background image

Autor: Adam Wi

ś

niewski-Snerg

Tytul: Dzikus

Z "NF" 8-9/97

   HORDA to poł

ą

czona wi

ę

zami rodowymi gromada dzikich ludzi 

(m

ęŜ

czyzn, kobiet, starców i dzieci), która wzorem 

pierwotnych plemion przedziera si

ę

 w przestrzeni wypełnionej 

zabudowaniami bezludnej cywilizacyjnej d

Ŝ

ungli. Zamiast 

g

ą

szczu drzew ziemi

ę

 pokrywaj

ą

 architektoniczne cuda 

wzniesione przez konstruktorów przyszło

ś

ci.  Mieszka

ń

ców nie 

ma, wi

ę

c nikt nie wie, jak sterowa

ć

 skomplikowanymi 

urz

ą

dzeniami. Pokolenia hordy walcz

ą

 o 

Ŝ

ycie w tajemniczych 

warunkach. Pustka domów i ulic w zestawieniu ze sprawno

ś

ci

ą

 

działaj

ą

cych wsz

ę

dzie mechanizmów urbanistycznych tworzy 

osobliwy klimat dla koczuj

ą

cej gromady. Pytanie "Dlaczego las 

jest ogromny, gro

ź

ny i bezludny?" - jak kiedy

ś

 dla człowieka 

urodzonego w d

Ŝ

ungli - nie ma sensu.  

   1 Urodziłem si

ę

 na peronie metra, a wi

ę

c w scenerii 

niezwykłej dla takich wydarze

ń

. To mo

Ŝ

e niewiarygodne, lecz 

od pierwszej chwili, gdy otworzyłem oczy, miałem 

ś

wiadomo

ść

 

istnienia i my

ś

lałem o wszystkim przytomnie - jak człowiek 

dojrzały psychicznie. Od razu stałem si

ę

 krytycznym 

obserwatorem wypadków, z czego przecie

Ŝ

 nie wynika, 

Ŝ

czułem si

ę

 mniej bezradny ni

Ŝ

 inne dziecko. Bezsilno

ść

 moja 

wyszła na jaw zaraz po urodzeniu, kiedy wydałem z siebie 
dono

ś

ny skrzek noworodka.  Bo miało to by

ć

 ostre 

przekle

ń

stwo, bezkompromisowe w ocenie odkrytej 

rzeczywisto

ś

ci i równocze

ś

nie bardzo niesprawiedliwe, wprost 

podłe, ale nawet ono nie było do

ść

 mocne do wyra

Ŝ

enia grozy 

doznanego wstrz

ą

su.  

   Na marmurowej płycie obok matki le

Ŝ

ała te

Ŝ

 moja male

ń

ka 

siostrzyczka. Dzi

ę

ki niej nie musiałem zagl

ą

da

ć

 do lustra, 

by mie

ć

 poj

ę

cie o własnym wygl

ą

dzie.  Spuchni

ę

ta i sina 

twarzyczka układała si

ę

 do płaczu, czym dawała wyraz 

niezadowolenia z losu. Po

ś

rodku swego brzuszka widziałem 

kikut przegryzionej p

ę

powiny, a po obu jego stronach - 

male

ń

kie nó

Ŝ

ki, dr

Ŝą

ce z zimna nieforemne ko

ń

czyny, które 

protestuj

ą

c przeciwko nieludzkim warunkom 

Ŝ

ałosnymi 

podrygami kopały powietrze. To był koszmar! Wszystkie siły 
zmobilizowałem w rozrywaj

ą

cym płuca wrzasku: nie chc

ę

!  

   Poza nami na peronie nie było nikogo. Nikt te

Ŝ

 nie 

wyjrzał przez okno wagonu ani nawet z przedziału 
motorniczego, kiedy mijał nas pierwszy elektryczny poci

ą

g. W 

odpowiedzi na mój krzyk usłyszałem pisk hamulców i szum 
szeregu przesuwanych drzwi drugiej automatycznej jednostki.  
Podstawiona na miejsce poprzedniej, nim ruszyła dalej, przez 
kilkana

ś

cie sekund trwała w ciszy i bezruchu, jakby 

zasłuchana w nasze rozpaczliwe głosy. Z okien biła jasno

ść

otwarte wej

ś

cia zapraszały do przedziałów, wolne ławki 

czekały na pasa

Ŝ

erów - metro funkcjonowało regularnie, 

pomimo braku obsługi. Z tunelu o

ś

wietlonego tablicami 

wielkich reklam co kilka minut rozlegał si

ę

 hałas i na 

zwolniony tor przy pustym peronie wje

Ŝ

d

Ŝ

ał nowy poci

ą

g. 

Wagony l

ś

niły czystymi lakierami, ich wahadłowy ruch trwał 

nieprzerwanie i najwyra

ź

niej nikomu nie słu

Ŝ

ył.  

   Chłód peronowej płyty przenikn

ą

ł mnie ju

Ŝ

 na wskro

ś

, gdy 

w dali ukazało si

ę

 kilku zagadkowych ludzi. Najpierw rzucił 

mi si

ę

 w oczy osobliwy fakt, 

Ŝ

e wszyscy byli nadzy, jak moja 

nieprzytomna matka, która równie

Ŝ

 nie miała na sobie 

Ŝ

adnego 

ubrania. Przybysze zdumiewali te

Ŝ

 swoim zachowaniem: chocia

Ŝ

 

z górnego przej

ś

cia mogli zjecha

ć

 po prostu ruchomymi 

background image

schodami - aby wynie

ść

 nas z metra, zeszli na dół po 

konstrukcji wspieraj

ą

cej reklamy. Ta karkołomna wspinaczka, 

zwłaszcza przy transporcie matki, wymagała małpiej 
zr

ę

czno

ś

ci i siły, ale wida

ć

 w przekonaniu nudystów wygodna 

jazda ruchomymi schodami nie wchodziła w rachub

ę

.  

   Po wyj

ś

ciu z podziemia na zalany ostrym 

ś

wiatłem chodnik 

nasi wybawcy skierowali si

ę

 w stron

ę

 pobliskiego placu. Na 

poziomie jezdni było upalnie. W perspektywie jasnej ulicy 
stało wiele wysokich gmachów. Patrz

ą

c ponad ramieniem 

nios

ą

cego mnie m

ęŜ

czyzny, zagl

ą

dałem do mijanych po drodze 

sklepów. Nigdzie nie widziałem ludzi.  
   Zobaczyłem ich dopiero po

ś

rodku placu, skupili si

ę

 tam w 

licznej gromadzie m

ęŜ

czyzn, kobiet, starców i dzieci. Jedni 

le

Ŝ

eli na asfalcie w cieniu pobliskiego wie

Ŝ

owca, inni 

siedzieli na stopniach wysokiego gmachu. Wszyscy byli nadzy 
i tak bardzo opaleni, czy mo

Ŝ

e raczej brudni, jakby od 

urodzenia nie u

Ŝ

ywali mydła. Porozumiewali si

ę

 ruchami r

ą

pomagaj

ą

c sobie przy tym gardłowymi, urywanymi głosami.  

Kudłate brody, długie potargane włosy oraz gro

ź

ne miny i 

gesty, a cz

ę

sto te

Ŝ

 t

ę

pe spojrzenia nadawały im wygl

ą

pierwotnych dzikusów.  
   Zanim dotarli

ś

my do ich obozu, kilkunastu takich nagusów 

wybiegło nam na spotkanie. Dowódca naszej grupy powiedział 
im co

ś

 z o

Ŝ

ywieniem, wskazuj

ą

c kilkakrotnie poza siebie w 

kierunku schodów prowadz

ą

cych do metra. Na jego polecenie 

kobiety zaopiekowały si

ę

 matk

ą

, która odzyskała przytomno

ść

 

po wypiciu wody. Ani si

ę

 spostrzegłem, gdy czyje

ś

 twarde 

r

ę

ce poło

Ŝ

yły mnie przy niej na rozpalonym chodniku - obok 

bli

ź

niaczego oseska.  

   Ci ludzie nie znali lito

ś

ci! Czy

Ŝ

by byli a

Ŝ

 tak 

prymitywni? Ogarni

ę

ty przera

Ŝ

eniem, ponownie próbowałem 

porozumie

ć

 si

ę

 ze swymi opiekunami i zarazem oprawcami, aby 

im wytłumaczy

ć

, do czego doprowadzi takie traktowanie, lecz 

zamiast wymówi

ć

 sensowne zdanie, raz jeszcze zaskrzeczałem 

głosikiem rozkapryszonego niemowlaka. Dopełniło to miary 
mojego cierpienia w tej pierwszej godzinie 

Ŝ

ycia: najpierw 

mro

Ŝ

ony chłodem marmurowego podziemia, potem torturowany 

uciskiem zrogowaciałych dłoni, to znowu wystawiony na 
działanie upalnego wiatru, po czym znów przypalany piek

ą

cymi 

promieniami sło

ń

ca, obolały i wyczerpany - kiedy tylko 

poczułem kontakt z piersi

ą

 matki, natychmiast - jak w 

ostatniej nadziei ratunku - pogr

ąŜ

yłem si

ę

 we 

ś

nie, mimo 

Ŝ

siostra (pewnie te

Ŝ

 

ś

wiadoma nikłej szansy przetrwania) 

nadal darła si

ę

 wniebogłosy tu

Ŝ

 przy moim uchu.  

   Przez pierwsze tygodnie 

Ŝ

ycia spałem po dwadzie

ś

cia trzy 

godziny na dob

ę

, wi

ę

c niemal nieustannie, budz

ą

c si

ę

 jedynie 

w okresach posiłków lub w chwilach szczególnie bolesnych 
przykro

ś

ci sprawianych mi przez otoczenie. Siostra 

przechodziła zapalenie płuc, matka - szkorbut, mnie 
natomiast najbardziej dolegały skutki słonecznego pora

Ŝ

enia.  

Nast

ą

pił trudny czas adaptacji do surowych, niemal 

zwierz

ę

cych warunków bytowania.  

   O ka

Ŝ

dej porze dnia i nocy dookoła placu panowała cisza, 

tym gro

ź

niejsza dla mnie, 

Ŝ

e z uwagi na nieustanny ruch 

automatycznego metra - najzupełniej zagadkowa. Podczas dnia 
obszerny plac błyszczał w sło

ń

cu, które 

ś

wieciło z 

nieskazitelnie czystego nieba. Nigdy nie przysłaniały go 
chmury. Dlatego sylwetki kilkunastu okazałych wie

Ŝ

owców 

stoj

ą

cych poza terenem o niskiej zabudowie widziałem zawsze 

ze swego stałego miejsca przy pomniku na tle ró

Ŝ

nych odcieni 

lazuru. Od rana do wieczora długie cienie tych budynków, jak 
ogromne wskazówki słonecznych zegarów, obracały si

ę

 po 

okolicy, przy czym dwa z nich w

ę

drowały po nagrzanej płycie 

background image

placu, łagodz

ą

c skutki całodziennego skwaru.  Najbardziej 

upalne były popołudnia, za to nocami temperatura spadała tak 
nisko, 

Ŝ

e trudno byłoby wytrzyma

ć

 bez ubrania pod gołym 

niebem. Z tego powodu nudy

ś

ci (tak ich czasami nazywałem w 

my

ś

lach, bez przekonania by 

Ŝ

yli nago z wolnego wyboru) noce 

sp

ę

dzali przy ognisku. Rozpalali je pó

ź

nym wieczorem, po 

czym ciasno skupiali si

ę

 i drzemali do rana w blasku 

wysokich płomieni.  Widok tej dzikiej, cz

ę

sto pijanej 

gromady, która liczyła około stu dwudziestu osobników, 
nasuwał my

ś

l o hordzie pierwotnej.  

   Wi

ę

kszo

ść

 mieszka

ń

ców placu, jak gdyby w obawie przed nie 

znanym mi zagro

Ŝ

eniem, stale przebywała na jego terenie.  

Widocznie dawał tym ludziom poczucie bezpiecze

ń

stwa.  

Samodzielniejsze dzieci biegały po nim swobodnie z jednego 
ko

ń

ca na drugi. Matki zajmowały si

ę

 tylko najmłodszym 

potomstwem, nosz

ą

c je wsz

ę

dzie ze sob

ą

 - w okolice ogniska, 

na rozgrzane sło

ń

cem stopnie, to znów gdy było zbyt gor

ą

co, 

aby ukry

ć

 je w cieniu. Starcy sp

ę

dzali czas w cieniu siedz

ą

na ogół bezczynnie, podczas gdy zdrowi i silni m

ęŜ

czy

ź

ni 

kr

ąŜ

yli po ulicach w poszukiwaniu 

Ŝ

ywno

ś

ci i opału. Nudy

ś

ci 

opuszczaj

ą

c plac uzbrajali si

ę

 prymitywnie w kije 

najcz

ęś

ciej od szczotek. Ze swych długotrwałych wypraw 

wracali o zachodzie, niekiedy z pustymi r

ę

koma, ale zwykle 

obładowani solidnie stolikami i krzesłami, które zaraz 
łamano lub rozrywano na cz

ęś

ci, aby nocami rzuca

ć

 je w 

ogie

ń

.  Zaopatrzeniowcy ci przynosili te

Ŝ

 całe kartony gumy 

do 

Ŝ

ucia, kakao i cukier w kostkach, słone orzeszki, soki 

owocowe i ziarno palonej kawy, sporo czekolady oraz innych 
słodyczy, ponadto torebki z jakimi

ś

 kremami w proszku, od 

czasu do czasu puszki zg

ę

szczonego mleka, rzadko kiedy 

mi

ę

sne lub rybne konserwy, ale niemal zawsze butelki z 

Ŝ

nego rodzaju alkoholem - wszystko to jednak w ilo

ś

ci 

niedostatecznej do zaspokojenia potrzeb licznej gromady. 
Asortyment tych dostaw i ich skromna ilo

ść

 zdawały si

ę

 

wskazywa

ć

Ŝ

e nasi 

Ŝ

ywiciele omijali spo

Ŝ

ywcze sklepy i 

pl

ą

drowali tylko małe dworcowe bufety i kawiarnie.  

   Nocne chłody oraz choroby wywołane chronicznym 
niedo

Ŝ

ywieniem razem z pozostałymi trudami tej prymitywnej 

egzystencji - mimo zdumiewaj

ą

cej, chyba wrodzonej odporno

ś

ci 

moich rodaków - bardzo im dawały si

ę

 we znaki, dziesi

ą

tkuj

ą

ich systematycznie, zwłaszcza niemowl

ę

ta.  Kiedy po kilku 

dniach zmarła moja siostra, spodziewałem si

ę

 nieustannie, 

Ŝ

i mnie wkrótce spotka jej los, bo oboje zachorowali

ś

my 

równocze

ś

nie, ale potem nast

ą

piły zno

ś

niejsze miesi

ą

ce i 

cho

ć

 przecierpiałem wiele niewygód, łagodzonych troskliwie 

przez matk

ę

 w granicach jej skromnych mo

Ŝ

liwo

ś

ci, przecie

Ŝ

 

nadal utrzymywałem si

ę

 przy 

Ŝ

yciu. Stała opieka tej kochanej 

kobiety przynosiła mi poczucie bezpiecze

ń

stwa.  

   Ojcem moim okazał si

ę

 ów sprawny fizycznie m

ęŜ

czyzna, 

który wyniósł nas ze stacji kolei podziemnej - omin

ą

wszy 

ruchome schody, jakby w obawie przed ich mechanizmem. Nie od 
razu zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e ł

ą

czy go co

ś

 z moj

ą

 matk

ą

, gdy

Ŝ

 pojawiał 

si

ę

 przy niej sporadycznie. Przewa

Ŝ

nie przebywał w mie

ś

cie - 

na wyprawach organizowanych przez wodza naszej hordy. Matka 
natomiast, po swej samotnej i tak niefortunnej wycieczce do 
metra, gdzie mnie urodziła, nim zemdlała na peronie, pewnie 
przestraszona widokiem wje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

cego poci

ą

gu - bardzo długo 

nie opuszczała placu.  
   Rosłem w przekonaniu, 

Ŝ

e kiedy

ś

 - gdy o własnych siłach 

zdołam wreszcie wyj

ść

 do miasta - by

ć

 mo

Ŝ

e w jednej chwili 

rozwiej

ą

 si

ę

 wszystkie moje w

ą

tpliwo

ś

ci. Wierzyłem w taki 

finał tego okropnie długiego oczekiwania, na razie jednak, 
dopóki raczkowałem w promieniu ledwie kilku metrów, nie 

background image

potrafiłem zrozumie

ć

 otaczaj

ą

cego mnie 

ś

wiata. Nigdy si

ę

 

specjalnie nie zastanawiałem nad sensem osobliwego trybu 
wegetacji moich krewnych. Od pocz

ą

tku najbardziej 

pochłaniała mnie zagadka miasta oraz dziwnego nieba, które w 
dzie

ń

 stale było lazurowe, w nocy za

ś

 nieodmiennie czarne, 

bezgwiezdne i bezksi

ęŜ

ycowe. Nieba tego pewnie te

Ŝ

 w nocy 

nie pokrywały chmury, bo nigdy z niego nie padał deszcz. W 
okolicy nie dostrzegłem ani jednego ptaka; ponadto 
intryguj

ą

cy wydawał si

ę

 brak jakichkolwiek ro

ś

lin - drzew, 

kwiatów czy bodaj 

ź

d

ź

bła trawy, nic tu wokoło nie mogło 

wyrosn

ąć

 - na twardej płycie bez skrawka gleby. Plac 

otaczała komfortowa, wzniesiona w ramach ze stali i 
zabudowana wie

Ŝ

owcami oraz niskimi pawilonami, miejscami 

betonowa, ale z reguły marmurowa i szklana - zupełnie martwa 
pustynia. Niezliczone latarnie, zawieszone nad promenadami 
w

ś

ród kr

ę

tych wiaduktów, efektowne fasady domów w ulicach 

długich a

Ŝ

 do horyzontu, pokryte mozaikami błyskaj

ą

cymi si

ę

 

cyklicznie, zasobne witryny pod ruchomymi reklamami, 

ś

wieciły si

ę

 jasno od zachodu sło

ń

ca a

Ŝ

 po 

ś

wit.  

   Cały czas nurtowało mnie pytanie, kto tymi 

ś

wiatłami 

operuje, dla kogo je gasi i zapala, a je

ś

li nikt - to w 

jakim celu to dzieje si

ę

. Pó

ź

niej, kiedy nieco urosłem i 

mniej spałem, baczniej zacz

ą

łem przygl

ą

da

ć

 si

ę

 ludziom ze 

swego otoczenia i zrozumiałem wkrótce, 

Ŝ

e fałszywie oceniam 

przyczyny ich zacofania. Istotnie, chocia

Ŝ

 nie nosili ubra

ń

niewiele mieli wspólnego z nudystami. Nie byli bowiem 
programowymi zwolennikami powrotu do natury czy przebywania 
nago na 

ś

wie

Ŝ

ym powietrzu dla fizycznej i psychicznej 

higieny - co zrazu przyj

ą

łem po odrzuceniu przypuszczenia, 

Ŝ

e co

ś

 ich zmuszało do takiego trybu 

Ŝ

ycia. Nie, to byli 

autentycznie dzicy.  
   Odkrycia tego dokonałem z niemałym zdumieniem w czasie 
jednego z posiłków, które zawsze odbywały si

ę

 wieczorami, 

natychmiast po długo oczekiwanym powrocie zaopatrzeniowców i 
po rozdzieleniu zdobyczy. Tym razem przyniesiono konserwy - 
w monotonnej diecie, przesyconej nadmiarem słodyczy, rarytas 
rzadki zwłaszcza dla dorosłych. Wygłodzeni członkowie hordy 
rzucili si

ę

 na nie z wilczym apetytem. Nie nazwałbym ich 

"autentycznie dzikimi" tylko dlatego, 

Ŝ

e jedli, a raczej 

Ŝ

arli, po prostu jak małpy, gdy

Ŝ

 pasowało to do ich manier 

(demonstrowanych z upodobaniem przy ka

Ŝ

dej okazji). Kiedy 

jednak spostrzegłem, jacy byli bezradni przy otwieraniu 
zwyczajnych puszek (zaopatrzonych przecie

Ŝ

 w klucze do 

konserw), jak je piłowali tr

ą

c o beton i jak tłukli nimi o 

ś

ciany, a

Ŝ

 do p

ę

kni

ę

cia blachy, raz po raz próbuj

ą

c na niej 

siły swych z

ę

bów, zrozumiałem, 

Ŝ

e ich prymitywizm jest 

absolutnie szczery. Bo niby dlaczego (a zwłaszcza przed 
kim?) mieliby udawa

ć

 idiotów.  

   Nast

ę

pnym razem, gdy matka znowu miała kłopoty z 

otworzeniem puszki sardynek, dopóty marudziłem podniesionym 
głosem, a

Ŝ

 mi j

ą

 podała - w swym przekonaniu do zabawy, mnie 

za

ś

 chodziło o przeprowadzenie eksperymentu. Miałem ju

Ŝ

 

mleczne z

ę

by, ale nadal nie byłem dostatecznie zr

ę

czny, 

podobnie jak przeci

ę

tne dziecko w tym wieku.  Walczyłem wi

ę

z oporem niesprawnych r

ą

k, a szczególnie palców: 

parali

Ŝ

owane brakiem koordynacji odmawiały mi posłusze

ń

stwa, 

w ko

ń

cu jednak zdołałem zało

Ŝ

y

ć

 klucz na wystaj

ą

cy brzeg 

puszki i obróci

ć

 nim kilkakrotnie - a

Ŝ

 do powstania małej 

szczeliny. Tyle wystarczyło, matka domy

ś

liła si

ę

 reszty i 

zaskoczona - rzuciwszy mi spojrzenie pełne uznania - sama 
nawin

ę

ła na klucz pozostał

ą

 cz

ęść

 blaszanej pokrywki 

zamykaj

ą

cej dost

ę

p do sardynek. Zaintrygowana zwróciła si

ę

 

zaraz do towarzyszy, aby im zademonstrowa

ć

 zastosowanie 

background image

klucza.  Wkrótce wszyscy nauczyli si

ę

 otwiera

ć

 konserwy 

innego typu, daj

ą

c dowód posiadania nie wykorzystanych 

zdolno

ś

ci. Autorstwo odkrycia przypisano mojej matce, ona 

natomiast wskazywała na mnie, przekonana, 

Ŝ

e doszedłem do 

niego przypadkiem.  
   Zatem moi krewni nie byli ideowymi przeciwnikami techniki 
ani te

Ŝ

 urodzonymi kretynami, niezdolnymi do korzystania z 

Ŝ

adnych jej osi

ą

gni

ęć

. Czy

Ŝ

by wegetowali na niskim poziomie 

po prostu dlatego, 

Ŝ

e nie znaj

ą

c w ogóle dorobku ludzkiej 

cywilizacji, nie umieli si

ę

 nim posługiwa

ć

?  

   Ale kim w takim razie byli i sk

ą

d tutaj przyszli? No i co 

si

ę

 stało z budowniczymi miasta?  

   2 Zaciekawiony zagadkami, niecierpliwiłem si

ę

 powolnym 

upływem czasu. Musiałem czeka

ć

 kilkana

ś

cie miesi

ę

cy, zanim 

nieco urosłem i po okresie raczkowania nauczyłem si

ę

 

chodzi

ć

, aby samodzielnie szuka

ć

 odpowiedzi. Aczkolwiek 

urodziłem si

ę

, jak s

ą

dz

ę

, obdarzony umysłem o bardzo du

Ŝ

ym 

współczynniku inteligencji, nie mogłem jeszcze wykaza

ć

 

istotnej przewagi nad moimi krewnymi, fizycznie bowiem 
rozwijałem si

ę

 zwyczajnie - to znaczy równie wolno jak inne 

dzieci. Razem z nimi stawiałem pierwsze kroki i wielokrotnie 
upadałem. Na utrzymaniu równowagi zale

Ŝ

ało mi najbardziej, 

poniewa

Ŝ

 im wystarczała zabawa przy matkach, podczas gdy ja 

marzyłem ju

Ŝ

 o zwiedzaniu miasta. Mimo licznych kontuzji 

zmuszałem si

ę

 do wstawania z asfaltu po ka

Ŝ

dym upadku, a

Ŝ

 

wreszcie bez niczyjej pomocy mogłem przej

ść

 dystans około 

dwustu metrów. Wtedy zaryzykowałem zbadanie okolicy.  
   Pewnej nocy (szczególnie ciemnej i zimnej) nie zauwa

Ŝ

ony 

przez nikogo oddaliłem si

ę

 od ogniska, które ogrzewało 

gromad

ę

 nagich postaci. Ludzie ci najwidoczniej nie 

cierpieli z powodu braku odzie

Ŝ

y, skoro mogli spa

ć

 w takich 

warunkach. Poza zwartym kr

ę

giem panował chłód i półmrok, od 

strony ulic akurat tej nocy docierało tu mało 

ś

wiatła. Jasno 

było dalej - za placem, gdzie blask z witryn sklepowych 
obejmował partery i chodniki. Niezdarnym krokiem poszedłem w 
kierunku supermarketu. By

ć

 mo

Ŝ

e zaintrygowały mnie cyfry 

neonowego zegara na jego fasadzie.  
   Ten du

Ŝ

y dom towarowy stał tu

Ŝ

 obok i był - jak mi si

ę

 

zdawało - nie

ź

le we wszystko zaopatrzony, zarówno w produkty 

tekstylne, jak i spo

Ŝ

ywcze (widziałem je przecie

Ŝ

 przez 

wystawowe szyby!), ani razu jednak nie dostrzegłem w nim 

Ŝ

adnych ubranych czy te

Ŝ

 nagich klientów.  

