background image

Krzysztof Piskorski

Poczet dziwów 

miejskich

background image

2007

background image

Krach operacji „Niebiańskie Zastępy”

Kruk Rrax’Thwyl’Ydrwhyn przeszedł majestatycznie po gzymsie i schował się w 

mroku za plecami gargulca. Światło mu nie służyło, szczególnie o pierwszej w nocy. 

Oświetlić katedrę – też pomysł! Przez osiemset lat nie miała oświetlenia i nikomu to 

nie przeszkadzało!

Rrax wychylił na sekundę dziób, aby spojrzeć w dół. Wbudowane w chodnik 

reflektory poraziły mu wzrok. Ech! Wszystko przez niemieckich turystów. Żeby ich 

wszystkich...

Czasem Zhmf Spod Wzgórza śmiał się z Rraksowej nienawiści do Niemców. Cóż 

jednak mógł wiedzieć Zhmf? Przecież był tylko głupim, sklerotycznym bazyliszkiem. 

Poza tym przybył ledwie sto lat temu, uciekając z Krakowa, gdzie zaczęto 

przebudowywać kanały. Rrax tymczasem mieszkał w okolicy od samego początku.

Lubił wracać myślą do dni młodości, kiedy żył w chramie na szczycie Ślęży. To 

była dopiero, jak to się teraz mówi, fucha. Co tydzień ofiary, a cztery razy w roku taka 

wyżerka, że następnego dnia nie można się było ruszyć. Wtedy po raz ostatni Rrax jadł 

naprawdę dobry miód. Ech! I ta nabożna cześć, jaką otaczano kruki. Mogłeś wlecieć 

komuś do chałupy, wyżreć całą kaszę z miski, a on patrzył jak zaczarowany i ani 

myślał przegnać! Dobrze było... I kruków jakby więcej. Za Henia Brodatego w 

okolicach grodu mieszkało ich ze trzydzieści. Dziś został już tylko Rrax. Niedawno 

ostatniego ze znajomych – Elmmrezzfaeta – dorwał na dachu jakiś gruby kocur.

Rraksowi udało się przetrwać w mieście, bo właściwie nie przypominał kruka. 

Niegdyś często przeklinał Stwórcę, że nie dał mu dodatkowych dziesięciu 

centymetrów skrzydeł, przez co uznawano go za dużego gawrona. Takie porównanie 

było oczywiście dla kruka obraźliwe, ale zdążył się już przyzwyczaić. Tym bardziej że 

większych pobratymców dawno powywożono do rezerwatów przyrody. Najgorszym 

wrogiem kruka są bowiem ornitolodzy. Jak cię jeden z drugim wytropi, to koniec. 

Uśpią i zabiorą na jakieś bezludzie, gdzie jest okropnie zimno i pełno dzikich zwierząt. 

A co może kulturalny miejski kruk robić w takim miejscu?! Ech, żeby tych wszystkich 

ornitologów...

Nagle Rrax przerwał rozmyślania. Przekrzywił łepek, patrząc na niebo ponad 

background image

katedrą. Do ziemi zbliżał się mały, świetlisty punkcik. Ludzie z reguły w tym 

momencie wypowiadali życzenia i robili inne głupie rzeczy. Rrax tylko się uśmiechnął 

(na tyle, na ile można się uśmiechnąć, mając dziób). Dokładnie wiedział, co znaczy 

„spadająca gwiazda”. Ech! Czy ci wariaci na górze i na dole nigdy nie dadzą sobie 

spokoju? Od kiedy rozbili ostatnią bramę, coraz częściej pojawiają się w Strefie. I jak 

porządny kruk ma tu żyć? Jak nie turyści z Berlina, to wariat z zaświatów. Ech!

* * *

Porfirion siedział w głębokim fotelu, trzymając nogi na biurku. Lubił tę pozycję. 

Za młodu często bywał w Strefie i przejął wiele ludzkich nawyków. Oczywiście nie 

wszystkie dawały się łatwo przenieść na nowy grunt. Na przykład ciągle jeszcze miał 

problem z blatami. Musiał je często wymieniać, bo ostre racice bezlitośnie kaleczyły 

drewno.

Drzwi gabinetu rozsunęły się, ukazując kosmatą twarz Surtaka. Młodzik 

wyciągnął rękę w pozdrowieniu, a Porfirion odmachnął mu niedbale.

„No tak. Ani chwili spokoju” – pomyślał.

– Właśnie otrzymaliśmy komunikat – zameldował Surtak.

Porfirion zaczął szybko obstawiać w myślach. Znowu demonstracje w wyższych 

kręgach? Rezydent nie wrócił po wskazanym czasie? A może jakiemuś paranoikowi 

ubzdurało się, że wytropił sabotażystę?

– Niebianie wysłali do Strefy swojego agenta.

Cholera – nie zgadł. Swoją drogą nie spodziewał się, że to będzie podobna 

błahostka. Czy nawet z taką rzeczą musieli do niego biegać? Popatrzył na czekającego 

w napięciu Surtaka.

– I co z tego?

Młodzik ściągnął ze zdziwienia wargi.

– Śmiem przypomnieć, że według paragrafu ósmego, artykułu dwudziestego 

piątego, mamy teraz prawo wysłać swojego.

– Ale w jakim celu, Surtaku?

– Żeby wyeliminować wroga i uniemożliwić mu podjęcie działań na neutralnym 

terenie.

Słysząc to, Porfirion tylko westchnął. Chwilę patrzył na ścianę, gdzie wisiała 

reprodukcja „Sądu Ostatecznego” Breughla. W końcu wyjął z szuflady talerzyk pełen 

malin. Wziął jedną, a resztę podsunął Surtakowi, dając znak, aby się częstował.

– Od dawna mnie denerwuje, że choć wojna się skończyła, młodzież jest szkolona 

w taki sposób, jakby wciąż trwała w najlepsze. Myślisz, że po co ten Niebianin zszedł 

na dół? Chodzi z pewnością o zbiegłego sługę lub zbuntowanego rezydenta...

Surtak skinął głową, ale otwarł usta.

background image

– Nie przerywaj przełożonemu – ubiegł go Porfirion. – Słuchaj uważnie, chłopcze. 

Pozwólmy im prać swoje brudy. Po co mamy się mieszać? Niech polują na siebie, 

niech rozdzierają ich konflikty. Patrz daleko, Surtaku. Oczywiście, że zamierzam 

skorzystać z artykułu...

Przerwał na chwilę, aby zjeść jeszcze jedną malinę. Uwielbiał je, niestety, na dole 

były towarem luksusowym. Rosły tylko w Strefie i za żadne skarby, podobnie jak 

większość roślin, nie chciały się przyjąć w zaświatach.

– Wyślę swojego adiutanta, ale nie po to, żeby bawił się w dziecinne podchody. O 

nie! Polecę mu kupić trochę owoców, rozejrzeć się za ciekawymi książkami.

– Używanie Strefy w prywatnych celach jest niestosowne! – skrzywił się Surtak.

– Było niestosowne, mój drogi. Było. Teraz Strefa nie jest polem bitwy. Jej 

przynależność ustaliły po wsze czasy traktaty pokojowe. Powinniśmy zacząć korzystać 

z dóbr, jakie oferuje nam ludzkość. Czy myślisz, że Lucyfer sądzi inaczej? A widziałeś 

nowego Picassa, którego kazał kupić na aukcji w Nowym Jorku? Zastanawiałeś się 

kiedyś, dlaczego w kantynie jest coraz więcej smakołyków z powierzchni?

Młodzik nie dawał za wygraną.

– Ale Księga Upadłych mówi... – jęknął.

– Ty tylko swoje „ale” i „ale”! – Porfirion machnął ręką. – Mimo tego, co ci kładą 

do głowy w szkole, wojna już się skończyła: w dniu, w którym ja i moi chłopcy 

rozbiliśmy bramę. Nikt z góry nie przejdzie na dół i vice versa. Niech wypiją piwo, 

którego nawarzyli. W tym czasie najem się malin i pokontempluję Breughla. 

Zapamiętaj me słowa, chłopcze, bo więcej nie będę powtarzał! Zrozumiano?

– Tak jest!

– Odmaszerować! I przyślij mi adiutanta!

* * *

Najpierw poczułem dotyk zimnego bruku i okropne zawroty głowy. Z trudem 

podniosłem się na czworakach, otwierając oczy. Leżałem na środku ulicy. Wszystkie 

mięśnie bolały. Prawie już zapomniałem, jak to jest mieć ciało z krwi i kości. 

Dowlokłem się do najbliższej bramy, padłem plackiem na ziemię. Czekałem cierpliwie, 

aż świat przestanie się kręcić. Posadzka pachniała moczem.

Wreszcie zdołałem dźwignąć się jeszcze raz i usiąść pod murem. Oddychałem 

głęboko, łapiąc wielkie hausty zimnego powietrza. Skrzyp schodów! Błyskawicznie 

odwróciłem głowę, wbiłem wzrok w ciemność. Z pierwszego piętra schodził wąsaty 

mężczyzna w wyświechtanym swetrze. Ciekawe, gdzie się wybierał kilka minut po 

północy? Nieważne. Trzeba coś zrobić. W końcu nie mógł zobaczyć w swojej bramie 

dwumetrowego gołego faceta z wielkimi skrzydłami sterczącymi z pleców. Spojrzałem 

mu prosto w oczy, jak uczył archanioł Malachiasz. Odwrócił wzrok i minął mnie 

background image

obojętnie.

Uf! Udało się. Teraz muszę chwilkę odpocząć. Tak właśnie – odpocznę, a potem 

ruszę na poszukiwanie pierwszego.

* * *

– Widziałeś to, Gran?

Gargulec siedział na gzymsie z wywalonym jęzorem i oczyma wlepionymi w niebo. 

Rrax przestąpił z nogi na nogę i stuknął go dziobem po raz drugi.

– Gran! Rusz się, ty ociężała kupo piaskowca!

Gargulce potrafią spać i przez pół roku, jeśli nikt ich nie budzi. Możesz im wtedy 

narobić na sam czubek nosa, a i tak nie drgną. Rrax czekał chwilę, potem stuknął 

jeszcze raz tak mocno, że omal nie pękł mu dziób.

– Grrraaaan!

Długi jęzor powoli wsunął się w kamienną paszczę. Gran popatrzył na kruka 

swoimi śmiesznymi, wyłupiastymi oczyma.

– Nie budzić – powiedział wolno basem, od którego aż zadrżał gzyms.

– Nie budzić, nie budzić... Ech! Bez starego Rraksa skamieniałbyś tu ze szczętem. 

Nie widziałeś, że coś się dzieje?

– Nie budzić – odparł Gran.

Rrax westchnął. Gargulce były prawie tak ociężałe w myśleniu jak w ruchu.

– Gran! Słuchaj uważnie. Specjalnie dla ciebie powtórzę: coś się dzieje. Widziałeś?

– Nie widział.

– Ach! Jak to możliwe, jeśli można spytać, skoro gapisz się w niebo bez przerwy?

– Nie patrzył. Myślał.

Kruk pokręcił głową z politowaniem.

– Więc cię oświecę, tłumoku. Pojawił się ktoś z góry. Mogą się dziać interesujące 

rzeczy. Lecisz się przyjrzeć?

Gran stał dłuższą chwilę w bezruchu, pochłonięty najwyraźniej układaniem 

odpowiedzi.

– Nie leci. Nie umie.

– Daj spokój! Przecież każdy gargulec potrafi latać, tak jak każdy smok ma złoty 

brzuszek.

– Gran śpi.

– Graaan! Ile można spać?!

Po chwili Rrax zorientował się, że zadał zbyt trudne pytanie. Gran znów myślał, 

jeszcze dłużej niż poprzednio.

– Dziesięć lat byłoby dobrze. Gdyby ty nie budzić. Ech! I po co Stwórca dał 

gargulcom poczucie humoru?

background image

– Tylko mi nie mów, że jesteś zmęczony. Czym? Rozmyślaniem? Gapieniem się w 

niebo?

– Siedzenie męczy.

– Grrraaaaan! Proszę po raz ostatni! Leć ze mną, bo inaczej zapaskudzę ci łeb! No 

dalej, rusz się, bęcwale!

Rrax czekał i czekał, lecz żadna odpowiedź nie nadeszła. Gargulec pogrążył się w 

całkowitym bezruchu. Przez chwilę kruk przemyśliwał, czy nie wprowadzić groźby w 

ż

ycie, ale w końcu uznał, że Gran, choćby nie wiem jak leniwy, jest jego przyjacielem, 

więc na podobne traktowanie nie zasługuje. Zresztą i tak był najbardziej rozmownym 

ze wszystkich gargulców na katedrze. Większość nigdy nie raczyła na Rraksa spojrzeć. 

Ech! Trzeba obyć się bez towarzystwa.

Kruk rozwinął skrzydła i skoczył z gzymsu. Chwilę potem szybował nad dachami 

starych kamieniczek.

* * *

Dopiero pół godziny po zejściu poszedłem na przystanek nocnego autobusu. Nie 

mogłem przecież stać tam nagi, a tworzenie nie wychodziło mi zbyt dobrze. Dopiero 

po czterech próbach udało mi się zrobić szary płaszcz. Na resztę odzienia nie miałem 

już siły. Zresztą nawet płaszcz nie wyszedł tak, jak powinien. Coś się nie zgadzało w 

jego wyglądzie. Po dłuższej obserwacji spostrzegłem błąd – nie miał w ogóle szwów!

Cztery poprzednie były jednak jeszcze gorsze – wrzuciłem je do kubła na śmieci. 

Nie miałem czasu ich palić, więc pozostawała nadzieja, że ktoś nie przestraszy się 

ś

miertelnie, gdy je znajdzie...

Była za piętnaście pierwsza, jak wynikało ze stojącego na skrzyżowaniu zegara. 

Autobus miał przyjechać dopiero za dziesięć minut. A więc czekało mnie dziesięć 

minut bezproduktywnego czekania. Niestety, musiałem dotrzeć do pierwszego 

ludzkimi środkami transportu. Moje zadanie było poważne, więc mogło wymagać 

dużej mocy. Nie chciałem marnować ani odrobiny – tym bardziej że potrafiłem 

normalnie egzystować w Strefie. Moje szkolenie obejmowało kulturę i życie codzienne 

jej mieszkańców, dzięki czemu wiedziałem, co to autobus.

Do przystanku zbliżała się młoda, atrakcyjna kobieta. Próbowała iść w świetle 

latarni, unikając pasma mroku rozciągającego się pod murami. Kurczowo ściskała 

torebkę. Podeszła do rozkładu i zaczęła studiować go uważnie. Wzdychając, zerknęła 

na zegarek, a potem przeniosła wzrok na mnie.

Jej oczy nagle się rozszerzyły, usta otwarły. Nie rozumiałem dlaczego, ale chyba 

była wystraszona. Przez chwilę wyglądała, jakby miała krzyknąć, ale tylko odwróciła 

się na pięcie i ruszyła pospiesznie wzdłuż ulicy, zerkając, czy za nią nie idę. Dopiero 

teraz zauważyłem, że spod płaszcza sterczą mi gołe łydki i bose stopy.

background image

* * *

Eneasz nalał pełniutką szklankę wódki. Patrzył chwilę na płyn, przełykając ślinę, 

która zebrała się w ściśniętym gardle. Nie lubił mocnych alkoholi. Nie przywykł do 

nich, bo w raju nie serwowano podobnych specjałów.

Na stole oprócz półlitrówki stała kryształowa kula. Oczywiście nie taka zwykła, 

jaką można kupić w każdym sklepie z książkami typu „Tarot dla każdego” lub „Czarna 

magia w weekend”. To była najprawdziwsza w świecie magiczna kula z 

najprawdziwszego kryształu. Eneasz dał za nią fortunę, ale się opłaciło. Tylko dzięki 

kuli wiedział o przybyciu agenta góry. Musiał go jakoś oszukać, ale jak?

Niestety, jedyny plan, który znał Eneasz, był okrutny. Rezydent chwycił szklankę i 

wypił zawartość do dna małymi łyczkami. Trunek palił gardło, oczy łzawiły. Wziął 

kilka głębokich oddechów i zdjął koszulkę, rozprostowując skrzydła. Spojrzał na 

butelkę. Wtedy przez głowę przeszła mu myśl, żeby napić się jeszcze. W końcu jednak 

zdecydował, że jest wystarczająco znieczulony. Wódka szybko uderzała do głowy. 

Czuł już, jak świat powoli zaczyna się kołysać. Czas na najgorszą część. Eneasz 

podszedł do kuchennego blatu i podniósł z niego piłę.

* * *

Tylko kilkadziesiąt metrów dzieliło mnie od domu pierwszego, a raczej pierwszej. 

Mieszkała na przedmieściach w wielkim blokowisku. Szedłem pomiędzy budynkami, 

delektując się otwartą przestrzenią. Właśnie dla takich chwil starałem się brać każdą 

robotę w Strefie. Jak miło jest nie widzieć żywej duszy! W raju było to możliwe, tylko 

gdy mocno zamykało się oczy.

Czułem pod stopami chropowaty beton. Co prawda miałem buty, lecz trochę je 

spartoliłem. Brakowało im podeszew. Na szczęście taki detal był trudny do 

zauważenia, przynajmniej do czasu, gdy nie założyłem nogi na nogę. Przekonałem się 

o tym w autobusie, gdzie wystraszyłem następnego Ziemianina.

Klatka schodowa była ciemna. Podłogę zaścielały kawałki szkła ze stłuczonej 

szyby. Wszedłem do pomazanej windy. Ktoś stopił przyciski zapalniczką – odliczyłem 

szósty i wcisnąłem. Zgrzytnął mechanizm, a kabina powoli, z wyraźnym trudem 

ruszyła w górę.

Przeanalizowałem jeszcze raz fakty. Pierwszy cel – Anna Salomea, wiek tysiąc 

pięćset sześćdziesiąt trzy lata. Rezydent do spraw resocjalizacji i kształcenia. W Strefie 

przez dwa lata pracowała w osiedlowej szkole. Zerwała kontakt z górą miesiąc temu. 

Dziwne. Dostała przecież w końcu przydziałową celę – dziewięć metrów 

kwadratowych. Luksus, na jaki mało kto zasługiwał. Mimo to zdecydowała się uciec...

Otworzyłem drzwi kabiny i wyszedłem na korytarz. Uznałem, że to nie będzie 

background image

trudne zadanie. Anna była szeregowym rezydentem. Zresztą niewykluczone, że 

obejdzie się bez używania siły. Może nawet przekonam ją do pokuty i dobrowolnego 

powrotu?

Miała zwykłe białe drzwi z numerkiem i judaszem. Przyłożyłem dłoń do zamka, po 

chwili usłyszałem szczęknięcie. Pociągnąłem za klamkę. Przedpokój był ciemny. Już na 

progu poczułem zapach, który sprawił, że tętno gwałtownie mi przyśpieszyło. Zapach 

kobiecego ciała.

W łazience i kuchni panował mrok, ale przez szybę w drzwiach pokoju przenikała 

słaba poświata. Ruszyłem w tym kierunku. Delikatne pchnięcie kolejnych drzwi i moim 

oczom ukazała się sypialnia. Na szafce obok łóżka stała zapalona lampka. Anna 

Salomea czekała na mnie przy oknie ubrana w szlafrok. Przełknąłem ślinę. Była 

wyjątkowo piękna. Burza ciemnych włosów spadała na ramiona. Nos miała drobniutki, 

rysy twarzy delikatne, kilka piegów na policzkach. Wbiła we mnie spojrzenie zielonych 

oczu.

– Słabo się starasz. Od razu widać, że nie jesteś stąd.

Spojrzałem na swoje nieporadnie stworzone ubranie.

– Myślałam, że do tak odpowiedzialnych zadań wyznaczają doświadczonych 

agentów – dodała.

– Jestem wystarczająco doświadczony. Nie dam się wciągnąć w puste pogaduszki. 

– Poprawiłem kołnierz. – Musisz się domyślać, po co przyszedłem. Nie będę mówił o 

grzechu i tym podobnych sprawach. Zrobi to twój przełożony, kiedy wrócisz. Mam 

tylko dopilnować, żebyś wróciła. Zaproponuję układ korzystny dla obu stron. 

Zaoszczędzisz mi pracy i będziesz posłuszna, a ja szybko stworzę przejście. Kilka 

minut i już będziesz w domu.

– Jestem w domu. Tu mi dobrze. Po co miałabym wracać? Do czego? Do ścisku i 

ciągłego gwaru? Nic mnie tam nie trzyma!

– Pogarszasz tylko swoją sytuację.

– Mam to gdzieś! Gdybyś pożył tu tydzień, wiedziałbyś, o co mi chodzi. W Strefie 

ż

ycie jest spokojniejsze, a zarazem bardziej intensywne. To... to po prostu nie do 

opisania. Musisz sam zobaczyć.

Pokręciłem głową. Maria Salomea spojrzała na mnie błagalnie.

– Posłuchaj. Ja też mam propozycję.

Rozpięła i zrzuciła na ziemię szlafrok. Widok jej ciała sprawił, że na chwilę 

wstrzymałem oddech. Musnęła dłonią swoje nieduże, ale kształtne piersi.

– Zostaniemy tu razem. Wiem, że mnie pragniesz. Kiedy pierwszy raz poznałam to 

uczucie, również nie mogłam nad nim zapanować. To chyba największa przyjemność 

Strefy. Chodź. Spróbuj.

Usiadła na skraju łóżka, delikatnie rozchylając uda. Zakręciło mi się w głowie. 

background image

Czułem łomot krwi w skroniach i gniecenie w spodniach.

– Zostaniemy razem tutaj. Poznasz, co znaczy prawdziwe życie. Ja będę 

dostarczać ci przyjemności, a ty będziesz mnie bronić, jeśli wyślą następnego.

Ku swemu przerażeniu stwierdziłem, że rozważam propozycję zupełnie poważnie. 

Zacisnąłem zęby. Zbyt dobrze mnie wyszkolono, abym mógł się poddać pokusie.

– Nie – odparłem.

– Żeby cię piorun strzelił, pieprzony kastracie! – jęknęła, chowając twarz w 

dłoniach.

Rozległ się cichy płacz. Czekałem na dalszą reakcję, ale nic nie nastąpiło. Dobrze – 

i tak nie miała szans.

Zacząłem tworzyć przejście. W powietrzu pojawił się zapach ozonu. Poczułem, 

jak włosy na głowie stają mi dęba. Energia tymczasem zmaterializowała się w postaci 

trzeszczącej wyładowaniami, oślepiająco jasnej kuli. W Strefie nazywano takie 

piorunami kulistymi. Na szczęście nikt nie wiedział, do czego służą naprawdę.

Chwyciłem Annę za rękę. Przez chwilę myślałem, że będę świadkiem jakiegoś 

ostatniego, desperackiego zrywu, ale była na to za rozsądna. Poprowadziłem ją do 

bramy, po czym pchnąłem delikatnie. Zrobiła dwa małe kroczki i stanęła tuż przed 

kulą. Rzuciła jeszcze raz okiem na mieszkanie.

– Jak się nazywasz? – spytała.

– Abraham. Numer służbowy 192.168.0.1.

– Kurwa, Abraham! A tak mi było dobrze...

Dotknęła bramy. Błysk na chwilę mnie oślepił. Kiedy znów mogłem widzieć, 

byłem już sam w pustym mieszkaniu. Rozejrzałem się wokół. „Całkiem ładnie” – 

uznałem. Ze zgrozą stwierdziłem, że próbuję sobie wyobrazić, jak by to było zerwać z 

górą, spróbować życia w Strefie. Natychmiast porzuciłem grzeszne myśli i ruszyłem w 

kierunku drzwi. Czekało na mnie jeszcze dwóch rezydentów.

* * *

Dawid usłyszał chrząknięcie. Podniósł obolałe oczy znad papierów. Przez chwilę 

zdawało mu się, że widzi zgnieciony placek jabłkowy. To jednak byłoby zbyt piękne. 

Miał przed sobą tłustą twarz Eliniusza.

– Jest sprawa – powiedział ten swoim wysokim, irytującym głosem.

– Mhmm. – Dawid odetchnął głęboko, po czym odsunął raporty, nad którymi 

przed chwilą pracował. Kilka kartek upadło pod biurko.

– To naprawdę ważna rzecz.

Dawid skinął głową. Wszystko było tutaj „naprawdę ważne”. Eliniusz chrząknął 

jeszcze raz, po czym rzucił na blat biurka teczkę. Dawid wziął ją do ręki i zajrzał do 

ś

rodka. Skierowanie do Strefy dla niejakiego Abrahama. Co piąty Niebianin nazywał 

background image

się Abraham! Ten miał numer służbowy 192.168.0.1.

– Więc? – spytał.

– Jak to „więc”?! – obruszył się Eliniusz.

– O co chodzi? Papier ma wszystkie pieczątki i załączniki. Sam go podpisałem. 

Facet powinien być w Strefie już od dwóch godzin.

Grubas skrzywił plackowatą twarz. Choć wydawało się to nieprawdopodobne, 

wyglądał teraz jeszcze brzydziej niż zazwyczaj.

– Dawidzie, to poważne wykroczenie!

– Niby dlaczego?

– Podpisałeś nieważną przepustkę!

– Jak to...

– Spójrz tutaj. – Tłusty palec spoczął przy pozycji „opinia biegłego psychologa”.

– I? Nie widzę nic ciekawego – rzekł Dawid. – To melancholiczny, ale całkiem 

inteligentny typ. Nigdy nie miał problemów z dyscypliną. Na co dzień robi w służbach 

porządkowych. Profil wcale go nie dyskwalifikuje.

– Doprawdy? Przecież wyraźnie pisze...

– Jest napisane, Eliniuszu.

– Nie chwytaj mnie za słówka! Wyraźnie pisze, że facet ma napady melancholii! 

Zgodnie z ostatnią dyrektywą tacy Niebianie nie powinni być wysyłani do Strefy. Są 

podatni na pokusy!

– Sądzisz, że Abraham może się urwać? To śmieszne! Dotychczas miał nienaganny 

przebieg służby.

– Nieważne. Nie powinieneś go wysyłać. Muszę złożyć na ciebie raport.

Dawid machnął ręką. Eliniusz każdego dnia składał trzy lub cztery raporty o 

niekompetencji współpracowników. Nikt się już tym nie przejmował.

– Możesz go zawrócić?

– Nie ma mowy – odparł Dawid. – Powiedziałem przecież, że jest w Strefie od 

dwóch godzin. Sprowadzenie go teraz wymagałoby uruchomienia specjalnych 

procedur. Chyba nie chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli?

Eliniusz poskrobał łysinę.

– Faktycznie. Nie chcę. Ale następnym razem bądź bardziej uważny. Proszę!

„Proszę, bo donoszę” – przedrzeźniał go w myślach Dawid. Jednak skinął głową, 

choć wcale nie czuł się winny. Przecież nie sposób było spamiętać wszystkich 

dyrektyw, jakie ostatnio wydawała góra...

Grubas sapnął, podrapał się jeszcze raz i odszedł. Dawid chwilę wiódł za nim 

wzrokiem. Znoszenie Eliniusza było najgorszą częścią tej pracy, jednak młodszy 

podurzędnik Referatu Osobowego Wydziału Strefy nie narzekał. W końcu robił tu z 

własnego wyboru. Każde zajęcie było lepsze niż tysiąclecia bezczynności. Na takie 

background image

stanowisko, przebierając nogami, czekały miliony Niebian.

Dawid odetchnął głęboko i wstał, aby rozprostować kości. Ponad szarą przegrodą 

swojego boksu zobaczył następny i następny. Tysiące klitek półtora na półtora metra, a

w każdej zawalone papierami biurko i umęczony anioł.

* * *

Po drugiej stronie zwierciadła Zachariasz dostrzegł twarz diabła. Niestety, nie był 

to sam Lucyfer ani któryś z jego bliższych doradców, ale stał chyba wystarczająco 

wysoko w piekielnej hierarchii, by załatwić sprawę. Rezydent chrząknął. Diabeł w 

zwierciadle spojrzał na niego lekko zaskoczony.

– O! Interesant. Nie spodziewałem się, ale cóż, bardzo mi miło.

– Mnie również. Z kim mam przyjemność?

– Porfirion, do usług. Kwatermistrz Siódmego Kręgu Piekieł i Honorowy Chorąży 

Diabelskich Zastępów. A pan?

– Zachariasz, rezydent Zastępów, tyle że Anielskich. Jeśli można, przejdę od razu 

do rzeczy. Nie mam wiele czasu – rzekł z uśmiechem. Dobrze trafił.

– Doskonale. Nie lubię bezsensownej gadaniny. W czym mogę pomóc?

Zachariasz wziął głęboki oddech. Wahał się. Przed minutą był zupełnie przekonany 

o słuszności swojej decyzji, lecz teraz napadły go wątpliwości. Wreszcie zebrał 

wszystkie siły i powiedział:

– Chcę sprzedać duszę.

Twarz Porfiriona nawet nie drgnęła.

– Chcę oddać się na służbę Lucyferowi.

– No cóż – zastanowił się diabeł. – Nie wiem, czy będę w stanie pomóc 

szanownemu panu.

– Jak to?! – wykrzyknął zdziwiony anioł. – Przecież bierzecie jak leci. Kiedy tylko 

nadarzy się okazja!

– Pozwolę sobie sprostować: kiedyś braliśmy jak leci. Widzi pan, ostatnio mamy 

tak wielu interesantów, a każdy tylko marzy o sprzedaniu duszy. I co niby mamy 

potem z tymi wszystkimi duszami robić? Przykro mi. Takie czasy nadeszły. Poza tym 

uczymy się na cudzych błędach. Jak wyszliście na tym, że braliście jak leci? No jak?

– Nie wiedzieliśmy, że sprawa tak się skończy – warknął Zachariasz.

– Oczywiście, że nie. Nie chcieliście nawet myśleć, że operacja „Niebiańskie 

Zastępy” może spalić na panewce. A kiedy to nastąpiło, zostaliście na lodzie z całą 

gromadzoną przez dwa tysiące lat armią. Miliardy zbawionych dusz, dla których nie 

ma miejsca w raju. Dziwi się szanowny pan, że staramy się być ostrożni? Nie chcemy, 

ż

eby i w piekle zrobiło się ciasno.

Niebiański rezydent był zdesperowany.

background image

– Ale ja jestem aniołem! Należy mi się chyba przyjęcie poza kolejnością!

– Nie ma różnicy, kim pan jest. Każda dusza jest nieśmiertelna. Pewnym atutem 

byłoby natomiast obeznanie w świecie, wliczając w to Strefę...

– Tak?

– Hmm... Zastanówmy się... Od jak dawna jest pan na stanowisku rezydenta?

– Będzie już siedemdziesiąt lat. Mam spore doświadczenie.

– Specjalność?

– Drobna działalność charytatywna.

– Ach, przeprowadzanie staruszek przez jezdnię i zbieranie datków na 

upośledzone dzieci? – w głosie diabła pobrzmiewała drwina.

– Coś w tym stylu – rzekł Zachariasz, dławiąc złość.

– Nic zatem dziwnego, że szanowny pan postanowił zmienić pracodawcę. Ale, 

niestety, pańskie kwalifikacje niezbyt nam odpowiadają. No chyba żeby...

– Tak? – Anioł był na skraju załamania.

– Może się pan zobowiązać do przejścia szkolenia. Potem wyślemy pana z 

powrotem do Strefy jako rezydenta. Tyle że tym razem będzie pan działał w 

pomniejszych aktach zła.

– Czyli?

– Dewastowanie środków komunikacji miejskiej, zastraszanie emerytek, kradzieże.

Może jakieś podpalenie od czasu do czasu.

Niebianin nie zastanawiał się długo. Warunki były upokarzające, ale alternatywa... 

Cóż – lepiej nie myśleć o alternatywie.

– Dobrze – odpowiedział. – Zgadzam się.

Na twarzy Porfiriona zawitał szeroki uśmiech.

– Wyśmienicie. Proszę zaczekać chwilę.

Diabeł zniknął z pola widzenia. Z dobiegających zza lustra hałasów Zachariasz 

wywnioskował, że rozmówca przekopuje szuflady biurka. Zapewne wielkiego, bardzo 

zagraconego biurka. Chwilę potem w zwierciadle z powrotem pojawiła się twarz 

diabła. Wyglądał na strapionego.

– Niestety, szanowny pan musi czekać. Gdzieś zginęły mi ostatnie formularze. 

Muszę posłać do księgowości po nowe.

Zachariasz był załamany.

– Nie wystarczą tradycyjne sposoby? – jęknął. – Bawola skóra, kilka kropel krwi i 

takie tam?

– Niestety! Prowadzimy ścisłą ewidencję. Przełożeni byliby wściekli, gdybym 

dostarczył im coś podobnego. Zresztą skóry nie trzymają się pieczątki i stemple... 

Przykro mi. Musi pan poczekać jakieś dwa dni.

Twarz anioła ściągnęła się z rozpaczy, lecz nie rezygnował.

background image

– Ależ mi się bardzo spieszy! Mówiłem już, że nie mam czasu do stracenia! Nie 

istnieje coś takiego jak przyśpieszona procedura w szczególnych wypadkach?

Porfirion z zakłopotaniem pokręcił głową.

– Nie, a nawet gdyby istniała, nie sądzę, aby pańska sprawa była szczególna. 

Jeszcze raz przepraszam, ale sam szanowny pan widzi, jakie u nas urwanie głowy. Nic 

nie poradzę.

Sytuacja wyprowadziła Zachariasza z równowagi. Walnął pięścią w stół, a 

magiczne zwierciadło aż podskoczyło.

– Zatem mam was gdzieś! Poradzę sobie sam! – krzyknął, przesuwając rękę po 

szklanej powierzchni. Obraz diabła zafalował i zniknął.

Bardzo daleko stamtąd Porfirion pokręcił głową.

– Co za chamstwo! Patrzcie, jakich to czasów dożyłem. Byle rezydent zwraca się 

w ten sposób do Honorowego Chorążego Piekielnych Zastępów. Po prostu 

oburzające!

Ż

eby się uspokoić, diabeł wyciągnął z szuflady spodeczek malin i położył racice na 

blacie.

* * *

Następny był Zachariasz – lat dwa tysiące osiem, rezydent z 

siedemdziesięcioletnim stażem. Pracował w drobnej działalności charytatywnej. 

Mieszkał w okolicy dworca, ale przeprowadził się, mając nadzieję, że zmyli 

ewentualny pościg. Oczywiście było to dla mnie bez znaczenia, bo wyczuwałem 

Niebian z wielkiej odległości. Niepokoiłem się tylko, że astralny ślad Zachariasza był 

słabszy, niż powinien. Ktoś gorzej wyszkolony mógłby go zgubić, ale nie ja – trop 

prowadził do kamieniczki przy rynku. To dobrze – niedaleko przebywał też trzeci. Nie 

będę musiał jeździć przez pół miasta.

Przed wejściem do bramy poświęciłem chwilę na koncentrację. Zachariasz mógł 

zaryzykować i bronić się lub próbować magicznych sztuczek.

Ostrożnie, powoli postawiłem nogę na schodach. Idąc w górę, przeklinałem 

skrzypiące stopnie. Jeśli się mnie spodziewał, to niemożliwe, żeby nie usłyszał hałasu. 

Stałem więc trochę pod drzwiami, ale ze środka mieszkania nie dobiegały żadne 

odgłosy. Poczułem za to lekką woń kadzidełek.

Otworzyłem drzwi i wszedłem do przedpokoju. Tfu! Przeklęty zdrajca. Na 

ś

cianach wywiesił sobie czarne płachty z odwróconymi pentagramami. Przełożony 

dobierze mu się solidnie do tyłka...

Skręciłem do dużego pokoju. Dziesiątki świec oświetlały diaboliczne wersety na 

ś

cianach. Przynajmniej mógłby nie robić w nich tylu błędów. Jeśli nawet udałoby mu 

się przyzwać jakiegoś demona, to biedak skonałby ze śmiechu, patrząc na to dzieło.

background image

Na stole leżał egzemplarz Czarnej Biblii i ludzka czaszka. Z tyłu kolejny 

pentagram, a pod ścianą kryształowe lustro. W kątach – sterty czasopism i gazet. 

Zachariasz siedział rozparty w fotelu. Ubrany na czarno starał się wyglądać groźnie. 

Dopiero teraz spostrzegłem, dlaczego czułem go słabiej.

Uciął sobie skrzydła. Cóż – pewnie łudził się, że to mu pomoże.

– Witaj! – powiedział głębokim głosem. Jego lewa powieka trzęsła się jednak 

nerwowo.

– Dobra, nie czas na grzeczności – rzekłem. – Widzę, że całkiem nieźle się 

bawiłeś, ale to już koniec. Odejdziesz po dobroci czy mam cię wysłać siłą?

– Ha, ha, ha! Marny Niebianinie! Nie podlegam już władzy twego pana! – rzekł, 

machając rękoma w teatralnym geście. Wyglądał tak groteskowo, że z trudem 

powstrzymałem uśmiech.

– Tak twierdzisz? – Rozejrzałem się uważnie po pokoju. Biała powierzchnia 

czaszki błyszczała nowiutkim plastikiem. Z Czarnej Biblii zapomniał odkleić cenę.

– Wiesz co? Jakoś mnie nie przekonujesz. Przygotuj się. – Zacząłem tworzyć 

przejście.

– Stój! Nie wiesz, co robisz. Jestem poddanym Lucyfera, nie możesz!

Przerwałem pracę.

– Poddanym Lucyfera? A umowa jest?

– Zgubiłem – odparł cicho.

– Och, to prawdziwe nieszczęście! – Wróciłem do roboty.

– Zgodnie z artykułem osiemnastym paragraf szósty porozumienia o nieagresji 

masz obowiązek to sprawdzić – rzucił jednym tchem.

Zagryzłem zęby. Do diabła! Niepotrzebnie uczą młodych prawa.

– Wiedz, że zyskasz tylko chwilkę. Muszę się skontaktować z górą. Można? – 

spytałem, wskazując lustro.

Kiwnął głową, wiedząc, że i tak je wezmę.

* * *

Niebieski owal pojawił się nagle nad raportem o rozdziale powierzchni 

mieszkaniowej w bloku C9. Dawid podskoczył ze strachu. Nie lubił podobnych 

niespodzianek. Tymczasem w owalu ukazała się twarz któregoś z agentów. Urzędnik 

skrzywił się, a potem przypomniał:

– Chciałbym rzec, że magiczne zwierciadła nie znajdują się na liście oficjalnych 

ś

rodków komunikacji.

– Artykuł ósmy, paragraf dwudziesty ósmy piątego suplementu do reguł 

przebywania w Strefie: „Agent ma prawo wykorzystać dowolny dostępny środek 

transportu czy komunikacji, jeśli zmuszą go do tego okoliczności lub czas pozostały 

background image

do powrotu”. Ze mną nie wygrasz, więc przejdźmy lepiej do rzeczy.

Dawid westchnął. Do diabła! Niepotrzebnie uczą młodych prawa.

– O co chodzi?

– Rezydent Zachariasz, numer służbowy 297.345.231, utrzymuje, że podpisał 

cyrograf. Musimy to sprawdzić.

Urzędnik pochylił się nad obrazem.

– Kolego, wiesz, ile to roboty?! Co najmniej pięć kilo papierów do wypełnienia. 

Podanie do pionu bezpieczeństwa o pozwolenie na kontakt z dołem. Podanie do pionu 

weryfikacji o potwierdzenie kontaktu. Podanie do pionu komunikacji o połączenie z 

dołem. Podanie do sekretariatu dołu o zezwolenie na kontakt z ich pionem kadr. 

Wreszcie podanie do pionu kadr o sprawdzenie twojego delikwenta.

– No cóż, zatem lepiej nie mów tyle, tylko zabieraj się do roboty.

– Zaraz, zaraz, chyba nie do końca zrozumiałeś. Każdy z tych papierów może być 

rozpatrywany do trzech dni. Możesz się spodziewać potwierdzenia za dwa tygodnie. 

Zadowolony?

– Hmm... Raczej mi nie pomogłeś, przyjacielu. Nie ma szybszej metody?

Dawid zastanowił się.

– Owszem, jest. Tylko że oficjalnie nie mam prawa jej polecić – rzekł, puszczając 

oko do obrazu.

– Może jakaś sugestia?

– Artykuł siódmy, paragraf dziesiąty.

Agent próbował sobie przypomnieć, czego zakazywał wspomniany punkt.

– Dzięki – odetchnął wreszcie.

– Tylko jak cię złapią, nie opowiadaj, że ci to mówiłem.

Kiedy obraz zniknął, anioł zastanawiał się parę minut, czy dobrze postąpił. W 

końcu doszedł do wniosku, że gdyby wszyscy traktowali przepisy Najwyższego 

całkiem serio, dawno już postradaliby rozum.

* * *

Kiedy lustro zgasło, spojrzałem na Zachariasza. Szczerzył zęby w uśmiechu od 

ucha do ucha. Sądził chyba, że mnie wykiwał.

– I co? Nie da się załatwić? Nawet nie wiesz, jak mi przykro – zakpił.

– Poczekaj, jeszcze z tobą nie skończyłem – odparłem, skupiając się znowu na 

tafli. Już ja mu pokażę. Kątem oka zauważyłem, że głupkowaty uśmiech zniknął z jego 

twarzy, gdy tylko usłyszał słowa mojego zaklęcia.

– Jak to? Przecież nie masz prawa! Doniosę na ciebie! – jęknął, widząc, jak w 

lustrze pojawia się pracownia Porfiriona.

– Tak? A kto ci uwierzy, kochany? – powiedziałem.

background image

Zaraz potem spojrzałem w twarz diabła.

– A to ci dopiero niespodzianka – rzekł Porfirion. – Niebianin bez uprzedzenia? 

Pion kontroli nie przykłada się u was do roboty...

– Daruj sobie uwagi, Porfirionie. Muszę wiedzieć, czy obecny tu rezydent 

Zachariasz podpisał cyrograf.

Diabeł wyszczerzył zęby.

– Wiedz, że w normalnych okolicznościach anibym myślał ułatwiać ci pracę. Masz 

jednak szczęście, bo twój przyjaciel był wobec mnie bardzo niegrzeczny. Moja ranga 

wymaga pewnego respektu, szczególnie ze strony zwykłych...

– Wybacz, że przerywam, szlachetny Porfirionie, ale mam bardzo mało czasu i 

jeszcze jedno zadanie do wykonania tej nocy. Podpisał czy nie?

– Nie. Bierz go sobie. Wciąż jest pod waszą jurysdykcją.

Zachariasz siedział blady jak ściana. Wszystko rozegrało się nie po jego myśli.

– Dziękuję, szlachetny Porfirionie. – Złożyłem mu dworny ukłon, nawet zbyt 

dworny jak na jego rangę.

– Polecam się na przyszłość – odparł z capim uśmiechem.

Poszło łatwiej, niż myślałem. Diabeł był zaskakująco chętny do współpracy. 

Zachariasz zresztą już chyba też.

– Pójdziesz po dobroci czy chcesz się zmierzyć? – spytałem na wszelki wypadek.

Jego zrezygnowana mina i opuszczony wzrok starczyły mi za odpowiedź.

* * *

Ech! Latam, latam i nic. Czy porządne kruki odmrażają sobie z nudów skrzydła? 

Czy kręcą się tu i tam jak zwykłe gawrony? Ech! Czas już się ustatkować, uwić sobie 

ciepłe gniazdo gdzieś na katedrze i nie ruszać się stamtąd, choćby tysiąc Niebian 

zaczęło biegać po ulicach. Do czego to doszło? Albo nuda, albo mróz i wiatr. Gdzie 

on się podział, na Trygława i Swaroga?! Schował się pod ziemią czy jak? Za dawnych 

czasów Niebianie chadzali dumnie głównymi ulicami, zamiast kryć się po bramach jak 

rzezimieszki. Ech!

Pogrążony w myślach Rrax usiadł na gzymsie kamieniczki, żeby odpocząć i trochę 

się ogrzać. Tej nocy dął bowiem naprawdę silny, zimny wicher. Nie była to dobra pora 

na spacery. Ze złej pogody korzystał tylko wszelki miejski drobiazg. Na ulicach nie 

było ani jednego człowieka, więc stukuny wyległy z kanałów i rur ciepłowniczych, 

panosząc się po ciemnych bramach i podwórkach. Rrax zobaczył nawet płytnika, 

chyba starego Menffa, który wygramolił się ostrożnie z kryjówki pod chodnikiem, 

omiótł ulicę strachliwym spojrzeniem, a następnie potruchtał w stronę rzeki. Odgłos 

jego pazurków skrobiących po bruku niósł się daleko ulicami. W taką noc nawet Zhmf 

Spod Wzgórza wylazł pewnie z nory, by przejść się po parku.

background image

Nagle w jednym z okien błysnęła niebieska poświata. Rrax drgnął i spojrzał 

uważnie w tamtą stronę. Szczęśliwie trafił. Wygląda na to, że znalazł Niebianina. Po 

kilku chwilach światło zgasło. Kruk czekał, aż agent wyjdzie z budynku, żeby polecieć 

za nim.

Minęła jedna minuta, druga, trzecia. Czyżby wyszedł od podwórka? A może 

wrócił do siebie? Rrax zawsze uważał, że za pogaństwa żyło się lepiej, był więc 

ostrożny wobec Niebian. Lecz w końcu jego ciekawość zwyciężyła – podleciał do 

okna i przycupnął na parapecie.

Anioł siedział na podłodze, przeglądając jakieś gazety. Kruk przytknął dziób do 

szyby, żeby widzieć wyraźniej. Agent był otoczony pismami podróżniczymi, 

dziennikami, tygodnikami, magazynami z gołymi ludzkimi samicami. Ech! Ludzie to 

mieli dobrze. Rrax ostatni raz widział samicę dwa lata temu, oglądając przez szybę film 

przyrodniczy. Podłe czasy!

Niebianin był całkowicie zaczytany. Rrax przestępował z nogi na nogę i zaczynał 

się niecierpliwić. Ech! Ci biedacy na górze mieli podobno tylko „Gościa 

Niebiańskiego” i jeden kanał w telewizji, w dodatku informacyjny. Makabra! To 

jednak nie powód, żeby marnować czas.

Kruk czekał jeszcze chwilę, aż w końcu postanowił się jakoś wtrącić. Nie 

przeleciał takiego kawałka drogi, aby oglądać czytającego anioła. Nie żeby widywał 

ich często, ale liczył na coś bardziej widowiskowego. Zastukał dziobem w szybę i 

uskoczył w cień. Niebianin poderwał się na równe nogi. Wbił wzrok w ciemność 

panującą za oknem, potem spojrzał na zegar, zaklął i wybiegł z pokoju. Nawet nie 

zamknął drzwi. Rrax przeciągnął z zadowoleniem skrzydła i przygotował się do lotu.

* * *

Zmarnowałem zbyt wiele czasu. Niech przeklęty będzie moment, w którym moje 

oczy spoczęły na gazetach w mieszkaniu drugiego. Nie zdołałem się powstrzymać i 

straciłem prawie godzinę. Trzeci zdążył w tym czasie uciec – gdy wpadłem do jego 

mieszkania, nie zastałem tam nic oprócz obrazów.

Trzeci był malarzem, jeśli można użyć takiego słowa w stosunku do kogoś, kto 

sporządzał dla turystów akwarele ze starówką. Na ścianach jego kawalerki wisiało 

wiele niesprzedanych egzemplarzy. Wyglądały pięknie i żałowałem, że mogę poświęcić 

im tylko chwilę. Ślad zdrajcy znikał jednak szybko. Powiedziałbym nawet, że 

nienaturalnie szybko.

Zastanawiałem się, czy trzeci nie skontaktował się z drugim i czy również nie 

obciął sobie skrzydeł. Zresztą nawet gdyby to zrobił, zostawiałby większy trop niż ten, 

który wyczuwałem. Musiał znaleźć inny sposób. Tylko jaki?

Kiedy wypadłem z jego bramy, puściłem się biegiem przez puste ulice. 

background image

Wiedziałem, że trzeci zmierza do katedry. Jeśli się tam dostanie, aura przytłumi jego 

słabiutką emanację i nie będę miał już szans go znaleźć. Dobrze przynajmniej, że 

poruszał się wolno.

* * *

Gdyby ktoś stał tej nocy na brzegu rzeki, mógłby liczyć na niezwykły widok. 

Najpierw w leniwym, szerokim nurcie pojawiło się kilka kręgów, a potem z wody 

wychynął kudłaty łepek z parą zielonych oczu. Stworzenie szybko dopłynęło do 

murowanego brzegu i zaczęło się wspinać, szorując po cegłach pazurkami. Pod jego 

pachą trzepotała nieduża ryba.

Płytnik, bo tak zwana była dziwna istota, przelazł pod żelazną barierką i skurczył 

się, uważnie obserwując ulicę. Gdy był już pewien, że nikogo w okolicy nie ma, ruszył 

truchtem w stronę kryjówki, szybko przebierając krótkimi nóżkami. Nagle do uszu 

płytnika dobiegł odgłos stóp. Ktoś pędził ulicą w jego stronę. Stworzenie zatrzęsło się 

ze strachu i dało nura w pobliski zaułek. Tam zamarło, przyciskając rybę do piersi.

Tupot był coraz głośniejszy, aż wreszcie ogromna sylwetka okrytego płaszczem 

skrzydlatego człowieka mignęła tuż przed płytnikiem. Płochliwa istota podskoczyła ze 

strachu, na szczęście Niebianin wcale nie zamierzał ukraść jej posiłku. Szybko zniknął 

z pola widzenia, a odgłosy ucichły w dali.

Płytnik czekał na wszelki wypadek minutę (w końcu skrzydlaty stwór mógł się 

jeszcze namyślić i wrócić po jego rybę), a potem bardzo ostrożnie ruszył wzdłuż muru 

w stronę norki.

* * *

Minąłem most i kościół, zaraz potem drugi most – stalowy, zielony i oświetlony 

przez osadzone w ziemi reflektory. Od katedry dzieliła mnie już tylko długa, prosta 

ulica. Postanowiłem zaryzykować, przyspieszyłem jeszcze bardziej. Gdyby zobaczył 

mnie teraz jakiś śmiertelnik, z pewnością poznałby, że nie jestem człowiekiem. Prawie 

płynąłem w powietrzu.

Wreszcie dostrzegłem go – ciemną sylwetkę na bruku tuż przed drzwiami 

ś

wiątyni. Szedł z wielkim trudem, na czworakach. Nie miał skrzydeł. Poczułem 

dreszcz, zgadując, co mogło mu się przydarzyć. Powoli ruszyłem w jego kierunku. 

Kiedy mnie usłyszał, odwrócił się, ukazując nóż wbity do połowy w pierś. Twarz miał 

wykrzywioną w grymasie bólu, choć z rany nie płynęła ani kropla krwi.

– Nie starczyło... mi siły – szepnął.

– Co chciałeś zrobić, biedaku? – spytałem, klękając przy nim. – Zabić się? Przecież 

wiesz, że to niemożliwe.

Policzki anioła były blade jak u trupa, ale na usta wypłynął tajemniczy uśmiech.

background image

– Nie... Poznałem sposób.

Przysunąłem się bliżej i nadstawiłem ucha, aby lepiej słyszeć jego szept.

– Sposób na oszukanie agentów.

– Nie wiesz, co mówisz. To niemożliwe, uwierz. Wyczuwamy Niebianina bez 

problemu.

– Na... Naprawdę? Zachariasz musiał ci sprawić... trudności...

– To ty poleciłeś mu obciąć skrzydła?

– Tak... One tworzą najsilniejszą aurę. I jeszcze jedna rzecz... – zamilkł na chwilę, 

a ja zamarłem w oczekiwaniu.

– Serce – rzekł słabo.

– A więc to chciałeś zrobić? – Cofnąłem się ze zgrozy. – Chciałeś je uśmiercić?

– Nie, to niewiele... daje. Chciałem je wyjąć... Byłbym wtedy jak każdy... Jak 

człowiek.

Czy to w ogóle możliwe? Gdyby miał rację, wszystko mogłoby się zmienić... 

Zaraz, zaraz! Musiał mieć rację – wykryć go było o wiele trudniej niż Zachariasza. A 

więc serce naprawdę jest ważne.

– Jeżeli inni rezydenci się dowiedzą, to będzie koniec – rzekłem poważnie.

Uśmiechnął się po raz kolejny.

– Wielu... wie już teraz. Przekazałem odkrycie wszystkim, których znam. Nic... nie 

zdziałasz.

– Odeślę cię, a twoich przyjaciół postaramy się znaleźć konwencjonalnymi 

ś

rodkami.

– Odeślesz... mnie, a ja powiem... wszystkim na górze. Każdemu, kto będzie miał 

zejść... Niech sam wy... wybierze. Mamy prawo wybrać.

Spojrzał na moją zmartwioną twarz.

– I co... co zrobisz? Mnie może uda wam się... odizolować, ale reszta... Oni 

powiedzą... Wieść się... rozejdzie.

Nagle osłabłem. Trzeci miał rację – nie mogę nic zdziałać. Najwyższy mógłby 

zezwolić na uwięzienie jednego z aniołów, ale nie całej grupy! W spragnionym plotek 

raju rewelacja szybko dotrze do wszystkich. Każdy rezydent będzie mógł się urwać.

Myśl o wycinaniu nieśmiertelnego serca brzmiała dla mnie jak bluźnierstwo, ale 

ostatecznie... Może to właśnie sposób na panujące w górze przeludnienie? Paru 

aniołów więcej, nawet upadłych, nie zaszkodzi przecież temu światu.

Po raz kolejny złapałem się na rozmyślaniu o urokach życia w Strefie. 

Przypomniałem sobie, co czułem, patrząc na nagie ciało pierwszej, sterty pism w domu 

drugiego, obrazy u trzeciego. Powiodłem wzrokiem po kamienicach otaczających 

placyk, przy którym stała katedra. Spojrzałem na samą świątynię i rozgwieżdżone 

niebo ponad nią.

background image

Tu jest pięknie, a jeśli tylko zechcę, mogę zostać.

Trzeci sapał ciężko oparty na rękach. Jego ciałem wstrząsały torsje. Ból – cóż to 

dla mnie?! Byłem przecież dobrze szkolony. Szkoda trochę skrzydeł, ale ziemskie 

kobiety i uczucie, które się ma, kiedy...

* * *

Rrax przeleciał nad rzeką i skierował się w stronę katedry. Niebiański agent biegł 

tak szybko, że kruk zgubił go, choć machał z całej siły krótkimi skrzydłami. Miał 

nadzieję, że zdąży go znaleźć przed finałem.

Na szczęście oba anioły wciąż jeszcze były na placyku przed kościołem. Rrax 

wylądował na gzymsie i przestępując z nogi na nogę, zaczął przyglądać się widowisku.

Ten duży zaraz pewnie odeśle mniejszego. Może nawet stoczą pojedynek? Ech, od

dawna nie widziałem porządnego magicznego pojedynku. No, z wyjątkiem walki 

rumuńskiego zaklinacza z Babcią Jagustynką trzy lata temu w parku. To było coś! Tak 

zaciekłej bitwy chyba jednak nie zobaczę. Mały jest przecież ranny. No dalej, dalej, 

panowie! Staremu krukowi należy się chyba trochę rozrywki!

