background image

 

 

 

J

ACK 

L

ONDON

 

 

 

 

 

 

 

J

AK MNIE PRZYMKNĘLI

 

 

 

 

background image

 

Do miasta Niagara Falls przybyłem w “pulmanie z bocznym wejściem”, czyli - mówiąc 

po  prostu  -  w  krytym  wagonie  towarowym.  Platforma  znana  jest  wśród  włóczęgów  pod 

nazwą  “gondoli”  (drugą  zgłoskę  wymawia  się  przeciągle  i  z  naciskiem).  Ale  do  rzeczy. 

Przyjechałem  po  południu  i  prosto  z  dworca  udałem  się  do  wodospadów.  Na  widok 

cudownego obrazu wód spadających w przepaść zapomniałem o całym świecie. Nie mogłem 

oderwać  się  stamtąd,  choć  dawno  już  należało  rozejrzeć  się  gdzieś  za  kolacją.  Nawet 

zaproszenie  do  stołu  nie  zdołałoby  odciągnąć  mnie  od  kontemplacji.  Nadeszła  noc, 

przepiękna noc księżycowa. Minęła jedenasta, a ja wciąż jeszcze trwałem przy wodospadach. 

Wreszcie  trzeba  było  jednak  pomyśleć  o  znalezieniu  miejsca,  gdzie  można  by  “klapnąć”, 

“kimnąć”, “zaryć się”, “stulić uszy”, co w języku włóczęgów znaczy jedno i to samo: spać. 

Miałem  niejasne  przeczucie,  że  Niagara  Falls  jest  niedobre  dla  łazików,  toteż  wyszedłem 

umyślnie poza jego obręb, na wieś. Przelazłem przez jakiś płot i zaryłem się w czystym polu. 

“Władza” nie znajdzie mnie tu  na pewno  - pochlebiałem sobie. Położyłem  Się na wznak w 

trawie  i  zasnąłem  jak  dziecko.  Było  tak  rozkosznie  ciepło,  że  spałem  bez  przebudzenia.  Z 

pierwszym jednak brzaskiem ocknąłem się i natychmiast stanęły mi w oczach czarodziejskie 

wodospady.  Znowu  przeskoczyłem  płot  i  ruszyłem  drogą,  by  jeszcze  raz  je  zobaczyć. 

Godzina  była  najwyżej  piąta,  a  przed  ósmą  nie  wypadało  prosić  o  śniadanie.  Całe  trzy 

godziny mogłem spędzić nad rzeką. Niestety! Nie było mi sądzone ujrzeć więcej ani rzeki, ani 

wodospadów. 

Miasto  spało  jeszcze.  Idąc  opustoszałą  ulicą  zauważyłem  trzech  mężczyzn,  którzy 

kroczyli  po  chodniku  na  moje  spotkanie.  Wszyscy  szli  w  jednym  szeregu.  Widocznie  też 

łaziki  -  pomyślałem.  Przypuszczenie  moje  nie  było  jednak  zupełnie  trafne.  Zawierało  tylko 

sześćdziesiąt  sześć  i  dwie  trzecie  procent  prawdy.  Dwaj  mężczyźni  maszerujący  po  bokach 

byli  istotnie  łazikami,  ale  nie  ten  w  środku.  Zeszedłem  na  bok,  żeby  ustąpić  z  drogi 

nieznajomej trójcy. Ona jednak nie chciała mnie minąć. Środkowy coś powiedział i wszyscy 

stanęli. Zwrócił się do mnie. 

W  mgnieniu  oka  zrozumiałem  sytuację.  Był  to  łapacz  i  jego  dwie.  ofiary.  “Władza” 

wyruszyła o świcie na łowy i trafiła na zwierzynę. Ja byłem tą zwierzyną. Gdybym miał tyle 

doświadczenia co w parę miesięcy  później, odwróciłbym  się na pięcie i  pognał jak szalony 

przed  siebie.  Mógłby  strzelać  za  mną,  ale  gdyby  nie  trafił,  byłbym  uratowany.  W  żadnym 

razie  nie  goniłby  mnie,  jako  że  lepsze  dwa  wróble  w  garści  niż  sroka  na  dachu.  Ale  cóż! 

Stanąłem jak głupi, kiedy na mnie krzyknął. Rozmowa nasza była krótka. 

- W jakim hotelu pan mieszka? - zapytał. 

background image

 

Tu mnie złapał. Nie mieszkałem w żadnym, a ponieważ nie wiedziałem, jak nazywają się 

miejscowe  hotele,  nie  mogłem  twierdzić,  że  mieszkam  w  którymś  z  nich.  Zresztą  zbyt 

wcześnie pojawiłem się na ulicy. Wszystko przemawiało przeciw mnie. 

- Dopiero co przyjechałem - oświadczyłem. 

-  No  to  proszę  zawrócić  i  iść  przed  nami.  Tylko  nie  za  daleko.  Ktoś  chce  się  z  panem 

zobaczyć. 

