background image

Abe Kōbō

Czwarta epoka

(Przełożył Mikołaj Melanowicz)

background image

Preludium

Na głębokości pięciu tysięcy metrów nagle podniosła się równina pokryta grubą, podziurawioną warstwą 

błota niby sierścią jakiegoś wymarłego zwierzęcia. I natychmiast rozsypała się - zmieniła się w ciemną chmurę, 

zabulgotała i wygasiła gwiazdki planktonu przepływające ławicą przed czarną przezroczystą ścianą.

Obnażyła się popękana skalna płyta. Z jej szczelin wypłynęła brązowa, iskrząca się galaretowata masa. Na 

obszarze   kilku   kilometrów   nabrzmiewała   ogromnymi   bąblami   powietrza,   a   następnie   rozpostarła   gałęzie   jak 

korzenie starej sosny. Jaśniejąca w mroku magma znikała z pola widzenia. Pozostał po niej ogromny słup pary, 

który przebił warstwę marine snow, zamienił się w wir i rozpadając się bezgłośnie parł do góry. Słup pary także 

zniknął pośród cząsteczek wielkiej wody i nigdy nie dotarł do odległej powierzchni morza.

Właśnie w tym samym momencie, dwie mile morskie dalej, statek frachtowo-pasażerski “Nanchô-maru" 

płynął  w stronę Jokohamy.  Niespodziewane  drżenie i  skrzypienie  statku, trwające  krótką chwilę, przestraszyło 

pasażerów i załogę. Stojący na mostku drugi oficer również zaniepokoił się stadem bezładnie wyskakujących w górę 

delfinów i nagłą zmianą barwy morza, nie uznał jednak za stosowne zanotować tego faktu w księdze pokładowej. 

Na niebie świeciło lipcowe słońce podobne do roztopionej rtęci.

Niewidoczne   pulsowanie   morza   przekształciło   się   już   w   długie   fale  tsunami,   które   z   niewiarygodną 

szybkością siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę zmierzały w stronę lądu...

KARTA PROGRAMOWA NR 1

Elektroniczna   maszyna   licząca   jest   po   prostu   swego   rodzaju   maszyną   myślącą.   Zatem   jest   to 

urządzenie, które nie potrafi formułować problemów, ale może myśleć. Należy jednak wyposażyć je w kartę 

programową, czyli zestaw pytań zapisanych w zrozumiałym dla niej języku.

1

Gdy wszedłem, asystent Tanomogi zwrócił się do mnie i zapytał:

- Co tam w komisji?

Właśnie regulował maszynę, więc wciąż zerkał w monitor. Widocznie dopiero teraz zauważył moją ponurą 

minę, dlatego nie czekając na odpowiedź westchnął i upuścił śrubokręt, który uderzył o podłogę.

- Nie rzucaj!

Tanomogi niechętnie schylił się i podniósł narzędzie, a następnie zwiesił bezwładnie ręce i uniósł brodę.

- Kiedy w końcu przystąpimy do pracy?

- A skąd ja mam wiedzieć?

Byłem  wściekły,  więc tym  bardziej drażniło mnie czyjekolwiek niezadowolenie. Zdjąłem  marynarkę  i 

background image

rzuciłem ją na pulpit sterowniczy. Zdawało mi się, że w tym momencie włączyła się maszyna. Oczywiście nic 

takiego nie mogło się zdarzyć, uznałem więc to za złudzenie. Jednocześnie przyszło mi do głowy coś wspaniałego. 

Chciałem tę myśl zapamiętać, lecz mi się nie udało. Psia krew... Jak tu gorąco...

- Czy zaproponowali inny plan?

- A mogli coś zaproponować?

Po chwili Tanomogi dodał cicho:

- Na chwilę zejdę na dół.

- Oczywiście, i tak nie ma co tu robić.

Usiadłem i zamknąłem oczy. Usłyszałem oddalające się stukanie drewnianych sandałów Tanomogiego. 

Dlaczego młodzi naukowcy w Japonii - niemal bez wyjątku - tak chętnie chodzą w drewniakach? Co to za dziwny 

zwyczaj? Cichnące kroki stawały się coraz szybsze. Widocznie podjął decyzję i to dodawało mu energii.

Gdy uniosłem powieki, stojące na półce cztery teczki z dokumentami wydały mi się teraz bardzo ważne. 

Zawierały wycinki  artykułów  poświęconych  maszynie  prognostycznej,  poczynając  od ukończenia “Moskwy 1" 

przed trzema laty. Przedstawiały też drogę, jaką ja przeszedłem. Na ostatniej stronicy nawet ta jedyna dla mnie 

droga zaczęła znikać.

background image

2

Jak   na   ironię,   pierwsza   stronica   w   teczce   rozpoczynała   się   od   artykułu   pewnego   publicysty,   który 

radykalnie zmienił swe poglądy. “Specjaliści, otwórzcie oczy! - zwracał się na początku tekstu w taki sposób, jakby 

sam był wynalazcą maszyny prognostycznej. - Wehikuł czasu Wellsa, mimo że jakoby pozwalał odbywać podróże 

w czasie, był po prostu dziecięcą zabawką, ponieważ nie przedstawiał niczego więcej poza przełożeniem ruchu w 

czasie na przemieszczenie się w przestrzeni. Człowiek widzi bakterie tylko dzięki mikroskopom. Byłoby jednak 

błędem twierdzić, iż bakterie w ogóle nie istnieją, tylko dlatego, że są niewidoczne gołym okiem. Analogicznie 

ludzkość uzyskała możliwość widzenia przyszłości dzięki maszynie prognostycznej »Moskwa 1«. Istnieje więc już 

wehikuł czasu! Znów stoimy na skrzyżowaniu dróg historii i cywilizacji!"

Rzeczywiście,   można   i   tak   określić.   Mimo   wszystko   to   zbyt   duża   przesada.   Gdybym   ja   miał   się 

wypowiedzieć, uznałbym, że dzięki “Moskwie 1" ujrzano jedynie kilka kadrów z krótkiego filmu, a nie przyszłość.

Wspomniany film zaczynał się następująco. Najpierw zegar pokazywał południe i wielką otwartą dłoń. 

Obok stał telewizor z tą samą sceną odbitą na ekranie. Następnie padł rozkaz zaciśnięcia dłoni. Wraz z wybiciem 

godziny pierwszej inżynier nakręcił tarczę na pulpicie, a po godzinie dłoń widoczna na ekranie zacisnęła się mocno.

Przedstawiono jeszcze inne doświadczenia. Oto na sygnał “przestraszyłem się" na ekranie poderwał się do 

lotu śpiący dotąd ptaszek, a na sygnał “wypuścić z ręki" na ekranie spadła szklanka i rozbiła się na drobne kawałki...

Na pewno mogły dziwić takie eksperymenty. Początkowo nawet mnie zaskoczyły. Lecz chodzi mi tu o coś 

innego. Oto trzy lata później pojawia się ten sam człowiek, ale piszący coś odmiennego, zupełnie inną historię. W 

czwartej teczce znalazłem taki oto wycinek: “W istocie rzeczy prognozowanie nie jest możliwe na tym świecie. 

Załóżmy - ciągnął wywód publicysta - że wedle prognozy pewien mężczyzna ma wpaść do dołu w ciągu godziny. 

No dobrze, ale gdzie znajdziecie takiego głupca, który wiedząc co go czeka, nie powstrzyma biegu wydarzeń. 

Jeśliby nawet znalazł się taki osobnik, to musiałby to być człowiek podatny na wszelkie sugestie. Mielibyśmy wtedy 

do czynienia z sugestią, a nie z prognozowaniem. Tak więc skończmy już z tym pięknym kłamstwem o maszynie 

prognostycznej, a po prostu zmieńmy jej nazwę na maszynę sugestywną, za pomocą której wykorzystuje się ludzkie 

słabości".

Ładna historia; niech sobie zmienia nazwę, na jaką chce! Kto kradnie igłę, ten może ukraść wszystko, 

zresztą nie tylko on jeden. Nagle wszyscy zaczęli reprezentować odmienny punkt widzenia, a ja stałem się odtąd 

elementem niebezpiecznym.

Na zdjęciu znajdującym się na drugiej stronie w pierwszej teczce jeszcze się uśmiecham. Poniżej fotografii 

figuruje moja wypowiedź na temat “Moskwy 1".

“Oczywiście,  nie uważam  tego  za trik. Teoretycznie  jest  to całkowicie  możliwe.  Nie sądzę też, żeby 

urządzenie to różniło się czymkolwiek istotnym od dotychczasowych maszyn liczących". To powiedział doktor 

Katsumi   z   Centralnego   Instytutu   Techniki   Obliczeniowej   ze   spokojem   pewnego   siebie   specjalisty.   Było   to 

kłamstwo. Po prostu bardzo im zazdrościłem. A ponieważ mówiłem bez przekonania, jeden z dziennikarzy zapytał 

nie kryjąc gniewu: “Czy chce pan powiedzieć, że mógłby pan coś takiego wkrótce skonstruować?" “No cóż, jeśli 

miałbym czas i pieniądze"... Do pewnego stopnia byłem szczery. “W zasadzie elektroniczne maszyny liczące mają 

pewnego   rodzaju   zdolności   prognozowania.   Problem   nie   tyle   w   maszynie,   co   w   jej   wykorzystaniu.   W 

programowaniu...  To znaczy w działaniu polegającym  na przedstawieniu problemu w języku  zrozumiałym  dla 

background image

maszyny,   co   wcale   nie   jest   łatwe.   Dotychczas   musiał   to   robić   człowiek.   »Moskwa   1«   do   pewnego   stopnia 

prognozuje sama". “Czy wobec tego mógłby pan nam opowiedzieć swój sen o przyszłości wyobrażonej  dzięki 

maszynie? "

“Hm, w ogóle efektywność przewidywania jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości czasu i wytraca się 

wraz   z   przyspieszeniem.   Jak   mogliście   się   przekonać   z   doniesień   prasowych,   zakres   prognozowania   jest 

zaskakująco ograniczony, prawda? Żeby się przekonać o tym, iż szklanka się rozbije, kiedy spadnie, nie trzeba 

korzystać z maszyny liczącej. Wie o tym nawet uczeń szkoły podstawowej. Można brać pod uwagę różne sposoby 

zastosowania maszyny jako pomocy w nauczaniu, lecz wydaje  mi się, iż należałoby powstrzymać  się od zbyt 

fantastycznych oczekiwań".

Szczerze mówiąc, czułem zupełnie co innego, po prostu nie mogłem pohamować palącej mnie zazdrości. 

Gdybym  siedział z założonymi rękami, zostałbym w ogóle wyeliminowany z gry i nie mógłbym im dorównać. 

Zresztą   nie   zaznałbym   spokoju,   gdybym   mimo   wszystko   nie   podjął   wyzwania.   Poszedłem   więc   do   dyrektora 

instytutu,  następnie   rozmawiałem  z   kilkoma  znajomymi.  Nikt   jednak  po  zaspokojeniu  zwykłej   ciekawości   nie 

przejawiał poważniejszego zainteresowania moją propozycją. A już najbardziej zdenerwowała mnie umieszczona 

obok wypowiedź pewnego pisarza, który podzielał mój pogląd. (Oczywiście, on nie wiedział, o czym mówił, lecz 

nic nie wydaje się bardziej prawdopodobne niż własna ignorancja...)

“Być może to całkiem naturalne, że komuniści, wtłaczający wszystko w ramy konieczności, nie mają innej 

przyszłości jak tylko taką, którą można przewidzieć za pomocą maszyny. Nam, budującym przyszłość na podstawie 

wolnej   woli,   tego   rodzaju   maszyna   chyba   do   niczego   się   nie   przyda.   Nawet   jeśliby   ktoś   wbrew   rozsądkowi 

spróbował przedstawić naszą przyszłość, okazałaby się przezroczysta jak szkło. Najbardziej jednak obawiam się, że 

wiara w prognozę sparaliżuje wrażliwość moralną".

W   końcu   nadarzyła   się   okazja.   Otwórzmy   drugą   teczkę.   “Moskwa   1"   zaczęła   demonstrować   szersze 

możliwości, czego zresztą się obawiałem. To nie był już sen, lecz rzeczywistość - jedną po drugiej publikowano 

suche   i   praktyczne   prognozy.   Najpierw   bardzo   trafne   prognozy   pogody,   później   przewidywania   w   zakresie 

przemysłu i ekonomiki...

Zmartwień   owych   dni   nie   mogę   potraktować   jednym   zdaniem.   Oto   nagle   Japonia   uzyskała   rachubę 

urodzaju ryżu na bieżący rok. Odniesiono się do niej dość nieufnie, mówiąc: “No dobrze, zobaczymy, co będzie za 

pół roku"... Wkrótce potem nadeszły kolejne dane:

- ogólnokrajowe rozliczenia bankowe za pierwsze dwa kwartały;

- przewidywana liczba nie spłaconych weksli w następnym miesiącu;

- przewidywana sprzedaż w jednym z domów towarowych;

- indeks cen w detalicznej sprzedaży w mieście Nagoya;

- przewidywany stopień wypełnienia magazynów w porcie tokijskim.

Te   prognozy   zaczęły   zaskakiwać   dokładnością,   procent   błędów   spadł   nawet   do   zera.   Na   końcu 

poszczególnych analiz publikowano wyjątkowo aroganckie oświadczenia:

“»Moskwa 1« potrafi także przedstawić prognozę indeksu cen i akcji w waszym kraju, może też podać 

stosunek   zasobów   produkcji   do   zapotrzebowania.   Powstrzymujemy   się   od   tego,   ponieważ   te   dane   mogłyby 

wywołać destabilizację ekonomiczną. Zawsze będziemy się kierować zasadami uczciwego współzawodnictwa"...

Nasze zakłopotanie było tak duże, że nawet prasa wstrzymała się od szerszych komentarzy. Również inne 

wolne kraje otrzymały podobne przewidywania i też zareagowały milczeniem, które trwało dosyć długo. Rządy 

background image

wielu krajów nie poprzestały jednak na milczeniu. Pod naciskiem kręgów finansjery również i nasze władze zaczęły 

przygotowywać się do podjęcia jakiś kroków.

Najpierw w Centralnym  Instytucie Techniki Obliczeniowej założono odrębny Dział Rozwoju Maszyny 

Prognostycznej. Mnie powołano na kierownika tego działu - trudno się zresztą dziwić tej nominacji, skoro byłem 

jedynym   specjalistą   w  tej   dziedzinie   w   Japonii.  Mogłem   więc   poświęcić   się   wyłącznie   studiom   nad   maszyną 

prognostyczną.

background image

Teczka trzecia

Zgodnie z obietnicą “Moskwa 1" zachowała odtąd milczenie. W tym czasie Tanomogi, człowiek trochę 

gruboskórny, ale bardzo zdolny, był moim asystentem. Praca postępowała zgodnie z planem i w następnym roku 

jesienią dobiegła końca. Mogłem więc zademonstrować przyszłość w telewizorze, pokazując rozbijanie się szklanki 

itp.   (Prognozowanie   zjawisk   jest   stosunkowo   łatwe).   Za   każdym   razem   gdy   przedstawiałem   kilka   prostych 

eksperymentów,   rosła   moja   sława   i   rozgłos   maszyny,   spełniała   się   też   nadzieja.   Wiem,   że   niektórych   ludzi 

napawałem lękiem. Kiedy na przykład zająłem się przewidywaniem wyników wyścigów konnych, zainteresowani 

zażądali zaprzestania tego rodzaju analiz. W owym czasie z dumą myślałem o tym, że ten przypadek stanowi dowód 

potęgi maszyny. Dzisiaj wydaje mi się, że ten incydent był pierwszą złowieszczą oznaką przyszłego stosunku do nas 

jako niebezpiecznych dla społeczeństwa. (Nie mam pojęcia, na ilu filarach opiera się świat, w każdym razie co 

najmniej trzy z nich to na pewno ciemnota, niewiedza i głupota). Wówczas znajdowaliśmy się na grzbiecie fali. 

Wtedy jeszcze przepełniała nas nadzieja. Nie wiem dlaczego, ale szczególnym powodzeniem cieszyłem się wśród 

dzieci: często pojawiałem się w barwnych komiksach, gdy w blasku chwały wychodziłem z Wydzielonej Pracowni 

Instytutu Techniki Obliczeniowej w otoczeniu własnych  robotów (w rzeczywistości maszyna  wygląda jak rząd 

wielkich metalowych kontenerów ułożonych w kształcie litery E na przestrzeni około siedemdziesięciu metrów 

kwadratowych). Widocznie w komiksach musiały występować roboty, dlatego pojawiałem się w ich towarzystwie 

w   rozmaitych   sytuacjach   w   przyszłości   i   pokonywałem   złoczyńców.   W   końcu   gdy   uznałem,   że   wyposażenie 

maszyny jest wystarczające, skoncentrowałem się na ćwiczeniach i kształceniu. Mózg na nic by się ludziom nie zdał 

bez wiedzy i doświadczenia. Pożywieniem dla mózgu jest przede wszystkim doświadczenie. A ponieważ maszyna 

nie   mogła   wychodzić   z   budynku,   musieliśmy  więc   być   jej   rękami   i   nogami,   biegać   wokół   i   zbierać   dla   niej 

informacje. Była to praca trudna, pochłaniająca pieniądze i siły.

(Gromadziliśmy głównie dane z dziedziny ekonomii, czemu trudno było się dziwić, biorąc pod uwagę 

profil naszego instytutu, a także efekt psychologiczny prognoz “Moskwy 1").

Maszyna posiadała niemal nieograniczone zdolności przyswajania informacji. Nakarmiona przez człowieka 

potrafiła je przetrawiać, jak również magazynować. Jeśli jakikolwiek element z jej systemów ulegał nasyceniu, 

otrzymywaliśmy odpowiedni sygnał. Dzięki temu wiedzieliśmy, że od tej pory dana część systemu ma zdolność 

budowania własnego programu.

Pewnego dnia pojawił się pierwszy sygnał. Oznaczał on, że maszyna przyswoiła wszystkie funkcjonalne 

zależności między zjawiskami przyrody wyrażonymi w postaci linii krzywych. Mogłem więc od razu wykonać 

próbę   mocy.   Dałem   jej   zadanie   przedstawienia   na   ekranie   rozwoju   fasolki   sojowej   w   ciągu   czterech   dni   od 

zamoczenia w wodzie. Maszyna wywiązała się wspaniale, ukazując proces wzrostu kiełka do wielkości siedmiu 

centymetrów. Na pamiątkę tego dnia ogłosiłem oficjalną nazwę maszyny: “KEIGI-1".

Tutaj kończy się historia zawarta w trzeciej teczce, należy przystąpić do otwarcia czwartej. Tam sytuacja 

ulega nagłej zmianie.

Teczka czwarta

background image

Mieliśmy   zamiar   uroczyście   świętować   narodziny   maszyny   prognostycznej.   Rozesłaliśmy   ankietę   z 

pytaniem o to, co maszyna powinna przewidywać. Odbyliśmy też wiele narad. Powstała specjalna Komisja do 

Spraw Prognozy.  Dziennikarze niecierpliwie czekali  na decyzje. Wtedy nadeszła wiadomość o skonstruowaniu 

“Moskwy 2".

Informacji towarzyszył złośliwy podarunek. Dowiedziałem się o tym wcześnie rano dzięki telefonowi z 

redakcji jednej z gazet:

- Czy słyszał pan prognozę “Moskwy 2"? Donoszą, że w ciągu trzydziestu dwu lat powstanie pierwsze 

społeczeństwo komunistyczne, a w roku 2018 upadnie ostatnie społeczeństwo kapitalistyczne. Co pan o tym sądzi, 

doktorze?

Mimo woli się roześmiałem. Po namyśle zrozumiałem, że nie jest to wcale śmieszne. Co więcej, chciało mi 

się raczej płakać. Przecież nie tak znowu często docierały do mnie wieści, od których dostawałem niestrawności.

Wszyscy   w   instytucie   rozmawiali   tylko   o   tym.   Przeczuwając,   że   coś   nieprzyjemnego   się   wydarzy, 

popadłem w depresję.

Młodzi pracownicy instytutu rozmawiali w takim oto stylu:

- Mimo że jest to maszyna, mówi takie banalne rzeczy.

- Dlaczego? Może to prawda?

- Tę prognozę chyba sztucznie skonstruowano.

- Też tak myślę. Byłoby śmieszne, gdyby przyszłość dała się podporządkować jakimś “izmom".

- To raczej ty jesteś śmieszny, nazywając to “izmem".

- To całkiem proste przejście od stanu prywatnych środków produkcji do innego stanu...

- Czy inny stan musi koniecznie oznaczać komunizm?

- Ale jesteś głupi! To przecież ten inny stan nazywają komunizmem.

- Dlaczego twierdzą, że to jest banalne?

- Niczego nie zrozumiałeś...

-   Przecież   są   inne   sposoby   przejawiania   się   naszej   świadomości,   prawda?   Formy   świadomości   a 

rzeczywistość to dwie różne rzeczy.

- Co? Co w tej myśli jest takie znowu oryginalne? Po tej wymianie zdań wszyscy zebrali się w moim 

gabinecie. Zapytali mnie, czy w tej kwestii może nam pomóc maszyna.

- A może określimy, który z zębów Chruszczowa wypadnie najpierw, i w ten sposób utrzemy im nosa?

Niestety nikt się nie roześmiał.

Następnego  dnia   ukazało   się   oświadczenie  władz  amerykańskich.   “Istnieje  zasadnicza   różnica   między 

prognozą   a   przepowiednią.   Na   miano   prognozy   zasługuje   coś   dopiero   wtedy,   gdy   jest   oparte   na   założeniach 

moralnych. Powierzenie tego zadania maszynie równoznaczne jest z negacją człowieczeństwa. Również w naszym 

kraju wcześniej ukończyliśmy prace nad maszyną prognostyczną, lecz słuchając głosu sumienia zrezygnowaliśmy z 

politycznego   jej   wykorzystania.   Postępowanie   ZSRR   tym   razem   jest   krokiem   zdradzieckim,   szkodliwym   dla 

pokojowego współistnienia, i z pewnością zagrozi też międzynarodowej przyjaźni i wolności człowieka. Uważamy, 

że prognozy »Moskwy 2« są gwałtem  wobec ducha człowieczeństwa, dlatego  ZSRR powinien jak najszybciej 

odwołać swe oświadczenie i zrezygnować z wykorzystywania tego rodzaju maszyn. Jeśli tego nie uczyni, będziemy 

zmuszeni do wystąpienia w tej sprawie na forum ONZ" (wypowiedź sekretarza stanu Stroma).

Tak ostra reakcja naszego sojusznika, Ameryki, nie mogła nie wywrzeć wpływu na naszą pracę. To, czego 

background image

się bałem, w końcu nadeszło. Około trzeciej z biura dyrektora otrzymaliśmy zawiadomienie o nowym  składzie 

Komisji Programowej i jej nadzwyczajnym posiedzeniu. Urząd Statystyki zachował się jeszcze bardziej arbitralnie. 

Dokonał zmiany zespołu, zostawiając w nim tylko dyrektora i mnie, usunął ekspertów technicznych i zredukował 

liczbę pracowników.

Zebranie odbyło się jak zwykle na piętrze głównego budynku. Nastrojem różniło się od dawniejszych 

narad, podczas których opowiadaliśmy sobie błahe dowcipy, na przykład co by się stało, gdybyśmy przewidzieli 

czas rozwodu nowożeńców. Tym razem rolę organizatora wziął na siebie Tomoyasu, pracownik Urzędu Statystyki, 

który powiedział najpierw tak:

- Komisja zachowuje dotychczasową nazwę, proszę jednak przyjąć do wiadomości, że jest odtąd czymś 

zupełnie innym. To znaczy, że określone kręgi uznały, iż w zasadzie skończył się okres studiów podstawowych. O 

programie działania będzie decydować komisja, i to do niej należy decyzja o zgodzie na wykorzystanie maszyny 

prognostycznej. Oczywiście, autonomia nauki w okresie badań będzie respektowana, ale skoro już weszliśmy w 

etap praktycznego zastosowania wyników badań, należy teraz jasno określić zakres odpowiedzialności. O to właśnie 

chodzi. Ponadto odtąd obowiązuje zasada zamkniętych posiedzeń, proszę o tym pamiętać.

Następnie   wstał   jakiś   nieznajomy   o   pociągłej   twarzy.   Przedstawił   się   wyliczając   długo   funkcje   i 

stanowiska, lecz nie zrozumiałem go dobrze. Był chyba jakimś sekretarzem ministra. Nerwowo zginając długie 

cienkie palce mówił:

- W ostatnim działaniu “Moskwy 2" nietrudno dopatrzyć się politycznego celu, na co zwrócono uwagę w 

oświadczeniu amerykańskim. Moim zdaniem sprawa wygląda następująco. Najpierw rozbudzili naszą ciekawość za 

pomocą   “Moskwy  1"  i   doprowadzili   nas   do  sytuacji,   w  której  nie   mogliśmy  nie   podjąć  własnych  badań   nad 

maszyną prognostyczną. I tak właśnie uczyniliśmy. (Przecież nie musi patrzeć teraz akurat na mnie!) Z kolei gdy 

uznaliśmy,  że doszliśmy do etapu praktycznego zastosowania, Rosjanie użyli  maszyny do celów politycznych, 

ponieważ liczą, że my również nie powstrzymamy się od podobnego kroku. W rezultacie wygląda to tak, jakbyśmy 

sami wprowadzili do naszego kraju szpiega w postaci maszyny prognostycznej. Zwłaszcza ten aspekt proszę wziąć 

pod rozwagę. Nie możemy dać się wmanewrować w określoną sytuację. Proszę to dobrze sobie uświadomić...

Poprosiłem o głos. Zaniepokojony dyrektor spojrzał na mnie kątem oka.

- Co wobec tego stanie się z programem opracowanym przez dotychczasową komisję? Sądzę, że będziemy 

mogli go zatwierdzić w tej postaci?

- Z jakim programem?... - Gość zajrzał w papiery Tomoyasu.

- Były trzy projekty... - Tomoyasu pospiesznie przejrzał dokumenty.

-   Skąd   znowu   trzy?   -   wtrąciłem.   -   Na   pewno   opracowano   i   zatwierdzono   jeden.   Jest   to   problem 

mechanizacji i współzależności między płacami a wartością handlową produktu. Nie zdecydowano tylko, którą 

fabrykę wziąć jako modelową...

- Proszę poczekać - przerwał Tomoyasu. - Prawo podejmowania decyzji komisja otrzymała dopiero od 

dzisiejszego posiedzenia.

Utraciły więc ważność wszystkie wcześniejsze programy. W przeciwnym razie...

- Przecież wszystko zostało przygotowane!

- To źle. - Drągal roześmiał się przez zaciśnięte usta. - Ten projekt nie wydaje się dobry. Niesie duże 

ryzyko powiązań z polityką. Rozumie pan?

Pozostali członkowie Komisji również się roześmiali. Co ich tak bawi?  Nie miałem pojęcia. Było  mi 

background image

bardzo nieprzyjemnie.

- Nie rozumiem. To znaczy, że akceptujemy zwycięstwo “Moskwy 2"?

- No no, oni chcą, żebyśmy tak myśleli. Proszę więc uważać. Naprawdę...

Znów wszyscy się roześmiali. Co to za komisja głupców! Odechciało mi się im sprzeciwiać. Polityka za 

bardzo mnie nie obchodzi. Skoro pierwszy projekt nie ma szans, należy przyjąć następny.

- Wobec tego może zatwierdzimy drugi projekt? A mianowicie, prognozę stanu zatrudnienia za pięć lat w 

warunkach finansowych ograniczeń, z jakimi obecnie mamy do czynienia.

- Ten też chyba nie jest odpowiedni. - Drągal rozejrzał się po sali, jakby szukał poparcia u członków 

komisji.

- Myśląc w ten sposób, nie znajdziemy żadnych tematów nie związanych z polityką.

- Tak pan myśli?

- A pan?

- Chcielibyśmy, żeby to pan profesor to rozważył... Pan jest specjalistą.

- No dobrze, weźmy trzeci projekt, a mianowicie prognozę wyników następnych wyborów powszechnych 

do parlamentu...

- To absurdalne! To jest najmniej odpowiedni projekt spośród przedstawionych.

- Jest pewna sprawa, której nie rozumiem - wtrącił się milczący dotąd członek komisji. - Chodzi mi o to, co 

się dzieje, gdy pozna... Naturalnie, każdy człowiek postępuje chyba inaczej. Czy jednak po ogłoszeniu prognozy nie 

następuje zmiana w zachowaniu?

-   Już   wielokrotnie   objaśniałem   tę   sprawę   poprzedniej   komisji...   Widocznie   powiedziałem   to   niezbyt 

uprzejmie, ponieważ Tomoyasu szybko wziął na siebie rolę wyjaśnienia problemu.

- W tym wypadku bierze się pod uwagę wszczęcie działań po ogłoszeniu pierwszej prognozy, a potem 

powtarza się prognozowanie... Chodzi tu już o prognozę drugiego stopnia... Z kolei po jej ogłoszeniu następuje 

trzeci   stopień   prognozowania.   Postępując   w   ten   sposób   można   powtarzać   procedurę   wiele   razy,   nawet   w 

nieskończoność. Dzięki temu osiągamy prognozę maksymalnej wartości, to znaczy otrzymujemy wartość pośrednią 

w stosunku do pierwszej prognozy. Tak mogliby to panowie rozumieć.

- Rzeczywiście, nieźle to pomyślano. - Jakiś bałwan z komisji kiwnął głową w moją stronę, jakby wyrażał 

podziw.

-   Słuchaj,   Katsumi-kun   -   szepnął   do   mnie   dyrektor   instytutu.   -   Czy   nie   znalazłby   się   jakiś   bardziej 

odpowiedni problem, na przykład zjawisko przyrodnicze?

- Prognozę pogody robi Instytut Meteorologiczny. Można połączyć go z naszą maszyną, byłoby to bardzo 

proste.

- A może coś bardziej złożonego...

Milczałem. Nie mogłem  pójść na tak  duży kompromis. Jak wytłumaczyłbym  się przed Tanomogim  i 

innymi współpracownikami? Miałbym im powiedzieć, że przez pół roku zbieraliśmy dane na darmo? Problem nie 

polega   na   tym,   czy   przewidywać   zjawisko   naturalne   czy   społeczne.   Chodzi   o   to,   jak   wykorzystać   zdolności 

zaprogramowanej przez nas maszyny...

Posiedzenie   zakończyło   się   wnioskiem   zobowiązującym   mnie   do   opracowania   nowego   projektu, 

uwzględniającego poglądy wyrażone w toku dyskusji. Od tamtego dnia zebrania komisji odbywały się co tydzień, 

ale za każdym razem gromadziły coraz mniej osób, a na czwarte przyszedł tylko Tomoyasu, ów drągal i ja. Była to 

background image

łatwa   do   przewidzenia   konsekwencja   nudnych   spotkań   przypominających   raczej   przesłuchania.   Tylko   wariaci 

mogliby nie zanudzić się na śmierć.

Tanomogi od początku otwarcie wyrażał sprzeciw wobec takiego zachowania członków komisji. Uważał, 

że   wynikało   ono   jedynie   z   chęci   uniknięcia   podejmowania   jakiejkolwiek   decyzji.   Narzekaliśmy,   lecz   nie 

szczędziliśmy   wysiłku,   mieliśmy   swą   zawodową   dumę   techników   i   specjalistów.   Staraliśmy   się   bowiem   ze 

wszystkich sił wykorzystać naszą wiedzę, aby stworzyć program, który spodobałby się członkom komisji. Przed 

posiedzeniem nieraz spędzaliśmy bezsenną noc.

Im ciężej pracowaliśmy, tym bardziej byliśmy przekonani, że nie ma takiego problemu, który nie wiązałby 

się   z   polityką.   Na   przykład   chcąc   opracować   prognozę   rozwoju   terenów   uprawnych,   nie   mogliśmy   pominąć 

problemu rozwarstwienia klasowego rolników. Chcąc zbadać sieć dróg asfaltowych za ileś tam lat, wkraczaliśmy w 

sferę budżetu państwa. Nie mogę tu omówić wszystkich przykładów, wspomnę tylko o tym, że przedstawiliśmy 

dwanaście projektów, które zostały odrzucone na kolejnych posiedzeniach komisji.

W końcu odechciało mi się wszystkiego. Okazuje się, że polityka to coś takiego jak sieć pajęcza - oplątuje 

nas tym mocniej, im usilniej staramy się z niej wydostać. Nie mam zamiaru wtórować Tanomogiemu, lecz tutaj 

muszę chyba zgodzić się z nim i zająć bardziej zdecydowane stanowisko.

Tym   razem   udałem   się   na   posiedzenie   komisji   demonstracyjnie   przyjmując   postawę   obronną.   Nie 

zapomniałem jednak dociąć Tanomogiemu:

- Nie zapominaj, że w przeciwieństwie do ciebie, mnie polityka w ogóle nie interesuje.

A jednak z posiedzenia wróciłem głęboko rozczarowany.

5

Zadzwonił telefon.

-   Profesorze,   przepraszam,   trochę   przesadziłem...   Po   tym   wszystkim   omówiłem   wiele   spraw   z 

dyrektorem... - (Kłamie, przecież nie minęło jeszcze trzydzieści minut od posiedzenia). Był to członek komisji, 

Tomoyasu. - Chodzi o to, żeby pan do jutra po południu przedstawił nowy projekt, bo inaczej będziemy mieli 

kłopoty...

- Kłopoty?

- Tak, musimy jutro złożyć raport na nadzwyczajnym posiedzeniu rządu.

- Możecie to zrobić. Tak jak mówiłem...

- Sensei, to nie tak. Nie wiem, czy panu wiadomo, ale jest propozycja, żeby pracę maszyny przerwać...

Oto jak daleko zaszły sprawy. Czy nadal miałem wałkować co tydzień nikomu niepotrzebne projekty z 

pochyloną głową? Nie, już i to by nie pomogło. Czy powinienem może wymazać pamięć maszyny i przywrócić ją 

do pierwotnego stanu niewiedzy, a następnie odstąpić ją komuś obcemu?...

Jeszcze raz spojrzałem na teczki leżące na półce, wstałem i popatrzyłem na maszynę. Puste kartki aż się 

prosiły o zapełnienie, a maszyna nie wiedziała - jak mi się zdaje - co zrobić ze swoimi umiejętnościami. “Moskwa 

2" nie płatała już złośliwych  figli  nowymi  prognozami dotyczącymi  różnych  obcych  krajów, lecz w sprawach 

wewnętrznych osiągała dobre rezultaty. Zresztą, nikt do końca nie wiedział, jak było naprawdę i czy prognozy są tak 

niebezpieczne dla wolności... Czy ta wątpliwość zrodziła się dlatego, że zostaliśmy już poddani oddziaływaniom 

background image

taktyki psychologicznej.

Gorąco...   strasznie   gorąco.   Nie   mogłem   usiedzieć   w   miejscu,   udałem   się   więc   na   dół   do   pracowni 

informacji. Gdy wszedłem do pokoju, zamarły ożywione rozmowy. Na twarzy zmieszanego Tanomogiego pojawiły 

się czerwone plamki. Na pewno jak zwykle mnie krytykował.

- Nie przeszkadzajcie sobie - rzekłem i usiadłem na wolnym krześle. Mimo że nie miałem takiego zamiaru, 

powiedziałem: - Zamykamy... Otrzymałem telefon...

- Co to znaczy, o co chodzi? Jak przebiegło dzisiejsze posiedzenie komisji?

- Nic szczególnego. Nic nie można już zrobić... Jak zwykle, po prostu rozmawialiśmy. I to wszystko.

- Nie rozumiem...

- Nie pojmuję... Ostatecznie przyznał im pan rację, twierdząc, że polityczne prognozy nas nie interesują?

- Nic podobnego. Pewności nie mam.

- Wobec tego nie ufa pan maszynie?

-   To  im   powiedziałem.   Wtedy   uznali,   że   nie   ma   co   ufać   lub   nie   ufać   czemuś,   czego   działania   nie 

sprawdzono.

- No więc mógłby pan chyba spróbować.

- To nie takie proste jak się im wydaje. Ty też myślisz tak, jak gdyby politykę można było prognozować. 

Ten sposób myślenia już jest polityką.

Ku mojemu zaskoczeniu nawet zwykle wygadany Tanomogi milczał. Dlaczego? Przecież przytoczyłem nie 

moją opinię. Chciałem, żeby mi się wręcz przeciwstawił. Ale on milczał, natomiast ja - zamiast się uspokoić - 

poddawałem się opanowującej mnie wściekłości.

- Najogólniej rzecz biorąc, prognozowanie przyszłości może w ogóle nie mieć sensu. Skoro wiemy, że 

człowiek i tak kiedyś umrze? Czemu mogłaby służyć prognoza?

-  Chcielibyśmy przynajmniej  uniknąć  śmierci  przypadkowej,  nie związanej  ze starością  - powiedziała 

Wada Katsuko. Ta zupełnie przeciętna dziewczyna potrafiła niekiedy być wyjątkowo czarująca. Skazą na urodzie 

był pieprzyk nad górną wargą, który w zależności od oświetlenia wyglądał czasem jak smark z nosa.

-  Czy  byłabyś  szczęśliwa,  gdybyś   wiedziała,   że  śmierć   jest  nieunikniona?  Czy  pracowałabyś  z  takim 

wysiłkiem nad budową maszyny prognostycznej wiedząc, że nie będziemy jej używać?

- Sensei, czy oni naprawdę to zrobią? - zapytał Tanomogi.

- Nie przejmujmy się tym, puśćmy maszynę w ruch na pełną moc i prognozujmy, a potem przedstawimy 

im rezultaty - zabrał głos Aiba, jak zawsze popierając Tanomogiego.

- A jeśli rezultaty będą takie same, jakie ogłosili Sowieci?

- Niemożliwe! - wykrzyknęła Wada.

- A jeśli nawet, czy to cokolwiek by zmieniło? - zauważył Aiba.

- W porządku, dosyć. Sądzę, że pośród nas nie ma komunistów.

-   Proszę   pana,   co   pan   chce   przez   to   powiedzieć?   -   Nagle   wszystko   stało   się   jeszcze   bardziej 

skomplikowane.

- Mówią o tym. Ja sam w ogóle się nad tym nie zastanawiałem.

- A.... to dobrze.

- Oni nie dorównaliby panu.

Wszyscy roześmiali się, jakby w poczuciu ulgi. A ja znienawidziłem siebie samego.

background image

- Czy to oznacza, że przerwanie naszych badań jest żartem?

Uśmiechnąłem   się   niepewnie   i   wstałem.   Gdy   Tanomogi   potarł   zapałkę   i   uniósł   w   moją   stronę, 

uświadomiłem sobie, że w ustach trzymam papierosa. Powiedziałem tak, żeby tylko on to usłyszał:

- Przyjdź potem na drugie piętro.

Tanomogi spojrzał na mnie zdziwiony. Widocznie zrozumiał, o co mi chodzi.

6

- To prawda. Gdy rozmawiałem z wami, nagle zrozumiałem, co powinniśmy zrobić.

Szum wentylatora był nieznośny.

- Zastanawiałem się nad tym. Jakoś przyszło mi to na myśl w tym samym czasie.

- No to bardzo dobrze, wobec tego pomożesz mi, prawda? Czeka nas wiele bezsennych nocy. Nie chcę, 

żeby inni się o tym dowiedzieli.

- Oczywiście.

Zdjęliśmy więc od razu notatniki z półki, rozszyliśmy je i zaczęliśmy tak zestawiać, żeby były łatwo 

zrozumiałe dla maszyny. Ich treść winna jak najszybciej znaleźć się w jej pamięci.

- Przejrzałem je pobieżnie kilka razy. I odniosłem wrażenie, że ta nasza maszyna wciąż próbowała coś mi 

powiedzieć...

- Czy wchodzi w grę jej samoświadomość?

- Tak przypuszczam. W każdym razie jeśli uda mi się sprawić, żeby maszyna zrozumiała własną rolę, z 

pewnością wymyśli sposób na przezwyciężenie tego kryzysu.

- Czy jednak będzie w stanie zajść tak daleko z obecnym zasobem danych?

- Dalsze wyjaśnienia będą niezbędne, to prawda. Zarejestrujemy je na taśmie później.

Wada przyniosła kilka kanapek i piwo na kolację.

- Czy jeszcze coś jest potrzebne? - zapytała.

- Dziękuję, to wystarczy.

W pracy czas płynie szybko. Nim się obejrzałem, zrobiła się dziewiąta, a potem dziesiąta. Oczy musiałem 

chłodzić okładami z lodu.

- Czy wprowadzimy do pamięci również prognozy “Moskwy 2"?

- Oczywiście, to niezbędne... To ważny punkt zwrotny dla przejścia od teczki trzeciej do teczki czwartej.

- Na jaki adres wprowadzimy?

- Na adres pośredni, z włączeniem wszystkich informacji z Rosji, dobrze?

Rezultat   okazał   się   bardzo   interesujący.   Po   pierwsze,   stwierdzono   bardzo   dużą   aktywność   maszyny 

prognostycznej  w   ZSRR   -  zresztą   wiedziałem  o  tym   w  punkcie   wyjścia  -   lecz   zaskoczyło   mnie   to,  że  nasze 

urządzenie   zareagowało   pozytywnie   na   prognozę   “Moskwy   2",   stwierdzającą,   iż   przyszłość   należy   do   świata 

komunistycznego.

- To dziwne... Jak ta maszyna wyobraża sobie komunizm?

- Hm, ma chyba jakieś ogólne pojęcie.

- Spróbuj poszukać pod innym adresem reagującym na prognozy “Moskwy 2".

background image

Okazało się, że maszyna wyposażona w podstawowe dane rozumie komunizm w następujący sposób:

Polityka - prognozowanie - nieskończoność.

Komunizm   to   prognoza   o   maksymalnej   wartości,   a   mianowicie   jest   to   prognoza   polityczna 

nieskończonego wymiaru, ujawniająca się wtedy, gdy znane są wcześniej wszelkie inne prognozy.

Doznałem dziwnego uczucia, jakbym stał się wężem zjadającym własny ogon, lecz ponieważ definicja nie 

miała znaczenia, nic by nie dało doszukiwanie się błędu w rozumowaniu maszyny. Postanowiłem pójść dalej i kiedy 

wprowadziłem   wszystkie   dane,   jakimi   dysponowałem   w   tym   momencie,   minęła   dawno   trzecia.   Zjadłem 

przyniesione kanapki i poczułem się lepiej.

- No dobrze, pod jakim kątem chcemy budować program?

-   Co   to   znaczy   “pod   jakim   kątem"?   Jeszcze   nie   zaszliśmy   tak   daleko.   Zanim   do   tego   przystąpimy, 

chciałbym najpierw uzyskać odpowiedź na pytanie, jakich danych brakuje maszynie dla oceny sytuacji.

Praca okazała się nużąca i czasochłonna. Nie było innego wyjścia, jak tylko uzbroić się w cierpliwość i 

posłużyć się swego rodzaju metodą prób i błędów, działać na wyczucie i po omacku. W końcu w oknie ukazał się 

słaby odcień błękitu. To czas najgłębszego znużenia. Siedząc bez ruchu, zacząłem usypiać, zastąpił mnie więc 

Tanomogi. Gdy po chwili obejrzałem się, Tanomogi również zapadał w sen.

Nagle w tym  właśnie momencie dostrzegłem  wątłą reakcję na moje pytania. Początkowo nie mogłem 

zrozumieć jej znaczenia. Gdy przeanalizowałem adres reagujący, zrozumiałem, że z jednej strony byłem ja, a z 

drugiej inny mężczyzna. W istocie mną była maszyna prognostyczna. Maszyna prognostyczna i człowiek? Co ona w 

ogóle pragnie powiedzieć? Chwileczkę, wieloznaczność tej reakcji zależy być może od wzajemnego znoszenia się 

danych? Wobec tego pozostawiam punkt reagujący, a inne miejsce próbuję skasować. Kiedy ja kasuję, wzrasta 

intensywność reagowania pozostałej części adresu. Nie tylko zresztą tam, gdzie kasowałem, ale wszędzie wzrastała 

reakcja. Niczego jednak nie mogłem zrozumieć. Co też chce mi powiedzieć?

W tej wieloznacznej reakcji nagle dostrzegłem coś, co mogłoby być odpowiedzią na moje pytanie. Na 

pytanie,   jakie   postawiłem,   nie   zdając   sobie   sprawy   z   tego...   No   właśnie,   jaki   jest   temat   programu,   który 

wprowadziłem nie zdając sobie z tego sprawy?... O co, u licha, chciałem zapytać? To oczywiste. O to, czy jest 

możliwość złamania oporu komisji... Jeśli istniałaby taka możliwość, to trzeba by wiedzieć, jaki projekt byłby 

właściwy.

I to pewnie  była  odpowiedź  maszyny.  Jeśli  przyjąłbym  ją za odpowiedź, okazałoby się proste... Tak, 

powinniśmy opracować prognozę dla jakiegoś przeciętnego człowieka, dla jego prywatnego życia składającego się z 

danych wykluczających się z danymi pochodzącymi z innego społeczeństwa. Chodzi mianowicie o jak najbardziej 

prywatne życie jednostki i jej przyszłość!

Tak, prawdopodobnie o to chodzi. Chyba zbyt  lekceważąco podchodziłem do tej maszyny.  Widocznie 

kryją się w niej większe możliwości, niż sobie wyobrażałem. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego, że dziecko 

przerasta i zaskakuje rodziców, a uczeń przechytrza nauczyciela.

Natychmiast obudziłem Tanomogiego. Początkowo ogarnęły go wątpliwości, nie mógł uwierzyć w moje 

przypuszczenia, ale w końcu dał się przekonać.

- Z pewnością zgadza się to z teorią. Prognoza polityczna wydaje się czymś przeciwnym pod każdym 

względem w zestawieniu z przewidywaniem prywatnego, jednostkowego losu. A przynajmniej możemy założyć, że 

tak jest.

- Kto może być dobrym modelem?

background image

- Zapytajmy ją.

Lecz maszyna najwyraźniej nie miała zamiaru typować modelu. W zasadzie każdy może być modelem.

- Chyba musimy sami wybrać.

- Dla prognozy pierwszego stopnia konieczne jest, żeby obiekt nie wiedział, iż jest badany.

- Czyż nie jest to wspaniałe zajęcie!

- Naturalnie, masz rację.

Rozpierała   mnie   radość.   Dotąd   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   o   ile   bardziej   od   prognoz   liczbowych   i 

graficznych interesujący jest żywy człowiek. To zrozumiałe, wręcz nieuniknione, że w tym momencie nawet nie 

myśleliśmy o człowieku, którego w końcu wybierzemy i będziemy obserwować.

Zdrzemnąłem się na sofie i przespałem chyba z pięć godzin. Od razu zadzwoniłem do Tomoyasu.

O trzeciej nadeszła odpowiedź.

- Udało się! Na decyzję trzeba poczekać do następnego posiedzenia komisji, tym razem nawet dyrektor 

biura jest nastawiony bardzo pozytywnie...

Przestaliśmy   się   martwić,   ponieważ   wierzyliśmy   w   zdolności   maszyny,   a   ponadto   ogarnęło   nas 

niezrozumiałe   poczucie   pewności   siebie.   Mimo   to   odetchnęliśmy   z   ulgą   dopiero   wtedy,   gdy   usłyszeliśmy 

pozbawiony napięcia głos Tomoyasu.

7

O czwartej wyruszyliśmy na poszukiwanie mężczyzny. Początkowo nie mieliśmy, oczywiście, pewności, 

że ma to być mężczyzna. Dlatego dwukrotnie rzuciliśmy kartkę z napisem po jednej stronie “mężczyzna", a po 

drugiej “kobieta" i dwa razy wyszło nam, że jednak ma to być “mężczyzna". Postanowiliśmy poddać się wyrokowi 

losu.

- Mężczyzn jest całe mnóstwo. Kogo mamy szukać?

- Czuję się zupełnie tak, jak wilk w stadzie owiec.

- Nie wiadomo, kogo wybrać. Szkoda, że nie szukamy kobiety.

- Ale będzie i kobieta.

Najpierw   skłonni   do   żartów   przemierzaliśmy   kilometry   w   radosnym   nastroju.   Jeździliśmy   metrem, 

pociągami, dotarliśmy do dzielnicy Shinjuku. W końcu poczuliśmy zmęczenie.

- Nic z tego. Najpierw musimy ustalić jakiś typ.

- Czy ma być to człowiek wyglądający na długowiecznego?

- A może taki, o którym z wyglądu niewiele można powiedzieć?

- To znaczy, że musi to być ktoś bardzo pospolity.

Typów pospolitych również jest bardzo dużo. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo pomyłki. W końcu 

około siódmej zmęczeni poszukiwaniami weszliśmy do kawiarni i zajęliśmy miejsca przy oknie wychodzącym na 

ulicę.

I tak spotkaliśmy naszego mężczyznę.

Siedział bez ruchu przy sąsiednim stoliku przed kubeczkiem lodów, z oczami utkwionymi w jeden punkt 

ponad drzwiami, na których widniała nazwa kawiarni wypisana złotymi znakami. Lody się roztopiły i wypełniły 

background image

naczynie po brzegi. Zamówił je, mimo że nie miał na nie ochoty. Dlatego pozwolił, żeby stopniały.

Gdy obejrzałem się, spostrzegłem, że Tanomogi też patrzył uważnie w jego stronę. Nie wiem, ile trzeba 

czasu, żeby lody się rozpuściły, lecz jeśli chodzi o mnie, ich widok wydał mi się bardzo niepokojący. Mężczyzna 

jakby   zwyczajny,   lecz   mimo   to   zdawał   się   mieć   coś   ważnego   do   powiedzenia...   Może   była   to   ocena   zbyt 

subiektywna, lecz fakt, iż jedynie nieznacznie się wyróżniał, chyba idealnie odpowiadał naszym celom.

Tanomogi trącił mnie w łokieć i mrugnął. Kiwnąłem głową na potwierdzenie. Przyszedł kelner przyjąć 

zamówienie. Tanomogi początkowo poprosił o jakiś sok, podczas gdy ja zdecydowałem się na kawę. Ostatecznie on 

też wybrał to samo co ja. W ciszy czekaliśmy więc na kawę. Z powodu zmęczenia, a może pod ciężarem rychłej 

decyzji, zacisnęliśmy usta i milczeliśmy. Tak czy owak, to nieważne, kim jest ten mężczyzna. Wystarczy, że jest 

najzwyklejszy,   a   przy   tym   spotkany   najzupełniej   przypadkowo,   w   dodatku   ma   pewne   cechy   szczególne.   Nie 

możemy   podjąć   ostatecznej   decyzji,   dopóki   nie   przeprowadzimy   próby.   W   dodatku   jesteśmy   już   zmęczeni 

szukaniem. Moglibyśmy bez końca wahać się i zastanawiać. Czuliśmy jednak, że i tak skończyłoby się na tym 

mężczyźnie, który pozwolił, żeby lody się roztopiły.

Mimo   upału   miał   on   na   sobie   flanelową   marynarkę,   nieco   zniszczoną,   lecz   dobrze   uszytą.   Siedział 

wyprostowany i sztywny. Od czasu do czasu zmieniał tylko pozycję nóg. W leżącej na stole ręce nerwowo zaciskał 

zapalonego papierosa.

Nagle rozległa się hałaśliwa muzyka. To osiemnastoletnia dziewczyna w czarnej spódniczce do kolan i 

czerwonych   sandałach   włożyła   dziesięciojenową   monetę   do   szafy   grającej.   Mężczyzna   drgnął   i   obejrzał   się, 

mogłem   więc   zobaczyć   jego   twarz,   jakże   znerwicowaną   i   zbolałą,   znieruchomiałą   nad   czarną   muszką,   jakby 

przyśrubowaną. Wyglądał  na pięćdziesiąt lat, lecz trochę przypominał  mi dziecko. Być  może dlatego, że miał 

ufarbowane włosy.

Muzyka wydała mi się wyjątkowo wulgarna. Tanomogiemu chyba jednak wcale nie przeszkadzała, bo 

zaczął   wybijać   palcami   jej   rytm   i   jakby   uspokojony,   wypił   łyk   kawy.   Naraz   przechylił   się   w   moją   stronę   i 

powiedział:

- Proszę pana, im więcej mu się przyglądam, tym bardziej jestem pewny, iż jest on tym mężczyzną, którego 

szukamy. Zdecydujmy się więc na niego...

Ja po prostu przechyliłem głowę w bok. Nie chciałem mu dokuczać. Ni stąd, ni zowąd opanował mnie 

nieznośnie  przykry,  przygnębiający   nastrój.  Gdy myślałem  o  możliwości  przewidywania  przyszłości  jednostki, 

wydało mi się to pomysłem wspaniałym, lecz gdy miałem przed oczyma konkretnego człowieka, straciłem wiarę w 

znaczenie tego przedsięwzięcia, wręcz opanowały mnie głębokie wątpliwości. Wczoraj w nocy byłem przemęczony. 

I być  może źle odczytałem  komunikat maszyny prognostycznej. Mogło zdarzyć  się i tak, że zinterpretowałem 

komunikat tak, jak mi  było  wygodnie,  przy świadomości  braku jakiegokolwiek  wyjścia  z sytuacji,  w nastroju 

frustracji wywołanym przez bezowocne posiedzenia komisji.

- Co pan powiedział? Teraz mielibyśmy się wycofywać? - Zaskoczony Tanomogi podejrzliwie zmrużył 

oczy. - Przecież było to polecenie maszyny... A w dodatku pan specjalnie starał się o zatwierdzenie tego projektu 

przez Tomoyasu...

- Na razie mamy zgodę nieformalną. Nie wiadomo, co powie komisja.

- Byłoby to głupotą... - Zacisnął wargi. - W każdym razie skoro dyrektor jest nastawiony pozytywnie, nie 

powinno być specjalnego problemu.

-   Czy   to   wiadomo?   Do   kolejnego   posiedzenia   może   całkowicie   zmienić   zdanie.   Nawet   gdybyśmy 

background image

przekonywali, że całe przedsięwzięcie nie ma związku z polityką, to i tak mogą powiedzieć, że nie ma powodu 

wydawać pieniędzy na próżno. Od tego, czy komisja wyrazi zgodę, zależy, czy będziemy mieli pieniądze na te 

badania, czy nie. To nie jest prosta sprawa, uzależniona jedynie od mojego widzimisię.

- Przecież ostatecznie maszyna zleciła nam to zadanie.

- Byliśmy wtedy śpiący. Może po prostu źle ją odczytaliśmy.

- Nie sądzę - zdecydowanie zaprzeczył Tanomogi i rozlał jednocześnie wodę ze szklanki. Wyjął chusteczkę 

i wycierając spodnie, mówił dalej: - Przepraszam. Ja jednak wierzę w maszynę. Wszyscy, włącznie z członkami 

komisji, pozostawaliśmy pod wpływem “Moskwy 2". Staraliśmy się stworzyć program oparty tylko na danych 

socjologicznych. Bazując jedynie na materiale obiektywnym, dochodzi się być może do najwyższej wartości w 

prognozowaniu, czyli do komunizmu. Innymi słowy, skoro wykorzystywaliśmy maszynę jednostronnie do celów 

praktycznych, to rezultat nie mógł być inny. W tym sensie ocena przedstawiona przez maszynę, że komunizm jest 

maksymalną wartością prognostyczną, wydaje się bardzo interesująca. Dla człowieka najważniejszy jest człowiek, a 

nie zbiorowisko ludzkie. Jeśli  społeczeństwo nie jest  dla niego  dobre, to nic mu nie pomoże nawet  najlepsza 

organizacja.

- A więc...?

- Chodzi mi o to, że pomysł maszyny, aby przewidzieć przyszłość pewnej jednostki, jest naprawdę godny 

uwagi. Jeśli go zrealizujemy, osiągniemy chyba wynik całkowicie odmienny od wniosków “Moskwy 2".

- Maszyna tego nie sugerowała.

- Oczywiście, że nie. Nawet nie muszę koniecznie w to wierzyć. Po prostu chcę powiedzieć tylko tyle, że 

jeśli twierdzę, iż uda się to zrobić, to wyobrażam sobie tylko to, że uda się jakoś przekonać komisję. Wówczas 

uzyskalibyśmy szybko wiele konkretnych korzyści. Jeśli eksperyment się powiedzie, a maszyna wykryje zasadę, 

wedle której można będzie przewidywać los człowieka... Na przykład odtworzy przeszłość i przedstawi przyszłość 

przestępcy... Jeśli pozwoli to na wydanie wyroku absolutnego, to można by też u zarania zapobiec przestępstwom. 

Przy tym można by posługiwać się tą metodą w ważnych sytuacjach życiowych, jak na przykład uzyskać poradę 

małżeńską, ustalić miejsce pracy, postawić diagnozę w chorobie, a jeśli zaszłaby potrzeba, to nawet przewidzieć 

czas śmierci...

- Czemu miałoby to służyć?

-   Ot,   na   przykład,   zakłady   ubezpieczeń   bardzo   by   się   ucieszyły.   -   Tanomogi   roześmiał   się,   jakby   z 

triumfem, i dodał złośliwie: - Idąc tym tropem dojdziemy do wniosku, że maszyna ma nieograniczone możliwości, 

prawda? Myślę, że jest to bardzo interesujący plan...

- Prawdopodobnie masz rację. Ja też właściwie nie wątpię w mądrość maszyny.

- To dlaczego pan powiedział, że może źle odczytaliśmy jej komunikat?

- Po prostu tak sobie, na wszelki wypadek. Zastanawiam się, jak byś się czuł, gdybyś został materiałem 

doświadczalnym? Chyba nie najlepiej?

- Nie mógłbym zostać. Wiem wszystko o maszynie, nie spełniałbym podstawowych warunków.

- Przypuśćmy, że nic o niej nie wiesz. Mówię czysto hipotetycznie.

- W takim razie byłoby mi to obojętne.

- Czy naprawdę?

- Całkiem obojętne. Profesorze, pan jest znużony.

Być   może   jestem   znużony,   ale   też   jestem   odłączony   od   maszyny.   Jak   mogłem   dopuścić   do 

background image

wyeliminowania mnie przez maszynę i odsunięcia przez Tanomogiego. Czy muszę na to się godzić?

background image

8

Skończyliśmy pić kawę. Upłynęło jeszcze około dwudziestu minut. W końcu mężczyzna wstał z miejsca. 

Widocznie nie przyszła osoba, na którą czekał. Opuściliśmy kawiarnię chwilę później. W mieście powoli zapadał 

zmierzch.  Spieszący się  drobnymi  krokami  tłum, skrupulatnie zbierając  cząsteczki  sztucznego  światła,  tworzył 

ścianę - zdawałoby się - mającą z całych sił odepchnąć atakującą noc.