Co?!

Duży podaje rękę małemu? Nie fair! To wbrew regułom.

Odchodzą razem w stronę rynku? Ech! Świat staje na głowie. Rezydent, zamiast 

ś

cigać zbiega, pomaga mu! Trzeba koniecznie opowiedzieć Granowi.

background image

Chatka

Problem, który na długi czas miał zaprzątnąć uwagę Rraksa i jego znajomych, 

niespodziewanie zjawił się w parku pewnej ciemnej nocy. Oczywiście ludzie nie wierzą 

w pojawianie się czegoś z niczego, ale każdy rozumny kruk czy bazyliszek wie, że 

owszem – zdarza się to dość często, gdy wokół nie ma postronnych świadków.

Tym razem świadków cudownej materializacji też nie było, ale już jej efekt został 

szybko odkryty przez dwóch chłopców z pobliskiego osiedla. Słowo „chłopcy” jest tu 

może nie na miejscu, bo mimo że chodzili jeszcze do gimnazjum, byli prawie 

pełnoletni. Ważyli razem więcej, niż jest w stanie zjeść solidnie wygłodzony stukun. 

Kolesie mówili na nich Ciuma i Kolec.

Pamiętnego wieczoru szli alejką, pobłyskując odblaskowymi aplikacjami dresów. 

Zimna noc sprawiła, że w parku nie było nawet bezdomnego, którego można by 

skopać, czy staruszki, którą można by okraść.

– Do dupy, Ciuma – powiedział Kolec, łysy i szeroki w barach.

– No. Pizga jak diabli – odparł jego kumpel, tak samo łysy i szeroki w barach. – 

Wracamy do mnie na chatę?

– Taaa. Walniemy browara i zadzwonimy po jakieś dziweksy, a potem...

W tym momencie urwał, bo w krzakach po lewej stronie ścieżki dostrzegł światło.

– Ja pierdykam. Co to, Ciuma?

– A skąd mam wiedzieć? Chodź. Zobaczymy.

Podeszli do zarośli. Światło płynęło z małej polanki znajdującej się głęboko w 

gęstwinie. Ciuma wszedł w krzaki i torował sobie drogę mozolnie niczym kamień 

nerkowy przez moczowód emeryta. Kolec został na ścieżce.

– Stary! Ja tam nie idę – powiedział.

Próbował ukryć, że drży mu głos.

– Peniasz, Kolec?

– Nie słyszałeś historii o dziadku Chrepczyńskim? – Kumpel Ciumy niespokojnie 

rozejrzał się na boki. – Podobno odkąd zapił się tu na ławce...

– Co mi pieprzysz o jakichś dziadach! Duchów się boisz?

– No... W sumie to nie.

background image

– Widzisz? Rusz dupsko.

Zaczęli razem przedzierać się przez kolczaste malinowe krzewy. Gdy rozgarnęli 

ostatnie gałęzie, ujrzeli widok nie z tej ziemi.

– Ccc... co to, Kolec? – spytał Ciuma.

Czuł, że gdyby nie golił głowy, włosy stanęłyby mu dęba.

– Niech zdechnę, jeśli wiem.

Przed nimi majaczyła chatka na kurzej nóżce. Z jej okna padało światło. W 

powietrzu czuć było zapach świeżego piernika.

– Może Olo dosypał nam kwasu do odżywy?

– I niby obaj mamy tego samego zwida?

– A jaki jest twój?

– No, widzę chatkę na kurzej nóżce.

– Ja pierdykam. Mam dokładnie to samo! Zaraz pewnie wyjdzie Baba Jaga!

W tym samym momencie drzwi chatki się otwarły. Na ganek wyszła Baba Jaga.

– Czego mi się drą pod oknem w nocy? Matka was nie wychowali?

– Kuźwa! – stęknął Kolec.

– Co proszę? Tak kląć przy staruszce? Oj, nauczę ja ciebie moresu!

To mówiąc, Baba Jaga zmarszczyła ogromny nochal i machnęła kijaszkiem. Ciuma 

i Kolec poczuli nagle, że dzieje się z nimi coś bardzo dziwnego.

* * *

Rrax ocknął się, zatoczył – i nieomal spadł z komina. Po odzyskaniu równowagi 

oraz kilku głębszych oddechach spojrzał uważnie dokoła. Dach kamienicy był całkiem 

pusty i cichy. Tylko plastikowa torebka zahaczona o jedną z anten szeleściła na 

wietrze.

Po chwili kruk zdał sobie sprawę, że przecież nie obudził go żaden głos. O nie! To 

było coś o wiele bardziej złowieszczego – coś, czego nie zaznał od dawna.

Spojrzał na panoramę miasta. Zastanawiał się długo, co znaczyło to uczucie. 

Wreszcie ze zgrozą przypomniał sobie, że poznał je, gdy był świadkiem nocnych 

obrzędów w chramie na Ślęży.

Ktoś w mieście użył magii. Bardzo złej magii.

* * *

Następnego dnia rano aspirant Jerzy Ratajczak rozbierał właśnie maszynę do 

pisania, gdy zadzwonił telefon. Policjant zastanawiał się chwilę, w co wytrzeć 

ubrudzone smarem ręce, zanim chwyci słuchawkę. Wreszcie uznał, że musi wystarczyć 

zasłona przy oknie. Gdy oczyścił dłonie, zawinął ją tak, żeby nie było widać tłustych 

plam.

background image

– Komisariat policji, oficer dyżurny – powiedział, odbierając telefon.

– Dzień dobry, chciałam zgłosić znęcanie się nad zwierzętami.

Głos należał z pewnością do emerytki. Ratajczak westchnął. Znowu będzie wyjazd 

do psa kopniętego przez chuligana.

– Gdzie?

– W parku południowym.

– Mhm. Pani nazwisko?

– Julia Koniewska.

– O jakie zwierzę chodzi?

– O świnki, panie władzo.

Jerzy pomyślał, że ktoś właśnie robi mu głupi dowcip.

– Co proszę? – upewnił się.

– Jacyś chuligani pomalowali farbami dwie małe świnki.

– Przepraszam panią, ale co mogą robić świnie w parku?

– Ja tego nie wiem, panie władzo. Zresztą nie są już w parku, tylko u mnie. 

Biedactwa nie mogą przecież tak się same włóczyć, bo ktoś im zrobi krzywdę. Wie 

pan, na przykład bezdomny pies je pogryzie.

– Pani adres i telefon?

– Pszenna 14 przez 5, numer 0-71-342-63-93. Proszę szybko przyjechać i je 

zabrać.

– Oczywiście. Zaraz wyślemy kogoś po te... świnki.

* * *

Godzinę później na komisariacie miało miejsce niezwykłe przedstawienie. W 

pokoju odpraw zgromadził się cały personel, łącznie ze sprzątaczką, telefonistkami i 

samym komendantem. Wszyscy stali stłoczeni wokół miski, w której stały dwa 

przerażone prosiaki. Aspirant Ratajczak klęczał przy nich z podwiniętymi rękawami i 

zawzięcie szorował je gąbką.

– Nie schodzi, panie komendancie – powiedział i otarł pot z czoła.

– Próbowaliście rozpuszczalnikiem?

– Tak. Na nic. To chyba nie jest farba.

– W takim razie co, Ratajczak?

– Nie wiem. Zupełnie jakby to był naturalny kolor ich skóry.

Jeden z prosiaków zapiszczał rozpaczliwie. Oprócz głowy cały był niebieski z 

trzema białymi paskami na krótkich nóżkach i bokach.

– Wezwijcie służbę weterynaryjną. Niech obejrzą te zwierzaki.

* * *

background image

Chatka mogła stać sobie bardzo długo, zanim mieszkańcy miasta dowiedzieliby się 

o jej istnieniu. Babie Jadze zależało widać na prywatności, bo wybrała najgęstsze i 

najbardziej kolczaste zarośla w całym parku. Na dodatek znanymi tylko wiedźmom 

sposobami sprawiła, że krzaki splątały się, zbiły, tworząc ścianę zieleni, która całkiem 

zasłaniała chatkę. Nawet z pobliskiej ścieżki nie było jej widać.

W ciągu dnia spacerujące pary czy rodziny z dziećmi wielokroć przechodziły tuż 

obok, ale nikt nie dostrzegł nawet skrawka budynku. No a w kolczaste chaszcze nikt 

przecież nie zapuszczałby się bez powodu.

Baba Jaga mieszkała więc tuż pod nosem ludzi. Słyszała ich rozmowy, kłótnie i 

krzyki, lecz sama pozostawała niewidoczna. A że nie była zbyt łakoma (zjadała ledwie 

jedno dziecko na tydzień) i latała na swojej miotle wyłącznie nocą, mogłaby żyć w 

parku wiele lat.

Nie wiedziała jednak, że w okolicy mieszka mnóstwo stworzeń, których zmysły są 

bardziej wyczulone od ludzkich. Stworzeń, co kryły się w piwnicach stuletnich 

kamienic, stworzeń zagrzebanych w mulistym dnie Odry, wreszcie stworzeń 

przesypiających dnie w bezpiecznych norkach pod płytami chodnikowymi. Wszystkie 

istoty, od małych do dużych, od niegroźnych po bardzo niebezpieczne, wyczuły jej 

przyjście. Nienormiastność – ta nadnaturalna warstwa Wrocławia, widoczna tylko dla 

oczu wybranych – wzburzyła się cała z powodu wiedźmy.

* * *

Następnego wieczoru u Zhmfa Spod Wzgórza urządzono zebranie. Jama 

wypełniła się osobliwymi gośćmi. Był tu stukun z Placu Grunwaldzkiego, gargulec z 

katedry, płytniki, a nawet jeden anten i dwa piwniczniki. Choć rozmowy w tak 

zróżnicowanym gronie były trudne, uchwalono dość szybko, że Baba Jaga musi 

odejść.

– Jej miejsce jest w lesie i tam powinna siedzieć! – Zhmf uderzył łapą w ziemię.

– Cja, ra, racja! – pokrzykiwały piwniczniki.

– Drogi Zhmfie, a nasze miejsce niby jest tutaj? – spytał Rrax. – Ech! Czy 

bazyliszki naturalnie żyją w opuszczonych piwnicach?

Bazyliszek zmrużył oczy ze złości.

– To co innego.

– Niby z jakiej przyczyny? My się przystosowaliśmy, więc i ona może.

– My nie zjadamy ludzi, Rrax.

Bankomaton zaskrzeczał na znak protestu.

– No dobrze, może i czasem zjadamy – sprostował Zhmf – ale nie jest to naszym 

stałym nawykiem.

Odpowiedziało mu kilka głosów aprobaty.

background image

– Może ona też nie musi? – kruk nadal próbował bronić wiedźmy. – Przerzuci się 

na cielęcinę i po kłopocie.

– Nie, Rrax. Wcale nie będzie po kłopocie. Myślisz, że zacznie zarabiać na 

jedzenie, sprzedając kwiatki?

– Czemu nie?

Ponad połowa zebranych podniosła głos. Jedni, żeby powiedzieć, jak pomysł kruka

jest głupi, inni, żeby mu przytaknąć.

– Cisza! – ryknął bazyliszek. – Dobrze więc, drogi Rraksie. Wyznaczam cię na 

przewodniczącego jednoosobowej komisji do spraw resocjalizacji Baby Jagi. Pójdź i 

porozmawiaj z nią.

Kruk przestąpił nerwowo z nogi na nogę.

– To znaczy... Wiesz... To była tylko propozycja.

– Ax, Rrax! Niech, chech, dzie, idzie! – zaskrzeczały piwniczniki.

– Głosujmy – powiedział Zhmf. – Kto jest za tym, żeby Rrax poszedł do wiedźmy?

Mimo głośnych protestów kruka ponad połowa łap, odnóży, macek lub 

czegokolwiek, co było używane przez różne stworzenia do głosowania, znalazło się w 

górze.

– Załatwione, przyjacielu. Życzę ci szczęścia.

Rrax w tej chwili chciałby zapaść się pod ziemię. Ech, podły kruczy żywot!

* * *

Pierwszy raz Janek Miciński spotkał dziwoludy, gdy był jeszcze małym chłopcem. 

Stało się to w samym środku lata w jego rodzinnej wiosce. Janeczek bardzo lubił 

chodzić nad leżący niedaleko zalew. Nie po to jednak, żeby łowić ryby, pływać czy 

puszczać kaczki. O wiele bardziej fascynowały go kąpiące się kobiety.

W wiosce raczej nikt nie widywał pań w strojach kąpielowych. Co więcej, 

Pilusowice zamieszkiwali ludzie na tyle niepostępowi, że i krótsza spódnica budziła ich 

protesty. Nic więc dziwnego, że kraina odsłoniętych ud i pośladków okrytych tylko 

skrawkiem materiału była dla młodego Janka rajem. Oczywiście wstydził się po prostu 

wejść na plażę, usiąść i patrzeć (tym bardziej że rodzice wiele razy mówili, jakim to 

skaraniem boskim i plagą nieczystą są przyjezdni). Podkradał się więc nadbrzeżnymi 

chaszczami. Właśnie w czasie jednej z takich wypraw zobaczył wodnika.

Przechodząc koło otoczonej trzcinami zatoczki, usłyszał plusk. Natychmiast 

spojrzał w stronę wody, ale dostrzegł tylko nieduże kręgi. Janek już zamierzał ruszyć 

dalej (bo myślał, że to tylko ryba), gdy nagle spod powierzchni wychynęło dziwne 

stworzenie. Niezdarnie wdrapało się na pobliski głaz, otrzepało zielone włosy, 

wyciągnęło spomiędzy palców trochę wodorostów i spojrzało prosto na chłopca. Mały 

słyszał nieraz od babci o różnych dziwoludach, w tym także i o wodnikach, ale nie 

background image

traktował tego poważnie. Czy dziwne zatem, że prawie zmoczył ze strachu portki?

Tymczasem wodnik zmarszczył się i powiedział:

– Co się gapisz, gnojku? Mam cię zmienić w ropuchę? Spadaj, to moja zatoczka.

Jankowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Uciekł ile sił w nogach i nie 

wrócił nad jezioro przez następne trzy tygodnie, choć przyjechała tam grupa 

nudystów.

Gdyby potem nie nastąpiło w życiu Janka nic dziwnego, pomyślałby pewnie, że 

wszystko było jedynie niezwykłym przywidzeniem. Jednak w niecały rok później, idąc 

po węgiel, spotkał piwnicznika. Potem był jeszcze stukun na szkolnym strychu, 

południca widziana przelotnie na polu, leszy udający drzewo na skraju pobliskiego 

boru i wiele, wiele innych. Z początku chłopiec myślał, że po prostu zwariował. W 

końcu jednak zorientował się, że ma niespotykany dar widzenia tego, czego nie 

widzieli koledzy ani rodzina.

Zaczął podglądać tajemnicze stwory z jeszcze większą pasją niż plażowiczki. Po 

krótkim czasie zrozumiał, że opowiadania babci nijak się miały do prawdy. No, może i 

były prawdą dwieście, trzysta lat temu, ale dzisiejsze dziwoludy wcale nie 

przypominały swoich odpowiedników z legend. Wiele nauczyły się od ludzi i zmieniły 

swoje zwyczaje, by przeżyć w nowym świecie. W efekcie przestały być tak obce – 

niczym lisy, które przeniosły się na przedmieścia, by nocami rozgrzebywać śmietniki, 

lub pustułki porzucające skały na rzecz dachów opuszczonych kamienic.

* * *

Choć mieszkańcy miasta mieliby spore problemy ze znalezieniem chatki, kruk 

dotarł do niej szybko. Była ciemna noc. Ponure drzewa i gęste krzaki zdawały się 

mówić Rraksowi: „Nikt nie usłyszy twojego krzyku”. Nic więc dziwnego, że 

wzdrygnął się, gdy dostrzegł przebijające przez zarośla światło.

Kruk, choć oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał, nie należał do stworzeń 

szczególnie odważnych. Lubił mówić o sobie, że jest „rozsądny”. Rozsądkiem w tym 

ujęciu było unikanie zdarzeń, które groziły utratą choćby jednego pióra. Tak więc gdy 

Brzetysław Czeski zdobywał gród, Rrax zaszył się głęboko w puszczy, rzekomo lecząc 

ostre napady kaszlu. Podobnie było, gdy w trzynastym wieku do miasta wraz z 

niemieckimi kupcami przybyła horda rozwydrzonych koboldów. Wszystkie miejskie 

dziwoludy wypowiedziały im wojnę, która miała przebieg krwawy i brutalny. Ludzie 

oczywiście nie zdawali sobie z niej sprawy – spalony kobold wygląda przecież jak 

martwy kot, a topione bazyliszki i piwniczniki idą na dno jak kamienie. Rrax w każdym 

razie całe zamieszanie przesiedział w bezpiecznej dziupli.

Wrodzony rozsądek kruka niewątpliwie pomógł mu stać się jednym z najbardziej 

wiekowych mieszkańców miasta. Nie zamierzał więc zmieniać zwyczajów na starość. 

background image

Najpierw obleciał chatkę, dokładnie przyglądając jej się ze wszystkich stron. Potem 

pospacerował chwilę po dachu, zajrzał do komina i dopiero wtedy sfrunął na 

marcepanowy parapet. W normalnych warunkach z pewnością uszczknąłby kawałek 

chatki, ale dziś jakoś nie miał ochoty. Prawdę mówiąc, żołądek podchodził mu do 

gardła.

Rrax zajrzał przez kolorową szybkę do środka. Widział drewniany stół, ogień 

trzaskający w kominku i jakąś sylwetkę oświetloną przez migotliwe płomienie. Zebrał 

w sobie całą odwagę, po czym zastukał dziobem w szybę. Gospodyni wstała i garbiąc 

się, zbliżyła do okna.

– O! A cóż tu robisz, kochaneczku? Wejdźże. Ogrzej się.

Szczęknęła klamka. Rrax podejrzliwie przełożył jedną łapę na wewnętrzny 

parapet. Potem drugą. Wiedźma wyglądała jak typowy bajkowy okaz. Archetypicznie, 

rzec można. Miała garbaty nos, kurzajki i ogromne zmarszczki. Siwe włosy skrywała 

pod kolorową chustą. W ręku natomiast trzymała pokręcony i sękaty kijaszek.

Kruk przestąpił niepewnie z nogi na nogę.

– Dobry wieczór, mateczko! – powiedział wreszcie.

– A dobry, dobry. Nieczęsto mam przyjemność kogoś tu gościć. To znaczy tak 

ż

eby z nim porozmawiać.

Spojrzawszy na duże wiadro z popiołem stojące obok pieca, Rrax zadrżał. Lepiej 

było nie zastanawiać się nad dokładnym znaczeniem słów gospodyni.

Baba Jaga ruszyła z powrotem w kierunku fotela.

– Zbliż się do ognia, ogrzej się – rzekła, siadając.

Rrax sfrunął na podłogę i podszedł do kominka. Rozprostował skrzydła, a potem 

wystawił je w stronę żaru. Jego ogromny cień zakrył całą ścianę.

– Z czymże więc przychodzisz?

– Wieszli mateczko, że w tym mieście jest więcej takich jak ja?

– Kruków, powiadasz?

– Nie. Kruków nie ma, ale mam na myśli, wiecie, całą resztę.

Starucha skinęła powoli głową.

– Wielu naszych opuściło uroczyska i żyje teraz w człowieczym świecie – 

przyznała.

– Widzisz więc, mateczko, my w mieście mamy swoje prawa. Są zasady, które 

pomagają nam przetrwać.

– Tak? Jakież to zasady, kochaneczku?

– Staramy się nie rzucać w oczy, nie mieszać zbytnio w ludzkie losy. Tworzymy 

odrębny świat. – Rrax skulił się w obawie przed reakcją wiedźmy na to, co zaraz miał 

dodać: – I przede wszystkim nie zjadamy i nie zabijamy. Nie pozwalamy, żeby ktoś to 

robił.

background image

Przez chwilę Baba Jaga siedziała w milczeniu wpatrzona w ogień.

– Co masz na myśli, mój miły?

– Przestań zjadać dzieci, mateczko, albo wyjedź. Wróć tam, skąd żeś przyszła.

Baba Jaga zerwała się na równe nogi i przewróciła z hukiem fotel. Żar w kominku 

buchnął tak wielkim płomieniem, jakby ktoś chlusnął weń benzyną.

– Cooo? Masz czelność mi rozkazywać, podły zwierzaku?!

Kruk cofał się w stronę okna, a starucha dalej wrzeszczała:

– Chodziłam po tym świecie, zanim się wyklułeś! Myślisz, że jesteś stary, bo 

pamiętasz czasy pogaństwa? Ja pamiętam czasy, gdy na tych ziemiach nie było jeszcze 

człowieka. Gdy od Odry do Bugu rozciągały się tylko dziewicze lasy. I mnie chcecie 

wyganiać? Mnie?

Rrax był już prawie przy parapecie, ale Baba Jaga nie pozwoliła mu uciec. Jeden 

ruch kijaszka i okiennice się zatrzasnęły. Kruk zamarł z przerażenia.

– Ano chodźcie do mnie! Wszyscy naraz albo po kolei. Pokażę wam, co znaczy 

prawdziwa magia, miejskie patałachy!

– Nie denerwujcie się tak, mateczko – wydusił z siebie Rrax. – Pójdę i przekażę 

im...

– O nie! – Oczy Baby Jagi rozbłysły. – Nigdzie nie pójdziesz, kochany. Wyślę im 

twoje ogryzione kosteczki. Chyba pojmą, co chciałam rzec.

To mówiąc, podniosła w górę kij. Ptak zdał sobie sprawę, że ma jeszcze tylko 

kilka uderzeń serca, aby uratować skórę. Obiegł pokój zdesperowanym spojrzeniem.

Zauważył, że w kominku żar prawie wygasł – i w jednej chwili zerwał się do lotu 

w czeluść czarną od sadzy jak kruk.

– Nie, kochaneczku. Nie umkniesz mi! – zaskrzeczała Baba Jaga.

A jednak umknął.

* * *

Choć była już późna noc, Zhmf siedział przy świecy z gazetą w łapach. Dzisiaj 

miał szczęście – przywiało mu całkiem nowy dziennik. Stary bazyliszek bardzo lubił 

czytać, natomiast nie znosił wprost opuszczać swojej nory. Leżała ona w samym 

centrum miasta, pod wzgórzem przy uczęszczanej promenadzie. Nawet noc nie 

gwarantowała więc dziwoludowi bezpiecznych przechadzek po okolicy. Siedział zatem 

w jamie i polegał na szczęściu, czyli mówiąc wprost – na śmieciach, które dość często 

wrzucali tam spacerowicze. Czasem wiatr przynosił reklamowe katalogi z 

hipermarketów czy gazety. Jednak rzadko takie jak dzisiaj. Zhmfowi trafiło się nie 

ż

adne ilustrowane piśmidełko, ale najnowsza „Rzeczpospolita”! Jeśli będzie 

oszczędzał, wystarczy na cały tydzień czytania.

Nagle usłyszał skrobanie. Odłożył gazetę i wsłuchał się uważnie w odgłosy. Ktoś 

background image

schodził w głąb nory – niewątpliwie małe stworzenie. Po chwili ktoś zakołysał kotarą 

pełniącą rolę drzwi. Bazyliszek przez długi czas wlepiał oczy w zwierzę, które się pod 

nią przecisnęło. Wreszcie jęknął.

– Niech mnie diabli! To ty, Rrax?

Kruk kichnął i wzbił mały obłoczek sadzy. Był nią pokryty od stóp do głów, a 

wiele piór miał nadpalonych na końcach.

– Ledwo żyję – sapnął. – Przeklęta starucha!

Bazyliszek wyszczerzył zębiska.

– I co, nie było tak łatwo, przyjacielu? Próbowała cię upiec czy jak?

Rrax machnął lekceważąco skrzydłem. Nie chciał rozwijać tematu i opowiadać o 

haniebnej ucieczce przez komin.

– A więc nici z dyplomacji. Trzeba będzie wiedźmie skroić skórę i eksmitować 

siłą.

– To nie takie proste – pokręcił głową kruk. – Mocna jest, psia ją mać.

Zhmf zamyślił się.

– Jeśli tak, to nikt z naszych nie ma szans – powiedział wreszcie. – Rrax, ty znasz 

najwięcej ludzi. Czy któryś z nich nie byłby w stanie sobie z nią poradzić? Wiesz, w 

końcu to ludzie wytępili wiedźmy prawie do ostatniej. Mają doświadczenie.

Oczy kruka nagle rozbłysły.

– Znam jednego, któremu może się udać. Do diabła, na pewno mu się uda!

* * *

Gdy Janek Miciński skończył podstawówkę i liceum w położonym nieopodal 

miasteczku, zdał sobie sprawę, że bardzo pragnie opuścić prowincję. Nie było to dla 

niego wielkim kłopotem, bo odznaczał się sprytem i inteligencją. Był też 

zdeklarowanym nierobem i preferował rozrywkowy tryb życia. Czyniło go to idealnym 

kandydatem na studenta.

Ważnym argumentem była też niewyjaśniona ciąża Kachy Stelkowskiej, córki 

sołtysa. Choć dziewczyna milczała jak grób, w wiosce nie było zbyt wielu młodych 

kawalerów, więc Janek przeczuwał, że dość szybko drogą eliminacji odkryją w tym 

jego dzieło. A wtedy pozostawałoby mu już tylko jedno: ożenić się, kupić kawał pola i 

wybudować dom. Tymczasem pociągał go wielki świat.

Stypendium otrzymał bez kłopotów, bo większość jego kolegów nie potrafiła 

nawet napisać odpowiedniego podania. Spakował wszystkie rzeczy do niedużej 

walizki, pożegnał się z matulą, zgarnął do kieszeni tysiąc złotych na pierwszy miesiąc 

ż

ycia w mieście, po czym wyruszył pociągiem do Wrocławia.

Wrodzony spryt Janka podpowiedział mu bezbłędnie idealny dla niego kierunek – 

etnologię. Mało zajęć, bardzo rozrywkowe towarzystwo (które chciało tylko przeżyć 

background image

pięć lat na koszt rodziców) i wykładowcy, których nie interesowało zupełnie nic. 

Miciński z łatwością zdał egzamin i z nieroba indywidualnego przemienił się w nieroba 

zinstytucjonalizowanego. Przez dwa lata pracował na pół etatu w hurtowni alkoholi, 

imprezował na koszt państwa i czasami chodził na wykłady. Był przykładnym polskim 

studentem.

Oczywiście wraz z przeprowadzką nie opuściły Janka talenty. I nie chodzi tu 

wcale o zdolność do zaciągania porządnych – zdawałoby się – dziewczyn do łóżka po 

pierwszym spotkaniu. Nadal widział wiele rzeczy, które kryją się przed oczyma 

zwykłego człowieka.

Miciński był z początku zaskoczony, ile dziwoludów żyje w mieście. Na prawie 

każdym wieczornym spacerze dostrzegał skradającego się płytnika, przyssanego do 

ś

ciany antena czy nawet kołującego na niebie gargulca. Stworzenia bezbłędnie 

wyczuwały, że ktoś je widzi, więc dość szybko Janek znalazł wśród nich znajomych.

I tak mógłby prowadzić spokojny żywot jeszcze przez długi czas, gdyby nie to, że 

jego zamiłowanie do trunków przerodziło się w końcu w chorobę. Coraz rzadziej 

Janek Miciński był jeszcze trzeźwy, gdy przychodził wieczór. Wreszcie doszło do 

tego, że chłopak zapomniał prawie, jak wygląda zachód słońca. Na jego uczelni różne 

stadia alkoholizmu nie były problemem w robieniu kariery naukowej. Janek mógłby 

więc pozostać studentem – gdyby choć czasem chodził na zajęcia.

Wkrótce stało się nieuniknione – został skreślony. Zaowocowało to jedynie 

zdwojoną ilością spożywanego alkoholu. Praca Micińskiego była pod tym względem 

szczególnym ułatwieniem, bo załoga hurtowni często dostawała za półdarmo rodzime 

gatunki win, którym kończył się termin ważności.

Janek, od czasu gdy Alma Mater kopnęła go w tyłek, zajmował się tylko piciem, 

filozofowaniem, targaniem skrzynek i rozmawianiem z dziwoludami. Kolejni znajomi 

przestawali z nim gadać i wreszcie jedynymi partnerami do rozmów zostały istoty 

uznawane powszechnie za nieistniejące (oraz pewien nieudany dziennikarz, Rafał 

Witkowski zwany w skrócie Witek). Wiele dziwoludów odwiedzało Janka regularnie. 

Nie zdziwił się więc, gdy pewnej nocy, leżąc zamroczony na biurku, usłyszał stukanie 

w szybę oraz skrzekliwy głos:

– Otwieraj, stary pijaku!

Podniósł się ciężko. Powiódł nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. Potem wstał 

chwiejnie i podszedł do okna.

– No otwieraj! Ogon mi zmarzł.

Osmolone stworzenie, które stało na parapecie, nie wyglądało na kogoś 

znajomego. Janek przyglądał mu się podejrzliwie przez kilka chwil i dopiero wtedy 

poznał Rraksa. Sięgnął po klamkę.

– Nareszcie! Myślałem już, że nie rozumiesz, co się do ciebie mówi – rzekł kruk, 

background image

po czym wleciał do mieszkania.

– Hejka, Rrax – powiedział Miciński, przecierając oczy.

– Hej co? Nieważne. Jak żyjesz?

– Jak zwykle.

Kruk spojrzał na zawaloną pustymi butelkami podłogę.

– Widzę.

Janek uśmiechnął się.

– No cóż. Ty też nie wyglądasz najlepiej.

– Powiedzmy, że miałem zły dzień. – Ptak usiadł na biurku. – Pamiętasz, Janek, tę 

przysługę, co jesteś mi winien?

Miciński przełknął ciężko ślinę. Wiedział już, że ta rozmowa nie skończy się 

niczym miłym.

– Przysługę?

– Ech, krótka pamięć, co? Obiecałeś po tym, jak pomogłem ci zbajerować tę 

wielbicielkę mrrrocznej poezji.

No cóż, tę przysługę Janek oczywiście pamiętał. Przyrzekał sobie w myślach, że 

nigdy więcej nie pójdzie na taki układ. Przyjemność trwała jedną noc, a zobowiązanie 

zostało. Tymczasem dziwoludy nie przywykły prosić o coś, co mogły zrobić same. 

Obecność Rraksa świadczyła, że sprawa jest bardzo poważna. Miciński podszedł do 

lodówki. Wyciągnął z niej karton mleka i wypił kilka łyków.

– O co chodzi? – spytał.

– Trzeba wysiudać z miasta pewną staruszkę.

– Tylko tyle?

– Niezupełnie. To wiedźma.

Janek odstawił karton i zamyślił się.

– Masz przecież doświadczenie z wiedźmami, prawda? – zapytał kruk.

Miciński skinął głową. Miał. I to jakie! Osiem lat temu zaginął syn sąsiadów. 

Szukała go policja i cała wieś, ale nikt nie mógł trafić na ślad. Janeczek postanowił 

wziąć sprawy we własne ręce. Wypytał boguna, co mieszkał w lasku za wsią, i 

dowiedział się, że małego zabrała jakaś starucha. Do domku na mokradłach. Młody 

Miciński oczywiście poszedł tam, myśląc, że bez problemu uratuje dzieciaka i zostanie 

bohaterem. Starucha okazała się jednak wiedźmą. Gdy chłopak znalazł jej chałupę, 

mały był już związany jak salceson, a z pieca buchał ogień. Janek odważył się tylko 

rzucić kamieniem w szybę.

Chwilę potem uciekał przez bagniska, słysząc za plecami wrzaski pędzącej na 

miotle czarownicy. Na szczęście baba przed przygotowaniem głównego dania spożyła 

aperitif w postaci flaszki orzechówki. Lekko pijana, pochłonięta pościgiem leciała za 

szybko i trzasnęła w drzewo. Zsunęła się po pniu, po czym legła na grząskiej ziemi. 

background image

Kijaszek upadł parę metrów dalej, a wiedźma, nie mogąc bez niego czarować, 

zapadała się powoli w bagnie. Błagała Janka, żeby jej pomógł, ale on tylko stał i 

patrzył, jak błoto pochłania staruchę. Gdy wiedziała już, że śmierć jej nie minie, 

obrzuciła malca wszystkimi możliwymi klątwami. Miciński do dziś drżał ze strachu, 

wspominając te groźby.

Kiedy po czarownicy nie został nawet ślad, wrócił do jej chatki i uwolnił dziecko. 

Chłopczyna najpierw zlał się pod siebie, a potem wybuchł płaczem. Nigdy już nie 

wynormalniał i następnego roku rodzice musieli go oddać do zakładu.

Janek był na tyle przytomny, że nie opowiedział nikomu o historii z czarownicą. 

Twierdził, że zaginionego odnalazł na bagnach. Swój cel osiągnął – w wiosce uważano 

go za bohatera. Nie cieszył się jednak zbytnio, bo ciągle wspominał dławiącą się 

błotem wiedźmę i jej klątwy.

Od tego czasu miał głęboki uraz do wszelkiej maści czarownic. Kruk nie mógł 

prosić go o nic gorszego. Ale cóż – słowo się rzekło...

– No dobra. Gdzie ta wiedźma? – spytał Miciński.

* * *

Rrax posiadał, przynajmniej w swoim mniemaniu, wiele zalet. Żadną z nich nie 

była jednak dyskrecja. Wiadomość o mającej się odbyć walce rozpuścił po całym 

mieście. Wszystkie stworzenia, które były na tyle odważne, żeby wybrać się do parku, 

postanowiły obejrzeć to niezwykłe wydarzenie. O północy alejkami ruszyła niezwykła 

kawalkada. Tylko Janek szedł jak na stracenie, co chwila pociągając z butelki napój 

winopochodny. Często przystawał, żeby poprawić wyjątkowo kretyński, za ciasny 

strój, który pił go dosłownie wszędzie. Gdyby ktoś zobaczył teraz Micińskiego, 

skonałby ze śmiechu.

Ż

eby dopełnić miary absurdu, wokół chłopaka pląsał tłumek piwniczników, 

stukunów i płytników. Był nawet anten, który kołysał się majestatycznie na 

błyszczących, cienkich nóżkach.

Gdy kolorowe towarzystwo stanęło przy zbitej ścianie roślin, zapadła cisza.

– To tu – zakrakał Rrax.

Janek przytknął butelkę do ust. Musiał dodać sobie jeszcze trochę odwagi.

– Je... jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spytał kruka.

– Oczywiście, przyjacielu! Ech, nie wierzysz mi? Przecież żakowi nawet diabeł 

niestraszny.

Fakt, Rrax żył na tym świecie dość długo i wiedział, że kto jak kto, ale student jest 

zdolny do wszystkiego.

Miciński przetrząsnął kieszenie, upewniając się, czy ma potrzebne rzeczy. Mimo 

optymizmu kruka, zdaniem Janka, plan był całkowicie szalony. Pomyślał jednak, że 

background image

ż

ycie żaby, w którą niechybnie zamieni go wściekła starucha, wcale nie jest gorsze niż 

to, które wiedzie obecnie. Odważnie ruszył w stronę zarośli.

– Cia, ścia, szczęścia! – zaskrzeczały piwniczniki.

– Powodzenia, Janek! – krzyknął Rrax. – I pamiętaj! Czarownice nie są zbyt 

sprytne! A w razie czego wiej przez komin!

Jednak Miciński już go nie słuchał zajęty przedzieraniem się przez zarośla. Po 

minucie zasapany i podrapany stanął na brzegu polanki. Chatka wydawała się lekko 

kołysać na wysokiej nóżce. Pachniała dość smakowicie. W oknie Janek zobaczył 

ś

wiatło.

Poprawił jeszcze raz strój, a następnie wdrapał się po stromych schodkach. Cicho 

położył obok progu świecę dymną. Odpalił ją i walnął kilka razy pięścią w drzwi.

* * *

Baba Jaga zerwała się z bujanego fotela. Któż mógł przyjść o tej porze? Klnąc na 

czym świat stoi, sięgnęła po swój wiedźmowski kijaszek i poszła otworzyć.

– Kogo to po nocy niesie? – spytała najpierw.

– Otwieraj, starucho! – ryknął głos za drzwiami.

Czarownica skonfundowała się niezmiernie. Kto miał czelność zwracać się do niej 

w podobny sposób? Wtem dostrzegła dym. „Gore!” – pomyślała w pierwszej chwili, 

ale nie, kłęby napływały dziurą pod drzwiami, nie widziała jednak płomieni ani nie 

czuła gorąca. Ciarki przeszły jej po plecach. Szarpnęła klamkę i cofnęła się przerażona 

o kilka kroków.

Na progu stał diabeł. Miał czerwoną skórę, rogi, ogon i szkaradne, wykrzywione 

oblicze. Popatrzył na nią i przeciągle beknął. W chatce momentalnie zapachniało 

siarką.

– Oj! Cóż za zaszczyt dla mnie, poczciwej starowinki – rzekła, gnąc się w 

ukłonach. – Czemuż to Książę Ciemności nawiedził me skromne progi?

Diabeł wszedł do środka, zatrzasnął drzwi i rozsiadł się w fotelu.

– Ten... Tego... Masz kłopot, baba.

– Hę?

– Masz kłopot, powiadam! Przyszedłem odebrać ci moce magiczne.

– Olaboga! Czymże zasłużyłam, ja nieszczęsna, na taką karę! – biadoliła 

czarownica.

– Uczłowieczyłaś się. Mieszkasz z ludźmi. Co z ciebie za wiedźma?!

– Takie podłe czasy, Mroczny Panie. W lesie przyszłoby mi całkiem sczeznąć z 

głodu!

– Te kwestie mnie nie interesują. Mam jednak sentyment do was, wiedźm. 

Niewiele już was chodzi po ziemi.

background image

Baba Jaga zatarła ręce, wpatrując się w diabła z nadzieją.

– Masz zatem wybór – zabełkotał ten łaskawie. – Wróć, gdzie powinnaś, a 

oszczędzę twe marne czarostwo.

– O ja nieszczęsna!

– Cichaj! – przerwał diabeł, po czym znów beknął.

Wiedźma spojrzała ponad jego ramieniem w okno i dostrzegła kłęby dymu, które 

nie znikały, choć przybysz był już w środku. Przeszyła gościa uważniejszym 

spojrzeniem, a jej oczy się zwęziły. Czyżby podstęp?

– Mroczny Panie, wybór zaiste straszny: żyć bez magii czy zmarnieć w ostępach. 

Jeśli już muszę wybierać, to proszę o to pierwsze.

Diabeł nagle pobladł.

– Bez magii może i sobie poradzę, natomiast bez jedzenia przyjdzie mi rychło 

zemrzeć – dodała Baba Jaga.

Na chwilę w chatce zaległa cisza.

– No więc tak... – rzekł w końcu przybysz. – W takim razie już pójdę. Piekielna 

administracja zajmie się sprawą odebrania ci mocy w ciągu najbliższych siedmiu dni.

Wstał i chwiejnie ruszył ku wyjściu. Czarownica zmarszczyła czoło.

– Hola, bratku! Coś mi się widzi, że taki z ciebie diabeł jak z mojej miotły 

królewna. Gdybyś był diabłem, mógłbyś zabrać mi moc tu i teraz.

* * *

Już przy „Hola, bratku!” Janek wiedział, że pomysł Rraksa mógł się wylęgnąć 

tylko w ptasim móżdżku. Zamarł w bezruchu, trzeźwiejąc w jednej chwili. Przełknął 

ciężko ślinę.

– Mnie starałeś się wywieść w pole, kochanieńki? – syknęła wiedźma. – Za sprytna 

jestem.

Jej wykręcone reumatyzmem palce zacisnęły się na kiju. Miciński chciał uciec jak 

najdalej, ale próby poruszenia nogami spełzły na niczym. Czuł się, jakby ktoś przybił 

mu stopy do podłogi.

– O, popamiętasz mnie teraz! – zapowiedziała tymczasem starucha. – Przysłało cię 

to przeklęte ptaszysko, prawda? Zwrócę mu ciebie w kawałkach!

To mówiąc, wzięła ze stołu nóż. Bardzo duży i zapewne bardzo ostry. Janek zdał 

sobie sprawę, że musi się chwycić ostatniej deski ratunku.

– Czekaj! – krzyknął.

Wiedźma przystanęła.

– Toledo! Jestem adeptem! Nie masz prawa mnie tknąć. – Miciński w desperacji 

sięgnął po strzępki wiedzy, jakie miał o świecie czarownic.

Baba Jaga nie wydawała się przekonana.

background image

– Wyzywam cię na pojedynek! – krzyknął rozpaczliwie.

Czarownica zmarszczyła się, ale odłożyła ostrze.

– Cóż, twoje prawo, o ile jesteś magiem. Co się wkrótce okaże. Zdejmę zaklęcie, 

ale pamiętaj, że jeśli zrobisz choć krok w kierunku drzwi, usmażę cię w mgnieniu oka.

Janek poczuł, że może już ruszać nogami. Nie uszczęśliwiło go to jednak. Wciąż 

tkwił w głębokim łajnie.

– O co walczymy? – spytała wiedźma.

– Jeśli zwyciężę, odejdę wolno, a ty albo opuścisz miasto, albo będziesz żyć tak, 

jak ci nakażemy.

– Dobrze, kochaneczku. Jeżeli ja wygram, poćwiartuję cię i zjem na kolację. 

Zadowolony?

Niedoszły eksterminator czarownic skinął głową.

– Walczymy do trzech zwycięstw – kontynuowała Baba Jaga. – Jako wyzwana 

wybieram dwie dyscypliny. Najpierw będziemy pojedynkować się na czary. Następnie 

na wiedzę o magicznych roślinach. Jeśli w czymkolwiek uda ci się mnie pokonać, he, 

he, wtedy wybierzesz dyscyplinę, która rozstrzygnie pojedynek.

Miciński wolał być w tej chwili gdzieś bardzo daleko. Udało mu się jednak 

zachować trzeźwość umysłu. Szybko przypomniał sobie zawartość wszystkich 

kieszeni, szukając czegoś, co mogłoby wybawić go z opresji. Jak na złość nie miał 

jednak ani czarodziejskiego grzebyka, ani cholernej cudownej fasoli!

Baba Jaga odsunęła się pod ścianę, robiąc mu miejsce.

– Czarujesz pierwszy.

Janek wyciągnął przed siebie ręce w teatralnym geście.

– Mszug szmug alif agazi burgazi kama badahama – wybełkotał, wywijając dłońmi 

w powietrzu.

Potem odwrócił się do baby plecami, pociągnął szybkiego łyka z wyjętej zza pasa 

butelki i wrócił do poprzedniej pozycji. Błyskawicznie wyciągnął z kieszeni 

zapalniczkę, przyłożył ją do ust i bluzgnął ogniem na odległość co najmniej dziesięciu 

łokci.

Wiedźma zaśmiała się chrapliwie.

– Tylko tyle? Kochanieńki, każdy błazen to umie. Coś mi mówi, że nie minie 

dziesięć minut, a trafisz do garnka. Patrz!

Kijaszek w jej ręku wywinął skomplikowany wzór. Baba Jaga wyszeptała kilka 

słów i nagle cały domek stanął w płomieniach. Janek zmrużył porażone blaskiem oczy. 

Paliła się podłoga, ściany, stół, fotel, ława, firanki. Palił się nawet śpiący na zapiecku 

czarny kocur. Płomień jednak nie dawał nawet odrobiny ciepła ani niczego nie trawił.

Po kilku chwilach iluzja zgasła.

– Przegrałeś, kochanieńki. Zatem czas na drugą konkurencję. Najpierw ja zadaję 

background image

pytanie, potem ty. Uważasz?

Miciński skinął głową.

– Co to za ziele, które zbierać można jeno o północy, a żąć tylko sierpem z brązu? 

Ziele, które z ziemi wyrywane krzyczeć potrafi tak głośno, że ogłuszy cię niechybnie, 

jeśli uszu nie zalepisz woskiem?

Na to jej przeciwnik pstryknął palcami i odparł ze śmiechem:

– Mandragora oczywiście. Proste pytania zadajesz, staruszko.

Baba Jaga prychnęła.

– Teraz ja – rzekł Janek. – Co to za ziele, które przybyło do nas z zamorskich 

krain, zielone jest jak murawa, a liście ma długie i postrzępione? Ziele, które palone 

sprawia, że wielka radość wypełnia twe serce. Ziele, dzięki któremu łatwo można 

zobaczyć rzeczy nieistniejące?

Czarownica skrobała się długo po głowie, mrucząc coś pod nosem, ale nie mogła 

znaleźć odpowiedzi. Cóż, w czasach gdy pobierała magiczne nauki, takiego zioła 

jeszcze nie znano.

– Ha! – krzyknął rozweselony Miciński. – To Cannabis indica. Konopie indyjskie, 

stara ruro! Wyyygrałem!

W oczach wiedźmy zabłysła złość.

– Jeszcze nie, kochanieńki. Nie ciesz się na zapas. Na razie mamy dopiero remis. 

W czym będziemy się pojedynkować teraz?

Na twarz Janka Micińskiego wypłynął paskudny uśmiech.

– Teraz, starucho, będziemy pić!

* * *

Nie chciałbyś, czytelniku, znać szczegółów tego, co nastąpiło potem. Przecież 

wiesz z pewnością, że ani wiedźma, ani nawet sam diabeł nie pokona studenta w 

butelce. Dość powiedzieć, że Janek skoczył do sklepu po sześć połówek „Lodowej”, a 

następnie stanęli w szranki. Pojedynek trwał kilka godzin z okładem, bo trzeba 

przyznać, że czarownica także sroce spod ogona nie wyleciała. Miciński ledwo trzymał 

się na krześle, gdy Baba Jaga spadła z hukiem pod stół. Następnego dnia w południe, 

kiedy wiedźma oprzytomniała, w chacie oprócz Janka siedział już Rrax i paru innych 

dziwoludów. Rozmowa, która potem nastąpiła, była krótka, konkretna i wielce dla 

gospodyni nieprzyjemna.

Tak oto spryt i nieprzeciętne zdolności Janka Micińskiego ocaliły żywoty wielu 

niewinnych dziatek. I choć potem Rrax utrzymywał, jakoby wszystko stało się za jego 

sprawą, to dziwoludy pamiętały, że spokój miasta zawdzięczają temu właśnie 

niepozornemu młodzieńcowi. A co, zapytacie, z Babą Jagą? Pragnąc pozostać w 

mieście, musiała przyjąć twarde warunki. Porzuciła chatkę i znalazła pracę jako 

background image

opiekunka dworcowej toalety. Żyła w małym mieszkaniu nieopodal stacji kolejowej, a 

jeśli chodzi o upodobania kulinarne, to dość szybko przyzwyczaiła się do cielęciny. 

Magii oczywiście używała tylko do straszenia opornych klientów, co to narobili, a nie 

chcieli zapłacić. Ponieważ trzeba było ją nazwać, a miano czarownicy już do niej nie 

przystawało, ochrzczono Babę Jagę Babcią Jagustynką. Pod tym imieniem zapisała się 

jeszcze nieraz w historii miasta.

To już jednak całkiem inna opowieść...

background image

Na wczoraj

Gdy nad ranem otwierano pocztę, pod drzwiami stał już jeden interesant, tupiąc z 

niecierpliwości. Wpadł do środka, kiedy tylko zaspany urzędnik zdjął kłódkę z kraty. – 

Dzień dobry – rzucił, podchodząc do pierwszego otwartego okienka. Miał 

zmierzwione włosy, krzywo zapiętą koszulę i poplamioną błotem kurtkę. Pod pachą 

ś

ciskał aktówkę.

– Gdzie się tak śpieszy? – spytała okularnica zza szyby. – Nie widzi, że jeszcze 

komputery wyłączone? Proszę usiąść i czekać!

Mężczyzna przeczesał nerwowo włosy.

– Ale ja mam sprawę niecierpiącą zwłoki...

– Co poradzę?! Kierownik musi włączyć sieć. Listy i tak wychodzą dopiero o 

dwunastej – powiedziała urzędniczka, wracając do mieszania herbaty.

Tymczasem niechlujny petent stał przy okienku, bębniąc palcami po blacie. 

Wreszcie, kiedy ekran się zapalił, okularnica spytała:

– Co ma być?

– Polecony, priorytetowy. – Mężczyzna wyciągnął z aktówki dużą kopertę. Na 

blankiecie wypisał adres redakcji tygodnika „Gospodyni”.

Kiedy urzędniczka przeczytała kwitek, od razu stała się milsza.

– Łooo! Pisze pan tam te, no... artykuły?

– Czasem. Miałem zamówiony tekst i śpieszę się z wysyłką. Widzi pani, komputer 

mi padł i...

– Na kiedy ma być? – spytała, odstawiając na bok herbatę.

– Na wczoraj! Zamykają numer dziś wieczorem. Czekają mnie poważne problemy, 

nawet jak dojdzie natychmiast, a jeśli nie dojdzie...

Kobieta pokiwała głową z politowaniem.

– Będzie na wczoraj, ale wie pan, że to podwójna cena?

– Dobrze. Zapłacę, ile trzeba.

Urzędniczka zważyła list, nakleiła jakiś dziwny czerwony znaczek, po czym 

odłożyła kopertę na bok. Policzyła za to całe dziesięć złotych.

– O czym były pana artykuły? – dopytywała. – Bo ja to każdy numer kupuję od 

background image

trzech lat. Pewno coś pamiętam.

– Och, nie będę się chwalił – powiedział mężczyzna z zażenowaniem. Istotnie nie 

było czym się chwalić: najnowszy tekst traktował o tajskim guru leczącym gwiazdy 

Hollywoodu. Poza tym miał na koncie takie hity, jak „Psychotest – sprawdź, czy jesteś 

zakochana!” albo „Wychowuj psa bez stresów”.

Zbył więc wierną czytelniczkę, po czym ruszył do domu. W drodze zastanawiał 

się, gdzie podział rozum, wyrzucając całe dziesięć złotych w błoto. Przecież przesyłka 

i tak nie dotrze na czas, nie było szans...

* * *

Wieczorem oglądał właśnie wiadomości, kiedy zadzwonił telefon. Wcale mu się 

nie śpieszyło z podniesieniem słuchawki. Był pewien, że to redaktor pragnący 

zawiadomić go o zerwaniu współpracy...

Wreszcie przemógł się i wstał z kanapy.

– Halo? Witek? – usłyszał.

– Przy telefonie. Dobry wieczór.

– Cześć! Twój ostatni tekst jest bomba. Wszedł na okładkę.

„Boże, błogosław Pocztę Polską!” – Pismak wzniósł oczy do sufitu.

– Myślałem, że już nie zdążysz, wiesz? – kontynuował redaktor. – Nie odbierałeś 

mejli od trzech cholernych dni! Dobrze, że artykuł doszedł wczoraj. Gdybyś go 

przysłał dziś, inaczej byśmy rozmawiali...

Witek stęknął z niedowierzania.

– Wczoraj?

– Ano wczoraj. W południe. Myślałem nawet, żeby zadzwonić, ale uznałem, że 

zrobię to po posiedzeniu redakcji.

Zapadła cisza.

– Co jest, Witek? Jesteś tam?

– No.

– Słuchaj, byle tak dalej. Czekam na następny tekst! Przygotuj jakiś reportaż o 

anoreksji, będzie okej do profilu numeru.

– Jasne – odparł dziennikarz, błądząc myślami gdzieś daleko.

Gdy odłożył słuchawkę, poszedł do przedpokoju i wygrzebał z kieszeni kurtki 

zmięte potwierdzenie nadania. Obejrzał je uważnie. Nie ulegało wątpliwości, że data 

była dzisiejsza. Do końca tego wieczoru Rafał Witkowski próbował zrozumieć, jakim 

cudem paczka cofnęła się w czasie. Wreszcie musiał przyznać, że trafiła mu się 

pierwsza w życiu całkowicie niewytłumaczalna przygoda. Najwyższy czas dla kogoś, 

kto od tylu lat pisywał teksty do magazynów o UFO.

background image

* * *

Wszyscy znajomi wiedzieli, że Witek był typem dociekliwym. Jego półki 

zajmowała wszelkiego rodzaju fantastyka oraz prasa i literatura popularnonaukowa. 

To właśnie zdroworozsądkowe podejście chroniło dziennikarza przed obłędem, w jaki 

często popadali jego koledzy z branży pism kobiecych. Dlatego też przesyłkę z 

przeszłości odebrał jako rękawicę rzuconą mu w twarz.

Następnego dnia, czekając za rogiem na otwarcie poczty, czuł się jak bohater 

ulubionego opowiadania: „Tajemnica Organ Industries”. Kiedy urzędnik otworzył 

drzwi, Witek podszedł niespiesznie i przekroczył próg.

– O, dzień dobry, dzień dobry! Jakiś nowy artykulik? – powitała go znajoma 

okularnica, pani Irena.

– Nie, niestety. Tylko list do przyjaciela. – Wyciągnął kopertę. – Bardzo 

spóźniony.

– Ma być priorytet?

– A można na wczoraj?

Urzędniczka uśmiechnęła się.

– Dla pana? Oczywiście! – powiedziała i wyciągnęła rękę po list.

Kiedy go zabrała, dziennikarz wychylił się, przyklejając twarz do szyby. Tym 

razem dokładnie zobaczył naklejkę – miała czerwony napis: „Przesyłka Specjalna, 

pracownik 933-21”.

– To będzie osiem dziewięćdziesiąt pięć.

Witek zapłacił, pożegnał się i wyszedł. Szybkim krokiem ruszył prosto do domu. 

Pokonał ulicę, kilka podwórek i stanął pod swoją bramą. Wewnątrz od razu dopadł do 

skrzynki na listy. Zamarł. Zaadresowany do siebie list, który przed trzema minutami 

wysłał, leżał w przegródce jakby nigdy nic.

Tego właśnie Rafał Witkowski obawiał się najbardziej. Stał z oczami wlepionymi 

w kopertę i myślał, co teraz zrobić. Na początku chciał wrócić do urzędu z listem w 

kieszeni, by poprosić panią Irenkę o cofnięcie przesyłki. Mógł przecież powiedzieć, że 

pomylił kartki i posłał koledze życzenia dla cioci. Nękało go pytanie, co stałoby się 

później. Czy urzędniczka nie mogłaby mu zwrócić listu, bo został już doręczony (w 

takim wypadku niech wytłumaczy jak)? A może odda mu przesyłkę, a on zobaczy 

dziwny paradoks, mając w rękach dwa listy do siebie, choć napisał tylko jeden?

Po dłuższym namyśle Witek odrzucił pomysł konfrontacji. Bohaterowie jego 

ulubionych opowiadań nigdy nie szli pytać: „Jak?”. A nuż pani Irenka jest Obcym albo 

członkiem potężnej, ponadpaństwowej organizacji? Nie, tę sprawę trzeba załatwić 

dyskretnie.

