  razy  jeszcze  będę  musiała 

przeżywać takie wydarzenia jak to? – myślała zrozpaczona.  
 

Usiadła  na  ziemi  i  oparła  plecy  o  nagrzany  w  słońcu  kamień,  wpatrując  się  w 

migotliwą  powierzchnię  morza.  Jakie  to  dziwne,  że  kilka  miesięcy  temu  ta  błękitna    tafla 
zmieniła się w czarny kocioł, do którego siły natury wciągnęły na zatracenie takie mnóstwo 
ludzi. A teraz leży nieporuszona i mieni się pięknie w słońcu. Sennie pluszcze przy brzegu, 
czyszcząc żółty pasek. 
 

Owionął ją chłodny wiatr i przymknęła oczy. Zobaczyła nad sobą twarz Jensa, miała 

wrażenie,  że  czuje  jego  oddech  na  policzku,  że  Jens  całuje  i  pieści  jej  włosy.  Była  bardzo 
pochłonięta  swoimi  fantazjami,  ale  nagle  dotarł  do  niej  cichy  jęk.  Sennie  otworzyła  oczy  i 
zaczęła  nasłuchiwać.  Jęk  rozległ  się  ponownie,  ale  teraz  bardziej  przypomniał  płacz  lub 
zawodzenie.  Przestraszona  wstała,  próbując  się  zorientować,  skąd  te  dźwięki  dochodzą.  O, 
znowu! Od lewej strony, jakby nieco w dół wzniesienia. Wahając się, ruszyła w tamtą stronę, 
niespokojna, co też tam odkryje. 
 

Nieoczekiwanie  rozległ  się męski  głos, który coś mamrotał, a w ślad za  nim perlisty 

ś

miech kobiecy. Zaciekawiona podeszła bliżej i wtedy ich zobaczyła. Na miękkim posłaniu z 

mchu  i  wrzosu  leżała  duża,  tęga  kobieta  o  jasnobrązowych  włosach.  Na  niej  zaś  młody 
mężczyzna, raczej chłopiec, pomyślała Elizabeth, z pewnością nie był jeszcze u konfirmacji. 
Kobieta wprost przeciwnie, musiała się zbliżać do trzydziestki. Co najmniej. 
 

Przez  dłuższą  chwilę  Elizabeth  stała  bez  ruchu,  zastanawiając  się  kim  są  ci  ludzie. 

Wtedy  zdała  sobie  sprawę,  że  to  pewnie  co  robotnicy,  których  Jakob  wynajął  na  sianokosy. 
Spódnica  kobiety  była  podciągnięta  wysoko  w  górę,  odsłaniała  biała,  potężne  uda.  Między 
nimi  leżał  ten  cherlawy  chłopiec.  Jego  pośladki  uniosły  się  i  opadały,  aż  kobieta  kazała  mu 
przestać. 

background image

 

57

 

- Nie musisz się tak spieszyć – zachichotała, przytrzymując go mocno swoimi udami. 

Kiedy rozpaczliwie próbował protestować, odpięła górne guziki swojej bluzki. 
 

-  Spójrz,  co  ja  tutaj  mam  –  kusiła  go  i  pozwoliła,  by  rozpiął  resztę  guzików.  Zaraz 

potem  ukazały  się  dwie  wielkie  piersi.  Chłopak  chwycił  pożądliwie  jedną  z  nich,  a  kobieta 
wepchnęła mu do ust brodawkę. 
 

- Ssij! – rozkazała, a on posłuchał natychmiast. 

 

Elizabeth wycofała się bezgłośnie. Ze wstydu płonęły je policzki. To już po raz drugi 

natykam się na dwoje kochających się ludzi, pomyślała. Gdy tylko znalazła się dostatecznie 
daleko zaczęła biec. Biegła, dopóki starczyło jej tchu, a potem opadła na ziemię, rozbawiona 
zdała  sobie  sprawę,  że  siedzi  w  samym  środku  polanki  porośniętej  krzewami  jagodowymi, 
pełnymi soczystych owoców. Zbierała je pospiesznie i wpychała do ust to, czego nie włożyła 
do bańki. Wieczorem obie z Ane będą się sycić jagodową marmoladą.  Gdyby Jens i znowu 
popatrzyła na morze. Ale Jensa nie ma. Trzeba to w końcu przyjąć do wiadomości. 
 
 

Czasami  Elizabeth  nadziwić  się  nie  mogła,  co  stało  z  latem.  Przeleciało  po  prostu, 

wypełnione  pracą  i  znojem?  Trzeba  było  znosić  siano  po  dach,  zbierać  jagody,  puch 
edredonów,  jajka  i  zioła.  To  błogosławiona  pora  roku,  w  której  nikt  nie  musi  głodować.  W 
jasne letnie wieczory łowiła ryby na fiordzie, a Ane zaokrągliła się od znakomitego jedzenia. 
 

Szybko jednak zrobiło się zimniej, liście zmieniły kolor i opadały na ziemie. Drzewa 

znowu stoją nagie i czarne, a jasne letnie noce ją jedynie wspomnieniem. 
 

To niepojęte, że czas może mijać tak szybko – a mimo to tak wolno, zastanawiała się 

Elizabeth. Nie było dnia, żeby nie myślała o Jensie. A wtedy czas wlókł się rozpaczliwie, ale 
kiedy  dni  powszednie  były  wypełnione  pracą  i  staraniem  o  zabezpieczenie  życia  Ane  i  jej 
samej, wtedy czas dosłownie uciekał. 
 

Wlokła się na dół z Dalen, świecąc sobie latarką. Nie bała się ciemności, ale też jej nie 

lubiła. W ciemności jest coś, co odbiera jej pewność siebie. Może myśli o smokach, huldrach 
i  upiorach  sprawiają,  że  przyjdzie  ją  zabrać.  Żeby  tylko  nie  pomyślał,  że  zostawiam  ją  tam 
zbyt często, zastanawiała się zawstydzona. 
 

Ona wieczorami kładła się spać głodna. Żeby jednak Ane mogła tego uniknąć, zawsze 

znajdowała  jakąś  wymówkę,  żeby  zostawić  ją  w  Nymark.  Działo  się  tak  coraz  częściej. 
Ojciec też nie ma zbyt wiele, ale dla dziecka wystarczy, myślała. 
 

Ostatni  raz  zostawiłam  Ane  na  tak  długo,  zdecydowała,  zbliżając  się  do  Jakobowej 

szopy  na  łodzie.  Nagle  zesztywniała,.  Trzymająca  latarkę  ręka  zadrżała,  a  bicie  serca 
Elizabeth  słyszała  w  uszach.  Co  to  za  cień  się  tam  czai?  Człowiek,,  czy  zjawa?  Znowu 
dostrzegła  jakiś  ruch,  a  potem  rozległ  się  chrzęst  żwiru.  Wiedziała,  że  latarka  zdradzała  jej 
obecność, ale było za późno, żeby ją zgasić. Tamten człowiek już musiał ją zauważyć. Ktoś 
się  zbliżał.  To  mężczyzna,  poznawała  po  wzroście  i  sposobie  chodzenia.  Szumiało  jej  w 
uszach,  przez  moment  miała  wrażenie,  że  nogi  wrastają  jej  w  ziemię.  Przypomniała  sobie 
pogróżki Ezajasza, kiedy lensman zabierał go ze sobą i miała ochotę krzyczeć z przerażenia. 
Ale ten mężczyzna jest wyższy, stwierdziła. Może to ten od stopy wrócił ze świata zmarłych? 
 

- Dobry wieczór – powitał ją męski głos i Elizabeth odetchnęła z jękiem. 

 

- Dobry wieczór, panie nauczycielu – powiedziała, ale nie dygnęła. Taka pokorna nie 

będzie! 
 

Tamten roześmiał się cicho. 

 

- Straszna jest ta wasza oficjalność. 

 

Elizabeth nie miała pojęcia, co oznacza słowo oficjalność, dlatego nie odpowiedziała. 

 

- Mam nadzieję, że was nie przestraszyłam – mówił nauczyciel. 

 

-  Phi,  trzeba  dużo  więcej,  żeby  mnie  wystarczyć  –  odparła,  potrząsając  gniewnie 

głową.  –  A  poza  tym  nie  mam  czasu  tu  stać  i  gadać  –  powiedziała  chcąc  odejść,  ale  on 
zastawił jej drogę, 

background image

 

58

 

- Nie będę was dłużej zatrzymywał, chciałbym tylko zadać wam kilka pytań. 

 

Elizabeth spojrzała na niego taksująco. Co on tu robi tak późno wieczorem? 

 

- Wracam od Dorte – rzekł nauczyciel jakby czytał w jej myślach. 

 

- Ach tak – rzekła spokojnie, ale czuła, że ogarnia ją złość. Czy ta Dortte jeszcze nie 

widzi,  jakim  człowiekiem  jest  Henning  Nielsen?  Od  tamtego  dnia  wiosną,  kiedy  Dorte 
przyszła  przepraszać  ją  za  swoje  zachowanie,  Elizabeth  była  pewna,  że  sprawa  jest 
skończona.  Później  żadna  nie  wspomniała  ani  słowem  o  nauczycielu.  Teraz  zdała  sobie 
sprawę, że to Nielsena musiał mieć na myśli Jakob w lecie, kiedy powiedział, że Dorte często 
miewa wizyty. 
 

- O co chodzi? Nie mam czasu – prychnęła zniecierpliwiona. 

 

On  wsunął  ręce  w  kieszenie  surduta  i  przyglądał  jej  się  badawczo.  Uśmiechał  się 

nawet, ale uśmiech nie docierał do oczu. 
 

- Pamiętacie być może to małe nieporozumienie, do jakiego doszło w szkole – zaczął. 

 

Elizabeth zrobiło się gorąco ze złości. Co sobie ten człowiek myśli, staje tu przed nią i 

nazywa tamto wydarzenie nieporozumieniem? Nie odpowiadała. Nie skinęła też głową, kiedy 
on uniósł pytająco brwi. 
 

- Tak, mam nadzieję, ze żeście nikomu o tym nie wspomnieli – powiedział. 

 

Muszę stąd jak najszybciej odejść, pomyślała. Temu człowiekowi nie można ufać. 

 

- Nie, nikomu nic nie mówiłam – odparła głośno. – Ale teraz musisz mi wybaczyć. Idę 

po dziecko. 
 

Skinęła  uprzejmie  głową  i  ruszyła  w  stronę  szopy  na  łodzie.  Nie  odwracała  się,  ale 

nasłuchiwała  całą  sobą.  Dostała  gęsiej  skórki.  Już  wielokrotnie  przedtem  doznawała  tego 
samego  uczucia,  wietrzyła  niebezpieczeństwo.  Odwróciła  się  gwałtownie  i  krzyknęła  z 
przerażenia stwierdziwszy, że on idzie tuż za nią. 
 

- Prześladujesz mnie? – spytała ostro. 

 

- Ja wiem, żeście rozmawiali o tym z innymi – rzekł, jakby nie dosłyszał jej pytania. – 

Kłamaliście wobec Dorte i dlatego ona nie chce  mieć ze mną do czynienia. Próbowałem jej 
wytłumaczyć, bez powodzenia. Przez całe lato ją odwiedzałem, ale zawsze mnie odprawiała.  
 

Bardzo dobrze, Dorte, pomyślała Elizabeth. Głośno zaś powiedziała: 

 

-  Nie  pisnęłam  nikomu  ani  słowa,  więc  zostaw  mnie  teraz  w  spokoju.  –  Chciała  iść 

dalej, ale on chwycił ją mocno za ramię. 
 

- Nie pójdziesz, dopóki z tobą nie skończę –  rzekł i już się teraz nie uśmiechał i nie 

przemawiał elegancko.  
 

Będę  mieć  siniaki  po  jego  palcach,  pomyślała  i  jęknęła  cicho.  Nawet  Ezajasz  nie 

szarpał mnie tak boleśnie, pomyślała nagle. Przerażenie ogarnęło ją na dobre, 
Wyrwij się i uciekaj, wołał jakiś wewnętrzny głos, ale strach ją paraliżował. Nie była w stanie 
wykrztusić ani słowa, kiedy nauczyciel ciągnął ją za sobą do szopy Jakoba. 
 

Dopiero kiedy podwójne drzwi zostały za nią zamknięte, odzyskała zdolność mowy. 

 

- Czego ty ode mnie chcesz? – spytała ostro. 

 

- Daj mi to – powiedział, wyrywając jej z ręki latarkę i stawiając na udeptanej ziemi. 

W  tym  chybotliwym  świetle  wygląda  jak  sam  diabeł,  pomyślała  Elizabeth  ze  zgrozą. 
Rozglądała się pospiesznie wokół. Musi jakoś stąd wymknąć. To idiotyczne. Powinna kopać, 
bić  i  wrzeszczeć,  kiedy  ciągnął  ją  tutaj.  Znowu  poczuła  gniew.  Jakim  prawem  ten  drań  się 
nade mną pastwi? – pomyślała. 
 

-  Odsuń  się  –  rozkazała  stanowczo  i  chciała  przejść  obok.  Ale  on  był  szybszy  i 

silniejszy. Chwycił ją mocno w pasie, tkwiła w jego objęciach niczym w imadle. 
 

- Może dostanę od ciebie to, czego nie dostałem od Dorte. Ona jest za bardzo skąpa, a 

Ra ruda czarownica z Neset – mamrotał z obrzydliwym grymasem. 
 

Elizabeth  próbowała  go  kopnąć,  ale  nie  trafiła.  Próbowała  drapać  go  po  twarzy, 

wrzeszcząc przy tym: 

background image

 

59

 

- Puść mnie, do diabła… 

 

-  Ostrożnie!  Piękne  panny  nie  wypowiadają  takich  paskudnych  słów  –  chichotał, 

tłumiąc wszystkie jej ataki. – Ale lubię w tobie, ty mała dzika kotko – syczał, wykręcając jej 
rękę. Elizabeth jęczała. 
 

- Ja chyba zdołam cię oswoić, piękna Elizabeth. 

 

Jego pocałunki były obrzydliwe i wilgotne, zaślinił jej szyję. 

 

Oni  mi  zaraz  złamie  rękę,  przemknęło  jej  przez  głowę.  Gorące  łzy  spływały  po 

policzkach.  Boże  kochany,  pomóż  mi!  Nie  pozwól,  żeby  on  mnie  zgwałcił.  Bo  wtedy  będę 
musiała odebrać sobie życie, niezależnie od tego, że to taki wielki grzech!  Dłużej nie była w 
stanie się modlić, bo nauczyciel próbował jedną ręką ściągnąć jej spódnicę. 
 

Elizabeth zaciskała uda, próbując jednocześnie wyrywać się z jego objęć. Im bardziej 

jednak się starała, tym bardziej on wykręcał jej rękę. Byle tylko nie popaść w panikę, myślała. 
Bo wtedy będzie ze mną koniec, przecież mogę polegać tylko na sobie. 
 

- Przeklęte łachy –krzyknął i Elizabeth postanowiła zmienić taktykę. 

 

- Puść moją rękę, to ci pomogę – szepnęła, starając się mówić pewnie i łagodnie. 

 

Spojrzał  na  nią  szklanym  wzrokiem.  Elizabeth  zdobyła  się  na  uśmiech  i  oblizała 

wargi, jakby czekała na pocałunek. 
 

On jeszcze się trochę wahał, ale potem zaczął ją całować i wpychał język do jej ust. 

Zbierało jej się na wymioty z obrzydzenia, ale mimo to przytuliła się do niego i wolną ręką 
gładziła jego biodro. 
 

Dał  się  oszukać  i  puścił  jej  rękę.  Wtedy  Elizabeth  uderzyła.  Kopnęła  go  celne  i 

uwolniła  się.  Chwyciła,  co  znajdowało  się  najbliżej  i  rzuciła  się  na  niego.  Stwierdziła,  że 
trzyma  czerpak  do  wody  i  zaczęła  go  okładać  po  głowie,  słyszała  głuche  uderzenia. 
Mężczyzna krzyknął i opadł na kolana. Elizabeth słyszała, że jęczy, ale próbowała sforsować 
wielkie  podwójne  drzwi.  Uciec,  muszę  stąd  uciec,  to  była  jej  jedyna  myśl,  ale  panika 
sprawiała,  że  nogi  się  pod  nią  uginały,  a  ręce  trzęsły.  Gdzie  skobel?  Setki  razy  była  w  tej 
szopie z Jensem, powinna wiedzieć takie rzeczy. W panice rozpaczliwie tłukła i kopała drzwi, 
wyzywając ochryple pomocy. 
 

- Ratunku! Pomóżcie mi! – szlochała, ale nagle została złapana i ciśnięta z rozmachem 

na  podłogę.  Uderzyła  głową  o  beczkę,  przez  chwilę  pomieszczenie  kręciło  się  jej  przed 
oczyma. Potem jednak uspokoiła się trochę i wysyczała: - Żebyś ty z piekła nie wyjrzał! Taki 
z  ciebie  wielki  mężczyzna,  który  atakuje  słabą  kobietę!  Ale  zapewniam  cię,  że  źle  trafiłeś, 
rzuciłeś  się  na  niewłaściwą  osobę!  Ja  umiem  więcej  niż  tylko  Ojczenasz,  i  zobaczysz,  że 
potrafię się zemścić… 
  

Więcej nie była w stanie powiedzieć, bo nauczyciel wymierzył jej siarczysty policzek. 

Potem złapał ją za bluzkę i podniósł, potrząsał chwilę i znowu cisnął na przeciwległą ścianę. 
Gotowa  była  bronić  się  przed  kolejnymi  uderzeniami,  ale  one  nie  nadeszły.  Słyszała 
natomiast, że nauczyciel klnie paskudnie i otwiera drzwi. 
 

Jaka jestem strasznie zmęczona, pomyślała i chciała patrzeć ręką bolącą głowę, al. Nie 

była w stanie się poruszyć. Myślę, że powinnam się trochę przespać, skoro on sobie poszedł. 
Przymknęła oczy, nagle jednak poczuła gorąco i woń dymu. Z największym wysiłkiem woli 
usiadła  i  rozejrzała  się  wokół.  Latarka  przewróciła  się  na  stos  sieci,  które  natychmiast  się 
zajęły.  Elizabeth  poczołgała  się  tam  na  czworakach,  ale  płomienie  lizały  już  drewnianą 
ś

cianę. 

 

-  Pali  się!  –  wołała.  Wszystko  wirowało  jej  w  oczach,  kiedy  w  końcu  stanęła  na 

nogach. 
 

- Sam widzę! – wrzasnął nauczyciel, kopiąc drzwi. – Jak mam je otworzyć? Pomóż mi 

w końcu! 

background image

 

60

 

Odwrócił się plecami do drzwi i wpatrywał się w płomienie, które ich rozdzielały. W 

ciągu kilku sekund ogarnęły leżące dalej sieci, jakieś ubrania ze skór i kilka pustych beczek, 
stojących obok. 
 

Elizabeth wpatrywała się jak zahipnotyzowana w płomienie, nie bardzo pojmując, co 

się dzieje. 
 

- Zrób nareszcie coś, ty krowo! – wrzeszczał nauczyciel i kopał drzwi jak szalony. – 

Ty ty wywołała pożar – wrzeszczał, wskazując na nią drżącym palcem. 
 

W  świetle  ognia  Elizabeth  zauważyła,  że  nauczyciel  ma  pianę  na  ustach.  To  nie  jest 

moja wina, pomyślała. To on, on i nikt inny… o rany boskie, my się tu spalimy! Rozejrzała 
się pospiesznie wokół. Teraz została już tylko niewielka przestrzeń między nią i drzwiami. 
 

W  tej  samej  chwili  drzwi  się  otworzyły  i  Henning  wypadł  na  zewnątrz.  Jakby 

przeżywała koszmarny sen na jawie. Kiedy powietrze dostało się do środka, w szopie rozpięło 
się prawdziwe piekło. Poprzez płomienie Elizabeth widziała Hennnga. Wołał tryumfująco: 
 

-  Radź  sobie  sama,  jak  możesz!  Nikt  ci  nie  uwierzy,  niezależnie  od  tego,  co  im 

będziesz gadać. Jeśli w ogóle wyjdziesz z stąd żywa. 
 