   Marzyłem o znalezieniu ciepłego okrycia na nagie ciało, a 
bałem si

ę

 niebezpiecze

ń

stw, które według relacji 

do

ś

wiadczonych czaiły si

ę

 niemal w ka

Ŝ

dym zakamarku miasta. 

Od czasu, gdy opanowałem skromny zasób słów j

ę

zyka naszej 

hordy, matka wielokrotnie ostrzegała mnie przed ukrytymi tam 
zagro

Ŝ

eniami. Próbowała opisa

ć

 je ró

Ŝ

nymi sposobami, lecz 

nie pojmowałem, na czym polegały. W rezultacie fantazja 
podsuwała mi niesamowite obrazy i tym bardziej chciałem si

ę

 

z nimi zapozna

ć

.  

   Wyloty ulic prowadz

ą

cych do placu oraz wszystkie jezdnie 

i chodniki a

Ŝ

 po kres bł

ę

kitu nieba w dzie

ń

 przy odległym 

horyzoncie były wci

ąŜ

 tak samo puste jak ciemne okna domów.  

Wnioskuj

ą

c o cało

ś

ci niesamowitego 

ś

wiata z obrazu jego 

najbli

Ŝ

szej okolicy, musiałem przyj

ąć

Ŝ

e mieszka

ń

cy miasta 

tak czy inaczej opu

ś

cili je albo - co nie mniej 

prawdopodobne - doszcz

ę

tnie w nim wymarli. Została tylko ta 

bezradna i zdegenerowana gromada. Oczywi

ś

cie, nie domy

ś

lałem 

si

ę

 przyczyny wydarze

ń

; nie pojmowałem równie

Ŝ

, dlaczego moi 

krewni przymierali głodem, pra

Ŝ

yli si

ę

 na sło

ń

cu albo 

dygotali z zimna w sytuacji, gdy domy były puste, a półki 

background image

sklepowe uginały si

ę

 pod ci

ęŜ

arem wspaniałych towarów.  

   Okazało si

ę

 wkrótce, 

Ŝ

e sposobu na dokuczaj

ą

cy im głód i 

zimno nie musiałem daleko szuka

ć

. Wystarczył krótki spacer. 

Tu

Ŝ

 za rogiem najbli

Ŝ

szej ulicy przeszedłem obok szeregu 

elegancko urz

ą

dzonych i bardzo dobrze zaopatrzonych sklepów. 

Chocia

Ŝ

 czułem dotkliwe zimno i wpajany mi od urodzenia 

strach przed opuszczeniem placu, mijałem je powoli, patrz

ą

przez wystawowe szyby i oceniaj

ą

c, czy zawierały co

ś

 cennego 

z punktu widzenia dzikich. Zapewne wiele towarów mogło im 
si

ę

 przyda

ć

, a w

ś

ród nich zwłaszcza 

Ŝ

ywno

ść

 i ubrania, 

nigdzie jednak nie dostrzegłem rozbitej szyby, które - co 

ź

niej sprawdziłem - były wykonane z pancernego szkła.  

   Ale najdziwniejszy w tej zagadkowej sprawie okazał si

ę

 

fakt, 

Ŝ

e w zamkach wszystkich drzwi tkwiły klucze.  

Znajdowałem je w zamkach pod klamkami od strony ulicy 
dostatecznie nisko, przekr

ę

całem kolejno i drzwi otwierały 

si

ę

 bez oporu. Tak dostałem si

ę

 do sklepu spo

Ŝ

ywczego i 

odzie

Ŝ

owego. Ich wn

ę

trza zachowały przyjemne ciepło. ¯ ywno

ść

 

zgromadzona w pierwszym robiła wra

Ŝ

enie 

ś

wie

Ŝ

ej, a garderoba 

dla dorosłych rozmieszczona na półkach i stojakach drugiego 
wystarczyłaby do ubrania całej naszej hordy.  
   Kilka domów dalej napotkałem drzwi bez klucza. Były 
zamkni

ę

te tylko na klamk

ę

 i nale

Ŝ

ały do ruiny baru, z 

którego dzicy wynie

ś

li wszystkie artykuły spo

Ŝ

ywcze oraz 

krzesła i stoliki. Wyrwali deski z bufetu i zawieszone nad 
nim półki - słowem zabrali wszystko, co nadawało si

ę

 do 

zjedzenia lub spalenia.  
   A zatem moi krewni potrafili podtrzymywa

ć

 ogie

ń

 

(przyniesiony pewnie z jakiego

ś

 po

Ŝ

aru); nieobca im te

Ŝ

 

była zagadka klamki. Ale nie odkryli jeszcze tajemnicy 
klucza! Kolejne potwierdzenie tego wniosku uzyskałem przy 
zamkni

ę

tych na klucz drzwiach supermarketu. W 

ś

rodku był 

nietkni

ę

ty. Przyszło mi do głowy, 

Ŝ

e stworzony tu dla 

dzikich problem kluczy ma uniemo

Ŝ

liwi

ć

 im demolowanie du

Ŝ

ych 

sklepów. Nie dawało to odpowiedzi na wiele pozostałych 
pyta

ń

.  

   Nie wzi

ą

łem nic z supermarketu. Nast

ę

pnego dnia 

przyprowadziłem matk

ę

 i pokazałem jej, 

Ŝ

e drzwi s

ą

 otwarte.  

Była bardzo zdziwiona. Wydała gardłowy okrzyk wzywaj

ą

członków hordy. Gdy przybiegli, razem wtargn

ę

li

ś

my do 

wn

ę

trza. Byli oszołomieni ogromem bogactwa, pi

ę

trz

ą

cego  si

ę

 

na półkach.  
   Tu wła

ś

nie po raz pierwszy przyczyniłem si

ę

 do 

wkroczenia mojej hordy na wy

Ŝ

szy stopie

ń

 cywilizacji.  

Penetruj

ą

c w miar

ę

 swych skromnych mo

Ŝ

liwo

ś

ci, wraz z innymi 

wn

ę

trze supermarketu, znalazłem si

ę

 w dziale odzie

Ŝ

owym, 

który nie wzbudził zainteresowania moich ziomków. Tu 
si

ę

gn

ą

łem po le

Ŝą

c

ą

 na podłodze, zrzucon

ą

 ze stojaka m

ę

sk

ą

 

marynark

ę

. Okazała si

ę

 dla mnie za du

Ŝ

a, si

ę

gała do podłogi. 

Najci

ęŜ

ej było z r

ę

kawami, które z niemałym trudem 

zawin

ą

łem.  Penetruj

ą

c supermarket, matka zwracała jednak 

uwag

ę

 na to, co robi

ę

. Stan

ę

ła przede mn

ą

 zdziwiona. Po 

chwili sama zało

Ŝ

yła obszern

ą

 m

ę

sk

ą

 marynark

ę

. Ze spodniami 

były pewne trudno

ś

ci, zanim nakłoniłem j

ą

, aby je zało

Ŝ

yła. 

Uzupełniwszy w ten sposób garderob

ę

, przejrzała si

ę

 w 

najbli

Ŝ

szym lustrze. Ogl

ę

dziny widocznie wypadły pomy

ś

lnie, 

bo na jej okrzyk przybiegło kilkoro nagusów, którzy zrazu 
zaskoczeni jej wygl

ą

dem, wkrótce zacz

ę

li j

ą

 na

ś

ladowa

ć

. Od 

tej pory moja horda była zbiorem ludzi ubranych.  

   3 Dopóki potrzebowałem opieki, matka zajmowała si

ę

 mn

ą

 

troskliwie. Gdy si

ę

 zm

ę

czyłem, nosiła mnie na plecach, 

karmiła mlekiem z piersi, pod jej kierunkiem stawiałem 

background image

pierwsze kroki. Pó

ź

niej, gdy ju

Ŝ

 dobrze chodziłem po 

schodach, abym szybciej stał si

ę

 samodzielny, nauczyła mnie 

pi

ć

 wod

ę

 z napotkanych zbiorników, otwiera

ć

 lodówki i 

znajdowa

ć

 w nich odpowiedni pokarm.  Zanim to nast

ą

piło, 

musiałem zapozna

ć

 si

ę

 z rozkładem pustych mieszka

ń

 na 

typowej kondygnacji oraz z lokalizacj

ą

 ró

Ŝ

nych zakładów 

gastronomicznych.  
   Umiej

ę

tno

ść

 dostrzegania wła

ś

ciwych barów i sklepów 

spo

Ŝ

ywczych (wła

ś

ciwych - to znaczy zamkni

ę

tych, czyli 

jeszcze nie naruszonych) miała du

Ŝą

 warto

ść

 w 

ś

wiecie 

pierwotnej walki o przetrwanie: decydowała o losie dzikiego 
człowieka. Zawarto

ść

 ka

Ŝ

dej chłodni, wł

ą

czanej automatycznie 

dopiero w momencie pierwszego otwarcia szczelnych drzwiczek, 
kiedy drobnoustroje razem z powietrzem dostawały si

ę

 do 

sterylnego wn

ę

trza, ulegała stopniowemu zamro

Ŝ

eniu, co 

hamowało proces rozpocz

ę

tego rozkładu 

Ŝ

ywno

ś

ci. Jednak - 

mimo obni

Ŝ

onej temperatury - po kilku latach lub tym 

bardziej wiekach nie nadawała si

ę

 do jedzenia.  

   Nic nie słyszałem o bakteriach. I nic o nich nie 
wiedziałem. I w ogóle nie znałem 

Ŝ

adnej teorii. Ale zasadzie 

omijania lodówek raz ju

Ŝ

 otwartych zawdzi

ę

czałem dobre 

zdrowie. Do

ś

wiadczenia pokole

ń

 potwierdzały słuszno

ść

 tej 

prostej reguły, a kto jej nie przestrzegał, ryzykował 
zatrucie i 

ś

mier

ć

 albo co najmniej chorob

ę

.  

   We wczesnym dzieci

ń

stwie bardzo potrzebowałem pomocy.  

Matka rozumiała to doskonale. Pokazała mi wi

ę

c, gdzie w 

labiryncie korytarzy, pustych pokoi i kuchni rozmieszczone 
s

ą

 łazienki, czym na ulicach rozbija

ć

 wystawowe szyby, je

ś

li 

nie były pancerne, dok

ą

d prowadz

ą

 liczne drzwi, schody i 

tunele - słowem któr

ę

dy i

ść

, by bez obawy dotrze

ć

 do 

ź

ródeł 

czystej wody i zapasów 

ś

wie

Ŝ

ej 

Ŝ

ywno

ś

ci. Ostrzegała mnie 

przy tym przed niebezpiecze

ń

stwami czyhaj

ą

cymi na drodze do 

celu; dzi

ę

ki niej po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu zwróciłem uwag

ę

 na 

wiele ciekawych zjawisk, jakie zachodziły w naszym 
naturalnym 

ś

rodowisku.  

   Horda, w której si

ę

 urodziłem, nale

Ŝ

ała do niewielkich 

społecze

ń

stw egzystuj

ą

cych w bezkresie dziewiczej, 

zbudowanej z betonu, stali, marmuru i szkła, wielopoziomowej 
konstrukcji. Składała si

ę

 z kilkudziesi

ę

ciu ludzi w ró

Ŝ

nym 

wieku, poł

ą

czonych współprac

ą

 w nieustannych poszukiwaniach, 

jak i wzgl

ę

dami bezpiecze

ń

stwa oraz - i to było 

najwa

Ŝ

niejsze - bardziej lub mniej 

ś

cisłymi wi

ę

zami 

rodowymi. Podobnie jak niekiedy spotykane inne gromady, 
prowadziła koczowniczy tryb 

Ŝ

ycia podyktowany konieczno

ś

ci

ą

 

zdobywania 

Ŝ

ywno

ś

ci.  

   Głównym problemem był dla wszystkich ci

ą

gły niedostatek 

wody. Jej brak zmuszał ludzi do cz

ę

stych zmian miejsca 

postoju. Alkohol - owszem: tego nigdzie nie brakowało - ani 
w małych barach kawowych, ani w restauracjach. Pod ci

ęŜ

arem 

butelek wypełnionych zagadkowym płynem uginały si

ę

 te

Ŝ

 półki 

sklepowe. Etykietki o ró

Ŝ

nych rysunkach przyci

ą

gały wzrok 

jaskrawymi kolorami. Butelki łatwo wchodziły w r

ę

ce, ich 

kształty pasowały do dłoni. Kryły w sobie co

ś

 fascynuj

ą

cego: 

ju

Ŝ

 my

ś

l o tym wywoływała dreszcze i sprawiała, 

Ŝ

e pod jej 

wpływem dzieci - w pozorowanych wojnach - ciskały butelkami 

ś

ciany.  Takim zabawom doro

ś

li przygl

ą

dali si

ę

 z wła

ś

ciw

ą

 

im oboj

ę

tno

ś

ci

ą

 na wszelkie poruszenie ciała, które nie 

prowadziło do celu okre

ś

lonego rychł

ą

 konsumpcj

ą

. Tylko 

czasami kto

ś

 z nich, mniej od innych oci

ęŜ

ały, pochylał si

ę

 

nad kału

Ŝą

 rozlan

ą

 wokół szcz

ą

tków butelki, w

ą

chał j

ą

 - 

szeroko rozdymaj

ą

c nozdrza - i prostował si

ę

 zaraz, jak 

zwykle z pustk

ą

 na twarzy.  

   Odnosiło si

ę

 mgliste wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e z istniej

ą

cej w 

background image

przyrodzie wielkiej obfito

ś

ci całkowicie bezu

Ŝ

ytecznych 

cieczy, najcz

ęś

ciej perfum i rozpuszczalników, a potem ze 

wszystkich pozostałych: od farb i olejów pocz

ą

wszy poprzez 

szampony do mycia włosów, rzadkie kleje i g

ę

ste lekarstwa, 

a

Ŝ

 po płynne 

ś

rodki pior

ą

ce, kiedy

ś

 - w dalekiej przyszło

ś

ci 

- w wyniku jakiego

ś

 bardzo zło

Ŝ

onego procesu rafineryjnego 

mo

Ŝ

na b

ę

dzie otrzyma

ć

 niezb

ę

dn

ą

 do 

Ŝ

ycia wod

ę

. Do 

rozpowszechniania tych 

ś

miałych pogl

ą

dów przyczynił si

ę

 

zwłaszcza Mizenagek, daleki krewny mojej matki. Ka

Ŝ

d

ą

 woln

ą

 

chwil

ę

 na postoju sp

ę

dzał on w sklepach z materiałami 

pisemnymi, gdzie z samozaparciem próbował wytłoczy

ć

 wod

ę

 z 

atramentu, filtruj

ą

c go przez podwójnie zło

Ŝ

on

ą

 bibuł

ę

Poniewa

Ŝ

 jego dzienne uzyski nie wychodziły poza stadium 

eksperymentu laboratoryjnego, jedynym wła

ś

ciwie 

ź

ródłem wody 

do picia pozostawały muszle klozetowe łazienek, zreszt

ą

 

bardzo komfortowo urz

ą

dzonych i tak czystych, jak 

ś

ciany i 

l

ś

ni

ą

ce posadzki w innych pomieszczeniach mieszkalnych, do 

których (przed przybyciem pierwszych ludzi) nie mógł 
wtargn

ąć

 ani jeden pyłek.  

   Standardowej muszli klozetowej przyroda nadała posta

ć

 

wyrafinowanego cokołu. Homo sapiensowi wyprostowanemu przy 
nim postument ów si

ę

gał zaledwie do kolan, za

ś

 pochylonemu 

nad lustrem wody w gł

ę

bokim skłonie porcelanowy kołnierz 

zakrywał nawet uszy. W owalnym wn

ę

trzu muszli istniały dwa 

znajduj

ą

ce si

ę

 na ró

Ŝ

nych poziomach zbiorniki. Dno górnego 

ko

ń

czyło si

ę

 progiem w formie lekko wkl

ę

słej półki. Obydwa 

zbiorniki wypełniała woda i ten wła

ś

nie szczegół stał si

ę

 

bod

ź

cem do umysłowego rozwoju człowieka. Zbiornik górny, 

cho

ć

 dostatecznie szeroki dla głowy, był równocze

ś

nie 

znacznie płytszy i zawierał mniej wody ni

Ŝ

 dolny, podobny do 

małej studzienki, wszelako zbyt w

ą

ski do bezpo

ś

redniej 

eksploatacji. Na tej podstawie mo

Ŝ

na było mniema

ć

, i

Ŝ

 

zbiornikowi górnemu natura nadała kształt obszernej niecki, 
aby pierwotnego człowieka utrzyma

ć

 przy 

Ŝ

yciu. Natomiast 

kusz

ą

ca obecno

ść

 nieosi

ą

galnej wody w zbiorniku numer dwa 

zmuszała go do intelektualnego wysiłku tak długo, a

Ŝ

 po 

wiekach prób wzi

ą

ł do r

ę

ki pierwsze w swych dziejach 

narz

ę

dzie: kubek lub szklank

ę

. Ruch ten miał przełomowe 

znaczenie w rozwoju działalno

ś

ci ludzkiej: kład

ą

c kres 

długotrwałej erze bezmy

ś

lnego chłeptania, zapocz

ą

tkował er

ę

 

rozumnego czerpania i nadał wła

ś

ciwy kierunek dalszym 

poszukiwaniom na drodze do odkrycia tajemnicy KRANU.  
   O rozwi

ą

zanie tej tajemnicy moja gromada otarła si

ę

 w 

swej historii dwa razy.  "Otarła si

ę

", poniewa

Ŝ

 dwa razy 

znajdowała si

ę

 blisko jej odkrycia i dwukrotnie straciła 

wielk

ą

 szans

ę

 nawet tego nie podejrzewaj

ą

c. Co gorsza, w obu 

przypadkach przeoczon

ą

 mo

Ŝ

liwo

ść

 dokonania cywilizacyjnego 

skoku okupiono 

ś

mierci

ą

 człowieka.  

   Pierwsza szansa wyłoniła si

ę

 w okresie, kiedy ludzie 

cierpieli z powodu wyj

ą

tkowego niedostatku wody; horda 

przemierzała poziom zabudowany domami, w których muszle 
okazały si

ę

 doskonale suche.  Przyczyna tego stanu rzeczy 

była banalna: zawory pływakowe w rezerwuarach wody nad 
muszlami odwiedzanych łazienek bardzo szczelnie zamykały jej 
dopływ - to znaczy działały sprawnie. (Zwykle niewielki 
nadmiar wody w rezerwuarze, spowodowany nieszczelno

ś

ci

ą

 

zaworu, s

ą

czył si

ę

 leniwie przez rur

ę

 do muszli, wyrównuj

ą

ubytek wody wywołany parowaniem.) 
   Pejza

Ŝ

 suchej okolicy ogl

ą

dany przez koczowników nie 

Ŝ

nił si

ę

 od obrazu regionów dostatecznie zaopatrzonych w 

wod

ę

. I tutaj wielopi

ę

trowe wie

Ŝ

owce podpierały wysoki strop 

o barwie nieba, wypełniaj

ą

c swymi masywami wi

ę

ksz

ą

 cz

ęść

 

przestrzeni mi

ę

dzy dwoma kolejnymi poziomami, które 

background image

wyznaczały granice jednej z wielu gigantycznych kondygnacji.  
Poszukiwania przebiegały jak w innych stronach: chodziło si

ę

 

od drzwi do drzwi - po linii nakre

ś

lonej rozkładem izb 

badanego lokalu, aby naciska

ć

 klamk

ę

 za klamk

ą

, lecz tylko 

tam, gdzie to miało sens, bo do du

Ŝ

ych sal, jak na przykład 

do kina, nie warto było zagl

ą

da

ć

.  Nie znaleziono 

ś

ladu 

Ŝ

adnego obcego człowieka, co nikogo nie dziwiło. W domach 

panowała cisza. Jak wsz

ę

dzie mieszkania były puste, a sklepy 

pełne.  Wystawy miały nie uszkodzone szyby. W nocy l

ś

niły 

blaskiem barwnych reklam, dniem - w powodzi 

ś

wiatła 

padaj

ą

cego z góry. Wszelkiego rodzaju wyroby przemysłowe 

le

Ŝ

ały na półkach w pedantycznym porz

ą

dku. I jezdnie 

zachowały pierwotny wygl

ą

d: wiły si

ę

 wokół przystanków metra 

błyszcz

ą

cymi czysto

ś

ci

ą

 pasami lub z wielopoziomowych 

skrzy

Ŝ

owa

ń

 biegły w dal - do niezbadanej niesko

ń

czono

ś

ci.  

   Wszystko trwałoby nadal w 

ś

nie nie zakłóconej przez 

nikogo głuszy, gdyby pustki ulic nie naruszyła gromada 
wyczerpanych ludzi, którzy setkami klatek schodowych - obok 
czynnych wind - wspinali si

ę

 mozolnie na wysokie pi

ę

tra, 

padaj

ą

c po drodze. Czas pot

ę

gował ich pragnienie i 

ś

wiadomo

ść

 gro

ź

nej sytuacji. Dobowy cykl zmian jasno

ś

ci 

lazurowego stropu odmierzył ju

Ŝ

 czwarty dzie

ń

 daremnych 

poszukiwa

ń

, kiedy w jednej z tysi

ę

cy odwiedzonych łazienek 

zdarzyło si

ę

 co

ś

 niepowszedniego.  

   Znaleziono tam wod

ę

. Jej widok wywołał zrozumiałe 

o

Ŝ

ywienie: kilka niecierpliwych r

ą

k równocze

ś

nie skierowało 

naczynia do wn

ę

trza muszli, kto

ś

 stracił równowag

ę

 i chwycił 

przypadkiem za ła

ń

cuszek zwisaj

ą

cy z rezerwuaru. 

Zdumiewaj

ą

cy odgłos, który rozległ si

ę

 nad głowami zebranych 

w łazience, 

ś

ci

ą

ł wszystkim krew w 

Ŝ

yłach i w jednej chwili 

wypłoszył ich na ulic

ę

. Na górze pozostał tylko jeden 

m

ęŜ

czyzna. Im dłu

Ŝ

ej nie wracał, tym bardziej było pewne, 

Ŝ

zgin

ą

ł w niezwykły sposób.  

   Znaleziono go dopiero nad ranem, gdy kilku 

ś

miałków 

weszło na podejrzane pi

ę

tro, aby wyja

ś

ni

ć

 zagadk

ę

. Ju

Ŝ

 przed 

zamkni

ę

tymi drzwiami mieszkania poczuli nieznany zapach. We 

wn

ę

trzu miał on takie st

ęŜ

enie, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

na było oddycha

ć

M

ęŜ

czyzna nie dawał znaku 

Ŝ

ycia.  Le

Ŝ

ał w kuchni pod 

otwartym zaworem gazowej rury. Silny podmuch z jej wylotu 
zwróciłby mo

Ŝ

e uwag

ę

 obecnych na 

ź

ródło przykrego zapachu, 

gdyby ich zainteresowanie nie skupiło si

ę

 na łazience. Nie 

mogli oderwa

ć

 oczu od du

Ŝ

ego strumienia wody płyn

ą

cej z 

zaworu nad wypełnion

ą

 po brzegi wann

ą

. Szcz

ęś

liwym 

przypadkiem drzwi wej

ś

ciowe na korytarz tym razem pozostały 

szeroko otwarte. Zapewniało to dopływ 

ś

wie

Ŝ

ego powietrza.  

   Przez kilkadziesi

ą

t nast

ę

pnych dni nasza gromada 

przebywała w pobli

Ŝ

u nadzwyczajnego 

ź

ródła. Wieczni 

włócz

ę

dzy - widz

ą

c w nim zapowied

ź

 czasów obfito

ś

ci - 

postanowili w jego okolicy pozosta

ć

 na zawsze. Lecz wkrótce 

pojawiły si

ę

 w

ą

tpliwo

ś

ci: z jednej strony wszystkich 

poci

ą

gała niewyczerpana ilo

ść

 wody, z drugiej - odpychała 

konieczno

ść

 coraz dalszych wypraw po 

Ŝ

ywno

ść

. Kiedy 

opró

Ŝ

niono lodówki w promieniu kilkunastu kilometrów od 

miejsca, gdzie stała cudowna wanna, horda z 

Ŝ

alem ruszyła w 

dalsz

ą

 drog

ę

. Do takiej decyzji przyczyniło si

ę

 te

Ŝ

 

podejrzenie, 

Ŝ

e znaleziona woda ma wła

ś

ciwo

ś

ci szkodliwe dla 

zdrowia. W czasie postoju przy 

ź

ródle pewna liczba ludzi 

cierpiała na bóle głowy. Zdarzały si

ę

 wymioty. Nikt tych 

objawów nie kojarzył z obecno

ś

ci

ą

 gazu, który nieustannie 

ulatniał si

ę

 w kuchni.  