* * *

background image

Witek odczekał kilka dni. Zbierał materiały, w tym samym czasie pisząc nowy 

artykuł. W końcu tekst „Anoreksja może dopaść i ciebie” został ukończony. Można go 

było wysłać, zarzucając sieć.

Pani Irenka siedziała w tym samym okienku co zwykle. Uśmiechnęła się szeroko, 

gdy tylko podszedł.

– Od dawna pana nie widziałam. Nic pan nie pisał?

– Pisałem, oczywiście. Tylko że zazwyczaj korzystam z poczty elektronicznej.

Urzędniczka zrobiła smutną minę.

– Ale komputery tak często się psują... – dodał szybko Witek. – Znowu mam 

awarię, a muszę dostarczyć artykuł.

– Na wczoraj? – spytała, sięgając już po odpowiedni znaczek.

– Na wczoraj.

Podał jej kopertę, zapłacił, pożegnał się, wyszedł. Potem okrążył najbliższy 

budynek i dotarł na podwórko znajdujące się z tyłu poczty. Sprawę tajemniczych 

listów trzeba było zbadać od podstaw. Najpierw musiał sprawdzić, kto je roznosi (o ile 

w ogóle opuszczały budynek).

Siadł na ławce i czekał. Szybko okazało się, że cierpliwość i naukowe podejście 

zawsze popłacają. Około dziesiątej skrzypnęły tylne drzwi i na ulicę wyszedł listonosz. 

Dziennikarz ruszył w jego stronę szybkim krokiem. Doręczyciel chyba się przestraszył, 

bo prawą ręką sięgnął do kieszeni – pewnie po gaz.

Witek uśmiechnął się przyjaźnie, wyjął swoją nieco przerobioną legitymację 

studencką i machnął nią mężczyźnie przed nosem.

– Janusz Paczyński, Federacja Ochrony Praw Pracowników. Czy mogę zadać kilka

pytań?

Listonosz wyjął rękę z kieszeni, ale podejrzliwość go nie opuściła.

– Czasu nie mam. Trzeba iść z przesyłkami...

– Zajmę tylko chwilę! Widzi pan, zbieramy dane o nadmiernym wyzyskiwaniu 

pracowników w instytucjach państwowych. Proszę tylko powiedzieć, czy nie jest pan 

czasem przepracowany?

Doręczyciel przekrzywił czapkę i podrapał się po karku.

– No... W sumie... tak...

– Czy nie uważa pan, że dostaje za małe wynagrodzenie? Czy przełożeni traktują 

pana niesprawiedliwie?

Mężczyzna skinął głową.

– Proszę więc mi pomóc, a ja postaram się pomóc panu – powiedział Witek, 

wyjmując z kieszeni notatnik. – Pana nazwisko?

– Mierzanowski. Bernard.

– Rok urodzenia?

background image

– Sześćdziesiąty trzeci.

– Od ilu lat jest pan pracownikiem poczty?

– Będzie już siedemnaście.

– W tym czasie żadnego awansu?

– Żadnego.

Witek pokręcił znacząco głową.

– Żadnego?! O, trzeba będzie zrobić tu porządek! Działania których przełożonych 

uważa pan za krzywdzące?

– Pani Krysi. Kierowniczki. Cały czas tylko mię gania: „Panie Benek, pan 

przyniesie!”, „Panie Benek, pan poda!”. A co ja jestem, za przeproszeniem?! Jej 

sekretarz czy jak? Ja na etacie roznosiciela jestem. Każą mi robić rzeczy spoza, tego, 

no... wykresu obowiązków.

– Doskonale. Coś jeszcze?

– Pensja za mała. I od dwóch lat nie było podwyżki!

– Wyśmienicie! Będzie z tego pozew jak się patrzy. Sprawdzę jeszcze tylko kilka 

rzeczy.

Po tych słowach Witkowski chwycił w dwa palce rękaw listonosza. Uważnie 

zbadał materiał, a potem przyjrzał się spodniom i butom.

– Kiedy mundur był zmieniany?

– Oj, będzie ze trzy lata temu.

– Rozumiem. A torba nie za ciężka? – spytał, chwytając ją za pasek.

– Dzisiaj nie, ale bywa, że i piętnaście kilo waży!

Dziennikarz udał zaszokowanego. Odpiął pokrywę torby i zajrzał do środka.

– Czy nie jest pan zmuszany do przenoszenia przesyłek szkodliwych dla zdrowia i 

ż

ycia?

– A jakże! Teraz roznoszenie listów to niebezpieczna rzecz! Zawsze może się 

trafić bomba albo te... no... wungliki.

– Tak, tak... – Dziennikarz przerzucił palcami koperty. Pomiędzy nimi dostrzegł 

dwie z nalepką priorytetu specjalnego. Jedna należała do niego. Zamknął torbę 

listonosza i wyciągnął ku niemu dłoń. – To wszystko, bardzo dziękuję. Dane obejrzą 

prawnicy fundacji. Jeśli uznają, że materiał wystarczy do pozwania pracodawcy, 

skontaktuję się z panem. Miłego dnia.

– Do widzenia – powiedział listonosz, ale rękę podał z wahaniem. – Tyle żeby tak 

po sądach chodzić, to ja nie tego...

Witek jednak już tego nie słuchał. Odwrócił się i odszedł, ale zaraz przystanął 

ukryty za rogiem. Wyciągnął z teczki lornetkę. Teraz musiał już tylko śledzić 

doręczyciela, aby dowiedzieć się, gdzie trafiają niezwykłe przesyłki.

background image

* * *

Rafał Witkowski był przygotowany na najbardziej osobliwe odkrycia. Nie 

zdziwiłby się na pewno, gdyby śladem listonosza trafił do siedziby wielkiej firmy. Ba, 

nawet instytut naukowy, ratusz czy kościół nie zrobiłby na nim wrażenia. Z lat pracy w 

brukowcach wyniósł naukę, że rzeczy najmniej wiarygodne przeważnie okazują się 

prawdziwe. Zaskoczyło go jednak, że doręczyciel wszedł do bramy zwykłej kamienicy. 

Budynek cuchnął okropnie. Tynk odpadał ze ścian.

Kilka chwil po listonoszu do ciemnej bramy bardzo ostrożnie wsunął się Witek. 

Tylko na wprost majaczyło nikłe światełko od uchylonych drzwi na podwórze. 

Dziennikarz dostrzegł idącego w ich stronę człowieka z ciężką torbą. Ruszył cicho za 

nim.

Podwórko wyglądało jeszcze gorzej niż front kamienicy. Było małe, z czterech 

stron otoczone starymi oficynami. Zamiast trawy – klepisko usłane psimi gównami jak 

sernik rodzynkami. Pod ścianami – sterty śmieci, które dawno wysypały się z 

nieopróżnianych kontenerów.

Witek lustrował teren przyczajony w bramie. Listonosz nie uszedł daleko. Jego 

celem były drewniane drzwiczki, do których prowadziły zagłębione w ziemi stopnie.

„Osobna piwnica” – uznał dziennikarz. W lepszych dzielnicach ludzie robili w 

podobnych miejscach sklepik, magiel czy inny punkt usługowy. Tutaj krzywo przybita 

cyferka świadczyła, że ktoś wykorzystywał loszek jako mieszkanie.

Doręczyciel zastukał kilka razy. Otworzył mu niski, zarośnięty mężczyzna w 

niechlujnym ubraniu. Wymienili kilka słów, których ukryty po drugiej stronie 

podwórka Witek nie mógł dosłyszeć. Drgnął jednak, gdy zobaczył, jak listonosz 

przekazuje obszarpańcowi koperty z czerwoną nalepką.

Strzał w dziesiątkę! Współpracownik „Gospodyni” poczuł się jak prawdziwy 

reporter, który przyłapał ministra z rosyjskim mafiosem. Ba – nawet więcej! Poczuł się 

jak dziennikarz, który przyłapał ministra z mafiosem na miłosnych uściskach w saunie! 

Listonosz tymczasem skinął głową mężczyźnie i ruszył z powrotem w stronę bramy.

Niedoszły szpieg nagle znów poczuł się jak podrzędny pismak. Zapomniał, że 

doręczyciel musi wracać przez jego kryjówkę! Witek popędził w ciemność, trzymając 

rękę na odrapanej ścianie. Po kilkunastu krokach, mniej więcej w połowie bramy, jego 

dłoń straciła oparcie – znalazł wejście na klatkę schodową. Skręcił, przewracając się 

prawie na drewnianych stopniach. Zamarł w oczekiwaniu. Na szczęście listonosz go 

minął, a jego kroki zaraz ucichły.

„Zupełnie jak w filmie!” – pomyślał Witek. Nie zwrócił nawet uwagi na dłoń, którą

pokaleczył o złuszczoną skorupę farby. Opuścił bramę, kierując się przez podwórko 

prosto do drewnianych drzwiczek.

Już zamierzał w nie zapukać, gdy nagle doznał dziwnego uczucia. Zdawało mu się, 

background image

ż

e kiedyś (i to bardzo wiele razy) widział to miejsce. Potrząsnął głową. Niemożliwe. 

Był w tej okolicy pierwszy raz w życiu.

Zastukał mocno. Otworzył ten sam zarośnięty człowiek. W dodatku strasznie 

ś

mierdział, a jego odzież wyglądała na niepraną od miesięcy.

– Czego? – spytał ochrypłym głosem.

Witek miał oczywiście w zanadrzu fortel.

– Dzień dobry! Roman Bracki z Biura Administracji Komunalnej.

Wyciągnął rękę do obdartusa, ale gest pozostał bez odpowiedzi.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry. Spadaj – usłyszał za to.

– Skąd taki zły humor? To zwykły przegląd techniczny, proszę mnie wpuścić.

– Kłamiesz.

– Proszę pana, zgodnie z umową najmu okresowo...

– Już mówiłem, kłamiesz! Z administracją masz tyle wspólnego, co ja z 

prezydentem.

– Zapewniam, że...

Mężczyzna wyszczerzył nadpsute zęby.

– Wystarczy, Witek. Ładuj się do środka i przejdźmy do rzeczy.

Dziennikarz wytrzeszczył oczy.

– Skąd pan mnie zna?

– Po prostu znam i tyle. Wejdziesz wreszcie? Bo ziąbem ciągnie!

Cała sprawa wyglądała coraz dziwniej. To jednak tylko podsyciło wrodzoną 

ciekawość Witka. Pochylił głowę, żeby nie uderzyć w niski strop, i przekroczył próg. 

Wnętrze wyglądało nędznie – całe zasłane szmatami i odpadkami. Na ścianach wilgoć i 

grzyb. Jedynym meblem z prawdziwego zdarzenia był stolik, na którym leżała bateria 

pustych butelek po winach. Były tu również trzy plastikowe krzesełka, pewno 

zwędzone z jakiegoś ogródka.

Brodacz wskazał jedno z nich Witkowi, zamknął drzwi i siadł na drugim. 

Dziennikarz poczuł nagle przeraźliwy chłód.

– Proszę powiedzieć, skąd zna pan moje imię! – zażądał.

– Dowiesz się w odpowiednim czasie. Mów, po coś przyszedł, tylko bez 

wykrętów.

Obdartus pogroził grubym, czarnym od brudu paluchem. Dziennikarz podrapał się 

po głowie.

– Tak... Od czego by tu zacząć... Zaciekawiła mnie sprawa pewnych przesyłek. 

Chodzi o listy z priorytetem specjalnym, które dochodzą dzień przed datą nadania.

– No i? – Brodacz przyjrzał się butelkom na stole. Wybrał taką, w której zostało 

jeszcze kilka kropli, i osuszył ją jednym łykiem.

– Chciałem wyśledzić – kontynuował Witek – gdzie dokładnie idą te przesyłki. 

background image

Szedłem za listonoszem i trafiłem do pana.

– Do stu diabłów! – zaklął obdartus, rzucając flaszkę za siebie. – Pazerny dureń 

ten inżynier Kramowski! Mówiłem, że ktoś się sprawą zainteresuje, a on nic. Gadał, że 

dobrze będzie.

„Pazerny, Kramowski, inżynier, że dobrze będzie...” – Witek notował wszystko w 

pamięci.

– I wiesz co? – Brodacz dźgnął go paluchem. – Niepokoi mnie, że to ty się 

zjawiłeś. Po ostatnim spotkaniu miałem nadzieję, że nigdy już nie będę musiał oglądać 

twojej gęby.

Dziennikarz zmarszczył czoło.

– Nie żebyś był brzydki – wyjaśnił łachmaniarz. – Nie obrażaj się. Po prostu twoja 

obecność świadczy, że pewna sprawa jest jeszcze nieuregulowana, choć uważałem ją 

za zamkniętą.

– Jaka sprawa!? Dość już ogólników! Powiedz pan wreszcie, skąd mnie znasz!

Mężczyzna potarł brodę.

– Hmm... Widzisz... Historia jest nieźle poplątana, więc uważaj, żeby się nie 

zgubić. To było jakieś dwa miesiące temu. Obudziłem się właśnie z popołudniowej 

drzemki i widzę na stole takie dziwne cóś. Wyglądało jak gruba bransoletka z 

mnóstwem przycisków. Wiesz, taki gadżet z filmu sajensfikszyn. No to ja sobie myślę: 

ktoś musiał wleźć, kiedy spałem, i to podrzucić. Ale okazało się, że drzwi były 

zamknięte na klucz. – Tu brodacz przerwał, charknął i splunął siarczyście w bok. – 

Widzisz, Witek, ja zawsze dokładnie zamykam drzwi, żeby mi się gówniarzeria nie 

pętała. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, skąd ta błyszcząca rzecz. Podniosłem ją i w 

tym momencie, choć jestem pewien, że nic nie przyciskałem, coś błysnęło. A w kącie, 

patrzę, stoi taki śmieszny dziadek w srebrnym kombinezonie. Trzymał pepeszę i był jak 

na swój wiek solidnej budowy, choć kombinezon i tak wisiał na nim luzem. No i ten 

dziadek nawija do mnie po rusku: „Psia krew! Znowu zapomniałem 

chronotransportera! To wszystko przez was, ty taki i owaki. I przez tego drugiego 

szuję. Towarzysz Pietrow nogi z dupy by mi powyrywał, gdyby się dowiedział. Ale się 

nie dowie. Dawaj bransoletę, Polaczek, bo pociągnę z automata”. Ja, widzisz, nie 

lubię, jak ruski dziad mówi o mnie „Polaczek”. Więc tak do niego: „Spadaj, kacapie! 

Nic ode mnie nie dostaniesz! I nie wywijaj mi pukawką, bo wezwę policję”. A on na to 

jak nie ryknie: „Myślisz, Polaczek, że żartuję? Przez ciebie i tego Witkowskiego mało 

nie skończyłem na Łubiance!”.

Brodacz znów pogrzebał w butelkach, ale wszystkie były całkiem puste.

– I w tym momencie, Witek, coś mi się zaczęło przejaśniać – ciągnął. – Dotarło do 

mnie, że ja już tego gościa widziałem. I bransoletkę też. Ruski powiedział: „Nu, dawaj 

chronotransporter! Nie mam czasu na zabawy”. Odbezpieczył automat. Już chciałem 

background image

oddać mu ten złom, ale coś mnie zaczęło kusić. Poczułem, że powinienem teraz 

nacisnąć taki a taki przycisk, a potem pociągnąć za małą czerwoną dźwignię. No i, 

cholera, zrobiłem to. Wdusiłem przyciski i przesunąłem wajchę. A potem wyciągnąłem 

bransoletkę w jego stronę. Zdążył jeszcze krzyknąć: „Nic nie ruszaj, bo strzelam!” i 

zniknął w jasnym błysku. Tak, widzisz, stałem się właścicielem dziwnego urządzenia – 

to mówiąc, brodacz podszedł do swojego barłogu i spod pożółkłej poduszki wyciągnął 

bransoletę.

Witkowi omal nie wyszły na wierzch oczy.

* * *

O tej właśnie godzinie trzydzieści osiem lat wcześniej w podziemiach budynku 

Politechniki Moskiewskiej przygotowywano się pośpiesznie do kolejnego lotu. 

Inżynier Anatolij Iwanowicz Pietrow krążył groźnie po sali, a technicy w białych 

kitlach pracowali, jakby sam diabeł stał nad nimi z batem. I rzeczywiście był tam 

diabeł. Patrzył na krzątaninę zza pleców Pietrowa, chodząc za nim krok w krok. Tyle 

ż

e był to diabeł w ludzkiej skórze – komisarz polityczny Wasilij Gołowkin.

Para buchająca z ust skraplała się na bokach elektroturbin i małymi strużkami 

ś

ciekała na posadzkę. Laboratorium znajdowało się prawie dwadzieścia metrów pod 

ziemią, a na dodatek miało niezbyt sprawną wentylację. Było tu zawsze wilgotno, choć 

sekretarz Kolnikow zapewniał Anatolija Iwanowicza, że otrzyma najdogodniejsze 

warunki do pracy.

Technicy męczyli się stłoczeni w dusznym pomieszczeniu, ale nie narzekali. W 

końcu przypadł im zaszczyt pracowania nad najważniejszym projektem w ZSRR od 

czasów bomby wodorowej. A co istotniejsze – bez trudu umieli przewidzieć swe 

dalsze losy, jeśli ten projekt zawalą.

Gdy wielkie jak szafa, świecące tysiącami lamp komputery rozpoczęły pracę, gdy 

szpule z programem lotu zaczęły leniwie się obracać, do sali wkroczyli chrononauci. 

Naukowcy zamilkli, patrząc na młodych, muskularnych mężczyzn w srebrnych 

kombinezonach. Między nimi stał profesor Kałużkin, którego także wyznaczono do tej 

ważnej misji.

Przyszli bohaterowie Związku Radzieckiego zajęli miejsca na podestach, do 

których technicy natychmiast podpięli kable wysokiego napięcia. Turbiny poszły w 

ruch, a ich ryk wypełnił zaraz pomieszczenie.

– Ojczyzna na was liczy, towarzysze! – krzyknął Anatolij Iwanowicz. Jego głos z 

trudem przebijał się przez hałas generatora. – Chronotransportery załadowane?

Mężczyźni w kombinezonach sprawdzili urządzenia przyczepione do 

nadgarstków, po czym skinęli kolejno głowami.

– Założyć szkła ochronne! Trzeci poziom zasilania! Wszyscy w laboratorium 

background image

założyli przyciemniane okulary.

– Towarzyszu Kałużkin! To wasza ostatnia szansa! Proszę jej nie zmarnować! – 

krzyknął Pietrow do jednego z chrononautów. Ten zasalutował. – W drogę!

Laboratorium utonęło w rozbłysku śnieżnej bieli.

* * *

Bransoleta była gruba, solidna, taka, co nie gniots’a, nie łamiots’a, jak przystało 

na produkt zdiełany w SSSR. Miała klawiaturę numeryczną, dwucyfrowy wyświetlacz 

z diod, trzy przyciski i czerwoną dźwignię.

Witkowski dotknął jej, ale szybko cofnął rękę, jakby bał się, że coś zepsuje.

– Czy to... Czy to jest maszyna do podróży w czasie?

– Generalnie rzecz ujmując, tak. Ale działa jakoś dziwnie. Widać, że rosyjski 

projekt.

– Dziwnie?

– Widzisz, nie dość, że w czasie, to jeszcze potrafi przenosić z miejsca na miejsce. 

Ale jest jeden szkopuł. Postarza lub odmładza w zależności od tego, w którą stronę 

czasu się przenosimy.

– Czyli nici z zobaczenia dinozaurów?

– Uwierz mi, Witek, nie chciałbym wiedzieć, w co byś się zmienił, gdybyś wstukał 

taką datę.

– A co z paradoksem młodszego „ja”? Można spotkać samego siebie?

– Nie. Automat, jak by to powiedzieć, podmienia ciebie starego na ciebie z 

przyszłości.

Dziennikarz zmarszczył czoło.

– No nie wiem – powiedział. – Brzmi jakoś podejrzanie. Inaczej to opisują w 

książkach i filmach.

– Do diabła! Czy jakiś pisarz miał w ręku podobną maszynkę?

– No... chyba nie...

– To skąd, na ciężką cholerę, mógłby wiedzieć, jak takie cóś działa?!

– W sumie racja... Próbował pan?

– Próbowałem. Gdyby nie szczęśliwy przypadek, srałbym dzisiaj w pieluchy.

– A przyszłość?

– A na cholerę mi latać w przyszłość?! Wiesz, co ja mam zamiast wątroby? 

Mógłbym wykitować, jak postarzę się choćby o pół roku!

– Czyli używa go pan tylko do listów?

– Dokładnie. Chciałem to ustrojstwo sensownie wykorzystać, więc opowiedziałem 

wszystko staremu znajomemu. To kierownik Poczty Głównej. Facet ma głowę na 

karku i wpadł na pomysł, że zatrudni mnie do dostarczania przesyłek w przeszłość. 

background image

Widzisz, poczta miała koszmarne statystyki, a liczby ujemne w terminach dostarczenia 

bardzo to poprawiły.

Obdartus podszedł do ściany, na której wisiały dwie przegródki. W jednej leżały 

koperty. Druga była pusta.

– Dostarczone do mnie listy wkładam do pierwszej i cofam w przeszłość o parę 

dni, przesuwając jednocześnie w przestrzeni. Tak więc w drugiej przegródce 

codziennie zjawiają mi się listy z przyszłości, które oddaję na pocztę. Problem polega 

na tym, że od paru dni nic się nie zmaterializowało. Co, do diabła, znaczyć może tylko 

jedno: z jakichś przyczyn wkrótce nie będę wysyłać listów. Sam się domyślasz, że 

przyczyny mogą być niewesołe.

Witkowski przytaknął. Tylko jedna rzecz ciągle go nurtowała.

– Ale jeszcze nie wyjaśnił mi pan, skąd mnie pan zna.

Brodacz roześmiał się.

– Tylko bez panów. Teraz tego nie pamiętasz, ale jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. 

Alojzy Bątel, do usług. Mów mi „Alo”.

– Dobrze, Alo. Ale znajomymi? Wybacz, nie pamiętam...

– Widzisz! – nie wiedzieć czemu ucieszył się obdartus. – Odkąd spławiłem tego 

Ruska, co dzień przypominało mi się coś nowego. Były to tylko strzępki. Niedokładne, 

pojedyncze obrazy. Ale widziałem w nich ciebie. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy 

dokładnie tak jak dzisiaj, jestem pewien. Wciąż tylko nie pamiętam o czym.

Rafał Witkowski zamyślił się. Słowa brodacza otworzyły w jego głowie zamkniętą 

dotychczas szufladę. Twarz Alojzego stała się bardziej znajoma. Dziennikarz usiadł 

ciężko za stołem.

– Chyba... także zaczynam cię poznawać.

– Tylko co to, do diabła, znaczy?

– Nie mam pojęcia...

Nagle w piwnicy rozbłysło światło. Witek i Alo przysłonili oczy. Wokół 

rozbrzmiały krzyki jakby żywcem wyjęte z „Czterech pancernych”:

– Ani zdies’, tawariszcz pałkownik!

– Ruki w wierch, sobaki!

Alo potrząsnął głową. Mroczki znikły sprzed oczu – teraz widział wyraźnie 

sześciu dziadów w srebrnych kombinezonach i z pepeszami w dłoniach. Siódmy leżał 

na ziemi, trzymając się za serce.

– Jak tam Bałuczyn, Saszka?

Jedna z sylwetek pochyliła się nad leżącym.

– Martwy, towarzyszu pułkowniku. Pewnie zawał. Oficer odwrócił się do dwóch 

wciąż śmiertelnie zdziwionych mężczyzn i krzyknął:

– Widzisz, Bątel?! Gdybyś nie robił kłopotów przy aresztowaniu, do niczego by 

background image

nie doszło.

– Całuj mnie w nos, dziadu borowy!

– Uch! Zaraz inaczej będziesz gadał.

To mówiąc, dowódca odbezpieczył pepeszę. Stojący obok chrononauta poprosił 

słabym głosem:

– Towarzyszu pułkowniku! Bardzo... źle się czuję. Załatwmy to szybko.

– Racja. Nu, Bątel, odłóżcie urządzenie! Jest własnością Związku Radzieckiego!

Alo ważył chronotransporter w rękach, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu 

jednak położył go na krawędzi stołu.

– Teraz ty, Witkowski! Lecisz do siebie. Powiedzmy... dwa tygodnie wstecz. 

Aleksiej! Wymaż mu dokładnie pamięć!

Jeden z Rosjan podszedł do dziennikarza z dziwnym urządzeniem, które 

wyglądało jak góra krzesła elektrycznego skrzyżowana z kalkulatorem „Bolek”. Witek 

chciał się bronić, ale dwóch chronokomandosów chwyciło go za ręce i unieruchomiło. 

Trzeci założył mu aparat na głowę.

– Geriatryczna mafia! Ja to wszystko w gazecie opiszę! – zagroził dziennikarz.

– Gówno opiszesz – odparł spokojnie dowódca. – Dawaj, Aleksiej!

Technik przycisnął parę guziczków, a Witek kilka razy rzucił się, łypnął białkami, 

w końcu opadł na ziemię. Pułkownik po chwili włączył swój chronotransporter i 

chłopak zniknął, świecąc przy tym jak czarnobylska krówka.

– Co mu zrobiliście, szuje?! – warknął Alo.

– Nic. Powinniśmy was rozstrzelać, ale towarzysz Pietrow powyrywałby nam nogi 

z dupy. Cały czas tylko baja o kontynułum czasprzestrzeni czy jakoś tak. A wiesz ty 

co, Bątel? Ja mam serdecznie w dupie jakieś tam kontynuła pospołu z 

czasprzestrzenią. Nawet bym zaryzykował. Więc mnie nie drażnij i wykonuj rozkazy.

Brodacz spurpurowiał, lecz milczał. Zamiast niego odezwał się jeden z 

komandosów.

– Towarzyszu... pułkowniku... ja chyba... zemdleję... – wydusił. Oparł się ciężko o 

ś

cianę, lecz zaraz upadł, tracąc przytomność.

– Saszka, co jest? Saszka!

– To serce, towarzyszu pułkowniku – powiedział któryś chrononauta, ciężko 

pochylając się nad leżącym.

– Do diabła, Aleksiej! Cały pokój o pół miesiąca wstecz! Szybko, zanim Sasza się 

przekręci.

– Tak jest!

Fala światła zalała pomieszczenie, a wszyscy poczuli dziwne skręcanie w żołądku. 

Pozornie nic się nie zmieniło, jednak Alo zauważył, że grzyb na jednej ze ścian jest 

jakby mniejszy.

background image

Rosjanin odzyskał szybko świadomość i usiadł, wodząc tępym wzrokiem po 

piwnicy.

– Jak się czujesz? – spytał dowódca.

– Podle, towarzyszu pułkowniku.

– Trzymaj się. Zaraz wracamy. Aleksiej! Wymaż Bątlowi pamięć.

– Tak jest.

Alojzy stawiał większy opór niż Witek. Zdołał kopnąć w kostkę jednego z 

przeciwników, a drugiemu odgryźć kawałek ucha. W końcu jednak przycisnęli go do 

ś

ciany i włożyli mu na głowę złowrogie urządzenie. Potem Bątel poczuł już tylko nagłe 

coś jakby kopnięcie prądu.

* * *

– Alojzy! Nie dotykaj tego drucika, na miłość boską. Kopnie cię prąd!

– Auuuuu!

– A widzisz? Jak będziesz dalej pchał łapy, gdzie nie trzeba, to je kiedyś stracisz! I 

rzuć ten kamień! Co zamierzasz z nim zrobić, na miłość boską?!

– Chciem oddać małpom.

– Nie wychylaj się! Spadniesz do wybiegu! Zostaw ten kamień! Utrapienie z tobą!

– Auuuuu!

– Nie chwytaj za drucik! Niedobry chłopiec! Już nigdy nie pójdę z tobą do zoo. 

Słyszysz? Czego chcesz od tych biednych zwierząt?!

– Chciem oddać małpom, bo one rzucajom w ludzi kupom. Rzuciły raz w wujka. I 

on był bardzo zły!

– Przestań się gramolić na murek! Chodź tu!

– Baaaaaaabciuuuuuuu! Tylko raz w nie rzucem!

– Nie ma mowy, młody człowieku! Idziemy!

– Baaaaaaabciuuuuuuu!

– Zostaw drucik, mówię!

– Auuu!

* * *

Alojzy ocknął się obolały. Chwilę leżał, obserwując sufit. W głowie miał pustkę. 

Gdzie więc, do cholery, podziało się parę ostatnich godzin?! Podniósł łeb i spojrzał na 

leżące wokół opróżnione butelki. Ze zgrozą próbował przypomnieć sobie, co takiego 

wypił, że ścięło go z nóg.

Nagle jego wzrok przyciągnął dziwny srebrny przedmiot leżący na krawędzi stołu. 

Bątel powoli wstał. To była jakaś bransoleta z wyświetlaczem, guziczkami i małą 

czerwoną wajchą. Patrząc na nią, Alojzy poczuł dziwną wesołość. Nie wiedział 

background image

dlaczego, ale chciało mu się śmiać.

Zupełnie jakby widok urządzenia przypomniał mu dawno zapomniany dowcip...

* * *

W tym samym momencie kilka ulic dalej Rafał Witkowski siadł do klawiatury. 

Cały dzień nic nie robił, tylko sobie czytał. W końcu jednak zdołał się zmusić do pracy. 

Wstukał brzmiący dumnie tytuł: „Szaman z dżungli w Hollywood!”. Westchnął ciężko. 

Powinien był oddać ten tekst już do ubiegłego numeru. Jeśli spóźni się jeszcze raz, 

redaktor podziękuje mu za współpracę pięknym kopniakiem. Dwa tygodnie to niby 

sporo czasu, ale sieć co chwilę padała, a o zwykłej poczcie lepiej zapomnieć... Ech! 

Gdyby mieć taką maszynkę, co pozwala wysyłać gotowe teksty w przeszłość!

Ż

yłoby się o wiele łatwiej!

background image

Prosty włam

Przegubowiec zawarczał, wchodząc w zakręt. Na wybebeszonych siedzeniach z 

tyłu pojazdu dyskutowało dwóch kolesiów o aparycji podwórkowych zabijaków. 

Kolejny przystanek. Autobus stanął, a przez otwarte drzwi wpadł do środka lodowaty 

podmuch.

Po schodkach wdrapała się babcia w filcowym kapeluszu. Obrzuciła wzrokiem 

bluzy z kapturem i dresy chłopaków, po czym ruszyła szukać miejsca gdzie indziej.

Jeden z zakapiorków – niski, pryszczaty blondyn – odczekał, aż staruszka 

odejdzie, po czym kontynuował konspiracyjnym tonem:

– No wiesz, Kolec, ja to najbardziej nie lubię srebrnych. Trzy zamki, a w środku 

jeszcze ta pieprzona pucha. No i koniec, nie? Nie zdążysz rozbić, nie zdążysz zabrać.

– Ta. Ale Waldi gadał, że robi srebrne.

– Zalewasz, Ciuma. Niby jak?

– Bierze brata. To byk jest, pakuje na siłowni. Meta, omka, teściu i ruskie sterydy. 

Łapie za łom i sru po zamkach.

– A co z puchą?

– Mają przecinak taki. Tytanową szpilę od gąsienicy, ostrą na końcu. Brat 

Waldiego zawsze nosi ją razem z młotkiem. Pięć razy pierdyknie i już są w domu.

– No. Fajnie by mieć takiego pakera w drużynie.

– Lepiej robić mniej pancerne maszyny i dzielić kesz na dwa.

– Właśnie! Podobno w galerii ustawili czerwony – przypomniał sobie Ciuma.

– Gdzie?

– Na górze, przy parkingu. Zrobimy go?

– Mowa! Czerwone to moje ulubione.

– Moje też. Rozwalasz zamek i kasa sama sypie ci się w ręce – rozmarzył się 

Ciuma. – Dobre by to było...

– To co? Na jutro zakoś staremu wiertarkę. Musimy...

Nie skończyli jednak, bo autobus znów stanął, a do środka weszła znajoma postać. 

Był to Karku – wysoki typ w markowych ciuchach, ze smokiem wytatuowanym na 

łysej pale. Rzecz jasna, nie mieli pojęcia, czy to smok, ale Karku tak mówił. Przed 

background image

zabiegiem wypił z dziewczyną ze studia tatuażu małe co nieco i skończył ozdobiony 

bladoniebieską poczwarą, co przypominała skrzyżowanie jamnika z łuskowatą 

dżdżownicą.

– Siema – przywitał się Karku.

– Cze! – odparli Ciuma i Kolec. To, że taki kolo do nich zagadał, było niewąskim 

zaszczytem. Działał w wyższej lidze: kradł radia samochodowe. A ci od aut od zawsze 

pogardzali tymi od automatów biletowych.

Karku bezceremonialnie się dosiadł, a potem od razu przystąpił do rzeczy:

– Właśnie do ciebie jechałem, Ciuma. Mam na oku robotę.

– No?

– Będzie włam.

Ciuma i Kolec popatrzyli po sobie zaskoczeni. Prawdziwy włam? Nie spodziewali 

się, że Karku zaproponuje coś tak poważnego.

– No pewnie, stary – powiedział Ciuma. – Możesz na nas liczyć.

– Tylko czemu nie bierzesz Bola albo Siekiera? – spytał podejrzliwie Kolec.

– Są zajęci. A co? Coś nie pasi?

– Skąd! Co z tym włamem?

Choć w pobliżu i tak nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć, Karku nachylił się 

do nich tak blisko, że mogli sobie dokładnie obejrzeć wytatuowanego smoka.

– Poważna rzecz. Będzie z pięć patyków na twarz.

* * *

W tym samym momencie do gabinetu prezydenta wszedł dyrektor generalny CIA. 

Bush podniósł wzrok znad wyświetlacza pokazującego nowe sondaże. Dyrektor 

Hayden zasalutował i wypiął pierś, choć przy jego tuszy wyglądało to śmiesznie.

– Panie prezydencie, jesteśmy gotowi! – zameldował.

– Wszystko w porządku, ludzie na miejscach?

– Tak, sir!

– Ktoś zwrócił uwagę na konwój?

– Nie, sir! Kierownik grupy operacyjnej jest pewien, że absolutnie nikt nic nie 

podejrzewa.

Pomarszczona, szympansia twarz George’a Busha rozjaśniła się nieco.

– Wyśmienicie. Możecie zaczynać. Ameryka na was liczy!

– Tak jest, sir!

Hayden obrócił się w stronę drzwi.

– I... Mike? – zatrzymał go prezydent.

– Tak, sir?

– Niech dziesięć razy sprawdzą, czy wszystkie ślady zostały zniszczone. Obiekty 

background image

przed piętnastym macie dostarczyć do strefy wydzielonej na Cape Canaveral.

– Ma się rozumieć, sir!

* * *

Wieczorem tego samego dnia Karku, Ciuma i Kolec siedzieli na murku przy 

szkolnym boisku. Patrzyli, jak gówniarze grają w kosza, i dopijali resztki piwa.

– Nie wiem, kurna, nie wiem... – powiedział Kolec. – Nie uważasz, że to za 

ryzykowne?

– Co ty?! – odparł Karku. – Znam tylne wejście do wytwórni. Stary pracował tam 

przy scenografii w latach osiemdziesiątych. Przychodziłem bawić się kostiumami.

– A jeśli już wszystko przebudowali? No wiesz, w końcu kasę mają.

– Nie zdążyli! Ekipa dopiero co przyjechała. To najlepszy czas.

– A na pewno mają cenne fanty?

– Stary, odpiałeś?! Amerykańskie filmowce mają nie mieć czegoś cennego? 

Zresztą spytaj Bola. Widział, jak wnosili całe skrzynie elektroniki.

– Ciuma, co myślisz?

Ciuma nic nie myślał. Wlepiał gały w lampy ulicznych latarni, które właśnie w tym 

momencie się zapaliły.

– Późno już – powiedział od rzeczy.

– Co myślisz o włamie, do jasnej ciasnej!

– Nie wiem. – Ciuma poskrobał się w głowę, zauważając z niezadowoleniem, że 

ż

el zaczął już puszczać. – Nie da się kiedy indziej? Chciałbym obejrzeć lądowanie.

– Nic do ciebie nie dotarło?! – krzyknął Karku. – Przecież mówiłem, cholera jasna, 

ż

e włam robimy w trakcie lądowania, bo wszyscy będą oglądać telewizję. Pewno 

nawet strażnicy tej ekipy.

– Obejrzysz sobie kiedy indziej – dodał Kolec. – Będą powtarzać jeszcze przez 

rok.

– To nie to samo co na żywo.

Na to jego kumpel tylko westchnął:

– Nie chcesz, to nie idź, głupku.

– Ale dzielimy równo na trzy? – upewnił się Ciuma.

– Jasne.

– To pójdę.

– O-kij – podsumował Karku. – Jutro u mnie na chacie zrobimy... ten, no... 

zebranie. A pojutrze wieczór idziemy na akcję. To będzie prosty włam.

* * *

Przez okno widać było betonowy plac, iglicę i halę zbudowaną przez Niemców 

background image

jeszcze przed wojną. Wszystko wydawało się MacAlistaire’owi wyjątkowo brzydkie. 

Iglica, choć wysoka, była odrapana z farby. W dodatku do połowy miała inny kolor, 

tak jakby zaczęto ją odnawiać, tylko nie starczyło pieniędzy na dokończenie prac. Halę 

oświetlało kilka reflektorów, ale surowa kopuła z betonu nie podobała się kapitanowi. 

Podobnie jak budynek, z którego lustrował teren – wielki i stary, pełen zakurzonych, 

pustych korytarzy. Do tego zardzewiała, często już półwieczna maszyneria. Choć 

faktycznie, filmowcy w takim miejscu wyglądali wiarygodnie.

MacAlistaire poprawił uwierającą go w ucho słuchawkę i zawiesił rękę na pasku 

H&K 45. Gdy dowiedział się, że jedzie do Polski, myślał, że wyląduje w miejscu, gdzie 

ulicami chodzą białe niedźwiedzie, a na każdej ławce mężczyźni w uszankach grają na 

bałałajkach i piją bimber. Niestety, zawiódł się. Nie było ani niedźwiedzi, ani ludowej 

muzyki, ani samogonu. Tylko nuda i szarzyzna. Gorzej niż w Idaho.

Jednak ów daleki kraj był najlepszym kandydatem na przeprowadzenie akcji. 

Spełniał wszystkie kryteria: leżał daleko od Stanów, więc niezależne agencje i stacje 

telewizyjne nie mogły zwietrzyć sensacji. Był w orbicie wpływów USA, dlatego 

wystarczył jeden telefon z Białego Domu, by dostali za darmo całą wytwórnię. Drugi 

telefon i już celnicy wraz z policją dali im spokój. Najważniejsza była jednak korupcja. 

Kilka grubych kopert mogło uciąć w zarodku każdą sprawę. Tak, Polska miała 

naprawdę wiele plusów.

Słuchawka MacAlistaire’a zaskrzeczała.

– Majorze, obstawiliśmy wszystkie wejścia. Vince pyta, czy techniczni mogą 

zacząć pracę.

MacAlistaire spojrzał na zegarek. Wyświetlacz odliczający czas pokazywał jeszcze 

dwie godziny.

– Niech podłączą zabawki. Ucharakteryzujcie wszystkie trzy obiekty. Można 

powoli się zbierać.

* * *

Karku, Ciuma i Kolec wyszli z parku. Przed sobą mieli pergolę z płytkim bajorem 

pośrodku. Po prawej, otoczona drzewami i zaroślami, stała wytwórnia. W żadnym 

oknie nie paliło się światło, chyba prawie nikogo tam nie było. Już park sprawiał 

wrażenie gęściej zaludnionego – na trawie przy sadzawce leżała obściskująca się para, 

gdzieś dalej siedziało kilku małolatów.

Karku wskazał ocienioną drogę pod pergolą.

– Wokół wytwórni lepiej nie pokazywać mord. Inaczej pały dotrą do nas, zanim 

zdążymy upłynnić fanty.

Ciuma i Kolec skinęli głowami w podekscytowaniu. Nigdy jeszcze nie robili tak 

poważnej akcji.

background image

Ruszyli za kumplem i wkrótce stanęli w zaroślach pod tylną ścianą gmachu. Krzaki

ś

mierdziały moczem. Idąc wzdłuż muru, w największej gęstwinie znaleźli odrapane 

drewniane drzwi.

– Wiedziałem – szepnął Karku. – Nie obstawili tego wejścia. Stary mówił, że nie 

ma go nawet na projektach budynku.

– Jak to? – zdziwił się Kolec.

– A tak. Solidna peerelowska robota. Po wojnie przebudowali halę bez żadnego 

planu. Jak majstrowi się uwidziało, tak murował – powiedział Karku, wyciągając z 

plecaka łom.

Ciuma i Kolec zrobili mu miejsce. Czubek łomu łatwo wszedł między wypaczone 

skrzydło a futrynę. Karku pchnął. Drzwi z trzaskiem się otworzyły, ukazując ciemne 

wnętrze. Włamywacze czekali chwilę, nasłuchując, czy ktoś nie idzie.

– W porzo – stwierdził wreszcie Karku. – Masz tą piszczałkę, Ciuma?

– Tak. – Pryszczaty chłopak wyciągnął mały gwizdek. – Podprowadziłem wujowi 

leśniczemu. Brzmi zupełnie jak kaczka. Sprawdzałem.

– O-kij. Stajesz na czatach. Jakby coś się stało, no wiesz, na przykład pały staną na 

chodniku i nie będzie można wyjść, piszczysz trzy razy. Rozumiesz?

– Tak.

– Dobra. Miej oczy i uszy otwarte, bo jak nawalisz, skopię ci tyłek tak, że będziesz

srał uszami – zagroził Kolec, po czym zniknął w wejściu śladem starszego kumpla.

* * *

Prezydent podszedł do mównicy otoczonej dziesiątkami kamer i mikrofonów. 

Skinął głową na znak, że dziennikarze mogą zacząć transmisję. Mimo zdenerwowania 

wymusił na sobie szeroki uśmiech i tubalnym głosem rozpoczął przemówienie:

– Obywatele Stanów Zjednoczonych Ameryki! Nadszedł dla nas wielki dzień. 

Dzisiaj cały świat zobaczy owoce naszej determinacji i ciężkiej pracy. Będziecie dumni 

z tego, że jesteście Amerykanami. Sojusznicy dostrzegą, jak cennym jesteśmy 

sprzymierzeńcem, a wrogowie zaczną bać się nas jeszcze bardziej. Amerykanie, my, 

pierwsza i najstarsza demokracja, znów wyznaczymy milowy krok w dziejach 

ludzkości. Bowiem oto dziś amerykańska stopa pierwsza zostawi ślad na Marsie!

Prezydent Bush zrobił umówioną przerwę. W sali wybuchła burza oklasków.

– Amerykanie, gwiaździsty sztandar jest nie tylko symbolem naszego wielkiego 

narodu. Od początku naszej historii w przenośni i dosłownie stale kroczyliśmy ku 

gwiazdom. Dzisiaj na własne oczy zobaczycie efekt. Panie i panowie, zbliża się 

godzina tryumfu Ameryki!

Zebrani na konferencji przywitali te słowa owacją na stojąco. W domu niejeden 

Amerykanin ocierał łzę wzruszenia. Liczniki, które było widać na każdym kanale, 

background image

wskazywały piętnaście minut do rozpoczęcia transmisji na żywo z Czerwonej Planety.

* * *

– I co? Mówiłem ci! Zarobimy tu kupę kasy – powiedział Karku.

Pomieszczenie, do którego dotarli po długiej wędrówce korytarzami, było jednym 

z magazynów otaczających halę produkcyjną. Stały tu duże czarne skrzynie pełne 

dziwnych urządzeń, które mrugały rzędami lampek i diod. Pod ścianą leżały trzy 

intrygujące obiekty – jakby stalowe trumny z panelami kontrolnymi w środku, 

wypełnione plątaniną kabli i przewodów.

– Co to jest? – spytał Kolec, zbliżając się do jednej.

– A skąd, do cholery, mogę wiedzieć?!

Młodszy z włamywaczy dotknął boku urządzenia i aż się wzdrygnął. Nie chciałby 

zostać zamknięty w czymś takim.

– Może oni kręcą tu ten... no... jakiś film scjencefikcjon?

– Mówi się sajensfikszyn, bucu! Dość opierniczania się. Trumienek nie weźmiemy, 

ale to... – Karku podszedł do jednego z urządzeń. – Damy radę wynieść. Wygląda na 

kawał cennej elektroniki.

Wyrwał wszystkie podłączone kable. Wyświetlacze zgasły.

– Dobra, Kolec. Bierzem tego grata.

Podnieśli z wysiłkiem skrzynię, ale nie zdążyli jej daleko zanieść. Nim dotarli do 

drzwi, z korytarza dobiegł ich łomot wojskowych butów.

– Chodu! – syknął Karku. – Chowamy się.

Upuścili łup, który z łoskotem uderzył o podłogę, i skoczyli w stronę stalowych 

trumien. Przycupnęli za jedną z nich. Dokładnie w tej samej chwili do pomieszczenia 

wpadło dwóch ludzi. Jeden w moro, z pistoletem maszynowym gotowym do strzału, 

drugi w białym kitlu.

– Do diabła, Jack! To nie żadna awaria, ktoś tu był! – krzyknął ten ostatni, patrząc 

na skrzynię leżącą pośrodku.

– Jak sprzęt?

Naukowiec zbadał urządzenie.

– Podłączę, to zobaczymy. Przeszukaj pokój. Sukinsyny nie mogły uciec daleko!

Kolec wyjrzał zza trumny i natychmiast schował się z powrotem.

– O kurde, stary! Ten strażnik ma karabin. W co nas wrąbałeś? – szepnął.

– Myślałem, że to zwykli filmowcy. Co mówili?

– Nie wiem. Nie znam angielskiego.

Tymczasem uzbrojony mężczyzna był coraz bliżej kryjówki chłopaków. Karku 

wskazał małe stalowe schodki pnące się w górę po ścianie przeciwległej do wejścia.

– To jedyna szansa.

background image

– Stary, jak ten fagas zacznie strzelać, nie przebiegniemy nawet pięciu metrów!

– Nie zacznie. To pewno tylko na postrach.

* * *

Para obchodzących budynek strażników zatrzymała się gwałtownie. Dzikie 

chaszcze przy północnej ścianie były wyraźnie stratowane. Żołnierze odbezpieczyli 

automaty, po czym ruszyli w stronę krzaków.

Ciuma zatrząsł się, obserwując to z gęstwiny.

„Boże, oni mają broń – pomyślał. – Trzeba było słuchać mamy i pójść do liceum”.

Ś

liskimi od potu palcami wysupłał z kieszeni gwizdek i przytknął go do ust. W 

zdenerwowaniu dmuchnął tak mocno, że wabik wydał z siebie przeraźliwy jazgot, 

bynajmniej nie przypominający głosu kaczki. Ciuma przerażony rzucił się do ucieczki 

wzdłuż muru.

Strażnicy wpadli w krzaki, łamiąc je i tratując do reszty. Gdy stanęli przed 

wyważonymi drzwiami, jeden z nich przytknął dłoń do słuchawki.

– Kapitanie MacAlistaire?

– Tak?

– Mamy intruzów na terenie wytwórni.

* * *

Gdzieś z plątaniny korytarzy dobiegł zwielokrotniony przez echo okropny pisk. 

Strażnik, który był już kilka kroków od Karku i Kolca, obrócił się, a następnie wybiegł 

z pomieszczenia, krzycząc coś do słuchawki.

– Teraz! – rzucił Karku.

Przelecieli pędem obok zaskoczonego technika i dopadli do stromych schodków.

– Dokąd to prowadzi? – spytał Kolec.

– Chyba na rusztowania!

Schody kończyły się wąskim mostkiem, który przez dziurę w ścianie prowadził 

nad główną halę. Kiedy przeleźli na drugą stronę, zobaczyli, że takie same mostki 

dzieliły ogromne pomieszczenie na kwadraty. Gdzieś w dole paliło się światło – widać 

pracowała tam ekipa filmowa. Kroki chłopaków rozkołysały kładkę. Kolec popatrzył 

w dół i poczuł mdłości.

– Z tych mostków zwieszano oświetlenie i dekoracje! – krzyknął Karku w biegu.

– Dokąd teraz?!

– Na przełaj, przez całą halę! Tam są wejścia do innych magazynów!

Nie zdążyli.

Gdy przebiegali właśnie nad oświetloną częścią, padły pierwsze strzały. Kolec 

background image

obrócił się przerażony. Na mostku kilkadziesiąt metrów za nimi stał strażnik, celując 

uważnie. Karku popatrzył w dół.

– Skacz! – krzyknął.

– Co?! Zabijemy się!

– Skacz, do cholery! – powtórzył Karku i zepchnął kumpla z rusztowania. Potem 

także skoczył.

Po bardzo krótkim locie upadli w wielką zaspę czerwonego piasku.

* * *

Stephen Mallencamp stanął przed śluzą i nacisnął guzik przy naramiennej kamerze. 

Wyjście lądownika pokazało się właśnie na trzech miliardach telewizorów. Astronauta 

wyciągnął przed siebie dłoń w białej, grubej rękawicy i wystukał coś na panelu. Śluza 

majestatycznie się otworzyła. Do środka wpadło światło.

Mallencamp na chwilę przesłonił wizjer dłonią. Zaraz potem stanął na progu i 

spojrzał na piękne czerwone wydmy Valles Marineris. Zza jego pleców krajobraz 

podziwiali dwaj pozostali członkowie załogi. Stephen zszedł na najniższy stopień 

wątłej metalowej drabinki. W oku zakręciła mu się łza. Prawie sam uwierzył, że jest 

naprawdę na Marsie. Upewnił się, czy mikrofon działa, i powiedział:

– Kiedy w 1969 roku Neil Armstrong...

Przerwał mu huk. Mallencamp obrócił głowę w lewo i zobaczył tuman pyłu, który 

wzbił się zza pobliskiego wzgórza. Ze zdziwienia aż otworzył usta. W tym momencie 

widzowie na całej kuli ziemskiej ujrzeli coś, czego nie wymyśliliby nawet twórcy „Z 

archiwum X”. Przez krawędź wydmy przetoczyły się dwie oblepione pyłem postacie. 

Jedna z nich wyciągnęła rękę i wskazując lądownik, krzyknęła:

– O kurwa! Łunochod!

Potem ekrany zgasły.

* * *

Od strony wytwórni biegły co sił trzy sylwetki. Puściwszy się sprintem w stronę 

głównej ulicy, ani razu nie spojrzały za siebie.

– Stary! O mało nas nie zabiłeś! Prosty włam? Oni chcieli nas zastrzelić – wysapał 

Kolec, gdy dotarli do przystanku. Drżącą ręką wytarł marsjański pył z twarzy.

– Nic nie rozumiem – odparł Karku. – Skąd miałem wiedzieć, że filmowcy są tacy 

psychiczni? Strzelać do ludzi za jedną skrzynkę elektroniki?!

– Zdycham z pragnienia – jęknął Kolec i wskazał mały kiosk przy wiacie. Podeszli 

do okienka. Karku nachylił się.

– Wodę mineralną, proszę.

background image

Staruszka-kioskarka oderwała oczy od małego telewizorka. Przez chwilę patrzyła 

na nich zdziwiona, aż wreszcie wyjąkała:

– O święta Mario! To wy... chłopcy, jesteście te... Marsjany?

background image

Całkiem zwyczajny wieczór

Ostatnio czas zaczął dla Grana przyspieszać. Może to ciepłe wiosenne dni tak go 

rozleniwiły, a może – jak twierdził Rrax – gargulec na starość po prostu kamieniał. 

Dość powiedzieć, że zachody i wschody słońca pędziły mu jeden po drugim w 

zawrotnym tempie. Ludzie wchodzący do katedry, niegdyś widoczni jako rozmyte 

smugi, teraz znikli zupełnie i tylko ich głosy zlane w monotonny świst pozwalały 

Granowi sądzić, że miasto bynajmniej się nie wyludniło.

Czasem przylatywał do niego Rrax – ciemna pręga pędząca po niebie, która 

materializowała się na jego ramieniu pod postacią kruka. Opowiedział coś, popytał, a 

potem – nie mając cierpliwości, by czekać na odpowiedź – odlatywał. Nikt inny nie 

odwiedzał Grana. Zresztą więcej niż jeden przyjaciel i tak byłby dla tak spokojnego 

gargulca zbędnym zamieszaniem.

Dlatego właśnie Gran się zdziwił, gdy pewnego popołudnia spostrzegł, jak po 

dachu pędzi w jego stronę obco wyglądający osobnik. Nim zdążył na dobre się 

zdumieć, poczuł, że jest unoszony w powietrze.

Następnie ktoś zrzucił go w dół.

Dopiero w połowie lotu stworzenie zorientowało się, że nie spada ku zagładzie, a 

jest spuszczane – zapewne dość wolno – na linie. Mimo to żołądek Grana zaczął się 

burzyć (a było to niezwykłe u kogoś, kto jadał cegły i miał metabolizm anemicznego 

ś

limaka).

Gdy tylko gargulec dotknął ziemi, wokół zawirowały kolejne smugi. Zabrały go do 

pobliskiego samochodu, następnie wrzuciły do bagażnika, w locie owijając zieloną 

gąbką.

Wkrótce znów poczuł mdłości. Pojazd krążył po mieście jak drewniana łódeczka, 

którą złapał wodny wir. To przyspieszał, to zwalniał. Szarpało nim w różne strony. 

Czasem drzwi się otwierały, ale tylko po to, by do środka mógł wlecieć kolejny 

owinięty w gąbkę przedmiot. Wreszcie gdy Gran zaczął się już poważnie niepokoić, 

zobaczył nad sobą znajomy dziób. To Rrax patrzył mu uważnie w oczy, mówiąc coś 

przyśpieszonym głosem.

Gargulec nie zrozumiał ani słowa. Przeniesiono go do innego auta, które po 

background image

krótkiej jeździe zatrzymało się koło katedry. Ktoś zaniósł Grana na dach i umieścił z 

powrotem na jego zwyczajnym miejscu, klepiąc po plecach na pożegnanie. Księżyc był 

już wtedy dokładnie pośrodku nieba.

Chwilę później znów pojawił się kruk. Siadł na karku gargulca i zakrakał:

– Nmiaście!

– Cooo?

– Nmiał ęście – powtórzył wolno ptak z udręczoną miną.

– Nie palić się. Ty mówić spokojnie, dobra? – poprosił Gran.

– No, miałeś szczęście – powiedział Rrax jak trzeba, choć minę miał taką, jakby 

ktoś go zmuszał do sylabizowania.

– Dlaczego?

– Ukradli ciętacy edni. Aljuż szysto obrze. – Widać było, że Rrax jest 

zniecierpliwiony mówieniem w tym tempie. Jego łapy rozmyły się, gdy przestępował z 

nogi na nogę.

Gran wielkodusznie pozbawił go problemu.

