background image

Juan Ramon Jimenez 

 

Platero y yo (Srebrzynek i ja) 

 

Elegia andaluzyjska z okolic Mogueru 

 
SREBRZYNEK 
Srebrzynek jest nieduży, kosmaty i miękki; tak pulchniutki  
na zewnątrz, że zdaje się cały z waty, jak gdyby nie miał kości.  
Tylko błyszczące dżety jego oczu mają twardość chrabąszczy z czarnego kryształu. 
Kiedy puszczam go wolno, odchodzi na łąkę i ciepłym swoim pyskiem - muskając je 
zaledwie - pieści kwiatki niebieskie, różowe i żółte.  
Przyzywam go łagodnie: Srebrzynku? - i zbliża się do mnie 
 
ZAĆMIENIE 
Włożyliśmy odruchowo ręce do kieszeni i poczuliśmy na czole lekkie trzepotanie  
orzeźwiającego cienia, tak jak  
przy wejściu do gęstego lasu sosnowego. Kury biegły się schronić na osłoniętą  
grzędę, jedna po drugiej.  
Zewsząd pola i łąki spowiły zieleń w żałobę, jakby przyćmił je fiolet zasłony  
wielkiego ołtarza. Widać było  
dalekie białe morze i zaświeciło kilka bladawych gwiazd. Cóż za przeobrażenie  
białości tarasów! My,  
którzyśmy na nich stali, wykrzykiwaliśmy do siebie raz mniej, raz bardziej  
zabawne koncepty, mali, ciemni w  
tej ciszy tak przytłoczonej zaćmieniem. 
Oglądaliśmy słońce, przez co się tylko dało: przez teatralne lornetki, lunety,  
butelkę czy szkiełko zakopcone. I  
Zewsząd: z belwederku, z drabiny na dziedzińcu, z okna spichrza lub spoza kraty  
ogródka, przez jej szyby  
purpurowe i niebieskie... 
Swoim ukryciem się słońce, które przed chwilą czyniło wszystko dwa, trzy, sto  
razy większym i lepszym w  
zawiłości odbłysków światła oraz złota, pozostawiło wszystko — bez powolnego  
pośrednictwa zmierzchu —  
ubogim i sierocym, jakby zmieniało cenny kruszec, a potem srebro, na miedź.  
Było miasteczko niby grosz  
zaśniedziały, który wyszedł już dawno z obiegu; jakże smutne i małe ulice,  
place, wieża, drogi ku wzgórzom! 
Srebrzynek tam, na dziedzińcu, zdawał się osłem mniej rzeczywistym, odmiennym, z  
wycinanek; innym  
osłem... 
 
DRESZCZ 
Księżyc idzie wraz z nami, wielki, okrągły, czysty. Na uśpionych już łąkach  
czernieją niewyraźnie jakieś  
zbłąkane kozy między krzakami jeżyn... Ktoś się ukrywa chyłkiem, gdy  
przechodzimy... Ponad płotem ogromny  
migdałowiec, śnieżny od kwiecia i miesiąca, ze zwichrzonym białym obłokiem u  
wierzchołka, chroni skłutą  

background image

gwiazdami marcowymi drogę... Przenikliwy zapach pomarańczy... Wilgoć i cisza...  
Wąwóz wiedźm. 
- Srebrzynku, jak... z-zimno! 
Srebrzynek, może moim, a może własnym strachem zdjęty, kłusuje, wchodzi do  
strumienia, depce księżyc i  
tłucze go na kawałki. Cóż to za roje róż jasnych i szklistych wplątały się, by  
go wstrzymać, w jego kroki?... 
I podkurczywszy zad, jakby go chciano dosięgnąć, Srebrzynek truchtem pnie się po  
pochyłości, czując już miłe  
ciepło - które rzekłbyś, że nigdy nie nadejdzie - zbliżającego się miasteczka. 
 
WARIAT 
Wystrojony żałobnie, z nazareńską swą brodą i w małym czarnym kapeluszu,  
dziwacznie muszę wyglądać, jadąc  
tak wierzchem na miękkiej szarości Srębrzynka. 
Kiedy w drodze do winnic przecinam ostatnie ulice, białe od rozsłonecznionego  
wapna, gromada zatłuszczonych  
i kudłatych Cyganią-tek o ogorzałych, wzdętych brzuchach wystających spod  
zielonych, czerwonych i żółtych  
łachmanów rusza biegiem za nami, nawołując przeciągłe: 
- Wariaat! Wariaat! Wariaat! 
...Przede mną pola, już zielone. Naprzeciw niezmiernego i czystego nieba barwy  
rozżarzonego indyga oczy moje  
- tak daleko od moich uszu! - z dostojeństwem otwierają się, by zawrzeć w swym  
spojrzeniu tę bezimienną  
łagodność, harmonijną i boską pogodę, która żyje w bezkresie horyzontu... 
A tam z dali, z górnych zagonów, dochodzą jeszcze przenikliwe pojedyncze krzyki,  
miękko przyćmione,  
przerywane, zadyszane, zmęczone: 
- Wa...riat! Wa...riat! 
 
JUDASZ 
Ależ nie płosz się, chłopie! Co z tobą? Dalej, uspokójże się... To tylko  
zabijają Judasza, głuptasku. 
Tak, zabijają Judasza. Umieścili jednego w Monturrio, drugiego na Środkowej,  
trzeciego tam - na studni Rady  
Miejskiej. Dostrzegłem ich wczoraj wieczorem, zawieszonych jakby siłą  
nadprzyrodzoną w powietrzu, gdyż w  
ciemności nie było widać sznura, co przytrzymywał ich, uczepiony do balkonu. Cóż  
to za groteskowe  
pomieszanie starych cylindrów i krynolin, masek ministrów i kobiecych rękawów,  
pod pogodnymi  
gwiazdami! Szczekały zjeżone psiska, nie oddalając się jednak na dobre, a  
podejrzliwe konie nie chciały  
tamtędy przechodzić... 
Teraz dzwony zwiastują, że rozerwała się zasłona wielkiego ołtarza, Srebrzynku.  
Nie sądzę, by została w  
miasteczku jedna strzelba, co by nie wypaliła do Judasza. Aż tu dochodzi zapach  
prochu. I jeszcze jeden  
strzał! I jeszcze! 

background image

...Tylko że Judaszem, Srebrzynku, jest dziś deputowany albo nauczycielka,  
sadownik czy poborca  
podatkowy, alkad lub akuszerka. I każdy z mężczyzn, stawszy się znowu dzieckiem  
w ten ranek  
wielkosobotni, wyładowuje tchórzliwą swą pukawkę przeciw komuś, kto zyskał sobie  
jego nienawiść - w  
zagmatwaniu bezsensownych i mglistych złud i omamień wiosennych. 
 
ANIOŁ PAŃSKI 
Popatrz, Srebrzynku, ile tu zewsząd opada róż dokoła: róże niebieskie, białe  
róże, bez koloru...  
Pomyślałbyś, że niebo osypało się dziś w różach. O, patrz, jak okrywają mi się  
nimi ramiona, ręce, czoło...  
Cóż ja pocznę z tyloma różami? 
Zdradź, jeśli wiesz - bo ja nie wiem - skąd się bierze ta miękka roślinność,  
która koi codziennie krajobraz i  
zostawia go lekko zaróżowionym, pobielałym, błękitnym (róże, nowe róże), niby  
płótno Fra Angelico, co  
niebiosa malował na kolanach? 
Z siedmiu krużganków raju rzucają, zda się, te róże na ziemię. Jakby śnieżyca  
ciepła i mgliście zabarwiona  
kładą się róże na wieży, na dachu, na drzewach. Patrz: wszystko, co mocne, staje  
się kruche w ich ozdobie.  
Róże, znów róże, nowe róże... 
Ma się wrażenie, Srebrzynku, że nasze życie traci swą siłę powszednią, że inna  
siła od wewnątrz, bardziej  
wzniosła, i ciągła, i czysta, wodotryskami łaski każe wzbić się wszystkiemu ku  
gwiazdom, co przebłyskują  
już między różami... Róże, znów róże... Twe oczy, których nie widzisz,  
Srebrzynku, i które zwracasz  
pogodnie ku niebu, to także piękne dwie róże. 
 
KOLEC 
Wchodząc na pastwisko koni Srebrzynek zaczął kuleć. Rzuciłem się na ziemię... 
- Ależ chłopie, co z tobą? 
Pozostawiwszy prawą przednią łapę z lekka uniesioną, zaledwie sięgającą  
rozżarzonego piasku drogi, bezsilną i  
bezwładną, Srebrzynek pokazywał spód kopyta. 
Z większą na pewno troskliwością niż Darbón, jego lekarz, zgiąłem mu łapę i  
obejrzałem czerwone strzałki.  
Duży zielony kolec zdrowego drzewka pomarańczowego utkwił tam jak okrągły  
sztylecik ze szmaragdu.  
Wstrząśnięty bólem Srebrzynka wyciągnąłem zły kolec i zaprowadziłem biedaka do  
strumienia Lilii Wodnych,  
żeby bieżąca woda swym długim czystym językiem polizała mu rankę. 
Następnie poszliśmy dalej w stronę białego morsa, przodem ja, on tuż za mną,  
kulejąc jeszcze i miękko  
poszturchując mnie łbiskiem po plecach. 
 
 

background image

JASKÓŁKI 
Już tu ją widzisz, Srebrzynku, czarniutką i żwawą, w jej szarym gnieździe z  
obrazu Dziewicy z Montemayoru, w  
jej gnieździe zawsze szanowanym. Biedaczka jest jakby wystraszona. Mam wrażenie,  
że pomyliły się tym razem  
nieszczęsne jaskółki, tak jak w zeszłym tygodniu pobłądziły kwoczki, pierzchając  
do kurnika, gdy słońce  
zaćmiło się o drugiej. Naszą wiosnę filutkę skusiło wstawać tego roku wcześniej,  
lecz, dygocąc, co rychlej  
musiała znowu ukryć wrażliwą swoją nagość w pochmurnym łożu marca. Przykro  
patrzeć, jak więdną w pąkach  
dziewicze róże ogrodu pomarańczowego. 
Srebrzynku, są już jaskółki, a ledwie się je słyszy. Nie tak jak w inne lata,  
gdy przez ten pierwszy dzień po  
powrocie witały wszystko i ciekawie wszędzie zaglądały, gwarząc bez przerwy swym  
utrefionym szczebiotem.  
Opowiadały kwiatom, co zobaczyły w Afryce i jak dwukrotnie wędrowały przez  
morze, rzuciwszy się na wody  
ze skrzydłem zamiast żagla, albo przysiadłszy na linach okrętów; gawędziły o  
innych zmierzchach, innych  
jutrzenkach, o innych nocach gwiaździstych... 
Nie wiedzą teraz, co począć. Latają nieme, oszołomione - tak jak błąkają się  
mrówki, jeżeli dziecko zadepcze im  
drogę. Brak im śmiałości, by śmignąć tam i z powrotem wzdłuż domów ulicy Nowej,  
po uporczywej linii prostej  
z ową ozdóbką na końcu; albo zaglądać do swoich gniazd po studniach; albo usiąść  
na drutach telegraficznych,  
co rozbrzęczały się na wietrze północnym, w tradycyjnym otoczeniu z malowanek,  
obok białych izolatorów...  
Poumierają z zimna, mój Srebrzynku! 
 
STAJNIA 
Gdy o dwunastej idę odwiedzić Srebrzynka, przejrzysty promień południowego  
słońca rozpala wielką złotą  
plamę na miękkim srebrze jego grzbietu. Pod jego brzuchem, na zieleniącą się  
niewyraźnie ciemną ziemię, która  
wszystko zaraża szmaragdem, stary dach począł tryskać jasnymi dukacikami z  
ognia. 
Diana, co wyciągnęła się między nogami Srebrzynka, przyskakuje do mnie w  
podrygach, kładzie mi przednie  
łapy na piersi i chce liznąć mnie w usta swoim różowym językiem. Wstąpiwszy na  
sam szczyt żłobu koza  
przygląda mi się zaciekawiona, przechylając zgrabną główkę z jednej strony na  
drugą z kobiecą dystynkcją.  
Tymczasem Srcbrzynek - który, nim jeszcze wszedłem, zdążył powitać mnie donośnym  
rżeniem -usiłuje się  
zerwać z postronka, zawzięty i wesoły jednocześnie. 
Przez świetlik w dachu, przynoszący tęczowy skarb zenitu, po słonecznym  
promieniu na chwilę oddalam się od  
tej idylli w górę, do nieba. Potem, wstąpiwszy na kamień, spoglądam ku polom. 

background image

Zielona panorama pławi się w barwnym i sennym rozbłysku, a na szczerym błękicie,  
zamkniętym w ramach  
plugawego muru, ulatuje leniwy i słodki odgłos dzwonu. 
 
DOM NAPRZECIWKO 
Jakiż urok, Srebrzynku, miał dla mnie zawsze w dzieciństwie dom naprzeciwko  
mojego! Więc najpierw, na  
Nadbrzeżnej, dom woziwody Arreburry ze swym dziedzińcem od południa, wiecznie  
złoconym przez słońce,  
skąd spoglądałem na Huclyę wdrapawszy, się na parkan. Niekiedy pozwalali mi  
pójść tam na chwilę, i córka  
Arreburry, która wydawała mi się wówczas dorosła kobietą, ł która teraz, już  
zamężna, wydaje mi się taka jak  
wówczas, darzyła mnie cytrynami i pocałunkami... Później, na ulicy Nowej  
(następnie Canoyasa, potem  
Braciszka Juana Pereza), dom Don Josego - cukiernika z Sewilli, który olśniewał  
mnie złotymi butami z koźlej  
skóry, co na agawę ze swego ogródka wsadzał skorupki od jajek, który malował na  
kolor kanarkowy w błękitne  
paski drzwi do swego przedsionka i który przychodził czasami do mojego domu, a  
mój ojciec mu dawał  
pieniądze, on zaś rozmawiał zawsze o gaju oliwnym... Ileż marzeń mojemu  
dzieciństwu ukołysało to biedne  
drzewo pieprzowe, które ze swego balkonu widywałem pełne wróbli nad dachem u Don  
Josego! Właściwie były  
tam dwa drzewa pieprzowe, nie skojarzyłem ich nigdy: jedno - to, które  
dostrzegałem z balkonu jako listowie w  
wietrze albo słońcu; drugie - to, które na podwórzu Don Josego mogłem oglądać od  
strony pnia... 
W jasne wieczory i w deszczowe sjesty, w najdrobniejszych przemianach każdego  
dnia lub godziny - jakąż  
ciekawą, jak niezwykle podniecającą rzeczą był widoczny od mojej furtki, z mego  
balkonu, pośród ciszy ulicy,  
ów -dom z naprzeciwka. 
 
MATOŁEK 
Kiedy wracaliśmy ulicą Świętego Józefa, mały matołek siedział zawsze na  
krzesełku przy drzwiach swojego  
domu i patrzył, jak przechodzą inni. Był jednym z tych biednych dzieci, do  
których nigdy nie dotrze ani dar  
mowy, ani błogosławieństwo łaski; wesołym był dzieckiem -i ponurym widokiem;  
wszystkim dla swojej matki -  
niczym dla całej reszty. 
Pewnego dnia, gdy przetoczył się białą ulicą ów zły czarny wiatr, nie ujrzałem  
już chłopca u jego drzwi. Śpiewał  
na opuszczonym progu jakiś ptak, a ja przypomniałem sobie Currosa, ojca jeszcze  
bardziej niż poetę, który po  
stracie jedynego dziecka dopytywał o nie motyla z Galicji: 
Volvoreta d'alińas douradas... 
— 

Mój motylu o skrzydełkach złocistych... 

background image

Teraz, gdy nadchodzi wiosna, myślę znów o matołku, co z ulicy Świętego Józefa  
powędrował do nieba. Będzie  
siedział na swym krzesełku, obok róż niezrównanych, patrząc swymi po raz wtóry  
otwartymi oczami, jak  
przyjęci do chwały przeciągają w złocie. 
 
SZKARŁATNY KRAJOBRAZ 
Widok z wierzchołka... Oto jest zachód, cały okryty purpurą, poraniony własnymi  
szybami z kryształu, które ze  
wszystkich stron sączą zeń krew. W jego blasku zielony las dziczeje,  
poczerwieniały mętnie; a trawy i kwiatki,  
spłonione, przezroczyste, nasączają pogodną chwilę balsamem mokrym, przenikliwym  
i jasnym. 
W uniesieniu trwam pośród zmierzchu. Srebrzynek, z czarnymi oczami objętymi  
szkarłatem zachodu, odchodzi  
statecznie do kałuży o karminowych, różowych, fioletowych wodach; miękko pogrąża  
swój pyszczek w  
zwierciadłach, które stają się płynne, gdy on ich dotyka; i zda się, jakby przez  
jego ogromną gardziel  
przepływała obfitość wód cienistych i krwawych. 
Okolica jest dobrze znana, ale pora ją przeistacza i czyni ją pełną dziwów,  
pełną zwalisk, monumentalną.  
Rzekłbyś, że lada chwila odkryjemy tu jakiś zamek opuszczony... Wieczór się  
ciągnie poza własne ramy i  
godzina, naznaczona wiecznością, jest nieobjęta, spokojna, niezgłębiona... 
- Dalej, Srebrzynku... 
 
PAPUGA 
Bawiliśmy się właśnie ze Srebrzynkiem i papugą w ogrodzie mojego przyjaciela,  
francuskiego lekarza, kiedy  
jakaś młoda kobieta, wzburzona i zatroskana, zeszła do nas po stoku. Zanim  
jeszcze dotarła, skłaniając ku mnie  
swoją spłoszoną, czarną postać, zapytała błagalnie: 
- Paniczu, czy tu jest lekarz? 
Za nią nadciągała gromadka umorusanych dzieciaków, które co chwila zerkały  
zdyszane na pnącą się drogę; i w  
końcu kilku mężczyzn którzy nieśli innego, sinego i mizernego. Był jednym z tych  
kłusowników, co 
polują na jelenie w rezerwacie Donana. Strzelba, niedorzeczna stara strzelba  
powiązana sznurkiem, rozleciała  
mu się i myśliwy otrzymał postrzał w ramię. 
Mój przyjaciel zbliżył się troskliwie do rannego, zdjął zeń parę nędznych  
łachmanów, którymi go okryto, zmył  
krew i jął dotykać kości i mięśni. Od czasu do czasu mówił do mnie: 
- Ce n'est rien. 
Zapadał zmierzch. Od Huelyy napływał zapach mokradła, smoły i ryby. Drzewa  
pomarańczowe na tle różowego  
zachodu zaokrąglały swe gęste aksamity szmaragdowe. Na jednym z bzów, lila i  
zielonym, zielono czerwona  
papuga fruwała z gałęzi na gałąź, lustrując nas ciekawie swymi okrągłymi  

background image

ślepkami. 
Biednemu myśliwemu napełniały się słońcem łzy wyłupiaste; chwilami można było  
usłyszeć jego stłumiony  
krzyk. A papuga: 
- Ce n'est rien! 
Mój przyjaciel nakładał rannemu opatrunek i bandaże... A biedak: 
- Aaaj! 
A papuga wśród bzu: 
- Ce n'est rien!.. Ce n'est rien!.. 
 
TARAS 
Ty, mój Srebrzynku, nie wdrapałeś się nigdy na taras. Nie możesz wiedzieć, jaki  
głęboki oddech rozszerza ci  
pierś, gdy wychodząc nań z ciemnych drewnianych schodków czujesz się rozżarzony  
w pełnym słońcu dnia,  
zatopiony w błękicie jakby przy samym boku nieba, oślepiony białością wapna,  
którym - wszak wiesz - polewa  
się na dachu cegły, by dochodziła czysta do cysterny woda z chmur. 
Jakiż wielki jest urok tarasu! Dzwony z wieży dzwonią w naszej piersi, na  
poziomie naszego serca, które bije  
mocno. Widać daleko wśród winnic, jak lśnią motyki z iskierką srebra i słońca.  
Góruje się nad wszystkim: nad  
innymi tarasami; nad podwórkami, gdzie niepozorni ludzie trudzą się każdy przy  
swoim - siodlarz, malarz,  
bednarz...; nad plamami drzew na dziedzińcach, z bykiem lub kozą w ich cieniu;  
nad cmentarzem, dokąd  
malutki, ścieśniony i czarny podąża niekiedy niepostrzeżony pogrzeb trzeciej  
klasy; nad oknem z dziewczyną, co  
się czesze beztroska, śpiewając; nad rzeką ze statkiem, który wjeżdża, wjeżdża i  
nie może wciąż wjechać; nad  
spichrzami, gdzie samotny muzykant wypróbowuje swą trąbkę lub gdzie gwałtowna  
miłość, zapamiętała,  
skupiona i ślepa, wyczynia swoje igraszki... 
Dom zapada się" niby piwnice. Jak dziwne poprzez oszklony daszek patio jest  
powszednie życie tam w dole:  
słowa, hałasy, sam ogród, tak piękny, jeśli stanąć na jego poziomie; ty też,  
Srebrzynku, kiedy pijesz, nie widząc  
mnie, z basenu, lub gdy swawolisz jak szalony z wróbelkiem czy może z żółwiem... 
 
POWRÓT 
Wracaliśmy obaj, obładowani, z gór. Srebrzynek majerankiem; ja -żółtymi irysami.  
Zapadał wieczór  
kwietniowy. Wszystko, co na zachodzie grało kryształem złotym, przeistaczało się  
w kryształy srebrne, w  
świetlistą, gładką alegorię kryształowych lilii. Następnie ogromne niebo było  
takie jak przezroczysty szafir,  
zmieniający się w szmaragd. Wracałem smutny... 
Widoczna teraz ze stoku, uwieńczona lśniącymi kafelkami wieża miasteczka  
nabierała w uniesieniu tej czystej  
godziny wyglądu monumentalnego. Zdała się z bliska jakby Giraldą oglądana z  

background image

daleka i moja tęsknota do miast,  
coraz ostrzejsza na wiosnę, znajdowała tu przed nią melancholijną pociechę. 
Powrót... Dokąd i skąd? Do czego?... Ale irysy, co podążały wraz ze mną,  
pachniały mocniej w ciepłej świeżości  
nadciągającej nocy; pachniały wonią przenikliwszą i mniej wyraźną zarazem,  
ulatniającą się z kwiatu, kiedy nic  
widać już kwiatu, z kwiatu samego zapachu, który z pustego cienia upajał ciało i  
duszę. 
- Duszo moja, niby ten irys w cieniu! - powiedziałem. 
I pomyślałem nagle o Srebrzynku, o którym - choć tam stąpał pode mną, jakby był  
własnym mym ciałem -  
zdarzyło mi się zapomnieć. 
 