Mężczyzna, jakby nigdy nic się nie zdarzyło, wyszedł  z kawiarni i ruszył  wąskim zaułkiem w stronę 

głównej ulicy. Szedł równym krokiem. Po drugiej stronie jezdni, u wejść do małych barów i knajpek ściśniętych 

jedna przy drugiej, stali jacyś przebierańcy w dziwnych strojach, i ochrypłym głosem przywoływali gości. Sprężyste 

kroki mężczyzny nie pasowały do tego tła, więc tym większe robiły wrażenie.

Gdy doszedł do głównej ulicy, po której jeździł tramwaj, nagle odwrócił się zdecydowanie. Zaniepokojony 

stanąłem w miejscu, a wtedy Tanomogi trącił mnie w ramię i szepnął:

- Proszę się nie zatrzymywać, bo nas zauważy.

Za nami rozległy się głosy dziewcząt zapraszających do barów. Nie było innego wyjścia, musieliśmy iść 

dalej, prosto ku mężczyźnie, który stał i patrzył w naszą stronę. Nie zwracał jednak na nas uwagi, wydawał się 

zamyślony. Spojrzał na zegarek i od razu skierował się tam, skąd przyszedł. Znów rozległy się głosy dziewcząt, 

które chyba uznały, że mężczyzna uległ ich namowom. Poczułem, jak napinają mi się mięśnie twarzy.

Mężczyzna wrócił, aby jeszcze raz wejść do kawiarni. Widocznie wewnątrz nie dostrzegł osoby, na którą 

czekał, bo znów wyszedł na ulicę i ruszył w tę samą stronę co poprzednio. Teraz już nikt go nie wołał. Kiedy 

przechodziłem   obok   jednego   z   barów,   jakiś   gość   splunął   na   mój   widok.   Pewnie   zauważył,   że   kogoś   śledzę. 

Inwigilacji nikt nie traktuje jako zajęcia szczególnie godnego pochwały.

- W końcu ten mężczyzna sam wpadnie do jakiejś pułapki, nie zdając sobie z tego sprawy.

- Prawdę mówiąc, wszyscy tkwimy w pułapkach.

- Dlaczego?

- A czy tak nie jest?

Mężczyzna szedł prosto na południe główną ulicą. Obok znajdował się teren budowy ogrodzony płotem z 

desek, ulica tonęła w ciemności. Przeszedłszy około dwustu metrów mężczyzna ruszył na drugą stronę, po chwili 

zawrócił, minął uliczkę, z której wszedł na główną drogę, i skręcił w prawo, w ulicę oświetloną lampami łukowymi, 

prowadzącą do sal kinowych. Dotarł do końca i znów zawrócił.

- Wygląda na to, że nie wie, gdzie się znajduje.

- Jest zdenerwowany, ponieważ nie przyszedł ktoś, na kogo czekał.

- Mimo to krąży jakoś zupełnie bez sensu. Ciekawe, jaki jest jego zawód?

- Hm, właśnie, ja też o tym samym  pomyślałem. Najwyraźniej przywykł, że go obserwują. Chyba od 

dawna pracuje w miejscu, w którym musi wciąż zwracać uwagę na to, jak wygląda w oczach innych ludzi.

- Ciekawe, czym się zajmuje? Czy mamy prawo do tego, co teraz robimy?

- Prawo?

Odwróciłem się sądząc, że Tanomogi żartuje, lecz nawet się nie uśmiechnął.

- Tak, prawo... Nawet lekarz nie ma prawa eksperymentować na człowieku bez zachowania dostatecznej 

ostrożności i rozwagi. Jeśli nie będziemy uważni, nasze działania staną się czymś w rodzaju wiwisekcji.

background image

- Przesadza pan. Jeśli zachowamy je w tajemnicy, nie przyniesiemy mu żadnej szkody.

- Może... Gdybym był na jego miejscu, na pewno szlag by mnie trafił.

Tanomogi milczał, lecz nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Pracowałem z nim przez pięć lat, więc 

miałem okazję przejrzeć go na wylot. Tak jest, nie ma zamiaru się tłumaczyć, nie zrezygnuje też z obserwacji 

niezależnie od tego, co mu powiem. Nawet jeśli maszyna wyda polecenie popełnienia morderstwa, chyba nie potrafi 

jej odmówić. Uczyni to, chociaż niechętnie. Ten wyglądający tak zwyczajnie mężczyzna w średnim wieku, którego 

obserwowaliśmy, krył w sobie - jak mi się zdawało - jakąś tajemnicę. W końcu zostanie całkowicie obnażony - 

odsłoni się nie tylko jego przeszłość, ale także przyszłość. Gdy o tym myślałem, czułem taki ból, jakby to mnie 

miano obnażyć. Zrezygnowanie z maszyny prognostycznej przerażało mnie jednak znacznie bardziej.

background image

9

Przez cały wieczór nie spuszczaliśmy mężczyzny z oczu. Szliśmy jego śladem wąskimi uliczkami niby 

korytarzami jakiegoś biura w czasie roznoszenia papierów. Widzieliśmy, jak raz gdzieś zadzwonił, zajrzał do salonu 

gry w pachinko, po raz pierwszy na piętnaście minut, a za drugim razem na dwadzieścia. Nigdzie więcej już nie 

wstąpił, tylko nieustannie krążył. Wyobrażaliśmy sobie, że kobieta nie przyszła na umówione spotkanie. A kiedy 

mężczyzna osiąga pewien wiek - ja też zbliżam się do tych samych lat... - nie spodziewa się czegokolwiek dobrego 

od przypadku. Niczemu w świecie nie może już się dziwić. Nie odczuwa potrzeby włóczenia się po ulicach bez celu 

po to, aby dać upust impulsom. Tylko kobieta mogłaby załamać jego wewnętrzną równowagę i doprowadzić do 

stanu, w jakim się teraz znajdował: do niemal groteskowego, wprost zwierzęcego przerażenia.

Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. Nie było to zresztą tak zaskakujące. Zbliżała się jedenasta, 

kiedy znów gdzieś zadzwonił z telefonu publicznego, znajdującego się u wejścia do sklepu, i z kimś rozmawiał. 

(Tanomogi odważnie zbliżył się i zdołał zanotować numer telefonu). Następnie mężczyzna wsiadł do tramwaju, 

wysiadł na piątym przystanku, po czym wspiął się stromą uliczką kilkadziesiąt metrów i dotarł do niewielkiego 

budynku mieszkalnego, na tyłach ulicy handlowej.

Przy bramie mężczyzna rozejrzał się na boki i zawahał. W tym czasie w głębi za rogiem kupowaliśmy 

papierosy. (Musiałem kupić ponad dziesięć paczek). Gdy w końcu mężczyzna wszedł do domu, Tanomogi wśliznął 

się  za  nim.  Jeśli  wszystko   dobrze   pójdzie,  zbliży  się   do  mieszkania  i  odczyta  nazwisko  na  drzwiach.   Gdyby 

zatrzymał go gospodarz domu, wtedy wepchnie mu pieniądze do ręki i wykorzysta okazję na zdobycie niezbędnych 

informacji. Ja natomiast obserwowałem dom od strony bramy. Na parterze były trzy okna zasłonięte firankami, 

wewnątrz paliło się światło. Na piętrze znajdowały się cztery okna; w co drugim światła były wygaszone.

Po chwili w najdalszym oknie zapaliło się światło i zakołysał się powiększony cień człowieka. Nagle znów 

zapadła ciemność. Tanomogi wybiegł z domu w skarpetkach, z butami w rękach.

- Widziałem! Wizytówkę na drzwiach... Faktycznie, figurowało tam nazwisko kobiety: Kondo Chikako, 

imię zapisane fonetycznie... - Ukryty w cieniu bramy pochylił się i ciężko dysząc wkładał buty. - Ale miałem 

przeżycia! Naprawdę... po raz pierwszy robiłem coś takiego.

- Chwileczkę, czy światło się paliło?

- Tak, zapaliło się. Poza tym usłyszałem uderzenie, jakby coś upadło...

- W pokoju w głębi, prawda?

- Zauważył pan to?

- To bardzo dziwne. Światło paliło się, a potem zgasło i zapanowała ciemność.

- Ach, a może oboje tak namiętnie ze sobą się...

- Byłoby dobrze, gdyby o to chodziło. Mam nadzieję, iż on nie zauważył, że go śledziliśmy.

- Naturalnie, że nie. Gdyby coś spostrzegł, starałby się wcześniej nas zgubić.

Mimo tych uspokajających słów miałem złe przeczucia. Nasz pierwotny plan ograniczał się do zdobycia 

nazwiska i adresu mężczyzny. Nie zakładaliśmy konieczności śledzenia go przez dłuższy czas, na przykład przez 

całą noc. Obaj prawie nie spaliśmy od wczoraj, a poza tym nie zdecydowaliśmy się jeszcze, czy posłużymy się tym 

mężczyzną   jako   królikiem   doświadczalnym.   Braliśmy   też   pod   uwagę   możliwość   zainteresowania   się   kobietą 

najpierw  jako postacią  drugoplanową,  a  następnie, w  miejsce  mężczyzny,  jako głównym  obiektem  w naszych 

background image

badaniach. Tanomogi też skłaniał się ku takiemu rozumowaniu.

- Tak jak pan powiedział, bez wątpienia kobieta również jest uwikłana w sprawę, prawda?

- Zresztą wszystko jedno, mężczyzna czy kobieta, chodzi o pojedynczego człowieka.

Postanowiliśmy wycofać się na pewien czas. Wyszliśmy na ulicę, gdzie rozstałem się z Tanomogim i 

skierowałem się do domu. Idąc trzymałem się ręką za bolącą głowę. Słuchając opowiadania żony o tym, jak to 

dzieci pokłóciły się w szkole, wielokrotnie próbowałem opanować senność, lecz w końcu wpadłem w otchłań snu 

tak wielką, że mogła mnie całego pochłonąć.

10

Następnego dnia rano spałem dłużej niż zwykle. Dopiero po dziesiątej przybyłem do instytutu. Początkowo 

- sam nie potrafiłem tego wyjaśnić - myślałem, że poinformuję członków instytutu o planie działania dopiero po 

opracowaniu   go   i   po   zaakceptowaniu   przez   komisję.   Dlatego   nie   powiedzieliśmy   nikomu   nawet   o   naszej 

wczorajszej   przygodzie.   Mężczyzna,   którego   śledziliśmy,   był   dla   nas   nikim;   nie   zachodziła   więc   potrzeba 

prowadzenia wielostronnych uzupełniających badań, jak to zwykliśmy czynić dotąd. Miało to więc swoje dobre 

strony.

Gdy jednak przystąpiliśmy do badań, zrozumiałem, że nie można lekceważyć  trudności w odsłonięciu 

prywatnego życia człowieka. Sprawa ta byłaby do pokonania, jeśli mielibyśmy dość czasu na zrobienie zarysu 

planu. Sęk w tym, że do następnego posiedzenia komisji pozostało zaledwie pięć dni. Jeśli komisja nie zatwierdzi 

tego projektu, warunki dziś dobre ulegną pogorszeniu, a pracownia zostanie zamknięta przynajmniej na jakiś czas - 

co do tego nie miałem wątpliwości.

W drodze do instytutu zdecydowałem się zmienić taktykę, a mianowicie postanowiłem przedstawić projekt 

członkom instytutu i przyjąć postawę gotowości do współpracy. Jeśli w zaufaniu zobrazuję im całą sytuację, na 

pewno dochowają tajemnicy. Pracę poprowadzę rutynowo, podzielę ludzi na dwie grupy: jedną, która zajmie się 

wyjaśnieniem, kim jest kobieta, i drugą badającą wątek mężczyzny. Ustalę też dokładnie zadania grup. W ciągu dwu 

dni zbiorę tyle danych, ile się da, i na tej podstawie wyciągnę wnioski co do kierunku dalszych działań, a także ich 

możliwości i perspektyw. Tak czy owak, najpierw należy uzyskać aprobatę komisji.

Zanim   wszedłem   do   swego   biura,   zajrzałem   do   pracowni   na   dole   w   poszukiwaniu   Tanomogiego. 

Usłyszałem, że on już czeka na mnie w pokoju obliczeniowym na piętrze. Poleciłem, żeby wszyscy się zebrali na 

pierwszym piętrze, ponieważ mam coś do przekazania i od razu poszedłem do Tanomogiego.

Siedział z łokciami na stole obok pulpitu aparatu kontrolnego. Nawet  się ze mną nie przywitał, tylko 

spojrzał chłodno. To było do niego niepodobne.

- Co robimy, Sensei? - zapytał nagle, nie zmieniając pozycji.

- Niby z czym?

- Stało się coś nieprzewidzianego. - Rozłożył gazetę, wyprostował ją i wycelował we mnie palec, jakby 

mnie o coś obwiniał.

- O co chodzi?

Tanomogi, zaskoczony moim zachowaniem, uniósł brodę, odsłaniając swą długą szyję.

- Sensei, nie czytał pan jeszcze gazety?

background image

W tym momencie postukujący drewnianymi sandałami ludzie z pracowni gromadzenia danych wchodzili 

po schodach. Tanomogi z niepokojem wpatrywał się we mnie, następnie wstał i zapytał:

- Co to wszystko znaczy?

- To ja ich zwołałem, zamierzałem rozdzielić pracę.

- To nie są żarty, proszę spojrzeć! - Wcisnął mi do ręki gazetę, głośno otworzył drzwi i zwrócił się do 

grupki, która już zdążyła się zebrać. - Później, proszę przyjść później! Gdy skończymy, zawołam was...

Usłyszałem   jakąś   złośliwość   wypowiedzianą   przez   Wadę   wysokim,   niezadowolonym   tonem,   lecz   nie 

zrozumiałem słów. Zresztą było to najmniejsze zmartwienie. Wpatrywałem się w zakreślony na czerwono tekst w 

rogu szpalty i nagle wydało mi się, że powietrze wokół mnie stało się kleiste i oblepiło mnie niczym miód.

GŁÓWNY   KSIĘGOWY   POWIESZONY   PRZEZ   KOCHANKĘ   Jedenastego   około   północy   w   dzielnicy 

Shinjuku, Tsuchida Susumu (lat 56), główny księgowy przedsiębiorstwa Yoshiba, który odwiedził dom Midori pod nr  

6 w tej samej dzielnicy, został pobity i powieszony przez Kondo Chikako (lat 26), mieszkankę tego budynku. Kobieta  

od razu zgłosiła się na najbliższy posterunek policji i stwierdzila, że działała w obronie własnej, ponieważ Tsuchida  

potraktował ją brutalnie z powodu jakoby jej zbyt późnego powrotu. Jak powiedzieli koledzy z pracy, Tsuchida był  

człowiekiem poważnym, przepracował w tej samej firmie 30 lat, wszyscy zgodnie uznali, że wydarzenie to mocno ich  

zaskoczyło.

Tanomogi czekał cierpliwie, gdy po raz piąty albo szósty uważnie przebiegałem  wzrokiem informację 

zamieszczoną w gazecie.

- O to właśnie chodzi.

- A inne pisma? - Kropla potu z czoła stoczyła się, spadła i wsiąkła w gazetowy papier.

- Kupiłem pięć różnych tytułów, ale ta podaje chyba najwięcej informacji.

- ...Szkoda, że tak się stało. Miesiąc wcześniej moglibyśmy przewidzieć to wydarzenie. No cóż, umarł, nic 

na to nie poradzimy.

- Byłoby dobrze, gdyby na tym się skończyło.

- Co to znaczy? A cóż by nam przyszło z zajmowania się przyszłością zmarłych. Nie mamy na to czasu.

- Ja się martwię...

- Czy jest jakiś istotny powód? To przypadek zbyt szczególny, nie nadaje się na materiał do naszych badań.

- Pan chyba żartuje. Niech pan spróbuje to rozumieć. Przecież są ludzie, którzy widzieli, jak śledziliśmy 

mężczyznę o nazwisku Tsuchida. Zwłaszcza ten staruszek, u którego kupowaliśmy papierosy.

- Och, sądzę, że nie mamy się czym martwić. Zwłaszcza że przestępczyni przyznała się do winy...

- Czy rzeczywiście? - Poirytowany Tanomogi oblizał wargi i zaczął mówić szybko: - Mam na ten temat 

inne zdanie. Choćby tylko  z tego artykułu  widać, że nie wszystko  jest tak oczywiste. Czy nie uważa pan, że 

zachowała się nazbyt  metodycznie?  Zabiła  go, a potem jeszcze powiesiła?  I uczyniła  to młoda kobieta, której 

zarzucono jedynie, że wróciła zbyt późno do domu...

- Mogła go uderzyć, on się rozgniewał, a wtedy ze strachu mogła go zabić...

- To niemożliwe... Czy młoda kobieta dałaby radę powiesić rozwścieczonego mężczyznę? Powiedzmy, że 

to ona zabiła. Pamięta pan? Gdy mężczyzna wszedł do środka, na ułamek sekundy w pokoju zapaliło się światło, 

wtedy rozległ się odgłos uderzenia i światło od razu zgasło. A poza tym powiedział pan, że w oknie przemknęła 

background image

niewyraźna sylwetka. Prawdę mówiąc, ja też wtedy widziałem za szybą w drzwiach cień człowieka. Wystarczy się 

chwilę zastanowić, by pojawiły się wątpliwości. Jak to możliwe, żeby cień padł jednocześnie na drzwi i okno, skoro 

znajdują się one po przeciwnych stronach. To niewykonalne. W takim razie musieli tam być dwaj osobnicy.

- No więc byli, mężczyzna i kobieta.

- Ale w artykule podają, że kobieta przyszła później od mężczyzny.

- Niekoniecznie. To stwierdzenie jest wieloznaczne. Te słowa można rozumieć dwojako...

- Widziałem wyraźnie, jak mężczyzna otwierał drzwi kluczem. Przy tym sprawdziłem u telefonistki numer, 

pod który dzwonił, i okazało się, że telefonował do tego mieszkania. Chciał się dowiedzieć, czy kobieta wróciła. Z 

jego późniejszego zachowania należy wywnioskować, że nie było jej w domu.

- Przypuśćmy, że wróciła od razu po jego telefonie.

- Wobec tego dlaczego w pokoju było ciemno? A co oznacza odgłos upadku? I zgaśniecie światła zaraz po 

tym?

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. W każdym razie z własnej woli zgłosiła się na policję...

- Nie, nie, nawet policja nie jest tak tępa. Być może ludzie, którzy mieszkają na dole, pamiętają moment, 

kiedy usłyszeli uderzenie. Sąsiedzi potwierdzą, że światło nie paliło się przez cały czas. A ze śladów ucisku na szyi 

powieszonego   policja   wysnuje   wniosek,   że   tej   zbrodni   nie   mogła   popełnić   kobieta.   Jeżeli   raz   pojawią   się 

najdrobniejsze wątpliwości, będzie przeprowadzone skrupulatne śledztwo. Wtedy zostaną wykryte ślady skarpetek 

na podłodze korytarza, odciski palców na ścianie przy drzwiach... a następnie wyjdzie na jaw, że jacyś podejrzani 

osobnicy śledzili mężczyznę.

- Słuchaj, czy zostawiłeś tam odciski?

- Prawdopodobnie... Skąd mogłem wiedzieć, że do tego dojdzie, nawet mi się nie śniło, że sytuacja tak się 

rozwinie.

- Rzeczywiście policja może je wykryć, jeśli dokładnie zbada całe otoczenie. Ale to głupstwo! Nie miałeś 

motywów. Będą cię podejrzewać, ale nie znajdą ani cienia dowodu.

- To prawda. Jednak będą mieć wątpliwości, dopóki nie poinformujemy ich o charakterze naszej pracy.

- To nierozsądne!

-   Tak   pan   sądzi?   A   jeśli   dziennikarze   wywąchają,   czym   się   zajmujemy?   Przestaną   interesować   się 

zabójstwem, a zaczną pisać o naszej pracy, o koszmarze epoki maszyn uwłaczających godności człowieka itp...

I wtedy nagle urwał, jakby coś mu się przypomniało. Chyba przestraszył się, że mógłby mnie podwójnie 

zranić. Tego było już za wiele. Nie miałem czasu na zabawę w psychoanalizę.

-   Masz   całkowitą   rację.   W   tego   rodzaju   przedsięwzięciach   rzeczywiście   można   dostrzec   pewne 

niebezpieczeństwa...   Przy  najmniejszym   zagrożeniu   tajemnicy   komisja,   która   zawsze   była   tchórzliwa,   znajdzie 

pretekst, aby jak najszybciej wziąć nogi za pas... Jesteś niezwykle przewidujący. Mógłbyś zostać detektywem albo 

adwokatem.

- Jeszcze nie przemyślałem sprawy do końca. Po prostu gdy stałem wtedy przed drzwiami, odniosłem 

nieprzeparte wrażenie, że dzieje się coś niesamowitego. Po przeczytaniu tego artykułu doszedłem do wniosku, że 

zbrodniarzem nie była kobieta, lecz ktoś inny. Skoro tak, to my jesteśmy pierwszymi podejrzanymi. Jeśli chcemy 

kontynuować nasz eksperyment, musimy odnieść się do tej zbrodni.

- To znaczy?

- To znaczy, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko przejąć inicjatywę i popchnąć sprawę jak najszybciej 

background image

do przodu.

- Popchnąć do przodu? Rzeczywiście.

- Dogadajmy się więc z policją, nim nas różni ludzie wezmą w obroty.

- Może byłoby to możliwe, gdyby w naszym imieniu wystąpił Tomoyasu. Błędem byłoby udawać, że nic 

nie wiemy. Powinniśmy opracować plan i wykazać się zdecydowaniem. Na szczęście nie brak nam argumentów. 

Pamiętaj, że ciało Tsuchidy jest jeszcze ciepłe, zmarł nie tak dawno.

- Ciało Tsuchidy?

-   To   tylko   materialny   fakt,   który   pozwoli   wyciągnąć   wnioski   na   temat   przyszłości.   Jeśli   metoda 

przechowywania jest dobra, to ciało można podobno utrzymać przy życiu około trzech dni. Nawet po obumarciu 

nerwów.

Nagle rozjaśniło mi się w głowie, jakby pootwierały się okna, a szare komórki zaczęły żywiej się poruszać. 

I jeszcze raz Tanomogi wystrychnął mnie na dudka. Nie byłem jednak zły na nikogo. W końcu jest on moim 

zastępcą.

- Czy to nie znakomity plan? To nie tylko fantazja, to konkretny pomysł, warto spróbować. To chyba 

doskonała myśl, żeby zacząć od trupa.

- Dobrze, rozpoczniemy od matematycznej metody indukcyjnej. Po drugie, jest też sprawa kobiety. Nawet 

jeśli trafiliśmy na nich przypadkowo, to i tak udało się nam zdobyć doskonały materiał do prowadzenia badań.

- A poza tym jeśli dobrze pójdzie, trzecim obiektem będzie prawdziwy przestępca...

- Tak, przystępujemy więc  do praktycznego  zastosowania metody.  Będzie to doskonały argument  dla 

komisji.

11

Skoro już określiliśmy kierunek działania, nie mogłem się wahać. Zostało jeszcze trochę czasu, zanim 

policja wyciągnie w naszą stronę swoje macki. Należało więc wymyślić coś przed przekazaniem rodzinie ciała 

zamordowanego.   Nie   mogłem,   oczywiście,   pominąć   współpracowników   czekających   na   dole.   Tanomogi 

powiedział, że poradzi sobie z nimi, jeśli powierzę mu kierownictwo. Podzieliliśmy ich według umiejętności na trzy 

zespoły:   jeden   odpowiedzialny   za   zmarłego   mężczyznę,   drugi   za   kobietę,   a   trzeci   za   wykrycie   potencjalnego 

przestępcy.  Natomiast Tanomogi  postanowił zająć się całością badań dotyczących  denata. Zdecydowaliśmy,  że 

podczas gdy ja będę pertraktować z Tomoyasu, Tanomogi dokończy podziału na grupy i poinformuje ich członków 

o kierunkach prac. Następnie mieliśmy czuwać, czekając na właściwy moment, w którym można będzie przystąpić 

do działania. Sprawdziłem, czy Tomoyasu jest w biurze, i od razu się do niego udałem.

Okazał   się   bardzo   sympatyczny.   Nie   przestawał   się   uśmiechać,   podczas   gdy   ja   rozważałem   głośno 

korzyści, jakie przyniesie urzeczywistnienie prognoz indywidualnych. W końcu okazał się tak wyrozumiały, że 

zgodził   się   pośredniczyć   między  mną   a   dyrektorem.   Początkowo   nie   zdradziłem   nawet   słówkiem   o   obecnych 

kłopotach,   podkreślałem   natomiast,   jak   dużo   mamy   szczęścia.   Lecz   gdy   w   końcu   rozmowa   zeszła   na   temat 

zabójstwa - czego się spodziewałem - uśmiech zniknął z jego twarzy, a na jego miejsce powróciła zwykła mina, 

obojętna   i  sucha,  jakby przepuszczona  przez   wyżymaczkę.   Nadal   trzymałem  ster   i  kierowałem  rozmową.   Nie 

ujawniłem ani krzty obaw przed policją, skoncentrowałem się na kwestii użyteczności maszyny prognostycznej w 

background image

zapobieganiu przestępstwom i po godzinnej walce udało mi się uzyskać zgodę.

Oczywiście, nie oznacza to, że nakłoniłem go do prowadzenia bezpośrednich pertraktacji z biurem. To nie 

leżało w jego kompetencjach. Po prostu przekonałem go, że to on powinien przedstawić całą sprawę dyrektorowi. 

Następnie musiałem stracić kolejną godzinę na równie gorącą dyskusję z dyrektorem  biura. W odróżnieniu od 

Tomoyasu ani przez chwilę nie dał nam poznać, co o tym sądzi. Kazał nam czekać, a sam gdzieś poszedł.

Tymczasem otrzymałem telefon od Tanomogiego, który zawiadomił, że policja prawdopodobnie wpadła na 

nasz trop, byłem więc bardzo niespokojny. Tymczasem Tomoyasu odzyskał dobry humor. Przekazawszy sprawę 

dyrektorowi, poczuł chyba ulgę. Z entuzjazmem rozprawiał o korzyściach działania maszyny prognostycznej, lecz ja 

nie zdobyłem się na podtrzymywanie rozmowy.

Minęła następna godzina. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, powrócił dyrektor biura i oficjalnym tonem 

oznajmił:

- Myślę, że to dobry pomysł. Jakoś udało mi się załatwić sprawę. Nie dam wam tego na piśmie, lecz jeśli 

okaże się to konieczne, proszę zwracać się do mnie. Najważniejsze, że działania zostały podjęte...

Mówił to głosem obojętnym, dlatego nie od razu zorientowałem się, że jest to odpowiedź pozytywna, z 

której należy się cieszyć. Gdy wyszedłem z gmachu biura, odzyskałem dobre samopoczucie i pośpiesznie udałem 

się do automatu. W głosie Tanomogiego - nawet przez telefon - wyczuwałem napięcie. Udało mi się też nawiązać 

kontakt   z   Ośrodkiem   Obliczeniowym   Centralnego   Szpitala   Ubezpieczeń   (było   to   pomieszczenie,   w   którym 

znajdował   się   komputer   służący   do   badań   i   diagnoz   lekarskich)   i   dowiedziałem   się,   że   właśnie   ukończono 

przygotowania   i   czekają   na   ciało   denata.   Od   razu   wysłałem   Aibę   do   komendy   policji   z   rozkazem 

przetransportowania  trupa  i   na tym  przerwałem  rozmowę...  Nagle  oblałem   się  potem,  odniosłem   wrażenie,  że 

rozpadam się na części rozsypujące się na wszystkie strony i czułem silny ból... Nie, to tylko wzburzenie... Po 

długim okresie rozpaczliwego oczekiwania i wykazywania maksimum cierpliwości w tej beznadziejnej pracy, teraz, 

gdy się do niej przyzwyczaiłem, tak że mogłem uznać, iż cierpliwość jest normą, rozpoczęła się prawdziwa robota. 

A może po prostu uległem euforii?

12

Przygotowania zakończono. Gdy wszedłem, buczała klimatyzacja, chłodne powietrze przyjemnie owiało 

moje   nogi.   Mieliśmy   już   połączenie   za   pomocą   specjalnego   telefonu   z   pokojem   komputerowym   Centralnego 

Szpitala Ubezpieczeń, a pracownicy instytutu, podzieleni na trzy grupy, zaopatrzeni w przenośne radiotelefony, stali 

gotowi już do wyjścia. (Taki jest Tanomogi, można na nim polegać).

W   końcu   wszyscy   wyszli,   a   ja   pozostałem   sam.   Stałem   bez   ruchu   przed   monitorem   i   trzema 

radiotelefonami   w   pokoju   komputerowym,   w   którym   rozlegało   się   tylko   monotonne   pomrukiwanie   maszyny 

prognostycznej.   Teraz   byłem   jej   częścią.   Wszystkie   przysłane   informacje   zostaną   bezpośrednio   do   niej 

wprowadzone, automatycznie sklasyfikowane i zapamiętane, więc moja rola polegać będzie tylko na reagowaniu na 

sygnały maszyny i udzielaniu prostych wskazówek zgodnie z instrukcją. Mimo to mogłem być z siebie dumny. Bo 

przecież to nikt inny, lecz ja wyposażyłem maszynę w jej umiejętności...

- Jesteś wyolbrzymioną częścią mnie! - zawołałem z satysfakcją do maszyny.

3.50. Dokładnie dwadzieścia pięć minut po wyjściu Tanomogiego i innych pracowników. Pierwszy kontakt 

nadszedł od Tsudy, kierującego zespołem odpowiedzialnym za wykrycie przestępcy. Treści jego komunikatu nie ma 

background image

chyba potrzeby powtarzać. Poczułem się nieswojo, ponieważ przewidywania Tanomogiego okazały się aż nazbyt 

trafne. Po pierwsze, świadkowie potwierdzili, że kobieta wróciła do domu tuż przed dwunastą. Po drugie, rany z tyłu 

głowy mężczyzny, których nie mógł sam sobie zadać, świadczą o tym, że najprawdopodobniej stoczył walkę. W 

wyniku obdukcji ciała, a także wnosząc z innych okoliczności, nie można było bez zastrzeżeń uznać przyznania się 

kobiety do zbrodni. Pojawiły się poważne podstawy do przypuszczenia, że istnieje wspólnik, a biorąc pod uwagę 

fakt niechęci kobiety do zmiany zeznań można przyjąć, że jest szantażowana. Zdaniem policji, rozwiązanie zagadki 

jest tylko kwestią czasu. Trudno schwytać początkującego przestępcę, wcześniej nigdzie nie notowanego, lecz z 

drugiej strony można powiedzieć, że im lepiej jest zaplanowane przestępstwo, tym łatwiej je ujawnić. (Początkowo 

nie wiedziałem, co począć: czy powinienem się zgłosić na policję i opowiedzieć o tym, co wcześniej widzieliśmy. 

Nie mogłem  od razu się zdecydować. Istniała jednak niewielka szansa, by podejrzenie padło na nas, zupełnie 

niewinnych, przypadkowych przechodniów. Gdybyśmy mieli pewność, że sami potrafimy wykryć  prawdziwego 

przestępcę, to w zasadzie należałoby milczeć i czekać na rozwój wypadków).

Następnie nadszedł szczegółowy raport na temat Kondo Chikako od Kimury, odpowiedzialnego za sprawę 

kobiety.   Zawierał   wszystkie   potrzebne,   dające   się   wprowadzić   informacje,   takie   jak   wiek,   adres   stałego 

zamieszkania,   zawód,   przebieg   kariery   zawodowej,   cechy  charakteru,   wzrost,  waga   itp.   Przynajmniej   na   razie 

zrezygnuję   z   przedstawiania   ich   tutaj.   Po   rozpoczęciu   analizy   ciała   denata   okazało   się   jasne,   jak   dalece 

niewystarczające jest opisywanie człowieka na podstawie tego typu danych. Stało się więc konieczne przystąpienie 

do  pracy  od  nowa  przy  użyciu  zupełnie  innej  metody.  Co  więcej,   takich  danych   może  nam   w  każdej   chwili 

dostarczyć policja, ale jeśli chcemy zachować niezależność wobec niej, musimy trochę się potrudzić i zebrać je 

samodzielnie.

Analizę ciała denata rozpoczęto dopiero o ósmej. Na dobrą sprawę przydałoby się lepsze przygotowanie. 

Ponieważ   obawialiśmy   się,   że   możemy   się   spóźnić   i   nie   zdołamy   już   ożywić   mózgu,   zdecydowaliśmy 

przeprowadzić  próbę   jak  najszybciej,   zdając  sobie  sprawę   z  pewnych  niedogodności.  W   tym  czasie   od  grupy 

zajmującej się przestępcą, a także od grupy odpowiedzialnej za kobietę dotarło kilka uzupełniających informacji. 

Zdecydowałem się je pominąć, ponieważ odpowiedzi na większość kwestii uzyskamy dopiero na podstawie analizy 

ciała   denata.   Na   godzinę   przed   rozpoczęciem   badań   przeprowadziłem   telekonferencję   z   odpowiedzialnym   za 

eksperyment   doktorem   Yamamoto.   Doktor   powiedział,   że   za   pomocą   szpitalnego   komputera   mogliby   w 

przybliżeniu   odtworzyć   reakcje   fizjologiczne   i   zanalizować   je,   lecz   nie   potrafiliby   rozszyfrować   reakcji   kory 

mózgowej. To oczywiste. Nawet nasz komputer, który sam siebie może programować, nie poznał jeszcze świata, 

jakim jest mózg ludzki. W każdym razie doktor Yamamoto zgodził się wywołać impulsy za pomocą rozmaitych 

bodźców i przesłać reakcje komórek kory mózgowej do zarejestrowania w maszynie prognostycznej w celu podjęcia 

próby ich odczytania. Być może zajdzie potrzeba wprowadzenia do naszej maszyny - w charakterze przykładu - fal 

mózgowych żywego człowieka. Potrzebna też będzie szczegółowa mapa fal mózgowych - dotychczas znane ogólne 

zarysy na pewno nie wystarczą. Mając do czynienia z martwym ciałem, należy korę podzielić przynajmniej na 

osiemdziesiąt stref. (Jednak w wypadku żywego człowieka nie uzyska się tak wyrazistych fal jak u nieżyjącego, a 

jedynie przybliżone, i jeśli prosta próbka wystarczy dla naszych celów, doktor Yamamoto obiecał chętnie taką 

dostarczyć).

Dziesięć minut wcześniej dowieziono ciało. Było  zamknięte hermetycznie w wielkiej szklanej skrzyni 

wypełnionej   specjalnym   gazem,   więc   technicy   musieli   pracować   z   odległości   za   pomocą   mechanicznych   rąk. 

Doktor Yamamoto stał obok i objaśniał, co się dzieje. (Oczywiście słuchałem go i oglądałem przez telewizję). 

background image

Promieniowanie szło od lewej strony pokoju, przechodziło przez ciało i rzucało na przeciwległą ścianę rodzaj atlasu 

anatomicznego denata. W istocie tego odbicia nie widziałem, lecz metalowe igły mechanicznych rąk, tak delikatne 

jak  czubki  włókien  włosów, kierowane  były   bardzo precyzyjnie  za  pomocą   niewidzialnej   siły  do określonych 

punktów włókien nerwowych. Metalowy hełm, z którego zamiast włosów sterczały wiązki miedzianych drucików, 

przylegał dokładnie do mózgu w miejsce zdjętej czaszki i pełnił funkcję urządzenia pomiarowego.

13

Nagle zapaliło się silne światło i rozjaśniło wnętrze pokoju. Gdy kamera przesunęła się w stronę głowy, 

ukazała się postać Tanomogiego uśmiechającego się w stronę obiektywu. Nieco dalej niespokojne twarze Aiby i 

Wady Katsuko uważnie wpatrywały się od dołu w twarz trupa. Pod tym kątem nie widać było pieprzyka nad górną 

wargą   Wady,   wyglądała   więc   nieco   korzystniej   niż   zwykle.   Kamera   wykonała   obrót   i   zbliżenie:   cały   ekran 

wypełniło nagie, białe i błyszczące ciało trupa. Na jego szyi widniał szereg brązowych plamek, najprawdopodobniej 

był to ślad duszenia, broda sterczała, widoczne były lekko rozchylone wargi i mocno zamknięte oczy. Na jego 

skórze, jakby posypanej pyłem, z rzadka sterczały włosy... Czy był to ciężko pracujący, porządny księgowy mający 

rodzinę, a przy tym i kochankę? Czy też mężczyzna, który tak dalece stracił głowę dla kobiety, że dał się wciągnąć 

w jakieś nieczyste sprawki i w końcu zamordować? Teraz wyglądał nawet groźniej niż wczoraj wieczorem, gdy we 

flanelowym ubraniu, sztywno wyprostowany siedział w kawiarni przy roztapiających się lodach, ten widok, zarazem 

godny pozazdroszczenia, jak i komiczny, napawał mnie wtedy głębokim niepokojem.

W końcu rozpoczęła się analiza. Najpierw odczytano wagę i wzrost - pięćdziesiąt cztery kilogramy i sto 

sześćdziesiąt jeden centymetrów. Następnie w ciągu sekundy zaczęły ukazywać się cechy szczególne części ciała, 

wyrażone w postaci ilościowej i relatywnej. Poruszyły się mechaniczne ręce. Kilka igiełek wbiło się w poszczególne 

części ciała. Rząd połączonych z igłami lamp umieszczonych w ścianie wciąż migotał, zmieniając swe ustawienie w 

pionie i poziomie. Znajdujące się w szklanej trumnie ciało zaczęło się poruszać, zupełnie jakby ożyło. Ruchy od 

stóp przenoszą się powoli ku górnej połowie ciała, w końcu reagują usta, otwierają się i zamykają oczy, a nawet 

drgają rysy twarzy. Wada omal nie krzyknęła, nawet Tanomogiemu zadrżały wargi, a twarz pokryła się potem.

- W ten sposób ustali się funkcje motoryczne - powiedział doktor Yamamoto. - Ruch nie jest cechą czysto 

fizjologiczną. Jest też związany z historią życia, stanowiącą jego jednostkowe tło.

Teraz   nastąpiła   analiza   organów   wewnętrznych.   Po   jej   zakończeniu   przystąpiono   do   badania   fal 

mózgowych.   Wzrosła   liczba   igieł   w   magicznych   rękach,   siedem   albo   osiem   skoncentrowano   na   policzkach. 

Stymulowały one czucie organów takich jak oczy i uszy. Słuchawki opuszczono do uszu, a parę wielkich okularów - 

do poziomu oczu. Zaczęły napływać dźwięki i obrazy, gdy tymczasem osiemdziesiąt delikatnych fal na ekranie 

drgnęło naraz gwałtownie i się zakołysało.

- Najpierw - mówił doktor Yamamoto kontynuując wyjaśnienia - spróbujemy zacząć od bodźców bardzo 

zwyczajnych,   od   codziennych   zjawisk.   Posłużymy   się   pięcioma   tysiącami   przeciętnych   zwykłych   reakcji 

spreparowanych   w   naszej   pracowni.   Odpowiadają   im   grupy   prostych   rzeczowników,   czasowników   i 

przymiotników.   Następnie   posłużymy   się   kolejnymi   pięcioma   tysiącami   bardziej   skomplikowanych   reakcji 

uwzględniających również kombinację z poprzednimi. Zazwyczaj pozwala to na odczytanie reakcji na bodźce i 

prowadzenie niezbędnej analizy patologicznej. Dzisiaj, tytułem eksperymentu, zdecydowaliśmy się pójść trochę 

background image

dalej. Ciekaw jestem, co się stanie, gdy jako bodźców użyjemy słów, które pojawiły się w ostatnim tygodniu w 

kronice filmowej lub w artykułach prasowych.

- To doskonały pomysł  - zacząłem z entuzjazmem, a Tanomogi  od razu zdecydowanie kiwnął głową. 

Widziałem go  w telewizorze. Z pewnością, znakomity pomysł.  Niezbyt  często się zdarza, by większe służyło 

mniejszemu. Gęsto utkane sieci rybackie łowią zarówno małe ryby, jak i duże. A jeśli chodzi o sieci myślowe, to 

wiadomo, że im precyzyjniejsze, tym lepsze.

Zmarszczki   fal  nadal   niezmiennie   drgały  jak  gorące   powietrze  nad   rozpaloną   drogą.   Nie  mogłem   się 

doczekać włączenia mechanizmu prognostycznego i rozpoczęcia stukotania drukarki. Zastanawiałem się, o czym też 

zacznie mówić martwe ciało?...

14

Doktor Yamamoto wyłączył mechanizm analizy fal mózgowych i kiwnął głową na ekranie.

- Na tym na razie skończymy zaplanowaną analizę...

Podziękowałem   i   wyłączyłem   telewizor   w   nastroju   pewnego   zaniepokojenia.   W   gasnących   liniach 

dostrzegłem   wyzywająco   wpatrzone   we   mnie   oczy   Tanomogiego.   Rzeczywiście,   moje   zachowanie   mogło   być 

trochę zaskakujące i nie dość grzeczne. Wszyscy czekali, bo chcieli się dowiedzieć, co zmarły księgowy Tsuchida 

Susumu   miał   do   powiedzenia   za   pomocą   tej   maszyny.   Ja   uważałem,   że   rezultat   analizy   nie   powinien   zostać 

udostępniony,  dopóki policja nie rozwiąże zagadki  zabójstwa.  Za  wszelką cenę musimy uniknąć rozgniewania 

tchórzliwej komisji sensacyjnymi pogłoskami. Gdybyśmy zostali wplątani w coś tak poważnego jak morderstwo, 

komisja byłaby zmuszona do wycofania poparcia dla nas. Jeśli chodzi o mnie, to bardziej mi zależało na śledztwie w 

sprawie tej dziwacznej zbrodni niż na testowaniu zdolności maszyny. (Porozmawiam o tym z Tanomogim zaraz po 

jego powrocie).

W   chwili   gdy   zamierzałem   przekroczyć   źródło   energii,   rozległ   się   dzwonek   telefonu.   Podniosłem 

słuchawkę i usłyszałem odległy, nieco ochrypły głos:

- Halo, halo, doktor Katsumi?

Wydawało mi się, że skądś znam ten głos, lecz nie byłem tego pewien. Z miejskiego szumu w tle mogłem 

domyślać się, że ktoś dzwonił z budki telefonicznej.

- Dzwonię, żeby ostrzec - mówił nieznajomy. - Lepiej żebyś nie wchodził nam w drogę.

- Nam? To znaczy komu?

- Nie musisz wiedzieć. Policja już podejrzewa dwu osobników, którzy śledzili zmarłego Romeo.

- Słuchaj, kim jesteś?

- Przyjacielem, profesorze, przyjacielem.

Głos umilkł. Zapaliłem papierosa i czekałem, aż się uspokoję. Następnie wróciłem do pulpitu. Włączyłem, 

odczytałem   sygnały.   Wywołałem   kilka   adresów   związanych   z   analizą   zmarłego,   połączyłem   je   ze   sobą   i 

przełączyłem na indukcję. Mężczyzna nie żył, lecz w tej maszynie powinny zostać odtworzone szczegółowe reakcje 

z ostatniego okresu jego życia. Oczywiście, nie będą już ściśle takie, jakby mężczyzna żył. Wystąpią wyraźne 

różnice między jego rzeczywistym ciałem a postacią projektowaną. Byłoby ciekawe zastanowić się nad tą różnicą, 

lecz nie miałem na to czasu.

background image

- Czy możesz odpowiadać na pytania? - zapytałem maszynę wprost, hamując podniecenie.

Po krótkim czasie nadeszła odpowiedź, słaba, ale wyraźna.

- Sądzę, że mogę, jeśli pytania będą konkretne.

Zdumiał mnie całkiem ludzki ton tej odpowiedzi. Przez chwilę odniosłem wrażenie, że w maszynie kryje 

się człowiek. Zaraz jednak uznałem to za zwykłą reakcję, a nie przejaw świadomości czy woli.

- Ciekaw jestem, czy masz świadomość, że nie żyjesz?

- Nie żyję. - Formuła wytworzona w maszynie jakby zakrztusiła się ze zdumienia. - Mówisz, że nie żyję?

Było to zbyt realne, żeby od razu uwierzyć.

- Tak, oczywiście - odrzekłem z wahaniem.

- Naprawdę? Więc zostałem zabity? Naprawdę?

- Nie wiesz, kto to mógł zrobić?

Nagle głos wyostrzył się i zazgrzytał.

- A kim jesteś ty, który zadajesz takie pytania?

- Ja?

- Nie, raczej to, co tu się znajduje. Czy to nie dziwne, że mówię i myślę, mimo że umarłem? - odpowiedział 

skrzeczący głos nerwowo. - Ach, kpisz sobie ze mnie, prawda? Rozumiem, chcesz mnie schwytać w pułapkę?

- Wcale nie. Prawdę mówiąc, nie jesteś ludzką istotą. Jesteś równaniem osobowym  Tsuchidy Susumu, 

utrwalonym w pamięci maszyny diagnostycznej.

- Nie rozśmieszaj mnie. Przestań mnie tak zabawnie nabierać. A, do licha. Straciłem chyba wszystkie 

zmysły. A gdzie jest Chikako? Słuchaj, może zapalimy światło?

- Ty umarłeś.

- Mówię, że mam dość tego. Już przestałem się bać.

Ocierając pot zalewający kąciki oczu, zebrałem siły i zapytałem:

- Powiedz mi, kto cię zabił?

Maszyna wydała obraźliwy kpiący odgłos.

-   To   raczej   ja   chciałbym   wiedzieć,   kim   ty   jesteś.   Jeśli   zostałem   zabity,   to   na   pewno   przez   ciebie. 

Odpowiedz, zapal światło i pokaż Chikako. Wtedy może dojdziemy do porozumienia.

On widocznie myśli, że ja jestem zabójcą. To dowód, że zachował świadomość z chwili poprzedzającej 

zabójstwo.

- A jak myślisz, kim ja jestem?

- Skąd mam wiedzieć?  - odpowiedział głos  z maszyny,  piskliwy jak chłopca przechodzącego  właśnie 

mutację. - Może tak wyglądam, ale nie jestem na tyle tępy, żeby uwierzyć takim kłamstwom.

- Kłamstwom? Jakim kłamstwom?

- Dość już tego!

Chrapliwy głos przybliżył się i zatrzymał tuż przy mojej twarzy. Zdałem sobie sprawę, że to przecież tylko 

maszyna, lecz mimo to czułem się niesamowicie. Zachodziła zbyt duża niezgodność między absolutną ścisłością, 

jakiej oczekiwałem, a tym co mówił. Możliwe, że pomyliłem się w operacji. Chyba nie powinienem był tak nagle 

przystępować do konfrontacji. Należało raczej postąpić bardziej obiektywnie, zachowując strefę bezpieczeństwa.

Wyłączyłem maszynę. Głos natychmiast rozpuścił się w elektroniczne cząsteczki. Jego byt był tak żywy, 

że miałem niemal poczucie winy, kiedy go wymazałem z głośnika. Szybko cofnąłem skalę, nastawioną na czas 

background image

nieokreślony, o dwadzieścia cztery godziny, do momentu, w którym mężczyzna wciąż jeszcze czekał na dziewczynę 

w kawiarni w Shinjuku. Połączyłem maszynę z monitorem i uruchomiłem ponownie.

Zadzwonił telefon. To Tsuda odpowiedzialny za grupę zajmującą się przestępcą.

- Jak idzie? Czy są jakieś rezultaty analizy ciała?

- Jeszcze nie - zacząłem niezdecydowanie, lecz drgnąłem ze zdumienia, gdy zdałem sobie sprawę, że 

otrzymałem   ważny   szczegół   dowodowy   dzięki   maszynie.   W   naszej   rozmowie   z   Tanomogim   przewidzieliśmy 

najgorszą   możliwą   sytuację,   w   której   przestępcą   nie   była   Kondo,   lecz   całkowicie   inna   osoba.   Było   to 

przypuszczenie nie mające żadnej realnej podstawy. Teraz okazało się jasne, że mężczyzna czekał na kogoś, na 

jakiegoś mężczyznę, którego interesy były sprzeczne z jego własnymi.

- A co u was? Czy zebraliście jakieś nowe informacje?

- Żadnych.  Najwyraźniej  dwaj  mężczyźni  śledzili go  aż  do samego  domu. Potwierdził to sprzedawca 

papierosów, lecz tak czy owak kobieta podpisała zeznanie. Opinie wśród detektywów są podzielone i nikt specjalnie 

nie jest zainteresowany tymi dwoma osobnikami.

- A jakie jest twoje zdanie?

-   Przed   chwilą   skontaktowałem   się   z   Kimurą,   który   bada   sprawę   kobiety.   Dopóki   się   nie   wyjaśni 

stosunków łączących tych dwoje, niewielkie będą podstawy do przypuszczenia, że przestępcą był ktoś inny niż 

kobieta. A nawet gdybyśmy założyli istnienie kogoś trzeciego, to czy badanie takiego wypadku byłoby tak ważne?

- Nie będziemy tego wiedzieli, dopóki sprawa się nie wyjaśni - odparłem, po czym dodałem poirytowanym 

tonem: - Nie martw się konkluzją. Skoncentruj się raczej na danych. Myślę, że przydałby się nam dokładny plan 

pokoju kobiety.

- Tego nie rozumiem. W jaki sposób pomoże to w prognozowaniu?

- Powiedziałem już. Nie będziemy wiedzieli, dopóki nie spróbujemy. - Od razu pożałowałem wybuchu 

gniewu. - Omówimy to razem nieco później, kiedy nie będziemy tak zajęci. Jestem niecierpliwy, ponieważ nie 

mamy czasu. Przypominam jeszcze raz: Strzeż się dziennikarzy. Bo jeśli nie, będzie to ostatnia posługa dla komisji.

Istotnie, sprawy się komplikowały. Zamiast tworzyć plan, który przekonałby komisję, muszę zająć się tym, 

jak mam się wybronić. Mam wrażenie, że im bardziej się staram, tym głębiej się pogrążam.

15

Gdy odłożyłem słuchawkę i obejrzałem się, na ekranie spostrzegłem postać żywego Tsuchidy Susumu 

sprzed dwudziestu czterech godzin. Znów poczułem się dumny z precyzji działania maszyny. Gdy pokręciłem tarczą 

współrzędnych, mężczyzna zwrócił się w moją stronę wraz z całym tłem. Mogłem teraz zobaczyć także to, co on 

wtedy widział. Reszta obrazu była nieregularna, pokrzywiona i zamazana, a miejsca, w których powinienem być 

widoczny razem z Tanomogim, pozostawały ciemne, jakby tam nic nie istniało. Lody na stole zupełnie się roztopiły.

Mężczyzna   włożył   łyżeczkę   w   roztopione   lody  i   siorbał   je   przez   zaokrąglone,   na   wpół   otwarte   usta. 

Jednocześnie nie odrywał wzroku od drzwi. Tak, to się stało w tym momencie - przypomniałem sobie wytężywszy 

pamięć. Już za chwilę rozlegnie się głos szafy grającej i mężczyzna zwróci się w tamtą stronę. Poczekam i zobaczę.

W końcu, tak jak się spodziewałem, zabrzmiała muzyka i mężczyzna się odwrócił. Aby sprawdzić, w jaki 

sposób odzwierciedliliśmy się w jego oczach, obróciłem tarczą współrzędnych o sto osiemdziesiąt stopni. Szafa 

background image

grająca i dziewczyna w minispódniczce ukazały się z niezwykłą wyrazistością, natomiast nasze sylwetki, znajdujące 

się przed nimi, przypominały cienie. (A zatem nie ma obawy, by ktokolwiek nas oskarżał).

Następnie przesunąłem czas o dwie godziny do przodu.

Mężczyzna szedł ulicą.

Przesunąłem o następne dwie godziny.

Mężczyzna stał przed telefonem publicznym.

Teraz postarałem się skondensować bieg czasu do jednej dziesiątej.

Jak na przyspieszonym filmie, mężczyzna nagle wskoczył do tramwaju, potem wyskoczył, pobiegł w górę 

ulicy i znalazł się przed domem, w którym mieszkała kobieta. Tu przestawiłem na normalny bieg czasu.

Odtąd zaczęła się część mi nie znana. Jeśli się uda, to nie tylko wykryję prawdziwego przestępcę, ale także 

zbiorę   cenne   dane,   które   będę   mógł   przedstawić   komisji   i   od  razu   sprawy   wezmą   dobry  obrót.   Niespokojnie 

śledziłem ruchy mężczyzny.

Wszedł na ciemne schody, zatrzymał się i popatrzył uważnie na koniec korytarza na piętrze. Opuścił nieco 

głowę i z wahaniem zaczął iść. Wolnym krokiem zbliżał się do przeznaczonej mu śmierci... Tanomogiego nie było 

widać na ekranie, musiał więc przypatrywać się mu spoza schodów. Mężczyzna wyjął klucz z wewnętrznej kieszeni, 

wierzchem  dłoni otarł pot z czoła, pochylił  się i otworzył  zamek. Zgrzyt  klucza był  nienaturalnie ostry,  jakby 

sugerował stan ducha mężczyzny, który zdecydowanie pchnął drzwi, a następnie drugą ręką zamknął je za sobą. 

Chociaż wydało mi się, że ich nie domknął. W głębi ciemnego pokoju ukazało się szarzejące okno i jakieś odległe 

światło.  Mężczyzna   zdjął  buty,   lewą  rękę   wyciągnął  w  stronę  ściany,   przesunął   nią  i  nacisnął   włącznik. (No, 

nadchodzi śmierć!)

Obraz się rozjaśnił, ukazał się mały pokój wielkości sześciu mat. Na pewno należał do kobiety. Jeden kąt 

zasłaniał jakiś przedmiot. Nikogo nie było. Panowała przejmująca cisza. Spojrzenie mężczyzny przesunęło się z 

prawa na lewo... I wtedy z tyłu rozległ się szmer. Zbliżyło się lekkie skrzypnięcie z nieokreślonego kierunku. 

Mężczyzna zwrócił wzrok w tamtą stronę i w tym momencie pochylił się bezwładnie. Wyglądało to, jakby podłoga 

uniosła się ukośnie i uderzyła go w twarz. Wielki cień, zagięty niczym hak, schylił się nad nim i opadł miękko, 

gasząc jednocześnie światło. Ekran pokrył się nieprzeniknioną ciemnością. Był to moment śmierci mężczyzny.

Nawet   się   nie   poruszyłem,   przez   jakiś   czas   wpatrywałem   się   jeszcze   w   ciemny   obraz.   Nie   widział 

zbrodniarza. A skoro nie widział, mógł stać się aktywnym, fałszywym świadkiem. Kobiety w pokoju nie było. To 

zgadzało się z jej oświadczeniem. Przecież twierdziła, że to z powodu późnego powrotu wybuchła awantura i w 

końcu dlatego go zabiła. Naturalnie, to zeznanie jest oczywistym kłamstwem. Nie tylko o to chodzi. Przypuśćmy, że 

szmer z tyłu policja wzięłaby za skrzypnięcie drzwi. Z drugiej strony stał przecież Tanomogi. Tak więc analiza 

dokonana za pomocą maszyny prognostycznej stawiała nas w coraz mniej korzystnym świetle. Zaczyna to wyglądać 

tak, jakbyśmy własnymi rękami zakładali sobie stryczek na szyję.

Widocznie długo pozostawałem zatopiony w myślach. Nagle odwróciłem głowę, mając wrażenie, że ktoś 

za mną stoi, i wtedy ujrzałem w drzwiach Tanomogiego, który nie wiadomo kiedy tam się znalazł. (Przeszedł mnie 

dreszcz, ponieważ odniosłem wrażenie, że ożyła scena, którą przed chwilą odtwarzałem, a ja znalazłem się w 

podobnej sytuacji jak zabity mężczyzna).

Tanomogi przeciągnął palcami przez włosy i podrapał się, kilkakrotnie pokręcił głową i się roześmiał.

- Jednak mamy kłopoty.

- Widziałeś?

background image

- Tak, tylko ostatnią część.

- A co z innymi?

- Aibie i Wadzie kazałem zaczekać na zewnątrz. Sądziłem, że będą potrzebne dodatkowe analizy...

- Spodziewałem się twojego telefonu...

Tanomogi chwycił palcami przepoconą koszulę, oderwał ją od ciała i powoli oblizał wargi. Odwróciłem się 

wraz z krzesłem w jego stronę i dokończyłem nie zmieniając złośliwego tonu, który mnie samego zdziwił.

- W zamian zatelefonował jakiś podejrzany typ z pogróżkami.

- Co takiego? - zapytał i jakby w obawie przed upadkiem chwycił się oparcia krzesła, na którym zamierzał 

usiąść.

- Ostrzegał, żeby nie zajmować się tą sprawą. I że policja wie już, iż mężczyznę śledzili jacyś  dwaj 

osobnicy. Może mówił prawdę. Tsuda poinformował o czymś podobnym...

- Więc?...

- Rzecz w tym, że facet, który dzwonił, wiedział o tych, którzy szli śladem mężczyzny.

- Rozumiem... - powiedział Tanomogi, zginając długie palce. - To znaczy, że tam był jeszcze ktoś inny.

- To my chcielibyśmy, żeby policja w to uwierzyła.

- Tak... - Przygryzł dolną wargę i opuścił wzrok na moją pierś. - Ten telefonujący mężczyzna jest chyba 

rzeczywistym zabójcą... Ale tylko pan z nim rozmawiał. I tak się składa, że pan jest moim wspólnikiem. Jeśli policja 

zacznie szukać dwu mężczyzn, którzy śledzili ofiarę, wpadniemy w pułapkę.

- Zastanawiałem się nad związkiem pomiędzy rozkładem pokoju a cieniem w oknie. Ten cień z pewnością 

pojawił się wtedy, gdy Tsuhida padał. Lecz był jeszcze cień, który ty widziałeś. Tylko ty i nikt inny.

- Jeżeli policja uznałaby, że to był mój cień, trudno byłoby mi udowodnić, że nie mój. - Uśmiechnął się z 

goryczą i mlasnął językiem. - Fatalnie się składa, że nasz obiekt badań nie widział zabójcy. Tyle nas kosztowało 

zorganizowanie analizy jego ciała, a teraz on okazuje się naszym wrogiem. Doszło do tego, że gdyby okazało się, że 

miałem jakikolwiek powód, nawet pan mógłby mnie podejrzewać, a ja nie potrafiłbym się obronić.

- Przyczyna tej zbrodni to odrębna i trudna sprawa. Ciężko będzie namówić go do wyznań...

Wyjaśniłem, że mężczyzna okazał się trudnym partnerem, mimo że jest tylko wytworem maszyny, a jego 

reakcje właściwie są reakcjami maszyny, ale zdecydowanie nie chce potwierdzić, że jest umarły. Tanomogi słuchał 

w milczeniu. Następnie rzekł spokojnie:

- Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko go oszukać.

- To znaczy?

- Pozwolić mu myśleć, że jeszcze żyje...