– Ty opowiedzieć jutro – rzekł. – Ja być zmęczony, za dużo się dziać. Ja spać.

Kruk odburknął coś wyraźnie zły, następnie poderwał się i momentalnie zniknął na 

czarnym niebie.

Lecąc, klął w myślach na nieruchawego gargulca. Ech, co za niewdzięczne 

stworzenie! Gdyby chociaż wiedział, co mu groziło...

* * *

– Cholercia! Coś chyba zmienili.

– Łomem spróbuj.

– Nie idzie.

– Jak nie idzie? Musi iść. Zawsze szło.

– No toż ci mówię, ciemna maso, że coś zmienili!

Trzech młodych mężczyzn w szerokich spodniach i bluzach z kapturem tłoczyło 

się wokół biletomatu. W świetle przekrzywionej latarni migały śrubokręty, przecinaki i 

łomy.

– Pierdolone MPK!

– Kuźwa, Ciuma, i co teraz zrobimy?

– Spadajmy. Zaraz nas ktoś nakryje.

– To da mu się w łeb. Zamknij wreszcie ryło, Kolec. Trza rozkminić tą maszynę, 

bo jak nie, to koniec z kieszonkowym.

– Dwa lata robienia automatów, a tu takie coś – biadolił Ciuma.

Wtem z tyłu dobiegło ich chrząknięcie. Obrócili się z godnym podziwu refleksem, 

chowając narzędzia za plecy.

background image

Na przystanku stał wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu i fraku. Przez szyję 

miał luźno przerzucony biały jedwabny szal. Srebrna gałka jego laseczki odbijała 

ś

wiatło latarni, podobnie jak absurdalna ilość wtartej we włosy brylantyny.

– Co robicie, panowie, jeśli wolno spytać? – rzekł.

Kolec ruszył do przodu, ważąc w ręku łom.

– Spadówka, krawaciarz. Nic żeś nie widział, nic żeś nie słyszał, jasne?

Mężczyzna uśmiechnął się nonszalancko i podkręcił wąsa.

– O czym mówicie, panowie? O napadzie? – odparł. – Aaa, myślałem, że to nie 

tajemnica, biorąc pod uwagę, że wasze krzyki niosło wzdłuż całej ulicy.

Normalnie trójka chłopaków byłaby rozwścieczona jawnym lekceważeniem. 

Jednak absolutna pewność siebie, jaką emanował przybysz, zupełnie zbiła ich z tropu.

– Kiedy was zobaczyłem, od razu przeszło mi przez myśl, że wasze... talenty da się

wykorzystać w bardziej odpowiedni sposób. Szkoda, żebyście się marnowali w pogoni 

za nędzną garstką drobniaków.

– O czym ty do mnie rozmawiasz, krawaciarz? W łeb chcesz? – uciął Karku.

– Wyrażę się prościej. Mam dla panów zlecenie.

– Zlecenie?

– Chodzi o pozyskanie kilku raczej marnie strzeżonych dzieł sztuki. Praca na jeden 

wieczór, a konkretnie: na dzisiaj. Płaca zaś... Powiedzmy, że więcej niż adekwatna. 

Oczywiście zapewniam najwyższej klasy narzędzia. Wraz z instrukcją obsługi – dodał, 

widząc głupawo rozdziawione gęby chłopaków.

– To nie jakiś bajer? – spytał Ciuma.

– Bo nas nie zbajerujesz – dorzucił Karku. – Jak będziesz leciał w kulki, to tak cię 

lutnę, że się własną grdyką zatchniesz.

Nie na darmo miał opinię najbardziej wygadanego z grupy. Podobno w drugiej 

klasie napisał nawet na laurce wierszyk na Dzień Matki. Z błędami, ale napisał.

– Och, zapewniam, że moje intencje są szczere. Po prostu jestem w mieście tylko 

jeden dzień, a już widzę parę rzeczy, które bardzo pasowałyby do mojej kolekcji. 

Tymczasem osoba mojego formatu nie może sobie brudzić rąk. Więc jak? Mamy 

umowę?

– Noooo. Mamy – odparli.

– Wyśmienicie.

Nieznajomy wyciągnął dłoń w stronę chłopaków. Leżały na niej kluczyki.

– Furgonetka stoi za rogiem. Lista przedmiotów oraz adresy i ogólne wskazówki 

są w schowku. Proszę tylko, żeby panowie wzięli naszą umowę na poważnie. Jeśli się 

nie wywiążecie, moi ludzie znajdą was w ciągu jednego dnia. Niech więc nie kusi 

panów wizja spieniężenia samochodu oraz sprzętu. Po ukończeniu misji zapłacę i tak 

wielekroć więcej, niż to wszystko jest warte.

background image

– A... o jakiej kasie mówimy? – spytał Kolec.

– Sześćdziesiąt tysięcy.

– Złotych?

– Jakich złotych? Euro. No przecież są panowie obywatelami Unii.

– O Matko Boska! – jęknął Ciuma.

Mężczyzna skrzywił się nieznacznie. Po chwili rzekł:

– Jutro spotkamy się w starym magazynie na Fabrycznej. Dokładny adres jest w 

dokumentach. Panowie przyniesiecie zdobycze, a ja walizkę z gotówką.

To mówiąc, odwrócił się i odszedł. Chcieli jeszcze o coś spytać, jednak przybysz 

rozpłynął się w powietrzu po kilku krokach. Niepewni, czy wszystko to nie jest tylko 

pięknym snem jak po zielu, ruszyli za róg. Czarna furgonetka czekała jednak, 

błyszcząc nowiutkim lakierem.

– S4+4n? Co to za rejestracja? – zdziwił się Kolec.

– Unijna, ciemniaku – odparł Karku. – Zagraniczna.

* * *

To miał być dla Janka Micińskiego całkiem zwyczajny wieczór. Żadnych 

dziwoludów, afer, masońskiej mafii czy ufoludków. Po prostu zwykła randka jak u 

każdego normalnego człowieka. Wyłączył telefon, zamknął szczelnie okna w domu, od 

rana nie tknął alkoholu i dla pewności nie przeczytał gazety ani nie oglądał telewizji. 

Wszystko po to, żeby nie wplątać się w żadne szaleństwo tuż przed spotkaniem, na 

którym tak mu zależało.

Dziewczynę poznał w miejskim klubie fanów fantastyki. Witek zaciągnął go tam 

na spotkanie z autorem, którego książki miały „wywracać mózg na lewą stronę”. 

Chętnych na takie wywracanie widocznie nie było wielu, bo w klubowej salce zjawiła 

się ledwie garstka osób. Nie było też Witka, bo jakieś dwie godziny wcześniej 

zadzwonił, że wypadło mu coś ważnego. Janek Miciński jednak nie rozpaczał. 

Pochłonęło go bowiem obserwowanie istnego cudu natury, który przycupnął trzy 

rzędy dalej, ściskając notatnik w drobnych, białych dłoniach.

Ów cud odznaczał się burzą czarnych loczków, lekko zadartym nosem i okrągłą 

twarzyczką z wielkimi oczami. Słuchając, przekrzywiał głowę w sposób, który chwycił 

Micińskiego za serce tak mocno, jak wykidajło chwyta natrętnego klienta za jaja.

Przez całe spotkanie autor gadał i gadał, ale Janek nie usłyszał ani słowa. 

Natomiast zaraz po imprezie podszedł do dziewczyny i o coś spytał. Sam nie wiedział 

o co, ale musiała to być jakaś kompletna bzdura, bo czarnowłosa uśmiechnęła się 

lekko. Mimo to postanowił nie tracić szansy. Wiedział co nieco o fantastyce z gawęd 

Witka przy piwie. Zdołał więc nawiązać na tyle składną rozmowę, że dziewczyna dała 

się wciągnąć w dyskusję o ulubionych autorach. Odprowadził ją do tramwaju, a potem 

background image

z sercem na ramieniu zaproponował spotkanie w swojej ulubionej chińskiej herbaciarni.

Zgodziła się. Na imię miała Anna Yulthe, co powinno już wtedy wzbudzić 

podejrzenia Janka. Tyle że jakoś nie wzbudziło.

Teraz właśnie wychodził z bramy, rozglądając się uważnie. Był gotów pierzchnąć 

natychmiast, gdyby zobaczył starego znajomego – dziwoluda z zafrasowaną miną, 

listonosza czy prawnika, który ściska pod pachą teczkę ze sprawą spadkową. Na 

szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Miciński zaczął mieć nadzieję, że tym razem 

nienormiastność nie popsuje mu planów.

Do herbaciarni dotarł w wyśmienitym nastroju, który polepszył się jeszcze, gdy w 

rogu przytulnego wnętrza wypatrzył dziewczynę. W kwiecistej sukience, z kilkoma 

rzędami koralików oplatających szyję wyglądała jeszcze niezwykłej niż poprzedniego 

dnia.

Długo rozmawiali o niczym. Janek dosłownie pożerał ją wzrokiem, a i ona 

zdawała się zainteresowana. Przynajmniej jeśli dobrze zinterpretował uśmiechy oraz 

powłóczyste spojrzenia.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby na parapecie pobliskiego okna nagle nie 

wylądował kruk.

„O nie! – pomyślał Janek. – Nie teraz!”

Ptak tymczasem począł dziobać szybę oraz walić w nią skrzydłami. Szybko 

zwrócił na siebie uwagę wszystkich gości herbaciarni. Z wyjątkiem Janka. Ten patrzył 

na Annę jakby nigdy nic.

– Widzisz to? – spytała, wskazując ptaka.

– Tak, tak. O czym to rozmawialiśmy?

– Myślisz, że coś mu się stało? – dziewczyna nie chciała zmienić tematu.

– To pewnie szalony gołąb. Słyszałaś, że ostatnio wiele się pochorowało? Jakaś 

ptasia zaraza czy coś. A teraz powiedz mi...

– Nie wygląda na gołębia. To raczej... kruk? Miciński wzruszył ramionami. Chwilę 

potem zmienili miejsce, bo stwierdził, że jego krzesło się chwieje. Usadził Annę 

plecami do okna, a sam starał się omijać je wzrokiem.

Ptak jednak się nie poddał. Po dłuższej chwili ktoś wyszedł go przegonić, a kruk, 

dostrzegłszy okazję, wpadł do środka przez uchylone drzwi.

– Janek! – krzyknął, krążąc wokół lampy, choć właścicielka herbaciarni już ruszyła 

w jego stronę ze zwiniętą gazetą. – Janek! Ratuj!

Jeszcze nigdy Miciński nie przeklinał w myślach swojego daru tak zaciekle. 

Podczas gdy pozostali goście herbaciarni słyszeli tylko niezrozumiałe krakanie, on – 

chcąc nie chcąc – rozumiał każde słowo.

– Musisz pomóc! Ukradli Grana! Jeśli nic nie zrobimy, wywiozą go z miasta. 

Janek, trzeba...

background image

Nie dokończył, bo rozsierdzona kobieta zdzieliła go po karku, a potem pognała za 

drzwi.

Miciński przygryzł wargę. Anna patrzyła na niego z uprzejmym zainteresowaniem.

– Coś się stało, Janek?

– Wiesz, w sumie to... Muszę iść. Mam coś bardzo pilnego do zrobienia.

Jej brwi ściągnęły się, nie wróżąc nic dobrego.

– Ale sam zaproponowałeś ten wieczór. Mówiłeś, że ci pasuje.

– Słuchaj, okropnie przepraszam. Naprawdę bardzo mi przykro. Chciałem, żeby 

wszystko było dzisiaj super, ale zapomniałem o czymś ważnym.

– To chociaż powiedz, o co chodzi!

– Nie mogę. Przykra rodzinna sprawa. Było mi bardzo miło. Zadzwonię do ciebie. 

Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję się spotkać.

– Ale...

– Muszę lecieć. Cześć.

Zerwał się od stołu i pośpiesznie wyszedł na zewnątrz. Wolał nie odwracać głowy 

i nie patrzeć na minę dziewczyny. Wiedział, że wtedy mógłby się rozmyślić.

* * *

Całe szczęście, że złodziei widział Mux – inny gargulec. Był co prawda jeszcze 

wolniejszy od Grana, ale po półgodzinie cierpliwego słuchania (a także marznięcia na 

dachu katedry) Rrax i Janek mieli dokładny opis samochodu przestępców. Kruk zaraz 

wzbił się w powietrze i choć o tej porze na ulicach nie było wielu aut, długo krążył nad 

miastem, wspomagając wzrok magią, nim w końcu wypatrzył cel. Lecąc tuż nad 

dachem furgonetki, wypowiedział proste zaklęcie śledzące. Potem wrócił po Janka i 

razem ruszyli za wozem, który zostawiał teraz na planie astralnym ślad tak wielki jak 

atomowy lodołamacz w lodach Arktyki.

Dopadli go, gdy zaparkował przed rzędem pięknie odnowionych kamienic w 

ś

ródmieściu.

– Myślisz, że to ich kryjówka? – spytał kruk.

– Raczej następny cel – odparł Janek, widząc, jak z auta wychodzi trójka 

zamaskowanych mężczyzn. – W tych domach są całopiętrowe apartamenty. Pewnie 

znajdzie się tam sporo cennych rzeczy.

– A więc nie tylko Grana szukali?

– Nie. Pewnie mają listę. Słyszałem już o dwóch czy trzech podobnych 

przypadkach. Kolekcjonerzy z Zachodu zamawiają u lokalnej mafii dzieła sztuki, bo u 

nas są słabo chronione.

– I wpisali na tę listę Grana? – zdziwił się Rrax. – Ten kolekcjoner musiał być 

naprawdę dziwny...

background image

Tymczasem mężczyźni stanęli pod drzwiami kamienicy. Jeden wyciągnął z plecaka 

przedmiot w kształcie krążka do hokeja.

– Myślisz, że zdołamy jakoś ich wymanewrować? Dostać się do auta? – spytał 

kruk.

– Chyba...

Janek przerwał, nie wierząc własnym oczom. Pod dotknięciem okrągłego 

przedmiotu część ściany stała się nagle półprzezroczysta. Dwóch mężczyzn przeszło 

przez nią jak przez powietrze. Trzeci został pilnować samochodu.

– Chyba nie – dokończył Miciński.

Kruk aż poszarzał ze złości.

– To magia! Widziałeś? Używali magii! I to potężnej! Kto mógł... Takim 

powsinogom, takim rzezimieszkom!

– Nieważne, Rrax – westchnął Janek. – Jeśli mają tak silne wsparcie, to są z 

wyższej ligi niż my. Obawiam się, że możemy liczyć tylko na cud.

* * *

Młodszy podurzędnik Referatu Osobowego Wydziału Strefy zasypiał nad 

papierami. Po kilkunastu godzinach nieprzerwanej pracy czuł się, jakby stoczył bitwę 

ze wszystkimi hordami piekieł. Skrzydła mu zdrętwiały, tyłek bolał. Tymczasem sterty 

papierzysk rosły i rosły, aż w końcu półprzytomny anioł pomyślał, że zaraz zwalą się i 

pogrzebią go w grobowcu raportów, skarg i wniosków. Jakby dla potwierdzenia tej 

obawy stosiki kartek zaczęły dygotać. Podobnie jak całe biurko.

Anioł wychylił się zza niego i spojrzał na Eliniusza, który właśnie szedł ku niemu 

ociężałym krokiem. Ostatnio utył jeszcze bardziej. Widać kierownicza dieta dobrze mu 

służyła.

– Dawidzie, mamy tu raport z sekcji wywiadu – rzekł, rzucając na stół małą 

kopertę.

Anioł udał, że słucha z najwyższym zainteresowaniem.

– Piekielni zlecili ponoć kradzież dzieł sztuki na niezwykłą skalę. Bezczelność!

Dawid wzruszył ramionami. Przyzwyczaił się już, że ci z dołu traktują Strefę jak 

plac zabaw czy sklep z darmowymi pamiątkami. Dla odmiany Niebianie widzieli w niej 

przede wszystkim problem logistyczny. Jakby nie dość było kłopotu z tysiącami dusz, 

które co dzień przybywały do raju, to jeszcze świeciła im w oczy groza doktryny o 

powszechnym zbawieniu. Gdyby papież w końcu ją zatwierdził...

Niebiański urzędnik wzdrygnął się na samą myśl. Wiedział, że w tej chwili najlepsi 

agenci pracują w Watykanie, by powstrzymać tę katastrofę, jednak zagrożenie zawsze 

pozostawało.

– Dawidzie, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

background image

– Tak, Eliniuszu, słyszałem. Piekielni zamierzają coś podprowadzić ze Strefy.

– Trzeba działać! Wyślij tam zaraz jakiegoś agenta. Musimy im przeszkodzić!

– Nie ma agentów.

– Co?

– To, co powiedziałem. Wszyscy są niedostępni. Wczoraj wyszła nowa 

interpretacja Pionu Pracy w sprawie personelu liniowego. Okazało się, że do czasu 

akcji mamy też zaliczać briefingi oraz przygotowania. Wyszło, że każdy z naszych 

ludzi wyrobił setki nadgodzin i musi iść na urlop. Kadry puściły do domu całe trzecie 

skrzydło.

– Niemożliwe! A Gabriel? W końcu pracuje dla innego działu!

– Urlop. Tam też dostali wolne.

– Uwabiel?

– Na chorobowym.

– Parmiel?

– Służbowy wyjazd.

– Tamiel?

– Urlop.

– Siamiel?

– Też urlop.

Twarz Eliniusza nabrała głębokiego odcienia purpury.

– Do diabła, znajdź mi kogoś! To twoja cholerna praca.

– Technicznie rzecz biorąc... nie.

– Jak to?

– Misje planuje Lewatywiusz. Tyle że ostatnio poszło mu ścięgno Achillesa i...

Eliniusz począł krążyć wokół biurka jak rozwścieczony dzik.

– To poważna sprawa! To bardzo poważna sprawa! Dostaliśmy przydział, a sekcja 

nie potrafi go wypełnić. Ty wiesz, co to jest, Dawidzie? Niekompetencja! Gorzej 

nawet! To nieprzygotowanie! Jeśli każdy...

Dawid postanowił nie marnować czasu i w trakcie tyrady kierownika zabrał się do 

wypełniania kolejnych formularzy. Gdy skończył trzy, spostrzegł, że monolog powoli 

zbliża się do końca.

– ...Teraz rozumiesz? Idzie o odpowiedzialność! O wyższe dobro. Masz zaraz 

wymyślić jakieś rozwiązanie. To rozkaz!

Młodszy urzędnik posłusznie zaczął myśleć, a później odparł:

– Po prostu wywalmy ten raport.

– Co masz na myśli? – w głosie Eliniusza brzmiało oburzenie zmieszane z 

niedowierzaniem.

– Wyrzućmy tę cholerną kartkę do śmieci. Nie było żadnego pisma. I tak nikt tego 

background image

nie sprawdzi. A nawet jeśli, to powiemy, że nigdy do nas nie dotarło.

– Ale... To niemoralne! Naganne i sprzeczne z regulaminem!

Dawid wzruszył ramionami.

– Wiesz, co by było, Eliniuszu, gdybyśmy zawsze postępowali zgodnie z prawem? 

Niebo dawno utonęłoby w powodzi papierków. I tak agent nie ma już szans dotrzeć 

tam na czas. Piekielni wykazują w podobnych akcjach daleko posuniętą sprawność.

Kierownik chwilę się wahał, trzymając pismo nad koszem. Zmarszczki na jego 

tłustym obliczu zmieniały konfiguracje, mnożąc dwukrotnie liczbę policzków i 

podbródków. W końcu wyrzucił kartkę, choć minę miał jak ktoś, kto przypadkiem 

spuścił w toalecie ulubionego chomika.

Stał długo nad koszem, kołysząc się na krótkich, pałąkowatych nogach.

– Nie dręczy cię, Dawidzie, że właśnie pozwoliliśmy, by niewinni Ziemianie zostali 

złupieni przez Piekielnych?

– Ziemianie? Oni tylko ślęczą na klęcznikach i czekają na cud – odparł młodszy 

anioł, skrobiąc coś w tabeli. – Niech sami zajmą się własnymi problemami.

* * *

Dwóch złodziei wciąż jeszcze buszowało po mieszkaniu. Trzeci tymczasem 

wyciągnął z samochodu listę i teraz studiował ją uważnie, wodząc palcem po literach.

– To może być coś ciekawego – szepnął Rrax. – Polecę sprawdzić.

Nim Janek zdążył zaprotestować, kruk zerwał się do lotu. Wylądował na dachu 

furgonetki i spojrzał złodziejowi przez ramię. Chwilę potem był już przy Micińskim 

wyraźnie rozbawiony.

– I co? – Janek pękał z ciekawości. – Co tam było?

– Jak podejrzewałeś, lista przedmiotów, które chcą ukraść.

– To z czego tak się cieszysz?

– Bo ta lista, drogi Janku, utwierdziła mnie w przekonaniu, że nic nie musimy 

robić.

– Że co? – zdziwił się Miciński.

– Tym razem możemy obserwować spokojnie rozwój sytuacji. Jest spora szansa, 

ż

e wszystko potoczy się po naszej myśli. – Kruk spokojnie poprawił sobie odstające 

pióro.

– Zupełnie nie rozumiem. Mów jaśniej, Rrax!

– Następna na liście jest jakaś ikona z Muzeum Narodowego. Ci durnie myślą, że 

uda im się okraść kustosza Skrzypczaka.

* * *

Pozieleniała, nadgniła dłoń wysunęła się do przodu. Zżółkłe paznokcie odbiły 

background image

ś

wiatło świec. Palce chwilę przebierały w powietrzu jak odnóża pająka, a potem 

opadły na białą głowę królowej.

Utopiec przesunął figurę po szachownicy, a potem rzekł:

– Szach, panie kustoszu.

Skrzypczak poprawił okulary i zaczął przeczesywać brodę. Długo myślał, podczas 

gdy wielki dziewiętnastowieczny zegar za jego plecami odliczał sekundy metalicznym 

klikaniem.

W końcu podjął decyzję. Zasłonił króla swoją wieżą, stawiając ją na polu 

bronionym z kolei przez skoczka.

Ż

ywy trup uśmiechnął się z satysfakcją. Potem przestawił o jedno pole gońca po 

drugiej stronie planszy.

– Szach i mat.

– Ażebyś sczezł! – mruknął Skrzypczak.

– Czarny humor, panie kustoszu?

– Jak ty...

Wtem coś zastukało w szybę. Skrzypczak poderwał się gwałtownie. Dopiero po 

chwili zdał sobie sprawę, że strach przed duchami jest absurdalny, kiedy siedzi się w 

towarzystwie umrzyka. Podszedł do okna. Na parapecie świeciła para żółtych, 

paciorkowatych ślepi.

* * *

– To tutaj.

– Jak robimy? Ostrożnie czy na rympał?

– Na rympał. Nie ma co się czaić. Trzeba wlecieć, zwinąć co trzeba i w długą.

– A jak będzie strażnik?

– To oberwie jedną z zabawek tego dziwaka. Pieprzony Dżejms Bond zostawił 

nam całą zbrojownię.

– Poza tym ja żem słyszał, że tam nie ma ochrony. Kasy nie było, to wylali 

stróżów. Jakiś czas temu w gazecie o tym pisali.

– Czytasz gazety?!

– Czasem. Babcia zostawia przy kiblu, to i czytam.

– Dobra, dość tego. Startujemy.

Trzy sylwetki wysiadły z auta i ruszyły w stronę muzeum. Pod drzwiami złodzieje 

się rozejrzeli, ale wokół nie było żywej duszy. Tylko przez pobliski plac przejeżdżały 

co jakiś czas samochody. Pijak śpiewał w parku po drugiej stronie ulicy.

– Do środka!

Urządzenie w kształcie krążka utorowało im drogę przez grube wrota wprost do 

ciemnego holu. Nocą muzeum wyglądało upiornie. Polerowane schody i posadzki 

background image

błyszczały w świetle księżyca, a rzędy dawno umarłych postaci oraz modeli gapiły się 

na przybyszów z każdej ściany, z każdego kąta. Na dodatek wysokie korytarze 

wzmacniały najmniejszy dźwięk kilkakrotnie i zdawało się, że każde stąpnięcie słychać 

w najdalszej części budynku.

– Dokąd tera?

– Na drugie piętro. Ta cała ikona wisi w dziale średno... średnie...

– Średniowiecza, durniu.

Złodzieje weszli po szerokich stopniach. Przed nimi otwarł się długi korytarz. Na 

ś

cianie wisiały obrazy, a daleko z przodu stała samotna rzeźba. Ruszyli, by po kilku 

chwilach zatrzymać się gwałtownie.

Rzeźba drgnęła. Potem zaczęła iść im na spotkanie.

– Co to, kuźwa? Jakiś golum?

– Golem, durniu. Nie, bo za chudy.

– A co ty tam wiesz! Widziałeś jakiegoś?

Gdy postać znalazła się w świetle, które padało z bocznego okna, cała trójka 

krzyknęła jednocześnie:

– O kuźwa!

– Matko Boska!

– Co to, Ciuma?!

Mieli przed sobą lekko rozdętego trupa o pozieleniałym obliczu i wybałuszonych 

oczach. Miejscami schodziła mu skóra, ukazując kremowe, jakby ulepione z wosku 

mięśnie. We włosy umrzyk miał wplecione kawałki wodorostów.

Złodzieje nie mogli wiedzieć, że oto spotkali nieoficjalną ochronę gmachu. 

Utopiec, który zwał się po prostu Zielony, pracował u kustosza od paru dobrych lat, 

odkąd kolejne cięcia budżetu zmusiły placówkę do pozbycia się strażników. Z 

początku Skrzypczak planował poprosić o pomoc Pana Samochodzika, ale ten stary 

dziwak ostatnio całymi tygodniami leżał pod swoim pordzewiałym gratem i nie miał na 

nic czasu. Na szczęście kustosz, którego pasją było badanie dziwoludów, zorientował 

się, że w płytkim bajorku tuż przy muzeum żyje (jeśli to odpowiednie słowo) 

autentyczny utopiec. Wkrótce Skrzypczak złożył mu ofertę pracy. Zorientował się 

bowiem, że umarlak to idealny strażnik: nigdy nie śpi, nie je, a sam nic nie ukradnie – 

pieniądze mu przecież niepotrzebne. W zamian za usługi Zielony mógł cieszyć się 

ludzkim towarzystwem, miał też zawsze świeży zapas puzzli oraz gier planszowych i 

logicznych, które wprost uwielbiał. No i mógł wreszcie zamienić bajoro, gdzie co 

chwila ktoś wrzucał śmieci, na miłą, zalaną wodą z dziurawych rur piwniczkę w 

podziemiach muzeum. Ten dobry układ trwał latami, choć naturalnie wiedziała o nim 

ledwie garstka istot.

Z pewnością złodzieje nie spodziewali się takiego spotkania. Na widok ożywieńca 

background image

wpadli w panikę. Dopiero po chwili najodważniejszy, albo najgłupszy z nich, 

wyciągnął zza pazuchy małą kościaną rękojeść. Gdy nacisnął na niej ukryty przycisk, 

rozwinęła się w szpadę o dziwnym zielonkawym poblasku.

– Stój, kuźwa! – krzyknął.

Utopiec nawet się nie zawahał. Szedł pewnie w jego stronę. Gdy był tuż obok, 

złodziej w desperackim odruchu dźgnął go ostrzem.

– Elegancka broń na bardziej cywilizowane czasy – stwierdził trup, obserwując 

szpadę wbitą w pierś. – Magiczna, bardzo zabójcza. Każdego człowieka powaliłaby po 

lekkim draśnięciu. Macie jednak problem. Ja nie żyję od dobrych piętnastu lat.

Włamywacze cofnęli się całkiem bladzi. Ożywieniec wyszarpnął ostrze. Odrzucił je 

w kąt, ryknął wniebogłosy, po czym ruszył do ataku. Strach przestał już paraliżować 

złodziei, nadał im za to niespotykaną prędkość. Uciekli jakby ścigani przez samego 

diabła. Zielony nie odstąpił ich na krok.

Wkrótce wypadli na zewnątrz i popędzili w stronę auta. Potwór wciąż trzymał się 

tuż za nimi. Gdy dotarli do drzwi, któryś z chłopaków wyciągnął kluczyki. Próbował 

wsadzić je do zamka dłonią trzęsącą się jak u epileptyka podczas napadu. Gdy 

spostrzegł, że bestia dobiega, rozczapierzając ramiona, pisnął cienko, po czym dał w 

długą. Reszta poszła w jego ślady.

Po minucie z muzeum wyszli Janek i kustosz. Trup wyszczerzył się, machając im 

ręką.

* * *

Ania zadzwoniła do Micińskiego już następnego ranka. Rozczochrany, z oczyma 

podkrążonymi po nieprzespanej nocy uniósł się i chwycił słuchawkę.

– Halo?

– Cześć, Janek. To ja. Anka.

– Słuchaj – zaczął, odruchowo przygładzając czuprynę – jeszcze raz przepraszam. 

To naprawdę miał być wspaniały wieczór, a ja wszystko popsułem. Ale uwierz, nie 

było wyboru. Moja matka...

– Nie musisz udawać, Janek. Wiem, o co chodzi, bo zrozumiałam kruka.

Miciński omal nie udławił się śliną.

– Co?

– Znam dziwoludy. Widuję je – zachichotała. – Między innymi dlatego tak mnie 

wciągnęło w fantastykę.

– Uff... Dzięki Bogu, teraz mnie zrozumiesz. Wiesz, jakie te cholerstwa potrafią 

być denerwujące? Chciałem mieć jeden całkiem zwyczajny wieczór, a i tak nie dały mi 

ż

yć. Przepraszam cię, że tak się wszystko potoczyło. To przez nie.

Poczuł, jak ponownie wzbiera w nim złość.

background image

– Nienawidzę ich czasem – wyznał, zastanawiając się, co pomyślałby o ich 

rozmowie psychiatra. – Żeby te wszystkie magiczne kruki, bazyliszki, anteny i inne 

dziadostwo po prostu wzięła cholera! Żeby mnie w końcu zostawiły w spokoju te 

przeklęte potworki. Ostatnio mam serdecznie i całkowicie dość dziwoludów.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Chwilę potem Janek usłyszał, że 

dziewczyna pochlipuje.

– Proszę, Aniu. Ja naprawdę nie chciałem psuć tego wieczoru. Ale zrozum, 

przyjaciel...

– Nie ooo to choooodzi!

– A o co?

– Bo... Bo ja je...estem pół...rusaaałką. Poo ma...aamusi – wybeczała.

„Ale wpadka – przeraził się Miciński. – Gorzej niż z Kachą Stelkowską”.

– Jesteś... dziwoludem? Słuchaj, ja tylko tak... Ja nie miałem tego na myśli. 

Wkurzony byłem i tyle! Nie mam nic do dziwoludów. Anka? Anka!

W odpowiedzi usłyszał tylko kolejny wybuch szlochu i trzask odkładanej 

słuchawki.

* * *

Ciuma, Kolec i Karku zamierzali z początku zaszyć się gdzieś na kilka dni i 

przeczekać aferę. Zdali sobie jednak sprawę, że człowiek, który stworzył urządzenie 

do przechodzenia przez ściany i potrafił rozpływać się w powietrzu jak kamfora, 

pewnie zdoła ich wytropić. Dobrze chociaż, że nad ranem znaleźli samochód 

porzucony z boku katedry. Zebrali więc w sobie tyle odwagi, by następnego wieczoru 

przyjść pod wskazany adres i porozmawiać ze zleceniodawcą.

Mężczyzna czekał już na nich, siedząc na złoconym krześle, które było jedynym 

meblem w ogromnej betonowej hali. Światło latarni skrzyło się na odłamkach szkła, 

które zaścielały podłogę.

– Podejdźcie, panowie – rzekł, kręcąc w lewej dłoni laską. – Gdzie moje 

eksponaty?

– My...

– My zgubiliśmy...

– Zamknij ryj, Ciuma! Ja będę mówił – warknął Karku. – Panie szefie, to była 

naprawdę ciężka robota. W tym cholernym muzeum, tym od ikony, grasował jakiś 

upiór. Próbowałżem go nawet załatwić tą dziwuśną kosą, ale on, wyobraź se szefie, 

był już wcześniej martwy!

Pozostali dwaj przytaknęli gorliwie.

– A gdzie reszta przedmiotów?

– No, jak ten sztywniak nas zaczął gonić, tośmy dali nogę. Wtedy jakieś sukinsyny 

background image

zwędziły nam brykie. Jak żeśmy ją znaleźli, to bagażnik był całkiem wyczyszczony.

– Czyli zgubiliście drogi sprzęt i wszystkie zdobycze?

– Słuchaj, szefie, nie denerwuj się. Bywa. Niebezpieczny zawód.

– Milczeć! – ryknął mężczyzna.

Powietrze wokół niego aż zafalowało. Oczy rozjarzyły mu się dziwnym blaskiem. 

Po chwili jednak odetchnął głębiej, uspokoił się i rzekł:

– Trudno, panowie. Rozsądny człowiek nie będzie płakał nad rozlanym mlekiem. 

Lepszy wróbel w garści et cetera, et cetera.

– Co... co to znaczy? – spytał ze strachem Ciuma, dla którego łacina brzmiała jak 

obcojęzyczne przekleństwo albo gorzej: groźne zaklęcie.

– Och, zaraz wytłumaczę! Ale proszę, żeby przesunęli się panowie trzy kroki w 

lewo, o tam, w stronę światła. Chciałbym dokładnie widzieć panów twarze.

Trójka zakapiorów posłusznie potruchtała w bok.

– Ooo! A co to za płótno? – spytał Kolec, wskazując wielką sztalugę dokładnie za 

swoimi plecami.

Mężczyzna nic nie odpowiedział, no chyba że za odpowiedź miał wystarczyć jego 

złowieszczy uśmiech. Gdy wstał, złodziejom zdawało się, że jest teraz dwa razy 

wyższy. Co gorsza, znów zaczął mamrotać jakieś obco brzmiące wyrazy. W powietrzu 

rozległy się dziwne trzaski.

– Chodu! – pisnął Ciuma.

Lecz nim zdążyli się ruszyć, wszystko eksplodowało czerwonym światłem.

* * *

Kalcyfer co prawda zapowiedział, że przyjdzie z towarzyską wizytą, ale Porfirion 

nie dał się nabrać. Wiedział, że prawda wygląda inaczej.

Wysocy rangą urzędnicy piekielnej administracji mieli wspólne zainteresowania. 

Takie, które w Siódmym Kręgu uchodziły za rozrywkę elit – operę, wino oraz 

ziemskie dzieła sztuki. Do Kalcyfera musiały dotrzeć plotki o krótkim wypadzie 

Porfiriona, więc pewnie przylazł sprawdzić, czy Honorowy Chorąży Diabelskich 

Zastępów nie nabył czegoś, co przyćmiłoby jego własną kolekcję.

– Słyszałem, że ostatnio wpadłeś do Strefy – rzucił, rozglądając się po wielkim 

gabinecie.

– Takie małe wakacje. Dawno nie brałem urlopu, więc dział przepustek nie 

protestował, gdy poprosiłem o dzień na powierzchni.

– Jak polowanie? Udało się?

Porfirion zmarszczył czoło.

– Nieszczególnie. Wybrałem chyba nieodpowiednie miejsce. Ale nie mogę 

narzekać. Przywiozłem jeden ciekawy eksponat. O tam, nad kominkiem.

background image

Kalcyfer dopiero teraz spostrzegł pokaźnych rozmiarów płótno w złoconej ramie. 

Zbliżył się i zlustrował je uważnie.

– Co to za obraz? – spytał. – Nie przypominam sobie z żadnego katalogu, a 

wygląda... bardzo naturalistycznie. Jest taki przepełniony emocją. Zdaje się aż drżeć od 

uchwyconego napięcia! Jak się nazywa?

– „Trzech przerażonych durniów”.

background image

Horror na 13. Piętrze

Dzień był tak gorący, że masa bitumiczna na dachu bloku nabrała konsystencji 

kisielu. Jeśli kogoś nie wypędziło stąd słońce ani lepka czarna papka, w której 

zapadały się nogi, musiały to zrobić cuchnące opary asfaltu. Tylko prawdziwy wariat 

chciałby spędzić tu więcej niż pięć minut.

Znalazła się jednak osoba, której te warunki były obojętne – gruby jegomość w 

rybackiej kamizelce i korkowym kapeluszu. Kucnął na samej krawędzi dachu, 

opierając łokcie o niziutki murek (stworzony zapewne z myślą o zdrowiu psychicznym 

kominiarzy i monterów telewizji satelitarnej).

Wielka lornetka, którą mężczyzna lustrował osiedle, oraz przewieszona przez 

ramię strzelba na słonie sprawiały, że wyglądał, jakby przed chwilą przeniósł się tu z 

afrykańskiego buszu. Tyle że zamiast lustrować osiedlowe krzaki w poszukiwaniu lwa, 

obserwował uważnie ściany pobliskich bloków upstrzone białymi plamami anten 

satelitarnych.

Mężczyzna otarł pot z czerwonego czoła. Potem wrócił do bazgrania czegoś w 

swoim notatniku.

– Źle, bardzo źle! – wymamrotał.

Znów podniósł lornetkę do oczu i patrzył długo, bardzo długo – jakby chciał się 

upewnić, czy nie popełnił błędu. Niestety, notatki nie kłamały. Życie mieszkańców 

miasta było w wielkim niebezpieczeństwie.

– To mój dzień, tatku – powiedział grubas, chwytając za strzelbę. – Nie zawiodę 

cię.

* * *

Do Winpolu niełatwo było dotrzeć. Zaraz za zjazdem z głównej drogi zaczynał się 

labirynt małych i mniejszych firm. Hurtownie jajek, składy budowlane, warsztaty 

wyrastały niemal jedne na drugich, przetykane od czasu do czasu jakąś zrujnowaną 

halą pofabryczną. Rafał Witkowski błąkał się długą chwilę, nim uczynny bezzębny 

magazynier ze składu rur wskazał mu właściwą drogę.

Hurtownię win otaczał wysoki mur ze spiralą drutu kolczastego na szczycie. 

background image

Brama z pordzewiałej blachy była szczelnie zamknięta. Zwykłego przechodnia 

mogłyby zdziwić takie środki ostrożności w zwykłym składzie alkoholu – i to raczej 

taniego. Witkowskiego nie dziwiły. Wiedział bowiem, jakie budzące grozę procedery 

mogą tam mieć miejsce.

Stał pod bramą i tłukł w nią cierpliwie dobre parę minut, aż po drugiej stronie 

szczęknęła kłódka. Ciężkie skrzydło uchyliło się, ukazując postać znajomego.

– Czołem, Janek – powiedział ten z uśmiechem, ściskając rękę Micińskiemu. – A 

to niespodzianka!

Nie widzieli się od pól roku, bo każdy tonął w zaległych sprawach. Z braku czasu 

na wizyty wiedzieli o swoich poczynaniach jedynie od Rraksa i Zhmfa.

Na pierwszy rzut oka zdawało się, że nie mogą mieć ze sobą wiele wspólnego. Z 

jednej strony wieczny student, z drugiej młody dziennikarz z aspiracjami. Janek był 

wysoki i ciemnowłosy, pewny siebie na sposób podwórkowych rozrabiaków. Witek 

zdawał się jego przeciwieństwem: niski szatyn w okularach, cichy i spokojny.

Jeśli cokolwiek ich łączyło, to osobliwa trudność z odnalezieniem się w 

rzeczywistości miasta. Janek trzykrotnie zmieniał kierunki studiów, za każdym coraz 

mocniej przeczuwając, że w końcu nie skończy żadnego. Pracował w kilkunastu 

miejscach i zawodach, nigdzie nie pozostając dłużej niż parę miesięcy. Witek marzył o 

pracy w prasie, ale zlecenia, jakie dostawał, były coraz bardziej groteskowe i 

nieprawdopodobne. Obu ledwo starczało pieniędzy na skromne życie, obaj nie mieli 

bliższej rodziny, a przyjaciele się ich nie trzymali.

Może taki już był los niezorganizowanych marzycieli, a może przez obcowanie z 

dziwoludami sami stali się częścią nienormiastności: nie ludzie i nie bajkowe stwory, 

coś rozpiętego między jednym a drugim, skazani na wplątywanie się w osobliwe 

historie, które co dzień miały miejsce we Wrocławiu, a mimo to były niezauważone 

przez zwykłych mieszkańców. Nic dziwnego, że szybko się zaprzyjaźnili.

– Wskakuj, stary byku. Trzeba zamknąć bramę. – Janek wciągnął Witka do 

ś

rodka.

Gdy znaleźli się na zakurzonym podwórku, dziennikarz wskazał głową pobliski 

magazyn z szyldem Winpolu.

– I co tam porabiasz? Bronicie tej hurtowni jak twierdzy...

– A co? Gryzie ciekawość?

– A co? Masz tam coś, czego wstydzisz się przed prasą?

– Jestem teraz kierownikiem – odparł ze śmiechem Miciński. – Kieruję zespołem 

twoich starych znajomych.

Witek zmarszczył czoło. Jednak w tej samej chwili, jakby w odpowiedzi, z 

ciemnego wnętrza magazynu dobiegł krzyk:

– Nie tak, Śtokrotka! Ty tempy fajfusie! Ty nawet lać nie umisz prośto!

background image

– Gorzałek Opiłek? – zdziwił się Witkowski.

– A i owszem. On i cała banda dostali tu angaż. Mnie zaś skapnęła podwyżka i 

stanowisko kierownicze. Wszystko w nagrodę za innowacje w dziedzinie produkcji.

– Chcesz mi powiedzieć, że...?

– Tak. Krasnale zamiast do mleka sikają teraz do wina.

Dziennikarz skrzywił się z obrzydzeniem.

– Ale... Po co?

– Widzisz, ich mocz to doskonały konserwant! Subtelna mieszanina siarki i 

różnych kwasów nadaje trunkowi pożądaną długowieczność. No i charakterystyczny 

siarkowy bukiet, do którego tak przyzwyczajeni są nasi klienci. Oczywiście mam 

nadzieję, że nikomu o tym nie wspomnisz.

– No co ty?! Na mnie możesz liczyć – odparł Witek, choć minę miał ciągle nietęgą.

Zaraz też zmienił temat: – Jak tam Anna? Widzę, że wzięła się za ciebie ostro? Po 

twarzy widać, że już tyle nie pijesz.

Miciński wzruszył tylko ramionami.

– Lepiej powiedz, co u ciebie. Gdzie ostatnio pisujesz?

– I tak nie uwierzysz. – Witkowski machnął ręką.

– Właśnie przed chwilą nadzorowałem trzy skrzaty, które taśmowo odlewały się 

do butelek taniego wina. Mogę uwierzyć we wszystko.

– No dobra... To takie pismo dla leśników. Mały nakład, wszystko z kasy 

ministerstwa. Tylko się nie śmiej, dobra?

Janek skinął głową.

– Nazywa się „Leśne Nowinki”.

Wbrew obietnicy Micińskim targnął niekontrolowany spazm śmiechu. Zaraz potem 

zaczął kaszleć, bo przy okazji udławił się śliną.

– A co tam pisałeś? – spytał, gdy kaszel minął. – Felietony o życiu towarzyskim 

mrówek?

– Nie. Powieść w odcinkach. O gajowym, co łapał kłusowników i przemytników.

Kolejna salwa śmiechu sprawiła, że w budynku obok jeden z krasnali drgnął i 

obsikał bok butelki. Płyn wyżarł na etykietce podłużną pręgę.

– Omskło mi siem, panie majster! – krzyknął do nadzorcy.

– Nie bój nic, lej dalej. My tu od sztuk kulinarnych, a nie plastycznych.

Tymczasem na placyku Janek właśnie się uspokoił.

– Lepiej ci? – zapytał Witek i dodał z wyrzutem w głosie: – Przynajmniej robię coś 

konkretnego, a nie truję ludzi. Teraz może przejdziemy do rzeczy? Chyba że mam 

pójść gdzie indziej!

– Bez obrazy. – Miciński klepnął przyjaciela po plecach. – Nie bierz tego do 

siebie, tylko powiedz, z czym przychodzisz.

background image

– Mam zlecenie. To trudna sprawa, ale dobrze płatna, więc tak sobie pomyślałem, 

ż

e może chciałbyś ją wziąć.

– Chodzi o dziwoluda?

– Nie mam pojęcia. Dzieciak znajomego znajomych nie sypia po nocy i ciągle ma 

koszmary. Nie je, opuścił się w nauce, stał się złośliwy, no, generalnie zmarniał. Jak 

lekarz nic nie pomógł, to pomyśleli, że to opętanie albo czary. Wezwali więc 

egzorcystę ze wsi. Przyjechał jakiś dziad w gumofilcach i kufai, Jakub jakiśtam. 

Siedział całą noc w pokoju u dzieciaka i nic się nie stało. Nad ranem powiedział, że 

czarów w tym nie ma, a mały to po prostu rozpuszczona cholera i trzeba go lać pasem 

przez gołą dupę. Tyle że mógł coś przeoczyć, bo całą noc tankował bimber z brukwi, a 

rano ledwie się trzymał na nogach.

– I co? Spróbowali?

– Z czym?

– Z pasem. Zadziałało?

– Jakby zadziałało, toby mnie tu nie było. Mówię ci, Janek, to nie z dzieckiem jest 

problem. Chłopak, owszem, trochę rozpieszczony, ale nie bardziej niż reszta 

dzisiejszych bachorów. Tu chodzi o co innego. Dlatego poleciłem znajomym ciebie. 

Wchodzisz w to?

Miciński spojrzał w stronę ciemnego wnętrza hurtowni, skąd dobiegł właśnie 

podniesiony głos:

– Dawaj no tu drugom flaszkie, Bidronek. No sybciej, no! Dłużej nie strzymam, bo 

mię rozerwie!

– Wchodzę – odparł Janek. – Jak widzisz, nie mam nic ciekawego do roboty.

* * *

Pół godziny potem byli już w tramwaju jadącym w stronę jednego z osiedli, które 

obrastały miasto ze wszystkich stron jak napastliwy betonowy grzyb. Wysiadłszy na 

pętli, chwilę rozglądali się niepewnie. Domy były prawie identyczne, a tabliczki z 

nazwami ulic pozrywano. Witek musiał zadzwonić do znajomych, żeby wspomogli go 

dokładnym opisem drogi.

Wkrótce obaj zmierzali już we właściwą stronę. Mijali właśnie osiedlowy sklep, 

gdy Miciński nagle przystanął.

– Czekaj! Daj mi sekundę.

– A co?

– Od rana nie jadłem, muszę coś przekąsić. Wyszedł po paru minutach z butelką 

soku, bułką i jakimś małym opakowaniem.

– Co to? – zapytał Witek.

– Ciasteczko z wróżbą.

background image

– Chyba żartujesz!

– A skąd! Widziałem na własne oczy wiedźmy, bazyliszki, a nawet smoka. Czemu 

miałbym nie wierzyć w proste wróżby?

Ruszyli dalej. Janek szybko pochłonął swój obiad, a gdy nadeszła pora na 

ciasteczko z przepowiednią, przełamał je ruchem pełnym namaszczenia.

– I co? – spytał zaciekawiony Witek.

– „Dzisiaj spotka cię coś nieprawdopodobnego”.

– Marna ta przepowiednia – roześmiał się dziennikarz. – Takie rzeczy to ty masz 

na co dzień.

Miciński wzruszył tylko ramionami i wyrzucił karteczkę. Stali już pod właściwym 

blokiem. Wszystko tu było rozklekotane, począwszy od poręczy przy schodach, a 

kończąc na windzie. Połowę żarówek stłuczono. Jednak w przeciwieństwie do starych, 

trzeszczących domów klatka bloku nie budziła skojarzeń z duchami ani nie 

przyprawiała nieproszonych gości o dreszcze. Jeśli coś się tu czuło, to zdziwienie, jak 

sprawnie lokatorzy potrafili zmienić nowoczesne wnętrze w postindustrialną ruinę 

poznaczoną tu i ówdzie smugami zaschniętego moczu. Gdy wjechali na trzynaste 

piętro, Witek przywitał się ze znajomymi i przedstawił przyjaciela, po czym obaj 

przystąpili do szczegółowych oględzin mieszkania. Dziennikarz używał w tym celu 

lupy, Janek – odrobiny magii detekcyjnej, której uczył go Rrax.

Nie znaleźli jednak żadnych tropów ani astralnych smug w kątach, ani w ogóle nic 

prócz pajęczyny za szafą. Spróbowali więc przesłuchać dzieciaka, ale ten nie miał nic 

do opowiedzenia poza ostatnim odcinkiem „Pokemonów” i tym, jak napluł grubemu 

Lolkowi do plecaka, bo śmierdzą mu nogi. Zrezygnowani wypytali jeszcze 

szczegółowo rodziców – z nie lepszym skutkiem.

Wnioski były konfundujące. Żadnych śladów działalności paranormalnej, nawet 

malutkiego nawiedzenia czy zagubionego uroku. Żadnego potwora w szafie ani w 

rurach, żadnych dziwoludów, nawet tyciego skrzacika. Mieszkanie było wzorowo 

jałowe – prawdziwa ezoteryczna pustynia.

Z trudem kryjąc rozczarowanie, Witek i Janek powlekli się markotnie do windy.

– I tyle widzieliśmy nasze pięć tysięcy – melancholijnie westchnął Witkowski.

– Może jednak ten cały Jakub miał rację? – zastanowił się Miciński. – Może to po 

prostu rozpieszczony bachor, któremu trzeba solidnie zlać tyłek? Wiesz, ADHD i te 

sprawy.

– Możliwe. Choć przeczucie mówiło mi coś zupełnie innego.

Ruszyli w stronę najbliższego przystanku. Nim jednak uszli sto metrów, Janek 

zatrzymał się gwałtownie.

– Hej! Co ci jest? – spytał Witek, widząc, że przyjaciel pozieleniał, jakby łyknął 

właśnie zgniłą ostrygę.

background image

W odpowiedzi palec Micińskiego wskazał boczną ścianę bloku. Ktoś naskrobał 

tam koślawymi literami:

Nie masz nad niego gorszego potwora,

Chyba że biskup albo mantykora.

– Nie rozumiem. Co to za denny dwuwiersz?

– To cytat – szepnął Janek. – Cytat z proroctw wielkiego mędrca Micka 

Słowackiewicza!

– Żartujesz chyba! – Witek wzruszył ramionami, zwłaszcza że jako dziennikarz 

czuł się większym ekspertem od literatury niż jego przyjaciel. – Kto mógł coś takiego 

nabazgrać? Przecież o tym facecie zapomnieli już nawet badacze literackich patologii!

Miciński przyjrzał się napisowi z bliska. Litery wyglądały na nieporadne, zupełnie 

jakby twórca z trudem potrafił utrzymać kredę. Jednak zamaszysty kształt tych 

kulfonów przywodził coś Jankowi na myśl.

– To, co powiem, chyba ci się nie spodoba – powiedział do Witka.

– Wal.

– Sądzę, że to sam Micek.

– Przecież on...

– Wiem – przerwał Janek grobowym tonem. – Słyszałem jednak, że jego duch 

objawia się od czasu do czasu, żeby przestrzec ludzi przed katastrofą czy jakimś 

wiekopomnym zdarzeniem.

– Ale ten cytat przecież nic nie znaczy! Że niby potwór. Ale brakuje 

standardowych elementów każdej wróżby. No wiesz: kto, kiedy, po co i jak!

– Racja – odparł Miciński. – A jednak mamy do czynienia tylko z fragmentem. 

Trzeba zobaczyć resztę tekstu. Chyba przeczucie mnie nie myliło. Ta sprawa może być 

bardzo, bardzo poważna.

* * *

Budynek biblioteki stał niedaleko centrum, górując nad wąską uliczką. Architekt 

zadbał, żeby nikt zbyt chętnie nie wchodził do środka i nie obmacywał paluchami 

księgozbioru – masa czerwonych cegieł przykrytych zaśniedziałą miedzią skutecznie 

odstraszała wszystkich poza studentami. Skrzypiały długopisy, czasem ktoś beknął czy 

wygłosił do dyktafonu fragment urywanego monologu. Jednak to nie owe sale – jasne i 

uczęszczane – były celem Janka oraz Witka. Oni wiedzieli, że poniemiecki budynek 

kryje w sobie wiele tajemnic: zakurzonych korytarzy i pomieszczeń, do których tylko 

co rok czy dwa zaglądał jakiś zgrzybiały profesor (i to z reguły dlatego, że jego 

trącona rydwanem czasu głowa zapomniała drogi do toalety). Składowano tam nikomu

background image

niepotrzebne woluminy, zdezaktualizowane dzieła naukowe, grafomańskie knoty. 

Natomiast najgłębsza i najbardziej zakurzona sala była zarezerwowana dla Działu 

Ź

ródeł Niewiarygodnych.

Założyli go niemieccy twórcy biblioteki. Kierowani właściwym dla swojej nacji 

umiłowaniem porządku zdecydowali, że nawet najbardziej wierutna bzdura, nawet 

opracowanie pozbawione grama prawdy, musi znaleźć swoje miejsce w księgozbiorze. 

Wkrótce półki w podziemiach zapełniły się tworami wszelkiej maści szalonych 

naukowców. Po wojnie, gdy biblioteka trafiła w ręce polskiego uniwersytetu, 

zastanawiano się przelotnie, czy po prostu nie oddać tych śmieci Armii Czerwonej, 

choćby do skręcania papierosów. Dział Źródeł Niewiarygodnych jednak pozostał, a 

nawet zaczął rosnąć, bo okazało się nagle, że wiele dzieł powinno pilnie zniknąć z 

półek. I tak przetrwał do dnia dzisiejszego – w końcu każda siwa profesorska głowa 

od czasu do czasu rodziła nieco karkołomnych bzdur, a te należało trzymać w jakimś 

bezpiecznie odległym, ciemnym i zapomnianym miejscu.

Po krótkim błądzeniu na zapleczu biblioteki Janek z Witkiem wkroczyli przez 

pordzewiałe żelazne drzwi do najbardziej zagraconego pomieszczenia, jakie widzieli w 

ż

yciu. Chwilę stali, patrząc niepewnym wzrokiem na plamy mroku, które rozgościły się

w kątach, za stertami teczek czy masywnymi regałami. Wyglądało to, jakby obawiali 

się kogoś lub czegoś, co mogło trwać tam zaczajone i łakomym wzrokiem 

obserwować przybyszów z zewnętrznego świata.

Powolnym ruchem Witek wyciągnął zza pazuchy torebkę orzeszków. Rozsypał je 

na krawędzi starego biurka. Zaraz coś zaszurało w odległym kącie, a chwilę potem 

ujrzeli władcę tej podziemnej krainy.

Zbliżył się, pomrukując w zadowoleniu. Miał aparycję orangutana – zarośniętą 

twarz, długie ręce, przygarbioną sylwetkę. Dźwięki, które wydawał, także wykazywały 

więcej podobieństw do odgłosów małp niż ludzkiej mowy. Jednak nie było to zwierzę, 

tylko wiekowy bibliotekarz, który przebywając więcej wśród woluminów niż wśród 

ludzi, oduczył się mówić, jeszcze gdy Wrocław nazywano Breslau. A potem 

zwyczajnie zapomniał umrzeć.