   Wartki potok płyn

ą

cy ze 

ś

ciany w łazience przyci

ą

gał 

wzrok jak płomie

ń

 pierwotnego ogniska. Okoliczno

ś

ci 

ś

mierci 

nie nasun

ę

ły nikomu my

ś

li o odkrywcy tajemnicy wodoci

ą

gowego 

background image

i gazowego zaworu. Człowiek ten zabrał j

ą

 ze sob

ą

 do grobu 

tylko dlatego, 

Ŝ

e po odkr

ę

ceniu pierwszego - działaj

ą

c dalej 

w genialnym ol

ś

nieniu - przesun

ą

ł te

Ŝ

 d

ź

wigni

ę

 drugiego. A 

potem zbyt długo cieszył si

ę

 skutkami. I to go zgubiło.  

   Otwarcie zaworu gazowej rury raz jeszcze stało si

ę

 

przyczyn

ą

 tragicznego wypadku.  Tym razem straciła 

Ŝ

ycie 

moja starsza siostra. Jej 

ś

mier

ć

 była wynikiem wyj

ą

tkowego 

zbiegu okoliczno

ś

ci: dziewczyna znalazła si

ę

 obok zagadki 

sycz

ą

cego zaworu akurat w momencie, gdy odkryła tajemnic

ę

 

elektrycznego wył

ą

cznika.  

   Istotn

ą

 rol

ę

 w wypadku odegrało sztuczne futro - strój 

prezentowany przez manekiny na wystawie domu towarowego, do 
którego wst

ą

piła na chwil

ę

, aby zmieni

ć

 ubranie. To futro, 

szczególnie pi

ę

kne, ale zbyt ci

ęŜ

kie przy panuj

ą

cym cały 

dzie

ń

 upale, zostawiła w jednym z mieszka

ń

, kiedy piła tam 

wod

ę

. Nie dostrzegaj

ą

c nigdzie 

Ŝ

adnego haka, powiesiła je w 

kuchni na d

ź

wigni zaworu gazu. Przypomniała sobie o futrze w 

kilka dni pó

ź

niej, podczas chłodnej nocy, a poniewa

Ŝ

 z 

placu było znacznie bli

Ŝ

ej do mieszkania ni

Ŝ

 do domu 

towarowego - wróciła tam po nie.  
   W zamkni

ę

tej kuchni zgromadził si

ę

 gaz.  Krok za progiem 

zaduch panuj

ą

cy w 

ś

rodku zmusił dziewczyn

ę

 do 

natychmiastowej ucieczki. I wybiegłaby stamt

ą

d bez futra i 

szkód, lecz w nocnej ciemno

ś

ci - bł

ą

dz

ą

c r

ę

k

ą

 po 

ś

cianie w 

poszukiwaniu drzwi, które zatrzasn

ę

ły si

ę

 o sekund

ę

 

wcze

ś

niej - musn

ę

ła przycisk elektrycznego wył

ą

cznika. Kto 

wie, czy w ułamku nast

ę

pnej sekundy zd

ąŜ

yła zauwa

Ŝ

y

ć

 iskr

ę

 

mi

ę

dzy jego stykami? Je

ś

li tak, mogłaby si

ę

 zdziwi

ć

Ŝ

e na 

rozkaz jej palca zalewa wn

ę

trze kuchni jasno

ść

 znana tylko z 

wystaw i latarni ulicznych.  
   W ostatniej chwili 

Ŝ

ycia znalazła klucz do miliardów 

takich 

ś

wiateł i - jak odkrywca tajemnicy kranu - zabrała go 

do wieczno

ś

ci.  

   4 Odk

ą

d nauczyłem si

ę

 biega

ć

, wi

ę

kszo

ść

 czasu sp

ę

dzałem w 

gronie rówie

ś

ników i starszych chłopców.  Szybko zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e dzieci znacznie bardziej ni

Ŝ

 doro

ś

li interesowały si

ę

 

zagadkami otaczaj

ą

cego 

ś

wiata.  Ilekro

ć

 gromada zatrzymywała 

si

ę

 na dłu

Ŝ

ej, chodziłem z kolegami po okolicy.  

   Chłopcy wspinali si

ę

 na najwy

Ŝ

sze pi

ę

tra gmachów oraz 

zwiedzali rozległe partery i piwnice. Cz

ę

sto spotykali 

ruchome schody i biegn

ą

ce szybciej lub wolniej chodniki.  

Chocia

Ŝ

 mechanizmy te stanowiły powtarzalny element domów 

towarowych i stacji metra, zatrzymywali si

ę

 przy schodach za 

ka

Ŝ

dym razem, bo miały w sobie co

ś

 niezwykłego. Zdumiewała 

liczba stopni, które ukazywały si

ę

 wci

ąŜ

 z jednego ko

ń

ca i 

gin

ę

ły w drugim.  Obserwacja nieprzerwanego ci

ą

gu metalowych 

płyt nasuwała my

ś

l o niesko

ń

czono

ś

ci. Inn

ą

 jej posta

ć

 

przywoływał widok kolejowych torów. Perony stacji metra 
miały okre

ś

lon

ą

 długo

ść

, za

ś

 le

Ŝą

ce mi

ę

dzy nimi szyny 

mierzyły w mroczn

ą

 dal tuneli - nie wiadomo sk

ą

d i dok

ą

d.  

   Pami

ę

tałem dzie

ń

, w którym pierwszy raz zobaczyłem 

poci

ą

g. Na przystanek metra zaprowadzili mnie dwaj starsi 

koledzy w powrotnej drodze z magazynu wyrobów metalowych, 
sk

ą

d wynie

ś

li du

Ŝ

y zwój drutu.  

   W walkach prowadzonych pomi

ę

dzy hordami wa

Ŝ

n

ą

 rol

ę

 

odgrywały stalowe włócznie. Robiono je z grubego spr

ęŜ

ystego 

drutu, takiego, jaki chłopcy znale

ź

li w magazynie. Do obrony 

czy do ataku najlepsze były odcinki około dwóch metrów. 
M

ęŜ

czyzna uzbrojony w włóczni

ę

 miał przewag

ę

 nad 

napastnikiem, który dysponował tylko no

Ŝ

em lub siekier

ą

: nie 

pozwalał podej

ść

 do siebie, a je

ś

li przed walk

ą

 

ć

wiczył 

rzuty, mógł zabi

ć

 przeciwnika ze znacznej odległo

ś

ci. Moi 

background image

przodkowie zdobyli kiedy

ś

 kilka włóczni. Pozostały one w 

r

ę

kach najdzielniejszych wojowników hordy, przy czym wszyscy 

zazdro

ś

cili im gro

ź

nej broni.  Materiału do jej wyrobu nie 

brakowało. Ostrze włóczni mo

Ŝ

na było wygładzi

ć

, tr

ą

c je o 

szorstki beton, nikt jednak nie wiedział, w jaki sposób 
dzieli

ć

 drut na kawałki o po

Ŝą

danej długo

ś

ci.  

   Znaleziony drut miał grubo

ść

 palca, a cały zwój - kształt 

kr

ę

gu o 

ś

rednicy przewy

Ŝ

szaj

ą

cej mój wzrost.  Kiedy 

przechodzili

ś

my  obok schodów prowadz

ą

cych do metra, jeden z 

chłopców zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e drut mo

Ŝ

na poci

ąć

 kład

ą

c zwój na szyny 

- pod koła poci

ą

gu. Pomysł ten bardzo spodobał si

ę

 drugiemu, 

gdy

Ŝ

 wiele razy widział, jak koła rozcinały wszystko na swej 

drodze z wyj

ą

tkiem kolejowych torów.  

   Nie brałem udziału w ich rozmowie. Chocia

Ŝ

 nie 

rozumiałem, co zamierzaj

ą

 zrobi

ć

, przeczuwałem 

niebezpiecze

ń

stwo. Wkrótce po zej

ś

ciu na peron zobaczyłem 

pierwszy w swym 

ś

wiadomym 

Ŝ

yciu poci

ą

g. Najpierw przeraził 

mnie zgrzyt hamulców i widok wagonów, które niespodziewanie 
wytoczyły si

ę

 z tunelu na o

ś

wietlon

ą

 stacj

ę

.  W przedziale 

motorniczym nie było nikogo.  Wszystkie drzwi otworzyły si

ę

 

równocze

ś

nie. Skamieniałem przed otwartym wej

ś

ciem do 

jasnego wn

ę

trza, niezdolny do ucieczki ani do krzyku.  

Oczekiwałem, 

Ŝ

e zaraz nast

ą

pi co

ś

 strasznego, ale długi 

szerego okien i drzwi trwał w bezruchu. W podziemiach 
panowała gł

ę

boka cisza. Do wagonów nikt nie wsiadał. Poci

ą

stał przy peronie zaledwie kilkana

ś

cie sekund, ruszył nagle 

i znikł w tunelu równie szybko, jak si

ę

 pojawił. Po chwili 

na s

ą

siednim torze zatrzymał si

ę

 drugi - jad

ą

cy z przeciwnej 

strony. Równie

Ŝ

 pusty.  

   Matka mówiła mi o 

ś

mierci czyhaj

ą

cej na torach na 

nieposłuszne dzieci. Dlatego odczuwałem silny zam

ę

t, 

zrozumiały dla ka

Ŝ

dego, kto po raz pierwszy bezpo

ś

rednio 

zetkn

ą

ł si

ę

 z odwieczn

ą

 tajemnic

ą

 poci

ą

gu. Jego obraz 

zmroził mi krew w 

Ŝ

yłach. Mimo to przez nast

ę

pne lata 

chodziłbym bez l

ę

ku po peronach, gdybym nie zobaczył jeszcze 

jednej sceny, której opisem - po samotnym powrocie do hordy 
- wywołałem zdumienie najbardziej do

ś

wiadczonych.  

   Kiedy drugi poci

ą

g zanurzył si

ę

 w tunelu, do podziemia 

znowu wróciła cisza. Koledzy czekali na ten moment.  
Wiedzieli, 

Ŝ

e za kilka minut nast

ę

pne poci

ą

gi przejad

ą

 przez 

stacj

ę

. Zeskoczyli na tory razem z przyniesionym drutem. Na 

szynie poło

Ŝ

yli go symetrycznie, tak, aby koła przeci

ę

ły 

zwój dwukrotnie wzdłu

Ŝ

 jego 

ś

rednicy. Poniewa

Ŝ

 kr

ę

gi zło

Ŝ

one 

były czterokrotnie, ci

ę

cie w dwóch przeciwległych punktach 

musiało doprowadzi

ć

 do powstania o

ś

miu włóczni. Lecz aby 

drut nie zapl

ą

tał si

ę

 w koła wagonu, trzeba było zwój 

przykr

ę

powa

ć

 do podkładów toru. W tym celu chłopcy zdj

ę

li z 

niego cz

ęść

 cie

ń

szego drutu, którym był zwi

ą

zany.  

   Zd

ąŜ

yliby wszystko przygotowa

ć

, mimo 

Ŝ

e efekt nie był 

pewny. Ledwie jednak rozpl

ą

tali kilka skr

ę

tów, stalowa 

spirala wyprostowała si

ę

 nagle ponad ich głowami. Przez 

sekund

ę

 próbowali 

ś

ci

ą

gn

ąć

 j

ą

 do dołu, lecz uwolnionym 

ko

ń

cem uderzyła w niski strop tunelu. Koniec ten w 

o

ś

lepiaj

ą

cym blasku błyskawicy zwarł si

ę

 z przewodem trakcji 

elektrycznej, a poniewa

Ŝ

 drugi koniec wyzwolonej spr

ęŜ

yny 

tkwił nadal w r

ę

kach chłopców, mocowali si

ę

 z nim, stoj

ą

boso na szynach. Obaj zastygli w pozach, w jakich pr

ą

d pod 

wysokim napi

ę

ciem zacisn

ą

ł im dłonie i napr

ęŜ

ył roztrz

ę

sione 

mi

ęś

nie - kto wie, mo

Ŝ

e a

Ŝ

 do przyjazdu kolejnego poci

ą

gu.  

Tego nie umiałem powiedzie

ć

.  

   Nurtował mnie problem niesko

ń

czono

ś

ci 

ś

wiata. Przez całe 

swoje 

Ŝ

ycie szedłem z hord

ą

 wiecznie pustymi ulicami miasta, 

którego granice le

Ŝ

ały w nieosi

ą

galnej dali. W mie

ś

cie tym 

background image

ka

Ŝ

da dzielnica przylegała bezpo

ś

rednio do s

ą

siednich: jedna 

- zwartymi kolumnami domów - przenikała peryferie drugiej, 
ta z kolei zajmowała miejsce przy nast

ę

pnej, a za ni

ą

 

rozci

ą

gała si

ę

 jeszcze inna i tak dalej we wszystkich 

kierunkach - jak si

ę

 zdawało - bez ko

ń

ca.  

   Rozległy obszar ciasno zabudowanej przestrzeni miał tylko 
dwie widoczne granice. Były nimi ogromne kopuły dwu 
kolejnych stopni, mi

ę

dzy którymi zawierała si

ę

 cała 

gigakondygnacja. Granice te to o

ś

wietlony z dołu bł

ę

kitny 

strop na wysoko

ś

ci sze

ść

dziesi

ą

tego pi

ę

tra, dok

ą

d si

ę

gały 

wszystkie wie

Ŝ

owce, oraz poziom ich fundamentów pokryty 

labiryntem chodników i jezdni. Tylko te granice były 
osi

ą

galne: górna - wysoko nad głow

ą

 (ludzie dotykali jej 

niekiedy, wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

ce z okien ostatniego pi

ę

tra) i dolna 

- tu

Ŝ

 pod nogami. Pozostałe - je

ś

li w ogóle istniały, gin

ę

ły 

w gł

ę

bi długich ulic poza odległym horyzontem.  

   Odnosiłem czasem wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e tam daleko, gdzie stalowe 

niebo ł

ą

czyło si

ę

 pozornie z betonow

ą

 ziemi

ą

, bł

ę

kit jest 

nieco ja

ś

niejszy. Zapatrzony we

ń

 próbowałem odgadn

ąć

, jakie 

obrazy ukrywa niebieska krzywizna. Jej nie

ś

miały blask - 

widziany w prze

ś

witach mi

ę

dzy wie

Ŝ

owcami - dawał ludziom 

nadziej

ę

 lepszego jutra, mobilizuj

ą

c ich do niestrudzonych 

poszukiwa

ń

 legendarnej krainy dostatku, we mnie natomiast 

budził pragnienie poznania niewyobra

Ŝ

alnej kraw

ę

dzi 

ś

wiata.  

   W miar

ę

 jak rosłem, tajemnica górnej i dolnej granicy oraz 

bezkres wszystkiego, co istniało dookoła, nasuwała mi coraz 
wi

ę

cej niespokojnych my

ś

li. Obok pytania o przestrzenny 

koniec 

ś

wiata, intrygowała mnie niepewno

ść

, co zakrywaj

ą

 

powierzchnie nieba i ziemi. I cho

ć

 próbowałem to sobie 

wyobrazi

ć

, byłem w swych domysłach równie bezradny jak przy 

kre

ś

leniu wizji niesko

ń

czonego miasta.  

   5 Aresztowany za rozbicie wystawy i kradzie

Ŝ

 w sklepie 

samoobsługowym, gdzie schowałem do torby niewielki zapas 

Ŝ

ywno

ś

ci, oskar

Ŝ

ony o włócz

ę

gostwo i kradzie

Ŝ

 - podczas nocy 

sp

ę

dzonej w towarzystwie oficera dy

Ŝ

urnego - opowiedziałem 

mu histori

ę

 swego krótkiego 

Ŝ

ycia, typow

ą

 dla dziecka 

wychowanego w hordzie.  
   Swego ojca prawie nie znałem, wi

ę

c nie umiałem go 

dokładnie opisa

ć

, natomiast o matce potrafiłem powiedzie

ć

 

wiele dobrego. Chocia

Ŝ

 zajmowała si

ę

 głównie wychowaniem 

kolejnych, młodszych dzieci oraz - jak inne kobiety - 
poszukiwaniem wody i 

Ŝ

ywno

ś

ci, do czasu, gdy urodziła 

dwojaczki, po

ś

wi

ę

cała mi du

Ŝ

o uwagi. Byłem jej jedenastym 

czy mo

Ŝ

e pi

ę

tnastym potomkiem - liczb

ę

 wszystkich dzieci 

próbowałem ustali

ć

 na palcach, ale nie miałem pewno

ś

ci, ile 

ich w ko

ń

cu było: kilkoro zmarło zaraz po urodzeniu, za

ś

 do 

rachunku poległych lub zaginionych w starszym wieku braci i 
sióstr (cho

ć

 operowałem te

Ŝ

 palcami bosych stóp) wci

ąŜ

 

wkradały si

ę

 nowe bł

ę

dy.  

   Urodziłem si

ę

 na peronie metra, gdzie matka schowała si

ę

 

w chwili ataku wrogiej gromady. Oczywi

ś

cie, ani okresu 

Ŝ

ycia, jakie sp

ę

dziłem potem noszony przez matk

ę

 na plecach, 

ani - tym bardziej - gro

ź

nego dla hordy dnia, w którym 

przyszedłem na 

ś

wiat - wcale nie pami

ę

tałem. Powiedziałem 

"oczywi

ś

cie", jednak - po krótkim namy

ś

le - wyraziłem 

zdziwienie, 

Ŝ

e to wszystko tak szybko wyleciało mi z głowy, 

zwłaszcza obraz walki, o której mi opowiadano, bo sk

ą

din

ą

miałem wra

Ŝ

enie, jakby te fakty nale

Ŝ

ały do bardzo bliskiej 

przeszło

ś

ci. W ka

Ŝ

dym razie znałem kilka szczegółów ze swego 

wczesnego dzieci

ń

stwa.  

   Wygl

ą

dałem na osiem, mo

Ŝ

e dziewi

ęć

 lat. I pewnie ich tyle 

miałem, tak zanotowano w protokole, co potwierdził lekarz z 

background image

zakładu rehabilitacji, poniewa

Ŝ

 w trakcie badania nie 

potrafiłem swego wieku okre

ś

li

ć

. Ujawniony fakt, 

Ŝ

urodziłem si

ę

 i wychowywałem w Strefie Ska

Ŝ

onej - gdzie

ś

 

ę

boko mi

ę

dzy powierzchni

ą

 kuli ziemskiej i jej 

ś

rodkiem, 

wi

ę

c w obszarze mniejszego ci

ąŜ

enia grawitacyjnego, bardzo 

wyra

ź

nie zdeterminował budow

ę

 mojego ciała. Chocia

Ŝ

 byłem 

wysoki jak na swój wiek, miałem cienkie ko

ś

ci i słabe, 

ź

le 

rozwini

ę

te mi

ęś

nie, które tutaj tu

Ŝ

 pod powierzchni

ą

 globu, 

dok

ą

d dotarłem przypadkiem - nie pozwalały mi długo utrzyma

ć

 

si

ę

 na nogach.  Policjant ju

Ŝ

 wcze

ś

niej zwrócił uwag

ę

 na mój 

niedorozwój fizyczny oraz osłabienie; schwytanie i 
rozbrojenie takiego złodzieja nie sprawiło 

Ŝ

adnej trudno

ś

ci.  

   Byłem dziwacznie ubrany, brudny, wystraszony. Taki dzikus 
budził zainteresowanie policjantów odwiedzaj

ą

cych 

komisariat; ten i ów bardziej lub mniej przyjaznym tonem 
próbował wci

ą

gn

ąć

 mnie do rozmowy. Tematem stała si

ę

 moja 

bro

ń

, wy

ś

miewana przez nich butelka po winie, osadzona 

szyjk

ą

 na kiju od szczotki i tak rozbita w połowie, by 

szklane gro

ź

ne ostrza odstraszały napastników.  

   Mówiłem archaicznym j

ę

zykiem i nie miałem elementarnego 

wykształcenia. Nos wycierałem r

ę

kawem koszuli. Przewiduj

ą

Ŝ

ne mo

Ŝ

liwo

ś

ci, porucznik zaprowadził mnie do słu

Ŝ

bowej 

toalety i na wszelki wypadek wskazał muszl

ę

 klozetow

ą

. W 

przekonaniu wra

Ŝ

liwego policjanta dyskretny gest precyzyjnie 

okre

ś

lał jej przeznaczenie. Jednak wkrótce, w przerwie 

przesłuchania, zobaczył na podłodze pod 

ś

cian

ą

 podejrzan

ą

 

kału

Ŝę

, do której zbadania nie trzeba było ekipy 

dochodzeniowej ani laboratoryjnej.  Zaskoczony odkryciem i 
tym bardziej w

ś

ciekły, 

Ŝ

e przedtem - na widok porcelanowego 

postumentu - zdawałem si

ę

 wyra

Ŝ

a

ć

 zrozumienie, chwycił mnie 

za ucho i ponownie wszedł ze mn

ą

 do toalety.  Tam - 

porywczym tonem, a gdy to nie pomogło - wzorowym przykładem 
bardziej ni

Ŝ

 ostre słowa wymownym - pouczył mnie, gdzie 

wiadome sprawy (w epoce lawinowego rozwoju wiedzy o 

ś

wiecie) 

powinien załatwia

ć

 dobrze wychowany człowiek.  

   Zaczerwieniłem si

ę

 po uszy.  Wywołany zachowaniem 

m

ęŜ

czyzny przykry obraz zepsucia cywilizawanych ludzi po 

prostu nie mie

ś

cił mi si

ę

 w głowie. Nie mogłem poj

ąć

, czemu 

zmuszaj

ą

 mnie do zanieczyszczania jednego z tych cennych 

ź

ródeł kryształowej wody, w których od niepami

ę

tnych czasów 

za przykładem licznych pokole

ń

 ja i wszyscy znani mi 

mieszka

ń

cy Ziemi zawsze gasili pragnienie.  

                              *
   Termin "zakład rehabilitacji" usłyszałem po raz pierwszy 
w komisariacie policji i ju

Ŝ

 nast

ę

pnego dnia (po nocnym 

przesłuchaniu) dowiedziałem si

ę

, co on oznacza.  

   Rano jego sens sprowadzał si

ę

 do jednego z pi

ę

tnastu 

łó

Ŝ

ek na sali zajmowanej przez kalekie i ułomne dzieci, 

gdzie zostałem ulokowany. W południe wzbogacił swoj

ą

 tre

ść

 o 

hała

ś

liw

ą

 jadalni

ę

 i zatłoczony pokój telewizyjny. Kilka dni 

ź

niej znaczenie tego terminu uzupełnił widok sali 

gimnastycznej z przyrz

ą

dami do 

ć

wicze

ń

 dla inwalidów, a po 

miesi

ą

cu, kiedy zszedłem przed gmach - o obraz boiska pod 

murem zakładu.  
   Wiek chłopców, z którymi dzieliłem sypialni

ę

, wahał si

ę

 w 

granicach od kilku do kilkunastu lat. Prawie wszyscy 
sp

ę

dzali tu okres rekonwalescencji po leczeniu szpitalnym i 

chocia

Ŝ

 byłem w

ś

ród nich jedynym całkowicie zdrowym 

człowiekiem, wyró

Ŝ

niałem si

ę

 wyj

ą

tkow

ą

 słabo

ś

ci

ą

 organizmu. 

Mimo cielesnych defektów, niekiedy bardzo powa

Ŝ

nych, z 

jakimi 

Ŝ

yli od urodzenia lub od wypadku zako

ń

czonego 

operacj

ą

, przewy

Ŝ

szali mnie sił

ą

 i wytrzymało

ś

ci

ą

. Patrzyłem 

na nich z podziwem, nie rozumiej

ą

c, dlaczego chore dziecko 

background image

lub chłopiec chodz

ą

cy o kulach potrafi dłu

Ŝ

ej ni

Ŝ

 ja 

utrzyma

ć

 si

ę

 na nogach, sta

ć

 swobodnie z dala od 

ś

ciany i 

bez niczyjej pomocy przebiec niewielk

ą

 odległo

ść

. Dla mnie - 

dopóki czułem ból w nadwer

ęŜ

onych mi

ęś

niach - przez wiele 

dni było to nieosi

ą

galne.  