16

W zasadzie mogę chyba powiedzieć, że odnieśliśmy sukces. Oto wmówiliśmy mężczyźnie - nie, raczej 

maszynie - że leży na łóżku szpitalnym, a niemożność widzenia i czucia jest rezultatem szoku; wmówiliśmy mu 

również, że wkrótce powinien wyzdrowieć, a kiedy rozbudziliśmy w nim uczucie zemsty, ku naszemu zaskoczeniu 

zaczął chętnie o sobie opowiadać. Tak więc udało się nam nakłonić go do zwierzeń. W jakim stopniu przyczyniło 

się to do zmiany sytuacji na naszą korzyść, to odrębny problem.

background image

(Mimo że nie minęła szósta, zrobiło się ciemno i zaczął padać deszcz. Duże krople rozbijały się i spływały 

po   szybach.   Słuchałem   opowieści   maszyny   niespokojnie,   jakbym   siedział   na   krześle   o   dwu   nogach.   Poniżej 

przedstawiam w dosłownym brzmieniu to, co opowiedziała maszyna):

Tak, już lepiej było umrzeć! Wstyd mi... Rozumiesz? Żeby w tym wieku uganiać się za kobietami! To 

żałosne. Co żona na to?... Nie, już chyba mi nie wybaczy... Nigdy nie miałem powodu do niezadowolenia z żony. 

Prawdę mówiąc... (skrót)

Ta dziewczyna, Kondo Chikako, śpiewa piosenki w kabarecie, ale jest bardzo miła i spokojna, zupełnie 

inna   niż   można   się   spodziewać   po   takich.   Wydaje   się   raczej   chuda,   koścista,   co   do   mnie   -   możecie   spytać 

kogokolwiek   -   jestem   raczej   facetem   z  zasadami,   nigdy  nie   chodziłem   do  takich   miejsc,   a   tamtego   wieczoru 

musiałem towarzyszyć prezesowi firmy, i stało się (skrót)...

Zupełnie tego nie rozumiem. Dziewczyna, która prowadzi tak barwne i dostatnie życie, nagle zaczyna 

okazywać   zainteresowanie   takiemu   jak   ja   pięćdziesięcioletniemu   mężczyźnie,   łysiejącemu   i   nie   robiącemu 

najlepszego wrażenia... Nic dziwnego, że tak mnie poruszyła. Gdy gładziła mnie po brodzie miękkimi koniuszkami 

drobnych palców... Byłem jej wdzięczny... Trudno to wyrazić słowami, w każdym razie po prostu zgłupiałem. Tak 

się cieszyłem. To nie ma z wami żadnego związku, lecz jedno muszę powiedzieć, a mianowicie, że jej wcale nie 

chodziło o pieniądze, chcę żebyście to zrozumieli. Może nie uwierzycie, ale to prawda. Oczywiście, pomagałem jej 

trochę finansowo. Mówiła, że jest zadowolona. Miała co prawda dość szorstką cerę, ale była naprawdę miłą, dobrą 

dziewczyną. Nie zakochała się we mnie, to prawda, lecz mnie polubiła. Nie kryła tego. To rzadkość w tych czasach 

(skrót)...

Stopniowo   budziło   się   we   mnie   podejrzenie.   Przez   trzydzieści   lat   pracy   jako   księgowy   zdążyłem   się 

uczulić na nadmierne wydatki. Cały czas żyłem w strachu, że zacznie w końcu wyłudzać pieniądze, chociaż ona nie 

prosiła  o  więcej.  Zaniepokoiło   mnie,   że  była   taka  stała.  Nie   miałem   pewności  co   do  tego   i   czułem  się   jakiś 

bezradny... I tak biegły dni, aż wydarzył się drobny wypadek. Nie, trudno to nazwać wypadkiem. Oto pewnego dnia, 

gdy wszedłem do jej pokoju, zobaczyłem bardzo drogi dywan. Czy pan go widział? Biorąc pod uwagę jej sytuację 

finansową, mogę powiedzieć, że to był luksus. Kiedy zapytałem o powód zakupu, zaskoczyła mnie dwukrotnie. 

Najpierw powiedziała, że zaszła w ciążę. Naturalnie, mogła kupić dywan dla uczczenia tej radosnej chwili, zresztą 

ja mając już swoje lata, poczułem się tak wzruszony, że o mało się nie rozpłakałem. Z żoną nie miałem dzieci. Było 

to uczucie mi nie znane. Nie, może nie powinienem tak mówić, w każdym razie było w tym coś niewątpliwie 

romantycznego, chciałem się wręcz chwalić się tym wydarzeniem, byłem w podniosłym nastroju, wydawało mi się 

nawet, że moja żona się ucieszy, kiedy jej o tym powiem.

Co? Pada deszcz? Słyszę. Jeszcze chwileczkę. Właśnie dochodzę do głównego punktu całej historii (napad 

kaszlu)... Oto przychodzi otrzeźwienie. Zaszła w ciążę, to prawda. Ponownie mnie zaskakuje. Tego dnia powiada 

mi, że pozbyła się ciąży. No trudno, można to zrozumieć. Ja też nie miałem specjalnie pewności, że stać nas na to. 

Na jedno nie mogłem się zgodzić, a mianowicie na to, by mnie tak potraktowała, przecież nawet się ze mną nie 

porozumiała w tej sprawie. Po prostu ogarnęła mnie wściekłość. I zwymyślałem ją tak jak tylko potrafiłem: - Nie 

wiedziałaś, czyje to dziecko, prawda? Byłaś przerażona, że ci powiem, iż masz je urodzić? Tak? Jasne! Zaszłaś w 

ciążę z kimś bogatym i chciałaś wymusić pieniądze? Jeśli nie, to skąd pochodzą pieniądze na zakup dywanu?

Ach, jeszcze jedno. Czy przypadkiem nie posłużyła się moją osobą, by wyłudzić pieniądze? Chciałbym to 

wiedzieć. Potrząsnęła głową i rozpłakała się. Nie, to nie miało nic wspólnego z tym, co się wydarzyło wczoraj w 

background image

nocy.  Wczoraj w ogóle się nie widzieliśmy.  To się zdarzyło dwa miesiące temu. No dobrze, dotarłem  już do 

momentu, w którym ją przycisnąłem do muru. Płakała. Ja dobrze wiedziałem, że nie należała do dziewcząt, które 

zajmowałyby się szantażem, lecz nie miałem żadnego innego punktu zaczepienia.

Jej tłumaczenie nie trzymało się kupy... Powiedziała mi, że jest szpital, który daje siedem tysięcy jenów za 

aborcję przeprowadzoną w ciągu trzech tygodni od zajścia w ciążę. Uznała, że to nie jest normalne, więc poszła do 

szpitala, żeby sprawdzić. Powiedziano jej, że od trzech tygodni jest w ciąży. Dlatego od razu wykonano zabieg. Czy 

ktoś w to uwierzy? To chyba jakiś potworny żart, a żart też musi mieć swoje granice. Prosiłem, żeby podała adres 

tego szpitala. Wtedy okazało się, że nie może zdradzić adresu, ponieważ obiecała zachować go w tajemnicy. Jeśli 

komuś powie, może ją spotkać nieszczęście. Zwymyślałem ją od najgorszych i uderzyłem w twarz. Czytałem o tym 

w książkach, lecz tak naprawdę to kobietę uderzyłem  po raz pierwszy w życiu. Nieprzyjemne to uczucie. Nie 

mogłem się opanować i tego dnia postanowiłem odejść bez słowa.

Nie   potrafiłem  przyjąć   jej  wytłumaczenia   za  dobrą  monetę.   Od  tego  dnia  męczyło  mnie  podejrzenie. 

Pragnąłem  przycisnąć  ją tak, żeby nie mogła  zbyć  mnie  byle  czym.  Na  szczęście,  miała bankową  książeczkę 

oszczędnościową. A co dziwniejsze, przechowywała nawet stare książeczki bankowe, już do niczego niepotrzebne. 

To było ważne źródło. Rozumie pan? W czasie jej nieobecności wszedłem do mieszkania i dokładnie sprawdziłem. 

Jeśli ktoś umie czytać, to liczby mogą być bardzo interesującą lekturą. Tak, dzięki nim wiele zrozumiałem. Okazało 

się, że miała jakieś nadzwyczajne wpływy, trudne do wyjaśnienia, najczęściej dwa razy w tygodniu, a najrzadziej 

dwa lub trzy razy w miesiącu. Nic nie zmyli moich oczu.

Zebrałem dowody i zaatakowałem ją. Zdarzyło się to ostatnio trzy dni temu. I znów rozpłakała się, lecz 

tym  razem nic nie wskórała. Miałem w ręku niepodważalne dowody.  Znów przedstawiła mi mało wiarygodne 

wyjaśnienie.   Opowiedziała   bowiem   o   szpitalu,   który   skupuje   ludzkie   płody   i   płaci   po   dwa   tysiące   jenów   za 

przyprowadzenie lub wskazanie dawcy, to znaczy kobiety z trzytygodniową ciążą. Stwierdziła, że pracuje dla tego 

szpitala jako pośredniczka. To jakaś niesamowita historia! Zacząłem się teraz poważnie martwić o Kondo. Może 

postradała   zmysły?   Kiedy   o   tym   myślałem,   nie   mogłem   całkowicie   wykluczyć   tej   możliwości.   Jak   na   młodą 

kobietę, przejawiała zbyt mało namiętności. Kiedy dalej nieustępliwie wypytywałem ją, drżała ze strachu. Bała się, 

że mogą jej nie wiadomo co zrobić, jeśli w szpitalu dowiedzą się, że powiedziała mi prawdę. Kupione przez nich 

płody nie umierają. Są karmione i pielęgnowane w specjalnym urządzeniu, stają się znacznie bliższe ideału niż te, 

które rozwijają się w brzuchu kobiety.  Nasze dziecko naprawdę  żyje...  I co pan na to? Czy nie ogarnia  pana 

przerażenie? Jeśli byłaby to prawda, powinna znaleźć się na pierwszej stronie gazet, a jeśli kłamstwo, to było 

dowodem niezwykłej, wprost bezczelnej wyobraźni tej kobiety. Nie chciałem być pokonany, więc odpowiedziałem 

jej: - No więc zaprowadź mnie do tego szpitala! I kiedy wydało mi się, że ją pokonałem, oświadczyła, że musi 

zapytać o zgodę w szpitalu.

I tak wczoraj wkrótce po południu otrzymałem odpowiedź. Zadzwoniła do mojej firmy i powiedziała, że 

wieczorem przyjdzie na spotkanie razem z kimś ze szpitala. Prosi więc, żebym stawił się w kawiarni w Shinjuku o 

siódmej. Tego nie oczekiwałem, nie sądziłem, że tak daleko się posunie. Ponieważ nie spodziewałem się żadnej 

pułapki,   pomyślałem,   że   po   prostu   zwariowała.   Długo   i   niecierpliwie   czekałem   na   nią   w   kawiarni.   Byłem 

zdenerwowany, myślałem o tym, że następnego dnia muszę zaprowadzić ją do jakiegoś szpitala psychiatrycznego, 

niczego więc nie przeczuwałem. A resztę już znacie. Sprytnie mnie załatwiła. Nie, nie mówię o ludziach ze szpitala. 

Innymi słowy, to był mężczyzna. Znudziłem się jej, a ze wstydu nie potrafiła tego powiedzieć wprost... A swoją 

drogą, nieźle to sobie obmyśliła - ten szpital skupujący ledwie poczęte życie... Jeśli mnie tak bardzo nie lubiła, to 

background image

dlaczego nie powiedziała mi o tym choćby słowem?... Nie chciałbym, żeby mówiono o mnie, iż jestem człowiekiem 

nierozsądnym   (mógłbym   się   pogodzić   z   brutalną   prawdą).   Nie   mogę   wprost   uwierzyć,   że   zrobiłaby   coś   tak 

potwornego, jak nasłanie na mnie mężczyzny, żeby mnie pobił... Nie, prawdę mówiąc, bardzo mnie zraniła. 

17

- To kobieta... - zacząłem i szybko ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć, że właśnie kobieta bardzo 

skomplikuje nam sprawy.

- Przyznała się do zbrodni i chyba nie ma zamiaru odwoływać zeznań.

- I to jest dziwne. Jeśli wierzyć słowom zamordowanego, była to osoba trochę niezrównoważona.

- Bała się czegoś, prawda?

- Możliwe, że z natury była bojaźliwa - albo też kryła mordercę. A może rzeczywiście jej grożono.

-  Realnie rzecz biorąc, dwie pierwsze możliwości są bardziej prawdopodobne, ale jeśli weźmie się pod 

uwagę ostatnie pogróżki telefoniczne, nie wykluczałbym teraz i tej trzeciej...

- No właśnie, ten telefon... - Tanomogi przybrał wyraz skupienia, jakby chciał zmobilizować umysł. - Jeśli 

tak, to sprawcą nie mógł być jej kochanek. Mam rację? Od początku byłem przeciwny “hipotezie kochanka". Nie, 

zamordować takiego dobrodusznego, ale i skąpego mężczyznę tylko z powodu kobiety? To zbyt błahy powód.

- Chcesz przez to powiedzieć, że powinniśmy wziąć pod uwagę hipotezę o handlu embrionami?

Lekkie skinienie głowy Tanomogiego zmroziło uśmiech rodzący się na moich wargach.

- Nie ma potrzeby brać tak dosłownie tego, co powiedziałem. Jeśli nie zaakceptujemy hipotezy kochanka, 

to nie ma innego wyjścia, jak przypuszczać, że zarówno w zachowaniu, jak i w świadomości mężczyzny kryło się 

coś, co było tak niekorzystne dla sprawcy, że musiał go zabić. Idąc tym tropem, możemy wyciągnąć wniosek, że 

nowa   hipoteza   o   istnieniu   handlu   trzytygodniowymi   płodami   również   zasługuje   na   uwagę,   mimo   że   jest   tak 

niezwykła.

- Tylko jako przedmiot dyskusji.

-   Oczywiście,   tylko   dyskusji.   “Okres   trzytygodniowy"   i   “płód"   to   mogą   być   określenia   należące   do 

jakiegoś szczególnego, tajnego języka. A może należałoby sprawdzić kobietę za pomocą maszyny? Myślę, że to 

pierwszy ruch, jaki należy uczynić.

- No, no, zostaliśmy wplątani w niezłą aferę - rzekłem, wzdychając mimo woli.

- Zaszliśmy tak daleko, że nie możemy się wycofać. Nie mamy innego wyjścia, jak zdecydowanie iść do 

przodu.

- Nie wiem, czy powinniśmy. Nasi przeciwnicy mogą od razu donieść na nas policji, gdy się dowiedzą, że 

zainteresowaliśmy się kobietą. Nie zawahają się zamordować każdego, kto wejdzie im w drogę.

- Nawet jeśli będziemy siedzieć spokojnie, sięgną po nas macki podejrzenia. To tylko kwestia czasu. Nie 

wygramy, jeśli nie uderzymy pierwsi. Zresztą nie musimy się z nią spotykać twarzą w twarz. Komisja mogłaby 

wysłać po nią samochód i potajemnie wywieźć z gmachu policji tylnym wyjściem do szpitala. Byłoby interesujące 

poznać przyszłość takiej kobiety...

Straciłem   punkt   oparcia   i   zdolność   przewidywania,   byłem   bliski   rozpaczy.   Niczym   początkujący 

rowerzysta   nie   mogłem   przestać   pedałować,   żeby   się   nie   przewrócić,   na   wszelki   wypadek   zadzwoniłem   do 

background image

Tomoyasu. Był  w dobrym  humorze, zadowolony, że ważne osobistości interesują się projektem. Stwierdził, że 

skoro wydano pozwolenie na poszerzoną analizę ciała denata, nie powinno być trudności ze zgodą na badania 

kobiety. Od razu przystąpił do załatwiania i nawet szybko uzyskał aprobatę dyrektora. Na pytanie, jak sprawy idą, 

odpowiedziałem: - Uzyskaliśmy ciekawe rezultaty. Zdecydowałem, że należy przetransportować kobietę z komendy 

policji   do   doktora   Yamamoto   w   Centralnym   Szpitalu   Ubezpieczeń,   nie   posługując   się   nazwą:   Wydzielona 

Pracownia Instytutu Techniki Obliczeniowej. Byłem zadowolony, że transfer odbył się bez zakłóceń, czułem się 

jednak niespokojny z powodu tempa, w jakim toczyły się sprawy.  Miałem wrażenie, że zapadam się w jakieś 

głębiny.

Zdecydowałem się na jeszcze jedno badanie, nim kobieta zostanie dowieziona do doktora Yamamoto. 

Dałem   rozkaz   maszynie,   by   ponownie   rozpatrzyła   wyniki   analiz   zmarłego   mężczyzny,   dzieląc   informacje   na 

współczynniki ogólne i specyficzne, to znaczy na części wspólne wszystkim ludziom i części właściwe tylko temu 

mężczyźnie.   Wniosek   wypływający   z   tych   badań   powinien   być   bardzo   pouczający.   Następnie   przeanalizuję 

czynniki specyficzne, po czym zestawię je z obliczeniami ogólnymi, a tym samym uzyskam pełne dane o jego 

osobowości.   Ku   mojemu   zaskoczeniu,   mimo   niepełnych   danych,   bardzo   szybko   uzyskałem   odpowiedź. 

Współczynniki   specyficzne   -   zmienne   części   równania   osobowości   -   są   widocznie   prostsze,   niż   myślałem. 

Zrozumiałem,   że   prawie   wszystko   w   całym   równaniu   prawdopodobieństwa   da   się   zredukować   do   kilku   cech 

szczególnych,   a   jeśli   chodzi   o   fale   mózgowe,   wystarczy   zbadać   tysiąc   modelowych   reakcji   na   podniety   w 

dwudziestu   strefach   mózgu.   Będzie   to   doskonały   materiał   do   przedstawienia   komisji.   Spróbowałem   spisać   w 

punktach   potrzebne   do   analizy  współczynniki   specyficzne.   Udało   mi   się   je  zmieścić   na   jednej   kartce   papieru 

maszynowego. Powstał zestaw zwykłych terminów medycznych i podstawowych słów języka japońskiego... Coś, z 

czego można wnioskować o indywidualności człowieka.

-   Spójrz,   Tanomogi-   kun,   jeśli   nas   przycisną,   będziemy   mogli   dołączyć   do   tego   zestawu   przykład 

zastosowania go i okpić członków komisji choćby podczas następnego posiedzenia. Co ty o tym sądzisz?

- Komisja to żaden problem. W każdym razie idea przewidywania przyszłości człowieka została przyjęta.

- Nie została. Ma tylko nieformalne poparcie.

- Na jedno wychodzi. W porównaniu z dotychczasową postawą komisji...

- To prawda.

Wywołałem telefonicznie doktora Yamamoto. Widocznie kobieta jeszcze nie dojechała. Powiadomiłem go 

o przygotowaniu listy specyficznych współczynników niezbędnych do wykonania badań. Wyraźnie się ucieszył, nie 

mógł ukryć podniecenia. Zamieniłem się miejscami z Wadą Katsuko i poleciłem jej wprowadzić do szpitalnego 

komputera   przygotowany   przeze   mnie   zestaw.   Tanomogi   przyrządził   kawę.   Słodką   kawą   nieco   złagodziłem 

nadmiernie   podrażnione   paleniem   gardło.   Oczekiwanie   urozmaicałem   rozmową   o   szerzących   się   pogłoskach 

dotyczących szybkiej budowy ogromnej maszyny prognostycznej “Moskwa 3". Podobno dzięki niej będzie można 

przewidywać ogólny rozwój gospodarczy w krajach komunistycznych i neutralnych, zajmujących połowę świata. 

Na samą myśl o tym zrobiło mi się przykro. Tam w Rosji maszyna prognostyczna jawi się niczym wielki pomnik 

epoki, a tu jest tylko nędzną pułapką, służącą schwytaniu zabójcy. A przy tym okazuje się, że jej twórca, inżynier, 

cierpi, ponieważ dał się schwytać zwykłej myszy. Powoli ogarniał mnie niepokój. Oczekiwanie się przedłużało, a 

wciąż nie nadchodziła wiadomość na temat przybycia kobiety do szpitala. Zdecydowałem się sprawdzić, co się 

dzieje, prosząc o pomoc Tomoyasu.

- Ależ, Sensei, ja bardzo liczę na ten pomysł. Bez względu na to, co pan mówi, przecież był to wybór 

background image

maszyny, prawda? Tak czy owak maszyna posługuje się logiką.

- Wcale nie mam zamiaru rezygnować.

Wkrótce potem otrzymałem wiadomość, że kobieta wcześniej opuściła komendę policji. Skoro dotąd nie 

dotarła   do   szpitala...   jest   powód   do   zmartwienia.   Tanomogi   również   był   podenerwowany,   wciąż   spoglądał   w 

monitory i jednocześnie mówił:

- Ułożenie programu to pewien problem... Zwłaszcza jeśli dane socjologiczne są zakazane. Myślę, że z tego 

powodu znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Jeśli zakres naszych badań byłby większy, niewątpliwie moglibyśmy 

nawet  na podstawie danych z zakresu zjawisk naturalnych  przedstawić wspaniałą fundamentalną prognozę, nie 

gorszą niż “Moskwa 2". Istotna jest bowiem praca i wytrwałość...

Zadzwonił   telefon.   Tanomogi   chwycił   słuchawkę   i   przycisnął   do   ucha.   Uniósł   podbródek   i   skupił 

spojrzenie w jednym miejscu. Chyba jakaś niedobra wiadomość.

- Co się stało?

- Nie żyje. - Poruszył lekko głową w bok.

- Nie żyje? Dlaczego?

- Nie wiem, prawdopodobnie popełniła samobójstwo.

- Czy na pewno?

- Mówią, że zmarła, ponieważ połknęła truciznę.

- Proszę natychmiast podłączyć ją do maszyny Yamamoto. Jeśli postąpimy podobnie jak z mężczyzną, to 

szybko poznamy przyczynę zamordowania mężczyzny oraz dowiemy się, jak zdobyła truciznę.

- Podobno to niemożliwe - odpowiedział, wciąż trzymając rękę na aparacie telefonicznym. - Została jakoby 

uśmiercona bardzo silną trucizną działającą na system nerwowy, który jest całkowicie zniszczony. Nie ma chyba 

nadziei na normalną reakcję.

- To potworne! - Zgniotłem palącego się papierosa, parząc sobie przy okazji palce, lecz nie poczułem 

bólu... Wydawało mi się, że byłem opanowany, a przecież ku mojemu zaskoczeniu drżały mi kolana.

Rozmowa   potwierdziła   beznadziejność   sytuacji.   Rzadko   się   zdarza,   żeby   zmarły   miał   tak   całkowicie 

zniszczony system nerwowy. Jeśli idzie o trucizny, które się połyka, istnieją dawki optymalne. Gdy samobójca je 

przekroczy,  wydala  truciznę  wraz  z wymiotami,  zanim  przedostanie  się  ona do krwiobiegu.  W takiej  sytuacji 

organizm wchłania dawkę mniejszą od optymalnej. Tymczasem w ciele tej kobiety znajdowało się tak dużo trucizny 

przyswojonej przez organizm, że należało brać pod uwagę jedynie zastrzyk. Nigdzie jednak nie znaleziono na jej 

ciele śladu nakłucia. W areszcie cały czas była pod ścisłą kontrolą, nie miała możliwości zrobienia sobie zastrzyku. 

Chyba że wcześniej zażyła preparat opiumopochodny i spowodowała porażenie ośrodka powodującego wymioty, a 

dopiero potem połknęła dużą dawkę trucizny. Jest to jednak sposób zbyt skomplikowany.

Poszukując   racjonalnej   przyczyny   tego   stanu   rzeczy   doszliśmy   do   wniosku,   że   to   było   morderstwo. 

Zrozumiałem, że w ten sposób doktor Yamamoto starał się skierować moją uwagę w innym kierunku, lecz nie 

dałem się zwieść. Nie mogłem zdradzić się, że wiem o czymś, o czym inni jeszcze nie wiedzieli. Dopóki nie ustalę, 

kim są moi przeciwnicy, muszę udawać, że nie orientuję się, o co chodzi.

Znów zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę, z której dobiegł stłumiony a zarazem twardy głos:

- Katsumi- sensei? To nieładnie, a przecież specjalnie pana ostrzegałem. Zaszedł pan za daleko. Znów 

musiała jedna osoba...

Podałem słuchawkę Tanomogiemu.

background image

- To ten szantażysta.

- Oj, kim jesteś? Podaj nazwisko! - krzyknął Tanomogi, lecz połączenie zostało przerwane.

- Co powiedział?

- Że policja wszczęła właściwe postępowanie.

- Czy nie wydało ci się, że gdzieś już słyszałeś ten głos?

- Hm...

- Nieważne, to nie głos, tylko akcent. - W mojej pamięci pojawił się błysk przypomnienia i natychmiast 

zniknął.

- Gdy jeszcze raz zadzwoni, może skojarzę...

- Z pewnością, może nie jest on nam całkowicie nie znany. Za szybko otrzymuje wiadomości. Orientuje się 

w naszych wewnętrznych sprawach.

- Co robimy?

Tanomogi nerwowo wyginał palce, rozglądając się dokoła, jakby szukał wieszaka na kapelusz.

- Wygląda na to, że sieć wokół nas się zacisnęła. Trzeba znaleźć w niej dziurę.

- A może zawiadomimy policję i zeznamy, jak było?

-  Zeznamy?  -  Tanomogi  wykrzywił   wargi   i  wzruszył   ramionami. -  Czy  mamy w  ręku  wystarczające 

dowody?

- Czy zabójstwo kobiety nie świadczy, że prócz nas jeszcze ktoś inny jest zamieszany w całą sprawę? A 

jeśli to zbrodniarz?

- To nic nie da. Nawet jeśli założymy, że kobieta została zamordowana, nie zapominajmy, że Tsuda i 

Kimura mieli wolny wstęp na posterunek policji i przy jakiejś okazji mogli się zbliżyć do kobiety. Chociaż popierają 

nas ważne osobistości i jesteśmy wyłączeni ze śledztwa, to jednak gdyby padł na nas choćby cień podejrzenia o 

zamordowanie głównego księgowego, również Tsuda i Kimura byliby natychmiast objęci śledztwem. Stalibyśmy 

się instytutem zabójstw... Niezły tytuł dla prasy. Nasz zabójczy zapał badawczy byłby głośny w całym świecie.

- Ale to tylko domysł. Wszystko co mówisz...

- Tak, domysł.

- Policję interesują teraz materialne dowody, a nie przypuszczenia, skąd kobieta wzięła truciznę, którą 

wypiła...

-   Sensei,   komisja   jest   pozytywnie   nastawiona,   gdyż   sądzi,   że   nasza   maszyna   pomoże   wyjaśnić   ten 

przypadek. Nie mam racji? Mieliśmy przecież taki zamiar, wychodziliśmy z tego samego założenia, a możliwości 

maszyny są dostatecznie duże. Przeciwnik okazał się jednak groźniejszy. Czy pan uważa, iż policja z łatwością 

poradzi sobie z wrogiem, któremu nie dała rady maszyna?

- Wrogiem?

- Tak, to na pewno wróg.

Zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Nie mogłem poddawać się emocjom. Nie ma przecież powodu, 

żeby nie dać posłuchu hipotezie Tanomogiego. Jeśli rzeczywiście nie mamy do czynienia ze splotem przypadków i 

jeśli istnieje wróg...

Otrzymaliśmy wiadomość od Tsudy. Aresztowano jakiegoś podejrzanego, lecz natychmiast go zwolniono. 

To   była   pomyłka,   ponieważ   sprzedawca   papierosów   nie   rozpoznał   go   podczas   konfrontacji.   Wedle   jego 

oświadczenia, jeden z przestępców był mężczyzną drobnej budowy, miał małe błyszczące okrucieństwem oczy. Nie 

background image

mogłem opanować gorzkiego uśmiechu, zrezygnowałem też z poinformowania o tym Tanomogiego.

- Słuchaj, jak sobie wyobrażasz tego wroga?

- Stopniowo skłaniam się ku przypuszczeniu, że nie jest to jednostka, lecz organizacja.

- Dlaczego?

- Nie potrafię sprecyzować dlaczego, po prostu mam takie odczucie.

Deszcz przestał padać i nastała noc.

- Minęła siódma. Czy nie powinni już wszyscy wrócić?

- Porozumieć się z nimi?

Przypadkowo spojrzałem w okno i przy bramie frontowej zobaczyłem niewyraźną sylwetkę mężczyzny. 

Było już ciemno, nie dostrzegłem więc rysów twarzy, natomiast zauważyłem, że pali papierosa. Nagle podniósł 

głowę i ujrzawszy mnie odszedł szybkim krokiem.

- Sądzisz, że to jest ta sama organizacja, która skupuje trzytygodniowe płody?

- Bo ja wiem... - Tanomogi był wyraźnie zakłopotany. - Chociaż znane są w świecie badania nad rozwojem 

ssaków poza macicą, prawda?

- Rozwój poza macicą?

- Tak.

- Rozumiem... Czy dopiero teraz o tym sobie przypomniałeś? A może czekałeś na sposobność, żeby o tym 

mi powiedzieć?

- Nie, wiedziałem o tym wcześniej, ale rzeczywiście nie miałem okazji wspomnieć.

-   Tak   myślałem.   Gdyby   pójść   tym   tropem,   to   rzeczywiście   należałoby   brać   pod   uwagę   organizację. 

Twierdzę jednak, że jest to zwykły wymysł. Lepiej żebyś o tym zapomniał.

- Dlaczego?

- Ponieważ przysłania fakty.

- Czyżby?

- No dobrze, proszę zatelefonować.

Tanomogi nawet nie zwrócił się w stronę telefonu.

- Ale ja widziałem szczury z oskrzelami, żyły w wodzie nadal pozostając ssakami.

- Co ty wygadujesz!

-   Naprawdę!   Podobno   hodując   płód   poza   macicą   odcina   się   indywidualny   rozwój   osobnika   od   jego 

filogenetycznych   podstaw,   innymi   słowy,   wyrywa   z   nurtu   normalnego   rozwoju,   właściwego   poszczególnym 

rodzajom...   Nigdy   nie   widziałem   psa   wodnego,   lecz   takie   stworzenia   istnieją.   W   ten   sposób   trudno   hodować 

zwierzęta trawożerne, natomiast znacznie łatwiej przystosowują się do wody ssaki mięsożerne i wszystkożerne...

- Gdzie to się znajduje?

- W pobliżu Tokio. W laboratorium, które należy do brata kogoś, kogo pan zna.

- Kogo?

- Doktora Yamamoto z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń... to jego starszy brat. Nie wiedział pan? Dziś już 

za późno, ale jutro tam pana zaprowadzę. Może tam znajdziemy jakąś wskazówkę. Wygląda to na drogę okrężną, 

ale skoro odcięto nam inne możliwości...

- Dosyć. Mam dość tej zabawy w detektywa. Na zewnątrz obserwuje nas jakiś podejrzany typ. Jeśli nie 

policjant, to pewnie zabójca.

background image

- Naprawdę?

- Idź i sam się przekonaj.

- Zadzwonię do strażników, niech go sprawdzą.

- Jednocześnie mógłbyś zadzwonić na policję.

- Mam powiedzieć, że jakiś podejrzany osobnik czai się na pana?

- Wszystko jedno... - Wstałem, zmieniłem obuwie i wziąłem teczkę. - Wychodzę. Kiedy skontaktujesz się 

ze wszystkimi, możesz również iść do domu.

18

Byłem wściekły. Choć wiedziałem dokładnie, na kogo. Na jakiegoś nieokreślonego przeciwnika, to pewne, 

ale nawet jeśli chciałbym uporządkować sytuację, i tak nie miałbym pojęcia, od czego zacząć. Co nie oznacza, że 

nie miałem punktu zaczepienia, przeciwnie, było ich zbyt wiele. Przy tym wzajemnie sobie przeczyły, więc po 

prostu nie wiedziałem, którym tropem powinienem pójść. W drodze do domu nie odniosłem wrażenia, żeby mnie 

ktoś śledził. Kiedy żona usłyszała trzask otwieranej bramy, wyszła od razu i otworzyła mi drzwi. Z jakiegoś powodu 

czekała na mój powrót. Jeszcze nie zdążyłem zdjąć butów, gdy zapytała mnie cichym, ale oschłym tonem:

- Co się zdarzyło dziś w szpitalu?

Miała na sobie strój wyjściowy - albo właśnie wróciła, albo miała zamiar gdzieś wyjść. Wyglądała na 

wzburzoną. Pod światło widziałem  jej  rozjaśnione  włosy.  Nie zrozumiałem  jej  pytania.  Jeśli  chodzi  o szpital, 

pomyślałem   tylko   o   jednym,   a   mianowicie   o   Centralnym   Szpitalu   Ubezpieczeń,   w   którym   znajdowało   się 

Laboratorium Diagnoz Elektronicznych. Ale skąd mogłaby się o tym dowiedzieć? Jeśli nawet się dowiedziała, to 

dlaczego tak się przejęła?

- Co masz na myśli?

- No wiesz...

Odpowiedziała tak słabym głosem i z takim bolesnym wyrzutem, że zatrzymałem się w miejscu. W głębi 

mieszkania syn Yoshio pośpiewywał irytująco do wtóru telewizji. Czekałem na następne słowa żony. Kto wie, może 

przez nieuwagę popełniłem jakiś błąd i do żony dotarły jakieś informacje o Laboratorium Diagnoz Elektronicznych 

doktora Yamamoto. Ona jednak milczała, chyba również czekała na wyjaśnienia z mojej strony.

Po krótkiej nienaturalnej ciszy zaczęła mówić.

- Zrobiłam tak, jak chciałeś. Jesteś jednak nieodpowiedzialny. Jak mogłeś zapomnieć o tym, że dzwoniłeś?! 

Nie mówiąc o tym, że po tym wszystkim nie przyszedłeś po mnie, to niedopuszczalne.

- Ja telefonowałem?

- Jednak dzwoniłeś do mnie, prawda? - zdziwiona uniosła twarz.

- Właśnie pytam, o czym ty mówisz?

Jej szczupła cienka szyja w oczach grubiała.

- Powiedzieli mi w szpitalu, że dzwoniłeś. Dzwoniłeś do mnie, prawda?

Wyglądała   na   zupełnie   roztrzęsioną.   To   naturalne,   była   czymś   przejęta   i   rozgniewana   bardziej,   niż 

przypuszczałem, a na dodatek nie mogła mieć do mnie pretensji, gdy okazało się, że ja nie mam pojęcia, co ją 

zbulwersowało. Gdy połączyłem w całość jej rwące się słowa, zrozumiałem w końcu, o co tu chodzi.

background image

Około trzeciej, wkrótce po powrocie Yoshio ze szkoły, telefonowano z ośrodka, w którym żona się leczyła. 

Był to niewielki ogólny szpital położony około pięciu minut drogi autobusem od domu, a dyrektorem tego szpitala 

był mój przyjaciel. (Gdy o tym mówiła, przypomniałem go sobie. Przed kilku dniami żona była na badaniach w 

związku z ciążą - byliśmy niespokojni, ponieważ już raz miała ciążę pozamaciczną, zasięgała więc teraz porady 

lekarskiej   w   sprawie   ewentualnej   aborcji.   Ja   ze   swej   strony   nie   wypowiedziałem   się   zdecydowanie.   Akurat 

przeżywałem  kryzys  w związku z problemami maszyny prognostycznej). Wracając do telefonu, przekazano jej 

wiadomość, że ja nakazałem, aby żona bez zwłoki, jeszcze tego samego dnia poddała się zabiegowi. Żona się 

wahała. Zadzwoniła więc do mnie, lecz mnie nie zastała. (Po trzeciej byłem chyba u Tomoyasu z komisji w sprawie 

ciała zmarłej. A osoba, która odebrała telefon od żony, w natłoku spraw musiała zapomnieć mnie zawiadomić). 

Pełna obaw udała się więc do szpitala.

- I co, usunęłaś? - zapytałem z wyrzutem, chcąc jednocześnie ukryć swój niepokój.

- Oczywiście, przecież nie miałam innego wyjścia... - odparła usprawiedliwiająco i poszła za mną do 

pracowni na piętrze. “Witaj w domu", z kąta korytarza dobiegło obojętne pozdrowienie Yoshio. - W każdym razie 

miałam zamiar naradzić się z moim lekarzem, ale go nie zastałam. A przecież mnie wezwał i gdzieś wyszedł. To 

mnie rozgniewało, więc chciałam wrócić do domu. Już w drzwiach podbiegła do mnie kobieta z dużym pieprzykiem 

na brodzie z prawej strony, wyglądająca na pielęgniarkę, i powiedziała, że doktor zaraz wróci. - Proszę wypić to 

lekarstwo i chwilę zaczekać - rzekła, powtarzając, że doktor zaraz będzie... Był to gorzki proszek w czerwonym 

papierku... W czerwony papierek  zawijają chyba  truciznę? W każdym  razie był  to chyba  bardzo silny środek. 

Wkrótce całe moje ciało - prócz oczu i uszu - ogarnęła senność... Następnie... pamiętam to, ale czułam się tak, 

jakbym nie widziała na oczy - wszystko było bardzo niewyraźne... na pewno podtrzymywano mnie z obu stron i 

niesiono do samochodu, którym przewieziono do innego szpitala... do szpitala o ciemnych długich korytarzach... 

Tam był inny lekarz, który powiedział, że wszystko jest uzgodnione z moim lekarzem, więc od razu wykonają 

operację. Nawet nie miałam czasu się zastanowić. Na dodatek - nie wiem, co to miało znaczyć - przed powrotem do 

domu wydano mi dość dużą resztę...

- Resztę?

- Tak, bo chyba zapłaciłeś z góry za operację?

- Ile dostałaś? - Zerwałem się na równe nogi.

- Siedem tysięcy jenów... nie wiem, co to za rozliczenie...

- Nie upłynęły jeszcze trzy tygodnie? - Sięgając nerwowo po papierosa wylałem wodę ze szklanki stojącej 

tu od wczoraj.

- Tak... Myślę, że tyle upłynęło.

Rozlana woda popłynęła pod stos książek.

- Wytrzyj.

Siedem tysięcy jenów, niecałe trzy tygodnie... Czułem mrowienie rozchodzące się po całym ciele od karku 

po   plecy,   jakbym   wspinał   się   na   górę   z   pięćdziesięciokilogramowym   plecakiem.   Unikałem   wzroku   żony, 

spoglądającej na mnie podejrzliwie.

- A jak nazywał się ten szpital?

- Nie wiem, wsiadłam do prywatnego samochodu i wróciłam prosto do domu.

- Może chociaż pamiętasz dzielnicę?

- Nie pamiętam, ale wydało mi się dość daleko... gdzieś zupełnie na południe, zdaje się, że blisko morza. 

background image

Do tego stopnia daleko, że po drodze usnęłam... - Następnie, jakby starała się coś sobie przypomnieć, dodała: - 

Jednak ty z pewnością domyślasz się, gdzie to może być?

Ani nie potwierdziłem, ani nie zaprzeczyłem. Przeczuwałem, ale zupełnie co innego niż żona. Gdybym się 

zaczął rozwodzić, pobudziłbym żonę do dalszych pytań i długi czas musiałbym na nie odpowiadać. Kiedy się w 

końcu opanowałem, uświadomiłem sobie, że jeszcze nie pojąłem całej tej sytuacji. Czułem się raczej zagubiony i 

niczego nie mogłem do końca zrozumieć. W pułapce, w jaką zostałem schwytany, znalazła się nagle również moja 

żona. To niewybaczalna złośliwość losu - ogarnął mnie taki gniew, że pociemniało mi w oczach.

19

Zszedłem na dół do telefonu. Żona próbowała oderwać Yoshio od telewizora, lecz ja celowo pozwoliłem 

mu dalej oglądać. Nie mogę pozwolić wciągnąć również żony w tę nieprawdopodobną historię. To byłoby straszne.

Najpierw zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego szpitala i zapytałem o miejsce pobytu ginekologa mojej żony. 

Otrzymałem   numer   telefonu.   Zastałem   go   w   domu.   Gdy   poprosiłem   o   wyjaśnienia,   wyraźnie   się   zmieszał. 

Oczywiście, nic nie wiedział o mojej prośbie ani nie wzywał mojej żony. Przede wszystkim w tym czasie miał 

umówioną   od   wczoraj   wizytę   domową.   Przy   okazji   zapytałem,   czy   nie   zna   pielęgniarki,   która   podała   żonie 

lekarstwo. Odparł, że u niego nie pracuje pielęgniarka z pieprzykiem na brodzie. Prawdopodobnie zdarzyło się to 

najgorsze, czego w skrytości ducha się obawiałem.

Następnie nakręciłem numer instytutu, czując silny, zapierający dech ból w piersi. Zdawało mi się, że serce 

wpadło mi do żołądka. Krótko mówiąc, przyczyną bólu był ciąg wydarzeń, w które zostałem uwikłany, wydarzeń 

rozwijających się - jak się wydawało - wbrew ogólnym zasadom prawdopodobieństwa.

Siedem  tysięcy jenów... płód trzytygodniowy...  hodowla pozamaciczna... szczur ze skrzelami... wodne 

ssaki...

Przypadek jest dlatego “przypadkowy", ponieważ zwykle zdarza się bez jakiejkolwiek przyczyny, poza 

serialem  telewizyjnym.  Śmierć  mężczyzny...  podejrzenia... śmierć  kobiety...  dziwne telefony,  sprzedaż i kupno 

płodów ludzkich... pułapka, w którą wpadła żona... Ciąg wydarzeń, które zaczęły się od czystego przypadku i 

splotły się, stając się całym  ciągiem,  jednym  łańcuchem, nie potwierdzającym  ani nie negującym  niczego,  ale 

owijającym się wokół mojej szyi niczym stryczek. Czułem się tak, jakby gonił mnie szaleniec, w dodatku bez 

istotnej przyczyny. Dla mojego racjonalnego umysłu było to trudne do zniesienia.

Zadzwoniłem do dyżurnego strażnika. Spytałem, czy palą się światła w pokoju komputerowym. Strażnik 

zakasłał, odchrząknął i odpowiedział ochrypłym głosem, że światła są wygaszone i że nikogo nie ma. Zrobiłem 

kanapkę z serem, popiłem piwem i przygotowałem się znów do wyjścia.

Żona sądziła, że byłem zły z powodu fatalnej pomyłki popełnionej przez szpital, niewątpliwie czuła się 

winna z powodu okazanego mi rozdrażnienia.

- Nie trzeba... Jesteś już zmęczony...

- Czy siedem tysięcy jenów znajdowały się w jakiejś kopercie?

- Nie, wręczono mi je luzem... - Chciała pójść i przynieść otrzymane pieniądze, ale ją powstrzymałem i 

włożyłem buty.

- Kiedy będziesz miał trochę czasu? Chciałabym się poradzić w sprawie Yoshio. Zdarza się, że opuszcza 

background image

lekcje w szkole. Nauczyciel mnie ostrzegł...

- To nic, jest jeszcze dzieckiem.

- Czy moglibyśmy pojechać nad morze pojutrze, w niedzielę?

- Jeśli zapadną decyzję na jutrzejszym posiedzeniu komisji...

- Yoshio już się z tego cieszy.

W duchu ściskam palcami i miażdżę coś, co przypomina cienkie skorupki od jajka przenikające do serca, 

kruszę jedna po drugiej. W milczeniu wychodzę z domu. W każdym razie to tylko cienkie skorupki. I tak ktoś je 

pokruszy, jeśli ja tego nie uczynię. Zamiast się martwić tym, że się kiedyś połamią, to już lepiej będę się czuł, jeśli 

sam je pokruszę.

Gdy wyszedłem z domu, usłyszałem odgłos kroków przed bramą - ktoś przeszedł przez ulicę i zniknął w 

alejce naprzeciwko. Wybrałem tę samą co zwykle trasę w stronę głównej ulicy, i znowu ktoś szedł za mną, jakby 

zupełnie przypadkowo. Pewnie to ten sam typ, który się kręcił poprzednio przed instytutem. Nagle zawróciłem i 

ruszyłem w przeciwnym kierunku, prosto w stronę swego opiekuna, który całkowicie zdezorientowany uciekł w 

boczną uliczkę. Porównałem go z agentami, o których czytałem, uznałem, że był nieudolny, zachował się jak amator 

bez żadnego doświadczenia albo też starał się zwrócić na siebie moją uwagę. Natychmiast pobiegłem za nim.

Byłem od niego trochę szybszy. Nie biegałem przez dłuższy czas, ale zachowałem niezłą kondycję. Na 

następnym skrzyżowaniu mężczyzna się zawahał, nie wiedząc, w którą stronę biec, dlatego mogłem się do niego 

zbliżyć. Dzieliło nas ze sto metrów. Dopędziłem go i chwyciłem za lewą rękę. Mężczyzna chciał się wymknąć, lecz 

się zachwiał i upadł na jedno kolano. Ja też z trudem utrzymałem równowagę, ale go nie wypuściłem. Obaj ciężko 

dyszeliśmy, nic do siebie nie mówiliśmy, tylko się szarpaliśmy, aby nie pozwolić uciec przeciwnikowi. Byłem od 

niego szybszy, ale pod względem siły fizycznej nie mogłem się z nim równać. Mężczyzna skręcił ciało w bok, nagle 

się rozluźnił i uderzył mnie głową prosto w żołądek. Zachwiałem się, straciłem oddech i upadłem, jakby przywaliła 

mnie ołowiana płyta.

Gdy oprzytomniałem, usłyszałem w dali pospieszne kroki mężczyzny. Widocznie świadomość straciłem 

tylko na chwilę. Nie miałem jednak dość sił, by go ścigać - nie opuszczał mnie omdlewający zapach jego pomady. 

Gdy wstałem, poczułem ból pod żebrami, jakbym miał jedno z nich złamane. Usiadłem i zwymiotowałem piwem i 

kwasami żołądkowymi.

Oczyściłem się z błota, wyszedłem na główną ulicę i wsiadłem do taksówki. Kazałem się zawieźć pod 

wskazany adres w Takada-nobaba. To tu mieszkał Tanomogi, lecz nie było go w domu. Dowiedziałem się od 

gospodarzy, że jeszcze nie wrócił. Podałem taksówkarzowi adres instytutu.

Strażnik   bardzo   się   zdenerwował,   kiedy   mnie   zobaczył.   Zastałem   go   bowiem   do   połowy   nagiego   z 

ręcznikiem zarzuconym na szyję.

- Widzisz? A jednak światło się pali.

- Rzeczywiście, zatelefonuję. Może ktoś wszedł wtedy, gdy się kąpałem. Proszę chwilę poczekać.

Nie zwracając na niego uwagi, wszedłem do budynku. Osaczyła mnie ciemność, a każdy krok pobrzmiewał 

w zalegającej ciszy, jakbym stąpał po cienkiej blasze pokrytej sadzą. W końcu prześwitujące w drzwiach światło 

zdradziło obecność człowieka. Oprócz mnie klucze miał tylko Tanomogi, zapasowe znajdują się w portierni. Czy 

został i w ogóle nie wychodził? (W takim razie strażnik skłamał z jakiegoś powodu). A jeśli wychodził, to może 

wrócił, ponieważ czegoś  zapomniał... W każdym  razie znów natrafiłem  na kolejny przypadek.  Sam nie wiem, 

dlaczego spodziewałem się na pewno go zastać. Nie potrafię tego jasno wytłumaczyć, miałem takie przeczucie. Być 

background image

może usłyszę, że on też liczył, że mnie spotka, jeśli tu przyjdzie. Wyjawi prawdę czy skłamie - tego nie wiedziałem, 

w każdym razie powie to i uśmiechnie się radośnie... Nie powinienem odpłacać mu podobnym uśmiechem. Nie 

chciałbym pochopnie go osądzać, ale jednak wydaje mi się, że już nie mogę traktować go tak ufnie jak dotąd. 

Chociaż nie ma powodu sądzić, że współdziała on z moim wrogiem. Przecież zupełnie przypadkowo wybraliśmy na 

potrzeby testu prognostycznego księgowego, który następnie został zabity. Jednak to niepojęte, że od początku 

traktowałem ten ciąg przypadków, podobny do nieudolnie skleconej historyjki, jako niewątpliwą rzeczywistość. On 

wiedział ode mnie więcej i o krok wcześniej przewidywał. (To on wprowadził tak niezwykły temat jak istnienie 

ssaków   wodnych,   który   podbudował   hipotezę   o   płodach   rozwijających   się   poza   macicą,   którą   początkowo 

traktowaliśmy jak szalony wymysł tego dobrotliwego księgowego). Chciał mi powiedzieć coś więcej, uznając to, co 

mówi, za bzdury,  nie spytałem  go o szczegóły,  szedłem do domu... Lecz  nie czas  teraz  na puste rozważania, 

chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, co mogłoby stać się jakąś wskazówką.

background image

20

Drzwi nie były zamknięte na klucz. Zmagając się z bólem żeber przekręciłem gałkę i gwałtownie pchnąłem 

drzwi. Zdumiony poczułem na policzkach chłodne powietrze. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie obecność osoby 

opierającej   się   ręką   o  krzesło   przed   maszyną   i   patrzącej   na   mnie   z   wymuszonym   uśmiechem.   Była   to   Wada 

Katsuko. Uśmiechnęła się, lecz po chwili na jej twarzy pojawiły się oznaki zdziwienia. Widocznie spodziewała się 

kogoś innego.

- Ty tutaj?

- Ależ mnie pan przestraszył!

- Jestem zaskoczony. Co robisz tu o tej porze?

Wada wzięła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i lekko przysiadła na krześle. Nie wiem, czy była tego 

świadoma, ale usiłowała zachowywać się tak, jakby nic się nie stało, chociaż wyraz jej twarzy ją zdradzał.

- Przepraszam, umówiłam się z Tanomogim.

- Nie ma co przepraszać, ale czy na pewno tutaj się umówiłaś?

- To było nieporozumienie - stwierdziła odwracając wzrok i potrząsając lekko głową to w prawo, to w 

lewo. - Mieliśmy zamiar powiedzieć panu o tym wcześniej.

Zatem taka była prawda. Straszliwa prawda. Gorzki uśmiech mimo woli pojawił się na mojej twarzy.

- No już dobrze. Nie martw się. To znaczy, że tutaj przyjdzie?

- Nie, miał tu na mnie czekać. Kiedy przyszłam, nikogo nie zastałam. Wróciłam więc do domu, potem 

poszłam do jego mieszkania, ale tam też go nie było.

Nagle ogarnął mnie przejmujący strach.

- Odebrałaś telefon od strażnika?

- Tak, ale... - Chyba nie zrozumiała intonacji w moim pytaniu, bo uśmiechnęła się z zakłopotaniem - 

...powiedział, że przyszedł sensei, więc uznałam, że mówił o Tanomogim.

No tak. Z punktu widzenia strażnika Tanomogi i ja to sensei.

Było bardzo chłodno, działała klimatyzacja, jakby jeszcze przed chwilą pracowała maszyna diagnostyczna.

Wada przymrużyła oczy, jakby oślepiło ją światło, i wcisnęła głowę w ramiona.

- No właśnie, myślałam, że wkrótce wróci, więc postanowiłam zaczekać.

To miało sens. Trudno ją o coś podejrzewać. Stałem się zbyt nerwowy. Nawet zmieszanie strażnika da się 

wytłumaczyć. Po prostu pomagał spotykać się potajemnie kochankom. Miłość... Jeśli to miłość, to nie ma się czym 

martwić. Zwykły przypadek. Nie było niczego bardziej pewnego niż to realne codzienne poczucie ciągłości.

- Nie chciałam przerywać pracy w instytucie.

- Móc pracować razem, we dwoje, to dobre rozwiązanie.

- Jednak z różnych powodów skomplikowane.

- Rozumiem. - Jakie znowu “rozumiem"? Sam nie wiem dlaczego, ale poczułem się swobodniej i zebrało 

mi się na śmiech.

-   Przy   okazji,   ciekawa   jestem,   czy   nie   mogłabym   wziąć   udziału   w   doświadczeniu,   by   poznać   moją 

przyszłość?

- To byłoby interesujące. - Tak, gdyby ona została naszym królikiem doświadczalnym, nie mielibyśmy 

background image

tych wszystkich kłopotów.

- Mówię poważnie. - Przesuwając powoli długimi paznokciami po krawędzi pulpitu maszyny ciągnęła: - 

Nie rozumiem, dlaczego ludzie muszą żyć.

- Co? Zobaczysz, kiedy będziecie razem, wszystko spowszednieje.

- Co znaczy razem? Czy chodzi o małżeństwo?

- Nieważne. Żyjemy nie dlatego,  że możemy sobie wszystko  wytłumaczyć.  Pragniemy czasem  o tym 

pomyśleć, ponieważ żyjemy.

- Wszyscy tak mówią. Jednak czy nadal zechcą żyć, kiedy poznają własną przyszłość?

- Czy dlatego chcesz znać prognozę, by tego doświadczyć? To niebezpieczna rozmowa.

- A może pan by się poddał?

- Ja?

- Nie może pan znaleźć spokoju, dopóki nie pozna pan przyszłości. Jeśli życie jest tak cenne, to dlaczego 

dopuszczalna jest aborcja, a więc pozbawianie życia dzieci, które winny się urodzić?

Wstrzymałem oddech i skurczyłem się. Wydało mi się, że usłyszałem dziwny dźwięk.

Wada powiedziała to niewinnym tonem. Przyjąłem, że to tylko wyjątkowy zbieg okoliczności.

- Nie ma powodu, by coś, co nie ma jeszcze świadomości, uznać za człowieka.

- Tak, z punktu widzenia prawa  - mówiła dalej tonem niewinnym  i czystym  - Ale to oportunizm, to 

sprzeczność sama w sobie, gdy się twierdzi, że nie wolno zabić przedwcześnie urodzonego dziecka, a jednocześnie 

zezwala   się   na   zabijanie.   Czy  można   przyjąć   za   właściwe   pańskie   tłumaczenie?   A   może   to   ja   czegoś   tu   nie 

rozumiem?

- Jeśli zaczniesz tak myśleć, nigdy nie dojdziesz do rozsądnego wniosku... Zgodnie z tym rozumowaniem 

można przyjąć, że kobieta, która miała okazję zajść w ciążę i z tego nie skorzystała, albo mężczyzna, który mógł 

zapłodnić   i   tego   nie   zrealizował,   są   również   pośrednio   mordercami...   -   Przesadnie   głośno   się   roześmiałem   i 

dodałem: - Teraz też kiedy tak rozmawiamy bez sensu, popełniamy zabójstwo.

- To możliwe. - Wada poruszyła się i spojrzała prosto na mnie.

- To znaczy, że mamy obowiązek ratować te dzieci?

- Tak, to możliwe - odparła bez śladu uśmiechu.

Nie wiedząc co powiedzieć, podszedłem do okna i włożyłem papierosa do ust. Czułem się jakoś dziwnie 

rozgorączkowany, a zarazem skrępowany.

- Wiesz, jesteś niebezpieczną kobietą.

Usłyszałem, jak Wada wstaje. Czekałem nie ruszając się z miejsca. Następnie, nie mogąc dłużej znieść 

ciszy, odwróciłem się i rozejrzałem. Stała wyprostowana z zaciętą miną, jakiej nigdy u niej nie widziałem. Chciałem 

coś powiedzieć, cokolwiek dodać, i gdy szukałem właściwych słów, Wada odezwała się pierwsza.

- Proszę dać jasną odpowiedź, a ja pana osądzę. 

Roześmiałem się. Śmiałem się zupełnie bez sensu. Wtedy ona też się uśmiechnęła.

- Naprawdę jesteś dziwną dziewczyną.

- To jest sąd - mówiła z poważną miną. - Rozumiem, że pan nie uważa zabijania płodu za przestępstwo.

- Myśląc w ten sposób, nigdy nie dojdziemy do ostatecznych rozstrzygnięć.

- Wobec tego pan chyba nie ma odwagi wprowadzić własnej przyszłości do maszyny.

- Co przez to rozumiesz?

background image

- O, nic takiego. To wystarczy.

Nagle jakby włączyły się hamulce i z rozpędu serce o mało nie wyskoczyło z ciała wskutek wstrząsu. 

Wada spojrzała w sufit szeroko otwartymi oczami i skinęła potwierdzająco. Gdyby nie zrobiła tak niewinnej miny, 

na pewno zacząłbym krzyczeć.

Wada spojrzała na zegarek, jakby nic się nie zdarzyło, i westchnęła. Za jej przykładem rzuciłem okiem na 

własny. Było pięć po dziewiątej.

- Już późno. Chyba lepiej pójdę do domu.

Uniosła wzrok i  uśmiechnęła się, a następnie  szybko  odwróciła  takim  ruchem, jakby coś  chwytała  w 

powietrzu, i nagle opuściła pokój. Zaskoczony nie wiedziałem, co robić. Mogłem tylko na nią patrzeć przez okno: 

coś powiedziała do strażnika, a następnie bez wahania skierowała się w stronę bramy.

Z dużym wysiłkiem wyprostowałem nogi. Chciałem chyba pokazać, że nie pozwolę więcej kpić ze mnie. 

Aż   trudno   uwierzyć,   że   Wada   była   tak   źle   do   mnie   nastawiona,   i   mogła   sobie   pozwolić   na   tak   dziwaczne 

zachowanie w mojej obecności. Być może, gdybym potraktował jej zachowanie dosłownie, nie dopatrzył bym się w 

nim   nic   szczególnego.   Może   problem   tkwił   we   mnie,   ponieważ   to   ja   uznałem,   że   postępuje   dziwacznie   i 

niepotrzebnie straciłem panowanie nad sobą. Muszę się uspokoić i widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Muszę jasno 

rozdzielić to, co ważne, od tego, co nie jest ważne, i ustalić priorytety, by wiedzieć, co robić najpierw.

Położyłem kartkę papieru na biurku, zakreśliłem wielkie koło i chciałem właśnie wpisać weń jeszcze jedno 

mniejsze, gdy złamał się grafit i nie mogłem dokończyć rysunku.

21

Kilkakrotnie   zamierzałem   wyjść   z   pracowni,   lecz   nagle   zmieniałem   zdanie   i   nadal   czekałem.   Gdyby 

Tanomogi wiedział, że tu jestem, to niewątpliwie by przyszedł... Już wkrótce powinien nadejść. Czy to możliwe, 

żeby mnie celowo chciał w ten sposób denerwować? Nie, muszę przestać niepotrzebnie się zadręczać.

Dwadzieścia minut... czterdzieści minut... pięćdziesiąt minut... W końcu telefon zadzwonił dziesięć minut 

po dziesiątej.

-   To   pan?   Właśnie   widziałem   się   z   Wadą.   -   W   głosie   Tanomogiego   nie   brzmiała   skrucha,   wręcz 

podniecenie. - Tak, chciałbym coś panu koniecznie przekazać. Mnie jest obojętne, mógłbym nawet odwiedzić pana 

w domu. Ach, tak? To zaraz tam przyjadę.