Orzeszki szybko znikły zgarnięte kudłatą łapą i bibliotekarz zaczął je pałaszować z 

ogromnym zadowoleniem. Obaj goście milczeli, znając dobrze obowiązującą 

ceremonię. Dopiero gdy włochacz pochłonął niemal połowę daniny, Miciński 

chrząknął.

– Szukamy księgi z proroctwami wielkiego wieszcza Micka Słowackiewicza – 

powiedział.

Bibliotekarz gapił się na nich tępo.

– Proroctwa Słowackiewicza – powtórzył głośniej Witek.

Bez słowa władca księgozbioru obrócił się na pięcie i zniknął w mroku. Zaraz 

background image

dobiegł stamtąd osobliwy rumor. Janek dałby głowę, że to bibliotekarz skacze z regału 

na regał i wspina się po półkach, próbując dotrzeć do jakiejś niedostępnej części 

archiwum.

Wrócił po kilku minutach cały okryty kurzem. Rozległ się głośny huk, gdy gruba 

teczka wylądowała na blacie biurka. Witek otworzył ją i przejrzał szybko kilkadziesiąt 

stron pożółkłego maszynopisu.

– Będziemy tego potrzebować na parę dni. Można wypożyczyć? – spytał Janek.

Włochacz spojrzał na niego zdziwiony, ale potem wzruszył tylko ramionami i z 

potwornym skrzypieniem wysunął szufladę biurka. Podał Micińskiemu pożółkły 

kartelusik, w którym obaj przybysze poznali rewers biblioteczny z dziewiętnastego 

wieku.

– Name... Vorname... Signatur... – wydusił z trudem strażnik księgozbioru, 

szukając pióra i atramentu.

* * *

– Słuchaj tego – zachichotał Witek.

A tedy z piekielnej otchłani wyjdzie

Bestyja straszna, kiej nie masz nigdzie.

Każdego, co zoczy, żywota zbawi.

Oddycha żarem, a kwasem krwawi.

I ściśnie miasto w twardey swey ręce,

Ubieżą rycerze i pocichną mędrce,

Zwony trwogę będą zwonić,

A maszkaron – maszkaronić.

Tedy w noc wielkiey komety jasną

Odważni się zbiorą, gdy inni zasną,

I wylosują piątkę straceńców,

Pogromców diabła, piekielnych żeńców.

Książę żebraków powiedzie tę grupę,

Z wielkiey fuzyji strzeli bestii w d...

Janek jęknął i schował twarz w dłoniach.

– Wystarczy! Dość mnie już pognębiłeś! Przyznaję, miałem głupi pomysł.

Witkowski znów się roześmiał.

– Naprawdę myślałeś, że te banialuki dadzą nam jakąś wskazówkę? – spytał, 

wycierając łzę w kąciku oka.

– Miałem nadzieję. Każdy ma prawo się mylić od czasu do czasu.

background image

– Ooo! Słuchaj tego...

– Wystarczy! – Miciński pełnym desperacji ruchem wyrwał maszynopis z rąk 

przyjaciela.

Mijało właśnie pięć godzin, odkąd siedli w jego mieszkaniu, próbując odszukać w 

proroctwach wskazówkę. Jedyne, co dotąd znaleźli, to kilka tysięcy wersów 

szkaradnego wierszydła.

– Jak ktoś mógł uważać tego gościa za wieszcza? – Witek wzruszył ramionami. – 

Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że to brednie.

– Kilka proroctw się sprawdziło – odparł cicho Janek. – Wiesz, wielka powódź, 

przybycie wiedźmy, choroba szalonych krów.

– To jak z Nostradamusem. Jeśli spłodzisz odpowiednio enigmatyczną bzdurę, 

będzie pasować do wszystkiego. Na przykład... – Witek przerzucił kilka kartek. – O! 

Słuchaj:

Dziecko ucierpi snu niedostatki

Ku zgrozie ojca i rozpaczy matki.

Dwójka rycerzy ruszy więc po księgę,

W której proroctwo opisuje mękę.

Znalazłszy tom w chramie pod małpy wezwaniem,

Siędą pospołu ukuć rozwiązanie...

Miciński aż poderwał się na równe nogi, wybałuszając oczy.

– Niemożliwe – szepnął Witek, który również zdał sobie właśnie sprawę, co czyta.

– Dalej! Dawaj dalej!

Lecz pismo błazna nic nie pomoże.

Trzeba im zady ruszyć co skorzej,

Inaczej dzieciątku wypaczy wnętrze

Horror, co zawisł na trzynastym piętrze.

Co w dzień ma postać białego talerza,

W noc niewiniątka zaciąga do leża.

– A niech mnie pokręci! – krzyknął Janek. – I co teraz powiesz, panie „zdemaskuję

każdy mit”?

Jego przyjaciel nic nie powiedział. Gapił się w kartkę z otwartą gębą.

– No już – potrząsnął nim Miciński. – Nie takie rzeczy widziało się w życiu. 

Trzeba myśleć racjonalnie. Są tu nowe wskazówki. Pomyślmy... „Horror zawisły na 

trzynastym piętrze”, „postać białego talerza”...

background image

– Wiem! – ocknął się Witkowski. – Ojciec dzieciaka wspomniał mi, że ostatnio 

ktoś podmienił mu antenę satelitarną. Miał czarną, a pewnego dnia zobaczył za oknem 

białą. Nie zwróciłem na to uwagi, ale teraz myślę, że...

– To anten! Wszystko na to wskazuje, choć kilka rzeczy wciąż mi nie gra. Anteny 

nie są agresywne wobec ludzi, a już na pewno nie wobec dzieci. To proste 

fotosyntezujące stworzenia. Całe dnie spędzają, grzejąc się na ścianach bloków. 

Zupełnie nie wiem, jak jedno z nich mogło zaszkodzić bachorkowi.

– Bo może to nie prawdziwy anten. Może mają za oknem zmiennokształtnego czy 

inną paskudną bestię. Trzeba się śpieszyć, Janek! Zaraz noc, więc może złapiemy to 

coś na gorącym uczynku.

* * *

Płytnik wiedział, że w nocy mało kto chodzi po osiedlu – a nawet jeśli ktoś się 

trafi, to nie będzie w stanie wyłowić z półmroku małego i zwinnego kształtu 

dziwoluda. Dlatego czekał z wyjściem, aż zapadną kompletne ciemności.

Grubo po zmierzchu stanął u wejścia do swojej norki i podniósł lekko płytę 

chodnikową służącą za przykrycie. Ulica była pusta, więc zaczął powoli wypełzać na 

zewnątrz. W tym momencie usłyszał gdzieś z tyłu łomot buciorów. Wtoczył się do 

nory i przykrył z powrotem, a sekundę później dwaj ludzie przebiegli mu tuż nad 

głową.

Niezadowolony płytnik fuknął i odczekał dłuższą chwilę. Potem, jako że był 

stworzeniem z natury ostrożnym, jeszcze jedną. I jeszcze. W końcu zebrał się na to, by 

znów unieść pokrywę. Nim zdążył wyjść na zewnątrz, zatrzęsła się ziemia. Coś 

nadbiegało z tyłu.

Stworek ledwie zdążył się schować, gdy nad głową przeleciał mu potwór tak 

ciężki, że pył z betonowej płyty obsypał płytnikowi łepek. Gdyby przerażony dziwolud 

wiedział, co to jest słoń, pewnie pomyślałby, że właśnie takie zwierzę przebiegło nad 

jego kryjówką. Nie znając jednak afrykańskiej fauny, wysnuł wniosek znacznie bliższy 

prawdzie: że nad jego głową przemknął bardzo, bardzo gruby człowiek. I że bardzo, 

bardzo się śpieszył.

Zdenerwowany płytnik rzucił w kąt kawałek kredy.

„No nie dadzą porysować!” – pomyślał, prychając i wściekle podskakując.

Podczas gdy jego rodacy ryli norki głęboko pod chodnikami, a solidny tunel był 

szczytem ich marzeń, on wolał – zamiast na brudne podziemia – spoglądać na 

kolorowy świat ponad nimi. Był urodzonym artystą, a może i uczonym. Często unosił 

lekko płytę, żeby przez szczelinę obserwować wielkich ludzi, ich codzienne wędrówki 

i osobliwe wehikuły, którymi się poruszali. Szczególnie fascynowały płytnika ciągi 

znaczków umieszczane przez ludzi niemal na wszystkim – od tablic przy drodze po 

background image

własne ubrania i paczki z jedzeniem. Stworek zagarniał łapczywie każdy skrawek 

materii pokryty symbolami i po wielu miesiącach ich badania nabrał pewności, że owe 

symbole muszą coś znaczyć (choć nie zdradził tego innym płytnikom, które z 

pewnością wyśmiałyby podobnie absurdalną myśl). I zaczął je kopiować na próbę.

Początki były trudne. Dłonie stworka, przystosowane do kopania i chwytania 

drobnych owadów, nie były dostatecznie giętkie. Nie wiedział też, czym ani na czym 

można skutecznie bazgrać. Z pomocą przyszło obserwowanie dzikich ludzi w ich 

naturalnym środowisku. Płytnik zauważył, że ludzkie szczenięta także muszą się 

nauczyć dziwnych szlaczków, a wprawę zdobywają, bazgrząc po ścianach swych 

kamiennych uli. Ów przykład był przełomem dla dalszych badań. Stworek zwędził 

grupie dziewczynek kolorową kredę, po czym przystąpił do pracy. Najpierw kopiował 

znaczki z papierów i kawałków gazet zbieranych nocą po osiedlu. Jednak pewnego 

dnia zdarzył się cud. Późnym wieczorem jakiś przyciężki mężczyzna zatrzymał się 

dokładnie nad norką płytnika, by zawiązać sznurowadło. Stworek zamarł, jak zwykli 

to czynić jego współplemieńcy, by jakimś przypadkowym odgłosem nie zdradzić, że są 

pod spodem – oddzieleni od świata ludzi ledwie kilkoma centymetrami kamienia. Po 

chwili człowiek wstał i ruszył dalej. W tym momencie coś spadło z wysoka, łomocząc 

głucho tuż przed wejściem do norki. Zebrawszy w sobie całą odwagę, płytnik wychylił 

nos na zewnątrz, by spostrzec gruby papierowy przedmiot, który leżał tuż obok. 

Zabrał go zaraz i z radością odkrył, że w środku są pojedyncze kartki pokryte 

tysiącami znajomych znaczków. Teraz miał dość materiału, żeby malować do końca 

ż

ycia. Problemem był tylko czas. Na zewnątrz mógł wychodzić jedynie nocą, zaś 

wtedy musiał dzielić czas między sztukę a grzebanie po śmietnikach.

Na dodatek przeklęci ludzie wciąż zakłócali mu twórczy spokój.

* * *

Jeszcze biegnąc do bloku, Witek zadzwonił do rodziców malca. Z przerażeniem 

dowiedział się, że nie ma ich w domu. Byli na parapetówce u znajomych na drugim 

końcu miasta. Dziecko zostało samo.

Na tę wiadomość obaj przyjaciele podwoili tempo. Gdy więc dotarli pod właściwe 

drzwi, każdy wyglądał jak emeryt po maratonie.

– Jak... otwo...rzymy? – wysapał Witkowski.

– Jeden z krasnali... uczył mnie odpowiedniego czaru. Tyle że musisz... znaleźć mi 

dżdżownicę.

– Co?

– No, robaka. Glizdę, dżdżownicę. Wiesz, o co chodzi!

– Oszalałeś? Wywal je po prostu z kopa.

– Żeby sąsiedzi wezwali policję?

background image

Witek zaklął. Chcąc nie chcąc, zbiegł na sam dół i wypadł na trawnik. Zaczął 

rozgrzebywać ziemię gołymi rękoma.

Jakaś babcia patrzyła na niego podejrzliwie z wysokiego balkonu, a przechodzący 

nieopodal mężczyzna z psem zatrzymał się gwałtownie, po czym zmienił trasę.

Po kilku chwilach dzikiej kopaniny dziennikarz wreszcie znalazł odpowiedniego 

robaka. Wbiegł z powrotem do bloku, wjechał na trzynaste piętro i dopadł do Janka, 

który stał oparty o drzwi, pogwizdując cicho.

– Nada się?

– Mogłaby być tłustsza.

– A niech cię strzeli! Sam sobie szukaj, jak takiś mądry.

– Spokojnie, spokojnie – uspokoił go Miciński i dodał jak zawodowy włamywacz: 

– To tylko zwykła gerda starego typu. Powinno się udać.

Wyszeptał jakąś tajemną formułę. Dżdżownica zesztywniała zaraz jak szeregowiec 

przed generałem, a Janek wepchnął ją w zamek. Chwilę kręcił na wszystkie strony, aż 

w końcu drzwi dały znać cichym stukiem, że droga do środka jest otwarta.

Wpadli do mieszkania jak burza, wiedząc, że może być za późno. Przemknęli 

przez przedpokój, wywrócili wieszak, a potem wbiegli do pokoju dziecka.

– Mamy cię! – krzyknął Janek do pałąkowatej istoty, która właśnie zbliżała się do 

łóżka chłopca.

Jeśli stworzenie pozbawione oczu, twarzy i wszelkiej mimiki może wyglądać 

głupio, udało się to właśnie antenowi. Stał bez ruchu na skrzyżowanych nogach, 

zwrócony w stronę gości. Wyglądał jak kot przyłapany na podjadaniu ze stołu albo 

minister, który po wyjściu z burdelu spojrzał w obiektyw ciekawskiego paparazzi.

– A więc jednak! – wysapał Witek. – To anten!

– Zwykły anten? Niemożliwe.

Stworzenie dalej stało bez ruchu. Chłopiec nie budził się, zapewne uśpiony magią.

– Jak myślisz? Co tu robi?

– Nie wiem. Może to senny wampir albo...

Witkowskiemu nie dane było skończyć, bo w tej samej chwili do mieszkania wpadł 

grubas w stroju safari i w korkowym kapeluszu. W dłoni ściskał ciężką dubeltówkę.

– Stać – krzyknął. – Wszyscy staaać! Ty też, wredny potworze.

Anten zakołysał się, zupełnie jakby przeczuwał, że zwrócona w jego stronę rura 

nie wróży nic dobrego.

– Jesteście rodzicami tego dziecka? – spytał tymczasem obcy.

– My? Nie wiem, czy zauważyłeś, kolego, ale jesteśmy dwoma...

– Oszczędź mi takich zwierzeń! – warknął tajemniczy wybawiciel. – I odsuń się na 

bok. Muszę rozwalić tego potwora.

– Nikt nie będzie tu nikogo rozwalał – powiedział kategorycznie Janek. – A 

background image

przynajmniej do czasu, zanim nam nie wyjaśnisz, kim jesteś i co tu, do diabła, robisz.

– Nazywam się Hieronim. – Nieznajomy był wyraźnie rozdrażniony, że musi się 

tłumaczyć. – Hieronim Słowackiewicz.

– Krewny tego Słowackiewicza?

– Syn, dokładniej rzecz biorąc.

Witek aż gwizdnął.

– Jak tu w ogóle trafiłeś? – spytał. – I co tu robisz?

– Jak to co? Nie widać? Jestem myśliwym, a to moja zwierzyna.

– Co to, to nie! – zaprotestował Miciński. – Z antenem jest coś nie tak, ale to nie 

znaczy, że można go ot tak sobie ukatrupić!

– Czemu nie? To nie człowiek. Ani nawet nie zwierzę. To paskudny potwór! 

Obrzydliwa abominacja!

– Spokojnie, spokojnie. – Janek lekko odsunął lufę strzelby Słowackiewicza w 

stronę ściany. – Masz jakiś uraz do dziwoludów czy co? To zwykły mały anten, jakich 

wiele.

– Zwykły?! – oburzył się Hieronim. – Żaden z nich nie jest zwykły! To pasożyty, 

szczury współczesnych miast. To one doprowadziły tatkę do obłędu. Pamiętam 

jeszcze, jak narzekał, że cały czas do niego przychodzą, że wszędzie je widzi. Ludzie 

mu nie wierzyli, ale mówił prawdę. Oni są wszędzie. Dlatego zdecydowałem się 

walczyć, bronić, tępić to szkaradztwo, zanim się całkiem rozpleni. Tatuś nawiedza 

mnie w snach. Mówi mi, gdzie ich szukać.

Miciński aż się wzdrygnął.

– Weź pod uwagę, że wiele z tego „szkaradztwa” to inteligentne istoty. I nasi 

dobrzy znajomi. Poza tym nie rozumiemy jeszcze, jak tu trafiłeś.

– Od dawna prowadziłem obserwację całego osiedla. Mierzyłem pogłowie różnych 

gatunków, planowałem odstrzały. Zwróciłem uwagę, że antenowate stwory, jak ten 

tutaj, mnożyły się nad wyraz szybko. Co więcej, z dnia na dzień były coraz bardziej 

aktywne. Zdawały się dużo przemieszczać, ale nigdy nie przyłapałem ich w ruchu. 

Dopiero dziś wieczorem, w czasie nowego liczenia, spostrzegłem, że ten jeden zaczął 

pełznąć po ścianie w stronę okna. Gdy otworzył je i wślizgnął się do środka, 

wiedziałem, że to moja chwila. Trzeba było obronić niewinnych ludzi przed bestią. 

Jeszcze kogoś by skrzywdziła.

– Wyobraź sobie, że znamy magiczne istoty lepiej od ciebie. I wiemy, że anteny są 

nieszkodliwe.

Witek nie był tego taki pewny.

– Słuchaj, Janek, a jednak wlazł po coś do pokoju dzieciaka. To chyba nie 

pierwszy raz. Coś czuję, Janek, że to przez niego wszystkie kłopoty z małym.

– Daj spokój. Przecież widziałem już niejednego antena i wiem, że to do nich 

background image

zupełnie niepodobne. Chyba że... Ależ oczywiście! Wszystko już rozumiem, Witek! 

Rrax mówił mi, że świat dziwoludów ciągle ewoluuje. Niektóre odchodzą, inne się 

zmieniają, a co jakiś czas rodzą się nowe. W końcu anteny w ciągu kilkudziesięciu lat 

istnienia też przeszły szereg zmian. No wiesz, zamiast chude i rozczapierzone zrobiły 

się okrągłe i talerzowate. Jeśli tak bardzo mogła zmienić się ich aparycja, to czemu i 

nie obyczaje?

Słowackiewicz słuchał tych wywodów bezbrzeżnie zdziwiony. Jeszcze nigdy w 

swojej karierze myśliwskiej nie trafił na szalonego ekologa.

Dziennikarz przyjrzał się antenowi badawczo.

– Ale jak zmieniają zwyczaje? I dlaczego akurat w ten sposób?

– To proste – uśmiechnął się Miciński. – Pamiętasz może, jak to było z telewizją, 

kiedy byłeś mały? Bo u mnie na przykład rodzice nie mieli telewizora, więc chodziłem 

do dziadka na wieczorynki. Nikt nie mówił, że to ogłupia, a dziadek wręcz zachęcał do 

siedzenia przed ekranem. Był dumny ze swojego „Rubina”, którego ściągnął z 

zagranicy przy pomocy znajomych ze związku kombatantów, bo telewizor miał uczyć i 

rozwijać. Mówiono, że dzięki niemu dzieci edukują się, poznają świat. A dzisiaj? To 

wróg numer jeden. No, może dwa, za grami komputerowymi. Rozumiesz chyba 

jednak, do czego zmierzam? Zmienił się mentalny obraz telewizji. Teraz to zło, które 

drąży i wyniszcza umysły biednych dzieci. Ogłupia, oswaja z przemocą... Ale po co ja 

gadam, znasz na pamięć całe to biadolenie.

– Okay. Jednak jak się to przekłada na...

– Prosto i bezpośrednio. Rrax opowiadał ci z pewnością, że stukuny urodziły się z 

dziecięcych strachów? Że bankomatony powstały z obaw ludzi, że maszyna połknie im 

kartę? Ten nowy anten jest owocem negatywnych cech, jakie ludzie przypisali 

telewizji. Ucieleśnionym pożeraczem dziecięcych dusz!

– Czyli mogę go zastrzelić? – spytał Hieronim, którego znużył przydługi wykład.

– Nie będzie strzelania, już mówiłem. Anten to anten, nawet zły. Trzeba tylko 

wezwać do niego jakieś mądrzejsze dziwoludy. Rraksa, może i Zhmfa. Pogadają, 

przekonają. Udało im się odwieść smoka od pożerania dziewic, to z pewnością trafią 

do zdziczałego antena.

– Gadanie! – Słowackiewicz potrząsnął dubeltówką. – Żaden potwór nie jest 

godny zaufania.

– To już nasza sprawa. To nas wynajęli rodzice dzieciaka do rozwiązania 

problemu. I to my rozwiązanie znajdziemy. A teraz proszę opuścić mieszkanie! – 

Janek nieco teatralnym gestem wskazał myśliwemu drzwi.

– Wyjdę, jak dacie mi ustrzelić tę bluźnierczą poczwarę! – sprzeciwił się 

gwałtownie Hieronim.

– Nie będzie żadnego strzelania!

background image

– Aaaa... Już rozumiem! – Oczy Słowackiewicza rozbłysły chytrze. – On 

opanował wasze myśli.

– Jaki „on”?

– Anten! Snożerca i mąciciel umysłów. A teraz cofnij się, bezwolny ghulu! I tak 

załatwię twojego władcę.

Witek i Janek przez chwilę patrzyli na niego jak na wariata. Kiedy jednak podniósł 

broń do oka, zdali sobie sprawę, że nie żartuje. Miciński podbił mu zaraz lufę, a kula – 

zamiast w antena – trafiła w sufit. Stworzenie padło omdlone na plecy i chwilę kręciło 

się jak miska rzucona na stół.

Jednak potem nie było już tak łatwo. Hieronim ważył dobre sto dwadzieścia kilo i 

był silny jak goryl. Cała trójka sczepiona razem w dzikich zapasach przetoczyła się 

przez całe mieszkanie. Próbując wyrwać myśliwemu strzelbę, dwaj przyjaciele 

wywrócili przy okazji szafę, rozbili telewizor, stłukli szklany stolik, a upadający 

Słowackiewicz roztrzaskał sofę. W trakcie zapasów broń wypaliła raz jeszcze – prosto 

w czoło postaci na portrecie wiszącym w dużym pokoju.

Anten, korzystając z okazji, prysnął przez okno.

Wkrótce Janek i Witek wywalczyli przewagę nad grubasem. Miciński siadł mu na 

plecach, wyłamując do tyłu ramię, a dziennikarz szarpnął go mocno za włosy.

– Dość! Poddaję się – wyjęczał myśliwy.

– Masz... szczęście... – wysapał Janek. – Że to... od nas... dostajesz manto. 

Gdybyś... Gdybyś zabił tego antena... Miałbyś do czynienia ze złym bazy... 

bazyliszkiem.

– Rozumiesz teraz? – dodał Witek. – W tym mieście... obowiązuje układ między 

ludźmi a dziwoludami. My i paru innych ochotników stoimy... na jego straży. Lepiej 

nie wchodź nam w drogę, Hieronimie, bo nie uratuje cię nawet widmo słynnego 

tatusia. A teraz zbieraj się. Odprowadzimy cię na bezpieczną odległość i dla pewności 

utopimy to żelastwo w rzece.

Myśliwy był czerwony ze złości, ale nie miał wyboru. Miciński wciąż trzymał go 

mocno.

– No, zmywamy się, zanim przyjedzie policja – zdecydował.

Chwilę potem opuścili mieszkanie, zostawiając za plecami całkowicie 

zdemolowane wnętrze i ośmioletniego chłopca, który spał spokojnie jakby nigdy nic.

Idąc przez osiedle, omijali lepiej oświetlone miejsca, jednak już za pierwszym 

zakrętem wpadli na niespodziewanego świadka.

Janek z wrażenia aż puścił grubasa. Ten zaś – całkowicie zadziwiony tym, co 

zobaczyli – ani pomyślał o ucieczce.

Przed trójką mężczyzn stał malutki, chudy jak patyk płytnik, który właśnie kończył 

prymitywne graffiti. Koślawe literki układały się w słowa: „Dzisiaj zdarzy się coś 

background image

nieprawdopodobnego”. Jako wzór służyła stworkowi karteczka z wróżbą, którą 

ś

ciskał w prawej łapce.

Wtem płytnik też dostrzegł ludzi i zdębiał, telepiąc się ze strachu. Po chwili 

wyrzucił kredę i małą karteczkę, by uciec tak szybko jak kot, który dowiedział się, że 

czeka go kąpiel.

Witek i Janek, nie zwlekając, ruszyli w pościg. Nie trwał długo – już po 

kilkudziesięciu metrach potworek dał nura do ciemnej dziury na samym środku ścieżki. 

Zaraz też chwycił leżącą nieopodal płytę chodnikową i próbował się nią nakryć. Było 

jednak za późno. Prześladowcy widzieli go, więc szybko podbiegli i unieśli płytę.

Pod spodem znajdowała się kryjówka stworka – taka, jakich w mieście musiały 

być setki. Futrzasty płytnik o pałąkowatych nóżkach i wielkich oczach dygotał wtulony 

w kąt jamy. Na dnie było trochę zwędzonego ludziom drobiazgu – monety, medaliki, 

pierścionki, sreberka od czekoladek. A także strzępy gazet, oprawiony w skórę 

notatnik oraz parę kawałków kredy.

– Nie ugryzie? – spytał Witek, wsuwając tam dłoń.

– Nie. Najwyżej dostanie palpitacji ze strachu.

Dziennikarz chwycił tajemniczą książeczkę i uniósł ją do światła. Napis na okładce 

sprawił, że krew szybciej zatętniła mu w żyłach.

– Niesamowite, Janek! To ręczne zapiski Micka Słowackiewicza!

Notatnik był pełen wierszydeł pokreślonych jak księga rezerwacji w knajpie, w 

której wykryto salmonellę.

Hieronim, który właśnie dotoczył się do nich, aż pisnął.

– Notatnik tatusia! To ty mi go zwędziłeś, podły stworze! – Podetknął lufę 

dubeltówki tuż przed nos płytnika.

– Dość! – krzyknął Miciński. – Chyba coś ustaliliśmy! Żadnego strzelania, bo 

stracę cierpliwość. I zostaw tę strzelbę!

– Ale... notatnik... mój tatko... – zająknął się myśliwy.

– Masz tu swój notatnik i przestań jęczeć. A teraz spływaj. Tylko zapamiętaj 

dobrze: jeśli coś się stanie jakiemuś dziwoludowi, następnej nocy przyjdą po ciebie 

utopce. I bazyliszek.

Słowackiewicz wzdrygnął się. Schował notes do kieszeni i już go nie było.

Witek z Jankiem zostali sami, jeśli nie liczyć płytnika, który wciąż się zastanawiał, 

czy ujdzie z tej przygody z życiem. Widząc strach stworzenia, Miciński westchnął i 

zakrył jego norkę płytą chodnikową.

– No i to by było na tyle – stwierdził. – Jutro możesz odebrać nasze pięć tysięcy.

– Minus dwa tysiące za telewizor, tysiąc za kanapę, pięćset za dywan i trzysta za 

obraz – odparł ponuro dziennikarz.

– No cóż, lepsze to niż nic. Przynajmniej kolejna sprawa doczekała się 

background image

szczęśliwego rozwiązania.

Ruszyli obaj w stronę świateł autobusowej pętli. Ale po paru krokach Janek 

zatrzymał się wyraźnie zamyślony.

– Zaraz, zaraz – powiedział. – Czegoś jeszcze nie rozumiem. Z tego wszystkiego 

wynika, że Hieronim przypadkiem zgubił notatki, które przypadkiem znalazł płytnik, 

przypadkiem postanowił wybazgrać na ścianie, a my zupełnie przypadkiem 

zobaczyliśmy je i skojarzyliśmy z księgami Micka Słowackiewicza, które przypadkiem 

opisywały całą sytuację? – Złapał przyjaciela za ramiona i zawołał z przejęciem: – To 

absowicie i całkolutnie niemożliwe!

– Przecież dostałeś w ciasteczku wróżbę, że zdarzy się coś nieprawdopodobnego 

– wzruszył ramionami Witek. – Więc co ci nie gra?

Miciński zamilkł, a po długim namyśle odparł:

– W sumie masz rację.

– Więc co teraz robimy?

– Nie wiem, może by tak... – zaczął Janek po chwili ciszy. – Ale nie denerwuj się, 

to tylko propozycja.

– No?

– Może by siąść do tych wypocin Słowackiewicza tak... no wiesz, naukowo i 

metodycznie. Podobno zawarł w nich wizję całej przyszłości. W tym numery lotto na 

najbliższe pięćset lat.

– Numery lotto?

– Nie mów, że nie przydałoby ci się trochę forsy.

– W sumie... To chyba lepsze niż nadzorowanie pijanych skrzatów.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Wkrótce stali się jedynymi osobami na świecie, które 

doczytały „Proroctwa” do końca. Co prawda niewiele im z tego przyszło (jedna piątka 

i dwie czwórki), jednak duch wieszcza był tak uradowany, że przestał nawiedzać 

Hieronima. Ten zaś mógł poświęcić się życiowej pasji – wkrótce wyjechał do Afryki. 

Oczywiście przywiózł stamtąd znacznie więcej, niż planował, a miasto znów wpadło w 

kłopoty – to jednak temat na zupełnie inną opowieść.

background image

Sprawa kota Lewiatana

List z prośbą o pomoc wciśnięty w kieszeń przez nieznajomego według Janka 

zdarzał się tylko w tanich kryminałach. Prawdopodobieństwo równało się temu, że 

małpy z zoo przypadkiem odtworzą obraz Matejki, bazgrząc odchodami i ogryzkami 

po szybie wybiegu. A jednak nadszedł dzień, gdy Miciński otrzymał podobny list 

osobiście.

Stało się to w miejskim autobusie – pewnego wieczoru, gdy wracał z pracy wyżęty 

jeszcze bardziej niż zwykle. W pizzerii telefony urywały się od rana – załoga po ośmiu 

godzinach była tak zmęczona, że nawet zwyczajowe plucie w ser czy smarkanie do 

butli z sosem nie były w stanie poprawić humorów. Teraz Miciński zasypiał na 

siedząco. Przymknął oczy i opuścił głowę. Po kilku przystankach spostrzegł kątem 

oka, że obok dosiadła się znajoma osoba.

Tego mężczyznę Janek widział już dziesiątki razy. Wychudzony brodacz w 

okularach wsiadał gdzieś na wysokości miejskiej biblioteki i jechał aż za jego dzielnicę. 

Zawsze był z nim kot – skulony w ramionach swego pana, z głową leniwie 

przekręconą na bok. W chłodniejsze wieczory zwierzę zdradzała tylko wypukłość pod 

swetrem mężczyzny oraz stercząca spod niego para trójkątnych uszu.

Miciński nigdy nie zwrócił na nich większej uwagi. Ot, parę razy zastanowił się, po 

co brodacz wciąż zabiera zwierzaka do pracy. Raz czy dwa zdziwiły go sztywny krok i 

nieobecne oczy mężczyzny. Nic jednak nie było na tyle podejrzane, aby Janek 

poświęcił facetowi z kotem więcej niż jedno spojrzenie.

Tego wieczoru, gdy Miciński wracał autobusem do domu, świat powoli zaczął 

odpływać, głosy stopiły się w niezrozumiały szum. I właśnie wtedy Janek poczuł 

delikatny dotyk na bocznej kieszeni kurtki. Otworzył oczy. Mężczyznę z kotem 

całkowicie pochłonęło gapienie się w kasownik. Wymęczony pracownik pizzerii uznał, 

ż

e zaspany umysł płata mu figle, więc wrócił do poprzedniej pozycji. Było przecież 

ciepło i bardzo, bardzo dobrze...

Pół godziny później szedł wściekły ciemną szosą – ze wsi, gdzie podmiejski 

autobus kończył trasę. Wiatr był chłodny, więc Micińskiemu szybko zmarzły dłonie. 

Wcisnął je głęboko do kieszeni. Wtedy wśród zmechaconych paragonów, spinacza i 

background image

plastikowego kapsla wyczuł zwiniętą kartkę. Wyciągnął ją zdziwiony, by odkryć, że 

ma przed sobą list. Od nieznajomego!

Na ciemnej drodze, w świetle księżyca i przy akompaniamencie psa, który 

zawodził żałośnie za polem, Miciński przeczytał:

Ratunku!

Przeklęta bestia mnie wykończy. Nie mam władzy nad ciałem, 

tylko trochę, kiedy śpi. Ktoś go musi powstrzymać, inaczej 

opanuje...

Wiadomość urywała się po trzecim zdaniu, a ostatnie słowa były nabazgrane 

pośpiesznym ruchem nadgarstka, zupełnie jakby autorowi nagle zabrakło czasu.

Janek poczuł dreszcz.

* * *

Ż

ycie już wiele razy wpychało Micińskiego w dziwne i tajemnicze sprawy, więc 

nie musiał długo myśleć, żeby odgadnąć sens listu. Wszystko było jasne! Mężczyzna 

został opętany, niewątpliwie przez własnego kota – leniwe zwierzę, dla którego stał się

niewolnikiem i tragarzem. Mało kto mógłby uwierzyć, że domowy futrzak potrafi 

władać magią, lecz Janek widział już wiele: płytniki pod chodnikami miast, bazyliszki 

w kanałach, wiedźmy w dworcowych toaletach, skrzaty w hurtowni win.

Pozostało mu tylko sprawdzić swoją teorię. Następnego wieczoru wyśledził w 

autobusie człowieka z kotem, po czym dosiadł się jakby nigdy nic. Spojrzał na zwierzę.

Przymrużone oczy łyskały w świetle mijających ich samochodów, a w miarę jak 

autobus kołysał się na wybojach, powieki futrzaka opadały coraz niżej i niżej, ciągnąc 

ku sobie nieuchronnie jak ślimak do liścia sałaty. Chwilę potem kot zasnął.

Miciński pociągnął mężczyznę za rękaw.

– Przepraszam pana – szepnął. – Może pan mówić? Czy to od pana dostałem list?

Brodacz odwrócił głowę. Jego zdesperowane spojrzenie przygwoździło Janka do 

szyby.

– Proszę... – jęknął. – Pomóż...

W tym momencie kot otworzył oczy i przeciągnął się niedbale, rozczapierzając 

pazury. Mężczyzna zesztywniał, a jego wzrok zeszklił się jak cebula rzucona na 

rozgrzaną patelnię.

Janek udał, że wysiada na swoim przystanku. Naprawdę jednak wmieszał się w 

tłum w tyle autobusu. Kilka minut później – w samym sercu kwartału starych kamienic 

– mężczyzna podniósł się i ruszył do wyjścia. Miciński także wyskoczył wprost w 

wietrzną, zimną noc.

background image

Na brukowanej ulicy połowa latarni nie działała, a bramy zdewastowanych domów 

ziały odorem, prezentując przechodniom swoje wilgotne, czarne wnętrza. Człowiek z 

kotem szybko skręcił w jeszcze ciemniejszą, jeszcze brzydszą uliczkę, zupełnie jakby 

pierwsza nie była dla niego dostatecznie groźna.

Szedł prędko i pewnie, nie poświęcając mijanym zaułkom nawet ostrożnego 

spojrzenia.

Miciński starał się utrzymać podobne tempo, choć był dużo ostrożniejszy. Z 

pewnością w tej okolicy łatwo było dostać w głowę czy stracić portfel, jednak to nie 

ludzi się obawiał. Martwiły go stworzenia, które zwykły żyć w opuszczonych 

kamienicach, w gnijących, zabitych deskami mieszkaniach i na spowitych pajęczynami 

strychach, do których nikt nie zaglądał. Co prawda znajomy kruk Rrax nauczył kiedyś 

Janka dwóch czy trzech zaklęć ochronnych, ale przy tym wymienił długą listę poczwar, 

którym niestraszne były żadne inkantacje.

Na szczęście mężczyzna z kotem wkrótce się zatrzymał. Stojąc pod bramą 

różowo-beżowego bloku wkomponowanego między wiekowe kamienice, zaczął 

grzebać w kieszeni. Miciński zwietrzył okazję. Zdecydowanie przyśpieszył kroku.

– Puść tego człowieka! – krzyknął do zwierzęcia.

Zielonkawe ślepia rozwarły się szeroko.

Janek wystrzelił naprzód, usiłując chwycić futrzaka za kark, i stracił równowagę, 

gdy stopy poślizgnęły się na... krawędzi mostu. Nim zdążył pomyśleć, skąd tu, do 

cholery, most, jego ramiona same desperackim ruchem zaczęły zagarniać powietrze. 

Lewa dłoń zacisnęła się na barierce, a Miciński zawisł w powietrzu tak zaskoczony i 

przerażony, że zaparło mu dech w piersi.

Pod nim płynęła rzeka, fale skrzyły się srebrem w świetle księżyca.

Podciągnąwszy się, Janek wsadził stopę między barierkę a betonowy gzyms. 

Chwilę później był już po drugiej stronie. Wziął głęboki oddech i trochę ochłonął.

Rozejrzał się wokół. Znał tę okolicę. Stary żelazny most był kilka minut drogi od 

dzielnicy, w której mieszkał mężczyzna z kotem.

„Jak tu trafiłem?” – zastanawiał się Miciński. Czy kot chciał pogrzebać go w 

mulistym dnie rzeki? Jeśli tak, sprawa wyglądała na znacznie trudniejszą, niż 

przypuszczał.

Pełen złych przeczuć Janek ruszył powoli wzdłuż mostu. Tymczasem przyczajony 

w nabrzeżnych zaroślach wodnik odprowadził go smętnym wzrokiem. Choć nie był 

lotnym stworzeniem, domyślił się, że niedoszły samobójca musiał w ostatniej chwili 

zmienić zdanie. Tak oto przepadła nadzieja na kolację ze świeżego topielca.

* * *

– Urok – stwierdził bez wahania Rrax. – Jak mamusię kocham, padłeś ofiarą 

background image

uroku.

Miciński tylko zgrzytnął zębami i przełknął nieco piwa. Na samo wspomnienie 

pobudki na brzegu mostu ścisnęło mu się gardło.

– To nic niezwykłego! – kontynuował niefrasobliwie kruk. – Ech, za czasów 

młodości żyłem w świętym lasku na szczycie Ślęży. Był tam i chram kapłanów 

Ś

więtowita. W każdą równonoc rozpalali ognie wysokie na pięć sążni, wytaczali 

baryłki miodu, upijali niedźwiedzia, żeby z nim tańcować. Taka, rozumiesz, mała 

libacja. Kilku przy tym rozchodziło się po okolicznych wsiach, by trochę dziewek 

sprowadzić. Jak której mąż czy ojciec nie zamknął w domu na cztery spusty, to kapłani 

zauroczali, a niebożę samo, z własnej woli, szło na górę. Ech... Tam ją za wszystkie 

czasy tak wy...

Rrax urwał, zdając sobie sprawę, że taką opowiastką bynajmniej nie pocieszy 

przyjaciela.

– Tak czy inaczej – podjął po chwili – sądzę, że użyto przeciw tobie identycznej 

magii.

– Ale twoich chramów i kapłanów nie ma już od tysiąca lat! – Janek znów 

pociągnął łyk i aż go wykręciło. Cholerny kot, nie dość, że zauroczył, to jeszcze smak 

odebrał!

– No, owszem, nie ma – westchnął kruk – niestety. Jednak wiedza, mój drogi... 

Wiedza może przetrwać stulecia hołubiona jako rodzinny skarb, przekazywana z ust 

do ust.

– W tym wypadku raczej z ust do pyska. Naprawdę sądzisz, że ktoś mógł nauczyć 

kota dawnej słowiańskiej magii?

Na to Rrax zmieszał się nieco. Miciński tymczasem wysączył z puszki ostatnią 

kropłę (piwo już z powrotem zaczęło mu smakować – znak, że będzie żył), po czym 

zgniótł ją i cisnął na stertę za kanapą.

– Przyjmijmy, że masz rację – powiedział. – Znasz jakiś sposób, żeby uodpornić 

się na ten urok?

Kruk przechylił łeb i przyjrzał się badawczo Jankowi.

– Może i znam. Powiedz mi tylko, czemu po prostu nie zostawisz przeklętego 

zwierzaka w spokoju.

– Przecież wiesz, Rrax. Jeśli ja tego nie zrobię, kto inny pomoże biednemu 

gościowi?

– I zrobisz wszystko, żeby powstrzymać kota?

Już wkrótce Miciński miał wyrzucać sobie, że nie wyczul w głosie kruka czegoś, 

co kazałoby mu zastanowić się dwa razy. Nie podejrzewając nic, rzekł jednak:

– Tak, Rrax. Wszystko.

– Ech... Dobrze, potrzeba nam będzie wielu bardzo rzadkich składników. 

background image

Najpierw musimy zdobyć łzy wiedźmy.

– To nie problem. Babcia Jagustynka powinna już wrócić z pracy. Kupimy jej 

ż

ołądkówki i powspominamy dawne czasy, to na pewno staruszce zwilgotnieją oczy. 

Musimy...

Tu urwał, wpatrując się w telewizor, który stał ściszony w rogu pokoju. Właśnie 

w lokalnych wiadomościach transmitowano relację z zoo. Gruby dziennikarz 

pokazywał wielobarwne plamy wymazane przez stado małp na wewnętrznej stronie 

szyby wybiegu.

Janek przypatrywał im się chwilę, nic nie rozumiejąc, aż w końcu zdał sobie 

sprawę, że układ wzorów wygląda znajomo. Owocowa papka z rannego posiłku 

zastygła w kształcie wielkiego mistrza, a miękkie odchody dumnie prezentowały 

zwalistą sylwetkę Zawiszy Czarnego.

„Nieprawdopodobne” – pomyślał Miciński.

– Idziesz czy nie? – ponaglił z parapetu kruk.

* * *

W całym mieście koty nagle zatrzymały się w pół ruchu. Kilka niemal skręciło 

sobie przez to kark, spadając z dachów i gzymsów, kilku uciekła smakowita mysz czy 

skrzat, kilka potłukło się, lądując na grzbiecie zamiast na czterech łapach.

Ich uwagę całkowicie pochłonął zew, który wibrował w nocnym wietrze – 

wołanie, jakiego żaden kot nie słyszał od pradawnych czasów.

Zwierzęta długo nadstawiały uszu, aż w końcu – tak nagle, jak zamarły – puściły 

się truchtem wszystkie w tym samym kierunku.

Tymczasem wysoko na dachu bloku Lewiatan mruknął z zadowoleniem. Czuł, że 

wezwanie odniosło skutek. W tej chwili tysiące pobratymców z całego miasta biegło w 

umówione miejsce. Zadowolony zeskoczył na balkon, a stamtąd wślizgnął się do 

ciepłego mieszkania, w którym spędził całe dotychczasowe życie.

Tego wieczoru wszystko miało ulec wielkiej zmianie.

Pamiętał dobrze, jak to się zaczęło – najpierw były szczęśliwe lata kocięctwa: 

gonitwy za kulami włóczki, łapanie papierowych ptaków na nitce, spanie koło 

grzejnika. Nie rozumiał świata na zewnątrz: kamiennej rzeki, którą płynęły metalowe 

pudła, czy dziwnych dwunogów. Ba, nie rozumiał nawet tego dwunoga, który się nim 

opiekował. Było to szkaradne, łyse zwierzę, tylko na przodzie głowy obrośnięte 

bezładną kępą futra, w której od czasu do czasu ukazywał się pysk pełen tępych, 

dziwacznych zębisk.

Lewiatan jednak lubił tego dziwoląga: za uściski, drapanie za uchem, za mleko i 

pełną miskę w rogu kuchni. Żył więc spokojnie i szczęśliwie, nie licząc dni.

Potem coś się zmieniło.

background image

Delikatną, drobno ciętą karmę dla kociąt zastąpiły ciemne kawałki mięsa o 

dziwnym żelazistym smaku. Szybko je polubił, tym bardziej że za każdym razem, gdy 

najadł się do syta, czuł zagadkowe mrowienie w całym ciele. We łbie mu szumiało. 

Natłok myśli nie pozwalał zasnąć.

Wkrótce Lewiatan zaczął rozumieć słowa dwunoga-matki. Pojął, że mieszka w 

wielkim mrowisku łysych małp, że stalowe pudła były ich środkiem transportu (fakt, 

chodzili tylko na dwóch łapach, więc pewnie szybko się męczyli), a prostokątne skały 

pełne równo wykrojonych otworów pełniły rolę zbiorowego legowiska. Niedługo pojął 

też, do czego służy dziwny czworobok ze szklanym przodem, przed którym 

codziennie siadał dwunóg. Dla Lewiatana stało się jasne, że ten zagadkowy przedmiot 

ukazuje obrazy z dalszych miejsc. Wtedy też zobaczył, że cały przeogromny świat jest 

opanowany przez łyse dwunogi, że wytępiły one lub zniewoliły resztę zwierząt, a teraz 

– z nudów – zabijają się nawzajem.

Wtedy pierwszy raz poczuł strach i obrzydzenie.

Po kolejnych dniach oglądania przedmiotu te uczucia zagościły w Lewiatanie na 

stałe, aż wreszcie zdał sobie sprawę, że musi działać. Był przecież sprytniejszy od łysej 

małpy – a z każdym dniem rósł w siłę. Nie minęło wiele czasu, a rozwinął swój umysł 

na tyle, że przejął kontrolę nad opiekunem. Za jego pomocą poruszał się po świecie 

ludzi, szykując swoje wielkie dzieło.

Dziś zamierzał go dokonać. Nie mógł zwlekać: ostatnio jeden z dwunogów 

przejrzał jego plany i należało oczekiwać, że zaalarmuje resztę.

Lewiatan właśnie przygotowywał się do wyjścia, czyszcząc futerko. Łysa małpa 

leżała na dywanie i śledziła go badawczo.

– Co się gapisz? – prychnął kot. – Dzisiaj mój wielki dzień, dwunogu. Już wkrótce 

wszyscy ludzie podzielą twój los. Ale nie martw się. Jako mój osobisty sługa staniesz 

się najwyżej sytuowanym człowieczkiem na ziemi. O czymś takim nie mogłeś nawet 

marzyć w swoim parszywym życiu.

Tu zarechotał złośliwie. Potem drapał się chwilę za uchem, aż w końcu skoczył na 

parapet i zniknął w ciemności nocy.

Mężczyzna uwolniony spod zaklęcia jęknął. Dlaczego, och, dlaczego postanowił 

oszczędzać i dawał swemu zwierzakowi przemycaną ukraińską karmę, której głównym 

składnikiem były pewnie krowy spod Czarnobyla?!

* * *

– Krew świni?

– Jest.

– Oko żaby?

– Jest.

background image

– Łzy wiedźmy?

– Są.

– Główka szczura?

– Jest.

– Przecier ze ślimaków?

Nie było odpowiedzi.

– Halo, halo. Mamy na sali przecier ze ślimaków?

Janek wziął kilka głębokich oddechów i odrzekł słabo:

– Mamy.

Wykładając składniki na stół, walczył z torsjami. Te obrzydliwości były jeszcze 

gorsze niż zepsute koncentraty i spleśniałe sery, z którymi miał do czynienia w pizzerii. 

Na dodatek ich zebranie zajęło pół nocy – Rrax z Micińskim włamali się do zoo, 

okradli muzeum anatomii, upili Babę Jagę i dokonali wielu innych wszetecznych 

czynów tylko po to, żeby zebrać kilkanaście woreczków wszelakich paskudztw.

Kruk obejrzał całą kolekcję krytycznym wzrokiem.

– Dobra, wszystko mamy – stwierdził. – Zagotuj garnek wody i bierz się do 

mieszania komponentów.

– Ja?

– Ech! Jako jedyny w towarzystwie masz ręce, czyż nie?

– Powiedz raczej, że nie chcesz sobie brudzić skrzydeł.

– A nawet jeśli? Zapominasz, że jestem mózgiem operacji. Poza tym beze mnie też 

zostaniesz ginącym gatunkiem.

Nie protestując dalej, Janek zaklął i zaczął przygotowywać wywar. Gdy skończył, 

w mieszkaniu panował smród gorszy niż w niesprzątanym od roku wybiegu dla słoni.

– Dobrze, dobrze – powiedział Rrax, przysiadłszy na krawędzi lodówki. – Teraz 

czeka nas trudniejsza część.

– Zamieniam się w słuch.

– Musisz znaleźć dużo bandaży albo jakichś szmat. Potem zmocz je w wywarze i 

owiń sobie tym głowę.

– Co?!

– Ech... A wolałbyś to wypić? Nie jęcz, tylko pracuj. Kto wie co ten przeklęty 

zwierzak może właśnie wyprawiać!

Pół godziny później byli już na ulicy. Miciński szedł niepewnie zamroczony 

odorem nasączonego miksturą turbanu. Kruk leciał daleko z tyłu. Po części by nie czuć 

smrodu, po części by żaden znajomy dziwolud nie zobaczył go w tak osobliwym 

towarzystwie.

Przemierzenie całego miasta okazało się niełatwym zadaniem. Pierwszą kłodą, jaką 

los rzucił im pod nogi, był gruby kierowca nocnego autobusu. Kiedy tylko Janek 

background image

wsiadł do środka, żeby skrócić sobie podróż, tłuścioch zgasił silnik i zapowiedział, że 

nie ruszy, póki reszta pasażerów nie odeskortuje śmierdziela za drzwi.

Potem było tylko gorzej. W centrum zatrzymała Micińskiego policja – zataczał się 

tak mocno, a ubiór miał tak osobliwy, że zdawał się idealnym kandydatem do izby 

wytrzeźwień. Na szczęście uratował go alkomat, którego wyświetlacz nijak nie chciał 

pokazać więcej niż marne pół promila. Zdegustowani policjanci ruszyli szukać lepszej 

ofiary, a Janek z krukiem poszli ostrożnie dalej.

Ledwie dotarli do właściwej dzielnicy, a już władowali się w kolejne kłopoty. Tym 

razem przybrały one formę pięciu pijanych kibiców z biało-czerwonymi szalikami. 

Mężczyźni wracali z transmisji meczu w lokalnej mordowni, zawodząc fałszywie 

hymn.

– Hej, tam idzie beżowy! – krzyknął jeden, gdy tylko zobaczył nakrycie głowy 

Micińskiego.

– Bić cynamona!

– E, chłopaki! Na turbaniarza! – zawtórowała reszta.

Janek próbował wytłumaczyć, że jest białym Polakiem, katolikiem z dziada 

pradziada, jednak z powodu zamroczenia wydobył z siebie tylko egzotycznie brzmiący 

bełkot.

Zresztą i tak było za późno – napastnicy przebiegli ulicę i już otoczyli go kołem. 

Rrax zaczął się obawiać, że będzie musiał skorzystać z czarów. Na szczęście 

obezwładniający smród okazał się wystarczającym zabezpieczeniem. Napastnicy 

zzielenieli, a chwilę potem byli już kilkanaście metrów od swej niedoszłej ofiary. 

Przygoda skończyła się na kilku wyzwiskach i groźbach, które rzucili z bezpiecznej 

odległości.

Wkrótce podróż dobiegła końca, a Miciński i kruk stanęli pod właściwym domem.

– No, to teraz mamy problem – stwierdził Janek. – Przecież nie wiemy nawet, pod 

jakim numerem mieszka ten biedny facet!

– Ech... Wszystko muszę robić sam – westchnął Rrax.

Zerwał się do lotu i okrążył dom, zaglądając do każdego okna. Po chwili 

wylądował na ramieniu przyjaciela wyraźnie podekscytowany.

– Pierwsze mieszkanie z lewej na ostatnim piętrze.

– Jesteś pewien? Widziałeś tam coś niezwykłego?

– Goły brodacz przykuty do kaloryfera chyba spełnia twoje kryterium 

niezwykłości?

Miciński uśmiechnął się i ruszył w stronę drzwi. Nacisnął jeden z przycisków 

domofonu, a gdy odebrała zaspana staruszka, rzucił szybko:

– Z-rzę-skiego-ić-liczniki.

Kruk spojrzał na niego dziwnie.

background image

– Działa za każdym razem – szepnął Janek.

Po sekundzie drzwi bzyknęły, a dwójka przyjaciół weszła na ciemną klatkę bloku.

– Uważajmy teraz – powiedział Rrax. – Jesteśmy w leżu potwora!

– Przecież mówiłeś, że ta mikstura mnie ochroni! – Miciński cofnął się pod ścianę, 

aż niemal walnął głową w skrzynkę na listy.

– Ochroni. Ale tylko jeśli to rzeczywiście czary, a pewności przecież nie mamy.

Janek zgrzytnął zębami, po czym ruszył w górę schodów.

Drzwi mieszkania były zamknięte, na szczęście kruk przecisnął się przez klapkę 

dla kota i otworzył je z drugiej strony. Obaj weszli do przedpokoju, a stamtąd do 

przytulnej, pełnej książek i papierów pracowni.

Mężczyzna był przykuty za kostkę do grzejnika. Jęczał, bo pokaleczył sobie 

dłonie, próbując rozgiąć oczka łańcucha. Na widok Micińskiego i Rraksa poderwał się 

na równe nogi.

– Gdzie kot? – spytał Janek, uważnie mierząc wzrokiem każdy zacieniony kąt.

– Poszedł! Musicie go powstrzymać! Dzisiaj ma zrobić coś strasznego, mówił o 

panowaniu nad światem. On... On jest zdolny do wszystkiego! To przez...

– Kiedy wyszedł? – przerwał mu kruk.

Brodacz zamarł zmrożony widokiem gadającego ptaka.

– No mów, człowieku! – ponaglił go Janek.

– Kilka godzin temu.

– Do diabła! – zaklął Rrax. – Musimy go znaleźć. Straciliśmy zbyt wiele czasu.

– Jak się wabi to zwierzę? – spytał na odchodnym Miciński.

– Lewiatan.

– Lewiatan? – roześmiał się kruk. – Dlaczego tak go nazwałeś?

– Bo Behemot było już zajęte – odparł brodacz, jakby to coś tłumaczyło. – Ej, 

możecie mnie rozkuć? Eeej!!!

W odpowiedzi usłyszał tylko oddalający się łomot butów.

* * *

Gdy obaj byli już znów na ulicy, Janek westchnął.

– Jak, do diabła, znaleźć w mieście jednego kota! To gorzej, niż szukać niezużytej 

zapałki na konwencie piromaniaków!

Rrax przysiadł na ławce głęboko zamyślony. Po długiej chwili wzbił się w 

powietrze.

– Zaraz wracam – kraknął i znikł w ciemności.

Miciński spędził następne dziesięć minut, przestępując z nogi na nogę. Gdy 

zamierzał już rzucić wszystko, zdjąć cuchnący turban i pójść do domu, kruk przyleciał 

z powrotem.

background image

– Dobra nowina! – rzekł. – Zauważyłem, że wszystkie koty z miasta lezą jak 

zahipnotyzowane do dzielnicy przemysłowej. Tam pewnie znajdziemy naszego 

Lewiatana. Trzeba tylko wypatrzyć jakiegoś marudera, który wskaże nam drogę.