   Dawniej chodziłem lekko i biegałem bez wi

ę

kszej 

trudno

ś

ci, nie miałem te

Ŝ

 kłopotu z d

ź

wiganiem odpowiednich 

dla mojego wieku ci

ęŜ

arów. W nowych warunkach nie mogłem 

podnie

ść

 nawet krzesła, przesun

ąć

 łó

Ŝ

ka czy stołu 

obci

ąŜ

onego talerzami. Ułomni koledzy, wcale nie 

przygn

ę

bieni kalectwem i przekonani o bezwzgl

ę

dnej warto

ś

ci 

uzyskiwanych tu przewag, z dziecinnym optymizmem rywalizuj

ą

mi

ę

dzy sob

ą

, codziennie okazywali mi swe lekcewa

Ŝ

enie. Na 

sali gimnastycznej nie dorównywałem im w najprostszych 

ć

wiczeniach: m

ę

czyłem si

ę

 szybko, cz

ę

sto upadałem, wsz

ę

dzie 

byłem ostatni i zawsze prze

Ŝ

ywałem jakie

ś

 niezrozumiałe dla 

nich problemy.  
   W

ś

ród rówie

ś

ników nie spotkałem nikogo, kto by mi 

wyja

ś

nił, dlaczego nagle stałem si

ę

 taki słaby. Pami

ę

tałem, 

Ŝ

e nast

ą

piło to, zanim mnie aresztowano, dokładnie w chwili, 

gdy po długim 

ś

nie wyszedłem na korytarz z windy dalekiego 

zasi

ę

gu. Wcze

ś

niej, jeszcze przed wej

ś

ciem do tego 

szybkobie

Ŝ

nego d

ź

wigu, zatrzymałem si

ę

 w korytarzu i 

osadziłem rozbit

ą

 butelk

ę

 na kiju, wspieraj

ą

c jego koniec o 

jeden z przycisków wystaj

ą

cych ze 

ś

ciany. Wtedy usłyszałem 

szmer drzwi, które rozsun

ę

ły si

ę

 tu

Ŝ

 przy mnie.  Wind

ę

 

zobaczyłem po raz pierwszy w 

Ŝ

yciu. Poniewa

Ŝ

 przechodziłem 

tamt

ę

dy w poszukiwaniu legowiska, zainteresowałem si

ę

 

mi

ę

kkimi ławami umieszczonymi w gł

ę

bi niewielkiego wn

ę

trza. 

W kabinie działała klimatyzacja. Jej drzwi zasun

ę

ły si

ę

 za 

mn

ą

, ledwie uło

Ŝ

yłem si

ę

 do snu, a potem kiedy si

ę

 

obudziłem, wypocz

ę

ty i zdrowy - wyj

ś

cie było otwarte.  

   Chocia

Ŝ

 czułem si

ę

 bardzo dobrze, nie miałem siły 

podnie

ść

 si

ę

 na nogi. Z windy wyszedłem z wielkim trudem.  

Zdziwiła mnie zmiana w wygl

ą

dzie korytarza, bo zapami

ę

tałem 

otoczenie wej

ś

cia do windy. Ale jeszcze bardziej 

przestraszyłem si

ę

 z powodu niemocy odczuwanej w mi

ęś

niach.  

   Odt

ą

d nieustannie zataczałem si

ę

 pod ci

ęŜ

arem swego 

ciała, którego waga wzrosła kilkakrotnie. Wkrótce 
zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e nie tylko własne ciało, ale równie

Ŝ

 wszystkie 

inne, dobrze znane mi przedmioty maj

ą

 tutaj wi

ę

kszy ci

ęŜ

ar. 

Ponadto - i fakt ten był główn

ą

 przyczyn

ą

 licznych drwin ze 

strony kolegów - zwracałem na siebie uwag

ę

 nienormaln

ą

 

powolno

ś

ci

ą

 reakcji przy chwytaniu spadaj

ą

cych przedmiotów. 

Dot

ą

d zawsze, nawet ju

Ŝ

 nad podłog

ą

, potrafiłem dogoni

ć

 w 

locie ka

Ŝ

dy przedmiot wypuszczony z r

ę

ki. Teraz byłem 

bezradny w podobnych sytuacjach, gdy

Ŝ

 wszystko tu spadało z 

niewiarygodn

ą

 pr

ę

dko

ś

ci

ą

.  

   Efekty tego dziwnego stanu rzeczy szczególnie ostro 
ujawniały si

ę

 podczas gry w piłk

ę

: próbowałem chwyta

ć

 j

ą

 lub 

kopa

ć

 w niewła

ś

ciwym momencie, gdy znajdowała si

ę

 ju

Ŝ

 w 

innym miejscu.  Daremne chwytanie lub kopanie powietrza 
wywoływało zło

ś

liwe komentarze b

ą

d

ź

 salwy 

ś

miechu w kr

ę

gu 

lepiej graj

ą

cych kolegów.  

   O przyczyn

ę

 zmiany ci

ęŜ

aru zapytałem lekarza ju

Ŝ

 w czasie 

pierwszego badania w izbie przyj

ęć

 nowych rekonwalescentów.  

Potem poruszyłem ten temat przy okazji kolejnego spotkania z 
wychowawc

ą

 grupy. Lekarz i pedagog mieli dobre intencje, ale 

ich wyja

ś

nienia wcale mnie nie uspokoiły. U

Ŝ

ywali równie 

niezrozumiałych terminów, jak w codziennej praktyce 
terapeutycznej i dydaktycznej.  
   Kilka wa

Ŝ

nych informacji uzyskałem dopiero po trzech 

miesi

ą

cach pobytu w o

ś

rodku od starszego od siebie inwalidy 

background image

z s

ą

siedniej sali. Chłopiec ten wyja

ś

nił, 

Ŝ

e gmach zakładu 

rehabilitacji znajduje si

ę

 na szesnastej kondygnacji, a ja 

pochodz

ę

 ze Strefy Ska

Ŝ

onej, która znajduje si

ę

 w pobli

Ŝ

ś

rodka planety. I to jest powodem, 

Ŝ

e jeste

ś

 taki, jaki 

jeste

ś

 - powiedział.  

   Wiodłem w zakładzie 

Ŝ

ycie według schematu ustalonego 

tygodniowym planem zaj

ęć

. Wypełniała je nauka j

ę

zyka, sen i 

posiłki, wyczerpuj

ą

ce 

ć

wiczenia gimnastyczne oraz godziny 

wytchnienia sp

ę

dzane w sali automatycznych gier lub przed 

telewizorem.  
   Pocz

ą

tkowo mo

Ŝ

liwo

ść

 sterowania strumieniem wody nad 

umywalk

ą

 czy 

ś

wiatłami w pokojach zdumiewała mnie w równym 

stopniu, jak ruchome obrazy na szklanym ekranie i głosy 
utrwalone na płycie czy ta

ś

mie. Kr

ę

ciłem wi

ę

c zaworami, 

naciskałem wł

ą

czniki, zmieniałem kanały i ta

ś

my, pełen 

podziwu dla odkry

ć

 dokonanych przez cywilizowanych ludzi. 

Wkrótce jednak - naturalnym porz

ą

dkiem rzeczy - zabawy te 

straciły dla mnie pierwotny urok.  Pozostało po nich uczucie 
niedosytu, u

ś

pione w gł

ę

bi 

ś

wiadomo

ś

ci, a na pierwszy plan 

wyszła niech

ęć

 do jednostajnych dni, które linijka po 

linijce składały si

ę

 w ramki rozkładu zaj

ęć

 realizowanego 

przez personel. Monotonia tego 

Ŝ

ycia, cykliczna 

powtarzalno

ść

 i pustka zda

ń

 głoszonych z telewizyjnego 

ekranu, obok sprzeciwu dla tera

ź

niejszo

ś

ci budziła we mnie 

pragnienie otwartej przestrzeni i swobody działania.  
   Najbardziej m

ę

czyła mnie niepewno

ść

 dalszych losów.  Nikt 

nie potrafił lub nie chciał odpowiedzie

ć

 na moje pytania, a 

było ich wiele. Pewnego dnia do zakładu powrócił z urlopu 
młody instruktor rehabilitacji i szybko zyskał moj

ą

 

sympati

ę

. Był inny ni

Ŝ

 reszta, bardziej ludzki. Zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e zwrócił na mnie szczególn

ą

 uwag

ę

, zajmował si

ę

 cz

ęś

ciej 

mn

ą

 ni

Ŝ

 innymi chłopcami.  Opowiedziałem mu swoj

ą

 histori

ę

Kiwn

ą

ł ze zrozumieniem głow

ą

 i powiedział: 

   - Nie przejmuj si

ę

, mały, zrobimy z ciebie zdrowego 

chłopaka, ale musisz by

ć

 cierpliwy.  Przede wszystkim musisz 

du

Ŝ

ć

wiczy

ć

.  

   - Jak długo? - spytałem.
   - S

ą

dz

ę

Ŝ

e ze dwa lata - odpowiedział.

   - Ile to jest dwa lata? - spytałem, bo nic mi ten termin 
nie mówił. Spojrzał na mnie ostro, jakby podejrzewał, 

Ŝ

e z 

niego 

Ŝ

artuj

ę

, ale po chwili u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.  

   - No tak - powiedział. - Zapomniałem, 

Ŝ

e pochodzisz ze 

Strefy Ska

Ŝ

onej. Zapomniałem, 

Ŝ

e wychowałe

ś

 si

ę

 w jednej z 

koczuj

ą

cych tam hord i 

Ŝ

e wobec tych faktów, nic nie wiesz 

i niewiele rozumiesz, bo jeste

ś

 po prostu dziki.  

   - Nie chc

ę

 by

ć

 dziki! - krzykn

ą

łem. - Pytałem chłopców, 

instruktorów, lekarzy, ale nikt nie chce ze mn

ą

 rozmawia

ć

.  

   - Dobrze - przerwał mi. - Przyjd

ź

 tutaj wieczorem po 

zaj

ę

ciach, odpowiem na wszystkie twoje pytania.  

   Gdy spotkali

ś

my si

ę

 wieczorem w umówionym miejscu, kazał 

mi usi

ąść

 i wyprzedzaj

ą

c moje pytania powiedział: 

   - Najpierw opowiem ci o tym, gdzie jeste

ś

my, o miejscu, w 

którym 

Ŝ

yjemy i jak do tego doszło. To pozwoli ci wiele 

zrozumie

ć

, a potem b

ę

dziesz pytał.  

   Skin

ą

łem głow

ą

 na zgod

ę

.

   - Mieszkamy i 

Ŝ

yjemy na szesnastej gigakondygnacji 

aglomeracyjnej planety zwanej Ziemi

ą

. Numery tych wielkich 

stopni aglomeracyjnych rosn

ą

 w dół pocz

ą

wszy od pierwszego - 

tu

Ŝ

 pod powierzchni

ą

 planety, w kierunku jej 

ś

rodka. Tak 

wi

ę

c od powierzchni Ziemi dzieli nas odległo

ść

 zaledwie 

pi

ę

tnastu gigakondygnacji, ale gdyby

ś

my chcieli zjecha

ć

 w 

dół, w kierunku 

ś

rodka Ziemi, to pod nami jest ponad trzy 

tysi

ą

ce takich gigakondygnacji, przy czym ka

Ŝ

da z nich ma 

background image

sze

ść

dziesi

ą

t pi

ę

ter. Jest to jedno z wi

ę

kszych ziemskich 

miast. Kiedy

ś

 było inaczej. Miast nie budowano w gł

ę

bi 

Ziemi, ale na jej powierzchni. Opowiem ci, jak do tego 
doszło.  
   - Gdzie

ś

 w połowie dwudziestego wieku ludzie wynale

ź

li 

straszn

ą

 bro

ń

 - bomb

ę

 atomow

ą

. Była to tak potworna bro

ń

Ŝ

jedna bomba wystarczyła, aby zniszczy

ć

 całe miasto. Ziemia 

była wtedy podzielona na dwa wrogie mocarstwa - Wschód i 
Zachód. Obydwie strony zbroiły si

ę

 w bomby atomowe i 

rakiety, które je przenosiły. Wy

ś

cig zbroje

ń

 nie miał ko

ń

ca.  

Ludzi ogarn

ą

ł strach przed zagład

ą

. Najpierw rz

ą

dy, wojsko i 

bardziej zamo

Ŝ

ni ludzie zacz

ę

li budowa

ć

 podziemne schrony, w 

których mo

Ŝ

na było prze

Ŝ

y

ć

 atak atomowy. Ale byli to 

nieliczni, reszcie ludno

ś

ci groziła totalna zagłada.  

Narastała fala atomowej histerii, zacz

ę

ły si

ę

 bunty, ba, 

prawie rewolucje. Pod naciskiem 

Ŝą

da

ń

 ludno

ś

ci, które 

brzmiały - "Schron dla ka

Ŝ

dego", zacz

ę

to budowa

ć

 miasta w 

ą

b Ziemi. Gdy wybuchła wojna atomowa, zniszczono w 

osiemdziesi

ę

ciu procentach powierzchni

ę

 planety, ale nie 

zniszczono podziemnych miast. Aby zniszczy

ć

 ludzi 

zamieszkuj

ą

cych podziemne miasta, wrogie mocarstwa znalazły 

inny sposób. Bro

ń

 bakteriologiczn

ą

.  

   Wyhodowano w tajnych laboratoriach bakterie i wirusy 
powoduj

ą

ce epidemie szybko u

ś

miercaj

ą

cych chorób, na które 

nie było lekarstw. Dywersanci wrzucali je do zbiorników 
wody, do 

Ŝ

ywno

ś

ci lub do systemów wentylacyjnych 

aglomeracji miejskich. Wybuchały epidemie, które szybko 
zabijały miliony ludzi. Nie było ratunku. Poszczególne 
kondygnacje, na których wybuchły epidemie odcinano od 
pozostałych. Obowi

ą

zywał system całkowitej izolacji. Trupy, 

a nawet zara

Ŝ

onych, spalano w piecach anihilacyjnych. 

Epidemie, które wybuchły gdzie

ś

 w 

ś

rodku miasta, obj

ę

ły 

kolejno prawie wszystkie aglomeracje w dół i w gór

ę

. Doszły 

ju

Ŝ

 do szesnastej kondygnacji i tu si

ę

 zatrzymały, bo w 

ko

ń

cu zawarto pokój. Wszystkie kondygnacje poni

Ŝ

ej 

szesnastej s

ą

 do dzisiaj uwa

Ŝ

ane za Stref

ę

 Ska

Ŝ

on

ą

, w 

dalszym ci

ą

gu obowi

ą

zuje ich izolacja. Nieliczni ludzie, 

którzy prze

Ŝ

yli epidemie, obecnie w pi

ą

tym lub szóstym 

pokoleniu tworz

ą

 dzikie hordy, z których ty si

ę

 wywodzisz.

   - Czy poza mn

ą

 kto

ś

 si

ę

 stamt

ą

d wydostał? - spytałem.

   - Tak, jeste

ś

 szóstym przypadkiem w ci

ą

gu ostatnich 

trzydziestu lat. 
   Rozmawiali

ś

my długo - miałem wiele pyta

ń

. Nie 

wszystko, o czym mówił, było dla mnie zrozumiałe, ale on 
cierpliwie wyja

ś

niał. Na ko

ń

cu naszej rozmowy zapytałem go, 

jakie b

ę

d

ą

 moje losy, co zamierzaj

ą

 ze mn

ą

 zrobi

ć

.

   - Gdy wzmocni

ą

 si

ę

 twoje mi

ęś

nie i ko

ś

ci - odpowiedział - 

co, jak s

ą

dz

ę

, potrwa około dwu lat, zostaniesz przeniesiony 

na powierzchni

ę

 Ziemi do Rezerwatu Przyrody. Tam zostaniesz 

powierzony jakiej

ś

 rodzinie, która b

ę

dzie si

ę

 tob

ą

 

opiekowa

ć

. Jak ci ju

Ŝ

 mówiłem, osiemdziesi

ą

t procent 

powierzchni Ziemi zostało zniszczone w wojnie atomowej. 
Pozostałe dwadzie

ś

cia procent jest obecnie wykorzystane jako 

Rezerwat Przyrody. Nie ma tam miast, s

ą

 wioski, przewa

Ŝ

nie o 

zabudowie drewnianej. Ludzie uprawiaj

ą

 tam gleb

ę

Ŝ

yj

ą

 na 

poziomie techniki i cywilizacji połowy dwudziestego wieku. 
Uwa

Ŝ

amy, 

Ŝ

e ty jako dziki miałby

ś

 du

Ŝ

e trudno

ś

ci z 

adaptacj

ą

 do poziomu techniczno-cywilizacyjnego, 

jaki jest obecnie w mie

ś

cie. Tam b

ę

dzie ci łatwiej si

ę

 

przystosowa

ć

.

   6 Od kilku miesi

ę

cy mieszkałem w Rezerwacie przyrody na 

powierzchni Ziemi. Przygarn

ę

ła mnie na wychowanie rodzina 

background image

Rozentów, oczywi

ś

cie władze pokrywały wydatki zwi

ą

zane z 

moim utrzymaniem. 
   Wizyta pana Consmana wywarła na wszystkich du

Ŝ

e wra

Ŝ

enie: 

od razu wyczułem, 

Ŝ

e mnie ona dotyczy, nie spuszczałem oczu 

z niezwykłego go

ś

cia, Tomasz, by lepiej słysze

ć

, o czym 

b

ę

dzie mowa, uchylił drzwi s

ą

siedniej izby, gdzie go 

wypłoszyło ujadanie psa i kroki przed domem, za

ś

 pani Rozent 

bardziej ni

Ŝ

 inni przej

ę

ta, upu

ś

ciła garnek na rozpalony 

blat kuchni. I nawet jej m

ąŜ

, po zwykłym komentarzu: "A to 

nieprawda!", którym gniewnie skomentował ostatnie zdanie 
spikera, na widok wchodz

ą

cego kierownika szkoły zmienił si

ę

 

na twarzy, natychmiast uciszył rozgadany gło

ś

nik i z bardzo 

uprzejm

ą

 min

ą

 wstał od telewizora.

   Gospodarz przyj

ą

ł pana Consmana serdecznym u

ś

miechem, 

go

ś

cinnie wskazuj

ą

c mu ciepłe miejsce przy kuchni. Niestety, 

kierownik szkoły nie dał si

ę

 zaprosi

ć

 na kolacj

ę

 ani nawet 

nie był łaskaw usi

ąść

 na chwil

ę

 za stołem. Spieszył si

ę

 w 

sprawie urz

ę

dowej. Czy to z powodu znacznej odległo

ś

ci od 

wioski i pó

ź

nej pory, czy te

Ŝ

 mo

Ŝ

e uprzedzony 

plotkami, ograniczył czas wizyty do niezb

ę

dnego minimum.

   Najpierw zapytał o moje nazwisko, a kiedy gospodarz 
przypomniał, 

Ŝ

e pochodz

ę

 ze Strefy Ska

Ŝ

onej, 

zainteresował si

ę

 moim wiekiem.

   Pan Rosent wzruszył ramionami i rozło

Ŝ

ył r

ę

ce gestem 

bezradno

ś

ci.

   - Nie wiemy dokładnie. Wła

ś

nie dlatego pozostaje w domu. 

Zreszt

ą

 chłopiec zna ju

Ŝ

 alfabet i nawet umie porachowa

ć

 

krowy...
   - Mam dziesi

ęć

 lat - odezwałem si

ę

.

   Wszyscy spojrzeli na mnie.  Niecodzienny fakt, nie pytany 
przez nikogo zabrałem głos w rozmowie dorosłych.  
   - Je

ś

li tak jest, to tym lepiej - powiedział pan Consman. 

- Bo skoro czyta ju

Ŝ

 i liczy, to pójdzie od razu do trzeciej 

klasy.
   - A czy ja mu tego kiedykolwiek broniłem? - zapytał pan 
Rozent, wzywaj

ą

c sufit na 

ś

wiadka.

   Sprawa była załatwiona. Kierownik szkoły schował swój 
notes i po wymianie chłodnych ukłonów zwrócił si

ę

 do 

wyj

ś

cia. Gospodarz ruszył za nim na przesadnie sztywnych 

nogach.
   - Musz

ę

 jeszcze co

ś

 panu powiedzie

ć

 - szepn

ą

ł do go

ś

cia w 

otwartych drzwiach sieni. Wyszli za próg, gdzie pan Rozent 
kilkoma spazmatycznymi j

ę

kami ujawnił, ile bolesnego wysiłku 

kosztuje go ta krótka wycieczka. - Moja krzywda nikogo nie 
obchodzi - rzekł - bo ka

Ŝ

dy, kto ma zdrowe nogi, sam sobie 

radzi bez pastucha.
   W tej chwili pies - przyczajony za kieratem - wystrzelił 
ku obcemu na cał

ą

 długo

ść

 ła

ń

cucha.

   - I ja wam, gospodarzu, co

ś

 powiem... - Pan Consman 

poczekał cierpliwie, a

Ŝ

 w

ś

ciekły ryk kundla mro

ź

ne powietrze 

zdławi do niskiego skowytu. - Nauka w szkole powszechnej 
jest obowi

ą

zkowa. Wi

ę

c je

ś

li jutro... za kwadrans ósma wasz 

chłopak nie zamelduje si

ę

 w mojej kancelarii, b

ę

dziecie 

mieli do czynienia z wójtem.
   Od pewnego czasu szkoła zajmowała w mojej 

ś

wiadomo

ś

ci 

centralne miejsce. Granicz

ą

cy z kultem podziw dla nauki 

otaczałem uczuciem wytrwałej nadziei. W moim przekonaniu 
szkoła mogła mnie wyprowadzi

ć

 z pułapki, do jakiej losy 

wci

ą

gały ka

Ŝ

dego dzikiego. Widziałem w niej kres swej 

niepewno

ś

ci. Nie wyobra

Ŝ

ałem sobie instytucji bardziej 

wzniosłej i godnej zaufania. Chocia

Ŝ

 nigdy nie o

ś

mieliłem 

si

ę

 zajrze

ć

 do jej wn

ę

trza, miałem gł

ę

bok

ą

 pewno

ść

Ŝ

e jest 

ona tym, czego brakowało mi w zagrodzie: kluczem 

background image

do wszelkich tajemnic, drogowskazem na rozstaju barwnych 
dróg i gwarancj

ą

 niezwykłego jutra, pasjonuj

ą

c

ą

 przygod

ą

ale te

Ŝ

 ostoj

ą

 duchowej równowagi i siły, razem - bram

ą

 do 

cywilizowanego 

ś

wiata. Ile razy o niej my

ś

lałem, ogarniało 

mnie te

Ŝ

 zdziwienie oboj

ę

tno

ś

ci

ą

 innych dzieci, poniewa

Ŝ

 w 

uwagach starszych uczniów wypowiadanych na jej temat - nie 
mogłem si

ę

 doszuka

ć

 

Ŝ

adnego entuzjazmu.  

   Zaledwie kierownik szkoły znikn

ą

ł w zasypanej 

ś

niegiem 

dolinie, gdy w chałupie Rozentów rozgorzała nerwowa 
krz

ą

tanina. Rozpocz

ą

łem przygotowania do nauki. Pani Rozent 

asystowała mi w poszukiwaniach tornistra. Uwa

Ŝ

ała, 

Ŝ

chłopiec nie powiniem i

ść

 na pierwsz

ą

 lekcj

ę

 bez 

odpowiedniego ekwipunku. Jakby to wygl

ą

dało? Trzeba było 

przystawi

ć

 drabin

ę

 do klapy prowadz

ą

cej na poddasze, gdzie 

od lat w stosie innych gratów pod grub

ą

 warstw

ą

 kurzu 

poniewierał si

ę

 piórnik i kałamarz jej brata, Tomasza. Tam 

te

Ŝ

 wkrótce znaleziono stare ksi

ąŜ

ki. Aby nada

ć

 im 

ś

wie

Ŝ

y wygl

ą

d, gospodyni starannie obło

Ŝ

yła je w now

ą

 

gazet

ę

. Co prawda, ksi

ąŜ

ki nie były ju

Ŝ

 w najlepszym stanie, 

czemu nikt si

ę

 nie dziwił, bo Tomasz chodził do trzeciej 

klasy przed dwunastu laty, jednak co by ludzie powiedzieli, 
gdyby nowy ucze

ń

 - id

ą

c przez wie

ś

 - dzwonił kałamarzem o 

piórnik w pustym tornistrze.
   Po sko

ń

czeniu pakowania Tomasz zniósł ze strychu jeszcze 

jeden szkolny przybór z dawnych czasów: specjaln

ą

 ma

ść

 

sprz

ą

dzon

ą

 według recepty swego do

ś

wiadczonego kolegi, 

kiedy

ś

 ostatniego nieuka, a dzi

ś

 cenionego farmaceuty. 

