background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

tytu³: "Opowieœæ o Sindbadzie ¯eglarzu"
Z cyklu "Baœni z tysi¹ca i jednej nocy"

W czasach kiedy kalif Harun ar-Raszid w³ada³ wszystkimi, wiernymi, ¿y³ sobie w mieœcie Bagdadzie 
pewien cz³owiek, zwany Sindbadem Tragarzem. By³ to cz³ek ubogi, który, aby zarobiæ na ¿ycie, musia³ 
nosiæ ciê¿ary na g³owie. Otó¿ pewnego dnia zdarzy³o siê, ¿e kiedy mia³ szczególnie ciê¿ki tobó³ do 
przeniesienia, omal nie straci³ przytomnoœci, zw³aszcza ¿e panowa³ niebywa³y upa³. Tragarz poci³ siê 
bardzo i cierpia³ od nielitoœciwie pra¿¹cego s³oñca. Przechodzi³ w³aœnie ko³o siedziby pewnego 
bogatego kupca, przed któr¹ ulica by³a czysto zamieciona i spryskana wod¹. Powietrze by³o tam 
przyjemnie ch³odne, a obok bramy sta³a szeroka ³awa. Tragarz z³o¿y³ na niej swój ciê¿ki tobó³, aby 
chwilê odpocz¹æ i odetchn¹æ. Z bramy wionê³o orzeŸwiaj¹cym powietrzem i przyjemnym aromatem. 
Ucieszony tym biedak usiad³ na ³awie. Nagle us³ysza³ dolatuj¹cy z wnêtrza domu przecudny dŸwiêk 
harf i lutni, a wdziêczne g³osy wyœpiewywa³y urzekaj¹ce melodie. Us³ysza³ tak¿e trele ptaków 
wielbi¹cych Allacha Mi³oœciwego na ró¿ne tony. Ka¿dy ptaszek œpiewa³ w swojej w³asnej mowie, a 
by³y tam turkawki, szpaki, kosy, s³owiki, grzywacze i przepiórki. Pe³en zdumienia i zachwytu Sindbad 
Tragarz podszed³ bli¿ej i zauwa¿y³, ¿e przy domu rozci¹ga siê olbrzymi ogród, a w nim ujrza³ paziów i 
niewolników oraz przeró¿ne wspania³oœci, jakie spotyka siê tylko na dworze króla czy su³tana. A 
zapach smakowitych i korzennych potraw wszelakiego rodzaju oraz delikatnych win ³echta³ mu mile 
podniebienie. Wzniós³ tedy Sindbad Tragarz oczy ku niebu i rzek³: - Chwa³a ci, o Panie i Stwórco, za 
Twe hojne dary, którymi obsypujesz, kogo zechcesz, nie licz¹c i nie rachuj¹c. B³agam ciê, Panie, o 
przebaczenie wszystkich moich grzechów, a skrucha moja niech zadoœæ uczyni Ci za wszystkie moje 
b³êdy! Nie ma w Tobie ¿adnych sprzecznoœci miêdzy Twymi postanowieniami a Twoj¹ wszechmoc¹. 
Nikt nie mo¿e ¿¹daæ od Ciebie rachunku za Twoje czyny, gdy¿ potêga Twoja stoi ponad wszystkim. 
Chwa³a Tobie, który bogacisz i wywy¿szasz, kogo zechcesz, a czynisz ubogim i poni¿asz, kogo Ci siê 
spodoba. Jak¿e¿ wielka jest Twoja wspania³oœæ, jak¿e¿ przemo¿na Twoja potêga i jak¿e¿ doskona³e 
Twoje rz¹dy! Darzysz ³ask¹ spoœród Twoich s³ug, kogo masz ochotê. I tak pan tego domostwa ¿yje w 
przepychu i radoœci, dane mu jest rozkoszowaæ siê cudownymi woniami, wyœmienitym jad³em i 
szlachetnym winem. W m¹droœci Twojej postanowi³eœ dla stworzeñ Twoich to, co zgodne z Twoj¹ 
wol¹, i to, co z góry im przeznaczy³eœ. Jedni ze stworzonych przez Ciebie ludzi musz¹ siê mozoliæ, inni 
mog¹ za¿ywaæ spokoju. Jedni ¿yj¹ w szczêœciu, a inni, musz¹ ciê¿ko pracowaæ i znosiæ niedostatek. 
Potem skar¿y³ siê jeszcze na sw¹ niedolê mow¹ wi¹zan¹. Wypowiedziawszy swoj¹ wierszowan¹ skargê, 
chcia³ znowu podnieœæ tobó³ i iœæ dalej. Ale wtedy ukaza³ siê w bramie m³ody paŸ o piêknym obliczu 
i wdziêcznej postaci, ubrany we wspania³e szaty. Uj¹³ Tragarza za rêkê i tak do niego powiada: - Wst¹p 
w nasze progi, dok¹d zaprasza ciê mój pan, który ¿yczy sobie pomówiæ z tob¹! Tragarz zawaha³ siê 
chwilê, czy wejœæ tam, gdzie go ów paŸ zaprasza, ale w koñcu nie móg³ siê oprzeæ i pozostawiwszy 
swój tobó³ u odŸwiernego w sieni, wszed³ za swym przewodnikiem do wnêtrza domu. Ujrza³, ¿e by³a to 
piêkna siedziba, zarówno przyjemna, jak i okaza³a. W wielkiej sali zobaczy³ t³um dostojnych emirów i 
innych wytwornych goœci. By³y tam wszelkiego rodzaju kwiaty i wonne zio³a, a na sto³ach rozstawiono 
mnóstwo ³akoci i owoców, wielk¹ iloœæ najrozmaitszych wyszukanych potraw i win z wyborowych 
winoroœli. Potem us³ysza³ Sindbad Tragarz grê na harfach i œpiew wielu piêknych dziewcz¹t. Ka¿dy z 
goœci siedzia³ na nale¿nym mu miejscu, a na miejscu honorowym tronowa³ dostojny i czcigodny pan, 
którego zarost na policzkach by³ posrebrzony ju¿ siwizn¹. Postaæ jego by³a wspania³a, twarz piêkna, 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (1 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

pe³na godnoœci i wykwintu, dostojeñstwa i majestatu. Sindbad Tragarz poczu³ siê tym wszystkim 
onieœmielony i tak do siebie powiedzia³: "Na Allacha, to chyba kawa³ek raju albo siedziba jakiegoœ 
króla czy su³tana". Sk³oni³ siê wiêc dwornie, pozdrowi³ dostojnych panów, ¿yczy³ im b³ogos³awieñstwa 
Allacha i uca³owa³ ziemiê przed ich stopami. Po czym stan¹³ z pokornie pochylon¹ g³ow¹. Pan domu 
skin¹³ na niego, aby przyst¹pi³ bli¿ej i usiad³. Kiedy Tragarz to uczyni³, tamten pozdrowi³ go 
przyjaznymi s³owy. Po czym kaza³ mu podaæ kilka wspania³ych, smakowitych i wyszukanych potraw. 
Tragarz przysun¹³ siê bli¿ej do sto³u i pochwaliwszy Allacha, zacz¹³ jeœæ a¿ do sytoœci. Potem 
powiedzia³: - Chwa³a Allachowi we wszelkich Jego sprawach! - Umy³ rêce i podziêkowa³ piêknie za 
posi³ek. A pan domu na to: - Cieszymy siê, ¿eœmy ci dogodzili. Niech ten dzieñ bêdzie dla ciebie 
b³ogos³awiony! Powiedz, jak siê nazywasz i w jakim zawodzie pracujesz. Ów zaœ odpowiedzia³: - 
Dostojny panie, nazywam siê Sindbad Tragarz i dla zarobku noszê ciê¿ary innych ludzi na mojej g³owie. 
Pan domu uœmiechn¹³ siê i ci¹gn¹³ dalej: - Wiedz, Tragarzu, ¿e noszê takie samo imiê jak ty. Jestem 
Sindbad ¯eglarz. Ale teraz ¿yczê sobie, Tragarzu, abyœ mi powtórzy³ te piêkne rymy, któreœ mówi³ 
stoj¹c u mojej bramy. Tragarz stropi³ siê i odrzek³: - Na Allacha, zaklinam ciê, nie gniewaj siê na mnie 
za to! Ciê¿ka praca, codzienna udrêka i puste rêce ucz¹ bowiem cz³owieka z³ych obyczajów i czyni¹ go 
gburem. - Nie wstydŸ siê - odpar³ pan domu. - Sta³eœ siê bowiem teraz moim bratem. Powtórz ów 
wiersz! Podoba³ mi siê bardzo, kiedy us³ysza³em, jak mówi³eœ go u mojej bramy! Tragarz powtórzy³ 
wiêc ów wiersz. I znów pan domu zachwyci³ siê nim, s³ysz¹c go po raz wtóry. - Wiesz, Tragarzu - 
mówi³ dalej - ¿e dzieje moje s¹ niezwyk³e i pragnê opowiedzieæ ci wszystko, co mi siê przytrafi³o i co 
prze¿y³em, zanim doszed³em do takiego dobrobytu i mog³em zamieszkaæ w tym domu, w którym mnie 
widzisz. Bogactwa te bowiem i ta siedziba przypad³y mi dopiero po ciê¿kich udrêkach, wielkich 
utrapieniach i niezliczonych okropnoœciach. Ach, ile¿ mêki i trosk musia³em znieœæ w dawnych 
czasach! Przedsiêbra³em siedem podró¿y, a ka¿da z nich ³¹czy siê z jak¹œ osobliw¹ histori¹, od której siê 
rozum m¹ci. Ale wszystko to by³o z góry przez los przeznaczone, a co komu s¹dzone, temu nikt nie 
umknie i od tego siê nie uchroni. Powiedziawszy to zacz¹³ opowiadaæ.

