background image
background image
background image

 

Wszystkim  znakomitym  żołnierzom  i  przedstawicielom  personelu  cywilnego,  z

którymi miałem zaszczyt

pracować przez tak wiele lat, a w szczególności
starszemu bosmanowi sztabowemu Milamowi,
komandorowi Barchi i Mike’owi Fitzmorrisowi,
których nie ma już między nami.

Dla S, jak zawsze.

background image

Więcej  na: www.ebook4all.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

Użyteczność metod walki

–  Dlaczego  m iałby m   przej m ować  się  ty m ,  co  gadaj ą  j akieś  zbuntowane

background image

szum owiny ? Dlaczego m iałby m  słuchać tego, co chce m i powiedzieć ktoś taki j ak ty ?

Sierżant  Ethan  Stark,  pełniący   obowiązki  dowódcy   zbuntowany ch  j ednostek

am ery kańskich na Księży cu, z trudem  poham ował gniew.

–  Generale,  dowodzi  pan  wrogim i  oddziałam i  okupuj ący m i  część  tery torium

leżącego  poza  naszy m   pery m etrem .  Ja  natom iast  dowodzę  obroną  am ery kańskiej   kolonii.  Nie
j esteśm y  szum owinam i. Próbuj ę właśnie...

– Chętnie rozważę propozy cj ę waszej  kapitulacj i, j eśli o ty m  m ówisz.
–  Nie  zam ierzam y   się  poddawać.  Ani  panu,  ani  nikom u  innem u.  Wy raził  pan

zgodę, by  na kontrolowanej  przez pana powierzchni Księży ca zm agazy nowano sprzęt i am unicj ę
do walki z nam i. Nie m ożem y  na to pozwolić.

– Czy  to groźba? Ośm ielacie się m i grozić?
–  Ja  ty lko  uprzedzam ,  że  nie  będziem y   siedzieli  bezczy nnie,  przy glądaj ąc  się

przy gotowaniom  do ataku na nasze pozy cj e.

Ta wy powiedź Starka rozbawiła generała.
–  Rozum iem .  Udzieliłeś  m i  przy j acielskiej   rady,  j ak  sądzę?  Dlaczego  m iałby m

słuchać  kogoś  takiego  j ak  ty,  a  nie  przedstawicieli  legalny ch  władz  Stanów  Zj ednoczony ch?  Oni
płacą sowicie za korzy stanie z naszy ch baz. Cóż takiego m ożesz m i zaproponować, aby m  chciał
odrzucić ich szczodrą propozy cj ę?

– Nie zaoferuj ę panu niczego.
–  Niczego?  To  m arna  kontrpropozy cj a.  Czy żby ś  „wy padł  z  tej   ligi”,  że  zacy tuj ę

j edno z waszy ch am ery kańskich powiedzeń?

–  Dowodzę  naj lepszy m i  żołnierzam i  stacj onuj ący m i  na  Księży cu.  Jesteśm y   o

niebo  lepsi  w  te  klocki  od  pańskich  chłopców,  generale,  co  udowodniliśm y   j uż,  i  to  nie  raz.  –
Uśm iech  zniknął  z  twarzy   rozm ówcy.  –  Wty kanie  kij a  w  m rowisko  nie  j est  naj lepszy m
pom y słem , zwłaszcza dla kogoś znaj duj ącego się na pańskim  m iej scu. Dlatego rozsądniej  by łoby,
gdy by  posłuchał pan m oj ej  rady.

– Mam  słuchać kogoś takiego? A j eśli nie posłucham , to... co m i zrobisz? Dlaczego

uważasz,  że  m ógłby m   by ć  zainteresowany   twoim i  radam i?  Sugestiam i  szum owiny,  która  nie
m oże m i nic zrobić?

– Powtórzę raz j eszcze, nie j esteśm y  szum owinam i. Powiedzm y, że chwilowo nie

wy konuj em y   rozkazów  z  Ziem i,  ale  to  nie  znaczy   j eszcze,  że  przestaliśm y   by ć  w  pełni
sprawny m i  j ednostkam i  boj owy m i,  który ch  zadaniem   j est  obrona  zam ieszkuj ący ch  tę  kolonię
am ery kańskich oby wateli. Zapewniam  pana także, że m ożem y  przeprowadzić atak w dowolny m
m iej scu i czasie, j eśli ty lko zaj dzie taka potrzeba.

–  Tak,  j asne.  Będziecie  szturm ować  nasze  linie,  przeciwstawiaj ąc  bezprzy kładne

m ęstwo  m oim   okopany m   i  uzbroj ony m   po  zęby   żołnierzom .  Tak  j ak  zrobili  wasi  przy j aciele.
Która  to  by ła  j ednostka?  Ta,  którą  rozpieprzy liśm y   w  drzazgi?  Trzecia  dy wizj a,  j eśli  dobrze
pam iętam . Zebraliście w końcu ciała poległy ch czy  nadal to robicie?

Starkowi  pociem niało  w  oczach,  gdy   dowódca  wroga  zaczął  kpić  ze  śm ierci

ty sięcy  j ego kolegów. Dy wizj a została zdziesiątkowana podczas źle zaplanowanej  i równie m arnie
dowodzonej   ofensy wy,  po  której   doszło  do  buntu  stacj onuj ący ch  na  Księży cu  podoficerów.  Ta
klęska  by ła  kroplą,  która  przepełniła  czarę  gory czy.  Żołnierze  powiedzieli  zdecy dowane  „nie”
niekom petencj i  ziem skiego  dowództwa  i  niekończący m   się  walkom   na  Srebrny m   Globie.
Podoficerowie dowodzący  oddziałam i, które przetrwały  tę rzeź, uznali, że nie m ogą ufać nikom u
oprócz  siebie.  Zaryzykowałem  wszystkim,  próbując  uratować  choć  kilku  małpoludów  z  trzeciej
dywizji,  więc  choćby   dlatego  nie  będę  słuchał,  j ak  j akiś  naburm uszony   dupek  kpi  z  ich
poświęcenia.

background image

Stark  podniósł  dłoń,  j akby   m ierzy ł  do  rozm ówcy   z  pistoletu,  a  następnie  opuścił

wy prostowane palce na klawiaturę konsoli, przery waj ąc połączenie. Generał zniknął z ekranu, a w
centrum  dowodzenia zapanowała grobowa cisza.

Sierżant  Vic  Rey nolds,  przy j aciółka  Starka  i  j ego  szef  sztabu,  spoglądała  przez

chwilę na pociem niałe wy świetlacze, a potem  rzuciła zwięźle:

– Przerzedźm y  m u te ząbki.
– O tak. Zróbm y  to.

Na tle nieskończonej  czerni kosm osu przesuwały  się niewy raźne kształty. W obły ch

kadłubach  przewożono  ludzi  i  sprzęt.  Spore  zgrupowanie  wahadłowców,  pilnowany ch  przez  dwa
okręty   woj enne,  zm ierzało  luźną  form acj ą  w  kierunku  lądowiska,  na  który m   j uż  go  oczekiwano.
Wśród  gwiazd  kry ły   się  także  wilki  czekaj ące  w  odwieczny m   m roku  na  powolne  i  łatwe  cele,
j akim i m ogły  by ć ciężkie transportowce.

Na  pokładach  okrętów  woj enny ch  zawy ły   wszy stkie  sy reny   alarm owe,  gdy

czuj niki dalekiego zasięgu wy kry ły  obiekty, które wy startowały  z powierzchni Księży ca, kieruj ąc
się prosto na konwój . Uzbroj one wahadłowce niewielkiej  floty  Starka zaatakowały  transportowce,
m im o  że  okręty   eskorty   naty chm iast  ruszy ły   kursem   na  ich  przej ęcie.  Na  czarny m   niebie
rozbły sły  nowe gwiazdy, gdy  obie strony  otworzy ły  ogień.

Wachtowi,  stoj ący   wokół  Starka  w  półm roku  dawnego  centrum   dowodzenia

am ery kańskich sił księży cowy ch, pracowali cicho i efekty wnie, segreguj ąc i przesy łaj ąc dane na
otaczaj ące  ich  wielkie  ekrany.  Kolorowe  sy m bole  przesuwały   się  po  wy świetlaczach  niczy m
elektroniczne  insekty :  czerwone  oznaczały   wroga,  niebieskie  własne  j ednostki.  Wokół  większy ch
ikon, j akim i opisano okręty  woj enne i wahadłowce, poj awiały  się i znikały  m niej sze – te z kolei
niosły  inform acj e o odpalany ch pociskach. Giganty  wy dawały  się dziwnie nieporadne i powolne
w porównaniu z traj ektoriam i wy strzeliwany ch rakiet. Stark m iał problem y  z uwierzeniem , że te
potwory   są  w  stanie  pokonać  wiele  m il  w  ciągu  sekundy,  co  dla  niego,  zwy kłego  żołnierza
piechoty, wy dawało się niewy obrażalne.

– Kom endancie Stark? – Jeden z wachtowy ch podświetlił tekst przesuwaj ący  się po

skraj u  wielkiego  ekranu.  –  Odbieram y   transm isj ę  z  okrętu  woj ennego.  Nadaj ą  na  otwartej
częstotliwości floty  handlowej .

Stark zm ruży ł oczy, próbuj ąc odczy tać tekst.
– Charlie Foxtrot Bravo Dwa? Co to znaczy ?
– To zapis z takty cznego kodeksu sy gnałowego dla konwoj ów. Chy ba nie zm ieniano

go  ostatnim i  czasy.  Sy gnał  m ówi:  „Do  wszy stkich  j ednostek.  Utrzy m ać  doty chczasowy   szy k”.
Powtórzy li ten sy gnał j uż kilkakrotnie.

Stark  przeniósł  wzrok  na  główny   wy świetlacz.  Jeśli  wierzy ć  traj ektoriom

poszczególny ch  ikonek,  kolej ne  wahadłowce  opuszczały   form acj ę,  odlatuj ąc  w  przy padkowy ch
kierunkach.

– Zdaj e się, że konwój  niespecj alnie zwraca uwagę na rozkazy.
– Zgadza się, sir. Załogi okrętów woj enny ch m uszą by ć bardzo wkurzone.
–  Jeśli  wierzy ć  Wisem an,  powinny   spodziewać  się  podobnej   reakcj i.  Uprzedzała,

że ci piloci tak właśnie zareaguj ą na nasz ruch.

background image

W  przestrzeni  oddawano  kolej ne  salwy,  rozsiewaj ąc  wokół  obłoki  rozgrzany ch  do

białości  odłam ków,  ty m   sposobem   toczące  poj edy nek  okręty   woj enne  usiłowały   oszukać
kom putery   takty czne  wroga,  j ego  radary,  czuj niki  podczerwieni  i  wszy stko  inne,  co  pozwala
nam ierzy ć  cel.  Stark  utracił  j uż  z  pola  widzenia  większość  um y kaj ący ch  frachtowców,
dom niem ane wektory  ich lotu znikały  kolej no we wciąż powiększaj ącej  się strefie ty m czasowego
m roku.

Okręty   eskorty,  m im o  ogrom nej   przewagi  ogniowej ,  także  się  wy cofały,  tworząc

parasol  ochronny   nad  rozform owany m   konwoj em ,  gotowe  wszakże  do  ostrzelania  każdej
j ednostki, j aką rzucą przeciwko niem u siły  Starka.

– Sierżancie... – Ethan wy wołał dowódcę floty  buntowników. W rogu wy świetlacza

otworzy ło się naty chm iast nowe okienko, w który m  zobaczy ł znaj om ą twarz Wisem an siedzącej
na m ostku opancerzonego wahadłowca. – Co te okręty  wy prawiaj ą?

–  Dokładnie  to,  czego  się  po  nich  spodziewałam .  Próbuj ą  bronić  transportowców

przewożący ch zaopatrzenie. Ich dowódcy  nie m aj ą poj ęcia, gdzie znaj duj ą się teraz wahadłowce
z konwoj u, dlatego próbuj ą stanąć nam  na drodze.

–  Czy   nie  powinny   ruszy ć  na  was  i  zaatakować  wszy stkim ,  co  m aj ą?  Nie

zdołałaby ś utrzy m ać pozy cj i pod tak dużą presj ą. Odgoniliby  was bez dwóch zdań.

– Hej , kom endancie, zostaw sprawy  floty  ty m , którzy  się na nich lepiej  znaj ą. Od

tego  m asz  tutaj   m nie.  A  teraz  słuchaj ,  uty tłany   błotem   piechurze:  te  okręty   nie  m ogą  m nie
zaatakować  z  bardzo  prostego  powodu.  Fizy ka  im   na  to  nie  pozwala.  Studiowałeś  kiedy ś  takty kę
floty, ale m orskiej ?

–  Gdy   by łem   dzieckiem ,  napatrzy łem   się  wy starczaj ąco  na  stare  vidy.  Wiesz,

galery  pełne niewolników, żaglowce i tego ty pu sprawy. Nie przy puszczałem , że tak stare reguły
m ogą m ieć coś wspólnego z ty m , co teraz robicie.

–  I  tu  się  m y lisz.  Obowiązuj ą  nas  te  sam e  zasady,  który m i  kierowano  się  na

wiosłowy ch  galerach.  Wszy stko  sprowadza  się  do  ograniczeń  napędu  i  im petu.  Okręty
przestrzenne, wliczaj ąc m ój  wahadłowiec, są wielkie. To ogrom na m asa. Rozpędzaj ą się bardzo
wolno,  zwłaszcza  w  porównaniu  do  prędkości  wy strzeliwany ch  pocisków,  a  gdy   wej dą  na  j akiś
kurs,  nie  da  się  ich  ot,  tak  zawrócić.  Masa  nie  lubi  zm ieniać  kierunku,  a  tutaj ,  w  odróżnieniu  od
Ziem i,  nie  m am y   nawet  wody,  która  by   nas  wy ham owy wała.  –  Wisem an  wcisnęła  kilka
klawiszy, otwieraj ąc kolej ne trój wy m iarowe okienko w rogu ekranu kom unikatora. – Widzisz? To
konwój   opuszczaj ący   j edną  z  baz  orbitalny ch,  który   wy konuj e  standardowe  podej ście  do
powierzchni  Księży ca.  Mówiąc:  standardowe,  m am   na  m y śli  takie,  przy   który m   zuży wa  się
naj m niej   paliwa  i  czasu.  –  Szeroka  strzałka  przesunęła  się  z  orbity   Ziem i  i  łagodny m   łukiem
dotarła  nad  Srebrny   Glob.  –  To  fizy ka  ustala  trasę,  j aką  te  wahadłowce  m uszą  pokonać,  aby
potem   wy lądować.  My   też  j ą  znam y,  wiem y   więc  doskonale,  gdzie  m ożem y   j e  znaleźć.  –  Od
powierzchni  satelity   oderwała  się  znacznie  krótsza  czerwona  strzałka  celuj ąca  prosto  w  wektor
podej ścia konwoj u. – Mam y  tutaj  coś, co m ógłby ś nazwać oknem , rej on przestrzeni chronionej
naszy m i  sy stem am i  broni  przeciworbitalnej .  Wy korzy stuj em y   j e,  by   podej ść  do  konwoj u.
Okręty   woj enne  robią  co  m ogą,  aby śm y   nie  znaleźli  się  zby t  blisko  chronionej   trasy,  ale  piloci
transportowców  i  tak  panikuj ą  i  wy łam uj ą  się  z  szy ku,  ponieważ  to  cy wilbanda  wy naj ęta  do

background image

przewiezienia  ładunku  i  żaden  z  nich  nie  chce  zaliczy ć  kulki.  W  ty m   czasie  załogi  okrętów
wy strzeliwuj ą  kupę  śm iecia,  które  m a  zm y lić  nasze  sy stem y   nam ierzania,  j ak  na  przy kład  te
m iniaturowe  wabiki  udaj ące  transpondery   wahadłowców.  Za  j akiś  czas  te  wszy stkie  przeszkody
odlecą  zby t  daleko  albo  przestaną  działać,  ale  w  chwili  obecnej   m am y   tu  taki  burdel,  że  nie
sposób niczego ustalić.

Stark  przy j ął  do  wiadom ości  słowa  Wisem an,  sprawdzaj ąc  raz  j eszcze  chaos  na

ekranach  centrum   dowodzenia,  a  potem   studiuj ąc  uważnie  wy świetlony   przez  nią
trój wy m iarowy  panel.

–  Świetnie,  to  j ednak  nie  tłum aczy,  dlaczego  okręty   nie  zaatakowały   twoj ej

eskadry. Ty lko tam  m ogły by  zm usić was do ucieczki.

Wisem an wy szczerzy ła zęby.
–  Mogliby śm y   uciec  w  wielu  kierunkach.  Na  przy kład  om inąć  przeciwników  na

dopalaczach. To ry zy kowne posunięcie, aczkolwiek m usieliby  się bardzo postarać, żeby  trafić w
tak  niewielki  obiekt  przy   tak  dużej   prędkości.  Zastanawiasz  się,  czy   m ogliby   polecieć  za  nam i?
Owszem , ale gdy by  choć j edna z m oich j ednostek przedarła się przez ich linie, m ieliby  cholerny
problem  z zawróceniem  i podj ęciem  pogoni. Straciliby  na to m asę czasu. Wpadliby śm y  m iędzy
transportowce, zanim  zdąży liby  wrócić.

Stoj ąca obok Ethana Vic Rey nolds skinęła głową.
– Powiadasz zatem , że dowódcy  ty ch okrętów, m aj ąc j akieś szanse na odniesienie

zwy cięstwa, zawsze wy biorą pewność uniknięcia przegranej ?

–  Cóż,  na  ty m   przecież  polega  ich  robota.  Niszczenie  m oich  wahadłowców

dostarczy łoby  im  nielichej  rozry wki, ale nie po to zostali tutaj  wy słani. Wolą więc trzy m ać m nie
z dala od j ednostek, które kazano im  chronić. Niestety, w wirze walki i tworzenia zasłony  dy m nej
potracili z oczu większość transportowców i nie m aj ą bladego poj ęcia, gdzie one teraz m ogą by ć.

– Zatem  wszy stko idzie zgodnie z twoim i przewidy waniam i. – W czasie planowania

tej   operacj i  Wisem an  by ła  pewna  swego.  „Chcecie  zrobić  wy pad  na  wroga?  Nie  m a  sprawy.
Problem   j ednak  w  ty m ,  że  nie  przebij ecie  się  do  konwoj u.  Jedy ną  szansą  na  pokonanie  obrony
j est  stworzenie  m aksy m alnego  zam ieszania,  czy li  ogłupienie  eskorty.  Pozwólcie  m i  to  zrobić,  a
wróg po kilku m inutach straci całkowicie orientacj ę”. Tak m ówiła. – Uważasz zatem , że dy wersj a
się udała?

–  Za  chwilę  się  o  ty m   przekonam y.  Jedno  j est  pewne:  narobiliśm y   tutaj   takiego

bałaganu, że nikt nie dostrzeże j ednostki zachowuj ącej  całkowitą ciszę, dopóki ta nie zdecy duj e się
na opuszczenie zagrożonego sektora. Trzy m aj cie za nas kciuki.

Z chaosu powstałego podczas wy m iany  ognia i odpalania wabików wy nurzały  się

kolej ne  m asy wne  transportowce  opadaj ące  wolno  na  powierzchnię  Księży ca.  W  eter  szły
błagalne kom unikaty  skierowane do znaj duj ący ch się naj bliżej  lądowisk. Jedna z opancerzony ch
m aszy n Wisem an wy konała nieudaną próbę przechwy cenia tej  grupy. Pilot wy cofał się j ednak,
gdy  został nam ierzony  przez sy stem y  obrony. Zawrócił tuż przed wej ściem  w pole rażenia baterii
wroga.  Wahadłowce  z  zaopatrzeniem   opadały   teraz  szy bciej .  Nieprzy j aciel  obserwował  w
kom pletnej   ciszy,  j ak  m aszy ny   zaczy naj ą  ham ować  pełny m   ciągiem ,  by   wy konać  m anewr
awary j nego lądowania poza wy znaczony m  terenem .

Nad  kosm oportem   zawisły   chm ury   drobniutkiego  księży cowego  py łu.  Lądowiska

by ły   czy szczone  sy stem aty cznie,  ale  to  cholerstwo  zawsze  powracało,  opadaj ąc  z  przestrzeni
albo  unosząc  się  z  gruntu  na  skutek  działań  człowieka  operuj ącego  w  pobliżu  portu.  Na  tle
oślepiaj ącego blasku i czarny ch cieni obłoki py łu wy glądały  j ak pasem ka ulotnej  m giełki.

W  ty m   m om encie,  j ak  zawsze  zresztą,  zakłóciły   też  pracę  m ultispektralny ch

czuj ników próbuj ący ch dokonać identy fikacj i nadlatuj ący ch frachtowców.

background image

–  Niezidenty fikowane  wahadłowce!  –  zawołał  ktoś  z  wieży   kontroli  lotów.  –

Podaj cie kody  identy fikacy j ne i num ery  zezwoleń na lądowanie.

– Słucham ? – Głos odpowiadaj ącego pilota kipiał z wściekłości, aczkolwiek dało się

w nim  też wy czuć nutę strachu. Mówił zby t szy bko i chaoty cznie. – Nie zrozum iałem . Powtórz.
Kim  ty  w ogóle j esteś?

–  Tu  kontroler  lądowiska,  na  który m   chcecie  usiąść.  Proszę  podać  num ery

identy fikacy j ne j ednostki. Naty chm iast. Gdzie m ieliście lądować?

– No... chy ba właśnie tutaj . Tak. Na ty m  lądowisku. Mieliśm y  lądować u was.
–  My licie  się.  Nie  m am y   inform acj i  o  żadny ch  dostawach  w  dniu  dzisiej szy m .

Podaj cie naty chm iast num er identy fikacy j ny  i cel lotu.

– Przecież lecim y  do was, ile razy  m am  to powtarzać?! Słuchaj , człowieku, przed

chwilą o m ało nas nie rozwalili na kawałki, a ty  pieprzy sz j ak potłuczony ! Wrzuć na luz, gościu!
Pozwól  nam   wy ładować  ten  szm elc,  a  spieprzy m y   na  orbitę  Ziem i  tak  szy bko,  j ak  to  ty lko
m ożliwe!

–  Wahadłowiec,  bez  autory zacj i  nie  wy ładuj ecie  niczego  na  naszy m   lądowisku.

Nie m am y  tu ciężkiego transportu, który  m ógłby  przewieźć ładunek.

–  Nie  będzie  takiej   potrzeby.  Nasz  ładunek  przem ieści  się  sam .  Zaczy nam y

procedurę.

Mom ent  później   włazy   ładowni  zostały   otwarte  i  wy sy pały   się  z  nich  postacie  w

skafandrach.

– Co się tam  dziej e? Kim  są ci ludzie?
– To nasz ładunek, koleś! Mówiłem  ci przecież.
– Nie m am y... Czy  to żołnierze? Wy sadzacie desant?
–  Tak.  Przewoziliśm y   żołnierzy.  Kazano  nam   dostarczy ć  ich  tutaj .  Tak  m am

napisane w planie lotu.

Podczas gdy  pilot i kontroler konty nuowali tę wy m ianę zdań, żołnierze uform owali

sprawnie kolum nę m arszową i ruszy li przez lądowisko. Wy glądali na tej  giganty cznej  platform ie
j ak  sznur  m rówek.  Gdzieś  w  oddali  inna  m aszy na  wy puszczała  ze  swoj ego  wnętrza  cztery
m asy wne czarne kształty.

– Nie wiem  nic o przy locie nowy ch j ednostek. Zabieraj cie ich na pokład, i to j uż!
– Nie m a m owy. Om al m nie nie zabito, gdy  ich tutaj  dostarczałem , a wy  chcecie,

żeby m   ich  zabrał?  Słuchaj ,  wy dano  m i  rozkaz  zrzucenia  tutaj   ty ch  opancerzony ch  palantów,
ponieważ m aj ą... zaraz... coś zabezpieczy ć. Macie tutaj  coś wartego pilnowania?

–  Mam y   spore  m agazy ny   sprzętu  składowanego  przez  Am ery kanów  na  potrzeby

ofensy wy  przeciw zbuntowanej  kolonii. Nikt nas j ednak nie poinform ował, że przy ślą tutaj  też... A
to  co  takiego?  –  Pierwszy   z  czarny ch  kształtów  zj echał  po  pochy lni,  wy nurzaj ąc  się  z  ładowni
innego wahadłowca. Matowa powierzchnia j ego pancerza by ła ledwie widoczna, gdy  pancerny
kolos podążał śladem  piechoty. – Czy  to czołg?

– Jeśli wierzy ć m anifestowi pokładowem u, tak.
„Wy ślij cie z nim i kilku m oich pancerniaków” – nalegał sierżant Lam ont.
„Przecież  to  szaleństwo  –  kontrowała  sierżant  Rey nolds.  –  Nie  wy sy ła  się  broni

pancernej  na takie podj azdy ”.

„Owszem , wszy scy  o ty m  wiedzą i dlatego nikt nie będzie się ich tam  spodziewał.

Ile akty wnej  broni przeciwpancernej  trzy m a się na głębokich ty łach? Moim  zdaniem  nie m a j ej
tam   wcale.  A  skoro  zam ierzacie  posadzić  kilka  ptaszków  na  ty m   lądowisku,  w  j edny m   z  nich
m ogą polecieć m oj e wieprzki. Totalne zaskoczenie, kapuj ecie? Narobię cholernego zam ieszania,
zanim  ktokolwiek zdoła zareagować”.

background image

„To m oże się udać – przy znał Stark. – Ale nadal uważam , że to szaleństwo”.
„Skąd. To klasy czne m etody  działania pancerniaków”.
–  Zatrzy m aj cie  j e!  Zatrzy m aj cie  ty ch  żołnierzy   i  czołgi.  Wszy scy   m aj ą  się

naty chm iast zatrzy m ać. Muszę wy j aśnić tę sprawę z dowództwem .

–  Hej .  –  Do  rozm owy   wtrącił  się  sierżant  Lam ont  siedzący   w  pierwszy m   z

rozładowany ch czołgów. – Nie m ogę zostawić swoj ego cacka na otwartej  przestrzeni.

Stark,  śledząc  postępy   akcj i  przez  sy stem y   kontroli  i  dowodzenia  wozu  boj owego,

zm ienił  kanał,  by   m ieć  podgląd  na  zidenty fikowane  przez  sy stem y   czołgu  stanowiska  obrony
otaczaj ące  ogrom ne  lądowisko.  Mim o  że  nie  siedział  nigdy   we  wnętrzu  czołgu,  wielokrotnie
oglądał świat przez wizj ery  transporterów opancerzony ch, a ten widok przy pom inał, i to bardzo,
tam te obrazy.

–  Rozkazano  m i  rozstawić  czołgi  wokół  lądowiska  –  konty nuował  ty m czasem

Lam ont.

– Nie widziałem  rozkazu, który  by  o ty m  m ówił.
– W takim  razie skontaktuj  się z kontrolerem  nadzoruj ący m  to lądowisko.
– Ja j estem  kontrolerem !
– W takim  razie m usisz m ieć kopię rozkazu.
– Nie m am  niczego takiego w kom puterze. Kto wy dał ten rozkaz?
– Twój  przełożony.
–  Mój ...  –  Kontroler  zawahał  się,  a  ty m czasem   rozładowane  czołgi  i  piechota

docierały  j uż do końca lądowiska. – Jaki j est kod rozkazu uprawniaj ącego do waszego lądowania?

– Kod rozkazu uprawniaj ącego do naszego lądowania?
– Tak.
– KRUDL.
– Zaraz, niech sprawdzą. Gdzie on j est?
–  W  nagłówku  rozkazu!  Jeśli  nie  zatrzy m acie  się  naty chm iast,  każę...  każę,  żeby

zatrzy m ała was nasza ochrona!

– Hej , hej , człowieku. Wy luzuj .
Stark  zerknął  w  kierunku  Rey nolds,  która  uśm iechała  się  pod  nosem   pom im o

napięcia widocznego w j ej  oczach.

– Lam ont um ie wciskać kit j ak nikt inny  – zauważy ł Ethan – ale za bardzo przegina,

Vic. Musim y  strzelać pierwsi, j eśli nie chcem y, by  sy stem y  obrony  lądowiska przerobiły  naszą
piechotę na m iazgę.

– Masz racj ę, zwłaszcza że dopóki chłopcy  m aszeruj ą w szy ku paradny m , nikom u

nie przy j dzie do głowy, że m ogą zaatakować. A potem  będzie j uż za późno. Rozkażesz Lam ontowi
otworzy ć ogień?

– Tego by m  nie chciał, Vic. Niech decy duj e ten, kto j est na m iej scu. Czy  nie o to

właśnie walczy liśm y ?

–  Jak  zwy kle  m asz  racj ę.  Zby t  często  dowodzili  nam i  krety ni  siedzący   setki

kilom etrów od linii frontu. Ale prowadzenie takiej  operacj i z tego m iej sca wy daj e m i się bardzo
kuszące.  –  Machnęła  ręką,  wskazuj ąc  centrum   dowodzenia  wy pełnione  wy świetlaczam i  i
term inalam i kom unikatorów, przy  który ch kiedy ś siedzieli oficerowie. – Dzięki takiem u sprzętowi
człowiek odnosi wrażenie, że j est na polu walki.

– Owszem . Problem  polega ty lko na ty m , że nie j est, więc nie m oże wiedzieć tego,

co  wiedzą  ludzie  znaj duj ący   się  na  m iej scu.  Nie  będziem y   wy dawali  idioty czny ch  rozkazów,
przez  które  zginą  nasi  chłopcy   i  przegram y   tę  bitwę.  A  tak  właśnie  postępowali  oficerowie,
który ch zastąpiliśm y. Lam ont j ednak za bardzo przegina. Bawi go wkurzanie tego kontrolera.

background image

– Racj a. Za bardzo się wczuwa w rolę. Ktoś, kto ogarnia szerszą perspekty wę, m usi

m u to uświadom ić.

– Dobra, rozum iem . A ty m  kim ś m am  by ć j a? Dom y ślam  się, że to j est właśnie

rola ty ch, którzy  siedzą w centrach dowodzenia. Lam ont, m ówi Stark.

– Cześć, szefie. Świetnie nam  idzie.
–  Lam ont,  przestań  wkurzać  tego  faceta.  Otwieraj   ogień,  gdy   ty lko  będziesz

gotowy.

– Znaczy  j uż teraz?
– Znaczy  za chwilę. Ty  decy duj esz, ale nie pozwól, żeby  to oni przej ęli inicj aty wę.

Jeśli wróg odda pierwszy  strzał, łeb ci urwę, gdy  wrócicie do kolonii.

– Przy j ąłem . Szy kuj cie się na faj erwerki.
Po kilku kolej ny ch wy m ianach zdań z Lam ontem  coraz bardziej  wściekły  kontroler

dotarł w końcu do kresu wy trzy m ałości.

– Zatrzy m aj cie się albo uakty wnię nasze sy stem y  obrony.
– Zaczekaj . Czy  prosiłeś o podanie num eru KRUDL?
– Tak, idioto!
– No widzisz, kolego, j uż ci go podaj ę.
Na wy świetlaczu Starka poj awiła się nowa ikonka, gdy  lufa czołgu wy pluła pocisk,

zanim  wieży czka skończy ła się obracać.

Mom ent później  zapadła kom pletna cisza – pocisk trafił w powierzchniowe centrum

kom unikacy j ne, posy łaj ąc w czarne niebo chm ury  m etalowy ch odłam ków i kam ieni. Pozostałe
czołgi  Lam onta  także  otworzy ły   ogień,  niszcząc  kolej ne  stanowiska  obrony,  który ch  obsady
bezskutecznie  próbowały   wy m y ślić  sposób,  j ak  unieszkodliwić  naziem ne  cele  za  pom ocą  rakiet
przeznaczony ch do zwalczania lotnictwa.

Równe  szeregi  piechoty   złam ały   się  w  j edny m   m om encie,  opancerzeni  żołnierze

ruszy li  ty ralieram i,  zwinnie  i  szy bko  posuwaj ąc  się  w  kierunku  wy znaczony ch  celów.  Stark
przełączy ł się naty chm iast na kam erę zam ontowaną na hełm ie dowódcy  druży ny, aby  widzieć,
j ak  prowadzi  swoich  ludzi  w  kierunku  naj bliższy ch  forty fikacj i.  Ikonki  na  wy świetlaczu
takty czny m   wskazy wały   pozy cj e  wy kry wany ch  przeciwników,  sy stem y   nam ierzania
podświetlały   każde  trafienie,  gdy   oddział  posuwał  się  do  przodu,  przy staj ąc  ty lko  po  to,  by
nam ierzy ć i ostrzelać kolej nego wroga.

Wolałbym  być  tam  z  nimi,  zamiast  siedzieć  w  tym  fotelu.  Dlaczego  pozostali

podoficerowie nie wybrali sobie innego dowódcy i nie pozwolili mi zostać z drużyną? Niestety, teraz
mam co innego do roboty.

Druży na  obserwowana  przez  Starka  opanowała  forty fikacj e,  pozostali  nam ierzeni

wrogowie  poddawali  się  w  popłochu.  Teraz  na  wy świetlaczu  HUD-a  dowódcy   poj awiły   się
sy m bole  wskazuj ące  m iej sca  rozm ieszczenia  ładunków  wy buchowy ch.  Druży na  została
podzielona  na  dwuosobowe  zespoły,  kilku  żołnierzy   pilnowało  j eńców,  pozostali  zaj ęli  się
zam inowaniem  m agazy nów z bronią i am unicj ą. Wszystko idzie zgodnie z planem, mimo że to nie
ja  kazałem  strzelać.  Tak  powinno  się  postępować.  Z  doświadczenia  wiem,  że  lepiej,  gdy  dowódca
trzyma  język  za  zębami  i  pozwala  ludziom  robić  swoje.  Przynajmniej  do  chwili,  gdy  czegoś  nie
spieprzą. Ale trzeba przyznać, że to cholernie frustrujące.

Czegoś  m u  tu  brakowało.  Miał  tak  silne  przekonanie,  że  czegoś  nie  zauważa,  iż

naty chm iast spoj rzał w róg wy świetlacza dowódcy  druży ny, szukaj ąc tam  tego, czego nie by ło.
Tim er.  Sprawdzanie  zaplanowanego  czasu  m isj i,  inform uj ącego  każdego  żołnierza  o  opóźnieniu
względem  szty wnego harm onogram u ustalonego przez planistów, którzy  zapewne nigdy  nie by li
osobiście  na  polu  walki.  Radośnie  zielony,  gdy   żołnierz  wy kony wał  zadania  zgodnie  z  planem ,

background image

choć większość m ałpoludów widziała z reguły  wy łącznie j adowitą żółć sy gnalizuj ącą opóźnienie,
a  potem   oskarży cielski  pom arańcz  i  w  końcu  czerwień.  Właśnie  opóźnienia  by ły   j edną  z
naj większy ch plag ludzi walczący ch na pierwszej  linii. To one rozpraszały  ich do tego stopnia, że
Stark  i  j ego  sztab  postanowili  sprawdzić,  co  będzie,  gdy   wy ślą  ludzi  w  teren,  nie  włączaj ąc  im
tim erów. Jak na razie nie widział oznak końca świata.

–  Według  odczy tów  zniszczy liśm y   wszy stkie  instalacj e  obronne  –  zam eldował

Lam ont. – Co ty  na to, Milheim ?

Sierżant Milheim , dowodzący  uczestniczącą w ty m  wy padzie piechotą z czwartego

batalionu, potrzebował dłuższej  chwili na odpowiedź.

– To chy ba prawda. W każdy m  razie nikt do nas nie strzela.
– A zatem  naj wy ższy  czas wy sadzić ten burdel!
–  Popieram .  Czwarty   batalion,  rozm ieścić  ładunki  w  m iej scach  oznaczony ch  na

takach. Ale m iej cie oko na przeciwnika, gdy  będziecie to robić.

Żołnierze  rozproszy li  się  j eszcze  bardziej ,  ruszaj ąc  w  kierunku  obiektów

m ieszczący ch  –  zdaniem   sy stem ów  takty czny ch  –  centra  kom unikacy j ne  oraz  składy   broni  i
sprzętu.

Stark przełączy ł się ponownie, by  zy skać szerszy  ogląd sprawy. Przebiegł wzrokiem

po  wy świetlaczach,  szukaj ąc  śladów  kontrataku  wroga.  Sy stem   sprzęgał  czuj niki  każdego
skafandra, czołgu i wahadłowca, tworząc z napły waj ący ch dany ch idealną sy m ulacj ę pola walki.
Niebieskie ikonki, oznaczaj ące żołnierzy  Starka, roiły  się na lądowisku j ak m rówki na porzucony m
koszu piknikowy m .

Czerwone  sy m bole  zgrom adzone  w  kilka  grupek  pozostawały   nieruchom e,  obok

nich poj awiły  się dodatkowe oznaczenia m ówiące j ednoznacznie, że są to j eńcy. Na skraj u pola
widzenia  m ożna  by ło  zauważy ć  też  pewną  liczbę  zielony ch  ikonek,  zapewne  by li  to  cy wilni
pracownicy, którzy  uciekali teraz na złam anie karku, ratuj ąc ży cie. Stark pokręcił głową.

– Nie widzę niczego podej rzanego.
Rey nolds także wpatry wała się w te dane.
– I to cię niepokoi – stwierdziła raczej , niż zapy tała.
– Jak cholera. Takie lądowisko m usi m ieć więcej  zabezpieczeń. Lam ont! Milheim !
– Ta?
– Zgłaszam  się.
– Słuchaj cie. Tam  j est coś j eszcze. Miej cie oczy  otwarte.
– Nic nie widzę – zapewnił go dowódca piechoty.
– Ja też – przy znał Ethan. – Gdzie więc m ogą by ć siły  szy bkiego reagowania, skoro

żaden z nas ich nie dostrzega?

–  Może  w  m agazy nach  –  rzucił  Lam ont.  –  To  przy tulne,  wy godne  i  ciepłe

kry j ówki, w który ch m ożna czekać na ewentualne wezwanie. Co wy  na to?

Vic Rey nolds przy taknęła, dorzucaj ąc zaraz swoj e trzy  grosze:
–  Tak.  Chy ba  tak.  Mieliby   tam   wy starczaj ące  osłony,  a  m y   nie  m ogliby śm y   ich

wy kry ć, dopóki się nie ruszą.

–  W  takim   razie  przem ieszczę  tam   swoj e  wieprzki.  Milheim ,  by łby m   wdzięczny,

gdy by ś oddelegował do tej  akcj i kilku chłopców albo dziewczy nek.

– Przy j ąłem  – odparł dowódca piechoty. – Przy dzielam  dwa naj bliższe plutony  do

osłony  twoich czołgów.

Stark odchy lił się w fotelu, kiwaj ąc głową z aprobatą, gdy  na ekranach takty czny ch

poj awiły   się  krótkie  rozkazy,  a  j ednostki  rozm ieszczone  na  lądowisku  zareagowały   na  nie
naty chm iast. Po chwili wahania zerknął na Rey nolds.

background image

– Czy  nie zachowałem  się głupio? Nie narobiłem  zady m y  o nic?
– Nie. Możesz m ieć racj ę w kwestii ukry ty ch oddziałów szy bkiego reagowania albo

i  nie,  ale  reaguj esz  prawidłowo.  A  m y ślenie  o  takich  rzeczach  powinno  należeć  do  obowiązków
osób  nadzoruj ący ch  podobne  operacj e.  Wiesz,  j ak  j est  na  polu  walki.  Zby t  wiele  dziej e  się  za
szy bko. Sądzę, że nasi ludzie doceniaj ą fakt, iż m y ślisz o rzeczach, na które oni nie m aj ą czasu.

–  Może...  –  zaczął  Stark,  ale  cokolwiek  j eszcze  chciał  powiedzieć,  j ego  słowa

utonęły  w dźwiękach kolej ny ch alarm ów.

Dwa  pruj ące  m ałokalibrowy m i  pociskam i  wozy   opancerzone  wj echały   na  pły tę

lądowiska,  opuszczaj ąc  parów  znaj duj ący   się  obok  m agazy nów.  Za  nim i  sunęło  kilka  plutonów
ostrzeliwuj ącej   się  piechoty.  Problem   polegał  j ednak  na  ty m ,  że  zam iast  na  rozproszonego
przeciwnika, trafili na połączone siły  Lam onta i Milheim a.

Lekkie  kule  ry koszetowały   od  pancerzy   czołgów  obracaj ący ch  spokoj nie

wieży czki,  by   odpowiedzieć  ogniem .  Jeden  pocisk  wy starczał,  by   zdekapitować  wóz  pancerny.
Trafiony   tuż  pod  wieży czką  poj azd  eksplodował,  rozsadzaj ąc  górną  część  kadłuba.  W  niskiej
grawitacj i szczątki szy bowały  łagodny m  łukiem  nad polem  walki.

Wieży czka  pierwszego  poj azdu  wciąż  wznosiła  się  ku  poły skuj ący m   w  górze

gwiazdom , a druży ny  piechoty  Milheim a j uż rozpoczęły  ostrzał drugiej  m aszy ny.

Z  tak  niewielkiej   odległości  nawet  lekkie  pociski  z  karabinów  przebij ały   pancerz

wrogiego  poj azdu,  i  to  na  wy lot.  Wóz  zadrżał  pod  tak  m ocny m   ostrzałem .  Jego  działko  um ilkło,
lufa opadła wolno, przestaj ąc wirować. Strum y czki powietrza uchodziły  w próżnię przez dziesiątki
otworów w pancerzu. Jedy ny  ocalały  członek załogi wy padł na zewnątrz, od razu podnosząc ręce.

Zaskoczona piechota wroga wzięła na cel czołgi Lam onta. Nie m ieli zby t wielkiego

wy boru,  uznał  Stark,  j edy ną  szansę  na  przetrwanie  widzieli  w  szy bkim   wy elim inowaniu  ty ch
kolosów. To im  się j ednak nie m ogło udać, gdy  m ieli na karku ludzi Milheim a. Poj edy nczy  pocisk
przeciwpancerny   eksplodował  daleko  przed  celem ,  zestrzelony   w  porę  przez  zintegrowany
sy stem  obrony  wozu. Mom ent później  druży ny  dy sponuj ące wy rzutniam i rakiet zostały  rozbite w
py ł  nawałą  ognia  chłopców  Milheim a.  Wróg  zm ienił  więc  podej ście,  koncentruj ąc  uwagę  na
piechocie,  ale  by ło  j uż  za  późno.  Czołgi  włączy ły   się  do  walki,  uży waj ąc  m ałokalibrowy ch
działek. Ostrzał ze strony  nieprzy j aciela słabł szy bko i wkrótce um ilkł całkowicie. Mom ent później
nadano pierwsze prośby  o przy j ęcie kapitulacj i, a tu i ówdzie wstawali żołnierze, rzucaj ąc broń i
podnosząc ręce.

– Kom endancie Stark, m am y  problem  – zam eldował Milheim .
– Słucham .
– Poddało nam  się kilka plutonów piechoty  wroga.
– Więc w czy m  ten problem ?
– Chce pan ich?
– O nie!
Wahadłowce  by ły   załadowane  do  pełna,  nie  zm ieści  się  w  nich  nawet  j eden

j eniec.

– Tak przy puszczałem . Co m am  z nim i zrobić?
Stark zerknął na Vic w chwili, gdy  włączała się do rozm owy.
– Milheim , tu Rey nolds. Każ wrogowi rzucić broń i uciekać. Kto będzie się ociągał,

zostanie zastrzelony.

– Przy j ąłem . A niech to.
– Co znowu?
–  Właśnie  dostałem   wiadom ość  od  j ednej   z  m oich  druży n.  Trafiła  na

am ery kańskich techników. To chy ba pry watni kontrahenci. Zabierzem y  ich ze sobą?

background image

–  Połącz  m nie  z  tą  druży ną.  –  Stark  naciskał  pospiesznie  kolej ne  klawisze,

przenosząc na ekrany  obraz z kam ery  dowódcy  wy branego oddziału. Zobaczy ł przed sobą dwóch
ludzi  w  kom binezonach  powierzchniowy ch,  opancerzony ch  ty lko  w  takim   stopniu,  aby   ich
właściciele  m ogli  bezpiecznie  poruszać  się  po  okolicach  bazy.  Na  piersiach  z  lewej   strony
poły skiwały   oślepiaj ąco  znaki  logo  której ś  z  korporacj i.  Wy glądały   dziwnie  nienaturalnie  na  tle
czerni, bieli i szarości księży cowego kraj obrazu. – Wy glądaj ą j ak cy wilbanda – rzucił w kierunku
Vic. – Mogą wiedzieć o kilku interesuj ący ch nas kwestiach, nie sądzisz?

– Owszem . Pam iętaj  j ednak, Ethan, że m ożem y  stracić który ś z wahadłowców w

drodze powrotnej . Lepiej , żeby  nie by ło ich na pokładzie takiej  m aszy ny, ponieważ korporacj e z
pewnością  oskarżą  nas  o  zabij anie  Am ery kanów.  A  przy naj m niej   cy wilbandy.  Na  razie  udało
nam  się zachować czy ste konto. Lepiej , żeby  tak zostało.

– Tak. Dobra m y śl, Vic. Milheim ? Wy puśćcie ich. Każcie im  spieprzać stam tąd w

podskokach. Lepiej , żeby  nie by ło ich na lądowisku, gdy  wy sadzim y  wszy stko w powietrze.

– Ty  tu rządzisz.
–  Hej !  –  w  obwodzie  dowodzenia  poj awił  się  nowy   głos.  –  Tutaj   kapral  Yuin.

Jestem  na tej  kupie złom u w południowo-wschodnim  narożniku lądowiska. Niech nikt nie waży  się
strzelać w ty m  kierunku!

Stark otagował ikonkę Yuina.
– W czy m  problem , kapralu?
– To nie racj e ży wnościowe i koce, j ak przy puszczaliśm y, sir! To skład am unicj i. Są

tu tego całe tony. Przy kry te zwy kły m i m etalizowany m i plandekam i.

–  Leżą  na  powierzchni?  Niczy m   nie  chronione?  Jezu.  Dzięki,  kapralu.  –  Stark

rozłączy ł  się,  a  potem   powiódł  wzrokiem   po  centrum   dowodzenia.  –  Jest  tutaj   ktoś  z  woj sk
inży niery j ny ch?

Sierżant  Tran,  odpowiedzialna  za  działanie  centrum   dowodzenia  od  chwili  śm ierci

poprzedniczki,  sierżant  Tanaki,  zrobiła  przepisowy   w  ty ł  zwrot  i  wskazała  na  wachtowego,  który
nieśm iało podnosił rękę. Masy wna i przy sadzista, przy pom inała budową buldożer.

– Tam  j est j eden, sir.
– Znaleźliśm y  na powierzchni wielki skład am unicj i. Sły szałeś, co m ówił Yuin?
– Taj est.
–  Czy   to  tak  głupie  posunięcie,  j ak  m i  się  wy daj e?  Przecież  to  wszy stko  m oże

wy lecieć w powietrze, j eśli spadnie tam  choć j eden m ikrom eteory t.

– Raczej  nie, sir. Materiały  wy buchowe, który ch uży wam y  dzisiaj , są wy j ątkowo

stabilne.  Eksploduj ą  wy łącznie  po  uruchom ieniu  detonatorów.  Taki  kam y k  m usiałby   trafić
dokładnie  w  zapalnik,  a  i  w  takim   wy padku  prawdopodobieństwo  wy buchu  nie  by łoby   zby t
wielkie.  Wzm ocnione  plandeki,  j akich  uży to,  są  w  stanie  powstrzy m ać  m ikroodłam ki,  a
przy naj m niej   zredukować  ich  prędkość  na  ty le,  by   nie  stanowiły   realnego  zagrożenia.  Ja  by m
tego  nie  zrobił,  ale  nie  widzę  niczego  dziwnego  w  chwilowy m   składowaniu  am unicj i  na
powierzchni, j eśli nie m a w pobliżu odpowiedniego m iej sca na j ej  ukry cie.

Vic pochy liła się nad konsolą.
– Jak wy sadzim y  to świństwo, skoro m ateriały  wy buchowe są tak stabilne?
–  Przecież  to  proste.  Wy starczy   podłoży ć  kilka  ładunków.  One  zainicj uj ą  reakcj ę

zapalników  i  wszy stko  wy leci  w  powietrze...  –  Żołnierz  z  j ednostek  inży niery j ny ch  przerwał.  –
Wolałby m   nie  by ć  w  pobliżu  tego  m iej sca,  gdy   zdetonuj em y   ładunki.  To  będzie  piekielna
eksplozj a.

–  O,  tak  –  przy znał  Stark.  –  Dziękuj ę,  kapralu.  Milheim ,  każ  podłoży ć  ludziom

ładunki na tej  kupie am unicj i i spieprzaj cie stam tąd w podskokach. Lam ont!

background image

– No? – Czołgista odezwał się z taką werwą, j akby  się bawił w naj lepsze.
–  Wokół  lądowiska  leży   pełno  am unicj i.  Podświetlam   ci  m iej sca  j ej   składowania.

Masz?  Jeden  poważniej szy   wy buch  m oże  doprowadzić  do  detonacj i  wszy stkiego,  przekaż  więc
swoim   chłopcom ,  żeby   nie  odpalali  w  tam ty m   kierunku  niczego  ciężkiego.  Wolałby m ,  aby   te
składy  nie dotarły  na orbitę Ziem i, zanim  stąd odlecim y.

–  To  sam a  am unicj a?  Przy j ąłem .  Zablokowałem   wektory   ostrzałów  ty ch

kierunków we wszy stkich m aszy nach. Jeśli który ś cwaniak spróbuj e obej ść te blokady, zastrzelę go
z głównego działa.

Stark spoj rzał na Rey nolds.
– Zostawili tony  am unicj i na powierzchni? Całkiem  ich porąbało?
–  Bardziej   prawdopodobne,  że  napchali  do  okoliczny ch  m agazy nów  inny ch

środków, a na to nie wy starczy ło m iej sca.

– A gdy by  spadł tam  j akiś większy  m eteory t?
–  Dom y ślam   się,  że  liczy li  na  to,  iż  obrona  przeciwlotnicza  lądowiska  nie  dopuści

do  podobnego  incy dentu.  Mieli  tam   sprzęt,  który   zm ieniłby   traj ektorię  lotu  każdego  wielkiego
kam ienia.

–  Też  racj a.  Pewnie  spuściliby   go  na  koszary   naj bliższej   j ednostki  piechoty.

Ciekawe, skąd nasi by li przełożeni wy trzasnęli takie góry  zaopatrzenia? Do tej  pory  bez przerwy
bory kaliśm y  się z niedoboram i.

Do tej  pory, czy li czasach, gdy  wy kony wali każdy  rozkaz oficerów prowadzący ch

tę  niekończącą  się  księży cową  woj nę.  Zanim   zbuntowali  się  i  odcięli  od  sy stem u,  którem u
wiecznie  brakowało  pieniędzy   na  am unicj ę  i  części  zam ienne,  choć  dy sponował
wy starczaj ący m i funduszam i, by  posy łać oddziały  wszędzie tam , gdzie trzeba by ło strzelać.

Vic wzruszy ła ram ionam i.
– Część pochodzi zapewne z rezerw strategiczny ch. Z drugiej  strony, nasz bunt trwa

j uż wy starczaj ąco długo, by  rząd zdołał zwiększy ć produkcj ę am unicj i.

– Fakt. Zawsze j ednak twierdzono, że nie stać nas na zam awianie większej  ilości. Z

czego więc nasz rząd płaci za te dostawy ?

– Ethan? Jak brzm i pierwsza zasada doty cząca zadawania py tań?
Stark uśm iechnął się pom im o sporego napięcia.
–  Nie  zadawaj   py tań,  j eśli  nie  chcesz  poznać  odpowiedzi  –  wy recy tował.  –

Zachowuj ę  się  j ak  rekrut.  –  Skupił  się  ponownie  na  przekazie  z  pola  m isj i.  –  Okay.  Widzisz  coś,
czy m  powinniśm y  się przej m ować?

Potrząsnęła głową.
– Do tej  pory  rozpoznawałeś bezbłędnie wszy stkie zagrożenia.
–  Mhm .  Ale  nadal  j esteś  w  ty m   lepsza  ode  m nie.  –  Stark  wskazał  na  ikonki

rozproszone po wy świetlaczu. – Co sądzisz o ty m ?

– Sądzę, że gdy by  kontratak nastąpił teraz, dostaliby śm y  niezły  wpieprz. Nasze siły

są za bardzo rozproszone.

–  Muszą  zaj ąć  cały   teren  lądowiska  j ednocześnie,  j eśli  chcem y   wy sadzić

wszy stkie cele.

–  Wiem ,  ale...  Ethan!  –  Vic  wskazała  palcem   na  własny   ekran,  po  który m

przem y kały   dane  doty czące  wy kry wany ch  zagrożeń.  –  Jesteśm y   ostrzeliwani  od  strony
m agazy nów. I to celnie.

– Celnie... – Strzelał ktoś, kto nie spanikował, i do tego by ł dobrze ukry ty.
– Kolej ne oddziały  szy bkiego reagowania?
– Nie. Raczej  posiłki.

background image

– Skąd m ożesz to wiedzieć? Jeśli spieprzy m y  stam tąd za wcześnie, nie zniszczy m y

wszy stkich celów.

Rey nolds spoj rzała na niego spod na wpół przy m knięty ch powiek, dźgaj ąc palcem

w ekran wy świetlacza.

– Ze sposobu, w j aki zostaliśm y  zaatakowani przez oddziały  szy bkiego reagowania,

m ożna wy wnioskować, że ich dowódca postawił wszy stko na j edną kartę, czy li na bły skawiczną
konfrontacj ę.  Nikt  nie  osłaniał  atakuj ący ch  oddziałów,  gdy   odpowiedzieliśm y   ogniem .  Zatem   to
m usi by ć  ktoś  nowy.  A  za  ty m i  ludźm i  podąża  kom pania  albo  nawet  cały   batalion.  Tam te  skały
osłaniaj ą wektor podej ścia, dlatego nie m ogliśm y  wy kry ć ich wcześniej .

– Wiedzieliśm y  o ty m . Ale...
–  Nie  m a  żadnego  ale,  Ethan.  Co  by ś  zrobił,  gdy by ś  m iał  uderzy ć  na  nasze

oddziały  od tam tej  strony ?

Stark gapił się na ekrany  z coraz bardziej  ponurą m iną.
– Tak. Podej ście za osłoną terenu. Czołgi Lam onta i przy dzielona do nich kom pania

piechoty  wciąż są na m iej scu. Może oni powstrzy m aj ą ten atak choć przez kilka m inut?

–  Do  licha!  Wiesz  równie  dobrze  j ak  j a,  że  to  zależy   wy łącznie  od  sił,  j akim i

dy sponuj e przeciwnik! Jeśli za ty m i skałam i znaj duj ą się czołgi i zm echanizowana piechota...

–  Jasne.  Masz  racj ę.  –  Stark  zm ruży ł  oczy,  a  potem   przeniósł  wzrok  na  j eden  z

ekranów. Zrobił m aksy m alne powiększenie, by  dostrzec szczegóły  terenu za polem  lądowiska. Za
bardzo  się  rozproszyłem.  Obserwowanie  rozpieprzanego  sprzętu  i  uciekającego  wroga  potrafi
rozbawić człowieka. – Dzięki, Vic. Milheim , Lam ont, wokół was robi się gorąco.

– Przy j ąłem  – odparł dowódca piechoty. – Nie podoba m i się sy tuacj a przy  ty ch

m agazy nach.  Osiągnęliśm y   większość  zakładany ch  celów,  co  znaczy,  że  m ożem y   j uż  stąd
spieprzać.

–  Wciąż  m am y   czas  na  zaatakowanie  pozostały ch  zabudowań  –  protestował

Lam ont. – Załatwim y  to w kilka m inut.

Stark  zawahał  się,  porównuj ąc  to,  co  widział  i  czuł,  z  odczy tam i  sy stem ów

dowodzenia.

Doświadczenie  podpowiada  mi  właściwą  odpowiedź.  Może  jestem  przesadnie

ostrożny, ale...

–  Nie.  Pozostałe  cele  nie  są  warte  takiego  ry zy ka.  Wy cofuj cie  się  do

wahadłowców. Czas wracać do dom u.

– Moj e czołgi m ogą dokończy ć robotę, a potem ... – zaczął Lam ont.
–  Odm awiam .  Wy cofaj cie  się.  Naty chm iast.  –  Stark  zaczął  wy dawać  bardziej

konkretne  rozkazy,  ale  zaraz  zam ilkł.  Powiedziałem  im,  co  mają  robić.  Teraz  muszę  obserwować  i
odzywać się tylko wtedy, gdy będzie problem.

– Taj est, taj est, trzy  worki pełne.
Rozproszone  niebieskie  ikonki  zatrzy m ały   się,  gdy   dotarł  do  nich  kolej ny   rozkaz,  a

potem  zaczęły  wy cofy wać się w j eszcze szy bszy m  tem pie, zm ierzaj ąc prosto do wahadłowców.
Zostawiały   za  sobą  m rowie  m igaj ący ch  ostrzegawczo  znaków.  Ładunki  wy buchowe  zostały
podłożone  na  każdy m   kontenerze  ze  sprzętem ,  j aki  um ieszczono  wokół  lądowiska.  Im   dalej
wy cofy wali się Am ery kanie, ty m  m ocniej szy  stawał się ostrzał od strony  m agazy nów. Po chwili
do  kul  karabinowy ch  dołączy ły   też  pociski  większego  kalibru.  Wróg  przestawił  w  końcu  działa  z
pierwszej  linii, kieruj ąc ich ogień na własne zaplecze.

– Milheim  – rozkazała Vic. – Walcie w te m agazy ny. Zm uście strzelców do ukry cia

się. Lam ont, czy  twoj e czołgi m ogą zdj ąć któreś z ty ch dział?

–  Jeśli  wy liczy m y   prawidłowo  kąt  i  kierunek  –  odparł  dowódca  pancerniaków.  –

background image

Ale uprzedzam , kończy  m i się am unicj a.

Stark  sprawdził  na  wy świetlaczu  stan  kom ór  m agazy nowy ch  wszy stkich  czołgów.

Skrzy wił się, widząc, j aki procent am unicj i został j uż wy strzelony. Zastanawiał się, ale ty lko przez
m om ent, czy  nie uzupełnić j ej  w który m ś ze składów, ale naty chm iast odrzucił ten pom y sł. Jeśli
dobrze  znam  życie,  odpowiedni  kaliber  będzie  leżał  na  samym  spodzie.  Lepiej,  żeby  nasi  chłopcy
nie rozgrzebywali takiej góry materiałów wybuchowych, zwłaszcza teraz, gdy są ostrzeliwani przez
wrogą artylerię. – Zrozum iałem . Jeśli nie wy cofacie się teraz, durne m ałpoludy, nie pom oże wam
cała am unicj a świata.

–  Dobra,  będziem y   się  ostrzeliwali,  dopóki  nie  wrócim y   na  wahadłowce.  Mam

nadziej ę, że nie wkurzy m y  ty m  harm idrem  pilotów ty ch ptaszków.

Stark  się  uśm iechnął.  Piloci  m ieli  j uż  pewnie  pełne  gacie  z  powodu  ostrzału

arty lery j skiego.

– Kto m onitoruj e wahadłowce? – zapy tał wachtowy ch. – Jaki j est ich status?
– Gotowe do startu – odparł j eden z szeregowy ch. – Nie m a raportów o szkodach

prócz kilku zary sowań pancerza od odłam ków.

Stark  wrócił  do  nieustannego  przełączania  się  na  kolej ne  kanały.  Nawała  ogniowa

od  strony   m agazy nów  wciąż  się  nasilała.  Do  tej   pory   j ednak  nie  padł  z  tam tego  kierunku  ani
j eden  wy strzał  sugeruj ący   obecność  wrogich  czołgów,  co  j ednak  wkrótce  m ogło  ulec  zm ianie.
Niebieskie  sy m bole  tłoczy ły   się  obok  ikonek  wahadłowców.  Piechota  kończy ła  właśnie
ewakuacj ę.  Stark  z  trudem   powstrzy m ał  się  od  rzucenia  rozkazu  ponownego  rozproszenia
oddziałów.  Ta  koncentracj a  by ła  wszakże  konieczna,  j eśli  ludzie  Milheim a  m aj ą  się  wy cofać  w
wy starczaj ąco  szy bkim   tem pie.  Liczba  sy m boli  m alała  w  szy bkim   tem pie,  gdy   żołnierze
grupkam i  wracali  na  m iej sca,  rosły   za  to  liczby   pokazuj ące,  ilu  ich  j est  na  pokładach
wahadłowców. Ruchy! Ruchy! Ruchy! Wynoście się stamtąd!

– Widzę j akiś problem  – odezwała się Vic. – Wahadłowiec Bravo, co j est powodem

opóźnienia?

– Czołg zablokował nam  trap – zam eldował pilot m aszy ny. – Już to naprawiam y.
– Ile czasu potrzebuj ecie na udrożnienie tego przej ścia?
– Nie wiem . Może pięć sekund, a m oże pięć m inut. Albo j eszcze dłużej . Ten sprzęt

to cholerny  złom .

Vic spoj rzała na Starka, który  pokręcił ty lko głową.
– Wahadłowiec  Bravo, zapom nij cie  o czołgach.  Bierzcie załogi  na pokład  razem   z

piechotą.

– Przy j ąłem . Mam  zostawić poj azdy  i zabrać cały  personel.
Trudno  by ło  powiedzieć,  czy   pilot  poczuł  ulgę,  czy   raczej   by ł  wkurzony,  że  m usi

porzucić na pastwę losu kilka m aszy n boj owy ch. Za to Lam ont dał j asny  pokaz swoich uczuć.

– Stark! Nie m ożesz porzucić tutaj  j ednego z m oich wieprzków!
–  Nie  m am   wy boru  –  odparł  Ethan.  –  Nie  m ożem y   pozwolić  sobie  na  dalsze

opóźnienia.  –  Żołnierze  wroga,  j akby   dla  podkreślenia  wagi  ty ch  słów,  zaczęli  wy sy py wać  się
spom iędzy   zabudowań,  wkraczaj ąc  na  pły tę  lądowiska.  By ło  j asne,  że  spróbuj ą  uziem ić
przy naj m niej  j eden z wahadłowców. – Nie m ożecie ustawić tego czołgu na try b autom aty czny,
żeby  opóźnił atak nieprzy j aciela?

– Możem y. – Lam ont powiedział to takim  tonem , j akby  stracił przy j aciela. – Okay,

włączam   sekwencj ę  autom aty cznej   obrony   i  autodestrukcj i.  Rozpętam   tu  piekło,  dzięki  którem u
zdołam y   się  ewakuować.  Potem   doj dzie  do  zdetonowania  pozostałej   am unicj i,  paliwa  i  tlenu.
Wy bacz, stary. – Ostatnie słowa skierował do porzucanej  m aszy ny, która oddaliła się naty chm iast
od wahadłowca, ostrzeliwuj ąc nacieraj ące oddziały.

background image

Ostatni  żołnierze  Starka  wgram olili  się  do  ładowni,  także  strzelaj ąc,  dopóki  włazy

nie przesłoniły  im  nieprzy j aciela.

– Pozostałe czołgi zabezpieczone!
Po  chwili  ścigane  seriam i  pocisków  prom y   wy startowały   na  pełny m   ciągu,

wznosząc się pionowo w górę. Porzucony  czołg Lam onta zbierał ostre cięgi, zachwiał się m ocno,
gdy   kilka  pocisków  przeciwpancerny ch  wy buchło  w  opróżnionej   kabinie  załogowej ,  a  potem
eksplodował, siej ąc odłam kam i po cały m  lądowisku i w górę. Stark, staraj ąc się nie m y śleć, j ak
cenny   dla  j ego  woj sk  j est  każdy   wóz  boj owy,  obserwował  przewidy wane  traj ektorie
naj większy ch  odłam ków  m knący ch  w  kierunku  odlatuj ący ch  wahadłowców,  a  potem   parsknął
wy m uszony m  śm iechem .

–  Wy gląda  na  to,  że  Lam ont  wy niósł  właśnie  j edną  ze  swoich  m aszy n  na  niską

orbitę.

– A w każdy m  razie kilka j ej  kawałków. – Vic sprawdziła czas na wy świetlaczu. –

Chłopcy  ustawili m inim alne opóźnienie ładunków, aby  wróg nie zdołał ich dezakty wować. Za kilka
sekund zobaczy m y  znacznie więcej  odłam ków zm ierzaj ący ch w kierunku orbity.

–  Nasze  wahadłowce  są  wciąż  zby t  blisko.  Szkoda,  że  nie  m ożna  odpalić  ty ch

ładunków zdalnie.

–  Tego  rodzaj u  sy gnały   łatwo  zagłuszy ć  –  przy pom niała  m u  Rey nolds.  –  A

światłowody  trudno rozwij ać z ładowni lecącego na dopalaczach wahadłowca. Trzy m aj  się.

Zanim   dokończy ła  ostatnie  słowa,  ładunki  pozostawione  przez  ludzi  Milheim a

zaczęły   eksplodować.  Stark,  obserwuj ąc  wy buchy   przez  ty lną  kam erę  j ednej   z  odlatuj ący ch
m aszy n, dostrzegł w pewny m  m om encie, j ak cała połać księży cowego gruntu unosi się po ty m ,
j ak m rowie m ikroeksplozj i zlało się w j edną giganty czną detonacj ę składu am unicj i. Bły sk by ł tak
oślepiaj ący, że czuj niki zablokowały  pasm a widzialne i podczerwone.

– A niech m nie – j ęknęła Vic. – Ile oni tam  tego m ieli?
– Nie m am  poj ęcia, ale cieszę się, że nie by ło m nie przy  ty m  lądowisku. Na m oj e

oko m ogliśm y  darować sobie podkładanie inny ch ładunków. Zrobił się tam  piękny  krater.

– Może powinni nazwać go twoim  im ieniem .
– Dzięki. Czy  wahadłowce wy szły  j uż z pola rażenia?
– Wy j dą za chwilę – zam eldowała sierżant Tran. – Za dużo tam  odłam ków, aby  j e

wszy stkie nam ierzy ć.

–  Wahadłowce  oddalaj ą  się  na  dopalaczach  –  odezwał  się  wachtowy,  z  który m

Stark  rozm awiał  chwilę  wcześniej .  –  Ale  lecą  prosto  na  sektor  chroniony   bateriam i
przeciwlotniczy m i wroga.

–  Am ery kańskie  i  wrogie  okręty   zm ierzaj ą  kursem   na  przechwy cenie  naszy ch

m aszy n – dodał inny  wachtowy.

Stark  potarł  dłonią  czoło,  próbuj ąc  zwalczy ć  narastaj ące  m dłości.  Teraz

naj trudniej sza część m isj i. Ucieczka.

– Gdzie Wisem an i j ej  boj owe ptaszki?
– Idą prosto na okręty  woj enne.
– Czy  ona oszalała?
–  Nie  –  uspokoiła  go  Vic.  –  Robi  kolej ną  zady m ę.  Chce  przekonać  załogi  ty ch

j ednostek, że nasi wy cofaj ą się inną suborbitalną trasą.

–  Jasne.  Gdy   więc  nasze  wahadłowce  zm ienią  kurs...  –  Stark  przerwał,  widząc,  że

biorące udział w wy padzie m aszy ny  obracaj ą się wokół własnej  osi. Silniki pom ocnicze podniosły
ich ogony  ku czerni kosm osu, opuszczaj ąc dzioby  w kierunku m artwej  powierzchni Księży ca.

– Okay. Czekaj cie na wsparcie arty lery j skie.

background image

Sprawdził  pozy cj e  m aszy n  Wisem an,  które  także  wy konały   podobny   m anewr,

kieruj ąc  się  dziobam i  w  dół.  Wy świetlacze  zm ieniały   nieustannie  przewidy wane  wektory   lotu  i
j eśli im  wierzy ć, obie grupy  zm ierzały  prosto na siebie. Maszy ny  Wisem an oddalały  się po łuku
od  am ery kańskiej   enklawy,  nadlatuj ąc  nad  linie  obrony   wroga,  a  wahadłowce  transportowe
zbliżały  się do tego sam ego m iej sca z przeciwległej  strony.

– Mam  nadziej ę, że to zadziała – szepnęła Vic.
– To j est nas dwoj e. Arty leria. Sierżant Grace? Rozpocznij cie zaplanowany  ostrzał

Bravo Foxtrot.

– Przy j ęłam . Rozpoczy nam  zaplanowany  ostrzał Bravo Foxtrot.
Wielkie  działa  spoczy wały   daleko  za  pierwszą  linią,  ukry te  w  oddzielny ch

bunkrach.  By ły   to  gargantuiczne  bestie  przy stosowane  do  wy strzeliwania  pocisków  na  ogrom ne
odległości. A  na Księży cu,  gdzie panowało  sześciokrotnie m niej sze  ciążenie, ładunki  m ogły  by ć
m aleńkie,  za  to  głowice  wielkie.  Na  oczach  Starka  ikonki  zagrożenia  oderwały   się  od  stanowisk
arty lery j skich i poszy bowały  w rej on, do którego zbliżały  się wahadłowce.

– Wiecie – rzuciła sierżant Tran – gdy by m  by ła na m iej scu żołnierzy  siedzący ch

na tam ty m  odcinku frontu, zaczęłaby m  się zastanawiać, co takiego szy kuj em y.

– I o to chodzi – m ruknął Stark. – Wisem an, j ak to wy gląda?
–  Trzy m am y   się  z  dala  od  ty ch  okrętów  woj enny ch.  –  Jej   twarz  wy glądała

dziwnie płasko przy  tak wielkim  przy spieszeniu. Ekrany  pokazy wały, że wielkie okręty  zbliży ły  się
j uż do granic pola rażenia kolonialny ch rakiet przeciworbitalny ch. Od ich kadłubów oderwało się
kilka czerwony ch sy m boli świadczący ch o desperackich próbach dopadnięcia oddalaj ący ch się z
m aksy m alną szy bkością obiektów.

–  Tak  m iędzy   nam i  –  dodała  Wisem an.  –  Nienawidzę  lotów  na  dopalaczach  ku

powierzchni planet i księży ców. Zrozum iano?

– Wy dawało m i się, że zechcecie wy równać, zanim  uderzy cie w powierzchnię.
–  Zakładaj ąc,  że  wszy stko  pój dzie  zgodnie  z  planem .  Jeśli  nie,  to  wkurzę  się  na

m aksa.

I  zginiesz.  Stark  sprawdził  zbiegaj ące  się  wciąż  traj ektorie  wahadłowców

boj owy ch,  transportowy ch  i  spadaj ący ch  pocisków.  Okay.  Arty leria  uderzy   pierwsza.  Narobi
zam ieszania na powierzchni, zanim  Wisem an nadleci od linii frontu, a wahadłowce transportowe
od zaplecza. Wszystkie systemy obronne skupią się na naszych maszynach bojowych, bo tylko one
będą  nadlatywały  od  strony  naszych  pozycji.  Wycofujące  się  wahadłowce  otrzymają  status  celów
drugorzędnych. Na nasze szczęście żaden z obrońców nie zdaje sobie sprawy, co planujemy, a to
oznacza, że wszyscy przejdą na celowanie ręczne. Transportowce są o połowę mniej wytrzymałe niż
opancerzone ptaszki Wiseman.

– Trzy m aj  kciuki, Vic – poprosił.
– Trzy m am . U rąk i nóg – zapewniła go.
Sy stem y   obrony   wroga  wy strzeliły   rakiety   m aj ące  przej ąć  nadlatuj ące  pociski

arty lery j skie,  ale  ta  nawała  ogniowa  by ła  zby t  gęsta,  by   udało  się  j ą  powstrzy m ać.  Stark  zby t
często  widział  skutki  takich  ostrzałów,  by   nie  wiedzieć,  co  zrobią  żołnierze  wroga,  gdy   pierwsze
głowice trafią w cel.

Znaj duj ące  się  na  powierzchni  sensory   i  broń  zostaną  naty chm iast  osłonięte,  a

żołnierze  powciskaj ą  się  w  naj głębsze  zakam arki  bunkrów.  W  przy padku  piechoty   by ło  to
całkowicie  irracj onalne  zachowanie,  bowiem   każde  bezpośrednie  trafienie  oznaczało
naty chm iastową  śm ierć  wszy stkich  ludzi,  ty ch  stoj ący ch  i  ty ch  leżący ch.  Czasem   j ednak  takie
reakcj e pozwalały  żołnierzom  czuć się lepiej , pewniej  i przetrzy m ać strach przed tonam i lecącej
z nieba stali i m ateriałów wy buchowy ch.

background image

Opancerzone  wahadłowce  Wisem an  wy konały   kolej ny   zwrot,  przery waj ąc

pionowy   lot  w  kierunku  powierzchni  i  próbuj ąc  wy równać  nad  liniam i  wroga.  Transportowce
zrobiły   to  sam o,  drżąc  i  wibruj ąc  przeraźliwie  od  pracuj ący ch  z  pełną  m ocą  silników
odrzutowy ch, które spy chały  j e na nowy  kurs.

Sy m bole  zm ieniały   się  j ak  w  kalej doskopie.  Stark  powstrzy m ał  się  j ednak  od

przej ścia  na  try b  wizualny,  nie  chciał  widzieć  tego,  co  pociski  robią  z  pozy cj am i  wroga.
Napatrzy ł się na to wcześniej , i to ty siące razy, nie cieszy ły  go więc m y śli o ludziach kulący ch
się ze strachu podczas bom bardowań. Wahadłowce Wisem an także odblokowały  broń pokładową
oraz sy stem y  akty wnej  obrony, wy strzeliwuj ące flary  i wabiki, by  uniknąć trafienia odpalany m i
chaoty cznie  rakietam i.  Na  m om ent  przed  ty m ,  j ak  obie  form acj e  przeszły   obok  siebie,  kilka
wy rzutni wy paliło w kierunku nadlatuj ący ch transportowców. Mgnienie oka później  opancerzone
m aszy ny   wy konały   kolej ny   ciasny   zwrot,  kieruj ąc  się  dziobam i  ku  górze  i  ruszaj ąc  na  pełny m
przy spieszeniu, by  j ak naj szy bciej  znaleźć się za własny m i liniam i.

Stark  zdał  sobie  nagle  sprawę,  że  od  dłuższego  czasu  wstrzy m uj e  oddech,

zaczerpnął więc łapczy wie powietrza, nie spuszczaj ąc wzroku z ikonek transportowców m knący ch
ku am ery kańskim  pozy cj om  pierwszej  linii. Szlag. Udało się? Wycofaliśmy wszystkie maszyny?

–  Zarej estrowano  trafienie  –  zam eldował  wachtowy   podniesiony m   głosem .  –

Wahadłowiec Alfa.

– Jak poważne?
– Rozszczelnienie pancerza, uszkodzenie sy stem ów stabilizacy j ny ch. Maszy na traci

wy sokość. Jest zby t blisko powierzchni, by  wy równać.

–  O,  nie.  –  Stark,  zaciskaj ąc  zęby,  połączy ł  się  z  wahadłowcem   i  wstrząsnął  się

m im owolnie, gdy  zobaczy ł rozedrgany  obraz. Trafienie i wtórne eksplozj e zepchnęły  m aszy nę z
kursu. Powierzchnia Księży ca m igała oślepiaj ącą bielą i szarością, ustępuj ąc co chwilę idealnej
czerni kosm osu.

– Gutierrez! – darła się Wisem an do pilota strąconej  m aszy ny. – Jesteś zby t nisko

na autom at. Przej dź na sterowanie ręczne!

–  Przy j ęłam !  –  odparła  Gutierrez  drżący m   głosem .  Jej   ciało  podskakiwało

nieustannie trzy m ane w fotelu ty lko pasam i uprzęży.

Stark zam rugał nerwowo, gdy  Vic przerwała z rozm y słem  połączenie, przechodząc

na  inny   obwód.  Teraz  m ogli  zobaczy ć  wahadłowiec  od  zewnątrz,  z  perspekty wy   naziem ny ch
sensorów.  Maszy na  leciała  nad  powierzchnią  Księży ca  w  kierunku  am ery kańskich  linii,  wiruj ąc
wokół  własnej   osi.  Strzelaj ące  z  j ej   boczny ch  dy sz  strum ienie  ognia  sugerowały,  że  Gutierrez
próbuj e  ustabilizować  poj azd,  ale  przy padkowość  ty ch  erupcj i  m ówiła  także,  że  robi  to  na
wy czucie.

– Czy  to zadziała? – zapy tała w pewny m  m om encie Rey nolds.
–  Trudno  powiedzieć.  Czekaj ...  –  Mocniej szy   ciąg  z  dwóch  stabilizatorów  sprawił,

że  m aszy na  przeszła  z  niekontrolowanego  wirowania  w  klasy czny,  choć  nadal  groźnie
wy glądaj ący  korkociąg, j ej  dziób zataczał wciąż szerokie kręgi. – To cholernie dobry  pilot.

– Tak. Ale nie zdoła ocalić tej  m aszy ny. Jest j uż za nisko i m a zby t wielką prędkość.

Gdy  uderzy...

Zanim   Rey nolds  zdąży ła  dokończy ć,  stabilizatory   czołowe  odpaliły   raz  j eszcze,

obracaj ąc wahadłowiec w pionie, tak by  j ego napęd znalazł się na m iej scu dziobu. Silniki oży ły,
zm iataj ąc chm ury  py łu ze skał, nad który m i przelaty wała m aszy na. Prom  zaczął zwalniać, drżąc,
j akby   ktoś  nim   potrząsał,  tracił  też  wy sokość.  Po  chwili  uderzy ł  spodnią  częścią  kadłuba  w
powierzchnię  i  sy piąc  fragm entam i  poszy cia,  przekoziołkował,  j akby   znów  wy rwał  się  spod
kontroli pilota.

background image

– Gutierrez! – wrzasnęła Wisem an. – Zrobiłaś co w twoj ej  m ocy ! Katapultuj  się!

Nakaż ewakuacj ę załogi!

– Nie! Mam  ludzi na pokładzie! Mogę j eszcze...
Pilot zam ilkł raptownie, gdy  wahadłowiec uderzy ł j eszcze m ocniej , roztrącaj ąc na

wszy stkie strony  głazy  i fragm enty  konstrukcj i. Mom ent później  wzniósł się nieco, aby  rąbnąć w
powierzchnię  po  raz  ostatni.  Sunął  przez  szary   kraj obraz,  odbij aj ąc  się  od  większy ch  skał  i
przeskakuj ąc nad m niej szy m i.

– Medy czny ! – wy darła się sierżant Tran. – Wy ślij cie na m iej sce zdarzenia zespół

ratunkowy. Naty chm iast.

– Już j edziem y  – odparł wachtowy  z działu m edy cznego.
Tran wskazała palcem  ekran.
– Cztery  karetki. Za m inutę poślę tam  następne.
– Świetnie – ucieszy ł się Stark, choć głos wciąż drżał m u z wściekłości. – Świetnie –

powtórzy ł nieco pewniej szy m  tonem . – Wcześniej sze postawienie j ednostek ratunkowy ch w stan
pogotowia by ło dobry m  pom y słem . Vic, czy  pozostali są cali i zdrowi?

Sprawdziła  odczy ty   na  ekranach,  przy gry zaj ąc  dolną  wargę,  a  potem   skinęła

głową.

–  Na  to  wy gląda.  Pozostałe  wahadłowce  ham uj ą  j uż,  by   podej ść  do  lądowania.

Eskadra Wisem an wraca właśnie pod parasol ochronny. Chcesz tam  j echać?

–  Tak.  –  Raz  j eszcze  odgadła  j ego  m y śli.  A  m oże  znała  go  lepiej   niż  pozostali.  –

Powiadom  załogę transportera dowodzenia.

– Będą na ciebie czekali.
Ty m   razem   pobiegł  do  hangaru,  nie  dbaj ąc  o  pozory.  Plotki  o  strącony m

wahadłowcu rozchodziły  się lotem  bły skawicy  j ak każda zła wiadom ość, nikt więc nie dziwił się,
że  kom endant  biegnie  do  swoj ego  transportera.  Po  wej ściu  na  pokład  Ethan  wskoczy ł  na  fotel
dowodzenia i naty chm iast zapiął pasy.

– Masz nam iar na m iej sce katastrofy ? – zapy tał kierowcę.
– Taj est.
– W takim  razie zawieź m nie tam , i to szy bko!
– Taj est.
Kierowca zam ilkł, skupiaj ąc całą uwagę na prowadzeniu. Stark także siedział cicho i

choć  patrzy ł  w  kierunku  ekranów,  nie  widział  ani  tego,  j ak  pozostałe  wahadłowce  transportowe
zawisaj ą  nad  lądowiskiem   am ery kańskiej   kolonii,  ani  wy ham owuj ącej   ostro  eskadry   Wisem an.
Starał  się  nie  m y śleć,  nie  bać,  wiedział  bowiem ,  że  te  obawy   nie  pom ogą  załodze  i  żołnierzom
uwięziony m  w rozbitej  m aszy nie. Pom odlił się za to – szy bko, cicho, ale gorąco.

Transporter  zatrzy m ał  się  obok  kilku  karetek  pozostawiony ch  przy   m iej scu

katastrofy.  Stark  sprawdził  szczelność  pancerza,  zanim   otworzy ł  właz  przedziału  osobowego,  by
wy skoczy ć na powierzchnię.

Jak  zwy kle  w  takich  wy padkach  czas  zdawał  się  zwalniać  bieg.  Ethan  opadał

powoli,  j ego  stopy   wy lądowały   łagodnie,  wzbij aj ąc  niewielkie  chm urki  szarego  py łu.  Wokół
pełno  by ło  kam y ków,  ty lko  gdzieniegdzie  trafiały   się  większe  głazy,  wszy stkie  ostre  na
krawędziach  j ak  brzy twy.  Tutaj ,  przy   braku  atm osfery,  nic  nie  m ogło  ich  wy gładzić,  więc
zachowały  ory ginalne kształty.

Wokół wraku i poj azdów krzątało się wielu ludzi przeskakuj ący ch z gracj ą z m iej sca

w m iej sce. HUD Starka otagował j e autom aty cznie – część z nich ikonkam i służb m edy czny ch,
część  woj skowy m i,  a  reszcie  nadał  status  ranny ch.  Medy cy   by li  łatwi  do  zauważenia.  W
odróżnieniu  od  żołnierzy   piechoty   nie  nosili  ciężkich  pancerzy,  lecz  zwy kłe  kom binezony

background image

próżniowe, bo ty lko w nich m ogli m ieć wy starczaj ąco dużo swobody  ruchów, by  zaj m ować się
tkwiący m i  w  zbroj ach  boj owy ch  ranny m i.  Medy cy   nie  potrzebowali  dodatkowy ch  osłon,
ponieważ  –  przy naj m niej   w  założeniu  –  nikt  nie  powinien  do  nich  strzelać.  Wróg  j ednak  łam ał
czasam i  tę  niepisaną  zasadę,  dlatego  chłopcy   z  m edy cznego  uczy li  się  m etod  m askowania  na
polu walki i j ednoczesnego opatry wania ranny ch.

Nieco  dalej ,  z  boku,  leżał  stos  opancerzony ch  ciał,  nad  który m i  unosiły   się

naj bardziej  znienawidzone ikonki oznaczaj ące zabity ch.

Stark  ruszy ł  przed  siebie,  próbuj ąc  zaangażować  się  w  akcj ę  ratunkową,  ale  nie

wchodzić przy  okazj i w drogę m edy kom , którzy  nie potrzebowali, by  ktoś z dowództwa patrzy ł im
na ręce.

– Doktorze Asad. Pan tutaj  dowodzi?
Postać oznaczona na HUD-zie ty m  nazwiskiem  odwróciła się i skinęła lekko głową.
– Zgadza się.
– Jak wy gląda sy tuacj a?
Nie sposób wzruszy ć ram ionam i w ciężkim  skafandrze, ale Asadowi udało się j akoś

wy konać ten gest.

– Mogło by ć gorzej . Tam  m am y  ciała ofiar. Na szczęście nie j est ich zby t wiele. A

nawet  bardzo  m ało,  zważy wszy   na  zniszczenia  tej   m aszy ny.  Pozostali  cierpią  na  stłuczenia,
złam ania  i  ty m   podobne  dolegliwości.  Nie  będziem y   m ieli  większego  problem u  z  poskładaniem
ich do kupy.

Stark zerknął raz j eszcze w kierunku ciał zabity ch, zliczaj ąc j e ty m  razem , a potem

przeniósł  wzrok  na  rozpruty   wrak  wahadłowca.  Tylko  pięć  ofiar.  To  naprawdę  niewiele.  To  jakiś
pieprzony cud.

– Niesam owite.
–  Mhm .  Zasługa  pilota  i  załogi,  j ak  sądzę.  Udało  im   się  wy tracić  sporą  część

prędkości przed uderzeniem .

– Gdzie oni są? – Stark rozej rzał się, szukaj ąc na wy świetlaczu ikonek sił lotniczy ch.

– Gdzie j est załoga?

–  Gdzie?  –  Asad  wskazał  głową  wrak.  –  Nadal  w  środku.  Maszy na  leży   na  ich

kabinie. Nie m ogliśm y  zaj ąć się wy doby ciem  ciał. Mam y  za dużo roboty  z ży wy m i. Poza ty m
trzeba będzie kogoś z działu inży niery j nego, żeby  tam  się dostać... – zam ilkł na m om ent. – Chy ba
nie zdąży li katapultować kabiny. Szkoda.

– Mieli na to czas, doktorze.
– Dlaczego więc tego nie zrobili?
– Próbowali ocalić pasażerów.
Doktor Asad m ilczał dłuższą chwilę.
–  I  udało  im   się.  Zaraz  ich  stam tąd  wy ciągniem y,  kom endancie.  Zaj m iem y   się

nim i j ak trzeba, obiecuj ę.

–  Dzięki.  Trzeba  wam   j eszcze  czegoś?  Więcej   ludzi,  więcej   sprzętu,  więcej

karetek?

–  Możecie  przy słać  tu  j akieś  poj azdy   dla  żołnierzy,  którzy   chodzą  o  własny ch

siłach? Stark sprawdził dane na wy świetlaczu sy stem u dowodzenia, zanim  odpowiedział.

– Oczy wiście. Kilka transporterów j uż j edzie. Będą na m iej scu za kilka m inut.
–  W  takim   razie  to  wszy stko.  Ci,  którzy   potrzebuj ą  pom ocy,  na  pewno  j ą

otrzy m aj ą.

– Zatem  nic tu po m nie. Dobra robota, doktorze. Pańscy  ludzie spisali się na m edal.

Proszę podziękować im  w im ieniu m oim  i wszy stkich żołnierzy.

background image

Asad raz j eszcze powtórzy ł niem ożliwy  gest.
– Na ty m  polega nasza praca. Ale przekażę pańskie słowa m oim  ludziom . Wiedza o

ty m , że są doceniani, z pewnością im  nie zaszkodzi.

Stark  wrócił  wolny m   krokiem   do  transportera,  odwrócił  się  ty lko  raz,  tuż  przy

włazie. Gutierrez. I cała załoga wahadłowca. Dzięki za uratowanie tych żołnierzy. Zadbam o to, by
wasze  poświęcenie  nie  zostało  zapomniane.  Podciągnął  się  do  przedziału  osobowego,  zam knął
szczelnie właz, a potem  opadł ciężko na fotel. Zapinaj ąc pasy, poczuł na barkach ogrom ny  ciężar
odpowiedzialności.

Sala  odpraw  by ła  na  ty le  duża,  by   pom ieścić  cały   zarząd  kolonii,  Stark  nie  m iał

więc naj m niej szego problem u z um ieszczeniem  w niej  swoj ego niewielkiego sztabu, który  zebrał,
aby   om ówić  niedawną  operacj ę.  Sierżant  Tanaka  wy j aśniła  m u,  na  czy m   polegały   takie
zgrom adzenia,  zanim   sam a  zginęła  podczas  nieudanego  ataku  na  kom pleks  dowodzenia.
Generałowie  zaj m owali  naj lepsze  m iej sca  po  obu  stronach,  m aj ąc  po  bokach  pozostały ch
oficerów, za który m i z kolei siedzieli asy stenci i ich pom ocnicy. Pod ścianam i m ieli stać dy żurni
na wy padek, gdy by  potrzebna by ła ich pom oc.

Wy świetlacze znaj duj ące się przed każdy m  z generałów dawały  naty chm iastowy

podgląd  wszy stkich  elem entów  om awiany ch  planów,  od  aneksów  i  dodatków  po  podpunkty
podpunktów om awiany ch dokum entów i j akże popularny ch załączników.

– Próbowali raz wy drukować kom plety  dokum entów – wy j aśniła Tanaka. – Który ś

z  generałów  na  to  nalegał.  Okazało  się  j ednak,  że  w  kwaterze  głównej   zabrakło  papieru,  zanim
zdążono wy konać to zam ówienie.

– Mieliście braki papieru? – zainteresował się Stark.
–  Skądże  znowu.  Mieliśm y   całe  tony   papieru.  Ale  i  to  nie  wy starczy ło  do

wy drukowania wszy stkiego. Sły szałam  kiedy ś, że plany  by ły  dawniej  o wiele m niej  szczegółowe.
Dzisiaj , kiedy  nie m uszą by ć drukowane, um ieszcza się ich kopie na twardy ch dy skach i dodaj e
do nich kolej ne elem enty  i poprawki. Idę o zakład, że j eśli wy starczaj ąco głęboko pogrzebiem y,
znaj dziem y  j akieś dokum enty  o walce z Bry ty j czy kam i podczas rewolucj i. Kto wie? Dzisiaj  nikt
j uż nie wczy tuj e się w te dokum enty, j a w każdy m  razie nie znam  kogoś takiego.

Stark otrząsnął się ze wspom nień o Tanace, j eszcze j ednej  twarzy  i nazwisku, które

zniknęły  z tego świata, skupił zaś uwagę na ty ch, którzy  otaczali go obecnie. Wskazał palcem  na
unoszący  się nad stołem  hologram  sektora Lexington.

– Dobra, m ałpoludy, pogadaj m y  o ty m , co poszło dobrze, a co zostało spieprzone.
Vic  przesunęła  palcem   po  naszpikowany m   ikonkam i  łuku  przedstawiaj ący m   linie

obrony  wroga.

–  Zdołaliśm y   przerzucić  nasze  oddziały   za  front  i  wy cofać  j e  stam tąd,  a  to

ogrom ny  plus.

–  Tak,  ale  zapłaciliśm y   za  to  utratą  wahadłowca.  Jednego  z  niewielu,  j akie

posiadam y.  Gordo.  –  Stark  skupił  się  na  szefie  intendentury,  sierżancie  Gordasa.  –  Udało  ci  się
naby ć j akieś m aszy ny  na czarny m  ry nku?

Zaopatrzeniowiec pokręcił głową.
–  Są  zby t  drogie,  ale  co  ważniej sze,  za  dobrze  pilnowane.  Nie  znam   nikogo,  kto

background image

wiedziałby, j ak j e nam  dostarczy ć, nie daj ąc się przy  okazj i złapać. – Uśm iechnął się pod nosem .
–  Gdy by ście  przy wieźli  tutaj   tę  am unicj ę,  która  wy leciała  w  powietrze,  m oże  udałoby   m i  się
dokonać sensownej  wy m iany  na j ednego ptaszka.

– Wy bacz, Gordo, by liśm y  zby t zaj ęci, aby  zaj m ować się takim i detalam i. – Ethan

spoj rzał  na  sierżant  Tran.  –  Skoro  o  am unicj i  m owa,  m am y   j akieś  problem y   ze  śm ieciem
wy rzucony m  w przestrzeń? Czy  któreś z większy ch odłam ków spadną na nasze pozy cj e?

–  Nie  –  zapewniła  go  Tran.  –  To  by ła  eksplozj a  powierzchniowa,  więc  większość

odłam ków pochodzi z sam ej  am unicj i i nie j est zby t wielka. Sporo tego by ło, ale sam a drobnica.
Nie  m a  tam   nic,  czego  nie  powstrzy m ały by   nasze  um ocnienia.  Wzniesiono  j e  z  m y ślą  o
przeciwdziałaniu takim  właśnie uderzeniom .

– Dzięki. Stacey. – Szefowa bezpieczeństwa, sierżant Yurivan, rozparta wy godnie w

fotelu, zupełnie j akby  przy sy piała, otworzy ła j edno oko, by  zerknąć na Starka. – Jakieś reakcj e na
dole?

Yurivan ziewnęła przeciągle.
–  Nic.  Nie  liczy łeś  chy ba  na  to,  że  rząd  przy zna  się  do  takiego  niepowodzenia.

Sporo  j est  plotek  doty czący ch  zaobserwowanej   eksplozj i,  tego  nie  zdołali  ukry ć  przed  nikim ,  kto
akurat patrzy ł w kierunku Księży ca, ale nikt tego oficj alnie nie skom entował.

Rey nolds pry chnęła pogardliwie.
– Jak długo rząd i Pentagon zdołaj ą ukry wać ten fakt?
–  Jeśli  są  tak  głupi,  j ak  uważam y,  m ogą  m y śleć,  że  całkiem   długo.  A  w  każdy m

razie  do  czasu,  aż  się  z  nam i  uporaj ą,  bo  ty lko  wtedy   zdołaj ą  zam ieść  wszy stko  pod  dy wan.  –
Stacey  Yurivan się uśm iechnęła. – I j eszcze j edno. Dostałam  oficj alne podziękowania od grupy
pry watny ch  kontrahentów,  który m   pozwoliliście  uciec  z  tego  lądowiska.  Napisali,  że  są  naszy m i
dłużnikam i. Faj nie będzie m ieć tam  kilku przy j aciół.

– Faj nie – przy znał Stark. Dobre uczy nki zawsze popłacaj ą, czy  j ak to tam  leciało.

– A j ak wy  się trzy m acie, Wisem an?

Dowódca floty  kolonii m iała niewy raźną m inę, gdy  odpowiadała.
– Jest dobrze. Ludzie giną na woj nie. Zdarza się.
– Straciłaś naprawdę dobrą załogę – poprawiła j ą Rey nolds.
– Racj a – poparł j ą Ethan. – Wszy scy  twoi ludzie spisali się znakom icie, a załoga

tego wahadłowca... Cóż m ogę powiedzieć, to bohaterowie. Naprawdę. Dlatego obiecałem  sobie,
że zostaną godnie upam iętnieni.

Wisem an zm usiła się do bladego uśm iechu.
–  Dzięki.  Jeśli  to  m oże  by ć  j akim ś  pocieszeniem ,  sądzę,  że  ludzie  j eszcze  długo

będą  rozgry zali,  co  zrobiliśm y   podczas  tej   akcj i.  Napisaliśm y   zupełnie  nowy   rozdział  w  historii
woj ny  podj azdowej .

–  I  dobrze.  –  Stark  przeniósł  spoj rzenie  na  sierżanta  Lam onta,  który   wy dawał  się

przy gaszony.

– Widzę, że nadal j esteś niepocieszony  po stracie czołgu.
Lam ont rozłoży ł ręce.
–  To  m oj e  dzieciaczki,  Ethan.  Naprawim y   m aszy nę  tkwiącą  w  ładowni  rozbitego

wahadłowca,  ale  utrata  każdego  wozu  boj owego  to  niepowetowana  strata.  Nie  zdołam y   go
zastąpić nowy m . Wiesz o ty m  równie dobrze j ak j a.

–  Wiem .  Chy ba  że  Gordo  zdoła  kupić  na  lewo  j akiś  wahadłowiec.  Mógłby   nim

przem y cić także czołg.

–  Czem u  nie  –  m ruknął  zaopatrzeniowiec.  –  Wy starczy   poprosić,  a  zrobim y

wszy stko, nawet niem ożliwe. Żaden problem . Nie pierwszy  raz m am y  do czy nienia z SCD.

background image

Lam ont  się  roześm iał.  Dawno  tem u,  j eszcze  w  dwudziesty m   wieku,  żołnierze

nabij ali się z pancerniaków, nazy waj ąc ich czołgowy m i dupkam i, w skrócie CD. Gdy  sprzęt stał
się  bardziej   skom plikowany,  dodano  do  tego  skrótu  j eszcze  j edną  literę  od  słowa
„skom putery zowany ”.

–  Gordo,  gdy   ludzie  usły szą  o  ty m   wy padzie,  m oi  chłopcy   i  dziewczęta  trafią  do

alei  sław  SCD.  A  ty   będziesz  m ógł  się  czuć  ogrom nie  zaszczy cony   za  każdy m   razem ,  gdy
odm ówisz nam  wy dania kolej ny ch części zapasowy ch.

Po twarzy  Starka także przem knął cień uśm iechu.
– Mendoza. – Szeregowy  przy słuchuj ący  się tej  wy m ianie zdań drgnął nerwowo,

gdy   usły szał  swoj e  nazwisko.  –  A  co  ty   o  ty m   wszy stkim   sądzisz?  Wy sadzaj ąc  m agazy ny
zniszczy liśm y  sporo sprzętu i zepsuliśm y  dzień, ty dzień, m iesiąc, a m oże nawet cały  rok naszem u
koledze generałowi. Py tanie j ednak, czy  ta akcj a, z szerszej  perspekty wy, by ła opłacalna?

– Sądzę, kom endancie Stark... – Mendoza się zawahał, a potem  rozłoży ł ręce. – To

zależy. Od celu. Co zam ierzaliśm y  ty m  osiągnąć?

– Zm inim alizowanie szans na dostanie po dupie – wtrąciła Yurivan.
Stark  zastanawiał  się,  czy   Mendo  poczuł  się  urażony   grubiańską  odzy wką  Stacey,

ale filigranowy  szeregowiec pokręcił ty lko głową.

–  To  bardzo  ograniczony   cel,  choć  istotny.  Ale  czy   o  to  nam   chodziło,

kom endancie? I czy  to by ło m ądre?

– Dlaczego nie m iałoby  by ć m ądre? – zapy tał Ethan.
Mendoza m ilczał przez chwilę, zbieraj ąc m y śli.
–  Strategia  defensy wna  j est  skuteczna,  ale  wy m aga  czasu,  dzięki  którem u  m ożna

zm ęczy ć  przeciwnika.  Jednak  ty lko  w  przy padku,  gdy   m a  się  do  czy nienia  z  siłam i,  które  nie
m ogą przy przeć nas do m uru i zm usić do decy duj ącej  bitwy.

– Przy pom nę ty lko, że zostaliśm y  okrążeni – wtrącił Lam ont.
–  Właśnie.  Strategia  opóźniaj ąca  polega  na  odsuwaniu  decy duj ącej   bitwy.

Nazy wa  się  j ą  fabiańską  od  nazwiska  rzy m skiego  wodza,  który   pierwszy   uży ł  j ej   przeciw
woj skom   Hannibala.  Legiony   przegry wały   każdą  bitwę,  j aką  staczały   z  arm ią  naj eźdźcy,  więc
ich dowódca, wspom niany  Fabiusz, odm awiał kolej ny ch starć, wy cofuj ąc się za każdy m  razem ,
gdy  m iało doj ść do konfrontacj i.

–  Dlaczego  więc  Hannibal  nie  zdoby ł  Rzy m u,  skoro  j ego  przeciwnik  wciąż  przed

nim  uciekał? – zapy tała Rey nolds.

–  Rzy m   by ł  chroniony   gruby m i  m uram i,  a  Hannibalowi  brakowało  m achin,

który m i  m ógłby   j e  skruszy ć.  Nie  m ógł  też  zatrzy m ać  się  na  dłużej ,  by   j e  zbudować,  ponieważ
obawiał  się  legionów  operuj ący ch  na  j ego  zapleczu.  Dlatego  nie  m iał  szans  na  odniesienie
zwy cięstwa, dopóki nie stoczy  z Fabiuszem  decy duj ącej  bitwy. Działaj ąc na obcy m  tery torium , z
dala  od  dom u,  arm ia  Hannibala  słabła  z  każdy m   dniem ,  aż  w  końcu  została  zm uszona  do
wy cofania.

– Ciekawy  pom y sł – przy znał Stark. – Zdaj e się j ednak, że ten Fabiusz m iał sporo

czasu  do  dy spozy cj i.  Nam   go  brakuj e.  Nie  m ówiąc  j uż  o  ty m ,  że  m ógł  się  wy cofać,  gdy
dochodziło do konfrontacj i z wrogiem . My  nie m am y  gdzie uciec.

–  Zgadza  się  –  przy znał  Mendoza.  –  Czekam y   w  j edny m   m iej scu,  aż  przeciwnik

zgrom adzi  siły   do  kolej nego  ataku.  Poza  strzeżeniem   pery m etru  m usim y   także  bronić  kolonii.
Mam y  więc m ury, ale brakuj e nam  arm ii, która m ogłaby  zagrozić od zewnątrz ty m , którzy  nas
oblegaj ą.

– Nie zostaliśm y  tutaj  uwięzieni – zaprotestował Lam ont. – Przebiliśm y  się za linie

wroga i zaatakowaliśm y  j ego lądowisko. Mogliby śm y  konty nuować tę takty kę.

background image

Mendoza pokręcił głową.
–  Przedarcie  się  za  linie  wroga  wy m agało  zastosowania  fortelu.  Czy   uda  się  go

powtórzy ć następny m  razem ?

–  Nie  m a  szans  –  oświadczy ła  Rey nolds.  –  Od  dzisiaj   wolałaby m   nie  by ć  na

pokładzie  wahadłowca,  który   wy ląduj e  om y łkowo  nie  tam   gdzie  trzeba.  Rozpieprzą  go,  zanim
pilot  zdąży   powiedzieć  „przepraszam ”.  Niewy kluczone,  że  wy m y ślim y   inny   sposób  na
przedostanie się za linie wroga, ale chwilowo nic takiego nie przy chodzi m i do głowy.

Kilku  z  siedzący ch  przy   stole  poruszy ło  się  niespokoj nie  po  ty ch  słowach,  ale  nikt

nie zakwestionował opinii Vic.

– Zatem  m usim y  by ć gotowi do odpierania naprawdę ciężkich ataków – dokończy ł

Mendoza – i trzy m ać się, dopóki przeciwnik nie odpuści.

Stark przy j rzał się otaczaj ący m  go sztabowcom , wszy scy  trawili radę Mendozy  z

większy m  bądź m niej szy m  niezadowoleniem .

–  Nie  wspom niałeś  o  j edny m :  nasi  przeciwnicy   dy sponuj ą  wszy stkim i  zasobam i

Ziem i, a m y  m am y  ty lko to, co znaj duj e się na ty m  skrawku Księży ca.

Mendoza przy taknął.
–  Możem y   zadać  przeciwnikowi  niewy obrażalne  straty,  ale  i  tak  przegram y...  –

zam ilkł,  sam   zaskoczony   wy dźwiękiem   ty ch  słów.  –  Jak  Kartagińczy cy,  naród  Hannibala.
Pokony wali Rzy m ian raz za razem , niszcząc ich arm ie i floty, ale tam ci ciągle wracali.

–  Toś  nas  pocieszy ł  –  burknęła  Yurivan.  –  Pom ij asz  j ednak  polity czny   aspekt  tej

awantury,  j ak  widzę.  Py tanie,  j ak  wielu  ludzi  na  Ziem i  zechce  tracić  ży cie  i  m aj ątek,  by   nas
pokonać.

–  Słuszna  uwaga  –  zgodziła  się  Vic  Rey nolds.  –  Nasi  by li  przełożeni  w  rządzie  i

Pentagonie  m arzą  o  ty m ,  by   nas  rozpieprzy ć,  ale  cała  reszta?  Zwłaszcza  że  koszty   tej   operacj i
rosną z każdy m  dniem .

– Nie zapom inaj m y  o korporacj ach, które m aj ą rząd w kieszeni – wtrąciła sierżant

Bev  Manley.  Siedziała  do  tej   pory   cicho,  j edny m   uchem   przy słuchuj ąc  się  dy skusj i.  Więcej
uwagi  poświęcała  obowiązkom   adm inistracy j ny m .  –  Z  j ednej   strony   pragną  naszej   klęski,  z
drugiej  zdaj ą sobie sprawę, że czy sta zem sta nie powetuj e im  poniesiony ch strat. Jeśli sprawim y,
że koszty  walki z nam i staną się zby t wy sokie, korporacj e m ogą chcieć ugody. Nikt o ty m  j eszcze
nie przebąkiwał?

Yurivan pokręciła głową, potem  zerknęła w kierunku Starka.
– Może cy wilbanda zaznaj om iona z naszy m  kom endantem  zdoła nas oświecić. Oni

pracowali dla korporacj i, zanim  wy kopaliśm y  ich szefów z tego kam y ka, j eśli się nie m y lę.

–  Owszem   –  przy znał  Ethan.  –  Mam   dzisiaj   spotkanie  z  zarządcą  kolonii  i  j ego

asy stentką,  chcę  im   przedstawić  wy niki  ostatniej   m isj i.  Zapy tam   przy   okazj i,  co  wiedzą  o
wy darzeniach na Ziem i.

Sztabowcy   wy m ienili  znaczące  spoj rzenia,  ale  to  Bev  Manley   wy raziła  na  głos

obawę, którą czuli wszy scy.

– Jesteś pewien, że m ożesz im  zaufać? Wiem , że trzy m ali z nam i do tej  pory, i to

wy daj e  m i  się  cholernie  zaskakuj ące,  nie  ukry wam ,  ale  dzisiaj   m uszą  czuć  się  j ak  m y szy   w
pułapce.  Jeśli  Ziem ia  wy straszy   ich  j eszcze  bardziej ,  dogadaj ą  się  za  naszy m i  plecam i  i
wy stawią nas j ak nic.

Stark spoj rzał na nich z pewnością, której  wcale nie czuł.
– Ufam  im . Pam iętaj cie, że to cy wilbanda ostrzegła nas przed raj dem  na kwaterę

główną.  Ży j em y   ty lko  dlatego,  że  zostaliśm y   w  porę  zaalarm owani.  Wspieraj ą  nas  także
sprzętowo,  udostępnili  dobrowolnie  placówki  m edy czne,  w  który ch  leczy m y   naszy ch  ranny ch.

background image

Nie wspom inaj ąc j uż o ty m , że kilku z nich zaciągnęło się do woj a. Dobrze m ówię, Vic?

–  O,  tak.  To  naj m ądrzej sze  słowa,  j akie  wy powiedziałeś  od  bardzo  dawna.

Powinieneś  by ł  widzieć  m inę  kaprala,  którego  cy wilbanda  py tała,  gdzie  m ożna  się  zaciągnąć.  –
Woj sko  zby t  długo  trzy m ało  się  z  dala  od  reszty   społeczeństwa  i  za  bardzo  izolowało  od  ludzi,
który ch  m iało  chronić.  Arm ia  zby t  długo  przy pom inała  zam knięty   klub,  w  który m   woj skowe
rodziny   otaczały   opieką  m łody ch  rekrutów  z  zaciągu,  podczas  gdy   cy wilbanda  spoglądała  z
obawą  na  każdego,  kto  nosił  broń  i  by ł  gotowy   zabij ać  na  rozkaz.  Zwy kli  zj adacze  chleba  nie
poj m owali, że ktoś m oże ry zy kować własny m  ży ciem . – Popieram  Ethana. My ślę, że m ożem y
zaufać tej  cy wilbandzie. Koloniści wy starczaj ąco długo tkwili tuż za linią frontu. Wiedzą więc, że
j esteśm y  tutaj , by  ich bronić.

Stacey  Yurivan uśm iechnęła się nieszczerze.
– Ty  zawsze popierasz Starka, nieprawdaż, Rey nolds? Stanowicie zgraną paczkę.
– Mówię, co m y ślę, Stace.
Sierżant Gordasa odchrząknął znacząco.
– Muszę zgodzić się z Ethanem  i Vic. Współpracuj ę z cy wilbandą częściej  niż wy,

na przy kład przy  załatwianiu ży wności albo sprzętu, ponieważ nie m ożem y  zdoby ć tego norm alną
drogą. Staraj ą się wy targować dobrą cenę, to fakt, ale nigdy  nas nie okantowali. Traktuj ą m nie
dobrze,  j ak  równego  sobie.  I  dostarczaj ą  nam   towary   pierwszej   j akości.  Do  diaska,  nawet  ich
żarcie j est o niebo lepsze od naszego.

Wszy scy   przy   stole  przy taknęli.  Żołnierze  zauważy li,  że  m ięso  w  ich  posiłkach

sm akuj e ostatnio inaczej  i lepiej .

