background image

Wileńska powieść kryminalna 
Autor: Felicja Romanowska    
Sobota, 25 września 2010 
Biblioteka dzieł Józefa Mackiewicza

Felicja Romanowska

 

I.

 

Dnia 12 maja 1933 r. wróciłem do mego mieszkania 
po   nocnej   obławie   na   bolszewików,   którą 
prowadziłem jako kierownik policji tajnej m. Wilna, 
wraz   z   moimi   komendantami   na   Wilno   i   na 
województwo.   Obława   udała   się,   złapaliśmy 
najobrzydliwszych hersztów: Stefana J., Henryka D., 
oraz   Marjana   Żeleńskiego.   Wyrwałem   kontakt 
elektryczny,   który  łączył   mnie   z   biurem.   Poczułem 
chęć snu. Poszedłem do łazienki i puściłem ukrop do 
wanny.   Pomału   rozbierając   się,   rozkładałem   dłonie 
nad parą lecącej do wanny wody. Poczucie, że zaraz 
mi   będzie   ciepło   i   że   potem   wyciągnę   się   w   łóżku,   sprawiało   mi   przyjemność.
Nagle usłyszałem podniesiony głoś mej służącej i krzyk na nią mego sekretarza. ,,Coś musiało się 
stać" - odrazu pomyślałem sobie. Drzwi otworzyły się pędem. Sekretarz wprost krzyknął:

-Wojewoda!
-

 

Czego

 

wojewoda?...

-   Krzyczy,   wrzeszczy,   żeby   pan   był   natychmiast,   natychmiast.
Od 20 lat pracuję w policji. Znam się na tem. Czułem, że wyczyściłem Wilno tej nocy. Znowuż 
wojewodę znałem jako człowieka zrównoważonego, który nigdy nie podnosił głosu. Zacząłem się 
z powrotem zapinać. „Dni 14 godzin 8 szukałem spinek" - przemknęło mi przez głowę zdanie 
jakiegoś durnia, który obliczył statystycznie, na co stracił swoje 43-letnie życie. -Zawsze to sobie 
przypominam, kiedy szukam spinek. Co mogło się stać wojewodzie?  Może komendant policji 
wpadł do balji? Jak czytelnik widzi, byłem senny, różne głupie myśli lazły mi do głowy. Wojewoda 
nie   miał   ze   mną   dotychczas   żadnych   bezpośrednich   stosunków   służbowych.
Tymczasem   sekretarz   posłał   po   taksówkę,   która   nie   przyjeżdżała.   Wojewoda   jest   w   swojem 
mieszkaniu prywatnem. Prawie nigdy tam nie chodzę. Nie zapraszają mnie na rauty. Wpadłem 
jednak   po   schodach   i   już   wycierałem   nogi   w   skórę   wilczą.
-

 

„Pan

 

wojewoda

 

prosi".

Wszedłem do gabinetu. Wojewoda stał przy biurku zmarszczony i jak mi się wydało, strasznie zły. 
Po   jego   prawej   stronie   stał   komendant   policji   na   województwo   wileńskie,   po   lewej   taki   sam 
komendant na m. Wilno. Mundury. Srebrne guziki. Wszyscy wysokiego wzrostu. Ja tylko wzrostu 
małego.
„Panie

 

Mańkowski"

 

-

 

powiedział

 

wojewoda.

Głos

 

jego

 

wydał

 

mi

 

się

 

drwiący.

background image

,,Aresztują

 

mnie"

 

--

 

pomyślałem.

Panie Mańkowski, z wyraźnym wysiłkiem powiedział wojewoda, musi pan mi zaraz pomóc w 
bardzo

 

ważnej,

 

osobistej,

 

rodzinnej

 

sprawie.

-   Słucham   pana   wojewody   -   powiedziałem.   Dlaczego   wszyscy   stoją?   -   pomyślałem.
-   Nie   całą   godzinę   temu   z   ogrodu   Bernardyńskiego   porwano   mi   córeczkę.
- To się zrobi Panie Wojewodo - odpowiedziałem banalnie. Bo coś we mnie stuknęło - sen mnie 
odleciał.  Zrozumiałem,  że  tę  sprawę muszę  wygrać.  Wiedziałem,  że  moi  przełożeni  pojęcia  o 
niczem   nie   mają.   I   dlatego   poczułem,   że   moja   godzina   wybiła.   Mój   Tulon.   Poczułem   się 
Bonapartem.   I   dlatego   powiedziałem   to,   czego   wobec   moich   przełożonych   dotychczas   nigdy 
jeszcze

 

nie

 

powiedziałem

 

i

 

powiedzieć

 

bym

 

nie

 

mógł.

- Będę prosił mego szefa o swobodę działania i trochę czasu dla tej sprawy.

 

II

 

Wtedy

 

jeden

 

z

 

komendantów

 

zabrał

 

głos.

- Jesteśmy już tutaj od dwudziestu minut. Piastunka pana wojewody, która właściwie jest mamką 
jego córeczki, poszła do Bernardyńskiego ogrodu przed godz. 9-tą. Dziecko było uśpione w wózku. 
Piastunka postawiła je na gazonie, opodal stacji pomp. Kiedy spostrzegła, że dziecka brak, poczęła 
krzyczeć. Zjawił się policjant Małowieski Nr. 2069 i dał znać do komendy policji z prywatnego 
aparatu

 

państwa

 

Konecznych

 

przy

 

ul.

 

Królewskiej

 

9.

Ledwie   słuchałem   tego   wykładu   któregoś   z   moich   przełożonych.
Oczy me pożądliwie patrzały na telefon, stojący na biurku pana wojewody. Ale się opanowałem, 
skłoniłem  się, wyszedłem.  Przechodząc  do  wyjścia  korytarzem,  zawróciłem  nagle.  Tam,  gdzie 
podczas rautów jest szatnia. Jest tam okrągły pokój, a w nim telefon. Zamknąłem za sobą drzwi na 
klucz.
-   Hallo   155.   To   ty   dzieweczko,   proszę   Iskander   z   Kaziem,   ogród   Bernardyński.   -   Żywo.
W ogrodzie Bernardyńskim spotkałem przedewszystkiem bladą panią. Miała włosy rudawe, trochę 
takichże piegów na twarzy. Zęby duże, białe. Ale twarz bladą zupełne. Oczy rozszerzone. Była to 
nieszczęśliwa

 

wojewodzina.

Mamka z miną ogłupiałą. Policjanci wypraszali publiczność z ogrodu od linji placu przed teatrem. 
Było   ich   wielu.   Miało   się   wrażenie,   że   tam   na   murawie   ujrzy   się   trupa.
Skłoniłem się wojewodzinie. „Niech pani idzie do domu". Wiedziałem, że mnie nie posłucha. 
Zobaczyłem wózek na trawie. Ogromny przodownik leżał na brzuchu. Znałem go. Był to gość 
nieznośny   i   zarozumiały.   Teraz   pewno   miał   nadzieje   takie   same,   jak   ja.
Badanie   śladów   na   piasku   było   oczywistym   nonsensem.   Ludzi   było   dużo.   Sprowadzony 
przezemnie   pies   powąchał   daną   mu   kołderkę,   którą   wziąłem   z   wózka.
Wlepiłem w niego oczy. Pies rezolutnie poszedł naprzód z Giermanowiczem.

 

 

III.

 

background image

Zwróciłem

 

się

 

teraz

 

do

 

wojewodziny.

 

-

 

Nie

 

widziałem

 

nigdy

 

córeczki

 

Pani

Wojewodziny.

 

Ile

 

miała

 

miesięcy?

 

-

 

Pięć.

Miała ciągle rozszerzone bezprzytomnie oczy. Widziałem, że nic ciekawego nie otrzymam z tej 
indagacji.
Mamka

 

stała

 

tuż,

 

obok.

 

-

 

Skąd

 

jesteście?

-

 

Z

 

Krakowa.

 

-

 

Jak

 

to

 

było?

- A ja postawiłam Agatkę i odeszłam kilka kroków. Wracam, niema. Oglądam się. Na trawniku nie 
było nikogo. Zaczęłam krzyczeć. Ludzie się zbiegli. Policjant. Czy nie widzieli. Wszyscy pytali 
się.
-   Czemu   oddaliliście   się   od   dziecka?   Dziewczyna   jąka   się.
- Czemu oddaliliście się od dziecka? Widzę, że dziewczyna zdaje sobie sprawę, że to nie pani 
domu,   że   to   pyta   policja.   Widzę,   że   dziewczyna   mniejwięcej   rozumie,   co   to   policja.
-

 

Za

 

swoją

 

potrzebą.

Wojewodzina   odwraca   się  nagłym  ruchem.  Teraz  ja  rozkazuję.  Ruchem  wymownym  nakazuję 
wojewodzinie

 

milczenie.

-

 

Wasze

 

dziecko?

-

 

Toż

 

umarło.

 

-

 

Z

 

kim?

-

 

A

 

w

 

Krakowie.

 

-

 

Z

 

kim,

 

nazwisko?

-   Walenty   Góral.   Od   saperów   z   Kopca   Kościuszki.   On   jeszcze   przy   wojsku.
- Gracjanowski - mówię do podchodzącego wywiadowcy. - Gracjanowski zaraz do naczelnika 
poczty.   Ze   wszystkich   skrzynek   wileńskich   listy.   Adresowaną   na   imię   pana   wojewody   czy 
wojewodziny korespondencję, zatrzymać.

 

IV.

 

Pies   wyszedł   bramą   koło   Wilenki.   Biegnę   w   tym   kierunku.   Pies   może   spłoszyć.   Znają   go 
kryminaliści.

 

Wysyłając

 

go,

 

gram

 

va

 

banque.

Wbiegając przez bramę ogrodu Bernardyńskiego na mały skwerek koło kościołów, nie widzę psa. 
Widok na dwa mosty i plac metropolitalny mam otwarty. Albo więc poszedł w stronę Bakszty, 
Sofjanik, otaczając Sobór, albo na zaułek Bernardyński, czy Ś-to Michalski. Dobry policjant ma 
jakieś intuicje, przeczucie, węch, bo ja wiem. Dość, że biegnę pędem na Ś-to Michalski i tu dopiero 
podnoszę   melonik,   który   mi   się   zsunął   na   czoło   i   wycieram   czoło   chustką.
Pies

 

stoi

 

przed

 

domem

 

Nr.

 

27.

 

Giermanowicz ogląda się na mnie. Rozumiemy się. Mały ruch ręką, ale broń Boże nie podnosząc 
do góry, tylko tak na poziomie kieszeni. Giermanowicz ciągnie psa dalej. Więc to numer 27-my.
Mam uczucie skomplikowane. Właściwie powinienem podskoczyć do góry z radości. Tu z tego 
numeru 27 wzięliśmy dziś niebezpiecznego komunistę, Polaka, do niedawna wierzącego katolika, 
niejakiego   Marjana   Żeleńskiego.   Żona   jego,   którąśmy   zostawili,   histerycznie   nam   wymyślała. 
Byłby to więc czyn niepoczytalnej kobiety. Prawie napewno, tak! Żona Żeleńskiego mogła znać 
wojewodzinę i jej dziecko. Sam dziś w nocy, byłem w tem mieszkaniu, sam słyszałem jej obelgi.
Ostrożnie, spokojnie, mijam Nr. 27. Nie, nie wystawię tu żadnej warty. To histeryczka. Gotowa 
zadusić   dziecko,   jeśli   policja   zjawi   się   do   niej.   Zrobimy   to   inaczej.

background image

Oglądam się. Widzę, jak jeden z moich wywiadowców podąża za mną. Zatrzymuję się, kaszlę. To 
znak.

 

Za

 

chwilę

 

wywiadowca

 

jest

 

koło

 

mnie.

„Uważaj,   aby   z   Nr.   27   nie   wywieźli   dziecka.   W   razie   czego,   aresztuj".
Idę   do   Sztralla.   Telefonuję.   Muszę   widzieć   pewną   osobę,   z   którą   mogę   się   spotkać   tylko   w 
zakonspirowanem mieszkaniu, które jest daleko. To mi jest bardzo niewygodne. Ale znów stawiam 
na

 

jedną

 

kartę.

Na   rogu   Sztralla   zatrzymuje   mnie   wywiadowca   wysłany   na   pocztę.
-   Panie   Naczelniku,   naczelnik   poczty   kazał   mi   pana   szukać.   Pan   wojewoda   prosi.
-

 

Niech

 

prosi.

 

Dobrze.

 

Pójdę

 

do

 

niego.

Póki   mi   tamtą   osobę,   potrzebną   mi   do   mieszkania   konspiracyjnego   znajdą,   mogę   pogadać   z 
wojewodą. Trzeba go uprzedzić, iż jeśli sprawa przedłuży się, to nie będzie można mi przerywać 
tak co chwila.

 

V.

 

Wojewoda:
-   Panie   Mańkowski,   pan   kazał   zatrzymać   moją   korespondencję?
-

 

Tak

 

jest,

 

panie

 

wojewodo.

-   Sądzę,   że   nie   mógł   pan   tego   uczynić   bez   conajmniej   mego   zezwolenia.
-

 

Chciałem

 

otrzymać

 

to

 

pozwolenie

 

ex

 

post.

-   Naczelnik   poczty   ma   ją   wysłać   za   chwilę.   Co   pan   znalazł   w   ogrodzie?
Na   to   wszedł   urzędnik   pocztowy:   „Tylko   jeden   list,   panie   wojewodo"   -   powiedział.
Spojrzałem. Był to list w szarej kopercie, zaadresowany wyraźnem pismem, litery kreślone były 
szerokiemi

 

pasmami

 

atramentu

- Naczelnik kazał powiedzieć, że ten list musiał być wrzucony do skrzynki o 10 godzinie na ul. św. 
Anny

 

-

 

powiedział

 

urzędnik.

A   więc   niedaleko   miejsca   porwania,    pomyślałem   i   widzę,   że   wojewoda   myśli   to   samo.
-

 

Dziękuję

 

panu

 

-

 

mówi

 

wojewoda

 

do

 

urzędnika.

Po

 

jego

 

wyjściu,

 

do

 

mnie:

-   Ten   list   nie   może   mieć   nic   wspólnego   ze   sprawą.   Jest   to   do   mnie   list,   ściśle   osobisty.
A

 

po

 

chwili

 

dodaje:

-   To   od   znanego   literata   wileńskiego,   Kazimierza   Leczyckiego.
Patrzę na wojewodę. Widzę jego podbródek świeżo wygolony, jego oczy niebieskie, jego twarz 
młodą,   przystojną,   męską.   Patrzę   i   nie   mówię   nic.  Ale   ta   chwila   jest   dla   mnie   przełomowa. 
Gdybym   był   tylko   sługusem,   odezwałbym   się   w   tej   chwili.   Gdybym   był   efekciarzem,   tobym 
krzyknął. Ale jestem policjantem i mam nerwy człowieka walki, człowieka przygotowanego do 
tego, aby się nie zdradzić w okolicznościach najbardziej nadzwyczajnych. I ja milczę. Bo ja wiem. 
Bo ja byłem kolegą szkolnym Kazia Leczyckiego. I znam doskonale jego charakter pisma. I wiem, 
że koperta, którą wojewoda w ręku trzyma, nie ma nic wspólnego z pismem Leczyckiego.

 

VI.

 

Siedziałem w konspiracyjnem mieszkaniu. Osobie, która tam przyszła, wydałem polecenie pójścia 

background image

do mieszkania komunistki Żeleńskiej i wyciągnąć ją pod jakimkolwiek pozorem z domu. Następnie 
my,   policja,   przyjdziemy   i   przeszukamy,   czy   niema   dziecka   ukrytego.
Blum, (ten wywiadowca, który został na Ś-to Michalskim), miał mnie zawiadomić, kiedy moja 
wspólniczka

 

wyjdzie

 

z

 

Żeleńską

 

na

 

ulicę.

Nie   mogłem   jednak   długo   wytrzymać.   Sprawa   ta   mnie   rozpaliła.   Toteż   po   pewnym   czasie 
poszedłem

 

znów

 

na

 

Ś-to

 

Michalski.

I tu czekało mnie duże rozczarowanie. Blum powiadomił mnie, że znana mu konfidentka, którą 
nazywał „młodą żydówką", wyszła ze Ś-to Michalskiego sama i mijając go, rzuciła mu wyraz 
„wyjechała”.
Dziwna

 

sytuacja.

Teraz   już   mogłem   iść   do   kamienicy.   Poszliśmy   razem   z   Blumem.
Zapukaliśmy

 

do

 

mieszkania

 

Żeleńskiej.

Przypadkiem   trąciwszy   klamkę,   skonstatowałem,   że   mieszkanie   było   otwarte.
Panował tam nieład. Rzeczy były rozrzucone po rewizji z dzisiejszej nocy. Kilka pokoików i żywej 
duszy.
Posłałem   Bluma   po   Giermanowicza   z   „Iskandrem",   sam   stanąłem   w   kuchence,   będącej 
jednocześnie przedpokojem. Mieszkanie miało jedno wyjście. Szyby niemyte nie wiem ile czasu, 
prawie nieprzeźroczyste. Ze schodów dolatywał mnie zapach kleju introligatorskiego, prażonych 
jarzyn,

 

mydlin

 

i

 

innych

 

obrzydliwości.

Blum

 

nie

 

wracał.

Nagle   usłyszałem   z   wyższego   piętra   czyjeś   kroki.   Szedł   mężczyzna   ciężko   stąpając   po 
drewnianych,

 

skrzypiących,

 

stękających

 

schodach.

Słyszałem

 

nietylko

 

kroki,

 

lecz

 

i

 

gwizd

 

na

 

nutę:

Siekiera,

 

motyka,

 

piłka,

 

kleszcze,

Wyjrzałem w momencie, gdy mężczyzna mijał drzwi mojej kuchenki. Był to drab wysoki, ubrany z 
wytwornością sutenera. Jakby wyraz zdziwienia przeleciał przez jego twarz. Wydało mi się, że 
poszedł   dalej   już   z   udawaną   obojętnością.   Tylko   z   ostatnich   schodów   doleciał   mnie   gwizd:
Siekiera,

 

motyka,

 

piłka,

 

kleszcze.

Jeszcze   jakieś   dziesięć   minut   czekania   i   zjawili   się   Blum   z   Giermanowiczem   i   Iskandrem.
Raz   jeszcze   kołderka   małej   wojewodzianki   i   pies   zaczyna   węszyć.
Ze środka pokoju stołowego mieszkania komunistów Żeleńskich rusza Iskander na górę. Znów ten 
zapach   nieznośny   „prażonego   bobu",   zapach   latami   niewietrzonych   mieszkań   wileńskich,   ser, 
szmaty,   gnil,   klej,   wszystko   jest   w   tym   smrodzie.   Iskander   opiera   się   decydująco   przedniemi 
łapami

 

o

 

drzwi

 

bez

 

napisu,

 

drzwi

 

prawie

 

na

 

poddaszu.

-

 

Mieszkanie

 

z

 

jednem

 

wejściem,

 

-

 

mówi

 

Giermanowicz.

Pukam, nic. Blum jest człowiekiem, który otwiera wszystkie drzwi. Te są zamknięte na zamek 
francuski.   Blum   otwiera   je   jakąś   blaszką,   którą   wyjmuje   z   kieszeni.
Nie   mieszkanie,   a   pokój.   Okno   ciemne.   Brudnawe   prześcieradło   powieszone   na   sznurku   ma 
osłaniać stojące za niem niezasłane łóżko; stół nieheblowany, okruchy chleba i nóż do krajania 
chleba.

 

Na

 

ćwieku

 

wisi

 

eleganckie

 

damskie

 

palto.

Podchodzę do palta i ogarnia mnie znowu trochę zdumienie, trochę złość. Palto, najwyraźniej 
pachnie perfumami wojewodziny! Tak jest! Przecież oto najdalej 3 godziny mówiłem z nią. Nie 
zapominam zapachu perfum. W moim zawodzie jest to konieczne. Tak jest i nie może być żadnej 
wątpliwości.

 

To

 

 

perfumy

 

wojewodziny.

Ten   ze   swoim   listem,   ta   palto   zostawia   w   jakiejś   norze!   Z   niechęcią   oglądam   palto…
„Gallerie   Lafayette"   -   czytam   -   Paris.

  

No,   niema   wątpliwości.

Blum wyciąga latarkę elektryczną. Szuka wszędzie. Nie znajdujemy nic. Pościel brudna, trochę 
męskiej, ordynarnej bielizny. Podarte skarpetki, jedna elegancka koszula, kupiona u Szumańskich 
Nr.

 

40,

 

jeszcze

 

nie

 

noszona.

Patrzę na moich agentów, chcąc z ich oczu wywołać jakiś plan działania. Ale niestety, widzę, że 
obaj wstrzymują ziewania. Na ich twarzach widać straszliwe zmęczenie. Przecież cała ta sprawa 
wypadła

 

po

 

nocy

 

całkowicie

 

bezsennej.

background image

Oczy ludzkie są najlepszem źródłem pomysłów i natchnień, lecz nie wtedy, kiedy są zaspane. 
Odwracam więc głowę od zaspanych agentów i kombinuję choć czuję, że i moje nerwy podważone 

 

trochę

 

zniechęceniem,

 

trochę

 

snem.

- Ten typ musiał być z tego mieszkania. Ten gwizdający. Ale do cholery, tu było dziecko i gdzież 
się podziało. Na dole go niema, tu go niema. A przecież Iskander jest tak zdecydowany. Złapać 
typa... Ba! złapać mogę go tylko ja, bo tylko ja go widziałem. A cóż stało się z tą Żeleńską?
-   Zostańcie   tu,   Blum   -   do   szóstej.  O   szóstej   przyślę   wam   zmianę.   Jeśli   nikogo   nie   będzie, 
pójdziecie   z   tą   koszulą   do   Szumańskiego,   sprawdźcie,   kto   ją   kupił.
Wychodzę, starając się nie patrzeć na protestujące oczy sennego Bluma.

 

VII

 

Teraz znów na pocztę. Depesze szyfrowe na linje kolejowe z rysopisem Żeleńskiej i rozkazem 
zatrzymania takiej kobiety, gdyby jechała z dzieckiem, dziewczynką pięciomiesięczną. Nadziei 
mało. Ale jakim sposobem dziecko z domu przy Ś-to Michalskim 27 mogło się wydostać i zginąć?
Nie, nie zasnę. Toż są pierwsze godziny. Wywiadowcy przeważnie śpią. Nie, ja spać nie mogę.
Na   placu   Katedralnym   spotykam   jednego   z   komisarzy,   który   mi   komunikuje,   że   o   porwaniu 
dziecka,

 

już

 

wie

 

całe

 

Wilno.

Idę do „Ziemiańskiej" trochę się pożywić i wypić kieliszek wódki. Pierwsza osoba, która mi się 
rzuca tam w oczy, to drogi wogóle, a specjalnie drogi w tej chwili, Kazio Leczycki, zasiadający 
przed  butelką  koniaku.  To  spotkanie   z  Kaziem  jest   pierwszym  szczęśliwym  ewenementem  od 
chwili   rozpoczęcia   śledztwa.   Zwykle   tak   bywa,   że   nici   same   lezą   do   rąk,   a   tu   nic.
Przysiadam

 

się

 

do

 

niego.

-Kaziu,

 

-

 

mówię

 

-

 

drogi

 

Kaziu,

 

znasz

 

ty

 

wojewodę?

- Naszego, tego który został mianowany po awansie p. Jaszczołta na ministra spraw wewn. w 
gabinecie

 

p.

 

Pierackiego?

-

 

Tego

 

właśnie.

- Znam doskonale. Uczyłem go przecież historji polskiej i polityki jeszcze w gimnazjum mińskiem. 
On

 

jest

 

młodszy

 

odemnie

 

o

 

2

 

klasy.

- Co ty powiesz! - a przecież on nie jest mińszczanin. Nazywa się Lack, to nie jest mińskie 
nazwisko.
-   Lack,   -   mówi   Kazio,   -   Lack.   Tak   on   jest   z   Kalisza.
-

 

A

 

jego

 

żona?

- A bardzo miła. Nazywa się Dziewanowska. Halinka Dziewanowska. Uczyłem ją kiedyś religji i 
muzyki.   Potem   kształciła   się   w   Krakowie.  Tam   wzięli   ślub.   I   tam   urodziła   się   im   córeczka.
-

 

A

 

bywasz

 

u

 

nich?

-   Właściwie   pierwszy   raz   wczoraj   wieczorem.   Gadaliśmy   dość   długo.   Ja   im   opowiadałem, 
dlaczego

 

pisałem

 

„Manekina”.

-

 

Hm!...

 

i

 

długo

 

im

 

to

 

tłumaczyłeś?

 

-

 

Dość

 

długo.

-   Nie   wybierasz   się   do   nich   znowu,   nie   piszesz   do   nich   czasami?
-

 

Może

 

się

 

wybiorę.

O pisaniu ani słowa. Ale ja i bez tego wiem, że nie pisał. Wiem teraz także, że Leczycki przyszedł 
wojewodzie do głowy dlatego, że wieczorem siedział u niego. Byłoby zbyteczne dalej rozpytywać 
Leczyckiego. On nigdy nie kłamie, ale z tem wszystkiem o ludziach mówi albo dobrze, albo 
przesadnie dobrze.- Dlatego wojewoda nie chciał mi pokazać tamtego listu. - Sprawy amorosa?

background image

- Ale te przecież się wyznaje tajnemu agentowi, jak księdzu na spowiedzi, albo lekarzowi. Ważne 
sprawy polityczne? - Chyba to. Ale przecież p. Dobosz ma telefon a inne władze nie potrzebują  
także

 

wrzucać

 

listów

 

na

 

św.

 

Anny.

-

 

Dowidzenia

 

Ci

 

Kaziu.

 

Zapłacisz

 

za

 

mnie.

Rozumowania moje nabierają trochę cech senności i jak w soczewce zbierają się w konkluzji:
- Przecież ten drab nie uciekł z tego mieszkania. Widać, że zostawił różne rzeczy. Przyjdzie. Blum 
go

 

złapie

 

i

 

wkońcu

 

będziemy

 

mieli

 

jakieś

 

nici.

Nie   był   on   tam   meldowany.   Lokatorów   tego   domu   znałem   napamięć.
I mimo snu, powlokłem się teraz na plac Łukiski w sprawie aresztowań nocnych.

 

VIII.

 

Uprzedzam, że to co teraz opowiem, będzie śmieszne. Dla mnie było tylko tragiczne, ale dla 
czytelnika   śmieszne.   Niski   wzrost,   wielki   brzuch,   idjotyczny  wypadek,   to   są   wszystko   rzeczy 
predestynowane,   aby   być   tragicznemi   dla   jednostki,   śmiesznemi   dla   otoczenia.
Przez cały czas wyżej opisanych zajść, mój zastępca, człowiek młody, wesoły i głupi, ale szybko 
robiący karjerę, bo bardzo sympatyczny i koleżeński, p. Iwasiewicz, spał po przepracowanej nocy. 
Teraz z Łukiszek posłałem mu telefonogram, aby przyszedł na Ś-to Michalski z wywiadowcą, albo 
nawet   mundurowym,   tylko   przebranym   w   cywilne   i   byle   wyspanym,   oczywiście.
Na kilka minut przed szóstą, wkraczałem do kamienicy na Ś-to Michalskim. Bluma nie było na 
ulicy,

 

ani

 

na

 

schodach.

 

Włażę

 

na

 

dach.

Otwieram   drzwi.   Blum   leży   na   łóżku   i   śpi.-   Blum   -   wołam   -   Blum,   psiakrew!  
Blum   siada   na   łóżku,   potem   wstaje.   Patrzymy   na   siebie,   potem   na   pokój.
Palto   damskie   o   zapachu   wojewodziny  znikło   z   gwoździa.   Znikła   też   i   bielizna   i   koszula   od 
Szumańskich

 

i

 

wszystko,

 

cośmy

 

wydobyli.

-

 

Będziecie

 

zwolnieni

 

ze

 

służby.

-

 

Może

 

mnie

 

uśpili,

 

panie

 

komisarzu?

 

Nie

 

słucham

 

go.

Poczucie   nie   śmieszności,   lecz   tragizmu   łapie   mnie   za   gardło.   Wiem,   że   to   dla   wszystkich 
śmieszne,

 

prócz

 

dla

 

Bluma

 

i

 

mnie.

Na   tę   scenę   włazi   roześmiany,   w   humorze   wiosennego   słoneczka,   sam   pan   Iwasiewicz.  
Pachnie od niego wodą kolońską Dandy d'Orsay. Rączki zaciera jedną o drugą. On tak zawsze, 
gotów

 

przynieść

 

najlepszą

 

i

 

najgorszą

 

nowinę.

I   tu   zaczyna   się   dla   czytelnika   śmieszność   numer   2.   Dla   mnie   tragizm   numer   2.   Pachnący 
Iwasiewicz

 

mówi:

-

 

Przynoszę

 

nowinę,

 

panie

 

naczelniku

 

przynoszę

 

nowinę.

-

 

Złą,

 

czy

 

dobrą?

Mamka, panie naczelniku, mamka od pana wojewody uciekła: wyszła o 3-ciej i jeszcze jej niema i 
nie

 

będze,

 

bo

 

ukradła

 

broszkę

 

i

 

trochę

 

innej

 

biżuterji.

-

 

A-a-a.

Ten okrzyk wyrwał się mi, ale pohamowałem się. Gwizdnęło mi w głowie to „siekiera, motyka, 
piłka, kleszcze". Przecie to nie palto wojewodziny tu wisiało, ale palto mamki, podarowane jej 
przez

 

wojewodzinę.

- A-a-a. To, co Iskander znalazł, to może być nie droga porwanego dziecka przed porwaniem, lecz 
droga do ogrodu z pałacu. Tutaj na Ś-to Michalskim mieszkał poprostu kochanek piastunki, ten 
saper.   Dziewczyna   wstąpiła   najprawdopodobniej   do   niego   przed   ogrodem   i   przed   porwaniem. 
Dziewczyna   była   za   głupia,   aby   uczestniczyć   w   porwaniu   dziecka.   Co   najwyżej   mogła   być 

background image

wciągnięta   w   tę   sprawę.  Ale   jeśli   chodzi   o   ślady,   któremi   szedłem;   były   tropem   fałszywym.
Przeszedłem   się   po   pokoju,   aby   się   uspokoić,   potem   wyciągnąłem   notes   i   napisałem   dla 
Iwasiewicza

 

dyspozycje:

1 ) Przeprowadzić śledztwo wśród służby p. wojewody, co wiedzą o zachowaniu się piastunki.
2) Zebrać od policji i konfidentów wiadomości o tem, czy nie przyjechał do Wilna w ostatnich 
czasach

 

na

 

występy

 

jakiś

 

opryszek

 

krakowski.

3)   Zadepeszować   do   tego   oddziału   saperów,   który   stoi   na   Kopcu   Kościuszki   w   Krakowie   z 
zapytaniem,   czy   niema   tam   żołnierza   nazwiskiem   Góral   Walenty   i   co   się   z   nim   stało.
To uczyniwszy poszedłem spać.

 

IX.

 

Nazajutrz

 

zbudził

 

mnie

 

Iwasiewicz.

 

Depesza

 

z

 

Krakowa

 

nadeszła.

„Saper Góral Walenty zdezerterował w dniu 8 maja 1933 r. o godzinie 6 wieczorem. Wiadomości 
szczegółowe

 

listownie".

Wiadomości z pałacu były następujące Piastunka małej wojewodzianki od kilku dni ginęła po kilka 
godzin dziennie. Nie zwracano na to większej uwagi, bo przedtem prowadziła się wzorowo. Stare 
palto od pani otrzymała przed dwoma tygodniami. Służba zauważyła, iż palto zginęło, ale daty 
ustalić nie było można. Najwyraźniej wszystko wskazywało na to, że piastunka była w kontakcie 
ze   swoim   kochankiem,   który,   aby   ją   wyzyskać,   uciekł   z   Krakowa   i   przyjechał   do   Wilna.
Jako odpowiedź na ankietę wśród policji, otrzymał Iwasiewicz z III komisarjatu wiadomość, że 
dwie noce temu, awanturował się w domu schadzek przy ul. Mostowej 1, jakiś osobnik, mówiący z 
krakowska.   Zatrzymany   jednak   nie   był.   Pozatem   żadne   raporty   na   jakiegoś   specjalnie 
krakowskiego opryszka nie wskazywały i nic nam pod tym względem nie przyniosło poszukiwanie 
wiadomości

 

wśród

 

naszych

 

konfidentów.

Pozatem   jeszcze   w   sprawie   komunistki   Żeleńskiej.   Ta   znikła   bez   śladu.   Na   moje   wczorajsze 
szyfrowe   depesze,   odpowiedział   tylko   posterunek   policyjny   w   Białymstoku,   że   idąc   za 
wskazówkami nadesłanego rysopisu wylegitymował panią R. jadącą z Wilna, ale nie z dzieckiem, 
tylko   z   pełnoletnim   panem   S.   Poza   tą   wiadomością   żadnego   echa   o   Żeleńskiej.
Wezwano

 

mnie

 

do

 

pałacu.

Zastałem   wojewodę   przy   biurku,   zgnębionego   i   zmienionego   bardzo.   Wojewodzina   z 
podkrążonemi od płaczu oczyma, zdenerwowana, trzęsąca się, przypominała, że niema na świecie 
siły większej, niż instynkt macierzyński. Wojewodzina zadała mi kilka pytań, przykładając czasem 
chusteczkę   do   ust,   i   opuściła   pokój   dopiero   na   wyraźną   prośbę   wojewody.
Wojewoda   wtedy   dał   mi   dwie   koperty.   Pierwsza   zawierała   list   komitetu   wykonawczego 
komunistycznej partji Białorusi Zachodniej, żądający wypuszczenia z więzinia Stefana J. i Marjana 
Żeleńskiego w ciądu tygodnia, w przeciwnym razie dziecko zostanie zabite. Nie było w tym liście 
wzmianki, że dziecko zostanie oddane w razie tego wypuszczenia. Na kopercie ołówkiem, widać 
przez naczelnika poczty było zaznaczone, że list wrzucony został do skrzynki pocztowej na ulicy 
św.

 

Anny

 

dzisiejszej

 

nocy.

Drugi list był wrzucony do skrzynki na kolonji montwiłłowskiej, adresowany do „J. Wielmożnej 
Pani

 

Wojewodziny

 

Lackowej”.

 

Oto

 

jego

 

treść:

„Szanowna

 

Pani

 

!

Chce Pani dziecko swe odzyskać - jest na to sposób. Jeździsz Pani sama autem, proszę wsiąść do 
Buicka swego i pojechać na ulicę, o której dowiesz się. Tam Pani dowiesz się, gdzie masz jechać, 

background image

albo może odrazu dzieciontko Pani oddamy. Proszę przygotować tylko 5.000 złotych. Pieniądze 
niewielkie, a dla Pani nieznaczące, tak że lepiej nic nie mówić, ani policji, ani mężulkowi, bo tak 
pani będzie miała dziecko napewno, za co honorem ręczymy, zresztą ono potrzebne nam nie jest, a 
sama Pani rozumie, że ryzyko dla Pani wielkie, a my wiemy, że nic Pani nie dostanie. Niech Pani 
dziś   z   domu   nie   wychodzi   i   spokojnie   czeka,   jeśli   nie   ma   złych   zamiarów.
Związek

 

Ludzi

 

Dobrej

 

Woli".

-   Cóż   Pan   myśli   -   przerwał   wojewoda   moje   rozmyślania.
- No cóż - powiedziałem, odrywając oczy od papierów - złodzieje są przyzwoitsi od bolszewików, 
to

 

tak

 

zawsze.

- Tej bolszewickiej koperty żonie nie pokazałem, ale tę złodziejską czytała i dobrze, że czytała, bo 
to jej dodało otuchy. Wierzy, że dziecko jej zwrócą. Oczywiście, gdyby się dowiedziała, że z 
dwóch   stron   otrzymaliśmy   takie   samo   handlowanie   życiem   dziecka,   to   nadzieje   jej   byłyby 
mniejsze.
Zacząłem

 

głośno

 

myśleć:

- I ci, i tamci piszą, że mają dziecko. Należy się liczyć, że łżą i jedni i drudzy. Złodziejski list  
zaufania we mnie nie budzi, ale muszę przyznać, że sprytnie rozwiązali kwestję, która w takich 
historjach jest najtrudniejsza dla bandytów, to jest moment wręczenia okupu. Ci sobie wymyślili 
sposób zabezpieczający im maksimum bezpieczeństwa... Jestem przekonany, że będą telefonicznie 
starali się połączyć z panią wojewodziną. Wezwą ją, aby samochodem pojechała na jakąś ulicę 
oddaloną, albo jeszcze pewniej za miasto. Tam wsiądą do samochodu i każą jej jechać z wielką 
szybkością w jakimś kierunku. To istotnie, jest dość sprytny sposób pozbycia się policji. W każdym 
razie  widać,  że  w  ich  planach  leży  opanowanie  samochodu;  po  wywiezieniu  wojewodziny za 
miasto, na zwrot dziecka tą drogą mało jest nadziei. Ale bolszewicy dają nam tydzień czasu, wobec 
tego

 

tych

 

kryminalistów

 

możemy

 

złapać.