Pierwsza podró¿ Sindbada ¯eglarza

Wiedzcie, szlachetni panowie, ¿e ojciec mój by³ kupcem jednym z najbardziej powa¿anych zarówno 
wœród prostego ludu, jak i zamo¿nego kupiectwa i ¿e posiada³ wiele pieniêdzy i mienia. Umar³, kiedy 
by³em jeszcze ma³ym ch³opcem, pozostawiaj¹c mi wielkie bogactwo w gotówce, nieruchomoœciach i 
dobrach ziemskich. Kiedy doros³em, obj¹³em to wszystko w posiadanie, jada³em najwykwintniejsze 
potrawy, pija³em najszlachetniejsze wina i zadawa³em siê z bogatymi m³odzieñcami. Stroi³em siê w 
z³otolite szaty i przechadza³em siê z przyjació³mi i towarzyszami zabaw w mniemaniu, ¿e tak ju¿ na 
zawsze pozostanie i wyjdzie ku memu dobru. Pêdzi³em d³ugo takie ¿ycie, ale w koñcu ockn¹³em siê z 
mojej beztroski. A kiedy wróci³em do rozumu, zauwa¿y³em, ¿e mój dobrobyt nale¿y ju¿ do przesz³oœci, 
gdy¿ moje zasoby siê wyczerpa³y. Kiedy zmiarkowa³em, ¿e utraci³em wszystko, co kiedykolwiek 
posiada³em, oprzytomnia³em ze strachu i przera¿enia. Przypomnia³a mi siê wtedy pewna przypowieœæ, 
któr¹ kiedyœ od mojego ojca us³ysza³em. By³y to s³owa króla Salomona , które brzmia³y: "Trzy rzeczy 
s¹ lepsze od trzech innych: dzieñ œmierci jest lepszy od dnia urodzin, ¿ywy pies jest lepszy od 
zdech³ego lwa, a mogi³a jest lepsza od ubóstwa". Postanowi³em wiêc wyjechaæ, zebra³em wszystko, co 
mi jeszcze pozosta³o ze sprzêtu domowego, i rozprzeda³em. Potem sprzeda³em równie¿ moj¹ 
posiad³oœæ i to, co w ogóle jeszcze by³o moj¹ w³asnoœci¹. W ten sposób w koñcu zgromadzi³em trzy 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (2 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

tysi¹ce denarów. Wtedy przysz³o mi na myœl przedsiêwzi¹æ podró¿ w obce kraje, pamiêtaj¹c o s³owach 
poety: Wysi³kiem nawet strome szczyty siê zdobywa.@ Kto pragnie s³awy, musi nie dosypiaæ nocy.@ 
W g³êbiny mórz nurkuje ten, kto szuka pere³,@ By zdobyæ wiêcej z³ota, maj¹tku i mocy.@ Lecz kto 
sobie wysi³ku i trudu nie zada,@ Nic w ¿yciu nie zdzia³awszy, ¿ycie swe postrada. Jak postanowi³em, 
tak zrobi³em. Nakupi³em towarów ró¿norodnych oraz wszelaki sprzêt potrzebny do podró¿y. A 
poniewa¿ duszê moj¹ wabi³a podró¿ morska, wsiad³em na okrêt i uda³em siê do miasta Basry wraz z ca³¹ 
gromad¹ kupców. Stamt¹d pop³ynêliœmy po morzu przez wiele dni i nocy, od wyspy do wyspy, z morza 
na morze i od l¹du do l¹du. Wszêdzie, gdzieœmy przybijali do brzegu, trudniliœmy siê handlem i 
wymieniali towary. ¯egluj¹c tak po morzach, przybyliœmy pewnego dnia na wyspê, która by³a tak 
piêkna, i¿ przypomina³a rajski ogród. Kapitan tam siê zatrzyma³ i zarzuciwszy kotwicê spuœci³ pomost. 
Wszyscy, którzy byli na statku, wysiedli na brzeg. Zbudowawszy paleniska, rozniecili ognie zajêli siê 
ró¿nymi sprawami. Jedni gotowali, inni prali, jeszcze inni zwiedzali wyspê. Ja nale¿a³em do tych 
ostatnich. Kiedy tak ca³a za³oga zajêta by³a jedzeniem i piciem, beztrosk¹ gawêd¹ lub gr¹, kapitan, który 
pozosta³ na pok³adzie statku, nagle zakrzykn¹³ do nas nie spodziewaj¹cych siê niczego z³ego donoœnym 
g³osem: - Hej, ludzie, ratujcie wasze ¿ycie! Spieszcie i wracajcie na pok³ad co tchu! Pozostawcie wasze 
rzeczy na pastwê losu! Uciekajcie, dopókiœcie jeszcze ¿ywi, ratujcie siê od zguby! Wyspa, na której 
stoicie, nie jest wysp¹. To wieloryb, który zatrzyma³ siê poœrodku morza. Piasek go pokry³ i ziemia, tak 
¿e wygl¹da jak wyspa, i nawet drzewa na nim wyros³y. Ale kiedy rozpaliliœcie na nim ogieñ, poczu³ ¿ar 
i poruszy³ siê. Lada chwila zanurzy siê z wami w odmêty morza, a wtedy potopicie siê wszyscy. Udajcie 
siê wiêc w bezpieczne miejsce, zanim nast¹pi wasza zguba! Skoro ludzie us³yszeli s³owa kapitana, 
uciekli z wyspy i wdrapali siê poœpiesznie na statek, pozostawiwszy na brzegu swoje rzeczy, szaty, 
sagany i paleniska. Jednym uda³o siê jeszcze dostaæ na okrêt, inni spóŸnili siê, gdy¿ owa wyspa 
poruszy³a siê i wkrótce znik³a w odmêtach morskich ze wszystkim, co na niej by³o, a hucz¹ce morze 
zamknê³o siê nad ni¹, bij¹c falami dooko³a. Ja by³em jednym z tych, co na wyspie pozostali, tak ¿e 
zanurzy³em siê wraz z innymi w topieli. Lecz Allach uchroni³ mnie i ocali³ przed utoniêciem. Zes³a³ mi 
bowiem wielki drewniany ceber, jeden z tych, w którym ludzie dopiero co prali. W trosce o s³odkie 
¿ycie uczepi³em siê cebra rêk¹ i siad³em nañ okrakiem, a potem wios³owa³em nogami, gdy fale igraj¹c 
mn¹ rzuca³y to na prawo, to na lewo. Kapitan zaœ rozwin¹³ ¿agle na statku odp³yn¹³ z tymi, którym 
uda³o siê wróciæ na pok³ad, nie troszcz¹c siê o ton¹cych. Spogl¹da³em têsknie za odje¿d¿aj¹cym 
statkiem, a¿ znik³ mi z oczu. Wtedy œmieræ wyda³a mi siê nieunikniona. A potem noc zapad³a nade 
mn¹ nieszczêœliwym. Przez ca³¹ noc i przez ca³y nastêpny dzieñ pozostawa³em w tym samym 
po³o¿eniu. PóŸniej jednak pomyœlne wiatry i fale ponios³y mnie do stóp wyspy o stromych brzegach, 
na której ros³y drzewa z konarami zwisaj¹cymi nad wod¹. Uda³o mi siê schwyciæ ga³¹Ÿ jakiegoœ 
wysokiego drzewa i uczepiæ siê jej mocno, maj¹c ju¿ œmieræ przed oczyma. Po tej ga³êzi wdrapa³em 
siê na drzewo, no i uda³o mi siê z niego zeskoczyæ na wyspê. Tu dopiero dostrzeg³em, ¿e nogi moje 
spuch³y i zdrêtwia³y, a na stopach widnia³y œlady uk¹szeñ ryb. Uprzednio w wielkim strachu i rozpaczy 
wcale tego nie zauwa¿y³em. Pad³em na ziemiê jak martwy i pogr¹¿y³em siê w o³owiany sen. Tak 
przele¿a³em a¿ do nastêpnego ranka i dopiero kiedy s³oñce wzesz³o nade mn¹, obudzi³em siê. Poniewa¿ 
jednak mia³em nogi spuchniête, z trudem posuwa³em siê naprzód. To raczkowa³em jak dziecko, to 
czo³ga³em siê na kolanach. Na wyspie by³o wiele owoców i Ÿróde³ s³odkiej wody. J¹³em wiêc karmiæ 
siê tymi owocami. Ale jeszcze przez wiele dni i nocy nie mog³em siê podnieœæ. PóŸniej dopiero 
poczu³em w sobie nowe si³y, wróci³a mi otucha i mog³em lepiej siê poruszaæ. Postanowi³em wiêc 
obejœæ wyspê dooko³a i wypatrywa³em pomiêdzy drzewami, co te¿ Allach zechcia³ tam stworzyæ w 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (3 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