Zademonstrował mi, jak posmarowa

ć

 ni

ą

 r

ę

ce, aby linijka 

nauczycielki p

ę

kła na dłoni t

ę

pego ucznia ju

Ŝ

 przy pierwszym 

ciosie.
   Pani Rozent przysłuchiwała si

ę

 naszej rozmowie z nie 

ukrywan

ą

 trosk

ą

. Kiedy uznała za stosowne wspomnie

ć

Ŝ

pełnym bezpiecze

ń

stwem mógł cieszy

ć

 si

ę

 tylko ucze

ń

 

posłuszny i pilny, Tomasz mrugn

ą

ł porozumiewawczo, 

wyprowadził mnie z kuchni, wytarł tłuste r

ę

ce w star

ą

 

marynark

ę

 i po rozdarciu podszewki wyrwał z jej ramion dwie 

mi

ę

kkie poduszki. Jego zdaniem ochraniacze te stale nale

Ŝ

ało 

nosi

ć

 na kolanach pod spodniami, co podczas odbywania 

zwykłej kary wielogodzinnego kl

ę

czenia na grochu przynosiło 

skazanemu znaczn

ą

 ulg

ę

 w m

ę

czarniach. Podobno woreczek z 

grochem le

Ŝ

ał w jednym k

ą

cie lekcyjnej izby i z reguły 

okupowany był przez ten typ 

ś

mierdz

ą

cych leni, którzy bali 

si

ę

 bólu fizycznego, natomiast w drugim jej rogu, tu

Ŝ

 obok 

tablicy, stała o

ś

la ławka - narz

ę

dzie wyszukanych tortur dla 

wra

Ŝ

liwych na cierpienia psychiczne.  

   Zainteresowała mnie sytuacja ucznia tak haniebnie 
odosobnionego w miejscu wstydliwej ekspozycji.  Zapytany o 
bli

Ŝ

sze szczegóły Tomasz chciał uprzejmie rozwin

ąć

 ciekawy 

dla mnie temat, ale - dostrzegłszy niezdrowe wypieki na 
moich policzkach - postanowił zako

ń

czy

ć

 sprawozdanie z 

tajemnic szkoły optymistycznym akcentem. Zaraz przyszedł mu 
do głowy wła

ś

nie ów kierownik, na pierwszy rzut oka oschły 

urz

ę

dnik i belfer, a faktycznie człowiek wyrozumiały dla 

wszystkich matołów, wi

ę

c w 

ś

cisłym tego słowa znaczeniu - 

dobry.  
   Otó

Ŝ

 - dla kontrastu z chaotycznymi nauczycielkami, które 

bez ładu ni składu chlastały linijkami tego ucznia 
b

ą

d

ź

 innego, to za grzanie r

ą

k przy piecu podczas pauzy, to 

znów z powodu niedoci

ą

gni

ęć

 w kaligrafii wywołanych mrozem, 

raz za brak logicznego my

ś

lenia, kiedy indziej za nadmiar - 

systematyczny kierownik karcił wył

ą

cznie krn

ą

brnych 

indywidualistów.  Kazał im kła

ść

 si

ę

 na taborecie siedzeniem 

do góry i przed frontem całej klasy lał miarowo gumowym 

background image

sznurem od 

Ŝ

elazka.  

   Wieczorem ustalono, 

Ŝ

e (ze wzgl

ę

du na długi marsz po 

ę

bokim 

ś

niegu) musz

ę

 wsta

ć

 nieco wcze

ś

niej ni

Ŝ

 zwykle i 

wyj

ść

 z domu o siódmej. Gospodyni obiecała zaprowadzi

ć

 mnie 

do kancelarii. Zasn

ą

łem dopiero nad ranem.  

   Przez cał

ą

 noc próbowałem wyobrazi

ć

 sobie wn

ę

trze 

szkolnej klasy. Domy

ś

liłem si

ę

 bez trudu, jakiego rodzaju 

uczucia prze

Ŝ

ywał ten 

ś

mierdz

ą

cy le

ń

, skierowany przez 

chaotyczn

ą

 nauczycielk

ę

 do kl

ę

czenia na grochu, oraz ów 

krn

ą

brny indywidualista, 

ć

wiczony miarowymi razami pana 

Consmana, który - jako człowiek sprawiedliwy - tolerował 
wszystko z wyj

ą

tkiem ludzi samodzielnych. Lecz porównanie 

przykrego poło

Ŝ

enia tamtych dwóch uczniów z tragicznym losem 

lokatora o

ś

lej ławki obudziło we mnie powa

Ŝ

ne w

ą

tpliwo

ś

ci. 

Dlatego przez kilka godzin bezsennej nocy nie mogłem si

ę

 

zdecydowa

ć

, czego bardziej si

ę

 bałem i - co za tym idzie - 

jak

ą

 w szkole przyj

ąć

 taktyk

ę

 obronn

ą

: czy lepiej ujawni

ć

 

tam wra

Ŝ

liwo

ść

 duchow

ą

, czy fizyczn

ą

.  

   Wie

ś

 le

Ŝ

ała na dnie płytkiej doliny, w odległo

ś

ci trzech 

kilometrów od gospodarstwa Rozentów.
   W drodze do szkoły pani Rozent raz po raz rzucała ku mnie 
spojrzenie pełne gł

ę

bokiej troski. Gdy zsun

ą

łem si

ę

 ze 

ś

cie

Ŝ

ki do pokrytego zasp

ą

 dołu, pochyliła si

ę

 nade mn

ą

 i 

wycieraj

ą

c mi nos własn

ą

 chustk

ą

, pocieszała mnie smutnym 

u

ś

miechem. Powiedziała, 

Ŝ

ebym podczas lekcji nie bał si

ę

 

nikogo, bo profesorowie s

ą

 dobrzy dla grzecznych chłopczyków 

i dziewczynek. Posłusznym dzieciom szkoła nie robi nic 
złego. Obowi

ą

zuj

ą

 tam jednak przepisy specjalnego 

regulaminu, wi

ę

c w nagłym wypadku, gdybym musiał opu

ś

ci

ć

 

klas

ę

 w wiadomej potrzebie, zamiast wierci

ć

 si

ę

 na siedzeniu 

lub nonszalancko - jak Tomasz - wyj

ść

 ze słowami "spadam do 

wychodka", co tylko w chałupie uchodziło płazem, powinienem 
w milczeniu podnie

ść

 do góry jeden wskazuj

ą

cy palec.

   Przełkn

ą

łem łzy napływaj

ą

ce mi do gardła i otworzyłem 

usta ze szczerym zdumieniem.
   - Palec?
   - Tak, chłopcze. Ale tylko jeden. O... ten!
   I pani Rozent, pomagaj

ą

c sobie lew

ą

 r

ę

k

ą

 przy układaniu 

niesfornych palców prawej dłoni, zwin

ę

ła cztery z nich w 

nienagann

ą

 tr

ą

bk

ę

, po czym wzorowym ruchem uniosła 

wyprostowany palec nad głow

ę

 - tak wysoko i sugestywnie, 

jakby wskazywała gwiazdy.
   Nie dowierzałem własnym oczom. Z gł

ę

boko

ś

ci swej zaspy 

patrzyłem w stron

ę

 dalekiego nieba, gdzie w ró

Ŝ

owym blasku 

jutrzenki l

ś

nił szczyt palca pani gospodyni. Na tle 

gasn

ą

cych gwiazd wygl

ą

dała jak pomnik. Wyobraziłem sobie 

zaraz, 

Ŝ

e t

ę

 monumentaln

ą

 postaw

ę

 b

ę

d

ę

 musiał przyj

ąć

 

wkrótce gdzie

ś

 po

ś

rodku obcej klasy mi

ę

dzy nieznanymi 

lud

ź

mi, gdyby mnie tam przypadkiem przycisn

ę

ła wiadoma 

potrzeba.
   Na t

ę

 my

ś

l zaczerwieniłem si

ę

 po same uszy. Nic nie 

odpowiedziałem, ale miałem ju

Ŝ

 pewno

ść

Ŝ

e cho

ć

by mnie 

skazali na rok o

ś

lej ławki, tak absurdalnego punktu w 

szkolnym regulaminie nigdy nie b

ę

d

ę

 przestrzegał.

   Pana Consmana nie było w kancelarii. Obecna w pokoju 
nauczycielskim pani Pelfing poinformowała nas uprzejmie, 

Ŝ

kierownik opu

ś

cił szkoł

ę

 w sprawie urz

ę

dowej. Kiedy wróci? 

Mo

Ŝ

e po południu. Nie ma jednak powodu do zmartwienia, gdy

Ŝ

 

przed wyj

ś

ciem powierzył jej opiek

ę

 nad nowym uczniem.

   Spojrzała na zegarek. Teraz nie mo

Ŝ

e mi po

ś

wi

ę

ci

ć

 wi

ę

cej 

ni

Ŝ

 kilka minut. Dzie

ń

 pracy rozpoczynała dzi

ś

 od lekcji 

matematyki w trzeciej klasie, gdzie zostałem skierowany 
przez jej przeło

Ŝ

onego.

background image

   Miałem głupi

ą

 min

ę

. Wychodz

ą

c, zapytała mnie o 

pierwiastek kwadratowy z dziewi

ę

cu, a kiedy zbaraniałem, 

naglona po

ś

piechem wyprowadziła nas z ciasnej klitki do 

mrocznego korytarza.
   Po zamazanej błotem podłodze 

ś

lizgało si

ę

 kilkunastu 

uczniów. Pani Pelfing, cho

ć

 ju

Ŝ

 niemłoda i otyła, 

lawirowała mi

ę

dzy nimi tak zr

ę

cznie jakby na nartach omijała 

przeszkody slalomu.
   - Dwie krowy doda

ć

 sze

ść

 krów - rzuciła za siebie spoza 

ostatniej "tyczki".
   Wiedziałem!
   Weszła do kancelarii po dziennik. Potem otworzyła 
podrapane drzwi i szybko zbiegła do dy

Ŝ

urki wo

ź

nego. 

Zwróciła mi uwag

ę

 na przykry fakt, 

Ŝ

e w pokoju 

nauczycielskim jest zimno jak w psiej budzie, za

ś

 w czwartej 

klasie czu

ć

 dym ulatniaj

ą

cy si

ę

 z pieca.

   Dreptali

ś

my tak za ni

ą

 to w jedn

ą

, to znów w przeciwn

ą

 

stron

ę

 - a

Ŝ

 nagle rozległ si

ę

 dzwonek na pierwsz

ą

 lekcj

ę

Pani

ą

 Rozent przestraszył ten brutalny sygnał: chciała tu 

komu

ś

 powiedzie

ć

 co

ś

 bli

Ŝ

szego o chłopcu, który został jej 

powierzony na wychowanie, ale teraz - po dzwonku, nie miała 
odwagi. Prowadzona przed szeregiem trzaskaj

ą

cych drzwi 

doszła do wniosku, 

Ŝ

e zatrzymuj

ą

c pani

ą

 Pelfing, cho

ć

by 

tylko w celu streszczenia mej krótkiej historii, wybrałaby 
moment szczególnie niefortunny.
   Tymczasem ja miałem inne problemy. My

ś

lałem gor

ą

czkowo o 

przyczynie zagadkowej wycieczki pana Consmana. Có

Ŝ

 to 

znaczyło "sprawa urz

ę

dowa"? Niew

ą

tpliwie, co

ś

 tak wa

Ŝ

nego 

musiało mie

ć

 zwi

ą

zek z regulaminem szkolnym, a poniewa

Ŝ

 w 

sprawie jego przestrzegania surowy kierownik nie darował 
nikomu, wi

ę

c z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 - przewiduj

ą

c ju

Ŝ

 opór nowego 

ucznia w dra

Ŝ

liwej kwestii podnoszenia palca - aby go 

poskromi

ć

, wyszedł po 

ś

wie

Ŝ

y groch i nowy sznur do 

Ŝ

elazka.

   Przez brudne i nieszczelne 

ś

ciany ze wszystkich stron 

słycha

ć

 było hałas przygotowa

ń

 do pierwszej lekcji. 

Ponaglona dzwonkiem młodzie

Ŝ

 zajmowała miejsca w pop

ę

kanych 

ławkach, równie starych jak cały budynek szkolny. 
Nauczycielka wprowadziła mnie do jednej z tych zagraconych 
izb i ruchem r

ę

ki skierowała do tablicy, gdzie pod wpływem 

złowrogiej ciszy, jaka natychmiast zapadła w klasie, 
zmieniłem si

ę

 w słup rozpaczy.

   Pani Rozent zrozumiała, 

Ŝ

e w tej chwili wa

Ŝą

 si

ę

 szkolne 

losy jej wychowanka. Pozostała jednak w pustym korytarzu, 
sk

ą

d wzrokiem posłała mi wezwanie do zachowania dzielno

ś

ci. 

Drzwi - otworzone przeci

ą

giem - trzasn

ę

ły po raz ostatni. 

Gospodyni przyło

Ŝ

yła do nich ucho i zamarła z zapartym 

tchem.
   W tej pozycji stała kilkana

ś

cie minut. Sama nie 

wiedziała, na co czeka: na j

ę

k? na wrzask? Odeszła dopiero 

wtedy, gdy w drugim ko

ń

cu korytarza ukazał si

ę

 wo

ź

ny. 

Obserwował j

ą

 podejrzliwie. Nic nie powiedział, ale 

ź

le mu 

patrzyło z oczu.
   Wyszła na drog

ę

 w kierunku sklepu za mostem i wróciła do 

szkoły z zeszytami dla mnie. Trafiła akurat na koniec 
pierwszej przerwy, kiedy uczniowie ponownie znikn

ę

li za 

drzwiami swych klas.
   Pani Pelfing 

ś

pieszyła si

ę

 na drug

ą

 lekcj

ę

. Nie musiała 

pyta

ć

, co gospodyni chciałaby wiedzie

ć

, bo pytanie o 

fizyczny i duchowy stan podopiecznego wypisane było na jej 
twarzy.
   - Zdolny, ale leniwy - powiedziała nauczycielka.
   Ruszyła szybko w stron

ę

 trzeciej klasy.

   - Leniwy - powtórzyła pani Rozent.

background image

   Powiedziała to tak dziwnym tonem, 

Ŝ

e wcale nie było 

wiadomo, czy jest to jeszcze jedno pytanie, czy 
potwierdzenie dobrze znanego faktu. Naraz ockn

ę

ła si

ę

 z 

zamy

ś

lenia i pobiegła za nauczycielk

ą

. Dogoniła j

ą

 w 

półotwartych drzwiach.
   - Jesieni

ą

 chłopiec miał zapalenie lewego ucha... - 

Cofn

ę

ła si

ę

 na widok dzieci zaskoczonych jej zdenerwowaniem, 

lecz dostrzegaj

ą

c zniecierpliwienie w zachowaniu 

nauczycielki, doko

ń

czyła podniesionym głosem: - Wi

ę

c niech 

go pani za to ucho nie ci

ą

gnie!

   Pani Pelfing zrobiła tak

ą

 min

ę

, jakby j

ą

 kto

ś

 uderzył w 

twarz. Została zniewa

Ŝ

ona. I to gdzie? Na oczach całej 

klasy!
   Kto wie, jak zako

ń

czyłaby si

ę

 ta przykra scena, gdyby nie 

szybka interwencja wo

ź

nego, który tym razem okazał si

ę

 

bardziej rozmowny. Biegn

ą

c na pomoc nauczycielce, 

przyskoczył do gospodyni z okrzykiem odpowiednim do 
wysoko

ś

ci swojego stanowiska:

   - Obywatelko!
   Pani Rozent nie stawiała 

Ŝ

adnego oporu. Wyszła z nim 

dobrowolnie przed budynek szkoły, gdzie z uczuciem winy i 
nie bez zdumienia spróbowała pod

ąŜ

y

ć

 za lawin

ą

 jego pyta

ń

:

   "Có

Ŝ

 ona tu sobie wła

ś

ciwie wyobra

Ŝ

a?" Wo

ź

ny zrobił du

Ŝą

 

pauz

ę

, by przed dalszym ci

ą

giem pyta

ń

 da

ć

 jej czas na 

zebranie wszystkich najczarniejszych my

ś

li. "Pewnie s

ą

dzi, 

Ŝ

e współcze

ś

ni pedagodzy nadal s

ą

 katami dla bezbronnych 

dzieci! Kary cielesne miałby kto

ś

 stosowa

ć

 w dzisiejszych 

czasach?"
   - A na jakiej podstawie podejrzewa ich o to? - niech mu 
uprzejmie b

ę

dzie wolno spyta

ć

. On nie pami

ę

ta 

Ŝ

adnego 

Tomasza. Zreszt

ą

 jak ona 

ś

mie porównywa

ć

 metody tresury 

szkolnej, stosowane dwana

ś

cie lat temu - w mrocznej 

epoce jej brata - z najbardziej racjonalnymi systemami 
edukacji zbiorowej realizowanymi obecnie na całym 

ś

wiecie? 

R

ę

ce człowiekowi opadaj

ą

 i ogarnia go zniech

ę

cenie do 

odpowiedzialnej pracy, gdy musi patrze

ć

 cierpliwie na tak 

niedoinformowan

ą

 kobiet

ę

. Ale to jest niemo

Ŝ

liwe! Czy

Ŝ

by 

nigdy nie słyszała o zaocznych kursach dokształcaj

ą

cych, na 

których wszyscy nauczyciele uzupełniaj

ą

 fachow

ą

 wiedz

ę

 pod 

kierunkiem do

ś

wiadczonych psychologów i najwybitniejszych...

   Wo

ź

ny nie doko

ń

czył ostatniego pytania. Doszedł w pewnej 

chwili do wniosku, 

Ŝ

e zamiast 

ś

wiadomej obywatelki 

egzaminuje ciemny kołek. Machn

ą

ł r

ę

k

ą

Ŝ

e dalej szkoda było 

gada

ć

. Tak si

ę

 na ni

ą

 w ko

ń

cu pogniewał, 

Ŝ

e bez po

Ŝ

egnania 

wszedł do korytarza i zasłonił si

ę

 drzwiami szkoły z tak

ą

 

sił

ą

, a

Ŝ

 na zmurszałym fundamencie zadr

Ŝ

ała jej wiekowa 

ś

ciana.  

   Gospodyni wróciła do domu z mieszanymi uczuciami: 
palił j

ą

 dotkliwy wstyd, lecz z drugiej strony bardzo 

była rada. Wstyd gn

ę

bił j

ą

 dlatego, gdy

Ŝ

 w oczach prostego 

stró

Ŝ

a skompromitowała si

ę

 jaskrawym analfabetyzmem, za

ś

 

cieszyła si

ę

 na my

ś

l o jasnej przyszło

ś

ci swego wychowanka, 

którego zostawiła w r

ę

kach wła

ś

ciwych opiekunów.

   7 Pozostałem na drugi rok w trzeciej klasie. Na 
zako

ń

czenie roku szkolnego miałem oceny niedostateczne z 

dwóch głównych przedmiotów: j

ę

zyka ojczystego i z 

matematyki. Dowiedziałem si

ę

 o tym w czerwcu, po sze

ś

ciu 

miesi

ą

cach nauki (ostatnie trzy z nich nale

Ŝ

ałoby nazwa

ć

 

"miesi

ą

cami chodzenia do szkoły"), kiedy wr

ę

czono mi 

pierwsze w moim 

Ŝ

yciu 

ś

wiadectwo niedojrzało

ś

ci. 

Przeczytałem je bez zdziwienia: "Na tej podstawie uchwał

ą

 

Rady Pedagogicznej ucze

ń

 nie otrzymał promocji do czwartej 

background image

klasy".
   W dniu uroczystego zako

ń

czenia nauki nie miałem ochoty 

dzieli

ć

 si

ę

 z nikim ogromem swojego wzruszenia. Nie szukałem 

towarzystwa, bo wystarczyło mi szcz

ęś

cie prze

Ŝ

ywane w 

samotno

ś

ci. Czułem tak

ą

 ulg

ę

, jakbym nagle zdj

ą

ł z serca i 

na czas wakacji pozostawił we wsi jaki

ś

 niemo

Ŝ

liwy do 

utrzymania ci

ęŜ

ar. Na my

ś

l o dwóch miesi

ą

cach przerwy w 

ortograficznych i rachunkowych 

ć

wiczeniach cał

ą

 dusz

ę

 

wypełnił mi spokój, który tchn

ą

ł z nieba pogodn

ą

 zapowiedzi

ą

 

lata. Wiedziałem, 

Ŝ

e po upływie tego radosnego czasu koszmar 

powróci, by mnie mia

Ŝ

d

Ŝ

y

ć

 ze zdwojon

ą

 sił

ą

. Ale do wrze

ś

nia 

było jeszcze bardzo daleko.
   Po obejrzeniu mojej cenzury Tomasz u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 

zagadkowo i wrócił w milczeniu na ł

ą

k

ę

 do koszenia trawy. 

Gospodyni zareagowała okrzykiem zdumienia, natomiast pan 
Rozent - słysz

ą

c jej wołanie - nie oderwał nawet oczu od 

telewizora. Wiadomo

ść

 skomentował trzema krótkimi d

ź

wi

ę

kami: 

"a... nie mówiłem", przy czym na pierwszy z nich poło

Ŝ

ył tak 

znaczny akcent, 

Ŝ

e mógłby on zast

ą

pi

ć

 całe przemówienie, za

ś

 

reszt

ę

 zdania pu

ś

cił jednym tchem, jak powietrze z d

ę

tki 

przeci

ąŜ

onej ci

ś

nieniem. Z płynnej długo

ś

ci tego 

ś

wistu 

mo

Ŝ

na było wnioskowa

ć

 o wielko

ś

ci zaparcia, co dawało 

pewno

ść

Ŝ

e mił

ą

 mu my

ś

l o pora

Ŝ

ce wychowanka piel

ę

gnował w 

sobie ju

Ŝ

 od Nowego Roku.

   W czasie kilku nast

ę

pnych tygodni gospodyni analizowała 

sens twardej uchwały Rady Pedagogicznej. Wie

ś

ci o kulisach 

tej uchwały docierały ze wsi i były przynoszone przez 

Ŝ

yczliwych s

ą

siadów. Nikt za to nie r

ę

czył słowem honoru, 

ale podobno pani Ewelbuch, nauczycielka j

ę

zyka i zarazem 

opiekunka klasy, przed podj

ę

ciem znanej decyzji długo 

konsultowała j

ą

 z pani

ą

 od matematyki, która równie

Ŝ

 nie 

miała zamiaru wyrz

ą

dzi

ć

 mi krzywdy. Ka

Ŝ

da z nich oddzielnie 

wyrobiła sobie s

ą

d na temat mojej inteligencji, i cho

ć

 w 

szczerej rozmowie przeprowadzonej pod sklepem obydwie 
oceniły j

ą

 cyfr

ą

 zero, 

Ŝ

adna nie miała odwagi zbyt pochopnie 

zostawi

ć

 mnie na drugi rok w trzeciej klasie, poniewa

Ŝ

 

projektowanymi dwójkami wbiłyby ostatnie gwo

ź

dzie do trumny 

chorego na nogi pana Rozenta, który tego podwójnego ciosu 
mógłby w ogóle nie prze

Ŝ

y

ć

.

                              *
   Ju

Ŝ

 na pierwszej lekcji sam zauwa

Ŝ

yłem, jakie braki musz

ę

 

usun

ąć

 w swym przygotowaniu, aby poziomem wiedzy 

dorówna

ć

 bardziej wykształconym kolegom. Postanowiłem wtedy, 

Ŝ

e uczyni

ę

 wszystko, na co mnie sta

ć

. I zaraz po 

powrocie do domu zabrałem si

ę

 do pracy.

   Na pierwszy ogie

ń

 mojego zapału rzuciłem tabliczk

ę

 

mno

Ŝ

enia, gdy

Ŝ

 aktualnie powtarzali

ś

my j

ą

 w klasie, a miała 

te

Ŝ

 by

ć

 nam potrzebna w przyszło

ś

ci, o czym zapewniała 

nauczycielka.  Spodziewałem si

ę

Ŝ

e opanuj

ę

 j

ą

 w ci

ą

gu kilku 

godzin, nie straciłem jednak wiary w siebie, kiedy przed 
snem uzbrojona w tabliczk

ę

 gospodyni zadała mi szereg 

wyrywkowych pyta

ń

, ujawniaj

ą

c w mojej pami

ę

ci bardzo powa

Ŝ

ne 

luki.  
   Wieczorem raz jeszcze przemy

ś

lałem wszystko, co tego dnia 

zdarzyło si

ę

 w szkole. Pani Pelfing zwróciła si

ę

 do mnie 

tylko z jednym problemem: "Siedem razy dziewi

ęć

". Poniewa

Ŝ

 

wtedy odpowiedziałem "nie wiem", po powrocie do domu 
zdziwiła mnie wiadomo

ść

Ŝ

e "jestem zdolny, ale leniwy", 

pochodz

ą

ca od nauczycielki matematyki. Nie rozumiałem, sk

ą

tej pani przyszła do głowy taka opinia. Czy

Ŝ

 na podstawie 

szczerego wyznania "nie wiem" mo

Ŝ

na było powiedzie

ć

 

cokolwiek o zdolno

ś

ciach albo o lenistwie ucznia 

rozpoczynaj

ą

cego nauk

ę

?

background image

   Przez kilkana

ś

cie nast

ę

pnych dni nie byłem wzywany do 

odpowiedzi z j

ę

zyka i bardzo mi to odpowiadało, zwłaszcza

Ŝ

e nie miałem si

ę

 czym pochwali

ć

, natomiast na lekcjach 

matematyki szybko zwróciłem na siebie uwag

ę

 pani Pelfing 

jako jeden z najgorszych uczniów. Nadal powtarzali

ś

my 

tabliczk

ę

 mno

Ŝ

enia, a ja jej jeszcze nie opanowałem. 