Wpadłem. Wiadoma rzecz, kto chciałby mnie widzieć. Łapacz zaprowadził mnie i dwóch 

zatrzymanych  włóczęgów  do  miejscowego  więzienia.  Tam  nas  zrewidowali  i  zapisali  do 

odpowiednich  rejestrów.  Nie  pamiętam  już  dzisiaj,  pod  jakim  nazwiskiem  mnie  tam 

wciągnięto. Podałem się za Jacka Drakę, ale przy rewizji znaleziono u mnie listy adresowane 

do Jacka Londona. Wywołało to zamieszanie i potrzebę wyjaśnień, których zresztą dokładnie 

sobie nie przypominam. Do dziś dnia nie wiem, czy dostałem się do ula jako Jack Drake czy 

Jack London. Tak czy inaczej, figuruję niewątpliwie w rejestrach więziennych miasta Niagara 

Falls. Można to sprawdzić. Chwycono mnie w drugiej połowie czerwca roku 1894. W kilka 

dni po moim aresztowaniu zaczął się wielki strajk kolejarzy. 

Z kancelarii zaprowadzono nas do “hobo”, pod klucz. “Hobo” to część więzienia, gdzie 

w  wielkiej  żelaznej  klatce  siedzą  drobni  przestępcy.  Większość  drobnych  przestępców 

stanowią  łaziki,  czyli  “hobo”  -  stąd  nazwa  klatki.  Zastaliśmy  tam  już  kilku  włóczęgów, 

świeżo capniętych, poza tym  co chwila otwierały  się drzwi i  do klatki wtrącano po dwóch, 

trzech nowych gości. Nareszcie gdy zebrali nas szesnastu, zaprowadzili po schodach na górę, 

do sali sądowej. Opiszę wiernie wszystko, co działo się w tej sali, bo moja duma obywatelska 

Amerykanina doznała tam nieuleczalnego wstrząsu. 

W izbie sądowej zasiadło szesnastu oskarżonych, sędzia i dwóch oskarżycieli z ramienia 

szeryfa. Sędzia sam pisał protokół. Świadków nie było. Nie było też obywateli miasta Niagara 

Falls,  którzy  by  mogli  przekonać  się,  w  jaki  sposób  wymierzano  tu  sprawiedliwość.  Sędzia 

rzucił  okiem  na  leżącą  przed  nim  listę  spraw  i  wywołał  jakieś  nazwisko.  Wstał  jeden  z 

łazików. Sędzia spojrzał na przedstawiciela szeryfa. 

- Włóczęgostwo, Ekscelencjo - oświadczył przodownik.  

- Trzydzieści dni - orzekł Ekscelencja. 

Łazik  siadł,  po  czym  sędzia  wywołał  inne  nazwisko  i  następna  postać  podniosła  się  z 

ławki. 

Sprawa pierwszego trwała w przybliżeniu piętnaście sekund. Sprawa drugiego odbyła się 

z nie mniej błyskawiczną szybkością. Oskarżyciel oświadczył: “Włóczęgostwo, Ekscelencjo”, 

background image

 

Ekscelencja zaś odpowiadał: “Trzydzieści dni”. I tak szło dalej jak w zegarku, po piętnaście 

sekund i trzydzieści dni na sztukę. 

Co za potulne owieczki - myślałem z politowaniem. - Czekajcie, niech przyjdzie kolej ,na 

mnie!  Zadam  ja  bobu  Ekscelencji!  Nagle,  w  toku  procedury,  przyszło  Jego  Ekscelencji  do 

głowy udzielić głosu jednemu z podsądnych. Traf chciał, że wybór nie padł na prawdziwego 

włóczęgę.  W  niczym  nie  przypominał  on  cwanego  zawodowca.  Gdyby  podszedł  do  nas  w 

chwili oczekiwania na towarówkę przy stacyjnej wieży ciśnień - bez wahania zaliczylibyśmy 

go  do  “wesołych  kotów”.  Wesoły  kot  to  synonim  żółtodzioba  w  krainie  łazików.  Ten 

nowicjusz  był  już  dość  posunięty  w  latach,  których  mógł  mieć  około  czterdziestu  pięciu. 

Plecy miał przygarbione, a twarz zniszczoną przez niepogody. 

Wiele  lat  -  zeznawał  -  był  woźnicą  w  jakimś  przedsiębiorstwie  (jeżeli  się  nie  mylę,  w 

Lockport,  w  stanie  Nowy  Jork).  Interesy  szły  nietęgo  i  ostatecznie,  w  ciężkim  roku  1893, 

firma  padła.  Pracował  tam  do  samego  końca,  chociaż  ostatnio  zajęcie  stało  się  bardzo 

nieregularne. Opowiadał rozwlekle o niemożności znalezienia roboty przez kilka następnych 

miesięcy,  kiedy  to  w  całym  kraju  tak  wielu  było  bezrobotnych.  Na  koniec  doszedł  do 

wniosku,  że  może  prędzej  znajdzie  jakąś  pracę  nad  Jeziorami,  i  wyruszył  do  Buffalo. 

Naturalnie był bez grosza i w ten sposób znalazł się tutaj. To było wszystko. 

- Trzydzieści dni - zawyrokował Ekscelencja, po czym rzucił następne nazwisko. 

Nowy łazik zerwał się z ławki. 

- Włóczęgostwo, Ekscelencjo - rzekł oskarżyciel, Ekscelencja zaś odrzekł:  

- Trzydzieści dni. 