–  Mim o  to  –  upierała  się  Manley   –  m usim y   zadać  py tanie:  czego  chce  ta

cy wilbanda?  Od  nas  wy m aga  ochrony,  to  j asne.  Ale  dlaczego?  Co  zam ierzaj ą  osiągnąć,  gdy
walki dobiegną końca?

Wszy scy  spoj rzeli na Starka. Skrzy wił się, gdy  to zauważy ł.
–  Kiedy   ostatnio  sprawdzałem ,  cy wilbanda  by ła  bardzo  dum na  z  ogłoszenia

niepodległości. Zam ierzaj ą utworzy ć tutaj  nowe państwo, a m y, j ak sądzę, j esteśm y  j ego arm ią.

– Jakie znowu państwo?
– Coś na wzór USA, j ak m niem am . A raczej  na wzór tego, j ak powinny  wy glądać

Stany   Zj ednoczone.  Wszy scy   koloniści  m ieli  wy j ątkowo  niekorzy stne  kontrakty   ze  swoim i
korporacj am i.  Zapieprzali  na  okrągło,  ale  bogacili  się  ty lko  ich  szefowie,  j ak  zawsze  zresztą.
Dlatego się zbuntowali.

– Nie m a niczego złego w kapitalizm ie – stwierdziła Stacey.
–  Nie  m a.  To  prawda,  problem   polega  j ednak  na  ty m ,  że  każdy   sy stem   ulega

wy paczeniom , j eśli nikt go nie nadzoruj e. To powinna by ć rola rządu, ale nasi przy wódcy  daj ą
dupy  prezesom , o czy m  wszy scy  wiem y.

– Konsty tucj a nie m ówi nic na ten tem at.
– Stworzenie warunków sprzy j aj ący ch powszechnem u dobroby towi – zacy towała

Vic. – Tu j est pies pogrzebany. Ładnie. Załóżm y, że cy wilbanda ogłosi niepodległość, proklam uj e
tutaj   nowe  państwo,  a  nawet  przy j m ie  identy czną  konsty tucj ę  j ak  ta,  której   przy sięgaliśm y
bronić. Jak wam  to pasuj e?

Ty m  razem  cisza panowała dłużej , a przerwało j ą burkliwe oświadczenie Manley :
– Jesteśm y  Am ery kanam i, u licha. Nie zam ierzam  zm ieniać narodowości.
– Ja też – zgodził się Stark. – Problem  w ty m , że rządzący  naszy m  kraj em  j uż nas

nie lubią. Możem y  nie m ieć wy boru.

Yurivan podniosła wzrok, uśm iechaj ąc się niespodziewanie.
– I o to chodzi. Rząd rozgłosił, że j esteśm y  kry m inalistam i i bandy tam i kradnący m i

background image

wszy stko, co nam  wpadnie w ręce.

– Jakie szczęście, że nikt z nas nie pasuj e do tego opisu, prawda, Stacey ?
–  Pozwólcie  m i  dokończy ć.  Niewiele  m ogliśm y   z  ty m   zrobić,  ponieważ  nie

posiadaliśm y   sprawnie  działaj ącego  aparatu  propagandowego.  Ta  sy tuacj a  j est  j ednak  do
naprawienia: wy starczy  rozpuścić za dole pogłoski, że pozostaliśm y  wierni, na sto procent biało-
czerwono-niebiescy,  a  j edy ny   problem   polega  na  ty m ,  że  szefowie  przestali  nas  lubić  za  to,  że
wy kopaliśm y  stąd ich przy głupich kolegów. Nam ieszaliby śm y  takim  oświadczeniem  w kraj u. Kto
wie, m oże udałoby  się nawet zm niej szy ć naciski, j akim  j esteśm y  teraz poddawani.

Rey nolds się uśm iechnęła.
– To dobry  pom y sł. Cy wilbanda zarządzaj ąca kolonią poinform owała nas, że obie

główne  partie  obawiaj ą  się  utraty   władzy.  Jeśli  powiem y   ludziom ,  o  co  naprawdę  chodzi,  by ć
m oże przy spieszy m y  ich upadek.

–  Niewy kluczone.  Problem   j ednak  w  ty m ,  że  nowe  partie,  które  przy j dą  zrobić

porządek, m ogą nas nie lubić j eszcze bardziej  niż dzisiej si złodziej e. Tego nikt nie m oże wiedzieć.

–  Cam pbell  będzie  wiedział  –  zapewnił  j ą  Stark.  –  To  znaczy   zarządca  kolonii.  Jak

j uż  wspom niałem ,  Vic  i  j a  m am y   z  nim   dzisiaj   spotkanie.  Wy py tam   go  o  tę  sprawę.  Czy   j est
j eszcze coś do om ówienia?

Lam ont wy szczerzy ł zęby.
– Podsum uj m y : poruszy liśm y  j uż kwestię naszej  strategii, tego, czy  chcem y  by ć

oby watelam i innego kraj u, i j ak dobre j est j edzenie. Co nam  zostaj e?

–  Znalezienie  zastępczego  wahadłowca  –  wtrącił  Gordasa  i  zaraz  pokręcił  kpiąco

głową. – Ja się ty m  zaj m ę, wy  w ty m  czasie pozałatwiaj cie m niej  ważne sprawy.

Stark śm iał się z pozostały m i podoficeram i, daj ąc im  j ednocześnie do zrozum ienia,

że m ogą j uż iść. Poczuł na ram ieniu dłoń Vic.

– Sierżant Milheim  właśnie przy szedł. Chcesz, żeby  poczekał i złoży ł ci szczegółową

relacj ę, czy  wolisz dostać standardowy  raport?

–  Jeśli  stworzy   j akiś  dokum ent,  i  tak  nie  będę  m iał  czasu,  by   go  przeczy tać.  Poza

ty m  skoro wzy wam  kogoś na spotkanie, powinienem  poświęcić m u choć chwilę. Wprowadź go.

– Nie m a sprawy. – Vic wy szła za drzwi, by  przy wołać Milheim a.
–  Przepraszam ,  że  nie  zdąży łem   na  odprawę  –  zaczął  się  naty chm iast

usprawiedliwiać.

–  Nie  przej m uj   się  –  przerwał  m u  Stark  przeprosiny.  –  Twoi  ludzie  spisali  się

doskonale podczas m isj i. Mieliście j akieś problem y  w czasie działań?

Milheim  zawahał się, potem  zam y ślił głębiej .
– Nie. Nic takiego nie przy chodzi m i na m y śl. Przy znam  j ednak, że brak tim era na

wy świetlaczu by ł m iłą odm ianą.

–  O  tak.  Nie  wy daj e  m i  się,  aby śm y   m ieli  wrócić  do  tej   trady cj i.  A  w  każdy m

razie nie w odniesieniu do indy widualny ch posunięć. Ale harm onogram  m oże się przy dać, kiedy
będziem y  m usieli skoordy nować działania kilku j ednostek. Nie widzę j ednak naj m niej szego sensu,
by  nakazy wać ludziom  podry wanie się z ziem i w dany m  m om encie ty lko dlatego, że zaplanował
to j akiś anality k.

–  Skoro  m owa  o  dawny ch  czasach,  faj nie  też,  że  nie  transm itowano  naszy ch

działań ku uciesze gawiedzi. Rzy gać m i się chce, gdy  o czy m ś takim  pom y ślę.

– Cholerna racj a – przy znał Ethan.
Gdy   Pentagon  potrzebował  zgrom adzić  pokaźne  sum y   na  operacj ę  księży cową,

j akiś skurwiel zauważy ł, że m ożna wy korzy stać przekazy  audiowizualne z pola walki, by  stworzy ć
coś  na  kształt  reality -show  nadawanego  przez  wszy stkie  wielkie  stacj e.  Program y   te  stały   się  w

background image

krótkim   czasie  tak  popularne,  że  wpły wy   z  reklam   pokry ły   zdecy dowaną  większość  wy datków.
Jakiś  czas  później   ratingi  telewizy j ne  zaczęły   odgry wać  równie  ważną  rolę  j ak  pragnienie
zwy cięstwa.

–  To  się  j uż  nie  powtórzy.  O  ile  będziem y   m ieli  coś  do  powiedzenia.  A  nasza

obecność podczas walki? Nie siedzieliśm y  ci za bardzo na karku? By ło coś, co powinniśm y  zrobić,
a czego nie zrobiliśm y ?

Milheim  wzruszy ł ram ionam i.
– Szczerze powiedziawszy, rzadko dawaliście się zauważy ć. Kilka razy  obej rzałem

się  nawet  przez  ram ię,  czuj ąc,  że  czegoś  m i  brakuj e,  ale  potem   zrozum iałem ,  że  nie  sły szę  bez
przerwy  uty skiwań j akiegoś klauna z kwatery  głównej , który  poucza m nie, że powinienem  zrobić
krok  w  lewo  zam iast  w  prawo.  Ucieszy ło  m nie,  że  zam iast  takich  głupot  skupiłeś  się  na  szerszej
perspekty wie. A zwrócenie uwagi na te m agazy ny  by ło m istrzowskim  posunięciem , dzięki też za
py tanie o opinię. Nie m am  na co narzekać.

Stark  spoglądał  na  Milheim a,  przy gry zaj ąc  dolną  wargę.  Próbował  dobrać

właściwe słowa.

– Słuchaj , bez obrazy, ale nie znam y  się zby t dobrze. Dobra reputacj a to j edno i tak

– wiem , widziałem , że dobrze radziłeś sobie z dowodzeniem  w terenie. Problem  j ednak w ty m , że
nie m am  poj ęcia, czy  j esteś człowiekiem , który  powie m i prosto w twarz, że coś schrzaniłem .

Milheim  nie m usiał udawać urazy.
– Dbam  o swoich ludzi. Jeśli zrobisz coś, co im  niepotrzebnie zagrozi, na pewno się

o ty m  dowiesz.

– Świetnie. Wiem , że j esteś dobry m  dowódcą. Dlatego chłopcy  zrobili cię szefem

batalionu. Oni ci ufaj ą.

– Tak. Szczęściarz ze m nie. Ty le dobrego, że nie wpadłem  w takie gówno j ak ty.
–  Ej że,  nie  j est  aż  tak  źle.  –  Stark  uśm iechnął  się  kpiąco.  –  Może  kiedy ś  zm ienisz

m nie na ty m  stanowisku.

– Nie, dzięki.
– Postawię ci za to piwo.
Milheim  się roześm iał.
– Nie spij esz m nie do tego stopnia, żeby m  się zgodził.
– To zabrzm iało podej rzanie znaj om o. Sły szałem  podobne oświadczenia na każdej

randce w ciągu m iniony ch dziesięciu lat.

Kolej ny  wy buch śm iechu.
– Nie sądzę, aby ś m iał z ty m  j akiś problem . Wszy scy  wiem y  o tobie i Rey nolds.

Ethan j ęknął z iry tacj i.

–  To  znaczy   wszy scy   oprócz  Vic  i  m nie.  Nie  zrobiłby m   j ej   m oim   zastępcą,

gdy by śm y  m ieli rom ans. To by  by ło proszenie się o kłopoty. Jesteśm y  sobie bliscy, Milheim , ale
nie w ten sposób.

– Naprawdę? Czy li w j aki?
–  Jak  by   to  powiedzieć...  Jesteśm y   na  przy j acielskiej   stopie.  Masz  tutaj   j akąś

dziewczy nę?

–  Nie.  Żonie  by   się  to  na  pewno  nie  spodobało.  Żony   są  strasznie  czułe  na  ty m

punkcie.

– Coś o ty m  sły szałem . A dzieci m asz?
–  Tak.  Są  tutaj   dzięki  wy m ianie  j eńców  na  członków  naszy ch  rodzin.  Wpadnij   do

m nie na kwaterę, to j e poznasz.

–  Jak  wam   się  tam   m ieszka?  –  Po  przy by ciu  rodzin  woj skowy ch  koloniści  zaczęli

background image

budować nowy  segm ent m ieszkalny, który  ochrzczono od razu m ianem  fortu. – Nie m iałem  czasu
sprawdzić, ale wiem , że budowano go w pośpiechu.

– Da się ży ć – uspokoił go Milheim . – Na Ziem i też nie opły waliśm y  w luksusy. A

dzieciaki  uwielbiaj ą  niską  grawitacj ę.  Odbij aj ą  się  od  ścian.  Dosłownie.  Jak  j uż  wspom niałem ,
wpadnij  kiedy ś, sam  zobaczy sz.

– Dzięki. Zaj rzę, gdy  ty lko wy gospodaruj ę wolną chwilę.
– Ty lko kiedy  to będzie? Dom y ślam  się, że nieprędko. – Milheim  nagle spoważniał,

zacisnął usta. – Cholera.

– Co się stało?
– Rozm owa o rodzinie przy pom niała m i, że m uszę napisać kilka listów. Wiesz, o co

chodzi.  Do  rodzin  żołnierzy   poległy ch  podczas  tego  wy padu.  –  Przy m knął  na  m om ent  oczy.  –
Jedna z nich m ieszka tutaj . Chy ba będę m usiał odwiedzić j ą osobiście.

– Od tego m am y  kapelanów.
– I tak tam  pój dę.
–  Dobrze,  ale  zabierz  ze  sobą  kapelana.  –  Stark  zniży ł  głos,  aby   te  słowa  nabrały

m ocy. – To rozkaz. Nie bierz tego j arzm a wy łącznie na swoj e barki.

– Dobrze. Dzięki.
– Mnie nie dziękuj . To j a wy słałem  was na tę m isj ę. Też m am  o czy m  pogadać z

kapelanem . – Ale tego nie zrobię, ponieważ nie ma tu nikogo, kto by mi wydał taki rozkaz, a sam
jestem na to zbyt uparty, dodał w m y ślach. – Jak ranni? Trafili j uż do szpitali? – Stark nie kłopotał
się zadawaniem  py tań o to, czy  Milheim  wie, gdzie trafili j ego podwładni, i czy  ich j uż odwiedził,
ponieważ by ł pewien odpowiedzi.

–  Leżą  na  kilku  oddziałach.  Charlie  osiem   i  Delta  dziesięć.  Większość  została  ty lko

opatrzona i j uż wróciła do koszar.

– Świetnie. Też do nich zaj rzę. Potrzebuj esz chwili wolnego?
–  Nie.  Nie.  Lepiej   będzie,  j eśli  się  czy m ś  zaj m ę.  Poza  ty m   powinienem   j uż

przy wy knąć do takich sy tuacj i.

–  Milheim ,  na  Boga,  żaden  z  nas  nie  powinien  przy wy knąć  do  opłakiwania

poległy ch.

Gdy   Stark  i  Rey nolds  dotarli  do  kom pleksu  biurowego,  zarządca  kolonii,  Jam es

Cam pbell,  i  j ego  asy stentka,  Chery l  Sarafina,  czekali  j uż  w  gabinecie.  Pom ieszczenie  to  zostało
wy drążone  –  j ak  większa  część  kolonii  –  w  porowaty ch  skałach  Księży ca.  Zebrany ch  otaczały
więc kam ienne ściany  i stalowe bardzo grube sklepienie pokry te dodatkowo warstwą skał i py łu.
Wielki  ekran  pokazy wał  panoram ę,  j aką  Cam pbell  m ógłby   widzieć,  gdy by   j ego  gabinet
znaj dował  się  na  powierzchni  –  czarne  cienie,  szare  głazy   i  oślepiaj ąco  biały   blask  w  okolicach
j akże bliskiego hory zontu, za który m  rozpościerało się bezkresne m orze czerni.

Zarządca  by ł  tak  oszczędny,  a  m oże  polity cznie  przebiegły,  że  nie  otaczał  się

wielkim i  luksusam i.  Jego  biuro  zostało  wy posażone  w  standardowe  księży cowe  m eble:  lekkie
m etalowe  biurka,  stoły   i  krzesła.  W  ty ch  warunkach  trudno  by ło  o  kom fort  nawet  dla  tak
nieliczny ch gości.

–  Dziękuj ę  za  punktualne  przy by cie  –  zaczął  Cam pbell.  –  Dzisiaj ,  niestety,  nie

background image

m ogę opuszczać na dłużej  m oj ego gabinetu.

– Nie szkodzi – odparł Stark. – Poza ty m  cy wilne władze nie powinny  bez przerwy

przy chodzić do woj skowy ch. W końcu to j a pracuj ę dla pana, nie odwrotnie.

–  Akurat.  –  Zarządca  pokręcił  głową,  a  potem   uśm iechnął  się  radośnie.  –  To  pan

kontroluj e całą kolonię. Chętnie usły szałby m  raz j eszcze, dlaczego uważa pan, że to j a j estem  tu
szefem .

Ethan zrobił urażoną m inę.
–  To  pan  został  wy brany   na  przy wódcę  tutej szej   społeczności,  sir.  Tej   sam ej ,

której   j a  służę.  A  to  oznacza,  że  j estem   pana  podwładny m .  Czy li  pracuj ę  dla  pana.  Tak  to
przy naj m niej  powinno działać.

–  I  działa.  A  skoro  o  ty m   m owa...  –  Cam pbell  wskazał  głową  m niej   więcej   w

kierunku  lądowiska  nieprzy j aciela,  które  wy sadzili  ludzie  Starka.  –  Zakładam ,  że  wstrząsy
sej sm iczne,  j akie  odczuliśm y   w  kolonii,  by ły   efektem   ataku,  o  który m   poinform ował  nas  pan
wcześniej ?

– Zgadza się.
–  Obawiam   się,  że  te  wstrząsy   zaskoczy ły   nas  kom pletnie.  Nie  by liśm y

przy gotowani na tak wielką m agnitudę.

– My  również. Mieli tam  więcej  am unicj i, niż przy puszczaliśm y. Dużo więcej .
–  Jest  pan  pewien,  sierżancie,  że  składowano  tam   ty lko  konwencj onalne  pociski?

Siła  tej   eksplozj i  by ła  zby t  wielka.  Czy   oni  m ogli  zm agazy nować  tam   inne  rodzaj e  broni?  –
zapy tała zaniepokoj ona Sarafina.

Stark zerknął niepewnie na Vic, a ta odparła, wzruszy wszy  ram ionam i:
– Szczerze m ówiąc, wątpię. Po pierwsze, am ery kańskie władze nie oddały by  broni

m asowej   zagłady   pod  opiekę  innego  m ocarstwa.  Ale  nie  zaszkodzi  sprawdzić  –  dodała,
wy ciągaj ąc  kom unikator.  –  Centrum   dowodzenia,  m ówi  sierżant  Rey nolds.  Czy   wy konano  j uż
analizy  odłam ków powstały ch po eksplozj i, którą spowodowaliśm y ?

–  Ty ch  większy ch?  –  uściślił  wachtowy,  a  gdy   skinęła  głową,  dodał  pospiesznie.  –

Tak, sierżancie. To standardowa procedura.

– Czy  stwierdzono obecność niekonwencj onalny ch m ateriałów wy buchowy ch?
–  Nie.  Nie  zanotowano  śladów  opadu  radioakty wnego.  Wy kry liby śm y   obecność

m ateriałów rozszczepialny ch, gdy by  zostały  wy sadzone z całą resztą am unicj i. Nie znaleźliśm y
też  śladów  cząsteczek  zerowy ch.  To  ty lko  resztki  konwencj onalny ch  pocisków  zm ieszane,  rzecz
j asna, z księży cowy m  gruntem .

– Dziękuj ę. – Rey nolds schowała kom unikator. – To ty lko konwencj onalne pociski.

Oprócz tam ty ch wstrząsów nic wam  nie grozi.

– Świetnie. – Sarafina wskazała palcem  na sklepienie. – Nasz kosm oport zanotował

sporą akty wność w czasie waszej ... akcj i. Wy kry liśm y  wiele okrętów woj enny ch i wahadłowców.
Nie spodziewaliśm y  się takiej  reakcj i.

Stark poruszy ł się niezręcznie.
– Cóż, to by ła część naszego planu. Nie wspom inaliśm y  wam  o ty m , ponieważ nie

chcieliśm y, aby  ktoś wy paplał...

Cam pbell pokręcił ze sm utkiem  głową. Minę m iał poważną.
–  Proszę  wy baczy ć,  sierżancie,  ale  w  przy szłości  m usicie  nas  powiadam iać  o

podobny ch szczegółach. Moi ludzie zawiaduj ą kosm oportem . Nie powiem  im  niczego, co każe m i
pan zachować dla siebie, ale m uszę wiedzieć, co j est grane, by  nikt nie zrobił czegoś, czego nie
powinien. Rozum iem y  się?

– Tak. Taj est, sir. To sensowne żądanie.

background image

–  Wiem ,  dlaczego  nie  chcieliście  podzielić  się  z  nam i  tą  inform acj ą,  sierżancie,

sądzę j ednak, że naj wy ższa pora odrzucić uprzedzenia.

Vic przej ęła pałeczkę, gdy  Stark przy takiwał j ego słowom .
–  Skoro  m owa  o  braku  zaufania,  woj o  zastanawia  się,  co  wy,  cy wilni  m ieszkańcy

kolonii,  zam ierzacie  zrobić.  Wiem ,  że  nie  lubicie  za  bardzo  swoich  zwierzchników  z  Ziem i,  ale
m usicie podj ąć w końcu j akieś wiążące decy zj e.

Cam pbell westchnął ciężko.
–  Wy gląda  na  to,  że  nie  m am y   wy boru  i  m usim y   ogłosić  niepodległość.  Trzeba

będzie dać inny m  j asno do zrozum ienia, że powstaj e tutaj  nowe państwo.

– Jakie, j ak słusznie zapy tał j eden z m oich ludzi?
Zarządca i j ego asy stentka wy m ienili spoj rzenia. Zaskoczy ła ich ty m  py taniem .
–  Chy ba...  coś  na  kształt  Stanów,  ale  takich,  j akim i  powinny   by ć.  Dem okracj a.

Wolność j ednostki. Z takim  podziałem  władzy, który  będzie gwarantował niezawisłość.

–  Jeśli  dobrze  rozum iem ,  będziecie  j e  budować  na  zapisach  am ery kańskiej

konsty tucj i?

–  No...  –  Cam pbell  spoj rzał  błagalnie  na  Sarafinę,  ale  ona  ty lko  rozłoży ła  ręce,

okazuj ąc równie wielką bezradność. – Przy puszczam , że będziem y  się na niej  wzorować. Pewnie
przy   niej   trochę  pom aj struj em y,  ale  szczerze  powiedziawszy,  chy ba  nikt  j eszcze  się  nad  ty m
dobrze nie zastanowił.

– My  to zrobiliśm y  – zapewnił go Ethan. – Mówim y  tutaj  o powodzie, dla którego

walczy m y. Powiem  szczerze, że m oi ludzie nie wesprą żadnej  dy ktatury  bez względu na piórka, w
j akie się wy stroi. Zapewne zaakceptuj ą rząd budowany  na zapisach konsty tucj i, choć nie będą do
tego m ocno przekonani.

Cam pbell wy glądał teraz na zdum ionego.
– Czego więc chcą?
Stark zaśm iał się, krótko i wcale nie radośnie.
–  Chcą,  żeby   wszy stko  by ło  po  starem u.  Żeby   Pentagon  wy dawał  rozkazy

pochodzące  od  rządu  reprezentuj ącego  naród.  Niestety,  w  obecny m   stanie  rzeczy   j est  to
niewy konalne.

– Rozum iem . – Cam pbell uciszy ł Starka, unosząc dłoń. – Naprawdę. Będę z panem

szczery.  My ślenie  i  m ówienie  o  niepodległości  wy dawało  się  proste,  gdy   by ła  to  ty lko  m glista
idea.  Ale  im   bliżej   j esteśm y   utworzenia  własnego  państwa,  ty m   m niej   m i  się  to  podoba.
Powinniśm y   m ieć  j akąś  alternaty wę,  na  litość  boską.  Dlaczego  nikt  z  rządu  nas  nie  wy słucha,
zam iast kierować kolej ne groźby  i rozkazy wać, co m am y  robić?

– Widzę, że negocj acj e nie idą po waszej  m y śli? – zapy tała Vic.
Cam pbell skrzy wił się, a potem  wskazał ręką Sarafinę. Asy stentka potrzasnęła ty lko

głową.

–  Zabrnęliśm y   w  ślepy   zaułek.  By liśm y   w  niem al  nieustanny m   kontakcie  z

władzam i, 

podsuwaliśm y  

dziesiątki 

pom y słów 

propozy cj i 

rozwiązania 

problem u,

proponowaliśm y   rozm owy,  przy j m owaliśm y   też  regularnie  oficj alny ch  negocj atorów,  ale  ani
razu nie otrzy m aliśm y  konkretnej  odpowiedzi.

Stark nie próbował nawet ukry wać odrazy.
– Rząd nadal nie chce z nam i rozm awiać?
– Chce, chce. Będzie gadał dopóty, dopóki Słońce nie zm ieni się w nową. Problem

ty lko w ty m , że nie usły szeliśm y  nic ponad zwy czaj owe żądania naty chm iastowej  kapitulacj i. –
Sarafina znów wskazała palcem  sufit. – Nie ulega wątpliwości, że stoj ą za ty m  nasze korporacj e.
To one naciskaj ą na polity ków, który ch opłacaj ą, by  j ak naj szy bciej  odzy skać swoj ą własność. Co

background image

więcej , wspieraj ą ich działania, oferuj ąc tak zwane „kontry bucj e patrioty czne”, by  sfinansować
operacj e woj skowe wy m ierzone przeciw naszej  kolonii.

– Żartuj e pani. Te sam e korporacj e, które odm awiały  płacenia podatków na arm ię

broniącą ich interesów, teraz dobrowolnie robią zrzutkę, by  ta sam a arm ia m ogła nas zaatakować?
Czy  ty lko m nie ta idea wy daj e się m ocno pokręcona?

–  To  całkiem   sensowne  podej ście,  aczkolwiek  do  pewny ch  granic.  Mówię  o

punkcie, w który m  bilans strat przewy ższy  bilans zy sków. Korporacj e nie będą finansować walki
w nieskończoność. Prędzej  czy  później  zwy cięży  zwy kła księgowość, chociaż w naszy m  wy padku
m usim y  pam iętać także o wpły wie czy nników pozaekonom iczny ch.

– Na przy kład j akich? – zapy tała Vic.
–  Na  przy kład  takich,  że  korporacj e  wpom powały   ogrom ne  kwoty   w  ludzi

zasiadaj ący ch  na  Kapitolu  i  w  Biały m   Dom u.  Jak  wspom inałam   podczas  poprzednich  rozm ów,
utrata kolonii księży cowej  m oże m ieć znaczący  wpły w na wy niki zbliżaj ący ch się wy borów, a co
za ty m  idzie, na utratę władzy  przez polity ków siedzący ch w kieszeniach korporacj i. To m iałoby  o
wiele poważniej sze konsekwencj e dla naszy ch by ły ch pracodawców.

Cam pbell także wskazał palcem  w kierunku Ziem i.
–  Nie  zapom inaj m y   też  o  m oty wacj ach  sam y ch  polity ków.  Oni  potrafią  przekuć

każdą porażkę w sukces, który m  da się om am ić elektorat. Gospodarka kraj u pogrąża się w recesj i,
na co m a w równy m  stopniu wpły w utrata kolonii i koszty  operacj i związanej  z j ej  odzy skaniem .
A m oże, bądźm y  szczerzy, raczej  z pokonaniem  waszy ch oddziałów. Rząd czy ni ogrom ne wy siłki,
by   zablokować  niewy godne  inform acj e  doty czące  tego  kry zy su,  ale  niespecj alnie  m u  to
wy chodzi...  –  zam ilkł  na  m om ent,  zastanawiaj ąc  się,  co  j eszcze  m oże  powiedzieć.  –  Ludzie
gotowi są na wiele wy rzeczeń, ale ty lko pod warunkiem , że uwierzą, iż rządzący  wiedzą, co robią.
Jeśli  tracą  zaufanie  do  władzy,  zaczy naj ą  zadawać  m asę  niewy godny ch  py tań.  Odby ły   się  j uż
pierwsze  dem onstracj e.  I  to  duże.  Przedstawiano  j e  j ako  protesty   anty am ery kańskich
ekstrem istów,  lecz  z  naszy ch  inform acj i  wy nika  j ednak  co  innego.  Wśród  protestuj ący ch
przeważali przedstawiciele klasy  średniej  i robotnicy, powiedzm y  to sobie szczerze, ci, którzy  do
tej  pory  ły kali każdą propagandę.

Na ustach Vic poj awił się blady  uśm iech.
– Obawiam  się, że Ethan m a przy kry  zwy czaj  wzniecania rewolucj i.
– Nie sądzę, aby  m iało tam  doj ść do rewolucj i. A w każdy m  razie nie do zbroj nej .

Protesty  m ogą wy gasnąć sam oistnie, j eśli sy tuacj a ekonom iczna poprawi się choć trochę. Rząd
będzie  j ednak  m usiał  odnieść  zdecy dowane  zwy cięstwo  tutaj ,  j eśli  chce  usprawiedliwić
doty chczasową  polity kę  wobec  kolonii.  Gdy by   stało  się  inaczej ,  będzie  m iał  na  karku  wszy stkie
korporacj e. Im  zm iana polity ki wobec nas nie zaszkodzi, ale rządzący  to zupełnie inna historia.

Stark kiwał głową, słuchaj ąc go z uwagą.
–  Zatem   władze  nie  odpuszczą  bez  względu  na  koszty.  Czy   wy bory   na  Ziem i

nastąpią wy starczaj ąco szy bko, by śm y  m ogli to przetrwać?

– Trudno powiedzieć – odparła Sarafina. – Co gorsze, m am y  coraz większe naciski

ze  strony   m ieszkańców  kolonii,  by   j ak  naj szy bciej   przeprowadzić  referendum   w  sprawie
proklam owania  niepodległości,  a  j eśli  tendencj e  wolnościowe  przeważą,  by   j ak  naj szy bciej
ogłosić j ego wy niki, nie czekaj ąc na wy bory  w Stanach. Ludzie są j uż zm ęczeni czekaniem .

–  A  m y   j esteśm y   zm ęczeni  nieustanny m i  walkam i.  Ile  czasu  nam   więc  zostało?

Kiedy  m iałoby  się rozpocząć referendum ?

Cam pbell i Sarafina raz j eszcze wy m ienili znaczące spoj rzenia.
– Za kilka ty godni – odpowiedział zarządca kolonii. – Dalsze opóźnianie głosowania

wy m agałoby   obiecy wania  cudów  na  kij u,  a  szczerze  m ówiąc,  sam   m am   j uż  dość  j ałowy ch

background image

rozm ów z naszy m  rządem .

– Nie pan j eden. Mój  oj ciec wściekł się na polity ków całe lata tem u.
– Niepokoi nas coś j eszcze – wtrąciła asy stentka. – Do tej  pory  atakowano nas za

pom ocą broni... j ak by  to powiedzieć...

– Konwencj onalnej ?
– Tak. O to właśnie chodziło. Nie uży to broni m asowej  zagłady. Zarej estrowaliśm y

próby   hakowania  naszy ch  sy stem ów,  co  m ogłoby   doprowadzić  do  zniszczenia  infrastruktury
kolonii,  ale  poradziliśm y   sobie  dzięki  doskonały m   zabezpieczeniom .  Obawiam y   się  j ednak
odpowiedzi rządu na ogłoszenie niepodległości. Czego wtedy  uży j e przeciw nam ?

– Na pewno nie bom b nuklearny ch albo zerowy ch – zapewniła j ą Vic. – Za bardzo

skaziliby   ten  teren  w  każdy m   tego  słowa  znaczeniu.  Poza  ty m   zniszczenie  tego,  czego  bronim y,
oznaczałoby   wprawdzie  naszą  porażkę,  ale  na  pewno  nie  zwy cięstwo  rządu.  Utraciliby   przecież
kolonię i  wszy stko,  co  w  nią  zainwestowali.  Aczkolwiek...  –  zerknęła  w  kierunku  Starka.  –  My   też
obawiam y  się nieco tego, co m oże nastąpić.

– To prawda – przy znał Ethan. – Sy tuacj a nie uległa zm ianie od początku konfliktu.

Dzięki  długiem u  procesowi  redukcj i  sił  zbroj ny ch  i  ograniczania  budżetu  arm ii  po  to,  by
generałowie i adm irałowie m ieli fundusze na swoj e wy m arzone proj ekty  broni nowej  generacj i,
dzisiej sze  woj sko  nie  m a  wy starczaj ącej   liczby   przeszkolony ch  żołnierzy.  By ły   z  ty m   j uż
problem y   w  czasach,  gdy   tu  przy by waliśm y,  ale  Pentagon  stracił  przez  własną  głupotę  niem al
całą trzecią dy wizj ę, a pierwsza walczy  po naszej  stronie. Została im  więc j uż ty lko druga, która
m a  trzy m ać  w  ry zach  wszy stkich  wrogów  na  Ziem i,  nie  m ówiąc  o  nie  m niej   liczny ch
„soj usznikach” i „przy j aciołach”. Nie widzę więc arm ii, która m ogłaby  nas stąd wy kurzy ć.

–  Dlatego  rząd  zaczął  werbować  naj em ników  i  dogady wać  się  z  inny m i

m ocarstwam i  –  podj ęła  Rey nolds.  –  Ale  to  też  nie  wy paliło.  Uważam y,  że  prędzej   czy   później
spróbuj ą czegoś innego, choć nie wiem y, co to m oże by ć.

Cam pbell się nachm urzy ł.
– Musicie się przecież dom y ślać, j akich m etod m ogą uży ć.
– Panie Cam pbell, gdy by śm y  m ieli do czy nienia z rozsądny m i ludźm i, m ogłaby m

odpowiedzieć  i  pewnie  niewiele  by m   się  pom y liła,  ale  do  naszego  rządu  nie  pasuj e  słowo
„rozsądek”. A j eśli m a się do czy nienia z głupcam i, każde rozwiązanie j est m ożliwe. Poza bronią
nuklearną i zerową, rzecz j asna. Ty ch nawet tak wielcy  durnie nie uży j ą.

–  Nauczy łem   się  nie  lekceważy ć  pokładów  głupoty   drzem iący ch  w  niektóry ch

ludziach, ale przy j m uj ę pani wy j aśnienie, ponieważ nie m am  lepszego. – Zarządca zrobił zbolałą
m inę,  zanim   zerknął  po  raz  kolej ny   na  Sarafinę.  –  Ani  j a,  ani  m oj a  asy stentka  nie  m am y
pewności, czy  obraliśm y  naj rozsądniej szy  kurs, ale j ak sam i zapewne wiecie, niekiedy  człowiek
nie  m a  czasu  na  głębsze  zastanowienie,  w  pośpiechu  zaś  nie  zauważa  m niej   oczy wisty ch
rozwiązań.

Te  słowa  zasm uciły   Starka.  Spuścił  wzrok  na  dłuższą  chwilę,  znów  doznał  owego

dziwnego  wrażenia,  j akby   spadał  ze  strom ego  klifu.  Towarzy szy ło  m u  zawsze,  gdy   zam iast
podej m ować  przem y ślane  decy zj e,  dawał  się  nieść  fali  wy darzeń.  Lubię  podejmować  decyzje.
Jeden Bóg wie, że nie zawsze bywają słuszne, ale przynajmniej są moje. Przeniósł wzrok na dwój kę
cy wilów,  potem   na  Vic.  Wszy scy   zdawali  się  m y śleć  podobnie,  j akby   sądzili,  że  będą  m usieli
przetrwać nadchodzące wy darzenia, a nie kształtować j e. I nie by li ty m  uradowani, tak sam o j ak
Stark. Musi być jakiś inny sposób. Obiecywałem sobie, że nie ugrzęznę nigdy więcej w bagnie złych
decyzji. Będę planował z wyprzedzeniem. Ale u licha, nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego.

Po wy j ściu z biura przepuścił przodem  Rey nolds.
– Wracaj  do centrum  dowodzenia, j eśli chcesz.

background image

–  A  j eśli  nie  chcę?  –  Spoj rzała  na  niego,  unosząc  znacząco  brew.  –  Gdzie  się

wy bierasz?

– Do m edy cznego. Powinienem  odwiedzić żołnierzy, którzy  odnieśli rany  podczas

wy padu.

– Ty lko ich? Nikogo innego?
Stark przy m knął powieki.
– Przecież cholernie dobrze wiesz, że j est ktoś j eszcze.
Chwy ciła go za ram ię.
– Nie próbuj ę ci dogry zać, Ethan. Musisz j ednak przestać zaprzeczać. Cieszę się, że

zaj rzy sz  do  Murphy ’ego,  ale  oboj e  czy taliśm y   te  sam e  raporty.  Nie  obudził  się  j eszcze,  a  po
obudzeniu długo nie będzie koj arzy ć. Zrobim y  dla niego co w naszej  m ocy, ale nie rozklej aj  się z
tego powodu.

–  To  j eden  z  m oich  chłopców,  Vic.  –  Stark  przy by ł  na  Księży c  j ako  dowódca

zwy kłej   druży ny,  dwunastu  żołnierzy,  za  który ch  osobiście  odpowiadał.  Kilku  z  nich  zginęło  na
sam y m  początku kam panii. Kolej ni polegli całkiem  niedawno. Murphy  służy ł w j ego oddziale od
bardzo dawna. Nie by ł naj lepszy m  żołnierzem . Już prędzej  cwaniaczkiem  obij aj ący m  się, kiedy
ty lko  m ógł.  Ethan  m usiał  porzucić  druży nę,  gdy   pozostali  podoficerowie  wy brali  go  na
kom endanta  zbuntowany ch  j ednostek,  sercem   j ednak  wciąż  pozostawał  wśród  swoich  j akże
nieliczny ch j uż żołnierzy. – Może gdy by m  podj ął inna decy zj ę...

–  Daj   spokój .  Utrzy m ałeś  tego  chłopaka  przy   ży ciu  podczas  kilkunastu  operacj i.

Jeśli przeży j e i tę, to ty lko dzięki twoj em u ogrom nem u zaangażowaniu. Zachowaj  więc poczucie
winy  dla kogoś, kom u naprawdę nie będziesz w stanie pom óc.

Stark spoj rzał j ej  w oczy.
– Dzięki za słowa pociechy.
–  Nie  potrzebuj esz  poklepy wania  po  plecach,  ty lko  kogoś,  kto  nie  zawaha  się

powiedzieć, że robisz z siebie idiotę. – Vic wy szczerzy ła zęby. – A to m oj a robota.

Stark zdołał przy wołać na usta blady  uśm iech.
– Dobrze sobie z ty m  radzicie, żołnierzu. Dzięki.
– I j eszcze m i za to dziękuj e. Uściskaj  Murpha ode m nie.
– Tak zrobię.

W m edy czny m  człowiek zawsze m iał wrażenie, że j est ciszej  i spokoj niej  niż gdzie

indziej , nawet po atakach, gdy  lekarze i pielęgniarki opatry wali w pośpiechu ranny ch, a stoj ąca
pod ścianam i aparatura brzęczała i pikała, wtóruj ąc panuj ącej  wokół wrzawie. Stark wziął się w
garść, potem  ruszy ł kory tarzem , m ij aj ąc recepcj ę cichszy m i niż zazwy czaj  m iękkim i skokam i.

Ranni  z  czwartego  batalionu  leżeli  wciąż  tam ,  gdzie  m ówił  Milheim .  Nawet

zaawansowana m edy cy na dwudziestego pierwszego wieku nie m ogła naprawić w ciągu j ednego
dnia uszkodzony ch organów wewnętrzny ch, m ięśni i kości. Czy niła j ednak na ty m  polu ogrom ne
postępy.  Jedy ną  granicą  by ła  w  ty m   wy padku  wy dolność  organizm u,  który   m usiał  radzić  sobie
j ednocześnie z przy spieszoną regeneracj ą i osłabieniem  spowodowany m  urazam i.

Ranni  podnosili  się,  widząc  Starka,  paru  próbowało  nawet  wiwatować.  A  czem u

nie? Dzisiaj, jeśli trafisz do szpitala, na pewno wyjdziesz z niego żywy. Poskładają cię, choćbyś nie

background image

wiem  jak  oberwał.  Dlaczego  ci  ludzie  mieliby  się  z  tego  nie  cieszyć?  Ściskał  im   więc  dłonie,
ostrożnie klepał ich po plecach, py tał o rodziny  i chwalił za postawę na polu walki. Robił to, czego
spodziewali  się  po  nim   żołnierze,  którzy   wciąż  j eszcze  nie  otrząsnęli  się  z  szoku  po  tak  bliskim
kontakcie ze śm iercią.

Gdy  dotarł do ostatniego z odwiedzany ch, przy siadł w m ilczeniu przy  j ego łóżku i

nie  ruszy ł  się  przez  dłuższą  chwilę.  Żołnierz  by ł  nieprzy tom ny,  podpięty   do  aparatury,  która
utrzy m y wała  go  przy   ży ciu.  Inne  urządzenia  i  sam   organizm   pracowały   wspólnie  nad
usunięciem  skutków ran, które j eszcze kilka dekad wcześniej  by ły by  śm iertelne. Spod opatrunków
wy stawało  ty lko  kilka  skrawków  bladej   skóry,  sporą  część  ciała  zasłaniała  aparatura,  łóżko  od
reszty   sali  oddzielały   natom iast  proste  zasłony   zapewniaj ące  rannem u  m inim um   pry watności.
Stark  zerknął  na  wiszącą  obok  łóżka  tabliczkę  zapełnioną  niezrozum iałą  dla  niego  m edy czną
term inologią. Wrócił do obserwowania przesuwaj ący ch się linii obrazuj ący ch częstotliwość pulsu
i oddechu pacj enta.

Co  mógłbym  powiedzieć,  gdyby  obudził  się  teraz?  Ile  prawdy  wystarczyłoby,  żeby

nie przesadzić? Wy szeptał  w końcu:  „Powodzenia, żołnierzu”,  po czy m   ruszy ł w  kierunku  innego
oddziału m edy cznego, gdzie czekali kolej ni ranni.

Szeregowy   Murphy   m iał  dla  siebie  niewielką  izolatkę  oddzieloną  od  reszty

pom ieszczenia  przenośny m i  panelowy m i  ściankam i.  Otaczaj ące  go  urządzenia  m ruczały   i
bły skały  spokoj ny m  ry tm em . On sam  leżał płasko na plecach, oczy  m iał przy m knięte i wy glądał,
j akby  by ł zupełnie zdrowy. Ty lko ktoś, kto go dobrze znał, j ak na przy kład Stark, m ógł zauważy ć
niety pową chudość policzków, widom y  znak, że chory  wiele ostatnio wy cierpiał.

W  nogach  łóżka  Ethan  dostrzegł  znaj om ą  postać  trzy m aj ącą  spory   wy świetlacz.

Odchrząknął cicho, by  zwrócić na siebie uwagę.

– Witam , pani doktor.
Medy czka o podkrążony ch oczach odwróciła się i uśm iechnęła przy j aźnie.
– Witam  ponownie, sierżancie. Nie da się pan zby ć, j ak widzę.
– Przepraszam . Sam a pani wie, j ak to j est.
Przy taknęła.
–  Odwiedza  pan  ranny ch.  Rozum iem .  Gdy   zaglądali  do  nas  generałowie,  zawsze

towarzy szy li  im   kam erzy ści  uwieczniaj ący   to  wy darzenie.  Panu,  j ak  widzę,  nie  zależy   na
rozgłosie.

–  Zapewniam   panią,  że  nie.  Skończy łem   właśnie  odwiedzać  nowy ch  i

pom y ślałem , że zaj rzę też tutaj , sprawdzę, co sły chać u Murpha. – Pozwolił, by  dostrzegła j ego
udrękę, ale ty lko przez m om ent. – Coś z nim  nie tak?

–  Ależ  skąd.  –  Lekarka  potarła  policzki  dłońm i,  m ierząc  Ethana  oboj ętny m

spoj rzeniem .  –  Nazy wam y   taki  stan  niby -ży ciem .  To  bardzo  odpowiednie  określenie.  Tak
naprawdę  powinniśm y   uży wać  znacznie  dokładniej szego  i  o  wiele  dłuższego  term inu
m edy cznego,  który   oznacza,  że  wszy stko  zostało  j uż  naprawione,  ale  ciało  nadal  nie  chce  w  to
uwierzy ć. To trochę tak, j akby  siedział w nim  ktoś inny, kto uznał, że pacj ent wy starczaj ąco się j uż
nacierpiał, i po prostu go wy łączy ł.

– Nie rozum iem . Jest zdrowy ?
–  W  pewny m   sensie.  Jak  j uż  wspom niałam ,  wszy stkie  j ego  organy   funkcj onuj ą

prawidłowo,  ale  j eśli  odłączy m y   go  od  aparatury,  naty chm iast  dostanie  zapaści  i  um rze.  Nie
dlatego, że coś j est z nim  nie tak. Mózg po prostu nie przy j m uj e do wiadom ości, iż rany  zostały
wy leczone.

–  Czy   on...  Mówi  pani  tak,  j akby   znała  podobne  przy padki.  Są  j akieś  szanse  na

poprawę?

background image

Lekarka  uśm iechnęła  się  sm utno.  Gdy   znów  się  odezwała,  Ethan  zaczął  się

zastanawiać, czy  ta kobieta kiedy kolwiek wy gląda na wy poczętą i wy spaną.

– Jakieś tam  szanse są, ale niewielkie. Może otworzy ć oczy  za kilka dni albo za parę

lat.  Równie  dobrze  m oże  nie  obudzić  się  nigdy.  W  pewny m   m om encie  prosim y   rodzinę,  by
zadecy dowała o odłączeniu od aparatury. Czy  ten chłopak m a tutaj  j akichś krewny ch?

Stark pokręcił głową.
– Nie. Chy ba m a ty lko m nie.
–  Mogło  by ć  gorzej ...  –  zam ilkła,  spoglądaj ąc  na  Ethana  spod  na  wpół

przy m knięty ch powiek. – Zdaj e pan sobie sprawę, że j eśli nawet się wy budzi, m oże by ć zupełnie
inny m   człowiekiem ?  Znalazł  się  tak  blisko  stanu  śm ierci,  j ak  to  ty lko  m ożliwe.  Nie  wszy scy
wy trzy m uj ą taki stres.

– Dom y ślam  się. – Stark podszedł ostrożnie do Murpha, j akby  bał się, że go obudzi.

– Mogę m u coś powiedzieć?

– Pan tu rządzi. Może pan robić, co pan zechce. To na pewno nie zaszkodzi.
– Usły szy  m nie?
–  Tego  nie  wiem .  Ale  załóżm y,  że  tak  będzie.  Widziałam   taki  przy padek,  gdy

pacj entka w kom ie uśm iechnęła się po ty m , j ak odwiedził j ą narzeczony. Niby  by ła m artwa dla
świata, ale się uśm iechała. – Lekarka wskazała nieruchom ego pacj enta. – Ma j akąś dziewczy nę?

– Miał. Zginęła podczas tego sam ego ataku, po który m  trafił do was.
– To straszne. By ła z tej  sam ej  j ednostki?
– Nie. Nie służy ła w woj u. Ty powa cy wilbanda. Kolonistka.
–  Cy wil?  –  Lekarka  zrobiła  wielkie  oczy,  potem   spoj rzała  raz  j eszcze  na

Murphy ’ego. – To coś nowego. Ten chłopak wy gląda j ak ty powy  żołnierz. Zwy kłe dziewczy ny  od
takich stronią.

–  Tutej sze  wy daj ą  się  inne.  Dbaj ą  o  nas.  Nie  j esteśm y   dla  nich  postaciam i  z

reality -show.

–  Tak.  Widziałam   kiedy ś  coś  takiego.  Cy wilni  lekarze  pom agali  nam   przy

opatry waniu ranny ch. Ale... – zawiesiła nagle głos. – Straszna strata. Naprawdę. – Cofnęła się. –
Zostawię was sam y ch na kilka m inut.

– Dzięki. – Stark zawahał się, potem  spoj rzał j ej  w twarz. – Ta dziewczy na, o której

pani wspom niała... ta, która uśm iechała się po wizy cie narzeczonego... Czy  ona wy budziła się ze
śpiączki?

– Nie. Ale wiedziała, że o niej  nie zapom niano.
Stark  podszedł  nieśm iało  do  szpitalnego  łóżka,  usiadł  obok,  przy glądał  się  dłuższą

chwilę twarzy  Murphy ’ego – ten spokój  i te przy m knięte oczy, j ak u żołnierzy, którzy  zapadali w
kam ienny  sen po zby t wielkim  wy siłku.

–  Cześć,  Murph.  –  Sięgnął  do  kieszeni  po  figurkę  o  idioty czny m   uśm iechu.  –  Nie

wiem ,  czy   widziałeś  kiedy ś  coś  takiego.  Należała  do  Robin.  Nazy waj ą  j e  paca.  To  taka  durna
m askotka, za którą kobiety  z cy wilbandy  szalały  wiele lat tem u. Robin dostała j ą od m atki. Moj a
m am a  też  taką  m iała.  Jaki  ten  świat  m ały,  nie?  Wracaj ąc  do  tem atu,  ta  figurka  wiele  dla  niej
znaczy ła,  więc  pom y ślałem ,  że  chciałby ś  j ą  m ieć.  –  Ustawił  pacę  na  pobliskim   stoliku,  tak  by
szczerzy ła się w kierunku Murpha, potem  oblizał wargi, zbieraj ąc m y śli przed wy powiedzeniem
kolej ny ch zdań.

–  Słuchaj ,  wiem ,  że  to  j a  zawsze  m ówiłem   ci,  co  i  j ak  robić,  aby   by ło  dobrze.

Teraz nie m ogę j uż pom óc. Nie m am  prawa. Ty  m usisz za siebie decy dować, j eśli ty lko m ożesz.
Jesteś dobry m  chłopakiem , ży łeś j ak trzeba, trzy m ałeś się przy j aciół. Jeśli uznasz, że odsłuży łeś
pełną  zm ianę  i  czas  ruszy ć  dalej ,  nie  będę  cię  zatrzy m y wał,  to  twoj e  święte  prawo.  Wiem ,  że

background image

czeka  tam   na  ciebie  wielu  kum pli.  A  przy naj m niej   taką  m am   nadziej ę.  Jeśli  j ednak  uznasz,  że
m ożesz tu j eszcze trochę posiedzieć i j eśli zechcesz do nas wrócić, będę czekał. I pom ogę ci, na
ile  będę  m ógł.  Chciałby m   ty lko  wiedzieć,  czego  naj bardziej   będziesz  potrzebował.  –  Twarz
Murphy ’ego  pozostała  j ak  m aska.  –  Pewnie  tego  sam ego  co  inni.  Robim y   to,  co  uważam y   za
naj lepsze, i m am y  nadziej ę, że słuszność j est po naszej  stronie. – Musnął opuszkam i palców rękę
rannego, j akby  obawiał się, że m ocniej szy  doty k m oże j ą uszkodzić albo złam ać. – Odpoczy waj ,
żołnierzu.

Wstał  cichutko,  j akby   Murph  dopiero  co  zasnął,  i  ruszy ł  w  kierunku  stoj ącej   w

stosownej  odległości lekarki.

– Udało się? – zapy tała, zniżaj ąc głos.
– Niespecj alnie. Nie spodziewała się pani chy ba wielkich postępów?
– To prawda, ale cuda czasam i się zdarzaj ą. Gdy by m  w to nie wierzy ła, j uż dawno

rzuciłaby m  tę robotę. A j ednak nie odpuszczam  nawet wtedy, gdy  zdrowy  rozsądek podpowiada,
że nie m a j uż nadziei.

Stark uśm iechnął się pod nosem  z lekką gory czą.
–  Tacy   j uż  j esteśm y,  nieprawdaż?  Bez  przerwy   próbuj em y.  Może  to  po  prostu

upór. Pani doktor?

– Tak?
–  Sądzi  pani,  że  j est  coś  j eszcze?  Wie  pani,  niebo  czy   j ak  j e  tam   zwać?  Lepsze

m iej sce?

– Chciałaby m  w to wierzy ć. Problem  j ednak w ty m , że ci, którzy  wiedzą to na sto

procent, nie chcą z nam i gadać.

–  Tak.  –  Stark  zam y ślił  się,  nie  odry waj ąc  wzroku  od  Murphy ’ego.  –  Czasam i

zastanawiam  się  nad pewny m   problem em : dlaczego  walczy m y  z  takim  zacięciem   o  pozostanie
przy  ży ciu, skoro wierzy m y, że istniej e lepszy  świat, na który m  czekaj ą na nas utraceni bliscy ?
Dlaczego  się  nie  poddaj em y ?  Dlaczego  leczy m y   chory ch  i  ranny ch,  zam iast  pozwolić  im
odej ść?

– Może dlatego, że nie m am y  pewności, bo nie m ożem y  j ej  m ieć? Może chodzi o

to,  że  ludzie  nienawidzą  zm ian,  nawet  ty ch  na  lepsze?  A  m oże  po  prostu  nie  chcem y   zostawić
ty ch osób i m iej sc, które tak dobrze znam y ? Bardzo prawdopodobne j est też to, że Stwórca chciał,
aby śm y  j ak naj dłużej  trzy m ali się ży cia.

– To by  nawet pasowało. Py tanie ty lko, dlaczego m iałby  chcieć trzy m ać nas tutaj ,

gdzie tak łatwo popełnić błąd, dokonać złego wy boru albo skrzy wdzić innego człowieka. Nie sądzi
pani, że to dość okrutne? Dlaczego więc to robi? Dlaczego każe nam  tu by ć tak długo, j ak się da?

– Może chce nas ty m  sposobem  czegoś nauczy ć?
Stark m ilczał przez chwilę, a potem  skinął głową.
– Tak. To brzm i sensownie. Widzę, że przem y ślała to pani sobie dokładnie.
– Gdy  widzi się śm ierć ty lu ludzi, takie odpowiedzi nasuwaj ą się sam e.
– Proszę dać m i znać, gdy by  coś się zm ieniło.
– Jasne. Będę m iała na niego oko.
Stark oddalił się wolny m  krokiem , zerknął też przez ram ię, zanim  zniknął za zasłoną.

Lekarka stała przy  łóżku Murphy ’ego, trzy m aj ąc dłoń na poręczy. Plecy  m iała zgarbione, j akby
spoczy wał  na  nich  ogrom ny   ciężar,  głowę  też  opuściła.  Ethan  dom y ślił  się,  że  j ej   oczy   m uszą
wy glądać w tej  chwili na j eszcze bardziej  zm ęczone niż zazwy czaj .

background image

Wokół  spadały   pociski  arty lery j skie,  ogień  z  broni  ręcznej   zasy py wał

pozbawiony ch  osłony   am ery kańskich  żołnierzy.  Szeregowiec  Ethan  Stark  przy warł  do  ziem i,
j akby  chciał się w nią wtopić. Drżał spazm aty cznie za każdy m  razem , gdy  wzgórzem  wstrząsała
eksplozj a.  Przed  oczam i  m iał  źdźbła  połam anej   trawy,  na  niektóry ch  widać  by ło  spły waj ącą
krew.

Żołnierz  leżący   na  prawo  od  niego  odwrócił  głowę,  spoj rzał  m u  prosto  w  oczy.

Kapral Stein, j ego m entorka, niem al starsza siostra. Teraz j ednak patrzy ła gniewnie.

– Ty m  razem  naprawdę wszy stko spieprzy łeś, Stark.
– Co ty  m ówisz, Kate? Co spieprzy łem ?
– Ty  nas tutaj  sprowadziłeś. Przez ciebie wpadliśm y  w pułapkę.
Stark,  oszołom iony   ostrzałem   i  trwaj ącą  walką,  chciał  wrzasnąć  wściekle  na  tak

niedorzeczne oskarżenie.

– Przecież nie j a tu dowodzę, u licha! To nie m oj a wina!
Coś by ło nie tak. Ethan spoj rzał przed siebie. Linia drzew, zza której  wróg prowadził

ostrzał, zniknęła, ustępuj ąc m iej sca goły m  graniom . Trawa wokół także ustąpiła m iej sca ostry m
j ak brzy twy  kam ieniom , po który ch ściekała ta sam a krew.

– Kate? Co u licha... – spoj rzał na nią, nie m ogąc dokończy ć py tania.
–  Zaufaliśm y   ci,  Stark.  A  ty   nas  sprowadziłeś  w  m iej sce,  z  którego  nie  m ożem y

uciec. – Stein, m ówiąc to, wskazała na swoj e nogi.

Ethan  przeniósł  wzrok  i  poczuł  m dłości,  gdy   zobaczy ł,  że  wy buch  pozbawił  j ą

niem al  cały ch  kończy n.  Odwrócił  się  szy bko,  ale  po  lewej   m iał  kolej nego  żołnierza.  Ten  leżał
twarzą  do  ziem i  tuż  obok,  nie  ruszał  się.  Ręka  Starka  wy sunęła  się  wolno,  j akby   nie  on  nią
kierował, i potrzasnęła ram ieniem  tam tego. Bezwładne ciało zakoły sało się, głowa wolno obróciła
się  na  bok.  Szeregowiec  Murphy.  Wciąż  ży wy.  Ethan  czuł  słaby   oddech  na  skórze  dłoni.  Twarz
tam tego pozostawała j ednak dziwnie nieruchom a, wzrok m iał pusty.

– Ty  nie zginąłeś! – wrzasnął Stark. – Ty  nie...
Obudził się, sły sząc łom ot pulsu w uszach i czuj ąc dreszcze na wspom nienie bitwy.

Wzgórze  Pattersona.  Przeżywam  tamte  wydarzenia  każdej  nocy  od  zakończenia  walki.  To  był
straszny koszmar i bez tych dodatków.

Usiadł,  potarł  dłonią  twarz,  uspokoił  oddech.  Maj or  Patterson  poprowadził  dwie

kom panie dużo dalej  od pozostały ch dowódców i zrozum iał za późno, że wróg dy sponuj e znacznie
większy m i  siłam i  i  m a  lepszy   sprzęt,  niż  przy puszczano.  Zam iast  wy cofać  ludzi,  kazał  im   zaj ąć
pozy cj e  na  odsłonięty m   wzgórzu,  gdzie  zostali  otoczeni  i  sy stem aty cznie  wy bici.  Stark  by ł
j edny m  z trzech szczęśliwców, którzy  przetrwali, udało m u się przedrzeć nocą przez linie wroga.
Zostawił na tam ty m  wzgórzu wielu poległy ch przy j aciół, wliczaj ąc w to Kate Stein.

A teraz zaczyna mi się śnić, że to wszystko moja wina. Że to ja jestem odpowiedzialny

za  cały  bajzel.  Tam  i  tutaj.  Za  poległych  na  wzgórzu  i  na  Księżycu.  Ludzie  liczą  na  mnie.  Co  ja
jednak mogę?

Wrócił  na  m om ent  m y ślam i  do  Kate  Stein,  do  lekcj i  przetrwania,  j akich  udzieliła

rekrutowi  nazwiskiem   Ethan  Stark,  i  zastanowił  się,  co  m ogłaby   m u  doradzić  teraz.  To
naprowadziło  go  j ednak  na  wspom nienie  j ej   brata,  Granta,  żołnierza,  który   udawał,  że  j est  pod

background image

wielkim  wrażeniem  Ethana, a potem  zdradził go i pozostały ch buntowników w akcie bezsensownej
zem sty. Żołnierza, który  został skazany  przez sąd polowy, a potem , kiedy  Stark zatwierdził wy rok,
rozstrzelany. Zrozum iem , Kate, j eśli m nie za to znienawidziłaś, ale naprawdę nie m iałem  innego
wy boru.  Może  gdy by ś  by ła  w  dom u,  gdy   ten  dureń  Grant  dorastał,  nauczy łaby ś  go  czegoś
dobrego, podobnie j ak m nie wcześniej .

Stark  wstał,  próbuj ąc  odgonić  od  siebie  wszy stkie  wspom nienia  bitwy   i  Steinów.

Wiedział, że tej  nocy  j uż nie zaśnie, a nie chciał siedzieć sam otnie i gapić się w m rok. Po dłuższej
chwili otworzy ł drzwi i ruszy ł w kierunku naj bliższego pom ieszczenia rekreacy j nego.

O  tak  późnej   porze  niewielka  salka  świeciła  pustkam i,  m ógł  więc  zaj ąć  każde  z

prosty ch m etalowy ch krzeseł. Nowo przy by li potrzebowali sporo czasu, by  przy zwy czaić się do
ich niety powego wy glądu. Oszczędna arm ia kazała j e wy konać z takiej  ilości m etalu, by  m ogły
utrzy m ać wagę przeciętnego człowieka przy  zm niej szonej  grawitacj i.

Stark przy gotował sobie kubek kawy, a potem  usiadł przy  j edny m  z m iniaturowy ch

stolików.  Na  ekranie  przed  nim   wy gaszacz  m alował  świetliste  barwne  plam y   przy pom inaj ące
obrazy,  j akie  człowiek  widzi,  gdy   przy m knie  powieki  po  spoj rzeniu  prosto  w  słońce.  Ethan
wpatry wał się posępnie w zm ieniaj ące się wciąż poły skuj ące kształty.

Uwięzieni. Tak, jesteśmy tu uwięzieni. Ci frajerzy nie są  w  stanie  nas  wykurzyć,  ale  i

my  nie  mamy  dokąd  uciec.  Prędzej  czy  później  przegramy,  jeśli  będą  wysyłać  natarcie  za
natarciem.  Nigdy  nie  byłem  zbyt  dobry  z  matmy,  ale  wiem,  na  czym  polega  sumowanie  efektów
bitew.  Nieważne,  ile  ich  wygrasz,  wystarczy  jedna  przegrana,  by  wyzerować  wynik.  Nikt  nie  liczy
więc zwycięstw. Podobnie jak zabitych wrogów. Zabijesz stu, świetny wynik. Co z tego jednak, gdy
sto pierwszy zabije ciebie?

My śli  Starka  krąży ły   wokół  ostatniej   kwestii.  To  m u  o  czy m ś  przy pom niało.  O

facetach,  którzy   zostali  i  zginęli.  Ale  kto  to  by ł?  I  gdzie  poległ?  Zobaczy ł  znaj om ą  twarz.  Rash
Paratnam ? On wciąż żyje, dzięki Bogu. Ale to właśnie on mi o nich kiedyś opowiadał. Jak oni się
nazywali?  Coś  jak  sportowcy...  Nie,  Spartanie.  Tak.  Walczyli  kiedyś  do  ostatniego.  Dlaczego  to
zrobili,  u  licha?  Odpowiedź  na  to  py tanie  m ogła  nie  m ieć  naj m niej szego  znaczenia,  ale
znalezienie j ej  pozwoliłoby  m u odetchnąć od koszm arów i pozostały ch kwestii, który ch wolał nie
poruszać.  Pochy lił  się,  by   włączy ć  wy świetlacz  i  odszukać  dane  na  tem at  bitwy,  o  której
wspom niał m u przy j aciel. To pewnie ta. Term opile. Przeczy tał skrócony  opis i zainteresował się
nim   na  ty le,  że  zaczął  grzebać  głębiej ,  sprawdzaj ąc,  j akie  długoterm inowe  skutki  przy niosło  to
poświęcenie. Nawet nie zauważy ł, kiedy  m inęła godzina.

Miał  pry watny   num er  Cam pbella,  skorzy stał  więc  z  niego  teraz,  nie  zwracaj ąc

uwagi na porę.

Zarządca odebrał po wielu sy gnałach, wy glądał na m ocno zaspanego.
– Sierżant Stark? Ogłoszono kolej ny  alarm ?
– Nie, to nie alarm . Chciałby m  om ówić z panem  pewną sprawę.
Cam pbell zerknął w dolny  róg wy świetlacza, gdzie znaj dował się zegar.
– Pan nie sy pia j ak norm alni ludzie, sierżancie?
–  Jak  widać  nie,  sir.  To  chy ba  efekt  zby t  wielu  nocy   spędzony ch  na  służbie.  Czy

sły szał pan kiedy ś o ludziach zwany ch Spartanam i?

– O Spartanach? Oczy wiście. Py ta pan o woj owników ze staroży tnej  Grecj i?
–  Zgadza  się.  Chodzi  m i  o  Term opile.  By ło  ich  tam   ty lko  trzy stu,  ale  kazano  im

powstrzy m ać arm ię naj eźdźcy.

Cam pbell potrząsnął głową, j akby  próbował się rozbudzić i poukładać m y śli.
– To m usieli by ć Persowie, j eśli dobrze pam iętam .
– Tak. Wracaj ąc do tem atu, ci Spartanie m usieli się bronić przez dłuższy  czas. Taki

background image

otrzy m ali  rozkaz.  Utrzy m ać  zaj m owane  pozy cj e.  Persowie  posłali  na  nich  ogrom ną  arm ię.
Udało im  się j akiś czas później  otoczy ć Spartan i wy bić ich wszy stkich. – Stark przesuwał palec,
j akby  wodził nim  po wcześniej  wy świetlany m  tekście. – Mogli się wy cofać, ale nie zrobili tego.
Kazano im  bronić zaj m owany ch pozy cj i, więc zostali tam  i polegli.

– To by ło niewątpliwie bardzo szlachetne poświęcenie z ich strony, sierżancie Stark,

ale co to m a...

Ethan podniósł wzrok ku sufitowi, próbuj ąc znaleźć odpowiednie słowa.
–  Tu  chodzi  o  coś  j eszcze.  Greckie  plem iona  walczy ły   także  pom iędzy   sobą.

Plem iona  czy   państwa-m iasta,  j ak  zwał,  tak  zwał.  Nawet  w  obliczu  inwazj i  Persów  Grecy   nie
um ieli  się  dogadać.  Ci  Spartanie  doprowadzili  do  kom pletnej   zm iany   sy tuacj i.  Nie  ty lko  kupili
reszcie trochę czasu. Ich czy n stał się wielkim  sy m bolem  dla wszy stkich Greków. Rozum ie pan,
oni  nie  zginęli  tam   dla  siebie.  Zdawali  sobie  sprawę  z  tego,  że  będą  m artwi,  nawet  j eśli  ktoś
pokona  potem   Persów.  Mogli  przecież  wy cofać  się  do  swoj ego  m iasta  i  bronić  ty lko  własnego
tery torium .  Polegli  j ednak  w  obronie  wszy stkich  pozostały ch.  I  stali  się  sy m bolem ,  który
zj ednoczy ł Greków.

Cam pbell kiwał głową, nadal nic nie rozum iej ąc.
– Tak, to niewątpliwie m iało ogrom ne znaczenie, ale nadal nie rozum iem , dlaczego

ta właśnie bitwa tak pana zafascy nowała.

–  Może  dlatego,  że  pły nie  z  niej   j eden  ważny   wniosek.  –  Ethan  pochy lił  się  w

kierunku ekranu, by  dodać wagi kolej ny m  słowom . – Czas zrobić coś dobrego. Chciałby m  prosić
pana o przy sługę.

– Jaką?
– Chodzi o głosowanie nad deklaracj ą niepodległości. Chcę, by  j e pan odwołał.
– Słucham ? – Cam pbell potrząsnął raz j eszcze głową, j akby  chciał sprawdzić, czy

dobrze usły szał. – Mam  odwołać referendum ? Dlaczego?

Stark się zawahał. Raz j eszcze m usiał poszukać odpowiednich słów.
– Ponieważ m ożem y  odłączy ć się od USA, kiedy  ty lko zechcem y. Chodzi m i o to,

że  kolonia  m a  się  całkiem   nieźle,  gdy   nie  m usi  j uż  opłacać  krwiopij ców  z  korporacj i  i  płacić
dodatkowy ch podatków. Przedtem  by ło źle dlatego, że wam , cy wilbandzie, nie pozwolono wy brać
reprezentantów, którzy  m ogliby  zm ienić to bezsensowne prawo. Macie tutaj  od cholery  zasobów i
wiele  wy specj alizowany ch  przetwórni,  j eśli  się  nie  m y lę?  A  m oj e  oddziały   m ogą  was  bronić
przez  j akiś  czas,  kto  wie,  m oże  nawet  przez  całą  wieczność.  Co  j ednak  ty m   uzy skam y ?
Odetniem y   się  od  kraj u,  zostawiaj ąc  całą  resztę  cy wilbandy   na  łasce  skorum powany ch
polity ków.

– Twierdzi pan, że powinniśm y  pozostać oby watelam i kraj u, który  robi, co w j ego

m ocy, by  nas upokorzy ć, okraść i zniewolić? Dlaczego? – zapy tał raz j eszcze Cam pbell, ale ty m
razem  z większy m  naciskiem .

–  Jeśli  coś  się  zepsuj e,  m ożna  zrobić  ty lko  dwie  rzeczy,  sir.  Wy rzucić  zepsuty

przedm iot albo go naprawić. Tak, wiem , ludzie przy zwy czaili się do wy rzucania wszy stkiego, bo
to łatwiej sze.  Ale  nie  m usi  tak  by ć...  –  Ethan  przerwał,  przy pom inaj ąc  sobie  o  innej   sprawie.  –
Mam   tam ,  na  dole,  rodziców.  Cy wilów,  j ak  pan.  I  wciąż  j eszcze  pam iętam   czasy,  gdy   by łem
przem ądrzały m   gówniarzem ,  który   wiecznie  przy nosił  im   wsty d.  Ale  wie  pan,  oni  by li...  co  j a
m ówię...  są  porządny m i  ludźm i,  którzy   pragną  ty lko  j ednego:  by ć  w  porządku  wobec  inny ch.
Większość cy wilbandy  taka j est. Podobnie j ak większość woj a. Wszy scy  uważaj ą j ednak, że nie
da  się  nic  zrobić.  Może  gdy   dam y   im   za  przy kład  ludzi,  którzy   nie  ustaj ą  w  wy siłkach,  by   coś
zm ienić na lepsze, sam i także ruszą ty łki i zrobią co trzeba albo przy naj m niej  spróbuj ą. Wie pan,
co stanie się z sy stem em , j eśli będzie ich wy starczaj ąco dużo?

background image

–  Mówi  pan,  że  powinniśm y   trzy m ać  się  Stanów,  aby   by ć  przy kładem   dla

pozostały ch, że da się naprawić sy stem , w który m  wszy scy  ży j em y, i natchnąć ludzi do poparcia
zm ian?  To  bardzo  szczy tny   cel,  sierżancie,  obawiam   się  j ednak,  że  nie  będę  m ógł  panu  pom óc.
Muszę m y śleć o ludziach m ieszkaj ący ch w kolonii. A żąda pan od nich zby t wiele.

–  Sir,  z  cały m   szacunkiem ,  ale  to  m oi  ludzie  giną  codziennie  w  obronie  waszej

kolonii. Nie proszę was o narażanie ży cia. Chcę ty lko, by ście stanęli za nam i i powiedzieli: „Nie
uciekam y, choć m ożem y  to zrobić”.

Gdy   Stark  kończy ł  m ówić,  twarz  Cam pbella  zm ieniła  się  w  m askę  pokerzy sty,

sierżant nie m ógł więc odgadnąć, co m y śli j ego rozm ówca.

–  Doceniam   wasze  poświęcenie,  sierżancie.  Jak  m y   wszy scy   w  kolonii.  Musi  pan

j ednak zrozum ieć, że ogłoszenie deklaracj i niepodległości przy służy  się także pańskim  żołnierzom .
Jako  niezależne  państwo  m ożem y   podpisać  traktaty   pokoj owe  z  częścią  wrogów  albo  nawet  ze
wszy stkim i.  Dzięki  tem u  przestaniem y,  pańscy   żołnierze  i  m oi  podwładni,  ży ć  w  nieustaj ący m
napięciu i stanie oblężenia.

–  Ty le  sam   j uż  wy m y śliłem ,  panie  Cam pbell.  Jednakże  dzisiaj   rano  usły szałem

coś,  co  m nie  poważnie  zaniepokoiło.  Jeden  z  m oich  naj lepszy ch  doradców  przy pom niał  nam   o
ty m ,  że  człowiek  im ieniem   Hannibal  został  pokonany,  ponieważ  nie  m ógł  zwy cięży ć  Rzy m ian,
którzy   odm awiali  stanięcia  do  otwartej   bitwy.  Maj ąc  ich  legiony   za  plecam i,  nie  by ł  w  stanie
zdoby ć Rzy m u. To m nie m ocno zasm uciło, ponieważ zdałem  sobie sprawę, że nie dy sponuj em y
taką arm ią na ty łach wroga próbuj ącego zniszczy ć kolonię.

Cam pbell pokiwał głową.
– Nie uda nam  się zawrzeć separaty sty cznego soj uszu z inny m i m ocarstwam i. Nie

będą chciały  podpaść Stanom  Zj ednoczony m ...

– Nie, sir. Ja nie m ówiłem  o arm iach inny ch kraj ów. Chodziło m i o m ieszkańców

naszego kraj u, o cy wilbandę, która powinna popierać ataki na nas. Czy  to nie j est arm ia? Co się
wy darzy,  j eśli  oni  wszy scy   odm ówią  wsparcia  ty m ,  którzy   chcą  nas  zniszczy ć,  ty m   sam y m
ludziom , którzy  wy sługuj ą się od wielu lat nam i, panem  i m ną, tutaj  i na Ziem i?

–  Nie  wiem .  –  Cam pbell  zrobił  taką  m inę,  że  Stark  nie  m iał  problem u  z

wy obrażeniem  sobie m aszy nerii pracuj ącej  teraz w j ego głowie. – Ale to j est m y śl, sierżancie.
Bardzo  interesuj ąca  m y śl.  Ma  pan  racj ę,  zainspirowanie  ludności  cy wilnej   do  takiego  wy siłku
będzie wy m agało dobrego przy kładu.

– Zrobi pan to, o co proszę?
–  Zastanowię  się  nad  pańską  propozy cj ą.  Niczego  j ednak  nie  obiecuj ę.  Mogę

opóźnić referendum , nie robiąc z tego wielkiego halo, ale nie j estem  w ty m  m om encie gotowy
do j ego bezwarunkowego odwołania.

– O nic więcej  nie proszę.
– By łby  pan skłonny  powtórzy ć ludności kolonii to sam o, co powiedział pan m nie?
– Ja? Nie j estem  m ówcą, ty lko żołnierzem . To pan j est polity kiem .
– Czasam i, gdy  w grę wchodzi szczerość i wiary godność, lepiej  nie wpuszczać na

try bunę  polity ków  –  zauważy ł  zarządca.  –  Wierzy   pan  w  tę  sprawę  na  ty le,  by   stanąć  przed
kam eram i i opowiedzieć o niej  wszy stkim ?

Stark  poczuł,  że  nadchodzi  kolej ny   atak  bólu  głowy.  A  niech  to  wszyscy  diabli.

Dlaczego ja zawsze pakuję się w takie bagno?

– Dobrze. Zrobię to, j eśli będę m usiał.
–  Dziękuj ę,  sierżancie.  –  Cam pbell  zerknął  ostentacy j nie  w  kierunku  zegara.  –

Zadzwonię do pana w tej  sprawie później , w dzień, kiedy  norm alni ludzie nie śpią.

– Jasne. – Stark uśm iechnął się, przy j m uj ąc to napom nienie. – Kiedy  będzie panu

background image

pasowało.

– Dobranoc, sierżancie.
Gdy   ekran  pociem niał,  Ethan  odchy lił  się  w  fotelu  i  odetchnął  głęboko.  I  co  ja

takiego narobiłem? Vic urządzi mi rano prawdziwe piekło.

Usły szał j akiś dźwięk w pobliżu drzwi sali rekreacy j nej . Gdy  obrócił głowę, uj rzał

w progu Rey nolds. Stała tam  z rękam i złożony m i na piersi i nieprzeniknioną m iną.

– O, cześć, Vic.
– Cześć, m ówi. Znowu nie m ogłeś zasnąć, Ethan?
– O tej  porze naj lepiej  m i się pracuj e.
– Czasam i m ógłby ś się zastanowić i przem y śleć sprawę, zanim  otworzy sz usta. To

by   ci  cholernie  ułatwiło  ży cie.  –  Weszła  i  usiadła  naprzeciw  niego.  –  Zam ierzasz  poprosić
cy wilbandę,  by   nie  proklam owała  niepodległości.  Jak  rozum iem ,  chcesz  to  także  powiedzieć
żołnierzom ?

Nad ty m  się j eszcze nie zastanawiał, ale odpowiedział bez zbędnego wahania:
– Tak. Jak ty lko uzgodnię sprawę z Cam pbellem , czy li naj dalej  za kilka dni.
–  Świetnie.  –  Zdziwiła  go  tą  odpowiedzią  i  uśm iechem ,  w  który m   dało  się

zauważy ć  szczery   podziw.  –  Zawsze  m nie  zaskakiwałeś,  Ethan.  Szukaliśm y   sprawy,  za  którą
m ożem y  walczy ć, ale większość z naszy ch obstawiała, że będzie to niepodległość.

– Nie zauważy łem  wielkiego entuzj azm u, gdy  zaczęto m ówić o uniezależnieniu się

od Stanów. Poszliby śm y  na takie rozwiązanie, ale niej ako z przy m usu.

–  Wiem .  Zam iast  tego  proponuj esz  nam   walkę  o  oj czy znę.  Będziem y   się  j ej

trzy m ać tutaj , na Księży cu, żeby  cy wilbanda na Ziem i zrobiła co trzeba, gdy  zobaczy, że gotów
j esteś  za  to  zginąć.  Nie  j ako  bohater  reality -show,  nie  dla  zy sków  korporacj i  na  j akim ś
cuchnący m   zadupiu,  które  j akim ś  cudem   okazało  się  bogate  w  surowce,  ty lko  w  obronie
sprawiedliwości. – Podniosła ręce i zawołała: – Świetna robota, sierżancie.

– Daj  spokój . Nie o to m i chodziło. Nie zdąży łem  przem y śleć tej  sprawy  z każdego

punktu widzenia.

–  Nigdy   tego  nie  robiłeś,  Ethan.  Dlatego  ludzie  w  ciebie  wierzą.  –  Przekrzy wiła

głowę,  uważnie  go  obserwuj ąc.  –  Żeby   to  zadziałało,  będziesz  m usiał  przekonać  do  swoich
pom y słów także cy wilbandę. Jesteś w stanie to zrobić?

– Nie wiem . – Zerknął w stronę m artwego m onitora, po który m  znów zaczął pełzać

obraz  wy gaszacza  ekranu.  –  Jestem   zwy kły m   żołnierzem ,  Vic.  Dlaczego  m oj a  robota  j est  tak
cholernie skom plikowana?

– Może dlatego, że zby t poważnie j ą traktuj esz. Nie m a łatwy ch robót, Ethan, j eśli

chcesz by ć w czy m ś dobry.

–  Jak  brzm iało  to  idioty czne  m otto,  które  chcieli  nam   kiedy ś  wcisnąć?  „Nie  robisz

tego  dobrze,  j eśli  się  przy   ty m   nie  bawisz”.  Pam iętasz?  Cóż  m ogę  dodać?  Ostatnim i  czasy   nie
bawiłem   się  zby t  dobrze,  co  m ówi  sam o  za  siebie.  A  tak  na  m arginesie,  co  robisz  tutaj   o  tak
późnej  porze?

– Od czasu ataku na kwaterę główną budzę się o różny ch porach z przekonaniem , że

powinnam  sprawdzić wszy stkie posterunki.

–  Nie  m a  w  ty m   niczego  złego.  –  Mało  brakowało,  by   dy wersanci  uży waj ący

kodów dostarczony ch im  przez Granta Steina osiągnęli zakładane cele. Naprawdę m ało. Dlatego
ani  Rey nolds,  ani  Stark  nie  cieszy li  się  za  bardzo  z  tego,  że  przeży li  atak  dzięki  ogrom nem u
szczęściu.  –  Wszy stko  w  porządku?  –  Vic  skinęła  głową,  a  Ethan  ziewnął.  –  W  takim   razie
proponuj ę, aby śm y  wrócili do łóżka.

– Ty  stary  zboku.

background image

Stark poczuł, że się czerwieni.
– Nie o to m i chodziło.
–  Wiem .  Ży cie  j est  wy starczaj ąco  skom plikowane,  żeby   dokładać  sobie  j eszcze

coś  takiego.  –  Wstała,  od  razu  ruszaj ąc  do  drzwi.  –  Do  zobaczenia  rano,  żołnierzu.  Cokolwiek
przy szłość przy niesie, lepiej  sobie poradzim y, j eśli będziem y  wy spani.

– Kom endancie Stark? Cy wilbanda znów zauważy ła duchy.
Ethan  m iał  j uż  na  sobie  pancerz,  biegł  właśnie  w  kierunku  centrum   dowodzenia,

dopinaj ąc  ostatnie  klam ry   i  próbuj ąc  zarazem   otrząsnąć  się  z  resztek  senności.  Ostatnim   razem ,
gdy   cy wilni  technicy   skanuj ący   przestrzeń  nad  kolonią  zauważy li  te  odbicia,  nie  by ło  inny ch
ostrzeżeń  przed  atakiem   na  kwaterę  główną.  W  centrum   czekały   j uż  na  niego  sierżant  Tran  i
Rey nolds, obie w pełni opancerzone i uzbroj one.

–  Dzień  dobry.  –  Niebo  na  zewnątrz  zawsze  by ło  czarne  j ak  sm oła,  ale  zegary

wskazy wały  godzinę trzecią. – Ile duszków zauważono? I gdzie?

Tran  wskazała  na  wy świetlacz,  na  który m   niezidenty fikowane  ikonki  opadały

łagodny m  łukiem  w kierunku kolonii.

–  Trzy   albo  cztery.  Cy wilbanda  poinform owała  nas  naty chm iast  po  ty m ,  j ak

zauważy ła  odbicia  na  swoich  skanerach.  Dzięki  sy nchronizacj i  sprzętu  z  ich  częstotliwościam i
sam i odebraliśm y  kilka sy gnałów.

–  Dlaczego  próbuj ą  tego  raz  j eszcze?  Cy wilny   sprzęt  wy kry ł  ich  przecież

poprzednim  razem , dzięki czem u zostaliśm y  ostrzeżeni. Powinni liczy ć się z ty m , że teraz będzie
tak sam o.

Vic potrząsnęła głową.
–  Nie,  Ethan.  Nie  wiedzą  o  niczy m ,  ponieważ  nie  m iał  im   kto  powiedzieć.  Wedle

ich  naj lepszej   wiedzy   nie  spodziewaliśm y   się  ataku,  dopóki  ich  ludzie  nie  wtargnęli  do  centrum
dowodzenia.  Dopiero  potem   zaczęliśm y   ręcznie  skanować  przestrzeń  i  wy kry liśm y   ich
wahadłowce.

–  Zatem   są  pewni,  że  m ogą  poj awić  się  tutaj   niezauważeni?  Sądząc  po

traj ektoriach ty ch duszków, ty m  razem  nie zm ierzaj ą w kierunku centrum  dowodzenia.

–  To  j est  pewne,  nie  wiem y   j ednak,  gdzie  lecą.  Nasze  sy stem y   próbuj ą  wciąż

ustalić, co m oże by ć celem . Niestety, odbicia są zby t słabe.

– W takim  razie spróbuj  chociaż zgadnąć. Te wahadłowce wy ląduj ą lada chwila, a

j a wolałby m , aby  czekał na nie spory  kom itet powitalny.

Vic spoj rzała na Tran, a ta naty chm iast skupiła uwagę na j edny m  z wachtowy ch.

Obserwowany   przez  nią  kapral  wpatrzy ł  się  z  uwagą  w  ekran,  wprowadził  kilka  kom end,  czego
efektem  by ło podświetlenie kolej ny ch sektorów obrazu.

– Sir, gdy by m  m iał zgady wać, wskazałby m  główną siłownię.
–  Siłownia...  –  Potężny   reaktor  fuzy j ny   um iej scowiony   poza  terenem   kolonii,

wkopany  w grunt i otoczony  szerokim  nasy pem . – Tak, Vic. Chcą przej ąć naszą siłownię. Co się
stanie, j eśli do tego doj dzie?

Odpowiedział m u inny  wachtowy :
– Czeka nas powolna śm ierć, sir. Chwy cą nas i m ieszkańców kolonii za gardło. Nie

background image

pociągniem y  długo na siłowniach awary j ny ch i bateriach słoneczny ch.

– Cudnie. A j edy ną alternaty wą będzie szturm  na reaktor fuzy j ny. Vic, wy ślij  tam

wszy stkie  j ednostki  znaj duj ące  się  aktualnie  pod  bronią.  Jakim i  sy stem am i  zabezpieczeń
dy sponuj em y  w tam ty m  sektorze?

Sierżant  Tran  wskazała  na  kilka  rozproszony ch  ikonek,  gdy   zrobiła  powiększenie

m apy  terenu otaczaj ącego siłownię.

– Żandarm eria wspierana przez ochroniarzy  cy wilbandy.
Stark przy j rzał się pospiesznie znacznikom .
– Druży na żandarm erii? To wszy stko?
– Tak.
–  A  oni  nadlatuj ą  trzem a  albo  czterem a  wahadłowcam i  desantowy m i?  Te

m aszy ny   są  m niej sze  od  transportowy ch,  będziem y   więc  m ieli  do  czy nienia  m niej   więcej   z
kom panią.

–  Ostrożnie  licząc,  kom endancie.  Jeśli  brać  pod  uwagę  atak  na  kwaterę  główną,

będziem y  m ieli do czy nienia z elitarny m i j ednostkam i.

– Vic, wszy stkie oddziały  pod bronią m aj ą znaleźć się na terenie siłowni pięć m inut

tem u.  Tran,  zaalarm uj   wszy stkich  na  pery m etrze,  że  zbliża  się  desant,  więc  wróg  m oże
przeprowadzić  j akieś  ataki,  by   odwrócić  naszą  uwagę.  I  połączcie  m nie  z  dowódcą  ty ch
żandarm ów.  –  Chwilę  później   na  wy świetlaczu  przed  Ethanem   poj awiło  się  okienko  ukazuj ące
spiętego sierżanta. – Ty  dowodzisz ludźm i strzegący m i siłowni?

– Tak j est. Poinform owano m nie j uż, że będziem y  m ieli towarzy stwo.
– Tak, na to wy gląda. Czy m  dy sponuj ecie, m ałpoludy ?
– Ty lko broń lekka. Pistolety  i karabiny.
– A co m aj ą ochroniarze cy wilbandy ?
–  Ty lko  to,  czy m   nie  da  się  zabić.  Wolałby m ,  aby   pozostali  w  ukry ciu,  chy ba  że

zaj dzie potrzeba uży cia ich j ako ży wy ch tarcz.

Stark  potrzebował  chwili,  by   sprawdzić,  j ak  przebiega  akcj a  przerzutu  sił  na  teren

siłowni. Transportery  wy ładowane żołnierzam i zbliżały  się z trzech stron, z czwartej  nadj eżdżały
m aszy ny  Lam onta.

–  OK.  Zostaniecie  wzm ocnieni  siłam i  trzech  kom panii  i  kilkom a  czołgam i.

Wahadłowce,  które  nam ierzy liśm y,  będą  tam   niestety   chwilę  wcześniej .  Musicie  utrzy m ać
pozy cj e do przy by cia odsieczy.

Sierżant żandarm erii skinął głową.
–  Mam   nadziej ę,  że  po  tej   akcj i  nie  będę  j uż  m usiał  wy słuchiwać  od  was

kom entarzy, że  nie j esteśm y   prawdziwą form acj ą  boj ową. Nie  chciałby m  krakać,  ale  wy gląda
na to, że przeciwnik dy sponuj e ogrom ną przewagą, tak liczebną, j ak i w uzbroj eniu.

– Wiem . Nie m a tam  niczego, czego m ogliby ście uży ć j ak broni?
– Ty lko działa cząsteczkowe.
–  Działa  cząsteczkowe?  –  Stark  sprawdził  tę  nazwę  na  swoim   wy świetlaczu,

wciskaj ąc kolej ne klawisze z narastaj ący m  gniewem . – Nie m am  dany ch o tego rodzaj u broni.

–  Może  dlatego,  że  to  nie  j est  broń.  Technicznie  rzecz  biorąc.  To  takie  urządzenia

służące  do  rozdrabniania  albo  odbij ania  m eteory tów  spadaj ący ch  na  blok  reaktora.  Niestety,
zaprogram owano  j e  j edy nie  do  likwidacj i  lataj ący ch  obiektów.  Nie  wiem   nawet,  czy   uda  nam
się przestawić j e do strzelania w poziom ie.

–  Spróbuj cie.  –  Stark  sprawdził  pozy cj e  swoich  j ednostek,  porównuj ąc  j e  z  coraz

wy raźniej szy m  nam iarem  duszków. – Będziecie m usieli utrzy m ać siłownię przez j akiś kwadrans.

–  Ty lko?  –  Żandarm   uśm iechnął  się  wy m uszenie.  –  Jeśli  nam   się  to  uda,

background image

przy dzielicie nam  na patrole trochę cięższej  broni.

–  Utrzy m aj cie  siłownię,  a  dam   nawet  cholerny   czołg,  j eśli  będziecie  chcieli.  –

Spoj rzał  przez  ram ię  na  Vic.  –  Okay.  Powiedz  m i,  dlaczego  tak  ważne  m iej sce  j est  chronione
ty lko przez druży nę żandarm erii?

–  Nie  wiem ,  Ethan.  Tak  by ło  od  początku  przej ęcia  kolonii,  to  po  prostu  j edna  z

m iliona spraw, o który ch nie m ieliśm y  czasu pogadać. Zgodnie z dany m i żandarm i i ochroniarze
są  tam   ty lko  po  to,  by   do  reaktora  nie  dostał  się  j akiś  szaleniec.  Nikt  nie  pom y ślał  nawet  o
zorganizowany m  ataku. A niech m nie. Tran, czy  te działka cząsteczkowe m ogą zestrzelić duszki,
zanim  wy ląduj ą?

Wy wołana zazgrzy tała zębam i.
– Mogłam  o ty m  wcześniej  pom y śleć. Czy  który ś z dy żurny ch zna odpowiedź na

to py tanie?

Jeden z kaprali skinął głową.
– Ja znam . Jeśli działka zostały  zaprogram owane na strzelanie do m eteory tów, nie

zdołaj ą  strącić  wahadłowca.  Ich  sy stem y   celownicze  są  zby t  proste,  ponieważ  służą  do
nam ierzania nie m anewruj ący ch celów.

– Chcesz powiedzieć, że kieruj e nim i zwy kły  radar?
–  Tak.  Nie  potrzebuj ą  niczego  bardziej   skom plikowanego.  Jeśli  oświetlą  który ś  z

wahadłowców,  ten  naty chm iast  wy kry j e  próbę  nam ierzenia  i  zm ieni  kurs,  a  działko,  gubiąc  cel,
nie wy strzeli.

Tran odwróciła się do Vic, rozkładaj ąc ręce.
– Pom y sł świetny, ale nie zadziała.
–  Dzięki  za  odpowiedź  –  m ruknęła  Rey nolds.  –  Z  drugiej   strony,  m oże  nie

powinniśm y  ich uży wać, nawet gdy by śm y  m ogli.

Stark spoj rzał na nią ze zdziwieniem .
– Dlaczego?
–  A  j eśli  na  pokładach  ty ch  m aszy n  są  ty m   razem   am ery kańscy   żołnierze?  –

zapy tała. – Chcem y  strącać m aszy ny  pełne naszy ch rodaków?

–  Lepiej   by łoby   uniknąć  takiej   sy tuacj i.  Czy   to  m ogą  by ć  Am ery kanie?  –  Stark

zm ierzy ł  groźny m   spoj rzeniem   ekran  wy świetlacza,  j akby   m y ślał,  że  ty m   sposobem   poprawi
j akość wizj i. – Krążą słuchy, że ostatnio, w związku z niedoboram i kadrowy m i, zaczęto wcielać do
j ednostek liniowy ch ludzi z rangersów. Czy  rząd wy słałby  na taki raj d norm alny ch żołnierzy ?

– My  to zrobiliśm y.
–  Ale  ty lko  dlatego,  że  nie  trzy m am y   się  regulam inu.  Znasz  Pentagon.  Przepisy

m ówią,  że  do  m isj i  specj alny ch  uży wa  się  j ednostek  specj alny ch.  Im   j ednak  nie  została  j uż
nawet j edna kom pania kom andosów. A to znaczy, że wzięli po raz kolej ny  naj em ników z inny ch
kraj ów.

– Miej m y  nadziej ę.
– Tak.
W ty m  m om encie odezwał się kom unikator Ethana.
– Stark? Tu Yurivan.
– Cześć, Stace. Co się dziej e?
–  Pom y ślałam ,  że  chciałby ś  wiedzieć,  iż  ktoś  próbuj e  akty wować  wirusy,  które

znaleźliśm y  w sy stem ie po ostatnim  ataku. Radzim y  sobie.

Stark  odetchnął  z  ulgą.  To  by ły   naprawdę  paskudne  wirusy,  z  tego  co  pam iętał.

Uszkodziły by  większość sy stem ów boj owy ch, nie licząc innego sprzętu.

– Um iałaby ś nam ierzy ć tego kogoś?

background image

– Próbuj ę, ale m oi chłopcy  twierdzą, że ci hakerzy  dobrze zacieraj ą ślady.
–  Jest  j akaś  szansa  na  to,  że  przy   czy szczeniu  sy stem ów  przeoczy liśm y   kilka

wirusów? Albo że wgrano tam  coś nowego?

–  Nigdy   nie  m ożesz  wy kluczy ć  takiej   m ożliwości.  Jeśli  zgasną  światła  i  zaczniesz

się dusić, będziesz m iał dowody  na to, że coś przepuściliśm y.

–  Dzięki,  Stace.  –  Stark  spoj rzał  na  Vic.  –  Dlaczego  kazałem   zrobić  z  niej   osobę

odpowiedzialną za nasze bezpieczeństwo?

–  Mnie  nie  py taj .  To  by ł  twój   pom y sł  –  przy pom niała  m u  Rey nolds.  –  Moim

zdaniem  by ła cholernie dobry m  kandy datem  na to stanowisko.

–  Wy starczy łby   m i  tam   ktoś,  do  kogo  nie  pasuj e  określenie  „cholernie”.  Tran,  j ak

daleko są te wahadłowce?

Sierżant sprawdziła odczy ty, m asuj ąc się j ednocześnie dłonią po karku.
– Są j uż bardzo nisko, więc za chwilę stracim y  nam iary, ale m ogę powiedzieć j uż

teraz, że do lądowania zostały  co naj wy żej  dwie m inuty.

–  Dwie  m inuty.  –  Stark  przebiegł  wzrokiem   po  ikonkach,  sprawdzaj ąc  postępy

j ednostek j adący ch z odsieczą. – Naj bliższa kolum na j est wciąż oddalona od celu o dziesięć m inut
j azdy. Vic, połącz m nie z ty m i żandarm am i, spróbuj ę im  pom óc w skoordy nowaniu obrony. Oni
nie  m aj ą  czasu  na  m y ślenie  o  takich  rzeczach,  j a  wręcz  przeciwnie.  Ty   nadzoruj   naszy ch  i
m elduj  m i o postępach.

– Przy j ęłam . Na pery m etrze nadal panuj e pełen spokój .
–  Świetnie.  Muszę...  chwileczkę.  Tran,  m ogę  wy słać  wiadom ość  na  te

wahadłowce?

– Cóż, przeciwnik z pewnością m onitoruj e otwarte częstotliwości, ale wirusa im  na

pewno nie podrzucim y...

– Nie o to m i chodziło. Włącz kilka obwodów naraz. – Stark przy glądał się obrazom

z  siłowni,  oceniaj ąc  sy stem y   boj owe  pancerzy   żandarm ów.  Sierżant  rozm ieścił  swoich  ludzi
wzdłuż  niewy sokiego  nasy pu,  dzieląc  ich  na  zespoły   ogniowe.  Żołnierze  leżeli  tuż  za  szczy tem ,
wy korzy stuj ąc  grunt  j ako  dodatkową  osłonę.  Nieźle,  pom y ślał,  sprawdzaj ąc  nazwisko  dowódcy
druży ny,  zanim   znowu  się  do  niego  odezwał.  –  Dobra  robota,  sierżancie  Sullivan.  Macie  j uż
wszy stkich na nasy pie?

– Oprócz kilku, który m  przy dzieliłem  coś specj alnego.
Będzie  potrzebował  każdego  na  tej  linii  ognia.  Na  pewno  wie  o  tym,  a  nie  mamy

czasu na wyjaśnianie, gdzie i po co wysłał tych ostatnich żołnierzy. Lepiej zaufam jego ocenie.

– Przy dzielił pan ludziom  konkretne cele?
–  Nie,  sir.  Sądzę,  że  sam i  powinni  dokony wać  wy boru  i  strzelać  do

naj pewniej szy ch celów.

–  Słusznie.  –  Jest  mocno  zdenerwowany,  rozmawia  ze  mną  o  pierdołach,  żeby  to

ukryć. – Chciałby m  przem ówić do pańskich ludzi.

– Nie m a sprawy. Pan tu rządzi.
Ethan przełączy ł się na wewnętrzny  kanał druży ny.
–  Mówi  Stark.  Czeka  was  ciężka  bitwa.  Napastnik  j est  doskonale  wy szkolony   i

zdeterm inowany,  ale  wy starczy,  że  powstrzy m acie  go  przez  kilka  m inut.  Atak  będzie  szy bki  i
m ocny,  ponieważ  wróg  wie,  że  m usi  zaj ąć  siłownię,  zanim   przy będą  nasze  odwody.  Uważa
j ednak,  że  nie  został  j eszcze  dostrzeżony,  i  nie  m a  poj ęcia  o  ty m ,  j ak  blisko  są  nasze  j ednostki.
Udowodnij cie m u, j ak bardzo się m y li. – Na HUD-zie Sullivana poj awiły  się j akieś zakłócenia. –
Sierżancie, to pewnie oni. – Anom alii by ło coraz więcej , co znaczy ło, że wahadłowce zbliżaj ą się
do celu, lada m om ent ich m askowanie przestanie by ć skuteczne.

background image

W m om encie gdy  napastnicy  rozpoczęli podchodzenie do twardego lądowania, na

m onitorach  poj awiły   się  wy raźne  lśniące  ikony   z  sy lwetkam i  wahadłowców.  Ethan  skrzy wił  się
m im owolnie,  współczuj ąc  ty m   żołnierzom ,  ponieważ  pam iętał  doskonale,  co  znaczy   ulegać  tak
wielkim  przeciążeniom  podczas ostatnich m inut ham owania. Włazy  otworzy ły  się, nim  m aszy na
m usnęła pokłady  py łu. Z ładowni naty chm iast wy sy pali się ludzie w pancerzach i ruszy li skokam i
w kierunku nasy pu.

–  Maj ą  na  sobie  nasze  pancerze  –  m ruknęła  Vic.  –  Model  V,  j ak  ci  z  kwatery

głównej .

–  Dobra.  –  Stark  nacisnął  klawisz,  by   rozpocząć  nadawanie  na  otwarty ch

częstotliwościach.  –  Do  wszy stkich  napastników  znaj duj ący ch  się  na  powierzchni  i  w
wahadłowcach.  Jesteśm y   gotowi  na  wasze  przy j ęcie.  Siłownia  j est  doskonale  chroniona.  –  A
przynajmniej będzie, gdy dotrą tutaj odwody. – Mam y  przewagę liczebną i ogniową. Poddaj cie się
naty chm iast.

Przeciwnik  zawahał  się,  ale  ty lko  na  m gnienie  oka.  Zam iast  porzucić  broń,

atakuj ący  zaczęli strzelać, osłaniaj ąc lądowanie pozostały ch oddziałów. Żandarm i odpowiedzieli,
kładąc  kilku  napastników  pierwszą  salwą,  ponieważ  teren  wokół  siłowni  by ł  płaski  i  pozbawiony
naturalny ch  osłon.  Nie  udało  im   się  j ednak  powstrzy m ać  wroga,  który   parł  nieustannie  przed
siebie, zm uszaj ąc obrońców celny m  ogniem  do kry cia się za wałem .

–  Sierżancie  Sullivan!  Niech  pan  każe  swoim   ludziom   przełączy ć  się  na  w  pełni

autom aty czny  ogień. Muszą stworzy ć zaporę ogniową, która spowolni ruchy  przeciwnika.

– Tak j est.
Kanonada  wzm ogła  się,  gdy   obrońcy   zaczęli  opróżniać  całe  m agazy nki.  Stark

obserwował  w  bezsilnej   złości,  j ak  giną  kolej ni  żandarm i.  Pięć  m inut  po  oddaniu  pierwszego
strzału  połowa  druży ny   została  zabita  bądź  odniosła  rany.  Pozostali  żandarm i  nie  by li  w  stanie
wy trzy m ać takiego naporu.

– Gdzie są nasze odwody, Vic?
– Jadą naj szy bciej  j ak m ogą, Ethan. Musim y  dać im  j eszcze kilka m inut.
Kolej ni  żandarm i  padli,  staczaj ąc  się  po  strom y m   zboczu  nasy pu.  Przekaz  z

kam ery   sierżanta  Sullivana  zam igotał  nagle,  gdy   j ego  skafander  przeszy ło  kilka  pocisków.  Stark
widział  na  HUD-zie  czerwone  ikonki  świadczące  o  ty m ,  że  zbroj a  sierżanta  usiłuj e  dokonać
sam onaprawy.  Inne  znaczniki  sugerowały,  że  m ed  robi  to  sam o  z  ciałem   tkwiącego  w  nim
człowieka. Sullivan wciąż walczy ł m im o uszkodzonego ram ienia. Przy  każdy m  strzale m usiał czuć
piekielny   ból  m im o  aplikowany ch  m u  środków  uśm ierzaj ący ch.  Ethan  przeniósł  wzrok  na
odczy ty   dany ch  pozostały ch  żandarm ów.  Zacisnął  zęby,  widząc,  j ak  szy bko  m alej e  liczba
strzelaj ący ch i kurczą się zapasy  am unicj i.

– Naj bliższe odwody  są dwie m inuty  j azdy  od przeciwległego krańca siłowni.
– To zby t daleko, Vic. Ty lko sześciu żandarm ów m oże j eszcze strzelać, ale kończy

im  się am unicj a.

Kam ery   pokazy wały   przeciwnika  sunącego  szy bko  w  kierunku  nasy pu.  Gdy   go

pokonaj ą,  walka  z  nim i  w  pobliżu  reaktorów  będzie  piekielnie  trudna.  To  naj lepszy   m om ent  na
cud...

Stark  drgnął  w  fotelu,  gdy   spory   kawał  księży cowego  gruntu  podskoczy ł,  j akby

uderzy ła w niego pięść niewidzialnego giganta. Obszar zniszczeń przesuwał się tam  i z powrotem
przez  linie  nacieraj ący ch,  żłobiąc  głębokie  na  m etr  okopy,  a  potem   sięgnął  burty   stoj ącego
naj bliżej   wahadłowca.  Maszy na  rozpadła  się  na  dwie  części.  Obie  połówki,  przy ciągane
księży cową  grawitacj ą,  opadły   w  zwolniony m   tem pie  na  grunt.  Przeciwnicy   stanęli  j ak  wry ci,
złam ali szy k, wpadali na siebie.

background image

– Co to by ło, u licha?
– Chy ba j edno z ty ch dział cząsteczkowy ch – odparła Vic. – Nie j est zby t celne, ale

potrafi narobić burdelu. Zdaj e się, że ktoś steruj e nim  ręcznie.

– Można zrobić coś takiego?
–  Ja  by m   nie  potrafiła.  Miej m y   nadziej ę,  że  nie  trafili  przy   okazj i  żadnego  z

naszy ch.

To  pewnie  ci  żandarmi,  którym  Sullivan  przydzielił  zadanie  specjalne.  Obraz  z

kamery pokazywał, że przeciwnik przegrupował siły i poganiany przez oficerów ruszył ponownie w
kierunku nasypu, nie zważając na strzelających żandarmów.

– Vic.
– Zm niej sz powiększenie, Ethan. Kawaleria przy by ła.
Stark dostosował skalę i uśm iechnął się na widok transportera zatrzy m uj ącego się u

podstawy  nasy pu. Mom ent później  pluton żołnierzy  opuścił przedział osobowy.

– Poinform uj m y  wroga, że wsparcie dotarło.
– Oni j uż o ty m  wiedzą, Ethan.
Pierwsi przeciwnicy  posuwali się tak szy bko, że wpadli m iędzy  ludzi Starka, zanim

ich zauważy li. Kilku próbowało walczy ć, ale padli naty chm iast w takiej  nawale ognia, że Ethan
przy m knął oczy, m odląc się, by  j ego ludzie nie wy strzelali się nawzaj em .

Chwilę  później   odwody   dotarły   na  szczy t  nasy pu  osłaniane  przez  plutony   z

kolej ny ch wozów. Atak załam ał się, gdy  napastnicy  trafili na świeże oddziały  woj ska. Zaczęli się
wy cofy wać, zm ierzaj ąc ku wahadłowcom , ostrzeliwuj ąc się bezładnie i ginąc m asowo pod coraz
silniej szy m  ogniem  obrońców.

–  Wy sy łam   czołgi  i  j edną  kom panię  bokiem .  Może  uda  im   się  przy szpilić  te

wahadłowce, zanim  odlecą.

–  Świetny   pom y sł,  Vic.  A  j a  sprawdzę,  czy   uda  się  zakończy ć  ten  baj zel,  zanim

nasi  tam   dotrą.  –  Stark  włączy ł  ponownie  kom unikator.  –  Do  wszy stkich  j ednostek  atakuj ący ch
siłownię. Zostaliście otoczeni przez przeważaj ące siły. Poddaj cie się, by  uniknąć dalszego rozlewu
krwi.  Załogi  wahadłowców,  wasze  m aszy ny   zostały   nam ierzone.  Jeśli  spróbuj ecie  odlecieć,
zostaniecie zestrzeleni. Powtarzam , poddaj cie się naty chm iast.

Ty m   razem   także  nie  by ło  reakcj i  na  j ego  wezwania.  Większość  żołnierzy

nieprzy j aciela  ostrzeliwała  się  wciąż,  m im o  że  ginęli  coraz  szy bciej   przy szpilani  ogniem   z
nasy pu. Kilku wciąż się cofało, próbuj ąc dotrzeć pod osłonę wahadłowców.

Dwa czołgi wy sunęły  się zza obręczy  nasy pu i naty chm iast zam arły, nam ierzaj ąc

cele.  Oba  poj azdy   wy paliły   j ednocześnie,  trafiaj ąc  w  burtę  stoj ącego  naj bliżej   wahadłowca.
Seria  wewnętrzny ch  eksplozj i  wstrząsnęła  m aszy ną,  dziurawiąc  w  wielu  m iej scach  kadłub.
Otwory   w  poszy ciu  poszerzały   się  nieustannie,  paliwo  z  rozszczelniony ch  zbiorników  zaczęło
try skać szerokim i strum ieniam i.

– Vic, przekaż czołgistom , żeby  dali spokój  pozostały m  prom om . Chciałby m  dostać

tam te dwa nietknięte, j eśli to m ożliwe.

– Przy j ęłam . Wozy  boj owe, przenieść ogień na cele naziem ne. Do wahadłowców

strzelać ty lko w wy padku, gdy by  próbowały  wy startować.

Obok  czołgów  zaham owały   kolej ne  transportery,  z  ich  przedziałów  osobowy ch

wy sy pali  się  żołnierze  trzeciej   kom panii,  która  naty chm iast  dołączy ła  do  żołnierzy
ostrzeliwuj ący ch agresora.

Stark klął pod nosem , widząc, j ak szy bko przy by wa ikonek inform uj ący ch o zgonie

wrogów. Chciałem, by zginęli, gdy mieli szanse na wygranie, teraz jednak to zwykła rzeź.  Włączy ł
raz j eszcze kom unikator.

background image

–  Do  dowódcy   oddziału  atakuj ącego  siłownię.  Marnuj esz  ży cie  swoich  żołnierzy.

Nie m ożesz wy grać, nie pozwolim y  wam  też uciec. Poddaj cie się.

Ty m   razem   otrzy m ał  odpowiedź.  Kanonada  przeciwnika  ucichła  gwałtownie,  a

chwilę później , na ty m  sam y m  otwarty m  kanale, Stark usły szał czy j ś głos:

–  Mówi  dowódca  oddziału  atakuj ącego  siłownię.  Nakazałem   m oim   ludziom

przerwanie ognia. Oczekuj ę, że zrobicie to sam o.

– Nie usły szałem  ani słowa o kapitulacj i.
– Tak. Poddaj em y  się, do cholery.
– Vic.
–  Już,  Ethan.  Do  wszy stkich  j ednostek.  Przerwać  ogień.  Kom panie  Alfa  i  Delta,

zostać na  pozy cj ach. Kom pania  Charlie, rozbroić  przeciwnika. Wy ślij cie  po druży nie  do  dwóch
pozostały ch  wahadłowców,  aby   przej ąć  m aszy ny.  Wisem an,  będziem y   potrzebowali  twoich
ludzi, by  j e sprowadzić na lądowisko kolonii.