Patrzyłem w okno i czekałem, przygotowując się w duchu na to spotkanie. Wielokrotnie powtarzałem sobie 

pierwsze słowa, jakie miałem zamiar powiedzieć, gdy tylko zjawi się Tanomogi. Wpatrywałem się w odległy pejzaż 

nocy.  Wydawało mi się, że między niebem  a dachami  była rozpięta cienka biała błona. U dołu znajdował się 

dworzec kolei miejskiej. Zderzały się tam ze sobą i falowały niezliczone doznania ludzkie i przejawy życia. To 

zupełnie tak samo jak z morzem, które wygląda na płaskie, gdy patrzy się na nie z góry. W pejzażu zawsze panuje 

porządek. Nawet najdziwniejsze zdarzenia nie mogą odstawać od porządku, jakim rządzi się daleki widok...

Zatrzymała się taksówka, wysiadł Tanomogi. Spojrzał w górę w okno i pomachał ręką. Upłynęło równo 

pięć minut.

- Przez cały czas się rozmijaliśmy.

-   Siadaj   -   wskazałem   mu   krzesło,   które   poprzednio   zajmowała   Wada.   Ja   pozostałem   na   tym   samym 

background image

miejscu, mając światło z tyłu. - Od dawna na ciebie czekałem.

- Cały czas byłem poza domem. Musiałem długo pozostać tam, gdzie byłem...

- No, dobrze... - Starałem się nie zdradzić, że jestem zdenerwowany. - Zostawmy to. Chciałbym odtąd 

rejestrować naszą rozmowę. Co o tym sądzisz?

- To znaczy... - Przechylił głowę jakby nie zrozumiał, lecz nie był specjalnie zmieszany.

- Chciałbym jeszcze raz przeanalizować wszystkie zdarzenia, poczynając od dzisiejszego ranka.

- To niezły pomysł... - potwierdził i energicznie poprawił się na krześle. - Dobrze się składa, ponieważ ja 

też o tym myślałem. Sądziłem, że panu nie będzie to odpowiadać, nawet trochę się z tego powodu martwiłem. 

Pamięta pan, jaki rozgniewany był pan przed powrotem do domu?

- Tak... O czym właściwie wtedy rozmawialiśmy?

- Pan powiedział, że ma dosyć zabawy w detektywa.

- Tak, tak, wobec tego teraz zajmijmy się ciągiem dalszym. Proszę nacisnąć włącznik.

Tanomogi pochylił się nad pulpitem i krzyknął ze zdumienia.

- Cały czas był włączony! Lampa włącznika widocznie się przepaliła. Dlatego przedtem nie zauważyłem. 

Dziwne...

- A połączenie z nagrywaniem?

- Nastawione na czuły mikrofon.

- To znaczy, że zostaliśmy nagrani. I to od początku.

-   Najwidoczniej   -   odrzekł   i   z   wprawą   otworzył   przykrywę   aparatury,   uważnie   przejrzał   przyciski   i 

połączenia gęsto splątanych włókien układu. - Faktycznie, coś podobnego... Wada twierdziła, że ja byłem tuż przed 

nią i nie chciała dać wiary, gdy zaprzeczyłem. Pomyślałem, że mówi od rzeczy, lecz teraz rozumiem, o co jej 

chodziło.

Byłem rozczarowany i rozdrażniony. Bardziej tym, że tak łatwo mnie przejrzał, aniżeli tym, że mógł to 

wszystko zaplanować. Gdy utrzymywał, że cały czas przebywał poza domem, w duchu nawet się trochę ucieszyłem, 

licząc na to, że wytknę mu sprzeczności w odpowiedziach, na przykład wspominając fakt włączonej klimatyzacji. 

Skoro on uderzył pierwszy, nic już nie mogłem zrobić. Ponieważ nie sprzyjało mi szczęście, na nic nie zdałyby się 

skargi.

- Wobec tego może rozpoczniemy od rekapitulacji zarysu wydarzeń?

- Proszę...

- Najpierw wybraliśmy pewnego mężczyznę. Miał posłużyć do badań komisji programowej. Wybór nie był 

planowany,   co   więcej,   zupełnie   przypadkowy...   Mężczyzna   został   nagle   przez   kogoś   zabity...   Ponieważ 

znajdowaliśmy się blisko niego, można nas włączyć do kręgu podejrzanych...

- Zwłaszcza mnie, bo byłem najbliżej.

- W zasadzie jego kochankę uznano za przestępczynię i policja chyba nie była usatysfakcjonowana takim 

rozwiązaniem.   Co   więcej,   istnieje   domniemanie,   że   ktoś   z   grupy   przestępczej   zasiał   wątpliwości,   żeby   nas 

utrzymywać w niepokoju. Wszystko to wydało mi się mocno podejrzane.

- Zgadzam się.

- Tak czy owak znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Gdybyśmy nic nie uczynili, wcześniej czy później ich 

macki sięgnęłyby po nas. Zdecydowaliśmy się więc podjąć próbę analizy ciała zmarłego mężczyzny, aby rzucić 

wyzwanie prawdziwemu przestępcy. Gdyby próba się powiodła, otrzymalibyśmy wspaniałe rezultaty jak na nasz 

background image

pierwszy eksperyment.  Ale  analiza potwierdziła  jedynie,  że przestępcą  jest  ktoś  inny niż kobieta,  a poza tym 

usłyszeliśmy bajeczkę o handlarzach ludzkimi embrionami. Na dodatek odebrałem telefon z pogróżkami.

- Należy zwłaszcza zwrócić uwagę na szybkość zdobywania informacji na nasz temat...

- Poza tym, głos telefonującego wydał mi się znajomy...

- Jeszcze pan sobie nie przypomniał, czyj to głos?

- Jeszcze nie. Ale już niewiele brakowało. Nie mam jednak wątpliwości, że jest to człowiek związany z 

naszym środowiskiem.

- Sądzę, że on sporo wie na temat maszyny prognostycznej. Kiedy chcieliśmy poddać badaniu kobietę, od 

razu wyczuł niebezpieczeństwo i zabił ją, zanim dostała się w nasze ręce... Mimo to nie rozumiem, jak to jest 

możliwe, żeby śmierć mężczyzny, którego wybraliśmy zupełnie przypadkowo, była powiązana z kimś z naszego 

instytutu.

- Oczywiście, nie możemy wykluczyć i takiej możliwości, że przestępca broni się, wskazując nas. Ale jeśli 

gdzieś jeszcze kryje się ogniwo, którego istnienia nie przeczuwamy, to sytuacja robi się poważna.

- Co masz na myśli?

- Zdyskredytowanie maszyny prognostycznej.

- Nie rozumiem...

- No dobrze, idźmy dalej... Tak czy owak zgubiliśmy wszystkie ślady.

- Tak, z punktu widzenia zewnętrznego.

- Lecz oni nie ustali w wysiłkach... Stale powtarzają się telefony z pogróżkami, jesteśmy śledzeni. Nie 

można też zapominać o fantastycznej  historyjce na temat nowego gatunku ssaków wodnych.  Z tych powodów 

popadłem w taki podły nastrój, że byłem bliski rezygnacji.

- Właśnie o to pewnie im chodzi...

- Nie, pozwól, że będę kontynuować... Kiedy wróciłem do domu, dowiedziałem się, że podczas mojej 

nieobecności zabrano żonę do jakiegoś szpitala położniczego i bez jej ani mojej zgody zmuszono ją do usunięcia 

ciąży.

- Naprawdę?

- Żona była w ciąży od trzech tygodni. W dodatku gdy opuszczała szpital, wręczono jej siedem tysięcy 

jenów... Chwileczkę... Nie myśl, że z tego powodu jestem gotów uznać teorię o handlu embrionami ludzkimi. Może 

raczej   chodzi   tu   o   to,   że   ktoś   nie   był   pewien,   czy   telefon   z   pogróżkami   wystarczy,   więc   wymyślił   bardziej 

efektywny  sposób służący zastraszeniu. Aby ukryć  jedno wielkie kłamstwo, sprytny złoczyńca  rozsiewa  wiele 

drobnych kłamstewek. Podejrzewam nawet, że tymi siedmioma tysiącami jenów próbował odwrócić moją uwagę i 

skierować   ją   w   stronę   najbardziej   bezsensownych   informacji   ujawnionych   podczas   analizy   ciała   zmarłego 

mężczyzny... No dobrze, pozwól, że powiem do końca... Jego celem jest chyba doprowadzenie do zaniechania całej 

sprawy.  Ktoś, kto wymyślił  ten ohydny handel,  poznał  również  wyniki  analizy.  Nie mam  racji?  Gdybyśmy  z 

wyznań zmarłego nie poznali historii o handlu embrionami, to nawet opłata w wysokości siedmiu tysięcy jenów czy 

wzmianka  o trzytygodniowym  embrionie nie dałyby  nam  do myślenia,  a tym  samym  nie stałaby się dla nich 

bezpośrednim zagrożeniem. Oni o tym wiedzieli. Czy nie mam racji? Otóż tylko dwóch ludzi na świecie zna treść 

tej analizy. Tylko ty i ja. Nie możesz temu zaprzeczyć, prawda?

- Tak, to prawda. - Tanomogi zbladł. Spuścił oczy i chwilę siedział bez ruchu.

- Oczywiście, że nie możesz zaprzeczyć. To jest fakt.

background image

- Jaki fakt?

Powoli zwróciłem się w stronę Tanomogiego i wyprostowanym palcem dotknąłem jego czoła, następnie 

akcentując każde słowo, jakbym je wyciskał z siebie, rzuciłem mu w twarz oskarżenie:

- To ty jesteś przestępcą! To jest ten fakt!

Wbrew oczekiwaniom on ani nie zachwiał się z wrażenia, ani się nie zdenerwował. Nie mógł jednak ukryć 

napięcia; patrząc mi prosto w oczy powiedział niespodziewanie spokojnie:

- Czy ja miałem powód?

- Jeśli założymy, że jesteś przestępcą, powód szybko się znajdzie. A może odbyło się to tak: spotkaliśmy 

tego mężczyznę całkiem przypadkowo, lecz ty mogłeś wcześniej go namierzyć. Tego dnia nie mieliśmy specjalnego 

celu, poza tym byliśmy już zmęczeni. Nic łatwiejszego niż zaprowadzić mnie do tej kawiarni i skierować moją 

uwagę na mężczyznę, którego wcześniej tam zwabiłeś przy współpracy z Kondo. Świetnie ci to poszło. Schwytałeś 

mnie w pułapkę po to, żebym bał się policji, a jednocześnie udałeś, że współpracujesz ze mną w poszukiwaniu 

przestępcy,   by   uniknąć   moich   podejrzeń.   Sprytnie   to   sobie   obmyśliłeś,   ale   sam   się   zdradziłeś   w   najmniej 

spodziewanym miejscu. Zbytnio liczyłeś na brak motywu.

- A, jak sądzisz, co by się zdarzyło gdyby mi się udało i nie zostałbym wykryty?

- To oczywiste, nie wiesz? Gdy znalazłem się w sytuacji bez wyjścia, czekałeś tylko na okazję, żeby ode 

mnie usłyszeć, że winna była kobieta, która popełniła samobójstwo, i wtedy ogłosić fałszywą prognozę.

-  Interesujące   przypuszczenie.   No  więc  co  pan  profesor   zamierza  zrobić,  skoro  doszedł  już   do takiej 

konkluzji?

- Pozostaje mi przekazać moje spostrzeżenia i wnioski.

- Może pan? Bez wskazania motywu?

- Motywu?

- Motywu zbrodni, jak dotąd, nie wyjaśniono, jak myślę.

- A ja myślę,  że powinieneś  raczej  spotkać się z adwokatem. W każdym  razie musimy podjąć  kroki 

prawne, w końcu poddadzą cię badaniu za pomocą tej maszyny. Okaże się, że wywołałeś nie byle jaką aferę. - 

Nagle  opuściły mnie  siły,  opanowało  uczucie  bezradności,  jakbym  po sam  nos  został  zanurzony w parze.  - I 

pomyśleć, że ty mogłeś coś takiego zrobić. Tyle nadziei w tobie pokładałem. To niepojęte, że uczyniłeś coś takiego.

- Co Wada powiedziała, kiedy tutaj była?

- Wada? Nic szczególnego. Tak, wydawało mi się, że była bardzo zaniepokojona. Niestety, ją również 

unieszczęśliwiłeś. Co się stało, to się nie odstanie.

Tanomogi westchnął i potrząsnął zdecydowanie głową.

- To był interesujący wywód, taki racjonalny. Tyle że popełnił pan błąd, jakże typowy dla pana.

- Błąd?

- Może błąd to niewłaściwe słowo, nazwijmy to raczej słabym punktem...

- Nie wykręcaj się. Przecież i tak maszyna dokładnie wszystko zarejestrowała.

- To prawda. Każmy więc wydać werdykt, dobrze? - Tanomogi odwrócił się w stronę maszyny i naciskając 

guzik powiedział do mikrofonu:

- Przygotować się do wydania werdyktu.

Zapaliło się zielone światło. To znak, że przygotowania zostały zakończone.

- Czy przedstawiony przed chwilą wywód jest błędny? 

background image

Zapaliło się czerwone światło sygnalizujące błąd. Tanomogi włączył głośnik i polecił:

- Podać błąd.

W oka mgnieniu maszyna odpowiedziała przez głośnik:

-   Jest   błąd   w   ustanowieniu   pierwszej   hipotezy.   “Każdy,   kto   posiada   informacje   o   kupowaniu   i 

sprzedawaniu ludzkich embrionów, przewidziałby, że sprawa wyjdzie na jaw podczas analizy ciała zmarłego".

- Ależ to głos z telefonu! - krzyknąłem i niechcący chwyciłem Tanomogiego za ramię.

- Przecież to pański głos.

- Tak, rzeczywiście. Gdy wyposażaliśmy maszynę w głos, posłużyliśmy się po prostu moim nagraniem. 

Nie było wątpliwości, to ten sam głos, który słyszałem przez telefon. To oczywiste, że powinienem pamiętać o tym, 

że słyszałem swój głos. Ktoś wykorzystał maszynę i skopiował mój głos. Krzyknąłem tryumfalnie, gdy chwyciłem 

za ramię Tanomogiego. Ostatecznie to ja zdemaskowałem oszustwo. Tak, jesteś chytrym człowiekiem, Tanomogi. 

Naprawdę   chytrym.   Ale   nikt   jeszcze   nie   wygrał,   posługując   się   takimi   sztuczkami.   Przestępstwo   zawsze   jest 

ukarane.

Tanomogi nie próbował oponować, odwrócił wzrok i w ogóle się nie poruszył. Stłumił oddech, czekał, a w 

końcu rzekł cicho, jakby przepraszająco:

- Ale to nie jest dowód, prawda? Głos nie ma takich cech indywidualnych jak twarz człowieka...

Coś mi stanęło w gardle, popłynęły łzy. Wyciągnąłem rękę, żeby je wytrzeć, wtedy Tanomogi zrobił dwa 

lub trzy kroki, przechodząc na drugą stronę krzesła, jakby chciał oddalić się ode mnie.

- I jak maszyna stwierdziła, całe pańskie rozumowanie oparte jest na jednym słabym punkcie, a mianowicie 

na   przekonaniu,   że   kupowanie   i   sprzedaż   embrionów   to   wymysł   mężczyzny.   Nawet   bezbłędnie   wywiedzione 

rozumowanie doktora upada, gdy się postawi znak zapytania przy tym  słabym  punkcie. Oczywiście, ja też nie 

muszę   znać   szczegółów   dotyczących   handlu   płodami.   Ponieważ   nie   mógłbym   szukać   rozwiązania   w   pobliżu 

miejsca zbrodni, pod nosem policji, nie miałbym innego wyjścia, jak tylko pójść okrężną drogą i posłużyć się tą 

jedyną wskazówką. Oczywiście, to tylko hipoteza. Jeśli przyjmiemy, że handel embrionami naprawdę się odbywa, 

możemy  uzyskać   interesujące  rezultaty,  ale   to  by  oznaczało  założenie,   że  ja  jestem   mordercą,   nie   sądzi  pan? 

Zgodnie z biuletynem wydanym przez Ministerstwo Opieki Społecznej ostatnio liczba zabiegów jest prawie taka 

sama  jak  liczba  dzieci  urodzonych,  to znaczy  ponad dwa   miliony rocznie.  Gdybyśmy  uznali, że  kupowanie  i 

sprzedawanie embrionów jest prawdopodobne, to jest możliwe, że proceder ten uprawia duża organizacja. A jeśli 

tak, to jest też możliwe, że człowiek, którego wybraliśmy do badań prognostycznych, był związany z tą organizacją.

- To śmieszne. Historyjka, którą mógłby wymyślić z nudów ktoś nie mający nic do roboty.

Tanomogi przygryzł wargi i skinął potwierdzająco głową, wyjął z kieszeni fotografię o rozmiarach karty do 

gry i cicho położył na krześle.

-   Proszę   tylko   spojrzeć   na   to.   Jest   to   zdjęcie   psa   wodnego.   Prawdę   mówiąc,   byłem   niedawno   w 

laboratorium brata Yamamoto. Wybrałem się po zezwolenie na zwiedzenie ich ośrodka i wtedy otrzymałem to 

zdjęcie jako materiał informacyjny.

Na fotografii rzeczywiście znajdował się pies pływający w wodzie. Głowę miał zanurzoną, przednie łapy 

podgięte, tylne wyciągnięte, a od szyi do grzbietu wznosił się strumyk bąbelków powietrza.

-   Kundel.   Widać   kilka   ciemnych   linii   w   okolicy   zgrubienia   szyi.   Chyba   tam   są   gruczoły.   Jego   uszy 

wyglądają jakoś dziwnie, może dlatego, że to takie zdjęcie. Należy wspomnieć, że po urodzeniu podobno je trochę 

przerabiają, jednak kształt pozostaje taki sam. Natomiast oczy uległy przekształceniu. Wraz z modyfikacją płuc 

background image

zaszły   zmiany   w   wielu   różnych   gruczołach.   Podobno   transformacja   oczu   jest   nieunikniona   z   powodu   atrofii 

gruczołów łzowych.

- Przecież to jest potworek operacyjnie powołany do życia!

- Wcale nie. Jeśli chodzi o zwierzęta, które mają skrzela tego samego kształtu, to przychodzi mi na myśl, 

powiedzmy rekin. Czy może pan wyobrazić sobie krzyżówkę rekina i psa? Ten pies powstał dzięki najnowszej 

technologii  planowej  ewolucji  przy pomocy embrionu umieszczonego  poza  macicą.  Gdyby  pan choćby raz  to 

zobaczył na własne oczy!

-   Rozumiem.   Czy   chcesz   przez   to   powiedzieć,   że   handel   embrionami   jest   prowadzony  w   celu 

wyhodowania wodnych ludzi?

- Trzytygodniowy embrion nie ma nawet trzech centymetrów długości. Nie byłoby więc najmniejszego 

sensu płacić siedem tysięcy jenów za coś takiego, a potem użyć to jako pożywienie.

Odniosłem wrażenie, że to jakiś koszmar. Przez chwilę przyglądałem się fotografii i wtedy wydało mi się, 

że ta utrwalona rzeczywistość po prostu nie jest rzeczywistością. Fałszem wydało mi się nawet to, iż na zewnątrz 

mieszkają zwykli ludzie.

- ...I mówisz, że pozwolą mi zwiedzić?

- Tak, nie było to takie łatwe - odrzekł, pochylając się nieco do przodu. - Zgodzili się pod warunkiem, że 

nikomu pan o tym nie powie.

- Ale to się nie trzyma  kupy...  Jeśli  założymy,  że handel  embrionami jest faktem, to pewnie główny 

księgowy został zamordowany dlatego, iż chciał się czegoś na ten temat dowiedzieć. Jak to więc możliwe, by tak 

potężna organizacja mogła tak po prostu pozwolić nam na zbliżenie.

- Właśnie, musi mieć własne powody.

- Powody? Tak, powody. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to na pewno nie uzyskalibyśmy zgody, gdybyśmy 

mogli trafić tam na jakiś trop. Nawet nie warto tam iść, to po prostu próżny trud...

- Proszę pana... - zaczął niepewnie Tanomogi, przełykając ślinę - przeciwnie, sądzę, że byłaby to ostatnia 

szansa.

- Chcesz powiedzieć, że laboratorium zostanie zamknięte?

- Nie mówię o zwiedzaniu, a o ostatniej szansie, jaka stoi przed panem.

- Co to znaczy?

- No dobrze, jeśli taka jest pana postawa, to zrezygnuję z całej tej sprawy, jednak...

Co to było? Pamiętam, że już przedtem słyszałem identyczny dialog. No tak, przecież to są takie same 

słowa, jakie nie tak dawno wypowiedziała Wada Katsuko...

- Ten pies... czy ten pies potrafi łowić ryby?

W oczach Tanomogiego pojawił się błysk.

- Tak, łowi różnego rodzaju. Trenują go w tym celu. Gdybyśmy tam pojechali, mogliby pozwolić nam 

obejrzeć taki trening.

- To dziwne, że na samą myśl o tym jesteś taki zadowolony. Przecież wybieramy się na terytorium wroga.

- Ja? Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może oczyszczę się z wszelkich podejrzeń.

- Czy pomyślałeś o tym, że możemy już nigdy tu nie wrócić? 

Tanomogi roześmiał się.

- Rzeczywiście, wobec tego może powinniśmy zostawić listy pożegnalne...

background image

22

- Tak czy owak, na dziś wystarczy... Jestem wystarczająco zmęczony - powiedziałem znużonym głosem i 

uniosłem przyciśnięte do stołu palce, których czubki przez jakiś czas pozostały spłaszczone i blade.

- Ale... - Tanomogi zaczął swym charakterystycznym, upartym tonem - pewnie jestem natrętny, ale może 

jednak byłoby lepiej zakończyć tę sprawę dziś w nocy, skoro i tak to trzeba zrobić?

- Jaką sprawę?

- To oczywiste, obejrzenie wodnych zwierząt.

- Nie żartuj, dochodzi jedenasta.

- Wiem. Czy jednak w tym wypadku czas nie odgrywa ważnej roli? Do posiedzenia komisji programowej 

pozostały tylko trzy dni, a przecież powinniśmy jeszcze wcześniej przedstawić Tomoyasu porządek obrad. W tej 

sytuacji mamy do dyspozycji tylko jutrzejszy dzień...

- Nie ma co się o tym rozwodzić, to oczywiste. Czy jednak nie sądzisz, że o tej godzinie sprawimy im 

kłopot? A poza tym tam już nikogo nie ma.

- Są. Dyrektor, profesor Yamamoto specjalnie przełożył swój nocny dyżur na dziś.

- Dyrektor na nocnym dyżurze?

- Tak, podobnie jak w szpitalu. Zajmują się tam istotami żywymi. Zrozumie pan, gdy zobaczy, że to raczej 

nocą mają najwięcej pracy.

- Słuchaj... - Zapaliłem papierosa, choć nie miałem na to wcale ochoty i oparłem się niedbale o obrotowe 

krzesło. Chciałem chyba w ten sposób udowodnić Tanomogiemu, ale pewnie też i sobie, że jestem jeszcze dość 

spokojny. - Prawdę mówiąc, myślę, że nie jesteś ze mną szczery.

Tanomogi wysunął nieco górną wargę i cofnął podbródek. Najwyraźniej chciał mi coś powiedzieć, ale 

zachował milczenie.

- Jest wiele spraw, o których chciałbym porozmawiać. Nie jestem zadowolony z rozwoju wypadków nie 

tylko   z   punktu   widzenia   logiki,   ale   także   i   uczuć.   Wybacz   mi,   ale   muszę   to   powiedzieć:   jest   mi   bardzo 

nieprzyjemnie.

- Hm, chyba pana rozumiem.

- W takim razie pomówmy raczej o tym, co wiemy, i przestańmy się wzajemnie sprawdzać. Znaleźliśmy 

się w ślepym zaułku i w dodatku jesteśmy związani czymś, o czym nie mamy pojęcia. Ponieważ nie wiemy, co chce 

osiągnąć nasz przeciwnik, nie możemy mu się przeciwstawić. Ktoś, kto mnie zniszczy, odniesie korzyść.

- Oczywiście, to dlatego, że ci ludzie obawiają się maszyny prognostycznej.

- Czy to możliwe? Przecież chyba niczego o mnie nie wiedzieli? Zabili kobietę i nie pozostawili żadnego 

śladu. Nie mają już czego się bać.

- Jeśli nawet tak jest, nie możemy się wycofać. Po pierwsze, nie zgodzi się na to komisja, która oczekuje 

ujawnienia prawdziwego przestępcy.

-   Moglibyśmy   spróbować   ich   oszukać   przedstawiając   analizę   czynników   osobowości   zmarłego 

księgowego.

-   Nie   jestem   przekonany.   Policja   już   wie,   że   działamy   w   tej   sprawie.   Przyjęła   taktykę   oczekiwania, 

background image

spodziewając się, że nie uda się nam odnaleźć prawdziwego przestępcy. Co wtedy? Nasza sytuacja stanie się jeszcze 

trudniejsza, gdy na przykład podejrzenie padnie na nas... Jest niedobrze, bardzo niedobrze...

- Przypuśćmy,  że rzeczywiście  jest  tak, jak mówisz. Ale można też  rozważyć  rzecz  następującą.  Oto 

organizacja, załóżmy, że taka istnieje, będzie nas szantażować, a likwidując świadka postara się skierować na nas 

uwagę policji. W takiej sytuacji podejrzenie na pewno padnie na nas. Chyba nie można tego wykluczyć...

- To nie są żarty. Właśnie tego rodzaju sposób rozumowania jest im na rękę. Tchórzliwi zawsze wpadają w 

podobne pułapki. Słyszą, że na zewnątrz są wilki, i nie robią nic, mimo że wiedzą, iż pozostając na miejscu umrą z 

głodu. I ostatecznie kończą jako zapomniani więźniowie w jaskini. Nie, przepraszam, ta cała sytuacja okropnie mnie 

denerwuje.

- To i tak niczego nie zmieni. Dobrze wiem, czym jest tchórzostwo. Twoje słowa przywiodły mi coś na 

myśl... Rzeczywiście, może poczulibyśmy się lepiej. A gdybyśmy sami poszli na policję i opowiedzieli absolutnie 

wszystko?

Tanomogi podniósł wzrok i popatrzył na mnie w milczeniu, przygryzając wargę. Nie wiedziałem, czy był 

zdumiony, czy zaskoczony.

- Śmiem twierdzić, że ktoś byłby tym zachwycony. Wielu naszych kolegów nie miałoby nic przeciwko 

temu, żeby nas stąd wygonili i zamienili to miejsce w zwykły ośrodek zajmujący się mózgiem elektronicznym 

wykonującym proste zlecenia. Ponieważ pan nie akceptuje faktu istnienia handlu embrionami, więc myśli pan, że 

nawet schwytanie w pułapkę pańskiej żony miało służyć odwróceniu uwagi. W rzeczywistości oni nie tylko nie 

ukrywają swego istnienia, ale podkreślają je. - Lekko uderzając palcami o krawędź maszyny, nagle ściszył głos. - To 

właśnie można traktować jako ostrzeżenie, że są gotowi użyć siły przeciw panu w każdym momencie... Już zabito 

mężczyznę, zmarła też kobieta...

- Jak sądzisz - co powinniśmy zrobić?

W   pewnym   momencie,   nie   spostrzegłem   w   którym,   zacząłem   krążyć   w   wąskiej   przestrzeni   między 

maszynami.

- Nie pozostało nam nic, jak dowiedzieć się, na czym polega ta pułapka. - Gdy nie odpowiadałem, naciskał 

mnie dalej. - A gdybyśmy tak powierzyli maszynie uporządkowanie naszej sytuacji?

- Tego już za wiele! - Nie byłem w stanie ukryć zaskoczenia, co mnie tym bardziej zdenerwowało. Gdy się 

zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że od pewnego czasu spodziewałem się po nim tej propozycji. Spodziewałem 

się i jednocześnie chyba obawiałem.

- Dlaczego? Chyba nie chce pan przez to powiedzieć, że nie ufa maszynie?

- Maszyna działa zgodnie z programem i nie ma tu nic do rzeczy, czy jej ufam czy też nie...

- To znaczy?

- To znaczy, że nie jest to tego rzędu sprawa, żeby posługiwać się maszyną.

- To dziwne... Czy to znaczy, że pan przyznaje mi rację?

- Nie ma w tym nic dziwnego.

- Ale pan się waha. Czy może pan ufać maszynie, a jednocześnie nie ufać prognozie?

- Myśl, co chcesz.

- Tak nie można. W ten sposób otwarcie pan przyznał, że przywiązuje pan raczej wagę do możliwości 

maszyny, a nie interesuje się treścią prognozy.

- Kto to powiedział?!

background image

- Czy tak nie jest? Pan nie może się zdecydować nie dlatego, że nie wierzy, a raczej dlatego, że nie chce 

wierzyć. W efekcie potwierdził pan to, co mają zwykle do powiedzenia przeciwnicy maszyny prognostycznej, czyli 

ludzie, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości przewidywań na przyszłość. Okazuje się więc pan nieodpowiednim 

człowiekiem na stanowisko kierownika odpowiedzialnego za laboratorium.

Nagle poczułem się śmiertelnie zmęczony, a mój gniew zmienił się w żal. Ze zmęczenia poczerwieniała 

twarz.

- Tak, chyba jest tak, jak twierdzisz... Ludzie w twoim wieku bez wahania mówią tak okrutne rzeczy...

- Dziwię się, że pan tak to odbiera. - Nagle ton jego głosu się zmienił, stał się ciepły i przyjazny. - Pan 

powinien wiedzieć lepiej niż kto inny, że jestem bardzo szczery. Wiem, że to nieprzyjemne. Mam niewyparzoną 

gębę.

- Nie chcę stąd odchodzić. Człowiek taki jak ja nie może funkcjonować z dala od tego, co stworzył. Mimo 

to, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli, zrezygnuję ze wszystkiego i skryję się w jakimś zakątku. Przecież nie ma 

chyba innego wyjścia, czyż nie? To zabawne, że inżynier prognostyk nie chce znać prognozy. Ale ja nie chcę radzić 

się maszyny i pytać jej, jak mam postępować.

- Pan jest zmęczony.

- Jesteś chytry, wiesz o tym.

- Dlaczego?

- A dlatego, że nie jesteś do końca szczery.

- Jeśli nie powie pan konkretnie, w jakim punkcie, to... - zaczął Tanomogi zaczepnie.

- Masz w zasadzie rację, że trzeba zebrać wszystkie siły, by wykryć pułapkę. Ciekaw jestem, czy oglądanie 

wodnych   ssaków   jest   tak   pilnie   potrzebne...   Och,   nie,   bez   pytania   dobrze   wiem,   że   tak   myślisz.   Przecież 

zmarnowałeś pół dnia w tym laboratorium, a teraz, o tak późnej porze, chcesz za wszelką cenę mnie tam zaciągnąć... 

To rozumiem... Nawet  nie starasz się wyjaśnić  powodu tego działania. Twierdzisz, że handel  embrionami  jest 

faktem i że w laboratorium, prowadząc badania nad rozwojem embrionów poza macicą matki, możemy znaleźć 

pewne dane pozwalające rozwiązać problem, ale ja nie mogę w to uwierzyć. Jak mówisz, do posiedzenia komisji 

pozostały tylko trzy dni. Nie mam pewności, czy jeżdżenie i oglądanie wodnych psów lub myszy nie byłoby zwykłą 

stratą cennego czasu. Natomiast wiem na pewno, że nadal coś ukrywasz.

- Za wiele pan sobie wyobraża. - Tanomogi uśmiechnął się z lekka zawstydzony, może dlatego, że ton 

mego głosu był łagodny.

- Po prostu uważam, że aby ustalić jasny plan działania, musimy koniecznie zacząć od stwierdzenia, czy 

rzeczywiście istnieje handel embrionami. Nie mam jednak odwagi pana do tego zmuszać. Zdaję sobie sprawę, że to 

szalony pomysł. Wiem, że nikt nie lubi wyobrażać sobie czegoś, co przekracza granice jego wyobraźni. Ale gdyby 

pan rzeczywiście choć raz obejrzał laboratorium, to niewątpliwie uwierzyłby pan w możliwość istnienia handlu 

embrionami. Jestem o tym przekonany i dlatego mogę uznać to za niezbity fakt.

- Mam wątpliwości co do tego, czy warto tam jechać jedynie w tej sprawie. Skoro uważasz, że można 

przyjąć linię postępowania, posługując się tą hipotezą, to dlaczego nie mielibyśmy zacząć działać bez składania 

wizyty w laboratorium?

- Ale czy może pan potraktować sprawę poważnie, mimo że nawet w to pan nie wierzy?

- Postaram się uwierzyć.

- Nie, wciąż pan nie daje wiary. Nie można tak łatwo uwierzyć.

background image

-  Powstrzymałem  wymuszony mimo woli  uśmiech.  - O, pan  się  śmieje,  a jest  to dowód, że pan nie 

przyjmuje tego do wiadomości.

- To głupota.

-   Gdyby   pan   choć   trochę   uwierzył,   nie   mógłby   się   śmiać.   Proszę   tylko   pomyśleć   o   możliwości 

wyhodowania kilku milionów wodnych ludzi rok po roku.

- W tym, co mówisz, jest zbyt wiele niejasności.

- W tej sytuacji każda możliwość wydaje się nierealna. W takich warunkach w ogóle nie można ustalić 

żadnej taktyki.

- Wiem, wiem. Wobec tego niech tak będzie. Przyjmijmy, że co roku powołuje się do życia kilka milionów 

wodnych ludzi...

- A wśród nich znajduje się pański syn...

Roześmiałem się. Wydałem z siebie suchy, chrypiący głos, ale jednak był to śmiech. Rzeczywiście, czy 

mogłem zareagować inaczej, niż tylko się roześmiać... Z głębi  mojej świadomości - jakby trzepocąc nogami i 

rękami - wypłynęła na powierzchnię rozmowa, którą odbyłem z żoną przed kilku dniami i do której wówczas nie 

przywiązywałem prawie żadnej wagi. Tak, to było chyba nocą w czasie poprzednich obrad komisji. Po powrocie 

siedziałem na poduszce ze skrzyżowanymi nogami, mieszając w szklance whisky z wodą, a żona stała obok mnie i 

za wszelką cenę starała się zwrócić na siebie moją uwagę. Mówiła coś. Nie wiadomo dlaczego, ale zrobiło mi się 

jakoś bardzo nieprzyjemnie. Nie tylko z powodu trudności, jakie czyniła komisja. Byłem poirytowany i zmęczony i 

nawet bym nie spojrzał na żonę, gdyby ona nie starała się z takim uporem ze mną rozmawiać. Drażniła mnie sama 

obecność   żony,   czułem   się   tak,   jakby   mnie   za   coś   atakowała.   Dlaczego   nie   pójdziesz   i   nie   kupisz?   - 

odpowiedziałem. Spojrzałem  z ukosa na katalog urządzeń elektrycznych,  który wygładzała  palcami  w miejscu 

zagięcia,   i   znów   zwróciłem   usta   w   stronę   szklanki.   -   Kupić,   co   kupić?   -   Chyba   chodzi   ci   o   urządzenie 

klimatyzacyjne do pokoju? - No nie, jesteś niemożliwy... To prawda, nie słuchałem uważnie tego, o czym mówiła. 

W świetle wyraźnie bielały jej cienkie włosy spadające na czoło i tak wiele zdawały się mówić o upływie czasu. 

Chwilę przedtem opowiadała o dziecku.

Była to kontynuacja tematu z poprzedniej nocy.  Żona wybrała się w sprawie ciąży do lekarza, potem 

rozmawialiśmy o tym, czy ciążę należy usunąć, czy nie. Gdyby nawet nie o to chodziło, to i tak mówiłaby o ciąży, 

ponieważ   kobiety   podobno   lubią   ten   temat.   Niedawno,   przypadkowo,   wspomniała   coś   o   tym   również   Wada 

Katsuko.   Oczywiście,   gdy   teraz   o   tym   pomyślałem,   zacząłem   mieć   poważne   wątpliwości,   czy   był   to   czysty 

przypadek, czy też nie... Tak czy owak nie było powodu, żebym mógł inaczej odpowiedzieć na jej wątpliwości. 

Chodziło o fizyczną budowę żony, a mianowicie o naturalną skłonność do ciąży pozamacicznej. Nie mieliśmy więc 

innego wyjścia, jak tylko sprawę powierzyć lekarzom i dlatego nasza dyskusja na ten temat prowadziła donikąd. 

Żona chciała jednak o tym rozmawiać, nie wiedząc, że zastanawianie się nad tym nie ma sensu. Nie powiem, żebym 

nie rozumiał jej uczuć, jednak wydawało mi się głupotą dostosowywanie się do jej nastrojów. Nie myślałem o tym, 

że chciałbym mieć jeszcze jedno dziecko, ani też, że nie chciałbym. Uważałem, że nie rodzimy dzieci, a po prostu, 

że dzieci się rodzą.

Lekarz powiedział, że tym razem jest nadzieja na normalną ciążę, ale i tak byłoby bezpieczniej ją usunąć. 

Posługiwanie się w tej sytuacji moralną oceną przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji byłoby fikcją. Trudno jest 

oddzielić aborcję od dzieciobójstwa, ale czy łatwo znaleźć różnice między aborcją a antykoncepcją? Prawdą jest, że 

człowiek żyje dla przyszłości, a zabójstwo jest złem, ponieważ odbiera człowiekowi przyszłość. Przyszłość jest 

background image

niczym innym niż projekcją czasu teraźniejszego. Kto mógłby przyjąć odpowiedzialność za przyszłość czegoś, co 

nie ma nawet teraźniejszości. Czy mógłby odwrócić się od rzeczywistości w imię odpowiedzialności?

- Mówisz, żebym się pozbyła?

- Nikt tego nie mówi. Przecież tłumaczę, że decyzję pozostawiam tobie.

- A ja pytam o twoje zdanie.

- Nie mam zdania. Jest mi wszystko  jedno. - Jeśli taka kłótnia wydaje mi się idiotyczna,  to również 

unikanie sprzeczki jest niemądre. Bliscy sobie ludzie to po prostu tacy, którzy bezsensownie zadają sobie rany. 

Wierzyłem jednak we własną logikę i lekceważyłem sprawę, uważając że jest mi ona obojętna, niezależnie od tego, 

co zrobi żona. Nie ruszyłem się z miejsca, podczas gdy żona nagle wyszła, zgniatając w dłoni katalog; po prostu 

powoli wypiłem drugą whisky, a już w następnej chwili byłem w stanie zapomnieć o wszystkim.

Wystarczyło   to   jedno   zdanie   Tanomogiego   mówiące   o   tym,   że   moje   dziecko   może   teraz   stawać   się 

wodnym  stworzeniem, i od razu cała moja pewność siebie wzięła w łeb. Moje dziecko, które nie powinno się 

urodzić, wpatruje się teraz we mnie z mrocznych głębin wody... Te ciemne pęknięcie u nasady brody to będą 

skrzela... uszy pozostaną normalne, lecz w powiekach pojawią się pewne zniekształcenia... białe kończyny pląsające 

w ciemnej wodzie... moje dziecko, które nie powinno się urodzić... moje dziecko przekształcone w chwili, gdy 

siedziałem w kucki na łóżku odczuwając satysfakcję z tego, że zraniłem żonę i siebie podczas kłótni... Leniwe 

samozakłamanie i to głupie zadufanie teraz obróciło się przeciwko mnie... W ten sposób wzajemne zadawanie sobie 

ran okazało się całkowicie jednostronne. Żona okrutnie mnie biczowała za pomocą tego potworka, którym się staje 

nasze dziecko, urodzone wbrew naszej woli. Im mocniej chciałem się przed ciosami chronić, tym bardziej czułem 

się poraniony, im bardziej chciałem uciec, tym wyraźniej widziałem otwarte szeroko oczy głębin wody czekające na 

mnie po drugiej stronie.

Poczułem się nieswojo i przestałem się śmiać.

- To nic nie pomoże... - powiedział Tanomogi, jakby ogłaszał wyrok. - Nadal chciałbym, żeby pan obejrzał 

laboratorium, bo inaczej...

- Już dobrze. Dzięki tobie w zasadzie wiem, co należy robić...

- Co więc chce pan robić?

- Powiem po tym, jak obejrzymy to, co jest do oglądania. 

Tanomogi odetchnął z ulgą, poszukał po omacku ołówka wetkniętego do kieszeni na piersi i przystąpił do 

wyłączenia maszyny.

- Zobacz, maszyna chyba wszystko to nagrywała?

- Nie powiedział pan, żeby wyłączyć... - Otworzył okienko, pokazał licznik rejestrujący czas i powiedział 

żartobliwie: - Zostawimy to zamiast naszego testamentu, na wszelki wypadek.

Pokój wypełnił cichy łagodny pomruk. Maszyna wydała mi się inna niż zawsze. Miałem wrażenie, że tuż 

za nią droga do przyszłości otwarła przede mną swą złowieszczą paszczę. I nagle przyszłość przestała być tylko 

odbitką światłodrukową, a stała się rozszalałą bestią, mającą własną wolę niezależną od współczesności.

KARTA PROGRAMOWA NR 2

Programowanie jest po prostu operacją redukcji rzeczywistości jakościowej w ilościową.

background image

23

Na zewnątrz panowała cisza i duchota. Pot wypływał spomiędzy palców, jakbym przed chwilą miał na 

rękach wyparzone rękawice. Nie było widać gwiazd, tylko księżyc okolony czerwoną zorzą ukazywał podbrzusze 

przez chmury. Schodząc na dół, zatrzymaliśmy się w pokoju straży, skąd Tanomogi gdzieś zatelefonował. Strażnik 

zachowywał   się   tak,   jakby   nas   oczekiwał.   Chętnie   przyniósł   nam   po   puszce   soku.   Udawanie,   że   niczego   nie 

zauważam, nie sprawiło mi przyjemności.

- Skontaktowałeś się? - zapytałem zgadując, do kogo dzwonił.

- Tak, skontaktowałem się - odpowiedział z uśmiechem na twarzy i szybko wyszedł, a ja za nim.

Milczeliśmy. Nie zauważyłem, żeby ktoś nas śledził. Wyszliśmy na główną ulicę i wzięliśmy taksówkę. 

Wyjąłem chusteczkę, lecz nie zdążyłem wytrzeć kropli potu, która w końcu spadła z nosa.

- Od Tsukiji, przez Harumi, potem na most prowadzący na teren dwunastej działki zasypanej zatoki... 

Rozumie pan? Most nazywa się chyba Yoroi... Stamtąd już niedaleko... - Tanomagi objaśnił taksówkarzowi trasę.

Kierowca, mężczyzna w średnim wieku, pod służbową czapką miał zawiązany ręczniczek chroniący twarz 

przed spływającym potem. Odwrócił głowę do tyłu i spojrzał na nas podejrzliwie, lecz nic nie powiedział, tylko 

nacisnął pedał gazu. Mijaliśmy drewniane domy, zastygłe i skulone w upale, widoczne przez szyby taksówki. Było 

coraz duszniej, po godzinie jazdy minęliśmy Harumi, przed nami roztoczył się zdziczały i ziejący grozą widok, 

obok przy szerokiej drodze ciągnęły się betonowe mury. W tym czasie wymienialiśmy poglądy bez ładu i składu, 

narzekaliśmy też na powtarzające się od kilku lat anomalie pogody, na wysokie przypływy bez wiadomej przyczyny 

lub zbyt częste lekkie trzęsienia ziemi. Wydało mi się też, że zdrzemnąłem się na kilkanaście minut.

W   końcu   w   lepkim   wietrze   od   morza   ukazał   się   błyszczący   zielenią   most   Yoroi.   W   przesadnym 

przytłaczającym pejzaż oświetleniu, wyczuwałem coś mocno niepokojącego. W momencie, w którym minęliśmy 

most, rozległ się cichy i krótki odgłos syreny. Był to chyba sygnał ogłaszający godzinę zero.

Przy drodze stał samochód w kształcie pudła. Pochylony nad silnikiem mężczyzna naprawiał w nim coś w 

świetle latarki. Tanomogi zatrzymał taksówkę i zapłacił.

- To tam - powiedział i podszedł do samochodu przy drodze. 

Mężczyzna z latarką od razu wyprostował się i ukłonił grzecznie.

Przesiedliśmy się do czekającego na nas samochodu, jechaliśmy jeszcze ze dwadzieścia minut szeroką 

drogą, ale wyjątkowo krętą i niebezpieczną. W końcu straciłem poczucie kierunku, ponieważ minęliśmy trzy mosty 

i być może nie jechaliśmy już w stronę dwunastego kwartału zasypanego morza. Nie próbowałem nawet zapytać, 

ponieważ zakładałem, że i tak nie uzyskam odpowiedzi. Zresztą, pomyślałem, potem mogą mi wskazać to miejsce 

na mapie.

Zupełnie   niespodziewanie   dotarliśmy   do   celu.   Ukazało   się   jakieś   opustoszałe   miasteczko,   w   którym 

znajdowały się same magazyny. Zatrzymaliśmy się pod parterowym budynkiem, otoczonym zwykłym betonowym 

murem, w miejscu, w którym droga opadała ku morzu. Przy wejściu z boku wisiała ledwie widoczna drewniana 

tabliczka z napisem “Instytut Yamamoto". Na podwórku stały puste, wypłowiałe od słońca i deszczu metalowe 

pojemniki. Szybko podniosłem głowę, lecz niestety nic nie dostrzegłem, ponieważ księżyc skrył się za chmurą. 

Nawet gdyby się pokazał, nie ułatwiałoby to rozpoznania terenu. Tutaj morskie wybrzeże otwarte było na wszystkie 

strony świata z wyjątkiem północy.

Powitał  nas  sam  Yamamoto.  Okazał  się  masywnie  zbudowanym  mężczyzną  o bladej  i  jakby brudnej 

background image

twarzy. Trzymając wizytówkę między tłustymi palcami o głęboko wyciętych, krótkich paznokciach, powiedział 

dobrze modulowanym, mocnym głosem: - Mój młodszy brat wiele panu zawdzięcza. Słuchając go, przypomniałem 

sobie, że jego brat jest odpowiedzialny za diagnostykę elektroniczną w Centralnym Szpitalu Ubezpieczeń, i nie 

mogłem oprzeć się wrażeniu, że to powiązanie jest dającym do myślenia sygnałem. Poczułem się jak człowiek 

cierpiący na amnezję, który został pozbawiony punktu odniesienia. Wyobraziłem sobie, że odtąd wszystko jest 

niepewne, enigmatyczne. Starając się ukryć swój niepokój, odpowiedziałem na jego pozdrowienie nieco obcesowo.

- Faktycznie, bardzo pan podobny.

- Nie, choć mówi się że jesteśmy braćmi, ale naprawdę on jest tylko szwagrem.

Yamamoto roześmiał się wesoło i ruszył przodem. Tutaj obowiązywały białe płaszcze i sandały, ale jego 

płaszcz był  już mocno pobrudzony,  ponieważ  Yamamoto pracował  z żywymi  stworzeniami. Ręce zwisały mu 

ociężale po bokach. W odróżnieniu od nas, zajmujących się niewidocznymi abstrakcyjnymi sprawami, on miał tutaj 

do czynienia z żywymi, delikatnymi istotami. Zastanawiałem się, czy jego grube palce nadają się do tego rodzaju 

pracy. Może wbrew pozorom takie końce palców są naprawdę zręczne.

Wnętrze budynku wyglądało  żałośnie, odrapane  ściany przypominały starą  szkołę. W końcu korytarza 

znajdowała się jednak winda. Wsiedliśmy, a kiedy Yamamoto nacisnął guzik, nagle ruszyła w dół. Gdybym się 

wcześniej zastanowił, to przecież bym wiedział, że w parterowym  budynku winda może jechać tylko w dół. Z 

przyzwyczajenia oczekiwałem ruchu w górę, więc zdziwiłem się, gdy stało się inaczej, i krzyknąłem ze zdumienia. 

Yamamoto roześmiał się, jakby tylko na efekt czekał. Śmiał się jakoś tak niewinnie, jakby zapomniał, że znalazłem 

się tutaj w sytuacji nadzwyczajnej, a nie mówiąc o tym, że był środek nocy. Zupełnie nie wyglądał na osobę, która 

mogłaby brać udział w konspiracji. Mój gniew i zdecydowana wola ujawnienia tajemnic laboratorium przerodziła 

się w oczekiwanie na coś niewiadomego. Stałem więc pochylony, o nic nie pytając.

Winda opuszczała się powoli, ale zeszła chyba na głębokość jakichś trzech zwykłych pięter. Na dole obok 

windy ciągnął się długi korytarz z kilkoma parami drzwi. Gdyby nie panująca tu chłodna wilgoć, korytarz nie 

różniłby się wyglądem  od innych  instytutów  badawczych.  Skręciliśmy w prawo  i zostaliśmy wprowadzeni  do 

pomieszczenia znajdującego się naprzeciw.

Ujrzeliśmy zaskakujący widok. Stały tam akwaria i układanki z brudnych brył lodu. Połączone ze sobą 

małe i duże kadzie były poprzedzielane wymyślnie splątanymi rurami, bańkami i licznikami. Metalowe pomosty 

służące pracującym tam ludziom do przechodzenia, ciągnęły się we wszystkich kierunkach, w niektórych miejscach 

nawet na poziomie trzech pięter. Przypominało to maszynownię na statku. Wilgotne, pokryte zieloną farbą ściany 

wypełniał ożywiony, niemal oblepiający szum przerywany trzaskiem. W nozdrza biła woń na wpół wyschłej plaży 

sąsiadującej z morską płycizną... Często śniło mi się coś podobnego przed zachorowaniem na grypę.

Stojący na pomoście mężczyzna w białym fartuchu odczytał kolejno dane z liczników, zapisał je w notesie 

i   odszedł,   głośno   stukając   sandałami.   Gdy   weszliśmy,   nawet   nie   obejrzał   się   w   naszą   stronę.   Dopiero   gdy 

Yamamoto zwrócił się do niego po nazwisku mówiąc “Harada- kun", ujrzałem, ku mojemu zaskoczeniu, miłą, 

uśmiechniętą twarz.

-   Harada-   kun,   może   byś   potem   otworzył   trzecią   wylęgarnię.   -   Głęboki   głos   Yamamoto   rozniósł   się 

pobrzmiewającym echem.

- Już przygotowałem.

Yamamoto skinął głową i rozejrzał się.

- Wobec tego pójdziemy. Najpierw może do mojego pokoju... - Ruszył w stronę środkowego pomostu.

background image

-  Proszę  spojrzeć.  -  Tanomogi  trącił  mnie  łokciem,  kierując   moją  uwagę   na  stojące   po obu  stronach 

pojemniki z wodą. Nie musiał nic mówić; gdy tylko tu weszliśmy, wpatrywałem się w nie ze zdumieniem.

W   pierwszym   pojemniku   znajdowała   się   parka   dużych   szczurów   wodnych.   Gdyby   nie   jasne, 

brzoskwiniowe   szparki   w   grubej   sierści   przy   karku,   otwierające   się   i   zamykające,   gdyby   nie   mała   pierś   i 

beczułkowaty korpus, to niczym by się nie różniły od zwykłych szczurów. W wodzie poruszały się wyjątkowo 

zwinnie, nie tylko przebierały łapkami jak pływające psy, lecz także potrafiły posługiwać się całym ciałem, sprężać 

się i rozprężać, krążyć żywo i gwałtownie się obracając, zupełnie jak krewetki. Nie straciły jednak chyba cech 

gryzoni - gdy jeden wypłynął na powierzchnię wody, od razu chwycił pływający tam kawałek drewna, rozgryzł na 

strzępy i powoli zanurzył się na dno.

Następny szczur nagle ruszył w moją stronę, lecz nim uderzył o ściankę pojemnika, z wdziękiem obrócił 

się i wpatrywał się we mnie bez zmrużenia dużych okrągłych oczu, trzepocząc czerwonym językiem w na wpół 

otwartym pyszczku.

W następnych zbiornikach również znajdowały się szczury. W czwartym natomiast króliki. W odróżnieniu 

od szczurów, króliki wyglądały bardzo źle, wprost żałośnie, nie miały sił się ruszać, zwinięte niemal w kłębki z 

sierścią przylepioną do skóry unosiły się blisko dna pojemnika jak worki.

- Trawożerne  nie przystosowują  się dobrze. Przypuszczam,  że ich sposób asymilacji  energii  jest  zbyt 

odmienny. Pierwszemu pokoleniu jakoś udaje się przeżyć, lecz następnym nie - powiedział Yamamoto, uderzając 

palcami o zbiornik.

Poprowadził nas na metalowe schody w prawo do pokoju podobnego do pudełka wiszącego pod sufitem. 

Tuż przed wejściem mimo woli obejrzałem się i zobaczyłem wielkie zwierzę połyskujące czernią w pojemniku 

wielkości   samochodu   ciężarowego,   znajdującym   się   daleko   na   końcu   sali.   Nagle   zwierzę   wypłynęło   na 

powierzchnię wody, rozkołysanej niczym galareta, i ryknęło smętnym, chrypiącym głosem. Była to krowa.

- Zdumiewające, prawda? - Yamamoto uśmiechając się zamknął drzwi. - Jeśli się nie pożałuje paszy, nawet 

trawożerne   jakoś   dają   się   tu   wyhodować.   Krowa   daje   mięso   i   mleko,   można   mieć   nawet   niezłe   zyski,   jeśli 

wyprodukuje się dostatecznie dużo paszy. Żyje w wodzie, trudno więc posługiwać się dojarkami. Jak na razie 

używamy  małych  pompek   próżniowych,   lecz   nie  powiem,  żeby  to  było  idealne  rozwiązanie.  -   Wziął  do  ręki 

ceramiczny dzbanek i nalał do kubka. Było to mleko. - Proszę spróbować. Świeżo wydojone, prosto od krowy. 

Prawie w ogóle nie różni się od lądowego. Po analizie okazało się, że trochę nieco więcej w nim soli. Po prostu w 

czasie dojenia dostaje się do mleka trochę wody morskiej. No, w każdym razie jego zaletą jest to, że jest świeże.

Szybko wypiłem, żeby go nie urazić, Wydało mi się nawet smaczniejsze od tego, które piję w domu. 

Zachęcony, usiadłem na krześle. Tak, poczęstunek miał wywołać wrażenie, że to spotkanie towarzyskie. Jeśli to 

było wyreżyserowane, znaczyłoby, że mój gospodarz jest twardą sztuką.

-   Pan   na   pewno   jest   zmęczony   o   tej   porze...   My   jesteśmy   przyzwyczajeni   -   powiedział   Yamamoto, 

splatając swe grube palce na piersi. Siedział plecami do ściany, przy której stały obok siebie mikroskopy i inne 

instrumenty służące do eksperymentów chemicznych. Na każdym palcu Yamamoto rosło po dziesięć sterczących 

włosów, przypominających zgrzebła do czyszczenia zwierząt. Z tyłu za nim było widać wysoki regał i część łóżka 

ukrytego za parawanem.

- Nie, my też często siedzimy w pracy do późna.

- Wyobrażam sobie, że pan pracuje nawet do rana... Jeśli chodzi o mnie, to nie tyle jestem zajęty, co raczej 

uwiązany charakterem pracy, dla której nie ma różnicy między dniem i nocą. To jest przeznaczenie. Stworzenia 

background image

mięsożerne są aktywne nocą, jeżeli udaje się je oszukać sztucznym światłem. To bardzo dobrze, ale na przykład 

tresura psów winna odbywać się na zewnątrz, lecz nie można tego robić w południe. Po prostu boimy się niezdrowej 

ciekawości.

- Boi się pan?

-   Oczywiście   -   ciepło   zaśmiał   się   Yamamoto.   -   Jeśli   wystarczy   czasu,   to   pokażemy   panu   później... 

Tymczasem może jeszcze mleka? A może ty też się napijesz, Tanomogi-kun?

Zaskoczony   spojrzałem   na   Tanomogiego.   Nawet   przy   całej   sympatyczności   Yamamoto,   ta   poufałość 

byłaby nie do przyjęcia dla ludzi, którzy się spotkali kilka razy. Lecz on nawet nie próbował ukryć, że czuł się tu jak 

u siebie w domu. Teraz, jakby kontynuując, powiedział:

- Słusznie, nie ma powodu martwić się pasteryzacją. Nawet w tej części Zatoki Tokijskiej woda jest czysta. 

Jest dokładnie przefiltrowana i sztucznie przetworzona.

- Dobrze. Teraz pokażę panu model budynku. - Yamamoto wstał i zdjął pokrywę ze stolika obok regału. 

Od razu wzniósł się tuman kurzu. - Przepraszam, ale tu nie jest zbyt czysto. Proszę spojrzeć. To przekrój części 

instytutu.   Nad  nim,  aż  dotąd,  jest  wszędzie  morze,  do powierzchni  pozostaje  około dziesięciu  metrów.  Wodę 

dostarcza się tu rurociągiem. W urządzeniu filtrującym wykorzystano naturalne ciśnienie. Wydajność wynosi osiem 

tysięcy kilolitrów na minutę; ponadto są dwa filtry zapasowe na dwa tysiące kilolitrów, dlatego słodkiej wody 

mamy   dosyć.   Lecz   zbyt   doskonałe   filtrowanie   burzy   naturalną   równowagę   i   może   dlatego   nie   służy   dobrze 

rozwojowi   hodowli.   Następuje   zwłaszcza   zmniejszenie   zdolności   trawiennych   i   wzrost   chorób   alergicznych. 

Dlatego  w tym  zbiorniku mieszamy wodę  z materią  organiczną  i  nieorganiczną,  aby otrzymać  wodę  zbliżoną 

jakościowo do morskiej. Możemy wytworzyć tu każdą odmianę: wodę Morza Czerwonego, z Antarktydy lub z 

głębin Morza Japońskiego. Teraz prowadzimy badania dotyczące najodpowiedniejszego składu wody morskiej do 

hodowli świń.

- Dlatego można tutaj spokojnie zjeść saskimi z wieprzowiny.

- To prawda. To nasza specjalność. Osoby nie przyzwyczajone jednak nie przepadają za tym... Gdy ktoś się 

przyzwyczai, nie może obejść się bez tego przysmaku. Jest smaczniejsza od wołowiny.

- A pan? Spróbuje pan?

-   Nie,   na   razie   dziękuję   -   odrzekłem   ze   złością,   ponieważ   potraktował   mnie,   jakbym   był   kumplem 

Tanomogiego. - Wolałbym, żebyśmy przystąpili do głównego tematu... - Zdałem sobie sprawę, że wyraziłem się 

niezbyt zręcznie, ale nie mogłem się wycofać, więc kontynuowałem, nawet nie przeczuwając, jakie będą rezultaty. - 

Tak, przykro mi, że nagle wtargnęliśmy tutaj. Pan wie od Tanomogiego, po co tu jesteśmy, prawda?