ZAMKNIĘTA FURTA 
Zawsze, kiedy szliśmy do Magazynu Dziesięcin, zbaczałem w stronę muru przy ulicy  
Świętego Antoniego i  
zbliżałem się do zamkniętej kraty, która wychodzi na pola. Przykładałem twarz do  
prętów i z pożądliwie  
wytrzeszczonymi oczami wypatrywałem na prawo i lewo, czego tylko mój wzrok mógł  
dosięgnąć. Od samego  
jej progu w ruinie, okrytego pokrzywą i malwami, wybiega ścieżka, co się  
zaciera, zstępując, w Las Angustias; a  
znów tam wzdłuż nasypu prowadzi w dół szeroka, zapadnięta droga, po której nie  
chodziłem ani razu... 
Jakiż magiczny urok ma za żelazną tamą furty ten sam krajobraz i niebo, które  
się przedtem obok niej widziało!  
To jakby dachem i ścianą złudzenia przysłonił mi się widok wszystkich innych  
zjawisk, oprócz tych  
dostrzeganych przez zamkniętą kratę... I widać było szosę z mostem i topolami  
jak dymy; i piec do wypalania  
cegieł, i pagórki Palosu, i parowce Huelvy; a o zmroku - światła mola w Riotinto  
i wielki samotny eukaliptus z  
Los Arroyos na tle ciemnofiołkowych ostatków zachodu... 
Magazynierzy mówili mi ze śmiechem, że do tej furty nie zrobiono klucza... W  
moich sennych wędrówkach  
poprzez manowiec myśli bez dozoru krata raz wychodziła na przecudne ogrody, a  
raz na pola najdziwniejszych  
czarów... I tak jak kiedyś spróbowałem, zaufawszy swemu majakowi, spuścić się  
lotem z marmurowych  
schodów - udawałem się rankiem do furty tysiąc razy, pewien, że lada chwila  
odnajdę za nią wszystko, co moja  
wyobraźnia dorzucała - kto wie, może świadomie, może nieświadomie - do skarbca  
rzeczywistości. 
 
WIOSNA 
W moim półśnie porannym psuje mi humor diabelski pisk dzieciaków. W końcu, nie  
mogąc spać chwili dłużej,  
wyskakuję zrozpaczony z łóżka. Spoglądam na pola przez otwarte okno - i zdaję  
sobie wówczas sprawę, że tym,  
co powoduje zgiełk, są ptaki. 

background image

Wybiegam do ogrodu śpiewając chwałę Bogu za dzień błękitny. Swobodny koncert  
dziobków, świeży i bez  
końca! Jaskółka trefi, kapryśna, swój świergot na studni; gwiżdże kos na  
pomarańczy, co spadła; wilga gaworzy  
ognista to na jednym, to na drugim dębie; na wierzchołku eukaliptusa dzwoniec  
śmieje się długo i urywanie, a na  
wysokiej sośnie bezładnie dyskutują wróble. 
Jakiż to ranek! Słońce spuszcza na ziemię swą wesołość srebrną i złotą.  
Stukolorowe motyle igrają ze  
wszystkich stron: pośród kwiatów; przy domu, raz na zewnątrz - raz wewnątrz; nad  
źródłem. Gdzie nie spojrzeć,  
wiejska natura budzi się wybuchami, potrzaskiwaniem, wrzeniem życia zdrowego i  
młodego. 
To jakbyś wszedł do wnętrza wielkiego plastra miodu światła, umieszczonego w  
sercu niezmiernej róży  
rozpalonej. 
 
CYSTERNA 
Spójrz na nią: jest wypełniona przez ostatnie deszcze, Srebrzynku. Nie daje  
echa, ani nie widzisz tam, na  
jej dnie, tak jak przy niskiej wodzie, skąpanego w słońcu belwederku -  
wielobarwnego klejnotu poza  
oszklonym żółtymi i niebieskimi szybami daszkiem. 
Ty nigdy nie zszedłeś do cysterny, Srebrzynku. Ja - tak; zszedłem, kiedy ją  
opróżniono przed łaty. Popatrz:  
ma długi chodnik podziemny, zakończony malutką izdebką. Gdym zajrzał do niej,  
zgasła mi świeca, a na  
ręku usiadła salamandra. Dwa straszne zimna przecięły się w mojej piersi, dwa  
miecze skrzyżowane jak  
dwa piszczele pod czaszką... Całe miasteczko podkopane jest cysternami i  
korytarzami, Srebrzynku.  
Największa cysterna to ta z podwórka Wilczego Skoku, na placu starej cytadeli  
Zamku. Najładniejsza jest  
cysterna mojego domu, która, jak widzisz, ma cembrowinę rzeźbioną w jednym  
kawałku białego marmuru.  
Podziemna galeria kościoła dochodzi aż do Winnicy z Podporami i tara się otwiera  
na pole koło rzeki. Tą,  
co wybiega ze szpitala, nikt nie ośmielił się iść aż do końca - bo końca w ogóle  
nie ma... 
z czasów dzieciństwa przypominam sobie długie deszczowe noce, w które nie dawał  
mi zasnąć łkający  
rumor wody spływającej z tarasu do cysterny. Rankiem pędziliśmy jak szaleni, aby  
zobaczyć, dokąd  
dotarła już woda. Jeśli sięgała do wylotu, tak jak dzisiaj - cóż za  
oszołomienie, co za krzyki, jakiż podziw! 
No tak, Srebrzynku. A teraz podam ci kubeł tej wody świeżej i czystej ; ten  
właśnie kubeł, który  
wypróżniał jednym tchem Yillegas, biedny Yillegas o ciele do cna przepalonym  
przez koniak i przez  
wódkę.,. 

background image

 
PARSZYWY PIES 
Przychodził niekiedy, chudy i zadyszany, do domku w sadzie. Biedak stąpał zawsze  
ukradkiem, przywykły  
do łajania i świstu kamieni. Nawet psy pozdrawiały go kłami. I znów oddalał się  
w słońcu południa,  
niemrawy i smutny, po spadzistości wzgórza. 
Tego popołudnia przywlókł się za Dianą. Właśnie gdy wychodziłem, strażnik w  
przypływie złości porwał  
strzelbę i wypalił do niego. Nie miałem czasu, żeby temu zapobiec. Nieszczęśnik,  
z kulą we  
wnętrznościach, kręcił się przez chwilę zawrotnie wśród głuchego, przenikliwego  
wycia i padł martwy u  
stóp akacji. 
Srebrzynek patrzył na psa uparcie, uniósłszy głowę. Diana, spłoszona, kryła się  
to za jednym, to za drugim  
z nas. Strażnik, który poczuł, być może, wyrzuty, tłumaczył się szeroko nie  
wiadomo komu, daremnie  
udając oburzenie, pragnąc uciszyć swój głos sumienia. Zdawało się, że jakaś  
błona okrywa żałobą słońce;  
wielka błona, niby ta mała, która zmąciła zdrowe oko zamordowanego psa. 
Naciskane wiatrem od morza eukaliptusy płakały coraz to głośniej ku nadchodzącej  
burzy, pośród  
głębokiej, przytłaczającej ciszy, którą rozpościerała sjesta na złotych jeszcze  
polach, ponad umarłym psem. 
 
IDYLLA KWIETNIOWA 
Dzieci wraz ze Srebrzynkiem poszły nad Strumień Topoli - i teraz wiodą go  
truchtem, wśród igraszek bez sensu  
i śmiechów bez umiaru, całego objuczonego żółtymi kwiatami. Gdzieś w dole  
złapała ich ulewa (tamta chmura  
przelotna, co przysłoniła zieloną łąkę swymi nićmi ze złota i srebra, na których  
drżała, niby na lirze płaczu,  
tęcza), i przemoczoną sierść ośliska wilgotne dzwonki zraszają wciąż jeszcze  
kropelkami. 
Idylla świeża, wesoła, sentymentalna! Nawet rżenie Srebrzynka zabarwia się  
czułością pod nasyconym przez  
deszcz miękkim ciężarem. Raz po raz odwraca głowę i wyszarpuje kwiaty, których  
dosięga pyskiem. Śnieżne i  
żółte kielichy zwisają mu przez chwilę wśród ślin zielonkawobiałych, by  
pociągnąć następnie do objętego  
popręgiem brzuszyska. Któż by tak umiał jak ty, mój osiołku, zajadać kwiaty... i  
żeby mu nie zaszkodziły! 
Niestały wieczór kwietniowy! Żywe i lśniące oczy Srebrzynka odzwierciedlają  
godzinę słońca i deszczu, gdy  
tam znów na Zachodzie, nad polami San Juan, skrapla ziemię - już postrzępiona -  
inna różowa chmurka. 
 
 
 

background image

LATA KANAREK 
Pewnego dnia zielonożółty kanarek - nie wiem jak ani dlaczego -wyfrunął ze swej  
klatki. Stary to był kanarek,  
smutna pamiątka po pewnej umarłej; nie wypuściłem go na wolność z obawy, żeby  
nie skonał z głodu lub zimna  
albo żeby go nie pożarły koty. 
Polatywał przez całe rano między granatowcami ogrodu, ku sośnie w pobliżu bramy  
i skroś bzy. Przez cały też  
poranek zasiadała dzieciarnia na ganku, pochłonięta krótkimi przelotami  
jasnożółtego ptaszka. Srebrzynek  
używał sobie wolności wśród krzewów różanych, baraszkując z motylem. 
Po południu kanarek przeniósł się na dach dużego domu i przycupnąwszy tam na  
czas dłuższy, drżał w ciepłym  
słońcu chylącym się ku zachodowi. Nagle - nie wiadomo jak ani dlaczego - ukazał  
się znowu w klatce, równie  
wesoły jak przedtem. 
Cóż za rwetes w ogrodzie! Dzieci skakały klaszcząc w dłonie, zaróżowione i  
roześmiane jak jutrzenki; Diana,  
oszalała, biegła za nimi, poszczekując na własny rozigrany dzwoneczek;  
Srebrzynek, zarażony nastrojem, falując  
srebrem swego ciała kłaniał się w krąg jak koziołek, wirował w niezgrabnym walcu  
i wspięty na przednie łapy  
raźno wierzgał w powietrzu jasnym i łagodnym. 
 
ZŁY DUCH 
Nagle, samotnym i twardym kłusem, podwójnie brudny w strzelistym tumanie pyłu,  
zza rogu Zamurza wyłania  
się osioł. W chwilę potem, podciągając opadające spodenki z łachmanów, które nie  
osłaniają ich ogorzałych  
brzusząt, nadbiegają zadyszane dzieciaki, ciskając weń kamieniami i kijami. 
Czarny jest, wielki, stary, kościsty - istny portret dziekana z Hity*; kanciasty  
do tego stopnia, że sprawia  
wrażenie, jakby się miała ze wszystkich stron podziurawić bezwłosa jego skóra.  
Przystaje, pokazuje zębiska  
żółte jak ziarna bobu i dziko rży ku górze, z rozmachem, co dziwnie nie pasuje  
do jego zaniedbanej starości...  
Jakiś zbłąkany osioł? Czy ty go znasz, Srebrzynku? Czego on może chcieć tutaj?  
Od kogo tak ucieka cwałem  
nierównym, zadyszanym kłusem? 
Na jego widok Srebrzynek nastawia najpierw obydwoje uszu, połączonych we wspólny  
szpic; następnie  
zachowuje jedno sterczące, drugie ma zwieszone; i przysuwa się do mnie, i chce  
się ukryć w fosie, i uciekać -  
wszystko naraz. Czarny osioł przebiega u jego boku, ociera się o niego, pociąga  
go za siodło, obwąchuje, posyła  
rżenie ku klasztornemu murowi, wreszcie oddala się kłusem w dół Zamurza. 
...Następuje wśród spiekoty dziwna chwila dreszczu - mojego? Srebrzynka? - w  
której rzeczy wydają się  
skłócone, jak gdyby niski cień czarnego sukna, rozciągniętego naprzeciwko  
słońca, ukrył nagle oślepiającą  

background image

pustkę rogu uliczki, gdzie upalne powietrze, uspokojone nagle, dusi... 
Pomału odgłosy z dali przywracają nas rzeczywistości. Słychać w górze ruchliwy  
zgiełk rybnego targowiska:  
sprzedawcy, którzy właśnie wrócili z nadbrzeża, zachwalają swe flądry i barweny,  
swe ukleje, okonie i kraby.  
Słychać dzwon, co obwieszcza poranne kazanie; i gwizdek ostrzącego noże... 
Srebrzynek, wzdrygając się jeszcze od czasu do czasu, patrzy na mnie,  
onieśmielony, w niemym spokoju, w  
którym zastygliśmy obaj nie wiadomo dlaczego... 
- Srebrzynku, ja myślę, że ten osioł to nie był osioł... 
A Srebrzynek, oniemiały, z miękkim łoskotem wzdryga się znowu od stóp do głowy  
jednym raptownym  
dreszczem i - spłoszony - spogląda ponuro spode łba w stronę fosy... 
* Wielki poeta hiszpańskiego średniowiecza, Juan Ruiz, dziekan z Hity (XIII-XIV  
w.), pozostawił w sławnej .Księdze Dobrej Miłości szczegółowy opis swojej  
sylwetki fizycznej, do którego Jimenez tu nawiązuje (przyp. tłum.). 
 
WOLNOŚĆ 
Moją uwagę, rozproszoną między kwiatami na ścieżce, przykuł zalany światłem  
ptaszek, co na wilgotnej  
zielonej łące bez przerwy otwierał do lotu swe uwięzione skrzydełka wielobarwne.  
Zbliżyliśmy się pomału, ja  
pierwszy, tuż za mną Srebrzynek. Mieściło się tam ocienione poidełko i kilku  
zdradzieckich chłopaków  
zastawiło w nim sieć na ptaki. Nieszczęsny wabik ulatywał ku swemu cierpieniu,  
przyzywając niechcący rój  
braciszków z nieba. 
Poranek był jasny, czysty, przesycony błękitem. Z bliskiego zagajnika sosnowego  
opadał świeży koncert  
podnieconych radośnie treli; zbliżał się i nie milknąc oddalał w łagodnym,  
złocistym wietrze morskim, który  
sfalował korony. Biedny niewinny koncert, tak blisko twardego serca! 
Dosiadłem Srebrzynka, zagrzałem go nogami i ostrym kłusem wspięliśmy się do  
lasku sosnowego. Dotarłszy  
pod mroczną kopułę zieleni począłem klaskać, śpiewać, krzyczeć. Srebrzynek,  
zachęcony, odzywał się raz po  
raz szorstko. A echa, głębokie i dźwięczne, odpowiadały jak na dnie wielkiej  
studni. Ptaszki wnet odfrunęły,  
śpiewając, do innego zagajnika. 
Srebrzynek, pośród zgiełku dalekich przekleństw rozzłoszczonych bachorów,  
ocierał włochaty łeb o moją pierś  
tak mocno, że aż mi ją skaleczył. 
 
OBLUBIENICA 
Czysty wiatr od morza wstępuje po czerwonym stoku, dochodzi do łąki na wzgórzu,  
śmieje się pośród  
zwiewnych białych kwiatków; aż wreszcie zaplątuje się między zakurzonymi  
sosenkami i kołysze, wzdymając je  
niby wątłe żagle, rozpalone pajęczyny niebieskie, różowe, ze złota. Cały wieczór  
stał się już morskim wiatrem, i  

background image

wiatr, i słońce, miłą błogością napełniają mi serce! 
Srebrzynek unosi mnie zadowolony, zwinny, rześki. Nic mu, zda się, nie ciążę.  
Lekko, jakby to było z powrotem  
w dół stoku, wstępujemy na wzgórze. W oddali wstęga morza, lśniąca, bezbarwna,  
mieni się 
wśród ostatnich sosen, tworząc pozór wyspiarskiego krajobrazu. A na zielonych  
łąkach, tam w dole, spętane osły  
przeskakują od kępy do kępy. 
Zmysłowy dreszcz błądzi poprzez doliny. Nagle Srebrzynek nastawia uszy, rozdyma  
wzniesione nozdrza i  
podwijając je aż do oczu ukazuje wielkie ziarniska bobu swoich żółtych zębów.  
Wdycha zawzięcie, na cztery  
strony świata, jakiś upojny zapach, który musi przenikać mu serce. Tak. Już ją  
odnalazł, tam, na sąsiednim  
wzgórzu, zgrabną i szarą na tle błękitnego nieba - swą ukochaną. Oto podwójne  
rżenie, przeciągle i dźwięczne,  
mąci głośną pobudką spokój świetlistej chwili, opadając następnie w bliźniaczych  
wodospadach. 
Musiałem się sprzeciwić czułym instynktom mego biednego Srebrzynka. Piękna  
oblubienica widzi go, jak  
przechodzi, tak samo smutna jak i on, z oczyskami z gagatu pełnymi barwnych  
malowanek... Bezużyteczne  
wezwanie tajemne, które brutalnie się toczysz, niby ucieleśniony instynkt,  
między stokrotkami! 
A Srebrzynek kłusuje nieposłuszny, co chwila usiłując zawrócić; i słyszę wyrzut  
w tym wstrzymywanym,  
drobniutkim truchciku: 
- To być nie może, to być nie może, to być nie może... 
 
PIJAWKA 
Zaczekaj. Co to takiego, Srebrzynku? Co tam masz? 
Srebrzynek krwawi z pyska. Kaszle i idzie wolno, coraz wolniej. Pojmuję wszystko  
w jednej chwili.  
Przechodząc tego poranka przez Źródło Sosenki, Srebrzynek popijał zeń; a choć  
zawsze pija w  
najprzejrzystszym miejscu i z zaciśniętymi zębami, bez wątpienia jakaś pijawka  
przyczepiła mu się do języka  
albo do podniebienia. 
- Zaczekaj, chłopie. Pokaż... 
Proszę o pomoc Raposa, kołodzieja, który schodzi po przeciwnej stronie  
migdałowców, i we dwóch usiłujemy  
otworzyć pysk Srebrzynkowi. Ale zaciska go niby kleszczami. Ze smutkiem  
dochodzę do przekonania, że  
biedny osiołek jest mniej bystry, niż sobie wyobrażałem... Raposo bierze grubą  
tykę, łamie ją na cztery części i  
stara się wepchnąć jeden z kawałków między szczęki Srebrzynka. Niełatwe to  
przedsięwzięcie. Wspinając się na  
tylne łapy Srebrzynek podnosi głowę ku zenitowi, ucieka, kręci się... Na koniec,  
w chwili zaskoczenia, kij z  
boku wchodzi do pyska. Raposo wsiada na osła i obiema rękami ciągnie za  

background image

wystające końce kija ku tyłowi, by  
nasz Srebrzynek go nie wyrzucił. 
Tak jest, ma tam w środku pełną i czarną pijawkę. Dwiema wiciami winorośli,  
połączonymi w nożyce,  
wyrywam mu ją szybko. Wygląda jak woreczek barwy czerwonej ochry albo bukłaczek  
ciemnego wina; pod  
słońce przypomina grzebień indyka podrażnionego czerwoną płachtą. Żeby już  
więcej nie wysysała krwi z  
żadnego osła, przecinam ją ponad strumieniem, w którym przez chwilę zabarwia  
krwią Srebrzynka piankę  
drobnego wiru. 
 
TRZY STARUSZKI 
Wespnij się na ten wał, Srebrzynku. Dalej - pozwólmy, żeby przeszły trzy biedne  
staruszki... 
Muszą pochodzić z wybrzeża albo z gór. Spójrz: jedna jest ślepa, a dwie  
pozostałe prowadzą ją pod ręce. Idą  
pewnie odwiedzić lekarza Don Luisa, albo do szpitala... Popatrz, jak pomalutku  
kroczą, ile troski, ile umiaru  
wkładają te dwie, które widzą, w swoją czynność. Masz wrażenie, że wszystkie  
trzy lękają się jednej śmierci.  
Czy widzisz, jak wyciągają naprzód ręce, jakby chciały powstrzymać samo  
powietrze, odsuwając z niedorzeczną  
pieczołowitością zmyślone niebezpieczeństwo - ba, nawet najlżejsze ukwiecone  
gałązki, Srebrzynku? 
Oj, bo zlecisz, chłopie... Słuchaj, jakie żałosne mówią słowa. To są Cyganki.  
Patrz na ich malownicze stroje,  
upstrzone i z falbankami. Widzisz? Idą bez szali, nie postradawszy, mimo wieku,  
swojej smukłości.  
Poczerniałym, spoconym, brudnym, zagubionym w nasłonecznionym pyle południa,  
wciąż jeszcze towarzyszy  
chude lecz krzepkie piękno, niby szorstkie i twarde wspomnienie... 
Patrz na te trzy, Srebrzynku: z jaką ufnością prowadzą starość ku życiu,  
przesycone tą samą wiosną, co  
przystroiła osty barwnym kwieciem w rozedrganej słodyczy gorejącego słońca! 
 
WÓZEK 
W dużym strumieniu, który deszcz rozlał aż do winnic, spotkaliśmy zaryty stary  
wózek, cały schowany pod  
ładunkiem trawy i pomarańcz. Obszarpana i brudna dziewczynka płakała wsparta na  
jednym z kół, chcąc  
naporem drobnej, rozkwitającej piersi pomóc osiołkowi, mniejszemu - niestety! -  
i chudszemu niż Srebrzynek. A  
osiołek borykał się z wiatrem, usiłując daremnie wyszarpnąć z błota wózek wśród  
dźwięku płaczliwego  
zawodzenia małej. Próżny był jego wysiłek, jak wysiłki dzielnego dziecka, jak ów  
lot wyczerpanych wiatrów  
letnich, co spadają w omdleniu między kwiaty. 
Pogłaskawszy Srebrzynka zaprzągłem go, jak umiałem, do wózka przed wynędzniałym  
osiołkiem. Następnie,  

background image

zachęcony moim czułym nakazem, Srebrzynek jednym pociągnięciem wyszarpnął z  
grzęzawiska kłapoucha i  
wózek - i wywindował ich na zbocze. 
Co za uśmiech u dziewczynki! To było tak, jakby słońce wrześniowe, które  
wszedłszy między deszczowe  
chmury łamało się w żółte kryształy, rozpaliło jej zorzę za usmolonymi łzami. 
W swej zapłakanej radości wybrała dla mnie dwie pomarańcze, delikatne, okrągłe,  
ciężkie. Przyjąłem je z  
wdzięcznością i jedną dałem wątłemu osiołkowi, jako słodką pociechę; a drugą  
Srebrzynkowi, jako nagrodę  
złotą. 
 
CHLEB 
Powiedziałem ci, Srebrzynku, że duszą Mogueru jest wino, prawda? Nie; duszą  
Mogueru jest chleb. Moguer jest  
niby chleb pszeniczny, biały w środku jak miękisz, złocisty dokoła - o, słońce  
barwy miodu! - jak delikatna  
skórka. 
W południe, kiedy słońce mocniej praży, całe miasteczko poczyna dymić i pachnieć  
sosną, pachnieć gorącym  
chlebem. Całemu miasteczku otwierają się usta; to jakby wielkie usta, które  
jedzą ogromny chleb. Chleb  
przyłącza się do wszystkiego: do oliwy i zimnej zupy, do sera, do winogron, aby  
im nadać smak pocałunku, do  
wina, do rosołu, do szynki, do siebie samego: chleb z chlebem. Może być również  
sam, jak nadzieja - lub razem  
ze złudzeniem... 
Piekarze nadjeżdżają truchtem na swych koniach, zatrzymują się u każdych drzwi  
na wpół otwartych, klaszczą w  
dłonie i wołają: »Pie-kaaarz!...« Słychać twardy, pieszczotliwy hałas bochenków,  
które wpadając do koszy,  
unoszonych przez nagie ramiona, uderzają o bułki drożdżowe i obarzanki... 
A biedne dzieci natychmiast dzwonią w dzwonki u krat patios lub w kołatki przy  
bramach i przeciągle zawodzą  
do środka: - Kawałeee-czek chleeeba!... 
 