Ż

ywa?  Ane!  I  mała  Maria,  i  tata…  i Jens!  Elizabeth  potrząsnęła  głową,  by  rozjaśnić 

swoje  myśli.  Bez  chwili  wahania  narzuciła  chustkę,  którą  miała  na  ramionach  na  głowę,  by 
ochronić  twarz  przed  ogniem.  Kilkoma  długimi  susami  przeskoczyła  przez  płomienie,  które 
próbowały  chwytać  ją  gorącymi  jęzorami.  Zdążyła  jeszcze  złapać  stojące  przy  drzwiach 
wiadro i popędziła w dół na brzeg. Henning zdołał wsiąść już do łodzi i wymachiwał jednym 
wiosłem. 
 

- Wracaj! – wrzeszczała. – Musimy próbować ugasić pożar! 

 

Roześmiał się dziko. 

 

- Gaś sobie, ty głupia krowo! 

 

Wkrótce  słychać  było  już  tylko  jego  śmiech  i  plusk  szybko  pracujących  wioseł. 

Elizabeth napełniła wiadro i pobiegła z powrotem do szopy, gdzie płomienie docierały już do 
dachu.  Jedna  ściana  stała  w  ogniu,  rozjaśniając  niebo.  Wiadro  wody,  które  wylała  było 
niczym kropla w morzu. Dopiero teraz przyszły łzy. Płakała ze szlochem i nie robiła nic, żeby 
to powstrzymać. 
 

Nieoczekiwanie  zarobiło  się  wokół  niej  od  ludzi.  Słyszała  krzyki  i  nawoływania, 

przekleństwa i bluźnierstwa. Ojciec, Dorte, Ragna, Jakob… zjawiła się cała wieś. Utworzyli 
rząd  od  szopy  do  brzegu  morza,  wiadra  krążyły  szybko  z  rąk  do  rąk.  Elizabeth  stała  jak 
sparaliżowana  i  wpatrywała  się  w  żar,  który  osmalał  jej  twarz.  Dach  zatrzeszczał,  ktoś 
krzykną. Może to Jakob? 
 

- Wycofajcie się, to zaraz runie! 

 

Elizabeth  słyszała,  że  Ragna  płacze  głośno.  Ale  wciąż  stała  jak  sparaliżowana,  nie 

była  w  stanie  się  ruszyć,  chociaż  raz  po  raz  spadały  na  nią  snopy  iskier.  W  końcu  czyjeś 
mocne ramiona podniosły ją i odsunęły na bok. 
 

- Tata – wyszeptała ochryple, tuląc głowę do jego piersi. – Ja próbowałam gasić, ale 

nie mogłam… - znowu wybuchnęła płaczem. 
 

Andres głaskał ją po głowie i tulił mocno do siebie. Jakie to do niego niepodobne, te 

pieszczoty. Czy kiedykolwiek już ich doświadczyłam? – dziwiła się w duchu. 
 

-  Ja  tak  strasznie  tęsknie  za  Jensem  –  szlochała.  –  Tak  bardzo  chcę,  żeby  Jens  był 

znowu w domu. 
 

- Tak, tak, Elizabeth, uspokój się tylko. Wszystko się ułoży, zobaczysz. Tak, tak. Nie 

płacz już więcej. – Jego słowa były może trochę niezdarne, ale dobrze było słyszeć jego głos, 
dający poczucie bezpieczeństwa… 
 

Nagle stanęła przed nimi Ragna. Niczym furia wykrzykiwała swoje pytania: jak to się 

stało? Czy Elizabeth ma z tym coś wspólnego? 

background image

 

61

 

Chciała odpowiedzieć, potarła twarz rękami, odsuwając ostrożnie, ale stanowczo ojca. 

Nie jestem już małym dzieckiem, myślała. 
 

Ale  przyszedł  Jakob  i  odprowadził  Ragnę,  zanim  Elizabeth  zdążyła  cokolwiek 

powiedzieć.  Szepnął  coś  Andresowi,  potem  podszedł  do  Elizabeth  i  położył  jej  rękę  na 
ramieniu. 
 

- Co się stało? – spytał łagodnie, wpatrując się w nią z uporem. 

 

Musiała parę razy odchrząknąć zanim była w stanie wypowiedzieć jakieś słowo. 

 

- Szłam po Ane do taty, zdecydowałam się iść brzegiem – zaczęła, zastanawiając się, 

ile może mu wyjawić. Czy może wyznać wszystko? 
 

Nikt  ci  nie  uwierzy,  niezależnie  od  tego,  co  im  powiesz,  krzyknął  Henning  na 

odjezdnym  i  miał  rację.  Biedni  ludzie  nie  mają  nic  do  przeciwstawienia  wysoko 
postawionym, wiedziała o tym z własnego doświadczenia. 
 

- Ale nagle zobaczyłam że szopa stoi w płomieniach – wykrztusiła i spuściła wzrok. – 

Próbowałam gasić, ale mi się nie udało. 
 

- Widziałaś kogoś? – spytał. 

 

Elizabeth dosłyszała nutę powątpiewania w jego głosie. 

 

- Nie, nikogo – odparła, kręcąc głową. 

 

-  Tata,  ja  widziałem,  że  ktoś  odpływa  łodzią  od  brzegu  –  zawołał  Olav.  Elizabeth 

poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. 
 

Wciąż  słyszała  różne  głosy,  ludzie  wokół  krzyczeli,  bo  w  blasku  ognia  daleko  na 

fiordzie wyraźnie widzieli mężczyznę. 
 

- To podpalacz! – wrzeszczał Olav. 

 

- Popłynę za nim – krzyknął Andres, ale Jakob powstrzymał go ruchem ręki. 

 

- Nie, daj spokój. Szopa i tak się spaliła, a sam niewiele zrobisz. 

 

Andres próbował protestować, ale w końcu ustąpił. 

 

-  On  nie  nawykł  do  wiosłowania  –  mruknął,  nie  wiedząc,  jak  bardzo  zbliżył  się  do 

prawdy. 
 

-  Jesteś  pewna,  że  powiedziałaś  mi  wszystko?  –  spytał  Jakob  spokojnie,  nie 

spuszczając z Elizabeth spojrzenia swoich ciemnych oczu. – Jesteś pewna, że nic więcej się 
nie wydarzyło? 
 

W jego głosie było coś delikatnego, coś, co nie pasowało do tego rosłego mężczyzny o 

gęstym  zaroście.  Pokusa,  by  mu  powiedzieć  wszystko,  była  wielka.  Mimo  to  Elizabeth 
pokręciła głową. 
 

- Nie, to wszystko – wymamrotała cicho. 

 

Jakob  skinął  głową  i  odszedł,  wkrótce  potem  wszyscy  rozeszli  się  do  domów. 

Elizabeth  została  sama.  Wiatr  od  morza  był  słony,  fale  nadal  spokojnie  chlupotały  przed 
brzegu, tylko znad pogorzeliska wciąż unosiły się języki ognia, kładąc się jasną poświatą na 
nocnym morzu. Stała długo, przyglądając się grze światła. Sama nie wiedziała jak długo. 
 

W końcu zamrugała kilkakrotnie i uniosła głowę. Jak we śnie ruszyła wzdłuż brzegu w 

stronę  domu  swojego  dzieciństwa.  Musi  zapomnieć  o  tym,  co  się  stało,  musi  próbować 
zatrzymać to całe bolesne wydarzenia na zewnątrz, nie miało miejsca, a ona nie miała z tym 
nic wspólnego. Ale wydawało się, że z każdym krokiem słyszy szept: winna, winna. 
 

Szła szybciej, ale głos podążał za nią. W końcu zatrzymała się i zasłoniła uszy rękami. 

 

- Nie – szeptała. – Nie ja jestem winna. To Henning wszystko spowodował, on, który 

próbował mnie zgwałcić i… - słowa uniósł wiatr. Były zbyt mdłe, nieprzekonujące nawet dla 
niej. A jakby brzmiały w uszach Jakoba… albo lensmana. 
 

Myśl  sprawiła,  że  ciało  Elizabeth  spłynęło  potem,  a  ona  podskoczyła,  czując  ciężką 

ręką na ramieniu. 
 

- Stoisz tu jeszcze, Elizabeth? – spytał ojciec, patrząc na nią badawczo. 

 

- Tak, muszę zabrać Ane – wyjąkała i miała ochotę wczepić się rozpaczliwie w ojca. 

background image

 

62

 

On popatrzył w stronę domu. 

 

-  I  Ane,  i  Maria  posnęły,  zanim  wybuchł  pożar.  Nie  mogłabyś  jej  dzisiaj  u  nad 

zostawić? Ty sama też zostań u nas na noc – mówił spokojnie. 
 

Elizabeth bezwolnie skinęła głową i podążyła za ojcem. 

 
Rozdział 13 
 
 

Kuchnia wydawała jej się obca, chociaż to właśnie tu spędziła szesnaście pierwszych 

lat swego życia. Może to dlatego, że jest ciemno? I dawno tu nie była. Nie, nie może o tym 
myśleć. Podeszła do pieca i usiadła na krawędzi krzesła. 
 

- Marzniesz? – spytał ojciec. 

 

Elizabeth  przytaknęła,  choć  to  nie  całkiem  była  prawda.  Czuła  się  po  prostu  nie  na 

miejscu… była brudna, upaprana tymi wszystkimi kłamstwami i przemilczeniami. 
 

- Może zrobię ci coś do jedzenia? I napalę porządnie w piecu? – pytał ojciec. Elizabeth 

spojrzała na niego. Bardzo dawno temu jadła po raz ostatni i kiszki grały jej marsza. Dygotała 
też z zimna. 
 

Ojciec  miał  sadzę  na  rękach  i  na  policzkach.  Jego  blond  włosy  były  potargane  i 

sterczały  spod  czapki.  Spodnie  wydawały  się  większe  –  albo  to  on  zrobił  się  szczuplejszy? 
Oczywiście,  ojciec  stracił  na  wadze,  zauważyła  to  dopiero  teraz  i  serce  skurczyło  jej  się  ze 
współczucia.  Oni  też  mają  mniej  jedzenia,  niż  ojciec  chce  przyznać.  Jest  taki  jak  ona  – 
najpierw dba, żeby dzieci się najadły. 
 

-  Nie,  jadłam  przed  wyjściem  z  domu  –  powiedziała  i  starała  się,  żeby  brzmiało  to 

przekonująco. Miała w głębi duszy nadzieję, że akurat to kłamstwo Bóg zechce jej wybaczyć. 
 

- Na pewno? – spytał. 

 

- Na pewno, tato. Teraz chcę spać – westchnęła, wstając. 

 

Ojciec skinął głową, ale przyglądał jej się, jakby wątpił. 

 

- Prześcieradła i poszewkę znajdziesz w skrzyni mamy. Ane śpi razem z Marią. A twój 

materac wciąż tu jest. 
 

Strasznie  dużo  gada,  jak  na  niego,  pomyślała  Elizabeth,  próbując  się  uśmiechnąć, 

kiedy mówiła ojcu dobranoc i, powłócząc nogami, poszła do izdebki. 
 

Te same zapachy, które zapamiętała z dzieciństwa, wciąż wydobywały się ze skrzyni i 

pościeli, mieszając się z zapachem kurzu. Pospiesznie wyjęła prześcieradła, okrycie ze skór i 
wełnianą kołdrę. Mam nadzieję, że mama nie widzi mnie teraz z nieba, modliła się w duchu, 
przygotowując  sobie  posłanie.  I  niech  Bóg  da,  żeby  tata  nigdy  się  nie  dowiedział,  co 
zrobiłam. 
 

Z bolesnym szlochem skuliła się wypchanym słomą sienniku. Gdyby sobie po prostu 

poszła, jak tylko zobaczyła Henninga, nie doszłoby do nieszczęścia. Ale ona stała i słuchała 
jego  głupich  wywodów.  Pospiesznie  otarła  łzy,  które  spływały  nieustannie  i  moczyły 
poduszkę oraz jej włosy. Powinnam była kopać i bić. Powinnam wzywać pomocy i szarpać 
się, kiedy ciągnął mnie do szopy. Powinnam… 
 

Kolejny atak płaczu sprawił, że ukryła twarz pod kołdrą, by stłumić szloch. Nie może 

przecież  obudzić  Marii  i  Ane,  które  śpią  pod  tamą  ścianą.  Wstrzymała  na  chwilę  oddech,  a 
potem  wolno  wypuszczała  powietrze.  Płacz  odbierze  jej  resztkę  sił.  Zmęczona  otarła  twarz. 
Położyła się na plecach i wpatrywała w mroczną izbę, wsłuchiwała się w spokojne oddechy 
dzieci.  Ane  roześmiała  się  przez  sen,  wymamrotała  coś  niezrozumiałego  i  spała  dalej.  Jak 
rozkosznie i beztrosko jest być dzieckiem, pomyślała Elizabeth i uśmiechnęła się blado. Żeby 
tak można było cofnąć czas. Ostrożnie wymknęła się na palcach do kuchni. Owinięta kołdrą 
usiadła  na  ławie  pod  oknem.  Blask  ognia  był  jeszcze  widoczny  nad  pogorzeliskiem,  ale  nic 
się tam nie działo. Chociaż pewnie Jakob dogasza resztki. Próbowała nie myśleć o pożarze i 
przymknęła  oczy.  Ileż  to  razy  przedtem  siadywała  tutaj  o  poranku  i  wyglądała  przez  ono! 

background image

 

63

Marzyła,  by  znaleźć  się  w  innych  miejscach,  daleko  od  tej  ciasnej  wsi.  Ona  i  Jens.  W 
marzeniach zawsze byli razem. 
 

Ale życie nie potoczyło się tak, jak pragnęła. Kiedy była młoda, wierzyła, że wszystko 

jest  możliwe.  Czy  teraz  jestem  stara?  –  pomyślała  nagle.  Ma  dziewiętnaście  lat,  ledwie  trzy 
lata temu pojechała do Dalsrud i to wywróciło całe jej życie do góry nogami. Mimo wszystko 
jednak wydarzyło się też wiele dobrego. Wyszła  za mąż i urodziła Ane. Jeśli pogrąży się w 
ponurych  wspomnieniach,  będzie  po  niej.  Nie,  trzeba  patrzeć  w  przyszłość,  musi  starać  się 
myśleć o lepszych sprawach. Tylko tak można przetrwać w tej dolinie płaczu. 
 

Usiadła  wygodniej,  oparła  policzek  o  ramę  okienną  i  poczuła,  że  oczy  otwarte,  ale 

mimo wszystko zapadła w sen.  
 

Ś

niło  jej  się,  że  idzie  przez  wielką  porosłą  łąkę.  Słońce  prażyło  z  błękitnego  nieba, 

trawa  łaskotała  ją  w  nogi.  Spoglądała  z  góry  na  samą  siebie  i  stwierdziła,  że  ma  na  sobie 
przezroczystą nocną koszulę. Taką cieniuteńką, że przez materiał widać nagie ciało. Tkanina 
jest chłodna i miękka jak morze, ale biała niczym śnieg, pomyślała. Brodawki piersi kuliły się 
pod  koszulą,  delikatnie  głaskała  ręką  brzuch.  Potem  wyciągnęła  ramiona  ponad  głową, 
przymknęła  oczy  u  wchłaniała  zapach  lata.  Miała  wrażenie,  że  stopy  nie  dotykają  ziemi,  że 
unosi  się  ponad  nią  i  płynie  przed  siebie.  Nagle  poczuła,  że  czyjaś  ręka  dotyka  jej 
rozpuszczonych włosów, z miłością, delikatnie, ale zarazem stanowczo. Odwróciła się wolno 
i spojrzała prosto w ciemne oczy Jensa. Źrenice miał wielkie i Czarnem rzęsy długie tak jak 
zawsze. 
 

- Wróciłeś – wyszeptała. 

 

-  Ja  wciąż  jestem  przy  tobie  –  odparł.  Poczuła  na  twarzy  jego  ciepły  oddech,  zanim 

usta przywarły do jej ust w długim, pożądliwym pocałunku. 
 

Elizabeth oparła się o niego, wygięła plecy i pozwoliła się obejmować. Jedwab koszuli 

był  chłodny,  członek  Jensa  wydawał  się  przez  spodnie  duży  i  sztywny.  Jens  jedną  ręką 
obejmował  ją  w  talii,  mocno  i  władczo,  jakby  nigdy  nie  miał  jej  puścić.  Drugą  trzymał  na 
włosach żony. Dotyk jego spracowanych rąk sprawił jej przyjemność. 
 

- Weź mnie, Jens. Weź mnie – szeptała bez tchu. 

 

Jens  wrócił,  nareszcie  jej  wygłodniałe  ciało  może  znowu  poczuć.  Minęło  tyle  czasu, 

zbierały  się  w  niej  gwałtowne  uczucia,  czasami  miała  wrażenie,  że  eksploduje,  jeśli  tylko 
dotknie ją jakiś mężczyzna. 
 

Usta  Jensa  wędrowały  po  jej  twarzy,  szyi  i  piersiach.  Delikatnie,  ale  zarazem 

pożądliwe, całowały poprzez cieniutki jedwab. Uniósł ją w górę, jakby nie ważyła więcej niż 
piórko,  a  potem  ostrożnie  ułożył  na  trawie.  położył  się  na  niej,  ostrożnie,  delikatnie,  pieścił 
każdy kawałeczek jej ciała wargami. Potem zdjął z niej nocną koszulę, tak że leżała całkiem 
naga. 
 

Słońce barwiło jego lśniące włosy na złoto, w jego oczach widziała miłość. 

 

- Tak bardzo cię kocham, Elizabeth – powiedział ochryple. – Dbaj o siebie i o Ane. 

 

-  Co  masz  na  myśli?  –  mruknęła  niepewnie,  zamykając  oczy  z  rozkoszy.  Potem 

poczuła,  że  ciężar  na  niej  staje  się  coraz  większy.  Jęczała  z  rozkoszy  i  wyciągała  ramiona 
ponad głową. Ale kiedy znowu spojrzała w górę, zobaczyła oczy czarne jak węgiel. 
 

-  Kristian!  –  jęknęła  i  chciała  mu  się  wyrwać,  ale  on  z  całej  siły  trzymał  ją  za 

nadgarstki. Znowu próbowała się uwolnić, ale ręce i nogi jakby wrosły w ziemię. Bezradna, 
ze  skrzyżowanymi  nogami,  musiała  patrzeć  jak  Kristian  wstaje  i  wolno  się  rozbiera,  nie 
odrywając wzroku od jej nagiego ciała. 
 

-  Jesteś  piękna  –  powiedział  głębokim  głosem.  Nie  oczekiwanie  opuścił  ją  wszelki 

wstyd,  zostało  tylko  bezgraniczne  podnieceni.  Włosy  Kristiana  mieniły  się  niebieskawo  w 
słońcu, grzywka z przedziałkiem opadała na twarz, uśmiechnął się i pokazał ten krzywy ząb, 
który kiedyś wydał jej się taki ładny. Skórę miał złocistą w blasku słońca. 
 

- Weź mnie – prosiła. Weź mnie natychmiast! 

background image

 

64

 

Wtedy Kristian położył się na niej. Wdzierał się w nią gwałtownie i pożądliwie. Ona 

wdychała jego zapach, tonęła w jego spojrzeniu, kiedy uniósł się i oparł na łokciu, krzyknęła 
głośno, bo świat eksplodował w rozkoszy… 
 

Elizabeth  jęknęła  cichutko.  Bolała  ją  stopa,  kark  miała  sztywny  i  zdrętwiały. 

Niechętnie  mrugała  oczami,  próbując  usiąść  wygodniej  i  pogrążyć  się  z  powrotem  z  tym 
cudownym świecie, który dopiero co opuściła. Ale ból w karku przenosił się w dół na bark i 
w górę, ku głowie. Wolno i bezlitośnie budził ją, aż zdała sobie sprawę, że siedzi w kuchni 
ojca. 
 