I  tak  szło  dalej  -  po  piętnaście  sekund  i  po  trzydzieści  dni  na  łazika.  Maszyna 

sprawiedliwości  działała  sprawnie.  Sędzia  z  powodu  wczesnej  pory  pracował  zapewne  na 

czczo i dlatego się spieszył. 

Krew  Amerykanina  zawrzała  w  moich  żyłach.  Stały  za  mną  liczne  pokolenia  mych 

amerykańskich przodków. Jedną ze swobód, o którą walczyli i za którą umierali, było właśnie 

prawo  do  obrony  przed  sądem  przysięgłych.  To  dziedzictwo,  uświęcone  ich  krwią,  wołało 

teraz, abym się za nim opowiedział. Nic to - odgrażałem się w duchu - niech tylko przyjdzie 

kolej na mnie. 

Nadeszła.  Moje  nazwisko  -  jakkolwiek  brzmiało  -  zostało  wywołane  i  wstałem. 

Przedstawiciel szeryfa rzekł: - Włóczęgostwo, Ekscelencjo - ja zaś zacząłem mówić. Sędzia 

jednak  powiedział  równocześnie:  -  Trzydzieści  dni.  -  Próbowałem  protestować,  ale  w  tej 

samej chwili Ekscelencja wywołał z listy następne nazwisko, a mnie rzucił tylko jedno słowo: 

- Milczeć! 

background image

 

Przedstawiciel  szeryfa  posadził  mnie  na  ławie.  W  tej  samej  chwili  następny  łazik 

otrzymywał trzydzieści dni, a dalszy już wstawał. 

Obdzieliwszy wszystkich po trzydzieści dni na głowę, Ekscelencja, zbierając się już do 

odejścia, zwrócił się nagle do woźnicy z Lockport, tego jedynego, któremu pozwolił mówić i 

zapytał: 

- Dlaczego porzuciliście pracę? 

Przed  chwilą  woźnica  wyjaśnił,  jak  to  nie  on  pracę,  ale  praca  jego  porzuciła,  toteż 

zapomniał języka w gębie. 

- Ekscelencjo - bąknął zmieszany - to dziwne pytanie. 

-  Trzydzieści  dni  dodatkowo  za  porzucenie  pracy  -  zawyrokował  sędzia  i  na  tym 

posiedzenie  zamknięto.  W  rezultacie  woźnica  dorobił  się  sześćdziesięciu  dni,  wszyscy  zaś 

inni dostali po trzydzieści. 

Odprowadzono nas na dół, zamknięto na klucz i poczęstowano śniadaniem. Było  wcale 

niezłe jak na więzienie - przez cały następny miesiąc nie jedliśmy nic równie dobrego. 

Byłem  oszołomiony.  Oto  skazano  mnie  po  jakiejś  parodii  sądu,  gdzie  nie  tylko 

pozbawiony  zostałem  prawa  do  sądu  przysięgłych,  ale  i  prawa  nieprzyznania  się  do  winy. 

Przypomniałem sobie, że moi przodkowie walczyli jeszcze o coś  - o habeas corpus. [prawo 

nietykalności  osobistej]  Czekajcie,  ja  wam  pokażę!  Ale  kiedy  zażądałem  adwokata  - 

roześmiano mi się w oczy. Habeas corpus jest rzeczą piękną, ale cóż mi z tego, jeśli nie mogę 

się porozumieć z nikim spoza więzienia. Mimo to jeszcze pokażę, co umiem! Nie będą mnie 

tu  przecie  trzymali  do  śmierci.  Poczekajcie!  Niech  się  tylko  znajdę  na  wolności!  To 

wystarczy.  Już  ja  im  dam  nauczkę!  Orientuję  się  cokolwiek  w  prawie  i  wiem,  co  się 

obywatelowi  należy.  Rozgłoszę  po  świecie  o  tym  nadużyciu.  Wizje  procesów  o 

odszkodowanie  i  sensacyjne  nagłówki  gazet  tańczyły  mi  przed  oczyma,  kiedy  weszli 

strażnicy i pognali nas do głównej kancelarii. 

Policjant włożył mi kajdanek na przegub prawej ręki. Więc to tak - pomyślałem sobie - 

jeszcze jedna zniewaga! Poczekajcie tylko,  aż wyjdę!  - drugi  kajdanek od pary zamknął na 

lewej ręce jakiegoś Murzyna. Murzyn był rosłym chłopem, miał dobrze ponad sześć stóp, tak 

że gdy stanął obok mnie, podnosił trochę moją rękę do góry. Był to najbardziej oberwany i 

najweselszy Murzyn, jakiego kiedykolwiek widziałem. 

Wszystkich nas skuli parami, po czym przynieśli lśniący, stalowy łańcuch i przewlekli go 

przez kółka kajdanków, a końce zamknęli na kłódkę. Staliśmy się teraz grupą skutych razem 

kajdaniarzy.  Padł  rozkaz  odmarszu  i  ruszyliśmy  przez  ulice  pod  konwojem  dwóch 

policjantów. Wielkiemu Murzynowi i mnie przypadł zaszczyt kroczenia na czele pochodu. 

background image

 

Po mroku więzienia oślepił mnie blask słońca na dworze. Nigdy słońce nie wydawało mi 

się tak rozkoszne jak w owej chwili, kiedy miałem być pozbawiony jego widoku trzydzieści 

dni. 