Stark  sprawdził  odczy ty   sierżanta  Sullivana  i  j ego  żandarm ów,  kręcąc  głową  na

widok wy sokości strat.

– Sullivan? Możesz odpowiedzieć?
–  Chy ba  m ogę...  –  Dowódca  druży ny   odniósł  tak  poważne  rany   i  został

nafaszerowany  taką ilością m edy kam entów, że by ł j uż ty lko półprzy tom ny. – Utrzy m aliśm y  się,
j ak widzę.

– Owszem . Sanitariusze są j uż w drodze.
– Świetnie. Trochę m nie pokiereszowali. O Jezu. Moi chłopcy. Co z nim i?
Stark m usiał przełknąć ślinę, zanim  odpowiedział:
–  Stracił  pan  wielu  ludzi,  sierżancie  Sullivan.  –  Zakładaj ąc,  że  m edy cy   zdołaj ą

utrzy m ać  przy   ży ciu  wszy stkich  ranny ch,  zginęła  równo  połowa  druży ny.  A  wszy scy   pozostali
odnieśli rany. – Zrobili, co do nich należało. Jesteście naj lepszą boj ową j ednostką, j aką widziałem
w akcj i. – By ła to lekka przesada, ale naprawdę niewielka.

– Dzięki... Szlag. Całe szczęście, że m ieliśm y  to działko cząsteczkowe.
– O, tak. Jakim  cudem  nie m ogę nam ierzy ć ludzi, który ch pan tam  posłał?
–  Wy kom binowaliśm y,  że  j eśli  chcem y   uży ć  tego  ustroj stwa,  będziem y   m usieli

zrobić  to  ręcznie.  –  Głos  Sullivana  drżał  na  skutek  przeby tego  szoku.  –  Musieli  włoży ć  specj alne
skafandry   chroniące  ich  przed  otaczaj ący m   działa  polem   energety czny m .  To  naprawdę
nieprzenikalne  wdzianka.  Łączność  ze  światem   zewnętrzny m   m a  się  ty lko  przez  wbudowany
wy świetlacz. Widzieli więc, co robią, ale nie m ogli się do nas odzy wać.

–  Spisali  się  na  m edal,  sierżancie.  Jak  wy   wszy scy.  –  Stark  zobaczy ł  sanitariuszy

przy klękaj ący ch obok Sullivana. – Odpocznij cie, żołnierzu.

– Tak j est.
Ethan  przełączy ł  się  ponownie  na  kam erę  przedstawiaj ącą  całe  pole  niedawnej

poty czki.  Szy bkie  przeliczenie  stanu  osobowego  agresora  uświadom iło  m u,  że  wróg  poniósł  o
wiele cięższe straty  niż obrońcy, głównie za sprawą działa cząsteczkowego i szy bkiego przy by cia
odsieczy. Stark poczuł nagły  chłód w sercu, gdy  tknęła go kolej na m y śl.

– Niech ktoś sprawdzi, czy  walczy liśm y  z Am ery kanam i.
W  wirze  walki  nikt  tego  nie  sprawdzał.  Teraz  czekali  w  nerwach,  boj ąc  się

odpowiedzi.

– Kom endancie Stark? Tutaj  dowódca kom panii Charlie. To nie nasi.
– Jesteś pewien?
– Potwierdzam . Maj ą zaim plantowane nieśm iertelniki, ale nie tam , gdzie trzeba, a

nasz sprzęt ich nie odczy tuj e. Może uda się ich zidenty fikować, gdy  zdej m ą pancerze, ale to na

background image

pewno nie są Am ery kanie.

–  Świetnie.  –  Stark  opuścił  ram iona,  z  trudem   opanowuj ąc  drżenie  rąk.  –  Dobry

Boże.

– Co znowu? – Rey nolds zm ierzy ła go wzrokiem .
–  Vic,  w  czasie  walki  nie  przy szło  m i  to  do  głowy.  Mogliśm y   by ć  świadkam i,  j ak

inni am ery kańscy  żołnierze giną, walcząc z nam i, a j a nawet o ty m  nie pom y ślałem .

–  By łeś  zby t  zaj ęty.  –  Ethan  patrzy ł  na  nią,  gdy   konty nuowała.  –  To  oni  zaczęli

strzelać.  Nie  m ieli  problem u  z  zabij aniem   naszy ch  żandarm ów.  Dlaczego  to,  kim   są,  m iałoby
robić j akąś różnicę?

–  Pom y śl  o  ty m ,  co  j a  robiłem ,  do  cholery.  Nie  zabij a  się  ludzi  w  try bie

autom aty czny m .

– Zrobiłby ś to, gdy by  chcieli ciebie zabić.
Mało  brakowało,  a  wy darłby   się  na  nią,  rozwścieczony   zim nokrwisty m

podej ściem  do tem atu. Zam iast tego wziął j ednak głęboki oddech. W jednym ma rację. Ci ludzie
zmusili  nas  do  podjęcia  walki.  Domyślam  się  jednak,  że  ona  jest  równie  wzburzona  tym,  że
mogliśmy  walczyć  z  Amerykanami,  czyli  z  naszymi  towarzyszami  broni,  ale  nigdy  się  do  tego  nie
przyzna.

– Masz racj ę. – Wy glądała na zaskoczoną, gdy  to usły szała, potem  się skrzy wiła. –

Co znowu?

– Musiałam  przełknąć kilka słów – odparła. – Nie sm akowały  za dobrze.
–  Znam   to  uczucie.  Okay,  co  by ło,  m inęło.  Patrzm y   w  przód.  Po  zam knięciu

wszy stkich  j eńców  przeprowadźcie  kom pleksowy   przegląd  wszy stkich  kluczowy ch  instalacj i,
woj skowy ch i cy wilny ch, i upewnij cie się, że są dobrze chronione.

– Popieram . Zaraz zlecę to Bev Manley.
– Bev? Ona j est adm inistratorką, nie żołnierzem .
– Owszem , ale zna problem  lepiej  od nas i m a, j ak to się m ówi, świeże spoj rzenie.

Ty lko Bev m oże znaleźć wszy stkie słabe punkty.

Stark potarł oczy.
–  Tak,  m asz  racj ę.  Powinniśm y   też  powiadom ić  sierżanta  Gordasę,  że  dzięki

uprzej m ości rządu otrzy m aliśm y  dwa naj nowocześniej sze wahadłowce wy posażone w kam uflaż
boj owy. Może dzięki nim  zdołam y  przem y cić trochę towarów przez blokady.

– Wątpię. Rząd wie, j ak niszczy ć własny  sprzęt.
– Pewnie tak. W takim  razie m oże przy dadzą się w walce z inny m i ludźm i, którzy

na nas nastaj ą. – Stark potrząsnął głową, zdaj ąc sobie nagle sprawę, j ak niewiele spał tej  nocy. –
Potrzebuj ę cholernie m ocnej  kawy.

Siedzący  opodal wachtowy  zerwał się na równe nogi.
– Przy niosą j ą panu, sir.
– Nie, sy nu, nie zrobisz tego. Jesteś na wachcie, powinieneś więc robić to, za co ci

płacim y. – Potoczy ł wzrokiem  po cały m  centrum  dowodzenia. – Wszy scy  świetnie się spisaliście.
Szy bko  zareagowaliście  na  wy kry cie  obiektów,  ogłosiliście  alarm ,  potem   też  by ło  dobrze.
Dziękuj ę. – Wstał, zerkaj ąc na Vic. – Chcesz też kawy ?

– Proszę. Jeśli nie będzie zaparzonej , przy nieś m i kilka ziarenek do przeżucia.
–  Sam   też  tak  chy ba  zrobię.  –  Zatrzy m ał  się  przed  wy świetlaczem ,  który

pokazy wał widok z zewnątrz. Ziem ia by ła taka kolorowa na tle otaczaj ącej  j ą czerni... – Może ten
nieudany  atak zm usi władze na dole do zastanowienia i wreszcie podej dą poważnie do negocj acj i,
zam iast próbować nas zniszczy ć za wszelką cenę. Co ty  na to?

–  By łam   świadkiem   dziwniej szy ch  wy darzeń.  –  Vic  westchnęła.  –  Jesteś  pewien,

background image

że nie chcesz się zdrzem nąć choć godzinkę przed kolej ny m  dniem  służby ?

– Nie. Mam  j eszcze sporo do zrobienia.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

Tarcia

–  Wiadom ość  z  ostatniej   chwili.  Organizacj a  Narodów  Zj ednoczony ch,  a  j akże,

uznała  sierżanta  Ethana  Starka  i  j ego  ludzi  za  osoby   wy j ęte  spod  prawa,  oczy wiście

background image

m iędzy narodowego.  –  Stacey   Yurivan  wy szczerzy ła  zęby   do  pozostały ch  członków  sztabu,
stukaj ąc  palcem   w  ekran  leżącego  przed  nią  kom unikatora.  –  Od  tej   pory   wszy stkie  kraj e
członkowskie m ogą uży ć przeciw nam  siły.

Sierżant Gordasa podrapał się po głowie.
– Mogli zrobić coś takiego?
–  Wy starczy,  że  Stany   Zj ednoczone  grzecznie  poproszą  i  obiecaj ą  wszy stkim

udziały  w łupach – zakpiła Yurivan, zerkaj ąc na Starka, który  siedział wciśnięty  głęboko w fotel, z
rękam i złożony m i na piersiach i oboj ętną m iną. – Wy daj e m i się, że twoj a szczy tna inicj aty wa
wy wieszenia listy  żądań, która m iała zainspirować ludzi tam , na dole, i przekonać ich do naszego
idealizm u, nie zaim ponowała rządzący m .

–  Zaim ponowała  w  wy starczaj ący m   stopniu,  by   poważy li  się  na  taki  krok  –

skontrowała Vic. – Nakłonienie ONZ do wy stąpienia przeciw nam  m usiało ich sporo kosztować.

Yurivan uśm iechnęła się nieco szerzej .
–  Stabilne  rządy   nie  przej m uj ą  się  specj alnie  rewolucj onistam i,  Rey nolds.

Zwłaszcza  takim i,  którzy   buntuj ą  się  ze  szlachetny ch  pobudek.  Oni  spędzaj ą  sen  z  powiek  ty lko
przegrany m  polity kom .

–  Racj a.  I  o  to  chodzi.  Wszy stko  dobre,  co  osłabia  sy stem   i  m oże  zwiększy ć

poparcie zwy kły ch ludzi.

–  Problem   ze  zwy kły m i  ludźm i  j est  taki,  że  zazwy czaj   nie  m aj ą  wy starczaj ącej

siły  przebicia. A skoro o ty m  m owa, przy pom inam  państwu, że właśnie znaleźliśm y  się w stanie
woj ny  ze wszy stkim i kraj am i na Ziem i. To chy ba rekord świata.

Bev Manley  przy taknęła.
– Czuj ę z tego powodu dum ę. A skoro prowadzi nas sam  Ethan Stark, m oże to by ć

dopiero początek. Wkrótce trafim y  na obce rasy  i także staniem y  się ich wrogiem .

Stark  pokręcił  głową  z  udawany m   rozdrażnieniem ,  gdy   j ego  ludzie  wy buchnęli

śm iechem .

–  Maj ąc  takich  pom ocników  j ak  wy,  z  pewnością  nie  uniknę  żadnej   wpadki.  Jeśli

zakończy liście  j uż  solowe  popisy   kabaretowe,  proponowałby m   wrócić  do  tem atu  odprawy.  –
Spoglądał przez m om ent na blat stołu, robiąc coraz bardziej  ponurą m inę, potem  przeniósł wzrok
na zebrany ch. – Dowiedzieliśm y  się w końcu, j ak Pentagon zam ierza nas pokonać.

–  Wy m y ślili  wreszcie,  j ak  to  zrobić  przy   braku  przeszkolony ch  żołnierzy ?  –

zapy tała Bev Manley, unosząc znacząco brew, a potem  spoj rzała na Rey nolds, j akby  oczekiwała
od  niej   potwierdzenia.  Vic  pokręciła  j ednak  głową,  daj ąc  j ej   do  zrozum ienia,  że  także  nie  m a  o
niczy m  poj ęcia, i zaraz ponownie skupiła uwagę na Starku.

– Tak, sądzą, że wy m y ślili dobry  sposób.
– O co ty le krzy ku? – Lam ont wzruszy ł ram ionam i. – Zdaj e się, że wzięli do tego

celu  naj em ników.  A  z  nim i  poradziliśm y   sobie.  Kilku  nawet  schwy taliśm y   podczas  ataku  na
siłownię. Bułka z m asłem .

– Powstrzy m anie tam tego ataku nie by ło wcale takie łatwe. Ale tak, udało nam  się

pokonać każdego wroga, z który m  m ieliśm y  do czy nienia. Zakładam  j ednak, że nawet do takich
głąbów  j ak  szefowie  Pentagonu  dociera  w  końcu,  iż  stosowana  przez  nich  strategia  nie  działa,
zwłaszcza j eśli ponoszą klęskę za klęską. Po ty m  j ak rozgrom iliśm y  ostatni oddział naj em ników i
zniszczy liśm y  stawiany  w pobliżu kram ik z bronią, wpadli na kolej ny  pom y sł. – Stark pokazał im
trzy m any   w  dłoni  m ini  dy sk.  –  Dostałem   go  niedawno.  Nie  py taj cie  j ak  i  od  kogo.  –  Yurivan
naty chm iast spoważniała. – Spokoj nie, Stace, wiem , że takie taj ne przerzuty  to twoj a działka. Nie
m ieszałem   się  do  nich.  W  każdy m   razie  nie  zrobiłem   tego  celowo.  Ktoś  postanowił  to  do  m nie
przy słać z nieznany ch m i na razie powodów. Ty le wiem . Zrozum iano?

background image

Zebrani  skinęli  kolej no  głowam i,  na  ich  twarzach  widać  by ło  teraz  m ieszaninę

zaciekawienia  i  niepokoj u.  Stark  wsunął  dy sk  do  swoj ego  kom unikatora,  a  potem   ustawił  go  tak,
aby  wszy scy  m ogli zobaczy ć przekaz, na który m  poj awiła się zam azana postać.

Widoczny   na  ekranie  człowiek  zaczął  m ówić  tak,  j akby   siłą  wy duszano  z  niego

słowa. Czy  by ł m ężczy zną, czy  kobietą, tego nie dało się ustalić, ponieważ sy stem y  zabezpieczeń
zm ieniały   co  chwilę  m odulacj ę,  a  nawet  akcent  wy powiadany ch  słów,  chroniąc  tożsam ość
m ówcy, ale i narażaj ąc odbiorców na ból głowy  w przy padku dłuższego kontaktu z nagraniem .

–  Ethanie  Stark,  odwaliłeś  tam ,  w  górze,  kawał  solidnej   roboty.  Rozpieprzy łeś

wszy stko  i  wszy stkich,  który ch  przeciw  wam   wy słano.  Zrobiłeś  to  tak  skutecznie,  że  trepom
skończy ły  się j uż pom y sły, co z wam i począć. Dlatego wpadli na tak durny  pom y sł, że m uszę was
ostrzec... – W ty m  m om encie dało się sły szeć głośne westchnienie, po który m  m ówca dodał: –
Wy ślą  na  was  blaszaki.  Linie  produkcy j ne  j uż  ruszy ły.  Oficj alnie  nazwano  te  m aszy ny
Jednostkam i  Autom aty czno-Boj owo-Rozpoznawczy m i  Wszechstronnego  Zastosowania,  ale  m y
tutaj ,  pom im o  że  to  ściśle  taj ny   proj ekt,  nazy wam y   j e  Jabbersm okam i.  Wiesz,  od  skrótu
JABRWZ. My ślę, że to bardzo odpowiednia nazwa, bo m ogą narobić niezłego baj zlu. – Kolej ne
westchnięcie. – Wiem , że coś wy m y ślicie, j ak to robiliście do tej  pory. Możecie choćby  odciąć
blaszakom   elektroniczne  pępowiny,  ponieważ  j ak  j uż  chy ba  wspom niałem ,  nasze  trepy   do
naj by strzej szy ch nie należą. Wy daj e m i się j ednak, i chy ba m am  racj ę, że te roboty  zostały  tak
zaproj ektowane, by  działać także w try bie autonom iczny m . Weźcie to pod uwagę. Zwłaszcza że
bronicie  tak  wielu  cy wili.  Ta  sprawa  cuchnie.  Nie  chcę  m ieć  z  nią  nic  wspólnego,  aczkolwiek
wiem , że sam o wy słanie tej  wiadom ości oznacza, iż narażam  się na stanięcie przed ty m  sam y m
plutonem  egzekucy j ny m , który  i was załatwi... – Mówca znów zam ilkł na m om ent, a gdy  odezwał
się  ponownie,  wy pluwał  słowa  znacznie  szy bciej   niż  poprzednio.  –  Im   krócej   gadam ,  ty m
m niej sza szansa na wpadkę. Poza ty m  nie znam  więcej  szczegółów. Musi wy starczy ć wam  to, co
j uż wiecie. Rozpieprzcie te m aszy ny, Stark.

Ekran zm atowiał.
– Kto to by ł? – zapy tał Gordasa, przery waj ąc w końcu grobową ciszę.
–  Nie  j estem   pewien.  Chy ba  ktoś  z  m oich  dawny ch  przy j aciół  –  odpowiedział

Stark, wy ciągaj ąc dy sk z kom unikatora. – Sporo ry zy kował, przesy łaj ąc to nagranie.

–  Blaszaki  –  powtórzy ła  Vic,  a  słowo  zawisło  pom iędzy   zebrany m i  na  dłuższą

chwilę. – Oni naprawdę produkuj ą roboty  boj owe do walki z nam i?

Stark skinął głową.
– Sły szałaś przecież. Jabbersm oki. Co to, u licha, znaczy ?
–  Ach,  Jabbersm oka  strzeż  się,  strzeż  –  zacy towała  Bev  Manley.  –  Łap

pazurzasty ch, zębnej  paszczy. To wiersz z Alicji w krainie czarów.  Ty le  dobrego,  że  nie  m usim y
obawiać się piastrzenia Brutwieli – dodała.

Stark spoj rzał j ej  prosto w oczy.
–  Dość  m am y   stary ch  problem ów,  żeby   robić  sobie  nowe.  Bez  względu  na  to,

czy m  j est ta Brutwiel.

–  Moim   skrom ny m   zdaniem   chodzi  raczej   o  liczbę  m nogą,  te  Brutwiele  –

zasugerowała Manley, ale ty lko skrzy wił się j eszcze bardziej .

Gordasa rozej rzał się po zebrany ch, j akby  nagle doznał olśnienia.
– Nie rozum iem . Co on bredził o połączeniach i elektroniczny ch pępowinach?
Vic oderwała dłonie od blatu.
–  Chodziło  m u  o  zdalne  sterowanie,  Gordo.  Mózgowcy   z  działu  proj ektowania

sy stem ów broni od kilku dekad próbowali budować bezzałogowe roboty, ale nie osiągnęli niczego,
ponieważ takie urządzenia zawsze m usiały  by ć połączone z operatorem , a to dlatego, że puszczone

background image

sam opas okazy wały  się głupsze od buta.

– Sztuczna inteligencj a nie radziła sobie z autonom iczny m  sterowaniem ?
Stark parsknął śm iechem .
–  U  licha,  Gordo,  SI  nie  j est  w  stanie  obsłuży ć  zwy kłego  m agazy nu,  j eśli  nie  m a

nad  sobą  nadzoruj ącego  j ą  człowieka.  Sy stem   nigdy   nie  będzie  m ądrzej szy   od  j ego
program istów.  A  walka  j est  zby t  nieprzewidy walna,  wy m aga  abstrakcy j nego  m y ślenia.  Żaden
stworzony   przez  człowieka  sztuczny   m ózg  nie  podoła  takiem u  zadaniu.  Poza  ty m   j eśli  nawet
zbuduj esz  sam osteruj ącą  broń,  m usisz  m ieć  z  nią  połączenie,  aby   m óc  m onitorować  j ej   ruchy,
odbierać  raporty   i  powstrzy m y wać  j ą  przed  zrobieniem   czegoś  naprawdę  głupiego,  gdy   j ej
m ały  m óżdżek pom y li linij ki kodu.

– Właśnie – poparła go Vic. – Dlatego właśnie człowiek m usi wy dać pozwolenie na

otwarcie ognia  albo chociaż  obserwować poczy nania  takiego blaszaka,  a to  oznacza  konieczność
dwustronnej   kom unikacj i.  Problem   polega  więc  na  ty m ,  że  wróg  m oże  zakłócić  połączenie  i
otrzy m am y  puszczonego sam opas m echanicznego zabój cę, który  niewiele koj arzy.

–  Albo  –  dodała  Yurivan  –  j eśli  wróg  m a  głowę  na  karku,  m oże  zagłuszy ć

ory ginalny  sy gnał, nadaj ąc własny, o wiele silniej szy.

Sierżant Gordasa przy j m ował te wy j aśnienia, kiwaj ąc głową.
–  Rozum iem .  Dzięki  czem u  pozbawiłby   nas  kontroli  nad  robotem   i  sam   wy dawał

m u  rozkazy.  Dlaczego  więc  nie  zaproj ektowano  blaszaka,  który   m ógłby   prowadzić  określone
działania na polu walki bez potrzeby  kom unikacj i?

– Może dlatego – odparła Yurivan, szczerząc zęby  – że to, co zaprogram uj esz, ktoś

inny   m oże  przeprogram ować.  Wy starczy,  że  znaj dziesz  sposób  na  przesłanie  takiego  program u
albo wirusa i j uż przej m uj esz kontrolę nad cudowną sam odzielną bronią. Bingo! Wróg zdoby wa
stado  robotów  boj owy ch,  a  ty   zy skuj esz  wielki  problem ,  zwłaszcza  j eśli  nie  m asz  m ożliwości
skom unikowania się z przej ęty m i m aszy nam i!

–  Przecież  m ożna  rozkazać  robotowi,  żeby   ignorował  próby   wgrania  m u  nowego

program u. Uśm iech Stacey  stał się niem al dem oniczny.

–  Jasne.  Można.  Stwórz  sztuczną  inteligencj ę,  która  nie  pozwoli  ci  się

przeprogram ować. A potem  wy posaż j ą w broń. Czy  to naprawdę wy gląda na dobry  pom y sł?

Gordasa zbladł.
–  Dios.  Mogłaby   pozm ieniać  wszy stko  i  pousuwać  zaim plem entowane  zakazy.

Zabij ać  każdego,  kogo  by   zechciała.  Czy   to  właśnie  zrobił  teraz  Pentagon?  Nic  dziwnego,  że
przy j aciel Starka obawia się o ży cie cy wilbandy  z kolonii.

–  Owszem   –  przy znał  Ethan.  –  Wszy stkie  poprzednie  m odele  blaszaków  m iały

wbudowane  sy stem y   zabezpieczeń,  dzięki  który m   nie  m ogły   latać  po  okolicy,  zabij aj ąc,  kogo
popadnie. Jeśli te Jabbersm oki m aj ą działać bez kom unikacj i z operatoram i, nie m am y  co liczy ć
na podobne rozwiązania. A powstrzy m anie ich bądź przej ęcie nie będzie tak proste j ak zagłuszenie
łączności. Co zatem  z nim i zrobim y ? Jak pokonam y  te roboty ? Ma ktoś pom y sł?

– Musi by ć j akaś furtka, zawsze j est – rzuciła Bev Manley. – Ty le nauczy łam  się,

pracuj ąc w adm inistracj i. Oni zawsze zostawiaj ą sobie drogę dostępu do sy stem u, bez względu na
rodzaj  proj ektu.

– Możliwe.
– Nie j estem  hakerem , ale wy starczaj ąco długo pracowałam  w centrali. Problem

j ednak w ty m , że teraz zadbaj ą, aby  dostęp do furtki został m aksy m alnie utrudniony.

–  Jeśli  naprawdę  rozważaj ą  przerwanie  kom unikacj i,  to  m oże  oznaczać  dwie

rzeczy.  –  Vic  zm ruży ła  oczy.  –  Albo  chcą  stworzy ć  wy posażonego  w  ciężką  broń  potwora
Frankensteina, albo wbuduj ą m echaniczne zabezpieczenia.

background image

– Kom unikator j est takim  zabezpieczeniem  – przy pom niał j ej  Stark. – Bez niego nie

m ogą m ieć pewności, że zdołaj ą wy łączy ć robota, który  wy m knął im  się spod kontroli.

Lam ont podniósł palec.
– Chy ba że chłopcy  z badawczego przekonali trepów, że dadzą sobie z ty m  radę bez

potrzeby   nawiązania  kontaktu,  że  naj nowsze  wersj e  SI  albo  innego  oprogram owania  załatwią
sprawę.  Trafiłem   na  coś  takiego  w  zautom aty zowany ch  czołgach.  Nie  potrzebowały   nadzoru
człowieka,  j ak  tłum aczy ł  m i  j eden  taki  m ózgowiec  od  sy stem ów  uzbroj enia,  ponieważ  sam e
um iały  m y śleć. Ty le że tak naprawdę nie um iały, więc odstawiliśm y  j e dość szy bko od cy ca, j ak
każdy  inny  wy nalazek tego ty pu.

–  Sam   widzisz  –  poparła  go  Rey nolds.  –  Dlaczego  Pentagon  m iałby   im   uwierzy ć

ty m  razem ?

–  Może  dlatego,  że  bardzo  tego  chce?  Pry watni  wy konawcy   zawsze  wciskali

trepom ,  że  kupuj ą  świetną  broń  po  dolcu  za  sztukę,  i  to  broń,  która  w  dodatku  nie  wy m aga
rem ontów, sam a strzela i zawsze trafi w tego złego. A potem  okazy wało się, że owszem , ale trzeba
dopłacić dolca za każdy  atom , z którego by ła zbudowana, psuj e się za każdy m  razem , gdy  ktoś na
nią spoj rzy, i trzeba j ą zanieść aż do wskazanego celu, żeby  zadziałała. Czy  ktoś z was naprawdę
wierzy, że Pentagon kupuj e ty lko cacka, które działaj ą idealnie j ak na reklam ach?

Wokół  stołu  zapanowała  przeciągaj ąca  się  cisza.  Dopiero  po  chwili  Vic  skinęła

głową.

– Celna uwaga. – Spoj rzała na Starka. – Musim y  znaleźć skuteczny  i prosty  sposób

zneutralizowania ty ch blaszaków.

–  Pam iętaj ąc  oczy wiście,  j ak  szy bkie  potrafią  by ć  i  zabój cze  –  przy pom niał

Lam ont. – Wiecie doskonale, j ak trudno nam ierzy ć w pełni zautom aty zowany  cel. Taka m aszy na
porusza  się  zawsze  szy bciej   niż  załogowa.  A  przy   ty m   nie  wy starczy   j edno  trafienie,  by
unieszkodliwić takiego drania.

– Zależy, w co trafisz – wpadła m u w słowo Yurivan, znów szczerząc zęby.
– Masz j akiś pom y sł, Stace? – zapy tał Stark.
–  Może.  Jestem   przecież  specj alistką  od  m ieszania  ludziom   w  głowach,  prawda?

Niewy kluczone  więc,  że  wy m y śliłam ,  j ak  nam ieszać  we  łbach  blaszakom .  Niewy kluczone,
powiadam . Muszę to j eszcze sprawdzić.

– Zrób to. – Stark powiódł wzrokiem  po twarzach zebrany ch. – Ty lko uważaj . Nikt

nie  m oże  wiedzieć,  przed  czy m   nas  ostrzeżono.  –  Skupił  uwagę  na  siedzącej   do  tej   pory   cicho
Wisem an. – Jakie m am y  szanse na strącenie wahadłowców, który m i m aj ą j e tutaj  dostarczy ć?

Wisem an się skrzy wiła.
– Jakieś tam  szanse m am y. Ale tak na poważnie? Wątpię, aby  nam  się to udało. Bez

przerwy   przy sy łaj ą  tu  j akieś  konwoj e.  Skąd  m am y   wiedzieć,  że  to  akurat  Jabbersm oki?  A  j eśli
nawet zdołam y  się dowiedzieć, który  to konwój , i tak nie liczy łaby m  na sukces. Tak cenny  ładunek
będzie chronić silna eskorta. Moj e wahadłowce wy paruj ą, zanim  zdążą się zbliży ć do celu. Nawet
kam ikadze  niewiele  zdziałaj ą  przeciw  takiej   sile  ognia.  –  Spoj rzała  na  otaczaj ący ch  j ą
podoficerów, zanim  znów przeniosła wzrok na Starka. – Mogliby śm y  spuścić im  na lądowisko kilka
głazów. Narobić tam  kraterów.

– Głazów? – odezwała się Vic. – Chodzi ci o naprawdę wielkie skały ?
–  Owszem .  Nawet  zaj ebiście  wielkie.  Stworzy liby śm y   kilka  spory ch  kraterów,

daj ąc ludziskom  na Ziem i piękny  pokaz faj erwerków.

Vic pokręciła głową, zerkaj ąc na Starka, j akby  prosiła, aby  j ą wsparł.
–  Jeśli  doprowadzim y   do  eskalacj i  konfliktu,  uży waj ąc  broni  m asowej   zagłady,

niektórzy  z naszy ch wrogów m ogą doj ść do wniosku, że nic nas nie powstrzy m a przed zrobieniem

background image

tego  sam ego  z  celam i  na  Ziem i.  Jeśli  przy j dzie  im   to  do  głowy,  zaatakuj ą  pierwsi,  spuszczaj ąc
nam   na  głowy   nie  ty lko  głazy,  ale  atom ówki  i  bom by   zerowe.  Z  kolonii  zostanie  krater,  przy
który m  Ty cho będzie wy glądało j ak pły tki dołek.

Stark przy taknął.
–  A  reszta  świata  będzie  zadowolona  z  takiego  rozwiązania,  ponieważ  j esteśm y

koszm arem  dla wszy stkich rządów. Wy bacz zatem , żadny ch głazów.

– Nie m a sprawy. Sam a nie by łam  przekonana do tego rozwiązania.
–  Dzięki  j ednak  za  wskazanie  takiej   m ożliwości.  Chciałby m   poznać  wszy stkie

dostępne  opcj e.  Dobra,  teraz  m oj a  kolej .  My ślę,  że  m usim y   podej ść  do  tej   sprawy   po
woj skowem u.

– Co przez to rozum iesz? – zapy tała Manley.
– To, że albo one pokonaj ą nas, albo m y  j e. A takie roboty  są cholernie kosztowne,

więc Pentagon wy da na nie wszy stko, czy m  j eszcze dy sponuj e. Potem  nic m u j uż nie zostanie.

Gordasa się uśm iechnął.
– I pierwsza woj na księży cowa dobiegnie wreszcie końca?
–  Niewy kluczone.  Może  doj dzie  do  obustronnego  wy czerpania  sił,  co  nie  wy daj e

m i się wcale takim  zły m  rozwiązaniem . Miej m y  ty lko nadziej ę, że wszy scy  nadal tu będziem y,
gdy  to się skończy. – Stark został w fotelu, gdy  j ego sztabowcy  podnosili się z m iej sc i wy chodzili,
rozm awiaj ąc ze sobą półgłosem . W końcu została ty lko stoj ąca wciąż w progu niezdecy dowana
Wisem an. – Chce pani o coś j eszcze zapy tać?

– Nie. Ja ty lko... no...
Ethan zauważy ł j ej  niepewną m inę, dlatego zaprosił j ą gestem  na sąsiedni fotel.
– Proszę się rozgościć. Nie m ieliśm y  okazj i porządnie porozm awiać, a przy znam ,

że do tej  pory  znałem  niewielu m ary narzy.

– Będzie pan m iał coś przeciw, j eśli wrzucę na luz?
– Jeśli dowiem  się, co to znaczy, odpowiem , czy  m am  coś przeciw.
Zachichotała, wskazuj ąc palcem  dy spenser, który  j eden z by ły ch generałów kazał

zainstalować na sali odpraw.

– Chodziło m i o wy picie czegoś m ocniej szego.
– Proszę. Może pani strzelić sobie piwko. Ja też poproszę j edno.
– Nie m a sprawy.
Stark popatrzy ł na piwo, które m u przy niosła.
– Co picie m a wspólnego z ty m ... o czy m  pani wspom niała?
– Z wrzucaniem  na luz? Poj ęcia nie m am  – przy znała, pociągaj ąc długi ły k. – Tak

się po prostu m ówi. To coś w sty lu zawołania lampy zgaszone!, które towarzy szy  ogłoszeniu ciszy
nocnej .

– Lam py ? To j akiś rodzaj  latarni?
–  Poj ęcia  nie  m am .  Ale  każdego  wieczora  ogłaszam y   na  okrętach,  że  lam py   są

gaszone, a po każdej  pobudce sły szy m y, że j e zapalono.

– Nie wiecie, czy m  one są, ale gasicie j e i zapalacie każdego dnia? – Stark pokręcił

głową, a potem  sam  napił się piwa. – Mary narze, nigdy  was nie zrozum iem .

Uśm iechnęła się, ale zaraz znów spoważniała.
– To taka trady cj a, sierżancie Stark. Może nic nie znaczy ć i pewnie nie znaczy, ale

stanowi część ry tuału. Dzięki niej  wiem y, że znaj duj em y  się na okręcie woj enny m , że wszy stko
j est j ak trzeba i że nic się nie zm ieni. – Wisem an zam ilkła nagle, potem  znów pociągnęła długi ły k.
– Człowieku, j akie cienkie to piwo.

– Nie m usi go pani pić.

background image

– Nie powiedziałam , że j est aż takie złe. – Znów m ilczała przez chwilę, oczy  nagle

j ej  posm utniały.

–  O  co  chodzi,  chorąży   Wisem an?  –  zapy tał  Stark.  –  Widzę,  że  panią  coś  dręczy.

Mogę pom óc?

–  Wątpię.  –  Uśm iechnęła  się  krzy wo,  j akby   przy pom niała  sobie  j akiś  kawał.  –

Zastanawiałam   się  właśnie  nad  ty m ,  j ak  ważna  m oże  by ć  trady cj a,  nawet  j eśli  nie  m a  sensu.
My ślał  pan  o  ty m   kiedy ś,  sierżancie  Stark?  O  ty m ,  że  przez  to  wszy stko  porzucim y   w  końcu
wszelkie trady cj e?

– Nie. Szczerze m ówiąc, nie. Radziłby m  j ednak pam iętać, że zostaliśm y  zm uszeni

do buntu. Nie zrobiliśm y  tego z własnej  woli. – Uniósł dłoń, widząc, że Wisem an otwiera usta, by
coś  powiedzieć.  –  Chwileczkę.  Obawia  się  pani  o  zachowanie  trady cj i.  Rozum iem .  To  ważna
sprawa.  Cholernie  ważna.  Ale  są  dwa  rodzaj e  trady cj i.  Tak  sądzę.  Pierwsze  to  takie,  które
stanowią  spoiwo,  dzięki  nim   uważa  się  swoj ą  j ednostkę  albo  służbę  za  coś  wy j ątkowego.  Dzięki
nim  człowiek walczy, zam iast się poddać. Zgadza się? Ale j est też inna trady cj a, która nie doty czy
tego, czy  ludzie m aj ą wspólne cele, dzięki który m  lepiej  walczą w sy tuacj ach, podczas gdy  każdy
inny  zabiera dupę w troki i ucieka. Mówię o zwy czaj ach w rodzaj u: m y  to robiliśm y, więc i wy
m usicie tak postępować. Albo: zawsze tak by ło. Czy : m usisz to tak robić, ponieważ zawsze tak to
robiono. Czasem  też: nie m usisz tego wiedzieć, ponieważ ktoś znaj duj ący  się m ilion m il stąd i tak
j uż zadecy dował. Wie pani, o czy m  m ówię. To trady cj e, który m i biurokraci w m undurach, idioci
i sady ści ogłupiaj ą dobry ch ludzi.

Wisem an uśm iechnęła się j eszcze bardziej  krzy wo.
– O tak, m ogłaby m  podać kilka przy kładów.
– Takich trady cj i czy  idiotów?
– Jedny ch i drugich. – Uśm iech zniknął, zastąpiło go zam y ślenie. – Ma pan racj ę,

sierżancie.  Nigdy   nie  m y ślałam   o  ty m   pod  takim   kątem ,  ale  tak  to  właśnie  działa,  nieprawdaż?
Moj a  zastępczy ni,  m at  kanonier  Melendez,  opowiadała  m i  kiedy ś  o  staroży tnej   arm ii,  chy ba
bry ty j skiej ,  która  kom binowała,  co  zrobić,  by   j ej   arty leria  m ogła  strzelać  szy bciej .  Bry tole
wezwali  na  pom oc  wy bitny ch  fachowców,  aby   sprawdzili,  j ak  usprawnić  cały   proces,  a  ci
przy j echali,  obej rzeli  kilka  pokazowy ch  strzelań  i  zapy tali,  dlaczego  dwóch  żołnierzy   z  każdej
obsady   staj e  na  baczność  obok  działa  tuż  przed  oddaniem   strzału.  Nikt  nie  um iał  na  to  py tanie
odpowiedzieć, po prostu robili, co nakazy wała trady cj a. W końcu udało się znaleźć j akiego bardzo
starego  em ery towanego  arty lerzy stę.  Wie  pan,  sierżancie,  co  im   powiedział,  gdy   zadali  m u  to
sam o py tanie?

Stark wzruszy ł ram ionam i.
– Poj ęcia nie m am .
–  Wy j aśnił,  że  ci  dwaj   żołnierze  powinni  trzy m ać  konie.  –  Wisem an  zaśm iała  się

na  głos.  Stark  spoglądał  na  nią  m ocno  zdziwiony.  –  Dawniej   działa  by ły   ciągnięte  przez  konne
zaprzęgi,  a  gdy   strzelały,  woźnice  m usieli  uspokaj ać  zwierzęta  boj ące  się  huku.  –  Zakończy ła
kolej ną  falę  śm iechu,  zanurzaj ąc  usta  w  piwie.  –  Koni  j uż  od  dawna  nie  potrzebowano,  ale  w
każdej  obsadzie pozostało dwóch dodatkowy ch ludzi.

– Ale to głupie – bąknął Ethan i także się roześm iał. – Nie wiem , czy  sły szała pani

opowieść Yurivan o dawnej  rosy j skiej  władczy ni. Katarzy na j ej  by ło czy  j akoś tak...

– Co zm alowała?
–  Ponoć  wy szła  któregoś  dnia  z  pałacu,  czy   gdzie  tam   m ieszkała,  i  zobaczy ła  na

trawniku  świeżo  rozkwitły   kwiat.  Kazała  więc  postawić  przy   nim   wartownika,  żeby   nie  został
rozdeptany.  Jakieś  sto  lat  później   kolej ny   władca  wy j rzał  przez  okno  i  zaczął  się  zastanawiać,
dlaczego wartownik stoi na sam y m  środku trawnika. Wy szło na to, że nikt nie cofnął wy danego raz

background image

rozkazu,  więc  dowódcy   wy sy łali  w  to  sam o  m iej sce  kolej ny ch  żołnierzy,  m im o  że  kwiat  j uż
dawno usechł. I wartownicy  stali tam  bez względu na pogodę, latem  i zim ą, pilnuj ąc m iej sca, w
który m  kiedy ś wy rósł j akiś kwiatek.

– Ha! To j edna z historii, które pasuj ą j ak ulał do naszy ch by ły ch przełożony ch. –

Wisem an  spoważniała  po  raz  kolej ny,  ty m   razem   piła  piwo  wolniej ,  zapatrzona  gdzieś  w  dal.  –
Tak. Wy j ątkowo durna opowieść. Ale dobre trady cj e są bardzo ważne.

–  Owszem ,  dobre  trady cj e  są  ważne.  Dlatego  za  wszelką  cenę  m usim y   j e

pielęgnować. O czy m  tak pani m y śli?

– O m oich urodzinach. – Parsknęła radośnie, zauważy wszy  reakcj ę Starka. – Ty lko

bez śpiewania żadnego: Sto lat! Jedy ne, co lubię w kolej ny ch urodzinach, to, że doży łam  ich, by
m ieć co uczcić. Nie, złapał m nie pan na m y śleniu o rodzinie. Moi dwaj  bracia także wstąpili do
floty. Jakżeby  inaczej . Co innego m ożesz zrobić, j eśli rodzice także są m ary narzam i? – Nadal się
uśm iechała, ale m y ślam i błądziła w przeszłości. – Wiele razy  biłam  się z nim i w knaj pach, gdy
dostawaliśm y  przepustki. Ludzie nazy wali nas zazwy czaj  Trój cą.

– Nazy wali?
– Tak. Joe zginął podczas j ednej  z pierwszy ch bitew o Księży c. Służy ł na USS „John

Hancock”.  Rozpieprzy li  ich,  gdy   eskortowali  nasze  transportowce.  Mogli  uciec,  ale  zostali,  żeby
osłonić pozostałe j ednostki. Nie m usieliśm y  się m artwic o pogrzeb, bo nie zostało z niego nic do
pochowania. – Upiła kolej ny  ły k, twarz j ej  poszarzała ze sm utku. – Nagrodzili okręt i j ego załogę
Wy różnieniem   Prezy denckim .  Pośm iertnie.  Bo  walczy li  do  sam ego  końca,  j ak  nakazy wała
trady cj a m ary narki woj ennej . Takie tam  pieprzenie. Chociaż chłopcy  zrobili, co do nich należało,
nieprawdaż?  Świetny   okręt.  Jeszcze  lepsza  trady cj a.  By liśm y   dum ni  z  brata...  –  zam ilkła  na
dłuższą chwilę. – Teraz j est j uż ty lko Dwój ca. Póki co.

– Przy kro m i.
–  Sły szałam ,  że  by ł  pan  j edy ny m   woj skowy m   w  swoj ej   rodzinie.  Cała  reszta  to

cy wilbanda. Zgadza się?

– Owszem .
– Nie m a pan dzięki tem u lepiej ?
Ethan pokręcił głową, m arszcząc czoło.
– Dlaczego m iałoby  m i to coś ułatwić?
– Mówię o posy łaniu ludzi do walki. Wiedząc, że część z nich m usi polec. Wie pan,

sierżancie, nie m a pan wśród nich żadny ch krewny ch, nie dorastał pan m iędzy  nim i.

– Ale to nadal m oi przy j aciele. Posy łanie ich na śm ierć nie j est wcale łatwiej sze.

A m oże nawet gorsze.

–  To  m i  przy pom niało  o  pewny m   kawale.  –  Wisem an  znów  się  uśm iechnęła.  –

Dziadek m i go opowiedział. W czasach, kiedy  Rosj anie kontrolowali Europę Wschodnią, to by ło
gdzieś  pod  koniec  dwudziestego  wieku,  j ak  sądzę,  pewien  Rosj anin  poj echał  do  Polski  i  zapy tał
m iej scowy ch,  czy   uważaj ą  j ego  kraj an  za  przy j aciół  czy   bardziej   za  rodzinę.  Polacy
odpowiedzieli m u na to: za rodzinę, j ak naj bardziej . Bo przy j aciół m ożna sobie wy brać.

Stark się zaśm iał.
– Mocno prawdziwy  ten dowcip. Aczkolwiek rodzina też j est ważna. Gdzie j est pani

drugi brat?

– W m ary narce, ale tej  oceanicznej . Ty le dobrego, że nie wpadnę na niego tutaj .

Cały  czas m i powtarzał, że ty lko ktoś popieprzony  m oże chcieć zostać w przestrzeni. Twierdził, że
okręty  powinny  pły wać po wodzie, a nie unosić się w próżni.

– Chy ba m iał racj ę. W siłach powietrzny ch od lat powtarzaj ą to sam o.
–  Ta,  j asne.  –  Wisem an  pry chnęła  pogardliwie.  –  Mówią  to  zawsze,  kiedy   chcą

background image

przej ąć  kontrolę  nad  wszy stkim i  operacj am i  w  przestrzeni.  Mieli  j ednak  problem   z
wy budowaniem   tutaj   luksusowy ch  osiedli  dla  swoich  pilotów,  więc  zostawili  ten  teren
m ary narzom . My  przy wy kliśm y  do ży cia w m arny ch warunkach. – Dopiła piwo, potem  wstała.
– Dzięki za wy słuchanie, szefie.

– To część m oj ej  roboty.
– Tak. Niektórzy  są w niej  lepsi od inny ch. Nie j est pan takim  zły m  dowódcą j ak na

błotołaza.

– Dzięki. A pani, Wisem an, nie j est taką złą kałam arnicą.
–  I  kto  to  m ówi?  –  Wisem an  parsknęła  raz  j eszcze,  potem   zasalutowała.  –  Za

pozwoleniem , sir. Stark także podniósł się z fotela, by  odpowiedzieć zgodnie z regulam inem .

– Proszę uważać na siebie, Wisem an. Nie chce pani j eszcze o czy m ś pogadać?
– Nie, dzięki. Poza ty m  m uszę wracać, żeby  zdąży ć przedstawić m oj ą m ałą flotę

do raportu o ósm ej .

–  O  ósm ej ?  Chciała  pani  powiedzieć:  o  dwudziestej   zero  zero?  –  zapy tał  Stark,

przekładaj ąc cy wilną m etodę podawania czasu na stricte woj skową. – Ma pani sporo czasu.

– Nie m am . Raport z ósm ej  składam y  we flocie o siódm ej  trzy dzieści.
–  Dlaczego  więc  m ówicie,  że  to  raport  o  ósm ej ?  Chodzi  o  to  sam o  co  z  ty m i

lam pam i?

–  Coś  w  ty m   sty lu.  Trady cj a  floty.  Nie  zrozum iałby   pan,  sierżancie.  –

Zasalutowała raz j eszcze, ty m  razem  niem al radośnie, a potem  wy biegła, wpadaj ąc w progu na
Rey nolds.

Vic obej rzała się za nią.
– Bawiliście się w taj ne operacj e?
– Nie. Udzielałem  j ej  osobistej  rady.
Rey nolds usiadła, wy glądała na zaniepokoj oną.
– Wisem an m a j akieś problem y ?
–  Nie.  Takie  tam   pierdoły.  Parę  zwy kły ch  zm artwień.  Potrzebowała,  aby   ktoś

potrzy m ał j ą za rączkę i wy słuchał. Wiesz, j ak to j est.

–  Mówisz  o  ty m   rodzaj u  pocieszenia,  j akiego  j a  ci  udzielam   za  każdy m   razem ,

kiedy  m asz deprechę? Tak, wiem , j ak to j est.

– I dlatego j esteś dobry m  dowódcą – oświadczy ł Stark. – Mam  nadziej ę, że j a też.

Dzięki Bogu, że m ożem y  pogadać, gdy  robi się naprawdę nieciekawie.

– No m y ślę. A skoro m owa o obowiązkach przy wódcy...
– O nie. Co znowu?
Vic zam y śliła się głębiej .
– Jak by  ci to powiedzieć. Wy graliśm y, m orale wzrosło, ale ludzie są nerwowi.
– Wiem . Też to wy czułem . Niby  wszy stko j est w porządku, ale nie do końca. Masz

j akieś pom y sły ?

– Parę. – Rey nolds odchy liła się wy godniej , spoglądaj ąc na stal, którą wy kończono

surowe sklepienie tego pom ieszczenia. – Po części chodzi o odwieczne py tanie. Dałeś nam  dobry
powód  do  walki,  coś  więcej ,  niż  ty lko  chęć  przeży cia.  Problem   ty lko  w  ty m ,  że  nie  m am y   j ak
zwery fikować, czy  sprawdzasz się w roli sy m bolu.

–  Wielu  ludzi  próbuj e  tego  dociec,  Vic.  Dem onstracj e  na  Ziem i  przy bieraj ą  na

sile. Rząd wy sy ła przeciw nam  naj em ników, a do tego j eszcze te Jabbersm oki. To znaczy, że się
nas boj ą. Stacey  i technicy  cy wilbandy  co chwilę wy kry waj ą próby  włam ania się do naszy ch
sy stem ów  albo  zawirusowania  kom puterów  siłowni.  By łby m   zapom niał:  m ły ny   rządowej
propagandy   wciąż  przerabiaj ą  nas  na  potwory.  Patrząc  na  to,  j ak  poważne  siły   i  środki  zostały

background image

zaangażowane  do  pokonania  tego  buntu,  nie  sposób  nie  doj ść  do  wniosku,  że  m usim y   stanowić
poważne zagrożenie dla władzy.

– Owszem , problem  j ednak w ty m , że nie wiem y, j ak długo utrzy m a się taki stan

rzeczy. Czasam i m am  wrażenie, że walczy m y  tutaj  od zarania dziej ów. Jedno m ogę powiedzieć
na pewno. Chłopcy  oddaliby  wszy stko, by le j ak naj szy bciej  stąd wy by ć.

– Ja też. U licha, zrobiłby m  wszy stko, żeby  zakończy ć tę woj nę j uż teraz. Mogę cię

ty lko zapewnić, że cy wilbanda z kolonii staj e na głowie, żeby  zwiększy ć niechęć naszy ch rodaków
do rządu. Sarafina m elduj e ci o kolej ny ch posunięciach, j ak m niem am ?

–  Mhm .  Rząd  nie  m a  m ożliwości  zablokowania  wszy stkich  cy wilny ch  przekazów

docieraj ący ch  na  Ziem ię,  zatem   nie  m oże  także  powstrzy m ać  napły wu  naszej   propagandy.
Twoj a  znaj om a  nie  m a  wszakże  poj ęcia,  czy   to  działa  i  czy   odniesie  j akikolwiek  skutek.  Ty le
dobrego,  że  nikt  do  niej   nie  strzela  w  tak  zwany m   m iędzy czasie.  –  Vic  uniosła  dłoń,  by   uciszy ć
otwieraj ącego usta Starka.

– Wiem . Chery l Sarafina to bardzo przy zwoity  człowiek i cenię sobie j ej  zdanie, co

prawdę  powiedziawszy,  zaskakuj e  m nie  sam ą.  W  ży ciu  by m   nie  pom y ślała,  że  powiem   coś
podobnego  o  kim ś  z  cy wilbandy,  ale  tak  wy gląda  prawda.  My ślę  j ednak,  że  to,  o  czy m
rozm awiam y, nie j est j edy ny m  problem em .

– Słucham ? Co j eszcze cię gry zie, Vic? Co ci podpowiada insty nkt?
–  Coś  m i  się  widzi,  że  nasi  przy j aciele  z  Ziem i  przy szy kowali  nam   j eszcze  j edną

niespodziankę. Siej ą ziarno nienawiści i niezadowolenia w naszy ch szeregach. A w każdy m  razie
próbuj ą to robić.

– Dlaczego m nie to nie dziwi?
– Stacey  też coś wy niuchała?
–  Nie.  –  Stark  pokręcił  głową.  –  Ale  m a  podobne  obawy   j ak  ty.  Podej rzewa,  że

agencj e  z  Ziem i  będą  chciały   nam ieszać  nam   w  głowach,  a  przy   ty m   sprzęcie,  który m
dy sponuj em y, nie uda j ej  się przechwy cić wszy stkiego.

– Możem y  przeprowadzić testy  loj alności...
–  Nie.  Nie  m a  szans.  Jeśli  zarządzę  coś  takiego,  zaszkodzę  nam   bardziej   niż

wszy stkie akcj e agencj i razem  wzięte. Muszę ufać m oim  ludziom , Vic.

– Chy ba m asz racj ę co do testów loj alności – przy taknęła z nieszczęśliwą m iną. –

Ale nie wszy scy  zasługuj ą na zaufanie, Ethan. To j uż nie te czasy, gdy  m ogłeś ręczy ć za każdego
członka swoj ej  druży ny. W naszej  m ałej  arm ii służą ludzie, o który ch w ży ciu nie sły szeliśm y, nie
m ówiąc  o  osobisty m   poznaniu.  A  j ak  zapewne  wiesz,  nie  każdy   żołnierz  j est  aniołem .  –  Vic
sięgnęła do naj bliższego wy świetlacza i wprowadziła do niego kilka kodów. – Spój rz na to. Mam y
j uż  niem al  stu  oskarżony ch  o  zaży wanie  nowy ch  sy ntety czny ch  narkoty ków  zwany ch
wniebowzięciem .  Ktoś  j e  wy twarza,  ktoś  inny   rozprowadza,  ale  nie  zdołaliśm y   ich  j eszcze
przy skrzy nić.

–  Dopadniem y   drani.  Stacey   wzięła  się  ostro  za  tę  sprawę.  To  teren,  na  który m

sam a  kiedy ś  chciała  działać.  A  m oże  i  nie.  Wniebowzięcie  m iesza  ludziom   w  głowie,  i  to
perm anentnie,  z  tego  co  wiem .  Stacey   nie  brudziłaby   sobie  rąk  takim   towarem .  Dlatego  tak
zawzięcie próbuj e nam ierzy ć dilerów.

–  Ich  m iej sce  zaj m ie  zaraz  ktoś  inny   i  wy produkuj e  j eszcze  gorsze  gówno  –

zauważy ła Vic.

–  Fakt.  Co  więc  robim y   z  ty m   problem em ?  Przeciwdziałam y,  tworząc  coś

pozy ty wnego, czy  czekam y, aż to wszy stko pieprznie?

– Pom y ślm y  nad ty m  pierwszy m  rozwiązaniem . Wprawdzie nie przy chodzi m i na

m y śl  nic,  czego  by śm y   j uż  nie  próbowali,  ale  m oże  istniej e  j eszcze  j akieś  wy j ście.  Dzisiaj

background image

j estem   j uż  zby t  zm ęczona,  by   m y śleć  kreaty wnie.  Spotkaj m y   się  j utro,  powiedzm y   w  porze
lunchu, i zróbm y  burzę m ózgów.

– Świetny  pom y sł.
Spoj rzała na Ethana py taj ąco.
– Coś j eszcze cię gry zie?
–  Nie,  raczej   nie.  Ty lko  to,  o  czy m   wspom niałaś.  Agencj e  z  Ziem i  z  pewnością

pracuj ą nad czy m ś, co sprawi nam  wielką przy krość. Chciałby m  wiedzieć, co to takiego.

Ethan wszedł dopiero do swoj ej  kwatery. Nie zdąży ł się j eszcze zdecy dować, czy

zasiąść  za  biurkiem   i  zabrać  do  papierkowej   –  a  raczej   wirtualnie  papierkowej   –  roboty,  gdy
usły szał natarczy we brzęczenie kom unikatora.

– Stark, słucham .
–  Kom endancie,  tutaj   Centrum   Bezpieczeństwa.  –  Wachtowy   by ł  tak

zdenerwowany, że brakowało m u tchu. – Mam y  tu problem .

– Co znaczy : m am y  tu problem ? Co tam  się dziej e?
–  Dostaliśm y   dwa  sy gnały   alarm owe  z  różny ch  sektorów.  Chodzi  o  koszary

Cham berlaina  i  Morgana.  Straciliśm y   także  podgląd  na  znaj duj ący   się  w  pobliżu  tego  m iej sca
m agazy n am unicj i...

–  Jakie  to  by ły   sy gnały   alarm owe?  –  przerwał  m u  Stark,  czuj ąc  nagłą  chęć

włączenia  się  do  akcj i,  którą  j ednak  poham ował,  przy naj m niej   do  chwili,  gdy   dowie  się  czegoś
więcej . – Mówisz o kolej ny m  ataku wroga?

– Nie. Nie, sir. Nie m ieliśm y  raportów o akty wności wroga. Trudno m i wy j aśnić

treść  ty ch  przekazów.  Lepiej   puszczę  panu  j eden  z  nich,  sir.  –  Po  chwili  przerwy   Stark  usły szał
inny   głos,  ten  człowiek  także  m ówił  bardzo  pospiesznie.  –  Hej ,  wy   tam .  W  koszarach  Morgana
dziej e się coś dziwnego. Widziałem  przed m om entem  żołnierzy  w pełny m  opancerzeniu, którzy
chodzili  po  barakach  i  rozpowiadali,  że  powstała  właśnie  j akaś  rada  podoficerów.  Podobno  teraz
ona tu rządzi. Gadali też, że Stark i j ego banda wy korzy stuj ą nas do brudnej  roboty, więc oni im
odpłacą. Gdy  zapy tałem , kim  są ci „oni”, nie um ieli m i odpowiedzieć. Kazaliśm y  im  spieprzać do
siebie,  ale  wy gląda  na  to,  że  zam ierzaj ą  przej ąć  nasze  koszary.  Wy daj e  m i  się,  że  to  ludzie  z
piątego batalionu drugiej  bry gady. Lepiej ...

– Centrala, przekaz został wy łączony... – powiedział Stark.
– Taj est.  Tu się  ury wa. Postawiliśm y   na nogi  dy żurną kom panię  tam tego  sektora,

sir, ale... m am y  j ą tam  wy słać? To znaczy, czy  m am y  atakować swoich?

Stark przy m knął oczy. Wiele by  dał, żeby  um ówiony  z Vic lunch m iał m iej sce kilka

dni tem u, zanim  tem at planowanej  rozm owy  stał się realny m  zagrożeniem .

– Po pierwsze, powiadom cie o wszy stkim  m oich sztabowców. Po drugie, ogłoście,

że  wszy scy   żołnierze  m aj ą  pozostać  w  swoich  kwaterach  albo  koszarach,  dopóki  nie  otrzy m aj ą
rozkazów.  Po  trzecie,  wy ślij cie  kom panię  dy żurną  do  tam ty ch  dwóch  obiektów  i  każcie  j ej
aresztować wszy stkich, którzy  chcą przej ąć kontrolę nad wspom niany m i koszaram i albo inny m i
obiektam i kolonii. Ty lko żadnego otwierania ognia. Zrozum iano? Nie wspom nieliście do tej  pory  o
strzelaninach, zakładam  więc, że nie doszło do żadny ch incy dentów.

–  Zgadza  się,  sir.  Nie  m am y   raportów  o  strzałach,  czuj niki  także  niczego  nie

background image

wy kazuj ą.

–  Świetnie.  Sprowadźcie  tam   naszy ch  ludzi  i  zablokuj cie  ty ch  drani,  dopóki  nie

dowiem y  się, o co im  chodzi.

W ty m  m om encie do rozm owy  włączy ła się Vic.
–  Mówi  Rey nolds.  Wy ślij cie  postawione  w  stan  alarm u  kom panie  rezerwy   do

sąsiednich obiektów. Który  batalion zabezpiecza ten sektor?

– Piąty.
– Okay  – odparł Stark, dodaj ąc naty chm iast w m y ślach: Jego  raczej  nie  możemy

użyć.  –  Skontaktuj cie  się  z  batalionem   stacj onuj ący m   naj bliżej   tego  sektora.  Niech  wesprą
wy słane  do  koszar  kom panie.  Chcę,  żeby   ta  rada  podoficerów  została  odcięta  od  reszty   kolonii
ży wy m  m urem .

– Taj est! A co z m agazy nem , kom endancie?
Stark  zaczerpnął  wolno  tchu,  wy obrażaj ąc  sobie,  co  spanikowani  żołnierze  m ogą

zrobić z taką ilością m ateriałów wy buchowy ch.

–  To  sam o.  Zablokuj cie  wszy stkie  wej ścia.  Ale  żadny ch  działań  ofensy wny ch  na

terenie sam ego m agazy nu. Żadnego naciskania. Nie chcę, żeby  pół kolonii wy leciało na orbitę.

– Taj est! Oddziały  j uż wy ruszaj ą, kom endancie.
– Vic, spotkaj m y  się w centrum  dowodzenia.
– Już tam  idę. Czy  to znaczy, że odwołuj em y  nasz lunch?
Uśm iechnął się m im owolnie, sły sząc ten czarny  hum or.
–  Wątpię,  aby śm y   m ieli  dużo  wolnego  czasu  w  ciągu  naj bliższy ch  kilku  dni.  Nie

zapom nij  włoży ć pancerza.

– Jestem   j uż dużą  dziewczy nką, kolego.  Wiem  też,  że w  sy tuacj ach  kry zy sowy ch

należy   m ieć  na  sobie  kom pletne  wy posażenie  boj owe.  Przy pom nisz  m i  też  o  konieczności
zabrania karabinu?

– Nie. Ale zrobię wszy stko, aby ś nie m usiała go uży wać.

W  centrum   dowodzenia  panowało  spore  zam ieszanie,  sprawne  działanie

wachtowy ch zostało zakłócone szczególny m i wy darzeniam i, a nigdy  wcześniej  nie przećwiczy li,
j ak im  przeciwdziałać.

–  Chcecie  m i  powiedzieć,  że  nie  m ogę  wy wołać  na  ekran  m apy   tam tej szy ch

koszar? – dziwił się Stark.

– Szukam y  j ej  – zapewnił go sierżant Tran. – To nie by ł sektor, który m  powinniśm y

się przej m ować.

Wchodząca właśnie Vic pokręciła głową, sły sząc ostatnie słowa Trana.
–  A  gdy by   nieprzy j aciel  przebił  się  za  pery m etr?  Musim y   m ieć  j akieś  plany

obrony  wnętrza kom pleksu.

Tran pacnął się dłonią w czoło.
– No przecież. Już j e wy wołuj ę. – Sierżant podbiegł do naj bliższej  konsoli, zam ienił

kilka  słów  ze  stoj ący m   przed  nią  wachtowy m ,  po  czy m   wspólnie  zaczęli  szukać  wspom niany ch
planów.  Chwilę  później   na  ekranach  poj awiły   się  trój wy m iarowe  odzwierciedlenia  koszar
Cham berlaina i Morgana. – Zaraz uruchom im y  nakładkę ze wszy stkim i działaniam i przeciwnika,

background image

kom endancie Stark.

– Dzięki, ale to nie przeciwnik. Staraj cie się o ty m  pam iętać. – Stark zaczął naciskać

z furią klawisze. Choć insty nkt podpowiadał m u, że powinien działać, i to j ak naj szy bciej , m usiał
poczekać  na  podesłanie  większej   ilości  dany ch.  –  Powinienem   tam   pój ść  –  m ruknął  tak  cicho,
żeby  ty lko Vic usły szała.

– Nie. Sy tuacj a j est zby t zagm atwana. – Rey nolds skupiała uwagę na czerwony ch

ikonkach poj awiaj ący ch się w m iej scach, gdzie zaobserwowano działania ludzi powołuj ący ch się
na radę podoficerów. – Słuchaj , właśnie sobie o czy m ś przy pom niałam .

– Dość złowieszczo to zabrzm iało.
–  Nie  przesadzaj .  Pam iętasz,  kto  służy ł  w  piąty m   batalionie?  Koj arzy sz  faceta

nazwiskiem  Kalnick?

–  Kalnick?  –  Sierżant  o  takim   nazwisku  by ł  przez  m om ent  dowódcą  piątego

batalionu,  potem   stracił  zaufanie  podwładny ch,  gdy   próbował  podkopy wać  autory tet  Starka  i
opóźnił działania swoj ej  j ednostki, czy m  o m ały  włos nie doprowadził do katastrofy. Po ty m , j ak
właśni żołnierze wy walili go na zbity  py sk, Stark odesłał Kalnicka na Ziem ię, nie chcąc m ieć za
plecam i  kogoś  tak  zdradzieckiego.  –  Dlaczego  nie  pom y śleliśm y   o  ty m ,  by   m ieć  oko  na  tę
j ednostkę?

–  Może  dlatego,  że  oboj e  uznaliśm y,  iż  wszy scy   tam   m ieli  j uż  dość  Kalnicka.

Obawiam   się  j ednak,  że  m iał  kilku  dobry ch  przy j aciół.  Kum pli,  którzy   stulili  uszy   i  czekali.  O
wilku  m owa.  –  Vic  wskazała  palcem   na  swoj ą  konsolę.  –  Wy gląda  na  to,  że  dobij a  się  do  nas
dowódca drugiego batalionu.

Stark naty chm iast odebrał połączenie.
– Sierżancie Shwartz? Nie wy gląda pani na zadowoloną.
– Bo nie m am  powodów do radości – rzuciła Shwartz, odwracaj ąc się na m om ent,

by   wy dać  kom uś  kolej ny   rozkaz,  potem   znów  spoj rzała  na  Starka.  –  Muszę  zam eldować,  że
pewna  część  m oich  podwładny ch  nie  m oże  wy kony wać  rozkazów.  Mówię  o  żołnierzach
stacj onuj ący ch na terenie niecały ch dwóch kom pleksów koszarowy ch i przy legaj ący ch do nich
m agazy nów am unicj i.

–  Niecały ch  dwóch  kom pleksów  koszarowy ch?  –  zainteresowała  się  Vic.  –  Czy   to

znaczy, że buntownicy  nie zdołali zaj ąć ich cały ch?

–  Nie.  Maj ą  kontrolę  ty lko  nad  częścią  koszar  Morgana,  choć  z  koszaram i

Cham berlaina  poradzili  sobie  znacznie  lepiej ,  tam   zaj ęli  niem al  cały   obiekt.  Podej rzewam ,  że
większość  buntowników,  j eśli  nie  wszy scy,  pochodzi  z  piątego  batalionu.  Pom im o  gadek  o  radzie
podoficerów, czy m kolwiek m a by ć to ciało, nie zy skali wielkiego posłuchu w inny ch j ednostkach.
Z tego, co wiem , nikt nie stawiał im  oporu, ale niem al wszy scy  odm ówili wsparcia buntu.

Stark  sklął  się  w  m y ślach.  Zostałem  komendantem,  ponieważ  doprowadziłem  do

buntu, a teraz moi podwładni zbuntowali się przeciw mnie. Najwyraźniej stałem się godnym wzorem
do naśladowania.

– Zaj m ij m y  się naj ważniej szy m i sprawam i. Z tego, co widzę, kom panie dy żurne

kieruj ą się j uż na wspom niane koszary. Ma pani z nim i kontakt?

– Taj est. Nie wy dano im  j ednak żadny ch szczegółowy ch rozkazów.
–  Na  razie.  Niech  zaj m ą  wy znaczone  pozy cj e,  ty lko  spokoj nie  i  powoli.  Piąty

batalion stacj onuj e w koszarach Cham berlaina, j eśli dobrze pam iętam ? Dom y ślam  się zatem , że
część zaj ęty ch koszar Morgana nie j est zby t m ocno obsadzona.

Shwartz skinęła głową.
– To by  się m niej  więcej  zgadzało z m oim i dany m i.
–  Spróbuj cie  wy przeć  ludzi  piątego  batalionu  z  koszar  Morgana.  Wprowadzaj cie

background image

żołnierzy   do  pom ieszczeń,  które  tam ci  opuszczą,  zaj m uj cie  j e  i  pilnuj cie,  żeby   buntownicy   nie
m ogli do nich wrócić. Jeśli zaczną do was m ierzy ć z broni, m usicie się zatrzy m ać. Zrozum iano?

–  Zrozum iano.  Żadnej   strzelaniny.  Zatrzy m ać  zaj m owanie  koszar,  j eśli  będzie

groźba uży cia broni palnej . A co z m agazy nem  am unicj i?

Stark skrzy wił się, sprawdził wy świetlacze.
– Powiedziano m i, że w środku zam knęła się nieznana bliżej  liczba żołnierzy. Proszę

wy słać  tam   kilku  swoich  chłopców,  nie  więcej ,  niech  zapukaj ą  do  drzwi  i  spróbuj ą  się
porozum ieć.  Ty lko  zadbaj cie,  żeby   posłańcy   nie  by li  uzbroj eni.  Nie  chcem y,  żeby   goście
siedzący  na takiej  kupie am unicj i zaczęli świrować ze strachu. – Gdy  sierżant Shwartz wy dawała
rozkazy  podwładny m , Stark pochy lił się w kierunku Vic. – A co ty  o ty m  wszy stkim  sądzisz?

– My ślę, że dobrze do tego podchodzisz. A w każdy m  razie naj lepiej , j ak m ożna w

takiej  sy tuacj i. Musim y  zdławić ten bunt, zapobiegaj ąc j akim kolwiek aktom  przem ocy.

–  Ty le  to  sam   wiem .  Sierżancie  Shwartz?  Jak  rozum iem ,  nie  m iała  pani  żadny ch

sy gnałów o m ożliwości buntu?

–  Nie,  sir.  Piąty   batalion  nie  należy   do  naj lepiej   zm oty wowany ch  j ednostek,

niem niej   nie  docierały   do  m nie  żadne  sy gnały   zwiastuj ące  tego  ty pu  kłopoty.  Nie  rozum iem ,
dlaczego przełożeni ty ch żołnierzy  nie próbowali m nie ostrzec.

–  Chy ba  m ożem y   założy ć,  sierżancie,  że  część  z  ty ch  przełożony ch  j est  źródłem

obecny ch problem ów. – Wy glądała na zszokowaną, gdy  to usły szała. – Zaj m iem y  się tą sprawą,
gdy  zabezpieczy cie pery m etr.

–  Sierżancie  Stark,  rozum iem ,  że  niezdolność  zapobieżenia  tem u  buntowi  stawia

m nie w bardzo niekorzy stny m  świetle, co m oże skutkować zwątpieniem  w m oj e predy spozy cj e
do...

– Ma pani m oj e pełne zaufanie, sierżancie. Nikt z nas nie dostrzegł wcześniej  tego

problem u, a po wy buchu buntu zareagowała pani szy bko i w naj właściwszy  sposób. Pozostawiam
więc  kierowanie  tą  operacj ą  w  pani  rękach.  Jeśli  j ednak  ktoś  z  tak  zwanej   rady   podoficerów
będzie  chciał  rozm awiać,  proszę  przełączy ć  go  bezpośrednio  do  m nie.  Musim y   prowadzić
wszy stkie  negocj acj e  z  j ednego  m iej sca,  aby   nie  doszło  na  tej   linii  do  nieporozum ień  albo
przekłam ań. – Stark spoj rzał na otaczaj ący ch go wachtowy ch. – Nie m am y  chy ba problem ów z
dodzwonieniem   się  do  koszar  Cham berlaina?  Niech  ktoś  siądzie  przy   kom unikatorze.  Chcę
porozm awiać z ludźm i, którzy  uważaj ą się za przy wódców tam ty ch oddziałów.

W  ciągu  następnej   godziny   sy tuacj a  stabilizowała  się  z  wolna.  Żołnierze  ze

zbuntowanego  piątego  batalionu,  wy pierani  przez  ludzi  sierżant  Shwartz,  opuszczali  kolej ne
pom ieszczenia koszar Morgana, gdy  j ednak oddziały  loj alne wobec Starka dotarły  do bram  koszar
Cham berlaina, natrafiły  tam  na wzniesione w pośpiechu bary kady.

–  Żołnierze  zam knięci  w  m agazy nie  am unicj i  odm awiaj ą  otwarcia  drzwi  –

zam eldowała chwilę później  Shwartz. – Twierdzą, że m uszą dostać rozkaz swoj ej  rady.

– Nie iry tuj cie ich niepotrzebnie – poradziła Rey nolds.
–  I  tak  są  m ocno  podenerwowani.  Rozstawiłam   kilka  druży n,  żeby   pilnowały

wszy stkich wy j ść z m agazy nu, ale kazałam  im  się cofnąć nieco dalej  i odłoży ć broń.

–  Mądre  posunięcie  –  pochwalił  j ą  Stark.  –  Zróbcie  to  sam o  przy   wej ściach  do

background image

koszar Cham berlaina. Zadbaj m y  o to, by  nie doszło do przy padkowego otwarcia ognia.

Niech  nikt  nie  strzela,  dopóki  sami  nie  będziemy  tego  chcieli  –  dodał  w  duchu.  –

Ciekawe, co się stanie, j eśli doj dzie do walki.

Rey nolds pochy liła się do niego i powiedziała, j akby  czy tała m u w m y ślach:
– Spróbuj em y  dogadać się z ty m i ludźm i, Ethan, nie wy kluczam  j ednak, że doj dzie

do rozwiązań siłowy ch.

– A j a wy kluczam . Tu nie chodzi ty lko o m oralne aspekty  tej  sprawy. To się dziej e

naprawdę.  Jeśli  zacznę  strzelać  do  towarzy szy   broni,  żeby   ich  sobie  podporządkować,
naty chm iast przegram . Nikt m i j uż nie zaufa. – Spoj rzał j ej  w oczy. – Ty lko m nie nie pouczaj , że
nie powinienem  tego powtarzać podczas rozm ów z członkam i tej  ichniej  rady.

–  Nawet  o  ty m   nie  pom y ślałam .  A  skoro  o  ty m   m owa,  chy ba  w  końcu  ktoś

zareagował na nasze wezwania.

Z ekranu spoglądał na nich j akiś kapral. Widać by ło, że stara się zachować spokój  i

pewność  siebie,  ale  Stark,  który   m iał  spore  doświadczenie  w  obcowaniu  z  ludźm i  poddany m i
ogrom nem u  stresowi,  od  razu  zrozum iał,  że  to  żołnierz,  którego  wy stawiono  do  pierwszego
szeregu, niewy kluczone nawet, że wbrew j ego woli. Cały się trzęsie. Wie, że słucha go mnóstwo
ludzi  pod  bronią.  Trzeba  do  niego  podchodzić  jak  do  odbezpieczonego  granatu.  Naprawdę
ostrożnie.

–  Kapralu?  Mówi  sierżant  Stark.  Czy   j est  pan  przedstawicielem   tej   rady

podoficerów, o której  ty le sły szałem ?

–  Tak.  Tak.  Jestem .  Nazy wam   się  kapral  Hostler.  Sierżancie  Stark,  nie  m a  pan  j uż

prawa, no, wy dawać nam  rozkazów.

Zabrzm iało to j ak wy uczona na pam ięć kwestia. Może ktoś kazał m u to powiedzieć?
–  Jak  pan  widzi,  kapralu,  pozostałe  j ednostki  nie  przeszły   na  waszą  stronę.

Zostaliście otoczeni we własny ch koszarach.

– Jeśli spróbuj ecie j e zdoby ć, stawim y  wam ... czy nny  opór!
–  Spokoj nie.  Nikt  tu  nie  m ówi  o  atakowaniu  koszar.  Walczy m y   przecież  po  tej

sam ej  stronie, j eśli m nie pam ięć nie m y li.

– Nie. To nieprawda. Pan walczy  za siebie. I za swoj ą bandę.
– Moj ą bandę? – Stark zerknął na Rey nolds. – Chciał pan powiedzieć: za m ój  sztab?
– Tak, tak. Za Rey nolds, tego tam , Gordasę, no i Yurivan...
–  Za  sierżant  Stacey   Yurivan?  –  Ethan  nie  m ógł  się  oprzeć  i  przerwał  wy liczankę

kaprala.  –  Daj że  spokój ,  człowieku.  Przecież  ona  j est  z  waszego  batalionu.  Służy ła  z  wam i
wy starczaj ąco  długo,  więc  znacie  j ą  dobrze.  Nie  by ła  nigdy   niczy im   popy chadłem ,  a  j uż  na
pewno  nie  m oim .  –  Kapral  zaciął  się,  wy trącony   z  równowagi  uwagą  Starka.  A  m oże  słucha
podpowiedzi kogoś innego? Ethan pom y ślał raz j eszcze o sierżancie Kalnicku i j ego poplecznikach
wśród  starszy ch  podoficerów  piątego  batalionu.  –  Słuchaj cie,  kapralu,  j eśli  m acie  j akieś  żale,
znam   lepsze  sposoby   na  rozwiązanie  sporu.  Jeśli  wszy scy   odłoży cie  broń,  m ożem y   o  ty m
porozm awiać.

– Nie. Dość j uż sztuczek!
Straszny nerwus. Nie cierpię nerwusów dysponujących nabitą bronią.
–  Ja  nie  m ówię  o  żadny ch  sztuczkach,  kapralu.  Staram   się  ty lko  zadbać  o  to,

aby śm y  nie zrobili tego, czego wszy scy  będziem y  żałowali. Jakie są wasze żądania?

Twarz kaprala poj aśniała. Na to py tanie m iał pewnie przy gotowaną odpowiedź.
–  Ma  pan,  no,  ustąpić  ze  stanowiska  dowodzenia.  Od  tej   pory   rozkazy   będzie

wy dawała rada podoficerów.

– Daj że spokój .

background image

–  Rada  podoficerów  reprezentuj e  prawdziwe  interesy   personelu  woj skowego.

Koniec waszy ch, no, skorum powany ch i, no, niekom petentny ch rządów.

–  Kapralu,  j edy ni  podoficerowie,  j akich  m oże  reprezentować  ta  wasza  rada  –

Ethan wy powiedział ze szczególny m  naciskiem  słowo „m oże” – siedzą teraz w koszarach piątego
batalionu. Nie zam ierzam  łam ać słowa danego wszy stkim  inny m  żołnierzom  i spełniać waszy ch
wy dum any ch warunków.

Kapral Hostler przełknął głośno ślinę.
– My, no...
– Gdzie j est wasz przełożony, kapralu? Gdzie są sierżanci z piątego batalionu?
– Zostali... aresztowani. Są naszy m i zakładnikam i. – Te słowa wy powiedział szy bko,

za  szy bko.  Stark  zerknął  na  Rey nolds,  a  gdy   pokręciła  głową  z  niedowierzaniem ,  odpowiedział
spokoj nie, choć stanowczo: – Posuńm y  te rozm owy  krok do przodu. Po pierwsze, m uszę wiedzieć,
że  wszy scy   zakładnicy   są  cali  i  zdrowi.  Po  drugie,  wasi  ludzie  m uszą  opuścić  zaj ęty   bunkier  z
am unicj ą.

–  Nie!  To  nasza  karta  przetargowa!  Nie  odważy cie  się  na  szturm ,  dopóki  m am y

kontrolę nad ty m  m agazy nem !

–  Słuchaj cie,  kapralu,  j eśli  ktoś  wy sadzi  ten  m agazy n,  przy padkowo  albo  celowo,

doj dzie do ogrom ny ch zniszczeń. Nie m ówiąc j uż o ty m , że zginą wszy scy, którzy  znaj duj ą się w
pobliżu m iej sca eksplozj i, a to przecież wasi ludzie. Nie chcecie tego chy ba?

–  To...  nasza  karta  przetargowa  –  upierał  się  Hostler,  ale  j uż  m niej   pewny m

głosem .

–  Nie  pozwolę,  by ście  trzy m ali  tę  kolonię  na  m uszce.  Nie  pozwolę  wam   na

ry zy kowanie  ży ciem   towarzy szy   broni.  Szanse  na  to,  że  ktoś  popełni  błąd,  którego  wszy scy
m ożem y   żałować,  są  zby t  wielkie.  Rozum iecie,  o  czy m   m ówię?  –  Stark  odczekał  chwilę,
pozwalaj ąc, aby  te słowa wry ły  się w pam ięć rozm ówcy, a potem  przem ówił znowu, widząc w
oczach  kaprala  narastaj ący   niepokój .  –  Mogę  z  wam i  rozm awiać.  Nie  chcę  strzelaniny,  ale  nie
pozwolę  wam   na  okupowanie  m agazy nu  pełnego  am unicj i.  Jeśli  ktoś  po  waszej   albo  po  m oj ej
stronie  spieprzy   sprawę,  zginie  wielu  naszy ch  kolegów,  żołnierzy.  Wątpię,  aby ście  przej m owali
się losem  cy wilbandy, ale wy padałoby  zapy tać: ilu swoich kum pli zam ierzacie posłać do piekła?

Hostler zaczął odpowiadać, ale zaraz zam knął usta i zerknął gdzieś w bok.
Jest, jak myślałem. Nie ty  tu  dowodzisz,  nieprawdaż,  kapralu?  Ktoś  rozkazuje  ci  zza

kadru, a ty tylko powtarzasz j ego słowa.

–  No,  sierżancie,  m y   też  nie  chcem y   narażać  towarzy szy   broni,  ale,  no,

potrzebuj em y  j akiegoś zabezpieczenia, aby ście nie m ogli nas zaatakować.

– Daj ę wam  słowo, że tego nie zrobim y.
– To, no, za m ało. Chcem y, no, zakładnika. Kogoś ważnego.
Stark nie m usiał się odwracać, żeby  wiedzieć, kto kręci głową.
– Nie m ożesz zgłosić się na ochotnika! – wy sy czała Vic.
– Dlaczego?
–  Choćby   dlatego,  że  tu  dowodzisz!  Kto  będzie  podej m ował  decy zj e,  kiedy   ty

zostaniesz zakładnikiem ?

Ethan skrzy wił się, j akby  zj adł coś kwaśnego, potem  spoj rzał na kaprala Hostlera.
– Macie kogoś na m y śli?
– Taj est. Sierżant Rey nolds. Oddacie j ą w nasze ręce, to opuścim y  m agazy n.
Ethan spoj rzał na Vic, staraj ąc się zachować kam ienną twarz, a ona zam iast z nim

porozm awiać, weszła w zasięg obiekty wu kam ery  i skinęła głową.

–  Załatwione.  Będę  pod  wej ściem   do  koszar  za  piętnaście  m inut.  Potrzebuj ecie

background image

pom ocy  w połączeniu się z waszy m i ludźm i w m agazy nie?

–  Nie.  Mam y   z  nim i  kontakt.  –  Hostler  uśm iechnął  się  z  ulgą,  ale  zaraz  znów

dopadły   go  obawy.  Wzrok  zdradził,  że  raz  j eszcze  wy słuchał  wskazówek  zza  kam ery.  –  Ma  pani
przy j ść tutaj  nieuzbroj ona, sierżancie Rey nolds. Bez broni i pancerza.

Vic spoj rzała na niego z pogardą.
– Dobrze. Przy j dę nieuzbroj ona. – Gdy  Hostler przerwał połączenie, Stark spoj rzał

na Rey nolds. – Daj  spokój  – poprosiła. – Musim y  pogadać. Pry watnie.

Zaprowadziła  go  do  sali  odpraw  przy legaj ącej   do  centrum   dowodzenia,  gdzie  nie

m ógł ich podsłuchać żaden z wachtowy ch.

–  Wiem ,  że  ci  się  to  nie  podoba,  Ethan,  ale  nie  m am y   innego  wy j ścia.  –  Stark

spoglądał  ty lko,  nie  m ówiąc  ani  słowa,  gdy   odpięła  pas  z  pistoletem   i  położy ła  go  ostrożnie  na
stole. – Przy pilnuj  go dla m nie, proszę.

– Vic, j a...
–  Daruj   sobie  te  gadki.  –  Patrzy ła  m u  prosto  w  oczy.  –  Zgodziłam   się  by ć

zakładnikiem   z  dwóch  powodów.  Po  pierwsze,  by łam   pewna,  że  te  dupki  nie  poszły by   na
wy m ianę za kogoś innego. Po drugie, to da nam  przewagę. I to sporą.

– Przewagę?
– Wiesz, o czy m  m ówię, Ethan. Te m ałpoludy  – m achnęła ręką w kierunku koszar

Cham berlaina – m y ślą, że nie pozwolisz m i zginąć.

–  I  to  cię  m oże  zgubić!  Co  będzie,  j eśli  spanikuj ą?  Albo  j eśli  wróg  dowie  się  o

wszy stkim  i  zaatakuj e,  wdzieraj ąc  się  na  teren  kolonii?  Co  będzie,  j eśli  oni  doj dą  do  wniosku,  że
spełnię każde ich żądanie, dopóki będą cię trzy m ali?

Nadal m iała tę sam ą m inę.
– Powstrzy m asz ich, Ethan. Powstrzy m asz ich. Załatwisz wszy stkich.
– A oni ciebie zabij ą.
–  A  oni  m nie  zabij ą.  To  nasz  as  w  rękawie  i  przewaga,  o  której   nie  wiedzą,

ponieważ  nie  zdaj ą  sobie  sprawy,  że  poświęcisz  m nie,  j eśli  dzięki  tem u  uratuj esz  wszy stkich
pozostały ch.

Poczucie  wewnętrznego  chłodu,  które  dręczy ło  go  kiedy ś,  powróciło.  Zam arł,

j akby  j ego ciało skuł lód, ale wciąż m ógł m ówić, a raczej  charczeć przez ściśnięte gardło.

–  Mógłby m   cię  poświęcić,  Vic,  aby   ocalić  pozostały ch.  Jestem   za  nich

odpowiedzialny.

– Wiem . Nikt inny  nie dom y śla się tego, ale też nikt inny  nie zna cię tak dobrze j ak

j a. – Wy ciągnęła dłoń i poklepała go lekko po ram ieniu. – Nie m a czasu na przem owy. Rób, co
m usisz, Ethan. – Odwróciła się i wy szła. – Jeśli doj dzie do naj gorszego, zobaczy m y  się w niebie.

– Akurat.
– Pewnie panuj e tam  okropny  ścisk, ale postaram  się zatrzy m ać wolne krzesło dla

ciebie.

– To wiem .
Wy pełniaj ący  j ego ciało lód zaczął pękać. My śli zawirowały  m u w głowie. Jak ona

m oże  z  tego  żartować?  Chyba  tylko  dlatego,  że  jest  śmiertelnie  wystraszona,  ty  durniu.  Idzie  w
paszczę  lwa,  nie  mając  żadnej  broni  ani  pancerza.  Jej  życie  zależy  teraz  wyłącznie  od  tego,  czy
podejmiesz  właściwe  decyzje  i  ją  stamtąd  wydostaniesz.  A  nie  m asz  zby t  czy stej   kartoteki  w  tej
dziedzinie...

– Vic... – Zatrzy m ała się, ale nie odwróciła. – Wy ciągnę cię stam tąd.
– Rób, co do ciebie należy, żołnierzu. Ty lko to się liczy. I j uż j ej  nie by ło.
Wy m iana przebiegła nadzwy czaj  sprawnie. Rey nolds stanęła swobodnie na j ednej

background image

z bary kad, czekaj ąc, aż buntownicy  z piątego batalionu ewakuuj ą się z m agazy nu, a Shwartz dla
uspokoj enia  sy tuacj i  wy cofała  swoich  ludzi  poza  zasięg  wzroku.  Stark,  czuj ąc  na  przem ian
przerażenie  i  bezgraniczną  pustkę,  obserwował  na  przekazie,  j ak  buntownicy   prowadzą  Vic  do
koszar.  I  co  ja  mam  teraz  zrobić?  Sam  już  nie  wiem.  Co  doradziłaby  mi  Vic?  Kazałaby  mi
porozmawiać ze sztabem. Powiadomić cywilbandę o tym, co się dzieje. Informować ludzi, aby nie
wyszło na to, że jestem niezastąpiony, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Okay. Do roboty.

Minęło  pół  dnia,  potem   pełne  dwadzieścia  cztery   godziny.  Kapral  Hostler,

wy glądaj ący  na coraz bardziej  roztrzęsionego, powtarzał w kółko, że rada żąda ustąpienia Starka.
To, że pozostałe j ednostki nie poszły  śladem  piątego batalionu, zniweczy ło plany  buntowników, ale
na razie nie zam ierzali wy cofać żądań.

– Dobrze, ludziska. – Sztab Starka, poszerzony  o sierżant Shwartz, zarządcę kolonii i

kolej nego  cy wila,  którego  Ethan  wcześniej   nie  widział,  zebrał  się  wokół  okrągłego  stołu
konferency j nego. Ludzie wy glądali, j akby  nie spali od kilku dni. Co niewiele  odbiega  od  prawdy,
uzm y słowił sobie Stark. – Co m am y ?

Sierżant Shwartz wskazała na ekran wy świetlacza.
–  Wy ciągałam   z  podoficerów  służący ch  w  drugiej   bry gadzie,  kto  z  piątego

batalionu  m oże  stać  za  kapralem   Holsterem   i  tak  zwaną  radą  podoficerów.  Znalazłam   kilku
kandy datów, ale wiem  też, że nie m a w tej  j ednostce zby t wielu ludzi, którzy  nie przy stąpiliby  do
buntu. Musim y  przy j ąć założenie, że zostali zakładnikam i, j ak sierżant Rey nolds.

Sierżant Yurivan przej rzała listę.
– Dobra robota. Kiedy  udało ci się to wszy stko zebrać i zrobić?
–  W  tak  zwany m   wolny m   czasie,  którego  m i  nie  brakuj e  –  odparła  Shwartz,  z

trudem  powstrzy m uj ąc ziewnięcie.

Stark pokiwał głową.
–  Odwaliła  pani  kawał  dobrej   roboty,  stabilizuj ąc  sy tuacj ę  wokół  koszar.  A  co  ty

powiesz, Stace? Masz j akieś pom y sły, kto m oże za ty m  stać?

Yurivan się skrzy wiła.
–  Jestem   pewna,  że  to  robota  naszego  starego  przy j aciela  Harry ’ego  Kalnicka,

którego sam  też pewnie podej rzewałeś, ale nie znalazłam  żadny ch śladów i pewnie ich nie znaj dę,
dopóki nie przej m iem y  kontroli nad koszaram i piątego bata.

Bev Manley  pokręciła głową.
–  Spotkałam   faceta  kilka  razy.  Wy dał  m i  się  kom petentny,  a  na  pewno  nie  by ł

geniuszem  zła. Może ktoś m u w ty m  pom agał?

–  To  pewne,  że  ktoś  m usiał  m u  pom agać.  Idę  o  zakład,  że  paru  zawodowy ch

m ataczy  z agencj i rządowy ch wzięło Kalnicka w obroty  i przerobili go tak, że j est teraz święcie
przekonany, iż to on pociąga za wszy stkie sznurki. Trudno to j ednak będzie udowodnić. – Yurivan
znów  postukała  palcem   w  kom unikator.  –  Dobra  wiadom ość  j est  wszakże  taka,  że  wszy stko
wskazuj e,  iż  nie  m am y   do  czy nienia  z  cały m   batalionem   m alkontentów.  Chłopcy   z  wy wiadu
pozliczali  buntowników  widziany ch  podczas  akcj i  zaj m owania  koszar  i  j akkolwiek  dodawali,  nie
wy chodziła im  aż tak duża liczba. To co naj wy żej  dwie kom panie, a m oże nawet m niej .

– Nie m usieli wy łazić wszy scy  naraz – zaprotestował Gordasa.

background image

–  Sprawdziliśm y   i  to.  –  Yurivan  skinęła  głową  w  kierunku  sierżant  Shwartz.  –

Buntownicy  na bary kadach nie powy łączali identy fikatorów IFF na swoich pancerzach.

– Co to j est IFF? – zainteresował się zarządca kolonii.
–  Sy stem   identy fikacj i  swój -wróg  –  wy j aśnił  Stark.  –  Dzięki  niem u  m am y

pewność, że nie strzelam y  do ludzi walczący ch po naszej  stronie. W czy m  nam  to m oże pom óc,
Stace?

– Dzięki tem u m ożem y  sprawdzić, kim  j est osoba nosząca pancerz. Bez j ej  wiedzy,

rzecz  j asna.  Nie  wiedziałeś  o  ty m ,  Stark?  Mało  kto  o  ty m   wie.  Ludzie  Shwartz  sprawdzaj ą  od
początku,  kto  siedzi  na  bary kadach.  Sądząc  po  ty m ,  co  j uż  wiem y,  m ożna  założy ć,  że  w  tej
zabawie bierze akty wny  udział około sześciu plutonów żołnierzy.

– Czy li dwie kom panie. – Stark się zam y ślił. – Niedobrze, ale to i tak lepsze niż cały

batalion. Dobra robota. Coś j eszcze?

Yurivan uśm iechnęła się j ak kot trawiący  kanarka.
–  Mój   pom y sł  doty czący   sposobu  załatwienia  blaszaków  okazał  się  wy konalny,  a

przy  okazj i m ożna go wy korzy stać do bezbolesnego załatwienia ty ch buntowników... – Zam ilkła na
m om ent,  rozkoszuj ąc  się  zaskoczeniem   m aluj ący m   się  na  twarzach  otaczaj ący ch  j ą  ludzi.  –
Zachowaj cie pochwały  na później . Na razie wy słuchaj cie pana Cam pbella.

Zarządca pokręcił głową.
–  Ja  znam   j edy nie  ogólne  zary sy   planu.  To  j est  m ój   ekspert  od  ty ch  spraw.  –

Wskazał na siedzącego obok człowieka, który  wy dawał się niski, dopóki obserwator nie zdał sobie
sprawy,  że  celowo  się  garbi.  –  To  szef  naszego  działu  badawczo-rozwoj owego  nanotechnologii,
doktor Gafton. Ma dla was kilka niezwy kle ważny ch inform acj i.

Naukowiec  kilkakrotnie  zam rugał,  zanim   się  odezwał.  Mim o  że  nie  nosił  okularów,

wy glądał na kogoś, kto ich potrzebuj e. Skupiaj ąc rozbiegany  wzrok na Ethanie, zaczął:

– Szanowny  panie Stark...
– Sierżancie – poprawił go kom endant.
– Sierżancie?
– Tak, sierżancie.
Gafton znów zam rugał.
– Szanowny  panie sierżancie.
Z  drugiej   strony   stołu  dobiegł  zduszony   śm iech,  Bev  Manley   nie  zdołała  się

opanować. Stark zgrom ił j ą wzrokiem , potem  odwrócił się do doktora.

– Sierżant to m ój  stopień.
Naukowiec nie kry ł zdziwienia.
– Zgodnie z ty m , co podpowiada m i linker, sierżant j est zwy kły m  podoficerem . Tak

liczny m i oddziałam i powinien dowodzić ktoś w stopniu generała.

Stark zerknął na zarządcę, który  zam knął oczy  z zażenowania, zanim  odpowiedział:
– Doktor Gafton nie został do końca wprowadzony. Doktorze, sierżant Stark dowodzi

naszy m  woj skiem .

Zanim   naukowiec  zdąży ł  odpowiedzieć,  Yurivan  wskazała  go  oskarży cielsko

palcem .

– Wszczepił pan sobie akty wny  linker? Mim o tak wielkiego zagrożenia?
Gafton skrzy wił się, potem  przy taknął.
– To konieczne. Nie m ógłby m  koordy nować naszy ch prac, gdy by  nie ten im plant.

Wiem ,  że  to  wielkie  ry zy ko  m im o  wszy stkich  zabezpieczeń,  ale  m uszę  j e  ponieść,  aby   m óc
wy kony wać pracę.

Stark wodził wzrokiem  od naukowca do Yurivan i z powrotem . O czym oni gadają?

background image

Wszyscy pozostali zdają się to rozumieć. Muszę zapytać Vic, jak już wróci. Otrząsnął się.

– Co m a m i pan do powiedzenia, doktorze?
– Nanoboty, które pan zam ówił, przechodzą właśnie ostatnie testy  i powinny...
– Ja zam ówiłem  j akieś nanoboty ? – Stark rozej rzał się wokół. Wszy scy  patrzy li na

niego oboj ętnie poza uśm iechniętą podstępnie Stace.

– Tak. To chy ba oczy wiste. Chodzi o to specj alne zam ówienie.
–  Proszę  m i  o  nich  opowiedzieć,  doktorze.  Co  te  nanoboty   potrafią?  Kolej ne

m ruganie.

– Wszy stko to, czego pan żądał.
– Czy li?
–  Wewnętrzne  przeprogram owanie  i  wy łączenie  sy stem ów  złożony ch  robotów

działaj ący ch  w  try bie  autonom iczny m .  Muszę  j ednak  zaznaczy ć,  że  wspom niane  nanoboty
m ożna  wszczepić  ty lko  przy   uży ciu  urządzeń  wy strzeliwuj ący ch  bardzo  szy bkie  pociski,  co
kom plikuj e  cały   proces,  ponieważ  to  bardzo  delikatna  technologia,  ale  j eśli  znaj dziem y
odpowiednie am orty zatory...

Stark powstrzy m ał ten słowotok j edny m  uderzeniem  otwartej  dłoni w blat.
– Zbudowaliście nanoboty, które m ogą wy łączy ć roboty  boj owe?
–  W  zam ówieniu  zaznaczono  także,  żeby   zostały   wy posażone  w  funkcj e

przeprogram owy wania,  ale  nie  m aj ąc  żadnej   wiedzy   na  tem at  sprzętu  i  stosowanego  w  nim
ory ginalnego oprogram owania, nie zdołaliśm y  osiągnąć wielkich sukcesów na ty m  polu.

– Ale wasze nanoboty  m ogą powstrzy m ać zautom aty zowane sy stem y  boj owe?
–  Z  pewnością.  Wy szukaj ą  wewnętrzne  łącza  i  zakłócą  pły nące  nim i  sy gnały.

Naj zwy klej sze  w  świecie  zagłuszanie  wy dało  nam   się  naj rozsądniej szy m   kierunkiem ,  ale
popracowaliśm y   także  nad  m ożliwością  stworzenia  opóźnień  bądź  nawet  przerw  w  zasilaniu.  –
Doktor  Gafton  przy glądał  się  twarzom   zebrany ch,  j akby   sprawdzał,  czy   żołnierze  zrozum ieli
cokolwiek  z  tego,  co  m ówił.  –  Prościej   m ówiąc,  robot  dozna  podobny ch  odczuć  j ak  człowiek
porażony  gazem  nerwowy m , powiedzm y  sarinem .

Manley  pochy liła się nad blatem .
– Jest pan pewien, że te nanoboty  zadziałaj ą?
– Jeśli bazować na wy nikach doty chczasowy ch prób, nie m ożem y  zagwarantować

stuprocentowego  sukcesu.  Musim y   uwzględnić  wiele  zm ienny ch.  Na  przy kład  poziom
zabezpieczeń  łączy   wewnętrzny ch,  m oc  sy gnałów,  które  trzeba  zagłuszy ć,  obecność  bądź
nieobecność  nanobotów  odpowiedzialny ch  za  ochronę  i  naprawę  sabotowany ch  elem entów...  –
Gafton  zam ilkł  w  połowie  zdania,  j akby   się  zam y ślił.  –  Do  tej   pory   nikt  nie  stosował  takich
nanobotów do zabezpieczania, więc nie braliśm y  ich istnienia pod uwagę, a to kolej na zm ienna, z
którą m usim y  się liczy ć.

– Zatem  nie m ożem y  by ć pewni, że zadziałaj ą, dopóki ich nie uży j em y ?
–  No...  tak.  Nie  gwarantuj em y   efektów,  dopóki  nie  dostaniem y   w  pełni

funkcj onalnego robota, na który m  będziem y  m ogli prowadzić testy.

–  Wspaniale.  –  Stark  nie  m usiał  się  starać,  by   naukowiec  wy chwy cił  iry tacj ę  w

j ego  głosie.  –  Ale  nie  idealnie.  Też  by m   chciał  m ieć  m ożliwość  wy próbowania  tej   technologii
przed  starciem ,  ale  przy naj m niej   m am y   coś,  co  m oże  wy elim inować  Jabbersm oki.  –  Spoj rzał
naj pierw na Yurivan, potem  na Gaftona. – Ale j ak to się m a do rozwiązania problem u buntu?

Naukowiec znowu zam rugał.
– Poproszono m nie, żeby m  sprawdził, czy  nasze nanoboty  są w stanie zablokować

działanie  sy stem ów  standardowego  pancerza  boj owego.  To  w  sum ie  baj ecznie  prosta
m ody fikacj a.

background image

Stark  potrzebował  chwili,  by   zrozum ieć,  o  czy m   m owa.  Potem   uśm iechnął  się

szeroko.

– Znaleźliście sposób, j ak zawirusować pancerze boj owe?
–  Zawirusować?  –  zdziwił  się  Gafton.  –  To  slangowe  określenie  odnosi  się  do

szkodliwego  oprogram owania.  A  j a  m ówię  o  całkowity m   wy łączeniu  funkcj i  m otory czny ch,
boj owy ch i kom unikacy j ny ch.

–  A  niech  m nie  –  m ruknął  Stark,  uśm iechaj ąc  się  do  Yurivan.  –  Stacey,  j ak  to

dobrze, że m am y  cię po naszej  stronie. Możem y  j uż teraz uzbroić naszy ch chłopców w sprzęt do
aplikowania nanobotów?

Gafton pokręcił głową.
– Nie, nie teraz. Za j akąś dobę, plus m inus cztery  godziny. Jeśli nie wy darzy  się nic

niespodziewanego,  dostarczę  wam   dwa  ty siące  w  pełni  sprawny ch  iniektorów  pasuj ący ch  do
ręczny ch wy rzutni pocisków przeciwpiechotny ch.

Stark spoglądał na niego przez chwilę, potem  przeniósł wzrok na Gordasę.
– To j akiś wasz aprowizacy j ny  bełkot. Możesz m i to przetłum aczy ć?
– Pociski – wy j aśnił zapy tany. – Mówi o dwóch ty siącach pocisków do karabinów.
Gafton przy taknął m u dwa razy.
– O nich właśnie m ówiłem .
–  Dwa  ty siące.  –  Ethan  rozważy ł  w  m y ślach  tę  liczbę.  –  To  wy starczy   do

napełnienia m agazy nków kom panii loj alny ch wobec nas żołnierzy. Jeśli znaj dę taką, która...

– Mam  taką – przy pom niała m u m ocno rozbawiona Stacey.
– Dzięki, ale wolałby m  naj pierw sam  ocenić...
– Spodoba ci się. Możesz m i wierzy ć.
Ethan  skinął  głową,  próbuj ąc  ukry ć  przed  nią  własne  uczucia.  Świetnie.  Vic  jest

zakładnikiem,  muszę  więc  ufać  komuś  takiemu  jak  Stacey  Yurivan.  Miejmy  nadzieję,  że  nie
popełniam wielkiego błędu.

Kilka  godzin  później   sierżant  Sanchez  zasalutował  przepisowo,  staj ąc  przed

Starkiem . Jego twarz, j ak zwy kle zresztą, pozostawała m aską bez wy razu.

– Cieszę się, że znowu pana widzę, kom endancie.
– Daj  spokój , Sanch. Jesteśm y  stary m i kum plam i. Nie m usisz zachowy wać się w

tak  form alny   sposób.  Twoj a  kom pania  naprawdę  zgłosiła  się  na  ochotnika  do  wy konania  tego
zadania?

–  Nie  powstrzy m ałby m   m oich  chłopców,  gdy by m   nawet  chciał  –  zapewnił  go

Sanchez. Kąciki ust m u drgnęły, j akby  próbował się uśm iechnąć, ale zaraz znów znieruchom iały.

– I dobrze. U licha, Sanch, m am  wrażenie, że j eszcze wczoraj  ty, j a i Vic by liśm y

dowódcam i  druży n  w  ty m   sam y m   plutonie.  A  chwilę  później   czuj ę  się  tak,  j akby   od  tam ty ch
czasów  m inęła  wieczność.  Wkurza  m nie,  że  m usiałem   porzucić  swoj ą  druży nę.  Dowodziłem
ty m i m ałpoludam i od wielu lat.

–  To  ty   zapoczątkowałeś  bunt,  po  który m   pozby liśm y   się  wszy stkich  oficerów  z

naszej  dy wizj i – przy pom niał m u Sanchez. – Gdy by ś tego nie zrobił, pozostali podoficerowie nie
wy braliby  ciebie na stanowisko głównodowodzącego naszy ch sił.

background image

–  Mogłem   się  dom y ślić,  że  teraz,  kiedy   Vic  Rey nolds  została  zakładnikiem ,  ty

przej m iesz pałeczkę i zaczniesz m i przy pom inać dawne błędy, za które nadal płacę. Powiadam  ci,
Sanch, są takie chwile, w który ch m arzę o ty m , by  ten bunt nigdy  nie m iał m iej sca.

Przez  twarz  sierżanta  przem knął  cień,  zniknął  j ednak  zby t  szy bko,  by   m óc

stwierdzić, j akie reprezentował uczucie.

– Jestem  pewien, że wielu ocalały ch z trzeciej  dy wizj i m oże m ieć inne zdanie na

ten tem at.

– Ja też m am  taką nadziej ę. Poprowadzisz kom panię za m ną?
–  Niestety   nie.  Muszę  przekazać  to  zadanie  właściwej   osobie,  czy li  prawdziwem u

dowódcy  kom panii.

Stark  próbował  nie  okazy wać  zawodu.  Ma  rację,  awansował  przecież  na  dowódcę

batalionu. A niech to, powinienem wiedzieć, kim jest dowódca tej kompanii.

–  Kto  nim   został,  Sanch?  Ktoś,  kogo  znam ?  –  Kiedy ś  znał  wszy stkich  w  tej

j ednostce. Kiedy ś. Od tam tej  pory  chłopcy  przeszli długi szlak boj owy, a ich j ednostka otrzy m ała
spore uzupełnienia.

Kolej ne drgnięcie ust m ogące by ć uśm iechem . Sanchez stał się bardzo wy lewny

ostatnim i czasy.

– Chy ba tak. – Odwrócił się, przy wołuj ąc kogoś. – Pam iętasz porucznik Conroy ?
Stanęła przed nim  na baczność i zasalutowała spręży ście.
– Dobry  wieczór, kom endancie Stark.
Ethan odpowiedział w podobny  sposób, zwalczaj ąc pokusę, żeby  się uśm iechnąć.
– Widzę, że dowodzi pani całą kom panią, poruczniku. Jak pani idzie?
–  Nieźle.  Z  początku  czułam   presj ę,  ludzie  m nie  testowali.  Kilku  żołnierzy

wy dawało się zaskoczony ch m oj ą obecnością.

–  Nie  wątpię.  Ja  też  nie  przy puszczałem ,  że  który ś  z  naszy ch  dawny ch

przełożony ch zechce zostać tutaj , pod m oim  dowództwem .

– Nie by ło nas wielu. Szesnaście osób, z tego co pam iętam .
– O szesnastu za dużo – odparł Ethan – zważy wszy, że praca dla m nie to pewny  sąd

polowy,  j eśli  przegram y.  Cieszę  się  j ednak,  że  zostaliście.  Potrzebowaliśm y   obecności  kilku
porządny ch oficerów, żeby  ludzie zrozum ieli, j ak j esteście ważni. Jeśli dobrze wy konuj ecie swoj ą
robotę, rzecz j asna. Powiada pani zatem , że woj o nie robiło pani wielkich problem ów?

–  Przeży łam   kilka  ciekawy ch  chwil.  Ale  udało  m i  się  pokazać,  kto  tu  dowodzi.

Potem  by ło j użz górki.

Stark pokiwał głową, zastanawiaj ąc się, j ak ciężkie m usiały  by ć j ej  pierwsze kroki,

zwłaszcza  że  dowodziła  żołnierzam i  pam iętaj ący m i  wciąż,  iż  oficerowie  to  banda  dupków
zaj m uj ący ch się swoim i karieram i zam iast dowodzeniem .

– Cóż m ogę powiedzieć, poruczniku. Zna pani sy tuacj ę. Wy chodzi na to, że po raz

kolej ny  będzie m nie pani ratowała.

–  Ostatnim   razem ,  gdy   to  robiłam ,  odebrano  m i  dowodzenie  plutonem   i

przerobiono na biurwę.

– Stark został na terenie wroga po ry zy kowny m  wy padzie, aby  ubezpieczać odwrót

reszty  plutonu. Conroy  zorganizowała nieuzgodnioną z dowództwem  dy wizj i wy prawę ratunkową
i  uratowała  m u  ży cie,  czy m   ściągnęła  na  siebie  gniew  przełożony ch  nie  zam ierzaj ący ch
ry zy kować  utraty   cennego  sprzętu  dla  ocalenia  j akiegoś  tam   sierżanta.  –  Ty m   razem   będzie
inaczej   –  dodała.  –  My ślę,  że  będzie  pan  zadowolony   z  nowego  dowódcy   swoj ego  starego
plutonu. Jestem  pewna, że pam ięta pan kapral Gom ez.

–  Kap...  –  zaczął  Stark,  ale  zaraz  um ilkł.  A  niech  mnie.  Anita  Gomez  dowodzi

background image

plutonem. Była najlepszym kapralem, jakiego miałem. Idę o zakład, że krótko trzyma swoich ludzi.
– Jakim  cudem  zdołała j ą pani do tego nam ówić?

–  Nie  m usiałam .  Zgłosiła  się  na  ochotnika.  Może  sam a  powie  panu,  dlaczego  to

zrobiła. Zaraz po wy konaniu zadania.

Stark  wskazał  Conroy   i  stoj ącem u  za  nią  sierżantowi  Rosinskiem u  dwa  wolne

krzesła, a sam  zaczął się przechadzać tam  i z powrotem .