Ręka  powędrowała  między  uda  i  Elizabeth  poczuła,  że  w  najbardziej  wrażliwym 

miejscu  jest  mokra  o  obrzmiała.  Jens!  Śniła  o  Jensie.  „Przez  cały  czas  jestem  przy  tobie”  – 
powiedział.  Tak,  pomyślała,  w  mojej  wyobraźni  wciąż  jesteś  przy  mnie.  A  teraz  mogła  go 
sobie wypożyczyć na króciutką chwilę. Mogła poczuć jego zapach, pocałunki… 
 

Usiadła  gwałtownie,  zaczerwieniona.  O  rany  boskie.  Śniłam  też  o  Kristianie.  Jak 

mogłam,  pomyślała  przepełniona  wstydem.  Odrzuciła  kołdrę  na  bok  i  postawiła  stopy  na 
lodowatej podłodze. 
 

Ojciec wstał akurat w chwili, kiedy skończyła się ubierać. Popatrzył na pościel.  

 

- Spałaś tutaj w nocy? – spytał z niedowierzaniem. 

 

Elizabeth doznała wrażenia, że swój niedawny sen ma wypisany na twarzy. Odwróciła 

się. 
 

-  Tak,  najpierw  nie  mogłam  zasnąć,  więc  przyszłam  tu  posiedzieć  przy  oknie,  a  w 

końcu sen mnie zmorzył – tłumaczyła ze sztucznym śmiechem. 
 

Dziewczynki  obudziły  się  wkrótce  potem.  Obie  były  zachwycone,  widząc  tutaj 

Elizabeth. Maria zadawał mnóstwo pytań i domagała się odpowiedzi, których ojciec i siostra 
dać  jej  nie  mogli.  Dlatego  otrzymała  wersję  skróconą,  opowiadaną  w  kawałkach  przez  nich 
oboje. 
 

- Ale od czego się zaczął ten pożar w szopie? – pytała Maria. Elizabeth czuła, że ręka 

jej  drży,  kiedy  nalewała  sobie  odrobinę  kaszy.  Rozlewała  ją  po  talerzu,  żeby  wyglądało,  że 
zjadła więcej, niż to w istocie miało miejsce. 
 

-  Tego  nie  wiemy  –  odparł  ojciec.  Elizabeth  była  pewna,  że  patrzy  na  nią, 

wypowiadając te słowa, ale kiedy podniosła wzrok, ojciec wpatrywał się w kaszę. 
 

- Im w Heimly nigdy niczego nie brakowało, to pewne – mówił dalej Andres. – Żyli 

niczym królowie, ale teraz trzeba ich żałować. Niezależnie od wszystkiego źle im nie życzę. 
Stracić  i  szopę,  i  rybackie  wyposażenie…  -  westchnął  ciężko,  jakby  chciał  podkreślić 
rozmiary tragedii, która dosięgła sąsiadów. 
 

Tak,  to  straszne  nieszczęście  ,  myślała  Elizabeth.  Bez  wyposażenia  rybackiego 

człowiek nad morzem jest stracony. Tutaj, tak daleko na północy, pogoda nad morzem często 
bywa  bezlitosna  i  z  pól zebrać  można  jedynie  paszę  dla  zwierząt.  Uprawianie  czego  innego 
nie ma sensu. Dlatego korzystanie z darów morza jest niezbędne dla życia, żeby przeżyć. 
 

- Co on teraz zrobił? – Elizabeth usłyszała własny głos. Natychmiast pożałowała tych 

słów, wolałaby ich nie słyszeć. 
 

-  No  właśnie,  co  on  zrobi?  Najpierw  musi  chyba  złożyć  meldunek  u  lensmana,  a 

potem postarać się o nową szopę i nowe wyposażenie. Tanie to nie będzie i można pytać, czy 
na to środki. 
 

Lensman dźwięczało w głowie Elizabeth i z trudem przełknęła ostatnią łyżkę kaszy. 

 

-  On  tak  powiedział?  Że  złoży  meldunek  zwierzchniości?  –  pytała  drżącym  głosem, 

chowając ręce pod stołem.  
 

-  Nie,  nie  miałem  okazji  jeszcze  z  nim  rozmawiać,  ale  zakładam,  że  tak  zrobi. 

Zastanawiam się tylko, kim był tamten, w łodzi. A i tak szczęście od Boga, że Jakob zostawił 
swoją łódź nad fiordem, w przeciwnym razie ona też by spłonęła. 

background image

 

65

 

Ojciec  aż  się  zarumienił,  nigdy  tyle  nie  mówi.  Jakby  zaoszczędził  mnóstwo  słów  i 

myśli, które teraz z siebie wyrzucał. 
 

-  Jakob  mówił,  że  zamierza  przed  zimą  kupić  łódź  o  pięciu  parach  wioseł  i  sam 

zostanie  przodownikiem.  Dobrze,  że  jeszcze  tego  nie  zrobił  i  nie  postawił  nowej  łodzi  w 
szopie. Ciekawe tylko, co się teraz stanie? Czy będzie go stać na kupno nowej łodzi? I co z 
nami? Obiecał mi miejsce u siebie, ale w tej sytuacji to chyba będziemy musieli szukać pracy 
gdzie indziej i to obaj. 
 

-  Tato,  zamilknij  nareszcie  –  wybuchnęła  Elizabeth.  Gniew  i  bezsilność  walczyły  w 

niej o lepsze. 
 

Zaległa głucha cisza. Oczy wszystkich skierowały się na nią. Musiała coś powiedzieć, 

ż

eby załagodzić swój dziwny wybuch. 

 

- Chciałam tylko powiedzieć, że nie musimy się od razu wszystkim zamartwiać, trzeba 

poczekać  i  zobaczyć,  jak  sprawy  się  ułożą  –  mruknęła  niepewnie  i  napiła  się  herbaty,  która 
tymczasem kompletnie wystygła. Słyszała, że ojciec szura nogami i odsuwa swój pusty talerz. 
 

- Przepraszam – powiedziała niepewnie, patrząc mu w oczy. 

 

Ojciec skinął głową i próbował się nawet uśmiechnąć. 

 

- Strasznie się rozgadałem. 

 

- Kto to był ten człowiek na fiordzie, w łodzi? – spytała nagle Maria. 

 

Elizabeth  i  ojciec  wymienili  spojrzenia.  Mała  dziewczynka  rozumiała  więcej,  niż 

sądzili. Pierwszy zobaczył tego człowieka Olav. Co by to było, gdyby odkryli, że to Henning 
Nielsenm  szkolny  nauczyciel,  szanowany  w  całej  okolicy?  Elizabeth  poczuła  mdłości. 
Podłoga się pod nią uginała, kiedy próbowała wstać. 
 

- Widzieliśmy tylko, że ktoś jest daleko na fiordzie. 

Prawdopodobnie  ktoś,  kto  zbierał  cieci  –  rzekła  z  wahaniem  i  musiała  wesprzeć  się  na 
kuchennym blacie. 
 

Nikt oczywiście tego nie zauważył, a w chwilę potem wstał także ojciec. 

 

- Teraz idę do obory – oznajmił. Przy drzwiach  odwrócił się. – Pójdę też do Dalen i 

zrobię obrządek, więc ty możesz tu zostać, jak długo zechcesz. 
 

-  Dziękuję,  tato  –  bąknęła  Elizabeth,  posyłając  mu  ciepły  uśmiech.  To  miało  być 

zadośćuczynienie za ten jej ostry wybuch. 
 

Maria  pomogła  siostrze  posprzątać  ze  stołu  i  zajmowała  się  Ane,  podczas  gdy 

Elizabeth  nosiła  wodę.  Czuła,  że  bolą  ją  ramiona  i  kark,  to  kara  za  moje  grzeszne  sny, 
pomyślała ponuro. 
 

Dom nie był porządnie wymyty i wysprzątany od dawna, widziała to wyraźnie, ale do 

nikogo nie miała pretensji. Mężczyźni takich rzeczy nie widzą, a Maria jest tylko dzieckiem. 
 

- Czy mogę iść do Indianne? – spytała Maria, kiedy skończyła ze zmywaniem. 

 

-  Dobrze,  leć  –  odparła  Elizabeth  nieobecna  myślami.  Klęczała  na  podłodze  i 

szorowała deski, a po zalewał jej oczy. W końcu wyprostowała się i popatrzyła w okno. Teraz 
było jasno, pogorzelisko zostało dokładnie wygaszone. Stał tam jakiś mężczyzna. To Jakob. 
Pewnie spędził przy szopie całą noc. 
 

-  Muszę  z  nim  porozmawiać  –  powiedziała  głośno  sama  do  siebie,  wzięła  Ane  i 

wyszła z domu. 
 

Było coś dziwnego w postawie Jakoba. Nigdy przedtem nie widziała go takim – rosły, 

silny Jakob, który spokojnie zawsze wszystko załatwiał. 
 

- Jaki to smutny widok – zaczęła Elizabeth, kiedy znalazła się przy teściu. 

 

On podskoczył, widocznie stał zamyślony i nie słyszał, że ktoś zbliża. 

 

- Tak – potwierdził. – Wprost trudno w to uwierzyć. Ale jedna pociecha to to, że nikt 

tu nie zginął. Chociaż mimo wszystko to straszne. 
 

Wciąż  wpatrywał  się  w  zgliszcza.  Przykro  było  patrzeć,  jak  bardzo  to  przeżywa. 

Elizabeth zawsze czuła wyjątkową dobroć dla swojego teścia. Musi mu powiedzieć, jak się to 

background image

 

66

wszystko  stało.  Wyznać,  że  to  jej  wina.  Już  otworzyła  usta,  ale  wypłynęły  z  nich  zupełnie 
inne słowa. 
 

- ja wiem, ze to niewiele, ale chciałabym ci dać wyposażenie rybackie Jensa. Sieć na 

ś

ledzie  wisi  w  naszej  szopie,  jest  prawie  nowa  –  mówiła.  –  Tobie  z  pewnością  bardziej  się 

przyda. Korzystaj też z szopy – dodała. 
 

Dopiero teraz Jakob naprawdę na nią spojrzał. 

 

- Dziękuję ci, Elizabeth. Jesteś dobrym człowiekiem. 

 

Elizabeth  nie  mogła  pokonać  wstydu.  Gdybyś  ty  tylko  wiedział,  myślała,  pragnąc  z 

całej siły dać mu o wiele więcej. 
 

-  Naprawdę  nie  masz  pojęcia,  co  on  tutaj  robił,  ten,  który  tak  pospiesznie  odpłynął 

łodzią? – spytał Jakob. 
 

Elizabeth zesztywniała. 

 

- Ten… to pewnie on podpalił szopę – wyjąkała. 

 

- nie mamy na to żadnego dowodu – odparł Jakob. 

- I nie będziemy mieć, dopóki nie wysłuchamy jego wyjaśnień. 
 

-  Ale  to  musiał  być  on.  Bo  dlaczego  by  w  takim  razie  uciekł? Jeśli  był  niewinny,  to 

byłoby bardziej naturalne, gdyby nam pomagał. – Zastanawiała się nad własnymi słowami, a 
Jakob  przyglądał  jej  się  badawczo.  Spojrzenie  nie  było  surowe,  ale  łagodne.  Prawie  jakby 
mnie żałował, pomyślała. 
 

Po chwili skinął głową i rzekł spokojnie: 

 

- Tak, masz rację. Dlaczego on nam nie pomógł? 

 

Elizabeth kopała stopą piasek, przeniosła Ane na drugie biodro, zastanawiając się nad 

tym, co właściwie powinna powiedzieć. 
 

- Iść! – zażądała Ane, pokazując przed siebie. 

 

-  Tak,  chyba  muszę  wracać  do  domu  –  powiedziała  Elizabeth  i  pożegnała  się.  Czy 

Jakob coś wie? Nie, nie może widzieć. Ale jeśli mimo wszystkiego coś podejrzewa? Poczuła, 
ż

e ze zgrozy drętwieje jej kark. 

 
 

Po powrocie do domu Elizabeth była bardzo niespokojna. Żeby nie myśleć o pożarze, 

przyniosła  włóczkę,  którą  wcześniej  przygotowała  do  farbowania.  Dwa  motki  były  szare,  z 
połączenia  białej  i  czarnej  wełny.  Dwa  zostawi  białe,  a  resztę  ufarbuje.  Zawsze  lubiła  tę 
pracę, przyniosła ze strychu mech i wszystkie zebrane latem zioła. 
 

Specjalny mech, kamienny, jak go nazywają, daje piękną czerwoną barwę. Postawiła 

właśnie  kociołek  z  wodą  na  ogniu,  kiedy  zapukano  do  drzwi  i  Maria  wsunęła  głowę  do 
kuchni. 
 

- Przyszłam was odwiedzić – oznajmiła wesoło, zamykając za sobą drzwi. – Będziesz 

farbować włóczkę? 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak, trochę waszej i trochę mojej. Na jaki kolor chciałabyś mieć ufarbowaną? 

 

Maria zastanawiała się chwilę. 

 

- Na czerwono, zrobię z niej rękawiczki – oznajmiła stanowczo. 

 

- Dobrze, ale czy to nie za jaskrawy kolor jak na rękawiczki? 

 

- Mhm – Maria skinęła głową. Potem się zamyśliła. – Czy ty płakałaś kiedyś po tym, 

jak Jens zginął? – spytała, patrząc starszej siostrze w oczy. 
 

Pytanie  spadło  na  Elizabeth  nieoczekiwanie.  Ani  Maria,  ani  nikt  inny  nie  mówił  o 

Jensie w jej obecności. Musiała nad sobą zapanować, zanim odparła spokojnie: 
 

- Jest mi bardzo przykro, bo strasznie za nim tęsknię. 

- Wolno mieszała w kociołku, podniosła włóczkę, żeby zobaczyć, jaki kolor wychodzi, potem 
wkładała ją znowu do wody. – A ty nie tęsknisz za Jensem? – spytała. 

background image

 

67

 

-  Tak,  tęsknię  i  za  nim,  i  za  mamą.  Może  najbardziej  za  Jensem,  bo  on  zaginął 

niedawno. Mama umarła, jak byłam jeszcze mała. 
 

-  Ale  teraz  oboje  są  w  niebie  –  tłumaczyła  Elizabeth,  czując,  jaki  ból  sprawia  jej 

wypowiadanie głośno tych słów. 
 

Maria przytaknęła i pospiesznie wierzchem dłoni otarła oczy. 

 

Ane podeszła i chciała usiąść jej na kolanach. 

 

- Ciocia Mia płacze? – spytała poważnie. 

 

- Nie – odparła Maria chłodno. – Ja nigdy nie płaczę. Tylko małe dzieci tak robią. A ja 

dzisiaj byłam u Idnianne – dodała, najwyraźniej chcąc rozmawiać o czymś innym. 
 

-  Wiem  –  powiedziała  Elizabeth  i  odwróciła  się  do  nie  plecami.  Udawała,  że  jest 

bardzo zajęta włóczką, żeby nie patrzeć na siostrę. 
 

- Oni się tam strasznie boją, bo ten mężczyzna, to nie zbierał sieci, jak ty mówiłaś. 

 

- Nie zbierał? 

 

- Nie, ale to on podpalił szopę. Teraz do Heimly ma przyjechać lensman, i wszystko 

wyjaśnić. – Maria przesłoniła buzię ręką i zaczerwieniła się po korzonki włosów.  
 

Elizabeth wpatrywała się w nią zdumiona. 

 

- Masz przede mną jakieś tajemnice? – spytała. 

 

- Zapomniałam ci coś powiedzieć- bąkała Maria. – A to było chyba ważne. 

 

Elizabeth ogarnął niepokój.  

 

- No to powiedz teraz – nalegała. 

 

-  Dorte  prosiła,  żebyś  przybiegła  do  niej,  zanim  przyjdzie  lensman  –  poinformowała 

Maria wolno. 
 

Niepokój szarpnął sercem Elizabeth, kiedy pytała z drżeniem: 

 

- Nie mówiła, o co chodzi? 

 

Maria pokręciła przecząco głową. 

 

- Nic nie powiedziała? 

 

Maria znowu pokręciła głową. 

 

Elizabeth  zagryzła  dolną  wargę  i  udawała,  że  zajmuje  się  kociołkiem,  ale  myśli 

krążyły w głowie jak szalone. Czyżby Dorte widziała, co się stało przed szopą? Może wie, że 
Elizabeth  była  przyczyną  pożaru?  Bo  dlaczego  tak  stanowczo  domaga  się  rozmowy  z  nią 
przed przyjazdem lensmana? 
 

-  Maria,  zostaniesz  tu  z  Ane,  a  ja  tymczasem  pobiegnę  na  dół  do  Dorte  –  oznajmiła 

pospiesznie, odstawiając kociołek z włóczką na bok. – Tylko pamiętaj, nikomu ani słowa, że 
Dorte przysłała mi tę wiadomość. 
 

Maria przytakiwała z powagą i Elizabeth wybiegła do sieni, by włożyć na siebie coś 

ciepłego.  W  tej  samej  chwili  rozległo  się  stukanie  do  drzwi  i  Elizabeth  krzyknęła 
przestraszona. 
 

- Dzień dobry, przepraszam, że was tak zaskoczyłem – burczał lensman, wchodząc do 

domu. 
 

Z  przerażenia  Elizabeth  zasychało  w  gardle,  przez  kilka  sekund  nie  była  w  stanie 

wydobyć z siebie ani słowa. Najchętniej zapadłaby się pod podłogę. 
 

- No, nie spodziewałam się wizyty lensmana – wykrztusiła w końcu. 

 

-  Naprawdę  takie  zaskakujące  to  chyba  nie  jest?  –  spytał  i  patrzył  na  nią  tak,  że  się 

zaczerwieniła i musiała odwrócić głowę. 
 

- No, nie co dzień miewamy ważnych gości – mruknęła. – Ale proszę wejść – dodała i 

poszła przed nim do kuchni. 
 

Maria przyglądała się gościowi z otwartą buzią. Chciała coś powiedzieć, ale Elizabeth 

ją ubiegła. 
 

- Powinnaś się przywitać, Maria, kiedy ktoś przychodzi. 

background image

 

68

 

Siostra zerwała się pospiesznie i głęboko dygnęła, potem usiadła na ławie, obejmując 

Ane. Elizabeth dała jej znak, by nic nie mówiła, a sama zaproponowała gościowi miejsce przy 
stole. 
 

Zdjął rękawice i rozpiął ciepły płaszcz, rozglądając się przy tym po izbie, 

 

Chociaż nie jesteśmy bogaci, to w każdym razie mamy porządek, pomyślała Elizabeth. 

Nagle zdała sobie sprawę, że nie ma ani kawy, ani nic do kawy. Herbata z ziół i ryba to nie 
jest poczęstunek dla takiego człowieka. 
 

-  Nie  miałam  czasu  nic  upiec,  zresztą  nie  spodziewałam  się  gości  –  powiedziała 

niepewnie. – Ale może lensman nie odmówi filiżanki herbaty…? 
 

-  Dziękuję,  dziękuję,  nie  chcę  żadnego  poczęstunku.  Gdybyśmy  mogli  usiąść  na 

chwilę, to miałbym parę pytań. 
 

Elizabeth szła w stronę stołu, czując, że kolana się pod nią uginają. Opadła na krzesło. 

 

Lensman chrząknął i wyjął z kieszeni notatnik. 

 

- Przychodzę z tego powodu, że spaliła się szopa na łodzie, należąca do Jakoba. 

 

-  Tak  –  potwierdziła  Elizabeth,  słysząc  jak  głupio  to  zabrzmiało.  Dlatego  dodała 

pospiesznie: 
 

- To straszna tragedia. – Nie mogła uwolnić się od myśli, że już powinna być u Dorte, 

w końcu musiała zapytać: 
 

- Czy lensman był u Dorte? Chodzi mi o to, czy lensman odwiedził już inne zagrody, 

czy najpierw przyszedł do mnie? 
 

