background image

Ryszard Kapuściński

JESZCZE 

DZIEŃ 

ŻYCIA

SKAN OSIOL.COM

SPIS TREŚCI

Zamykamy miasto

 

        

 

 

Sceny frontowe

 

    

   

Depesze

 

     

   

ABC

 

    

background image

 

1. Jesteśmy ludźmi 
40. Kiedy strach nadejdzie, sen rzadko się zjawia 
53. Nie wszystko wszyscy możemy 
71. Żeglarz opowiada o wiatrach, rolnik o wołach, żołnierz wylicza rany 
154. Dopóki oddycham, mam nadzieję 
187. Życie jest czuwaniem 
303. Nie ma życia w wojnie 
322. Człowiek człowiekowi wilkiem 
326. W ogrodach Bellony rodzą się nasiona śmierci 
336. Zawsze niepewne są wyniki bitew 338. Dwa razy zwycięża, kto  
siebie zwycięża
w zwycięstwie 
340.   Umiesz   zwyciężać,   Hannibalu,   nie   umiesz   zwycięstwa  
wykorzystać!
344.   Jedynym   ocaleniem   dla   zwyciężonych   -   nie   spodziewać   się 
ocalenia
345. Zwyciężeni zwyciężyliśmy
349. Kim był ten, kto pierwszy wydobył straszne miecze?

„VERTE",   łacińskie   przysłowia,   sentencje   i   ulotne   słowa   zebrał,   ułożył, 
przetłumaczył i opracował Stefan Staszczyk przy udziale Karola Jawińskiego, 
PZWS, Warszawa 1959

background image

Zamykamy miasto

Trzy miesiące mieszkałem w Luandzie, w hotelu „Ti-voli". Z okna miałem widok na 
zatokę   i   port.   Przy   nabrzeżach   stało   kilka   statków   handlowych   europejskich   linii 
oceanicznych.   Ich   kapitanowie   utrzymywali   łączność   radiową   z   Europą   i   mogli 
wiedzieć o tym, co stanie się w Angoli, lepiej i więcej niż my, zamknięci w oblężonym 
mieście. Kiedy po świecie rozchodziła się wiadomość, że zbliża się bitwa o Luandę, 
statki odpływały w głąb morza i zatrzymywały się na granicy horyzontu. Razem z nimi 
oddalała   się   ostatnia   nadzieja   na   ratunek,   ponieważ   ucieczka   drogą   lądową   była 
niemożliwa, a powtarzała się pogłoska, że w każdej chwili nieprzyjaciel zbombarduje 
i   unieruchomi   lotnisko.   Potem   okazywało   się,   że   termin   ataku   na   Luandę   został 
przesunięty i flota wracała do zatoki w nie kończącym się oczekiwaniu na ładunek 
kawy i bawełny.
Ruch tych statków był dla mnie ważnym źródłem informacji. Kiedy pustoszała zatoka, 
zaczynałem przygotowywać się na najgorsze. Nasłuchiwałem, czy nie zbliżają się 
odgłosy kanonady artyleryjskiej. Zastanawiałem się, czy nie ma aby prawdy w tym, 
co   szeptali   między   sobą   Portugalczycy,   że   w   mieście   ukrywa   się   dwa   tysiące 
żołnierzy Holdena  Roberto, którzy  czekają tylko na rozkaz  rozpoczęcia rzezi.  Ale 
wśród tych niepokojów statki znowu wpływały do zatoki. Nie znanych mi marynarzy 
witałem w myślach jak zbawców: na jakiś czas zapowiadała się cisza.
W sąsiednim pokoju mieszkało dwoje starych ludzi -don Silva, handlarz diamentów, i 
jego żona - dona Esme-ralda, która umierała na raka. Dożywała ostatnich dni bez 
pomocy i ratunku, ponieważ zamknięto już szpitale, a lekarze wyjechali. Jej ciało 
ginęło w stercie poduszek, poskręcane z bólu. Bałem się tam wstępować. Kiedyś 
wszedłem i spytałem, czy nie przeszkadza jej, że nocami stukam na maszynie. Jej 
myśl wydostała się z bólu na moment, na tyle tylko, by powiedzieć:
-Nie, Ricardo, mnie już nic nie może przeszkodzić, żeby dojść do końca.
Don Silva godzinami chodził po korytarzu. Kłócił się z wszystkimi, wyzywał świat, 
kark pęczniał mu od złej krwi. Krzyczał nawet na czarnych, choć już w tym czasie 
wszyscy traktowali ich grzecznie, a jeden z naszych sąsiadów nabrał nawet takiego 
zwyczaju, że zatrzymywał zupełnie nieznanych Afrykańczyków, podawał im rękę i 
kłaniał   się   uniżenie.   Tamci   myśleli,   że   wojna   pomieszała   mu   zmysły   i   odchodzili 
pospiesznie. Don Silva czekał na przyjście Holdena Roberto i wypytywał mnie, czy 
wiem   coś   na   ten   temat.   Widok   odpływających   statków   napełniał   go   największą 
radością.   Zacierał   ręce,   prostował   się   w  krzyżu,  pokazywał   sztuczne   zęby.   Mimo 
przygniatających upałów chodził zawsze w ciepłym ubraniu. W fałdy garnituru miał 
powszywane różańce diamentów. Raz w przypływie zadowolenia, kiedy wydawało 
się,   że   FNLA   jest   już   u   wejścia   do   hotelu,   pokazał   mi   garść   przezroczystych 
kamyków, które wyglądały jak drobno potłuczone szkło. Były to diamenty. W hotelu 
mówili, że Silva nosi na sobie pół miliona dolarów. Stary miał serce rozdarte. Chciał 
uciec ze swoim bogactwem, a przykuwała go choroba dony Esmeraldy. Bał się, że 
jeżeli nie wyjedzie natychmiast, ktoś doniesie i odbiorą mu jego skarby. Nigdy nie 
wychodził na ulicę, chciał nawet wprawić dodatkowy zamek, ale
wszyscy fachowcy już wyjechali i w Luandzie nie było człowieka, który by potrafił to 
zrobić.
Naprzeciw   mnie   mieszkała   młoda   para   -   Arturo   i   Maria.   On   był   urzędnikiem 
kolonialnym, a ona spokojną, milczącą blondyną o zamglonych, zmysłowych oczach. 
Czekali   na   wyjazd,   ale   najpierw   musieli   wymienić   pieniądze   angolańskie   na 
portugalskie, a to trwało tygodniami, bo kolejki do banków były kilometrowe. Nasza 

background image

sprzątaczka,   żwawa,   ciepła   staruszka   -   dona   Cartagina,   doniosła   mi   oburzonym 
szeptem,   że   Arturo   i   Maria   żyjąna   wiarę.   To   znaczy,   żyjąjak   Murzyni,   jak   ci 
bezbożnicy   z   MPLA.   W   jej   skali   wartości   był   to   najniższy   stopień   degradacji   i 
pohańbienie białego człowieka. Dona Cartagina też czekała na przyjście Holdena 
Roberto. Nie wiedziała, gdzie sąjego wojska, i pytała mnie skrycie o nowiny. Pytała 
także,   czy   dobrze   piszę   o   FNLA.   Mówiłem,   że   tak,   że   entuzjastycznie.   Z 
wdzięczności sprzątała mi zawsze pokój na najwyższy połysk, a kiedy w mieście nie 
było co pić, przynosiła mi - nie wiadomo skąd - butelkę wody.
Maria   traktowała   mnie   jak   człowieka,   który   przygotowuje   się   do   samobójstwa, 
ponieważ powiedziałem jej, że zostaję w Luandzie do dnia niepodległości Angoli, do 
11   listopada.   Jej   zdaniem   do   tego   czasu   z   miasta   nie   pozostanie   kamień   na 
kamieniu. Wszyscy zginą i powstanie tu wielkie cmentarzysko, zamieszkane przez 
sępy i hieny. Radziła mi, żebym szybko wyjeżdżał. Zrobiłem z nią zakład o butelkę 
wina, że przetrwam i że spotkamy się w Lizbonie, w eleganckim hotelu „Altis" 15 
listopada,   o   siedemnastej.   Spóźniłem   się   na   to   spotkanie,   ale   w   recepcji   Maria 
zostawiła mi kartkę, że czekała i że następnego dnia wyjeżdżają z Arturo do Brazylii.
Cały hotel „Tivoli" był zapchany po brzegi i przypominał nasze dworce tuż po wojnie, 
wyładowane tłu-
mem,   na  przemian   nerwowym  i   apatycznym,   oraz  stertami  byle  jak  powiązanych 
tłumoków.   Wszędzie   pachniało   źle,   kwaśno,   budynek   wypełniała   lepka,   dławiąca 
duchota.   Ludzie   pocili   się   z   gorąca   i   ze   strachu.   Panował   nastrój   apokalipsy, 
wyczekiwania   na   moment   zagłady.   Ktoś   przyniósł   wiadomość,   że   w   nocy 
zbombardują miasto. Ktoś inny dowiedział się, że w swoich dzielnicach czarni ostrzą 
noże i chcą je próbować na portugalskich gardłach. Lada moment miało wybuchnąć 
powstanie. Jakie powstanie? - dopytywałem  się, żeby napisać o tym do Warszawy. 
Nikt nie wiedział dokładnie. Po prostu - powstanie, a co za powstanie, to się okaże, 
jak wybuchnie.
Plotka wycieńczała wszystkich, targała nerwy, odbierała zdolność myślenia. Miasto 
żyło w atmosferze histerii, dygotało z lęku. Ludzie nie wiedzieli, jak poradzić sobie z 
rzeczywistością, która ich teraz otaczała. Jak ją objaśnić, jak oswoić.   Mężczyźni 
gromadzili   się   na   korytarzach   hotelu   i   odbywali   narady   sztabowe.   Przyziemni 
pragmatycy byli za tym, żeby hotel na noc barykadować. Ci, którzy mieli szersze 
horyzonty   i   zdolność   globalnego   spojrzenia   na   świat,   uważali,   że   trzeba   wysłać 
depeszę do ONZ z apelem o interwencję. Ale wszystko, jak to jest w latynoskim 
zwyczaju, kończyło się na dysputach.
Wieczorami latał nad miastem samolot i zrzucał ulotki. Był to samolot pomalowany na 
czarno, bez świateł i znaków. Ulotki mówiły, że wojska Holdena Roberto stoją pod 
Luandą   i   że   wejdą   do   stolicy   choćby   jutro.   Żeby   ułatwić   to   zadanie,   wzywa   się 
ludność do wymordowania wszystkich Rosjan, Węgrów i Polaków, którzy dowodzą 
oddziałami MPLA i są sprawcami całej wojny i wszystkich nieszczęść, jakie spadły na 
umęczony na-
ród. Działo się to we wrześniu, kiedy w całej Angoli byłem jedynym człowiekiem z 
Europy wschodniej. W mieście grasowali bojówkarze  z PIDE, przychodzili do hotelu, 
pytali, kto w nim mieszka. Byli bezkarni, w Lu-andzie nie istniała żadna władza, a oni 
chcieli   mścić   się   za   wszystko,   za   rewolucję   goździków,   za   utraconą   Angolę,   za 
złamane   kariery.   Każde   pukanie   do   drzwi   mogło   być   dla   mnie   złym   sygnałem. 
Starałem się o tym nie myśleć, jest to jedyny sposób na takie sytuacje.
Bojówkarze   zbierali   się   w   nocnym   barze   „Adao",   obok   hotelu.   Było   tam   zawsze 
ciemno, kelnerzy chodzili z latarkami. Właściciel baru, gruby, zniszczony playboy, o 
oczach   przekrwionych,   przesłoniętych   spuchły-mi   powiekami,   wziął   mnie   raz   do 

background image

swojego kantorku. Od podłogi do sufitu ściany były zabudowane półkami, na półkach 
stało dwieście dwadzieścia sześć odmian whisky. Wyciągnął z szuflady biurka dwa 
pistolety i położył je przed sobą.
Zabiję tym dziesięciu komunistów i dopiero będę spokojny, powiedział.
Patrzyłem na niego, uśmiechałem się i czekałem, co zrobi. Przez drzwi słychać było 
muzykę, bojówkarze zabawiali się z pijanymi Mulatkami. Gruby schował pistolety i 
zatrzasnął   szufladę.   Do   dziś   nie   wiem,   dlaczego   zostawił   mnie   w   spokoju.   Może 
należał do ludzi, jakich nieraz spotykałem, którym większą satysfakcję od zabijania 
daje świadomość, że mogliby zabić, a tego nie robią.
Przez   cały   wrzesień   kładłem   się   spać   nie   wiedząc,   co   stanie   się   tej   nocy   i 
następnego   dnia.   Koło   mnie   kręciło   się   kilku   typów,   rozpoznawałem   ich   twarze. 
Spotykaliśmy się ciągle, nie zamieniając słowa. Nie wiedziałem, co robić. Z początku 
postanowiłem   czuwać,   nie   chciałem,   żeby   mnie   zaskoczyli   w   czasie   snu.   Ale   w 
połowie nocy napięcie słabło i zasypiałem w ubraniu, w butach,
na wielkim łóżku pięknie zasłanym przez donę Cartagi-
nę.
MPLA nie mogło mnie obronić: ci ludzie byli daleko, w dzielnicach afrykańskich, albo 
jeszcze dalej - na froncie. Dzielnica europejska, w której mieszkałem, do nich jeszcze 
nie   należała.   Dlatego   lubiłem   jeździć   na   front   -   tam   było   bezpieczniej,   bardziej 
swojsko. Jednakże wyjazdy takie trafiały się rzadko. Nikt, nawet ludzie ze sztabu, nie 
umieli   dokładnie   określić,   gdzie   jest   front.   Nie   było   komunikacji   ani   łączności. 
Samotne, małe oddziały niewprawnych, początkujących partyzantów, zagubione w 
ogromnych, zdradliwych przestrzeniach, poruszały się to tu, to tam, bez planu i myśli. 
Tą wojnę każdy prowadził na swoją rękę, każdy był zdany na siebie.
Codziennie, o dziewiątej wieczorem odzywała się Warszawa. W aparacie teleksu, 
który stał w recepcji, zapalało się światło i maszyna wystukiwała sygnał:
814251 PAP PL DOBRY WIECZÓR PROSIMY NADAWAĆ
albo:
NARESZCIE UDAŁO NAM SIE POŁĄCZYĆ
albo:
CZY COS DZISIAJ DOSTANIEMY? PLS GA GA.
Odpowiadałem:
OK OK MOM SYP
i włączałem taśmę z tekstem depeszy.
Dla mnie godzina dziewiąta była najważniejszą chwilą dnia, była powtarzającym się 
każdego wieczora przeżyciem. Pisałem codziennie, pisałem z pobudek najbardziej 
egoistycznych, przełamywałem wewnętrzny bezwład i depresję, żeby zrobić choćby 
najkrótszą  depeszę  i  utrzymać łączność z Warszawą, bo to  ratowało  mnie przed 
samotnością i poczuciem opuszczenia. Jeżeli miałem czas, warowałem przy teleksie 
na   długo   przed   dziewiątą.   Zapalające   się   światło   wzbudzało   we   mnie   taki   sam 
entuzjazm,   jaki   w   człowieku   zagubionym   na   pustyni   wywołuje   odnalezione   nagle 
źródło.   Starałem   się   na   wszystkie   sposoby   przeciągać   czas   tych   seansów. 
Opisywałem   szczegółowo   wszystkie   bitwy.   Pytałem,   jaka   jest   pogoda   w   kraju,   i 
skarżyłem   się,   że   nie   mam   co   jeść.   Ale   w   końcu   przychodził   moment,   kiedy 
Warszawa odzywała się:
ODBIÓR DOBRY ŁĄCZYMY SIE JUTRO GODZ. 20 00 GMT DZKB BY BY
światło gasło i znowu zostawałem sam.
Luanda ginęła inaczej niż nasze miasta w latach wojny. Nie było nalotów, pacyfikacji, 
burzenia   dzielnicy   za   dzielnicą.   Nie   było   cmentarzy   na   ulicach   i   placach.   Nie 
pamiętam ani jednego pożaru. Miasto umierało tak, jak ginie oaza, w której wyschły 

background image

studnie - pustoszało, zapadało w martwotę, odchodziło w zapomnienie. Ale ta agonia 
nastąpiła później, na razie wszędzie panował gorączkowy ruch. Wszyscy spieszyli 
się, wszyscy wyjeżdżali! Każdy starał się odlecieć najbliższym samolotem do Europy, 
do   Ameryki,   byle   gdzie.   Do   Luandy   ściągali   Portugalczycy   z   całej   Angoli.   Z 
najdalszych zakątków przyjeżdżały karawany samochodów wyładowa-
nych ludźmi i bagażem. Mężczyźni zarośnięci, kobiety wymięte i rozczochrane, dzieci 
brudne i senne. Po drodze uciekinierzy łączyli się w długie kolumny i tak przemierzali 
kraj, bo im większa gromada, tym bezpieczniej. Z początku zajmowali w Luandzie 
hotele, ale potem nie było już miejsc, więc kierowali się prosto na lotnisko. Wokół 
lotniska powstało koczownicze miasto, bez ulic i domów. Ludzie mieszkali pod gołym 
niebem, wiecznie zmoknięci, bo ciągle padały deszcze. Żyli teraz gorzej niż czarni w 
sąsiadującej   z   lotniskiem   dzielnicy   afrykańskiej,   ale   przyjmowali   to   apatycznie,   z 
ponurą rezygnacją, nie wiedząc, kogo przeklinać za swój los. Salazar już nie żył, 
Caetano uciekł do Brazylii, a w Lizbonie rządy ciągle się zmieniały. Wszystkiemu 
winna   była   rewolucja,   bo   przedtem   panował   spokój.   Teraz   rząd   obiecał   czarnym 
wolność,   czarni   pobili   się   między   sobą,   palą   i   mordują.   Oni   nie   są   zdolni   do 
rządzenia.   Czarny   to   tak:   wypić,   a   potem   spać   cały   dzień.   Nawie-sza   na   siebie 
koralików i chodzi zadowolony. Pracować? Tutaj nikt nie pracuje. Oni żyją jak sto lat 
temu. Jak sto, panie? Jak tysiąc! Ja widziałem takich, co żyją jak tysiąc lat temu. A co 
można wiedzieć, jak było tysiąc lat temu? Pewnie, że można, każdy wie, jak było. 
Tego kraju więcej nie będzie. Mobutu weźmie kawałek, ci z południa wezmą kawałek 
i tak się skończy. Żeby tylko zaraz stąd odlecieć. Żeby na to więcej nie patrzeć. Ja tu 
włożyłem   czterdzieści   lat   pracy.   Całą   swoją   krwawicę.   Kto   mi   teraz   zwróci?   Pan 
myśli, że można zacząć życie od nowa?
Ludzie siedzą na tobołkach okryci plastykiem, bo deszcz siąpi, medytują, rozważają 
wszystko.   Czasem   w   tym   porzuconym   tłumie,   który   wegetuje   tutaj   tygodniami, 
wybucha   iskra   buntu.   Kobiety   pobiją   żołnierzy   wyznaczonych   do   pilnowania 
porządku, a mężczyźni usiłują porwać samolot, aby świat dowiedział się, do jakiej
rozpaczy zostali doprowadzeni. Nikt nie wie, kiedy stąd odleci i w jakim kierunku. 
Panuje kosmiczny bałagan. Zorganizować Portugalczyków jest trudno, ponieważ są 
to   zdeklarowani   indywidualiści,   natury,   które   nie   potrafią   żyć   w   ścisku   i   we 
wspólnocie. Pierwszeństwo mają kobiety ciężarne. Dlaczego one? Czyja mam być 
gorsza,   bo   urodziłam   pół   roku   temu?   Dobrze,   pierwszeństwo   mają   ciężarne   i   z 
niemowlętami. Dlaczego one? Czy mam być gorsza, bo mój syn skończył trzy lata? 
Dobrze,   pierwszeństwo   mająkobiety   z   dziećmi.   Tak?   A   ja,   dlatego   że   jestem 
mężczyzną, mam tutaj zginąć? I oto co silniejsi ładują się do samolotu, a kobiety z 
dziećmi kładą się na betonie, pod kołami, tak żeby piloci nie mogli ruszyć, przychodzi 
wojsko, wypędza mężczyzn, każe wsiadać kobietom, one wchodzą po schodkach 
triumfujące, jak oddział zwycięzców do nowo zdobytego miasta.
Dajmy najpierw odlecieć załamanym nerwowo. Doskonale, nie trzeba daleko szukać, 
żeby nie wojna, już dawno byłbym w domu wariatów. A nas pod Carmoną napadł 
oddział dzikusów, wszystko zabrali, pobili, chcieli rozstrzelać. Do dzisiaj jestem cała 
rozdygotana. Oszaleję, jeżeli nie wylecę stąd natychmiast. Moi drodzy, powiem wam 
tylko tyle, że straciłem cały dorobek życia. Poza tym, u nas, w Lumbale, dwóch z 
UNITA trzymało mnie za włosy, a trzeci przystawił mi lufę do samego oka. Uważam, 
że jest to dostateczny powód, żeby postradać zmysły.
Żadne kryterium nie zyskiwało aprobaty ogółu. Zrozpaczony tłum napierał na każdy 
samolot, mijały godziny, nim dało się ustalić, kto wreszcie dostanie miejsce.
Trzeba   przewieźć   pół   miliona   uchodźców   mostem   powietrznym   na   drugi   koniec 
świata.

background image

Wszyscy   wiedzą,   dlaczego   chcą   wyjechać.   Oni   wiedzą,   że   wrzesień   da   się 
przetrwać, ale w październiku
będzie już bardzo źle, a listopada nie przeżyje nikt. Skąd oni to wiedzą? Pan pyta o 
takie rzeczy! Ja tu przeżyłem dwadzieścia osiem lat, ja coś mogą powiedzieć o tym 
kraju. Wie pan, czego się dorobiłem? Starej taksówki, którą zostawiłem tam, na ulicy.
Ludzie   uciekali,   jak   przed   nadciągającą   zarazą,   jak   przed   morowym   powietrzem, 
którego nie widać, ale które zadaje śmierć. Potem przyjdzie wiatr i piasek zasypie 
ślady ostatniego człowieka.
Ty w to wierzysz? pytałem Artura. Arturo nie wierzy, ale jednak woli wyjechać. A 
pani, dono Cartagino, pani w to wierzy? Tak, dona Cartagina jest o tym przekonana. 
Jeżeli   zostaniemy   do   listopada,   to   nas   nie   będzie.   Tu   staruszka   energicznie 
przejeżdża palcem po szyi, na której jej paznokieć pozostawia czerwony ślad.
Różne rzeczy zdarzyły się przedtem, nim miasto zostało zamknięte i skazane na 
śmierć. Jak chory, który w chwilach agonii nagle ożywia się i na moment wracają mu 
siły, tak w końcu września życie w Luandzie nabrało szczególnego wigoru i tempa. 
Chodniki   były   zatłoczone,   na   jezdniach   powstawały   korki.   Ludzie   biegali 
zdenerwowani, spieszyli się, załatwiali tysiące spraw. Byle szybko wynieść się, uciec 
w porę, zanim pierwsza fala morowego powietrza wtargnie do miasta.
Nie chcieli Angoli.
Mieli   dosyć   tego   kraju,   który   miał   być   ich   ziemią   obiecaną,   a   przyniósł   im 
rozczarowanie   i  poniżenie.   Żegnali   swój   afrykański   dom   z   mieszaniną   rozpaczy   i 
wściekłości, żalu i bezsiły, z poczuciem, że odjeżdżają na zawsze. Pragnęli tylko ujść 
z życiem i wywieźć swój dobytek.
Wszyscy   byli   zajęci   budowaniem  skrzyń.   Zwieziono  góry   desek   i  dykty.   Skoczyły 
ceny młotków i gwoździ.
Skrzynie   były   głównym   tematem   rozmów   -jak   je   budować   i   czym   najlepiej 
wzmacniać. Pojawili się samo-zwańczy znawcy - skrzyniarze, domorośli architekci 
skrzyniarstwa, skrzyniarskie style, szkoły i kierunki. Wewnątrz Luandy - zbudowanej 
z betonu i cegły, zaczęło powstawać nowe, drewniane miasto. Chodziłem teraz po 
ulicach jak po  wielkim  placu  budowy.  Potykałem  się o  rozrzucone  deski, gwóźdź 
wystający   z   belki   rozerwał   mi   koszulę.   Niektóre   skrzynie   były   wielkości   letnich 
domków, bo wytworzyła się nagle skrzyniarska skala prestiżu - im kto bogatszy, tym 
większą   budował   skrzynię.   Imponujące   były   skrzynie   milionerów   —   belkowane   i 
wybite od wewnątrz żeglarskim płótnem, miały ściany solidne i eleganckie, zrobione z 
najdroższych gatunków tropikalnego drewna, o słojach tak pięknie przyciętych i tak 
starannie spolerowanych, że przypominały antyczne meble. W skrzynie te pakowano 
całe   salony  i  sypialnie,   kanapy,  stoły  i  szafy,   kuchnie  i  lodówki,   komody   i  fotele, 
obrazy, dywany, żyrandole, porcelanę, pościel i bieliznę, wszystkie ubrania, makatki, 
pufy   i   wazony,   nawet   sztuczne   kwiaty   (co   także   widziałem),   całą   monstrualną   i 
nieprzebraną   rupieciarnię   zagracającą   dom   każdego   mieszczucha,   a   więc   figurki, 
muszle,   szklane  kule,  flakony,   wypchane  jaszczurki,   metalową   miniaturkę  katedry 
mediolańskiej   przywiezioną   z   wycieczki   do   Włoch,   listy!   listy   i   fotografie,   ślubne 
zdjęcie w złoconych ramach — to może zostawimy, mówi pan, no wiesz, jak ci nie 
wstyd,   woła   oburzona   pani   -   wszystkie   zdjęcia   maluchów,   a   tu   jak   pierwszy   raz 
usiadł, a tu jak pierwszy raz powiedział daj, daj, a tu z lizakiem, a tu z babcią, no więc 
to wszystko, wszystko dosłownie, bo także skrzynki z winem, ten zapas makaronu, 
który kupiłam, jak tylko zaczęli się strzelać, i jeszcze wędka, szydełko, moje nici! mój 
sztu-cer, kolorowe klocki Tutuni, ptaszki, fistaszki, odkurzacz i dziadek do orzechów 
też muszą się zmieścić, po
prostu - muszą i już, tak żeby zostały tylko goła podłoga, nagie ściany, pełny negliż, 

background image

strip-tease   mieszkania   zrobiony   do   końca,   przy   oknie   bez   zasłon   i   tylko   jeszcze 
zamkniemy drzwi i w drodze na lotnisko zatrzymamy się na bulwarze i wrzucimy 
klucz do morza.
Skrzynie biedoty są gorsze o kilka klas. Są przede wszystkim mniejsze, a często 
wręcz   małe   i   niepozorne.   Nie   mogą   ubiegać   się   o   znak   jakości,   ponieważ   ich 
robocizna pozostawia wiele do życzenia. W przeciwieństwie do bogaczy, których stać 
na wynajęcie mistrzów stolarskich, biedota musi zbijać skrzynie własnymi rękoma. 
Jako   materiał   służą   jej   tartaczne   odpady,   ścinki   desek,   krzywe   belki,   spęczniała 
dykta,   cała   drewniana   tandeta,   którą   można   kupić   za   grosze   w   trzeciorzędnym 
składzie. Wiele z tych skrzyń obitych blachą z baniek po oliwie, ze starych szyldów i 
zardzewiałych reklam przydrożnych, wygląda jak rozpadające się slumsy dzielnicy 
afrykańskiej. Nie warto zaglądać do ich wnętrza, nie warto i nawet nie wypada.
Skrzynie   bogaczy   stoją   na   ważnych   śródmiejskich   ulicach   albo   w   ocienionych 
zaułkach luksusowych dzielnic. Można je oglądać i podziwiać. Natomiast skrzynie 
biedoty kryją się w bramach, na podwórzach i w szopach. Kryją się do czasu, bo 
przecież trzeba je będzie przewieźć przez całe miasto, do portu — i myśl o tym 
żałosnym widowisku jest przykra.
Z powodu tej obfitości drewna, które znalazło się w Luandzie, pustynne, zakurzone 
miasto,   ubogie   w   zieleń   i   drzewa,   pachnie   teraz   wspaniałym,   żywicznym   lasem. 
Jakby   ten   las   nagle   wyrósł   na   ulicach,   na   placach,   na   skwerach.   Wieczorem 
otwieram okno, wdycham głęboko ten zapach i wtedy oddala się wojna, nie słyszę 
jęków dony Esmeraldy, nie widzę zniszczonego playboya z dwoma pistoletami i jest 
mi tak, jakbym spał w leśniczówce w Borach Tucholskich.
Budowa   drewnianego   miasta,   miasta   skrzyń,   trwa   całymi   dniami,   od   świtu   do 
zmierzchu. Pracują wszyscy, moczeni deszczem, paleni słońcem, nawet milionerzy, 
jeśli   sprawni   fizycznie,   przykładają   się   do   roboty.   Zapał   dorosłych   udziela   się 
dzieciom. One też budują sobie skrzynki na lalki i zabawki. Pakowanie odbywa się 
pod osłoną nocy. Tak jest lepiej, bo wtedy nikt nie wtyka nosa w cudze rzeczy, nikt 
nie będzie liczyć, ile wywożę i czego, a wiadomo, że kręci się dużo takich, którzy 
wysługują się MPLA i chcieliby donosić.
A   więc   nocami,   w   najgłębszych   ciemnościach,   przenosimy   wnętrze   kamiennego 
miasta do wnętrza miasta drewnianego. Kosztuje to dużo wysiłku i potu, dźwigania i 
szamotania się, bólu ramion od upychania bagażu, bólu kolan od ugniatania rzeczy, 
ponieważ   wszystko   musi   się   zmieścić,   a   przecież   miasto   kamienne   było   duże,   a 
miasto drewniane jest małe.
Stopniowo, z nocy na noc, miasto kamienne traciło swoją wartość na rzecz miasta 
drewnianego. Stopniowo też zmieniało się myślenie ludzi. Ludzie przestali myśleć w 
kategoriach domu i mieszkania i rozprawiali tylko o skrzyniach. Zamiast powiedzieć - 
muszę iść, zobaczyć, jak tam u mnie w domu - mówili - muszę iść, zobaczyć, jak tam 
moja skrzynia. Była to już jedyna rzecz, która ich interesowała i o którą się troszczyli. 
Ta   Luan-da,   którą   pozostawiali,   była   dla   nich   sztywną   i   obcą   makietą,   sceną 
zabudowaną, ale pustą, jak po skończonym widowisku.
Takiego miasta nie widziałem nigdzie na świecie i może nigdy więcej nie zobaczę. 
Istniało ono przez miesiąc, a potem zaczęło nagle znikać. A raczej - dzielnica za 
dzielnicą   -   zostało   przewiezione   ciężarówkami   do   portu.   Teraz   rozłożyło   się   nad 
samym brzegiem morza, oświetlone nocą portowymi latarniami i blaskiem świateł 
zakotwiczonych statków. Dniem w jego chaotycz-
nych uliczkach kręcili się ludzie malując na tabliczkach swoje nazwiska i adresy, tak 
jak robi się to wszędzie na świecie, jeżeli ktoś zbuduje sobie prywatny dom. Można 
by więc łudzić się, że jest to normalne, drewniane miasto, tyle że zamknięte przez 

background image

swoich   mieszkańców,   którzy   z   niewiadomych   przyczyn   musieli   je   w   pośpiechu 
opuścić.
A   potem,   kiedy   w   kamiennym   mieście   było   już   bardzo   źle   i   my,   garstka   jego 
mieszkańców,   jak   straceńcy   oczekiwaliśmy   dnia   zagłady,   drewniane   miasto 
odpłynęło oceanem. Uniosła je wielka flota i po kilku godzinach zniknęła z nim za 
horyzontem. Stało się to nagle, jak gdyby do portu wpłynęła flotylla piracka, porwała 
bezcenny skarb i uciekła z nim w morze.
A jednak zdążyłem zobaczyć, jak odpływa miasto. O świcie kołysało się jeszcze u 
brzegu, bezładnie spiętrzone, bezludne, bez życia, jak zamienione w muzeum miasto 
starożytnego Wschodu po wyjściu ostatniej wycieczki. O tej godzinie było mglisto i 
chłodno.   Stałem   na   lądzie   z   grupą   żołnierzy   angolańskich   i   gromadką   czarnych 
dzieci,   oberwanych   i   zmarzniętych.   Wszystko   nam   zabrali   -   powiedział   jeden   z 
żołnierzy  nawet  bez   złości   i  zabrał   się  do   rozcinania  ananasa,   bo  owoce  te,  tak 
przejrzałe,  że po  rozcięciu sok  wylewał  się z  nich  jak woda  z  kubka, były wtedy 
jedynym naszym pożywieniem. Wszystko nam zabrali - powtórzył i zagłębił twarz w 
złocistej   czarce   owocu.   Bezdomne,   portowe   dzieci   wpatrywały   się   w   niego 
zachłannym,   zafascynowanym   wzrokiem.   Żołnierz   uniósł   twarz   umazaną   sokiem, 
uśmiechnął się i dodał - ale za to mamy teraz dom. Zostaliśmy sami na swoim. Wstał 
i uradowany tą myślą, że Angola jest jego, wywalił w powietrze całą serię z automatu. 
Odezwały się syreny, mewy skoczyły i pognały nad wodą, miasto drgnęło i powoli 
zaczęło odpływać.
Nie wiem, czy zdarzył się kiedyś wypadek, żeby całe
miasto przepłynęło ocean, ale tym razem tak właśnie było. Miasto wypłynęło w świat, 
w   poszukiwaniu   swoich   mieszkańców.   Byli   to   dawni   mieszkańcy   Angoli, 
Portugalczycy, którzy rozproszyli się po Europie i Ameryce. Część z nich udała się do 
Południowej Afryki. Wszyscy oni wyjechali z Angoli w pośpiechu, uciekając przed 
pożogą wojenną, przekonani, że w kraju tym nie będzie więcej życia i że pozostaną 
tylko   cmentarze.   Ale   zanim   wyjechali,   zdążyli   jeszcze   zbudować   w   Luandzie 
drewniane miasto, do którego zapakowali wszystko, co było w mieście kamiennym. 
Na   ulicach   pozostało   tylko   tysiące   samochodów   pokrytych   kurzem,   które   zjadała 
rdza. Pozostały też mury, dachy, asfalt na jezdniach i żelazne ławki na bulwarze.
I teraz drewniane miasto płynęło przez Atlantyk miotane gwałtowną, sztormową falą. 
Gdzieś na oceanie nastąpił podział miasta i jedna z dzielnic, największa, popłynęła 
do Lizbony, a druga do Rio de Janeiro, a trzecia dzielnica do Cape Town. Każda z 
tych dzielnic dotarła szczęśliwie do swojego portu. Wiem o tym z różnych źródeł. 
Maria pisała mi, że jej skrzynie znajdują się już w Brazylii, a przecież skrzynie te 
stanowiły część drewnianego miasta. O tym, że jedna z dzielnic pomyślnie dopłynęła 
do Cape Town, pisało wiele gazet. A teraz o tym, co widziałem na własne oczy. Po 
wyjeździe z Lu-andy zatrzymałem się w Lizbonie. Kolega wiózł mnie szeroką ulicą, 
nad ujściem Tagu, w pobliżu portu. I wtedy zobaczyłem fantastyczne sterty skrzyń, 
spiętrzone do ryzykownej wysokości, zostawione, nie ruszane, jakby niczyje. To była 
właśnie   ta   największa   dzielnica   drewnianej   Luandy,   która   dopłynęła   do   brzegu 
Europy.
W   tych   dniach,   kiedy   zaledwie   przystąpiono   do   budowy   drewnianego   miasta, 
najwięcej zmartwień mieli
kupcy. Co zrobić z tą masą wszelkiego towaru, która leżała w sklepach i wypełniała 
magazyny do zapajęczo-nych sufitów? Nikt nie może wyobrazić sobie takiej skrzyni, 
w której zmieściłoby się to, co posiadał na składzie największy hurtownik w Luandzie 
-   don   Castro   Soremenho   e   Sousa.   A   inni   hurtownicy?   A   tysięczny   klan   kupców 
detalistów?