AGLAE 
Jakiś ty dziś prześliczny, Srebrzynku! Przyjdź no tu bliżej... Dobrą szkołę dała  
ci tego ranka La Macaria!  
Wszystko, co białe, i wszystko, co czarne, lśniące uwydatnia się w tobie jak  
dzień i jak noc po deszczu. Aleś ty  
ładny, Srebrzynku! 
Zawstydzony troszeczkę, Srebrzynek podchodzi do mnie powoli, wilgotny jeszcze od  
kąpieli, tak czysty, iż zdaje  
się nagą dziewczyną. Rozjaśnił mu się pyszczek niby jutrzenka, a jego wielkie  
oczy błyszczą żywo, jakby  
najmłodsza 2 Gracji użyczyła im płomienia i blasku. 
Mówię to - i w nagłym entuzjazmie braterskim biorę go za głowę, przechylam ją w  
serdecznym uścisku,  
łaskoczę go... On nie odchodzi i ze spuszczonym wzrokiem łagodnie broni się  

background image

uszami; albo uwalnia się krótkim  
biegiem, aby przystanąć znów raptownie, jak rozbawiony szczeniak. 
- Jakiś ty ładny, chłopie! - powtarzam mu. 
A Srebrzynek, podobny biednemu dziecku, co po raz pierwszy włoży nowe ubranie,  
nieśmiały biegnie zagadując  
do mnie, zerkając na mnie z rozigranymi uszami, aż zatrzymuje się wreszcie, pod  
pozorem skubania jakichś  
czerwonych dzwonków, u drzwi stajni. 
Aglae, dawczyni dobra i piękna, oparta o gruszę, która pyszni się potrójną  
koroną liści, gruszek i wróbli,  
przygląda się scenie z uśmiechem, prawie że niewidoczna w przejrzystości  
porannego słońca. 
 
SOSNA Z LA CORONA 
Gdziekolwiek się zatrzymuję, Srebrzynku, mam wrażenie, że zatrzymuję się pod  
sosną z La Corona.  
Dokądkolwiek przybywam — do miasta, miłości czy sławy - zdaje mi się, że  
przybywam do jej pełni zielonej,  
rozlanej pod bezkresnym niebem błękitnym z białymi obłokami. Jest okrągłą i  
jasną latarnią zdradzieckich mórz  
moich marzeń, tak jak nią jest i dla załóg z Mogueru w dzień nawałnicy  
przybrzeżnej; jest bezpieczną przystanią  
mych najtrudniejszych dni, uczepiona na szczycie dzikiego czerwonego zbocza,  
którym ciągną żebracy po  
drodze do Sanlicar. 
Jakiż się czuję zawsze silny, odpoczywając w cieniu jej wspomnienia! Pozostała  
jedyną już rzeczą, która, w  
miarę jak rosłem, nie przestawała być wielką, jedyną, która stawała się coraz to  
większa. Kiedy obcięli jej ową  
gałąź, złamaną przez wichurę, tak się poczułem, jakby wyrwano mi rękę; a gdy  
czasem ból jakiś pochwyci mnie  
niespodzianie, miewam wrażenie, że zabolało sosnę z La Corona. 
Słowo »wielki« pasuje do niej jak do morza, jak do nieba, jak do mojego serca. W  
jej cieniu, patrząc na chmury,  
wypoczywały przez wieki rasy i plemiona, jak nad wodą, pod niebem, w tęsknocie  
mojego serca. Gdy podczas  
beztroskiego błądzenia moich myśli przypadkowe obrazy rozmieszczają mi się  
dowolnie, albo w owych  
momentach, w których rzeczy bywają widziane jak w podwojonej wizji i obok czegoś  
innego - ukazuje mi się w  
środku zwątpienia, jeszcze bardziej ogromna i rozszumiana, przekształcona w  
jakiś obraz wieczności, sosna ze  
wzgórz La Corona, wzywając mnie do spoczynku w jej pokoju, jako kres ostateczny  
i wieczny mojej wędrówki  
przez życie. 
 
 
 
 
 

background image

DARBÓN 
Darbón, lekarz Srebrzynka, jest wielki jak zbożny wół, czerwony jak arbuz. Waży  
blisko półtora kwintala. Liczy  
sobie, jak twierdzi, równą kopę lat. 
Kiedy mówi, nie dostaje mu nut, niby starym fortepianom; innym razem zamiast  
słowa wydobywa się zeń łyk  
powietrza. I towarzyszą tym potknięciom ciągłe skinienia głową, klepanie się  
rękami bez umiaru, 
głupkowate wahania ramola, gardłowy charkot i spluwanie do chustki -że nic już  
więcej nie trzeba! Prześliczny  
mały koncert przed kolacją! 
Nie pozostało mu ani jednego zęba i jada prawie wyłącznie miękisz chleba, który  
ugniata przedtem w ręku. Robi  
kulkę i chap! - do swej czerwonej paszczy. Trzyma ją tam, obracając, przez  
godzinę. Potem druga kulka, potem  
następna. Żuje dziąsłami i podbródek dochodzi mu wówczas aż do zakrzywionego  
nosa. 
Powiedziałem, że jest wielki jak zbożny wół. Gdy stoi w drzwiach koło ławki,  
zatyka sobą dom. Lecz przy  
Srebrzynku rozczula się jak dziecko. A jeśli dostrzeże kwiat albo ptaszka -  
wybucha nagle śmiechem otwierając  
na oścież usta: wielkim przeciągłym śmiechem, którego szybkości i trwania nie  
potrafi uregulować i który  
kończy się zawsze łzami. Potem, już rozpogodzony, spogląda długo w stronę  
starego cmentarza: 
- Moja córeczka, moja biedna córeczka... 
 
DZIECKO I WODA 
Wśród jałowej i rozżarzonej słońcem suchości wielkiego, zakurzonego podwórca,  
który, choćbyś stąpał nie  
wiem jak wolno, okryje cię po oczy białym, drobniutkim pyłem - dziecko obcuje ze  
źródłem w szczerej i  
uśmiechniętej grupce, każde ze swoją duszą. Nie ma tu wprawdzie wokół ani  
jednego drzewa, lecz serce  
przechodzącego napełnia się od razu jednym słowem, które oczy znajdują wypisane  
na ciemnobłękitnym niebie  
wielkimi literami ze światła: Oaza. 
Poranek przynosi już upał sjesty i świerszcz piłuje swą oliwkę na dziedzińcu  
Świętego Franciszka. Słońce pada  
dziecku na głowę, ale ono nic czuje go, pochłonięte wodą. Leżąc na ziemi trzyma  
rękę pod naturalnym  
wodotryskiem, a woda składa mu na dłoni drżący pałac świeżości i wdzięku, w  
który jego czarne oczy wpatrują  
się urzeczone. Mówi do siebie, wysmarkuje nos, drapie się tu i ówdzie drugą ręką  
pomiędzy łachmanami. Pałac,  
zawsze taki sam i w każdej chwili odnawiany, zakołysze się czasem. A dziecko  
skupia się wtedy w sobie,  
kurczy, napręża, aby nawet to pulsowanie krwi, co jednym poruszeniem któregoś  
kryształka zmieni tak czuły  
obraz kalejdoskopu, nie pozbawiło wody jej uchwyconej formy pierwotnej. 

background image

Nie wiem, czy pojmiesz, Srebrzynku, co ci powiem: ale to dziecko trzyma w swym  
ręku moją duszę. 
 
PRZYJAŹŃ 
Rozumiemy się świetnie. Pozwalam mu iść zgodnie z jego widzimisię, a on niesie  
mnie zawsze tam, dokąd  
pragnę. 
Wiadomo Srebrzynkowi, że skoro dochodzimy do sosny z La Corona, lubię zbliżyć  
się do jej pnia, pogłaskać go  
i spojrzeć w niebo poprzez ogromne i jasne listowie; że rozkoszuję się  
ścieżynką, która prowadzi wśród murawy  
do starego źródła; że jest dla mnie świętem oglądać rzekę ze Wzgórza Sosen,  
wyczarowującego swym  
wysokorosłym zagajnikiem pejzaż klasyczny. Ponieważ nie obawiam się zdrzemnąć na  
jego grzbiecie, moje  
przebudzenie otwiera się zawsze na jeden z takich miłych widoków. 
Ja postępuję z osiołkiem, jak gdyby to było dziecko. Jeżeli droga staje się  
wyboista i męczy go trochę, schodzę,  
żeby mu ulżyć. Całuję go, oszukuję, droczę się z nim... On rozumie dobrze, że go  
kocham, i nie ma do mnie  
urazy. Jest tak podobny do mnie, tak odmienny od innych... aż uwierzyłem w  
końcu, że śni moje własne sny. 
Srebrzynck ofiarował mi siebie jak namiętny podlotek. Przeciw niczemu nie  
protestuje. Wie, że jestem jego  
szczęściem. Ucieka wręcz od osłów i ludzi... 
 
PIASTUNKA 
Dzieweczka węglarza, ładna i wybrudzona jak moneta, o błyszczących czarnych  
oczach i tryskających krwią  
wargach umorusanych sadzą, siedzi na dachówce koło drzwi chaty i usypia  
braciszka. 
Migoce godzina majowa, płomienna i jasna jak słońce od wewnątrz. W roziskrzonym  
spokoju słychać kipienie  
garnka, który gotuje się gdzieś na polu, odgłos rżenia z Łąki Koni, igraszki  
morskiego wiatru w zaroślach  
eukaliptusów. 
Słodko i z uczuciem węglarka śpiewa: 
Śpi dzieciątko moje,  
śpiii w pieczy dobrej Pasterkiii... 
Przerwa. Wiatr w koronach... 
...i kołysząc dziecince? 
mama uśnie też krzyneeę... 
Wiatr... Srebrzynek, który krąży statecznie pośród zwęglonych sosen, zbliża się  
pomalutku... Potem opada na  
brunatną ziemię i przy dźwiękach rozlewnych zawodzeń kołysanki usypia tam jak  
dziecko. 
 
 
 
 

background image

AKACJA NA DZIEDZIŃCU 
Ta akacja, Srebrzynku, to drzewo niegdyś przeze mnie zasadzone -zielony płomień,  
co rósł wiosna i co okrywa  
nas właśnie obfitym listowiem, wskroś przenikniętym przez gasnące słońce - była,  
gdy mieszkałem w tym  
domu, już dzisiaj zamkniętym, najlepszą podporą mej poezji. Którakolwiek jej  
gałąź, wystrojona szmaragdem  
przez kwiecień lub zlotem przez październik, orzeźwiała mi czoło za każdym  
przelotnym nawet spojrzeniem jak  
najczystsza ręka muzy. Jaka subtelna i smukła, jaka urocza była! 
Dziś, Srebrzynku, jest panią prawie całego dziedzińca. Jakaż się stała  
prostacka! Nie wiem, czy przypomina  
sobie o mnie. Mnie się wydaje już inna. Przez cały ten czas, kiedym ją krył w  
zapomnieniu -tak jakby nie istniała  
- kształtowała ją wiosna, rok po roku, według własnego kaprysu, nie pytając o  
zgodę moich przeżyć. 
Dzisiaj nic mi nie mówi, pomimo że jest drzewem, i to drzewem przeze mnie  
zasadzonym. Jakiekolwiek bądź  
drzewo, Srebrzynku, które gładzimy po raz pierwszy, napełnia serce wzruszeniem.  
A drzewo, które kochaliśmy  
tak bardzo, które tak dobrześmy znali, nie mówi nam nic, Srebrzynku, gdy- 
oglądamy je znowu. To smutne; ale  
już na to nie znajdziemy rady. Nie, nie mogę dziś dojrzeć w tym stopieniu się  
akacji i zachodu swej zawieszonej  
liry. Zgrabna gałązka nie zsyła mi wiersza, wewnętrzny rozblask korony - idei.  
Tu, dokąd tyle razy przyszedłem  
od życia z ułudą muzykalnej, pachnącej i zwiewnej samotności, czuję się źle,  
jest mi zimno i chciałbym odejść,  
tak jak wówczas z kasyna lub z apteki, albo z teatru, Srebrzynku. 
 
DZIEWCZYNKA CHORA NA SUCHOTY 
Siedziała wyprostowana na swym smutnym krześle, z twarzą matową i bladą jak  
zwiędła tuberoza,  
pośrodku ubielonej wapnem i zimnej sypialni. Lekarz zalecał jej spacer na pola,  
by ją chwyciło słońce tego  
mroźnego maja; ale biedaczka nie mogła. 
- Kiedy dochodzę do mostu — powiedziała mi - to widzi pan, paniczu, choć on jest  
tak bliziutko, tuż obok,  
duszę się. 
Dziecinny głos, łamiący się i cienki, opadał jej znużony, jak opada czasami  
bryza w lecie. 
Ofiarowałem jej wówczas Srebrzynka, ażeby się wybrała na niewielki spacer. Gdy  
wsiadła na osiołka - cóż  
za śmiech na tej ostrej twarzyczce umarłej, calutkiej z czarnych oczu i  
śnieżnobiałych zębów! 
...Wyglądały przez drzwi kobiety, pragnąc przyjrzeć się nam przechodzącym.  
Srebrzynek szedł powoli,  
jakby wiedział, że niesie na sobie kruchą lilię z cienkiego kryształu.  
Dziewczynka w swej białej,  
sznurowanej szkarłatem sukience dziecka Maryi z Montemayoru, przeobrażona przez  

background image

gorączkę i nadzieję,  
zdawać się mogła aniołem, co przemierzał miasteczko w drodze ku południowemu  
niebu. 
 
WUJASZEK OD WIDOCZKÓW 
Nagle, bez uprzedzenia, przebija ciszę ulicy suchy warkot bębenka. Potem łamiący  
się głos bełkoce zadyszaną i  
długą zapowiedź. Słychać prędkie kroki w dole ulicy... Dzieciaki wrzeszczą: -  
Wujaszek od widoczków!  
Widoki! Widoki! 
Na rogu mała zielona skrzynka z czterema czerwonymi chorągiewkami oczekuje już  
na stoliku, wystawiając  
soczewkę w stronę słońca. Stary wali i wali w bęben. Gromadka malców bez  
pieniędzy, z rękami w kieszeni lub  
poza plecami, otacza w milczeniu skrzynkę. Wkrótce zjawia się inny, z grosikiem  
w dłoni. Idzie naprzód,  
przybliża oczy do soczewki... 
- A teraz to będzie widać... generała Prima... na jego białym kooo-niuuu -  
oznajmia stary przybysz głosem  
znudzonym i uderza w bęben. 
- Port w Barcelonieee!... - jeszcze raz w bęben. 
Nadbiegają inne chłopięta i swą przygotowaną już monetę wyciągają od razu do  
starego, wpatrując się weń  
zachłannie, gotowe kupić . twór jego fantazji. Dziadek powiada: 
- Teraz to się zobaczy... zamek w Hawanieee! - i wali w bęben. Srebrzynek, co  
wraz z dziewczynką i psem z  
naprzeciwka poszedł 
oglądać widoczki, wpycha swe łbisko pomiędzy głowy dzieci, dla zabawy. Dziadzio,  
w nagłym przypływie  
dobrego humoru, zwraca się doń: 
- Dawaj no grosik! 
A malcy bez pieniędzy śmieją się wszyscy nieszczerze, spoglądając na starca z  
uniżonym naleganiem  
przypochlebnym... 
 
RONSARD 
Gdy Srebrzynek, uwolniony już od uzdy, poszedł się paść ku śnieżnym stokrotkom  
swej łączki, rzuciłem się na  
ziemię u stóp sosny, wyjąłem z mauretańskiej torby małą książkę i otworzywszy ją  
w założonym miejscu  
począłem głośno czytać: 
Comme on voit sur la branche au mois de mai la rosę 
En są bclle jcuncssc, en są premierę fleur,  
Rendre le ciel jaloux de... 
W górze, wśród ostatnich gałęzi, podskakuje i piszczy zwinny ptaszek, którego  
słońce barwi - razem z całym  
zielonym wierzchołkiem wzdychającym - na złoto. Między lotem i szczebiotem  
słychać, jak pękają ziarenka,  
które ptaszek zjada na śniadanie. 
...jaloux dc są vive coulcur... 

background image

Rzecz jakaś, ogromna i ciepła, wsuwa się nagle niby żywy dziób okrętu na moje  
ramię. To Srebrzynek -  
oczarowany bez wątpienia Orfeusza lirą - przychodzi czytać wraz ze mną. Więc  
czytamy: 
...vive couleur, 
Quand 1'aube de ses pleurs au point du jour l'a... 
Jednakże ptaszek, który musi trawić bardzo spiesznie, fałszywą nutą przykrywa to  
słowo. 
Ronsard - zapomniawszy na chwilę o swym sonecie »Quand en son-geant ma follatre  
j'accolle...« - zdrowo się  
pewnie zaśmiewał tam w piekle... 
 
PRZYDROŻNY KWIAT 
Jaki czysty, Srebrzynku, i piękny jest kwiatek przydrożny! Przechodzą opodal  
stada - byki, kozy, źrebaki i ludzie  
- a on, tak słaby i wątły, stoi wciąż prosty, subtelnie biadoliła, na swoim wale  
samotnym - i nie daje się skazić  
żadną nieczystością. 
Codziennie, gdy na początku wspinaczki skracaliśmy sobie drogę, widywałeś go w  
jego zielonym zakątku. Raz  
ma u swego boku ptaszka, który odfruwa (po co?) gdy się zbliżamy; to znów, jak  
drobny kielich, pełny bywa  
przejrzystej wody z letniej chmury; albo przyzwala na rabunek pszczoły lub na  
przelotną ozdobę motyla. 
Ten kwiat niewiele przetrwa już dni, Srebrzynku, choć jego pamięć może się  
uwiecznić. Będzie czas jego niby  
dzień twej wiosny, jak jedna wiosna przeze mnie przeżyta... 
Czegóż bym nie dał jesieni, Srebrzynku, za czyste piękno tego boskiego kwiatka,  
by nam pozostał na co dzień i  
zawsze prostym przykładem dla naszego życia. 
 
LORD 
Nie wiem, czy ty, Srebrzynku, umiałbyś patrzeć na fotografie. Pokazywałem je  
kilku wieśniakom i nic na nich  
nic dostrzegali. Więc to jest Lord, Srebrzynku, piesek foksterier, o którym ci  
czasem opowiadałem. Popatrz na  
niego. Siedzi - widzisz go tutaj? - na jednej z licznych poduszek marmurowego  
patio, zażywając zimowego  
słońca pośród doniczek z geranium. 
Biedny Lord. Przybył z Sewilli w czasie, kiedy tani malowałem. Był biały, prawie  
bezbarwny wśród tej powodzi  
światła, jędrny i pełny jak udo możnej damy; jak wir w wylocie rynny krągły był  
i porywczy. Gdzieniegdzie -  
przycupnięte motyle - widniały mu na sierści czarne plamy. Jego oczy błyszczące  
były dwoma małymi  
bezkresami szlachetnych uczuć... 
Miewał odruchy szaleńca. Niekiedy bez powodu zaczyna! krążyć zawrotnie pomiędzy  
liliami, co purpurowe,  
niebieskie lub żółte od przenikniętych słońcem szyb szklanego daszku (niby  
gołębie, które maluje Don Camilo)  

background image

przyozdabiają w maju marmurowe patio... Kiedy indziej wspinał się na dachy i  
wywoływał piskliwy zgiełk w  
jaskółczych gniazdach... La Macaria mydliła go co rano i zawsze był promienny  
niby blanki tarasu na tle  
bezchmurnego błękitu, Srebrzynku. 
Kiedy umarł mój ojciec, spędził całą noc czuwając przy trumnie. Raz, gdy  
zachorowała moja matka, położy} się  
u stóp jej łóżka i przetrwał tam cały miesiąc nie jedząc ani nie pijąc... 
Pewnego dnia przyszli do mego domu powiedzieć, że ugryzł go 
wściekły pies. Trzeba go było zawieźć do magazynu na Przyzamczu i przywiązać tam  
do drzewa  
pomarańczowego, z dala od ludzi. 
Spojrzenie, jakie rzucił wstecz przez uliczkę, kiedy go zabierali, przeszywa mi  
nadal serce, tak jak i  
wówczas, Srebrzynku: podobne światłu gwiazdy umarłej, lecz żywej jeszcze,  
przemagającej swą nicość  
wzmożoną siłą bolesnego uczucia... Za każdym razem, kiedy zrani mi serce jakieś  
fizyczne cierpienie,  
wyłania się przede mną - długie jak ścieżka od życia do wieczności, to znaczy do  
strumyka do sosny z La  
Corona -owo spojrzenie, które Lord pozostawił w nim na zawsze, niby piętno nie  
do wymazania. 
 
STUDNIA 
Studnia!... Słowo jakże głębokie, jakże czarnozielone, jak świeże, jak  
dźwięczne! Zda się słowem,  
Srebrzynku, co wirując przewierca ciemną ziemię, nim wreszcie gdzieś nie dotrze  
aż do zimnej wody. 
Popatrz; figowiec zdobi i rozsadza cembrowinę. Wewnątrz, w zasięgu ręki, rozwija  
się między okrytymi  
zieloną pleśnią cegłami niebieski kwiat o przenikliwym zapachu. Niżej ma gniazdo  
jaskółka. Potem, za  
portykiem skostniałego cienia, mieści się szmaragdowy pałac i jezioro, które,  
jeśli kamieniem zakłócić jego  
spokój, zżyma się gniewne, mrucząc. I niebo - na ostatku. 
(Wkracza noc, księżyc zapala się tam na dnie, upiększony wędrówkami gwiazd.  
Cisza! Drogami życie  
odeszło daleko. Serce studnią wymyka się do głębin. Widać w jej wnętrzu jak  
gdyby drugą stronę  
zmierzchu. Ma się wrażenie, że z jej wylotu wychynie nagle olbrzym nocy, władca  
wszystkich tajemnic  
świata... O labiryncie bajeczny, o cienisty i wonny ogrodzie, magiczna komnato  
zaczarowana!) 
- Srebrzynku, jeśli któregoś dnia rzucę się do tej studni, to wcale nie po to,  
wierz mi, żeby się zabić, ale by  
prędzej móc pochwycić gwiazdy. 
Srebrzynek rży, spragniony i zdyszany. Gnana lękiem, nastroszona i bezgłośna, z  
wnętrza studni wylatuje  
jaskółka. 
 

background image

WIERZGNIĘCIE 
Wyruszaliśmy do folwarku w Montemayor, by ponaznaczać żelazem małe byczki.  
Wybrukowane podwórko,  
cieniste pod płomiennym i bezkresnym błękitem wieczoru, drżało od rżenia  
krzepkich, wesołych rumaków, od  
rozigranych śmiechów młodych kobiet, od ostrych, niespokojnych naszczekiwań  
psiarni. Srebrzynek  
niecierpliwił się w kącie. 
- Ależ chłopie - wykrzyknąłem doń - ty naprawdę nie możesz przyłączyć się do  
nas! Ty jesteś za malutki! 
Ogarnął go taki szał, że poprosiłem Półgłówka, aby wskoczył na niego i zabrał go  
z nami. 
Przez jaśniejące pola, jakaż wesoła to jazda! Śmiały się do nas żuławy  
obramowane złotem, ze słońcem w  
potłuczonych swych zwierciadłach, gdzie przeglądały się zamknięte młyny. Za  
twardym, zwartym stąpaniem  
koników szparko i dźwięcznie brzmiał truchcik Srebrzynka, co go tam musiał  
zawzięcie zwielokratniać, jak  
kolejka z Riotinto obroty swych kół, by nie zostać samotnie z Półgłówkiem na  
drodze. 
Nagle zagrzmiało coś niby strzał z pistoletu. Srebrzynek otarł się pyskiem o  
grzbiet smukłego źrebaka, źrebak  
mu odpowiedział gwałtownym wierzgnięciem. Żaden z jeźdźców nie zwrócił był na to  
uwagi, lecz ja  
natychmiast dostrzegłem, że przednia łapa Srebrzynka jest cała zbroczona krwią.  
Zeskoczyłem na ziemię i  
posługując się kolcem i włosiem podwiązałem mu pękniętą żyłę. Potem zleciłem  
Półgłówkowi, by odprowadził  
go stępa do domu. 
Opieszali i smutni oddalili się obaj suchym łożyskiem strumienia ku górze do  
miasteczka, co chwila  
towarzysząc wzrokiem błyskotliwej ucieczce naszej kawalkady... 
Gdy wróciwszy z folwarku poszedłem obejrzeć Srebrzynka, zastałem go zbolałym i  
markotnym. 
- Widzisz teraz - westchnąłem - że ty nigdzie nie możesz chodzić razem z ludźmi? 
 
