background image

 

John William Polidori 

 
 
 
 

WAMPIR 

 
 
 
 
 

 

przełożyła 

Monika Pawlina 

 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
      W  czasie  zimowych  bali  i  zabaw  w  londyńskim  towarzystwie  mówiło  się  wiele      
o  dziwacznym  szlachcicu,  głównie  z  powodu  jego  osobliwego  charakteru.  O  jego 
ż

yciu  rozpowszechniano  najprzeróżniejsze  historie.  Pośród  zrozumiałego  przy  takich 

okazjach  nastroju  wesołości  i  swobody,  pozostawał  on  przeważnie  powściągliwy, 
pozornie  niezainteresowany  zwyczajowymi  przyjemnościami.  Jednak  spojrzenie  jego 
szarych, zimnym blaskiem błyszczących oczu, powodował nawet u najodważniejszych 
pewne  niewytłumaczalne  odrętwienie,  które  tłumiło  każdą  naturalną  wesołość:  na 
twarzach  pojawiało  się  uczucie  niepewności  i  przejmujący  dreszcz  grozy  przebiegał 
zebranych.  Ponieważ  jednak  był  to  człowiek  o  miłej  powierzchowności                         
i  nienagannych  manierach,  ten  pełen  tajemniczości  fluid  nadawał  mu  w  znudzonym 
szlacheckim  światku  Anglii  siłę,  która  przyciągała  jak  magnes.  Właśnie  z  powodu 
owej osobliwej cechy zapraszany bywał do najlepszych domów. 
      Tak, radowano się widząc wokół siebie postać, która podsycała wybujałą fantazję. 
      Szczególnie  żeńska  część  towarzystwa  wyróżniała  go  zainteresowaniem,  które 
kwitował  obojętnością  urodzonego  dworzanina.  Jednak  nietrudno  było  zauważyć,  że 
jego  komplementy  w  stosunku  do  tych  dam,  które  rościły  sobie  prawo  do 
pierwszeństwa  i  zaszczytów,  czy  to  z  powodu  próżności,  pychy  czy  też  obycia            
w  świecie,  zawierały  wyraźnie  ironiczne  zabarwienie,  podczas  gdy  wyróżniające  się 
swą  skromnością,  cnotą  i  niewinnością  młode  dziewczęta  obdarzał  uprzedzającą 
grzecznością i godną uwagi delikatnością

.

 

      

Pewnego  razu  wydarzył  się  epizod,  który  omal  nie  doprowadził  do  skandalu           

i  utwierdził  ludzi  w  przekonaniu,  że  postępowaniu  szlachcica  przyświeca  pewien 
ukryty  cel.  Między  zaproszonymi  gośćmi  znalazła  się  kiedyś  żona  pewnego  barona, 
która jedynie przez swoje małżeństwo uzyskała wstęp do uprzywilejowanych kręgów; 
lubiła kierować poglądami i gustami słuchaczy, i nie było nikogo, kto mógłby się z nią 
równać w sztuce opowiadania frywolnych dowcipów. 
      Ponieważ  jak  dotąd  starania  jej  nie  wywołały  żadnej  zauważalnej  reakcji,  a  tym 
bardziej  oznak  spodziewanej  namiętności  ze  strony  tajemniczego  przybysza,  poczuła 
nieodparte  pragnienie,  aby  dotychczas  niedostępnego  jej  mężczyznę  opleść  siecią 
swoich  zmysłowych  wdzięków,  roztaczanych  ze  zręcznością  kurtyzany.  Wchodziła 
mu w drogę i próbowała wszelkimi sposobami, nawet najbardziej śmiałymi, ściągnąć 
na  siebie  jego  uwagę  -  wszystko  nadaremnie.  Jej  natrętna  kokieteria  nie  osiągała 
najmniejszego  skutku.  Gdy  poniosła  klęskę,  poczęła  rozgłaszać  najbardziej  haniebne 
oszczerstwa i zniesławiające plotki o nieuległym szlachcicu. 
      Mniej  więcej  tym  samym  czasie  przybył  do  Londynu  młodzieniec  o  nazwisku 
Aubrey.  Po  rodzicach,  którzy  zmarli,  gdy  był  jeszcze  dzieckiem,  odziedziczył  wraz     
z  siostrą  ogromny  majątek.  Rozporządzali  nim  jak  dotąd  dwaj  opiekunowie, 
posiadający  pełnomocnictwo,  od  dawna  związani  z  rodziną.  Aubrey  otrzymał 
doskonałe  wychowanie.  Wpłynęło  ono  bardziej  na  jego  wyobraźnię  niż  na  wiedzę; 
wzrastał  pełen  romantycznych  uczuć  dla  wszystkiego,  co  piękne  i  szlachetne,  i  żył     
w  przekonaniu,  iż  wszyscy  ludzie  miłują  cnotę.  Występek  według  niego  grał  rolę       

background image

w  dramacie  świata  tylko  z  powodu  efektów  scenicznych.  Jednym  słowem:  marzenia 
poetów dla niego stanowiły rzeczywistość. 
      Ponieważ miał miłą aparycję, był bogaty i jeszcze wolny, wstęp do wyższych sfer 
stał przed nim otworem, matki zaś ubiegały się o jego łaski myśląc o swoich córkach. 
Schlebiały  mu  swoją  niezwykłą  uprzejmością,  wyrobił  więc  sobie  błędne  mniemanie  
o własnych talentach i zasługach, podsycano bowiem jego próżność. 
      Ponieważ  wyobraźnia  jego  skłonna  była  wszystko  co  niezwykłe  traktować  jako 
pociągającą  obietnicę,  a  fantazja  podsuwała  najbardziej  niemożliwe  pomysły,  nie 
zdziwiło  nikogo,  że  osobliwe  pojawienie  się  obcego  mężczyzny  było  dla  młodzieńca 
dużą atrakcją, ściągnęło na siebie jego uwagę i zafascynowało. Całkowitą niemożność 
bliższego  poznania  człowieka,  który  przeważnie  pojawiał  się  zatopiony  w  myślach, 
obcy  i  niedostępny,  pogłębiało  nadto  pragnienie  zawarcia  z  nim  znajomości  ponad 
ramami szarej codzienności. 
      Nie dawało mu to spokoju aż do chwili, kiedy dowiedział się, że lord Ruthven, bo 
tak  nazywał  się  ów  tajemniczy  osobnik,  zamierza  udać  się  w  podróż  pomimo  -  albo 
właściwie dlatego - całkowitej ruiny finansowej. Aubrey’owi udało się nawiązać z nim 
znajomość  i  podczas  wspólnych  spacerów  mógł  się  przekonać,  że  ma  do  czynienia      
z osobą, która w swoim życiu dużo widziała i niejednego doświadczyła. Skłoniło go to 
do podjęcia natychmiastowej decyzji. Tak dalece wpłynął na swoich opiekunów, że ci 
-  po  niejakim  namyśle  -  wyrazili  zgodę,  aby  wyruszył  w  podróż  po  krajach  Europy. 
Podróż  ta  przewidziana  była  jako  uwieńczenie  lat  nauki  i  okresu  dojrzewania,  jak  to 
było  w  zwyczaju  dobrze  urodzonych  młodzieńców.  Jednakowo  wielkie  były  jego 
zdumienie i radość, kiedy lord Ruthven, dowiedziawszy się o planach, zaproponował, 
aby  razem  udali  się  w  drogę.  Schlebiało  mu,  iż  zwrócił  na  niego  uwagę  człowiek, 
który  sprawiał  wrażenie,  jakby  bardzo  niewiele  łączyło  go  z  innymi  ludźmi.  Zgodził 
się  ochoczo  na  jego  propozycję  i  w  kilka  dni  później  przepłynęli  wspólnie  kanał  La 
Manche.  
      W  drodze  młodzian  znajdował  wystarczająco  wiele  okazji,  aby  studiować 
niezwykłą  osobowość  swojego  towarzysza,  którego  zachowanie  wychodziło 
naprzeciw jego upodobaniu do nadawania wszelkim zjawiskom osobliwego znaczenia. 
Tak  więc  obserwował  u  towarzysza  jemu  tylko  właściwe,  zagadkowe  postępowanie. 
Najbardziej  zaskakujące  w  tym  wszystkim  była  okoliczność,  że  zdarzały  się  rzeczy 
krańcowo  odmienne  od  tych,  których  należało  się  spodziewać  po  wysłuchaniu 
krążących  wśród  londyńskiej  szlachty  opinii  o  charakterze  lorda.  Towarzysz 
młodzieńca  okazał  się  na  przykład  niezwykle  rozrzutny  i  hojny,  lecz  jego 
dobroczynność  spotykała  nie  tych,  którzy  niezasłużenie  popadali  w  biedę,  lecz 
najgorszych  łotrów;  włóczędzy  i  inne  podejrzane  indywidua  otrzymywały  z  jego  rąk 
więcej  niż  dość,  w  ogóle  wszelkie  podłe  instynkty  i  zachcianki  znajdowały  u  niego 
poklask,  lubieżnik  zaś  mógł  bardziej  liczyć  na  jego  poparcie  i  więcej  zyskać  niż 
przykładny  obywatel.  Ironią  losu  podarki  nie  przynosiły  obdarowywanym 
spodziewanych korzyści, lecz pogrążały ich jeszcze bardziej w nieszczęściu, jak gdyby 
rzucono  na  nich  klątwę.  Zdarzały  się  wypadki,  że  ofiarowana  jałmużna  przyczyniała 
się  do  tego,  iż  osoby,  o  których  mowa,  kończyły  nie  tylko  w  głębokiej  nędzy,  ale 
nawet na szafocie. 
      Najpierw  w  Brukseli,  następnie  w  Paryżu  i  innych  większych  miastach  na  trasie 
ich  podróży,  lord  wyszukiwał  z  upodobaniem  salony  światowego  towarzystwa.  Jego 