Kompromitowały mnie b

ą

d

ź

 te odpowiedzi ni w pi

ęć

, ni w 

dziewi

ęć

, b

ą

d

ź

 długie chwile milczenia, którymi próbowałem 

odwlec kolejny unik w postaci uniwersalnego "nie wiem".
   W domu kilka razy powracałem do kucia tabliczki, a

Ŝ

 

ostatecznie pomieszały mi si

ę

 wszystkie wyniki. Po licznych 

niepowodzeniach doszedłem wreszcie do prostego wniosku, 

Ŝ

nie mam do

ść

 dobrej pami

ę

ci. Lecz czy w takim razie mogłem 

my

ś

le

ć

 o sukcesach w nauce? Trzeba było w ko

ń

cu spojrze

ć

 

prawdzie w oczy: je

Ŝ

eli cała nauka polegała na mechanicznym 

tłoczeniu do głowy takich, mo

Ŝ

e sk

ą

din

ą

d cennych informacji, 

jak "osiem razy sze

ść

 jest czterdzie

ś

ci osiem" albo "dany 

wyraz nale

Ŝ

y pisa

ć

 tak, a nie inaczej", to prawie nic nie 

miałem w niej do powiedzenia, bo do zdobycia wiedzy metod

ą

 

bezmy

ś

lnego wkuwania brakowało mi niezb

ę

dnej pami

ę

ci.

   Tabliczka mno

Ŝ

enia była wydrukowana na okładce zeszytu, 

zawierała osiem kolumn po dziesi

ęć

 pozycji w ka

Ŝ

dej. Z 

wyj

ą

tkiem ostatniego wiersza były to iloczyny liczb 

jednocyfrowych przez dwa - w pierwszej kolumnie, przez trzy 
- w drugiej... i tak dalej, a

Ŝ

 do mno

Ŝ

enia przez dziewi

ęć

. Z 

punktu widzenia kalkulatora tabliczka uginała si

ę

 wi

ę

c pod 

ci

ęŜ

arem osiemdziesi

ę

ciu niezale

Ŝ

nych informacji.

   Pochylaj

ą

c si

ę

 nad ni

ą

 zadałem sobie pytanie, które 

ź

niej ogłosiłbym ch

ę

tnie przypinaj

ą

c je nad bram

ą

 swej 

szkoły, gdybym wcze

ś

niej nie doszedł do wniosku, 

Ŝ

e moi 

nauczyciele programowo zajmowali si

ę

 produkcj

ą

 maszyn 

licz

ą

cych lub powtarzaj

ą

cych. Odt

ą

d pytanie to stawiałem 

sobie codziennie: "Co przechowa

ć

 w pami

ę

ci, aby obci

ąŜ

y

ć

 j

ą

 

najmniej i nie straci

ć

 nic z uzyskanych wiadomo

ś

ci?"

   Liczba nie zmieniała swej warto

ś

ci w iloczynie przez 

jedno

ść

, za

ś

 aby uzyska

ć

 wynik mno

Ŝ

enia przez dziesi

ęć

wystarczy dopisa

ć

 do niej zero - to zauwa

Ŝ

yłem najpierw i we 

wszystkich kolumnach na tabliczce skre

ś

liłem pierwszy wiersz 

oraz ostatni. Nast

ę

pnie zwróciłem uwag

ę

 na ciekawy fakt, 

Ŝ

warto

ść

 iloczynu nie zale

Ŝ

y od kolejno

ś

ci czynników, po czym 

- jako zb

ę

dne - wykre

ś

liłem z tabliczki te wszystkie 

pozycje, w których czynniki były przestawione. Nie miałem 
kłopotu z zapami

ę

taniem kwadratów liczb od jednego do 

dziesi

ę

ciu. Na koniec ustaliłem, 

Ŝ

e musz

ę

 pami

ę

ta

ć

 tylko 

mno

Ŝ

enie przez dwa oraz przez trzy, bowiem w przypadku, gdy 

chciałem mno

Ŝ

y

ć

 przez cztery albo przez sze

ść

, podwajałem 

wyniki odpowiednich iloczynów przez dwa lub przez trzy, 
natomiast w razie potrzeby mno

Ŝ

enia przez pi

ęć

, brałem 

połow

ę

 liczby uzyskanej z mno

Ŝ

enia przez dziesi

ęć

. Wszystkie 

te operacje bez trudu wykonywałem w pami

ę

ci.

   Byłem taki dumny ze swego odkrycia, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 na najbli

Ŝ

szej 

lekcji sam zgłosiłem si

ę

 do odpowiedzi. Pani Pelfing - 

wietrz

ą

c w tym jaki

ś

 nieładny podst

ę

p - zmierzyła mnie 

bacznym spojrzeniem. Tego dnia patrzyłem na ni

ą

 zbyt 

ś

miało.

   - Chciałby

ś

 mi rozbi

ć

 ustalony od lat plan 

ć

wicze

ń

 z 

tabliczki mno

Ŝ

enia dla tak błahego powodu, 

Ŝ

e znowu jaka

ś

 

bzdura przyszła ci do głowy? - zaturkotała z rosn

ą

c

ą

 

pr

ę

dko

ś

ci

ą

, jak kartofle wysypane z worka na schodach. -

Dziewi

ęć

 razy osiem!

   Nawet nie zmru

Ŝ

yłem oczu, tak dobrze byłem przygotowany. 

Wzi

ą

łem w my

ś

li dziewi

ęć

 ósemek i po chwili odj

ą

łem jedn

ą

 z 

nich. Ale gdy podawałem jej wynik, zagłuszyła mnie drug

ą

 

komend

ą

:

background image

   - Siedem razy dziewi

ęć

!

   Wiedziałem. To było takie proste. Lecz nim trzykrotnie 
podwoiłem "siedem", powiedziała "siadaj" i z kamiennym 
spokojem otworzyła dziennik, by we wła

ś

ciwej rubryce wstawi

ć

 

mi nast

ę

pn

ą

 dwójk

ę

.

   Po tym 

Ŝ

ałosnym egzaminie wcale nie straciłem wiary w 

warto

ść

 swojego systemu. Oczywi

ś

cie, przed pani

ą

 Pelfing nie 

popisałem si

ę

 szybko

ś

ci

ą

, bo z całej tabliczki wybrała 

zło

ś

liwie akurat te problemy, których rozwi

ą

zanie wymagało 

pewnego namysłu. Jednak na ka

Ŝ

de inne pytanie 

odpowiedziałbym natychmiast. Zreszt

ą

 nie zamierzałem si

ę

ga

ć

 

po laury błyskawicznego rachmistrza. Znacznie bardziej 
martwiło mnie ci

ą

głe niepowodzenie na lekcjach j

ę

zyka, które 

prowadziła wychowawczyni klasy - pani Ewelbuch.
   Na pierwszy rzut oka mogłoby si

ę

 zdawa

ć

Ŝ

e je

Ŝ

eli mimo 

wszystko nie nale

Ŝ

ałem do dzieci ograniczonych umysłowo, to 

- przy braku zdolno

ś

ci do matematyki, tej królowej 

ś

cisłych 

nauk - powinienem odnosi

ć

 sukcesy w dziedzinach 

humanistycznych, taki bowiem pogl

ą

d rozpowszechniali 

wykształceni specjali

ś

ci, a inni ludzie przyjmowali go bez 

sprzeciwu. Według tej opinii, na ogół uczniowie przejawiali 
zdolno

ś

ci w jednym albo w całkiem przeciwnym kierunku, o 

czym miały 

ś

wiadczy

ć

 dobre czy złe stopnie z matematyki i 

fizyki b

ą

d

ź

 z j

ę

zyków i historii, st

ą

d wi

ę

c - jak si

ę

 

zdawało - wyłaniała si

ę

 potrzeba przeprowadzenia podziału 

młodzie

Ŝ

y na grupy o ró

Ŝ

nych zainteresowaniach. Je

Ŝ

eli ucze

ń

 

nie nale

Ŝ

ał do 

Ŝ

adnej z tych dwu kierunkowych grup, to nic 

dobrego o nim nie mo

Ŝ

na było powiedzie

ć

.

   Mnie intrygował cały 

ś

wiat - wszystko, co si

ę

 na nim 

działo. Nie umiałem tego jeszcze wyrecytowa

ć

 przed tablic

ą

 

ani przekaza

ć

 pani Ewelbuch w formie domowego wypracowania, 

ale ciekawiła mnie taka realno

ść

 

ś

wiata, jak

ą

 dookoła siebie 

widziałem: wolna od sztucznego podziału na wykładane 
przedmioty i grupy, u 

ź

ródła którego mogły le

Ŝ

e

ć

 bł

ę

dnie 

rozpoznane zdolno

ś

ci, a u celu - pułapka 

ź

le wybranej 

specjalizacji, słowem - interesowała mnie rzeczywisto

ść

 

wszechstronna, a zwłaszcza jej niezgł

ę

biona tajemnica.

   Do prawdy o 

ś

wiecie chciałem dotrze

ć

 mo

Ŝ

liwie najkrótsz

ą

 

drog

ą

 (dlaczego miałbym marnowa

ć

 

Ŝ

ycie na poszukiwanie 

innej?), tymczasem pani Ewelbuch próbowała mnie przekona

ć

Ŝ

e wskazany cel mo

Ŝ

na osi

ą

gn

ąć

 tylko przez pokonanie 

labiryntu trudno

ś

cci w poprawnej pisowni znanych mi słów, 

przez rozpl

ą

tanie g

ą

szczu reguł i opanowanie lawiny wyj

ą

tków 

w tych mglistych zasadach ortografii, których ja - mimo 
szczerej ch

ę

ci - w czasie kilku miesi

ę

cy systematycznego 

kucia nie zdołałem zapami

ę

ta

ć

. Na lekcjach j

ę

zyka 

nauczycielka dyktowała nam teksty specjalnie przygotowane.  
Zdania budowane przez ni

ą

 miały głupi

ą

 tre

ść

, ale składały 

si

ę

 ze słów szczególnie trudnych ze wzgl

ę

du na pisowni

ę

. Tym 

powszechnie znanym sposobem pleniła wytrwale bł

ę

dy uczniów, 

którzy po wielu dyktandach przyswajali sobie poprawn

ą

 

pisowni

ę

 ka

Ŝ

dego wyrazu. Metoda ta nie dawała jednak dobrego 

rezultatu w odniesieniu do mnie: na kartkach z moimi pracami 
wci

ąŜ

 roiło si

ę

 od czerwonych poprawek.  Straszny wygl

ą

zeszytu nowego ucznia zadziwiał równie

Ŝ

 szkolnych prymusów. 

W tej sytuacji w kwietniu wychowawczyni klasy - sk

ą

din

ą

kobieta wyrozumiała i cierpliwa - miała prawo mnie zapyta

ć

kiedy wreszcie przestan

ę

 gwałci

ć

 elementarne zasady 

ortografii.  
   Bardzo mnie zmartwiło to pytanie. Przecie

Ŝ

 szanowałbym je 

ch

ę

tnie i bez trudu, gdybym rzeczywi

ś

cie dostrzegł w nich 

jednolite zasady, a nie długie serie wyj

ą

tków w zło

Ŝ

onych i 

niejednoznacznych regułach. Nie miałem nic przeciwko jasnym 

background image

zasadom ortografii, przeciwnie: marzyłem o tym, aby one 
istniały. Rozumiałem dobrze, 

Ŝ

e bez nich w budowie wyrazów 

zapanowałby chaos przypadkowo zestawianych liter, ka

Ŝ

dy 

pisałby je inaczej, a w konsekwencji - przy braku 
jednoznaczno

ś

ci słów - ludzie w ogóle nie mogliby 

porozumiewa

ć

 si

ę

 mi

ę

dzy sob

ą

ś

cisłe normy trzeba tu było 

wyprowadzi

ć

.

   We wst

ę

pach do zasad poprawnej pisowni czytałem czasami 

takie pi

ę

kne zdania: "Walka z bł

ę

dami ortograficznymi jest 

walk

ą

 o 

ś

wiadome i sprawne posługiwanie si

ę

 j

ę

zykiem, tym 

niezb

ę

dnym, a pot

ęŜ

nym 

ś

rodkiem działania i rozwoju 

społecznego". ¯

ą

dano ode mnie, bym j

ę

zykiem posługiwał si

ę

 

ś

wiadomie, pytałem zatem, w jakim celu - bez naturalnej 

konieczno

ś

ci - pisownia wielkiej liczby wyrazów tak daleko 

odbiega od ich wymowy.
   Rzecz prosta nie miałem o to 

Ŝ

alu do nauczycielki - tylko 

do specjalistów ustalaj

ą

cych normy, oni za

ś

 z kolei mogliby 

mie

ć

 pretensje do twórców j

ę

zyka 

Ŝ

yj

ą

cych w odległych 

czasach, sk

ą

d tryskało m

ę

tne 

ź

ródło istniej

ą

cego bałaganu. 

Lecz o czym 

ś

wiadczył fakt, 

Ŝ

e kolejne pokolenia zajmuj

ą

cych 

si

ę

 doskonaleniem j

ę

zyka do dzi

ś

 nie potrafiły zaprowadzi

ć

 

ładu w jego pierwotnym chaosie? Fakt ten 

ś

wiadczył 

ź

le o 

poziomie umysłowym bezimiennych twórców j

ę

zyka i o ich 

bardzo pobła

Ŝ

liwych korektorach. Dlaczego miałby przynosi

ć

 

ujm

ę

 wra

Ŝ

liwemu na zgrzyty dziecku, które bez krytycznego 

spojrzenia na wielkie braki w tej dziedzinie zmuszano 
obowi

ą

zkiem szkolnym do otaczania kultem tak jawnie ułomnego 

dzieła?
   Powtórzenie trzeciej klasy niewiele nowego wniosło do 
moich rachunkowych i ortograficznych umiej

ę

tno

ś

ci. Drugi rok 

nauki sp

ę

dziłem pracowicie na próbach dorównania bodaj 

gorszym uczniom, ale bez powodzenia: wszyscy nadal górowali 
nade mn

ą

 zdolno

ś

ci

ą

 zapami

ę

tywania wielocyfrowych liczb i 

uporz

ą

dkowanych zbiorów liter zwanych wyrazami, które - o 

czym dowiedziałem si

ę

 znacznie pó

ź

niej - były w swej istocie 

wariacjami liter, a pod wzgl

ę

dem trudno

ś

ci magazynowania ich 

w pami

ę

ci (spontanicznie broni

ą

cej si

ę

 przed obci

ąŜ

eniem) - 

wieloliterowymi numerami. Nieraz podziwiałem swoich o rok 
młodszych kolegów, z jak

ą

 przyjemno

ś

ci

ą

 ich umysły całymi 

tysi

ą

cami pochłaniały te numery, by je potem - jak kasjer 

bankowe sumy - pod dyktando pani Ewelbuch sprawnie przelewa

ć

 

na papier (wobec zakazu stosowania metody kija) za marchewk

ę

 

czy cukierek w postaci dobrego stopnia.  
   Po zako

ń

czeniu roku szkolnego przestałem si

ę

 łudzi

ć

Ŝ

kiedykolwiek zdołam osi

ą

gn

ąć

 poziom wiedzy równie jak oni 

wysoki. Wprawdzie zdałem do czwartej klasy, ale sukces ten 
zawdzi

ę

czałem tylko wspaniałomy

ś

lno

ś

ci obu nauczycielek. Jak 

donoszono ze wsi, przy mojej promocji Rada Pedagogiczna 
kierowała si

ę

 współczuciem dla biednego pana Rozenta, który 

z powodu stopniowego zaniku mi

ęś

ni nóg (wywołanego 

bezruchem) ju

Ŝ

 prawie wcale nie mógł oddali

ć

 si

ę

 od 

telewizora.
   W połowie nast

ę

pnego roku szkolnego sko

ń

czyłem trzyna

ś

cie 

lat. Dwa pierwsze lata nauki bardzo mnie rozczarowały. 
Dotychczasowy jej przebieg nie dawał mi 

Ŝ

adnych podstaw do 

optymizmu na przyszło

ść

. Kiedy po raz pierwszy szedłem do 

szkoły, wyobra

Ŝ

ałem sobie, 

Ŝ

e usłysz

ę

 tam co

ś

 niezmiernie 

wa

Ŝ

nego i zarazem ciekawego, po co warto i

ść

 przez zasypane 

ś

niegiem pola i co mo

Ŝ

e zmieni

ć

 koleje dalszych moich losów. 

Lecz setki godzin wypełnionych lekcjami matematyki i j

ę

zyka, 

tak prowadzonymi, aby wynikało z nich, 

Ŝ

e jestem idiot

ą

 - 

ostatecznie rozwiały t

ę

 naiwn

ą

 fikcj

ę

. Chocia

Ŝ

 inne 

przedmioty, jak rysunek, prace r

ę

czne, 

ś

piew i wychowanie 

background image

fizyczne nie sprawiały mi kłopotu, zniech

ę

cony złymi ocenami 

z rachunków i ortografii oraz nud

ą

 monotonnych lekcji, coraz 

rzadziej zagl

ą

dałem do szkolnego podr

ę

cznika.

   W tym okresie zacz

ą

łem czyta

ć

 ksi

ąŜ

ki, przewa

Ŝ

nie 

stare. Po

Ŝ

yczałem je od mieszkaj

ą

cego we wsi swojego 

przyjaciela Hansa i czytałem po zako

ń

czeniu codziennych 

zaj

ęć

 w gospodarstwie, najcz

ęś

ciej wieczorami, poniewa

Ŝ

 w 

ci

ą

gu zimowych dni pomagałem pani Rozent i jej bratu przy 

karmieniu bydła, a wolne od nauki godziny pozostałych 
miesi

ę

cy roku sp

ę

dzałem razem z nimi na licznych pracach w 

polu.
   Z biegiem czasu lektura stała si

ę

 główn

ą

 moj

ą

 pasj

ą

Interesowały mnie powie

ś

ci o wyprawach do niezwykłych krain. 

Lubiłem je czyta

ć

, gdy

Ŝ

 ich bohaterowie nie musieli si

ę

 

martwi

ć

 chronicznym brakiem post

ę

pów w nauce. W

ę

drowałem z 

nimi przez wielkie miasta i rozległe kontynenty, pływałem po 
bezkresnych oceanach lub prze

Ŝ

ywałem przygody na 

bezludnej wyspie. Pod wpływem tych nieobowi

ą

zkowych lektur, 

zasadniczo innych ni

Ŝ

 ksi

ąŜ

ki proponowane mi przez 

bibliotek

ę

 szkoln

ą

, której szafy wypełniała dydaktyczna nuda 

i zaduch ciasnej problematyki wiejskiej, snułem marzenia o 
barwnym, pełnym niespodzianek 

Ŝ

yciu podczas swobodnej 

włócz

ę

gi po 

ś

wiecie. Moja wyobra

ź

nia pod

ąŜ

ała czujnie za 

ka

Ŝ

dym w

ą

tkiem opowiadanej historii lub si

ę

gała poza ramy 

utrwalonego opisu - w szerok

ą

 dal fantastycznych domysłów, 

materializuj

ą

c sny o innych stronach z wi

ę

ksz

ą

 ostro

ś

ci

ą

 ni

Ŝ

 

kolorowe filmy i budz

ą

c we mnie gor

ą

ce t

ę

sknoty.

   Wahadło monotonnych kursów mi

ę

dzy domem a wsi

ą

 trzymało 

mnie jeszcze mocno w swych długich ramionach. Ale 
postanowiłem, 

Ŝ

e kiedy b

ę

d

ę

 starszy, złami

ę

 je i rusz

ę

 w 

ś

wiat, by pozna

ć

 wszystkie jego tajemnice.

   8 Program czwartej klasy wzbogacił wykłady o dwa nowe 
przedmioty: we wrze

ś

niu pojawiła si

ę

 w nim historia, a w 

listopadzie - przyroda, która obejmowała zagadnienia z 
geografii i biologii. Historii uczył kierownik szkoły pan 
Consman.
   Przez pewien czas 

Ŝ

ywiłem nadziej

ę

Ŝ

e przedmiot ten 

wniesie co

ś

 nowego do tre

ś

ci programu naukowo opracowanego 

przez kuratorium i metodycznie maltretowanego belfersk

ą

 

rutyn

ą

 nauczycielek Ewelbuch i Pelfing. ¯ ycie ludzi w 

dawnych wiekach, rozwój pogl

ą

dów na 

ś

wiat i dzieje 

cywilizacji ciekawiły mnie w stopniu równie wielkim jak 
współczesno

ść

 człowieka. Tematowi temu ch

ę

tnie po

ś

wi

ę

ciłbym 

cał

ą

 uwag

ę

: skoro jeszcze nie mogłem porusza

ć

 si

ę

 w 

przestrzeni, gotów byłem rozpocz

ąć

 dług

ą

 podró

Ŝ

 w czasie. Na 

lekcjach historii spodziewałem si

ę

 usłysze

ć

 co

ś

 bli

Ŝ

szego o 

codziennych sprawach przodków, je

Ŝ

eli mo

Ŝ

na to było 

powiedzie

ć

 na podstawie pisemnych przekazów i wykopalisk 

archeologicznych. Obraz ruin ogl

ą

dany na fotografii 

przywoływał my

ś

l o zagadce przemijaj

ą

cych pokole

ń

. A wła

ś

nie 

najwi

ę

kszym ze wszystkich sekretów 

ś

wiata była tajemnica 

czasu.  
   Moje nadzieje zwi

ą

zane z nauk

ą

 nowego przedmiotu szybko 

si

ę

 rozwiały. Chocia

Ŝ

 po zaocznych kursach dokształcaj

ą

cych 

kierownik szkoły uzyskał tytuł magistra historii, ulubionym 
jego tematem pozostał czas tera

ź

niejszy, a w nim - oceny ze 

sprawowania. Wi

ę

ksz

ą

 cz

ęść

 ka

Ŝ

dej lekcji po

ś

wi

ę

cał aktualnym 

problemom wychowawczym.  Wy

Ŝ

sze studia nie podniosły 

efektywno

ś

ci jego działania, bowiem to, co kiedy

ś

 załatwiał 

szybko - kilkoma ciosami sznura od 

Ŝ

elazka, teraz rozci

ą

gało 

si

ę

 nieporadnie, jak prasowana wałkiem do ciasta kleista 

masa, której usiłował nada

ć

 kształt kazania o prawidłowej 

background image

postawie ucznia.  
   Zegarynka jego miarowych okresów zdaniowych miała na 
obwodzie ta

ś

my dwa cykliczne zł

ą

cza. Pierwszym był znak 

zapytania: "Ile razy mo

Ŝ

na to powtarza

ć

?", a drugim - 

wykrzyknik: "Ty si

ę

 jeszcze doigrasz!" Dopiero na kwadrans 

przed dzwonkiem przypominał sobie nagle o swoim dyplomie i 
sypał datami potyczek zbrojnych oraz liczbami poległych, tak 
po jednej, jak i po drugiej stronie, 

Ŝą

daj

ą

c, aby mu te 

numery (bo daty te

Ŝ

 były numerami) recytowa

ć

 potem z pami

ę

ci 

jak wiersze. Człowiek ten nazywał siebie humanist

ą

.

   Na lekcjach geografii, prowadzonych przez młod

ą

 

absolwentk

ę

 liceum, równie

Ŝ

 nic - poza tasiemcowymi ci

ą

gami 

liczb - nie mo

Ŝ

na było usłysze

ć

. Nauczycielka wymawiała je 

pedantycznie, z in

Ŝ

ynieryjn

ą

 precyzj

ą

. Oznaczały one 

pogrzebane w leksykonach lub zmiecione do encyklopedii takie 
wielko

ś

ci, jak pola powierzchni krajów i długo

ś

ci ich 

granic, wysoko

ś

ci szczytów, zliczenia dopływów rzek i ich 

miary od 

ź

ródeł do uj

ś

cia, kilometry produkowanych tkanin 

oraz zasoby naturalne w tonach przesypanego w

ę

gla, przelanej 

ropy naftowej i wytopionej stali... Nie było w jej wykładach 
nic prócz beznadziejnych szeregów liczb odpowiadaj

ą

cych na 

pytania: ile, czego, gdzie i kiedy - pytania z pewno

ś

ci

ą

 

istotne. Ale dla kogo i w jakiej chwili?
   Licealistka numerami tymi operowała do

ść

 sprawnie, dopóki 

powtarzała je nocami przed poprawkowym egzaminem 
dojrzało

ś

ci, który zdała w mie

ś

cie dopiero na jesieni. 

Rozpoczynaj

ą

c prac

ę

 na wsi, pami

ę

tała je jeszcze i biczowała 

nimi dzieci, jakby si

ę

 na nich m

ś

ciła za swoje zesłanie. 