³askawoœci swojej. Zrobi³em sobie te¿ laskê z ga³êzi jednego z drzew i podpiera³em siê ni¹ przy 
chodzeniu. Dopiero po pewnym czasie w trakcie wêdrówki wzd³u¿ brzegu wyspy ujrza³em z daleka 
jak¹œ postaæ. Myœla³em, ¿e to dzikie zwierzê czy te¿ potwór morski. Skoro jednak zbli¿y³em siê i 
przyjrza³em dok³adniej, zoczy³em, ¿e to szlachetna klacz stoi uwi¹zana nad brzegiem morskim. Kiedy 
jednak podszed³em zupe³nie blisko, zar¿a³a g³oœno; zl¹k³em siê i chcia³em uciec. Nagle wychyn¹³ spod 
ziemi jakiœ cz³owiek i podbieg³ do mnie wo³aj¹c: - Coœ za jeden? Sk¹d przybywasz? Co sprowadza ciê 
na tê wyspê? - Efendi - odpar³em - jestem tu obcy; z kilku innymi podró¿nikami p³yn¹³em statkiem, 
który zacz¹³ ton¹æ. Wtedy mi³osierny Allach zes³a³ mi drewniany ceber, na którym przyp³yn¹³em, 
niesiony przez fale, a¿ do tej wyspy. Us³yszawszy moje s³owa ów cz³owiek chwyci³ mnie za rêkê i 
zawo³a³: - ChodŸ ze mn¹! Po czym zaprowadzi³ mnie do podziemnego korytarza, którym doszliœmy do 
wielkiej podziemnej komnaty. Tam posadzi³ mnie na honorowym miejscu, naprzeciwko drzwi, i 
przyniós³ mi coœ do zjedzenia. By³em g³odny, jad³em wiêc a¿ do sytoœci i przesta³em dopiero, kiedy 
poczu³em siê silniejszy. Wtedy nieznajomy znowu wypytywaæ mnie zacz¹³ o moje prze¿ycia, a ja 
opowiedzia³em mu wszystko, co mi siê przytrafi³o, od pocz¹tku do koñca. Tamten s³ucha³ mego 
opowiadania ze wzrastaj¹cym zdumieniem i dlatego skoñczywszy moj¹ opowieœæ tak do niego 
powiedzia³em: - Na Allacha, zaklinam ciê, panie, nie b¹dŸ na mnie krzyw! Opowiedzia³em ci prawdê o 
mnie i o moich przygodach, a teraz b³agam ciê, abyœ mi powiedzia³, kim ty jesteœ i dlaczego mieszkasz 
tu w tej podziemnej komnacie oraz dlaczego owa klacz stoi nad brzegiem morza. Wtedy mój rozmówca 
tak odpowiedzia³: - Wiedz, ¿e jest tu nas ca³a gromada ludzi rozsypanych po tej wyspie. Jesteœmy 
koniuchami króla Mahrad¿anu i dogl¹damy wszystkich jego rumaków. Co miesi¹c podczas nowiu 
przyprowadzamy tu jego szlachetne klacze i pozostawiamy je uwi¹zane na tej wyspie. Potem chowamy 
siê do tej podziemnej komnaty, aby nikt nas nie zauwa¿y³. Wówczas przybywa tu ogier morski i 
poczuwszy wêchem klacze wstêpuje na brzeg. Rozgl¹da siê na wszystkie strony, a kiedy nikogo nie 
zobaczy, usi³uje uprowadziæ jedn¹ z klaczy. Uwi¹zana klacz nie mo¿e pod¹¿yæ za nim, wiêc ogier 
zaczyna z³oœciæ siê, biæ ziemiê kopytami i r¿eæ. Skoro us³yszymy ten ha³as, wybiegamy z naszego 
ukrycia z wrzaskiem. Ogier p³oszy siê i wraca do morza, klacz zaœ póŸniej rodzi Ÿrebca lub Ÿrebicê, 
które s¹ warte ca³e góry z³ota i nie maj¹ na ziemi sobie równych. Teraz jest w³aœnie pora, kiedy ogier 
morski wychodzi z morza. Potem, jeœli Allach pozwoli, zabiorê ciê ze sob¹ do króla Mahrad¿anu, aby 
pokazaæ ci nasz kraj. Wiedz jednak, ¿e gdybyœ nas tu nie spotka³, nie ujrza³byœ ¿ywej duszy na tej 
wyspie i zgin¹³byœ marnie, a nikt nie dowiedzia³by siê nawet o twej œmierci. Jestem przeto przyczyn¹ 
twego ocalenia i mnie zawdziêczaæ bêdziesz powrót do ojczyzny. B³aga³em wiêc niebiosa o 
b³ogos³awieñstwo dla niego i dziêkowa³em mu za jego dobroæ. Gdyœmy tak ze sob¹ gwarzyli, ogier 
wyszed³ z morza i zar¿a³ g³oœno, po czym chcia³ uprowadziæ klacz. Ale nie uda³o mu siê tego uczyniæ, 
gdy¿ zaczê³a wierzgaæ i r¿eæ na niego. Wówczas starszy koniuch chwyci³ miecz i tarczê i wybieg³szy 
przez drzwi z podziemnej komnaty zawo³a³ na swych towarzyszy: - Naprzód! Dalej na ogiera! - i 
uderza³ przy tym mieczem o tarczê. Natychmiast przybieg³a gromada koniuchów, wrzeszcz¹c i 
wygra¿aj¹c dzidami. Ogier siê sp³oszy³, skoczy³ do morza niczym bawó³ wodny i wkrótce znik³ wœród 
spienionych fal. Wtedy starszy koniuch siad³ przy mnie, ale ju¿ po krótkiej chwili jego towarzysze 
przybiegli do niego, ka¿dy prowadz¹c po klaczy. Kiedy zoczyli mnie przy starszym koniuchu, spytali, co 
tu robiê. Opowiedzia³em im to samo, co ju¿ opowiedzia³em tamtemu. Wtedy ustawili sto³y do posi³ku i 
zaprosili mnie, abym z nimi spo¿y³ wieczerzê. Usiad³em wiêc i jad³em z nimi. W koñcu powstali z 
miejsc i dosiedli swoich klaczy, daj¹c mi równie¿ jedn¹ do jazdy i zapraszaj¹c mnie ze sob¹. Jechaliœmy 
coraz dalej, a¿ dotarliœmy do stolicy króla Mahrad¿anu. Tam koniuchowie poszli do niego i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (4 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

opowiedzieli mu o mym przybyciu. Król kaza³ mnie zawezwaæ. Przyprowadzono mnie wiêc przed jego 
oblicze. Pozdrowi³em go, a on odda³ mi pozdrowienie, witaj¹c mnie goœcinnie w swym kraju. Potem 
zapyta³, kim jestem, i opowiedzia³em mu wszystko, co mi siê przytrafi³o, wszystkie moje przygody od 
pocz¹tku do koñca. Król dziwowa³ siê wielce nad iloœci¹ moich przygód i tak do mnie rzecze: - Synu 
mój, na Allacha, po dwakroæ zosta³eœ ocalony. Gdyby ci nie by³o przeznaczone d³ugie ¿ycie, nie 
uratowa³byœ siê od tych wszystkich niebezpieczeñstw. Ale niech bêdzie chwa³a Allachowi za twoje 
ocalenie! Potem król obsypa³ mnie wielkimi zaszczytami, sadzaj¹c po swojej prawicy i traktuj¹c 
³askawie w s³owach i czynach. Mianowa³ mnie zarz¹dc¹ przystani, do którego obowi¹zków nale¿a³o 
zapisywaæ wszystkie przybywaj¹ce statki. S³u¿y³em mu wiernie, za³atwiaj¹c jego sprawy, a on 
okazywa³ mi swoj¹ ³askê i wyœwiadcza³ wiele dobrego. Równie¿ odzia³ mnie w piêkne i wspania³e 
szaty. Ba, nawet zosta³em poœrednikiem do za³atwiania próœb i podañ jego poddanych i sta³em siê w 
ten sposób orêdownikiem ludu. Tak prze¿y³em u niego pewien czas, ale za ka¿dym razem, gdy szed³em 
do przystani, wypytywa³em przeje¿d¿aj¹cych kupców i ¿eglarzy o miasto Bagdad, czy przypadkiem 
któryœ z nich nie wie, ¿e mogê do ojczyzny powróciæ. Ale nikt nie zna³ tego miasta i nie zna³ nikogo, 
kto by siê tam udawa³. Martwi³o mnie to bardzo, gdy¿ obrzyd³o mi ju¿ d³ugie przebywanie na 
obczyŸnie. Ale trwa³o to jeszcze jakiœ czas. Pewnego dnia przyszed³em do króla Mahrad¿anu i 
zasta³em u niego gromadê Hindusów. Kiedy ich powita³em, odpowiedzieli mi uprzejmie, przyjaŸnie 
mnie pozdrowili i zapytali o moj¹ ojczyznê. Skoro ja potem o ich ojczyznê pyta³em, oznajmili, i¿ nale¿¹ 
do rozmaitych stanów i kast. Jedni z nich to kszatrijowie , szlachetni wojownicy, znani z tego, ¿e nie 
pope³niaj¹ nigdy niesprawiedliwego uczynku ani nie zadaj¹ nikomu gwa³tu. Inni to bramini . Nie pij¹ 
nigdy wina, ale mimo to ¿yj¹ szczêœliwie i weso³o, graj¹c i œpiewaj¹c, a posiadaj¹ równie¿ stada 
wielb³¹dów, koni i byd³a. Poza tym opowiedzieli mi, ¿e naród hinduski dzieli siê na siedemdziesi¹t dwie 
kasty, a ja nie mog³em wyjœæ z podziwu nad tym. W pañstwie króla Mahrad¿anu zwiedzi³em te¿ jedn¹ 
wyspê zwan¹ Kabil, na której przez ca³¹ noc s³ychaæ bicie w tamburyny i bêbny. Mieszkañcy innych 
wysp oraz podró¿nicy mówili nam jednak, ¿e tamtejsi ludzie s¹ powa¿ni i pe³ni rozs¹dku. Poza tym 
widzia³em w morzu rybê na dwieœcie ³okci d³ug¹ i jeszcze inn¹ o sowim obliczu. Zaiste widzia³em 
podczas tej podró¿y wiele cudów i dziwów, tak ¿e gdybym chcia³ o nich wszystkich opowiedzieæ, czasu 
by nie starczy³o. I tak zwiedza³em sobie owe wyspy i przygl¹da³em siê wszystkiemu, co tam by³o, a¿ tu 
pewnego dnia, kiedy z lask¹ w rêku sta³em jak zazwyczaj na nadbrze¿u, podp³yn¹³ wielki okrêt, pe³en 
kupców. Kiedy zawin¹³ do przystani i stan¹³ wœród innych zakotwiczonych tam statków, kapitan kaza³ 
zwin¹æ ¿agle i zarzuciæ kotwicê. Spuszczono pomost i za³oga zaczê³a wynosiæ na brzeg ca³y ³adunek 
statku. D³ugo ju¿ tak pracowali, a ja sta³em z boku i zapisywa³em wszystko. W koñcu zwróci³em siê do 
kapitana z zapytaniem: - Czy pozosta³o jeszcze coœ na twoim statku? - Tak, efendi - pad³a odpowiedŸ. 
- W ³adowni mam jeszcze towary, których w³aœciciel podczas podró¿y uton¹³ przy jednej z wysp, gdy 
my musieliœmy p³yn¹æ dalej. Zamierzamy je sprzedaæ i przychód dok³adnie zaksiêgowaæ, aby móc 
dorêczyæ pieni¹dze jego rodzinie w mieœcie Bagdadzie, które miêdzy wszystkimi miastami s³ynie jako 
przybytek pokoju. Zapyta³em wówczas kapitana: - A jak siê nazywa³ ów cz³owiek, do którego te towary 
nale¿a³y? - Sindbad ¯eglarz - odpowiedzia³ kapitan - by³o miano cz³owieka, który nam w morzu uton¹³. 
Us³yszawszy te s³owa, przyjrza³em mu siê dok³adniej i wtedy pozna³em go. Wyda³em g³oœny okrzyk, a 
potem powiedzia³em: - Wiedz, kapitanie, ¿e to ja jestem w³aœcicielem tych towarów, o których 
mówisz! Jestem bowiem tym Sindbadem ¯eglarzem, który wraz z gromad¹ kupców przy owej wyspie 
okrêt twój opuœci³. Kiedy wieloryb, na którego grzbiecie znajdowaliœmy siê, poruszy³ siê, a ty nas 
zawo³a³eœ, to poniektórym uda³o siê na pok³ad powróciæ, inni zasiê wpadli do wody. Ja nale¿a³em do 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (5 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