–  Naj pierw  dostaniem y   nowe  pociski  do  karabinów.  To  specj alna  niezabij aj ąca

am unicj a.  Dzięki  niej   unieszkodliwim y   sy stem y   pancerzy   każdego  trafionego  przeciwnika.  –
Oboj e  nie  zdołali  ukry ć  zaciekawienia.  –  Wewnątrz  pocisków  znaj duj ą  się  nanoboty,  które
zdestabilizuj ą elektronikę. Koloniści właśnie kończą j e produkować. Rozpoczniem y  operacj ę, gdy
ty lko  otrzy m am y   obiecany   transport.  Naj lepiej   w  czasie  posiłku  albo  ciszy   nocnej .  Boj ę  się  o
ży cie zakładników, tak sam o j ak tego, że buntownicy  spanikuj ą i zaczną do nas strzelać. – Oboj e
przy taknęli j ednocześnie, więc naty chm iast dodał: – Będziem y  m ieli do czy nienia m niej  więcej  z
dwom a kom paniam i żołnierzy. To niezby t korzy stny  stosunek sił, ale cele są m ocno rozproszone i
nic nie wiedzą o naszej  cudownej  am unicj i.

– Wy starczy  trafić gdziekolwiek, by  wy łączy ć żołnierza z akcj i? – zapy tała Conroy.
–  Tak.  Wracaj ąc  do  tem atu:  koszary   m aj ą  standardowe  rozplanowanie.  Są  trzy

wej ścia,  dwa  dla  ludzi  i  ram pa  dostawcza.  Ja  poprowadzę  j eden  pluton  na  główne  wej ście,  wy
zaj m iecie się dwom a pozostały m i. – Dostrzegł niezadowolenie na ich twarzach. – Tak, wiem . Nie
powinienem   iść  na  pierwszą  linię,  zwłaszcza  że  buntownicy   m ogą  uży ć  przeciw  nam   ostrej
am unicj i. Jeśli j ednak zobaczą m nie na czele, m oże pój dą po rozum  do głowy  i poddadzą się bez
walki. Wy daj e m i się, że warto podj ąć ry zy ko, j eśli to pozwoli zakończy ć bezkrwawo ten bunt.

– Mówisz całkiem  rozsądnie – przy znał przy słuchuj ący  się tej  rozm owie Sanchez –

ale Rey nolds i tak da ci popalić zaraz po zakończeniu tej  akcj i.

– Nie wątpię. Jakieś inne py tania?
Conroy  westchnęła.
–  Chy ba  powinnam   poprowadzić  m ój   pluton  w  ten  sam   sposób.  Jeśli  zobaczą,  że

podchodzi  do  nich  porucznik,  niektórzy   m ogą  zwątpić  albo  się  zawahać.  Może  to  wy starczy   do
wej ścia za bary kadę bez otwierania ognia.

– Podchodzi, poruczniku Conroy ? – zdziwił się Rosinski. – Chce pani podej ść do nich

j akby  nigdy  nic?

–  Powiedziałam ,  że  chcę,  aby   tak  to  wy glądało  –  poprawiła  go.  –  Poza  ty m   wie

pan, j ak brzm i m otto szkoły  piechoty : Za m ną.

Stark się zaśm iał.
–  Tak.  Łatwo  powiedzieć,  nieprawdaż?  Wy starczy   j ednak,  że  ktoś  w  ciebie

wy m ierzy...  Okay,  niewiele  więcej   m ożem y   teraz  powiedzieć.  Poruczniku,  proszę  zadbać  o
wgranie  planu  koszar  na  taki  wszy stkich  żołnierzy.  Nie  m ożem y   wprowadzić  ich  we  wszy stkie
szczegóły  operacj i aż do czasu j ej  rozpoczęcia. Nie chcę, aby  który ś ostrzegł buntowników.

– Rozum iem .
Twarz Sancheza przy brała wy raz będący  odpowiednikiem  głębokiego zam y ślenia.
–  Chcecie  wgrać  dokładne  plany   koszar  na  taki  żołnierzy,  nie  wprowadzaj ąc  ich

wcześniej  w szczegóły  operacj i? To nie wy gląda m i na działanie sierżanta Starka, j akiego znałem .

–  Fakt  –  przy znał  Ethan.  –  Nie  wy gląda  i  nie  j est.  Dostaniecie  szczegółowe  plany

pięter. Przekażę wam  też te szczątkowe inform acj e o dy slokacj i ludzi, j akie zdołaliśm y  zebrać do
tej  pory. Doty czy  to głównie terenu wokół bary kad przy  wej ściach. Żołnierze będą atakowali na
własną rękę. – Wy szczerzy ł zęby. – Daj em y  im  m aksy m alną swobodę działania. Czy  to brzm i j ak
pom y sł starego dobrego sierżanta Starka?

background image

– Absolutnie. Zapowiada się naprawdę interesuj ąca operacj a. Porucznik Conroy  i

j a będziem y  czekali w pogotowiu na inform acj e – zapewnił go Rosinski.

–  Dzięki.  Jeszcze  j edno,  poruczniku.  Proszę  przekazać  kapral  Gom ez,  że  czekam   z

niecierpliwością na m ożliwość współpracy.

– Oczy wiście, kom endancie.

Stark  wy czekał  całą  dobę  i  trzy   z  czterech  dodatkowy ch  godzin,  o  który ch  m ówił

doktor Gafton. Gdy  przy by ł transport am unicj i, przy j rzał się nieufnie kolej ny m  m agazy nkom .

–  To  zapieczętowane  m agazy nki.  Skąd  m am y   wiedzieć,  czy   znaj duj ą  się  w  nich

naboj e z nanobotam i?

Naukowiec  zaszczy cił  ich  kolej ną  serią  charaktery sty czny ch  m rugnięć,  potem

wskazał palcem  na trzy m any  przez Ethana m agazy nek.

– Zostały  opisane we właściwy  sposób.
– A j eśli ktoś pom y lił nalepki?
– To nie powinno m ieć m iej sca. Narobiłoby  się niezłego zam ieszania.
Stark j ęknął ty lko, po czy m  spoj rzał na Gordasę.
– Co ty  na to?
Gordo uśm iechnął się, wskazuj ąc ręką na skrzy nię pełną m agazy nków.
–  Sprawdziłem   j ą  po  dostawie.  Zdarłem   zabezpieczenia  z  losowo  wy brany ch

m agazy nków.  Straciłeś  ty m   sposobem   czterdzieści  specj alny ch  naboi.  Uważałem   j ednak,  że
warto to zrobić.

–  I  słusznie.  Dzięki.  Jesteś  dobry m   zaopatrzeniowcem .  –  Stark  sięgnął  po

kom unikator.  –  Sanch?  Zawołaj   Conroy   i  sprowadźcie  tutaj   swoich  ludzi.  Mam y   kilka  ty łków  do
skopania.

Mniej   niż  pół  godziny   później   kapral  Gom ez  stanęła  szty wno  przed  Starkiem   i

zam eldowała, salutuj ąc:

– Pluton j est gotowy  do akcj i, sargento.
Ethan  powiódł  wzrokiem   po  szeregu  żołnierzy,  zauważaj ąc  znaj om e  twarze,  a  na

nich z trudem  tłum ione uśm iechy. Odpowiedział na salut.

– Dobrze cię widzieć, Anita. Powinniśm y  spoty kać się nieco częściej .
–  Naj lepiej   wtedy,  gdy   do  nas  nie  strzelaj ą,  sargento.  Idziem y   skopać

buntownikom  dupska?

– Zgadza się. – Stark rozsadził żołnierzy  ze wszy stkich plutonów, potem  wy j aśnił im

pokrótce, j ak działaj ą nanoboty  w naboj ach, przy bliży ł liczbę buntowników i pokazał plany  koszar
Cham berlaina,  wskazuj ąc  na  bary kady.  –  Ty le  wiem y.  Macie  plany   poszczególny ch  pięter  na
swoich takach.

– Plany  takty czne też? – zapy tał żołnierz z plutonu trzeciego.
– Nie. – Stark odczekał chwilę, aż ucichnie wy wołana ty m  stwierdzeniem  wrzawa.

–  Nie  m a  planu,  ponieważ  dy sponuj em y   zby t  m ałą  ilością  inform acj i,  by   go  ułoży ć.  Dlatego
powiem   wam   ty lko,  co  m acie  robić.  Wchodzicie  do  koszar,  m ałpoludy,  rozbiegacie  się  i
rozbraj acie  każdego,  kogo  spotkacie  na  swoj ej   drodze.  Ty ch,  którzy   zaczną  strzelać,
unieszkodliwicie pociskam i z nanobotam i.

background image

– Ale gdzie m am y  iść?
Stark wskazał na plan.
– Tam , gdzie będziecie m usieli. Słuchaj cie, powiem  wam  teraz, dlaczego to robię,

żeby  wszy stko by ło j asne. – To by ło zachowanie, za które Ethan by ł wielokrotnie opieprzany  przez
przełożony ch. Nie widzieli sensu w traceniu czasu na wy j aśnianie rozkazów, które żołnierze i tak
m usieli  wy konać  bez  zastanowienia.  –  Postawcie  się  na  m iej scu  przeciwnika.  Ktoś  was  atakuj e.
Co robicie naj pierw?

Kapral Gom ez odpowiedziała po krótkiej  chwili ciszy :
– Sprawdzam y, gdzie wróg koncentruj e siły, si? I posy łam y  tam  wsparcie.
–  Zgadza  się.  A  co  robicie,  kiedy   zam iast  zorganizowanego  ataku  idzie  na  was  stu

żołnierzy  działaj ący ch na własną rękę? – Kolej na przerwa, po której  siedzący  wokół ludzie zaczęli
się  uśm iechać.  –  Na  ty m   polega  nasz  pom y sł.  Jesteście  wszy scy   zaprawiony m i  w  boj u
weteranam i.  Podzielcie  się  na  druży ny   ogniowe,  działaj cie  w  poj edy nkę,  j eśli  zaj dzie  taka
potrzeba,  rozproszcie  się  i  przetrząśnij cie  wszy stkie  pom ieszczenia  na  terenie  koszar.  Wy dam y
wam   granaty   bły skowe,  aby ście  m ogli  oślepić  i  ogłuszy ć  kogo  trzeba,  napuścim y   też  dy m u  do
koszar,  aby   osłabić  widoczność.  Nie  za  dużo  j ednak,  aby   nie  podusić  ty ch,  który ch  pancerze
zostaną unieruchom ione.

–  A  co  j a  m am   robić,  kiedy   m oi  ludzie  będą  biegać  sam opas?  –  dopy ty wał  się

Rosinski.

– Miej  na nich oko – poradził m u Ethan. – Który ś m oże wpaść w tarapaty. Mogą go

otoczy ć  albo  trafi  na  zby t  licznego  przeciwnika.  Obserwuj   przebieg  akcj i  na  skanerze  i  kieruj
wsparcie  tam ,  gdzie  to  będzie  konieczne.  Słuchaj cie,  wiem ,  że  to  piekielnie  niekonwencj onalne
podej ście, ale potrzebuj em y  dwóch warunków do uratowania zakładników i ocalenia im  ży cia. Po
pierwsze  zaskoczenia,  po  drugie  szy bkości.  Rozchodząc  się  po  koszarach  każdą  m ożliwą  drogą,
wy korzy stam y  j edno i drugie. Jakieś py tania?

Kapral z pierwszego plutonu podniósł rękę.
–  Będziem y   m ieli  na  sobie  takie  sam e  pancerze  j ak  przeciwnik.  Skąd  m am y

wiedzieć, kto j est kto?

– Dodaliśm y  kilka podprogram ów do waszy ch IFF-ów, aby ście widzieli, kto należy

do  waszej   kom panii.  Wszy scy   pozostali  będą  widoczni  na  takach  bez  ćwierkania,  dzięki  tem u
zy skacie  nieco  lepsze  rozeznanie.  Niech  to.  By łby m   zapom niał  o  czy m ś  naprawdę  ważny m .
Ty m i nanopociskam i nie da się zabić żołnierza w pancerzu. One nie są w stanie przebić zbroi. Ale
j eśli  traficie  kogoś  w  sam y m   m undurze,  m ożecie  uszkodzić  m u  sy stem   nerwowy.  Dlatego  nie
wolno wam  strzelać do ludzi bez pancerzy.

– A j eśli oni będą strzelać do nas, sierżancie? – zapy tał szeregowy  Chen z dawnej

druży ny  Starka.

– Wtedy  m usicie zbliży ć się do nich, dać im  w ry j  i odebrać broń. – Zauważy ł, że

ten rozkaz nie spotkał się z wielkim  entuzj azm em . – Wy baczcie, chłopcy. Tak m usi by ć. Żaden z
buntowników nie m oże polec w akcj i z naszej  winy. A na wy padek gdy by ście pom y śleli, że łatwo
m i  tak  m ówić,  przy pom inam ,  iż  będę  szedł  w  pierwszy m   szeregu.  Poprowadzę  drugi  pluton.
Prosto przez główne wej ście.

Zebrani  zareagowali  ży wiołowo.  Żołnierze  z  drugiego  szczerzy li  się  j ak  dzieci.

Potem  wstała Conroy.

–  Ja  poprowadzę  trzeci  pluton.  W  ten  sam   sposób.  Ty,  Rosinski,  dowodzisz

pierwszy m .

– Szczęściarz ze m nie. Też m am  iść na czele?
– To zależy  ty lko od ciebie. Jak tam  twoi ludzie?

background image

– By wało lepiej , ale dam y  sobie radę z bandą m ałpoludów z drugiej  bry gady.
– Świetnie – ucieszy ł się Stark. – Coś j eszcze?
Po dłuższej  chwili wstał kolej ny  kapral.
– Sierżancie, m uszę panu powiedzieć, że niektórzy  z nas m aj ą wątpliwości, czy  te

specj alne naboj e, wie pan, zadziałaj ą.

–  Zadziałaj ą,  kapralu.  By ły   testowane  na  pancerzach  boj owy ch.  Nie  m usicie  się

ty m  przej m ować.

– Z cały m  szacunkiem , sir, ale nie to nas niepokoi. – Kapral rozglądał się, oblizuj ąc

nerwowo wargi, gdy  zobaczy ł poważne m iny  kolegów. – Niektórzy  z nas zastanawiaj ą się... no...

– Wy krztuś to wreszcie.
–  Skąd  m am y   wiedzieć,  że  nie  uży wam y   ostrej   am unicj i  i  nie  zabij am y   ty ch

chłopaków? – wy m am rotał kapral.

Ethan  uniósł  dłonie,  by   uciszy ć  gniewne  pom ruki,  j akie  dało  się  sły szeć  po  tej

wy powiedzi.

–  Czy   m oj e  słowo  wam   nie  wy starczy ?  –  Kapral  przełknął  głośno  ślinę,  a  potem

pokręcił  głową.  –  Dobra,  m iałeś  ty le  odwagi,  by   zadać  to  py tanie.  Kogo  j eszcze  to  niepokoi?
Podnieście ręce. Poważnie m ówię.

Robili  to  niepewnie,  z  ociąganiem .  W  sum ie  dwudziestu.  Dwudziestu  j eden,

wliczaj ąc  kaprala.  Nie  mogę  wyłączyć  tak  wielu  żołnierzy  z  tej  operacj i.  Już  teraz  m am y
niewielkie  szanse.  Jak  ich  więc  przekonać?  Otwarcie  kolej nego  m agazy nka  nie  będzie  przecież
żadny m  dowodem . Zatem  co? Hm . Skoro trzeba, to trzeba.

Stark oddalił się o cztery  kroki, stanął twarzą do ekranu wy świetlacza, opuścił osłonę

hełm u, potem  odwrócił się ponownie do żołnierzy, rozkładaj ąc szeroko ręce.

– Dobra, m ałpoludy, m artwicie się, czy  te nanopociski nie pozabij aj ą buntowników.

Zatem   wy próbuj cie  j e  na  m nie.  –  Wy czuwał  niedowierzanie  bij ące  od  zebrany ch.  –  Mówię
poważnie.  Jestem   tak  pewny   ich  działania,  że  m ożecie  j e  wy próbować  na  m nie,  j eśli  chcecie.
Większej  pewności nie m ogę wam  dać.

Anita,  na  litość  boską,  nie  zastrzel  pierwszego,  który  we  mnie  wymierzy,  dodał  w

m y ślach. Żaden się nie odważy ł. Kapral wy szczerzy ł głupio zęby, skinął głową i usiadł.

– Mnie to wy starczy.
–  Świetnie.  –  Stark  uniósł  osłonę  hełm u,  ulży ło  m u,  że  nie  będzie  m usiał  wkładać

rezerwowego pancerza. – Chodźm y  zatem  skopać kilka ty łków.

– Ale w kulturalny  sposób, nie zabój czy ? – zapy tał sierżant Rosinski.
– Możecie wy ży ć się na nich, j ak chcecie, ty lko nie strzelaj cie do ty ch, którzy  nie

m aj ą na sobie pancerzy.

Koszary   Cham berlaina  wy glądały   zwodniczo  spokoj nie.  Buntownicy   zablokowali

wy kute  w  księży cowej   skale  przej ścia  stertam i  wy niesiony ch  z  kwater  m ebli.  Właśnie  m inęła
pora obiadu, m om ent, w który m  wszy scy  powinni by ć naj bardziej  rozleniwieni. Stark obej rzał się
na stoj ący ch za nim  żołnierzy. Na j ego twarzy  poj awił się uśm ieszek, zupełnie nie pasuj ący  do
człowieka, który  za m om ent ruszy  spokoj ny m  krokiem  w kierunku buntowników dzierżący ch broń
załadowaną ostrą am unicj ą m ogącą zabić go w j ednej  chwili.

background image

– Jesteście gotowi, kapralu Gom ez?
– Si. Świetne uczucie, nieprawdaż? Znowu j esteśm y  wszy scy  razem .
– Święta racj a. Nie chciałby m  w ty m  m om encie prowadzić innej  druży ny, innego

plutonu, nawet gdy by  pozwolono m i wy bierać spośród wszy stkich oddziałów, w j akich do tej  pory
służy łem . – Czuł się nieco niezręcznie, m ówiąc te słowa, j akby  wy kraczał nim i poza dopuszczalne
granice, ale dokończy ł, m aj ąc pewność, że to czy sta prawda.

Sprawdził godzinę na wy świetlaczu HUD-a, odliczaj ąc ostatnie sekundy.
– Uwaga! Idziem y. Wszy scy  razem .
Gom ez m iała racj ę: dowodzenie niewielkim  oddziałem  żołnierzy  na ograniczony m

terenie by ło naprawdę świetny m  uczuciem .

Stark  podniósł  osłonę  hełm u  na  całą  wy sokość,  by   j ego  twarz  by ła  dobrze

widoczna. Trzy m aj ąc karabin lufą do ziem i, ruszy ł wolny m  krokiem  w kierunku bary kady.

Nad  przej ściem   znaj dował  się  wizerunek  żołnierza  w  zapięty m   pod  szy j ą

m undurze.  Jego  kołnierz  zdobiły   gwiazdki.  Woj ak  ten  spoglądał  srogo  w  dół,  strosząc  sum iastego
wąsa,  j akby   nie  zgadzał  się  z  ty m i,  którzy   okupowali  koszary   j ego  im ienia.  Tak  zatem  wyglądał
Chamberlain. To chyba jakiś generał. Ciekawe, czego i kiedy dokonał? Będę musiał to sprawdzić  w
pierwszej wolnej chwili.

Buntownicy   na  bary kadzie  zauważy li  j uż  podchodzącego  wolno  kom endanta.

Unieśli  broń,  m ierząc  prosto  w  niego.  Dwadzieścia  kroków  za  nim   szła  reszta  plutonu  –  nie  w
zwarty m   szy ku  boj owy m ,  ale  luźną  grupą,  j akby   nie  stanowili  żadnego  zagrożenia.  Ludzie
Conroy   i  Rosinskiego,  o  czy m   Ethan  wiedział,  zbliżali  się  w  taki  sam   sposób  do  bary kad
blokuj ący ch pozostałe przej ścia.

–  Stać!  –  Rozkaz  wy dano  bardzo  stanowczy m   tonem ,  ale  to  nie  powstrzy m ało

Starka. – Stać albo będziem y  strzelać!

Stark nie zareagował. Idąc dalej  wolny m  krokiem , zaczął m ówić:
– To j a, sierżant Ethan Stark. Wiecie, kim  j estem , i wiecie, że m ożecie m i zaufać.

Wisi m i to, co wam  o m nie nagadali. Nie zam ierzam  was okłam y wać. Odłóżcie broń, a nikom u
włos  nie  spadnie  z  głowy.  –  Kilka  luf  zachwiało  się  po  ty ch  słowach.  –  Mam y   wy starczaj ąco
wielu  wrogów  za  linią  frontu.  Nie  powinniśm y   walczy ć  m iędzy   sobą.  Jeśli  gnębią  was  j akieś
problem y, z chęcią was wy słucham . Daj ę słowo.

–  On  kłam ie!  –  Kapral  dowodzący   obsadą  bary kady   odwrócił  się  do  swoich

podwładny ch.  –  Nie  m ożecie  m u  ufać.  Chce  zostać  dy ktatorem   za  cenę  naszego  ży cia!  Naszej
krwi! Ilu z was straciło przy j aciół w której ś z woj enek Starka?!

Broń  wy m ierzona  w  kom endanta  opadła  j eszcze  bardziej ,  j uż  nikt  nie  m ierzy ł

prosto w niego.

Dobrze ci idzie. Zagaduj ich dalej. I nie zwalniaj kroku. Lada moment zauważą idący

za tobą pluton...

– Ja nie wszczy nam  woj en, kapralu. Ja j e kończę. I to właśnie próbuj ę zrobić z tą,

którą  prowadzim y   na  Księży cu.  Bratobój cze  starcia  nie  pom ogą  nikom u  z  nas,  ty lko  naszy m
wrogom . – By ł j uż przy  bary kadzie.

Jeszcze ty lko kilka kroków...
–  Przy szpilić  go!  –  rozkazał  kapral,  ale  j ego  podwładni  wahali  się  nadal,

spoglądaj ąc j eden na drugiego. Wtedy  sklął ich i sam  wy m ierzy ł w Starka. Okay. Koniec gry.

Ethan  rzucił  się  do  przodu  i  nieco  w  bok  zarazem ,  aby   przeskoczy ć  tuż  nad

bary kadą, j ednocześnie podry waj ąc broń. Krótka seria trafiła prosto w pancerz kaprala.

Opuścił osłonę hełm u, zanim  ponownie dotknął podłoża, przetoczy ł się i wy m ierzy ł

w pozostały ch buntowników od ty łu.

background image

Panuj ącą  przez  m om ent  ciszę  wy pełnił  harm ider.  Część  obrońców  bary kady

próbowała nam ierzy ć kom endanta, pozostali zaczęli strzelać w kierunku atakuj ącego plutonu. Huk
wy strzałów  odbij ał  się  zwielokrotniony m   echem   od  ścian,  dodatkowo  rozpraszaj ąc  żołnierzy,
którzy  przy wy kli do walki w otaczaj ącej  ich pustce. Granaty  bły skowe eksplodowały, potęguj ąc
chaos panuj ący  w wąskim  kory tarzu. Większość buntowników zaczęła po prostu uciekać, niektórzy
porzucali  też  broń.  Stark  leżał  płasko  na  ziem i  tam ,  gdzie  upadł,  m ierząc  uważnie  w  każdego
przeciwnika, który  strzelał. Kule odbiły  się ry koszetem  od ściany  nad j ego głową, obsy puj ąc go
chm urką  py łu,  ale  j uż  m gnienie  oka  później   odpowiadaj ący   za  ten  strzał  żołnierz  zeszty wniał
nagle,  gdy   nanopocisk  dezakty wował  j ego  pancerz.  Uwielbiam  te  nanoboty  –  pom y ślał  Ethan.
Jego HUD zapłonął nagle sy gnałem  ostrzeżenia, wskazuj ąc kolej nego buntownika m ierzącego w
ty m  kierunku. Tem u też posłał kilka kulek.

Wy m iana  ognia  um ilkła  tak  szy bko,  j ak  się  zaczęła,  stoj ący   j eszcze  na  nogach

buntownicy  rzucali broń, poddaj ąc się nacieraj ący m .

– Anita! Wy znacz ludzi do pilnowania ty ch drani. Reszta za m ną!
Stark 

pobiegł 

kory tarzem , 

m ikrofony  

um ieszczone 

j ego 

pancerzu

wy chwy ty wały   dźwięki  wy dawane  przez  uciekaj ący ch  buntowników  i  łom ot  butów
podążaj ącego za nim  plutonu.

– Rozdzielam y  się na naj bliższy m  skrzy żowaniu kory tarzy. Niech nie m aj ą łatwo. –

Dotarł  do  rozwidlenia,  dy sząc  ciężko,  i  zatrzy m ał  się  tam   na  m om ent,  by   sprawdzić  na
kom unikatorze, j ak idzie pozostały m  oddziałom . Rosinski utknął w pobliżu ram py  przeładunkowej ,
ale ludzie Conroy  rozbiegali się j uż po kory tarzach koszar, podobnie j ak j ego chłopcy. Cholernie
dobry  z  niej  porucznik.  Jest  chodzącym  dowodem  na  to,  jak  może  zachowywać  się  doskonale
wyszkolony oficer.

Ethan m inął rozwidlenie, pochy lił się m ocniej  i ruszy ł przed siebie biegiem . Kilka

kul wry ło się w kam ienne ściany, gdy  przetaczał się, by  zniknąć za przeciwległy m  załom em . Za
nim   biegli  kolej ni  żołnierze,  ostrzeliwuj ąc  się  we  wszy stkich  kierunkach.  Przez  m om ent  poczuł
większy   strach,  wiedząc,  że  j est  teraz  całkiem   odsłonięty,  nie  m ógł  się  j ednak  wy cofać,  nie
zwracaj ąc  na  siebie  uwagi  przeciwnika.  Za  długo  siedziałem  w  centrum  dowodzenia.
Zardzewiałem. Nie przemyślałem tego ruchu jak trzeba – zganił się w m y ślach. Ocaliło go ty lko to,
że buntownicy  nie m ieli ochoty  dać się trafić. Kry li się i strzelali na oślep.

– Wszy stko w porządku, sargento ?
–  Tak,  Anita.  Ale  daleko  m i  do  zadowolenia.  Czy   ktoś  z  naszy ch  m oże  zaj ść  ty ch

strzelców od ty łu?

– Si,  zaraz  ich  dopadną.  –  Strzelanina  przed  nim i  nasiliła  się  na  m om ent,  a  potem

zaczęła  cichnąć.  Garstka  zbuntowany ch  żołnierzy   podniosła  ręce,  poddaj ąc  się  oddziałom
atakuj ący m  ich z flanki.

Stark  ruszy ł  dalej ,  m im o  że  w  głowie  wciąż  rozbrzm iewał  m u  głos  przekonuj ący

go, że postępuj e naprawdę głupio. Muszę dotrzeć do Vic. Jeśli chcą kogoś zastrzelić, to na pewno
ją. Przeskanował po raz kolej ny  plan koszar, biegnąc kory tarzem  wraz z grupką żołnierzy  drugiego
plutonu.  Sy m bole  zapełniaj ące  trój wy m iarową  m apę  by ły   potwornie  wy m ieszane.  W  ty m
właśnie  m om encie  ikonki  oznaczaj ące  żołnierzy   pierwszego  plutonu  wy m ieszały   się  z
czerwony m i  znacznikam i,  który m i  sy stem   opisy wał  przeciwników  blokuj ący ch  trzeciem u
plutonowi  dostęp  do  ram py   towarowej .  Czerwone  sy m bole  zaczęły   przesuwać  się  szy bko  w
kierunku  centralnej   części  koszar,  część  z  nich  pozostała  wszakże  na  m iej scu,  a  napisy   nad  nim i
głosiły,  że  to  ludzie,  którzy   zostali  unieruchom ieni  przez  nanoroboty.  Reszta  pochowała  się  w
pom ieszczeniach, który ch czuj niki pancerza nie by ły  w stanie spenetrować z takiej  odległości.

– Kapralu Gom ez!

background image

– Si, sargento?
–  Poślij cie  kilku  ludzi  do  centrum   kom unikacy j nego  koszar.  Gdy   tam   dotrą,

zy skam y  lepszy  obraz sy tuacj i.

– Już się robi.
Jak  dobrze  mieć  obok  siebie  kogoś,  komu  można  bezgranicznie  zaufać  podczas

prowadzenia  walki.  Stark  przestał  się  przej m ować  centrum   kom unikacy j ny m   i  znów  spoj rzał
uważniej   na  plan  koszar,  przepuszczaj ąc  kilku  żołnierzy.  Okay.  To  musi  być  duże  pomieszczenie,
aby  można  zminimalizować  liczbę  strażników.  Wielka  sala  z  tylko  dwom a  wyjściami
przeciwpożarowymi.  Znalazł  cztery   takie  pom ieszczenia,  sam e  sale  odpraw.  Skierował  się  ku
naj bliższej , rozglądaj ąc czuj nie na wszy stkie strony.

By ł  teraz  sam ,  pozostali  żołnierze  drugiego  plutonu  rozbiegli  się  w  poszukiwaniu

celów. Zza narożnika wy łonili się dwaj  ludzie odziani w pełne pancerze. Stark wy m ierzy ł w nich,
oni w niego, ale ciche ćwierkanie IFF-ów wy j aśniło sy tuacj ę, trafił na szpicę pierwszego plutonu.

– Sierżant Stark?
– Tak. – W chwili gdy  odpowiadał, na wy świetlaczu HUD-a zaroiło się od sy m boli

wprowadzany ch  dzięki  przekazom   z  centrum   kom unikacy j nego.  –  Macie  j uż  pełen  przegląd
sy tuacj i?

– Taj est. Hej , w pokoj u obok j est kilku gości z piątego bata.
– Zaj m ij cie się nim i. Ja idę dalej .
– Nie m a problem u.
Stark  zostawił  ich  tam   i  pobiegł  kory tarzem   w  kierunku  m iej sca,  w  który m

znaj dowało się naj więcej  buntowników. Nie mogę mieć pewności, czy kilku cwaniaków nie obeszło
sensorów w swoich kwaterach. Niektórzy  żołnierze robili to, by  ukry ć nielegalną działalność albo
obecność  gości,  z  który m i  zabawiali  się  w  nieprzepisowy   sposób.  Wszy stkie  sale  odpraw
wy glądały  j ednak na puste. Czuj niki w nich zostały  po prostu wy łączone. Tam  więc pozam y kali
j eńców, a ci wściekli się na nich do tego stopnia, że porozwalali czuj niki i kam ery. I to by było tyle
na temat rady podoficerów.

Sala  znaj duj ąca  się  naj dalej   od  obecnej   pozy cj i  Starka  wy pełniła  się  ikonkam i,

gdy  wpadli do niej  ludzie z trzeciego plutonu.

–  Roi  się  tutaj   od  szeregowców  –  zam eldował  ktoś.  –  Wy gląda  na  to,  że  są

nieuzbroj eni.

– Czy  drzwi by ły  zam knięte od zewnątrz? – zapy tał sierżant Rosinski.
– Zgadza się, sierżancie.
– Hej , Ski – wtrącił się Stark. – Tam  j est cała kom pania. To chy ba ludzie, którzy  nie

chcieli  przy stąpić  do  buntowników,  ale  m iej cie  ich  na  oku,  dopóki  tego  nie  sprawdzicie.  W
pozostały ch salach odpraw znaj dziecie pewnie j eszcze kilka takich kom panii. Macie to na takach,
poruczniku Conroy ?

– Mam y. Widzieliście j akiegoś sierżanta?
–  Zaraz  na  kilku  trafię,  j eśli  się  nie  m y lę  –  odparł  Stark,  zatrzy m uj ąc  się  przed

drzwiam i  pom ieszczenia,  do  którego  zm ierzał.  Ze  środka  dobiegały   krzy ki.  Wzm acniane  przez
urządzenia odbiorcze pancerza brzm iały  j ak głosy  ludzi, którzy  są wściekli, że tracą kontrolę nad
sy tuacj ą.

Stark sforsował drzwi, om iataj ąc wnętrze lufą karabinu.
Przed nim  zam aj aczy ła postać w pancerzu – IFF wskazy wał, że to buntownik. Stark

posłał serię w j ego kierunku, a potem  odwrócił się i zobaczy ł Vic, która wspólnie z kilkom a inny m i
sierżantam i próbowała wy szarpnąć broń drugiem u ze strażników.

–  Padnij !  –  ry knął  przez  zewnętrzne  głośniki  i  sierżanci  odskoczy li  od  celu,  ku

background image

którem u naty chm iast pom knęły  dwa pociski. Oba trafiły  w napierśnik. Strażnik próbował j eszcze
podnieść karabin, ale nie zdołał tego zrobić.

Stark  om iótł  raz  j eszcze  skanerem   całe  pom ieszczenie,  ale  nie  znalazł  kolej ny ch

odczy tów.

– Vic, pilnowało was ty lko ty ch dwóch?
Przy glądała m u się z m ieszaniną wściekłości i zdziwienia w oczach.
– Zastrzeliłeś ich obu? Ot tak? Co u licha...
– Py tałem , czy  ty lko oni was pilnowali, żołnierzu!
Zam knęła się naty chm iast, po czy m  skinęła głową.
– Tak, by ło ich ty lko dwóch.
–  Świetnie.  –  Ethan  zerknął  na  wy świetlacz,  by   sprawdzić,  czy   w  pobliżu  nie  m a

inny ch  buntowników,  ale  naj bliższa  czerwona  ikonka  znaj dowała  się  w  sporej   odległości  od  tego
m iej sca. Potem  pochy lił się nad drugim  strażnikiem .

– Nie drzy j  się tak, Vic. Nic im  nie zrobiłem . – Otwieraj ąc osłonę hełm u, pokazał

j ej  spoconą twarz tam tego i j ego wy bałuszone oczy. – Ale gdy by  zrobił krzy wdę kom ukolwiek z
was, zostawiłby m  drania w unieruchom iony m  pancerzu, dopóki nie zdechłby  z głodu.

Szeregowa Billings z dawnej  druży ny  Starka wpadła do pom ieszczenia z uniesioną

bronią, zaraz j ednak j ą opuściła i rozej rzała się szy bko.

– Wszy stko w porządku, sierżancie?
– Tak. Nic m i nie j est.
– Uf. Dzięki. Kapral Gom ez pożarłaby  m nie ży wcem , gdy by  coś się panu stało.
– Słucham ? Wy j aśnij  m i, o czy m  m ówisz?
–  No...  dobrze.  Kapral  Gom ez  kazała  m i  trzy m ać  się  pana  bez  względu  na

okoliczności  i  pilnować,  by   nikt  nie  zrobił  panu  krzy wdy.  Zgubiłam   pana  j ednak  z  oczu  podczas
ostatniej  strzelaniny. Jest pan piekielnie szy bki j ak na tak podeszły  wiek, sierżancie.

– Wielkie dzięki. Ty  i Gom ez powinny ście wiedzieć, że um iem  zadbać o siebie.
– Jasne, sierżancie. Nasi przeszukuj ą pobliskie pom ieszczenia, chy ba powinnam ...
–  Jasne.  Idź.  Jeszcze  j edno,  Billings...  –  Zatrzy m ała  się  w  pół  kroku.  –  Dzięki.

Poważnie. Do zobaczenia później .

– Ma pan to j ak w banku, sierżancie. – Wy biegła z pom ieszczenia, włączaj ąc try b

boj owy, zanim  przekroczy ła próg.

Vic przy klęknęła przy  drugim  strażniku, sprawdzaj ąc j ego stan.
– Wy łączy łeś sy stem y  j ego pancerza. Jakich pocisków uży łeś?
–  To  specj alna  am unicj a  przy gotowana  na  odwiedziny   zapowiedziany ch  gości.

Okazało  się,  że  m oże  by ć  przy datna  także  w  rozwiązaniu  tego  problem u.  –  Spoj rzał  na  nią.  –
Dzięki za okazane m i zaufanie.

Wzdry gnęła się.
– Wy bacz, Ethan. Powinnam  wiedzieć, że nie zrobiłby ś czegoś takiego, gdy by  nie

by ło to absolutnie konieczne.

–  Owszem ,  powinnaś.  Kim   są  twoi  nowi  koledzy ?  –  Widział  niem al  sam y ch

sierżantów, ty lko kilku m iało dy sty nkcj e kaprali.

Jeden z nich wy stąpił przed szereg.
–  Jesteśm y   starszy m i  podoficeram i  z  piątego  batalionu.  Aczkolwiek  kilku  z  nas

brakuj e.  Winni  j esteśm y   przeprosiny,  sierżancie  Stark.  To  nie  powinno  m ieć  m iej sca.
Powinniśm y  zauważy ć, co się dziej e, i zdławić bunt w zarodku.

– Dowiem  się, co tu zaszło, kiedy  przy j dzie na to pora. Powiedzieliście, że nie m a

tu  wszy stkich  sierżantów?  Gdzie  są  pozostali?  Widziałem   ty lko  j ednego  kaprala  podczas

background image

negocj acj i. Nazy wa się Hostler.

– Hostler? Człowieku, niech no j a ty lko dostanę w swoj e ręce tego gnoj a...
–  Poruczniku  Conroy   –  rzucił  do  kom unikatora  Stark.  –  Czy   ktoś  obezwładnił  j uż

kaprala Hostlera?

– Tak, kom endancie. Jeden z ludzi Rosinskiego zauważy ł go, gdy  próbował uciec z

koszar. Zaj ęła się nim  sierżant Yurivan.

– Yurivan? Jakim  cudem  dotarła do niego tak szy bko?
–  Weszła  tutaj   razem   z  m oim   oddziałem ,  kom endancie.  Poj awiła  się  w  ostatniej

chwili i powiedziała, że powinna iść z nam i, ponieważ służy ła wcześniej  w piąty m  batalionie i na
pewno zna żołnierzy  broniący ch bary kady. Miała racj ę. Weszliśm y  do koszar bez j ednego strzału.
Potem  j ednak zrobiło się gorąco.

–  Widziałem .  Chy ba  znalazłem   wszy stkich  loj alny ch  podoficerów  z  tej   j ednostki.

Pozostali,  na  który ch  traficie,  należą  zapewne  do  buntowników.  –  Stark  przy j rzał  się  raz  j eszcze
ogólnej   sy tuacj i,  zauważaj ąc,  że  walki  j uż  wy gasaj ą,  potem   podniósł  osłonę  hełm u,  by
przem ówić  bezpośrednio  do  znaj duj ący ch  się  przed  nim   podoficerów.  –  Będziecie  m usieli
poczekać z obrabianiem  dupy  Hostlerowi. Właśnie trafił w ręce sierżant Yurivan.

– Stacey  go obraca? – Sierżant z piątego batalionu wy szczerzy ł zęby. – Człowieku,

to  m u  się  nie  spodoba.  –  Spoważniał.  –  Ale  to  nie  on  za  ty m   stoi.  Jest  na  to  za  głupi  i  zby t
tchórzliwy.  Nikt  nam   tego  nie  powiedział,  ale  wiem y,  że  to  robota  kilku  spośród  brakuj ący ch
sierżantów.

– Czy  nie m ówim y  przy padkiem  o kum plach gościa nazwiskiem  Kalnick?
– Wy łącznie o nich. Z nim i też chcem y  pogadać. Chy ba że Stacey  zaprosi ich do

siebie, j ak j uż skończy  z Hostlerem .

–  Jestem   pewien,  że  m arzy   o  ty m   równie  m ocno  j ak  wy,  ale  zobaczę,  co  da  się

zrobić.  A  skoro  o  ty m   m owa...  –  Do  pom ieszczenia  weszła  porucznik  Conroy,  a  za  nią  czterej
żołnierze z pierwszego plutonu eskortuj ący  grupkę sierżantów. – Gdzie ich pani znalazła?

–  Kilku  m iało  na  sobie  pancerze  boj owe.  Po  ich  unieruchom ieniu  wy dłubaliśm y

drani i przy prowadziliśm y  do pana. Pozostali ukry li się w j ednej  z sal odpraw. To chy ba by ła ich
kwatera główna.

–  Coś  takiego.  –  Stark  opuścił  osłonę  hełm u  na  czas  potrzebny   do  przy j rzenia  się

aktualnej   sy tuacj i.  –  Widzę,  że  wszy stkie  pozostałe  pom ieszczenia  zostały   oczy szczone  i  nikt  j uż
nie stawia oporu. Ma pani takie sam e odczy ty ?

– Taj est.
– Jakieś straty ?
–  Kilku  ranny ch  i  czterech  wy łączony ch  przez  swoich  podczas  zam ieszania.

Buntownicy  strzelali dużo, ale głównie na oślep, z tego co zauważy łam .

–  Owszem .  –  Stark  przełączy ł  się  na  inny   obwód.  –  Sierżancie  Shwartz,  koszary

Cham berlaina zostały  odbite. Proszę przy słać żandarm ów, aby  zaj ęli się j eńcam i i zabezpieczy li
pom ieszczenia. I j eszcze j edno. Nikt nie ucierpiał poza kilkom a lekko ranny m i. Proszę przekazać tę
wiadom ość  pozostały m .  –  Teraz  połączy ł  się  z  centrum   dowodzenia.  –  Sierżancie  Tran,  proszę
nadać kom unikat do wszy stkich j ednostek, że bunt został zakończony, przy wróciliśm y  porządek, a
żaden z buntowników nie został ranny. – A w każdym razie nie odniósł poważnych obrażeń, dodał w
m y ślach.  Z  drugiej  jednak  strony  nie  wiem,  co  się  z  nimi  stanie,  gdy  wpadną  w  łapy  kolegów,
których uwięzili. – Niech się wszy scy  o ty m  dowiedzą. – Spoj rzał na porucznik Conroy. – Proszę
przekazać koszary  żandarm erii i dać swoim  ludziom  wolne. Im  szy bciej , ty m  lepiej .

– Kom endancie Stark, standardowa odprawa po...
–  Zrobim y   j ą  później ,  poruczniku.  Chcę,  żeby   pani  ludzie  poszli  w  m iasto  i

background image

rozpowiedzieli każdem u, j ak załatwili buntowników, nie zabij aj ąc i nie raniąc nikogo.

–  Aha.  –  Conroy   przy taknęła.  –  Rozum iem .  –  Odeszła,  by   przekazać  rozkazy

ludziom  ze swoj ego plutonu.

Ethan m ógł się w końcu skupić na brudny ch sierżantach, który ch przy prowadziła.
– Gra skończona, panie i panowie. Nie powinniście słuchać podszeptów Kalnicka. –

Kilku z nich drgnęło m im owolnie. – Tak, wiem y, że on was do tego nam awiał. Spodziewacie się
teraz, j ak sądzę, że skopiem y  wam  dupy, a potem  postawim y  przed plutonam i egzekucy j ny m i? –
Widział  na  j edny ch  twarzach  strach,  na  inny ch  determ inacj ę.  –  Cóż,  nie  dam   wam   tej
saty sfakcj i. Rozstrzeliwuj ąc, zrobiłby m  z was m ęczenników. Nie, m oi drodzy, traficie do ancla. A
każdy,  który   wy śpiewa,  kto  za  ty m   stał,  będzie  przez  nas  lepiej   traktowany.  Ci,  którzy   odm ówią
współpracy,  zostaną  wrzuceni  do  cel,  żeby m   m ógł  się  w  końcu  skupić  na  poważniej szy ch
problem ach. Ja o nich zapom nę, ale sierżant Yurivan z pewnością zechce sobie z nim i pogadać,
aby  nie nudzili się zby tnio. Zrozum iano? Pom y ślcie o ty m . – Stark zaczął się odwracać, ale znów
na nich spoj rzał. – I j eszcze j edno. Gdy by  choć j eden z m oich ludzi zginął przez waszą głupotę,
osobiście rozszarpałby m  was na strzępy. – W pom ieszczeniu poj awili się żandarm i, ich dowódca
zasalutował Starkowi. – Zabierzcie ty ch drani sprzed m oich oczu. I zam knij cie na cztery  spusty.

– Taj est. Ty lko... będziem y  potrzebowali listy  zarzutów dla każdego z nich, takie są

wy m agania.

–  Dostaniecie  j e  później .  –  Przeniósł  wzrok  na  sierżantów  z  piątego  i  dostrzegł  na

ich twarzach zawód, a nawet żal. – Rozum iecie, że m usim y  przesłuchać wszy stkich w koszarach,
aby  się upewnić, kto nie brał udziału w buncie? Wiem , że nikt z tutaj  obecny ch nie będzie m iał z
ty m   problem u,  niem niej   m usicie  pozostać  w  swoich  kwaterach  do  zakończenia  dochodzenia.
Dam y  wam  znać, kiedy  będziecie m ogli wy j ść. Jakieś py tania?

Nie  wy glądali  na  zadowolony ch,  ale  żaden  nie  protestował.  Sierżant  z  piątego

batalionu, ten, który  odezwał się do Starka, stanął na baczność i zasalutował.

– Rozum iem y. I wiem y, że nastąpią przetasowania na stanowiskach dowódczy ch w

naszej  j ednostce.

–  Przetasowania?  –  Ethan  pokręcił  głową.  –  Ci,  którzy   sprowokowali  ten  bunt,

zadbali  o  to,  by   pozostać  w  ukry ciu.  Każdy   z  was,  który   nie  uczestniczy ł  w  tej   zady m ie,
pozostanie  na  swoim   dawny m   stanowisku,  chy ba  że  otrzy m am   na  j ego  tem at  wy j ątkowo
niepochlebne opinie.

Wiem doskonale, dodał w m y ślach, że będziecie zapieprzać dziesięć razy lepiej, po

tym, jak dopuściliście, żeby żołnierze zbuntowali się pod waszymi nosami.

Moty wacj a  m oty wacj ą,  ale  Stark  nie  zam ierzał  pozby wać  się  ludzi,  którzy   m ieli

tak ważne powody  do wy kazania się w przy szłości.

Na twarzach stoj ący ch przed nim  podoficerów dostrzegł uśm iechy  ulgi.
–  Nie  pożałuj e  pan  tego,  sierżancie  Stark.  Wiedziałem ,  że  te  bzdury,  które  o  panu

wy gady wali, nie m ogły  by ć prawdą.

– Ja też siedziałam  w ty ch koszarach – wtrąciła się Vic, odkaszlnąwszy  znacząco. –

Powiedziałeś, że wszy scy  tu obecni zostaną przesłuchani.

Stark spoj rzał j ej  w oczy.
– Nie. Skoro nie by łaś tutaj , kiedy  wy buchł bunt, nie m ogłaś by ć też zam ieszana w

j ego  wy wołanie.  Dobra,  wracaj m y   do  centrum   dowodzenia,  ty lko  stam tąd  m ożem y   zadbać,
żeby  te działania nie odbiły  nam  się czkawką. – Ruszy ł do drzwi, nie czekaj ąc na nią.

Dogoniła go, zanim  wy szedł na kory tarz.
– Ethan, przecież j uż cię przeprosiłam . Podważanie twoj ego autory tetu na oczach

inny ch  podoficerów  by ło  niewy baczalny m   błędem ,  tak  sam o  j ak  brak  odpowiedzi  na  py tanie  o

background image

obecność inny ch strażników.

–  A  co  powiesz  o  oskarżeniu  m nie  o  bezrefleksy j ne  zabij anie  ludzi?  Tego  też

żałuj esz?

–  Przecież  j uż  to  powiedziałam .  Oboj e  j ednak  dobrze  wiem y,  że  potrafisz  by ć

cholernie twardy, kiedy  tego wy m aga sy tuacj a.

Ethan  nie  widział  j ej   j eszcze  nigdy   tak  skruszonej .  Może  teraz,  kiedy  ma  takie

poczucie winy, odpuści mi chociaż na chwilę.

– Niech ci będzie – rzucił.
– W takim  razie powiedz m i, dlaczego, u licha, osobiście dowodziłeś tą operacj ą?
No i nie odpuściła.
– Miałem  ku tem u dobre powody. Po pierwsze, nie chciałem  posłać ludzi do walki o

zachowanie  stołka,  nie  próbuj ąc  po  raz  ostatni  zapobiec  przelaniu  krwi.  Nie  zam ierzałem   też
dopuścić, gdy by  m oj e wy siłki spełzły  na niczy m , by  inni ginęli za m nie.

–  Ethan...  –  Vic  pom asowała  czoło,  robiąc  zbolałą  m inę.  –  Cholera.  Co  m am   ci

powiedzieć?  Taki  właśnie  j esteś.  I  pewnie  dlatego  zostaniesz  kiedy ś  zabity,  a  j a  będę  m ogła
powiedzieć:  a  nie  m ówiłam ?  Zobaczy sz,  postawią  ci  pom nik,  ponieważ  polegniesz,  robiąc  coś
naprawdę cholernie szlachetnego.

– Błagam , ty lko nie pom nik. Nie pozwól im  na to.
–  Będzie  naprawdę  wielki,  Ethan.  Z  fontannam i,  wieżam i  i  kolum nadam i,  nie

m ówiąc o wielkim  posągu przedstawiaj ący m  ciebie patrzącego w niebo...

– Zam knij  się wreszcie! – Uśm iechnął się do niej . – Jak tam  by ło? Źle?
– Na pewno nie dobrze. Uważali, że trzy m aj ą cię na m uszce. Dom y śliłam  się tego

po zachowaniu  strażników. Siedzenie  w niewoli  pod bronią  j est cholernie  niem iły m   przeży ciem ,
Ethan.

– Dom y ślam  się. Cieszę się, że wy szłaś z tego cało.
– Ja też.

Stark  przej rzał  ostatnie  dokum enty   doty czące  buntu.  Przesłuchania  Yurivan

dostarczy ły  wiele ciekawego m ateriału, ale wszy stkie tropy  prowadziły  donikąd.

Ludzie, którzy  m ieli zachęcać żołnierzy  do buntu, albo nie istnieli nawet w bazach

dany ch,  albo  nie  dało  się  ich  odnaleźć.  Nazwisko  Kalnick  padało  bardzo  często,  ale  nie  istniał
żaden  dowód  na  j ego  udział  w  ty m   spisku.  Cóż,  wiemy  przynajmniej,  że  wysłano  na  nas
prawdziwych zawodowców. Buntownikom  obiecano wiele rzeczy, w ty m  am nestię uwalniaj ącą ich
od zarzutów uczestnictwa w rebelii dowodzonej  przez Starka, oraz silne wsparcie z zewnątrz, gdy
doj dzie  do  wy powiedzenia  posłuszeństwa.  Żadna  odsiecz  z  zewnątrz  j ednak  nie  przy by ła  albo
dlatego, że bunt obj ął zby t m ałą liczbę j ednostek, albo naj zwy czaj niej  w świecie by ła to kolej na
pusta obietnica rządzący ch.

Buntowników  odizolowano,  wielu  szeregowy ch  otrzy m ało  kary   adm inistracy j ne,

j eśli nie dopatrzono się ich specj alnej  akty wności. Ty m  sposobem  pozostało około trzy dziestu ludzi
oskarżony ch  o  nakłanianie  do  nieposłuszeństwa  pozostały ch  i  strzelanie  do  oddziałów  Conroy   i
Starka. I co ja mam z nimi zrobić? Nie chcę prowadzić tak wielu spraw przed sądami polowymi, ale
nie mogę też trzymać ich pod kluczem do usranej śmierci. To nie byłoby ani legalne, ani uczciwe.

background image

Hmmm.  Domyślam  się,  że  na  Ziemi  jest  jeszcze  wielu  członków  rodzin  naszych  żołnierzy,  na
których  można  by  wymienić  tych  drani,  o  ile  rządzący  nadal  będą  chętni  na  prowadzenie
podobnych  negocjacji.  Dzięki  takiemu  rozwiązaniu  pozbylibyśmy  się  ich,  ściągając  tutaj  ludzi,
których bardziej chcemy, nie obniżając przy okazji poziomu morale.

Usły szał  brzęczenie  kom unikatora.  Zam knął  pliki  z  dokum entam i  buntowników  i

poczuł wielką ulgę, gdy  przełączy ł wy świetlacz na try b odbioru połączenia. Na ekranie poj awiła
się twarz zarządcy  kolonii. Cam pbell wy glądał na lekko zdepry m owanego.

–  Sierżancie  Stark,  j ak  pan  wie,  przy leciał  właśnie  następny   wahadłowiec  z

delegacj ą  rządową,  aczkolwiek  nie  spodziewałby m   się  wielkiego  przełom u  w  naszy ch
negocj acj ach.

–  Tak,  wiedziałem ,  że  m a  przy lecieć.  Z  tego,  co  m i  powiedziano,  ze  składu

delegacj i  wy łączono  woj skowy ch,  uznałem   więc,  że  i  nasza  obecność  j est  zbędna.  Chociaż  j est
taki tem at, który  m ogliby ście poruszy ć w czasie rozm ów.

– Tak? Jaki?
–  Bunt,  z  który m   sobie  poradziliśm y.  Mam   tutaj   trzy dziestu  żołnierzy,  którzy   by li

zby t m ocno zaangażowani w te działania, aby  puścić ich wolno, a nie chcę też więzić ich za długo.
Może uda wam  się wy negocj ować kolej ną wy m ianę, j ak zrobiliśm y  z oficeram i?

–  Oczy wiście,  sierżancie  Stark.  Zdążę  włączy ć  ten  tem at  do  naszy ch  rozm ów.

Trzy dziestu,  powiada  pan?  Chy ba  uda  nam   się  coś  z  ty m   zrobić.  Dzwonię  do  pana  wszakże  w
zupełnie  innej   sprawie.  Ty m   sam y m   wahadłowcem   przy leciał  pewien  gość.  Bardzo
niespodziewany, dodam .

Stark uniósł brew ze zdziwienia.
– Ktoś, kogo znam ?
– Chy ba tak, sierżancie. Twierdzi, że j est pańskim  oj cem .

Trzy dzieści  m inut  później   Stark  stał,  przebieraj ąc  niespokoj nie  nogam i,  przy

posterunku  num er  j eden,  przed  główny m   wej ściem   do  kom pleksu  woj skowego.  Włoży ł  czy sty
m undur, a Vic obej rzała go uważnie ze wszy stkich stron, aby  zy skał pewność, że będzie wy glądał
godnie.

– Nie co dzień spoty kasz się z własny m  oj cem  – rzuciła.
– Nie widziałem  go od chwili wstąpienia do woj a. Wściekł się na m nie, powiedział,

że  ty lko  idioci  się  zaciągaj ą,  a  potem   nie  rozm awialiśm y   aż  do  zeszłego  roku.  Ale  to  by ła  ty lko
zwy kła wy m iana listów.

– Wiem , Ethan. Ciekawe, co robi na pokładzie oficj alnego wahadłowca z delegacj ą

kolej ny ch niby -negocj atorów?

– Dowiem y  się tego za kilka m inut.
– Chcesz, żeby m  tam  z tobą poszła? Daj m y  lepiej  tem u spokój . Jak cię znam , sam

nie  będziesz  wiedział,  czego  chcesz,  dopóki  go  nie  zobaczy sz.  Znaj dziesz  m nie  w  centrum
dowodzenia, gdy by m  okazała się potrzebna.

– Dzięki.
I  tak  czekał  teraz  na  spotkanie  z  człowiekiem ,  którego  ostatni  raz  widział,  gdy   by ł

j eszcze  nastolatkiem .  W  kory tarzu  prowadzący m   do  posterunku  poj awiła  się  grupka  osób.  Stark

background image

rozpoznał  idącą  na  czele  Chery l  Sarafinę.  Pochód  zam y kali  dwaj   ochroniarze,  którzy   w
przeszłości  towarzy szy li  Cam pbellowi.  Gdy   podeszli  bliżej ,  rozpoznał  też  człowieka,  którego
prowadzili,  przy trzy m uj ąc  za  każdy m   razem ,  gdy   nieum iej ętnie  odbij ał  się  od  podłogi.  Kiedy
grupka  zatrzy m ała  się  przed  nim ,  j ęzy k  stanął  kołkiem   w  gębie  Ethanowi,  który   dopiero  teraz
uświadom ił sobie, że nie przem y ślał tego, j akim i słowam i powitać tak dawno nie widzianego oj ca.

Cisza  się  przeciągała.  Przerwała  j ą  Sarafina,  dom y ślaj ąc  się,  co  m oże  by ć

powodem  tej  niezręczności.

– Sierżancie Stark, to pański oj ciec – powiedziała, uśm iechaj ąc się przy j aźnie.
Te słowa przełam ały  pierwsze lody. Ethan wy ciągnął rękę do oj ca.
– Cieszę się, że cię widzę, tato.
Tam ten  uścisnął  m u  dłoń,  zwracaj ąc  na  ten  gest  przesadną  uwagę

charaktery zuj ącą każdego, kto przy zwy czaj ał się dopiero do niskiej  grawitacj i.

– Cieszę się, że cię widzę, sy nu.
– Jak m inęła podróż?
– Nieźle. By wało gorzej .
Sarafina m iała taką m inę, j akby  m usiała powstrzy m y wać się od śm iechu.
–  Widzę,  że  to  bardzo  em ocj onalny   m om ent  dla  obu  panów.  Zaczekam y   tutaj   na

pańskiego oj ca, sierżancie Stark.

– Okay. Dziękuj ę za przy prowadzenie go do m nie. – Wy ciągnął raz j eszcze rękę do

taty. – Pom óc ci w utrzy m aniu równowagi?

Oj ciec odtrącił j ą m im o niepewnej  m iny.
– Chy ba dam  radę. Ty lko nie idź zby t szy bko.
–  Nie  m a  sprawy.  –  Gdy   m ij ali  posterunek,  wartownicy   wy pręży li  się  na

baczność, oddaj ąc Starkowi przepisowy  salut. Odpowiedział im  ty m  sam y m , aczkolwiek o wiele
precy zy j niej  niż zazwy czaj .

– On j est ze m ną – wy j aśnił żołnierzom .
Przeszli w m ilczeniu kilka kroków, zanim  oj ciec otworzy ł usta.
– Dlaczego to zrobili?
– Co? – zdziwił się Ethan. – Co zrobili?
– Dlaczego zerwali się z m iej sc i zasalutowali? Zrobili to ze względu na ciebie?
– Tak. Zachowali się zgodnie z woj skowy m  oby czaj em .
– Widziałem  wielu m ij aj ący ch się żołnierzy, którzy  tego nie robili.
– Salutowali m i, ponieważ j estem  ich przełożony m  – wy j aśnił Stark.
– To znaczy  szefem . Jesteś szefem  ty ch ludzi? Ilu ich m asz pod sobą?
–  Hm ,  wszy stkich.  –  Ethan  zatoczy ł  ręką  szeroki  łuk.  –  Każdego  żołnierza

stacj onuj ącego na Księży cu i broniącego tej  kolonii.

– Wszy stkich? – Oj ciec rozglądał się z nieprzeniknioną m iną. – No, no.
– Owszem . – Potrzebna mi Vic, pom y ślał Stark. Ta rozmowa się nie klei. Nie umiemy

ze sobą rozmawiać. Ale czy kiedyś było inaczej? – Naj pierw pokażę ci centrum  dowodzenia.

– Dobrze.
Oj ciec  podążał  za  nim   posłusznie  kolej ny m i  kory tarzam i,  od  czasu  do  czasu

okazuj ąc zdziwienie, gdy  widział, że m ij aj ący  ich żołnierze nieodm iennie salutuj ą j ego sy nowi.

Stark przy łoży ł dłoń do skanera przy  wej ściu do centrum  dowodzenia, próbuj ąc nie

patrzeć na lśniące nowością skrzy dło drzwi, stanowiące wciąż bolesne przy pom nienie wy darzeń
rozgry waj ący ch  się  w  ty m   m iej scu  podczas  pam iętnego  ataku,  który   kosztował  ży cie  tak  wielu
znaj om y ch m u ludzi.

– Oto nasze centrum  dowodzenia, tato. Oj ciec rozej rzał się ciekawie.

background image

– Im ponuj ące wy posażenie. Aczkolwiek niektóre konsole wy glądaj ą na uszkodzone.

Jesteś pewien, że nie kupiono ich z drugiej  ręki?

–  Jestem .  To  m iej sce  zostało  niedawno  zaatakowane.  Musieliśm y   się  bronić,

uży waj ąc ty ch konsol j ako osłony. Od tam tej  pory  wciąż j e wy m ieniam y. Tak j ak tam te drzwi.

–  Aha.  –  Oj ciec  m om entalnie  stracił  wątek.  –  Tak,  teraz  sobie  przy pom inam .

Sły szałem  coś o ty m .

– Ethan. – Vic stanęła przed nim i. – Masz gościa, j ak widzę?
–  Tak.  To  m ój   oj ciec.  Tato,  to  Vic  Rey nolds.  Moj a  dobra  przy j aciółka.  Jest  także

m oj ą zastępczy nią i niezwy kle dobry m  takty kiem .

– Miło m i. – Oj ciec rozprom ienił się, potem  pochy lił lekko, by  sprawdzić naszy wki

zdobiące pagony  j ej  kom binezonu. – Pani także j est sierżantem .

– Zgadza się.
– Ale pracuj e pani j ako asy stentka m oj ego sy na?
Stark skrzy wił się, sły sząc to określenie, ale Vic zby ła j e zwy kły m  uśm iechem .
– Można tak powiedzieć. Moj a praca polega głównie na pilnowaniu, by  nie napy tał

sobie kłopotów. Mam  więc co robić.

–  Wy obrażam   sobie!  Mogliby śm y   wy m ienić  się  kilkom a  przerażaj ący m i

opowieściam i na ten tem at. To pani wy słała kiedy ś list do m nie i m oj ej  żony ?

–  Tak.  –  Uśm iechnęła  się  raz  j eszcze,  po  czy m   wskazała  kciukiem   drzwi.  –  Może

udam y  się w spokoj niej sze m iej sce, gdzie będziem y  m ogli dokończy ć tę rozm owę?

– Jasne. – No nie wierzę, pom y ślał Ethan, poznała  mojego  ojca  pięć  minut  temu,  a

już rozmawia z nim jak ze starym znajomym. – Idź przodem .

Zaprowadziła ich do sali rekreacy j nej  znaj duj ącej  się w pobliżu kwatery  Starka, a

gdy   usiedli  przy   stoliku,  podała  im   kawę.  Oj ciec  przy glądał  się  ciekawie  tem u  niewielkiem u
pom ieszczeniu i ścianom  z surowego kam ienia.

– To tutaj  pracuj esz?
– Czasam i – przy znał Ethan. – Moj a kwatera j est tam , za załom em  kory tarza. Ma

podobne rozm iary.

–  Naprawdę?  Jako  dzieciak  zawsze  narzekałeś,  że  m asz  za  m ały   pokój .  A  to

pom ieszczenie j est przecież j eszcze m niej sze.

Stark spłonił się, sły sząc o ty m  wspom nieniu.
– Narzekałem  więcej , niż to by ło warte. Ty  i m am a m ieliście ze m ną istne piekło.

Ale nauczy liście m nie wielu ważny ch rzeczy.

–  No  m y ślę.  Aczkolwiek  nie  przy pom inam   sobie,  kiedy   wpoiliśm y   ci  wiedzę  na

tem at wzniecania buntów i obalania rządów.

Stark się skrzy wił.
– Tego akurat sam  się nauczy łem .
– Nie patrz tak na m nie – poprosiła Vic. – To nie m oj a wina. – Potem  odwróciła się

do oj ca Ethana, robiąc poważną m inę. – Przepraszam  pana, ale m uszę zapy tać wprost. Po co pan
tu przy leciał? Rząd zakazał nieoficj alny ch podróży  na Księży c, a m im o to zabrano pana na pokład
wahadłowca przewożącego negocj atorów.

–  By łem   ciekaw,  kiedy   padnie  to  py tanie.  –  Oj ciec  spuścił  głowę,  a  j ego  twarz

poczerwieniała  z  gniewu.  –  Krótko  m ówiąc,  przy słano  m nie  tutaj ,  by m   nam ówił  sy na  do
kapitulacj i. Żeby  przy j ął warunki oferowane m u przez rząd, zanim  kom uś stanie się krzy wda.

– Rozum iem . Nie wy gląda pan wszakże na szczególnie uradowanego.
–  Może  dlatego,  że  nie  j estem   zadowolony.  Szczerze  powiedziawszy,  czuj ę  wielką

dum ę  z  tego,  czego  dokonał  m ój   sy n.  Całe  ży cie  m usiałem   całować  po  ty łkach  ludzi,  który m

background image

wy dawało  się,  że  są  lepsi  ode  m nie.  A  Ethan  skopał  im   j e  właśnie,  m ocno  i  celnie.  Z  tego,  co
wiem , nie zrobił tego dla odniesienia własny ch korzy ści, ty lko żeby  pom óc inny m .

Zapadła niezręczna cisza.
– U licha, tato – przerwał j ą Stark. – Nie pozwalałeś, by  inni włazili ci na głowę.
–  Owszem ,  pozwalałem !  Przy latuj ąc  tutaj ,  pozwoliłem   im   po  raz  kolej ny !  Choć

nie  m iałem   zby t  wielkiego  wy boru.  Twoj a  m atka  j est  chora.  Wy bacz.  Nie  chciałem   ci  tego
m ówić. Masz j uż wy starczaj ąco dużo problem ów i pewnie uznałby ś, że to j akiś kolej ny  rządowy
wy bieg. Jej  stan j est ciężki, ale m ożna j ą z tego wy ciągnąć, choć istniej e spore ry zy ko rem isj i.
Ale potrzebuj em y  zgody  na kuracj ę. Wiesz, kto wy daj e takie zgody, Ethan?

– Niech zgadnę.
– Właśnie. Urzędnik rządowy. Obiecali m i, że podpiszą papiery, j eśli przy lecę tutaj

i będę błagał na kolanach, by ś skapitulował.

– Dranie! – Stark walnął pięścią w ścianę, nie przej m uj ąc się, że porani j ą sobie o

porowatą  powierzchnię.  –  Dom y ślam   się,  że  m am a  też  j est  dla  nich  nic  nie  znaczący m
człowieczkiem ,  którego  m ożna  poświęcić.  Co  m ogę  powiedzieć?  Przekaż  rządowi,  że  błagałeś
m nie  na  kolanach,  ale  pozostałem   nieugięty.  Poważnie.  Jeśli  zrozum iej ą,  że  m ogą  na  m nie
wpły nąć przez odebranie m ożliwości leczenia m am y, na pewno wy m y ślą sto inny ch powodów,
by  nie podpisać ty ch dokum entów.

– Chy ba m asz racj ę. – Oj ciec westchnął, spoj rzał na kawę, j akby  dopiero teraz j ą

zauważy ł,  i  upił  ły k,  krzy wiąc  się  naty chm iast.  –  Co  to  za  świństwo?  Musicie  pić  te  szczy ny   ze
względu na blokadę?

–  Nie.  To  napój ,  j aki  rząd  serwuj e  nam   od  zarania  dziej ów.  Standardowa  kawa

woj skowa.

– Powinien pan skosztować naszego piwa – zasugerowała Vic. – Przy  nim  ta kawa

wy da się niezwy kle arom aty czna i sm aczna.

– Wierzę pani na słowo. – Oj ciec Starka upił j eszcze ły k, po który m  się wzdry gnął.

– Cóż, powiedziałem , co m iałem  powiedzieć, teraz pewnie zechcecie się m nie pozby ć.

– Ależ skąd – zaprotestował Ethan. – Niewiele czasu nam  dali, ale nie m usim y  się

nigdzie spieszy ć.

–  Dzięki.  –  Rozej rzał  się  j eszcze  raz  zaskoczony.  –  Czy   tutaj   j est  bezpiecznie?

Mówią  nam ,  że  zostaliście  otoczeni,  że  wasze  linie  obrony   lada  m om ent  się  załam ią.  Nie
widziałem  j ednak, by  ktoś wy glądał tu na zm artwionego.

–  Przej m uj em y   się  naszą  sy tuacj ą.  Nikt  przecież  nie  wie,  j ak  to  wszy stko  się

skończy.  Ale  na  pewno  nie  j esteśm y   bliscy   załam ania.  Nie  m a  m owy.  Rozpieprzy liśm y   na
drobne kawałki wszy stko, co rzucił na nas rząd.

–  Kilka  m iesięcy   tem u  doszło  do  giganty cznej   eksplozj i  na  powierzchni  księży ca.

Wielu ludzi j ą widziało. Rząd twierdzi, że m iała m iej sce na terenie kolonii, ale ludzie m ówią, iż to
nieprawda.

–  I  m aj ą  racj ę.  To  m y   j ą  spowodowaliśm y.  Wy sadziliśm y   m agazy ny   am unicj i

przesłanej  tutaj  przez nasz rząd.

– Poważnie? – Oj ciec się roześm iał. – Dobrze im  tak. Mówisz zatem , że j esteście tu

bezpieczni? Że odparliście wszy stkie ataki?

–  To  nie  wy gląda  tak  różowo,  j ak  by śm y   chcieli.  Kilka  razy   m ieliśm y   wielkie

szczęście – odparł wy m ij aj ąco Ethan. – Czasem  niewiele brakowało. Straciliśm y  też wielu ludzi.

– Straciliście? Jak?
Stark  dopiero  po  dłuższej   chwili  zrozum iał,  że  j ego  oj ciec  naprawdę  nie  zna  tego

określenia.

background image

– Zostali zabici, tato. Zginęli, walcząc na Księży cu.
–  Och...  –  Oj ciec  pochy lił  głowę,  by   nie  widzieli  j ego  zawsty dzenia.  –

Przepraszam ... Naprawdę nie chciałem ...

– Wiem . Nic się nie stało.
– Nadal wy daj esz się pewny  siebie, j eśli dobrze widzę. Wszy scy  wokół wy daj ecie

się tacy  pewni siebie.

Stark zastanowił się nad odpowiedzią, potem  wzruszy ł ram ionam i.
– Tak. Masz racj ę. Prawda j est taka, że m ogliby śm y  zdoby ć o wiele większy  teren,

gdy by śm y  ty lko tego chcieli.

–  Większy   teren?  –  Oj ciec  uniósł  brew  ze  zdziwienia,  zaraz  j ednak  zm arszczy ł

czoło.  –  Przecież  sy tuacj a  na  Księży cu  j est  od  wielu  lat  patowa.  Rząd  bez  przerwy   nam   o  ty m
m ówi. Dlaczego nas okłam uj ą?

– To akurat prawda. Do przełom u nie doszło ty lko dlatego, że biliśm y  się tak, j ak oni

nas  tego  nauczy li.  Żadnej   elasty czności,  ty lko  wcześniej   zaplanowane  działania,  zby t  dużo
m ikrozarządzania  walczący m i  przez  dupków  siedzący ch  daleko  za  linią  frontu.  Gdy   się  ich
pozby liśm y  i zaczęliśm y  robić wszy stko po swoj em u, nauczy liśm y  się walczy ć lepiej .

–  Nie  j estem   pewien,  czy   zrozum iałem .  Twierdzisz,  że  potraficie  dowodzić  sobą

lepiej  niż od oficerowie? – Oj ciec pochy lił się nad stołem , wy czekuj ąc odpowiedzi.

Stark potarł czoło, próbuj ąc zebrać m y śli.
– Dawniej  wszy stko by ło na opak, tato. Wiesz, zupełnie j ak u cy wilbandy, to znaczy

w twoj ej  pracy. Wielcy  szefowie przekazy wali polecenia średnim  szefom , ci j eszcze m niej szy m ,
a  tam ci  m aleńkim   i  dopiero  na  sam y m   końcu  docierały   one  do  m ałpoludów,  które  m iały
wy konać  całą  robotę.  A  wy m agano  od  nich,  by   robili  dokładnie  to,  co  im   kazano.  Cały   czas
sły szeliśm y, rzecz j asna, o ty m , że walczący  m uszą otrzy m y wać kom pletne inform acj e, ale tak
naprawdę nie m ówiono nam  niczego, ponieważ dowódcy  nie lubili dzielić się posiadaną wiedzą.
Tak by ło od zawsze, j ak przy puszczam , i m oże sprawdzało się kiedy ś, ponieważ naj ważniej szy  z
szefów m iał w ręku wszy stkie inform acj e i wiedział, co robi...

Oj ciec  znów  się  nasroży ł,  widać  by ło,  że  usilnie  o  czy m ś  m y śli,  w  końcu  skinął

głową.

–  Oczy wiście.  U  nas  też  to  tak  działa.  Zbieram y   inform acj e  i  przekazuj em y   j e

swoj em u szefowi, czy li człowiekowi władnem u wy dawać decy zj e, a on na ich podstawie m ówi
pozostały m , co powinni robić.

– Ty lko dlaczego ten facet na górze m usi decy dować o wszy stkim ? – Stark wstał i

zaczął przechadzać się tam  i z powrotem . Przy  tak niskiej  grawitacj i wy starczy ły  dwa kroki, by
przem ierzy ć całe pom ieszczenie. – Może dawniej  to się sprawdzało. Ale teraz każdy  żołnierz wie
ty le sam o co generał. Daliśm y  im  wgląd do ty ch sam y ch dany ch, m im o że dowódcy  blokowali
wcześniej  dostęp do nich, sądząc m y lnie, że ich podwładni są zby t ograniczeni, by  j e zrozum ieć.
By liśm y  dla nich j ak pieczarki. Trzy m ali nas w m roku i karm ili gównem .

Oj ciec się roześm iał.
– Tego kawału j eszcze nie sły szałem .
–  Pom y śl  ty lko  –  konty nuował  Stark  –  m oże  dzisiaj   facet  taki  j ak  ty   czy   j a  lepiej

rozum ie  sens  ty ch  inform acj i,  ponieważ  siedzi  w  sam y m   środku  wy darzeń,  które  go  doty czą,  a
nie gdzieś na głębokim  zapleczu, gdzie nie kum a się czaczy.

– Nie kum a się czaczy ?
–  Tak.  No  wiesz.  Nie  chodzi  o  to,  co  ci  m ówią  albo  co  pokazuj ą  sensory,  ty lko  o

sam opoczucie  żołnierzy,  reakcj e  wroga,  powiedzm y,  o  ogólne  wy czucie  sy tuacj i.  Tego  nie
dowiesz  się  ze  strum ienia  dany ch.  Nie  m a  m owy...  –  Stark  przerwał,  poruszy ł  rękam i,  j akby

background image

chciał  uform ować  nim i  słowa.  –  Dlatego  spróbowaliśm y   innego  podej ścia.  Pozwoliliśm y
decy dować ludziom , którzy  znaj duj ą się na m iej scu. Daliśm y  im  m ożliwość zm iany  planu, j eśli
zaj dzie taka potrzeba. Szukania naj lepszy ch rozwiązań.

–  Ale...  Wy dawało  m i  się,  że  celem   takich  planów  j est  osiągnięcie  końcowego

sukcesu.

–  Tak  powinno  by ć!  Ty le  że  plany   nigdy   nie  pasowały   do  rzeczy wistości.  Coś  tak

m ało ważnego j ak cel znikało w m asie niepotrzebny ch inform acj i, a ludzie na polu bitwy  bardziej
przej m owali się ty m , czy  stawiaj ą stopy  tam , gdzie kazali im  planiści, niż osiągnięciem  sukcesu.
Można  stworzy ć  plan  idealny,  tato.  Zaplanować  każdy   ruch  i  każde  słowo  człowieka,  ale  gdy
zapy tasz go na koniec, co próbował osiągnąć, odpowie ci, że wy konać plan.

– Hm ... – Oj ciec spoj rzał na Vic, j akby  chciał usły szeć j ej  opinię.
–  Może  to  brzm i  głupio  –  zapewniła  go  –  ale  się  sprawdza.  Cała  historia

woj skowości polega na zm asowanej  obronie punktu, który  j est atakowany. Gdy  j ednak przeciwnik
rzuci  do  walki  dziesiątki  albo  setki  autonom icznie  działaj ący ch  j ednostek,  który ch  działania  przy
dzisiej szy m   poziom ie  techniki  m ożna  dobrze  skoordy nować,  nie  sposób  zidenty fikować  m iej sca
głównego uderzenia. To j akby  próbować powstrzy m ać wodę goły m i rękam i.

–  Zgadza  się.  Nie  m a  głównego  uderzenia  –  rozwinął  tem at  Stark.  –

Zastosowaliśm y   tę  takty kę  podczas  rozwiązy wania  problem u,  który...  dotknął  nas  nie  tak  dawno
tem u.  Wy słaliśm y   oddział  żołnierzy   do  zabudowań,  w  który ch  trzy m ano  zakładników,  i
pozwoliliśm y   im   działać  na  własną  rękę.  Ci  źli  próbowali  zorganizować  obronę,  ale  nie  um ieli
wy brać m iej sca, w który m  powinni reagować.

–  Rozum iem   –  odparł  oj ciec,  choć  sądząc  po  głosie,  wciąż  m iał  wątpliwości.  –

Chcesz przez to powiedzieć, że m ożecie pokonać każdą inną arm ię?

–  Tak  m i  się  wy daj e.  Tak.  Gdy by śm y   chcieli,  pokonaliby śm y   każdego.  Oj ciec

wy glądał teraz na j eszcze bardziej  nieszczęśliwego.

– A twoim  główny m  wrogiem  j est teraz rząd.
– Na to wy gląda.
– Zatem  m asz zam iar uderzy ć na USA?
Zaskoczy ł  Ethana  ty m   py taniem .  Choć  j ego  m ina  powinna  by ć  wy starczaj ącą

odpowiedzią, postanowił wy razić to, co czuj e, odpowiednim i słowam i.

– Nie zam ierzam . Nie zaatakuj ę USA.
– A gdy by  to m im o wszy stko zrobił – dodała Vic – j a by m  m u w ty m  nie pom ogła.
Oj ciec wy dął usta, potem  spoj rzał Starkowi w oczy.
–  Wiesz,  że  ty m   sposobem   niczego  nie  osiągniesz?  Może  nie  j estem   wy bitny m

strategiem , ale przy naj m niej  znam  się na sporcie. Jeśli nie robisz nic poza powstrzy m y waniem
zawodników druży ny  przeciwnej  przed wy graniem , m usisz prędzej  czy  później  przegrać.

–  Wiesz,  tato,  czasem   wy grana  nie  j est  warta  ceny,  j aką  trzeba  zapłacić  za

zwy cięstwo. Wy, m ówię o am ery kańskiej  cy wilbandzie, liczy cie na to, że będziem y  was bronić.
Dziękowanie  za  naszą  służbę  nie  wy chodziło  wam   do  tej   pory,  ale  to  zupełnie  inna  sprawa.  Nie
zam ierzam   wy gry wać  tej   woj ny,  wy rządzaj ąc  wam   krzy wdę.  Albo  uderzaj ąc  w  rząd,  który
nadal wspieracie. To wszy stko j est do dupy, ale tak m usi by ć. Wy bacz słownictwo.

–  Wszy scy   j esteśm y   j uż  dorośli,  sy nu.  Powiedz  m i  w  takim   razie,  co  z  twoim i

ludźm i?  Co  z  ty m i  wszy stkim i  żołnierzam i,  którzy   poszli  za  tobą?  Zdaj esz  sobie  sprawę,  że
skazuj esz ich na wieczną i zapewne przegraną na końcu woj nę?

– Tak. – Stark spoj rzał m u hardo w oczy. – Zawsze wierzy łem  w ludzi, za który ch

by łem   odpowiedzialny.  Ale  w  ty m   wy padku  nie  m ogę  ich  poprowadzić  do  ataku  na  własną
oj czy znę i udawać, że wszy stko j est w porządku. Naszy m  obowiązkiem  j est obrona cy wilbandy.

background image

Nic,  co  zrobiliśm y   do  tej   pory,  nie  naruszało  zapisów  konsty tucj i,  na  którą  przy sięgaliśm y.
Gdy by śm y  obalili siłą rząd, podarliby śm y  j ą na strzępy, j akby  by ła zwy kły m  świstkiem  papieru.
Nie  zrobię  tego  i  nie  pozwolę,  aby   inny   żołnierz  dopuścił  się  takiego  czy nu.  Jeśli  im   się  to  nie
spodoba, m ogą sobie szukać innego szefa.

Oj ciec się uśm iechnął.
– To j edno z naj ważniej szy ch py tań, j akie rodziło się w m oj ej  głowie i j akie zadaj e

sobie dzisiaj  większość Am ery kanów. Co ten Stark sobie m y śli? A j a tego nie wiedziałem , sy nu.
By łeś  dla  m nie  chłopcem ,  który   opuścił  dom   rodzinny   wiele  lat  tem u.  Nie  m iałem   bladego
poj ęcia, kim  się w ty m  czasie stałeś. Teraz to wiem . I zadbam  o to, by  inni także się dowiedzieli.

Vic zachichotała.
–  Wy gląda  na  to,  że  plan  uży cia  pana  przeciw  Ethanowi  obrócił  się  przeciw  j ego

twórcom .

– Owszem , pani Rey nolds. Niech dostaną za swoj e.
– Słuchaj , tato – poprawił go Stark. – Powinieneś powiedzieć: sierżancie. Sierżancie

Rey nolds.

– Przepraszam .  Trudno m i  zapam iętać, że  tak m iła  m łoda dam a  m oże  zaj m ować

się ty m  sam y m  co ty. To znaczy...

– Spokoj nie, tato. Wiem , co chciałeś powiedzieć.
–  Ja  też  –  zapewniła  go  Vic.  –  Miła  m łoda  dam a,  no,  no.  Masz  bardzo

spostrzegawczego oj ca, Ethan.

–  Akurat.  Powiedział  tak,  ponieważ  nigdy   nie  widział,  j ak  prowadzisz  druży nę

m ałpoludów i rozwalasz wroga na kawałki.

–  Dziewczy ny   też  m aj ą  prawo  czerpać  przy j em ność  z  ży cia,  Ethan.  –  Vic

sprawdziła godzinę na naj bliższy m  wy świetlaczu. – Chy ba m usim y  j uż pana odprowadzić, panie
Stark.  Pój dę  z  panem   bezpośrednio  na  lądowisko,  żeby   m ógł  pan  dogonić  członków  oficj alnej
delegacj i rządowej .

Ethan pokręcił głową.
–  Chery l  Sarafina  czeka  na  oj ca  przy   posterunku  num er  j eden.  To  ona  m a  go

odprowadzić do wahadłowca. Ja powinienem  iść...

–  Nie  m ożesz.  –  Wy m ierzy ła  w  niego  placem .  –  Ani  się  waż  podchodzić  do

m aszy ny   wy pełnionej   Bóg  j eden  wie  j aką  bronią.  Nie  zam ierzam   wy stawiać  wrogowi  tak
atrakcy j nego i cennego celu. Pożegnaj  się z oj cem .

– Taj est! – burknął Stark. – Wy bacz, tato, Vic m a racj ę.
– Opieprza cię j ak rodzona m atka.
–  Nie  m ów  tak.  Bardzo  się  cieszę,  że  m ogliśm y   się  zobaczy ć.  Pozdrów  m am ę  i

przekaż j ej , że m am  nadziej ę, iż szy bko wy dobrzej e. I liczę na to, że j ak wszy stko się poukłada,
wrócę na Ziem ię. Kiedy ś.

–  A  j a  m y ślę,  że  to  zależy   j uż  ty lko  od  ciebie.  Wiem ,  że  będziesz  próbował.

Powodzenia.  Uścisnęli  sobie  dłonie  raz  j eszcze,  potem   oj ciec  wy szedł.  Stark  nie  ruszy ł  się  z
m iej sca, siedział w sali rekreacy j nej , popij aj ąc zim ną kawę, dopóki Vic nie wróciła i nie zaj ęła
m iej sca  naprzeciw  niego.  Zerknęła  na  włączony   przez  niego  przekaz  pokazuj ący   m artwy
księży cowy  kraj obraz, bez śladu by tności człowieka. Martwe skały. Ani gram a powietrza. Py ł.

– Wy glądasz na zdołowanego. Oglądanie takich przy gnębiaj ący ch obrazków wiele

ci nie pom oże.

–  Ale  i  nie  zaszkodzi.  Tak  sobie  m y ślę.  Coś  m i  wpadło  do  głowy,  gdy   by łaś

zakładniczką buntowników. Miałem  o to zapy tać zaraz po uwolnieniu, ale zapom niałem .

– Wal śm iało.

background image

–  Naukowiec,  który   stworzy ł  pociski  do  wy łączania  Jabbersm oków,  m a  im plant

łączący   go  z  siecią  laboratorium ,  w  który m   pracuj e.  To  przeraziło  kilkoro  z  naszy ch,  w  ty m
Stacey  Yurivan, a wiesz, że j ą trudno wy straszy ć... – Stark zam ilkł, widząc, j ak twarz Vic zasty ga.
–  Tobie  też  to  się  chy ba  nie  podoba.  Powiedz  m i,  o  co  ty le  krzy ku?  Dlaczego  każdy,  kom u
wspom inam  o ty m  im plancie zachowuj e się, j akby  został pokąsany  przez węża?

Odwróciła  głowę  na  ty le,  by   zgrom ić  go  wzrokiem ,  potem   znów  skoncentrowała

się na księży cowy m  kraj obrazie.

–  Dom y ślałam   się,  że  nie  będziesz  tego  wiedział.  Wy chowałeś  się  wśród

cy wilbandy. Każdy  w woj u wie, o co chodzi, ale to historia z zam ierzchły ch czasów. Sprzed kilku
pokoleń.  Wątpię  też,  by   cy wilbanda  kiedy kolwiek  o  ty m   sły szała.  Wiesz,  j ak  j est.  Ściśle  taj ne,
przed czy taniem  spalić. Dla nas to j ednak opowieść, którą straszy  się dzieci. Coś, czego nigdy  nie
zapom nisz.

Głos, który m  wy powiedziała te słowa, by ł zim niej szy  od powierzchni Księży ca, na

którą patrzy ła. Stark, sły sząc to, zadrżał m im owolnie.

– O co chodzi?
Musiał poczekać na odpowiedź, i to długo, a gdy  Rey nolds zaczęła w końcu m ówić,

j ej  głos by ł wy prany  z em ocj i.

–  Stworzono  ekspery m entalną  j ednostkę.  Wy posażono  j ą  we  wszy stkie  nowinki

techniczne  i  dopalacze.  Wszędzie  im planty.  Sensory   podczerwieni  w  oczach,  podkręcacze  czasu
reakcj i, szy bkości pracy  serca, wzm acniacze m ięśni, środki do ultraszy bkiego zaleczania urazów.
No superżołnierze. Skopali dupy  przeciwnikowi, i to kilka razy. Potem  wróg wy niuchał, z kim  m a
do czy nienia, i zastosował środki zapobiegawcze... – W ty m  m om encie Vic zam ilkła.

– Środki zapobiegawcze? – zdziwił się Stark.
– Ta. Wszy stko, co zostało zaprogram owane, m ożna przeprogram ować, j ak dobrze

wiesz.  Pam iętam ,  że  rozm awialiśm y   o  ty m   na  odprawie,  gdy   dowiedzieliśm y   się  od  ciebie  o
Jabbersm okach. Cóż, każdy  im plant m a zaprogram owane lub wpisane instrukcj e, j ak m a działać.

– Zupełnie j ak blaszaki.
–  Jak  blaszaki.  Przeciwnik  skonstruował  więc  nanoroboty.  Naj rozm aitsze.  By ły

cholernie tanie. Niektóre m iały  za zadanie robić dziury  w filtrach, żeby  inne m ogły  przedostać się
do  celu.  I  goście  z  im plantam i  wdy chali  j e  m asowo.  Część  z  wchłonięty ch  nanobotów
przeprogram owy wała  chipy   wszczepów.  Część  przej m owała  kontrolę  nad  zainstalowany m i
udoskonaleniam i.

Stark się wzdry gnął.
– Nie.
–  Tak.  Ludzie  um ierali  w  naj rozm aitszy   sposób,  zależnie  od  tego,  które  z

nanowirusów  dopadały   ich  pierwsze.  Niektórzy   oślepli,  inny m   zatrzy m y wały   się  serca.  Części
wy siadł cały  sy stem  nerwowy.

–  Jezu.  –  W  ty m   j edny m   słowie  zawarł  całą  m odlitwę  za  dawno  poległy ch

żołnierzy, którzy  nie m ieli żadny ch szans na ocalenie. Zaczerpnął głębiej  tchu, gdy  Vic w końcu
um ilkła. – Wszy scy  zginęli w ten sposób?

– Nie wszy scy. Kilku udało się w porę zorientować, w czy m  rzecz. Zrozum ieli, że

m aj ą przesrane. Zastrzelili więc wszy stkich towarzy szy  broni, który ch spotkali na swoj ej  drodze,
a potem  popełnili sam obój stwo.

–  O  m ój   Boże.  –  Stark  wzdry gnął  się,  próbuj ąc  wy rzucić  tę  wizj ę  z  um y słu.  –

Wcale im  się nie dziwię. Dlaczego więc nanoboty  wy dały  się wam  taką nowością?

–  Może  dlatego,  że  ludzie  dawno  j uż  zaprzestali  wszczepiać  sobie  im planty,  które

m ożna  zhakować?  A  nasze  pancerze,  j ak  sam   wiesz,  są  sam owy starczalne,  więc  nanoboty   nie

background image

m aj ą ich j ak spenetrować. Wcześniej  nie istniała technologia na wstrzelenie ich do wnętrza bez
zniszczenia  nanostruktur.  Nikt  j uż  więc  nie  produkował  takiej   broni  ani  o  niej   nie  m y ślał.  Aż  do
dzisiaj .

– Wy bacz, że py tam , Vic, ale wy dawało m i się, że ty  odebrałaś to j eszcze ciężej

niż pozostali. Czy...

– Nie py taj , Ethan.
–  Okay.  –  Gapił  się  w  ścianę,  wiedząc,  że  nie  znaj dzie  odpowiednich  słów.  –

Dlaczego więc cy wilbanda nie wszczepia sobie im plantów?

–  Może  oni  o  ty m   też  pam iętaj ą.  –  Przeniosła  na  niego  wzrok.  –  Choć  m oim

zdaniem  chodzi im  raczej  o bardzo podobny  problem .

–  Naprawdę?  Jak  j uż  wspom inałem ,  nigdy   wcześniej   nie  zastanawiałem   się  nad

ty m . Niewiele też na ten tem at sły szałem .

–  Bo  też  nie  zachęcano  nas  do  m y ślenia  o  takich  rzeczach.  W  przy padku

cy wilbandy  chodziło o wirusa zwanego Jokerem . To wy darzy ło się dużo wcześniej , j eszcze przed
m asakrą superżołnierzy. Czy tałam  o ty m  w j akichś taj ny ch opracowaniach. Chodziło o to, że w
dawny ch czasach wielu naukowców m iało wszczepy  um ożliwiaj ące im  bezpośrednie połączenie
z siecią. Zdalne program owanie i takie tam  popierdółki. Tego ty pu im planty  m ogły  j ednak działać
albo w sprzężeniu dwukierunkowy m , albo wcale. Jakiś pory pany  haker, który  nie cierpiał kolegów
z uniwerku, stworzy ł wirusa nazwanego od j ego ulubionego bohatera kom iksowego. Wgrał go do
sieci  a  potem   korzy staj ąc  z  kom unikatorów,  zaczął  wy sy łać  polecenia  bezpośrednio  do  m ózgów
zainfekowany ch wirusem  ludzi. Profesorkowie zaczy nali nagle śm iać się do rozpuku i w efekcie
um ierali,  dławiąc  się  na  śm ierć.  Wcześniej   istniały   inne  wirusy   podobne  do  tego,  hakerzy
sprawiali  na  przy kład,  że  ludzie  z  im plantam i  zachowy wali  się  j akby   by li  pij ani,  ale  nikt  nie
stworzy ł  czegoś  takiego  j ak  Joker.  Po  tej   tragedii  nikt  j uż  nie  chciał  m ieć  im plantów.  Nawet
policj a  i  służby   ratunkowe  pozby ły   się,  wszczepów  łącznościowy ch.  A  by ły   to  ty lko  zwy kłe
dwukierunkowe  kom unikatory.  Ludzie  niepokoili  się  j ednak,  że  ktoś  m oże  nam ieszać  im   w
m ózgach, przesy łaj ąc ostre im pulsy  dźwiękowe albo j akieś inne świństwo. – Gapiła się prosto w
księży cową pustkę. – I to by  by ło na ty le.

–  Mówisz  m i  o  sprawach,  o  który ch  wolałby m   nie  wiedzieć.  Może  kiedy ś

zrozum iem , że nie powinienem  j uż o nic py tać.

– Możliwe. Ale to nie nastąpi zby t szy bko.
– Dzięki. – Stark patrzy ł przez chwilę tam  gdzie ona, w ty m  czasie m y śli kłębiły  m u

się w głowie. – Jak sądzisz, Vic, czy  uda nam  się kiedy ś zbudować coś, czego nie da się zniszczy ć
albo przekształcić w broń? Coś, czego ludzie nie zdołaj ą spieprzy ć?

–  Nie.  To  by   bowiem   znaczy ło,  że  j esteśm y   lepsi  w  robieniu  rzeczy   niż  w  ich

niszczeniu.  A  z  tego,  co  wiem ,  j esteśm y   tak  dobrzy   w  ty m   drugim ,  że  nie  m a  szans,  by
budowniczy  wy grali ten wy ścig.

–  Ludzie  zastanawiaj ą  się  czasem ,  czem u  obce  rasy,  j eśli  istniej ą  gdzieś  we

wszechświecie, nie kontaktuj ą się z nam i. Może one po prostu nas się boj ą?

–  Kto  wie,  czy   nie  m asz  racj i.  My,  ludzie,  m ożem y   by ć  naj lepsi  w  niszczeniu

wszy stkiego,  co  nas  otacza...  –  Zam ilkła  na  m om ent.  –  Wiem ,  że  faj nie  j est  by ć  w  czy m ś
naj lepszy m , ale osobiście wolałaby m  wy gry wać w innej  kategorii.

– Ja również.
Stark  podj ął  decy zj ę,  pochy lił  się  nad  klawiaturą  i  wprowadził  do  kom unikatora

kom endę. Paskudne księży cowe pustkowie zniknęło, zastąpiła j e łąka upstrzona kwieciem , okolona
drzewam i  i  oświetlona  niewidoczny m   z  tej   perspekty wy   słońcem .  Na  pierwszy m   planie  kicało
m nóstwo słodkich futrzasty ch króliczków.

background image

– A to co takiego? – zdziwiła się Vic. – Odrażaj ące paskudztwa.
– Nieprawda. Są słodziutkie.
– Nienawidzę wszy stkiego co słodziutkie. Nie m ogę sobie pocierpieć w spokoj u?
– Nie m ożesz. Albo przestaniesz sm ęcić, albo zm uszę cię do patrzenia na króliczki.
– Zaplanowałeś to sobie? Ethanie Stark, przy sięgam , że się odgry zę.
–  Możesz  spróbować.  –  Potrzy m ał  j ą  przez  chwilę  za  rękę.  –  Bez  przerwy

powtarzasz m i, że m am  przestać ży ć przeszłością. To naprawdę dobra rada.

– Wiem . Dziękuj ę. Ale i tak ci odpłacę.

Stark  gapił  się  na  listę  nieodebrany ch  wiadom ości,  szukaj ąc  j ednej ,  pry watnej ,

oznaczonej   logo  szpitala.  Mało  brakowało,  by   j ą  przeoczy ł,  ale  w  końcu  zauważy ł  obecność
dy skretnego  śm ieszka  na  końcu  pola  nadawcy.  Jak  się  okazało,  wiadom ość  by ła  bardzo  krótka,
składała się ty lko z czterech słów, m iała j ednak więcej  treści niż wszy stkie książki, które Ethan do
tej   pory   przeczy tał.  „Szeregowy   Murphy   obudził  się”.  Do  otrząśnięcia  się  z  szoku  wy starczy ła
sekunda, po niej  Stark biegł j uż w kierunku szpitala.

Mim o  że  pora  by ła  j uż  późna,  m edy czka  o  wiecznie  zm ęczony ch  oczach  czekała

na niego, uśm iechaj ąc się blado. Wskazała głową na łóżko Murpha.

– Cuda się zdarzaj ą. Masz dług u tego na górze.
– I to niej eden. Mogę zobaczy ć Murphy ’ego?
–  Jasne.  Jest  zdrowy.  Może  by ć  j ednak  lekko  zdezorientowany,  no  i  osłabiony   tak

długim  leżeniem . Nie znam y  zby t wielu ćwiczeń pasy wny ch, a ty lko takie m ogliśm y  stosować w
j ego przy padku. Proszę więc nie przesadzać.

– Jasne. Dzięki, doktorze. Naprawdę wielkie dzięki.
–  To  nie  m oj a  zasługa,  sierżancie.  Pański  chłopak  sam   się  obudził.  Jem u  proszę

dziękować.

Stark  podszedł  ostrożnie  do  łóżka,  wpatruj ąc  się  w  twarz  Murphy ’ego.  Żołnierz

bardzo  się  postarzał,  j ego  zdawałoby   się,  wieczne  chłopięce  ry sy   stały   się  nagle  ostrzej sze,
doj rzalsze.  Także  j ego  uśm iech  nie  by ł  j uż  taki  sam .  Wy dawał  się  wy m uszony,  j akby   Murphy
widział j uż zby t dużo i nie m iał ochoty  się cieszy ć.

– Witaj , Murph. Witaj  ponownie.
– Siem ka, sierżancie. – Głos m iał chrapliwy, dawno go nie uży wał. – m ówiono m i,

że odwiedzał m nie pan, gdy  spałem .

– Wpadłem  parę razy. Nie za często wprawdzie, ale wiesz, j ak j est. Miałem  sporo

roboty.

–  Wiem ,  sierżancie.  Rozum iem .  Dom y ślam   się,  że  narobiłem   wam   wszy stkim

zm artwień.

Stark pokiwał głową, uśm iechaj ąc się szerzej .
– To prawda. Wcześniej  też lubiłeś pospać, ale nigdy  aż tak długo.
– Ha! Ten sam  stary  dobry  sierżant, co?
– Owszem . Choć m am  kilka blizn więcej , na zewnątrz i wewnątrz. Ty  pewnie też,

j ak  sądzę.  –  Stark  zam ilkł,  daj ąc  Murphowi  wy bór.  Mogą  pogadać  o  j ego  przeży ciach,  j eśli
zechce.

background image

Chciał. Murph oblizał nerwowo wargi, potem  spoj rzał w górę.
– Dużo m y ślałem , sierżancie, kiedy  by łem  nieprzy tom ny. Sporo też m ówiłem .
– Mówiłeś? Do kogo?
– Do niej . Głównie.
Ethan z trudem  zachował spokoj ną m inę.
– Chodzi ci o Robin?
To  by ła  narzeczona  Murpha,  kobieta  z  cy wilbandy   zabita  podczas  raj du

naj em ników wtedy, gdy  i on o m ało nie zginął.

–  Tak,  sierżancie.  Wiem ,  że  ona  nie  ży j e.  Zrobiłem   co  m ogłem ,  by   j ą  uratować,

ale to chy ba nie wy starczy ło.

–  Chłopie,  załatwiłeś  w  poj edy nkę  cały   oddział  ty ch  drani.  Zrobiłeś  więcej ,  niż

m ożna sobie wy obrazić.

Murphy  zawsty dził się, sły sząc taką pochwałę.
– Chciałem  się zem ścić, sierżancie. Chciałem  im  odpłacić. Z początku m y ślałem ,

że  pozabij am   ich  wszy stkich,  gdy   ty lko  się  obudzę,  ale  ona  powiedziała  m i,  że  to  by   by ło  złe.  –
Stark przy taknął. – I m iała racj ę. Każdy  głupek m oże chwy cić za broń i zabij ać ludzi. Fakt, paru
facetów  j est  w  ty m   naprawdę  dobry ch,  ale  to  j eszcze  niczego  nie  dowodzi.  Zgadza  się,
sierżancie?

– Jeśli zabij asz dla sam ego zabij ania, to nie.
–  Właśnie,  sierżancie.  Dlatego  postanowiłem ,  że  będę  inny.  Spędzę  resztę  ży cia,

próbuj ąc ratować ludzi. Jak pan, sierżancie. Wcześniej  nie zdawałem  sobie sprawy, j ak wiele pan
dla nas ry zy kuj e. Jak ciężko pan pracuj e, by  utrzy m ać nas przy  ży ciu. Chcę by ć taki j ak pan.

–  Bardzo  m i  m iło,  Murph.  –  Stark  zawahał  się,  spuścił  na  m om ent  wzrok,  potem

przy j rzał się ponownie zatroskanem u obliczu żołnierza. – Świetnie, że chcesz zm ienić swoj e ży cie.
Ale  to  nie  będzie  łatwe.  Czasam i  nawet  bardzo  trudne.  Będziesz  m usiał  udać  się  w  m iej sca,
który ch nie chcesz widzieć. Robić rzeczy, na które nie będziesz m iał ochoty.

–  Jak  pan,  sierżancie?  O  to  właśnie  w  ty m   wszy stkim   chodzi,  prawda?  Robienie

tego, co się chce, j est proste. Ona m i powiedziała: spraw, by  twoj e ży cie by ło coś warte. Niech
coś znaczy. I tak właśnie zrobię, sierżancie.

Stark  spoglądał  na  niego  ty lko,  m ilcząc,  wspom inaj ąc  dawne  dziej e  i  ciała

zaściełaj ące ziem ię i księży cowy  grunt. Jego j ednostkę wy bij aną na wzgórzu Pattersona, w ty m
kapral  Kate  Stein,  która  um ieraj ąc,  kazała  m u  się  ratować.  Jego  własną  przy sięgę,  że  poświęci
ży cie  ratowaniu  inny ch  przed  ty m   losem .  Dzisiaj   Murph  znalazł  własne  wzgórze  Pattersona,
którego ciężar wpły nie na każdy  j ego osąd i decy zj ę. To nieuczciwe  w  przypadku  tego  dzieciaka.
Może  nie  był  najlepszym  żołnierzem  pod  słońcem,  ale  to  dobry  chłopak.  Teraz  to  już  jednak
zupełnie inny człowiek. A ja nie zdołam odwieść go od tej decyzji. Nie powinienem nawet próbować.
Wiem, jak to jest. Mogę go jedynie obserwować i wspierać, kiedy będzie trzeba.

– To j eden z naj lepszy ch celów ży ciowy ch, j akie m ożna sobie wy znaczy ć, Murph.
– Sierżancie? Z tego, co ostatnio sły szałem , druży na potrzebuj e nowego kaprala, po

ty m  j ak Gom ez dostała kopa w górę. Mogę się zgłosić na ochotnika?

Stark zam rugał z niedowierzaniem .
– Jasne.
–  Chociaż  Gom ez  m oże  m nie  nie  chcieć  na  ty m   stanowisku.  Ale  pokażę  j ej ,  co

j estem   wart,  sierżancie.  Będę  harował  tak  długo,  aż  uwierzy,  że  nadaj ę  się  do  tej   roboty.  Nie
j estem  tak dobry  j ak pan albo ona, ale dam  radę.

– Jasne – powtórzy ł Ethan. Kiedyś dostaniesz własną drużynę, a potem może i cały

pluton. I już nigdy nie zaśniesz spokojnie, nie pozwoli ci na to niepokój o każdego twojego żołnierza,

background image

dodał w m y ślach. – Pogadam  z Gom ez, ona teraz dowodzi plutonem .

– Co? Jej u. Niesam owite. Idę o zakład, że j est pan z niej  dum ny.
–  Jestem   dum ny   z  was  wszy stkich,  Murph.  Kiedy   cię  wy pisuj ą  ze  szpitala?

Powiedzieli ci to j uż?

–  Jeszcze  nie,  sierżancie.  Czeka  m nie  j eszcze  długa  rekonwalescencj a.  Chcą

doprowadzić  m ięśnie  do  stanu  uży walności.  Muszę  przej ść  też  kom pleksowe  badania.  –  W
uśm iechu  Murphy ’ego  poj awiła  się  dawna  szelm owatość.  –  Idę  o  zakład,  że  będą  też  chcieli
sprawdzić m oj ą głowę.

– O to akurat nie m usisz się m artwić, Murph. – Stark zauważy ł, że szeregowy  znów

opadł  na  posłanie.  –  Jesteś  wciąż  m ocno  osłabiony,  j ak  widzę.  Dobra,  kończy m y   to  gadanie.
Odpocznij , poćwicz i wracaj  do druży ny. Będę m iał oko na ciebie.

–  Dzięki,  sierżancie.  –  Murph  odpręży ł  się,  położy ł  na  plecach,  ale  nie  spuścił

wzroku z oddalaj ącego się Starka.

Ethan sięgnął po kom unikator, gdy  ty lko ruszy ł w kierunku centrum  dowodzenia.
– Kapralu Gom ez, m acie chwilę?
– Tak, sargento. Co się dziej e?
–  Murphy   wy szedł  ze  śpiączki...  –  Stark  przerwał  na  m om ent,  by   m iała  czas  na

przy swoj enie tej  inform acj i. – Nic m u nie j est.

– Gracias, Dios. Powiem  o ty m  ludziom  z druży ny, sargento.
– Poczekaj . Zanim  to zrobisz, chcę cię o coś poprosić.
– Poprosić? Jasne.
– Murph chciałby  zostać kapralem  swoj ej  dawnej  druży ny. – Cisza. – Halo? Anita?
– Oj , si, sargento. No, wie pan przecież, że szeregowy  Murphy  nie j est naj bardziej

oddany m  i wy szkolony m  facetem  na ty m  łez padole. On kapralem ? Murph?

Stark powstrzy m ał się od śm iechu.
– Wiem  dobrze, o czy m  m y ślisz. Rozm awiałem  z nim  przed chwilą i wiem , że się

zm ienił. Dorósł. I chce sobie zapracować na tę funkcj ę.

–  Jeśli  chce  na  coś  zapracować,  to  fakty cznie  m usiał  się  zm ienić.  Zgłosił  się  na

ochotnika? Verdad?

– Tak. A j a proszę cię o przy sługę. Rozważ j ego prośbę. Obserwuj  go, gdy  wróci

do j ednostki. Zobacz, j ak m u idzie.

–  Okay,  sargento.  Zrobię  to  dla  pana.  Zna  się  pan  dobrze  na  ludziach,  więc  j eśli

m ówi pan, że da radę...

–  My ślę,  że  poradzi  sobie  śpiewaj ąco.  Jak  j uż  wspom niałem ,  Anita,  bardzo  się

zm ienił. Ty m  razem  potrzebowała chwili na odpowiedź.

–  Powiedział  pan  to  takim   tonem ,  sargento,  j akby   ta  zm iana  nie  do  końca  pana

ucieszy ła.

–  Cieszy   m nie,  że  wrócił,  cieszy   m nie  też,  że  chce  by ć  bardziej   odpowiedzialny.

My ślę j ednak, że zatęsknim y  wszy scy  za stary m  dobry m  Murphem .

– Za bardzo pan tęskni za stary m  Murphem , ale niech pan da m i szansę, udowodnię

panu, że on nadal j est m iędzy  nam i. Poczuj e pan wtedy, że naprawdę wrócił. Dobrze, sargento.

background image

Mam y   um owę.  Będę  m iała  na  niego  oko.  A  teraz  idę  powiedzieć  pozostały m ,  że  wy szedł  ze
śpiączki i czuj e się dobrze.

– Jasne, Anita. I pozdrów ich wszy stkich ode m nie.
Stark  zatrzy m ał  się,  potem   skręcił  w  boczną  odnogę  kory tarza,  którą  dotarł  do

kwatery  Rey nolds.

– Vic? Masz chwilkę?
Potarła oczy.
– Już późno. Mam  nadziej ę, że nie zwołuj esz kolej nej  odprawy  sztabu?
–  Nie.  Chciałem   ci  powiedzieć,  że  Murphy   wy budził  się  ze  śpiączki.  Twarz  j ej

poj aśniała.

–  To  wspaniale.  –  Zaraz  j ednak  zrobiła  się  bardziej   scepty czna.  –  Dlaczego  więc

wy glądasz na takiego przy gaszonego? Co się dziej e? Z j ego głową wszy stko w porządku?

–  Tak,  ale...  –  Streścił  j ej   rozm owę  z  Murphy m .  –  Sam a  widzisz.  Obrał  piekielnie

trudną drogę.

– Przy pom ina m i to kogoś, kogo doskonale znam .
– Trafiony, zatopiony.
Wy szczerzy ła zęby  w uśm iechu.
–  W  końcu  dorobiłeś  się  sy na,  Ethan.  W  duchowy m   tego  słowa  rozum ieniu.

Przy puszczałeś kiedy ś, że to m oże by ć Murphy ?

–  Nie.  Nasz  wszechświat  m a  naprawdę  pokręcone  poczucie  hum oru.  Posłuchaj ,

Vic, m am  do ciebie wielką prośbę. Gdy by  coś m i się stało...

–  Spokoj nie,  Ethan.  Zaopiekuj ę  się  Murphy m ,  gdy by   coś  ci  się  przy darzy ło.

Obiecuj ę.

– Dzięki. To wiele dla m nie znaczy.
– Niet problema. Wprawdzie m inęło j uż trochę czasu, ale chy ba j eszcze pam iętam ,

j ak radzić sobie z dziećm i.