ASNOGRAFIA 
Czytam w pewnym Słowniku: ASNOGRAFlA, sł. łac.: Mówi się tak, ironicznie, w  
znaczeniu »opis osła«. 
Biedny osioł! Taki dobry, taki szlachetny, taki dowcipny jak ty! Ironicznie...  
Dlaczego? Nawet nie  
zasługujesz na poważny opis, ty, którego opis na pewno stałby się baśnią  
wiosenną? To na człowieka, jeśli  
jest dobry, powinno się mówić »osioł«! To na osła, jeśli jest zły, powinno się  
mówić »człowiek«!  
Ironicznie... O tobie, tak myślącym, przyjacielu starca i dziecka, strumyka i  
motyla, słońca i psa, kwiatu i  
księżyca, cierpliwym i rozważnym, melancholijnym i życzliwym, Marku Aureliuszu  
łąk... 
Srebrzynek, który niewątpliwie rozumie, patrzy na mnie badawczo swymi lśniącymi,  

background image

łagodnie twardymi  
ślepiami, w których drobniutkie i roziskrzone słońce połyskuje na małym,  
wypukłym czarnozielonym  
firmamencie. Ach, gdyby jego kudłate, idylliczne łbisko wiedziało, że ja oddaję  
mu sprawiedliwość, że ja  
jestem lepszy od tamtych ludzi, co piszą Słowniki, prawie taki sam dobry jak i  
on! 
Więc dorzuciłem na marginesie książki: ASNOGRAFIA, znaczenie przenośne: winno  
się mówić -  
ironicznie, rzecz jasna! - w sensie: »opis głupiego człowieka, który pisuje  
słowniki.« 
 
PRZECHADZKA 
Napadniętymi drożynami lata, obwieszonymi subtelnym wiciokrzewem, jak nam  
pogodnie się idzie! Ja  
czytam, śpiewam lub mówię wiersze do nieba. Srebrzynek szczypie skąpą trawę na  
ocienionych skarpach,  
pokryte pyłem kwiaty malw i rude szczawie. Częściej stoi niż idzie. Ja mu  
pozwalam... 
Niebo błękitne, błękitne, błękitne, przeszywane uniesieniem moich źrenic, wznosi  
się nad przytłoczonymi  
owocem migdałowcami do swej najwyższej chwały. Całe pole - milczące, rozżarzone  
- błyszczy. Na rzece  
biały żagielek zastygł w bezruchu: brak wiatru. W stronie lesistych wzgórz gęste  
dymy pożaru wypiętrzają  
swe krągłe, czarne chmury. 
Ale nasza wędrówka jest bardzo krótka. Jest jakby dzień pogodny i bezbronny  
wśród wielorakiego życia.  
Ni ku apoteozie nieba, ni do zamorskich krajów, do których biegnie rzeka, ani  
nawet ku klęsce płomieni... 
Gdy w obłoku pomarańczowej woni daje się słyszeć wesołe dzwonienie norii,  
Srebrzynek rży i bryka  
wesoło. Cóż za prosta uciecha powszednia! Znalazłszy się u zbiornika napełniam  
swój kubek i piję ów  
płynny śnieg. Srebrzynek zanurza pysk w cienistej wodzie i pochłeptuje  
oszczędnie tu i ówdzie, w  
najprzezroczystszym miejscu. 
 
SZARA GODZINA 
W przepojonym spokojem i rezygnacją skupieniu półmroków wiejskich jakąż poezją  
okrywa się zgadywanie  
rzeczy dalekich, niewyraźne wspomnienie czegoś ledwie znanego! Urok to  
zaraźliwy, od którego miasteczko  
trwa jak gdyby przybite do krzyża bolesnego, długiego zadumania. 
W powietrzu snuje się zapach grubego i czystego ziarna, co pod chłodnymi  
gwiazdami spiętrza na klepiskach (o,  
Salomonie!) swoje widmowe wzgórza żółtawe i miękkie. Parobcy nucą cicho, w  
sennym znużeniu. Siedząc na  
gankach wdowy myślą o swych umarłych, którzy drzemią tak blisko, tuż za  
dziedzińcami. Malcy biegną z  

background image

jednego do drugiego cienia, jak pomiędzy drzewami przelatują ptaki. 
Wśród posępnego światła, co utrzymuje się na wapnem bielonych fasadach biednych  
domów, oblekanych już w  
czerwień przez latarnie naftowe, przechodzą zamazane sylwetki, ziemiste,  
milczące, smutne -nowy żebrak,  
Portugalczyk śpieszący ku karczowisku, może jakiś złodziej - które swym ciemnym,  
trwożnym wyglądem  
kontrastują z pogodnym spokojem, jaki fioletowy, powolny i mistyczny zmierzch  
kładzie na rzeczy znajome...  
Uchodzą w dal dzieciaki, a w sekrecie nie oświetlonych drzwi rozpowiada o się o  
»tamtych« ludziach, co ponoć  
»wydobywają tłuszcz z dzieci, aby wyleczyć córkę króla chorą na suchoty«... 
 
PIECZĄTKA 
Tamta miała kształt zegarka, Srebrzynku. Otwierało się srebrne pudełeczko i  
ukazywała się przyciśnięta do  
poduszki z fioletowym tuszem, niby ptak w swoim gnieździe. Cóż za wrażenie, gdy  
po przyłożeniu jej przez  
chwilę do mojej białej i lila dłoni pojawiał się tam stempelek: 
FRANCISCO RUIZ, Moguer, 
Jakże wtedy marzyłem o pieczątce przyjaciela ze szkoły Don Carlosal Z pomocą  
drukarenki, którą znalazłem na  
górze, w starym gabinecie mego domu, usiłowałem sklecić sobie pieczątkę z  
imieniem i nazwiskiem. Ale nie  
udała się dobrze, a przede wszystkim trudno nią było coś odbić. Nie to, co tamta  
druga, która z taką łatwością  
pozostawiała i tu, i ówdzie, na książce, na ścianie, na ciele, wyraźny napis: 
FRANCISCO RUIZ, Moguer. 
Pewnego dnia przybył do mego domu wraz z Ariasem, złotnikiem Z Sewilli,  
komiwojażer od materiałów  
piśmiennych. Co za urok linijek, kompasów, barwnych farb i pieczątek! Były  
przeróżnych kształtów, każdego  
rozmiaru. Oderwałem w mig plombę od skarbonki i za jednego duro, którego tam  
znalazłem, zamówiłem  
pieczątkę ze swym imieniem, nazwiskiem i nazwą miejscowości. Jakże długo wlókł  
się ów tydzień! Jak waliło  
mi serce, gdy nadchodziła poczta! Co za okrutne poty, gdy oddalały się w deszczu  
kroki listonosza! Na koniec,  
pewnego wieczora, 
przyniósł mi ją. Był to mały, skomplikowany aparat z ołówkiem, piórem,  
inicjałami na lak - czy ja wiem, z  
czym jeszcze! A po naciśnięciu sprężynki ukazywał się stempelek, lśniący  
nowością, nieskalany. 
Może zostało coś nie ostemplowanego w moim domu? Coś, co nie było moje? Jeśli  
kto inny poprosił mnie  
o pieczątkę - uwaga, bo się zepsuje! - co za trwoga! Następnego dnia z jakim  
radosnym pośpiechem  
zaniosłem do szkoły wszystko: książki, bluzę, kapelusz, buty, ręce - z napisem: 
JUAN RAMÓN JIMENEZ, Moguer. 
 

background image

OSZCZENIONA SUKA 
Suka, o której ci mówię, Srebrzynku, to ta od strzelca Lobata. Znasz ją dobrze,  
bo spotykaliśmy ją wiele  
razy na Drodze Równin... Czy przypominasz sobie? Taka złocista i biała jak  
pochmurny zachód majowy...  
Urodziła cztery szczeniaki i Salud, mleczarka, zabrała wszystkie do chaty w Las  
Madres, gdyż umierało jej  
dziecko i Don Luis polecił napoić je rosołem ze szczeniaków. Ty dobrze wiesz,  
ile to drogi od domu  
Lobata do mostu w Las Madres, jeżeli iść na Las Tablas... 
Srebrzynku, powiadają, że suka miotała się jak szalona przez cały ów dzień, to  
wchodząc, to wychodząc,  
wyzierając na drogi, wdrapując się na wały, obwąchując ludzi... Jeszcze gdy  
dzwoniono na Anioł Pański, widział  
ją ktoś na workach z węglem koło budki strażnika w Los Hor-nos, smętnie wyjącą  
ku zachodowi. 
Ty dobrze wiesz, ile jest od ulicy Środkowej do przeprawy w Las Tablas... Cztery  
razy pobiegła suka tam i z  
powrotem w ciągu nocy, i za każdym razem przyniosła w pysku jednego szczeniaka,  
Srebrzynku. A o świcie,  
kiedy Lobato wyszedł otworzyć bramę, suka siedziała na progu spoglądając  
łagodnie na swego pana, ze  
wszystkimi czterema chudymi szczeniątkami przyczepionymi w niezdarnym dreszczu  
do jej wymion  
zaróżowionych i pełnych. 
 
ONA I MY 
Srebrzynku, może to ona odjeżdżała - dokąd? - owym czarnym pociągiem całym w  
słońcu, co po wysokim  
nasypie, odcinając się na tle białych chmurek, uciekał w stronę północy. 
My obaj staliśmy w dole, skryci wśród żółtych i sfalowanych zbóż, skropionych  
zewsząd krwią maków, którym  
lipiec nakładał już małą koronę z popiołu; a obłoczki pary niebieskiej -  
przypominasz to sobie -zasmucały przez  
chwilę słońce i kwiaty, staczając się bezwiednie ku nicości... 
Główka o jasnych włosach, w czarnym welonie!... Była niby portret złudzenia w  
przelotnej ramie okienka. 
Mogła sobie pomyśleć: Kim są ten człowiek w żałobie i ten osiołek ze srebra? 
I kimże byśmy być mogli! Nami właśnie... prawda, Srebrzynku? 
 
WRÓBLE 
Poranek świętego Jakuba, ogarnięty białymi i szarymi chmurami, jest jakby  
okutany w bawełnę. Wszyscy  
pośpieszyli na mszę. W ogrodzie zostały jedynie wróble, Srebrzynek i ja. 
Ach, te wróble! Pod krągłymi chmurami, które od czasu do czasu zrzucają drobne  
krople, jakże wlatują i  
wylatują z powoju, jak świergocą, jakże się dziobią nawzajem! Jeden spada na  
gałąź, odlatuje i pozostawia ją  
rozedrganą; inny wypija troszkę nieba z kałuży na cembrowinie studni; tamten  
skoczył na daszek przybudówki,  

background image

pełen uschniętych prawie kwiatów, które ożywia światło szarego dnia. 
Błogosławione ptaki bez ustalonych dni świątecznych! Ze swobodną monotonią  
czegoś swojskiego, naturalnego,  
nic prócz nieokreślonego szczęścia nie głoszą im dzwony. Zadowolone, bez  
fatalnych zobowiązań, bez tych  
olimpów i tartarów, co uniesieniem lub trwogą przejmują nieszczęsnych ludzi- 
niewolników, bez innej  
moralności prócz swej własnej, bez żadnego Boga prócz błękitu, są mymi braćmi,  
mymi miłymi braćmi. 
Podróżują bez pieniędzy i walizek; zmieniają mieszkanie, kiedy im się podoba;  
odgadują strumień, przeczuwają  
listowie; wystarczy im rozpostrzeć tylko skrzydła, aby osiągnąć szczęście; nie  
wiedzą nic o poniedziałkach ni  
sobotach; pluskają się wszędzie, w każdej chwili; kochają miłość bezimienną,  
powszechną ukochaną. 
A kiedy ludzie - biedni ludzie! - idą w niedzielę na nabożeństwo pozamykawszy  
drzwi, one, dając radosny  
przykład miłości bez rytuału, nadlatują raptownie ze swym świeżym i wesołym  
zgiełkiem do ogrodów  
pozamykanych domów, gdzie pewien pan poeta, którego już dobrze znają, i pewien  
czuły osiołek - przyłączasz  
się do mnie? - wpatrują się w nie po bratersku. 
 
FRASCO YELEZ 
Dzisiaj nie można wyjść, Srebrzynku. Właśnie przeczytałem na Placyku Pisarzy  
obwieszczenie alkada: 
»Wszelaki Brytan, któren przemierzy arterie tego Szlachetnego Grodu Mogueru bez  
odnośnego Kapistrum czyli  
kagańca, ma zostać rozstrzelanym przez Funkcjonariuszy mej Władzy«. 
Z czego wynika, Srebrzynku, że są wściekłe psy w miasteczku, już wczoraj w nocy  
słyszałem raz po raz strzały  
Straży Miejskiej - tej lotnej nocnej kontroli celnej, jeszcze jednego tworu  
»Flaszki« * Yeleza -na Monturrio,  
koło Zamku, na Zamurzu. 
Lolilla zwana głupią -wrzeszczy wszystkim do drzwi i okien, że nie ma wcale  
takowych wściekłych psów i że  
obecny alkad, podobnie jak dawny, Vasco, co przebierał półgłówka za ducha, żądny  
jest samotności, którą  
stwarzają jego strzały, by przemycać swą wódkę z agawy i figi. Ale niechby to  
jednak była prawda i niechby cię  
ugryzł wściekły pies? Nie chcę nawet myśleć o tym, Srebrzynku. 
* Gra słów: »Flasco« znaczy w języku hiszpańskim zarówno: » Franio«; jak: *  
flaszka*. 
 
LATO 
Ze Srebrzynka sączy się krew, fioletowa i gęsta, od użądleń przez bąki.  
Świerszczyk piłuje sosnę, do której  
zda się, że nigdy nie dotrzemy. Kiedy otwieram oczy po krótkiej chwili  
wszechogarniającego snu,  
piaszczysty krajobraz ukazuje mi się biały, zimny w swym rozżarzeniu, widmowy. 

background image

Niskie krzewiny czystków usiane są wielkimi mglistymi kwiatami, różami z dymu, z  
gazy, z bibułki,  
uświetnionymi czterema łzami karminu. Dławiąca mgiełka wybiela karłowate sosny.  
Jakiś nigdy nie  
widziany ptaszek, żółciutki w czarne centki, milcząco trwa na gałęzi. 
Strażnicy sadów pobrzękują blachami z mosiądzu, by przepłoszyć ogoniastych  
rabusiów, co się spuszczają  
wielkimi błękitnymi stadami na pomarańcze... Kiedy wreszcie wchodzimy w cień  
gęstego orzecha, płatam  
na części dwa nasze arbuzy, obnażające szron swój purpurowy z orzeźwiającym,  
przeciągłym  
skrzypieniem. Zjadam owoc pomału, nadsłuchując w oddali nieszporów z miasteczka.  
Srebrzynek sączy  
cukrzany miąższ swojego, jakby to była woda. 
 
OGIEŃ W LASACH 
Dzwon na alarm! Trzy... cztery uderzenia... Ogień! 
Porzuciliśmy kolację i ze zdławionym przez czarną czeluść drewnianych schodków  
sercem wspięliśmy się  
w zadyszanym i niespokojnym milczeniu na taras. 
- To gdzieś koło Luceny! - krzyczy w dół schodów Anilla, co już znalazła się na  
ich szczycie, nim my  
wylegliśmy ku nocy... 
Bom, bom, bom, bom! Przy wyjściu na dwór - jakże tu się oddycha! - twarde,  
dźwięczne uderzenia dzwonu  
nabierają czystości ł młócą uszy, ściskają nam serce. 
- Jest wielki, bardzo wielki... To porządny pożar... 
Tak. Na czarnym widnokręgu sosen odległy płomień zda się spokojny w swej ostro  
zarysowanej  
przejrzystości. Jest niby purpurowa i czarna emalia, podobny owemu »Polowanłu«  
Piera di Cosimo, gdzie  
ogień wyrażono jedynie czystą czernią, czerwienią i bielą. Czasem błyszczy z  
większym rozmachem, kiedy  
indziej czerwień staje się prawie różowa, koloru wschodzącego księżyca...  
Sierpniowa noc jest nieruchoma,  
wyniosła; można pomyśleć, że ogień zamarł już w niej na zawsze, jak gdyby  
wieczny jej składnik...  
Umykająca gwiazda przebiega przez pół nieba i pogrąża się w błękicie nad  
klasztorem. Zostaję sam ze  
sobą... 
Rżenie Srebrzynka gdzieś w dole przywraca mnie rzeczywistości... Wszyscy zeszli  
na dół... I czuję pośród  
dreszczu, którym rani mnie miękkość nocy zwiastującej już winobranie, jakby  
właśnie przeciągnął obok  
mnie ów człowiek, co, jak mniemałem w dzieciństwie, podpalał lasy: rodzaj Pepe  
el Poilo — moguerski  
Oscar Wilde, starszawy już, smagły, z siwymi kędziorami, ze zniewieściałą swą  
okrągłością odziana w  
czarny surdut oraz spodnie w wielkie białe i jasnobrązowe kraty, spodnie,  
których kieszenie pękały od  

background image

długich gibraltarskich zapałek. 
 
STRUMIEŃ 
Ten wyschnięty dziś strumień, Srebrzynku, którym idziemy na Pastwisko Koni,  
mieści się w moich  
starych, pożółkłych książkach, raz taki, jakim jest naprawdę, u boku zamulonej  
studni pośród łąki, z  
makami prześwietlonymi słońcem i opadłymi morelami; kiedy indziej w nadbudowach  
i odmianach  
alegorycznych, przeniesiony w moim czuciu do miejsc odległych, nie istniejących  
lub tylko  
podejrzewanych. 
Przez niego, Srebrzynku, jak kwiat ostu w promieniach słońca rozbłysła w  
uśmiechu moja dziecięca  
wyobraźnia wobec czaru pierwszych odkryć, gdy dowiedziałem się, że on, Strumień  
Równin, to właśnie  
ten sam strumień, co przecina drogę do San Antonio swym zagajnikiem śpiewnych  
topoli; że podążając  
jego wysuszonym w lecie korytem dochodziło się aż tutaj; że kiedy wrzuciłem zimą  
korkową łódeczkę tam,  
wśród topoli, docierała aż do tych granatowców, przepłynąwszy pod mostem w Las  
Angustias, co był  
moim schronieniem, gdy przechodziły byki... 
Ileż to czaru w owym fantazjowaniu dziecięcym, Srebrzynku! Czaru, który i ty  
może znasz lub dawniej  
znałeś. Wszystko przychodzi i odchodzi w rozkosznych zamianach; spogląda się na  
wszystko i nie  
dostrzega się nic inaczej niż jako przelotne odbitki wyobraźni... Idzie się na  
wpół ślepym, patrząc tyleż do  
wewnątrz co na zewnątrz, wywracając czasami w cieniu duszy ładunek obrazów życia  
lub otwierając do  
słońca, niby kwiat oczywisty, i na prawdziwym brzegu składając poezję, której  
się nigdy więcej już nie  
spotka - poezję duszy oświeconej. 
 
NIEDZIELA 
Nawołujące jazgotanie dzwonka, to bliskie, to dalekie, raz po raz brzmi na  
niebie świątecznego rana, jak gdyby  
cały błękit był z kryształu. A pola, wycieńczone już trochę, zdają się złocić  
opadłymi nutkami triumfalnego i  
barwnego wzlotu. 
Wszyscy, nawet i strażnik, chcąc oglądać procesję ściągnęli do miasteczka.  
Jesteśmy sami, Srebrzynek i ja. Co  
za spokój! Jaka czystość! Jaka błogość! Pozostawiwszy Srebrzynka na wysokiej  
łączce układam się pod sosną -  
rój na od ptaków, które nie uciekają - żeby czytać. Omar Chajjam *... 
W ciszy, jaka zalega między falami dzwonienia, wrzenia wewnętrzne wrześniowego  
ranka nabierają jawności ł  
głosu. Złocistoczarne osy szybują wokół szpaleru, obwieszonego zdrowymi gronami  
muszkatowymi, a motyle,  

background image

które mi się mieszają z kwiatami, wzlatując odnawiają się jakby - w metamorfozie  
barw. Samotność jest niby  
wielka myśl świetlista. 
Od czasu do czasu Srebrzynek przestaje jeść i patrzy na mnie. Od czasu do czasu  
przestaję czytać i patrzę na  
Srebrzynka... 
* Poeta perski (ok. 1050-1123), autor sławnego poematu o przemijaniu uciech  
ziemskich »Rubajjat«. 
 
ŚPIEW ŚWIERSZCZA 
Srebrzynek i ja, z naszych wędrówek nocnych, dobrze znamy śpiew świerszcza. 
Pierwszy śpiew świerszcza, o zmroku, jest niezdecydowany, cichy i szorstki.  
Zmienia ton, uczy się od samego  
siebie, po trochu zyskuje na sile, ustawia się należycie, jakby poszukiwał  
harmonii miejsca i godziny. Nagle,  
kiedy już gwiazdy zaświecą na zielonym i przejrzystym niebie, pienie przybiera  
melodyjną słodycz swobodnego  
dzwoneczka. 
Świeże bryzy liliowe wędrują tam i z powrotem; otwierają się szeroko nocne  
kwiaty, po równinie błąka się  
czysta i boska woń niebie- 
skich łąk zespolonych, niebiańskich ł ziemskich. A świerszcza śpiew potężnieje,  
wypełnia całe pole, niejako  
staje się głosem cienia. Nie waha się już i nie milknie. Jakby tryskając z  
siebie samej, każda nuta bliźniaczką jest  
innym w braterstwie ciemnych kryształów. 
Mijają pogodne godziny. Nie ma wojny na świecie i spokojnie śpi wieśniak, widząc  
niebo w wysokiej głębi  
swego snu. Może tam, u powojów parkanu, miłość trwa w uniesieniu z oczami  
zatopionymi w oczach... Grzędy  
fasoli ślą ku miasteczku posłania łagodnej woni, jak ze swobodnej młodzieńczości  
naiwnej i nagiej. A zboża  
falują, zielone od księżyca, wzdychając na wietrze godziny drugiej, trzeciej,  
czwartej... Śpiew świerszcza zagubił  
się od tak długiego brzmienia... 
Znowu jest! O, pienie świerszcza o świcie, kiedy przejęci dreszczem wracamy ze  
Srebrzynkiem do łóżka  
poprzez ścieżki białe od rosy! Opada księżyc rudawy i senny. Już śpiew pijany  
jest księżycem, upojony  
gwiazdami, romantyczny, obfity, tajemny... Wtedy to wielkie, żałosne chmurzyska,  
obrzeżone fioletem  
błękitnawym ł smutnym, wydobywają dzień z morza, pomalutku... 
 