- Nie bardzo, słyszałem że w celach badawczych... Ale proszę się nie martwić. Gdy się prowadzi życie w 

separacji od normalnego, zewnętrznego świata, jest bardzo przyjemnie porozmawiać z kimś takim jak pan... W 

każdym razie bardzo trudno dostać pozwolenie, rzadko więc mam okazję spotykać się z ludźmi, chociaż właściwie 

znajdujemy się w samym środku Tokio.

- Mówiąc “pozwolenie" ma pan na myśli zgodę na wyjście stąd?

- Nie, chodzi o pozwolenie na przyjęcie gości z zewnątrz.

- Czy to znaczy, że ten instytut należy do jakiegoś urzędu państwowego?

- Nic podobnego! Z urzędami to tak jak u pana, trudno byłoby dochować tego rodzaju tajemnic, a poza tym 

wszystko stałoby się bardziej kłopotliwe. - Wzniósł rękę, jakby chciał mnie powstrzymać od dalszych słów.

- Nie, na to nie mogę odpowiedzieć. Prawdę mówiąc, dla mnie również nie jest jasne, kto sprawuje tutaj 

background image

kierownictwo, nie znam też jego charakteru... Ale niewątpliwie, dysponuje ono dużą siłą... Przeczuwam, że ma w 

swoim władaniu całą Japonię. Nie przyszło mi do głowy sprawdzanie tego, ponieważ ufam mu bezgranicznie.

- A ty coś o tym wiesz? - znienacka zapytałem Tanomogiego z wielką siłą w głosie.

- Kto, ja? To absurd! - Tanomogi potrząsnął głową i uniósł brwi ze zdziwieniem, lecz w jego głosie nie 

wyczułem najmniejszego wahania.

- W jaki sposób uzyskałeś pozwolenie na moją wizytę?

- Za moim pośrednictwem, oczywiście. - Yamamoto jakby się cieszył, że rozmowa potoczyła się w tym 

kierunku. Śmiał się, szczerząc zepsute zęby. - Jestem tu zarządzającym, ale ja też tego nie rozumiem, trudno więc 

wymagać, żeby ktoś z zewnątrz pojął decyzję kierownictwa. Tylko ja znam sposób kontaktowania się z nim, dlatego 

mogłem w pańskim imieniu przekazać mu prośbę.

- Rozumiem. - Skorzystałem z okazji, czując, że teraz miałem w ręku kartę atutową.

- Oznaczałoby to, że kolega Tanomogi też kiedyś po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu tego instytutu, 

musiał  więc   otrzymać  pozwolenie  odwiedzenia  go  na  czyjś  wniosek,  prawda?... W  przeciwnym  razie  pańskie 

wyjaśnienie nie miałoby sensu...

-   Oczywiście   -   wtrącił   Yamamoto,   powstrzymując   Tanomogiego   przed   wypowiedzeniem   czegoś 

niewłaściwego. - Proszę pozwolić, że objaśnię tę kwestię w kilku słowach. Powiem tyle, ile trzeba wiedzieć. Dobro 

tego instytutu wymaga zachowania tajemnicy, o tym już panu mówiłem; ta zasada obowiązuje zarówno gościa, jak i 

pracownika, każdy musi dotrzymać absolutnej tajemnicy. Oczywiście, nie ma tutaj ustaleń prawnych ani też nie 

składa się pisemnej przysięgi  potwierdzonej pieczęcią i nie ma też formalnych  ograniczeń. Tym  ściślejsza jest 

kontrola. Pokazujemy tylko tym, którzy na pewno tajemnicy dotrzymają. I mamy szczęście - prawie nikt dotąd nie 

złamał przyrzeczenia.

- Prawie nikt? To znaczy, iż ktoś okazał się niegodny zaufania?

- Hm, kto to mógł być... Biorąc pod uwagę fakt, że praca tego instytutu ani razu nawet nie stała się 

przedmiotem plotek, może należałoby raczej powiedzieć, że nikt nie zdradził tajemnicy. Obiło mi się o uszy jedynie, 

że któryś z pracowników, człowiek niskiej kultury, mógł po pijanemu coś niepotrzebnie powiedzieć. Został za to 

bardzo surowo ukarany...

- Zlikwidowany?

- Nic podobnego. Nauka poczyniła postępy, nie trzeba zabijać. Jest wiele innych metod, można na przykład 

spowodować utratę pamięci.

Zagrałem właściwą kartą. Yamamoto nie zmienił dotychczasowego łagodnego wyrazu twarzy, a jego głos 

zachował służbowy ton, natomiast Tanomogi nie zdając sobie z tego sprawy, nerwowo stukał palcami o krawędź 

stołu. Ten przyspieszony rytm świadczył, że w naszej rozmowie zbliżamy się do sedna całej sprawy.

- Jednak nie można mieć całkowitej pewności, że ciała zmarłych nic nie powiedzą, dopóki nie poćwiartuje 

się ich na drobne kawałki...

Wyraźnie rozbawiony Yamamoto wybuchnął śmiechem, aż ramiona mu się zatrzęsły.

- To możliwe. Byłoby to dla nas bardzo kłopotliwe, gdyby do tego doszło.

-   Ale  ja  tu  czegoś  nie  rozumiem.  Skoro   tak  się   boicie,  żeby świat  się  o  was   nie  dowiedział,  to  nie 

powinniście w ogóle dawać mi pozwolenia. Można jeszcze zrozumieć, gdy ktoś bardzo gorąco o to prosi, ale w tym 

wypadku?   Czy   jednak   nie   zastawiacie   na   mnie   pułapki,   wmuszając   we   mnie   pozwolenie   bez   mojej   woli,   i 

sugerujecie, że mogę zginąć, jeśli coś powiem - Przy tym do niczego nie służy taka wiedza, której nie można 

background image

nikomu przekazać. Czy nie chodzi tu o to, żeby mnie w ten sposób dręczyć?

-  To przesada, nie ma żadnych przeszkód, żeby znający tajemnicę dyskutowali ze sobą tyle, ile chcą - 

powiedział Tanomogi.

- Tak jest - podjął temat Yamamoto. - W zasadzie prośbę o pozwolenie na zwiedzanie załatwia jakaś 

trzecia   osoba,   dzięki   temu   poszerzamy   krąg   ludzi   wykazujących   zrozumienie   dla   naszych   idei,   a   zachowanie 

tajemnicy nie jest z tym sprzeczne. Pogłoski czy tak zwana opinia publiczna, czyli głosy anonimowej większości są 

czymś zupełnie innym niż oceny indywidualnych specjalistów rozumiejących istotę rzeczy.

- Co rozumiejących?

- To właśnie powód, dla którego teraz chcę panu coś pokazać. Yamamoto energicznie powstał, radośnie 

przymrużył opuchnięte powieki i powtórzył ruch wycierania dłoni o kołnierzyk.

- Pragnąłbym, żeby pan się zainteresował tym z punktu widzenia intelektualnego a nie faktograficznego. 

Rozpoczniemy więc od sali wczesnego rozwoju, ale przedtem przedstawię krótką historię, by wyjaśnić, co stało się 

punktem wyjścia naszych badań...

- Proszę poczekać. Przedtem chciałbym coś wyjaśnić! - Również wstałem z krzesła, cofnąłem się o krok i 

powoli opuszczając uniesioną rękę nad stół, mówiłem: - Kolego Tanomogi, rozumiem, dlaczego złożyłeś prośbę w 

moim imieniu, ale dotąd nie wiem, kto taką prośbę złożył w twoim imieniu. Jeśli uznamy, że zwiedzający stają się 

swego rodzaju towarzyszami, to znaczy, że ja mam prawo o tobie wiedzieć również to samo co ty o Hanie, nie 

sądzisz? Wobec tego kto i z jakiego powodu wyróżnił cię swoim wyborem?

- Dobrze, powiem. - Tanomogi wstał z miejsca z wątłym uśmiechem na twarzy. - Powiem, bo w tej sytuacji 

już   mogę   to   zrobić,   ale   byłoby   mi   bardzo   przykro,   gdyby   się   pan   rozgniewał   za   to,   że   dotąd   pana   nie 

poinformowałem.

- Nikt się nie będzie złościł. Chcę znać fakty. Yamamoto wtrącił się, jakby w niczym się nie orientował.

- Rzeczywiście, fakty to coś takiego, co zawsze fascynuje. - W końcu w ten sposób zdjęto ciężar z barków 

Tanomogiego.

- Co do faktów, była to Wada-kun - wyjawił Tanomagi oblizując wargi, jakby się zawstydził.

- Wada?

- Tak, zanim zgłosiła się do pana, przez pewien czas pracowała tutaj... - Yamamoto machał ręką, jakby 

chciał wystąpić w roli pośrednika. - Była bardzo zdolną asystentką o zdecydowanych poglądach, co rzadko zdarza 

się u kobiet... Nie lubiła jednak patrzeć na krew, a to duża wada u pracownika tego instytutu. Dlatego zrezygnowała 

i przeniosła się do pana; wtedy rekomendował ją mój młodszy brat z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń.

- Tak, tak było, przypominam sobie.

Rozsypane ogniwa łańcucha nagle zaskakująco szybko i z łoskotem połączyły się w całość. Choć moje 

podejrzenia się rozwiały, to jednak problem wcale nie przestał istnieć. Wyczułem jakiś podstęp. Najważniejszy 

sztukmistrz, który tak się popisał, wcale się nie ujawnił. Mimo podejrzeń poczułem się zafascynowany sposobem 

połączenia ogniw tego łańcucha. Nagle przypadkowe, zdawałoby się, wątpliwości i powiązania między głównymi 

postaciami, okazały się wyraziste i mocne. Skoro tak, to już do pewnego stopnia mogłem zrozumieć, dlaczego mnie 

tutaj przyprowadzono. Naturalnie, pozostaje sprawa zaufania do Tanomogiego... No, może nie do tego stopnia, co 

kiedyś, ale zaczęło mi się wydawać, że pojawiła się znów możliwość obdarzenia go zaufaniem, wziąłem więc 

głęboki oddech, aż uniosły mi się ramiona, a następnie wypuściłem powietrze powoli, żeby nie zauważyli.

background image

24

- Pierwszym naszym tematem badawczym była metamorfoza insektów. Ma pan pewną wiedzę z genetyki, 

prawda?

- Nie, jestem  w tej  dziedzinie zupełnym  amatorem. Do tego  stopnia, że zapomniałem, która  warstwa 

zarodkowa powstaje jako pierwsza, wewnętrzna czy zewnętrzna.

- Nieważne. Nawet łatwiej będzie mi wyjaśnić prostym językiem. - Yamamoto trzymał w palcach nie 

zapalonego   papierosa   i   uderzał   nim   o   stół.   Mówił   skandując   słowo   po   słowie,   jakby   się   upewniając,   czy   go 

rozumiem.   -   Oczywiście,   nie   zamierzaliśmy   dokonywać   metamorfozy   insektów.   Naszym   celem,   mówiąc 

najprościej,   była   planowa   przebudowa   istot   żywych.   Tego   rodzaju   działania   dążące   do   poprawy   gatunku   już 

prowadzono w ograniczonym zakresie. Byliśmy w stanie - zwłaszcza w odniesieniu do roślin - podwoić liczbę 

chromosomów. To było możliwe. Natomiast w wypadku zwierząt nasze wysiłki nie doprowadziły dalej niż do 

czysto eksperymentalnego etapu amelioracji  gatunku. Chcieliśmy, aby amelioracja gatunków istot żywych  była 

naszą fundamentalną i dobrze zaplanowaną działalnością. Był to ambitny projekt. Usiłujemy pokierować sztucznie 

ewolucją, przyspieszyć  ją i nadać jej określony kierunek. Jak pan wie, rozwój jednostki powtarza rozwój linii 

systemowej. Mówiąc ściślej, nie powtarza identycznej  formy,  zachowuje jednak ścisły związek. Na wczesnym 

etapie rozwoju, dzięki odpowiedniemu wysiłkowi, można wyrwać  danego  osobnika z właściwego  mu systemu 

genetycznego i wprowadzić w nowy. Jak dotąd, przy bardzo skromnych nakładach, stworzyliśmy rozmaite, wręcz 

groteskowe odmiany, np. płotkę o dwu głowach, żabę o pyszczku jaszczurki, lecz nie oznacza to, że nam się udało 

poprawić gatunek. Dziecko potrafi zepsuć zegarek, lecz do zrobienia nowego konieczny jest wyspecjalizowany 

technik.   Rozwój   u   zwierząt   kierowany   jest   dwu   opozycyjnymi   hormonami   stymulującymi.   Z   jednej   strony 

pozytywna   stymulacja   pobudza   dezintegrację,   z   drugiej   zaś   negatywna   -   hamuje   rozpad.   Gdy  plus   jest   silny, 

powstaje duża liczba małych, złączonych ze sobą komórek. Gdy minusy zwyciężają, komórki powiększają się bez 

dyferencjacji. Złożony proces wzajemnego oddziaływania staje się inherentnym prawem wzrostu w żywej istocie. 

Jeśli byłoby to konieczne, mógłbym to wyrazić całką ogólną równania różniczkowego...

- Nazwalibyśmy to w naszym języku feedback, prawda?

- Tak, tak, chodzi o złożone sprzężenie zwrotne. Aby wyjaśnić szczegółowo jego działanie, zwróciliśmy 

uwagę   na   metamorfozę   owadów.   Od   dawna   było   wiadomo,   że   przeobrażaniem   insektów   rządzą   hormony 

dyferencjacji,   wydzielone   z   komórek   nerwowych,   a   także   hormon   larwowy,   pochodzący   z  corpus   allatum.   I 

rzeczywiście, udało się nam zobaczyć to, co powstaje w wyniku eliminacji jednego lub drugiego. Kontrola wzrostu 

za pomocą szczegółowych  i ilościowych  regulacji  jest  technicznie trudna. Dziewięć lat temu udało się jednak 

dokonać eksperymentalnej kontroli prawie jednocześnie w USA i w Rosji. Następnego roku nasza grupa badawcza, 

działająca niezależnie, także odkryła tę technikę. Dzięki temu stworzyliśmy bardzo dziwne insekty. Proszę spojrzeć 

tutaj.

Yamamoto spoza zasłony wyjął coś, co przypominało wielką klatkę dla ptaków. Wewnątrz pełzały dwa 

płaskie szare żyjątka wielkości dłoni. Ich ciała całkowicie pokrywała kleista błona, z której sterczały na boki twarde 

włosy równie szare jak skóra. Na ich widok zrobiło mi się niedobrze.

- Jak pan myśli, co to jest? Ma wyraźnie sześć nóg i jest regularnym insektem. To mucha. Dziwi się pan? 

Po prostu larwy wyhodowano, nie dopuszczając do przemiany. Proszę spojrzeć. Mają pyszczki jak u muchy. Mogą 

background image

się reprodukować. To jest samiec, a to samiczka. Są trochę dziwaczne, ale to nie ma szczególnego znaczenia; 

utrzymujemy je w tym stadium rozwoju dla upamiętnienia pierwszego sukcesu. Są dzikie: jeśli włoży pan rękę, to 

natychmiast ją ugryzie. W okresie godowym wydają dziwne odgłosy, a także popiskują...

- Pewnie dają znać, że można je zjeść po upieczeniu. - Chyba Tanomogi chciał pokazać, że świetnie się 

czuje, dlatego wymyślił ten wątpliwy żart.

- A może mówią, że jeśli je zjesz, możesz być długo syty. - Ya mamoto nawet się specjalnie nie skrzywił z 

obrzydzenia. - Zaprowadzę pana do sali inkubacji.

Zeszliśmy   pomostem   do   sali   hodowlanej,   minęliśmy   jeszcze   jedne   drzwi   i   znów   znaleźliśmy   się   w 

mrocznym korytarzu. Yamamoto szedł przodem z pochyloną głową i kontynuował:

- W pewnym  momencie urwała się międzynarodowa wymiana informacji na ten temat. Nie, może nie 

całkowicie, jeszcze trochę publikowano, ale raczej niemiarodajne dane na temat techniki hodowania ssaków poza 

naturalną   macicą.   Prawdziwe   informacje   zostały   ukryte   za   ścianą   milczenia.   Wystarczy   trochę   pomyśleć,   by 

zrozumieć, że było to naturalne. Dla takich ludzi jak my, prowadzących  badania, sens milczenia był  aż nadto 

oczywisty. W każdym razie to, co nastąpiło potem, już nie dotyczyło techniki czy nauki, lecz niosło coś znacznie 

poważniejszego i zarazem groźnego. Na samą myśl, że jest to teoretycznie możliwe, a przy tym pewnie również i 

technicznie, narastał niepokój... Proszę spojrzeć na tę salę.

Ujrzałem metalowe drzwi z wymalowanym numerem 3. Po otwarciu zobaczyłem oszklony z trzech stron 

pojemnik wysoki  na ponad trzy metry.  Kilkadziesiąt  konwejerów,  umieszczonych  na kilku poziomach, powoli 

przesuwało się w lewo i w prawo. Obok nich setki maszyn, podobnych do szlifierek szkła, poruszało się wolno w 

górę i w dół. Na dole czterech ludzi w białych fartuchach przy metalowym stole zajmowało się jakąś operacją.

- Nie mogę was tam wprowadzić. Wnętrze jest sterylizowane. Polecenia wydaję zazwyczaj z tego miejsca. 

Proszę patrzeć. Tylko w tej sali w ciągu dnia można wykonać operacje na tysiąc trzystu embrionach. Oddzielamy je 

od naturalnej linii rozwojowej zgodnie z ustalonym programem. To, co pan widzi tuż przed sobą, to embriony krów 

wodnych. Tak... mówię prawdę... Początkowo my też drżeliśmy na samą myśl o czymś takim... - Yamamoto zajrzał 

mi   w   twarz   i   zmarszczył   brwi.   -   W   końcu   jestem   badaczem   natury.   Na   co   dzień   wysłuchuję   wielu   różnych 

oszczerstw w rodzaju takich, że bezcześcimy przyrodę, My jednak nigdy nie wątpimy w słuszność naszych badań. 

Gdy tylko wyobrażę sobie laboratorium, w którym dokonuje się metamorfoza embrionów...

- Ten widok też jest raczej przerażający.

- To jasne, przyszłość odcięta od dnia dzisiejszego sprawia niesamowite, wręcz groteskowe wrażenie. Jakiś 

pierwotny Afrykanin, gdy pojechał po raz pierwszy do wielkiego miasta i ujrzał wieżowce, pomyślał, że znajduje 

się w rzeźni dla ludzi. Przepraszam, proszę nie traktować tego co mówię zbyt dosłownie. Chodzi mi o to, że budzi w 

nas strach to, co jest niepojęte w ludzkim życiu. Jest to coś, co nie ma sensu, ale jest silniejsze od nas...

- Więc chce pan powiedzieć, że istnieją przyczyny,  dla których tego rodzaju fantastyczne badania nie 

napawają pana wstrętem?

Yamamoto   kiwnął   głową   potwierdzająco.   Z   pewnością   i   przekonaniem,   ale   bez   emocji,   jak   lekarz 

zapewniający pacjenta, że wszystko jest w porządku. Nie od razu się odezwał, najpierw otworzył metalowe pudło 

stojące obok, ustawił włącznik i zwrócił się do pracownika znajdującego się za szybą:

- Harada-kun, mógłbyś pokazać jedno nasienie, to, które właśnie pan przygotowuje? Tutaj mamy zwyczaj 

nazywać “nasieniem" nie poddany operacji embrion świeżo wyjęty z łożyska.

Jeden z pracowników kiwnął głową twierdząco i zdjął ze stołu płaski szklany pojemnik, po czym wszedł 

background image

po   żelaznych   schodkach   i   przybliżył   się   do   nas.   Stanął   przed   nami   z   nieco   kpiarskim   spojrzeniem   i   prawie 

niedostrzegalnym uśmieszkiem na ustach. To nieco złagodziło moje napięcie. Wtedy Tanomogi cicho chrząknął 

niemal w samo moje ucho.

- To świnka z Yorkshire - wyjaśnił przez słuchawkę mężczyzna za szybą.

- Jest na miejscu? - zapytał Yamamoto.

-   Tak,   wszystko   się   udało   -   odpowiedział   mężczyzna   i   obrócił   szklane   naczynie   w   naszą   stronę.   W 

ciemnoczerwonej   żelatynowej   substancji   unosiła   się   niczym   iskierki   wonnych   ogni   sztucznych   wiązka   naczyń 

krwionośnych, które wychodziły z czegoś, co przypominało insekt. Yamamoto objaśniał:

- Na początku najtrudniejszą rzeczą jest przystosowanie nasienia do sztucznego łożyska. Jest to sprawa 

techniki szczepienia. A raczej chodzi tu o problemy związane z pozyskiwaniem nasienia i jego przechowywaniem... 

zanim zostanie dostarczone do nas. To poważny problem. Oczywiście, w tym celu musimy nawiązywać kontakty z 

ludźmi z zewnątrz, ale naraża nas to na dekonspirację.

- Procent udanych inplantacji u świń odmiany Yorkshire wynosi dziś czterdzieści siedem.

Na głos ze słuchawki Yamamoto kiwnął głową potakująco.

- O, na tym stole widać, jak robi się selekcję. To trzeba wykonać ręcznie. Pozostałe czynności, jak można 

zauważyć,   są   całkowicie   zautomatyzowane.   Maszyna   podaje   konwejerem   tylko   dobrze   przyswojone   nasienie, 

kolejno, jedno po drugim wraz z otwarciem każdego łożyska. Przejście od początku do końca konwejera trwa około 

dziesięciu   dni.   Proszę   spojrzeć   na   te   ruchome   kurki,   niby   kogutki   potrząsające   głową.   To   one   wstrzykują 

embrionom określoną dawkę zróżnicowanych  hormonów. W łonie naturalnej macicy zachodzi proces interakcji 

między hormonami pochodzącymi z embriona a hormonami z ciała matki. Powoduje on określone zmiany. Tutaj 

jednak   -  po  dokonaniu  analizy pod  względem  ilościowym   i  czasowym   -  odpowiednio  wpływamy   na  zmiany. 

Gdybyśmy pozwolili rozwijać się tak samo jak w naturalnej macicy, wyrosłyby lądowe ssaki, takie jak matka. Tutaj, 

oczywiście,  stymulujemy ten proces  w nieco zmienionych  warunkach...  Tę modyfikację  wyrażamy za pomocą 

formuły wydzielania alfa, lecz oszczędzę panu bardziej szczegółowych objaśnień...

- Nasienie różni się czasem liczbą godzin i dni od chwili poczęcia. Jak to równoważycie?

- Bardzo dobre pytanie. W przypadku świń z zasady dobieramy embriony w odstępach dwutygodniowych. 

Naturalnie,   mimo   to   zachodzą   pewne   różnice.   Jednak   najważniejsze   jest   stworzenie   warunków,   w   których 

modyfikacja   przebiega   w   zgodzie   z   funkcją   alfa   do   momentu   najistotniejszego,   w   którym   embrion   stanie   się 

zwierzęciem wodnym lub wodno-lądowym. Potem już nie trzeba specjalnie zajmować się stopą wzrostu. Nawet w 

naturalnym łonie są różnice, jedne macice są młodsze, inne starsze. Właśnie chodzi o ten najważniejszy moment, 

który należy wyraźnie wyodrębnić. Z tego miejsca dobrze tego nie widać. Powstają zmiany w ubarwieniu łożyska. 

O, widzi pan? Tamto trochę się zazieleniło. Gdy oczy się przyzwyczają, łatwo jest dostrzec...

Młody pracownik nazwany Haradą zawrócił, żeby przynieść i pokazać nam wskazany przez Yamamoto 

pojemnik. Gdy czekaliśmy na jego powrót, Yamamoto pozwolił mi zapalić papierosa, on też wyciągnął z kieszeni 

białego fartucha niedopałek, włożył go do ust i przypalił. Wpatrywał się w unoszący się dym jak w coś niezwykłego 

i powiedział:

- Tak, człowiek nabawił się dziwacznych zwyczajów, dlatego że wdycha powietrze...

- Do tego miejsca były to pracownie Trzeciego Laboratorium Genetycznego - zauważył Tanomogi swym 

zwykłym tonem, jakby zwracając się do mnie. Chyba się już niecierpliwił.

Mimo napięcia byłem w takim nastroju, jakbym zrobił coś, za co powinien przepraszać; poczułem wręcz 

background image

ciarki na skórze. Lecz niczym nie zrażony Yamamoto mówił dalej:

-   Tak...   Mają   one   następującą   numerację:   sala   1   -   usuwanie   nieczystości,   sala   2   -   transplantacja   do 

sztucznego   łożyska,   następnie   ta   sala,   do   której   przyszliśmy.   Gdy   barwa   w   łożysku   ulegnie   zmianie,   wtedy 

przenosimy je do sali 4, gdzie rozpoczyna się proces przemiany w ssaki wodne. O, widocznie znalazł.

Młody człowiek, którego widzieliśmy przed chwilą, szedł niosąc inny szklany pojemnik; spieszył się, jakby 

chciał go podarować. Istotnie, wokół rozszerzonej wiązki naczyń krwionośnych rysował się niewyraźny cień.

- To znak, że w embrionie rozpoczął się nowy proces wewnętrznego wydzielania. Gdy stwierdzimy, że coś 

takiego następuje, od razu przenosimy go do sali numer 4, ale... Harada-kun, pokaż frontową stronę, dobrze? O, 

rozwijają się szybko. Cechą charakterystyczną tego okresu jest niemal pełne wykształcenie się tułowia, nerek i 

skrzeli, które są już bardzo aktywne. Duże fałdy u nasady głowy to skrzela. Mniejsza już o żebra, ale dlaczego na 

tym etapie jest tak aktywna pierwsza nerka i skrzela, skoro i tak muszą zaniknąć? Przykro mi, że muszę panu robić 

niemal cały wykład z biologii, ale już dochodzimy do sprawy najważniejszej...

Streszczając wyjaśnienia Yamamoto, rzecz ma się następująco: W teorii ewolucji bardzo ważna jest zasada 

interakcji, to znaczy zasada, zgodnie z którą zmiany jednego narządu istoty żywej pociągają za sobą zmiany innego 

narządu. To bardzo ważne. W procesie rozwoju osobnika powtarza się wzorzec gatunkowy, a nam chodzi nie tyle o 

to, żeby po prostu powtarzać przeszłość, ale  o przyspieszenie  procesu  rozwojowego.  Naturalnie, nie wszystko 

podlega zmianie. Na przykład krew od początku jest taka sama jak u dorosłego osobnika. Bez zmian pozostają też te 

narządy, które są niezbędne w następnym stadium rozwoju. Nawet u świni jest takie stadium, w którym działa tylko 

jedna nerka. Tylko dorosła minoga ma jedną nerkę. Pierwsza nerka po pięciu dniach nie spełnia swych funkcji i 

podlega atrofii. Potem wykształca się druga nerka. Na pierwszy rzut oka wygląda to na proces zbędny, zwłaszcza że 

druga nerka nie powstaje wraz z zanikiem pierwszej. Ta ostatnia spełnia rolę swego rodzaju organu wydzielania 

prowadzącego do powstania drugiej nerki. Z kolei druga nerka zmienia się w wewnętrzny organ wydzielania, który 

ostatecznie staje się rzeczywistą nerką końcowego etapu.

W wypadku skrzeli jest podobnie - połowa bliższa głowy spełnia specyficzne funkcje jako wewnętrzny 

gruczoł wydzielania i służy pobudzaniu ewolucji drugiej połowy skrzeli. Te organy, które powodują przekształcanie 

się skrzeli, nazywane są gruczołami grasicowymi i tarczycowymi.

Powstaje   więc   pytanie,   co   by   się   stało,   gdyby   proces   zmian   zakończył   się,   zanim   skrzela   ulegną 

przekształceniu   w   wewnętrzne   gruczoły   wydzielania.   Właśnie   na   tym   etapie   zatrzymała   się   ewolucja   ryb. 

Wstrzymanie rozwoju embrionu ssaka w tym momencie nie spowoduje przekształcenia się w rybę. W najlepszym 

razie powstanie jakiś potworek, jak np. bezwolny ślimak. A to dlatego, że nie wszystko ulega powtórzeniu, niektóre 

części organizmu, niezbędne rybom ulegają wcześniej atrofii.

W tym miejscu objaśnień Yamamoto uśmiechnął się opuchniętymi wargami i spojrzał na mnie pytająco.

- Czy wyraziłem się dostatecznie jasno?

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę drzwi:

- Zgodnie z porządkiem to jest sala 4, którą powinniśmy teraz pokazać, lecz tutaj znajdują się obracające 

się w ciemności szklane kule, pominę więc ją i zaprowadzę pana do ostatniej sali 5.

- Tak, tak. - Tanomogi zrobił mu przejście i rzucił przez ramię: - Po raz pierwszy mnie też oprowadzano w 

tej samej kolejności.

- Jeśli sobie pan życzy, mogę pokazać film nakręcony w podczerwieni.

- Nie, nie interesują mnie zbyt specjalistyczne szczegóły.

background image

- Rozumiem, jeśli pan nie interesuje się sprawami technicznymi, to chyba nie potrzeba... Dobrze byłoby 

obejrzeć przynajmniej salę numer 5. Znajduje się tam coś specjalnego.

Znów zeszliśmy w dół po długiej pochylni korytarza.

- W okresie powstania skrzeli trzeba podjąć decyzję, czy je pozostawić bez zmian, czy też przekształcić w 

wewnętrzny gruczoł wydzielania, a więc trzeba określić, w którą stronę skierować proces ewolucji - objaśniał wolno 

Yamamoto słowo po słowie, jakby obawiając się nakładania się echa odbijającego się od ścian. - Taka decyzja 

zależy od jakości hormonów wydzielanych przez komórki nerwowe, podobnie jak w przeobrażaniu się owadów. 

Układ nerwowy to naprawdę dziwna rzecz. Nie tylko jest niezbędny do podtrzymania życia, lecz jest także źródłem 

energii dla ewolucji. Jeśli się powstrzyma dopływ hormonów, dyferencja ulegnie nagle zahamowaniu. Tą metodą 

stworzyliśmy ową świnkę-ślimaka o długości siedemdziesięciu centymetrów.

- Czy można to jeść? - wtrącił Tanomogi drwiąco. Chyba specjalnie chciał się popisać cyniczną postawą, 

ale mnie zrobiło się nieprzyjemnie.

- Hm, nie widzę powodów, żeby nie było można - odparł Yamamoto, który wcale nie okazał zdziwienia 

drwiącym   tonem.   -   Wraz   z   zahamowaniem   dyferencjacji   również   system   nerwowy   zatrzymał   się   na   niskim 

poziomie rozwoju. W rezultacie ewolucja mięśni, a tym samym proteiny, na pewno się opóźnia. Myślę więc, że nie 

jest to smaczne...

Mężczyzna i kobieta w bieli pochylili głowy, gdy nas mijali. Korytarz obniżył się o kolejny stopień. Od 

tego miejsca sufit miał kształt łukowaty. Nachylenie stawało się coraz bardziej strome. Wydało mi się, że słyszę 

odgłos morza. Może mi tak w uszach szumiało.

-   Jeśli   wystarczyłoby   osiągnięcie   stopnia   rozwoju   nie   przekraczającego   poziomu   świni-ślimaka   - 

Yamamoto odwrócił się i wykonując takie ruchy rękami, jakby podtrzymywał niewidoczne pudełko, mówił dalej - 

operacja  utrzymania   skrzeli  u  embriona  ssaków   byłaby   naprawdę   łatwa.  Zachowanie   organu   oddechowego  na 

poziomie   skrzeli,   przy   jednoczesnym   rozwoju   reszty   ciała   nastręcza   niemałe   trudności.   Nie   wystarcza   tutaj 

znajomość i zastosowanie ogólnej teorii pozytywnej i negatywnej funkcji hormonów. Możemy więc być dumni z 

rezultatów naszych studiów.

- Jaki długi korytarz...

-   Już   niedaleko,   skręcimy   za   rogiem   i   pójdziemy   na   wprost.   Pomieszczenie   pozbawione   było   drzwi. 

Wzdłuż ścian ciągnął się podest o szerokości około dwu metrów, natomiast na środku znajdował się rodzaj krytego 

basenu. Różnił się od zwyczajnego tym, że wewnątrz zbiornika paliło się światło, pozwalające widzieć wnętrze jak 

na dłoni. Z jednej strony wyglądał na bardzo głęboki, a z drugiej na płytki, pewnie w wyniku załamania się światła. 

W okienkach w ścianie po lewej stronie znajdowały się jakieś przyrządy pomiarowe, na prawo w ścianie również 

były okna, tylko trochę większe. Zanurzeni w wodzie dwaj mężczyźni w akwalungach pracowali przy jednym z 

przyrządów pomiarowych, obok nich wznosiły się w górę słupki oślepiająco jasnych bąbelków powietrza.

- To weterynarze i hodowcy - powiedział Yamamoto, tłumiąc śmiech, po czym wzdłuż basenu wprowadził 

mnie do sali  po prawej  stronie. Jakże koszmarne  wrażenie zrobiło na mnie to pomieszczenie! Było  zawalone 

bezładnie   ułożonymi   lekami,   instrumentami   chirurgicznymi,   akwalungami   i   różnymi   dziwnymi   przyrządami 

elektronicznymi. Głucho brzęczała instalacja wentylacyjna, lecz nie zdołała rozproszyć świdrującej nozdrza woni. 

Niewielki  wzrostem mężczyzna  o niskim czole, kreślący coś na kratkowanym  papierze, wstał  z pośpiechem  i 

zaproponował mi krzesło. Rozejrzałem się i zobaczyłem tylko dwa krzesła, więc odmówiłem. Zresztą nie chciałem 

tu długo przebywać.

background image

- Panowie przyszli zwiedzić, proszę więc polecić, żeby pracujący ustawili się tak, aby można było łatwiej 

ich obserwować.

Usiedliśmy   na   brzegu   basenu   za   przykładem   mężczyzny,   który   przyszedł   tu,   ciągnąc   za   sobą   kabel 

mikrofonu, przez który zwrócił się do pracowników znajdujących się w wodzie. Unieśli twarze i odpowiedzieli na 

pozdrowienie, machając rękami.

- Za jakieś dwie minuty wyjdzie nowy - powiedział mężczyzna, odwracając głowę w stronę Yamamoto. I 

rzeczywiście, pracownik znajdujący się w wodzie sygnalizował coś dwoma wyprostowanymi palcami.

- Teraz będą się rodzić co pięć, osiem minut. - Yamamoto dał mężczyznom znak wzrokiem. - Do tego 

czasu embriony, które pan widział w sali 3 w okresie powstawania skrzeli, zmieniły się gatunkowo. Na przykład 

świnie ponad sześć miesięcy są przechowywane w sali 4. Choć “przechowywanie" to niewłaściwe określenie...

- Coś podobnego! - krzyknąłem mimo woli. - Czy częstotliwość ta nie daje w ciągu sześciu miesięcy 

ogromnej liczby?

- Oczywiście, że tak. Na pięciu poziomach, z których każdy dostarcza szesnaście tysięcy sztuk, mamy 

osiemdziesiąt  tysięcy - powiedział niewysoki  mężczyzna,  unosząc brodę. Przytknął  jednocześnie czubek palca, 

wąchając nikotynę.

- Gdyby pan był specjalistą w tym zakresie... - ciągnął zaglądając do zbiornika z wodą - zainteresowałby 

się pan na pewno urządzeniami sali numer 4... Dostarczanie pożywienia, likwidacja odpadów, a także regulacja 

temperatury, ciśnienia... Zwłaszcza problem temperatury, którą nieco obniżamy w stosunku do temperatury łona 

ludzkiego, jest skomplikowany. Kontrolując przemianę skrzeli, zajmujemy się substancjami sztucznych gruczołów 

wydzielania... Można to porównać do sytuacji, w której truciznę kontroluje się za pomocą trucizny... Nie, chodzi o 

to, co trzeba zrobić, aby nie rozpuścić kryształków soli znajdujących się w wodzie. Posługujemy się oczywiście 

przesyconym koncentratem. No, w każdym razie udało się nam zatrzymać rozwój samych skrzeli bez wywierania 

wpływu na inne narządy.

W basenie czerwone lampki oświetlały urządzenia pomiarowe przy okienkach.

- Idzie! - krzyknął mężczyzna, drapiąc się po głowie.

- To sztuczny poród. - Tanomogi oparł się o brzeg basenu i wychylił do przodu.

Mężczyźni w wodzie dali znak rękoma, przesunęli się na boki, aby piana nie przesłaniała widoku i stanęli 

przodem   do  okienka.   Nagle   coś   je   wypełniło:   czarne,   metalowe   pudełko   wyśliznęło   się   z   niego   i   zatrzymało 

pięćdziesiąt centymetrów przed nimi. Mężczyźni natychmiast przystąpili do działania.

- Usuwają sztuczne łożysko.

Mężczyźni otworzyli pudełko i wyjęli plastykową torebkę. W oczach torebka zamieniła się w dużą kulę. 

Wnętrze kuli wypełnił mętny czerwony płyn. Jeden z mężczyzn wbił w kulę gumowy wąż wystający z przyrządu 

pomiarowego i przekręcił kurek.

-  Wysysa  płyn   z wnętrza.   Po  oddzieleniu  od łożyska  natychmiast,   wprost   odruchowo,  rozpocznie  się 

oddychanie skrzelami, dlatego tę operację trzeba przeprowadzać bardzo szybko.

Kula się skurczyła, powłoka przylgnęła do tego, co znajdowało się wewnątrz, i wtedy zarysował się kształt 

prosięcia. Zwierzę potrząsnęło nóżkami i zaczęło się konwulsyjnie poruszać. Drugi mężczyzna wbił nóż w torebkę i 

zdjął powłokę sprawnie jak koszulkę. Nie zauważyłem, kiedy mężczyzna wziął drążek, wyłowił niepotrzebną już 

powłokę i wprawnym ruchem wrzucił ją do bańki stojącej w kącie. Rozeszła się nieznośna woń. To stąd pochodził 

ten zapach, który tak mocno czułem od samego początku.

background image

Prosię niepewnie stanęło na przednie nogi, a nad nim uniosła się różowiejąca mgła. Asystujący mężczyzna 

przyczepił do węża szczotkę, oczyścił ją z brudu, a następnie włączył odkurzacz. Gdyby tego nie zrobił, basen 

szybko wypełniłby się brudem. Za pomocą metalowej strzykawki  wpuścił coś do uszu prosięcia, a wtedy ono 

podskoczyło.

- Tak czy owak błona bębenkowa jest zbędna, poza tym  podatna jest na stany zapalne, dlatego ucho 

pokrywamy od razu plastykiem, jak pan widział.

- A kiedy dorośnie... - zaczął mówić Tanomogi, lecz natychmiast zamilkł, jakby uświadomił sobie, że 

przeszkodził mi zadać pytanie.

- Proszę, mów pierwszy.

- Moje pytanie jest bardzo proste. Chodzi o to, czy ta pokrywka  plastykowa  nie poluzuje się wraz  z 

dorastaniem...

- Użyty przez nas plastyk ma interesujące właściwości. Wbrew prawom grawitacji przepływa stopniowo w 

stronę wysokiej temperatury i rozciąga się. A pan o co chce zapytać?

- Jeśli chodzi o mnie, to moje pytanie ma związek z umiejętnością słyszenia w wodzie. Jak rozstrzygnięto 

tę sprawę?

- W tej kwestii jeszcze wiele pozostało do zrobienia... Tylko w wypadku ryb nie ma trudności, słyszą 

dobrze, mając przykryte uszy.

- To znaczy, że zwierzęta wodne nie są głuche?

- Oczywiście, szczególnie pies morski jest wrażliwy nawet na bardzo ciche dźwięki.

- Często morze nazywa się światem milczenia, jednak głębiny morskie nie są wcale ciche - rzekł Tanomogi 

z miną znawcy.

- To absurd! - krzyknął niewysoki mężczyzna i wcisnął się między nas. - Nie ma mniej hałaśliwego miejsca 

niż morze dla tych, którzy mają uszy po to, żeby słuchać. Ryby krążą podśpiewując. Zupełnie jak ptaki w lesie.

-   Problemem   -   wtrącił   Yamamoto,   pocierając   nos   z   góry   na   dół   swym   grubym   palcem   -   jest   raczej 

wydawanie głosu, a nie słyszenie. Mieliśmy z tym dużo kłopotu, badając możliwość użycia strun głosowych w 

stadium oddychania skrzelami. Pies nie umiejący szczekać nie może nawet pilnować domu. Tylko psa udało się nam 

jakoś nauczyć.

- Nauczyć? Szczekania?

- Ależ nic podobnego... Nauczyliśmy go zgrzytać zębami zamiast szczekać. Pomysł wzięliśmy od pewnego 

gatunku ryb. To było odkrycie, które może być powodem do dumy.

Mężczyzna, który skończył czyszczenie, podskoczył i podpłynął pod powierzchnię wody, pokazując nam 

prosię. Zwierzę pokryte białą szczeciną na różowawej skórze otwierało i zamykało skrzela przypominające fałdę 

tłuszczu, i patrzyło na nas z wody wytrzeszczonymi oczami.

- Oczy ma już otwarte?

- Zauważył pan? - Yamamoto uśmiechnął się zadowolony. - Powiedziałem, że poza organem oddychania 

wszystkie inne organy pozostają bez zmian, ale w niektórych przypadkach są jednak drobne różnice. Tu nie chodzi 

o to, że otwiera oczy, ale o to, że zanikły powieki.

Mężczyzna   w   wodzie   wziął   prosię   pod   pachę,   poprawił   wyblakły   niebieski   kombinezon,   obrócił   się, 

jednym ruchem przeciął basen i zniknął w otworze okiennym po przeciwnej stronie. Pozostał za nim biały pas 

rozbitych srebrnych bąbelków.

background image

- Gdzie popłynął?

- Do farmy hodowlanej osesków. Okulary! - Zwrócił się w stronę mężczyzny stojącego obok i podszedł do 

okien.   -   Później   pokażę   panu   na   karcie   anatomicznej,   a   tymczasem   musi   pan   przyjąć   na   wiarę,   że   hormony 

pochodzące   z   zanikłych   skrzeli   wywierają   jeszcze   pewien   wpływ   na   kilka   organów.   Do   najbardziej 

charakterystycznych   cech   nowego   osobnika   należy   brak   gruczołu   łzowego,   ślinowego   i   potowego.   Poza   tym 

nastąpił zanik powiek, degeneracja strun głosowych itp... Tak, jeśli zaś chodzi o płuca ssaków wodnych, to muszę 

stwierdzić,   że   nieoczekiwanie   utraciły   tylko   tchawice,   przewody   powietrzne   pozostały,   oskrzelowe   kanały 

pootwierały się w ściankach przewodu pokarmowego. Właściwie to nie są płuca, lecz rozwinięty i przekształcony 

pęcherzyk   rybi.   Tak,   to   tajemnica   natury,   lecz   brak   gruczołów   łzawych   czy   ślinowych   nie   stanowi   żadnego 

utrudnienia dla mieszkańców wód...

- W takim razie nie może ani płakać, ani się śmiać.

- Bez żartów! Czy zwierzęta w ogóle płaczą lub się śmieją?!

Drugi mężczyzna, który przebywał w wodzie, wspiął się na metalową drabinkę, chyba po to, by wymienić 

się z niskim mężczyzną przebywającym dotąd na górze.

Niski   mężczyzna   przyniósł   około   dwumetrową   cienką   rurkę   pomalowaną   białym   lakierem,   następnie 

odszedł   i   zaczął   przebierać   się   w   granatowy   kombinezon.   Yamamoto   zanurzył   rurkę   w   wodę   zagiętą   stroną, 

natomiast koniec zakończony soczewką przystawił do okienka i spojrzał przez wystający nad wodą wziernik. Tak, 

był to odwrócony peryskop.

- Proszę, widać.

Chcąc nie chcąc, wziąłem rurkę w obie dłonie i przytknąłem oko do soczewki. Nie zobaczyłem niczego 

prócz jaśniejącego mleczną barwą mroku. Pomyślałem, że soczewka pewnie jest zaparowana, i gdy chciałem wyjąć 

chusteczkę, żeby ją przetrzeć, usłyszałem:

- Nie, tak jest dobrze. Proszę tylko cierpliwie chwilę poczekać. Po prostu woda jest mętna. - Posłuchałem 

rady i wydało mi się, że coś widzę. Jak się okazało, były to sztuczne piersi.

- Nie można ustrzec się rozlewania mleka podczas karmienia, dlatego woda jest mętna.

- A dlaczego mętna woda nie przepływa tutaj? Nie ma chyba dodatkowej przegrody?

- Oddziela je kurtyna w postaci strumienia wody.  Sala karmienia podzielona jest takimi kurtynami  na 

cztery części, a w każdej z nich temperatura waha się od trzech dziesiątych stopnia do osiemnastu. Świnki mogą 

swobodnie przemieszczać się przez te kurtyny.  Miejsce przebywania zmieniają w zależności od tego, w której 

części otwierają się sztuczne sutki. W ten sposób zwierzęta, chcąc nie chcąc, przyzwyczajają się do nagłych zmian 

temperatury wody. To wywiera korzystny wpływ na rozwój gruczołów łojowych i tłuszczu pod skórą, a także na 

sierść.

Stopniowo   moje   oczy  przyzwyczaiły   się   do   ciemności.   Ukazało   się   kilkadziesiąt   prosiąt   uczepionych 

pyszczkami do obłych przedmiotów pokrytych licznymi wypustkami podobnymi do białych sutek. Przypominały 

kiście winogron zwisające z półek pokrytych białą pleśnią. Od czasu do czasu między nimi ukazywali się ludzie 

poruszający się płynnie jak powiewające flagi. Byli to chyba hodowcy w akwalungach.

- Świnki przebywają tu około miesiąca, do czasu odstawienia od piersi, a potem stopniowo są odsyłane na 

podwodne pastwisko.

background image

25

KARTA ZAMÓWIENIA NR 112

Do Instytutu Yamamoto

Proszę natychmiast przesłać lądową pocztą ekspresową

1. Nasienie Yorkshire

2 szt.

2. Psy strzegące przed rekinami

2 szt.

3. Długowłose psy myśliwskie

5 szt.

4. Krowy mleczne, ulepszenie nr 3

8 szt.

5. Szczepionki przeciw chorobie marine snow

200 szt.

Podmorska Farma nr 3

Niigata

- Czy określenie “nasienne Yorkshire" oznacza, że uzyskano odmiany o cechach dziedzicznych?

Przepłynęliśmy podmorską farmę wielkości małego jeziora łódką wyposażoną w reflektory. Powietrze było 

tak ciężkie, że z trudem oddychaliśmy.

- Nie, w pierwszej generacji okazało się to niemożliwe. Ssaki podwodne pierwszej generacji udaje się 

ledwo   utrzymać.   Nie   mają   one   zdolności   rozrodczych.   Drugie   pokolenie   powstaje   więc   dzięki   sztucznemu 

procesowi poza macicą i dopiero ono jest wyposażone w zdolności rozrodcze. I tak stworzone drugie pokolenie 

nazywamy na przykład nasiennymi świniami lub nasiennymi krowami. Pochłania to dużo wysiłku i czasu, nasienia 

są więc drogie i dlatego nie tak bardzo powszechne. Wkrótce nie będą należały do rzadkości zwierzęta wodne 

zdolne same się rozmnażać.

- Co to za Podmorska Farma w Niigata?

- Zgodnie z nazwą to podmorska farma.

- To znaczy, że produkuje na rynek?

- Tego nie wiem. Od końca ubiegłego roku wzrasta liczba podobnych zamówień. Najpierw z pewnością 

pojawiła się Farma nr 1 w Boso. Poza tym istnieje Farma Głębinowa Pacyfik KL i inne, których nazwy trudno 

spamiętać... Liczba zwierząt wyprodukowanych w ten sposób włącznie ze świniami i krowami wynosi około dwustu 

tysięcy sztuk, to jest około pięciu procent liczby zwierząt hodowanych w kraju na lądzie. Te farmy należą do jednej 

organizacji, muszą być dochodowym przedsięwzięciem.

- Trudno w to uwierzyć.

- Ach, ja też tego nie rozumiem. Proszę jednak popatrzeć na te zwały na dnie głębin morskich: to marine 

snow. Podobno są świetną paszą dla świń. Skoro tak, to są tam niewyczerpane zapasy. Świnie można paść jak owce 

na pastwiskach. Istnieją więc dostateczne przesłanki, by uznać, że inwestycja może być dochodowa.

- O, na dole właśnie doją krowy dojarkami automatycznymi.

- Aż trudno uwierzyć, żeby działalność na tak dużą skalę nie znalazła odzwierciedlenia w prasie.

- Tak, to musi być bardzo sprawna organizacja... - szybko wtrącił Tanomogi, jakby chciał mnie do tej 

organizacji zaagitować. Jeszcze nie mogłem się zdecydować, czy Tanomogi jest moim wrogiem, czy sojusznikiem, 

nie potrafiłem więc od razu ocenić, do którego z nas skierował tę uwagę.

Znalazłem się w kłopotliwej sytuacji. Niewątpliwie, pod wpływem wizyty w tym niezwykłym  miejscu 

background image

nastąpiła całkowita zmiana  w moim myśleniu.  Stało się tak, jak przewidywał  Tanomogi. Informacja  o handlu 

embrionami wydała mi się niemal całkowicie prawdopodobna. Zatem powinienem ponownie rozważyć zdarzenia z 

ostatnich kilku dni. Zabójstwo księgowego może się okazać mniej istotne, niż przypuszczałem.

Nawet   nie   spostrzegłem,   kiedy   osłabło   we   mnie   pragnienie   odnalezienia   prawdziwego   przestępcy   i 

pojawiła się refleksja o skradzionym dziecku. W kwestii przestępcy byłem bliski kompromisu, tym bardziej że za 

zbrodniarkę uznano kobietę. W ostateczności, gdyby sprawy się skomplikowały i maszyna prognostyczna była 

zagrożona,   sfałszowałbym   czynnik   analizy.   Dzięki   wizycie   złożonej   w   instytucie   przybliżyłem   się   o   krok   do 

prawdy, lecz jednocześnie wydało mi się, że oddaliłem się od rozwiązania problemu. Jeśli się oddaliłem, to trudno, 

nic   na   to   nie   poradzę.   Już   mam   dość   zajmowania   się   takimi   sprawami.   Tanomogi   sugeruje,   że   policja   coś 

podejrzewa, a przecież policja ceni swój honor. Jeśli kłamstwo byłoby przekłamaniem maszyny prognostycznej, to 

niewątpliwie należałoby zachować tajemnicę. Teraz chciałbym jak najszybciej stąd odejść i spokojnie zasiąść przy 

maszynie.

Przedtem jednak powinienem koniecznie coś zrobić, a mianowicie odszukać odebrane mi dziecko i - nim 

cokolwiek  z nim  uczynią  - spowodować  jego  śmierć.  Dopiero  po tym  od wszystkiego  umyję  ręce.  Następnie 

poszukam naprawdę zwyczajnego człowieka i zacznę wszystko od początku. Zresztą to chyba Wada wspomniała, że 

chciałaby   poznać   własną   przyszłość.   Byłaby   na   pewno   sympatycznym   królikiem   doświadczalnym...   Gdy   się 

zestarzeje, nawet ona przestanie być  sympatyczna. Teraz powinienem odkryć  przyszłość spokojną, uplecioną z 

drobnych  radości  i  nielicznych  cierpień.  Nie ma w niej  nic  interesującego,  ale  jako materiał  eksperymentalny 

gwarantuje przynajmniej pewny wynik...

- Dlaczego mamy wszystko utrzymywać w tajemnicy?

Tanomogi   przerwał   milczenie   jakby   dłużej   nie   mógł   wytrzymać.   W   tym   momencie   łódź   przybiła   na 

przeciwległy brzeg. Yamamoto z niezwykłą lekkością jak na mężczyznę tej tuszy wskoczył na ląd i podał mi rękę. 

Odpowiedział Tanomogiemu spokojnym tonem, nie okazując zakłopotania.

- Dlatego, że jest to praca nazbyt rewolucyjna. Wywołałaby niewątpliwie wielkie reperkusje w kraju i za 

granicą. Do czego dojdziemy, jeśli będzie się tę pracę konsekwentnie prowadzić - tego chyba nikt nie wie...

- Jaki zatem ma to sens?

- Zniknęły z mapy kraje zacofane, z którymi można było prowadzić korzystny handel, lepiej więc tworzyć 

sztuczne   kolonie   i   korzystnie   w   nie   inwestować,   aniżeli   prowadzić   niepewną   grę.   Gdyby   pańska   maszyna 

prognostyczna nie dostała się na łamy prasy, to na pewno szefowie organizacji zgłosiliby się natychmiast, aby 

dowiedzieć się przyszłości tych podwodnych kolonii. Już sama myśl o tym, jaki mógłby być wynik tych działań, 

sprawia przyjemność. Podobno “Moskwa 2" przewidziała, że przyszłość należy do komunizmu. Pewnie dlatego, że 

nie wpadła na trop kolonii podwodnych.

- Zdecydowaliśmy się nie prowadzić prognoz politycznych.

- Oczywiście, byłoby to ograniczenie wolności poprzez przedstawianie społeczeństwu jego przyszłości.

Wysoki betonowy mur ciągnął się wzdłuż farmy podwodnej. Były w nim drzwi, a w głębi kryty basen. 

Trochę   większy   niż   ten,   który   już   widziałem.   Po   czterech   stronach   miał   okratowane   okna.   Właśnie   trener   w 

akwalungu trenował lśniącego czernią psa.

- To jest właśnie myśliwski pies długowłosy, o którym wspominało zamówienie. Długą sierść utwardza się 

za pomocą specjalnej pomady i dzięki temu chroni się skórę. Takie przygotowanie jest konieczne, ponieważ pies 

musi pływać w różnych miejscach i warunkach. O, proszę zobaczyć, ma gumowe płetwy przyczepione do łap. Gdy 

background image

nauczy   się   nimi   posługiwać,   stanie   się   osobnikiem   dojrzałym.   Jutro   rano   odjeżdża,   przechodzi   więc   ostatnie 

ćwiczenia. Nagle pies wyciągnął szyję, zanurzył głowę, zrobił obrót, wyprostował się jak strzała i przywarł do kraty, 

odbił się od niej i w następnej chwili pochwycił rybę.

- Rzecz w tym, aby złapał rybę i nie zagryzł jej - wtrącił Tanomogi.

Yamamoto mówił dalej:

- Gdy ma coś w zębach, nie może oddychać pyskiem, musi to robić przez nos, a wodę wydalać przez 

skrzela. Tylko wytrenowany pies potrafi tego dokonać.

Pies włożył pysk do torby trzymanej przez trenera i czekał na zamkniecie otworu, a następnie rybę puścił. 

Rzeczywiście, ryba poruszyła się i zaczęła pływać.

- Proszę pana - odezwał się Tanomogi, jakby coś sobie przypomniał - czy wie pan, w jaki sposób te 

zwierzęta są przewożone lądem? To bardzo ciekawe. Zna pan cysterny, którymi transportuje się benzynę, prawda? 

Otóż podobno w takich samych zbiornikach połączonych łańcuchami odbywają podróż zwierzęta. Świetny pomysł. 

Zawsze patrzę ze zdziwieniem, gdy widzę pięć albo sześć takich cystern połączonych ze sobą.

- Mówisz tak, jakbyś wiedział już wszystko - zauważył Yamamoto nieco drwiąco.

- Absolutnie nie wiem! - szybko odpowiedział Tanomogi podniesionym głosem, a wtedy obaj roześmiali 

się wesoło.

Nie dostrzegłem w tym nic śmiesznego. Nie znalazłem dość siły, aby zmusić się do uśmiechu. Miałem 

wrażenie, że wraz z ich śmiechem moje zmęczone oczy zapadały się stopniowo coraz głębiej.

26

Wracaliśmy samochodem należącym  do instytutu, więc w obawie przed kierowcą w ogóle ze sobą nie 

rozmawialiśmy. Chciałem powiedzieć Tanomogiemu tylko jedną rzecz, ale nie miałem już ochoty dyskutować z 

nim   na   jakiekolwiek   tematy.   Tanomogi   był   chyba   zmęczony   i   dlatego   milczał.   W   końcu   usnąłem.   Zostałem 

zbudzony, gdy znaleźliśmy się przed moim domem. Straszliwie bolała mnie głowa.

- Jutro będę spać do południa.

- Jutro? Przecież jest czwarta rano.

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Zauważyłem kątem oka, jak machał do mnie ręką, gdy wchodziłem 

do domu. Ledwie trzymałem się na nogach. Żona nie powiedziała nawet słowa, lecz to mnie wcale nie zmartwiło. 

Sięgnąłem po szklaneczkę whisky stojącą przy poduszce i nim wziąłem ją do ręki, zasnąłem.

Śniło mi się, że wielokrotnie byłem wprowadzany do Instytutu Yamamoto. Oto wsiadam do samochodu i 

ruszamy, i zaraz znów dojeżdżam do innego instytutu. Mam wrażenie, że stoję w pokoju lustrzanym, w którym 

wszystkie drogi prowadzą do tego instytutu. W bramie mieszka coś strasznego, tak groźnego, że trudno mi to 

wyjaśnić. Ponieważ nie zdążam na dzwonek, a więc spóźniam się do pracy, dlatego chcą mnie ukarać. Za tą bramą 

rozpoczyna się proces. Z każdym uderzeniem serca narasta oskarżenie. Muszę się spieszyć i muszę uciekać. Lecz 

nie mogę zrozumieć, czy uciekam i czy posuwam się do przodu. I znów przede mną brama do Instytutu Yamamoto, 

background image

czekająca na mnie...

Po dziesiątej ocknąłem się i zrozumiałem, że spałem w domu, więc odetchnąłem z ulgą. Wydało mi się to 

zabawne, więc mimo woli roześmiałem się. Podobne sny miewałem w młodości, gdy wracałem na przykład nocą 

pijany do domu. Próbowałem się jeszcze zdrzemnąć, lecz coś nagle zaczęło mnie niepokoić - tym razem naprawdę 

nie mogłem zasnąć.

Wstałem, by ustalić, skąd dochodził odgłos odkurzacza. Okazało się, że z mojej pracowni.

- Przeszkadza? - spytała żona, nie podnosząc głowy ani nie przerywając pracy.

- Niespecjalnie... Chcę cię o coś zapytać.

- Co się z tobą wczoraj działo?

- Pracowałem.

- Zrobiło się późno, więc zadzwoniłam do twego instytutu.

- Pracowałem gdzie indziej! - wykrzyknąłem coraz bardziej poirytowany i wydało mi się, że naprawdę 

mam powód do gniewu. Kiedy już nie mogłem opanować złości, zadzwonił telefon. Odetchnąłem z ulgą, gdy 

zaprzestał dzwonić.