Maszerowaliśmy  ulicami  miasta  do  stacji  kolejowej,  budząc  zainteresowanie 

przechodniów, a szczególnie grupy turystów, siedzących na werandzie hotelu. 

Łańcuch miał sporo luzu i z głośnym brzękiem i szczękiem usadowiliśmy się parami na 

ławkach  wagonu  dla  palących.  Płonąc  oburzeniem  za  zniewagi  zadane  mnie  i  moim 

przodkom, byłem jednak zbyt rozsądny, by stracić głowę. Wszystko to było dla mnie zupełnie 

nowe.  Miałem  przed  sobą  trzydzieści  tajemniczych  dni,  należało  więc  obejrzeć  się  za  kimś 

obytym z życiem w więzieniu. Wiedziałem już, że nie jedziemy do jakiegoś małego więzienia 

na stu  ludzi, lecz do ogromnego zakładu, który  mieści  parę tysięcy więźniów skazanych na 

kary od dziesięciu dni do dziesięciu lat. 

Na  ławce  za  mną,  przykuty  tak  jak  i  ja  do  łańcucha,  siedział  jakiś  krępy,  muskularny 

mężczyzna. Wyglądał na trzydzieści pięć do czterdziestu lat. Przyjrzałem mu się dobrze. W 

kącikach  oczu  błyskały  mu  iskierki  dobrodusznego  humoru.  Poza  tym  było  to  stworzenie 

nieokrzesane,  zupełnie  amoralne,  podległe  wszelkim  namiętnościom  i  popędom  dzikiego 

zwierzęcia.  Ale  było  w  nim  coś,  co  mnie  do  niego  przekonało:  kąciki  oczu  -  pogoda  i 

dobroduszna wesołość zwierzęcia, zanim ktoś je podrażni. 

Był  tym,  kogo  szukałem,  i  podobał  mi  się.  Toteż  kiedy  pociąg  niósł  nas  do  Buffalo,  a 

skuty  ze  mną  Murzyn-dryblas,  zanosząc  się  od  śmiechu  i  płaczu  na  przemian,  bełkotał  o 

jakiejś  robocie  w  pralni,  którą  z  pewnością  straci  wskutek  aresztu  -  przeprowadziłem 

rozmowę z tym człowiekiem. Miał pustą fajkę. Napełniłem ją własnym, bezcennym tytoniem 

w takiej ilości, że starczyłoby go za tuzin papierosów. 

W czasie rozmowy umocniłem się w przekonaniu, że to typ odpowiedni dla mnie, wobec 

czego podzieliłem się z nim resztą tytoniu. 

Dzięki  wrodzonej  giętkości  i  dostatecznej  znajomości  życia  mogę  przystosować  się  do 

każdej sytuacji. Tym razem postawiłem sobie za cel zbliżenie z tym człowiekiem, chociaż nie 

przypuszczałem nawet, jak dalece trafny był mój wybór. Mój nowy przyjaciel nie znał jeszcze 

więzienia, do którego jechaliśmy, ale odsiadywał już gdzie indziej po dwa, trzy, a nawet pięć 

lat zwanych w gwarze aresztanckiej “kawałkami”, toteż bardzo był mądry. Pokumaliśmy się i 

chętnie posłuchałem, gdy poradził, abym szedł za jego przykładem. Nazywał mnie “Jack” i ja 

też go tak nazywałem. 

Pociąg stanął na jakiejś stacji pięć mil przed Buffalo i my - kajdaniarze - wyładowaliśmy 

się z wagonu. Nie pamiętam nazwy tej stacji.  Brzmiała coś jak Rocklyn, Rockwood, Black 

background image

 

Rock, - Rockcastle czy też Newcastle. Z tego miejsca - obojętne, jak się zowie - poprowadzili 

nas  kawałek  drogi  piechotą,  po  czym  wsadzili  do  tramwaju.  Był  to  staroświecki  wagon  z 

dwiema długimi  ławami po bokach. Wszystkich  pasażerów przeniesiono na jedną ławę, my 

zaś  z  głośnym  brzękiem  łańcucha  zajęliśmy  drugą.  Siedzieliśmy  naprzeciw  nich  i  do  dziś 

pamiętam  przerażone  twarze  kobiet,  które  najwidoczniej  uważały  nas  za  skazanych 

morderców i kasiarzy. Starałem się zrobić możliwie najgroźniejszą minę, ale mój towarzysz - 

ów  wesoły  Murzyn  -  nie  przestawał  łypać  oczami,  śmiać  się  i  powtarzać:  “O  Boże,  Boże 

miłosierny!” 

Wysiedliśmy  z  tramwaju  i  ruszyliśmy  do  kancelarii  więzienia  hrabstwa  Erie.  Tam 

wpisano  nas  do  ksiąg  więziennych,  w  których  figuruję  dotychczas  pod  jednym  z  dwóch 

wspomnianych  nazwisk.  Poinformowano  nas  również,  że  należy  zostawić  w  kancelarii 

wszystko, co mamy: pieniądze, tytoń, zapałki, scyzoryk... 

Mój koleżka dał mi głową znak, żebym nie słuchał. 

-  Wszystko,  co  zabierzecie  ze  sobą,  zostanie  skonfiskowane  w  więzieniu  -  ostrzegł 

urzędnik. 