background image

zainteresowania  krążyły  wokół  gier  hazardowych,  pomimo  że  sam  nie  miał  natury 
gracza, wręcz przeciwnie; pozornie obojętny, przyglądał się wirującym kulkom ruletki 
lub  krupierowi  rozdającemu  karty.  Podczas  gry  i  zakładów  nie  opuszczało  go 
szczęście,  chyba  że  jego  przeciwnikiem  był  jakiś  sprytny  oszust,  wtedy  tracił  więcej, 
niż  wygrywał;  tylko  jego  twarz,  gdy  przypatrywał  się  towarzystwu  zachowywała 
wciąż  niezmieniony  wyraz.  Lecz  kiedy  spotykał  nowicjusza  lub  mało  roztropnego 
młodzieńca,  wydawało  się,  że  życzenie  lorda  jest  rozkazem  dla  fortuny.  Znikało 
pozorne  niezaangażowanie,  oczy  jego  błyszczały  pożądliwie  i  było  dla  niego 
prawdziwą przyjemnością, kiedy mógł doprowadzić przeciwnika do ruiny. 
      Aubrey  zamierzał  uzmysłowić  przyjacielowi  zgubne  skutki  jego  postępowania       
i  zabronić  mu  rozrywek,  które  unieszczęśliwiały  tak  wielu  ludzi,  choć  sam  lord  nie 
czerpał z tego żadnych korzyści. Nie brał bowiem ani grosza z wygranych pieniędzy. 
Odkładał je tylko na jakąś nieznaną okoliczność. 
      Wkrótce udali się do Rzymu i Aubrey stracił na jakiś czas kompana z oczu. Lord 
obracał się bowiem w towarzystwie gromadzącym się wokół pewnej włoskiej hrabiny, 
podczas  gdy  Aubrey  podziwiał  pomniki  antycznej  kultury.  Wykorzystując  każdą 
chwilę  pobytu  na  doskonalenie  wiedzy  o  zabytkach,  studiował  pełen  zapału  i  emocji 
majestatyczne resztki  wiekowych  wspaniałości, z których tak wiele pogrążyło się już 
w  pyle  i  gruzach.  Dni  przemijały  pospiesznie.  Wędrówki  do  miejsc  godnych 
zwiedzenia przeplatały się z dniami, w których Aubrey spisywał swe wrażenia. W ten 
sposób całkowicie przestała dla niego istnieć teraźniejszość, i sam zatracił się zupełnie 
w uroku ich wielkiej historii. 
      Z odległych wieków zawróciły go do rzeczywistości  trzy listy z Anglii. Pierwszy 
był  od  jego  siostry,  towarzyszącej  mu  w  podróży  pełnymi  trosk  myślami;  dwa 
następne nadeszły od opiekunów. Nastawali, aby tak szybko, jak to możliwe, odstąpił 
od  swego  towarzysza,  ponieważ  dopiero  teraz  okazało  się,  że  jego  postępowanie 
podczas  bytności  w  Londynie  znajdowało  się  w  jaskrawym  przeciwieństwie  do  tego, 
co  właśnie  wyszło  na  jaw  jako  skutek  jego  działalności  na  szlacheckich  dworach. 
Powściągliwość  i  nienaganne  prowadzenie  się  były  tylko  mydlącym  oczy  środkiem. 
Rzekomy  dżentelmen  dysponował osobliwą  sugestywną  mocą i za  jej pomocą budził  
u  tych,  którzy  mu  zaufali,  pierwotne  instynkty,  wywoływał  prostackie  odczucia            
i  złowrogie  myśli,  a  to,  co  dobre  w  naturze  ludzkiej,  obracał  w  zło.  Naglące 
ostrzeżenia  przed  przebiegłością  i  siłą  zła,  które  od  lorda  pochodziło,  ugruntowano 
wyliczeniem ongiś godnych szacunku dam, które Ruthven obdarzał uwagą, a które od 
czasu  jego  wyjazdu  nie  tylko  straciły  swój  zewnętrzny  urok,  lecz  oddawały  się 
ponadto  rozwiązłemu  trybowi  życia,  co  doprowadziło  już  do  wielu  towarzyskich 
skandali.  Aubrey  został  zrazu  treścią  pism  wprawiony  w  zdumienie,  pomimo  że 
większość  z  tych  informacji  uważał  za  towarzyskie  plotki  i  owoc  wybujałej  fantazji. 
Nie  mógł  jednak  nie  dopatrzyć  się  związku  między  zarzutami,  a  własnymi 
obserwacjami.  Zdecydował  się  więc  opuścić  człowieka,  którego  charakter  określały 
tak  ponure  cechy.  Szukał  jednak  pretekstu,  aby  uwolnić  się  od  Ruthvena                       
i jednocześnie nie stracić go całkiem z oczu. Tak, nosił się z tajemnym zamiarem, by 
obserwować  go  jeszcze  dokładniej  niż  dotychczas.  Dobrą  okazją  do  tego  były  nie 
dające się uniknąć spotkania w towarzystwie. Był to czas rzymskiego karnawału, pora 
publicznych  szaleństw  i  prywatnych  zabaw.  Lord  dostarczał  sensacji  swoim 
pojawieniem się, tak na wielkich balach, jak i w ścisłych kręgach szanowanych rodzin. 