Stark spoj rzał na nią, nie kry j ąc zdziwienia.
– Masz dziecko, Vic?
Zam iast odpowiedzieć, Rey nolds ziewnęła, a potem  spoj rzała na zegarek.
– Boże, j ak j uż późno, a j a m am  j eszcze ty le roboty, zanim  będę m ogła uderzy ć w

kim ono. Do zobaczenia j utro, Ethan.

– Pewnie.
Stark  m ierzy ł  j ą  j eszcze  przez  chwilę  zaciekawiony m   wzrokiem ,  ale  wróciła  do

pracy, nie zwracaj ąc na niego zupełnie uwagi, m achnął więc ręką na pożegnanie i wy szedł.

Maszerował  przez  centrum   dowodzenia,  dokonuj ąc  inspekcj i  albo  zagaduj ąc

wartowników  pilnuj ący ch  kolej ny ch  sektorów.  W  końcu  dotarł  do  własnej   kaj uty   i  usiadł  na
m om ent przy   biurku, by   spoj rzeć na  m onitor wy świetlaj ący   wiadom ości, który m i  powinien  się
zainteresować.  Hej.  Właśnie  to  do  mnie  dotarło.  System  uprawnia  mnie  do  przeglądania  akt
osobowych,  a  jako  dowódca  mogę  poprosić  o  każdy  plik,  nawet  ten  dotyczący  życia  osobistego.
Sam mogę dowiedzieć się wszystkiego o przeszłości Vic. Koniec tajemnic. Wy ciągnął rękę i wcisnął
palcem   klawisz  odpowiadaj ący   za  uśpienie  kom putera.  Tyle  że  tego  nie  zrobię.  Może  nie
nauczyłem  się  jeszcze  wszystkiego  o  dowodzeniu,  ale  wiem,  że  jedną  z  najważniejszych  zasad
dobrego przełożonego jest powstrzymywanie się od robienia tego, co można zrobić tylko dlatego, że
ma się na to ochotę. Jeśli Vic zechce, sama mi o tym opowie.

Wy korzy stuj ąc niską grawitacj ę, skoczy ł z przewrotem  prosto na koj ę. Padł na nią

płasko  plecam i,  spoglądaj ąc  w  górę  na  zakurzony   arkusz  blachy,  który m   zasłonięto  księży cowe
skały. Gdzieś za nim i rozpościerała się nieskończona pustka. Zapatrzy ł się w j ej  wy im aginowaną

background image

głębię, a potem  uśm iechnął.

Wal się. Nadal tu jestem i wszyscy muszą się ze mną liczyć.

Dni m ij ały  niezauważenie, ponieważ w wirze codzienny ch zaj ęć czas um y kał j ak

szalony,  zwłaszcza  tutaj ,  w  m iej scu,  którem u  by ł  obcy   koncept  dnia  i  nocy   przeniesiony   przez
ludzi  z  pobliskiej   planety,  nad  którą  słońce  wstawało  i  zachodziło  w  dwudziestoczterogodzinny m
ry tm ie.  Stark  wrócił  na  kwaterę  po  przy j rzeniu  się,  j ak  kolej na  kom pania  ćwiczy   przy gotowaną
przez Vic takty kę radzenia sobie z blaszakam i. Z radością pozby ł się ciężkiego pancerza. Nieźle  im
poszło. Powinni dać sobie radę z tymi potworami.  Tak  uważamy.  Ale  nie  możemy  być  tego  pewni,
dopóki nie zaczną strzelać do nas.

Usły szał  brzęczenie  dzwonka  przy   drzwiach.  Wciąż  stoj ąc,  zrobił  krok,  by   j e

otworzy ć.

– Mendo? Co się dziej e?
– Kom endancie Stark. – Szeregowy  Mendoza zawahał się, zerkaj ąc na starom odną

papierową  książkę,  którą  trzy m ał  w  dłoni.  Zaraz  j ednak  spoj rzał  na  Ethana  z  większą
determ inacj ą. – Chciałby m  przedy skutować z panem  pewną sprawę. Jeśli m a pan wolną chwilę.

–  Mam .  –  Mendo  sam  przychodzi  z  informacjami.  To  coś  nowego.  W  końcu  jego

ojciec powiedział, że dorośnie do tego, jeśli dam mu szansę. – Wej dź. Siadaj .

– Dziękuj ę, sir. – Mendoza poczekał, aż Ethan zaj m ie m iej sce za biurkiem , potem

usiadł na j edy ny m  wolny m  krześle. Wy ciągnął przed siebie książkę, aby  Stark m ógł zobaczy ć j ej
ty tuł. Trzy m ał j ą tak kurczowo, j akby  by ła naj bardziej  kruchy m  ze skarbów. – To tekst traktuj ący
o historii staroży tnej .

– Wy gląda na bardzo stary.
–  Nie,  sir,  chodziło  m i  o  to,  że  został  napisany   ty siące  lat  tem u.  To  j eden  z

naj starszy ch zapisów w historii ludzkości. Doty czy  całej  serii woj en.

– Jeden z pierwszy ch zapisów, a traktuj e o woj owaniu? Coś takiego.
Mendoza uśm iechnął się rozluźniony  żartobliwą odpowiedzią Starka.
– Tak, kom endancie. Książka nosi ty tuł Wojna peloponeska. Napisał j ą Tukidy des.
– Wy bacz, nigdy  nie sły szałem  o kim ś takim .
–  To  by ła  j edna  z  naj ważniej szy ch  woj en  w  tam ty ch  czasach  –  konty nuował

Mendoza. – Toczy ły  j ą soj usze zawiązane przez dwa m iasta-państwa: Ateny  i Spartę.

– Sparta? To ta od bitwy  pod Term osa...
– Term opilam i.
–  Tak.  W  tam tej   bitwie  nieliczni  Spartanie  utrzy m y wali  swoj e  pozy cj e  do  końca,

dopóki nie zostali wy bici. Dzięki nim  pozostali Grecy  zostali zainspirowani do zj ednoczenia się w
walce ze wspólny m  wrogiem . To o nich kiedy ś m ówiłeś?

–  Tak.  O  nich.  Bitwa  pod  Term opilam i  m iała  m iej sce  na  długo  przed  woj ną

peloponeską.

–  Okay.  Dom y ślam   się,  że  j edność  nie  przetrwała  zby t  długo,  skoro  Spartanie  i

Ateńczy cy   walczy li  ze  sobą  w  woj nie,  o  której   m ówisz.  Dlaczego  więc  chcesz  m i  pokazać  tę
książkę?

Mendoza  m ilczał  tak  długo,  że  Stark  zaczął  się  niecierpliwić,  ale  powściągnął

background image

uczucia i poczekał do m om entu, gdy  szeregowiec znów zaczął m ówić:

–  To  książka  m oj ego  oj ca,  kom endancie.  Porobił  w  niej   wiele  notatek  na

m arginesach. Są fragm entary czne, ale przeczy tałem  j e wszy stkie i chy ba m ogę powiedzieć, do
j akich konkluzj i doszedł m ój  tata.

–  Porucznik  Mendoza,  twój   oj ciec,  wiedział,  o  czy m   m ówi.  Z  przy j em nością

posłucham  o j ego następny ch przem y śleniach.

–  Proszę  j ednak  pam iętać,  że  to  bardzo  niekom pletne  notatki  –  ostrzegł  Mendo  –

aczkolwiek główny  przekaz wy daj e m i się j asny. – Wskazał na książkę. – Krótko m ówiąc, dawno
tem u  Ateny   stały   się  wielką  potęgą.  By ły   tak  m ocne,  że  robiły,  co  chciały,  i  nikt  nie  m ógł  ich
powstrzy m ać.  W  końcu  Sparta  zgrom adziła  wokół  siebie  większość  greckich  państw-m iast  i
wy powiedziała woj nę Ateńczy kom , ale nie zdołała ich pokonać.

–  Hm .  –  Stark  potarł  brodę.  –  Brzm i  znaj om o.  Jak  nasza  sy tuacj a.  USA  są

wy starczaj ąco wielkie, w skali Ziem i rzecz j asna, i robią, co chcą. Pozostałe państwa próbowały
nadążać za nam i, dopóki nie postanowiliśm y  zaj ąć całego Księży ca, wtedy  powstał soj usz dążący
do  powstrzy m ania  naszej   ekspansj i  na  Srebrny m   Globie.  Czy   do  takich  konkluzj i  zm ierzał  twój
oj ciec?

–  Tak,  kom endancie.  –  Twarz  Mendo  poj aśniała,  wy glądał  teraz  j ak  nauczy ciel

chwalący   ulubionego  pry m usa.  –  Ateńczy cy   posunęli  się  j ednak  za  daleko.  Chcąc  stać  się
naj większą potęgą, zaatakowali równie potężne Sy rakuzy.

– To m iasto w stanie Nowy  Jork? Nie wiedziałem , że j est tak stare.
– Nie, kom endancie. Ory ginalne Sy rakuzy, te na Sy cy lii. To taka wy spa na Morzu

Śródziem ny m . – Mendoza m usiał pozbierać m y śli, zanim  podj ął wątek: – Sy rakuzy, m im o swoj ej
potęgi,  nie  by ły   w  stanie  pokonać  Aten  w  poj edy nkę.  Poprosiły   więc  o  pom oc  Spartę.  Wtedy
Ateńczy cy   posłali  na  nich  kolej ne  arm ie.  Problem   j ednak  w  ty m ,  że  dowódcy   ateńskiej   arm ii
by li  wy bierani  z  polity cznego  klucza,  nikogo  nie  interesowało  więc,  j akie  m aj ą  doświadczenie
boj owe.  I  po  długiej   kam panii  przegrali  tę  woj nę.  Ogrom na  arm ia,  j aką  wy słali  przeciw
Sy rakuzom ,  została  wy bita  albo  wzięta  do  niewoli,  podobnie  stało  się  z  ich  flotą.  Ateny   nie
podniosły  się po tak wielkiej  klęsce. Kilka lat później  zostały  ostatecznie pokonane i nigdy  więcej
nie m iały  j uż takiego znaczenia j ak przedtem .

Gdy  Mendo zam ilkł, Stark patrzy ł wciąż na niego, m rużąc w zam y śleniu oczy.
–  To  także  brzm i  znaj om o.  Choćby   trochę.  Twierdzisz  zatem ,  że  Am ery kanie,

sięgaj ąc po Księży c, zachowali się j ak Ateńczy cy  wy powiadaj ący  woj nę Sy rakuzom ?

– Tak, kom endancie. Rządzący  nim i ludzie przesadzili, podobnie j ak nasz rząd, który

wy słał tutaj  ogrom ne siły, próbuj ąc wy grać tę woj nę. Ale nie zdołali niczego dokonać.

–  Owszem ,  problem   j ednak  w  ty m ,  że  m y   nie  m ożem y   zawieść.  Nie  oddam y

nikom u tej  kolonii. Prędzej  piekło zam arznie, niż j ą stracim y.

–  O  to  właśnie  chodzi,  kom endancie.  –  Podekscy towany   Mendoza  wskazał  raz

j eszcze  na  książkę.  –  Pan  wy trzy m a.  Pan  tutaj   dowodzi.  Oj ciec  przy puszczał,  że  po  nieudanej
ofensy wie  Meecham a  stracim y   kolonię,  a  cała  nasza  arm ia,  j ak  ta  ateńska  pod  Sy rakuzam i,
zostanie zniszczona. I tak by  się stało, gdy by  nie dwa wy j ątki.

– Dwa wy j ątki? Jakie?
Mendoza zawahał się, ale wskazał potem  palcem  na Starka.
– Jedny m  j est pan, sir.
– Akurat. Co to m iało znaczy ć?
–  Oj ciec  napisał,  że  j ego  zdaniem ,  wy socy   dowódcy   am ery kańskiej   arm ii  by li

równie niekom petentni j ak ich ateńscy  odpowiednicy  pod Sy rakuzam i. Wy ciągnął więc wnioski,
że ofensy wa Meecham a doprowadzi do utraty  kolonii, ponieważ żołnierze nie ufaj ą przełożony m ,

background image

a  oni  sam i  nie  za  bardzo  wiedzą,  co  robić,  przez  co  narażaj ą  nasze  oddziały   na  ogrom ne  straty.
Wszy stko to razem  doprowadzi do sy tuacj i, w której  kontrofensy wa wroga m oże się powieść albo
doprowadzi do utraty  takiej  ilości terenu, że nie dam y  rady  utrzy m ać reszty.

Stark zm arszczy ł brwi, przy pom inaj ąc sobie tam te chwile strachu i niepewności.
–  Tak  to  wy glądało,  gdy   przej m owaliśm y   kontrolę.  Mało  brakowało,  a

przegraliby śm y   na  całej   linii.  Wróg  uderzy ł  z  ogrom ną  m ocą,  przery waj ąc  nasze  linie.  Wtedy
j ednak uważałem , że stało się tak, ponieważ straciliśm y  m oty wacj ę do dalszej  walki.

–  Po  części  tak  by ło,  to  pewne  –  przy znał  Mendoza.  –  Py tanie  ty lko,  czy   gdy by

Meecham  i pozostali oficerowie pozostali u steru, by liby śm y  bardziej  zm oty wowani?

– Na pewno nie. Sam  o ty m  wiesz. Nie m ieliby śm y  żadnej  m oty wacj i. Na pewno

nie po ty m , co zrobiono z trzecią dy wizj ą. Prędzej  śnieżka przetrwałaby  w piekle, niż nasi chłopcy
przy j ęliby  rozkazy  od kogoś takiego j ak Meecham .

– Zgadza się, kom endancie. Jedy ny m  czy nnikiem , który  m ógł zapobiec katastrofie,

tak  tutaj ,  j ak  i  pod  Sy rakuzam i,  by ł  nowy   dy nam iczny   dowódca,  ktoś,  kom u  ludzie  m ogliby
zaufać. Ktoś, kto zagrzałby  ich do walki po serii dotkliwy ch porażek.

–  To  nie  m usiałem   by ć  j a  –  obruszy ł  się  Stark.  –  Każdy   dobry   dowódca  m ógł

dokonać czegoś takiego.

–  Nie,  sir  –  zaprotestował  Mendoza,  w  ferworze  dy skusj i  nagle  zniknęła  j ego

wrodzona  m ałom ówność.  –  To  m usiał  by ć  ktoś,  kto  um iałby   wy powiedzieć  posłuszeństwo,  ktoś,
kto zadziałałby, gdy  wy m agała tego sy tuacj a. Ty lko pan m ógł tego dokonać.

–  Ja  nie...  –  Ethan  zam ilkł  w  pół  zdania,  zapatrzy ł  się  gdzieś  w  przestrzeń.

Przy pom niał  sobie  dzień,  w  który m   trzecia  dy wizj a  przestała  istnieć,  rozgrom iona  na  skutek
nieudolnie  zaplanowanej   i  przeprowadzonej   ofensy wy.  Ty siące  żołnierzy   poległy   w
bezsensowny ch  atakach  na  um ocnienia  otaczaj ące  kolonię,  co  przerażeni  weterani  księży cowej
kam panii  obserwowali  w  bezsilnej   złości  ze  swoich  bunkrów.  Wszyscy  wtedy   gapili  się  na  m nie,
czekaj ąc,  co  zrobię,  ale  nikt  nie  kiwnął  nawet  palcem ,  dopóki  j a  nie  dałem   znaku.  Dlaczego?
Nigdy  wcześniej  nie zastanawiałem  się nad ty m . – Dlaczego twój  oj ciec m y ślał tak o m nie?

– Ponieważ ty lko pan wstąpił do woj a, będąc j uż prawie dorosły m  człowiekiem . –

Mendoza wskazał palcem  j edną ze ścian kwatery  Starka. – Wszy scy  pozostali, w ty m  j a, dorastali
w woj skowy ch rodzinach, wy chowuj ąc się w fortach albo bazach. Posłuszeństwo, postępowanie
zgodne  z  regulam inem   wpaj ano  nam   od  naj m łodszy ch  lat.  To  by ła  część  naszego  ży cia.  Pan
podchodził do ty ch zasad o wiele swobodniej . Dam  panu przy kład: nie m usiał pan, j ako dziecko,
stawać na baczność za każdy m  razem , gdy  grano hy m n narodowy. Miał pan swobodę wy boru w
znacznie większej  ilości przy padków niż m y.

Stark  poczuł  lekką  dezorientacj ę,  gdy   rozm owa  zeszła  na  tory   prowadzące  do

chwili, gdy  leciał dopiero na Księży c.

–  Rozm awiałem   kiedy ś  na  ten  tem at  z  Desoto.  O  ty m ,  w  j ak  różny ch  warunkach

dorastaliśm y. Pam iętasz chy ba Pabla?

–  Oczy wiście,  sir.  –  Kapral  Desoto  poległ  na  sam y m   początku  tej   kam panii  po

bezpośrednim   trafieniu  pociskiem   arty lery j skim .  Nie  pozostało  po  nim   nic,  nawet  strzęp  ciała,
który  m ogliby  opłakać j ego koledzy. – Rozum ie pan j uż? Swoboda decy zj i w m łodości sprawiła,
że  zareagował  pan  wtedy,  gdy   uznał  pan  to  za  konieczne,  czego  żaden  z  indoktry nowany ch  od
dziecka  żołnierzy   nie  um iał  zrobić.  W  odróżnieniu  od  nas  nie  m iał  pan  ham ulców  i  wpoj onego
szacunku dla władzy.

– Jestem  Am ery kaninem . Gdy by m  chciał szanować rządzący ch, pewnie by łby m

oby watelem   innego  kraj u.  –  Stark  uznał,  że  to  by   się  zgadzało.  Nie  jestem  nikim  ważnym,  ale
dorastałem  w  innych  warunkach,  pom y ślał.  Czy   to  nie  j edno  z  ty ch  zachowań,  który ch  nie

background image

rozum iej ą  j uż  ludzie  wy chowani  w  woj u?  Zdolność  powiedzenia  nie,  kiedy   trzeba?  Czy   do  tego
sprowadza się ten popieprzony  podział na cy wilbandę i woj o? Do stworzenia żołnierzy, którzy  nie
będą um ieli powiedzieć dowodzący m  nim i m atołom , żeby  się poszli walić na ry j ? Albo chociaż
uświadom ić im , że m ogą to zrobić, j eśli będą za ostro traktowani?

– Zostawm y  to na razie. Mówiłeś coś o dwóch czy nnikach. Jedny m  by łem  j a. Co

j est drugim ?

–  Technologia.  Sy stem   dowodzenia  i  kontroli,  który   pozwolił,  by   wszy scy

dowiedzieli się o pańskim  działaniu. – Mendoza pochy lił się, wodząc palcem  w powietrzu, j akby
wskazy wał  linie  widoczne  na  wy świetlaczu  boj owego  HUD-a.  –  Pod  Sy rakuzam i  bunt  j ednego
dowódcy  niskiego szczebla nie m iałby  żadnego wpły wu na ogólną sy tuacj ę. Jego ludzie poszliby
za  nim ,  ale  to  ty lko  cząsteczka  całej   arm ii,  pozostali  nie  dowiedzieliby   się  o  j ego  działaniach  i
rozkazach.  A  osam otniony   oddział  także  nie  m iałby   szans  na  przetrwanie.  W  naszy m   przy padku
j ednak  wszy scy   dowiedzieli  się  niem al  naty chm iast  o  przej ęciu  inicj aty wy   przez  pana.  A
wszy stko to dzięki aparaturze łączącej  każdego żołnierza z sy stem em  kontroli i dowodzenia.

– Jasne. Nasze sy stem y  kontroli i dowodzenia zostały  stworzone po to, by  dowódcy

m ogli dy ktować podwładny m  każdy  krok i ruch, i tak też by ły  wy korzy sty wane przez wy ższy ch
oficerów. My  j ednak j uż dawno nauczy liśm y  się posługiwać ty m i sam y m i urządzeniam i w nieco
inny ch  celach.  –  Stark  nie  m iał  bladego  poj ęcia,  który   z  sierżantów  pierwszy   utworzy ł
zakodowany   kanał  łączności  równoległej ,  dzięki  czem u  podoficerowie  m ogli  się  porozum iewać
bez  wiedzy   nadzoruj ący ch  ich  przełożony ch,  ale  zdawał  sobie  sprawę,  że  te  sztuczki,  j ak  i  inne
furtki w sy stem ie, by ły  znane w woj u, zanim  do niego wstąpił.

–  Właśnie.  Pozwoliło  to  panu  na  obej ście  łańcucha  dowodzenia  i  skoordy nowanie

swoich  działań  z  dowódcam i  inny ch  niewielkich  oddziałów  znaj duj ący ch  się  wzdłuż  całego
pery m etru.  Te  sam e  kanały   łączności  pozwalały   podoficerom   na  dostęp  do  wiedzy,  która  m iała
by ć zarezerwowana wy łącznie dla dowództwa. Dzięki tem u zareagowali bardzo szy bko i na ty le
elasty cznie,  by   skoordy nować  działania.  Właśnie  dlatego  m ógł  pan  przej ąć  dowodzenie
dosłownie w ciągu kilku m inut, nie doprowadzaj ąc do ogólnego zam ieszania.

Stark przy taknął.
–  Wiesz,  że  w  taki  właśnie  sposób  wy korzy sty waliśm y   oprogram owanie  sy stem u

kontroli i dowodzenia podczas działań boj owy ch. Ty lko do tego nam  służy ło.

– Wiem , sir. – Mendoza by ł tak podekscy towany, że znów zaczął kreślić ry sunki w

powietrzu. – Śledziłem  wszy stkie udoskonalenia operacy j ne i takty czne, które pan powprowadzał.
Teraz j esteśm y  zorganizowani j ak nie przy m ierzaj ąc, rzy m skie legiony  u szczy tu ich m ożliwości.
Ich  takty ka  także  opierała  się  na  tworzeniu  luźnej ,  elasty cznej   form acj i  zdolnej   do  przy j ęcia
każdy ch warunków narzucany ch przez nieprzy j aciela. Wrogowie Rzy m u walczy li zazwy czaj  w
zwarty ch  szeregach,  które  sprawdzały   się  głównie  w  starciach  z  równie  nieelasty czny m
wrogiem .  –  Uspokoił  się  nieco.  –  Pam ięta  pan  ten  atak  grożący   przełam aniem   naszy ch  linii
obrony   niedługo  po  przej ęciu  dowodzenia?  Wy korzy stał  pan  ten  sam   sy stem   do  wy sy łania
naszy ch  oddziałów  gdzie  trzeba.  Rozum ie  pan,  kom endancie?  Coś  takiego  nigdy   wcześniej   nie
m iało m iej sca. I dlatego zdołaliśm y  ocalić kolonię.

Stark gapił się w ścianę.
– Chy ba m asz racj ę. Staliśm y  się zby t szty wni, gdy  to się stało. Pierwsza dy wizj a

zby t długo walczy ła na Księży cu. Dlatego pękliśm y, gdy  zobaczy liśm y, że trepy  wy sy łaj ą trzecią
dy wizj ę  na  bezsensowną  rzeź.  Złam ano  by   nas,  gdy by   wróg  uderzy ł  wtedy   z  wy starczaj ącą
determ inacj ą,  ponieważ  nie  wy trzy m aliby śm y   tego  psy chicznie.  –  Przy pom niał  sobie,  że
przeciwnik  fakty cznie  uderzy ł  niedługo  po  ty m ,  j ak  obj ął  dowodzenie,  i  m ało  brakowało,  żeby
przełam ał na dobre linie obrony. Przerzucanie j ednostek z odcinka na odcinek by ło j ednak bardzo

background image

ry zy kowne  i  ledwie  sobie  z  ty m   poradził.  –  A  Am ery ka  po  utracie  trzeciej   i  pierwszej   dy wizj i
została z j edną trzecią swoich sił. Nie wspom inaj ąc j uż o okrętach, które m ogły  zostać zniszczone
w  trakcie  panicznej   ewakuacj i  albo  dalszy ch  desperackich  prób  obrony   kolonii.  Gdy by śm y
utracili instalacj e na Księży cu, nasza gospodarka poszłaby  na dno w bły skawiczny m  tem pie, na
pewno nie tak wolno j ak teraz. Stałoby  się to sam o co z Ateńczy kam i. Zby t wiele chcieli, za dużo
poświęcili i w efekcie skopano im  dupska tak m ocno, że reszta świata m ogła ich w końcu pokonać.

–  Tak  m i  się  wy daj e,  kom endancie.  Jak  długo  status  am ery kańskich  j ednostek

księży cowy ch  pozostanie  niej asny,  j ak  długo  loj alność  kolonii  pozostanie  nieokreślona,  tak  długo
reszta świata nie będzie pewna, czy  połączenie wszy stkich sił pozwoli j ej  na pokonanie ostatniego
superm ocarstwa. Podsum owuj ąc, m ój  oj ciec wierzy ł, że uratował pan USA przed upadkiem , ale
nie by łoby  to m ożliwe, gdy by  nie nowoczesne sy stem y  kontroli i dowodzenia.

Ta  podpowiedź  porucznika  Mendozy   wy dawała  się  bardzo  sensowna,  j ak  zresztą

większość rad j ego i sy na. Naj większy m  problem em  Starka by ło j ednak zaakceptowanie własnej
roli  w  ty m   procesie.  No  i  okazałem  się  wielkim  ważniakiem,  jak  widać.  Uratowałem  kolonię,
ojczyznę i wszystkich kumpli, pom y ślał. Czasam i czuł się podobnie po powrocie z udanej  akcj i. To
poczucie,  że  gdy by   ty lko  zechciał,  m ógłby   zrobić  to  raz  j eszcze,  że  zwy cięstwo  j est  słodkie,  a
porażka niem ożliwa. Nie  potrzebuję,  by  ktoś  zachęcał  mnie  do  takich  rozważań.  Ale  też  nie  będę
pierwszym albo jedynym facetem, który ma takie przemyślenia.

–  Mendo,  znasz  dobrze  historię,  nie  ty lko  Grecj i.  Musiało  by ć  wielu  generałów,

którzy  wy gry wali wszy stkie bitwy, j akie stoczy li w swoj ej  karierze. Co się z nim i stało?

– Nie j estem  pewien, czy  rozum iem  py tanie, sir.
– Chodzi m i o to, j ak kończy li – doprecy zował Stark. – By li przecież dobrzy  w ty m ,

co robili. Na ty le dobrzy, by  wy gry wać bitwy. Jak wy glądały  ostatnie części ich ży ciory sów?

– Aha, teraz rozum iem . – Mendoza zm arszczy ł brwi, skupiaj ąc się na problem ie. –

W  zasadzie  są  dwie  kategorie  takich  generałów,  kom endancie  Stark.  Część  z  nich  wy gry wała,  a
potem   odchodziła.  Dzięki  tem u  nie  przeszarżowali.  Należał  do  nich  generał  George  Washington.
Nie  by ł  m oże  naj lepszy m   dowódcą  swoich  czasów,  ale  znał  swoj e  ograniczenia  i  wy grał
prowadzoną  woj nę.  W  później szy ch  latach  wielokrotnie  odm awiał  sięgnięcia  po  władzę  i  stania
się dy ktatorem  albo królem  Stanów Zj ednoczony ch.

– Nic dziwnego, że um ieściliśm y  j ego podobiznę na banknotach. A j aka by ła druga

kategoria?

– Przy wódcy  tacy, j ak Napoleon, Aleksander Wielki czy  Juliusz Cezar. Wy gry wali

bitwy   i  nie  przestawali  toczy ć  następny ch.  Im   więcej   podboj ów,  ty m   więcej   ty tułów.  W  końcu
sięgali za daleko. Napoleon obwołał się cesarzem , potem  stracił w Rosj i wielką arm ię i j uż nigdy
nie  odbudował  swoj ej   potęgi.  Aleksander  gnał  swoich  żołnierzy   na  krańce  znanego  m u  świata,
dopóki się nie zbuntowali. Chcieli wracać do dom u. Im perium  Aleksandra by ło tak wielkie, że nie
m iało szans na przetrwanie, więc rozpadło się chwilę po j ego śm ierci. A Cezar po ty m , j ak ogłosił
się im peratorem , został zabity  przez ty ch, którzy  obawiali się j ego nienasy cony ch am bicj i.

– No, no. – Stark siedział przez dłuższą chwilę zanurzony  w m y ślach, wspom inaj ąc

sceny  z bitew o m iej sca, który ch nazw j uż nie pam iętał. – I na ty m  polega wy bór, prawda? Albo
wspinasz się za wy soko i spadasz, albo m y ślisz realnie i powstrzy m uj esz się od wy ciągnięcia ręki
po coś, co wy daj e się osiągalne. Trzeba po prostu wiedzieć, kiedy  przestać, bo kto przesadzi, ten
kończy  m arnie. – Zam y ślił się znowu. – Jak ci faceci z Aten.

– Tak, kom endancie. Jak Ateńczy cy.
–  A  m ożna  by   pom y śleć,  że  z  walką  j est  j ak  z  każdą  inną  pracą:  im   więcej   j ej

wy konuj esz, ty m  j esteś w niej  lepszy. To j ednak nie działa w taki sposób, j ak widzę.

Szeregowy  Mendoza przy taknął.

background image

– Clausewitz twierdził, że to z powodu tarcia.
– Tarcia?
–  Tak.  Ty m   term inem   opisy wał  wszy stkie  problem y,  j akie  gnębiły   dowódców.

Dosłownie wszy stkie,  od błędny ch  posunięć i  m y lny ch rozkazów  przez zepsuty   sprzęt,  zdarzenia
losowe i niem ożliwe do przewidzenia ruchy  przeciwnika albo załam ania pogody. Krótko m ówiąc,
wszy stko, co dzieliło teorię prowadzenia woj ny  od aktualnej  sy tuacj i boj owej .

– Czy li coś takiego j ak bunt piątego bata, którego nikt się nie spodziewał?
– Tak, coś w ty m  sty lu.
Stark pokiwał głową, wy puszczaj ąc wolno powietrze z płuc.
–  Tak.  To  się  nigdy   nie  skończy.  I  prędzej   czy   później   człowiek  m usi  przegrać.  –

Muszę  mieć  wystarczająco  dużo  rozumu,  żeby  dać  sobie  z  tym  wszystkim  spokój,  zanim  trafię  na
lepszego od siebie, dodał w m y ślach. To  wydaje  się  takie  proste.  Jestem  jednak  pewien,  że  wielu
lepszych ode mnie dowódców zdecydowało się zrobić o jeden krok za daleko. – Nadal m ówisz do
swoj ego oj ca, Mendo?

Szeregowy   pochy lił  głowę,  by   ukry ć  wy raz  twarzy   tak  wiele  m ówiący   o  j ego

uczuciach wobec oj ca, który  poległ, broniąc centrum  dowodzenia podczas pam iętnego ataku.

– Tak, m odlę się za niego każdego wieczora.
–  Świetnie.  Przekaż  m u  zatem   ode  m nie,  że  kazałem   powiedzieć,  iż  odwalasz  dla

nas naprawdę świetną robotę, pilnuj ąc, by  twój  kom endant nie wpadł w kolej ne kłopoty.

– Dziękuj ę, sierżancie. Przepraszam . Dziękuj ę, kom endancie.
– Nazy waj  m nie, j ak ci pasuj e. Wolę nawet, j ak ludzie nazy waj ą m nie sierżantem .

Chciał dodać coś j eszcze, ale nie zdąży ł.

Przerwał m u głos dobiegaj ący  z kom unikatora:
–  Kom endancie  Stark?  Tu  centrum   dowodzenia.  Tam   w  górze  dziej e  się  coś,  co

powinien pan zobaczy ć.

–  Dziej e  się?  –  „Tam   w  górze”  oznaczało,  że  sprawa  doty czy   orbity   albo  nawet

Ziem i. – Powiedzcie coś więcej .

–  Wy gląda  na  to,  że  kilka  cy wilny ch  wahadłowców  próbuj e  om inąć  blokadę.  –

Stark pokiwał głową. Kolonia by ła w stanie zapłacić wiele za brakuj ące dobra, a towary, j akim i
dy sponowała,  m ogły   osiągnąć  zawrotne  ceny,  gdy by   udało  się  przeszm uglować  j e  na  Ziem ię.
Nie  wspom inaj ąc  o  zam ówiony ch  częściach  zapasowy ch,  które  trafiały   wszędzie  tam ,  gdzie
istniał czarny  ry nek. – To im  się chy ba nie uda. Flota j uż j e nam ierzy ła i właśnie rusza kursem  na
przechwy cenie.

Te  j ednostki  m ogły   narobić  zam ieszania,  kto  wie,  czy   okręty   floty   nie  zapędzą  się

za nim i w pole rażenia wy rzutni chroniący ch kolonię.

–  Rozum iem   –  odpowiedział  Stark.  –  Zaraz  tam   przy j dę.  –  Odwrócił  się  do

szeregowego.  –  Wy bacz  m i,  Mendo,  ale  m usim y   przerwać  tę  rozm owę.  Zdaj e  się,  że  m am y
więcej   tarcia,  niżby śm y   sobie  ży czy li.  Dzięki  za  to,  że  wpadłeś,  a  j eszcze  większe  za  to,  co
powiedziałeś. Będę m iał o czy m  m y śleć.

Zawahał  się,  gdy   Mendoza  wy szedł,  czuł  potrzebę  nałożenia  pancerza  boj owego,

ale  zwalczy ł  j ą  po  chwili.  Nie  potrzebuj ę  go,  skoro  chodzi  o  wy darzenia  rozgry waj ące  się  w
przestrzeni, a sy tuacj a pogarsza się naprawdę szy bko. Lepiej  nie zwlekać z dotarciem  do centrum
dowodzenia.

background image

Naj większy  wy świetlacz zaj m uj ący  całą ścianę centrum  dowodzenia przedstawiał

przebieg wy darzeń rozgry waj ący ch się w kosm osie. Stark zm niej szy ł powiększenie, aby  widzieć
także  łuk  powierzchni  Księży ca,  a  nie  sam e  sy m bole  oznaczaj ące  pozy cj e  ścigaj ący ch  i
ścigany ch  j ednostek.  Potem   skupił  uwagę  na  wahadłowcach.  Sierżant  Tran  powitał  go
zdawkowy m  skinieniem  głowy.

–  Kom endancie  Stark,  te  wahadłowce  będą  m iały   problem   z  dotarciem   tutaj .

Widzi  pan  te  okręty   woj enne?  –  Większe  ikonki  wisiały   nad  j ednostkam i,  a  znaj duj ące  się  nad
nim i  liczby   wskazy wały   na  rosnące  wciąż  przy spieszenie.  Wektory   ich  kursów  łączy ły   się  po
j akim ś czasie z pozy cj am i uciekaj ący ch m aszy n.

–  Tak  –  odparł  Ethan.  –  Wy gląda  na  to,  że  okręty   woj enne  dopadną  wahadłowce,

zanim  te znaj dą się pod parasolem  ochronny m  naszy ch wy rzutni. – Przy glądał się przez chwilę
kursowi  uciekinierów.  Czegoś  tu  brakuje...  No  tak.  –  Tran,  załogi  ty ch  wahadłowców  m uszą  j uż
wiedzieć, że zostały  dostrzeżone przez flotę.

–  Z  pewnością.  Nie  sposób  nie  zauważy ć  okrętów  tej   wielkości,  zwłaszcza  gdy

zbliżaj ą się z tak dużą prędkością.

–  Dlaczego  więc  nie  uciekaj ą,  skoro  to  wiedzą?  Z  ich  punktu  widzenia  dalsze

ukry wanie  się  nie  m a  naj m niej szego  sensu.  Dlaczego  nie  próbuj ą  się  schronić  pod  parasolem
ochronny m  sy stem ów obronny ch kolonii?

Tran zm arszczy ł brwi.
– To dobre py tanie.
– Wiem y, co znaj duj e się na ich pokładach?
–  Nie,  sir.  Sprawdzaliśm y   to  naty chm iast  po  wy kry ciu  konwoj u.  Manifesty

wskazuj ą, że nie przewożą niczego.

Stark  nie  wiedział  dlaczego,  ale  ta  odpowiedź  wy dała  m u  się  złowieszcza.  A  nie

powinna.  Wahadłowce  próbuj ące  om inąć  blokadę  nie  nadaj ą  przecież  sy gnałów  na  wszy stkich
częstotliwościach  i  nie  udostępniaj ą  listów  przewozowy ch  na  każde  ży czenie.  A  mimo  to  czuję
niepokój.  Te  wahadłowce  nie  zachowują  się  jak  klasyczne  łamacze  blokad.  Może  to  konie
trojańskie?  Flota  udaje,  że  je  ściga,  abyśmy  wpuścili  konwój  pod  parasol  ochronny  kolonii.
Dlaczego  jednak  wahadłowce  nie  próbują  uwiarygodnić  tej  wersji,  udając  klasycznych  łamaczy
blokad?

– Tran, powiadom  Vic Rey nolds o ty m , co się dziej e, i poproś Wisem an, żeby  j ej

m aszy ny  zaczęły  grzać silniki.

Sierżant Tran spoj rzał na niego zdziwiony.
– Sir? Takie sy tuacj e zdarzaj ą się od czasu do czasu. Może ta akurat nie wy gląda na

zwy czaj ną, ale...

–  Wiem .  Powiedzm y,  że  to  przeczucie.  Coś  m i  tu  nie  pasuj e,  i  to  bardzo.  Chcę,

aby śm y  by li gotowi do naty chm iastowej  reakcj i, gdy by  zaszła taka potrzeba.

Tran  skinął  głową  i  odszedł,  by   wy konać  wy dane  m u  polecenia.  I  znowu  będę

wisiał Wiseman piwo za niepotrzebne przegonienie jej załóg.

Okręty   floty   przy spieszy ły   j eszcze  bardziej ,  przez  co  punkt  przechwy cenia

znaj dował się teraz nieco dalej  od granic zasięgu obrony  przeciworbitalnej . Wahadłowce m im o

background image

to  nadal  nie  reagowały.  Stark  wpatry wał  się  tak  intensy wnie  w  przekaz  z  przestrzeni,  że  nie
zauważy ł wej ścia Vic, dopóki j ej  nie usły szał.

– Co się dziej e?
–  To,  co  widać.  –  Ethan  wskazał  na  ekran.  –  Okręty   floty   ścigaj ą  wahadłowce

przem y tników.

– To akurat nic nowego. Nie rozum iem , dlaczego postawiłeś nasze lotnictwo w stan

alarm u. To niepodobne do ciebie.

– Fakt – przy znał Stark. – Problem  w ty m , że tam te wahadłowce nie uciekaj ą, choć

powinny  to zrobić. Zgadza się?

– Ja na ich m iej scu wiałaby m  j uż dawno.
–  Może  przewożą  coś  naprawdę  delikatnego?  Coś,  co  nie  przetrzy m a  nagłego

przy spieszenia? Chciałby m  wiedzieć, co znaj duj e się w ich ładowniach.

–  Cokolwiek  przewożą,  na  pewno  m ożna  to  zastąpić  –  m ruknęła  Vic,  wzruszaj ąc

ram ionam i.

–  Kom andorze  –  odezwał  się  j eden  z  wachtowy ch.  –  Dobij a  się  do  nas  zarządca

kolonii. Twierdzi, że to pilne.

– Świetnie – m ruknął Ethan, wy bieraj ąc połączenie. – Kolej ne kom plikacj e. Mówi

Stark.

Cam pbell  przeszedł  od  razu  do  rzeczy,  pom ij aj ąc  wy m ianę  zwy czaj owy ch

grzeczności.

–  Sierżancie,  czy   pan  wie,  że  kilka  wahadłowców  próbuj e  wy lądować  na  terenie

kolonii?

–  Tak.  Właśnie  j e  obserwuj em y.  –  Ikonki  przesuwały   się  upiornie  wolno  po

ogrom ny m  czarny m  ekranie. Widoczny  w dole łuk powierzchni Księży ca wy nurzał się, w m iarę
j ak czuj niki zm ieniały  kąt przekazy wanego obrazu. – Nie postawiłby m  j ednak złam anego grosza
na to, że zdołaj ą tutaj  dotrzeć. Kilka okrętów floty  ruszy ło j uż, by  j e przej ąć, a z otrzy m y wany ch
przez  nas  dany ch  wy nika,  że  dopadną  konwój ,  zanim   ten  dotrze  pod  parasol  ochronny   naszy ch
wy rzutni.

– Nasze sy stem y  też to pokazuj ą, ale m y li się pan! Te okręty  powinny  przepuścić

ścigane wahadłowce.

Stark  zwalczy ł  chęć  posłania  zarządcy   ciętej   odpowiedzi,  zam iast  tego  spoj rzał

znacząco na Cam pbella.

– Dlaczego pan tak uważa? Czy  te wahadłowce zostały  oficj alnie zapowiedziane?
–  To  chy ba  oczy wiste.  Czy ż  nie  kazał  nam   pan  negocj ować  w  tej   sprawie?  Te

wahadłowce  m aj ą  zezwolenie  na  lądowanie  w  kolonii,  ale  okręty   woj enne  traktuj ą  j e  j ak
zwy kły ch łam aczy  blokady, i to m nie niepokoi.

–  Mnie  także.  Jedno  py tanie:  dlaczego  j a  i  m oi  ludzie  nic  nie  wiem y   o  ty m ,  że  te

wahadłowce otrzy m ały  zgodę na przelot i lądowanie w kolonii?

– Nie wie pan? Nie m am  poj ęcia dlaczego. Rząd zm ienił zdanie całkiem  niedawno,

ale i tak powinien...

– Panie Cam pbell, m oi ludzie nie m ieli bladego poj ęcia o wy słaniu tego konwoj u.

A skoro nam  tego nikt nie powiedział, istniej e duże prawdopodobieństwo, że flota także nie została
o  ty m   powiadom iona.  Sądzę,  że  to  j est  prawdziwy   powód,  dla  którego  te  okręty   traktuj ą
nadlatuj ące  wahadłowce  j ak  klasy czny ch  łam aczy   blokady.  Każcie  załogom   wahadłowców
skontaktować się z okrętam i woj enny m i i wy j aśnić w czy m  rzecz. To m oże opóźnić akcj ę o kilka
okrążeń orbity  Księży ca, ale...

– Oni j uż próbowali porozum ieć się z flotą! Powiedzieli, że m aj ą zezwolenie! Ale

background image

okręty   nadal  ich  ścigaj ą.  A  wie  pan,  że  flota  otrzy m ała  rozkaz  niszczenia  każdej   j ednostki,  która
spróbuj e przedrzeć się przez blokadę!

– Nie rozpieprzą wahadłowców, które im  się poddadzą.
Czy aby na pewno? Ciekawe, jakie rozkazy otrzymali.
–  Piloci  ty ch  wahadłowców  uważaj ą,  że  m ogą  to  zrobić.  Boj ą  się.  Są  tak

wy straszeni, że nie zatrzy m aj ą swoich m aszy n, żeby  nie wiem  co.

Stark zerknął w stronę Vic, szukaj ąc pom ocy, ale ona rozłoży ła ty lko ręce.
– Nie wiem , co m am  powiedzieć, sir...
–  Sierżancie  –  Cam pbell  m ówił  teraz  wolniej ,  choć  wiele  go  to  kosztowało.  –  Te

wahadłowce przewożą ludzi. Krewny ch pracowników tej  kolonii, którzy  chcą dołączy ć do swoich
m ężów, żon, oj ców i m atek. Rozum ie pan, o czy m  m ówię?

– A niech m nie. Wahadłowce przewożą cy wilbandę? Kobiety  i dzieci?
– Tak, sierżancie.
– A pan wiedział o ty m , że przy lecą?
Cam pbell zam knął oczy, zanim  odpowiedział:
– Wszy scy  powinni zostać o ty m  poinform owani.
–  Cóż,  m y   zostaliśm y   ty m   faktem   zaskoczeni,  sir.  Żeby śm y   dobrze  się  rozum ieli:

ktoś zapom niał poinform ować o ty m  wszy stkim  ludzi z bronią, a to m oże spowodować ogrom ny
problem . Dobra, podry wam y  nasze wahadłowce. – Wskazał ręką na cztery  sy m bole oznaczaj ące
j ego  skrom ną  flotę,  potem   wy prostował  kciuk,  kieruj ąc  go  w  górę.  Rey nolds  skinęła  głową  i
naty chm iast połączy ła się z załogam i na inny m  kanale. – Niestety, nie m am y  zby t wielkich szans
na powodzenie tej  m isj i. Te okręty  przej m ą konwój  daleko za polem  rażenia naszy ch sy stem ów
obrony. Moj e wahadłowce nie zdołaj ą tem u zapobiec. Możem y  j ednak odwracać uwagę floty  od
tam ty ch j ednostek, dopóki który ś z trepów nie zrozum ie, co się do niego m ówi, i nie skontaktuj e si
ę z przełożony m i.

– Rozum iem . I proszę, sierżancie, obrońcie ich.
Stark  znieruchom iał  na  m om ent,  rozdarty   pom iędzy   gniewem   z  powodu  braku

wcześniej szego  ostrzeżenia  i  zaskoczeniem   tak  błagalny m   tonem   zarządcy.  Dopiero  po  chwili
skinął głową.

– Na ty m  polega nasza praca, sir. Zrobim y  co w naszej  m ocy. Ale m ieliby śm y  o

wiele  większe  szanse  na  powodzenie,  gdy by   ktoś  raczy ł  nas  powiadom ić  ze  stosowny m
wy przedzeniem .

– Rozum iem .
Vic m iała taką m inę, j akby  właśnie ugry zła coś wy j ątkowo kwaśnego.
–  Chy ba  się  m y liłam .  Niektóry ch  ładunków  nie  da  się  zastąpić.  Ciekawa  j estem ,

który  idiota wpadł na pom y sł, by  nie powiadom ić floty  o wy słaniu transportu dzieci za blokadę?

– Zabij  m nie, nie wiem . Ale m am  zam iar obedrzeć tego drania ze skóry, gdy  to się

skończy. Teraz j ednak m usim y  się skupić na czy m ś inny m .

–  Hej !  –  usły szeli  głos  Wisem an.  –  Co  się  dziej e?  Mam y   chronić  ty ch

przem y tników?

– To nie są przem y tnicy  – wy j aśnił j ej  Stark. – Ten konwój  m a zezwolenie, ale nikt

nie raczy ł poinform ować o ty m  floty, więc ta próbuj e go zaatakować. Naszy m  obowiązkiem  j est
ruszy ć im  na ratunek. Dacie radę?

– Nie. Moj e ptaszki nie m ogą walczy ć z krążownikam i.
– Ty m i wahadłowcam i leci cy wilbanda. Rodziny  kolonistów. Ich dzieci.
– Oj ... Powinni się poddać, i to j uż dawno. Gdy by  by ła szansa na inne rozwiązanie,

odradzałaby m  taki ruch, ale...

background image

–  Wiem .  Piloci  próbowali  kontaktować  się  ze  ścigaj ący m i  ich  okrętam i,  ale

obawiaj ą się, że flota nie odpuści.

– Też by m  się tego bała na ich m iej scu. Wiem y  doskonale, że kazano j ej  niszczy ć

wszy stkie j ednostki, które spróbuj ą złam ać blokadę.

–  Zgadza  się.  Lećcie  tam .  Na  wszelki  wy padek.  Może  zdołacie  przeszkodzić  w

naj gorszy m  i pom ożecie konwoj owi dotrzeć pod parasol ochronny ch sy stem ów kolonii.

–  Miej m y   nadziej ę,  że  to  nie  będzie  konieczne.  Ruszam y.  Człowieku,  j estem   j uż

chy ba za stara na tak duże przy spieszenia.

Stark  uśm iechnął  się,  ale  stracił  hum or,  ledwie  przeniósł  wzrok  na  ekran.  Wektory

przej ęcia wy dłuży ły  się nieco, gdy  cy wilne wahadłowce przy spieszy ły.

–  Co  u  licha?  Ktoś  tam   zaczy na  panikować.  Ci  idioci  próbuj ą  uciekać  przed

okrętam i floty. Tran, sprawdź, czy  Cam pbell zdołał się j uż skontaktować ze stroną rządową. Jeśli
ktoś nie odwoła tego pościgu, zrobi się naprawdę nieprzy j em nie.

– Coś się dziej e – rzuciła Vic, zerkaj ąc na wy świetlacz. – Czy  te okręty  otworzy ły

właśnie ogień?

Od  krążowników  oddalało  się  po  pół  tuzina  obiektów  zm ierzaj ący ch  z  j eszcze

większą  prędkością  w  kierunku  konwoj u.  Sy stem y   identy fikacj i  opatrzy ły   j e  naty chm iast
ikonkam i „nierozpoznany  cel”.

–  Nie  potwierdzam   –  odezwał  się  naty chm iast  wachtowy   z  działu  orbitalnego.  –

Staram  się zidenty fikować te obiekty, ale j uż widzę, że są zby t duże j ak na torpedy.

– Może krążowniki wy puściły  własne uzbroj one wahadłowce? – zasugerowała Vic.
–  Te  obiekty   są  zby t  m ałe  j ak  na  tego  ty pu  m aszy ny   –  zaprotestował  ten  sam

wachtowy. – I j est ich za dużo. Żaden krążownik nie m a na pokładzie sześciu wahadłowców.

– Co to m oże by ć? – głowił się Ethan. – Wisem an?
– Słucham . – Jej  głos dobiegał tak wy raźnie, że Stark m iał problem  z uwierzeniem ,

iż właśnie dociera na orbitę Księży ca. – Co leci za ty m i wahadłowcam i?

– Miałem  nadziej ę, że wy  m i to powiecie.
–  Ja  nie  wiem .  Nigdy   wcześniej   nie  widziałam   czegoś  takiego.  Moj e  sy stem y

pokładowe także nie potrafią tego zidenty fikować.

Stark  przy glądał  się  ikonkom ,  który m i  oznaczono  nowy   rodzaj   j ednostek

przestrzenny ch, zauważy ł więc od razu, że ustawiły  się w ścisłą form acj ę, gdy  ty lko odleciały  na
wy starczaj ącą odległość od m acierzy sty ch krążowników. Gdzieś to już widziałem. Tak. Sposób, w
jaki się poruszają... A niech mnie.

– Vic. Brałaś udział w operacj i Burza Lodowa?
– Na szczęście nie. Sły szałam , że to by ło istne piekło. Dlaczego py tasz?
–  Sposób  poruszania  się  ty ch  nowy ch  j ednostek  przy pom niał  m i  o  czy m ś.  Nasze

lotnictwo  wy próbowało  podczas  tam tej   akcj i  nowy   rodzaj   sam olotów  bezzałogowy ch.
Naj nowszy   i  naj nowocześniej szy.  To  by ły   roboty   boj owe  kierowane  szy frowany m   stały m
łączem . Część z nich rozbiła się po starcie, kilka strąciliśm y  sam i, gdy  zaczęły  ostrzeliwać nasze
pozy cj e, a resztę rozwalił wróg. One latały  dokładnie w ten sam  sposób.

Vic wpatrzy ła się w ekran.
– W takim  szy ku? Jesteś pewien?
–  Tak.  To  taka  sam a  precy zj a.  Zaj m owały   m iej sce  w  szy ku  bez  j ednej   poprawki

kursu. Dokładnie j ak te m aszy ny.

–  Blaszaki  należące  do  floty.  Autonom iczne  roboty   boj owe  przeznaczone  do  walki

w przestrzeni. Twój  przy j aciel chy ba o nich nie sły szał.

–  Trudno  go  za  to  winić.  –  Stark  połączy ł  się  z  własny m i  wahadłowcam i.  –

background image

Wisem an? Te nowe wahadłowce, czy  co tam  wy strzelono z krążowników, to blaszaki!

– Co? Jest pan pewien?
– Na ty le, na ile m ogę by ć bez zaj rzenia w bebechy  ty ch m aszy n.
–  Jezu.  To  zaczy na  się  robić  naprawdę  nieciekawe,  błotołazie.  Będzie  źle.  –  Stark

także  się  skrzy wił,  zauważy wszy,  że  wektory   kursu  i  szy bkości  m aszy n  Wisem an  też  się
wy dłużaj ą, gdy  j ej  eskadra nagle przy spieszy ła. – Idziem y  kursem  na przej ęcie – zam eldowała.

–  Na  przej ęcie?  Odm awiam .  Zawracaj cie.  Nie  m ożecie  walczy ć  z  ty lom a

robotam i, m aj ąc ty lko cztery  m aszy ny.

– Tak, wiem . Zapom ina pan j ednak, że te blaszaki lecą prosto na wahadłowce pełne

kobiet i dzieci. Muszę j e powstrzy m ać.

–  Próbuj em y   wy prostować  ten  burdel.  Flota  nie  zaatakuj e  ty ch  m aszy n,  gdy

dowie się, że na ich pokładach j est tak wiele kobiet i dzieci. Nie m aj ą powodu...

– My li się pan – przerwała m u Wisem an. – Z cały m  szacunkiem , sir. Dom y ślam

się, że blaszaki floty  są takie j ak te, o który ch pan nam  wspom inał. Nie m aj ą zewnętrzny ch łącz.
Mam y   więc  do  czy nienia  z  sam odzielny m i  robotam i,  które  otrzy m ały   rozkaz  zaatakowania
wahadłowców. Jest pan pewien, że one rozum iej ą, co znaczy  kapitulacj a, sir?

– O Boże.
Stark zerknął na wściekłą Rey nolds, ale ona kręciła j edy nie bezradnie głową.
–  Ona  m a  racj ę,  Ethan.  Ta  cy wilbanda  znalazła  się  na  celowniku  m aszy n,  które

um iej ą ty lko zabij ać i z pewnością nie wiedzą, kiedy  przestać. Może dlatego piloci próbuj ą przed
nim i uciekać. Niewy kluczone, że dotarły  do nich pogłoski o ty ch blaszakach. A m oże nawet coś
więcej  niż zwy kłe plotki.

– Cam pbell twierdzi, że piloci by li przerażeni. Teraz wiem y  dlaczego. Tran! – Stark

odwrócił  się,  j ednocześnie  wołaj ąc:  –  Nie  m am y   czasu,  m usim y   skontaktować  się  z  ty m i
krążownikam i w m niej  oficj alny  sposób. Połącz się z który m ś z nich. Powiedz, że te wahadłowce
przewożą cy wilbandę. W ty m  dzieci. Powiedz, że konwój  otrzy m ał oficj alne zezwolenie, ale i tak
każem y  m u się poddać. Maj ą naty chm iast odwołać te roboty.

– Taj est! Naty chm iast, sir. Nadam y  ten sy gnał na otwarty m  paśm ie awary j ny m .

– To by ła częstotliwość zarezerwowana dla służb ratunkowy ch, ale czy  ten przy padek nie pasował
idealnie do tej  kategorii?

Stark zaczerpnął tchu, próbuj ąc się uspokoić po nagły m  dopły wie adrenaliny.
Stąd nic nie zdziałam. Mogę jedynie próbować dotrzeć do odpowiednich  ludzi  i  mieć

nadzieję, że zareagują jak trzeba.

–  Vic,  skontaktuj   się  z  Cam pbellem   i  przekaż  m u,  j ak  wy gląda  sy tuacj a.  Jeśli  m a

tam   kogoś,  kto  zdoła  powstrzy m ać  te  wahadłowce,  niech  zrobi  to  naty chm iast.  –  Teraz,  gdy
roboty  floty  pędziły  do celu, m aj ąc wielkie szanse na dogonienie konwoj u przed dotarciem  pod
parasol obronny  kolonii, wektory  przej ęcia zm ieniały  się coraz szy bciej .

– Czy  to aby  naj sensowniej sza rada? – zastanawiała się Rey nolds. – Skąd wiesz, że

blaszaki nie rozwalą ich j ak celów na strzelnicy ?

– Tego nie wiem ! Jeśli się poddadzą, istniej e nikła szansa, że krążowniki obronią j e

przed blaszakam i.

–  Kom endancie  –  zam eldował  sierżant  Tran.  –  Cy wilny   kosm oport  m elduj e,  że

załogi otrzy m ały  polecenie przerwania ucieczki przed flotą, ale uporczy wie odm awiaj ą zm iany
kursu. Krążowniki odebrały  nasz przekaz, ale także nie zareagowały.

– To robi się naprawdę straszne – m am rotała Vic. – Czy  ci piloci wahadłowców są

tak głupi czy  po prostu przerażeni do granic?

–  Może  j edno  i  drugie.  U  licha,  gdy by m   j a  widział,  co  za  m ną  leci...  Tran,  co

background image

m ówi Cam pbell?

–  Grozi  pilotom ,  że  każe  ich  aresztować  i  skonfiskuj e  im   wahadłowce,  j eśli  nie

poddadzą się flocie. Ale uważa, że oni raczej  spróbuj ą uciekać przed blaszakam i. Twierdzi, że są
przerażeni i błagaj ą nas o powstrzy m anie ty ch robotów.

–  Dlaczego  uciekali,  skoro  m aj ą  ładownie  pełne  dzieci?  Gdy by   tego  nie  zrobili,

flota  pewnie  nie  posłałaby   za  nim i  ty ch  m aszy n.  Głupota  pogania  głupotą  głupotę.  Gdy by m
dostał ty ch ludzi w swoj e ręce... Ty ch sukinsy nów, którzy  by li odpowiedzialni za poinform owanie
nas i floty  o przy locie tego konwoj u...

–  Jeśli  to  coś  znaczy,  Cam pbell  zachowuj e  się,  j akby   to  on  by ł  za  wszy stko

osobiście odpowiedzialny.

– Jak m y  wszy scy  teraz.
–  Krążowniki  coś  nadaj ą  –  zam eldował  Tran.  –  Nie  odbieram   tej   transm isj i.

Sy gnał j est kierunkowy. Wy gląda na to, że próbuj ą odwołać atak blaszaków.

Stark odetchnął z ulgą, potem  j ednak j ego obawy  wróciły, gdy  zauważy ł, że roboty

nie zm ieniły  kursu.

– Dlaczego roboty  nadal idą kursem  na przechwy cenie?
–  Nie  rozum iesz  słowa  autonom iczny ?  –  m ruknęła  Vic.  –  Nasze  obawy   staj ą  się

faktem .  Ktoś  wieki  tem u  napisał  o  ty m   opowiadanie.  Zabezpieczenie,  taki  chy ba  m iało  ty tuł.
Odpalono przy padkiem  j akąś broń i nikt nie wiedział, j ak j ą odwołać.

– I j ak to się skończy ło? – zapy tał Ethan, nie odry waj ąc wzroku od ekranu.
– Kilka m iast poszło z dy m em .
Obok j ednego z krążowników poj awił się wianuszek nowy ch sy m boli.
– Co tam  się dziej e?
– Flota otworzy ła ogień – zam eldował naty chm iast wachtowy.
– Sukinsy ny  strzelaj ą do konwoj u?
– Nie, sir. Raczej  do blaszaków. Widzi pan traj ektorie rakiet? Próbuj ą powstrzy m ać

atak w naj bardziej  rady kalny  sposób.

–  Dobry   pom y sł.  –  To  nie  m ogła  by ć  łatwa  decy zj a  dla  człowieka  dowodzącego

ty m   okrętem .  Kom andor  zainteresowany   wy łącznie  chronieniem   własnej   dupy   poczekałby
naj pierw,  aż  roboty   dokonaj ą  zbrodni,  a  dopiero  potem   otworzy łby   ogień,  aby   nie  podpaść
kom isj i rządowej . To by  się j ednak nie przy służy ło tam ty m  kobietom  i dzieciom . – Trafią w coś?

–  Raczej   nie.  Szanse  są  zby t  m ałe.  Rakiety   m uszą  dogonić  cele,  a  przy   tak

niewielkiej   różnicy   prędkości  sy stem y   obrony   robotów  powinny   sobie  z  nim i  poradzić,  i  to  bez
większego problem u.

Ikonki  przedstawiaj ące  rakiety   m igały   ry tm icznie  na  ekranie,  zbliżaj ąc  się  do

naj bliższy ch blaszaków.

Cy wilne  wahadłowce  przy spieszy ły   j eszcze  bardziej ,  rozpoczy naj ąc  bardzo

ry zy kowne  podej ście.  Jeśli  nie  zaczną  za  m om ent  ham ować,  m ogą  m ieć  spore  problem y   z
bezpieczny m  wy lądowaniem .

– Wkraczam y  – obwieściła niespodziewanie Wisem an, zaskakuj ąc Starka.
–  Co  to  m a  u  licha  znaczy ć?  –  Odszukał  wzrokiem   cztery   sy m bole,  który m i

oznaczono  j ego  opancerzone  wahadłowce.  Wektory   ich  kursu  docierały   na  orbitę  gdzieś
pom iędzy  konwoj em  a ścigaj ącą go form acj ą robotów. – Te blaszaki są zby t dobrze opancerzone,
by ście m ogli j e zniszczy ć. I j est ich zby t wiele. Przerwij cie akcj ę. Wracaj cie do bazy.

– Przepraszam . Nie usły szałam  ostatnich zdań.
– Powiedziałem : wracaj cie do bazy !
– Proszę powtórzy ć.

background image

– Wisem an...
–  Kontakt  boj owy.  –  Od  ikonek  wahadłowców  kolonii  odłączy ły   się  sy m bole

odpalany ch pocisków. Przeleciały  pom iędzy  cy wilny m i j ednostkam i, potęguj ąc graficzny  chaos
nakładaj ący ch  się  na  siebie  wektorów.  Mom ent  później   Ethan  zobaczy ł,  że  zm asowany   ostrzał
dwóch naj bliższy ch robotów zdołał pokonać ich sy stem y  obronne. Czuj niki wy kry ły  eksplozj e, na
ekranie zam iast ikonek widać by ło teraz rozszerzaj ące się wolno sfery  szczątków i gazów.

–  Dwóch  bandy tów  m niej   –  zam eldował  Tran  –  ale  wahadłowce  wy strzeliły

wszy stkie pociski, j akim i dy sponowały.

Pozostałe  blaszaki  nadal  zbliżały   się  do  cy wilny ch  m aszy n,  nie  spuszczaj ąc  ich  z

celowników.

– Nie odpuszczą – rzuciła Vic. – Te cholerne m aszy ny  będą leciały  za konwoj em ,

dopóki nie rozwalą go na strzępy.

Stark  zauważy ł,  że  wektory   przy spieszenia  trzech  m aszy n  Wisem an  m aj ą  kolor,

wahadłowce zm ieniały  kurs, zawracaj ąc ku powierzchni Księży ca, ale czwarty, dowodzony  przez
Wisem an, leciał wciąż w kierunku blaszaków.

– Wisem an! Co ty  wy prawiasz?
– Chcę zwrócić na siebie uwagę tego złom u – odpowiedziała, w j ej  głosie dało się

wy czuć napięcie powodowane ogrom ny m  przeciążeniem . – Odciągnę j e od konwoj u, zanim  ten
znaj dzie się w polu rażenia, a to nastąpi j uż za kilka sekund.

Mom ent później  ikonka j ej  j ednostki zrobiła się dwukrotnie j aśniej sza. Wachtowy  z

działu orbitalnego gapił się na ekran z rozdziawioną gębą.

– Ona... ona wy łączy ła sy stem y  obrony  i nadaj e na wszy stkich częstotliwościach.

Nie m usiał tłum aczy ć Starkowi, co to znaczy.

– Zrobiła z siebie cel na strzelnicy.
Sy stem y   obronne  m iały   za  zadanie  ukry ć  wahadłowiec  przed  ty m i,  którzy

m ogliby   go  ostrzelać,  w  try bie  pasy wny m   blokowały   także  sy gnały,  które  m ogły   nam ierzy ć
sy stem y  broni potencj alnego przeciwnika. Wisem an celowo ściągała na siebie uwagę blaszaków.
Teraz nie m ogły  przeoczy ć tak wy raźnego celu.

Vic położy ła Starkowi dłoń na ram ieniu, w j ej  oczach też widział przerażenie.
– Na ty m  polega j ej  pom y sł, Ethan. Chce, by  j ej  wahadłowiec stał się przy nętą,

chce  ściągnąć  do  siebie  pozostałe  blaszaki.  Zaczną  strzelać  do  niej   zam iast  do  nieuzbroj ony ch
cy wilny ch j ednostek.

– Przy nętą? – Stark zacisnął pięści ze złości. – Magnesem  dla rakiet? Wisem an!
– Melduj ę się.
– Przerwij  akcj ę! To rozkaz! Włącz sy stem y  obrony  i wracaj  do bazy !
– Mam  robotę do skończenia, m ałpoludzie. – Jej  głos brzm iał dziwnie spokoj nie, ale

Stark i tak zdołał wy chwy cić przebij aj ące m iędzy  słowam i napięcie. – Muszę osłonić te cy wilne
m aszy ny. Torpedam i się nie przej m uj cie, to kolej ny  szaj s floty.

–  Kazaliśm y   krążownikom   zaprzestać  ataków.  Ich  załogi  wiedzą  j uż,  że  na

pokładach  ty ch  wahadłowców  znaj duj ą  się  kobiety   i  dzieci.  Próbuj ą  teraz  zestrzelić  własne
roboty.

–  Stark,  te  blaszaki  sam e  z  siebie  nie  odpuszczą,  a  krążowniki  nie  zdołaj ą  ich

powstrzy m ać.  A  w  każdy m   razie  nie  na  czas.  Odwrócę  uwagę  ty ch  kosm iczny ch  robali  na  tak
długo, j ak się da.

Jak znaj om o to brzm iało. Ethan wpatry wał się bezsilnie w ekran, na który m  roboty

zm ieniały   właśnie  kurs,  koncentruj ąc  się  teraz  na  niezwy kle  wy raźnie  widocznej   m aszy nie
Wisem an. Przy pom niał sobie swoj e własne poświęcenie, gdy  został na grani, by  osłaniać odwrót

background image

reszty   plutonu.  Kiedy   to  by ło?  Wieki  tem u  albo  wczoraj ,  nie  um iałby   teraz  powiedzieć.  Wtedy
ty lko cud go uratował. Cud pod postacią odsieczy, która przy by ła dosłownie w ostatniej  chwili. A
j a  nie  m am   niczego,  co  m ógłby m   posłać  na  ratunek  tem u  ptaszkowi.  Błagam   cię,  Boże,  j eśli
m ożesz pom óc ty m  szalony m  m ary narzom , zrób to teraz.

Rozbrzm iały  dźwięki alarm ów, ikonka wahadłowca Wisem an zam igotała.
–  Odnotowaliśm y   pierwsze  trafienia,  kom endancie  –  zam eldował  wachtowy.  –

Kolej ne rakiety  przebiły  się przez ogień osłonowy.

– Wisem an! To wy starczy ! Odciągnęłaś blaszaki od celu! Wy cofaj  się!
–  Otrzy m uj em y   raporty   o  lawinowy m   przy roście  uszkodzeń  –  konty nuował

wachtowy. – Kolej ne kry ty czne trafienie.

– Wisem an! Uciekaj  stam tąd! Wisem an!
Dłoń  położona  na  ram ieniu  ściągnęła  go  znowu  do  centrum   dowodzenia,  do

Rey nolds  wskazuj ącej   z  zaciśnięty m i  ustam i  wielki  ekran.  W  sam y m   j ego  środku  zakwitła  na
m om ent kolej na j asna sfera eksplozj i, kontrastuj ąca m ocno z idealną czernią m artwego kosm osu.
Mom ent  później   czuj niki  poradziły   sobie  z  filtrowaniem   przekazu,  usunęły   zestrzelony
wahadłowiec,  koncentruj ąc  się  na  zagrożeniach.  Zniszczona  m aszy na  i  j ej   załoga  zniknęły   z
obrazu  pola  walki.  W  m iej scu  eksplozj i  widać  by ło  j edy nie  ikonkę  ostrzegaj ącą  przed
rozlatuj ący m i się na wszy stkie strony  szczątkam i.

– Szlag – j ęknął Stark. – Żegnaj , Wisem an. Z waszej  trój ki został j uż ty lko twój  brat

m ary narz.  –  Walnął  pięścią  w  znaj duj ącą  się  przed  nim   konsolę.  –  Sprowadźcie  resztę
opancerzony ch wahadłowców na lądowisko. Naty chm iast!

Widoczny   na  ekranie  konwój   zbliżał  się  szy bko  do  czaszy   wy znaczaj ącej   granicę

pola  rażenia  sy stem ów  obrony   kolonii.  Blaszaki  konty nuowały   pościg,  ale  ich  pierwsze  salwy
zostały   skierowane  przeciw  m aszy nie  Wisem an.  To  krótkie  starcie  opóźniło  j e  też  na  ty le,  że
kolej ny  punkt przechwy cenia znaj dował się teraz pod parasolem  ochronny m  kolonii.

– Te bezm ózgie barany  zdołaj ą tam  dotrzeć, j ak widzę.
Vic  sprawdziła  wy liczenia  wektorów  cy wilny ch  wahadłowców,  potem   skinęła

głową.

– Na to wy gląda. Jeśli blaszaki nie zawrócą teraz, sy stem y  obrony  kolonii zniszczą

każdy   pocisk,  który   wy strzelą,  nie  m ówiąc  o  nich  sam y ch.  Wisem an  kupiła  konwoj owi
wy starczaj ącą ilość czasu.

–  Ale  zby t  drogo  za  to  zapłaciła.  Przekażcie  Cam pbellowi,  że  chcę  tu  m ieć

wszy stkich pilotów konwoj u zaraz po ty m , j ak przy ziem ią. Zapłacą m i za stratę tak dobrej  załogi i
cennej  m aszy ny. A potem  pogadam  sobie o tej  sprawie z panem  zarządcą. O traceniu dobry ch
ludzi i narażaniu dzieci ty lko dlatego, że j akiś debil nie um ie wy słać powiadom ienia we właściwy
sposób.  O  tak,  pogadam y   sobie...  –  Um ilkł  na  m om ent.  –  Potem   m ożecie  przekazać  m atowi
Melendezowi, że od tej  chwili nie j est drugą pod względem  ważności osobą w naszej  flocie, ty lko
j ej  nowy m  dowódcą.

– Tak j est! – odparł Tran. – Coś j eszcze, sir?
Roboty  floty  nadal ścigały  cy wilny  konwój , nie zważaj ąc na zagrożenie ze strony

sy stem ów obrony  kolonii.

– Owszem , przekażcie chłopakom  z obrony  przeciworbitalnej , że m aj ą rozpieprzy ć

te blaszaki na tak wiele kawałków, żeby  sam  Bóg nie m ógł ich ponownie poskładać.

background image

Siedział  w  pogrążonej   w  półm roku  kaj ucie,  spoglądaj ąc  gdzieś  w  przestrzeń,  obok

stał kubek pełny  wy sty gniętej  kawy.

– Ethan? – Vic stanęła w drzwiach, czekaj ąc na pozwolenie przekroczenia progu.
– Co? Wchodź śm iało.
–  Dzięki.  –  Opadła  ciężko  na  krzesło,  by ło  to  m ożliwe  nawet  tutaj ,  przy

zm niej szonej   księży cowej   grawitacj i.  –  Mam   potwierdzenie,  że  wszy stkie  blaszaki  lecące  za
konwoj em   zostały   strącone  przez  sy stem y   obrony   przeciworbitalnej .  Nie  będą  j uż  latać  za
żadny m i dziećm i.

– Świetnie.  Może pieprzony   Pentagon zrozum ie  w końcu,  że uży wanie  tego  złom u

nie j est zby t m ądry m  posunięciem .

–  Na  to  by m   nie  liczy ła.  –  Vic  pochy liła  głowę.  –  Nie  dogady wałam   się  zby t

dobrze  z  Wisem an,  ale  wiem ,  że  by ła  naj wy ższej   klasy   profesj onalistką.  Będzie  m i  j ej
brakowało.

–  Mnie  też.  Ale  m oże  tego  właśnie  by ło  m i  trzeba.  Może  powinienem   w  końcu

spaść w przepaść.

– W przepaść? O czy m  ty  m ówisz?
– O ty m , że ktoś powinien m i przy pom nieć, ile kosztuj e zwy cięstwo albo porażka.

Nie  m ówiąc  o  ty m ,  że  m ogę  urzeczy wistniać  naj bardziej   szalone  plany   ty lko  dlatego,  że  inni
wy konuj ą m oj e rozkazy.

– Skoro tak m ówisz... Zawsze dbałeś o ludzi, którzy  dla ciebie pracowali, i sam  się

nie opieprzałeś, m im o że nim i dowodziłeś.

Pokręcił głową, odwracaj ąc wzrok od niej .
– Tak, ale... Teraz j est ich tak wielu, Vic. Tak wielu ludzi. To j uż przestało by ć takie

łatwe.  Dowodzenie  druży ną,  bułka  z  m asłem .  Sam a  zobacz.  Znasz  każdego  żołnierza.  Znasz  ich
nazwiska, twarze, koj arzy sz ich żony  i m ężów albo dziewczy ny  i chłopaków. Wiesz nawet, j akie
im iona noszą ich dzieci. Każdy  z nich j est osobą. Trzeba rozpieprzy ć bunkier. Kogo naj lepiej  tam
posłać? Naprzeciw nas siedzi snaj per. Który  z naszy ch naj lepiej  strzela? Wszy stkie twoj e decy zj e
zależą od wiedzy  o podwładny ch. – Stark zaczerpnął wolno powietrza, nie odry waj ąc wzroku od
pogrążonego w ciem ności kąta. – Tutaj , w kwaterze głównej , ludzie zostali zredukowani do ikonek
na ekranie. Nie znasz żadnego z nich. Choć m oże nie do końca. Zapam iętałeś twarz tego, nazwisko
tam tego,  ale  cała  reszta  to  ty lko  m asa  bezosobowy ch  szeregowców,  kaprali  i  sierżantów.  Nie
traktuj esz ich j uż j ak ludzi. To oddziały, które przesuwa się po wielkiej  m apie teatru działań, aby
wy kony wały   powierzone  im   przez  ciebie  zadania.  Jeśli  dowódca  druży ny   straci  w  akcj i  pięciu
ludzi, będzie kom pletnie załam any. Poległa połowa j ego podwładny ch, m usi napisać listy  do ich
rodzin, żeby  za to przeprosić. A co z nam i? Stracim y  pięciuset ludzi w walkach i nawet tego nie
odczuj em y, ponieważ nie poznaliśm y  ich osobiście, nie widzieliśm y, j ak um ierali, a poza ty m  to
ty lko ułam ek w porównaniu do liczby  wszy stkich żołnierzy, j acy  pod nam i służą. – Vic m ilczała,
j akby  przeczuwała, że to j eszcze nie wszy stko. – A m ówim y  ty lko o walce! W kwaterze głównej
m am y  ludzi, którzy  wpadaj ą na siebie, chcąc wy konać twoj e rozkazy. Ty  j esteś szefem . Trzeba
ci przy nieść kawkę, podać piwko, sprawdzić, czy  dostałaś naj wy godniej szy  fotel. A j eśli wy dasz
rozkaz  posy łaj ący   podwładny ch  na  śm ierć,  co  robią?  Zlewaj ą  wszy stko  i  wy konuj ą  go  bez

background image

szem rania,  ponieważ  to  ty   dowodzisz.  Po  chwili,  j eśli  nie  m asz  się  cały   czas  na  baczności,
zaczy nasz  m y śleć,  że  tak  by ć  powinno,  że  j esteś  kim ś  wy j ątkowy m   i  nikt  ci  nie  nadskakuj e,  bo
wszy stko  to  ci  się  należy.  –  Stark  w  końcu  spoj rzał  na  nią,  usta  m iał  m ocno  zaciśnięte.  –  To
cholernie  korum puj ący   sy stem ,  Vic.  Tracisz  duszę  po  kawałeczku  i  nawet  nie  zauważasz,  że  j uż
j ej  nie m asz, i nie wiesz, za co tak naprawdę j ą sprzedałaś.

– Rozum iem . I dlatego nie przej ąłeś się zupełnie śm iercią Wisem an. – Zm ierzy ł j ą

wściekły m   wzrokiem ,  ale,  nie  zważaj ąc  na  to,  konty nuowała  –  Gdy by ś  dał  się  przerobić  w  taki
sposób,  j ak  m ówisz,  nie  przeży łby ś  tak  boleśnie  straty   tego  wahadłowca  i  śm ierci  j ego  załogi.
Uroniłby ś  pewnie  krokody le  łzy   pod  publiczkę,  potem   zorganizował  piękną  cerem onię  dla
uczczenia  poległy ch,  pieprząc  coś  o  poświęceniu  i  próbuj ąc  przy pisać  sobie  zasługi  Wisem an
oraz  j ej   ludzi.  A  gdy by   ktoś  zaczął  py tać  o  to,  kto  spieprzy ł,  kazałby ś  przeprowadzić  oficj alne
śledztwo, nakazuj ąc wy znaczony m  do niego ludziom  pozam iatanie wszy stkiego pod dy wan, a to,
czego nie zdołałby ś ukry ć, zwaliłby ś na inny ch.

Stark  siedział  przez  dłuższą  chwilę,  wpatruj ąc  się  w  złożone  na  kolanach  własne

dłonie.

– Ja tak nie funkcj onuj ę, Vic. Wiesz o ty m .
– Wiem . Nasi żołnierze też nie. Wiesz, dlaczego tak cię lubią? Wy bacz, dlaczego tak

cię  szanuj ą,  co  j est  o  wiele  bardziej   istotne?  My ślą  o  tobie  tak  wiele,  ponieważ  wiedzą,  że
przej m uj esz się ich losem  bardziej  niż swoim . Albo niż własną karierą.

–  Są  m i  wdzięczni  ty lko  za  to,  że  j eszcze  przeze  m nie  nie  zginęli.  I  to  m a  by ć  ta

świetna  robota?  Tak  długo,  j ak  długo  nie  stracisz  zby t  wielu  swoich  ludzi,  j esteś  pieprzony m
geniuszem ,  a  twoi  żołnierze  cię  uwielbiaj ą.  A  m oże  m y lę  się,  sądząc,  że  powinienem   by ć
oceniany  pod nieco inny m  kątem ?

– A pod j akim  kątem  chciałby ś by ć oceniany ? Dowodzisz żołnierzam i, Ethan. Oni

m aj ą poświęcać ży cie, tak sam o j ak ty  m asz by ć gotowy  na poświęcenie części z nich. To chory
układ, m asz racj ę, ale m ożna wy wiązać się z niego na wiele sposobów. Wy konanie zadania przy
poniesieniu m inim alny ch strat to naprawdę powód do dum y.

– To zupełnie inna sprawa. – Stark wbił wzrok w podłogę.
–  Inna?  Wpadłeś  w  depresj ę  z  powodu  zby t  częstego  wy gry wania?  Muszę

przy znać, Ethan, że nie przestaj esz m nie zadziwiać.

–  Mówię  poważnie.  Zby t  częste  wy gry wanie  także  j est  niebezpieczne.  Niedawno

rozm awiałem  z Mendo i wiesz, co m i powiedział? Wielu spośród dawny ch generałów, a m ówię
tutaj  o ty ch naj zdolniej szy ch, zaczy nało po pewny m  czasie uważać, że wy graj ą każde starcie i
nie liczy  się wróg, ukształtowanie terenu, forty fikacj e, a nawet pogoda i wszy stko inne. I wszy scy
kiedy ś popełniali głupie błędy. Ale nie takie zwy kłe, ty lko spektakularnie idioty czne. Tracili ty siące
żołnierzy, nie osiągaj ąc niczego, a czasem  przegry wali woj ny, choć m ieli zwy cięstwo w kieszeni.

– To się nazy wa konfrontacj a z faktam i, Ethan.
–  Dlaczego  więc  to  żołnierze  m uszą  ginąć,  gdy   ich  generał  konfrontuj e  się  z

faktam i?

– Nie m am  poj ęcia. Py tasz m nie, dlaczego wszechświat j est niesprawiedliwy ?
– Chy ba tak. – Stark uniósł głowę, determ inacj a zastąpiła sm utek widoczny  j eszcze

przed m om entem  na j ego twarzy. – Pieprzę od rzeczy  j ak rekrut, który  dopiero wy szedł ze szkółki.
Okay, m oże nie dam  rady  naprawić wszy stkiego, m ogę j ednak zm ienić kilka rzeczy  doty czący ch
tej   sy tuacj i.  Po  pierwsze  powiem   Cam pbellowi,  że  j eśli  chce  naszego  zaufania,  naj pierw  m usi
zaufać nam . Potem  zadbam  o to, by  poświęcenie wszy stkich poległy ch m iało j akiś sens. I zrobię
wszy stko,  Vic,  by   bohaterowie  pokroj u  Wisem an  zostali  zapam iętani.  Może  wzniesiem y   j ej
pom nik albo nazwiem y  j ej  im ieniem  coś ważnego. Co ty  na to?

background image

–  Wątpię,  aby   przegrany m   pozwalano  stawiać  pom niki  albo  nazy wać  ważne

m iej sca.

– Muszę zatem  doprowadzić do tego, że wy gram y  tę woj nę.

background image

 

CZĘŚĆ TRZECIA

Cele i środki

Stark siedział w głębokim  fotelu. Minę m iał taką, j akby  go właśnie postawiono przed

plutonem   egzekucy j ny m .  Zaj m uj ąca  m iej sce  naprzeciw  niego  Vic  wy glądała  na  o  wiele

background image

bardziej  zadowoloną, a nawet radosną. Popatrzy ł na nią z wy rzutem , lecz podj ął w końcu wy siłek,
by   przy j ąć  bardziej   neutralny   wy raz  twarzy.  „Obiecałeś”.  Cam pbell  powtarzał  to  w  kółko:
„Obiecał  pan  przem ówić  do  kolonistów,  j eśli  o  to  poproszę”.  Czekasz  więc  na  rozpoczęcie
transmisji.  Palniesz  pewnie  coś  tak  głupiego,  że  media  będą  to  powtarzać  do  usranej  śmierci.  I
przestaną nazywać to wpadkami na wizji, od tej pory będzie to starkowanie. Sam zobaczysz.

Vic  uniosła  oba  kciuki  w  górę,  za  co  podziękował  j ej   kolej ny m   piorunuj ący m

spoj rzeniem .

– Wszy stko będzie dobrze, Ethan. – Na m onitorze znaj duj ący m  się obok Rey nolds

widać by ło zarządcę kolonii, który  siedział spokoj nie za swoim  biurkiem , gotowy  do rozpoczęcia
wy wiadu. – Potraktuj  to j ak kolej ną przem owę do żołnierzy.

–  Jasne.  Wiesz  j uż  m oże,  j ak  ziem skie  kom ercy j ne  stacj e  chcą  pokazać  ten

wy wiad? Rządzący  z pewnością zagłuszą transm isj ę.

–  Będą  próbowali.  Pam iętaj   j ednak,  że  stacj e  cy wilbandy   m aj ą  całkiem   niezły

sprzęt.  Wy wiad  będzie  nadawany   j ako  rozproszony   szerokopasm owy   sy gnał  o  zm iennej
częstotliwości,  a  każdy   j ego  kawałek  zostanie  tak  otagowany,  by   odebrały   go  wszy stkie  stacj e
znaj duj ące się w zasięgu nadaj nika.

–  Sporo  ich  będzie.  Jeśli  j ednak  odbiorą  wy łącznie  szum   rządowy ch  zagłuszaczy,

psu na budę się zdadzą.

– Owszem . Dlatego m ówię, że to rozproszona transm isj a, podzielona na gazy liony

m aleńkich pakietów dany ch transm itowany ch na okrągło i oznaczony ch konkretny m  tagiem . Rząd
m usiałby   posiadać  nadaj niki  o  m ocy   nowej ,  żeby   j e  wszy stkie  przechwy cić  i  zagłuszy ć.  Co
więcej ,  gdy by   m iał  takie  m ożliwości,  zagłuszy łby   przy   okazj i  całą  kom unikacj ę  satelitarną.
Wy obraź  sobie,  j akim   echem   odbiłoby   się  to  na  świecie.  Pakieciki,  po  dotarciu  do  przekaźników
wy posażony ch  w  odpowiednie  oprogram owanie,  zostaną  odkodowane  i  posklej ane  w
odpowiedniej  kolej ności, a potem  wy em itowane j ako kom pletna transm isj a.

– No, no. Ciekawa koncepcj a. Przy pom ina m i opowieść o potworze, który  rozpadał

się  na  niewielkie  kawałki,  by   m óc  dotrzeć  w  dowolne  m iej sce,  a  potem   składał  się  ponownie  i
pożerał wszy stkich. Ciekawe, dlaczego te sieci zadaj ą sobie ty le trudu, by  nam  pom óc?

Vic wy szczerzy ła zęby.
– Nie robią tego, by  nam  pom óc. Pokażą tę transm isj ę, ponieważ spodziewaj ą się

ogrom nej  oglądalności, a j ak dobrze wiesz, im  większa oglądalność, ty m  wy ższe ceny  reklam .

– Mogłem  się tego dom y ślić. Aczkolwiek dopóki działa to na naszą korzy ść...
Zam ilkł, sły sząc głos realizatora.
– Wy wiad zaczy na się za pięć, cztery, trzy, dwa, j eden, start.
Przed  Starkiem   poj awił  się  hologram   znanej   dziennikarki  siedzącej   w  wy sokim

wy godny m   fotelu.  Celebry tka  uśm iechnęła  się  szeroko  i  nieszczerze,  potem   odwróciła  głowę
lekko  w  bok.  Podczas  dogry wania  szczegółów  wy wiadu  Ethan  został  poinform owany,  że  będzie
wy stępował  na  podzielony m   ekranie,  j akby   siedział  obok  Cam pbella.  Wiedział  też,  że  odbiorcy
odniosą  wrażenie,  iż  cała  trój ka  rozm awiaj ący ch  przeby wa  w  j edny m   pom ieszczeniu.  W
rzeczy wistości  zadaj ąca  py tania  dziennikarka  znaj dowała  się  teraz  na  pokładzie  wahadłowca
gdzieś na orbicie. Ulokowano j ą na ty le blisko rozm ówców, by  nie by ło widoczny ch opóźnień w
rozm owie,  ale  zarazem   na  ty le  daleko,  by   okręty   floty   nie  m ogły   zainterweniować,  dopóki
transm isj a nie dobiegnie końca.

– Dzień dobry. – Głos celebry tki by ł równie wy m uskany  j ak j ej  ubranie i fry zura.

Przypomina  brylant,  uznał  Stark.  By ła  piękna,  ale  zarazem   bardzo  twarda  i  ostra.  Zobaczy ł,  że
Cam pbell  kłania  j ej   się  uprzej m ie,  a  potem   odpowiada  na  pozdrowienie.  Sam   skinął  zdawkowo
głową,  robiąc  co  w  j ego  m ocy,  by   nie  wy konać  żadny ch  dodatkowy ch  gestów  czy   gry m asów.

background image

Blady  uśm iech by ł wszy stkim , co m iał zam iar pokazać w ty m  m om encie.

Dziennikarka obej rzała się, ty m  razem  w drugą stronę, by  pozdrowić niewidzialną

widownię.

– Wy wiad ten j est nielegalny, j eśli wierzy ć rządowi, niem niej  nasza stacj a podj ęła

się wy em itowania go, ponieważ am ery kańskie społeczeństwo m a prawo wiedzieć cała prawdę o
tej   kry zy sowej   sy tuacj i.  Rozm awiam y   dzisiaj   z  dwiem a  osobam i,  które  są  odpowiedzialne  za
wzniecenie  pierwszego  od  ponad  dwóch  stuleci  m asowego  powstania  przeciw  władzom
federalny m .  Naszy m   skrom ny m   zdaniem   j est  to  wy darzenie  tak  wielkiej   wagi,  że
zdecy dowaliśm y   się  na  odrzucenie  żądań  rządowej   cenzury.  Nikt  bowiem   nie  unieważnił
pierwszej   poprawki  do  konsty tucj i.  –  Raz  j eszcze  spróbowała  się  uśm iechnąć,  zapewne  by
zasy gnalizować  ironię  tej   wy powiedzi,  potem   skupiła  wzrok  na  zarządcy   kolonii.  –  Jest  takie
py tanie,  które  krąży   po  głowach  większości  oby wateli  naszego  kraj u.  Py tanie,  na  które  szukam y
odpowiedzi od chwili wy buchu tej  rebelii. Czego pan chce, panie Cam pbell?

–  Chcę  poszanowania  praw  przy sługuj ący ch  m i  j ako  oby watelowi  Stanów

Zj ednoczony ch  Am ery ki  –  odparł  Cam pbell.  –  Podobnie  j ak  każda  kobieta  i  każdy   m ężczy zna
znaj duj ący  się na terenie tej  kolonii. Chcę prawa głosu. Prawa do by cia reprezentowany m  przed
organam i legislatury. Prawa do odszkodowania za poniesione straty  i krzy wdy.

– Twierdzi pan, że odm ówiono wam  ty ch praw?
–  Oczy wiście.  Odm ówiono  nam   wszy stkich  praw  przy sługuj ący ch  inny m

Am ery kanom . Każda prośba o ich przy wrócenie by ła sy stem aty cznie odrzucana.

–  Rząd  twierdzi,  że  kolonię  księży cową  obj ęto  stanem   wy j ątkowy m   w  celu

zapewnienia j ej  bezpieczeństwa.

–  Jestem   pewien,  że  człowiek  dowodzący   naszą  obroną  m oże  powiedzieć  coś

więcej  na ten tem at. Sierżancie Stark?

Dziennikarka odwróciła się do Ethana, patrzy ła na niego ze sztuczny m  uśm iechem

przy klej ony m  to  twarzy. On  natom iast próbował  em anować spokoj em   i pewnością  siebie,  choć
iry towała  go  bardzo  m aniera  akcentowania  niektóry ch  słów,  tak  często  stosowana  przez
prowadzącą  ten  wy wiad  celebry tkę.  Może  wydaje  jej  się,  że  tym  sposobem  obudzi  oglądających
nas widzów. Kto wie, czy nie ma racji...

–  Szanowna  pani,  ludność  cy wilna  m a  pełną  swobodę  podej m owania

sam odzielny ch  decy zj i,  a  kolonia  księży cowa  j est  tak  sam o  dobrze  broniona  i  bezpieczna  j ak
przedtem . Nie m a żadnego konfliktu m iędzy  planam i zarządu kolonii a naszą m isj ą.

–  Nie  zaprzeczy   pan  j ednak,  że  podczas  waszego  buntu  doszło  do  złam ania

porządku?

– Zaprzeczę. Przez cały  czas panował idealny  porządek. Nie zdołaliby śm y  obronić

kolonii, gdy by  by ło inaczej . – Vic uśm iechnęła się przesadnie, wskazuj ąc palcem  na własne usta.
Tak to rób, zdawała się m ówić. Okay. Spróbuję zachowywać się przyjaźniej.

–  Dlaczego  bronicie  tej   kolonii?  Jaki  j est  wasz  cel?  Pan  Cam pbell  twierdzi,  że

pragniecie j edy nie, by  przestrzegano waszy ch praw, niem niej  wielu ludzi na Ziem i wierzy, iż tak
naprawdę  chodzi  wam   o  ustanowienie  własnego  państwa  i  przej ęcie  na  własność  tego
wszy stkiego,  co  am ery kańscy   podatnicy   um ieścili  na  Księży cu,  ponosząc  przecież  przy   ty m
ogrom ne  koszty.  Czy   wierzy   pan,  j ako  Am ery kanin,  że  m acie  prawo  do  zagarnięcia  tak
ogrom nego m aj ątku?

–  Nie  –  odpowiedział  zarządca  spokoj ny m   i  racj onalny m   tonem ,  j akby   nadal

próbował zadać kłam  wcześniej szej  rządowej  kam panii m ówiącej , że j est człowiekiem  niespełna
rozum u.  –  Jedy ny m i  Am ery kanam i,  którzy   tak  m y ślą,  są  właściciele  naszy ch  naj większy ch
korporacj i  i  polity cy   piastuj ący   naj wy ższe  stanowiska  rządowe...  –  Zam ilkł  na  m om ent,  aby

background image

odbiorcy  m ogli przełknąć tę bolesną prawdę. – Od sam ego początku proponowaliśm y  rozm owy
na  tem at  zrekom pensowania  państwu  wy datków  poniesiony ch  na  wzniesienie  tej   kolonii.
Wielokrotnie podkreślaliśm y  też chęć renegocj acj i kontraktów, które skazy wały  nas wcześniej  na
fakty czne  niewolnictwo.  Negocj atorzy   rządowi  wspierani  przez  reprezentantów  wspom niany ch
korporacj i nie chcieli j ednak o ty m  sły szeć.

Celebry tka  nie  przestawała  się  uśm iechać,  chociaż  wy raz  j ej   twarzy   nie  pasował

zupełnie do poruszanego tem atu.

– Nie odpowiedział pan na m oj e py tanie, panie Cam pbell. Czy  zam ierzacie ogłosić

niepodległość kolonii księży cowej ?

Zarządca  wahał  się  przez  m om ent,  potem   Stark  zauważy ł,  że  Cam pbell  wzdy cha,

aczkolwiek na ty le ostrożnie, by  nie posądzono go o teatralność tego gestu.

– W chwili obecnej  zdecy dowana większość m ieszkańców naszej  kolonii poparłaby

taką  deklaracj ę.  Pragnę  j ednak  zauważy ć,  że  zostaliśm y   doprowadzeni  do  takiego  stanu  przez
działania  naszego  rządu,  włączaj ąc  w  to  opłacane  przez  Senat  i  Kongres  ataki,  podczas  który ch
zginęło wielu cy wilów.

–  Rząd  twierdzi,  że  ci  ludzie  ponieśli  śm ierć  w  wy niku  działań  zbuntowany ch

oddziałów...

Ethan  nie  zdąży ł  się  na  dobre  wkurzy ć,  zanim   Cam pbell  przerwał  dziennikarce,

także wy glądaj ąc na wzburzonego.

–  To  kłam stwo.  Wspom niani  przez  panią  żołnierze  ginęli,  broniąc  naszego  ży cia.

Polegli  w  walce  z  oddziałam i  nasłany m i  przez  nasz  własny   rząd!  Jedna  z  m oich  osobisty ch
asy stentek, nieuzbroj ona m łoda kobieta, która nie um iałaby  się nawet bronić, została zastrzelona z
zim ną  krwią  przez  naj em ników  wy naj ęty ch  przez  Pentagon.  Naj em ników,  który ch  ataki
udarem nili ludzie sierżanta Starka. Każdy  z oby wateli kolonii bez wahania złoży łby  swoj e ży cie w
ich ręce.

Dziennikarka  wy glądała  na  zadowoloną  z  tej   szy bkiej   wy m iany   zdań.  To  m usiał

by ć j eden z ty ch m om entów, które podniosą oglądalność transm isj i.

– Każdy  z oby wateli, panie Cam pbell? Nie powie m i pan chy ba, że nie m a u was

żadny ch różnic poglądów.

–  Są  różnice.  To  chy ba  oczy wiste.  Pragnę  podkreślić,  że  m am y   tu  w  pełni

dem okraty cznie  wy brane  władze.  Odpowiem   pani  w  następuj ący   sposób:  tak,  istniej e  znacząca
m niej szość  kolonistów,  którzy   chcieliby   pozostać  oby watelam i  Stanów  Zj ednoczony ch,  ale  nie
będę ukry wał, że znaj duj ę się pod coraz silniej szą presj ą większości pragnącej  j ak naj szy bszego
odłączenia  się  od  oj czy zny.  –  Nastawienie  Cam pbella  zm ieniało  się  ze  słowa  na  słowo,  w  ty m
m om encie wy glądało na to, że to on narzuca ton rozm owy  z dziennikarką i j ej  widownią. – A to
oznaczać  będzie  oficj alną  deklaracj ę  niepodległości.  I  utworzenie  takich  rządów,  na  j akie
zasługuj ą wszy scy  Am ery kanie. Rządzenie w taki sposób, by  oby watele m ieli głos i by li sły szani.
Wy zwolenie  się  spod  j arzm a  narzucanego  przez  wąskie  grono  właścicieli  korporacj i  i  bandę
skorum powany ch polity ków, który m i się wy sługuj ą. – Dialog zam ienił się nagle w populisty czną
deklaracj ę, wy powiedzianą wszakże z naj szczerszy m  przekonaniem .

Stark  z  trudem   powstrzy m ał  się  od  śm iechu.  Facet  jest  cholernie  dobrym

politykiem. W najlepszym tego słowa znaczeniu.

Celebry tka uśm iechnęła się j eszcze szerzej . Naj wy raźniej  potrzebowała chwili na

uporządkowanie m y śli, ponieważ wy wiad zaczy nał się wy m y kać j ej  spod kontroli.

–  Dlaczego  pan  j eszcze  tego  nie  zrobił,  panie  Cam pbell?  Co  pana  powstrzy m uj e

przed postąpieniem  w tak prawy  i sprawiedliwy  sposób?

– Nie wiem . – Te dwa słowa zaszokowały  prowadzącą tak bardzo, że przestała się

background image

uśm iechać. – To bardzo kuszące. I j ak sam a pani wspom niała, sprawiedliwe. A do tego właściwe i
prawe. Dlaczego więc nie chcę tego uczy nić?

–  Może  dlatego,  że  nasz  rząd  zrobiłby   co  w  j ego  m ocy,  by   unieważnić  pańską

deklaracj ę...

– Żołnierze obronią kolonię, j eśli będzie trzeba. Nieprawdaż, sierżancie Stark?
Ethan przy taknął.
– Tak. Nikt nie zdobędzie tej  kolonii siłą.
Cholera. Sam to przecież zrobiłem, o czym ona doskonale wie.
Cam pbell pochy lił się nad biurkiem , m ówił teraz niem al błagalny m  tonem .
–  Władze  traktuj ą  nas,  j akby śm y   nie  m ieli  racj i  w  sprawie  składany ch  zażaleń.

Zam knięto  przed  nam i  każdą  legalną  drogę  do  kom prom isu.  Sły szeliśm y   wy łącznie  groźby.
Dlaczego oni tak się boj ą? Dlaczego obawiaj ą się przy znania praw zagwarantowany ch nam  przez
konsty tucj ę?

– Panie Cam pbell... – zaczęła dziennikarka, podej m uj ąc nieudaną próbę odzy skania

kontroli nad wy wiadem .

– Oni nie zasługuj ą na wy graną. Oni nie zasługuj ą na rządzenie nie ty lko nam i, ale

ludźm i w ogóle. Nie tak powinien wy glądać sy stem  władzy  w naszy m  kraj u. Dlaczego więc nie
chcę  ogłosić  niepodległości?  –  powtórzy ł  zarządca  na  poły   bezradnie,  na  poły   ze  złością.  –  Co
j eszcze  m oże  m nie  skłaniać  do  dalszego  nalegania,  aby   konflikt  został  rozwiązany   w  pokoj owy
sposób, a kolonia pozostała integralną częścią Stanów Zj ednoczony ch? Może robię to dlatego, że
nasza oj czy zna powinna i m oże się zm ienić tak, by  nikt nigdy  nie pragnął oddzielenia się od niej .

Celebry tka  odczekała  chwilę,  aby   zy skać  pewność,  że  Cam pbell  naprawdę

skończy ł  tę  ty radę.  Widać  by ło  po  j ej   m inie,  że  liczy ła,  iż  przem owy   zbuntowanego  zarządcy
podniosą  oglądalność  program u  znacznie  bardziej   niż  j ej   py tania.  I  dlatego  wy glądała  na
zawiedzioną, gdy  j ej  rozm ówca tak szy bko zam ilkł.

–  Jeśli  pozwoli  m i  pan  na  szczerość,  znam   ludzi,  którzy   zauważaj ą,  że  nie  m a  pan

innego wy j ścia. Że został pan do tego zm uszony.

– Zm uszony ? Przez kogo?
Prowadząca zrobiła zdziwioną m inę.
– Jak to przez kogo? Przez otaczaj ące was woj ska. Nie pozwolono panu przecież na

wy stąpienie przed naszy m i kam eram i, j eśli nie będzie panu towarzy szy ł j eden z żołnierzy.

– Wy baczy  pani, ale to j a nalegałem , by  sierżant Stark poj awił się razem  ze m ną.

To on został doproszony  na m oj e żądanie.

– W takim  razi co pan tutaj  robi, sierżancie Stark?
– Wy konuj ę rozkazy  wy dane m i przez zarządcę kolonii.
Ta zwięzła odpowiedź znów wy trąciła dziennikarkę z równowagi.
–  Wszy scy   doskonale  wiem y,  j ak  wielkim i  siłam i  dowodzi  pan  na  Księży cu,

sierżancie Stark. Sierżancie? Nie awansował się pan po obj ęciu dowodzenia?

Ethan  poczuł,  że  czerwieniej e,  Vic  także  to  zauważy ła  i  m achała  teraz  obiem a

rękam i, prosząc, by  zachował spokój .

– Nie m am  prawa awansować sam  siebie, szanowna pani. Oficj alnie j estem  nadal

sierżantem   i  tak  j uż  zostanie.  A  liczba  żołnierzy,  który m i  dowodzę,  nie  m a  nic  wspólnego  z
wy kony waniem  rozkazów pana Cam pbella. Woj o przy j m uj e rozkazy  od władz, a pan Cam pbell
j est zarządcą kolonii.

– Dy sponuj e pan j ednak tak duży m i siłam i, że m ógłby  pan wy m usić na nim  swoj ą

wolę, sierżancie Stark.

– To nie m a zastosowania. Woj sko nie rozkazuj e inny m , ty lko wy konuj e rozkazy.

background image

–  Moi  widzowie  z  pewnością  trafiali  j uż  wcześniej   na  em itowane  w

niecenzurowany ch  m ediach  m ateriały   nieznanego  pochodzenia,  z  który ch  dowiady wali  się,  że
nie  m a  pan  zam iaru  atakować  własnej   oj czy zny.  Wie  pan,  skąd  biorą  się  te  pogłoski,  sierżancie
Stark?

Od  mojego  ojca.  To  on  powiadomił  świat  o  konkluzjach  wynikających  z  naszej

niedawnej rozmowy. I wszystko wskazuje na to, że narobił tym kłopotu rządzącym.

– Tak, chy ba tak.
– Zdradzi nam  pan źródło ty ch wiadom ości?
– Nie.
–  Proszę  zatem   powiedzieć,  j ak  m oi  widzowie  m ogą  ocenić  stopień  prawdziwości

ty ch przekazów?

Stark uśm iechnął się, m iał nadziej ę, że wy padło to zadowalaj ąco.
– To czy sta prawda. Mówię wam  to j a sam , prosto w oczy.
– Twierdzi pan zatem , że j est gotów przy siąc publicznie, iż nie zam ierza zaatakować

Stanów Zj ednoczony ch?

–  Słucham ?  –  Ethan  nie  zdołał  ukry ć  zaskoczenia  tak  bezpośrednim   postawieniem

sprawy, choć sądząc po zadowolonej  m inie celebry tki, ta reakcj a wy dała j ej  się właściwa. – W
ży ciu. To znaczy  nie wy dam  nigdy  rozkazu zaatakowania Stanów Zj ednoczony ch. Nigdy.

– A co z rządem , sierżancie Stark? Nie obali pan am ery kańskiego rządu?
– Nie, nie obalę go. Rząd reprezentuj e naród. Tak przy naj m niej  powinno by ć, a j a

nie zam ierzam  atakować Am ery kanów. Nigdy. Tak j ak zaznaczy ł to j uż pan Cam pbell.

– Co powiedział pan Cam pbell? Do której  z j ego wy powiedzi odnosi pan te słowa?
–  Do  tej ,  w  której   m ówił,  że  nie  tak  to  wszy stko  powinno  wy glądać.  Ma  racj ę.

Może gdy by śm y  by li oby watelam i innego kraj u, sprawy  potoczy ły by  się inaczej . Może wtedy
woj sko  wy dawałoby   rozkazy   cy wilom ,  zam iast  j e  wy kony wać.  Uważam   j ednak,  że  w  USA
powinno to wy glądać j ak trzeba. Lepiej  niż teraz. Ja nie m ogę tego zm ienić. Na pewno nie siłą.
Będę j ednak bronił praw ludzi takich, j ak pan Cam pbell i j ego koloniści, którzy  walczą o zm ianę
sy tuacj i.

Celebry tka  raz  j eszcze  uniosła  brwi  ze  zdum ienia,  zerkaj ąc  j ednocześnie  w  stronę

niewidoczny ch widzów.

– Sierżancie Stark, pan naprawdę wierzy, że j eden człowiek m oże coś zm ienić?
– Bezwzględnie tak.

Cam pbell  wciąż  chichotał,  gdy   skontaktował  się  ze  Starkiem   po  zakończeniu

wy wiadu.

– Proszę m i przy pom nieć, by m  j uż nigdy  nie proponował panu udziału w debacie

ze m ną.

–  Sam   pan  j est  tem u  winien.  –  Ethan,  wciąż  rozkoj arzony   py taniam i  celebry tki  z

Ziem i, nie próbował kry ć niezadowolenia.

– Niezupełnie. To pan rozłoży ł ten wy wiad, nie j a.
– Powiedziałem  ty lko to, co trzeba by ło powiedzieć.
– Oni nie przy wy kli do czegoś takiego, sierżancie. Może m i pan wierzy ć. Ale nie w

background image

tej   sprawie  dzwonię.  Chciałby m   porozm awiać  z  panem   w  cztery   oczy   i  m ożliwie  j ak
naj szy bciej .

–  Proponuj e  m i  pan  pry watne  spotkanie?  –  Stark  zerknął  naj pierw  py taj ąco  w

stronę Vic, potem  skinął głową. – Dobrze. Przy j dę do pana za godzinę.

–  Świetnie.  Do  zobaczenia.  –  Ekran  wy świetlacza  zbielał  na  m om ent,  a  potem

poj awił  się  na  nim   ustawiony   przez  Starka  wy gaszacz  przedstawiaj ący   fragm ent  księży cowej
powierzchni.

Zdziwienie na twarzy  Ethana ustąpiło zam y śleniu.
– Ciekawe, o co m oże m u chodzić. Czy  Sarafina wspom inała w twoj ej  obecności o

j akichś wy j ątkowy ch wy darzeniach?

–  Chodzi  ci  o  j akieś  wy j ątki  poza  nieustanny m   zagrożeniem   ze  strony   naszej

oj czy zny ? Nie przy pom inam  sobie. Może chce nas przeprosić raz j eszcze za niepoinform owanie
o łam iący m  blokadę konwoj u z kobietam i i dziećm i na pokładzie?

–  Może  przepraszać,  ile  razy   zechce.  Już  m u  powiedziałem ,  że  j eśli  nadal  chce

współpracy, m usi nas inform ować o wszy stkich wy darzeniach tego ty pu. Chciałby m  też dostać w
swoj e łapy  pilotów ty ch wahadłowców, ale Cam pbell twierdzi, że m usi ich postawić przed sądem
cy wilbandy.

– Możesz go zm usić do zm iany  stanowiska, Ethan. Wy da ci ich, j eśli się uprzesz.
– Jasne. Mam  uży ć woj ska do wy m uszenia na cy wilny ch władzach tego, co m i się

podoba.  Ty lko  ten  j eden  raz,  ponieważ  to  ogrom nie  ważne.  Nie  m a  m owy.  Już  dawno
zauważy łem ,  że  droga  do  piekła  została  wy brukowana  kam ieniam i,  na  który ch  widniej e  napis:
„Ty lko ten j eden raz, ponieważ j est to ogrom nie ważne”.

– Przestań zrzędzić. Przy padkiem  m am  takie sam o zdanie na ten tem at.
– Dlaczego więc sugerowałaś, żeby m  tak postąpił? – zapy tał Stark.
–  Żeby   sprawdzić  twoj ą  szczerość.  Idziesz  przecież  na  spotkanie  z  szefem

cy wilbandy.  Moim   zdaniem   nie  chodzi  o  nic  wielkiego.  Może  Cam pbell  chce  pogadać  z  kim ś  o
filozofii?

–  Tak,  by łoby   świetnie,  nieprawdaż?  Problem   w  ty m ,  że  m am   j uż  dość

filozoficznego gadania, i to na dłuższy  czas.

Vic  usiadła  na  krześle  obok  Ethana  i  wy ciągnąwszy   wy godnie  nogi,  westchnęła

ciężko.

–  Zabawna  sprawa,  stopy   bolą  tutaj   zupełnie  j ak  na  Ziem i.  Ileż  to  filozoficzny ch

dy sput przeprowadziłeś ostatnim i czasy ?

–  Parę.  –  Vic  spoj rzała  na  niego  znacząco,  więc  od  razu  się  poddał.  –  Dobra,  raz

rozm awiałem   z  tobą,  wiesz,  chwilę  po  ty m ,  j ak  straciliśm y   Wisem an.  A  nieco  wcześniej
odby łem  bardzo długą rozm owę z szeregowy m  Mendozą.

–  No  tak,  wspom inałeś  o  niej   podczas  tam tego  spotkania.  Mógłby ś  streścić,  co

usły szałeś od Mendo?