background image

W   dodatku   cały   import   zachowuje   się   tak,   jakby   nie   miał   piątej   klepki.   Firmy 
europejskie - czy nikt nie czyta tam gazet? - przysyłają do Luandy dawno zamówione 
towary   nie   zwracając   uwagi,   że   Angola   płonie   ogniem   wojennej   pożogi.   Komu 
potrzebne są teraz kompletne wyposażenia łazienek, przysłane wczoraj przez spółkę 
„Koenig   i  Synowie"   z   Hamburga?   Czy   nie   można   ubawić   się   wiadomością,   że   z 
Londynu przybył transport piłek i rakiet tenisowych oraz kijów do golfa? Jak na ironię, 
dociera   z   Marsylii   wielka   partia   owadobójczych   spryskiwaczy   zamówiona   przez 
plantatorów   kawy,   tych   samych,   którzy   właśnie   biją   się   o   miejsce   w   samolocie 
odlatującym do Europy.
Don   Urbano   Tavares,   właściciel   sklepu   jubilerskiego   przy   głównej   ulicy,   mimo 
szalejącego wokół nieszczęścia może być zadowolony. Wybierając przed laty swoją 
branżę, trafił w dziesiątkę. Złoto zawsze pójdzie, a to, co pozostanie, można wywieźć 
bez trudu w podręcznym bagażu. W jego interesie panuje teraz ożywiony ruch. Ale 
nie tylko złoto ma powodzenie. Ludzie rzucają się przede wszystkim na sklepy z 
żywnością,   bo   jedzenia   jest   coraz   mniej.   Tłok   i   ścisk   panuje   w   magazynach   z 
konfekcją i z obuwiem. Zbyt mają zegarki i tranzystory, kosmetyki i lekarstwa. Rzeczy 
niewielkie i lekkie, które mogą być przydatne na nowej drodze życia, tam, w krajach 
zamorskich.
Smutne wrażenie pozostawia wizyta w księgarni przy Largo do Portugal. Jest tam 
pusto. Kurz osiadł szarą war-
stwąna starym kontuarze. Ani jednego nabywcy. Kto ma teraz głowę do czytania 
książek?  Żołnierze  dawno  wykupili ostatnie  pisma pornograficzne  i  zawieźli je  na 
front.   To,   co   pozostało   -   stosy   arcydzieł   przemieszane   z   literaturą   najbardziej 
podrzędną-nikogo   nie   interesuje.   Ci,   którzy   parają   się   piórem,   mogą   tu   odebrać 
ważną   lekcję   skromności.   Dzieło   nieśmiertelne   czy   zdawkowe   romansidło   są   dla 
uchodźcy jednakowo uciążliwe z prostej przyczyny: papier jest ciężki.
W   sklepie   pod   pobożną   nazwą   „Cruz   de   Cristo"   też   pusto.   Specjalność   zakładu: 
sprzedaż i wynajem ślubnych sukien. Właścicielka, dona Amanda, siedzi godzinami 
nieruchoma,   bezczynna,   wśród   tłumu   manekinów   też   nieruchomych,   oniemiałych, 
zaklętych   przez   niewidoczną   wróżkę.   Sukni   jest   tyle,   jak   na   zbiorowych   ślubach 
praktykowanych do dzisiaj w Meksyku. Wszystkie białe, do samej ziemi, ale każda 
skrojona   inaczej,   każda   wspaniała   w   swoim   barokowym   bogactwie   falbanek   i 
koronek. Na co liczy właścicielka sklepu, dona Amanda? Wystarczy spojrzeć przez 
szybę wystawową na jej zwarzoną, pochmurną twarz. Czasy radości i wesela minęły 
i   dona   Amanda   pozostała   w   otoczeniu   niepotrzebnych   rekwizytów   z   epoki,   która 
zgasła.
Więcej szczęścia -jeżeli jest to stosowne słowo, w co wątpię - ma don Francisco 
Amarel   Reis,   właściciel   zakładu   „Caminho   ao   Ceu"   („Droga   do   nieba"),   ukrytego 
dyskretnie w bocznej uliczce, na krańcu śródmieścia. Specjalność: trumny, krzyże, 
blaszane kwiaty, inne akcesoria żałobne. W tych dniach jest wiele zgonów, ponieważ 
strach, rozpacz i frustracje doprowadzają ludzi do grobu. Jest mnóstwo tragicznych 
wypadków samochodowych, gdyż w ogólnej atmosferze pogromu, klęski, wściekłości 
i   osaczenia,   co   mniej   odporni   kierowcy   przemieniają   się   w   bestie.   Więc   mamy 
pogrzeb za pogrzebem.
Piszę o ludziach, z którymi poznała mnie dona Carta-gina. Staruszka była duchem 
opiekuńczym hotelu, chciała załatwiać wszystkie sprawy. Była jedyną osobą, która 
interesowała się sukniami dony Amandy, gdyż wymarzyła sobie ślub Marii i Artura. Z 
don Francisco wykłócała się o cenę ostatnich usług dla dony Esmeral-dy, która nie 
wracała już do przytomności. Tylko do księgarni chodziłem sam, bo lubię spędzać 
czas w otoczeniu książek.

background image

Donę Esmeraldę pochowaliśmy na cmentarzu, który leży na stromej skarpie, nad 
morzem,   i   jest   tak   biały,   jakby   pokrywał   go   wieczny   śnieg.   Ze   śniegu   wyrastają 
pienne,   strzeliste   cyprysy,   które   w   słońcu   są   niemal   granatowe.   Brama   jest 
pomalowana na niebiesko, co w tym wypadku jest kolorem ciepłym i optymistycznym, 
ponieważ sugeruje, że ci, którzy tędy przechodzą, idą do nieba, jak święci z piosenki 
Armstronga.
Następnego dnia wyjechał don Silva, utrapiony skne-ra w garniturze z diamentów.
Potem odwiozłem na lotnisko Marię i Artura.
Teraz przylatywało kilka samolotów dziennie, francuskich, portugalskich, radzieckich, 
włoskich. Piloci wysiadali, rozglądali się po lotnisku. Przyglądałem się im, zdziwiony 
myślą, że jeszcze kilka godzin temu byli w Europie. Patrzyłem na nich, jak na ludzi z 
innej planety. Europa - to był daleki, nierealny punkt w galaktyce, którego istnienie 
można  było  udowodnić  tylko   drogą   skomplikowanych   dedukcji.   Wieczorem 
odlatywali,   ociężałe   maszyny   wlokły   się   pasem   startowym,   z   trudem   nabierały 
wysokości i ginęły wśród gwiazd.
Koczownicze   miasto,   bez   dachów   i   ścian,   miasto   uchodźców   rozłożone   wokół 
lotniska, stopniowo znikało z ziemi. W tym samym czasie miasto drewniane opuściło 
Luandę i czekało w porcie na daleką podróż. Z tylu miast, które leżały nad zatoką, 
pozostała tylko
kamienna Luanda, coraz bardziej bezludna i niepotrzebna.
Był to początek października.
Miasto pustoszało z każdym dniem.
Od rana wałęsałem się po ulicach, bez celu, bez sensu, dopóki miażdżący upał nie 
zagnał mnie z powrotem do hotelu. W południe słońce waliło się na głowę, robiło się 
tak duszno i gorąco, że nie było czym oddychać. Zaczynało się lato, otwierały się 
bramy tropikalnego piekła. Brakowało wody, bo stacja pomp znajdowała się na linii 
frontu i po każdej naprawie była znowu niszczona w czasie walk. Chodziłem brudny, 
tak chciało mi się pić, że dostawałem gorączki, widziałem ruchome, pomarańczowe 
plamy.
Coraz   więcej   kupców   zamykało   sklepy,   czarni   chłopcy   bębnili   kijami   po 
spuszczonych,   blaszanych   żaluzjach.   Restauracje   i   kawiarnie   były   już   nieczynne, 
krzesła, stoliki i wyblakłe parasole walały się po chodnikach, a potem zniknęły w 
afrykańskich   slumsach.   Czasem   jakiś   samochód   przejechał   pustą   ulicą   przy 
czerwonych   światłach,   które   nadal   zmieniały   się   automatycznie,   nie   wiadomo   dla 
kogo.
W tym czasie ktoś przyniósł do hotelu wiadomość, że wyjechali wszyscy policjanci!
Luanda, jedyne miasto na świecie, nie miała teraz policji. Każdy, kto znajdzie się w 
takiej   sytuacji,   doznaje   dziwnego   uczucia.   Z   jednej   strony   jest   mu   lekko   i 
przestronnie, z drugiej - odczuwa pewien niepokój. Resztka białych, która tu jeszcze 
błąkała   się,   przyjęła   tę   wiadomość   ze   zgrozą.   Rozeszła   się   plotka,   że   czarne 
dzielnice   runą   na   kamienne   miasto.   Wszyscy   wiedzieli,   że   czarni   mieszkają   w 
najokropniejszych   warunkach,   w   najgorszych   slumsach,   jakie   można   zobaczyć   w 
całej Afryce, w glinianych lepiankach, które zalegały okalające Luandę pustynie, jak 
usypiska lichych, potłuczo-
nych czerepów. I oto kamienne, komfortowe miasto, ze szkła i betonu, było puste i 
niczyje. Gdyby jeszcze przyszli spokojnie, w sposób uporządkowany, rodzinami, i 
zajęli to, co porzucone i wolne. Ale zdaniem przerażonych Portugalczyków, którzy 
podawali się za znawców tubylczej mentalności, czarni wtargną ogarnięci  szałem 
zniszczenia i nienawiści, spici, odurzeni tajemnymi ziołami, żądni krwi i zemsty. Nikt 
nie powstrzyma tej inwazji. Ludzie wycieńczeni, o starganych nerwach, bezbronni i 

background image

osaczeni, snują w rozmowach najbardziej apokaliptyczne wizje. Wszyscy zginą i to 
śmiercią najbardziej odrażającą- zadźgani na ulicy, posiekani maczetami na progach 
domów.   Bardziej   przytomni   proponują   różne   warianty   samoobrony.   Jedni   -   żeby 
wygaszać wszystkie światła i czuwać w zaciemnionym mieście, inni - przeciwnie, 
żeby zapalać światło nawet w opuszczonych domach, bo tylko mnogością liczby, 
zmasowaną ilością będzie można odstraszyć czarnych. Jak zwykle żadna racja nie 
zwycięża   i   nocą   miasto   wygląda   jak   podziurawiona   kurtyna:   tu   prześwituje   jakiś 
fragment oświetlonej sceny, a naokoło nie widać nic i znowu widać fragment, a reszta 
zasłonięta.   Dona   Cartagina,   która   raczej   z   nawyku   niż   z   potrzeby   sprząta 
opuszczone pokoje na moim piętrze (na którym mieszkam teraz sam), raz po raz 
przerywa zamiatanie i nasłuchuje, czy od strony afrykańskich dzielnic nie nadciąga 
złowieszczy   pomruk   tłumu,   zapowiedź   naszego   końca.   Nieruchomieje   tak,   jak 
wiejskie kobiety, kiedy nasłuchują, czy za moment nie rozlegnie się grzmot. Potem 
żegna się uroczystym krzyżem i sprząta dalej.
Wyjechali wszyscy strażacy!
Już nikt nie ocali miasta przed pożarem. Najpierw ludzie nie wierzyli, żeby strażacy 
uciekli z posterunku, ale mogli przekonać się o tym odwiedzając centralną remizę 
przy nadmorskim bulwarze. Wrota remizy były otwarte
na oścież. W głębi stały wielkie wozy w czerwieni i złocie, piętrzyły się drabiny i 
pompy. Na półkach leżały strażackie hełmy. Nie było żywej duszy. Oczywiście FNLA 
dowie się o tym fakcie i wystarczy, żeby zamiast ulotek zrzucili jutro jedną bombę. 
Cała Luanda spłonie jak zapałka. Deszcze ustały, miasto było nagrzane słońcem i 
suche jak wiór. Żeby tylko nie było spięcia lub jakiś pijak nie zaprószył ognia. Później 
żołnierze uruchomili jeden z tych wozów i używali go do wożenia wody na front. 
Ponieważ był widoczny z daleka, został trafiony, zwalił się do rowu i tam pozostał.
Wyjechali wszyscy śmieciarze!
Z początku nikt nie zwrócił na to uwagi. Miasto było brudne i zapuszczone, więc 
ludzie sądzili, że śmieciarze dawno odlecieli do Europy. Tymczasem okazało się, że 
wyjechali   dopiero   wczoraj.   I   raptem,   nie   wiadomo   skąd,   zaczęły   gromadzić   się 
śmieci. Przecież została tylko garstka mieszkańców, którzy w dodatku żyli w takiej 
apatii i bezwładzie, że nie sposób posądzić ich o wznoszenie śmiecianych gór. A 
jednak takie góry zaczęły powstawać na ulicach opuszczonego miasta. Pojawiły się 
na  chodnikach,   na   jezdniach   i  na   placach.   W   bramach  kamienic   i  na   wymarłych 
targowiskach. Przez niektóre ulice przechodziło się z wielkim trudem i obrzydzeniem. 
W   tym   klimacie   nadmiar   słońca   i   wilgoci   przyspiesza   i   potęguje   rozkład,   gnicie   i 
fermentację. Całe miasto zaczęło cuchnąć, kto wchodził z ulicy do hotelu, też przez 
długi czas cuchnął, inni rozmawiali z nim na odległość. W ogóle ludzie odsunęli się 
od siebie, mimo że w sytuacji, na jaką byliśmy skazani, powinno być odwrotnie. Dona 
Cartagina   zamykała   wszystkie   okna,   bo   zgniłym   powietrzem,   jakie   dochodziło   z 
zewnątrz, nie można było oddychać. Zaczęły zdychać koty. Musiały zatruć się jakimś 
ścierwem,   zbiorowo,   bo   pewnego   ranka   wszędzie   leżały   martwe   koty.   Po   dwóch 
dniach obrzmiały i zrobi-
ły się pękate jak prosiaki. Kłębiły się nad nimi czarne muchy. Śmierdziało nie do 
wytrzymania,   chodziłem   po   mieście   zatykając   chustką   nos,   oblany   potem.   Dona 
Cartagina wznosiła modły antyepidemiczne. Nie było lekarzy, nie pracował żaden 
szpital   ani   apteka.   Śmieci   rosły,   mnożyły   się,   jakby   kipiało   jakieś   monstrualne, 
wstrętne ciasto, rozdymane na wszystkie strony przez trujące, zabójcze drożdże.
Potem, kiedy wyjechali wszyscy piekarze, monterzy, listonosze i dozorcy, kamienne 
miasto straciło swoją rację istnienia, swój sens. Było jak suchy szkielet polerowany 
wiatrem, martwa kość wystająca z ziemi ku słońcu.

background image

Przy życiu trzymały się jeszcze psy.             ,
Były to psy domowe, porzucone przez uciekających w popłochu właścicieli. Widziało 
się   bezpańskie   psy   wszystkich   najdroższych   ras   -   boksery,   buldogi,   charty   i 
dobermany, jamniki, pinczery i spaniele, nawet szkockie teriery, a także dogi, mopsy, 
pudle.   Opuszczone,   zbłąkane,   chodziły   wielkim   stadem   w   poszukiwaniu   żarcia. 
Dokąd było wojsko portugalskie, ta nieprzebrana psia czereda zbierała się każdego 
rana na placu przed sztabem generalnym, gdzie wartownicy karmili ją konserwami z 
żołnierskich racji paktu północno-atlantyc-kiego. Widok był taki, jakby się oglądało 
światową wystawę rasowych psów. Potem nakarmione, zadowolone stado przenosiło 
się na miękką, soczystą trawę porastającą ocieniony skwer przed Pałacem Rządu. 
Zaczynała   się   nieprawdopodobna,   zbiorowa   orgia   seksualna,   roz-namiętnione   i 
niestrudzone szaleństwo, gonitwy i kotłowanina do stanu zupełnej zatraty. Znudzeni 
wartownicy mieli z tego powodu wiele rubasznej uciechy.
Po wyjściu wojska psy zaczęły głodować i chudnąć.
Jakiś czas snuły się po mieście bezładną zgrają, poszukując daremnie pożywienia. 
Pewnego dnia zniknęły. Myślę, że śladem ludzi opuściły Luandę, ponieważ później 
nigdy   nie   natrafiłem   na   zdechłego   psa,   a   tych,   które   przychodziły   pod   sztab 
generalny, a potem baraszkowały przed Pałacem Rządu, były setki. Można przyjąć, 
że   z   gromady   wyłonił   się   energiczny   przywódca,   który   wyprowadził   psie   stado   z 
umierającego miasta. Jeżeli psy poszły na północ, trafiły do FNLA. Jeżeli na południe 
-   trafiły   do   UNITA.   Natomiast   jeśli   udały   się   na   wschód,   w   stronę   Dalatando   i 
Saurimo, mogły dojść do Zambii, następnie do Mozambiku a nawet do Tanzanii.
Być może wędrują one nadal, ale nie wiem, w jakim kierunku i w którym są teraz 
kraju.
Po wyjściu gromady psów miasto zapadło w ostateczną drętwotę. Postanowiłem więc 
wyjechać na front.

background image

Sceny frontowe

Comandante Ndozi stoi w cieniu rozłożystego man-gowca. Ociera spoconą twarz. 
Wygrać bitwę to jest również wysiłek fizyczny. To jest tak, jak wyrąbać las. Grupie 
żołnierzy rozkazuje zakopać poległych. Swoi i tamci mogą być pochowani razem - po 
śmierci nic nie ma znaczenia. Poza tym nasze przysłowie mówi: wrogowie na ziemi, 
bracia w niebie. Pyta, czy samochód odwiózł rannych do Luandy. Nie odwiózł, bo 
kierowca   czeka   na   transport   benzyny.   Ranni   leżą   na   ciężarówce,   jęczą   i   wołają 
pomocy. Na froncie nie ma żadnego lekarza. Jeżeli nie dowiozą benzyny, polowa 
rannych umrze z upływu krwi. Potem wysyła gońca w tym kierunku, skąd dobiega 
odgłos   strzelaniny:   niech   sprawdzi,   czy   jest   to   utarczka   z   cofającym   się 
przeciwnikiem,   czy   też   chłopcy   strzelają   na   wiwat   świętując   zwycięstwo.   Ma 
wrażenie,   że   tracą   bezmyślnie   amunicję,   której   i   tak   brakuje.   Jutro   nieprzyjaciel 
uderzy i oddamy miasto, bo nie będzie czym się bronić.
Mówi,   że   ma   wieczne   kłopoty   z   amunicją.   Wieczne   -to   zostało   powiedziane   z 
przesadą. Jesteśmy na początku wojny i jego oddział istnieje dopiero od miesiąca. 
Ndozi   ma   za   sobą   lata   partyzantki,   ale   wojsko,   którym   dowodzi,   jest   nowe,   jest 
nieopierzone. Świeży żołnierz boi się wszystkiego. Przywieziony na front myśli, że z 
każdej strony spogląda na niego śmierć. Że każdy strzał jest w niego wymierzony. 
Nie umie ocenić odległości ani kierunku ognia. Więc strzela, gdzie popadnie, byle
dużo, byle bez przerwy. Jemu nie chodzi o to, żeby razić przeciwnika, jemu chodzi o 
to,   żeby   zabić   własny   strach.   Żeby   ogłuszyć   lęk,   który   paraliżuje   człowieka   i   nie 
pozwala mu myśleć. To znaczy, nie pozwala mu myśleć o tym, co dzieje się dookoła, 
o   tym,   jak   wygrać   bitwę,   w   której   walczy   jego   oddział,   bo   on   w   tym   czasie   ma 
ważniejszą bitwę do wygrania - on musi wygrać wojnę z własnym strachem. Dzisiaj w 
czasie natarcia podbiegłem do jednego, który stał z bazuką i walił w niebo. Nie mierz 
w górę, krzyczę, mierz przed siebie, w te palmy, oni tam są. Ale widzę, że on ma 
szarą twarz, że ani mu w głowie szukać przeciwnika, że nic do niego nie dociera, bo 
on teraz toczy bój ze swoim wrogiem, który siedzi nie między palmami, ale w tym 
chłopaku, w nim samym. On strzelał, bo chciał się oszołomić, chciał się odurzyć i w 
takim zamroczeniu przetrwać atak strachu.
Magazynierzy   wołają-   gdzie   podzieliście   amunicję?   Odpowiadam,   że   została 
wystrzelana. Ilu zabiliście ludzi? Zabiliśmy dwóch. Pół tony nabojów i tylko dwóch 
zabitych? A nam nie trzeba było zabijać więcej. Myśmy mieli zająć miasto i to zostało 
wykonane.   Żaden   z   kwatermistrzów   nie   przyjedzie   na   front   zobaczyć,   jak   walczy 
świeży żołnierz, który nie zna wojny. Nocą oddział podchodzi blisko miejsca, gdzie 
jest przeciwnik. Tuż przed świtem otwieramy ogień. Żołnierz niedoświadczony myśli, 
że teraz najważniejszą rzeczą jest zrobić dużo hałasu. Strzela jak opętany, na ślepo, 
bo chodzi tylko o huk, chodzi o zakomunikowanie wrogowi, jaka nadciąga siła. Jest to 
forma ostrzeżenia, sposób wywołania w nieprzyjacielu strachu, który byłby większy 
niż nasz własny. I jest w takim działaniu jakaś racja. Bo nasz przeciwnik jest też nie 
obyty z wojną, nie obyty z ogniem i, zaskoczony gwałtowną strzelaniną, cofa się i 
ucieka.
W pierwszych dniach wojny potyczki ograniczały się do takiej właśnie licytacji ognia. 
Rzadko   dochodziło   do   bezpośredniej   walki.   Kiedyś   miałem   taką   historię,   że   moi 
ludzie   na   początku   wystrzelali   całą   amunicję   i   potem   nie   można   było   pójść   do 
natarcia, bo nie było z czym. Wysłałem zwiadowcę do miasteczka, które mieliśmy 
wtedy atakować. Wrócił i powiedział, że nie ma tam żywego ducha. Przeciwnik uciekł 
i kiedy wchodziliśmy do tej miejscowości, w moim oddziale nikt nie miał jednego 

background image

naboju w magazynku.
Myśmy tej wojny nie chcieli. Ale Holden Roberto uderzył z północy, a Jonas Savimbi - 
z południa. To jest kraj, w którym wojna trwa od pięciuset lat, odkąd przyszli tutaj 
Portugalczycy.   Potrzebowali   niewolników   na   handel,   na   eksport   do   Brazylii,   na 
Karaiby, w ogóle za ocean. Z całej Afryki Angola dostarczyła tamtemu kontynentowi 
największej ilości niewolników. Dlatego nasz kraj nazywają czarną matką nowego 
świata.   Połowa   chłopów   brazylijskich,   kubańskich,   dominikańskich   ma   za   swoich 
przodków ludzi z Angoli. To był kiedyś kraj ludny, zasiedlony, a potem zrobił się 
pusty, jakby tędy przeszła zaraza. Angola jest pusta do dzisiaj. Setki kilometrów i ani 
jednego człowieka, jak na Saharze. Wojny niewolnicze trwały trzysta lat albo dłużej. 
Nasi wodzowie robili dobry interes. Silne plemiona napadały na słabsze, brali jeńców 
i   odstawiali   ich   na   targ.   Czasem   musieli   tak   robić,   bo   to   była   forma   płacenia 
Portugalczykom podatków. Cenę niewolnika ustalało się według jakości uzębienia. 
Ludzie wyrywali sobie zęby albo piłowali je kamieniami, żeby mieć niską wartość 
rynkową. Tyle męki, żeby być wolnym. Z pokolenia na pokolenie plemiona żyły w 
strachu   jedno   przed   drugim,   żyły   w   nienawiści.   Wyprawy   wojenne   przypadały   na 
suchą   porę,   bo   wtedy   można   łatwo   się   poruszać.   Kiedy   kończyły   się   deszcze, 
wszyscy wiedzieli, że zaczyna się
czas niedoli, czas polowania na ludzi. W porze deszczowej, kiedy kraj tonął w wodzie 
i błocie, zawieszano broń. Ale wodzowe obmyślali już nową wojnę, szykowali nowe 
wyprawy.   O   tym   wszystkim   ludzie   pamiętają   do   dziś,   bo   w   naszym   myśleniu 
przeszłość zajmuje więcej miejsca niż przyszłość.
Zaczynałem walkę dziesięć lat temu, w oddziale co-mandante Batalha. To było we 
wschodniej   Angoli.   Musieliśmy   uczyć   się   języków   tamtych   plemion   i   postępować 
według ich obyczajów. To było warunkiem przeżycia - inaczej traktowaliby nas jako 
obcych, którzy naszli ich ziemię. A przecież wszyscy byliśmy Angolańczyka-mi. Ale 
oni nie wiedzą, że ten kraj nazywa się Angola. Dla nich ziemia kończy się tam, gdzie 
leży ostatnia wioska, w której ludzie mówią zrozumiałym dla nich językiem. I to jest 
granica ich świata. A co leży za tą granicą, pytaliśmy. Za granicą zaczyna się inna 
planeta zamieszkana przez Nganguela, to znaczy przez nie-lu-dzi. Tych Nganguela 
należy się wystrzegać, bo są ich wielkie ilości i używają języka, którego nie można 
pojąć i który im służy do ukrywania złych zamiarów.
Wszyscy nasi wrogowie  żywią się ciemnotą ludu i dużo płacą, żeby wojna plemion 
trwała  bez  końca.  Przekupili Holdena  Roberto,  żeby z Bakongów stworzył FNLA. 
Przekupili   Savimbiego,   żeby   z   Ovimbundu   stworzył   UNITA.   Mamy   sto   plemion   i 
musimy zbudować z nich jeden naród. Ile to potrwa? Nikt nie wie. Musimy oduczyć 
ludzi nienawiści. Musimy wprowadzić zwyczaj podawania ręki.
To jest kraj nieszczęśliwy, tak jak są nieszczęśliwi ludzie, którym życie nie chce się 
ułożyć.   Przez   ostatnie   dwieście   lat   Portugalczycy   ciągle   organizowali   zbrojne 
ekspedycje, żeby podbić całą Angolę. Nie było pokoju. Piętnaście lat prowadziliśmy 
wojnę partyzancką. Żaden kraj Afryki nie miał takiej długiej wojny. Żaden nie był
tak zniszczony. Nas, partyzantów, nigdy nie było wielu. Potem część wyginęła, inni 
odeszli do sztabu albo do rządu. Ze starej kadry została na froncie garstka. Jesteśmy 
rozproszeni po całym kraju. Brakuje ludzi.
Wojsko, które mam ze sobą, to chłopcy wzięci z ulicy prosto na front. Powinni być w 
szkole, ale szkoły zamknęliśmy, żeby mieć armię, gdyż musimy się bronić. Ta wojna 
została   nam   narzucona,   bo   jesteśmy   bogatym   krajem   zamieszkanym   przez   pięć 
milionów biednych ludzi, ciemnych analfabetów, którzy nie potrafią obsłużyć działa 
bezodrzutowego 86 mm. Oni myślą, że wystarczy dwadzieścia wozów pancernych, 
żeby dalej mieć naszą naftę i diamenty i żeby zapędzić nas z powrotem na swoje 

background image

miejsce. Nie dali nam czasu na nic, mamy świeże wojsko, które musi dorosnąć do 
wojny. Mnie jest szkoda tych chłopców, bo oni powinni dorastać do czytania i pisania, 
do budowania miast i leczenia ludzi. A muszą dorastać do zabijania. Muszą dorosnąć 
do tego, żeby po naszej stronie było coraz mniej ślepej strzelaniny, a po tamtej - 
coraz więcej śmierci. Jakie mamy inne wyjście w tej wojnie, której nie chcieliśmy?
Jesteśmy   w   Caxito,   sześćdziesiąt   kilometrów   na   północ   od   Luandy.   Dziś   rano 
zadzwonił comandante Ju-Ju i powiedział, że o świcie była bitwa o Caxito, że oddział 
comandante   Ndozi   odbił   miasteczko   z   rąk   FNLA   i   że   zaraz   będzie   tam   można 
pojechać.   Ju-Ju   jest   komisarzem   politycznym   sztabu   generalnego   armii   MPLA   i 
codziennie   o   ósmej   wieczorem   odczytuje   przez   radio   komunikat   o   sytuacji   na 
frontach wojny angolańskiej. Komunikaty te mają brzmienie patetyczne, ponieważ w 
ich pisanie Ju-Ju wkłada całe serce i wszystkie uczucia. Jednego dnia opłakujemy 
śmierć   nieodżałowanego   comandante   Cow-Boya,   który   poległ   w   ataku   na   miasto 
Ngavi. Nie-
ustraszony bohater walczył na stojąco i jeszcze ciężko ranny zadał śmierć trzem 
bestialskim agresorom. Następnego dnia świętujemy zwycięstwo pod Folgares, gdzie 
nasze   okryte   chwałą   wojska   zadały   druzgocące   ciosy   bandom   sprzedajnych 
najemników.   Innym   razem   dowiadujemy   się,   że   cała   Afryka   wstrzymała   oddech 
śledząc losy heroicznego garnizonu w Luso, który otoczony przez niezliczone hordy 
nieprzyjacielskie   postanowił   nie   oddać   ani   skrawka   ziemi.   Nasz   duch   nigdy   nie 
słabnie,  nasza  wola  walki  jest  niezłomna  jak  stal,  nie  znamy  lęku,  nie boimy się 
śmierci i giniemy na oczach świata, który patrzy na nas z podziwem.
Jeżeli sytuacja jest pomyślna, komunikaty Ju-Ju są krótkie i spokojne. Fakty mówią 
same za siebie, do dobrych rzeczy nie trzeba przekonywać. Jeżeli jednak zaczyna 
się coś psuć, jeżeli zaczyna być źle, komunikaty stają się rozwlekłe i zawiłe, pojawia 
się w nich mnóstwo przymiotników, mnożą się pochwały pod własnym adresem i 
epitety ośmieszające przeciwnika. Idę ulicami Luandy i przez otwarte okna dobiega 
mnie głos Ju-Ju. Na tę odległość nie słyszę słów, ale ponieważ mówi on tylko przez 
chwilę,   wiem,   że   jest   dobrze,   że   przetrwają,   że   coś   zdobyli.   A   wczoraj 
przewędrowałem połowę miasta i Ju-Ju mówił i mówił. Coś widocznie rwało się na 
froncie. Opadło mnie tysiąc wątpliwości, czy zdołają się utrzymać, czy wygrają.
Ju-Ju jest białym Angolańczykiem, to znaczy jego rodzice pochodzą z Portugalii, ale 
on   już   urodził   się   w   Angoli,   która   jest   jego   ojczyzną.   W   MPLA   jest   takich   setki. 
Walczą na froncie lub pracują w sztabie albo w administracji. Wszyscy noszą brody. 
Jest ona tutaj znakiem tożsamości: biały z brodato człowiek stąd, nikt nie pyta go o 
dokumenty, nikt nie zatrzyma do wyjaśnienia. Czarny mówi do niego - camarada i 
traktuje z szacunkiem, bo jeśli on biały brodacz, to na pewno musi mieć
funkcję, to dowódca oddziału albo i wyżej. Ju-Ju ma brodę jak bizantyjski patriarcha: 
rozrośniętą do ramion, imponującą. Ta broda jest w całej jego postaci najbardziej 
uderzająca,   bo   on   sam   jest   drobny,   szczupły  i  przygarbiony,   nosi  duże  okulary   i 
przypomina   asystenta   z   katedry   papirologii   na   jednym   ze   starych   uniwersytetów 
europejskich.
W   czasie   zdobywania   Caxito   oddział   comandante   Ndozi   wziął   do   niewoli   stu 
dwudziestu jeńców FNLA, z którymi Ju-Ju przeprowadza teraz wywiady. Są wzywani 
kolejno   pod   wielki   kasztan,   gdzie   na   skrzynce   od   amunicji   (granaty,   produkcja 
francuska, zdobycz na nieprzyjacielu) siedzi komisarz polityczny. Ju-Ju, człowiek z 
natury   nieśmiały,   rozmawia   z   każdym   jeńcem   uprzejmie,   nawet   jakby 
przepraszająco,   a   po   rozmowie   udziela   mu   pouczającej   lekcji   w   nadziei,   że 
naprowadzi go na słuszną drogę życia i walki.
Zaczyna od wywołania w badanym uczucia wstydu i winy.