background image

      Kiedy ze zdradzieckim pragnieniem i sobie właściwą sztuką udawania zasadził się 
na  niedoświadczoną  córkę  jednego  z  miejscowych  notabli  i  próbował  ją  pozyskać 
fałszywą  uprzejmością,  poczuł  że  nadszedł  moment  Aubreya,  aby  przekreślić  plany 
lorda  zmierzające  do  moralnego  zniszczenia  dziewczęcia.  Bacznie  przyglądał  się 
ostrożnym  staraniom  Ruthvena  i  wzrastającemu  zaufaniu  siedemnastoletniej 
signioriny, a kiedy udało się uwodzicielowi dzięki swej sztuce przekonywania uzyskać 
zgodę na potajemne spotkanie, odwiedził lorda w jego mieszkaniu. Ruthven przyznał 
się  z  nieukrywaną  satysfakcją,  że  jego  zamiarem  było  wykorzystać  dziewczynę,  a  na 
pytanie, czy myśli o ożenku z nią, wybuchnął głośnym śmiechem. 
      Aubrey  opuścił  ze  wstrętem  obłudnego  przyjaciela,  aby  pospieszyć  do  matki 
naiwnej  dziewczyny  i  powiadomić  ją  o  tym,  co  mogło  się  zdarzyć,  a  także 
poinformować  bliżej  na  temat  uwodziciela  i  wywołanych  przez  niego  wcześniej 
skandalach.  Położywszy  kres  haniebnemu  procederowi  swego  dotychczasowego 
towarzysza  podróży,  nie  zważając  na  groźbę  zemsty  z  jego  strony,  młodzian 
postanowił całkowicie oddalić się i bez zwłoki ruszyć tropem pielęgnowanej w duszy 
tęsknoty. 
      Opuścił Rzym i popłynął statkiem do Grecji. W czasie wędrówki przez półwysep 
któregoś  pięknego  dnia  przybył  do  Aten  -  miasta  złotego  wieku  kultury  starożytnej 
Grecji.  Wynajął  pokój  u  pewnego  Greka,  który  zamieszkiwał  w  położonym  u  stóp 
Akropolu  starym  mieście,  pochodzącym  jeszcze  z  czasów  tureckich.  Pod  wrażeniem 
słynnych  budowli  i  zabytków  starożytności  Aubrey  zapomniał  o  rozczarowaniach, 
jakich  dostarczyła  mu  niedawna  przeszłość  i  oddał  się  bez  reszty  przygodzie  wśród 
historycznych miejsc, pełnych mitów i dzieł sztuki. 
      Pod  tym  samym  dachem,  co  i  on,  mieszkała  córka  gospodarza,  dziewczyna  o  tak 
niezwykłej  urodzie,  że  mogłaby  pozować  słynnym  malarzom.  Lekki  krok  Janthe 
towarzyszył  często  Aubreyowi  w  jego  wyprawach,  a  jej  pełna  gracji  postać 
przykuwała wzrok, zmierzający akurat odcyfrować ledwo widoczne litery z porośnię-
tego  pnączami  kamienia  lub  rozmytej  tablicy  zapadającego  się  łuku.  Wtedy  jego 
antykwaryczne  zainteresowania  popadły  w  konflikt  z  uczuciem  niewysłowionej 
pogody  ducha  spowodowanej  obecnością  młodej  Greczynki.  Zwłaszcza  gdy  usiłował 
pozostałości dawnego świata zachować w rysunkach na przyszłe godziny, dziewczyna 
stała przy nim, podziwiając jego prace, i opisywała mu ludowe tańce swojej ojczyzny 
albo orszak weselny, zapamiętany jeszcze z lat dziecięcych. Jej fantazja i wyobraźnia 
tkwiły głęboko w ludowych wierzeniach i sposobie życia jej rodaków. Opowiadała mu 
więc  liczne  podania  i  legendy  tak  sugestywnie,  że  poruszony  do  głębi  przerywał 
zajęcie.  Jedna  z  jej  opowieści,  w  ogóle  nierzadko  mówiących  o  upiorach,  dotyczyła 
wampira, który żył ponoć kiedyś w tej okolicy wśród krewnych i przyjaciół, każdego 
roku  zaś  musiał  odnowić  swoje  siły  witalne  krwią  niewinnej  dziewczyny.  Gdy 
odmalowywała  portret  krwiopijcy  i  jego  pożądliwość  w  stosunku  do  płci  pięknej, 
ukazywało  się  przed  oczyma  Aubreya  oblicze  jego  dawnego  towarzysza  podróży; 
obraz ten  mroził  mu krew w żyłach.  Mimo to próbował uświadomić dziewczynie, że 
historie  te  to  tylko  wydumane  przesądy,  które  krążą  wśród  ludu  w  najróżniejszych 
wersjach. 
      Janthe  wymieniła  mu  jednak  nazwiska  starych  ludzi,  którzy  odkryli  istnienie 
okrutnej  istoty.  Ich  dzieci  lub  krewnych  znajdowano  nieżywych  z  krwawymi 
znamionami  upiora  na  martwym  ciele.  Mimo  zapewnień  Janthe  o  prawdziwości  tej 

background image

opowieści  Aubrey  nie  wierzył.  Prosiła  więc,  załamując  ręce,  aby  nie  naśmiewał  się     
z tego, bowiem zauważono, że ci, którzy wątpili w istnienie wampirów, zmuszeni byli 
w końcu w dramatycznych okolicznościach uwierzyć w tę straszną prawdę. 
      Tak przemijały dni i tygodnie, podczas których Janthe i Aubrey zbliżali się coraz 
bardziej  do  siebie,  a  naturalny  wdzięk  i  prostota  greckiej  dziewczyny  wydawały  się 
młodemu,  wytwornemu  Anglikowi  coraz  bardziej  zbliżone  do  ideału  kobiety  jego 
ż

ycia.  Janthe  jednak  nie  uświadamiała  sobie  miłości  kiełkującej  w  sercu  młodzieńca, 

pod którego opieką odwiedzała tak wiele ze swych ulubionych miejsc. 
      Pewnego  dnia  Aubrey  zdecydował  się  na  wyprawę  do  odległej  okolicy,  po  której 
obiecywał  sobie  wiele  archeologicznych  odkryć.  Kiedy  jednak  jego  gospodarze 
usłyszeli  nazwę  miejsca,  prosili  go  usilnie,  aby  wrócił  przed  zapadnięciem  zmroku; 
dopiero gdy mocno nastawał, odważyli się wyznać, że owa skalista, porośnięta lasem 
kraina  od  zamierzchłych  czasów  słynie  jako  miejsce  spotkań  upiornych  wampirów, 
które tam właśnie o północy odprawiają swoje bluźniercze orgie. Aubrey powstrzymał 
się od ironicznych uwag, cisnących mu się na język, aby nie urazić gospodarzy. 
      Następnego  ranka  jeszcze  przed  wschodem  słońca  wyruszył  konno  w  wielkim 
pośpiechu.  Przybywszy  na  miejsce  zatracił  się  tak  silnie  w  poszukiwaniach,  że  nie 
zauważył zapadającego zmierzchu. Nadciągała burza, dosiadł więc pośpiesznie konia, 
aby  nadrobić  stracony  czas.  Nawałnica  rozpętała  się  na  dobre;  wiatr  dął,  błyskało         
i grzmiało z taką siłą, że koń spłoszył się i w dzikim galopie pognał długimi susami ku 
zalesionym  górskim  zboczom.  Zmierzch  zastąpiła  czarna  jak  smoła  noc  i  po  chwili 
niemożliwe było posuwanie się naprzód w gęstwinie leśnej. W świetle błysku Aubrey 
dostrzegł,  że  znajduje  się  nieopodal  jaskini,  której  otwór  ledwie  odróżniał  się  od 
otoczenia.  
      To,  co  zdarzyło  się  później,  przeżył  niczym  gorączkowy  sen.  Wszedł  do  groty             
i znalazł w niej plecionki z sitowia i trzciny. Obudziła się w nim nadzieja, że napotka 
tu  schronienie  przed  szalejącym  żywiołem.  Kiedy  okrył  się  już  szmatami,  posłyszał 
nagle przeraźliwy kobiecy krzyk, a po nim skrzeczący śmiech mężczyzny. Przerażony 
wyważył  przegradzającą  korytarz  przeszkodę  i  nagle  znalazł  się  w  całkowitych 
ciemnościach.  Głośno  wołał,  wyciągając  po  omacku  przed  siebie  ręce  i  potykał  się 
przy  tym  o  wszelkiego  rodzaju  rupiecie.  Nagle  przeraźliwy  śmiech  powtórzył  się               
a Aubrey został powalony przez tajemniczą siłę na ziemię. Nieznany przeciwnik rzucił 
się  na  niego.  Wtedy  w  mroku  zabłysło  światło  pochodni;  poczuł,  jak  nacisk  na  jego 
piersi zelżał i usłyszał jeszcze tylko trzask łamanych gałęzi i śpiesznie oddalające się, 
ciężkie kroki. 
      Kiedy  doszedł  do  siebie,  znajdował  się  pod  opieką  leśnych  robotników,  których 
niepogoda  także  zagnała  w  tę  okolicę.  Słysząc  hałas,  pospieszyli  w  jego  kierunku. 
Aubrey powstał, a jego wzrok szukał kobiety,  której krzyk jeszcze teraz przeraźliwie 
dźwięczał  mu  w  uszach.  Jakże  wielka  przejęła  go  groza,  kiedy  rozpoznał  na  jednym          
z  brudnych,  przykrytych  szmatami  legowisk  ukochaną  postać  Janthe,  w  ostatnich 
dniach  tak  mu  drogiej.  Nie  wierzył  własnym  oczom,  jednak  przeraźliwe  odkrycie 
przekonało  go  o  realności  pierwszego  wrażenia.  Policzki  i  usta  dziewczyny  były 
bezbarwne,  ciało  zaś  zimne.  Nagle  robotnicy  podnieśli  krzyk,  wskazując  na  krwawe 
ukąszenia: na karku i odsłoniętych piersiach dziewczyny. 
- Pomocy, wampir, wampir! 