WALKI BYKÓW 
Czy wiesz, Srebrzynku, po co przychodziły te dzieci? Chciały zobaczyć, czy im  
pozwolę uprowadzić ciebie, aby  
mogły wieczorem, podczas corridy, prosić wraz z tobą o klucz od zagrody dla  
byków. Ale się nie trwóż! Już ja  
im powiedziałem, żeby nie śmiały nawet o tym myśleć... One szalały, Srebrzynku!  
Całe miasteczko jest przejęte  

background image

walką byków. 
Kapela rżnie od świtu - zmęczona już i rozstrojona - przed tawernami; wozy i  
konie ciągną tam i z powrotem, w  
górę lub w dół ulicy Nowej. Tuż za nami, w zaułku, przygotowują Kanarka, ów  
żółty powóz, który tak się  
podoba dzieciakom, dla grupy toreadorów. Ogródki ogołocone są z kwiatów dla  
»prezydentek«. Żal bierze  
patrzeć na młodych chłopaków, jak się niezdarnie wałęsają po ulicach w swoich  
szerokich kapeluszach i w  
bluzach, z cygarem, pachnący stajnią i wódką. 
Kolo drugiej, Srebrzynku, w tym momencie nasłonecznionej samotności, w tej  
jasnej próżni dnia, kiedy właśnie  
się stroją matadorzy i »prezydentki« - ty i ja, wymknąwszy się boczną furtką,  
podążymy zaułkiem na pola, tak  
jak zeszłego roku... 
Jakie piękne są pola w te dni świąteczne, w które wszyscy je opuszczają!  
Zaledwie w jednej z młodych winnic  
lub w ogrodzie jakiś staruszek nachyla się nad zielonymi gronami, nad czystą  
strugą wody.... W dali, ponad  
miasteczkiem, niby błazeński wieniec unosi się skłębiona wrzawa, oklaski, muzyka  
z placu walki byków;  
wszystko to niknie, w miarę jak odchodzimy, pogodni, w stronę morza... 
A dusza, Srebrzynku, czuje się prawdziwą królową tego, czym owładnęła mocą  
swojego uczucia: panią  
wielkiego, zdrowego ciała Natury, dającego każdemu, kto na to zasługuje,  
posłuszne widowisko swego  
wiecznego, promiennego piękna. 
 
BURZA 
Trwoga. Wstrzymany oddech. Zimny pot. Okropne, niskie niebo dławi brzask. (Nie  
ma którędy uciec). Cisza...  
Miłość ustaje. Truchleje wina. Wyrzut zamyka oczy. Jeszcze ciszej... 
Grzmot, głuchy, przewalający się, nieprzerwany, jak ziewnięcie, co nie kończy  
się wcale, jak ogromny ładunek  
głazów, co by runął z zenitu na miasteczko, toczy się długo przez opustoszały  
ranek. (Nie ma którędy uciec).  
Wszystko, co słabe - kwiaty i ptaki - ulatnia się z życia. 
Nieśmiało strach spogląda przez wpółotwarte okno na Boga, który rozbłyska  
tragicznie. Tam na wschodzie,  
między strzępami chmur, widać posępne malwy i róże, splamione, zimne, już nie  
mogące przezwyciężyć czerni.  
Poczta z godziny szóstej, co wydaje się czwartą, dudni za rogiem w ulewie;  
woźnica śpiewa, żeby zagłuszyć lęk.  
Pusty wóz z winobrania przebiega pośpiesznie. 
Anioł Pański! Anioł Pański, twardy i opuszczony, szlocha między grzmotami.  
Ostatni Anioł Pański świata?... I  
chciałoby się, by to dzwonienie umilkło już prędzej, albo nie, żeby trwało dziś  
dłużej, o wiele dłużej, póki nie  
zdławi szaleństwa. I chodzi się z kąta w kąt, i łka się, i nie wie się, czego  
się pragnie... 

background image

(Nie ma którędy uciec). Struchlały serca. Dzieci krzyczą ze wszystkich stron... 
- Cóż będzie ze Srebrzynkiem, tak samotnym w bezbronnej stajni na dziedzińcu? 
 
NOKTURN  
Z odświętnego miasteczka, rozjaśnionego czerwono aż ku niebu, dochodzą tęskne,  
ochrypłe walce w łagodnym  
powiewie wiatru. Wieża -surowa, mroczna, milcząca i sina - widnieje na wędrownym  
kręgu błękitnym,  
fiołkowym, żółtoszarym... A tam, poza ciemnymi magazynami przedmieścia, opadły  
księżyc złoty i senny  
zachodzi samotnie nad rzeką. 
Pole zostało samo ze swymi drzewami i z cieniem swoich drzew. Dochodzą urywane  
śpiewy świerszczy,  
somnambuliczny szept ukrytych wód, łagodna wilgoć, jakby się rozpuściły  
gwiazdy... Srebrzynek zarżał smętnie  
z ciepłego wnętrza swej stajni. 
Koza też jeszcze nie śpi, jej dzwonek wydzwania uparcie, żywo rozkołysany, potem  
coraz wolniej. W końcu  
milknie... Z dala, od strony Montemayoru, rży inny osioł... Po nim jeszcze inny,  
gdzieś w Valle-juelo... Szczeka  
pies... 
Noc jest tak jasna, że widać kolory kwiatów w ogrodzie, niby w dzień. Tuż przy  
ostatnim domu na Źródlanej,  
pod czerwoną, chwiejącą się latarnią, skręca za róg samotny człowiek... Czy to  
ja? Nie. W wonnym półmroku  
rajskim - ruchomym i złotym - który stworzyły wspólnie bez i księżyc, cień i  
bryza, wsłuchuję się w swe serce  
głębokie i niepowszednie... 
Kula obiega kręgiem, zroszona potem i miękka... 
 
SARITO 
Podczas winobrania, kiedy w szkarłatny wieczór znalazłem się w winnicy nad  
strumieniem, powiedziały mi  
kobiety, że jakiś młody Murzyn o mnie pyta. 
Ja szedłem w stronę klepiska, a on schodził już ku mnie ścieżynką. 
- Sarito! 
Był to Sarito, służący Rozaliny, mojej portorykańskiej narzeczonej. Umknął  
chyłkiem z Sewilli, by się potykać z  
bykami po miasteczkach, i ciągnął teraz na piechotę z Niebla, głodny i bez  
pieniędzy, przerzuciwszy przez ramię  
jaskrawoczerwony krótki płaszcz torera. 
Winobrańcy spoglądali nań spode łba, ze źle ukrywaną pogardą. Kobiety go  
unikały, bardziej ze względu na  
mężczyzn, niźli z własnego przekonania. Przedtem, idąc przez wytłaczalnłę, pobił  
się już z jakimś chłopcem,  
który naderwał mu zębami ucho. 
Ja uśmiechałem się doń i mówiłem do niego uprzejmie. Sarito, nie mając odwagi  
pogładzić mnie samego,  
głaskał Srebrzynka, który wałęsał się w pobliżu skubiąc winogrona - i patrzył  
zarazem na mnie wzrokiem  

background image

pełnym szlachetności. 
 
MIEJSKI PARK 
Ponieważ przyjechaliśmy do dużego miasta, zapragnąłem, by Srebrzynek zobaczył  
park... Zbliżamy się  
pomalutku wzdłuż sztachet, w miłym cieniu okrytych jeszcze listowiem akacji i  
platanów. Kroki Srebrzynka  
rozbrzmiewają na wielkich, lśniących od wody płytach świeżo podlanych, miejscami  
niebieskich od nieba,  
miejscami białych od opadłych już kwiatów, które, zroszone, wydają mgliście  
słodkie, delikatne wonie. Jakaż  
świeżość i zapach wydobywają się z ogrodu — przesyconego tak samo wodą - przez  
kolejne prześwity  
ociekającego bluszczu ogrodzenia! Wewnątrz bawią się dzieci. Wśród białego  
falowania przeciąga wrzaskliwy,  
rozdzwoniony spacerowy wózek z fioletowymi chorągiewkami i zielonym baldachimem;  
statek sprzedawcy  
orzechów, zdobny granatem i złotem, z nawleczonymi na liny ziemnymi orzeszkami,  
ze swym dymiącym  
kominem; dziewczynka z balonami - olbrzymim, lotnym, napowietrznym gronem,  
szmaragdowym, niebieskim i  
szkarłatnym; sprzedawca wafli, przytłoczony ciężarem czerwonej blaszanki... Na  
niebie, w gąszczu tkniętej  
jesienną chorobą zieleni, gdzie, lepiej teraz widoczne, trwają dzielnie palma i  
cyprys, zapłonął żółtym blaskiem  
księżyc nad różowymi chmurkami. 
Kiedy jestem już w bramie i gdy zamierzam wejść do ogrodu, zwraca się do mnie ów  
niebieski człowiek, który  
go strzeże ze swoją żółtą laską i swoim wielkim zegarkiem ze srebra: 
- Osieł nie może wejść, pse pana. 
- Osioł? Jaki znów osioł? - powiadam spoglądając na coś hen poza Srebrzynkiem,  
zapomniawszy, rzecz jasna, o  
jego zwierzęcym kształcie. 
- Jakiż osieł ma być, pse pana; jakiż osieł ma byyyć...! 
Wtenczas powracam znów do rzeczywistości, a ponieważ Srebrzynek nie może wejść,  
bo jest osłem, ja, będąc  
człowiekiem, nie chcę już wejść do ogrodu - i wyruszam wraz z nim z powrotem  
wzdłuż ogrodzenia, czule go  
głaszcząc i zagadując go o czym innym... 
 
KSIĘŻYC 
Srebrzynek wypił sobie właśnie dwa kubły usianej gwiazdami wody ze studni na  
dziedzińcu i powracał do  
stajni, niemrawy i roztargniony, wśród wybujałych słoneczników. Ja czekałem nań  
koło bramy, oparty o  
biały narożnik i ogarnięty ciepłym zapachem heliotropu. 
Ponad daszkiem, wilgotnym od mgieł wrześniowych, spały dalekie pola,  
przysyłające mocne oddechy  
sosen. Wielkie czarne chmurzysko, niby ogromna kura, co składa właśnie złote  
jajo, złożyła księżyc na  

background image

wzgórzu. 
Rzekłem do księżyca: 
...Ma sola 
ha questa luna m ciel,  
che da nessuno cadcr  
fu vista mai se non in sogno. 
Srebrzynek wpatrywał się zachłannie w jego tarczę i z głuchym, twardym łoskotem  
potrząsał jednym  
uchem. Wpatrzywszy się potem we mnie zadumany, potrząsał drugim. 
 
UCIECHA 
Srebrzynek bawi się z piękną białą suką Dianą, co przypomina półksiężyc, ze  
starą szarą kozą, z dzieciakami... 
Pobrzękując lekkim dzwoneczkiem Diana, wytworna i gibka, skacze przed ośliskiem  
i udaje, że chce go ugryźć  
w pysk. A Srebrzynek, nastawiwszy uszy w szpic jak liście agawy, szarżuje głową  
łagodnie i turla ją po  
ukwieconej trawie. 
Koza idąc u boku Srebrzynka ociera się o jego nogi, pociąga zębami za końce jego  
ładunku sitowia. Z  
goździkiem albo stokrotką w pysku staje naprzeciw niego, trąca go w czoło i  
podskakuje potem, i beczy  
radośnie, przymilna niby kobieta... 
Pośród dzieci Srebrzynek służy za zabawkę. Z jakąż cierpliwością znosi ich psie  
figle! Jakże wolniutko stąpa,  
zatrzymując się, udając głuptasa, byle nie pospadały! I jak je straszy,  
rozpoczynając nagle upozorowanego kłusa! 
O, popołudnia jasne moguerskiej jesieni! Gdy przejrzyste powietrze  
październikowe zaostrza klarowne dźwięki,  
unosi się z doliny sielankowa radość szczekania i dzwonków, rżeń, pobekiwań i  
śmiechów dziecięcych... 
 
PRZELATUJĄ KACZKI 
Poszedłem dać wody Srebrzynkowi. Z ciszy dziedzińca, pośród pogodnej nocy,  
pełnej wędrówek obłoków ł  
gwiazd, słychać tam w górze nieustanne przeciąganie wyraźnych gwizdów. 
To kaczki. Lecą w głąb lądu, uciekając przed burzą morską. Co pewien czas,  
jakbyśmy wznieśli się ku nim lub  
jakby one spuściły się niżej, dochodzą nas najlżejsze szelesty ich skrzydeł, ich  
dziobów; podobnie w polu  
słychać wyraźnie rozmowę kogoś, kto idzie daleko... 
Srebrzynek raz po raz przerywa picie i wznosi głowę (tak jak ja, tak jak kobiety  
Milleta) ku gwiazdom z łagodną  
tęsknotą bez granic... 
 
MAŁA DZIEWCZYNKA 
Mała dzieweczka była uciechą Srebrzynka. Gdy szła ku niemu ścieżką obrośniętą  
bzami w swym białym  
ubranku i kapelusiku ze słomy ryżowej, wzywając go przymilnie: - Srebrzynku,  
Srebrzyneczkuuu! - oślisko  

background image

chciało się urwać z postronka, i fikało jak dziecko, i rżało jak szalone. 
Ona w ślepym zaufaniu przechodziła pod nim tam i z powrotem, potrącała go stopą,  
wkładała rękę - tę lilię  
śnieżnobiałą — do różowego pyska oblankowanego wielkimi żółtymi zębami; albo  
ujmując go za uszy, których  
pozwalał jej dosięgnąć, nazywała go wszelkimi pieszczotliwymi odmianami jego  
imienia: Srebrzynek!  
Srebrzynisko! Srebrzyniątkol Srebrzyneczek! 
Przez długie dni, w ciągu których dziewczynka żeglowała w swej białej kołysce z  
prądem rzeki ku śmierci, nikt  
nie pamiętał o Srebrzynku. Ona wśród majaczenia przyzywała go smutnie:  
Srebrzyneczkuuu . W ciemnym i  
pełnym westchnień domu słychać było niekiedy dalekie, żałosne wołanie  
przyjaciela. O, melancholijne lato! 
Ileż przepychu włożył Bóg w ów dzień pogrzebu! Miesiąc złotoróżowy, wrzesień ten  
sam co teraz, chylił się był  
ku końcowi. Jak rozbrzmiewał z cmentarza głos dzwonu na zachodzie niebieskim, na  
drodze do chwały!...  
Wróciłem poprzez opłotki, zgaszony, samotny; wszedłem do domu od strony  
dziedzińca i uciekając przed  
ludźmi udałem się do stajni, gdzie siadłem przy Srebrzynku, by pomyśleć. 
 
PASTUSZEK 
Na wzgórzu, które fiołkowa godzina czyni cienistym i trwożnym, pastuszek, czarny  
na tle seledynowych  
kryształów zachodu, gwiżdże na swej fujarce pod migotaniem gwiazdy wieczornej.  
Uwikłane wśród kwiatów,  
które, gdy ich nie widać, pachną coraz to mocniej (aż im ów zapach odtwarza  
kształty w cieniu, gdzie  
przycupnęły zgubione), dzwonią przejrzyste i łagodne dzwonki zatrzymanego stada,  
rozproszonego przez chwilę  
u wejścia do wsi, w dobrze znajomej stronie. 
.— Panicu, zęby ten osielek beł mój... 
Brzdąc, bardziej ogorzały i bardziej sielski w tej niepewnej godzinie, piętrzący  
w bystrych źrenicach przelotne  
odbłyski chwili, mógłby być jednym z młodziutkich żebraków, których uwiecznił na  
płótnie Bartolome Esteban,  
nasz dobry Sewilczyk.* 
Dałbym mu tego osła... Ale cóż bym ja począł bez ciebie, Srebrzynku? 
Księżyc, który wstępuje okrągły ponad pustelnię Montemayoru, rozlewa się miękko  
na łące, gdzie błądzą  
jeszcze niewyraźne dzienne jasności. A ukwiecona ziemia zdaje się teraz z  
marzenia, z jakiejś koronki  
pierwotnej i pięknej. A skały są większe, bliższe i smutniejsze. I bardziej  
płacze woda niewidocznego  
strumyka... 
Pastuszek krzyczy, zachłanny, już z daleka: 
- Ej, zęby ten osiełek beł mój!... 
* Murillo (przyp. llum.) 
 

background image

KANAREK UMIERA 
Popatrz, Srebrzynku: dziś o świcie kanarek dzieci umarł w swej srebrnej klatce.  
Prawda, że biedak już był  
bardzo stary... Ostatnią zimę, pamiętasz to dobrze, spędził w milczeniu, z głową  
ukrytą w piórkach. A gdy  
nadeszła wiosna i kiedy słońce w ogród zmieniło pokój na oścież otwarty, gdy  
najpiękniejsze róże rozkwitły na  
patio, on chciał także uświetnić nowe życie i zaśpiewał; ale głos jego był  
kruchy i astmatyczny niby głos  
pękniętego fletu. 
Najstarsze z dzieci, to, któremu zlecono nad nim pieczę, widząc go martwym na  
dnie klatki wykrzyknęło  
gwałtownie, ze łzami: 
- Przecie mu nic nie brakło, ni jedzenia, ni wody! 
Nie. Nie brakło mu nic, Srebrzynku. Umarł, no bo już tak - powiedziałby  
Campoamor, ów inny stary kanarek... 
Srebrzynku, czy jest może raj dla ptaków? Czy jest może sad zielony wśród  
błękitnego nieba, cały w kwieciu  
złocistych róż, z duszami ptaszków niebieskich, różowych, białych i żółtych? 
Słuchaj: tej nocy ty, ja i dzieci zaniesiemy martwego ptaszka do ogrodu. Księżyc  
jest teraz w pełni i w jego  
bladym srebrze biedny śpiewak na białej dłoni Blanki wyda się zwiędłym płatkiem  
żółtego irysa. I pochowamy  
go w grządce wielkiego krzaku róży. 
Na wiosnę, mój Srebrzynku, każdy z nas ujrzy na pewno, jak dawny ptaszek  
wyfrunie z płatków różanych.  
Wtedy wonne powietrze rozśpiewa się znowu całe; i będzie w kwietniowym słońcu  
czarodziejskie błądzenie  
niedostrzegalnych skrzydeł, i niepojęta struga czystych treli z płynnego złota. 
 
WZGÓRZE 
Nic widziałeś mnie nigdy, Srebrzynku, wyciągniętego na wzgórzu, romantycznego i  
klasycznego jednocześnie? 
Wędrują byki, psy, kruki, a ja nie ruszam się, nawet nie patrzę. Zapada noc i  
tylko wtedy odchodzę, gdy mnie  
mój cień opuszcza. Nie pomnę, kiedy się tam znalazłem po raz pierwszy, i wątpię  
wręcz, czy stało się to  
kiedykolwiek. Już wiesz, o jakim wzgórzu mowa? O tym niskim pagórku czerwonym,  
który się wznosi jak tors  
mężczyzny i kobiety ponad starą winnicą Cabana. 
Na nim przeczytałem wszystko, co przeczytałem, i przemyślałem wszystkie swoje  
myśli. We wszystkich  
muzeach widziałem ten swój portret, malowany przeze mnie samego: ja, ubrany na  
czarno, wyciągnięty na  
piasku, plecami do siebie, to znaczy do ciebie czy do każdego, kto patrzy - ze  
swą myślą swobodną między  
oczami i zachodem słońca. Wołają mnie - czy nie przyjdę jeść albo spać - z domu  
w La Pia. Sądzę, że idę, ale  
nie wiem, czy tam pozostaję. I jestem pewien, Srebrzynku, że teraz nie jestem tu  
z tobą, ni kiedy indziej  

background image

gdziekolwiek bym nie był, ani w grobie po śmierci, tylko na wzgórzu czerwonym,  
klasycznym i romantycznym  
jednocześnie, patrzący z książką w ręku, jak słońce zachodzi nad rzeką. 
 
JESIEŃ 
Słońcu, Srebrzynku, nie chce się już wychodzić ze swych prześcieradeł i rolnicy  
wstają wcześniej od niego.  
Prawda to, że jest nagie i że bywa 
chłodno. 
Jak dmucha wicher północny! Przyjrzyj się spadłym na ziemię gałązkom: wiatr jest  
tak ostry, taki prosty, że  
wszystkie leżą równolegle, czubkami ku południowi. 
Ciągnie pług, niby szorstkie narzędzie wojny, do swej radosnej pracy dla pokoju;  
a na rozmokłej dróżce żółte  
drzewa, pewne, że się znów zazielenia, oświetlają żywo z jednej i z drugiej  
strony blaskiem łagodnych ognisk  
jasnozłotych nasz przyśpieszony marsz. 
 
UWIĄZANY PIES 
Przyjście jesieni jest dla mnie tym uwiązanym psem, mój Srebrzynku, który  
szczeka przeciągle i czysto w  
samotności dziedzińca, podwórka czy ogrodu, co po południu zaczynają przenikać  
zimnem i smutkiem...  
Zawsze, gdziekolwiek bym nie był, Srebrzynku, w te dni, które stają się coraz  
bardziej żółte, słyszę owego psa  
uwiązanego, szczekającego ku zachodowi słońca. 
Jego szczekanie, bardziej niż cokolwiek innego, przysparza mi radości. Są to  
chwile, kiedy całe życie uchodzi w  
oddalającym się złocie, jak serce skąpca w ostatniej uncji skarbu, co przepada.  
A złoto ledwie istnieje, chciwie  
skupione w duszy i rozsyłane przez nią we wszystkie strony - tak jak dzieci  
chwytają słońce kawałkiem lusterka  
i przenoszą je na ocienione ściany, łącząc w jednym obrazie wizerunek motyla i  
suchego liścia. 
Czeredy wróbli i kosów podrywają się z gałęzi na gałąź pomarańczowego drzewa lub  
akacji, coraz wyżej  
wstępując wraz ze słońcem. Słońce staje się różowe i lila... Piękno uwiecznia  
przelotną chwilę bez tętna, niby  
umarłą na zawsze, lecz jeszcze żywą. A pies przenikliwie i zajadle szczeka na  
piękno, czując, być może, jak ono  
umiera... 
 