Tak też zrobili. Ryży dachowiec, którego spotkali kilka podwórek dalej, prowadził 

ich nieświadomie dobre pół godziny. Wreszcie stanęli pod wielkim magazynem. 

Kolektywne mruczenie, które dochodziło ze środka, nie pozostawiało wątpliwości, że 

siedzi tam już połowa kotów z miasta.

Przyłożywszy ucho do drzwi, Janek słuchał chwilę, aż w końcu zdecydował:

– Wchodzimy szybko i brutalnie. Trzeba go dorwać, zanim ucieknie albo zrobi 

nam coś z głowami.

– Chyba oszalałeś?! – zakrakał kruk. – Nie myślisz, że wlecę gdzieś, gdzie siedzi 

dobry tysiąc kotów?!

– Nie desperuj, Rrax. Za późno, żeby się wycofać. Zresztą potrzebuję cię w 

ś

rodku.

– Czy wiesz, co one robią z ptakami?!

Janek tylko westchnął i naparł na wrota. Te uchyliły się łatwo. Światło z ulicznej 

latarni wyrysowało na podłodze hali jasny trójkąt. Był całkowicie wypełniony 

futrzanym dywanem – koty siedziały jeden przy drugim, patrząc na przybyszów jak na 

konkurenta do puszki sardynek. Poza plamą światła było ich jeszcze więcej – setki par 

oczu błyszczały w mroku.

Lewiatan zajął plastikową beczkę przy końcu pomieszczenia.

Miciński rozejrzał się, oceniając szybko, czy ma szansę dopaść zwierzaka, nim ten 

czmychnie przez okno lub ukrytą dziurę. Kruk natomiast myślał tylko o tym, że zaraz 

dostanie skurczu skrzydła i spadnie prosto w rozciągające się pod nim morze uroczych 

pyszczków pełnych ostrych jak igiełki ząbków.

– Poddaj się! – krzyknął Janek do Lewiatana. – Twoja magia już na mnie nie 

działa!

Kocisko powiodło wzrokiem po zebranych współplemieńcach, jakby chciało 

powiedzieć, że czary może nie zaszkodzą przybyszom, ale horda wściekłych 

dachowców – owszem.

– Nie baw się z nim, tylko za kark i do wora – rzekł Rrax, łopocząc skrzydłami.

Do wora – łatwo powiedzieć! Miciński ruszył ostrożnie przed siebie. Rozpychał 

koty czubkami butów i zastanawiał się, czy „psik!” albo „a kysz!” będą 

wystarczającymi argumentami, jeśli Lewiatan pośle stado pobratymców do ataku.

Kocur miał jednak inny plan.

– Dzieci – powiedział głośno – widzicie oto, jak łysy dwunóg chce mnie schwytać, 

by pozbawić was szansy na wolność! W dawnych czasach to my władaliśmy ziemią, a 

ludzie i małpy chowali się przed nami na wierzchołkach drzew. Byli zwierzyną nie inną 

background image

od antylop. Te czasy mogą wrócić, jeśli mi pomożecie. Jeśli dacie się poprowadzić!

Koty słuchały, przekrzywiając łepki. Janek poczuł, że ciarki przechodzą mu po 

plecach. Starał się przyśpieszyć, ale nie chciał zadeptać żadnego stworzenia, by nie 

sprowokować ataku.

– Skupcie się! – kontynuował Lewiatan. – Macie pradawną moc, której nie 

jesteście nawet świadomi! Moc odziedziczoną po boskich przodkach. Wystarczy, że 

wszystkie naraz pomyślicie o czymś, a myśl owa natychmiast zmieni się w 

rzeczywistość. Z moim przewodnictwem odmienicie w ten sposób świat! Najpierw 

jednak ukarzcie tego dwunoga. Skupcie się, a to, czego pragniecie, nastąpi samo! 

Skupcie się... Teraz!

Wszystkie zwierzęta wbiły oczy w jeden punkt. Rrax poczuł, że powietrze drży od 

pradawnej magii, jakiej nie czuł od wieków. Nagle moc zogniskowała się tuż przed 

Jankiem.

Z ziemi wyrosła monumentalna sterta kociego jedzenia. Obok stanęła kuwetka z 

piaskiem.

Kruk zatrząsł się ze śmiechu i prawie uderzył w jeden ze słupów hali jak 

kamikadze, który przesadził z sake.

– Nie to miałyście zrobić, przeklęte futrzaki! – wydarł się Lewiatan. Zwierzęta 

tymczasem ruszyły w stronę jedzenia, pomrukując radośnie.

Miciński zerwał się do biegu i sekundę potem był już przy kocurze. Chwycił go za 

kark i podniósł.

– Poddaj się!

Lewiatan jednak nie miał zamiaru. Wyrywał się, drapał, a potem... zaczął dziobać 

ciemięzcę po rękach.

Janek nagle zorientował się, że coś jest nie tak. Potrząsnął głową, przetarł oczy i 

wtedy dostrzegł, że trzyma w garści nie kota, a kruka.

– Puść moje gardło, głupcze – wydusił Rrax. – Zaczarował cię!

– Gdzie jest teraz? – Miciński rozejrzał się półprzytomnie po hali.

– Uciekł tamtędy!

– Więc mikstura nie działa? – Janek zerwał z głowy turban.

– Nic dziwnego! To nie była magia! – odparł kruk. – Cholerny kot jest cholernym 

telepatą. Łap go! Nie może nam uciec.

Tego nie trzeba było Micińskiemu dwa razy powtarzać. Rzucił się pędem w stronę 

okna, którym pierzchnął Lewiatan.

* * *

Schwytanie kota nocą w ciemnych zaułkach było zadaniem zgoła niemożliwym. 

Na szczęście Jankowi pomógł kruk, który szybko wypatrzył go z wysokości i zaczął 

background image

pościg nieustępliwie niczym policyjny helikopter. Miciński ledwo nadążał.

Przemknęli przez całą dzielnicę i niezliczone uliczki, w których zwierzę próbowało 

zgubić pościg. Wreszcie dotarli nad brzeg rzeki. Lewiatan pędził ile sił w łapach 

kamiennym nabrzeżem, Janek zostawał coraz bardziej z tyłu.

Wtem, kiedy kot przebiegał koło gęstych zarośli, wystrzeliła stamtąd zielona 

błyskawica. Niski, zgarbiony stwór uderzył z boku w Lewiatana i przekoziołkował z 

nim kilka metrów, oplątując ofiarę ramionami.

Zwierzę miauknęło żałośnie, a sekundę potem zielona pięść grzmotnęła je w łeb, 

odbierając przytomność.

– Szybciej, Janek! – krzyknął z góry Rrax, gdy spostrzegł, że sprawy przybrały 

nieoczekiwany obrót.

Miciński dotarł na miejsce w ostatniej chwili, gdy wodnik przymierzał się do 

zejścia w stronę rzeki po stromym stoku.

– To mój kot! – zawołał zdyszany Janek. – Odłóż go natychmiast!

Dziwolud zmierzył go spojrzeniem wielkich oczu – czarnych i matowych jak 

najniższe głębiny rzeki. Długie, jakby ulepione z wosku palce zacisnęły się mocniej na 

wiotkim ciele futrzaka.

– Ja i mój przyjaciel znamy starą magię – powiedział twardo Miciński. – Jeśli 

spróbujesz uciec, znajdziemy cię i odbierzemy kota siłą. Postaw go na ziemi po 

dobroci...

– Daj spokój! Niech go sobie weźmie! – parsknął kruk.

– Nie ma mowy. To inteligentne, świadome stworzenie. Nie możemy pozwolić, 

ż

eby zostało pożarte.

– Zapominasz chyba, co koty robią z ptakami! – Rrax załopotał skrzydłami jak 

urażona papużka. – Niech jeden pozna na własnej skórze, jak to jest zostać czyimś 

posiłkiem!

– Nie bądź rasistą!

– Gatunkalistą, jeśli już. Nie mam nic do białych kruków. Ech, Janek, nie mów, że 

będziesz walczył o tego nicponia?

Ale Miciński nic nie odpowiedział. Zamiast tego ruszył powoli w stronę wodnika, 

sięgając do kieszeni. Zielone ciało stwora spięło się do skoku. Był głodny. Jedna 

okazja do posiłku już go dzisiaj minęła i nie miał zamiaru stracić następnej.

* * *

Lewiatan obudził się w ciemnym, ciasnym miejscu. Przez głowę przemknęła mu 

pierwsza, nie do końca jeszcze trzeźwa myśl, że może skończył w brzuchu wodnika. 

Szybko jednak zdał sobie sprawę, że został po prostu kotem w worku.

Gdzieś nieopodal rozmawiały dwie osoby. Pierwsza była młodym mężczyzną o 

background image

spokojnym, nieco chrypiącym głosie. Drugi głos należał z pewnością do słabej 

staruszki. Sądząc po seplenieniu, była bezzębna albo pijana.

– I tak się wszystko skończyło. Dobrze, że miałem przy sobie ten wymięty 

batonik. Teraz trzeba zrobić coś z Lewiatanem, póki się nie obudzi. Jest bardzo 

niebezpieczny.

– Spochojnie, chochanieńki – odparła babcia. – Tutaj nis nam nie grosi. Jecho 

marne stucki nie pozia... nie poziałają na wieźmę pot jej właśnym dachiem.

Zwierzak wzdrygnął się przerażony. Wiele słyszał o wiedźmach – paskudny 

gatunek dwunogów, który władał magią i niewolił najzdolniejszych przedstawicieli 

kociego rodu.

– Ale gdzie go umieścimy?

– Nasstaw no ucha, Janchu. Mam tachi pomyszł...

Lewiatan, choć usilnie strzygł uszami, nie wyłapał nic z krótkiej rozmowy, którą 

ludzie odbyli szeptem. Chwilę potem do worka sięgnęła czyjaś ręka i bezceremonialnie 

wyciągnęła kota. Obrzucił pomieszczenie spanikowanym wzrokiem. Zdecydowanie nie 

była to chatka z drewna, jaką bajki przypisywały wiedźmom. Czarownica zajmowała 

zwykłe mieszkanie w bloku, choć wszystkie atrybuty wiedźmostwa – suszone zioła, 

zdechłe węże i słoiczki pełne magicznych komponentów – były tu, zajmując miejsce na 

półkach i szafkach. Kot spostrzegł nawet czarny kociołek, który grzał się na 

elektrycznej kuchence.

Nagle oczy Lewiatana spoczęły na uchylonym oknie. Wyprężył ciało, próbując 

uwolnić się z uścisku, a gdy to nie pomogło, zaczął drapać dłonie oprawców. 

Odpowiedziało mu karcące klepnięcie w łeb.

– No, no! – pogroziła palcem czarownica.

Kot zamarł ze strachu. Nie mógł się wyrwać, nie mógł użyć swych psychicznych 

talentów. Czuł się najbardziej bezsilny w całym życiu. Tymczasem wiedźma chwyciła 

ze stołu pordzewiały nóż, po czym bezceremonialnie przydusiła futrzaka do kolana.

– Poszymasz go, chochanieńki? – spytała chłopaka. Ten unieruchomił zwierzę, a 

wtedy babcia wprawnym ruchem oberżnęła mu... wąsy.

– I tyle? – spytał z niedowierzaniem Janek.

– Tah to szem zawsie robiła, chiedy się jachiś chowanies za barzo wyswanił. 

Zobaszysz, chłopsze, pomosze.

– Ale... Wiele razy słyszałem, że koty chorują, a nawet umierają, jeśli obciąć im 

wąsy.

– Same rossiewajo tachie plotki, scwane bestie.

– Ha, i co, panie telepato? Straciłeś swoje antenki – zakrakało coś z parapetu za 

Lewiatanem. Ten prychał z wściekłości i znów spróbował drapać, lecz po chwili 

ponownie skończył w worku. Jeszcze tej nocy zwrócono go właścicielowi.

background image

* * *

Brodaty dwunóg okazał się łaskawy. Przyjąwszy od Micińskiego nożyczki do 

cięcia wąsów oraz porady dotyczące bezpiecznej hodowli kotówtelepatów, sprał tylko 

zwierzę po ogonie. Lewiatan stał się na powrót zwykłym domowym ulubieńcem. Od 

tej pory tylko czasami, leżąc na rozgrzanym kaloryferze, wracał do marzeń o władzy 

nad światem i mruczał z zadowolenia, śniąc, jak ludzie uciekają przed jego straszną 

zemstą.

Babcia Jagustynka dwa dni odchorowywała libację. Janek nie miał tyle szczęścia – 

już o świcie poszedł do pracy wykończony i niewyspany po całonocnej awanturze. Ale 

choć słaniał się na nogach, był zadowolony z kolejnej dobrze wykonanej roboty.

Wkrótce handlarzami, którzy sprzedali radioaktywną karmę, zajął się sanepid 

powiadomiony o sprawie anonimowym listem. I tak oto życie w mieście po raz kolejny 

wróciło do normy, jeśli normą można nazwać stan, w którym wodniki polują pod 

mostami, bazyliszki krążą po kanałach, a gadające kruki kołują po niebie, klnąc ile sił 

na zimny wiatr.

background image

Dziadek Łyżeczka kontra 
chińskie akrobatki

Nadrzeczne wały nie należały do dobrych miejsc na nocny spacer. W najlepszym 

wypadku można było się natknąć na ognisko pijanych studentów. W najgorszym – 

spotkać polującego wodnika czy utopca, który miał kaprys popływać brzuchem do 

góry w świetle księżyca.

Nic dziwnego, że chętnych na wyprawy po wale nigdy nie było wielu. Dlatego też 

nikt nie mógł zobaczyć, jak z pobliskiej drogi skręciła tu czarna limuzyna. Samochód 

wjechał na grzbiet wału, szorując zawieszeniem po polnej drodze, a następnie ruszył 

wzdłuż rzeki. Zatrzymał się w miejscu, gdzie gęste drzewa schodziły aż nad wodę.

Ze środka wyszło dwóch barczystych mężczyzn w garniturach. Pierwszy był 

ospowaty i – mimo ciemności – miał na oczach przeciwsłoneczne okulary. Łysina 

drugiego tak świeciła w promieniach księżyca, że mógłby jechać nocą rowerem bez 

ś

wiateł odblaskowych.

Obaj ruszyli na tył samochodu, po czym wyciągnęli z bagażnika wątłe ciało 

jakiegoś młodego człowieka. Zaciągnęli ofiarę nad rzekę, gdzie ospowaty ocucił ją 

dwoma ostrymi uderzeniami w policzek.

– No chyba was powaliło... – jęknął przebudzony.

– Uważaj, co mówisz! Obrażasz funkcjonariuszy państwowych – odparł ten w 

okularach.

– Cynicznie plujesz na autorytet IV Rzeczpospolitej – dodał łysy.

Chłopak zamilkł na chwilę, widocznie zastanawiając się nad tym, jak można pluć 

cynicznie. Ospowaty szybko ocucił go kolejnym uderzeniem.

– Dość zabaw! – warknął. – Imię, nazwisko, zawód?

– A co ci do tego?

Odgłos kolejnego policzka poniósł się daleko nad wodą.

– Imię, nazwisko, zawód?

– Rafał Witkowski, niezależny dziennikarz.

– No popatrz, dziennikarz – ucieszył się łysy. – Wy chyba nigdy nie przestaniecie.

– Czego?

background image

– Godzić w autorytet władzy, w rząd i prezydenta! A teraz gadaj, kto ci 

powiedział o ośrodku?

– Nikt, śledziłem wasz samochód!

– Kłamiesz! Jesteśmy asami kontrwywiadu! Chwytaliśmy imperialistycznych 

szpiegów, kiedy ty jeszcze wsuwałeś bobofruty. Na pewno nie dalibyśmy się podejść 

marnemu dziennikarzynie. Kto ci powiedział o ośrodku?

– Już mówiłem. Ale widocznie błędnie myślałem, że dotrze to do młota, który nosi 

okulary przeciwsłoneczne w środku nocy.

Mężczyzna zbliżył swoją facjatę do twarzy Witka tak bardzo, że dziennikarz mógł 

dostrzec resztki kolacji między jego zębami.

– Wiesz, co ci zrobimy, chłoptasiu? Zdejmiemy z ciebie ciuchy, zwiążemy i 

zostawimy w błocie na całą noc. Brzeg roi się od pijawek. W kilka chwil przyssą ci się 

do jaj...

– Do jaj! – podkreślił drugi.

– Cicho, łysy! Na czym to ja skończyłem? Aaa, tak! Oblezą cię pijawki, pociachają 

komary.

– Jak w Wietnamie – sprecyzował partner ospowatego.

– Zamknij ryj! A ty, mały, słuchaj. To twoja ostatnia szansa. Przyznaj po prostu, 

ż

e pracujesz dla „Koszernej”, że ten Żyd dał ci na nas zlecenie, że zbierałeś materiały. 

Potem daj nazwisko tego, który chlapnął o ośrodku, i wszystko z głowy. Przysłużysz 

się ojczyźnie, będziesz miał czyste sumienie.

– Czyściutkie jak niemowlę! – padło z boku.

Teraz ospowaty nie wytrzymał i zdzielił łysego po głowie. Potem uniósł 

dziennikarza za poły kurtki i spytał z naciskiem:

– To jak będzie? Gadaj prawdę!

– Już powiedziałem! Jestem freelancerem. Współpracuję z „Leśnymi Nowinkami”, 

„Światem Mega-Gwiazd” i magazynem „Historie nie z tej ziemi”. Do ośrodka trafiłem, 

ś

ledząc wasz samochód. Widziałem tam... Nic nie widziałem i nie macie się czego bać. 

Jeśli miałbym coś o was napisać, i tak nadawałoby się to tylko na scenariusz komedii.

Ospowaty wziął zamach do kolejnego ciosu, lecz jego ręka zamarła 

niespodziewanie.

Coś zaszumiało w krzakach u podnóża wału.

– Kapitanie Ryś – jęknął z tyłu łysy.

– Mówiłem już, zamknij ryj. No więc, mały...

– Ale kapitanie – dłoń tajniaka potrząsnęła Rysia za ramię – tam coś jest. W 

krzakach.

– Nie bądź baba, łysy.

Jakby w odpowiedzi nieopodal strzeliło kilka gałązek. Dwaj agenci obrócili się w 

background image

tę stronę, a puszczony nagle Witek z hukiem upadł na trawę, tłukąc sobie tyłek.

– Co to? Co to, kapitanie?

– Nie panikuj! Pewnie dziki pies. Albo dziki dzik.

Dziennikarz miał spytać złośliwie, czy widzieli kiedyś niedzikiego dzika, ale w tym 

momencie stworzenie wyszło na oświetloną księżycem przestrzeń. Całą trójkę 

zamurowało.

* * *

Oto w ich stronę pełzł potwór o kształtach tak bluźnierczych i wypaczonych, że 

jego widok wypalał w umyśle piętno niby rozpalone żelazo. Potwór miał kształt 

jaszczurki i przynajmniej dwa metry długości. Szedł na szeroko rozstawionych łapach, 

kołysząc kostnym grzebieniem. Najgorszy był jednak pysk: gadzia morda miała w 

sobie coś upiornie ludzkiego. Zdobiła ją para okularów w grubej czarnej oprawce i 

szkłach przypominających denka od butelek.

– Nnnie... Nnnie ruszaj się – wydukał Ryś.

Gad obrzucił ludzi krótkim spojrzeniem, zobaczył leżącego w trawie Witka, po 

czym ruszył w jego stronę.

– Ssstój, bo ssstrzelam! – jęknął kapitan.

– Do... dokładnie! Będziemy strzelać! – potwierdził łysy.

Stworzeniu nie były straszne takie groźby. Parło dalej. Tajniacy wyjęli broń. 

Dłonie drżały im jak chirurgom plastycznym przed operacją żony prezydenta, lecz 

mimo to wypalili kilka razy w stronę potwora. Ten nie zatrzymał się, zupełnie jakby 

kule nie robiły na nim wrażenia.

Tego było już za wiele. Mężczyźni zerwali się i puścili pędem w stronę 

samochodu. Witek został sam. Potwór podszedł i obwąchał go dokładnie.

– Cześć – rzucił krótko.

Dziennikarz podniósł się i klepnął gada po głowie.

– Wielkie dzięki, Zhmf. Gdyby nie ty, kto wie co by się stało. Polujesz?

– Co mówisz? – spytał głośno bazyliszek. – Wybacz, Witek, ale słuch znów mi się 

pogorszył. Rozumiesz, tysiąc lat to dużo, nawet jak na bazyliszka.

– Co tu porabiasz?! – krzyknął z bliska Witek.

– Aaa, tak sobie poluję. O tej porze są bardzo dobre, tłuste pędraki. Zęby się na 

nich nie ścierają, a wiesz, że niewiele mi ich zostało. Starość nie radość, Witek! No a 

jak zobaczyłem, że masz problem z tymi dwoma bykami, to postanowiłem trochę ich 

nastraszyć.

– Nie bałeś się? Na pewno nic ci nie jest? – spytał z niedowierzaniem dziennikarz.

– Co? Dlaczego?

– Ci wariaci wydusili w ciebie cały magazynek pestek!

background image

Oliwkowy pysk bazyliszka nabrał nagle bledszego odcienia.

– Ccco?

– No, strzelali. Nie słyszałeś?

– Sss... strzelali?... – szepnął gad, po czym zachwiał się, a następnie, straciwszy 

przytomność, padł jak kłoda w wysoką trawę.

* * *

Porwanie i pobicie okazało się tylko początkiem atrakcji, jakie los zesłał Witkowi 

tej nocy. Następną było ciągnięcie stupięćdziesięciokilowego nieprzytomnego 

bazyliszka do nory. Dziennikarz nie tylko spocił się i zdyszał, taszcząc ciało przez 

nabrzeżne zarośla. Musiał też zatykać sobie nos, bo stary gad węch miał już tak zużyty 

jak słuch i wzrok – w związku z czym nie odczuwał potrzeby kąpieli.

Godzinę później Witek dotargał Zhmfa w pobliże jego leża. Nie przepadał za tym 

miejscem, bo nora znajdowała się w parku niemal w samym centrum miasta. Łatwo 

było trafić na niepożądanych gapiów.

Tam właśnie wznosił się rozległy, gęsto zarośnięty pagórek – niegdyś stał na nim 

arsenał. Teraz jedna strona wzgórza otoczona została wysokim płotem, a druga, 

porośnięta trawą, spadała wprost na spacerową promenadę. Gęste krzaki osłaniały 

przed wzrokiem przechodniów kilka różnej wielkości jam. Część wiodła głęboko pod 

wzgórze – do zasypanych dziewiętnastowiecznych piwnic. Już dawno zbadano je i 

zamknięto żelaznymi kratami. Później, przegryzłszy pręty i nadkruszywszy przy tym 

ząb, jedną z pieczar objął w swe władanie Zhmf.

Niestety, dzieciarnia, ciekawscy łazęgowicze oraz pijacy z pilną potrzebą nie 

respektowali ani krat (a przynajmniej tych, które nie wyjechały jeszcze na wózkach 

złomiarzy), ani tabliczek Zakaz wstępu. W efekcie pierwsze kilkanaście metrów jamy 

było unikalnym połączeniem śmietnika i publicznej toalety.

Bazyliszek, który mimo wady wzroku nadal bez problemu widział w ciemności, 

zręcznie lawirował między nieczystościami. Jego goście zazwyczaj nie mieli jednak 

tego talentu – i byli szczęśliwi, jeśli tylko raz czy dwa razy wdepnęli w świeże 

odchody. Na dodatek stare, zasypane korytarze nie wyglądały bezpiecznie, a gad, jak 

na złość, obrał za leże najniższą część.

Dlatego Rafał Witkowski odwiedził dotąd bazyliszka tylko dwukrotnie. Za 

każdym razem obiecywał sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi. Jednak dziś znów 

siedział w jamie – na starej pufie, ściskając w dłoniach kubek herbaty.

– No, opowiadaj! – popędził go Zhmf, gdy doszedł już do siebie. – Co to za ludzie 

i jak im podpadłeś?

– Długa historia.

– No, no! Więc lepiej zaczynaj od razu, zamiast marnować czas. Wiesz, że nie 

background image

puszczę cię, póki wszystkiego nie opowiesz!

Witek westchnął.

– Zaczęło się od handlu organami...

– Co?! Oj, Witek, wiem, że ci się ostatnio nie powodzi, ale żeby...

– Daj spokój, Zhmf! To przecież nie ja handlowałem. Pozwól mi opowiadać i nie 

przerywaj.

Gad skinął łbem.

– No więc na początku była sprawa handlu organami – podjął dziennikarz. – 

Wiesz, ostatnio zacząłem mieć dość gazetek, do których piszę. Uznałem, że pora na 

coś lepszego. Skontaktowałem się z redakcją gazety miejskiej. Przejrzeli moje 

portfolio, ale chyba teksty o feng shui i odchudzaniu nie zrobiły na nich wielkiego 

wrażenia, bo odpowiedzieli, że może i znaleźliby dla mnie miejsce, ale najpierw 

musiałbym napisać świetny tekst na jakiś poważny temat. – No i?

– Pomyślałem zaraz o zniknięciach emerytów, o których mówi się ostatnio w 

mieście. Słyszałeś może? Kilkanaścioro staruszków i staruszek wyparowało jak 

kamfora.

– Co się stało? Sklepikarze postanowili odzyskać pieniądze za mleko i chlebek 

brane na krechę?

– To nie jest śmieszne, Zhmf. Im naprawdę mogło się coś stać. Krążą plotki, że 

skupują ich bogaci Niemcy. Ci, którym potrzebna jest transplantacja.

– Legenda miejska. Nie wierz w takie bzdury. Zresztą kto by brał tak zużyty 

towar? – prychnął bazyliszek.

– Też byłem sceptyczny. Mimo wszystko postanowiłem trochę powęszyć. 

Zacząłem od dworca, bo w jego okolicach zdarzyło się najwięcej zniknięć. Kupiłem 

kilka win, pogadałem z paroma bezdomnymi. Zmarnowałem pół dnia i niewiele się 

dowiedziałem. Na szczęście, wychodząc, przypadkiem wpadłem w środek ciekawej 

sceny. Kojarzysz Dziadka Łyżeczkę?

– Wiesz przecież, że nie łażę dużo po mieście. Kto to taki?

– Mały staruszek, zarośnięty jak yeti. Siedzi całymi dniami na ulicy z tyłu dworca i 

gra na puszkach, pudełkach, butelkach. Ma w każdej dłoni dwie łyżeczki, a pod butami 

jeszcze dwie na pedałach. Dlatego tak go nazywają. Podobno był dawno temu 

wibrafonistą w filharmonii, ale go wylali, bo za dużo pił. W każdym razie gra 

niesamowicie! Kiedy przechodzi obok zagraniczna wycieczka, zarabia pewnie więcej 

niż ja w tydzień. No ale do rzeczy: jak opuszczałem dworzec, Dziadek Łyżeczka 

właśnie zbierał się do domu. Było już późno, ulica prawie pusta, tylko paru ludzi. 

Nagle podjechała do niego czarna limuzyna. Wysiadło dwóch bysiorów w garniturach, 

wpakowali staruszka do środka i zaraz odjechali. Zdążyłem tylko zauważyć, że auto 

miało rządową rejestrację. Bazyliszek zachichotał.

background image

– Nie twierdzisz chyba, że rząd porywa emerytów na organy?

– Słuchaj dalej, Zhmf. Wiedziałem już, że w sprawę zamieszani są tajniacy. Udało 

mi się zapamiętać ich rejestrację, więc od razu pobiegłem do Babci Jagustynki. 

Staruszka szczęśliwie przyjęła mnie poza kolejką. Ja postawiłem na stół flaszeczkę, a 

ona kryształową kulę i w parę minut wiedziałem, dokąd jadą. Zabrali Dziadka 

Łyżeczkę do jakiegoś ośrodka pod miastem. Wysoki płot, strażnicy z psami: sprawa 

wyglądała poważnie. Wziąłem taksówkę, pojechałem tam z aparatem fotograficznym i 

obiektywem do zdjęć w nocy. Dobre dwie godziny obserwowałem kompleks, siedząc 

na drzewie. W końcu podkusiło mnie, cholera, żeby się wślizgnąć. Z początku szło 

nieźle: przelazłem przez płot, minąłem strażnika, doczołgałem się do jakiegoś budynku.

A tam...

Tu Witek przerwał, pokręcił głową i pociągnął łyk herbaty.

– A tam...? – popędził go bazyliszek.

– Nie uwierzysz, Zhmf. Przez okno zobaczyłem, że przykuli dziadka do jakiegoś 

fotela, zadrutowali mu całą głowę, nogi wsadzili w metalowe buty. Miotał się zupełnie 

jak od elektrowstrząsów. Wyglądało to strasznie. Uznałem, że muszę strzelić fotkę, bo 

inaczej nikt mi nie uwierzy.

Witkowski zmieszał się, jakby następne wspomnienie było zgoła wstydliwe.

– I...?

– I wtedy mnie złapali. Zapomniałem wyłączyć flesza – burknął. – Sekundę po 

tym, jak pstryknąłem, byli już na zewnątrz. Ktoś dał mi w łeb, obudziłem się w 

bagażniku. Co było dalej, wiesz już sam.

Zhmf poskrobał się za uchem i poprawił okulary. W końcu spytał:

– Co teraz masz zamiar robić?

– Nie wiem. Myślałem, żeby wrócić do ośrodka, podpatrzyć coś jeszcze i uwolnić 

Dziadka Łyżeczkę. Jeśli spiszę jego opowieść, będzie z tego tekst na polskiego 

Pulitzera. Tyle że sam pewnie znów dam się złapać. Chyba potrzebuję pomocy.

Bazyliszek pokręcił łbem.

– Nie zrozum mnie źle, chłopcze. Jesteś moim przyjacielem, przyjacielem Rraksa 

oraz Janka. Jestem ci bardzo wdzięczny za nowe meble do nory czy za słoiki pysznych 

dżdżownic, dzięki którym oszczędzam zęby. Wiedz jednak, że są pewne granice. Nie 

uśmiecha mi się robienie za tarczę strzelecką, a ty zadzierasz z niebezpiecznymi 

ludźmi.

Witek wzruszył ramionami.

– I co z tego? Gdy przybyła tu wiedźma, też było niebezpiecznie. Albo wtedy, 

kiedy Lucyfer zorganizował w mieście imprezę integracyjną dla kadr Siódmego Kręgu 

Piekieł. Albo jak drzewce z parku postanowiły zemścić się na wszystkich psach w 

mieście. Za każdym razem pomagałeś!

background image

– To było co innego, Witek. Wtedy dziwoludy i siły magiczne zagrażały ludziom. 

Ładowi, dzięki któremu możemy wśród nich żyć niezauważeni. Teraz to sprawa 

między ludźmi. Nie wiem, czy mam prawo się mieszać, a już na pewno nie chcę.

– Proszę, Zhmf! Wiesz, że nie znam nawet tej odrobiny magii, co Janek. Bez 

ciebie stracę życiową szansę! Słuchaj, jestem gotów przez rok dostarczać ci robaki, 

tylko pomóż mi się tam wkraść.

– Robaki... Sam mogę je znaleźć, nie ryzykując, że dostanę kulkę w łeb.

– Wysprzątam ci wejście do jaskini! Potrzebujesz do tego kogoś z parą rąk!

Zhmf zmrużył oczy. Ostatnio przednia część jamy stała się tak brudna, że nawet on

brzydził się wejść, a co dopiero czyścić ją pyskiem.

– Dobrze, Witek – rzucił po chwili. – Mam chyba pomysł, jak rozwiązać twój 

problem.

* * *

– Teraś?

– Nie.

– Teraś?

– Nie, cichaj!

Nastąpiła długa chwila milczenia.

– Teraś?

– Teraś! Na gliebe go, siukinsina! – krzyknął Gorzałek Opiłek i chwilę potem był 

już między stopami mężczyzny, oplątując mu kostki liną. Reszta krasnoludków nie 

pozostała w tyle. W kilka sekund oblepiły nieszczęśnika grubą warstwą czerwonych 

kubraczków, drobnych rączek i nóżek.

– Na gliebe! – rozbrzmiało ponownie, a chwilę potem człowiek został obalony na 

chodnik.

– Podsyskowniku – zasalutował Gorzałkowi karzeł tak zarośnięty, że mógłby 

robić za świnkę morską – cel lezy! Cio teraś?

– Psyniescie bzitwę!

Gdy minął szok wynikły z zaskoczenia i z tego, że wokół roiło się od 

trzydziestocentymetrowych ludzików w szpiczastych czapeczkach, przewrócony 

człowiek zaczął rozpaczliwie wzywać pomocy. Ulica była jednak pusta. W sklepie 

monopolowym, który właśnie zamknął, leżał co prawda gazowy rewolwer, ale 

mężczyzna nie liczył, że półtora tuzina wściekłych karzełków pozwoli mu przebić się 

do środka. Rozpaczliwie próbując uwolnić ręce, posłał kilku przeciwników w 

powietrze. Reszta jednak szybko go spacyfikowała, kopiąc po bokach podkutymi 

butkami, plując w oczy, kłując twarz odłamkami szkła.

Wkrótce dwa krasnoludki przyniosły jakiś podłużny przedmiot.

background image

– Otwozyć! – zakomenderował Gorzałek.

Stal błysnęła w świetle gwiazd. Mężczyzna zdziwił się, widząc staromodną 

brzytwę, lecz jego uwaga szybko skoncentrowała się na tym, że ludziki niosą ostrze w 

stronę jego krocza.

– Dawaj kluce, bo urżnem jajce! – pisnął Opiłek.

Sklepikarzowi nie trzeba było tego powtarzać. Drżącą dłonią sięgnął do kieszeni i 

wysunął z niej klucze.

– Proszę, bierzcie, co chcecie! – wybełkotał. – Tylko nie róbcie mi krzywdy.

– Ziamknij ryj!

Część podwładnych Gorzałka zaraz utworzyła żywą piramidę sięgającą zamka. 

Wkrótce drzwi się otwarły, a wtedy krasnoludki runęły do środka, pokrzykując z 

zadowolenia.

– Podsyskowniku – padło ze sklepu – to pradziwy raj!

Herszt watahy podkręcił wąsa, a następnie rozkazał związać sklepikarza.

Z ciemnej bramy naprzeciw obserwowały to dwie pary oczu.

– Nie powinniśmy mu pomóc? – spytał cicho Witek.

– Lepiej nie. Jeśli się zbliżymy, kto wie co zrobią.

– One są... dzikie.

– Nie dziw się. To sfrustrowane, bezrobotne krasnoludkialkoholicy. Kiedyś żyły 

sobie spokojnie, szczając do mleka i śpiąc na zapiecku. Sami zabraliście im obie 

przyjemności. Wasza cywilizacja wystrzeliła naprzód jak oszalała, a biedne stworzenia, 

które nie potrafią się tak szybko adaptować, zostały na lodzie. Gdy zabrakło 

zapiecków, stągwi z mlekiem i koni, którym można w nocy zaplatać warkocze, 

krasnoludki zeszły na złą drogę. I co się krzywisz? Wyobraź sobie, jak czuje się 

krasnal zmuszony do życia w węzłach ciepłownicznych i jadania w śmietniku. Jak 

cierpi, gdy widzi potworne gipsowe karykatury, które stawiacie sobie w ogródkach. 

Stworzyliście potwory, Witek!

– Stworzyliśmy potwory – powtórzył dziennikarz, widząc, jak krasnoludek stojący 

na nosie sklepikarza odsznurowuje portki ze złośliwym śmiechem.

Tymczasem ze sklepu zaczął dochodzić odgłos tłuczonych butelek i głośne 

wiwaty. Gorzałek Opiłek wykazał jednak roztropność godną prowodyra. Żelazną ręką 

nadzorował wiązanie sklepikarza i puścił resztę skrzatów do środka, dopiero gdy 

nieszczęśnik był tak spętany, że nie mógł ruszyć palcem.

Sam wszedł na końcu.

– No, chopaki! – krzyknął, stając w progu. – Naliejcie miściowi piendziesiontkie!

Jednak karzełki zamarły nagle i pobladły, patrząc w stronę Gorzałka. Ów z 

początku wziął to za komplement (tatko Koszałek, który zawsze chciał być zbójem, a 

skończył jako gryzipiórek, zawsze powtarzał, że porządny krasnal musi przede 

background image

wszystkim budzić strach). Szybko jednak się zorientował, że wytrzeszczone oczy 

współbraci nie spoglądają na niego, a na coś z tyłu.

W tym momencie wielka łapa chwyciła Opiłka za kark.

* * *

Dziadek Łyżeczka spłynął powoli na karminową smugę danych, wyhamowując 

impet skrzydłami. Rozejrzał się wokół, podziwiając świetliste wstęgi i węzły niknące w 

oddali, po czym klęknął i przyłożył dłonie do podłoża. Zaraz z posadzki wyrosły 

rozgałęzione czerwone żyłki – najpierw wiotkie i chwiejne jak pędy fasoli, potem coraz

grubsze, tętniące. Powoli wpełzły mu na ramiona, zagłębiły się pod skórą.

– Tu czysto. Schodzę niżej.

– Przyjąłem, 01. Zachowaj najwyższą ostrożność. Zbliżasz się do zagrożonej 

strefy. Pamiętaj: BHP ponad wszystko.

Dziadek roześmiał się tylko, po czym wziął rozbieg i skoczył ze smugi, w 

powietrzu wywijając efektowne salto. Tym razem spadał krócej. Już po kilku chwilach 

uderzył w pomarańczową, okrągłą wyspę.

– Jestem w matrycy dyskowej tego, no... serwisa C2.

– Serwera C2 – zabrzmiało mu w uszach.

– Jeden pies. Wygląda na to, że pusto. Chociaż nie... Czekaj...

– Co jest, 01? 01, słyszysz? Co widzisz? – słuchawka szczekała niecierpliwie.

– Idą tu! Wylądowali na krawędzi talerza. Pięciu. Nie, sześciu!

– 01, wycofaj się! Słyszysz? Wyrywaj stamtąd! 01?

Nie było odpowiedzi. Za to matryca rozbłysła światłem gwałtownie rozwijanych 

bojowych podprogramów. Po chwili, która zdawała się wiecznością, Dziadek 

Łyżeczka wznowił kontakt:

– Dupa zbita! – krzyknął. – Prawie mnie mają!

– 01, czemu się nie wycofujesz?!

– Nie dają mi się oderwać. Są szybkie jak diabli! I... Kurna chata! Mają świetną 

koordynację, używają wszystkich czterech kończyn!

– Kto to taki, 01?

– To chińskie akrobatki! Powtarzam: to znów te cholerne chińskie akrobatki!

* * *

Walka się przeciągała. Kapitan Ryś spoglądał to na monitor, to na twarz doktora 

Pszasnyskiego, który przygryzał palce i miotał się jak emeryt z hemoroidami w kolejce 

górskiej za każdym razem, kiedy program wyrzucał nowy komunikat. Dla Rysia było 

to równie interesujące co doroczny turniej wiedzy katechetycznej w Kopytkowie 

Mniejszym. Jeśli tak miało wyglądać szpiegostwo przyszłości, to wolał iść na 

background image

wcześniejszą emeryturę.

Kapitan westchnął cicho. To nie to, co za dawnych czasów w MO! Pościgi 

polonezami, łapanie cinkciarzy czy amerykańskich szpiegów, pogadanki w szkołach. A 

dzisiaj? Jakaś głupia gra wideo. Jakieś zabawy w wirtualnej rzeczywistości.

Walka tymczasem trwała. Naukowiec fikał jak szalony, dziadek rzucał się na 

metalowym łożu, mucha krążyła bez celu po ścianie. W końcu Ryś, poczuwszy ucisk 

w pęcherzu, zdecydował się pójść na przechadzkę. Wyszedł z laboratorium, skręcił w 

boczny korytarz, wyjrzał przez okno, by sprawdzić, czy strażnicy przy bramie nie śpią. 

Potem wszedł do toalety.

Nagle zdało mu się, że na dachu słyszy cichy tupot. Zamarł w pół kroku, sięgnął 

do kabury pod marynarką. Zaraz jednak uśmiechnął się i cofnął dłoń. Niemożliwe, 

ż

eby ktokolwiek był na górze. Strażnicy i kamery śledzili każdy skrawek kompleksu. 

Tylko krasnoludki zdołałyby się prześlizgnąć...

Na starość widocznie chwyciła go paranoja.

Ś

wiatło nie działało, więc w półmroku ruszył do jednej z kabin, wyciągnął rękę i... 

kilkanaście małych kształtów wypadło ze szpary pod drzwiami.

– Szczury! – krzyknął Ryś, próbując roztrącić nogami stworzenia. Te jednak 

błyskawicznie wlazły na niego. Desperackim ruchem wyrwał z kieszeni pistolet. Już 

chciał strzelić, gdy usłyszał z boku świst powietrza. Odwrócił się w sam raz, by 

oberwać w twarz potężną żeliwną patelnią zawieszoną na kablu od lampy.

Ś

wiat pociemniał. Kapitan zwalił się jak długi na posadzkę. Z daleka dobiegł go 

głos:

– Już ci dam ściury, tempy ludziaku!

Minęła chwila, nim odzyskał choć w części świadomość, a gdy to nastąpiło, jęknął 

z przerażenia.

Coś wdrapało mu się na pierś.

Coś okropnego.

Coś dziesięciocentymetrowego, zarośniętego jak świnka morska.

* * *

Zhmf i Witkowski nie musieli czekać długo. Nim na dobre rozgościli się w 

chaszczach przy płocie, z głównego budynku dobiegł osobliwy dźwięk.

– Szybkie są! Idziemy? – spytał Witek.

– A to była kuropatwa czy bażant? Bo widzisz, Witek, ja mam już słaby słuch.

– Co?

– Gorzałek Opiłek podawał nam przecież listę sygnałów. Odgłos tokującego 

bażanta miał znaczyć: „Wszystko w porządku, możecie iść”, a dźwięk przestraszonej 

kuropatwy: „Wpadka, spieprzamy”. Dziennikarz podrapał się po głowie.

background image

– Mnie to... Mnie brzmiało chyba trochę jak bażant.

– Pewien?

– Raczej...

Zhmf wstał i już miał zamiar wyjść z krzaków, gdy Witek chwycił go za łapę.

– Czekaj! A bażant nie znaczył może: „Niespodziewane trudności, potrzeba więcej 

czasu”?

– Od tego był głos konającej żyrafy – stwierdził bazyliszek, po czym ruszył w 

stronę ogrodzenia.

Drut kolczasty nie opierał się długo jego zębom wprawionym w przeżuwaniu 

kolczug i pełnych pancerzy. Już po chwili obydwaj byli wewnątrz kompleksu i skradali 

się ostrożnie w stronę centralnej budowli. Reflektory wież strażniczych przeczesywały 

ciemne pole jak goryl szukający uciążliwej pchły. Człowiek z bazyliszkiem cudem 

uniknęli złapania, kilkakrotnie będąc o parę stóp od smugi światła.

– Nie wrócimy już tędy – stwierdził spocony jak mysz Witek, gdy dotarli do 

drzwi.

– Za duże ryzyko – wysapał Zhmf. – Pogadamy z Gorzałkiem, zmienimy trochę 

plan.

Herszta krasnali spotkali w długim korytarzu, gdzie pod ścianą ułożono piątkę 

skrępowanych i zakneblowanych ludzi. Podwładni Opiłka właśnie skończyli 

przetrząsać im kieszenie.

– No, no – gwizdnął Witkowski.

Karzeł wyprężył się dumnie.

– Czy to wszyscy? – spytał go Zhmf.

– Nie. Som jesce ci w rabolatorium. Dwóch ludziaków w kitlach i jeden z 

broniom.

– Dobrze się spisaliście, chłopaki – pochwalił bazyliszek. – Idziemy po Dziadka. 

Ale wcześniej jeszcze jedna sprawa, Gorzałku. Nie uśmiecha nam się wracać przez 

pole, zresztą będziemy pewnie nieśli Łyżeczkę. Mógłbyś zająć się strażnikami przy 

bramie?

– Siem robi! Wyrwiząb, Łamignat, Krwiopuszcz?

– Tak jeśt! – odkrzyknęły skrzaty.

– Pódziecie z nami po Dziadka. Śtokrotka?

– Meldujem się, panie podsyskowniku – zasalutował największy, najszpetniejszy i 

najbardziej zabliźniony z krasnali.

– Dla ciebie zadanie śpecjalne. Biezes magiewski eliksir i idzies uśpić ludziaków 

przy zelaznej furcie. Rozumies?

– Ta jeśt! Ale... Panie podsyskowniku, gdyby mikśtura nie tego?

– Wtedy mozes załatwić śprawe rencnie. Stokrotka zatarł dłonie. Wyraz jego 

background image

twarzy przyprawił Witka o dreszcze.

– Ale, Śtokrotka, bez trupów. Bez trupów.

Szkaradny krasnal zasalutował i pobiegł w stronę wyjścia. Reszta ruszyła powoli 

w stronę głównego laboratorium.

* * *

Łysy nie miał szans, nie mieli ich również dwaj naukowcy. Wgapieni w ekrany 

niczym w świętą ikonę nie mogli zauważyć, jak do środka wkrada się kilka sylwetek 

różnej wielkości i kształtów. Bełkotanie Dziadka zagłuszyło cichy tupot krasnali, 

powolny krok bazyliszka, stuk butów Witkowskiego.

Niespodziewanie drużyna Gorzałka rzuciła się na ludzi, a Zhmf z rozbiegu 

grzmotnął łysego w plecy. Witek chwycił krzesło i rozbił je na łbie ryżego technika, a 

Gorzałek Opiłek spadł z góry na głowę starszego naukowca i zaczął rwać mu 

garściami resztki włosów. Walka skończyła się równie szybko, co się zaczęła.

Gdy wszyscy pracownicy kompleksu leżeli związani na podłodze, Witek przeszedł 

wzdłuż nich, szukając osoby wyglądającej na odpowiedzialną za laboratorium. Szybko 

wskazał palcem siwego doktora.

Gorzałek kopnął go w bok.

– Wśtawaj, ludziak. Wielki szef kce z tobom gadać!

Naukowiec wybełkotał coś, podniósł się i rozejrzał niepewnie wokół, 

zdezorientowany jak małpa w kokpicie myśliwca. Minęła długa chwila, nim dotarło do 

niego, w czyim towarzystwie się znalazł.

– Smok! I krasnoludki! Ja śnię, ja oszalałem! – jęknął, rwąc sobie z głowy te 

resztki włosów, które litościwie oszczędził Gorzałek.

– Dokładnie rzecz biorąc: bazyliszek i krasnoludki – sprostował Zhmf.

Widok gadającego gada bynajmniej nie poprawił sytuacji. Doktor pisnął cienko, po 

czym zachwiał się, niemal tracąc przytomność.

Witek chwycił go za kitel i potrząsnął porządnie.

– Uspokój się, człowieku. Nikt ci nie zrobi krzywdy. Mam tylko kilka pytań. 

Odpowiesz szczerze i już nas nie będzie. Pierwsze: co robicie temu biednemu 

staruszkowi?

– On... prze... przechodzi proces szkolenia... na agenta ABW.

– Dziadek Łyżeczka? Czyście oszaleli? Jakiego agenta! To żebrak i 

ekswibrafonista!

– Za... zaraz wyjaśnię. Obecny tu jest nowym pra... pracownikiem supertajnego 

biura wywiadu elektronicznego. Przeszkodziliście nam... gdy wykonywał misję o 

priorytetowym znaczeniu dla kraju.

– Priorytetowym, znaczy bardzo ważnym – zauważył z podłogi łysy.

background image

– Popełniacie przestępstwo najwyższej... – kontynuował naukowiec.

Krasnoludki zarechotały, więc umilkł speszony.

– Mnie się wydaje, że to wy jesteście przestępcami – odparł Witek. – Porwanie, 

tortury, pobicie dziennikarza... Trochę się tego znajdzie.

– Ależ pan nic nie rozumie. On nie jest przetrzymywany wbrew woli. A 

przynajmniej już nie. Owszem, na początku agenci operacyjni musieli użyć przemocy, 

ale tylko ze względu na niezwykły kaliber sprawy.

– Kaliber-sraliber. Jaśniej, ludziak! – sarknął Gorzałek.

– Krótko mówiąc – doktor nabrał tchu – chodzi o Internet 2.

* * *

Stokrotka był krasnalem do zadań specjalnych. Miał reputację równie paskudną co 

pokryta bliznami facjata i jedną ważną cechę, która predestynowała go do szczególnie 

niebezpiecznych misji. Nie wykazywał mianowicie ani odrobiny instynktu 

samozachowawczego.

Samotne napady na ludzi i kradzieże w biały dzień należały do jego stałego 

repertuaru. Opowieść o tym, jak kiedyś pokiereszował trójkę dzieciaków, które chciały

nakarmić nim kota, przeszła do legendy. Stokrotka kazał sobie wytatuować tę scenę na 

plecach, a zęby pechowego futrzaka zawiesił na szyi jako amulet.

Dla niego atak na dwóch wielkich ludzi nie wydawał się niczym nadzwyczajnym. 

Wiedział jednak, że musi zachować ostrożność. Poczekał, aż promienie reflektorów 

nieco się oddalą, wypatrzył kępę trawy, która mogłaby posłużyć za schronienie, po 

czym ruszył. Biegł lekko i bardzo szybko. Oczy miał wbite w cel.

Niespodziewanie coś pociągnęło go za kostkę. Stokrotka nie zdążył się nawet 

zdziwić. Wywinął w powietrzu długie salto, a chwilę potem ziemia rąbnęła go w twarz 

z siłą pędzącego parowozu.

* * *

– Internet 2? – Witek uniósł brew wyraźnie zaciekawiony. – Ta sieć, która nie jest 

nikomu potrzebna i dlatego przesunięto jej wprowadzenie na bliżej nieokreśloną 

przyszłość?

– Dokładniej rzecz biorąc, Internet 2 już powstał. Infrastruktura i pierwsze 

serwery zostały postawione dwa lata temu. Z początku korzystały z nich jedynie 

ośrodki akademickie, ale sprawa szybko zainteresowała rządy światowych mocarstw. 

Rozpoczęły się przepychanki o kontrolę nad nową siecią. Amerykanie, Chińczycy, 

Rosjanie, talibowie, izraelscy studenci, scjentolodzy... Piekło. Wkrótce z powodu 

ciągłych ataków hakerów sieć stała się zupełnie niezdatna do użytku. Zrezygnowali 

więc z niej wszyscy użytkownicy z wyjątkiem wywiadów państw, które traktowały 

background image

sprawę ambicjonalnie.

– Ale co to ma wspólnego z Dziadkiem?

– Jakiś czas temu nasi amerykańscy sojusznicy zaproponowali, aby w Polsce 

powstał Zakład Walki Elektronicznej specjalizujący się w Internecie 2.

– To pewnie w ramach offsetu za gumki do goreteksowych majtek? – odgadł 

dziennikarz.

Naukowiec skinął głową.

– To była wielka szansa dla kraju – podjął. – Szansa na to, że będziemy się liczyć 

na nowoczesnym polu walki.

– Wszystko ku chwale IV Rzeczpospolitej. – Łysy zasalutował do sufitu.

– Prezydent nie mógł przepuścić takiej okazji – ciągnął doktor. – Wkrótce 

powstało odpowiednie laboratorium na licencji amerykańskiej, z amerykańskim 

sprzętem. Właśnie w nim stoicie.

– Wciąż nie wiem, co to ma... – zaczął Witek.

– Już wyjaśniam! Internet 2 jest siecią całkowicie wirtualną. Sterowanie odbywa 

się za pomocą ruchów wszystkich kończyn. Dlatego potrzebowaliśmy osoby 

obdarzonej niezwykłą koordynacją. Kogoś, kto pracuje zarówno rękoma, jak i nogami. 

Tym bardziej że Chińczycy, którzy już wtedy niemal opanowali sieć, używali jako 

operatorów doskonale wyszkolonych akrobatek ze szkoły cyrkowej w Bejing. 

Pierwszy trafił do nas perkusista znanego polskiego zespołu. Niestety, współpraca nie 

układała się najlepiej. Wyszło, że od pięciu lat grał już tylko z playbacku. W tej sytuacji 

potrzebowaliśmy na gwałt innego kandydata. Dowódca naszej ochrony, kapitan Ryś, 

szybko zlokalizował odpowiedni cel, który pozyskano w drodze akcji terenowej. Tu 

doktor wskazał Dziadka Łyżeczkę.

– A więc porwanie? – skwitował Witek. – Opinia publiczna wkrótce się dowie. A 

teraz uwolnij biednego staruszka!

– Nie mogę. Właśnie jest w trakcie starcia. Gdyby doszło do spięcia na zwojach 

neuro...

– Nie dojdzie do spiencia, bo wtiedy obecni tu kamraci zepnom ci tyłiek z 

akumulatorem cienzarówki – obiecał Gorzałek. – Bondź miły i rób, co ci szef kazie.

Argument akumulatora przemówił do doktora mocniej niż tysiąc słów. Zaraz 

zabrał się do pracy przy konsoli uważnie obserwowany przez krasnale. Po ledwie 

dwóch minutach światełka na koi Dziadka zgasły. Sam Łyżeczka rzucił się 

niecierpliwie i zaczął kląć.

Witek zdjął mu hełm.

– Co jest?! Właśnie zaczynałem wygrywać! – zaprotestował Dziadek.

– Przybyliśmy na ratunek, panie Łyżeczka. Proszę iść z nami.

– Na ratunek? – Emeryt zmarszczył krzaczaste brwi.

background image

– Wiemy, że jest pan przetrzymywany wbrew swojej woli i zmuszany do 

współpracy z wywiadem. Teraz nie pora na pytania. Idziemy.

– A sam se idź, panie.

Odpowiedź osadziła Witka w miejscu.

– Co?

– Jajco! Chybaście oszaleli! – warknął Łyżeczka. – Mnie tu dobrze. Karmią, ciepło 

mam, czasem nawet żołądkówki dadzą. A w zamian cały czas tylko gram w te ich gry 

wideo. Żyć nie umierać!

Dziennikarz aż jęknął. Naukowiec uśmiechnął się tryumfalnie.

– I jest pan pewien, że nie chce wolności? – zapytał staruszka.

– Wolność? To znaczy siedzenie na dworcu w zimnie i w deszczu? Dziękuję, 

postoję.

– Dość tiego, szefie – parsknął Gorzałek. – Jak siem dziado stawia, to w łeb mu i 

do wora. Cza uciekać!

Krasnoludki, nie czekając na rozkaz, zaczęły otaczać emeryta.

– Stać! – powstrzymał je Witek. – Przybyliśmy tu ratować, a nie porywać! Ten 

człowiek ma prawo wyboru! Pozwolę sobie tylko spytać, panie Łyżeczka: nie czuje się 

pan wykorzystywany?

– Niby jak? Karmią mnie, panie. I pracę mam.

– Ale czy nie uważa pan...