background image

      Aubrey  nie wiedział, co o tym  myśleć. Zapadł ponownie w odrętwienie,  musiano 
więc  także  dla  niego  sporządzić  nosze,  takie  same,  jakie  przygotowano  już,  aby 
przetransportować zwłoki dziewczyny. Jako jedyny dowód wypadków tej morderczej 
nocy  zabezpieczono  nietypowy  sztylet,  na  którego  rękojeści  znajdowała  się  bogato 
zdobiona figura żmii, wysadzana szmaragdami. Kiedy żałobny konwój dotarł do bram 
miasta,  podążyli  za  nim  aż  do  rodzinnego  domu  zmarłej  w  tak  nienaturalny  sposób 
dziewczyny liczni mieszkańcy z sercami przepełnionymi smutkiem. 
      Wszystkie  zabiegi  lekarskie  nie  zdołały  nawet  po  wielu  tygodniach  wyrwać 
Aubreya  z  duchowego  odrętwienia.  Większość  dnia  spędzał  pogrążony  w  całkowitej 
apatii, a nocą dręczyły go gwałtowne, gorączkowe majaki. Zarówno w jego dziennych 
marzeniach,  jak  i  nocnych  snach,  pojawiało  się  wciąż  wyobrażenie  demonicznego, 
męskiego oblicza, które wydawało się być tak bardzo bliskie, a zarazem nieskończenie 
odległe.  Budzące  grozę  połączenia  niejasnych  spostrzeżeń  i  domysłów,  których 
znaczenia  nie  mógł  pojąć,  wyniszczało  jego  siły.  W  gorączce  przeklinał  sam  siebie 
jako mordercę i żądnego krwi wampira. 
      W  dniu,  w  którym  choroba  Aubreya  osiągnęła  kryzys,  zjawił  się  nieoczekiwanie 
lord  Ruthven  żądając  wstępu  do  domu  żałoby.  Prosił,  aby  zaprowadzono  go  do 
chorego,  podając  się  za  jego  starego  przyjaciela.  Kiedy  Aubrey  ujrzał  go,  popadł          
w stan charakterystyczny dla cierpiących na tężec, z którego otrząsnął się dopiero po 
wielu  dniach,  ku  zaskoczeniu  swych  gospodarzy  pozornie  wyleczony.  Podczas 
choroby  Aubreya  lord  opuszczał  swoje  stanowisko  przy  jego  łożu  tylko  na  kilka 
godzin  snu.  Ozdrowieniec  przeświadczony  był,  iż  jego  wyleczenie  kryje  tajemnicę. 
Zdawało mu się, że postać dawnego towarzysza podróży, który nad nim się pochylał, 
tworzyła  cień  przekształcający  się  stopniowo  w  budzącą  przerażenie  maskę,  zza  tej 
maski zaś wyłaniała się twarz Ruthvena. Odzyskawszy całkowitą świadomość Aubrey 
poczuł  nieumotywowaną  obcość  wobec  samego  siebie  i  dopiero  po  pewnym  czasie 
zauważył,  że  to  nagłe  i  nie  dające  się  wytłumaczyć  pojawienie  się  przeklętego 
złoczyńcy wcale go nie irytowało. Lord bowiem objawił się w zupełnie nowej postaci: 
był skromny i pełen współczucia, starał się dawnemu towarzyszowi ulżyć w cierpieniu 
odwracając  jego  uwagę  od  ponurych  myśli.  Wówczas  okazało  się,  że  stan  zdrowia 
Aubreya spowodował wzruszenia, które nie pozwalały mu spoglądać realnie na świat. 
Cierpiał  na  urojenia  i  fantastyczne  przywidzenia.  Jego  psychika  wychodziła  poza 
rzeczywisty byt. Przez pryzmat rozdwojonej świadomości widział Ruthvena dwojako: 
raz  takim,  jakim  się  rzeczywiście  wydawał,  mianowicie  jako  przyjaciela  i  niosącego 
pomoc  towarzysza,  innym  zaś  razem  jako  złudzenie,  majak  rozmywający  się  wśród 
szyderczego  śmiechu.  Uciekł  więc  w  samotność,  aby  zapobiec  przypadkowym 
spotkaniom  z  lordem;  wydawało  mu  się,  że  słyszy  obok  siebie  lekki  krok  Janthe. 
Często ukazywała mu się jej droga postać; widział piękną, bladą twarzyczkę zaledwie 
na  wyciągnięcie  rąk,  ale  ogarniał  go  w  takich  momentach  paniczny  strach                            
i pospiesznie powracał z wędrówek w zaświatach. 
      Wreszcie zdecydował się opuścić okolicę związaną ze złymi wspomnieniami. Lecz 
nie  miał  w  sobie  tyle  sił,  aby  udzielić  Ruthvenowi  kategorycznej  odmowy,  gdy  ten 
zaofiarował  się  być  mu  przewodnikiem  po  historycznych  i  osobliwych  miejscach 
Peloponezu, których Aubrey jeszcze nie znał. 
      Tak  przemierzyli  obaj  kraj  wzdłuż  i  wszerz.  Lekceważąc  ostrzeżenia  tubylców, 
podróżowali  konno  z  kilkoma  towarzyszami,  którzy  byli  dla  nich  bardziej 

background image

przewodnikami  aniżeli  obrońcami.  Znajdowali  się  w  skalistej  okolicy  na  północy 
półwyspu, kiedy na jednej z nieuczęszczanych dróg ich mały pochód został otoczony 
przez  zbójców.  Doszło  do  krótkiej,  ale  ostrej  wymiany  ognia,  w  czasie  której  lord 
Ruthven  został  śmiertelnie  postrzelony  w  klatkę  piersiową.  Utarczka  zakończyła  się 
wzięciem do niewoli uczestników wyprawy, warunkiem uwolnienia był wysoki okup. 
Aubrey,  który  wybrał  się  w  podróż  z  dużą  ilością  pieniędzy  i  skrzętnie  ukrył  je            
w  bezpiecznym  miejscu  podczas  ostatniego  postoju,  przystał  na  wszystkie  warunki 
zbójców. Pozwolono mu aż do powrotu posłańca, który miał przywieźć żądaną sumę, 
stworzyć  rannemu  przyjacielowi  możliwie  dogodne  warunki  w  znajdującej  się 
nieopodal  skalnej  grocie.  Noce  były  teraz  chłodne,  powietrze  ostre,  a  kryjówka 
nieprzyjemna. 
      Siły lorda Ruthvena kończyły się szybciej, niż można się było spodziewać, i już po 
dwóch  dniach  był  bliski  śmierci.  Ale  jego  wygląd  i  zachowanie  nie  uległy  zmianie: 
zdawał się nie zważać ani na ból, ani na otoczenie. Tego wieczoru jednak był mocno 
niespokojny i bez przerwy śledził wzrokiem Aubreya. 
- Niech pan mi pomoże. To leży w pana mocy - wyszeptał wreszcie. 
      Aubrey pochylił się nad nim, żeby móc zrozumieć każde z jego słów, które mimo 
usilnych starań lord  mozolnie  wydobywał z  siebie, tak że sens ich  był niezrozumiały    
i zagadkowy. 
-  Czarna  melancholia  -  nowa  siła  życia  -  bełkotał  lord  w  dziwnej  ekstazie.  Potem 
rozpoczął zaklęcia przerywane straszliwie brzmiącym śmiechem. - Aubrey, posłuchaj. 
Mgła rozpłynie się, a księżyc wzejdzie w pełni. Wynieś mnie… Wynieś mnie do jego 
jasnego  światła  z  tej  cuchnącej  zgnilizną  jamy.  Bywaj  zdrów…  ale  nie  na  zawsze. 
Zniszczenie…  moja  zdobycz…  Gość  o  północy,  zrodzony  z  trupa…  mroczna  strona 
natury… 
      Ciało umierającego dźwignęło się z posłania: 
-  Aubrey,  wznieś  rękę  do  przysięgi  -  ślubuj  na  wszystko,  co  jest  ci  drogie,  że                     
w przeciągu jednego roku, z dokładnością co do dnia, nie piśniesz ani słowa o moim 
losie,  a  przede  wszystkim  przemilczysz  moją  śmierć,  cokolwiek  by  się  zdarzyło.                   
I niech się tak stanie, przysięgnij! 
      Aubrey  zachowywał  się  tak,  jak  gdyby  był  pod  wpływem  jakiejś  demonicznej 
mocy. Zgodził się na wszystko, zaprzysiągł to, czego od niego żądano. Niczym dalekie 
echo  słyszał  własny  głos:  -  Przysięgam!  -  Po  chwili  lord  Ruthven  opadł  na  posłanie              
i  zszedł  ze  świata  wśród  unoszącego  się  jak  klątwa,  głucho  dźwięczącego, 
diabelskiego śmiechu, którym chyba sam szatan posilił go w chwili śmierci. 
      Aubrey’owi  wszystko  wydawało  się  złym  snem.  Silne  dreszcze  przebiegały  po 
jego ciele, a na czoło wystąpił zimny pot. Przeczuwał coś strasznego, coś co trzymało 
go na uwięzi i czemu musiał się poddać. Jakiś złowrogi przymus opanował jego duszę. 
      Wyniósł  zwłoki  lorda  na  zewnątrz  i  ułożył  w  miejscu,  gdzie  padał  jasny  blask 
księżyca.  Potem  wrócił  do  jaskini  i  własne  ciężkie  jak  ołów  członki  złożył  na 
słomianym  posłaniu;  pogrążył  się  w  podobnym  do  omdlenia  śnie,  niezdolny 
doprowadzić  myśli  do  ładu.  Kiedy  następnego  ranka  przebudził  się  po  ciężkiej  nocy, 
nie  odzyskał  jeszcze  pełnej  świadomości.  Jakaś  siła  ciągnęła  go  ku  miejscu,  gdzie 
zostawił  ciało  lorda.  Dotarł  na  miejsce,  ale  było  ono  puste  i  choć  bardzo  dokładnie 
szukał, nie znalazł wyjaśnienia zagadkowego zniknięcia ciała towarzysza. Skłoniło to 
Aubreya  do  przypuszczeń,  że  zbójcy  usunęli  je,  aby  nie  pozostał  żaden  ślad  ich 