background image

- Czy nie wstyd wam - pyta komisarz polityczny - że walczycie w FNLA jako agent 
imperializmu?
Ponury, tępy  Bakongo  o  skórze  tak czarnej,  że  aż  wpada  w  fiolet,  i o gębie tak 
strasznej, że aż ciarki chodzą po plecach, milczy i patrzy w ziemię. Poprawia na 
głowie zakrwawioną szmatę, bo kula oberwała mu ucho. Wzdycha i zbiera mu się na 
płacz, ale dalej milczy.
Ju-Ju nalega, zachęca do mówienia, nawet podsuwa mu papierosa, choć papierosy 
są   w   Angoli   bezcennym   skarbem,   za   paczkę   papierosów,   nawet   za   pół   paczki, 
można uratować życie.
W końcu jeniec opowiada, że w Kinszasie robią łapanki na Bakongów z Angoli i 
wcielają   ich   do   FNLA.Te  łapanki   robi   wojsko   Mobutu.   Kto   ma   franki,   może   się 
wykupić, ale on nie miał franków, bo był bezrobotny, więc go złapali i wcielili. W 
FNLA było dobrze, bo dawali jeść. Dają maniok i baraninę. W sobotę dająpiwo. Jeżeli 
wygrają walkę, dostająpieniądze. Ale on nie był w takiej walce, żeby potem płacili. 
Niczego nie ukradł, bo od granicy Zairu do Caxito wszystko już zrabowane i puste. 
Holdena Roberto nie widział. Czytać i pisać nie umie. Dziś rano byli otoczeni, więc 
poddali się i teraz tu są. Nikogo nie zabił.
Ju-Ju każe wprowadzić następnego.
Bakongo, z czołem zarośniętym do brwi, słania się ze strachu. Komisarz pyta, czy 
mu nie wstyd itd., a potem pyta, gdzie są w pobliżu wojska FNLA.
Tamten nie wie. Było takie zamieszanie, że nie wie, kto dostał się do niewoli, a kto 
uciekł. Jeden najemnik wołał do niego - tędy, tędy, i on posłuchał, i pobiegł, i wpadł 
prosto w ręce MPLA, a najemnik poleciał w odwrotną stronę i uciekł. Z tych, co są 
razem z nim w niewoli, nie zna nikogo. Jego i czterech innych wysłali z Ambriz, żeby 
szli do Caxito. Nie mieli co jeść i pić, bo na tej drodze nic nie ma. Trzech umarło z 
wycieńczenia.   Jeden   zniknął   w   nocy.   Został   sam.   Doszedł   do   Caxito   wczoraj 
wieczorem. Chce pić. On myśli, że jeśli w okolicy są ludzie z FNLA, to oni poddadzą 
się jutro sami, bo tu nigdzie w pobliżu nie ma wody, tylko w Caxito. Wytrzymają noc i 
może do południa, a potem przyjdą, bo inaczej umrą z pragnienia.
Następny jeniec wygląda na dwanaście lat. Mówi. że ma szesnaście. On wie, że to 
wstyd walczyć w FNLA, ale jemu powiedzieli, że jak pójdzie na front, to potem poślą 
go do szkoły. On chce skończyć szkołę, bo on chce malować. Jeżeli dostanie papier i 
ołówek,   zaraz   może   coś   narysować.   Może   zrobić   portret.   Gdyby   miał   tu   farby, 
zrobiłby obraz. Umie też rzeźbić, chciałby pokazać
swoje rzeźby, które zostały w Carmonie. On w to wkłada swoje życie i chciałby się 
uczyć, i powiedzieli mu, że będzie się uczyć, jeżeli najpierw pójdzie na front. On wie, 
to tak wychodzi, że aby malować, musi najpierw zabijać ludzi, ale on nikogo nie zabił.
Było już ciemno, kiedy wyszedłem na rynek. Naokoło puste domy, bez świateł, szyby 
wybite, sklepy rozwalone. Blisko studni jakieś psy. Krowa niczyja z pyskiem przy 
trawniku.
Front.
Wokoło ciemna ściana buszu, a w buszu może ci żołnierze z FNLA, którzy długo nie 
wytrzymająbez wody i jutro poddadzą się, żeby nie umrzeć z pragnienia.
Wymarłe miasteczko, przejmująca pustka i noc.
Tylko w jednym miejscu, na drugim końcu rynku głosy, rozmowy, nawet śmiech. To 
tam. gdzie jest mały, otoczony betonową bal ustradą skwer, z kępą drzew pośrodku.
Poszedłem   w   stronę   skweru   potykając   się   o   kamienie,   o   łuski   artyleryjskie,   o 
porzucony rower.
Po wewnętrznej stronie balustrady stali jeńcy z FNLA, tych stu dwudziestu wziętych 
rano do niewoli w czasie bitwy o Caxito. Po stronie zewnętrznej, od ulicy i rynku, stali 

background image

wartownicy z MPLA. Było ich kilkunastu.
Jeńcy i wartownicy prowadzili ożywioną rozmowę: spierali się o wynik wczorajszego 
meczu. Wczoraj, w niedzielę, na stadionie w Luandzie Benfica pokonała Ferroviario 
2:1. Drużyna Ferroviario, która od dwóch lat nie odniosła porażki, zeszła z boiska 
wygwizdana   przez   własnych   kibiców.   Drużyna   przegrała,   ponieważ   jej   czołowy 
napastnik,   król   strzelców   -   Chico   Gordo,   opuścił   klub   i   gra   teraz   w   Portugalii,   w 
Sporting de Braga.
Mogli wygrać.
Nie mogli wygrać.
CotamChicoGordo! Norberto nie jest gorszy, a jednak przegrali!
Norberto!? Norberto nie dorasta mu do piat.
Chłopcy dyskutują, kłócą się podzieleni na dwa obozy, skaczą sobie do oczu. Tyle że 
linia   podziału   nie   przebiega   wzdłuż   betonowej   balustrady.   Ferroviario   ma   kibiców 
wśród jeńców i strażników. A w drugim obozie. w obozie kibiców Benfica, który teraz 
świętuje swój wspaniały triumf, sąteż razem i jeńcy, i strażnicy.
Jest to dyskusja żarliwa, pełna młodzieńczej pasji, taka sama, jaką obserwujemy na 
całym świecie wśród chłopców opuszczających stadion po wielkim meczu. W takiej 
dyskusji zapomina się o wszystkim.
I to dobrze, że można zapomnieć o wszystkim.
Że można zapomnieć o tej bitwie, po której ubyło nas kilku, po jednej i po drugiej 
stronie betonowej balustrady. O łapankach, które robią żołnierze Mobutu. I o tym, że 
musimy dorastać do wojny, żeby było coraz mniej ślepej strzelaniny i coraz więcej 
śmierci.
Od dawna robię wyprawy do sztabu generalnego, żeby zdobyć przepustkę na front 
południowy.   Bez   przepustki   nie   można   poruszać   się   po   kraju,   bo   przy   drogach 
czuwają posterunki i sprawdzają podróżnym dokumenty. Najczęściej posterunek stoi 
przed wjazdem do miasteczka, a drugi przy wyjeździe, ale rownieżjadąc przez wieś 
można napotkać posterunek wystawiony przez czujnych i zapobiegliwych chłopów, a 
czasem w najszczerszym polu lub w najbardziej zapuszczonym buszu potrafi zjawić 
się posterunek samorzutnie powołany przez koczowników wypasających w okolicy 
swoje stada.
Przy ważnych szlakach, tam gdzie stoją posterunki
wysokiej rangi, szosa zamknięta jest kolorowym, z daleka widocznym szlabanem. Ale 
ponieważ   rządzi   improwizacja   i   brakuje   materiałów,   inni   radzą   sobie   jak   mogą. 
Niektórzy przeciągają druty na wysokości szyby samochodowej, a jeśli nie ma drutu 
—kawałek   sizalowej   liny.   Zastawiają   drogę   pustymi   beczkami   po   benzynie   lub 
wznoszą przeszkodę z kamieni i wulkanicznych głazów. Wysypują na asfalt szkło i 
gwoździe. Kładą gałęzie suchej, kolczastej tarniny. Barykadują przejazd wiązkami 
stapelii albo pniem cykasy. Najbardziej pomysłowi okazali się ludzie z posterunku w 
Mulondo. Z przydrożnego zajazdu, który porzucił Portugalczyk, wywlekli na środek 
szosy   piętrowy   kredens,   zbudowany   w   formie   gigantycznego   tryptyku,   z 
wmontowanym w części głównej ruchomym, kryształowym lustrem. Manipulując tym 
lustrem tak, żeby odbijało promienie słońca, oślepiali kierowców, którzy nie mogąc 
jechać dalej zatrzymywali się w znacznej odległości i szli piechotą do posterunku, 
aby wyjaśniać, kim są i dokąd jadą.
Trzeba nauczyć się współżyć z posterunkami i przestrzegać obyczajów, jeżeli chce 
się podróżować bez przeszkód i dojechać żywym do celu. Losy naszej wyprawy, a 
nawet nasze życie, znajdują się w rękach posterunkowych, o tym należy pamiętać. 
Są to ludzie różnej profesji i wieku. Żołnierze ze służby tyłów, domorosła milicja, 
chłopcy ogarnięci pasją wojenną, a często po prostu dzieci. Uzbrojenie przeróżne: 

background image

rozpylacze, stare karabiny, maczety, noże i pałki. Ubiór też dowolny, bo trudno o 
mundury. Czasem wojskowa bluza, ale zwykle kolorowa koszula, czasem hełm, ale 
często damski kapelusz, czasem masywne buty, ale z reguły trampki lub na bosaka. 
Jest to uboga wojna, przyodziana w tani, perka-likowy strój.
Każde spotkanie z posterunkiem składa się z: a - czę-
ści wyjaśniającej, b - pertraktacji, c - rozmowy towarzyskiej. Do posterunku należy 
dojeżdżać   powoli   i   zatrzymać   się   w   przyzwoitej   odległości.   Wszelkie   gwałtowne 
hamowanie   i   pisk   opon   są   bardzo   złym   wstępem,   posterunkowi   nie   lubią   takich 
popisów. Następnie wysiadamy z samochodu i zbliżamy się do miejsca, w którym 
drogę   zamyka   szlaban,   beczka   po   benzynie,   sterta   kamieni,   pień   drzewa   lub 
kredens. Jeżeli jest to strefa przyfrontowa, nogi uginają nam się ze strachu, a serce 
skacze do gardła. Bo nie wiemy, czyj jest ten posterunek: MPLA, FNLA czy UNITA? 
Świeci słońce i jest gorąco. Rozpalone do białości powietrze wibruje nad szosą, jakby 
przez   drogę   przewalała   się   śnieżna   zamieć.   Ale   panuje   cisza,   otacza   nas   świat 
nieruchomy, który wstrzymał oddech. My też, mimowolnie, wstrzymujemy oddech. 
Zatrzymujemy się i czekamy.
Nie widać nikogo.
Ale posterunkowi są. Ukryci w krzakach albo w przydrożnym szałasie obserwująnas 
uważnie. Jesteśmy wystawieni na ich spojrzenia i - nie daj Boże - na strzał. W takiej 
chwili nie wolno okazać ani zdenerwowania, ani pośpiechu, bo to skończy się źle. 
Przeciwnie, zachowujemy się zwyczajnie, poprawnie, luźno, nic innego nie robimy - 
czekamy.   Nie   należy   też   wpadać   w   drugą   skrajność   i   maskować   lęku   sztuczną 
swobodą,   dowcipkować,   brylować,   wołać   hop!   hop!   czy   manifestować   przesadną 
pewność siebie. Posterunkowi mogliby uznać, że traktujemy ich lekceważąco i skutek 
byłby dla nas  fatalny. Nie lubią  oni  także,  jeżeli podróżni rozglądają się dookoła, 
wkładają ręce do kieszeni, ziewają. walą się w cień pobliskich drzew lub - co jest w 
ogóle przestępstwem - sami zabierają się do odsuwania przeszkody na drodze.
Po zakończeniu obserwacji ludzie z posterunku opuszczają swoje kryjówki i idą w 
naszą stronę powol-
nym,   leniwym   krokiem,   jednakże   czujni   i   z   bronią   w   pogotowiu.   Zbliżają   się   i 
zatrzymują na bezpieczną odległość.
Przyjezdni stoją w miejscu.
Pamiętajmy, że świeci słońce i jest gorąco.
Teraz następuje najbardziej dramatyczny moment spotkania - wzajemne badanie. 
Żeby zrozumieć sens tej sceny, musimy pamiętać, że walczące ze sobą armie są 
ubrane jednakowo (czy -jednakowo - nie ubrane), i że duże obszary kraju są ziemią 
niczyją, na którą zapuszczają się to jedni, to drudzy, przyjaciele i wrogowie, i stawiają 
swoje posterunki. Dlatego z początku niewierny, kim są ci, którzy wyszli do nas z 
kryjówek i co z nami zrobią. Oni też nic o nas nie wiedzą.
Teraz  musimy  zebrać  w  sobie  całą  odwagę,  żeby  powiedzieć jedno  słowo,  które 
zdecyduje o naszym życiu lub śmierci:
-Camarada!
Jeżeli   posterunkowi   są   ludźmi   Agostinho   Neto,   którzy   pozdrawiają   się   słowem   - 
camarada, będziemy żyć. Ale jeśli okażą się ludźmi Holdena Roberto lub Jonasa 
Savimbi,   którzy   wołają   na   siebie   -   irmao   (bracie),   dotarliśmy   do   kresu   naszej 
ziemskiej egzystencji. Za  chwilę  zapędzą  nas  do roboty:  będziemy  kopać własny 
grób. Przy starych, osiadłych posterunkach powstają małe cmentarze tych, którzy nie 
mieli szczęścia pozdrowić posterunkowych właściwym słowem.
Ale, powiedzmy, tym razem los okazał się dla nas łaskawy. Odezwaliśmy się głosem 
stłumionym i zachrypłym ze strachu - camarada! Słowo to zostało powiedziane tak, 

background image

żeby   jakiś   dźwięk   dotarł   do   ludzi   z   posterunku,   ale   żeby   nie   zabrzmiał   on   zbyt 
wyraźnie, zbyt dosłownie i nieodwołalnie, a więc żeby zabełkotanie nasze, w którym 
ostrożnie   przemyciliśmy   okruchy   dźwiękowe   słowa   -camarada,   pozostawiło   jakąś 
furtkę, jakąś szansę od-
wrotu, wycofania się w słowo irmao i żeby niefortunne pomieszanie słów można było 
zwalić na ten piekielny upal, który otępia umysł i pcha go w nonsensy, na zmęczenie 
podróżą i zdenerwowanie zrozumiałe u każdego, kto znalazł się na froncie. Jest to 
bardzo delikatna gra, wymagająca zręczności, wyczucia i słuchu. Wszelka łatwizna, 
wszelkie szycie grubą nicią od razu wyjdzie na wierzch. Nie można, na przykład, 
krzyknąć za jednym zamachem-camarada! irmao!, bobędziemy-i słusznie - uznani 
przez posterunkowych za wygodnych oportunistów, którzy w sytuacjach frontowych 
są tępieni na całym świecie. Wzbudzimy podejrzliwość i zostaniemy zatrzymani do 
wyjaśnienia.
Więc odezwaliśmy się - camarada! - i oto twarze ludzi z posterunku rozjaśniają się. 
Teraz   oni   odpowiadają   -   camarada!   Wszyscy   zaczynająpowtarzać   -   camarada! 
camarada! - swobodnie i pełnym głosem, nieskończoną ilość razy, słowo to krąży 
między nami i posterunkowymi, jak stado gołębi.
Euforia,   jaka   opanowała   nas   na   myśl,   że   będziemy   żyć,   trwa   jednak   krótko. 
Będziemy żyć, ale czy pojedziemy dalej, nie jest to jeszcze wiadome. Przystępujemy 
więc   do   pierwszej,   wyjaśniającej   części   spotkania.   Mówimy,   kim   jesteśmy,   skąd 
jedziemy i dokąd. W tym właśnie miejscu prezentujemy naszą przepustkę. Pojawią 
się trudności, jeżeli posterunek nie potrafi czytać, co jest problemem nagminnym w 
wypadku posterunków chłopskich i koczowniczych. Lepiej zorganizowane posterunki 
zatrudniająw tym  celu  dzieci.  Dzieci umieją czytać  częściej  niż dorośli,  bo  szkoły 
zaczęli tu rozwijać dopiero w ostatnich latach. Treść przepustki sztabu generalnego 
jest zwykle ciepła i serdeczna. Mówi ona, że camarada Ricardo Kapuchinsky jest 
naszym przyjacielem, człowiekiem dobrej woli, godnym zaufania i dlatego prosi się 
wszystkich camaradas na
froncie i na tyłach, aby okazywali mu gościnność i pomoc.
Mimo tak pozytywnej opinii ludzie z posterunku zwykle zaczynają od tego, że nie 
chcą puścić dalej i każą zawracać. To zrozumiałe. Prawda, że autorytet Luandy jest 
wielki, ale przecież posterunek to też władza, a istota władzy polega na tym, że musi 
ona manifestować swoją siłę.
Nie traćmy jednak nadziei i nie upadajmy na duchu! Sięgnijmy po broń perswazji. 
Tysiąc argumentów przemawia na naszą korzyść. Dokumenty mamy w porządku: 
jest pismo, pieczątka i podpis. Znamy osobiście prezydenta Agostinho Neto. Znamy 
dowódcę frontu. Piszemy, sławimy na cały świat Angolę, jej bojowników o słuszną 
sprawę. Źli Europejczycy wyjechali, ten, kto został, musi być swój. inaczej tu by nie 
siedział. Zresztą zrewidujcie, nie mamy broni, nikomu nie możemy zrobić krzywdy.
Powoli, opornie, posterunkowi zaczynają ustępować. Jeszcze dyskutują, naradzają 
się   na   stronie,   czasem   wybuchnie   między   nimi   kłótnia.   Mogą   wysłać   gońca   do 
komendanta, który pojechał do miasta albo poszedł do wsi. Wtedy trzeba czekać. 
Czekać i czekać, na tym upływa nam tutaj życie. Ale ma to tę dobrą stronę, że przez 
wspólne czekanie następuje wzajemne oswojenie i zbliżenie. Już jesteśmy cząstką 
posterunkowej społeczności. Jeżeli jest czas i ochota, możemy opowiedzieć coś o 
Polsce. Też mamy morze i góry. Mamy lasy, ale drzewa są inne. na przykład u nas 
nie rośnie ani jeden baobab. Kawa też nie rośnie. Polska jest mniejsza niż Angola, 
ale za to mamy więcej ludzi. Mówimy po polsku. Ovim-bundu mówią swoim językiem, 
Chokwe swoim i my swoim. Nie jemy manioku, u nas nie znają manioku. Wszyscy 
mają   buty.   Boso   można   chodzić   tylko   w   lecie,   w   zimie   bosy   człowiek   mógłby 

background image

zamarznąć i umrzeć.
Umrzeć   od   chodzenia   boso?   Ha!   Ha!   Czy   to   daleko   do   Polski?   Daleko,   ale 
samolotem blisko. A morzem, miesiąc czasu. Miesiąc czasu? To niedaleko. Macie 
karabiny? Mamy karabiny, armaty i czołgi. Właśnie, a my czołgów nie mamy. Bydło 
mamy takie samo jak u was. Krowy i kozy, kóz mało. A wyście nie widzieli konia? No 
to kiedyś musicie zobaczyć konia, u nas dużo koni.
Czas upływa na przyjemnej rozmowie, a o to właśnie posterunkowym chodzi. Bo 
teraz rzadko ktoś odważy się na podróż. Drogi puste, trzeba dniami czekać, nim 
zobaczy się nową twarz. Nie mogąjednak narzekać na nudę. W tych dniach życie 
skupia   się   wokół   posterunków,   j   ak   w   średniowieczu   wokół   kościoła,   a   na 
bezkresnych   obszarach   Ameryki   wokół   stacj   i   benzynowej.   Na   skrawkach   płótna 
miejscowe handlarki rozkładają swoje towary - mięsiste banany, kurze jajka tycie jak 
orzeszki,   czerwone   pili-pili,   suszoną   kukurydzę,   czarną   fasolę   i   cierpkie   granaty. 
Właściciel straganu konfekcyjnego sprzedaje najtańszą odzież, jaskrawe chustki, a 
także   drewniane   grzebienie,   plastykowe   gwiazdki,   lusterka   z   podobizną   znanych 
aktorek na odwrocie, gumowe słonie i piszczałki z ruchomymi klapkami. Dzieci, jeśli 
nie   pełnią   służby,   grają   w  parciankę   na   sąsiednim   polu.   Można   spotkać   wiejskie 
kobiety z glinianymi dzbanami na głowie, które przyszły po wodę albo znajdują się w 
drodze   po   wodę,   idąc   z   punktu   nam   nie   wiadomego,   do   innego   punktu,   którego 
również nie znamy.
Posterunek, jeśli składa się ze swoich ludzi, jest gościnną przystanią. Tu możemy 
napić się wody, a niekiedy kupić kilka litrów benzyny. Możemy dostać upieczone 
mięso. O późnej godzinie pozwolą przespać się do rana. Czasem mają wiadomości o 
tym, w czyich rękach jest dalszy odcinek drogi.
Zbliża   się   czas   odjazdu   i   posterunkowi   zabierają   się   do   pracy.   Otwierają   drogę-
odtaczają beczki, odwalają
kamienie, odsuwają kredens. A potem, kiedy już możemy jechać, przychodzą do nas 
z jednym, wszędzie powtarzającym się pytaniem: czy mamy papierosy?
I wtedy następuje momentalna zmiana ról. Teraz władza przechodzi w nasze ręce, 
bo to my, a nie oni, mamy papierosy. My zdecydujemy, czy dostanąjeden, dwa czy 
pięć papierosów. Nasi posterunkowi opuszczają broń i czekająposluszni i cierpliwi, z 
pokorą w oczach. Bądźmy ludźmi i podzielmy się z nimi sprawiedliwie. Oni są na 
wojnie,   walczą   i   ryzykują   życiem.   Obdarzeni,   podnoszą   ramiona   w   geście 
zwycięstwa, śmieją się i wśród okrzyków - camarada! camarada! ruszamy w drogę w 
nieznane, w pusty świat, w białą szalejącą spiekotę, w strach, który nas czeka przy 
spotkaniu z następnym posterunkiem.
Wędrując tak od posterunku do posterunku, w przemiennym rytmie lęków i radości, 
dotarłem do Bengueli. Z Luandy do Bengueli jest sześćset kilometrów drogi przez 
tereny   pustynne,   płaskie   i   nijakie.   Szary   i   bezładny   pejzaż   tworzy   przypadkowa 
zbieranina kamieni, suchych, zmierzwionych krzaków, brudnego piachu i połamanych 
drogowskazów. W porze deszczowej chmury kotłują się tu nad samą ziemią, ulewy 
ciągną się godzinami i w powietrzu jest tak mało światła, jakby nigdy nie było dnia, a 
tylko   zmierzch   i   noc.   Nawet   w   czasie   upałów,   mimo   obfitości   słońca,   krajobraz 
przypomina porzucone pogorzelisko, jest popielaty, martwy i nieprzy-tulny. Ludzie, 
którzy   muszą   tędy   jechać,   spieszą   się,   żebyjak   najszybciej   pokonać 
odstraszającąprzestrzeń i dotrzeć z ulgą do miejsca przeznaczenia, do oazy. Luan-
dajest oazą i Benguela-oaząna tej pustyni, która ciągnie się wzdłuż całego wybrzeża 
Angoli.
Benguela - senne, prawie wyludnione miasto drze-
miące   w   cieniu   akacjowców,   palm   i   kipersoli.   Willowe   dzielnice   puste,   domy 

background image

zamknięte,   zatopione   w   kwiatach.   Nieopisany   luksus   kwaterunkowy,   nadmetraże 
takie,   że   kręci   się   w   głowie,   przed   furtkami,   na   ulicy   porzucone   samochody, 
chevrolety, alfa romeo. jaguary, chyba sprawne, choć nikt nie próbuje nimi jeździć. A 
obok,   o   sto   metrów   dalej,   już   pustynia,   w   tych   okolicach   biała   i   połyskująca   jak 
usypisko soli, bez źdźbła trawy, ani jednego drzewa, bez ratunku. Na tej pustyni leżą 
afrykańskie dzielnice byle jak uklepane z gliny i łajna, poskładane z dykty i z blachy, 
zarojone, duszne i nędzne. Mimo że dwa światy - komfortu i biedy — sąsiadują o 
krok i nikt nie pilnuje bogatych, europejskich dzielnic, czarni z lepianek nie próbują 
nimi   zawładnąć.   Taka   myśl   nie   przychodzi   im   do   głowy.   Jest   to   może   najlepsze 
wytłumaczenie ich pasywnej postawy. Bo nie wchodzi tu w rachubę skrupuł moralny 
czy   też   obawa,   że   biali   wrócą   i   zaczną   mścić   się.   Te   względy   mogłyby   być 
rozpatrywane, gdyby istniała w nich wcześniej pokusa opanowania białych dzielnic. 
Ale w swoim dotychczasowym życiu nie doszli jeszcze do tego stopnia świadomości, 
który nakazuje dopominać się o sprawiedliwość lub na swój sposób wymierzać ją 
samemu.  Tylko   ci  Afrykańczycy,  którzy  skończyli  studia,  otarli  się   o  świat,   umieli 
czytać,   oglądali   filmy,   tylko   ci   rozumieli,   że   dekolonizacja   stwarza   im   szansę 
szybkiego   awansu   materialnego,   nagromadzenia   bogactw   i   przywilejów.   I 
wykorzystanie tej szansy przyszło im stosunkowo łatwo dlatego właśnie, że ich mniej 
rozbudzeni bracia - a takich było dziesięciu na każdy tuzin-nie domagali się niczego 
dla   siebie,   przyjmując   swoją   lepiankę   i   miskę   manioku   za   świat   dany   im   raz   na 
zawsze.
Jakiś czas szedłem granicą dwóch dzielnic, a potem skręciłem w stronę śródmieścia. 
Odnalazłem małąulicz-
kę, przy której w przestronnej, piętrowej willi mieścił się sztab frontu środkowego. 
Przed furtką siedział wartownik z twarzą potwornie napuchłą od zapalenia okostnej i 
pojękując ściskał głowę, najwyraźniej w obawie, że za chwilę pęknie mu czaszka. Nie 
sposób było porozumieć się z tym nieszczęśnikiem, nic dla niego w tym momencie 
nie istniało. Otworzyłem furtkę. W ogródku, w cieniu płonących bougerwilli leżały na 
klombach skrzynki z amunicją, lufy moździerzy i stosy manierek. Dalej, na werandzie 
i w holu spali pokotem żołnierze. Wszedłem na piętro i otworzyłem drzwi pierwszego 
pokoju.   Stało   w   nim   tylko   biurko,   za   którym   siedział   biały   mężczyzna,   potężnie 
zbudowany, wielki.
Był to comandante Monti, dowódca frontu.
Siedział i pisał na maszynie prośbę do Luandy o ludzi i broń. Jedyny wóz pancerny, 
jaki   mieli   na   froncie,   został   wczoraj   ustrzelony   przez   najemnika.   Jeżeli   teraz 
nieprzyjaciel zaatakuje swoim wozem pancernym, trzeba będzie oddać teren, cofać 
się i cofać.
Monti   przeczytał   list,   który   przywiozłem   mu   z   Luandy,   kazał   mi   usiąść   —   na 
parapecie, bo nie było krzeseł -i pisał dalej. Po kwadransie na schodach zastukały 
kroki i weszło czterech ludzi; ekipa telewizyjna z Lizbony. Przyjechali tu na dwa dni, 
potem   wracają   swoim   samolotem   do   Portugalii.   Szefem   ekipy   był   Luis   Alberto, 
dynamiczny,   niespokojny   Mulat,   bystry,   odważny.   Od   razu   zawarliśmy   przyjaźń. 
Monti i Alberto znali się z dawnych lat, obaj pochodzili z Angoli, chyba nawet stąd, z 
Bengueli. Nie trzeba więc było tracić czasu na wzajemne oswajanie się i prezentacje.
Alberto i ja chcieliśmy jechać na front, ale reszta ekipy była temu przeciwna. Reszta 
ekipy - to znaczy Ca-rvalho, Fernandez i Barbosa powiedzieli, że mają żony i dzieci, 
że   zaczęli   budować   domki   jednorodzinne   pod   Lizboną   (w   miejscu   rzeczywiście 
pięknym, bo pod Ca-
scais) i że nie będą ginąć na tej szalonej i nieprzytomnej wojnie, w której nikt nic nie 
wie, przeciwnicy nie mogą rozpoznać się do ostatniej chwili i można stracić głowę 

background image

bez żadnej walki, tylko z powodu najdzikszego bałaganu, braku informacji, lenistwa i 
beztroski czarnych, dla których człowiek nie jest żadną wartością.
Słowem, powiedzieli, że oni chcą żyć.
Zaczęła   się   dyskusja   —   rzecz   najbardziej   przez   Latynosów   uwielbiana.   Alberto 
przekonywał   ich   argumentem,   że   nakręcą   mnóstwo   taśmy   i   że   zarobią   dużo   tak 
bardzo potrzebnych pieniędzy. Ale uspokoił ich dopiero Monti, kiedy powiedział, że o 
tej porze — zbliżało się południe - na froncie nie ma walki. I dał najprostsze na 
świecie wyjaśnienie:
-Jest zbyt gorąco.
Za oknem falowało powietrze jak rozżarzona blacha i każdy ruch wymagał wysiłku. 
Zbieraliśmy się do drogi. Monti zszedł na dół, obudził jednego z żołnierzy i wysłał go 
do miasta, gdzieś,  gdzie byli  kierowcy  i  samochody.  Przyjechał citroen  DS  i  ford 
mustang. Monti chciał nam sprawić przyjemność i wyznaczył do eskorty żołnierza - 
dziewczynę imieniem Carlotta.
Carlotta   przyszła   z   automatem   na   ramieniu   i   choć   miała   przyduży   mundur 
komandosa, dawało się wyczuć, że jest zgrabna. Wszyscy natychmiast zaczęliśmy 
się do niej zalecać. Właściwie obecność Carlotty na dobre zdecydowała, że ekipa 
plunęła na domki pod Lizboną i postanowiła jechać na front. Mimo swoich dwudziestu 
lat   Carlotta   miała   już   legendę.   Przed   dwoma   miesiącami,   w   czasie   powstania   w 
Huambo, dowodziła małym oddziałkiem MPLA, otoczonym przez tysięczną jednostkę 
UNITA.   Umiała   wyjść   z   okrążenia   i   wyprowadzić   swoich   ludzi.   Dziewczyny   są   w 
ogóle doskonałymi żołnierzami, lepszymi niż chłopcy, którzy czasem zachowują się 
na froncie histerycznie i często nieod-
powiedzialnie.   Nasza   dziewczyna   była   Mulatką,   miała   nieopisany   wdzięk   i   wtedy 
wydawało nam się również - wielką urodę, choć później, kiedy wywołałem jej zdjęcia, 
jedyne zdjęcia Carlotty, jakie po niej zostały, stwierdziłem, że nie była tak piękna. To 
znaczy - nikt nie powiedział tego na głos, żeby nie zburzyć naszego mitu, naszego 
wyobrażenia   o   Carlotcie   z   owego   październikowego   popołudnia   w   Bengueli.   Po 
prostu odnalazłem w Lizbonie Alberta, Carvalho, Fernandeza i Barbosę i pokazałem 
im zdjęcia Carlotty z naszej drogi na front. Oglądali je w milczeniu i sądzę, że w tym 
momencie wszyscy wybraliśmy milczenie, żeby nie powiedzieć tego na temat urody. 
Zresztą, czy miało to jeszcze znaczenie? Carlotty już nie było, już jej nie ma. Dostała 
rozkaz, żeby stawić  się  w sztabie frontu, więc włożyła  mundur, rozczesała swoją 
fryzurę afro, zarzuciła automat na ramię i przyszła. Przed sztabem stał comandante 
Monti,   czterech   Portugalczyków   i   Polak.   Od   początku   wydawała   nam   się   piękna. 
Dlaczego? Bo taki był nasz nastrój, bo to nam było potrzebne, bo tak chcieliśmy. 
Zawsze stwarzamy urodę kobiet, więc i tym razem myśmy stworzyli urodę Carlotty. 
Nie można tego inaczej wytłumaczyć.
Samochody ruszyły, pojechaliśmy szosą do Balombo, sto sześćdziesiąt kilometrów 
na wschód. Właściwie wszyscy powinniśmy zginąć po drodze, pełnej serpentyn, po 
których   kierowcy   gnali   jak   opętańcy,   naprawdę,   cud   boży,   że   dojechaliśmy   żywi. 
Carlotta siedziała w naszym wozie obok kierowcy i przyzwyczajona do takiej jazdy 
trochę z nas pokpiwała. Pęd powietrza odrzucał jej włosy do tyłu, w naszą stronę i 
Barbosa powiedział, że przytrzyma Carlotcie głowę, żeby nie urwał jej wiatr. Carlotta 
śmiała   się,   a   myśmy   zazdrościli   Barbosie.   Na   jednym   z   postojów   Femandez 
zaproponował, żeby Carlotta przesiadła się do nas do tyłu, na kolana, ale odmo-
wiła. Głośno cieszyliśmy się z jego klęski. Gdyż oczywiście Fernandez chciał, żeby 
Carlotta usiadła na jego kolanach, a to by wszystko popsuło, bo ona nie należała do 
nikogo konkretnie, stworzyliśmy ją wszyscy razem, była naszą Carlotta.
Urodziła   się   w   Rosadas,   niedaleko   granicy   z   Namibią.   Rok   temu   odbyła 

background image

przeszkolenie w lasach Kabindy. Po wojnie chciała zostać pielęgniarką. To wszystko, 
co o niej wiemy, o tej dziewczynie, która jedzie teraz samochodem, trzyma automat 
na kolanach i ponieważ wyczerpaliśmy nasze żarty i zapanował na chwilę spokój, 
zrobiła  się  poważna  i  zamyślona.   Wiemy,  że  Carlotta  nie  będzie  ani  Alberta,  ani 
Fernandeza, ale jeszcze nie wiemy, że już nie będzie niczyja.
Trzeba   znowu   przystanąć,   bo   most   jest   uszkodzony   i   kierowcy   rozważają,   jak 
przejechać.   Mamy   kilka   minut   czasu,   więc   robięjej   zdjęcia.   Proszę,   żeby   się 
uśmiechała. Stoi oparta o poręcz mostu. Naokoło jest pole, może łąka, nie pamiętam. 
Po chwili ruszyliśmy dalej. Mijaliśmy spalone wsie, puste miasteczka, opuszczone 
plantacje tytoniu i ananasów. Potem było coraz więcej krzewów tamaryszku. zaczęły 
się zielone wzgórza i las. Zrobiło się gorzej, bo dojeżdżaliśmy do frontu szosą, o 
którą toczyły się walki, i na asfalcie leżały rozrzucone zwłoki żołnierzy. Nie mają tu 
zwyczaju   grzebać   poległych   i   wjazd   w   każdą   strefę   bitewną   rozpoznaje   się   po 
nieludzkim   odorze   rozkładających   się   ciał.   W   zgniłej   wilgoci   tropiku   muszą 
dokonywać   sięjakieś   dodatkowe   fermentacje,   bo   zapach   jest   tak   intensywny, 
straszliwy   i   nawet   ogłuszający,   że   mimo   obycia   z   frontem   za   każdym   razem 
dostawałem zawrotów głowy i mdłości. W pierwszym wozie mieli bańkę zapasowej 
benzyny,   więc   zatrzymaliśmy   się,   żeby   polewać   nią   zwłoki,   narzucić   na   zabitych 
trochę suchych gałęzi z przydrożnych krzaków, a potem kierowca strzelał z automatu 
w asfalt pod takim
kątem, aby poszła iskra i wznieciła płomień. Tym ogniem znaczyliśmy naszą drogę 
do Balombo.
Balombo to małe miasteczko w lesie, które przechodzi z rąk do rąk. Żadna strona nie 
może osadzić się w nim na dobre właśnie z powodu tej obecności lasu, tak dosłownej 
jak   w   Otwocku   czy   w   Wildze,   co   umożliwia   przeciwnikowi   skryte   podejście   na 
najbliższą odległość i nagłe zaatakowanie obrońców miasteczka. Dziś rano Balombo 
zostało zdobyte przez oddział MPLA w sile stu ludzi. Jeszcze w okolicznych lasach 
słychać strzały, bo przeciwnik odstąpił, ale niezbyt daleko. W Balombo, które jest 
zniszczone, nie ma ani jednego cywila, tylko tych stu młodych żołnierzy. Jest woda i 
dziewczęta   z   oddziału   przyszły   do   nas   świeżo   wykąpane,   z   mokrymi   włosami, 
ponakręcanymi na papierowe papiloty. Car-lotta karci je, że nie powinny zajmować 
się toaletą, muszą być cały czas gotowe do walki. One skarżą się, że musiały iść w 
pierwszej linii natarcia, bo chłopcy nie bardzo rwali się do przodu. Chłopcy pukają się 
w czoło i twierdzą, że to kłamstwo. Wszystko młodzież szesnasto-, osiemnastoletnia, 
nasi   licealiści,   nasze   powstanie.   Część   oddziału   ugania   się   po   głównej   ulicy   na 
zdobytym traktorze. Każdy robi jedno kółko i oddaje kierownicę następnemu. Inni 
zrezygnowali   z   walki   o   traktor   i   jeżdżą   na   zdobytych   rowerach.   W   Balombo   jest 
chłodno, bo to górka, czuć lekkie powiewy wiatru i szumi las.
Ekipa filmuje, chodzę z nimi i robię zdjęcia. Carlot-ta, która jest przytomna i nie da się 
ponieść   euforii   zwycięstwa,   jaka   ogarnęła   oddział,   wie,   że   w   każdej   chwili   może 
rozpocząć się kontrnatarcie albo że zaczajony strzelec wyborowy może poszukać 
naszych głów. Więc towarzyszy nam cały czas z automatem gotowym do strzału. 
Jest uważna i małomówna. Kiedy idzie, jej cho-
lewy ocierają się o siebie, słychać to. Carvalho - operator - filmuje idącą Carlottę na 
tle   spalonych   domów,   potem   na   tle   imponujących,   bujnych   adenii.   Wszystko   to 
będzie pokazane w Portugalii, w kraju, którego Car-lotta nie zobaczy. W innym kraju, 
w   Polsce,   ukaże   sięjej   zdjęcie.   Jeszcze   chodzimy   po   Balombo   i   rozmawiamy. 
Barbosa pytają, kiedy wychodzi za mąż. Ach, tego nie wie, teraz jest wojna. Słońce 
schodzi   za   drzewa,   zbliża   się   zmierzch   i   musimy   odjeżdżać.   Wracamy   do 
samochodów,   które   czekają   na   głównej   ulicy.   Wszyscy   jesteśmy   zadowoleni,   bo 

background image

byliśmy na froncie, mamy filmy i zdjęcia, żyjemy. Wsiadamy w tym samym porządku, 
w jakim przyjechaliśmy; Carlotta z przodu, my z tyłu. Kierowca zapala silnik i włącza 
bieg-1 wtedy - wszyscy pamiętamy, że to było właśnie w tym momencie  -  Carlotta 
wysiada z wozu i mówi, że ona tu zostanie. Carlotto, prosi Alberto, jedź z nami, 
zapraszamy na kolację, a jutro zabierzemy cię do Lizbony! Carlotta uśmiecha się, 
macha nam ręką na pożegnanie i daje znak kierowcy, żeby ruszał.
Jest nam smutno.
Oddalamy się od Balombo, na drodze coraz ciemniej i ciemniej, zapadamy się w noc. 
Późno docieramy do Bengueli, odnajdujemy jedyny czynny bar, chcemy coś zjeść. 
Alberto, który tutaj zna wszystkich, zdobywa stolik na wolnym powietrzu. Wspaniale, 
bo chłodno i morze gwiazd. Siadamy głodni, wyczerpani, coś tam mówimy. Długo nie 
przynoszą nic do jedzenia. Alberto woła, ale jest gwarno i nikt nas nie słyszy. Wtedy 
na rogu ulicy pojawiają się światła, zza zakrętu wypada samochód i ostro hamuje 
przed barem. Z wozu wyskakuje żołnierz zmęczony, brudny, twarz umazana ziemią. 
Mówi, że zaraz po naszym wyjeździe był atak na Balombo i że oddali miasteczko; w 
tym samym zdaniu mówi, że w czasie ataku zginęła Carlotta.
Wstaliśmy   od   stolika   bez   słowa   i   poszliśmy   wymarłą   ulicą.   Każdy   szedł   osobno, 
zostawiony   samemu   sobie,   nie   było   o   czym   mówić.   Pierwszy   idzie   przygarbiony 
Alberto,   za  nim  Carvalho,  a  drugą stronąjezdni Fernandez,  dalej  -Barbosa,  ja  na 
końcu. Lepiej, żeby nikt nie odzywał się, żebyśmy tak doszli do hotelu i zniknęli sobie 
z   oczu.   Odjechaliśmy   z   Balombo   z   wariacką   szybkością,   żaden   nie   słyszał 
strzelaniny,   która   zaraz   rozpoczęła   się   za   naszymi   plecami.   A   więc   to   nie   była 
ucieczka.   Ale   gdybyśmy   usłyszeli   strzały,   czy   kazalibyśmy   zawrócić,   żeby   być   z 
Carlottą? Czy bylibyśmy zdolni zaryzykować życiem, aby ją ochronić, tak jak ona 
ryzykowała sobą, ochraniając nas w Balombo? A może po prostu zginęła osłaniając 
nasz wyjazd, samotnie, bo chłopcy uganiali się na traktorze, a dziewczyny zajęte były 
toaletą, kiedy tamci wyrośli jak spod ziemi?
Wszyscy jesteśmy winni tej śmierci, ponieważ zgodziliśmy się, żeby Carlottą została, 
a mogliśmy kazać jej wrócić. Ale kto mógł przewidzieć? Najbardziej winni są Alberto i 
ja: to myśmy chcieli jechać na front i wtedy Monti dał nam eskortę - to znaczy dał 
nam tę dziewczynę. Ale czy możemy teraz coś zmienić, odwołać, cofnąć dzień?
Nie ma Carlotty.
Kto mógł przypuszczać, że widzieliśmy ją w ostatniej godzinie? ł że wszystko było w 
naszych   rękach?   Dlaczego   Alberto   nie   zatrzymał   kierowcy,   nie   wysiadł   i   nie 
powiedział do niej: pojedziesz razem z nami, bo inaczej zostaniemy i wtedy będziesz 
za nas odpowiedzialna? Dlaczego nie zrobił tego żaden z nas? I czy wina rozłożona 
na nas pięciu jest przez to mniejsza i łatwiej ją znosić?
Oczywiście,   to   był   tragiczny   przypadek.   W   ten   sposób,   kłamiąc,   będziemy   teraz 
opowiadać. Możemy też
twierdzić, że było w tym coś z przeznaczenia, z fatum. Nie było żadnego powodu, 
aby tam została, poza tym od początku istniała umowa, że wróci z nami. W ostatniej 
sekundzie, wiedziona jakimś nieokreślonym nakazem wysiadła z wozu i w chwilę 
później   zginęła.   Uwierzmy,   że   to   było   przeznaczenie.   W   takich   sytuacjach 
postępujemy   w   sposób,   którego   nie   potrafimy   później   wytłumaczyć.   1   mówimy. 
Wysoki Sądzie, nie wiem, jak to się stało, jak do tego doszło, bo to się właściwie 
zaczęło z niczego.
Ale   Carlotta   znała   tę   wojnę   lepiej   niż   my,   wiedziała,   że   zbliża   się   zmierzch, 
zwyczajowa   pora   ataku   i   że   lepiej   będzie,   jeżeli   na   miejscu   zorganizuje   osłonę 
naszego wyjazdu.  Taki musiał być powód jej decyzji. Tego domyślamy się teraz, 
kiedy jest za późno. O nic nie możemy jej spytać, bo Carlotta nie istnieje.