tych, którzy pogr¹¿yli siê w morskich falach, ale Allach mi³oœciwy uchroni³ mnie i ocali³ przed 
utoniêciem, zsy³aj¹c mi wielki ceber, jeden z tych, których podró¿ni u¿ywali do prania. Usiad³em na nim 
okrakiem i zacz¹³em wios³owaæ nogami, a przychylne wiatry i fale przynios³y mnie do tej oto wyspy. 
Tu wyskoczy³em na brzeg i Allach w ³askawoœci swojej pozwoli³ mi spotkaæ siê z koniuchami króla 
Mahrad¿anu. Ci zaœ zabrali mnie ze sob¹ i wraz z nimi dotar³em do tego miasta, gdzie przywiedli mnie 
przed oblicze ich króla. Opowiedzia³em mu ca³e moje dzieje, a on okaza³ mi królewsk¹ ³askê, mianuj¹c 
mnie zarz¹dc¹ przystani w tym oto mieœcie. W s³u¿bie jego dobrze mi siê powodzi³o i zas³u¿y³em sobie 
w jego oczach na wielk¹ przychylnoœæ. Towary wiêc, które masz na swoim okrêcie, s¹ moj¹ 
w³asnoœci¹. Tedy kapitan zawo³a³: - Nie ma ju¿ rzetelnoœci i wiary wœród ludzi! A ja pyta³em dalej: - 
Kapitanie, có¿ to ma znaczyæ? S³ysza³eœ przecie¿ moj¹ historiê, któr¹ ci dopiero co opowiedzia³em! On 
zaœ odpar³: - Poniewa¿ dowiedzia³eœ siê ode mnie, i¿ mam na moim statku towary, których w³aœciciel 
uton¹³, chcesz teraz je sobie bezprawnie przyw³aszczyæ. To wielki grzech! Samiœmy bowiem widzieli, 
jak tamten uton¹³ wraz z wielu innymi podró¿nymi, z których ¿aden siê nie uratowa³. Jak¿e¿ wiêc 
œmiesz twierdziæ, ¿e towary te do ciebie nale¿¹? - Kapitanie - rzek³em na to - ws³uchaj siê w moje 
s³owa i staraj siê poj¹æ sens mojej mowy! Wtedy przekonasz siê, ¿e mówiê szczer¹ prawdê. K³amstwo 
cechuje tylko ob³udników. Po czym opowiedzia³em kapitanowi wszystko, co mi siê przytrafi³o od 
chwili, kiedy wyjecha³em z Bagdadu, a¿ do naszego przyjazdu na ow¹ wyspê, wraz z któr¹ 
zanurzyliœmy siê w odmêty morskie. Przypomnia³em mu równie¿ pewne szczegó³y, o których tylko my 
obaj mogliœmy wiedzieæ. Wówczas zarówno kapitan, jak i przybyli z nim kupcy uwierzyli w 
prawdziwoœæ moich s³ów. A skoro mnie poznali, winszowali mi mego ocalenia i mówili jeden przez 
drugiego: - Na Allacha, nie wierzyliœmy, ¿ebyœ móg³ ujœæ œmierci w falach morskich. Zaiste Allach 
da³ ci po raz drugi ¿ycie. Potem oddali mi towary, na których znalaz³em wypisane moje imiê, i nic z 
nich nie brakowa³o. Od razu rozpakowa³em jeden z tobo³ów i wyj¹³em drogocenne przedmioty 
najwy¿szej jakoœci. Rozkaza³em ¿eglarzom z owego okrêtu, aby zanieœli je do pa³acu królewskiego, i 
ofiarowa³em je w darze królowi Mahrad¿anu. Oznajmi³em mu równie¿, ¿e okrêt ów jest tym, na którym 
w te strony przyp³yn¹³em, dodaj¹c, ¿e znalaz³em wszystkie moje towary nienaruszone, tak ¿e i dary te 
stamt¹d pochodz¹. Wówczas król dziwowa³ siê wielce, a prawdziwoœæ wszystkiego tego, co mu w 
swoim czasie opowiedzia³em, znalaz³a na nowo potwierdzenie. Umi³owa³ mnie tedy bardzo, otoczy³ 
swoj¹ ³ask¹ jeszcze w wiêkszym stopniu ni¿ dotychczas i w zamian za moje upominki obdarzy³ mnie 
hojnie. Potem zakupi³em wiele towarów i wszelakiego dobra w owym mieœcie, a kiedy kupcy mieli na 
swym okrêcie odjechaæ, kaza³em ca³e moje mienie zanieœæ na pok³ad. Po czym poszed³em do króla i 
podziêkowa³em mu za jego dobrodziejstwa, prosz¹c go równoczeœnie o zezwolenie, abym móg³ 
powróciæ do ojczyzny i rodziny. Tedy król po¿egna³ siê ze mn¹ i obdarowa³ mnie jeszcze na po¿egnanie 
ró¿nymi cennymi przedmiotami wyrabianymi w jego stolicy. Po¿egnawszy go, uda³em siê na pok³ad i 
wyruszyliœmy w drogê, ufni w dobroæ Allacha. Szczêœcie nam sprzyja³o i los by³ dla nas przychylny, 
tak ¿e mogliœmy p³yn¹æ dniem i noc¹ bez ustanku, a¿ dotarliœmy do miasta Basry. Tam wyszliœmy na 
brzeg i spêdzili krótki czas. Radowa³em siê, i¿ uda³o mi siê szczêœliwie powróciæ do mego ojczystego 
kraju. Potem uda³em siê do miasta Bagdadu, Przybytku Pokoju, wraz z moimi jukami z towarem i 
wszelakim dobrem, co wszystko razem stanowi³o wielki skarb wysokiej wartoœci. Przybywszy do 
miasta uda³em siê do mojej dzielnicy i przest¹pi³em próg mojego domu, a ca³a moja rodzina i przyjaciele 
zbiegli siê do mnie. Naby³em sobie liczn¹ s³u¿bê rozmaitego rodzaju, mameluków, odaliski i czarnych 
niewolników, i zacz¹³em prowadziæ ¿ycie na szerok¹ skalê. Poza tym zakupi³em wiele domów i 
posiad³oœci ziemskich, tak ¿e mia³em ich wiêcej ni¿ uprzednio. Odnowi³em stare przyjaŸnie i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (6 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

weseli³em siê z moimi kompanami jeszcze bardziej ni¿ przedtem. Zapomnia³em o wszystkich moich 
prze¿yciach, o ciê¿kich przejœciach na obczyŸnie, o przebytych udrêkach i niebezpieczeñstwach. 
Odda³em siê ca³kowicie przyjemnoœciom i radoœci ¿ycia, rozkoszowa³em siê wyszukanymi potrawami 
i przednimi winami, ¿yj¹c bezmyœlnie z dnia na dzieñ. Oto dzieje mojej pierwszej podró¿y. Jutro 
opowiem wam, jeœli Allach mi³oœciwy pozwoli, o drugiej z moich siedmiu wypraw.

Potem Sindbad ¯eglarz kaza³ przyszykowaæ wieczerzê i zaprosi³ na ni¹ Sindbada Tragarza. Kaza³ mu 
wyp³aciæ sto miskali z³otem i po¿egna³ siê z nim mówi¹c: - Uradowa³eœ nas dzisiaj swoim 
towarzystwem. Sindbad Tragarz podziêkowa³ mu, przyj¹³ podarunek i poszed³ w swoj¹ drogê, 
rozmyœlaj¹c nad tym, co mu siê przydarzy³o i co siê ludziom mo¿e w ogóle przytrafiæ. Noc przespa³ w 
swoim mieszkaniu. A skoro nadszed³ ranek, uda³ siê znowu do siedziby Sindbada ¯eglarza i przest¹pi³ 
jego próg. Ten przyj¹³ go z honorami i poprosi³, aby usiad³ po jego prawicy; nastêpnie, skoro inni jego 
przyjaciele siê zgromadzili, podano ró¿ne potrawy i napoje, tak ¿e wszyscy weselili siê i by³o im dobrze. 
Tedy Sindbad ¯eglarz zacz¹³ znów opowiadaæ.

Druga podró¿ Sindbada ¯eglarza

Otó¿, bracia moi, jak to ju¿ wczoraj wam opowiedzia³em, wiod³em wspania³e ¿ycie, za¿ywaj¹c samych 
przyjemnoœci. A¿ pewnego dnia znowu przysz³o mi na myœl pojechaæ w szeroki œwiat. Zapragn¹³em 
w duszy mej trudniæ siê handlem, zarabiaæ pieni¹dze i zwiedzaæ obce l¹dy i wyspy. Skoro utwierdzi³em 
siê w tym postanowieniu, wzi¹³em wiêksz¹ sumê pieniêdzy, nakupi³em towarów i podró¿nego sprzêtu, 
kaza³em wszystko zapakowaæ i poszed³em na brzeg rzeki. Tam ujrza³em piêkny nowy okrêt z ¿aglami z 
najprzedniejszego p³ótna, z doborow¹ za³og¹ i dobrze przysposobiony do dalekiej podró¿y. Kaza³em nañ 
za³adowaæ moje towary, a inni kupcy uczynili to samo. Jeszcze tego samego dnia wyruszyliœmy w 
podró¿, a poniewa¿ los nam sprzyja³, po¿eglowaliœmy bez zatrzymania z morza na morze i od wyspy 
do wyspy. Wszêdzie, gdzie nasz okrêt zawija³, odwiedzaliœmy tamtejszych kupców i dostojników 
pañstwa oraz kupuj¹cych i sprzedaj¹cych. Trudniliœmy siê handlem i wymieniali towary. Tak min¹³ 
d³u¿szy czas, a¿ los przywiód³ nas na pewn¹ piêkn¹ wyspê, na której ros³y kêpy drzew uginaj¹cych siê 
pod ciê¿arem dojrza³ych owoców, gdzie unosi³ siê aromat kwiatów, ptactwo œpiewa³o, a przejrzyste 
Ÿród³a bi³y w górê. Ale nie by³o na owej wyspie ¿adnego mieszkañca ani nikogo, kto roznieca³by tam 
ogieñ. Kiedy nasz kapitan zarzuci³ przy tej wyspie kotwicê, kupcy i podró¿ni wyszli na brzeg, aby 
wytchn¹æ w cieniu drzew i przyjrzeæ siê ró¿norodnemu ptactwu. Wówczas i ja wyszed³em na brzeg 
wraz z innymi i usiad³em sobie nad przejrzystym strumieniem, który przep³ywa³ pod drzewami. Mia³em 
ze sob¹ nieco jad³a, zacz¹³em wiêc spo¿ywaæ to, co mi Allach mi³oœciwy udzieliæ raczy³. Wia³ mi³y 
wietrzyk po³udniowo-zachodni i przyjemnie up³ywa³ mi czas, a¿ usn¹³em. I tak odpoczywa³em tam 
pogr¹¿ony we œnie, owiany letnim wietrzykiem i s³odkim aromatem kwiatów. Kiedy siê wszak¿e 
obudzi³em, nie by³o ju¿ nikogo, ¿adnego œmiertelnego stworzenia ani ¿adnej ¿ywej duszy. Okrêt 
odp³yn¹³, nikt spoœród kupców i ¿eglarzy o mnie nie pomyœla³ i tak pozostawili mnie na bezludnej 
wyspie. Rozejrza³em siê na prawo i na lewo, ale nie ujrza³em nikogo. By³em zupe³nie sam. Chwyci³o 
mnie wiêc takie przera¿enie, ¿e nie mo¿na sobie wyobraziæ wiêkszego. ¯ó³æ mnie omal nie zala³a z 
ca³ej tej troski, smutku i udrêki. Nie mia³em niczego przy sobie ani do jedzenia, ani do picia. W 
poczuciu opuszczenia i w udrêce duszy uzna³em siê za zgubionego i powiedzia³em do siebie: "Do czasu 
dzban wodê nosi. Pierwszy raz mog³em siê jeszcze uratowaæ, gdy¿ spotka³em kogoœ, kto mnie z 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (7 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