background image

zbrodniczego czynu. Nie miał co do tego wątpliwości. W końcu, po zapłaceniu okupu, 
opuścił miejsce, które przejmowało go strachem.  
      Mając  dość  kraju,  do  którego  przybył  z  wielkimi  planami,  a  gdzie  zamiast 
oczekiwanych  wzniosłych  przeżyć  kilkakrotnie  doświadczył  okropności  losu,  gdzie 
jego  skłonne  do  depresji  usposobienie  wypalało  się  w  urojeniach,  nie  mógł  bowiem 
uwolnić  się  od  zabobonnego  strachu,  zdecydował  się  na  wyjazd.  Wkrótce  znalazł  się  
w  Smyrnie.  Podczas  oczekiwania  na  statek,  który  miał  go  zabrać  do  Otranto  lub 
Neapolu,  zajęty  był  porządkowaniem  spuścizny  po  Ruthvenie.  Pomiędzy  rzeczami 
lorda  znajdowała  się  skrzynia  zawierająca  wszelkie  rodzaje  broni,  wśród  nich  kilka 
ostrych noży i kindżałów. Jakże wielkie było jego przerażenie, kiedy ujrzał pochwę od 
sztyletu  zdobioną  tym  samym  wzorem  co  broń,  która  leżała  w  jaskini  obok 
zamordowanej  Janthe.  Owładnięty  strachem  wpatrywał  się  w  leżący  przed  nim 
przedmiot,  który  zdawał  się  ucieleśniać  niewytłumaczalne  zagrożenie.  Aubrey  miał 
niejasne  przeczucie,  że  jest  narażony  na  niekończące  się  prześladowanie.  Tylko                
z wysiłkiem otrząsnął się z ponurego nastroju, bliskiego gniewowi i wściekłości; miał 
wrażenie,  jakby  opętał  go  jakiś  zły  duch.  Wobec  trwałego  zachwiania  duchowej 
równowagi  Aubrey  zmuszony  był  najkrótszą  drogą  udać  się  w  podróż  powrotną  do 
ojczyzny.  Podążając  za  wewnętrznym  głosem  dobiegającym  spod  myśli,  postanowił 
zatrzymać  się  w  Rzymie,  aby  zasięgnąć  wieści  o  losie  młodej  damy,  którą  Ruthven    
w  tak  niegodziwy  sposób  chciał  uwieść.  To  czego  się  dowiedział,  pogłębiło  jeszcze 
jego  wewnętrzną  udrękę:  signiorina  jakby  zapadła  się  pod  ziemię.  Wszystkie 
poszukiwania  nie  dały  rezultatów.  Jej  rodzice  żyli  w  skrajnej  nędzy  i  przygnębieniu, 
pozbawieni wszystkiego, co posiadali. To umocniło podejrzenie Aubreya, że wszelkie 
powiązania  z  Ruthvenem  prowadziły  do  zguby.  On  także  został  wciągnięty  w  ich 
otchłań. 
      Zło,  które  tkwiło  u  podstaw  jego  przeżyć  sprawiło,  że  rodzicielski  dom  był  dla 
młodzieńca ostatnim schronieniem. Zmusił więc woźnicę do największego pośpiechu, 
aż nieprzytomny ze zmęczenia przybył do Calais. Przychylny jego życzeniom wiatr od 
lądu przeniósł go szybko ku brzegom Anglii. 
      Powróciwszy  do  swoich  bliskich,  otoczony  został  czułą  opieką  i  troską,  której 
udzielała mu z powodu jego opłakanego cielesnego i duchowego stanu siostra, wyrosła 
pod  nieobecność  Aubreya  na  młodą  damę.  Znalazł  tu  trochę  spokoju  i  radości, 
tłumiącej moc przeszłości i ciągły strach przed przyszłym niebezpieczeństwem.  
      Alicja  Aubrey  należała  do  najświetniejszych  zjawisk  pośród  płci,  co  przejawiało 
się nie tylko w jej pięknej postaci, ale także  w szlachetnym charakterze. Gęste blond 
włosy  okalały  miękkimi  falami  czoło,  a  błyszczące  oczy  odzwierciedlały  piękno 
duszy. Ruchy jej pełne były czarującego wdzięku. Ukoronowaniem tego szczęśliwego 
cudu  natury  był  fakt,  że  posiadała  jasny  umysł,  a  jej  dokładność  i  spostrzegawczość    
w  zakresie  zarządzania  dobrami  oceniano  jako  godne  najwyższej  uwagi.  Głównie 
Alicji  zawdzięczano  harmonię  domowego  współżycia.  Uświetniała  każdą  zabawę                
i  towarzyskie  spotkanie  w  rodzinnym  kręgu.  Alicja  rozpoczynała  właśnie  osiemnasty 
rok życia, kiedy jej brat powrócił z podróży, i jak dotąd nie została jeszcze oficjalnie 
wprowadzona w wielki świat.  
      Aubrey  spędził  pierwszy  tydzień  w  ojcowskiej  siedzibie  całkowicie  odsunięty  od 
ś

wiata, w depresji i smutku, niedostępny dla przyjaciół i uciech życia. Jego skłonność 

do  rozmyślań  i  melancholijnych  nastrojów  doprowadziła  do  zniechęcenia  i  lęków, 