Stark  wpatry wał  się  w  pustkę  wy świetlaną  na  ścienny ch  m onitorach.  Zbierał

m y śli, by  przy pom nieć sobie history czne tło wy prawy  Ateńczy ków na Sy rakuzy.

–  Krótko  m ówiąc,  porucznik  Mendoza  uważał,  że  m ogliśm y   przegrać  z  kretesem

zaraz  po  ofensy wie  Meecham a.  Doszedł  j ednak  do  wniosku,  co  dopowiedział  potem   Mendo,  że
nie  stało  się  tak  z  dwóch  powodów:  dzięki  lepszem u  dowodzeniu  i  nowoczesny m   środkom
łączności. Dzięki ty m  czy nnikom  pozbieraliśm y  się w j ednej  chwili, gdy  nasi oficerowie potracili
zupełnie głowy.

– Tak  chy ba  by ło.  –  Vic  zapatrzy ła  się  w  m rok  pustki,  j akby   dostrzegła  tam   to,  co

przy kuwało  uwagę  Ethana.  –  Ty   by łeś  kam y kiem ,  który   poruszy ł  lawinę,  ludzie  zrozum ieli  to

background image

bardzo  szy bko,  dlatego  gdy   przej ęliśm y   dowodzenie,  wszy scy   czekali  na  twoj e  rozkazy.  Zero
zam ieszania, zero opóźnień.

–  Fakt.  Ale  to  nie  by łoby   m ożliwe  w  dawny ch  czasach.  O  m oich  działaniach  nie

dowiedziałby  się nikt prócz ludzi znaj duj ący ch się wokół m nie. Resztę powiadom iono by  dopiero
po dłuższy m  czasie.

–  Dobrze  gadasz,  ale  tobie  i  Mendo  um y ka  j eden  problem .  Sy stem   dowodzenia  i

sprzęt pom ogły  opanować sy tuacj ę, fakt. Ale pozostaj e j eszcze py tanie: dlaczego ludzie poszli za
tobą,  Ethan?  Otóż  dlatego,  że  cieszy łeś  się  dobrą  reputacj ą  bazuj ącą  na  ty m ,  co  wcześniej
zrobiłeś. – Machnęła ręką, uciszaj ąc rodzący  się protest Starka. – Nie liczy ło się to, co ty  m ówiłeś,
co  pieprzy ły   trepy,  każdy   m ógł  sprawdzić  sy tuacj ę  na  kom unikatorze.  Oni  widzieli  cię  w  akcj i.
Wiedzieli, czego dokonałeś. I dlatego uważali, że m ogą ci zaufać.

– I obarczy li m nie potem  ty m  pieprzony m  stanowiskiem  dowodzenia.
–  Na  który m   idealnie  się  sprawdziłeś.  –  Vic  przechy liła  w  zam y śleniu  głowę.  –

Nasi przełożeni stworzy li sy stem , dzięki którem u m ogli nam  m ówić, co m am y  robić, i wiedzieli
przy  okazj i o wszy stkim , co robim y. Równocześnie um ożliwili nam  wszy stkim  zorientowanie się,
na  czy m   polega  ich  robota  i  co  m uszą  um ieć,  by   j ą  dobrze  wy konać.  Gdy   spieprzy li  sprawę,
wy korzy staliśm y  ten sam  sy stem , aby  pozby ć się ich z pleców. Try um f sprawiedliwości.

– Cokolwiek to znaczy. Uśm iechnęła się.
–  Mniej   więcej   ty le,  że  należał  ci  się  ten  awans  po  ty m ,  j ak  całe  ży cie

naprzy krzałeś się przełożony m .

– W takim  razie nie podoba m i się to określenie. – Stark znów zapatrzy ł się w czerń

przestrzeni.

Vic podąży ła wzrokiem  w ty m  sam y m  kierunku, j ej  uśm iech szy bko zniknął.
– Na co ty  się tak gapisz?
– Na nic. Wy patruj ę czegoś.
– Niech ci będzie. Czego?
– Sam  nie wiem .

Gdy   dotarł  do  biura  Cam pbella,  zobaczy ł  na  ścianie  ekran  pokazuj ący   dokładnie

ten sam  fragm ent powierzchni Księży ca. Zarządca spoj rzał w ty m  sam y m  kierunku.

–  Wie  pan,  sierżancie,  że  gdy   zainstalowano  te  wy świetlacze,  ludzie  wy bierali

naj częściej  widoczki z Ziem i: rzeki, j eziora, lasy ? Teraz j ednak, gdy  odwiedzam  kogoś, widzę na
nich niem al zawsze powierzchnię Księży ca. Ciekawe, dlaczego wszy scy  zm ienili zdanie?

Ethan wzruszy ł ram ionam i.
– Chy ba zaczęli traktować Księży c j ak swój  dom .
– Też tak sądzę. Jeśli m am y  racj ę, zy skaliśm y  znaczący  dowód na to, że człowiek

m oże się przy stosować i nawet przy wiązać do każdy ch warunków i każdego środowiska.

– By łem  kiedy ś zim ą w Minnesocie. Jeśli ludzie potrafią się cieszy ć z m ieszkania w

takim  m iej scu, Księży c nie m oże by ć im  straszny.

–  Na  pewno  nie  j est  na  nim   wiele  zim niej .  No  i  nie  m usim y   przej m ować  się

wichuram i. – Cam pbell roześm iał się, potem  j ednak szy bko spoważniał. – Napij e się pan kawy ? –
Wskazał filiżanki  stoj ące  na  blacie.  –  Jestem   pewien,  że  sm akuj e  lepiej   niż  ta  lura,  którą  podaj ą

background image

wam  w kom pleksie woj skowy m .

– Też j estem  tego pewien. – Ethan upił ły k. – Niezła.
–  Dziękuj ę.  Kawa  uprawiana  na  Księży cu  uważana  j est  na  Ziem i  za  nadzwy czaj

luksusową.  Nie  z  powodu  sm aku,  ale  m iej sca  pochodzenia.  –  Zarządca  sam   się  napił,  a  potem
odstawił  filiżankę.  –  Powinienem   chy ba  wy j aśnić,  dlaczego  nalegałem   na  to  spotkanie.  Krótko
m ówiąc,  udało  m i  się  nawiązać  kilka  polity czny ch  kontaktów  z  dołem .  Dowiedziałem   się,  że  nie
wszy scy   są  tam   zadowoleni  z  kierunku,  w  j akim   rozwij a  się  sy tuacj a.  Otrzy m ałem   też  kilka
ważny ch inform acj i.

Stark, oceniaj ąc nastrój  zarządcy, obawiał się naj gorszego.
– I co m ówią pańskie źródła?
–  Po  akcj i  floty,  tej   z  robotam i,  zrobiło  się  niezłe  zam ieszanie.  Ostre  protesty   w

Senacie,  przesłuchania  w  Izbie  Reprezentantów,  cały   ten  bezsensowny   zgiełk.  Ty m   razem   nie
chodziło  j ednak  o  pozerstwo,  ludzie  wy dawali  się  naprawdę  przej ęci.  –  Cam pbell  wskazał  na
notes,  kręcąc  głową.  –  By ło  nie  by ło,  te  ich  autonom iczne  roboty   boj owe  zaatakowały   ludność
cy wilną.  Przekazaliśm y   nasze  zapisy   wielu  insty tucj om   na  Ziem i,  aby   nie  by ło  cienia
wątpliwości, że bezzałogowe m aszy ny, które zostały  skierowane na wahadłowce pełne krewny ch
m ieszkańców kolonii, nie odpowiadały  na sy gnał odwołania m isj i. – Cam pbell przy m knął oczy. –
Pragnę raz  j eszcze wy razić  ogrom ną wdzięczność  i wy razy   szacunku dla  poświęcenia  chorążej
Wisem an.  To,  że  nie  dopilnowałem ,  aby   został  pan  w  porę  poinform owany   o  próbie
przewiezienia tu dzieci kolonistów, co w efekcie przy czy niło się bezpośrednio do j ej  śm ierci, by ło
niewy baczalny m  błędem . Obiecuj ę, że w przy szłości dowie się pan o wszy stkim , proszę też, aby  i
pan nie zapom niał przekazy wać nam  istotny ch inform acj i.

Stark siedział, m ilcząc przez dłuższą chwilę, i dopiero potem  skinął głową.
– To powinno wy starczy ć. Wisem an zrobiła to, co zrobiła, ale m oże nie m usiałaby

zginąć, gdy by  zawczasu wiedziała, co się szy kuj e.

–  Wciąż  pracuj em y   nad  obopólny m   zaufaniem ,  nieprawdaż,  sierżancie?  Nadal

zależy  panu na ty m , by ście to wy  sądzili pilotów z konwoj u?

– Słucham ? Mówi pan poważnie?
– Jeśli to załatwi sprawę, j ak naj bardziej .
Stark  się  zawahał.  Zrobiłbym  wszystko  zgodnie  z  literą  prawa.  Najpierw  proces,

potem kara. Ale to by znaczyło, że moi żołnierze wyprowadzą z kolonii skutych kajdankami cywilów.
A  cywilbanda  będzie  się  temu  przyglądała.  Sam  do  niej  należałem  jako  dzieciak.  Jak  bym  się
poczuł, gdybym to wtedy widział?

– Nie.
– Nie?
–  Nie.  Mówił  pan  przed  chwilą  o  zaufaniu.  Nie  zaskarbię  sobie  zaufania  ludności

cy wilnej ,  j eśli  wy ciągnę  skuty ch  pilotów  i  zaprowadzę  ich  pod  bronią  do  sektora  woj skowego.
Bez względu na to, j ak bardzo m ożem y  usprawiedliwić nasze działania. Pozostawiam  oskarżony ch
pilotów w pańskich rękach.

–  Znakom icie,  sierżancie.  Chciałby m   j ednak  uczcić  w  j akiś  sposób  poświęcenie

chorążej   Wisem an.  Jest  teraz  j edną  z  naj bardziej   poważany ch  osób  w  naszej   księży cowej
społeczności.

– Wiem . Żołnierze i m ary narze zaczy naj ą się cieszy ć większy m  poważaniem , gdy

j uż zginą. Jeśli j ednak chce pan naprawdę coś dla niej  zrobić, podrzucę panu pewien pom y sł.

– Jaki? – zainteresował się Cam pbell.
–  Chciałby m ,  aby   nazwano  coś  j ej   im ieniem .  I  aby   podobny   zaszczy t  spotkał

j edną  z  j ej   pilotek,  niej aką  Gutierrez.  Obie  zginęły,  ratuj ąc  inny ch.  Chcę,  by   upam iętniono  j e  i

background image

ich załogi w specj alny  sposób. Czy  na terenie kolonii j est coś...

Zarządca zastanawiał się przez chwilę.
– Mam y  nasz kosm oport.
– Wy dawało m i się, że nosi j akąś nazwę.
– Bo to prawda. Ty le że nikt j ej  nie uży wa. Nazwano go im ieniem  pewnego bardzo

wpły wowego  i  j eszcze  bardziej   skorum powanego  polity ka,  który   trzy m ał  łapę  na  finansach  w
czasach,  gdy   nasza  kolonia  by ła  budowana.  Wy daj e  m i  się,  że  zm iana  nazwy   na  Kosm oport
im ienia Wisem an-Gutierrez by łaby  nie ty lko pożądana, ale i właściwa.

– Może pan to zrobić?
–  Gdy by m   narzucił  takie  rozwiązanie  ludziom ,  pewnie  poj awiły by   się  głosy

sprzeciwu. A j a nie chcę kolej ny ch przej awów dy ktatury  w naszej  kolonii. Dlatego zaproponuj ę
ludziom  referendum . My ślę, że o wy nik m ożem y  by ć spokoj ni.

Stark się uśm iechnął.
–  Dzięki.  Wielkie  dzięki.  To  będzie  kolej na  rzecz,  która  nie  spodoba  się  waszy m

szefom  z Ziem i.

Cam pbell odpowiedział uśm iechem .
– Mam  ich gdzieś. Widzi pan, sierżancie, podłapuj ę od pana kolej ne powiedzenia.
–  Pańska  m am a  powinna  pana  ostrzec,  by   nie  przestawał  pan  z  ludźm i  m oj ego

pokroj u.

–  I  ostrzegała.  Prosiła  także,  by m   nie  hańbił  rodowego  nazwiska  i  nie  szedł  w

polity kę. – Zarządca spoważniał. – Pozwoli pan, że wrócę do tem atu tego spotkania, czy li skutków
walki  robotów  floty   z  konwoj em   łam iący m   blokadę.  Ta  wersj a  zautom aty zowany ch  j ednostek
boj owy ch  została  wy cofana  ze  służby   przy   wielkim   aplauzie  społeczny m   w  celu
przeprogram owania  i  wprowadzenia  kolej ny ch  zm ian  konstrukcy j ny ch.  Do  wiadom ości
publicznej   przeciekły   też  inform acj e  o  istnieniu  naziem ny ch  m odeli  takich  robotów.  Pentagon  i
naj bardziej   wpły wowi  cy wilni  kontrahenci  wy stosowali  wspólne  oświadczenie,  w  który m
zapewnili,  że  ich  roboty   na  pewno  nie  zachowuj ą  się  w  podobny   sposób  i  sprawdzaj ą  się
doskonale w warunkach boj owy ch.

Stark pokręcił głową.
–  Nigdy   się  nie  zm ienią.  Ciekaw  ty lko  j estem ,  j ak  ty m   razem   zwalą  winę  na

operatorów, skoro Jabbersm oki nie wy m agaj ą zdalnego sterowania.

– Jabbersm oki?
– To ksy wka, j aką nadaliśm y  ty m  naziem ny m  robotom .
–  Rozum iem .  W  takim   razie  zroboty zowane  j ednostki  floty   m ożna  by   nazwać

Brutwielam i.

–  Chy ba  tak.  –  Jestem   chy ba  j edy ny m   facetem   na  Księży cu,  który   nie  koj arzy

tego  żartu.  –  Wy gląda  na  to,  że  będziem y   m usieli  stawić  czoło  Jabbersm okom ,  a  to  równie
zabój cze i paskudne m aszy ny  j ak te, który m i dy sponowała flota.

–  Tak,  sierżancie.  Z  m oich  inform acj i  wy nika,  że  te,  no,  Jabbersm oki  są  j uż

przy gotowy wane do wy słania na Księży c.

–  Już?  –  Stark  nie  próbował  ukry ć  zdziwienia.  –  Gdzie  j e  wy ślą?  Ma  pan  j akieś

pom y sły ?

Cam pbell  podszedł  do  wy świetlacza  i  przy wołał  m apę  tery torium   otaczaj ącego

kolonię.

–  Tutaj .  Widzi  pan?  To  spora  dolina,  której   szerszy   wy lot  prowadzi  w  kierunku

kolonii. To pewnie pozostałość po kraterze, ale m nie nieodm iennie koj arzy  się ze zwy kłą doliną.

–  Znam   j ą.  Na  początku  woj ny   doszło  w  tam ty m   rej onie  do  kilku  ataków.  –  Stark

background image

przesunął  palcem   po  m apie,  przy wodząc  z  pam ięci  ruchy   j ednostek.  –  Wy daj e  się,  że  to  łatwy
kierunek  ataku,  ponieważ  ukształtowanie  terenu  nie  sprzy j a  obrońcom .  W  każdy m   razie  tak  to
widzą ci, którzy  czy taj ą m apy  z dala od linii frontu. Gdy  wprowadziliśm y  tam  oddziały, okazało
się,  że  każdy   żołnierz,  który   znalazł  się  w  dolinie,  został  rozniesiony   na  strzępy   przez  stanowiska
obrony   znaj duj ące  się  na  szczy cie  otaczaj ący ch  j ą  wzniesień.  Nazy wam y   takie  m iej sca
Makutram i.

– Makutra. Czy  wy, żołnierze, m acie własne nazwy  na wszy stko?
– Jestem  pewien, że znalazłby  pan j akieś wy j ątki od tej  reguły, ale nie podam  panu

żadnego z pam ięci. – Stark pochy lił się, uważnie studiuj ąc m apę. – Tak. To właśnie zapam iętałem .
Makutra  j est  naturalną  granicą  pom iędzy   tery toriam i  zaj m owany m i  przez  dwóch  członków
wrogiego nam  soj uszu. Naj m ocniej szy ch i naj bardziej  zawzięty ch, dodaj m y.

–  Jak  widać,  oba  te  państwa  zawarły   soj usz  z  Waszy ngtonem .  Moj e  źródła

twierdzą, że j uż wkrótce poj awią się tam  duże oddziały  am ery kańskich woj sk. Przeciwnik wy cofa
się natom iast, pozwalaj ąc Am ery kanom  na zaj ęcie całej  doliny  i przeprowadzenie z niej  ataku na
kolonię.

–  Żartuj e  pan.  –  Stark  zrobił  w  pam ięci  przegląd  sił  broniący ch  tego  odcinka

pery m etru. – Co znaczy : duże oddziały  am ery kańskich woj sk? Zna pan dokładniej sze szacunki?

– Przy kro m i, ale nie.
Stark  pom asował  dłonią  kark,  ty m   razem   skupiaj ąc  uwagę  na  potencj ale

m ilitarny m ,  j akim   m ogły   dy sponować  Stany.  Trzecia  dywizja  została  rozbita,  pierwsza  słucha
mnie,  nie  Pentagonu.  Druga  w  mocno  okrojonym  stanie  jest  rozproszona  po  całym  świecie,  by
chronić korporacyjne inwestycje i przy okazji interesy USA.

– Wprowadzę m oich ludzi w tę sy tuacj ę. Może uda nam  się coś wy m y ślić.
Cam pbell przy glądał m u się uważnie.
–  Zastanawia  się  pan  teraz  nad  czy m ś.  Podzieli  się  pan  ze  m ną  ty m i

przem y śleniam i?

– My ślałem  o Atenach i Sparcie, sir.
–  Ateny   i  Sparta?  Pam iętam   pańską  fascy nacj ę  Term opilam i,  ale  nie  rozum iem ,

dlaczego nasuwaj ą się panu znowu na m y śl akurat te dwa greckie państwa-m iasta.

– Zastanawiałem  się nad sy tuacj ą Sy rakuz, a dokładniej  nad ty m , co stałoby  się z

Ateńczy kam i,  gdy by   po  srom otnej   klęsce  spróbowali  kolej nego  ataku.  –  Cam pbell  słuchał  tego
wy wodu  z  zaciekawieniem .  –  W  końcu,  j eśli  m nie  pam ięć  nie  m y li,  Sparta  pokonała  Ateny
dopiero  j akiś  czas  później .  Co  by   się  j ednak  stało,  gdy by   Ateny   wy słały   przeciw  Sy rakuzom
wszy stkie woj ska, j akie im  j eszcze zostały, i utraciły  j e j ak poprzednią arm ię?

Zarządca  zastanawiał  się  nad  odpowiedzią  przez  dłuższą  chwilę,  Ethan  w  ty m

czasie spoglądał na m apę.

–  Sądzę,  że  Ateny   zostały by   pokonane  o  wiele  szy bciej ,  a  ich  klęska  m iałaby   o

wiele większe rozm iary  – odezwał się w końcu Cam pbell. – Spartanie i ich sprzy m ierzeńcy, którzy
także  by li  wy cieńczeni  tą  woj ną,  zdołaliby   zebrać  wy starczaj ące  siły.  Potem ,  gdy   Aleksander
Wielki podbij ał Grecj ę, m ogliby  także odeprzeć j ego agresj ę albo opóźnić zaj ęcie ich ziem . To z
kolei przedłuży łoby  istnienie im perium  Persów, a kto wie, czy  nie zapobiegłoby  także podbiciu go
przez Aleksandra. W dłuższej  perspekty wie... – Cam pbell pogubił się nieco. – Nie j estem  w stanie
przewidzieć wszy stkich rezultatów takiej  zm iany. – Nagle zrobił wielkie oczy. – Sądzi pan, że Stany
Zj ednoczone chcą zrobić coś takiego? Zam ierzaj ą spaść z klifu, m im o że nawet dum ni Ateńczy cy
zdołali tego uniknąć?

–  Tak.  To  właśnie  usiłuj ę  powiedzieć.  Może  by liśm y   zby t  długo  naj więksi  i

robiliśm y, co i kiedy  chcieliśm y. Zapom nieliśm y  po prostu, że m ożem y  przegrać. A m oże chodzi

background image

raczej   o  to,  że  nasi  przy wódcy   tak  desperacko  próbuj ą  utrzy m ać  się  przy   władzy,  iż  prędzej
pociągną wszy stkich inny ch na dno, niż przy znaj ą się do porażki. Zam iast pogodzić się z faktam i,
zastawiaj ą po raz kolej ny  kraj  pod hipotekę w nadziei, że ty m  razem  im  się uda.

–  Czy tałem   kiedy ś,  że  pod  koniec  ubiegłego  stulecia  ktoś  przewidy wał  wielki

kry zy s, który  dotknie Stany  Zj ednoczone. Nie przy puszczałem  j ednak, że stanie się tak z powodu
tego, że j esteśm y  zby t potężni.

– U licha, człowiek słaby  uważa, gdzie lezie. To wielcy  i m ocni wpadaj ą zazwy czaj

w pułapki, ponieważ nie rozglądaj ą się wokół, wierząc, że nie m aj ą się czego obawiać.

–  Fakt.  Muszę  panu  coś  wy znać,  sierżancie  Stark.  Proszę  się  nie  obrazić,  ale  nie

przy puszczałem ,  że  m oże  pan  by ć  takim   m y ślicielem .  Nie  wierzy łem   też,  że  j est  pan  w  stanie
rozpatry wać sy tuacj ę pod tak wielom a aspektam i.

– Nie obraził m nie pan. To nie do końca m oj a m y śl. Jeden z żołnierzy  opowiedział

m i  o  Atenach,  Sparcie  i  całej   reszcie.  A  j ak  pan  zapewne  wie,  nie  trzeba  geniusza,  żeby   dodać
dwa do dwóch.

Cam pbell pokiwał głową.
–  Słuchanie  inny ch  ludzi  m oże  przy nieść  więcej   korzy ści,  niż  pan  przy puszcza,

sierżancie. Szkoda, że tak wielu m enadżerów tego nie robi.

–  Ja  nie  j estem   m enadżerem ,  panie  Cam pbell,  ty lko  dowódcą.  I  nigdy   nie

żałowałem ,  że  posłuchałem   opinii  swoich  podwładny ch.  Czasam i  m usiałem   kazać  im   się
zam knąć, ponieważ pieprzy li bez sensu, ale zazwy czaj  by ło inaczej , a czasam i nawet pom agało.

–  Trudno  tem u  zaprzeczy ć.  –  Zarządca  opadł  z  gracj ą  na  fotel,  co  przy

zm niej szonej  grawitacj i nie by ło trudne. – To dodatkowo skom plikuj e sprawę.

– My ślałem , że j est j uż wy starczaj ąco skom plikowana.
– Bo j est. – Cam pbell sięgnął po pad, wprowadził do niego kilka poleceń i przy wołał

na wy świetlacz widok zachodniej  półkuli Ziem i. – Całkiem  realne wy daj e się dzisiaj , że przegrana
Stanów tutaj  zakończy  się ich przegraną na Ziem i. Jak będziem y  się z ty m  czuli?

–  Nie  wiem .  Zastanawia  m nie  za  to,  co  będzie,  j eśli  m y   przegram y.  Nie  j a  czy

pan.  Chodzi  m i  o  konsekwencj e,  j akie  poniosą  wszy scy   pozostali.  Nie  m ówię  tutaj   o  stu
Spartanach i staniu się wielkim  przy kładem , ty lko o ty m , co będzie, j eśli nasz rząd wy gra z nam i,
uży waj ąc Jabbersm oków i Bruta... Bruty l...

– Brutwieli.
–  Tak.  Brutwieli.  Jeśli  rząd  zwy cięży   dzięki  robotom ,  Pentagon  przestanie

inwestować w ludzi. U licha, trepy  od dawien dawna m arzy ły  o pozby ciu się czy nnika ludzkiego,
ponieważ  dzięki  tem u  m iały by   więcej   pieniędzy   na  nowe  zabawki.  Przy puszczam   więc,  że
zakupią  więcej   blaszaków  do  obrony   kraj u  i  będą  j e  wy sy łać  wszędzie  tam ,  gdzie  trzeba  coś
rozpieprzy ć,  ponieważ  taka  j est  wola  rządzący ch  i  korporacj i.  A  one  um iej ą  ty lko  rozpieprzać.
Czy  to będzie nasze, j ak to się m ówi, dziedzictwo? Arm ia Stanów Zj ednoczony ch stworzy  roboty,
które wy konaj ą bez py tania każdy  rozkaz?

Cam pbell nie spuszczał wzroku z m apy.
–  Ciekawi  m nie,  ile  czasu  będzie  trzeba,  by   ktoś  wy dał  ty m   robotom   rozkaz

wy niesienia go do władzy. Pan by  go nie wy konał, sierżancie?

–  Żaden  człowiek  służący   w  arm ii  nie  zrobiłby   czegoś  takiego.  Wszy scy

przy sięgaliśm y   bronić  konsty tucj i.  Mam y   prawne  i  m oralne  zobowiązania  do  zlekceważenia
podobny ch rozkazów.

–  W  przeciwieństwie  do  robotów.  –  Cam pbell  przy bliży ł  obraz,  teraz  na  ekranie

widać by ło wy łącznie konty nentalną część Stanów Zj ednoczony ch. – A to oznacza, że staniem y
przed bardzo poważny m  dy lem atem , sierżancie. Nie m ożem y  wy grać i nie m ożem y  przegrać.

background image

–  Jakie  są  zatem   pańskie  rozkazy,  sir?  Sam   nie  będę  o  ty m   decy dował.  Co  m am

zrobić?

Zarządca zastanawiał się j eszcze przez chwilę. Wpatry wał się w m apę, j akby  m ógł

dostrzec znaj duj ący ch się na niej  ludzi.

–  Chcę,  by   bronił  pan  kolonii,  sierżancie.  Chcę,  by   bronił  pan  naszy ch  oby wateli.

Jednocześnie  żądam ,  aby   poczy nił  pan  j ak  naj m niej sze  straty   gospodarce  Stanów
Zj ednoczony ch i w j ak naj m niej szy m  stopniu osłabił ich zdolność obrony.

– Ha! Bułka z m asłem . Taj est. Zrobię co w m oj ej  m ocy, choć m uszę przy znać, że

pokonanie kogoś w taki sposób, by  m u j ak naj m niej  zaszkodzić, m oże się okazać m ocno trudne.

Cam pbell wy szczerzy ł zęby  w uśm iechu.
– Jeśli ktoś m oże tego dokonać, to ty lko pan, sierżancie.
–  Wielkie  dzięki.  Nie  m ogę  się  doczekać,  co  powie  Vic,  gdy   usły szy   o  ty ch

rozkazach.

–  Musi  się  o  nich  dowiedzieć  j ak  naj szy bciej ,  j a  też  powiadom ię  o  nich  m oich

asy stentów.  –  Zarządca  sięgnął  po  filiżankę  z  kawą.  –  W  ty m   m om encie  powinniśm y   wznieść
toast za przy szłe zwy cięstwo, nieprawdaż, sierżancie? Tak właśnie dziej e się na wszy stkich stary ch
wideodram ach.

– Mhm . Za co powinniśm y  wy pić, skoro nie j esteśm y  pewni, czy  zależy  nam  na

wy granej ?

– Chy ba za to, żeby  by ło dobrze. Już dawno nic nie j est j ak trzeba. Wy pij m y  więc

za to, by  bez względu na wy nik starcia wszy stko się poukładało.

–  Jasne.  Bez  względu  na  wy nik.  –  Stuknęli  się  filiżankam i  i  dopili  resztki  kawy,

krzy wiąc się z powodu j ej  gory czy.

– Co m am y  zrobić? – Vic udała, że uderza się otwartą dłonią w skroń, j akby  m iała

problem y  ze słuchem . – Mam y  wy grać, nie pokonuj ąc atakuj ącego nas przeciwnika? Chcesz m i
powiedzieć, że tak brzm ią rozkazy ?

– Mniej  więcej . – Stark wskazał na wy wołaną m apę okolic Makutry. – Masz j akieś

pom y sły ?

–  Żaden  z  nich  nie  nadaj e  się  do  wy powiedzenia  na  głos.  Wy bacz,  ale  rozkaz

zarządcy  koj arzy  m i się wy łącznie z pom y słam i tego idioty  Meecham a. – Rey nolds krąży ła po
pom ieszczeniu  szy bkim ,  ale  zarazem   pewny m   krokiem ,  j aki  wy robiła  sobie  w  ciągu  kilku  lat
służby  w niższej  grawitacj i. Kręciła przy  ty m  m ocno głową. – Ethan, definicj a tej  m isj i nie m oże
składać się z dwóch przeciwstawny ch celów.

–  Już  ci  to  wy j aśniałem ,  Vic.  Istniej ą  naprawdę  ważne  powody,  dla  który ch

m usim y  zadbać  o  oba  cele.  –  Uniósł  ręce,  okazuj ąc  kom pletną  bezradność.  –  Musisz  m i  w  ty m
pom óc.

– Odnoszę dziwne wrażenie, że m asz m nie za j akąś boginię, do której  wy starczy  się

pom odlić o zwy cięstwo, kiedy  nie m a się żadny ch szans.

– Dla m nie j esteś raczej  j edną z kapłanek takiej  bogini. Taką, która m oże się za m ną

wstawić.

Teraz to ona wy rzuciła w górę ręce.

background image

–  Jesteś  beznadziej ny.  Zwołałam   posiedzenie  sztabu.  Może  Lam ont  zna  j akąś

popieprzoną  takty kę  pancerniaków,  która  idealnie  się  nada.  Albo  Gordo  zdoła  w  końcu  zam ówić
j akiś cud dzięki sy stem owi aprowizacj i. Idziesz?

– Dołączę do was za kilka m inut. Dostałem  powiadom ienie, że w m oim  gabinecie

czeka gość z cy wilbandy.

– Cy wilbanda cię odwiedza? – Vic poruszy ła ustam i, j akby  chciała posm akować te

słowa, ale nie bardzo j ej  podeszły. – Któż to taki?

– Nie m am  poj ęcia. – Ethan powstrzy m ał uniesieniem  dłoni j ej  kolej ne py tanie. –

Tak, wiem , będę ostrożny. Ochrona prześwietliła tego gościa na okoliczność posiadania broni.

–  Dobra.  Jesteś  j uż  duży m   chłopczy kiem .  Do  zobaczenia  za  chwilę.  Może  twój

gość wy j awi ci cudowny  plan osiągnięcia obu celów za j edny m  zam achem .

Chwilę później  Stark stanął przed gościem , wy ciągaj ąc do niego rękę na powitanie.

Miał  przed  sobą  przedstawiciela  cy wilbandy,  ale  nie  takiego  zwy kłego,  ty lko  wy m uskanego
szczupłego  faceta,  który   nie  zarabia  m arny ch  groszy.  To  albo  dyrektor  korporacji,  aczkolwiek
niezbyt  wysokiego  stopnia,  skoro  musi  wykonywać  swoją  robotę  osobiście,  albo  prawnik.
Postanowił,  że  chwilowo  odrzuci  uprzedzenia,  j akie  poczuł  do  tego  człowieka,  uścisnął  m u  więc
dłoń, a potem  zasiadł za biurkiem .

– Co pana do m nie sprowadza, panie...
Cy wil  uśm iechnął  się  z  tak  niewy m uszoną  autenty cznością,  że  na  kilom etr  by ło

widać, iż j est to wy uczona reakcj a.

– Jones. Frank Jones.
– Pan Jones. – Ethan postukał od niechcenia palcem  w klawiaturę, akty wuj ąc ty m

sam y m  aparaturę nagry waj ącą przebieg spotkania. Nie okazał j ednak zdziwienia, gdy  czerwona
dioda,  widoczna  ty lko  od  j ego  strony,  poinform owała  go,  że  gość  m a  przy   sobie  urządzenie
uniem ożliwiaj ące dokonanie zapisu. Jones? Akurat. Ustalmy, dla kogo ten cwaniak pracuje.

Gość dokonał pobieżnej  inspekcj i gabinetu Starka, potem  pokiwał głową z aprobatą,

wskazuj ąc wiszący  na ścianie wy świetlacz, na który m  widniała powierzchnia Księży ca.

– Ładne biuro. Widzę, że nie należy  pan do ostentacy j ny ch ludzi.
– Jestem  za to bardzo zaj ęty. Czego pan ode m nie chce?
Uśm iech zm ienił się nieco, nadal by ł m iły, ale teraz j akby  bardziej  interesowny.
–  Mam   dla  pana  ofertę,  sierżancie  Stark.  Jak  rozum iem ,  woli  pan,  kiedy   ludzie

ty tułuj ą pana sierżantem ?

– Zgadza się.
–  Sierżancie  Stark,  m oi  pracodawcy   zaczy naj ą  się  niepokoić  kosztam i.  Mam

nadziej ę, że pan to także rozum ie.

– Dla kogo pan pracuj e, panie Jones?
Uśm iech gościa znów uległ lekkiej  zm ianie, w ty m  m om encie poj awiło się w nim

coś w rodzaj u zrozum ienia.

– Wiem , że w chwili obecnej  m a pan j uż doświadczenie w zarządzaniu dużą grupą

ludzi posiadaj ący ch wspólny  cel. Nie pom y lę się też wiele, j eśli powiem , że j est ono równie duże
j ak w przy padku dy rektora każdej  większej  korporacj i. Mam  także pewność, że to doświadczenie

background image

pozwoli panu zrozum ieć i docenić problem y, z j akim i bory kaj ą się m oi pracodawcy.

– Nadal nie usły szałem , dla kogo pan pracuj e, panie Jones.
– To nie m a teraz naj m niej szego znaczenia, sierżancie Stark. Naprawdę. Liczy  się

ty lko to, co m oi pracodawcy  są w stanie zaproponować za odrobinę współpracy  z pańskiej  strony.

Stark uniósł znacząco brew.
– Na j aki rodzaj  współpracy  liczą pańscy  pracodawcy  i dlaczego?
–  Dlaczego?  –  Jones  uśm iechał  się  teraz  protekcj onalnie.  –  Jeśli  koszty

przewy ższaj ą dochody, wszy scy  na ty m  tracą, sierżancie Stark. Dlatego tak bardzo liczy m y  się z
ogólny m i wy datkam i. Mówiąc wprost, woj na należy  do tej  właśnie kategorii wy datków, które w
ty m  przy padku m aj ą zby t wielki wpły w na bilans kosztów i przy chodów.

– Rozum iem . – Zatem pracujesz dla korporacji, dodał w m y ślach. Dla jednej albo i

więcej. Raczej to drugie, jak sądzę. Wspominałeś przecież o pracodawcach, nie o pracodawcy.

–  Wiem ,  że  pan  to  rozum ie.  Dlatego  aby   ograniczy ć  te  koszty,  zm niej szy ć

przewidy wane  straty   i  przy wrócić  zy skowność  inwesty cj i,  m oi  pracodawcy   m uszą  odzy skać
kontrolę nad tutej szy m i instalacj am i i sprowadzić na Księży c nowy ch pracowników, którzy  będą
przestrzegać postanowień podpisany ch kontraktów. Pan, sierżancie Stark, j est osobą, dzięki której
to pragnienie m oże stać się faktem .

Ty m  razem  Ethan uniósł obie brwi.
– Miło wiedzieć, że j estem  ważny.
–  Jest  pan  bardzo  ważny.  Każdy   m enadżer  bez  trudu  rozpoznaj e  utalentowanego

kolegę po fachu. I dbam y  o siebie wzaj em nie. Moi pracodawcy  chcą pana j edy nie zapy tać o to,
czy  będzie pan współpracował w osiągnięciu wspom niany ch celów.

– Przy  czy m  m am y  współpracować?
Pan  Jones  złoży ł  dłonie  na  kolanach,  poważniej ąc  w  j edny m   m om encie.

Przechodził do interesów.

–  Idealnie  by łoby,  gdy by   stworzy ł  pan  warunki  do  naty chm iastowego  zwrotu

własności m oim  pracodawcom .

– Mówi pan o doprowadzeniu do kapitulacj i kolonii?
–  Zgodzi  się  pan  ze  m ną,  że  kapitulacj a  w  obecny ch  warunkach  nie  j est  zby t

prawdopodobna.  Nie,  sierżancie  Stark,  wy konał  pan  kawał  solidnej   roboty,  żeby   do  tego  nie
doszło.  Obawiam   się  zatem ,  że  do  osiągnięcia  zakładany ch  celów  m ogłaby   doprowadzić  ty lko
porażka sił broniący ch kolonii.

–  Chce  pan  zatem ,  żeby m   doprowadził  do  przegranej   woj sk,  który m i  dowodzę?  –

Ethan nie um iał wy j ść z podziwu, że odpowiada nadal tak spokoj nie, j akby  rozm awiali o pogodzie.
Prawdę m ówiąc, zagotował się w środku.

– To nie m usi by ć coś tak ekstrem alnego. Wy starczy  wy ciek kodów bezpieczeństwa

albo  wirus  um ieszczony   w  sy stem ie,  który   zm y li  urządzenia  m onitoruj ące  teren.  Mógłby   pan
doprowadzić  do  bły skawicznego  zakończenia  tej   woj ny,  co  zredukowałoby   przy   okazj i  straty   po
obu stronach tego bezsensownego konfliktu.

– Rozum iem . Mógłby  m i pan przy pom nieć, dlaczego m iałby m  się na to zgodzić?
– Jak to dlaczego? Ze względu na obopólną korzy ść. – Frank Jones pochy lił się lekko,

j ego uśm iech em anował teraz wielką pewnością siebie. – Nie licząc tego, sierżancie Stark, że m oi
pracodawcy  zechcą pana za to sowicie wy nagrodzić. To chy ba oczy wiste.

– Jakżeby  inaczej .
– Zdaj ę sobie j ednak sprawę, że m ilion dolarów nie m a dzisiaj  takiej  wartości j ak

kiedy ś,  a  pańskie  usługi  m aj ą  dla  nas  ogrom ne  znaczenie.  Dlatego  upoważniono  m nie  do
zaproponowania  panu  stu  m ilionów  dolarów  ty tułem   wy nagrodzenia  za  tę  j edną  profesj onalną

background image

przy sługę. Zostaną one przelane na każde wskazane przez pana konto, rzecz j asna.

–  Rzecz  j asna.  –  Stark  z  trudem   zachował  spokój .  –  Takie  pieniądze  na  nic  m i  się

j ednak nie zdadzą, gdy  będę m artwy. Rząd chce m oj ej  głowy. Po przegranej  stanę przed sądem
polowy m  i trafię przed skrom ny  pluton egzekucy j ny.

–  Wiem y   o  ty m .  Dlatego  m usi  pan  „um rzeć”,  j akkolwiek  okropnie  by   to

zabrzm iało.  Przy naj m niej   dla  władz.  To  w  sum ie  prosta  sprawa.  Zostanie  pan  przewieziony   w
wy brane  m iej sce,  otrzy m a  nową  tożsam ość  i  będzie  m ógł  cieszy ć  się  zdoby tą  fortuną.  My   zaś
podrzucim y  tutaj  ciało innego człowieka, które zostanie zidenty fikowane j ako pańskie.

– Czy  ten, „inny  człowiek” nie będzie m iał nic przeciw, panie Jones?
–  Ależ  skąd.  Zapewniam ,  że  nie.  Za  odpowiednią  cenę  m ożem y   kupić  dowolne

ciało.  Znaj dziem y   kogoś  bardzo  podobnego  do  pana,  człowieka,  który   zm arł  z  przy czy n
naturalny ch. Wy starczy  kilka łapówek i podm iana dany ch w laboratorium , by  j ego DNA zostało
uznane za pańskie. To naprawdę bardzo proste.

–  Nie  wątpię.  Skąd  wiecie,  że  ktoś  podobny   um rze  akurat  wtedy,  gdy   będzie  to

potrzebne?

– Przecież ludzie um ieraj ą każdego dnia.
– Owszem . To prawda. – Kto powiedział, że każda śmierć jest efektem zatrzymania

pracy serca? Przyczyny naturalne, akurat. – Muszę panu przy znać, panie Jones, że pańska oferta
j est o wiele lepsza od tej , którą otrzy m ałem  j akiś czas tem u od generała Meecham a.

Uśm iech gościa zm ienił się w kpiący  gry m as.
– Z woj skowy m i nie sposób ubić dobrego interesu.
– Też tak sły szałem . – Stark odchy lił się w fotelu, j ego twarz stężała w m om encie. –

Pozwoli pan, że go oświecę. Nie będę zainteresowany  tą ofertą. Ani teraz, ani w przy szłości. Paru
rzeczy   i  niektóry ch  ludzi  nie  da  się  kupić.  Nawet  za  sto  m ilionów  dolców.  –  Jones  pokiwał
uprzej m ie  głową,  nadal  j ednak  m iał  na  ustach  ten  pewny   uśm iech.  –  Widzę  j ednak,  że  nie
przej m uj e się pan ty m , co powiedziałem ?

–  Dlaczego  m iałoby   by ć  inaczej ?  Ty le  razy   sły szałem   podobne  przem owy,  że

wiem , co tak naprawdę znaczą.

– I cóż to j est, panie Jones? – zapy tał Ethan, tak zniżaj ąc głos, że j ego gość m usiał

nadstawić ucha, by  go zrozum ieć.

–  Gam bit  otwieraj ący   drogę  do  dalszy ch  negocj acj i,  a  cóż  by   innego?  Nie

m usim y  ze sobą pogry wać. Moi pracodawcy  uważaj ą, że j est pan tutaj  kim ś w rodzaj u prezesa
korporacj i, więc są gotowi przedstawić pakiet...

Stark  wy m ierzy ł  palcem   w  kierunku  twarzy   gościa,  m inę  m iał  przy   ty m   tak

poważną, że tam ten zam ilkł w pół zdania.

– W ty m  m om encie kończy m y  to pieprzenie bez sensu. Nie, ty  obszczy m urku, nie

j estem  żadny m  prezesem . Nie spieprzę stąd z górą forsy, gdy  coś pój dzie nie tak. Nie pozwolę,
by   rzesze  współpracowników  niższego  stopnia  odpowiadały   za  m oj e  błędy.  Co  więcej ,  j estem
cholernie pewien, że nie zawiodę ludzi, którzy  m i zaufali i złoży li ży cie w m oj e ręce. – Sięgnął do
przy cisku  kom unikatora.  –  Centrala  Bezpieczeństwa,  tutaj   Stark.  Potrzebuj ę  pary   żandarm ów  do
wy prowadzenia  pana  Jonesa  poza  kom pleks  dowodzenia.  Proszę  też  przekazać  pani  Sarafinie  z
biura zarządcy, że ochrona kolonii powinna się nim  zainteresować.

To starło w końcu uśm iech z twarzy  Jonesa. Zbladł.
–  Chce  pan,  kom endancie,  aby śm y   przekazali  tego  cy wila  do  biura  cy wilnej

ochrony  kolonii?

– Zgadza się. Chcę też, by  reprezentantom  tego biura towarzy szy ła pani Sarafina.

Zrozum iano?

background image

–  Strażników  m ógłby   przekupić.  Stark  nie  zam ierzał  przekazy wać  więźnia

oferuj ącego  lekką  ręką  sto  m ilionów  zwy kły m ,  na  pewno  słabo  opłacany m   i  przepracowany m
funkcj onariuszom .

– Rozum iem , kom endancie. Już wy sy łam  do pana m oich ludzi.
– Świetnie. Upewnij cie się, że j edny m  z nich będzie dowódca zm iany. – Obecność

podoficera żandarm erii nie zapobiegnie próbom  przekupstwa, ale z pewnością j e utrudni.

Jones kręcił głową, wy glądał na zaniepokoj onego i zm artwionego zarazem .
–  To  zupełnie  niepotrzebne  zam ieszanie,  sierżancie  Stark.  Możem y   wy pracować

kom prom is,  nie  posuwaj ąc  się  do  pogróżek.  Obawiam   się  j ednak,  że  gdy   m oi  pracodawcy
usły szą o ty m  incy dencie, m ogą wy cofać ofertę. Musi pan...

– Nie m ów m i, co m uszę zrobić. – Ethan rzucił to takim  tonem , że Jones zgiął się,

j akby  otrzy m ał cios w brzuch. Siedział, m ilcząc j ak zaklęty, dopóki nie poj awili się żandarm i.

– Oto wasz więzień. Wiem , że przed wej ściem  tutaj  został przeszukany  pod kątem

posiadania  broni,  ale  nadal  m a  przy   sobie  sprzęt  anty podsłuchowy.  Niewy kluczone  więc,  że
przeoczono coś j eszcze. Pilnuj cie go dobrze i nie słuchaj cie, co m ówi.

Jeden z żołnierzy  zm ierzy ł siedzącego ponury m  wzrokiem .
– Mam y  go skuć, sir?
– Nie. Jeśli spróbuj e uciekać, dogońcie drania i rzućcie nim  kilka razy  o naj bliższą

ścianę. Ty lko nie zniszczcie przy  okazj i czegoś cennego.

– Taj est. Czegoś cennego na nim  czy  na ścianie, sir?
– Na ścianie.
– Taj est.
Żandarm i wy szli, prowadząc m iędzy  sobą Jonesa, na którego twarzy  znów poj awił

się j owialny, choć fałszy wy  uśm iech. Stark nie ruszy ł się z m iej sca j eszcze przez chwilę, potem
sięgnął do kom unikatora.

– Sierżant Yurivan? Muszę z tobą pogadać, Stacey.
–  Świetnie,  j a  też  chciałam   o  czy m ś  porozm awiać  –  odpowiedziała  dziwnie

zduszony m  głosem .

– Spotkaj m y  się więc na odprawie sztabu, którą właśnie zwołuj e Vic...
–  Nie.  Lepiej   będzie,  j eśli  porozm awiam y   na  osobności,  sir.  Wpadnę  do  pana  za

kilka m inut.

–  Dobrze.  –  Stark  rozłączy ł  się  i  wbił  wzrok  w  blat  własnego  biurka,  j akby

spodziewał się znaleźć tam  odpowiedź na taj em nicze słowa Yurivan. Czy żby  szy kował się kolej ny
bunt?  Stace  znalazła  j eszcze  j ednego  szpiega?  Albo  gorzej ,  wie,  że  tu  j est,  ale  nie  um ie  go
nam ierzy ć?

Przy by ła  chwilę  po  ty m ,  j ak  skończy ł  wprowadzać  zarządcę  w  tem at  Franka

Jonesa.

–  Cześć,  Stace.  Siadaj .  –  Rozłączaj ąc  się,  opadł  wy godniej   na  oparcie  fotela.

Pozwolił,  by   zauważy ła  dręczące  go  zaciekawienie.  Yurivan  usiadła  na  krześle  i  spoglądała  na
niego ponuro, dopóki nie odezwał się ponownie. – Dobra, Stace, o co ty m  razem  chodzi? Po co ta
pry watna rozm owa i grobowa m ina?

–  Chciałam   porozm awiać  na  osobności,  ponieważ  czuj ę  się  paskudnie.  Mało

brakowało, a zrobiłaby m  coś, czego żałowałaby m  do końca ży cia.

– Jeśli spróbuj esz m nie pocałować, przy walę ci z liścia.
Sły sząc taką odpowiedź, uśm iechnęła się szeroko.
– Są rzeczy, który ch nie zrobiłaby m  za żadne skarby  świata. A to j edna z nich.
– Dzięki. Wy pluj  to wreszcie z siebie. Nie m am y  całego dnia.

background image

Znów wy glądała na rozwścieczoną.
–  Muszę  ci  o  czy m ś  powiedzieć.  Rozm awiałam   właśnie  z  facetem   nazwiskiem

Maguire.

– Maguire? Nie znam  tego nazwiska. Z której  j ednostki?
– Z żadnej , Stark! Maguire to szef CIA. Wiesz, szef wszy stkich agentów.
– Wiem , czy m  j est CIA. Czegóż chciał ten superagent Maguire?
–  A  j ak  m y ślisz?  Próbował  m nie  przekabacić  na  swoj ą  stronę.  Chciał,  żeby m

pom ogła  rządowi  zaprowadzić  tutaj   porządek.  W  zam ian  proponował  niezłą  odprawę  i  nową
tożsam ość.

–  Hm .  –  Stark  potarł  brodę,  potem   przy j rzał  się  uważniej   Yurivan.  Ciekaw  jestem

ilu jeszcze ludzi w kolonii próbowano przekabacić podobnymi ofertami. – Nie wiedziałem , że szef
CIA osobiście werbuj e agentów.

– Ja też. Widocznie j estem  dla nich kim ś wy j ątkowy m .
–  Jesteś  wy j ątkowa,  to  fakt.  Skoro  o  ty m   rozm awiam y,  dom y ślam   się,  że

odm ówiłaś dobicia targu?

–  Tak.  Nie  ły knęłam   przy nęty.  Słuchaj ,  Stark,  robię  wiele  rzeczy   po  swoj em u  i

lubię iść na układziki, ale nigdy  nie wbiłam  nikom u noża w plecy. I nie zrobię tego. Choć powiem
szczerze, poczułam  się m ile połechtana tak hoj ną ofertą.

– Dlaczego m i o ty m  wszy stkim  m ówisz, skoro odrzuciłaś j ego propozy cj ę?
Znowu  by ła  wściekła,  choć  Ethan  nie  m iał  pewności,  czy   na  niego  czy   na  kogoś

innego.

– Dlatego, że z nim  rozm awiałam . Okay ? Prędzej  czy  później  i tak by ś się o ty m

dowiedział.  Sierżant  Yurivan  gada  z  przeciwnikiem .  Może  coś  negocj uj e.  I  zażądałby ś  m oj ej
głowy  na tacy.

Stark przy taknął.
–  Mówiąc  m i  o  ty m   teraz,  kry j esz  swoj ą  dupę.  Dobra.  Rozum iem .  Ale  dlaczego

j esteś ty m  tak rozwścieczona? Żal ci, że nie przy j ęłaś j ego oferty ?

–  Ha!  Ostrzegałam   cię,  Stark,  nie  próbuj   na  m nie  tego  psy chologicznego  bełkotu.

Jestem  wściekła, ponieważ czekam , aż m nie wy walisz.

– Mam  cię wy walić? Z j akiego powodu?
– Z takiego, że nie m ożesz m i j uż ufać! Dlaczego j a m uszę ci to m ówić?
–  Może  dlatego,  że  głupi  j akiś  j estem .  Wy pluj   to  z  siebie  wreszcie.  Opowiedziałaś

m i o wszy stkim . Dlaczego m iałby m  ci nie ufać?

Gapiła się na niego przez dłuższą chwilę, potem  wy buchnęła śm iechem .
–  Ty   j esteś  j akiś  inny,  Stark.  Dobra.  A  j eśli  skłam ałam ?  Jeśli  przy j ęłam   ofertę

Maguire’a?

– Nie m ówiłaby ś m i tego wszy stkiego, gdy by ś wzięła pieniądze.
–  Chy ba  że  chciałaby m   chronić  własną  dupę  na  wy padek,  gdy by ś  odkry ł,  iż

rozm awiam  z wrogiem . „No tak, Yurivan m i o ty m  wspom inała, j est okay ”. Rozum iesz?

–  Rozum iem .  Uczy łaś  się  m y śleć  w  tak  pokrętny   sposób  czy   przy chodzi  ci  to  w

naturalny  sposób?

–  To  dar.  Miej m y   to  j uż  za  sobą,  Stark.  Wy lej   m nie.  Zam knij .  Cokolwiek.  Chcę,

żeby  to się j uż skończy ło.

–  Nie  wątpię.  Po  ty godniu  zarządzałaby ś  z  celi  całkiem   pokaźną  siatką

przem y tników.  –  Stark  odchy lił  się,  szczerząc  zęby.  –  Powiadasz,  że  powinienem   cię  wy walić,
ponieważ  CIA  wy słała  kogoś,  by   zapukał  do  twoich  drzwi.  A  m oże  im   o  to  właśnie  chodziło,
Stace? A w każdy m  razie m oże j est to część planu?

background image

– Co? O czy m  ty  m ówisz?
– O zasianiu niepewności. Jeśli ktoś ły knie przy nętę, ty m  lepiej . Będą m ieli agenta

tam ,  gdzie  go  naj bardziej   potrzebuj ą.  A  j eśli  nie  zdziałaj ą  nic,  j a  stracę  zaufany ch  ludzi,
ponieważ  nie  będę  pewien,  co  naprawdę  zrobili,  a  wy rzucaj ąc  kogoś  takiego  j ak  ty,  stracę
cennego współpracownika, a nawet bardzo cennego, który  chronił skutecznie nie ty lko m nie, ale i
resztę  m ałpoludów.  Tak  czy   owak  dom okrążcy   Maguire’a  wy gry waj ą,  a  m y   przegry wam y.
Zgadza się?

Teraz to ona przy taknęła niechętnie, na j ej  twarzy  zauważy ł też cień podziwu.
– Owszem . O ty m  nie pom y ślałam . A to dobre. Wciąż m nie zaskakuj esz, Stark.
Kiedy wreszcie przestaniecie mi to powtarzać?
–  Dzięki.  Chy ba.  Poza  ty m   nie  ty   j edna  otrzy m ałaś  dzisiaj   podobną  ofertę.  Przed

chwilą by ł tutaj  facet, który  próbował m nie przekupić. Dlatego cię wzy wałem .

–  Przekupić?  –  Yurivan  wy prostowała  się,  zainteresowało  j ą  to  pom im o  podłego

nastroj u. – Kto chciał się z tobą układać?

–  Nie  powiedziano  m i  tego  wprost,  ale  dom y śliłem   się,  że  owi  taj em niczy

pracodawcy  to właściciele korporacj i próbuj ący  odzy skać kontrolę nad infrastrukturą kolonii. W
każdy m   razie  gadał  j ak  nawiedzony   korporacj onista.  Przy pochlebiał  się,  porównuj ąc  m nie  do
m enadżerów wy ższego stopnia.

– To nie by ło zby t m ądre posunięcie w j ego sy tuacj i. Ile ci proponował?
Stark wzruszy ł ram ionam i.
– Sto m ilionów.
– Sto m ilionów dolarów? I ty  powiedziałeś nie?
– A ty  by ś nie odm ówiła?
– Nie poruszaj m y  tego tem atu, proszę. Gdzie j est ten facet?
Stark zerknął na zegarek.
– Naj prawdopodobniej  zapoznaj e się z celą w więzieniu kolonii.
– Idę o zakład, że nie j est przy tulniej sza od pokoj u w pięciogwiazdkowy m  kurorcie.
– Nie powinna by ć. Hej , m oże ten koleś też pracował dla Maguire’a? W sum ie nie

powiedział, kto j est j ego szefem . Sugerował ty lko, że to m a coś wspólnego z korporacj am i.

Teraz to Yurivan wzruszy ła ram ionam i.
– To m ożliwe, ale nie każdy  czarny  charakter na ty m  świecie m usi pracować dla

CIA. Wielu robi to na pewno, ale nie wszy scy.

–  Na  przy kład  ty   nie  j esteś  na  liście  płac  agencj i.  –  Uśm iechnęła  się,  sły sząc  te

słowa. – Powiem  to wprost, Stace. Ufam  ci. Jeden Bóg wie dlaczego.

– Jak sam  przed chwilą przy znałeś, j esteś po prostu głupi.
–  Zgadza  się.  Tak  powiedziałem .  Ale  ty   okręciłaby ś  sobie  wokół  palca  nawet

naj większego  cwaniaka  na  Księży cu.  Zgadza  się?  Dlatego  zaproponowałem   ci  posadę  szefa
ochrony.  I  nie  m am   powodów  do  narzekań.  Choć  przy znam ,  że  wolałby m ,  aby ś  by ła  nieco
karniej sza od czasu do czasu, ale poza ty m  nie m am  do ciebie zastrzeżeń.

Skinęła głową, po twarzy  by ło widać, że coś sobie kalkuluj e.
– Co zatem  proponuj esz, Stark? Zapom inam y  o sprawie?
–  Nie.  Spisuj em y   raporty,  j a  o  m oim   spotkaniu  z  ty m   gościem ,  ty   o  rozm owie  z

Maguire’em .

– Dobry  pom y sł. Potem  opowiem y  wszy stkim , co nam  proponowano.
– Wszy stkim ? Dlaczego?
–  Jeśli  ogłosim y,  że  kontaktowano  się  z  nam i,  ale  odrzuciliśm y   oferty   rządu,

wszy scy,  do  który ch  dotarto  w  ten  sposób,  zrozum iej ą,  że  wiem y,  co  j est  grane,  i  badam y

background image

sprawę. Będą m ieli większego stracha przed ły knięciem  łapówek czy  co tam  im  zaproponowano.

–  To  doskonały   pom y sł  –  przy znał  Stark.  –  Znasz  się  na  takich  sprawach.  Na

szpiegowaniu, zabezpieczaniu i całej  reszcie. Czy m  się zaj m owałaś, Stace, zanim  wdepnęliśm y  w
to gówno?

– Ja? By łam  niewinną dziewicą, Stark. Czy stą j ak świeży  śnieg.
– Nie wątpię. Jestem  też pewien, że opchnęłaby ś m i ten śnieg z odpowiednio dużą

zniżką.

– Gdy by ś by ł chętny, przy gotowałaby m  dla ciebie j ednorazową ofertę. Dałaby m

ci też na niego gwarancj ę ważną aż do chwili stopienia.

– Wy noś się, Stace. Widzim y  się na odprawie w sztabie.
– Tak j est, kom endancie.
Yurivan  wstała,  zasalutowała  z  przesadną  precy zj ą,  a  potem   odm aszerowała  w

ry tm  m elodii, którą ty lko ona sły szała.

Stark leżał w pobliżu pierwszej  linii obrony  am ery kańskiej  kolonii, przy glądaj ąc się

przedpolu  przez  opuszczony   wizj er  hełm u.  Skanery   wy kry wały   ruch  nieprzy j aciela  po  drugiej
stronie linii frontu, a także każdego z j ego własny ch żołnierzy, którzy  poruszy li się obok lub z ty łu.
Niedaleko po prawej  znaj dował się bunkier, w który m  czuwała druży na odpowiedzialna za obronę
tego odcinka  pery m etru. Ludzie  ukry ci za  ty m i um ocnieniam i  przy glądali się  uważnie  każdem u
poruszeniu, każdej  em isj i i nawet naj m niej szej  anom alii m ogącej  zwiastować ruchy  wroga. Jeśli
sum a  ty ch  spostrzeżeń  przekroczy   kry ty czną  wartość,  sy stem y   uznaj ą,  że  j est  to  próba  ataku,  i
broń  ukry ta  wokół  pozy cj i  Starka  naty chm iast  rozpocznie  ostrzał,  posy łaj ąc  granaty   i  pociski  w
kierunku każdego śm iałka, który  okaże się na ty le głupi, by  testować sprawność obrońców kolonii.
Po  drugiej   stronie  przedpola  podobne  bunkry   i  sy stem y   czekały   na  każdą  oznakę  akty wności  sił
Starka.  Teren  leżący   pom iędzy   obiem a  liniam i  um ocnień  ochrzczono  j uż  dawno  tem u  m ianem
strefy  śm ierci. By ła to bardzo odpowiednia nazwa, o czy m  przekonał się niem al każdy  żołnierz,
który  próbował pokonać tę księży cową równinę.

Od j akiegoś czasu panował na niej  j ednak spokój , wy pady  należały  do rzadkości, a

ich  zadaniem   by ło  co  naj wy żej   sprawdzenie  czuj ności  przeciwnika.  Stark  nie  zam ierzał  tracić
ludzi  podczas  testowania  um ocnień  wroga.  Wcześniej sze  próby   ich  zdoby cia  okupiono
dostatecznie  wy sokim i  stratam i,  a  skoro  rebelia  zakończy ła  długofalowy   plan  przej m owania
kolej ny ch  tery toriów,  nie  by ło  sensu  o  nie  walczy ć.  Wróg  z  kolei  ucierpiał  m ocno  podczas
kilkuletnich  prób  przełam ania  obrony   kolonii,  a  i  ostatnio  zbierał  ostre  cięgi  dzięki  nowej ,
elasty cznej   i  nieprzewidy walnej   takty ce  stosowanej   przez  oddziały   Starka.  Księży cowa  woj na,
wciąż tak kosztowna, wy ssała w końcu woj owniczość z uczestniczący ch w niej  ludzi. Spokój , j aki
zapanował  na  linii  frontu,  nie  by ł  efektem   czy j egoś  zwy cięstwa  albo  porażki.  W  ty m   wy padku
chodziło raczej  o wy czerpanie żołnierzy, skarbców narodowy ch i idei.

Ten  spokój   nie  m ógł  trwać  j ednak  długo,  j ego  kres  nadej dzie,  gdy   ty lko  zostaną

zakończone prace, które Stark obserwował po drugiej  stronie strefy  śm ierci.

Większa część ty ch robót odby wała się w ukry ciu. Opancerzone buldożery  zebrały

warstwę  py łu  i  gruntu  otaczaj ącego  zaj m owane  od  lat  pozy cj e,  usy puj ąc  z  nich  wy soki  wał
przesłaniaj ący   wy lot  Makutry.  Jego  wy sokość  nie  dorówny wała  wprawdzie  boczny m   ścianom

background image

krateru,  ale  wy starczała  do  ukry cia  wszy stkiego,  co  działo  się  na  dnie  doliny.  Drgania  gruntu,
analizowane  skrupulatnie  przez  techników  Starka,  świadczy ły   o  pospieszny m   wkopy waniu
prefabry kowany ch um ocnień oraz ciągnący ch się m iędzy  nim i pasów czuj ników, dzięki który m
przeciwnik  m ógł  bez  przeszkód  obserwować  ruchy   buntowników.  Przekopano  także  co  naj m niej
j eden  tunel  pod  wałem ,  a  m oże  nawet  kilka,  tego  j uż  technicy   nie  by li  tak  pewni,  ponieważ
zam askowano wy loty  ty ch przej ść, pozostawiaj ąc cienką warstwę gruntu po zewnętrznej  stronie,
taką, którą m ożna bez trudu wy sadzić, gdy  całość będzie j uż gotowa do uży cia.

Wahadłowce  lądowały   co  chwilę,  na  czarny m   j ak  sm oła  niebie  w  głębi  Makutry

widać by ło opadaj ące j asne światła i obłoki py łu unoszące się nad nowo wy budowany m  portem
kosm iczny m .

Traj ektorie 

wahadłowców 

przechodziły  

skraj em  

pola 

rażenia 

broni

przeciworbitalnej  kolonistów, ale Stark zabronił strzelania do ty ch m aszy n. Nie wiedział bowiem ,
co  i  kogo  m ogą  przewozić,  a  nie  m iał  ochoty   odpowiadać  za  strącenie  transportowca
wy pełnionego am ery kańskim i żołnierzam i.

Stacey   twierdziła,  że  wie  z  pewny ch  źródeł,  iż  Pentagon  wy słał  do  bazy   w

Makutrze wzm ocnioną bry gadę z drugiej  dy wizj i. Ilu m ogło w niej  służy ć ludzi? Wiem tylko tyle,
że  druga  nie  m iała  pełnego  składu  osobowego.  Jeśli  przy słano  tutaj   całą  bry gadę,  na  Ziem i
pozostało co naj wy żej  drugie ty le żołnierzy. A m oże nawet m niej . Dlaczego podj ęli aż tak wielkie
ry zy ko?  Jedna  bry gada,  nawet  dy sponuj ąca  naj nowocześniej szy m   sprzętem ,  nie  j est  w  stanie
obronić całego kraj u. Co będzie, gdy  który ś z dawny ch wrogów uzna, iż nadszedł naj wy ższy  czas
na przekroczenie granicy, i wy śle dy wizj ę na któreś z naszy ch m iast? Co zrobim y, by  odeprzeć  te
wojska? Zrzucimy atomówkę na własne miasto?

Stark  zdawał  sobie  doskonale  sprawę,  że  zobaczy łby   ten  sam   obraz  i  odebrał  te

sam e  odczy ty,  gdy by   obserwował  Makutrę  na  ekranach  centrum   dowodzenia.  Leżał  j ednak
pom iędzy   głazam i  i  przy glądał  się  tem u  wszy stkiem u  osobiście,  rozm y ślaj ąc  i  przy swaj aj ąc
kolej ne  inform acj e.  Muszę  zapoznać  się  z  tym  terenem,  muszę  wiedzieć,  jak  tu  jest.  I  to  zanim
Jabbersmoki zamienią tę okolicę w piekło.

– Ethan?
– Tak, Vic?
– Dom y ślam  się, że nie zobaczy łeś tam  nic, czego nie widziałeś j uż wcześniej ?
–  Fakt.  –  Uśm iechnął  się,  a  potem   cofnął  nieco,  by   spoj rzeć  w  lewo,  w  m iej sce,

gdzie leżała odziana w pancerz boj owy  Rey nolds. – Jabbersm oki zostaną wy puszczone tunelem .
Albo tunelam i, bo j est ich tam  chy ba więcej .

– Ty le to j uż wiedzieliśm y. Zorientuj em y  się, że j e wy puścili, gdy  ty lko wy sadzą

wy j ścia tuneli.

– Racj a. Nie zapom inaj m y  też, że obłoki py łu i odłam ków z eksplozj i kierunkowy ch

osłonią atakuj ące nas blaszaki. – Vic zam ilkła na chwilę. – A j eśli nanopociski nie zadziałaj ą? Jeśli
będziem y  m usieli zaj ąć się robotam i w trady cy j ny  sposób?

– Zniszczy m y  j e po starem u.
– Nie wy j eżdżaj  m i tu ze sloganam i, Ethan. Musim y  się upewnić, że każdy  strzelec

będzie gotowy  wy m ienić am unicj ę na standardową, gdy  ty lko dam y  znak.

– Świetny  pom y sł. Powiadom im y  o ty m  wszy stkich. – Stark przy glądał się pracom

za  wałem   j eszcze  przez  chwilę,  próbuj ąc  zidenty fikować  przepełniaj ące  go  em ocj e,  w  końcu
zaśm iał się pod nosem , gdy  zrozum iał, z czy m  m a do czy nienia. – Hej , Vic, chcesz usły szeć coś
zabawnego?

– Przy da m i się chwila rozry wki.
–  Nie  chodziło  m i  o  żart,  ty lko  o  coś  niety powego.  –  Stark  nie  spuszczał  wzroku  z

background image

Makutry,  gdy   wy powiadał  te  słowa.  –  Patrzę  na  to,  co  oni  tam   robią,  i  m y ślę:  „Zgadza  się.  Tak
właśnie postępuj em y ”.

– Słucham ?
–  Tak  m y   to  robim y.  My,  Am ery kanie.  Buduj em y   różne  rzeczy.  Spój rz  ty lko!

Usuwam y   grunt,  ustawiam y   konstrukcj e,  tworzy m y   wielkie  rzeczy.  Czy   to  nie  faj ne?  Jesteśm y
Am ery kanam i, budowniczy m i.

– Jesteś beznadziej ny, Ethan. Nie chcę przekłuwać tego balonika sam ozadowolenia,

ale j edy ny m  powodem , dla którego oni coś tam  buduj ą, j est chęć przy j echania tutaj  i zniszczenia
wszy stkiego, co m y  stworzy liśm y. Łącznie z tobą i ze m ną.

– Wiem , wiem . A co ty  m y ślisz o ty m  cały m  budowaniu?
Vic odpowiedziała m u wolno, j akby  zastanawiała się nad każdy m  zdaniem .
– Mam  kilka przem y śleń. Stacey  przekazała m i nowe inform acj e na chwilę przed

wy j azdem  w teren.

– Dobre czy  złe?
–  Sły szałeś  kiedy ś  o  dobry ch?  Twierdzi,  że  część  żołnierzy   tej   bry gady   została

przeniesiona z inny ch j ednostek.

– O ty m  wiedzieliśm y. Musieli przenieść ich z inny ch bry gad.
–  Nie,  Ethan.  To  znaczy,  że  sprowadzono  ich  spoza  drugiej   dy wizj i.  Mam y   przed

sobą część ocalały ch z trzeciej .

–  Z  trzeciej   dy wizj i.  –  Stark  spoj rzał  raz  j eszcze  na  drugi  koniec  strefy   śm ierci,

przy pom inaj ąc  sobie  niedobitków  z  trzeciej ,  który ch  po  buncie  odsy łano  na  własną  prośbę  z
powrotem  na Ziem ię. Większość zdecy dowała się tam  wrócić, w ty m  przy j aciel Ethana, sierżant
Rash Paratnam . Chłopie, nie  zostawiłeś na  mnie suchej  nitki, gdy  zaproponowałem ci  zostanie  na
Księżycu.  Mało  mi  głowy  nie  odgryzłeś.  Ale  to  ja  musiałem  ci  wtedy  powiedzieć,  że  twoja  siostra
poległa w ofensywie Meechama. A teraz możesz być tam. Co będzie, gdy staniemy naprzeciw siebie
z bronią gotową do strzału? Czy ja trafiłem do piekła? – Podała j akieś nazwiska?

–  Nie.  –  Chwila  przerwy.  –  Ja  też  m am   kilkoro  przy j aciół  w  tej   j ednostce.  Ale  to

j eszcze nie naj gorsza wiadom ość.

– Nie wiem , czy  chcę o ty m  sły szeć.
–  Buntownicy   z  piątego  bata.  Ci,  który ch  odesłaliśm y   do  dom u  na  wy m ianę  za

rodziny  kolonistów. Ich też wcielono do drugiej  dy wizj i.

– Po j aką cholerę? My ślisz, że zgłosili się na ochotnika?
–  Poważnie  m ówiąc,  wątpię.  Wy słano  ich  tutaj ,  ponieważ  to  j edy ni  księży cowi

weterani w arm ii. Żołnierzom  drugiej  dy wizj i brak oby cia w takich warunkach.

–  Chy ba  m asz  racj ę.  A  niech  to.  Dopiero  co  zastanawialiśm y   się,  czy   będziem y

um ieli strzelać do Am ery kanów, a teraz okazuj e się, że niektóry ch z nich m ożem y  znać osobiście.

–  Wiem y   ty le,  że  oni  będą  strzelać  do  nas.  W  trakcie  buntu  nie  m ieli

naj m niej szy ch oporów.

–  Owszem .  –  Stark  przebiegł  w  m y ślach  listę  żołnierzy   z  piątego  bata.  Ty ch

trzy dziestu  naj bardziej   zaangażowany ch  za  bardzo  zalazło  m u  za  skórę,  by   m ógł  ich  ot,  tak
zapom nieć. – Nie. Wiedza o ty m , kim  są, w niczy m  nam  nie pom oże. Wspom inałaś j ednak o kilku
wiadom ościach. Jakie są pozostałe?

–  Zaczy nam   się  zastanawiać,  czy   nie  zapom nieliśm y   o  czy m ś  ważny m ,  kiedy

rozm awialiśm y  o Jabbersm okach.

– O czy m  m ówisz?
–  Leżąc  tutaj   i  patrząc  na  strefę  śm ierci,  którą  m uszą  pokonać,  zaczęłam   sobie

przy pom inać,  j akie  rozkazy   otrzy m y waliśm y   na  taki.  Trepy   dy ktowały   nam   każdy   krok,

background image

pam iętasz?

–  Jeszcze  długo  tego  nie  zapom nę.  Uznaliśm y,  że  blaszaki  zostaną  wy posażone  w

supertaki, aby  m ogły  otrzy m ać równie szczegółowe instrukcj e.

– To bardzo ważne, Ethan. Sam  pom y śl. Zawsze otrzy m y waliśm y  bardzo dokładne

rozkazy :  zróbcie  to,  idźcie  tam ,  zróbcie  tam to.  Jabbersm oki  będą  m iały   do  czy nienia  z  czy m ś
podobny m .

– Na pewno.
– A co robiliśm y, j eśli trafiliśm y  na nieprzewidzianą przeszkodę? Na coś, czego nie

by ło na taku?

Stark  nie  m ógł  wzruszy ć  ram ionam i  w  pancerzu,  dlatego  uczy nił  ten  gest  ty lko

m entalnie.

–  Im prowizowaliśm y.  Obchodziliśm y   przeszkody.  Robiliśm y,  co  się  dało...  Chy ba

wiem , do czego zm ierzasz.

–  Mhm .  Trepy   od  dawien  dawna  pragnęły   żołnierzy,  którzy   nie  m y ślą,  ty lko

wy konuj ą  rozkazy   co  do  j oty.  I  dostali  ich  w  końcu  pod  postacią  Jabbersm oków.  Jeśli  więc  nie
będą m ieli z nim i bezpośredniej  łączności, będą m usieli polegać wy łącznie na dany ch zapisany ch
na takach.

– Wy starczy  więc nam ieszać w celach zaplanowanej  akcj i...
–  Bingo.  Blaszaki  zostaną  zm uszone  do  działania  na  własną  rękę.  Nie  m am y

porówny walnego refleksu ani szy bkości ty ch m aszy n, ale idę o zakład, że poradzim y  sobie lepiej
w  warunkach  boj owy ch  niż  j akakolwiek  sztuczna  inteligencj a,  którą  zaim plem entowano
blaszakom .

Stark  przy glądał  się  skanom   okolicy,  sprawdzaj ąc  raz  j eszcze  rozm ieszczenie

um ocnień  i  ukształtowanie  terenu.  Przeciwnik  nie  znał  dokładnego  rozmieszczenia  wszystkich
bunkrów,  więc  Jabbersmoki  otrzymają  rozkaz  atakowania  terenów,  na  których  powinny  się
znajdować umocnienia. Tak. Możemy namieszać blaszkom pod sufitem. To na pewno nie zaszkodzi,
a może bardzo pomóc.

– Dzięki, Vic. Cieszę się, że j esteś po m oj ej  stronie.
– Zam knij  się. Jestem  pewna, że m ówisz to każdej  dziewczy nie. – Stark zauważy ł,

że j ej  ikonka przesuwa się w ty ł. – Mam  j uż dość bezpośredniej  bliskości przeciwnika. Idziesz?

– Zaraz. – Leżąc w pełny m  pancerzu na m artwy ch skałach Makutry  i obserwuj ąc

przy gotowania wroga do ataku, poczuł się wreszcie j ak u siebie.

Gdyby  podczas  odpraw  można  rozwiązać  każdy  omawiany  problem,  już  dawno  nie

mielibyśmy czym się przejmować.

–  To  chy ba  nasze  ostatnie  spotkanie  przed  rozpoczęciem   wielkiego  ataku.  Dlatego

proszę  was  wszy stkich,  aby ście  zastanowili  się,  i  to  poważnie,  czy   j est  coś,  co  m ogliśm y
przeoczy ć.  Rzeczy   nieistotne  i  bardzo  ważne.  Na  j akie  py tanie  nie  uzy skaliśm y   j eszcze
odpowiedzi.

Stacey  Yurivan uśm iechnęła się lekko, zanim  zapy tała nieobecny m  głosem :
– Po to tu j esteśm y ?
– Chy ba ty lko po to, by  utrudniać m i ży cie. Z twoj ego py tania wnoszę, że nie m asz

background image

nic nowego do zam eldowania?

–  Niezupełnie.  Dem onstracj e  na  Ziem i  przy bieraj ą  na  sile.  Wy gląda  na  to,  że

ludziom   spodobały   się  twoj e  zapewnienia,  iż  nie  zam ierzasz  rozpieprzać  Dy stry ktu  Colum bia.
Nawiasem   m ówiąc,  puszczenie  w  lud  ty ch  pogłosek  przed  planowany m   wy wiadem   by ło
świetny m  posunięciem .

– Dzięki. Rząd ułatwił m i sprawę.
– Rozum iem . Na razie nie udało im  się powiązać twoj ego oj ca z ty m i przeciekam i.

A  narastaj ący   wciąż  baj zel  zm usza  rządzący ch  albo  do  podj ęcia  zdecy dowanej   akcj i,  albo  do
zaprzestania działań. Dlatego obiecano ludziom , że kolonia zostanie odzy skana do końca m iesiąca,
a  bunt  stłum iony.  –  Vic  zerknęła  w  kalendarz.  –  Do  wy znaczonego  term inu  został  im   j uż  ty lko
ty dzień.

–  Świetnie,  Rey nolds.  Zasłuży łaś  na  pączka.  Dom y ślam   się,  że  generałowie

dowodzący   tą  operacj ą  posrali  się  ze  szczęścia  po  ty m ,  j ak  polity cy   wy j awili  opinii  publicznej
term in przewidy wanego ataku. Co by  tu j eszcze powiedzieć? Na giełdzie kolej ne tąpnięcie kursów
wy wołane  działaniam i  kraj ów,  w  który ch  nasze  korporacj e  dopinały   kontrakty   przy   pom ocy
am ery kańskich,  dodaj m y :  chwilowo  niedostępny ch  na  ziem i,  żołnierzy.  Czy li  j est  j ak  zwy kle:
polity czny, ekonom iczny  i społeczny  burdel.

– Kom endancie Stark? – Wszy stkie oczy  zwróciły  się ku szeregowem u Mendozie. –

Zastanawiam   się,  czy   rząd  nie  wie  przy padkiem   o  naszy ch  środkach  zapobiegawczy ch  przeciw
robotom .

–  O  nanopociskach?  –  Ethan  zm arszczy ł  brwi.  –  Dlaczego  tak  m y ślisz?  Wiem ,  że

nie m a idealny ch barier ochronny ch, ale robiliśm y  co w naszej  m ocy, by  wy ciszy ć sprawę ich
uży cia.

– Wiem , sir. Niem niej  w kolonii aż huczało, gdy  ludzie dowiedzieli się o stłum ieniu

buntu bez zabicia choćby  j ednego żołnierza. Z tego, co wiem , inform acj e o ty m  ukazały  się także
w kilku sieciach wizy j ny ch, które m aj ą tutaj  swoich reporterów. Co więcej , sam i odesłaliśm y  na
Ziem ię  naj bardziej   akty wny ch  buntowników.  A  ci,  m im o  że  nie  wiedzieli  nic  o  broni,  j aką  ich
potraktowano, m ogli opisać efekty  j ej  działania.

–  Racj a.  –  Stark  potarł  zarost  na  policzku,  przy glądaj ąc  się  kolej no  zebrany m .  –

Czy   to  wy starczy łoby   Pentagonowi  do  zrozum ienia,  że  dezakty wowaliśm y   pancerze
buntowników za pom ocą nanobotów? Stacey ? Vic?

Rey nolds pokręciła głową.
– Trudno powiedzieć. Nie m ożem y  j ednak wy kluczy ć, że ktoś w Pentagonie doznał

ataku  zdroworozsądkowego  m y ślenia  i  wpadł  na  to,  że  nanoboty   uży wane  przeciw  pancerzom
nadaj ą się także do unierucham iania Jabbersm oków. A j eśli tak, z pewnością opracowano j akieś
środki zapobiegawcze. Szkoda, że nie pom y ślałeś o ty m  wcześniej , Mendoza...

– Przepraszam , sierżancie Rey nolds, j a ty lko...
–  Nic  się  nie  stało,  Mendo  –  przerwał  m u  Stark.  –  Nie  m ożem y   m ieć  do  ciebie

pretensj i  o  to,  że  zauważy łeś  coś,  o  czy m   nikt  z  nas  nie  pom y ślał.  Reasum uj ąc,  w  naj gorszy m
przy padku,  j eśli  Mendoza  m a  racj ę,  Pentagon  wie  o  nanopociskach.  Co  trzeba  zrobić,  by
powstrzy m ać ich działanie?

Zaczęli się sprzeczać, próbuj ąc znaleźć odpowiedź.
– Pancerze kom órkowe? Czy  to by  zadziałało?
– Nie. A co powiecie o wzm ocnieniu punktowy m ?
–  Przeciw  pociskom   karabinowy m ?  Nie  m a  m owy.  Mogli  zrobić  szy bsze  i

trudniej sze do trafienia m aszy ny...

–  Tego  m ożna  dokonać  ty lko  w  j eden  sposób:  pozbawiaj ąc  j e  opancerzenia!  Kto

background image

chciałby...

Debatę przerwała dopiero Bev Manley, stukaj ąc dłonią w blat stołu.
– Zapom inacie o czy m ś, ludzie. Jeśli Pentagon dowiedział się, że uży wam y  takiej

am unicj i, m ógł zam ówić identy czną. Niewy kluczone, że będziem y  m usieli stawić czoło podobnej
broni.  A  to  oznacza,  że  m usim y   znaleźć  sposób  na  obronę  przed  dezakty wacj ą  sy stem ów
boj owy ch.

Vic m asowała czoło, j akby  walczy ła z dolegliwy m  bólem  głowy.
– Z każdą chwilą robi się gorzej .
Stacey  Yurivan ty lko się uśm iechnęła.
–  Możecie  załatwić  sprawę  trady cy j ny m   sposobem .  Tak  sam o  j ak  trepy   radziły

sobie ze wszy stkim , co nam  przeszkadzało. Udawać, że nie m a problem u, i działać bez zm ian.

–  Dzięki,  Stace.  Nie  przestawaj   podrzucać  równie  pom ocny ch  pom y słów.  –  Vic

potoczy ła  wzrokiem   po  zebrany ch.  –  Okay.  Załóżm y,  że  m usim y   unikać  nanopocisków.  Jak  to
zrobim y ?

Przez  chwilę  panowała  niezręczna  cisza.  W  końcu  Lam ont  m achnął  rękam i  w

geście bezsilności.

– Musicie założy ć, że prędzej  czy  później  i tak zostaniecie trafieni.
– Dobra – zgodził się Stark. – Trafiaj ą nas. Jak sobie z ty m  poradzić? Czy  j esteśm y

w stanie zabezpieczy ć nasze pancerze boj owe przed dezakty wacj ą?

Sierżant Gordasa podniósł dłoń.
–  Wiecie,  j ak  to  dla  m nie  brzm i?  Jak  infekcj a.  Małe  paskudztwa  dostaj ą  się  do

organizm u  i  wy rządzaj ą  m u  szkody.  Nie  da  się  ich  powtrzy m ać  przed  dotarciem   do  organów
wewnętrzny ch,  dlatego  robi  się  co  m oże,  by   nie  nawy rządzały   tam   więcej   szkód,  niż  m uszą.
Trzeba by  zrobić j akąś nanoszczepionkę, albo nanosurowicę.

Vic spoj rzała na Starka.
–  Gordo  m a  racj ę,  Ethan.  Musim y   m y śleć  o  ty ch  nanobotach  w  kategoriach

m edy czny ch. Szczepionki chy ba nie zadziałaj ą, nie będzie na to czasu. Nie wiem  nawet, na czy m
m iałoby   polegać  ich  działanie.  Ale  nanoboty   poluj ące  na  inne  nanoboty   to  j uż  zupełnie  inna
sprawa. Lam ont, ty  j esteś naszy m  naj lepszy m  specem  od sprzętu.

– W ży ciu nie sły szałem  o czy m ś takim . To znaczy  m ożna wy posaży ć nanoboty  w

swoisty  IFF do identy fikacj i intruzów i nanobroń w odpowiedniej  skali, aby  oczy szczać zakażone
m iej sca.  Nie  wiem   ty lko,  czy   uda  nam   się  wy naleźć  i  dopracować  takie  cuda  w  niespełna
ty dzień, nie m ówiąc j uż o wszczepieniu ich we wszy stkie pancerze.

–  Ja  też  tego  nie  widzę,  prawdę  m ówiąc.  Jak  j eszcze  m ożna  przeciwdziałać

nanopociskom , j eśli traktować problem  w kategoriach m edy czny ch?

Stark zerknął na swój  kom unikator.
–  Tego  nikt  z  nas  nie  będzie  wiedział,  ale  chy ba  znam   kogoś,  kto  m oże  udzielić

odpowiedzi  na  kilka  py tań.  –  Wprowadził  kod,  potem   poczekał,  aż  na  ekranie  poj awi  się  twarz
lekarki  o  zm ęczony ch  oczach.  Sądząc  po  widoczny m   w  tle  sprzęcie  ratunkowy m ,  m edy czka
znaj dowała się wciąż na j edny m  z oddziałów szpitala.

– Dobry  wieczór, sierżancie Stark. Szeregowy  Murphy  został j uż wy pisany. Teraz

czeka go krótka terapia am bulatory j na.

–  Dziękuj ę.  Wiem   o  ty m .  Dzwonię  do  pani  w  innej   sprawie.  Chciałby m   panią

prosić o znalezienie odpowiedzi na pewne py tanie.

–  Nie  m a  sprawy,  proszę  j ednak  pam iętać,  że  nie  j estem   j eszcze  laureatką

Nagrody  Nobla. O co chodzi?

–  Przy puśćm y,  że  m am   wirusa.  Takiego,  na  którego  nie  m a  żadnego  lekarstwa,  a

background image

rozprzestrzenia się naprawdę szy bko. Co pani by  z nim  zrobiła?

Wy trzeszczy ła oczy.
– Wy m y śla pan naprawdę radosne scenariusze, sierżancie. Muszę wiedzieć więcej

o ty m  wirusie. Jak dostaj e się do ciała?

– Każdą drogą. Przez skórę.
–  Rozum iem .  –  Po  raz  pierwszy,  a  znał  j ą  j uż  od  j akiegoś  czasu,  wy dawała  się

wkurzona.  –  Sierżancie,  j eśli  chce  pan  stworzy ć  broń  biologiczną,  j a  i  wszy scy   m oi  koledzy
zabierzem y  się stąd pierwszy m  wahadłowcem . Koniec, kropka.

Ethan pokręcił głową.
– Jezu. Przepraszam . Nie o to m i chodzi. Serio. To nie j est prawdziwy  wirus, ty lko

m echaniczny. Taki, który m  unieszkodliwia się sprzęt.

– Mechaniczny ? Chciał pan powiedzieć kom puterowy ?
– Coś w ty m  rodzaj u.
–  Wirusy   kom puterowe  poruszaj ą  się  po  obwodach  elektroniczny ch  z  prędkością

światła, sierżancie. Może pan przeciwdziałać infekcj i, ale j ej  pan nie powstrzy m a.

–  Okay,  ale  m y   nie  rozm awiam y   o  zwy kły ch  robalach.  Chodzi  m i  o

nanotechnologię.

– Aha. Uży wam y  czasam i nanobotów. Poruszaj ą się w sy stem ie znacznie wolniej .

– Uspokoj ona lekarka zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią. – Szy bko rozprzestrzeniaj ący  się
wirus,  brak  lekarstwa,  zakażenie  każdą  m ożliwą  drogą.  Można  zrobić  ty lko  j edno,  sierżancie:
przeprowadzić naty chm iastową am putacj ę.

– Am putacj ę?
– Tak. – Medy czka uśm iechnęła się m elancholij nie. – Trzeba odizolować zarażone

m iej sce,  zanim   infekcj a  się  rozprzestrzeni.  A  j edy ny m   sposobem   na  dokonanie  czegoś  takiego
j est  am putacj a,  skoro  m am y   trzy m ać  się  term inologii  m edy cznej .  I  to  naty chm iastowa.  O  ile
infekcj a nie zaczy na się od głowy. W ty m  wy padku am putacj a wiele nie pom oże.

– Rozum iem .
– Panu raczej  potrzeba anty ciał zwalczaj ący ch infekcj ę. Dzięki nim  każdego dnia

unikam y   wielu  am putacj i.  To  nie  j est  wcale  takie  zabawne,  m im o  że  um iem y   wy hodować
zastępcze kończy ny.

– Rozum iem .
–  Można  też  zastosować  m etody   j ak  przy   ukąszeniu  przez  węża,  zwłaszcza  gdy

m ówim y   o  infekcj i  w  okolicach  tułowia.  Trzeba  naciąć  ranę  i  wy ssać  z  niej   j ad.  Nie  wiem
j ednak, czy  to zadziała w opisy wany m  przez pana przy padku.

Stark skrzy wił się, sły sząc tak obrazowy  opis, potem  skinął głową.
– Dziękuj ę, doktorze. Bardzo nam  pani pom ogła.
– Nie m a sprawy.
Ethan powiódł wzrokiem  po zebrany ch.
–  Wszy scy   zrozum ieli?  Czy   m ożem y   am putować  część  pancerza,  która  zostanie

trafiona nanopociskiem ?

Bev Manley  wbiła wzrok w blat stołu.
–  Widziałam   plany   autom atów  am putacy j ny ch  wbudowany ch  w  pancerze  na

wy sokości  przegubów  kolanowy ch,  łokciowy ch,  m iednicowy ch  i  barkowy ch.  Żołnierze  bali  się
j ednak uży wać takich wy nalazków, ponieważ sprzęt, j ak to sprzęt, m ógłby  się zepsuć.

–  To  chy ba  zrozum iałe.  –  Stark  nie  zdołał  powstrzy m ać  m im owolnego

wzdry gnięcia. – Ale m y  nie m ówim y  o obcinaniu kończy n, ty lko o nanotechnologii.

Vic  przy wołała  na  wy świetlacz  plany   pancerza  boj owego  i  studiowała  uważnie

background image

każdy  szczegół.

–  Teorety cznie  rzecz  biorąc,  m ożna  by   odciąć  trafiony   segm ent  zbroi.  Ty le  że

trzeba by  wy kroczy ć poza standardowe rozłączenie obwodów i zatrzy m ać także przepły w cieczy
oraz gazów. Jest z pewnością j akiś sposób na zatkanie każdego otworu.

Gordasa przy taknął j ej  słowom .
– Coś m ałego będzie próbowało przedostać się każdą, nawet naj m niej szą szczeliną.

Trzeba  by   więc  zrobić  to  co  krew.  Znaczy   się  zakrzep.  Ty lko  tak  m ożna  zablokować  wszy stkie
otwory.

– Możem y  zm ody fikować pancerze, by  robiły  coś takiego?
Lam ont zaprzeczy ł ruchem  głowy.
–  Mam   chy ba  naj większe  doświadczenie  w  obcowaniu  ze  sprzętem   z  was

wszy stkich,  choć  m usieliście  co  naj m niej   raz  robić  konserwacj ę  zbroi.  Ten  złom   nie  j est
przy stosowany  do podobny ch rozwiązań. Otwory  m ożna klaj strować w powłoce zewnętrznej , o
ile nie będą zby t duże, ale żeby  odciąć całą sekcj ę tak, by  nic się nie przedostało? Trzeba by  m ieć
tam   coś  w  rodzaj u  firewalli.  Nie  m ówiąc  o  m echanizm ie  dostarczaj ący m   w  bły skawiczny m
tem pie wspom niane zakrzepy, niech to będą nanoboty  albo szy bkoschnąca kleista pianka. A co z
sy stem em   detekcj i,  który   lokalizowałby   zainfekowane  m iej sca  na  ty le  szy bko,  by   j e  zawczasu
odciąć?

Vic wskazała palcem  na schem aty.
– To wszy stko wy daj e się m ożliwe do wy konania.
–  Wiem .  Przecież  nie  powiedziałem ,  że  j est  niem ożliwe.  Twierdzę  j edy nie,  że

m usieliby śm y  m ieć sprzęt zaproj ektowany  specj alnie do takich zadań. Nie da się tego wcisnąć w
j uż istniej ące pancerze. Na pewno nie zadziałaj ą bez kom pletnego przeproj ektowania całości. A
skoro  tak,  m ożem y   równie  dobrze  zacząć  od  stworzenia  zupełnie  nowej   zbroi,  która  będzie
odporna na to świństwo.

– Masz racj ę. – Stacey  Yurivan popatrzy ła try um falnie na pozostały ch. – Właśnie

coś  do  m nie  dotarło.  Sły szałam   j uż  od  pewnego  czasu  pogłoski  o  superpilny m   program ie
stworzenia  zupełnie  nowego  pancerza  boj owego.  Zaczęły   docierać  do  m nie  chwilę  po  ty m ,  j ak
pozby liśm y  się buntowników z piątego bata.

Vic pochy liła się nad stołem , m ierząc j ą wściekły m  spoj rzeniem .
– Dlaczego nie wspom niałaś nam  o ty m  wcześniej ?
–  Może  dlatego,  Rey nolds,  że  próbowałam   j e  naj pierw  potwierdzić.  Nie  roznoszę

po kolonii wszy stkich plotek, j akie trafiaj ą na m oj e biurko.

– Ile czasu nam  zostało? Kiedy  te nowe pancerze trafią na pole walki?
– Czy  j a wy glądam  j ak pentagonowy  m aniak z działu uzbroj enia? Moim  zdaniem

trzeba  na  to  kilku  lat  i  wielu  m ilionów,  j eśli  nie  m iliardów  wy dany ch  poza  zakładany m
harm onogram em . Dokładniej  nie um iem  tego określić.

Stark m achnął ręką, by  zakończy ć ich kłótnię.
– Stace, dowiedziałaby ś się, że kończą prace nad takim  proj ektem ?
–  Tak.  Jestem   pewna,  że  coś  by m   usły szała.  Ale  nie  liczy łaby m   na  to,  że  takie

pancerze poj awią się j utro, poj utrze albo za ty dzień.

Lam ont j ęknął, j akby  nagle doznał olśnienia.
– Jabbersm oki. Na nich też m ogą chcieć zrobić podobne zabezpieczenia, ale na to

trzeba  czasu.  Te  zrobione  wcześniej   będą  więc  równie  narażone  na  zagrożenia  w  skali  nano  j ak
nasze pancerze.

– Słuszna uwaga. Stace, trafiłaś na j akieś inform acj e o przebudowie blaszaków?
– Nie. – Yurivan skrzy wiła się m ocno, szukaj ąc odpowiedzi na to py tanie. – To by

background image

spowodowało  ty le  zady m y,  że  nawet  j a  by m   o  ty m   usły szała.  Jabbersm oki  to  naprawdę
skom plikowany   sprzęt.  A  próba  zabezpieczenia  ich  przed  atakiem   nanobotów  wy m agałaby
rozebrania  na  części  i  ponownego  złożenia  każdego  elem entu.  Tak  sam o  j ak  w  przy padku
pancerzy  boj owy ch.

Gordasa ponownie skinął głową.
–  Potrzebowaliby   do  tego  nowy ch  części,  nowy ch  specy fikacj i,  nowy ch

przeszkoleń. A na to potrzeba m nóstwo czasu i j eszcze więcej  kasy, verdad?  A  władze  na  Ziem i
nie m aj ą za wiele j ednego i drugiego.

–  Zgadza  się,  Gordo.  –  Stark  odpowiedział  m u  podobny m   gestem .  –  Cam pbell

twierdzi, że rządzący  zrozum ieli j uż, iż m uszą wy grać tę kam panię j eszcze przed wy boram i albo
zupełnie w nich przepadną, a wtedy  ci, którzy  zaczną naprawiać sy stem , trafią na wiele ukry ty ch
przed  opinią  publiczną  ciekawostek.  Rząd  nie  m ógł  więc  zwlekać  z  atakiem   do  m om entu
wprowadzenia m ody fikacj i, o który ch rozm awiam y.

– Czy  to nie brzm i znaj om o? – wtrąciła Vic. – Mieliśm y  problem y  ze sprzętem , ale

i tak szliśm y  do ataku. Ile razy  wy sy łano nas na akcj e w podobny ch warunkach?

–  Teraz  postąpią  w  taki  sam   sposób.  Maj ąc  nadziej ę,  że  nie  wy starczy   nam

nanoam unicj i  na  powstrzy m anie  wszy stkich  blaszaków.  Czy   oni  w  ogóle  zdaj ą  sobie  sprawę  z
tego, że wiem y  o istnieniu Jabbersm oków?

–  Wiedzą,  że  m usieliśm y   sły szeć,  iż  nad  nim i  pracuj ą  –  podpowiedziała  im

Yurivan. – Tak przy naj m niej  gadaj ą polity cy. Nie sądzą j ednak, by śm y  wiedzieli o ty m , że udało
im  się wprowadzić j e do służby  i wy słać na Księży c.

–  To  dobrze.  Tak  m y ślę.  I  tak  właśnie  w  trakcie  dy skusj i  rozwiązaliśm y

naj ważniej szy   problem ,  choć  m usim y   teraz  wrócić  do  j ego  podstaw.  Wiem y   j uż,  j aki  sy stem
obrony  zastosuj e Pentagon, ale doszliśm y  do tego, że nie zdoła uzy skać go w dostępny m  czasie.

–  Wciąż  j ednak  pozostaj e  postawione  przez  niego  py tanie.  –  Gordasa  wskazał  na

szeregowego  Mendozę.  –  Naj gorszy   m ożliwy   scenariusz.  Co  zrobim y,  j eśli  nanopociski  nie
zadziałaj ą?

Stark wy szczerzy ł zęby.
– Wtedy  wrócim y  do trady cy j ny ch m etod radzenia sobie z uzbroj ony m  wrogiem .

Czy li  do  odpowiedniej   ilości  m ateriałów  wy buchowy ch  w  wy starczaj ąco  szy bkich  pociskach,
które trafią m niej  więcej  tam  gdzie trzeba.

–  Wreszcie  zaczy nasz  gadać  po  ludzku!  –  ucieszy ł  się  Lam ont.  –  Nazwij   m nie

starom odny m ,  ale  lubię  stare  wy próbowane  m etody   rozpieprzania  celów.  Cała  reszta  ty ch
waszy ch kom binacj i to zwy kła strata czasu.

Alarm   ogłoszono  kilka  dni  później   tuż  po  północy.  Gdy   kom unikator  zapikał,  Stark

leżał na koi, j ak zwy kle próbuj ąc zasnąć.

–  Kom endancie,  tu  centrum   dowodzenia.  Sensory   skierowane  w  stronę  Makutry

rej estruj ą wzm ożony  ruch podpowierzchniowy, co sugeruj e drążenie.

–  Przy j ąłem .  Powiadom cie  o  ty m   sierżant  Rey nolds.  Wy ślij cie  na  ten  odcinek

pery m etru  wszy stkie  dy żurne  j ednostki.  Ogłoście  także  alarm   w  pozostały ch  sektorach.
Przeciwnik m oże wy korzy stać sy tuacj ę i zaatakować z innego kierunku, sądząc, że skupiam y  całą

background image

uwagę na Makutrze.

Stark dopinał właśnie ostatnie elem enty  zbroi, gdy  zadzwoniła do niego Vic.
– Ethan? Widzim y  się w centrum  dowodzenia.
–  Nie.  Właśnie  idę  do  transportera  dowodzenia,  aby   osobiście  zapoznać  się  z

sy tuacj ą.

– Nie wspom inałeś m i wcześniej , że chcesz to zrobić!
– Nie zrobiłem  tego, ponieważ nie chciałem  się z tobą kłócić, a teraz nie m a na to

czasu.  Słuchaj ,  Vic,  będę  daleko  poza  pierwszą  linią,  a  poza  ty m   m am   osłonę  pod  postacią
j ednostek rezerwy.

– Równie dobrze m ożesz dowodzić z centrum .
–  Nie.  Nie  w  tak  nowej   sy tuacj i.  Muszę  obserwować  te  Jabbersm oki,  poczuć  ich

atak. Z daleka nie da się tego zrobić. – Chwy cił karabin i skierował się do drzwi. – Wy chodzę.

Usły szał j ej  westchnienie w głośniku kom unikatora.
– Dobra. Ty lko nie ry zy kuj  niepotrzebnie, żołnierzu.

Transporter  j uż  czekał.  Stark  wskoczy ł  do  niego  boczny m   włazem ,  po  raz  kolej ny

powtarzaj ąc  w  pam ięci,  że  m usi  zatrzasnąć  pokry wę  i  uszczelnić  j ą  dokładnie,  by   m ożna  by ło
uakty wnić kam uflaż poj azdu. Jego skrom ny m  zdaniem  każdy  generał, który  nie um iał tego zrobić,
nie  zasługiwał  na  dowodzenie  inny m i  ludźm i.  Zapiąwszy   uprząż,  nacisnął  klawisz  kom unikatora,
łącząc się z przedziałem  załogowy m .

– Okay, ruszaj m y  zapolować na Jabbersm oki.
– Tak j est.
W głosie kierowcy  trudno by ło usły szeć entuzj azm , m oże z powodu późnej  pory, a

m oże  chodziło  o  konieczność  udania  się  w  pobliże  strefy   walk.  Poj azd  ruszy ł,  gładko  pokonuj ąc
stosunkowo równy  grunt na terenie kolonii, a potem  zagłębiaj ąc się w otaczaj ące j ą skały.

Stark przy j rzał się ekranom  raz j eszcze, m im o że widział ten akurat odcinek frontu

tak  często,  że  m ógłby   go  odwzorować  z  zam knięty m i  oczam i.  Na  razie  nie  wykryliśmy  żadnego
blaszaka.  Nie  doszło  także  do  wysadzenia  wylotu  któregoś  z  tuneli.  Małpoludy  z  drugiej  dywizji
powinny zdawać sobie sprawę, że kończenie tych robót na ostatnią chwilę da nam więcej czasu na
reakcje. Może i wiedzą o tym, ale i  tak  muszą  wykonywać  polecenia  geniuszy  z  działu  operacji  i
planowania.

Stark  j uż  dawno  wy brał  m iej sce  stacj onowania  swoj ego  m obilnego  centrum

dowodzenia.  Znaj dowało  się  ono  tuż  za  linią  frontu,  za  niewy soką  granią,  której   łagodne  zbocza
świadczy ły  o ty m , że j est pozostałością po dawny m  uderzeniu m eteory tu. Transporter zatrzy m ał
się tam , parkuj ąc dokładnie w wy znaczony m  m iej scu, a Ethan naty chm iast opuścił j ego wnętrze.

Wdrapał się ostrożnie na szczy t skalnej  ściany. Skanery  sprawdziły  dokładnie całą

okolicę, nie odnotowuj ąc obecności Jabbersm oków ani ostrzału od strony  pozy cj i zaj m owany ch
przez wroga.

Jest,  jak  przypuszczaliśmy.  Żadnego  przygotowania  artyleryjskiego  ani  ognia

zaporowego.  Liczą  zapewne  na  zaskoczenie.  Nie  tylko  porą  przeprowadzenia  ataku,  ale  i
obecnością Jabbersmoków. Tym gorzej dla nich.

–  Ethan.  –  Vic  m ówiła  spokoj nie,  j ak  zawsze,  gdy   dowodziła  oddziałem   na  polu

background image

walki. Stark wy obraził j ą sobie stoj ącą w kwaterze głównej  przed wielkim  ekranem  i analizuj ącą
aktualną sy tuacj ę. Ta m y śl natchnęła go większy m  spokoj em .

– Jestem . Jak to wy gląda?
–  Masz  to  na  twoim   wy świetlaczu.  Na  razie  nie  zauważy łam   niczego

niespodziewanego. Jednostki rezerwowe dotrą na wy znaczone pozy cj e za kilka m inut.

Stark sprawdził raz j eszcze odczy ty  skanera, kiwaj ąc z saty sfakcj ą głową na widok

ikonek,  który m i  oznaczono  cztery   bataliony   piechoty   zm ierzaj ące  w  kierunku  pery m etru.
Wy słanie  w  to  m iej sce  aż  ty lu  j ednostek  by ło  bardzo  ry zy kowne,  niem niej   uznali  wspólnie,  że
pilnowanie  pozostały ch  odcinków  frontu  j est  teraz  o  wiele  m niej   istotne  niż  skoncentrowanie
woj sk  w  sektorze,  z  którego  na  pewno  nastąpi  atak.  Ethan  potrzebował  dłuższej   chwili,  by
przy j rzeć  się  postępom   wszy stkich  oddziałów.  Zauważy ł  przy   okazj i,  że  j est  wśród  nich  piąty
batalion drugiej  bry gady. Jednostka ta zgłosiła się na ochotnika, aby  uwolnić się w końcu od piętna
niedawnego buntu. Przy glądał się tem u oddziałowi nieco dłużej  niż pozostały m , zauważaj ąc coś
niepokoj ącego.

– Jedna z j ednostek rezerwowy ch kieruj e się prosto na m nie.
– Zgadza się, Ethan. Rozm ieściłam  j ą w pobliżu twoj ego stanowiska. Na wy padek

gdy by ś potrzebował osłony.

– Która to j ednostka?
–  Kom pania  Bravo  drugiego  batalionu  pierwszej   bry gady   pod  dowództwem

porucznik Conroy. Sierżant Sanchez z resztą batalionu będzie czekać w pobliżu. Zadowolony ?

– Nie m ogłaś m nie bardziej  uszczęśliwić. – Stark m iał wrażenie, że m oże założy ć w

ciem no, który  pluton kom panii Bravo wy ląduj e za j ego plecam i. Rozluźnił się więc i znów zaczął
obserwować przedpole, wy obrażaj ąc sobie, że widzi przebieg wy kry wany ch nadal przez sensory,
podziem ny ch robót.

– Sargento?
Wy szczerzy ł zęby.
– Kapral Gom ez. Cieszę się, że cię widzę.
– Wzaj em nie, sargento. Dostałam  rozkaz nie opuszczać pana na krok.
–  Niech  no  zgadnę,  kto  m ógł  wy dać  taki  rozkaz.  Okay.  Gdy by m   potrzebował

ochrony, z pewnością wy brałby m  właśnie wasz oddział.

– Gracias, sargento.
Stark  potrzebował  chwili,  by   sprawdzić  odczy ty   swoich  dawny ch  podwładny ch,

cieszy ł się przy  ty m  j ak dziecko, gdy ż znowu poczuł się j ak rasowy  dowódca druży ny.

– Murphy, wy dobrzałeś na ty le, by  brać udział w akcj i?
– Tak, sierżancie, dam  sobie radę.
Ethan  j uż  wy ciągał  palec,  by   otworzy ć  odczy ty   kolej nego  żołnierza,  gdy   nagle

zauważy ł cos ciekawego.

– Dowodzisz nim i? Zostałeś kapralem  swoj ej  druży ny, Murph?
– Zgadza się, sierżancie. Kapral Gom ez m ówi, że dobrze m i idzie.
Stark  z  trudem   powstrzy m ał  się  od  okazania  zaskoczenia,  a  nawet  podziwu.

Zdawkowe okay  w ustach Anity  by ło czy m ś więcej  od oficj alnej  pochwały  wy stawianej  przez
inny ch dowódców.

– Miło m i to sły szeć. – Nagle poczuł nieprzepartą chęć, aby  zam ienić kilka słów z

każdy m  członkiem   swoj ego dawnego  oddziału. –  Słuchaj cie, m ałpoludy,  cholernie się  cieszę,  że
was  tu  widzę.  Nie  wiem ,  j ak  to  wszy stko  się  skończy,  ale  m am   pewność,  że  skopiem y   kilka
zroboty zowany ch dupsk. Anita.

– Si, sargento?

background image

– Pilnuj cie m oj ego ty łka, będę m iał sporo roboty  z ogarnięciem  sy tuacj i na cały m

froncie.

–  Nie  m usi  nam   pan  tego  m ówić.  Po  to  nas  tu  przy słano.  Bez  obaw.  Będziem y

pilnowali pańskiego ty łka, nosa i każdej  innej  części ciała.

– Świetnie.
Mom ent później  usły szał sy gnał alarm u inform uj ący  o ty m , że u wy lotu Makutry

wy kry to  j akąś  akty wność.  Uży ł  wbudowanego  w  HUD  zoom u,  by   powiększy ć  obraz
zaznaczonego odcinka, i zobaczy ł w kilku m iej scach gej zery  py łu i głazów strzelaj ący ch pionowo
w  czarne  niebo.  Właśnie  wy sadzono  wy loty   tuneli.  Przełączy ł  się  na  obwód  dowodzenia,  by
przem ówić do wszy stkich żołnierzy  znaj duj ący ch się na ty m  odcinku frontu.

–  Słuchaj cie  m nie,  m ałpoludy.  Wy gląda  na  to,  że  ruszy li.  Jesteśm y   gotowi  na  ich

przy j ęcie. Liczę na to, że dacie z siebie wszy stko. Nie m a lepszy ch od was żołnierzy, nie m a też
szans,  by   te  blaszaki  przebiły   się  przez  nasze  linie.  Sprawdźm y,  j ak  zam ienić  te  Jabbersm oki  w
kupę złom u.

Przez  chwilę  panowały   kom pletny   spokój   i  cisza.  Py ł  opadaj ący   wolno  po  serii

wstrząsów m askował ruchy  robotów w dolinie. Chm ury  kam y ków, głazów i skał sunęły  w kierunku
gruntu  w  tak  wolny m   tem pie,  że  m ożna  by ło  odnieść  wrażenie,  iż  znudziło  im   się  odwieczne
spoczy wanie  w  ty m   m artwy m   kraj obrazie.  Stark  czekał,  zdaj ąc  sobie  sprawę,  że  otaczaj ą  go
zaprawieni  w  boj ach  wiarusi.  Każdy   z  nich  szukał  teraz  pociechy   w  podobny ch  m y ślach,  by
odgrodzić się od narastaj ącego strachu przed nieznany m .