samotnej wyspy do zaludnionych okolic zaprowadzi³. Ale tym razem jak¿e¿ daleki jestem od nadziei, 
abym móg³ tu kogoœ spotkaæ, który zaprowadzi³by mnie do krainy zamieszkanej przez ludzi!" 
Zacz¹³em wiêc p³akaæ i lamentowaæ nad moim losem, a¿ gniew mnie porwa³ i czyni³em sobie gorzkie 
wyrzuty z powodu moich postêpków i poczynañ. "Po có¿ narazi³em siê znów na mozoln¹ podró¿, skoro 
mog³em we w³asnym domu w ojczyŸnie wieœæ spokojny ¿ywot, ciesz¹c siê i rozkoszuj¹c smacznym 
jad³em i piciem oraz bogatymi szatami. Niczego mi tam nie brakowa³o, ani pieniêdzy, ani ¿adnego 
dolara". Srodze ¿a³owa³em, ¿e opuœci³em miasto Bagdad i znów wyruszy³em na morze, mimo i¿ w 
trakcie pierwszej podró¿y zazna³em tak wielu nieszczêœæ i niepowodzeñ. A widz¹c œmieræ przed 
oczyma, tak sobie powiedzia³em: "Patrz, oto jesteœmy wszyscy stworzeniami Allacha i do niego 
musimy powróciæ!". Mówi¹c to zachowywa³em siê jak szaleniec. Nastêpnie jednak opanowa³em siê i 
zacz¹³em kr¹¿yæ po wyspie we wszystkich kierunkach, nie mog¹c usiedzieæ na miejscu. W koñcu 
wdrapa³em siê na wysokie drzewo i stamt¹d zacz¹³em rozgl¹daæ siê na wszystkie strony. Nie widzia³em 
jednak niczego poza niebem i morzem, drzewami i ptactwem, s¹siednimi wyspami i wydmami. Kiedy 
jednak rozejrza³em siê dok³adniej, dostrzeg³em na wyspie coœ bia³ego olbrzymiej wielkoœci. Od razu 
zeskoczy³em z drzewa i uda³em siê w tym kierunku, id¹c ci¹gle prosto, a¿ dotar³em do owego 
przedmiotu. A by³a to olbrzymia bia³a kopu³a wznosz¹ca siê wysoko i bardzo wielka w obwodzie. 
Podszed³em do niej blisko i okr¹¿y³em j¹ dooko³a, ale nie znalaz³em w niej ¿adnych drzwi. Nie mia³em 
równie¿ doœæ si³y i zrêcznoœci, aby na ni¹ siê wdrapaæ, zw³aszcza ¿e kopu³a by³a g³adka i œliska. 
Zrobi³em wiêc znak w miejscu, przy którym sta³em, i zacz¹³em obchodziæ j¹ dooko³a, aby wymierzyæ 
jej obwód. Okaza³o siê, ¿e wynosi piêædziesi¹t du¿ych kroków. Kiedy zacz¹³em siê namyœlaæ, jak 
dostaæ siê do wewn¹trz, zw³aszcza ¿e dzieñ chyli³ siê ju¿ ku koñcowi, a s³oñce zbli¿a³o siê do 
widnokrêgu, nagle s³oñce znik³o i niebo powlek³a zupe³na ciemnoœæ. A poniewa¿ nie mog³em wcale 
s³oñca dojrzeæ, myœla³em, ¿e wielka chmura je przys³oni³a. Ale przecie¿ by³a piêkna pogoda, wiêc 
dziwowa³em siê temu wielce. Podnios³em oczy ku niebu i przyjrza³em mu siê dok³adniej. I có¿ 
zobaczy³em? Olbrzymiego ptaka o potê¿nych szeroko rozpostartych skrzyd³ach, jak szybowa³ nade mn¹. 
To on przys³oni³ mi s³oñce i odebra³ wyspie œwiat³o. Moje zdumienie wzmog³o siê wiêc jeszcze i 
przypomnia³em sobie opowiadanie, które s³ysza³em kiedyœ od pielgrzymów i podró¿nych, ¿e 
mianowicie na pewnej wyspie przebywa olbrzymi sêp, którego Hindusi nazywaj¹ Garud¹, a który swoim 
pisklêtom przynosi w dziobie m³ode s³oni¹tka na po¿ywienie. Tedy by³em ju¿ pewny, ¿e i owa kopu³a, 
która by³a przede mn¹, jest jajem owego olbrzymiego sêpa. Podziwia³em wiêc dzie³a Allacha. Kiedy tak 
sta³em, ptak ów opuœci³ siê nagle na kopu³ê, roz³o¿y³ skrzyd³a nad ni¹, jakby sposobi³ siê do 
wysiadywania jaj, wyci¹gn¹³ na ziemiê nogi do ty³u i zasn¹³. "Chwa³a niech bêdzie Allachowi, który nie 
œpi nigdy!" Zdj¹³em tedy mój turban z g³owy, rozwin¹³em go i uplot³em z niego sznur. Sznurem tym 
opasa³em siê mocno w biodrach i przywi¹za³em do nóg owego ptaka. Mówi³em sobie przy tym: "Mo¿e 
sêp ten zaniesie mnie do jakiejœ krainy, gdzie s¹ miasta zamieszkane przez ludzi. Bêdzie to lepiej, ni¿ 
¿ebym mia³ na tej wyspie pozostaæ". Przez ca³¹ noc nie zmru¿y³em oka w obawie, aby ów olbrzymi 
ptak nie odlecia³ ze mn¹ nagle podczas mego snu. Kiedy wszak¿e zarumieni³a siê poranna zorza i 
zaczê³o dnieæ, sêp uniós³ siê znad jaja i wyda³ ostry krzyk. Po czym wzbi³ siê wraz ze mn¹ w 
przestworza, coraz wy¿ej i wy¿ej, a¿ wyda³o mi siê, ¿e dotarliœmy do chmur na wysokim niebie. Potem 
zacz¹³ siê opuszczaæ powoli i usiad³ na szczycie wysokiej góry. Jak tylko poczu³em twardy grunt pod 
nogami, postanowi³em umkn¹æ, poniewa¿ ba³em siê bardzo, chocia¿ ptak wcale mnie nie zauwa¿y³ i nie 
odczu³ mojego ciê¿aru. Rozwi¹za³em wiêc mój turban i uwolniony, dr¿¹c ca³y ze strachu, uciek³em. 
Wkrótce potem sêp chwyci³ coœ w swoje szpony i odlecia³ z tym ku chmurom wysokiego nieba. Skoro 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (8 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

przyjrza³em siê dok³adniej, rozpozna³em, ¿e by³ to w¹¿ olbrzymiej d³ugoœci i o potê¿nym cielsku. Sêp 
porwa³ go i niós³ w powietrzu. Widok ten nape³ni³ mnie przera¿eniem na myœl o tym, co mi grozi³o. 
Kiedy potem poszed³em dalej po grzbiecie owej góry, zauwa¿y³em, ¿e znajdujê siê na stromej skale, u 
stóp której ci¹gnie siê d³ugi i szeroki w¹wóz. Po drugiej stronie ska³y zaœ wznosi³ siê potê¿ny ³añcuch 
górski, tak wysoki, ¿e z powodu tej niebotycznej wysokoœci nikt nie móg³ dojrzeæ jego szczytów. Góry 
te by³y ca³kowicie niedostêpne. Zacz¹³em wiêc ur¹gaæ sam sobie za to, co uczyni³em, tak do siebie 
przemawiaj¹c: "Obym by³ pozosta³ na tamtej wyspie! By³a ona stokroæ lepsza ni¿ to pustkowie. Tam 
przynajmniej mia³em owoce do jedzenia i wodê do picia, a tu nie ma ¿adnego drzewa, owocu ani 
strumienia. Za ka¿dym razem, kiedy ratujê siê od jednego nieszczêœcia, popadam w inne jeszcze 
wiêksze i gorsze". Mimo to zdoby³em siê na odwagê, zszed³em w ów w¹wóz i zauwa¿y³em, ¿e ca³a 
ziemia by³a pokryta diamentami. Diament to taki kamieñ, którym mo¿na ci¹æ wszelkie kruszce i 
szlachetne kamienie, porcelanê i onyks , gdy¿ jest tak twardy i wytrzyma³y, ¿e ani ¿elazo, ani ska³a nie 
pozostawiaj¹ na nim najmniejszego œladu i nikt nie mo¿e z takiego diamentu ani kawa³ka odci¹æ czy 
od³upaæ, chyba ¿e u¿yje do tego o³owianego kamienia. Ca³y w¹wóz roi³ siê od wê¿ów i ¿mij. Ka¿de z 
tych stworzeñ by³o takie d³ugie, jak wysokie bywaj¹ palmy, i takie wielkie, ¿e mog³o po³kn¹æ nawet 
s³onia, gdyby s³oñ odwa¿y³ siê tam przyjœæ. Wê¿e te ukazuj¹ siê tylko noc¹, a w dzieñ kryj¹ siê 
starannie w obawie, aby ów olbrzymi sêp lub jakiœ orze³ nie porwa³ ich i nie rozszarpa³. Dlaczego ptaki 
te to czyni¹, nie wiem. Pozosta³em w w¹wozie skruszony moim postêpowaniem i tak do siebie mówi³em: 
"Na Allacha, widocznie œpieszno mi by³o sprowadziæ na siebie zgubê!" Tymczasem zmierzch ju¿ 
zapada³, kroczy³em wiêc dalej, chc¹c znaleŸæ jakieœ miejsce, gdzie móg³bym roz³o¿yæ siê na nocleg. 
W strachu przed owymi wê¿ami nie myœla³em wcale o jedzeniu i piciu, ale troszczy³em siê jedynie o 
moje ¿ycie. Wreszcie odkry³em w pobli¿u pieczarê. Podszed³em ku niej i zauwa¿y³em, ¿e wejœcie jest 
w¹skie. Wszed³em wiêc do œrodka, wzi¹³em wielki g³az, który le¿a³ przy wejœciu, i zagrodzi³em 
wejœcie do pieczary. Bêd¹c zaœ w œrodku tak do siebie powiedzia³em: "Teraz jestem bezpieczny. 
Skoro zrobi siê znów dzieñ, wyjdê na dwór i bêdê czeka³ na to, co los mi przyniesie". Spojrza³em potem 
w g³¹b pieczary i ujrza³em w najdalszym jej krañcu potê¿nego wê¿a le¿¹cego na jajach. Dreszcz lêku 
przeszed³ przez ca³e moje cia³o, ale podnios³em g³owê do góry i zda³em siê na ³askê losu. Przez ca³¹ noc 
czuwa³em, a¿ zorza poranna zarumieni³a siê i zrobi³o siê widno. Wtedy poœpiesznie odsun¹³em g³az, 
którym zagrodzi³em wejœcie do pieczary, i wybieg³em chwiej¹c siê na nogach jak pijany, ze zmêczenia, 
g³odu i strachu. I kiedy tak wêdrowa³em dalej w¹wozem, pad³o nagle przede mn¹ jakieœ du¿e zar¿niête 
zwierzê, choæ nie widzia³em ¿adnego cz³owieka w pobli¿u. Nie posiada³em siê przeto ze zdziwienia i 
przypomnia³em sobie pewn¹ przypowieœæ, któr¹ wielokroæ s³ysza³em opowiadan¹ przez kupców, 
podró¿ników i pielgrzymów o tym, ¿e diamentowe góry s¹ pe³ne okropnego przera¿enia, tak ¿e nikt nie 
mo¿e tam wejœæ. Jedynie kupcy handluj¹cy diamentami znaj¹ sposób, aby je stamt¹d wydobyæ. Bior¹ 
mianowicie owcê, zarzynaj¹ j¹, zdejmuj¹ z niej skórê, æwiartuj¹ i rzucaj¹ ze szczytu góry w dolinê, a 
poniewa¿ miêso jest jeszcze œwie¿e, wiele diamentów siê do niego przylepia. Tam pozostawiaj¹ je do 
po³udnia, a wtedy przybywaj¹ drapie¿ne ptaki, or³y i sêpy, chwytaj¹ w szpony owe kawa³ki miêsa i 
wzlatuj¹ z nimi na szczyt góry. Wówczas kupcy przybiegaj¹ z tak wielkim krzykiem, ¿e ptaki pierzchaj¹ 
sp³oszone, pozostawiaj¹c miêso. Kupcy mog¹ wtedy spokojnie podejœæ i pozbieraæ diamenty, miêso 
zaœ pozostawiaj¹ zwykle drapie¿nym ptakom i dzikim zwierzêtom. Nikt wszak¿e nie mo¿e do tych 
diamentów dobraæ siê inaczej, jak u¿ywaj¹c powy¿szego podstêpu. Kiedy ujrza³em owo zar¿niête 
zwierzê, przypomnia³em sobie tamt¹ opowieœæ; podszed³em wiêc szybko do padliny, zebra³em 
mnóstwo diamentów i schowa³em w zanadrze oraz miêdzy szaty. Zbiera³em je bez przerwy i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (9 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