Jednak ju

Ŝ

 po dwóch tygodniach - i ten tylko fakt przemawiał 

na jej korzy

ść

 - wszystkie te tony i kilometry, sumy, 

megawaty i daty pomieszały si

ę

 jej ostatecznie w głowie, 

wi

ę

c aby uczciwie wymierza

ć

 oceny, przed ka

Ŝ

dym pytaniem 

zerkała do szuflady - do ksi

ąŜ

ki tam otwartej.

   Coraz bardziej traciłem zainteresowanie wszystkim, co 
dotyczyło nauki w szkole. Pod naciskiem opinii - jawnie 
głoszonych przez nauczycieli - stopniowo oswajałem si

ę

 z 

ocen

ą

Ŝ

e jestem najgorszym uczniem w klasie. Przestałem 

odrabia

ć

 domowe zadania, nie słuchałem wykładów, pogr

ąŜ

ony w 

my

ś

lach nad swoimi sprawami czekałem niecierpliwie ko

ń

ca 

ka

Ŝ

dej lekcji.

   Miałem przy tym 

ś

wiadomo

ść

 trwania w nierealnym 

absurdzie, bowiem nauka, któr

ą

 w swej wizji uto

Ŝ

samiałem z 

triumfem ludzkiego rozumienia nad wiedz

ą

 kieszonkowych 

kalkulatorów, sprowadzona tu została do obowi

ą

zku 

przechowywania w pami

ę

ci ponumerowanych serii liczebników 

głównych albo porz

ą

dkowych, co kłóciło si

ę

 z moim odczuciem 

godno

ś

ci człowieka. Takie jej pojmowanie nie mogło mie

ć

 nic 

wspólnego z prawdziwym obliczem 

ś

wiata. Kto

ś

, kto po 

genialnej analizie wszystkich form i tre

ś

ci zdołałby 

udowodni

ć

Ŝ

e wszystko jest liczb

ą

, wskazałby zarazem, co z 

ogromu faktów musi zapami

ę

ta

ć

, by w razie potrzeby dotrze

ć

 

do ka

Ŝ

dego z nich: wła

ś

nie to twierdzenie, a nie wszystkie 

fakty!
   Chocia

Ŝ

 ka

Ŝ

da nauczycielka, my

ś

l

ą

c o mnie, kojarzyła mój 

przypadek z klasycznym przykładem oligofrenii i nie miała 
tylko pewno

ś

ci, jak gł

ę

boko si

ę

ga mój umysłowy niedorozwój 

(wszak na zaszczytnym szczeblu mi

ę

dzy wzorowym debilem a 

ostatnim idiot

ą

 szczerzył z

ę

by imbecyl, jako fotogeniczny 

przypadek po

ś

redni) - wszystkie w alarmuj

ą

cych notach 

kierowanych pod adresem pani Rozent swobodnie operowały 
wytartym frazesem "jest zdolny, ale leniwy", czego wymagały 
od nich opracowane przez kuratorium "Nowe wskazówki 
metodyczne".

background image

   Powie

ś

ci po

Ŝ

yczane od Hansa albo kupowane we wsi 

przynosiły mi jedyn

ą

 pociech

ę

 w okresie, gdy szkoła 

pot

ę

piała mnie za rzekomy upór w niech

ę

ci do nauki. W

ś

ród 

ksi

ąŜ

ek unikałem tytułów instrumentalnych, które w roli 

nieskazitelnych cegieł całymi latami ambitnie dekorowały 
półki szkolnej biblioteki czy kiosku. Szybko zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

wyniosłe noty w rodzaju "dzieło warto

ś

ciowe" lub "cenna 

pozycja" maj

ą

 charakter wzgl

ę

dny i wcale nie bior

ą

 pod uwag

ę

 

wieku czytelnika. Dla kilkunastoletniego chłopca walor 
"cennych pozycji" mogły mie

ć

 tylko ksi

ąŜ

ki ciekawe.

   Czytałem je w czasie przeznaczonym na odrabianie domowych 
zada

ń

, tote

Ŝ

 kiedy pani Rozent (zobowi

ą

zana do kontroli) 

czujnie zagl

ą

dała mi przez rami

ę

, aby nie sprawia

ć

 jej 

przykro

ś

ci, musiałem maskowa

ć

 swe lektury zeszytem z 

rachunkami albo 

ć

wiczeniami z ortografii. W takich chwilach 

gospodyni kładła dło

ń

 na mojej głowie i czule gładziła mi 

włosy.
   - Ucz si

ę

, kochany, ucz - powtarzała z przekonaniem, 

Ŝ

wychowanek uporem potrafi pokona

ć

 wrodzony brak zdolno

ś

ci. - 

Jeste

ś

 ju

Ŝ

 du

Ŝ

ym chłopcem, wi

ę

c pewnie rozumiesz, czym 

byłby

ś

 bez 

ś

wiadectwa uko

ń

czenia szkoły.  Mo

Ŝ

e cenzura 

niewiele 

ś

wiadczy o warto

ś

ci człowieka, ale bez tego 

papierka dla ludzi nic nie b

ę

dziesz znaczył w 

Ŝ

yciu.  

   Mówiła to cz

ę

sto, a tymczasem 

Ŝ

ycie obracało si

ę

 w 

kieracie kolejnych pór roku. Niekiedy codzienny porz

ą

dek 

zaj

ęć

 zakłócało jakie

ś

 niezwykłe wydarzenie. Jednym z nich 

była wizyta lekarza, zapowiedziana wcze

ś

niej na połow

ę

 

stycznia.
   Po wyznaczeniu terminu odwiedzin przez dwa tygodnie 
gospodarz kl

ą

ł 

Ŝ

on

ę

 za ten beznadziejnie głupi pomysł. Ale 

ju

Ŝ

 gdzie

ś

 w okolicy Bo

Ŝ

ego Narodzenia musiał widocznie 

pogodzi

ć

 si

ę

 z nieszcz

ęś

ciem, bo po Nowym Roku powoli zacz

ą

ł 

my

ś

le

ć

 o przygotowaniach. Traktował je bardzo powa

Ŝ

nie, 

tote

Ŝ

 wczesnym rankiem dnia pi

ę

tnastego stycznia nogi - przy 

ś

wiadkach - zostały umyte i wszystko odbyłoby si

ę

 zgodnie z 

harmonogramem, gdyby całego planu nie zawalił skandaliczny 
wprost brak punktualno

ś

ci doktora. Bo lekarz przybył dopiero 

w maju, kiedy o zapowiedzianej wizycie wszyscy ju

Ŝ

 dawno 

zapomnieli i kiedy styczniow

ą

 

ś

wie

Ŝ

o

ść

 nóg pana Rozenta 

nawet ła

ń

cuchowy pies - z miejsca w swej budzie - łatwo mógł 

zakwestionowa

ć

.

   Badanie nóg, które bez spodni wygl

ą

dały jak wygłodzone 

patyki, te

Ŝ

 nie wypadło po my

ś

li chorego. Lekarz przez dobry 

kwadrans mruczał naukowo o ciekawym (bo wiejskim) przypadku 
telewizyjnej choroby, przy czym łamał sobie głow

ę

, jak by to 

biedakowi najdelikatniej powiedzie

ć

.

   - Wiecie, gospodarzu, dlaczego regulamin wi

ę

zienny zmusza 

pensjonariuszy zamkni

ę

tych zakładów karnych do codziennej 

przechadzki? - spytał. I zanim gospodrz zd

ąŜ

ył zebra

ć

 my

ś

li, 

czy za brudne nogi nie grozi mu areszt, wyja

ś

nił: - Bo bez 

obowi

ą

zkowych spacerów wszyscy wyje

Ŝ

d

Ŝ

aliby na wolno

ść

 w 

inwalidzkich wózkach.
   Do karty zdrowia pacjenta trzeba było wpisa

ć

 dat

ę

 

urodzenia, wi

ę

c lekarz musiał zapyta

ć

 o ten drobny szczegół. 

Dat

ę

 swego urodzenia pan Rozent rozci

ą

gn

ą

ł do płaczliwej 

skargi trwaj

ą

cej kolejny kwadrans. Miał trzydzie

ś

ci osiem 

lat, co wynikało z liczby jego spazmatycznych j

ę

ków.

   Po wysłuchaniu ostatniego z nich lekarz zaproponował 
kuracj

ę

 na 

ś

wie

Ŝ

ym powietrzu:

   - Nawet w tak podeszłym wieku półgodzinny spacer dookoła 
stodoły nikomu nie powinien zaszkodzi

ć

.

   Na my

ś

l o terapii wysiłkiem fizycznym pan Rozent 

odpowiedział grymasem nieopisanego bólu, a po wyj

ś

ciu 

background image

doktora podniósł głos na 

Ŝ

on

ę

 i ostrzegł, 

Ŝ

eby mu wi

ę

cej do 

domu nie sprowadzała takich konowałów. Poniewa

Ŝ

 nikt nie 

ś

miał odezwa

ć

 si

ę

 ani jednym słowem, reszt

ę

 wieczoru 

sp

ę

dził na ostrej wymianie zda

ń

 z telewizyjnym spikerem, 

który czytał dziennik.
   Pani Rozent, czyli Julianna, bo tak miała na imi

ę

, była 

córk

ą

, jak si

ę

 okazało, do

ść

 bogatego gospodarza. Wie

ść

 o tym, 

Ŝ

e ojciec Julianny był człowiekiem zamo

Ŝ

nym, nie wiadomo 

jakimi drogami w ci

ą

gu miesi

ą

ca rozeszła si

ę

 po okolicy. 

Pewnie rozgłosił j

ą

 handlarz, któremu Julianna sprzedała 

niewielk

ą

 cz

ęść

 złotego złomu, jaki dostała w spadku po 

ojcu. W tym czasie pan Rozent zło

Ŝ

ył jej kilka energicznych 

wizyt, a po zawarciu mał

Ŝ

e

ń

skiego zwi

ą

zku sprowadził si

ę

 do 

jej domu razem z takimi ruchomo

ś

ciami, jak szczoteczka do 

z

ę

bów, zapasowa koszula i druga para skarpetek - które 

przeniósł ze swej starej ubikacji.
   Prac

ę

 na roli rozpocz

ą

ł od sprzeda

Ŝ

y reszty złotego złomu 

i od zakupu telewizora. Zanim na stałe zasiadł przed 
ekranem, raz jeszcze si

ę

gn

ą

ł do złomu, by zapłaci

ć

 cie

ś

lom 

za zbudowanie nowej stodoły. Tu

Ŝ

 przy jej 

ś

cianie (z kilku 

desek porzuconych na podwórku) zmontował bud

ę

 dla Reksa. 

Bud

ę

 - przy gotowej ju

Ŝ

 stodole - wzniósł własnymi r

ę

kami, 

co przed Tomaszem dawało mu podstaw

ę

 do 

ś

miałego 

twierdzenia, 

Ŝ

e swoje słynne nogi nadwer

ęŜ

ył podczas 

d

ź

wigania belek do tamtej zasadniczej inwestycji.

   Pan Rozent był człowiekiem wykształconym, za czym 
przemawiał bardzo wa

Ŝ

ny dokument pa

ń

stwowy, ale niewiele 

szcz

ęś

cia czerpał z tego faktu. Raz do roku - na imieninach 

- aby umo

Ŝ

liwi

ć

 go

ś

ciom studia nad swym 

ś

wiadectwem 

uko

ń

czenia szkoły podstawowej, kładł je dyskretnie na 

kraw

ę

dzi barku, którego centralne miejsce dekorował 

butelkami z alkoholem. Dzi

ę

ki takiej aran

Ŝ

acji przestrzeni, nie 

sposób było napi

ć

 si

ę

 czego

ś

 bez zauwa

Ŝ

enia dokumentu. Nawet 

do

ść

 sprytnie zostało to przemy

ś

lane. Niestety, s

ą

siedzi 

zgromadzeni na imieninach - kiedy alkohol mocniej uderzał im 
do głowy - woleli analizowa

ć

 zeszłoroczne plony z hektara 

albo aktualny stan pogłowia trzody chlewnej ni

Ŝ

 stopnie na 

po

Ŝ

ółkłej cenzurze pijanego solenizanta. Widocznie sprawa 

nie docenionego dyplomu ostrym kolcem tkwiła w jego 
pod

ś

wiadomo

ś

ci, bowiem co roku zaledwie przez dwie lub trzy 

godziny wytrzymywał to ich wesołe gadanie o nawozach 
sztucznych. Potem zmieniał si

ę

 na twarzy jak upiór i 

wyrzucał wszystkich za drzwi okrzykiem: "Won! Przyszli

ś

cie 

tu tylko po to, aby si

ę

 naje

ść

!"

   Poniewa

Ŝ

 go

ś

ci interesowała wył

ą

cznie wódka, oskar

Ŝ

enie 

brzmiało tak absurdalnie, 

Ŝ

e na beznadziejnie chorego 

prawie nikt si

ę

 nie obra

Ŝ

ał.

   9 Od szeregu lat kr

ąŜ

yły po wsi plotki, 

Ŝ

e "sprawa 

urz

ę

dowa", w jakiej pan Consman tak cz

ę

sto opuszczał swe 

lekcje historii, to jedna z córek wójta - dziewczyna 
wyró

Ŝ

niaj

ą

ca si

ę

 urod

ą

. Przy takim nastawieniu opinii 

publicznej wiadomo

ść

 prostuj

ą

ca tamte domysły musiała wi

ę

bardzo wszystkich zaskoczy

ć

: po latach pró

Ŝ

nego kołatania do 

bram władz gminy kierownik uzyskał wreszcie fundusz na 
budow

ę

 nowej szkoły.

   Wzniesiono j

ą

 według planu opracowanego przez wybitnych 

architektów w porozumieniu z badaczami miejscowego folkloru. 
Ich zdanie te

Ŝ

 trzeba było wzi

ąć

 pod uwag

ę

, gdy

Ŝ

 regionalna 

poetka w swej starej pie

ś

ni o przyszłej szkole ju

Ŝ

 dawno 

sprecyzowała jej wygl

ą

d słowami: "Ma by

ć

 czysta i jasna, a w 

takiej ja was uczy

ć

 ka

Ŝę

!" To szczere marzenie poetki 

dopiero po latach mogło by

ć

 zrealizowane. I tak - w nowej 

background image

szkole - na wszystkich oknach działały automatyczne 

Ŝ

aluzje, 

a w pomieszczeniach - klimatyzacja, sprawnie reguluj

ą

ca 

wilgotno

ść

 powietrza i jego temperatur

ę

. Podłogi l

ś

niły 

blaskiem polerowanego lustra, boczne 

ś

ciany budynku pokryto 

marmurowymi płytami, natomiast fasad

ę

 zdobiła olbrzymia 

mozaika wykonana przez słynnego projektanta monumentów. W 
zamy

ś

le twórczym autora mozaika miała przedstawia

ć

 dzieło 

oryginalne: wzorowo zorganizowan

ą

 grup

ę

 dzieci rado

ś

nie 

krocz

ą

cych do szkoły. Niestety, plastyk codziennie 

przyje

Ŝ

d

Ŝ

ał do szkoły zaraz po zej

ś

ciu z drabiny ustawionej 

przed elewacj

ą

 bramy do wiejskiego cmentarza, gdzie 

wykonywał równie

Ŝ

 inne zamówienie. Tote

Ŝ

  Rada Pedagogiczna - 

rozumiej

ą

c duchow

ą

 rozterk

ę

 artysty, która groziła 

rozdwojeniem ja

ź

ni - darowała mu brak optymizmu w kolorach 

zrealizowanej wizji oraz wisielczy determinizm w u

ś

miechach 

dzieci, tak rado

ś

nie zorganizowanych na frontowej 

ś

cianie 

szkoły, jakby szły za pogrzebowym karawanem.  
   Kosztown

ą

 inwestycj

ę

 zako

ń

czono podczas wakacji, dzi

ę

ki 

czemu ju

Ŝ

 we wrze

ś

niu nauka mogła rozpocz

ąć

 si

ę

 w 

doskonałych warunkach. Przedtem wzorcowy obiekt zwiedziło 
kilkana

ś

cie wycieczek, a w

ś

ród nich grupa znanych 

osobisto

ś

ci, zaproszona na uroczyste otwarcie. Nowoczesny 

wygl

ą

d sal wykładowych oraz bogate wyposa

Ŝ

enie pracowni 

budziły powszechny podziw.
   Bo nowa szkoła w niczym nie przypominała starej: "tamta 
była ruin

ą

, przegniłym reliktem minionej epoki, ta za

ś

 - 

ś

miałym spojrzeniem w oczy przyszło

ś

ci". Chyba wła

ś

nie te 

słowa, wpisane przez kogo

ś

 do ksi

ę

gi pami

ą

tkowej, 

najtrafniej oddawały nastrój przełomowego dnia w 

Ŝ

yciu 

wioski.
   Wn

ę

trze nowej placówki o

ś

wiatowej zainteresowało nawet 

kilku najstarszych rolników. Wchodziło si

ę

 do niej przez 

szatni

ę

, dyskretnie ukryt

ą

 w podziemiu, sk

ą

d - po zało

Ŝ

eniu 

muzealnych kapci - mo

Ŝ

na było wjecha

ć

 wind

ą

 na oszklony 

parter lub dwie pozostałe kondygnacje. Do tego czasu nie 
zbudowano we wsi 

Ŝ

adnej chałupy murowanej, wi

ę

c chłopom (na 

my

ś

l o podatkach) zakr

ę

ciło si

ę

 w głowach, gdy w ramach 

pierwszej wycieczki ogl

ą

dali te wszystkie projekcyjne sale, 

tablice 

ś

wietlne i obrotowe, magnetowidy, fony, gabinety i 

kabiny.
   Zmian

ę

 miejsca i stylu pracy zarówno młodzie

Ŝ

, jak i 

pedagodzy prze

Ŝ

yli bez wstrz

ą

su. Tylko przez 

pierwszych kilka dni uczniowie mieli wypieki na twarzach, a 
nauczycielom dr

Ŝ

ały głosy i r

ę

ce. Potem wykłady o zawrotnych 

sumach darowanych przez władze "na ten cel szlachetny" 
(akcentowane okrzykami "nie ruszaj!" lub "ostro

Ŝ

nie") 

ustabilizowały si

ę

 w płaszczy

ź

nie długiego cyklu prac 

klasowych o zbiorowej wdzi

ę

czno

ś

ci.

   Do nowego budynku wszedłem z baga

Ŝ

em czterech dwójek na 

ostatnim 

ś

wiadectwie (co zmuszało mnie do powtórzenia kursu 

czwartej klasy) i z ci

ęŜ

arem tych samych ocen 

niedostatecznych pozostałem w szkole do ko

ń

ca nast

ę

pnego 

roku. Nie pomogła mi klimatyzacja ani spełnienie proroczego 
snu poetki o blasku bij

ą

cym od podłóg, bowiem w nowej szkole 

od podstaw zreformowano wszystko, z wyj

ą

tkiem tego, co 

zdaniem uczonych profesorów powinno stanowi

ć

 tre

ść

 szkolnego 

przekazu i co według nich w praktyce zniesione by

ć

 nie mo

Ŝ

e, 

to znaczy z wyj

ą

tkiem przymusu pami

ę

tania setek tysi

ę

cy 

numerów (dawniej wbijanych do głowy rozkazem: "przepisz to 
sto razy!", a teraz sto razy wy

ś

wietlanych na ekranie), 

numerów wielocyfrowych lub wieloliterowych, które w mojej 
pami

ę

ci - tak czy inaczej - z reguły nie pozostawały do 

nast

ę

pnej lekcji.

background image

   Nie miałem kompleksu ni

Ŝ

szo

ś

ci, martwiła mnie tylko 

mroczna perspektywa powtarzania ka

Ŝ

dej klasy. Oczywi

ś

cie, 

gdyby mi bardzo na tym zale

Ŝ

ało, zapami

ę

tałbym szereg 

kilkunastocyfrowych numerów. Lecz wtedy musiałbym nosi

ć

 je w 

pami

ę

ci nie wiadomo ile lat - mo

Ŝ

e nawet do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia, 

oboj

ę

tne, czy zawierałyby istotn

ą

 tre

ść

, czy jakie

ś

 brednie, 

a ju

Ŝ

 wówczas zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy numer, wbity przemoc

ą

 do 

głowy, tłumi jasno

ść

 

ś

wiadomo

ś

ci i - co za tym idzie - 

ogranicza wyobra

ź

ni

ę

. Nadal wi

ę

c popełniałem karygodne 

ę

dy: rachunkowe - w zliczeniach kwot przelanych "na ten 

cel szlachetny" - i ortograficzne: w hymnach pochwalnych na 
cze

ść

 wspaniałomy

ś

lno

ś

ci władz.

   Zdarzyło mi si

ę

 wprawdzie raz na lekcji geometrii, 

Ŝ

zadziwiłem wszystkich własnym dowodem znanego twierdzenia, 
innym za

ś

 razem wizytator, któremu pani Ewelbuch po jakiej

ś

 

klasówce dla rozrywki pokazała moj

ą

 prac

ę

, zamiast rykn

ąć

 

ś

miechem na widok kolekcji osobliwych byków zwrócił jej 

uwag

ę

 na logiczn

ą

 interpunkcj

ę

 i oryginalny styl chłopca - 

ale któ

Ŝ

 by tam zaraz dostrzegał niepowszechni talent po 

samodzielnym dowodzie twierdzenia lub po zgrabnym u

Ŝ

yciu 

pauzy czy przecinka.
   Sprawa była jasna: 

ś

mierdz

ą

cy le

ń

 albo niepospolity 

matoł. Zimowe ferie sp

ę

dziłem na pisaniu wierszy. 

Postanowiłem zmierzy

ć

 swe młode siły z dojrzałym talentem 

regionalnej poetki, patronki nowej szkoły, której od 
czterech miesi

ę

cy zawdzi

ę

czałem tak wiele czystego 

ś

wiatła. 

Utwory swe pisałem w tajemnicy przed dorosłymi. Jeden z 
moich wierszy wychwalał ciepło domowego ogniska:
   Cud stał si

ę

 w zagrodzie pewnego wieczora

   Gospodarz przemówił do telewizora
   Rozkazywał gro

ź

nie przez półtora roku

   Ale telewizor nie dał ani kroku
   Wi

ę

c huczał na niego przez sze

ść

 lat bez mała

   A

Ŝ

 w biednej maszynie lampa si

ę

 przegrzała.

   W kunsztownych rymach tej strofy pogrzebałem cztery bł

ę

dy 

ortograficzne. Mimo wszystko nie doszłoby jednak do 

Ŝ

adnej 

tragedii, gdyby utwór nie wpadł w r

ę

ce pana Rozenta, który - 

zaintrygowany podejrzanymi chichotami dobiegaj

ą

cymi z 

miejsca pracy twórczej - nie przerywaj

ą

c sobie ci

ą

gu ostrych 

replik, kierowanych pod adresem spikera, opu

ś

cił podst

ę

pnie 

swe stałe stanowisko operacyjne, podszedł na palcach do mnie 
i sprytnie zajrzał mi przez rami

ę

.

   Zaraz po dzienniku południowym gospodarz uniósł głos na 

Ŝ

on

ę

 i spienił si

ę

 pytaj

ą

c, jak długo jeszcze w swoim domu 

b

ę

dzie musiał karmi

ć

 i tolerowa

ć

 tego kretyna. Na to 

otworzyłem drzwi do pokoju i zauwa

Ŝ

yłem krn

ą

brnie, 

Ŝ

przecie

Ŝ

 rz

ą

d płaci za moje utrzymanie, wi

ę

c tylko jemu oraz 

pani gospodyni, a nie panu Rozentowi, zawdzi

ę

czam swoje 

utrzymanie.
   Czego

ś

 podobnego w domu tym jeszcze nigdy nie słyszały 

ś

ciany! Nast

ę

pnego dnia gospodarz dał listonoszowi pismo do 

pana Consmana. Postulował w nim, aby jego wychowanek został 
przeniesiony do zakładu specjalnego dla dzieci umysłowo 
upo

ś

ledzonych. Wniosek swój uzasadnił brakiem nadziei na 

jakikolwiek post

ę

p w nauce oraz niebezpiecznymi wypaczeniami 

w moim charakterze, który bezczelnie odszczekuje swojemu 
opiekunowi przy ka

Ŝ

dej próbie sprowadzenia go na dobr

ą

 

drog

ę

.

   List zawierał subteln

ą

 aluzj

ę

 do głosu wydawanego przez 

Reksa. To delikatne słowo przyszło panu Rozentowi do głowy, 
gdy rano u

ś

wiadomił sobie, ile czasu zmarnował w tej dziurze 

na obszczekiwaniu telewizora. Faktycznie: sze

ść

 lat bez 

mała! Do lampy kineskopowej miał 

Ŝ

al głównie o to, 

Ŝ

ś

wiat 

background image

urz

ą

dzony jest niesprawiedliwie. Nic nie dawał mu za darmo, 

a przecie

Ŝ

 pan Rozent urodził si

ę

 - istniał! Miał dowód 

osobisty i przewód pokarmowy. Raczył pojawi

ć

 si

ę

 na Ziemi i 

od wielu lat siedział na niej z zało

Ŝ

onymi r

ę

kami. W takiej 

pozycji łatwiej mu było obserwowa

ć

 działalno

ść

 Ludzi i 

pot

ę

pia

ć

 ich za dochody - niesprawiedliwe jego zdaniem. Bo 

ile razy próbował zaj

ąć

 si

ę

 czymkolwiek, zaraz psuł wszystko 

dookoła siebie albo innym przeszkadzał w pracy do tego 
stopnia, 

Ŝ

e błogosławili go, kiedy prosił o zwolnienie. 