-

 

Jak

 

pan

 

to

 

zrobi?

-   Ile   pan   ma   tutaj   aparatów?   -   spytałem   zamiast   odpowiedzi.
-

 

Dwa.

- A więc panie wojewodo, niech pan namówi żonę, aby kiedy zadzwonią do niej bandyci, zeczęła 
ich błagać, żeby dziecko oddali, przynieśli do pałacu, niech najdłużej ich zatrzyma przy telefonie. 
Bo oni spróbują telefonować. Z tego listu wynika, że będą telefonować. Przecież piszą: „niech Pani 
z domu nie wychodzi". Niech więc wojewodzina zatrzyma ich przy telefonie, ile będzie miała siły. 
Tymczasem kto inny niech zadzwoni do mnie, a ja spędzę dzień dzisiejszy na stacji telefonicznej...
-   Rozumiem   -   powiedział   wojewodaja   sam   będę   siedział   z   żoną   i   zadzwonię   do   Pana.
Poszedłem  na   stację  telefoniczną   wileńską.   Skonstatować,   który  numer   dzwoni,   jest   tam  dość 
łatwo.   Najwyżej   trzeba   przejść   wzdłuż   wszystkich   stolików,   a   ich   jest   stosunkowo   niewiele. 
Wojewoda   dał   mi   do   dyspozycji   swój   samochód,   który   schowałem   w   garażu   pocztowym   z 
szoferem Giermanowiczem, z psem, Gracjanowskim i Blumem, któremu chciałem wybaczyć, o ile 
na

 

to

 

zasłuży.

Ale   czekałem   cały   dzień,   a   telefonu   z   pałacu   nie   było,   a   raczej   były,   ale   nie   z   oczekiwaną 
wiadomością. Wojewoda kilka razy pytał się mnie, czy warto, abym tak dzień tracił bezczynnie. 
Bałem się, że ktoś odegrał mój manewr, że ktoś widział samochód, wjeżdżający na pocztę, albo 
mnie wchodzącego do centrali telefonów.

 

X

 

Ale

 

o

 

8

 

wieczór,

 

głos

 

drżący

 

wojewody

 

wezwał

 

mnie:

background image

-

 

Dzwonią!

Rzuciłem się ku stolikom telefonicznym. Znalazłem odrazu. Ale Boże! cóż za nieszczęście, był to 
numer

 

pewnej

 

fabryki.

Dojazd autem do fabryki położonej, jak wiadomo o kilka kilometrów za miastem, jest bardzo 
trudny,   nie   mówiąc   już   o   tem,   że   wymaga   conajmniej   20   minut   czasu.
Mój plan opierał się na przypuszczeniach, że kryminaliści nie rozporządzają aparatem w żadnem 
prywatnem mieszkaniu, że będą dzwonić z budki w jakimś hotelu, czy restauracji. Wtedy byłoby 
łatwo ich schwytać, bo wymagałoby to nie więcej, niż 5 minut czasu. Nie przyszło mi do głowy, że 
użyją

 

telefonu

 

podmiejskiego,

 

włączonego

 

do

 

sieci

 

miejskiej.

-   Psiakrew   -   zakląłem   odruchowo   i   szybko   począłem   tłumaczyć   wojewodzie:  
-

 

Więc

 

niech

 

wojewodzina

 

wyjeżdża.

Proszę się niczego nie bać. Jedziemy pierwsi na miejsce. Wszystko będzie jak najlepiej. Głową 
ręczę

 

za

 

bezpieczeństwo.

Podniecony   i   zdopingowany   rozgrywką,   która   nas   czekała   za   jakieś   pół   godziny,   zawiesiłem 
słuchawkę, nie zwracając uwagi na molestujący głos wojewody. Wpadłem do garażu, wydałem 
ostatnie zarządzenia, i po pięciu minutach mknęliśmy już w kierunku fabryki, z której pochodził 
telefon. Giermanowicz jest jednym z najdzielniejszych szoferów. Zna każdą wyrwę w promieniu 
kilkudziesięciu kilometrów od miasta, i w najgłębszych ciemnościach z zamkniętemi oczyma trafi 
do każdego punktu. Blum, upokorzony swoją niefortunną przygodą w zaułku Ś-to Michalskim, 
zechce napewno zrehabilitować się. Gracjanowski - ten człowiek djabłu na rogi pójdzie, a nasz 
Iskander ma węch jak wszystkie psy policyjne całego świata razem wzięte. Co do mnie, byłem 
przekonany,   iż   trzymam   ich   już   w   ręku...   Pędziliśmy   z   szybkością   60   km.   na   godzinę,   ze 
zgaszonemi  reflektorami,  podskakując  na  wyboistych   ulicach  Zarzecza,  prowadzeni   nieomylną 
ręką Giermanowicza.

 

XI.

 

Gdy wojewoda o godzinie 8 wieczór rzucił zdławionym głosem komisarzowi Mańkowskiemu - 
„dzwonią" - wojewodzina, nie panując nad wzruszeniem, trzymała słuchawkę. Dzielna kobieta, dla 
której fraszką był skok narciarski 30-metrowy i przelot Fokkerem z Wilna do Krakowa  drżała.
- Tak - tak - powtarzała napół przytomnie do telefonu: - rozumiem, rozumiem... Dobrze... Ale 
Agatka, Agatka, na miłość boską! Co? Zdrowa, zdrowa, Bogu najwyższemu dzięki! Już, już - za 
chwilę

 

wyruszam.

 

Jestem

 

gotowa.

Ze łzami rzuciła się na szyję wojewodzie - Zdrowa i żywa, rozumiesz? O, teraz czuję się silna i 
stanowcza.

 

Jadę.

 

Niema

 

chwili

 

do

 

stracenia.

-

 

Gdzież

 

to

 

jest?

 

-

 

wyszeptał

 

wojewoda.

- Pół drogi do Nowej Wilejki. Na piątym kilometrze, zaraz za mostem czekają z Agatką. O, Jurku, 
jedyny

 

Jurku...

- Ależ tak nie można, Halinko. Bój się Boga! Ja tracę głowę nie wiem co się ze mną dzieje. Czy 
Mańkowski nie zawiedzie? On przecie nie wie, gdzie ty właściwie masz stanąć. Zaczekaj chwilę. 
Porozumiem

 

się

 

z

 

nim

 

dokładniej...

Na   molestujący   głos   wojewody   Mańkowski   już   nie   odpowiedział.

 

- Co robić? Co robić? -- wojewoda biegał po gabinecie, przyciskając dłonie do łomocących skroni: 
-

 

za

 

żadne

 

skarby

 

nie

 

puszczę

 

cię

 

samej

 

!

-

 

Jurku,

 

opamiętaj

 

się.

 

Bądź

 

mężczyzną!.

I wojewodzina zdecydowanym ruchem skierowała się do drzwi. A właśnie ktoś w nie zapukał. 

background image

Wojewodzina   zetknęła   się   z   wchodzącym   radcą   Wiktorem   Piotrowiczem.
- Pan wojewoda daruje - rzekł radca z teczką pod pachą, skłoniwszy się służbowo: - pan wojewoda 
daruje, że go niepokoję o tej porze i wkraczam brutalnie do domu, okrytego smutkiem, obowiązek 
jednak państwowy, przed którym muszą ustąpić najboleśniejsze zgoła sprawy osobiste, obowiązek, 
powtarzam,

 

skłania

 

mnie...

- Jezus Marja! - krzyknął wojewoda, przerywając radcy: - w takiej chwili! Panie radco, panie 
Wiktorze

 

drogi,

 

niechże

 

pan

 

mnie

 

oszczędza!

Lecz   nagle,   jakby   olśniony,   chwycił   zdumionego   radcę   w   ramiona   i   potrząsając   nim   mocno, 
zawołał:
- Sama Opatrzność zsyła nam pana! Halinko, pan Piotrowicz pojedzie z tobą.

 

XII

 

Wojewoda słusznie rozumował, że sam towarzyszyć żonie nie może. Porywcy Agatki poznaliby go 
odrazu,   i   mogłoby   to   skomplikować   całą   sprawę.   Pozwolić   zaś   wojewodzinie   udać   się 
samochodem na niebezpieczną wyprawę - to przekraczało jego siły. Jednak bandyci zastrzegli 
wyraźnie, że wojewodzina musi przybyć na umówione miejsce bez osłony. Jak wybrnąć z trudnej 
sytuacji?
Radca Piotrowicz znalazł wyjście. Poinformowany w kilku słowach o co chodzi, wlot ogarnął 
położenie.   Dopomóc   wojewodzinie   stało   się   dla   niego   nakazem   obowiązku.
-   Jestem   gotów!   -   zawołał   z   zapałem:   -   gdzie   auto?
-

 

Stoi

 

na

 

dziedzińcu.

I   nim   wojewoda   zdołał   zorjentować   się,   radca   sprężystym   krokiem   wybiegł   z   gabinetu.
-

 

Niechże

 

pani

 

wojewodzina

 

siada

 krzyknął

 

w

 

progu.

- Broń, broń! - rozległ się za nim zdenerwowany głos wojewody: - może pan nie ma rewolweru?
Ale radca już tych słów nie dosłyszał. Wojewodzina tymczasem szybko pakowała pięć tysięcy 
złotych do torebki, nałożyła autookulary i ściągnąwszy mocno paskiem swój płaszcz sportowy, 
skakała   po   dwa   stopnie   ze   schodów,   w   biegu   zapinając   rękawiczki.
Dygocący  8-cylindrowy,   niezawodny Buick  stał  na  dziedzińcu,  zwrócony  latarniami  na  bramę 
wjazdową.
-   W   imię   Boże!   -   wojewoda   rozlatanemi   rękami   pomagał   żonie   zasiąść   przy   kierownicy.
-   Ruszaj!   -   dodał   odruchowo,   lecz   raptownie   uderzył   się   w   czoło:
-

 

Ale

 

gdzież

 

Piotrowicz?

-   Jestem   -   i   głos   radcy,   jakby   zduszony,   doleciał   niskiem   echem   z   wnętrza   samochodu.
Wojewoda

 

szarpnął

 

drzwiczki.

 

W

 

aucie

 

nikogo

 

nie

 

było.

- Nerwy odmawiają mi posłuszeństwa - wzdrygnął się wojewoda: - czy ja śnię? Gdzież pan jest? 
Przecież

 

tu

 

nikogo

 

niema?

Siedzenie   samochodu   podniosło   się   zlekka,   ukazując   głowę   radcy.
- Jestem tutaj. Uważam, że to najpewniejsza kryjówka. Tu mnie nikt z bandytów nie dostrzeże, a ja 
mam świetny punkt obserwacyjny. Niech pan wojewoda będzie spokojny. Wszystko w porządku.
Wojewoda   po   raz   pierwszy   zapewne   dnia   tego   odetchął   z   głęboką   ulgą.
- Co za genjalny pomysł! Nie zapomnę panu tego do śmierci, drogi, kochany pani Wiktorze.
I   mocno   uciskając   wyciągniętą   z   pod   siedzenia   dłoń   radcy,   rzekł   na   pożegnanie:  
-

 

A

 

więc

 

raz

 

jeszcze,

 

w

 

imię

 

Boże!

Panie   radco,   w   pańskich   rękach   los   mojej   żony.   Halinko,   czas   najwyższy.
Buick bezszelestnie poderwał się z miejsca. Czerwone światełko mignęło w bramie i auto zakręciło 

background image

w   ulicę   Uniwersytecką.  Wojewoda   ze   spuszczoną   głową,   wolnym   krokiem   jął   wstępować   po 
schodach pałacu.

 

XIII

 

Minąwszy most Zarzeczny, wdarłszy się pod górę za Krzyżem i zostawiwszy za sobą ostatnie 
zabudowania miasta, wojewodzina zwiększyła szybkość swego Buicka na szosie nowowilejskiej 
do stu kilometrów. Kilka minut dzieliło ją od upragnionego mostu. Zawrotna szybkość stała się 
zbawienną dla ukrytego pod siedzeniem radcy: zgięty napół w niewygodnej pozycji, nie zdążył 
nawet zdać sobie z niej sprawy, gdy auto zatrzymało się w mocnem szarpnięciu o kilka metrów za 
mostem.
Z obu rowów przydrożnych  wyłoniło się po dwie postacie: czterech niewyraźnych osobników 
otoczyło auto. Jakkolwiek wojewodzina spodziewała się - liczniejszej być może - bandy, efekt był 
zbyt silny. Kaszkiety nasunięte na oczy, brudne szaliki na szyjach, owłosione i nieogolone twarze i 
te charakterystyczne ruchy zawodowych bandytów - wszystko razem wywołało niespodziewany 
wstrząs.
- Panie Wiktorze - krzyknęła dzielna niewiasta, zdradzając tym okrzykiem, że ktoś jeszcze musi 
być

 

w

 

aucie.

Jeden

 

z

 

bandytów

 

spojrzał

 

na

 

nią

 

podejrzliwie:

- Paniusia, jak widzę, tego.. niebardzo wypełniła nasze warunki? To niedobrze. U nas to tak: albo 
wzajemne

 

zaufanie

 

i

 

czysta

 

gra,

 

albo...

I ciemna lufa rewolweru zamigotała w świetle samochowych latarni. Wojewodzina krzyknęła po 
raz drugi, niemal spazmatycznie. Krzyk ten zmusił radcę do interwencji. Wylazł z pod siedzenia i 
otwierając

 

drzwiczki,

 

zapytał:

-

 

Co

 

się

 

tu

 

dzieje?

Dwie

 

latarki

 

elektryczne

 

kazały

 

mu

 

zmrużyć

 

oczy.

A, to pan radca - ozwał się jeden z bandytów: - szanowanie! Gdzież to się radca uplacował?
Wzrok

 

bandyty

 

padł

 

na

 

podniesione

 

poduszki

 

siedzenia.

-

 

To

 

tak?

 

Nie

 

było

 

tu

 

pewnie

 

wygodnie?

Ordynarny śmiech bandy złowrogim zgrzytem uderzył w uszy radcy i wojewodziny, która zdążyła 
już

 

całkowicie

 

wrócić

 

do

 

równowagi...

-   No,   szoruj   radca   pod   poduszki,   ale   migiem!   Już   cię   niema,   siup!
Nie pozostało nic innego, jak poddać się presji bandytów. Radca Piotrowicz posłusznie wrócił do 
swej

 

kryjówki

- Ty Józiuk, siadaj sobie wygodnie na poduszkach - rzekł jeden z szajki, jak widać, herszt - tylko 
uważaj,   żebyś   naszego   radcy   nie   uraził.   Wiadomo,   delikatna   osoba.
Gruby   śmiech   zawtórował   tym   sławom,   herszt   zaś   zwrócił   się   do   wojewodziny:  
- Forsa jest? No, z rączki do rączki! Wojewodzina pośpiesznie oddała torebkę, której zawartość 
skrupulatnie

 

przeliczono.

- Zgadza się. W porządku. Teraz paniusia pozwoli na dół, tak - tutaj - błotka niema, nóżki się nie 
ubrudzą.
Wojewodzina

 

jak

 

automat

 

wypełniała

 

rozkazy

 

bandy.

-   Antek   i   Franek   do   środka.   Ja   siądę   przy   kierownicy.
Bandyci   zajęli   miejsca.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   mieli   zamiar   porwać   auto,   zostawiając 
wojewodzinę

 

na

 

bezludnej

 

szosie,

 

w

 

ciemnościach

 

nocy.

-   Ale   dziecko,   dziecko?   --   jęknęła   wojewodzina   drżącymi   wargami.
-  A  cóż   paniusia   myślisz?   Za   kogo   nas   masz?   My   ludzie   rzetelne.   Mańka,   dawaj   bachora.
Na te słowa wyłoniła się z rowu postać obdartej dziewczyny, trzymająca przy piersiach niemowlę.

background image

- Widzisz, paniusia. Jeszcze karmili Agatkę, aby głodu nie zaznała. Mańka, siadaj przy mnie.  
Szybkim ruchem znalazła się Mańka  przy herszcie  bandy,  który wszedł  obecnie  w obowiązki 
szofera.   Auto   ruszyło   pędem   z   radcą   Piotrowiczem   pod   siedzeniem.
Oszołomiona  i zdezorjentowana  całą  sceną, która  rozegrała się w tempie  kinematograficznem, 
wojewodzina poczęła rozwijać łachmany, otulające ciałko niemowlęcia. Księżyc wyjrzał właśnie z 
za chmur. W jego seledynowem świetle wojewodzina przekonała się z przerażeniem, że nagie 
niemowlę

 

było

 

płci

 

męskiej.

Nieszczęśliwa kobieta zemdlona osunęła się do rowu.

 

XIV.

 

Panna Felicja Romanowska*) lubiła namiętnie konne wycieczki. Nałoży, bywało, żokejkę, w której 
jej tak do twarzy, czarny kubraczek, briczesy w kratkę i buty z ostrogami -dosiędzie rączego konia i 
hejże

 

po

 

błoniach

 

z

 

wiatrem

 

w

 

zawody.

Szosa nowowilejska stanowiła jej zwyczajną trasę dla swej .malowniczości w spadach i zakrętach, 
odsłaniających wciąz nowe widoki. Wdole wije się Wilenka wartkim nurtem, a w jej falach tłumy 
kąpiących się. Po drugiej stronie szosy lasy i zagajniki, tętniące śpiewem ptasząt. Szum wody, 
okrzyki pływaków, ptaszęcy świrgot, i powiewy wiatru mieszają się w dźwięczną symfonję, której 
przyjemnie posłuchać z góry. Panna Fela, bywało, podjedzie nieraz do urwistego brzegu Wilenki, 
przechyli   się   na   siodle   i   osłaniając   dłonią   oczy,   w   które   bije   blask   wody   i   słońca.   zawoła:
-

 

Hej,

 

hej,

 

dobrzy

 

ludzie,

 

a

 

co

 

wy

 

tam

 

robicie?

-

 

Hej,

 

hej,

 

-

 

odpowiadają

 

-

 

kąpiemy

 

się,

 

panienko!

-   Panie   Boże   dopomóż!   -   odkrzyknie   im   panna   Fela   i   popędzi   konika.
Owego pamiętnego dnia majowego, kiedy wojewodzina otrzymała list od „Ludzi dobrej woli", 
panna

 

Romanowska

 

ruszyła

 

samotnie

 

w

 

dalszą

 

przejażdżkę.

Wyjechała   w   godzinach   popołudniowych,   około   ósmej   wieczór   była   w   Mickunach,   skąd   po 
krótkim   odpoczynku   i   lekkim   posiłku,   udała   się   w   drogę   powrotną   do   Wilna.
Noc już prawie zapadła. Tylko księżyc, przedzierając się przez skłębione chmury, zwiastujące 
burzę   majową,   oświetlał   niekiedy   opustoszałą   już   o   tej   porze   szosę.   Powietrze,   naładowane 
elektrycznością,   ociężało   nieco,   i   spragnione   płuca   amazonki   oddychały   coraz   trudniej.   Koń 
niepokoił się, strzygąc od czasu do czasu uszami, jak to zwykle przed burzą bywa. Zwalniał więc  
kroku,   to   też   panna   Fela   musiała   go   coraz   częściej   podniecać   ostrogami.
Nagle, na ostrym zakręcie, za którym całe pole usiane jest w tem miejscu gliniankami, pełnemi 
brudnej   i   mętnej   wody,   wierzchowiec   panny   Feli   zaczął   parskać   i   chrapać,   najwyraźniej 
wyczuwając   niebezpieczeństwo.   Nie   pomogło   przyjazne   klepanie   po   jego   giętkiej   szyi   i 
zachęcające słowa odważnej amazonki. Koń stanął raptownie, wrywając się kopytami w ziemię i 
chrapiąc

 

nie

 

miał

 

zamiaru

 

iść

 

dalej.

-   Ktoś   tu   musi   być   -   szepnęła   do   siebie   amazonka,   postanawiając   zbadać   sytuację.
Zeskoczywszy elastycznie z siodła i puszczając luzem wierzchowca, panna Fela przesadziła rów, 
nad   którym   rosły   niskie   krzewy.   Oczom   jej   przedstawił   się   dramatyczny   widok:
- Panie Wiktorze, co to ma znaczyć?

 

XV.

background image

 

Jechaliśmy   milcząc.   Od   Krzywego   Koła   Chevrolet   wojewódzki   ześlizgnął   się   z   wyłączonym 
motorem, bezszelestnie z gór. Teraz pod górę. Huk motoru rozpraszał moje myśli: Jakiś policjant 
zwrócił uwagę na auto bez świateł. Począł dawać znaki, usiłując nas zatrzymać. Zwróciło to uwagę 
kilku

 

przechodniów.

-

 

Gazu,

 

Giermanowicz!

Mój   dzielny   policjant   odwrócił   się   z   nad   kierownicy   i   zrobił   słuszną   uwagę:
- Panie naczelniku, myślę włączyć światła przednie. Nikt nas nie zauważył jak wyjeżdżaliśmy z 
miasta. Teraz na szosie dużo chodzi taksówek i autobusów. Auto bez reflektorów więcej zwraca 
uwagi,

 

a

 

pod

 

taką

 

górę

 

motor

 

ryczy

 

jak

 

piekło.

- Macie słuszność, - odrzekłem. Że też mi to odrazu nie przyszło do głowy. Kiepski ze mnie 
policjant. Jechać będziemy mogli prędzej. Zwolna jęły mnie opanowywać refleksje. Świeży wiatr 
dmuchał nam w twarze, powiało ciepłem majowej nocy i wilgocią rosy jednocześnie. Usiadłem 
wygodniej   na   poduszkach   i   poczułem   jakby  osłabienie   w   kościach.   -   Po   tylu   wrażeniach,   po 
nieprzespanych nocach. - Auto dudniło a stronami biegły topole, w blaskach reflektorów ich pnie 
wyłaniały się nagle, białe, niesamowite, z czarnej czeluści nocy i biegły, biegły. W takich chwilach, 
gdy za pół godziny rozegrać się może decydujący moment, najlepiej nie myśleć o niczem, a raczej 
myśleć o rzeczach postronnych, błahych. Chwilowe odprężenie nerwów, dobrze zrobi... Chciało mi 

*)Autorka zaznacza„ że w rękopisie swojej powieści osobę nadobnej amazonki innem oznaczyła 
nazwiskiem, bardziej może znanem osobom występującym w powieści. W ostatniej jednak chwili 
doszedł   ją   gwałtowny   sprzeciw   tej   osoby,   która   nie   życzy   sobie   przejść   do   literatury.   Panna 
Romanowska,   chcąc   dać   przykład   wyższości   ponad   przesądy,   która   kobiety,   zajmujące   się 
literaturą, cechować powinna, a jeśli chodzi o starszą generację literatek, to wiemy, że cechuje - 
odważnie wprowadza siebie samą do zajmującej akcji.

się w tej chwili poprostu marzyć. - Z tego stanu wyrwał mnie dziwny zapach, ostry zapach jakby 
perfum.

 

Pociągnąłem

 

nosem

 

kilkakrotnie.

-

 

Blum,

 

gdzie

 

się

 

pan

 

tak

 

uperfumował?!

-

 

Ja

 

nie,

 

panie

 

naczelniku,

 

to...

 

może

 

fryzjer.

-   Dobrze   się   wam   powodzi,   jak   widzę.   W   domu   brzytwy   nie   macie?
Ale   Blum   odwrócił   do   mnie   twarz   pełną   zakłopotania   i   wyrzutu   zarazem.
-

 

Panie

 

naczelniku,

 

jeszcze

 

w

 

domu

 

przecie

 

nie

 

byłem!

-   No,   no,   nagroda   nas   zato   nie   minie.   -   Tak   jest   panie   naczelniku.   -   Odparł   smętnie.
Spojrzałem

 

po

 

bokach.

-

 

Giermanowicz,

 

minęliśmy

 

już

 

Puszkarnię?

- Juuuż! - doleciał mię głos z nad rozdygotanego motoru. Jeszcze jeden zakręt. Auto poszło ciszej. 
Wyprostowałem   się   i   rękę   machinalnie   włożyłem   do   kieszeni.
- Przyznam, iż nie mam zaufania do belgijskich eNeFów. Piątkę wogóle za broń nie uważam, a 
raczej za straszak. Siódemka belgijska często zacina. Używam zawsze automatycznego pistoletu 
„Mauser” cal. 765. Ma świetny chwyt, kolbę drewnianą i po wystrzeleniu dziewięciu nabojów 
automatycznie nabija magazyn zapasowy. Teraz, ku swemu przerażeniu skonstatowałem: że nie 
zabrałem   ze   sobą   drugiego   magazynu.   Nie   było   jednak   czasu   na   rozmyślanie.
-

 

To

 

tu?

-

 

Ta

 

droga

 

w

 

prawo

 

-

 

szepnął

 

Gracjanowski.

-

 

Zgasić

 

światła.

 

Czy

 

daleko

 

jeszcze

 

w

 

bok?

- Możemy zawrócić. Droga miękka, idzie wdół. Pojedziemy bez motoru. Szkoda czasu na piechotę. 
- Objaśniał Giermanowicz.

background image

 

XVI.

 

Auto   zawróciło   i   po   rozmiękłym   piasku   potoczyło   się   między   gęstym   sośniakiem   i   jedliną. 
Otwarłem drzwiczki i stanąłem prawą nogą na stopniu. Jednak piasek głęboki utrudniał jazdę. 
Stanęliśmy

 

w

 

kotlinie.

 

Dosyć.

-

 

Ale

 

jak

 

on

 

stąd

 

nawróci?

 

-

 

wtrącił

 

Blum.

- Cicho, do djabła! Drzwiczek nie zamykać, żeby nie było trzasku. Maszynę zostawimy. Ja z 
Giermanowiczem i z psem przodem, wy z tyłu. - Wydałem te rozkazy szeptem. - Ten szept jednak 
raził moje własne ucho, taka cisza śmiertelna panowała wokół. Na niebie zbierały się ciemne 
chmury,   zwiastując   burzę.   Postaliśmy   chwilę.   Nic.   Śmiertelna   cisza.
-

 

Za

 

mną...

Wąwóz stał się jeszcze głębszy. Nad głowami mieliśmy zbitą kopułę liści. Stąpaliśmy jak widma 
po głębokim piachu. Nagle - co to ?! - wyraźnie szelest. Gracjanowski zbliżył twarz do mego ucha: 
„To nie, to Wilenka, rzeka". - Pomiędzy gęstwiną olch, krzaków leszczyny i młodych świerków 
zamajaczyła biała plama fabryki. Gracjanowski wysunął się naprzód, bo znał dobrze miejscowość. 
Obeszliśmy dokoła zabudowania. Żywej duszy. Wszędzie ciemno. Pies nie zaszczekał. Iskander 
ocierał mi się łbem o kolano, stąpał jak cień, ale nie okazywał zainteresowania. – Tu mieszka do-
zorca.
Leciutko,

 

stuk,

 

stuk,

 

kolbą

 

rewolweru.

 

Żadnej

 

odpowiedzi.

Ach te męczące, męczące, policyjne dobijanie się do drzwi! Wieleż tracić trzeba nam energji, 
czasu, wiele wyładować nerwów! A jakiejż wprawy i znajomości ludzkiego głosu, wymaga, ta 
prosta na pozór czynność stukania do drzwi. Kto i jak się odezwie. Od tego zależy postępowanie 
policji. Albo mówi grzecznie i perswaduje, albo działa terorem, grozi, łomocze i wyłamuje drzwi.
Drugi raz, - mocniej: stuk, stuk. - Wreszcie głos kobiecy: „Kto tam?". Była to żona dozorcy. Długo 
trwały   pertraktacje,   zanim   mi   otworzyła.   W   tym   czasie   Giermanowicz   stał   od   strony   rzeki, 
Gracjanowki i Blum z drugiej, przy dwóch wejściach. Teraz Iskander węszył zajadle koło drzwi 
dozorcy. Żona otworzyła wreszcie. Męża niema, nikogo niema. - Co, dokąd poszedł ? Z wieczora 
do   Nowej   Wilejki.   Gospodarza   niema.   Jest   jeden   robotnik,   śpi   w   składzie:
- Stary ten człowiek nie umiał nic powiedzieć i wydawał się szczerze zdziwiony naszą wizytą. 
Rano

 

przyjdą

 

robotnicy,

 

może

 

oni

 

co

 

widzieli.

-

 

Nie

 

było

 

tu

 

nikogo?

 

-

 

Nie

 

słychać

 

było.

-

 

Gdzie

 

telefon?

Dozorczyni zaprowadziła nas poprzez ciemne pokoje biura, składy, schody, na górę do kancelarji. 
Słaby   płomień   świecy   rzucał   fantastyczne   cienie.   Iskander   biegł   pierwszy,   później   dreptała 
dozorczyni,

 

zaczem

 

ja,

 

za

 

mną

 

Blum.

-

 

Co

 

to,

 

elektryczności

 

niema

 

u

 

was?

 

-

 

Pogasła

 

dlaczeguś

 

dziś.

-

 

Hm...

 

Blum

 

uważaj.

W kancelarji panował wzorowy porządek. Na biurku stał telefon, a słuchawka… leżała odłożona 
na bibule. Jedno okno zlekka uchylone. Otwarłem je i spojrzałem w dół. Nie było wysoko... Oto 
wszystko. Robić rewizję, szukać. Poco? Dobry policjant winien mieć intuicję. Intuicja mówiła mi, 
żeśmy albo przyjechali zapóźno, albo... Nie, tu stanowczo niema nikogo. Wystarczy spojrzeć na 
psa.

 

Usiadł

 

i

 

gryzł

 

palec

 

tylnej

 

nogi.

Jazda stąd! Prędko! Coś mię pchało ku szosie, byle szybciej ! Tylny bieg. Zapalić światła.

background image

 

XVII.

 

To,   co   się   stało   następnie,   przeszło   moje   wszystkie   oczekiwania.   Przy   wjeździe   na   szosę 
spotkaliśmy postać kobiecą z dzieckiem na ręku. Twarz miała zastygłą w jakiejś niemej rozpaczy, a 
na policzkach rozmazane ślady łez. To była wojewodzina. Opowiedziała wszystko. Ach, żeśmy tyle 
czasu stracili w tej przeklętej fabryce! Teraz gazu co sił do Nowej Wilejki. Na posterunek! Ani 
chwili   do   stracenia.   Jednak   około   8-miu   minut   musiałem   zużytkować   zanim   na   posterunku 
policyjnym wydałem niezbędne rozkazy. Zatelefonować do Wilna po auto dla wojewodziny; do 
komendy powiatowej o zarządzeniu pościgu; do Michaliszek i Świru o zatrzymanie każdego auta 
osobowego; bachora przesłać rano do Zakładu Dzieciątka Jezus; dać nam zaraz jednego policjanta 
z

 

karabinem.

-   Dowidzenia   pani,   przepraszam,   ani   sekundy   dłużej   na   rozmowę!
Giermanowicz zdołał się już wywiedzieć, że w ciągu ostatniej godziny dwa auta przeszły przez 
miasteczko,

 

ale

 

obydwa

 

skierowały

 

się

 

na

 

trakt

 

Połocki.

Boże, cóż za pech, prześladował mię cały dzień dzisiejszy! Teraz przejazd. Pociąg idzie, więc 
przejazd zamknięty automatycznie. Motor stoi przed szlabanem i warczy, drży cały, niecierpliwi 
się. Sekundy biegną. Zaczynam kląć, co mi się zdarza w chwilach niezwykłego zdenerwowania. 
Ten pociąg robi chyba półtora kilometra na godzinę! - Nareszcie! Dwie minuty straty. Prędzej, 
prędzej!   Wykręcamy   po   jezdni,   podskakujemy   na   wybojach.   Straszny   jest   ten   odcinek   drogi.
-

 

Zaraz

 

wyjeżdżamy

 

na

 

szosę

 

-

 

mówi

 

mundurowy.

Oto drugi przejazd, przelatujemy po szynach. Przed nami, w świetle reflektorów leżała wstęga 
szosy,   równiutka,   prosta   linja,   ciągnie   się   gdzieś   w   tajemniczą   nieskończoność   i   ginie   w 
ciemnościach.

 

-

 

No,

 

teraz!

Sześćdziesiąt,   70,   80;strzałka   szybkości   biegnie   coraz   dalej;   dziewięćdziesiąt,   sto...   samochód 
przysiadł jakby do ziemi, wyrzucił kurz z pod opon i poleciał nisko, jak ptak sto dziesięć na 
godzinę.

 

Przechylony

 

poprzez

 

karoserję

 

patrzałem

 

w

 

dal.

Nagle Giermanowicz hamuje... Co się stało! Dlaczego wszyscy sięgnęli raptem po rewolwery? Już 
widzę dokładnie: przed nami w ciemności, czerwona latarka tylnego światła. Jakieś duże, osobowe 
auto stoi na szosie.

 

XVIII

 

Muszę

 

się

 

przyznać,

 

z

 

niekłamaną

 

dumą,

że w wypadkach, jak teraz, wobec bezpośrednio grożącego niebezpieczeństwa, w oczekiwaniu 
stanowczej   rozgrywki   -   opanowuję   całkowicie   swe   nerwy   i   zdobywam   się   na   zimną   krew.
Stałem   w   samochodzie   pochylony   nad   Giermanowiczem,   prawą   ręką   trzymając   za   klamkę 
drzwiczek

 

i

 

szybko

 

wydałem

 

rozkazy:

- Nie hamować maszyny! Pełnym gazem naprzód! Wszystkie reflektory! Dziesięć kroków od auta, 
stanąć!

 

Wyskakiwać

 

na

 

boki

 

i

 

nie

 

włazić

 

w

 

światło!

Żżuchch   -   ciężko   stęknąwszy   zarył   się   Chevrolet   o   kilka   kroków   przed   tajemniczem   autem. 
Skoczyłem pierwszy z rewolwerem w ręku, przez rów na pole; za mną Iskander. Giermanowicz 

background image

wyłączył motor i skoczył również w prawo. Pozostali w lewo. W ten sposób, sami ukryci w cieniu, 
oślepiając spodziewanych bandytów reflektorami, - mieliśmy dokładnie oświetlone pole widzenia. 
Nie   było   najmniejszej   wątpliwo   ści.   Przed   nami   stał   ciężki,   wojewódzki   Buick.
Ściskałem   kolbę   rewolweru.   Byłem   przygotowany   na   wszystko.   Staliśmy   tak   chwilę,   jak 
skamieniali w miejscu. Gdzieś z dala, z wilgotnych łąk, odezwał się derkacz, raz i drugi. Ale w 
Buicku   wojewody   panowała   cisza.   Niema   nikogo.   Auto   najwidoczniej   porzucono.
- Zgasić światła -- powiedziałem przygnębionym głosem. - Giermanowicz obejrzyjcie maszynę. 
Siadłem

 

wyczerpany

 

na

 

stopniu.

 

To

 

te

 

nieprzespane

 

noce...

Starszy posterunkowy dotknął motoru. Próbował następnie różnych części, obejrzał koła, wreszcie 
zdał

 

raport:

- Panie naczelniku, zabrakło im benzyny. Przebili opony i kiszki. Motor jeszcze ciepły. Tylko co 
zwiali.
W tej chwili przeraźliwa błyskawica rozdarła powietrze, padł grom. Zerwał się nagły wicher i 
rozszalała na dobre burza. Deszcz począł lać jak z cebra. - To nas otrzeźwiło. Wleźliśmy pod budę i 
jęli rozstrząsać sytuację spokojnie.

 

XIX

 

Bandyci zostawili auto i uciekli. Uciec mogli wprost, w lewo, lub wprawo, albo też uszli jakiś 
kawał szosą, by następnie skręcić. Poszukiwać ich w tej chwili w najbliższych zaroślach, jest 
rzeczą absurdalną. Wszędzie, w tej okolicy rozciągają się wielkie lasy. Łatwiejby znaleźć szpilkę w 
stogu siana. - A jak się przedstawia topografja terenu? W lewo od szosy, aż po linję kolejową 
Wilno-Zemgale, suchy las szpilkowy, o gęstem podszyciu . W prawo, pola, łąki, rzeka Wilenka, 
następnie zbite masy leśne Nadleśnictwa Ławaryskiego. Tak nam objaśniał policjant mundurowy.
-

 

A

 

więc?

 

-

 

zapytał

 

Gracjanowski.