Opanuj  się,  myślała,  zaciskając  pięści  tak,  że  paznokcie  wbijały  się  w  skórę  dłoni. 

Byłaś już w gorszych opałach. 
 

- Byłem u twojego ojca i u Jakoba, rzecz jasna – odparł lensman, przyglądając jej się 

badawczo. 
 

Elizabeth wciąż siedziała spokojnie. 

 

-  Tak  tylko  zapytałam  –  odchrząknęła.  –  Czy  jest  jakiś  specjalny  powód,  że 

przychodzicie tutaj? Ja przecież nie mam nic wspólnego z szopą Jakoba – mówiła, czując, że 
wraca jej odwaga. 
 

- Chcę porozmawiać ze wszystkimi. Podpalacz chodzi na swobodzie – rzekł wolno. 

 

- Pierwszy zobaczył go Olav – wykrzyknęła Maria. – Ale Elizabeth powiedziała, że to 

tylko ktoś… - umilkła zawstydzona. Spoglądała rozbieganym wzrokiem to na siostrę, to na jej 
gościa. 
 

Elizabeth roześmiała się rozbrajająco. 

 

-  To  prawda.  Powiedziałam  Marii,  że  to  tylko  ktoś,  kto  zbierał  sieci.  Nie  należy  bez 

potrzeby  straszyć  dzieci  –  tłumaczyła  lensmanowi.  –  Ale  teraz,  Maria,  weź  Ane  i  idźcie  na 
strych. Dopilnuj, żeby ona się trochę przespała. 
 

Kiedy dziewczynki były już na górze, Elizabeth zwróciła się znowu do lensmana. 

 

- Lensman się pewnie zastanawia, czy ja wiem, kto płynął tą łodzią? – spytała. 

 

- A wiesz? 

 

- Muszę niestety rozczarować lensmana, ale nie widziałam, kto to taki. 

 

Lensman w zamyśleniu marszczył brwi. 

 

-  A  może  Elizabeth  mogłaby  mi  opowiedzieć  dokładnie,  co  się  stało  wczoraj 

wieczorem? Bo słyszałem, że to Elizabeth pierwsza odkryła pożar? 
 

- Tak, to się zgadza – przytaknęła i znowu musiała odchrząknąć. – Szłam po dziecko, 

które było u mojego taty. I nagle zobaczyłam, że szopa się pali. Zbiegłam na dół, chwyciłam 
wiadro, żeby gasić, ale mi się nie udało. I wkrótce przybiegli inni. 
 

- O jakiej porze Elizabeth odkryła, że się pali? 

 

Nie  wiedziała,  co  powiedzieć,  nie  oczekiwała  takich  szczegółowych  pytań,  dlatego 

rzekła niepewnie: 
 

- No, byłam wtedy już prawie przy szopie. 

background image

 

69

 

- I wtedy Elizabeth wzięła wiadro, żeby gasić? 

 

- Tak. 

 

- A skąd je wzięła. To znaczy wiadro. 

 

Elizabeth poczuła, że serce bije jej gdzieś w gardle. 

 

- Znalazłam je w szopie Jensa – odparła pospiesznie. 

 

- I w tym czasie nikogo innego nie widziała? 

 

- Nie, byłam zajęta noszeniem wody – tłumaczyła. – Ale… dlaczego lensman zadaje 

mi te wszystkie pytania? 
 

-  To  po  prostu  część  mojej  roboty  –  odparł  rozbrajająco  i  uśmiechnął  się.  Pote, 

zamknął swój zeszyt, wstał i pozapinał płaszcz. – Słyszałem, co się stało z Jensem – rzekł. W 
jego  głosie  słyszała  współczucie.  –  To  była  okrutna  zima  –  dodał,  bo  Elizabeth  milczała.  – 
We  wszystkich  okolicznych  wsiach  przybyło  wdów.  Ale  tak  jest  co  roku  –  westchnął.  – 
Morze daje, morze zabiera. 
 

Elizabeth skinęła krótko, ale nadal milczała. Czy on nigdy sobie nie pójdzie? 

 

- Elizabeth musi mi wybaczyć kłopot – powiedział, wkładając rękawiczki. 

 

-  Nic  nie  szkodzi  –  kiwnęła  Elizabeth  i  próbowała  się  uśmiechnąć.  –  Mam  tylko 

nadzieję, ze złapiecie człowieka, który to zrobił. 
 

- Znajdziemy – rzekł lensman z pewnością siebie. 

 

Nagle jego wzrok padł na latarkę stojącą w sieni. 

 

-  Jaką  masz  niezwykłą  latarkę  –  powiedział,  podniósł  ją  z  podłogi  i  zaczął  oglądać. 

Uchwyt miał kształt serca, a druty opasujące szkło zostały przemyślanie ze sobą splecione. 
 

- To Jens zrobił – wyjaśniła Elizabeth z dumą. – Istnieją tylko dwie takie. Ta i jeszcze 

jedna. Najładniejsze przedmioty to on robi z drewna, ale inne też umie. 
 

-  Niektórzy  ludzie  rodzą  się  z  takim  darem  w  rękach  –  rzekł  lensman,  odstawiając 

latarkę. Wkrótce potem zamknął za sobą drzwi. 
 

Elizabeth  dwoma  skokami  przebiegła  kuchnię  i  wyjęła  z  szafy  swoje  przybory  do 

pisania. Pospiesznie nabazgrała na kartce parę słów i zawołała Marię. 
 

- Ona nie chce spać – skarżyła się siostra, schodząc na dół z Ane. – Myślę, że nie jest 

zmęczona. 
 

- Nie przejmuj się tym teraz – krzyknęła Elizabeth gorączkowo. – Popatrz no tu. Weź 

kartkę, biegnij co tchu i zanieś ją Dorte, ale nie dawaj nikomu innemu, a gdy lensman był już 
u Dorte, to jej też kartki nie dawaj. Rozumiesz? 
 

Maria przytakiwała, ale Elizabeth zdawała sobie sprawę, że dziewczynka nie rozumie 

nic a nic. 
 

-  Zrób  po  prostu,  co  mówię,  a  ja  ci  wszystko  wyjaśnię  później  –  obiecała, 

zastanawiając się równocześnie, czy tej obietnicy dotrzyma. 
 

Wkrótce potem Maria biegła na dół. Elizabeth stała przy oknie i patrzyła w ślad za nią, 

a w myślach wciąż powtarzała słowa, które napisała: 
 
 

Droga Dorte 

 
 

Domyślałam się, o czym chciałaś ze mną rozmawiać

Niestety,  nie  zdążyłam  na  czas,  bo  lensman  przyszedł  do  mnie.  Moje  wyjaśnienia  są 
nast
ępujące:  szłam  do  Nymark,  żeby  odebrać  Ane,  kiedy  spostrzegłam  pożar.  Nie  widziałam 
nikogo, dopóki Olav nie odkrył m
ężczyzny w łodzi. Nie wiem, kto to był. 
 

Proszę Ciężebyś mnie poparła i mam nadziejęże właśnie o tym chciałaś rozmawiać

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Elizabeth 

 
 

Jedyne, co teraz mogła zrobić, to czekać i mieć nadzieję, ze wszystko się skończy. 

background image

 

70

Rozdział 14 
 
 

Maria  zdawała  sobie  sprawę,  że  powinna  była  natychmiast  przekazać  Elizabeth 

wiadomość od Dorte, ale niestety, zapomniała. W Dalen jest zawsze tak miło. Oczywiście u 
nich  w  domu  też,  ale  u  starszej  siostry  jednak  inaczej…  i  u  Dorte…  i  w  Heimly.  Może  to 
dlatego,  że  tam  mieszkają  kobiety?  –  zastanawiała  się,  przeskakując  jakiś  duży  kamień. 
Starała się jak mogła, żeby u nich było tak samo miło, ale bez większych sukcesów. 
 

Przystanęła  i  wpatrywała  się  przed  siebie.  Nie  jestem  już  małym  dzieckiem, 

pomyślała.  Widziała,  że  nie  powinna  była  mówić  nic  o  mężczyźnie  w  łodzi.  Poznała  to  po 
minie Elizabeth. 
 

Pobiegła  dalej,  bo  lensman  miał  nad  nią  sporą  przewagę.  Podsłuchiwała  na  strychu 

przy  schodach  i  wiedziała,  o  czym  lensman  rozmawiał  z  Elizabeth.  Chociaż  nie  wolno 
podsłuchiwać. Ale tym razem to konieczne, skoro ma pomóc swojej siostrze. 
 

Maria wiedziała, że Elizabeth czegoś się boi, bo zawsze w takich sytuacjach mówiła 

dziwnie, niby lekko, ale zarazem stanowczo. Nikt inny tego o Elizabeth nie wie, bo nikt nie 
zna starszej siostry tak dobrze jak Maria. 
 

Już prawie dogoniła lensmana, musiała więc przystanąć i poczekać. Nie chciała, żeby 

ją  zobaczył  i  zapytał,  dokąd  idzie.  Ściskała  list  w  dłoni.  W  końcu  ciekawość  zwyciężyła  i 
palce  niemal  same  z  siebie  rozłożyły  arkusik.  Maria  czytała  już  teraz  całkiem  dobrze,  w 
każdym  razie  nie  musiała  wodzić  palcem  od  litery  do  litery.  Pismo  Elizabeth  było  jednak 
trudne do odczytania, mimo wszystko jednak zrozumiała, że Elizabeth i Dorte muszą mówić 
lensmanowi to samo. Dziewczynka zastanawiała się dlaczego, ale lepiej nie pytać. Wtedy by 
się wydało, że przeczytała list. A tego to już naprawdę nie wolno – nie można czytać cudzych 
listów. 
 

Na krzyżówce lensman skręcił w lewo. Skieruje się do Nymark czy do Dorte? Maria 

ruszyła biegiem. Musi na czas oddać list. Wielokrotnie się potykała, a raz upadła na kolana. 
Pończocha zrobiła się mokra, a spódnica miała wielką mokrą plamę na tyłku. Maria skrzywiła 
się tylko i pobiegła dalej. Po chwili przystanęła i sprawdziła, czy list znajduje się na miejscu. 
Kiedy  znowu  spojrzała  w  górę,  ku  swojemu  przerażeniu  stwierdziła,  że  lensman  wszedł 
właśnie do domu Dorte. 
 

- O nie, i co mam teraz zrobić? – jęknęła Maria. Przez dłuższą chwilę stała, wpatrując 

się w małą, szarą chatę Dorte, to znowu przenosząc wzrok na drewniany dom w Dalen. Nie 
może teraz wrócić do Elizabeth, już i tak za bardzo w tej sprawie namieszała. Elizabeth jest 
miła, z pewnością się nie pogniewa, ale będzie strasznie zmartwiona. 
 

Maria  przygryzła  koniec  swojego  warkocza,  zaraz  jednak  przypomniała  sobie,  że 

siostra tego nie lubi. Maria, kiedy dorośnie, chciała być taka jak Elizabeth, tak samo mądra i 
odważna. Ale już teraz muszę zacząć działać rozsądnie, pomyślała i pobiegła do Neset. 
 

Taka była przejęta, że omal nie zapomniała zapukać, zanim wpadła do izby. 

 

- Dzień dobry, Dorte. Dzień dobry, panie lensmanie – wydyszała, dygając tak głęboko, 

jak tylko umiała. W takiej sytuacji najlepiej zachować się grzecznie. 
 

-  A  to  ty?  –  przywitała  ją  Dorte.  Maria  zauważyła,  że  wzrokiem  szuka  Elizabeth. 

Dlatego pospiesznie zamknęła drzwi, żeby dać do zrozumienia, iż przyszła sama. 
 

-  Można  by  pomyśleć,  że  mnie  śledzisz  –  powiedział  lensman.  Uśmiechnął  się,  ale 

Maria słyszała w jego słowach powagę. 
 

- Dlaczego lensman tak myśli? – spytała niewinnie, podnosząc Daniela z podłogi. Był 

cięższy niż Ane, ale to chłopiec, a poza tym trochę starszy od jej siostrzenicy. 
 

- Maria często mi pomaga – wtrąciła Dorte pospiesznie. 

 

Może Dorte też się boi lensmana, myślała Maria. 

Pewnie  dlatego,  że  on  zwykł  wysyłać  ludzi  do  więzienia  w  Kabelvaag.  Razem  z  Danielem 
usiadła  na  podłodze.  Jeśli  będzie  zachowywać  się  cicho  i  udawać,  ze  jest  zajęta  wyłącznie 

background image

 

71

dzieckiem,  to  może  jednak  nadarzy  się  okazja  przekazania  listu  Dorte,  myślała  z  nadzieją. 
Nadstawiła uszu i nieskrępowana przysłuchiwała się rozmowie. 
 

- Jak Dorte pewnie się domyśla, przychodzę w sprawie urzędowej – zaczął lensman. – 

Chodzi o podłożenie ognia pod szopę na łodzie Jakoba Myrana. 
 

Maria  zauważyła,  że  Dorte  pije  kawę.  Dostała  ją  pewnie  w  Heimly,  bo  Dorte  często 

dostaje kawę i jedzenie za pracę, którą tam wykonuje. Parę razy Jakob dał jej więcej jedzenia 
w tajemnicy przed Ragną, o tym też Maria wiedziała. 
 

- No tak – przytaknęła Dorte. – A jak ja mogę pomóc w tej sprawie? 

 

-  Potrzebne  mi  są  twoje  zeznania  jako  świadka.  Co  robiłaś  i  gdzie  byłaś  tamtego 

wieczora, kiedy szopa się spaliła? – spytał lensman, wbijając spojrzenie w Dorte. 
 

- Nie, co ja widziała, i co ja robiłam? – mamrotała Dorte pod nosem, obracając kubek 

w dłoniach. 
 

Maria  znowu  mocno  zagryzła  koniec  warkocza,  czując,  że  żołądek  jej  się  kurczy  ze 

zdenerwowania. Co zrobić, żeby Dorte powiedziała dokładnie to samo, co Elizabeth? 
 

- Czy Dorte ma Biblię– spytał lensman. 

 

Dorte była zaskoczona. 

 

- Biblię?

- powtórzyła. – Lensman chciałby poczytać Pismo Święte? 

 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie,  ale  chciałbym,  aby  Dorte  przysięgła  z  ręką  na  księdze,  że 

mówi prawdę. 
 

Wtedy  w  zielonych  oczach  matki  Daniela  pojawił  się  błysk,  a  jej  piegowatą  twarz 

pokrył rumieniec. 
 

-  Jeśli  lensman  nie  wierzy  moim  słowom,  to  niech  przestanie  mnie  wypytywać  – 

oznajmiła ze złością. – Tak, niech mi wybaczy, że pozwalam sobie mówić tak wprost, ale ja 
uczciwość  stawiam  ponad  wszystko.  Nawet  ponad  moją  chrześcijańską  wiarę.  Tak.  A  teraz, 
skoro  już  to  powiedziałam,  to  muszę  dodać,  że  żadnej  Biblii  już  nie  posiadam.  Utonęła  w 
morzu razem z moim mężem. A potem nie stać mnie było na kupno nowej. 
 

Maria z napięcia czuła mrowienie pod skórą, od karku aż po palce u nóg. Pomyśleć, że 

Dorte ma odwagę w ten sposób odpowiadać samemu lensmanowi! Spostrzegła, że on też się 
zaczerwienił. Potem uśmiechnął się i pokiwał głową. 
 

- No cóż, w takim razie muszę przyjąć twoje słowa – rzekł. – Ale nich Dorte wie, że 

mówienie nieprawdy jest karalne. 
 

- To jasne – odparła Dorte. 

 

Maria  układała  muszle,  które  podawał  jej  Daniel.  Serce  tłukło  jej  się  w  piersi.  Żeby 

tylko Dorte powiedziała to samo co Elizabeth. 
 
 

Elizabeth chodziła tam i z powrotem po kuchni. Co się, na Boga, stało z Marią? Raz 

po  raz  wyglądała  przez  okno.  Za  każdym  razem  miała  nadzieję,  że  zobaczy  siostrę 
wychodzącą na wzgórze, ale zawsze doznawała rozczarowania. Odczuwała je niczym kamień 
w żołądku. Ręce jej się pociły, chwyciła ścierkę i wycierała bardzo już czysty kuchenny blat. 
Wodziła  wzrokiem  po  kuchni  w  poszukiwaniu  jakiegoś  zajęcia.  Czegoś,  co  mogłoby 
skierować  jej  myśli  w  inną  stronę.  W  końcu  wzięła  robotę  na  drutach.  Pracowała  przez 
chwilę, ale zaczęła gubić oczka, więc westchnęła i odłożyła wszystko do koszyka. Musiało się 
coś  przydarzyć,  skoro  Maria  nie  wróciła,  myślała  zrozpaczona,  żałując,  że  wysłała  małą  z 
domu. A jeśli lensman przechwycił list? 
 

Przesłoniła dłonią usta i znowu musiała wyjrzeć przez okno. 

 

-  Teraz  to  się  wszystko  naprawdę  zaplątało  –  mówiła  do  siebie.  –  Jeśli  lensman 

zobaczy mój list, będę mogła powiedzieć tylko, że… rany boskie, co mogłabym powiedzieć? 
 

W  końcu  musiała  iść  do  obory.  Ane  jak  zwykle  została  posadzona  na  skrzynce,  ale 

było jej to nie w smak. Ze złością wyciągała rączki i domagała się, by ją stamtąd zdjąć. 

background image

 

72

 

-  Nie,  posiedzisz  w  spokoju,  dopóki  nie  skończę  –  krzyknęła  Elizabeth,  czując,  że 

wymiona kozy wkrótce będą puste. Ane była dzisiaj wyjątkowo marudna. Może to dlatego, że 
ja  jestem  niespokojna?  –  myślała  Elizabeth.  Czy  małe  dzieci  rzeczywiście  zauważają  takie 
sprawy? W pewnym momencie wydało jej się, że słyszy na zewnątrz jakieś głosy. Z bijącym 
sercem, na uginających się kolanach, wyszła i rozglądała się wokół, ale małe podwórko było 
puste i ciche. 
 

- Może to huldry? – mruknęła, wracając do dojenia. 

 

- Ane widzi uldre – krzyczało dziecko. 

 

- Przestań tak wrzeszczeć. Na dworze nikogo nie ma – krzyknęła Elizabeth. Ból głowy 

wywoływał pulsowanie w skroniach, żelazną obręczą ściskał czoło. Z wiaderkiem do mleka 
w jednej ręce Ane w drugiej ruszyła ku domowi. 
 
 

Kiedy  Elizabeth  zmieniła  robocze  ubranie  w  sieni,  Ane  zachowywała  się  cicho. 

Ledwie  zdążyła  umyć  ręce,  gdy  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Serce  podskoczyło  jej  do 
gardła. Musiała oprzeć się o blat, zanim była w stanie powiedzieć „proszę”. 
 

- To ty, Dorte? A gdzie Maria? 

 

- Pobiegła do domu – odparła Dorte spokojnie i posadziła Daniela na podłodze. 

 

- Był u ciebie lensman? – spytała Elizabeth, wskazując gościowi krzesło. 

 

- Tak, był. 

 

Te krótkie i spokojne odpowiedzi Dorte i przerażały, i irytowały Elizabeth. 

 

- Czy Maria dała ci list? – spytała udręczona. 

 

- Tak, ale lensman przyszedł przed nią, więc dała mi list dopiero po jego wyjściu. 

 

Słowa zapadały w mózg Elizabeth. W ustach jej zasychało, kiedy znowu się odezwała: 

 

- Co mu powiedziałaś? 

 

- Że tamtego wieczora byłam sama. Tylko i ja Daniel. I że nagle zobaczyłam szopę w 

ogniu. Nie widziałam nikogo, dopóki Olav nie zawołał nie zawołał, że jakiś człowiek płynie 
łodzią przez fiord, ale tego człowieka też nie rozpoznałam. 
 