background image

które  kradły  mu  sen.  Niewyjaśniony  strach  przed  przyszłością  wywoływał  w  jego 
wyobraźni potworne obrazy, które wymykały się spod kontroli rozumu. Coraz bardziej 
opanowywało  go  uczucie,  że  stracił  orientację  w  życiu.  Ta  niepewność  pochodziła            
z wyobrażeń, które niegdyś istniały dla Aubreya tylko jako przesądy.  Jego  niezdolny 
do  podołania  jakimkolwiek  zadaniom  umysł  pogrążony  był  w  mocy  dawnych, 
strasznych  przeżyć,  które  ciężko  było  wymazać  z  pamięci.  Często  zamykał  się                      
w  swoim  pokoju,  gdzie  mając  pod  ręką  rozprawy  i  inne  publikacje  wypożyczone                 
z naukowych bibliotek, studiował z zapałem zjawisko wampiryzmu i jego różnorodne 
formy.  Temat  ten  podsycany  wspomnieniami,  wywoływał  u  Aubreya  coraz  bardziej 
niebezpieczne  i  okropne  skojarzenia.  W  swoich  poszukiwaniach  natknął  się  na 
wiadomości,  które  sięgały  dawnych  wieków.  Już  w  średniowiecznych  kronikach 
wspominano  o  wysysających  krew  trupach.  W  osiemnastym  wieku  niesamowite 
zdarzenia  spowodowały  pokaźną  ilość  publikacji  o  upiorach;  znalazły  się  wśród  nich 
także  liczne  medyczne  i  filozoficzne  pisma,  między  innymi  kompetentne  rozprawy 
doktorskie  poświęcone  wyłącznie  wampiryzmowi.  W  gazetach  i  luźnych  drukach 
pojawiły  się  dotyczące  tego  zagadnienia  urzędowe  obwieszczenia.  Niemożliwą  do 
skrupulatnego  przejrzenia  powódź  komentarzy  wywołał  przypadek,  który  zdarzył  się 
w  zimie  1731/1732  i  wzbudził  duże  zainteresowanie  samego  cesarza  Karola  VI.                
W czasie lipskich targów wielkanocnych 1733 roku można było kupić liczne, osobliwe 
druki  traktujące  o  pojawieniu  się  upiorów,  więc  Aubrey  sprawił  sobie  kilka 
egzemplarzy.  Lektura  utwierdziła  go  w  przekonaniu,  że  w  badaniach  nad 
wampiryzmem  istniały  dwa  kierunki:  pierwszy  problem  widział  w  działaniu  sił 
nieczystych,  drugi,  racjonalny,  starał  się  wszystkie  tajemnicze  wydarzenia  wyjaśnić           
w sposób naturalny. Jednak jego własne niepokoje nie zostały przez to rozwiane. 
      Tak  przeminęły  wiosna  i  lato,  podczas  których  Aubrey  nie  zażywał  jasnych, 
słonecznych promieni i nie uczestniczył w przyjemnościach płynących z życia na wsi. 
Właśnie  rozpoczął  się  sezon  bali;  zbliżający  się  uroczysty  wieczór  posłużył  za 
pretekst,  aby  wprowadzić  Alicję  jako  debiutantkę  w  świat  towarzyskich  spotkań. 
Aubrey  jako  najbliższy  krewny  miał  zastąpić  ojca  dziewczyny  i  mimo  choroby  nie 
mógł  się  od  tego  obowiązku  uwolnić.  Wspaniale  przygotowało  rodzeństwo  swój 
londyński dom na przyjęcie dostojnych gości. 
      Uroczystość  została  otwarta  z  przepychem;  były  obecne  wysoko  postawione 
osobistości,  a  damy  tworzyły  wprost  swoimi  sukniami  i  przepysznymi  ozdobami 
wielobarwny,  świąteczny  obrazek.  Alicja  po  raz  pierwszy  w  życiu  w  stroju 
wieczorowym,  szybko  zatraciła  swoje  początkowe  onieśmielenie.  Towarzyszące  jej 
spojrzenia  pełne  były  podziwu,  a  czar  młodzieńczej  świeżości  przyćmiewał  zwykłą 
kobiecą elegancję. 
      Aubrey trzymał się z dala od zgiełku, jego myśli powracały do dnia, kiedy w tym 
samym  miejscu  zawarł  brzemienną  w  skutkach  znajomość  z  Ruthvenem.  Zatopiony 
we  wspomnieniach  poczuł  nagle  niepokój,  jakby  miało  zdarzyć  się  coś  zupełnie 
niepojętego.  Jego  wzrok  padł  na  orszak  tańczących,  wśród  których  zdawał  się  być 
samotny  i  opuszczony.  Naraz  odkrył  w  korowodzie  par  twarz,  na  której  widok 
ogarnęło go śmiertelne przerażenie. W okamgnieniu uległ obcej sile. Myślał, że ulega 
złudzeniu  nadpobudliwych  zmysłów.  Jednak  wątpliwości  prysły,  kiedy  usłyszał  zbyt 
dobrze znany, szepczący mu do ucha głos: - Pamiętaj o przysiędze! 

background image

      Nie miał odwagi obejrzeć się, bał się, że zobaczy zjawę. Ukradkiem zerknął przez 
ramię  i  spostrzegł  wyraźnie  twarz  zmarłego  przed  niespełna  rokiem  na  jego  rękach 
lorda. Wpatrywał się w nią aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Potem uchwycił się 
ramienia stojącego w pobliżu przyjaciela i utorował sobie z jego pomocą drogę przez 
rozbawioną ciżbę. Wreszcie, wyprowadzony na powietrze, ruszył pędem ku swojemu 
powozowi  i  kazał  się  pospiesznie  zawieźć  do  domu.  Przybity  wpadł  do  swojego 
pokoju,  usiadł  w  fotelu  i  podparł  rękoma  opadającą  z  powodu  nagłych  zawrotów          
i  silnego  bólu  głowy.  Lecz  im  bardziej  rozmyślał  o  tym  niepojętym  zdarzeniu,  tym 
bardziej  bez  wyjścia  wydawała  mu  się  jego  sytuacja.  Przysiągł  na  wszystko,  co  było 
mu  święte,  że  przez  okrągły  rok  nie  zdradzi  ani  słowa  o  losie  dawnego  towarzysza 
podróży.  Uczynił  to  pod  groźbą  najstraszliwszych  udręk  dla  siebie  i  swoich 
najbliższych.  Nigdy  nie  brał  pod  uwagę  konsekwencji  płynących  z  przysięgi,  którą 
złożył  na  prośbę  umierającego.  Wszystkie  przeżyte  wówczas  chwile  nabrały 
podwójnego znaczenia - jawiły się jako realne zdarzenie, a zarazem jako upiorny sen: 
niewyjaśniony los rzymskiej signoriny, bogato zdobiona, pasująca do narzędzia mordu 
pochwa  w  bagażu  Ruthvena,  złożona  przez  Aubreya  przysięga  i  zniknięcie  zwłok 
lorda.  Czy  umarli  mogą  zmartwychwstać?  Momentami  Aubrey  sądził,  że  jego 
wyobraźnia ożywiła obraz, który tkwił głęboko ukryty w jego duszy. 
      Poza  nieszczęściem,  jakie  wywołałoby  złamanie  przysięgi,  nie  ulegało 
wątpliwości, że uznanoby go ostatecznie za chorego fantastę, którego odbiegający od 
towarzyskich  norm  sposób  życia  i  tak  dostarczał  wielu  tematów  do  rozmów.  Każdy, 
kto  miał  wstęp  na  wszelkie  uroczystości  tego  sezonu,  mógł  się  przekonać  nie  tylko              
o realnym istnieniu, lecz także o rycerskości lorda i jego szlachetnym charakterze; złą 
aurę  jego  wcześniejszej  sławy  szybko  puszczono  w  zapomnienie.  Równocześnie 
stosunki  finansowe  Ruthvena  przedstawiały  się  teraz  bardzo  korzystnie,  dzięki 
rzekomo otrzymanemu spadkowi. 
      Podczas  gdy  Aubrey  dręczony  złymi  myślami  spędzał  przeważnie  czas  samotnie  
w  swoim  pokoju,  do  którego  udzielił  wstępu  tylko  siostrze,  odbywały  się  wśród 
londyńskiej  szlachty  liczne  maskarady  i  bale.  Z  powodu  niedomagania  Aubreya 
rodzeństwo rzadko brało udział w tego rodzaju zabawach. Kiedy jednak bliska krewna 
przysłała  zaproszenie  na  bal  kostiumowy  i  dała  do  zrozumienia,  że  wymyśliła  dla 
Alicji szczególnie piękną rolę, nie można było odmówić. Aubrey zadecydował, że jego 
siostra  weźmie  w  tej  zabawie  udział  pod  warunkiem,  że  znajdzie  się  pod  opieką 
pewnej  uprzejmej  i  czcigodnej  damy,  u  której  bywało  tylko  doborowe  towarzystwo. 
Nie  musiał  żałować  tej  decyzji,  gdyż  gospodarze  dowiedli  swej  towarzyskiej  rangi 
poprzez wykwintne urządzenie balu i zapowiedź sprowadzenia muzyków. Tym razem 
Aubrey  był  bardziej  rozluźniony  niż  zwykle  przy  takich  okazjach,  chwilami  zdawało 
się, że nastrój wesołości rozjaśniał jego poważne oblicze. 
      Prowadził  właśnie  ożywioną  rozmowę  z  kilkoma  przyjaciółmi,  kiedy  zwróciło 
jego  uwagę  towarzystwo  zgromadzone  w  sąsiednim  pokoju  wokół  pewnego 
dżentelmena,  którego  opowiadanie  głośno  oklaskiwano.  Aubrey  zamierzał  znaleźć 
sobie  miejsce  blisko  siostry  stojącej  w  pierwszym  rzędzie  przysłuchujących  się                   
i  spośród  wszystkich  obecnych  najgłośniej  wyrażającej  swoje  uznanie.  Kiedy  zbliżył 
się  do  niej,  zauważył,  że  znajduje  się  ona  w  osobliwym  podnieceniu.  Dopiero  teraz 
jego wzrok padł na opowiadającego - rozpoznał twarz, która napawała go tak wielkim 
obrzydzeniem!  Chwycił  siostrę  za  rękę  i  pośpiesznie  pociągnął  ją  za  sobą.  Przy 