-   A   więc,   mogli   pójść   zarówno   w   lewo,   jak   w   prawo.
Pełen   rezygnacji   zapaliłem   papierosa,   pierwszego   od   wyjazdu   z   Wilna   i   zagłębiwszy   się   w 
poduszkach, udawałem wobec swych podwładnych, że roję jakoweś genjalne plany podczas gdy 
właściwie w głowie mojej panowała pustka, zmęczenie, chęć snu i chaos. Co robić? - Blum prosił 
służbiście

 

o

 

ogień.

 

Podałem

 

mu

 

ogarek.

I oto nas czterech, oficera, i dzielnych wywiadowców, skierował na właściwe tory jeden policjant 
mundurowy Komendy Powiatowej. Ten właśnie, któregośmy wzięli z Nowej Wilejki. Nazywał się 
Bilunas   i   znał   doskonale   miejscowy   teren   i   stosunki.   Powiedział   tak:
- Ja radzę jechać do Mickun. 'I'am jest „nasz człowiek, trzyma herbaciarnię. On wie dużo. Jeżeli to 
jest   taka   znaczna   szajka   bandytów,   on   musi   wiedzieć   i   wskaże.  Wszyscy   spojrzeli   na   mnie. 
Oczywiście kazałem jechać.

 

XX

 

Wincenty Bukowski trzymał herbaciarnię w Mickunach od lat 5-ciu. Mówiono o nim, że trudnił się 
przemytem, ale niech mu to idzie w niepamięć. Urodzony w Kobylniku, prowadził jakiś czas mały 

background image

handelek   na   Zarzeczu   w   Wilnie,   zwinął   go   przezornie   jeszcze   przed   kryzysem.   Gdzieś   w 
tajemniczy   sposób   spławił   teścia   i   kupił   kawał   gruntu   w   Mickunach.   Spokojny   w   obejściu, 
poważny, ważył każde słowo zanim go z ust wypuścił. Każdego miał w zwyczaju obejrzeć od stóp 
do głów. Czynił przytem wrażenie człowieka godnego zaufania, bo w rezultacie mówił prosto i 
wyraźnie. -Nie wiem dlaczego, miałem wrażenie, że ten człowiek wie o wszystkiem, choć nas o nic 
nie pytał, a tylko słuchał. Kazał podać herbaty. Herbaty - nie wódki. To dobrze świadczyło o jego 
intencjach. Sam wypił pół szklanki, otarł pot z pełnego, jak księżyc oblicza i zapytał wreszcie 
Bilunasa:

 

-

 

Gdzie

 

stało

 

auto?

-

 

Pomiędzy

 

mniej

 

więcej

 

Ulitą

 

i

 

Derzelami.

- Aha. - Włożył kapotę. Zmarszczywszy czoło spojrzał przez otwarte okno na niebo, następnie na 
zegarek. Za 20-cia dwunasta. Jeszcze raz obrzucił nas wszystkich wzrokiem i spytał po raz drugi:
-

 

Broń

 

panowie

 

macie?

 

-

 

Mamy

 

-

 

odrzekłem.

-

 

Aha.

 

To

 

idziemy.

-   Dokąd?   -   spytałem,   trochę   zniecierpliwiony   jego   kobylnicką   flegmą.

 

Bukowski   tylko   nasunął   czapkę   na   czoło   i   zwrócił   się   do   Bilunasa.

 

- Tylnim chodam.

 

XXI

 

Gdyśmy uszli kawał drogi, po rozmiękłym po deszczu gruncie. Odezwał się znów niespodziewanie 
Bukowski.
Jeżeli ich niema w Muchnie, tedy są jeszcze w Borkach. Jeśli ni tu, ni tu, znaczysia dali się prosta 
leśnym trybam przez błota do Brzeźniaków. Daleka droga. Tam dziś nie zajdziem. Tylko panowie - 
zwrócił się nagle w moją stronę - żeb nicht nie wiedział, że ja w ta sprawa zamieszany. Ja ich  
znam.
Do miejsca będzie może ze trzy kilometry, aleśmy szli omal godzinę. Na wschodzie niebo jęło się 
już różowić, gdy ujrzeliśmy polanę. W kierunku zachodnim, koło rzeki widniały trzy zabudowania. 
Bliżej   lasu   samotna   odryna.   Nasz   przewodnik   stanął   jak   wryty   i   nakazał   milczenie.   Spojrzał 
dokładnie   po   okolicy,   zatrzymał   dłuższy   wzrok   na   odrynie   i   szepnął:
-

 

Jest.

 

-

 

Poczem

 

cofnął

 

się

 

w

 

głąb

 

zarośli.

 

Zimny, jak ten wiosenny poranek, przeszedł mi dreszcz po kościach. Dreszcz decydującej minuty.
- Baczność chłopcy. Bilunas z karabinem i Blum od strony lasu. Kto będzie uciekał, walić prosto w 
łeb.

 

Psa

 

trzymajcie

 

ze

 

sobą.

 

-

 

Panowie,

 

za

 

mną.

Nie spojrzałem nawet na twarze towarzyszy. Wiem, że szli wiernie krok w krok. Minąwszy kilka 
krzaków leszczyny, ujrzeliśmy wolną przestrzeń, która dzieliła nas od odryny. Zupełnie milcząc 
przeszliśmy te kilkanaście metrów do ślepej ściany budynku. Giermanowicz przyłożył ucho. Nic, 
cisza.

 

Czyżby

 

znowu

 

fiasko?

- A kto tam? - odezwał się nagle donośny głos, z frontu, od drzwi. Zamarliśmy w bezruchu.
-   Kto   tam?   -   Znów   ten   sam   głosi,   raczej   spokojny   i   dobrotliwy.

 

Giermanowicz -- pierwszy ruszył, wyjrzał z za węgła i podszedł do nawpół przymkniętych wierzei.
-

 

A

 

pan

 

kto?

 

-

 

zapytał.

-

 

Ja

 

stróż

 

-

 

odpowiedział

 

tenże

 

dobrotliwy

 

głos.

Znów napróżno! - pomyślałem - psiakre... nagle - traach! Huknął strzał, poczem drugi i chwila 
ciszy śmiertelnej. Ktoś zeskoczył z wysoka na trawę. Wypadliśmy z Gracjanowskim jednocześnie z 

background image

za rogu. Giermanowicz leżał ukrywszy twarz w dłoniach. Ktoś się nad nim pochylał. Trach! trach! 
- dałem dwa strały z odległości trzech kroków. Mignęły w pomroce białka oczu, postać zachwiała 
się   i   runęła   jak   worek   na   ziemię.   W   tej   chwili   zeskoczyło   z   siana   trzech   ludzi.
-

 

Ręce

 

do

 

góry!

 

--

 

wrzasnąłem

 

na

 

całe

 

gardło.

Gracjanowski   podbiegł   i   strzelił   wprost   najbliższemu   w  piersi.  Ten  padł   szeroko   rozmachując 
rękami. Ale najbliższy jego towarzysz skoczył jak ryś, porwał wprawnym ruchem wywiadawcę za 
gardło   i   usiłował   obalić.   W   tej   chwili   drugi   strzelił   do   mnie   z   obreza.   Chybił.   Nie   zdążył 
zarepetować. Porwałem za lufę. Puścił karabin i ścisnął mi prawą rękę z rewolwerem. Dałem strzał 
w powietrze, ale jednocześnie uczułem straszne uderzenie butem w brzuch. Nie wypuszczając 
karabinu i rewolweru padłem nawznak. Bandyta skoczył do ucieczki. Traach! - piuu! - gwizdnęła 
kula. To strzelał Bilunas. Chybił. Traach - piwu! przeleciała druga nademną, ale bandyta już się 
skrył w zaroślach. Usiłowałem powstać. W tej chwili nadbiegł Blum. Nie zapomnę nigdy jego 
złowrogich   oczu,   które   ujrzałem   w   ułamku   sekundy.   Podbiegł   z   tyłu   do   walczącego   z 
Gracjanowskim bandyty, podniósł swą ciężką, niedźwiedzią rękę i trzasł straszliwie kolbą „nagana" 
w   potylicę   czaszki.   -   Przymknąłem   oczy.   Po   wszystkiem   -   pomyślałem.
W następnej chwili Blum pomagał mi wstać. Czułem ból w okolicach brzucha, ale przecież nie 
byłem   nawet   ranny.   Już   mogłem   iść   od   biedy.   Gorzej   było   z   Giermanowiczem.   Ten   miał 
postrzelone   prawe   udo.   Gracjanowski   z   Bilunasem   trzymali   go   popod   ręce.
Nagle, ze złożonego w odrynie siana, zsunęła się zwolna, zaczepiając i unosząc ponad kolana 
spódnicę, postać dziewczyny. Oparła się milcząc o bierwiona budynku. Patrzała dziwnie na nas, 
trochę

 

zakłopotana,

 

nachalna

 

i

 

wystraszona

 

jednocześnie.

 

-

 

Jak

 

się

 

nazywasz?

- Mańka.

 

XII

 

Panna Felicja Romanowska, którą zostawiliśmy w chwili, gdy ratowała znalezionego na szosie 
nowowilejskiej radcę Piotrowicza, zachowała narazie milczenie o szczegółach nocnego spotkania. 
Zresztą,   nie   interesowało   to   nikogo,   gdyż   całe   Wilno   zelektryzowane   było   porwaniem   małej 
Agatki.
Wieść   o   nieszczęściu,   które   dotknęło   dom   wojewody,   rozniosła   się   lotem   błyskawicy.  Antoni 
Wendorf, sekretarz wojewody, telefonował natychmiast do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, 
skąd   postanowiono   wysłać  specjalnego  urzędnika,   celem  zbadania  na   miejscu   okoliczności,  w 
jakich porwanie nastąpiło. Urzędnik wydziału sztuki, Tadeusz Łopalewski, na którym spoczywał 
obowiązek   układania   przemówień   dla   wszystkich   wojewodów,   przystąpił   do   skomponowania 
odpowiedniej, brzemiennej w myśli mowy, przeznaczonej do wygłoszenia przez wojewodę wobec 
urzędników, gdyż nazajutrz mieli się oni stawić w wielkiej sali konferencyjnej z kondolencjami.
- Panowie - powiedział im treściwie wojewoda - wiem, co was tu sprowadza. Dziękuję. Z głębi 
zbolałego serca dziękuję, mówiąc wam wszystkim staropolskie Bóg zapłać. Ale, panowie, mój ból 
ojcowski i wasze gorące uczucia winny ustąpić przed obowiązkiem obywatelskim i nakazem pracy, 
coraz   intensywniejszej,   coraz   bardziej   wytężonej   pracy!   Do   pracy   więc,   panowie,   do   pracy!
- Do pracy! - pochwycili radośnie urzędnicy, i pokrzepieni na duchu podniosłemi słowy, zabrali się 
energicznie   do   komentowania   na   najróżniejsze   sposoby   nieszczęśliwego   wypadku.
Plotkom i domysłom nie było końca. Wysuwano najfantastyczniejsze przypuszczenia. Jedni sądzili, 
że porwanie ma podłoże wyraźnie romansowe. Inni zastanawiali się, czy nie jest to jakaś grubsza 
gra polityczna, od której zależeć może cała karjera lubianego przez wszystkich wojewody. Ma on, 
dzięki sympatji, którą się cieszy wśród urzędników, dużo wrogów w Warszawie. Kto wie, czy ktoś 

background image

z jego przeciwników politycznych nie umaczał palców w całej aferze. Porwali Agatkę, licząc, że po 
tym

 

fakcie

 

w

 

ministerstwie

 

powiedzą

 

Lackowi:

- Własnej córki upilnować nie mogłeś, a całego województwa chcesz pilnować? Nie, bratku,..
I

 

pogonią

 

w

 

stan

 

spoczynku.

- Przeciwnie - gorączkował się radca Hartung: - to właśnie najlepiej świadczy o wojewodzie! Jest 
dzień i noc tak zajęty sprawami państwowemi, że czasu nawet nie miał, aby za Agatką patrzeć.
- A na koj czort - wtrącił się naczelnik M. K. Pawlikowski: - na koj czort patrzeć wojewodzie za 
dzieckiem?

 

Cóż

 

on,

 

mamka?

 

niańka,

 

czy

 

co?

Naturalnie   wspomniano   porwanie   synka   Lindbergha   i   małego   Lejbowicza,   przeprowadzono 
pomiędzy temi faktami analogję, rzecz prosta nieistotną i zaciemniającą raczej sprawę. Jeden tylko 
mały i szustry radca Aleksander Trocki, zwany popularnie wśród kolegów Saszką, nie mówił nic i 
chodził z tajemniczą miną: on niby wie, ale nie powie. Palce zaś jego lewej ręki nie przestawały 
pieścić odznaki sportowej P.O.S., która widniała w klapie marynarki, zaszczytnie zdobyta po biegu 
na

 

10

 

kilometrów.

Wszystkie pisma wileńskie wystąpiły z nadzwyczajnemi dodatkami i artykułami na temat porwania 
i

 

nieszczęścia,

 

które

 

spadło

 

na

 

rodzinę

 

wojewody

 

Lacka.

Eugenja Kobylińska Masiejewska, znana poetka, ogłosiła okolicznościowy wiersz. Nosił on tytuł 
„Żale

 

wojewodziny"

 

z

 

podtytułem

 

i

 

dedykacją:

„Strapionej   matce,   zespolona   z   nią   w   macierzyńskiem   uczuciu,   wiersz   ten   "poświęcam".
Wiersz

 

brzmiał

 

jak

 

następuje:

Na

 

oknie

 

deszczowa

 

łuska

 

Chwieją

 

się

 

wgórze

 

rolety,

 

A

 

serce

 

matki

 

ból

 

muska...

 

Agatko,

 

gdzie

 

ty?

Za

 

oknem

 

deszcz

 

pada

 

skośnie,

 

Chmurami

 

mieni

 

się

 

szyba...

W

 

pięciomiesięcznej

 

swej

 

wiośnie

 

Nie

 

możesz

 

zginąć

 

chyba?

Po

 

szybie

 

krople

 

wdół

 

płyną,

 

Myśl

 

pragnie

 

za

 

tobą

 

pobiec...

 

Gdzie

 

jesteś

 

moja

 

dziecino?

 

Odpowiedz

 

matce,

 

odpowiedz...

 

Szyba

 

jest

 

taka

 

omglona,

Cień

 

się

 

na

 

niebo

 

położył...

Z

 

tęsknoty

 

mamże

 

dziś

 

skonać,

 

Czy

 

we

 

łzach

 

żyć

 

wciąż,

 

o

 

Boże!

Prawie jednocześnie ukazał się feljeton pióra najznakomitszej literatki wileńskiej Heleny Romer 
Ochenkowskiej.
- „Pamiętam - czytano w nim ze wzruszeniem - pamiętam, gdy po raz pierwszy znalazłam się w 
Krakowie. Było to w roku 1880. Dziesięcioletnia zaledwie, prześliczna dziewczynka, wywołująca 
zachwyty Wyspiańskiego, błąkałam się po ulicach i placach czarownego miasta, i już wówczas •w 
rojeniach   dziecięcych   widziałam   swój   uroczysty,   ogólnopolski   pogrzeb   na   Wawelu.
A idą posępni, a grają im dzwony żałobne - brzmiały mi w uszach nieśmiertelne słowa poety. Ach, 
jakże pragnęłam Wawelu! Był to wówczas szczyt moich marzeń. Błąkałam się więc po ulicach, 
zachodziłam często do domu państwa Zdziechowskich, gdzie na wspomnieniach pięciu Romerów 
spływał nam słodko czas. Gawędziliśmy o Alfredzie Romerze, znakomitym malarzu i rzeźbiarzu; o 
Edwardzie,   również   malarzu;   o   nieustraszonym   Janie,   generale   dywizji,   zmarłym   w   r.   1869; 
nakoniec   o   Eugenjuszu,   geografie,   autorze   świetnego   „Atlasu   geograficznego",   i   Michale, 
publicyście...   Budziliśmy   w   duszach   naszych   wizję   Wilna   i   cudownej   kaplicy   Romerów   w 
Trokach...

 

Niepowrotne,

 

niezapomniane

 

chwile...

„I właśnie, gdym tak raz biegła przez Planty z pensji SS. Sakramentek, doszedł mię cichy płacz 
dziecięcia. Obejrzałam się dokoła: nikogo wpobliżu nie było. Obejrzałam się raz jeszcze - płacz 

background image

coraz   wyraźniejszy,   jakby   zdołu   pochodzący.   Nachylam   się   -   a   w   krzakach   leży   maleńka, 
prześliczna dziecina. Porwałam ją w ramiona, osypując pocałunkami. Nagle w alei ukazał się 
nienawistny

 

austrjacki

 

policjant.

-   Co   tu   panienka   robi?   -   zapytał   surowo:   -   czyje   to   dziecko?
- Moje! - zawołałam nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, że palnęłam głupstwo: - znalazłam je 
właśnie

 

w

 

krzakach.

Policjant   uśmiechnął   się.   Musiałam   być   rozkoszna   w   swej   rozbrajającej   naiwności.
-

 

Psiakrew

 

-

 

rzekł

 

brutalnie

 

-

 

znowu

 

podrzutek!

- Podrzutek? - wyszeptałam w najwyższem zdumieniu, gdyż po raz pierwszy w życiu usłyszałam to 
słowo:

 

-

 

co

 

to

 

znaczy

 

podrzutek?

- Niech panienka lepiej idzie do szkoły - skarcił mię stróż porządku publicznego, wyrywając z rąk 
kwilące   niemowlę....   Oddalił   się   szybko,   pozostawiając   mię   na   pastwę   pierwszego   głębokiego 
przeżycia.   Zrozumiałam   wówczas   cały   ból   matki,   której   odbierają   dziecko,   pojęłam   tragedję 
niewinnej

 

dzieciny,

 

rzuconej

 

gdzieś

 

w

 

krzaki...

Chwila ta stanęła mi żywo w pamięci, dzisiaj, gdy dowiedziałam się o ciosie, który poraził miłą i 
kochaną   panią   Halinę   Lackową...   I   jej  Agatka,   jak   tamto   dziecię   krakowskie,   przeżywa   swą 
pierwszą tragedję opuszczenia i wydarcia z objęć kochającej matki. I ona, skamieniała w boleści 
matka, miotana jest tem straszliwem uczuciem krzywdy, jakiej ja doznałam, gdy okrutna ręka 
obcego   człowieka   sięgnęła   po   maleństwo,   które   jeszcze   przed   chwilą   tak   czule   pieściłam"...
Silne   wrażenie   wywołał   również   artykuł   „Dziennika   Wileńskiego".
„Głęboki upadek moralności, rozluźnienie obyczajów, załamanie się życia rodzinnego i zachwianie 
podstaw religijno-etycznych - podkreślało to pismo - są dzisiaj objawem nagminnym, panoszącym 
się   zastraszająco   w   naszem   społeczeństwie.   Nie   będziemy   wskazywali   na   przyczyny   tego 
smutnego zjawiska, nie chcąc narażać się na jeszcze jedną konfiskatę. Ale każdy zdrowo myślący 
człowiek zrozumie, o co nam chodzi. I bez wytykania palcem wiemy, gdzie szukać źródła zła.
Gdyby   nie   uczucia   humanitarne,   które   w   tej   chwili   żywimy   dla   wojewody   i   jego   rodziny, 
moglibyśmy zacytować pewne przysłowie. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie - głosi stara 
narodowa prawda. Sanacja, w przymierzu z Wiślickim zapomniała o niej. Zapomniała, że wszelki 
zły czyn człowieka musi się wreszcie przeciw niemu samemu zwrócić, że przekleństwo złego 
czynu   prędzej   czy   później   z   nawiązką   na   głowę   występną   spadnie.
Zapewne - porwanie Agatki mrozi nam krew w żyłach i wywołuje okrzyk przerażenia na usta. 
Jednakowoż - władza, która faworyzuje Żydów, która tłumi wszelki odruch sumienia narodowego, 
wchodząc w konszachty z ciemnemi siłami, czyhającymi na zgubę narodu - władza taka nie zasłu-
guje na współczucie. I gdybyśmy się dowiedzieli, że małą Agatkę porwano na mace (zważmy, że 
pascha żydowska przypada w roku bieżącym na dzień 14 maja, porwania zaś dokonano dnia 13-go 
zrana), nie zdziwilibyśmy się wcale. Fakt ten potwierdziłby tylko nasze słuszne przewidywania, 
którym   niejednokrotnie,   mimo   represji,   dajemy   na   tem   miejscu   wyraz   i   dawać   go   będziemy 
nieustraszenie"...

 

XXIII

 

Związek   Pracy   Obywatelskiej   Kobiet,   na   którego   czele   stała   sprężysta   i   państwowotwórczo 
nastawiona   przewodnicząca   dt.   Z.   Rostkowska,   postanowił   niezwłocznie   przystąpić   do 
odpowiedniego zamanifestowiania swych uczuć kobiecych i obywatelskich. Po dłuższej dyskusji 
uznano, że najlepszą formą wyrażenia wojewodzinie symatji i współczucia będzie ofiarowanie jej 
portretu porwanej Agatki. Z propozycją wykonania portretu zwrócono się do wybitnego malarza 

background image

Kazimierza Kwiatkowskiego. Pewną przeszkodą była nieobecność Agatki, jednakowoż Związek 
Kobiet   zdołał   dyskretnie   (pod   pozorem   zawieszenia   fotografji   w   sali   Związku)   uprosić 
wojewodzinę o podobiznę córeczki, i artysta zabrał się ochoczo do pracy. W kilka dni portret był 
gotów.   Przedstawiał   on,   w   stylu   klasycyzmu   wileńskiego,   maleństwo   siedzące   w   wózku   ze 
smoczkiem i buteleczką. Na widok portretu Agatki, naturalnej wielkości i jak żywej, wojewodzina 
wybuchnęła

 

gorącym

 

płaczem.

- Tyle serca, tyle serca - dziękowała przez łzy, ściskając dłonie zacnych kobiet: - jakże ja wam się 
za

 

to

 

wszystko

 

odwdzięczę!

Niemniej   żywo   na   smutne   wydarzenie   zareagowało   Radjo   wileńskie.   Jego   dyrektor   p.  Witold 
Hulewicz   odbył   niezwłocznie   naradę   z   kierowniczką   działu   dziecięcego   p.   Haliną 
Hohendlingerówną.   Postanowiono   ogłaszać   codziennie,   w   godzinach   rannych   i   wieczorem, 
wezwania   do   społeczeństwa,   nawołujące   do   poszukiwań   Agatki,   prócz   tego   zorganizowano 
specjalną audycję. P. Jerzy Ostrowski, znakomity pedagog, zaproszony w tym celu telegraficznie 
do Wilna, miał wypowiedzieć feljeton na temat porywania dzieci w świetle najnowszej pedagogiki, 
p. Witold Hulewicz wykonać dialog ze swoją córeczką p.t. „Dziecko pyta - ojciec odpowiada"; 
następnie p. Halina Hohendlingerówna będzie recytowała wiersze Witolda Hulewicza z cyklu o 
dziecku   (tom   p.t.   „Lament   królewski"),   kończąc   recytacje   znanym   wierszem   „Dziecko   śpi"; 
wreszcie   p.   Stanisław   Węsławski,   młody   muzyk   wileński,   wykona   na   fortepianie   własne 
kompozycje do „Rymów dziecięcych" Iłłakowiczówny, nakoniec prof. dr. Tadeusz Szeligowski 
odegra   umyślnie   skomponowaną   symfonję   heroiczną.  Audycję   zamknie   gorący  apel   dyrektora 
Hulewicza do wszystkich radjosłuchaczów z prośbą o nadsyłanie listów i uwag w sprawie porwa-
nia Agatki. Listy te, oprawione w piękny album i ofiarowane wojewodzinie, staną się konkretnym 
dowodem tego żywego udziału, jaki wzięła rodzina radjosłuchaczów w nieszczęściu, które spadło 
na

 

rodzinę

 

wojewody.

Projekt środy literackiej, poświęconej dziecku w literaturze polskiej, nie doszedł do skutku ze 
względu na oświadczenie pana Jerzego Wyszomirskiego (recenzenta „S ł o w a", który zgóry 
zapowiedział   swój   negatywny   stosunek   do   podobnej   imprezy,   -   natomiast   Rada   Wileńskich 
Zrzeszeń Artystycznych postanowiła w odpowiedni sposób zaznaczyć swoje stanowisko. Zwołane 
w   lokalu   Rady   (Ostrobramska   9   m.   4   w   podwórzu   nalewo,   pierwsze   piętro)   walne   zebranie 
wszystkich   stowarzyszeń,   w   skład   jej   wchodzących,   powzięło   następującą   uchwałę:
-   Rada   Wileńskich   Zrzeszeń   Artystycznych,   łącząca   osiem   wileńskich   organizacyj   (Związek 
Zawodowy   Literatów   Polskich,   Wileńskie   Towarzystwo   Artystów   Plastyków,   Wileńskie 
Towarzystwo Filharmoniczne, Polskie Towarzystwo Muzyki Współczesnej, obie Filje Wileńskie 
Związku  Artystów   Scen   Polskich,   Koło   Miłośników   Wilna,   Sekcja  Artystyczna   Towarzystwa 
Popierania Przemysłu Ludowego i Towarzystwo Bibljofilów Polskich w Wilnie) - powołana do 
stania   na   straży   zagrożonej   kultury   polskiej   na   Wileńszczyźnie,   znalazłszy   się   w   obliczu 
niesłychanego  faktu,  jaki  miał  miejsce  w  dn. 13  maja  w  ogrodzie  Bernardyńskim,  pragnąc  w 
związku   z  powyższem  wyrazić   swoje  głębokie  zaniepokojenie,  uchwaliła   na  walnem  zebraniu 
zrzeszonych   orgarizacyj   w   dniu   15   maja   roku   1933   co   następuje:
1.   Uznać   porwanie   córeczki   JWPana   Wojewody   wileńskiego,  Agatki   Lackówny,   za   fakt   nie 
podlegający

 

najmniejszej

 

wątpliwości;

2. Uznać w tym fakcie wyraźny zamach na całość i dobro kultury życia rodzinnego w Wilnie;
3. Uznać, że centralne władze państwowe winny bezwzględnie zabronić porywania dzieci w myśl 
odnośnych

 

ustaw

 

o

 

opiece

 

nad

 

matką

 

i

 

dzieckiem;

4.   Wyrazić   JWPanu   Wojewodzie   wileńskiemu   Jerzemu   Lackowi   najgłębsze   współ   czucie   i 
zapewnienie

 

najściślejszej

 

jednomyślności;

5.   Przesłać   uchwałę   niniejszą   całej   prasie   polskiej   z   prośbą   o   przedrukowanie.  
Prezydjum

 

R.W.Z.A.:

 

(-)

 

Ludomir

Śleńdziński, prezes; (-) Witold Hulewicz, I wiceprezes; (-) Adam Wyleżyński, II. wiceprezes; (-) 
Tadeusz   Szeligowski,   sekretarz   generalny;   (-)   Stanisław   Węsławski,   skarbnik..
Zdecydowane   stanowisko   Rady   Zrzeszeń   odbiło   się   szerokiem   echem   w   mieście,   budząc 
powszechne uznanie, największy jednak efekt osiągnęły trzy głosy, które pojawiły się na szpaltach 

background image

„Słowa”.   Był   to   artykuł   wstępny   Cata,   notatka   Walerjana   Charkiewicza   i   feljeton   Jerzego 
Wyszomirskiego.

 

 

XXIV.

 

P. Manfred Kridl, profesor estetyki Uniwersytetu Wileńskiego, przeczytawszy to zdanie, zerwał się 
z   fotela.   Spokojny   i   zrównoważony   profesor   nie   mógł   opanować   irytacji.
- Nie, - zawołał - to kpiny! Najwyraźniejsze kpiny. Tak dalej być nie może. Trzeba dać szkołę tej 
pannicy.
Zdenerwowany w najwyższym stopniu, profesor zbiegł gwałtownie ze schodów, wpadł do trójki 
przed

 

pocztą

 

i

 

zażądał

 

biletu

 

na

 

Zwierzyniec.

- Szanowny pan będzie musiał przesiąść się na jedynkę - rzekł uprzejmie konduktor, wydając mu 
bilet

 

przesiadkowy.

-   Psiakrew   -   zaklął   automatyczne   esteta   -   przez   tę   idjotkę   pomyliłem   linję.  Wysiadłszy   przy 
Rudnickim i oczekując jedynki, profesor ochłonął nieco. Majowy odwieczerz był prześliczny, i 
przez okna cukierni widziało się roześmiane twarze kobiece. Sam pan Sebastjan Rudnicki stał w 
otwartych drzwiach swego zakładu, z rękami jak zwykle założonemi wtył, zadowolony i życiu 
rady. Gromki, odbrzuszny, serdeczny śmiech Kazimierza Kwiatkowskiego słychać było aż na ulicy. 
Opowiadał on właśnie zebranemu przy stoliku towarzystwu, jak przyszły do niego baby, aby im 
namalować Agatkę.  Opowiadanie  musiało  być  wesołe,  gdyż   towarzystwo  raz  wraz  wybuchało 
niepohamowanym

 

śmiechem.

- A, idź ty - usłyszał jeszcze profesor głośny okrzyk i skoczył do jedynki, która właśnie nadjechała.
Otworzyła

 

mu

 

drzwi

 

sarna

 

panna

 

Felicja

 

Romanowska.

-   Wiedziałam,   że   pan   przyjdzie

 rzekła   z   czarującym   uśmiechem.

- Wiedziałam -- zgrzytnął profesor, w którym znowu wezbrała irytacja: - ja myślę! Jak ktoś pakuje 
kogoś do powieści i każe mu wyprawiać idjotyczne sztuki, musi chyba wiedzieć, co robi. Moja 
droga pani,  doprawdy nie rozumiem,  o co pani chodzi. Siedzę spokojnie  w gabinecie, jestem 
właśnie po obiedzie, zapalam papierosa, biorę „Słowo"... Czytam. Dochodzę do ostatniego zdania 
rozdziału XXIII-go -i nagle muszę się poderwać, wsiąść w trójkę zamiast jedynki i lecieć na zbity 
łeb na Zwierzyniec tylko dlatego, że pani zachciało się zrobić ze mnie bohatera rozdziału XXIV-
go.   Przyzna   pani,   że   to   -   mówiąc   uprzejmie   -   nie   ma   najmniejszego   sensu.
Felicja   Romanowska   uśmiechnęła   się   raz   jeszcze   tym   uśmiechem,   który   począł   działać   na 
zirytowanego   profesora   całkiem   estetycznie,   i   poprosiła   do   swego   buduaru.
-   Niechże   pan   siada,   drogi   profesorze.   O,   tu   na   tapczanie,   pod   portretem   Jamontta.   Proszę 
papierosa. Napije się pan kawy? Po turecku oczywiście. Sam Genio Dobaczewski nauczył mię ją 
przyrządzać.   Nie   ma   pan   pojęcia,

  jaki   to   miły   człowiek.

- Kto? - spytał w roztargnieniu profesor, siadając na wskazanem miejscu i za ciągając się Złotą 
Panią.
-   Naturalnie,   Dobaczewski.   Dr   Eugenjusz   Dobaczewski.  Ależ   cóż   pana   do   mnie   sprowadza? 
Fruziu,

 

kawy

 

dla

 

pana

 

profesora.

- W jakiż  sposób Dobaczewski  nauczył  panią kawy po turecku?  - spytał  profesor, odbiegając 
zwyczajem

 

uczonych

 

od

 

tematu.

-- Leczyłam się u niego w zeszłym roku na oczy. Byłam wówczas przepracowana po egzaminach 
magisterskich. Wzrok miałam osłabiony. Radził właśnie czarną kawę, jak najwięcej czarnej kawy. I 
podał przepis kawy po turecku. Istotnie, znakomita. Niechże pan profesor pozwoli - dokończyła 

background image

panna  Felicja,  podając   swemu   gościowi  maleńką  filiżankę  z  gęstym,  wonnym  napojem,  który 
wniosła

 

na

 

stylowej

 

tacy

 

fertyczna

 

Fruzia.

Oceniwszy bystrem estetycznem spojrzeniem tacę, kawę i Fruzię, profesor przystąpił do rzeczy.
- Proszę pani - zaczął - nic właściwie nie mam (w zasadzie) przeciw piran delicznemu sposobowi 
pisania, którym nas pani częstuje w swej powieści, aczkolwiek stwierdzić muszę, że nic w tem 
rewelacyjnego   niema.   Więcej   nawet:   motywy   te   są  dostatecznie   zużyte   i   zbanalizowane. 
Wprowadzenie autora do utworu jako bohatera również trąci myszką. Nie o to mi jednak chodzi.
Panna

 

Felicja

 

poruszyła

 

się

 

na

 

swym

 

pufie.

- Nie zabiorę pani dużo czasu - pośpieszył zapewnić ją profesor: - będę treściwy. Pragnąłbym tylko 
zwrócić   uwagę   pani   na   pewne   niewzruszone   prawa   estetyki,   czy   to   empirycznej   czy 
psychologicznej,

 

których

 

przekraczać

 

żadnemu

 

artyście

 

niewolno.

- I jakież są to prawa? - spytała panna Felicja, wznosząc oczy dogóry, co było u niej zawsze oznaką 
lekkiego

 

znudzenia.

-   Eurytmja,   symetrja   i   proporcja,   droga   pani.   Szczególnie   eurytmja,   to   znaczy   ten   rytm 
wewnętrzny,   ta   harmonja   utajona,   a   przecie   ogarniająca   człowieka,   ten   określony  i   konieczny 
stosunek poszczególnych części składowych dzieła sztuki, bez którego piękno nie jest pięknem. 
Umiar, umiar, proszę pani. Wszystko musi być dostrojone, dopasowane, uzgodnione, rozwijające 
się   drogą   naturalną,   uwarunkowaną   koniecznością,   że   tak   powiem,   organiczną.
-   Nie   dostrzega   więc   pan   eurytmji,   jak   pan   się   wyraża,   i   symetrji   w   mej   powieści?
- Niestety, panno Felicjo, niestety. I zaraz dam pani konkretne przykłady. Czytam powieść pani, 
przyznaję, z pewnem zainteresowaniem. Zawszeć to przyjemnie, gdy człowiek natknie się to tu, to 
tam   na   znajomego.  Ale   kompozycja   powieści   pani,   kompozycja!   Niech   pani   weźmie   choćby 
„Vorschule   der   Aesthetik"   Fechnera   i   postudjuje.   Każda   sytuacja,   każda   -   powtarzam   to   z 
naciskiem - każdy wątek akcji musi być doprowadzony do końca. Dopiero potem wolno pisarzowi 
przystąpić do następnej sytuacji, do następnego motywu. Tego wymaga eurytmja i symetrja. Tym -
czasem, co się dzieje u pani? Wręcz przeciwnie. Weźmy naprzykład scenę w Ziemiańskiej, gdy 
komisarz Mańkowski rozmawia z Kazimierzem Leczyckim. Rozmawia, rozmawia i wychodzi. A 
co

 

potem

 

z

 

Leczyckim?

-   Leczycki   wyjechał   tego   dnia   do   Pragi   Czeskiej,   gdzie   nareszcie   wystawili   mu   „Sztubę".
- Bardzo to piękne. Ale czytelnik nic o tem nie wie. Weźmy inną sytuację. Komisarz Mańkowski 
łapie bandytów. Tam kogoś postrzelili, tamten ucieka. Wszystko w porządku, i żadnych zarzutów 
scenie tej uczynić nie mogę. Przeciwnie, musiałbym ją nawet pochwalić, ze względu na dynamikę 
akcji i żywość batalistyczną. Ale dalej mamy moment, kiedy Mańkowski chwyta tę dziewczynę. 
Jakżeż

 

jej

 

tam?

-

 

Mańka.

- Otóż to. Mańkę. Jak się nazywasz? - pyta. - Mańka - mówi ona. W porządku. I nagle, w tem 
miejscu buch, jak piorun. Przerywa pani w najbardziej emocjonującym momencie, aby opowiadać 
o tem, jakie wrażenia wywołało w Wilnie porwanie Agatki. Owszem, zgadzam się: opis ten jest 
potrzebny, Wilno, rzecz prosta, na wiadomość o porwaniu Agatki wywróciło się dogóry nogami. 
Jednakże   należało   naprzód   zakończyć   z   bandytami,   i   dopiero   potem   przystąpić   do   innych 
wypadków. Jeszcze jeden przykład. Jedzie pani konno. Spotyka na szosie radcę Piotrowicza. Panie 
Wiktorze - pyta pani - co to ma znaczyć?. - I kropka. Nic, nic, ani słówka więcej. A przecie 
proporcja i symetrja wymagają, by opisała pani, skąd się tam radca wziął, co się z nim później 
stało, jak go pani ostatecznie wyratowała... Czytelnik musi o tem wiedzieć. Nakoniec ostatnia
sytuacja. Zapowiada pani w rozdziale XXIII-cim artykuł Cata - i nagle: ni stąd ni zowąd, wyciąga 
mnie pani z domu, po obiedzie, każe na łeb na szyję pędzić tutaj... I po co to wszystko, droga pani?
- Panie profesorze - uśmiechnęła się przewrotnie panna Felicja: - niechźe pan będzie szczery. Niech 
pan   powie   z   ręką   na   sercu:   o   estetykę   i   symetrję   panu   chodzi   czy   o   radcę?
Profesor pokręcił się na tapczanie i zakaszlał, gdyż zaciągnął się był zbyt mocno papierosem. 
Spojrzał   na   autorkę   i,   widząc   jej   rozfiglowane   oczy,   wybuchnął   śmiechem.
- Dajmy spokój tej rozmowie - rzekł - widzę, że przed panią nic się nie ukryje. Ale niech na 
przyszłość komponuje pani swoją powieść według niewzruszonych zasad estetyki empirycznej. 

background image

Albowiem, publiczność...