Zaległa cisza. W końcu Elizabeth wyszeptała: 

 

- Ale to nie jest prawda. 

 

-  Nie  –  potwierdziła  Dorte  spokojnie.  –  To  nieprawda.  Ale  ty  też  nie  byłaś  całkiem 

szczera,  Elizabeth.  Co  ty  próbujesz  ukrywać?  Teraz  opowiesz  mi  o  wszystkim,  bo  przecież 
kłamałam lensmanowi ze względu na ciebie. 
 

- Skąd wiesz, co mu powiedziałam? – spytała Elizabeth. 

 

- Tamtego wieczora był u mnie Henning – zaczęła Dorte. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Tak, wiem. 

 

-  On  chciał  mnie…  zaciągnąć  do  łóżka  –  mówiła  Dorte  skrępowana.  –  Ja 

protestowałam  i  skończyło  się  prawdziwą  bijatyką.  Wykopałam  go  za  drzwi.  Wyleciał 
wściekły, obrzucając mnie wyzwiskami. Ale jakoś to przeżyję, bo Henning nie jest taki, jak 
myślałam. Miałaś rację, Elizabeth. 
 

Znowu w kuchni zaległo milczenie. Tylko dziecięce głosy mąciły ciszę. Dzieci bawiły 

się zabawkami, które Jens zrobił dla Ane na ostatnie Boże Narodzenie.  Tęsknota za mężem 
znowu spadła na Elizabeth. 
 

- I co było dalej? – spytała sąsiadkę. 

 

-  Widziałam  go  przez  okno,  chociaż  było  dosyć  ciemno.  I  wtedy  pojawiłaś  się  ty. 

Widziałam w świetle latarki, że rozmawiacie, a potem, że on ciągnie cię do szopy na łodzie. 
Opierałaś się i walczyłaś, prawda? 
 

Elizabeth  znowu  przytaknęła.  Na  wspomnienie  tamtego  wieczora  zaciskało  jej  się 

gardło, nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. 

background image

 

73

 

-  Już  miałam  lecieć,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  potrzebujesz  pomocy,  ale  nie 

zobaczyłam, że on wybiega z szopy, a zaraz potem szopa stanęła w ogniu. 
 

-  Dlaczego  nie  powiedziałaś  nic  innym?  I  dlaczego  nie  powiedziałaś  tego 

lensmanowi? 
 

- A myślisz, że on by mi uwierzył? – spytała Dorte cierpko. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. Dobrze znała odpowiedź. 

 

- Nie, nie, Elizabeth, on by twierdził, że to była twoja wina, Elizabeth. Henning potrafi 

pięknie  gadać  zwłaszcza  jeśli  się  broni.  Wszyscy  go  szanują.  Już  by  się  postarał  o  jakichś 
ś

wiadków, którzy by potwierdzili, że przez cały wieczór siedział w domu. 

 

- Dziękuję ci, Dorte, że stanęłaś po mojej stronie. Nie wiedziałam, ze jest w tobie tyle 

odwagi – rzekła Elizabeth szczerze. 
 

Dorte uśmiechnął się krzywo. 

 

- Do tego to akurat nie trzeba wielkiej odwagi – bąknęła onieśmielona. – Ty  pomogłaś 

mi tyle razy. Jeszcze by tego brakowało… ale teraz ty też musisz mi powiedzieć, co się stało 
w szopie. 
 

-  On  próbował  mnie  zgwałcić  –  tłumaczyła  Elizabeth,  wpatrując  się  w  blat  stołu. 

Wodziła  palcem  po  drewnie.  –  Walczyłam  zaciekle  i  wtedy…  -  musiała  się  zastanowić, 
zobaczyć  oczyma  wyobraźni  całą  tę  sytuację  jeszcze  raz.  –  Pchnął  mnie  z  całej  siły  tak,  że 
uderzyłam o coś głową. Myślałam, że zemdleję, ale wówczas… wówczas Hennin przewrócił 
moją latarkę i sieci zajęły się od płomienia. 
 

W chwili, kiedy wypowiedziała głośno te słowa, dotarła do nie nareszcie cała prawda. 

To  przecież  nie  jej  wina,  ale  jego!  Tylko  jego.  Z  przejęciem  mówiła  dalej,  wpatrując  się  w 
Dorte: on wybiegł i zostawił mnie w środku. Krzyczał, że to wszystko moja wina, że nikt mi 
nie  uwierzy,  gdybym  mówiła  co  innego.  Jeśli  w  ogóle  wyjdę  stamtąd  żywa,  dodał.  Potem 
pobiegł do łodzi i odpłynął. 
 

- I dlatego ty też nikomu nic nie powiedziałaś – wtrąciła Dorte ostro. 

 

-  Tak,  dlatego  milczałam.  Ale  było  mi  bardzo  żal  Jakoba!  Dałam  mu  sieci  Jensa  i 

powiedziałam,  że  morze  korzystać  z  szopy,  kiedy  tylko  chce,  chociaż  to  i  tak  niewiele  w 
stosunku do tego, co Jakob stracił… 
 

- Ja uważam, że powinnaś wyznać teściowi, co się stało – rzekła Dorte stanowczo. 

 

- Czyś ty zwariowała? Chcesz, żeby na mnie zameldował? 

 

- On tego nie zrobi, Elizabeth. A ty musisz ulżyć swojemu sumieniu. Jakob ci wierzy, 

a ja poprę twoje wyjaśnienia. 
 

Słowa docierały do niej bardzo wolno. Gdyby tylko Dorte wiedziała o wszystkich jej 

mrocznych  tajemnicach  i  przemilczeniach!  Nie,  dusza  Elizabeth  nigdy  chyba  nie  będzie 
czysta. Nigdy. 
 

- Co takiego we mnie jest, że chłopy uważają, iż można mnie bezkarnie zaczepiać? – 

spytała, bardziej siebie niż Dorte. 
 

- Jest ich więcej? – krzyknęła Dorte przestraszona. 

 

Elizabeth drgnęła, bo czuła, że się czerwieni. 

 

- Co? Nie, przejęzyczyłam się. Ale to z Jakobem… no, sama nie wiem. 

 

Jak  dobrze  byłoby  wszystko  wyznać,  w  każdym  razie  jemu,  myślała.  Ale  czy  on  mi 

uwierzy? Czy powinnam ryzykować? Nie była bowiem przekonana, że sama zdoła dźwigać 
jeszcze  i  to  brzemię,  na  dodatek  do  tamtej,  jeszcze  boleśniejszej  tajemnicy.  Udręczona 
pocierała ręką twarz. 
 

- Tak, powinnam mu o wszystkim powiedzieć. Posiedzisz trochę z Ane? 

 

- Chcesz iść teraz? – spytała Dorte zaskoczona. 

 

- Tak, skoro się zdecydowałam, to musze to zrobić od razu. 

background image

 

74

 

Zbiegając  ze  zbocza,  Elizabeth  próbowała  układać  sobie  w  myśli  właściwe  słowa. 

Mam  ci  coś  do  wyjaśnienia,  Jakob.  Chodzi  o  to,  ze  to  nauczyciel  podpalił  twoją  szopę  na 
łodzie. 
 

Nie,  tak  w  żadnym  razie  nie  może  oświadczyć.  Najlepiej  poczekać,  słowa  same 

przyjdą. 
 

Z jakiegoś powodu wolałaby spotkać Jakoa na dziedzińcu. Długo stała przy narożniku 

domu,  rozglądając  się,  ale  nigdzie  go  nie  było  widać.  W  ogóle  żadnych  ludzi  na  podwórzu, 
przyszedł tylko kot i ocierał się o jej nogi. 
 

- To ty, Pip-Nils? – wyszeptała, jakby się bała, że ktoś mógłby ją usłyszeć. 

 

- Już dawno nie przychodziłeś do Dalen, nie odwiedzasz mnie teraz. 

 

Kot  mruczał  i  z  rozkoszą  wyginał  grzbiet,  oczy  miał  jak  wąskie  szparki.  Elizabeth 

ruszyła przed siebie. Co powinna zrobić? Nie rozmawiała z Ragną od pożaru szopy, kiedy to 
teściowa obrzuciła ją oskarżeniami. A przecież i przedtem… tak, widziały się wiosną, kiedy 
Ragna przyszłą i chciała zabrać Ane, a Elizabeth wyrzuciła ją za drzwi. 
 

-  No  to  może  już  czas  na  przełamanie  lodów  –  szepnęła,  głęboko  zaczerpnęła 

powietrza  i  ruszyła  w  stronę  drzwi.  Ręka  jej  trochę  drżała,  kiedy  zapukała,  a  głos  Ragny 
powiedział „proszę wejść”. Na jej widok twarz teściowej się wydłużyła i poczerwieniała. 
 

- Czego chcesz? – warknęła Ragna. 

 

Elizabeth zacisnęła zęby. Niezależnie od tego, z czyjej winy się poróżniły, nie jest to 

wściekły sposób witania gości. Mimo wszystko głos miała spokojny, gdy spytała: 
 

- Chciałam porozmawiać z Jakobem. 

 

Ragna zmrużyła oczy, lekko odchyliła głowę w tył. 

 

- Czego od niego chcesz? Propozycja, jaką ci kiedyś zrobiła, nie jest już ważna, jeśli o 

tym chciałaś rozmawiać. 
 

Elizabeth musiała się roześmiać, ale nie był to radosny śmiech. 

 

- Dlaczego sądzisz, że chciałabym ci oddać moje dziecko, Ragna? 

 

Teściowa nie odpowiedziała, hałasowała tylko wyjątkowo głośno naczyniami. 

 

Elizabeth zrezygnowała z myśli o pogodzeniu się i jeszcze raz zapytała o Jakoba. 

 

- Nie ma od kilku dni. Wyjechał w interesach. 

 

- Hę? – bąknęła Elizabeth i poczuła się głupio. 

 

- Pojechał zdobyć pieniądze na nową szopę, jeśli chcesz wiedzieć. A teraz możesz iść 

– odparła Ragna. 
 

Elizabeth  nie  pozwoliła  mówić  sobie  tego  dwa  razy.  Stłumiła  też  pokusę  trzaśnięcia 

drzwiami. Nie będzie się tak poniżać, chociaż wychodzi stąd z niezałatwioną sprawą. Wlokła 
się  z  trudem  do  domu.  Ledwo  czuła,  że  łagodny  wiatr  owiewa  jej  twarz.  Niczym  jedwabny 
szal, który dostałam od Jensa, myślała ze smutkiem. 
 
Rozdział 15 
 
 

Zbliżała  się  do  domu  pogrążona  w  myślach.  Może  jest  w  tym  jakiś  sens,  że  nie 

spotkała  Jakoba.  Czy  to  ma  nuć  jeszcze  jedno  brzemię,  które  musi  dźwigać  za  swoje 
postępowanie?  Tak  to  mogło  wyglądać.  A  skoro  jest  w  tym  jakiś  sens,  to  w  imię  Boże, 
spróbuję temu sprostać. Mam twardy kark i z tym brzemieniem także sobie poradzę, myślała. 
 

W  pewnej  chwili  z  jakiegoś  powodu  zwolniła.  Ogarnęło  ją  niepokojące  uczucie,  że 

ktoś jej potrzebuje. Ane! – przemknęło jej przez myśl, ale nie, to nie Ane… odwróciła się z 
wolna i spoglądała w stronę domu ojca. Z komina nie unosił się dym, ale to przecież nic nie 
oznacza. I nagle zrozumiała, zrobiło jej się zimno ze strachu. 
 

Była w połowie drogi do domu dzieciństwa, kiedy Maria wybiegła jej na spotkanie. 

 

- Tata jest chory – mówiła, ale nie płakała. Oczy tylko miała wielkie ze strachu, zbyt 

duże jak na jej małą buzię. 

background image

 

75

 

- Wiem o tym – krzyknęła Elizabeth krótko i pobiegła do domu. 

 
 

Kiedy weszła, ojciec leżał na ławie w kuchni. Uklękła przy nim i sprawdzała, czy nie 

ma gorączki, ale skóra była sucha i chłodna. 
 

- To na pewno nic groźnego – mruknął, krzywiąc się z bólu. 

 

- No, nie wiem – odparła Elizabeth cierpko. –  Zjadłeś może coś, do czego nie jesteś 

przyzwyczajony?  –  spytała  po  chwili  zastanowienia.  Nie  miała  dużej  wiedzy,  jeśli  chodzi  o 
leczenie ludzi, a bóle brzucha mogą oznaczać bardzo wiele. 
 

- Nie, nic – jęknął chory. – Ani kruszyny – wyszeptał tak cicho, że ledwo go słyszała. 

– Tylko trochę rano, od wieli dni. Wiesz, jagód już nie ma i jaja też się skończyły. 
 

Prawda  dotarła  do  Elizabeth  w  całej  swojej  rozpaczliwej  postaci.  Ona  posiada  mało, 

ale u ojca jest jeszcze gorzej. Wcale nie jest tak, jak myślała, że on zgromadził trochę więcej 
zapasów.  A  ojciec  tymczasem  nie  ma  prawie  nic.  Skuliła  się  ze  wstydu  na  myśl  o  tym,  ile 
razy pozwalała, żeby Ane jadła u ojca. 
 

- Nie łowisz ryb? – spytała, ale z góry znała odpowiedź. 

 

-  To  zbyt  monotonne  jedzenie,  a  ja  jestem  strasznie  słaby…  -  opadł  ciężko  na 

poduszkę, nie kończąc zdania.  
 

- Maria, pobiegnij do Dalen i przynieś ten zielony gliniany garnek, który stoi najwyżej 

w szafie.  Dorte jest u mnie, zajmuje się Ane, powiedz jej, co się stało. Powiedz też, że tata 
wkrótce poczuje się lepiej. 
 

Maria skinęła głową i w chwilę potem zatrzasnęły się za nią drzwi. 

 

- Jadasz za mało – rzekła Elizabeth i spostrzegła, że ojciec skulił się, słysząc te słowa. 

Dla niego nędza i głód oznaczają upokorzenie. Strasznie się ostatnio postarzał, pomyślała, nie 
mogąc uwierzyć, że przedtem tego nie zauważyła. 
 

-  Maria  przyniesie  zioła,  które  ci  pomogą,  tato,  ale  na  dłużej  pomóc  może  tylko 

jedzenie. 
 

- Starałem się, żeby starczyło nam jak najdłużej, ale to nie jest łatwe – rzekł cicho. – 

Zbyt  dużo  kory  niszczy  brzuch.  Ale  jakoś  się  wszystko  ułoży.  A  jak  tam  u  was?  –  spytał, 
jakby chciał jak najszybciej skierować rozmowę na inne tory. 
 

Elizabeth zrobiło się zimno. Nieraz słyszała opowieści z dawnych czasów o ludziach, 

którzy jedli chleb pieczony z kory drzewnej, a potem wymiotowali krwią i umierali. 
 

- Czy Maria jadła chleb z korą? – spytała. 

 

Andres pokręcił energicznie głową, jęknął cicho i znowu opadł na poduszkę. 

 

Elizabeth  miała  ochotę  pogłaskać  go  po  policzku  i  pocieszyć,  ale  taka  poufałość  z 

ojcem  nie  uchodzi.  Zamiast  tego  przysunęła  sobie  stołek  do  ławy  i  usiadła.  Muszą  zdobyć 
mąkę, a także inne jedzenie, to jasne, bo w przeciwnym razie nie przeżyją jesieni. Co Jens by 
zrobił  w  takiej  chwili?  Nieoczekiwanie  poczuła,  jakby  mąż  był  przy  niej.  Jakby  słyszała 
spokojny głos, który mówił, że wszystko się ułoży. 
 

- Musisz zabić owcę – oznajmiła stanowczo, wiedząc, ze tak właśnie postąpiłby Jens. 

 

-  Nigdy  w  życiu  –  jęknął  ojciec,  ledwie  zdążył  wyciągnąć  nocnik,  i  zwymiotował. 

Niewiele tego było, widziała Elizabeth i odetchnęła z ulgą, bo nie stwierdziła w wymiocinach 
ś

ladu krwi. Rozmawiała z ojcem spokojnie, dawała mu trochę wody do picia i zmieniła zimne 

okłady. Nie przejmowała się już tym, że taka bliskość nie uchodzi. 
 

- Nie mogę zabić owcy – mruczał Andres. – Nie stać mnie na to. 

 

Elizabeth nie opowiadała. Wiedziała, że dyskusja z ojcem na nic się nie zda.   

 

Wkrótce potem wróciła Maria i Elizabeth zaparzyła przyniesione przez małą zioła. 

 

- Jesteś pewna, że tata wyzdrowieje? – spytała dziewczynka szeptem. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak, potrzebuje tylko odpoczynku i troskliwości. 

 

Trzymała siostrę na kolanach, dopóki ojciec nie zasnął. 

background image

 

76

 

-  Teraz  lekarstwo  zaczęło  działać.  Tata  nie  czuje  już  bólu  –  wyjaśniła.  –  Ale  musisz 

przy nim posiedzieć, a ja tymczasem mam coś do załatwienia w oborze. 
 

- Tata robił poranny obrządek – poinformowała Maria. 

 

-  Ale  muszę  zrobić  tam  coś  jeszcze  –  rzekła  Elizabeth  pospiesznie  i  wymknęła  się  z 

domu. 
 

Zwierzęta pobekiwały na jej widok. Stała przez moment, zbierając się na odwagę. 

 

- Muszę się zdecydować, tu chodzi o życie. Zwierzęta to jedzenie – powtarzała sobie. 

 

Oprócz  kóz  Andres  miał  dwie  owce.  Wyglądały  tak  bezbronnie,  różowe,  nagie  po 

niedawnym  strzyżeniu.  Opanuj  się,  wybierz  tą  starszą  i  zrób  ja  jak  najszybciej  co  należy, 
popędzała się w duchu. 
 

W  końcu,  dysząc  ciężko,  drżącymi  rękami  odwiązała  stojącą  najdalej  owcę  i 

wyprowadziła  ją  na  dwór.  Pozostałe  zwierzęta  niespokojnie  przestępowały  z  nogi  na  nogę. 
Czy one nie rozumieją, co się zanosi? 
 

-  Nie  –  powiedziała  głośno.  –  To  oczywiste,  że  zwierzęta  tego  nie  rozumieją. 

Gdybyśmy ich nie zabijali, mu sami nie mielibyśmy jedzenia. 
 

Ręka jej drżała, kiedy unosiła siekierę. Stanęła tak, żeby nie widzieć oczu owcy, kiedy 

będzie uderzać. Silny, dobrze wymierzony cios i owca padła na ziemię bez jednego dźwięku. 
Elizabeth pospiesznie chwyciła nóż i poderżnęła zwierzęciu gardło, a krew zebrała do wiadra. 
Mdły  zapach  sprawił,  że  o  mało  nie  zwymiotowała,  musiała  pospiesznie  wielokrotnie 
przełykać ślinę. 
 

Mieszając  krew,  otworzyła  drzwi,  zastanawiając  się,  czy  do  reszty  prac  nie  powinna 

sprowadzić  pomocy.  Martwe  zwierzę  jest  ciężkie,  trudno  je  podnieść  w  górę,  ręce  od  tego 
mdleją. Ale ojciec i Maria nie mogą się o niczym dowiedzieć. 
 

W  jakiś  czas  potem  wnętrzności  i  tłuszcz  znalazły  się  w  wiadrach.  Zajmę  się  tym 

później,  pomyślała  Elizabeth.  Wyszła  z  obory,  oparła  się  ciężko  o  drzwi.  Miała  poczucie 
zwycięstwa,  że  poradziła  sobie  z  tym  zadaniem.  Ale  nie  do  końca.  Potrzeba  ją  do  tego 
zmusiła, i postąpiła wbrew woli ojca. 
 

Kiedy  zmywała  z  siebie  krew  w  strumieniu,  zauważyła,  że  cały  fartuch  jest  nią 

ubrudzony. Pod fartuchem na spódnicy też była wielka plama. Muszę więc zostać z fartuchu, 
myślała, wracając do domu. 
 