Telefonowano z redakcji gazety. “Moskwa 2" przewidziała aktywizację grup wysp wulkanicznych na dnie 

Pacyfiku, a ponieważ zespół chciałby zająć się badaniem związku tego zjawiska z podwyższaniem się temperatury 

w   atmosferze,   szuka   kompetentnego   partnera   w   Japonii.   Redakcja   jest   zainteresowana,   czy   Instytut   Techniki 

Obliczeniowej  ze swą maszyną  prognostyczną  nie ma zamiaru przyjąć  tej propozycji.  Jak zwykle  odmówiłem 

odpowiedzi,   przypominając,   że   wszelkich   informacji   prasie   udziela   wyłącznie   Komisja   Programowa   lub 

Departament   Statystki.   Uczucie   poniżenia,   jakiego   doznawałem   za   każdym   razem,   gdy   otrzymywałem   takie 

telefony, było dziś silniejsze i miało jakieś szczególne znaczenie.

...Za oknem  jasne, wprost oślepiające kłębiaste chmury zmieniały kształty w oczach i rozpływały się w 

dali. Niżej wisiały gałęzie okryte liśćmi, a w sąsiedztwie rysował się dach, a także ogród. Jeszcze do wczoraj 

wierzyłem, że poczucie codziennej ciągłości jest czymś pożądanym. Lecz dziś myślałem już inaczej. Jeśli to, co 

wczoraj widziałem, było rzeczywiste, to czyż nie należałoby powiedzieć, że moje poczucie ciągłości było fałszem, 

tak bardzo podobnym do rzeczywistości. Wszystko się odwróciło.

GŁUPOTĄ   Z   MOJEJ   STRONY   BYŁO   PRZEKONANIE,   ŻE   POSIADANIE   MASZYNY 

PROGNOSTYCZNEJ SPRAWI, IŻ ŚWIAT STANIE SIĘ CORAZ WIĘKSZYM CONTTNUUM, ŻE BĘDZIE 

SPOKOJNIEJSZY   I   TAK   BARDZO   PRZEZROCZYSTY   JAK   KRYSZTAŁ   MINERAŁU.   CZY   WIĘC 

WŁAŚCIWE ZNACZENIE SŁOWA “WIEDZIEĆ" NIE JEST RACZEJ POSTRZEGANIEM CHAOSU, ANIŻELI 

WIDZENIEM ŁADU I ZASAD?

- To naprawdę ważna sprawa. Chodzi o szpital położniczy, do którego cię siłą zawieziono. Powiedz, jak on 

wyglądał? Chciałbym, abyś dokładnie sobie przypomniała, co to za miejsce.

Żona spojrzała na mnie podejrzliwie i nie odpowiedziała. Oczywiście, nie mogłem oczekiwać od niej, że 

zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie wiedziała także, że mam pewne podejrzenia. Ponieważ nie mogłem 

żonie   niczego   wyjaśnić,   denerwowałem   się   jeszcze   bardziej.   Chociaż   nie   zostałem   zobowiązany   do   ścisłego 

przestrzegania   tajemnicy,   to   jednak   ujawnienie   żonie   całej   prawdy   mogło   tylko   wszystko   niepotrzebnie 

skomplikować.   Czułem   się   wprost   zdruzgotany,   gdy   wyobraziłem   sobie   reakcję   żony   na   wieść   o   tym,   gdzie 

mogłoby znajdować się nasze dziecko. Wyrwane z jej łona i sprzedane.

Jakoś musiałem z niej to wydobyć. Może znajdę jakieś sprytne kłamstwo.

background image

- Czy sądzisz, że był to szpital położniczy?

- Dlaczego? - zawahała się nieco.

- Mówiąc szczerze, uważam, że była to czyjaś złośliwość.

- Czyja?

- Kolega z dawnych czasów, ginekolog, dostał pomieszania zmysłów i on mógł to zrobić.

W normalnej sytuacji nie potrafiłbym powiedzieć takiego głupstwa, nie wybuchając śmiechem, a ponieważ 

zachowałem całkowicie poważną minę, odniosłem natychmiastowy efekt. Jej twarz od razu spoważniała. Na pewno 

dla kobiety nie ma nic bardziej obraźliwego. Jeśli byłaby to prawda, oznaczałoby, że wziął ją pół żartem, pół serio 

do łóżka i wyrwał z niej płód.

- Rzeczywiście, chyba nie był to szpital.

- Więc jak to miejsce wyglądało?

- Hm... - zmrużyła oczy i lekko potrząsając odchyloną do tyłu głową powiedziała: - ...było zupełnie pusto i 

strasznie ciemno...

- Czy w pobliżu znajdowało się morze?

- Hm...

- Piętrowy czy parterowy budynek?

- Tak, niski...

- Na podwórku leżało dużo blaszanych baniek?

- Hm...

- Jak wyglądał lekarz? Był wielkim mężczyzną?

- Tak, chyba tak.

- Co? W ogóle nic nie pamiętasz?

-   Przecież   dostałam   jakieś   dziwne   lekarstwo.   Wydaje   mi   się,   że   coś   sobie   przypominam,   ale   bardzo 

niejasno, jakbym straciła pamięć. Natomiast dobrze pamiętam to, co działo się przed zażyciem leku. Tę pielęgniarkę 

z pieprzykiem na twarzy poznałabym na ulicy.

Niestety, w Instytucie Yamamoto nie natrafiłem na kobietę z pieprzykiem na twarzy. Pozostał mi chyba 

tylko jeden sposób, to znaczy poddanie żony analizie za pomocą maszyny prognostycznej i odtworzenie jej pamięci. 

Wiedziałem, że może to się okazać niebezpieczne. Tak jak dla kobiety Kondo Chikako. Czy warto narażać żonę na 

takie niebezpieczeństwo?

Moja decyzja nie wynikała z przemyśleń. Prawdopodobnie była rezultatem narastającego niepokoju. Samo 

przypuszczenie, co mogło stać się z synem, było wystarczającym powodem, by sytuacja stała się dla mnie nie do 

zniesienia.

Wszystko byłoby w porządku, gdybym był ostrożny i nie spuścił żony z oka. Chociaż chyba i tak byłaby 

narażona na niebezpieczeństwo. Na samą myśl o tym czułem się znieważony.

Poleciłem żonie:

- Przygotuj się, szybko.

27

background image

Żona popatrzyła na mnie podejrzliwie, ale o nic nie zapytała. Chyba dlatego, że zwróciłem się do niej 

zdecydowanym tonem i nie dałem jej możliwości zapytać o cokolwiek. Bywają przecież takie sytuacje, gdy musi się 

obejść bez wyjaśnień.

Jednak gdy patrzyłem za nią, jak schodziła na dół się przebrać, a potem na jej zdenerwowaną minę, nie 

mogłem powstrzymać chęci usprawiedliwienia się. Chciałem sam siebie zrozumieć, czy naprawdę próbowałem ją 

chronić przed niebezpieczeństwem, czy po prostu postanowiłem posłużyć się nią jako narzędziem. Zastanawiałem 

się nad tym, pochyliwszy głowę pełen winy i wątpliwości. Dlaczego jednak poddałem się temu nastrojowi - nie 

potrafiłem   tego   wyjaśnić.   Możliwe,   że   w   głębi   ducha   spodziewałem   się   jakiegoś   przerażającego   rezultatu, 

czyhającego na nas jakiegoś nieszczęścia? To prawda, że całkowicie straciłem pewność siebie. Nie udało mi się 

dokonać oceny sytuacji, oceny w całym tego słowa znaczeniu. Po prostu bezsensownie ulegałem coraz większemu 

niepokojowi. Przepełniało mnie zniechęcenie i wola ucieczki za wszelką cenę. Moje dziecko - nie wiem czy syn, 

czy córka - urodzi się jako stworzenie wodne ze skrzelami, w końcu dorośnie i co wtedy będzie sądzić o rodzicach? 

Na samą tylko myśl o tym ogarniało mnie przerażenie. Czyż w porównaniu z tym, co go czeka, dzieciobójstwo nie 

jest humanitarnym czynem?

Kropla potu spadła mi z czubka nosa. Ocknąłem się. Już prawie dziesięć minut stałem zamyślony, jeszcze 

nawet się nie umyłem. Zszedłem na dół, a gdy włożyłem szczoteczkę do ust, poczułem mdłości, jakbym miał kaca.

Zadzwonił telefon. Czy to znów szantażysta? A może to jeden z tych nieprzyjemnych telefonów od kogoś, 

kto zna na wylot wszystkie moje sprawy? Nie wypłukawszy ust podbiegłem do telefonu. Dzwonił Tomoyasu z 

Komisji Programowej. Już nie denerwował mnie jego natarczywy ton, odparłem więc obojętnie pytaniem:

- Co znowu niemożliwe?

- Nie, nie, nie chodzi o to, że jest niemożliwe. Jak na razie postanowiliśmy zachować spokój i zaczekać.

Jak zwykle. I znów gazety nas nie zauważą. Czekanie i spokój nie interesują prasy. Nie mówiąc o tym, że 

ostatnio   zainteresowanie   mediów   znacznie   zmalało   prawdopodobnie   dlatego,   że   rozpowszechnił   się   pogląd,   iż 

maszyna prognostyczna działa przeciwko człowiekowi. Lecz teraz było mi to całkowicie obojętne. Nie miałem ani 

czasu, ani chęci zajmować się takimi sprawami. Gdyby ten tchórz Tomoyasu, który myśli, że chwycił przyszłość za 

gardło, dowiedział się choć jedną setną tego, co ja... Milczałem, więc Tomoyasu kontynuował:

- A przy okazji, jak idzie praca? Z góry cieszę się na spotkanie komisji pojutrze...

-   Hm,   myślę   że   będę   mógł   przedstawić   interesujący   raport,   wykorzystując   dane   podstawowe,   jak   na 

przykład współczynniki ogólne charakteru.

- A co ze sprawą mordercy?

Biała nitka śliny wypłynęła z kącika ust i spadła na zewnętrzną stronę dłoni.

- W ciągu dnia podsumuję sprawozdanie i poproszę Tanomogiego, żeby je panu przedstawił... - odparłem, 

odkładając słuchawkę, by uniknąć dalszych pytań.

W tym momencie znów odezwał się dzwonek. Tym razem nie miałem wątpliwości, że był to telefon od 

szantażysty, mówiącego głosem podobnym do mojego.

-   Czy  profesor   Katsumi?   Tak   szybko  pan   się   zgłosił,   jakby   spodziewał   się   pan   mojego   telefonu...   - 

powiedział śmiejąc się. Nie czekając na odpowiedź spoważniał i dodał: - Nie, nie “jakby spodziewał się pan", pan 

po prostu na mnie czekał... Prawda?... W każdym razie pan coś knuje, coś takiego, przed czym chciałbym pana 

ostrzec...

W pewnym sensie oczekiwałem tego szantażysty. Za każdym razem gdy chciałem przystąpić do działania, 

background image

stawał mi na drodze. Chociaż się go spodziewałem, to jednocześnie byłem w kłopocie, nie wiedziałem co z tym 

fantem zrobić. Jeśli jeszcze nie założono podsłuchu u mnie w domu, to trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś poza 

Tanomogim,  mógł  poznać pomysł  poddania żony analizie za pomocą maszyny  prognostycznej.  Jednak byłoby 

wręcz nienaturalne, żeby Tanomogi, który dotąd był niezwykle przebiegły, teraz zdradził się, że to on właśnie kryje 

się za tym wszystkim... Zadrżałem, czując w pobliżu niewidzialnego obserwatora.

- Myślisz, że czekałem? To zupełny przypadek!

- Ja wiem. Właśnie rozmawiałeś, nim ja zadzwoniłem, prawda?

Zmieszałem się. Zgodnie z moim przypuszczeniem mogła to być jedynie taśma maszyny prognostycznej, 

która   przemawiała   moim   głosem.   Wypowiadała   jednak   słowa   odpowiednie   do   danej   sytuacji,   że   trudno   mi 

przychodziło sobie wyobrazić, że mogłaby tak precyzyjnie reagować na moje wypowiedzi.

- Ha ha ha, zaskoczony pan? - Widocznie wyczuł moje zakłopotanie. - Lecz teraz już chyba pan rozpoznał, 

kim jestem?

- Kim pan jest?

- Kim? Jeszcze pan nie zrozumiał? Dam więc jeszcze jedną wskazówkę. Telefon, który pan przed chwilą 

odebrał, pochodził od Tomoyasu.

- Ach, jesteś Tanomogim! Nie, ty jesteś maszyną. Jesteś tylko głosem. Tobą manipuluje Tanomogi, na 

pewno. Chyba tam jesteś. Odpowiedz szybko!

-   Mówi   pan   bez   sensu.   Jeśli   jestem   tym,   który   mówi,   to   jestem   również   i   tym,   który   słucha. 

Zatelefonowałem   z   własnej   woli.   Czy   sądzisz,   że   maszyna,   manipulowana   przez   kogoś,   mogłaby   tak   dobrze 

reagować na twoje zachowania? Mówisz mając coś w ustach. Nie zdążyłeś chyba wypłukać ust i podszedłeś do 

telefonu, prawda? Jeśli chcesz, mogę poczekać, aż skończysz płukać. Och, przepraszam! Wcale nie chciałem cię 

ośmieszać. Ale faktem jest, że mówię z własnej woli.

- I dlatego powinieneś powiedzieć, kim jesteś!

- Możliwe. Czy naprawdę jeszcze nie zgadłeś? Tak, chyba nie. Profesorze, zauważył pan przynajmniej, jak 

bardzo mój głos przypomina pański. Może to jest przypadkowe podobieństwo - na pewno tak myślisz. Nie? To 

trudno.   Nie   starasz   się   uczyć,   nie   skłaniasz   się   do   wysiłku   i   nie   próbujesz   wykryć,   kim   jestem   naprawdę. 

Tymczasem ja jestem po prostu drugą stroną tej samej monety. Więc ostatecznie dzielę się z tobą przynajmniej 

częścią tej ważnej sprawy...

- Dlaczego więc nie przyjdziesz tutaj i nie spotkasz się ze mną? Wtedy byłoby łatwiej z tobą rozmawiać.

- Tak myślisz? To, niestety, jest niemożliwe. Rozmowa przez telefon jest mniej skomplikowana...

- Proszę zatem przystąpić do sedna sprawy.

- Dobrze - odpowiedział raczej zdecydowanie. - Podjąłeś groźną w skutkach decyzję.

Zrozumiałem, że muszę być ostrożny. Mój przeciwnik z całkowitą swobodą posługiwał się słownictwem 

gangstera, a jednocześnie zachowywał się jak urzędnik państwowy, dając do zrozumienia, że nie jest kimś całkiem 

zwyczajnym.   Gdyby   przyszło   mi   określić   jego   zawód,   to   skłaniałbym   się   do   opinii,   że   jest   on   detektywem 

szantażystą. Udaje, że potrafi przejrzeć moje myśli, i w ten sposób próbuje poddać mnie przesłuchaniu, zadając 

naprowadzające pytania.

- Zrozumiałe. - Zareagował  na moje milczenie lekko pokasłując. - Nic dziwnego,  że pan mi nie ufa. 

Przyjmuję to. Teraz pan zamierza wyjść z domu razem z żoną. Prawda? Proszę jednak nie myśleć, że podpatruję 

pana przez lornetkę z naprzeciwka. Faktem jest, że w tym momencie ktoś prowadzi obserwację przed pańskim 

background image

domem. Proszę spojrzeć przez okno na końcu korytarza. Szybko!

Przynaglony   odłożyłem   słuchawkę   i   uczyniłem,   co   mi   kazał.   Przed   bramą   ujrzałem   znanego   mi   już 

mężczyznę   przechadzającego   się   ze   znudzoną   miną.   Wróciłem   i   wziąłem   do   ręki   słuchawkę,   jednak   się   nie 

odezwałem.

- I co pan na to? - Mimo mojego milczenia, on wiedział, że już wróciłem. - To ten sam młodzieniec, z 

którym pan stoczył walkę. Bardzo zdolny specjalista od skrytobójstwa.

- Skąd, u licha, dzwonisz?

Za wszelką cenę starałem się wypatrzeć, z którego okna mógłby mnie podglądać, mimo że zdrętwiała mi 

dłoń i całe ramię. Słuchając go przejrzałem utrwalony w głowie plan osiedla.

- Przecież powiedziałem, że nie dzwonię z bliska. Akurat dobrze się składa, obok przejeżdża wóz strażacki. 

Gdy otworzę okno, będziesz chyba mógł usłyszeć... Ale koło domu nic nie słyszysz...

- Taką sztuczkę można zrobić za pomocą magnetofonu.

- Naturalnie... Więc może podam mój numer telefonu. Gdy usłyszysz numer kierunkowy, wtedy opuszczą 

cię wątpliwości. Proszę powiesić słuchawkę i nakręcić ten numer, dobrze?

- Mam tego dosyć. Już wszystko mi jedno.

- Nie, nie może być wszystko jedno - powiedział ostrzegawczym tonem. - To bardzo poważna sprawa. 

Widzę to wszystko.

- O co chodzi?

- Nie pojmujesz? - Szantażysta nagłe westchnął i zmienił ton. Było coś tak przejmującego w jego głosie, że 

nawet mnie nie uraziła zbytnia bezpośredniość. - Powiedziałem ci już tyle, a dotąd się nie zorientowałeś? To nie 

jestem ja. To jesteś ty. To znaczy, ja jestem tobą.

28

Przez   dłuższy   czas   nawet   się   nie   poruszyłem.   Nie   tylko   moje   ciało,   lecz   również   myśli   zamarły   w 

bezruchu. To nie było zwykłe zdumienie, lecz jakieś niesamowite pomieszanie spokoju i wzburzenia, prowadzące 

niemal do szaleństwa. Przez cały czas myślałem, że chodzi tu o faceta, którego znam; a teraz zdałem sobie sprawę z 

tego,   że   faktycznie   jest   moim   lustrzanym   odbiciem.   Pojąłem   całą   głupotę   i   śmieszność   tej   sytuacji...   Moje 

wzburzenie mogłem porównać do nieprzyjemnie gorzkiego poczucia rozpaczy, jakby we śnie stał się duchem i spod 

sufitu patrzył na własne martwe ciało...

Z trudem znalazłem właściwe słowa i złożyłem je w całość.

- Wobec tego ty jesteś ciałem złożonym ze mnie, jesteś swego rodzaju syntezą zbudowaną przez maszynę 

prognostyczną.

- Można i tak powiedzieć, ale to nie takie proste. Sztuczny twór nie potrafi rozmawiać - odpowiadać i 

pytać, prawda?

Nie zastanawiając się, kiwnąłem twierdząco w stronę niewidzialnego rozmówcy.

- Przecież chyba nie jesteś obdarzony świadomością?

- Skądże... - odpowiedział głos, siąkając cicho nosem. - Ja nie mam ciała. Tak jak przypuszczałeś, jestem 

zwyczajną nagraną wcześniej taśmą... Oczywiście, nie mogę sobie pozwolić jeszcze na takie luksusy, jak posiadanie 

background image

świadomości. Jestem wyposażony w coś ważniejszego niż świadomość, a mianowicie w konieczność i pewność. 

Wiem dokładnie, co się dzieje w twoich myślach, i to z dużym wyprzedzeniem. Nie jest istotne, jak bardzo starasz 

się zachować niezależność, po prostu nie zrobisz nawet jednego kroku poza wcześniej ustalonym programem.

- Kto więc zaprojektował ci słowa, które wypowiadasz?

- Nikt. Rodzą się w sposób nieuchronny z ciebie samego.

- To znaczy...

- To znaczy, że jestem wartością prognozy drugiego stopnia, która poznała twą przyszłość dzięki prognozie 

pierwszego stopnia. Jednym słowem, ja jestem tobą. Jestem tobą, który pozna ciebie.

Nagle   zdałem   sobie   sprawę,   że   jestem   jakimś   małym,   odległym   obiektem   w   imponująco   rozległym 

miejscu, w którym dotąd istniałem. Przemieszczający się ból wciąż krążył z irytującą szybkością, niczym sygnał 

świetlny przed japońskim salonem fryzjerskim.

- Zapewne ktoś taki jak Tanomogi spowodował, że zadzwoniłeś do mnie.

- Wciąż jeszcze mówisz od rzeczy. Widocznie nie oceniłeś sytuacji dostatecznie jasno. Moja wola jest 

twoją wolą. Tylko że jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Czynię tylko to, co ty byś prawdopodobnie uczynił, 

jakbyś poznał swą przyszłość.

- A jak uruchamiasz magnetofon?

-   Pytasz   o   takie   bzdury!   Oczywiście,   proszę   kogoś   o   to.   Teraz   pomaga   mi   -   zgodnie   z   twoim 

przypuszczeniem - kolega Tanomogi. Ale nie wolno ci myśleć, że jest to spisek uknuty przez niego przeciw tobie. 

Jego dotychczasowe zachowanie zależało ode mnie. Fakt, że zależało od mojej woli, oznacza, że zależało od twojej 

woli. Jeśli o coś podejrzewasz Tanomogiego, to lepiej żebyś podejrzewał siebie...

-   W   porządku,   poprzestańmy   na   tym...   Dlaczego   dzwonisz   do   mnie   z   pogróżkami   i   wywołujesz 

zamieszanie w głowie?

- To nie zamieszanie, to ostrzeżenie.

- Nie ma potrzeby mówić tak oględnie. Ponieważ znasz moją przyszłość, musiałeś też poznać naszych 

wrogów, prawda? Czy nie można było działać bardziej bezpośrednio?

- Wrogów? Nadal używasz tego słowa... Skoro tak, to wróg znajduje się wewnątrz. Taki sposób myślenia 

staje się naszym wrogiem. Ja staram się tylko uratować cię od katastrofy. Ach, prawda, dobrze się składa. Tam 

czeka Sadako... nie, przepraszam, to jednak chyba nie jest zbyt miłe, gdy w ten sposób mówię o twojej żonie, mimo 

że ja jestem tobą. No, w każdym razie mogę mówić o niej “małżonka", no więc małżonka czeka za drzwiami. 

Najwyraźniej przysłuchuje się tej dziwnej rozmowie... Chciałbym ją o coś zapytać. Możesz zawołać ją do telefonu?

- Z pewnością nie.

- Spodziewałem się, że tak zareagujesz. Jeśli chcemy ją wtajemniczyć, to trzeba będzie wyznać wszystko. 

A ty nie masz na to dość odwagi. Nawet nie wyjaśniłeś jej powodu wyjścia z domu, prawda? Zwłaszcza że teraz nie 

ma najmniejszej potrzeby wychodzić...

- Dlaczego? Nie zamierzam przemilczeć takiej obrazy.

- No dobrze. Jeśli nie chcesz  poprosić żony do telefonu, możesz jej to sam powiedzieć. Chodzi o tę 

fałszywą pielęgniarkę z pieprzykiem, która uprowadziła twoją żonę. Na pewno mówiła, że pieprzyk znajdował się 

na brodzie, czy może raczej był z boku nad górną wargą?

background image

29

Dyszałem ciężko, jakbym zapomniał przez jakiś czas oddychać. W bezkresnej dali zaświtał wątły promyk i 

wtedy widok wokół mnie całkowicie się odmienił. Kobieta miała pieprzyk nie na brodzie, lecz nad górną wargą. 

Może pamięć jest tak zawodna albo też żona uległa złudzeniu. Jeśli tak, to czyż tą pielęgniarką nie była faktycznie 

moja asystentka Wada? Ona ma pieprzyk nad górną wargą. Wada wstydziła się tego defektu urody, dlatego zwykle 

opuszczała głowę, aby nie był on nazbyt widoczny. Naówczas pieprzyk wydawał się znajdować u dołu twarzy, a w 

zamglonej pamięci mógł się przesunąć na brodę.

- Sadako! - Wstrząśnięty tą myślą krzyknąłem, aż zagrzmiało w całym domu. - Chodzi o ten pieprzyk u 

pielęgniarki.

Natychmiast drzwi się uchyliły i ukazała się w nich skrzywiona ze zdziwienia twarz żony.

- Co się stało? Przestraszyłeś mnie.

- Chodzi mi o ten pieprzyk, czy może znajdował się w tym miejscu, a nie na brodzie?

- Hm, teraz gdy o tym wspomniałeś, wydaje mi się, że w tym.

- Tak, dokładnie tak... - wtrącił się mój telefoniczny rozmówca.

Z   pośpiechem   machnąłem   ręką,   jakbym   chciał   odpędzić   od   siebie   żonę.   Ona   jednak   nie   odchodziła, 

przyglądając mi się uparcie chłodnym wzrokiem. Dobrze rozumiałem, dlaczego miała taką minę. Zwrócony do niej 

tyłem milczałem, przyciskając słuchawkę do ucha. On, czyli ja, mówił dalej:

- Pielęgniarką istotnie była koleżanka Wada. W tym roku akurat w pierwszy dzień stycznia przeziębiła się i 

nie przyszła,  gdy współpracownicy instytutu odwiedzili cię w domu z życzeniami. Dlatego twoja żona jej nie 

poznała. Jeśli to sobie uświadomisz, to nie będziesz miał wątpliwości, że nie ma żadnego znaczenia, czy ona jest 

wrogiem, czy przyjacielem, prawda?

- Oznaczałoby to, że zrobiła to na moją prośbę, a faktycznie ty ją o to poprosiłeś.

- Z czego znowu jesteś niezadowolony?

Powoli się odwróciłem, lecz żony za mną już nie było.

- ...dlatego właśnie wszystko wydaje się wrogie.

-   Tak   to   wygląda...   -   odpowiedziała   maszyna   spokojnie,   jakby   ze   skruchą,   a   może   tylko   tak   mi   się 

wydawało. - Uczyniliśmy dla ciebie tyle, ile mogliśmy.

- Wiem, mam tego dość! - Nagle ogarnął mnie wielki gniew. - Proszę przedstawić wniosek. Już mam dość 

chodzenia w kółko. Do licha, co chcesz, żebym zrobił?

- To dziwne. Przecież mówiłem, że konkluzja jest oczywista. Nie rób zamieszania i nie wyprowadzaj żony 

z domu.

- Dlaczego to ma spowodować zamieszanie?

-   Czy   sądziłeś,   że   żona   bez   uprzednich   wyjaśnień   zgodzi   się   posłusznie   poddać   badaniu   maszyny 

prognostycznej? Jeśli tak myślałeś, to musisz być nie lada prostakiem. Chyba pochlebiałeś sobie, uważając się za 

zimnego faceta, gdy tymczasem byłeś po prostu znudzonym, konserwatywnym mężczyzną. I to byłaby cała twoja 

historia. Teraz nawet żona się nie zgodzi na to, żebyś zaglądał jej do duszy. Nie, nie martw się, nie podejrzewaj jej o 

niewierność czy zazdrość. To coś jeszcze gorszego... To jest pogarda i rezygnacja.

- Głupstwa opowiadasz...

- Tak, zasadzka, jak wiesz, pojawia się zwykle tam, gdzie człowiek się jej najmniej spodziewa. Przeszkoda 

background image

pojawia się więc nieoczekiwanie i staje się punktem zwrotnym losu... To znaczy, musisz uchylić rąbka tajemnicy, 

aby nakłonić żonę do zgody na badania. Wtedy mimo woli złamiesz przyrzeczenie dane w Instytucie Yamamoto.

- Jeśli przyjmujesz takie założenie...

- Nie, to nie żadne założenie, to już jest decyzja. To tak, jakbyśmy doszli do konkluzji. Gdybym teraz nie 

zatelefonował,   na   pewno   uczyniłbyś   to.   Przecież   miałeś   drogę   wyjścia.   Na   przykład   mogłeś   poprosić   pana 

Yamamoto i załatwić żonie pozwolenie na zwiedzenie jego instytutu. Ale nic takiego nie przyszło ci do głowy. 

Zwiedziwszy instytut przyjąłeś, że znana ci dotąd codzienność stała się odwrotnością rzeczywistości, a mimo to 

teraz myślisz o tym, aby zabić swoje dziecko i w ten sposób przeciąć związki z przyszłością i ukryć się w świecie 

odwróconym do góry nogami... Czy pamiętasz, że wczoraj w nocy Wada rozmawiając z tobą powiedziała, że to jest 

sąd? I tak było, to naprawdę był sąd. To, co ci komunikuję, zapewne jest już wyrokiem. Okazuje się, że jesteś 

zaprzysięgłym konserwatystą, co nie pasuje do obrazu wytwórcy na wskroś nowoczesnej maszyny prognostycznej. 

To zdumiewające, że jesteś kimś tak szalenie konserwatywnym.

- Czy zadzwoniłeś po to, żeby głosić kazania?

- Mówisz, jakby to dotyczyło  kogoś  innego,  a przecież  ja jestem tobą... No dobrze, w każdym  razie 

chciałbym  maksymalnie  ograniczyć  liczbę ofiar.  Skoro wiesz, że pielęgniarką  była  Wada, to nie ma  potrzeby 

poddawać  żony analizie maszyny prognostycznej.  Jeśli  to, co mówię, trafia do twego  przekonania, to już jest 

dobrze.

- Czy moje dziecko zostało umieszczone w sztucznej macicy, by wyrosło na istotę wodną?

- Tak jest.

- Dlaczego? Dlaczego musiano to zrobić?

- Rozumiem twój niepokój. To, że pragniesz poznać przyczyny... Yamamoto spodziewał się, że zadasz to 

pytanie, zechcesz się czegoś dowiedzieć na temat ludzi hodowanych poza naturalnym łonem matki, i dlatego śmiał 

się z powodu twojego tchórzostwa. Wystąpiłem  więc z wnioskiem o wydanie  dla ciebie zgody na zwiedzanie 

miejsca, w którym tworzy się ludzi-akwanów - ludzi żyjących w wodzie. Myślę, że już zakończono rozpatrywanie 

wniosku i możesz się zgłosić po odpowiedź bezpośrednio. Chyba po piątej ktoś się tu zjawi...

- Jeszcze tylko jedno... Kim faktycznie jest zabójca księgowego?

- Oczywiście Tanomogi... Ale nie wyciągaj wniosków pochopnie. Pamiętaj, że to ja wydałem rozkaz, czyli 

ty wydałeś rozkaz.

- Nic o tym nie wiem.

- Nawet jeśli tak jest, to już nic nie poradzę na to, co się stało.

- Czy jest z tobą Tanomogi? O, teraz pokasłuje.

- Nie, to Wada.

- Wszystko jedno kto, daj mi ją do telefonu.

- Czy chcesz podejść? - spytała maszyna, jakby odwracając się do tyłu. Wkrótce odpowiedział nosowy i 

wesoły głosik Wady.

- Ależ, profesorze, pan rozmawia sam ze sobą.

Tak, miała rację. Byłem po tamtej stronie; gdybym zjawił się osobiście, musiałoby to wyglądać zabawnie, 

niezależnie od punktu widzenia na tę sprawę. Zdrętwiały mi palce i omal nie wypadła mi z ręki lepka od potu 

słuchawka. I w tym samym momencie, gdy chciałem ją mocniej chwycić, połączenie zostało przerwane. Kiedy 

spróbowałem oddzwonić, w odpowiedzi usłyszałem tylko głuche buczenie.

background image

Zresztą tak chyba było lepiej. Jeśli on był drugim mną i wszystko o mnie wiedział, to niewątpliwie z góry 

przewidział mój błąd. Ja miałem wciąż wiele pytań. Zakładając, że to on wydał rozkaz zamordowania księgowego, 

to   musiał   jakiś   czas   przedtem   istnieć.   A   to   oznacza,   że   on   istniał,   zanim   jeszcze   zdecydowałem   się   zająć 

przewidywaniem przyszłości poszczególnych ludzi. Wobec tego kiedy się narodził? W jakim dokładnie momencie 

to się stało? A poza tym, kto go stworzył?

Spróbowałem zadzwonić do Tanomogiego. Nie zastałem go jednak w domu. Oczywiście Wady też nie 

było.

- Już jestem gotowa - zawołała żona zza drzwi.

- Już nie trzeba.

- Czego nie trzeba?

- Już nie musisz ze mną wychodzić.

Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się w rogu sypialni. Żona odwróciła wzrok, rozwiązała tasiemkę z pasa 

obi i rzuciła ją przed lustro.

- Słuchaj, powiedz, czy ty mną gardzisz?

Żona uniosła głowę, jakby zdziwiona tym pytaniem, a następnie zaśmiała się jakoś z przymusem, jakby na 

przekór sobie.

- Masz na ustach proszek do czyszczenia zębów.

Opadły mi ręce, poczułem się nikim. Chciałem jeszcze coś powiedzieć, lecz faktycznie byłem nikim. Nie 

mogłem wiedzieć, że nasze własne oblicza, na które teraz patrzyliśmy - beznadziejnie uśmiechającej się żony i 

moje, ubrudzone proszkiem do zębów - oglądamy po raz ostatni. Cofnąłem się, zamknąłem za sobą drzwi łazienki i 

odwróciłem się w stronę umywalki. Wypłukałem usta i zacząłem się golić.

30

Dzwoniłem   do   pracowni   co   trzydzieści   minut,   ponieważ   chciałem   się   dowiedzieć,   gdzie   poszedł 

Tanomogi. Czas oczekiwania skróciłem sobie czytaniem gazety. Jak zwykle to samo: Międzynarodowe umowy, 

problemy  terytorialne   na   morzach,   szpiegostwo   gospodarcze,   niezwykłe   upały,   podnoszenie   się   poziomu  wód, 

trzęsienia ziemi, a następnie piękne kobiety, zabójstwa, pożary i opowieści o dumnej duszy. Zadziwiające było to, 

że   tak   okropne   zlepki   zjawisk   wprawiały   mnie   w   sentymentalny   nastrój.   Mnie,   człowiekowi,   który   mając 

czterdzieści   sześć   lat   wejrzał   w   skrawek   przyszłości,   wszystkie   sprawy   codzienne   wydały   się   już   odległą 

przeszłością. Poczułem się wyczerpany i pozostawiony sam sobie.

Znów  się zdrzemnąłem. Na gazecie, która leżała pod moją głową, pojawiła się mokra plama wielkości 

twarzy. Yoshio wrócił ze szkoły, rzucił tornister i gdy znów chciał gdzieś wybiec, rozległ się gniewny głos żony. 

Mimo woli zerwałem się na nogi. Chciałem go zawołać i porozmawiać, lecz w następnej chwili słyszałem już tylko 

oddalające się i cichnące kroki syna na ulicy.

Zszedłem na dół. Żona zawołała z kuchni.

- Czy chcesz coś jeść?

- Nie, może później.

Włożyłem   drewniaki  geta  na   nogi   i   postanowiłem   się   trochę   przejść   wokół   domu,   żeby   przy   okazji 

background image

wysuszyć mokrą od potu koszulę.

Ledwie wyszedłem  z domu, od razu ujrzałem znajomego szpicla. Zbliżał się powoli w moją stronę z 

wyrazem nudy na twarzy, a co parę kroków kopał to w prawo to w lewo kamyki leżące na chodniku. Spostrzegłszy 

mnie, zatrzymał się przestraszony. Gdy podszedłem, uśmiechnął się zakłopotany, spuścił głowę i zaczął się oddalać 

przyspieszając kroku. Zatrzymałem go pytaniem.

- Co tu robisz?!

- Och...

Chciałem go zlekceważyć i obejść, ale on odwrócił się i postanowił iść razem ze mną. Niech robi, co chce. 

Nie jest chyba tak głupi, żeby napaść na mnie w tym miejscu. Cały czas dochodził hałas bawiących się w pobliżu 

dzieci,   a wokół   mijali   nas  przechodnie.   Szliśmy jakiś   czas  razem.  Po chwili   przerwałem  milczenie,  chcąc   go 

rozdrażnić:

- Jak pięknie zmykałeś tamtego dnia, pamiętasz? - On uśmiechnął się tylko niewinnie jak dziecko.

- Ach, zrobiłem to, co mi kazano.

- Oczywiście. Podobno jesteś znakomitym specjalistą od mordowania?

- Co? Robię tylko to, co mi każą.

- A teraz jakie masz rozkazy?

- Hm - mężczyzna nagle spuścił oczy, jakby był zakłopotany. - Kazano mi po prostu pana śledzić.

- A kto kazał to robić?

- Jak to kto? Przecież pan kazał.

Ach, to tak się rzeczy mają. Ten drugi ja jest widocznie gotów podejmować się nawet realizacji różnych 

zamówień, włącznie z zabijaniem. Nie miałem najmniejszego pojęcia, skąd pojawiła się u mnie taka skłonność. 

Gdybym  nie znajdował się przytłoczony presją i skulony w kłębek, to moje cierpienie zapłonęłoby goręcej  od 

rozgrzanego grubą warstwą tłuszczu na brzuchu.

- Ilu ludzi już zabiłeś?

- Och, nie ma o czym mówić, jeszcze nikogo nie zabiłem, od czasu gdy śledzę pana.

Odetchnąłem z ulgą.

- A przedtem?

- Jedenaście osób. Specjalizuję się w metodach, które nie zostawiają żadnych śladów. Powoduję utratę 

świadomości, zaciskam nos i usta, w ten sposób następuje uduszenie się. To trochę kłopotliwe, ale na pewno dla 

mnie bezpieczne. Gdy pozoruję utonięcie, wprowadzam wodę przez nos. Wtłaczam ją do płuc, jak przy sztucznym 

oddychaniu, i tak zostawiam ofiarę - wygląda to na śmierć przez utonięcie. Mam też sposób na duszenie. Obejmuję 

gardło całą szerokością dłoni. To wymaga  trochę czasu, ale w ten sposób można uniknąć zostawiania śladów. 

Naturalnie, natrafiam niekiedy na dość duży opór, i muszę zastosować śmiertelny cios; ważne aby nie zostawić 

widocznych  śladów i jednocześnie zablokować siłę przeciwnika. Tak, zdarza się i łamanie palców w stawach, 

wbijanie paznokci w oczy... Tak jest, w żadnym wypadku nie używam narzędzi. Zostawiają ślady. Unieszkodliwiam 

przeciwnika gołymi rękami. ...Mogę się pochwalić, że na pierwszy rzut oka oceniam, jaki sposób należy zastosować 

w danym przypadku. To chyba rodzaj hipnozy. Uciskam czułe miejsce i powoduję utratę świadomości, jak podczas 

śmierci. Jeśli idzie o pana, wiem, co należy wybrać, ale nie mogę o tym powiedzieć. Przecież nie powinno się 

uprzedzać wroga, bo wtedy efekt będzie słabszy. No, może panu mógłbym uchylić rąbka tajemnicy... Tak, chyba nic 

by nie szkodziło, gdybym powiedział... No więc jeśli chodzi o pana, to należałoby znaleźć takie miejsce gdzieś na 

background image

twarzy, albo w tym miejscu, z boku brzucha.

Co zamierzał uczynić ten drugi “ja" wynajmując takiego typa? Zatrudnił go, ale nie zlecił mu żadnego 

konkretnego zadania. Można więc sądzić, że występuje w charakterze mojej osobistej ochrony, roztoczył nade mną 

specjalny nadzór. W każdym razie wygląda to teraz zabawnie. Nie ma żadnego powodu, żebym tak bezwstydnie 

spacerował z tym mężczyzną.

- Słuchaj, możesz już iść do domu.

- Nie dam się nabrać na ten numer - odpowiedział, chichocząc i spoglądając na mnie kątem oka. - Przecież 

sam pan uprzedzał, żebym nie słuchał żadnych rozkazów, jeśli nie są one przedstawione na piśmie. Nie, nie dam się 

nabrać. Jeśli pan ma czas, to może by pan poszedł ze mną coś zjeść? Gdy wychodziłem rano, zapomniałem wziąć ze 

sobą coś do jedzenia. Już nawet zrezygnowałem z obiadu, ale nie będzie to chyba sprzeczne z rozkazami, jeśli 

będzie mi pan towarzyszył... Bardzo proszę... choćby był to tylko makaron gryczany soba albo pszenny udon.

W rezultacie uznałem, że odmowa byłaby zbyt kłopotliwa, a poza tym liczyłem, że w ten sposób może go 

trochę oswoję. Postawiłem więc mu porcję makaronu w sąsiedniej knajpce. Przypomniałem sobie, że ja również od 

rana nic nie jadłem. Nie miałem apetytu, więc zamówiłem tylko zarusoba, czyli makaron gryczany podawany na 

bambusowym talerzyku. Mimo że panował straszny upał, zamówił rosół z makaronem, posypał papryką, aż rosół 

poczerwieniał,   i   nie   spiesząc   się,   jakby   chciał   wszystko   sprawdzić,   jadł   powoli   łyżka   po   łyżce.   Był   tak 

skoncentrowany na jedzeniu, że nawet nie spostrzegł muchy łażącej mu po twarzy. Wyglądał ohydniej niż wtedy, 

gdy opowiadał o mordowaniu.

W telewizji skończyło  się jakieś  widowisko i wybiła  godzina piąta. Mężczyzna  zerwał  się z miejsca, 

rozejrzał i powiedział:

- O piątej miałem zadzwonić i dowiedzieć się, dokąd pana dziś wieczór zaprowadzić. - Z wyraźnym 

niepokojem pośpieszył do telefonu i zaczął wystukiwać numer. Po kilku słowach kiwnął głową, zakończył rozmowę 

i wrócił ze spokojniejszą miną. - Wszyscy już się podobno zebrali i chcą, żeby pan przyszedł.

- Dokąd?

- Dokąd? Przecież pan obiecał. O piątej miałem pójść po pana do domu.

To był  mężczyzna, którego wysłał po mnie ten drugi ja na zlecenie komisji reprezentującej pracownię 

hodowli ludzi podwodnych. Wszystko było takie proste, a wydawało się jakoś straszliwie pokrętne, i choć było 

pokrętne, okazało się bardzo proste.

- A teraz do kogo pan dzwonił?

- Do pana Tanomogiego.

- Tanomogi? Co z nim? Czy on ma coś wspólnego z komisją?

- Hm.

- Czy wiesz, gdzie to jest?

- Tak.

Z pośpiechem pierwszy wybiegł z restauracji i od razu zatrzymał taksówkę. Stopniowo koło się zamknęło, 

a   myśliwy,   tropiący   zwierzynę   pokazał   teraz   twarz.   Spoza   poplątanych   gałęzi   i   pni   drzewa   ukazała   się   jego 

prawdziwa postać. Płać to, co się należy, zwracaj to, co jesteś winien, a jaki ostatecznie będzie wynik odejmowania? 

Trzeba jeszcze dokładnie to wyjaśnić. Nie przejąłem się tym, że byłem w pogniecionej koszuli i w drewniakach 

geta na gołych stopach.

Po uregulowaniu rachunku otrzymałem trzydzieści jenów reszty. Tym też się nie zmartwiłem. Tanomogi 

background image

zapłaci za taksówkę.

Jak   należało   się   spodziewać   mój   przewodnik   dobrze   znał   ulice   miasta.   Kazał   taksówkarzowi   celowo 

kluczyć  to w prawo, to w lewo wąskimi zaułkami. Kierunek jazdy wydawał  mi się inny od tego, który sobie 

wyobraziłem: nie jechaliśmy chyba w stronę ziemi wydartej morzu, dlatego czułem się coraz bardziej niespokojny. 

Po chwili znaleźliśmy się na znajomej ulicy. Na drodze, którą uczęszczałem rano i wieczorem... I wtedy mężczyzna 

powiedział do kierowcy:

- Proszę skręcić w prawo zaraz za rogiem, przy kiosku papierosowym, przed tym białym parkanem.

- Nie żartuj! - krzyknąłem mimo woli i zmieszany położyłem ręce na oparciu za kierowcą. - To przecież 

budynek Instytutu Techniki Obliczeniowej. To mój instytut.

- Jasne - odrzekł mój towarzysz, przesuwając się w kąt. - Tanomogi powiedział, że to tutaj, dlatego tu 

jesteśmy.

Nie   miałem   powodu   twierdzić,   że   się   mylił.   W   każdym   razie   zdecydowałem   się   wysiąść   i   zapytać 

strażnika. Odparł, że faktycznie odbywa się zebranie, i dodał, że polecono mu zawiadomić, jak tylko przyjadę. Nie 

może być  pomyłki. Mój przewodnik odetchnął z ulgą i kiwnął głową potwierdzająco, starannie gładząc się po 

brodzie.

- Który pokój?

- Hm, myślę, że sala maszyny prognostycznej na pierwszym piętrze.

Okna odbijające ciemniejące chmury błyszczały bielą, nic więc nie było widać. Poleciłem strażnikowi, 

żeby zapłacił za taksówkę i ruszyłem przed siebie. Kiedy odwróciłem się i spojrzałem przez ramię, ujrzałem, jak się 

przyglądał ze zdziwieniem moim drewniakom. Zabójca stał obok niego z opuszczonymi długimi rękami i śmiał się.

Przy wejściu do budynku zmieniłem obuwie na słomiane sandały przeznaczone dla odwiedzających.

Po   drodze   zajrzałem   do   sali   dokumentacji   na   dole.   Pracowity   Kimura   wraz   z   czterema   młodszymi 

pracownikami   zajmował   się   klasyfikowaniem   i   znakowaniem   całej   masy   materiałów   i   danych,   mimo   że   nie 

wiedział,   w   jakim   celu   i   kiedy   zostaną   użyte.   To   była   kuchnia,   która   dostarczała   pożywienia   dla   maszyny 

prognostycznej. Pogrążeni w monotonnej, ale potrzebnej pracy, byli zadowoleni, dopóki mogli wierzyć w fakty. I 

chyba nie obchodziło ich, czy maszyna się pożywi, czy też będzie cierpieć na niestrawność. Prawdę mówiąc, ja też 

lubię taką robotę. Pokój studiów był pusty.

Korytarz na pierwszym piętrze, mający tylko jedno okno na końcu, zasnuła już ciemność. Natężyłem słuch, 

lecz nie usłyszałem niczego podejrzanego poza odgłosami ulicy. Szedłem cicho, dotarłem do sali i zajrzałem przez 

dziurkę od klucza, ale nic nie dostrzegłem.

Gdy położyłem rękę na klamce, powtórzyłem w duchu to, co planowałem powiedzieć zebranym: O co 

wam chodzi? Jaka komisja zatwierdziła to zebranie? Kto zezwolił na wykorzystanie tego pomieszczenia? Maszyna 

prognostyczna znajduje się pod bardzo ścisłym nadzorem czynników rządowych, dlatego nawet ja muszę dokładnie 

informować zwierzchników o każdym jej uruchomieniu. Teraz żądam wyjaśnień. Nie mogę pozwolić, żebyście 

robili, co wam się żywnie podoba. Nie wiem, jakie macie upoważnienie, lecz jedno jest pewne: ja jestem tutaj za 

wszystko odpowiedzialny, a nikt mnie o nic nie pytał...

Kalkulując efekty, jednym pchnięciem otworzyłem drzwi. Moją twarz owiał chłodny wiatr. Nim jeszcze 

zdążyłem wypowiedzieć pierwsze słowa, stanąłem jak wryty. Byłem całkowicie zaskoczony. Nie spodziewałem się 

tego, co zastałem.

Od lewej strony na dwóch krzesłach przed biurkiem siedzieli Yamamoto z Zakładu Rozwoju Życia Poza 

background image

Łonem Matki i Wada Katsuko. We wgłębieniu na wprost maszyny stał Tanomogi, a w kącie ulokował się jego 

ulubieniec   Aiba...   Gdy   z   prawej,   przy   ekranie   telewizyjnym,   ujrzałem   Tomoyasu   z   Komisji   Programowej, 

uśmiechającego się jakby z zażenowaniem, doznałem niemal wstrząsu. Czułem się zdegustowany własną głupotą, 

dzięki której traktowałem dotąd Tomoyasu jak podrzędnego urzędnika.

Nawet jeśli powiem, że przestępca ukrył się w mroku, to i tak nie mogę pogodzić się z faktem, że go nie 

zauważyłem. Przecież cały czas żył blisko mnie. Nie wiedziałem więc teraz, co począć i jak zareagować na tę nową 

sytuację. Nagle coś zaświtało mi w głowie. Najgroźniejszym  potworem jest ten odmieniec, który był  bliskim i 

zaufanym człowiekiem - pomyślałem.

- Czekaliśmy na pana - powiedział Tanomogi, występując pół kroku do przodu. Zaproponował mi wolne 

krzesło stojące w środku. Pozostali poruszyli się, każdy na swój sposób, aby mnie powitać. Dzięki temu opuściło 

mnie napięcie.

- Po co zwołano to zebranie? - zapytałem, zająwszy wskazane krzesło i wyraziwszy uszanowanie dla 

Yamamoto, a następnie obrzuciłem wszystkich władczym wzrokiem.

- Dowiedział pan się już trochę z rozmowy telefonicznej, rozważaliśmy pański wniosek o udzielenie zgody 

na   odwiedzenie   zakładu   hodowli   akwanów,   czyli   ludzi   żyjących   w   wodzie...   -   powiedziała   szybko   Wada, 

właściwym sobie poważnym tonem, a następnie włączył się Yamomoto:

- Tak, dyskutowaliśmy o tym - potwierdził, a na jego wielkiej, wyrażającej coś na kształt rezygnacji twarzy 

pojawił się sympatyczny uśmiech.

Nagle znów się zachmurzyło. Coś było nie w porządku. Nie mogłem nadążyć za zbyt nagłymi zmianami 

uczuć. Starałem się nie dać po sobie poznać, lecz serce we mnie zamarło.

- Oficjalna nazwa tego zebrania - zabrał głos Tanomogi ugodowym tonem - mogłaby być następująca: 

Posiedzenie Zwyczajne Oddziału Instytutu Techniki Obliczeniowej i Komisji Administracyjnej Eksploatacji Dna 

Morskiego.   Lecz   jest   zbyt   długa,   a   poza   tym   nie   wyraża   dostatecznie   celnie   istoty   naszej   pracy,   dlatego 

zdecydowaliśmy się określić to gremium po prostu Komisją Oddziałową.

- Co wcale nie umniejsza naszego znaczenia - dodał Aiba.

- Tak, jestem jednocześnie członkiem Komisji Głównej - rzekł Yamamoto, wciąż kiwając się w tył i w 

przód. - Zalecono mi brać udział w zebraniach w charakterze specjalnego obserwatora..

- Kto pozwolił wam na wykorzystanie tego miejsca? - zapytałem bezsilnym głosem, spuszczając wzrok i 

patrząc w okolice kolan Tanomogiego.

Usłyszałem głos maszyny prognostycznej.

- Ja pozwoliłem.

- To pański sobowtór, odpowiadający pańskiej prognozie drugiego stopnia - wyjaśnił Tomoyasu i spojrzał 

na głośnik, jakby oczekiwał stamtąd akceptacji.

- Jednak to ty jesteś prawdziwym zabójcą! - krzyknąłem piskliwym starczym głosem, który mnie samego 

zaskoczył.

- Jeśli wyjmie  pan z kontekstu sprawę  zabójstwa, nie obejdzie się bez kłopotów. Trzeba spojrzeć na 

motywy w relacji do całości...

- Czy nie powinniśmy - Wada potrząsnęła głową poirytowana - rozpocząć od sprawy, która budzi najwięcej 

wątpliwości pana Katsumi? Na przykład od wyjaśnienia powodu i czasu, w którym została skonstruowana jego 

wartość prognozy drugiego stopnia.

background image

Tak, na pewno, to najbardziej chciałem wiedzieć. Ale jakże drażniło mnie, że poznali mnie na wylot. Nie 

potrafiłem nad sobą zapanować, gdy uświadomiłem sobie, że dotąd traktowali mnie jak jakiegoś tępaka. Nawet 

Wada.

- Chwileczkę - krzyknąłem  nie dopuszczając jej do głosu. - Chcę wiedzieć, czego  dotyczy punkt, od 

którego chcecie rozpocząć.

- A, o to chodzi...

Tanomogi   rozejrzał   się,   jakby  zakłopotany.   Pozostali   milczeli   i   wpatrywali   się  we   własne   paznokcie. 

Wreszcie biorąc tę ciszę za wyraz aprobaty, niechętnie zabrał głos:

- Prawdę mówiąc, konkluzja jest następująca: Pan musi umrzeć.

- Umrzeć? Co za głupstwa...

Bez namysłu spróbowałem podnieść się z krzesła, lecz nie czując nadmiernego niepokoju, roześmiałem się 

cynicznie.

- A teraz zamierzamy porozmawiać o powodach... - kontynuował Tanomagi.

- Nie, dziękuję, dość tego!

Powinienem teraz wstać i wyjść stąd, ignorując wszystko, co do mnie mówili. Co mogą mi zrobić? Nic nie 

powinno się zdarzyć. Kiedy jednak popatrzyłem na niewzruszone miny i ich złowieszcze twarze, obleciał mnie 

nagle strach.

- Ale, proszę pana - wtrąciła się Wada - a może nie powinniśmy jeszcze rezygnować? Proszę wytrwać do 

końca.

Wszyscy pokiwali poważnie głowami, a Tanomogi odezwał się takim głosem, jakby chciał mnie podnieść 

na duchu:

-   No   właśnie,   konkluzja   jest   logiczna,   a   w   logice   wiele   zależy   od   przyjętej   hipotezy.   Chcemy   użyć 

wszelkich dostępnych nam środków, aby pana uratować. Proszę nie tracić nadziei. Wierzymy, że poznawszy tę 

konkluzję pan sam może znaleźć przesłanki, które pozwolą ją zmienić. A teraz proszę posłuchać.

31

Przecież logika nie zabija człowieka! A przynajmniej “logika" skazująca mnie na śmierć nie ma żadnego 

sensu. Ci ludzie popełniają straszliwy błąd! Nie zostanę tu po to, żeby walczyć z tego rodzaju logiką, ale dlatego, że 

poważnie   potraktowałem   ich   słowa.   W   każdym   razie   dwie   osoby  zostały  zamordowane,   wydarto   płód   z   łona 

kobiety, a ponadto zatrudniono mistrza skrytobójców. W sytuacji, z jaką miałem do czynienia, nie było ważne, czy 

coś jest logiczne czy nielogiczne. Jeżeli podjęli określoną decyzję, to ją zrealizują. Naprawdę, nawet słuchanie ich 

było   poniżające.   Nie   mogłem   jednak   kopnąć   krzesła   i   odejść.   Wydało   mi   się,   że   czas   się   zatrzymał,   gdy   ja 

pozostawałem w bezruchu.

- Zacznijmy może wyjaśniać wszystko po kolei... - Tanomogi mówił z pośpiechem, jakby bojąc się, że mu 

przerwę. - O istnieniu tej organizacji dowiedziałem się we wrześniu ubiegłego roku. Tak, akurat skończono budowę 

maszyny prognostycznej i mogliśmy już pokazywać na ekranie rozbijanie szklanki w przyszłości. Pamięta pan? 

Dzięki poparciu pana Yamamoto z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń przyszła do pracy u nas koleżanka Wada... 

Najpierw podaję konkluzję. Wydaje mi się bowiem, że wszystkiego dowiedziałem się od Wady...

background image

Wada musnęła mnie wzrokiem, jakby chciała mnie wybadać.

- Nie powiedziałam o tym od razu. Najpierw przeprowadziłam bardzo trudny test - rzekła.

-   Tak,   wiem   -   potwierdził   Tanomogi,   spoglądając   kątem   oka.   -To   był   trudny   test.   Tak   trudny,   że 

początkowo odniosłem wrażenie, iż wcale jej na mnie nie zależy. W każdym  razie opowiedziała mi punkt po 

punkcie   fantastycznie   romantyczną   opowieść   o   naszej   przyszłości,   którą   może   nam   pokazać   maszyna 

prognostyczna. Byłem przekonany, że Wada jest poetką. No tak, traktowałem ją dość ceremonialnie, podczas gdy 

poddawała mnie strasznemu testowi.

- Był to test służący stwierdzeniu, do jakiego stopnia jest on w stanie przyjąć przyszłość całkowicie odciętą 

od   przeszłości.   Staraliśmy   się   bowiem   wykryć,   czym   się   bardziej   interesuje,   programowaniem   czy   maszyną 

prognostyczną. Oczywiście, przeprowadziliśmy również pobieżny test pańskiej osoby, profesorze. Pamięta pan?

Słuchając jej odniosłem wrażenie, że istotnie tak było. Nic konkretnego nie mogłem sobie przypomnieć, 

ale   pamiętałem,   jak   bawiły   mnie   nonsensy,   które   opowiadała   ta   dziewczyna.   Chciałem   jej   teraz   na   nie 

odpowiedzieć, ale mimo wysiłku nie byłem w stanie wypowiedzieć choćby jednego słowa.

- Przegrał pan, profesorze. Pan nawet nie próbował rozważyć możliwości, w której przyszłość zdradza i 

odrzuca teraźniejszość. To znaczy... zaraz, jak mam to powiedzieć... to znaczy maszyna prognostyczna nie może 

odpowiedzieć, jeżeli nie zada się jej poprawnie sformułowanego pytania. Sama nie potrafi stawiać sobie pytań. 

Dlatego bardzo istotne stają się kwalifikacje pytającego. Pan nie ma wystarczających kwalifikacji do zadawania 

pytań.

- Nie masz racji. Najważniejsze są fakty! - zawołałem ochrypłym  głosem. - Prognozowanie to nie jest 

opowiadanie bajek. To logiczna konkluzja, która wynika z faktów, zawsze z faktów! Wygadujecie nonsensy, o 

których nawet wspominać nie warto...

- Czyżby? Czyżby maszyna mogła reagować tylko na fakty? Czy nie jest potrzebna zamiana tych faktów na 

problemy?

- Dość tego. Uprzedzam, że jestem inżynierem, a nie filozofem.

- Tak. Pański wybór tematów ma zawsze określony charakter, ograniczony pewnym wzorem.

-   O   co   wam   chodzi?   -   Pochyliłem   się,   rękę   położyłem   na   oparciu   krzesła   i   starałem   się   mówić 

zdecydowanie   i   głośno,   lecz   z   trudem   wydobywałem   słowa   z   gardła.   -   Nie   interesuje   mnie,   co   wygadujesz, 

Tanomogi,   bo   to   ty   jesteś   mordercą!   A   ty,   Wada-kun,   jesteś   prowodyrem   grupy,   która   porwała   mi   dziecko! 

Uważam, że jesteś szalona. Zdumiewa mnie pańska dwulicowość, panie Tomoyasu. Żeby tak mnie oszukiwać bez 

najmniejszych skrupułów? Nawet nie wiem, jak mam na to zareagować.

- Przecież ja... - Tomoyasu szukając ratunku spuścił wzrok i wpatrywał się w podłogę. - Starałem się w 

miarę możliwości nie dopuszczać do pogorszenia sytuacji.