ŻÓŁW GRECKI 
Znaleźliśmy go, brat mój i ja, wracając pewnego południa wąskim zaułkiem ze  
szkoły. Był wówczas sierpień (to  
niebo ciemnobłąkitne, nieledwie czarne, Srebrzynku!), i żebyśmy się zbytnio nic  
zgrzali, prowadzono nas  
tamtędy, bo wypadało bliżej... Przebywał bezbronny pośród trawy przy ścianie  
spichrza, taki sam prawie jak  
ziemia, chroniony trochę przez cień Kanarka, starego żółtego powozu, który gnił  

background image

w owym kącie. Zatrwożeni  
podnieśliśmy go z pomocą służącej i weszliśmy do domu zdyszani, wołając: - Żółw!  
Mamy żółwia! Potem  
opłukaliśmy go, gdyż był bardzo brudny, i wtedy wyszły na wierzch, jak z  
kalkomanii, rysunki złote i czarne. 
Don Joauin de la Oliva, Zielony Ptak i inni, którzy usłyszeli nowinę, oznajmili  
nam, że ten żółw to żółw grecki.  
Później, kiedy u jezuitów uczyłem się przyrody, znalazłem go namalowanego w  
książce, zupełnie takiego  
samego jak nasz, opatrzonego tą samą nazwą; i zobaczyłem go zabalsamowanego w  
dużej witrynie, z karteczką,  
na której też widniała owa nazwa. A więc nie ulega wątpliwości, Srebrzynku, że  
to żółw grecki. 
Żyje tu nadal od tamtych dni. Jako dzieci wyczynialiśmy z nim różne świństwa:  
huśtaliśmy go na trapezie,  
rzucaliśmy Lordowi, trzymaliśmy przez całe dni do góry nogami... Pewnego dnia  
Głuszuś strzelił prosto w  
niego, byśmy się przekonali, jaki jest twardy. Śrut odskoczył i jedno z ziaren  
zabiło biednego białego gołąbka,  
który właśnie popijał był sobie pod gruszą. 
Mijają miesiące i miesiące, a on nie pokazuje się na oczy. Któregoś dnia zjawia  
się nagle na węglu, nieruchomy,  
niby martwy. Innym znów razem - w ścieku... Czasem gniazdo z pustymi jajami jest  
znakiem jego obecności w  
jakimś miejscu. Jada z kurami, z gołębiami, z wróblami, a tym, co mu najbardziej  
smakuje, są pomidory.  
Niekiedy, wiosną, obejmuje dziedziniec w swe władanie i zdaje się wówczas, że ze  
swej suchej starości,  
samotnej i wieczystej, wypuścił nową gałąź; że wydał siebie samego na świat Boży  
na nowe stulecie. 
 
WIECZÓR PAŹDZIERNIKOWY 
Minęły wakacje i wraz z pierwszymi żółtymi liśćmi dzieci wróciły do szkoły.  
Samotność. Domowe słońce, tak  
samo pełne opadłych liści, wydaje się puste. Złudzenie podchwytuje dźwięki  
dalekich krzyków, jasnego śmiechu  
z oddali... 
Na krzaki róż, jeszcze rozkwitłe, pomału opada zmierzch. Od lśnień wieczoru  
zajmują się ostatnie róże - i ogród,  
wznosząc swój płomień woni ku pożarowi zachodu, pachnie cały spalonymi różami.  
Cisza. 
Srebrzynek, jak ja znudzony, nie wie, co robić. Pomalutku podchodzi do mnie,  
waha się chwilę i w końcu,  
nabrawszy zaufania, sucho i twardo stąpając po cegłach przedsionka wkracza wraz  
ze mną do domu. 
 
ANTONIA 
Strumień niósł tyle wody, że żółte irysy, wierna złota ozdoba jego brzegów w  
lecie, topiły się w rozsypce i  
rozproszeniu, ofiarowując swe piękno - płatek po płatku - ogromnemu, na oślep  

background image

rwącemu nurtowi. Którędyż się  
przeprawi Antonilla w tym swoim niedzielnym stroju? Podłożone przez nas kamienie  
utonęły w błocie.  
Dziewczyna poszła dalej w górę rzeczki, ku wałowi topoli, żeby zobaczyć, czy nie  
da się tamtędy. Nie dało się...  
Wtedy wytwornie zaofiarowałem jej Srebrzynka. 
Gdy do niej przemówiłem, Antonilla zapłoniła się cała i jej rumieniec rozlał się  
aż po piegi, które skraplały  
naiwnością otoczkę jej szarego spojrzenia. Potem, parsknąwszy nagłym śmiechem,  
przypadła do drzewa.  
Zdecydowała się w końcu. Cisnęła prędko na trawę różową chustkę wełnianą,  
podbiegła kawałek i zwinna jak  
charcica rozkraczyła się na grzbiecie Srebrzynka, zwieszając po obu stronach  
jędrne łydki, co nie podejrzewaną  
swą dojrzałością zaokrąglały czerwone i białe paski grubych pończoch. 
Srebrzynek pomyślał przez chwilę - i jednym susem zarył się na drugim brzegu.  
Następnie, ponieważ Antonilla,  
pomiędzy której rumieńcem i mną był już strumień, nacisnęła mu piętami  
brzuszysko, puścił się raźnym kłusem  
po równinie wśród złocistego i srebrnego śmiechu podrzucanej dziewczyny  
smagłolicej. 
...Pachniało irysami, wodą, miłością. Niby różany wieniec z kolcami owijał się  
dokoła mej myśli ów wiersz,  
który Szekspir wypowiedzieć kazał Kleopatrze: 
O happy horse, to bear the weight of Anthony. 
- Srebrzynku! - zawołałem nań w końcu, rozdrażniony, porywczy i zakłopotany. 
 
ZAPOMNIANE GRONO 
Po długich deszczach październikowych, w chórze niebiańskim dnia pogodnego  
poszliśmy wszyscy do winnic.  
Srebrzynek niósł podwieczorek i kapelusze dziewczynek w jednym zagłębieniu  
plecionej sakwy, a w drugim, dla  
przeciwwagi, delikatną, białą i różową niby kwiat jabłoni, Blankę. 
Co za czar odrodzonego pola! Pędziły wezbrane strumienie, ziemia była miękko  
zaorana, a na przybrzeżnych  
topolach, obrębionych wciąż jeszcze złotem, porozsiadały się już czarne ptaki. 
Nagle dziewczynki, jedna za drugą, puściły się biegiem krzycząc: 
— Grooono! Grooono! 
Na starym szczepie, którego długie, poplątane wici ukazywały jeszcze kilka  
sczerniałych i karminowych liści,  
jaskrawe słońce rozpalało zdrowe, przejrzyste, bursztynowe grono, siejące blaski  
jak kobieta w swej jesieni.  
Każdy pragnął je mieć! Wiktoria, która zerwała grono, broniła go za swymi  
plecami; lecz skoro tylko poprosiłem  
o nie, dziewczynka, z tą dobrowolną uległością, jaką okazują mężczyźnie podlotki  
stające się kobietami, oddała  
mi je chętnie. 
Grono miało pięć wielkich jagód. Jedną dałem Wiktorii, jedną Blance, jedną Loli,  
jedną Pepie - wszystkim  
dziewczynkom - a ostatnią, wśród powszechnego śmiechu i oklasków, Srebrzynkowi,  

background image

który pochwycił ją  
gwałtownie swymi ogromnymi zębami. 
 
ADMIRAŁ 
Ty go nie znałeś. Zabrali go, zanim ty przyszedłeś. Nauczyłem się odeń  
szlachetności. Jak widzisz, tabliczka z  
imieniem Admirała wisi ciągle nad jego dawnym żłobem, na którym spoczywa jego  
siodło, jego wędzidło i  
uzda. 
Cóż za wrażenie, kiedy wszedł po raz pierwszy na dziedziniec, Srebrzynku!  
Pochodził z łęgów nadmorskich i  
wraz z nim przybywał do mnie ładunek siły, zapału, wesela. Jakiż był ładny!  
Każdego ranka, bardzo wcześnie,  
wyruszaliśmy razem w dół rzeki i galopowaliśmy po mokradłach wzbijając w  
powietrze stada sojek, co  
plądrowały tam między zamkniętymi młynami. Potem wspinałem się gościńcem i  
wjeżdżałem twardym,  
drobnym truchcikiem przez ulicę Nową. 
Pewnego zimowego wieczora zjawił się w moim domu monsieur Dupont, ten od  
magazynów w San Juan, ze swą  
szpicrutą w ręku. Pozostawił na stoliku w salonie kilka banknotów i poszedł z  
Laurem w stronę dziedzińca.  
Potem, już po zmierzchu, widziałem przez okno — jakby we śnie - monsieur Duponta  
z Admirałem  
zaprzężonym do jego charret, zdążających wśród deszczu w górę ulicy Nowej. 
Nie wiem, przez ile dni miałem ściśnięte serce. Trzeba było wezwać lekarza i  
dali mi bromu i eteru, i bodaj  
czegoś tam jeszcze; aż wreszcie czas, który wszystko zaciera, wymazał mi go z  
pamięci, jak niegdyś wymazał  
mi Lorda - i dziewczynkę również, Srebrzynku. 
Tak, Srebrzynku. Co za świetnymi przyjaciółmi bylibyście wy obaj, Admirał i ty! 
 
WINIETA 
Srebrzynku, na wilgotnych i pulchnych równoległych skibach świeżo zaoranej  
ciemnej roli, którędy znów  
przebiega leciutka ruń zieleni z poruszonych nasion, słońce, którego bieg jest  
już tak krótki, rozsiewa o  
zachodzie bezmierne strugi łagodnego złota. Lękające-się zimna ptaki odlatują  
wielkimi podniebnymi stadami  
ku Moro. Najlżejszy powiew wiatru obnaża całe gałęzie z ostatnich żółtoszarych  
liści. 
Pora zaprasza do zajrzenia sobie w duszę, Srebrzynku. Teraz będziemy mieli  
innego przyjaciela - nową książkę,  
wybraną i szlachetną. A cały krajobraz pojawi się nam otwarty przed otwartą  
książką, sprzyjając swą nagością  
natężonej i bezkresnej myśli samotnej. 
Spójrz, Srebrzynku, na to drzewo, co zielone i rozszemrane okrywało jeszcze  
przed niecałym miesiącem naszą  
sjestę. Dziś, opuszczone, skarlałe i suche, z czarnym ptakiem wśród liści, które  
mu zostały, odcina się na tle  

background image

mrocznej i żółtej raptowności spiesznego zachodu. 
 
ŁUSKA 
Za ulicą Młyńską, Srebrzynku, Moguer jest innym miasteczkiem. Tam się zaczyna  
dzielnica marynarzy. Ludzie  
wyrażają się w odmienny sposób, używają terminów morskich, obrazów malowniczych  
i swobodnych.  
Mężczyźni chadzają lepiej ubrani, mają ciężkie łańcuchy i palą dobre cygara lub  
długie fajki. Jakaż różnica  
między człowiekiem suchym, wstrzemięźliwym i prostym z dzielnicy Kołodziejów,  
Raposem na przykład, i  
człowiekiem wesołym, smagłym i jasnowłosym, takim Pikonem -znasz go przecie - z  
ulicy Nadbrzeżnej! 
Granadilla, córka zakrystiana od Świętego Franciszka, jest z ulicy Korali. Niech  
tylko przyjdą któregoś dnia  
goście, porzuca natychmiast kuchnię kipiąc swą błyskotliwą, malowniczą gwarą.  
Służące, z których jedna jest z  
La Friseta, druga z Monturrio, a jeszcze inna z Los Hornos, słuchają jej  
osłupiałe. Opowiada o Kadyksie, o  
Tarifie, o Isla; mówi o przemycanym tytoniu, o płótnach angielskich, o  
jedwabnych pończochach, o srebrze, o  
złocie... Potem wychodzi kołysząc dumnie biodrami i postukując obcasikami, ze  
swą wiotką i zgrabną  
figurką owiniętą w subtelną czarną chustkę z pienistej koronki... 
Służące, pozostawszy same, komentują jej barwne słowa. Widzę Montemayor, jak  
patrzy pod słońce na rybią  
łuskę, zakrywając lewe oko dłonią... Kiedy ją pytam, co robi, odpowiada mi, że w  
rybiej łusce widzi Matkę  
Boską z Karmelu pod łukiem tęczy, w jej rozchylonym, haftowanym płaszczu; Matkę  
Boską z Karmelu,  
patronkę marynarzy; że to jest prawda, że to jej powiedziała Granadilla... 
 
PINITO 
Teen!... Teen!... Teen!... Głupciejszy od Pinitaaa! 
Wyleciało mi niemal z pamięci, kim był Pinito. Teraz, Srebrzynku, w tym łagodnym  
słońcu jesieni, które czyni  
wały z czerwonego piasku pożarem bardziej szkarłatnym niż gorącym, głos tego  
malca sprawia, że widzę nagle,  
jak nadchodzi ku nam, wspinając się po stoku z ładunkiem poczerniałych wici,  
nieszczęsny Pinito. 
Pojawia się w mojej pamięci i znów się zamazuje. Zaledwie mogę go sobie  
przypomnieć. Widzę go przez  
chwilę, wysuszonego, smagłego, zwinnego, ze śladami minionej urody na brudnej  
brzydocie; ale gdy chcę lepiej  
utrwalić jego obraz, wymyka mi się zupełnie, niby sen o poranku, i nie wiem już  
nawet, czy jego właśnie miałem  
na myśli... Może to on biegł prawie nagi ulicą Nową pewnego mokrego  
przedpołudnia, obrzucany kamieniami  
przez dzieciaki, albo w zimnym zmierzchu wracał koło płotów starego cmentarza, z  
opuszczoną głową i  

background image

potykając się co chwila, do Wiatraka, do swej piwnicy zajmowanej bez czynszu  
razem z obcymi żebrakami, w  
sąsiedztwie zdechłych psów i stosów śmieci? 
- ...glupciejszy od PinitaaaL. Teeen. 
Czego bym nie dał, Srebrzynku, żeby choć raz porozmawiać wtedy z Pinitem! Biedak  
umarł, jak powiada  
Macaria, po pijackiej orgii w domu »Las Colillas« - »Niedopałków« * - w fosie  
Zamku, dawno już temu, kiedy  
byłem jeszcze dzieciakiem takim jak ty teraz, Srebrzynku. Ale czyżby był głupi?  
Jaki, jakiż on był? 
Srebrzynku, skoro on umarł, a ja nie dowiedziałem się, jaki był naprawdę, wiesz  
tyle przynajmniej, że według  
tego malca, syna matki, która go niewątpliwie znała, ja jestem głupszy od  
Pinita. 
* ftNicdopałki* ~ hiszp. Las Colillas; przezwisko dwu niewiast lekkich  
obyczajów, o których nowa także \r innych miejscach książki  
(przyp. tlum.). 
 
RZEKA 
Popatrz, Srebrzynku, co uczyniły z rzeki kopalnie, obojętność i złe serce!  
Zaledwie tu i ówdzie czerwonawa jej  
woda, pośród fioletowego i żółtego błota, pochwyci zachodzące słońce; a jej  
łożyskiem płynąć mogą prawie  
wyłącznie łódeczki do zabawy. Cóż za ubóstwo! 
Niegdyś wielkie statki winiarzy, lugry, brygi, feluki - »Wilk«, »Młoda Heloiza«,  
»Święty Kajetan«, co należał  
do mojego ojca i którym dowodził biedny Quintero, »Gwiazda« mojego stryja, którą  
dowodził Picón - znaczyły  
się na niebie San Juan wesołą plątaniną swoich masztów. (Ach, te ich wielkie  
maszty, wprawiające w osłupienie  
dzieciaki!) Albo szły do Malagi, do Kadyksu, do Gibraltaru, głęboko zanurzone  
pod tak ogromnym ładunkiem  
wina... Wśród nich gmatwały falowanie łajby, ze swoimi oczami, swymi świątkami,  
swymi nazwami  
namalowanymi na zielono, na niebiesko, na biało, na żółto, na karminowo... A w  
górę rzeki, do miasteczka,  
rybacy wwozili sardynki, ostrygi, węgorze, języki morskie, kraby... Miedź z  
Riotinto pozatruwała  
wszystko. I nie to jest najgorsze, że się żywią biedacy swoim nędznym  
dzisiejszym połowem, odtrąconym  
ze wstrętem przez bogatych... Ale lugry, brygi, feluki - wszystko poprzepadało. 
Cóż za ubóstwo! Nie widzi już Chrystus wysokiej wody przypływów! Pozostał tylko,  
jak słabiutka niteczka  
krwi umarłego, niby obdarty i chudy żebrak, ów anemiczny nurt rzeki barwy  
zardzewiałego żelaza:  
podobny czerwonemu zachodowi, na tle którego »Gwiazda«, ogołocona z lin, rej i  
masztów, zbutwiała i  
czarna, godząca w niebo mrocznym kilem wyszczerbionym, odcina się jak szkielet  
ryby swą wypaloną  
masą, pośród której igrają, jak w moim biednym sercu niepokoje, dzieciaki  

background image

karabinierów. 
 
OWOC GRANATU 
Jaki piękny jest ten owoc granatu, Srebrzynku! Pochodzi od Aguedilli, wybrany  
wśród najlepszych z jej  
ogrodu koło strumienia Mniszek. Żaden owoc nie przywodzi mi na myśl, tak jak on,  
świeżości wody, która  
go żywi. Tryska zdrowiem świeżym i mocnym. Zjemy go sobie? 
Srebrzynku, jaki przyjemny jest gorzki i suchy smak nieustępliwej skóry, twardej  
i przyrośniętej niby  
korzeń do ziemi! A teraz pierwsza słodycz - zorza zmieniona w mały rubin -  
poprzyczepianych do tej skóry  
ziaren... I już kolej, Srebrzynku, na zwarty, jędrny, apetyczny miąższ z jego  
delikatnymi przesłonkami,  
wyborny skarbiec jadalnych ametystów, soczystych i krzepkich, jak silne serce  
młodzieńczej królowej.  
Ależ jest pełny, Srebrzynku! Masz, jedz! Ale wyśmienity! Z jakąż uciechą  
pogrążają się zęby w tej  
dojrzałości radosnej i czerwonej! Zaczekaj, bo nie mogę mówić. Smak doznaje  
podobnego wrażenia jak  
oko zagubione w labiryncie niespokojnych barw kalejdoskopu. No, skończyłem! 
Ja już nie mam granatów, Srebrzynku. Ty nie widziałeś tych z podwórza przy  
składach wina na ulicy  
Kwiatów. Chadzaliśmy tam wieczorami... Przez obalone płoty widać było dziedzińce  
domów ulicy Korali,  
każdy wabiący swoistym urokiem, dalej pola i rzekę. Dobiegały nas dźwięki trąbek  
karabinierów, odgłosy  
kuźni w górach... Było to jakby odkrycie nowej części miasteczka, która nic była  
moją, w całej krasie jej  
zwykłej, codziennej poezji. Zachodziło już słońce i owoce granatu zapalały się,  
niby skarby przebogate, tuż  
obok pogrążonej w burym cieniu studni, której cembrzynę kruszył figowiec pełen  
jaszczurek... 
Granat - twój owoc, Moguerze, ozdoba twojego herbu! O, granaty otwarte ku słońcu  
purpurowego zachodu!  
Granaty z Ogrodu Mniszek, z Wąwozu Gruszy, z Sabariego, w tych głębokich,  
cichych dolinach ze  
strumieniami, w tafli których różowe niebo, tak samo jak w mojej myśli,  
utrzymuje się długo, długo, do samej  
głębi nocy! 
 
LIPIANI 
Odsuń się na bok, Srebrzynku, pozwól przejść dzieciom ze szkoły. Jest, jak  
wiesz, czwartek, a więc ściągnęły na  
pola. W niektóre dni prowadzi je Lipiani na grunty ojca Castellano, w inne do  
mostu w Las Angustias, kiedy  
indziej jeszcze - do La Pilą. Dziś łatwo poznać, że Lipiani jest w dobrym  
humorze, bo, jak widzisz, przywiódł je  
aż do Pustelni. 
Niekiedy nawiedzała mnie myśl, że Lipiani mógłby cię »odczłowieczyć« (wszak  

background image

wiesz, co znaczy »odoślić«  
dziecko w pojęciu naszego alkada), ale obawiam się, czy nie umarłbyś z głodu. Bo  
biedny Lipiani, pod pozorem  
braterstwa w Bogu i że niby »pozwólcie dziatkom zbliżyć się do mnie«, co on  
tłumaczy na swój sposób, skłania  
każde dziecko do dzielenia z nim swego podwieczorku w czasie popołudniowych  
spacerów na pola, które  
urządza jak najczęściej; i tak oto sam zjada sobie trzynaście połówek. 
Spójrz, jacy wszyscy kroczą zadowoleni! Dzieci — niby źle odziane serduszka  
czerwone i tętniące, przeniknięte  
płomienną siłą tego radosnego i uroczego popołudnia październikowego. Lipiani,  
kołyszący swą miękką  
okrągłość w obcisłym ubraniu w kraty koloru cynamonu, ze swą wielką siwawą  
brodą, uśmiechniętą do  
zapowiedzi biesiady pod sosną... Pole pod jego krokami drga niby metal  
wielobarwny, niby ten wielki dzwon, co  
teraz, gdy już oddzwonił nieszpory, pobrzękuje nadal ponad miasteczkiem -  
zielony bąk przeogromny - na złotej  
wieży, skąd spogląda na morze. 
 
PRZYZAMCZE 
Jakie piękne jest niebo tego wieczoru, Srebrzynku, w swym metalicznym blasku  
jesiennym, niby szeroki miecz z  
szczerego złota! Lubię przychodzić tutaj, bowiem z pustkowia zbocza widać dobrze  
zachody słońca, i nikt nam  
nie przeszkadza, ani my nie niepokoimy nikogo... 
Jest tu zaledwie jeden dom - o, tamten białoniebieski, między magazynami i  
brudnymi murami, obrzeżonymi  
przez pokrzywy i dzikie chrzany; rzekłbyś, że nikt w nim nie mieszka. To nocny  
przybytek »Colilii« i jej córki,  
tych białych, dorodnych niewiast, identycznych bez mała, wiecznie ubranych na  
czarno. W tej fosie umarł  
Pinito, spędziwszy tam aż dwa dni przez nikogo nie zauważony. Tu umieszczono  
armaty, gdy ściągnęli  
artylerzyści. Don Ignacia widywałeś też przecie, jak zawsze pewnego siebie, z  
jego ładunkiem przemycanej  
wódki. Wchodzą tędy ponadto byki z Las Angustias i dlatego nie ma tu nawet  
dzieciaków. 
...Przez łuk mostu nad fosą spójrz na winnicę, czerwona i podupadłą, z piecami  
do wypalania cegieł i fioletową  
rzeką gdzieś w głębi. Spójrz na samotne mokradła. Popatrz, jak zachodzące  
słońce, co się objawia purpurowe i  
wielkie niby bóstwo widzialne, przyciąga ku sobie uniesienie wszystkiego - i  
zanurza się w smudze morza za  
Huelvą, w zupełnej ciszy, którą mu okazuje świat, czyli Moguer ze swoją niziną,  
i ty, i ja, mój Srebrzynku. 
 