 

XXV

 

Świt przedostawał się po przez brudne firanki herbaciarni Bukowskiego w Mickunach. Leżałem na 
ceratowej   kanapce,   z   gorącym   okładem   na   brzuchu,   ćmiąc   jednego   papierosa   za   drugim.   Z 
zadymionego pułapu, zbudzone pierwszemi promieniami słońca, zrywały się coraz nowe stada 
much. Ktoś rąbał drzewo na podwórku. Przyszedł Gracjanowski i zmienił mi okład. Kazałem 
otworzyć okna. Buchnęło rozkoszną świeżością wiosny, mokrych, po nocnej burzy, liści, powiało 
przyjemnym chłodem poranku. Teraz mogłem myśleć raźniej. Oczywiście domyśla się czytelnik, 
że

 

oka

 

nie

 

zmrużyłem

 

tej

 

nocy.

Co   było   zrobione   źle,   a   co   dobrze?   Czy   nie   popełniłem   jakiej   gaffy,   z   punktu   widzenia 
policyjnego? Ach, niestety - tak. Zaraz, zaraz trzeba sobie to wszystko w głowie uporządkować. - 
Narazie posiadam kilka zeznań, z których wynika: Bukowski utrzymuje za wiedzą policji i bez jej 
wiedzy, niewątpliwie też, tajemne stosunki ze światem przestępczym: Wiedziało bandzie „Rudego 
Griszki", który obrał sobie za punkt oparcia i kryjówkę puszcze Ławaryską. Jednym z etapów jego 
zbójeckich wypraw, miejscem narad, oraz prowizorycznem schronieniem - była owa odryna. O tem 
też wiedział Bukowski. Nie wiedział tylko, o ostatniej jego wyprawie, szantażu z dzieckiem itd., 
ale ze słów naszych, odrazu się domyślił, że to Griszki robota. - Więc dobrze. Zastaliśmy ich tam, 
według przewidywań Bukowskiego, i powinniśmy byli wszystkich aresztować. Tymczasem doszło 
do krwawej rozprawy. Naturalnie winę ponosi tu sam Giermanowicz, że za wcześnie wyskoczył i 
Gracjanowski, że w chwili, gdy ja krzyknąłem: „ręce dogóry!”, on strzelił do najbliższego bandyty. 
W ten sposób zmusił tych trzech do samoobrony. Hm, ale ja strzeliłem pierwszy. Stanowczo jestem 
za mało opanowany... A, przecież myślałem i chwaliłem się nawet. Ale zaraz: w rezultacie herszt 
bandy zwiał. Jeden jest zabity, uderzony przez Bluma ma pękniętą czaszkę, a strzelany przez 
Gracjanowskiego ciężko ranny i majaczy. Ocalał tylko dlatego, że kula, która mogła mu przebić 
serce, ugrzęzła w egzemplarzu książki p. t. „Nowe formy Unji Kościelnej", którą bandyta schował 
do   bocznej   kieszeni.   Nie   mogą   złożyć   żadnych   zeznań.   W   naszym   ręku   znajdują   się   trzy 
rewolwery,   kij   z   siekierką„   „obrez”,   przy   jednym   znaleziono   dokument   na   imię   Józefa 
Ambrożewicza oraz elegancki letni garnitur. To wszystko. Pieniądze pozostały widocznie w ręku 
herszta.   Lub   może   zostały   gdzie   ukryte?   Wprawdzie   mogłaby   o   tem   poinformować   nas   owa 
Mańka, rzekomo nazwiskiem Pracutówna, rzekomo rodem z Ostrowca koło Gudogaj, rzekomo... 
Oto   właśnie   chodzi,   że   wszystko   to   jest   „rzekomo",   co   ona   zeznała,   a   przecież   całokształt 
informacji polega tylko na jej zeznaniach. Czy można jej wierzyć? Ostatecznie nie jest wcale taka 
brzydka... Ach, jaki jestem zmęczony.

 

XXVI

 

Przerwał

 

mi

 

rozmyślania

 

Blum.

-   Panie   naczelniku!   Podwody   gotowe   dla   tych   rannych   bandytów.
-

 

Dobrze,

 

jedźcie

 

z

 

nimi

 

i

 

z

 

Bilunasem.

-

 

Rozkaz.

Trzeba   i   mnie   jechać.   Czy   potrafię   z   tym   obolałym   brzuchem   kierować   autem?  

background image

-   Kazałem   jednak,   jeszcze   raz   zawezwać   Mańkę.   Może   powie   teraz   coś   więcej.
Przyszła zaspana. Jej jasne włosy były w nieładzie, ale w wyrazie twarzy pozbyła się tego trochę 
lęku i zakłopotania, które okazywała w chwili aresztowania. Odpowiadała spokojnie. Nie siliła się 
nawet na tę sztuczną hardość. Miała niebieskie oczy i zlekka zadarty, kształtny nosek. Ale cóż z 
tego

 

skoro

 

nie

 

dodała

 

nic

 

do

 

poprzednich

 

zeznań.

Opowiedziała, że spotkał ją na ulicy ,,Rudy" i zaproponował udział, w takiej „dziecinnej„ aferze. 
Że   wytłumaczył   jej   cały   plan   szantażu,   że   można   grubo   zarobić,   że   tylko   trzeba   wytrzasnąć 
dziecko. Próbowała przeto „wypożyczyć" jakieś dziecko ze Żłobka p. Brensztejnowej, ale ją stam-
tąd przepędzono. Więc zgłosiła się do Zakładu Dzieciątka Jezus, podała się za matkę, któregoś z 
niemowląt, o którem wiedziała, że miesiąc temu zostało podrzucone. Prosiła o dyskrecję i że teraz 
lepiej już się powodzi i chce zabrać dziecko do domu. Udało się. - Skąd telefonowali? Nie była 
przy   telefonie.   Pewnie   albo   z   Młyna   w   Leoniszkach,   albo   z   Kuczkuryszek.
-

 

Czyj

 

to

 

był

 

pomysł

 

zaszantażowania

 

wojewodziny?

-

 

Musić

 

samego

 

Griszki.

 

-

 

Jak

 

dawno

 

go

 

znasz?

-

 

Jeszcze

 

jak

 

był

 

szoferem.

 

To

 

ty

 

nie

 

byłaś

 

jego

 

kochanką?

 

Wydęła

 

wargi,

 

trochę

 

dumnie

 

i

 

figlarnie

 

jednocześnie:

-

 

Mam

 

lepszego.

Dziwna dziewczyna. Nie uroniła ani jednej łzy, nie okazała współczucia, ani strachu na widok 
porozbijanych i  poranionych swych  współtowarzyszy.  Na pytanie, czy ją to  nic nie  obchodzi, 
wzruszyła tylko ramionami. Pozatem nie przyznała się do żadnego przestępstwa, ani do kontaktu z 
tymi ludźmi. Raz jeden tylko się uśmiechnęła, jak opowiadała, skąd pochodzi eleganckie ubranie 
znalezione

 

na

 

odrynie.

 

-Przemilczam

 

to

 

opowiadanie.

-   To   mówisz,   że   masz   przyjaciela,   a   gdzie   on   mieszka?
- Pojechał teraz do Kowna.

 

XXVII

 

Nić się urwała. Czy bandyci wyżyją, czy umrą, czy Mańka mówi prawdę, czy trochę kłamie, czy 
będą   stwierdzone   personalja,   okoliczności,   szczegóły   -   to   wszystko   ma   znaczenie   dla   policji 
likwidującej przestępstwa, ale nie ma nic wspólnego z... porwaniem Agatki. Mańka pójdzie do cen-
tralki, bandyci do szpitala i więzienia, prowadzone będzie żmudne śledztwo, ale Agatki, Agatki... 
tajemnica   porwania   dziecka   nie   wyświetliła   się,   nie   postąpiła   o   krok   nawet   naprzód.
Z ciężkiem westchnieniem zwlekłem się z ceratowej kanapki. Za chwilę siedziałem za kierownicą i 
patrzałem   jak   osobne   kamienie   szosy,   przeistoczyły   się   w   szosy   wstęgę,   która   biegła,   biegła, 
niknęła pod przedniemi kołami auta. Automatycznie naciskałem gaz. Byle prędzej do Wilna. Teraz 
zmęczenie: zdawało mi się, że nieprzespane noce, doznane wrażenia, emocje, szalone zmęczenie 
poprostu

 

paruje

 

ze

 

mnie.

 

Spać.

 

Ach,

 

wyspać

 

się.

Padłem

 

na

 

łóżko.

Dzwonek, długi dzwonek telefoniczny. Otwarłem oczy i słyszę wciąż ten dzwonek. Teraz czuję, że 
słyszałem   go   również   we   śnie.   Musiałem   długo   i   mocno   spać.   Zrywam   się   na   nogi:.
-

 

Hallo!

Mówi  Iwasiewicz.  -  Panie  naczelniku,  panie  Mańkowski,  dodzwonić  się  do  pana  niepodobna. 
Wojewoda   szuka,   komendant   wojewódzki   szuka.   Pozatem   ważne   wiadomości   z   Lidy...
-

 

Z

 

Lidy?!

 

Co

 

może

 

być

 

z

 

Lidy?

 

background image

-   Niech   pan   zaraz   przyjedzie   do   Pałacu.   Wszystko   się   pan   dowie.
Oczywiście po upływie pół godziny, nie tylko byłem w Pałacu, ale miałem już zda nie raportu z 
całej   wyprawy   Mickuńskiej   poza   sobą.   Wyjaśniłem   wojewodzie,   że   w   myśl   poprzednich 
przypuszczeń, banda nie miała nic wspólnego z porwaniem dziecka. To był zwyczajny szantaż.
-   Oczywiście,   pan   komendant,   -   dodałem   -   zechce   wyznaczyć   kogoś   innego   do   całkowitej 
likwidacji tej kryminalnej afery, o ile (tu się skłoniłem), życzeniem Pana Wojewody pozostaje 
chęć,   bym   nadal   kierował   sprawą   tajemniczego   zniknięcia   córeczki.
-   Więc   pan   sądzi   -   wtrącił   wojewoda,   -   że   ci   bandyci   o   niczem   właściwie   nie   wiedzą?
-

 

Absolutnie,

 

panie

 

wojewodo!

- Dobrze więc. Hm... trochę pan stracił czasu. No, niechże pan Iwasiewicz powie teraz panu o 
swych

 

nowinach.

Spojrzałem niechętnie w kierunku swego pomocnika. Stał z głową przechyloną na bok, zacierając 
ręce.   Uśmiech   bezdennej   i   poddańczej   uprzejmości   zamarł   na   jego   twarzy.
- Tak jest, panie wojewodo... - zaczął,- i później co chwila powtarzał to zdanie. Mówił nie do mnie, 
jakkolwiek ja właściwie w pierwszym rzędzie powinienem był o tem wiedzieć. Zwracał się do 
wojewody, czasem z lekkiem odchyleniem w kierunku komendanta. - Otóż w czasie gdy bawiłem 
na   wyprawie   w   Mickunach,   nadszedł   telefonogram   z   Lidy.   Tamtejsi   wywiadowcy,   którzy 
roztoczyli baczną uwagę nad osobami przyjeżdżającemi z Wilna, zaobserwowali pewną dziewczy-
nę i jegomościa, przybyłych rannym pociągiem z Wilna. Rysopis się zgadzał. Mamka wojewodziny 
i Walenty Góral. Nie aresztowano ich, a w myśl instrukcji, roztoczono tylko baczną obserwację. 
Wywiadowcy nie spuszczają z nich oka. - Iwasiewicz mówił zaokrąglonemi zdaniami i zdawało 
się,

 

z

 

każdem

 

słowem

 

stawał

 

się

 

bardziej

 

uprzejmy.

-

 

Co

 

pan

 

na

 

to?

 

-   Ja,   panie   wojewodo,   jestem   zdania,   że   już   tam   być   powinienem.
- To jest bardzo cenna uwaga, panie Mańkowski. Ale jak pan to zrobi, skoro żaden pociąg w tej 
chwili

 

nie

 

odchodzi?

 

.

Przyszła

 

mi

 

genjalna

 

myśl.

 

Telefon

 

D.

 

O.

 

War.

Interwencja   wojewody   u   władz   wojskowych.   Wydzielony   oddział   5   pułku   lotnicze   go   na 
Porubanku. Przecież jeden z tych dzielnych oficerów może mnie odwieźć aeroplanem.

 

XXVIIII

 

Wyciągnięty   z   hangaru   wojskowy   dwupłatowiec   puszczał   motor.  Aparat   zadrżał.   Trawa   pod 
śmigłem   poczęła   falować   i   błyskała   aksamitnie   jak   perski   kobierzec.   Huk   i
wiatr. Lotnik usadowił się wreszcie. Huk spotężniał, zawirowała srebrzysta tarcza śruby, jedno, 
drugie   pchnięcie   naprzód,   krrr....   aparat   pobiegł   na   kółkach,   oderwał   się   nagle   od   ziemi, 
prowadzony wprawną ręką, niemal pionowo wzleciał w niebiosa, wyprostował, położył na prawe 
skrzydło

 

w

 

wirażu

 

i

 

poleciał

 

na

 

południe.

Do Lidy przyleciałem w godzinach południowych. Czekało na mnie auto starościńskie i już byłem 
w komendzie policyjnej. Co, gdzie, jak? Proszę o dokładne informacje. - Młody podkomisarz 
podskoczył   ku   mnie   z   za   stołu,   z   wyciągniętemi   rękami.   Widocznie   poczerwieniał   z   emocji 
udzielenia

 

mi

 

jakichś

 

niezwykłych

 

nowin.

 

- Panie komendancie! (tytułował w ten sposób z powodu niezwykłego podniecenia). Mogę Panu 
powinszować!

 

.Pan

 

aresztował

 

niejaką

 

Marję

 

Pracutównę?!

 

Tak?

Zdębiałem. Co to ma do rzeczy? Dlaczego takie pytanie zadają mi tu, w Lidzie? Coś w tem musi 
być

 

niezwykłego!

background image

-   Mańkę?   !   !   Mów   pan,   na   miłość   Boga,   prędzej,   o   co   chodzi?!!
- Zaraz, zaraz, o wszystkiem się pan dowie. Tu, za drzwiami siedzi piastunka córeczki wojewody. 
Ona

 

wszystko

 

panu

 

sama

 

powie.

- Czyżby wreszcie! Mój Boże! Tylko poco ta lidzka policja wmieszała się w całą sprawę i część 
splendoru,

 

najwidoczniej,

 

chce

 

posiąść

 

dla

 

siebie.

-

 

Wprowadzić

 

prędzej

 

!

Policjant wprowadził młodą kobietę. Miała twarz czerwoną od płaczu, ubranie w nieładzie. Widać 
było, że jest zupełnie złamana na duchu i ciele głębokiem, osobistem nieszczęściem. Opowiadanie 
swe przeplatała westchnieniami, ocieraniem łez, rozpaczliwemi okrzykami: „To on mnie do tego 
namówił! Bandyta, złodziej ! a wszystko dla tej szantrapy, dla tej złodziejki! -Opowiadanie jej 
było,   jak   już   zaznaczyłem,   niezmiernie   długie,   powikłane,   pełne   niepotrzebnych   szczegółów. 
Początkowo

 

drżałem

 

z

 

niecierpliwości,

 

ale...

Mamka   małej  Agatki   wyznała   więc,   że   Walenty   Góral   był   istotnie   jej   kochankiem.   Już   od 
dłuższego czasu jednak, zabiegał o względy niejakiej Mańki Pracutówny. Do niej przyjeżdżał też 
na   urlop   z   Krakowa.   Z   poprzednią   jednak   kochanką   nie   zrywał,   ciągnąc   z   tej   znajomości 
różnorakie korzyści materjalne. Wynajął rzeczywiście pokój na Św. Michalskim. Tam, zdradzona 
została   kilkakrotnie   Pracutówna.   Wymawiał   się,   że   to   jego   siostra.   Niewątpliwie   też   Mańka 
wciągnęła   go   w   świat   przestępczy.   Może   też   namawiała   do   kradzieży.
- Dla niej napewno, a nie dla mnie dodała ze szlochem - zdezerterował z wojska. Teraz widzę jego 
cały plan. Namówił mię do okradzenia kochanej mojej pani wojewodziny! Zabrał wszystkie moje 
oszczędności, ażeby uciec z tą... z tą... Mańką. Miała przyjechać tu do niego, do Lidy i później 
razem   uciec.  A  ja   o   niczem   nie   wiedziałam,   o,   o...   !   !   -   łkała   wycierając   oczy   rękawem.
-   No   i   co,   i   co   się   stało?!   -   zapytałem   gorączkowo.
-   Dziś   rano   dowiedział   się,   że   Mańkę   aresztowano.   Obebrał   mnie   ze   wszystkiem.   Zabrał   i 
pieniądze,   i   broszkę,   i   bieliznę,   i   ubranie   i   wszystko.   Uciekł!
-

 

Od

 

kogo

 

się

 

dowiedział?

- Nie wiem, tu przyjeżdżał jakiś z Wilna. Musić z ichnich kto. On powiedział. A później przyszedł 
do mnie, niby to żałował i wszystko mnie opowiadał, co i jak było, żeb ja jego została. Ale kiedy 
zobaczył,

 

że

 

pobiegłam

 

na

 

policję,

 

wtedy

 

i

 

sam

 

uciekł.

Zaczynałem

 

tracić

 

cierpliwość.

--

 

Ale

 

Agatka,

 

gdzie

 

jest

 

Agatka

 

?!

 

Gdzie

 

dziecko?!

Piastunka

 

wytrzeszczyła

 

oczy:

 

-

 

Jaż

 

nie

 

wiem.

Opadłem

 

ciężko

 

na

 

fotel:

-   Więc   wy   naprawdę   nie   wiecie   nic   o   porwaniu   dziecka?!!
- A nic. Przysiąc mogę! Jak dziecko zginęło wtedy on mnie tem łatwiej namówił, żeby ukraść 
broszkę i uciec. - Ciebie - mówił - teraz będą podejrzewać. Jeszcze do kryminału wsadzą. Uciekaj, 
a   już   jak   uciekasz,   to   i   broszkę   zachwyć   ze   sobą!   Tak   mówił.
- A on, on - zapytałem z drżeniem w głosie - czy też nic nie wie? To nie on porwał Agatkę?
-   A  gdzie   tam   !   Co   takiemu   po   dziecku.   Jemu   tylko   baby,   aby   lekka   nażywa   w   głowie.
-   A   gdzież   on,   ten   Góral   teraz?   -   krzyknąłem   omal,   do   podkomisarza.
- Niestety, zmylił ślady wywiadowców i znikł.

 

XXIX

 

Tak oto rozwiały się wszystkie  nadzieje. Siedziałem pochylony nad biurkiem, a  w głowie  mi 

background image

huczało,

 

jak

 

motor

 

aeroplanu.

Więc najpewniejsze, zda się, poszlaki porwania - piastunka i jej przyjaciel, okazały się złudne. 
Więc   oni   nic   nie   mieli   wspólnego   z  Agatką!  Więc   kto,   kto,   kto?!   -   chciało   mi   się   krzyczeć. 
Obracałem

 

nerwowo

 

palcami

 

po

 

stole.

- Co robić? - rzekł grzecznie podkomisarz Winiarski. - Co robić? A ja myślałem, że pana ucieszę 
wiadomością.  Rozłożył   ręce.   Będzie   jeszcze   czas   do   namysłu.   Pójdziemy   narazie   do 
„Winogradowa",

 

coś

 

przekąsić.

Poszliśmy.

 

Jużeśmy sporo wychylili kieliszków, już wskazówki zegara przewaliły za północ, gdy nagle do 
restauracji wszedł szybko mundurowy policjant, spojrzał po sali i szybkim krokiem skierował się 
między stolikami do podkomisarza.

 

XXX

 

Wypadki

 

następowały

 

z

 

szybkością

 

nakręcanego

 

filmu.

Tego samego dnia, w którym komisarz Mańkowski odleciał aeroplanem do Lidy, wojewoda Lack 
postanowił   po   obiedzie   nie   zażywać   tradycyjnej   drzemki,   a   udać   się   do   swego   gabinetu 
służbowego   w   gmachu   województwa.   -   Może   -   myślał   -   załatwienie   kilku   odleżałych   spraw 
urzędowych, potrafi rozproszyć ciężkie myśli i skupić wewnętrzną energję ciała. Poszedł pieszo. 
Idąc, starał się stąpać na środek płyt chodnika, następnie tylko na szpary; później liczył własne 
kroki,   ale   żadna   z   tych   rozrywek   nie   dała   mu   zadowolenia.
W   gabinecie   wyjął   papierosy,   jednak   troska   o   los   dziecka,   stan   żony,   zdenerwowanie   -   nie 
pozwoliły mu pracować. Parę razy przemierzył pokój i stanął koło okna. Patrzał jak policjant na 
rogu Królewskiej spisywał protokuł biednej furmance chłopskiej za nieprzepisową jazdę. Odwrócił 
się. Spojrzał przez drugie, otwarte na plac. Milcząco stała Katedra, obstawiona rusztowaniami.
Wciąż  to samo.-  Z  ciężkiem  westchnieniem  usiadł  przy  biurku, wyjął  poraz  dziesiąty anonim 
komunistów

 

i

 

jeszcze

 

raz

 

go

 

przeczytał.

- Naturalnie szantaż. Ale mamy jeszcze trochę czasu. Może Mańkowski przywiezie co z Lidy....
Przebiegł   oczyma   pismo:   „wypuścić   bo   zabijemy".   Nie,   nigdy,   nigdy   nie   poddam   się   temu 
terrorowi! zwłaszcza...  że niema  najmniejszej  pewności,  iż oni  dziewczynkę  porwali... A jutro 
znowu raut, ku uczczeniu 29-lecia powstania Komitetu Budowy Pomnika A. Mickiewicza. Ach, te 
rauty!
Nagle   szybkie   kroki   dały   się   słyszeć   w   przyległym   pokoju.   Wszedł   dyżurny   urzędnik.
-   Panie   wojewodo!   Prokurator   Glass,   w   bardzo   ważnej   sprawie.
Nim   wojewoda  zdążył   odpowiedzieć,   prokurator   już   był   w  gabinecie.  Własnoręcznie   zamknął 
drzwi

 

za

 

urzędnikiem

 

i

 

podbiegł

 

podniecony

 

do

 

stołu:

- Panie wojewodo! Pan kazał wypuścić dziś tych groźnych komunistów z Łukiszek?! Dlaczego?!
Bezmierne zdumienie rozlało się na przybladłej twarzy wojewody.

 

XXXI

 

O pięć godzin wcześniej, od opisanej wyżej sceny, w służbowym gabinecie naczelnika więzienia 

background image

zadźwięczał

 

telefon.

Władze śledcze nie miały racji, mniemając, iż po aresztowaniu 3 wybitnych komunistów, główny 
Komitet "Parfji Zachodniej Białorusi został rozgromiony. Poza Marją Żeleńską, pozostało jeszcze 
dwóch wybitnych „techników" partji. Po dwu dniach daremnego wyczekiwania ma efekt listu, 
wystosowanego do wojewody, postanowili działać śmiało i energicznie. Z pewnego lokalu, gdzie 
znajdowała   się   wewnętrzna   centrala   telefoniczna,   zadzwonili   do   naczelnika   więzienia.  
-

 

Hallo,

 

słucham.

- Czy to pan naczelnik? Tu mówi wojewoda. Proszę natychmiast zwolnić komunistów: Henryka 
D., Stefana J. i Marjana Żeleńskiego. Bez eskorty. Potrzebni są do wyśledzenia zakonspirowanej 
bojówki.. Nasi ajenci czekają ich koło więzienia i pójdą śladem. Tylko zaraz. - Urzędowe, tajne 
pismo   w   tej   sprawie   przeszlę   później,   wraz   z   pismem   prokuratora.
-   Rozkaz   panie   wojewodo   -   odpowiedział   naczelnik   więzienia.
„Udało się!” zdecydowali komuniści. Żeleńska, nie rozłączywszy się z telefonem więziennym, 
warowała   przy   aparacie.   Zaraz   będzie   sprawdzać   -   oczekiwano.   Naczelnik   poprosi   numer 
wojewody, Żeleńska będzie udawać „miejską”, jeden z komunistów - wojewodę i tym samym 
głosem   potwierdzi   poprzedni   rozkaz.   Tak   to   było   uplanowane.
Ale

 

Żeleńska

 

oczekiwała

 

daremnie.

-

 

Czyżby

 

takim

 

był

 

naiwnym?

 

-

 

zagadnęła

 

towarzysza.

Ten wzruszył tylko ramionami. Mijały minuty, kwadranse, godzina – nic. Telefon nie dzwonił. 
Zakłopotanie odbiło się na twarzach komunistów. – „Coś w tem musi być. Idźcie towarzyszu i 
pilnujcie   na   rogu   Pańskiej,   my   zaś   z   towarzyszką   Żeleńską   jeszcze   poczekamy".
Tymczasem   naczelnik   więzienia   czytał   coś   niecoś   o   Leonie   Daudet   i   sposobach   zwalniania 
więźniów przez telefon. Wiedział o tajnikach linij telefonicznych. Postanowił tedy rzeczywiście 
sprawdzić, ale:.. z innego aparatu. Zadzwonił.

 

XXXII

 

Sekretarz wojewody, Antoni Wendorff był dnia tego wyjątkowo przepracowany. Jutrzejszy raut 
wymagał olbrzymiego nakładu energji, sprawności, osobistej inicjatywy, którą lubił był w takich 
chwilach błyskać, zdumiewając wokół zdolnościami organizacyjno - towarzyskiemi. Sporządzenie 
listy, zaproszenia... Potarł ręką pełne skupienia czoło - „Wojewoda już podpisał. Teraz..." Nagle 
zadzwonił

 

telefon.

-

 

Czy

 

mogę

 

mówić

 

z

 

wojewodą?

-   Jest   w   tej   chwili   na   bardzo   ważnej   konferencji.   A   kto   prosi?
-   Tu   naczelnik   więzienia.   Czy   to   pan   Wendorff?   W   takim   razie   może   zechce   pan   mnie 
poinformawać,

 

czy

 

pan

 

wojewoda

 

dzwonił

 

do

 

mnie?

„Naczelnik   więzienia...   naczelnik   więzienia...   Boże,   zapomniałem   mu   wysłać   zaproszenie!   -- 
przemknęło lotem błyskawicy przez głowę sekretarza. - Ale olśniła go jasna myśl: niewątpliwie w 
tej

 

właśnie

 

sprawie

 

dzwonił

 

wojewoda;

 

jak

 

on

 

pamięta"!....

- Ależ oczywiście, panie naczelniku, dzwonił, dzwonił naturalnie. Ja bardzo przepraszam... Pan 
naczelnik   w   tej   chwili   otrzyma   zaproszenie   honorowe   na   raut   ku   uczczeniu   29-tej   rocznicy 
Powstania   Komitetu   Budowy   Pomnika   Adama   Mickiewicza   w   Wilnie
-

 

Aaa

 

-

 

bardzo

 

dziękuję.

 

-

 

Proszę

 

najuprzejmiej.

-

 

Dowidzenia.

-Moje   uszanowanie   Panu   Naczelnikowi   Komuniści:   Henryk   D.,   Stefan   J.   i   Marjan   Żeleński 
opuścili więzienie na Łukiszkach punktualnie o godzinie wpół do dwunastej w dzień. Zwolnienie 
nastąpiło w sposób zgoła gwałtowny. Za murami uderzyło ich jasne słońce majowego południa. Na 

background image

rogu ulicy Pańskiej oczekiwał z niecierpliwocią wysłany „technik" partyjny. Udali się natychmiast 
do   zakonspirowanego   lokalu,   nie   śledzeni   przez   żadnego   z   ajentów   policyjnych.   Posłano   po 
Żeleńśką i drugiego towarzysza: Przyniesiono zakąski i pół butelki „wyborowej". Gdy się wszyscy 
posilili,   wystąpił   Henryk   D.   i   przybrawszy   pozę   mówcy   wiecowego   zaczął:
- Towarzysze! Pozwolicie, że teraz wyłożę wam cały plan działania...

 

XXXIII

 

W kwadrans po opuszczeniu więzienia przez komunistów, naczelnik więzienia otrzymał pięknie 
wykonane zaproszenie na raut jutrzejszy. Następnie czekał czas dłuższy, ale zapowiedziany przez 
wojewodę papier urzędowy nie nadchodził. Począł się już niecierpliwić. Kilkakrotnie spojrzał na 
zegarek. Niezadługo pora obiadowa. Nie chciał jednak opuszczać biura, zanim nie otrzyma pisma, 
ewentualnie   spodziewał   się   nowego   telefonu   od   wojewody.   Obawiając   się   jednak   trudzić   go 
osobiście,   nie   dzwonił   poraz   drugi.   Co   robić?   Lepiej   już   do   prokuratora.
Prokurator Glass, dowiedziawszy się od naczelnika więzienia, pozwolił sobie przez telefon wyrazić 
swoje   zdumienie,   a   nawet   zaniepokojenie.   Następnie   prosił   jeszcze   raz   o   powtórzenie   treści 
rozmowy z wojewodą. Zbiegł ze schodów, wskoczył do taksówki i kazał pojechać do pałacu, ażeby 
tego rodzaju sprawy nie wyjaśniać przez telefon. Nie zastawszy wojewody w pałacu, przybył do 
urzędu i został wprowadzony do gabinetu. Przez czas dłuższy wpatrywał się wojewoda w oblicze 
prokuratora,   mrugając   zlekka   powiekami.   Najwidoczniej,   ogarnięty   zdumieniem,   nie   mógł   w 
pierwszej chwili zrozumieć, o co chodzi. Musiał mu prokurator dwa razy opowiadać, co słyszał od 
naczelnika   więzienia.   Opowiedział   szczegółowo   i   treściwie,   słusznie   kładąc   główny  nacisk   na 
rozmowę

 

telefoniczną

 

z

 

Wendorffem.

Kazano   natychmiast   go   wezwać.   Gdy   ten   przybył   do   gabinetu,   wojewoda,   spojrzawszy   na 
wystraszoną i zaaferowaną twarz sekretarza, nie czynił mu nawet wymówek, poprostu ogarnęła go 
apatja,   kiwnął   tylko   parę   razy   głową   i   wyszeptał   zduszonym   głosem:
- Ach, panie Antoni, kochany panie Antoni, coś pan narobił... Bój się pan Boga...

 

XXXIV

 

-

 

Psiakrew!

 

-

 

zakląłem

 

w

 

pasji:

 

-

 

Psiakrew!...

Właściwie zakląłem o wiele ordynarniej i w sposób bardziej wymyślny, ale to nie zmienia postaci 
rzeczy.
Znów się znajdowałem w swym gabinecie  w Wilnie.  Moja przyjemna  kolacyjka  w Lidzie, w 
towarzystwie podkomisarza policji została przerwana, jak wiadomo, zjawieniem się policjanta, 
który

 

powiadomił

 

o

 

telefonie

 

z

 

Wilna.

-

 

Do

 

telefonu

 

proszą

 

pana

 

komisarza

 

Mańkowskiego!...

Telefonował

 

prokurator

 

Glass:

- Niech pan natychmiast wraca do Wilna... Co?.. Pociągiem, aeroplanem, pieszo, konno, jak pan 
chce!. O dziesiątej najpóźniej oczekuję pana... Nie mogę teraz mówić obszernie.. Otrzyma pan 
wyjątkowe pełnomocnictwa.. Akcja zatacza coraz szersze kręgi... Komuniści wystosowali list do 

background image

wojewody w znanej sprawie... Dziecko znajduje się u nich... Pan tak przypuszcza?.... Właśnie, 
właśnie...

 

Ale

 

to

 

należy

 

przedstawić

 

niezwłocznie...

I

 

oto

 

jestem

 

znów

 

w

 

Wilnie..

Zmobilizowałem wszystkich agentów, rzucając ich w różnych kierunkach, podług posiadanych 
przeze   mnie   adresów;   nawiązałem   łączność   z   komisarzem,   przeprowadzającym   na   zlecenie 
prokuratora rewizje w mieszkaniach osób podejrzanych; - telefonowałem na wszystkie strony i sam 
przyjmowałem niezliczoną ilość telefonicznych meldunków, - słowem, kręciłem się jak w ukropie.
Nieliczne chwile wytchnienia wypełniałem coraz ordynarniejszemi wymyślaniami, sam zresztą nie 
wiem,

 

pod

 

czyim

 

adresem!

 

.

Byłem   wściekły,   jak   cały   legjon   szewców,   ogarniętych   szewską   pasją!...
Zwykle, nim się przystąpi do tropienia przestępcy, każdy poważny detektyw odtwarza w swej 
wyobraźni obraz zbrodni i opracowuje plan wykrycia z taką ścisłą logiką, że sam prof. Czeżowski 
mógłby pozazdrościć! Niezawsze pierwotny plan jest trafny, wówczas uwzględnia się popełnione 
błędy i tworzy się nową konstrukcję, również logiczną i konsekwentną w swem rozwinięciu. Ale 
jeżeli wszelkie nici rwą się haniebnie i człowiek rozprasza swą uwagę, próbując iść w kilku naraz 
sprzecznych   ze   sobą   kierunkach,   -   zaczyna   się   skandal   i   męka.
Znajdowałem się właśnie w takiej denerwującej sytuacji. Pierwotny plan, uwzględniający zbrodnię 
mamki, wziął w łeb, - całkiem niepotrzebnie marnowałem czas tropiąc tę głupią babę, która i takby 
wpadła   w   ręce   policji.   Bandyci,   których   goniłem   jednocześnie,   dezorjentowali   mnie   swoją 
bezsensowną   akcją   i   wkońcu   wprowadzili   mnie   na   jakieś   idjotyczne   manowce.
Teraz ci komuniści. Jak oni się przyplątali do całej afery, jaka mogła być ich rola w porwaniu 
Agatki,   nie   zdawałem   sobie   sprawy.   Nie   miałem   wyraźnej,   opracowanej   do   najmniejszych 
szczegółów, koncepcji. To było źle. To zwiastowało klęskę, lub przynajmniej szereg przykrych 
niespodzianek. Nie panowałem nad sytuacją. Tak, tak: dziś nie wstydzę się przyznać do tego, bo 
sprawa

 

rzeczywiście

 

była

 

niepowszednia.

Płynąłem z prądem. Zjawili się komuniści, więc tropiłem ich, nie wiedząc gdzie zaprowadzi mnie 
ten trop. Próbowałem tylko tworzyć choć strzępy jakiej koncepcji, znaleźć jakąś myśl przewodnią.
Jeden miałem niezawodny pewnik: musiała gdzieś być jakaś kobieta. Nie sposób przypuścić, żeby 
porywający dziecko, nie mieli do pomocy jakiejś kobiety: mężczyzna gotów jest porwać samego 
djabła, ale niańczyć się z bachorem nie zgodzi się za nic. To jedno. Teraz, - jeżeli to jest sprawka 
komunistów, wówczas obecność kobiety tem bardziej jest nieunikniona: doświadczenie wykazuje, 
że komuniści mają szczególną słabość do płci pięknej, która się staje objektem kolektywizacji.
Kobieta.

 

Musi

 

być

 

kobietą.

 

Muszę mieć tę kobietę.

 

XXXV

 

Dzwonek   telefonu.   Dlaczego   telefon   dzwoni   nie   jednakowo?   Czasami   jakoś   intrygująco-
tajemniczo, jak gdyby chciał już zawczasu przygotować do niespodzianki. Czy może tak się tylko 
zdaje?

 

Nerwy,

 

psiakrew,

 

-

 

nerwy!

-

 

Hallo!...

 

Słucham!

-

 

Panie

 

naczelniku.

 

Mówię

 

od

 

Rudnickiego...