- To prawda - rzeki Yamamoto, próbując mnie powstrzymać otwartą dłonią. - Tomoyasu znalazł się w 

bardzo trudnej sytuacji. W każdym razie próbował nie dopuścić, by dwuwarstwowość organizacji stała się zbyt 

widoczna. Przyjął więc postawę na pierwszy rzut oka dwuznaczną.

- Dwuwarstwowa, podwójna organizacja...

- Nie, proszę poczekać, wróćmy do początku. - Tanomogi podszedł bliżej, przed drzwiami odwrócił się, 

stanął i zgiętymi palcami oparł się o brzeg biurka. - Profesorze, myślę, że z grubsza wie pan, o co chodzi. Od 

jakiegoś   czasu   w   tajemnicy   posługujemy   się   maszyną   prognostyczną   dla   potrzeb   Towarzystwa   Eksploatacji 

Terenów  Podwodnych.  Nie, licznik nie jest precyzyjny.  Udawało się nam cofać  czas i ustawiać go zgodnie z 

background image

potrzebami za pomocą specjalnego aparatu.

- Kto dał pozwolenie na tego rodzaju działanie?

- Hm, to ja zostałem kierownikiem tej organizacji... Oczywiście, dlatego najpierw się sprzeciwiłem. Mimo 

zapewnień, że Towarzystwo Eksploatacji Terenów Podwodnych ma tu większe uprawnienia niż rząd, ubolewałem 

jednak nad tym, że zostałem kierownikiem bez pańskiej wiedzy i zgody. Towarzystwo tego zażądało. Chyba im się 

bardzo spieszyło... Mimo że rozwój kolonii podwodnych  stał się już procesem nieodwracalnym, byłem  bardzo 

niespokojny.  Gdy tylko  usłyszeli  o ukończeniu maszyny  prognostycznej,  natychmiast  tu przybiegli.  Nie mogli 

jednak wystąpić z oficjalną propozycją współpracy. Chodzi bowiem o organizację, której istnienie jest utrzymywane 

w absolutnej tajemnicy... Właśnie wtedy przysłali koleżankę Wadę, aby mnie wybadała. Gdy stwierdziła, że się 

nadaję, zostałem wytypowany na kierownika... Jednak odmówiłem. Chciałem pana namówić, żeby pan odpowiadał 

za tę tajną organizację. Znalazłem się w niezręcznej sytuacji, ponieważ razem pracowaliśmy. Naprawdę martwiłem 

się tym, że pan wcześniej czy później odkryje informacje, które wprowadziliśmy do maszyny. Oczywiście, przy 

pańskim   poczuciu   obowiązku,   nie   można   było   się   spodziewać,   żeby   pan   uruchomił   maszynę   bez   pozwolenia 

Komisji Programowej.

- I widzi pan - wtrąciła Wada poirytowanym  tonem - pan był bardziej zainteresowany samą maszyną 

aniżeli przyszłością.

- Czy to ważne? Mogłabyś tego nie mówić - zdecydowanie przerwał jej Tanomogi. - Przewidując taką 

postawę, towarzystwo działające za pośrednictwem Tomoyasu wymyśliło mechanizm pozwalający wprowadzać w 

stan   zamrożenia   działalność   Komisji   Programowej.   Taka   nienaturalna   sytuacja   nie   mogła   jednak   trwać   długo. 

Trzeba było sprawę jakoś rozstrzygnąć...

- Rozumiem, więc postanowiliście mnie zabić.

- Nic podobnego, zrozumiano to znacznie później. Nawet koleżanka Wada bardzo o pana się martwiła. 

Towarzystwo stale przedstawiało plan pozbycia się pana w sposób legalny, ale nie wyrażaliśmy na to zgody. Nie 

mogliśmy zrobić czegoś  tak okrutnego. Wiedzieliśmy,  jak ważna była  dla pana ta maszyna. To właśnie Wada 

zaproponowała, żeby poddać pana analizie i spróbować przewidzieć przyszłość. Nie uzyskaliśmy zbyt  dobrych 

rezultatów.   Uznaliśmy,   że   trochę   nieodpowiedzialnie   byłoby   wyciągać   wnioski   na   podstawie   nieprecyzyjnego 

przybliżenia.   Zdecydowaliśmy   więc   wykorzystać   maszynę   do   bardzo   dokładnego   określenia   kroków,   jakie 

należałoby podjąć. Chcieliśmy wiedzieć, jak zacząłby pan postępować, gdyby pan uzyskał konkretną wiedzę na 

temat rozwoju kolonii podmorskich.

- Jaki więc był wynik?

- Ach! - Tanomogi zaczął mówić przez zaciśnięte usta, rysując na rogu biurka kwadraty jeden przy drugim.

- Trzęsienie ziemi?! - wykrzyknął nagle Aiba, spoglądając na sufit. W tym momencie uświadomiłem sobie, 

że moje nogi od stóp do kolan zataczają koła. Trwało to około czterech sekund i ustało.

- Więc... - przynaglałem, a on potwierdzająco skinął głową.

- Tak, więc zrozumieliśmy, że jednak rezultaty są złe.

- Co to znaczy “złe"?

- To znaczy, że nie wytrzymał pan próby. To znaczy, że nie mógł pan wyobrazić sobie przyszłości inaczej 

niż jako continuum aktualnej codzienności. Mimo że pan pokładał duże nadzieje w maszynie prognostycznej, nie 

był pan w stanie zaakceptować i nadążyć za szybko zmieniającą się, oderwaną od teraźniejszości, przyszłością, 

która może zanegować rzeczywistość i nawet ją zniszczyć. Co do programowania, to pan jest chyba najlepszym 

background image

specjalistą,   jakiego   posiadamy,   lecz   programowanie   jest   prostą   operacją   polegającą   na   redukowaniu   danych 

jakościowych do ilościowych. Jeśli ponownie nie dokona się syntezy zamieniając dane ilościowe w jakościowe, 

nigdy nie pozna się przyszłości. To jest oczywiste, że pan pozostał optymistą pod tym względem. Nie potrafił pan 

wyobrazić sobie przyszłości inaczej jak tylko mechaniczne przedłużenie ilościowej rzeczywistości. W rezultacie był 

pan   w   stanie   konceptualnie   zainteresować   się   przewidywaniem   przyszłości,   ale   zupełnie   nie   potrafił   znieść 

przyszłości rzeczywistej.

- Nic nie rozumiem. Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.

- Proszę poczekać, wyjaśnię konkretnie, a później pokażę na ekranie. Chodzi o to, że przyjął pan postawę 

zdecydowanej negacji przyszłości, a w końcu zaczął pan wątpić w możliwości prognostyczne maszyny.

- Nic o tym nie wiem. Dlaczego pan posługuje się formą czasu przeszłego?

- Nic na to nie poradzę. Taką prognozę przedstawiła maszyna. A pan złamał obietnicę po to, aby sprzeciwić 

się materializacji przyszłości, bo na przykład kilka godzin temu był pan bliski ujawnienia tajemnic organizacji.

- Co to ma za znaczenie? Co w tym złego, że nie zgadzam się na kolonie podwodnych ludzi? Przecież mój 

sprzeciw  jest   częścią   możliwej, wspaniałej   przyszłości  jako  prognozy  drugiego   stopnia  w  nowych  warunkach, 

prawda? Wierzę, że warto wykorzystać maszynę prognostyczną po to, aby zapobiec tak nonsensownej przyszłości.

- Czy chce pan powiedzieć, że celem działania maszyny prognostycznej nie jest tworzenie przyszłości, lecz 

tylko konserwowanie teraźniejszości?

- No, chyba tak... - wtrąciła się Wada pokasłując. - Oto podstawy myślenia pana Katsumi. Nie warto już 

mówić na ten temat, nic to nie pomoże...

-   To   jednostronne   stanowisko   -   odparłem,   z   trudem   opanowując   wzbierający   gniew.   -   Chyba   to 

niemożliwe,   by   kolonie   podwodne   były   jedyną   przyszłością.   Nie   ma   nic   groźniejszego   od   monopolizowania 

prognoz. Czyż nie przestrzegałem was przed tym aż do znudzenia? To faszyzm. To jest równoznaczne z daniem 

politykowi mocy boskiej. Dlaczego więc nie staracie się przewidzieć przyszłości, która nastąpiłaby po ujawnieniu 

tajemnicy?

- Robiliśmy takie przewidywania - odparł Tanomogi bezbarwnym głosem. - Otrzymaliśmy informację, że 

pan zostanie zabity.

- Przez kogo?

- Przez tego skrytobójcę, który czeka na zewnątrz.

32

Chcą więc mnie zabić? W tym celu posługują się zdumiewająco pokrętną teorią. Mógłbym zrozumieć, 

gdyby - znając prognozę - chcieli przeciwdziałać, ale oni starają się do niej dostosować, a mnie zabić. Nie mogłem 

pojąć, po co przygotowano prognozę. Być może właśnie po to, aby mnie zabić.

- To nieprawda - nagle z głośnika odezwało się moje drugie ja, czyli owa wartość prognozy drugiego 

stopnia. Poczułem się tak, jakby moje ubranie stało się przezroczyste. Nie mogłem ukryć zażenowania.

- Co jest nieprawdą?

- To, o czym teraz mówiłeś.

Spojrzenia Tanomogiego i innych zebranych osób przeszywały mnie na wylot.

background image

- W każdym razie - dochodził głos maszyny - nastąpiło jakieś nieporozumienie. Kolega Tanomogi wcale 

nie przyjął prognozy z zadowoleniem. Przeciwnie, z całą powagą zaczął myśleć o tym, jak cię uratować. I wtedy 

zwrócił się o radę do mnie.

- To druga pańska osobowość, to wartość prognozy drugiego stopnia - wtrącił z pośpiechem Tanomogi. - 

Któż ma poważniej myśleć o swoim losie jak nie sam zainteresowany. Poza tym ja znam pana lepiej niż pan siebie.

- Słusznie, masz rację. Wszystko to, co następuje, wynika z moich planów. Ja jestem twoim idealnym 

odbiciem i dlatego, mówiąc innymi słowami, stało się to z twojej woli, której sam sobie nie uświadamiałeś.

- A morderstwo? A pułapka zastawiona na żonę?

- No tak, za to nikt nie odpowiada. To zrobiłeś sam, dla siebie.

- Przestań ze mnie kpić! - odparłem i utkwiłem wzrok w twarzy Tanomogiego, który zamknął oczy i 

uciskał skronie opuszkami palców.

- W istocie rzeczy to był czysto teoretyczny plan - mówił łagodnym głosem, mocno akcentując słowa, 

jakby włożył mi rękę we wnętrzności, mieszał w nich i gładził. - Chyba tak, proszę spróbować pomyśleć. Wszystko 

przeprowadzono mając na uwadze tylko jeden cel. A mianowicie, co zrobić, żebyś poznał przyszłość i znalazł się w 

warunkach uniemożliwiających wyjawienie prawdy o tajnej organizacji. Dlatego nawet pierwsze morderstwo miało 

dwa cele. Po pierwsze, chodziło o to, żeby rzucić podejrzenie na ciebie i sprawić, byś zaczął wątpić i uświadomił 

sobie,  że już   nie  możesz   polegać  na  świecie   zewnętrznym.  Następnie  chodziło o  to, aby  przygotować  cię  do 

następnych sytuacji przez ogłoszenie wiadomości o handlu embrionami...

- Ale czy to nie dziwne? Przecież to ja wpadłem na pomysł, żeby przedstawić prognozę życia jakiegoś 

pojedynczego człowieka, a mężczyznę, który został potem zamordowany, spotkałem całkowicie przypadkowo na 

ulicy...

- To nieprawda. Pomysł podsunęła ci maszyna. Zresztą plan został skonstruowany wcześniej i zakładał taką 

sytuację. Gdybyś  jej nie zaakceptował, Tanomogi by się tym zajął i zwrócił twoją uwagę na tego konkretnego 

mężczyznę.  Uczynił  to zresztą bardzo zręcznie. Podejrzliwy księgowy sprawdził książeczkę oszczędnościową i 

ostatecznie zapędził kobietę w kozi róg, zmusił ją w końcu do mówienia. Bezmyślnie wspomniała o handlu płodami 

ludzkimi i dzięki temu mężczyzna poznał tajemnicę. Zgodnie z zasadami organizacji, oboje musieli zostać uciszeni. 

Pod pretekstem spotkania z kimś ze szpitala mężczyzna udał się na umówione miejsce, do którego zaprowadził cię 

Tanomogi. Wiesz już, co się stało potem. Tanomogi zabił mężczyznę, a ja zatelefonowałem do ciebie z pogróżkami. 

Kobieta zażyła lekarstwo dostarczone jej przez Aibę i bez sprzeciwu popełniła samobójstwo.

- To zbyt okrutne.

- Tak, być może okrutne. Trudno przecież racjonalnie usprawiedliwiać zabójstwo, niezależnie od tego, na 

jaką sprawiedliwość by się powoływano.

- Nie można też rozważać sprawy zabójstwa w ramach jakiejś ogólnej teorii. Morderstwo jest z gruntu złe, 

ponieważ odbiera człowiekowi przyszłość. Planowałeś pozbawić życia dziecko, prawda?

- To zupełnie inna sprawa...

- Dlaczego? Wcale nie inna. Nie potrafiłeś zaakceptować przyszłości dziecka i dlatego z zimną krwią 

zignorowałeś jego życie. W tych zmiennych czasach, gdy nie ma jednej formy przyszłości, w czasach, w których 

trzeba poświęcić jedną przyszłość, by uratować inną, morderstwa są nieuniknione. Czy nie mam racji? Co byś 

zrobił, gdyby ona nie umarła? Poddałbyś ją analizie za pomocą maszyny i dowiedział o istnieniu akwanów. Na 

pewno narobiłbyś dużo hałasu.

background image

- Naturalnie.

-  Jesteś  szczery.  To trzeba  ci  przyznać.  Opinia  publiczna byłaby  oburzona,  tłum  zaatakowałby farmę 

hodowli akwanów i tym samym pogrzebał całą przyszłość...

- Skąd o tym wiesz?

- Powiedziała nam to maszyna, którą ty zbudowałeś.

- Nawet jeśli tak się stało, nic nie upoważnia cię do osądzania teraźniejszości na podstawie przyszłości, 

która jeszcze się nie zaczęła.

- Nie chodzi tu o prawo, lecz o wolę.

- Jeśli o wolę, to tym bardziej nie.

- I ty to mówisz?! Przecież to ty rozbudziłeś śpiącą przyszłość. Widocznie nadal nie rozumiesz tego, co 

sam wywołałeś. Kiedy kogoś ugryzie pies, zwykle odpowiada jego właściciel. Nie powinieneś chyba uskarżać się 

na to, że ciebie pozostawiono przy życiu, zamiast tej kobiety.

- Tak - wtrącił się Tanomogi. - Niektórzy podzielali tę opinię.

-  Mimo to nie zrezygnowałeś  do ostatniego  momentu. Staraliśmy się  zrobić  wszystko  co możliwe,  a 

Tanomogi usłuchał mojej rady i wziął na siebie bardzo trudne zadanie zabicia księgowego.

- Lecz ja tylko...

-   Nie,   to   dzięki   Tanomogiemu   skończyło   się   bez   straszliwego   przeżycia,   jakim   jest   niespodziewane 

skazanie na karę. Podglądając przyszłość, choćby tylko przez chwilę, otrzymałeś szansę uniknięcia przestępstwa... 

Tak,   przy   tym   masz   syna.   Ach,   ty   jeszcze   nie   wiesz...   To   jest   syn.   Nie,   to   nie   był   mój   pomysł,   najwięcej 

zawdzięczamy Wadzie...

Nasze oczy się spotkały. Wada nie odwróciła wzroku. Zbladła po czubek nosa, tylko jej oczy błyszczały 

jak u ptaka. Nagle przypomniałem sobie rozmowę z wczorajszego wieczora, podczas której powiedziała mi, że 

jestem sądzony. Patrzyła na mnie z potępiającą miną i najwyraźniej nie czuła się nawet odrobinę nieswojo. Nie 

przestraszysz zjawy robiąc do niej groźną minę. Mój gniew zduszony zdumieniem utknął w gardle usztywniając 

szyję jak deską.

- ...Dzięki Wadzie mogłeś połączyć się z przyszłością. Zachowując twojego syna i przeznaczając mu los 

akwana,   daliśmy   wyraz   naszej   wdzięczności.   Uhonorowaliśmy   cię   jako   twórcę   maszyny   prognostycznej. 

Rozumiesz? Oznacza to, że mogłeś uniknąć przestępstwa wobec przyszłości. To bardzo dużo. Zbrodnia przeciw 

przyszłości różni się od zbrodni przeciw przeszłości i teraźniejszości tym, że jest podstawowa i rozstrzygająca.

-   Nie   żartuj.   Mój   syn   został   kalekim   niewolnikiem.   Za   co   więc   mam   być   wdzięczny?   Jestem   tak 

zaskoczony, że trudno mi cokolwiek powiedzieć.

-   Poczekaj   chwilę.   To   tylko   nieporozumienie   wynikające   z   nieznajomości   rzeczy.   Ale   to   wyjaśnimy 

później... W każdym razie zaprowadziłem cię do Instytutu Yamamoto dopiero wtedy, gdy to wszystko zrobiliśmy. 

Najpierw ta wizyta wydała ci się bez sensu. Według ciebie nie miała żadnego związku z sytuacją, w jakiej się 

znajdowaliśmy. Gdy się nad tym zastanowisz, to zrozumiesz, że nawet w idealnym sądzie nie potraktowano by cię 

tak sprawiedliwie. Umożliwiono ci wniknięcie w część tajemnic przyszłości, która cię głęboko interesowała, a o 

której wcześniej nic nie potrafiłeś powiedzieć. To wszystko, co mogłem  dotąd dla ciebie zrobić, już nie mam 

wyboru, czas na twoją decyzję. Pokładałem w tobie wielkie nadzieje. Czy wkroczysz odważnie w przyszłość, czy 

też się wycofasz.

- Zatem?

background image

- Nie ma potrzeby wyjaśniać, to przecież dotyczy ciebie, powinieneś wszystko wiedzieć... Mimo naszego 

wysiłku,   nie   zmieniłeś   się.   Swoją   nieudolnością   doprowadziłeś   do   sytuacji,   z   której   nie   ma   wyjścia,   musisz 

wszystko opowiedzieć żonie. Powiedzieliśmy ci to trochę okrężną drogą, lecz ostatecznie nic się nie zmieniło w 

kwestii pierwszej prognozy. Gdybyśmy cię zostawili w spokoju, na pewno wyjawiłbyś światu nasz sekret, prawda? 

Dlatego ściągnęliśmy cię tutaj, by ostatecznie rozwiązać problem...

- Pan Yamamoto mówił wczoraj, że nie zawsze zabijacie, że stosujecie inne, łagodniejsze metody...

- Tak jest, zwykle obiera się sposób, który nie zwraca uwagi. Tak czy owak, towarzystwo potrzebuje 

codziennie   ośmiuset   embrionów.   Wyobrażasz   sobie,   że   co   najmniej   osiemset   ciężarnych   kobiet   dowiaduje   się 

codziennie o skupowaniu ludzkich embrionów, nie wspominając o lekarzach i pośrednikach? W ciągu roku daje to 

dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy osób. Najciekawsze, że mimo to udaje się nam zachować tajemnicę. Aby nie 

wzbudzić zbytniej ciekawości, posługujemy się niezbyt uczciwym chwytem mówiąc kobietom, że są wspólniczkami 

ciężkiego przestępstwa. Lęk wywołany oddaniem płodu za siedem tysięcy jenów wystarcza, by zamknąć im usta. 

Nie udałoby się to, gdyby zabieg był bezpłatny... Istotnie, pewnie myślisz, że to niepotrzebny wydatek. Ale biorąc 

pod uwagę rozmiar podmorskiej kolonii, której organizacja powinna być ostatecznie ukończona, roczna inwestycja 

w wysokości trzech miliardów jenów to niewiele. Nie sądzisz, że siedem tysięcy jenów za ludzkie życie to niezbyt 

wiele? Tę cenę podobno ustalił psycholog. Z punktu widzenia obecnego wskaźnika cen jest to suma jak najbardziej 

właściwa, odpowiednia do ceny duszy... To naprawdę ciekawe... Nie, oczywiście, przekazanie twojej żonie siedmiu 

tysięcy jenów znaczyło coś innego. Była to demonstracja uzasadniona określonym celem. Nie ma jednolitej ceny za 

dusze. W każdym razie jeśli weźmiesz pod uwagę dużą liczbę osób związanych z tą sprawą, to zrozumiesz, że 

niewykluczone są przecieki. Zresztą nie jest ważne, jak szeroko rozchodzą się pogłoski, dopóki nie wydostają się 

poza   krąg   zainteresowanych.   Kończą   się   najwyżej   chorobą   żołądka   lub   jakąś   przypadłością   u   osoby,   której 

doskwiera świadomość uczestniczenia w tym  procederze. Można nawet powiedzieć, że owe pogłoski są nawet 

korzystne.   Ale   jeśli   tajemnica   przedostaje   się   na   zewnątrz,   sytuacja   przedstawia   się   inaczej.   Wtedy   pogłoski 

wykraczają poza jednostkowe indywidualne przypadki, stają się opinią publiczną i rozprzestrzeniają w szalonym 

tempie jak epidemia grypy. Naturalnie, musimy natychmiast podejmować odpowiednie kroki, tak jak w wypadku tej 

kobiety. Właściwie pomyłkę popełnił pośrednik, ale w stosunku do niej zastosowano najwyższy wymiar kary w celu 

ostrzeżenia innych. Przysparza nam to kłopotów. Nie, nie chodzi tu o najwyższy wymiar kary, którego wykonanie 

nie jest szczególnie trudne, lecz o pozbycie się ciała. Dlatego używamy sposobów, które nie pozostawiają śladów. 

Na   przykład   można   doprowadzić   do   śmiertelnego   strachu   lub   -   jeśli   to   nie   poskutkuje   -   wywołać   sztuczne 

szaleństwo. Nie myślisz chyba, że lepiej jest zwariować niż umrzeć.

- Trudno coś pewnego powiedzieć, jeśli dotyczy to kogoś obcego.

-   Kogoś   obcego?   Mówisz   głupstwa.   Twoja   śmierć   jest   jednocześnie   moją   śmiercią.   Ale   nie   bądźmy 

sentymentalni.   Przecież   gdybyś   potrafił   myśleć   nie   poddając   się   uczuciom,   to   oczywiście   doszedłbyś   do   tego 

samego wniosku. Zdecydowanie lepiej jest umrzeć, aniżeli żyć jak szmata, zwłaszcza że nasze towarzystwo dla 

osamotnionej rodziny oferuje pewne ubezpieczenie.

- Ubezpieczenie? To bardzo uprzejme... Lecz jeśli twoja wola jest moją wolą, to byłoby to swego rodzaju 

samobójstwo. Nie wypłacają ubezpieczeń samobójcom.

-   Nie   powinieneś   się   tym   martwić.   Będzie   to   wyglądało   na   śmierć   przypadkową.   Wiadomo   już,   że 

dotkniesz linii wysokiego napięcia i zginiesz od wstrząsu.

background image

33

Ile czasu upłynęło - nie wiem, lecz na dworze zrobiło się już ciemno. Nikt się nie poruszył: w tej ciszy 

uparcie trzymałem się tylko swego czasu, jak we śnie. Czułem się tak, jakbym budził się i zdumiony znów zapadał 

w sen. Gdybym tylko mógł pozostać w tym stanie, a milczenie trwało wiecznie, być może następna chwila nigdy by 

nie nadeszła.

Czy myślałem o czymś w ciągu tego czasu? Chyba tak, lecz naprawdę tylko o mało ważnych sprawach. 

Czy   Tanomogiemu   spodnie   prasowała   gospodyni   domu,   czy   też   może   koleżanka   Wada?   Chyba   blankiet 

ubezpieczenia znów wepchnąłem do kieszeni i zapomniałem o nim... I tak błądziłem w labiryncie niespokojnych 

myśli, lecz nawet nie drgnąłem. Tylko moje uczucia, gdyby miały skrzydła, na pewno by uleciały. Czekałem wiec 

na szansę z napiętymi mięśniami, jak kot wpatrujący się w dziurę, gotowy do skoku. Ach, kot nie jest tu zwykłym 

porównaniem. W tym momencie ciągłość codzienności, w postaci symetrycznej do zerwanej ciągłości, ukazała mi 

się   w   postaci   werandy   obmytej   promieniami   słońca,   wpadającymi   przez   szpaler   wistarii...   Dopóki   istnieje   ta 

krawędź werandy - myślałem - dopóty mam szansę przetrwać. Muszę jakoś przetrwać i uratować się.

Nagle zaskrzypiało krzesło i Aiba wstał z miejsca.

- Może powoli zaczniemy? Chyba już czas.

- Chcecie mnie zabić?! - krzyknąłem i mimo woli zerwałem się z miejsca, przewracając krzesło.

- Nie o to chodzi - wybąkał zaskoczony Tanomogi. Wada poparła go.

- Mamy jeszcze ponad dwie godziny.  Korzystając  z tego, musimy pokazać farmę  hodowli akwanów. 

Chcielibyśmy   także   koniecznie   przedstawić   obraz   prognostyczny   podmorskiej   kolonii,   jeśli   pan   nie   ma   nic 

przeciwko temu...

- Nie ma tu miejsca na żadne “jeśli". To oczywiste, że chce obejrzeć - brutalnie wtrąciła się maszyna. - To 

było od początku przewidziane, więc przedłużono czas dany nam do dyspozycji do dziewiątej. Niezależnie od siły 

twoich argumentów, on nie jest jeszcze przekonany. Na pewno będzie stawiać opór.

- Więc można rozpocząć? - zapytał Aiba, wyciągając rękę w stronę maszyny ponad ramieniem Tomoyasu.

- Czy mógłbym przedtem dostać trochę wody? - zapytał Tomoyasu, z wahaniem spoglądając na Wadę i 

jednocześnie odwracając wzrok od Aiby.

- Może puszkę soku?

- Przepraszam, ale bardzo chce mi się pić.

- Nie szkodzi. I tak trzeba Kimurze i pracującym na dole powiedzieć, że dziś zostaniemy tutaj do późna, 

więc oni mogą iść wcześniej do domu.

- To znaczy, że Kimura i jego ludzie także wiedzą o tej organizacji?! - wykrzyknąłem, zwracając się w 

stronę Wady, która nagle poderwała się z miejsca i ruszyła do wyjścia, jakby ślizgała się na łyżwach.

- Nie, nie wiedzą - odpowiedział Tanomogi, a ja pochyliłem się ku drzwiom i skoczyłem, z całej siły 

odbijając   się   od   podłogi.   Ale   nim   ręce   dosięgnęły   klamki,   drzwi   otworzyły   się   z   drugiej   strony.   Z   trudem 

zachowałem   równowagę,   gdy   drogę   zablokował   mi   ów   samozwańczy   mistrz   skrytobójstwa,   ten   sam   młody 

mężczyzna, który mnie śledził. Uśmiechnął się z zażenowaniem, opuścił ręce, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.

- Mimo wszystko próbuje pan stawiać opór. To niedobrze, profesorze.

W odpowiedzi rzuciłem się na niego. Nie miałem innego wyjścia - musiałem o całej sytuacji opowiedzieć 

background image

Kimurze   i   prosić   go   o   ratunek.   Ci   ludzie   na   pewno   oszaleli.   Mierząc   lewym   barkiem   w   pierś   zabójcy   i 

wykorzystując jego nieuwagę, chciałem wyminąć go z prawej strony. Przynajmniej zamierzałem tak zrobić. Widać 

źle skalkulowałem, bo poczułem silne uderzenie w lewy bok i gdy wydało mi się, że już zostałem w tę stronę 

obrócony, w następnym momencie - ku mojemu zaskoczeniu - rzuciło mną o przeciwległą ścianę. Wydało mi się, że 

dolna część  ciała spadła gdzieś  w nieznaną głębię.  Z krocza, spomiędzy palców i z uszu spoglądało  na mnie 

mnóstwo oczu. W końcu, gdy wróciło już normalne poczucie przestrzeni, pod sercem pozostał narastający ból.

Podtrzymywany z obu stron przez Tanomogiego i Tomoyasu znalazłem się na poprzednim miejscu.

- Proszę wytrzeć pot... - szepnęła Wada i delikatnie położyła mi na dłoni równo złożoną chusteczkę. Obok 

stał   Yamamoto,   kiwając   głową   do   tyłu   i   do   przodu,   jakby   chciał   dać   do   zrozumienia,   że   to   bardzo   naganne 

zachowanie.   Spostrzegłem,   że   mężczyzna   nie   zmieniając   postawy   rozchylił   cienkie   wargi   i   jakby   trochę 

zawstydzony powiedział:

- Tak, profesor nakazał mi tak postępować w podobnych sytuacjach. Początkowo myślałem, że pan żartuje. 

Przykro mi, ale co miałem zrobić...

- Już wystarczy. Odejdź stąd i poczekaj. - To powiedziała maszyna, ale mężczyzna nie odróżnił chyba jej 

głosu   od   mojego,   gdyż   nie   zwracając   na   mnie   uwagi   kiwnął   zamaszyście   głową   na   potwierdzenie   i   odszedł. 

Skrzypienie butów sprawiało wrażenie, jakby kleiły się do podłogi.

- Proszę rozpoczynać, mimo wszystko - rzekła Wada i także opuściła pokój.

- To co robisz i co mówisz jest zgodne z przewidywaniem - powiedziała maszyna karcąco, podkreślając 

każde słowo. 

Tanomogi zgasił światło. Aiba włączył telewizor.

Nagle, jakby sprowokowany przez ciemność, zacząłem krzyczeć. Lecz w gardle mi zaschło, a głos okazał 

się słabszy, niż się spodziewałem.

- Dlaczego musicie robić takie rzeczy? Jeśli zamierzacie mnie zabić, dlaczego nie uczynicie tego od razu?

- Nam to nie przeszkadza. Jeżeli pan powie, że naprawdę nie chce  pan oglądać tych  obrazków... - z 

pewnym wahaniem odpowiedział Tanomogi, widoczny w niebieskawym świetle lampy kineskopowej.

Milczałem, siedziałem bez ruchu, z trudem znosząc dotkliwy ból w boku...

Interludium

TELEWIZYJNY OBRAZ FARMY HODOWLANEJ AKWANÓW

KOMENTARZ YAMAMOTO

Na ekranie pojawiają się metalowe drzwi, na których widnieje wymalowany białą farbą numer 3.

Wchodzi młody mężczyzna w bieli. Odwraca się w stronę kamery i patrzy mrużąc oczy, jakby oślepiały go 

lampy.

- Najpierw pokój porodowy. Proszę teraz popatrzeć na swoje dziecko. (Zwraca się do chłopca) Gotowy?

- Tak, proszę pana. Sala nr 3 jest to pomieszczenie...

- Nie, wyjaśnienia są niepotrzebne. Pokaż tylko, jak wygląda syn profesora...

background image

(Chłopiec kiwa głową i otwiera drzwi. Wnętrze identyczne jak w pomieszczeniu rozwojowym  świń... 

Chłopiec wchodzi po żelaznych schodkach i znika w głębi).

- Tym korytarzem na prawo można wyjść na tyły budynku, który widzieliśmy wczoraj... Pamięta pan? 

Basen, w którym trenowano psa... Przejście piechotą tunelem podziemnym zajmuje ponad trzydzieści minut, więc 

planujemy zbudować kolejkę.

(Chłopiec wraca, trzymając w rękach szklane naczynie).

- Czy wszystko w porządku? Przyjęło się?

- Tak, proszę pana.

(Zbliżenie  szklanego  pojemnika.  Na   planie  pokazuje  się  zwinięty  embrion  w  kształcie   rybki  medaka

Przezroczyste serce pulsuje jak mgiełka rozgrzanego powietrza. Naczynia krwionośne, niby tryskające iskry ogni 

sztucznych w mroku, zanurzone są w galaretowatej substancji).

- To pański syn. Jak się podoba? Wygląda bardzo zdrowo. Możemy już pójść dalej. (Ściemnienie) Ach, 

proszę chwilę poczekać. Muszą przygotować. Ta farma hodowli akwanów z grubsza dzieli się na trzy działy: 

narodziny i rozwój, pielęgnacja niemowląt i szkolenie. Dział pierwszy niczym  się nie różni od odpowiedniego 

działu zwierzęcego, dlatego teraz go pominę. Różnica między działem pielęgnacji niemowląt a działem szkolenia 

polega na tym, że w jednym zajmujemy się akwariami od urodzenia do piątego roku życia, w dziale szkolenia 

natomiast - dziećmi od szóstego roku wzwyż. Jednak dzieci powyżej sześciu lat pochodzą z okresu, w którym 

zaledwie rozpoczęliśmy eksperymenty, tak więc ten dział jest niewielki, znajduje się w nim jedno ośmioletnie i 

ośmioro   siedmioletnich   dzieci.   Mamy   natomiast   sto   osiemdziesiąt   jeden   sześciolatków   i   czterdzieści   tysięcy 

pięciolatków. Liczba dzieci do czwartego roku życia powiększa się. z roku na rok od dziewięćdziesięciu do stu. 

Dlatego też od przyszłego roku dział szkoleniowy będzie miał już odpowiedni wymiar. Obecnie w kilku miejscach 

na dnie morza trwają przyspieszone prace budowlane. W jednym obozie szkoleniowym zmieści się od trzech do 

dziesięciu tysięcy osobników, a w dwudziestu jeden miejscach...

- Przepraszam, że kazałem czekać...

  (Głos przerwał wyjaśnienia, pojawiło się światło na ekranie. Oto widok ogromnego basenu. Jak okiem 

sięgnąć, długie półki podzielone na mniejsze przedziały. Stoją obok siebie w wielu szeregach i na wielu poziomach. 

W każdym przedziale pływają niemowlęta akwanów w najrozmaitszych pozycjach).

- To jest dział pielęgnacji niemowląt jeszcze ssących mleko. Zostają tutaj przeniesione bezpośrednio z sali 

porodowej. W ciągu dnia przybywa od pięciuset do ponad tysiąca noworodków. Idealnie byłoby chować je tutaj 

przez pięć miesięcy, ale wówczas należałoby przygotować sto dwadzieścia tysięcy łóżeczek. A to jest niemożliwe. 

Dlatego pozostają w tym pomieszczeniu przez dwa miesiące. Spośród pozostałych co miesiąc wybieramy po trzysta, 

czyli razem dziewięćset, w celu testowania i zatrzymujemy w tym dziale. Pozostałe po ukończeniu dwu miesięcy są 

wysyłane do oddziałów dziecięcych związanych z określonymi miejscami planowanej eksploatacji dna morskiego. 

background image

Instruktorów jest wciąż za mało, to prawdziwy powód do zmartwienia, a i tak śmiertelność jest niska. No więc w 

tym basenie znajduje się trzynaście tysięcy maluchów, a podobnych jest pięć, ponadto jest basen modelowy dla 

dzieci mających od trzech do pięciu miesięcy, są też oddziały szkoleniowe dla tych, które już wyszły z basenu 

dziecięcego. Pokażę teraz w kolejności, proszę najpierw popatrzeć na te karmiące urządzenia...

(Kamera najeżdża na jeden z przedziałów. Jest to boks zrobiony z bakelitu. Wewnątrz bieleje niemowlę 

akwana,   pomarszczone,   z   dużą   głową   opuszczoną   do   dołu,   a   nogami   w   górze;   śpi   w   tej   dziwacznej   pozycji 

poruszając   skrzelami.   W   górnej   części   boksu   znajduje   się   szereg   wystających   guzów,   połączonych   cienkimi 

przewodami z grubą rurą biegnącą w górę. W dole też jest podobna rura, lecz w każdym boksie zainstalowano tylko 

jedno odprowadzenie).

- Górna rura to przewód mleczny, dolna jest odprowadzeniem nieczystości...

(Podpłynął  inżynier w akwalungu, kiwnął potwierdzająco i lekko postukał palcem  w boks. Niemowlę 

przebudziło się i żywo ruszając skrzelami powoli się obróciło, podniosło głowę i przyssało się do jednej z “sutek" 

pod   sufitem.  Wyglądało   jak   zwyczajne   ludzkie   niemowlę.   Dziwne   było   tylko   to,  że   z   każdym   łykiem   mleko 

przelewało się przez skrzela. Całe wnętrze boksu zasnuło się bielą; przez dolną rurę musi się wylewać zużyta woda, 

a wpływać świeża).

...ale najtrudniejsze jest utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, a nie wyżywienie. Wraz z powstaniem 

skrzeli   zachodzi   szereg   zmian   w   gruczołach   wydzielania   zewnętrznego,   zgodnie   z   zasadą   wzajemnego 

oddziaływania   narządów.   Spodziewaliśmy   się   zmian   w   skórze   i   gromadzenia   się   pod   nią   tłuszczu,   ale   nie 

wiedzieliśmy dokładnie, jak poważne będą to zmiany. Mieliśmy też duże kłopoty z czynnościami fizjologicznymi 

skóry, a również z jej odpornością na ciśnienie. Gdybyśmy poubierali dorastające dzieci w koszulki z plastyku, nie 

moglibyśmy   zachować   stałej   temperatury   ciała,   ponieważ   woda   jest   złym   przewodnikiem   ciepła.   Odnieśliśmy 

jednak dość duży sukces... Problem w tym, jaką temperaturę powinna mieć woda w czasie karmienia niemowląt. Jak 

panu wiadomo, zwierzęta ciepłokrwiste mają temperaturę ciała niezależną od otoczenia, są więc w stanie zużyć 

znacznie   więcej   energii.   W   wypadku   akwanów   zdolność   dostosowania   się   do   środowiska   uległa   znacznej 

aktywizacji, co przy braku dostatecznej uwagi mogło doprowadzić do nadmiernego obniżenia temperatury ciała. Na 

przykład różnica między ciepłotą ciała ryb a temperaturą wody wynosi dwa lub trzy stopnie. Gdyby przez jakieś 

niedopatrzenie   stało   się   tak   z   nowym   rodzajem   ludzkim,   nad   którym   tyle   pracowaliśmy,   człowiek   wody 

przemieniłby się w bezwartościowy twór niskiego rzędu. Wobec tego postawiliśmy pytanie, czy akwanów należy 

chować   w   wodzie   o   temperaturze   trzydziestu   pięciu   stopni   ciepła   czy   też   w   innej?   Niełatwo   było   na   to 

odpowiedzieć. Musieliśmy brać pod uwagę zarówno sprawę wzmocnienia skóry, jak i narastania tkanki tłuszczowej. 

Jednak udało się problem rozwiązać. Oto górna rura - tego stąd nie widać - podzielona jest na dwie warstwy. Z 

jednej   warstwy   płynie   mleko,   z   drugiej   -   morska   woda   o   temperaturze   sześciu   stopni.   Przewód   mleczny  jest 

połączony z sutkami, lecz można nim dowolnie sterować z pokoju operacyjnego i dzięki temu trzy razy dziennie 

wykorzystać po sześć obrotów co dziesięć i osiem sekund. Wtedy z trzydziestu sutek tryska zimna woda. Innymi 

słowy, stosuje się masaż za pomocą zimnej wody pod ciśnieniem. Dzięki temu osiągnięto nieoczekiwany rezultat. 

Niestety, nie będzie pan mógł zobaczyć, jak niemowlęta szaleją (chichocząc pomachał ręką).

background image

Myślę, że tyle wystarczy w tym miejscu. Chodźmy dalej. W kolejności przed nami znajduje się modelowy 

basen,   a   nieco   dalej   odrębne   baseny   dla   poszczególnych   roczników.   Nie   mamy   zbyt   wiele   czasu,   ominiemy 

pośrednie etapy i obejrzymy tylko ostatni - pięciolatków. Zobaczymy, jak one sobie żyją.

(Wyciemnienie, pojawia się nowa scena. Basen wielkości klasy w szkole podstawowej. Na mniej więcej 

trzydzieścioro dzieci połowę stanowią chłopcy; dzieci zabawiają się pływając swobodnie wokoło, z gumowymi 

płetwami  na   stopach,  to  znów   odpoczywając   w  najróżniejszych   pozycjach.  Te   wodne  dzieci   mają  twarze   bez 

wątpienia japońskie, lecz oczy są dziwnie szeroko otwarte i nie mrugają. Włosy sterczą niczym wodorosty, przy 

gardle widać szczeliny dla skrzeli, a także płaskie zapadnięte piersi.

Przestrzeń wypełnia szczęk przypominający pocieranie zardzewiałego metalu. Plątanina rur spuszczonych 

z sufitu. Duże i małe kawałki drewna pływające w wodzie. Pętle do przeskakiwania, na różnej wysokości wystają ze 

ściany kołki rozmaitych kształtów).

- Ten odgłos to zgrzytanie zębów dzieci. To właśnie sposób na prowadzenie rozmowy. Akwanom struny 

głosowe zanikły, ale nawet gdyby się zachowały, nie można by ich użyć w wodzie. Akwanowie posługują się więc 

rodzajem alfabetu Morse'a, opartego na gramatyce języka japońskiego, można więc ich mowę tłumaczyć. Zaletą 

tego języka jest możliwość porozumiewania się za pomocą różnych przedmiotów, w ogóle bez użycia ust. Dwoje 

ludzi   może   prowadzić   dialog   uderzając   jednym   palcem   o   drugi   i   jednocześnie   jeść,   można   też   wygłaszać 

przemówienie pocierając stopami o podłogę. Połączono pismo pionowe z poziomym. Obecnie dysponujemy około 

osiemdziesięcioma byłymi inżynierami łączności bezprzewodowej, którzy władają językiem akwanów. Zaczęła też 

pracę   specjalna   maszyna   tłumacząca,   w   której   zainstalowano   mózg   elektroniczny,   możemy   więc   prowadzić 

kształcenie na zaawansowanym poziomie. O, widzi pan? Z jakim skupieniem słuchają rozkazu z nadajnika?

(Dzieci pilnie wpatrują się w kierunku, z którego widocznie dochodzą sygnały, lecz nagle rzucają się przed 

siebie w stronę wyjścia z lewej strony. Kamera podąża za nimi. Pojawiają się dwie kobiety w akwalungach. Jedna 

stoi obok dużego pudełka, a druga pociera jedną pałką o drugą - widocznie wydaje jakieś polecenia. Dzieci najpierw 

ustawiają się w szeregu. Jedna z kobiet wyjmuje z pudełka jakieś przedmioty wielkości książeczek w wydaniu 

kieszonkowym i podaje kolejno dzieciom. Jedno dziecko natychmiast wbija zęby w swoją porcję).

- To czas posiłku.

(Kobieta z pałkami bije dziecko, które zaczęło już jeść. Wszystkie inne rozbiegają się zgrzytając zębami).

- Ponieważ źle się zachowało, zostało ukarane. Bardzo tu dbamy o dyscyplinę. Nie wolno im jeść przed 

powrotem do pokoi.

- Czy to dziecko teraz się uśmiechało?

- Hm, w ich ekspresji uczuć zaszła zmiana, więc to nie był uśmiech ludzki. Wraz z płucami atrofii uległa 

również diafragma, więc właściwie nie mogą się śmiać. A co ciekawe, te dzieciaki nie płaczą. Po prostu nie mogą. 

Gruczoły łzowe zniknęły wraz z innymi gruczołami wydzielania zewnętrznego.

- Chociaż nie ronią łez, to jednak chyba płaczą w jakiś inny sposób?

background image

- Jak powiedział James, człowiek nie dlatego płacze, że jest smutny, lecz jest smutny, ponieważ płacze. 

One nie mają gruczołów łzowych, więc być może nie znają uczucia smutku.

- To okrutne!

- Co takiego?

- To jednak zbyt bolesne...

-  Niepotrzebnie  pan  im  współczuje. (Śmieje  się).  To strata   czasu.  Chodźmy  dalej. Tu  jest  wzorcowa 

szkółka dla sześciolatków i starszych.

- (Z tv): Proszę o przerwę, jeśli można.

- Tak, naturalnie. Muszą przetransportować kamerę łodzią podwodną, ponieważ odległość jest dość duża. 

W tym czasie proszę zapalić światło.

WAŻNE   SPRAWOZDANIE   PRZEDSTAWIONE   PRZEZ   TOMOYASU   W   CZASIE   PRZERWY, 

DOTYCZĄCE HIPOTEZY ZWIĄZANEJ Z KOŃCEM CZWARTEJ EPOKI MIĘDZYLODOWCOWEJ

- Jestem tylko funkcjonariuszem, będę mówić krótko, jak najprościej. Profesor Katsumi już wie o tym, lecz 

dziś rano znowu telefonowano z redakcji gazety. Chodzi mianowicie o radziecką propozycję w sprawie wspólnych 

badań aktywizacji wysp wulkanicznych znajdujących się na dnie Pacyfiku. Prawdę mówiąc, dzięki Tanomogiemu 

my dosyć dawno skończyliśmy badania. Prawdopodobnie Rosjanie mają również pewne wyobrażenie o tym, co my 

już wiemy ale wykorzystują je do gry politycznej, tak dla nich typowej...

- Proszę się skracać - ostrzegł Tanomogi.

- Rozumiem... Jestem laikiem w tych sprawach, mógłbym rzecz zbyt uprościć. W każdym razie chodzi o 

to, że w rzeczywistości na dnie całego Pacyfiku następuje aktywizacja podwodnych wulkanów. Prawdopodobnie ma 

to również związek z ostatnimi anomaliami pogody, takimi jak podniesienie się temperatury na półkuli północnej. 

Już od dawna istniały na ten temat rozmaite teorie. Uważano na przykład, że jest to skutek czarnych plam na słońcu 

lub wzrostu stężenia dwutlenku węgla w atmosferze wskutek nadmiernego zużycia energii przez człowieka. Ale te 

hipotezy nie wyjaśniają zjawiska do końca.

Wiemy,   że  lodowiec,   jako  pozostałość   po   Czwartej   Epoce   Lodowcowej,   i   czapa   lodowa   na   biegunie 

południowym   topnieją,   więc   naturalnie   poziom   wody   musi   się   podnieść.   Stwierdziliśmy   również,   że   stopień 

podnoszenia się poziomu wód nie odpowiada naszym  obliczeniom. Doszliśmy do wniosku, że podobnie jak w 

poprzedniej - Trzeciej Epoce Międzylodowcowej, kiedy to lód całkowicie stopniał w ciągu tysiąca lat, również i 

teraz poziom morza podniesie się o sto metrów. Zresztą w związku z tym wiele krajów przeniosło miasta i fabryki 

na wyżyny. Przykro mi, że nasz rząd, powołując się na brak płaskowyżu, uznał, iż lepiej zostawić sprawy własnemu 

biegowi. Dostrzegł problem, lecz udaje, że on nie istnieje...

Okazało   się   jednak,  że  od  ostatniego  Roku  Geodezyjnego  poziom  wód   wzrósł  znacznie  bardziej,  niż 

wynikałoby   to   z   topnienia   lodowców.   Jeśli   wierzyć   obliczeniom,   przybyło   trzykrotnie   więcej   wody,   niż   się 

spodziewano. Niektórzy naukowcy mówią nawet, że trzy i pół razy więcej. Nie sposób też wyjaśnić obniżania się w 

wielu miejscach poziomu gruntu zwykłym odpływem wód podskórnych. Istnieje prawdopodobieństwo, że woda 

morska jest gdzieś odtwarzana. Być może rzecz w zwiększonej aktywności podwodnych wulkanów. Trzeba też brać 

pod uwagę fakt, że gazy wulkaniczne to w większości para. Kto wie, może prawdziwe jest założenie, iż obecna 

woda morska zrodziła się z tego gazu. Ja tego nie rozumiem, ale coś w tym musi być.

background image

Biorąc pod uwagę stopień podnoszenia się poziomu wód w morzach, najprawdopodobniej zaczyna się 

dziać   coś   niepojętego,   wprost   absurdalnego.   Na   przykład   zgodnie   z   nową   teorią   -   oczywiście   powtarzam   za 

uczonymi - to, co nazywamy Ziemią, powstało pierwotnie z nabrzmienia i uniesienia się w górę, pod wpływem 

wysokiej temperatury, materii promieniotwórczej znajdującej się w skorupie ziemskiej. Nic dziwnego, że kryje się 

w   niej   mnóstwo   magmy.   Z   biegiem   lat   ta   substancja   nabrzmiewa,   w   niezbyt   częstych   interwałach   przejawia 

aktywność wulkaniczną i w każdej chwili może wybuchnąć.  Lecz  i to rozumowanie nie wyjaśnienia  zjawiska 

dostatecznie.   Co  więcej,  z   powodu  nawarstwiającej  się  lawy  skorupa  grubieje,   rośnie  jej  ciężar,  w  końcu   nie 

wytrzymuje parcia i pęka jak rozdeptana purchawka, z której unosi się zawartość. W którym miejscu wybuchnie i 

strzeli swą zawartością? Na pewno na styku dna morskiego i lądu.

Podobno zdarzało się to co pięćdziesiąt do dziewięćdziesięciu milionów lat, bez wyjątku. W obszarach 

wokół pasa brzegowego Pacyfiku pojawiły się podejrzane ruchy. Zachodzą one właśnie w pasie trzęsień znanym 

jako   Ognisty   Pierścień   Pacyfiku.   Przepraszam,   ale   prawdę   mówiąc,   nie   rozumiem   tego.   Jeśli   jest   tak,   jak 

powiedziałem, to wzrost temperatury i podnoszenie się poziomu morza nie oznacza zjawisk typowych dla okresu 

międzylodowcowego, lecz najprawdopodobniej jest rezultatem zapowiadającej się jednej z największych katastrof 

zdarzających   się   co   pięćdziesiąt   milionów   lat.   Opieram   się   tutaj   na   hipotezie   końca   Czwartej   Epoki 

Międzylodowcowej.

Nie wiem, gdzie tę teorię najpierw ogłoszono, ale wywołała ona panikę w wielu krajach i doprowadziła do 

rezygnacji z zaleceń Międzynarodowego Roku Geodezyjnego. Przyjęto bowiem założenie, że w niezbyt odległej 

przyszłości  wybuchnie  naraz  kilkaset podwodnych  wulkanów, woda będzie podnosić się co roku o trzydzieści 

metrów, a po czterdziestu latach jej poziom podniesie się ponad tysiąc metrów. Gdyby wiadomość o tym została 

opublikowana,  wybuchłoby nieprawdopodobne  zamieszanie.   Porządek  publiczny zostałby  całkowicie  zburzony. 

Pomijając tak rozległy kraj jak ZSRR, na pewno całkowicie zostałaby zniszczona Europa, podobnie stałoby się z 

Ameryką z wyjątkiem szczytów Gór Skalistych. Z Japonii, profesorze, pozostałoby pięć albo sześć punkcików - 

najwyższe wzniesienia. Aby podjąć odpowiednie działania strategiczne, rząd musi mieć całkowitą pewność, że 

żadna wiadomość na ten temat nie przedostanie się do szerszych kręgów społecznych.

Rząd zdecydował się nie mieszać w to innych krajów w zamian za niewtrącanie się ich w nasze sprawy 

wewnętrzne,  ale ponieważ  w  składzie rządu wciąż  zachodzą  zmiany,  nie ma więc  pewności,  czy można jego 

członkom   zaufać.   I   dlatego   postanowiono   powołać   swego   rodzaju   Komisję   Ocalenia,   wspieraną   przez   kręgi 

finansjery. Komisja się rozwiązała, a w jej miejsce powstało Towarzystwo Rozwoju Kolonii Podmorskich.

- To nieuczciwe działanie!

Poczułem pieczenie na końcu języka, jakby wlano mi do gardła żrący kwas. Czy naprawdę rozgniewałem 

się, czy tylko pomyślałem, że powinienem się gniewać, albo też udawałem gniew? Nie wiedziałem, lecz czułem, że 

w tym momencie należałoby krzyczeć.

-  Jeśli  o  tym   wszystkim  wiedziałeś...  -  zacząłem,  lecz   zdrętwiałe   szczęki  odmawiały posłuszeństwa  - 

dlaczego od razu nie powiedziałeś? Gdybym wiedział od początku, na pewno inaczej bym się zachował.

- Czy naprawdę? - zapytał ostro Tanomogi, podnosząc wzrok.

-   Oczywiście,   że   tak!   -   zawołałem,   choć   był   to   raczej   jęk.   -   Jak   można   było   ukrywać   tak   bardzo 

niepokojącą wiadomość?!

- Uważam, że nie można było inaczej. Gdybym wcześniej uchylił rąbka tajemnicy, pan profesor na pewno 

jeszcze usilniej starałby się uchwycić aktualnej rzeczywistości i toczył bezsensowne boje.

background image

- Dlaczego?

- Ponieważ upadek Ziemi napawałby pana trwogą.

- Na pewno!

- Czy istnienie akwanów mogłoby uwolnić pana od tej trwogi?

Próbowałem odpowiedzieć, lecz nie mogłem. Zacząłem chrypieć, jakbym się przeziębił. Wydałem z siebie 

pisk bezradnego zwierzątka. Górna część ciała była rozgrzana, lecz od kolan czułem dziwny chłód. Jakby śmierć 

wpełzała we mnie od dołu.

- Ja - Tanomogi mówił powoli - traktuję podwodne wulkany jako zjawisko drugorzędne.

- Dlaczego? - zapytałem coraz bardziej niespokojny.

-   Współczesność   to   nie   jest   Epoka   Międzylodowcowa,   to   po   prostu   kres   Czwartej   Epoki 

Międzylodowcowej. Nie, to być może początek nowych ruchów geologicznych.

- No dobrze, niezależnie od tego, czy nastąpi katastrofa, czy nie, założenie kolonii podwodnych ma i tak 

ogromne znaczenie. Nie dlatego, że jest nieuniknione, lecz po prostu w pozytywnym sensie, ponieważ jest kreacją 

nowego świata. Osobiście uważam problem podnoszenia się poziomu wód w morzach za dobrą okazję do skłonienia 

decydentów, by jasno określili poczynania, które muszą być podjęte.

- To herezja! Tanomogi-san, to herezja.

- Niech będzie i herezja, widocznie różnimy się z Tomoyasu postawami. Oczywiście, profesorze, chociaż 

wspólnie   działamy,   to   jednak   niekoniecznie   wyznajemy   tę   samą   filozofię.   Prawda,   Tomoyasu-san?   Mówiąc 

szczerze, to kręgi finansjery zamierzały potajemnie trochę na tym zarobić. Zresztą, czy można uznać, że na darmo 

wyrzucają własne pieniądze na rzecz przyszłości?

- Przesadzasz - rzekł Tomoyasu z gniewną miną, podnosząc brodę. - Czy to jest rzecz drugorzędna, czy 

trzeciorzędna, to i tak miasta i pola, i wszystko inne na pewno zatonie. Tylko to jest pewne.

Znów pojawia się obraz telewizyjny, tym razem z widokiem szkoły ćwiczeń dla modelowych akwanów, 

komentuje Yamamoto:

(...na   tle   nieboskłonu   czerniejącego   morza   w   rozkołysanej   wodzie   unosi   się   bielejący   i   błyszczący 

przedmiot w kształcie tulipana wspartego na jednej łodydze).

-   To   jest   budynek   modelowej   szkoły.   Ciekawy   architektonicznie,   prawda?   Wykonany   całkowicie   z 

plastyku, ściany mają przestrzeń wypełnioną gazem. Dzięki temu unosi się w wodzie. W ten sposób różni się od 

struktury naziemnej, uzależnionej od przyciągania ziemskiego. Wewnątrz mieszkają akwany. Mogą swobodnie się 

poruszać, nie zwracając uwagi ani na sufit, ani na podłogę. Nie muszą być skazane na jeden poziom. Wyjścia i 

wejścia u góry są stale otwarte. Widzi pan, jaka to prosta kombinacja? Przy tym cokolwiek o niej powiedzieć, jedno 

jest   pewne:   jest   wygodna.   Wewnątrz   nie   potrzeba   powietrza,   nie   trzeba   też   przejmować   się   przeciekami   ani 

ciśnieniem wody. Morze w głębi jest spokojne i ciche...

(Budynek się przybliża).

- Jest duży, prawda?

- Aktualnie przebywa w nim tylko dwustu czterdziestu mieszkańców, ale gdy przybędzie dzieci, będzie tu 

background image

mogło   zamieszkać   nawet   tysiąc.   Mieści   się   tu   szkoła   i   internat.   Niezły   budynek.   W   przyszłości   stanie   tutaj 

dwadzieścia jeden takich samych budowli. Co roku po trzysta osób, od piątego do dziesiątego roku życia, łącznie 

dwadzieścia jeden tysięcy. Łatwo je budować. Wkrótce przystąpimy do masowej produkcji. Przywozi się cztery 

naraz, każdy złożony, mieszczący się na jednej ciężarówce, wystarczy na miejscu połączyć części, wpuścić gaz, i to 

wszystko. Może jedynie umocowanie fundamentu na dnie morza jest pracochłonne.

(Kamera pełznie po ścianie w górę. Pojawiają się kolejne pasma łagodnego światła. Źródło światła jest 

chyba wbudowane w ściany. Przez ekran przepływa ławica ryb).

- Proszę patrzeć uważnie. Światła lekko się rozjaśniają, to znów ściemniają. Ten rytm różni się nieco na 

kolejnych poziomach. W ten sposób światło pełni rolę wabika dla ryb. Rozmaite gatunki różnie reagują na natężenie 

światła, schodzą więc w dół. A tam czeka na nie szeroko otwarte wejście. To rodzaj technicznie nowoczesnej sieci. 

Myślę, że ta metoda łowienia ryb upowszechni się w przyszłości. Jest bardzo efektywna. Co więcej, rybacy, którzy 

tu przybywają...

- Co to znaczy “tu"?

- Chyba w połowie drogi między Urayasu i Kisarazu.

- Jak zdołaliście dotąd utrzymać tajemnicę?

- Akurat w tym miejscu jest pięćdziesiąt do sześćdziesięciu metrów głębokości. Poza tym wybraliśmy stąd 

muł na jakieś dwadzieścia metrów, to znaczy na wysokość budynku. Na tę głębokość nie można dopłynąć bez 

odpowiedniego sprzętu do nurkowania. A na naszych uczniów zwracamy baczną uwagę...

- Co tu robią trenerzy?

- Teraz wydłużają wsporniki, by dach znajdował się dwadzieścia metrów od powierzchni wody.

(Kamera  dochodzi   do  górnej  części   konstrukcji.   Ukazuje   się   duża   okrągła   dziura   w  środku  wypukłej 

powierzchni. A w niej unosi się w wodzie chłopiec opierający się nogą o brzeg otworu. Przy jego plecach pływa 

ryba wielkości dłoni).