 
 
 

background image

STARY PLAC WALKI BYKÓW 
Raz jeszcze, mój Srebrzynku, przebiega w nieuchwytnym przebłysku moją pamięć ów  
obraz starego placu do  
walk byków, który spłonął pewnego popołudnia... w..., który spłonął, bo ja wiem  
kiedy... 
Nie wiem także, jak wyglądał od wewnątrz... Zachowałem wspomnienie, że oglądałem  
- a może to było na  
obrazku, jednym z tych, co się mieściły w czekoladzie, którą mi dawał Manolo  
Flórez - kilka małych i szarych  
płaskonosych psiaków, jak gdyby z twardej gumy, wyrzuconych w powietrze przez  
czarnego byka... I ta pustka  
okrągła, Zupełna, z wysoką, bardzo zieloną trawą... Wiem tylko, jaki był od  
zewnątrz, a więc z góry, czyli to, co  
nie było placem... Ale nie było tam ludzi... Ja biegałem dokoła po sosnowych  
stopniach, łudząc się, że jestem na  
prawdziwym placu do walk byków, takim jak te z obrazków; a o zmroku, przesyconym  
padającą z góry wodą,  
wszedł mi na zawsze do duszy daleki krajobraz czarnej, soczystej zieleni, w  
cieniu - albo nie, w chłodzie  
chmurzyska, z horyzontem gajów sosnowych odcinającym się na tle wątłej jasności,  
wstydliwej i białej, hen, od  
strony morza... 
Nic więcej... Ile czasu tam byłem? Kto mnie zabrał? Kiedy to się zdarzyło? Nie  
wiem, ani nikt nie wyjaśnił mi  
tego, Srebrzynku... Ale wszyscy odpowiadają, gdy o tym mówię: 
- Tak; plac na Przyzamczu, który się spalił... Wtedy istotnie przybywali  
toreadorzy do Mogueru... 
 
ECHO 
Miejsce jest tak opustoszałe, że ma się wrażenie, jak gdyby zawsze przebywał w  
nim ktoś. Wracając z lesistych  
wzgórz myśliwi wydłużają tutaj kroki ł wstępują na przydrożne wały, ażeby dalej  
móc dosięgnąć wzrokiem.  
Powiadają, że podczas wypraw w te strony spędzał tu noce bandyta Parralcs... 
Skała zwrócona jest ku wschodowi, i w górze o zmroku odcina się niekiedy jakaś  
odłączona od stada koza na tle  
żółtego księżyca. Na łące sadzawka, którą wysusza jedynie sierpień, chwyta  
strzępy żółtego, seledynowego,  
różowego nieba, ślepa już prawie od mnóstwa kamieni, rzucanych przez dzieciaki z  
wierzchołka do żab, albo  
żeby poderwać znieruchomiałą wodę w ogłuszającym rozprysku. 
...Zatrzymałem Srebrzynka na zakręcie drogi, obok świętojańskiego drzewa, które  
zamyka z tamtej strony łąkę -  
drzewa całego w czerni od wygiętych bułatów suchego owocu. I osłaniając usta  
ręką zawołałem ku skale: -  
Srebrzynku! 
- Srebrzynku! - zabrzmiała szorstka odpowiedź, zmiękczona lekko pod wpływem  
bliskości wody. 
Srebrzynek raptownie odwrócił głowę, poderwał ją do góry, naprężył kark i  
zadrżał, zrywając się do ucieczki. 

background image

- Srebrzynku! - zawołałem znów do skały. 
Skała odpowiedziała znów: - Srebrzynku! 
Srebrzynek spojrzał na mnie, popatrzył na skałę i podwinąwszy wargę wypuścił ku  
zenitowi swe nie kończące  
się rżenie. 
Skała zarżała przeciągle i głucho, rżeniem towarzyszącym jego rżeniu, lecz z  
przedłużonym finałem. 
Srebrzynek zarżał ponownie. 
Ponownie zarżała skała. 
Wówczas Srebrzynek, ogarnięty zaciekłym, uporczywym wzburzeniem, sposępniał  
nagle niby dzień pochmurny  
i jął zataczać karkiem koliska po ziemi, gotów zerwać nagłówek uzdy, uciec,  
porzucić mnie samego - aż go  
uprowadziłem pomału, szepcąc doń cicho, i stopniowo to jego rżenie pozostało już  
tylko samotnym jego  
rżeniem, pośrodku dzikich figowców. 
 
PRZERAŻENIE 
Był to posiłek dzieci. Senna lampa rozlewała swe zaróżowione, ciepłe światło na  
śnieżnym obrusie, a czerwone  
gcranie i rumiane jabłka barwiły mocną, szorstką wesołością ową prosta idyllę  
niewinnych buziaków.  
Dziewczynki jadły jak kobiety; chłopcy dyskutowali jak niektórzy mężczyźni. W  
głębi, dając białą pierś  
maleństwu, młoda, jasnowłosa i piękna matka patrzyła na nich z uśmiechem. W  
oknie ogrodu jasna noc  
ugwieżdżona dygotała z zimna, przejrzysta. 
Nagle Blanka, jak wątła błyskawica, wymknęła się z ramion matki. Zapanowała  
raptowna cisza, a potem, wśród  
trzasku padających krzeseł, wszyscy rzucili się za nią z gwałtownym zgiełkiem,  
patrząc ze strachem ku oknu. 
Głuptas Srebrzynek! Przytknąwszy do szyby swe białe, duże łbisko, powiększone  
przez cień, szkło i trwogę,  
wpatrywał się spokojny i smutny w tę słodką jadalnię oświetloną. 
 
STARE ŹRÓDŁO 
Białe niezmiennie, na tle niezmiennie zielonych sosen; różowe lub niebieskie,  
ale wciąż białe, o świcie; złote lub  
lila, ale wciąż białe, z wieczora; zielone lub błękitne, ale wciąż białe, wśród  
nocy. To Stare Źródło, Srebrzynku,  
gdzie tyle razy widziałeś mnie przystającego na tak długo, zamyka w sobie, niby  
zwornik sklepienia lub  
grobowiec, całą elegię świata, czyli świadomość prawdziwego życia. 
W nim zobaczyłem Partenon, Piramidy i wszystkie katedry. Za każdym razem, gdy  
jakieś źródło, jakieś  
mauzoleum, jakiś portyk, nie dawały mi zasnąć natarczywym nieprzemijaniem swego  
piękna - przeplatała się w  
moim śnie na jawie ich wizja z obrazem Starego Źródła. 
Od niego wyszedłem ku wszystkiemu. Od wszystkiego wróciłem do niego. Jest w taki  
sposób na swym miejscu,  

background image

tak harmonijna prostota je uwiecznia, kolor i światło należą doń tak zupełnie,  
że można by bez mała zaczerpnąć  
zeń do ręki, niby wodę, całe bogactwo nurtu swego życia. Namalował je Bócklin na  
tle Grecji; Luis z Leonu  
stworzył jego przekład; Beethoven zalał je wesołym płaczem; Michał Anioł  
przekazał Rodinowi. 
Jest kolebką i chwilą zaślubin; jest piosnką i sonetem; jest rzeczywistością i  
uciechą; jest śmiercią. 
Martwe jest tu, Srebrzynku, dzisiejszej nocy, niby ciało z marmuru pośród bieli  
i ciemni tej rozszumianej zieleni;  
martwe - sączy mi z duszy strumienie mojej wieczności. 
 
DROGA 
Ileż liści spadło ubiegłej nocy, Siebrzynku! To jakby wszystkie drzewa,  
stanąwszy do góry nogami, koronę  
miały przy ziemi, a korzenie w niebie... widocznie pragną zasadzić się na nim...  
Spójrz na tamtą topolę: wygląda  
jak Lucia, dziewczyna-akrobatka z cyrku, gdy rozpuści ognistą czuprynę na  
dywanie i unosi złączone swoje  
wysmukłe, śliczne nogi, które wydłuża szary trykot. 
Teraz, Srebrzynku, z nagości smutnych gałęzi ptaki będą nas widzieć wśród  
złocistych liści, tak jak my  
widywaliśmy je na wiosnę wśród zielonych. Łagodna pieśń, którą przedtem szumiały  
liście w górze, w jakież  
suche, przyziemne modły przeradza się dziś na dole! 
Widzisz w polu, Srebrzynku, jak wszędzie pełno suchych liści? Gdy wrócimy tu w  
przyszłą niedzielę, nie  
ujrzysz ani jednego. Nie wiem, gdzie umierają. Ptaki, w swojej miłości wiosny,  
musiały zdradzić im tajemnicę  
tego pięknego umierania w ukryciu, którego my nie zaznamy - ni ty, ani ja, mój  
Srebrzynku... 
 
ZBIEGŁY BYK 
Gdy ze Srebrzynkiem docieram do sadu pomarańczowego, cień leży ciągle w dolinie,  
białej od oszronionych  
»lwich pazurów«. Słońce nie rozzłociło jeszcze lśniącego, bezbarwnego nieba, na  
którym krzaczaste wzgórze  
kreśli najsubtelniejsze ze swoich janowców. Od czasu do czasu miękki łopot,  
szeroki i rozległy, każe mi  
podnieść oczy. To szpaki, które długimi stadami wracają do gajów oliwnych,  
przestawiając swe szyki w  
idealnych ewolucjach. 
Uderzam w dłonie. Echo... Manuel!... Nikogo... Nagle gwałtowny tumult, potężny i  
skłębiony. Serce bije  
przeczuciem nie mniejszych rozmiarów. Ukrywam się ze Srebrzynkiem w gąszczu  
starego figowca. 
Tak, oto się zbliża. Czerwony byk, pan poranka, przeciąga węsząc, rycząc,  
tarmosząc dla kaprysu wszystko, co  
napotka. Przystaje raptem na wzgórzu i napełnia dolinę aż po zenit zawodzeniem  
krótkim i strasznym. Szpaki  

background image

polatują nadal bez trwogi na różowym niebie ze zgiełkiem zagłuszanym przez bicie  
mojego serca. 
W tumanie pyłu, który wynurzające się słońce zabarwia nam teraz miedzią,  
pomiędzy agawami byk zbiega do  
studni. Pije przez chwilę, a potem - hardy, waleczny, większy niż całe pole -  
odchodzi z rogami obwieszonymi  
strzępami winorośli w górę stoku, ku lesistym wzniesieniom, i gubi się wreszcie  
między mymi chciwymi oczami  
i olśniewającą jutrzenką ze szczerego już złota. 
 
IDYLLA LISTOPADOWA 
Gdy Srebrzynek o zmroku wraca z pola ze swym miękkim ładunkiem gałązek sosnowych  
dla pieca, niemal że  
znika pod rozległą, bezwładną zielenią. Krok jego, drobniutki i równomierny jak  
stąpanie cyrkowej panienki po  
drucie, jest wytworny i rozigrany... Zdaje się, że nie idzie. Uszy w szpic,  
rzekłby kto - ślimak pod swoim  
domkiem. 
Te zielone gałązki - te, co dawniej u drzewa miały na sobie wiatr i słońce,  
ptaszyny, księżyc, kruki (o zgrozo,  
one też tam były, Srebrzynku!) - zwisają ci teraz biedne aż ku blademu pyłowi  
wyschniętych ścieżyn zmierzchu. 
Zimna słodycz liliowa obejmuje wszystko. A w polu, które skłania „się już ku  
grudniowi, wzruszająca pokora  
objuczonego osła zaczyna, jak przed rokiem, wydawać się boską... 
 
BIAŁA KLACZ 
Smutno mi, Srebrzynku... Pomyśl: gdy przechodziłem ulicą Kwiatów, już przy  
głównej bramie, w tym samym  
miejscu, gdzie piorun zabił dwa bliźniaki, leżała martwa biała klacz Głuszusia.  
Kilka półnagich dziewczątek  
przystanęło dokoła w milczeniu. 
Szwaczka Purita, skoro mnie tam zobaczyła, powiedziała mi, że Głuszuś  
wyprowadził tego rana klacz poza  
miasteczko, bo miał już dosyć jej karmienia. Wszak wiesz, że biedaczka była tak  
samo stara jak Don Julian, i tak  
samo kaleka. Nie widziała i nie słyszała, zaledwie mogła się ruszyć... 
Koło południa klacz była z powrotem u bramy swego pana. On, rozsierdzony, porwał  
kij, ażeby przegnać ją  
razami. Nie odchodziła. Wtedy ubódł ją kosą. Nadciągnęli wnet ludzie i - wśród  
kpin i wśród przekleństw -  
pobiegła klacz w górę ulicy, potykając się, kulejąc. Dzieciaki puściły się za  
nią z kamieniami i z krzykiem...  
Padła w końcu na ziemię i tam ją dobili. Jakiś odruch współczucia zatrzepotał  
ponad nią: - Dajcie jej umrzeć w  
spokoju! - tak jakbyśmy ty i ja z nimi stali; lecz był to motyl pośród huraganu. 
Kiedy ją zobaczyłem, kamienie leżały jeszcze u jej boku, tak samo zimnej jak  
one. Miała jedno oko zupełnie  
otwarte: ślepe za jej życia -teraz, gdy była martwa, wyglądało, jakby patrzyło.  
Jej białość stanowiła to wszystko,  

background image

co pozostało ze światła na ciemnej ulicy, nad którą wieczorne niebo, bardzo  
wysokie w chłodzie zimowego  
zmierzchu, kłębiło się lekkimi różowymi chmurkami. 
 
CYGANIE 
Przypatrz się jej, Srebrzynku! Na nikogo nie bacząc, wyprostowana dumnie,  
przewiewnie ubrana, schodzi oto  
ulicą w słabym słońcu koloru miedzi. Jak pysznie zdobi przejrzałą jej piękność,  
niby dąb jeszcze krzepką, ta  
żółta chustka związana w talii - zimą! - i spódnica niebieska w groszki, z  
falbankami! Idzie do magistratu prosić  
o pozwolenie na rozbicie obozu, za cmentarzem, jak zawsze. Wszak przypominasz  
sobie plugawe namiociska  
Cyganów z ich ogniskami, ich wabiącymi oczy kobietami, ich półżywymi  
kłapouszkami skubiącymi śmierć,  
dokoła. 
Osły, Srebrzynku! Drżeć teraz będą osiołki z La Friseta, czując Cyganów ze swych  
dziedzińców w dole. Ja mogę  
być spokojny o Srebrzyn-ka, bo żeby dotrzeć do jego stajni, musieliby Cyganie  
przeskoczyć pół miasteczka; bo,  
ponadto, strażnik Rengel lubi mnie i lubi jego. Ale, chcąc go postraszyć, mówię  
doń żartem, nadając swemu  
głosowi ponure i głuche brzmienie: 
- Do środka, Srebrzynku, do środka! Zamykam furtę podwórza, bo jeszcze mi ciebie  
zabiorą! 
Srebrzynek, pewien, że go nie skradną Cyganie, przeszedłszy truchtem przez  
furtę, która zamyka się za nim z  
twardym chrzęstem żelaza i szyb, pędzi w podskokach jak strzała z marmurowego  
podwórka do kwiatowego  
patio, a stamtąd na dziedziniec, w swojej krótkiej ucieczce zdzierając - co za  
brzydal! - gałązki niebieskiego  
powoju. 
 
PŁOMIEŃ 
Podejdź bliżej, Srebrzynku. No, śmiało... Tutaj nie trzeba przestrzegać  
etykiety! Zarządca czuje «ię szczęśliwy u  
twego boku, bo jest twym przyjacielem. Jego pies Ali? Wszak wiesz, ze ciebie  
kocha. A ja -nie warto nawet  
mówić, Srebrzynku!... Jak zimno musi być w sadzie pomarańczowym! Słyszysz  
przecie Raposa: daj Boże, żeby  
nam nie zwarzyło tej nocy wielu pomarańczy! 
Nie podoba ci się ogień, Srebrzynku? Nie sądzę, żeby ciało jakiejkolwiek bądź  
nagiej kobiety mogło się mierzyć  
z buchającym płomieniem. Bo jakież rozpuszczone włosy, jakie ramiona, jakie nogi  
wytrzymałyby porównanie z  
tymi ogniowymi nagościami? Nie ma, być może, doskonalszego przejawu Natury niż  
ogień. Dom jest  
zamknięty, na zewnątrz noc i samotność; a jednak o ile bliżej jesteśmy Natury,  
Srebrzynku, niż samo pole - tu, w  
tym oknie otwartym na żar jaskini plutońskicj! Ogień jest światem ukrytym  

background image

wewnątrz domu. Czerwony i bez  
końca, jak krew ze zranionego ciała, grzeje nas i dodaje nam mocy wszystkimi  
zawartymi we krwi  
wspomnieniami. 
Srebrzynku, jaki piękny jest ogień! Popatrz: Ali, parząc się nim nie-ledwie,  
wpatruje się weń żywymi, szeroko  
otwartymi oczami. Co za uciecha! Jesteśmy ogarnięci tańcami złota i tańcami  
cieni. Cała izba już pląsa, kurczy  
się, olbrzymieje, niby Rosjanie w przysiadach. Ileż kształtów wykluwa się zeń w  
nieustającym czarze: gałęzie i  
ptaki, lew i woda, zarośla i róża! Popatrz: my sami tańczymy, chcąc nic chcąc,  
na ścianie, na suficie, na  
podłodze. 
Co za szaleństwo, upojenie, co za chwała! Sama miłość zda ci się tutaj śmiercią,  
mój Srebrzynku. 
 
STARE OŚLISKO 
Ja nie mogę stąd odejść, Srebrzynku. Któż go tutaj, biedaka, zostawił, bez  
schronienia i bez przewodnika? 
Pewnie wyszedł z zagrody umierających zwierząt. Sądzę, że nas nie słyszy ani nas  
nie widzi. Zauważyłeś go  
przecie tego ranka, tu, na tym samym wale, pod kłębami obłoków, z jego nędzą  
suchą i mroczną -na której w  
żywe wyspy skupiły się muchy - zalaną blaskiem przez promienne słońce. Obcy  
czarowi zimowego piękna  
zataczał smutnie opieszałe kręgi, jak gdyby stracił po drodze busole. Potem,  
kulawy na cztery nożyska, powracał  
jeszcze raz w to samo miejsce. Tyle że się przekręcił w drugą stronę. Bo tego  
ranka spoglądał na zachód, a teraz  
patrzy prosto ku wschodowi. 
Jakąż kulą u nogi jest starość, Srebrzynku! Ot i masz tu przed sobą biednego  
przyjaciela, który, choć wolny, ani  
myśli odchodzić, nawet gdy zbliża się ku niemu wiosna. Albo pewnie jest martwy,  
tak jak Becąuer - i jednak  
trzyma się nadal na nogach?* Jakieś dziecko mogłoby odrysować ten jego  
znieruchomiały kontur wśród  
wieczornego nieba. 
No i widzisz... Chciałem go popchnąć, a on się nie rusza... Ani nie zwraca uwagi  
na wołania... Sądziłbyś, że  
agonia zakorzeniła go w ziemi... 
...Srebrzynku, on umrze z zimna na tym wale wysokim, tej nocy, wskroś  
przeniknięty przez wicher północny...  
Nie, nie potrafię stąd odejść; nie wiem, co robić, Srebrzynku... 
* Autor nawiązuje tu do słów ftPorąue cl muerto csta en pie«, kończących XLVI  
poemat zbiorku »Rimas« Gustavo Adolfo Becquera (1836-70),  
największego liryka hiszpańskiego XIX wieku. (przyp- tlum.). 
 
 
 
 

background image

BRZASK 
Podczas zimowych opieszałych brzasków, kiedy czujne koguty widząc pierwsze róże  
poranka pozdrawiają je z  
galanterią, Srebrzynek, syty snu, poczyna rżeć przeciągle. Jakże miłe jest jego  
dalekie przebudzenie w tym  
świetle bladoniebieskim, które wchodzi szparami sypialni! Ja, również łaknący  
brzasku, wybiegam myślą do  
słońca ze swego miękkiego łóżka. 
I myślę o tym, czym byłby biedny Srebrzynek, gdyby, miast w ręce poety, trafił w  
ręce jednego z węglarzy,  
którzy przed świtem jeszcze, po twardym szronie opustoszałych dróg, idą kraść  
sosny na wzgórzach; albo w ręce  
któregoś z umorusanych Cyganów, co pacykują osiołki i co im dają arszenik lub  
wbijają im szpilki do uszu, żeby  
prosto do góry sterczały. 
Srebrzynek rży znowu. Czyżby wiedział, że o nim myślę? Że mnie obchodzi? W  
czułej poświacie brzasku jego  
wspomnienie jest mi równie mile jak sam poranek. I, Bogu dzięki, ma on stajnię  
ciepłą i miękka niby kolebka,  
przygarniającą go jak moja myśl. 
 
REKONWALESCENCJA 
Z rozjaśnionego słabym, żółtym światłem pokoju rekonwalescenta, tak miękkiego od  
obić i dywanów, słyszę  
przechodzące nocną ulicą - niby we śnie spowitym w opary gwiazd - lekkie osiołki  
powracające z pola, gromady  
dziatwy, co bawi się i krzyczy. 
Nietrudno mi odgadnąć ciemnoszare łby osłów przy delikatnych główkach dzieci,  
które tam pośród rżenia  
wyśpiewują kolędy srebrzystymi, dźwięcznymi głosikami. Czuć, że miasteczko jest  
owionięte dymem  
smażonych kasztanów, wyziewem stajni, tchnieniem spokojnych ognisk... 
I wylewa się moja dusza-oczyścicielka, jak gdyby potok wód niebiańskich  
wytrysnął z cienistej skały serca.  
Zmierzch odkupienia! Pora poufna, zimna i ciepła jednocześnie, pełna bezmiarów  
jasności! 
Dzwony, tam w górze, na zewnątrz, dzwonią pomiędzy gwiazdami. Zachęcony  
Srebrzynek rży w swojej stajni,  
która w tej chwili bliskiego nieba zda się gdzieś bardzo daleko... A ja, słaby,  
wzruszony, samotny, naśladuję  
swyrn łkaniem płacz Fausta... 
 
BOŻE NARODZENIE 
Wielkie ognisko w polu!... Jest wieczór wigilijny i wątłe, matowe słońce ledwie  
oświetla to zimne niebo bez  
chmur, barwy szarej zamiast błękitnej, z nieokreślonym żółtym odcieniem na  
zachodzie. Naraz wybucha  
przenikliwy trzask zielonych gałązek, co poczynają płonąć; za nim dym gęsty i  
biały jak gronostaj, a w końcu  
płomień, który przegania dym i napełnia powietrze czystymi, przenikliwymi  

background image

jęzorami, co się wydają je lizać. 
Płomień na wietrze! Duszki zaróżowione, żółte, lila, zielone, świdrują  
tajemnicze, niskie niebo i gubiąc się nie  
wiadomo gdzie, zostawiają wśród chłodu zapachy rozżarzonych węgli. O pole -  
cieple teraz, w grudniu!  
Czułości pełna zimo! O wigilio szczęśliwych! 
Bliskie krzewiny czystków roztapiają się. Widziany przez gorące powietrze  
krajobraz drży i nabiera czystości,  
jakby był z wędrownego kryształu. A dzieciaki zarządcy, które dziś w domu nie  
obchodzą Gwiazdki, gamą się  
smutne do święta płomieni, by sobie ogrzać zesztywniałe dłonie; i sieją w żar  
ogniska żołędzie, kasztany, które  
pękają tam z trzaskiem wystrzału. 
I weselą się potem, i przeskakują nad ogniem, który już noc zabarwiła  
czerwienią, i śpiewają: 
...Podążaj, Maryjo, śpiesz, Józefie, śpiesz... 
Ja przyprowadzam i daję im Srebrzynka, żeby się z nim pobawiły. 
 