Iwasiewicz

 

zniża

 

głos

 

prawie

 

do

 

szeptu:

 

-

 

zdaje

 

się

 

jestem

 

na

 

tropie...

Na

 

cały

 

głos:

-  Ach,   czy   trzeba   tłumaczyć,   że   Gistedt   jest   wprost   świetna!...   Zachwycająca!   Co?   właśnie, 
właśnie:

 

tak

 

zgrabnej,

 

.jak

 

Gabrjelli..

background image

Szeptem

 

-   Ta,   u   której   bywali   Henryk   D.   i   jego   przyjaciele,   siedzi   tu...   czeka   na   kogoś..   Milczenie.
- Hallo!.. Hallo!... Do djabła! Co za osioł ten Iwasiewicz!... Nie nauczył się dotychczas treściwego 
składania

 

meldunków!

 

Kobieta..

 

Może

 

ona?!..

Kapelusz,

 

laska

 

ze

 

sztyletem

 

w

 

środku,

 

-

jestem

 

na

 

ulicy.

 

Auto

 

mknie:..

U Rudnickiego pustki. O tej porze (jest czwarta po południu) prawie nikogo nie bywa. Rozglądam 
się. Iwasiewicza niema. Żadnej kobiety. Jakiś pan czyta „ Muchę”. Dwaj inni cicho rozmawiają, - z 
wyglądu

 

 

to

 

kupcy.

- Pan Iwasiewicz zostawił dla pana kartkę... - panna Zosia wyciąga rękę z małą kopertą do biletów 
wizytowych.
Rozrywam   kopertę.   Serwetka   z   bibułki,   wymiętoszona,   podarta   na   zgięciu.
Z

 

trudem

 

odczytuję:

„Wyszła r..zem z artystą R. Ja.imowiczem. Idą w...erunku Zamkowej, zdaje s… na Ostrobramską, 
tak

 

w...oskuję

 

z

 

ich

 

rozmowy".

Szereg liter nie do odczytania: zamiast nich - dziura. Wszystko można zrozumieć, ale nazwisko 
artysty,

 

nazwisko!

 

O

 

kim

 

właściwie

 

mowa?

Wiem, że istnieje malarz Roman Jakimowicz, mieszkający na Piwnej, ale jest też i rzeźbiarz Rafał 
Jachimowicz,   mieszkający   na   Bazyljańskiej.   Który   z   nich   mógł   się   spotkać   z   domniemaną 
komunistką?
-   Jak   wyglądała   ta   pani   i   artysta,   który   był   z   nią?
Zosia

 

nie

 

wiele

 

wie.

 

Rozumiem:

 

flirtowała

 

z

 

Iwasiewiczem!

I który z nich? Jakimowicz czy Jachimowicz? Do stu piorunów: Jakimowicz czy Jachimowicz??..
Tracę   panowanie   nad   sobą...   Ten   Jachimowicz!...   Cóż   to   za   ananas!   Nawet   nazwisko 
splagjatował!.. Jak to Śleńdziński może tolerować!..

 

XXXVI

 

Znów w swoim gabinecie.. Znów telefony, meldunki... Chaos w głowie. Rewizje przeprowadzone 
w mieszkaniu... nie dały pozytywnych wyników... Iwasiewicz nie daje znaku życia.. Agenci gadają 
bzdurstwa - byle gadać i wykazać się nadzwyczajną gorliwością... Ze wszystkich stron pytania: co i 
jak?   Wojewoda,   starosta,   prokurator,   komendant   policji..   Co   mogę   im   powiedzieć?...   Piekło, 
jakiego

 

już

 

dawno

 

w

 

Wilnie

 

nie

 

było!..

Znów

 

telefon.

- Tak, to ja.. Rozkaz panie prokuratorze.. Co-o?.. Ależ to niemożliwe!.. Nie, nie dlatego. Owszem, 
wiem dobrze o jej znajomości z komunistami, ale... Przecież to będzie djabelska awantura!... Pan 
prokurator jest zbyt łaskaw dla mnie, ale szczerze wolałbym polecić komu innemu.. Zresztą, czy 
nie lepiejby było wziąć pod obserwację... Rozkaz będzie wykonany!... Niezwłocznie zamelduję.
Gdy  opuściłem  słuchawkę  telefonu  i  przypadkowo  spojrzałem  na ścianę,  gdzie  wisiało  lustro, 
zobaczyłem   przekrzywioną,   spoconą,   niesamowitą   twarz..   Byłem   to   ja.
- Mańkowski! - jesteś skończonym osłem, że nawarzyłeś takiego piwa! - krzyknąłem w kierunku 
lustra! - sam przecież meldowałeś o stosunkach pani Ofenkowskiej z komunistami, masz za to!... 
Teraz będziesz miał przyjemność zaaresztowania tej pani i odprowadzenia na Łukiszki! .. Ciekaw 
jestem,

 

jak

 

się

 

wywiążesz

 

z

 

tej

 

zaszczytnej

 

misji!..

Doprawdy, czułem szczerą nienawiść do tej głupiej małpy, którą widziałem w lustrze. Życzyłem jej 
jak

 

najgorzej!...

background image

Z trudem zapanowałem nad nerwami... Do licha! Przecież to prawdziwy obłęd. Meldunki moje 
były jak najściślejsze i dobrze uzasadnione, - dowodem ta decyzja prokuratora, kto wie, może już 
mam   największy   atut   w   ręku   i   zakończę   wreszcie   tę   denerwującą   grę.
Trudno służba, to nie są żarty...

 

XXXVII

 

Z uczuciem dawno niedoznawanego lęku posuwałem się do góry po schodach pewnego domu. Na 
bilecie   wizytowym,   przybitym   do   drzwi,   odczytałem   nazwisko   znanej   wileńskiej   literatki.   Za 
drzwiami

 

rozległo

 

się

 

chrapliwe

 

szczekanie

 

psa.

 

Zadzwoniłem...

Drzwi otwarła sama pani Helena Ofenkowska, ubrana w ładną suknię wizytową. Widocznie miała 
gdzieś

 

wyjść.

-

 

Przepraszam

 

panią

 

bardzo...

 

Jestem

 

Mańkowski.

- Ach, wiele słyszałam o panu. Miło mi pana poznać... Pan prawdopodobnie chce... posłyszeć moje 
zdanie o porwaniu Agatki? Coprawda, ja już się wypowiedziałam w prasie, ale chętnie podzielę się 
z

 

panem

 

swemi

 

spostrzeżeniami

- Co za sprytna niewiasta, - pomyślałem. - Właściwie pomyślałem: Co za spryt!.. Komuniści nie są 
jednak

 

tak

 

głupi.

 

jeżeli

 

obdarzyli

 

 

swem

 

zaufaniem!

- Pani! - rzekłem tonem oficjalnym: - Przychodzę do pani w sprawie służbowej. Mam polecenie od 
prokuratora...
Zakrztusiłem

 

się

 

nieco;

 

później

 

-

 

jednym

 

tchem:

-   Mam   rozkaz   zaaresztowania   pani   ze   względu   na   stosunki   z   komunistami!..  
Pani   Ofenkowska   nagle   zbladła,   później   zrobiła   się   niepokojąco   czerwona.   Binokle   na   nosie 
zadygotały   ze   wściekłości.   Mimowoli   obejrzałem   się   naokoło.   Wszędzie   pełno   było   różnych 
drobiazgów:   porcelanowych,   drewnianych   („regjonalnych"),   glinianych,   na   kanapie   leżał   stos 
kolorowych   poduszek,   -   przedmiotów   jednak   ciężkich   nie   zauważyłem.   Odetchnąłem   z   ulgą.
Pani   Ofenkowska   zmierzyła   mnie   od   stóp   do   głowy   piorunującym   wzrokiem:
- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, jakie ja mam stosunki? Bez żartów, mój panie!.. Prędzej pan 
wyleci ze swej posadki, prędzej wojewodę wyrzucą na łeb na szyję z województwa, niż stanie się 
mnie   jaka   krzywda!..   Ministrowie   kark   sobie   skręcą,   wszystkim   oczy   wydrapię...
- Ten program, proszę pani, jest mi bardzo dobrze znany! Właśnie przyjaciele pani pragną szczerze, 
aby   pozlatywali   ze   swych   stanowisk   wojewodowie   i   ministrowie!..   Nie   mogę   się   wdawać   w 
dyskusję z panią. Czy zechce pani ulec woli prawa, czy też mam zastosować wobec pani środki 
represyjne?..
Pani   Ofenkowska   zamyśliła   się.   Nagle   uśmiech   rozjaśnił   jej   twarz:
-   Proszę   pana,   czy   mnie   posadzą   do   prawdziwego   więzienia?   Na   Łukiszki?
-   Tak,   proszę   pani...   Stąd,   jak   pani   wie,   bardzo   niedaleko.

 

- To doskonale! Sławo daję, to jest wprost świetne!.. Pan się dziwi?.. Ach, to jest takie proste!.. 
Widzi pan, ja jestem tak sławna, że wszyscy dostają z zazdrości prawdziwego obłędu, - Hulewicz 
naprzykład... Każdy z tych pigmejów, tych komarów, tych... już nie powiem lepiej !.. stara się mi 
dokuczyć.   Moje   najlepsze   dzieła   bywają   przemilczane   w   prasie...
-   Przepraszam,   sam   czytałem   bardzo   pochlebne   artykuły   Walerjana   Charkiewicza   i   Wandy 
Dobaczewskiej...
-

 

Ach,

 

to

 

 

żmije,

 

jadowite

 

żmije!..

 

Wyobraź pan sobie: artykuły, rzeczywiście pisali, ale nie chcieli zawiesić mego portretu w Związku 
Literatów! Czy to nie skandal? Portret prezydenta Mościckiego jest, marszałka Raczkiewicza - też, 
ale

 

mego

 

nie

 

powiesili!..

-   Przepraszam   bardzo,   niech   się   pani   pośpieszy.   Ja   jestem   tak   zajęty...

background image

-

 

Jedna

 

chwila,

 

jedna

 

chwileczka

 

tylko!..

Nucąc jakąś wesołą melodję, pani Ofenkowska pakowała walizkę. Zauważyłem jakiś gruby tom:
-

 

Pani

 

bierze

 

książki?

- Tak. To Urke-Nachalnik. Rozumie pan, dlaczego ja się cieszę ze swego aresztu?- Posiedzę trochę 
i napiszę takie dzieło, że cała Polska zdębieje!.. Jeżeli taki zbój, jak Urke potrafił zdobyć rozgłos, 
to

 

przy

 

moim

 

talencie...

 

Czy

 

pan

 

czytał

 

moje

 

dzieła?..

-

 

Ja

 

bardzo

 

panią

 

przepraszam...

 

-

 

Już,

 

już!

 

Caca,

 

Caca!

-   Co,   pani   chce   zabierać   ze   sobą   to   pasku...   tego   pieska,   chciałem   powiedzieć   ?
-   A   jakże   inaczej?   Bez   Cacy   ja   się   nie   ruszę   wcale!
-   Proszę   pani,   ja   bardzo   wątpię,   żeby   naczelnik   więzienia   zgodził   się...
- Ja nie będę go się pytała!.. Co znowu! Nawet Gorgonowa ma pieska Kropelkę w więzieniu, a ja 
nie mogę mieć?.. A zresztą, ja do Cacy nie mam zaufania: ona wiosną za dużo pozwala sobie!.. Już 
wyrzuciłam jedną służącą, bo nie dopilnowała. Okropne to było zdarzenie! Pan Brensztejn może to 
panu

 

opowiedzieć:

 

on

 

widział!..

-

 

Już

 

nie

 

protestuję...

 

Pani   Helena   Ofenkowska   wzięła   na   smyczę   Cacę,   ja   uprzejmie   zabrałem   walizkę,   zdumiona 
służąca

 

zamknęła

 

za

 

nami

 

drzwi...

Kilkadziesiąt   kroków   i   oto   pani   Ofenkowska,   Caca   i   ja   stanęliśmy   u   wrót   więziennych...
Trzy godziny.... Tylko trzy godziny. Ale to była już nie wieczność cała, lecz dwie wieczności!.. To 
było

 

nie

 

piekło,

 

lecz

 

piekło

 

w

 

kwadracie!..

Przyznam się szczerze, iż zaraz po odprowadzeniu pani Ofenkowskiej do więzienia, uciekłem nie 
czekając nawet na zakończenie niezbędnych formalności. Tak byłem szczęśliwy, że bez awantur 
załatwiłem   sprawę   aresztu,   iż   nie   chciałem,   aby   się   coś   popsuło.   Miałem   przeczucie....
Ledwie   przyszedłem   z   powrotem   do   bistra,   aby   się   dowiedzieć   o   nowych   meldunkach,   już 
naczelnik   więzienia   telefonował   do   mnie,   jak   sam   zaznaczał,   po   raz   trzeci:
-   Panie,   -   krzyczał   mi   w   ucho   wściekłym   głosem:   -   Panie!
-

 

Co

 

panu

 

jest,

 

panie

 

naczelniku?

- Co jest? Co jest? To - że ja obłędu dostanę! Pani Ofenkowska traktuje mnie, jakgdyby to ja byłem 
więźniem, a ona naczelnikiem więzienia! Krzyczy, hałasuje, żąda czegoś, okropność... Co ja mam z 
nią

 

robić?...

-   Niech   pan   naczelnik   uspokoi   ją   i   uwzględni   jej   prośby,   jeżeli   są   możliwe   do   wykonania...
Po

 

półgodzinie:

- Panie, wojewoda  nie chce  przyjąć  mojej  dymisji, niech chociaż pan  wstawi  się za mną,  bo 
oszaleję!..
-

 

Co

 

się

 

stało?..

- Pani Ofenkawska zażądała, żeby ją posadzono dla studjów do wspólnej celi. Chciała obserwować 
typy kryminalne. Posadziłem do celi z kryminalistkami. Pani Ofenkowska zaczęła się rozpytywać, 
gdzie   i   jak   która   pracuje   i   wiele   zarabia.   Powstała   bójka...   Lekarz   opatrunek   zrobił…
- Co też pan zrobił najlepszego? Niech pan posadzi panią Ofenkowską do przestępczyń co się 
zowie,

 

-

 

te

 

 

ciekawsze

 

dla

 

literatów....

Po

 

godzinie:

-   Pan   ze   mnie   kpi!   Ja   nie   pozwolę   tak   żartować!   Pan   jeszcze   popamięta   mnie!
-

 

Panie

 

naczelniku,

 

co

 

się

 

stało

 

nowego?

- Nowego! Niech pana djabli wezmą z tem nowem! Posłuchałem pana: posadziłem Ofenkowską z 
morderczyniami, a teraz mam piekło. Caca zachowała się nieprzyzwoicie, więc jedna aresztantka 
sprawiła   jej   tęgie   lanie.   Bójka   powstała,   co   za   potworna   bójka!..
-   Niech   pan   posadzi   naszą   literatkę   z   jakąś   ideową   komunistką....
Nie będę opowiadać, co było dalej.. Koszmar, istny koszmar!. W każdej celi, do której trafiała pani 
Ofenkowska,   powstawały   niebywałe   awantury   z   niesamowitych   wprost   powodów.
Nie wiem, jakby się skończyła ta cała sprawa, bo chyba naczelnik więzienia dostałby pomieszania 
zmysłów, ja zaś palnąłbym sobie w łeb, - gdyby nie interwencja Związku Literatów, na czele z 

background image

Witoldem

 

Hulewiczem.

Zarząd Związku zaznaczył, że aczkolwiek pani Helena Ofenkowska nie jest członkiem Związku 
jednak   staje   w   jej   obronie   i   gwarantuje,   że   posądzona   o   współudział   z   komunistami   jest 
najzaszczytniej   znaną   patrjotką,   jeśli   zaś   zawierała   znajomości   z   komunistami,   to   tylko   przez 
nieświadomość.
Na tem się zakończyła awantura z panią Heleną Ofenkowską.

 

XXXVIII.

 

Tymczasem   upłynęło   sporo   dni.   Areszty   i   rewizje   nie   dały   pożądanego   rezultatu.   Główni 
prowodyrzy i ci trzej, co uciekli z więzienia, jakby się pod ziemię zapadli. Mojem zdaniem system 
masowych   aresztów   nie   prowadzi   do   celu.   Kierownicy  ruchu   komunistycznego   konspirują   się 
świetnie. Zauważyłem to teraz, że wydają z lekkiem sercem na łup policji drobne pionki, szere-
gowców, osobiście zaś rozporządzają tysiącznemi środkami, aby ujść bezpiecznie przed pościgiem. 
Przedewszystkiem- pieniądze. Dużo pieniędzy. Kiedyś próbowałem w tej sprawie wystosować cały 
memorjał do władz przełożonych. Poddałem w nim krytyce i rewizji dotychczasowy system walki 
z   konspiracją   komunistyczną.   W   odpowiedzi   otrzymałem   zlecenie   likwidacji   drobnej   afery 
kryminalnej

 

w

 

Wołożynie...

Teraz więc czyniłem wszystko, co mi nakazywano, nie bawiąc się w mędrkowanie. Moje specjalne 
pełnomocnictwa i kompetencje, jakie uzyskałem dla odszukania porwanej córeczki wojewody - 
zda

 

się

 

zostały

 

zawieszone.

 

Całkowicie

 

pochłonięty

wie zapomniałem. Bo czyż miało to jaki związek? Tylko dlatego, że wojewoda otrzymał wówczas 
ów   list   anonimowy?   -W   prawdziwość   jego   treści   nie   wierzyłem   ani   przez   jedną   sekundę. 
Wojewoda nie wierzył zdaje się również. Ale była to ostatnia nadzieja, ostatnia nić, łącząca nas z 
porwaniem dziecka. Jakże złudna i naiwna! Tamte prysły, ledwieśmy je chcieli ująć wprawną ręką 
śledztwa.   Ta   -   rozpływa   się   sama   w   bezowocnych   poszukiwaniach   i   aresztach.
W ciągu całego tego okresu nie komunikowałem się wcale z wojewodą. W końcu zadzwonił do 
mnie.

 

Nie

 

zastał

 

w

 

domu

 

i

 

wyznaczył

 

audjencję.

Gdy  przybyłem,   słuchał   z   roztargnieniem   raportu   o   aferze   komunistycznej,   rysując   ołówkiem 
wzory

 

na

 

bibule.

 

-

 

Skończyłem.

-  Wojewoda   milczał   przez   czas   dłuższy,   nie   patrząc   na   mnie.   Pozwoliłem   sobie   na   delikatne 
chrząknięcie.   Wówczas   spojrzał   nagle   na   kalendarz,   a   następnie   prosto   w   oczy:
- Panie Mańkowski. Czy pamięta pan, że pojutrze upływa termin dwutygodniowy, wyznaczony 
nam

 

wówczas

 

w

 

anonimowym

 

liście

 

komunistów?

-W

 

istocie,

 

panie

 

wojewodo,

 

tak

 

jest,

 

ale...

-

 

Co

 

ale?

-   Chciałem   nadmienić,   panie   wojewodo,   że   ci   komuniści   są   już   na   wolności?..  
- Więc co pan chciał nadmienić?

 

XXXIX.

 

background image

Wracałem tak pochłonięty własnemi myślami, iż omal nie wpadłem pod autobus. Ładna historja: 
kierownik służby śledczej -roztargniony. Takiego sam wylałbym na zbity łeb. Ale cóż, wojewoda 
miał rację. Od tego przecież jestem, by coś wykombinować ułożyć plan, skonstruować jakąś tezę, 
działać,

 

działać

 

przedewszystkiem.

Wróciłem do domu rzucając palto na krzesło i natychmiast zauważyłem na biurku list. Adres na 
kopercie wypisany literami drukowanemi. - Aha, anonim. W samą porę! choć to. - Gorączkowo 
rozerwałem.
Znów  rzekomo   z  ramienia   Komunistycznej   Partji   Zachodniej   Białorusi.   Komitet  Wykonawczy 
Partji  zawiadamiał,  że  jakkolwiek,  wojewoda nie  usłuchał  poprzedniego  listu,  komuniści  sami 
zdołali się wydostać z murów więzienia: Mogliby obecnie zrobić wszystko, co się im podoba z 
porwanem dzieckiem, jednak z pewnych względów gotowi są do pertraktacyj. Do pertraktacji nie z 
wojewodą, a ze mną, z Mańkowskim.  O ile żądaniom ich stanie się zadość - gotowi zwrócić 
Agatkę. W tym celu mam przy być dziś o pierwszej w nocy do hotelu Sokołowskiego. Wynająć 
numer   na   nazwisko   Karpińskiego   i   oczekiwać   telefonu.   Dalej   następowały   stereotypowe 
wymagania, żebym nie próbował ich schwytać i przywoływać do pomocy policji, bo skończy się 
ze

 

mną

 

bardzo

 

źle.

List przeczytałem dwa razy. Trzeba było rozważyć okoliczności: pochodził z tego samego źródła - 
to pewne. Dalej - w jakim celu został wysłany? Oni porwali dziecko, czy nie oni. 80 procent na sto, 
że nie oni. - Albo drogą szantażu, chcą wymusić jakieś nowe żądania, albo... dokonać na moją 
osobę

 

zamachu.

 

Więc

 

iść

 

czy

 

nie

 

iść?

Nie dlatego żebym się bał. O, nie. Zupełnie szczerze przyznaję, że się nie bałem, tylko jako oficer 
śledczy, musiałem rozważyć każdy krok, każde najdrobniejsze postanowienie. - Więc szantaż czy 
zamach? Może być jedno i drugie. Z 80-ciu pozostałych procentów 40 przemawia za szantażem, 40 
za   zamachem.   Jeżeli   szantaż   -   to   iść,   jeżeli   zamach   -   nie.  Ale   istnieje   jeszcze   20   procent 
możliwości, że posiadają Agatkę. Daje więc razem 60 przeciwko 40-tu, żeby iść. - Trzeba być 
ścisłym w swoich obliczeniach: Teraz, zawiadomić wojewodę, czy nie? - Myślałem nad tem całe 
trzy   minuty.   Postanowiłem   nie   zawiadamiać.   Dalej   kwestja   ochrony   osobistej:   zapowiedzieli 
telefon, więc spotkanie nie nastąpi w hotelu. Wyznaczą jakieś miejsce. Nie znając tego miejsca, 
trudno organizować obławę. - Spojrzałem na zegarek piętnaście po piątej. Zadzwoniłem do urzędu
- Czy jest Blum? Do aparatu. Blum, pojedziecie najbliższym autobusem do Nowej Wilejki. Tam 
ucharakteryzujecie się na prowincjonalnego kupca. Pierwszym pociągiem z powrotem do Wilna. 
Wynająć   konną   dorożkę   i   zajechać   do   hotelu   Sokołowskiego.   Macie   tam   jaki   paszport?   co? 
Szymanowski. Niech będzie Szymanowski. Nie zapomnieć walizek. Broń też. Stanąć w numerze 
na

 

pierwszem

 

piętrze.

 

Już,

 

robić.

 

-

 

Rozkaz.

-

 

Poproście

 

teraz

 

aspiranta

 

Iwasiewicza.

-

 

Słucham.

- Panie Iwasiewicz: Gracjanowski i trzech wywiadowców. Pan osobiście dyżuruje całą noc przy 
aparacie w urzędzie. -Pięciu mundurowych i pościgówka. Schować w bramie. Czekać telefonu i 
rozkazów koło 1-szej w nocy.

 

XL.

 

Miałem dużo czasu. Poszedłem się przejść. Ciągnęło mię coś do ogrodu Bernardyńskiego. Tu 
porwano  Agatkę.   Tak,   właśnie   tu.   Zdawało   mi   się   teraz,   że   było   to   dawno,   bardzo   dawno. 
Pochłaniała   mnie   myśl   o   dzisiejszej   nocy.   Dokuczliwa,   jątrząca   myśl.   Czyżbym   był 

background image

zdenerwowany?   Nie,   swoim   zwyczajem   muszę   tę   myśl   odpędzić   i   zająć   się   czemś   błahem, 
powszedniem.

 

Dać

 

głowie

 

wypocząć

 

i

 

rozerwać

 

umysł.

Szum Wilenki dobrze mi zrobił. Nie mogłem się jednak przełamać, by co chwila nie patrzeć na 
zegarek.

 

Co

 

za

 

głupie

 

podniecenie.

Wieczorny   chłód   idący   od   rzeki   orzeźwiał.   Kolację   zjadłem   z   apetytem   w   „Ziemiańskiej", 
wypiwszy   zamiast   wódki,   dwa   kieliszki   francuskiego   wina.   -   Już   11-ta!
Powróciłem   do   domu.  Własny  gabinet   wydał   mi   się   dziwnie   przytulny.   Obrzuciłem   wszystko 
dokoła spojrzeniem, jakbym się z nim żegnał. Et, śmieszne przypuszczenie. Ale! zapomniałem o 
najważniejszem!
Zawiadomiłem stację telefoniczną, żeby natychmiast zanotowała numer telefonu, który zadzwoni 
do   hotelu   Sokołowskiego,   wzywający   Karpińskiego.   -   To   już   zdaje   się   wszystko.
Opatrzyłem swój 9-ciostrzałowy mauser. Wsadziłem zapasowy magazyn do kieszeni i do palta 
ręczny

 

granat.

 

Bóg

 

raczy

 

wiedzieć...

O   dwunastej   byłem   w   hotelu.   Przez   ostrożność   nie   zapytałem   o   Szymanowskiego,   zresztą 
przeczytałem to nazwisko na tablicy. Dziwnie obcy i wstrętny jest numer hotelowy. Co robić w 
przeciągu długiej, długiej godziny... Otwarłem okno i patrzałem, jak zwolna zamierał ruch miejski 
na

 

ulicy

 

Niemieckiej.

Nagle:   stuk,   stuk,   do   drzwi.   Skoczyłem.   Z   gotowym   rewolwerem   podszedłem.
-

 

Kto

 

tam?

To   nic,   to   tylko   portjer   przyszedł   mnie   zawiadomić,   że   wzywa   telefon...
-

 

Hallo,

 

słucham.

-

 

Czy

 

to

 

ajent

 

Karpiński?

Jak

 

Boga

 

kocham,

 

znam

 

ten

 

głos!

- Proszę natychmiast udać się na ulicę Zawalną, róg Nowogródzkiej. Tam stoi taksówka numer 44. 
Pamiętać,

 

wyraźnie:

 

44.

 

Wsiąść,

 

szofer

 

zawiezie.

Rozmowa skończona. - Ależ ja znam ten głos! - Prędko, prędko. Boże, jak ta „miejska"... Aha już:
-

 

Proszę

 

panią,

 

jaki

 

numer

 

dzwonił? 

-

 

prędko!

-

 

Sto

 

pięćdziesiąt

 

pięć,

 

-

 

urząd

 

śledczy,

 

proszę

 

pana.

Słuchawka wypadła mi z ręki. - Zdębiałem.

 

XLI

 

Oczywiście w tej chwili zadzwoniłem do urzędu. Iwasiewicz tkwił przy telefonie i służbiście się 
zameldował. Cała tajemnica, która wydała mi się przed sekundą tak niesamowitą, okazała się 
zwyczajnym

 

trikiem

 

w

 

grze

 

moich

 

przeciwników.

-

 

Kto

 

dzwonił

 

przed

 

chwilą

 

do

 

hotelu

 

Sokołowskiego?

-

 

Ja,

 

-

 

odpowiedział

 

mi

 

spokojny

 

głos

 

Iwasiewicza.

Zaczynałem się już domyślać, a Iwasiewicz potwierdził te domysły. Mianowicie o godz. 12 w nocy 
zadzwonił   doń   głos   męski,   rzekomo   z   Komendy   Policji.   Podyktował   rozkaz   i   kazał   go 
przetelefonować punktualnie o godzinie 1-szej pod wiadomym adresem i nazwiskiem. Nie znalazł 
w tem nic nadzwyczajnego, nic nie podejrzewał, więc wykonał rozkaz. - Odpowiedziałem tylko:
- Jesteś pan człowiekiem sumiennym, ale naiwnym. - Zaczem, w krótkich słowach wyjaśniłem całą 
aferę.
- Niech się pan orjentuje, - dodałem - Mam przy sobie Bluma i ryzykuję... niech mi pan nie 
przerywa swojemi obawami... ryzykuję udać się na miejsce. Po 20 minutach niech pan wysunie 
pościgówkę na róg Trockiej i Zawalnej, z Gracjanowskim i kilku ludźmi. Samemu proszę czekać 
dalszych

 

rozkazów.

background image

Jak to dobrze, że czułem się znów, jak to mówią, „w sosie". Wszelkie obawy, zdenerwowanie 
opadło

 

ze

 

mnie.

 

Działać!

- Proszę poprosić pana Szymanowskiego - zwróciłem się do portjera. Ale obok wysunęła się postać 
nieznajomego.

 

Spojrzałem...

- Blum! Nie poznałem was. Świetnie. Pójdzie pan - mówiłem szeptem -- zaułkiem Lidzkim i 
wyjdzie   na  róg  Zawalnej.  Tam  musi   być  w  pobliżu   samochód.  Proszę  wszystko   obserwować. 
Zobaczy pan mnie. Ja pójdę od Zawalnej. W razie czego śpieszyć na pomoc i alarmować. Nasza 
pościgówka

 

zaraz

 

będzie

 

na

 

rogu

 

Trockiej.

Blum wyszedł. Zaczekałem, aż trzasnęły za nim ciężkie drzwi hotelowe. Zapłaciłem rachunek i 
ruszyłem żwawym krokiem w kierunku przeznaczenia. Kroki te głośnem echem odbijały na pustej 
ulicy.   Skręciłem   na   Zawalną,   idąc   lewą   stroną.   Nagle   ujrzałem   tylne   czerwone   światełko 
samochodu.   Nie   stał   jednak   po   stronie   ulicy   Nowogródzkiej,   a   po   przeciwnej,   koło   „Baru 
Handlowego". Podszedłem spokojnie, tylko trochę, troszeczkę, biło mi serce. Kolbę rewolweru 
ściskałem w kieszeni. Taksówka, ale... nie był to numer 44-ty. To był numer 167-my. Wewnątrz 
zamkniętej   landoletty   spał   pomocnik.   Szofer   ziewał   na   przedniem   siedzeniu.
--

 

Czy

 

nie

 

byto

 

tu

 

taksówki

 

numer

 

44?

 

- Była, ot co tylko pojechała, może parę sekund temu, może pół minuty.

 

XLII

 

Aspirant Iwasiewicz  wydał  zaraz  odnośne polecenia.  Po dwudziestu  minutach auto  pościgowe 
ruszyło i stanęło na rogu Tockiej i Zawalnej, gasząc wszystkie światła. Gracjanowski przechadzał 
się po chodniku. Wszyscy zachowywali ciszę, ale czas upływał. Żadnego sygnału. Niebo się zlekka 
zaróżowiło.

 

Przecież

 

to

 

najkrótsze

 

noce.

Aspirant   Iwasiewicz,   zdenerwowany   incydentem   z   telefonem,   niespaną   nocą,   a   najbardziej 
uwagami   swego   zwierzchnika,   krążył   po   pokoju,   oglądając   własne   paznokcie.   Później   usiadł, 
próbował czytać gazetę. Nie szło. Godziny mijały. Zegar uderzył dwa razy. Druga. „Zdrzemnąć się 
czy co?” - pomyślał. Ale i sen się go nie imał. Wpół do trzeciej. Za kwadrans trzecia. Jasno, dzień 
się

 

robi.

 

-

 

„Co

 

jest,

 

u

 

djabła!".

Piętnaście   minut   po   trzeciej.   Dłużej   czekać   nie   podobna.   Zawołał   dyżurnego   przodownika   i 
posadził koło telefonu. Włożył pośpiesznie palto i prawie pobiegł na róg Trockiej i Zawalnej. 
Zdaleka

 

już

 

ujrzał

 

pościgówkę.

 

Zwolnił

 

kroku.

-

 

Co

 

jest?

- Nic niema, panie aspirancie. Ruszył z trzema ludźmi na róg Nowogródzkiej. Nie był to dzień 
rynkowy.   Sklepy,   bramy,   obydwa   w   tem   miejscu   położone   „Bary"   spały   jeszcze   w   blaskach 
budzącego się dnia. Tylko nieliczni sprzedawcy jarzyn kręcili się koło swych bud. Tu i ówdzie 
przejechała furmanka chłopska, wóz ciężarowy, dorożka lub taksówka na dworzec. Pozatem cisza i 
spokój. Obok otwarła się brama i wylazł pierwszy stróż z miotłą. Powiódł zaspanym wzrokiem, 
zepchnął   czapkę   na   oczy   przed   ukośnemi   promieniami   słońca   i   jął   się   zamiatania.
-   Co   będziem   tu   stali,   panie   aspirancie,   --   odezwał   się   wcale   nieprzepisowo   Gracjanowski. 
Najwidoczniej

 

był

 

zdenerwowany.

„,Porwali

 

go"

 

 

pomyślał

 

Iwasiewicz,

-   „ani   chybił,   porwali.   Ale   gdzież   jest   Blum,   w   takim   razie?.”
- Zaraz szukać taksówki numer 44-ry. Zatelefonować do wszystkich komisarjatów i na powiat.
Adresu szofera nie było się trudno dowiedzieć. Mieszkał na Łosiówce.

 

background image

XLIII

 

Jakież

 

zdumienie

 

ogarnęło

 

Iwasiewicza,

gdy o godzinie w pół do szóstej rano przybyli do mieszkania szofera Kiercewicza, właściciela 
taksówki numer 44-ry! - Kiercewicz spał w najlepsze i długo nie mógł się zorjentować, o co 
chodzi. Bardziej sprytna, młoda jego żona wyjaśniła, że mąż jej już piąty dzień nie wyjeżdża, bo 
taksówka

 

stoi

 

w

 

remoncie.

- Ot, jechał na dniach, z gośćmi do Słomianki, do Werek w nocy. Jeden siond za kierownica, 
niedarmo

 

pjany.

 

Jak

 

dał

 

się

 

ob

 

drzewa...

-

 

Dobrze,

 

dobrze,

 

ale

 

gdzie

 

jest

 

taksówka!

-   Toż   mówia   w   remoncie,   na   Mickiewicza,   koło   mostu,   tam   w   warsztatach
-

 

Wam

 

musieli

 

skraść

 

taksówkę!

 -

 

zawołał

 

Iwasiewicz.

Szofer wtedy oprzytomniał. Nie zważając na molestowanie żony, ubrał się prędko, wciągnął długie 
buty,

 

i

 

siadł

 

razem

 

do

 

auta

 

policyjnego.

Pomknęli z Łosiówki wprost na Mickiewicza pod 66-ty, do warsztatu. Kiercewicz przez całą drogę 
nic   nie   mówił.   Obawa   utraty   samochodu,   utraty   kawałka   chleba,   długi   zaciągnięte   wobec 
przedstawicielstwa, weksle, terminy, żona, dziecko w domu - te trapiące myśli opadły jego, tak 
nagle   wyrwaną  ze   snu,  głowę.  Iwasiewicz   też  doń  nie   zagadywał,   nie   pytał.  Poco?   Zaraz   się 
wszystko

 

wyjaśni.

Warsztat

 

był

 

już

 

otwarty.

Na  dziedzińcu,  na   drewnianych  kozłach  stała  karoserja  taksówki  numer   44-ry.  Podwozie  było 
całkowicie rozebrane. Nikt jej stąd nie ruszał od 5-ciu dni.

 

XLIV.

 

W godzinę potem Iwasiewicz zdał dokładny raport władzy przełożonej o wszystkiem co zaszło. 
Przedsięwzięte zastały należne środki i cała policja, zarówno miejska, jak i powiatowa postawiona 
na

 

nogi.

-   Tylko   żadnych   informacyj   prasie!  -   zakonkludował   komendant   wojewódzki.  
Aspirant   Iwasiewicz   przespał   się   trochę   w   południe   i   wieczorem   zjawił   się   do   biura.
-

 

Co

 

nowego?

- Nic takiego, panie aspirancie! - zameldował dyżurny. - Tylko tu ot meldunek. Właściciel hotelu 
Sokołowskiego   zawiadomił   1-szy  komisarjat,   że   wczoraj   w   dzień   zatrzymał   się   u   niego   jakiś 
kupiec z prowincji, nazwiskiem Szymanowski. Wyszedł o 1-szej w nocy zostawił walizki i dziś do 
wieczora więcej nie powrócił.