wpycha³em do kieszeni, za pas, do turbanu i we wszystkie fa³dy mego stroju. Kiedy by³em tym zajêty, 
drugie martwe zwierzê upad³o u mych stóp. Przywi¹za³em siê wiêc doñ rozwin¹wszy turban, po³o¿y³em 
siê na wznak, umieœci³em padlinê nad sob¹, a kiedy podnios³em j¹ obur¹cz w górê, widoczna by³a z 
daleka. Wkrótce te¿ nadlecia³ orze³, chwyci³ zdobycz w szpony i wzniós³ siê w powietrze, porywaj¹c 
mnie z ni¹ razem. Dolecia³ do szczytu góry, usiad³ tam i zacz¹³ szarpaæ miêso dziobem. Ale nagle 
rozleg³ siê za nim straszny harmider, wrzask i ³oskot uderzeñ drewnianych pa³ek o ska³ê. Orze³ siê 
sp³oszy³ i z przestrachu wzbi³ siê do góry, ja zaœ odczepi³em siê od zabitego zwierzêcia. Kiedy tak 
sta³em w umazanych krwi¹ szatach, nadbieg³ nagle kupiec, który straszy³ or³a, a kiedy mnie zauwa¿y³, 
nie odezwa³ siê do mnie ani s³owem; oniemia³y ze strachu i przera¿enia. Mimo to zbli¿y³ siê do padliny, 
odwróci³ j¹ i nie znalaz³szy ani jednego drogiego kamienia, zawo³a³ wielkim g³osem: - Có¿ za zawód! 
Niech Allach bêdzie moj¹ ucieczk¹ przed tym przeklêtym szatanem! Po czym w swoim wielkim 
strapieniu za³ama³ rêce i lamentowa³: - O, có¿ za nieszczêœcie! Ale jak to siê sta³o? Podszed³em do 
niego, a on mnie zapyta³: - Coœ ty za jeden? Co ciê w te strony sprowadza? A ja mu na to: - P³onna jest 
twoja obawa! Jestem ludzk¹ istot¹ i dobrym cz³owiekiem. Trudniê siê handlem. Przeszed³em wszak¿e 
wiele i prze¿y³em niejedn¹ dziwn¹ przygodê. Równie¿ i to, jak siê na tê górê i do tego w¹wozu dosta³em, 
opowiedzieæ trudno. Wszelako nie lêkaj siê! Sprawiê ci radoœæ. Mam mnóstwo diamentów przy sobie i 
dam ci z nich tyle, ¿e bêdziesz mia³ ich w bród. Ka¿dy z nich jest cenniejszy od tych, które byœ beze 
mnie móg³ zdobyæ. Przeto nie trwó¿ siê wiêcej. Tedy cz³owiek ów mi podziêkowa³, pomodli³ siê do 
Allacha o b³ogos³awieñstwo dla mnie i zacz¹³ ze mn¹ gawêdziæ. Kiedy zaœ inni kupcy us³yszeli, ¿e z 
ich towarzyszem rozmawiam, przybli¿yli siê równie¿. Ka¿dy z nich by³ ju¿ rzuci³ swój kawa³ miêsa. 
Stan¹wszy przede mn¹, przywitali siê i winszowali szczêœliwego ocalenia. Potem, kiedy mnie ze sob¹ 
zabrali, opowiedzia³em im ca³¹ moj¹ historiê, o wszystkim, co podczas podró¿y przecierpia³em i w jaki 
sposób w koñcu dosta³em siê do owego w¹wozu. Nastêpnie w³aœcicielowi owego zwierzêcia da³em 
wiele diamentów spoœród tych, które mia³em przy sobie; wielce uradowany b³ogos³awi³ mi i dziêkowa³ 
za to. Kupcy zaœ mówili: - Na Allacha! Widocznie d³ugie ¿ycie jest ci przeznaczone. Nikomu przed 
tob¹ nie uda³o siê dostaæ do tego w¹wozu i ujœæ stamt¹d z ¿yciem. Chwa³a wiêc Allachowi za twoje 
ocalenie. Przez noc odpoczêliœmy w bezpiecznej i piêknej okolicy; pozosta³em u nich uradowany 
wielce tym, ¿e wyszed³em ¿ywy i ca³y z doliny wê¿ów, a obecnie znajdowa³em siê znów miêdzy 
ludŸmi. Skoro nadszed³ œwit, wyruszyliœmy w drogê i przeprawiliœmy siê przez owe wysokie góry, 
widz¹c przy tym pod nami mnóstwo wê¿ów, od których roi³o siê w dolinie. Potem pojechaliœmy dalej, 
a¿ dotarliœmy do piêknej wielkiej wyspy, na której by³ ogród. Ros³y tam drzewa kamforowe, z których 
ka¿de by³o tak wielkie, ¿e w jego cieniu mog³o ³acno odpoczywaæ stu ludzi. Kiedy ktoœ chce dostaæ 
trochê kamfory, wierci d³ugim dr¹giem dziurê w takim drzewie i zbiera ciecz, która stamt¹d sp³ywa. 
P³ynna kamfora, to znaczy sok z owych drzew, sp³ywa bowiem z nich i zastyga jak kauczuk. Wówczas 
pieñ wysycha i s³u¿y za opa³. Na owej wyspie mieszka równie¿ pewien gatunek dzikiego zwierzêcia, 
zwanego nosoro¿cem. Pasie siê on tam, jak w naszym kraju pas¹ siê krowy i bawo³y. Wzrostem wszak¿e 
taki nosoro¿ec jest wiêkszy nawet od wielb³¹da, choæ ¿ywi siê tylko traw¹ i objada liœcie z drzew. Jest 
to potwór przedziwnej postaci, z potê¿nym rogiem poœrodku ³ba na jakieœ dziesiêæ ³okci d³ugim, a na 
nim wyobra¿ony jest wizerunek cz³owieka. Na owej wyspie ¿yje tak¿e pewien gatunek s³oni. ¯eglarze, 
podró¿nicy i pielgrzymi, którzy wêdruj¹ po górach i dolinach, opowiadali nam, ¿e nosoro¿ec, czy jak on 
siê tam nazywa, potrafi na swoim rogu unieœæ takiego s³onia, a potem pasie siê dalej na wybrze¿u 
wyspy, jak gdyby nigdy nic. S³oñ zaœ zdycha nabity na róg, a t³uszcz jego topi siê w s³onecznym 
skwarze, sp³ywa nosoro¿cowi na ³eb i zalewa mu oczy, a¿ ten od tego œlepnie i pada na ziemiê. Wtedy 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (10 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