ULICA NADBRZEŻNA 
Tu, w tym dużym domostwie, dzisiaj koszarach policji, urodziłem się, mój  
Srcbrzynku. Jakże mi się podobał w  
dzieciństwie, jak mi się wówczas wydawał bogaty ten balkon mauretański w stylu  
mistrza Garcia, z gwiazdami  
różnobarwnych szybek! Spójrz przez sztachety, Srebrzynku; śnieżyste i lila bzy  
oraz niebieskie dzwonki  
zwisając zdobią jeszcze drewnianą, poczerniałą dziś kratę w głębi patio,  
będącego rozkoszą moich lat  
najwcześniejszych. 
Srcbrzynku, na tym rogu ulicy Kwiatów przystawali wieczorami marynarze w  
ubraniach z niebieskiego płótna  
najprzeróżniejszych odcieni, w bluzach pasiastych jak pole w październiku.  
Pamiętam, że zdawali mi się  
ogromni; że między ich nogami, rozstawionymi zwyczajem marynarskim, widziałem  
tam w dole rzekę, jej  
równoległe smugi wody i moczarów, pierwsze błyszczące, a drugie wysuszone i  
żółte; z leniwą łódką wśród  
czaru bocznego ramienia rzeki; z gwałtownymi plamami czerwieni w zachodniej  
części nieba... Potem mój  
ojciec przeniósł się na ulicę Nową, bo marynarze chodzili zawsze z nożem w ręku,  
bo dzieci rozbijały co nocy  
latarnię przedsionka i dzwonek - i ponieważ na rogu wiały zewsząd silne wiatry. 
Z belwederku jest widok na morze. I nigdy się nie zatrze w mej pamięci obraz  
nocy, kiedy zaprowadzono nas,  
wszystkie dzieci, na górę, wylęknione i drżące, żeby pokazać nam okręt  
angielski, który płonął wśród piasków  
ujścia rzeki... 
 
 
 
 

background image

ZIMA 
Bóg jest w swoim pałacu kryształowym. Chcę powiedzieć, Srebrzynku, że pada  
deszcz. Pada. I ostatnie już  
kwiaty, które pozostawiła jesień uparcie przyczepione do bezkrwistych gałązek,  
pokrywają się diamentami. W  
każdym diamencie jest niebo i pałac kryształowy, i Bóg. Spójrz na tę różę: ma w  
środku inną różę z wody i jeśli  
nią potrząsnąć - widzisz? - opada z niej błyszczący nowy kwiat, jakby jej dusza,  
pozostawiając ją zwiędłą i  
smutną na podobieństwo mojej. 
Woda deszczu jest chyba tak samo wesoła jak i słońce. Bo spójrz, jakie  
uszczęśliwione pędzą pod nią dzieci,  
rześkie, zdrowe, rumiane, z obnażonymi nogami. Spójrz, jak wróble wpadają  
wszystkie nagłą zgiełkliwą  
gromadą między bluszcz, do szkoły, Srebrzynku, mówiąc słowami twego lekarza  
Darbona. 
Pada deszcz. Dziś nie idziemy na pola. Jest dzień dla kontemplacji. Patrz, jak  
odpływa woda rynnami na dachu.  
Spójrz, jak się myją akacje, już czarne, lecz jeszcze trochę złociste; jak znów  
począł żeglować po rowie  
dziecinny okręcik, który osiadł był wczoraj na trawie. A teraz, w tym momencie  
wątłego słońca, patrz, jaki  
piękny łuk tęczy wybiega sponad kościoła, aby zamrzeć wśród mglistej łryzacji  
tuż u naszego boku. 
 
PRZEJRZYSTA NOC 
Białe, blankami obrzeżone tarasy odcinają się sucho na pogodnym firmamencie,  
niebieskim, mroźnym i  
gwiaździstym. Cichy północny wiatr głaszcze, rześki, przenikliwą świeżością. 
Wszyscy mają wrażenie, że im zimno, i kryją się po domach, zamykając drzwi. My,  
mój Srebrzynku, będziemy  
sobie szli powoli - ty ze swą derką oraz moim pledem, ja ze swą duszą - poprzez  
czyste, opustoszałe miasteczko. 
Jakaż siła wewnętrzna wznosi mnie ku górze, jakbym był wieżą z nie ociosanych  
głazów o szczycie z lotnego  
srebra? Spójrz, ile gwiazd! Od ich mnogości dostaje się zawrotu głowy. Można by  
nazwać niebo światem  
małych dzieci, co odmawia do ziemi rozżarzony różaniec idealnej miłości. 
Srebrzynku, mój Srebrzynku! Dałbym ja całe swe życie i pragnąłbym, żebyś ty  
chciał dać swoje, za czystość tej  
głębokiej nocy stycznia, iskrzącej się, samotnej, wyrazistej! 
 
WIENIEC Z PIETRUSZKI 
Zobaczymy, kto dobiegnie pierwszy! 
Nagrodą była książka z obrazkami, którą właśnie dostałem poprzedniego dnia z  
Wiednia. 
- Zobaczymy, kto pierwszy dobiegnie do fiołków!... Raz... dwa... trzy! 
Popędziły dziewczynki w radosnym białoróżowym zamieszaniu, wyzłacanym przez  
słońce. Przez chwilę słychać  
było wśród tej ciszy, którą niemy wysiłek ich piersi rozchylał w łonie poranka,  

background image

powolne wydzwanianie godziny  
przez zegar na wieży miasteczka, wątłe bzyczenie komara na usianym niebieskimi  
irysami wzgórku sosen,  
przepływanie wody w rozlewisku strumienia... Właśnie dziewczynki dopadały do  
pierwszego drzewka  
pomarańczowego, kiedy Srebrzynek, który tam leniuchował, ogarnięty zabawą  
przyłączył się do nich w szybkim  
biegu. One, żeby nie przegrać, nie mogły się sprzeciwić, ani nawet roześmiać...  
Pokrzykiwałem do nich: 
- Oj, bo wygra Srebrzynek! Bo wygra Srebrzynek! Rzeczywiście, Srebrzynek dobiegł  
między fiołki przed  
wszystkimi, 
zarył się tam i począł tarzać się w piasku. 
Zadyszane dziewczynki wróciły protestując, podciągając pończochy i odgarniając  
włosy: 
- To się nie liczy! To się nie liczy! Nie! Nie! Nie, słyszysz?! 
Powiedziałem im, że bieg wygrał Srebrzynek i że sprawiedliwość kazała  
wynagrodzić go w jakiś sposób. No  
dobrze, ponieważ Srebrzynek nie umie czytać, zachowa się książeczkę dla innego  
wyścigu. Ale Srebrzynkowi  
nagrodę dać trzeba. One, upewnione już co do książki, skakały i śmiały się  
zarumienione: - Tak! Tak! Tak! 
Wtedy, wspomniawszy, jak to się dzieje ze mną, pomyślałem, że dla Srebrzynka  
najlepszą nagrodą będzie sam  
jego wyczyn, podobnie jak i dla mnie bywają nią moje wiersze. Wziąwszy więc  
trochę pietruszki ze skrzynki  
przy drzwiach zarządczyni, uplotłem wieniec i włożyłem mu go na głowę - zaszczyt  
przelotny, lecz najwyższy -  
jak Lacedemończykowi. 
 
MONS URIUM 
Dziś - El Monturrio. Czerwone pagórki, z dnia na dzień coraz uboższe wskutek  
rozkopywania przez piaskarzy;  
pagórki, co widziane od strony morza wydają się ze złota i które Rzymianie  
nazwali w ten pełen blasku i  
wyniosły sposób. Przez Monturrio, szybciej niźli przez cmentarz, idzie się do  
wiatraka. Ze wszystkich stron  
wyłaniają się tam ruiny, a w tamtejszych winnicach kopacze wydobywają kości,  
monety i dzbany. 
Kolumb nie podnosi mnie zbytnio na duchu, Srebrzynku. Choć nawet i zatrzymał się  
w moim domu, choć i  
przyjął komunię u Świętej Klary, choć z jego czasów jest ta palma czy tamto  
hospicjum... Jest blisko i nie  
odchodzi daleko, znasz zresztą dwa podarki, jakie nam przywiózł z Ameryki. Tymi,  
których tak lubię odczuwać  
pod stopami, niby nasz mocny korzeń, są Rzymianie: ci, co nam„zostawili betonowy  
mur zamku, którego żaden  
kilof, żaden cios nie rozkruszy, w który nie można było wbić chorągiewki na  
szczycie wieży, Srebrzynku... 
Przenigdy nic zapomnę dnia, kiedy malutki jeszcze dowiedziałem się o tej nazwie:  

background image

Mons Urium. Od razu  
uszlachetnił mi się El Monturrio na zawsze. Moja tęsknota za czymś lepszym, tak  
gorzka w tym biednym  
miasteczku, znalazła oto rozkoszną ułudę. Bo komuż teraz miałem zazdrościć? Jaki  
zabytek starożytności, jaka  
ruina - katedra czy zamek - mogły odtąd na dłużej utrzymać moją myśl ponad  
zmierzchami złudzenia? 
Nagle znalazłem się jakby na niewyczerpanym skarbcu. Moguer -góra złotego żużla,  
Srebrzynku; możesz żyć i  
umierać szczęśliwy. 
 
WINO 
Srebrzynku, powiedziałem ci, że duszą Mogueru jest chleb. Nie. Moguer jest niby  
kielich z jasnego i grubego  
kryształu, co pod błękitem okrągłego nieba cały rok wyczekuje na swe złociste  
wino. Z nadejściem września -  
byleby diabeł nie zamącił święta - napełnia się ten kielich winem aż po brzegi.  
I przelewa się bez mała zawsze,  
jak szczodrobliwe serce. 
Całe miasteczko pachnie nam wówczas winem, bardziej lub mniej szlachetnym, i  
pobrzękuje szkłem. To jakby  
słońce ofiarowało się za darmo w płynnej krasie, z chęci zamknięcia się w  
przejrzystym kręgu śnieżnobiałego  
miasteczka, gwoli wprawienia go w radosny nastrój. Wszyściutkie domy, na każdej  
ulicy, kiedy zachód dotyka  
ich słońcem, są jak butelki na półkach u Juanita Miguela albo u Rojalisty. 
Przypominam sobie »Źródło gnuśności« Turnera, którego cytrynowa żółtość zdaje  
się cała namalowana młodym  
winem. Podobnie Moguer, źródło wina, co, niby krew, bez końca wylewa się z  
każdej jego rany; krynica  
smutnej radości, która jak słońce kwietniowe tryska w górę ku wiośnie co roku,  
ale opada codziennie... 
 
KARNAWAŁ 
Jaki ładny jest dziś Srebrzynek! Mamy karnawałowy poniedziałek i dzieci, które  
poprzebierały się jaskrawo za  
toreadorów, pajaców i majos, włożyły nań rząd mauretański, cały bogato obszywany  
czerwonymi, zielonymi,  
białymi i żółtymi arabeskami. Deszczowa woda, słońce i zimno. Okrągłe kolorowe  
papierki toczą się równolegle  
po chodniku na ostrym wietrze wieczoru, a skostniałe już maski robią z czego się  
da kieszenie dla ukrycia  
zsiniałych swych rąk. 
Kiedy dotarliśmy do placu, kilka przebranych za wariatki kobiet w długich  
białych koszulach, z czarnymi  
rozpuszczonymi włosami uwieńczonymi girlandami z zielonych liści, porwało  
Srebrzynka w środek swego  
zgiełkliwego chóru i — połączone rękami - dalejże krążyć wokół niego! 
Srebrzynek, zakłopotany, nastawia uszy, podnosi głowę i niby skorpion osaczony  
przez ogień, podrażniony  

background image

próbuje wymknąć się którędyś. Jest jednak taki malutki, że wariatki nie czują  
przed nim obawy i krążą nadal,  
śmiejące się, rozśpiewane, wokół niego. Dzieciaki, dojrzawszy go w niewoli, rżą,  
żeby i on zarżał. Cały plac stał  
się już głośnym koncertem trąbek, rżeń, śmiechów, piosenek, bębenków,  
moździerzy... 
Na koniec Srebrzynek, po męsku, zdecydowany, przerywa łańcuch i chroni się ku  
mnie truchtem, popłakując,  
ogołocony ze swego wytwornego przyodziewku. Tak jak ja nic chce mieć nic  
wspólnego z karnawałami. Nie  
nadajemy się do takich rzeczy... 
 
W STRONIE WIATRAKA 
Jakże wielka wydała mi się wówczas, Srebrzynku, ta sadzawka, jaki wyniosły  
tamten cyrk z rudego piasku! Czy  
to w tej wodzie przeglądały się owe chmurne sosny, napełniając sny moje  
wizerunkiem swojego piękna? Czy to  
właśnie ten balkon, skąd niegdyś zobaczyłem najświetlistszy krajobraz mego  
życia, pośród niewysłowionej  
muzyki słońca? 
Tak, są nadał Cyganki i odradza się lek przed bykami. Jest tu również, jak  
zawsze, pewien samotny człowiek -  
może ten sam, może inny - jakiś Kain pijany, który, gdy przechodzimy, mówi  
rzeczy bez sensu, spoglądając na  
drogę swoim jedynym okiem, by się przekonać, czy nie nadchodzą ludzie - i  
wycofując się natychmiast... Jest  
opuszczenie, jest i elegia, lecz tamto jakże nowe, a ta jak zachwaszczona! 
Nim zobaczyłem ją znowu w niej samej, zdało mi się, Srebrzynku, że oglądam tę  
stronę, czar mojego  
dzieciństwa, na jednym z płócien Courbeta i na innym Bócklina. Blask jej  
pragnąłem namalować zawsze -  
czerwonej w świetle jesiennych zachodów, skłonionej nisko swoimi sosnami ku  
kryształowym zwierciadłom  
sadzawki, która się wgryza w piasek... Lecz pozostało jedynie wspomnienie,  
obramowane dzikimi chrzanami...  
Wspomnienie, co już nie przetrwa natarczywości spojrzeń - jak bibułka sąsiedztwa  
lśniącego płomienia - w  
magicznym słońcu mojego dzieciństwa. 
 
WIEŻA 
Nie, ty nie możesz wejść na wieżę. Jesteś za duży. Gdyby to była sewilska  
Giralda! 
Tak bym się cieszył, gdybyś wszedł! Z balkonu koło zegara widziałbyś śnieżne  
tarasy miasteczka, ich monteras  
z kolorowych szyb i ukwiecone doniczki pomalowane indygiem. Potem z tej  
galeryjki od południa, którą  
roztrzaskał wielki dzwon, gdy go wciągali, oglądałbyś dziedziniec Zamku i El  
Diezmo, a podczas przypływu  
ujrzałbyś morze. Wyżej, od samych dzwonów, dostrzegłbyś cztery wioski oraz  
pociąg idący do Sewilli, i pociąg  

background image

z Riotinto, i Dziewice ze Skały. Następnie trzeba uczepić się żelaznej bariery,  
i wtedy dotkniesz nóg Świętej  
Joanny, ugodzonej piorunem; a twoja głowa wysuwająca się przez otwór kaplicy  
wśród kafelków białych i  
niebieskich, na których słonce załamuje się złotem, wywoła osłupienie dzieci  
pochłoniętych zabawą w byka na  
placu Kościelnym, skąd nadleci ku tobie, ostry i jasny, ich krzyk dzikiej  
radości. 
Z ilu triumfów musisz zrezygnować, biedny Srebrzynku! Twe życie jest takie  
proste jak owa króciutka droga, co  
prowadzi na stary nasz cmentarz. 
 
OSŁY PIASKARZA 
Popatrz, Srebrzynku, na osły Quemada: umęczone, powolne, ze swym kopiastym,  
czerwonym ładunkiem  
wilgotnego piachu... Wbito im weń -niby w serce - zielony kij z dzikiej oliwki,  
którym je biją... 
 
MADRYGAŁ 
Spójrz na niego Srebrzynku. Trzykrotnie - niby konik cyrkowy po swym torze -  
okrążył cały ogród, biały  
jak lekka fala samotna w łagodnym morzu światła - i znowu zniknął za murem.  
Wyobrażam go sobie na  
krzaku dzikiej róży, tam, z drugiej strony; widzę go niemal poprzez wapno.  
Spójrz, bo już jest z powrotem.  
Naprawdę to dwa motyle. Jeden biały - on; a drugi czarny - jego cień. 
Są, mój Srebrzynku, piękności tak świetne, że inne próżno chciałyby je zaćmić.  
Jak na twym pyszczku  
oczy są czarem największym, gwiazda jest nim wśród nocy, róża i motyl wśród  
ogrodu rankiem. 
Srebrzynku, jak ładnie lata! Z jaką radością musi się unosić! To tak jak dla  
mnie, szczerego poety, uciecha  
wiersza. Cały, aż po swą duszę, zagłębił się w locie; zda się, że więcej nic nie  
obchodzi go w świecie,  
chciałem powiedzieć - w ogrodzie. 
Cicho, Srebrzynku... Patrz jeszcze. O, jak rozkosznie tak lecieć, bez skazy i  
czystym! 
 
ŚMIERĆ 
Znalazłem Srebrzynka wyciągniętego na swym słomianym łożu; oczy miał smutne i  
łagodne. Podszedłem doń,  
przemówiłem, pogłaskałem go i chciałem, żeby się podniósł... 
Biedak poruszył się cały gwałtownie i ukląkł na jedną z przednich łap. Nie  
mógł... Wtedy położyłem mu znów  
łapę na ziemi, raz jeszcze pogłaskałem go z czułością i kazałem wezwać jego  
lekarza. 
Stary Darbón, ledwie go ujrzał, wciągnął głęboko swe bezzębne wargi i  
przekrwioną swą głową pokołysał nad  
piersią, niby wahadłem. 
- Nic dobrego, hę? 

background image

Nie wiem, co odpowiedział... Że wykańcza się biedak... Nic... Że jakiś tam  
ból... Że jakiś zły korzeń... Ziemia  
pomiędzy trawą... 
W południe Srebrzynek nie żył. Mięciutki brzuszek wydął mu się jak kula ziemska,  
a jego łapy, sztywne i  
odbarwione, sterczały prosto ku niebu. Kręcona sierść była podobna do włosów  
starych lalek, do owych kłaków  
stoczonych przez mole, co wypadają z zakurzoną melancholią, jeśli przesunąć po  
nich dłonią... 
Po stajni pogrążonej w ciszy, rozjarzając się za każdym razem, gdy przefruwał  
przez słoneczny promień, bujał  
tam i z powrotem piękny motyl trójkolorowy. 
 
NOSTALGIA 
Srebrzynku, ty widzisz nas, prawda? Prawda, że widzisz, jak się pogodnie śmieje  
jasna i zimna woda z norii w  
ogrodzie, lub jak w ostatnim odblasku dnia zapobiegliwe pszczoły fruwają wokół  
lila i zielonego rozmarynu,  
różowego i złotego od słońca, które wciąż jeszcze rozpłomienia wzgórze? 
Srebrzynku, ty widzisz nas, prawda? 
Prawda, że widzisz kłapouszki praczek, jak przeciągają czerwonym zboczem Starego  
Źródła, zmęczone, okulałe,  
smutne wśród bezkresnej czystości, co czyni niebo i ziemię jednym kryształem  
blasku? 
Srebrzynku, ty widzisz nas, prawda? 
Prawda, że widzisz, jak śmigają dzieci, zarumienione, między zaroślami, którym  
pośród gałązek przycupnęły  
własne ich kwiaty - lekki rój niewyraźnych białych motyli nakrapianych karminem? 
Srebrzynku, ty widzisz nas, prawda? 
Srebrzynku, prawda, że ty nas widzisz? Tak, ty mnie widzisz. A ja myślę, że  
słyszę... o, tak, ja słyszę, tam, na  
bezchmurnym zachodzie, rozrzewniające całą dolinę winnic twoje przeciągle  
rżenie... 
 
MELANCHOLIA 
Tego popołudnia poszedłem z dziećmi odwiedzić mogiłę Srebrzynka, która znajduje  
się w Ogrodzie Szyszek, u  
stóp okrągłej sosny-opiekunki. Dokoła kwiecień przystroił mokrą ziemię wielkimi  
żółtymi irysami. 
Tam w górze, na zielonej kopule zabarwionej błękitem nieba, śpiewały dzwońce - i  
ich perliste trele, ozdobne,  
roześmiane, rozchodziły się w złotym powietrzu ciepłego popołudnia niby jasny  
sen o nowej miłości. 
Dzieci, w miarę jak się zbliżały, przestawały krzyczeć. Spokojne i poważne, z  
błyszczącymi oczami utkwionymi  
w moich oczach, zasypywały mnie mnóstwem niespokojnych pytań. 
- Srebrzynku, przyjacielu! - powiedziałem ziemi. - Jeżeli, tak jak myślę,  
znajdujesz się teraz na łące niebios i  
niesiesz na swym włochatym grzbiecie młodzieńcze anioły, czy aby mnie nie  
zapomniałeś? Powiedz mi,  

background image

Srebrzynku, pamiętasz mnie jeszcze? 
I jakby w odpowiedzi na moje pytanie lekki biały motyl, którego przedtem nie  
dostrzegłem, począł fruwać  
uparcie - niby dusza - z irysów na irysy. 
 
SREBRZYNEK Z KARTONU 
Srebrzynku, gdy przed rokiem wyszły w świat, między ludzi, fragmenty książki,  
którą pisałem na twoją  
pamiątkę, pewna twoja i moja przyjaciółka darowała mi tego Srebrzynka z kartonu.  
Spójrz, czy widzisz go  
stamtąd? Jest na wpół biały i na wpół srebrzysty. Ma czarne jak smoła ślepia,  
czerwony i czarny pysk. Na  
glinianej podstawce niesie w sześciu doniczkach kwiaty z różowej, żółtej i  
białej bibułki; porusza głową i  
kroczy po zabarwionej indygiem desce, osadzonej na czterech niezgrabnych  
koliskach. 
Wspominając ciebie, Srebrzynku, nabrałem sympatii dla tego osiołka-zabawki.  
Każdy, kto wchodzi do  
mego gabinetu, pozdrawia go z uśmiechem: - Srebrzynku! A jeżeli kto nie wie i  
pyta, co to takiego, mówię  
mu: - To Srebrzynek... I tak bardzo przyzwyczaiłem się do imienia i uczucia, że  
teraz, choćbym nawet sam  
został z drewnianym osiołkiem, wierzę, że to ty jesteś, i pieszczę go swymi  
oczyma. 
Ty? O, jak zdradziecka jest pamięć ludzkiego serca! Ten Srebrzynek z kartonu  
wydaje mi się dziś bardziej  
Srebrzynkiem niż ty sam, mój Srebrzynku. 
 
DO SREBRZYNKA W NIEBIE NAD MOGUEREM 
Miły Srebrzynku kłusaczku, osiołku mój, który tylekroć nosiłeś moją duszę -  
tylko duszę! - po owych wklęsłych  
dróżkach pośród dzikich figowców, malw i powojów! Dla ciebie ta książka, która  
mówi o tobie, teraz, gdy już  
potrafisz ją zrozumieć. 
Podąża ku twej duszy, pasącej się dziś w raju, poprzez duszę naszych krajobrazów  
moguerskich, która też  
pewnie wstąpiła do nieba wraz z twoją; i unosi na papierowym grzbiecie moją  
duszę, co wędrując wśród  
kwitnących cierni ku swemu wniebowstąpieniu staje się z każdym dniem coraz  
lepsza, coraz czystsza, coraz  
spokojniejsza. 
Tak. Ja wiem, że gdy powolny i zamyślony zbliżam się o zmierzchu poprzez samotny  
zagajnik wilg i kwiatów  
pomarańczy do sosny, co tam kołysze twoją śmierć - ty, Srebrzynku, szczęśliwy na  
swej łące róż wieczystych,  
widzisz mnie, jak przystaję nad żółtymi kiściami irysów, które wytrysły z twego  
rozpadniętego serca.