Siedział zatem uczciwie i cierpliwie czekał. Ale ile mo

Ŝ

na 

czeka

ć

 na co

ś

, co ka

Ŝ

demu si

ę

 nale

Ŝ

y?

   Przedtem wegetował w mie

ś

cie, gdzie nie dali mu samochodu 

ani nawet własnego mieszkania. Zdobył je dopiero tutaj, a i 
to trafiło mu si

ę

 cudem, jak 

ś

lepemu kogutowi kura. W 

trzydziestym dziewi

ą

tym roku 

Ŝ

ycia dorobił si

ę

 zaledwie 

trzech niewolników, którzy teraz na niego pracowali. Wi

ę

ilu brakowało do dziesi

ę

ciu i gdzie tu była sprawiedliwo

ść

Innym powodziło si

ę

 lepiej. Z faktem tym nigdy nie mógł si

ę

 

pogodzi

ć

. Dlatego nosił w sobie poczucie wielkiej krzywdy i 

codziennie pluł na telewizor. Ta intymna profanacja 
sprawiała mu przyjemno

ść

 z dwóch co najmniej powodów: 

napierw miał złudzenie nieograniczonej władzy, a nast

ę

pnie - 

uczucie pełnego bezpiecze

ń

stwa, gdy

Ŝ

 systematycznie 

zniewa

Ŝ

any ekran w 

Ŝ

aden sposób nie mógł go obrazi

ć

.

                              *
   Wkrótce po zako

ń

czeniu zimowych ferii zostałem wezwany do 

eleganckiego gabinetu pana Consmana. Dowiedziałem si

ę

 tam, 

Ŝ

e z jednej strony regulamin nie przewiduje mo

Ŝ

liwo

ś

ci 

trzykrotnego powtarzania ka

Ŝ

dej klasy, za

ś

 z drugiej - dla 

młodzie

Ŝ

y nauka w szkole podstawowej jest obowi

ą

zkowa. W 

takiej sytuacji, kiedy pani Rozent opiek

ę

 nad niepełnoletnim 

uregulowała prawnie, jej legalny mał

Ŝ

onek mógł wysun

ąć

 

wniosek o skierowanie mnie do zakładu specjalnego. Kierownik 
szkoły - jako człowiek dobry i zarazem przekonany o mojej 
ułomno

ś

ci - nie zamierzał mnie straszy

ć

 widmem jakiej

ś

 kary. 

Równie

Ŝ

 w nowej szkole był wyrozumiały dla wszystkich 

matołków i jak dawniej nie cierpiał jedynie uczniów 
samodzielnych.
   Nie podejrzewał mnie o lenistwo ani o ukryte zdolno

ś

ci. 

Nale

Ŝ

ał do zwolenników teorii dziedziczno

ś

ci i uwa

Ŝ

ał, 

Ŝ

e mój 

niedorozwój umysłowy jest wrodzony. Poniewa

Ŝ

 sam nie był a

Ŝ

 

tak ograniczony, by wierzy

ć

 w warto

ść

 swego dyplomu, na 

powitanie pogładził mnie po głowie jak własnego syna. Miało 
to wymow

ę

 

Ŝ

yczliwego gestu znacz

ą

cego tyle, co pocieszaj

ą

ce 

słowa: "My, biedacy, jednakowo przez los pokrzywdzeni, zawsze 
powinni

ś

my sobie pomaga

ć

 w naszym wspólnym nieszcz

ęś

ciu. 

Ale nie zapominajmy przy tym o dziel

ą

cej nas przepa

ś

ci! Bo 

kto tu jest kierownikiem szkoły?"
   Bior

ą

c pod uwag

ę

 to zasadnicze pytanie oraz cechuj

ą

cy go 

tolerancyjny stosunek do osobników t

ę

pych, lecz karnych, pan 

Consman spróbował stworzy

ć

 w swym nowym gabinecie nastrój 

przeniesiony z domu, gdzie panuje miła atmosfera rodzinna. W 
celu wywołania tego efektu u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 najpierw i 

porozumiewawczo zmru

Ŝ

ył jedno oko. Nast

ę

pnie o

ś

wiadczył, 

Ŝ

zakład dla młodzie

Ŝ

y intelektualnie niedorozwini

ę

tej jest 

o

ś

rodkiem - w gruncie rzeczy - bardzo sympatycznym. Tam nie 

ma si

ę

 czego ba

ć

! - wykrzykn

ą

ł. Opowiadaj

ą

c, jak wyobra

Ŝ

sobie 

Ŝ

ycie i obyczaje panuj

ą

ce w przyszłym miejscu mojej 

nauki, skoncentrował si

ę

 zwłaszcza na opisie zachowania 

moich potencjalnych kolegów. Poniewa

Ŝ

 wci

ąŜ

 miał 

w

ą

tpliwo

ś

ci, czy słowa do

ść

 celnie oddaj

ą

 cał

ą

 przyjemno

ść

 

obcowania z nimi, jak amator na zawodowej scenie j

ą

ł 

na

ś

ladowa

ć

 ich ruchy i głosy. Aby zachowa

ć

 pełniejszy 

background image

realizm opisu, miny strojone przez nich zilustrowałby 
szeregiem bardziej wstrz

ą

saj

ą

cych grymasów, gdyby w dalszym 

wykrzywianiu twarzy nie przeszkodził mu wo

ź

ny, który 

(zaniepokojony jego strasznymi rykami) jak sanitariusz 
pogotowia ratunkowego wpadł bez pukania do gabinetu.
   Mnie, swego słuchacza i widza, pan Consman postawił na 
nogi dopiero po sformułowaniu optymistycznej diagnozy. 
Wynikało z niej, 

Ŝ

e mój poziom umysłowy jest - niestety - 

niezwykle niski, a w zwi

ą

zku z tym stan - bardzo krytyczny. 

Ale nie beznadziejny!
   Od tego czasu 

Ŝ

yłem w l

ę

ku mi

ę

dzy młotem szkoły a 

kowadłem domu. Z obu stron słyszałem solenne zapewnienia, 

Ŝ

e nie ma tu mowy o 

Ŝ

adnej pomyłce ani - tym bardziej - o 

represjach czy zem

ś

cie. Decyzj

ę

 o skierowaniu mnie do 

o

ś

rodka dla młodzie

Ŝ

y umysłowo upo

ś

ledzonej Rada 

Pedagogiczna podj

ę

ła po bardzo wnikliwej analizie sytuacji. 

Pojad

ę

 tam na pocz

ą

tku przyszłego roku szkolnego. 

Opiekunowie nie 

Ŝ

ycz

ą

 mi 

ź

le, lecz wprost przeciwnie - 

dobrze, przy czym kieruj

ą

 si

ę

 trosk

ą

 o moje staranne 

wykształcenie i nienaganne wychowanie. Przecie

Ŝ

 maj

ą

 

obowi

ą

zek my

ś

le

ć

 o przyszło

ś

ci swojego wychowanka. Mo

Ŝ

obecnie jeszcze nie rozumiem, dlaczego swym wychowawcom 
powinienem zaufa

ć

. Jednak po latach, kiedy dorosn

ę

, przyznam 

im racj

ę

 i z pewno

ś

ci

ą

 przyjd

ę

 do nich z kwiatami, aby za 

wszystko serdecznie podzi

ę

kowa

ć

.

   Tymczasem 

Ŝ

yłem w nieustannym l

ę

ku przed zapowiedzianym 

wyjazdem do drugiej szkoły. My

ś

lałem o niej jak o miejscu 

nowej, jeszcze bardziej wyszukanej ka

ź

ni. Gospodarz 

postraszył mnie profilaktycznie, 

Ŝ

e gdybym uciekł ze wsi, 

pr

ę

dzej czy pó

ź

niej zostan

ę

 gdzie

ś

 zatrzymany i do o

ś

rodka 

dla idiotów doprowadzony sił

ą

. Pan Rozent nie ukrywał swej 

pogardy dla mnie.  
   W tym okresie moja niech

ęć

 do szkoły przekroczyła granice 

nienawi

ś

ci. Przestałem równie

Ŝ

 czyta

ć

 ksi

ąŜ

ki. Kładłem si

ę

 

do łó

Ŝ

ka wcze

ś

nie, ale długo nie mogłem zasn

ąć

. W całym ciele 

czułem silny, niezwykle przy

ś

pieszony rytm serca. W ci

ą

gu 

dnia te

Ŝ

 nie czułem si

ę

 najlepiej: bywało, 

Ŝ

e bez 

Ŝ

adnego 

powodu dr

ę

twiała mi r

ę

ka lub noga. Nie widziałem wyj

ś

cia z 

tej sytuacji. Je

Ŝ

eli ludzie, którzy nazywali siebie 

inteligentnymi, potrafili wywoła

ć

 u mnie taki wstr

ę

t do 

nauki, to czego mogłem si

ę

 spodziewa

ć

 po wieloletnim 

przebywaniu w towarzystwie osobników bez w

ą

tpienia 

ograniczonych? Na podstawie dotychczasowych do

ś

wiadcze

ń

 

wyobra

Ŝ

ałem ju

Ŝ

 sobie, jakimi metodami rozwija si

ę

 tam 

upo

ś

ledzony intelekt. Wszelkie rzeczywiste poznanie wymaga 

niekłamanego zaanga

Ŝ

owania, które dopiero wtedy mo

Ŝ

prowadzi

ć

 do nieoszukanej prawdy, gdy powodem ka

Ŝ

dego 

wysiłku jest niepozorowana miło

ść

. Lecz czy to szczere 

uczucie kiedykolwiek wywołał kto

ś

 terrorem?

   W sierpniu pan Rozent wycofał swoje 

Ŝą

danie umieszczenia 

mnie w o

ś

rodku specjalnym. Wcale jednak nie kierował si

ę

 

lito

ś

ci

ą

: po długim namy

ś

le doszedł do prostego wniosku, 

Ŝ

gdyby mnie wypu

ś

cił z domu, straciłby nie tylko tani

ą

 sił

ę

 

robocz

ą

, ale i rz

ą

dow

ą

 dotacj

ę

 na moje utrzymanie. Formalnie 

zmian

ę

 decyzji wytłumaczył bardzo złym stanem swego zdrowia 

i nawałem pracy w gospodarstwie.
   Ja jednak miałem ju

Ŝ

 dosy

ć

. Zapas mojej cierpliwo

ś

ci 

wyczerpał si

ę

 ostatecznie. Miałem dosy

ć

: pana Rozenta, jego 

terroru i obelg, szkoły z jej drylem, tego, co nazywano tu 
cywilizacj

ą

. Ogarn

ę

ła mnie skrajna nienawi

ść

 do otoczenia.

   Jaka b

ę

dzie tutaj moja przyszło

ść

? W najlepszym przypadku 

b

ę

d

ę

 do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia parobkiem u pana Rozenta lub którego

ś

 z 

jego s

ą

siadów. Robotem, czym

ś

 w rodzaju domowego zwierz

ę

cia 

background image

przeznaczonego do ustawicznej monotonnej pracy - pracy bez 
ko

ń

ca. Pracy nudnej i ogłupiaj

ą

cej, nie daj

ą

cej 

Ŝ

adnej 

satysfakcji. Nie, nie mogłem si

ę

 na to zgodzi

ć

. Postanowiłem 

uciec i powróci

ć

 do Strefy Ska

Ŝ

onej. Chciałem jak dawniej 

i

ść

 z hord

ą

 wiecznie pustymi ulicami miasta, którego granice 

le

Ŝ

ały zawsze gdzie

ś

 w nieosi

ą

galnej dali. Patrze

ć

 tam 

daleko, gdzie stalowe niebo ł

ą

czy si

ę

 pozornie z betonow

ą

 

ziemi

ą

, na jasny pas bł

ę

kitu widzialny w prze

ś

witach mi

ę

dzy 

wie

Ŝ

owcami. Tak, b

ę

d

ę

 znowu dziki, ale b

ę

d

ę

 wolny. To, czego 

si

ę

 tu nauczyłem, przeka

Ŝę

 członkom mojej hordy, umiem ju

Ŝ

 

korzysta

ć

 z "dobrodziejstw" cywilizacji, nie b

ę

d

ę

 pił 

wody z muszli klozetowych i wiem, jak korzysta

ć

 z zaworów i 

innych urz

ą

dze

ń

, a czego jeszcze nie wiem, to si

ę

 domy

ś

l

ę

, bo 

wiem, 

Ŝ

e to wszystko, co tam jest, zostało zrobione przez 

ludzi i dla ludzi.
   Moje mi

ęś

nie i ko

ś

ci przystosowały si

ę

 do ci

ąŜ

enia 

grawitacyjnego na powierzchni Ziemi, tam w Strefie Ska

Ŝ

onej 

- b

ę

d

ę

 siłaczem. Za kilka lat, gdy dorosn

ę

, na pewno zostan

ę

 

wodzem hordy.
   Uciekłem pó

ź

nym wieczorem, gdy wszyscy zasn

ę

li. Ze 

skrytki pani Rozent, w szafie pod prze

ś

cieradłami, zabrałem 

na drog

ę

 kilka banknotów. Przez cał

ą

 noc szedłem do stacji 

kolejowej. O 

ś

wicie z wykupionym biletem siedziałem w 

wagonie poci

ą

gu jad

ą

cego do miasta.

   Konduktor sprawdzaj

ą

cy bilety spojrzał na mnie 

podejrzliwie.
   - Jedziesz chłopcze bez opieki? - spytał.
   - Tak - potwierdziłem. - Jad

ę

 do miasta do cioci, która 

b

ę

dzie czeka

ć

 na mnie na peronie, bo wie pan, mama 

zachorowała i nie mogła jecha

ć

 ze mn

ą

 - skłamałem gładko.

   Kiwn

ą

ł ze zrozumieniem głow

ą

 i wyszedł z przedziału.

   Po kilku godzinach jazdy wysiadłem z poci

ą

gu na peronie 

pierwszej podziemnej kondygnacji. Odszukałem szybkobie

Ŝ

n

ą

 

wind

ę

 i zjechałem na poziom szesnastej kondygnacji. Ni

Ŝ

ej 

zaczynała si

ę

 Strefa Ska

Ŝ

ona.

   Dwa dni zaj

ę

ło mi odtwarzanie w pami

ę

ci drogi do windy, 

któr

ą

 tu przyjechałem. Przecie

Ŝ

 w ko

ń

cu j

ą

 znalazłem.

   Gdy wreszcie stan

ą

łem w kabinie windy wpatrzony w rz

ę

dy 

przycisków, ogarn

ę

ła mnie rozpacz. Pod moimi stopami było 

trzy tysi

ą

ce kondygnacji. Znalezienie kondygnacji, na której 

Ŝ

yła moja horda było mo

Ŝ

liwo

ś

ci

ą

 znalezienia igły w stogu 

siana. Zamkn

ą

łem oczy i na 

ś

lepo przycisn

ą

łem cztery 

przyciski.
   Gdzie

ś

 si

ę

 zatrzyma - pomy

ś

lałem.

   Czekała mnie długa droga w nieznane, mogłem znale

źć

 inn

ą

 

hord

ę

, ale nie było 

Ŝ

adnej pewno

ś

ci, 

Ŝ

e j

ą

 znajd

ę

.

   Winda ruszyła - przy

ś

pieszała coraz bardziej. Byłem 

znowu wolny.
                                 Adam Wi

ś

niewski-Snerg

Notka do odc. 1.

                    ADAM WI

ś

NIEWSKI-SNERG

   Urodzony 1 stycznia 1937 roku w Płocku, zmarł tragicznie 
w Warszawie 24 sierpnia 1995; obchodzimy drug

ą

 rocznic

ę

 jego 

ś

mierci. Autor pami

ę

tnego "Robota" (1973), który burzył w 

swoim czasie autorskie hierarchie, a tak

Ŝ

e "Według łotra" 

(1978), "Nagiego celu" (1980), wreszcie "Arki" (1989). 
Pisarz nagradzany, tłumaczony, komentowany; a jednocze

ś

nie 

samotnik, rogata dusza, skłócony ze sob

ą

 i 

ś

wiatem 

maksymalista, którego ci

ęŜ

kie do

ś

wiadczenia dzieci

ń

stwa i 

trudny charakter skazywały na nieustanne rozczarowania. 
Fizyk-amator, filozofuj

ą

cy pisarz egzystencjalny spod znaku 

background image

Kafki, opowiadał stale wła

ś

ciwie t

ę

 sam

ą

 histori

ę

 o 

jednostce badaj

ą

cej w skupieniu i trwodze natur

ę

 i granice 

absurdalnego 

ś

wiata, w który rzucił j

ą

 los.  Podobnie jak 

dla Dicka (jak dla najlepszych), rekwizytornia dekoracji, 
chwytów, tematów i postaci SF (Obcy, robot, dylematy: 
naturalne-sztuczne, zaprogramowane-wybrane) była mu nie 
celem, lecz metod

ą

 do wyrzucenia z siebie dychawych 

problemów i nadania im artystycznego kształtu. Dlatego jego 
barwne i wyszukane opowie

ś

ci s

ą

 na pierwszy rzut oka 

nierozpoznawalne jako obsesyjne nawi

ą

zania do tego samego. A 

jednak znawca odnajdzie bez w

ą

tpienia w prezentowanym dzi

ś

 

"Dzikusie" temat i ton wspólny z całym Snergowym dziełem.  
Poniewa

Ŝ

 drukujemy rzecz w dwu cz

ęś

ciach - obszerniej o tej 

noweli za miesi

ą

c.  

   W "Fantastyce", pomijaj

ą

c wywiad Parowskiego ("Karcer i 

niebo wcielenia", "F" 6/87) nie drukowali

ś

my Snerga ani 

razu, w "NF" - niewiele; za 

Ŝ

ycia: "Rozdwojenie" ("NF" 

6/95). Po

ś

miertnie: trzy miniatury "Pery Eks obraca si

ę

 

w

ś

ród ludzi delikatnych (i oczytanych)", "Rozmach i energia 

Perego Eksa" oraz "Tramwajada" ("NF" 4/ /96). Tam

Ŝ

e obszerny 

blok wspomnie

ń

 o Adamie (Krystyny Wawer-Dadmun, Edwarda 

J

ę

drzejewskiego, Janusza Cegieły i Jadwigi J

ę

drzejewskiej-

Ruff) oraz wywiad Oramusa z TS "Politechnik" z 1977 roku 
"Teoria wzgl

ę

dno

ś

ci 

Ŝ

ycia" i komentarz Snerga do teorii 

Nadistot. W"NF" 4/91 Snerg w sonda

Ŝ

u "SF pod koniec 

stulecia"; mówił bez entuzjazmu o rynkowej ewolucji gatunku; 
zrywał z fantastyk

ą

 a wybierał fizyk

ę

. Ale to nie sko

ń

czyło 

si

ę

 dobrze.  

                                                    (mp)

Notka do odc. 2.

   Nie zostawił du

Ŝ

ego nowelistycznego dorobku: "Anioł 

przemocy" w antologii "Wehikuł wyobra

ź

ni" (Wyd. Pozna

ń

skie 

1978), "Oaza" w zbiorze "Go

ść

 z gł

ę

bin" (Wyd. Czytelnik 

1979) - pierwsze opowiadanie było mroczne i dziwaczne, 
drugie wygl

ą

dało na wysilone. Uwa

Ŝ

ne, analityczne i 

obsesyjne badania dziwnych rzeczywisto

ś

ci, snucie 

pracowitych hipotez, zdzieranie powłok pozorów - lepiej 
wychodziło Snergowi w powie

ś

ciach. Dysponuj

ą

c wi

ę

ksz

ą

 liczb

ą

 

stron, łatwiej trafiał w ton wła

ś

ciwy; potrafił zmie

ś

ci

ć

 w 

dziele swoj

ą

 spraw

ę

 i skuteczniej uwodzi

ć

 czytelników.

   Tym wi

ę

ksza nasza rado

ść

, cho

ć

 szkoda, 

Ŝ

e Adam jej nie 

doczekał, z odnalezienia i mo

Ŝ

liwo

ś

ci przedstawienia Pa

ń

stwu 

nowej, nieznanej a udanej noweli Snerga. Ciekawej tak

Ŝ

dlatego, 

Ŝ

e znajdziemy tu akcenty, których przedtem w jego 

prozie programowo (po cz

ęś

ci wynikało to z programu cenzora) 

nie było. Jest to opowiadanie z gatunku SF - rekomenduje 
rzecz w li

ś

cie pan Stanisław Wi

ś

niewski, brat Adama, który 

opowiadanie odnalazł i przepisał z r

ę

kopisu - według mojego 

zdania pasuj

ą

ce do profilu "NF". Adam ulokował w drugiej 

jego cz

ęś

ci ładny kawałek własnego 

Ŝ

yciorysu.

   Tekst wyra

ź

nie dwudzielny, dziej

ą

cy si

ę

 w dwu 

ś

wiatach 

(dlatego, a tak

Ŝ

e ze wzgl

ę

dów metra

Ŝ

owych wydrukowali

ś

my go 

w dwu odcinkach), obsługuje dwie wielkie mitologie science 
fiction. Zderza tu Snerg technologiczn

ą

 cywilizacj

ę

 

przyszło

ś

ci z rozsypuj

ą

cym si

ę

 

ś

wiatem dark future - jedno 

nawi

ą

zuje do kosmicznych marze

ń

, drugie do politycznych i 

psychologicznych demaskacji fantastyki socjologicznej. Oba 
bieguny nowelowego 

ś

wiata ogl

ą

da Snerg z perspektywy 

DZIKUSA, człowieka znik

ą

d, za jakiego si

ę

 miał. Znajdujemy 

tu przejmuj

ą

c

ą

 prób

ę

 autoanalizy (gł

ę

bsz

ą

 ni

Ŝ

 w 

młodzie

ń

czych "Perry Eksach", "NF" 4/96); bohater Snerga chce 

background image

polubi

ć

 

ś

wiat i chce by

ć

 lubiany, ale mu nie wychodzi. Znana 

jest historia o niem

ą

drej polonistce, która przyblokowała 

Snerga na eksternistycznej maturze, pozbawiaj

ą

c mo

Ŝ

liwo

ś

ci 

studiowania - introspekcje "Dzikusa" pokazuj

ą

Ŝ

e spór 

Snerga ze szkoł

ą

, z praktyk

ą

 wdra

Ŝ

ania wiedzy (chodzi o 

wczesn

ą

 szkoł

ę

 PRL-owsk

ą

) był bardziej fundamentalny. 

Snergowy "Dzikus" 

ź

le czuje si

ę

 w swojej skórze i podobnie 

mówi o sformalizowanej wiedzy jak Kafkowski "Głodomór" o 
jedzeniu: Musz

ę

 głodowa

ć

, nie potrafi

ę

 inaczej (..) poniewa

Ŝ

 

nie mogłem znale

źć

 potrawy, która by mi smakowała. Gdybym j

ą

 

znalazł, wierz mi, nie starałbym si

ę

 o wywoływanie sensacji i 

najadłbym si

ę

 tak jak ty i inni. Odsłania te

Ŝ

 Snerg, czy 

mo

Ŝ

e bada, w "Dzikusie" ten rys własnej osobowo

ś

ci, o którym 

mowa we wspomnieniach przyjaciół: upór, maksymalizm, niech

ęć

 

do zamkni

ę

tych systemów, przekładanie wszystkiego na własn

ą

 

logik

ę

 stale od nowa. "Dzikus" tak jak powie

ś

ci Adama 

okazuje si

ę

 wi

ę

ś

wiadectwem do

ś

wiadcze

ń

 bogatych i ponurych 

- wewn

ę

trznych i zewn

ę

trznych. I cho

ć

 brzmi chwilami 

staro

ś

wiecko, to zarazem poruszaj

ą

co. Do nowoczesnej 

tematyki "szkolnej" w uj

ę

ciu Inglota, Dukaja, dopowiada 

Snerg nowe tony.
   UWAGA! - w wersji udost

ę

pnionej nam przez pana Stanisława 

opowiadanie nosi tytuł "HORDA". Ale 

Ŝ

e istnieje ju

Ŝ

 znacz

ą

cy 

tekst Piotra Górskiego pod tym tytułem ("NF" 11/92), a tak

Ŝ

dla autobiograficznej warstwy noweli Snerga, której "DZIKUS" 
zdecydowanie bardziej odpowiada, zdecydowałem si

ę

 na zmian

ę

My

ś

l

ę

Ŝ

e - podobnie jak brat Stanisław - i Adam, gdyby 

Ŝ

ył, 

dałby si

ę

 na to namówi

ć

.

                                                    (mp)