background image

Stukamy   w   drzwi   hotelu,   które   są   już   zamknięte.   Otwiera   właściciel,   masywny 
starzec,   czarny,   chce   nas   ściskać   uradowany,   że   wróciliśmy   cało,   zarzuca   nas 
pytaniami. Potem przygląda nam się uważniej, milknie i odchodzi. Każdy z nas bierze 
klucz, idzie na piętro i zamyka się w swoim pokoju.
Ten mały, znikający w niebie punkt to samolot, którym odlatuje Alberto i jego ekipa. 
Dudnienie motorów przetacza się górą, nad lotniskiem, nad miastem, coraz słabsze i 
słabsze,   ale   ciągle   słyszalne,   jeszcze   długo   po   tym,   jak   mały,   znikający   punkt 
rozpłynął się już i przestał być widoczny. Teraz jest to tak, jak gdyby z kosmosu 
dolatywały   odgłosy   niewidzialnych,   odległych   burz   gwiezdnych.   Ale   i   one   cichną 
Niebo nieruchomieje, wypełnia się ciszą i blaskiem porannym. Po kilku godzinach na 
drugim krańcu galaktyki pojawi się mały punkt, który zacznie rosnąć, powiększać się. 
aż stanie się sztywnym
kształtem samolotu, co będzie oznaczać, że Alberto i jego ekipa ląduje w Europie.
I ja odlatuję z Bengueli. tylko w przeciwną stronę, na południe, tam gdzie kontynent 
afrykański   zaczyna   dobiegać   końca   i   po   tysiącu,   a   nawet   więcej   kilometrach,   za 
Namibią i Kalahari, pogrąży się w dwóch oceanach. Kiedy przyjechaliśmy rano na 
lotnisko, oprócz samolotu Alberta stal jeszcze dwumotorowy friendship, którego piloci 
— dwaj zarośnięci, zmordowani Portugalczycy, o czerwonych z niewyspania oczach 
- powiedzieli, że lecą zaraz do Lubango zabrać stamtąd ostatnią grupę uciekinierów. 
Lubango,   które   dawniej   nazywało   się   Sa   de   Bandeira,   leży   trzysta   pięćdziesiąt 
kilometrów na południe od Bengueli i jest siedzibą sztabu frontu południowego. Nie 
miałem   tam   przepustki,   bo   na   front   południowy,   który   był   najsłabszy,   najbardziej 
opuszczony, najgorzej zorganizowany i najmarniej uzbrojony, nie wpuszczali nikogo. 
Ale pomyślałem, że może dam sobie radę. Tak pomyślałem, choć szczerze mówiąc 
nie   myślałem   w   ogóle,   bo   gdybym   dobrze   zastanowił   się,   może   odeszłaby   mnie 
ochota, żeby tam jechać. Ale z drugiej strony gdybym zastanowił się jeszcze lepiej, 
chyba chciałbym tam pojechać, bo uważam, że nie powinienem pisać o ludziach, z 
którymi   nie   przeżyłem   chociaż   trochę   tego,   co   oni   przeżywają.   W   każdym   razie 
zacząłem prosić pilotów, żeby mnie wzięli ze sobą. Byli to ludzie tak wyczerpani nie 
znającym przerwy lataniem, tak zobojętniali na wszystko, że nic nie odpowiedzieli, co 
miało   prawdopodobnie   oznaczać,   że   wyrazili   zgodę.   Miałem   na   sobie   dżinsy   i 
koszulę,   w   kieszeni   przepustkę   do   Bengueli   i   trochę   pieniędzy,   a   w   ręku   aparat 
fotograficzny. Reszta rzeczy została w hotelu, a nie było już czasu ani samochodu, 
żeby   jechać   do   miasta.   Nie   czekając   więc   wsiadłem   do   pustego   samolotu   i 
schowałem się w kącie, żeby nie narzucać się im swoją
obecnością, bo mogliby się rozmyślić i kazać mi zostać na lotnisku. Po kwadransie 
wystartowaliśmy z Bengueli, lecąc najpierw nad pustynią, a później nad zielonymi 
wzgórzami, nad łagodnym, urzekającym podhalańskim krajobrazem, a potem nad 
wielkim tęczowym ogrodem kwiatów, którym jest Lubango.
W   Lubango   na   lotnisku   siedziała   na   tobołkach   i   walizach   grupa   wystraszonych, 
spoconych   i   apatycznych   Portugalczyków,   z   ich   jeszcze   bardziej   wystraszonymi 
kobietami i śpiącymi w ramionach tych kobiet dziećmi. Rzucili się do samolotu, nim 
jeszcze wygasły silniki. Zaczepiłem kręcącego się po płycie Mulata i spytałem, czy 
zawiezie mnie do sztabu frontu. Powiedział, że zawiezie, tylko odprawi samolot, ale 
od razu spytał, jak chcę stąd wyjechać, bo ten samolot jest ostatni, który tu przyleciał, 
a jemu wydaje się, że miasto jest w rękach MPLA, ale jest oblężone i że drogi do 
miasta   są   w   rękach   nieprzyjaciela   albo   mogą   być   już   jutro.   Na   to   nic   nie 
odpowiedziałem dokładnie, poza czymś takim w rodzaju: jak Bóg da.
Wszystko działo się odtąd jak w niezrozumiałym, niepojętym śnie, w którym nieznane 
osoby   i   niewidoczne   siły   wikłają   nas   w   kolejne   sytuacje   bez   wyjścia   i   co   chwilę 

background image

budzimy się mokrzy od potu, coraz bardziej wyczerpani i bezwolni. W sztabie frontu 
(dzielnica   rezy-dencyjna   na   wzgórzu)   przywitał   mnie   młody,   biały   An-golańczyk, 
komisarz polityczny. Nazywał się Nelson. Przywitał mnie z radością, jakbym był z 
dawna oczekiwanym gościem i zaraz wysłał mnie na niechybną śmierć. Nelson miał 
niespokojną,   gwałtowną   naturę,   szalone   pomysły   i  gorączkowy,   porywczy   sposób 
bycia. Wystarczyło, żebym w pierwszym zdaniu powiedział, że chcę jechać na front, 
natychmiast wypisał mi przepustkę i nim zdołałem połapać się, wypchnął mnie na 
podwó-
rze,   gdzie   kierowca   zapuszczał   właśnie   silnik   dużej,   starej   ciężarówki   marki 
Mercedes. Ledwie zdołałem uprosić Nelsona, żeby dał kubek wody, bo mdlałem z 
pragnienia.   Ciężarówka   była   wyładowana   do   granic   wytrzymałości   karabinami, 
skrzynkami amunicji, beczkami benzyny i workami mąki. Na szczycie tego ładunku 
siedziało sześciu żołnierzy. Nelson wepchnął mnie do szoferki, w której siedział już 
kierowca — cywil, półnagi, czarny, niebywale chudy. Za chwilę do szoferki dosiadł się 
jeszcze dowódca tej wyprawy — Diogenes. I od razu ruszyliśmy w drogę.
Przejechaliśmy   przez   miasto   —   wszystkie   miasta   w   Angoli   wyglądały   wtedy   jak 
upiorne, niszczejące makiety miast budowane pod Hollywood i już opuszczone przez 
ekipę filmową- nagle skończyła się zieleń, zniknęły kwiaty i wjechaliśmy w gorący, 
suchy   tropik,   na   ziemię   zarośniętą   jak   okiem   sięgnąć   gęstym,   kolczastym, 
bezlistnym, szarym buszem. W tym buszu wycięty był niski i szary wąwóz, a na dnie 
wąwozu   leżała   asfaltowa   szosa.   Tą   właśnie   szosą   jechaliśmy   w   ciężarówce. 
Mercedes był tak stary i  przeładowany, że mimo wysiłków  kierowcy osiągał tylko 
sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.
Byłem w kłopotliwej sytuacji, bo nie wiedziałem, dokąd jedziemy, a nie wypadało mi 
się do tego przyznać. Diogenes mógłby pomyśleć —jak to, nie wie? To po co tu jest, 
po co jedzie? Jedzie i nie wie, dokąd jedziemy? A ja rzeczywiście nie wiedziałem. 
Przypadkowo   trafiłem   na   samolot   w   Bengueli   i   znalazłem   się   w   Lubango. 
Przypadkowy Mulat, którego spotkałem na lotnisku, zawiózł mnie do sztabu frontu. 
Obcy człowiek, o którym wiedziałem tylko, że nazywa się Nelson i zobaczyłem go 
pierwszy raz w życiu, wsadził mnie do ciężarówki. Ciężarówka natychmiast odjechała 
i teraz toczy się między dwoma ścianami kolczastego buszu, ku nie zna-
nemu mi przeznaczeniu. Wszystko stało się nagle i jakoś tak kategorycznie, że nie 
mogłem zastanowić się ani sprzeciwić.
Jechaliśmy   tak,   ten   po   lewej,   chudy,   wczepiony   w   kierownicą,   niespokojny,   ja   w 
środku. Diogenes z prawej strony, czujny, z rozpylaczem wystawionym przez okno, 
gotowym do strzału. Słońce stało w zenicie, szoferka była nagrzana jak martenowski 
piec, cuchnęła ropą i potem. W pewnej chwili Diogenes. wpatrzony ciągle w ścianę 
buszu po swojej stronie, zapytał:
- Nie wiem, czy camarada wie, dokąd jedziemy? Odparłem, że nie wiem.
-1 nie wiem - ciągnął Diogenes nie patrząc na mnie - czy camarada wie, co znaczy 
jechać tą drogą, którą jedziemy.
Znowu odparłem, że nie wiem.
Diogenes   pomilczał   przez   chwilę,   bo   wspinaliśmy   się   na   wzgórze   i   silnik   wył 
ogłuszająco. Potem powiedział:
-   Camarada,   ta   droga   prowadzi   do   Południowej   Afryki.   Czterysta   pięćdziesiąt 
kilometrów stąd jest granica. Czterdzieści kilometrów przed granicąjest miasteczko 
Pereira de Eca. Tam znajduje się nasz oddział i tam jedziemy. W naszych rękach są 
miasta -jest Lubango i Pereira de Eca. Ale teren jest w rękach nieprzyjaciela. W tym 
buszu, przez który jedziemy, jest nieprzyjaciel i do niego należy ta droga. Do tego 
oddziału, który jest w Pereira de Eca, od miesiąca nie dojechał żaden nasz konwój. 

background image

Wszystkie wozy ginęły w zasadzkach. A teraz my próbujemy tam dojechać. Mamy 
przed   sobą   czterysta   kilometrów   drogi   i   na   każdym   metrze   możemy   wpaść   w 
zasadzkę. Czy camarada rozumie?
Poczułem,   że   nie   wydobędę   głosu,   więc   tylko   pokiwałem   głową   na   znak,   że 
rozumiem, co znaczy jechać tą drogą, którąjedziemy. Potem opanowałem się na tyle. 
żeby spytać, dlaczego jest nas tak mało. Gdyby jechała
kompania albo nawet pluton, byłaby większa szansa dotarcia na miejsce. Diogenes 
odpowiedział,  że na  tym froncie jest  w ogóle mało  ludzi.  Trzeba ich  przywozić z 
Luandy i z Bengueli. Ziemia tutaj jest prawie bezludna. Jest trochę koczowników, ale 
to dziki naród, który chodzi nago. Wszystkie swoje wojny przegrali wiele lat temu. 
Odtąd   wiedzą,   że   nie   mogą   wygrać   i   że   jedynym   ratunkiem   jest   schować   się   w 
buszu. Ruchem głowy Diogenes wskazał na ścianę buszu, za którą kryli się ci nadzy, 
przegrani   ludzie.   Następnie   spytałem,   dlaczego   jedziemy   taką   rozlatującą   się 
ciężarówką.   Przecież   Portugalczycy   zostawili   tyle   doskonałych   wozów.   Na   to 
Diogenes   odparł,   że   wozy,   zostawione   przez   Portugalczyków,   są   własnością 
Portugalczyków. Nie ma pieniędzy, żeby te wozy odkupić, a nawet nie ma z kim 
rozmawiać, bo ich właściciele są w Europie. Czy nie sądzi, spytałem, że szybkim 
wozem łatwiej uciec i trudniej w niego trafić, natomiast jadąc takim gratem toczymy 
się   prosto   w   śmierć.   Tak,   Diogenes   zgadza   się,   ale   pyta,   co   możemy   poradzić? 
Zapada milczenie i słychać tylko szum silnika i szelest opon na rozmiękłym asfalcie.
Czas   mija,   ale   ciągle   jest   tak,   jak   gdybyśmy   tkwili   w   miejscu.   Ciągle   ten   sam, 
połyskujący, równiutki ścieg asfaltu położony na rudej, sypkiej ziemi. Po obu stronach 
ciągle te same wyblakłe, spękane ściany buszu. To samo białe, oślepiające niebo. Ta 
sama pustka porzuconego świata, który żadnym poruszeniem, żadnym głosem, nie 
daje o sobie znaku życia. W tej nieruchomej, martwej i ubogiej scenerii porusza się i 
chyboce nasza ciężarówka jak blaszany samochodzik w głębi odpustowej strzelnicy. 
Pan właściciel kręci korbką, wycięta z blachy zabawka jedzie kiwając się na boki, kto 
chce,   może   strzelać.   W   ciężarówce   z   tyłu   siedzi   sześciu   żołnierzy   ukrytych   za 
skrzynkami amunicji i workami mąki. Słońce pali niemiłosiernie, więc przykryli się 
plandeką, jakby jecha-
li w ulewie. Ich sytuacjajest o tyle lepsza,  że jeśli wpadniemy w zasadzkę, mogą 
łatwo   wyskoczyć   z   wozu   i   uciekać   do   buszu.   Gorsze   jest   położenie   tych,   którzy 
znajdują się w szoferce. Zatrzaśnięci w metalowym pudle są jak trzy ruchome tarcze 
przesuwane   wolno   do   przodu   i   wspaniale   oświetlone   słońcem   szesnastego 
równoleżnika. W banalnym wnętrzu pustej strzelnicy sunie blaszany samochodzik, a 
pan właściciel widzi, coraz bardziej zdumiony, że nie ma chętnych do strzelania. A 
przecież małym kosztem można zdobyć atrakcyjną nagrodę. Jeszcze kręci korbką, 
ale coraz bardziej ospale i niechętnie. Wycięta z blachy zabawka porusza się wolniej 
i wolniej, aż w końcu staje.
Stanęliśmy na skraju szosy, przed nami, po tej samej stronie, leżał wrak spalonej 
ciężarówki. Ślad konwoju, który dotarł do tego miejsca. Rozrzucone skrzynki, beczki, 
worki, opony. W jednym miejscu wypalona ziemia, zwęglone kości. Tych, których 
złapali,   musieli   zabić,   a   potem   spalić,   albo   nawet   związali   i   spalili   żywcem.   Nie 
wiadomo, kto przeżył, czy w ogóle ktoś przeżył. Diogenes mówi, że jeżeli ktoś uciekł 
w busz, nie mógł daleko zawędrować; zginął z pragnienia, bo tu nigdzie nie ma wody. 
Można przeżyć tylko jadąc drogą, choć jadąc drogą - można zginąć. Trzeba trzymać 
się szosy, ale, oczywiście, na szosie można wpaść w zasadzkę. No tak. ale nie ma 
lepszego wyjścia, to znaczy nie ma w ogóle wyjścia idealnie doskonałego. To mówi 
Diogenes, który twierdzi, że ci ze spalonej ciężarówki popełnili błąd, bo na pewno 
jechali rankiem albo o zmierzchu, albo i nocą. Wtedy jest chłodno i nieprzyjaciel ma 

background image

siłę, żeby podejść do szosy i zrobić zasadzkę. Natomiast w południe nastaje wielki 
upał   i  walczących  ogarnia  śmiertelna  senność   i  lenistwo.   Chowają  się  w  cieniu   i 
zapadają   w   drzemkę.   Przygasa   zapał   wojenny   i   stygnie   wrogość.   Trzeba   to 
wykorzystywać i jechać w
samo południe, bo jest to pora najbardziej bezpieczna. Przypomniałem sobie, że to 
samo mówił Monti. Front zasypiał, gdy słońce stawało w zenicie.
Jechaliśmy do zmierzchu w napięciu, ze skupioną, bezradną czujnością, mijając po 
drodze jeszcze dwie zwęglone ciężarówki straconych konwojów. Diogenes poganiał 
kierowcę, nie pozwalał zatrzymywać się. O piątej po południu zobaczyliśmy na szosie 
kilku   uzbrojonych   ludzi.   Stali,   mierząc   z   automatów   w   naszą   stronę.   Diogenes 
odbezpieczył swojego kałasznikowa, ci  z tyłu podnieśli  się  z  legowisk  i ukryci za 
szoferką   brali   na   cel   stojących   na   szosie   ludzi.   Szofer   zwolnił,   odległość   między 
ciężarówką a  tymi,  którzy  stali w  przodzie,  malała.  Nikt  nie  strzelił.  Potem,  kiedy 
byliśmy już blisko, na tyle blisko, że można było rozpoznać sylwetki a nawet twarze, 
jeden z tych na szosie podniósł do góry karabin i rozległ się strzał. Wtedy Diogenes 
wyciągnął z kabury pistolet i też strzelił w powietrze. Mercedes zatrzymał się. tamci 
podbiegli do ciężarówki.
- Oddział comandante Farrusco - powiedział jeden.
-Konwój comandante Diogenesa - odpowiedział Diogenes.
Byliśmy   w   Pereira   de   Eca.   Zaczęli   prosić   o   papierosy.   Sięgnąłem   do   kieszeni   i 
dopiero w tym momencie, kiedy wszystko we mnie pękło, rozłożyło się na luźne, 
swobodne i uspokojone cząsteczki, zauważyłem, że spodnie i koszula są mokre od 
potu   i   ja   cały   mokry,   i   że   w   kieszeni,   tam   gdzie   trzymałem   paczkę   naszych 
radomskich ekstramocnych. mam garść zwilgłego, cuchnącego nikotyną siana.
Zniszczony napis przy wjeździe do miasteczka zachęca do spoczynku i przetarcia 
zmęczonych oczu: W Pereira de Eca (proponuje tablica przy drodze) zatrzy-
maj się w Gospodzie pod Czarnym Łabędziem. Klimatyzacja - Obfita kuchnia - Ogród 
- Bar - Atrakcyjne ceny. 1 niezdarny rysunek ptaka płynącego jeziorem, który na tej 
wysokości geograficznej może pojawić się tylko we śnie.
Wszystko to zachęta dla tych, którzy przemierzają świat, poznają odległe kontynenty 
i nieznane krainy. Znajdą tu wygodny odpoczynek podróżując jałową i monotonną 
trasą  Windhoek -  Luanda,  2230  km.  Czy mogę  dorzucić  zmęczonemu  wędrowcy 
swojąradę?Nie   zatrzymuj   się   w   tym   miasteczku   teraz,   dzisiaj.   Tej   nocy.   Czasy 
zmieniły się i nie znajdziesz obiecywanych wygód. Co prawda jest woda, jednakże 
nie ma światła. Panują ciemności. Nie pokazał się księżyc. Są tylko gwiazdy, ale 
dalekie   jakieś,   osłabione,   mało   pomocne.   Źle   ze   spaniem,   bo   domy   rozbite   i 
zrabowane. Z kuchnią też źle. Na betonowej podłodze gospody, w kałuży zeschłej 
krwi,   leży   zarżnięta   i   cuchnąca   już   koza.   Kto   głodny,   wycina   bagnetem   kawałek 
mięsa i  podpieka  go w  ognisku. Jak ci  ludzie żyją,  dlaczego  nie  umierająza-truci 
padlinnym jadem? Nie można także liczyć na zapowiadaną klimatyzację. Jest gorąco 
i mimo nocy upał nie podniósł się z ziemi, ociężały i lepki przygniata nieruchome, 
spłaszczone miasteczko.
W   blasku   naftowej   lampy,   jedynego  światła,   widać   twarze   pokryte   potem, 
połyskujące,   jakby   nasmarowane   oliwą.   Brodata,   szeroka   twarz   comandante 
Farrusco. Blada, w młodzieńczych krostach twarz jego zastępcy -Carlosa, bohatera 
spod   Luso.   Przedwcześnie   zniszczona,   zaniedbana   twarz   kobiety   imieniem 
Esperanza. Siedzimy w gospodzie na skrzyniach, na krzesłach, a dowódca zajmuje 
miejsce w fotelu. Za oknem, na placu snują się żołnierze, rozpuszczeni w mroku, 
czarni, jak poruszona ciemność. Dlaczego nie idą na stanowiska? -pyta Farrusco. ale 
zaraz milknie i nie wydaje rozkazu.

background image

Pozostali milczą, widocznie jest to pytanie bez znaczenia albo odpowiedź jest znana. 
Widocznie fakt. czy pójdą na stanowiska, niczego nie poprawia, nie ratuje.
To oddział skazany na zagładę, nie ma dla niego ocalenia.
Przyprowadźcie tego, co przyjechał z południa, rozkazuje Farrusco ludziom, którzy 
stoją w drzwiach czy raczej w tym miejscu, w którym kiedyś były drzwi prowadzące 
na drewnianą werandę i na plac. Camarada posłucha, co opowiada ten człowiek, 
mówi do mnie Farrusco, bo okazuje się, że oni już wiedzą, co opowiada, rozmawiali z 
nim   po   południu.   Wchodzi   skrajnie   wyczerpany,   roztrzęsiony   Portugalczyk.   Ma 
wpadnięte   oczy,   jest   nie   ogolony,   brudny,   wygląda   jak   uosobienie   bezsiły   i 
opuszczenia. Nazywa się Humberto Dos An-gos de Freitas Quental. Jest stąd, tu się 
urodził, myślę, że jakieś pięćdziesiąt lat temu. Przed tygodniem uciekł z rodziną do 
Namibii. Żonę i czworo dzieci zostawił w obozie dla Portugalczyków w Windhoek, a 
sam   postanowił   wrócić.   Chciał   wrócić,   bo   w   Pereira   de   Eca   została   jego   matka. 
Matka   ma   osiemdziesiąt   jeden   lat   i   prowadzi   piekarnię   tyle   lat,   ile   ma   jej   syn 
Humberto, który stoi przed nami. Powiedziała synowi, że nie wyjedzie i że będzie 
dalej piekła chleb, który jest zawsze potrzebny. Przecież sami wiecie, mówi do nas 
Humberto, że w Pereira de Eca macie świeży chleb. Tak, o tym wie cały oddział 
żywiący się chlebem wypiekanym przez tę kobietę, za który w dodatku nie płaci, bo 
jest  to  wojsko ochotnicze  i  wyzwoleńcze,  nie  mające pieniędzy.  Kiedy  wyjeżdżał, 
żeby wywieźć rodzinę do Namibii, kończył się zapas mąki i matka, która jest głucha i 
nie rozumie, że jest wojna i z powodu wieku już nic nie rozumie poza tym. że dopóki 
świat   istnieje,  ludzie  będą  potrzebować  chleba,  kazała synowi  wrócić  i  przywieźć 
mąki. Została sama, więc postanowił wrócić i wiózł dla niej mąkę, któ-
rą zabrali mu na granicy, ale wie, że dzisiaj przyjechała ciężarówka z Lubango i 
przywiozła mąkę, co oznacza, że matka znowu upiecze chleba i że będziecie mieli co 
jeść nic za to nie płacąc, bo ona nie żąda pieniędzy.
Wszyscy  kochamy tę  kobietę,  mówi  Farrusco,  chociaż ona  nie  jest  specjalnie  za 
nami, ale jest za życiem i za chlebem i to wystarczy. Nasi ludzie przynosili jej wodę, 
której   potrzebowała.   T   przynosili   jej   drzewo.   I   będzie   żyła   tak   długo,   póki   my 
będziemy żyć, a może dłużej od nas. Ale chcę, żebyś powiedział tym ludziom, którzy 
przyjechali   z   Lubango,   co   słyszałeś   w   Windhoek   i   co   mówili   ci   po   drodze   w   tej 
miejscowości, która jak się nazywa? Nazywa się Tsumeb, powiedział syn pie-karki, i 
leży może dwieście pięćdziesiąt kilometrów stąd. Portugalczycy, którzy tam uciekli, 
mówią, że niedługo pójdzie na Angolę wojsko Południowej Afryki i że rozgonią MPLA. 
To samo mówią w Windhoek. Mówią, że wojsko pójdzie może dziś, a może jutro. 
Mają wozy pancerne i lotnictwo i zajmą Luandę. Skąd to wiesz, spytał Farrusco. - 
Tak   mówią   wszyscy   Portugalczycy,   odparł   Humberto,   chociaż   to   tajemnica.   W 
Windhoek przychodzili do naszych obozów oficerowie południowoafrykańscy i pytali, 
kto służył w armii, i jeżeli ktoś chciał, brali ze sobą do tego wojska, które pójdzie na 
Angolę. A w Tsumeb, na stacji benzynowej, jeden biały powiedział mi, że w mieście 
jest dużo wozów pancernych, którymi jutro albo pojutrze pojadą do Angoli skończyć z 
komunistami.
Farrusco   powiedział   synowi   piekarki,   że   może   wracać   do   domu.   Humberto   robił 
wrażenie człowieka uczciwego. Ale nie wyglądało, że jest zbyt lotny i zdaje się, że był 
analfabetą. Zostaliśmy w pokoju sami, było nadal gorąco i duszno, mimo że minęła 
północ. Na podłodze, pod ścianami spali jacyś ludzie, inni wchodzili i wychodzili nie 
wiadomo po co. nie mówiąc słowa. Sprawdź.
czy poszli na stanowiska, odezwał się Farrusco do Car-losa. Wyślij kilku szosą w 
stronę granicy, niech ujdą kawałek i zobaczą, co się dzieje. Co to pomoże, odezwała 
się Esperanza. Jej twarz była teraz ciemniejsza niż wieczorem. Powiedz im, mówi 

background image

Farrusco, żeby poszli naprawdę, żeby nie bali się i nie siedzieli w rowie. Jeżeli pójdą 
zbyt daleko, odzywa się kobieta, mogą zostać odcięci albo dostaną się w zasadzkę. 
Naokoło   jest   nieprzyjaciel.   Dobrze,   mówi   Farrusco,   ale   chcę   wiedzieć   dokładnie, 
gdzie   są.   Przecież   oni   nie   dowiedzą   się,   bo   zginą,   mówi   Esperanza.   Po   co 
prowokować tamtych. Nie mamy sił, żeby się obronić.
Oddział   comandante   Farrusco   liczy   stu   dwudziestu   ludzi.   Jest   to   na   froncie 
południowym jedyny oddział między Lubango i granicą (450 km) i między Atlantykiem 
i Zambią (1200 km). Jedyny oddział na obszarze takim, jak jedna trzecia terytorium 
Polski. Dookoła, na dziesiątki, na setki kilometrów rozciąga się jałowy busz - bez 
wody,   bez   żadnych   punktów   orientacyjnych,   nieubłagana   drapieżność   milionów 
kolczastych,   splecionych   w   ścianę   gałęzi,   wrogi   świat   nie   do   pokonania,   nie   do 
przebycia. I tylko droga do Lubango, jedyna szosa przez ten busz, jak w korytarzu 
zasieków, po której odwrót jest też niemożliwy, bo jest zbyt długa, żeby przejść ją 
pieszo, a nie ma transportu, żeby przewieźć cały oddział. Może już o tej godzinie, a 
zbliżała się druga w nocy. nieprzyjaciel zajął szosę po obu stronach miasteczka i oto 
siedzimy w cieniu stalowego ramienia pułapki czekając, aż ktoś zwolni sprężynę i w 
powietrzu rozlegnie się ogłuszający trzask.
Przyszedł  Diogenes   i  jeszcze  jeden   z   konwoju,   a  potem  wrócił   Carlos.   Dowódca 
spytał, czy tamci wyszli, i Carlos powiedział, że tak. Usiadł na skrzyni i odpiął pas, do 
którego   miał   przytroczony   cały   arsenał   pistoletów,   magazynków   i   granatów.   W 
czasach kolonialnych Car-
los i Farrusco walczyli w oddziałach komandosów portugalskich. Obaj byli synami 
chłopów z południa Portugalii. Po skończeniu służby zostali w Angoli i pracowali jako 
mechanicy samochodowi. Później Nelson opowiedział mi, co następuje:
-Kiedy   latem  tego   roku  wybuchło  powstanie  MPLA  przeciw   FNLA  i  UNITA,   walki 
toczyły się również w Lubango. Ale w szeregach przeciwnika walczyło wielu białych i 
na naszym terenie, na południu, losy tego powstania ważyły się długo. Pewnego dnia 
przychodzi do sztabu krępy, brodaty mężczyzna i mówi, pokażę wam, jak to się robi, 
jak trzeba walczyć. To był Farrusco. Zorganizował oddział, zajął Lubango, a potem 
zdobył Pereira de Eca i tam został. Brakowało im uzbrojenia. Przez cały czas oprócz 
karabinów mieli  tylko dwa moździerze 82 mm. Strzelali z nich Farrusco i  Carlos. 
Strzelali bez używania podstawy, z ręki, i obaj mieli poparzone dłonie od rozpalonych 
luf, mieli dłonie całe w bąblach i w ranach.
Tej   nocy   w   gospodzie   wszyscy   czuwają   i   jest   to   czuwanie   tępe,   bezbronne   i 
wyczekujące. Może tylko śpią chłopcy na stanowiskach, na krańcach miasteczka i w 
rowach, bo  młody  sen jest  silniejszy  niż łęk, niż  pragnienie i  nawet  silniejszy  niż 
moskity. W pokoju pali się naftowa lampa i od dawna panuje milczenie. Nikomu nie 
chce się rozmawiać i nawet nie wiadomo, o czym mówić. Wszyscy czekają świtu 
coraz  bardziej   znużeni   i  senni.  Słychać  chrapanie  tych,   którzy   śpią  na  podłodze. 
Słychać zawodzenie moskitow. Pot ścieka po twarzach, w ustach gorzko od nikotyny, 
sucho i mdląc o.
Farrusco. trąciłem go w ramię, bo zaczynał drzemać, chciałbym dzisiaj wrócić do 
Lubango   i   potem   przebijać   się   do   Luandy.   Myślę,   że   to,   co   powiedział   ten 
Portugalczyk, jest ważne. Robił wrażenie, że mówi prawdę. Pew-
nie. że jest ważne, zgodził się Farrusco, tamci zaczynają inwazję. Stąd do Luandy, 
powiedziałem, jest półtora tysiąca kilometrów. Nie wiem, kiedy tam dojadę, bo już nie 
ma   samolotów.   W   Luandzie   mam   łączność   z   krajem,   a   myślę,   że   to,   co   mówi 
Portugalczyk, jest światową wiadomością. Zrób coś. żebym mógł dzisiaj wrócić do 
Lubango. Musimy doczekać świtu, powiedział Farrusco, bo nocą nie można jechać tą 
szosą. Światła  są  z daleka widoczne  i  łatwo wpaść  w  zasadzkę. Zobaczymy,  co 

background image

będzie o świcie, zobaczymy, czy zaatakują. Od granicy aż do Pereira de Eca nie ma 
nikogo z naszych. Mogą też nadjechać od zapory w Ruacana i odciąć nam drogę do 
Lubango. Stąd nie wyjedziemy inaczej, tylko tą drogą, którą może odcięli już w nocy, 
bo w Ruacana stacjonowały ich wojska, a stamtąd wystarczy trzy godziny jazdy, żeby 
dotrzeć do naszej szosy.
Kończyła się noc, nad ziemią wstała czerwona łuna. Pojawiły się domy i drzewa, na 
skraju miasteczka stanęła ściana buszu. Wrócili zwiadowcy meldując, że po drodze 
nikogo nie spotkali. Trochę zelżało napięcie. Farrusco poszedł sprawdzić posterunki. 
Ruszyłem za nim. U wylotów piaszczystych uliczek, które kończyły się na skraju lasu, 
leżeli   żołnierze   wypatrując,   czy   coś   nie   rusza   się   między   drzewami.   Busz 
rozbrzmiewał  wspaniałą  muzyką  ptactwa,  w  górę wzlatywała hałaśliwa,  tropikalna 
hosanna. Potem wyszło słońce, zatoczyło snopem promieni jak reflektor, wszystko 
nagle umilkło i zapadła cisza.
Wróciliśmy   do   gospody.   Kobieta   gotowała   kawę,   pachniało   jak   rankiem   na 
mazurskim campingu. Dopiero teraz zobaczyłem na ścianie sztabową mapę. Gwóźdź 
wbity w środku - to oddział w Pereira de Eca. Naokoło żadnych więcej gwoździ. 
Dopiero W7żej gwóźdź w Lubango. gwóźdź w Mocamedes i w Matala. Im wyżej.
tym więcej  gwoździ.  Ukośna czarna krecha,  trochę złamana  w schodki, to nasza 
droga. Dołem rządek krzyżyków nad brzegiem rzeki Cunene to granica z Namibią. 
Strzałka w górę wskazuje kierunek na Europę. Pole pokryte kółkami to busz. Pole 
pokryte kropkami — pustynia. Pole niebieskie - Atlantyk. PN — oznacza park: lwy. 
słonie, antylopy. 5 czerwone - zginęło pięciu naszych. 7 czarne - zginęło siedmiu 
tamtych.   Dalej   cyfry   czerwone   i   czarne   dwoma   rzędami   w   dół,   bez   linii 
podsumowania, bo konto śmierci jest ciągle otwarte.
Teraz,   daj   Boże,   przejechać   z   życiem   czarną   krechą   w   górę   -   do   Lubango. 
Ruszyliśmy o dziesiątej  przy wysokim słońcu z  nadzieją, że  rozszalały żar  zmusi 
przeciwnika   do   opuszczenia   zasadzek   i   wpędzi   go   w   stan   bezwładnej,   sennej 
drętwoty. Po rozgrzanym placu snuli się żołnierze zamroczeni upałem, wałęsali się w 
kółko bez drygu i energii. Inni siedzieli w cieniu, oparci o ściany domków, o płoty, o 
drzewa, nieruchomi jak w śpiączce. Nie wiem, co stało się z Diogenesem, bo zniknął 
z   całą   załogą   konwoju.   Nigdzie   nie   widziałem   kobiety.   Carlos   stał   na   werandzie 
gospody   i   wymachiwał   do   nas   automatem.   W   nieruchomej   scenerii   tego   placu 
balansująca w powietrzu ręka Carlosa zdawała się jedyną żywą i zdolnądo ruchu 
istotą.
Jechaliśmy jeepem Toyota, który prowadził szesnastoletni żołnierz — Antonio. Na 
szosie leżał oślepiający blask, jezioro pulsującego światła, które przesuwało się do 
przodu. W pewnej chwili z głębi tego jeziora wynurzył się jak zjawa samochód. Zbliżał 
się do nas. Nigdy nie wiadomo, kto jedzie naprzeciw i Farrusco, który siedział po 
mojej   prawej   stronie,   odbezpieczył   swojego   Ka-2   i   odpiął   od   pasa   granat.   Wozy 
zatrzymały się. Z półciężarówki wyładowanej betami jak cygański wóz
wysiadł   zaniedbany,   zarośnięty   Portugalczyk,   który   z   całą   rodziną   uciekał   do 
Południowej Afryki. Stał na szosie zgarbiony i zrezygnowany, jakby znalazł się przed 
sędzią, który za chwilę skaże go na dożywocie. Powiedział, że szosa jest pusta i że 
nikt go nie zatrzymywał. Jednakże nic to nie znaczyło, bo zwykle ludzie, którzy robili 
zasadzki, nie ruszali uciekinierów.
Był to odkryty jeep i pęd powietrza dawał nieco ulgi. Gwizdało w uszach. W tym roku, 
krzyczał do mnie Far-rusco przez wiatr, urodził mi się syn. Jest w Lubango i chcę go 
zobaczyć.   Duży?   spytałem,   jak   mogłem   najgłośniej,   żeby   mnie   słyszał.   Duży, 
roześmiał się, duży chłop. Minęliśmy Rocadas, a potem pusty most na Cu-nene. Mój 
ojciec, krzyczał dowódca przez wiatr, nie miał ziemi, a było nas ośmioro, wszyscy 