background image

wyjściu  zastąpiło  mu  drogę  kilku  służących,  a  kiedy  próbował  się  przecisnąć,  tuż  za 
sobą  usłyszał  po  raz  drugi  ten  tak  dobrze  znany  głos:  Pamiętaj  o  przysiędze!  -  I  tym 
razem nie odważył się obrócić głowy, w pośpiechu wraz z siostrą opuścił to miejsce. 
      Nagłe  wyjście  rodzeństwa  wywołało  sensację  i  dało  nowy  temat  do  plotek,  że  ze 
zdrowiem  młodego  Aubreya  znów  nie  jest  dobrze.  Ponieważ  nie  dowierzano  jego 
słowom, iż Ruthven jest okropnym potworem, przynoszącym nieszczęście wszystkim, 
z  którymi  obcuje,  nad  którym  nawet  śmierć  utraciła  władzę,  młodzieniec  ulegał 
stanom  dzikiej  wściekłości,  to  znów  całkowitej  apatii.  Daremnie  próbowała  wpłynąć 
na niego kochająca siostra, aby wyjawił jej przyczynę pełnego lęku, chwiejnego i dla 
ś

wiata zagadkowego zachowania. Wydobył z siebie tylko kilka nie mających ze sobą 

związku  słów,  a  w  jego  oczach  pokazały  się  łzy.  Dramat  doprowadził  go  do 
podobnego  obłąkaniu  zwątpienia.  Nie  mógł  bowiem  ani  siłą,  ani  publicznym 
ogłoszeniem  prawdy  ustrzec  otoczenia  przed  nadchodzącą  zgubą.  Zaczął  wieść 
podwójne  życie,  które  dało  powód  do  najgorszych  pomówień  i  przyniosło  mu  złą 
sławę.  Aubrey  uciekał  przed  samym  sobą,  uciekał  przed  ciszą  własnego  pokoju                     
i  osamotnieniem,  które  otaczało  go  w  domu.  Przebiegał  ulice  wzdłuż  i  wszerz,                     
w  swojej  chorej  wyobraźni  widział  się  prześladowanym  przez  widmo  Ruthvena. 
Zaniedbywał też coraz bardziej swój wygląd  zewnętrzny.  Początkowo wracał jeszcze 
wieczorami  do  domu,  później  układał  się  do  snu  tam,  gdzie  dopadło  go  zmęczenie.    
W poszarpanym ubraniu, zarośnięty, z wytrzeszczonymi, błyszczącymi jak w gorączce 
oczyma, sam wyglądał jak upiór. Dopełniało ten obraz mocno posunięte wychudzenie 
ciała. 
      Alicja, która uważała za przyczynę jego beznadziejnego stanu jakieś wstrząsające 
duchowe przeżycie, jakiś szok, daremnie próbowała pomóc bratu. Wszystko, co mogła 
zrobić, to nakazać niezawodnym i lojalnym sługom, aby towarzyszyli mu potajemnie 
w  bezcelowych  wędrówkach  brata.  Okazało  się,  że  wszystkie  przedsięwzięcia  były 
bezskuteczne,  ponieważ  Aubrey  nie  chciał  słuchać  pocieszających  słów,  a  też               
i  podstępem  nie  można  go  było  zmusić  do  uległości,  bo  wpadał  w  szał,  kiedy 
próbowano zaprowadzić go do domu. 
      Tak  przemijały  tygodnie  pełne  troski;  pozostawała  nadzieja,  że  uda  się  uniknąć 
publicznego  skandalu,  jakim  byłoby  zamknięcie  w  zakładzie  dla  obłąkanych.  Ten 
stracony  już  dla  wszystkich  zmienił  nagle  swoje  zachowanie.  W  rzeczywistości 
obudziło się w nim poczucie winy, że nie może przyjaciół i znajomych ostrzec przed 
nieoczekiwanym zagrożeniem. Zaczął znów kontaktować się z ludźmi i starał się, aby 
uważano go za uleczonego z choroby. 
      Jednak już przy pierwszej okazji, jaką było huczne przyjęcie w stolicy, z powodu 
swego  niepohamowanego  lęku  i  egzaltowanego  zachowania  zwrócił  na  siebie                     
w niekorzystny sposób uwagę publiczności. Czyhające, wypatrujące kogoś spojrzenia 
Aubreya były tak przenikliwe, wewnętrzne napięcie tak odczuwalne, że odstępowano 
od niego mimo woli. W końcu jego siostra została zmuszona usunąć go z towarzystwa, 
które  negatywnie  na  niego  wpływało  i  wywoływało  afektację,  wyrażającą  się                     
w napadach słabości, obfitych potach i uporczywych drgawkach. 
      Bezradna  Alicja  wpadła  na  pomysł,  aby  zasięgnąć  u  dawnych  opiekunów  rady,              
w  jaki  sposób  ochronić  brata  przed  zniewagami  i  nieprzyjemnościami,  które  niósł 
każdy  dzień  jego  wędrówek.  Aby  nie  skompromitować  się  ostatecznie,  co  było 
nieuniknioną konsekwencją szaleństwa Aubreya, postanowiono, aby odtąd zamieszkał 

background image

na  stałe  w  domu  lekarz  zapewniający  pacjentowi  opiekę  dniem  i  nocą  i  jeśli  to  tylko 
możliwe,  na  drodze  dokładnych  studiów  tego  rodzaju  przypadłości  powstrzymał 
posuwający się obłęd. 
      Kiedy radzono nad tym, niepokój Aubreya stał się tak wielki, że musiano zamknąć 
go  ponownie  w  pokoju  i  nie  spuszczać  z  oka.  Stosując  tak  ostre  środki  zaradcze 
spodziewano się powstrzymać wpływ otoczenia, zmniejszyć napięcie i przywrócić do 
dawnego  stanu  psyche  młodzieńca.  Aubrey  zdawał  się  nie  dostrzegać  tego 
wszystkiego,  co  z  nim  i  wokół  niego  się  działo;  zbyt  pochłonięty  budzącymi  strach 
myślami  spędzał całe  dnie w łóżku.  Wreszcie pojawiły  się stany utraty  świadomości,  
a  po  nich  połączone  z  konwulsjami  majaki.  Mimo  ogromnego  zmęczenia  cierpiący 
młodzieniec  prowadził  w  chwilach,  gdy  ataki  ustępowały,  dziwne  monologi,  liczył 
dni, jakie pozostały do końca roku i niekiedy, przy określonej liczbie, którą odliczał na 
palcach,  kąciki  jego  ust  unosiły  się  w  lekkim  uśmiechu.  Potrafił  siedzieć  godzinami 
zamyślony,  przekonany,  że  jest  w  stanie  przewidzieć  fakty  dotyczące  przyszłości. 
Było  to  tylko  niejasne  przeczucie,  rodzaj  wybiegającego  naprzód  przeświadczenia, 
którego  mimo  usilnych  starań  nie  był  początkowo  w  stanie  sprecyzować  i  ogarnąć 
myślą.  W  końcu  oczekiwał  z  tęsknotą  chwil,  gdy  w  sennych  majakach  mógł 
poszukiwać  znaków,  o  których  wiedział  tylko  tyle,  że  zostały  zesłane  przez  los  jako 
omen dla niego i jego bliskich. I rzeczywiście, majaki nabierały kształtów tak dalece, 
ż

e on sam nie wiedział już, czy to wszystko widział, czy też ktoś kiedyś opowiedział 

mu o podobnych wydarzeniach. 
      Doszło  do  tego,  że  w  tak  tajemniczy  sposób  uzyskana  łączność  ze  sprawami 
przyszłości  dostarczyła  mu  budzących  wewnętrzny  niepokój  wizji:  ukazała  mu  się 
siostra  będąca  w  zażyłej  bliskości  z  lordem  Ruthvenem.  Wspierała  się  na  jego 
ramieniu,  a  jej  pełne  czułości  spojrzenie  szukało  wzroku  lorda.  Mówił  do  niej  coś 
uwodzicielskim  głosem,  podkreślał  zgodność  ich  uczuć  i  myśli  i  zaznaczał,  że  jego 
ż

ycie, które dotychczas było ciężkie i pełne porażek, tylko dzięki niej odzyskało sens. 