Mój  przyjaciel  raz  jeszcze  potrząsnął  głową.  Wykonywał  pośpiesznie  rękami  jakieś 

ruchy, kryjąc się za plecami towarzyszy. (Kajdany nam już zdjęto). Przyjrzałem się, co robi, i 

natychmiast tak jak on zawinąłem w chustkę do nosa drobiazgi, które chciałem wziąć ze sobą. 

Węzełki te wsunęliśmy obaj za pazuchę. Więźniowie, z wyjątkiem jednego czy dwóch, którzy 

posiadali  zegarki,  nie  zdali  wcale  rzeczy  urzędnikowi.  Postanowili  widocznie  spróbować 

szczęścia  i  przeszmuglować  swe  drobiazgi,  ale  nie  byli  tak  mądrzy  jak  mój  koleżka  i  nie 

zawiązali ich w chustki. 

Nasi konwojenci zabrali łańcuchy i kajdany i wyruszyli z powrotem do Niagara Falls, my 

zaś  -  pod  nadzorem  innych  strażników  -  zostaliśmy  wprowadzeni  do  więzienia.  Kiedy 

byliśmy  w  kancelarii,  przybyło  kilka  nowych  grup  aresztantów.  W  sumie  było  nas 

czterdziestu do pięćdziesięciu. 

Trzeba  wam  wiedzieć,  wam,  którzy  nigdyście  nie  siedzieli,  iż  ruchy  człowieka  w 

więzieniu są równie ograniczone jak handel w wiekach średnich. Więzień nie może poruszać 

się  swobodnie.  Co  parę  kroków  spotyka  ogromne  stalowe  drzwi  lub  bramy,  zawsze 

zamknięte. Szliśmy do golami, ale po drodze musieliśmy parę razy czekać na otwarcie drzwi. 

Czekaliśmy tak w pierwszym “hallu”. Hali nie jest zwykłym korytarzem. Wyobraźcie sobie 

podłużny prostopadłościan, zbudowany z cegieł i wznoszący się na wysokość sześciu pięter, a 

na  każdym  piętrze  rząd  cel,  tak  po  pięćdziesiąt  w  rzędzie.  Albo  raczej  wyobraźcie  sobie 

ogromny  plaster  miodu  w  kształcie  sześcianu.  Postawcie  ten  sześcian  na  ziemi,  otoczcie 

background image

 

ścianami i pokryjcie dachem, a będziecie mieli pojęcie, czym jest hali w więzieniu hrabstwa 

Erie.  Aby  mieć  obraz  całości,  wyobraźcie  sobie  jeszcze  wąskie  galeryjki  o  żelaznych 

poręczach,  biegnące  przez  całą  długość  każdego  rzędu  cel  i  połączone  ze  sobą  po  obu 

końcach sześcianu systemem zejść pożarowych - wąskimi, stalowymi schodkami. 

Zatrzymano  nas  w  pierwszym  hallu  i  kazano  czekać,  aż  dozorca  otworzy  drzwi.  Tu  i 

ówdzie  przesuwali  się  więźniowie,  krótko  ostrzyżeni,  ogoleni,  odziani  w  pasiaki. 

Zauważyłem jednego z nich na galeryjce trzeciego piętra. Wychylał się na dół opierając ręce 

o poręcz, jakby nieświadomy naszej obecności. Oczy jego zdawały się tkwić w próżni. Mój 

koleżka  cicho  syknął.  Więzień  spojrzał  w  dół.  Wymienili  rękami  jakieś  znaki,  po  czym 

frunęło  w  górę  zawiniątko  mojego  opiekuna.  Więzień  złapał  je,  błyskawicznie  wsunął  za 

pazuchę i znowu wpatrzył się bezmyślnie w przestrzeń. Przyjaciel kazał mi zrobić to samo. 

Upatrzyłem  chwilę,  kiedy  dozorca  się  odwrócił,  i  posłałem  swój  węzełek  w  ślad  za 

pierwszym. 

W minutę później otworzono drzwi i weszliśmy do golami. Krzątali się tu mężczyźni w 

więziennych ubraniach; byli to miejscowi fryzjerzy. Nie brakło też wanien, kranów z gorącą 

wodą, mydła i szczotek do szorowania. Kazali nam się rozebrać i wykąpać, przy czym każdy 

musiał wyszorować plecy sąsiada. Ostrożności te były najzupełniej zbędne, więzienie bowiem 

roiło się od robactwa. Po kąpieli każdy z nas otrzymał płócienny worek na odzież. 

- Złóżcie całą odzież do worków - powiedział strażnik. - Nie uda wam się nic przemycić. 

Stanąć nago w szeregu, będzie inspekcja. 

Ci na trzydzieści dni, lub mniej, zachowują buty i szelki. Kto ma wyrok dłuższy, nic nie 

zatrzymuje. 