background image

bez butów. Nie wiem, czy wiesz, że u nas są góry i jest zimno. Pokręciłem głową, że 
nie wiem. Jeep sunął szosą przez pejzaż tak jednostajny, że zdawało się, iż stoimy w 
miejscu.   Kiedy   biłem   się   jako   komandos,   słyszałem   jego   głos   przez   wiatr, 
pomyślałem, że jestem po złej stronie. I dlatego, dodał po chwili kaszląc, bo wiatr 
wysuszał gardło, kiedy zaczęła się ta wojna, przeszedłem na drugą stronę.
Dojeżdżaliśmy   do   najgorszego   miejsca,   do   Humbe.   Tutaj   dochodziła   droga   z 
Ruacana,   którą   mogły   nadjechać   oddziały   południowoafrykańskie.   Farrusco   kazał 
zatrzymać   wóz   i   poszedł   skrajem   buszu   do   skrzyżowania   zobaczyć,   jaka   jest 
sytuacja. Nie zauważył nic podejrzanego i nikogo nie spotkał. Wystarczy, powiedział, 
postawić tu jeden wóz pancerny, żeby sparaliżował całą szosę. Nie będziemy mogli 
nic mu zrobić, bo nie mamy broni przeciwpancernej.
W Europie, powiedział, uczyli mnie, że front to okopy i zasieki, które tworzą wyraźną i 
wiadomą linię. Front na rzece, wzdłuż drogi albo od wioski do wioski. Moż-
na to wykreślić ołówkiem na mapie, można pokazać palcem w terenie. A tutaj front 
jest wszędzie i nigdzie. Ta ziemia jest zbyt wielka, a ludzi zbyt mało, żeby istniał 
liniowy front. To świat dziki i nie urządzony, trudno z nim współżyć. Nie ma wody, bo 
tu dużo pustyń. Nie można dłużej zatrzymać się tam, gdzie nie ma źródeł, a źródło od 
źródła daleko. Tu, gdzie stoimy, jest woda, a następna woda dopiero sto kilometrów 
dalej. Każdy oddział trzyma się swojej wody, bo inaczej zginie. Jeżeli między jedną 
wodą a drugą jest sto kilometrów odległości, to ta przestrzeń jest niczyja, nikogo tam 
nie ma. Więc front u nas nie jest liniowy, tylko punktowy i w dodatku ruchomy. Są 
setki   frontów,   bo   są   setki   oddziałów.   Każdy   oddział   jest   frontem,   potencjalnym 
frontem. Jeżeli nasz oddział zderzy się z oddziałem przeciwnika, to dwa potencjalne 
fronty zamieniają się we front realny: następuje bitwa. Teraz jesteśmy trzyosobowym 
frontem   potencjalnym,   który   zmierza   na   północ.   Jeżeli   wpadniemy   w   zasadzkę, 
staniemy się frontem realnym. To jest wojna zasadzek. Na każdej drodze, w każdym 
miejscu może być front. Można objechać ten kraj i wyjść cało, a można zginąć na 
najbliższym metrze. Nie ma zasady, nie ma metody. Wszystko zależy od szczęścia i 
przypadku.   Jest   wielki   bałagan   na   tej   wojnie.   Nikt   dokładnie   nie   orientuje   się   w 
sytuacji.
Gnaliśmy dalej, w samo południe, smagani gorącym wiatrem. Busz przesuwał się do 
tyłu i znikał za nami. Minęliśmy Cahamę i Chibombę. przy szosie stały spalone domy. 
Jeżeli dojedziesz do Luandy. krzyczał Farru-seo przez pęd powietrza, powiedz, żeby 
przysłali ludzi i broni. Powiedz, że jeśli przyjdą z Namibii, nie utrzymamy tej ziemi. 
Długo jechaliśmy w milczeniu. Potem znowu usłyszałem jego głos. Myślę, że mnie 
zabiją, wołał przez wiatr, myślę, że wypatrzą, że biały dowódca jeż-
dzi tą szosą i mnie zabiją, bardzo trudno, krzyczał do mnie, bardzo trudno wyjść z 
zasadzki, bo zawsze, wolał, jest za późno, wchodzisz im prosto na cel, ale wiesz, 
słyszałem jego głos, nie boję się, słyszysz, nie czuję lęku.
Usłyszałem   łomot,   trzask,   walenie,   głos   -jedziemy,   jedziemy,   i   był   to   glos 
niespokojnego   ducha,   komisarza   Nelsona.   Zerwałem   się,   dookoła   ciemno,   na 
szczęście   spałem   w   ubraniu   i   w   butach,   więc   mogłem   od   razu   pobiec   za   nim, 
zlatywaliśmy po schodach w dół, poczułem ból głowy. Zacząłem przytomnieć dopiero 
w   samochodzie.   Był   to   nowy   peugeot   504,   w   kolorze   szarym.   Prowadził   Nelson. 
Obok siedział comandante Bota, ze sztabu frontu, pijany. Trzymał między kolanami 
butelkę whisky. Z tyłu siedział przyjaciel Nelsona i jego pomocnik - Manuel oraz ja. 
Manuel miał pistolet maszynowy uzi, który jest bronią izraelską poręczną w walce na 
krótkim dystansie, ale mało skuteczną w zasadzkach, w których lepiej walczy się 
radzieckim   Ka-2   i   belgijskim   G-3,   bo   mają   większy   zasięg   ognia.   Spojrzałem   na 
zegarek, była druga w nocy. Lubango leży wysoko nad poziomem morza i noce są 

background image

tutaj   lodowate,   skandynawskie.   Trząsłem   się   z   zimna   i   niewyspania.   Dokąd 
jedziemy? spytałem Manuela. Do Bengueli. Ucieszyłem się i chciałem znowu zasnąć, 
kiedy Manuel powiedział, w przodzie jest bitwa. Od razu oprzytomniałem. Atakuje 
szwadron Chipendy, powiedział Manuel, a przed nami jest tylko jeden nasz oddział 
dowodzony przez comandante Antonio, ale Antonio jest w Bengueli, pojechał szukać 
broni. To dlaczego jedziemy tą drogą zajętą przez bitwę, spytałem Manuela. Bo nie 
ma  innej  drogi   z  Lubango  do  Bengueli,   odparł.  A   tak.  prawda,   przyznałem.   Bota 
pociągnął z butelki, którą podał nam do tyłu,
więc też pociągnęliśmy po łyku. Zrobiło się lepiej. Jechaliśmy może pól godziny, z 
wielką szybkością, przez teren pagórkowaty, po obu stronach szosy stał zielony las, 
dojeżdżaliśmy już do krzyżówki w Caculi, kiedy na lewo, a potem na prawo, tuż przy 
drodze,   usłyszeliśmy   strzelaninę,   przeciągłe   dudnienie   cekaemów   i   wybuchy 
pocisków.   Nelson   zgasił   wszystkie   światła   i   musiał   zwolnić,   bo   noc   była   bardzo 
ciemna, bez widoczności, jechał dalej na oślep, wyczuwając oponą miękkie pobocze 
szosy.   Wolniej,   odezwał   się   Bota,   który   zaczął   przytomnieć.   A   może   lepiej,   żeby 
szybciej,   powiedział  nieśmiało  Manuel,   jechaliśmy   tak   cały  wiek.  Jezu.   myślałem, 
Jezu. granat rozerwał się w rowie, huknęła blacha. jakby walnął ktoś kijem w dach. 
wszyscy   w   porządku?   spytał   po   chwili   Bota,   tak,   w   porządku,   w   ostatniej   chwili 
Nelson zobaczył stojącą ciężarówkę i chciał ją wyminąć, kiedy z rowu wyskoczył do 
niego Mulat i mówi, Nelson, mam tu dwudziestu ludzi, ale nie mogę podrzucić ich do 
przodu,   żeby   zatrzymać   Chipendę,   bo   skończyła   mi   się   benzyna,   skąd   wziąć 
benzyny, cały dygotał, a było strasznie zimno.
Skąd wezmę ci benzyny, powiedział Nelson, poślij do Lubango, jak poślę, człowieku, 
kiedy nie mam się czym ruszyć, świetlna seria przeleciała nad nami, potem druga, 
trzecia. Nelson, odezwał się ten. który stał na szosie i trzymał drzwiczki samochodu 
tak, jakby nie chciał nas puścić, mówię ci, jest źle. wytłuką nas jak kurczaki i znowu 
blisko jeden granat, a potem kilka naraz, jedź dalej, powiedział Bota z dna swojego 
pijanego oszołomienia i Nelson ruszył, a Mulat zniknął tak nagle, jakby upadł rażony 
pociskiem i dlaczego jechaliśmy w tym przerażającym ogniu zamiast przeczekać w 
rowie,   ale   może   oni   myśleli,   że   wtedy   tamci   wyłapią   nas   jak   hycle   i   że   lepiej 
próbować wymknąć się z potrzasku, w każdym razie skręciliśmy na Cuilengues. po 
obu stro-
nach  ściany   ziemi,   widocznie   jechaliśmy   dnem   jakiegoś   przekopu   albo   wąwozu, 
nagle tupot, biegło dwóch chłopców z karabinami, zatrzymaj ich. powiedział Bota. i 
Nelson zawołał, stój. zatrzymali się, były to prawie dzieci, oberwani, półprzytomni ze 
strachu,   spojrzałem   na   karabiny,   mieli   stare   mauzery.   a   wy   skąd.   spytał   Bota.   z 
oddziału   comandante   Antonio,   aha,   mówi   Bota,   uciekacie,   co.   tak   stoją   pokorni, 
wystraszeni,   jakby   to   nauczyciel   złapał   ich   w   czasie   klasówki,   że   ściągają, 
natychmiast wracajcie do walki, rozkazuje im Bota, ja tam zaraz będę i zobaczę, czy 
walczycie,   zapamiętałem   wasze   twarze.   Szare   ze   strachu   twarze   tych   chłopców 
cofają się w ciemność, potem nikną, jedziemy dalej, teraz będzie najgorzej, mówi 
Bota, bo chodzi o to, że dobijamy do Cuilengues, a tam powinni być najemnicy.
Zaczyna świtać i powoli cichnie strzelanina, zostaje za nami. Niebo robi się podobne 
do łąki, potem wygląda jak morze, a potem jak równina w śniegu. Stań, mówi Bota, i 
Nelson zatrzymuje peugeota na osłoniętym zakręcie. Idziemy pieszo zobaczyć, co 
dzieje się w Cuilengues. Jest szary, chłodny świt, rosa, nie ma słońca. Posuwamy się 
przyczajeni, bo nie wiadomo, kto kryje się w tych domkach, kto jest za następnym 
rogiem uliczki i za następnym. Długo chodziliśmy, żeby przekonać się, że miasteczko 
jest martwe, bez śladów życia. Nie wiem. co stało się tutaj przed naszym przybyciem. 
Bo nie tylko nie było ludzi. Ale nie było też żadnych innych stworzeń. Ani psa. ani 

background image

kota. Ani kozy, ani kury. Ani ptaków na drzewach. Chyba ani myszy.
Uspokojeni   wracaliśmy   do   samochodu,   kiedy   Nelson   nagle   zatrzymał   się, 
w7prostował   ramiona   i   pow   iedział,   jeszcze   dzień   życia,   bo   teraz   droga   aż   do 
Bengueli była już wolna, i zaczął gimnastykować się, a my wszyscy z
nim. Bota chwiejnie, ciągle zataczając się. robiąc przechyły w lewo i w prawo, ale my 
energicznie, proszę oprzeć dłonie na biodrach, następnie stanąć na palcach i zrobić 
przysiad,   i   raz.   i   dwa.   plecy   wyprostowane,   głowa   podniesiona   do   góry,   głębszy 
przysiad,   jeszcze   głębszy,   a   teraz   wyrzuty   ramion   do   przodu   i   do   tyłu.   mocniej, 
mocniej do tyłu i wdech, i wydech, wdech i wydech, ręce poziomo, nie opuszczać rąk, 
a teraz skłony ciała do przodu i na boki, na trzy tempa i raz, i dwa, i trzy, a teraz 
żabka, a teraz motylek, a teraz wzeszło słońce.

background image

Depesze

Wróciłem   do   Luandy   w   sobotę   nad   ranem,   było   jeszcze   ciemno.   Jechaliśmy   z 
Bengueli nocą, wozem-cy-sterną wysłaną do stolicy na poszukiwanie benzyny, bo 
front południowy był unieruchomiony z powodu braku paliwa. Po drodze mijaliśmy 
zaspane, półprzytomne posterunki, chłopców owiniętych w pałatki, w derki, w kapy i 
worki, gdyż nieprzyjemnie siąpiło. Jak zwykle wszczynali między sobą dyskusje, czy 
przepuścić nas, czy nie, chcieli, żeby dać im coś zjeść i zapalić, ale myśmy nie mieli 
nic, więc zrezygnowani machali ręką i szli spać. Nocą można było wjechać i zająć 
Luandę bez jednego strzału. Na afrykańskich przedmieściach kobiety rozpalały przed 
domami ogniska i szykowały się do ubijania manioku. Ubijanie manioku na twarde, 
kruche, białe ciasto zajmuje kobiecie afrykańskiej połowę życia. Druga połowa jest 
przeznaczona na noszenie płodu i rodzenie dzieci. W kilku miejscach przy studniach 
stały już kolejki po wodę. W innych - po chleb. Ludzie w tych kolejkach drzemali 
oparci o ściany albo spali na ziemi okryci prześcieradłami. Na murach był rozlepiony 
plakat   OJCZYZNA   CIĘ   POTRZEBUJE,   wielki,   czarny   paluch   wymierzony   w  oczy 
przechodnia, o tej porze przekrwione z niewyspania. W europejskim śródmieściu nie 
było śladu życia. Kurz i pajęczyna zarastała domy i ulice.
W   hotelu   wróciłem   do   swojego   pokoju   numer   47,   przegnałem   z   łóżka   stado 
karaluchów i położyłem się
spać. Nigdy nic mi się nie śni, a tym razem znalazłem się nagle w podwarszawskim 
lasku, zza krzaków zaczęli wychodzić do mnie chuligani z nożami, zbliżali się takim 
krokiem,   jakby   bawili   się   w   podchody.   Otworzyłem   oczy,   nade   mną   stała   dona 
Cartagina, chudy i wycieńczony Oscar (nowy właściciel hotelu) oraz stróż Fernando z 
zawieszonym   na   szyi   plastykowym   medalionem   z   podobizną   Agostinho   Neto. 
Cieszyli się, że wróciłem, i zupełnie bez sensu wypytywali mnie, czy jestem żywy, z 
taką natarczywością i niedowierzaniem, że w końcu straciłem orientację, czy to już 
jawa,   czy   dalszy   ciąg   snu,   w   którym   raptem   dona   Cartagina,   Oscar   i   Fernando 
grasują   z   nożami   w   podwarszawskim   lasku.   Nie   wiem,   co   działo   się   dalej 
(prawdopodobnie znowu zasnąłem), bo kiedy zerwałem się z łóżka, w pokoju było 
pusto.  Poszedłem  korytarzem -  też pusto. Wszystkie  pokoje  pootwierane i puste. 
Zatęchła wilgoć w powietrzu, wiatraki nie działają, zacząłem odkręcać krany. Krany 
gwałtownie chrapią, a potem cichną: nie ma wody. Zbiegłem po schodach na dół, 
gdzie w recepcji wsparty łokciami o stosy niepotrzebnych papierów i stertę pieniędzy 
bez   wartości   drzemał   Felix,   j   ego   blada   twarz   leżała   na   dłoni   nieruchoma,   bez 
wyrazu. Felix, potrząsnąłem nim, daj pić. Otworzył oczy i spojrzał na mnie. Od trzech 
dni nie ma wody, powiedział. Kończą się ostatnie studnie. Jeżeli dalej nie będzie co 
pić.   miasto   musi   poddać   się.   Zostawiłem   go   i   poszedłem   do   kuchni,   ale   kiedy 
otworzyłem drzwi, uderzył mnie w nozdrza makabryczny odór, taki. że wbiło mi nogi 
w podłogę i nie mogłem zrobić kroku. Ten smród szedł od góry nie mytych talerzy i 
garów, ale przede wszystkim od cuchnącej świni, którą ćwiartował tasakiem czarny 
kucharz. Ca-marada, powiedziałem oparty o stół, żeby nie upaść, daj wody. Odłożył 
tasak i z blaszanej beczki dał mi kubek wody. Poczułem w środku miękkość i chłód, 
wra-
całem do życia.  Daj jeszcze, powiedziałem.  Camarada  niech pije tyle,  przyzwolił, 
żeby miał dobrze.
Zamknąłem   się   w   pokoju   i   zacząłem   telefonować.   Telefony   działały.   Pojęcie 
totalności istnieje w teorii, ale nigdy w życiu. Nawet w najbardziej szczelnym murze 
istnieje jakaś szczelina (albo mamy nadzieję, że istnieje, a to coś znaczy). Nawet 

background image

kiedy   mamy   wrażenie,   że   nic   już   nie   działa,   coś   działa   i   umożliwia   minimum 
egzystencji. Choćby otaczał nas ocean zła, będą z niego wystawać zielone i żyzne 
wysepki.   Widać   je,   sana   horyzoncie.   Nawet   najgorsza   sytuacja,   jeżeli   w   niej   się 
znajdziemy,   rozkłada   się   na   czynniki   pierwsze,   a   wśród   nich   będą   takie,   których 
można się uchwycić, jak gałęzi krzaka rosnącego na brzegu, aby stawić opór wirom 
ściągającym na dno. Ta szczelina, ta wyspa, ta gałąź utrzymują nas na powierzchni 
istnienia.
I teraz w naszym zamkniętym mieście, kiedy nie funkcjonowało już tysiące rzeczy i 
kiedy zdawało się, że wszystko jest zniszczone, telefon jednak działał. Z południa, z 
granicy   Namibii   przywiozłem   wiadomość,   że   dzisiaj,   może   jutro   wejdą   do   Angoli 
pancerne kolumny. Syn piekarki powiedział, że wojska południowoafrykańskie stoją 
już w Tsumeb gotowe do wojny. Trzeba im trzech godzin, żeby dojechać do granicy, 
trzech dni, żeby dojechać do Bengueli, może jeszcze tygodnia, żeby dojechać do 
Luandy. Nikt o tym w Luandzie nie wiedział, bo stolica nie miała łączności z krajem. 
Chciałem  przekazać  to,   co  mówił  syn  piekarki  i  to,   co  mówił  Farrusco.  Że   rusza 
interwencja   i   że   front   południowy   nie   utrzyma   się.   Zacząłem   wydzwaniać,   ale 
wszystkie numery milczały. Próbowałem jeszcze raz i jeszcze. Przeciągłe sygnały, 
nikt nigdzie nie podnosił słuchawki. Spojrzałem do kalendarza, bo nie miałem już 
poczucia   czasu,   to   znaczy   czas   zatracił   dla   mnie   wszelką   podzielność,   wszelką 
wymierność. rozleciał się, rozpełznął jak zwłókniały tro-
pikalny opar. Czas konkretny przestał cokolwiek znaczyć, od dawna nie miało dla 
mnie znaczenia, czy jest to środa czy piątek, dziesiąty czy dwudziesty, ósma rano 
czy druga po południu. Życie biegło mi od zdarzenia do zdarzenia, w nieokreślony 
sposób zmierzało  do niewiadomego  celu. Wiedziałem tylko, że  chcę być  tutaj do 
końca, niezależnie od tego, kiedy on nastąpi i jaki będzie. Wszystko było całkowitą 
zagadką, która fascynowała mnie i wciągała.
Z kalendarza wyliczyłem, że był to 18 października 1975. I jak już wspomniałem - 
sobota. To tłumaczyło milczenie telefonów. Bo w sobotę i niedzielę zamierało całe 
życie. Te dwa dni rządziły się własnymi, nienaruszalnymi prawami. Milkły działa i 
zawieszano wojnę. Ludzie odkładali broń i zapadali w sen. Wartownicy opuszczali 
posterunki, obserwatorzy chowali lornetki. Pustoszały drogi i ulice. Zamykano sztaby 
i urzędy. Wyludniały się rynki. Wyłączały się radiostacje. Stawała komunikacja. W 
niepojęty, ale całkowity sposób, ten wielki kraj razem ze swoją wojną i zniszczeniem, 
ze   swoją   agresją   i   biedą,   stawał,   nieruchomiał   jak   zaczarowany,   jak   zaklęty. 
Najbardziej   tytaniczna   eksplozja,   żadne   zjawisko   niebieskie   ani   żadne   ludzkie 
wołanie   nie   było   w   stanie   ruszyć   go   z   sobotnio-niedzielnego   letargu.   Przede 
wszystkim nie mogłem nigdy ustalić, gdzie po-dziewali się ludzie. Najbliżsi przyjaciele 
znikali jak kamień w wodzie. Nie było ich ani w domach, ani na ulicy. Nie mogli też 
wyjeżdżać poza miasto. Kluby, restauracje, kawiarnie - to nie istniało. Nie wiem. Nie 
potrafię tego wytłumaczyć.
To   sobotnio-niedzielne   odprężenie   respektowały   wszystkie   walczące   strony, 
najzacicklejsi wrogowie uznawali prawo przeciwnika do dwudniowego relaksu. W tej 
sprawie   nie   było   żadnych   różnic,   weekendowe   lenistwo   ogarniało   i   jednoczyło 
wszystkich. Ci ludzie
byli tak skonstruowani,  że starczało im energii życia od poniedziałku do piątku, po 
czym   o   północy   przechodzili   w   stan   nirwany,   w   niebyt,   nieruchomiejąc   w   tych 
pozycjach, w jakich zastała ich godzina zero. Zalegała apatyczna cisza działająca na 
wszystko   jak   środek   nasenny.   Nawet   zdawało   się,   że   zasypia   przyroda.   Ustawał 
wiatr, sztywniały palmy, zwierzyna zapadała się pod ziemię.
Wieczorem   przyszedł   Oscar   i   przyniósł   mi   zapisany   na   kartce   numer   telefonu 

background image

mówiąc, żebym tam zadzwonił. Czyj to telefon, spytałem. On nie wie. Dzwonili do 
hotelu i powiedzieli, żeby dać mi ten numer, kiedy wrócę do Luandy. Oscar poszedł, 
zostałem sam w pokoju. Podniosłem  słuchawkę i wykręciłem numer  napisany  na 
kartce.  Po drugiej  stronie linii odezwał  się męski, niski  głos.  Powiedziałem,  że  w 
hotelu dali mi ten telefon mówiąc, żebym zadzwonił. Czy nazywam się tak a tak? 
spytał   niski   głos.   Owszem,   potwierdziłem.   Ta   część   rozmowy   odbyła   się   w 
portugalskim,   ale   w   tym   momencie   tamten,   po   drugiej   stronie,   przeszedł   na 
hiszpański,   a   ze   sposobu   mówienia   i   akcentu   zorientowałem   się,   że   mówię   z 
Kubańczykiem.   Każdy,   kto   spędził   dłuższy   czas   w   Ameryce   Łacińskiej   i   zna 
hiszpański, odróżni natychmiast wymowę kubańską; ma ona specyficzny zaśpiew i 
jest   niedbałą   zbitką   słów,   których   końcówki   są   z   reguły   opuszczone.   Spytałem 
tamtego, kim jest i co tu robi myśląc, że jest to reporter z „Prensa Latina" albo ktoś w 
tym   rodzaju.   Wtedy   powiedział   -   człowieku,   nie   pytaj   tyle.   bo   kto   za   dużo   pyta, 
dostaje za dużo odpowiedzi. Zamilkłem, bo nie wiedziałem, o co chodzi. Zobaczymy 
się u ciebie w pokoju, powiedział, będziemy tam za godzinę. I odłożył słuchawkę.
Przyszli we dwóch, po cywilnemu, jeden był czarny, masywny, zwalisty, a drugi biały, 
krępy i niski. Usiedli.
czarny wyją! kubańskie papierosy, które lubię - popula-res. Spytali, czy byłem na 
Kubie. Tak, raz.byłem. A gdzie? Wszędzie byłem, w Oriente, w Camaguey, w Ma-
tanzas.   Czarny   jest   z   Oriente.   Pięknie   tam,   prawda?   uśmiecha   się.   Oj,   pięknie, 
mówię,   zawieźli   mnie   na   taką   fajną   górę,   widok   niesamowity.   A   teraz   byłeś   na 
południu? spytał biały. Tak, na południu. I jak jest na południu? Jakjest? Najpierw 
powiedzcie, kim jesteście. Biały powiedział, jesteśmy z armii. Z grupy instruktorów.
Była to dla mnie nowa rzecz, bo nie wiedziałem, że w Angoli są instruktorzy z Kuby. 
To znaczy, w Bengueli widziałem kilku ludzi ubranych w mundury kubańskie, ale 
tutejsi chodzili we wszelkich możliwych mundurach, jakie dostawali z zagranicy lub 
zdobywali na froncie, i myślałem, że byli to żołnierze MPLA. Teraz spytałem, czy ci, 
których widziałem w Bengueli, to byli wasi? Tak, powiedział czarny, nasi, pojechało 
tam kilkunastu ludzi. Powiedziałem, że chyba pojechali za późno, bo według moich 
obliczeń wojsko Południowej Afryki może już być w głębi Angoli. Zresztą, co poradzi 
kilkunastu ludzi? Tam idzie silna, regularna armia. Maj ą dużo wozów pancernych i 
dużo   artylerii.   Są   to   Afrykanerzy,   oni   potrafią   walczyć.   A   MPLA   nie   ma   broni.   I 
powiedziałem,   że   oddział   Farrusco   ma   tylko   dwa   moździerze   i   trochę   starych 
karabinów. W Lubango też nie mają ciężkiej broni, jedyny wóz pancerny, który był w 
Bengueli,   rozbili   najemnicy.   Kto   może   stawić   opór   kolumnom   pancernym,   które 
wejdą, a może już weszły z Namibii? Poza tym nad losami tej wojny ciąży przeszłość. 
W tym kraju przez pięćset lat czarny człowiek przegrywał wszystkie wojny z białym 
człowiekiem.   Nie   można   zmienić   myślenia   ludzi   z   dnia   na   dzień.   Żołnierz   MPLA 
pobije żołnierza FNLA i UNITA, ale będzie odczuwał lęk przed białą armią, która idzie 
z południa.
Zgodzili się, że sytuacja jest trudna. Zapadło milczę-
nie.   W   pokoju   było   ciemno   od   dymu,   duszno.   Siedzieliśmy   spoceni,   męczyło 
pragnienie. Walczyłem ze swoją wyobraźnią, bo ciągle wchodził mi w oczy widok 
butelki piwa albo zimnego soku z lodem, albo inne podobne szaleństwo. Spytałem 
ich,  czy  przyjdzie  większa  pomoc.  Nie  wiedzieli.  Może  przyjdzie,  ale  kiedy  i jaka 
-niewiadomo. Dopiero przyjechali i mają szkolić tutejsze wojsko, ale tego wojska, w 
takim pojęciu jak to rozumiemy, nie ma. Są luźne oddziały, rozrzucone po kraju. Czy 
będzie czas, żeby stworzyć z tego armię? Tamci stoją dwadzieścia kilometrów od 
Luandy. Mo-butu posyła nowe i nowe bataliony. Jutro mogą tu wejść.
Odprowadziłem ich na dół. Powiedzieli, że następnym razem spotkamy się u nich, bo 

background image

im niewygodnie przyjeżdżać do hotelu, gdzie mogą kręcić się różni ludzie. Przyślą po 
mnie samochód, kiedy przyjdzie pora. Spytałem, jak mam ich nazywać. Czarnego 
mam nazywać Mauricio. Białego mam nazywać Pablo. Ale jeżeli będę telefonować, 
najlepiej nie  mówić żadnych imion,  tylko powiedzieć po  hiszpańsku,  że przyjaciel 
chce się z nimi spotkać. Oni już resztę zorganizują. W bocznej, ciemnej uliczce stał 
zasłonięty jeep, nowy, bez żadnych znaków rejestracyjnych. Ręka kogoś, kto siedział 
w środku, otworzyła drzwiczki. Wsiedli i jeep natychmiast odjechał.
A   tam,   w   siedzibie   sztabu   w   Pretorii,   a   później   w   Win-dhoek   i   wreszcie   (już 
najdrobniejsze detale) w kwaterze frontu w Tsumeb, wszystko zostało dokładnie i 
dobrze obmyślone. Na ścianach mapy, Afryka w miniaturze, a mimo to wielka, od 
sufitu   do   podłogi,   od   drzwi   wejściowych   przez   cały   gabinet   dowódcy   ciągną   się 
bezludne obszary oznaczone piaskowym kolorem. Sztabowcy
przy podłużnych stołach, wyższe rangi, obkuci fachowcy-
Nazwa operacji: Orange.
Cel operacji: zająć Luandę do dnia 10 listopada 1975 (tego dnia o godzinie 18.00, 
zgodnie z porozumieniem z Alvor, ostatnie oddziały portugalskie opuszczą Angolę). 
Następnego dnia ogłosić niepodległość Angoli, w której władzę obejmie koalicyjny 
rząd FNL A--UNITA.
Współdziałanie: natarcie z kierunku południowego szosą Tsumeb, Pereira de Eca, 
Lubango,   Benguela.   Novo   Redondo,   Luanda.   Jednocześnie   natarcie   z   kierunku 
północnego   szosą   Maąuela   do   Zombo,   Carmona,   Caxito,   Luanda.   Równoległe 
natarcie z kierunku wschodniego szosą Nova Lisboa, Quibala, Dondo, Luanda.
Siły:   kierunek   południowy   -   oddziały   zmotoryzowane   armii   Republiki   Południowej 
Afryki   {wsparcie   -oddziały   ochotników   portugalskich,   oddziały   FNLA--UNITA, 
szwadron Chipendy). Kierunek północny - oddziały FNLA (wsparcie - oddziały armii 
Republiki Zairu, oddziały ochotników portugalskich). Kierunek wschodni-jak kierunek 
południowy.
Godzina zero:
(tu rozpoczyna się dyskusja w języku angielsko-afry-kanersko-portugalskim. Ścierają 
się   dwie   opinie.   Część   uważa,   że   działania   należy   rozpocząć   wcześniej,   bo 
przeciwnik może stawiać opór, przełamywanie oporu zajmie czas i może opóźnić 
zajęcie Luandy. Poza tym w miarę posuwania się w głąb Angoli będą wydłużać się 
linie zaopatrzenia wojsk w amunicję, paliwo i żywność, dlatego trzeba przewidzieć 
czas   dodatkowy.   Proponują   godzinę   zero   -   poniedziałek,   20   października.   Inni 
uważają, że operacja zajmie nie więcej niż dwa tygodnie. Na północy stoimy już na 
przedmieściach Luandy. Wszystkie informacje wskazują, że na południu przeciwnik 
nie
będzie zdolny stawić oporu. Będziemy posuwać się szybkimi wozami pancernymi 
typu panhard. Wystarczy obliczyć czas przejazdu tych wozów z Tsumeb do Luan-dy 
dodając czas przeznaczony na posiłki i sen oddziałów. Uważają, że wystarczy ustalić 
godzinę   zero   na   dzień   27   października.   Ostatecznie   zwycięża   pierwszy,   bardziej 
roztropny   wariant.   Nawet   jeżeli   wszystko   potrwa   trzy   tygodnie   i   tak   będzie   to 
blitzkrieg, który wprawi świat w oszołomienie).
Godzina zero: 19 października, niedziela.
W niedzielę, jak wspomniałem, kraj pogrążony jest w stanie niebytu, nie daje znaków 
życia. Jednakże tego dnia. wiedziony niepojętym przeczuciem, comandante Farrusco 
szuka od rana swojego kierowcy Antonia, w końcu Antonio sam pojawia się, zaspany 
i   nieprzytomny   ze   zmęczenia,   ale   Farrusco   każe   siadać   mu   za   kierownicą   i   tym 
samym czerwonym jeepem Toyotą, którym wracałem z Pereira de Eca, jadą teraz 
szosą   przez   busz.   Po   jakimś   czasie   widzą   w   płomieniach   słońca   coś,   co   może 

background image

wydawać się zjawą, ale co szybko materializu-je się i przybiera kształt rozciągniętej 
kolumny   wozów   pancernych,   nad   którą   unosi   się,   prawie   nieruchomy,   pękaty 
helikopter. Jeszcze chwila i rozlega się nerwowe turkotanie cekaemów. Farrusco jest 
ciężko ranny - kula przebija mu płuco. Antonio jest ranny w nogę, ale zachowuje 
przytomność. Cofa samochód i rusza z konającym dowódcą w drogę powrotną.
Kolumna toczy się naprzód, w kierunku Pereira de Eca. Żołnierze jadą schowani we 
wnętrzach wozów, ale musi być im gorąco i duszno, bo coraz to - wbrew rozkazom - 
w tym lub w tamtym wozie otw iera się pokrywa włazu i ukazuje się młoda, opalona 
twarz.
A w Luandzie? Co można robić w niedzielę w naszym opuszczonym mieście, na 
które -jak okazuje się- został już wydany wyrok?
Można spać do południa.
Można pokręcić kranem, żeby sprawdzić, czy - a nuż -jest woda.
Można postać przed lustrem myśląc: ile już siwych włosów w mojej brodzie.
Można posiedzieć  nad talerzem,  na którym leży kawałek obrzydliwej ryby i łyżka 
zimnego ryżu.
Można, pocąc się z osłabienia i wysiłku, przejść się w górę Rua de Luiz de Camoes - 
w stronę lotniska albo w dół - w stronę zatoki.
Ale przecież to nie wszystko! Przecież możnajeszcze pójść do kina! Tak, ponieważ 
mamy jeszcze kino, co prawda jedno tylko, ale za to panoramiczne i na wolnym 
powietrzu i w dodatku bezpłatne. To kino znajduje się w północnej części miasta, 
blisko   frontu.   Właściciel   uciekł   do   Lizbony,   ale   pozostał   operator   i   została   taśma 
słynnego   filmu   porno   „Emmanuelle".   Tę   taśmę   operator   puszcza   bez   przerwy,   w 
kółko,  gratis, wstęp wolny dla  wszystkich,  walą tłumy dzieciaków,  walą żołnierze, 
którzy urwali się z frontu, zawsze jest komplet i ścisk, wrzawa i ryk nieopisany. Dla 
zwiększenia   efektu   operator   stopuje   obraz   w   miejscach   najbardziej   pikantnych. 
Dziewczyna naga - stop. On bierze ją w samolocie -stop. Ona bierze ją nad rzeką - 
stop. Stary bierze ją -stop. Bokser bierze ją-stop. Jeśli bierze ją w pozycji fi-kuśnej - 
śmiech i  brawa  na widowni. Jeśli bierze  ją w pozycji przesadnie wyrafinowanej - 
widownia milknie i analizuje. Jest tyle wesołości i gwaru, że z trudem słychać dalekie, 
ciężkie pogłosy ognia artylerii pobliskiego frontu. 1 oczywiście nie ma mowy - ale to 
już nie z powodu „Emmanuelle", tylko ze względu na wielką
odległość - żeby usłyszeć warkot silników sunącej szosą kolumny pancernej.
Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę świętą, zacznijcie opowiadać... Zły znak- dona 
Cartagina śpiewa godzinki. Od rana całe miasto chwieje się i dygoce, po-dzwania 
szybami, bo artyleria otworzyła pełny ogień, bum, bum, bach, łubudu. mam, mam, 
horyzont wypełnił się wojennym łomotaniem. Holden Roberto zapowiedział, że dzisiaj 
wejdzie   do   Luandy.   Prosi   ludność   o   zachowanie   spokoju.   Wczoraj   jego   samolot 
rozrzucił ulotki, zdjęcia Holdena z podpisem
BÓG RZĄDZI W NIEBIE HOLDEN RZĄDZI NA ZIEMI
Muszą   atakować   wielką   siłą,   bo   od   świtu   strzelanina   nie   słabnie,   a   zbliża   się 
południe. W mieście popłoch, nerwowe bieganie, krzyki. Do linii frontu jest piętnaście 
minut   samochodem.   Może   wejdą.   Dona   Cartagina   chce   mnie   ukryć   w   swoim 
mieszkaniu. Mieszka niedaleko stąd, trzecia przecznica i na prawo. Mam iść teraz, 
pokaże mi drogę, żebym wiedział, którędy. Będę jej synem, który zajmuje się chorą, 
starą matką. A co ty mówisz takim dziwnym portugalskim? spytają. Boja urodziłem 
się na Timorze, ale uciekłem z domu i całe życie spędziłem w Birmie. Pływałem w 
birmańskiej flocie i mówię lepiej tamtym językiem.
Pokazać dokumenty!
Dokumenty zostały na statku, a sami widzicie, że wszystkie statki odpłynęły.