 

XLV

 

background image

Była zupełnie ciemno. Ocknąłem się i doprawdy nie wiedziałem, czy się obudziłem, czy śnię, czy 
coś innego się ze mną dzieje. Może już umarłem? Przedtem nim zacząłem myśleć, począłem czuć. 
To były niepowiązane wrażenia, nici wyobraźni biegnącej kędyś w przestrzeń, później się one 
plątały,   wałkowały,   tworzyły   chaotyczny   splot   i   zapadały   w   czarną   otchłań.   Dlaczego?   Nie 
odczuwałem   wyraźnego   bólu   fizycznego.   Nie   bolała   mię   specjalnie   ani   głowa,   ani   tułów,   ani 
kończyny. Raczej ciało wraz z mózgiem i nerwami tworzyło jedną obolałą całość. Próbowałem 
naprzemian zamykać otwierać powieli, ale wrażenie wzrokowe było jednakie: nieprzenikniona 
ciemność.   -   Jak   długo   to   trwało?   Jak   dawno   jestem   tu,   gdzie   jestem?
Wreszcie przyszła myśl, a z nią pierwsze wrażenie świadomości. I w tej chwili ból stał się bardziej 
dojmujący, chłód dokuczliwiej przenikał, charakterystyczne łamanie w kościach, jak w gorączce. 
Wtedy   się   poruszyłem   i   wtedy   doznałem   czegoś   najgorszego:   rozpacz!   To   jest   takie   uczucie 
bezpowrotnie   utraconej   przeszłości,   coś   co   powrócić   nie   może,   czego   naprawić   nie   podobna. 
Wyraża   się   ono   w   jednem   westchnieniu:   „Ach,   Boże,   pocóż..."

 

W   odpowiedzi   na   to   westchnienie   ktoś   się   poruszył   w   pobliżu.
Zamarłem. Wstrzymałem oddech. Nic. Cicho. Ciemno. Znów leżałem przez czas dłuższy. Gdym 
otworzył oczy, zdało mi się jakoby dookoła było nieco jaśniej. Może wzrok już przywykł do tej 
ciemnicy. Teraz uczyniłem nad sobą wielki wysiłek, postanowiłem skupić myśl i zdać sobie sprawę 
z

 

sytuacji.

 

Przedewszystkiem,

 

gdzie

 

jestem?

Zdaje mi się, że w jakowejś wilgotnej piwnicy. Czuć tu tęchlizną, zimnym murem piaskiem i 
spirytusem.   -   Po   drugie   jestem   skrępowany.   Poruszyłem   ramionami.  Tak,   mocno   związany 
sznurami. Dalej ciało jest straszliwie obolałe, czyli musiałem być pobity. Więc jak to było? Naraz 
przypomniałem

 

sobie

 

wszystko.

Rozmawiam z szoferem. Ten proponuje, że dogoni taksówkę numer... zaraz, jakiż to był numer.. 
aha - 44-ty. Ja stoję i waham się. Jestem niezdecydowany. Raptem słyszę czyjeś głosy, dochodzące 
z Baru. Odwracam się w tamtym kierunku. Drzwi się uchylają. Widzę postaci, ilu - nie pamiętam. 
Widzę, jak przez mgłę, wnętrze Baru, słabo oświetlone, zadymione. Idą ku mnie wyziewy alkoholu 
i

 

mięsnych

 

potraw.

Wtedy właśnie ktoś mnie uderzył w tył głowy, bardzo silnie. Tracę przytomność, w chwili, gdy 
wiele rąk wyciągniętych... Ale dlaczego się tak stało?- Już, już wiem. Telefon, komuniści, Agatka, 
wojewoda. Wiem wszystko teraz, prócz dwóch najważniejszych rzeczy : jak długo tu leżę i co się 
teraz

 

ze

 

mną

 

stanie.

Z głębi piwnicy dochodzi szmer. Może to mysz. Regularny szmer, jakieś tarcie. Nie odzywam się i 
czuwam. Tarcie chwilami milknie, ale po pewnym czasie słyszę je jeszcze wyraźniej.

 

XLVI

 

Poszukiwania w ciągu dwóch dni nie dały rezultatu pozytywnego. W kilku miejscach na prowincji 
zatrzymano samochody, wszelako nie miały one nic wspólnego ze zniknięciem wybitnego oficera 
służby

 

śledczej

 

Mańkowskiego.

Nazajutrz wyświetlano tajemniczą historję niejakiego Szymanowskiego, który się był zatrzymał w 
hotelu   Sokołowskiego.   Otwarto   pozostawione   przezeń   walizki   i   okazało   się,   że   są   wypchane 
papierami, przeważnie najtańszą makulaturą gazet. Dowód osobisty, dostarczony przez portjera do 
urzędu śledczego, nietrudno było rozeznać. Faktem jest, że równocześnie z Mańkowskim zginął 
bez

 

wieści

 

starszy

 

posterunkowy

 

służby

 

śledczej

 

Blum.

Zostali porwani, czy też zabici? Oto jest pytanie, które sobie zadawano w urzędach policyjnych. 
Wojewoda   dowiedział   się   o   całej   sprawie   w   południe   i   wykazał   wielką   dozę   opanowania. 
Zawezwał też odpowiedzialne jednostki władz bezpieczeństwa publicznego i odbył z niemi długą 
konferencję.   Pan   wojewoda   łaskawie   wyraził   zdanie,   iż   jego   przekonaniem   obydwaj 

background image

funkcjonarjusze policji nie zostali zabici, lecz porwani. Przedewszystkiem nie znaleziono zwłok, 
powtóre sam efekt morderstwa jest bez porównania bardziej znikomy, niż możliwość szantażu, 
wysuwania żądań, dyktowania warunków. A do tego właśnie dążą komuniści. Niestety, musiał 
przyznać, iż zaczęło się od porwania jego córeczki, ale widzimy w tem pewien system, pewien 
plan,   groźne   memento.   Nie   była   porwana  Agatka,   córka   Jerzego   Lacka,   ale   córka   wojewody 
wileńskiego,   wysokiego   urzędnika   państwa.   Istnieje   absolutnie   wyraźna   łączność   pomiędzy 
smutnym   wypadkiem   w   ogrodzie   Bernardyńskim   i   tajemniczem   zniknięciem   urzędnika   i 
funkcjonarjusza

 

władz

 

bezpieczeństwa

 

województwa.

W ten mniej więcej sposób zobrazował wojewoda sytuację, a zebrani na konferencji panowie, 
przekonani słusznie druzgocącą logiką zwierzchnika, uznali niezbity dowód dalekiego zasięgu III-
ciej

 

Międzynarodówki

 

i

 

jej

 

groźnych

 

ajentów.

Nazajutrz wpłynął na ręce wojewody trzeci zkolei anonim, pisany przez Komitet Wykonawczy 
Komunistycznej   Partji   Zachodniej   Białorusi,   który  całkowicie   potwierdzał   tezy,   przyjęte   przez 
czynniki miarodajne. W liście tym, Komitet, powiadamiając o porwaniu dwóch urzędników policji, 
stawiał cały szereg żądań. Wspominał o córce wojewody, groził, domagał się, wysunął drugą listę 
aresztowanych komunistów którzy mieli być zwolnieni itd.

 

XLVII

 

Komunista

 

Henryk

 

D.

 

był

 

nieuchwytny…

Zakrystjan kościoła Św. Teresy przy Ostrej Bramie wyszedł dnia tego do ogrodu poklasztornego, 
aby obejrzeć powierzone jego pieczy grządki warzywne. Nocy poprzedniej przeszła ponad Wilnem 
nawałnica.   Lało   jak   z   cebra.   Burza,   połączona   z   gradem,   wichurą,   deszczem.   Wiele   szkód 
poczyniła w polu, i w lesie, i w ogrodach, i w sadach. Zaniepokojony tem zakrystjan Lucjan 
Wilczyński czynił słusznie, oglądając grzędy jarzyn. Przeczucie wyrządzonego zła nie omyliło go. 
Tam, gdzie wczoraj jeszcze słały się szmaragdowym kobiercem subtelne kity marchwi, tam w tej 
chwili  ział  otwór pusty,  woda doń ,w nocy już spłynęła, dziwny i głęboki.  Nawpół  zasypany 
ziemią, ale sterczały zeń jakoweś cegły czy kamienie. Wziął do rąk łopatę i chciał grzędę naprawić. 
Ledwo jednak stanął mocno nogą, aż się zapadł po sam brzuch. Ze strachu pośpiesznie zarobił znak 
Krzyża Św. i gramolił się z powrotem. Znów zapadł był wyżej kolan. To go zastanowiło. „To może 
skarb jaki"! Przebiegła myśl kusicielska. Odpędził ją jednak wnet, ale kopał już w głąb, sam sobie 
nie

 

zdając

 

sprawy,

 

dlaczego

 

to

 

czynił.

Łopata natrafiła na mur. Cegła średniowieczna. Runęło przed nim trochę czarnej ziemi, otworzył 
się chodnik w głąb. Człowiek zgięty, mógł weń się wgramolić od biedy. – „Tfu, na stare lata taka 
ciekawość!” -splunął Wilczyński, ale się już nie cofał. Schylony w pałąk czołgał się w głąb lochu. 
Pod nogami twarda ziemia. Nad głową sklepienie z cegieł. Nawprost czarna czeluść lochu. Postąpił 
parę kroków --zdjął go strach, niesamowity strach przed czemś okropnem, nadprzyrodzonem już 
się nie zdążył przeżegnać i biegł, gramolił się, lazł, po przez wilgotną ziemię, z powrotem ku 
górze, ku słońcu, ku światłu i starczym truchcikiem wprost do plebanji, by zawiadomić proboszcza.

 

XLVIII

 

background image

Znów zapadłem w półsen. Koszmarne godziny wlekły się w mroku piwnicznym, a żaden odgłos 
nie dochodził z zewnątrz. Gdy się ocknąłem, po raz już nie wiem który, nie słyszałem szmeru i 
tarcia, natomiast najwyraźniej obok szelest czyichś kroków. Ktoś potrącił nogą butelkę. Poczułem 
niewysłowione pragnienie. Dźwięk szkła zbudził we mnie jedną tylko szaloną chęć: pić! Musiałem 
ciężko   westchnąć,   bo   w   następnej   sekundzie   wionął   ku   mnie   oddech   ludzki   i   zduszony  głos 
zapytał:
-

 

Kto

 

tu

 

leży?

Boże!!!  To   głos   Bluma!   Nie   wierzyłem   własnym   uszom,   a   czytelnik   zrozumie   chyba   radość; 
wszystkie jasności nadziei, błysły w obolałej głowie! Byłem znów przytomny. Powracałem do 
życia.
- Blum, to wy? Tu ja, Mańkowski. Blum porwał mnie w swe silne ręce. Drgającemi ze wzruszenia 
palcami rozwiązywał, szarpał więzy, targał mnie niemiłosiernie, wreszcie kawałkiem znalezionego 
szkła   przepiłował   sznury.   Później   podtrzymał   mię,   abym   nie   upadł,   taki   byłem   wyczerpany.
-

 

Gdzie

 

my

 

jesteśmy?

- My, panie naczelniku, w piwnicy tego przeklętego Baru, na rogu Zawalnej i Lidzkiego zaułka. To 
znana „truszczoba". Porwali nas tej nocy, teraz musi być wieczór, albo i druga noc. Przez tyle 
godzin nie dali ani jeść, ani kropli wody, tfy! Przeklęte bolszewiki! - Zgrzytnął zębami. - Pan zna 
przecież ten bar? To jest melina kryminalna i polityczna. Zawsze mamy ją na oku, ale w ostatnich 
czasach, jakoś głucho. Mnie, panie naczelniku, - mówił tajemniczo - zdaje się, że któryś z na 
szych, z urzędu... z tym właścicielem Chajkinem wszedł w kombinację. To źle dla nas. Tak nigdy 
tu

 

nas

 

nie

 

znajdą...

-

 

A

 

jak

 

wyście

 

tu

 

trafili?

- Zwyczajnie. Szedłem według rozkazu zaułkiem Lidzkim. Ostrożnie i „spluwę" miałem gotową. 
Sam nie wiem, jak to się stało, że nie zauważyłem zasadzki w bramie. Wyskoczyli. Jeden dał w łeb  
z tyłu.  Straciłem przytomność, alem ją zaraz od zyskał.  Zapóźno jednak, by się  bronić. Tych 
drabów było sporo. Jeden taki silny żydłak, że samemu ledwo dałbym radę, choć pan naczelnik 
wie,

 

że

 

ja

 

też

 

nie

 

chory...

-

 

Wiem,

 

wiem.

- Zarzucili mi na głowę jakiś worek, w usta wepchnęli szmatę. Miarkowałem jednak wszystko i 
wiem,

 

że

 

jesteśmy

 

w

 

tym

 

barze.

-

 

A

 

jakeście

 

zdołali

 

się

 

uwolnić

 

z

 

więzów?

- Zwyczajnie, panie naczelniku. Rzucili mnie na jakieś ostre kanty. Tarłem tak długo sznurem o 
wystający

 

kamień,

 

 

przepiłowałem

 

sznur.

Teraz zaczęliśmy się naradzać co robić i jak stąd uciec. Była to bardzo głęboka piwnica. Zapewne 
miała ongiś okna u góry, zwyczajnie, jak w suterynie, ale teraz zasypane ziemią od zewnątrz. Prócz 
tego zabite deskami od wewnątrz. Żadnej  broni, żadnego narzędzia. Blum macał po ścianach, 
dotykał przedmiotów, obejrzał wszystko. Oczywiście, główną uwagę skupiliśmy na drzwi. Były 
zamknięte na klucz, możliwe, że na zasuwę, ale pozatem nie przedstawiały nic specjalnego. O 
rozbiciu zamka mowy być nie mogło, zbyt mocne też, by je wyłamać. Straciłem nadzieję, ale Blum 
majstrował długo koło zawiasów. Wprawdzie były po przeciwnej stronie, temniemniej wszakże, 
przy użyciu nadzwyczajnej siły fizycznej może dałyby się wysadzić. Byle tylko zamek był nieco 
ruchomy, byle się dały trochę przekręcić ukosnie. Wkońcu Blum znalazł na ziemi krótki kawałek 
żelaza. Ja miałem podsadzać drzwi od dołu, przy pomocy tej prowizorycznej dźwigni, zaś Blum, 
zmobilizowawszy
wszystkie siły, pchał drzwi ku górze i nazewnątrz.

 

XLIX

background image

 

O tej samej mniej więcej porze, a byto to (o czem Mańkowski nie mógł wiedzieć) jedenasta w 
nocy, przed Bar na rogu Zawalnej i Lidzkiego zajechała taksówka nr 167 i wysiadło z niej czterech 
ludzi, z których trzech było Żydów, a jeden Polak. Weszli śmiało do baru, każdy wypił przed 
bufetem   kieliszek   wódki,   zagryzł   śledziem   i   pokolei   znikał   niepostrzeżenie   w   dalszych 
apartamentach   restauracji.   Jeden   i  drugi   gabinet   były  zajęte.   Dochodziły  z   nich   wesołe   głosy, 
pijackie pomruki, drażniący wyuzdaniem śmiech kobiet, krzyki i brzęk szkła. Ale przybyli nie 
zwracali   na   to   uwagi,   nie   zachodzili   do   żadnego   gabinetu,   nie   szukali   znajomych.   Chyłkiem 
przemykali się pomiędzy stolikami w kierunku, gdzie małe drzwi prowadziły na korytarz, a z 
tamtych

 

do

 

mieszkania

 

Lejby

 

Chajkina.

Ostatni   pokój   urządzony   był   również   na   podobieństwo   „gabinetu"   czwartorzędnej   restauracji. 
Ceratowa   kanapka,   trzy   krzesła   i   stół   zasłany   papierem.   Na   ścianie   nie   odstępny   oleodruk   z 
jeleniem Schwarzwaldu czy Tyrolu. Tym razem krzeseł było o wiele ponad przepisową liczbę 
trzech.   Krzeseł   było   osiem,   wszystkie   zajęte   i   dwóch   ludzi   siedziało   prócz   tego   na   kanapce. 
Przeważnie Żydzi. Wśród nich nasi znajomi: Henryk  D., Stefan J. i Marjan Żeleński. - Okno 
prowadzące na podwórko, szczelnie zasłonięte szmatami. - Zebrani powitali hucznie wchodzących. 
Snać   oczekiwano   ich   dawno,   a   bawiono   się   wesoło   i   opijano   jakoweś   „zwycięstwo".
Teraz   czternastu   ludzi   zasiadło   ciasnem   kołem   wokół   brudnego   stołu.
Pokój   miał   dwoje   drzwi.   Jedne,   przez   które   weszli   przybyli,   prowadziły   na   korytarz   i   do 
restauracji.   Otworzyły   się   niebawem   i   na   progu   ukazała   się   postać   samego   Lejby   Chajkina. 
Przyniósł najtańsze piwo „Pupko. Browar Lidzki", szklanki, wódkę z czerwoną etykietką i zakąski. 
Dał   znać,   że   wszystko   spokojnie,   poczem   otworzył   drugie   drzwi. Wionęło   stamtąd   piwniczną 
wilgocią. Spojrzał w dół na schody. Zamknął z powrotem i wrócił na swe stanowisko za bufetem.
Wówczas powstał z nad stołu towarzysz Henryk D. i jak wtedy, gdyśmy go słyszeli mówiącego w 
ścisłem gronie, po ucieczce z więzienia,  odezwał  się swym  inteligenckim, czystym  akcentem, 
jakby   przemawiał   zgoła   na   jakowymś   wiecu   akademickim,   a   nie   w   melinie   czwartorzędnej 
restauracji na rogu Lidzkiego zaułka. Odezwał się i zamilkł, aż nastała zupełna cisza. Powiódł po 
zebranych oczyma, zatrzymał' wzrok na barczystym, krępym żydzie; który zamarł posłusznie z 
ogonkiem   śledzia   w   zębach,   i   głosem   donośnym   podjął   na   nowo   przemowę:
-

 

Towarzysze!..

Ani   ja,   ani   Blum   nie   znaliśmy   oczywiście   rozkładu   piwnicy,   schodów,   ani   całego   labiryntu 
wewnętrznych   pomieszczeń   domu.   Około   godziny   pracowaliśmy   nad   wysadzeniem   drzwi   z 
zawiasów. Udało się. Górny zawias zeskoczył. Mogliśmy przez ukośny stwór przepchnąć się od 
biedy. Mnie poszło łatwo. Blum ze względu na swą tuszę, pchał się całą siłą, rozdarł ubranie, 
poranił twarz, palce, omal nie zwichnął nogi, ale się w końcu przepchał. - Natrafiliśmy dalej na 
ślepy mur, zaś na lewo wiodły wąskie kamienne schodki z żelazną balustradą. Ciemność wszędzie 
nieprzenikniona. Jednakże teraz dochodził nas wyraźnie, acz przygłuszony, gwar głosów męskich. 
Stąpając możliwie najciszej, pięliśmy się w górę po schodkach. Po piętnastu stopniach zakręcały. 
Teraz rozmowy na górze słychać już było lepiej, tuż przed nami. Tu znaczy muszą być jakieś drzwi 
zamknięte. Tak też było w istocie. Jeszcze dziesięć stopni i oto wymacałem ostrożnie framugi 
drzwi. Ze szpary u dołu błysk światła lampy. Wewnątrz musi być dużo ludzi, słychać chrząkanie, 
wytarcie nosa w palce, czasem brzęk naczynia, ale nadewszystko jeden wyraźny głos męski, który, 
mówi,

 

mówi,

 

mówi.

 

Przytknąłem   ucho.   Na   chwilę   zapomniałem   o   beznadziejnej   sytuacji,   w   jakiej   się   znajduję, 
przejściach doby ubiegłej, o strasznem niebezpieczeństwie, które nam grozi, bo to, co usłyszałem, 
pochłonęło całą moją uwagę.

 

background image

L

 

Proboszcz kościoła św. Teresy popijał smaczną kawusię (dużo śmietanki, mało kawy, czyli kawusia 
przewrotna,   jak   mawia   J.   M.   rektor   Parczewski),   gdy   przerażony   zakrystjan   zaalarmował   go 
wiadomością   o   niezwykłem   odkryciu   lochów   w   ogrodzie   kościelnym.
- Wilczyńsiu kochany - skarcił go z uśmiechem zacny proboszcz: - jakże można straszyć ludzi?! 
No, i cóż wielkiego? Loch czy poprostu jakaś dziura w ziemi. Małoż to tego w Wilnie? A ty zaraz o 
upiorach, kościotrupach i bazyliszku, niczem pan profesor Limanowski. Ej, Wilczyńsiu, czasby 
zmądrzeć

 

na

 

stare

 

lata...

Zrzędząc   dobrotliwie,   jak   to   miał   we   zwyczaju,   proboszcz   skierował   się   do   ogrodu.
-   Pokaż   mi   przynajmniej,   jak   ten   loch   wygląda.   Oj,   fantasto,   fantasto!  
Pobieżne   oględziny   miejsca   nadwerężyły   sceptycyzm   księdza   proboszcza.
- No, no - mruczał do siebie, wydostawszy się po krótkiej penetracji z podziemia: - w samej rzeczy, 
ktoby się tego spodziewał... Co się dzieje w tem Wilnie, co się dzieje! Tyle lat człowiek tu siedzi, 
każdy kamuszek - zda się - napamięć umie, i ot, patrzaj - jaka siurpryza. Dalibóg, niezwyczajny to 
loch. I kości są i skrzynka jakaś zamczysta... Nic, tylko nowe odkrycie. Wiesz co, Wilczyńsiu? 
Biegnij  ty do pana konserwatora Lorentza... Pamiętasz, młodzieńki taki różowy na twarzy, co 
przychodził   wciąż   do   nas,   kiedy   pan   Słonecki   kościół   restaurował.   Pamiętasz?   Wypić,   jak 
słyszałem,   także   potrafi.   Biegnij   do   niego,   do   województwa,   i   powiedz   co   i   jak.
W godzinę niespełna potem do ogrodu kościelnego przybyła komisja z konserwatorem Lorentzem 
na czele. Był prof. Limanowski, prof. Morelowski, znakomity historyk sztuki, p. starosta grodzki 
Kowalski jako reprezentant władzy administracyjnej, p. Marjan Szydłowski, dyrektor PAT-a, na 
koniec dwaj malarze - panowie Jerzy Hoppen i Kazimierz Kwiatkowski z watmanem, sangwiną, 
kredkami i sztalugami celem poczynienia in flagranti odpowiednich rysunków. Po chwili stawił się 
również   p.   Jan   Bułhak,   profesor   fotagrafiki   U.   S.   B.,   z   aparatem   i   kliszami.
Cudowny   dzień   majowy,   odświeżony   wczorajszą   burzą   i   jakby   wymyty   ulewnym   deszczem, 
promieniał niewysłowionym urokiem wiosny. Perliste krople drżały jeszcze na trawach, zwilżając 
rosistością   obuwie   Komisji   przedzierającej   się   przez   krzewy   i   grzędy   w   kierunku   zionącego 
tajemnicą lochu. Nie trzeba dodawać, w jakim nastroju członkowie komisji poczęli zstępować do 
podziemia. Dwa uczucia ożywiały jednozgodnie wszystkich: korne uwielbienie wobec nowego 
odkrycia, które być może stanie się epokowem w dziejach Wilna; i szlachetna duma, wypełniająca 
serca, że to oni przyczynią się swym pietyzmem, i skromnym wysiłkiem do wydobycia najaw 
tajemnicy przeszłości, zaklętej w tym oto lochu. Nawet profesor Limanowski, zwykle rozmowny i 
wybuchliwy, powściągnął tym razem swój temperament. Dostojny czar, powaga i majestat miejsca 
ogarnęły wszechwładnie członków komisji. Przesunąwszy się kolejno przez otwór, który przed 
paru  godzinami   wciągnął   był   swym   lejem  zakrystjana,  komisja  stłoczyła   się  w  zamkniętej  na 
kształt piwnicy ciasnej przestrzeni. Zaświeciły latarki elektryczne, i oczom badaczów ukazał się 
ów wąski chodnik, który tak przeraził Wilczyńsia. Chodnik był niski, ciasny i wąski: tylko na 
czworakach

 

można

 

było

 

posuwać

 

się

 

nim.

 

- Trzebaby tu Iskandera - szepnął rozważnie starosta: - mam przeczucie, że to wszystko wiąże się 
jakoś

 

ze

 

sprawą

 

nie

 

odżałowanej

 

Agatki.

- Cóż pan starosta nazywa ją nieodżałowaną? - obruszył się szeptem profesor Morelowski. - Jakby 
już była na tamtym świecie. Poza tem, nic to jedno z drugiem wspólnego mieć nie może. Sądząc z 
wyglądu   i  techniki   wypalania   cegły,   przejście   pochodzi   niewątpliwie   z   wieku  XIV,   z  czasów, 
przypuszczam,   Świdrygiełły.   Wnioskując   zaś   z   twardości   i   masywności   odkopanej   przez 
zakrystjana ziemi, zaglądano tu po raz ostatni w wieku XVII, kto wie, czy nie podczas najazdów 
Chowańskiego.   W   jakiż   więc,   pytam,   sposób   można   by   tu   ukryć   Agatkę?
- Pan profesor ma dobre oko - rzekł z uznaniem i podziwem p. Bułhak, stojąc na górze przechylony 
nad czarną głębią otworu: - że też odrazu pan profesor określił epokę! Istotnie, przypominam sobie, 

background image

że w starych kronikach wyczytałem kiedyś o lochach, w których  kryli  się zakonnicy podczas 
napadów moskiewskich. Nie zwróciłem jednak na to większej uwagi. Czyżby to właśnie były te 
lochy?
- Panie profesorze, - odrzekł nie bez dumy profesor Morelowski: - dla historyka sztuki wystarczy 
pomacanie z zamkniętemi oczyma jednej cegły, aby zrekonstruować epokę. Niedaleko szukając, 
proszę   wspomnieć   historję   gobelinów:   po   jednej   nitce   doszedłem   wówczas   do   kłębka.
-   Panowie   tu   gadu-gadu   –   przerwał   sprężyście   starosta:   -   a   czas   ucieka.   Należy   działać.
- Tak, tak. Co racja, to racja - przytwierdził dyrektor PAT-a, - ja z panami nie pójdę. Zwróćcie 
panowie uwagę na to, co mówi zakrystjan, że w korytarzyku, zaraz naprawo znajdują się szczątki 
ludzkie

 

i

 

jakaś

 

skrzynia

 

żelazna.

Po   krótkiej   naradzie   zdecydowano   ustawić   się   na   czworakach   w   następującym   porządku:   w 
awangardzie prof. Morelowski, udzielający w miarę posuwania się informacyj historycznych; za 
nim   prof.   Limanowski,   aby   odpowiednio   interpretować   otrzymywane   informacje;   potem 
konserwator Lorentz, dwaj malarze, wreszcie zamykający pochód starosta z rewolwerem. Profesor 
Bułhak musiał niestety pozostać, gdyż w pośpiechu zapomniał był magnezji, ciemności zaś w 
lochu   panowały  tak   gęste,   iż   pięć   latarek   elektrycznych,   umocowanych   na   czołach   badaczów, 
zaledwie   oświetlało   tył   każdego   z   nich.  Tylko   latarka   profesora   Morelowskiego   rzucała   snop 
światła w czarną czeluść korytarzyka. Posadzka jego na szczęście była ceglasta, wędrówka więc 
nie nastręczała trudności. Jednakowoż czołganie się na czworakach męczyło. Ciężkie, woniejące 
stęchlizną   powietrze,   uderzało   do   głowy   niczem   mocne,   omszałe   wino.
- Posuwamy się w kierunku południowo - zachodnim - informował wódz wyprawy: - uwaga! 
Chodnik   zwęża   się   do   wymiarów   średniego   tułowia   męskiego.   Głowy   niżej...
W tej chwili doleciał uszu wszystkich stłumiony głos, jakby krótkie wycie czy też przeciągły ryk 
zwierzęcy.   Profesor   Limanowski   zatrzymał   się   raptownie,   uderza   jąc   w   latarkę   konserwatora. 
Kanserwator   zaklął   zcicha,   powtórzył   automatycznie   ruch   profesora.   Ruch  ten   prawem   inercji 
odezwał

 

się

 

na

 

malarzach,

 

 

dosięgnął

 

starosty.

- Czort wie, co takiego! - wyrwało się z ust Kazimierza Kwiatkowskiego: -któż tam bałagani się!
- W kierunku południowo - zachodnim? - wykrzyknął tymczasem z entuzjastycznem zdumieniem 
profesor Limanowski: - czy słyszycie panowie ten ryk? Grodno leży na południowy zachód od 
Wilna!  Czy wiecie,  jaki jest herb  Grodna?   Czy  słyszeliście  o  grodzieńskim  jeleniu.  Jeleń  nas 
wzywa.

 

Jesteśmy

 

na

 

drodze

 

do

 

miasta

 

Batorego...

- Cholera - stękał Kwiatkowski: - mało mi latarki do mózgu nie wbił. Grodno nie Grodno, hajda 
dalej.
Pochód

 

rozpoczął

 

się

 

na

 

nowo.

 

- Stop, panowie - odezwał się w pewnej chwili prof. Morelowski: - wkraczamy, zdaje się, w wiek 
XIII. Cegła wydaje się coraz starsza, bardziej zwarta w swej strukturze i zamiast cementu spajana 
zwykłem

 

wapnem.

 

O,

 

a

 

to

 

co

 

takiego?

Światło   latarki   profesora   padło   na   głuchą   ścianę:   korytarz   skończył   się.
- Musimy zbadać mur. Przypuszczam, że znajdziemy w nim słabsze miejsce, które da się rozwalić. 
Niepodobna,

 

by

 

lochy

 

urwały

 

się

 

tutaj.

Obracając na wszystkie strony głową, aby oświetlać w ten sposób mur, i dotykając go lewą ręką, 
gdyż   prawą,   stojąc   na   czworakach   musiał   się   podpierać,   profesor   zawołał   nareszcie:
-   Głową   muru   nie   przebiję.   Ale   na   szczęście   jest   tu   luka.   Trzeba   podkopać.  
-   Czemże   będziemy   kopali?   -   zatroskał   się   konserwator:   -   nie   wzięliśmy   żadnych   narzędzi.
- Nicby to nie pomogło. Niema miejsca na kilof - uspokajał prof. Morelowski - tu właściwie 
trzebaby

 

jamniczki.

- A mówiłem, żeby wziąć Iskandera! - zawołał starosta, i po chwili namysłu dodał: - ja sądzę, że 
tylko   naparłszy  kolejno   jeden   na   drugiego   od   końca,   wspólnym   wysiłkiem   rozwalimy  ścianę.
- Dobrze panu staroście mówić, kiedy pan ostatni w szeregu : - zaoponował profesor Morelowski: 
Cała   siła   parcia   skoncentruje   się   w   ten   sposób   na   mnie.
- Ale niema innej rady, profesorze, - krzyknął niecierpliwy Kwiatkowski: no, panowie! Raa-zom!
I nim profesor zdążył  zorientować  się, starosta  wparł  się w Kwiatkowskiego,  Kwiatkowski  w 

background image

Hoppena, Hoppen w Lorentza, Lorentz w Limanowskiego, a Limanowiski całą siłą rozpędu w 
przewodnika wyprawy. Rozległ się głuchy trzask spadających cegieł, wzbił się tuman pyłu. Mur 
nadspodziewanie ustąpił, i oczom wyprawy przedstawił się niezwykły widok.

 

LI.

 

W widoku tym zorjentowali się nieodrazu, stłukła się bowiem latarka profesora Morelowskiego. 
Fakt ten jest zrozumiały, zważywszy, iż pchnięcie w mur, spowodowane wysiłkiem pięciu tęgich 
mężczyzn, było dość znaczne. Na krótką więc chwilę zapanowała ciemność, gdyż następne latarki, 
umocowane na głowach pozostałych badaczów, oświetlały jak się rzekło, zaledwie tyły każdego z 
nich.   Na   szczęście   korytarz   w   tem   miejscu   rozszerzył   się   nieco,   i   profesor   Limanowski, 
wysunąwszy   się   naprzód,   mógł   ustawić   się   obok   profesora   Morelowskiego.   Jego   też   latarka 
poczęła   pełzać   migotliwem   światłem   po   wyrwie,   uczynionej   w   murze.   Profesor   Morelowski 
wyciągnął się tymczasem na podłodze, przykładając głowę do zimnych cegieł, co sprawiło mu 
niejaką

 

ulgę.

- Moi panowie - odezwał się profesor Limanowski - mam wrażenie, że przebity przez nas mur nie 
pochodzi   z   XIII-go   wieku,   jak   utrzymywał   szanowny   kolega.  Wątpię,   czy   przy   największym 
wysiłku

 

dalibyśmy

 

radę

 

średniowiecznym

 

murom.

- Istotnie - wtrącił się konserwator Lorentz - mam pewne doświadczenie w dziedzinie murów. 
Rozwalać średniowieczne budowle niełatwo. W zeszłym roku, podczas robót konserwatorskich na 
zamku trockim, gdy trzeba było zburzyć część starożytnych fundamentów, musieliśmy używać 
dynamitu.   I   to   ledwie,   ledwie   wysadziliśmy   je   w   powietrze.
-  A  pocoście   wysadzali   fundamenty   -   zapytał   żywo   profesor   Morelowski,   w   którym   instynkt 
historyka sztuki i kult zabytków wziął górę nad cierpieniem fizycznem: - niszczyć średniowieczne 
fundamenty

 

to

 

barbarzyństwo.

Potem   -   wyjaśnił   konserwator   -zrekonstruowaliśmy   w   toku   następnych   prac   fundament, 
przywracając mu pierwotny wygląd. Chodziło nam tylko o wzmocnienie go za pomocą żelbetonu. 
Stosowaliśmy   tę   samą   metodę,   którą   obecnie   stosuje   Wąsowicz   i   Pekszo   przy   wzmacnianiu 
kolumn

 

bazyliki.

-   Oni   jednakże   nie   burzą   kolumn

 zauważył   Jerzy   Hoppen.

- Nie mogą, aczkolwiek przyśpieszyłoby to niezmiernie tempo pracy. Nie mogą, gdyż w razie 
zburzenia kolumn, runąłby dach bazyliki. W Trokach było co innego. Mieliśmy do czynienia tylko 
ze starym fundamentem, pozbawionym ścian i wiązadeł dachu. Zamiast podlewać go betonem, 
prościej

 

było

 

zburzyć

 

go,

 

wlać

 

beton

 

w

 

grunt

i   nanowo   wznieść   fundament   ściśle   według   pierwotnego   wzoru.
- Panowie tu gadu-gadu - doleciał ztyłu, dudniąc głucho, głos Kazimierza Kwiatkowskiego - a ja 
nic stąd nie widzę. Profesor Limanowski przypiął się do otworu i nikomu zajrzeć nie pozwala. Co 
tam

 

profesor

 

znalazł

 

ciekawego?

- Proszę panów - zawołał profesor Limanowski, otrzeźwiony z ekstazy usłyszaną uwagą: - mur, 
który przebiliśmy nie jest wcale średniowieczny. To najzwyklejsza pruska ścianka, kto wie, czy nie 
wczoraj wzniesiona. Kolega Morelowski grubo się pomylił. Przekonajcie się panowie, i zobaczcie 
pokolei,

 

co

 

jest

 

poza

 

 

wyrwą.

W samej rzeczy była to pruska ściana, zbudowana lekko na jedną cegłę, przetykaną drewnianemi, 
dość   zresztą   cienkiemi,   belkami.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   jest   świeżutka.
-   Znaczy   się   -   powiedział   Kazimierz   Kwiatkowski:   -   znaczy   się   tu   są   albo   byli   ludzie.
- W ciemności, moi panowie, może się człowiek omylić - bronił się profesor Morelowski: - latarka 

background image

zgasła

 

mi

 

przecie.

-   Nie   kłóćmy   się,   panowie:   -   łagodził   starosta:   -   ja   chcę   też   zobaczyć.  
Z trudem, tłocząc się na wąskiej przestrzeni, przeciskając się i cofając, ustępując sobie wzajemnie 
miejsca, badacze pokolei wsuwali głowy z latarkami do otworu. Snop światła padał wewnątrz, 
ukazując   izbę   piwniczną,   której   podłoga   znajdowała   się   na   poziomie   znacznie   niższym   niż 
korytarzyk.
Na środku jej stał duży stół, przykryty. Dookoła niego kilkanaście krzeseł. Całość czyniła wrażenie 
oficjalne,   urzędowe   i   sztywne,   przypominając   stół   posiedzeń   w   wielkiej   sali   konferencyjnej 
województwa. Manewrując odpowiednio latarkami, można było obejrzeć ściany i wszystkie kąty 
tej   osobliwej   piwnicy.   Nalewo   od   widza,   przy  ścianie   wznosiła   się   wielka   szafa   bibljoteczna.
-   Najwyraźniej   gdańska,   zastosowana   do   potrzeb   bibljotecznych   -   zwrócił   uwagę   profesor 
Morelowski,

 

zaglądając

 

przez

 

głowę

 

konserwatora.