Oświadczenie to wywołało popłoch. Jak nagi człowiek może coś przemycić? Tylko my 

dwaj  jużeśmy  sobie  poradzili.  Teraz  przystąpili  do  dzieła  więzienni  fryzjerzy.  Krzątali  się 

pośród  biednych  przybyszów,  uprzejmie  proponując,  że  zaopiekują  się  ich  cennymi 

drobiazgami,  i  obiecując  zwrócić  wszystko  jeszcze  tego  samego  dnia.  Golarze  ci,  gdyby 

uwierzyć  ich  słowom,  byli  urodzonymi  filantropami.  Chyba  nigdy  nie  uwalniano  ludzi 

szybciej od zbędnego balastu, jeśli pominąć przygodę Fra Lippo Lippi. [włoski malarz XV w., 

ograbiony  przez  piratów]  Zapałki,  tytoń,  bibułka,  fajki,  scyzoryki,  pieniądze  -  wszystko 

wędrowało  za  obszerne  pazuchy  fryzjerów.  Od  łupu  tego  wyraźnie  napęcznieli,  strażnicy 

jednak udawali, że nic nie widzą. Krótko mówiąc, nic nie zostało nigdy zwrócone. Fryzjerzy 

nie  mieli  wcale  zamiaru  zwracać  tego,  co  wzięli.  Zdobycz  uważali  za  swoją  bezsporną 

własność. Była to  i  c h  zdobycz. W więzieniu kwitło mnóstwo tego rodzaju  procederów.  Z 

biegiem czasu, dzięki nowemu druhowi, sam miałem obdzierać innych. 

background image

 

W golami stało kilka foteli, a fryzjerzy uwijali się szybko. Nigdy w życiu nie widziałem 

równie błyskawicznego golenia i strzyżenia. Więźniowie mydlili się sami, fryzjerzy zaś golili 

ich z szybkością jednego klienta na minutę. Strzyżenie trwało nieco dłużej. Po upływie trzech 

minut z twarzy mej znikł puszek osiemnastoletniego młodziana, głowa zaś przypominała kulę 

bilardową pokrytą zaczątkami szczeciny. Wszystkie brody i wąsy ulotniły się równie szybko 

jak odzież i drobiazgi. Daję słowo, oporządzili nas tak, że wyglądaliśmy na bandę opryszków. 

Nie przypuszczałem nawet, byśmy mogli być tak brzydcy. 

Potem  ustawiliśmy  się  w  rząd  do  przeglądu  -  czterdziestu  czy  pięćdziesięciu  drabów 

równie nagich, jak owi kiplingowscy bohaterowie, co szturmem zdobyli Lungtungpen. Teraz 

łatwo  nas  było  obszukać,  gdyż  pozostały  tylko  nasze  buty  i  my.  Dwóm  czy  trzem 

ryzykantom, którzy nie zaufali fryzjerom, szybko skonfiskowano znalezione mienie w postaci 

tytoniu,  fajek,  zapałek  i  drobnych  pieniędzy.  Potem  przyniesiono  nasze  nowe  stroje:  grube 

koszule  więzienne  oraz  kurtki  i  spodnie  w  wyraźne  pasy.  Myślałem  zawsze,  że  pasiaki 

nakładają tylko kryminalistom skazanym za ciężkie zbrodnie. Straciwszy teraz to złudzenie, 

włożyłem oznakę hańby i po raz pierwszy zakosztowałem przyjemności marszu więziennego. 

Zbici  ciasno,  gęsiego,  z  rękami  na  ramionach  poprzednika,  weszliśmy  do  innego 

obszernego  hallu.  Tutaj  ustawiono  nas  pod  ścianą  i  kazano  obnażyć  lewe  ramię.  Młody 

student  medycyny,  który  odbywał  praktykę  na  takim  bydle  jak  my,  począł  obchodzić  linię 

więźniów.  Szczepił  ospę  ze  cztery  razy  prędzej,  niż  golili  fryzjerzy.  Polecił  nam  jeszcze, 

byśmy nie starli szczepionki i pozwolili krwi zaschnąć, po czym rozmieszczono nas w celach. 

Przed rozstaniem mój przyjaciel zdążył mi szepnąć: - Wyssij natychmiast! 

Skoro  tylko  zamknięto  mnie  w  celi,  wyssałem  rankę.  Widziałem  potem  takich,  co  nie 

wyssali.  Mieli  na  ramionach  tak  wielkie  dziury,  że  można  było  w  nie  pięść  wcisnąć.  Sami 

sobie winni. Mogli wyssać. 

W  celi  miałem  towarzysza,  młodego  silnego  chłopaka,  nie  rozmownego,  lecz  bardzo 

zaradnego,  tak  wspaniałego  kolegę,  jak  rzadko.  Zalety  jego  były  tym  godniejsze  uwagi,  iż 

właśnie odbył dwuletnią karę w jednym z więzień stanu Ohio. 

Zaledwie pół  godziny spędziliśmy razem w celi, gdy jakiś więzień nadszedł leniwie po 

galerii i zajrzał w nasze okienko. Był to mój przyjaciel. Oznajmił, że zezwolono mu chodzić 

po hallu. Wypuszczano go z celi o szóstej z rana, zamykano zaś dopiero o dziewiątej wieczór. 

Spiknął  się  tu  z  wpływową  osobistością  i  zaraz  został  korytarzowym.  Ten,  który  go  tak 

wyróżnił, sam należał do braci więziennej i pełnił obowiązki pierwszego korytarzowego. W 

naszej sieni było trzynastu korytarzowych. Starszyznę stanowili pierwszy korytarzowy i jego 

dwóch zastępców, każdy zaś z dziesięciu pozostałych zarządzał jednym rzędem cel. 

background image

 

My, nowo przybyli, mieliśmy do wieczora pozostać w celach, aby pozwolić wessać się 

szczepionce  -  informował  mój  przyjaciel.  Od  jutra  staniemy  do  przymusowej  pracy  na 

podwórzu więziennym. 