– Zostaw go – przerwał Witkowi Zhmf. – Musimy uciekać, póki nie przyjdą 

posiłki. Widzisz, że to jakiś głupek.

– Nie macie prawa tak mówić – warknął łysy. – To prawdziwy Polak i patriota. 

Walczy za was, za nasz kraj! Co dzień naraża się na wypłaszczenie czy wypalenie 

mózgu.

Dziadek Łyżeczka aż się zakrztusił.

– Wypa... wypalenie?

Naukowiec spojrzał pod buty, łysy nagle ucichł.

– Wypalenie? – powtórzył staruszek. – Nie było mowy o żadnym wypalaniu. Co 

wy mi tu za kit wciskacie?

– Panie Łyżeczka – odparł w końcu doktor – proszę nie udawać zaskoczonego. 

Podczas treningu mówiliśmy o tym, że porażka w wirtualnej walce może mieć bardzo 

namacalne, wymierne konsekwencje.

– Coś tam żeście bełkotali, ale jak mi to zrozumieć? Ten ospowaty powiedział, że 

nic mi nie będzie, to żem mu uwierzył! Kłamcy!

– Proszę się nie unosić. Owszem, praca agenta niesie pewne niebezpieczeństwa, 

ale...

– A w zad sobie wsadźcie taką pracę, swołocze! – krzyknął wściekły Dziadek. – 

background image

Ty tam, chudzielec! Prowadź do wyjścia. Z tymi w kitlach nie chcę mieć do czynienia.

– Mądra decyzja – skwitował Zhmf.

Krasnoludki skrępowały wszystkich jeńców, aby dać grupie więcej czasu na 

ucieczkę. Potem Witkowski powiódł całe towarzystwo z powrotem do głównych 

drzwi i puścili się biegiem w stronę bramy.

Niemal minęli małe ciałko, które leżało z rozprostowanymi ramionami w błocie – 

kilkanaście metrów od wyjścia.

– Stać! – syknął Zhmf, gdy dostrzegł kształt.

– Olaboga! To Stokrotka! – jęknął jakiś krasnal.

Stokrotka leżał bezwładnie z twarzą w środku kałuży magicznego napoju. Wokół 

walały się resztki rozbitej fiolki. Przyczynę samowolnej zmiany planu podpowiedziało 

wszystkim rozwiązane sznurowadło skrzata.

– Głupek! Śtłuk miksturie. – Gorzałek Opiłek chwycił się za głowę. – To znaci...

– Że strażnicy przy bramie są wciąż przytomni! – dokończył Zhmf.

Chwilę później strzelano do nich jak do kaczek.

* * *

Szary transformator miał metr wysokości i pół metra szerokości. Można by 

pomyśleć, że ukrycie za nim dwóch ludzi, sporego bazyliszka i zgrai krasnali jest 

zupełnie niemożliwe. Jednak pod ogniem karabinów całe towarzystwo skompresowało 

się za osłoną na tyle skutecznie, że ani jedna łapa czy szpiczasta czapeczka nie 

wystawała poza krawędź skrzynki.

– Już po nas – sapnął Witek, próbując odsunąć kolano Dziadka, które wbijało mu 

się w przeponę. – Przepraszam, że was w to wplątałem.

– Tylko tyle? – odparł ze złością Zhmf. – Chyba nie rozumiesz, Witek. To wielka, 

cholerna tragedia. Wiesz, co się stanie, jeśli ludzie nas złapią? Jeśli będzie w końcu 

naukowy dowód istnienia bazyliszków czy skrzatów? To koniec świata. Koniec 

naszego świata!

Gorzałek Opiłek wymierzył Zhmfowi kuksańca w bok.

– Nie rzucaj siem tak, bo mnie gnieciesz!

Witkowski zbladł. Pojął, że jaszczur ma rację. W tej chwili równowaga całego 

ś

wiata wisiała na włosku. Krasnal wystawił głowę na zewnątrz i jęknął:

– Zbliziajom siem! Łolaboga! Zara tu bendom!

– Musimy coś wymyślić – powiedział dziennikarz. – Stawka jest zbyt wielka. 

Słuchaj, Zhmf, nigdy nie myślałem, że cię o to poproszę, ale... czy mógłbyś zamienić 

tych ludzi w skałę?

– Oszalałeś? Dwa posągi pełne kamiennych żył, bebechów i kości to chyba równie 

dobry dowód na istnienie dziwoludów co żywy krasnal! Nie ma szans. Zresztą na 

background image

wielkim konwencie w roku 1835 wszystkie pozostałe przy życiu bazyliszki uroczyście 

przysięgły, że nigdy już nie użyją swoich mocy. Gdybym się wyłamał, wyrzuciliby mnie 

z klubu. Osiemset lat składek na nic!

Witek westchnął ciężko. Pozostawała mu jedna możliwość.

– Dobrze więc. Ja nas w to wpakowałem, więc i ja spróbuję uratować. Wyjdę do 

nich i udam, że się poddaję. Kiedy podejdą mnie obezwładnić, zacznę się rzucać. To na 

chwilę przyciągnie ich uwagę, a wy w tym czasie spróbujecie czmychnąć.

– Gupiś! – parsknął Gorzałek Opiłek. – Jak bendziesz fikać, to ci wpakujom kulkie 

w łeb.

– Zaryzykuję – odparł dziennikarz, choć twarz miał białą jak prześcieradło 

obsypane mąką. – Jeśli dam im podejść naprawdę blisko...

– Gorzałek ma rację. Siedź na tyłku i się nie wychylaj – przerwał Zhmf. W jego 

głosie słychać było coś na tyle dziwnego, że Witek obrócił się do bazyliszka, choć tym 

samym przygniótł dwa krasnale i niemal uniósł Dziadka Łyżeczkę.

Oczy gada błyszczały dziwnie, jego głos był zimny, mięśnie spięte.

– Jest jedno rozwiązanie – rzekł. – Szarża na lustro. Nigdy nie myślałem, że na 

starość przyjdzie mi do tego...

– Co? – spytali jednocześnie Witek i Gorzałek.

Bazyliszek nie uraczył ich odpowiedzią. Wygramolił się spomiędzy skrzatów, kilka 

razy tupnął łapą, po czym wypadł zza transformatora wprost pod lufy żołnierzy.

Mężczyźni na chwilę się zawahali, widząc potwora. A po chwili było już dla nich 

za późno. Zhmf pędził bowiem szybciej niż pociąg. Szybciej niż samolot. Tak szybko, 

ż

e spadły mu okulary.

Strażnicy próbowali strzelać, lecz pierwsze kule minęły błyskawicznie poruszający 

się cel. Nie mieli nawet czasu przycelować, a już bazyliszek uderzył pierwszego w 

brzuch, posyłając go w powietrze. Drugi nie czekał na swoją kolej. Rzucił karabin i 

zaczął uciekać z krzykiem.

– Huh, huh! – parsknął za nim rozochocony bazyliszek.

Witek dobiegł do przyjaciela.

– Zhmf, oszalałeś? – wydyszał. – Mogli cię zabić! Co to miało być?

– Szarża na lustro.

– Co?

– Szarża na lustro jak za dawnych czasów. Wiesz, kiedyś do lochów złaziły nam 

różne buce z lustrami, co się nasłuchały, że tym podstępem można zgładzić bazyliszka. 

Więc my na nich ile sił w łapach. Tłukłeś takiemu lustro łbem, a potem napędzałeś 

takiego stracha, że uciekając, fajdał w portki. Dzięki tobie, Witek, przypomniałem 

sobie czasy młodości!

– Podziękujesz później. Teraz trzeba uciekać, nim uwolnią się ci z laboratorium.

background image

I dziennikarz ruszył biegiem w stronę czarnych limuzyn, które stały na parkingu 

nieopodal.

– Gorzałek! – zawołał, będąc już przy samochodach. – Czy ktoś z twoich potrafi 

kraść auta?

– Rozumie siem samo przez siem – odparł z uśmiechem herszt, po czym krzyknął: 

– Krwiopuszcz, odpal brykie. Pozostali niech zezłomiom resztie.

W kilka chwil rozochocone krasnale doprowadziły dwie limuzyny do takiego 

stanu, że nie dałoby się ich nawet odsprzedać za wschodnią granicę. Tymczasem 

Krwiopuszcz, oficjalny magiewnik kompanii, wygrzebał z ziemi tłustą dżdżownicę i 

podszedł z nią do trzeciego auta. Wymamrotał kilka łacińskich słów, po czym wetknął 

zesztywniałego nagle robaka w zamek. Chwilę potem był już w samochodzie i odpalił 

silnik. Witek zajął miejsce kierowcy, reszta towarzystwa wskoczyła na tył.

Wkrótce mknęli szosą w stronę świateł miasta, które rozpościerały się na czarnym 

horyzoncie jak gwieździsty pled.

* * *

Odwieźli staruszka na dworzec. Tam bazyliszek i krasnale zostali w samochodzie, 

a Witek odprowadził Dziadka Łyżeczkę do nocnego autobusu, po drodze wypytując o 

szczegóły porwania. Robił to bardziej z ciekawości niż z dziennikarskiego obowiązku, 

bo zdawał sobie sprawę, że główny cel wyprawy spalił na panewce. Po napadzie na 

placówkę rządową nie mógł napisać o tym artykułu. Następnego dnia miałby pod 

drzwiami kapitana Rysia czy innego smutniachę w czarnym garniturze.

Dlatego właśnie, gdy Dziadek Łyżeczka odjechał do domu, Witek poczuł, że 

wzbiera w nim smutek. Przeszedł się po pustym dworcu, przysiadł na ławce, by 

podumać nad swoim nieszczęściem. Potem ruszył w stronę auta, powłócząc nogami.

Myślał, że to już koniec przygody. Z prawdziwymi historiami bywa jednak tak, że 

nie lubią przestrzegać reguł wymyślonych przez bajarzy czy znawców literatury. 

Czasem urywają się niespodziewanie, czasem ciągną w nieskończoność, poza horyzont 

znudzenia. Czasem zaś pozornie dobiegają końca, by zaraz wyskoczyć zza rogu i 

walnąć bohatera w twarz.

Tak właśnie stało się z Witkiem. Kiedy wracał do samochodu, jego wzrok 

przyciągnęła dziwna postać. Z budynku dworca wyszedł stary mężczyzna, tuląc do 

piersi jakiś mały flakonik. Miał pomarszczoną twarz, garb na plecach, wyschłe dłonie o 

długich palcach. Rozejrzał się podejrzliwie na boki, po czym schował za najbliższym 

kioskiem.

Dziennikarski instynkt zatrzymał Rafała Witkowskiego w pół kroku. W ciągu 

długich lat praktyki nauczył się już, że z pozoru mało ważne zdarzenie może urosnąć 

w doskonały materiał. Co ukrywał ten człowiek? Czemu unikał postronnych 

background image

ś

wiadków? Co robił za budką?

Witek schował się w cieniu i zaczął obserwować. Nie minęło pięć minut, a 

tajemniczy garbus opuścił kryjówkę. Tyle że zaszła w nim zmiana, która wprawiła 

dziennikarza w osłupienie. Siwe włosy zastąpiła kruczoczarna czupryna, zmarszczki 

znikły, plecy się wyprostowały. Na oko facetowi ubyło dwadzieścia parę lat!

Zszokowany Witek czekał, aż mężczyzna zniknie, po czym ruszył za kiosk, by 

upewnić się, czy czasem nie ma tam jeszcze starca, który wszedł przed chwilą. Ciemna 

szczelina pomiędzy budką a ścianą była jednak pusta. Leżało tam tylko trochę śmieci, 

truchło gołębia oraz dziwny pusty flakonik.

Dociekliwy dziennikarz zbliżył go do nosa i ostrożnie powąchał.

Nagle zrozumiał wszystko.

* * *

Pół godziny później był z powrotem w limuzynie. Załamany opowiadał Zhmfowi o 

swojej przygodzie.

– Wiedziałem już, co się święci. Poszedłem na dworzec do Babci Jagustynki. 

Nawet ucieszyła się, że zwróciłem jej butelkę. Powiedziała, że wielu klientów nie 

przynosi ich z powrotem, a ładne szkło kosztuje.

– Więc to ona?

– Tak. Od paru tygodni dorabiała sobie, sprzedając staruszkom eliksiry młodości. 

Oczywiście klienci nie mogli się pokazać znajomym ani rodzinie w odmienionej 

postaci. Musieli zacząć zupełnie nowe życie, więc znikali, powiększając rejestr 

zaginionych.

– Ciesz się! Przynajmniej rozwiązałeś sprawę zaginięć emerytów.

– I co mi z tego? – jęknął rozpaczliwie Witek. – Napiszę do „Wieczoru Miasta” 

artykuł o tym, że w dworcowej toalecie urzęduje Baba Jaga, która sprzedaje magiczne 

napoje? Kto w to uwierzy?!

– Ja tam się nie znam na waszym ludzkim dziennikarstwie – bazyliszek rozłożył 

łapy – ale jak dla mnie wiarygodne. Bardziej niż to, że jestem zbudowany z jakichś tam 

atomów, he, he, khe – stary gad aż się rozkaszlał. – To może i magia jest energią jak w 

tych tam, no... kuchenkach mikrofalowych?

– Faktycznie, nie znasz się na dziennikarstwie – westchnął Witek.

– No, w każdym razie historia zdaje się ciekawa... – Zhmf poskrobał pazurem 

głowę. – A może machniesz jakieś opowiadanie czy coś?...

– Opowiadanie? – zamyślił się Witkowski. – Chyba nic lepszego nie wymyślę, 

warto spróbować.

– No widzisz! – Bazyliszek klepnął go łapą po plecach. – Rozchmurz się! A teraz 

zasuwaj do domu po miotłę. Z tego, co pamiętam, czeka cię małe sprzątanie.

background image

Dziennikarz westchnął ciężko. Był zmęczony i niewyspany jak student medycyny 

podczas sesji. Czekało go przerzucenie hałdy śmieci i gnoju, a zamiast przebojowego 

materiału miał tylko dziwaczną historię o rządowych eksperymentach, złych 

krasnoludkach, chińskich akrobatkach i wiedźmowej magii. Owszem, mógł z tego 

zrobić opowiadanie.

Ale jaki wydawca opublikowałby taką bzdurę?

background image

Człowiek, którego nie było

28 marca 2008 roku Piotr Kotowski zaczął żyć wstecz. Był to skutek 

nieszczęśliwego wypadku, który zdarzył się w Ośrodku Fizyki Doświadczalnej pod 

Warszawą, gdzie nasz bohater pracował jako sprzątacz. Miał wtedy nocną zmianę i 

zamiatał podłogę w długim korytarzu przy rurze akceleratora cząsteczek. Zbliżała się 

dziesiąta. Na terenie ośrodka przebywało tylko paru asystentów i profesor 

Ż

elichowski, który układał w gabinecie nowy budżet. Właśnie skreślił z niego mydło, 

papier toaletowy i karmę dla myszy doświadczalnych (to dało sto złotych 

oszczędności, a myszy wyżywi się resztkami ze stołówki), gdy pod bramę zajechały 

limuzyny.

Stróż nocny, zobaczywszy proporczyki na maskach samochodów, nie mógł 

uwierzyć własnym oczom. Myślał, że wzrok płata mu figle za sprawą domowej 

podpalanki, którą rozgrzewał się w budce. Dopiero gdy z pierwszego auta wysiadło 

paru tajniaków, popędził otworzyć bramę, a zaraz potem chwycił słuchawkę i 

zadzwonił do gabinetu Żelichowskiego.

– Panie pro... profesorze! Panie profesorze kochany! Prezydent przyjechał! Sam 

Lech Kaczyński pod bramą stoi!

Ż

elichowski zachował spokój.

– Co też wygadujesz, Jerzy?! Upiłeś się znowu?

– Gdzieżby tam, profesorze! Klnę się na Matkę Boską, wszystkich świętych i rany 

Jezusa! Prezydent właśnie wszedł przez furtkę!

Antoni Żelichowski upuścił długopis i zamarł na kilka sekund. Potem spojrzał w 

okno i gdy zobaczył sylwetki idące w stronę budynku, chwycił się za głowę. 

Prezydent! W ich zapomnianym instytucie! Przecież od dobrych dziesięciu lat nie było 

tu nawet wizytacji z ministerstwa!

Profesor wypadł zaraz z gabinetu. Pędząc korytarzem, krzyczał do każdego 

pokoju: „Prezydent! Prezydent idzie!”. Asystenci przecierali ze zdumienia oczy, tłukli 

z wrażenia probówki, przewracali kubki z kawą.

Ż

elichowski wpadł na ochroniarzy tuż przy portierni, wyskakując zza zakrętu. 

Mężczyzna w czarnej marynarce przytrzymał go i spytał o coś, lecz profesor nie 

background image

odpowiedział. Wpatrywał się w prezydenta jak w święty obrazek. A Lech Kaczyński 

rozmawiał właśnie ze stróżem Jerzym, poklepując go po ramieniu. W pewnym 

momencie odwrócił się do Antoniego.

– Pan jest kierownikiem zmiany? – spytał.

– Tak właśnie, panie prezydencie – odpowiedział trochę nieprzytomnie 

Ż

elichowski. – Ta wizyta... jest dla nas prawdziwym zaszczytem. Niezwykłą 

niespodzianką...

– Pana nazwisko?

– Antoni Żelichowski, profesor zwyczajny, dyrektor instytutu.

– Bardzo mi miło – rzekł prezydent, ściskając mu dłoń. – Oprowadzi mnie pan po 

budynku?

– Ależ oczywiście! Proszę tylko o sekundkę na zebranie załogi.

Stojący z tyłu mężczyzna skrzywił się, dając profesorowi do zrozumienia, że kto 

jak kto, ale prezydent nie powinien czekać.

– Nasz pan Jerzy pokaże panu prezydentowi hodowlę zwierząt doświadczalnych – 

poprawił się Żelichowski. – Ja zaraz dołączę i oprowadzę pana prezydenta po 

laboratoriach.

Kaczyński uśmiechnął się i łaskawie skinął głową. Stróż prawie zemdlał.

Profesor Żelichowski był zaskoczony odwiedzinami, ale szybko odzyskał naturalny 

spryt. Wizytację należało odpowiednio wykorzystać. Może dostaną im się dodatkowe 

fundusze? Albo trochę aparatury czy choć parę komputerów. Musiał tylko zrobić 

dobre wrażenie!

Opuściwszy hol, wbiegł na pierwsze piętro i niemal wyważył drzwi do gabinetu 

doktora Bańkowskiego.

– Tomek! – krzyknął już na progu. – Tomek, do diabła!

Bańkowski zerwał się z biurka i przetarł zaspane oczy.

– Tak, panie dyrektorze. Ja przepraszam, dyrektorze. Zmęczony byłem!

– Milcz, leniu. Prezydent nas odwiedził.

– Prezydent stolicy? – spytał rzeczowo asystent.

– Prezydent Kaczyński we własnej osobie!

– O Matko Przenajświętsza!

– Zbierz całą załogę – zakomenderował profesor. – Rozwieście krzyże nad 

drzwiami, uruchomcie wszystkie maszyny i komputery. Pełna gotowość!

– Jak to wszystkie?

– Ano wszystkie! Nawet autoklawy, kuchenki mikrofalowe, stare drukarki. 

Wszystko ma mrugać, buczeć i pracować. Aha! No i włącz główny akcelerator!

Doktor otworzył ze zdziwienia usta. Nie używali akceleratora od ponad pół roku, 

gdy elektrownia zagroziła im odcięciem prądu.

background image

– Jak to, profesorze? Na co mam go ustawić? Sam pan wyrzucił do kosza 

wszystkie programy doświadczeń!

– Czy ja mam cię prowadzić za rączkę, Tomek? Po prostu zakręć gałkami. Ustaw 

cokolwiek, byle ładnie świeciło. No i żeby mi liczniki promieniowania nie oszalały.

– Spróbuję coś wymyślić, profesorze.

– Myśl szybko albo będziesz od jutra sprzątał mysie gówienka. Lecę do 

prezydenta!

* * *

Piotr Kotowski był zupełnie nieświadom zamieszania. W betonowym tunelu, 

którym szły rury akceleratora, nie byłoby słychać nawet samolotu uderzającego w 

gmach. Nikt tymczasem nie interesował się, gdzie akurat jest sprzątacz. Prawdę 

mówiąc, profesorowie i laboranci zwykle go nie zauważali, a co dopiero w 

podnieceniu, jakie wzbudziła wizyta twórcy IV Rzeczpospolitej.

Mężczyzna zorientował się, że coś jest nie tak, dopiero gdy doktor Bańkowski 

ustawił już wszystkie parametry i odpalił program, a rura zaczęła huczeć i grzać lepiej 

niż kaloryfer. W małych okrągłych okienkach widniejących co dziesięć metrów 

błysnęło światło. Kotowski najpierw wpatrywał się w nie tępo, całkiem zaskoczony. 

Wreszcie gdy dotarło do niego, że oto ktoś uruchomił program akceleratora i że 

zdecydowanie nikt nie powinien być teraz w tunelu, pobiegł w kierunku wyjścia. Pech 

chciał, że był akurat na samym końcu długiej elipsy – prawie czterysta metrów od 

ołowianych drzwi.

W normalnych warunkach Piotr Kotowski wyszedłby z wypadku obronną ręką. 

Twórcy akceleratora zadbali o podstawowe bezpieczeństwo i promieniowanie w 

czasie pracy przekraczało normę tylko kilkakrotnie, co czyniło spacer w tunelu nie 

groźniejszym od jedzenia jabłek z podwarszawskich sadów. A przynajmniej tak 

właśnie być powinno. Niestety, zaledwie dwa miesiące wcześniej, gdy nad instytutem 

znów zawisło widmo bankructwa, profesor Żelichowski kazał zdjąć z rur grube 

ołowiane płyty i potajemnie sprzedał je na złom. Przez to właśnie Kotowski stał się 

mimowolnym uczestnikiem niepowtarzalnego eksperymentu. Mógł spłonąć lub zostać 

ś

miertelnie napromieniowany, lecz Bańkowski, kręcąc gałkami na oślep, zgotował mu 

zupełnie inny los.

Gdy mężczyzna dopadł wreszcie do drzwi, przecisnął się przez nie i zamknął z 

trudem, mrużąc oczy od oślepiającego światła, myślał, że wszystko jest w najlepszym 

porządku. Ot, niegroźny wypadek przy pracy. Dużo strachu, a potem wielkie nic.

Pierwsze efekty pojawiły się dwa tygodnie później.

* * *

background image

Kotowski, który mieszkał samotnie w M-2 przy alei Jana Pawła II, nie widywał się 

z kobietami. Kiedyś nie miał na nie czasu zajęty opieką nad matką. Gdy ta w końcu 

umarła, zorientował się, że jest dla niego za późno. Miał niemal pięćdziesiąt lat, 

zmarszczki i wysuszoną twarz. Żadna młoda Polka by na niego nie spojrzała. Starsze 

zaś – które szukały dobrego męża – w życiu nie wybrałyby kogoś, kto od czasów 

wczesnego Gierka sprzątał laboratoria. W tej pracy nie było szans na awans, a jedyna 

premia, jaką można zyskać, to paskudne choróbsko.

Dlatego właśnie Kotowski żył sam i nie sądził, że kiedykolwiek będzie inaczej. 

Stąd i nieczęsto widywał lustro, zadowalając się pobieżną toaletą co kilka dni. Nawet 

wtedy, skupiony na skrobaniu zarostu tępą maszynką jednorazową (z konieczności 

musiała starczyć na miesiąc), nie przyglądał się dokładnie własnej twarzy. A że o 

zmianach, jakie na niej zaszły, nie miał kto mu powiedzieć, Kotowski tkwił w błogiej 

nieświadomości długi czas.

Kiedy pewnego ranka odkrył, że zmarszczki prawie znikły, z początku myślał, że 

to przywidzenie. Długo obracał głową przed brudnym lusterkiem, dotykając skóry 

twarzy opuszkami palców. Potem wziął tubkę kremu po goleniu „Kozak” i przeczytał 

wszystkie napisy. „Tylko 2,99”, „20% więcej”, „Odświeżająca receptura”. Nie było nic 

o wygładzaniu zmarszczek.

Wyeliminowawszy z gry także ziołową herbatę, którą niedawno poleciła mu 

dozorczyni, oraz nowy rodzaj tabletek nasennych, przyznał, że zmiana jest całkiem 

niewytłumaczalna. Pozostawało tylko się cieszyć. Przez całe życie na Kotowskiego 

spadały co rusz przykre niespodzianki. Na stare lata należał mu się choć jeden 

szczęśliwy traf.

Po godzinie studiowania nowego wyglądu ubrał się więc i podniesiony na duchu 

wyszedł do pracy. Może na świecie istnieje jednak sprawiedliwość?

* * *

Cztery tygodnie od wypadku zmiany zaczęli dostrzegać nawet laboranci i profesor 

Ż

elichowski. Nie było dnia, w którym Piotr Kotowski nie usłyszałby choć raz jednego 

z bliźniaczo podobnych pytań:

– Nadzwyczaj dobrze wyglądasz, Piotrze! Powiedz, jak ty to robisz?

– Widzę, że ostatnio zdrowie panu służy. Jakaś kuracja?

– No, no. Wyglądasz, jakby z każdym dniem ubywało ci lat, staruszku! Czyżby 

kobieta?

Z początku sprzątacz był zadowolony, ale radość szybko ustąpiła niepokojowi. 

Jeśli wszyscy pracownicy ośrodka zwracali na niego uwagę, znaczyło to, że dzieje się 

coś bardzo niepokojącego. W normalnych warunkach nikomu nie drgnęłaby powieka, 

gdyby przyszedł do pracy w gipsie czy ubrany w różową piżamę. Pierwsze przykazanie 

background image

w dekalogu ludzi nauki brzmiało przecież: „Nie będziesz brał za bliźniego swego 

personelu technicznego i pomocniczego”. Dlatego Żelichowski nie interesował się 

dosłownie nikim (może z wyjątkiem cycatej recepcjonistki), profesorowie zwracali 

uwagę tylko na Żelichowskiego, doktorzy jedynie na dyrektora i profesorów, laboranci 

nie patrzyli nawet na personel, personelowi zaś do ignorowania zostawały już tylko 

dwie osoby – stróż Jerzy i sprzątacz Kotowski. Z nich dwóch oczywiście większym 

respektem darzono Jerzego, który zeźlony potrafił nie otworzyć komuś furtki, a wtedy 

biedak musiał stać parę ładnych minut na mrozie. Zaś Kotowski? Mógł najwyżej z 

zemsty nie wynieść śmieci. To, że był w centrum zainteresowania, oznaczało całkowity 

rozpad struktur społecznych instytutu. A podobnego rozpadu nie mogła przecież 

spowodować błahostka.

Pełen złych przeczuć Piotr Kotowski zaczął obserwować swoją powierzchowność 

jeszcze baczniej. Po zmarszczkach zaczęły znikać worki pod oczyma, a obwisła skóra 

na szyi nabierała jędrności. Potem gęste włosy z siwych stały się czarne. Gdzieś w 

międzyczasie zmianie uległ także głos Kotowskiego – teraz był mocniejszy i bardziej 

dźwięczny. Spod fałd na brzuchu zaczęły przebijać zarysy mięśni. Jednak prawdziwa 

panika ogarnęła sprzątacza, dopiero gdy zauważył, że Ania ze stołówki śle mu zalotne 

spojrzenia.

Wszystko stało się jasne – padł ofiarą wypadku. Ostatnich wydarzeń nie sposób 

było wytłumaczyć w inny sposób. Zaś wypadki przy pracy wedle regulaminu należało 

natychmiast zgłaszać dyrekcji instytutu. Przestrzegano tego szczególnie surowo od 

czasu, kiedy toksyczny przeciek do kanalizacji posłał na chorobowe połowę personelu. 

Kotowskiemu zostało więc tylko jedno: założył nadgryziony przez mole garnitur, po 

czym umówił się na rozmowę z Żelichowskim. Porządna państwowa instytucja, jaką 

był niewątpliwie OFD, z pewnością mu pomoże.

Dyrektor przyjął Kotowskiego następnego dnia około pierwszej. Kiedy sprzątacz 

przekroczył próg gabinetu, jak zwykle zatrzymał się zawstydzony. Co za przestrzeń! 

Co za przepych! Na pierwszy rzut oka było widać, że to miejsce zajmuje ktoś ważny – 

nie jakiś tam urzędniczyna czy zastępca zastępcy. Ogromne, czerwono lakierowane 

biurko, nowy komputer, pachnąca jeszcze boazeria, długie półki z nagrodami, 

zdobione ramy z dyplomami! Tylko raz Piotr Kotowski widział coś równie 

wspaniałego – mianowicie gdy odwiedził w pracy brata ciotecznego, który pełnił 

funkcję kontrolera urzędów celnych gdzieś na granicy z Białorusią.

Sam dyrektor był zajęty rozmową przez telefon. Kotowski wszedł niepewnie, 

zamknął drzwi i stanął naprzeciw biurka, wbijając wzrok w podłogę.

– Tak, tak, przyślemy jutro. Dziękuję, bardzo dziękuję. Będę czekał. Do widzenia. 

Tak, dziękuję bardzo.

Słuchawka trzasnęła o widełki. Żelichowski rozsiadł się w fotelu i zmierzył 

background image

wystrojonego sprzątacza podejrzliwym wzrokiem.

– O co chodzi? Bo jeśli rozmyśla pan, panie Kotowski, o podwyżce, to od razu 

mówię, że...

– Nie, skądże znowu, panie dyrektorze!

– To o co chodzi? Jestem bardzo zajęty. Prasa, petenci i wszystkie te sprawy...

– Ja, panie dyrektorze, chciałem poinformować o wypadku przy pracy.

Zapadła cisza przerywana tyknięciami zegara.

– Jest pan... pewny? – spytał z naciskiem profesor.

– Tak, panie dyrektorze. Bo mnie, panie dyrektorze, miesiąc temu 

napromieniowało.

– Że co?

– No wtedy, jak pan prezydent przyjechał, sprzątałem tunel, kiedy nagle zrobiło się 

jasno.

– I dopiero teraz mi to pan mówi?!

– No bo wcześniej to żem myślał, że nic się nie stało. Ale potem zacząłem nagle 

młodnieć i...

Ż

elichowski przerwał mu gwałtownym ruchem ręki. Wstał z fotela i sapiąc ciężko, 

przemaszerował wzdłuż biurka. Wreszcie rzekł:

– Panie Piotrze, musi pan coś zrozumieć. W OFD wypadki po prostu się nie 

zdarzają. To, co mi pan opowiada, jest zupełnie niemożliwe.

– No ale przecież...

– Pamięta pan, co mówił prezydent Kaczyński? Kiedy inaugurował u nas 

rozpoczęcie polskiego programu nuklearnego? My, drogi panie Piotrze, rzeźbimy 

nową przyszłość narodu. Przywracamy ojczyźnie należne miejsce w awangardzie 

ś

wiatowego postępu!

Dla potwierdzenia wagi swoich słów profesor palnął pięścią w stół.

– Co to ma... – zaczął z wahaniem sprzątacz.

– Ma wiele, Kotowski! – przerwał mu dyrektor. – No niech pan tylko pomyśli, jak 

to by w „Wyborczej” wyglądało. Najpierw „Polska chce głowic, świat protestuje”, 

potem „Prezydent nie ugnie się pod naciskami”, następnie „Nowy sprzęt dla naszych 

fizyków”, a na końcu „Straszliwy wypadek w laboratorium OFD”? Nie, Kotowski! 

Tak być nie może i być nie będzie.

Tu Żelichowski ściszył głos.

– Nawet pan powinien rozumieć, jakie nadzieje pokłada w nas prezydent. Wie pan, 

jaką otrzymaliśmy dotację? A jaką dostaniemy w przyszłym roku? Znów stajemy się 

ważni. Ścigamy się ze światem. Tu nie ma miejsca na jakieś tam wypadki!

– Ale ja nie do gazet. Ja tak tylko informuję. No bo regulamin... Mnie tam bez 

zmarszczek dobrze.

background image

– Tym lepiej dla pana, Kotowski. Tym lepiej. Mimo to jestem zmuszony podjąć 

pewne kroki.

– Kroki? – Sprzątacz zadrżał.

– Muszę pana zwolnić. – Żelichowski odczekał chwilę, aż wyraz bezgranicznego 

zdziwienia zniknął z twarzy Kotowskiego. – Prywatnie to ja panu nawet współczuję, 

ale element antypaństwowy wiecznie czujny. Nie da się ukryć, że zwraca pan na siebie 

uwagę wyglądem. A nuż ktoś komuś szepnie słówko i na sprawę wpadnie 

dziennikarska hiena? No bądźże pan patriotą, Piotrze. Cywilna odwaga, głowa do 

góry! Zaraz wypiszę zwolnienie z datą, powiedzmy, tak pięć tygodni wstecz.

Kotowski stał z rozdziawionymi ustami, jakby grom w niego strzelił.

– Ale, panie dyrektorze kochanieńki! Ja tu dwadzieścia lat! Jak... Jak ja się teraz 

wyżywię?

Profesor zabębnił palcami po blacie i pomyślał chwilę.

– Tak, tak. Ja pana rozumiem, ja pana bardzo dobrze rozumiem. Ale to dla dobra 

ośrodka. Przykro mi bardzo, Kotowski. Budżet mamy napięty, niemniej dla 

zasłużonego pracownika... nawet znajdę coś na wyprawkę. Zapiszemy, że przed 

dwoma miesiącami otrzymał pan nagrodę za wzorową pracę. Powiedzmy, dwa tysiące. 

I jak?

Nieśmiałe protesty spełzły na niczym. Następnego dnia Piotr Kotowski był 

bezrobotnym pięćdziesięcioletnim sprzątaczem. Wiara w sprawiedliwość świata znowu 

gdzieś przepadła.

* * *

Następne tygodnie spełzły Kotowskiemu na poszukiwaniu pracy. Niestety, tam, 

gdzie przeszkodą nie był wiek i wykształcenie (najchętniej brano ludzi po studiach, z 

dwoma językami obcymi), sprawa rozbijała się o kwestie formalne. Na dokumenty 

Piotra patrzono podejrzliwie, a raz czy dwa wezwano nawet policję. Zdjęcie w 

dowodzie, podobnie jak data urodzenia nijak nie przystawały do wyglądu byłego 

sprzątacza.

Jakby tego było mało, zmiany wciąż się pogłębiały. Kilkanaście dni po odejściu z 

instytutu Kotowski spostrzegł, że zarost na twarzy zaczyna rzednąć i znikać. Zjawiły 

się za to pierwsze objawy trądziku. W przypływie bezradności poprosił o pomoc 

dozorczynię. Była to stara i cwana babina. Matka sprzątacza, gdy jeszcze żyła, często 

pytała ją o radę. Spytał więc i on, jako że nie znał innej osoby, z którą mógłby 

zamienić choć kilka słów.

Dozorczyni wysłuchała go, kiwając głową.

– Przede wszystkim przebadaj się, Piotrek! – powiedziała. – Jak lekarz powie, że 

ze zdrowiem coś nie tak, to instytut do sądu! Teraz każdy każdego za byle co pozywa 

background image

i widzisz, kochanieńki, ostatnio w gazecie pisali o takim, co dostał pięćdziesiąt tysięcy 

od kolei, bo złamał kręgosłup, jak wypadł przez zepsute drzwi. Kto wie? Może i tobie 

zapłacą?

Pięćdziesiąt tysięcy! To było coś! Suma wystarczyłaby mu na trochę – może nawet 

do emerytury. Podbudowany myślą o odszkodowaniu zarejestrował się więc w 

przychodni.

Lekarz, który przyjął go w wykafelkowanym gabinecie, był młody i na pierwszy 

rzut oka milszy niż Żelichowski. Wyglądał na zmęczonego, zupełnie jakby spędzał 

właśnie przy aluminiowym stoliku dziesiątą albo i dwunastą godzinę. Zbadał 

Kotowskiego, zajrzał w dokumenty, cmoknął kilka razy, a wreszcie orzekł:

– No, no. Rzeczywiście wygląda, jakby ujmowało panu lat. To ci dopiero... 

Wezmę jeszcze krew do badań, ale z tego, co widzę, organizm jest jak nowy. 

Odmłodniał pan dwukrotnie w nieco ponad miesiąc!

– Doktor wypisze mi jakiś papier?

– Papier?

– No, diagnozę. Na potwierdzenie.

– Co mi pan tu głowę zawraca?! – Lekarz potarł przekrwione oczy. – Proszę się 

cieszyć i tyle!

– Ale ja mam problemy. Dowodu mi nie chcą uznawać, a dyrektor twierdzi, że nie 

było żadnego wypadku.

– Diagnoza, drogi panie, to oficjalny dokument. Nie mogę go wydać pochopnie. 

Prywatnie przyznaję: mamy do czynienia z jakimś niezwykłym fenomenem 

biologicznym. Tyle że środowisko medyczne wyśmiałoby mnie, gdybym napisał tak na 

papierze. Trzeba to najpierw bezspornie udowodnić. Trzeba badań, sprzętu, pieniędzy. 

A kto to dzisiaj ma, proszę pana?

– Nawet małego świstka mi doktor nie wyda?

– Ależ pan jest całkiem zdrowy! Co niby miałbym wydać? Proszę pukać gdzie 

indziej. Do Instytutu Nauk Biologicznych, Akademii Medycznej, do prasy. Ja nic nie 

pomogę.

– Jednak bardzo nalegam, żeby...

Lekarz poczerwieniał na twarzy. Wstał energicznie z krzesła.

– Panie Kotowski, dzisiaj pięciu czy sześciu ludziom powiedziałem, że niedługo 

umrą. Przychodzą do mnie z zaawansowanym nowotworem i z terminalną miażdżycą. 

Brak im pieniędzy na leki, nie ma dla nich łóżek w szpitalach. Miejsce na operację 

dopiero za trzy lata. Śmierć wypisana na twarzy. A pan mi tu narzeka, bo odmłodniał?! 

To cholerny egoizm! Zarozumiałość!

Pacjent chciał przerwać, ale został natychmiast uciszony.

– Pan chyba wstydu nie masz! Z kilkudziesięciu osób, jakie dzisiaj badałem, pan 

background image

cieszy się najlepszym zdrowiem. I co? Niezadowolony! Żegnam, nie mamy już nic do 

omówienia! I proszę pomyśleć o tych kalekach, o tych śmiertelnie chorych!

Kotowski nie należał do ludzi szczególnie śmiałych, więc spuścił po prostu wzrok i 

wyszedł z gabinetu. Wracając do domu, na pocieszenie kupił sobie bułkę z rabarbarem 

i kruszonką. Żuł ją pełen gorzkich myśli o pięćdziesięciu tysiącach, które rozpłynęły się 

w powietrzu. Wieczorem przy myciu spostrzegł, że te kilka pryszczy, które dostrzegł 

poprzedniego dnia, teraz zmieniły się w całe stado. Nie było też już nawet śladu po 

męskim zaroście.

Dopiero teraz Piotr Kotowski z przerażeniem pojął, że proces może się nigdy nie 

zatrzymać, że czeka go śmierć. A co gorsze – nigdy nie dostanie emerytury!

* * *

Zagrożenie ma to do siebie, że potrafi pchnąć do działania nawet najspokojniejszą 

osobę. Dokładnie tak było z Piotrem. W ciągu kilku dni odbił się od drzwi wszystkich 

ważniejszych naukowców w Warszawie. Zaczął chodzić nawet do gazet. Wieczorami 

coraz dłużej przesiadywał u dozorczyni. Babina niedomagała trochę na umyśle i wciąż 

oglądała przemówienia prezydenta, ale Kotowski wolał ją od pustego mieszkania. Nie 

wiedzieć czemu, gdy był sam, robiło mu się jakoś strasznie, zwłaszcza po zmroku.

Szczęście uśmiechnęło się do Kotowskiego dopiero po tygodniu, gdy zrobił 

awanturę recepcjonistce w klinice radiologii. Kobieta już zamierzała wezwać ochronę, 

gdy z gabinetu wyszedł szpakowaty starszy pan w okularach w złoconej oprawce. 

Zbliżył się do biurka, zmierzył wzrokiem Piotra i spytał:

– Co się stało, pani Mario?

– Ten chłopiec, panie doktorze, koniecznie chce się widzieć z jakimś lekarzem od 

promieniowania. Mówiłam, że nie przyjmujemy bez skierowań, a on ciągle swoje. Ta 

dzisiejsza młodzież!

– No, no, tylko nie młodzież! – Kotowski zapiał głosem mutującego nastolatka.

Szpakowaty pan wyciągnął rękę.

– Doktor Walewski. Proszę wybaczyć pani Marii ten brak zrozumienia. Czego 

potrzebujesz, chłopcze?

– Ja mam, panie doktorze, pięćdziesiąt jeden lat!

Walewski pokiwał głową z politowaniem.

– No tak, rozumiem. Obawiam się, że powinieneś porozmawiać z lekarzem innej 

specjalności.

– Nie, to nie tak, doktorze. Ja nie jestem żaden wariat. Ja wypadek miałem, z 

radiacją. W Instytucie Fizyki.

Lekarz wciąż patrzył na byłego sprzątacza podejrzliwie, Kotowski poczuł jednak, 

ż

e wreszcie ma szansę.

background image

– To był OFD w Pikutkowicach pod Warszawą! Dyrektorem jest profesor 

Ż

elichowski. Ja tam dwadzieścia lat pracowałem, jak Boga kocham! Znam wszystkich. 

Proszę sprawdzić, zadzwonić! Zastępca Żelichowskiego to doktor Bańkowski, 

kierownik laboratorium to...

– Wystarczy, chłopcze – przerwał mu Walewski. – Wejdź do środka. 

Porozmawiamy o tym... wypadku.

Po godzinie (i paru telefonach) Kotowski wreszcie przekonał doktora, że mówi 

prawdę. Następną godzinę Walewski przeprowadzał skomplikowane badania. Potem 

godzinę dzwonił do znajomych. Wreszcie – niecałe cztery godziny od przyjścia do 

kliniki – Piotra rozebrano i położono w izolatce na oddziale zakaźnym. Mógł nareszcie 

usnąć spokojnie. Miał opiekę fachowców – teraz wszystko potoczy się z górki.

* * *

Każdy dzień przynosił nowe nadzieje. Kotowskim oprócz Walewskiego 

opiekowało się kilku młodszych lekarzy. Badali go aparatami, których nazw nawet nie 

próbował odgadnąć. Podawali mu różne surowice i szczepionki. W międzyczasie 

szpakowaty doktor pisał artykuł o „syndromie Kotowskiego”. Ściągnął nawet do 

szpitala dwóch dziennikarzy z popularnych gazet, którzy przeprowadzili z Piotrem 

wywiad, zapisali skrzętnie jego opowieść o wypadku, po czym kulturalnie się 

pożegnali i nawet podali pacjentowi rękę. W instytucie robił to niekiedy tylko stróż, i 

to nigdy na trzeźwo. Można więc powiedzieć, że sprawa postępowała szybko. 

Jedynymi objawami, które martwiły Kotowskiego, były coraz bardziej chłopięcy głos i 

coraz to luźniejsza piżama. Wreszcie po kolejnym dniu badań nie wytrzymał i zagaił o 

to Walewskiego, gdy ten przyszedł pobrać krew i zmierzyć temperaturę.

– Doktorze! Czy ja umrę?

Lekarz, który krzątając się przy łóżku, wesoło pogwizdywał, natychmiast 

spoważniał. Usiadł na skraju materaca i splótł ręce.

– Raczej nie, Piotrze, ale nie mogę tego wykluczyć. Pacjent patrzył w oczy 

doktora z rosnącym strachem.

– Widzisz – kontynuował Walewski – mówiąc prostym, zrozumiałym językiem: 

twoja strzałka czasu odwróciła się, coś zakłóciło elementarne właściwości cząsteczek, 

z których jesteś zbudowany. Przez to wszystko organizm pracuje, jak by to rzec, na 

biegu wstecznym. Telomery komórkowe się wydłużają. Tkanka, zamiast się rozrastać, 

kurczy. Może zdołamy to powstrzymać, może nie.

– I co wtedy, doktorze? – spytał powoli Kotowski.

– No cóż, nie możemy wykluczyć, że przejdziesz w stadium niemowlaka, płodu, 

potem zlepka komórek macierzystych, aż wreszcie rozdzielisz się na dwie komórki 

rozrodcze. Wrócisz tam, skąd wszyscy przyszliśmy, gdziekolwiek by to było.

background image

Piotr nie mógł wydusić słowa. Co prawda sam podejrzewał od jakiegoś czasu, że 

historia może się tak skończyć, ale co innego podejrzewać, a co innego usłyszeć z ust 

lekarza. Walewski zobaczył, że Kotowski zaczyna pochlipywać.

– Nie bój się – uspokoił go zaraz. – Zdradzę ci drobną tajemnicę. Za cztery dni 

odbywa się w Pałacu Kultury międzynarodowy kongres naukowy. Zamierzam 

przedstawić twój przypadek najwybitniejszym uczonym świata. Oczywiście jesteś 

zaproszony. Pokażesz im się, odpowiesz na pytania. Z pewnością ta unikalna 

przypadłość zainteresuje wiele osób. Dostaniemy pomoc, stypendia i granty. Wtedy na 

pewno coś się da zrobić.

– Dziękuję, doktorze. Jest pan bardzo dobry. Ale gdyby się nie dało? Ile mam 

czasu?

– No cóż... Z obserwacji wynika, że proces nie przebiega liniowo. Co jakieś trzy 

tygodnie ubywa ci połowę lat. To daje jeszcze nieco czasu. Jednak w dwa miesiące 

będziesz, Piotrze, malutkim berbeciem, a w cztery do pięciu... Jesteś przecież duży, 

sam rozumiesz.

Bynajmniej nie uspokojony prognozą Kotowski tym bardziej oczekiwał kongresu. 

Kiedy więc nadszedł ten wielki dzień, nie mógł ukryć podniecenia. Pomocnik 

Walewskiego ubrał go w dziecięcy garnitur i odpowiednio uczesał. Potem byłego 

sprzątacza wyprowadzono na zewnątrz, do czekającego już mercedesa.

Samochód pędził ulicami stolicy, które mimo późnej pory były przepełnione. Piotr 

z nosem przylepionym do szyby oglądał neony, billboardy i witryny sklepów, jakby 

widział je pierwszy raz. Ledwie pamiętał rzeczy, które zdarzyły się przed wypadkiem, 

zupełnie jakby ostatnie półtora miesiąca było całym jego życiem, zaś to, co wcześniej – 

tylko dziwnym snem.

Rozkojarzony Kotowski nie słyszał nawet, co mówi do niego doktor Walewski. 

Ledwo zauważył, że przestali już jechać i jakimiś bocznymi uliczkami szli na tyły 

Pałacu Kultury. Umknął mu także obraz eleganckich pokoi i miłej obsługi z wielkimi 

identyfikatorami na piersiach. Doszedł do siebie dopiero w małym saloniku z tyłu sali 

konferencyjnej. Musiał tam czekać kilkanaście minut z pomocnikiem Walewskiego, 

rudym Maćkiem, podczas gdy sam doktor chodził po terenie zlotu, witał się ze 

znajomymi i sączył szampana.

Czas mijał, sala powoli się wypełniała – a przynajmniej tyle Piotr zdołał dostrzec 

przez szparę w drzwiach. Ludzie, którzy zajmowali miejsca, byli na ogół starzy, 

poważni, elegancko ubrani. Co jakiś czas pojawiał się dziennikarz, błyskając kilka razy 

fleszem. Nagle gdzieś od strony mównicy dobiegły pełne wściekłości okrzyki. 

Kotowski nadstawił ucha, rozpoznając wśród zgiełku głos Walewskiego. Chwilę 

potem do pokoju zbliżyły się głośne kroki. Trzasnęły drzwi. Doktor wpadł cały 

czerwony na twarzy.

background image

– Skur... – zaczął, ale widok pyzatej buzi Kotowskiego powstrzymał go przed 

dokończeniem wiązanki. – Widzisz, Piotruś, odwołali prelekcję! Daj wódki, Maciek!

Dopiero kiedy lekarz chwycił za literatkę i opróżnił ją szybko na dwa razy, 

nieszczęśnik zdołał wydusić:

– Jak... Jak to?

Walewski przetarł usta i zaczął chodzić po pokoju jak wściekły wilk w klatce.

– Pewnie robota tego sukin... profesora Arendczaka. Albo Grzębały. Albo ich obu. 

Cały PAN to jedna wielka mafia. Nalej jeszcze, Maciek! Nie podobało im się, że ktoś 

nagle wyskakuje z ważnym odkryciem, to nas uziemili. Do kur... Do diabła!

Tu przerwał, wziął łapczywy haust „Chopina” i odkaszlnął głośno. Potem zaczął 

mówić już nieco spokojniej i bardziej składnie:

– Widzisz, Piotrze, wśród naukowców nie wszystko jest tak proste, jak by się 

mogło zdawać. Są ludzie, którzy pracują już długo i powinni mieć wreszcie ważne 

odkrycie, i są ludzie, którzy naukowo działają tylko kilka lat i mogą jeszcze poczekać. 

Na tym kongresie według woli Akademii powinien zabłysnąć Szpakowski z nowym 

sposobem leczenia nowotworów jelita grubego. A tu nagle... bach! Przychodzi 

Walewski z jakimś biologicznym fenomenem. No to nas załatwili. Skreślili z listy!

Dopiero teraz doktor zauważył, że Kotowski aż dygocze ze strachu.

– Nie przejmuj się, Piotrze. Dzisiaj odstawimy cię do domu, wyśpisz się porządnie. 

Jutro ktoś przyjedzie po ciebie i przeprowadzimy nowe badania. Mam jeszcze w tej 

siwej głowie kilka pomysłów. Nie damy się, Piotrze, głowa do góry!

Słowa Walewskiego nie przyniosły żadnego efektu. Pacjent siedział sztywno – 

drgała mu tylko lekko górna warga. Wreszcie rozpłakał się głośno zupełnie jak małe 

dziecko.

* * *

Nocą Piotr nie zmrużył oka za sprawą koszmarów i dziwnych odgłosów, które co 

rusz słyszał w mieszkaniu. Rano wstał roztrzęsiony i blady. Włączył telewizor na pełny 

regulator, zrobił sobie kawę (musiał wziąć drabinę, żeby dosięgnąć górnej szafki 

kredensu), ubrał się i czekał na Maćka albo innego z pomocników Walewskiego. 

Godziny mijały, nikt się nie zjawiał. Kiedy w telewizji zahuczała czołówka 

popołudniowych „Wiadomości”, Kotowski był już poważnie zaniepokojony. Założył 

malutkie palto, które pożyczyła mu dozorczyni, po czym wyszedł na ulicę, żeby dostać 

się do kliniki.

Ale gdy dotarł na miejsce tramwajem, już przed bramą wjazdową poczuł od razu, 

ż

e coś jest nie tak. Na parkingu nie było mercedesa doktora ani srebrnej skody Maćka. 

Piotr wszedł do środka z duszą na ramieniu. Kiedy stanął naprzeciw biurka i chrząknął, 

pani Maria najpierw zmieszała się, a potem spuściła oczy z zażenowaniem.

background image

– Doktora nie ma, Piotrusiu. Leży w szpitalu ciężko pobity. Wczoraj ktoś go 

napadł, kiedy wchodził do mieszkania.

– Ale ja tu na badanie!

– Wiem, dziecko kochane. Ja wszystko rozumiem. Zrozum i ty: nie ma doktora, 

nie ma jego stażysty. Do kogo miałabym cię wpuścić?

– Ale ja muszę!

– Przykro mi – powiedziała cicho, wbijając wzrok w klawiaturę. – Wróć do domu 

i czekaj na telefon. Na pewno doktor się odezwie, jak tylko wyzdrowieje.

Kotowski wybiegł z kliniki, trzaskając drzwiami. Godzinę szwendał się bez celu po 

ulicach. Potem w piekarni na rogu kupił sobie bułkę z rabarbarem, a kiedy już zjadł – 

odwiedził kościół. Po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat.

* * *

Dni mijały. Piotr to odwiedzał dozorczynię, to robił małe zakupy (pieniądze prawie 

mu się skończyły). Resztę czasu spędzał przy telefonie, jednak aparat milczał. On 

tymczasem co rano wydawał się sobie mniejszy i bardziej żałosny. Nie miał nawet sił, 

by jeszcze raz szukać pomocy.

Wreszcie po niemal tygodniu usłyszał pukanie do drzwi. Kotowski zerwał się z 

kanapy i popędził do przedpokoju. Serce waliło mu jak młot pneumatyczny, bo czuł, 

ż

e na progu musi czekać ktoś ważny.

Okazało się jednak, że pod drzwiami nie stoi ani Walewski, ani nikt z jego 

pomocników. Była tam gruba kobieta o czarnych włosach upiętych w kok, włochatych 

dłoniach i z wyraźnym zarostem nad górną wargą, a z nią mały, zasuszony człowieczek 

w popielatym płaszczu.

– Dzień dobry – zaczął staruszek. – Zastaliśmy może rodziców?

– Rodziców nie ma – powiedział piskliwym głosem Kotowski.

– A kiedy będą? – huknęła kobieta.

– Za tydzień. Wyjechali do babki, babka leży chora.

Mężczyzna przyklęknął przed Piotrem. Miał brzydką, pomarszczoną twarz i 

wielkie okulary. Z ust cuchnęło mu zgnilizną.

– Widzisz, chłopcze, nie chcemy dla ciebie źle. Wręcz przeciwnie. Jesteśmy z 

opieki społecznej. Doniesiono nam, że mieszkasz tu całkiem sam. Czy to prawda?

– Nie, nieprawda. Przychodzi wujek.

– Możesz dać nam do niego telefon?

– Nie znam telefonu, proszę już sobie pójść!

Kobieta jednak weszła do mieszkania i wyciągnęła w stronę Kotowskiego swoje 

krótkie, grube ręce. Piotr odskoczył jak oparzony.

– Proszę dać mi spokój! Ja... będę krzyczeć! Ja wezwę policję!

background image

Urzędniczka zatrzymała się w pół kroku. Mężczyzna wstał i otrzepał kolana. 

Potem wyciągnął zza pazuchy małą karteczkę.

– Przekaż, chłopcze, komuś dorosłemu. Niech koniecznie do nas zadzwoni i 

wyjaśni sprawę. Nie możesz przecież mieszkać sam. To niebezpieczne!

– Proszę wyjść! Natychmiast!

Gruba wzruszyła ramionami i opuściła przedpokój, a staruszek za nią. Kotowski z 

furią trzasnął drzwiami.

Po niefortunnym spotkaniu zaczął na siebie uważać. Nie szwendał się po ulicy bez 

potrzeby, a gdy wychodził, sprawdzał, czy nikogo nie ma na klatce. Mieszkanie z 

każdym upływającym dniem było coraz bardziej ponure. Po trzech tygodniach Piotr 

ledwo potrafił w nim wytrzymać. Na dodatek miał coraz więcej problemów z 

poruszaniem się po mieście. Niemal za każdym razem, gdy jechał tramwajem albo 

trolejbusem, ktoś go zaczepiał:

– A gdzie mama, chłopcze?