Jednakże uwaga jego przeszła bez echa, gdyż badacze byli nadto zaabsorbowani niezwykłością 
widoku: czegoś podobnego nie spodziewali się nigdy w tych starożytnych podziemiach z czasów 
Świdrygiełły.
W lewym i prawym rogu piwnicy, naprzeciwko widza stały figury, na środku muru znajdowały się 
ciężkie, żelazne, zamczyste drzwi, wiodące, jak widać, do dalszych ubikacyj. Na ścianie z prawej 
strony wisiało kilkanaście portretów, które trudno było rozpoznać w niepewnem świetle latarek. U 
pułapu

 

nad

 

stołem

 

wisiała

 

lampa.

- Tu musi być elektryczność - szepnął starosta, i - rzecz dziwna - na słowo „elektryczność" ogarnął 
badaczów   lęk.   Dotychczas   byli   nieustraszeni,   opanowani   twórczą   ciekawością   przeniknięcia 
tajemnicy   lochów.   Znalazłszy   się   w   obliczu   dziwacznej,   nieznajdującej   żadnego   logicznego 
uzasadnienia, piwnicy, doznali nagle owego wstrząsu psychicznego, który atakuje człowieka w 
przeczuciu

 

niebezpieczeństwa

 

czy

 

nieszczęścia.

- Tfu  ty czort  -  przerwał   milczenie  Kazimierz   Kwiatkowski:  -  omamienie  czy  co?  Gdzie   my 
właściwie

 

jesteśmy?

- Przepraszam bardzo, moi panowie, ale rozmowa wasza wydaje mi się bezprzedmiotową. Musimy 
radzić,   jak   znaleźć   wyjście   z   sytuacji   -   rzekł   pojednawczo   Lorentz.
- Wyjście? - Kazimierz Kwiatkowski roześmiał się na całe gardło: - leziem z powrotem. Tylko już 
teraz   pan   starosta   na   przodku,   a   profesor   Morelowski   będzie   zamykał   pochód.
- Bez żartów, panie Kazimierzu skrzywił się w mdłym blasku profesor Morelowski: - sprawa jest 
całkiem

 

poważna.

 

Tu

 

trzeba

 

radzić.

-

 

Tak

 

radźcież

 

sami.

I

 

malarz

 

przystąpił

 

najspokojniej

 

do

 

zapalania

 

papierosa.

-   Bój   się   Boga!   -   wykrzyknął   profesor   Morelowski:   -   tu   mogą   być   jakieś   gazy!
Słowa profesora zagłuszył niespodziewany głos. Dobiegał on wyraźnie z poza owych żelaznych 
drzwi w piwnicy, i przypominał ni to krótkie wycie, ni to przeciągły syk. Dreszcz przeniknął 
członków

 

komisji

 

badawczej.

Jeden

 

Kwiatkowski

 

nie

 

stracił

 

kontenansu.

- Ot, panie profesorze, i pański jeleń  zadowcipkował, zabierając się filozoficznie do zapalenia 
papierosa.   Zapałka   trzasnęła   sucho,   papieros   rozżarzył   się.   Żaden   wybuch   nie   nastąpił.
- No, panowie, powiedzcie, gdzie my jesteśmy - powtórzył pytanie niewzruszony malarz: - w pół 
drogi   do   Grodna,   czy   może   już   pod   Grodnem   samem.   Co,   panie   profesorze?
W   samej   rzeczy,   niełatwo   było   określić,   gdzie   znajdowała   się   wyprawa.   Poczęto   sprawdzać 
zegarki.   Okazało   się,   że   upłynęła   godzina   przeszło   od   chwili,   gdy   panowie   zagłębili   się   w 
podziemia.
- Godzina? - zastanowił się Kwiatkowski : - tak na czworakach leząc, ile przejść w godzinę można? 
Jak

 

pan

 

sądzi,

 

panie

 

profesorze?

Prof.   Morelowski,   do   którego   było   skierowane   pytanie,   zamyślił   się:
-   Przypuszczam,   -   rzekł   po   chwili  że   szliśmy   w   tempie   dość   szybkiem.   Może   pięć   -   sześć 
kilometrów

 

na

 

godzinę.

- Na czworakach  to?  na kolanach?  Aj da profesor! Ja choć  portki mam na  kolanach całkiem 

background image

podarte,

 

nie

 

wiem,

 

czy

 

i

 

kilometr

 

przeszedłem.

Obserwacja Kwiatkowskiego była słuszna. Nie sposób, aby sześciu ludzi, posuwając się z trudem 
na   czworakach,   w   ciemnym   i   wąskim   korytarzu,   uszło   ponad   kilometr.
-   Uuuu   -   i   znowu   stłumiony   ryk   rozległ   się   echem   z   poza   drzwi.
Panowie

 

nastawili

 

uszu.

-- Nie - krzyknął nagle starosta, powziąwszy ostateczną decyzję: - tak nie można! Róbcie, co 
chcecie,

 

a

 

ja

 

lezę.

I odważnie począł przeciskać się przez wyrwę w murze.

 

LII.

 

Nie będę oczywiście przytaczał całej rozwlekłej mowy, słyszanej przezemnie pode drzwiami. (Nie 
potrafiłbym nawet odtworzyć całej tej demagogji). Wspomnę jedynie o faktach najistotniejszych, 
dotyczących   bezpośrednio   sprawy,   prowadzonego   śledztwa,   no   i...   Agatki.
Przedewszystkiem   więc   Henryk   D.   (poznałem   go   odrazu   po   głosie)   wykładał   plan   akcji 
terorystycznej. 'Twierdził, że dotychczasowa działalność demonstracyjna, jest niejako platoniczną i 
do   celu   nie   prowadzi.   Wydawanie   konspiracyjnych   druków,   odezw,   broszurek,   wywieszanie 
transparentów - dobre było kiedyś. Dziś nikogo nie bierze. Wszyscy mają tego dość. Dlatego to 
właśnie   przed   kilku   laty   powstał   projekt   wydawania   literatury   komunistycznej   legalnie.   Pod 
płaszczykiem   problemów   społeczno-literackich,   nowych   prądów   ideologicznych,   uprawiano 
agitację, celem zbolszewizowania społeczeństwa i to tego bardziej wartościowego, „wierchuszek" 
jak

 

ich

 

nazywają

 

w

 

Moskwie,

 

inteligencji

 

i

 

młodzieży.

 

-   Ale   cóż   zrobić   -   mówił   -   kiedy   i   tego   nikt   już   czytać   nie   chce.
Tłumów   na   ulicę   wyprowadzić   nie   sposób.   Ostatnie   nadużycia,   kradzieże,   obracanie   gotówką 
partyjną na cele prywatne, tak zraziło warstwy robotnicze do partji, że nikt nam nie wierzy. - 
Pozostał

 

zatem

 

tylko

 

system

 

teroru.

Zabijanie, strzelanie z ukrycia nie daje odpowiedniego efektu.- „Łatwo jest wziąć na swój rachunek 
jakiegoś   zabitego   policjanta.  Ale   gdzie   dowód,   że   uczynili   to   nasi   bojowcy".   -   Każda   banda 
terorystyczna   może   się   do   tego   przyznać,   nawet   kryminalna".
„I oto niewidzialna, tajemnicza ręka wskazała nam kierunek, olśniła pomysłem, ktoś nieznany 
porwał

 

dziecko

 

wojewody...

Omal nie spadłem po tych słowach ze schodów. Najważniejsza, rewelacyjna wiadomość! Trąciłem 
nieznacznie

 

Bluma

 

w

 

bok.

-   Słyszycie,   słyszycie   wyraźnie!....   to   nie   oni   porwali   Agatkę!
Słuchałem

 

dalej.

„A więc postanowiliśmy wyzyskać porwanie dziecka na swój rachunek, dalej porywać własnemi 
rękami,   wybitnych   urzędników,   działaczy,   polityków   itd.   Będziemy   żądać   okupu,   grozić, 
wymuszać   i   trzymając   nóż   na   gardłach   ofiar   -   dyktować   warunki   jakie   się   spodoba.
Obecnie posiadamy w swem ręku wybitnego urzędnika policji i groźnego wywiadowcę. Wiecie, 
jak

 

mieliśmy

 

tego

 

dokonać"...

Dowiedziałem   się   przeto   całej   prawdy;   oto   w   obawie,   aby   nie   aresztowano   szofera,   podano 
umyślnie fałszywy numer 44ty. Taksówka z naklejonym numerem 167 stała przed barem, a szofer 
powiedział, że widział, jak tamta odjechała. Ja miałem wsiąść i doganiać. Wtedy by mnie złapano. 
Punktem   zbornym   był   las   w   Ponarach.   Tam   oczekiwało   właśnie   tych   czterech   przybyłych
- Ponieważ wahałem się i nie siadłem do taksówki, przeto porwano mnie do baru, a tamci nie 
doczekawszy

 

wrócili.

background image

- Co teraz z nim zrobimy? - Usłyszałem głos i przyznam szczerze, że oczekiwałem z niekłamaną 
ciekawością

 

na

 

odpowiedź.

-

 

Ach,

 

tysiące

 

mam

 

projektów!

 

-

 

odparł

 

Henryk

 

D.

„Ładna

 

perspektywa"

 

 

pomyślałem

-

 

A

 

kogo

 

teraz

 

porwiemy?

-   Co   znaczy   kogo!   -   odezwał   się   jakiś   żyd.   -   Po   mojemu   tylko   prezesa   Izby   Skarbowej 
Ratyńskiego.
Ale

 

skarcił

 

go

 

głos

 

Henryka

 

D.

- Co wam jest, towarzyszu! Przecież to największy wróg burżuazyjnego, kapitalistycznego Wilna. 
Dopieroby   się   cieszyli   ziemianie,   kupcy,   rzemieślnicy,   przemy   słowcy...
Nagle

 

stało

 

się.

Blum, podsłuchując pod drzwiami, w nader niewygodnej pozie, osunął się nagle; nie znalazł dla 
nogi oparcia i z hałasem począł spadać ze schodów. Głosy odrazu umilkły. W następnej sekundzie 
zgrzytnął klucz i snop jasnego światła oślepił mnie zupełnie. Jakieś ręce porwały mnie za gardło i 
ścisnęły mocno. Tymczasem Blum skoczył na nogi i całem ogromnem cielskiem, jak taranem, 
uderzył w ciżbę komunistów. W powietrzu mignęły pięście. Osaczyli go. Bronił się, odpychał, 
deptał, walił na oślep i przedzierał się ku następnym drzwiom.  Wiedziałem, że jeśli uda się mu 
wydostać - jesteśmy obaj uratowani. Osobiście byłem zbyt wyczerpany i słaby, aby stawić opór. - 
Stefan J. zastąpił mu drogę, ale Blum pchnął go ze straszną siłą, otworzył drzwi i przeskoczył do 
korytarza. Zdala słyszałem stuk potrącanych mebli, gdzieś spadły talerze, krzyki, brzęk rozbitej 
szyby. -Blum wypadł na ulicę.

 

LIII.

 

Nadzieje zawiodły. Dowiedziałem się później, że Blum odrazu zaalarmował całą ulicę, że wołał 
policji. Musiało jednak upłynąć kilkanaście minut, zanim przybyła pomoc. Tymczasem zamknięto 
lokal. Mnie ponownie związano, wsadzono brudną szmatę do ust i wszyscy komuniści wybiegli, 
niosąc mnie na rękach, na korytarz. Okazało się, że lokal miał trzy wejścia. Jedno od Zawalnej, 
drugie od Zaułku Lidzkiego, trzecie zaś prowadziło z tyłu na małe podwórze. Tam pomiędzy 
składami, całym labiryntem małych domków, podwórek, ogródków, dostaliśmy się w małą uliczkę. 
Nie mogłem się zorjentować w topografji. Znajdowaliśmy się w dzielnicy pomiędzy Zawalną, 
Niemiecką   i   Rudnicką.   Typowe   ghetto   wileńskie.   Ciemności   sprzyjały   ucieczce.   W   pewnem 
miejscu, przez dziurę w parkanie, dostaliśmy się do małego budynku. Tam mnie ukryto. - Leżałem 
z   jakąś   godzinę.   Liczyłem   uderzenia   własnego   serca,   wytężałem   słuch.   Każdy   szmer   budził 
nadzieję. Może już idzie ratunek? Ale cisza panowała piekielna. Później przyszli moi oprawcy i 
wynieśli, zupełnie inną drogą na ulicę. Była to Rudnicka. Stał kryty samochód. Wtłoczono mnie do 
środka. Zauważyłem, że pięciu pozostałych przy mnie komunistów było bardzo zdenerwowanych, 
(reszta rozbiegła się po wyjściu z baru),choć nic prawie ze sobą nie rozmawiali. Pojechaliśmy.
Teraz znów zawiązano mi  oczy. Starałem się pamiętać kierunek. Wbrew oczekiwaniom, jazda 
trwała   bardzo   krótko.   Kilka   minut   zaledwie...   Gdzie   to   mogło   być?   -   myślałem.   -   Bosaki, 
Bazyljańska, Ostrobramska?

 

LIII.

background image

 

Znalazłszy się w tajemniczym piwnicznym gabinecie, starosta począł przedewszystkiem szukać 
kontaktu elektrycznego. Dostrzegł go przy drzwiach żelaznych, z po za których dochodził ów 
niezrozumiały ryk. Oślepiające światło zalało gabinet. Może pięćset, może tysiąc świec liczyła 
żarówka,

 

umieszczona

 

u

 

pułapu.

- Trudno przypuścić - pomyślał starosta - żeby oryginalni właściciele tej ubikacji byli abonentami 
elektrowni.   Napewno   kradną   światło,   a   inżynier   Glatman   ani   domyśla   się   tego.
-   Hej,   panowie   -   zwrócił   się   głośno   do   towarzyszy   -   właźcie!   Tu   wcale   nie   straszno.
Członkowie wyprawy pokolei ładowali się do piwnicy. Nareszcie można było usiąść wygodnie i 
rozprostować zmęczone czołganiem się nogi. Przyjemne uczucie spoczynku ogarnęło wszystkich. 
Niepokój zniknął, jakby go kto ręką odjął. W rogu, na etażerce zauważono papierosy, całe kolekcje 
monopolowe. Zapalono więc Triumf, Złotą Panią, najprzedniejsze Egipskie i Sfinksy. Aromatyczne 
wyroby   Państwowego   Monopolu   wprawiły   wszystkich   w   znakomity   nastrój.
-   Co   to   jest   jednak   dobry   papieros   -   zauważył   starosta,   puszczając   kłęby   wonnego   dymu:   -- 
człowiek   czuje   się   jak   nowonarodzone   dziecię.   Odświeżony,   rześki,   pełen   ochoty   do   życia   i 
radości.   Niemasz,   proszę   panów,   wyższej   rozkoszy   nad   smaczny   papieros.
- Szczególnie papieros monopolowy, dodał profesor Limanowski, zaciągając się Egipskim: - i, co 
najważniejsze,   bezustnikowy,   w   samospalającej   się   bibułce.   Ekstaza   obejmuje   człowieka.
- Tak, tak - przywtórzył pan Jerzy Hoppen: - i pomyśleć, że mając tak znakomite, własne wyroby 
tytoniowe, tylu ludzi pali u nas szwarcówki. Ale z nami tak zawsze: cudze chwalimy, swego nie  
znamy,

 

sami

 

nie

 

wiemy

 

co

 

posiadamy.

- Niestety, ma pan rację - pokiwał melancholijnie głową profesor Morelowski: -- to największa 
nasza wada narodowa, specjalnie, powiedziałbym, rozpleniona w Wilnie. Dziwne to miasto, które 
nigdy nie umiało ocenić ani swych wartości materjałowych, ani duchowych, ani też ludzi pracu-
jących

 

dla

 

niego.

 

Niewdzięczne,

 

powiedziałbym,

 

miasto.

Coś jakby smutek, coś jakby gorycz zabarwiło słowa profesora, i lekki cień padł na chwilę na całe 
towarzystwo,   rozparte   wygodnie   dookoła   stołu.   Krótkie   milczenie   przerwał   Kazimierz 
Kwiatkowski:
- Ruszajmy jednak dalej. Albo chodźmy spowrotem, bo tutaj nic nie wysiedzimy. - Zaraz, zaraz - 
zakrzątnął   się   starosta:   -   musimy   zbadać   tylko,   gdzie   właściwie   jesteśmy.
Już   pobieżna   lustracja   pokoju   udowodniła   niezbicie,   że   jest   on   kryjówką   komunistyczną.   Na 
ścianie wisiały portrety Lenina, "Trockiego, Dąbala, Brunona Jasieńskiego, Jana Kapały, Stalina, 
Marxa   i   wielu   innych   znakomitych   działaczów   komunizmu.   Biblioteka   wypełniona   była 
publikacjami bolszewickiemi, a pod stołem leżały sterty ulotek, odezw i broszur wywrotowych.
- Jaczejka, jak pragnę zdrowia, jaczejka! - wykrzyknął uradowany starosta: i powiedzcie panowie, 
czy los nam nie sprzyja? A mówiłem, żeby wziąć Iskandra! Kto miał rację? Takie odkrycie, takie 
fenomenalne odkrycie! Co znaczą wszystkie Barbary wobec tego jądra zarazy komunistycznej, na 
które   natrafiliśmy.   Oj,   weźmiemy   się,   weźmiemy   do   likwidacji!
I starosta uderzył się w piersi. W tym momencie za drzwiami rozległ się znowu ów tajemniczy 
głos,   o   którym   panowie,   zajęci   obserwacjami,   zapomnieli   zupełnie.
-

 

Co

 

to

 

może

 

być?

 

-

 

zapytał

 

konserwator.

Starosta   przyłożył   ucho   do   drzwi.

 -   Wszyscy   zastygli   w   oczekiwaniu.

Nasłuchawszy   się,   zbliżył   się   starosta   na   palcach   i   z   palcem   na   ustach   do   towarzyszy.
- Niepotrzebnie rozmawialiśmy tak głośno - rzekł szeptem: - rozmowa mogła nas zdradzić: Jak 
myślicie,

 

panowie,

 

co

 

nam

 

wypada

 

czynić?

- Poprostu zapytać, kto tam - palnął Kazimierz Kwiatkowski. I w samej rzeczy, była to jedyna 
zdrowa rada, wkroczyć bowiem do następnej ubikacji nie było sposobu, gdyż ciężkie, żelazne, 
zamknięte

 

na

 

wszystkie

 

spusty

 

drzwi

 

broniły

 

dostępu.

-   Chyba,   że   tak   -   zgodził   się   starosta   i   przytknąwszy   usta   do   dziurki   od   klucza   zapytał:
-

 

Kto

 

tam?

background image

-   To   ja,   Mańkowski.   Ratunku.   Starosta   odskoczył   w   najwyższej   konsternacji.
- Moi panowie, moi panowie - począł wyrzucać z siebie gwałtownie, biegając tam i spowrotem po 
tej piwnicy, gdzie spotykały ich jedna za drugą niespodzianki: - tam jest Mańkowski. Słyszycie? 
Mańkowski ! A mówiłem, że trzeba Iskandra, że to ma związek z Agatką! Nie chcieliście słuchać. 
Świdrygiełło był wam w głowie. Radźcież teraz, lecz pamiętajcie, że niema chwili do stracenia.
I   nie   czekając   na   opinję   towarzyszów,   starosta   natychmiast   począł   wydawać   dyspozycje:
- Panie Kazimierzu, pan jest najsilniejszy z nas wszystkich. Niech pan momentalnie wraca na 
powierzchnię ziemi tą samą drogą, którą przyszliśmy. Niech pan telefonuje do policji i do wydziału 
śledczego.   Kilku   wywiadowców,   kilku   mundurowych.   Odpowiednie   narzędzia   do   wywalania 
drzwi, instrumenty do rozpruwania kas ogniotrwałych, ewentualnie, gdyby nie znalazło się tego 
pod ręką, to paczkę wytrychów. Ostatecznie nabój dynamitu. Zaklinam pana na wszystko, niech się 
pan

 

śpieszy.

Co było robić? Istotnie, ratowanie Mańkowskiego stało się najpilniejszem zadaniem, i malarz, acz 
niezbyt chętnie, zapaliwszy latarkę, przecisnął się przez otwór i zniknął w czeluściach korytarza.
Starosta

 

rozpoczął

 

tymczasem

 

krótką

 

indagację

 

Mańkowskiego.

-   Hallo,   panie   Mańkowski!   Tu   mówi   starosta   grodzki   Kowalski!   Skąd   się   pan   tu   wziął?
- Poznaję pana po głosie, panie starosto - usłyszeli panowie stłumiony przez żelazne drzwi krzyk 
nieszczęsnego poszukiwacza Agatki: - skąd się pan tu wziął? Czy pana starostę porwali również 
komuniści?

 

.

-   Na   miłość   boską,   nie   krzycz   pan   tak,   panie   Mańkowski!   Krzyk   może   nas   zdradzić!
- Niech się pan nie obawia -- wrzeszczał Mańkowski: - nikogo tu niema. Ci dranie zamknęli mnie, 
a sami poszli. Z rozmowy wywnioskowałem, że posiedzenie ich odbędzie się dopiero wieczorem. 
A

 

teraz

 

która

 

godzina,

 

bo

 

mi

 

zabrali

 

zegarek?

Była godzina 11 zrana. Czasu więc dość. Wyjaśniwszy w kilku słowach Mańkowskiemu sytuację, 
starosta skolei dowiedział się od niego, jak wsadzony z zawiązanemi oczyma i kneblem w ustach 
do auta, został przewieziony w kierunku, jak przypuszczał, Ostrobramskiej, jak go wyniesiono z 
samochodu,   prowadzono   wdół   po   schodach   w   piwnicach,   jak   wreszcie   uwolnionego   z   pęt, 
umieszczono w tym oto pokoju, gdzie się obecnie znajduje. Jest tu całkiem wygodnie: kanapa, stół, 
światło   elektryczne,   butelka   piwa,   trochę   jedzenia   i   kilka   numerów   „Izwiestij".   Wychodząc   i 
zaryglowując drzwi, komuniści mówili coś o wieczornem posiedzeniu. - Mamy więc dużo czasu 
przed   sobą   -   powiedział   jeden   z   nich,   i   stąd   Mańkowski   wnosił,   że   nieprędko   powrócą.  Tak 
brzmiała

 

jego

 

relacja.

-   To   pan   więc   tak   ryczał?   -   zapytał   jeszcze   starosta.
-

 

A

 

ja.

 

Nie

 

mogłem

 

już

 

z

 

nudów

 

wytrzymać.

Sytuacja wyjaśniała się potrochu. Pozostawała jednak kwestja najważniejsza: jaką ma łączność 
korytarz, odkryty przez zakrystjana, z tą kryjówką komunistów, do której trafił Mańkowski i na 
którą   natknęła   się   przypadkowo   wyprawa   konserwatorska:   -  Była   to   rzeczywiście   zagadka.
- Gdzież my, u djabła jesteśmy?  rzucił pytanie profesor Limanowski, pytanie, które tylokrotnie 
powracało

 

na

 

usta

 

członków

 

wyprawy.

Z rozwiązaniem zagadki pośpieszył konserwator Lorentz. Milczał on dotychczas, lecz widać było, 
że myśl jego intensywnie pracuje. Usłyszawszy, że Mańkowski mówił o ulicy Ostrobramskiej i o 
prowadzeniu   go   wdół,   po   schodach   i   piwnicach,   konserwator   uderzył   się   w   czoło.
-

 

Sprawa

 

jest

 

całkiem

 

jasna

 

-

 

powiedział.

Wszyscy panowie zwrócili na niego pytające spojrzenia.

 

LIV.

 

background image

Informacje

 

konserwatora

 

Lorentza

 

były

 

treściwe

 

i

 

ścisłe.

Przypomniał   on   sobie   pewien   fakt,   który   miał   miejsce   za   czasów   urzędowania   w   Wilnie 
konserwatora   Jerzego   Remera,   a   który   skojarzył   teraz   trafnie   z   sytuacją,   w   jakiej   znalazł   się 
Mańkowski

 

i

 

wyprawa.

Otóż, konserwator Remer, badając kiedyś zabytki ulicy Ostrobramskiej, natrafił w pewnym domu, 
położonym w pobliżu ulicy Kolejowej, na pracownię stolarską.  Mieściła się ona w podwórzu, w 
suterenie, która łączyła się z piwnicą. Przy bliższych oględzinach piwnicy stwierdził konserwator 
Remer, że łączy się ona skolei z lochem, oględziny zaś lochu dały zdumiewający rezultat: oto cała 
sieć tajemniczych przejść, korytarzy i przechodów prowadziła z niego na wszystkie strony. Nie 
ulegało wątpliwości, że pod ulicą Ostrobramską znajduje się labirynt lochów. Konserwator Remer 
zamierzał był przeprowadzić szczegółowe badania tych lochów. Zwołano komisję specjalistów i 
rozpoczęto prace przedwstępne. Jednakże zaniechano, gdyż rzeczoznawcy architekci orzekli, że 
rozkopywanie   lochów   może   zagrozić   całości   domów,   położonych   wzdłuż   Ostrobramskiej: 
zawalenie się ich byłoby nieuniknionem następstwem owych prac konserwatorsko - badawczych. 
Komisja   więc   postanowiła   zamurować   piwnicę   stolarza   i   wzbronić   do   niej   dostępu.
Według   wszelkiego   prawdopodobieństwa,   loch   odkryty   przez   zakrystjana   był   jedną   z   odnóg 
tamtych lochów. Komuniści zaś musieli wiedzieć o piwnicy stolarza i w jakiś sposób urządzili tam 
swoją

 

jaczejkę.

Wyjaśnienie konserwatora Lorentza było niezmiernie przekonywujące. Starosta zdecydował, że 
należy natychmiast osaczyć dom przy ul. Ostrobramskiej i z dwóch stron zaatakować komunistów 
wówczas,   gdy,   zbiorą   się   oni,   jak   mówił   Mańkowski,   na   wieczorne   posiedzenie.
Wyprawa więc opuściła podziemia, zdecydowawszy, że Mańkowski powinien w nich pozostać, aby 
komuniści   nie   domyślili   się,   że   są   zdemaskowani.  Tymczasem   spenetruje   się   dom   przy  ulicy 
Ostrobramskiej, obsadzi się go agentami, ustawi się oddział policji w ogrodzie kościelnym przy 
wejściu

 

do

 

lochu

 

i

 

wieczorem

 

ujmie

 

się

 

całą

 

bandę.

Plan ten wykonano sprawnie. Szybko przeprowadzone śledztwo ujawniło, że stolarz oddawna już 
wyniósł się ze swej piwnicy, w której mieszkali obecnie, jak oświadczył dozorca domu, jacyś 
bezrobotni. Dozorcę aresztowano. Wyśpiewał odrazu prawdę. Sam był w zmowie z komunistami. 
Pokazał   wywiadowcom   piwnicę,   tajne   przejście   do   lochu   i   całe   urządzenie   przemyślnie 
zbudowanej

 

pod

 

ziemią

 

kryjówki.

Wieczorem, gdy komuniści zaczęli schodzić się pojedyńczo na zebranie i gdy za ostatnim z nich 
zamknęły się drzwi piwnicy silny oddział policji wkroczył do kryjówki, drugi zaś jednocześnie 
uderzył

 

od

 

ogrodu

 

kościelnego.

Banda   dostała   się   w   ręce   sprawiedliwości.  Ani   jeden   nie   uciekł.   Mańkowskiego   wyzwolono 
nareszcie, i mógł on przystąpić do dalszych poszukiwań Agatki.

 

LV.

 

Mańkowski czuł się doszczętnie zgnębiony ciągłem niepowodzeniem. Niedość, że błąkał się po 
fałszywych   drogach   -   on,   wytrawny   i   doświadczony   detektyw,   rutynowany   policjant,   bystry 
psycholog   i   znawca   świata   przestępczego,   ale   nadobitek   taka   kompromitacja,   obrzydliwy 
„wpadunek", ośmieszający go i jako oficera policji i jako człowieka. Znaleźć się w rękach kilku 
komunistycznych chłystków, dać się związać, wywieźć, wpakować do lochu... Był to wypadek w 
jego karjerze policyjnej nienotowany. Mógłby przecie siedzieć w tym lochu Bóg wie, jak długo, 
gdyby nie zbieg okoliczności, gdyby nie burza, która wytworzyła wyrwę w ogrodzie kościelnym i 
wciągnęła w przypadkowy otwór zakrystjana. Mogli go w tym lochu zabić, i niktby się o tem nigdy 
nie

 

dowiedział.

background image

- Zabić? - pomyślał Mańkowski: -czort wie, czy nie byłoby to lepiej. Nie obnosiłbym po śmierci 
mojej

 

hańby.

Dzielny komisarz był, jak widzimy, bliski rozpaczy. Objektywnie jednak sądząc, nie miał racji, 
niesłusznie potępiał siebie i wyolbrzymiał swoją klęskę. Naturalnie, sytuacja jego nie należała do 
przyjemnych. Trzeba wszakże przyznać, że zrobił co mógł, że wykazał dużo inicjatywy i energji, 
no, a jeśli powinęła mu się noga i dał się złapać komunistom - trudno: koń ma cztery dogi i też się 
potknie, cóż dopiero człowiek. Mańkowski w przypływie pesymizmu sądził siebie nadto surowo. 
Przesadzał. Najlepszym dowodem tego, iż nie stracił zaufania swych władz, było wezwanie, które 
natychmiast   po   uwolnieniu   się   z   piwnicy,   otrzymał   od   wojewody.
- Drogi panie - telefonował ojciec Agatki - cieszę się z całego serca, że się pan odnalazł. Byłem 
bardzo   przejęty  losem   pana.  Tu  Agatka,   myślałem,   ginie;   tu   znowu   Mańkowski.  A  do   tego   - 
wczoraj, niech pan sobie wyobrazi, zawieruszył się gdzieś na kilka godzin p. Jerzy Wyszomirski. 
Wyszedł z domu do redakcji, miał rychło powrócić. Czekano na niego z obiadem kilka godzin, a 
jego niema. Telefonują do redakcji - wyszedł oddawna. Cała „Smorgonja" mało nie zwarjowała. 
Wie   pan   przecie,   jakie   naprężenie   i   zdenerwowanie   panuje   w   mieście.
Proszono chłopaków z „Pionów”, aby pośredniczyli w pertraktacjach z komunistami. Maśliński i 
Putrament już się ugodzili. Tymczasem Wyszomirski przez roztargnienie, zamiast do domu wpadł 
do Stanisława, wie pan - Nowa Gospoda, róg Niemieckiej i Trockiej - spotkał się tam z profesorem 
Iwonem Jaworskim i doktorem Kenigsbergiem. Jak zamknęli się we trzech w gabinecie i zaczęli 
mówić o polityce - ta, powiadam panu, zapomnieli o Bożym świecie. Kenigsberg dostał ataku 
serca. Jak nic, przejechałby się na tamten świat. Trzeba go było wodą odlewać. Rozumie pan, co 
się   działo...  Alarm   w   całem   mieście   -   niech   Pan   Bóg   broni.  Ach,   panie   Mańkowski,   panie 
Mańkowski! Naprawdę, ja odchodzę od zmysłów. Niechże pan ratuje! Proszę do mnie natychmiast.
Po   wysłuchaniu   tej   nieco   przydługiej   i   chaotycznej   opowieści,   Mańkowski,   ucieszony,   że 
wojewoda   darzy   go   nadal   całkowitą   ufnością,   pośpieszył   do   pałacu.
Wszedł, jak zazwyczaj, bez meldowania. Minął szereg sal reprezentacyjnych  i nie pukając do 
drzwi, wkroczył do gabinetu. Wojewody nie było w pokoju. Mańkowski usiadł przy biurku, zapalił. 
Wzrok   jego   padł   na   dużą   fotografję   Agatki,   stojącą   w   pięknej   ramce   na   biurku.   Bukiet 
niezapominajek

 

moknął

 

obok

 

w

 

wazoniku.

Wziąwszy   fotografję,   komisarz   począł   wpatrywać   się   w   nią   odruchowo.
- Biedactwo ty moje, dziecino kochana! Gdzieś nam się podziała? W którą stronę, w którąś się 
krainę udała? Psiakrew - zmonitował się nagle - zaczynam cytować Kochanowskiego. Obłęd, na 
miły

 

Bóg,

 

obłęd...

Począł nerwowo biegać po pokoju i jego wzrok uderzył  o inną fotografję Agatki, wiszącą na 
ścianie. Odwrócił się, i na przeciwległej ścianie dostrzegł znowu powiększone portretowo zdjęcie 
Agatki.
Chciał  uniknąć  widoku tej  dziecięcej  twarzyczki,  w której  spojrzeniu  czytał wyraźnie bolesny 
wyrzut.   Ale   wielkie   oczy   Agatki   prześladowały   go.   Party   niezrozumiałym   nakazem,   musiał 
wpatrywać

 

się

 

w

 

nie,

 

jak

 

zahipnotyzowany.

- Boże mój ! - krzyknął nagle i przeraził się własnego głosu: - czy ja śnię? Nie, postokroć nie! Ależ 
tak!   Napewno.   Napewno!   To   nie   ulega   najmniejszej   wątpliwości!
Olśniony niespodziewaną ideą, którą podsunęła mu fotografja dzieciątka, wybiegł jak warjat z 
pokoju, nie czekając na wojewodę.

 

LVI.

 

Doktor Eugenjusz Iszora, wybitny specjalista chorób dziecięcych, powstawał właśnie z lekkiej 

background image

drzemki poobiedniej, gdy Mańkowski zakręcił tak mocno dzwonkiem, że go omało nie urwał.
- Doktora! Doktora! Czy doktor w domu? - zawrzeszczał komisarz, wpadając w palcie i kapeluszu 
do

 

salonu.

-

 

Jestem

 

Mańkowski.

 

-

 

Aaa.

-   Pan   wie   kim   jestem,   a   ja   wiem,   że   pan   jest,   a   raczej   pan   był   lekarzem   domowym   p.p. 
wojewodostwa,

 

lekarzem

 

Agatki.

-

 

Tak

 

jest.

- Proszę pana, panie doktórze, tajemnicze zniknięcie Agatki, o którem mówi całe miasto, znajduje 
się

 

w

 

pańskich

 

rękach,

 

zależy

 

od

 

pana.

Dr.   Iszora   patrzył   na   szefa   wileńskiej   policji   tajnej   zaciekawionym,   ale   jakimś   spokojnym 
wzrokiem.
--   A   wie   pan,   że   ja   wiedziałem,   że   pan   się   do   mnie   zwróci.
Teraz

 

zkolei

 

zdziwił

 

się

 

Mańkowski.

 

-

 

Wiedział

 

pan,

 

a..

 

dlaczego?

-

 

Właśnie

 

dlatego,

 

dlaczego

 

pan

 

dziś

 

przychodzi?

-

 

A

 

z

 

czem

 

ja

 

przychodzę?

-

 

Pan

 

pewno,

 

przed

 

chwilą

 

oglądał

 

fotografję

 

dziecka.

-

 

Taak.

 

-

 

I?

-

 

I?

Obaj

 

panowie

 

spojrzeli

 

na

 

siebie.

- Doszedł pan do przekonania, że Agatka nie jest dzieckiem swoich rodziców, nie jest podobna ani 
do

 

wojewody,

 

ani

 

do

 

wojewodziny.

-

 

Tak

 

jest

 

panie

 

doktorze,

 

właśnie.

 

- Mogę tylko potwierdzić pańskie przy puszczenia. Gorzej, kilkakrotnie brałem słuchawkę do ręki, 
mówiłem pański numer telefonu, a potem ją odkładałem. Walczył we mnie lekarski obowiązek 
dyskrecji,

 

z

 

chęcią

 

przyjścia

 

panu

 

z

 

pomocą.

-   A   więc   stąd   te   dzwonki   w   moim   telefonie,   po   których   nikt   się   nie   zgłaszał.  
- Może. Panie komisarzu, ja na pańskie pytanie odpowiadać teraz muszę. Powiem panu odrazu 
wszystko, co wiem o tem. Ojciec i matka nie zdają sobie sprawy, że to nie ich dziecko. A jednak od 
pierwszego dnia, kiedy mię do niego zawezwano, zapadło mi to podejrzenie. Potem ? ? robiłem 
różne obserwacje. Utwierdziły mi one w mojem przekonaniu. Oczywiście, nauka nie daje nam tu 
całkowitej   pewności.  Ale   ja   tę   pewność   noszę   w   sobie.  Agatka,   to   dziecko   jakichś   tatarów 
krymskich,   czy   może   litewskich.   Jestem   tego   tak   pewny,   jak   tego,   że   widzę   tu   pana.
Mańkowski   odzyskał   spokój,   kryminaliści,   bolszewicy,   Henryk   D.,   Mańka,   zajścia   z   panią 
Ofenkowską, wszystko to odeszło na plan dalszy. Teraz przybliżała się ku niemu albo prawdziwa 
tragedja,

 

albo

 

jakaś

 

pustka,

 

być

 

może

 

komiczna

 

pustka.