Na szczęście ojciec wciąż spał. Wsunęła głowę do kuchni i gestem wywołała Marię. 

 

- Tata raz się obudził, ale zaraz znowu zasnął – informowała siostra, przyglądając jej 

się badawczo. – Co ty tam robisz? Zabiłaś owcę? – pytała podejrzliwie. 
 

-  Cicho,  nie  tak  głośno  –  skarciła  ją  Elizabeth,  chwytając  stojący  w  sieni  worek  z 

wełną. Wyjęła połowę zawartości i odłożyła na bok. Resztę zabrała ze sobą. 
 

- Muszę popłynąć do Stovika. Jak tata się obudzi, powiedz mu, że poszłam na chwilę 

do domu, ale że zaraz wrócę. 
 

- Co będziesz robić w Storvika? 

 

- Teraz jeszcze nie mogę powiedzieć – odparła Elizabeth i chciała wepchnąć siostrę z 

powrotem do kuchni. 
 

Ale Maria stawiała opór. 

 

- Ja nie mogę kłamać tacie! Pan Bóg się na mnie pogniewa, sama tak mówiłaś. 

 

Elizabeth westchnęła. 

 

-  Ja  wiem,  Maryjko,  ale  tata  pozna  prawdę  trochę  później.  I  Bóg  z  pewnością  nas 

zrozumie. 
 

Z tymi słowami pospieszyła w dół, na brzeg. 

 

- Czuję się jak złodziej – powiedziała, odwiązując cumy. – I chyba jestem złodziejką. 

Po kryjomu zabiłam owcę taty, chociaż zrobiłam to dla jego dobra. 
 

Wiosłowała tak, że woda wlewała się do łodzi. Przez cały czas wzrok miała utkwiony 

w dom. Jakby się spodziewała, że ojciec odkryje, co zrobiła i wezwie ją z powrotem. 

background image

 

77

 

Dygotała  z  napięcia,  kiedy  zrzuciła  worek  z  wełną  na  plecy  i  powlokła  się  w  stronę 

sklepu. Zadzwonił dzwonek u drzwi i nagle zdała sobie sprawę, że musi wyglądać tragicznie. 
Włosy  potargane,  ubranie  pogniecione  i  poplamione  krwią.  Dlaczego  przyszła  tu  w  takim 
stanie? Nie powinna była tego robić! 
 

Ludzie  gapili  się  na  nią,  nigdy  jeszcze  nie  widziała  ich  tu  tylu  naraz.  Nie  jesteś  już 

dzieckiem, Elizabeth, robiła sonie w duchu wymówki. Ale uniosła głowę i pewnym krokiem 
podeszła  do  lady.  Człowiek,  który  akurat  był  obsługiwany,  odwrócił  się  i  mierzył  ją 
wzrokiem. 
 

Elizabeth  zmarszczyła  brwi  i  też  wpatrywała  się  w  niego  zuchwale,  aż  musiał 

odwrócić oczy. 
 

Podeszła do półki z książkami. Nie był tam niczego nowego, mimo to wzięła pierwszą 

lepszą i udawała, że ją przegląda. Przez cały czas zdawała sobie sprawę, że wszyscy się na nią 
gapią.  Ukradkowe  spojrzenia  nie  były  przyjemne  ani  życzliwe.  Słyszała  szum  głosów. 
Domyślała  się,  że  gadają  o  niej  i  z  trzaskiem  zamknęła  książkę,  uśmiechnęła  się  cierpko  i 
zaczęła chodzić tam i z powrotem. 
 

Po wyjeździe Josefine wprowadzono niewiele zmian. 

Za rządów Josefine było tu może mniej kurzu, stwierdziła. 
 

Człowiek przy ladzie kupił, co trzeba. Teraz stał i rozmawiał z Pederem  Binasenem, 

nowym kupcem. Elizabeth zastanawiała się, ile czasu minęło, odkąd zostawiła ojca. Nie może 
tu siedzieć zbyt długo, bo chory wkrótce się obudzi, a nie chciała sprawić Marii kłopotów. 
 

- Proszę bardzo – powiedział Peder i Elizabeth zadała sobie sprawę, ze zwraca się do 

niej. 
 

-  Mam  tu  całoroczną  wełnę  i  chciałam  ją  sprzedać  –  powiedziała,  kładąc  worek  na 

ladzie. – Bardzo ładna – zachwalała dalej. – Będzie dobrze trzymać ciepło, mogę zaręczyć. 
 

Kupiec  z  wahaniem  ujął  kosmyk  wełny  między  kciuk  i  palec  wskazujący.  Na  jego 

twarzy dostrzegła wątpliwości, więc uśmiechnęła się najładniej jak umiała i oparła poufale o 
ladę. Nienawidziła tego, co robi. To tak jak jakby zachwycała samą siebie, a nie owczą wełnę. 
Mimo to zniżyła głos, mówiąc: 
 

- Najpierw przyszłam do ciebie, mam nadzieję, że nie odrzucisz mojej propozycji. 

 

To podziałało. Jej słowa pochlebiały Pederowi, który, jak każdy stary kawaler, łatwo 

ulegał kobietom. 
 

Mam  szczerą  nadzieję,  że  mama  nie  patrzy  na  mnie  z  nieba,  pomyślała  Elizabeth, 

cofając się lekko. 
 

Kupiec patrzył na nią pytająco. 

 

- Ile chcesz za tę wełnę? – spytał. 

 

-  Co  do  ceny,  na  pewno  się  dogadamy.  Ale  gdybyś  chciał,  to  mogę  ją  zamienić  na 

mąkę – odparła spokojnie, jakby składała mu wyjątkowo interesującą propozycję. 
 

Pospiesznie pokiwał głową, uśmiechnął się szeroko, i przyniósł beczkę z mąką. 

 

- Widzę , że miałaś ubój – powiedział ten, który przedtem stał przy ladzie, wskazując 

głową jej poplamiony krwią fartuch.  
 

Elizabeth najchętniej by się odwróciła i ukryła plamy, ale zrezygnowała. 

 

- Tak, mieliśmy ubój –  odparła swobodnie, opierając się łokciem o ladę. Nie byłą to 

zbyt kobieca powaga, ale dawała jej poczucie, że jest równa z tym mężczyzną. 
 

- Wy? To jest was teraz więcej w Dalen? – spytał tamten zaciekawiony. 

 

- Pomagałam tacie. Zabił dzisiaj swoją owcę. 

 

-  Muszę  powiedzieć,  że  już  dawno  nie  widziałem  Andresa  –  oznajmił  mężczyzna, 

ś

widrując ją wzrokiem. – Ale ostatnio wydawał się jaki drobny, powiedziałbym wychudzony. 

Nie  jest  chyba  zbyt  słaby,  żeby  sam  mógł  przyjść  do  sklepu?  No  bo  gdzie  jak  gdzie,  ale  w 
Nyamrk  pewnie  nie  brakuje  jedzenia?  –  gadał  niezmordowanie,  chichocząc  do 
zgromadzonych w sklepie mężczyzn. 

background image

 

78

 

Elizabeth  zesztywniała.  Powinieneś  wiedzieć  jak,  mimo  swojej  złośliwości,  blisko 

jesteś prawdy, pomyślała, ale opanowała się, a chłop gadał dalej: 
 

-  Skoro  najstarsza  córka  wżeniła  się  w  rodzinę  Myran,  Andres  żyje  pewnie  w 

dobrobycie. 
 

-  Gadaj  sobie,  co  chcesz,  to  mnie  nie  interesuje  –  prychnęła,  chcąc  odwrócić  się  do 

niego plecami. Dławiła ją złość z powodu tego nieustannego szeptania za plecami. Powinna 
była się już do tego przyzwyczaić, ale chyba nigdy tak nie będzie. 
 

- Pewnie jest nie całkiem tak, jak sobie wyobrażałaś, co? – pytał dalej mężczyzna. – 

Chyba nie zawsze jest łatwo być samą? 
 

Elizabeth przyglądała mu się badawczo. Do czego on zmierza? 

 

Mężczyzna tymczasem zniżył głos, żeby tylko ona słyszała następnie słowa. 

 

-  A  nie  brakuje  ci,  żeby  cię  czasem  chłop  porządnie  wyobrażał  w  łóżku?  Jak  byś 

chciała, to wystarczy powiedzieć. 
 

Wstrząśnięta, dławiąc się z gniewu, zwróciła się do mówiącego. 

 

- Coś powiedział? – spytała głośno. – Bo niedosłyszałam! 

 

I  to  on  pierwszy  musiał  cofnąć  wzrok,  a  potem  słyszała,  że  zaklął  paskudnie, 

odwracając  od  niej  głowę.  Najpierw  wyglądało  na  to,  że  chce  podejść  do  pozostałych 
mężczyzn, ale zmienił zdanie i wyszedł na dwór. Drzwi zatrzasnęły się za nim głośno. 
 

W sklepie zapadła cisza niemal gęsta, Elizabeth znowu odwróciła się w stronę Pedera. 

Mąka  stała  przygotowana  na  ladzie.  Było  jej  więcej,  niż  się  spodziewała.  Boża  pożyczka, 
mówią ludzie przy takich okazjach. I chyba nawet nie przypuszczają, jak bardzo właściwe jest 
to określenie. 
 

Musiała zwilżyć usta i chrząknąć parę razy, bo odzyskać głos. 

 

-  Gdyby  Peter  był  zainteresowany,  to  mamy  też  owcze  mięso  na  sprzedaż.  W 

najlepszym gatunku, będzie gotowe za tydzień, jak dobrze skruszeje. 
 

Fakt, że owca była stara a mięso pewnie żylaste, pozwoliła sobie zlekceważyć. Miała 

nadzieję, że Bóg, a może i kupiec, wybaczą jej to kłamstwo. 
 

Peder stał długo i patrzył na nią w milczeniu, w końcu się ocknął. 

 

- Oczywiści, że kupię. Ile tego masz i na ile sobie cenisz? 

 

W  innych  okolicznościach  mogłabym  pomyśleć,  że  on  się  mnie  boi,  przemknęło 

Elizabeth przez głowę.  Wymieniła  cenę, powiedziała, ile mięsa może sprzedać, a on przyjął 
wszystko bez wahania. 
 

-  Pieniądze  odbiorę  sama  albo  mój  ojciec,  kiedy  już  dostaniesz  mięso  –  zakończyła, 

wyciągając rękę na pożegnanie. 
 

Kupiec  uścisnął  ją  mocno,  Elizabeth  się  to  spodobało  i  uśmiechnęła  się  do  niego 

ciepło. 
 

- Dziękuję za handel. Teraz muszę wracać do domu – rzekła i kiwając krótko głową 

pozostałym mężczyznom, ruszyła do wyjścia. A wtedy znowu zadzwonił dzwonek u drzwi i 
do  środka  wkroczył  Henning  Nielsen.  Elizabeth  zesztywniała  ze  strachu  i  złości.  Ostatnie, 
czego  by  sobie  życzyła,  to  spotkać  tego  człowieka.  Była  na  to  tak  kompletnie 
nieprzygotowana, że przez chwilę nie mogła się ruszyć z miejsca. 
 

Nauczyciel zdjął kapelusz i witał się, rozdając uśmiechy na prawo i lewo, aż stanął i 

wpił  wzrok  w  Elizabeth.  Zdaje  mi  się,  że  trochę  się  spłoszył  na  mój  widok,  pomyślała.  Ale 
jeśli  tak  było,  to  szybko  odzyskał  panowanie  nad  sobą,  ukłonił  się  jej  wyjątkowo  głęboko, 
mówiąc z uśmiechem: 
 

-  Dzień  dobry  Elizabeth  Andersdatter  Rask.  –  Wymawiał  wyraźnie  wszystkie  części 

nazwiska. – To pani też zażywa pięknej, jesiennej pogody? Wy tutaj, w północnych krajach 
macie tak piękną naturę, że wprost dech człowiekowi zapiera. 

background image

 

79

 

To  możesz  sobie  pojechać  do  cieplejszych  krajów,  pomyślała  Elizabeth  wściekle  i 

musiała  przygryźć  język,  żeby  nie  powiedzieć  tego  głośno.  Skinęła  tylko  głową  prawie 
niezauważalnie i chciała wyjść. Ale nauczyciel zastąpił jej drogę i zadał kolejne pytanie. 
 

- A co tam u was? Słyszałem, że podobno mieliście pożar we wsi, czy to prawda? 

 

Elizabeth  zmrużyła  oczy.  Oddychała  ciężko.  On  jeszcze  pożałuję,  że  się  w  ogóle 

urodził. Mogę przysiąść, że tak będzie! 
 

Głośno natomiast odparła: 

 

- Tak, spaliła się szopa na łodzie, należąca do mojego teścia. – Chciała jeszcze dodać, 

ż

e o mały włos nie doszło również do morderstwa, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Z 

tym oświadczeniem zaczeka, aż będzie mu to mogła powiedzieć w  cztery oczy, nie chciała, 
ż

eby ludzie w sklepie też się dowiedzieli. 

 

-  Ale  lensman  ma  już  właściwy  trop,  którym  podąża  –  dodała.  –  Mamy  wielu 

ś

wiadków,  którzy  widzieli  podpalacza,  odpływającego  tamtego  wieczora  na  drugą  stronę 

fiordu. 
 

- Tak mówicie? No to bardzo dobrze. A czy lensman zna też jego nazwisko? 

 

Ten  człowiek  jest  bardziej  bezczelny  niż  myślałam,  przemknęło  Elizabeth  przez 

głowę.  Głośno  powiedziała:  ten  ktoś  marnie  sobie  radzi  z  wiosłami  –  dodała  ze  złośliwym 
uśmiechem. – Ludzie tu u nas są jakby urodzeni w łodzi, więc to musiał być ktoś przyjezdny. 
 

Twarz nauczyciela nawet nie drgnęła. 

 

- Ach tak, tak mówicie? No to miejmy nadzieję, że zostanie możliwie jak najszybciej 

schwytany.  A  skoro  już  o  tym  mowa,  to  ja  sam  też  nie  najlepiej  radzę  sobie  w  łodzi,  bo 
wychowałem się w mieście. 
 

Elizabeth  patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  W  oczach  nauczyciela  pojawiły  się 

niebezpieczne błyski. 
 

Odwróciła się, mruknęła „do widzenia” i wyszła.  

Musiała powstrzymać się, żeby nie biec na dół do łodzi, ale szła najszybciej, jak to możliwe. 
Zapakowała  mąkę  w  stary  żagiel,  żeby  nie  zwilgotniała.  Cuma  była  mokra,  Elizabeth 
mocowała się z węzłem, który chyba za bardzo zaciągnęła. 
 

- Masz jakieś problemy? – spytał za nią głos, który znała aż nazbyt dobrze. 

 

- Nie, rozkoszuję się piękną jesienną pogodą tutaj w północnych krajach – warknęła, 

patrząc w lodowate oczy Henninga. 
 

Podszedł do niej i szarpnął ją za warkocz. 

 

- Powiedziałaś o tym komuś? – spytał ochryple. 

 

- Puść mnie, bo jak nie, to dostaniesz drewniakiem! 

 

Puścił ją momentalnie i Elizabeth wyprostowała się, nie cofnęła wzroku. 

 

- Powiedziałam o czym? – spytała. – Że próbowałeś mnie zgwałcić, ale przewróciłeś 

latarkę  i  uciekłeś,  zostawiając  mnie  w  płonącej  szopie?  Mało  brakowało,  a  zostałbyś  też 
mordercą. 
 

Nareszcie, nareszcie mogła mu to cisnąć w twarz. 

Spostrzegła, że zbladł, jego zaciśnięte usta przypomniały wąską kreskę. 
 

-  Wcale  tak  nie  było  –  zaprotestował.  –  To  ty  szukałaś  przygody,  taka  się  zrobiłaś 

nagle przymilna. I latarkę też przewróciłaś sama. W nic innego nikt ci nie uwierzy. 
 

- Taki jesteś tego pewien? – spytała wyzywająco. 

 

- Najzupełniej pewien. Spróbuj, to sama zobaczysz. 

 

Po  tych  słowach  odszedł.  Elizabeth  aż  się  gotowała  ze  złości.  To  ona  powinna  była 

odejść. Stłumiła jednak dumę i krzyknęła: 
 

- W tej sprawie nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo, Henninu Nielsen. 

 

Udało jej się w końcu rozwiązać supeł, wskoczyła do łodzi i jak najszybciej odpłynęła. 

Musi stąd zniknąć, zanim ten typ powie coś jeszcze. 

background image

 

80

 

Wiosłowała  jak  szalona,  woda  przy  łodzi  pokrywała  się  pianą.  Przynajmniej  mu 

pokaże, że potrafię wiosłować lepiej niż on, pomyślała, zdając sobie sprawę z tego, jakie to 
dziecinne. Ale poprawiło jej nastrój. 
 
 

W swojej szopie na łodzie musiała się oprzeć o ścianę. Kręciło jej się w głowie. Kiedy 

wróciła do równowagi zdała sobie sprawę, że nie jadła nic od wczesnego ranka. Spojrzała w 
stronę Dalen. Biedna Dorte, która wciąż tam siedzi pilnując dzieciaków, pomyślała i poczuła 
wyrzuty sumienia. Zaraz poślę Marię z wiadomością, żeby Dorte wzięła dzieci i przyszła do 
nich. Najpierw jednak musi pójść do ojca i wyznać mu, co zrobiła. A potem upiecze chleb. 
 

Wymiana słów w sklepie i potem z Henningiem wciąż odbijała się echem w myślach 

udręczonej kobiety, kiedy zmęczona wlokła się w stronę domu. Wewnętrzny głos mówił, że 
nie powinna się tym przejmować, ale chociaż bardzo chciała,, sprawa wracała wciąż i wciąż. 
Nie mogła pojąć, że ludzie, którym nic nie zrobiła, którzy ledwie wiedzą, kim ona jest, mogą 
ciskać  na  nią  takie  obelgi.  Ale  tacy  pewnie  są  nasi  bliźni,  filozofowała.  Stanęła  przy 
schodach, by zebrać odwagę. Z zewnątrz słychać było głos Marii. Sądząc po tonie, siostra nie 
rozmawia z ojcem, pomyślała, otwierając drzwi. 
 

- No nie, Maria, coś ty – skarciła ją łagodnie na widok kota z Heimly. – Nie możesz 

karmić  Pip-Nilsa  mlekiem,  to  chyba  rozumiesz!  Naprawdę  nie  mamy  go  za  dużo,  dobrze  o 
tym wiesz. 
 

Wzięła delikatnie kota i chciała go wynieść na dwór, kiedy obudził się ojciec. 

 

- Gdzieś ty się podziewała? – spytał zaspany, unosząc się na łokciu. 

 

- Czujesz się lepiej? – spytał zaspany, zwierzątko, które natychmiast wróciło do Marii. 

 

Ojciec przytakiwał. Wyglądał na zmęczonego, chociaż spał bardzo długo. 

 

-  Nie,  muszę  w  końcu  wstać  –  powiedział,  chcąc  usiąść,  ale  natychmiast  opadł  z 

powrotem na posłanie. 
 

- Czego ty mi dałaś do picia? – spytał. 

 

-  Nie  był  to  żaden  napój  czarownicy,  jeśli  tego  się  obawiasz  –  odparła  Elizabeth  z 

krótkim śmiechem i postawiła worek z mąką na kuchennym blacie. – Teraz będę piekła chleb, 
więc się najesz. To doda ci sił i będziesz mógł wstać. 
 

- Nie ma z czego piec – uciął ojciec krótko. 

 

- Ale ja kupiłam mąkę – poinformowała Elizabeth i czekała na jego reakcję. I reakcja 

nadeszła. Ojciec uniósł się na posłaniu, oparł na łokciu i wpatrywał w córkę. 
 

- A skąd wzięłaś pieniądze? 

 

-  Wymieniłam  na  mąkę  połowę  tej  wełny,  która  stała  w  sieni  –  powiedziała  tak 

szybko, że słowa potykały się jedno o drugie. – Zostało jeszcze dość na ubrania, uprzędę ci ją 
i zrobię na drutach, co zechcesz. 
 