- Wyciągnę cię z roboty, jak tylko będzie można - obiecywał. - Postaram się o usunięcie 

któregoś z korytarzowych i wprowadzę cię na jego miejsce. 

Wsunął  rękę  za  pazuchę,  wydobył  moje  cenne  zawiniątko,  podał  przez  kratkę  i 

powędrował dalej wzdłuż galerii. 

Rozwiązałem chusteczkę. Niczego nie brakło. Nawet zapałki. Podzieliłem się tytoniem i 

bibułką  z  moim  współlokatorem.  Chciałem  już  zapalić  zapałkę,  kiedy  powstrzymał  mnie 

ruchem  ręki.  Na  każdej  pryczy  leżał  cienki,  brudny  koc.  Chłopak  oderwał  wąziutki  pasek, 

zwinął go mocno w długi wałeczek, po czym przytknął doń drogocenną zapałkę. Knot z koca 

nie zapalił się, lecz zaczął tlić na samym końcu. Takie urządzenie starczy na całe godziny i w 

języku  więziennym  zowie  się  “żagwią”.  Kiedy  się  dopala,  należy  zwinąć  drugą  żagiew, 

przytknąć końcem do wygasającej, rozdmuchać i w ten sposób przenieść na nią żar. Samego 

Prometeusza moglibyśmy nauczyć, jak przechowywać ogień. 

O  dwunastej  podano  obiad.  W  drzwiach  celi  wywiercony  był  u  spodu  niewielki  otwór 

przypominający spotykane w kurnikach przejścia dla kurcząt. Przez ten otwór wetknięto dwa 

kęsy suchego chleba i dwie miseczki “zupy”. Porcja zupy składała się z kwarty gorącej wody 

okraszonej pływającym na wierzchu samotnym okiem tłuszczu. Było tam także nieco soli. 

Wypiliśmy zupę nie tykając chleba. Nie znaczy to, że byliśmy syci lub że chleb okazał 

się niejadalny. Przeciwnie - chleb dano całkiem  niezły. Mieliśmy jednak inne powody. Mój 

towarzysz  odkrył,  że  cela  wprost  roi  się  od  pluskiew.  Wszystkie  szczeliny  i  szpary  między 

cegłami,  skąd  poodpadał  tynk,  kryły  niezliczone  kolonie  tych  pasożytów.  Rozpanoszyły  się 

do tego stopnia, że nawet w biały dzień wyłaziły całymi gromadami z kryjówek na ściany i 

sufit. Mój współlokator znał się na robactwie. Niby nieustraszony Childe Roland, zatrąbił do 

boju.  Rozgorzał  niebywały  bój,  który  trwał  całe  godziny  i  nie  znał  pardonu.  A  kiedy 

niedobitki  wrogów  ukryły  się  w  głębi  swych  twierdz  z  cegły  i  tynku,  praca  nasza  dobiegła 

zaledwie połowy. Przeżuwaliśmy kęsy chleba doprowadzając je do konsystencji kitu. Ilekroć 

pluskwa  zdołała  ukryć  się  w  szparze,  zalepialiśmy  ją  czym  prędzej  masą  chleba. 

Pracowaliśmy  w  pocie  czoła  aż  do  zmroku  i  wreszcie  wszystkie  szpary,  szczeliny  i 

wklęśnięcia  zostały  zaklejone.  Wzdrygam  się  na  samą  myśl  o  tych  tragediach  śmierci 

głodowej  i  wzajemnego  pożerania,  jakie  niewątpliwie  zaczęły  się  rozgrywać  za  tymi 

chlebowymi ściankami. 

background image

10 

 

Rzuciliśmy się na prycze zmęczeni i głodni, oczekując kolacji. Dzień przepracowaliśmy 

rzetelnie.  W  przyszłości  nie  będziemy  przynajmniej  znosili  męczarni  ze  strony  robactwa. 

Wyrzekliśmy się obiadu, by na koszt żołądka ocalić skórę, ale byliśmy zadowoleni. Niestety! 

Jakże próżne są wysiłki ludzkie! Zaledwie dokonaliśmy mozolnego dzieła, strażnik otworzył 

drzwi. Zarządzono przemieszczenie więźniów. Przeniesiono nas do celi o dwa piętra wyżej i 

tam zamknięto. 

Nazajutrz  wczesnym  rankiem  otwarto  cele,  po  czym  kilkuset  więźniów  ustawiono 

gęsiego  na  dole  i  wyprowadzono  na  podwórze  do  pracy.  Kanał  Erie  przylega  do  tylnego 

podwórza więzienia. Mieliśmy wyładowywać barki, które podpływały kanałem. Trzeba było 

dźwigać  na  plecach  do  więzienia  olbrzymie  sztaby  żelazne  przypominające  podkłady 

kolejowe. 