W  m iarę  upły wu  czasu  na  wy świetlaczu  poj awiły   się  kolej ne  ikonki.  Sensory

rozm ieszczone  wzdłuż  linii  frontu  wy kry wały   zbliżaj ące  się  m aszy ny.  Tutaj   dało  się  wy czuć
drżenie  księży cowego  gruntu,  tam   poj awiły   się  odczy ty   w  podczerwieni,  gdzie  indziej
zanotowano ruch.

– Jak m y ślisz, Vic, ile ich tu j edzie?
– Na razie m am y  zby t fragm entary czne odczy ty, Ethan...
–  Wiem .  Wy daj e  m i  się  j ednak,  że  ta  fala  nie  j est  zby t  liczna.  Odczy ty   są  zby t

rozproszone, żeby  zwiastować m asowy  atak.

Stark  odczekał  cierpliwie  kilka  sekund,  daj ąc  Rey nolds  czas  na  przem y ślenie  tej

kwestii.

–  Masz  racj ę.  To  m i  wy gląda  na  rozpoznanie.  Chcą  nam ierzy ć  nasze  pozy cj e

przed główny m  atakiem .

– Tak. Przy gwoździm y  j e ostrzałem  z pierwszej  linii, nie pozwalaj ąc zbliży ć się do

strefy  Uniform  Oscar.

Liczy li na Uniform  Oscar – pod ty m  kry ptonim em  kry ł się ich plan stworzony  na

podstawie  strzępków  inform acj i,  dom y słów  i  wcześniej szy ch  doświadczeń  boj owy ch.  Musieli
j ednak wy czekać na naj właściwszy  m om ent, aby  go zrealizować.

– Też tak m y ślę.
Stark  próbował  się  uspokoić,  robiąc  kilka  równom ierny ch  wdechów.  Walka  zawsze

wy woły wała napięcie, lecz dzisiaj  m usieli stawić czoło nie ty lko nieznanem u, ale i nieludzkiem u
wrogowi,  co  potęgowało  odczuwany   stres.  Przeszedł  na  kanał  dowodzenia,  dopiero  gdy   zy skał
pewność, że będzie m ógł m ówić pewnie i spokoj nie.

– Do wszy stkich. To wy gląda na zwiad. Rozpieprzcie m i te cholerne blaszaki.
Sy gnały   by ły   coraz  m ocniej sze,  ale  niezby t  liczne.  Stark  próbował  połączy ć

napły waj ące  wciąż  ury wkowe  dane  w  j akiś  spój ny   obraz  nadciągaj ący ch  robotów,  ale  nie
przy nosiło to na razie żadny ch rezultatów. Alarm y  rozbrzm iewały  za każdy m  razem , gdy  blaszak
wy nurzał się zza osłony, by  wy konać kolej ny  ruch. Szlag, szybkie są.

background image

Gdy  kolej na m aszy na poj awiła się na odkry tej  przestrzeni, zaalarm owany  piskiem

sy stem u  celowniczego  Stark  zdąży ł  zauważy ć  j edy nie  rozm azane  kontury   nóg,  na  który ch  się
poruszała. Potężniej sze sy stem y  boj owe centrum  dowodzenia zdołały  j ednak poskładać obraz w
całość  i  chwilę  później   na  wy świetlaczu  HUD-a  poj awił  się  prawdopodobny   wy gląd
Jabbersm oka. Jezu. Myśleliśmy, że będą wielkości człowieka, a te monstra wyglądają  jak  średniej
wielkości wóz bojowy.

– Stark? Mówi Lam ont.
–  Słucham .  –  Ethan  sprawdził  źródło  przekazu.  Pancerniak  siedział  w  j edny m   z

czołgów czekaj ący ch razem  z j ednostkam i rezerwy. – Co m asz?

–  Sam   zobacz.  –  W  roku  wy świetlacza  poj awiło  się  niewielkie  okienko,  a  na  nim

nagranie przesłane przez dowódcę sił pancerny ch. – Zobaczy łem  to kilka sekund tem u na wprost
m oich stanowisk. Patrz na tego robala. – Jabbersm ok wy łonił się z niewielkiego krateru, zam arł na
m om ent,  j akby   próbował  odzy skać  równowagę,  a  potem   pom knął  w  kierunku  następnej
nierówności terenu. – Widziałeś?

– Tak. Co to znaczy ?
–  Ty lko  ty le,  że  te  blaszaki  m aj ą  zby t  wy soko  um ieszczony   środek  ciężkości.  A

skoro j est problem  ze stabilnością, nie będą m ogły  poruszać się zby t szy bko w trudny m  terenie.
Przez to staną się łatwiej sze do trafienia.

–  Dzięki,  Lam ont.  –  Stark  przy glądał  się  przy puszczalnem u  wy glądowi

Jabbersm oka,  wciąż  brakowało  na  nim   wielu  detali,  ale  by ło  ich  z  każdą  chwilą  coraz  więcej   –
głównie  dzięki  obserwacj om   napły waj ący m   do  sy stem u  boj owego.  Osiem  nóg,  sześć  rąk,
cholernie wielkie i m aj ące zby t wy soko środek ciężkości. Tak pewnie wy glądałby  żołnierz, gdy by
m iał  odpowiadać  zapotrzebowaniom   Pentagonu.  Zam arł  na  m om ent,  zastanawiał  się,  czy
powinien przekazać wszy stkim  inform acj e o środku ciężkości. Jeśli się o tym dowiedzą, mogą stać
się  zbyt  pewni  siebie.  Jeśli  jednak  tego  nie  powiem,  nie  będą  mieli  szans  na  wykorzystanie  tej
przewagi podczas namierzania celu. Lepiej zaufam zdrowemu rozsądkowi moich ludzi.

– Vic, sły szałaś, co powiedział Lam ont?
– Potwierdzam . Mam  to przekazać dalej ?
–  Tak.  Te  ustroj stwa  powinny   zwalniać  na  m gnienie  oka  przed  wej ściem   na

trudniej  dostępny  teren. To naj lepszy  m om ent do ich przy szpilenia.

– I dobrze. Zaraz powiadom ię ludzi.
– Kom endancie Stark? – Ethan sprawdził tożsam ość osoby, która go wy woły wała.

Sy gnał  docierał  ze  stanowiska  dowódcy   kom panii  zaj m uj ącej   pozy cj ę  na  środkowy m   odcinku
atakowanego terenu. – Jak blisko m am y  j e podpuścić, zanim  otworzy m y  ogień?

Powinienem mu powiedzieć, żeby poczekał, aż zobaczy białka  oczu  przeciwnika,  ale

te cholerstwa nie mają oczu.

– Musim y  zadbać o to, by  roboty  przekazały  j ak naj m niej  raportów. Podpuśćcie j e

nieco bliżej , a potem  atakuj cie.

– Ale j ak blisko, sir?
Stark powstrzy m ał się od repry m endy. To nie j ej  wina. Wszy stkim  nam  m ówiono

wcześniej , co dokładnie m am y  robić, zam iast pozwolić nam  korzy stać z własny ch doświadczeń.

–  Sierżancie,  widzi  pani  teren  przed  wam i  lepiej   niż  j a.  Ma  pani  także  większe

poj ęcie o m ożliwy ch polach ostrzału. Otwórzcie ogień, gdy  ty lko uznacie, że m ożecie przy szpilić
te blaszaki.

– Tak j est.
Bliżej .  Stark  sprawdził,  w  który m   m iej scu  Jabbersm oki  dotarły   naj bliżej

pery m etru, potem  przełączy ł się na kam ery  stoj ącego tam  bunkra. Sy gnały  detekcj i trwały  teraz

background image

dłużej , by ły  też o wiele silniej sze, sy stem y  nadal j ednak nie by ły  w stanie nam ierzy ć celów w
czasie pozwalaj ący m   ludziom  na  reakcj ę. Stark  pokręcił głową,  widząc, j ak  szy bko  Jabbersm oki
przem y kaj ą  od  osłony   do  osłony.  Dobrze,  wy   gnoj e.  Kry j cie  się,  ile  chcecie  na  przedpolu.
Ostatni odcinek gruntu przed bunkram i został dokładnie oczy szczony. Tam  nie znaj dziecie żadnej
osłony. Zobaczy m y, czy  okażecie się szy bsze od kul.

W  polu  widzenia  kam ery   poj awił  się  pierwszy   z  blaszaków.  Przy pom inał

koszm arnego paj ąka ze szm irowatego ubiegłowiecznego vidu. Gdy  ruszy ł przed siebie, j ego nogi
poruszały   się  tak  szy bko,  że  trudno  j e  by ło  zauważy ć.  Stark  widział  za  to  dokładnie  ram iona
wy posażone w cały  wachlarz broni. Lufy  i szy ny  wy rzutni poruszały  się w poszukiwaniu celów.

Dowódca  bunkra  uznał,  że  m a  j uż  dość  czekania.  Trzy   działka  łańcuchowe

wy paliły   po  krótkiej   serii,  kieruj ąc  pociski  w  m iej sce,  gdzie  zdaniem   sy stem u  celowniczego
znaj dzie się za m om ent robot. Ten j ednak uniknął j akim ś cudem  pierwszej  salwy. Zatańczy ł dziko
na  pałąkowaty ch  nogach,  rozstawiaj ąc  j e  szerzej ,  i  uchy lił  się  w  porę.  Ale  to  nie  wy starczy ło,
ponieważ j edno z działek konty nuowało ostrzał, posy łaj ąc drugą serię prosto w obły  korpus. Na tle
czarnego nieba poj awiły  się iskry  liczny ch wy ładowań.

Stark  przy glądał  się,  j ak  robot  obraca  wszy stkie  ram iona,  by   wy celować  broń  w

ostrzeliwuj ące  go  działko.  Te  cholerstwa  są  trudniejsze  do  zniszczenia,  niż  przewidywałem.
Mgnienie  oka  później   robot  zwolnił,  j akby   nagle  utracił  władzę  w  części  nóg.  Gdy   dwa  kolej ne
działka  przy szpiliły   go  z  inny ch  stron,  zam arł,  a  potem   zwalił  się  wolno  na  księży cowy   grunt.
Jednego mniej. Ile jeszcze zostało?

Stark  przełączy ł  się  na  plan  ogólny,  by   sprawdzić  m iej sca,  w  który ch  pozostałe

Jabbersm oki  testowały   linię  obrony.  Pięć  inny ch  robotów  zostało  j uż  zniszczony ch,  na  j ego
oczach dwa kolej ne przestały  się ruszać, a m om ent później  oznaczono j e sy m bolam i „m artwy ”.
Obrońcy   przestali  strzelać,  gdy   sy stem   pokazał,  że  żaden  z  Jabbersm oków  j uż  się  nie  rusza.
Rozwaliliśmy je do ostatniego czy część przyczaiła się tam i nas teraz obserwuje?

– Vic? Czy  to j uż wszy stkie blaszaki z pierwszej  fali?
– Tak m i się wy daj e. Nie wy kluczam  j ednak, że niektóre udaj ą, że zostały  trafione.

Sy stem   nie  j est  pewien,  ile  ich  by ło.  Jedy ną  m etodą  sprawdzenia  j est  wy słanie  patroli,  które
obej rzą j e na m iej scu.

–  Aż  tak  bardzo  m i  na  ty m   nie  zależy.  –  Stark  by ł  pewien,  że  gdzieś  tam ,  w  głębi

Makutry,  oficerowie  i  technicy   wy słani  przez  pry watny ch  kontrahentów  głowią  się  teraz  nad
wy nikam i  uzy skany m i  dzięki  tem u  pozorowanem u  atakowi.  Jabbersm oki  zostały   uziem ione
szy bciej , niż się spodziewali ich operatorzy. To by ło więcej  niż pewne. Ciekawe, czy trepy zwalą
tę  porażkę  na  szczęście  obrońców  czy  raczej  na  zbyt  małą  liczbę  maszyn  wysłanych  na
rekonesans?

Bez względu na to, co wybiorą, kolejny atak będzie o wiele silniejszy.
– Do wszy stkich. Uziem iliśm y  drani. Nasza specj alna am unicj a sprawdza się w stu

procentach.  Spodziewaj cie  się  j ednak,  że  druga  fala  ataku  będzie  o  wiele  liczniej sza.  –  Stark
przy j rzał się polu walki, j akby  szukał tam  wskazówki, co kom binuj ą trepy.

– Ostrzał – ostrzegł go sy stem  alarm owy  pancerza.
Stark  zerknął  na  HUD,  sprawdzaj ąc  traj ektorie  pocisków  lecący ch  w  kierunku

pozy cj i j ego ludzi. Zaraz po ogłoszeniu alarm u odezwały  się sy stem y  obrony  dalekiego zasięgu.
Część zagrożenia została zneutralizowana nad pasem  ziem i niczy j ej , kilka pocisków przedarło się
j ednak przez tę ogniową zaporę i uderzy ło z hukiem  w księży cowy  grunt, powoduj ąc giganty czne
eksplozj e  bądź  rozsiewaj ąc  wokół  kilogram y   subam unicj i,  której   zadaniem   by ło  wy szukanie
potencj alny ch celów kry j ący ch się za głazam i. To musi być zasłona dymna. Tak. Bez dwóch zdań.

– Znowu nadchodzą – zam eldowała Vic.

background image

– Widzę. U licha, nie sposób ich przeoczy ć.
Jabbersm oki  poj awiły   się  j ednocześnie  w  wielu  m iej scach,  HUD  Starka

naty chm iast  wy kry ł  em isj ę  spalin  z  ich  rakietowy ch  napędów.  Plecaki  odrzutowe.  Ten  sam
samobójczy złom, którym próbują nas załatwić od kilku lat. Blaszaki są chyba zbyt głupie, by kazać
się wypchać konstruktorom tych gówien. Roboty  nadlaty wały, klucząc, ty m  sposobem  próbowały
uniknąć nam ierzenia i zestrzelenia.

Pom im o  nawały   arty lery j skiej   obrońcy   nie  m ieli  większego  problem u  z

nam ierzeniem  znaj duj ący ch  się naj bliżej   robotów. Stark  przełączy ł się  na bezpośredni  przekaz  z
pola  walki  w  sam ą  porę,  by   zobaczy ć,  j ak  j eden  z  Jabbersm oków  wpada  na  ścianę  ognia,
zatrzy m uj e się w locie, a potem  rozpada na setki kawałków. Odłam ki z j ego pancerza pom knęły
we wszy stkich kierunkach.

Ethan  wrócił  do  przekazu  skanera.  Przy glądał  się  każdej   czerwonej   ikonce,  którą

oznaczano strącony  obiekt. Szkoda marnować nanoamunicji na ten złom.

–  Do  wszy stkich.  Jeśli  nadleci  j eszcze  j eden  taki  robot,  zniszczcie  go  norm alną

am unicj ą.

– Taj est – odparł dowódca któregoś z bunkrów. – Co nadleci, pój dzie na śm ieci.
Stark uśm iechnął się zadowolony, że nie będzie go dręczy ło poczucie winy.
Nie zabijamy nikogo. Po prostu niszczymy maszyny. Możemy to robić cały  dzień,  nie

tracąc humoru.

– To by ło zby t proste, Ethan.
– To by ło przede wszy stkim  głupie, Vic. I przez to proste.
– Następna fala j uż taka nie będzie. Możesz m i wierzy ć. Stracili j uż zby t wiele ty ch

m aszy n. A co nasi oficerowie robili, gdy  który ś pluton nie m ógł wy konać zadania?

– Rzucali tam  kolej ny  pluton, potem  kom panię, a na koniec cały  batalion.
–  Teraz  j uż  wiedzą,  że  próba  dotarcia  do  nas  górą  j est  równie  niebezpieczna  j ak

m arsz przez strefę śm ierci. Następny  atak przeprowadzą drogą lądową, ale rzucą w nim  wszy stko,
czy m  dy sponuj ą.

–  To  chy ba  właściwa  ocena  sy tuacj i.  –  Stark  przeskanował  dolinę,  rozważaj ąc

pozostałe opcj e. Uakty wnić Uniform  Oscar czy  czekać? Czekać. Jeszcze chwilę. Ale nie za długo.

Znów zobaczy ł wy kry wane cele. Poj awiały  się na m gnienie oka i znikały, ale ty m

razem   by ło  ich  naprawdę  dużo.  Wy glądały   j ak  stado  świetlików  nad  łąką.  Podpucha?  Czy
fakty czny  atak?

– Co ty  na to, Vic?
– To m i wy gląda na ich główny  atak. Te roboty  są tak trudne do zauważenia, że nie

m ożem y   ich  nawet  zliczy ć,  ale  j est  ich  tam   m nóstwo  i  zbliżaj ą  się  w  identy czny   sposób  j ak  te,
które robiły  rozpoznanie.

Stark  przeskanował  przedpole.  Wszędzie  widział  poj awiaj ące  się  na  m gnienie  oka

odczy ty. Zdecy dował, że ty m  razem  zda się na insty nkt.

– Tak. Masz racj ę. Do wszy stkich j ednostek. Wy konać Uniform  Oscar. Powtarzam :

wy konać Uniform  Oscar.

Uniform  Oscar – sam  tak żartobliwie nazwał tę operacj ę od pierwszy ch liter słów

background image

Udawać Odwrót. Wszy stkie j ednostki na odcinku atakowany m  przez Jabbersm oki m iały  wy cofać
się  biegiem ,  osłaniaj ąc  się  wzaj em nie  na  wy padek  niespodziewanego  wy padu  któregoś  z
blaszaków.  Bunkry   także  opustoszały,  gdy   ich  załogi  przełączy ły   sy stem y   obrony   na  try b
pasy wny, a potem  wy biegły  za resztą żołnierzy.

Stark  przy glądał  się  uważnie  tej   fazie  operacj i,  wy patruj ąc  j akichkolwiek  oznak

paniki,  która  m ogłaby   zm ienić  pozorowany   odwrót  w  prawdziwy.  Pozorowany   odwrót  zawsze
wiązał się z ry zy kiem . Czasam i trudno by ło potem  zatrzy m ać ludzi. Tak skom plikowany  m anewr
m ógł  spalić  na  panewce,  nawet  gdy   zlecano  go  naj twardszy m   wiarusom .  Wy starczy ło  j akieś
nieprzewidziane  zaj ście  po  drodze  albo  pogłoski  o  fiasku  całej   operacj i.  Ludzie  Starka  j ednak,
zapewne dzięki odniesiony m  niedawno sukcesom  i rozbiciu dwóch fal ataku wroga, nie okazy wali
żadny ch  oznak  niepokoj u.  Gdy   dotarli  na  wy znaczone  pozy cj e,  biegnące  łagodny m   łukiem   w
pewnej  odległości od pery m etru, szy bko i sprawnie utworzy li kolej ną linię obrony.

Stark  m iał  problem y   z  wy m y śleniem ,  j aka  takty ka  zostanie  zaprogram owana

atakuj ący m   robotom .  To  Vic  zaproponowała,  by   żołnierze  opuścili  doty chczasowe  stanowiska  i
wy cofali  się,  form uj ąc  drugą,  łukowatą  linię  obrony   –  wy glądała  j ak  ślad  zębów  giganta,  który
wgry zł się w poprzednio zaj m owane um ocnienia. W m iej scach, gdzie łączy ła się z linią frontu,
postawiono  liczne  bunkry   i  rozlokowano  dodatkowe  j ednostki,  który ch  zadaniem   by ło
powstrzy m anie ewentualny ch ataków na flanki.

–  Vic,  akty wuj   pola  m inowe.  –  Stark  widział  j ą  oczam i  wy obraźni,  j ak  stoi  w

centrum  dowodzenia, wprowadzaj ąc kolej ne kody, dzięki który m  całe połacie kam ienistego gruntu
zam ieniły  się w pola śm ierci.

Uzbroj one m iny   nie będą  akty wne zby t  długo, naj wy żej   kilka dni,  j eśli  wcześniej

nie wy łączy  się ich zdalnie.

Stark raz j eszcze przeskanował teren, a potem  uśm iechnął się, gdy  zobaczy ł status

nowej   linii  obrony.  Atakuj ące  Jabbersm oki  nie  natrafią  na  żaden  opór,  ponieważ  sy stem y
bunkrów,  ustawione  na  try b  pasy wny,  odpowiedzą  ogniem   ty lko  wtedy,  gdy   sam e  zostaną
ostrzelane.

Kiedy  j ednak roboty  m iną dawną linię frontu, trafią pod ostrzał z trzech kierunków

j ednocześnie i będą m usiały  walczy ć na terenie, który  nie został wprowadzony  do ich m apników.
Gdy by  te m aszy ny  by ły  ludźm i, Ethan poczułby  autenty czny  żal z powodu bezsensownej  j atki,
j aka  j e  czeka.  Miał  j ednak  do  czy nienia  z  Jabbersm okam i,  dlatego  z  radością  wy czekiwał
unicestwienia atakuj ący ch j ednostek.

Migotanie  świetlików  trwało.  Blaszaki  zbliżały   się  do  linii  frontu  z  zabój czą

szy bkością i niesam owitą precy zj ą. Zwolniły  nieco, gdy  dotarły  na skraj  pola rażenia dawnej  linii
frontu. Stark zrobił powiększenie tego terenu, by  przy j rzeć się, j ak Jabbersm oki zm ieniaj ą wzorce
natarcia. Kryją się teraz wzajemnie. Dotarło to do niego w j ednej  chwili.

– Vic, wy daj e m i się, że ty m  razem  nadchodzi dwa razy  więcej  Jabbersm oków, niż

przy puszczam y. Ty lko połowa z nich porusza się j ednocześnie w ty m  sam y m  czasie.

– Cholera. – Ethan wiedział, że Rey nolds klnie na sam ą siebie. – Powinnam  to by ła

przewidzieć. Postaram  się wprowadzić stosowne poprawki.

Liczba  wy świetlany ch  kontaktów  zwiększy ła  się  kilkukrotnie,  gdy   sy stem y   boj owe

zareagowały   na  nowe  wy ty czne.  Ciekawe,  co  czują  pozostali,  skoro  mnie  się  to  nie  podoba,  a
wiedziałem przecież, że tak będzie.

–  Do  wszy stkich.  Jabbersm oki  nadciągaj ą,  osłaniaj ąc  się  wzaj em nie.  To  dlatego

widzicie  tak  wiele  kontaktów.  Zachowaj cie  czuj ność,  ale  nie  reaguj cie.  Za  kilka  m inut
przerzedzim y  ich szeregi.

Blaszaki  dotarły   na  pozy cj e  wy j ściowe,  potem   ruszy ły   naprzód,  robiąc  uniki  i

background image

klucząc z nieludzką szy bkością. Bunkier znaj duj ący  się nieco na lewo od osi ataku otworzy ł ogień
zaporowy, gdy  kilka robotów dosłownie odbiło się od j ego ścian. Strzelanina trwała ty lko chwilę,
sy stem y  pasy wnej  obrony  ostrzeliwały  przeciwnika, a Jabbersm oki z kolei naparzały  tłum nie w
każde uakty wnione stanowisko ogniowe. Stark przy glądał się tem u hardy m  wzrokiem . Zachowują
się  jak  rój  czerwonych  mrówek  obskakujących  każdego  owada,  który  miał  pecha  stanąć  na  ich
drodze. Insektoidalne zachowania i ruchy  robotów iry towały  Ethana, m im o że widział, j ak wiele z
nich uległo zniszczeniu podczas tej  wy m iany  ognia.

Poty czka skończy ła się szy bko, sy stem y  obrony  zostały  zniszczone, a sam  bunkier

zawalił  się  po  zm asowany m   ostrzale.  Stark  przeskanował  spokoj nie  przedpole.  Jabbersm oki
przerwały   natarcie,  j akby   zadowoliły   się  osiągnięty m   sukcesem .  No  dalej ,  parszy we  dranie.
Przy gotowaliśm y  dla was gorące powitanie. Roboty  pozostały  j ednak w bezruchu, j akby  zaj ęcie
pierwszej  linii obrony  by ło ich główny m  celem .

– Vic, m am y  problem .
– Widzę.
–  Nie  zniszczy m y   ich,  j eśli  pozostaną  na  starej   linii  frontu.  Czy m   m ożem y   j e

zm usić do konty nuowania ataku?

– Rzuciły  się na ten bunkier, gdy  ty lko zostały  ostrzelane. Może ruszą na was, gdy

j akoś im  zagrozicie?

–  To  nie  j est  zły   pom y sł.  Lam ont,  powiedz  swoim   wieprzkom ,  że  chciałby m

sprawdzić, ile z ty ch robali rozdepczecie z dy stansu.

–  Przy j ąłem !  Zobaczm y,  j ak  im   się  spodoba  zabawa  dużego  kalibru.  –  W  tuzinie

m iej sc na nowej  linii obrony  poj awiły  się bły ski płom ieni, gdy  wy paliły  główne działa czołgów.

Jabbersm oki  zdawały   się  obserwować  traj ektorie  nadlatuj ący ch  pocisków,  a  tuż

przed  ich  uderzeniem   po  prostu  odskakiwały,  unikaj ąc  bezpośredniego  trafienia.  Kilka
odpowiedziało ogniem , przeciwpancerne rakiety  pom knęły  w kierunku grani. Z tej  odległości nie
m ogły  j ednak zagrozić m aszy nom  Lam onta, sy stem y  obrony  zdj ęły  j e bez problem u.

–  Nawet  się  nie  ruszy ły,  szefie.  A  j a  nie  przy szpilę  żadnego  z  takiej   odległości.

Może  gdy by m   m iał  te  działa  cząsteczkowe,  ale  na  pewno  nie  z  klasy czną  am unicj ą,  która
potrzebuj e sekundy  na pokonanie tego dy stansu. Te Jabbersm oki są dla nas za szy bkie.

Świetnie.  Kto  by  pomyślał,  że  te  robale  po  prostu  tam  zostaną?  Czy  muszę  je

zaatakować? Stracę masę ludzi podczas takiego szturmu, ale nie mogę przecież pozwolić, by  roboty
zajęły  ten  odcinek.  Prędzej  czy  później  dotrą  tam  chłopcy  z  drugiej  dywizji  i  naprawdę  zrobi  się
problem z odzyskaniem tych pozycji.

– Vic, będę wdzięczny  za inny  pom y sł. Im  szy bciej , ty m  lepiej .
–  Jasne.  –  Ethan  zdawał  sobie  sprawę,  że  j ej   wściekłość  skierowana  j est  nie

przeciw niem u, ty lko przeciw blaszakom . – Zastanówm y  się, j ak zostały  zaprogram owane. Robili
to nasi dawni przełożeni. Co kazaliby  nam  zrobić w takiej  sy tuacj i?

– Niech pom y ślę. Zaj ąć pozy cj e. Utrzy m ać pozy cj e. Wy korzy stać... tak j est. Vic,

j eśli te robale zobaczą, że uciekam y, powinny  ruszy ć w pościg.

– To ry zy kowne posunięcie, Ethan.
–  Wiem .  Wy znacz  j ak  naj szy bciej   zapasowe  pozy cj e  w  centralnej   części  linii

obrony.  Niech  oddziały   zaj m uj ące  tam ten  odcinek  wy cofaj ą  się  aż  do  naszy ch  j ednostek
rezerwowy ch.

– Dzięki czem u znaj dziesz się znowu na linii frontu. Na ty m  polega twój  plan?
– Vic, u licha...
– Bez obaw. Mam  j uż nowe pozy cj e. Przesy łam  pliki.
Stark zerknął ty lko na przy gotowane przez nią nowe rozplanowanie pozy cj i. Niezła

background image

jest, uznał.

–  Do  wszy stkich  j ednostek,  tutaj   Stark.  Musim y   pozwolić,  by   Jabbersm oki

zobaczy ły,  j ak  uciekam y,  m oże  wtedy   spróbuj ą  nas  ścigać.  Wgraliśm y   na  wasze  taki  nowe
pozy cj e.  Na  dany   przeze  m nie  znak  wszy scy   wstaj ecie,  m achacie  rękam i  i  spieprzacie  tak
szy bko, j ak um iecie. Ty lko bez panikowania, zrozum iano? Jeśli ktoś m inie wy znaczone stanowisko,
osobiście go dogonię i wy kopię na orbitę. Ruchy !

Żołnierze zry wali się z ziem i na całej  długości łukowatej  linii frontu, pokazuj ąc się

Jabbersm okom , a potem  obróciwszy  się do nich plecam i, zaczy nali uciekać. Stark zdusił rodzące
się  w  nim   poczucie  zadowolenia.  To  wygląda  zbyt  prawdziwie,  żeby  już  się  cieszyć.  Zatrzymajcie
się, chłopcy, gdy dotrzecie na wyznaczone pozycje. Zatrzymajcie się tam.

Blaszaki  okupuj ące  dawną  linię  frontu  obserwowały   ten  odwrót  –  tak  to

przy naj m niej   wy glądało  –  a  potem   ruszy ły   przed  siebie,  dokładnie  w  ty m   sam y m   m om encie,
j ak ławica ry b. Świetnie! Chodźcie do tatusia, m ałe potworki, chodźcie.

– Zadziałało. Idą dalej . Uwaga j ednostki rezerwowe, j esteście teraz na linii frontu.

Zniszczcie to tatałaj stwo.

Ethan  wy czuł  czy j ąś  obecność.  Gdy   odwrócił  głowę,  zobaczy ł  opancerzone

postacie leżące po obu stronach j ego kry j ówki. Dawni podwładni by li gotowi do obrony  dowódcy.
Z  trudem   powstrzy m ał  się  od  osobistego  przeglądu  ich  osobisty ch  statusów.  To  j uż  nie  m oj a
robota. Niech odwalaj ą j ą dowódcy  druży n i Anita nadzoruj ąca ich na szczeblu plutonu. Poczuł
się wy alienowany, nie pierwszy  raz zresztą. Odizolowany  od ludzi i stanowiska, które tak uwielbiał.

Kierowanie ogniem  arty lery j skim  pozostawił w rękach Vic, podobnie j ak rucham i

j ednostek, aby  m ieć j ak naj m niej  na głowie podczas nadzorowania całości operacj i.

W  tej   właśnie  chwili  zauważy ł  na  HUD-zie  ikonki  oznaczaj ące  tor  lotu  pocisków

pierwszej   salwy.  Jabbersm oki  wciąż  by ły   trudne  do  zauważenia  i  nam ierzenia,  poruszały   się
bowiem  bardzo szy bko, przy  ty m  wy korzy sty wały  każdą m ożliwą osłonę. Analizuj ąc wzorce ich
natarcia, m ożna by ło wszakże ustalić generalny  kierunek, w który m  zm ierzały.

Z głębi Makutry  odpalono rakiety  m aj ące osłonić natarcie Jabbersm oków, ale by ło

to  działanie  darem ne,  ponieważ  żadna  z  nich  nie  m ogła  przedostać  się  przez  parasol  ochronny
kolonii.  Natom iast  pociski  arty lery j skie  obrońców  spadły   na  szeregi  robotów,  czy niąc  w  nich
ogrom ne spustoszenia.

Ostrzał  przesuwał  się  w  kierunku  środka  i  ty łów  tery torium   zaj m owanego  teraz

przez  blaszaki,  j akby   arty lerzy stom   zależało  na  zagnaniu  ich  j ak  naj dalej .  Strum ienie  gazów  z
kolej ny ch  eksplozj i  rozry wały   pancerze  robotów,  odłam ki  przeszy wały   ich  korpusy   i  członki,  a
zasobniki  z  subam unicj ą  spadały   prosto  z  nieba,  zwielokrotniaj ąc  chaos.  Mechaniczne  paj ąki
pędziły   j ednak  nadal  przed  siebie,  klucząc  chaoty cznie  pom iędzy   ty m i,  które  zam ieniały   się  w
wulkany   try skaj ące  ogniem   detonuj ącego  paliwa  i  am unicj i.  Jabbersm oki,  m im o  że  równina
została zasłana ich wrakam i, nie zważały  zupełnie na straty.

Stark uśm iechnął się raz j eszcze, gdy  zobaczy ł, że nawała ogniowa zapędziła resztę

robotów  prosto  na  pola  m inowe.  Kolej ne  giganty czne  m aszy ny   zadrżały,  trafiaj ąc  na  ładunki
przeciwpancerne.  Chwilę  później   Jabbersm oki  zaczęły   oczy szczać  sobie  drogę,  ostrzeliwuj ąc
każdy   kam y k,  który   znalazł  się  w  polu  widzenia.  Ludzie  nie  by liby   w  stanie  strzelać  tak  celnie,
poruszaj ąc  się  j ednocześnie  z  m aksy m alną  szy bkością,  robotom   wszakże  nie  sprawiało  to
naj m niej szej  trudności.

Po  m inięciu  pól  m inowy ch  pozostałe  blaszaki  ruszy ły   znowu  do  szarży.  Stark

wstrzy m ał  oddech,  gdy   zliczy ł,  ile  ich  przetrwało.  Dobry  Boże.  Ile  rząd  musiał  wydać  na  zakup
takiej masy sprzętu? Lepiej, żeby nie dotarły zbyt blisko naszych linii, zanim zacznie się ostatni akt
tej bitwy.

background image

– Do wszy stkich j ednostek. Panie i panowie, daj cie im  w kość. Ognia!
Strum ienie  płom ieni  wy try snęły   j ednocześnie  z  trzech  stron,  m asakruj ąc

nadciągaj ące m aszy ny  od frontu i z obu flank. Większość pocisków chy biła, m echaniczne robale
poruszały  się bowiem  tak szy bko, że sy stem y  nam ierzania nadal nie by ły  w stanie ich uchwy cić,
lecz przy  tak zm asowany m  ostrzale pierwsze szeregi robotów zam arły  dosłownie w j ednej  chwili.

Jabbersm oki  parły   dalej .  Stąpaj ąc  na  m echaniczny ch  nogach,  om ij ały   zwinnie

korpusy   zdezakty wowany ch  towarzy szy   broni.  Wy glądały   przy   ty m   j ak  przy by sze  z  obcy ch
planet. Ciekawiło mnie zawsze, jak by to było trafić na obce formy życia, zastanawiał się Stark.  A
teraz widzę je i walczę z nimi.  Sprawdził  skaner,  przy glądaj ąc  się  linii  ikonek,  który m i  oznaczono
Jabbersm oki. Zbliżała się j uż do zaznaczony ch pozy cj i j ego j ednostek.

– Vic, m iej  oko na ewentualne wy łom y.
–  Mam .  Są  j uż  zby t  blisko,  by   ostrzelać  j e  ponownie  z  dział.  Nie  chciałaby m

ry zy kować trafienia w nasze stanowiska.

– Rozum iem . Zniszczy m y  j e w walce j eden na j ednego. – Stark podniósł karabin,

na  j ego  HUD-zie  naty chm iast  poj awiły   się  znaczniki  potencj alny ch  celów.  Strzelał  rozważnie,
posy łaj ąc pociski ty lko w cele o naj wy ższy m  prawdopodobieństwie trafienia, klnąc do ży wego po
każdy m  pudle, a ty ch by ło zadziwiaj ąco wiele, gdy ż Jabbersm oki parły  przed siebie z niezwy kłą
prędkością. Odpowiadały  też ogniem , posy łaj ąc m ierzone serie bez zatrzy m ania. Ty le dobrego,
że ich celność także nie by ła wielka dzięki sy stem om  akty wnego i pasy wnego kam uflażu żołnierzy
oraz setkom  eksplozj i wszelkiego rodzaj u, które zasłaniały  pole widzenia.

Pierwsza  fala  Jabbersm oków  dotarła  do  centralnego  odcinka  zaim prowizowanej

linii  obrony,  trafiaj ąc  na  kolej ną  ścianę  ognia  kierowanego  na  każdy   bliski  kontakt.  Następna
przebiła  się  j ednak,  osłaniana  lawinam i  pocisków,  które  zm usiły   ludzi  Starka  do  kry cia  się  bądź
zabij ały  ich na m iej scu.

Jeden  z  czołgów  Lam onta,  wielki  żukowaty   potwór  na  kołach,  idealnie

zam askowany  w księży cowy m  cieniu, znalazł się nagle na celowniku dwóch blaszaków. Pierwszy
zaczął naty chm iast strzelać, j ego m ałokalibrowe pociski odbij ały  się j ednak od grubego pancerza,
krzesząc na nim  kaskady  iskier. Drugi, znaj duj ący  się nieco dalej , zam arł na ułam ek sekundy, by
um ieścić na ram ieniu-wy rzutni ciężki pocisk przeciwpancerny.

W ty m  sam y m  czasie działko czołgu rozsiekło gradem  kul pierwszego przeciwnika.

Jego  wieża  zaczęła  się  obracać,  by   nam ierzy ć  drugiego  w  chwili,  gdy   tam ten  odpalał  rakietę.
Sy stem y   obrony   zadziałały,  wprawdzie  nie  zaliczy ły   bezpośredniego  trafienia,  ale  udało  im   się
zm ienić lekko traj ektorię nadlatuj ącego pocisku.

Czołg  zachwiał  się,  gdy   głowica  rakiety   eksplodowała  w  sekcj i  kadłuba  o

podrzędny m  znaczeniu, siej ąc wokół odłam kam i i fragm entam i rozerwanego pancerza. Mom ent
później  działo znieruchom iało i także wy paliło. Na tak niewielkim  dy stansie nawet Jabbersm ok nie
by ł w stanie um knąć przed pociskiem . Robot dosłownie zniknął, gdy  ładunek eksplodował w j ego
wnętrzu. Zostały  po nim  ty lko m echaniczne nogi, które opadły  wolno na pokry ty  py łem  i złom em
grunt.

–  Hej ,  wy   tam ,  m ałpoludy !  Dlaczego  nikt  nie  osłania  m oj ej   m aszy ny ?  Załatanie

tej  dziury  potrwa całą wieczność! – pieklił się pancerniak.

Stark wy dał kolej ny  rozkaz, nie przestaj ąc strzelać.
–  Do  j ednostek  piechoty.  Osłaniaj cie  m aszy ny   sierżanta  Lam onta!  Trafienie

Jabbersm oków, które m ierzą w czołgi, j est o wiele łatwiej sze.

Tuż obok  zobaczy ł blaszaka,  który  poj awił  się j ak  przeniesiony  z  innego  wy m iaru.

Koszm arna  m aszy na  krocząca  na  m echaniczny ch  odnóżach  zam aj aczy ła  na  tle  odwiecznie
czarnego  nieba.  Stark  wciąż  j eszcze  podnosił  broń,  gdy   żołnierz  leżący   obok  niego  wrzasnął  ze

background image

złości  i  bólu.  Jego  kom binezon  próżniowy   został  rozdarty   w  wielu  m iej scach,  gdy   przeszy ła  go
długa  seria.  Wrzeszcząc,  żołnierz  odpowiedział  autom aty czny m   ogniem ,  a  wy strzelone  przez
niego pociski odbiły  się w strum ieniach iskier od korpusu i głowy  robota. Jabbersm ok zachwiał się,
gdy   znaj duj ący   się  w  pobliżu  ludzie  i  Stark  skupili  na  nim   ogień.  Jego  nogi  zadrgały
spazm aty cznie, j akby  by ł paj ąkiem  rozgnieciony m  pod podeszwą buta, a potem  zam arł i zwalił
się wolno na grunt.

Stark  wy ciągnął  dłoń  do  rannego,  którego  palec  wciąż  zaciskał  się  na  spuście

opróżnionego karabinu.

–  Spokoj nie,  j uż  po  nim   –  powiedział.  Niech  to  szlag.  To  przecież  Billings.

Przeskanował j ej  odczy ty, a potem  oznaczy ł j ą ikonką naty chm iastowej  pom ocy  m edy cznej . –
Wy gląda na to, że go dopadłaś. – Oby sanitariusze dotarli tu w porę. – Trzy m aj  się.

Błagam.
–  Załatwiłam   drania  –  wy sapała  a  potem   zem dlała  po  zaaplikowaniu  przez

sy stem y  skafandra kolej nej  dawki silny ch środków przeciwbólowy ch.

– Ethan.
– Tak, Vic?
–  Widzę,  że  kilka  Jabbersm oków  przedarło  się  na  lewej   flance.  Wy sy łam

transportery  opancerzone, by  j e przechwy cić.

–  Wy ślij   z  nim i  parę  czołgów.  –  Stark  znów  zaczął  strzelać.  Leżąc  obok  rannej

Billings,  robił  wszy stko,  by   j ą  chronić.  –  Transportery   nie  dadzą  sobie  rady   z  ty m i  robalam i.
Jabbersm oki są dla nich za szy bkie i za dobrze opancerzone.

– Przy j ęłam . Wy cofuj ę czołgi z pierwszej  linii.
Zanim   Stark  zdąży ł  odpowiedzieć,  za  granią  poj awił  się  kolej ny   robot,  kieruj ąc  w

stronę ludzi cztery  z sześciu uzbroj ony ch ram ion. Dwie serie trafiły  go równocześnie w głowę i
korpus,  m gnienie  oka  później   przy padkowy   granat  urwał  blaszakowi  kilka  nóg.  Robot  chwiał  się
przez chwilę, strzelaj ąc na oślep, potem  padł.

–  Dobra  robota,  Caruso.  –  Ethan  usły szał  w  kom unikatorze  głos  kapral  Gom ez.  –

Chen,  przesuń  się  kilka  m etrów,  stam tąd  będziesz  m ógł  lepiej   osłaniać  Billings  i  sierżanta.  Dios!
Tam  j est kolej ny !

Stark  zaklął,  gdy   leżący   obok  niego  żołnierz  zaczął  strzelać  do  następnego  robota.

Zaraz też rzucił okiem  na skan całego pola walki. Migaj ące ikonki, wskazuj ąc na m ikrosekundowe
nam iary   m aszy n,  nie  pozwalały   ocenić  dokładniej ,  ile  ich  tam   j eszcze  j est,  ale  czerwone
znaczniki zniszczony ch j uż Jabbersm oków szły  w dziesiątki.

– Bierz te czołgi, Vic. – Poczuł zim ny  dreszcz, gdy  dotarło do niego, że ludzie m ogą

błędnie  zrozum ieć  ten  ruch.  –  Do  wszy stkich  j ednostek.  Wy cofuj em y   czołgi,  aby   m ogły
wesprzeć grupę szy bkiego reagowania. To nie j est odwrót.

Jego  obawy   o  to,  że  ludzie  źle  zrozum iej ą  wy cofanie  czołgów,  potwierdziły   się

niem al naty chm iast, gdy  usły szał na kanale ogólny m  głos nieznanego m u żołnierza:

– Cholera, a j uż m y ślałem , że m am y  spieprzać!
Stark skupił się naty chm iast na odczy tach z naj bliższej  okolicy. Nie znalazł żadny ch

akty wny ch sy gnałów. W pobliżu swoj ej  pozy cj i zobaczy ł za to ikonki sześciu zneutralizowany ch
Jabbersm oków.  Otaczaj ący   go  ludzie  pełzali  ostrożnie  w  py le,  ostrzeliwuj ąc  roboty   atakuj ące
sąsiednie sektory  linii obrony. Te blaszaki są dokładnie takie jak te, które ścigały konwój. Nie mają
wyobraźni. Gonią za celem, dopóki go nie zniszczą. Na skanerze by ło j uż ty lko kilka m igaj ący ch
celów.  Większość  na  lewej   flance,  kilka  za  linią  obrony.  Część  żołnierzy   opuściła  wy znaczone
pozy cj e, także biegli w stronę ty łów, ale Ethan szy bko zrozum iał, że kieruj ą się w stronę blaszaków,
który m  udało się przedrzeć za linię frontu.

background image

Ikonka  transportera  opancerzonego  nałoży ła  się  właśnie  na  znacznik  j ednego  z

Jabbersm oków.  Stark  przełączy ł  się  naty chm iast  na  widok  z  kam ery   operatora  broni.  Na
celownikach  transportera  widział  m igaj ące  szy bko  znaki  nam ierzony /nienam ierzony.  Robal
wy kony wał  bowiem   szy bkie  uniki,  kry j ąc  się  za  głazam i.  Mom ent  później   j adący   obok  poj azd
zadrżał,  gdy   blaszak  wpakował  w  niego  długą  serię  pocisków.  Transporter  zwolnił  naty chm iast,
opadaj ąc na powierzchnię i wy sy łaj ąc sy gnały  alarm owe.

Drugi  transporter  otworzy ł  ogień,  zasy puj ąc  pociskam i  teren  wokół  robota,  który

nadal  strzelał  do  trafionego  przed  chwilą  poj azdu  boj owego.  Blaszak  zatańczy ł,  wy konuj ąc
kolej ne uniki, nie przery waj ąc j ednak prób zniszczenia nam ierzonego wcześniej  celu.

W polu widzenia poj awił się czołg, j ego sy stem y  odszukały  przeciwnika.
Jabbersm ok  zadowolił  się  w  końcu  dokonany m i  zniszczeniam i,  a  m oże  wy czuł

nowe, większe zagrożenie. Obrócił się, by  zaatakować czołg, ale gdy  to robił, trafiło go kilka serii
wy strzelony ch z inny ch kierunków. Zachwiał się m ocno, próbuj ąc odzy skać równowagę, przez co
znów  stał  się  łatwiej szy m   celem .  Zaraz  potem   został  przerobiony   na  sito  przez  działka  drugiego
transportera, a dzieła zniszczenia dopełnił pocisk z czołgowego działa. Rozerwany  korpus zwalił się
w zwolniony m  tem pie na bok.

Stark, dy sząc ciężko z nerwów, przełączy ł się ponownie na ogólny  widok. Ty lko dwa

Jabbersm oki  poruszały   się  j eszcze  na  przedpolu,  wciąż  prąc  naprzód.  Pierwszy   znieruchom iał
j ednak po chwili, a zaraz za nim  drugi. Ktoś posłał długą serię w dy m iące szczątki i znów zapadła
cisza, w której  obrońcy  szukali nowy ch celów.

Udało się. Dobry Boże w niebiesiech, dokonaliśmy tego. Ludzie jeden. Jabbersmoki

zero.

– Vic, widzę na odczy tach, że to koniec ataku.
–  Potwierdzam .  Nie  wy kry wam   żadnego  ruchu.  Dezakty wuj ę  pola  m inowe,  by

nasi ludzie m ogli wrócić na pery m etr.

–  Przy j ąłem .  Wy ślij   ich  tam   naty chm iast...  –  przerwał,  czuj ąc  nieprzy j em ny

sm ak w ustach. – Podaj  m i bilans strat.

– Zaraz go przy gotuj ę.
Stark zerknął na lewo, w m iej sce, gdzie leżała Billings, ucieszy ł się, gdy  zobaczy ł,

że j est j uż przenoszona do am bulansu.

– Wy liże się z tego?
–  Tak.  Ustabilizuj em y   j ą  za  kilka  m inut  –  odparł  sanitariusz,  popy chaj ąc  nosze  w

kierunku czekaj ącej  karetki.

– Dzięki. Anita?
– Si, sargento?
– Ilu?
Chwila przerwy, Stark nie wiedział ty lko, czy  potrzebna na przeliczenie stanu czy  na

wzięcie się w garść.

– Jeden zabity, dwoj e ranny ch, w ty m  j eden ciężko.
Ethan przeliczy ł te straty  na liczbę robotów, które załatwili żołnierze plutonu Gom ez.

Może nie straciliśmy aż tak dużo ludzi, jak się spodziewałem.

– Dobrze się spisaliście, kapralu Gom ez. Daliście im  popalić.
– Gracias, sargento. Zaatakuj em y  teraz ich bazę?
– Nie planowałem  takiego posunięcia. – Stark odszedł wolny m  krokiem  w kierunku

transportera  dowodzenia.  Znowu  żałował,  że  ta  m aszy na  nie  została  wy posażona  w  żadną  broń,
dzięki której  m ogłaby  wspom óc obronę tego odcinka frontu. Kolej na rzecz, o której  powinienem
pam iętać. – Jak to wy gląda, Vic?

background image

–  Powrót  na  linię  frontu  przebiega  bez  przeszkód.  Jeśli  chodzi  o  ten  rozwalony

bunkier,  rozm ieszczę  przy   ruinach  czołgi,  by   ty m czasowo  zatkać  wy łom .  –  Sły szał  ulgę  w  j ej
głosie, napięcie związane z niedawną walką powoli m ij ało. – Ty żeś więc ubił Jabbersm oka?

Oderwał  wzrok  od  gołego  księży cowego  kraj obrazu  i  przeniósł  go  na  hory zont,

gdzie pod odwieczny m i skałam i ukry to centrum  dowodzenia.

– Słucham ? Co powiedziałaś?
–  Ty żeś  więc  ubił  Jabbersm oka?  To  cy tat,  pacanie.  Z  „Alicj i  po  drugiej   stronie

lustra”.

– Jakim  cudem  zdołałaś to zapam iętać?
– To m oj e ulubione książki z dzieciństwa.
– A to ci niespodzianka. To przecież coś w sty lu „Alicj i w Krainie Czarów”. O tej

m ałej  wy eleganconej  Angielce. Podobały  ci się takie książki?

–  Podobała  m i  się  idea,  że  m ała  dziewczy nka  m oże  sam otnie  poznawać  obcy   i

dziwny  dla  niej   świat.  Co  w  ty m   złego?  Zwłaszcza  że  od  początku  uważałam ,  iż  Alicj a  powinna
wy ruszy ć  na  tę  wy prawę  o  wiele  lepiej   uzbroj ona,  na  wy padek  gdy by   który ś  z  napotkany ch
cudaków m iał wrogie zam iary.

–  To  m nie  akurat  nie  dziwi.  –  Stark  raz  j eszcze  sprawdził  skany,  ty m   razem

obej m uj ąc nim i znacznie większy  odcinek frontu. Uśm iech naty chm iast spełzł m u z twarzy, gdy
zauważy ł  ruch  na  skraj u  ekranu,  za  liniam i  wroga.  Powiększy ł  ten  teren,  skupiaj ąc  na  nim   cała
uwagę.

– Co tam  się dziej e, u licha?
– Gdzie? Podaj  m i współrzędne. Chodzi ci o zam ieszanie na flankach Makutry ?
–  Tak,  o  ty m   m ówię.  –  Skan  z  tak  dużej   odległości  podawał  fragm entary czne

odczy ty, pokazuj ąc ty lko to, co dało się zauważy ć z dy stansu. Sądząc j ednak po ruchach ikonek,
wrogie  j ednostki  koncentrowały   się  po  obu  stronach  Makutry,  okrążaj ąc  pozy cj e  zaj m owane
przez  Am ery kanów.  –  Co  oni  wy prawiaj ą?  Czy żby   planowali  wy słać  przeciw  nam   oddziały   z
inny ch kraj ów?

–  Ethan,  gdy by   tam te  oddziały   zam ierzały   uderzy ć  na  nasze  pozy cj e,

koncentrowano by  j e na linii frontu, nie wzdłuż doliny. Przy j rzy j  się dokładnie ich ruchom . Gdzie
to m ożliwe, poruszaj ą się trasam i niewidoczny m i z Makutry.

– Ale dlaczego? Co oni kom binuj ą?
– Zam ierzaj ą uderzy ć na naszy ch. Patrz. Na południu j est tak sam o. Nie m am y  aż

tak dobrego wglądu w tam ten teren, ale goły m  okiem  widać, że tam  też coś się dziej e.

Stark  spróbował  potrzeć  brodę.  Jego  opancerzona  dłoń  uderzy ła  j ednak  w  osłonę

hełm u.

– Wy kiwali ich? Ale dlaczego właśnie teraz?
–  Dlaczego  teraz?  To  proste.  Spój rz  na  problem   z  perspekty wy   wroga.  Oficj alne

woj ska  am ery kańskie  uderzaj ą  na  nas,  m y   odpowiadam y.  Obie  strony   są  osłabione,  dlatego
ludzie, którzy  nie lubią obu stron konfliktu, atakuj ą ty ch, którzy  siedzą w Makutrze, i roznoszą ich w
py ł.  Potem ,  j ak  sądzę,  zechcą  uderzy ć  na  ten  odcinek  pery m etru,  ponieważ  uważaj ą,  że
Jabbersm oki zm iękczy ły  nas wy starczaj ąco, więc m aj ą szansę na zaj ęcie kolonii. Trzy  ruchy  i po
nas.

– Szlag. Nie m ożem y  do tego dopuścić.
– Owszem , nie m ożem y. Ale j ak ich powstrzy m am y ?
–  Musim y   pom óc  naszy m   chłopakom   siedzący m   w  Makutrze.  Jest  ich  tam   zby t

m ało, by  powstrzy m ać niespodziewany  atak z obu flank. Zwłaszcza w takim  terenie.

–  Masz  racj ę,  Ethan.  Zastanów  się  j ednak.  Bez  względu  na  to,  j aką  strategię

background image

pom ocy  przy j m iem y, będziem y  m usieli opuścić ten odcinek pery m etru. Wy ślesz w pole ludzi, do
który ch  zaczną  strzelać  nie  ty lko  oba  zgrupowania  nieprzy j aciela,  ale  i  obrońcy   Makutry.  W
naj gorszy m  przy padku poniesiem y  bardzo ciężkie straty  i utracim y  kolonię, próbuj ąc ocalić ty ch,
którzy  przy by li tu, by  nas pokonać. A j eśli ich ocalim y, m oże doj ść do bratobój czy ch starć, gdy
zechcą wy korzy stać sy tuacj ę.

–  Fakt.  –  Stark  spoglądał  na  surową  szaro-biało-czarną  księży cową  równinę,  nad

którą  wisiała  niebieskawa  tarcza  Ziem i.  Po  chwili  z  natłoku  wracaj ący ch  wspom nień  wy łuskał
j edną m y śl. – Fakt. Wiem  o ty m  wszy stkim . Ale j estem  Am ery kaninem , Vic. Jak m y  wszy scy.
Idioci  rządzący   naszy m   kraj em   nie  zm ienią  tego,  żeby   nie  wiem   co.  Nawet  j eśli  spieprzą
wszy stko. Więc  raz,  choć  ten  j eden  raz  nie  pozwolę,  by   inni  m usieli  płacić  za  błędy   popełnione
przez trepów. Uratuj em y  m ałpoludów z oficj alny ch sił am ery kańskich i zadbam y  o to, by  wrócili
bezpiecznie do dom u, żeby  pilnowali naszej  cy wilbandy, j ak to robili do tej  pory.

–  A  co  zrobisz,  j eśli  te  m ałpoludy   podziękuj ą  ci,  odbieraj ąc  nam   kontrolę  nad

kolonią? Nasi żołnierze nie będą strzelali do ludzi z drugiej  dy wizj i, nawet w sam oobronie. Wiesz o
ty m  doskonale.

Zaczerpnął  tchu,  nie  odwracaj ąc  oczu  od  Ziem i.  Gdzieś  tam ,  pod  zawiesiną

biały ch chm ur znaj dowali się ludzie, na który ch naj bardziej  m u zależało. Ludzie czekaj ący  na to,
j aką  podej m ie  decy zj ę.  Ty m   razem   nie  czuł  chłodu  przepełniaj ącego  j ego  ciało,  ty lko  ciepło,
którego źródłem  nie by ł na pewno sy stem  ogrzewania pancerza.

–  O  ty m   też  wiem .  Co  innego  m ożem y   zrobić,  Vic?  Otrzy m aliśm y   rozkaz  od

zarządcy   kolonii,  pam iętasz?  Nie  m ożem y   pozwolić  na  rozgrom ienie  oficj alny ch  sił
am ery kańskich.  Takie  są  rozkazy   i  priory tety.  I  m aj ą  sens.  Jaka  j est  bowiem   alternaty wa?
Zostawienie  kraj u  bez  obrony ?  Jeśli  tak  duża  cześć  drugiej   dy wizj i  zostanie  rozbita,  kto  będzie
bronił naszy ch granic? Ci sam i ludzie, którzy  zdradzili naszy ch chłopców w Makutrze, j utro naj adą
USA. Składaliśm y  przy sięgę, Vic. Na konsty tucj ę. I do tej  pory  j ej  nie złam aliśm y. Oj czy zna i
konsty tucj a by ły  bezpieczne. Wiesz j ednak, co będzie, j eśli pozwolim y, by  te m ałpoludy  zginęły,
j eśli  dopuścim y   do  tego,  by   wszy scy,  którzy   nienawidzą  naszego  kraj u,  robili  z  nim ,  co  im   się
ży wnie podoba? Koniec. Nie pozwolę na to, nawet j eśli będę m usiał iść tam  w poj edy nkę i dać
się zabić.

–  Nie  będziesz  sam ,  Ethan...  –  Po  krótkiej   przerwie  dodała:  –  Został  nam   j eszcze

j eden as, który m  nie zagraliśm y. Stacey  dała m i właśnie znać, że j est gotowa go uży ć.

– Uży ć? Czego uży ć?
– Pam iętasz tego wirusa, którego Stace znalazła w naszy ch sy stem ach po ataku na

kwaterę  główną?  Tego,  który   odwracał  odczy ty   IFF,  zm ieniaj ąc  swoich  w  przeciwników  i  vice
versa?  Jej   spece  od  kom puterów  przerobili  kod  tak,  że  teraz  żaden  anty wirus  nie  j est  w  stanie
naty chm iast  wy kry ć  j ego  obecności.  Dzięki  niem u  będziem y   wy glądali  na  IFF  j ak  ich
sprzy m ierzeńcy.

– Poważnie m ówisz? Niezły  ten wirus.
–  Stacey   uważała,  że  m oże  nam   się  przy dać.  Dzięki  niem u  m ożem y   zapakować

cały   batalion  na  wahadłowce  i  wy słać  go  za  linię  frontu.  Zrzucim y   desant  tam ,  gdzie  będzie
naj bardziej   potrzebny   do  powstrzy m ania  niespodziewanego  ataku.  To  niewiele,  ale  powinno
wy starczy ć do chwili przy by cia reszty  odsieczy.

–  I  wy starczy.  Dzięki,  Vic.  Za  ustawienie  wszy stkiego  i  przy znanie  m i  racj i  w  tej

sprawie.

–  Nie  m nie  dziękuj ,  idioto.  Całe  ży cie  m arzy łam   o  przełożony m ,  który   będzie

bardziej  oddany  sprawie niż własny m  korzy ściom . I dostałam  ciebie w prezencie. Ty lko nie daj
się tam  zabić.

background image

– Um owa stoi.
Zatrzy m ał się przy  burcie transportera. Zastanawiał się, j ak żołnierze, którzy  szli za

nim  aż do tej  pory, zareaguj ą na tę decy zj ę. Powiem im, co zamierzam zrobić i dlaczego. Zasłużyli
na poznanie prawdy.

–  Do  wszy stkich  j ednostek,  m ówi  Stark.  Zauważy liśm y   wrogie  j ednostki,  które

szy kuj ą  się  do  zaatakowania  Makutry   z  obu  flank.  Zapewne  planuj ą  wy bicie  m ałpoludów  z
drugiej  dy wizj i, a potem  wezm ą się za nas. Zostaj ąc za linią um ocnień, będziem y  bezpieczniej si,
ale  żołnierze  z  drugiej   nie  obronią  się  bez  pom ocy.  Dlatego  zam ierzam   pój ść  im   z  odsieczą.  To
oznacza, że oficj alne siły  am ery kańskie m ogą zwrócić się przeciw nam , gdy  przepędzim y  wroga.
Jeśli tak się stanie, przy naj m niej  ocalim y  ży cie ludziom , którzy  m aj ą bronić naszej  oj czy zny  na
Ziem i.  Jeśli  polegną  na  Księży cu,  Stany   Zj ednoczone  będą  bezbronne.  Mam   nadziej ę,  że
pój dziecie  za  m ną.  –  Ruszy ł  truchtem   po  zboczu  w  stronę  równiny,  zostawiaj ąc  za  sobą
transporter.

– Sargento! Nie na szpicy. Niech pan zostawi to szeregowy m . – Gom ez przy wołała

ludzi i wkrótce towarzy szy ł m u cały  pluton. – Nie pój dzie pan tam  sam .

– Dzięki, Anita.
Minęli niską grań, za którą uj rzeli strefę śm ierci.
– Powiadaj ą, że cele w forcie Leavenworth są cholernie zim ne – rzuciła Gom ez. –

Powinniśm y  spakować sobie j akieś płaszcze czy  coś. Choć pewnie j est tam  cieplej  niż tutaj .

– Z pewnością. Ty le że j a trafię od razu przed pluton egzekucy j ny, nie pod celę.
– Verdad. Ludzie m ówią, że w piekle j est naprawdę gorąco. Nie m usi się pan więc

przej m ować brakiem  płaszcza. Wy starczy  wziąć coś przewiewnego.

Stark się zaśm iał.
– Czeka tam  na m nie wielu przy j aciół. Dobrze j est m ieć u boku kogoś takiego j ak

ty, compadre.

– De nada.
Z kom unikatora dobiegł głos Rey nolds. By ła zdy szana, m ówiła w pośpiechu.
–  Dostałam   inform acj e,  że  wahadłowce  są  j uż  załadowane.  Pod  ręką  m iałam

batalion  Milheim a.  Chy ba  nie  dotarło  do  niego  j eszcze,  j ak  naprawdę  brzm ią  rozkazy,  ponieważ
nie zbluzgał m nie podczas rozm owy  i nie zrównał z ziem ią.

–  Widzę,  że  wróg  nadal  skrada  się  do  Makutry.  Ty le  dobrego,  że  robi  to  bardzo

powoli.

–  Nie  spodziewa  się,  że  zareaguj em y,  nawet  j eśli  to  zauważy m y.  Właśnie

wy dałam   rozkaz  startu.  Nie  znam y   rozkładu  bazy   w  Makutrze,  kazałam   więc  pilotom ,  by
wy lądowali na północnej  flance, skąd spodziewam  się naj cięższego ataku.

– Zrozum iałem . Dobry  pom y sł. Kiedy  akty wuj esz wirusa?
–  W  ostatniej   chwili,  gdy   wahadłowce  poj awią  się  nad  pery m etrem .  Nie  wiem ,

czy  naj nowsze anty wirusy  nie rozgry zą go zby t szy bko.

– Miej m y  więc nadziej ę, że zadziała j ak trzeba.
– Stacey  obiecuj e, że tak będzie.
Ethan roześm iał się po raz kolej ny.
–  Polegam y   na  obietnicy   Stacey   Yurivan.  Boże  Wszechm ogący.  Czy śm y

poszaleli?

– Chy ba tak. Wahadłowce poj awią się nad waszy m i pozy cj am i za cztery  m inuty.
– Przy j ąłem . – Stark przy spieszy ł kroku, sprawdzaj ąc, czy  idące za nim  kom panie i

bataliony  robią to sam o. Wszy scy  wy szli z okopów, raz j eszcze wierząc, bądź m aj ąc nadziej ę, że
ich dowódca podj ął słuszną decy zj ę. Cztery  bataliony. Czy  to wy starczy  do powstrzy m ania ataku

background image

na Makutrę? Nie, pięć batalionów, j eśli powiedzie się desant j ednostki Milheim a.

Kilka m inut później  nad ich głowam i przeleciały  wahadłowce. Gdy  Stark sprawdził

odczy ty, zobaczy ł m iędzy  nim i ikonki trzech pozostały ch m aszy n boj owy ch.

– Vic, wy słałaś uzbroj one wahadłowce j ako eskortę?
–  Po  części.  To  by ł  pom y sł  Melendeza.  Twierdził,  że  j ego  m aszy ny   m ogą

ostrzeliwać um ocnienia na ziem i, korzy staj ąc z ręcznego celowania. Chy ba zam ierza sprawdzić,
czy  to m ożliwe. Uwaga, włączam  wirusa.

– Zadziałał?
–  Jeśli  nie,  woj ska  w  Makutrze  zaraz  otworzą  ogień.  Zaciśnij   kciuki,  Ethan.  A  j ak

tam  twój  plan przej ścia się po strefie?

– Dzisiaj  j est całkiem  niezła pogoda na taki wy pad, Vic.
– Przepraszam  za głupie py tanie. Powodzenia.
– Hej , m am  przy  sobie Gom ez, Murphy ’ego i pozostały ch. Co m ogłoby  pój ść nie

tak?

–  Nie  każ  m i  wy m ieniać.  Ruchy   na  flankach  Makutry   niem al  zam arły.  Jednostki

wroga znalazły  się chy ba na pozy cj ach wy j ściowy ch.

– Zrozum iałem .
Stark  przy spieszy ł  j eszcze  bardziej .  Przed  sobą  widział  linię  um ocnień,  a  za  nią

równinę dzielącą obie arm ie, zwaną strefą śm ierci. Nigdy  nie lubił wchodzić na przedpole. Teraz
też  m u  się  to  nie  podobało,  nie  widział  j ednak  alternaty wy,  która  nie  przy sporzy łaby   m u
kolej ny ch koszm arów do końca ży cia.

Na skanerze widział, że wahadłowce przelatuj ą nad strefą i nikt do nich nie strzela.

Kto by pomyślał? Wirus Stacey zadziałał. Jak to dobrze, że jej wtedy nie wywaliłem. Oficerowie w
Makutrze  dostali  pewnie  szału,  nie  mogąc  dociec,  skąd  wzięły  się  nadlatujące  maszyny,  jakim
cudem zostały uznane za swoje i dlaczego nie reagują na polecenia dowództwa bazy.

–  Vic,  przełącz  m nie  na  kanał  alarm owy.  Chcę  przem ówić  do  żołnierzy   w

Makutrze.

– To naruszenie regulam inu. Mogą cię za to wsadzić do ancla.
– Zary zy kuj ę.
– Połączenie otwarte.
Ethan potrzebował chwili na zebranie m y śli, potem  zaczął m ówić na kanale, który

m onitorował każdy  żołnierz, każdy  okręt i każdy  sy stem  kom unikacy j ny.

–  Do  wszy stkich  żołnierzy   oficj alny ch  sił  am ery kańskich.  Mówi  sierżant  Ethan

Stark. Za  chwilę zostaniecie  zaatakowani przez  swoich soj uszników.  Na obu  flankach  zgrom adzili
duże  siły,  które  właśnie  przy gotowuj ą  się  do  rozpoczęcia  natarcia.  Wy słałem   wahadłowcam i
batalion m oich ludzi do wzm ocnienia północnej  flanki, prowadzę też kilka inny ch batalionów przez
strefę  śm ierci.  Idziem y   do  waszej   bazy,  by   wam   pom óc.  Powtarzam ,  m oi  ludzie  przy by waj ą
wam   z  pom ocą,  aby ście  m ogli  powstrzy m ać  wroga.  Nie  zaatakuj em y   nikogo  z  was.
Przy chodzim y  z pom ocą... – Głośny  szum  zagłuszy ł dalsze słowa.

No  tak.  Zagłuszanie  tej   częstotliwości  j est  j eszcze  bardziej   nielegalne  niż  j ej

bezprawne  uży wanie.  Na  skanerze  widział,  j ak  ludzie  Milheim a  wy sy puj ą  się  z  wahadłowców  i
zaj m uj ą pozy cj e wzdłuż północnej  ściany  doliny. Wokół nich widniały  ikonki, który m i oznaczono
żołnierzy   sił  oficj alny ch.  Albo  zostali  zm y leni  przez  wirusa,  albo  nie  zam ierzali  atakować
przy by szów.

Chwilę później  na grani poj awiły  się czerwone znaczniki. Stark wstrzy m ał oddech,

gdy   j ego  ludzie  otworzy li  ogień.  Nad  trzem a  stoj ący m i  w  pobliżu  wahadłowcam i  Melendeza
widać  by ło  sy m bole  zagrożenia.  Ich  załogi  także  ostrzeliwały   przedpole.  Jak  to  jest  dać  się

background image

zaskoczyć,  wy  dranie?  Czerwone  ikonki  poszły   w  rozsy pkę,  zwolniły   m arsz,  na  niektóry ch
odcinkach się zatrzy m ały. Wiele z nich znieruchom iało na zboczu. Kolor znaczków się nie zm ienił,
teraz j ednak sy m bolizowały  zabity ch i ranny ch.

Um ocnienia  i  bunkry   linii  obrony   kolonii  zostały   za  plecam i  Starka  biegnącego

teraz długim i księży cowy m i susam i. Za każdy m  krokiem  pokony wał wiele m etrów. Gdy  odry wał
się  od  powierzchni  Księży ca,  stanowił  idealny   cel,  m usiał  j ednak  przeprowadzić  swoich  ludzi
przez strefę śm ierci, zanim  obrońcom  zabraknie czasu.

– Stark! Stark! Co ty  u licha wy prawiasz?!
– Vic. Skąd j est ten przekaz?
– Z bazy  sił oficj alny ch, Ethan. Źródło j est gdzieś w Makutrze.
– Aha. Tu Stark. Kto m ówi?
–  Rash  Paratnam ,  ty   idioto.  Dlaczego  zrzuciliście  ten  desant?  Chcecie  z  nam i

walczy ć?

– Nie, durniu! Nie sły szałeś, co m ówiłem ?
– Sły szałem , ale...
– Otwórz oczy  i rozej rzy j  się. Sprawdź skaner.
– Kwatera główna wy łączy ła nam  skanery. Gówno widzim y.
– Niech ich szlag. Wróg atakuj e was z obu flank. Wasi ludzie na południu zbieraj ą

cięgi. Udało nam  się powstrzy m ać atak od północy, ale m oi chłopcy  nie utrzy m aj ą się tam  bez
wsparcia. Ruszcie dupy  i bierzcie się do walki.

Po chwili iry tuj ącej  ciszy  nadeszła odpowiedź.
–  Jezu,  Ethan.  Co  m am y   robić?  Dostaliśm y   rozkaz  atakowania  twoich  ludzi.  Gdy

zapy tałem  oficera, co z naszy m i kochany m i soj usznikam i, nabrał wody  w usta.

– Rash, posłuchaj  m nie. Jesteśm y  teraz po tej  sam ej  stronie. Nie pozwolę, by  ktoś

wy rżnął większą część pozostały ch am ery kańskich woj sk, podczas gdy  j a grzej ę dupę w okopach.
Możesz podlinkować się do m oj ego skanera?

–  Tak,  chy ba  tak.  Chociaż  m ógłby ś  wy korzy stać  tę  furtkę  do  podrzucenia  nam

wirusa.

– Rash, m y  j uż wam  podrzuciliśm y  wirusa.
– Tak? To dlatego m ój  IFF widzi was j ako swoich? Cholera. – Kolej na przerwa, ty m

razem  dłuższa. – Nigdy  m nie nie okłam ałeś, Ethan. Nigdy. Okay. Jestem  podłączony  do twoj ego
skanera, daj ę do niego dostęp pozostały m . Dzięki tem u w końcu będziem y  widzieli, co się dziej e.
Przy naj m niej  póki anty wirusy  nie zablokuj ą tego łącza.

– Dzięki, Rash.
Minęli  połowę  strefy   śm ierci,  wał  usy pany   na  dnie  doliny   wy dawał  się  teraz  o

wiele wy ższy. Jeśli obrońcy  ty ch um ocnień zam ierzaj ą otworzy ć ogień, zrobią to za kilka sekund.

Kolej na transm isj a.
–  Stark,  nie  utrzy m am y   się  długo!  –  Milheim   krzy czał,  j ego  głos  ociekał

wściekłością i strachem . – Mój  batalion j est atakowany  z obu stron j ednocześnie.

– Kto was atakuj e? Wróg czy  oficj alni?
– Wróg. Ci z południowej  flanki nie stawiali zby t wielkiego oporu.
– To zaraz się zm ieni. Oficj alni przegrupowuj ą się do kontruderzenia.
–  Dzięki  Bogu.  Nie  utrzy m am y   się  tu  długo  nawet  z  pom ocą  ty ch  wahadłowców,

które rozpieprzaj ą wszy stko wokół.

– Sły szę cię, Milheim . My  też j esteśm y  j uż blisko. – Wy soki wał by ł tuż przed nim i.

Na  Ziem i  nie  dałoby   się  osiągnąć  takiej   strom izny,  ale  tutaj   wszy stko  trzy m ało  się  j ak  trzeba.
Stark zaczął wspinać się na szczy t przeszkody, klnąc ile wlezie na osy puj ące się spod stóp kam ienie

background image

i  wy chwalaj ąc  j ednocześnie  niską  grawitacj ę,  dzięki  której   szy bko  pokony wał  niem al  pionową
ścianę.

Zatrzy m ał  się  na  szczy cie  na  m om ent,  by   zaczerpnąć  tchu.  Kilku  żołnierzy

siedzący ch w pobliskich um ocnieniach przy glądało m u się w m ilczeniu. Większość stanowisk by ła
j ednak  pusta,  ich  obsady   wy słano  zapewne  do  obrony   obu  flank.  Ethan  przeskanował  pobieżnie
obrońców i nagle przy pom niał sobie te nazwiska.

– Ja was znam ...
–  Owszem ,  znasz  nas  –  przy znał  j eden  z  nich.  –  Służy liśm y   w  piąty m   batalionie

drugiej  bry gady.

Buntownicy  odesłani na Ziem ię.
– Dowodzisz obroną tego wału?
–  Zgadza  się.  Chy ba  dom y ślili  się,  że  j esteśm y   ty m i,  którzy   naj chętniej   cię

zastrzelą.

– Dlaczego więc tego nie zrobiliście?
–  A  dlaczego  ty   nie  kazałeś  nas  rozstrzelać  po  buncie?  Mogłeś  postawić  przed

plutonam i  egzekucy j ny m i  choć  kilku  prowody rów.  Nie  kazałeś  nas  j ednak  zabić.  A  m iałeś  ku
tem u co naj m niej  kilka okazj i. Dlatego postanowiliśm y, że poświęcim y  więcej  uwagi tem u, co ty
m ówisz, a nie słowom  ty ch, którzy  cię nienawidzą.

Stark nie zdołał powstrzy m ać uśm iechu.
– Dom y ślam  się, że Kalnicka nie m a tu z wam i.
–  Jest.  Tam ,  w  kwaterze  głównej .  To  nie  j est  naj lepszy   żołnierz,  gdy by   ktoś  m nie

py tał o zdanie. Ma za słabe rozeznanie. Wy bacz, że nie zauważy liśm y  tego wcześniej .

– Lepiej  późno niż wcale. Jak tam  wasze skanery ? Widzicie j uż akty wność wroga?
–  Na  oficj alny m   kanale  nie  m a  nic.  Ale  m am y   dokładny   przekaz  od  chłopców,

którzy  weszli w kontakt boj owy  z wrogiem . – Zawahał się. – Chy ba m usim y  się poddać.

– Nie, nie m usicie. Dlaczego chcecie poddawać się ludziom  walczący m  po waszej

stronie?  –  Wskazał  na  ścianę  wału,  po  której   wspinały   się  pozostałe  bataliony.  –  Wasza  dawna
j ednostka też tam  j est. Walczy ła ostatnio j ak należy. Możecie do niej  dołączy ć.

– Druga szansa? Daj esz nam  drugą szansę?
–  Dałby m   drugą  szansę  sam em u  diabłu,  gdy by m   wiedział,  że  to  uczy ni  z  niego

dobrego  żołnierza.  Ale  nie  próbuj cie  py tać  o  trzecią.  –  Straciłem  tutaj  zbyt  wiele  czasu.  Pora
ruszać dalej.  –  Idziem y   –  rozkazał  własny m   żołnierzom ,  którzy   coraz  liczniej   pokony wali  szczy t
wału.  –  Drugi  batalion  za  m ną,  idziem y   na  południową  flankę.  Trzeci  batalion,  udacie  się  na
pozy cj e  zaj m owane  przez  Milheim a,  on  zdecy duj e  o  waszy m   rozm ieszczeniu.  Dowódcy
pierwszego  i  piątego,  zaraz  po  przej ściu  na  drugą  stronę  wału  zbierzcie  swoich  ludzi  i  sam i
wy znaczcie cele. Piąty, tutaj  na górze czeka kilku waszy ch.

Jego  tak  skanował  okolicę,  próbuj ąc  stworzy ć  wirtualny   plan  bazy.  Na  dnie

Makutry,  w  odróżnieniu  od  terenu  kolonii,  postawiono  wiele  j ednokondy gnacy j ny ch  budy nków,
które  przy sy pano  następnie  warstwą  py łu  i  kam ieni,  by   chronić  ich  dachy   przed  spadaj ący m i
m eteory tam i.

– Widzisz to, Vic? Pełno tutaj  budowli powierzchniowy ch.
– Widzę. Zapewne chcieli zm inim alizować liczbę wy kopów. To ty lko ty m czasowa

baza.

–  Idę  o  zakład,  że  znowu  m asz  racj ę.  I  z  tego,  co  widzę,  będzie  bardziej

ty m czasowa, niż przy puszczali j ej  budowniczowie.

Stark  biegł  przed  siebie  do  m om entu,  w  który m   zauważy ł,  że  j ego  dawny   pluton

utworzy ł wokół niego coś w rodzaj u ruchom ej  ży wej  tarczy. Stanowimy za duży cel. Nie mogę im

background image

jednak kazać odejść.

Napoty kali  co  chwilę  grupki  zdezorientowany ch  żołnierzy   drugiej   dy wizj i.  „Za

m ną,  m ałpoludy ”,  rozkazy wał  im ,  nie  zwalniaj ąc,  a  oni  znikali,  wchłaniani  przez  pędzący   tłum .
Gdy  Ethan m inął ostatnie zabudowania, nagle znalazł się w sam y m  środku pola bitwy.

Oddziały   wroga  atakuj ące  Makutrę  od  strony   południowej   grani  zdusiły   próbę

obrony   na  ty m   terenie  i  właśnie  m aszerowały   try um falnie  ku  północnej   rubieży.  Nikt  nie
spodziewał się poj awienia batalionu Starka, który  uderzy ł od strony  zabudowań. Form acj e wroga
rozsy pały  się j ak dom ek z kart trafiony  kij em  bej sbolowy m . Zaskoczeni żołnierze nie m ieli czasu
na  przy gotowanie  się  do  obrony.  Ethan  napierał  na  nich,  pozostawiaj ąc  j eńców  j ednostkom
idący m   w  ariergardzie.  Chciał  zepchnąć  uciekaj ącego  w  popłochu  przeciwnika  w  stronę
znaj duj ącej  się kilom etr dalej  kolej nej  form acj i. Spanikowani żołnierze wpadli w równe szeregi
swoich towarzy szy, siej ąc zam ęt i uniem ożliwiaj ąc zorganizowanie kontrataku.

–  Ognia!  –  Stark  przy klęknął  i  zaczął  strzelać  w  skłębiony   tłum .  Wszy scy   wokół

poszli za j ego przy kładem , siekąc wroga seriam i. To wy wołało j eszcze większą panikę, niwecząc
ostatnią szansę na stawienie zorganizowanego oporu.

Niewielka grupka am ery kańskich żołnierzy, okopana wokół buldożera, podniosła się

na równe nogi, biorąc uciekaj ący ch w krzy żowy  ogień. To zupełnie złam ało ducha atakuj ący ch,
nie  wy cofy wali  się  j uż,  ty lko  uciekali  naj szy bciej   j ak  um ieli,  zm ierzaj ąc  ku  południowem u
skraj owi  doliny.  Dzięki  temu  zyskaliśmy  kilka  minut  oddechu.  Ethan  potrzebował  tej   przerwy,
ledwie dy szał po tak długim  wy siłku.

Z  tego,  co  pam iętał,  przebiegli  kilka  kilom etrów.  Taki  dy stans  m ógł  wy kończy ć

człowieka nawet na Księży cu. Zwłaszcza takiego, który  m iał za sobą cały  dzień ciężkich walk.

–  Drugi  batalion,  za  nim i.  Spróbuj cie  zagnać  ich  za  grań,  aby   zorganizować  tam

linię obrony. Ty lko nie idźcie dalej . – Podszedł do broniący ch się przy  buldożerze, m achaj ąc do
nich ręką. – Cześć. Niezły  dzień na woj aczkę, nieprawdaż?

– Dobry  j ak każdy  inny. – Jeden z nich wy sunął się przed szereg. – Jestem  sierżant

Pery kles.

–  Pery kles?  –  Ethan  skinął  głową,  próbuj ąc  przy pom nieć  sobie,  gdzie  sły szał  to

nazwisko. – Stark.

–  Nie  sądziłem ,  że  to  powiem ,  ale  cholernie  się  cieszę,  iż  pana  widzę.  Kolej ny

żołnierz podszedł do nich.

– Porucznik Fox. Ja tu dowodzę. – Mówił lekko łam iący m  się głosem , co nie by ło

niczy m  dziwny m , zważy wszy, że walczy ł przed m om entem , nie m aj ąc szans na wy graną.

Stark  zerknął  na  Pery klesa,  który   wy konał  gest,  j akim   podwładni  określaj ą

zazwy czaj  swoich dowódców. Jest w porządku, powiadasz?

– Miło m i, poruczniku...
– Sierżancie Stark, obawiam  się, że m uszę pana aresztować.
Ethan  próbował  nie  okazy wać  zdziwienia.  Chroniący   go  pluton  ustawił  się  wokół,

nie kry j ąc wrogiego nastawienia. Zanim  j ednak Stark zdąży ł odpowiedzieć, uprzedził go sierżant
Pery kles:

–  To  nie  naj lepszy   m om ent,  poruczniku.  –  Jakby   na  potwierdzenie  j ego  słów  na

HUD-ach poj awiły  się ostrzeżenia o nadlatuj ący ch pociskach. – Nasi soj usznicy  uznali chy ba, że
nici z zaskoczenia, więc zaraz zrobi się naprawdę nieprzy j em nie. Lepiej  się ukry j m y.

Ethan pokręcił głową, ruszaj ąc znowu przed siebie.
–  Muszę  dotrzeć  do  naszy ch  oddziałów  na  północnej   flance,  m am y   tam   bitwę  do

stoczenia. Poruczniku Fox, sierżancie Pery kles, liczę, że wesprzecie drugi batalion. – Odpowiedź z
ich  strony   utonęła  w  głośny m   szum ie.  Zakłócanie.  Takie  silne  i  skuteczne?  To  musi  być  robota

background image

oficjalnych.  Ktoś  chyba  nie  nadąża  za  wydarzeniami.  –  Czy   ktoś  m oże  nam ierzy ć  źródło  ty ch
zakłóceń? Macie m i j e naty chm iast wy łączy ć.

–  Wy łączone  –  odpowiedział  m u  nieznaj om y   głos.  –  Rozpieprzy liśm y   zasilanie

przekaźnika. Sierżancie Stark, tu, na północy, m am y  naprawdę kry ty czną sy tuacj ę.

– Jesteś od Milheim a?
– Nie, nie j estem . Wszy scy  się tutaj  wy m ieszali. Ja... Hej , idą na nas j acy ś nowi.
Stark zaklął pod nosem .
– Nasi czy  wróg, żołnierzu?
– Nasi! Przepraszam , sierżancie. Skaner pokazuj e, że są z... pierwszego batalionu?
– To m oi chłopcy. Możecie m nie z nim i połączy ć?
– Oczy wiście, sierżancie. Proszę.
Stark  zatrzy m ał  się,  gdy   pociski  wroga  spadły   na  skały   za  j ego  ludźm i.  Próbował

poskładać  pełniej szy   obraz  sy tuacj i  z  fragm entary czny ch  inform acj i  poj awiaj ący ch  się  na
skanerze. Na północnej  flance panował ogrom ny  chaos, niektóre j ednostki ścigały  atakuj ący ch,
inne  uciekały   przed  nim i.  W  tuzinie  m iej sc  zauważy ł  dopalaj ące  się  wraki  wozów  pancerny ch
przeciwnika.  Druży ny   przeciwpancerne  Milheim a  i  broń  wahadłowców  zażegnały   zagrożenie  z
ich strony. Na lewy m  krańcu flanki nowe oddziały  odpierały  właśnie atak, spy chaj ąc przeciwnika
do defensy wy  i zm uszaj ąc do odwrotu.

Sy tuacj a  na  południowej   flance  wy glądała  teraz  znacznie  lepiej ,  przy naj m niej

ty m czasowo. Drugi batalion, wzm acniany  coraz większą liczbą żołnierzy  drugiej  dy wizj i, zapędził
uciekaj ący ch  wrogów  aż  pod  sam ą  grań,  tam   j ednak  natarcie  załam ało  się,  gdy ż  Am ery kanie
trafili na nową falę przeciwników.

– Vic? Sły szy sz m nie?
– Z trudem . Wróg ostro zakłóca kom unikacj ę po obu stronach Makutry. Co widać z

twoj ej  perspekty wy ?

– Baj zel. Możesz ściągnąć dane z m oj ego skanera?
– Czekaj . Tak. Jej u. Ale się porobiło.
– Co ty  nie powiesz. Widzisz m oże, czy  ktoś j eszcze zam ierza uderzy ć z flanki?
Zam iast  odpowiadać,  Vic  podłączy ła  go  ponownie  do  skanerów  centrum

dowodzenia. Wróg wy słał odwody, i to bardzo liczne. Stark gwizdnął m im owolnie.

– Nie utrzy m am y  się tutaj , Vic. Ta dolina to śm iertelna pułapka.
– Racj a. Chy ba dlatego zaproponowano j ą oficj alny m  siłom .
–  Muszę  znaleźć  tutej szą  kwaterę  główną  i  zorganizować  odwrót.  Wy ślij

transportery   opancerzone  do  stóp  tego  wału,  aby   pom ogły   wy wozić  ludzi.  –  Przełączy ł  się  na
główny  kanał takty czny. – Czy  ktoś z drugiej  dy wizj i wie, gdzie są teraz wasi dowódcy ? Muszę ich
znaleźć, i to szy bko.

–  Stark?  –  Głos  Rasha  Paratnam a  zabrzm iał  naprawdę  gniewnie  m im o

elektronicznej  m odulacj i. – Czy ś ty  oszalał? Nie, ty  j esteś po prostu głupi. Czego od nich chcesz w
sam y m  środku tego burdelu?

– Próbuj ę ratować twoj ą dupę, uparty  ośle.
– Czego chcesz od naszy ch dowódców?
– Chcę, żeby  pom ogli m i skoordy nować odwrót. Nie utrzy m am y  tej  doliny.
Wy czuwał  niepewność  przy j aciela  i  przerażenie  na  m y śl  o  odwrocie  pod

ostrzałem  arty lerii.

– Okay, zaznaczy łem  ci norę na m apie. Będę czekał przy  główny m  wej ściu.
– Dzięki.
Stark  znów  ruszy ł  biegiem .  Pluton  Gom ez  podąży ł  za  nim ,  nieustannie  om iataj ąc

background image

lufam i  okolicę  w  poszukiwaniu  nowy ch  zagrożeń.  Ethan  kluczy ł  w  labiry ncie  m ały ch  dom ków,
dopóki nie dotarł do ukry tej  pod nasy pam i z księży cowego py łu niskiej  budowli, przed którą stał
sam otny  żołnierz w pancerzu.

– Rash?
–  Tak,  to  j a.  Zeszliśm y   się  w  końcu.  Chodź.  –  Poprowadził  przy by ły ch,  m ij aj ąc

pobladły ch  i  zdezorientowany ch  wartowników,  którzy   nerwowo  ściskali  broń.  –  To  tutaj .  Nasze
centrum  dowodzenia.

Ethan  ruszy ł  za  nim ,  zastanawiaj ąc  się,  j akie  zrobi  wrażenie,  gdy   wkroczy   tam   w

pokiereszowany m  pancerzu, z karabinem  w rękach i plutonem  groźnie wy glądaj ący ch wiarusów
za  plecam i.  Kilku  oficerów  noszący ch  pancerze  boj owe  stało  przy   główny m   wy świetlaczu,  j uż
na pierwszy  rzut oka widać by ło, j ak bardzo są zaskoczeni.

– Jestem  sierżant Stark.
– Jak zdołaliście m inąć wartowników? – Jeden z obecny ch, stoj ący  naj dalej  z boku,

zam achał rękam i. – Poddaj cie się...

–  Zam knij   ry j ,  Kalnick.  Nie  m am   czasu  na  wy głupy.  –  Ethan  zm ierzy ł  wzrokiem

pozostały ch. – Kto tu dowodzi?

Po  chwili  krępuj ącej   ciszy   j eden  z  oficerów  podniósł  dłoń  i  wskazał  nią  na

pozostały ch.

– Próbuj em y  to ustalić.
–  Słucham ?!  Nie  chciałby m   nikogo  popędzać,  ale  na  zewnątrz  panuj e  niezły

burdel. – Stark wskazał palcem  ekran. – Nie zdołam y  utrzy m ać ty ch pozy cj i.

– Sierżancie Stark, dzięki dodatkowy m  oddziałom , które pan tu sprowadził...
– Nie, sir. Przy kro m i. Nie widzicie tego z centrum  dowodzenia, ale m ój  wy wiad

donosi, że w kierunku doliny  zm ierzaj ą kolej ne, j eszcze liczniej sze oddziały  wroga. Nazwaliśm y
te dolinę Makutrą, ponieważ każdy, kto okupuj e otaczaj ące j ą granie, m oże zetrzeć na m iazgę ludzi
na ty le szalony ch, by  próbować bronić j ej  dna. Przekonaliśm y  się o ty m  na własnej  skórze j uż
kilka lat tem u.

– Rozum iem . Dziękuj ę za wy j aśnienie, sierżancie. Jestem  m aj or Kutuzow.
– Maj or? Jest pan naj starszy  stopniem  w tej  bazie?
– Jestem  j edny m  z ostatnich oficerów, j acy  tu zostali. Nie zauważy ł pan pewnie, że

przed  m om entem   odleciało  stąd  kilka  wahadłowców.  –  Kutuzow  nie  kry ł  rozgory czenia.  –  Nasz
generał uznał, że sy tuacj a j est beznadziej na, zapakował więc dupę do naj bliższej  m aszy ny, a nam
kazał  dzielnie  walczy ć,  by   nikt  nie  przeszkodził  m u  odlecieć.  Na  pokładach  wahadłowców,  o
który ch wspom niałem , znaleźli się także niem al wszy scy  dowódcy  wy ższego stopnia.

Stark pokręcił głową.
–  Starsi  oficerowie  porzucaj ą  m łodszy ch  kolegów  wilkom   na  pożarcie?  Ciekawe.

Czy  który ś z was wątpi j eszcze, że walczy m y  po tej  sam ej  stronie?

– On kłam ie! Nie...
Kutuzow odwrócił głowę.
–  Morda  w  kubeł,  sierżancie  Kalnick.  Jak  do  tej   pory   nie  usły szeliśm y   od  pana

nawet j ednej  sensownej  rady. Co pan sugeruj e, sierżancie Stark?

– Rozej m . Między  nam i. Musim y  zj ednoczy ć siły  i walczy ć ram ię w ram ię, j eśli

chcem y  wy rwać naszy ch ludzi z tej  pułapki.

–  Sierżancie,  j a  nie...  –  Maj or  Kutuzow  zam ilkł  w  pół  słowa,  gdy   do  centrum

dowodzenia wbiegł j eszcze j eden oficer.

–  Podpułkownik  Hay es,  sierżancie.  Jestem   tu  naj starszy   stopniem .  Dziękuj ę,

m aj orze.

background image

– Pułkowniku, właśnie próbowałem  przekonać m aj ora...
–  Wiem .  Może  pan  sobie  darować,  sierżancie.  By łem   na  zewnątrz,  sy tuacj a  j est

rzeczy wiście  do  dupy.  Zna  pan  lepiej   Księży c  i  tę  dolinę.  Jakie  m am y   szanse  na  obronienie
doty chczasowy ch pozy cj i?

Stark uśm iechnął się w duchu, widząc, że pułkownik nie bawi się w konwenanse i od

razu  przechodzi  do  rzeczy.  Spodobało  m u  się  także  to,  że  organizował  obronę,  gdy   pozostali
oficerowie uciekali.

– Bliskie zeru, sir.
– Co zatem  m ożem y  zrobić, sierżancie? Przecież nie m am y  gdzie się wy cofać.
–  Musicie  opuścić  to  m iej sce.  Ewakuować  się  za  nasz  pery m etr.  Będziem y   was

osłaniać.

–  Widzę  dwa  problem y,  sierżancie.  Nie  zdołam y   ewakuować  stąd  całego  sprzętu,

bo nie m am y  wahadłowców i lifterów, a na ich zorganizowanie trzeba by  zby t dużo czasu.

–  Rozum iem .  Możecie  wy sadzić  wszy stko,  co  tutaj   zostawicie.  My ślę,  że  m acie

wy starczaj ąco dużo am unicj i w m agazy nach, by  posłać tę bazę aż na orbitę.

–  Możem y   to  zrobić,  aczkolwiek  j estem   pewien,  że  nie  spodoba  się  to  kom isj i

przy znaj ącej   awanse.  Drugi  problem   j est  bardziej   prozaiczny,  sierżancie.  Nie  m ogę  oddać  pod
pańskie rozkazy  m oich ludzi.

– Rozum iem , sir. I wcale o to nie proszę. Wy cofaj cie wszy stko, co zdołacie, za nasz

pery m etr,  potem   dam y   wam   pełen  dostęp  do  naszego  lądowiska.  Możecie  wrócić  na  Ziem ię,
zachowuj ąc cały  uratowany  sprzęt.

– Dlaczego m iałby  pan iść nam  na rękę, sierżancie Stark?
Ethan,  widząc,  j ak  wielkie  zdziwienie  i  zaskoczenie  wy wołały   j ego  słowa,  dodał

szy bko:

–  Ponieważ  walczy m y   teraz  po  tej   sam ej   stronie.  Wiem y   też,  co  zrobiono  na

Ziem i,  j ak  uszczuplono  inne  j ednostki  drugiej   dy wizj i,  by   wy słać  tutaj   pełną  bry gadę.  Nie  m a
tam  j uż wy starczaj ącej  liczby  żołnierzy, by  skutecznie bronić Am ery ki. Nasi rodacy  potrzebuj ą
was na Ziem i.

–  I  to  wszy stko?  Zary zy kował  pan  ży cie  swoich  ludzi,  by   nas  ocalić  i  odesłać  z

bronią na Ziem ię dla dobra kraj u?

–  Owszem ,  tak  by m   to  podsum ował.  –  Stark  zerknął  raz  j eszcze  na  skaner.  –  Nie

m am y  zby t wiele czasu, pułkowniku.

Oficerowie zbili się w grupkę, debatuj ąc nad czy m ś zawzięcie.
– Ethan? Sły szy sz m nie?
– Vic? Tak. Ktoś zdołał w końcu zlinkować przekaźniki.
–  Co  tam   się  dziej e,  u  licha?  Próbuj ę  postawić  na  nogi  więcej   j ednostek,  ale  to

m usi potrwać.

–  Nie  m am y   czasu  i  nie  będziem y   bronili  doliny,  Vic.  Rozm awiam   właśnie  z

oficerem   pełniący m   funkcj ę  dowódcy   sił  oficj alny ch...  Przepraszam   na  m om ent.  Słucham ,
pułkowniku Hay es?

– Prawdopodobnie trafię przed ten sam  pluton egzekucy j ny  co pan, sierżancie, ale

przy j m uj ę pańską ofertę. I chętnie posłucham  sugestii, j ak przeprowadzić tę operacj ę.

– Vic? Wy cofam y  się za pery m etr. Ktoś m usi nas j ednak osłaniać z obu flank, gdy

znaj dziem y  się w strefie śm ierci.

– Przy j ęłam . Sform uj esz bataliony  w dolinie czy  poczekasz z ty m  do powrotu?
– Nie m am  na to czasu.
Gdy  Stark odwracał się do pułkownika, j eden z oficerów opuszczał właśnie bunkier.

background image

–  To  szef  woj sk  inży niery j ny ch  –  wy j aśnił  Hay es.  –  Sprawdzi,  co  m ożem y

wy sadzić, m aj ąc tak wiele am unicj i i tak m ało czasu. Rozkazałem  też całem u personelowi bazy,
by  udał się naty chm iast pod wał, zabieraj ąc ty le sprzętu, ile da się unieść.

– Świetnie. Za wałem  będą czekały  transportery  opancerzone. Pańscy  ludzie m ogą

z nich skorzy stać. Czy  został wam  j akiś pieprzony  Jabbersm ok?

– Py ta pan o autonom iczne j ednostki zroboty zowane? Nie. Wy słaliśm y  wszy stkie w

ostatniej  fali ataku. Rozum iem , że nie oszczędziliście żadnego z nich?

–  Nie,  sir.  Tam   leży   ty le  złom u,  że  pewnie  dałoby   się  z  niego  poskładać  kilka

blaszaków,  ale  zapewniam   pana,  że  nie  zam ierzam y   tego  robić.  –  Stark  spoj rzał  na  główny
wy świetlacz bazy. – Vic, zm apowałaś j uż to m iej sce?

–  Tak.  To  będzie  trudna  operacj a,  Ethan.  –  Rey nolds  zaczęła  szkicować  plan

odwrotu. Wy pluwała słowa z szy bkością karabinu m aszy nowego, a Stark przekazy wał j e oficerom
zgrom adzony m   w  centrum   dowodzenia  Makutry.  –  To  naj lepszy   pom y sł,  j aki  przy szedł  m i  do
głowy.

– Pułkowniku? – Ethan wskazał na ekran. – Czy  to panu pasuj e?
–  Tak,  sierżancie.  Z  przy krością  m uszę  też  przy znać,  że  nie  widzę  żadnej   luki  w

waszy m  planie. Bierzm y  się do roboty.

Stark  wy biegł  z  centrum   dowodzenia,  towarzy szy ł  m u  pluton  ochrony   i  ciągle

obecny  Rash Paratnam .

–  Do  wszy stkich  żołnierzy   ze  wszy stkich  j ednostek  w  dolinie.  Skopiuj cie  dane  z

m oj ego taka.

Na  wy świetlaczu  takty czny m   poj awiły   się  lśniące  linie  przecinaj ące  plan  bazy   –

by ły  to trasy  odwrotu pozwalaj ące na m aksy m alne wy korzy stanie każdej  osłony, na j aką ludzie
trafią po drodze.

– Wszy scy   znaj duj ący  się  na zachód  od linii  Whiskey  zaj m uj ą  pozy cj e  obronne.

Musicie  j e  utrzy m ać,  dopóki  was  nie  odwołam .  Wszy scy   znaj duj ący   się  na  wschód  od  linii
Whiskey  wy cofuj ą się w ustalony m  porządku. Nie zatrzy m uj cie się, dopóki nie dotrzecie do linii
X-ray. Sierżancie Milheim ?

– Słucham , sir.
–  Oberwaliście  j ak  cholera,  ale  m uszę  was  prosić,  aby ście  um ożliwili  ewakuacj ę

j ak naj większej  liczby  ranny ch, który ch m ogą zabrać wy łącznie nasze wahadłowce.

–  Zrozum iałem .  –  Milheim   zdawał  się  wy czerpany,  ale  wciąż  zdeterm inowany.  –

Zrobim y  co trzeba.

– Szefie Melendez?
– Ay e.
– Odwaliliście kawał dobrej  roboty, ale wasze m aszy ny  staną się łatwy m i celam i,

gdy   zabraknie  osłony   piechoty.  Macie  unieść  się  w  powietrze  z  konwoj em   przewożący m
ranny ch.

– Wprawdzie nie widzę tutaj  powietrza, błotołazie, ale chy ba wiem , o co ci chodzi.

Ay e, ay e.

–  Błota  też  tu  nie  zobaczy sz.  –  Stark  przełączy ł  się  na  inny   kanał  i  wy słuchał,  j ak

pułkownik Hay es potwierdza rozkazy  odwrotu dla swoich j ednostek. – Rash, sądzę, że m ożesz by ć
potrzebny  w swoim  oddziale.

– Fakt. Do zobaczenia za pery m etrem , wielki m ałpoludzie.
– I kto to m ówi. – Ethan sprawdził raz j eszcze odczy ty  skanera. Widział wy raźnie,

że wróg rusza j uż, choć wciąż ostrożnie, w ślad za wy cofuj ący m i się Am ery kanam i. Wy glądało
na to, że niedawni soj usznicy  oficj alny ch obawiaj ą się kolej nego podstępu. Chwilę później  od dna

background image

doliny  w północnej  części bazy  oderwał się pierwszy  wahadłowiec, zaraz po nim  odleciał drugi.
Inne  m aszy ny   podąży ły   ich  śladem   eskortowane  przez  uzbroj one  j ednostki  Melendeza.  Z
lądowiska  w  centrum   Makutry   startowały   ptaszki  oficj alny ch,  wy wożąc  do  kolonii  cały   sprzęt  i
wy posażenie, j akie udało się załadować w tak krótkim  czasie.

W  ogrom nej   dolinie  pozostawało  j ednak  wciąż  zby t  wielu  żołnierzy.  Spora  ich

część przeby wała teraz na wschodnim  krańcu, w rej onie wału.

– Sierżancie Stark.
– Tak, pułkowniku?
– Mam  dużo sprzętu, którego nie zniesiem y  po tak strom ej  ścianie, a nie chciałby m

go  tutaj   porzucać.  Co  będzie,  j eśli  zrzucim y   te  urządzenia  ze  szczy tu  wału  przy   tak  niskiej
grawitacj i?

– Jeśli to coś naprawdę ciężkiego, na pewno ulegnie uszkodzeniu, ale to chy ba... No,

gdzie j a m am  głowę. Wy korzy staj cie tunele.

– Tunele? No j asne. Jak m ogłem  o nich zapom nieć. Skoro pom ieściły  nasze roboty,

m uszą  by ć  wy starczaj ąco  szerokie,  by   pom ieścić  ekwipunek,  m oże  z  wy j ątkiem   naj cięższy ch
lifterów. Skieruj ę do nich j ak naj więcej  ludzi i sprzętu.

Stark sprawdził raz j eszcze odczy ty  skanera. Skrzy wił się, widząc, że wróg znaj duj e

się tak blisko j ego j ednostek. W takim  zam ieszaniu, gdy  wy cofuj ący  zbili się w tłum , trudno by ło
o skoordy nowaną akcj ę osłonową.

– Na m ój  rozkaz wszy scy  znaj duj ący  się na wschód od linii Whiskey  zatrzy m uj ą

się i strzelaj ą w kierunku wroga. Musicie odeprzeć ten atak. Uwaga... Ognia!

Ethan znów ruszy ł naprzód. Biegł, zerkaj ąc j edny m  okiem  na wy świetlacz skanera,

drugim  om iataj ąc otaczaj ący  go teren. Zobaczy ł na ekranie nowe ikonki, gdy  żołnierze wy konali
j ego  rozkaz  i  otworzy li  skoncentrowany   ogień  zaporowy.  Zaraz  potem   wróg  zatrzy m ał  się,
reaguj ąc na niespodziewaną zm ianę sy tuacj i.

– Okay. Możecie wy cofy wać się dalej .
Jego  j ednostki  m ij ały   właśnie  linię  Whiskey.  Ludzie  pędzili  ile  sił  w  nogach,

korzy staj ąc z osłony  broniący ch tego m iej sca oddziałów. Ścigaj ący  ich przeciwnik po raz kolej ny
m usiał odpuścić, gdy  przy szpilili go Am ery kanie czekaj ący  na wy znaczony ch pozy cj ach.

Stark,  m ij aj ąc  linię  Whiskey,  zauważy ł,  że  ponownie  zbliża  się  do  centrum

dowodzenia bazy  w Makutrze. Z budowli wy biegali właśnie żołnierze. Niektórzy  szy kowali się do
walki,  inni  uciekali,  wy nosząc  naj cenniej szy   sprzęt.  Ethan,  widząc  ich,  przy pom niał  sobie  o
Kalnicku. Ciekawe, czy  ten drań uciekł czy  wy brał niewolę, przedkładaj ąc j ą nad ocalenie przez
znienawidzonego  wroga.  Zapom niał  o  zdraj cy,  gdy   ponownie  odezwała  się  arty leria.  Pociski
spadały   wszędzie  wokół,  wiele  z  nich  uderzy ło  w  teren  znaj duj ący   się  za  budy nkam i.  Stark  i
ochraniaj ący  go pluton biegli na zachód, insty nktownie kuląc głowy, j akby  padał na nie deszcz, a
nie odłam ki i pociski szrapneli. Kolej ne wahadłowce przem knęły  nad nim i, a po chwili na paśm ie
dowodzenia nadano krótki kom unikat.

– Zaraz wy sadzim y  składy  otaczaj ące lądowisko.
Stark  sprawdził  własną  pozy cj ę  i  uznał,  że  znaj duj e  się  wciąż  zby t  blisko  tego

m iej sca.

– Szy bciej , ludzie – pogonił swoich.
Na  linię  X-ray   składał  się  ciąg  porozrzucany ch  chaoty cznie,  ale  solidny ch

um ocnień.

– Do wszy stkich obrońców linii Whiskey, m ożecie się j uż wy cofać. Mińcie linię X-

ray  i zaj m ij cie pozy cj e na linii Yankee. Gdzie j esteś, Milheim ?

– Mij am  właśnie linię Whiskey.

background image

Stark zerknął na skaner, odetchnął z ulgą, gdy  zobaczy ł, że sponiewierani, ale wciąż

sprawni żołnierze czwartego batalionu zdołali opuścić dawne pozy cj e. Sądząc po tonie Milheim a i
znacznikach poniesiony ch strat, przeży li tam  prawdziwe piekło.

– Okay. Zabierz ludzi za strefę śm ierci. Dość się j uż dzisiaj  napracowaliście.
– Jeśli nas potrzebuj ecie...
–  Gdy by m   was  potrzebował,  j uż  by ście  m ieli  nowy   przy dział.  Wracaj cie  za

pery m etr. Ty m  razem  Milheim  nie kry ł ulgi.

– Już nas tu nie m a.
Pluton  chroniący   Starka  zm ieszał  się  z  inny m i  oddziałam i.  Gdy   rozproszone

wcześniej  zespoły  drugiej  bry gady  zgrom adziły  się na wy znaczony ch pozy cj ach, okazało się, że
są całkiem  liczne. Na niektóry ch odcinkach żołnierzy  z drugiej  by ło nawet więcej  niż ludzi Starka.
Nie  myśl  o  tym  teraz.  Jeśli  będą  chcieli  cię  wykołować,  i  tak  to  zrobią.  Nie  czas  teraz  na
wątpliwości.

– Uwaga!
Księży cowy   grunt  zadrżał  j ak  ży wa  istota,  gdy   przetoczy ła  się  po  nim   fala

uderzeniowa.  Skaner  pokazał  chm urę  unoszący ch  się  w  niebo  odłam ków,  gdy   seria  detonacj i
unicestwiła składy  am unicj i na terenach otaczaj ący ch lądowisko.

Stark zastanawiał się przez m om ent, j ak wielu żołnierzy  przeciwnika znalazło się w

poru rażenia ty ch eksplozj i, ale otrząsnął się zaraz z takich m y śli. Dzięki nim  zm niej szy m y   nieco
nacisk z ich strony. I tak też się stało. Przeciwnik odpuścił po raz kolej ny, skupiaj ąc uwagę na furii,
która unicestwiła dawne lądowisko.

To j ednak nie trwało zby t długo. Dowódcy  wroga niem al naty chm iast zrozum ieli,

że ofiary  m ogą im  um knąć w zupełnie nieoczekiwany m  kierunku, i znów zaczęli ostro naciskać na
swoich podwładny ch. Wy cofanie obrońców linii X-ray  przebiegało j uż w znacznie trudniej szy ch
warunkach, walki trwały  nieustannie, na każdy m  kroku.

Pluton  eskorty   zatrzy m ał  się,  gdy   Stark  spróbował  ogarnąć  widziane  na  skanerze

zam ieszanie.  Chwilę  później   został  ostrzelany.  Ethan  padł  na  ziem ię,  sięgaj ąc  insty nktownie  po
karabin,  podczas  gdy   chroniący   go  żołnierze  odpowiadali  ogniem .  Ikonki  nam iarów  świeciły
j asno  na  wielu  prący ch  przed  siebie  opancerzony ch  postaciach.  Celuj ,  strzelaj .  Celuj ,  strzelaj .
Napastnicy  cofnęli się w końcu, pozostawiaj ąc na przedpolu ciała wielu ofiar.

– Jazda, m ałpoludy. Zabieram y  się stąd.
Pobiegli  w  kierunku  wału,  ponownie  m ieszaj ąc  się  z  tłum em   wy cofy wany ch

żołnierzy.  Linia  Yankee  wy rosła  przed  nim i  niespodziewanie,  niewidzialna  na  m apie,  w
rzeczy wistości  składała  się  z  ciągu  gęsto  obsadzony ch  stanowisk  ogniowy ch  tworzący ch
nakładaj ące się na siebie pola rażenia.