- Przypłynął nam na spotkanie. To jest akwan numer jeden. Najstarszy. Ma osiem lat, lecz wygląda na 

dwanaście  lub nawet  więcej. W morzu wszystko  dojrzewa zaskakująco szybko.  Czytałem  w jakiejś publikacji 

Akademii   Nauk   ZSRR,   że   oceaniczne   rośliny   wykazują   prawie   stuprocentową   biologiczną   aktywność   w 

porównaniu z pięcioprocentową roślin lądowych. A co do zwierząt, to wystarczy przypomnieć, że słoń potrzebuje 

około czterdziestu lat do osiągnięcia dorosłości, podczas gdy dwu- lub trzyletni wieloryb jest zdolny do wydania na 

świat potomstwa.

 (Chłopiec otwiera usta, zgrzyta zębami i opuszcza głowę. Lekko odpycha rybę, która chce się otrzeć o jego 

wargi.   Wygląda,   jakby   się   uśmiechał.   Być   może   chodzi   tu   o   coś   innego.   Jego   ciało   okrywa   szara   kurtka   i 

kombinezon, na stopach ma płetwy.  Jasne włosy unoszą się w wodzie. Gdyby  nie ostrość spojrzenia dziwnie 

szeroko otwartych owalnych oczu, jego z wyglądu delikatne, pełne wdzięku ciało niczym  nie różniłoby się od 

dziewczęcego, prawdopodobnie z powodu ciśnienia wody. Tylko te skrzela i zapadła klatka piersiowa sprawiają 

niesamowite wrażenie).

background image

- Ryba jest oswojona. Chłopiec lubi zwierzęta. Jego imię przełożone na język mówiony brzmi Iriri. To 

tylko symbol. Proszę jeszcze popatrzeć tam, na górę...

(Zbliżenie powierzchni dachu. Pod chyba plastykowym pokryciem coś bujnie rośnie).

- To się nazywa Scenedesmus quadricanda, typ chlorelli, lecz od samego początku tę słodkowodną roślinę 

zaaklimatyzowaliśmy do rozwoju w morskiej wodzie. Jest idealnym źródłem pożywienia, zawiera ponad dwanaście 

rodzajów ważnych kwasów aminowych. Ciastka zrobione z tego są ulubionym pokarmem dzieci.

(Chłopiec zgina lekko nogi w kolanach i w tej pozycji spokojnie zanurza się w otworze. Zgrzyta zębami 

wzywając rybę. Kamera prowadzi go od tyłu. Chłopiec wykonuje obrót i rzutem głowy w dół przyspiesza. Stopy z 

płetwami poruszają się delikatnym rytmem. W dali czeka wiele dzieci uczepionych poręczy biegnącej w dół otworu 

w ścianie, to znów przepływających prostopadle przed kamerą. Hałasują jak rój owadów...)

- Dobrze oswojona ryba. Trenując w ten sposób moglibyśmy chować ryby jak zwierzęta domowe. - Zwraca 

się w stronę mikrofonu: - Mógłbyś w tym miejscu zatrzymać?

(Głucha odpowiedź w głośniku):

- Chciałby pan zobaczyć salę robót?

- Tak, na moment.

(Kamera zatrzymuje się. Widok na ścianę i długi rząd owalnych drzwi w równym szeregu przypomina ule).

- Na razie pokoje stoją puste, lecz tutaj znajduje się większość sal ćwiczeniowych.

(Zbliża się do jednego z wejść. Chłopiec złapał rybkę i wpycha swoje włosy do jej pyszczka, lecz nagle 

rusza dalej i znika w głębi).

-   Nazywamy   je   klasami,   ale   później   będą   tu   małe   fabryki,   w   których   będzie   można   prowadzić 

doświadczenia fizyczne i produkować żywność. Za pięć lat, gdy najstarsza klasa stanie się załogą pracowniczą, będą 

samowystarczalni pod każdym względem.

- Co będą robić po zakończeniu nauki?

- Buduje się już podmorskie fabryki, więc tam znajdą zatrudnienie. Inni będą pracować w podwodnych 

kopalniach, na polach naftowych... Mamy teraz problem z brakiem rąk do pracy na podwodnych pastwiskach. Tam 

też będą mile widziani. Najzdolniejsi zostaną skierowani do wydziałów specjalnych, by kształcić się na lekarzy, 

inżynierów, techników. Będą pomagać ludziom i w przyszłości nas zastąpią.

(Tomoyasu ostrzegająco:)

- Istnieje całkowicie odmienny pogląd na temat tego specjalnego kształcenia.

- To żaden problem. Są granice tego, co mogą zrobić ludzie lądowi, a poza tym ich liczba jest absolutnie 

niewystarczająca.

background image

(Ukazuje się wnętrze pokoju. Nie ma tu jakichś specjalnych stołów do pracy, tylko zewsząd - z podłogi, ze 

ścian, z sufitu - wystają kołki i haki, wiszą różne półki. Niektóre narzędzia są nawet uczepione do balonów, chłopiec 

spogląda dumnie w kamerę, to znów na narzędzia, porównuje je).

- Proszę zobaczyć, to są wynalazki Iriri. - (Do mikrofonu:) - Czy mógłbyś któregoś użyć?

(Odgłos skrzypienia... Chłopiec kiwa głową, bierze narzędzia, łączy je z rurą wystającą w rogu pokoju).

- Sprężone powietrze. To główna energia pod wodą. Dysponują też prochem zgazyfikowanym i płynnym 

gazem.

(Chłopiec przekręca kurek. Narzędzie zaczyna drgać i wypuszczać bąble. Ulatują pod sufit, gdzie łączą się 

w dużą kulę, która zostaje wessana przez otwór w suficie. Ryba płynie za tą kulą i próbuje chwycić w pyszczek. 

Potem chłopiec przykłada drgający kołek do winylowej deski i natychmiast ją przecina).

- To jest automatyczna piła. Niezwykłe, prawda? Sam to wymyślił. I wszystko wykonał ręcznie. Sala robót 

wyposażona  jest w rozmaite narzędzia. Tutaj plastyk  zastępuje metal, można więc powiedzieć, że opanowanie 

wykorzystania plastyku jest podstawą podwodnego życia. To trochę dziwne... To dziecko ma zaledwie osiem lat. 

Pod wodą dojrzewa bardzo szybko, nie tylko fizycznie.

- A skąd czerpiecie energię? Do produkcji plastyku potrzebne są dość wysokie temperatury, a przy tym 

światło w tym pokoju...

- Oczywiście, elektryczne. Wraz z rozwojem techniki izolacyjnej udało się stosunkowo łatwo wprowadzić 

tu energię elektryczną. Zresztą to jeden z najtrudniejszych problemów. W każdym razie nie sposób sobie poradzić 

tutaj bez elektryczności.

- Nie?

- Absolutnie nie. Nawet gdyby wykorzystać do ogrzewania i wytwarzania mocy dynamicznej inne źródło. 

Na przykład jeśli idzie o łączność, fale elektryczne są bezużyteczne w wodzie. Należy, oczywiście, posłużyć się 

falami ultradźwiękowymi, ale do ich wysłania i przyjęcia potrzebna jest elektryczność. Ponadto w odpowiednim 

czasie chcielibyśmy posłużyć się sprężonym powietrzem dla zachowania samowystarczalności i uniezależnienia się 

od lądu. Teraz jesteśmy połączeni kablem. W przyszłości będą w użyciu miniaturowe generatory atomowe, albo też 

wytworzymy efektywny generator na ciężkie oleje lub generator gazowy, funkcjonujący dzięki sile nośnej wody. 

Tak czy inaczej musimy się uniezależnić. Wtedy można by podwodny instytut założyć daleko od lądu, czy nawet 

zbudować ogromne miasto. To nie sen... Och, znów wynalazek?

(Tym razem na jednej trzeciej wysokości chłopiec wyciągnął prosty drążek z pedałami. Gdy postawił go 

pionowo, oparł się o niego, nacisnął pedał i uniósł się w górę, a następnie pochylił i wtedy popłynął w bok. Było to 

możliwe dzięki obracającej się śrubie na końcu drążka).

- To podwodny rower. Chłopiec jest zadowolony, wręcz dumny, gdy oglądamy, jak na nim jeździ.

background image

- Zaskakująco towarzyski.

- Tak, Iriri jest wyjątkowo towarzyski. On pierwszy był poddany eksperymentowi, na pewno popełniliśmy 

szereg   błędów   w   procesie   jego   rozwoju.   Na   przykład   nie   zniknęły   mu   całkowicie   gruczoły   wydzielania 

zewnętrznego. Może pan zauważył, że jego oczy są owalne. Pozostały jeszcze nieznaczne ślady gruczołów łzowych 

z lewej strony. To pewnie przyczyna niedoskonałego spalania.

- Niedoskonałego spalania?

- Czy pan wie, że ludzkie emocje w dużym stopniu zależą od wrażliwości skóry i błony śluzowej? Na 

przykład   “czuć   się   przyjemnie",   “czuć   szorstkość,   lepkie   swędzenie"   -   to   tylko   kilka   przykładów   określeń 

wyrażających metaforycznie wewnętrzny nastrój lub zewnętrzną atmosferę. Te zewnętrzne odczucia ciała, mówiąc 

krótko, są wyrazem instynktownego pragnienia zachowania morza w nas samych. Może wydawać się, że zbaczam z 

tematu, proszę jednak o chwilę cierpliwości, bo to chyba jest istotne. Jak pan wie, ludzie są wysoce rozwiniętymi 

stworzeniami lądowymi, zbudowanymi prawie wyłącznie ze składników morza, z krwi, kości i plazmy. Nie tylko 

początki życia były wynikiem krystalizacji morza, lecz także później życie cały czas zależy od morza. Nawet po 

wyjściu z morza zachowała się jego cząstka na skórze. Człowiek jest do tego stopnia związany z morzem, że kiedy 

zachoruje,  musi  się   leczyć   solankowymi   zastrzykami.   Skóra  jest  niczym  innym   jak  tylko   transformatą  morza. 

Chociaż jej odporność jest duża, to jednak od czasu do czasu musi sięgać po pomoc morza. Gruczoły wydzielania 

zewnętrznego wzmacniają zmęczoną skórę. Łzy są morzem oczu. Dlatego też nasze odczucia, tzn. stymulacja i 

kontrola gruczołów wydzielania zewnętrznego, są wyrazem walki morza z zagrożeniem ze strony lądu.

- Bez tego nie byłoby uczuć?

-  Nie, tego  nie powiedziałem, lecz  twierdzę,  że mają  one całkowicie  inną  jakość, niż  to sobie dotąd 

wyobrażaliśmy. Teraz akwani są w wodzie i na razie muszą walczyć z atmosferą. Chodzi o to, że ryba nie zna 

strachu przed ogniem.

(Chłopiec zręcznie manipuluje rowerem wodnym i rozpoczyna grę w berka z oswojoną rybą).

- Gdy patrzę na inne dzieci i porównuję je z Iririm, czasem ogarnia mnie niepokój. Zastanawiam się, czy 

nie są pozbawione uczuć lub czy nie mają innych serc.

- To znaczy, że tylko ten chłopiec przypomina człowieka?

- Tak, można zrozumieć, co robi. - (Stawał się coraz bardziej sentymentalny). - Można jednak postawić 

pytanie, czy lądowe serce nie jest w morzu tylko sprawą niecałkowitego spalania?

(Goniąc za rybą chłopiec przepływa obok kamery i znika).

- Czy nie jest to źródłem jego inteligencji?

- Nie, inne dzieci nie są wcale mniej zdolne od niego. Na przykład dziecko o trzy miesiące młodsze 

skonstruowało   zegarek   oparty   na   zasadzie   alternacji   bąbelków   wodnych.   Nazywamy   to   zegarem,   lecz   jego 

wskazówki obracają się co piętnaście minut.

(Kamera przesuwa się w ślad za chłopcem w stronę jego kolegów).

background image

(Odzyskał spokój, teraz znów mówił jasno, tonem urzędowym).

-   Ten   środkowy   pokład   jest   przeznaczony   na   mieszkania,   poniżej   znajdują   się   odrębne   klasy   dla 

poszczególnych roczników. Podobnie jak u nas, ich nauka również rozpoczyna się od pisania, czytania i arytmetyki. 

Nie jesteśmy pewni, co robić dalej, na razie przyjęliśmy program dostosowany do ich warunków życia, a więc 

położyliśmy nacisk na fizykę ciała płynnego i chemię molekularną. Nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć ich 

potrzeb. Dopiero gdy wykształcą własnych  nauczycieli, będą mogli ustalić właściwy program  nauki. W końcu 

powietrze i woda zbyt się różnią z punktu widzenia zmysłowego.

(Szereg balkonów, jeden nad drugim... bawiące się dzieci... jedne wykazują nie skrywaną ciekawość, inne 

są prawie obojętne).

- Może nie ma nawet potrzeby o tym wspominać, ale tutaj nie uczą się ani historii, ani geografii czy nauk 

społecznych. Nie mogliśmy się zdecydować, jak im przyswoić wiedzę na temat stosunków międzyludzkich, a także 

stosunków między akwanami.

(Tomoyasu pociągnął nosem).

- To oczywiste. Byłoby błędem zaszczepiać w nich wieczny żal...

- Nie... - (Lekko potrząsnął głową). - Mówiąc to przeceniasz ludzi lądowych.

(Zarówno pełne ciekawości, jak i wykazujące obojętność dzieci charakteryzuje niezwykły chłód, z jakim 

patrzą   na   ciebie.   Odnosi   się   wrażenie,   że   stałeś   się   przedmiotem.   Można   zrozumieć   słowa   Yamamoto,   który 

wspomniał, że wydają się nie mieć uczuć.

Jakiś figlarz podbiega do kamery i próbuje zasłonić obiektyw rękami... Dziewczynka zachłannie obserwuje 

robaka pełzającego po ścianie... Grupa chłopców otacza Iririego i wnikliwie ogląda jego rower... Dziewczynka 

chwyta zabłąkaną rybkę i wpycha ją sobie do ust, a wtedy stojący obok chłopiec wkłada jej palec do nosa, potrząsa 

nią i zmusza do wyplucia... Inna dziewczynka unosząca się na plecach pozwala chłopcu lizać się pod pachami... 

Mieszana żeńsko-męska grupa,  chyba  dyżurnych,  krąży wycierając  ściany za pomocą odkurzacza poruszanego 

sprężonym gazem. Jakiś chłopiec głaszcze po pysku psa wodnego, który wtulił ogon między nogi...)

- To byłoby tyle w dużym skrócie. Aiba, proszę już wyłączyć...

(Ktoś mimo woli westchnął głośno... Obraz na ekranie zadrżał, skurczył się do jednego punktu i zniknął, 

pozostawiając po sobie cień...)

ODBITKA ŚWIATŁODRUKOWA

34

Nikt się nie poruszył, gdy w monitorze zniknął drgający, malejący obraz. Nikt też nie zapalił w pokoju 

światła ani się o to nie upomniał. Może jeszcze będzie jakiś ciąg dalszy - pomyślałem, odetchnąwszy z ulgą. 

background image

Przynajmniej przez ten czas pozostanę przy życiu.

Gdy   cisza   się   przedłużała,   szybko   narastał   strach.   Dziwne,   że   tak   bardzo   przytłoczyło   mnie   to,   co 

zobaczyłem na ekranie, i chociaż buntowałem się wewnętrznie, obudziło się we mnie zainteresowanie. Mimo woli 

zastanawiałem się nad stosunkiem liczby chłopców do dziewcząt - wydało mi się, że w przybliżeniu było ich tyle 

samo. To znów myślałem o przyszłych ślubach, poddawałem się więc całkiem ludzkiemu, jak mi się wydawało, 

nastrojowi panującemu w sali ćwiczeń. Znów powróciłem do ciemności, oprzytomniałem i pomyślałem, że to może 

ja   jestem   poddany   eksperymentowi.   I   czekam   na   śmierć...   Filiżanka   współczucia   podana   skazańcowi... 

Zastanawiałem się, czy mi powiedzą, iż zaszła jakaś zmiana w sposobie zadania mi śmiertelnego ciosu.

Paznokcie wbijały mi się w dłonie. Miałem wrażenie, że zostałem unieruchomiony w gipsie, i tak trwałem 

uczepiwszy się tej chwili. A może po prostu zostałem zmuszony przez swoje alter ego, ową wartość prognozy 

drugiego stopnia, do myślenia, że to ja sam pragnę śmierci? Co zasiało we mnie zwątpienie w możliwości maszyny 

prognostycznej?   Otóż   zgoda   na   dyktowane   przez   nią   wyroki   losu   i   mimowolne   poddanie   się   biegowi   rzeczy 

zamknęło mnie w bezsensownym  kręgu teorii cyklu, która przypomina jedynie wróżenie za pomocą medalu o 

jednakowych obu stronach. A przecież żeby odrzucić bezsensowną śmierć, chyba nie wystarczy przeświadczenie, że 

nie chcę umierać.

Pomyślałem, że już dłużej nie wytrzymam. Lecz myśl nie jest równoznaczna z działaniem. Oczywiście, nie 

chodzi o to, że nie zdawałem sobie sprawy z własnej sytuacji. Ta martwa cisza nie pozwalała mi oderwać się 

poprzez natężenie uczuć, pewną szansę dawało mi raczej złagodzenie napięcia. Napięcie przenikało mnie do tego 

stopnia, że mięśnie w całym ciele zesztywniały niczym stara skóra, więc zwykłe poruszenie głową mogło wywołać 

zgrzyt.

Wreszcie Aiba podniósł głowę i wstał z miejsca; widocznie chciał o coś zapytać. Korzystając z okazji 

obróciłem się gwałtownie, jakbym chciał wyrwać się z więzów. Struny głosowe stwardniały, jakby usztywnione 

parafiną, i wydały żałosny dźwięk. W tym momencie całkowicie straciłem szacunek dla samego siebie.

- Na pewno trudniej żyć na lądzie niż w morzu. Właśnie z powodu tych trudności istoty żywe rozwinęły się 

i przekształciły w ludzi. Mimo wszystko nie mogę zaakceptować niczego z tego planu...

- Tak przypuszczałam - mruknęła Wada.

- To uprzedzenie. - Yamamoto odzyskał równowagę i przybrał optymistyczny ton. - To pewne, że walka z 

przyrodą doprowadziła do ewolucji żywych stworzeń. Faktem jest również, że cztery epoki lodowcowe i trzy epoki 

międzylodowcowe spowodowały rozwój od Australopiteka do współczesnego człowieka. Nie pamiętam, kto tak 

ładnie powiedział, że to stworzenie, które nazywamy człowiekiem, jest po prostu uczniem zrodzonym z chusteczki 

czarnoksiężnika, któremu na imię Lodowiec. Rodzaj ludzki ostatecznie podbił przyrodę. Prawie wszystkie twory 

natury poddał melioracji, z dzikich stworzeń uczynił sztuczne. To znaczy człowiek posiadł siłę pozwalającą zmienić 

ewolucję z czegoś przypadkowego w coś świadomego. Czyż więc nie można uważać, że cel, do którego żywe 

stworzenia dążyły wypełzając z morza na ląd, już nie istnieje? Dawniej musieliśmy wciąż polerować stare soczewki, 

teraz soczewki ze sztucznego tworzywa od początku są gładkie i błyszczące.

Już minęła epoka, w której obowiązywała prawda, że cierpienie uszlachetnia. Człowiek sam wyzwolił się z 

dzikości. Czyż nie nadszedł właściwy czas, by wreszcie zrekonstruował siebie zgodnie z racjonalnymi zasadami? 

Gdyby to uczynił, koło walki i ewolucji by się zamknęło. Myślę, że nadszedł czas powrotu do morza, które jest 

pierwotnym domem człowieka nie jako niewolnika, lecz pana i władcy.

I chociaż nie wiadomo dlaczego westchnąłem, odzyskałem siłę i powiedziałem:

background image

- Lecz niewolnik pozostaje niewolnikiem. Przecież są ludem kolonialnym, nie mają ani swego rządu, ani 

swoich polityków.

- Teraz tak - wtrącił się zniecierpliwiony Tanomogi. - Lecz w każdej epoce nowe rodziło się zwykle z 

niewolnictwa.

- Ale czy akceptacja akwanów nie oznacza jednocześnie negacji nas samych? Ludzie na lądzie staną się za 

życia reliktem przeszłości.

- Trzeba to znieść, wytrwać mimo zerwania ciągłości, bo jest to równoznaczne ze zwróceniem się ku 

przyszłości...

- Ale jeśli ja jestem zdrajcą dla akwanów, to czyż wy nie jesteście zdrajcami ludzi żyjących na lądzie?!

- Profesorze, a może jednak należałoby pomyśleć nieco inaczej? - Tomoyasu potrząsnął głową, pokazując 

jak jemu łatwo przychodzi zrozumieć to wszystko. - Z jednej strony ulice wypełniają się bezrobotnymi i pogarsza 

się wciąż sytuacja na rynku...

-   Oczywiście,   oczywiście,   zawsze   można   uzasadniać   tak   czy   siak...   Ale   nie   macie   żadnego   prawa 

utrzymywać w tajemnicy tak straszliwych planów. Absolutnie nie macie prawa!

-   Jednak   mamy.   To   prawo   dane   akwanom   przez   maszynę   prognostyczną.   Poza   tym,   gdy   nadejdzie 

właściwy czas, ogłosimy je publicznie.

- Kiedy?

-  Gdy  większość matek  będzie  miała  chociaż  jedno  dziecko  żyjące  w  wodzie. Kiedy uprzedzenia  do 

akwanów znikną, gdy minie lęk, który zniekształca rzeczywistość... Do tego czasu strach przed potopem stanie się 

realny i ludzie będą musieli wybierać między wojną o resztki lądu a akwanami jako przedstawicielami przyszłości. 

Oczywiście, lud - dodał, odsuwając hałaśliwie krzesło - lud wybierze akwanów.

Gdy skończył  mówić, odwrócił  się, rozejrzał  i dał  jakiś  znak Aibie. Ten gest  wydał  mi się okropnie 

bezlitosny, przestraszyłem się go tak, jakbym w ciemności uderzył się o róg budynku. Aiba w mgnieniu oka zerwał 

się z miejsca i włożył do maszyny wcześniej przygotowaną kartę z programem. Poruszył kilka przycisków, patrząc 

przez okienko kontrolne.

Nagle   w   lewym   boku   poczułem   ból,   jakby   mnie   ktoś   ukłuł   igłą.   To   nie   była   igła,   lecz   prawa   ręka 

Tanomogiego. Nie zauważyłem, kiedy stanął obok mnie, pochylił się i cicho powiedział:

- Profesorze, to prognoza przyszłości... To  blue print  prawdziwej przyszłości... Wyobrażam  sobie, jak 

bardzo chciał pan ją poznać.

35

Maszyna opowiedziała następującą historię:

Na głębokości pięciu tysięcy metrów nagle uniosła się równina pokryta grubą, podziurawioną warstwą 

błota, niby sierścią wymarłego zwierzęcia. I natychmiast rozsypała się, zmieniła się w ciemną chmurę, zabulgotała i 

wygasiła gwiazdki planktonu przepływającego ławicą przy czarnej przezroczystej ścianie.

Obnażyła się popękana skalna płyta. Ze szczelin wypłynęła iskrząca się brązowa, galaretowata masa, która 

plując ogromnymi bąblami powietrza nabrzmiewała na obszarze kilku metrów, a następnie rozpostarła gałęzie jak 

background image

korzenie starej sosny. Jaśniejąca w mroku magma znikała z pola widzenia. Po niej pozostał ogromny słup pary, 

który przebił warstwę marine snow, zamienił się w wir i rozpadając się bezgłośnie parł do góry. Lecz ten słup też 

zniknął pośród cząsteczek wielkiej wody i nigdy nie dotarł do odległej powierzchni morza.

Właśnie w tym momencie, dwie mile morskie dalej, statek frachtowo-pasażerski “Nanchô-maru" płynął w 

stronę Jokohamy. Niespodziewane drżenie i skrzypienie statku, trwające krótką chwilę, zaniepokoiło pasażerów i 

załogę. Nawet stojący na mostku drugi oficer zwrócił uwagę na stado wyskakujących bezładnie w górę delfinów i 

nagłą zmianą barwy morza. Nie uznał jednak za stosowne zanotować tego w księdze pokładowej. Na niebie świeciło 

lipcowe słońce podobne do roztopionej rtęci.

W   tym   czasie   niewidoczne   pulsowanie   morza   już   przekształciło   się   w   długie   fale  tsunami,   które   z 

niewiarygodną szybkością siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę zmierzały w stronę lądu...

Tsunami przeszły jak powiew wiatru ponad kilku pastwiskami podwodnymi, nad polami naftowymi i lasem 

“tulipanów". Wielu akwanów pochłoniętych poszukiwaniem rybiej ikry nawet nie zauważyło jakiejkolwiek zmiany.

Następnego ranka fale  tsunami  zalały wybrzeże od Shizuoki po Bôsô. Statek “Nanchô-maru" otrzymał 

wiadomość, że Jokohama nie istnieje, zatrzymał się więc na otwartym morzu.

Kapitan statku całkowicie zdezorientowany wyrażeniem “Jokohama nie istnieje" jeszcze bardziej zdziwił 

się postawą pasażerów. Co oznacza ich spokój? - zastanawiał się. To dziwne zachowanie charakteryzowało ich od 

początku. Pasażerowie, którzy wynajęli ten statek, załadowali nań ogromną maszynę i gdy przybyli do celu, nawet 

nie zamierzali jej wyładować. Kazali zawrócić statek, a podczas podróży wciąż wchodzili i wychodzili z ładowni, 

zamienionej przez nich na jakąś pracownię, i coś robili przy tej maszynie. Kim jest ten Tanomogi i jego ludzie? - 

rozmyślał kapitan.

- Ach, to ty jesteś?

- Oczywiście.

- Milczałeś wiedząc, że port w Jokohamie zostanie zniszczony.

- Nie, nie milczałem. Większość się uratowała, ponieważ ostrzeżono ich wcześniej.

- Więc ja też znalazłem się na tym statku?

- Nie, profesorze, pan już dawno...

Fala   powodzi   się   nie   cofała.   Chłopiec   i   dziewczynka   chodzili   podnieceni   wzdłuż   brzegu   morza   w 

poszukiwaniu zdobyczy. Podnieśli coś myśląc, że to bransoletka, ale były to sztuczne zęby. Niczego wartościowego 

nie znaleźli. Wtedy dziewczynka zobaczyła topielca. Przerażona chciała zawrócić, lecz chłopiec uparł się, żeby 

odwrócić ciało twarzą do góry.  Nagle  topielec sam się odwrócił, szczerząc zęby i wysuwając  język, po czym 

odpłynął w morze. Faktycznie był to akwan-zwiadowca. Nie wiedząc o tym, dziewczynka dostała histerii i straciła 

przytomność.

Woda nie ustąpiła, a nieustające  trzęsienia ziemi i pogłoski o dziwacznych  topielcach napawały ludzi 

dodatkowym niepokojem. Najbardziej przerażała wprost niewiarygodna wiadomość, że rząd zniknął. Oczywiście, 

była to tylko plotka, ale nie całkiem bezpodstawna. Po prostu rząd już się przeniósł na morze.

Budynki  rządowe stały na podmorskim wzniesieniu, otoczone skalną pustynią i lasem wodorostów. Z 

drugiej   strony   pod   łagodnym   zboczem,   za   dwudziestometrowym   rowem   stały   trzy   fabryki   w   kształcie 

pomarańczowych   tulipanów,   produkujące   głównie   magnezjum   i   plastyk.   Patrzący   na   ten   dziwny   krajobraz 

background image

urzędnicy, znajdujący się w budynku w kształcie cylindrycznej tuby wypełnionej powietrzem i wspartym na trzech 

nogach, byli bardzo zajęci przygotowaniem ogłoszenia.

Po   pewnym   czasie   z   anteny   wystawionej   nad   powierzchnię   morza   popłynęło   w   świat   następujące 

oświadczenie:

Ostatecznie doszliśmy do końca Czwartej Epoki Międzylodowcowej i wstąpiliśmy w nową 

erę geologiczną, musimy jednak uniknąć nieprzemyślanego działania i paniki.

Rząd,   działając   w   ścisłej   tajemnicy,   stworzył   człowieka   żyjącego   w   wodzie,   rozwijał   też 

podwodne   kolonie,   aby   odtąd   móc   utrzymywać   międzynarodowe   stosunki   na   korzystnych 

warunkach. Dziś istnieje już osiem podmorskich miast zamieszkanych przez ponad trzysta tysięcy 

akwanów.

Akwani są szczęśliwi i posłuszni, przyrzekli też nieść wszelką pomoc w związku z katastrofą. 

Wkrótce dotrą do was środki ratunkowe, prawie wszystkie będą wysłane z dna morza.

Japonia zgłosiła prawa do obszarów morskich określonych w odrębnym piśmie.

Na   zakończenie   oświadczamy,   że   w   stosunku   do   matek   mających   dzieci   akwanów 

przewiduje się specjalną dostawę środków zaopatrzenia. Proszę czekać na odrębne ogłoszenie, które 

wkrótce nastąpi.

(Część audycji dotycząca specjalnych racji cieszyła się dużym zainteresowaniem, ponieważ zdecydowana 

większość matek nabyła już ten przywilej).

Za budynkiem rządowym stały obok siebie jeszcze trzy trochę mniejsze budowle o podobnym kształcie. 

Były to bardzo pomysłowo skonstruowane domy mieszkalne wyposażone nawet w helikoptery umieszczone na 

dachach.   W   rozległym   ogrodzie   otoczonym   kolczastym   drutem,   który   miał   za   zadanie   nie   dopuścić   na   teren 

akwariów,   znajdowały   się   doliny,   rafy   koralowe,   różnobarwne   gaje   roślin   wodnych.   Mieszkali   tu   ludzie 

oddychający   powietrzem,   którzy   w   pogodne   dni,   jeśli   nie   zajmowali   się   chwytaniem   owadów,   to   zakładali 

akwalungi i wpatrywali  się w pulsujące przez fale promienie słońca, jakby przez szczeliny w matowym  szkle. 

Niektóre   rodziny   wychodziły   na   wycieczki   z   automatycznymi   harpunami.   Wynajęcie   pokoju   było   bardzo 

kosztowne, więc bez rządowej pomocy nie sposób było dostać mieszkanie. Oznacza to więc, że nie każdy, kto tylko 

wyraził życzenie, mógł tutaj zamieszkać.

Poza tym na lądzie można było jakoś przeżyć. Pracowały jeszcze elektrownie, fabryki, funkcjonowały ulice 

handlowe. Mimo wciąż zbliżającej się linii brzegowej i postępującej inflacji, zwykli ludzie mieszkali na lądzie. 

Naturalnie, było coraz trudniej żyć, więc wielu pracowało jako brygadierzy na farmach podwodnych i dzięki temu 

mogło   jakoś   związać   koniec   z   końcem.   Dziwny   ruch   zrodził   się   wśród   matek   na   lądzie,   a   jego   celem   było 

utrzymywanie bliskich kontaktów z własnymi dziećmi. Akwani jednak nie byli w stanie zrozumieć takich pragnień, 

więc nawet nie starali się odpowiedzieć na życzenia matek. Rząd udawał, że nie dostrzega problemu. Powstały 

jednak prywatne przedsiębiorstwa organizujące zbiorowe wycieczki pod morze i czerpały z tego niemałe zyski.

Zdarzył się wypadek: jakieś dziecko w akwalungu wystrzeliło z harpuna przez płot i zabiło akwana. Rząd 

background image

oświadczył,   że  nie   ma  podstaw   prawnych   do   rozstrzygnięcia   tego   wypadku,   co   rozgniewało   akwanów.   Część 

zareagowała strajkiem. Chcąc nie chcąc, rząd musiał przyznać równość wobec prawa akwanom. W ten sposób spór 

został rozstrzygnięty, ale odtąd stosunki między obu stronami zmieniły się radykalnie. Po kilku latach do rządu 

dopuszczono także rekrutujących się spośród akwanów specjalistów z dziedziny prawa, handlu i inżynierii.

Wraz z upływem lat wzmogło się tempo podnoszenia się poziomu wody. Ludzie nadal przenosili się na 

wyżej położone tereny i w ten sposób wyzbyli się nawyku życia osiadłego. Nie było już kolei ani elektrowni. Ludzie 

żyli bez celu, z jałmużny dawanej przez akwanów. Na niektórych brzegach ktoś przedsiębiorczy zainstalował wodne 

teleskopy, umożliwiające oglądanie życia w morzu. To był pomysł. Znudzeni ludzie zużywali nędzne zarobki na 

oglądanie swych dzieci i wnuków.

Kilka lat później nawet teleskopy pordzewiały na dnie morza.

- Co więc się stało z innymi? Z tymi, do których za ogrodzenie nie wolno było wchodzić akwanom?

- Mieszkali tam cały czas.

- Bezpiecznie?

-   Tak,   bezpiecznie,   lecz   strażnicy   z   harpunami   nie   nosili   już   akwalungów.   Zresztą   zastąpiono   ich 

strażnikami   wywodzącymi   się   spośród   akwanów.   Po   prostu   akwani   zdecydowali   się   zachować   oddychających 

powietrzem jako cennych potomków rodzaju ludzkiego.

- Czy to już wystarczy, Tomoyasu-san?

- Taak, tak czy owak w tym czasie ja też już umrę.

W końcu akwani wyłonili własny rząd, który został uznany przez opinię międzynarodową. Co więcej, w 

wielu krajach zdecydowano się pójść ich śladem i obrać drogę akwanów.

Lecz jedna rzecz martwiła akwanów. A mianowicie, pojawiła się dziwna choroba. Zdarzał się, co prawda, 

tylko jeden przypadek na kilkadziesiąt tysięcy osobników. Najprawdopodobniej choroba była dziedziczna. Możliwe, 

że wywodziła się z funkcjonowania gruczołów wydzielania zewnętrznego pierwszego pokolenia Iririego. Urzędowo 

nazwano ją chorobą lądową. Kiedy wykrywano ją u kogokolwiek, zalecano leczenie operacyjne.

36

- Przecież mówiłem! - krzyknąłem ze złośliwym tryumfem.

- Co takiego?

- Teraz na nich kolej, niech cierpią z powodu lądu!

Nikt nie odpowiedział. Bez rozglądania się wokół siebie, mogłem odczytać jak na dłoni miny zebranych 

przy mnie. Nawet  podniecona Wada ściągnęła wargi  w trąbkę, udając, że tym  razem już przekroczyła  granicę 

miłości i nienawiści. I prawdę mówiąc, na nic by teraz się nie zdały moje złośliwości.

- Jest to tak odległe i niepojęte, że można stracić zmysły... - powiedział szeptem ktoś stojący za mną. 

Chyba   Yamamoto.   Naprawdę   daleko...   Ta   przyszłość   jest   tak   odległa,   jak   zamierzchła   starożytność...   Nagle 

zadrżałem. Powietrze, które wypuszczałem, cofnęło się i utknęło w gardle, wywołując pisk podobny do dźwięku 

background image

pękniętego fletu.

Widocznie wszystkie materiały zostały zebrane i przedstawione mi. Ale co miałem z nimi zrobić? Czy 

powinienem   udawać,   że   godzę   się   na   taką   przyszłość,   czekając   na   okazję   ucieczki   i   możliwość   rozgłoszenia 

wszystkiego publicznie? Jeśli w sprawiedliwości była jakaś moralna wartość, należało tak postąpić. W przeciwnym 

wypadku może powinienem odważnie przyznać, że jestem wrogiem przyszłości i szykować się na śmierć? Tak 

powinienem   chyba   zrobić,   jeśli   honor   jeszcze   coś   znaczy.   Jeśli   nie   wierzyłem   w   przyszłość,   powinienem 

zaakceptować pierwszą alternatywę, jeśli wierzyłem, to tę drugą...

Gdybym   powiedział,   że   się   wahałem,   nie   byłbym   ścisły.   Możliwe,   że   tylko   wmawiałem   sobie,   iż 

powinienem się wahać. Prawdopodobnie nie podejmę żadnej decyzji i bez wątpienia zostanę zabity i wyrzucony na 

śmietnik. Najgorsze, że nie potrafiłem już w nic wierzyć. Wydało mi się, że stałem się zupełnie bezwartościowy i 

zasługuję na nazwę śmiecia. Prawdopodobnie maszyna naprawdę dokładnie wszystko przewidziała...

Miałem wrażenie, że w duszy rozmawiam sam ze sobą, lecz nagle myśl moja zmieniła się w słowa.

- Czy można tak całkowicie wierzyć w nieomylność maszyny?

- Jednak w dalszym  ciągu  pan myśli  tak jak przedtem, prawda?  - W glosie Tanomogiego  zdumienie 

mieszało się ze współczuciem.

- Słuchaj, istnieje chyba możliwość błędu, prawda? Im przyszłość jest bardziej odległa, tym błąd może być 

większy... Gdyby tylko jeszcze chodziło o błąd... A kto zagwarantuje, że to wszystko nie jest fantazją maszyny? 

Mogła wszystko wymyślić, zmieniając to, co okazało się dla niej niezrozumiałe, a inne dane upraszczając po to, by 

rezultat okazał się prawdopodobny. W końcu gdyby pojawił się jakiś twór z trojgiem oczu, maszyna automatycznie 

poprawiłaby na dwoje...

-   To   jest   zgodne   z   prognozą.   Gdy   pan   w   pewnym   momencie   zacznie   wątpić   w   zdolność   maszyny, 

wówczas... - Dalszy ciąg zdania zagłuszył kaszel.

- Wcale nie twierdzę, że wątpię. Czy powątpiewanie i absolutna akceptacja to jedyne możliwe postawy? 

Chodzi mi tylko o to, że jakaś inna przyszłość...

- Inna przyszłość?

- Zachowujecie się tak, jakbyście byli dobroczyńcami dla akwanów, ale czy rzeczywiście ludzie-ryby w 

przyszłości podziękują wam, jak się spodziewacie? Raczej śmiertelnie was znienawidzą.

- Świnia się nie rozgniewa, gdy nazwie się ją świnią.

Nagle w całym ciele poczułem znużenie i odrętwienie, więc zamilkłem. Miałem wrażenie, że patrząc na 

gwiazdy, widzę bezkresną przestrzeń wszechświata i zbiera mi się na płacz. Nie była to ani rozpacz, ani przeczucie, 

a raczej równowaga między ograniczonością myśli i bezsilnością ciała.

- Ale - odezwałem się, szukając na ślepo słów - co się stało z moim dzieckiem?

- Jest bezpieczne - odpowiedziała łagodnie Wada, jakby z daleka. - To nasz prezent dla pana, profesorze. 

To wszystko, co mogliśmy zrobić.

37

Po tym wszystkim maszyna opowiedziała następującą historię:

background image

Pewien chłopiec pracował  jako uczeń na podwodnych  polach naftowych.  Pewnego razu, gdy pomagał 

reperować wieżę radiową należącą do przedsiębiorstwa naftowego, która unosiła się na morzu w plastykowej łodzi, 

bez  większego  zastanowienia wyskoczył  na powierzchnię. A trzeba  dodać,  że nie miał na sobie kombinezonu 

nadwodnego. (Jest to ubranie używane przez akwanów do pracy nad wodą, zaopatrzone w aparat doprowadzający 

świeżą wodę morską do skrzeli). Od tego czasu nie mógł zapomnieć cudownego wrażenia, jakiego wtedy doznał. 

Opuszczanie   wody   było   ściśle   zabronione   przez   administrację   urzędu   zdrowia.   Jeśli   wykryto   tego   rodzaju 

wykroczenie, surowo za nie karano. Dlatego chłopiec nikomu nic nie powiedział, zachował wszystko w tajemnicy.

Wiatr widocznie porwał coś z jego skóry, gdyż chłopiec nie mógł zapomnieć owego uczucia niepokoju. 

Ulegał ustawicznej pokusie, oddalał się od swego miasta i odpływał daleko, gdy tylko nadarzała się okazja. Zawsze 

udawał się w tę samą stronę, a mianowicie ku wyżynie, która dawno temu była ponoć lądem. W tym miejscu w 

czasie przypływu i odpływu pojawiał się szybki strumień wody. Tworzyły się wiry, unosiły z dna morza w górę 

masy mułu, które mąciły wodę, to znów ukazywały się jakby ruchome skały,  zmieniające  się w ściany mgły. 

Widząc to wszystko, chłopiec wyobrażał sobie chmury nad lądem. Oczywiście, nawet teraz są chmury na niebie: w 

czasie zajęć szkolnych z przyrody oglądał je na filmie. Lecz obecnie chmury są monotonne. Dawniej, gdy wielkie 

lądy pokrywały Ziemię, chmury przybierały najrozmaitsze kształty pod wpływem bogatej konfiguracji lądów. Niebo 

kryło się za bajecznymi, jakby wziętymi ze snów, zwałami chmur. Ciekawe, z jakimi uczuciami patrzyli na nie 

dawni mieszkańcy Ziemi?

Oczywiście, mieszkańcy lądów nie wydawali się chłopcu niezwykli. Zawsze kiedy chciał, mógł pójść do 

muzeum i obejrzeć komorę powietrzną, a w niej, pośród mebli domowych, które - jak mówiono - pochodziły z 

dawnych czasów, zobaczyć ludzi poruszających się nieporadnie i pełzających po podłodze, przypominających raczej 

otępiałe i pozbawione życia zwierzęta. Mieli oni wypiętą, nie dopasowaną do reszty, górną część ciała, z powodu 

powietrznego pojemnika zwanego płucami. Były to ułomne stworzenia, które muszą posługiwać się dziwacznymi 

sprzętami, zwanymi krzesłami, po to, aby utrzymać zwykłą postawę. Nie potrafił nawet wyobrazić sobie takiego 

życia.   Podczas   zajęć   ze   sztuki   uczono   go,   że   dawna   sztuka   ludzi   lądowych   -   terranów   -   była   niedojrzała, 

prymitywna.

Na przykład muzyka to - zgodnie z definicją - sztuka drgań. Drgania fal wodnych o różnej długości otulają 

skórę całego ciała. W wypadku terranów w grę wchodzą tylko wibracje powietrza. Przy tym drgania te mogą być 

rozpoznawane tylko przez bardzo mały, szczególny organ, zwany błoną bębenkową. Dlatego - jak mówiono - była 

to muzyka monotonna, o niewielkim zróżnicowaniu...

Gdy patrzyło się na terranów w muzeum, można było odnieść takie wrażenie. Lecz nikt nie potrafił sobie 

wyobrazić   jedynie   na   podstawie   przypuszczeń,   czym   w   rzeczywistości   była   ich   muzyka.   A   może   istniał   tam 

specjalny świat, zupełnie odmienny od tego, jaki wyobrażano sobie z pozycji podwodnej? Łatwo zmieniające się, 

lekkie powietrze... Tańczące po niebie chmury o wszelkich możliwych kształtach... świat bajecznych snów, świat 

nierealny...

W książkach historycznych pisano o tym, jak to na tej wyniszczonej i przepełnionej cierpieniami Ziemi 

pokryci   ranami   przodkowie   akwanów   dzielnie   walczyli   do   końca.   Z   perspektywy   czasu   można   uznać,   że   ich 

również cechował frontier spirit. Mimo konserwatyzmu mieli odwagę wbić skalpel we własne ciało, by zamienić się 

w akwanów. Niezależnie od motywów, jakimi się kierowali; należy im się wdzięczność i szacunek za odwagę, która 

zrodziła nasze istnienie.

Czyż można wyczuć taką odwagę i rozmach, patrząc dziś na terranów znajdujących się w muzeum? Uczeni 

background image

orzekli, że ich niski stopień rozwoju jest raczej atrofią, która nastąpiła wskutek utraty podmiotowej roli. Chociaż 

myślę, że tak mogło być, uważamy że nie można wykluczyć, iż ukryło się w nich coś niepojętego również dla nich 

samych. Co więcej, czy to możliwe, by nic innego nie posiadali prócz  frontier spirit? Chłopiec nie analizował 

problemu precyzyjnie, ale odkąd owiał go wiatr, czuł się wprost oczarowany tym światem przeszłości, który jeszcze 

funkcjonował za ścianą powietrza. Studia nad formami życia epoki lądowej osiągnęły dość wysoki poziom. Nawet 

w   podręcznikach   dla   szkół   podstawowych   poświęcano   dość   dużo   miejsca   epoce   lądowej.   Natomiast   o   życiu 

wewnętrznym ludzi nie można było wywnioskować przez zwykłą analogię, ponieważ zachodziła duża rozbieżność 

w życiu umysłowym akwanów i terranów. Należy też wziąć pod uwagę szczególnie niekorzystny wpływ choroby 

lądowej, która mogła być tylko rodzajem wrodzonej choroby umysłowej. Historia życia wodnego była jednak krótka 

i w kierowaniu społecznością akwanów nadal występowały elementy działania opartego na zasadzie prób i błędów, 

dlatego też choroba ta miała wciąż zdolność szerzenia się i zarażania umysłów. Właśnie ta obawa powodowała, że 

niezbyt entuzjastycznie zajmowano się tą gałęzią nauki. Pokusa złamania tabu tym bardziej rozbudzała uczucia 

młodzieży.

Nim chłopiec zdał sobie z tego sprawę, codziennie, po skończonej pracy,  odbywał  dalekie, potajemne 

wycieczki. Jeździł na skuterze wodnym, poszukując śladów lądowego życia ludzi tak daleko, jak tylko czas mu 

pozwalał, musiał bowiem zdążyć przed zamknięciem internatu, w którym mieszkał. Przejeżdżał nad podwodnym 

pastwiskiem rozciągającym się na dnie pod błękitnymi promieniami, mając nad sobą połyskujące mętne fale, jakby 

oglądane od wewnętrznej strony przez pofalowane szkło, albo też obok obserwatorium atmosfery podtrzymywanego 

na niezliczonych bojach, albo też przecinał pianę bąbelków wypuszczanych przez fabrykę, niczym dym z czynnego 

wulkanu.

Dysponując ograniczonym czasem, nie mógł dotrzeć do szczytu dostatecznie wysokiego, by móc wydostać 

się ponad wodę. W najbliższej okolicy nie było już lądu.

Pewnego dnia chłopiec podszedł do nauczyciela muzyki i zdecydował się go zapytać o to, czy muzykę 

lądową naprawdę można było słyszeć jedynie uszami, czy może raczej przypominała wiatr, a więc dało się również 

wyczuć na skórze. Nauczyciel zdecydowanie potrząsnął głową i zaprzeczył.

- Widzisz, wiatr jest tylko ruchem powietrza, a nie wibracją.

- Czyż nie mówiono, że pieśń płynie z wiatrem?

- Woda przenosi muzykę, ale nie jest muzyką. Nadawanie powietrzu innego znaczenia, niż posiada ono 

jako surowiec przemysłowy jest niedopuszczalnym mistycyzmem.

Lecz  chłopiec usłyszał  w powietrzu o wiele więcej, niż dopuszczał nauczyciel. Trudno więc było mu 

uwierzyć w to, co on mówił. Postanowił upewnić się jeszcze raz samodzielnie, czy wiatr jest, czy nie jest muzyką.

Wkrótce   potem   rozpoczęły   się   trzydniowe   święta.   Chłopiec   wykorzystał   je   na   wycieczkę   statkiem   z 

kolegami, którzy chcieli obejrzeć ruiny. Ich szybka łódź w ciągu zaledwie pół dnia zawiozła ich do wielkich ruin w 

miejscu,   które   kiedyś   nosiło   nazwę   Tokio.   Znajdował   się   tam   dobrze   wyposażony   obóz   wraz   z   kioskami 

sprzedającymi piękne pamiątki, a nawet zoo zwierząt lądowych, które cieszyły się międzynarodowym rozgłosem. 

Niewątpliwie był to bardzo interesujący ośrodek rozrywki. W każdym razie rozganianie ławic ryb pośród szczelin i 

korytarzy w labiryncie ponurego rumowiska, przypominającego ułożone warstwami liczne pudełka, było ciekawą, 

wprost sensacyjną zabawą. Kiedy patrzyło się z góry na miasto, ukazywały się takie dziwne rzeczy, jak pasy zwane 

ulicami, wyglądające niczym rozciągnięta sieć. Można by je nazwać tunelami bez dachu, służącymi do chodzenia. 

Terranie nie mogli rozstawać się z ziemią, musieli używać powierzchni ziemi do chodzenia, więc widocznie tego 

background image

rodzaju środki były im niezbędne. Cóż to za bezsensowne zużycie przestrzeni! Na pierwszy rzut oka wyglądało to 

zabawnie, ale po zastanowieniu się, ten krajobraz przyprawiał o wzruszenie. Ślady walki ich przodków ze ścianą, 

jaką była powierzchnia ziemi... Wysiłek i różnego rodzaju pomysły służące choćby częściowemu zmniejszeniu wagi 

ciała i przeciwstawienie się przyciąganiu ziemskiemu... Tam nawet plastykowe pudełko wypełnione powietrzem 

spadało z góry na dół... Podział ziemi, rozdrapywanie jej między siebie... W tym to okresie ludzie podpierając się na 

dwu cienkich nogach, wprawiali ciała w ruch po ziemi.. Susza, wiatr... gdzie nawet woda, zamieniona w krople 

zwane deszczem, spadała z góry na dół... Pusta przestrzeń...

Chłopiec nie miał jednak czasu na podziwianie takich cudów. Podziwianie i ciekawość pozostawił swym 

naiwnym jeszcze kolegom i zgodnie z planem zaczął płynąć samotnie, kierując się w głąb lądu. Gdyby płynął cały 

dzień w stronę północno-zachodnią, powinien dotrzeć do pozostałości owego lądu, o którym uczył się na lekcji 

geografii. Stopniowo słońce chyliło się ku horyzontowi i nastąpił moment, w którym fale błyszczały najpiękniej. Im 

dalej, tym krajobraz stawał się ciemniejszy i bardziej monotonny. W tym pasie, świeżo przyłączonym do morza, 

cienie śmierci wydawały się czaić wszędzie.

Oglądając  się do tyłu,  mógł  jeszcze zobaczyć  nad ruinami  “Tokio" światła teleskopowych  iluminacji, 

unoszące się niby fluoryzujące ryby. Nagle ogarnął go lęk, przez chwilę się zastanowił, czy nie powinien wrócić, 

lecz wbrew rozsądkowi nogi same kierowały go w przeciwną stronę.

Chłopiec płynął i płynął. Mijał coraz ostrzejsze nierówności, wystające skały i głębokie parowy, szkielety 

lądowych roślin sterczące niby kolce i wątłe białe plamy skupione na szczycie wzgórza... Może to kości zwierząt 

lądowych, które pomarły stłoczone w jednym miejscu, zapędzone tu przez podchodzące morze.

Chłopiec płynął całą noc. Trzykrotnie odpoczywał, posilał się słodką galaretką, którą zabrał ze sobą, i 

schwytanymi rybami. Ponieważ dotychczas nigdy nie pływał dłużej niż piętnaście minut bez skutera, był teraz tak 

zmęczony, że prawie stracił czucie w nogach i rękach. Mimo to płynął, a gdy w końcu nadszedł świt, dotarł do 

upragnionego   celu:   tu   ziemia   uniosła   się   i   przecięła   powierzchnię   morza.   Była   to   tylko   wysepka   o   zaledwie 

półkilometrowym obwodzie, wystająca tylko nieznacznie nad powierzchnię wody...

Resztkami   sil   chłopiec   wpełzł   na   ląd.   Wyobrażał   sobie,   że   aby   usłyszeć   muzykę   wiatru,   powinien 

wyprostować się i stanąć na lądzie, lecz nie był w stanie się poruszyć, leżał bezwładnie na ziemi, jak gdyby jego 

ciało nagle wchłonęło ciężar świata. Mógł jedynie poruszać jednym palcem. Poza tym oddychanie sprawiało mu 

ból,   czuł   się   tak,   jakby   w   czasie   zapasów   dostał   nieregulaminowy   cios   w   skrzela.   Zakładając,   że   również   w 

powietrzu znajdował się tlen, nie przejmował się tym specjalnie.

Wiał upragniony wiatr. Obmywał mu zwłaszcza oczy i jakby w odpowiedzi coś z oczu zaczęło płynąć. Był 

szczęśliwy. Może to były łzy, pomyślał, i zdał sobie sprawę z tego, że to jest lądowa choroba. Już nie próbował się 

poruszyć.

Wkrótce przestał oddychać.

Upłynęło jeszcze wiele dni i nocy, gdy morze pochłonęło również i tę wysepkę, a martwe ciało porwał prąd 

morski i uniósł w nieznane.

Teraz ja pomyślałem, czy jeszcze mogę unieść palec. Nie, przypuszczalnie nie mogę. Podobnie jak palec 

tego akwana, który wypełznął na ląd, mój również był ciężki jak ołów.

W dali rozległ się gwizd pociągu. Z dudnieniem przejechał samochód ciężarowy.  Ktoś cicho zakasłał. 

background image

Kilka razy zadrżały ramy okienne, zadźwięczały szyby. To chyba zerwał się wiatr. I wtedy za drzwiami rozległy się 

zbliżające się kroki owego mistrzowskiego skrytobójcy, którego jakby przyssane do podłogi buty na gumowych 

podeszwach powodowały charakterystyczny szelest. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć... A poza tym czy człowiek - 

tylko dlatego, że istnieje - już musi brać na siebie jakieś obowiązki? Myślę, że w zasadzie tak jest. W kłótniach 

między rodzicami a dziećmi zwykle sądzą dzieci... Niezależnie od intencji, to chyba twórca jest sądzony przez 

stworzonego - takie są reguły tej rzeczywistości.

Kroki zatrzymują się przed drzwiami.

Postscriptum

Spór o to, czy przyszłość jest pozytywna, czy negatywna, jest znany od dawna. Wiele dzieł literatury 

wyrażało w postaci przyszłości zarówno pozytywny, jak i negatywny obraz świata.

Lecz ja nie przyjąłem ani jednej, ani drugiej postawy. Nękały mnie poważne wątpliwości, czy ktokolwiek 

ma   prawo   osądzać   przyszłość   i   ją   wartościować.   Uznałem,   że  jeśli   ktoś   nie   ma   prawa   zanegować   określonej 

przyszłości, to tym bardziej nie ma prawa jej afirmować.

Prawdziwa   przyszłość   pojawi   się   jako   “rzecz"   po   drugiej   stronie   przepaści,   która   dzieli   ją   od 

współczesnego systemu ocen. Na przykład co pomyślałby człowiek z okresu Muromachi, gdyby nagle ożył i ujrzał 

teraźniejszość? Czy współczesność jest piekłem, czy też rajem? Cokolwiek by pomyślał, tylko jedno byłoby pewne, 

że on nie ma już żadnego prawa do wydawania jakichkolwiek ocen. To współczesność, a nie on, ocenia i decyduje.

Dlatego ja też uznałem, że przedmiotem mojego osądu nie powinna być przyszłość, lecz przeciwnie, musi 

być teraźniejszość. Zatem taka przyszłość nie jest utopią ani piekłem, nie może też być obiektem snobistycznej 

ciekawości. Krótko mówiąc, jest chyba po prostu niczym innym jak pewnym społeczeństwem przyszłości, które 

prawdopodobnie osiągnie znacznie wyższy poziom niż współczesne. Nie ma zresztą większego znaczenia, poza 

odrobiną   goryczy   w   oczach   tych,   którzy   są   pogrążeni   w   przeżywaniu   mikroskopijnej   ciągłości,   zwanej 

codziennością czasu współczesnego.

Przyszłość wydaje werdykt “winny"  na to poczucie ciągłości zwyczajnego życia. Właśnie ten problem 

traktuję jako szczególnie ważny w tych krytycznych czasach i decyduję się uchwycić tę postać przyszłości, która 

wtargnęła we współczesność jako strona sądząca. Nasze poczucie ciągłości musi umrzeć w momencie, gdy ujrzy 

przyszłość.   Aby   zrozumieć   przyszłość,   nie   wystarczy   po   prostu   żyć   w   teraźniejszości.   Musimy   jasno   sobie 

uświadomić, że największa wina kryje się właśnie w tym zwyczajnym porządku, który nazywamy codziennością.

Prawdopodobnie   nie  istnieje  coś  takiego  jak  okrutna  przyszłość.  Jest   okrutna  dlatego,   że właśnie  jest 

przyszłością.   Odpowiedzialność   za  okrucieństwo   spoczywa   jednak   na   teraźniejszości,   niezdolnej   zaakceptować 

przepaści dzielącej od przyszłości.

Ta   powieść   ukazywała   się   w   dziewięciu   odcinkach   na   łamach   miesięcznika   “Sekai".   W   ciągu   tych 

dziewięciu miesięcy zadręczałem się świadomością okrucieństwa tej przepaści rozumianej jako zerwanie ciągłości. I 

zrozumiałem, że nie można całkowicie uciec od okrucieństwa.

Czytelnik   ma   swobodę   wyboru.   Może   w   powieści   odnaleźć   zarówno   nadzieję,   jak   i   rozczarowanie. 

Jakiegokolwiek wyboru dokona, i tak chyba nie będzie mógł uniknął konfrontacji z okrucieństwem przyszłości. Jeśli 

background image

ktoś uniknie tej bolesnej próby, na przykład wyznając filozofię nadziei i wiary w przyszłość, to i tak jego nadzieja 

pozostanie pobożnym życzeniem.

Zastanówmy się, czy nie toniemy zbyt głęboko w powodzi nadziei i rozczarowań, ocen subiektywnych, 

podejmowanych ze względu na poczucie codziennej ciągłości?

Powieść kończy się śmiercią  tego  poczucia ciągłości,  lecz nie przynosi  zrozumienia istoty rzeczy ani 

żadnego rozwiązania. Na pewno pogrąży czytelnika w tysiącu kłębiących się wątpliwości.

Jest  wiele spraw, których  ja też  jeszcze nie rozumiem. Na  przykład:  jaką właściwie  postawę zajmuje 

asystent Tanomogi? Czy jest po prostu reprezentantem jakiegoś kapitalisty? Czy też rewolucjonistą działającym na 

rozkaz społeczności akwanów, przekazywanym za pomocą maszyny prognostycznej? Albo może jest reformistą, 

któremu przyświeca intencja manipulowania kapitalistami, czyniącymi dobro, choć chcą czynić zło? Niepewność 

towarzyszyła mi przez cały czas, gdy pisałem. Zresztą nadal nie mam wyrobionego zdania. Nie mogę się pozbyć tej 

jednej wątpliwości.

W zasadzie zrealizowałem cel napisania tej powieści, jeśli tylko udało mi się przybliżyć  czytelnikowi 

konfrontację   z   okrucieństwem   przyszłości,   jeśli   wywołałem   ból   i   napięcie   i   w   ten   sposób   doprowadziłem   do 

wewnętrznego dialogu.

Zatem gdy podniesiesz oczy znad tej książki, będziesz miał przed sobą własną rzeczywistość i być może 

poczujesz   się   zaskoczony...   Parafrazując   doktora   Katsumiego,   najstraszniejszą   bowiem   rzeczą   na   świecie   jest 

odkrycie stanu wyjątkowego objawiającego się pośród najbliższych sobie spraw i rzeczy.

Abe Kôbô

Czerwiec 1959


Document Outline