Próbowałem  zbadać  podczas  pracy  otoczenie  i  rozważyć  widoki  ucieczki.  Ani  cienia 

nadziei!  Po  szerokim  murze  spacerowali  wartownicy  uzbrojeni  w  broń  wielostrzałową,  a 

dowiedziałem  się  jeszcze,  że  na  wieżach  strażniczych  stały  w  pogotowiu  karabiny 

maszynowe. 

Nie  przejmowałem  się  tym  zbytnio.  Trzydzieści  dni  to  niewiele.  Spokojnie  odsiedzę 

swoje  i  dodam  niejedno  do  kolekcji  materiałów,  z  których  zrobię  użytek  po  wyjściu  na 

wolność. Oskarżę te sępy żerujące na praworządności sądownictwa. Pokażę wtedy, co potrafi 

amerykański chłopak, kiedy jego prawa i przywileje obywatelskie zostaną sponiewierane tak 

jak  moje.  Odmówiono  mi  prawa  do  sądu  przysięgłych.  Nie  zapytano,  czy  przyznaję  się  do 

winy. Nie przeprowadzono w ogóle przewodu sądowego (tego, co odbyło się w Niagara Falls, 

nie mogę nazwać rozprawą). Nie pozwolono mi porozumieć się z adwokatem ani z kim bądź 

innym,  pozbawiając  w  ten  sposób  prawa  odwołania  się  od  wyroku.  Ogolono  mi  zarost, 

ostrzyżono  czuprynę  przy  skórze,  ubrano  w  pasiastą  odzież  kryminalisty,  zmuszono  do 

ciężkiej  pracy  o  chlebie  i  wodzie  i  do  haniebnego  więziennego  maszerowania  pod  zbrojną 

eskortą - za co? Cóżem takiego uczynił? Jaką zbrodnię popełniłem wobec zacnych obywateli 

Niagara Falls, aby tak się na mnie mścili? Nie naruszyłem nawet ich przepisu zabraniającego 

nocować  pod  gołym  niebem  w  obrębie  miasta.  Noc  spędziłem  przecież  na  wsi,  poza 

zasięgiem  ich  jurysdykcji.  Nie  prosiłem  o  jedzenie  po  domach,  nie  żebrałem  na  ulicy. 

Przestępstwo moje ograniczyło  się do tego, że przeszedłem po chodniku i  zachwycałem  się 

ich marnym wodospadem. Cóż w tym złego? Nie byłem winien najmniejszego wykroczenia 

przeciw prawu. No, jak wyjdę na wolność, pokażę, co umiem. 

Nazajutrz próbowałem dogadać się ze strażnikiem: chciałem wezwać adwokata. Strażnik 

wyśmiał  mnie.  To  samo  uczynili  inni.  Byłem  rzeczywiście  odcięty  od  świata.  Chciałem 

background image

11 

 

napisać  list,  ale  poinformowano  mnie,  iż  listy  podlegają  cenzurze  lub  konfiskacie  przez 

władze  więzienne,  a  zresztą  “krótkoterminowi”  w  ogóle  nie  mają  prawa  korespondować  z 

kimkolwiek.  Nieco  później  próbowałem  przemycać  grypsy  za  pośrednictwem  uwalnianych 

więźniów,  ale  okazało  się,  że  rewidowano  ich,  a  znalezione  listy  niszczono.  Niech  i  tak 

będzie! Wszystko to pogorszy tylko ich sytuację, gdy wyjdę na wolność. 

W miarę jednak jak mijały dni więzienia (opiszę je w następnym rozdziale), niejednego 

się nauczyłem. Opowiedziano mi o policji, sądach policyjnych i adwokatach historie równie 

niewiarygodne,  jak  potworne.  Więźniowie,  na  podstawie  własnych  doświadczeń  z  policją 

wielkich  miast,  mówili  rzeczy  wprost  straszne.  Jeszcze  okropniejsze  były  jednak  historie 

ludzi,  którzy  zginęli  z  rąk  policji  i  nie  mogli  ich  potwierdzić.  W  wiele  lat  później, 

przeglądając  raport  komitetu  Lexow,  miałem  czytać  o  wielu  faktach  budzących  jeszcze 

większą grozę niż opowiadania zasłyszane w więzieniu. Ale wtedy, w pierwszych dniach po 

uwięzieniu, odnosiłem się do tych spraw z niedowierzaniem. 

Lecz  z  biegiem  czasu  musiałem  uwierzyć.  Na  własne  oczy  ujrzałem  w  tym  więzieniu 

rzeczy niewiarygodne i potworne. A w miarę jak się przekonywałem, rósł we mnie lęk przed 

gończymi psami prawa i całą instytucją wymiaru sprawiedliwości. 

Moje  oburzenie  ustępowało  przed  falą  ogarniającego  mnie  strachu.  Zrozumiałem  w 

końcu dokładnie, przeciwko czemu chciałem powstać. Stałem się cichy i pokornego serca. Co 

dzień  bardziej  uroczyście  przyrzekałem  sobie  nie  robić  szumu,  kiedy  mnie  uwolnią.  Nie 

pragnąłem  już  nic  -  tylko  uciec  jak  najdalej  stąd.  Tak  też  i  uczyniłem.  Trzymałem  mocno 

język za zębami, wyszedłem cicho za mury i mądrzejszy, pokorniejszy, ruszyłem chyłkiem do 

Pensylwanii.