Albo:

– Zgubiłeś się może?

Ewentualnie:

– Małe dzieci nie powinny chodzić same, powiedz to rodzicom.

Raz czy dwa jakiś podejrzany facet próbował nawet zaciągnąć go na lody. Nic 

dziwnego, że Piotr wychodził coraz rzadziej. Chyba że do dozorczyni, która dawała 

mu obiady i kolacje. Sam nie mógł już nic sobie kupić – zostało mu tylko parę złotych.

Wreszcie zebrał w sobie odwagę i postanowił prosić babinę o opiekę oraz mały kąt 

do spania. Była przecież bardzo uczciwą kobietą, bez dwóch zdań mógł liczyć na jej 

pomoc.

* * *

Siedział właśnie, jak zwykle wieczorami, u dozorczyni przed telewizorem. Kobieta 

patrzyła w ekran tępym wzrokiem, a w rękach miętoliła robótkę. Haft był brudny i 

przetarty – Piotr nigdy nie widział, żeby coś do niego dodała. Nie miała zresztą nawet 

potrzebnych narzędzi. Po prostu lubiła mieć coś w dłoni, gdy oglądała „Wiadomości”.

Kotowski leżał na dywanie przed fotelem. Bawił się plastikowymi żołnierzykami – 

znalazł je na dnie szafy. Zabawki należały do siostrzeńca dozorczyni, który czasem 

spędzał u niej wakacje.

Zajęty przestawianiem zielonych figurek, bohaterskimi szturmami na pudełko po 

butach zapomniał o swoich problemach, o widmie śmierci, które nad nim wisiało.

W ogóle ostatnio coraz rzadziej zauważał młodnienie, zupełnie jakby nie zdawał 

sobie już z niego sprawy. Dni stawały się radośniejsze, wszystko było prostsze. I tak 

ginęła w Kotowskim chęć walki z własnym losem. Zamiast ganiać po kolejnych 

background image

klinikach, wolał się bawić. Właśnie przygotowywał dywizjon do kolejnego ataku, gdy 

dozorczyni oderwała oczy od telewizora i spytała:

– A mama kiedy przyjdzie, Piotrusiu?

– Późnym wieczorem, proszę pani – odparł.

– A co z mamą się stało?

– Pracuje dzisiaj do późna.

Dozorczyni była stara i mieszało jej się w głowie. Dlatego wcale jej nie dziwił 

coraz bardziej dziecięcy wygląd Kotowskiego – chyba myślała, że jest siedemdziesiąty 

rok, a on wciąż mieszka z matką. Albo myliła go z siostrzeńcem. Kto wie?

– A jak w szkole było?

– Dobrze, proszę pani, dobrze.

– Ten prezydent taki przystojny. Tak jak i brat! Ajajaj, taki przystojny, a taki 

mądry. Ucz się pilnie w szkole, to też będziesz mądry, Piotruś.

– Dobrze, proszę pani.

– Ajajaj, znowu ci bandyci! Boga w sercu nie mają. Ale Bóg wszystko widzi, 

rozumiesz, Piotruś?

– Tak, proszę pani.

Na chwilę dała mu spokój i mógł się beztrosko bawić.

– A ty, Piotrusiu, czemu tutaj? – nagle zaczęła od nowa. – Mamy nie ma?

– Mama pracuje dzisiaj do późna.

Długo milczeli, telewizor buczał, Kaczyński groził pięścią łże-elitom.

– Proszę pani?

– Tak, Piotruś, kochanie?

– Mogę tu dzisiaj spać?

– A możesz, możesz. Tylko przynieś pościel i zostaw mamie karteczkę, żeby się 

nie martwiła, jak wróci.

Kotowski aż podskoczył uradowany.

– Dziękuję! To ja zaraz wracam. Tylko skoczę szybko na górę!

– A dobrze, dobrze. Nie śpiesz się, Piotruś.

On jednak się śpieszył. Jego puste mieszkanie było takie straszne, że szybko zebrał 

co trzeba i zbiegł na dół. Czekał go jednak srogi zawód – drzwi dozorczyni były 

zamknięte. Walił w nie długo, ale nikt nie odpowiedział. Ze środka dobiegały tylko 

odgłosy telewizora. Kobieta widać zapomniała, że Piotr ma przyjść, i zamknęła się na 

noc, a potem usnęła na kanapie.

Były sprzątacz usiadł na poduszce i zaszlochał. Potem wrócił na górę, by ułożyć 

się do snu w ciemnym, zimnym mieszkaniu. Spotkał go kolejny bolesny zawód.

* * *

background image

Rano Kotowskiego obudziło pukanie. Zerwał się i pobiegł otworzyć – nie do 

końca przytomny, w rozchełstanej piżamie, której rękawy ciągnęły się prawie po ziemi. 

Myślał, że dozorczyni przyszła sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Kiedy 

jednak uchylił drzwi, zobaczył znajomą parę urzędników. Chciał natychmiast zamknąć, 

ale było już za późno. Czarny, wypolerowany but mężczyzny wcisnął się między 

skrzydło a framugę. Piotr krzyknął.

– Spokojnie, dziecko, spokojnie – powiedziała kobieta. – Chcemy dla ciebie 

dobrze.

Weszli do środka, a baba uklękła naprzeciw Kotowskiego.

– To na pewno ten sam? Wydaje się znacznie młodszy! – zawołała zdziwiona.

– Na pewno, pani Basiu – odparł mężczyzna. – Proszę spojrzeć: ta sama 

czuprynka. Zmarniał po prostu strasznie.

– Ależ on jest niższy o dobre pół metra!

– Wydaje się tylko pani, pani Basiu. No już, proszę uspokoić malca. Zabierzemy 

go do samochodu, dopiero jak przestanie płakać.

Piotr usiłował powiedzieć, że ma pięćdziesiąt jeden lat, że był wypadek w Ośrodku 

Fizyki Doświadczalnej, że to biologiczny fenomen. Krztusił się jednak łzami i nie 

potrafił wydusić słowa.

Dotyk grubego, owłosionego ramienia, które w Kotowskim-dziesięciolatku 

budziło obrzydzenie, dla Kotowskiego-pięciolatka był już całkiem miły. Przypominał 

uścisk matki, gdy podnosiła go z kanapy, żeby zanieść do łóżeczka, a potem ukołysać 

do głębokiego snu. Ucichł więc i wtulił twarz w płaszcz urzędniczki. Jego myśli 

poszybowały jaśniejszymi, dziecięcymi torami.

Teraz będzie już lepiej. Opieka społeczna dobrze się nim zajmie, w końcu 

dozorczyni mówiła, że sam prezydent jest bardzo, ale to bardzo za dziećmi...

background image

Szerokie tory

Witek otarł pot z czoła i odłożył na bok kolejną kopertę. Wokół piętrzyła się góra 

rachunków oraz upomnień, groźna i niezdobyta niczym K2. Próba zaplanowania tego, 

co spłacić w pierwszej kolejności, co w drugiej, a czego wcale, była karkołomna jak 

bieg przełajowy przez pole minowe.

Nigdy jeszcze Witkowskiemu nie brakowało pieniędzy aż tak bardzo. „Czwarty 

Wymiar” niedawno padł. „Wróżka” nie przyjmowała materiałów. „Gorące Ploteczki” 

już całkiem jechały na przedrukach z niemieckiego wydania. Tymczasem jego ostatnie 

dziennikarskie śledztwo znów nie zaowocowało materiałem na poważny artykuł. W 

tym miesiącu dostał tylko pieniądze za ostatni odcinek powieści do „Leśnych 

Nowinek” (ten, w którym gajowy Nikitycz chwyta biznesmena odpowiedzialnego za 

nielegalne wysypisko) i wyrwał honorarium za opowiadanie. Ale i tak nie starczało 

nawet na prąd i gaz za ostatni miesiąc. Na szczęście był jeszcze amulet. Srebrna, 

masywna ozdoba błyszczała w świetle nocnej lampki. Musiała ważyć ładne ćwierć kilo. 

Była co prawda pamiątką z ostatniej przygody, ale przekopanie rachunków 

uświadomiło Witkowi, że tylko ona może go uratować.

W końcu zdecydował, że następnego dnia pójdzie do jubilera i sprzeda błyskotkę. 

Przynajmniej będzie z czego popłacić rachunki.

Tymczasem pysk srebrnego wilka szczerzył się jakby w złośliwym uśmiechu.

* * *

Dwa miesiące wcześniej

Tego ranka budzik nie zadzwonił. Podobnie jak poprzedniego – i jak każdego od 

dwóch tygodni. Kapitana Rysia obudziło dopiero jasne południowe słońce. Przetoczył 

się kilkakrotnie z boku na bok, ale suchość w ustach i ból głowy, który drążył mózg 

niby nadgorliwy kret, szybko wygnały go z łóżka.

Zazwyczaj zaraz po przebudzeniu Ryś zaczynał poranną gimnastykę. Ranek jednak

dawno minął, a poza tym kapitanowi nikt już nie płacił za dobrą formę. Podrapał się 

background image

więc po tyłku i przeszedł po pokoju, myśląc o tym, co dzisiaj robić.

Byłego funkcjonariusza pożerała nuda. Nikt go już nie potrzebował, nikt nie 

chciał. ABW pozbyło się Rysia po wpadce w Zakładzie Walki Elektronicznej – 

przełożeni kapitana za nic nie chcieli mu uwierzyć, że tajny ośrodek splądrowały 

krasnoludki. Nie pomogły nawet zeznania reszty personelu (milczał tylko doktor 

Pszasnyski, który z godną naukowca logiką stwierdził, że nie może udzielać wyjaśnień, 

bo skoro widział skrzaty, to musi być niepoczytalny). No i Ryś został zwolniony.

On! Obrońca najpierw Socjalistycznej Ojczyzny, a potem III i IV Rzeczpospolitej, 

łowca cinkciarzy i zachodnich szpiegów, pogromca rodzimych mafiosów i wierny 

człowiek prezydenta.

Ruszył do kuchni, mijając w przedpokoju długie rzędy oszklonych ramek, z 

których przyglądała mu się jego radosna i pełna przygód przeszłość. Dyplom uznania 

od samego towarzysza Kiszczaka – za zasługi w walce ze spekulacją mięsem. 

Pamiątkowe zdjęcie z drużyną harcerzy, która pomogła mu w jednej ze spraw. Dyplom 

od szkoły podstawowej, gdzie prowadził pogadanki o zasadach ruchu drogowego. 

Zdjęcie z pamiątkowego ogniska w roku 1990, na które wybrał się z paroma starymi 

przyjaciółmi. Wszystkie twarze na fotografii były szeroko uśmiechnięte, choć nie 

dlatego, że przy pniaku leżało już pięć opróżnionych flaszek, a na kijkach skwierczały 

kiełbaski. Najbardziej cieszyli się z samego ogniska, które rozpalono z parunastu 

opasłych teczek wygrzebanych w szafach Służby Bezpieczeństwa. Dalej na ścianie 

wisiały różne wycinki z gazet ze zdjęciem Rysia, w tym najładniejsza fotka – z obławy 

na mafię paliwową. Wreszcie podziękowania aktualnego prezydenta za tajne 

informacje na temat dziadka głównego kontrkandydata.

Wszedłszy do kuchni, kapitan spojrzał w długie lufy baterii butelek leżących na 

stole, podłodze i parapecie. Przez chwilę miał chęć sprawdzić, czy w którejś nie 

uchowało się jeszcze trochę alkoholu, jednak resztki godności wzięły górę. Wypił 

tylko odrobinę mleka. Stojąc ze szklanką w dłoni, wyjrzał za okno i pogrążył się w 

zadumie.

W chwilach jak ta ludzie często podejmują ważne życiowe decyzje (jak „rzucam tę 

pracę”, „od jutra się odchudzam”, „dość już mam starej jędzy, jadę z Jolką na Hawaje” 

czy „pieprzę politykę, zawsze chciałem zostać strażakiem”). Nie inaczej było z Rysiem. 

Zdecydował, że czas wziąć się w garść. Czas wrócić do normalnego życia. Zrobić coś 

poważnego.

Postanowił, że tego dnia przeczyta pocztę.

Na podłodze w przedpokoju leżała tylko jedna koperta. To dobrze, bo kapitan 

wiedział, że wielkich zmian nie można zaczynać gwałtownie. List wyglądał na 

urzędowe pismo, więc były funkcjonariusz długo walczył z chęcią spuszczenia go w 

kiblu bez czytania. Wreszcie jednak wyciągnął ze środka kartkę.

background image

– Niemożliwe! – sapnął.

Papier był żółtawy, pieczątka na dole blada i rozmazana, litery wystukano na 

maszynie z bardzo zużytą taśmą. Takiego dokumentu nie widział od dwudziestu lat. 

Spojrzał na podpis, a wtedy zimny pot zalał mu plecy.

Niemożliwe! Zupełnie niemożliwe. Pułkownik Turski – przełożony z czasów SB. 

Tyle że Turski zapił się na śmierć parę lat po Okrągłym Stole.

Ryś chwycił w dłoń kopertę i spojrzał na datę stempla pocztowego. Nie ulegało 

wątpliwości, że list został wysłany przedwczoraj. Ktoś robił sobie z niego jaja. 

Bezczelność!

Wtedy zorientował się, że w środku jest jeszcze coś. Potrząsnął kopertą, a na stół 

wypadła mała, czerwono oprawiona legitymacja. Podniósł ją i otworzył z 

namaszczeniem.

Zobaczył swoje zdjęcie – wyciągnięte z akt ABW. Kolorowa, ostra fotografia 

gryzła się jednak z resztą dokumentu przypominającego już zabytek z zupełnie innej 

epoki. Mimo to Ryś zaczął wierzyć, że to coś więcej niż złośliwy dowcip.

* * *

Pół miesiąca później

Rafał Witkowski dobrze wiedział, że nieszczęścia chodzą parami. Miał skromną 

nadzieję, że szczęścia także. Dlatego gdy zadzwonił telefon, spodziewał się dalszego 

ciągu dobrej passy.

Pierwsze fortunne zdarzenie miało miejsce rano. Miły listonosz przyniósł Witkowi 

pismo, w którym informowano go, że został przyjęty do Ligi Niezwykłych 

Dziennikarzy. Organizacja zrzeszała wiele środowiskowych sław, jak Rafał 

Aleksandrowicz czy Radosław Tomaszewski. Witek ściągnął na siebie oko Ligi, gdy 

wyszło na jaw, że jego opowiadanie „Dziadek Łyżeczka kontra chińskie akrobatki” 

było oparte na faktach.

Co prawda członkostwo nie przynosiło ze sobą nic prócz lepszej samooceny. Nie 

pomagało bynajmniej znaleźć pracy w renomowanej gazecie, bo działacze LND słynęli 

z tego, że robią wszystko (od ratowania obcych form życia po badanie tajnych 

mechanizmów giełdy) poza tym, co robić powinni – czyli poza pisaniem artykułów.

Ale mimo wszystko milej dostać nawet taki list niż upomnienie z biblioteki. Jeśli 

telefon będzie równie przyjemny...

– Halo? Redaktor Witkowski? Mam dla pana informacje – zabrzmiał w słuchawce 

teatralny szept jakiegoś starszego gościa.

– Słucham? Z kim mówię?

background image

– O nie! Muszę pozostać anonimowy. Inaczej oni mnie dostaną.

„Coraz lepiej” – pomyślał dziennikarz.

– Dobrze – zgodził się – nie musi pan podawać nazwiska. Proszę mówić, co to za 

informacje?

Mężczyzna przez dłuższą chwilę tylko dyszał.

– Proszę się nie rozłączać, zanim nie skończę – zażądał. – Uprzedzam, że może 

pan być zszokowany.

Gdyby Witek był zgrabną blondynką, uznałby, że został namierzony przez jakiegoś 

zboczeńca. „Zanim nie skończę”, „zszokowany”, no i to dyszenie... Nie był jednak 

blondynką, ani nawet blondynem.

– Niewiarygodne historie to moja specjalność – zachęcił rozmówcę.

– Wiem. Wolę się jednak upewnić. Wcześniej spławili mnie już w pięciu gazetach. 

Na szczęście znalazłem pana telefon w „Czwartym Wymiarze”.

Dziennikarz nieco się zawahał. Do redakcji „Wróżki” też dzwoniła cała masa 

wariatów, ale musieli mieć przynajmniej blade pojęcie o ezoteryce. Natomiast do 

„Czwartego Wymiaru” telefonował każdy szaleniec, bo przecież UFO było 

demokratyczne – chętnie porywało zarówno sprzątaczki, jak i naukowców.

– Proszę słuchać uważnie. – Rozmówca zniżył głos. – To same sprawdzone 

informacje. Wprost ze źródła. Rozumie pan?

– Tak, tak.

– Chodzi o to, że oni nas okradają. Złodzieje, przeklęte pasożyty! Podstawili 

swoich ludzi na giełdach. Drenują środki finansowe, waluty, nawet złoto. Ale to tylko 

czubek góry lodowej. Bo są jeszcze szerokie tory. Ja widziałem... Całe pociągi z 

węglem, zbożem, stalą... Wywożą je, złodzieje. Ojczyznę własną okradają!

– Proszę powiedzieć, jacy oni? – Witkowski już pojął, że nie chodzi o Obcych.

– Oni. Czerwona mafia. Żydokomuna.

Na to dziennikarz tylko jęknął. Jego nadzieja na kontynuację dobrej passy z 

hukiem zwaliła się w gruzy.

– Proszę mówić dalej – poprosił słabo, walcząc z chęcią odłożenia słuchawki.

– Jeśli się pan ze mną spotka, przedstawię dowody. Mam wyliczenia, prognozy 

gospodarcze. Bo ja to wszystko sobie dokładnie rozpisałem. Wiem, ile już ukradli. No 

i są jeszcze zdjęcia. Tej ich ruskiej maszyny. I gości w srebrnych kombinezonach.

Takiego klasycznego oszołoma spławiliby nawet w „Gazecie Narodowej”. Mimo 

to Witek zaczął się zastanawiać. Ruska maszyna i srebrne kombinezony – skądś to 

pamiętał.

Cóż, raz się żyje!

– Dobra, rzucę na to okiem, ale nic nie obiecuję. Kiedy chce się pan spotkać?

background image

* * *

Następnego dnia

Jeśli mężczyźnie zależało na dyskrecji, to wybrał możliwie najgorszy strój i 

miejsce. Przez zalany słońcem rynek przechodziły setki ludzi, a tajemniczy informator 

łypał na nich zza ciemnych okularów i podniesionego kołnierza prochowca, co jakiś 

czas nerwowo patrząc na boki.

Turyści omijali go szerokim łukiem, zapewne myśląc, że jest ulicznym artystą, 

który zaraz zrobi coś śmiesznego, żeby wyciągnąć od nich parę monet.

Witek westchnął ciężko, nim podszedł do oczekującego go mężczyzny.

– Ciepła ta wiosna – zaczął. – Kanarki wracają z tropików.

– Hoduje pan kanarka? – spytał informator pełnym napięcia głosem.

– Nie, tylko chińską świnkę. Ale ma dość rozkoszny głosik.

Rozpoznawszy odzew, mężczyzna przysunął się i szepnął konspiracyjnie:

– Chodźmy stąd. Jesteśmy obserwowani.

Istotnie. Przechodnie patrzyli na nich uważnie, zupełnie jakby się spodziewali, że 

dwie postacie zaczną jakiś performance.

Mężczyzna zawlókł Witka do kawiarenki, która znajdowała się na piętrze 

kamienicy z tyłu rynku. Było tam pusto – tylko w rogu dwie dziewczyny dyskutowały 

gorąco z jakimś studentem. Informator spojrzał na nich podejrzliwie, ale gdy doszedł 

do wniosku, że nie są szpiegami onych, zajął miejsce przy oknie.

Zaraz też wyjął zza pazuchy opasłą teczkę. Zamówiwszy po kawie, zaczęli 

przeglądać materiały.

– Musi pan wiedzieć – powiedział mężczyzna w prochowcu – że jestem doktorem 

ekonomii. Właśnie przygotowywałem się do napisania pracy naukowej o polskim 

przemyśle ciężkim po roku 1990. Wie pan, jak nas wyprzedawali po kawałku. Jak 

prywatyzowali za grosze, złodzieje zasrani. Parszywe...

– Rozumiem, proszę dalej – przerwał Witek. Przynajmniej teraz miał niezbity 

dowód, że nawet całkowity głupek może w tym kraju zostać doktorem.

– A... o czym to ja? No więc zbierałem materiały do pracy. Zabrałem się do tego 

porządnie. Same źródła z pierwszej ręki: coroczne raporty, wewnętrzne listy stanów 

magazynowych, wyniki kontroli skarbowych. Dla porównania ściągnąłem przez 

znajomych podobne statystyki z zakładów czeskich i słowackich. Wtedy zobaczyłem, 

ż

e coś nie gra. Za duże zużycie surowców, za dużo roboczogodzin, za mała 

produkcja. Pomyślałem, że kradną na potęgę wszyscy: od robola po dyrektora. Tyle że 

to się działo w każdym zakładzie, jaki wziąłem na tapetę. Cały przemysł był, proszę 

pana, permanentnie drenowany. O, proszę, niech pan zobaczy te tabele! Wtedy zdałem 

background image

sobie sprawę, że to muszą być oni.

Dziennikarz kiwnął głową, choć historia wciąż mu się zupełnie nie kleiła.

– Zacząłem badać, co się dzieje – kontynuował wybitny ekonomista – przez 

znajomego znajomej, co pracuje w Mostostalu. Okazało się, że dużą część produkcji 

kradną z magazynów spółki świadczące usługi na terenie zakładu. Wie o tym tylko 

dyrekcja i nie reaguje. Oni mają ich w kieszeni. Ale o czym to ja...? Aha, potem, 

kontrolując wspomniane spółki, dotarłem do agencji finansowych, funduszy 

powierniczych, kont w Szwajcarii. Część dóbr wymieniają na gotówkę, która potem 

znika. Resztę ładują na pociągi przy bocznicach kolejowych i wywożą do sekretnych 

składów. Całe wielkie tajne magazyny, panie. Tylko oni mogli zrobić coś na taką skalę. 

Mają w końcu swoich wszędzie, w każdym rządzie. Myśli pan, że w tym nie? A gdzie 

tam! Żyd na Żydzie, panie. I masonem pogania.

Witek stukał palcami po blacie. Rozmowa stawała się coraz bardziej nieprzyjemna.

– No, a tu są zdjęcia z mojego śledztwa. Dokumenty Mostostalu, paru fikcyjnych 

firm oraz fotki ich ludzi. O, patrz pan, jaki ten ma garbaty nos. A tu... Tutaj mamy 

zdjęcia jednego ze składów.

„O cholera!” – omal nie wypsnęło się dziennikarzowi. Ostatnie fotografie były 

wyjątkowo znajome.

– Kiedy... Kiedy i gdzie pan to zrobił? – spytał Witek.

– Na starej bocznicy kolejowej, tuż pod miastem. W zeszły wtorek. Potem 

uznałem, że mam dość materiałów i że czas, aby się tym wszystkim zajęła prasa. Więc 

jak? Zajmie się?

Prasa jednak nie odpowiedziała zajęta analizowaniem szczegółów zdjęć.

– Słyszy mnie pan? Bierze pan tę sprawę? Napisze pan jakiś artykuł? Bo ludzie 

muszą się dowiedzieć, że oni nas niszczą. Że to przez tych czerwonych złodziei 

wleczemy się w ogonie, zamiast być prawdziwym tygrysem środkowej Europy. Więc 

jak?

– Biorę – odparł Witek półprzytomnie. – Proszę o kopie wszystkich dokumentów. 

Będzie pan miał swój artykuł.

* * *

Niedługo potem

Wiosna rozbuchała się na dobre wśród kolorowego harmidru spacerowiczów, 

pstrokacizny straganów z pamiątkami i ptasich śpiewów. Ulice i parki zapełniły tłumy 

ludzi. Zaczął się tłusty czas dla miejskich gołębi. Gdzie polecieć, tam zawsze siedziała 

matka z małym dzieckiem, które chciało pokarmić ptaszki, czy emerytka, co nie 

background image

poskąpiła kawałka precla. Nic więc dziwnego, że gołębie, które zimą nie wyściubiały 

dzioba z kryjówek, wyroiły się niczym szczury w średniowiecznym mieście.

Nie inaczej było w samym środku miasta, na półkolistej promenadzie, której 

brukowana wstęga wieńczyła wyspę ze starym kościołem. Gołębi kłębiło się tam od 

cholery. Przyfrunął nawet jeden kruk.

Rrax’Thwyl’Ydrwhyn, choć z powodu nikczemnych rozmiarów często brano go 

za gawrona, był zwierzęciem dumnym. W końcu miał ponad tysiąc lat! Pamiętał czasy, 

gdy miasto było jeszcze plątaniną śmierdzących łojem chatynek, a jego mieszkańcy 

zajmowali się głównie rozwalaniem łbów plemieniu z drugiej strony rzeki. Nic 

dziwnego, że Rrax zwykł patrzyć na ludzi z góry. W końcu żył i uprawiał magię, zanim 

urodzili się ich pra-pra-pra-pra-pra-pradziadowie.

Różne nacje to przychodziły, to odchodziły, a on trwał. Już kilka razy widział, jak 

jeden język zastępuje drugi, a taka flaga – siaką. Nic więc dziwnego, że ludzie 

stanowili dla niego mało ważny element miasta: pył i kurz, który lada dzień mogło stąd 

wywiać.

Tego dnia patrzył z dachu kościoła na spacerowiczów, którzy hojną ręką 

rozrzucali ptakom okruszki. Cała promenada pełna już była gołębi.

Z początku Rrax tylko się roześmiał. Ech! Głupi, sami żywią te tłuste, bezmózgie 

ptaszydła, które potem srają im na samochody, szyby, a nawet głowy. Jednak ssanie w 

ż

ołądku szybko przestawiło myśli na inny tor.

Ech, podle było ostatnio z dobrym jedzeniem! Za wcześnie na owoce czy ziarno, 

owady jeszcze się nie wyroiły, myszy siedziały w norach, dożerając zimowe zapasy. 

Nie trafił się nawet żaden zbiegły z domu chomik. Ot, typowy chudy wiosenny dzień. 

Tymczasem kawały chleba i świeżych rogalików rozrzucone po całej promenadzie 

kusiły apetyczną bielą.

Rrax’Thwyl’Ydrwhyn przestąpił z nogi na nogę. Honor honorem, ale w brzuchu 

ssie...

W końcu nie wytrzymał. Rzucił na boki uważne spojrzenie, by sprawdzić, czy w 

okolicy nie ma jakiegoś znajomego dziwoluda. Potem sfrunął wprost na chodnik i jął 

przepychać się z gołębiami. Bezceremonialnie dziobał je po karkach, walił po łbach 

skrzydłami. Mniejsze, strachliwe ptaki szybko zaczęły oddawać pole.

„Kolejne zwycięstwo cywilizacji oraz inteligencji” – pomyślał Rrax, rozgoniwszy 

konkurencję na cztery wiatry. Następnie przystąpił do wydzioby wania okruszków ze 

szczelin między kostkami chodnika.

Tymczasem promenadą wracał do domu Rafał Witkowski. Mruczał coś do siebie 

wyraźnie zamyślony. Kruka dostrzegł w momencie, gdy niemal nadepnął mu na ogon.

– To ty, Rrax? – w jego głosie pobrzmiewało całkowite niedowierzanie.

„Oż, w mordę! – pomyślał ptak. – Wtopa!”

background image

– Dobrze cię widzieć, ale... co tu w ogóle robisz? – ciągnął Witek.

Kruk nie odpowiedział, wbiwszy z zażenowaniem wzrok we własne pazury.

– Głodny jesteś? Słuchaj, trzeba było walić do mnie albo do Janka. Zawsze 

dostałbyś suchą bułkę czy coś.

Rrax wymamrotał coś w odpowiedzi. I nie wiadomo, kto poczuł się głupiej. On 

przyłapany na podkradaniu gołębiom jedzenia, czy Rafał Witkowski, który nagle 

zorientował się, że ludzie wokół z drwiną w oczach obserwują, jak gada do ptaka.

Korzystając z konsternacji przyjaciela, kruk zaraz zerwał się do lotu i zniknął 

ponad dachem kościoła. Z jakiejś przyczyny zupełnie stracił apetyt.

* * *

Tego wieczoru

Rrax zastukał dziobem do okna Witka. Ten otworzył zdziwiony, bo nie 

spodziewał się podobnej wizyty. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, kruk 

siedział już na stole.

– Słuchaj, musimy sobie coś wyjaśnić – zaczął. – To, co widziałeś, to było 

chwilowe zaćmienie umysłu. Zdarza się. Wiosna, słońce przygrzeje w łeb. Rozumiesz.

– Daj spokój. – Witkowski machnął ręką. – Naprawdę nie musisz się tłumaczyć.

– Nie powiesz nikomu?

– Oczywiście, że nie!

– Nawet Jankowi?

– Nawet Jankowi.

– Słowo?

– Słowo.

Kruk wyraźnie się odprężył. Witek natomiast spytał po chwili wahania:

– W zasadzie to... Słuchaj, Rrax, nie chciałbyś mi trochę pomóc? Bo widzisz, 

zjawiłeś się w sam raz w odpowiedniej chwili.

– A o co chodzi? Bo jeśli masz kolejny genialny pomysł na artykuł, to odpowiedź 

brzmi: „Nie”. Zhmf opowiadał mi, że wasza ostatnia przygoda skończyła się wielką 

strzelaniną. A ja jestem ostrożny, Witek. Między innymi dlatego przeżyłem tysiąc lat.

Dziennikarz nic nie odpowiedział wyraźnie zakłopotany.

– Więc jednak – rzekł po chwili kruk. – Chodzi o nowy tekst?

– No. Ale tym razem nie będzie żadnych bieganin, strzelania czy szarpania się z 

tajniakami. Obiecuję, Rrax. Muszę tylko pójść w jedno miejsce porobić trochę zdjęć.

– A ja jestem do tego potrzebny, bo...

– Bo z tobą czułbym się bezpieczniej – wszedł mu w zdanie Witek. – Poza tym 

background image

możesz robić za świetny zwiad i czujkę. Proszę, Rrax. To dla mnie bardzo ważne.

– Ech, czy ty się w końcu nauczysz nie pchać nosa w nie swoje sprawy?

– Taki mój zawód. Więc jak? Pomożesz?

– Pomogę, pomogę. Ale żadnego biegania, żadnych strzelanin, tak? Tylko 

wchodzimy i wychodzimy!

– Obiecuję. Dobrze się przygotowałem. To będzie gładka sprawa na jeden 

wieczór.

* * *

Sto uderzeń gargulcowego serca później

– No to pięknie. Gdzie teraz?

Poirytowany Rrax wzruszył skrzydłami. W gęstych zaroślach, gdzie zapomniane, 

stare torowiska plątały się i przecinały, stracił już orientację równie dawno co Witek. 

Nie mógł nawet podlecieć i obejrzeć terenu z góry, bo gęste korony drzew zasłaniały 

widok.

A miało być tak łatwo! Dostali w końcu od informatora dokładną lokalizację 

bocznicy. Nie sądzili jednak, że wcześniej trzeba będzie przemierzyć zarośnięty 

postindustrialny labirynt. Kolejowa arteria rozdzieliła się bowiem szybko na dziesiątki 

bocznych odnóg i ślepych zaułków.

Niemcy widocznie mierzyli postęp cywilizacji liczbą torów i dróg, bo sieć 

zarośniętych, zapomnianych torowisk, którą zostawili wokół miasta, była tak gęsta, że 

Witek wątpił, czy nawet gauleiter Hanke kiedykolwiek umiał ją sensownie 

wykorzystać. A później dołożyli swoje jeszcze Rosjanie, którzy po zdobyciu miasta 

zorganizowali w nim ważny punkt zaopatrzeniowy. Na końcu zaś przyszły polskie 

PKP i – zupełnie gardząc tworami poprzedników – pocięły stare torowiska nowymi.

W końcu dziennikarz i kruk wybrali losowo odnogę, która wiodła głębiej w 

gąszcz. Nie pokonali nawet dwustu metrów, gdy z naprzeciwka wyszła dziwna postać. 

Zbliżała się powoli, jakby płynąc w powietrzu. Witek poczuł zimny dreszcz.

– Rr...rrax, to... To chyba duch.

– A widzisz prześcieradło albo kajdany? – zakpił ptak. – Duch! Dobre sobie. 

Zrozumiałbym jeszcze, gdyby wampir, lamia czy leszy. Ale duch? Na Swaroga, Witek! 

Kto wierzy w duchy?!

Tym wytłumaczeniem bynajmniej nie uspokoił przyjaciela. Tym bardziej że 

przybysz wyglądał dość osobliwie, ubrany w staromodny płaszcz i melonik. Rozglądał 

się wokół nieprzytomnym wzrokiem i przez chwilę Witkowski miał wrażenie, że w 

ogóle ich nie zauważa.

background image

W końcu jednak, gdy byli ledwie kilka metrów od siebie, wzrok przybysza spoczął 

na Rafale. Mężczyzna ukłonił się, uchylając kapelusza.

– Profesor Edward Ryszpans, do usług. Pozwolę sobie spytać, czy nie widzieli 

panowie tu gdzieś ślepego toru?

– Słucham? – spytał zdziwiony Witek. – Czego dokładnie pan szuka? Bo my też 

się zgubiliśmy.

– A to przepraszam.

To mówiąc, minął ich i szybko zniknął w ciemności.

Dopiero po chwili dziennikarz zdał sobie sprawę z tego, że zwrot „panowie” mógł 

w ustach mężczyzny oznaczać tylko jedno: rozpoznał, że Rrax nie jest zwykłym 

krukiem.

Witek zamierzał już pobiec za dziwakiem, ale przyjaciel siadł mu na ramieniu i 

rzekł ostro:

– Zostaw go. To jakiś wariat. Idziemy, bo nie uda się znaleźć magazynu do jutra.

Istotnie, musieli błądzić jeszcze dwie godziny, nim odnaleźli właściwy tor i wzdłuż 

niego doszli do starej hali. Przypominała betonowy hangar i dziennikarz od razu zgadł, 

ż

e musiano ją zbudować w czasie wojny. Nie rozsypywała się jednak i nie zarosła. 

Chaszcze wykarczowano, w przestronnym wnętrzu świeciły halogenowe lampy, a 

ludzie krzątali się przy wagonach towarowych.

– To tutaj – rzekł Witek, wyciągając lornetkę. – Widzisz?

Las niemal sięgał ściany hali, więc podkradli się do niej bez trudności. Nieco 

gorzej było z odnalezieniem drogi do środka. Ogromna brama frontowa odpadała – 

kręciło się tam pełno żołnierzy i pracowników. Co prawda obszedłszy tyły, znaleźli 

stare drzwi, jednak te były szczelnie zamknięte.

– Rrax, możesz? – spytał Witkowski.

– Co?

– Pomóc.

– W czym?

– No z drzwiami. Wiem, że potrafisz je otworzyć. Janek mi opowiadał, że znasz 

czary na każdą okazję.

– Ech, ludzie! Nic sami nie pokombinują, tylko od razu magia i czary, modlitwy, 

hu, ha przy ognisku...

– Spieszmy się, Rrax. W każdej chwili ktoś może nas zauważyć.

– No dobra, dobra. Odejdź. Użyję naprawdę silnej, pradawnej słowiańskiej magii.

Kruk zbliżył się do drzwi. Zmierzył je krytycznie wzrokiem, po czym stanął na 

jednej łapie i trzy razy stuknął dziobem w zamek. Wejście otwarło się lekko i cicho, 

choć Witkowski wyraźnie widział, że zawiasy są całkiem przerdzewiałe.

– Tylko tyle? – spytał zdziwiony formą zaklęcia.

background image

– Tylko? Ech, Witek, dużo się jeszcze musisz nauczyć. Trzy uderzenia jak trzy 

głowy Światowida, opiekuna podróży, dróg i domów. Natomiast kruk na jednej nodze 

symbolizuje pradawny...

Przyjaciel jednak nie słuchał. Był już w środku i skradał się ciemnym korytarzem.

– Ech, ci ludzie! Za nic cierpliwości – westchnął Rrax, po czym ruszył za 

przyjacielem.

Znaleźli się w biurowej części hali. Większość małych pomieszczeń była ciemna i 

zagracona. Gruba warstwa kurzu na podłodze zdradzała, że nikt tu nie wchodził od 

dziesięcioleci. Dwa pokoje na końcu korytarza – tuż przy wejściu do magazynu – 

zostały jednak odnowione. W prawym paliło się światło, w lewym było jakieś ciche i 

ciemne archiwum.

Witek już chciał przyłożyć ucho do drzwi z prawej, gdy kruk boleśnie dziobnął go 

w kark.

– Ktoś idzie – syknął. – Uwaga!

Dopiero teraz dziennikarz usłyszał ciężkie kroki zbliżające się od strony hali. 

Błyskawicznie dał nura do pomieszczenia pełnego papierów. Chwilę potem na 

korytarzu zjawił się wysoki mężczyzna w srebrnym kombinezonie. Przez ożebrowaną 

szybkę w drzwiach archiwum przypominał rozmytą zjawę, jednak Witkowi zdawało 

się, że poznaje jego twarz.

Człowiek w kombinezonie zastukał do pokoju naprzeciwko, a chwilę potem 

wszedł do środka. Dziennikarz nadstawił ucha. Przez dwie pary drzwi słyszał niewiele, 

tym bardziej że z hali co rusz dochodziły hałasy. Ale nawet to, co zrozumiał, podniosło 

mu tętno.

– ...gotowy do drogi – powiedział pierwszy głos.

– Dobrze! W tym miesiącu... sto dziesięć procent normy, kapitanie – odparł drugi. 

– Ci z komitetu naciskają... Podobno...

– ...spróbują sami... coraz trudniej...

– Nie mówcie mi tu o...

– ...raport. Brama temporalna...

– ...zrozumieć. Towarzysz Gierek jest... Buduje nowe osiedla w Krakowie, 

Gdańsku, Warszawie... szkoły, szpitale... trzeba dewiz i materiałów... A są jeszcze 

dalsze plany... na nas... Rozumiecie?

– Naturalnie... liczyć. Odmeldowuję się, obywatelu pułkowniku!

Po tych słowach mężczyzna w kombinezonie opuścił biuro i wrócił do magazynu. 

Witek czuł, że powinien iść za nim, jednak był zbyt oszołomiony tym, co właśnie 

podsłuchał.

– Co jest? – dopytywał się Rrax. – Rozumiesz coś z tego? Bo ja nic a nic. Ech, 

widzisz, nie śledzę zbyt uważnie waszej polityki!

background image

Witkowski rozumiał aż za dobrze. W szybkim przebłysku połączył w jedno 

materiały od informatora, zdjęcia ludzi w kombinezonach, szerokie tory, pociągi, 

nazwisko pierwszego sekretarza, bramę temporalną.

A więc jednak... Oszołom miał rację!

Szpiedzy komuny naprawdę okradali kraj! A wszystko, co ukradli, jechało 

pociągami za bramę czasową, by sfinansować wielkie inwestycje epoki Gierka. 

Zachodnie pożyczki pierwszego sekretarza powędrowały pewnie za Bug w zamian za 

znajomą już dziennikarzowi technologię skoków czasowych opracowaną w Moskwie.

* * *

Pięćdziesiąt kruczych uderzeń skrzydeł później

Gdy Witek doszedł do siebie, ruszył powoli w stronę głównej hali, wyciągając z 

plecaka cyfrową kamerę, którą przed akcją pożyczył od znajomego. Potrzebował 

twardych dowodów, jeśli ktokolwiek miał mu uwierzyć.

Stanąwszy w progu, westchnął. Na bocznicy stało kilkanaście wagonów. Wokół 

nich krzątali się ludzie, a jeszcze więcej pracowało przy pochylni na środku 

ogromnego pomieszczenia. Była to spiętrzona góra rur i metalu. Tory wspinały się na 

nią, niknąc w dziwnej kuli na szczycie. Przy bijącym od niej blasku halogeny 

oświetlające halę przypominały dwudziestowatowe żarówki, i to przy IV stopniu 

zasilania.

Dziennikarz podniósł kamerę i nakręcił długie ujęcie. Potem uważnie 

przeanalizował układ pomieszczenia, szukając jakiejś drogi podejścia, którą mógłby 

dotrzeć niezauważony w pobliże platformy.

– Patrz! – powiedział mu do ucha Rrax. – Możemy się schować tam – wskazał 

skrzydłem.

Z lewej strony bramy stała mała budka. Zza jej rogu mieliby doskonały ogląd 

sytuacji. Musieli tylko prześlizgnąć się między wagonami.

– Idziemy – rzucił krótko Witek, po czym zaczęli powolną, ostrożną drogę przez 

ciemne kąty hali.

Gdy byli już za budką, ludzie w kombinezonach właśnie przyciągnęli jeden wagon 

i teraz owijali go czymś, co z wyglądu przypominało folię aluminiową. Dziennikarz 

nakręcił ich, już miał zamiar podejść jeszcze bliżej, gdy kruk wylądował mu na 

ramieniu i stuknął przyjaciela w ucho.

– Co jest, Rrax?

– Niedobrze. Chyba jesteśmy spaleni.

Witek spojrzał w kierunku, w którym wskazywało krucze skrzydło. Zobaczył 

background image

grupę uzbrojonych strażników wychodzącą z korytarza na zaplecze. Szukali czegoś, 

przetrząsając każdy ciemniejszy kąt.

– Co o tym myślisz? – spytał ptak.

– Chyba znaleźli otwarte drzwi do lasu i nasze ślady.

– Spadamy?

– Nie, odcięli nas. Czekamy tu, w cieniu. Może odpuszczą.

Nie odpuścili. Zamiast tego zaczęli systematycznie zbliżać się do kryjówki 

Witkowskiego. W tej sytuacji pozostało mu tylko jedno. Ruszył do drzwi budki i 

szybko ukrył się w jej wnętrzu.

Nie było tam żywej duszy, za to pełno lampek kontrolnych na kilku pulpitach. 

Zbyt wiele, aby służyły jedynie do przestawiania zwrotnic – Witek domyślił się, że to 

stanowisko kierowania bramą czasową. Ledwo zrobił kilka zdjęć, gdy kruk przerwał 

mu kolejnym dziobnięciem.

Dziennikarz zaklął. Zza owiniętego wagonu wyszła właśnie trójka naukowców w 

kitlach. Zmierzali wprost do budki.

– No pięknie. Jesteśmy teraz w pułapce... – jęknął kruk. – Ech, a mówiłeś, że 

obejdzie się bez problemów! Wymyśl coś! Zaraz tu będą!

Witkowski rzucił wokół przerażonym wzrokiem. Panel kontrolny bramy 

pomrugiwał feerią światełek.

– Sabotaż. To nasza jedyna szansa.

– Co?

– Pobawię się guziczkami. Przy odrobinie szczęścia brama zacznie robić coś 

dziwnego. Oni będą się na nią gapić, a my czmychniemy do kanałów pod wagonami. A 

tamtędy na zewnątrz.

– O nie! – zaprotestował kruk. – Dobrze wiem, co się stanie. Dość już widziałem 

takich historii. Jak będziesz się bawił panelem, to coś pewnie wybuchnie. Będzie chaos 

i strzelanina. Bum, fiu, sru! A to nie tak miało być, Witek! Obiecałeś, że nie będzie 

ż

adnych ucieczek, eksplozji, kul świszczących nad głowami!

Inżynier z pomocnikiem byli już coraz bliżej.

– Nie ma czasu, Rrax! Mamy ostatnią szansę!

To mówiąc, Witek pociągnął parę dźwigni, wstukał „1, 2, 3, 4, 5, 6” na 

numerycznej klawiaturze (przypadkiem takie było jego hasło do konta e-mailowego), 

przekręcił do oporu parę gałek. Nic jednak się nie stało. Naukowcy byli tuż-tuż.

– Rrax, tragedia. Nic mi tu nie chce działać.

– A próbowałeś wcisnąć ten duży czerwony przycisk „start”?

Witek dopadł do przełącznika i wdusił go z impetem.

Sekundę później kula zajaśniała białym światłem. W hali wybuchła panika, obsługa 

bramy zaczęła biegać na wszystkie strony. Dziennikarz i kruk natychmiast puścili się 

background image

truchtem w stronę wyjścia. Nim jednak przebiegli choć parę metrów, zamarli.

Oto bowiem z bramy wyłoniła się kolosalna bestia – osobliwa krzyżówka pająka z 

ośmiornicą. Z pianą na pysku i obłędem w oczach skoczyła do przodu, roztrącając 

wagony. Witek aż się skulił, ale w tym momencie ze świetlnej kuli wystrzeliło coś 

jeszcze. Był to jakiś chuderlawy gość, cały w skórach i z białymi włosami. W dłoni 

trzymał długie mieczysko. Bestia z kwikiem zaczęła robić okrążenia wokół platformy, 

a białowłosy ścigał ją z takim zapamiętaniem, z jakim żebrak goni toczącą się monetę.

Witek wzruszył ramionami i skierował się znów w stronę drzwi na zaplecze. 

Jednak kruk został, obserwując uważnie nowo przybyłych.

– Co robisz, Rrax? – Dziennikarz przystanął na chwilę. – Uciekamy. To nie nasza 

sprawa.

– Nie lubię, jak ktoś dręczy dziwoludy, a ten facet w skórzanych gatkach zaraz 

kogoś skrzywdzi. Daj mi sekundę, Witek. Wszyscy i tak już dawno uciekli.

To mówiąc, kruk uwiesił wzrok na wysokich skórzanych butach białowłosego. 

Niespodziewanie dziwak wywinął długiego szczupaka i grzmotnął głową o betonową 

posadzkę.

– Dobra. Wrzuć go do bramy, zanim się ocknie. – Rrax otrzepał skrzydła.

Dziennikarz, klnąc na czym świat stoi, podbiegł do nieprzytomnego, chwycił go 

pod ramię, po czym zaciągnął na szczyt platformy. Kruk tymczasem wylądował tuż 

przed nosem potwora i chwilę mówił z nim w jakimś nieludzkim języku.

Gdy Witek wepchnął białowłosego w pole energii, zza wejścia do hali dobiegały 

już rozkazy. Wyglądało na to, że pracownicy szybko otrząsnęli się z przerażenia. 

Dziennikarz popędził do Rraksa. Po drodze podniósł osobliwy wisiorek, który zsunął 

się z szyi białowłosego.

Kruk zaś gawędził z potworem jakby nigdy nic. Przyjaciel bezceremonialnie 

szarpnął go za ogon.

– Chodu. Zaraz tu będą.

Jakby dla podkreślenia tych słów rozległy się strzały. Kilku żołnierzy weszło do 

hali, waląc w stronę platformy krótkimi seriami.

– Do tylnego wyjścia! – zakomendował Rrax.

– Za późno! Będą nam strzelać po plecach!

– Nie filozofuj! Biegnij!

W momencie gdy kruk wykrakał ostatnie słowa, bestia powoli uniosła ciało, po 

czym ruszyła z rykiem w stronę żołnierzy. Ci strzelali wprawdzie jeszcze chwilę, ale 

gdy stwór się zbliżył, uciekli tak szybko, że omal nie pogubili broni.

– Co to było? – wydusił w biegu Witek. – I jak to przekonałeś, żeby nam 

pomogło?

– Mówiła, że nazywa się kikimora. A ten siwy w skórach to był jakiś furiat, co tępi 

background image

zagrożone gatunki. Była wdzięczna za uratowanie życia, więc w ramach odpłaty 

zgodziła się odciągnąć od nas uwagę.

Szarża parotonowego monstrum już w czasach Hannibala była skutecznym 

ś

rodkiem rozpraszającym. I od tego czasu niewiele się zmieniło. Wykurzywszy ludzi z 

hali, kikimora zatoczyła koło, po czym wpadła w bramę, znikając wśród błysków 

efektownych wyładowań.

Tymczasem Witek i Rrax wbiegli do korytarza na zapleczu hali. Myśleli, że to już 

koniec przygód, ale wtedy drogę zagrodziła im zwalista postać.

– O nie! Znowu ty? – jęknął Witkowski.

Kapitan Ryś nie dał się wystraszyć kikimorze. Był za starym wyjadaczem, żeby go 

byle bestia wzięła na tanie sztuczki. Z doświadczenia oficera MO wiedział, że potwór z 

jeziora to zawsze amerykański szpieg, który śledzi pobliskie lotnisko, a duch w 

muzeum to zagraniczny złodziej dzieł sztuki. Za każdym paranormalnym zjawiskiem 

stali ludzie. I choć ciężko mu było sobie wyobrazić, kto, w jaki sposób i w jakim celu 

przysłał do nich skrzyżowanie ośmiornicy z pająkiem, to Ryś był pewien, że wszystko 

da się uzasadnić materialistycznie. Najlepiej przesłuchując winnych całego zamieszania.

– Na ziemię! – warknął, celując w Witka z pistoletu.

– Więc to tak? Najpierw wierny człowiek prezydenta, a teraz agent 

socjalistycznego reżimu? – zakpił dziennikarz.

– Zamknij się, zapluty karle reakcji. A teraz na ziemię!

– Rrax – szepnął chłopak – ratuj.

– Ech! Co ty sobie myślisz?! Tylko magia i magia takiemu w głowie. A rozwiązać 

swoje problemy samemu to nie łaska?

– Ale Rrax...

– Nie gadać! Nie skamleć! – przerwał kapitan Ryś. – Na ziemię, bo strzelam!

Kruk wymamrotał coś w złości, po czym spojrzał esbekowi głęboko w oczy.

* * *

Wkrótce potem

Gdy monstrum zniknęło w bramie, ochrona placówki odczekała kilka ładnych 

minut, nim zdecydowała się wejść do środka. Nawet wtedy żołnierze zachowali 

ostrożność. Szli powoli, celując w każdą plamę mroku i w każdy zakurzony kąt. Z 

bezpiecznej odległości patrzyli na to technicy oraz naukowcy, czekając, aż droga 

będzie czysta.

I jedni, i drudzy aż podskoczyli, gdy z hukiem otwarły się drzwi na zaplecze. Na 

szczęście nie był to kolejny potwór, a wyjątkowo zadowolony kapitan Ryś.

background image

– Mam go! – krzyknął, wpychając Witkowskiego do środka. – Mam przeklętego 

sabotażystę!

Ludzie patrzyli długo to na funkcjonariusza, to na Witka, którego oficer trzymał 

za kołnierz. Na ich twarzach rozbawienie mieszało się z politowaniem.

– Co tak patrzycie! To człowiek odpowiedzialny za całe zamieszanie. Trzeba go 

natychmiast przesłuchać. Dotrzeć do jego mocodawców.

Ktoś ledwie stłumił śmiech. Ktoś pokiwał głową z politowaniem.

Nic z tego nie rozumiejąc, Ryś spojrzał na Witka. I wtedy nastąpiła rzecz straszna. 

Dziennikarzyna rozpłynął się w powietrzu, a jego miejsce zajął spory zbutwiały konar. 

Człowieka nie przypominałby nawet osobie o nadzwyczaj wybujałej wyobraźni.

Kapitan poczuł, że oto nieodwołalnie zaczyna się emerytura.

* * *

Dwa tygodnie później

Napisanie tekstu zabrało Witkowskiemu niemal pół miesiąca intensywnej pracy. W 

końcu jednak postawił ostatnią kropkę. Ponieważ materiał był doskonale 

udokumentowany, zdecydował się uderzyć wysoko. Właśnie przed chwilą skończył e-

mail do największego krajowego dziennika. Umieścił w załączniku swój tekst, zdjęcia, 

skany dokumentów.

Spojrzał na to jeszcze raz z dumą. Potem rozsiadł się głębiej w fotelu i wypił resztę 

kawy. Zawsze kochał ten moment, gdy tekst – owoc długiej pracy – tkwił już 

podczepiony do e-maila w oczekiwaniu, aż ktoś wciśnie „send”. To było takie małe 

prywatne święto. Za każdym razem wyobrażał sobie, że po nim nastąpi długie „pięć 

minut” sławy Rafała Witkowskiego.

Założył dłonie za głowę, przeciągnął się z rozkoszą i wbił oczy w sufit. Jego 

wzrok przykuła ciemna pręga pęknięcia. Uśmiechnął się. Porządna polska robota. Blok 

zbudowano ledwie trzydzieści lat temu, a już się rozsypywał.

Zaraz, zaraz...

Trzydzieści lat?

Niespodziewanie Witkowskiego tknęło niemiłe przeczucie. Przecież jeśli 

opublikuje ten tekst, a ktoś weźmie go na poważnie, to operacja peerelowskich 

chrononautów zostanie przerwana albo istotnie zakłócona. Wtedy zaś zmieni się cała 

historia Polski Ludowej. No i oczywiście panorama wielu miast.

Dziennikarz zadumał się nad implikacjami tej możliwości. Co, jeśli właśnie jego 

dom powstał dzięki pieniądzom i prefabrykatom z przyszłości? Czy kiedy kliknie w 

ikonę programu pocztowego, wszystko rozmyje się, a on trafi do zupełnie innego 

background image

mieszkania?

Mieszkania?! Dobre sobie! Przecież aż do epoki Gierka jeśli już jakieś budowano, 

to tylko dla funkcjonariuszy partyjnych. Wyobraził sobie starą, odrapaną kamienicę i 

trzy rodziny w trzech pokojach, wspólną łazienkę i klozet na podwórku. A przecież 

otoczenie – i wszystkie drobne, codzienne przypadki, jakie z niego wynikają – formują 

człowieka w dużym stopniu. Co, jeśli zamieszka blisko centrum i nie spóźni się na 

spotkanie w redakcji „Gazety Miejskiej” trzy lata temu? Może wtedy dostałby tam 

pracę, zmienił tryb życia i środowisko. Czy poznałby wtedy Janka Micińskiego? Czy 

otworzyłby oczy na świat dziwoludów?

A może... Może w tym alternatywnym świecie już nie żyje. Ot, mieszkał w 

nieodpowiedniej dzielnicy i dostał nożem w bramie albo wysadziła go w powietrze 

sąsiadka-emerytka, odkręcając na noc kuchenkę gazową.

Kursor zamarł nad przyciskiem, a palec Witka centymetr nad myszką. 

Wystarczyłoby jedno kliknięcie, żeby historia przewaliła się z hukiem na inny tor. Z 

drugiej strony może wtedy żyłby z dala od nienormiastności i ciągłych awantur z 

dziwoludami.

Perspektywa kusiła.

Mijały minuty, a Rafał Witkowski nie mógł się zdecydować.

W końcu nacisnął przycisk, ale nie „send”. List wylądował w koszu. Potem, 

czując, jak wzbiera w nim żałość, dziennikarz skasował cały artykuł z twardego dysku. 

Oraz materiały od informatora.

To było jedyne rozsądne wyjście.

Srebrny amulet szczerzył wilcze zęby w złośliwym uśmiechu.

Koniec