background image

Dona Cartagina każe mi spalić papiery i spakować walizkę, ale mówię, że nie. że 
jeszcze czas, może dziś nie wejdą.
Dzwonię do Kubańczyków. ich telefon milczy.
Schodzę na dół, spotykam biegnącego Oscara, pytam, co się dzieje. Nie wie. co się 
dzieje, biegnie. Ulicą przejeżdża ciężarówka z wojskiem, potem druga. Jakieś kobiety 
z tobołkami, truchtem. Wreszcie pojawia się patrol, szukają wrogów. Jakich wrogów, 
mówi Felix blady jak ściana. Mnie cierpnie skóra, bo właśnie siedzę przy telexie i 
próbuję   połączyć   się   z   Warszawą,   a   oni   pomyślą,   że   próbuję   połączyć   się   z 
Holdenem Roberto. Już zdążyłem dodzwonić się do miejscowej centrali i nadałem:
3322 T1YOLI AN
OB INT LUANDA AN
ESTIMADO COLEGA, PODE LIOARME COM POLONIA
NUMERO 814251 OK?
Ale nagle oni rozłączyli się i odetchnąłem z ulgą, bo jeden z patrolu podszedł do mnie 
i chciał zobaczyć, co piszę, a ja nic już nie pisałem, więc on: musimy być czujni, 
musimy   być   czujni,   camarada,   bo   nieprzyjaciel   stoi   pod   Luandą.   Tak,   camarada, 
mówię   i   Felix   mówi   tak,   pewnie,   to   jasne   i   zatrzymany   w   pół   kroku   Oscar   też 
przytakuje, byleby prędzej opuścili lufy do ziemi, a najlepiej, żeby w ogóle poszli.
W końcu wynieśli się, a ja poszedłem pustymi ulicami do „Diario de Luanda". do 
Queiroza,   który   zawsze   dużo   wiedział.   Trzech   ludzi   robiło   tę   gazetę.   Miała   ona 
szesnaście stron, z tego Queiroz zapisywał codziennie osiem. Uważał, że jest ich za 
mało: dziennik powinno robić pięciu ludzi. Pokazał mi tytuły, które wysłał do drukarni: 
Wszyscy na front! Nadeszła godzina próby! Nie oddamy ani piędzi ziemi! Powiedział 
mi, że sytuacja jest ciężka, że atakują wszystkie siły FNLA i pięć batalionów Zairu i 
jeszcze najemnicy i że MPLA ściąga na
przedpola Luandy jednostki z prowincji, ale nie ma transportu i kończy się amunicja.
Wróciłem do hotelu i czekałem na Warszawę. W recepcji było pełno ludzi, którzy bali 
się  zostać  na  tę  noc  w  domach,   woleli  siedzieć  tu   i  czekać,   co  stanie   się  dalej. 
Kanonada przybliżała się coraz bardziej, znowu ciężarówki, ulicą, bez świateł.
Nagle zapaliła się lampka telexu i aparat zaczął:
3322 TIYOLI AN
814251 PAPPL
DOBRY WIECZÓR, NIE MOŻEMY SIE Z PANEM POŁĄCZYĆ CO KILKA MINUT 
PRÓBOWALIŚMY, ALE NIE UDAWAŁO SIE N.AM, NIE WIEM, DLACZEGO WCIAZ 
AUTOMAT WYBIJAŁ ZNAK ZAJETOSCT, PROSZĘ
TAK BI BI, TUTAJ JEST WOJNA I STRASZNY BAŁAGAN, WCZORAJ UDERZYŁ 
POCISK W KABEL I PRZERWAŁ LIMĘ, ALE DZISIAJ JUZ DOBRZE
BI BI, CZY JEST TAM SZEF ZMIANY?
TAK MOM MOM SŁUCHAM MORAWSKI
CZESC ZDZICHU, SŁUCHAJ TL ZACZAL SIE SZTURM NA LUAN-DE, BYC MOZĘ 
ZARAZ   USTANIE   LACZNOSC,   JEST   BARDZO   CIĘŻKIE   BOMBARDOWANIE 
ARTYLERYJSKIE, NADAM TO CO MAM, ALE MUSICIE LICZYĆ SIE ZE PRZERWA 
WKRÓTCE NASZA LACZNOSC, TERAZ MATERIAŁ OK??'.

1

TAK   JEST,   DAWAJ,   ALE   CZY   NIE   MOŻEMY   COS   ZROBIĆ   DLA   TWEGO 
BEZPIECZEŃSTWA,   MOZĘ   MOŻNA   CTE   STAMTĄD   WYCIĄGNĄĆ   JAKIMŚ 
SAMOLOTEM
NIE, JUZ JEST POZNO. JUTRO MOZĘ WSZYSTKO SIE ROZSTRZYGNIE NIC ME 
WIADOMO. CO TU BĘDZIE, JESTEŚMY BARDZO SŁABI I JEST BARDZO ZLE. 
ALE NA RAZIE MATERIAŁ A POTEM POGADAMY BO Ml TĘSKNO OK''
OK, OK, DAWAJ

background image

MOM MOM
(Wystukałem mom mom to znaczy - chwileczką, bo właśnie przez radio odezwał się 
głos   szefa   sztabu   wojsk   MPLA   -   comandante   Xiyetu,   który   ogłaszał   powszechną 
mobilizacją. Wysłuchałem do końca i od razu wystukałem:)
Z OSTATNIEJ CHWILI LUANDA PAP 23.10 W ZWIĄZKU Z POWAŻNA SYTUACJA. 
JAKA   WYTWORZYŁA   SIE   W   ANGOLI,   SZTAB   GENERALNY   ARMII   LUDOWEJ 
MPLA OGŁOSIŁ W CZWARTEK WIECZOREM TJ PRZED CHWILA POWSZECHNA 
MOBILIZACJE   WSZYSTKICH   MĘŻCZYZN   W   WIEKU   18-45   LAT.   KOMUNIKAT 
SZTABU   STWIERDZA,   ZE   ANGOLA   STALĄ   SIE   W   TEJ   CHWILI   OE1ARA 
ZBROJNEJ   AGRESJI   ZAKROJONEJ   NA   SZEROKA   SKALE.   W   CIĄGU 
DZISIEJSZEGO   DMA   NIEPRZYJACIEL   ZAJAL   SZEREG   WAŻNYCH   MIAST   1 
JEGO   OFENSYWA   TRWA   NADAL.   WALKI   TOCZĄ   SIE   W   TEJ   CHWILI   NA 
PRZEDPOLACH   LUANDY.   SYTUACJA   JEST   BARDZO   CIEZKA   I   KOMUNIKAT 
SZTABU   WZYWA   WSZYSTKICH   PATRIOTÓW',   ABY   CHWYCILI   ZA   BRON   1 
UDALI SIE NA FRONT BRONIĆ OJCZYZNY END 1TEM
MOM MOM
RYSIEK, TELEWIZJA PROSIŁA O PRZEKAZANIE CI NASTĘPUJĄCEJ NOTY! NA 8 
LISTOPADA PRZYGOTOWUJEMY PROGRAM O SYTUACJI WEWNĘTRZNEJ W 
ANGOLI,   DO   KTÓREGO   CHCIELIBYŚMY   CIEBIE   ZAPROSIĆ.   NAJLEPIEJ 
BYŁOBY,   GDYBY   TO   BYŁA   RELACJA   FILMOWA,   ALE   MOGĄ   TO   TEZ   BYC 
ZDJĘCIA   FOTOGRAFICZNE,   WIADOMOŚCI   NAGRANE   NA   MAGNETOFON, 
WRESZCIE KORESPONDENCJA SŁOWNA, KTÓRA ODCZYTAŁBY SPECJALNIE 
ZAANGAŻOWANY AKTOR. SERDECZNIE POZDRAWIAMY
SŁUCHAJ   RYSIU.   DAŁEM   CI   TE   NOTĘ   ZDAJĄC   SOBIE   SPRAWĘ   Z   CAŁEJ 
ABSURDALNOŚĆ! WSZYSTKIEGO W TYM MOMENCIE
TO NIC, SŁUCHAJ, JESZCZE PRZEKAZ CZARNECKIEMU: MICHAŁ, TUTAJ ROBI 
SIE BARDZO ZŁE. KAŻDEGO DNIA MOŻNA OCZEKIWAĆ
MAKU NA LUANDE I PRZERWANIA  ŁĄCZNOŚCI. DLATEGO CHCE SIE Z WAMI 
UMOWIC NASTĘPUJĄCO - JEŻELI NIE BĘDZIECIE SIE MOGLI POŁĄCZYĆ ZE 
MNA WIECZOREM O USTALONEJ GODZINIE, PRÓBUJCIE LACZYC SIE RANO 
NASTĘPNEGO DNIA GODZ 7 GMT I POTEM 20 GMT I ZNOWU NASTĘPNEGO 
DNIA I TAK DO SKUTKU, AZ BOCi DA POŁĄCZYMY SIE OK? ZAŁATWCIE ZĘBY 
WSTRZYMALI   EWENTUALNE   WYJAZDY   DO   LUANDY,   CHYBA   ZE   KTOŚ   MA 
PLANY SAMOBÓJCZE OK777 ŚCISKAM RYSIEK
TAK, OK, DZIĘKUJE I TRZYMAMY ZA CIEBIE PALCE
DZIĘKUJE   STARY,   POZDROWIENIA   Z   LUANDY   1   CZEKAM   NA   WASZA 
LACZNOSC JUTRO GODZ 20 GMT OK? TKS, DOBRANOC
Wstałem od aparatu spocony jak mysz, ale uradowany, że nadałem wiadomość z 
ostatniej   chwili,   bezpośrednio   odebraną   z   radia.   Po   północy   dodzwoniłem   się   do 
Queiroza. Atak został zatrzymany, ale jest dużo ofiar.
Nocą   wychodzę   na   balkon,   wystawiam   antenę   w   stronę   zatoki   i   szukam   swoim 
tranzystorem   dalekich   stacji.   Tak,   gdzieś   tam   istnieje   normalne   życie,   wystarczy 
przystawić ucho do głośnika i słuchać. Na jednej półkuli chrapanie, przewracanie się 
z boku na bok, na drugiej już wstawanie, gotowanie mleka, golenie i pudrowanie. A 
potem na odwrót. Człowiek budzi się i nie myśli, że może zaczyna ostatni dzień 
życia. Wspaniałe uczucie. ale tak już zwyczajne, że nikt tam nie zwraca na to uwagi. 
W każdej sekundzie pracują setki, jeśli nie tysiące radiostacji, morze słów przewala 
się w powietrzu. Ciekawe posłuchać, jak świat spiera się, agituje, przekonuje, jak 
sobie   wygraża,   jak   zmyśla   i   kłamie,   jak   każdy   ma   rację   i   nie   chce   wysłuchać 
przeciwnej strony. Cały świat zajmuje się w tym momencie Angolą, tu Paryż, tam 

background image

Lon-
dyn. Kair i Tokio mówią na ten temat. Świat przypatruje się wielkiemu widowisku 
walki i śmierci, które zresztą trudno mu sobie wyobrazić, bo obraz wojny jest nie-
przekazywalny. Ani piórem, ani głosem, ani kamerą. Wojnajest rzeczywistością tylko 
dla tych, którzy tkwią wjej zakrwawionym, wstrętnym, brudnym wnętrzu. Dla innych 
jest stronicą książki, obrazem na ekranie, niczym więcej. Manipuluję tranzystorem, 
który cichnie, bo kończą się baterie, a nowych nie dostanę i słucham, co mówią 
dalekie radiostacje. Odzywają się różne glosy, sypią się pomysły i propozycje. Co 
zrobić   z   Angolą?   Zwołać   międzynarodową   konferencję.   Posiać   wojska   Narodów 
Zjednoczon>ch, niech wejdą i rozdzielą tych, co się tam tłuką. Posłać wojska? A kto 
za to zapłaci, mamy przecież inflację. Niech jadą same czarne wojska i niech płacą 
Arabowie. Arabowie nie wiedzą, co robić z forsą. Najlepiej wezwać Angolańczyków, 
żeby pogodzili się. Niech podpiszą rozejm, niech podzielą się stołkami, niech padną 
sobie w  objęcia. Zagrozić, że jeśli  się nie uścisną, nie dostaną więcej pieniędzy. 
Make love, not war. Milionowa armia kubańska stoi u granic Południowej Afryki. Tam, 
w suchym buszu, wśród panicznie uciekających bosonogich plemion, w tym miejscu 
bez   dróg,   bez   światła,   bez   szkół,   bez   miast,   decydują   się   losy   współczesnej 
cywilizacji.   Dać   pomoc   Vorsterowi,   dać   mu   zielone   światło.   Udzielić   moralnego 
poparcia.
Wielkie plany, globalna strategia.
Tamci nie wiedzą, że to wszystko trzyma się tutaj na dwóch ludziach.
Jeden   z   nich   to   Ruiz.   sympatyczny,   ruchliwy   Portugalczyk,   pilot   starego 
dwumotorowca   DC-3,   jedynego   samolotu,   jaki   ma   w   Luandzie   MPLA.   Jest   to 
maszyna zrobiona w roku 1943. dwa silniki plujące kłębami sadzy, łatane skrzydła, 
zdarte kola. dziurawy kadłub. Tylko Ruiz umie zamknąć drzwiczki wejściowe (choć 
też
nie bez trudności). Tym samolotem lata on dzień i noc, właściwie jest całą dobę w 
powietrzu.   Ruiz   leci   do   Braz-zaville   po   amunicję,   potem   do   oblężonych   miast   na 
krańce Angoli, żeby zostawić skrzynki z nabojami i worki z mąką, a zabrać do Luandy 
ciężko rannych. Jeżeli Ruiz nie dotrze na czas, miasta będą musiały poddać się, a 
ranni umrą. W jakimś sensie los tej wojny spoczywa na jego ramionach. Ruiz lata po 
Angoli   na   pamięć,   bo   obsługa   lotnisk   nie   istnieje,   nie   wiem   nawet,   czy   działa 
radiostacja wjego samolocie. Często on sam nie wie, w czyich rękach jest lotnisko, 
na którym ma lądować. Jeszcze wczoraj było w ręku swoich, ale może dzisiaj już 
należy do tamtych. Dlatego najpierw przelatuje nad lotniskiem nie lądując. Czasem 
poznaje   znajomych   po   sylwetkach,   wtedy   obniża   wysokość   i   siada   spokojnie. 
Czasem   jednak   zaczynają   strzelać   do   samolotu,   wtedy   zawraca   i   przywozi   do 
Luandy złą wiadomość. W tym kraju bez łączności i komunikacji Ruiz najlepiej wie, 
co dzieje się na frontach, jakie miasto do kogo należy. Startuje o świcie, robi kilka 
rejsów dziennie, wraca po północy. Jego samolotu oczekują zgłodniali żołnierze w 
Luso, ginący garnizon w Novo Redon-do, odcięci od świata obrońcy Quibali. Teraz 
oczekuje go Luanda, która nie utrzyma się bez dostaw amunicji. Najłatwiej spotkać 
go rankiem, na pustym lotnisku, kiedy przegląda silniki. Awaria jednego z motorów 
może unieruchomić samolot i zmienić bieg wojny. A nie ma części zapasowych. Nie 
ma   mechaników.   Zresztą   maszyna   jest   bez   przerwy   potrzebna.   Za   chwilę   Ruiz 
zniknie   w   kabinie   pilota.   Śmigła   obrócą   się,   samolot   stanie   w   gęstych, 
nieprzeniknionych chmurach czarnego dymu i z łomotem, szczękiem i zgrzytaniem 
sterta rozlatującego się żelastwa potoczy się na start.
Drugim człowiekiem, od którego wszystko teraz zależy, jest Alberto Ribeiro, niski, 
krępy trzydziestolatek.

background image

inżynier. Front północny ciągnie się pod Luandą, wzdłuż rzeki Bengo. Na brzegu tej 
rzeki znajduje się stacja pomp, która dostarcza wody dla Luandy. Jeżeli stacja jest 
nieczynna, w mieście nie ma wody. Przeciwnik to wie i stale bombarduje miejsce, w 
którym   stoją   pompy.   Czasami   trafia   i   stacja   przestaje   pracować.   Luanda   może 
wytrzymać   bez   wody   pięć   dni,   nie   więcej.   W   tropiku   ludzie   nie   zniosą   dłużej 
pragnienia,   poza   tym   zaczną   się   epidemie.   Jedynym   człowiekiem,   który   potrafi 
naprawić te pompy, jest Alberto. Dzięki niemu miasto od czasu do czasu ma wodę, 
może  istnieć  i bronić się. Gdyby jadąc do stacji pomp  Alberto  zginął w  wypadku 
samochodowym albo już w samej stacji został trafiony przez pocisk, po kilku dniach 
Luanda musiałaby się poddać.
Powszechna   mobilizacja.   Długie   kolejki   młodych   ludzi,   przeważnie   bezrobotni. 
Zamiast podpierać ściany, lepiej zgłosić się na  apel,  w wojsku dadzą  jeść. Będą 
walczyć i zabijać. Wreszcie jakaś praca, a nawet powód do chwały. Odprowadzani 
przez matki i żony, dużo kobiet z brzuchami. Ludzie będą rodzić się i zabijać do 
końca świata. Ci, którzy ujrzą teraz światło dzienne, za dwadzieścia pięć lat wejdą w 
rok   dwutysięczny.   Uroczyste   obchody   z   okazji   powitania   nowego   tysiąclecia. 
Spotkania młodzieży z weteranami dwudziestego wieku. Wywiad z rześką staruszką, 
która   przeżyła   pierwszą   wojnę   światową.   Imponująca   pamięć   i   w   dodatku   śmiała 
kokieteria, babcia wspomina, jak to w czasie przemarszu wojsk z pewnym żołnierzem 
w stogu siana, a tak, proszę pana, nie mylę się, dobrze pamiętam. Połowa ludzkości 
będzie miała skośne oczy. Połowa ludzkości nie będzie rozumiała, co mówi druga 
połowa   ludzkości.   Czas   udoskonalić   sposób   porozumiewania   się   na   migi.   czas 
rozpocząć nauczanie języka migowego. Biała
rasa wejdzie w fazę szczątkową. Zaledwie trzynaście procent mieszkańców ziemi 
będzie miało białą skórę. Zaledwie dwa procent będzie miało naturalne włosy blond. 
Blondyni - coraz bardziej unikalny fenomen, rzadkość nad rzadkościami. Co lepiej - 
myśleć czy nie myśleć o przyszłości? Szok przyszłości: zmartwienie społeczeństw 
postindustrialnych, luksus. Dla innych kłopot dnia powszedniego - co zdobyć dziś do 
jedzenia. Język bantu nie zna czasu przyszłego, dla ludzi Bantu nie istnieje pojęcie 
przyszłości, nie dręczy ich myśl, co stanie się za miesiąc, za rok (patrz: wielebny 
ojciec   Placide   Tempels   „La   Philosophie   Bantoue").   Grupami   odprowadzają 
poborowych   prosto   na   front.   Takich   surowych   i   nieobytych,   po   co?   Żeby   robili 
sztuczny   tłum,   większy   bałagan?   Godzina   osiemnasta,   zamykają   punkty 
rejestracyjne.   Ludzie   rozchodzą   się,   znikają   w   labiryntach   musseąues   -   dzielnic 
nędzy. Kończy się dzień, właściwie nijaki, nawet spokojny.
Tymczasem zrobiło się duszno. Nagle ucichły działa na przedpolach Luandy i nie 
było wiadomości z innych frontów. Wydawało się, że stanął czas, że nie dzieje się 
nic. Żagle naszego okrętu opadły, znaleźliśmy się na martwej fali. Oczekiwanie na 
sztorm. Poczułem, że nie ma czym oddychać. Był to specjalny rodzaj duchoty, której 
nie   da   wymierzyć   się   w   milibarach.   Odczuwało   sieją   bardziej   psychicznie   niż 
fizycznie.   Zaciskała się  jakaś  niewidoczna  obręcz  potęgując uczucie  zagrożenia  i 
lęku. Myślałem, że jest to może mój stan prywatny. moje indywidualne przygnębienie. 
Zacząłem   przyglądać   się   innym.   Wszyscy   mieli   twarze   ludzi,   ktorymjest   duszno. 
Twarze   otępiałe   i   bez   wyrazu,   o   rysach   zatartych,   bez   siły   i   wdzięku.   Uczucie 
duszności było tak dojmujące, że wystarczyło rozpocząć rozmowę na byle
jaki temat, aby wkrótce usłyszeć o tym, że jest duszno. Ludziom trudno było mówić o 
czymś   innym.   Były   to   zresztą   zwierzenia   niewyraźne   i   mgliste,   bo   odczuwanie 
duszności jest stanem bardzo trudnym do określenia. Zwykle mówi się tylko, że coś 
wisi w powietrzu, coś musi stać się, coś nas czeka. Ponieważ jest wojna, rozmówca 
stwierdza, że będzie lała się krew. To lekcja wyniesiona z historii, a ona uczy, że nie 

background image

może być wydarzenia przełomowego, które obeszłoby się bez rozlewu krwi. Potem 
zapada milczenie, każdy zastanawia się, czy będzie to jego krew. Uczuciu duszności 
towarzyszy   stan   podrażnienia   i   niepokoju.   Człowiek   niezdolny   do   zrozumienia 
sytuacji,   a   pragnący   ją   sobie   objaśnić,   daje   posłuch   najbardziej   fantastycznym 
plotkom.   Boi   się,   wykonuje   irracjonalne   odruchy,   łatwo   rozpętać   w   nim   instynkty 
stadne.
Duszno robi się wtedy, kiedy ważne wydarzenie, ważna zmiana nie mogą przebić się 
na   powierzchnię   życia,   ciągle   nie   mogą   spełnić   się.   Niewidoczny   jeszcze   i   nie 
skrystalizowany   fakt,   który   dokona   się   w   przyszłości,   już   teraz   rośnie,   pęcznieje, 
zaczyna   napierać   na   zastaną   rzeczywistość,   która   jednak   nie   chce   ustąpić.   Jest 
coraz bardziej ciasno i przez to - coraz bardziej duszno. Brak powietrza wzmaga w 
nas poczucie bezradności. Z apatią patrzymy, jak gromadzą się chmury i czekamy, 
kiedy odezwie się z nich głos, który odczyta nam nieubłagany wyrok losu.

DOBRY

 wiHCzOR - włączyła się Warszawa - 

PROSIMY

INFORMACJE
NIESTETY, NADAL NIh MAM INFORMACJI, PANUJE POZORNY SPOKÓJ I NIC 
SIE   NIE   DZIEJE,   TYPOWA   CISZA   PRZED   BURZA,   WIEMY.   ZE   NADCIĄGA 
INWAZJA.   ALE   BRAK   WIADOMOŚCI   Z   FRONTU,   NADCHODZĄ   CIĘŻKIE   DNI, 
ALF. TO NIE JEST KONKRETNA INFORMACJA DO GAZETY. ODEZWIJCIE SIE 
JUTRO, MOZĘ COS SIL STANIE
OK, WIEC DO JUTRA
DO DO TKS TK.S BYh BYE
O drugiej w nocy ktoś zaczął łomotać w moje drzwi, zerwałem się z głębokiego snu i 
ciarki przeszły mi po grzbiecie, bo pomyślałem:
FNLA!
Powlokłem   się   na   ołowianych   nogach   otworzyć   drzwi.   Do   pokoju   władowało   się 
trzech niemożliwie brudnych typów. Rzucili się na mnie, a ja na nich, zaczęliśmy się 
ściskać i przekrzykiwać. Byli to Nelson, Manuel i Bati-sta. Położyli broń na podłodze i 
chcieli  się  umyć.  Potem  Nelson  zwalił  się  na   łóżko  i  zasnął  w  sekundę,   a  tamci 
zaczęli otwierać jedyną puszkę konserw, jaką trzymałem na czarną godzinę.
Co na froncie południowym? - spytałem.
Nie ma frontu południowego, powiedział Manuel, tamci sąjuż pod Benguelą. Druga 
kolumna idzie na Luandę.
ł nie da się ich zatrzymać?
Bardzo trudno. Tamci dysponują ogromną siłą ognia. Mają dużo broni pancernej, 
dużo artylerii, biją się dobrze i są zdecydowani. Nie mamy czym walczyć. Nasi ludzie 
nie są przygotowani do walki z regularną armią. Cofamy się, bo siły sąnierówne.
Co z Farrusco?
Nie wiemy, był ciężko ranny.
Widzieliście tamtych z bliska?
Tak. Mają wozy pancerne typu panhard, bardzo szybkie. Są ruchliwi i świetnie znają 
teren. Rozdzielają się na grupy po pięć-sześć wozów i ciągle zmieniają pozycje. Są 
wszędzie   i   nigdzie,   trudno   ich   uchwycić.   Mamy   za   mało   sił.   żeby   zorganizować 
obronę.
Kiedy dojdą do Luandy?
Może za kilka dni.
Pesymistyczna część mojej natury podsunęła mi myśl, że nadszedł moment zagłady, 
że zbliża się koniec. Wystarczy, żeby tamci zajęli elektrownię w Cambambe, która 
znajduje   się   o   dwieście   kilometrów   przed   Luandą.   Stamtąd   płynie   prąd   do   stacji 
pomp, od tej elektrowni zależy, czy miasto ma wodę i światło. Bez wody i światła po 

background image

kilku dniach otoczone i wygłodzone miasto złoży broń.
poniedziałek, 3 listopada (sądny dzień)
Rano-nic.
W południe — Pablo podjeżdża po mnie jeepem na umówione miejsce. W wozie jest 
jeszcze dwóch Kubań-czyków. Noszą zielone drelichy bez żadnych oznak. Jedyny 
znak tożsamości to broń na ramieniu. Człowieka z bronią nikt nie pyta, kim jest i co tu 
robi.   Zresztą  wystarczy  powiedzieć:  Cubano,  patrole  nie  pytają  o  więcej  i  można 
jechać dalej. Mijamy rozrzuconą w polach dzielnicę przemysłową. Potem zaczynają 
się pastwiska, regularne prostokąty soczystej trawy, dobrze utrzymanej. Bezpańskie 
stada krów, tony mięsa i mleka przez nikogo nie pilnowane. W mieście panuje głód, 
ale nikt bydła nie ruszy - to własność portugalska, nietykalna. Jeszcze chwila jazdy i 
zaczynają się łagodne wzgórza, rozrzucona ziemia, linie okopów, działa, namioty, 
skrzynki   -front   północny,   najbardziej   czułe   miejsce   tej   wojny,   bo   są   to   przedpola 
Luandy. Widok z pierwszej linii okopów: rozłożysty pejzaż, zielono, rzeka w płaskiej 
dolinie,   asfaltowa   szosa,   zerwany   most,   podziurawiony   budynek   stacji   pomp, 
palmowy gaj. Po drugiej stronie, w głębi - wzgórza w słońcu, okopy przeciwnika. W 
szkłach silnej lornetki widać drobinki pyłu, poziomą i
pionową podziałkę, wzdłuż poziomej podziałki to w jedną to w drugą stronę biegną 
figurki   i   jeżdżą   samochody:   przygotowanie   natarcia.   Po   tej   stronie,   po   której 
jesteśmy,  też  dużo  ruchu,  dźwigania  worków  z piaskiem,  maskowania  stanowisk, 
przetaczania   dział.   Nie   chcą,   żeby   ich   zaskoczyli.   Potem   przyjdzie   noc,   świt   i 
czekanie,   kto   uderzy   pierwszy.   Ktoś   wreszcie   uderzy,   a   drugi   odpowie,   z   ziemi 
pójdzie kurz. zacznie się taniec ognia i śmierci. Pablo chodzi, rozkazuje, sprawdza 
inwentarz, jak chłop w wigilię żniw. Idę za nim i robię zdjęcia. Wszyscy chcą się 
fotografować. Teraz mnie. a teraz mnie, camarada, mnie, mmmnnniiieee! Stająwy-
prężeni,   niektórzy   salutują.   Zostawić   ślad,   utrwalić   się,   jakoś   pozostać.   Byłem, 
jeszcze wczoraj byłem, robił mi zdjęcie, o, tak wyglądałem. Taką miałem twarzjako 
żywy człowiek. Stoję przed wami na baczność, popatrzcie na mnie przez chwilę, nim 
zajmiecie się czymś innym.
Po południu - byliśmy z powrotem w mieście, samochód wjechał w małą uliczkę i 
zatrzymał się przed piętrową willą, w której mieścił się sztab doradców kubańskich. 
Ledwie zdążyliśmy wysiąść, kiedy wybiegł żołnierz i podał Pablowi kartkę wyrwaną z 
zeszytu i zapisaną ołówkiem.
Pablo przeczytał i zbladł.
Bez słowa wszedł na werandę i usiadł na ławce. Wyjął chustkę i zaczął wycierać 
czoło. Czekaliśmy, co powie. Jeszcze raz przeczytał kartkę, dalej milczał, wreszcie 
odezwał się cicho, niewyraźnie, jakby miał zdrętwiałe usta:
- Dzisiaj tamci zdobyli Benguelę. W bitwie o miasto zginęli wszyscy Kubańczycy. 
Meldunek nadał ranny telegrafista.
Potem spojrzał na nas i dodał:
- Teraz idą na Luandę. Z Bengueli do Luandy jest siedemset kilometrów, ale po 
drodze nie ma już punk-
tów oporu, żadnej linii obrony. Jeżeli są to wytrwali chłopcy i postanowiąjechać dzień 
i noc, mogą być tutaj jutro.
W sąsiednim domu kobieta zawołała- Mauro! Maura! po chwili odpowiedział jej głos 
dziecka. Była osiemnasta. Gdzieś daleko odezwała się sygnaturka.
- Daj mi radiotelegrafistę - powiedział Pablo do żołnierza, który przyniósł kartkę — i 
zwołaj ludzi na odprawę.
Zaczynały   się   wojskowe   sprawy,   więc   wycofałem   się   i   poszedłem   do   hotelu. 
Uprosiłem jakiegoś człowieka, żeby zawiózł mnie na skraj miasta, do Moro da Luz, 

background image

gdzie w byłej rezydencji konsula Francji mieścił się sztab MPLA. Ale sztab obradował 
i wartownicy nie chcieli mnie wpuścić. Wróciłem ciężarówką, która wiozła żołnierzy 
portugalskich. Było to wojsko w stanie zupełnego rozprzężenia. Nosili długie brody, 
nie mieli ani czapek, ani pasów. Sprzedawali konserwy na czarnym rynku, rozbijali 
samochody.   Mieli   rozkaz   zachować   neutralność,   nie   strzelać,   nie   wtrącać   się. 
Pakowali wszystko na okręty. Za tydzień wyjeżdżał ostatni oddział.
Wieczorem rozmawiałem z Queirozem. Uważa, że Luandę będzie im trudno zdobyć, 
bo cała ludność stanie do walki, musieliby zdecydować się na wielką rzeź, a świat 
może tego nie zaakceptować. Ale potem sam zaczął mieć wątpliwości: zresztą, czyja 
wiem? Swiatjest stąd tak daleko.
Ruiz   poleciał   samolotem   do   Porto   Amboim,   zawiózł   grupę   saperów   i   skrzynki 
dynamitu.   Mają   wysadzić   wszystkie   mosty   na   rzece   Cuvo,   która   przecina   drogę 
między Benguelą i Luandą. Jeżeli zdążą.
O północy odezwała się Warszawa.