– Wróg j est tuż za nam i – poinform ował obrońców Stark.
Kolej ne  detonacj e  powiększy ły   chaos.  To  żołnierze  drugiej   wy sadzali  wszy stko,

cały   porzucony   sprzęt  i  am unicj ę.  Wzniesione  wy bucham i  zasłony   księży cowego  py łu
dry fowały   powoli,  opadaj ąc  na  m asy   uciekaj ący ch  żołnierzy.  Kule  przebij ały   się  przez  nie  w
obie strony, a eksplozj e pocisków arty lery j skich rozry wały  zawiesinę na strzępy. Zawsze m roczne
niebo wy dawało się teraz j eszcze czarniej sze. Py ł przesłonił j uż niem al wszy stkie gwiazdy.

Stark odwrócił się na pięcie, sły sząc chrapliwy  śm iech.
– Co cię tak rozbawiło? – zapy tał sierżanta Sancheza.
–  Przy pom niał  m i  się  odwrót  Napoleona  spod  Moskwy   –  odparł  tam ten  tak

spokoj ny m  głosem , j akby  wy j aśniał puentę żartu opowiedzianego podczas ruty nowej  odprawy  w
bazie. – Niedawno o nim  czy tałem . Py ł to nasza wersj a śniegu. Wy dało m i się to zabawne.

– Mnie nie j est do śm iechu, Sanch. Jak tam  twój  batalion?

background image

–  Jak  wszy stkie  inne.  Zm ieszaliśm y   się  z  tak  wielom a  inny m i  j ednostkam i,  że  nie

j estem   w  stanie  odfiltrować  odczy tów  skanera.  Nie  zauważy łem   j ednak  żadny ch  śladów
załam y wania się m orale.

– Ja też – przy znał Ethan. – Tak przy  okazj i, dzięki za eskortę.
– Gdy by m  kazał Gom ez wy konać inne zadanie, zapewne sam  stanąłby m  w obliczu

buntu. Do zobaczenia za pery m etrem .

– Z pewnością, Sanch.
Linia Yankee broniła się j uż wy starczaj ąco długo, by  m ożna by ło uform ować linię

Zebra.  Nadszedł  więc  naj wy ższy   czas,  by   j ą  także  opuścić.  Stark  szedł  z  tłum em   żołnierzy
zm ierzaj ący ch  w  stronę  wału  dzielącego  Makutrę  od  strefy   śm ierci.  Zam ieszanie  by ło  j uż  tak
wielkie, że nie m iał j ak dokonać kolej ny ch analiz skanów. Ciężki lifter znaj duj ący  się opodal nich
utknął  pom iędzy   zabudowaniam i,  j ego  rozwścieczony   kierowca  wy skoczy ł  z  kabiny,
przy m ocował  w  pośpiechu  ładunek  wy buchowy,  a  potem   dołączy ł  do  tłum u  żołnierzy
opły waj ący ch  z  obu  stron  unieruchom iony   poj azd.  Za  plecam i  uciekaj ący ch  Am ery kanów
widać  by ło  m igoczące  j asno  punkty   –  to  płonęły   składy   paliwa  zasilane  strum ieniam i  tlenu  z
podziem ny ch zbiorników.

Stark  zaklął,  gdy   znów  spoj rzał  na  ekran  skanera.  Wróg  włączy ł  zagłuszanie,

uniem ożliwiaj ąc m u dalszą ocenę sy tuacj i.

– Pułkowniku Hay es, m usim y  przedostać się za wał.
– Nadal przeprawiam  m oich ludzi, górą i dołem . Nie wy trzy m acie j eszcze chwili?
Ethan  przy j rzał  się  otaczaj ący m   go  żołnierzom ,  a  potem ,  wskoczy wszy   na

porzucony  poj azd, sprawdził, czy  uda m u się ocenić liczebność nacieraj ącego wroga.

–  Wątpię,  aby m   zdołał  powstrzy m ać  nieprzy j aciela,  ale  spróbuj ę  opóźnić  j ego

ruchy.

– Rozum iem , sierżancie. Czekam y  na pana za wałem .
Zaskoczy ł  Ethana  ty m   stwierdzeniem .  Myślałem,  że  jest  pan  już  gdzieś  w  połowie

strefy śmierci. Dobrze to o panu świadczy, pułkowniku.

Pełniący   funkcj ę  ty m czasowego  kaprala  Murphy   stał  obok,  j edną  ręką

podtrzy m uj ąc Ethana, drugą nakłaniaj ąc go do zej ścia.

– Wy stawia się pan niepotrzebnie, sierżancie.
– Musiałem  sprawdzić, j ak wy gląda sy tuacj a.
– Co by  pan powiedział, sierżancie, gdy by  który ś z nas tam  wy lazł?
–  Że  j esteście  bandą  idiotów  i  m acie  naty chm iast  spieprzać.  –  Poddał  się  woli

Murpha  i  dołączy ł  do  m asy   wy cofuj ący ch  się  żołnierzy.  –  Skoro  m asz  się  za  takiego  m ądralę,
m oże powiesz m i, j ak m am y  spowolnić natarcie przeciwnika?

– Jezu, sierżancie, czy  to nie pan powtarzał nam  bez przerwy, żeby śm y  sprawdzali,

czy  napieprzam y  we wroga wszy stkim , co m am y ?

A niech mnie. Murph słuchał moich pogadanek dla żołnierzy.
– Zgadza się. Vic, sły szy sz m nie?
– Sy gnał j est bardzo słaby  i przery wany, ale j eszcze cię sły szę.
– Świetnie. Potrzebuj ę arty lerii.
– Znaj duj esz się za pery m etrem  nieprzy j aciela. Te pociski zostaną strącone, zanim

tam  dolecą.

–  Też  tak  m y ślałem ,  dopóki  nie  uświadom iłem   sobie,  że  soj usznicy   m usieli

wy cofać stąd wszy stkie sy stem y  obronne, gdy  udostępniali ten teren oficj alny m .

Stark  m iał  wrażenie,  że  sły szy   pacnięcie,  z  j akim   Rey nolds  uderzy ła  się  dłonią  w

czoło.

background image

–  No  przecież.  Niech  ktoś  poży czy   m i  j akiś  m niej   uży wany   m ózg.  Gdzie  m am y

strzelać?

–  Tak  blisko  linii  Zebra,  j ak  to  ty lko  m ożliwe.  Chcę  zniechęcić  nieprzy j aciela  do

siedzenia nam  na plecach.

– Załatwione.
To m usiało chwilę potrwać, ale j uż kilka m inut później  na HUD-zie Starka poj awiły

się  alarm y   zwiastuj ące  wy kry cie  nadlatuj ący ch  pocisków.  A  te  spadały   tak  blisko  skłębiony ch
m as  am ery kańskich  żołnierzy,  że  ludzie  czuli  wstrząsy   gruntu  przenoszone  przez  podeszwy
opancerzony ch butów. Stark zatrzy m ał się ponownie, próbuj ąc ocenić skutki działania tej  zapory
ogniowej , niestety  j ego skaner nie by ł w stanie wy chwy cić żadny ch sy gnałów. Liczne eksplozj e
w pobliżu wy niosły  w niebo ogrom ne ilości śm iecia i odłam ków.

–  Do  wszy stkich  żołnierzy   na  linii  Zebra.  Wy cofuj cie  się  do  podnóża  wału.  –

Przełączy ł się na kanał własnego plutonu. – Wracam y  pod wał, ludzie. Murphy, właśnie zostałeś
prom owany  do stopnia kaprala.

Wy rwanie  się  spom iędzy   zabudowań  powinno  polepszy ć  sy tuacj ę,  ale  w  tak

wielkim   ścisku  niem al  wszy scy   zaczy nali  odczuwać  klaustrofobię.  Żołnierze  docieraj ący   na
szczy t  wału  skakali  na  j ego  przeciwległą  strom ą  ścianę,  chwy taj ąc  się  po  drodze  głazów,  by
spowolnić  upadek.  Niektórzy   –  zapewne  z  drugiej   dy wizj i  –  próbowali  pokonać  cały   dy stans  za
j edny m   zam achem ,  lecz  przekony wali  się  podczas  lądowania,  że  to  zby t  duża  odległość  nawet
przy  j ednej  szóstej  standardowego przy ciągania.

– Vic, potrzebuj em y  karetek.
– Krążą bez przerwy  m iędzy  wałem  a bazą, Ethan. Tak sam o j ak transportery. Czy

nikt tam  j uż nie panuj e nad sy tuacj ą?

– Ja m am  pełną kontrolę nad plutonem  Gom ez, ale to by ło na ty le.
–  Tego  się  właśnie  obawiałam .  Wy słałam   wam   wsparcie  w  sile  dwóch

dodatkowy ch  batalionów.  Odsieczą  dowodzi  sierżant  Shwartz  z  drugiej   bry gady.  Wy prowadzi
swoich ludzi na strefę śm ierci, żeby  osłaniać wasz odwrót. Powiedz wszy stkim , żeby  spieprzali za
nasz pery m etr naj szy bciej , j ak to ty lko m ożliwe.

–  To  rozsądny   plan.  –  Stark  naty chm iast  przełączy ł  się  na  kanał  dowodzenia.  –

Pułkowniku Hay es?

– Tak, sierżancie?
–  Nie  wiem ,  gdzie  pan  teraz  j est,  sir.  Mój   skaner  został  niem al  całkowicie

zagłuszony.  Mam y   tu  niezły   burdel,  dlatego  m ój   zastępca  radzi,  żeby   wszy scy   spieprzali  j ak
naj szy bciej  za pery m etr kolonii.

–  A  j eśli  wróg  zacznie  nas  ścigać?  –  To  by ł  naj koszm arniej szy   ze  scenariuszy.

Uciekaj ący   żołnierze  z  siedzący m i  im   na  karku  przeciwnikam i  i  obrońcy,  którzy   nie  są  w  stanie
ich powstrzy m ać, nie wy bij aj ąc przy  okazj i swoich.

– Nasza arty leria spowolni ich ruchy, a j a wy sy łam  do strefy  śm ierci dwa nowe

bataliony, aby  osłaniały  odwrót. Pułkowniku, nie chciałby m  wy j ść na aroganta, ale...

– Z tego, co o panu sły szałem , zawsze walił pan prosto z m ostu. I zazwy czaj  m iał

pan racj ę. Proszę rozkazy wać. Ja wy cofam  się z wału razem  z ariergardą.

–  Taj est.  Do  wszy stkich  żołnierzy   znaj duj ący ch  się  na  terenie  Makutry.

Spieprzaj cie na drugi koniec strefy  śm ierci i nie zatrzy m uj cie się, dopóki nie m iniecie pery m etru
kolonii. Przy pom inam  j ednak, że każdy, kto porzuci broń w trakcie odwrotu, będzie m usiał po nią
wrócić.

Ruch na szczy cie wału uległ podwoj eniu, a potem  j eszcze bardziej  się zwiększy ł. Z

góry   padały   też  coraz  częściej   strzały,  gdy ż  arty leria,  m im o  sporego  wy siłku,  nie  zdołała

background image

zniechęcić nieprzy j aciela do konty nuowania ataku. Stark i j ego eskorta dołączy li do tej  wy m iany
ognia,  cofaj ąc  się  nieustannie  i  odpieraj ąc  kolej ne  ataki.  W  wy pełnionej   py łem   i  śm ieciem
dolinie  nie  sposób  by ło  j ednak  nam ierzy ć  cel.  Wolałbym  nie  wspinać  się  na  ten  wał,  mając  za
plecami ludzi, którzy do mnie strzelają. Nawet przy tak słabej widoczności. Chyba jednak... a to kto?

Opancerzona postać stoj ąca u podstawy  wału m achała do nich ręką.
– Jesteście ostatni po tej  stronie? – zapy tała.
– Na to wy gląda.
–  W  takim   razie  j azda  do  tunelu.  –  Wskazała  palcem   nieco  ciem niej szą  plam ę.  –

Ale ruchy  na sprzęcie. Idę zaraz za wam i i to j a m am  wy sadzić ładunki um ieszczone pod wałem .

Stark dostrzegł w końcu m aj aczący  w oddali wlot tunelu i nie nam y ślaj ąc się wiele,

zniknął w j ego m roczny m  wnętrzu.

– Trzy m aj cie się blisko m nie, ludzie! – wrzasnął m im o świadom ości, że trzeba by

uży ć  środków  wy buchowy ch,  żeby   odkleili  się  od  j ego  pleców.  Wolał  nie  ry zy kować  utraty
kontaktu w takim  m iej scu.

W  tunelu  panowały   egipskie  ciem ności,  co  by ło  całkiem   zrozum iałe,  ponieważ

Jabbersm oki  nie  kierowały   się  wzrokiem .  Sy stem y   pancerza  naty chm iast  przeszły   na
podczerwień, dzięki czem u Ethan m ógł widzieć znaj duj ącą się na wy ciągniecie ręki chropowatą
ścianę niknącą nieco dalej  w ci em  ności ach.

Kom unikator  zatrzeszczał  i  um ilkł,  gdy   nieprzy j aciel  zniszczy ł  ostatnie  przekaźniki

znaj duj ące  się  na  dnie  Makutry.  Skaner  także  się  wy łączy ł,  pokazy wał  teraz  ty lko  wy cinek
pokony wanego  przez  Starka  tunelu.  Kom pletna  cisza  i  poczucie  izolacj i  sprawiały by   dziwaczne
wrażenie  w  każdy ch  okolicznościach,  ale  po  trafieniu  w  to  m roczne  m iej sce  prosto  z  pola  walki
człowiek zaczy nał się po prostu bać.

Całą  wieczność  później   tunel  zaczął  się  lekko  wznosić,  a  w  oddali,  pom iędzy

m artwą  czernią  ścian,  zalśniły   znowu  gwiazdy.  Mom ent  później   Stark  stał  j uż  na  powierzchni,  a
j ego  kom unikator  i  tak  oży ły,  wokół  zaś  zaroiło  się  od  żołnierzy   zm ierzaj ący ch  w  kierunku
pery m etru kolonii.

– Ethan!
– Jestem . Vic, cholera j asna, nie m usisz tak wrzeszczeć.
– Gdzie by łeś? Zniknąłeś nam  kom pletnie.
– Szedłem  tunelem . Nie polecam  nikom u, ale to naj szy bsza droga na drugą stronę.

–  Stark  zam ilkł  na  m om ent,  gdy   towarzy sząca  im   specj alistka  z  woj sk  inży niery j ny ch  odpaliła
ładunki.  Chwilę  później   wał  nad  tunelem   drgnął  i  zwalił  się  w  dół,  zasy puj ąc  przej ście.
Zadowolona  z  siebie  kobieta  podniosła  oba  kciuki,  a  potem   potruchtała  w  kierunku  pery m etru.  –
Już do was idę.

–  Dzięki  Bogu.  Uważaj   na  arty lerię  wroga.  Wy słałam   na  przedpole  ruchom e

wy rzutnie, ale nawet one nie przechwy cą wszy stkiego.

Żukowaty   kształt  przem knął  obok  Starka  w  kom pletnej   ciszy,  potem   zatrzy m ał  się,

kieruj ąc broń w stronę szczy tu wału.

– Hej , kom endancie, m ogę przy łączy ć się do zabawy ?
–  Czuj   się  j ak  u  siebie  w  dom u,  Lam ont.  –  Wróg  nie  by ł  w  stanie  przeprawić

własny ch  czołgów  przez  taką  przeszkodę,  a  j ego  druży ny   przeciwpancerne  zapewne  zostały
rozproszone  w  panuj ący m   zam ieszaniu,  zupełnie  j ak  am ery kańskie  j ednostki.  Sam obieżna
forteca,  j aką  by ła  ta  m aszy na,  sprawi  niem iłą  niespodziankę  każdem u,  kto  zby t  entuzj asty cznie
podej dzie do ścigania wy cofuj ącej  się piechoty. – Ty lko nie stercz m i tu zby t długo.

–  Bez  obaw.  Moim   wieprzkom   nic  nie  grozi.  Osłania  nas  cała  m asa  świeży ch

piechociarzy.

background image

–  Świetnie.  –  Ethan  ruszy ł  przed  siebie  wolny m   krokiem .  By ł  zby t  zm ęczony,  by

znowu  biec,  m im o  że  część  pocisków  arty lery j skich  przebij ała  się  przez  ty m czasowy   parasol
ochronny.

Żołnierze  wlekli  się  równo  z  nim ,  nikt  j uż  nie  biegł,  nikt  się  nie  spieszy ł.  Wróg

siedzący  na linii frontu po obu stronach doliny  także ostrzeliwał uciekaj ący ch, ale niewiele m ógł
zdziałać,  ponieważ  Rey nolds  skierowała  wy cofuj ące  się  oddziały   na  centralny   odcinek  strefy
łączącej   Makutrę  z  pery m etrem   kolonii.  Skaner  pokazy wał  także  wy m ianę  ognia  za  plecam i
Ethana, w m iej scach, gdzie przeciwnik dotarł j uż na szczy t wału. Czołgi Lam onta i towarzy szące
im  świeże bataliony  odpierały  te ataki bez trudu, a potem , gdy  wy cofuj ący  się żołnierze zniknęli
w oddali, sam e podały  ty ły, niszcząc wszy stko i zabij aj ąc każdego, kto wy stawił nos na tę stronę.

Stark m aszerował przed siebie, nie zwalniaj ąc nawet na m om ent, po j akim ś czasie

zdziwił się, widząc wokół um ocnienia własnego pery m etru, a gdy  spoj rzał na taka, zobaczy ł liczne
ikonki  bunkrów  broniący ch  dostępu  do  tery torium   kolonii.  Szedł  j eszcze  chwilę  w  dół  łagodnego
zbocza,  a  gdy   dotarł  na  dno  zagłębienia,  zatrzy m ał  się  i  zaczął  sprawdzać  stan  wy cofany ch
j ednostek.  Naj pierw  robił  to  sam y m   wzrokiem ,  a  potem   znów  za  pom ocą  skanera.  Zaczekał,
dopóki  nie  m inęli  go  ostatni  z  m aruderów,  a  także  czołgi  Lam onta  i  towarzy szące  im   bataliony
piechoty, a potem  zm ówił krótką niem ą m odlitwę.

–  Vic,  m usisz  wy znaczy ć  m iej sca  postoj u  dla  j ednostek  drugiej   dy wizj i,  żeby

m iały  gdzie doprowadzić się do porządku i sprawdzić stany  osobowe.

–  Sierżant  Manley   j uż  się  ty m   zaj m uj e.  Jakie  środki  bezpieczeństwa  m am y

zastosować?

–  Żadne.  Zapewnij   im   ty lko  przewodników,  żeby   ci  z  drugiej   nie  plątali  się  bez

sensu po całej  kolonii. Okay ?

– Okay. I tak m iałam  ci powiedzieć, że nie m ożem y  wy stawić tak wielu strażników,

by  powstrzy m ali drugą, gdy by  chciała nawy wij ać. Musim y  zaufać ty m  m ałpoludom .

–  Tak.  Dzięki,  Vic.  –  Stark  przełączy ł  się  na  kolej ny   kanał.  By ł  tak  zm ęczony,  że

nawet  prosta  czy nność  wy dawała  się  wy j ątkowo  uciążliwa.  –  Kapralu  Gom ez,  proszę
odprowadzić pluton do koszar. Dzięki, m oj e m ałpoludy. To by ło coś.

– Może i coś – m ruknął Chen głosem  łam iący m  się ze zm ęczenia – ale raczej  m ało

zabawne.

– Da pan sobie radę, sargento?
– Oczy wiście, Anita. Dobrze się spisaliście. Do zobaczenia wkrótce.
– Gracias, sargento. Vaya con Dios.
Pluton  odm aszerował  na  ty ły,  j ego  zadanie  zostało  wy konane.  Stark  stał  j eszcze

przez chwilę, chłonąc spokój  tego m iej sca i poczucie bezpieczeństwa, j akie zapewniały  sy stem y
obrony  kolonii.

–  To  by ł  naprawdę  ciężki  dzień.  Czy   ktoś  wie,  gdzie  j est  m oj e  m obilne  centrum

dowodzenia?

Kilka  godzin  później ,  wzm ocniony   dużą  dawką  kofeiny   i  godzinną  drzem ką,  Stark

wszedł  do  znaj duj ącej   się  w  pobliżu  kosm oportu  sali  konferency j nej .  Zasalutował  przy   ty m
przepisowo pułkownikowi Hay esowi, który  nie kry ł zdziwienia, odpowiadaj ąc na ten gest.

background image

– Wy dawało m i się, sierżancie, że j est pan buntownikiem .
– Bo to prawda. Prawnie rzecz uj m uj ąc. Ale na pewno nie zostałem  nim  z wy boru.

Poza  ty m   staram   się  nie  łam ać  ety kiety,  sir.  –  Wskazał  towarzy szący ch  m u  ludzi.  –  Oto
członkowie  m oj ego  sztabu,  sierżanci:  Rey nolds,  Manley,  Lam ont,  Gordasa,  Yurivan  i  m at
kanonier Melendez.

–  Yurivan?  –  zainteresował  się  m aj or  Kutuzow.  –  Na  studium   prawny m

om awialiśm y  przy padek niej akiej  Yurivan.

Stacey  znakom icie udała zaskoczenie.
– To pewnie przy padkowa zbieżność nazwisk, m aj orze.
Pułkownik Hay es przy witał się z każdy m  kolej no.
–  Sierżancie  Rey nolds,  przy gotowała  pani  znakom ity   plan  odwrotu,  i  to  w  tak

krótkim  czasie. Sierżancie Lam ont, doceniam y  pańską pom oc przy  zabezpieczeniu ostatniej  fazy
operacj i.  No  i  pan,  sierżancie  Stark.  Pańskie  um iej ętne  dowodzenie  obroną  podczas  ewakuacj i
pozwoliło  nam   skupić  się  na  wy prowadzeniu  ludzi  z  tej   pułapki.  –  Pom asował  dłonią  kark,
przy glądaj ąc  im   się  kolej no.  –  Teraz  j uż  rozum iem ,  dlaczego  bronicie  się  tak  sprawnie.
Wm awiano  nam   bez  przerwy,  że  j esteście  bandą  dowodzoną  przez  grupkę  oportunistów.  Widzę
j ednak,  że  m am   do  czy nienia  z  prawdziwą,  kierowaną  przez  zawodowców  arm ią.  Cieszę  się,  że
m iałem  okazj ę oglądać was w akcj i. I raz j eszcze dziękuj ę za wy ciągnięcie nas z tej  pułapki.

– Skoro m ówim y  o wy dostaniu się z pułapki – wtrąciła Vic. – Rozm awiał pan j uż z

przełożony m ?

–  Tak.  Nasz  generał  przeby wa  aktualnie  na  okręcie  floty.  Powiedział,  że  strasznie

m u  przy kro,  ale  otrzy m ał  rozkaz  naty chm iastowej   ewakuacj i,  m usiał  uciekać  wraz  z  cały m
sztabem , ponieważ Pentagon nie chciał dać przeciwnikowi okazj i do schwy tania dużej  grupy  tak
ważny ch  oficerów.  –  Bev  Manley   zakaszlała,  by   ukry ć  śm iech.  –  General  wy dawał  się
zaskoczony... gdy  usły szał, że nasze oddziały  pozostały  niem al nietknięte i oczekuj ą na ewakuacj ę.
Pozostawił  szczegóły   j ej   organizacj i  w  m oich  rękach.  Porozum iałem   się  też  z  okrętam i
blokuj ący m i  dostęp  do  kolonii.  Wy ślą  wahadłowce,  który m i  zostaniem y   stąd  zabrani,  gdy   ty lko
uda się dogadać warunki ustanowienia bezpiecznego kory tarza. Spodziewam  się, że nastąpi to j uż
za kilka m inut.

– A co z waszy m i ranny m i, sir? – Vic pokazała m u podręczny  kom unikator z listą

nazwisk.  –  Mam y   tu  całkiem   pokaźną  liczbę  żołnierzy   drugiej   dy wizj i,  którzy   nie  powinni  by ć
poddawani przeciążeniom  podczas lotów. Jeśli j ednak uprzecie się, by  zabrać ich z pozostały m i...

–  Nie.  Dziękuj ę,  sierżancie.  Zostawim y   ich  w  waszy ch  szpitalach.  Poproszę  flotę,

by  ewakuowała ich, gdy  wy dobrzej ą na ty le, by  m ogli znieść transport... – przerwał na m om ent,
wy glądał  na  rozkoj arzonego.  –  Powiem   panu  szczerze,  sierżancie  Stark.  Strasznie  m nie  pan
podpuścił.

– Słucham ?
–  Mam   za  pańskim   pery m etrem   ludzi,  który m   nie  ty lko  pozwolił  pan  zachować

broń,  ale  też  sform ować  ponownie  j ednostki.  Co  by   pan  zrobił,  gdy by m   spróbował  przej ąć
kontrolę nad kolonią?

– Wolałby m  nie poruszać tego tem atu, sir.
–  Ja  też,  sierżancie.  Ta  operacj a  uczy niłaby   m nie  bohaterem .  Technicznie  rzecz

uj m uj ąc. Ale m am  u pana wielki dług. Wszy scy  żołnierze z drugiej  go m aj ą.

–  Dziękuj ę  za  te  słowa,  sir.  Proszę  m i  j ednak  powiedzieć,  dlaczego  pański  generał

nie kazał panu przeprowadzić tej  operacj i?

–  Może  dlatego,  że  zapom niałem   m u  powiedzieć,  iż  odzy skaliśm y   broń.  Jestem

pewien, że uważa, iż rozbroiliście nas j uż na pery m etrze. Może m i pan wierzy ć, nie zam ierzałem

background image

odpłacać panu w taki sposób. Wiem  za to, w j aki sposób m ogę wam  pom óc, gdy  wrócę do dom u.

– Pułkowniku... – Vic wskazała palcem  w kierunku Ziem i. – Wszy stko wskazuj e na

to, że pan też będzie m iał tam  wiele problem ów.

–  Cóż.  –  Hay es  uśm iechnął  się  pod  nosem .  –  Tu  kończy   się  m oj a  przy padkowo

zm arnowana kariera woj skowa.

Do sali weszła porucznik Conroy.
– Pułkowniku, m aj orze, wasz wahadłowiec j est j uż gotowy  do startu. Odprowadzę

panów do właściwego doku.

Hay es skinął głową, potem  spoj rzał na Starka.
–  Do  zobaczenia,  sierżancie.  Może  powalczy m y   kiedy ś  znowu,  ale  po  tej   sam ej

stronie.

–  Z  przy j em nością,  sir.  Nie  wiedziałem ,  że  awansuj e  się  j eszcze  ludzi  pańskiego

pokroj u.

– Wy chodzi na to, że kilku z nas prześlizgnęło się przez luki w sy stem ie. – Pułkownik

zasalutował  raz  j eszcze,  sierżanci  odpowiedzieli  m u  ty m   sam y m   gestem ,  po  czy m   obaj
oficerowie podąży li za porucznik Conroy.

– Wy chodzi na to, że postąpiliśm y  słusznie – stwierdziła Bev Manley.
– Tak. Chy ba tak.
Tej   nocy,  po  raz  pierwszy   od  niepam iętny ch  czasów,  Stark  nie  został  obudzony

przez koszm ar.

– Pan to m a gest – stwierdził rozparty  wy godnie w fotelu zarządca Cam pbell, gdy

Stark wkraczał do j ego gabinetu dzień po pam iętnej  bitwie o kolonię i następuj ącej  zaraz po niej
walce  o  ocalenie  bry gady   drugiej   dy wizj i.  –  Wszy stko  zostało  nagrane.  Transm isj e  lecą  na
okrągło,  u  nas  i  na  Ziem i.  Można  na  nich  zobaczy ć,  j ak  niszczy cie  roboty,  które  m iały   was
pokonać,  a  potem   ratuj ecie  am ery kańskich  żołnierzy,  gdy   ci  zostali  zaatakowani  przez
niedawny ch sprzy m ierzeńców. Każdy, kto wątpił we wcześniej sze zapewnienia, że nie zaatakuj e
pan Stanów, teraz m a na to dowód. Nie m a pan ochoty  ubiegać się o urząd prezy denta?

– W ży ciu. Jestem  żołnierzem . Nie chcę m ieć nic wspólnego z polity ką.
– Szkoda. Wy grałby  pan w cuglach.
–  Wy dawało  m i  się,  że  przestępcy   nie  m ogą  startować  w  wy borach?  A  m nie

oskarżono o wiele zbrodni.

– Skazani przestępcy, sierżancie. Pod ty m  względem  m a pan na razie czy ste konto.

–  Cam pbell  zerknął  z  nadziej ą  na  wy świetlacz  własnego  kom unikatora,  a  potem   wzruszy ł
ram ionam i.  –  Na  razie  nie  m a  żadnej   oficj alnej   reakcj i  na  to,  co  wy darzy ło  się  w  dolinie,  ale
powiadom ię pana, gdy  ty lko otrzy m am y  j akąś wiadom ość.

– Albo j a pana.

background image

Reakcj a  rządu,  gdy   wieść  o  niej   dotarła  w  końcu  na  Księży c,  tak  bardzo  ich

zaskoczy ła, że zadzwonili do siebie równocześnie.

– Sły szał pan? – Cam pbell zapy tał pierwszy.
–  Sły szałem ,  że  Pentagon  nakazał  rozbroj enie  i  uwięzienie  wszy stkich  żołnierzy

drugiej  dy wizj i, który ch uratowaliśm y. Ogłoszono, że nie m ożna im  j uż ufać.

– Z punktu widzenia rządzący ch to m oże by ć prawda.
– O czy m  pan m ówi?
–  Rząd  ogłosił  właśnie  stan  wy j ątkowy,  w  związku  z  czy m   wy bory   zostały

odroczone na świętego nigdy.

– Co takiego? – Starkowi opadła szczęka, gdy  to usły szał. – Nie m ogą zrobić czegoś

takiego.

–  Owszem .  Nie  m ogą.  Nawet  podczas  woj ny   secesy j nej   wy bory   odby wały   się

zgodnie z harm onogram em . – Cam pbell opadł na fotel, nagle wy dał się bardzo wy czerpany. – To
czy ste zagarnięcie władzy, sierżancie. Ludzie znaj duj ący  się u steru boj ą się utraty  wpły wów. A
skoro zy skali stuprocentową pewność, że nie wy graj ą wy borów, sięgnęli po j edy ne rozwiązanie,
które zapewni im  utrzy m anie się przy  władzy.

– To im  się nie uda.
– A kto ich powstrzy m a, sierżancie?
– Nie m am  poj ęcia. Na razie. Ale wiem , co powinienem  z ty m  zrobić.
Cam pbell zm ierzy ł go zaciekawiony m  spoj rzeniem .
– Czy li?
–  Uratowani  przez  nas  żołnierze  zostali  rozbroj eni,  nie  m ogą  więc  brać  udziału  w

obronie Stanów Zj ednoczony ch. Niektóre m ocarstwa z pewnością to zrozum iały, co znaczy, że nie
będziem y  długo czekali na ich reakcj ę. Ogłoszę zatem , i to zaraz, że j eśli ktoś wy ciągnie łapy  po
naszą oj czy znę, będzie m iał do czy nienia ze m ną i z m oim i oddziałam i.

Zarządca nie kry ł zaskoczenia.
– Wy śle pan tam  część swoich oddziałów? Czy  to chciał pan powiedzieć?
– Taj est. Mam  nadziej ę, że cy wilne władze kolonii nie będą m iały  nic przeciw.
– Przem awiam  w ich im ieniu, ale nie bardzo wiem , j ak m ógłby m  odwieść pana od

podj ęcia takiej  decy zj i. Jak pan zam ierza przerzucić swoich ludzi na Ziem ię? Musieliby  pokonać
blokadę i strategiczną obronę orbitalną.

– Znaj dę j akiś sposób.
–  Nie  wątpię.  –  przy taknął  Cam pbell.  –  Bez  obaw,  sierżancie.  Mam y   wiele

sposobów na przekazanie inform acj i, takich, który ch rząd nie zdoła zablokować. Zadbam  o to, by
pańskie  słowa  dotarły   do  każdego  m ieszkańca  Ziem i,  i  to  w  ciągu  naj bliższy ch  dwudziestu
czterech godzin.

–  Dziękuj ę.  –  Stark  zacisnął  dłonie.  –  Gdy by śm y   m ogli  zrobić  coś  w  sprawie

wy borów... ale to chy ba niem ożliwe.

–  Zgadza  się.  Są  j ednak  ludzie,  sierżancie,  którzy   m ogą  coś  zrobić.  Musim y   ich

ty lko do tego zachęcić.

background image

Ty dzień później  dem onstracj e w wielu am ery kańskich m iastach przy brały  na sile

do  tego  stopnia,  że  pozam y kano  dostęp  do  cały ch  dzielnic.  Stark  i  j ego  sztabowcy   oglądali
transm isj e z Ziem i, nie m ogąc nadziwić się liczebności protestuj ący ch.

– Jak długo to j eszcze potrwa? – zastanawiał się na głos sierżant Gordasa.
– Konkretniej sze wy daj e m i się py tanie: co rząd zam ierza z ty m  zrobić? – dodała

Bev Manley.

–  Nie  zdołaj ą  stłum ić  takich  wy stąpień  siłą.  Nie  m aj ą  do  tego  wy starczaj ącej

liczby  funkcj onariuszy. Poza ty m  nie znaj dą uzasadnienia pacy fikacj i, ponieważ protestuj ący  nie
uży waj ą  przem ocy   poza  ty m i  kilkom a  skraj ny m i  przy padkam i,  gdy   doszło  do  rzucania
kam ieniam i. Zdecy dowana większość dem onstrantów ty lko m aszeruj e.

Vic przy taknęła j ej  słowom .
– To prawda. Stacey, m asz j akieś nowe inform acj e doty czące sy tuacj i w dom u?
Yurivan się uśm iechnęła.
–  Gospodarka  pada  na  py sk.  Ciekawe  dlaczego?  Rozm awiałeś  ostatnio  ze  swoim

przy j acielem  Jonesem ? – spoj rzała na Starka.

– Nie. Dlaczego py tasz?
– Z tego, co wiem , korporacj e naj m ocniej  ucierpiały  na ty m  kry zy sie. Im  chodzi

wy łącznie  o  zy sk,  m ożem y   więc  założy ć,  że  większość  rad  nadzorczy ch  obraduj e  teraz  nad
sposobam i j ak naj szy bszego zaprowadzenia porządku i wznowienia produkcj i.

– Oddanie im  kolonii nie wchodzi w rachubę – zaprotestowała Manley.
– Nie o to m i chodziło. Korporacj om  zależy  wy łącznie na zy sku. W sy tuacj i, gdy

trzeba  będzie  pozby ć  się  kilku  wy soko  postawiony ch  i  polity cznie  ustosunkowany ch  przy j aciół,
którzy  tak się składa, są teraz obciążeniem  dla interesów, m ogą złoży ć nam  ciekawe propozy cj e,
na  przy kład  w  zam ian  za  pom oc  w  zakończeniu  kry zy su.  A  w  naj gorszy m   wy padku  nie  będą
przeszkadzać w wy waleniu ty ch skurwieli na zbity  py sk.

Stark pokręcił głową.
–  Niczego  m i  nie  proponowano,  a  gdy by   nawet,  i  tak  by m   odm ówił.  Żaden  z

naszy ch żołnierzy  nie zostanie wy słany  do Waszy ngtonu, by  obalać leganie wy braną władzę.

–  Wy słanie  tam   naszy ch  oddziałów  m ogłoby   przy nieść  wiele  poży tku  –  wtrąciła

Vic.

–  Nie  zm ienim y   rządu  pod  bagnetam i.  Nigdy   wcześniej   nie  zrobiliśm y   czegoś

takiego,  a  j a  nie  zam ierzam   ustanawiać  precedensów.  Koniec,  kropka.  To  nie  j est  robota  dla
woj ska.

Yurivan uśm iechnęła się po raz kolej ny.
–  Z  tego,  co  zrozum iałam ,  zam ierzaliśm y   wy słać  naszy ch  żołnierzy   do  obrony

granic. Opracowałeś j uż m oże plany  tego przerzutu?

Ethan zm ierzy ł j ą ponury m  spoj rzeniem .
– Nie, Stace. Na szczęście nie m usim y  się ty m  teraz przej m ować.
–  Na  pewno?  Obce  m ocarstwa  przeprowadziły   w  ostatnich  dniach  całą  serię

m anewrów,  a  nawet  prowokacj i,  choć  nadal  zachowuj ą  się  dość  wstrzem ięźliwie.  Nikt  nie  chce
by ć  pierwszy m ,  który   sprawdzi,  czy   am ery kański  orzeł  m a  j uż  spętane  skrzy dła.  –  Yurivan

background image

podniosła  głowę,  j akby   chciała  przebić  wzrokiem   sklepienie  sali  i  spoj rzeć  w  gwiazdy.  –  Mam
kilka kontaktów w dowództwie obrony  strategicznej . Zapewniono m nie, że j eśli zdecy duj esz się na
wy słanie  ludzi  do  obrony   kraj u,  sy stem y   kom puterowe  m ogą  doznać  poważnej   awarii,  gdy by
ktoś nakazał strącenie wahadłowców z naszy m i chłopcam i.

– I co z tego? Musieliby śm y  naj pierw om inąć blokadę Księży ca i przeży ć długi lot

na Ziem ię. – Ethan wbił wzrok w blat stołu, nie m ogąc zapanować nad em ocj am i. – Przy kro m i to
m ówić,  ale  niewiele  m ożem y   zrobić  w  tej   sy tuacj i.  Pozostaj e  nam   ty lko  czekać  na  rozwój
wy darzeń. Los kraj u spoczy wa teraz w inny ch rękach.

– W czy ich?
– Ty ch ludzi, którzy  powinni j uż dawno doprowadzić do zm ian. – Stark wskazał na

wy świetlacz transm ituj ący  przebieg kolej nej  dem onstracj i. – O nich m ówię. Wstrzy m y wali się
od głosu przez wiele lat, ponieważ uważali, że to niewiele zm ieni. Teraz chcą głosować i nie sądzę,
by  ktoś zdołał ich powstrzy m ać.

Kilka  godzin  później   Stark  został  obudzony   z  krótkiej   drzem ki  natarczy wy m

brzęczeniem  kom unikatora. Nie przespał kilku ostatnich nocy, więc korzy stał z chwili odpoczy nku,
gdy  ty lko m iał okazj ę.

– Mówi Stark.
– Ethan, to j a, Vic. Musisz przy j ść do centrum  dowodzenia. Naty chm iast.
– Już idę.
W kilka sekund doprowadził się do porządku i opuścił kwaterę. Vic czekała na niego

przy  wej ściu do centrum  dowodzenia, m inę m iała m ocno niepewną.

– Co się dziej e? Znów nas zaatakowano?
–  Nie.  –  Wskazała  m u  kom orę  bezpieczeństwa,  niewielkie  pom ieszczenie

znaj duj ące się w głębi centrum  dowodzenia o ścianach wy pełniony ch elektroniką zapobiegaj ącą
m ożliwości  podsłuchania  rozm ów.  Z  nieznany ch  j uż  dzisiaj   powodów  żołnierze  nazy wali  j ą
żartobliwie Stożkiem  Ciszy.

– Ktoś chce z tobą rozm awiać.
– Przez zabezpieczone łącze? Jedy ni ludzie m aj ący  dostęp do tego sprzętu pracuj ą

dla Pentagonu. Chcesz powiedzieć, że dzwonią do m nie z sam ego dowództwa?

– Nie. – Vic pokręciła głową, a potem  wskazała na stoj ącą za nią sierżant Manley. –

Powiedz m u, Bev.

Manley  odchrząknęła, potem  także wskazała palcem  na kabinę.
– To żołnierz Korpusu.
– Kto?
– Żołnierz Korpusu Piechoty  Morskiej . Sły szałeś o takiej  form acj i?
–  Owszem .  –  Widział  ich  w  wielu  stary ch  vidach.  Jednego  nie  zapom niał  nigdy :

dawny  gwiazdor John Way ne szturm ował na nim  j akieś plaże. – Wy dawało m i się, że j uż dawno
ich rozwiązano.

– Mało brakowało. Marines to piechota m orska, a trepom  nie bardzo się podobało,

że flota m oże dy sponować takim i form acj am i. Przy  pierwszej  okazj i przy kręcili więc śrubę i dali
m ary narce  prosty   wy bór:  albo  kasa  na  okręty   przestrzenne,  albo  na  piechotę  m orską.  Zgadnij ,

background image

j akiego wy boru dokonała adm iralicj a? Dzięki Aktowi Reform y  Sił Obronny ch Korpus prakty cznie
przestał istnieć.

– Skoro by li tacy  dobrzy  w te klocki, dlaczego dali się tak łatwo wy m anewrować?
Manley  wzruszy ła ram ionam i.
–  Z  tego,  co  sły szałam ,  m arines  zby t  m ocno  skupiali  się  na  m isj ach.  Chcieli

wy konać zadanie za wszelką cenę. Dlatego gdy  oni walczy li na wszy stkich m ożliwy ch frontach,
nasz  rząd  i  j ego  sługusy   w  m undurach  załatwili  ich  prosty m i  cięciam i  budżetu.  Polity cy
zachowali  ty lko  j edną  kom panię  m arines  w  czy nnej   służbie.  Tę,  która  stacj onuj e  w
Waszy ngtonie.

– W Dy stry kcie Colum bia? Dlaczego akurat tam ?
–  Dla  ochrony.  Ci  żołnierze  są  tak  doskonale  wy szkoleni,  że  trepy   z  Pentagonu  i

kongresm eni  wy korzy stuj ą  ich  do  ochrony   własny ch  dup.  Dziej e  się  tak  j uż  od  wielu  lat,  ale  to
wciąż rasowi m arines. Ten, który  czeka na rozm owę z tobą, nazy wa się sierżant m aj or Morrison.

– Sierżant m aj or? – zdziwił się Stark. – Sy stem  szarż został uproszczony  j uż dawno

tem u. Nie m a j uż wy ższy ch i niższy ch sierżantów. Jakim  cudem  ten m arine m oże by ć sierżantem
m aj orem ?

Bev się uśm iechnęła.
– Oni działaj ą wedle swoich zasad. To j eden z ty ch wy j ątków, które czy nią z nich

żołnierzy  piechoty  m orskiej .

– Są j eszcze j akieś?
Manley  potrzebowała chwili na zastanowienie.
– Są inni. Wy glądaj ą j ak zwy kli żołnierze, ale są inni. Nie zapom inaj  o ty m  podczas

rozm owy   z  ty m   facetem .  Oni  nie  są  tacy   j ak  m y.  Traktowano  ich  raczej   j ak  przedstawicieli
dziwnego kultu.

– Co więc przedstawiciele tego kultu robili przez kilka ostatnich dekad? Rzecz j asna

poza ignorowaniem  zm ian regulam inu doty czący ch gradacj i stopni woj skowy ch?

–  Pilnowali  D.C.,  j ak  j uż  wspom niałam .  Wy stępowali  na  pokazach  dla  tury stów  i

bardzo ważny ch osobistości. Wiesz, j ak j est.

–  Tak.  Mówisz,  że  to  by li  tacy   m arines  na  pokaz?  Malowani  chłopcy,  którzy

niespecj alnie wiedzą, co to walka?

Manley  zaprzeczy ła ruchem  głowy.
–  Nie  sądzę.  Znałam   kilku  z  nich.  Nigdy   nie  opuszczali  Waszy ngtonu,  więc  nie

powąchali za wiele prochu, ale nie nazwałaby m  ich m alowany m i chłopcam i od parad.

–  Okay.  Dzięki  za  inform acj ę  i  ocenę.  Lepiej   będzie,  j eśli  porozm awiam   z  ty m

facetem .

Stark  wszedł  do  chronionego  m odułu  kom unikacy j nego,  opadł  na  fotel,  który   w

ziem skich  warunkach  by łby   m iękki,  a  tutaj ,  w  strefie  niskiej   grawitacj i,  sprawiał  wrażenie
przesadnie  puszy stego.  Po  przy j rzeniu  się  konsoli  nacisnął  klawisz  odpowiadaj ący   za  otwarcie
połączenia.

Z  ekranu  wy świetlacza  spoglądało  na  niego  surowe  oblicze.  Sierżant  m aj or  by ł

gładko ogolony, krótko ostrzy żony, m iał na sobie nieskazitelnie czy sty  m undur, w j ego wy glądzie
dało  się  j ednak  zauważy ć  coś,  co  sprawiało,  że  człowiek  fakty cznie  nie  widział  w  nim
m alowanego chłopca od parad.

Manley ma rację.  Ci  goście  pozostali  zawodowcami  bez  względu  na  to,  co  zrobili  z

nimi politycy. A przynajmniej ten koleś na takiego wygląda.

– Mówi sierżant Stark. Jak rozum iem , chciał pan ze m ną rozm awiać.
Przy  tak wielkiej  odległości dzielącej  Księży c od Ziem i nawet sy gnał wędruj ący  z

background image

prędkością światła potrzebował ponad sekundy, by  dotrzeć do odbiorcy, i drugie ty le, żeby  wrócić.
Po upły wie tego czasu poważnie wy glądaj ący  m arine poruszy ł się nieco, spoglądaj ąc tam , gdzie
kilka sekund wcześniej  znaj dowały  się oczy  Ethana.

–  Zgadza  się.  Jestem   żołnierzem   piechoty   m orskiej ,  Stark.  Nie  spotkałeś  pewnie

nikogo z nas, pozwól więc, że wy j aśnię ci, co to naprawdę znaczy. Naszy m  m ottem  j est Semper
fidelis,  co  znaczy :  Zawsze  wierni.  Walczy liśm y   w  wielu  m iej scach  na  Ziem i  i  wszędzie  tam
skopaliśm y   kom uś  dupsko.  Jesteśm y   m arines.  Możesz  nas  zabić,  ale  nie  zdołasz  pokonać.
Zrozum iano?

– Tak. Zrozum iałem . To zabrzm iało j ak groźba.
Minęło kilka sekund.
– A j eśli to j est groźba?
Dziwnie rozm awiało się z kim ś, kto potrzebował tak dużo czasu na odpowiedź.
A  może  wcale  nie  tak  dziwnie  –  uznał  po  chwili  Ethan.  –  I  mnie,  i  temu,  z  kim

rozmawiam,  zdarzyło  się  pewnie  nieraz  nachlać  tak,  że  rozmowa  była  jeszcze  bardziej  urywana.
Przy j rzał  się  uważniej   twarzy   Morrisona.  Tak.  Wygląda  na  twardziela.  Potraktuję  go  więc  jak
swojego.

– Mówię poważnie. Jedy ny m  m iej scem , w który m  chciałby m  walczy ć z piechotą

m orską, j est bar.

–  Gdy by ś  chciał  powalczy ć  z  nam i  w  barze,  żołnierzu,  m usiałby ś  przy prowadzić

naprawdę  wielu  kum pli.  Niewy kluczone  j ednak,  że  skończy m y,  walcząc  ze  sobą  naprawdę.
Wszy stko zależy  od twoich decy zj i.

– Co chcesz przez to powiedzieć?
–  Ludzie  m ówią,  że  zam ierzasz  sprowadzić  swoj e  oddziały   na  Ziem ię.  Czy   to

prawda?

Ethan  zastanawiał  się  nad  odpowiedzią  dłuższą  chwilę,  próbuj ąc  j ednocześnie

odgadnąć m oty wy  rozm ówcy.

– A j eśli tak?
– Będziem y  bronić tego kraj u, Stark. I konsty tucj i. Nie m am y  zam iaru siedzieć na

dupie i patrzeć, j ak ktoś przej m uj e władzę. Nikom u na to nie pozwolim y.

–  Nie  m am   zam iaru  om awiać  swoich  planów  operacy j ny ch  z  kim ś  obcy m ,

powiem  więc tak: m ogę wy słać m oich ludzi na Ziem ię ty lko z dwóch powodów. Po pierwsze, by
pom óc bronić granic USA. Jeśli ktoś j e przekroczy, odprawim y  go z kwitkiem .

Morrison skinął głową.
– Świetnie. A drugi powód?
–  Konsty tucj a,  o  której   raczy łeś  wspom nieć.  My   też  składaliśm y   przy sięgę,  że

będziem y   j ej   bronić.  Sam   wiesz,  co  się  tam   teraz  dziej e.  Mówię  o  ty m   pieprzony m   stanie
wy j ątkowy m .  O  wielkich  protestach  społeczny ch.  Jeśli  cy wilbanda  ruszy   na  Kapitol,  aby
przegnać  z  niego  bandę  polity ków,  którzy   podcieraj ą  sobie  dupę  naszą  konsty tucj ą,  m oi  ludzie
będą chronić oby wateli walczący ch o swoj e prawa przed każdy m , kto spróbuj e interweniować.

Morrison zm ruży ł oczy, twarz m u stężała, j akby  została wy kuta z granitu.
– Wy duś to z siebie wreszcie. Co dokładnie chcesz przez to powiedzieć?
–  Mówię,  że  j eśli  woj sko  zacznie  strzelać  do  ludności  cy wilnej ,  będzie  m iało  ze

m ną  do  czy nienia.  Zrozum iałeś?  Jakakolwiek  form acj a.  Załatwim y   was,  j eśli  zaczniecie
m ordować  cy wilbandę.  –  Ethan  blefował.  Nie  m iał  bladego  poj ęcia,  czy   j ego  żołnierze
otworzy liby   ogień  do  rodaków  w  m undurach,  nawet  gdy by   tam ci  bronili  skorum powany ch
polity ków próbuj ący ch utrzy m ać się przy  władzy. Mówił to j ednak z pełną powagą.

Morrison uśm iechnął się ty lko.

background image

– Możesz próbować, Stark. Mówisz to wszy stko serio, j ak rozum iem ?
– Masz na to m oj e słowo. Rozm awiam y  j ak żołnierz z żołnierzem .
–  Raczej   żołnierze  z  m arine.  Słuchaj ,  j eśli  wy ślesz  tu  j ednego  żołnierza  albo  cała

arm ię, by  za j ej  pom ocą przej ąć władzę zrobim y  wszy stko, by  was powstrzy m ać, choćby śm y
m ieli zginąć do ostatniego. Jasne?

– Jasne.
–  Jeśli  j ednak  poj awicie  się  tutaj ,  by   bronić  ludności  cy wilnej   i  konsty tucj i,  nie

napotkacie żadnego oporu z naszej  strony. Piechota m orska nie strzela do cy wilbandy.

Zaskoczy ł Ethana tą nagłą deklaracj ą.
– Nie m ówiłem  o was.
– Wiem . Składaliśm y  taką sam ą przy sięgę j ak wy. Że będziem y  bronić konsty tucj i

i  Stanów  Zj ednoczony ch  przed  każdy m   wrogiem   zewnętrzny m   i  wewnętrzny m .  I  zam ierzam y
by ć  wierni  danem u  słowu.  Jeśli  trzeba,  za  cenę  własnej   krwi.  –  Morrison  się  zawahał.  –  Ktoś
m usiał  m ieć  powód,  by   kazać  nam   przy sięgać  na  konsty tucj ę,  a  nie  na  rząd.  Ktoś  m usiał
przewidzieć, że kiedy ś m oże doj ść do takiej  sy tuacj i.

–  Owszem .  Ktoś  m iał  bardzo  dobre  powody,  by   tak  zrobić.  Dzięki,  Morrison.  Jeśli

kiedy ś wpadnę na ciebie, postawię ci piwo.

– Wy pij ę ty le, za ile zapłacisz, m asz to j ak w banku. Centrum  dowodzenia, Korpus

Piechoty  Morskiej  Stanów Zj ednoczony ch, bez odbioru.

Obraz  rozpadł  się  na  m iliony   kolorowy ch  pikseli,  gdy   szy frowane  połączenie

zostało przerwane.

– Co ci ta foczka powiedziała?
– Foczka?
– Tak się m ówiło kiedy ś na m arines.
– Dlaczego? To coś w ogóle znaczy ?
– Poj ęcia nie m am . Brzm i j ak zniewaga, nie? Powiesz, o czy m  gadaliście, czy  nie?
Stark rozej rzał się, by  sprawdzić, czy  nie podsłucha go który ś z wachtowy ch.
– Poinform ował m nie, że m arines nie będą strzelali do cy wilbandy  i do nas, j eśli

przy lecim y  bronić protestuj ący ch.

Brwi Rey nolds poszy bowały  w górę.
– Marines są gotowi usunąć swoich oficerów?
–  Tego  nie  powiedział.  Stwierdził  ty lko,  że  nie  zam ierzaj ą  strzelać  do

dem onstrantów. Jakby  przem awiał w im ieniu ich wszy stkich.

–  Naj wy ższy   stopniem   w  ich  kom panii  m a  stopień  m aj ora  –  wtrąciła  Manley.  –

Ty le sły szeliśm y  o m łody ch oficerach awansowany ch ostatnim i czasy. Może...

–  Może  –  potwierdził  Stark.  –  Mam   wrażenie,  że  na  dole  wy darzy   się  coś

szczególnego. I to niedługo. Trzy m aj m y  za to kciuki.

Gdy   j uż  otrzy m ali  tę  wiadom ość,  i  tak  by li  zdum ieni.  Cam pbell  wy glądał  na

oszołom ionego, j akby  sam  nadal nie m ógł uwierzy ć w słowa, które powtarzał Starkowi.

– Już po wszy stkim .
– To znaczy ? Co się stało?

background image

– Rząd, j ak by  to powiedzieć, upadł. Dem onstranci opanowali Kapitol i Biały  Dom ,

żądaj ąc, by  wy bory  odby ły  się zgodnie z planem  w przy szły m  ty godniu.

– I nikt ich nie powstrzy m ał?
–  Nie.  –  Cam pbell  potrząsał  głową,  j akby   próbował  się  otrząsnąć  z  szoku.  –  Choć

wiem , że wezwano woj sko, by  rozgonić dem onstrantów.

– Marines.
– Tak. Zgadza się. Ale oni pozostali w koszarach. Wy chodzi więc na to, że wy bory

się odbędą.

– Kto będzie rządził do tego czasu?
–  To  zadanie  zlecono  wy brany m   m ężom   stanu.  Kobietom   i  m ężczy znom

pozostaj ący m   od  pewnego  czasu  na  em ery turze,  ale  wciąż  bardzo  poważany m .  –  Cam bell  się
uśm iechnął. – Żadne z nich nie chciało tej  roboty, sierżancie.

– Świetnie. Chy ba m uszę wy słać im  wy razy  poparcia.

Ethan potarł twarz obiem a dłońm i, próbuj ąc zebrać m y śli. Jego sztabowcy  czekali

spokoj nie.

–  Okay.  Już  po  wy borach.  Nowy   rząd  obiecuj e,  że  ponaprawia  wszy stkie  błędy

starego.  Wszy scy   są  zadowoleni  prócz  garstki  ludzi,  którzy   rządzili  przez  ostatnie  dekady.  Jeśli
wierzy ć  Cam pbellowi,  ze  stolicy   spieprza  każdy,  kto  m oże.  Wy gląda  na  to,  że  w  obcy ch
m ocarstwach będzie niedługo m ieszkało więcej  em ery towany ch am ery kańskich polity ków niż na
terenie Stanów.

– To ich problem  – rzuciła Bev Manley. – Co z woj em ?
–  Każdy   oficer  powy żej   rangi  O5  został  posłany   na  zieloną  trawkę.  Oficerowie

niższego stopnia czekaj ą na przesłuchania przed kom isj am i kwalifikacy j ny m i. Rząd obiecuj e, że
nie będzie j uż awansów z polity cznego klucza.

– Uwierzę, j ak zobaczę.
–  Owszem .  Choć  to  m ożliwe...  Cam pbell  twierdzi,  że  kiedy ś  j uż  tak  by ło.  A  w

każdy m   razie  bardzo  podobnie.  Za  prezy dentury   Johnsona,  gdy   cierpieliśm y   na  nadm iar
oficerów. Jakkolwiek na to patrzeć, nie m a j uż w arm ii żadnego O5. – Spoj rzał na szefa Melendeza
–  Człowieku,  trudno  w  to  uwierzy ć,  kapitanowie  floty   to  przecież  stopnień  O6,  j eśli  dobrze
pam iętam .  To  znaczy,  że  w  m ary narce  nie  m a  j uż  żadnego  ze  stary ch  dowódców.  Dziwna
sprawa.

–  W  m ary narce  nadal  są  kapitanowie  –  poprawił  go  Melendez.  –  To  znaczy

oficerowie dowodzący  okrętam i. Ty le że nie w stopniu kapitana.

– Co?
– Dowódców okrętu ty tułuj em y  kapitanam i – wy j aśnił lotnik. – Ale to nie znaczy,

że m aj ą stopień kapitana.

– Są kapitanam i, ale nie są kapitanam i?
– Tak. Na przy kład kom andorzy.
–  Kom andorzy   floty   są  kapitanam i?  –  zapy tała  Vic.  –  Dlaczego  więc  nazy wacie

ich kom andoram i?

– Bo nie są kapitanam i! To kom andorzy  pełniący  funkcj e kapitanów.

background image

– Aha.
Melendez zm arszczy ł brwi.
– Słuchaj cie, m ałpoludy, wy  także m acie kapitanów, zgadza się?
– Tak.
– Ale oni nie są kapitanam i.
– Są. Dlatego ich tak nazy wam y.
– Nazy wacie ich tak, ale nie są żadny m i kapitanam i!
Żołnierze wy m ienili zdziwione spoj rzenia.
–  Okay   –  wtrącił  się  Stark.  –  Rozum iem ,  że  j uż  to  sobie  wy j aśniliśm y.  –  Ech,  te

kałamarnice.  –  Oto  kolej ne  wieści.  Cam pbell  twierdzi,  że  nowy   rząd  chce  negocj ować  z  nam i
wszy stkim i. To znaczy  na poważnie. Mówi się też coś o dodaniu kolej nej  gwiazdy  do sztandaru.

– Nowy  stan? – Gordasa poderwał głowę. – Chcą ogłosić kolonię nowy m  stanem ?
– O ty m  właśnie m ówim y.
– A co z nam i? – zainteresowała się Vic.
– Cam pbell m ówi, że dopilnuj e naszy ch spraw. – Popatrzy li na niego z wrodzony m

scepty cy zm em . – Obiecał m i. Negocj atorzy  nowego rządu przy lecą na Księży c za ty dzień. Nie
m usim y  długo czekać, by  poznać prawdę.

Manley  sięgnęła do ty łu, j akby  szukała czegoś pom iędzy  łopatkam i.
– Hm , zapom niałam  włoży ć pancerz. Lepiej  pój dę po niego, zanim  ktoś wrazi m i

nóż w plecy.

Stark nie zaśm iał się, m im o że inni tak właśnie zareagowali.
–  Trzy m aliśm y   się  kolonistów,  gdy   nas  potrzebowali.  Teraz  cy wilbanda  obiecuj e,

że  odwdzięczy   się  ty m   sam y m .  Dzisiaj   wieczorem   spoty kam   się  z  zarządcą.  Mam   nadziej ę,  że
dowiem  się w końcu, na czy m  stoim y.

Cam pbell wy glądał na przy gaszonego, gdy  Stark wchodził do j ego gabinetu.
– Proszę siadać, sierżancie.
– Dziękuj ę, coś pana niepokoi?
–  Owszem ,  coś.  –  Cam pbell  poruszy ł  się,  j akby   j ego  fotel  przestał  by ć  nagle

wy godny. – Jak pan zapewne wie, rozm awiałem  przed chwilą z nowy m i negocj atoram i. Zadali
m i kilka py tań, na które ty lko pan m oże odpowiedzieć.

– To chy ba nie będą zby t ciekawe py tania.
– Obawiam  się, że m a pan racj ę. – Cam pbell m usnął palcem  ekran, przy wołuj ąc

dane.  Siedzący   pod  ostry m   kątem   Stark  widział  ty lko  niewy raźne  szare  linie.  –  O  takie  rzeczy
trzeba py tać wprost, sierżancie. Pan i j a j esteśm y  winni zbrodni, j akie tutaj  popełniono. I zależnie
od zakwalifikowania pewny ch czy nów, obaj  m ożem y  odpowiedzieć za zorganizowanie buntu.

– Wiedziałem  o ty m  od sam ego początku, sir.
–  Co  pan  zatem   na  to,  że  nowy   rząd  upiera  się,  by   odpowiedział  pan  za  swoj e

zbrodnie?

– Kto nie ry zy kuj e, ten daleko nie zaj edzie. – Ethan zobaczy ł zaskoczenie w oczach

Cam pbella.

– Wiem . Walczy liśm y  twardo, broniąc siebie nawzaj em , a teraz m oże pan odnieść

background image

wrażenie,  że  się  poddałem .  Proszę  j ednak  nie  zapom inać,  że  j a  walczy łem   o  coś  konkretnego.
Moim   celem   by ło  naprawienie  sy tuacj i  i  ocalenie  podwładny ch.  Z  tego,  co  sły szałem   i
widziałem ,  sprawy   idą  w  dobry m   kierunku,  j ak  nigdy   dotąd,  j eśli  więc  rząd  zapewni
bezpieczeństwo m oim  podwładny m , j estem  w stanie poddać się każdej  karze.

– Nie m usi pan tego przem y śleć?
–  My ślałem   o  ty m   od  bardzo  dawna,  sir.  –  Ethan  usiadł  wy godniej ,  rozkładaj ąc

j ednocześnie ręce. – Nie owij aj m y  w bawełnę, nie m am  żadnej  alternaty wy. Kto j ak kto, ale pan
m usi  to  rozum ieć.  Skoro  rząd  potrzebuj e  kozła  ofiarnego,  kogoś,  kogo  m oże  powiesić,  żeby
wszy scy  pozostali wy szli z tego cało, m ogę nim  zostać.

– Zdaj e pan sobie sprawę, sierżancie, że słowo powiesić nie j est w ty m  przy padku

żadną przenośnią?

–  Tak.  Niech  pan  nie  m y śli,  że  o  ty m   nie  wiem .  Problem   w  ty m ,  że  ci  wszy scy

żołnierze wierzy li we m nie. Nie m ogę ich teraz zawieść.

– Rozum iem . – Cam pbell zastanawiał się nad j ego słowam i przez dłuższą chwilę. –

Co j ednak będzie, gdy  pańska ofiara nie zaspokoi apety tu nowego rządu? Co będzie, j eśli zechcą
także pańskiego sztabu? I wszy stkich, którzy  dowodzili podczas buntu?

Stark  przy glądał  m u  się  w  m ilczeniu.  Co  będzie,  jeśli  tego  zażądają?  Hej,  Vic,  nie

masz ochoty stanąć ze mną przed plutonem egzekucyjnym? Ona także mi zaufała. Tak jak wszyscy,
których  wyznaczyłem  na  dowódców  oddziałów.  Nagle  doznał  wizj i,  w  której   szedł  razem   z
Rey nolds,  Manley,  Milheim em   i  Lam ontem   po  długiej   pochy lni  w  kierunku  karabinów
m aszy nowy ch.  Tak  to  się  skończy,  nieprawdaż?  Czy  oni  wszyscy  zechcą  umrzeć  za  swoich
podwładnych? Zazwyczaj bywa odwrotnie. To żołnierze giną za swojego dowódcę. Czy my będziemy
gotowi zginąć za nich?

– Tak.
– Tak? – zdziwił się Cam pbell. – Co znaczy  „tak”?
– Tak. Jeśli zechcą m oj ego sztabu i wszy stkich dowódców, oddam y  się w ich ręce.

Proszę ty lko wy targować am nestię dla pozostały ch żołnierzy.

Zarządca nie um iał wy doby ć z siebie głosu, i to przez dłuższą chwilę.
–  Jest  pan  pewien,  że  nie  m usicie  tego  wcześniej   przedy skutować?  My   tu

rozm awiam y  o...

– Rozm awiam y  o pój ściu na śm ierć. Tak. Wiem . Pój dziem y, j eśli będzie trzeba. O

ile to coś zm ieni, sir. O ile będziem y  widzieli, że to m a sens.

–  A  j eśli  rząd  nie  zadowoli  się  nawet  ty m ?  Jeśli  zażąda,  aby ście  stanęli  przed

sądem , nie oferuj ąc nic w zam ian?

Stark próbował ukry ć zaniepokoj enie.
– Czy  o ty m  właśnie rozm awialiście? Czy  tego chce nowy  rząd?
–  Nie  wiem .  Na  razie  próbuj e  wy badać,  j akie  są  nasze  żądania  w  zam ian  za

zakończenie tego kry zy su.

–  Zdaj e  się,  że  m ieli  zaoferować  wam   autonom ię  kolonii  i  uczy nić  j ą  kolej ny m

stanem ? Pozby li się także większości oficerów, którzy  by li odpowiedzialni za ten baj zel.

– Tak, to wszy stko prawda.
– Zatem , sir... Jak m ożem y  im  odm ówić? Czegokolwiek? To zresztą nie m ój  wy bór.

Pan  tu  dowodzi.  Musi  pan  zrobić  to,  co  będzie  naj lepsze  dla  ogółu.  Ja  zam ierzam   bronić
podwładny ch do ostatniej  kropli krwi, ale wiem , że nie zdołam  usprawiedliwić buntu.

–  Działał  pan  w  dobrze  poj ęty m   własny m   interesie,  sierżancie.  Próbował  pan

przeży ć.

–  U  licha,  panie  Cam pbell,  gdy by   m i  na  ty m   zależało,  nie  wy chodziłby m   tak

background image

często  tam ,  gdzie  m ogą  m nie  zastrzelić.  Proszę  m nie  posłuchać,  zrobiłem   to,  co  m usiałem .
Zrobiłem  to naj lepiej , j ak um iałem . A teraz m uszę zapłacić za wszy stko, co uczy niłem . I ty le.

– Patrząc na pańskie działania z punktu widzenia cy wila i kolonisty, powiedziałby m

raczej , że pańskie działania zasługuj ą na nagrodę, nie na karę.

–  Dziękuj ę,  sir.  Zrobi  pan  co  się  da,  by   nas  ratować.  Proszę  j ednak  skupić  się  na

wy negocj owaniu naj lepszy ch warunków dla zwy kły ch żołnierzy. Bez względu na rezultaty  ty ch
negocj acj i zaakceptuj em y  ich wy nik.

–  Jest  pan  pewien,  sierżancie?  Da  pan  głowę,  że  ci  wszy scy   podoficerowie  pój dą

za panem ?

Stark  m ilczał  przez  chwilę,  wspom inaj ąc  wy darzenia,  które  doprowadziły   go  w  to

m iej sce.

– Pewności m ieć nie m ogę, ale czuj ę, że tak właśnie będzie. Porozm awiam  z nim i.

Zadbam   o  to,  by   wiedzieli,  co  trzeba  zrobić,  czego  od  nas  oczekuj ecie.  Chcem y   wrócić,  panie
Cam pbell. Jesteśm y  am ery kańskim i żołnierzam i bez względu na to, co się tu działo.

–  Zrobię  zatem ,  co  w  m oj ej   m ocy,  by   wy negocj ować  j ak  naj lepsze  warunki,

sierżancie. Na pewno nie chce pan wziąć bezpośredniego udziału w ty ch rozm owach?

–  To  nie  m oj a  działka,  panie  Cam pbell.  Nie  chcę  też,  żeby   ktoś  pom y ślał,  że

wy m uszam  na panu j akieś decy zj e. Proszę robić swoj e. Ja zaj m ę się m oim i sprawam i.

Vic wy słuchała ty ch rewelacj i, nie okazuj ąc specj alnego zaskoczenia.
– Od początku by ło wiadom e, że to m y  zapłacim y  rachunek.
– Sądzisz, że reszta naszy ch m y śli podobnie?
– Wszy scy, który ch znam . Może z wy j ątkiem  Yurivan, co nie powinno cię dziwić.

Ona z pewnością będzie próbowała dogadać się we własnej  sprawie bez względu na to, co stanie
się z resztą z nas. Powinieneś się przej m ować zwy kły m i szeregowcam i.

– Ty le to sam  wiem . Muszę z nim i pogadać, ale nie m am y  czasu na indy widualne

rozm owy  z każdy m  podwładny m . Ustaw m i na j utro j akąś odprawę. W naj większej  sali, żeby m
m ógł  przem ówić,  powiedzm y,  do  przedstawicieli  każdej   kom panii.  Cała  reszta  m oże  oglądać
transm isj ę z tego spotkania.

– Zam ierzasz wy głosić przem owę, Ethan?
– Tak. A potem  odpowiem  na py tania. Masz lepszy  pom y sł?
– Nie. Załatwię co trzeba.

Stark  spędził  kolej ną  bezsenną  noc  na  układaniu  przem owy.  Powtarzał  wy kute  na

pam ięć  słowa  raz  po  raz,  bezskutecznie  próbuj ąc  ułoży ć  j e  w  naj bardziej   odpowiedniej
kolej ności.  Robił  to  j eszcze,  idąc  na  przy gotowaną  przez  Vic  odprawę.  Skończy ł,  dopiero  gdy
stanął przed wej ściem  do sali.

background image

Hej,  to  miejsce,  w  którym  słuchaliśmy  wykładu  o  synergii  bojowej.  Nie

przypuszczałem, że znajdę się tutaj ponownie, i to w takiej sytuacji. Dobra, zbyt długo zajmowałem
się wszystkim innym. Czas wziąć się za siebie.

Salę  wy pełniali  żołnierze.  Kaprale  i  szeregowcy   siedzieli  na  niezby t  wy godny ch

standardowy ch  krzesłach.  Wszy scy   zerwali  się  na  równe  nogi,  gdy   ktoś  zawołał:  „Baczność!”,  i
stali, dopóki Stark nie dotarł na środek podwy ższenia.

–  Spocznij .  Możecie  siadać.  –  Ethan  spoglądał  na  nich  przez  chwilę  z  m arsową

m iną, potem  odsunął m ównicę i wy ciągnął dłoń do siedzący ch w pierwszy m  rzędzie. – Podaj cie
m i wolne krzesło – poprosił. Gdy  opadł na nie, potoczy ł wzrokiem  po twarzach zgrom adzony ch. –
Wszy scy  wiecie, co dziej e się na Ziem i. Wszy scy  wiecie też, że przedstawiciele nowego rządu
zabrali  się  za  porządkowanie  tego  burdelu.  Ja  z  kolei  wiem ,  że  zastanawiacie  się  nad  ty m ,  co  to
oznacza  tak  dla  was,  j ak  i  dla  m nie.  Pozwólcie  więc,  że  od  razu  wy j aśnię:  nie  m am   bladego
poj ęcia,  co  będzie.  Rozm owy   wciąż  trwaj ą.  Wiem   j ednak,  co  zrobim y.  Przy j m iem y   każdą
ofertę, j aką nam  zaproponuj ą. Kolonia stanie się znowu częścią Stanów Zj ednoczony ch, legalnie i
oficj alnie.  My   także  powinniśm y   wrócić  na  łono  oj czy zny.  Posłuchaj cie  m nie,  m ałpoludy.
Zrobiliśm y   coś  złego.  Wznieciliśm y   bunt.  Postąpiliśm y   tak,  ponieważ  dokonanie  innego  wy boru
albo  pozostanie  bezczy nny m   wy dawało  nam   się  j eszcze  gorsze.  Sy tuacj a  by ła  tragiczna.  Nie
m ówię  tutaj   j ednak  o  utracie  przy j aciół,  przegraniu  bitwy   czy   nawet  woj ny.  Straciliśm y
wszy stko. Nie ufaliśm y  naszy m  przełożony m , nie ufaliśm y  też cy wilbandzie z kolonii i rządowi.
Patrzy liśm y   na  bezsensowną  śm ierć  towarzy szy,  m aj ąc  wewnętrzne  przekonanie,  że  będziem y
następni,  a  razem   z  nam i  przepadnie  wszy stko,  co  m a  j akiekolwiek  znaczenie.  Mogliśm y   ufać
j edy nie  sobie  nawzaj em   i  próbować  powstrzy m ać  naj gorsze.  Czy   to  nam   się  podobało?  Nie.
Dlatego,  że  wiedzieliśm y,  iż  to  nie  powinno  się  zdarzy ć.  Nie  powinniśm y   m usieć  wy bierać
pom iędzy   obowiązkiem   i  honorem ,  pom iędzy   m niej szy m   i  większy m   złem .  Wtedy   bunt
wy dawał nam  się j edy ny m  sposobem  na zapobiegnięcie katastrofie, ale nikt z nas nie cieszy ł się z
dokonania  tego  wy boru.  Teraz  j ednak  sprawy   wy glądaj ą  inaczej .  Współpracuj em y   z  tutej szą
cy wilbandą.

Koloniści  pom agali  nam ,  stanęli  też  po  naszej   stronie  wtedy,  gdy   m ogli  nas

wy kiwać. Tak sam o zachowuj ą się w tej  chwili, m acie na to m oj e słowo. Rozm awiaj ą z rządem
na tem at naprawy  sy tuacj i. Sły szeliście j uż na pewno o ty m , że nowe władze wy waliły  na zbity
py sk większość dawny ch oficerów. Ci, którzy  zostali, będą teraz lepiej  nadzorowani, by  rząd m ógł
m ieć pewność, że dobrze wy konuj ą swoj ą robotę i nie m ieszaj ą się do polity ki. Bez względu na to,
co stanie się ze m ną i resztą zbuntowany ch podoficerów, woj o przy szłości będzie o wiele lepsze.
O ile wy  w nim  będziecie. Wiecie j uż, j ak to wszy stko powinno działać. Trzeba dobrze traktować
podwładny ch,  skupiać  się  na  naj ważniej szy ch  celach,  wy kony wać  j ak  naj lepiej   zadania.
Przekazuj cie  tę  wiedzę  pozostały m   i  stosuj cie  się  do  niej ,  gdy   sam i  awansuj ecie  na  starszy ch
podoficerów. I nade wszy stko uczcie nowy ch oficerów... – zam ilkł na m om ent. – Nie wiem , j aka
będzie  ostateczna  oferta  nowego  rządu.  Nie  j estem   nawet  pewien,  czy   władze  pozwolą  wam
zostać w woj u. Ja z pewnością będę na to nalegał i przekony wał, że wy kony waliście każdy  rozkaz
i  robiliście  to  we  wzorowy   sposób.  Ta  m isj a  dobiegła  j uż  j ednak  końca,  więc  teraz  wy znaczam
wam   kolej ną.  Wiecie,  j ak  to  j est,  gdy   walczy   się  podczas  naprawdę  trudnej   kam panii.  Otacza
was bród, sm ród i ubóstwo, ale w pewny m  m om encie zdaj ecie sobie sprawę z tego, że m inęliście
szczy t wzniesienia i teraz będzie j uż z górki, ponieważ zrobiliście wszy stko, co do was należało. I
tak właśnie j est teraz. Kolonii nic j uż nie grozi. Woj na na Księży cu dobiegła końca, przy naj m niej
na razie. Rak toczący  ciało woj a został usunięty. A co chy ba naj ważniej sze, m am y  nowe władze,
które zdaj ą się słuchać woli ludu. Nie m am y  j uż więc żadnej  wy m ówki, by  nie słuchać rozkazów.
Jesteśm y   żołnierzam i  Stanów  Zj ednoczony ch.  Nie  łam iem y   konsty tucj i.  My   j ej   bronim y.

background image

Dlatego przy j m iem y  każdą ofertę nowy ch władz. To nasz obowiązek. Są j akieś py tania?

Przez dłuższą chwilę panowała idealna cisza, potem  wstał który ś z kaprali.
– Kom endancie...
– Sierżancie. Trzy m aj m y  się od tej  chwili regulam inu.
– Okay. Co zrobią z panem , sierżancie?
– Nie wiem . Pewnie zostanę potraktowany  z pełną surowością. Ja to zacząłem , j a

to  ciągnąłem ,  j a  ty m   dowodziłem .  Przekazałem   j uż  władzom ,  że  j eśli  ktoś  m a  odpowiedzieć  za
ten  bunt,  to  ty lko  j a.  –  Z  szeregów  siedzący ch  przed  nim   żołnierzy   dobiegły   szm ery.  –
Odpowiedzialność, panowie. Tak to wszy stko działa. Nie róbcie niczego, z czy m  sobie potem  nie
poradzicie.

Jako kolej ny  zabrał głos szeregowy.
–  Mówi  pan,  sierżancie,  że  m ożem y   by ć  przy wróceni  do  oficj alnej   służby ?

Pozwolą nam  wrócić do dom u i tak dalej ?

– Na to liczę, choć nie m ogę wam  niczego obiecać. Ta decy zj a należy  do rządu. –

Stark widział ich nieszczęśliwe m iny. – To legalnie wy brane władze, panowie. Maj ą prawo m ówić
nam ,  co  robić,  tak  sam o  j ak  m y   m am y   obowiązek  robić,  co  nam   m ówią.  I  j a  tak  właśnie
postąpię, gdy  otrzy m am  od nich rozkaz, a każdem u, kto m y śli, że załatwię sobie lepsze warunki,
powiem  ty le: m ożem y  w każdej  chwili zam ienić się m iej scam i.

Kolej ny  kapral.
–  Co  będzie,  j eśli  poddanie  się  woli  rządu  będzie  oznaczać  karę  więzienia  dla  nas

wszy stkich? Nie m ożem y  przecież wy kluczy ć takiej  m ożliwości, sierżancie.

– To prawda. Aby  to zrobić, m usieliby  wy budować sporo nowy ch więzień, co j est

oczy wiście  wy konalne.  Wątpię  j ednak,  aby   ktoś  m iał  zam iar  to  robić.  Wiem y   przecież,  że
uwolniono j uż ludzi z drugiej  dy wizj i i ponownie ich uzbroj ono, wy gląda więc na to, że nowy  rząd
nie j est tak głupi j ak poprzedni. Władza rozum ie, że m oże was potrzebować. Choćby  do obrony
tej   kolonii.  I  naszej   oj czy zny.  Ale  tkwi  w  ty m   j eden  haczy k:  j eśli  chcecie,  by   nam   zaufali,
m usicie  naj pierw  zaufać  im .  To  znaczy   wy kony wać  rozkazy   bez  względu  na  to,  j ak  będą
brzm iały.

– A j eśli każą nam  pana rozstrzelać, sierżancie?
– Wtedy  zróbcie m i tę przy sługę i nie spudłuj cie. Nie chcę konać j ak bohaterowie

ckliwy ch vidów. Zrozum iano?

Drugi szeregowiec:
–  Co  będzie,  j eśli  odm ówim y ?  Pozby liśm y   się  bandy   idiotów,  którzy   wy dawali

nam   debilne  rozkazy.  A  to  zakrawa  na  kolej ny   debilizm .  Co  będzie,  j eśli  nie  pój dziem y   na  ten
układ?

–  Zawsze  m ożecie  wy j ść  za  pery m etr  i  zaoferować  swoj e  usługi  kraj om ,  które

was  zechcą.  Staniecie  się  naj em nikam i,  ludźm i  walczący m i  za  pieniądze.  Mnie  to  wisi.
Walczy liśm y  za naszą oj czy znę, nie za siebie. Dopóki j a tu dowodzę, przy j m iem y  proponowane
nam  warunki.

Wstał trzeci kapral. Anita Gom ez, ponura j ak noc.
–  Nie  m am   do  pana  py tania,  sargento.  Chcę  ty lko  powiedzieć,  że  służy łam   pod

panem  wy starczaj ąco długo, by  dobrze pana poznać, i nigdy  nie żałowałam , że zrobiłam  coś, co
pan uważał za dobre. Teraz też pój dę za panem . – Usiadła w kom pletnej  ciszy, j aka zapanowała
po j ej  słowach.

W końcu podniósł się czwarty  kapral.
– Sierżancie Stark, kiedy  dowiem y  się, co z nam i będzie?
–  Przedstawiciele  rządu  przy będą  za  trzy   dni.  Spotkanie  z  nim i  wy znaczono  na

background image

czwartek o czternastej  zero zero. Potem  otrzy m acie nowe rozkazy.

– Wy chodzi więc na to, że w środę wieczorem  powinniśm y  zrobić po kilka piwek.

Na wy padek gdy by  okazało się, że to ostatnia okazj a.

Stark uśm iechnął się, sły sząc rechot pozostały ch żołnierzy.
– Niezły  plan. Ty lko zostawcie j edno dla m nie. Postaram  się zaj rzeć do was.
– Jasne, sierżancie.
Vic czekała na niego obok podium . Kiwała głową, gdy  do niej  podchodził.
– Dobra robota, żołnierzu.
– Sądzisz, że pój dą za m oj ą radą?
–  Jestem   tego  pewna.  Teraz  poszliby   za  tobą  do  sam ego  piekła,  Ethan.  Wierzą,  że

skopią dupę sam em u szatanowi, gdy  tam  dotrą.

– Ha! A co z panią, sierżancie Rey nolds? Poszłaby  pani za m ną do piekła?
– Pozwól m i się nad ty m  zastanowić. Na razie wiem  ty le, że podąży łaby m  za tobą

do naj bliższego baru.

–  Zabierzm y   ze  sobą  resztę  sztabu.  Na  wy padek  gdy by śm y   nie  m ieli  okazj i  do

kolej nego takiego spotkania.

Czwartek.  Czternasta  zero  zero  albo  druga  po  południu  według  czasu  cy wilbandy.

Ta  sam a  sala  konferency j na,  w  której   przedstawiciele  rządu  i  korporacj i  grozili  wielokrotnie
kolonistom  i broniący m  ich żołnierzom . Teraz zasiedli w niej  przedstawiciele nowej  władzy. Stark
i Rey nolds zatrzy m ali się przed wej ściem , gdzie czekali na nich Cam pbell i Sarafina.

– Niezby t liczna ta delegacj a – zauważy ł Ethan.
–  Ty m   razem   gros  negocj acj i  przeprowadziliśm y   przed  spotkaniem   –  wy j aśniła

asy stentka zarządcy. – Teraz m usim y  j edy nie zatwierdzić treść porozum ienia.

Stark wy ciągnął rękę.
– Miło m i by ło współpracować z panem , panie Cam pbell. I z panią też. Zarządca

uścisnął m u m ocno dłoń.

– To zabrzm iało j ak pożegnanie.
– A czy  tak nie j est? Mam  spore szanse na opuszczenie tej  sali pod strażą.
– Sierżancie, nie wiem , co rząd panu zaproponuj e, ale proszę m i wierzy ć, zrobiłem

wszy stko co w m oj ej  m ocy.

Rey nolds podeszła bliżej .
– Naprawdę nie wie pan, co nam  zaproponuj ą? Nawet teraz?
– Wiem  ty lko ty le, że zadano nam  wiele py tań i zażądano udostępnienia ogrom nej

ilości  nagrań.  Negocj atorzy   wy słuchali  wszy stkiego,  co  m ieliśm y   im   do  powiedzenia.  Sam i
j ednak niewiele m ówili.

Chwilę  później   Stark  zasiadł  przy   znaj om y m   stole  konferency j ny m ,  nie

spuszczaj ąc  wzroku  z  przedstawicieli  nowego  rządu.  Spodziewał  się  wcześniej   –  nie  wiedzieć
czem u  –  że  będą  m łodsi,  pełni  zapału  i  idealizm u.  Szczerze  m ówiąc,  budziło  to  j ego  niepokój .
Nieopierzeni  zapaleńcy   popełniaj ą  bowiem   bardzo  głupie  błędy   wy nikaj ące  głównie  z  braku
ży ciowego  doświadczenia.  Większość  delegatów  m iała  j ednak  pierwszą  m łodość  za  sobą,  by li
wśród  nich  też  ludzie  starzy,  zaprawieni  weterani  własny ch  kam panii.  Na  końcu  stołu  zasiadał

background image

Hay es otoczony  m łody m i oficeram i, który ch Ethan nie rozpoznawał. Pułkownik odpowiedział na
powitanie  Starka  zdawkowy m   skinieniem   głowy,  z  j ego  pokerowej   twarzy   nie  dało  się  nic
wy czy tać. Zaraz się dowiem, czy dobrze zrobiłem, ratując mu tyłek.

Negocj atorka z cy wilbandy  wstała ostrożnie, widać by ło, że nie przy wy kła j eszcze

do niskiego ciążenia.

–  Pierwszy m   punktem   naszy ch  rozm ów  będzie  ustalenie  statusu  prawnego

tutej szy ch sił woj skowy ch. Zdaj em y  sobie sprawę, że nie j esteśm y  w stanie zrobić niczego, j eśli
pańscy  ludzie stawią opór.

Stark podniósł się z krzesła, wy pręży ł j ak drut i zasalutował.
– Am ery kańskie siły  zbroj ne broniące kolonii księży cowej  gotowe są na przy j ęcie

rozkazów nowego rządu i nowy ch przełożony ch.

– Co dokładnie to znaczy ?
Pułkownik Hay es odpowiedział na to py tanie:
–  My ślę,  że  sierżant  Stark  inform uj e  nas,  że  j ego  oddziały   zakończy ły   j uż  bunt.

Zgadza się, sierżancie?

– Zgadza się, sir.
Kobieta, zam iast zwrócić się do Ethana, spoj rzała na Cam pbella.
– Poddaj ecie się przed rozpoczęciem  negocj acj i?
–  Niezupełnie  –  odparł  zarządca.  –  Nadal  zam ierzam y   zawrzeć  porozum ienie.

Jednakże  j ak  j uż  pani  wspom inałem ,  sierżant  Stark  oznaj m ił  m i  j asno  i  wy raźnie,  że  on,  j ako
żołnierz, nie m a prawa negocj ować z rządem . Uznaj e zatem  wasze zwierzchnictwo.

–  Rozum iem .  Dlaczego  więc  odm awiał  pan  od  tak  długiego  czasu  wy kony wania

rozkazów przełożony ch?

– Szanowna pani, m iały  tutaj  m iej sce wy darzenia, który ch nikt nie chciał. Gdy by

ktoś, ktokolwiek zechciał nas wy słuchać i pom y śleć... cóż, to naprawdę długa historia, ale m oże m i
pani  wierzy ć,  że  próbowaliśm y   wy prostować  sprawy   od  sam ego  początku.  Przy j m uj ę  pełną
odpowiedzialność za wszy stko...

–  Tak,  tak.  Wiem ,  co  pan  chce  powiedzieć,  j uż  to  sły szałam   –  przerwała  m u

cy wilna  negocj atorka.  –  Przej dźm y   zatem   dalej .  Może  pan  usiąść,  sierżancie.  Punkt  drugi
upoważnia m nie do przeproszenia w im ieniu rządu za wszy stkie działania wy m ierzone w kolonię.
Pana,  panie  Cam pbell,  i  kolonistów,  który ch  pan  reprezentuj e,  oraz  pana,  sierżancie  Stark,  i
żołnierzy, którzy  bronili tej  kolonii. – Machnęła ręką, daj ąc znak j ednem u z pozostały ch delegatów,
który   wprowadził  szy bko  kilka  kom end  do  swoj ego  kom unikatora.  –  Oto  nasza  propozy cj a.
Zapoznaj cie się z nią uważnie.

Stark zerknął na Vic, potem  oboj e przenieśli wzrok na wy świetlacz i zaczęli czy tać

tekst  porozum ienia.  Ethan  przebiegał  wzrokiem   kolej ne  zapisy,  wy chwy tuj ąc  kluczowe  słowa  i
zdania.  Am nestia  dla  cy wilny ch  władz...  Odnowienie  praw  cy wilny ch  m ieszkańców  kolonii...
Głosowanie  nad  utworzeniem   nowego  stanu  na  pierwszy m   posiedzeniu  Kongresu.  Nieźle.  Ale
gdzie  j est  u  licha  część  m ówiąca  o  m oich  ludziach?  Czy tał  dalej   i  w  końcu  trafił  na  paragraf
doty czący   żołnierzy.  Am nestia  dla  wszy stkich  podoficerów  obej m uj ąca  wszelkie  ich  działania
podczas  niepokoj ów  społeczny ch...  Odnowienie  przy sięgi  na  konsty tucj ę...  Wszy scy   zaj m uj ący
stanowiska  dowódcze  zostaną  zatwierdzeni  i  otrzy m aj ą  stosowne  awanse.  Stark  zm ruży ł  oczy,
kieruj ąc j e znów na Vic.

– A co ze m ną?
– Tu napisano, wszy scy  podoficerowie, Ethan.
– Ale m nie to m oże nie doty czy ć.
–  Też  tego  do  końca  nie  rozum iem ,  ale  co  powiesz  na  zatwierdzenie  i  awanse

background image

odpowiednie do zaj m owany ch stanowisk?

–  Nie  zastanawiałem   się  nad  ty m   j eszcze.  Dlaczego  uważasz,  że  to  m a  j akieś

znaczenie?

Vic odezwała się do niego, zniżaj ąc głos tak, by  ty lko on m ógł j ą sły szeć:
– To znaczy, Ethanie Stark, że powinnam  ty tułować cię generałem .
– Co? – Spoj rzał na tekst, robiąc wielkie oczy. – Nie. To niem ożliwe.
– To właśnie tu napisano. Zostaniesz wy znaczony  na dowódcę dy wizj i i otrzy m asz

stosowny  awans, by  m óc obj ąć to stanowisko.

– To niedorzeczne. Nie da się...
– Ma pan j akiś problem , sierżancie Stark? – Gdy  oderwał wzrok od wy świetlacza,

zobaczy ł wpatruj ącą się w niego intensy wnie negocj atorkę.

– Owszem , szanowna pani, próbuj ę właśnie zrozum ieć zapisy  tego dokum entu.
– O który m  paragrafie m owa?
Vic odpowiedziała za niego, ponieważ nie um iał się zdecy dować.
– Sierżant zastanawia się, co oznacza wy rażenie „wszy scy  podoficerowie”.
– To chy ba wy starczaj ąco j asne.
– Chodzi o to, szanowna pani, że sierżant Stark i j a także j esteśm y  podoficeram i.
– Przecież wiem . Chcecie powiedzieć, że was to porozum ienie nie m oże doty czy ć?
Rey nolds spoj rzała j ej  w oczy.
–  Wy   naprawdę  udzielacie  m u  am nestii?  Jak  wszy stkim   pozostały m   żołnierzom   i

kolonistom ?

– Taki m ieliśm y  zam iar.
– Zatem  wasza propozy cj a j est bardzo szczodra, szanowna pani. Szczerze m ówiąc,

zaskoczy ła nas. Poważnie.

Kobieta się uśm iechnęła.
– Nie wątpię. Dom y ślam  się, że powiedziano wam , iż za tego rodzaj u przewinienia

karzem y  śm iercią.

Siedzący  obok niej  m ężczy zna wtrącił:
–  Przy j rzeliśm y   się  waszy m   działaniom   z  wielką  uwagą.  Gdy by ście  popełnili

j akieś  zbrodnie  przeciw  Stanom   Zj ednoczony m   albo  ich  oby watelom ,  nie  rozm awialiby śm y   o
ty m  porozum ieniu. By ły  straty, i to po obu stronach. Kazaliście na przy kład rozstrzelać żołnierza
winnego współudziału w ataku na centrum  dowodzenia. – Stark z trudem  ukry ł zaniepokoj enie na
wzm iankę  o  zdradzie  szeregowego  Granta  Steina  i  wy roku  sądu  polowego.  –  Ten  przy padek
zaniepokoił nas naj bardziej  i m im o że trzy m aliście się ściśle przepisów prawa, woleliby śm y, aby
nigdy  nie m iał m iej sca.

– My  także – wy szeptał Stark, zby t cicho j ednak, by  ktoś m ógł go usły szeć.
–  Dokum entacj a  procesu  by ła  pełna,  a  wy nikało  z  niej   j ednoznacznie,  że  bierze

pan na siebie pełną odpowiedzialność za wszy stkie czy ny  i decy zj e.

–  Nadal  podtrzy m uj ę  to  twierdzenie  –  zapewnił  go  Ethan,  ty m   razem   głośniej .  –

Nikt inny  nie powinien by ć za to obwiniony  i ukarany. To by ła m oj a decy zj a.

Mężczy zna pokręcił głową.
– W świetle ostatnich wy darzeń m ożem y  powiedzieć ty lko ty le, że lepiej  by  by ło,

gdy by   ten  wy rok,  j ak  i  wszy stkie  pozostałe  przy padki  śm ierci,  nie  m iały   m iej sca.  Inaczej
m ówiąc, wierzy m y  święcie, że działaliście zgodnie z trady cj ą i honorem . To chy ba odpowiednie
sform ułowanie?

–  Oczy wiście  –  odpowiedziała  Vic.  –  Muszę  przy znać,  że  spodziewaliśm y   się  w

naj lepszy m   wy padku  wy dalenia  z  woj ska.  Widzę  j ednak  z  tej   oferty,  że  j esteście  skłonni

background image

pozostawić nas w czy nnej  służbie?

– To chy ba zrozum iałe – oświadczy ła negocj atorka. – Mogliście zrobić, co wam  się

ży wnie  podoba,  nawet  uderzy ć  na  Stany   Zj ednoczone.  Mim o  to  strzegliście  bezpieczeństwa
kolonii, wy kony waliście polecenia j ej  cy wilny ch władz i robiliście co w waszej  m ocy, by  bronić
oj czy zny   i  rodaków.  Zdaj em y   sobie  sprawę,  że  wielu  waszy ch  towarzy szy   broni  poległo
bohaterską śm iercią, j ak choćby  Wisem an i Gutierrez, lotniczki uhonorowane przez m ieszkańców
kolonii  w  nazwie  tutej szego  kosm oportu.  –  Wskazała  głową  pułkownika  Hay esa.  –  Nie
zapom inam y  także o ry zy ku, j akie podj ął pan, by  ocalić naszy ch żołnierzy, którzy  przy by li tutaj ,
by  was zaatakować. Czy ny  są ważniej sze od słów. Jeśli te kilka dziesięcioleci nieudolny ch rządów
nie  nauczy ły   nas  niczego  innego,  zapam iętam y   choćby   tę  sm utną  prawdę.  Wasze  czy ny,
zwłaszcza te podej m owane na rzecz inny ch, m ówią sam e za siebie.

– Dziękuj ę, szanowna pani.
–  Nie  m nie  dziękuj cie.  Zapracowaliście  sobie  na  tę  am nestię  i  na  stopnie,  j akie

wam   zaproponowano  w  nagrodę.  Gdy by ście  nie  działali  j ak  trzeba,  j uż  by ście  gnili  w  areszcie.
Podej rzewam   j ednak,  że  gdy by   wasze  działania  nie  by ły   tak  prawe,  nasz  kraj   stałby   dzisiaj   w
obliczu  zupełnie  innego  kry zy su.  Rząd  winien  j est  wam   wdzięczność  i  przeprosiny,  czas  więc
zacząć spłacać zaciągnięty  dług.

Cam pbell się uśm iechnął. I j ego zadowalał osiągnięty  wy nik.
– Twierdzi pani, że sierżant Stark, tocząc swoj ą woj nę, wy gry wał także polity czne

bitwy ? Cóż za ironia losu. Nigdy  wcześniej  nie spotkałem  tak apolity cznej  osoby.

Kobieta odpowiedziała m u podobny m  uśm iechem .
– Zakładam ,  że sierżant  Stark uzna  pańskie słowa  za kom plem ent.  Polity cy   obecni

w ty m  pom ieszczeniu nie będą m ieli m u tego za złe. Ale m a pan racj ę. Sierżancie Stark, udało się
panu wy grać j eszcze j edną woj nę, taką, o której  nie m iał pan zapewne bladego poj ęcia.

Ethan by ł tak oszołom iony, że ty lko przy taknął. Coś go j ednak nurtowało.
Czegoś  tu  nie  widzę.  No  tak!  Raz  j eszcze  przebiegł  wzrokiem   po  treści

porozum ienia.

–  Szanowna  pani,  m am y   problem .  Ten  dokum ent  m ówi  ty lko  o  am nestii  dla

podoficerów  znaj duj ący ch  się  na  Księży cu.  A  m iędzy   nam i  by ło  także  kilkoro  oficerów,
kapelanów  i  lekarzy   woj skowy ch.  Zostali  z  nam i  z  własnej   nieprzy m uszonej   woli.  Powinniśm y
wy m ienić ich w ty m  dokum encie.

–  Sierżancie  Stark,  zapoznaliśm y   się  osobiście  z  pańskim i  aktam i  osobowy m i.  –

Ethan próbował nie krzy wić się w reakcj i na te słowa. – Wy czy taliśm y  z nich m iędzy  inny m i, że
nie  darzy ł  pan  przełożony ch  zby t  wielką  esty m ą.  Chce  pan  powiedzieć,  że  odrzucicie  naszą
propozy cj ę, by  chronić garstkę oficerów?

– Nie chcę odrzucać porozum ienia. Zrobię, co każecie. Ale to są m oi oficerowie, a

j a dbam  o swoich ludzi. Proszę j edy nie o włączenie ich do treści tego dokum entu.

Negocj atorka zerknęła w kierunku Hay esa.
–  Nie  widzę  powodu,  dla  którego  m ieliby śm y   odrzucać  propozy cj ę  zm ian

przedstawiony ch przez sierżanta Starka – rzucił pułkownik. – Wspom niani oficerowie uczestniczy li
w ty ch sam y ch działaniach, które skłoniły  nas do udzielenia am nestii podoficerom .

–  Dobrze.  –  Kobieta  powiodła  wzrokiem   po  pozostały ch  członkach  delegacj i,

odbieraj ąc kolej ne potwierdzenia. – Pańska propozy cj a włączenia oficerów służący ch w pańskich
j ednostkach  została  przy j ęta.  –  Znów  spoważniała.  –  Ale  to  j uż  koniec  am nestii  na  dzisiaj .  Kraj
j est  w  potworny m   kry zy sie.  Musim y   odbudować  zaufanie  do  przy wódców.  I  do  insty tucj i
państwowy ch. Zdaj ecie sobie sprawę, że od tej  pory  m usicie wy kony wać rozkazy  przełożony ch?

Vic z trudem  stłum iła śm iech, m rucząc pod nosem , tak by  ty lko Ethan j ą sły szał:

background image

– On nigdy  tego nie robił. Dlaczego teraz m iałby  zm ieniać podej ście?
Stark zerknął na nią, potem  spoj rzał na negocj atorkę.
– Tak, szanowna pani. Pan Cam pbell m oże zaświadczy ć, że znam  swoj e m iej sce w

szeregu.

–  Zdąży ł  nas  o  ty m   poinform ować.  Jak  j uż  wspom niałam ,  odegrało  to  znaczącą

rolę  w  przy gotowanej   dla  pana  propozy cj i  porozum ienia.  –  Ona  z  kolei  spoj rzała  w  kierunku
zarządcy.

–  Maj ąc  woj sko  po  swoj ej   stronie,  nie  m usieliby śm y   oferować  wam   aż  tak

dobry ch  warunków,  j ak  sądzę?  To,  że  m ogliby śm y   coś  wy m usić,  nie  oznacza  j ednak,  że
zam ierzam y   tak  postąpić.  Podtrzy m uj em y   naszą  propozy cj ę.  Czy   cy wilna  część  buntowników
akceptuj e zapisy  um owy ?

Cam pbell wy m ienił spoj rzenie z Sarafiną, potem  skinął głową.
–  Oczy wiście.  Jako  przedstawiciele  kolonii  z  przy j em nością  zgadzam y   się  na

przedstawione warunki.

– Witam y  ponownie na łonie Stanów Zj ednoczony ch. Was wszy stkich.
Stark pokręcił głową, ściągaj ąc na siebie wzrok zaskoczonej  negocj atorki.
– Szanowna pani, m y  ich tak naprawdę nigdy  nie opuściliśm y.
Miała niepewną m inę, zaraz j ednak pokiwała głową.
–  To  dziwne.  Am ery kanie  od  dawna  obawiali  się  udzielenia  arm ii  większej

swobody. Postrzegali was j ako naj większe wewnętrzne zagrożenie dla dem okracj i. A wy, j ak się
okazuj e, by liście naj większy m i j ej  obrońcam i.

–  Już  dawno  m ogliby śm y   pani  to  powiedzieć,  ale  woj o  i  cy wilbanda  przestali  ze

sobą rozm awiać.

– To z pewnością ulegnie zm ianie. I na pewno nie będzie j uż transm isj i z pola walki

ku uciesze gawiedzi. Nie zam ierzam y  odczłowieczać was w ten sposób. Gdy  przej ęliśm y  władzę,
zdoby liśm y   także  wiedzę  na  tem at  wy sokości  rzeczy wisty ch  strat  poniesiony ch  przez  nasze
woj ska w ciągu m iniony ch kilku lat. To by ł dla nas prawdziwy  szok. Nie m a szans na odbudowanie
potęgi m ilitarnej  bez ogłoszenia poboru wśród oby wateli, którzy  nie dorastali w fortach i bazach.

–  To  dobra  wiadom ość.  –  Stark  uśm iechnął  się  do  Vic,  gdy   zobaczy ł  j ej   m inę,  a

wy glądała tak, j akby  doznała nagłego ataku niestrawności. – To m oże spowodować szok kulturowy
po obu stronach bary kady, ale wy j dzie wszy stkim  na dobre.

Kolej ne rozm owy, kolej ne uściski dłoni. W końcu Stark znalazł się na zewnątrz sali

konferency j nej .  By ł  m ocno  skołowany.  Co  tam   się  wy darzy ło?  Najważniejsze,  że  nic  nie  zrobią
żołnierzom.  Tylko  to  się  teraz  liczy.  Wy rwał  się  z  otępienia,  gdy   zauważy ł,  że  ktoś  do  niego
podchodzi.

Stacey   Yurivan  stanęła  obok  Ethana,  na  j ej   twarzy   widać  by ło  nieskry wany

podziw.

–  Rey nolds  powiadom iła  wszy stkich  o  warunkach  porozum ienia,  gdy   ty

obściskiwałeś  się  z  negocj atoram i.  Stark,  nie  doceniałam   cię.  To  by ł  m aj sterszty k!  Taki  podstęp.
Naj pierw  zdołowałeś  ludzi,  a  potem   dałeś  im   taką  pachnącą  m archewkę.  Musisz  m i  kiedy ś
opowiedzieć, j ak robi się takie przewały.

–  Stace,  j a  niczego  nie  planowałem .  A  j uż  na  pewno  nie  próbowałem   nikogo

oszukać. Tak się po prostu stało, ponieważ to chy ba j edy ne sensowne rozwiązanie.

– Jasne. Mów, co chcesz. Stark, król przekręciarzy. Pozdrawiam  pana, sir!
Yurivan  uniosła  rękę  do  przepisowego  salutu  i  trzy m ała  j ą  tak,  dopóki  nie

odpowiedział podobny m  gestem .

– Spieprzaj  stąd, Stace.

background image

– Taj est. Taj est. Już zm iatam .
– Gratuluj ę, generale Stark – rzuciła Vic, także m u salutuj ąc.
– Nie ty tułuj  m nie tak.
–  Wy bacz.  Regulam inowe  przy zwy czaj enie.  Sam   wiesz,  j ak  j est  –  odparła,

wskazuj ąc brodą na j ego pagony. – Musisz odpruć dy sty nkcj e sierżanta i przy czepić gwiazdki.

– Nie m am  zam iaru.
–  Straszne  rzeczy   dziej ą  się  z  ludźm i.  Jedny ch  rozstrzeliwuj ą,  inny ch  m ianuj ą

generałam i. Ty  trafiłeś do grona nieszczęśliwy ch.

– Nie m ogliby  m nie rozstrzelać?
– Ja tego nie zrobię.
– To zrozum iałe – Stark wy szczerzy ł zęby. – Pułkowniku Rey nolds.
– Słucham ?
– By łaś m oim  zastępcą. A to znaczy, że dadzą ci co naj m niej  pełnego pułkownika.

–  Zm ruży ła  oczy,  szukaj ąc  odpowiedniej   riposty.  –  Może  zaczniesz  wreszcie  traktować  m nie  z
należny m  szacunkiem .

–  Niedoczekanie,  żołnierzu.  Ethanie  Stark,  wy m agasz  nieustannego  przy wracania

do rzeczy wistości.

–  Przy padkiem   j esteś  w  ty m   naprawdę  dobra.  Nie  zacząłby m   tej   rozróby,

gdy by m  wiedział, że...

–  Ethan.  Weszłam   tam   ze  świadom ością,  że  oboj e  zostaniem y   wy prowadzeni  w

kaj danach. Wy gląda na to, że dobre chęci choć ten j eden raz nie zostaną ukarane.

– Spój rz ty lko, czy m  nas nagrodzono.
–  Nadal  chcesz  trafić  przed  pluton  egzekucy j ny ?  Słuchaj ,  żołnierze  od  początku

wiedzieli,  że  m ogą  na  ciebie  liczy ć.  Teraz  rząd  też  to  zrozum iał.  I  to  nie  dlatego,  że  j esteś  taki
przy stoj ny, m ądry  albo wy gadany...

– Dzięki.
– ...ty lko z powodu tego, co zrobiłeś, gdy  m iałeś m ożliwość robienia, co zechcesz.

Rozum iesz? To prawdziwa m iara osobowości. Zrobiłeś co trzeba. Uratowałeś nas.

– Chy ba... tak. Nie. Każdy  m ógłby...
– Tak. Akurat. Powiedz to Kate Stein, j ak następny m  razem  przy śni ci się Wzgórze

Pattersona.

–  Ciekawa  sprawa,  Vic.  Nie  przy śniło  m i  się  ani  razu  w  ciągu  ostatnich  dni.

Wcześniej  by łem  na nim  każdej  nocy. Każdej .

–  Może  podświadom ość  próbuj e  ci  coś  powiedzieć?  Tak  na  m arginesie,  z

negocj atoram i przy leciał twój  dobry  przy j aciel. Dorobił się pozy cj i asy stenta. – Wskazała ręką
w  głąb  kory tarza  na  wy sokiego  żołnierza.  –  Proszę  podej ść,  sierżancie  Paratnam .  Proszę
przy witać się z naszy m  generałem .

–  Nie  ty tułuj   m nie  tak  –  powtórzy ł  Ethan,  zaraz  j ednak  uśm iechnął  się  do

przy j aciela. – Rash. Dawno się nie widzieliśm y.

– Wcale nie tak dawno. Ty le dobrego, że nikt teraz do nas nie strzela. – Rash także

się rozprom ienił, a potem  poklepał Starka po ram ieniu. – Cholera. Cieszę się, że znów j esteśm y  po
tej  sam ej  stronie.

– Ja też.
– Mam  j edno py tanie. Nadal będziesz dowodził w tej  kolonii?
– Tak, ale ty lko woj em . Trudno uwierzy ć, nie?
–  Delikatnie  rzecz  uj m uj ąc.  Wy j aśnij   m i  więc  j edno:  skoro  to  ty   teraz  wy daj esz

rozkazy, kom u będziesz się sprzeciwiał?

background image

– Nadal będzie przy  m nie Vic. Zawsze ignoruj ę j ej  rady.
Rey nolds przy taknęła.
– Niem al zawsze.
– Zatem  m ożecie się j uż pobrać? – zapy tał Rash, spoglądaj ąc to na niego, to na nią.
– Pobrać? – Vic nie m ogła się zdecy dować, czy  okazać zdziwienie czy  wy buchnąć

śm iechem . – Ja i ten zbir? Czegoś ty  się naj arał, Rash? A m oże to ty lko dezorientacj a przez niską
grawitacj ę? Mieliście zatrutą atm osferę w wahadłowcu?

– Skąd – obruszy ł się Paratnam . – Wy daj e m i się po prostu, że pasuj ecie do siebie.
–  Pasuj em y ?  –  zapy tała.  –  Do  siebie?  Ja  i  Ethan?  Czy   j a  kom uś  coś  złego

uczy niłam , żeby  ponieść tak surową karę?

– Jesteście stworzeni dla siebie, Vic.
–  Jeśli  tak,  to  Stwórca  m usi  m ieć  naprawdę  pokręcone  poczucie  hum oru.  –

Pokręciła głową. – Do zobaczenia, Rash. Muszę zadbać, by  wszy scy  dowiedzieli się o powrocie
do oficj alnej  służby. Uważaj  na siebie, wielki m ałpoludzie.

– Ty  także. – Paratnam  spoglądał w ślad za nią, potem  przeniósł wzrok na Starka. –

Ja chy ba nigdy  nie zrozum iem  kobiet.

– To j est nas dwóch.
– Mogę m ówić ci po im ieniu?
– A m ów sobie, j ak tam  chcesz.
– Idziem y  na piwo?
– Jasne. Rash, co j a, u licha, będę robił j ako generał?
–  Hm .  –  Paratnam   zastanawiał  się  nad  ty m   przez  chwilę.  –  Może  powinieneś

wy winąć j akiś niezły  num er, żeby  zdegradowano cię znowu do stopnia sierżanta?

– Poważnie? Tak. To by  się m ogło udać. Powinienem ...
Przerwał m u głos Vic dobiegaj ący  z głębi kory tarza:
– Nawet o ty m  nie m y śl, Ethan!

KONIEC


Document Outline