Jego  komplementy  były  diabelskimi  sztuczkami:  oddawał  cześć  jej  wdziękom                  
w  poetyckich  słowach  wyrafinowanym,  uniżonym  tonem  i  zapewniał  z  udawanym 
wzruszeniem,  że  uważa  cechy  jej  duszy  za  największą  zaletę.  Te  i  inne  pochlebne 
słowa  otwarły  mu  drogę  do  serca  niedoświadczonego  dziewczęcia.  Rozkwitła                   
w  miłości  do  mężczyzny  i  przyrzekła  mu,  promienna  ze  szczęścia,  że  podda  się                 
z całego serca jego woli. 
      Wymiana  czułości  i  zapewnień  o  miłości  powtarzała  się  wciąż  w  nowych 
kształtach,  odpowiednio  do  okoliczności  i  miejsc;  tak  było  podczas  bali  i  herbatek, 
wiejskich zabaw lub spacerów we dwoje. Alicja straciła wkrótce panowanie nad sobą, 
stała się niewolnikiem swojego wielbiciela. 
      Chociaż  były  to  tylko  halucynacje,  stały  się  one  najdokuczliwszą  plagą 
okaleczonego  ducha  Aubreya.  Wyobrażenia  były  tak  uporczywe,  że  niespokojny                 
i wściekły biegał po pokoju i na myśl o możliwości urzeczywistnienia się swoich wizji 
rwał włosy z głowy. 
      Kiedy  jednak  czas,  w  którym  obowiązywała  złożona  Ruthvenowi  przysięga, 
upływał  bez  szczególnych  wydarzeń  i  pozostało  przeczekać  jedynie  pięć  dni,  aby 
prysło  diabelskie  zaklęcie,  pacjent  odzyskał  wiarę  w  uwolnienie  od  mąk  i  wydawało 
się, że zaczyna ponownie panować nad swoimi zmysłami.  

background image

      Był to powód do wspólnych odwiedzin chorego przez siostrę, opiekunów i lekarza. 
Zamierzano  przygotować  go  na  zbliżającą  się  rodzinną  uroczystość.  Oznajmiono 
Aubrey’owi,  że  Alicja  podczas  jego  choroby  związała  się  z  pewnym  mężczyzną           
i  uzyskała  zgodę  opiekunów  na  ślub,  który  ze  względu  na  stan  zdrowia  młodzieńca 
został  odłożony.  Lecz  dalsza  zwłoka  nie  była  możliwa,  ponieważ  narzeczony  już  za 
kilka dni jedzie wypełnić misję poselską w Hiszpanii i zamierza zabrać Alicję już jako 
swoją  żonę.  Podano  mu  pochodzenie  i  nazwisko  szczęśliwca,  który  czekał                         
w  sąsiednim  pokoju  na  to,  aby  złożyć  Aubrey’owi  uszanowanie  i  swoje  starania                 
o siostrę móc jeszcze raz przedstawić w najgorętszych słowach. 
      Alicja schwyciła brata za rękę, pocałowała go w oba policzki, a jasne łzy radości 
zalśniły  w  jej  oczach.  Aubrey  był  w  najwyższym  stopniu  zdumiony,  opamiętał  się 
jednak  szybko.  Mówił  do  niej  serdecznie,  życząc  wszystkiego  najlepszego  i  przytulił 
ją  czule  do  siebie.  W  tym  momencie  upadł  na  podłogę  mały  przedmiot,  miniaturka, 
którą  siostra  nosiła  na  piersiach.  Aubrey  podniósł  ją  i  nagle  stanął  jak  wryty.  Kiedy 
odzyskał świadomość, wydał okropny krzyk, jak gdyby został boleśnie zraniony. Zdał 
sobie  jasno  sprawę,  że  nie  ucieknie  przed  przeznaczeniem.  Miniaturka  wykonana 
przez  jednego  z  najlepszych  artystów  przedstawiała  przeklętego  lorda  Ruthvena. 
Aubrey  poznał,  że  wszystkie  wysiłki,  aby  stłamsić  żywe  w  jego  podświadomości 
wizje,  były  próżne.  To  przekonanie  wprawiło  go  na  skutek  doznanego  szoku  w  stan 
całkowitej apatii, która szybko przemieniła się w istny szał. 
-  Nigdy,  nigdy!  -  krzyczał  przerażającym  głosem.  -  Nigdy  nie  poślubisz  tego 
człowieka! 
      Rzucił portretem o ziemię i rozdeptał go z wściekłością. 
      Jego  zachowanie  zdumiało  zebranych,  uważających  wybuch  za  nawrót  choroby. 
Aubrey padł swej siostrze do stóp, prosił i zaklinał, aby zaczekała jeszcze tylko kilka 
dni, nim stanie na ślubnym kobiercu. 
      Alicję  zaskoczyła  niespodziewana  reakcja  brata,  ponieważ  sądziła,  że  wybierając 
na męża jego byłego towarzysza, zrobi mu nie tylko radosną niespodziankę, ale także 
wprowadzi harmonię i zgodę do rodzinnego domu. 
      W chwili, kiedy Aubrey owładnięty strachem błagał siostrę, aby postąpiła według 
jego  woli,  otwarły  się  z  hukiem  drzwi  i  przestąpił  próg  lord  Ruthven.  Narzeczony 
siostry Aubreya z wyrazami najgłębszego żalu z powodu powracającej niedyspozycji, 
jak  się  wyraził,  najbliższego  na  świecie  dla  Alicji  człowieka,  schwycił  młodzieńca           
i  przeniósł  do  nieopodal  stojącego  łoża.  Aubrey  usłyszał  jeszcze  wypowiedzianą             
z  sykiem  formułę  przysięgi,  potem  stracił  przytomność  i  pozostał  przez  kilka 
następnych  dni  w  całkowitym  omdleniu,  mimo  starań  sprowadzonych  z  Londynu 
lekarzy. 
      Alicja nie potrafiła pogodzić troski o brata z obowiązkami przyszłej małżonki. Jej 
cichy  ślub  z  lordem  Ruthvenem,  któremu  tymczasem  przypadł  tytuł  starej  rodzinnej 
linii Earl of Marsden, był skromny; już następnego dnia wyjechali oboje. 
      Aubrey,  którego  stan  z  dnia  na  dzień  pogarszał  się,  raz  jeszcze  odzyskał 
przytomność;  wydawało  się  to  istnym  cudem.  Dokładnie  w  tym  samym  dniu,  w 
którym  przed  rokiem  zmarł  Ruthven,  podniósł  się  w  pełni  sił  z  posłania,  zażądał 
natychmiastowej rozmowy z opiekunami i kiedy dzwony wybiły północ, opowiedział 
o wszystkich zdarzeniach, jakie miały miejsce w związku z tajemniczym pojawieniem 
się  Ruthvena.  Nie  omieszkał  dodać,  jak  wielkie  męki  musiał  znosić,  kiedy  otoczenie 

background image

uważało go za obłąkanego. Z gasnącymi oczyma nawoływał opiekunów do pośpiechu, 
aby  zaoszczędzić  Alicji  okrutnego  losu  młodej  Greczynki.  Wampir  Ruthven  był 
krwiopijcą  i  każdego  roku  żądał  nowej  ofiary,  aby  swoje  już  dawno  oddane  śmierci 
ż

ycie odnowić w żyjącej postaci. Mówiąc to, Aubrey padł martwy. 

      Kiedy opiekunowie otrzymali niedoręczone, pośpiesznie przez nich wysłane pismo 
do  Alicji  z  wiadomością  o  śmierci  brata  i  zaleceniem  nagłego  powrotu,  osobiście 
wyruszyli  w  drogę,  aby  ustalić  losy  nowożeńców.  Lecz  ich  starania  okazały  się 
bezowocne,  zawiodły  wszelkie  możliwe  środki,  choć  poszukiwania  prowadzono 
bardzo długo. 
      Nigdy nie trafiono już na żaden ślad istnienia lorda Ruthvena i jego żony. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Rautha 2011