nadlatuje olbrzymi sêp, którego Hindusi nazywaj¹ Garud¹, porywa nosoro¿ca w szpony i zanosi go do 
swoich piskl¹t, którym wtyka go do ich olbrzymich dziobów wraz ze s³oniem nabitym na róg. Poza tym 
widzia³em na owej wyspie jeszcze wiele bawo³ów, i to gatunku, jakiego u nas nie ma, i wiele innych 
dziwów. Ale najwa¿niejsze to to, ¿e przynios³em z wê¿owej doliny mnóstwo diamentów, które ukry³em 
by³ w moich szatach. Czêœæ wymieni³em u ludzi na towary i miejscowe wyroby, czêœæ zaœ 
sprzeda³em za monety z³ote i srebrne. Po czym wyruszy³em wraz z kupcami w dalsz¹ podró¿, 
przygl¹daj¹c siê obcym krajom i ludziom, podziwiaj¹c wszystko, co Allach stworzy³. Tak 
podró¿owaliœmy z doliny do doliny i z miasta do miasta, trudni¹c siê po drodze handlem, a¿ dotarliœmy 
do miasta Basry. Tam zatrzymaliœmy siê kilka dni i w koñcu uda³em siê w dalsz¹ podró¿ ju¿ sam do 
Bagdadu. Powróciwszy z dalekiej podró¿y i znalaz³szy siê znowu w mieœcie Bagdadzie, Przybytku 
Pokoju, uda³em siê do mojej dzielnicy i przest¹pi³em próg mego domu, bogato ob³adowany diamentami, 
pieniêdzmi, towarami i wszelakim dobrem, które warte by³o ogl¹dania. Tote¿ niezw³ocznie zgromadzili 
siê najbli¿si i przyjaciele u mnie, a ja rozdawa³em im podarunki i upominki wszelkiego rodzaju, 
zarówno krewnym, jak i znajomym. Zacz¹³em znów dobrze jeœæ i piæ, ubieraæ siê piêknie i zabawiaæ 
weso³o z przyjació³mi. Rych³o zapomnia³em o wszystkim, co przecierpia³em, i ¿y³em weso³o i 
beztrosko z dnia na dzieñ, raduj¹c serce krotochwil¹ i s³uchaj¹c gry na lutni. A ka¿dy, kto tylko us³ysza³ 
o moim powrocie, przybywa³ do mnie w odwiedziny wypytywa³, jak mi siê podczas podró¿y powodzi³o 
i jak owe obce raje wygl¹daj¹. Mog³em im wiêc wiele opowiedzieæ o tym wszystkim, co prze¿y³em i 
przeszed³em, a ludzie dziwowali siê wielce mym niebezpiecznym przygodom i winszowali mi 
szczêœliwego powrotu. Oto koniec opowieœci o tym, co mi siê podczas mej drugiej podró¿y przytrafi³o 
i przydarzy³o. Jutro, jeœli mi³oœciwy Allach pozwoli, opowiem wam, jak mi siê powodzi³o podczas 
mojej trzeciej podró¿y.

Sindbad ¯eglarz skoñczy³ opowiadaæ, wszyscy zaœ obecni dziwili siê wielce temu, co us³yszeli, a 
nastêpnie zasiedli wraz z nim do wieczerzy. Po czym pan domu kaza³ Sindbadowi Tragarzowi wyp³aciæ 
znowu sto miskali z³otem. Ten zaœ przyj¹³ je z wdziêcznoœci¹ i uda³ siê w swoj¹ drogê, dziwuj¹c siê 
wszystkiemu, co przytrafi³o siê Sindbadowi ¯eglarzowi. Przy tym dziêkowa³ mu i modli³ siê jeszcze za 
niego, wróciwszy do w³asnego domu. Kiedy zaœ nasta³ poranek i wschodz¹ce s³oñce opromieni³o œwiat 
swym blaskiem i œwiat³em. Sindbad Tragarz odprawi³ poranne mod³y i uda³ siê znów do pa³acu 
Sinbada ¯eglarza, tak jak mu ów przykaza³. Skoro wszed³ do komnaty ¿ycz¹c mu dobrego dnia, tamten 
przywita³ go serdecznie i usiad³ przy nim, czekaj¹c na przybycie pozosta³ych goœci. Kiedy zjedli, 
wypili, rozweselili siê i popadli w b³ogostan, Sindbad ¯eglarz j¹³ znów opowiadaæ.

Trzecia podró¿ Sindbada ¯eglarza

S³uchajcie, moi bracia, co wam teraz opowiem, gdy¿ jest to jeszcze dziwniejsze od tego, co wam dot¹d 
opowiedzia³em. Wszelako Allach jest wszechwiedz¹cy i zna swoje w³asne najskrytsze zamiary! A wiêc, 
jak ju¿ powiedzia³em, powróci³em z mojej drugiej podró¿y wesó³ i promieniej¹cy ze szczêœcia. 
Radowa³em siê bowiem nie tylko ze szczêœliwego powrotu, ale równie¿ wzbogaci³em siê wielce w 
pieni¹dze i wszelakie dobro, jak wam to ju¿ równie¿ wczoraj opowiedzia³em. Allach zwróci³ mi z 
naddatkiem wszystko, co pocz¹tkowo utraci³em. Pêdzi³em wiêc ¿ywot w mieœcie Bagdadzie w 
szczêœciu i b³ogostanie, radoœci i weselu. Mimo to dusza moja znów ci¹gnê³a mnie do podró¿y i do 
ogl¹dania szerokiego œwiata. Znów têskni³em do uprawiania handlu, zarabiania pieniêdzy i zdobywania 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (11 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

zysku. Zaiste dusza cz³owieka ci¹gnie go czêsto do z³ego! Skoro powzi¹³em postanowienie, nakupi³em 
wiele towarów i rzeczy potrzebnych do morskiej podró¿y, kaza³em spakowaæ je i pojecha³em z nimi z 
Bagdadu do Basry. Tam uda³em siê do przystani i wyszuka³em sobie wielki okrêt, na którym by³o ju¿ 
wielu kupców i podró¿ników, samych zacnych, porz¹dnych i dzielnych ludzi, znanych z niez³omnej 
wiary w Allacha, uprzejmego obejœcia i uczciwoœci. Wsiad³em wraz z nimi na okrêt i pop³ynêliœmy, 
zdaj¹c siê na b³ogos³awieñstwo Allacha, Jego pomoc i ³askawe przewodnictwo, pe³ni radosnej ufnoœci, 
¿e podró¿ nasza bêdzie pomyœlna i szczêœliwa. I tak ¿eglowaliœmy z morza na morze, od wyspy do 
wyspy i od miasta do miasta. Wszêdzie, gdzieœmy przybijali do brzegu, zwiedzaliœmy wszystko i 
trudniliœmy siê handlem, zawsze weseli i pogodni. W koñcu wszak¿e, kiedy pewnego dnia p³ynêliœmy 
œrodkiem wzburzonego morza, a wko³o z hukiem przewala³y siê ba³wany, kapitan, który ze swojego 
mostka patrzy³ na morze, zacz¹³ nagle biæ siê z rozpaczy po twarzy. Szybko rozkaza³ zwin¹æ ¿agle i 
zarzuciæ kotwicê, a przy tym szarpa³ brodê, rwa³ szaty i g³oœno lamentowa³. Zawo³aliœmy wiêc: - Co 
ci jest, kapitanie? A on odpowiedzia³: - Podró¿ni, niech Allach siê nad wami zmi³uje! Przemo¿ny wiatr 
nami zaw³adn¹³ i na pe³nym morzu zepchn¹³ z w³aœciwego kierunku. Z³y los zaœ na nasz¹ zgubê zagna³ 
nas ku Górom Ma³poludów. S¹ to istoty podobne do ma³p i nie zdarzy³o siê jeszcze, aby ktoœ, kto tam 
trafi³, powróci³ z ¿yciem. Serce moje przeczuwa, ¿e wszyscy zginiemy marnie. Ledwie kapitan zd¹¿y³ to 
powiedzieæ, jak zbiegli siê ju¿ w³ochaci ludzie, otaczaj¹c nasz okrêt ze wszystkich stron. Straszne 
mnóstwo tych ma³poludów zaroi³o siê niebawem na pok³adzie i na brzegu niczym chmara szarañczy. 
Baliœmy siê wszak¿e, ¿e gdybyœmy jednego z nich zabili, uderzyli czy przegnali, pozosta³e ma³poludy 
by nas na œmieræ zagryz³y, gdy¿ by³o ich nieprzeliczone mnóstwo. Wielka liczebnoœæ bowiem ma 
zawsze przewagê nad walecznoœci¹. Staliœmy bezczynnie, chocia¿ pe³ni obawy, ¿e obrabuj¹ nas 
doszczêtnie. By³y to najohydniejsze stwory, jakie mo¿na sobie wyobraziæ. W³osie, którym by³y 
obroœniête, przypomina³o czarn¹ pilœñ. Wygl¹d ich by³ przera¿aj¹cy i nikt nie rozumia³ ani s³owa z 
tego, co do nas gada³y. Zreszt¹ owe bestie z ¿ó³tymi œlepiami, czarnymi pyskami i nader mizernej 
postaci, bo nie wynosz¹cej wiêcej ni¿ cztery piêdzie, w gruncie rzeczy ba³y siê ludzi. Obecnie wszak¿e 
wspiê³y siê po linach od kotwicy, porozrywa³y je swymi zêbiskami i poprzegryza³y równie¿ ca³y sprzêt 
naszego statku, tak ¿e wiatr go porwa³ i przygna³ do skalistego brzegu. Kiedy statek ju¿ tam stan¹³, 
ma³poludy rzuci³y siê na wszystkich kupców i podró¿nych i zawlok³y ich na swoj¹ wyspê, po czym 
porwa³y nasz okrêt ze wszystkim, co na nim by³o, i odp³ynê³y na pe³ne morze. Rych³o statek znik³ nam 
z oczu, a my nie wiedzieliœmy nawet, dok¹d nim ma³poludy odp³ynê³y. Pozostawszy sami na wyspie 
zaczêliœmy ¿ywiæ siê jej owocami, jagodami i warzywami, popijaj¹c wod¹ ze strumieni. Pewnego dnia 
jednak ujrzeliœmy poœrodku wyspy coœ, co z daleka przypomina³o zamieszkany dom. Poszliœmy 
szybko w tym kierunku i odkryliœmy zamek z wysokimi kolumnami i murami. Do zamku prowadzi³y 
dwuskrzyd³owe wrota z hebanowego drzewa. Wrota by³y otwarte. Weszliœmy przez nie i znaleŸliœmy 
siê na przestronnym podworcu, podobnym do wielkiego i rozleg³ego placu. Dooko³a by³o wiele 
wysokich podwoi, a w najdalszym krañcu, naprzeciwko wejœcia, sta³a szeroka i wysoka ³awa; poza tym 
by³y tam porozwieszane sprzêty kuchenne nad paleniskiem, a woko³o le¿a³o mnóstwo ludzkich koœci. 
Wszelako ludzi nigdzieœmy nie widzieli. Wszystkiemu temu dziwowaliœmy siê wielce. Mimo to 
usiedliœmy na chwilê na podworcu zamkowym i ze zmêczenia usnêli. Spaliœmy od przedpo³udnia a¿ 
do zachodu s³oñca. Nagle ziemia zadr¿a³a pod nami i straszny huk wstrz¹sn¹³ powietrzem, a z blanków 
zamku zesz³a jakaœ potê¿na istota. Przypomina³a trochê cz³owieka, ale by³a czarna i olbrzymiego 
wzrostu, równego wysokiej daktylowej palmie. Œlepia potwora ¿arzy³y siê jak ogniste g³ownie, zêbiska 
mia³ niczym k³y odyñca, a gêbê niczym otwór studni, wargi podobne do warg wielb³¹da zwisa³y a¿ na 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (12 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