-   Wojewoda   tego   nie   wie,   nie   spostrzega,   nie   domyśla   się?
-   Nie,   jestem   tego   zupełnie   pewny,   ani   on,   ani   co   ciekawsze,   matka.
- Więc cóż to jest, co to może być - Widzi pan, mnie to dziwiło, że wojewodzina miała takie 
zdrowe dziecko. Nie chcę panu tu opowiadać różnych spostrzeżeń naszej wiedzy, ale taka kobieta, 
jak wojewodzina, musiałaby, mojem zdaniem, albo mieć bardzo słabowite dziecko, albo wprost 
wydać je martwe. Rozumie pan, że to są rzeczy niemiłe do opowiadania. Mówię z obowiązku, w 
przekonaniu, że to panu coś pomoże. Zresztą już nic więcej nie wiem. Wojewodzina przyjechała tu 
z Agatką, uważała ją za swoje dziecko. Wojewoda również. Oto wszystko, czem mogę panu służyć. 
Mogę   zawiadomić   wojewodę   o   naszej   rozmowie   i   powtórzyć   jemu   także,   jej   treść.
- Nie, to zbyteczne.

 

background image

LVIII.

 

Aczkolwiek informacje, otrzymane od d-ra Iszory mogły najzdrowszego człowieka przyprawić o 
zawrót  głowy,  do  tego  bowiem  stopnia  były  fantastyczne  i  nieprawdopodobne,  wyszedłem  od 
niego w bajecznym humorze. Wiedziałem, że rozwiązanie tajemnicy jest już tylko kwestją najbliż-
szych  dni. Z  właściwą mi  szybkością myślenia i  asocjacyj,  stworzyłem plan operacyjny.  Jego 
zasadnicze

 

przesłanki

 

przedstawiały

 

się

 

mniej

 

więcej

 

tak:

- Tatarskie dziecko. Oni o tem nie wiedzą. A więc odmieniec. Podrzutek. W jaki sposób można 
podrzucić   dziecko,   by   znalazcy   takiego   dziecka   nie   wiedzieli,   że   to   obce?
-

 

Jadę

 

do

 

Krakowa!

I   ta   decyzja   wprawiła   mię   w   tak   świetny  humor,   że   ani   spostrzegłem   się,   jak   zacząłem 
pogwizdywać:
-

 

Pojedziemy

 

do

 

Krakowa,

 

rym

 

cym

 

cym...

Zaszedłem pełen najlepszych myśli do Ziemiańskiej, wypiłem z redaktorem Stanisławem Kodziem 
jeden i drugi kieliszek, przeprosiłem mecenasa Szyszkowskiego, że nie mogę przyjąć jego inwitacji 
do stoliku z braku czasu - załatwiłem się raz-dwa w domu z walizką, i byłem punktualnie o 
godzinie   23   na   dworcu,   aby   zająć   miejsce   pociągu   warszawskim.   Przed   odjazdem   wysłałem 
wojewodzie   krótki   liścik:   proszę   o   spokój   i   zimną   krew.
Noc podróży przeleciała jak z bicza strzelił. Zamknąłem się w osobnym przedziale, wyciągnąłem 
zmęczone i niewyspane od tylu dni ciało, i ani obejrzałem się, kiedy pociąg stanął na dworcu 
warszawskim. Pokrzepiony snem, wyszedłem na miasto. Od roku nie byłem w Warszawie. Co za 
zmiany, co za zmiany! Jakże rośnie i rozwija się nasza Warszawka! Ruch całkiem europejski, 
kobiety zawsze prześliczne, gmachy i budowle wyrastają jak grzyby po deszczu. Bank na rogu 
Jerozolimskich i Nowego Świata zaimponował mi nie na żarty. To samo gmach telefonów na 
Poznańskiej.   A   IPS!   kawiarnia   i   sale   wystawowe.   Rozpęd   i   twórczość   w   każdym   calu   .
Wzmocniony   na   duszy   temi   widokami   i   pełen   otuchy,   siadałem   do   pociągu   krakowskiego.
- Jeszcze jakieś dziesięć godzin - myślałem - i będziesz jednym z najpopularniejszych ludzi w 
Polsce.

 

Ja

 

ci

 

to

 

powiadam,

 

Mańkowski.

Wiedząc, że jutrzejszy dzień wymagać będzie wielkiego wysiłku i napięcia nerwów postanowiłem 
zmusić się do snu, aby czuć się nazajutrz w najlepszej formie.

 

LIX

 

Kraków!
Kocham tę krawędź kościoła Panny Marji, która za mgłą ulicy Florjańskiej wita cię kiedy nocnym 
kurjerem

 

przyjedziesz

 

przed

 

świtem

 

do

 

Krakowa.

Ale

 

na

 

rozkosze

 

artystyczne

 

czasu

 

nie

 

miałem.

W godzinę po przyjeździe siedziałem w kawiarni ,,Grand" i zajadałem okrągłe bułki, jakich w 
Wilnie

 

niema

 

i

 

zapijałem

 

się

 

białą

 

kawą.

Przedemną   siedział   mój   kolega   po   fachu,   urzędnik   policyjny   krakowski.
- Panie doktorze, mówił do mnie, tak jakbym był Iszorą i leczył dzieci, - panie doktorze, syczało 
ciągle koło mnie, aż mi się zdawało, że to dlatego, że przyjechałem w sprawie kliniki położniczej.
Prędko, prędko przeglądałem spis personelu kliniki, w której około 6 miesięcy temu pani Halinie 

background image

Lackowej

 

urodziła

 

się

 

Agatka.

Poczułem, że złe czasy, wpadunki, nieudane telefony już minęły. To tak, jak z weną i deweną. 
Teraz

 

czułem,

 

że

 

mam

 

wenę.

 

Otóż

 

i

 

macie.

Anna   Girlej,   wyznanie   mahometańskie,   lat   34,   zawód   lekarz   ginekolog.
- Panie doktorze! mówi do mnie ten krakowski urzędnik, - ja mam stosunki w tej klinice. Stamtąd 
wzywaliśmy pielęgniarkę do Gorgonowej, kiedy miała Kropelkę. Ta Anna Girlej jest zastępcą 
lekarza.   To   mała   klinika.   Zresztą   pan   doktór   sam   łaskawie   osądzi.
Wiedziałem, że sam osądzę. Ta Anna jest matką Agatki? Podsunęła własne dziecwo wojewodzinie. 
W klinikach to jest możliwe. Dzieci po urodzeniu, zostawiane są we wspólnej sypialce, bielizna ta 
sama.   Jak   można   odróżnić   swego   bachora   od   jednocześnie   narodzonego   cudzego.
Godzina

 

była

 

ciągle

 

wczesna.

-

 

Proszę

 

zadzwonić

 

do

 

kliniki,

 

zapytać

 

o

 

Annę

 

Girlej.

Urzędnik

 

wraca.

-   Pani   Girlej   dziś   nie   dyżurowała.   Jest   w   domu:   Salwator   Gontyna   12.
Za 10 minut sam wspinam się na pagórek Salwatorski. Pachną krzewy w ogrodach tej kolonji 
urzędniczej. Zdumione widokiem wczesnego przechodnia, do tego nieznajomego, psy rzucają się 
na

 

kraty,

 

któremi

 

otoczone

 

 

ogródki.

Otóż   i   wielka   aleja,   wiodąca   na   kopiec   Kościuszki.   Otóż   i   Gontyna   12.
Otwiera mi służąca. Ze swego miejsca w przedpokoju widzę lustro w drugim pokoju, a w nim 
szatynkę siedzącą na krześle. Widzę, że ma cerę normalną, że jest przystojna, ale widzę także oczy 
skośne,

 

zdradzające

 

pochodzenie.

Widzę   także,   że   szatynka   nie   wie,   iż   obserwuję   ją   w   lustrze.
Podaję służącej swój bilet. Alfred Mańkowski, szef policji tajnej m. Wilna. Służąca niesie bilet 
swej

 

pani.

Nie! niema wątpliwości. Sekundę, ale ta sekunda była taka, że czuję, jak przez palto zabiło mi 
serce.  Sekundę,  czy  część   sekundy,   ale   widziałem  strach   bezzębny  w tych  oczach,  widziałem 
rozpaczliwe

 

skrzywienie

 

tych

 

ust.

 

Wchodzę

 

bez

 

pytania.

Przedemną

 

opanowana,

 

spokojna,

 

dostojna

 

szatynka.

-

 

Może

 

pani

 

łaskawie...

Chcę powiedzieć „oddalić służącą". Ale widzę w jej oczach, że to zbyteczne. Służąca wychodzi. 
Pani

 

Girlej

 

zamyka

 

drzwi.

-   Pani   zapewne   domyśla   się   w   jakiej   sprawie   przychodzę.
-

 

Nie,

 

nie

 

mam

 

pojęcia.

- Pani, mojem zadaniem jest sprawę wyjaśnić. Bądźmy szczerzy. Pani w dniu 1 grudnia 1932 r. 
zamieniła   dziecko   pani   Lackowej,   obecnej   wojewodziny   wileńskiej,   podsuwając   jej   własną 
córeczkę. Następnie pani to dziecko porwała z Wilna. Nasze poszukiwania nie dały rezultatu, bo 
zawsze
jest trudno wynaleźć złoczyńcę, jeśli się ma do czynienia ze złoczyńcą z przypadku, z czynem 
kogoś, kto cieszy się szacunkiem, kto nie należy do sfery ludzi podejrzanych. Wtedy wszystkie 
metody   policyjne   zwykle   zawodzą.   Ale   teraz   wiemy,   że   to   pani.
- Panie doktorze - mówi do mnie panna Girlej, - ja w dniu 1 grudnia byłam w klinice i właśnie 
obsługiwałam panią Lackową. Nie mogłam więc właśnie w tym czasie urodzić dziecka. To raz. 
Następnie wiem z gazet o porwaniu dziecka, było to 12 maja 1933 r. W tym to dniu u nas w Kra-
kowie urodził się synek hrabiny Chreptowiczowej i ja byłam przy tem obecna. To dwa. Po trzecie, 
gdyby śledztwo policyjne istotnie szło tym trybem, o którym pan mówi, to mi bardzo łatwo będzie 
dowieść,

 

że

 

nigdy

 

dziecka

 

nie

 

miałam.

 

To

 

trzy.

-   Pani   pamięta   połóg   pani   Lackowej?   kto   był   wtedy   jeszcze   w   klinice?
-

 

Nie

 

pamiętam.

-

 

Zaraz

 

pojedziemy

 

do

 

kliniki.

 

-

 

Była

 

moja

 

siostra.

Patrzę

 

na

 

pannę

 

Girlej.

-

 

Gdzie

 

jest

 

teraz

 

pani

 

siostra?

background image

-

 

W

 

Paryżu.

- Pani siostra jest panną, pani jej dziecko oddała wojewodzinie, podczas, gdy dziecko wojewodziny 
zmarło.
- Nie panie, moja siostra jest mężatką, nazywa się Wierigin Korszun. Wyszła zamąż za emigranta 
rosyjskiego, człowieka zamożnego. W klinice urodziło się jej dziecko, które żyje i jest u rodziców 
w Paryżu. Zgodzi się pan, że byłoby absurdem przypuszczać, aby ktoś chciał zamienić dziecko 
swoje

 

na

 

cudze.

-

 

To

 

młoda

 

osoba

 

pani

 

siostra?

-

 

Lat

 

28.

-

 

Pani

 

koresponduje

 

z

 

nią?

-

 

Tak.

- Młode matki wysyłają zawsze fotgrafje swych pociech. Może pani mi pokaże fotografję dziecka 
pani

 

Wierigin

 

Korszun.

- Proszę pana doktora - tu panna Girlej podniosła głos - pan mnie indaguje w sprawie, która niema 
żadnego sensu. Sądzę, że dostatecznie panu sprawę wyjaśniłam. A teraz muszę iść do kliniki.
- Aby  sobie   przypomnieć,   kto  był   w  klinice   1   grudnia.   Zapomniała   pani   przecież   o  rodzonej 
siostrze. Nie będzie to tak łatwo proszę pani. Ja nakaz aresztowania pani mam przy sobie. *)
Ale znów poczułem, że mam wenę. Oto na biurku panny Girlej, leży pocztówka z marką francuską. 
Odwracam ją, znajduję fotografję bobaska na ręku młodej, bardzo przystojnej, wystrojonej kobiety 
o skośnych oczach. Twarz bobaska nic mi nie mówi

*) Nie była to prawda.

coprawda,   ale   tak   już   jestem   nastrojony,   że   czuję,   że   to   dziecko   wojewody.
Panna

 

Girlej

 

patrzy

 

na

 

mnie

 

nieruchomo.

-

 

A

 

to

 

co?

- ..Cukierki, które dostałam od Kriwoszejewa w Warszawie Niemcy chcieli zjeść na granicy... - 
czytam

 

maczkiem

 

napisane

 

wyrazy

 

po

 

rosyjsku.

- To jest dziecko wojewody, -. mówię. Widzę, że teraz panna Girlej spojrzała na mnie z wyraźną 
pogardą.
- Ale panie, moja siostra jest Tatarką i to dziecko ma wyraźnie tatarskie rysy. Patrzę raz jeszcze, 
rzeczywiście   –   tu   w   tych   małych   oczkach...  Ach   Boże!   Podnoszę   na   pannę   Girlej   twarz   z 
uśmiechem, zrazu zawstydzonym, potem triumfującym, potem się kłaniam, potem pytam drwiąco:
-

 

Pani

 

wie,

 

czemu

 

się

 

kłaniam?

-   Niech   Pan   tego   dowiedzie.   Przed   sądami   francuskiemi   niech   pan   tego   dowiedzie.
- Przecież to jest Agatka na fotografii, porwana Agatka. Zaraz mogę pani dostarczyć fotografje z 
Wilna.   Pani   siostra   ją   porwała.   Przyjechała   za   jakimś   paszportem.
- Ale we Francji - odpowiada mi panna Girlej - są biegli. Ci biegli będą rozstrzygać, czy to dziecko 
wojewody,

 

czy

 

mojej

 

siostry.

Prawda, zapomniałem o biegłych i o sprawiedliwości za pomocą biegłych. To istotnie może do 
niczego

 

nie

 

doprowadzić.

-   Zresztą   -   kończy   panna   Girlej,   z   dziwną   siłą   -   to   nie   jest   dziecko   pani   wojewodziny.
Znów

 

patrzę

 

na

 

nią

 

zdziwiony.

 

-

 

Więc

 

cóż

 

wojewodzinie

 

po

 

cudzem

 

dziecku?

-   Niech   pani   jej   odda   własne,   albo   niech   pani   powie,   że   ono   umarło.
- Ja mówię, - poprawiła się panna Girlej, że dziecko na fotografji jest dzieckiem mojej siostry.
- Tak jest, proszę pani, to jest Agatka, dziecko pani siostry, ale gdzie jest dziecko wojewodziny? 
Umarło?

 

żyje?

-   Nie   wiem   tego,   niech   pan   je   szuka,   przecież   zostało   porwane.
-

 

Porwane

 

przez

 

pani

 

siostrę.

 

- Nie.

background image

 

LX.

 

Widziałem, że rozmowa z upartą Anną Girlej nie doprowadzi do niczego. Nie pod legało dla mnie 
żadnej   wątpliwości„   iż   jej   siostra,   pani  Wierigin   -   Korszun   porwała  Agatkę,   która   -   również 
niewątpliwe   -   była   jej   najrodzeńszą   córką.  Ale   gdzie   jest   autentyczne   dziecko   wojewodziny?
Anna   Girlej   musi   o   tem   wiedzieć.   Z   jej   zachowania   się,   z   pewności   siebie,   ze   wzmianki   o 
francuskim sądzie przysięgłych, z całej jej efronterji wnioskuję nieomylnie, że jest w posiadaniu 
tajemnicy. Jednak wydobyć ją z niej niema sposobu. Kazać aresztować? Na jakiej podstawie? Na 
podstawie tego, że ma fotografję siostry z Agatką na rękach? Śmieszne. Nie mogę kompromitować 
się.
I oto doszedłem do smutnego spostrzeżenia, że w chwili, gdy wszystkie nici zbiegły się już w 
mych rękach, fatalny los plątał je znowu i rozpraszał. Na moment pod dałem się przygnębieniu. 
Lecz

 

trzeba

 

przecie

 

działać.

Co mi pozostawało? W Krakowie nic nie osiągnę. Jedno tylko nasuwało się wyjście: jechać do 
Paryża. Rozmówić się z panią Wierigin - Korszun. Wyjaśnić skomplikowaną sytuację. Zażądać 
dziecka wojewodziny, jeśli je ma. Dowiedzieć się, gdzie ono ewentualnie przebywa. Czy żyje?
Tak. Tylko podróż do Paryża mogła przynieść rozwiązanie tej nieprawdopodobnej historji.

 

LXI.

 

Państwo Wierigin - Korszun zajmowali wspaniały apartament przy avenue George V, naprzeciwko 
ambasady   hiszpańskiej.   Dzielnica,   w   której   mieszkali   -   ów   kompleks   eleganckich   avenues   i 
bogatych pałaców pomiędzy placem Concorde, Champs Elysees, Łukiem Tryumfalnym i Sekwaną 
- dzielnica świadczyła, że państwo Wierigin - Korszun należą, jeśli nie do arystokracji, to do 
plutokracji

 

wysokiej

 

marki.

 

Znaleźć   ich   pałacyk   nie   było   trudno:   panna   Girlej   bynajmniej   nie   ukrywała   ich   adresu.
Przebrany, odświeżony, ogolony i w miarę możności dystyngowany - zadzwoniłem około południa 
do

 

pałacu.

Francuszczyzna   moja   jest   mocno   kulawa,   z   wysiłkiem   więc   wytłumaczyłem   lokajowi,   że 
chciałbym rozmówić się z jego panią. Niebardzo rozumiał, o co mi chodzi, to też uważałem, że 
najstosowniej będzie dać mu bilet wizytowy. Napisałem na nim przezornie po polsku: „Od panny 
Girlej

 

z

 

Krakowa".

Wpuszczono   mię   odrazu   i   pani   Wierigin   -   Korszun   wyszła   do   salonu   na   moje   spotkanie.   Z 
uśmiechem

 

podała

 

rękę

 

i

 

rzekła

 

po

 

polsku:

Witam   pana.   Polszczyzna   moja   nie   jest   doskonała.   Tyle   lat   jednak   mieszkałam   w   Rosji,   na 
Kaukazie...   Teraz   we   Francji..   Daruje   mi   pan,   jeśli   popełnię   jaki   błąd.
- Co znowu! Mówi pani przepięknie. Nie przypuszczałbym nigdy, sądząc z wymowy, że pani jest 
cudzoziemką.
- Dziękuję panu za łaskawą uprzejmość. Proszę, niech pan siada. I co pana sprowadza do nas aż z 
Wilna?.
Zdębiałem. Skąd ta piękna kobieta może wiedzieć, że jadę z Wilna? Przecie na wizytówce podałem 
Kraków.

background image

Pani   Wierigin   -   Korszun   domyśliła   się   z   wyrazu   mojej   twarzy,   że   jestem   zdziwiony.
- Poprostu  otrzymałam wczoraj  od  siostry wyczerpujący list  i  informacje o  panu.  Oczywiście 
pocztą

 

lotniczą.

 

Pan

 

zapewne

 

jechał

 

koleją?

W   słowach   jej   zadźwięczała   ironja,   i   to   ukłuło   mię   niby   żądło   żmii.  Ale   opanowałem   się 
natychmiast,   i   z   twarzą   zupełnie   obojętną,   nawet   lekceważącą,   powiedziałem:
- Skoro pani wie, nie będziemy owijali sprawy w bawełnę. Prosto więc, że tak powiem, z mostu. 
Gdzie

 

dziecko

 

wojewody?

Pani

 

Wierigin

 

-

 

Korszun

 

wstała.

- Proszę za mną, - rzekła krótko. Byłem nieco oszołomiony szybkością decyzji i zupełnym brakiem 
sprzeciwu..  Przygotowywałem się  do ciężkiej   walki,  tymczasem wszystko  idzie  jak  po maśle.
Udałem się za piękną gospodynią. Minęliśmy kilka wytwornych pokojów, rozkoszny buduar, i oto 
- oczom moim ukazał się oczekiwany, a przecie niespodziewany widok. Pokój dziecinny - jasny, 
biały,   pełen   słońca   i   wesela.   Na   olbrzymim,   miękkim   dywanie   dwa   cudowne   dzieciątka 
pięciomiesięczne

 

w

 

asyście

 

dwóch

 

sympatycznych

 

niań.

-   To   jest   wasza,   a   właściwie   moja   Agatka.   A   to   jest   nasz,   a   właściwie   wasz   Ali.  
- Ali? - pomyślałem, i dreszcz przebiegł mię od stóp do głów: - więc wojewodzina miała synka? 
Więc

 

już

 

zdążyli

 

zrobić

 

tu

 

z

 

niego

 

tatarczuka?

Przyjrzałem się uważnie dwojgu dzieciom. Bawiły się w najlepsze, ani przypuszczając, jakie walki 
i niepokoje wzbudziły swemi maleńkiemi, różowemi osóbkami. Jakiż kontrast w ich twarzyczkach, 
i rysach! Czarna, skośnooka, mongolska Agatka i jasnowłosy, błękitnooki, słowiański Ali ! Nawet 
ślepy   nie   zawahałby   się   i   wskazał   na   niego,   jako   na   synka   wojewodziny...
Usiadłem.   Czułem,   że   mi   się   w   głowie   kręci.   Mam   Agatkę   w   rękach,   znam   Alego,   mam 
sprawczynię wszystkich perypetyj. I, dalibóg, nic z tego nie rozumiem. Tak byłem wstrząśnięty 
doznanem   wrażeniem,   że   nie   zdołałem   powstrzymać   przekleństwa.
- Psiakrew! I po djabła pani dwoje dzieci! Co za awantury pani wyprawia! Pani Wierigin - Korszun 
uśmiechnęła

 

się

 

czarująco:

- Mogę to panu wyjaśnić. Proszę do jadalni. Jest właśnie godzina lunchu. Spożyje pan z nami 
śniadanie.   Kieliszek   wina   dobrze   panu   zrobi.   Pozna   pan   mego   męża.   Pomówimy.
I pięknym ruchem skierowała się do drzwi, a widząc, że ociągam się i nie mogę oderwać oczu od 
dwojga

 

dzieci,

 

dodała

 

z

 

nieporównanym

 

wdziękiem:

-   O,   niech   się   pan   nie   obawia!   Dzieci   napewno   nam   nie   uciekną.
Tyle   gracji   i   subtelnej   ironii   brzmiało   w   jej   słowach,   że   musiałem   roześmiać   się   serdecznie.
- Ależ z pani ziółko - rzekłem niezbyt dwornie i z głową spuszczoną powlokłem się za tą niezwykłą 
kobietą do jadalni.

 

LXIII

 

Cheri - zwróciła się pani Wierigin-Korszun do wchodzącego mężczyzny-drogi Izmaelu, oto pan 
Alfred   Mańkowski,   detektyw   z   Wilna,   który   przyjechał   do   nas   w   odwiedziny.
Powiedziała te słowa po francusku. - Pan wybaczy, ale mąż mój nie zna języka polskiego. Pochodzi 
z Tatarów rosyjskich, z Kaukazu. Ja jestem natomiast Tatarka polska. Jeśli panu nie zrobi różnicy, 
będziemy

 

mówili

 

po

 

rosyjsku.

Skłoniłem   głowę   na   znak   zgody,   i   wymieniłem   mocny   shackhand   z   Izmaelem   Wierigin-
Korszunem.
- Ależ nazwisko! - zaświtała mi nagle w mózgu dziwna asocjacja - Korszun! Nic dziwnego, że 
porwali

 

tego...

 

czort

 

bierz,

 

jak

 

jego

 

tam?

 

-

 

Alego...

background image

I

 

z

 

uśmiechem

 

zająłem

 

wskazane

 

miejsce.

Śniadanie było doskonałe. Narodowe potrawy tatarskie, jak szaszłyk i kumys, zakrapiane Moulin 
au vent, harmonijnie przeplatały się ze smakowitym pate de foie gros i krzepiącem nerwy vin 
tonique. Usiłowałem kilkakrotnie w ciągu śniadania nawiązać rozmowę o Alim i Agatce, jednak 
bezskutecznie.
- O, nie teraz - przerywali mi uprzejmie państwo Korszunowie - nie psujmy sobie apetytów. Przy 
papierosach

 

i

 

owocach

 

będziemy

 

mieli

 

czas

 

na

 

rozmowę.

Dałem   więc   spokój,   delektując   się   potrawami.   Muszę   wyznać   szczerze,   że   jestem   nielada 
smakosżem i rozkosze podniebienia cenię nade wszystko. Z pisarzy francuskich zawsze najwyżej 
stawiałem Brillan Savarin`a, wielkiego znawcę kuchni. Moim podwładnym powtarzałem nieraz, że 
wykwintna kuchnia jest dowodem najwyższej kultury. A taki Blum, naprzykład, nigdy nie miał 
zmysłu   smaku.   Jemu   wystarczała   kiełbasa   z   kapustą.   I   dlatego   pozostał   osłem...
Śniadanie tedy wprawiło mię w różowy humor. Z lekkim szmerkiem wstaliśmy od stołu, by przejść 
do   pięknie   urządzonej   palarni.   Pani   domu   opuściła   nas,   zapowiadając   butelkę   koniaku. 
Zaciągnęliśmy

 

się

 

cygarami.

 

- I tak - rozpoczął Wierigin Korszun, po rosyjsku - i tak, opowiem panu całą historję, która wydaje 
się

 

nieprawdopodobna,

 

a

 

przecie

 

jest

 

prosta.

Nie   będę   przytaczał   dosłownie   długiej   opowieści   Korszuna.   Oto   jej,   że   tak   powiem,   esencja:
Wierigin Korszun ma brata. Jest ich tylko dwóch z rodu, ongi rozgałęzionego wielce. Ojca nie mają 
oddawna. Ze starszego pokolenia Korszunów pozostał tylko stryj, fenomenalny bogacz, posiadacz 
akcyj T-wa Naftowego Baku, które szczęśliwym trafem wymienił jeszcze za czasów Kiereńskiego 
na akcje Standart Oil Company, i dzięki tej tranzakcji nietylko nie stracił majątku, lecz pomnożył 
go   stokrotnie.   Olbrzymie   dobra   w   Brazylji   z   plantacjami   kawy...
-   Palą   nią   teraz   w   piecach   -   przebiegło   mi   przez   głowę.
...Olbrzymie dobra w Brazylji, udział w kopalniach diamentów w Afryce południowej, majątki na 
południu   Francji,   willa   w   Amalfi,   tereny   łowieckie   na   Polesiu,   pałac   w   Paryżu...
-   Może   pan   sobie   wyobrazić   -   informował   pan   Korszun.
-

 

Pytanie!

 

-

 

pomyślałem,

 

pochylając

 

głowę

 

z

 

uznaniem.

Otóż,   trzeba   trafu,   że   stryj   umarł   miesiąc   temu.  Ale   dwa   lata   przed   śmiercią   sporządził   był 
testament.   Olbrzymi   swój   majątek   zapisuje  nie   żadnemu   z   dwóch  braci   Korszunów,   ale   temu 
synowi jednego z nich, który pierwszy przyjdzie na świat. Korszunowie byli wówczas jeszcze 
kawalerami. Dowiedziawszy się o oryginalnym (rozumie pan, stary dziwak) zapisie pożenili się 
nagwałt. Śluby ich były niemal tego samego dnia. I rozpoczął się osobliwy wyścig: kto pierwszy 
będzie miał syna? Pani Korszun, matka Agatki, poczuła się matką równocześnie z bratową. To było 
straszne. Sytuacja niesłychanie nerwowego oczekiwania. Syn czy córka? A jeżeli dwóch synów 
jednego dnia? A jeżeli dwie córki? - Coś okropnego... Wreszcie przychodzi rozwiązanie w owej 
klinice

 

krakowskiej,

 

gdzie

 

siostra

 

Korszunowej

 

jest

 

lekarzem..

Niech mi pan wierzy - rzekł z powagą pan lzmael - niech mi pan wierzy, pod słowem honoru: o 
zamianie dzieci nic nie wiedzieliśmy. Zrobiła to bez wiedzy mojej żony Anna, która wiedziała o 
testamencie   stryja.   To   ona   podmieniła   dziecko   nasze   i   wojewodziny   wileńskiej,   która 
niewiarogodnym zbiegiem okliczności, o tej samej godzinie powiła synka. Anna chciała nam oddać 
przysługę. Pragnęła, by nasz synek dziedziczył po stryju. Co do nas, byliśmy przekonani, że on jest 
naszym oryginalnym synem. Jedno, co nas stropiło - to jego słowiański typ. Ale, myśleliśmy... Kra-
ków,   Polska,   Słowianie   -   może   przez   zapatrzenie?   Zresztą,   powiem   szczerze:   nie 
przywiązywaliśmy do  tego   żadnej   wagi.  Chodziło   wszak   o  olbrzymi  majątek.   Zna  pan   wasze 
przysłowie:   jak   się   zwał,   tak   się   zwał,   -   byle   się   dobrze   miał.
Opowiadanie pana Korszuna wyjaśniało sprawę. Z dalszego jego ciągu okazało się, że brat miał na 
szczęście córeczkę. Wszystko ułożyło się najpomyślniej. Stryj umarł przed miesiącem. Mały Ali 
został spadkobiercą. Jedno tylko zastrzeżenie: do czasu dojścia do pełnoletniości, Ali nie może roz-
porządzać

 

fortuną.

 

Opiekunem

 

jej

 

jest

 

jego

 

ojciec.

- Rozumie pan - zakończył Korszun - że dopóki Ali nie osiągnie dwudziestego pierwszego roku 
życia, oddać go wojewodzie nie mogę w żadnym wypadku. To moje niewzruszone postanowienie.

background image

Zdziwiło mnie nieco, że człowiek porywający cudze dzieci, może z takim spokojem o tem mówić i 
jeszcze

 

dodawać

 

coś

 

o

 

nierwzruszonem

 

postanowieniu.

- Drogi  panie  - rzekłem znienacka  -  wystarczy,  abym  treść pańskiego  zwierzenia  zameldował 
policji,

 

i

 

Ali

 

będzie

 

już

 

w

 

moich

 

rękach.

- Osmanie - zwrócił się nagle po rosyjsku Korszun do lokaja, który stał cały czas przy drzwiach, a 
na   którego   obecność   nie   zwróciłem   uwagi:   -   Osmanie,   o   czem   mówiliśmy   z   tym   panem?
- O, - rzekł Osman - polowania na Polesiu są pełne przygód i niespodzianek: O, takich żubrów jak 
w

 

puszczy

 

białowieskiej

 

niema

 

na

 

całym

 

świecie!

-

 

A

 

ten

 

pan?

- O, - powiedział Osman, wznosząc oczy dogóry - o, ten pan dużo pił, smacznie pił. Osman 
przynosił

 

trzy

 

butelki

 

koniaku.

Wściekłość

 

moja

 

nie

 

miała

 

granic.

-   To   jest   nikczemność!   -   krzyknąłem,   porywając   się   z   fotela.
- Myślałem, że będziemy przyjaciółmi. - odpowiedział spokojnie Korszun: -niechże pan łaskawie 
usiądzie. Niech pan pamięta przytem, że oprócz Osmana, który jest świadkiem naszej rozmowy, 
jest   sąd   francuski   i   rzeczoznawcy.   Pan   tu   jest   człowiekiem   nieznanym.  A  ja   mam   miljony.
Usiadłem.   Co   miałem   począć?   Ten   człowiek   mówił   prawdę.   Siłą   nicbym   nie   zyskał.  
- Dobrze, - powiedziałem, opanowując się: - rozmawiajmy w dalszym ciągu. Teraz, niech mi pan 
wytłumaczy, dlaczego, mając Alego, porwaliście jeszcze Agatkę? Wojewodzina przyzwyczaiła się 
do

 

niej,

 

wierzyła,

 

że

 

to

 

jej

 

rodzone

 

dziecko...

- Ma pan trochę racji - usłyszałem w odpowiedzi: - nie powiem, żebyśmy byli całkiem w porządku, 
porywając Agatkę. Ale, niech pan zrozumie serca rodzicielskie. Przecież to nasze dziecko! To też, 
kiedy Anna po pewnym czasie zakomunikowała nam, że zamieniła dzieci, żona moja nie mogła 
znaleźć spokoju. Jadę do Wilna – co począć? Musiałem zezwolić. Ali przyniósł nam płakała - 
wyproszę, a jak nie dadzą skradnę moją córkę. - Cóż miałem pomiljony, jednakowoż nie samemi 
miljonami   człowiek   żyje.   Serce   ma   też   swoje   prawa   -   zakończył   Korszun   z   westchnieniem.
- I ukradła - krzyknąłem - ukradła. - Tak jest. Pojechała do Wilna. Kilka dni mieszkała u Georges`a, 
obserwując życie wojewodostwa. Chodziła do Bernardyńskiego ogrodu. Gdy niańka oddaliła się 
raz - porwała. Siadła w samolot. Przyleciała do Paryża. Trzeba przyznać, że to odważna kobieta.
Myślałem, że rozszarpię tego człowieka, który umiał o sprawach czułych i tragicznych mówić z 
niezamąconym

 

spokojem.

-

 

Cóż

 

będzie

 

teraz?

 

-

 

zapytałem

 

w

 

pasji.

-   Jak   pan   już   wie,   oddać  Alego   nie   możemy.   Zresztą,   pokochaliśmy   go   jak   własne   dziecko. 
Przemiły brzdąc. Oddamy go, gdy skończy lat dwadzieścia jeden, wówczas nie będzie już nam 
potrzebny.   Agatki   również   nie   możemy   oddać   -   jest   niezaprzeczoną   naszą   własnością.
-

 

A

 

więc?

 

Pan

 

kpi,

 

mój

 

panie

 

!

- Mam wyjście z sytuacji. Niech wojewoda z żoną przyjadą do nas. Powiedzmy - w roli guwernera  
i bony do Alego, aby nie wzbudzić podejrzeń. Pozwolimy im opiekować się dzieckiem, jak tylko 
zapragną.   Mogą   nawet   osiąść   z   chłopcem   w   Brazylji   na   plantacjach   kawy.   Prócz   tego 
wynagrodzenie   miesięczne...   no,   niech   będzie   50.000   franków.   Myślę,   że   wystarczy?   Ile   też, 
ciekaw

 

jestem,

 

otrzymuje

 

pan

 

Lack

 

jako

 

wojewoda?

- Panie, dość żartów - rzekłem surowo - rodzeni rodzice jako guwernerzy! Wojewoda wileński z 
pałacu reprezentacyjnego do pokoju dziecinnego w charakterze metra! Czy pan zwarjował, mówiąc 
poprostu?
- Ani trochę. Niema innej rady. Zresztą niech pan zważy: 50.000 miesięcznie i plantacje kawy, i syn 
odzyskany.   Tylko   oczywiście,   nikt   nie   może   wiedzieć   o   tem,   że   Ali   jest   synem   Lacka. 
Wychowanek,   pojmuje   pan,   wy-cho-wa-nek!   To   jest   conditio   sine   qua   non.
-   I   pan   ośmiela   się   jeszcze   stawiać   warunki?   -   powiedziałem   z   gorzkim   uśmiechem.
-

 

Trudno.

 

Powtarzam:

 

niema

 

innego

 

wyjścia.

 

Pan

 

Korszun

 

powstał.

- Najlepiej będzie, - oświadczył, -jeśli pan przedstawi całą sprawę swoim mocodawcom. Niech oni 
zadecydują.   Proszę   mi   wierzyć:   pragnieniem   mojem   jest,   byśmy   jak   najszybciej   doszli   do 

background image

porozumienia.
Wyszedłem od Korszunów jak podcięty. Takiego pecha nigdy w życiu nie miałem. Wróciwszy do 
hotelu   z   głową   napęczniałą   ciężkiemi   myślami,   przystąpiłem   do
pisania   szczegółowej   relacji,   którą   tegoż   jeszcze   dnia   wysłałem   do   Wilna.
Powieść

 

niniejsza

 

może

 

zakończyć

 

się

 

w

 

dwojaki

 

sposób:

albo:

 

W   dwa   tygodnie   po   opisanej   rozmowie   odbywał   się   w   Wilnie   uroczysty   raut   pożegnalny.
albo:
Do   pałacu   Reprezentacyjnego   w   końcu   lipca   wojewoda   Lack   sprosił   całe  Wilno   na   chrzciny 
odzyskanego syna Jerzego, Józefa, Stanisława, Walerjana Lacka.

Koniec.

Nasz Czas