CIAGL

 

OSTATNIEJ

 

DOBY

 - nadawałem - 

SYTUACJA

 

W

 

ANGOLI

 PRZYBRAŁA DRAMAT\CZNY 

OBRÓT. WOJSKA 1'OLLDMOWO-
AFRYKAŃSKIE   WSPIERANE   PRZEZ   ODDZIAŁY   NAJEMNIKÓW   l   FNLA   ORAZ 
UNITA ZAJELY BENGUELE, DRUGIE PO LUANDZIE MIASTO ANGOLI. WOJSKA 
Th   W   SILE   DWÓCH   KOLUMN   PANCERNYCH   POSUWAJĄ   SIE   NADAL   W   Kit 
RUNKU   STOLICY,   W   KTÓREJ   PRZYSTĄPIONO   JUZ   DO   ORGANIZOWANIA 
OBRONY MIASTA. WEDŁUG NTE-POTW IERDZONYCH JESZCZE INFORMACJI, 
KTÓRE   NAPŁYNĘŁY   TU   W   OSTATNIEJ   CHWILI,   JEDNA   Z   TYCH   KOLUMN 
ZAJELA   NOYO   RE-DONDO   I   ZNAJDUJE   SIE   O   PIĘĆSET   KILOMETRÓW   NA 
POŁUDNIE OD LUANDY. JEŻELI NIE UDA SIE ZATRZYMAĆ TYCH WOJSK NA 
LINII RZEKI CUYO, MOGĄ ONE DOTRZEĆ NA PRZEDPOLA LUANDY W CIĄGU 
NAJBLIŻSZYCH DWÓCH DNI. OCZEKUJE SIE, ZE MOZĘ WÓWCZAS NASTĄPIĆ 
JEDNOCZESNY ATAK Z PÓŁNOCY I POŁUDNIA, ZGODNIE Z PLANEM ORANGE, 
KTÓRY   PRZEWIDUJE   ZAJĘCIE   STOLICY   PRZED   10   LISTOPADA,   CO 
RÓWNAŁOBY   SIE   POLITYCZNEJ   I   MILITARNEJ   LIKWIDACJI   MPLA, 
PRZYNAJMNIEJ NA NAJBLIŻSZY OKRES END ITEM
KOCHANI,  ŁĄCZCIE   SIE   ZE   MNA   ZA   7   GODZ   BO   TERAZ   JUZ   BEDA 
DECYDOWAĆ GODZINY OK?'.'
TAK, OCZYWIŚCIE, DZKB
TKS BYE BYE
DOBRANOC
wtorek, 4 listopada (nerwy, nerwy)
Wstałem o trzeciej w nocy, żeby spokojnie przygotować komentarz dia PAP. Ledwie 
jednak zszedłem na dół do recepcji i uruchomiłem telex, kiedy weszło pięciu drabów 
z automatami i prosto do mnie: siedzieć, nie ruszać się. Obudzili Felixa. który spał na 
kanapie jak kamień, i zażądali listy gości hotelowych. Będą robić rewizję i wszystkich 
zawiozą na policję, na przesłuchanie. Wróg jest wewnątrz miasta, w tej dzielnicy, w 
tym hotelu. Piąta kolumna. Infiltracja. Zwieźli na dół kilkuna-
stu  przerażonych,  zaspanych  ludzi.  Żadne perswazje  nie  miały  sensu.  Nie  wolno 
mówić! wołał najważniejszy trzymając pistolet w górze, tak jak sędziowie startowi na 
zawodach lekkoatletycznych. Lepiej byś. braciszku. wyżywał się na froncie, chciałem 
mu powiedzieć. Czekaliśmy dalej, ale jak zwykle nawaliła organizacja, samochód, 
którym mieli nas zawieźć na policję-nic przyjeżdżał. Nad ranem zjawił się Almeyda, 
odpowiedzialny za prasę w MPLA. Kazał nas wypuśeić, a tamtym powiedział, żeby 
poszli.   Ludzie   rozchodzili   się   zgnębieni   i   wyczerpani.   Każdy   mógł   przyjść   z 
pistoletem, terroryzować hotel, robić, eo chce.

background image

Na froncie północnym panuje spokój. Czekają, aż tamci z południa podciągną bliżej. 
Wtedy uderzą z dwóch stron jednocześnie. Jeszcze w tym tygodniu, może j utro.
Komunikaty radiowe wzywają ludność do. obrony miasta. W tej decydującej godzinie. 
Nic może zabraknąć.
Cały dzień obraduje kierownictwo MPLA.
Podobno pomoc czeka w Brazzaville i w Kabindzie. ale nie może dotrzeć do Luandy, 
ponieważ lotnisko i port są do przyszłego poniedziałku (10 listopada) w rękach wojsk 
portugalskich. Do przyszłego poniedziałku Angola jest formalnie częścią terytorium 
Portugalii, jej zamorską prowincją, a tym samym częścią obszaru NATO. Trzeba więc 
wytrwać   do   przyszłego   tygodnia.   A   jeżeli   będzie   za   późno?   Jeżeli   oddziały 
portugalskie  uderzą nagle w samej  Luandzie, zaatakują  Angolańczyków? (istnieje 
obawa, że część jednostek, dowodzona przez prawicowych oficerów, złamie zasadę 
neutralności   i   zacznie   działać   na   własną   rękę).   Rozchodzi   się   plotka,   że   już 
aresztowali prezydenta Neto. Powstaje panika. Nie sposób połapać siew sytuacji. 
Zupełny brak wiadomości z frontu południowego. Gdzie są tamci? Zatrzymali się? 
Jadą? Ciągle daleko? Już na przedmieściach? Lu-
dzie potracili głowy. Wpadam do pokoju i widzę, że dona Cartagina sama spakowała 
moją walizkę. A gdzie wycinki z gazet, które zbierałem trzy miesiące, mój naj-większy 
skarb? Gdzie wycinki? Wrzuciła do klozetu i spuściła wodę (pech chciał, że tego dnia 
Ribeiro naprawił pompy i była woda).
Rozchodzi się wiadomość, że MPLA ogłosi niepodległość przed czasem - dzisiaj albo 
jutro - licząc, że Angola zostanie natychmiast uznana przez kraje zaprzyjaźnione, 
które   będą  traktować   lotnisko   i  port   jako   suwerenne   terytorium  nowego  państwa. 
Chodzi o dostęp do Luandy. W tej chwili jest decydujące, aby otworzyć miasto, które 
jest otoczone na lądzie i nie można do niego dotrzeć ani od morza, ani z powietrza.
A jeżeli pomoc nie przyjdzie w porę? Szturm na Lu-andę. Mimo bohaterskiej obrony 
mieszkańców miasta, przeważające siły nieprzyjaciela itd. Kto pierwszy wejdzie? Ci z 
południa czy FNLA? Ci z FNLA - okrutne wojsko. Praktykują kanibalizm. Jeszcze 
kilka dni temu nie wierzyłem. Ale przed tygodniem pojechałem z grupą miejscowych 
dziennikarzy do Lucali. czterysta kilometrów na wschód od Luandy. Dzień wcześniej 
Lucala   została   odbita   z   rąk   jednostki   FNLA,   która   wycofała   się   do   Samba   Caju, 
miasteczka położonego siedemdziesiąt kilometrów na północ od Lucali. Jechaliśmy z 
oddziałem ścigającym efenelowców. Siedemdziesiąt kilometrów strasznych widoków. 
Na całej trasie w tej gęsto zaludnionej okolicy ani jednego żywego człowieka, ani 
jednego   ocalałego   domu.   Wszyscy   ludzie   wymordowani,   wszystkie   wsie   spalone. 
Tamci, cofając się, niszczyli po drodze wszelki ślad życia. Głowy kobiet rzucone w 
przydrożną   trawę.   Zwłoki,   z   których   wycięli   serca   i   wątroby.   Od   połowy   trasy 
jechałem   z   zamkniętymi   oczami.   W   pewnym   momencie   w   naszym   samochodzie 
podniesione głosy. Otworzyłem oczy: w martwej, spalonej wsi.przed spalonym barem 
siedziały   przy   stoliku   dwie   małpy.   Wpatrywały   się   w   nas   przez   chwilę,   a   potem 
czmychnęły w krzaki.
Dostać się w ręce pijanych kanibali - ponura śmierć. Ich spocone twarze, zmętniały 
wzrok, to, jak krzyczą, jak przystawiają lufę ubawieni, że wprawili swoją ofiarę w 
paniczne drżenie. Lepiej o tym nie myśleć.
Wieczorem comandante Ju-Ju odczytuje przez radio swój codzienny komunikat o 
sytuacji na frontach. Bardzo optymistyczny. Denerwujące to. Rzeczywistość wygląda 
fatalnie, połowa kraju jest w rękach przeciwnika, a z tego, co mówi Ju-Ju. wynika, że 
odnoszą same zwycięstwa.
NIE PRZYJMOWAĆ RZECZYWISTOŚCI
DO WIADOMOŚCI

background image

Zasada, która ma spełniać iiinkcję pigułki nasennej. Nie robić paniki, nie popadać w 
zwątpienie, nie histeryzować. Ale jak inaczej poderwać ludzi do działania teraz, w 
chwili decydującej, jeżeli nie uświadomi się całej powagi sytuacji? Nie rusząsię, będą 
leżeć i trawić jadło optymistycznie. Skoro jest tak dobrze, po co się wysilać? I te 
dezorientujące sprzeczności - tu wezwanie do obrony miasta, a tu okazuje się. że 
jest   jak   najlepiej.   Skutek:   utrata   zaufania.   W   godzinie   rozstrzygającej   nie   będą 
wierzyć nikomu, stępieje nawet ich instynkt samozachowawczy.
3322 TIYOLI AN
XI4251 PAP PL
DOBRY WIECZÓR PLS MATERIAŁ
PRZEPRASZAM, ZE NIE DAŁEM MC RANO 1 NAWET NIE ODEZWAŁEM SIE. ALE 
PRZYMKNĘŁA   NAS   POLICJA   BEZ   POWODU   PO   PROSTU   TRACĄ   GŁOWY 
ZRESZTĄ   TRUDNO   DZIWIĆ   SIE   LUDZIOM,   KTÓRZY   CZUJA   ZE   MOGĄ 
WKRÓTCE   ZGINAĆ.   WOŁAJCIE   MNIE   RANO   (iODZ   7   GMT   MOZĘ   V\   NOCY 
ZDOBĘDĘ SENSACYJNE WIA-
DOMOSCI I MOZĘ TYM RAZEM MNIE Mb ZAMKNĄ I Mt SKLJA OK???
TAK. DO RANA 7 GMT DOB
DOB BI BI CZEKAM Z UTĘSKNIENIEM
VIA ITT 11 4 75 1407 EDT
W nocy zadzwonił Queiroz i powiedział, że jutro rano wojska portugalskie opuszczą 
cywilną   część   lotniska   i   wycofają   się   z   portu.   Jeżeli   to   prawda,   wiadomość   jest 
autentycznie   sensacyjna.   Błysnęła   iskierka   ocalenia.   Boże,   jaka   ulga.   Z   radości 
skakałem do sufitu.
środa, 5 listopada (lądowanie)
Z   kolegą   Oscara-Gilbertem,   który   pracuje   w   wieży   kontrolnej,   pojechaliśmy 
wieczorem na lotnisko. Ciemno i straszliwa ulewa, cały czas jechaliśmy jak dnem 
wodospadu, nic nie było widać, tylko ściana wody. w którą nasz peugeot dawał nura, 
czułem się jak w łodzi podwodnej, która płynie między ulicami zatopionego miasta. W 
dużym szklanym gmachu dworca lotniczego, potwornie zaśmieconym i brudnym, bo 
nikt nie posprzątał jeszcze po półmilionowym tłumie uciekinierów, który tu koczował, 
było pusto. Stałem z Gilbertem na piętrze, patrzyliśmy na oświetlony pas startowy. 
Ulewa tropikalna minęła, ale ciągle padał deszcz. Nagle daleko w górze, po lewej 
stronie, zaświeciły się dwa reflektory: samolot schodził do lądowania. Po chwili osiadł 
w   deszczu   i   potoczył   się   między   dwoma   rzędami   żółtych   świateł.   Odrzutowiec 
„Britania"   linii   kubańskich.   Potem   w   górze   znowu   reflektory   i   znowu.   Wylądowały 
cztery samoloty. Ustawiły się w rzędzie przed nami, piloci wy-
łączyli silniki, zrobiło się cicho. Podjechały schodki, z samolotów zaczęli wysiadać 
kubańscy żołnierze, z workami i z bronią. Ustawiali się w dwuszereg. Byli ubrani w 
panterki, które chroniły ich trochę przed deszczem. Po kilku minutach poszli w stronę 
czekających   obok   ciężarówek.   Poczułem,   że   boli   mnie   ramię.   Spojrzałam   i 
roześmiałem   się   -   przez   całą   scenę   Gilberto   trzymał   rękę   zaciśniętą   na   moim 
ramieniu.
Ci żołnierze następnego dnia odjechali na front.
W   hotelu   zrobiło   sięrojnoi   gwarno.   W   nocy   z   poniedziałku   na   wtorek   Neto   miał 
proklamować   niepodległość   Angoli   i   z   tej   okazji   samolot   przywiózł   z   Lizbony 
kilkunastu korespondentów zagranicznych. Dostali wizy na cztery dni i umieszczono 
ich w naszym hotelu. Oscar darł sobie włosy z rozpaczy, bo nie miał dla nich nic 
dojedzenia,   ale   oni   pocieszali   go   mówiąc,   że   jedzenie   nie   ma   znaczenia, 
najważniejsze są informacje.
Jakież historie drukuje prasa światowa! Czytałem wiele relacj i wysłanych w tych 

background image

dniach   z   Luandy.   Podziwiałem   bogactwo   ludzkiej   fantazji.   Ale   też   rozumiałem 
sytuację moich kolegów. Redakcja wysyła swojego korespondenta do kraju, którym w 
tym momencie fascynuje się cały świat. Taki wyjazd kosztuje dużo pieniędzy. Gazeta 
czeka na wielką historię, na światowy wystrzał, na sensacyjną opowieść pisaną pod 
gradem kul. Specjalny wysłannik przylatuje do Luandy. Wiozą go do hotelu. Dostaje 
pokój, goli się i zmienia koszulę. Jest gotowy i od razu rusza do boju.
Po kilku godzinach stwierdza, że bije głową w ścianę.
Nie może zrobić nic.
Angola   nie   przejawia  żadnego   zainteresowania   jego   obecnością.   Telefony   nie 
odpowiadają, a jeśli odpowiadają to w portugalskim, w języku, którego nie rozumie. 
Jeżeli ma dosyć siły i wytrwałości może odbyć pieszą wyprawę do Pałacu Rządu. 
Spotka tam pyzatą maszynistkę - Elwirę, która będzie uśmiechać się, ale niczego nie 
wie, a tego. co wie - nie powie. Być może spotka młodego Costę, który w odpowiedzi 
na wszystkie pytania będzie kręcił głową i milczał. Wybrać się do sztabu MPLA? Jest 
to   całodzienna   wędrówka,   poza   tym   wartownik   nie   wpuści   za   bramę.   Pójść   do 
prezydenta Neto! Ale jak? Nikt nie powie, gdzie prezydent mieszka. Pojechać na 
front.   Na   jaki   front?   Z   Luandy   nie   można   wyjechać,   to   miasto   zamknięte.   Grupa 
Francuzów   zdobyła   gdzieś   samochód   i   postanowiła,   nie   oglądając   się   na   nic, 
pojechać   na   front   północny.   Zostali   zatrzymani   przez   pierwszy   posterunek   i 
odstawieni prosto na lotnisko. Zobaczyć jakiegoś Kubanczyka! Ale jak? Nigdzie ich 
nie widać. Czy Luso jest w rękach MPLA, bo Savimbi twierdzi, że jest w rękach 
UNITA? A kto to wie? Z tym miastem od dawna nie ma łączności. Trzeba dowiedzieć 
się,   jak   dokładnie   przebiega   front!   Jak   przebiega?   A   któż   to   może   wiedzieć?   W 
samym sztabie nikt nie ma pewności w tej sprawie.
Jedynymi  źródłami   informacji   pozostają   -   dona   Cartagina,   Oscar   i   Felix.   Dona 
Cartagina jest teraz zajęta sprzątaniem i nie ma czasu na politykę. Zresztą mówi 
tylko po portugalsku, trudno się  z nią  porozumieć.  Oscar odpowiada niezmiennie 
hasłem MPLA: A victoria e certa! Zwycięstwo jest pewne. Ale to słaba informacja i w 
dodatku - nie dla wszystkich najlepsza. Najbardziej rzeczową i prawdziwą odpowiedź 
daje Felix. Zapytany o sytuację, odpowiada krótko:
- Confusao.
Confusao to słowo-klucz, słowo-synteza, słowo--wszystko. W Angoli ma ono swój 
specyficzny   sens   i   jest   właściwie   nieprzetłumaczalne.   Upraszczając   -   confusao 
oznacza zamieszanie, bałagan, stan anarchii i nieładu. Confusao to taka sytuacja, 
którą wywołali ludzie, ale w jej przebiegu utracili nad nią kontrolę i panowanie, sami 
stając   się   ofiarami   confusao.   Jest   jakiś   fatalizm   w   confusao.   Człowiek   chce   coś 
zrobić, a wszystko rozłazi mu się w rękach, chce coś zdziałać, a jakaś siła paraliżuje 
go, chce coś stworzyć, a produkuje confusao. Wszystko jest przeciwne człowiekowi i 
nawet   jeśli   wykaże   on   najlepszą   wolę,   będzie   raz   po   raz   popadał   w   confusao. 
Confusao może ogarnąć nasze myśli i wtedy inni będą mówić, że ten człowiek ma w 
głowie confusao. Może wkraść się do serca i wtedy porzuci nas dziewczyna. Może 
wybuchnąć w tłumie i ogarnąć masę ludzi - wtedy dochodzi do walki, do śmierci i 
podpaleń.   Czasem   confusao   ma   przebieg   łagodniejszy   i   wtedy   przybiera   postać 
bezładnej,   chaotycznej,   ale   bezkrwawej   kłótni.   Confusao   to   stan   zupełnej 
dezorientacji. Ludzie, którzy znaleźli się wewnątrz confusao. nie potrafią objaśnić, co 
dzieje się wokół nich ani w nich samych. Nie potrafią też dokładnie wytłumaczyć, co 
spowodowało ten konkretny wypadek confusao. Są nosiciele i siewcy confusao, tych 
należy wystrzegać się, ale jest to trudne, gdyż właściwie każdy człowiek w jakimś 
momencie może stać się sprawcą confusao, nawet wbrew swoim chęciom. Przez 
confusao   rozumiemy   też   stan   naszego   zakłopotania   i   bezradności.   Oto   widzimy 

background image

wokół siebie szalejące confusao, a nie możemy nic uczynić, żeby położyć mu kres. 
Camaradas, słyszymy raz po raz, nie róbcie confusao. Nie róbcie! A czy to od nas 
zależy? Najbardziej precyzyjny meldunek z frontu: co u was nowego? Co nowego? 
Confusao!   Każdy,   kto   rozumie   sens   tego   słowa,   wie   już   wszystko.   Bywa   tak,   że 
confusao
opanuje ogromne tereny, ogarnie miliony ludzi. Wtedy jest wojna. Stanu confusao nie 
można przerwać jednym pociągnięciem, nie można zlikwidować go w okamgnieniu. 
Kto przejawi tu nadmierną gorliwość, sam popadnie w confusao. Najlepiej działać 
powoli i czekać.  Po jakimś czasie confusao straci  energię, osłabnie i  zniknie. Ze 
stanu confusao wychodzimy wyczerpani, ale też w pewien sposób zadowoleni, że 
udało nam się przetrwać. Od nowa gromadzimy siły na następne confusao.
Jak wszystko to wytłumaczyć ludziom, którzy dopiero od kilku godzin są w Luandzie? 
Toteż jeszcze raz, jak gdyby nie dosłyszeli, pytają Felixa:
- Jaka jest sytuacja?
AFelix:
-Przecież już powiedziałem -confusao.
Odchodzą   kręcąc   głową   i   wzruszając   ramionami.   A   kręcą   głową   i   wzruszają 
ramionami, ponieważ Felix zasiał w nich confusao.
Cztery następne dni utonęły w powszechnym confusao. Co chwilę wpadał ktoś do 
hotelu z okrzykiem -jadą! jadą! i zdyszany opowiadał, że wozy pancerne Afrykanerów 
sąjuż w granicach miasta. Według jednych były pomalowane na żółto, według innych 
- na zielono. Podawano różne cyfry - że tych wozów widzieli dziesięć, potem, że 
pięćdziesiąt i więcej. Nie sposób było niczego sprawdzić: może naprawdę są o kilka 
kilometrów stąd, a może to plotki? Oscar wywiesił w recepcji mapę Angoli. Stał przed 
nią tłum spierających się ludzi. Każdy chciał pokazać palcem, gdzie jego zdaniem 
leży front, kto ma jakie miasto, do kogo należy ta lub inna droga. Nie było dwóch 
takich, którzy mieliby ten sam obraz sytuacji. Po kilku dniach setki wodzących po ma-
pie palców starły z niej miasta, drogi i rzeki. Kraj wyglądał jak fragment szarej, nagiej 
planety bez ludzi i przyrody.
W poniedziałek odpłynął garnizon portugalski. Rano ostatnie plutony wspinały się po 
trapie   na   okręt.   Miałem   tam   znajomych   oficerów   i   poszedłem,   żeby   się   z   nimi 
pożegnać. Miejscowi chcieli, żeby ten garnizon wyjechał jak najszybciej. Po latach 
wojny kolonialnej nie mogło być między nimi ani zrozumienia, ani przyjaźni. Aleja 
patrzyłem na to inaczej. Wiedziałem, że w ostatnim okresie Angolańczycy mieli coś 
do zawdzięczenia wielu, choć nie wszystkim, oficerom tego garnizonu. Oficerowie ci 
umieli zachować się lojalnie. Ja sam zaciągnąłem wobec nich dług wdzięczności. 
Odnosili się do mnie z sympatią, dużo mi pomogli. A także nigdy nie zaatakowali 
Kubańczyków, choć pierwsi ludzie z Hawany przybyli tu w czasie, kiedy Angola była 
jeszcze   formalnie   częścią   terytorium   Portugalii.   Istnieje   jakaś   międzyludzka 
solidarność, której nie powinny niszczyć suche racje polityczne.
Tego  dnia po  mieście  jeździł dźwig  i zdejmował z  cokołów pomniki  portugalskich 
zdobywców.   Gubernatorzy   i   generałowie,   podróżnicy   i   odkrywcy   zostali   zwiezieni 
przed   cytadelę   i   ustawieni   w   brązowo-granitowym   dwuszeregu.   Na   placach   i 
skwerach  zrobiło się jeszcze  bardziej pusto.  W południe przyleciał samolot,  który 
przywiózł delegacje zagraniczne. Przyjechało ich zaledwie kilka. Po świecie krążyła 
pogłoska,   że   tego   dnia   eskadry   Zairu   zbombardują   lotnisko   w   Luandzie   i   że   nie 
będzie powrotu. Ostrożna większość czekała w swoich krajach na rozwój wydarzeń 
w naszym mieście. Zdaje się, że mieli rację, bo -jak później ujawniono - decyzja o 
zniszczeniu lotniska została cofnięta w ostatniej chwili.
Nocą na jednym z placów zebrało się kilka tysięcy

background image

ludzi. Było powiedziane, żeby nie gromadził się wielki tłum, aby w wypadku nalotu 
uniknąć masakry. Noc była ciemna, pochmurna i sceneria tego wiecu przypominała 
tajne zgromadzenie Kimbangistów.
Zegar katedralny wybił godzinę dwunastą.
Zaczynał się 11 listopada 1975.
Na placu panowała cisza. Z trybuny Agostinho Neto odczytał tekst o proklamowaniu 
Ludowej   Republiki   Angoli.   Głos   załamywał   mu   się,   kilka   razy   przerywał.   Kiedy 
skończył, w niewidocznym tłumie zabrzmiały oklaski, ludzie wznosili okrzyki. Nie było 
więcej przemówień. Po chwili na trybunie zgasły światła, wszyscy rozchodzili się w 
pośpiechu, ginęli w mroku. Na froncie północnym milczały działa. Ale nagle żołnierze, 
którzy   byli   w   mieście,   rozpoczęli   dziką   strzelaninę   na   wiwat.   Podniosła   się 
chaotyczna wrzawa, noc ożyła.
W „Tivoli" Oscar wyjął z kasy pancernej schowaną na tę okazję butelkę szampana i 
jeszcze   butelkę   whisky.   Byliśmy   najstarszymi   mieszkańcami   hotelu,   gronem 
weteranów.   Zamiast   wydobyć   z   nas   pogodę   i   radość,   alkohol   pogłębił   nasze 
zmęczenie i wyczerpanie. Oscar, który od dawna był u kresu sił, teraz pijany odezwał 
się z rozpaczą: Jeżeli tak ma wyglądać niepodległość, strzelę sobie w łeb. Za chwilę 
jakoś dotarło do niego, że to było nie na miejscu, bo roześmiał się, a potem zamilkł i 
w końcu zasnął z głową na stole, między pustymi szklankami.
Rano w Pałacu Rządu odbyło się przyjęcie dla delegacji zagranicznych. Tego dnia 
nadałem do Warszawy depeszę:
LLANDA PAP 11.11, UROCZYSTOŚCI NIEPODLEGŁOŚCIOWE PRZEBIEGAJĄ W 
LUANDZ1E   JAK   DOTYCHCZAS   SPOKOJNIE.   NASTRÓJ   SWIETA   POPSULI 
ARTYLERZYSCI ENLA, KTÓRZY ZNOWU ZBOMBARDOWALI STACJE POMP W 
QUINFA\GONDO I LLANDA
OD DWÓCH DNI NIE MA WODY. W ZWIĄZKU Z TYM DZISIAJ ROZEGRAŁY SIE 
DZIKIE WALKI O ZDOBYCIE ZAPROSZENIA NA PRZYJĘCIE, JAKIE PREZY'DENT 
NETO   WYDAL   W   PAŁACU   RZĄDU,   PONIEWAŻ   KRAZYLA   POGŁOSKA,   ZE 
BĘDZIE T.AM MOŻNA NAPIĆ SIE WODY.
RADIOSTACJE   -   NIE   ANGOLANSKJE   -   PODAŁY,   ZE   FNLA   I   UNITA 
POSTANOWIŁY UTWORZYĆ WŁASNY" RZĄD ZE STOLICA W HU-AMBO. BĘDZIE 
TO   STOLICA   TYLKO   FORMALNA,   PONIEWAŻ   FAKTYCZNA   SIEDZIBA   TYCH 
ORGANIZACJI   JEST   KINSZASA.   TAK   WIEC   ANGOLA   CHWILOWO   ZOSTAŁA 
PODZIELONA   NA   DWA   PAŃSTWA   O   GRANICACH   NIEPRAWDOPODOBNIE 
SKOMPLIKOWANYCH   I   W   DODATKU   ZMIENIAJĄCYCH   SIE   NIEMAL 
CODZIENNIE W ZALEŻNOŚCI OD TEGO, KTÓRA STRONA DZISIAJ LUB JUTRO 
PRZEPROWADZI   OFENSYWĘ   I   JAKA   CZESC   TERYTORIUM   ODBIERZE 
PRZECIWNIKOWI. TERAZ WIELE BĘDZIE ZALEŻAŁO OD TEGO, ILE PAŃSTW I 
W   JAKIM   TEMPIE   UZNAJE   ALBO   RZĄD   MPLA,   ALBO   RZĄD   FNLA-UNTTA. 
ROZPOCZĘŁA   SIE   WIEC   DODATKOWA   -   DYPLOMATYCZNA   WOJNA   O 
ANGOLE.
W   MIĘDZYCZASIE   WOJNA   PRAWDZIWA   PRZYBIERA   CORAZ   WIĘKSZE 
ROZMIARY. OBIE STRONY ROSNĄ W SILE, JEST CORAZ WIĘCEJ NOWYCH, 
DOBRZE   PRZYGOTOWANYCH   WOJSK   I   CORAZ   WIĘCEJ   BRONI   O   DUŻEJ 
MOCY ZNISZCZENIA.
W   PONIEDZIAŁEK   10   LISTOPADA   PRZECIWNIK   ROZPOCZĄŁ   KOLEJNA 
OFENSYWĘ NA DWÓCH FRONTACH. OD PÓŁNOCY BYŁA TO PRÓBA ZAJĘCIA 
LUANDY. W NATARCIU BRAŁY UDZIAŁ WOZY PANCERNE I .ARTYLERIA ORAZ 
KOMPANIE   WOJSK   ZAIRU  I   PORTUGALSKICH  NAJEMNIKÓW.   NA  POŁUDNIU 
WOJSKA   POŁUDNIOWEJ   AFRYKI,   KTÓRE   PORUSZAJĄ   SIE   W   WOZACH 

background image

PANCERNYCH TWORZĄCYCH RUCHLIWE 1 SILNE KOLUMNY ZMIERZAJĄ W 
KIERUNKU PORTO AMBOIM I DALEJ - NA LUANDE. W TYM REJONIE ODDZIAŁY 
MPLA   ORGANIZUJĄ   LINIE   OBRONY   Z   ZADANIEM   UTRZYMANIA   PORTO 
AMBOIM ZA WSZELKA CENĘ FIN, CZY MOŻECIE PRZYSŁAĆ TROCHĘ FORSY I 
PAPIEROSÓW '

)

?? Z GÓRY DZKB BYE.

Ruiz przyciągnął dźwignie gazu: samolot opadał ku ziemi. Minęliśmy Porto Amboim, 
które   jest   małym   rybackim   miasteczkiem,   potem   przelecieliśmy   nad   szero-
kąiciemnąrzekąCuvo,jeszcze kilka minut samolot leciał prosto, aż pochylił się na bok 
i zaczęliśmy zawracać. Ruiz pokazał mi ręką, żebym spojrzał przez szybę. W dole 
widać było szosę, która dochodziła do rzeki i jakby zapadała się w wodę, bo most na 
rzece   był   zerwany.   Teraz   lecieliśmy   obok   szosy,   na   której   widać   było   stojącą 
kolumnę wozów pancernych, policzyłem, że jest ich dwadzieścia jeden, dalej stały 
ciężarówki i przymocowane do nich działa, a na końcu pięć jeepów. Po obu stronach 
szosy   kręcili   się   ludzie.   Wróciliśmy   nad   drugi   brzeg   rzeki   mijając   w  dole   zygzaki 
okopów i jakieś oddziały, które szły szosą, samolot zniżył się już nad samą ziemię i 
osiadł na pasie startowym lotniska w Porto Amboim.
Ruiz przywiózł amunicję i zaraz wracał do Luandy, a ja tu zostałem. Do linii frontu, 
nad brzeg rzeki, było mniej niż dwadzieścia kilometrów. Wiózł mnie samochodem 
wojskowy o bardzo ciemnej skórze. Spytałem go po portugalsku, czy jest z Luandy. 
Nie, odpowiedział po hiszpańsku, z Hawany. W tym czasie z wyglądu trudno już było 
rozróżnić,   kto   jest   skąd,   ponieważ   Kubańczycy   ubrali   wiele   oddziałów   MPLA   w 
przywiezione ze sobą mundury. Miało to również znaczenie psychologiczne, gdyż 
oddziały   FNLA   i   UNITA   najbardziej   bały   się   Ku-bańczyków.   Uciekały   na   widok 
atakującej jednostki w mundurach kubańskich, choć mogło nie być tam ani jednego 
Kubańczyka.   Różnice  zewnętrzne   zacierały  się   tym   bardziej,   że   oddziały   MPLA   i 
kubańskie były wielorasowe, a więc kolor skóry też o niczym nie świadczył. Później 
sprzyjało   to   legendzie   o   stutysięcznej   armii   kubańskiej   walczącej   w   Angoli.   W 
rzeczywistości cala armia, broniąca republiki, nie liczyła więcej niż
trzydzieści tysięcy żołnierzy, z czego około dwie trzecie było Angołańczykami.
Dojechaliśmy do miejsca, w którym stały wielkie magazyny bawełny. Mieścił się tam 
sztab   frontu.   Chodziło   się   po   kolana   w   bawełnie   jak   w   śniegu.   Mundury   i   głowy 
żołnierzy pokrywał biały mech. Spało się tutaj ciepło i wygodnie. Linia frontu ciągnęła 
się   wzdłuż   rzeki.   Oddziały   południowoafrykańskie   nie   mogły   jej   sforsować,   bo 
wszystkie mosty były zerwane. Nie byli na to przygotowani i czekali na transport 
pontonów. Obie strony prowadziły sporadyczną wymianę ognia. I jedni, i drudzy czuli 
się zbyt słabi, żeby zaatakować. Następnego dnia miał przypłynąć statek z dwiema 
kompaniami Kubańczyków i kompanią z Gwinei Bissau. Drogą lądowąjechały dwa 
bataliony MPLA.
O  świcie   pojechaliśmy   na   linię   frontu.   Lał   deszcz   i   było   przeraźliwie   zimno. 
Samochód ślizgał się w błocie, potem trzeba już było brnąć piechotą. Spotkaliśmy 
oddział w rozsypce, kilkunastu żołnierzy wlokło się drogą. Każdy prowadził za rękę 
małe, bosonogie, zziębnięte dziecko. Nocą w prymitywnych, afrykańskich czółnach 
przeprawiło się na tę stronę rzeki kilka kobiet z dziećmi. Kobiety zostały na brzegu 
pilnować dobytku, a żołnierze prowadzili dzieci na tyły, do kuchni, żeby je nakarmić.
Wracałem   tego   samego   dnia   samolotem   Ruiza.   Na   podłodze   leżało   kilku   ciężko 
rannych żołnierzy miejscowych i kubańskich. Nocą była bitwa o sto kilometrów na 
wschód od Porto Amboim, Południowoatrykanczycy próbowali przeprawy. Ranni nie 
wydawali   głosu,   dwóch   było   nieprzytomnych.   W   kącie   siedziały   jakieś   kobiety 
afrykańskie, nieruchome. Samolot leciał w chmurach, bardzo rzucało, na ziemi padał 
deszcz. Lądowaliśmy w Luandzie w strugach wody. Na bocznym pasie stały dwa 

background image

ciężkie antonowy. Wyładowywali z nich moździerze.
Wieczorem, do Warszawy:
DZISIAJ   WRÓCIŁEM   Z   FRONTU   POŁUDNIOWEGO,   KTÓREGO   GRANICA 
PRZEBIEGA   TERAZ   BRZEGIEM   RZEKI   CUVO.   SZCZEGÓŁOWE   OPISY 
ZOSTAWIAM   NA   PÓŹNIEJ,   TERAZ   CHCE   PRZEKAZAĆ   CO   NAJWAŻNIEJSZE. 
WOJNA   W   ANGOLI   ZMIENIŁA   SWÓJ   CHARAKTER.   DO   NIEDAWNA   BYŁA   TO 
PRZEDE WSZYSTKIM WOJNA PARTYZANCKĄ, WEWNĘTRZNA, PROWADZONA 
PRZY   UŻYCIU   BRONI   RĘCZNEJ   I   LEKKIEJ.   INTERWENCJA   WOJSK 
POŁUDNIOWEJ   AFRYKI   ZMIENIŁA   JEDNAK   SYTUACJE.   DZISIAJ   JEST   TO 
CORAZ   BARDZIEJ   WOJNA   REGULARNYCH   ARMII   I   CIĘŻKIEGO   SPRZĘTU. 
MŁODA   REPUBLIKA   ZNAJDUJE   SIE   NADAL   W   TRUDNEJ   SYTUACJI 
MILITARNEJ,   ALE   ISTNIEJĄ   SZANSE,   ZE   ZDOŁA   SIE   OBRONIĆ.   WŁADZE 
WOJSKOWE ANGOLI GROMADZĄ SIŁY, ZĘBY PRZEJŚĆ DO OFENSYWY.
JESZCZE COS DLA RED ZAGRANICZNEJ
MICHAŁ,   TU   RYSIEK,   OD   DAWNA   SKOŃCZYŁA   Ml   SIE   FORSA   I   JESTEM 
LEDWIE ŻYWY. MNIEJ WIĘCEJ WIADOMO, CO BĘDZIE DALEJ, TO ZNACZY ZE 
TUTEJSI WYGRAJĄ, ALE TO JESZCZE POTRWA, A JA JUZ GONIE RESZTKA 
SIL,   WIEC   PROSZĘ   DAJCIE  MI   ZGODĘ   NA  POWRÓT   DO   KRAJU.   TUTAJ  MA 
LECIEĆ JAKIŚ SAMOLOT DO LIZBONY, MOZĘ MNIE WEZMĄ OK ?'.''.'
TAK, ZGODA, JEŻELI MASZ JUZ DOSYĆ, MOŻESZ WRACAĆ
CUDOWNIE, ZACZYNAM ZAŁATWIAĆ WYJAZD
OK, ZWIJAJ ŻAGLE, MIRŁK BĘDZIE NA CIEBIE CZEKAĆ W LIZBONIE.
Pakowanie i pożegnania. Pablo dał mi na drogę pudełko cygar. Comandante Ju-Ju 
dał mi książkę Davidsona o Angoli.
A dona Cartagina? Dona Cartagina popłakuje. Prze-
żyliśmy razem najcięższe chwile i teraz, kiedy na nią patrzę, mam też mokre oczy. 
Dono Cartagino, mówię, ja tu wrócę. Ale nie wiem, czy to, co powiedziałem, jest 
prawdą.
Jeszcze   jadę   pożegnać   się   do   prezydenta   Neto.   Prezydent   mieszka   w   willi   za 
miastem, zbudowanej na skarpie, nad małą, zarośniętą palmami zatoką. To miejsce 
nazywa się Belas. Byłem tam kilka razy, kiedy chciałem zdobyć wywiad. Neto chętnie 
przyjmował na rozmowy, ale wymawiał się przed wywiadem. W końcu zgodził się. 
Było to we wrześniu czy w październiku, w najtrudniejszych dniach. Myślę, że nie 
chciał   tego   wywiadu,   ponieważ   wtedy   naprawdę   było   trudno   powiedzieć   coś 
optymistycznego. Rozmawialiśmy o poezji, miałem ze sobą ostatni tom jego wierszy, 
jaki ukazał się w Lizbonie w tym roku - „Sagrada Esperanca".
As   nossas   terras   vermalhas   do   cafe   brancas   do   algodao   verdes   dos   milharais 
havemos de voltar
To umiałem na pamięć. Neto narzekał, że od dawna nie ma czasu pisać wierszy i 
wskazywał głową na wiszącą mapę, na wetknięte w nią chorągiewki zielone i żółte, 
oznaczające pozycje FNLA i UNITA. Wchodziło się do willi po schodach, potem była 
weranda  i  jadalnia,  za   którą   znajdował   się   narożny  pokoik.  Tam   mieścił  się   jego 
gabinet: biurko, półki z książkami od podłogi do sufitu, dwa fotele. Często w całym 
mieszkaniu   był   sam   i   kiedy   w   sąsiednim   pokoju   dzwonił   telefon.   Neto   przerywał 
rozmowę   i   wychodził,   żeby   podnieść   słuchawkę.   Niskiego   wzrostu,   lekko   już 
pochylony, ma powolne, odmierzone ruchy. Szpakowaty, w okularach, wygląda
na człowieka mało energicznego, a może po prostu zmęczonego. Dla tej sylwetki 
lepszym tłem jest ściana książek w zacisznym gabinecie niż trybuna na placu (choć 
przemawia świetnie). Nigdy nie widziałem go w mundurze, a także nie pamiętam, 
żeby jeździł na front. Ma ponad pięćdziesiąt lat, z tego połowę spędził poza krajem - 

background image

na   studiach   medycznych,   potem   na   emigracji   i   w   więzieniach.   Pochodzi   z   okolic 
Luandy-jego   ojciec   był   wiejskim   nauczycielem   i   pastorem   protestanckim.   W   tych 
wcześniejszych rozmowach z Neto były kłopotliwe chwile. Wiedziałem, że sytuacja 
jest ciężka, chciałem dowiedzieć się od niego szczegółów, a jednocześnie czułem, że 
nie wypada mi zadawać takich pytań, że mogę go dotknąć. Więc zapadało milczenie, 
potem żegnałem się i wychodziłem.
Wieczorem czyszczę zapleśniały garnitur i wkładam krawat: wracam do Europy. Po 
raz ostatni włącza się Warszawa.
SŁUCHAJ,   JEST   PROŚBA,   ZEBYS   ZATRZYMAŁ   SIE   KIUKA   DNI   W   LIZBONIE, 
TAM   JEST   JAKIEŚ   NAPIĘCIE,   JAKBY   PRZEWRÓT,   A   IKONOWICZ   MUSIAŁ 
POUECIEC   DO   MADRYTU,   BO   UMARŁ   FRANCO   1   NIE   MAMY   NIKOGO   W 
PORTUGALII. ZRÓB NAM OBSŁUGĘ I DOPIERO POTEM WRACAJ DO KRAJU 
OK'