Ojciec  wciąż  miał  na  twarzy  wyraz  zwątpienia  i  Elizabeth  wiedziała,  że  nie  ma 

wyjścia  trzeba  powiedzieć  wszystko  i  to  natychmiast.  Głęboko  wciągnęła  powietrze.  –  I 
zaszlachtowałam jedną z twoich owiec. 
 

- Co takiego zrobiłaś? – wrzasnął, zaciskając palce na krawędzi łóżka tak, że zbielały. 

– Z czego my teraz będziemy żyć, twoim zdaniem? Możesz mi powiedzieć? 
 

Nagle Elizabeth poczuła, że ma tego dość. 

 

-  Sama  zaszlachtowałam  owcę,  wyciągnęłam  z  obórki  ciężkie  zwierzę  i  mieszałam 

krew  aż  do  ostygnięcia.  Potem  popłynęłam  łodzią  do  Storvika,  naraziłam  się  na  zaczepki  i 
wyzwiska  złośliwych  ludzi.  Wymieniłam  wełnę  na  mąkę  i  sprzedałam  mnóstwo  mięsa  za 
cenę o której mógłbyś tylko marzyć. Teraz ty i Maria będziecie mieli co jeść na długi czas. I 
co mnie za to spotyka? 
Wymówki i krzyki własnego ojca! 
 

Prawie nie oddychała, słowa wypływały z niej potokiem. Zakręciło jej się w głowie, o 

mało nie zemdlała. Płacz dławił ją w gardle. 

background image

 

81

 

- Ale zrobiłaś to wszystko bez pozwolenia – odparł ojciec z uporem. 

 

-  Nie  miałam  innego  wyjścia,  w  przeciwnym  razie  pomarlibyście  z  głodu.  Masz 

jeszcze jedną owcę, urodzi ci jagnię. Masz też dwie kozy. 
 

- Wzięłaś tę starą? 

 

- Oczywiście, że ją. 

 

Ojciec  opadł  na  poduszki  i  przymknął  oczy.  Kiedy  znowu  na  nią  popatrzył,  w  jego 

wzroku było rozbawienie. 
 

-  No,  no,  Elizabeth,  co  ja  z  tobą  zrobię.  Widzę,  że  nawet  brwi  nie  można  na  ciebie 

zmarszczyć. 
 

Elizabeth  przełknęła  gulę  dławiącą  ją  w  gardle  i  mrugając,  żeby  powstrzymać  łzy, 

udawała, że jest bardzo zajęta przy kuchni. Jeśli nie były to czułe słowa, to w każdym razie 
wypowiedziane z miłością, to pewne. 
 

-  Już  się  cieszę  na  świeży  chleb  –  rzekł  ojciec.  –  I  oczywiście  ty  weźmiesz  sobie 

połowę mięsa, mąki i pieniędzy. 
 

Chciała protestować, ale ojciec jej przerwał. 

 

- Zapracowałaś na to, Elizabeth. To twoja zapłata. 

 

- ja mam wprawdzie niewiele, ale jeszcze mi starczy. 

Wy  bardziej  potrzebujecie  jedzenia  niż  ja.  A  pieniądze  powinieneś  przeznaczyć  na  spłatę 
długu – oznajmiła tak stanowczo, że ojciec nie zaprotestował. 
 

- A czy Pip-Nils też będzie mógł spróbować świeżego chleba? – spytała Maria. 

 

- Toś ty jeszcze nie wypędziła tego kota? – spytała Elizabeth, czując nagle niezwykłą 

ulgę i zadowolenie. Wszystko się jakoś ułoży, pomyślała. 
 

 

 

Minął tydzień i Peder Binasen ze sklepu dostał swoje mięso. To ojciec mu je zawiózł i 

odebrał pieniądze. Elizabeth widziała, że jest z tego dumny. Dostała też swoją część, tak jak 
ojciec postanowił. 
 

Stała  i  kroiła  mięso,  kiedy  ktoś  przeszedł  pod  kuchennym  oknem.  Wróciły 

wspomnienia z tamtego dnia, kiedy zobaczyła cień Jensa. Roztrzęsiona stała z uniesioną ręką 
i nie powiedziała nic, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. 
 

- Mama, pan – zauważyła Ane, uśmiechając się całą buzią. 

 

Lensman wypełnił sobą cały otwór drzwiowy. Elizabeth przeniknął lodowaty dreszcz. 

 

-  Dzień  dobry  i  szczęść  Boże  –  powiedział,  zdejmując  kapelusz.  –  Pukałem,  ale 

pewnie mnie nie słyszeliście. 
 

-  Nie,  nie  słyszałam  –  odparła  Elizabeth  niepewnie  i  wskazała  ręką  kuchenny  stół.  – 

Proszę,  niech  lensman  wejdzie.  Właśnie  kroję  mięso  –  dodała  niepotrzebnie  i  usłyszała,  jak 
sztucznie brzmi jej głos. 
 

Lensman usiadł, a EElizabet zaczęła się krzątać po kuchni. 

 

- Nie, niech Elizabeth nie robi sobie kłopotu – powstrzymywał ją mężczyzna. – Tym 

razem długo nie zabawię. A poczęstunek z pewnością dostanę w Heimly, bo tam też idę. 
 

Mówił bardzo spokojnie, jakby rozmawiał o dobrej pogodzie. Ale dlatego zapiekło ją 

to jeszcze bardziej boleśnie. Więc tak też można człowiekowi powiedzieć, że jest biedny. 
 

- Czy lensmanowi kiedyś nie smakowało jedzenie, którym go tu częstowaliśmy? Czy 

może  nie  podawaliśmy  i  chleba,  i  solonego  mięsa?  –  spytała  ostro,  pijąc  do  ostatniej  jego 
wizyty  w  tym  domu.  Wiedziała,  że  poczuł  się  niepewnie  i  sprawiło  jej  to  radość.  Tłumiąc 
uśmiech, mówiła dalej: 
 

- Mięso jeszcze nie jest gotowe, ale mam co innego. 

 

- Dziękuję bardzo – odparł gość i ocierał czoło śnieżnobiałą chusteczką. 

 

Taki  duży  i  tęgi  mężczyzna  z  trudem  wchodzi  na  wzgórze,  stwierdziła  w  duchu 

Elizabeth. 

background image

 

82

 

- To czwarta wizyta, z jaką lensman do nas przychodzi – powiedziałam nakrywając do 

stołu. Milczenie panowało zbyt długo i było męczące. 
 

-  Pierwszym  razem  lensman  przyszedł  tutaj,  kiedy  Josefine  uznała,  że  z  mojego 

powodu  utraciła  dziecko.  Potem  chodziło  o  zbiegłego  więźnia  i  trzeci  raz  o  pożar  szopy. 
Dzisiaj  to  czwarta  wizyta  –  postanowiła  przed  gościem  talerz  z  kanapkami.  –  Proszę  się 
częstować. 
 

Lensman wziął jedną i żuł z trudem. 

 

- To o co chodzi? – spytała Elizabeth. – Bo myślę, że lensman nie przychodzi do nas 

bez powodu. – Mówiła spokojnie, chociaż w duszy trzęsła się niczym osikowy liść. 
 

Lensman pochylił się i dopiero teraz Elizabeth zwróciła uwagę, że przyniósł ze sobą 

dużą  teczkę  z  grubej  skóry.  Nic  nie  mówił,  wyjął  tylko  z  teczki  latarkę.  Elizabeth  miała 
wrażenie,  że  serce  przestaje  jej  bić.  Pokój  się  zakołysał,  a  ona  musiała  przytrzymać  się 
krawędzi  stołu.  Latarka  była  umazana  w  sadzy,  szkło  miała  potłuczone,  nie  uległo  jednak 
wątpliwości,  że  należy  do  Elizabeth.  To  ta  sama  latarka,  którą  miała  ze  sobą  w  szopie  na 
łodzie. Ta, od której zaczął się pożar. 
 

-  Przyniósł  lensman  latarkę?  –  usłyszała  jakiś  obcy  głos.  Ale  to  był  jej  głos.  Chciała 

powiedzieć coś jeszcze, ale nie wiedziała co. Jedno nieostrożne słowo mogła ją zdradzić. Bo 
co będzie, jeśli zaprzeczy, że widziała kiedyś tę latarkę, a później wyjdzie na jaw, że kłamała? 
Czy powinna powiedzieć, że jej nie poznaje? Pytania krążyły w głowie. No a gdyby lensman 
wiedział,  że  to  jest  jej  latarka?  Czy  to  będzie  jej  koniec?  Czy  powinna  raczej  wyznać 
wszystko, i to, co się stało w szopie, i to, jak umarł Leonard? 
 

-  Wiem,  że  już  kiedyś  widziałem  tę  latarkę,  ale  nie  mogę  sobie  przypomnieć  gdzie- 

oznajmił lensman. 
 

Elizabeth  stłumiła  westchnienie  ulgi  i  dopiero  teraz  zauważyła,  że  kurczowo  zaciska 

palce na blacie stołu. Pospiesznie opuściła ręce i ukryła je w fałdach spódnicy.  
Czy lensman naprawdę jest taki zapominalski, czy też sobie z niej szydzi? 
 

Pozwoliła mu mówić dalej. 

 

- Pytałem o to w Neset, ale Dorte nie pamięta takiej latarki. Został i więc teraz ojciec 

Elizabeth i Jakob. No bo Elizabeth jej przedtem nie widziała? – patrzył jej uporczywie w oczy 
i Elizabeth musiała z całej siły nad sobą opanować, by nie odwrócić wzroku. 
 

-  Nie,  o  ile  pamiętam,  to  nie  widziałam  –  odparła  skrzekliwie.  W  tym  samym 

momencie przypomniała sobie, że przecież druga latarka wciąż stoi w sieni. Musi tam pójść, 
by  ją  ukryć,  zanim  lensman  zbierze  się  do  wyjścia.  W  przeciwnym  razie  on  odkryje  tamtą. 
Panika sprawiła, że nie była w stanie rozsądnie myśleć. Jakby jej mózg owinięty był w wełnę. 
Opamiętaj się, upominała sama siebie. 
 

Lensman wstał. 

 

- Skoro Elizabeth tak mówi, to powinienem wierzyć. 

Latarka  jest  odpowiedzią  na  pytanie,  kto  podpalił  szopę  na  łozie.  Jeśli  wyjaśnię,  gdzie 
widziałem podobną, sprawa będzie rozstrzygnięta. 
 

Elizabeth ponownie musiała się oprzeć o stół. 

 

- Czy… czy lensman nie zostanie jeszcze na chwilę? 

Mam kawę w dzbanku, właśnie odgrzewam… zresztą mogę zrobić więcej. 
 

Lensman patrzył na nią długo, ale nic nie mówił. 

 

- Nie, dziękuję, zaczyna, się trochę śpieszyć. Dziękuję za poczęstunek, to było bardzo 

smaczne. 
 

Mówiąc  wyszedł  do  sieni  i  nagle  stanął  na  wprost  drugiej  latarki.  Serce  tłukło  się  w 

piersi Elizabeth, oddech miała piskliwy, urwany. 
 

- Czy Elizabeth źle się czuje? – spytał. 

 

-  Nie.  To  znaczy  tak,  chyba  muszę  się  położyć  na  chwilę.  Więc  jeśli  lensman  mi 

wybaczy, to… 

background image

 

83

 

Chciała pozbyć się  go jak najszybciej, już prawie jej się udało. Ale tylko  prawie, bo 

właśnie gdy zamierzał otworzyć drzwi na dwór, jego wzrok padł na stojącą w sieni latarkę. 
 

Czas  jakby  się  zatrzymał.  Elizabeth  widziała  jak  lensman  marszczy  brwi,  jak  jego 

duża twarz najpierw blednie, a potem robi się czerwona. W końcu wyciągnął rękę i podniósł 
latarkę z podłogi. Trzymał ją przed sobą niczym ważne trofeum, ale w jego twarzy nie było 
radości, tylko złość. Elizabeth zrobiła krok w tył. 
 

-  Więc  to  tutaj  widziałem  ją  poprzednio  –  rzekł  skrzekliwym  głosem.  –  I  taką  samą 

mam w torbie. 
 

- ja nie wiem skąd… - nie znajdowała właściwy słów. – Myślałam, że to moja. Ale… 

ale nie ta zniszczona, nie ta z szopy na łodzie! – sama słyszała jak desperacko brzmi jej głos i 
zamknęła usta. 
 

Lensman postąpił krok bliżej. 

 

- Powiedziałaś, że Jens zrobił dwie latarki. 

 

Elizabeth skinęła głową. Tego, co zostało powiedziane, nie mogła już cofnąć. 

 

- I tutaj są obie. 

 

Ponownie skinęła. 

 

- To dlaczego Elizabeth zeznała, że nigdy przedtem nie widziała tej z szopy? – spytał. 

 

- ja… nie poznałam jej, bo jest taka zniszczona – jąkała w odpowiedzi. 

 

Lensman pogrzebał w torbie i wyjął parę szerokich, ciężkich kajdanek. 

 

-  Elizabeth  Andersdatter  Rask,  jesteś  aresztowana  za  podłożenie  ognia  –  oznajmił  i 

zanim Elizabeth zdążyła coś powiedzieć, zatrzasnął kajdanki na jej nadgarstkach. 
 

- Ale Ane… moje dziecko – zapiszczała Elizabeth, spoglądając przez ramię. 

 

-  Weźmiemy  ją  ze  sobą.  Tymczasem  zostanie  w  Nymark,  a  potem  załatwię  jej 

sierociniec. 
 

To  nie  ze  mną  dzieją  się  takie  rzeczy,  przemknęło  Elizabeth  przez  myśl.  To 

niemożliwe! Chciała modlić się do Boga, ale była pewna, że wszystkie szanse u Stwórcy już 
wykorzystała. Teraz będzie po niej. 
 

- No to idziemy – powiedział lensman i chciał wziąć Ane na ręce. W tej samej chwili 

drzwi się otworzyły i w progu stanął Jakob. W ciągu sekundy zorientował się, o co chodzi. 
 

-  Co  się  tu,  na  wszystkie  piekielne  moce,  wyprawia?  –  krzyknął,  wpatrując  się  w 

lensmana. 
 

-  Sprawa  została  wyjaśniona  –  odparł  tamten.  –  Ta  oto  Elizabeth  posiada  taką  samą 

latarkę jak ta, którą znalazłem na pogorzelisku i przyznaje, że Jens zrobił dwie takie same. I 
ż

e nie ma ich więcej. 

 

- Pokaż no – zażądał Jakob. 

 

Lensman znowu ją zniszczoną latarkę z torby. 

 

- Ale ona jest przecież  moja! – wrzasnął Jakob z wściekłością w oczach. – Dostałem 

ją od Jensa! 
 

Lensman zbladł. Elizabeth musiała oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Jakob kłamie 

w jej obronie. Niech Bóg ma go w opiece do końca jego dni, myślała, czując, że gardło jej się 
zaciska. 
 

Lensman znowu musiał wyjąć swoją białą chusteczkę. 

 

- Jakob uważa, że ta latarka jest jego? Że ona… 

 

- Słyszałeś, co powiedziałem – wrzasnął znowu Jakob, nie troszcząc się o eleganckie 

słowa. 
 

Jakob  jest  najmężniejszym  człowiekiem,  jakiego  zna  –  myślała  Elizabeth 

oszołomiona. 
 

- Zdejmij jej natychmiast te kajdany, bo jak nie, to ja pójdę do zwierzchności – miotał 

się Jakob. – Musi być jakaś miara tego, co wolno. Nawet tobie. 
 

Elizabeth zastanawiała się, kto może być zwierzchnością lensmana. Może król? 

background image

 

84

 

Ż

elazne kajdany zostały  zdjęte, ale ona się nie poruszała. Najlepsze, co może zrobić, 

to milczeć i jak najmniej rzucać się w oczy. 
 

Co  wie  Jakob?  Dlaczego  kłamie  w  jej  obronie?  Czy  nie  wie,  że  takie  kłamstwo  jest 

karalne? Pytań było nieskończenie wiele, ale nie odważyła się żadnego z nich wypowiedzieć 
głośno w strachu, że lensman znowu zakuje ją w te ciężkie bransoletki. 
 

Ane szarpała ją za spódnicę i Elizabeth zdała sobie sprawę, że dziecko płacze. Niczym 

lunatyczka  wzięła  córkę  na  ręce,  i  głaskała  po  plecach  i  włosach.  Głos  Jakoba  powoli 
wdzierał się do jej mózgu. 
 

- Czy możemy wejść do środka? – pytał teść. 

 

Dopiero teraz Elizabeth zdała sobie sprawę, że lensman poszedł. 

 

- Tu w sieni jest zimno. Nie możesz się rozchorować – mówił dalej Jakob. 

 

Jego  ciepły  głos  i  troskliwość,  jaką  jej  okazywał  sprawiły,  że  z  oczu  pociekły  łzy. 

Otarła je i pozwoliła wprowadzić się do kuchni. 
 

- Dlaczego ty to zrobiłeś? – spytała, kiedy siedzieli oboje z kubkami kawy w rękach. 

 

-  Myślę,  że  najpierw  ty  powinnaś  mi  opowiedzieć  swoją  historię  –  odparł  Jakob 

spokojnie. 
 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  niego  matowym  wzrokiem.  Monotonnym  głosem 

opowiedziała wszystko, nie ukrywając niczego. 
 

- Henning powiedział, że nikt mi nie uwierzy, jeśli to wyjawię – zakończyła. – Ja mu 

wierzyłam i dlatego przez cały czas milczałam, a poza tym byłam pewna, że to moja wina. – 
Wyłamywała  ręce  przestraszona.  Nie  wiedziała,  czy  teść  jej  uwierzył,  czy  też  wezwie  z 
powrotem lensmana? 
 

Jakob wyjął z kieszeni fajkę i popatrzył na nią pytająco. 

 

- Dobrze, dobrze, pal – zgodziła się. 

 

Jakob  nie  śpieszył  się,  długo  nabijał  fajkę  i  potem  wypuszczał  przez  nos  niebieski 

dym. W końcu rzekł ponurym głosem: 
 

- Ja się tego domyślałem. Spotkałem tego Nielsena parę razy i nie odniosłam dobrego 

wrażenia. Ale w to, co mówisz, nikt by nie uwierzył, gdybyś powiedziała, co ten drań zrobił. I 
mnie też nikt nie uwierzy. 
 

- Ale ty masz do mnie zaufanie? – spytała cieniutkim głosem. 

 

-  Tak.  Od  pierwszej  chwili  po  pożarze  wiedziałem,  że  coś  przede  mną  ukrywasz. 

Skoro nic nie mówiłaś, to musiałem czekać, aż będziesz gotowa. 
 

Raz jeszcze Elizabeth pomyślała, jakim dobrym człowiekiem jest Jakob. 

 

- Nie było mnie w domu, Kidy dzisiaj lensman nas odwiedził – mówił dalej Jakob. – 

Ragna powiedziała mi po powrocie, że znalazł jakąś latarkę na pogorzelisku i że chce ze mną 
rozmawiać. Nie wiedziała dokładnie, do kogo należy ta latarka, nie rozpoznała jej, dopóki od 
nas  nie  wyszedł.  Wtedy  przypomniała  sobie,  że  chyba  taką  widziała  u  ciebie.  Ale  ja  nie 
wierzyłem, że ty mogłaś rozmyślnie coś takiego zrobić. 
 

- Czy to może zostać między nami? – spytała Elizabeth. 

 

Jakob skinął głową w milczeniu. 

 

Ane przestała płakać i chciała zejść na podłogę. Elizabeth jej na to pozwoliła. 

 

- Jak ja ci się za to wypłacę, Jakob? – spytała zdławionym głosem. 

 

- Nie ma za co dziękować, Elizabeth. Zrobiłbym to jeszcze raz, gdyby było trzeba. 