1

OK,   TAK,   ROZUMIEM,   A   TERAZ   JESZCZE   MOJA   NOTA:   DZIAŁ   ODBIORU 
INFORMACJI   Z   ZAGRANICY   PAP   -   MICHAŁ   FERTAK,   STEFAN   BRODZIK, 
HENRYK KOWALCZYK. MICHAŁ MUSIAŁ:
DRODZY   -   PONIEWAŻ   ŁĄCZYMY   SIE   PO   RAZ   OSTATNI,   GDYŻ   ZARAZ 
WYLATUJE   Z   UUANDY,   CHCIAŁEM   NAJSERDECZNIEJ   PODZIĘKOWAĆ   WAM 
WSZYSTKIM   ZA   WSPANIAŁA   PUNKTUALNOŚĆ,   WIELKA   CIERPLIWOŚĆ, 
WYTRWAŁOŚĆ. SUMIENNOŚĆ I PRZEDE WSZYSTKIM ZA PAMIEC. TE ZALETY 
BYŁY   DOCENIANE   NIE   TYLKO   PRZEZE   MNIE,   ALE   PRZEZ   WSZYSTKICH 
KOLEGÓW Z PRASY
ŚWIATOWEJ   TUTAJ   OBECNYCH,   KTÓRZY   BARDZO   Ml   ZAZDROŚCILI   TAK 
DOSKONALEJ   PRACY   TELEXU   PAP   W'   WARSZAWIE,   RZECZYWIŚCIE 
NAJLEPSZEJ ZE WSZYSTKICH AGENCJI NA ŚWIECIE. SCHODZILI SIE OM DO 
TELEXU,   KIEDY   MNIE   WYWOŁYWALIŚCIE,   REGULOWAĆ   SWOJE   ZEGARKI. 
JESZCZE RAZ BARDZO, BARDZO DZIĘKUJE ZA WSZYSTKO I DO ZOBACZENIA 
W KRAJU
TAK JEST, DZIĘKUJEMY
A WIEC JUTRO Z LIZBONY??
TAK, CZEKAMY NA SYGNAŁ NA RAZIE DOBRANOC 1 TKS
TKS DOBRANOC
+

background image

ABC

Nazwa Angola pochodzi od imienia króla N'Gola, który w drugiej połowie XVI wieku 
był władcą ludu Mbundu zamieszkującego okolice dzisiejszej Luandy. NTGola rządził 
królestwem Ndongo. które było południowym sąsiadem innego wielkiego królestwa 
afrykańskiego   -   Kongo.   Oba   państwa   zostały   podporządkowane   władzy   króla 
Portugalii, a później zniszczone.
Obszar   współczesnej   Angoli   wynosi   1   246   700   km   kw.   Kraj   ten   pod   względem 
powierzchni   zajmuje   piąte   miejsce   w   Afryce   -   po   Sudanie,   Zairze,   Algierii   i   Libii. 
Angola jest czternaście razy większa od Portugalii, a także większa niż łączny obszar 
Francji, RFN, Wielkiej Brytanii i Włoch. Długość granicy lądowej -4837 km, morskiej - 
1650 km. Granica lądowa nie jest jednak wyraźnie oznaczona w terenie, przebiega 
przez   bezludny   busz   i  można   jądość   swobodnie   przekraczać   (nawet   przejeżdżać 
samochodem). Dla państwa otoczonego przez nieprzychylnych sąsiadów stwarza to 
poważne problemy obronne.
Ukształtowanie powierzchni: kraj  dzieli się na  trzy  strefy geograficzne biegnące z 
północy na południe. Pas przybrzeżny, wzdłuż Atlantyku (szerokość maksymalna — 
200 km), nisko położony, półpustynny, a na południu pustynny. W pasie tym rośnie 
dużo akacjowców, suchej tarniny i baobabów. Następnie kierując się na wschód-pas 
wyżynny, najbardziej malownicza i żyzna część kraju, o klimacie wiecznej wiosny. 
Najwyższe szczyty -
Moco   2620   m   n.p.m.   iLubango2566mn.p.m.   Są   to   stosunkowo   gęsto   zaludnione 
tereny   Angoli   posiadające   doskonale   warunki   do   uprawy   i   hodowli.   Wreszcie 
wschodnia część kraju to porośnięty rzadkim i suchym buszem płaskowyż (wysokość 
400-1000 m n.p.m.). Zajmuje on dwie trzecie całego obszaru Angoli i ze względu na 
brak wody jest tylko sporadycznie zamieszkany, głównie przez plemiona pasterskie.
Angola jest krajem wielu rzek, z których najważniejsze to Cubango (na południowym 
wschodzie), długość
-     975   km,   Cuanza   (na   północy),   długość   960   km.   Wzdłuż   tej   rzeki   przebiegał 
największy szlak niewolników w dziejach świata. Prowadzono ich do Luandy, która z 
kolei była niegdyś głównym światowym portem załadunku niewolników. Cunene (na 
południu), długość
-   945   km.   Na   tej   rzece   zbudowany   jest   system   dwudziestu   dziewięciu   zapór 
hydroelektrycznych dostarczających energii elektrycznej i wody dla RPA, głównie dla 
Namibii.   Oficjalnym   motywem   interwencji   wojsk   południowoafrykańskich   w   Angoli 
była ochrona systemu zapór na rzece Cunene, bez którego gospodarka Namibii nie 
mogłaby istnieć.
Kraj   dzieli   się   na   cztery   strefy   klimatyczne,   znacznie   różniące   się   temperaturą   i 
wilgotnością:   tropikalną   umiarkowaną   -   na   północnym   wschodzie,   gorącą 
umiarkowaną — na południowym wschodzie, pustynną
- na południowym zachodzie i tropikalną - na zachodzie.
W Angoli występują dwie pory roku: deszczowa, od listopada do maja, największe 
opady - od stycznia do kwietnia, oraz pora sucha, tzw. cacimbo - od czerwca do 
października.   W   porze   suchej   życie   kraju   jest   najbardziej   aktywne,   w   sezonie 
deszczów   (zwłaszcza   tam,   gdzie   nie   ma   dróg   bitych   i   gdzie   stosuje   się   nadal 
tradycyjne metody uprawy) aktywność ta słabnie.
Znaczną część obszaru Angoli pokrywają lasy - gęste, wilgotne, tropikalne (głównie 
na północy) albo rzadki, niski, suchy busz (na wschodzie i południu). Spotyka się tu 
wielkie ilości dzikiego zwierza: słonie, żyrafy, lwy, lamparty, hipopotamy, nosorożce, 

background image

antylopy, hieny, szakale, małpy. Jest też wiele rodzajów ptactwa: papugi, pelikany, 
marabuty, sępy, ptak i-dziwaki, dzioborożce, brodacze, rajskie muchołówki itd. Żyje 
tu   mnóstwo   gadów:   krokodyle,   pytony,   grzechotniki,   okularniki,   żararaki.   mamby, 
anakondy, kobry zielone i czarne. Tam, gdzie jest dobra gleba i ciepły klimat, rosną 
wszelkie odmiany kwiatów i owoców.
Angola jest krajem olbrzymich bogactw naturalnych, posiadającym wszystkie główne 
surowce   potrzebne   nowoczesnej   gospodarce.   Szereg   z   nich   zaczęto   wydobywać 
dopiero w ostatnich latach i to na skalę stosunkowo niewielką. W roku 1973 pod 
względem wartości głównymi produktami eksportowymi były - ropa naftowa (30 proc), 
kawa (21 proc), diamenty (10 proc), ruda żelaza (6 proc). Ponadto Angola eksportuje 
bawełnę,   sizal,   kukurydzę,   skóry,   przetwory   owocowe.   W   ostatnich   latach   przed 
niepodległością kraj stał się terenem ożywionej ekspansji obcego kapitału, zwłaszcza 
północnoamerykańskiego. W latach 1969-73 podwoiła się wartość eksportu Angoli, 
szczególnie   w   rezultacie   wydobycia   ropy   naftowej   w   prowincji   Kabinda,   zwanej 
Kuwejtem Afryki.
Angola   należy   do   najsłabiej   zaludnionych   krajów   świata:   według   spisu   z   1970   r. 
liczyła   5  673  046  mieszkańców.   Szacowano,  że   w  kraju  tym   mieszka   ponad  pól 
miliona   europejskich   osadników   -   głównie   Portugalczyków.   Liczba   ludności 
europejskiej wzrosła gwałtownie po drugiej wojnie światowej, zwłaszcza w ostatnim 
okre-
sie kolonialnym. W 1940 r. żyło w Angoli 44 tysiące Europejczyków, w 1960 r. - 170 
tysięcy, w ciągu następnych czternastu lat przybyło około 350 tysięcy. W części byli 
to   żołnierze   armii   portugalskiej,   która   w   ostatnich   latach   wojny   kolonialnej   liczyła 
ponad 70 tysięcy ludzi. Znaczny procent imigrantów stanowili bezrolni chłopi i ubogie 
drobnomieszczaństwo,   których   rządy   Salazara   i   Caetano   wysyłały   do   Angoli   na 
dorobek,   starając   się   w  ten   sposób   rozładować   napięcia   społeczne   w  metropolii. 
Część tych ludzi żyła nadal w biedzie i na ulicach Luandy można było spotkać białe 
żebrzące dzieci - widok nie do pomyślenia w innych krajach Afryki.
Ponad 95 procent ludności europejskiej opuściło Angolę w 1975 r. udając się do 
Portugalii i innych krajów (przede wszystkim do Brazylii). Część z nich powraca tu 
obecnie.
Ludność afrykańska Angoli w swojej przeważającej masie należy do grupy Bantu i 
dzieli   się   na   ponad   sto   plemion,   z   których   głównymi   są:   Ovimbundu,   Mbundu, 
Bakongo, Luanda-Quioco i Nganguela. Te pięć plemion to około 80 procent ludności 
Angoli.   Pozostałe   plemiona   są   małe,   niektóre   z   nich   liczą   zaledwie   po   kilka   lub 
kilkanaście tysięcy ludzi. Ponad połowa ludności Angoli to wyznawcy różnych religii 
afrykańskich,   35   procent   to   katolicy,   a   13   procent-protestanci.   Konflikty   i   wojny 
międzyplemienne   składają   się   na   obszerny   rozdział   historii   tego   kraju.   Waśnie 
między plemionami istnieją do dzisiaj. Odegrały one istotną rolę w czasie ostatniej 
wojny, jaką przeżyła Angola w latach 1975-76.
Wiele przyczyn składa się na to, że Angola jest krajem słabo zaludnionym. Przez trzy 
wieki znaczną część ludności przemieniano w niewolników i eksportowano na drugą 
półkulę. W samej Angoli aż do roku 1962 utrzymywały się różne formy niewolnictwa 
pod posta-
cią   systemu   pracy   przymusowej.   Inną   przyczyną   wyludnienia   kraju   była   liczna 
emigracja   ludności   afrykańskiej   -   około   700   tysięcy,   głównie   do   Zairu   i   RPA. 
Powszechne   niedożywienie   i   brak   najbardziej   elementarnej   opieki   zdrowotnej 
również wpływały na niski poziom demograficzny kraju.
Ludność   afrykańska   Angoli  była  przez   wieki  głęboko   upośledzona  i   wyniszczana. 
Władze   kolonialne   utrzymywały   ją   na   najniższym   szczeblu   wyżywienia   i   kultury. 

background image

Angolańczycy   stanowią   jedną   z   najbiedniejszych   społeczności   w   całej   Afryce.   W 
dalszym ciągu ponad 90 procent mieszkańców tego kraju to analfabeci. Tylko 10 
procent   czarnych   mieszka   w   miastach.   Angola   to   kraj   ubogich   i   zagłodzonych 
chłopów. Znaczna część tych ludzi żyje nadal w warunkach gospodarki naturalnej, 
tzw. samowystarczalnej czy raczej — niewystarczalnej, skrajnie nędznej.
Rozmieszczenie   ludności   jest   w   Angoli   bardzo   nierównomierne.   Ponad   połowa 
mieszkańców żyje na obszarze, który stanowi zaledwie 9 procent terytorium kraju. 91 
procent ludności mieszka na ziemiach, które zajmują mniej niż połowę, bo 47 procent 
obszaru państwa.
Główne miasta, według spisu z 1970 r.: Luanda {„najstarsze miasto europejskie w 
Afryce na południe od Sahary" - John Gunther) - około 0,5 miliona mieszkańców, 
Huambo (62 tys.), Lobito (60 tys.), Benguela (41 tys.), Lubango (32 tys.), Malange 
(32 tys.), Kabinda (22 tys.).
Należy podkreślić, gdyż fakt ten nie jest powszechnie znany, że mieszkańcy Angoli 
tworzą społeczeństwo wielorasowe, że wśród Angolańczyków jest wielu ludzi białych, 
a także wielu Mulatów wszelkich odcieni skóry. W rządzie Angoli jest kilku białych 
ministrów,   w   armii   często   spotyka   się   białych   żołnierzy,   biali   stanowią   część 
mieszkańców miast i wsi.
W roku 1482 Portugalczyk, kapitan Diego Cao, dopłynął do ujścia rzeki Kongo. W tej 
części Afryki istniało wówczas wielkie królestwo Kongo, którego stolica nazywała się 
Mbanza (obecnie Sao Salvador). Sao Sal-vador jest dzisiaj małym, prowincjonalnym 
miasteczkiem, stolicą angolańskiej prowincji Zaire, miejscem, skąd pochodzi Holden 
Roberto   i   niemal   cale   kierownictwo   FNLA.   Rok,   w   którym   Diego   Cao   dotarł   do 
królestwa   Kongo,   można   przyjąć   za   początek   ekspansji   portugalskiej   na   tym 
obszarze Afryki, choć faktyczny podbój kolonialny ziem angolańskich rozpoczął się 
dziewięćdziesiąt lat później, kiedy w r. 1573 Paulo Dias de Novais założył osadę o 
nazwie Luanda i z grupą żołnierzy zaczął posuwać się w dół rzeki Cuanza.
W   dziesięć   lat   potem,   jak   Diego   Cao   stanął   na   ziemi   kongijsko-angolańskiej, 
Krzysztof   Kolumb   dopłynął   do   wybrzeży   kontynentu   amerykańskiego.   Oba   te 
wydarzenia są ze sobą ściśle związane. Emigranci europejscy zaczynają rozwijać na 
ziemiach Ameryki plantacje trzciny cukrowej i bawełny: powstaje zapotrzebowanie na 
masową i tanią siłę roboczą, ponieważ zwłaszcza uprawa trzciny cukrowej wymaga 
ogromnej   ilości   rąk   do   pracy.   Zaczyna   rozwijać   sięhandel   niewolnikami.   Historia 
cukru i historia niewolnictwa tworzą w dziejach świata wspólny rozdział. Głównym 
dostawcą   niewolników   staje   się   Afryka   i   -   przede   wszystkim   -   Angola.   Zdaniem 
historyków z terenów, które leżą w granicach obecnej Angoli, wywieziono 3-4 miliony 
niewolników.   Dzisiaj   liczba   ta   może   nie   wygląda   tak   szokująco,   ale   należy 
uwzględniać ówczesny stopień zaludnienia naszego globu. W tych czasach, kiedy 
Portugalia była  światowym  mocarstwem i miała wielkie posiadłości na wszystkich 
kontynentach, liczyła zaledwie milion mieszkańców. Przez blisko czterysta lat historia 
Angoli obraca się praktycznie wokół problemu niewolnictwa. Jeszcze w
pierwszej połowie XIX wieku eksport niewolników stanowił ponad 90 procent ogólnej 
wartości eksportu Angoli. Znaczna część ludności dzisiejszej Brazylii, Dominikany i 
Kuby to potomkowie angolańskich niewolników. Nie jest też przypadkiem, że mimo 
zasadniczych   różnic   politycznych,   pierwszym   państwem,   które   uznało   Ludową 
Republikę   Angoli,   była   Brazylia   i   że   Kuba   udzieliła   siłom   wyzwoleńczym   Angoli 
największej pomocy.
Żeby zrozumieć  współczesny świat,  należy  posługiwać  się  ruchomym globusem i 
przyglądać   się   scenie,   na   której   żyjemy,   z   różnych   punktów   ziemi.   Zobaczymy 
wówczas, że Atlantyk jest pomostem łączącym barwny, tropikalny świat afro-latyno-

background image

amerykański,   który   zachował   silne   więzy   wspólnoty   etnicznej   i   kulturowej.   Dla 
Kubańczyka, który przybywa do Angoli, nie zmienia się ani klimat, ani pejzaż, ani 
kuchnia. Dla Brazylijczyka nie zmienia się nawet język.
Wywóz niewolników był głównym motywem obecności portugalskiej w Angoli. Aby 
zdobyć   ich   jak   najwięcej.   Portugalczycy   prowadzili   tu   nie   kończące   się   wojny. 
„Portugalski   kontakt   z   Angolą   -   piszą   dwaj   historycy   Douglas   L.   Wheeler   i  Renę 
Pelissier w książce pt. «Angola» - zaczął się od wojny i, jak niektórzy wierzą, skończy 
się   wojną.   Poczynając   od   1578   roku   portugalska   polityka   penetrowania   Angoli 
zaczęła się od wyprawy militarnej, która dała początek serii wojen ciągnących się 
przez stulecia. Ale stan wojny nie wygasł w końcu XVII wieku, przeciwnie - wojna 
była raczej zasadą niż wyjątkiem w całym okresie między rokiem 1579 a 1921. Nie 
opubl ikowane dokumenty w archiwach portugalskich dowodzą, że w ciągu 350 lat 
było zaledwie 5 takich, w których Portugalczycy nie prowadzili wojny w tym lub innym 
punkcie Angoli".
Ten zachłanny rabunek ludzi doprowadził Angolę do takiego wyniszczenia, że na 
początku XX wieku Anglia
i   Niemcy   prowadziły   tajne   pertraktacje,   aby   odebrać   kolonię   Portugalii   i   podzielić 
jąmiędzy sobą. Zresztą Niemcy okupowali południową część Angoli aż do roku 1915, 
a   Afrykanerzy   (tj.   Burowie)   zajmowali   południową   prowincję   Huila   (ze   stolicą   w 
Lubango) do roku 1928.
Przez kilka stuleci Portugalia kierowała swój najlepszy element ludzki do Brazylii, a 
najgorszy   -   do   Angoli.   Angola   była   kolonią   kamą,   miejscem   zsyłki   dla   wszelkich 
przestępców   i   wyrzutków,   dla   całego   marginesu   społecznego.   W   starej   Lizbonie 
mówiło się o Angoli „pais dos degredados" - kraj ludzi zesłanych, wyrzuconych poza 
nawias,   skończonych.   Niska   jakość   żywiołu   osadniczego,   kolonialnego   miała 
znaczny wpływ na to, że Angolę zaliczano do najbardziej zacofanych krajów Afryki.
Walka   o   wyzwolenie   Angoli   zaczyna   rozwijać   się   na   znaczącą   skalę   dopiero   w 
połowie naszego wieku. Oto kilka ważniejszych dat:
1948   -   powstanie   ruchu   kulturalnego  „   Vamos   desco-brir   Angola"   („Odkrywajmy 
Angolę"). Tworzy go grupa młodych inteligentów angolańskich. Wydają dwa numery 
czasopisma   literackiego   „Mensagem"   („Posłanie"),   zamkniętego   następnie   przez 
policję. Redaktorem pisma i przywódcą ruchu był wybitny poeta angolanski - Viriato 
da Cruz, a jego najbliższymi współpracownikami dwaj inni poeci - Agostinho Neto i 
Mario de An-drade. Powstanie ruchu wyzwoleńczego Angoli jest dziełem tych trzech 
poetów.
1953-powstanie pierwszej organizacji wyzwoleńczej Angoli - PLUA: Partido para a 
Luta   Unida   dos   Africanos   de   Angola   (Partia   Zjednoczonej   Walki   Afrykańczyków 
Angoli). Jak wszystkie następne organizacje angolań-skie PLUA powstaje i działa w 
warunkach konspiracji.
1954 - utworzenie w Kinszasie organizacji UPNĄ: Uniao dos Populacoes do Norte de 
Angola   (Związek   Ludności   Północnej   Angoli).   Jest   to   organizacja   plemienna 
Bakongów, zalążek późniejszej FNLA.
10   grudnia   1956   -   ze   zjednoczenia   PLUA   z   innymi,   mniejszymi   ugrupowaniami 
wyzwoleńczymi powstaje w Luandzie MPLA: Movimento Popular para a Liberta-cao 
de   Angola   (Ludowy   Ruch   Wyzwolenia   Angoli).   Na   czele   ruchu   staje 
trzydziestoczteroletni lekarz i poeta -Agostinho Neto.
1958 - UPNĄ zmienia nazwę na - UPA - Uniao dos Populacoes de Angola (Związek 
Ludności Angoli).
W tym okresie, pod wpływem burzliwych wydarzeń w sąsiednim Kongo, powstaje 
wiele, najczęściej drobnych, plemiennych partii i organizacji angolańskich. Do roku 

background image

1967   powstało   i   znikło   ze   sceny   politycznej   58   takich   partii   i   26   organizacji. 
Fragmentaryzacja   życia   politycznego   w   Angoli   była   w   tym   czasie   większa   niż   w 
Kongo.
4 luty 1961 - zbrojny atak bojowników MPLA na więzienie w Luandzie (tzw. Casa de 
Reclusao Militar), w którym znajdują się patrioci angolańscy. Jest to początek walki 
zbrojnej o wyzwolenie Angoli.
15 marca 1961 - na północy Angoli UPA rzuca hasło do rasistowskiego powstania 
Bakongów przeciwko wszystkim nie-Bakongo. Bojówki UPA mordują cywilną ludność 
portugalską, angolańskich Mulatów, ludzi z plemion Ovimbundu i Mbundu. Powstanie 
to   zostało   uśmierzone   przez   armię   portugalską   i   zakończyło   się   potworną   rzezią 
Bakongów oraz emigracją znacznej części Bakongów do Zairu.
23 marzec 1962 - UPA zmienia nazwę na FNLA: Frente Nacional de Libertacao de 
Angola   (Narodowy   Front   Wyzwolenia   Angoli).   Na   czele   organizacji   staje 
dotychczasowy prezydent UPA, wieloletni urzędnik fir-
my belgijskiej w Kongo - Holden Roberto. Holden Roberto urodził się w roku 1925 w 
Angoli (Sao Salvador), jednakże całe życie spędził w Kongo (obecnie - Zairze), gdzie 
zresztą mieszka nadal i posiada rozległe interesy — hotele, restauracje itd. FNLA 
była i pozostała organizacją ściśle plemienną, partią Bakongow, stawiającą sobie za 
cel   odrodzenie   królestwa   Bakongow   i   włączenie   do   niego   pozostałych   ziem 
angolańskich. W roku 1970 Bakongowie stanowili 8 procent ludności Angoli. Grupę 
Holdena Roberto należącą do kościoła protestanckiego finansował zawsze American 
Committee   on   Africa   poprzez  Babtist  Church.   Walka   FNLA   z  MPLA  miała  m.   in. 
odcień  konfliktu  religijnego,  gdyż  FNLA  to  protestanci,  a  w szeregach  MPLA  jest 
wielu katolików.
listopad 1963 - rząd Zairu usuwa z Kinszasy kwaterę MPLA, przeniesioną tutaj w r. 
1961 z Luandy po represjach portugalskich. Nową siedzibą kwatery MPLA staje się 
Konakry, a następnie Brazzaville. W Brazzavil-le od roku 1965 przebywa stuosobowa 
grupa   kubańska  jako  oddział   ochrony  ówczesnego  prezydenta   Ludowej   Republiki 
Konga - Massemba-Debat. W Brazzaville MPLA nawiązuje z Kubańczykami pierwsze 
kontakty.
1964-rozłam w tzw. Rewolucyjnym Rządzie Angoli na Emigracji (GRAE), utworzonym 
dwa   lata   wcześniej   przez   FNLA.   Z   GRAE   występuje   m.   in.   minister   spraw 
zagranicznych   Jonas   Savimbi,   który   w   czasopiśmie   „Remarąues   Africaines"   z 
25.11.1964 ogłasza list oskarżający Holdena Roberto o korupcję i nepotyzm. Savimbi 
wymienia   najpierw   nazwiska   agentów   CIA   pracujących   w   FNLA,   a   następnie 
przytacza   skład   kierownictwa   FNLA,   co   warto   zacytować:   „Holden   Roberto 
-prezydent, ur. w Sao Salvador; John Edouard Pinock, ur. w Sao Salvador, kuzyn 
Holdena; Sebastiao Roberto, ur. w Sao Salvador, brat Holdena; Joe Peterson, ur. w 
Sao
Sahador, szwagier Holdena; Narciso Nenaka, ur. w Sao Sahador, wujek Holdena; 
Simao de Freitas, ur. w Sao Salvador, bratanek Holdena; Eduardo Vieira, ur. w Sao 
Salvador, kuzyn Holdena"'.
13 marca 1966— powstaje UNITA: Uniao Nacional para a Independencia Total de 
Angola (Narodowy Związek Całkowitego Wyzwolenia Angoli). Twórcą i przywódcą tej 
organizacji   jest   Jonas   Savimbi,   ur.   w   1934   r.   w   prowincji   Bie,   syn   urzędnika 
kolejowego.   Jakiś   czas   studiował   w   Europie.   Odbył   przeszkolenie   wojskowe   w 
Pekinie (1964-1965). UNITA była finansowana przez portugalskich osadników, którzy 
utworzyli później organizację Frente de Resistencia Angolana - FRA. Na czele FRA 
stali - płk Gilberto Santos e Castro, późniejszy dowódca najemników walczących u 
boku   FNLA,   oraz   milioner   i   bankier   Antonio   Espirito   Santo.   Chcieli   oni   oderwać 

background image

Angolę od Portugalii i utworzyć państwo białych osadników (tak jak uczynił to łan 
Smith   w   Rodezji).   UNITA,   podobnie   jak   FNLA,   jest   organizacją   trybalną.   Jej 
zwolennicy rekrutują się z ludzi plemienia Ovimbundu. Savimbi, który przez lata był 
skłócony z Holdenem Roberto, później utworzył z nim wspólny front przeciw MPLA. 
Pamiętam plakat, na którym Sa-vimbi i Roberto ściskają się. Podpis: „Dwaj wodzowie 
-jedno słońce wolności!"
1968 - MPLA przenosi swoją główną kwaterę z Braz-zaville do lasów wschodniej 
Angoli. Następuje dalsza aktywizacja walki zbrojnej.
25 kwietnia 1974-rewolucja w Portugalii.
15   stycznia   1975   -   podpisanie   porozumienia   w   Alvor   (Portugalia)   między   MPLA, 
FNLA, UNITA i rządem portugalskim o utworzeniu koalicyjnego rządu tymczasowego 
w Angoli i przyznaniu Angoli niepodległości 11 listopada 1975.
30 stycznia 1975 - rząd tymczasowy rozpoczyna dzia-
lalność w Luandzie. Po pięciu miesiącach z rządu występują FNLA i UNITA.
marzec 1975 - krwawe zamieszki w Luandzie. Cywilna ludność stolicy, opowiadająca 
się za MPLA, jest atakowana przez wojska FNLA.
17 kwietnia 1975 - rozłam w MPLA. Szef sztabu armii MPLA - Daniel Chipenda, 
przechodzi do FNLA. Kierownictwo MPLA opuszcza również jeden z założycieli tej 
organizacji - Mario de Andrade.
lipiec   1975   -   MPLA   wyzwala   Luandę   od   oddziałów   FNLA.   Większość   terytorium 
Angoli przechodzi pod kontrolę MPLA.
27 sierpnia 1975 -pierwsze wkroczenie wojsk Republiki Południowej Afryki na obszar 
Angoli   w   rejonie   Cunene.   W   potyczce   z   tymi   wojskami   ginie   dowódca   frontu 
południowego MPLA - comandante Kalulu.
19 października 1975-początek agresji wojsk RPA przeciw Angoli.
5 listopada 1975 - przybycie do Luandy pierwszego oddziału wojsk kubańskich.
11   listopada   1975   -utworzenie   Ludowej   Republiki   Angoli.   Zgodnie   z   programem 
MPLA   nowa   republika   ma   być   państwem   demokracji   ludowej,   w   której   główne 
bogactwa   naturalne   oraz   podstawowe   gałęzie   gospodarki   będą   własnością 
społeczną.   Wszyscy   obywatele   mają   prawo   do   pracy   i   nauki.   Angola   będzie 
prowadzić   politykę   pozytywnego   neutralizmu.   Pierwszym   prezydentem   republiki 
zostaje Agostinho Neto.
listopad   1975   -początek   kontrofensywy   wojsk   MPLA   wspieranych   przez   oddziały 
armii kubańskiej. W ciągu grudnia i stycznia następuje rozbicie wojsk FNLA i UNITA.
3   luty   1976-rozbicie   oddziału   najemników   dowodzonego   przez   tzw.   pułkownika 
Callana.
27 marca 1976 - wycofanie z terytorium Angoli ostat-
nich oddziałów wojsk południowoafrykańskich. Wracają tą samą drogą, którą kiedyś 
jechałem z Diogenesem. a później z Farrusco i najadłem się tyle strachu, że nigdy 
nie zapomnę. Gdzie jest teraz Farrusco? Podobno żyje. W czasie inwazji ludzie ukryli 
go w Lubango, leżał długo, ale w końcu rany zagoiły się. To był twardy człowiek. Nie 
wiem, co stało się z Diogenesem. Wolałbym myśleć, że też żyje. Antonio zginął. 
Carlos zginął. Na wszystkich frontach panuje spokój. Ci brytyjscy najemnicy, którzy 
uciekli   z   frontu   północnego,   sąjuż   w   Londynie   i   opowiadają,   co   robili   w   Angoli. 
„Niektórzy myślą - opowiada jeden z nich sprawozdawcy BBC - że wojna to miłe, 
lekkie draśnięcie w nogę. Nieprawda. Wojna to głowy rozbite na miazgę, pourywane 
nogi, faceci czołgający się w kółko z rozwalonymi flakami, faceci oblani napalmem, 
ale ciągle jeszcze żywi. Człowiek robi się od tego twardy. Znajdujesz na przykład 
rannego Kubańczyka, przewracasz go na plecy, a on robi jakiś taki ruch. Myślisz, że 
sięga po broń i wykańczasz go z miejsca. A może on po prostu chciał wyciągnąć 

background image

fotografię swojej żony i powiedzieć: «Pomóż mi». A ty go zastrzeliłeś. Nie chciałeś po 
prostu   ryzykować.   Jeżeli   człowiek   strzela   w   ruchomą   ścianę   ludzi,   nie   patrzy   w 
twarze, nie patrzy na ludzi. Strzela po prostu do sylwetek i nie kojarzy ich jakoś z 
istotami ludzkimi. Kiedy wyjdziesz na kogoś bezpośrednio i kiedy walczysz wręcz, 
wtedy widzisz oczywiście, że to człowiek taki sam jak ty, ale wtedy zwykle chodzi o 
twoje   życie.   Musisz   go   zabić,   zanim   on   zabije   ciebie.   Ja   zabiłem   swojego 
pierwszego, kiedy miałem siedemnaście, siedemnaście i pół, może osiemnaście, w 
Adenie.   Miałem   później   po   nocach   koszmary   -   szok   wojenny   -   budziłem   się   z 
krzykiem, a teraz, teraz nawet nie pamiętam, jak ten facet wyglądał".
Na moście granicznym nad rzeką Cunene minister
obrony Republiki Południowej Afryki - Pieter Botha, przyjmuje defiladę swojej armii 
powracającej wojny. Mimo że wojsko przechodzi przez most w milczeniu, w okolicy 
jest   wiele   wrzawy   i   krzyku,   albowiem   w   tym   samym   czasie   towarzyszące   dotąd 
białymjednostkom   południowoafrykańskim   oddziały   FNLA   i   UNTTA   rzucają   się 
tłumnie do rzeki i wpław przeprawiają się na stronę Namibii. W czasie przeprawy 
tonie   wielu   ludzi.   Ale   wojna   skończyła   się,   skończyła   się   frontowa   demokracja   i 
znowu obowiązuje prawo segregacji: przejście przez most jest tylko dla białych.
Lata   1976-2000   -   wojna   trwa   dalej.   Jest   to   jeden   z   najdłużej   ciągnących   się 
konfliktów zbrojnych w świecie współczesnym. Czy coś się w jego obrazie zmieniło?  
Niestety   -   niewiele.   Owszem   -   wyjechali   Kubańczycy.   Wyjechali   ci   z   Afryki  
Południowej.   Ale   pozostali   mieszkańcy   tej   ziemi.   Angola   jest   ich   krajem. 
Podzielonym,   rozdartym,   zniszczonym   wojną   domową   krajem,   w   którym   rząd 
centralny już trzecie dziesięciolecie walczy z rebelią Jonasa Savimbi.
Rząd ten ma zasobne złoża ropy naftowej. Savimbi -wielkie kopalnie diamentów.  
Każda ze stron ma z tych bogactw dochody, które pozwalają prowadzić tę wojnę w 
nieskończoność. Dotąd zginęło na niej może milion ludzi, ale przecież kilka milionów 
żyje nadal, więc lista ofiar będzie się jeszcze ciągnąć.
Wracam myślami do tych, których tam wtedr spotkałem. Co się z nimi stało? Jeżeli 
Diogenes   już   nie   żyje,   być   może   wa/cząjego   synowie.   A   silny,   krępy,   odważny 
Farrusco? Nawet jeśli ocalał, byłby już za stary, aby tkwić w okopach. Ale pamiętam,  
jak mówił, że właśnie urodził mu się syn. Więc gdybym teraz na froncie ango-lańskim  
spotkał młodego oficera, spytał go, jak się na-
żywa   i   usłyszał,   że   -   Farrusco,   odpowiedziałbym   mu:   Lata   temu   jechałem   tędy 
jeepem z kimś, kto miał to samo nazwisko. - Tak, zgodziłby się młody oficer, bo to  
był mój ojciec.
A wysoki, milczący comandante Ndozi? Ndozi nie żyje. Zginął, wyleciał na minie. Ma  
minie wyleciał także Mon-ti. I potężny, wesoły Batalha. Na tych wojnach wrogowie  
coraz rzadziej widują się twarzą w twarz. Giną -idąc, kiedy wokół jest pusto i cicho.  
Śmierć dopada ich z ukrycia, czyha pod piaskiem, pod kamieniem, pod kępą tarniny. 
Ziemia   była   kiedyś   źródłem   życia,   spichlerzem,   dobrem   pożądanym.   Teraz,   w 
tamtych   stronach,   człowiek   patrzy   na   ziemię   podejrzliwie,   nieufnie,   z   lękiem   i 
nienawiścią.
Co stało się z Oscarem? Być może przeżył i jest na emeryturze. Tak bym chciał,  
żeby   miał   dobrą   i   spokojną   starość.   A   co   z   Gilberto?   Nie   wiem,   nie   umiem 
odpowiedzieć.   Co   z   Felixem?   Też   nie   wiem.   Ludzie   tak   znikają   bez   śladu,   tak  
zupełnie i bezpowrotnie, najpierw ze świata, a potem z naszej pamięci.
A dona Cartagina? Boję się o tym myśleć. Bo jeżeli jej już nie ma? Ale to właśnie  
wydaje mi się niemożliwe. Bez dony Cartaginy nie umiem sobie wyobrazić ani Lu-
andy, ani Angoli, ani całej tej wojny. Dlatego jestem pewien, że jeżeli będziecie w  
Luandzie, wcześniej czy później spotkacie siwą staruszkę, jak idzie rano w stronę 

background image

hotelu  ,,  Tivołi". Spieszy się, gdyż jak co dzień czekają dużo sprzątania. Jeżeli ją 
zatrzymacie i spytacie - Przepraszam, czy dona Cartagina? kobieta przystanie na  
chwilę, spojrzy zdumiona, apotem uprzejmie odpowie -Tak, to ja.
I żwawo pójdzie dalej.


Document Outline