 

Tak  więc  Elizabeth  dostała  jeszcze  jedną  szansę,  mogła  jedynie  złożyć  ręce  i 

dziękować  za  to  Bogu.  Nie  powinna  jednak  wierzyć,  że  będzie  te  szanse  dostawać  znowu 
przy każdych kłopotach. 
 
 

Wiele  tygodni  później  dowiedziała  się,  że  lensman  umorzył  sprawę  ze  względu  na 

brak  dowodów.  Nie  było  żadnego  tropu,  którym  mógłby  podążać,  tylko  ten  nieznajomy 
złoczyńca.  A  ponieważ  nie  wybuchło  w  okolicy  więcej  pożarów,  lensman  uznał,  że 

background image

 

85

przestępca poszedł sobie swoją drogą. Nieprzyjemnie było myśleć, że Maria chodzi do szkoły 
i uczy się u takiego brutalnego człowieka, ale skoro mała nigdy się nie skarży, to co robić? – 
myślała  Elizabeth.  Wspomniała  nawet  o  tym  Jakubowi,  ale  o  też  wzruszył  ramionami  i 
powiedział mniej więcej to samo, co ona. 
 

Jakob  uporządkował  działkę,  na  której  stała  kiedyś  jego  piękna  szopa  na  łodzie. 

Deszcz  zmył  resztki  sadzy  i  zwęglone  kawałki  drewna.  Nową  szopę  Jakob  zamierzał 
zbudować  z  kamienia,  podobnie  jak  zrobił  to  w  swoim  czasie  Jens.  Tak  jest  i  taniej  ,  i 
bezpieczniej.  Nowe  sieci  i  wszystko,  co  utraciłem,  z  pewnością  w  końcu  sobie  odkupię, 
mówił. Na razie radzi sobie przy pomocy tego, co dała mu Elizabeth. 
 
Rozdział 16 
 
 

Elizabeth  miała  wielkie  pranie.  Deszcz  padał  przez  wiele  dni,  ale  w  końcu  się 

rozpogodziło tak, że będzie można wysuszyć ubrania na dworze. Kuchnia była pełna pary z 
wielkiego kotła, stojącego na piecu. Pranie zajęło jej większą część dnia, ale teraz pozostało 
już tylko wypłukać ubrania w rzece i będzie po robocie. 
 

-  Mama  ubierze  swojego  małego  aniołka  ciepło  i  wyjdziemy  na  dwór  –  powiedziała 

Elizabeth, wkładając Ane dodatkowy kubraczek. – O tak, teraz jesteś naprawdę ładna. 
 

-  Mama  tes  ładna  –  powiedziała  Ane,  zarzucając  matce  na  szyję  swoje  małe  rączki. 

Elizabeth  przymknęła  oczy  z  wdzięcznością  i  wchłaniała  w  siebie  zapach,  jaki  mają  tylko 
małe dzieci. Delikatnie ucałowała pyzaty policzek i dostała w odpowiedzi mokrego buziaka. 
 

-  Tata  tes  ładny  –  powiedziała  Ane,  patrząc  na  matkę  niewinnym  spojrzeniem 

brązowych oczu. 
 

-  Tak,  tata  też  jest  ładny  –  przytaknęła  Elizabeth  i  musiała  przez  chwilę  walczyć  z 

zaciśniętym  gardłem.  Opowiadała  małej  o  Jensie  tak  często,  jak  tylko  mogła.  Ane  nie 
powinna go zapomnieć, chociaż Elizabeth uważała, że córeczka jest za mała, żeby wszystko 
rozumieć. 
 

Tata też ładny. Te trzy słowa brzmiały w jej uszach niczym muzyka, zaigrały więcej 

niż tysiące innych słów. Ane rozumie, Elizabeth była tego pewna, chociaż zasób słów małej 
nie jest jeszcze duży. Ma przecież dopiero dwa i pół roku. 
 

-  Teraz  możemy  iść,  to  szybko  skończymy  –  powiedziała,  wstając  i  próbowała 

odsunąć zasłonę, łez, która przesłaniała jej oczy. Nie stój i nie becz, upominała samą siebie. 
Czy nie napłakałaś się już dość? Wzięła wiadra w obie ręce i prosiła Ane, żeby szła za nią.  
 

Pousuwały  się  wolno.  Elizabeth  wielokrotnie  musiała  się  zatrzymywać  i  czekać  na 

córkę. Uśmiechała się do dziecka, które brnęło przed siebie na pulchnych nóżkach. Długa do 
pół łydki spódniczka i chusteczka zawiązana pod brodą sprawiły, że człowiek kochał kogoś 
tak  bardzo?  Nie  wierzyłam  w  to,  dopóki  nie  zostałam  matką,  myślała  Elizabeth,  czując,  że 
serce pęczniej jej z dumy i radości. 
 

Ane upadła, ale natychmiast wstała i ocierała kolana.  

 

- Mokle – powiedziała, marszcząc nosek. 

 

- Nie szkodzi – pocieszała ją Elizabeth. – Chodź tylko, to zobaczysz, jak mama płucze 

ubrania. A może mama opowie ci bajkę? 
 

- Tak, tak – krzyczała radośnie Ane, klaszcząc w rączki. 

 

Po  ostatnich  ulewnych  deszczach  rzeka  była  szeroka,  woda  płynęła  szybko.  Nieco 

dalej  w  górze  huczał  wodospad.  Elizabeth  od  wiosennych  roztopów  nie  widziała,  żeby  ta 
rzeka  była  taka  wielka.  Ale  pora  jest  już  późna,  w  każdej  chwili  można  się  spodziewać 
ś

niegu. 

 

- Będziesz tu siedzieć i czkać na mnie – powiedziała do Ane, sadzając ją na kamieniu. 

 

- Bajkę – domagała się Ane. 

background image

 

86

 

Elizabeth  uśmiechnęła  się.  Zwykle  opowiadała  Ane  jakieś  historie,  kiedy  płukała 

pranie lub zajęta była inną pracą. To pozwalało utrzymać małą na miejscu. Na szczęście nie 
musiała wymyślać nic szczególnego, bo córka lubiła wszystkie opowieści – także te, które już 
wcześniej słyszała. 
 

-  Była  sobie  raz  pewna  mama,  która  strasznie  chciała  mieć  małe  dziecko  –  zaczęła 

Elizabeth. – Prosiła i huldry, i różne podziemne stworzenia, żeby znalazły dla niej jakąś małą 
dziewczynkę. Gdybym tak miała córeczkę o imieniu Ane-Elise, byłabym bardzo zadowolona, 
myślała mama. I tata dziewczynki, który miał na imię Jens, też szukał dziecka – dodała. 
 

Opowiadając  płukała  ubrania,  sztukę  po  sztuce,  aż  palce  zrobiły  się  czerwone  i 

opuchnięte z zimna. Opowiadała, jak rodzice szukali dziecka pod kwiatami i pod krzaczkami 
jagód,  w  końcu  powiedziała,  że  i  tata,  i  mama  znaleźli  dziewczynkę,  i  od  tej  pory  byli 
najszczęśliwszą rodziną na świecie. Ta historia zawsze tak się kończyła. 
 

Została  jeszcze  tylko  jedna  sztuka  do  wypłukania  i  będzie  koniec,  pomyślała  z 

westchnieniem  ulgi,  wyciągając  rękę  po  wiadro.  Nagle  serce  podskoczyło  jej  do  gardła. 
Stwierdziła,  że  Ane  nie  siedzi  już  na  kamieniu.  Miała  wrażenie,  ze  czas  się  zatrzymał, 
wszystko znieruchomiało na wiele sekund, a Elizabeth rozpaczliwie szukała wzrokiem wokół. 
Pulsowało  jej  w  całym  ciele,  szumiało  w  uszach.  Obejrzała  się  wolno  za  siebie  i  z 
przerażeniem  zobaczyła,  że  Ane  zsuwa  się  po  mokrej  trawie,  głową  w  dół  i  zaraz  wpadnie 
wody. Niczym mała lalka leciała przed siebie, ale w ostatniej chwili chwyciła się wystającej z 
wody gałęzi. 
 

Czy to możliwe, że małe dziecko może myśleć tak rozsądnie? – przemknęło Elizabeth 

przed głowę. Czy też chwyciła się tej gałęzi instynktownie? Tysiące myśli tłoczyło się w jej 
głowie, a ona wpatrywała się w małą dziecięcą buzię, w oczy błagające o pomoc. Elizabeth 
była  jak  sparaliżowana  i  patrzyła,  potem  wrzasnęła  z  całej  siły  i  rzuciła  się  do  rzeki.  Miała 
wrażenie, że brodzi w gęstym syropie. Nurt był silniejszym niż sądziła, woda z gór lodowato 
zimna,  zapierała  jej  dech  w  piersi.  Przez  cały  czas  nie  spuszczała  wzroku  z  córki,  jakby  to 
była niewidzialna więź łącząca je obie, więź, której nie wolno zerwać. Ostatnia nadzieja. 
 

Dokładnie  w  chwili,  kiedy  już  miała  chwycić  córeczkę,  Ane  wypuściła  gałąź  z  ręki. 

Mała rączka nie była w stanie dłużej się trzymać i dziecko zniknęło we wzburzonej wodzie. 
Elizabeth wołała ją raz po raz po imieniu, ale głos ginął w huku wodospadu. Wkrótce potem 
małe  ciałko  zostało  wyrzucone  na  kamień.  Jakby  ktoś  pod  wodą  mimo  wszystko  jej  nie 
chciał,  pomyślała  Elizabeth.  Skoczyła  do  przodu.  Woda  zamknęła  się  nad  nią.  Dopiero  po 
chwili wypłynęła na powierzchnię. Teraz nie było jej już tak zimno. Nogi miała zdrętwiałe, 
ale nie czas o tym myśleć. Ze świstem wciągnęła powietrze i brnęła w stronę kamieni. Ręka, 
którą  chwyciła  Ane,  była  sztywna  z  zimna,  reszta  ciała  kompletnie  pozbawiona  czucia,  ale 
zwróciła  i  prostując  plecy,  wlokła  się  w  dzieckiem  w  stronę  brzegu.  Tuliła  do  piersi  małą, 
nadającą oznak życia, przemoczoną. 
 

Na lądzie upadła na kolana, by odzyskać trochę sił, potem uniosła dziecko i ogarnięta 

paniką  wpatrywała  się  w  nie.  Wargi  i  policzki  były  sinoniebieskie.  Czy  to  z  zimna?  – 
zastanawiała się matka, potem chwyciła ubranie córeczki i zaczęła nią potrząsać. Wiedziała, 
ż

e  krzyczy,  ale  nie  miała  pojęcia,  czy  wypowiada  jakieś  słowa  czy  tylko  bez  sensu  wyje. 

Kiedy  Ane  po  chwili  wydała  z  siebie  cichuteńki  jęk,  Elizabeth  poczuła,  ze  ulga  ciepłą  falą 
ogarnia jej ciało. Małe całko skuliło się i wsłuchiwało z siebie wodę, potem dziecko zaczęło 
płakać. Krzyczała przerażona i zmarznięta, czepiając się matki. 
 

- Mój mały aniołek – szlochała Elizabeth, biegnąc do domu. Spódnica plątała jej nogi i 

ograniczała ruchy. Pospiesznie zebrała ją przed sobą i szła najszybciej jak mogła po śliskiej 
trawie. 
 

- Tutaj, moje dziecko, siedź przy picu, a mama dołoży do ognia – mówiła, ładując do 

pieca  torf.  Widziała,  że  Ana  cała  się  trzęsie  z  zimna,  sama  tymczasem  zdjęła  ubranie, 

background image

 

87

wycisnęła  z  wody  i  rzuciła  na  podłogę.  Była  tak  przemarznięta,  że  dygała,  usiadła  tuż  przy 
córce, objęła ją mocno i kołysała w przód i w tył.  
 

W końcu poczuła, ze ciepło wraca do nagiego, przemarzniętego ciała. Ane uspokoiła 

się trochę, płacz ucichł i już się tak strasznie nie trzęsła. Elizabeth przesunęła palcem po blond 
włoskach,  przylepionych  do  skóry  głowy.  Przypominała  sobie  tamten  dzień,  kiedy  Maria 
„żelowała  na  lodowej  krze”  i  kiedy  ona  sama  omal  się  nie  utopiła,  idąc  siostrze  na  ratunek. 
Dlaczego  przez  cały  czas  przytrafiają  się  takie  nieszczęścia  wszystkim,  których  ona  kocha? 
Nie zapomniała przecież tamtych wydarzeń, kiedy Indianne i Maria wzięły łódź i rozbiły się 
na  Tangholmen.  Czy  wisi  nade  mną  jakieś  przekleństwo,  wieczna  kara  za  to,  co  zrobiłam 
Leonardowi? Czy Bóg uznał, że lepiej zostawić ją na ziemi i tutaj powoli dręczyć? 
 

-  Nie  –  wyszeptała.  –  Bóg  jest  dobry,  nawet  jeśli  ludzie  wielokrotnie  myślą  inaczej. 

Bóg nie robi takich rzeczy po to, by kogoś ukarać. 
 

Elizabeth poczuła, że powieki ma ciężkie. Powinnam trochę odpocząć, myślała sennie. 

Nagle  obudziła  się  i  przerażona  rozejrzała  wokół.  W  izbie  było  ciemno,  w  piecu  prawie 
całkiem  wygasło.  Ramię  ją  bolało,  Ane  zasnęła  w  jej  objęciach.  Jak  długo  tak  siedziały? 
Dołożyła znowu torfu tak, żeby paliło się przez całą noc. Potem weszła po schodach na strych 
i położyła małą w podwójnym łóżku. 
 

Kiedy chciała pocałować Ane na dobranoc, odskoczyła przestraszona. Mały policzek 

dosłownie  płonął.  Pospiesznie  usnęła  skórzane  okrycie  na  bok  i  zbadała  ciało  dziecka.  Ane 
wprost się gotowała z gorączki, zaczęła mocno kaszleć, mamrocząc coś przez sen. 
 

Ona  bredzi  w  gorączce,  przemknęło  Elizabeth  przez  myśl.  Pospiesznie  wciągnęła  na 

siebie  mocną  koszulę  i  na  palcach  zeszła  na  dół  po  zimną  wodę  i  szmatkę.  Delikatnymi, 
lekkimi  ruchami  próbowała  ostudzić  rozpalone  ciałko,  ale  wiele  mogła  pomóc.  Ponownie 
zeszła do kuchni i wyjęła jeden z garnuszków z ziołami, które miała w szafie. 
 

-  Muszę  zaparzyć  tych  ziół,  które  obniżają  gorączkę  i  pomagają  na  kaszel  –  mówiła 

półgłosem, nastawiając wodę. Ale nawet głośno wypowiadane słowa nie stanowiły pociechy, 
nękał ją taki strach, że czuła ból w żołądku. 
 

Gdy tylko napar był gotowy, poszła z powrotem na górę. 

 

- Ane, mój aniołku – szeptała. Potrząsała delikatnie dzieckiem, ale Ane nie reagowała. 

Patrzenie na nią sprawiało ból, taka była bezradna. Elizabeth uniosła ją ostrożnie, wzięła na 
kolana i obmywała ciało chłodną wodą. 
 

-  Nie  śpisz?  –  spytała,  kiedy  Ane  w  końcu  otworzyła  oczy.  Ale  wzrok  dziecka  był 

szklany, oczka wpatrywały się po prostu przed siebie. 
 

- Ane, moja najdroższa – powiedziała Elizabeth trochę głośniej, czując, że ogarnia ją 

panika. – Musisz to wypić, po tym poczujesz się lepiej. 
 

Mała kaszlała strasznie, aż jej się gotowało w piersiach. Nic nie wskazywało na to, że 

rozumie,  co  matka  mówi.  Elizabeth  mimo  to  przystawiła  kubek  do  ust  dziecka.  Ane  była 
spragniona, bo powoli wypiła pół kubka, ale potem ciężko opadła w ramiona matki i znowu 
zamknęła oczy. 
 

Elizabeth  wstała  i  zaczęła  chodzić  tam  i  z  powrotem  po  izbie.  Być  może  powinna 

położyć  Ane  do  łóżka,  ale  tak  strasznie  chciała  tulić  do  siebie  jej  drobne  ciałko,  jako 
zadośćuczynienie  za…  nie,  może  znowu  rozmyślać  o  wszystkich  swoich  winach.  To  po 
prostu  nieszczęśliwy  wypadek,  że  córka  stoczyła  się  do  rzeki.  To  się  mogło  przydarzyć 
każdemu, niezależnie od tego, jak uważnie pilnuje swoich dzieci. 
 

Elizabeth  zaczęła  sobie  przypomnieć  piosenkę,  którą  zwykle  śpiewała  jej  mama. 

Szukała w pamięci pierwszych słów, odnalazła tonację i zaczęła cicho śpiewać dziecku. 
 
 

Panie Boże na niebie 

 

prosimy ciebie, 

 

niech twoje nauki 

background image

 

88

 

zawsze żyją w nas. 

 

Niechaj dojrzewają 

 

Każdego dnia. 

 

Niech nas łaska twa oświeci. 

 

Pobłogosław nas, twoje dzieci. 

 
 

- Teraz sobie pośpisz, a potem poczujesz się lepiej – mruczała Elizabeth, układając się 

znowu  w  łóżku.  Leżała  długo  i  wpatrywała  się  w  Ane.  Zioła  powinny  pomóc.  Zawsze 
pomagają. Poza tym zrobiła wyjątkowo mocny wywar. 
 

Elizabeth  ocknęła  się  z  drżeniem  i  zastanawiała  przez  chwilę,  co  mogło  ją  obudzić. 

Oszołomiona wpatrywała się w ciemny pokój. Nic. Pospiesznie położyła drżącą dłoń na czole 
Ane i poczuła, że dziecko jest jeszcze bardziej rozpalone niż poprzednio. 
 

-  Ane,  moja  mała  –  szeptała,  ale  dziecko  nie  reagowało.  Pobiegła  znowu  po  wodę  i 

szmaty,  próbowała  małą  chłodzić.  –  Moja  kochana,  ocknij  się  –  błagała,  ale  Ane  leżała  bez 
ruchu z zamkniętymi oczyma. 
 

-  Musisz  wypić  jeszcze  trochę  herbaty  –  szeptała  matka,  biorąc  kubek.  Małe  ciałko 

było  ciężkie  i  bezwładne  w  jej  ramionach,  a  gdy  przystawiła  kubek  do  ust  dziecka,  nie 
nastąpiła żadna reakcja. 
 

-  Obudź  się,  Ane,  bo  jak  nie,  to  nie  wyzdrowiejesz  –  mówiła  Elizabeth  i  znowu 

rozpoczęła swoją wędrówkę, tam i z powrotem po izbie. 
 

Godziny mijały. Nie wiedziała, jak długo tak chodzi. Żeby tylko mogła odwrócić czas, 

wtedy lepiej by pilnowała córeczki… 
 

Nagle spostrzegła, że Ane otwiera oczy. 

 

-  Nie  śpisz?  –  spytała  Elizabeth  uradowana,  z  uczuciem  ulgi.  Ale  zaraz  nadzieja 

zgasła.  Puste  spojrzenie  Ane  wpatrywało  się  gdzieś  poza  matkę.  Nieoczekiwanie  mała 
uśmiechnęła się szeroko, jakby zobaczyła, że ktoś przyszedł, ktoś, kogo ona kocha. Elizabeth 
odwróciła  się  i  ze  zgrozą  i  popatrzyła  za  siebie,  ale  nikogo  nie  widziała.  Nie  uległo  jednak 
wątpliwości, że Ane owszem. Na jej buzi pojawił się łagodny wyraz odprężenia. 
 

- O, Boże kochany – jęknęła Elizabeth. – Boże, nie zabieraj mi też córeczki – szeptała, 

czując łzy spływające do kącików ust. – Czy muszę tracić wszystkich, których kocham? 
 

Z bolesnym szlochem upadła na kolana, tuląc w ramionach, bezwładne ciało.