piersi, a uszy jak dwie wielkie p³achty spada³y mu na ramiona. Paznokcie u jego r¹k przypomina³y 
pazury lwa. Ujrzawszy tego potwora, nieomal postradaliœmy zmys³y. Gwa³towny strach i okropne 
przera¿enie nas ogarnê³y i zesztywnieliœmy niczym trupy z nadmiaru bojaŸni, lêku i zgrozy. 
Szaleñstwo dzikiego strachu zaw³adnê³o nami ca³kowicie, olbrzym zaœ zszed³szy na dó³ rozsiad³ siê na 
chwilê na ³awie, potem zerwa³ siê, podszed³ ku nam i wyci¹gn¹³ mnie spoœród moich towarzyszy, 
podniós³ do góry i zacz¹³ obmacywaæ i obracaæ na wszystkie strony, a ja w jego olbrzymiej ³apie by³em 
niczym ma³y kêsek. I tak obmacywa³ mnie jak rzeŸnik owcê, kiedy zamierza j¹ zar¿n¹æ, gdy jednak 
przekona³ siê, ¿e jestem chudy i wynêdznia³y od wszystkich tych wzruszeñ i wysi³ków podczas podró¿y 
i ¿e nie ma ju¿ na mnie prawie wcale cia³a, wypuœci³ mnie ze swej rêki i z³apa³ jednego z moich 
towarzyszy. I nim równie¿ obraca³ na wszystkie strony i maca³ go tak, jak ze mn¹ to by³ czyni³, po czym 
i jego puœci³. I tak maca³ i obraca³ wszystkich nas po kolei, a¿ doszed³ do kapitana statku, na 
którymœmy przyjechali. By³ to cz³ek têgi, t³usty i barczysty, o wielkiej sile. Tote¿ potwór chwyciwszy 
go, jak rzeŸnik zwierzê do zar¿niêcia, przypali³ nad ogniem i po¿ar³. Potem usiad³ znów na chwilê na 
swej ³awie, ale wkrótce zacz¹³ przeci¹gaæ siê i zasn¹³. Chrapa³ przy tym i rzêzi³ niczym baran lub wó³, 
kiedy je zarzynaj¹. Przespa³ tak do rana, nie obudziwszy siê ani razu, po czym wsta³ i poszed³ w swoj¹ 
drogê. Upewniwszy siê, ¿e go nie ma, zaczêliœmy siê naradzaæ i lamentowaæ nad naszym losem, 
mówi¹c: - Ach, czemu¿ nie utonêliœmy w morzu i czemu¿ ma³py nas nie po¿ar³y! By³oby to po stokroæ 
lepiej ni¿ byæ tu upieczonym ¿ywcem na wêglach. Na Allacha! To ohydna œmieræ! Zginiemy tu 
marnie, a nikt siê nawet o tym nie dowie. Nie ma st¹d dla nas ¿adnej ucieczki. Potem poszliœmy w g³¹b 
wyspy, aby wynaleŸæ jak¹œ kryjówkê lub sposób ucieczki. Wyda³o nam siê teraz, ¿e sama œmieræ jest 
niczym, jeœli tylko cia³o nasze nie bêdzie przypiekane na ogniu. Nie znaleŸliœmy wszak¿e ¿adnej 
kryjówki, a poniewa¿ wieczór ju¿ zapad³, powróciliœmy do zamku, pe³ni najgorszych obaw, i usiedli na 
chwilê. Nagle ziemia znów zadr¿a³a pod naszymi stopami i czarny olbrzym przyst¹pi³ do nas, i j¹³ 
obracaæ i macaæ jednego po drugim, tak jak czyni³ to za pierwszym razem, a¿ jeden z nas mu siê 
spodoba³. Chwyci³ go wiêc i zrobi³ z nim to samo, co poprzedniego dnia z kapitanem. Upiek³ go, po¿ar³ 
i po³o¿y³ siê spaæ na owej ³awie. Przespa³ ca³¹ noc rz꿹c znów jak zarzynane zwierzê. O œwicie wsta³ i 
poszed³ w swoj¹ drogê pozostawiaj¹c nas samych, jak to zwyk³ by³ czyniæ. Zbiliœmy siê wiêc w 
gromadê i naradzali ze sob¹, mówi¹c: - Na Allacha! Jeœli rzucimy siê do morza i po¿egnamy siê z 
¿yciem przez utoniêcie, bêdzie to po stokroæ lepiej ni¿ gin¹æ tu ogniow¹ œmierci¹. Jest to bowiem 
ohydny rodzaj œmierci. A jeden z nas tak zacz¹³ mówiæ: - S³uchajcie mych s³ów! U¿yjmy wobec niego 
podstêpu, aby go uœmierciæ i uwolniæ siê od niego, a innym wiernym muzu³manom zapewniæ spokój. 
A ja na to: - S³uchajcie, bracia! Zanieœmy przedtem trochê tych desek i drzewa opa³owego na brzeg 
morza, aby z tego zmajstrowaæ ³ódŸ. Potem zabijemy go, u¿ywaj¹c podstêpu, i bêdziemy mogli albo 
pop³yn¹æ ³odzi¹ przez morze tam, dok¹d Allach nas poprowadzi, albo te¿ pozostaæ na wyspie, a¿ jakiœ 
okrêt tu nadp³ynie i weŸmie nas z sob¹. Jeœli siê nam zaœ nie uda zabiæ potwora, bêdziemy mogli 
wsi¹œæ do ³odzi i uciec na pe³ne morze. Gdybyœmy nawet mieli uton¹æ, przestanie nam groziæ 
straszniejsza œmieræ przez upieczenie ¿ywcem na ogniu. Jeœli los siê do nas uœmiechnie, bêdziemy 
ocaleni, a jeœli utoniemy, umrzemy w chwale dobrowolnego mêczeñstwa. I wszyscy powiedzieli: - Na 
Allacha! Plan twój jest dobry. Zgodni w swych postanowieniach, wziêliœmy siê zaraz do pracy, 
wynosz¹c deski z zamku i buduj¹c z nich ³ódŸ. Zbudowawszy, przywi¹zaliœmy j¹ do brzegu, za³adowali 
na ni¹ nieco ¿ywnoœci, a potem powrócili do zamku. Skoro tylko zapad³ zmierzch, ziemia znów 
zadr¿a³a pod nami i czarny podszed³ do nas niczym k¹saj¹cy pies. Znowu zacz¹³ nas obracaæ i 
obmacywaæ jednego po drugim, a¿ wybra³ któregoœ z nas i uczyni³ z nim to samo, co z jego 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (13 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

poprzednikami. Po¿ar³szy go zasn¹³ na ³awie i jego chrapanie rozlega³o siê jak dudnienie grzmotu. 
Wstaliœmy wtedy po cichu, wziêli ostro¿nie dwa ¿elazne ro¿ny, które tam sta³y, i w³o¿yliœmy je do 
ognia, a¿ rozpali³y siê do czerwonoœci. Nastêpnie uchwyciliœmy je mocno, podkradli siê z nimi do 
czarnego olbrzyma i, gdy spa³ i chrapa³ w najlepsze, przytknêliœmy je do jego oczu opieraj¹c siê na nich 
ze wszystkich si³ i ca³ej naszej mocy. W taki oto sposób pozbawiliœmy go wzroku. Olbrzym rykn¹³ z 
bólu straszliwie, skoczy³ potê¿nym susem na równe nogi i zacz¹³ nas szukaæ po omacku. Wtedy 
rozbiegliœmy siê na wszystkie strony, gdy¿ choæ potwór by³ œlepy i nie móg³ nas dojrzeæ, 
odczuwaliœmy jednak gwa³towny lêk przed nim i w chwili tej mieliœmy znów œmieræ przed oczyma, 
zw¹tpiwszy o naszym ocaleniu. Potwór odnalaz³ po omacku ³apami wrota i wybieg³ przez nie, g³oœno 
rycz¹c, gdy my ci¹gle jeszcze pozostawaliœmy miêdzy œmierteln¹ trwog¹ i nadziej¹, a ziemia dr¿a³a w 
posadach od jego ryku. Kiedy potwór opuœci³ zamek, wykradliœmy siê po cichu za nim, a on biega³ 
tam i z powrotem szukaj¹c nas wszêdzie. Wkrótce jednak powróci³ wraz z olbrzymi¹ samic¹, która by³a 
jeszcze wiêksza i szpetniejsza od niego. A skoro tylko ujrzeliœmy przy nim ow¹ przera¿aj¹c¹ istotê, 
wielki strach znów nas oblecia³, kiedy oba potwory, szczêkaj¹c zêbami, jê³y siê do nas zbli¿aæ. Tedy 
odczepiliœmy szybko ³ódŸ, któr¹œmy byli wybudowali, wsiedliœmy do niej i odbili od brzegu na pe³ne 
morze. Ale oba potwory chwyci³y w ³apy po olbrzymim g³azie i cisnê³y je w nas, tak ¿e przewa¿aj¹ca 
czêœæ moich towarzyszy ponios³a œmieræ pod tymi g³azami. Tylko trzech z nas zosta³o przy ¿yciu, ja i 
jeszcze dwóch innych. £ódŸ nasza pomknê³a chy¿o i przybi³a znów do jakiejœ wyspy. Wêdrowaliœmy 
po niej, a¿ zapad³ zmierzch. A kiedy zrobi³o siê ju¿ ciemno, po³o¿yliœmy siê i mimo naszej rozpaczy, 
usnêliœmy. Ale po krótkiej chwili ocknêliœmy siê ze snu i ujrzeli olbrzymiego wê¿a potwornej 
d³ugoœci i o spasionym cielsku. Zwin¹³ siê dooko³a nas w pierœcieñ i rzuci³ siê na jednego z mych 
towarzyszy po³ykaj¹c go a¿ do ramion. Po chwili po³kn¹³ go ca³kowicie, a potem odpe³z³ sobie precz. 
Wszystko to nape³ni³o nas zdumieniem i przera¿eniem. Op³akiwaliœmy naszego towarzysza i baliœmy 
siê o w³asne ¿ycie, mówi¹c: - Na Allacha! Wielce to osobliwe, ¿e ka¿da nowa œmieræ, która na nas 
czyha, jest jeszcze ohydniejsza od uprzedniej. Cieszyliœmy siê ju¿ z naszego ocalenia przed czarnym 
ludo¿erc¹, ale radoœæ nasza okaza³a siê przedwczesna. Na Allacha! Umknêliœmy czarnemu 
olbrzymowi oraz œmierci od utoniêcia. Ale w jaki sposób mo¿emy uratowaæ siê od tego obrzydliwego 
gada? Potem powstaliœmy z ziemi i wêdrowaliœmy po wyspie, jedz¹c jej owoce i pij¹c z jej strumieni. 
Tak zesz³o nam do wieczora, a wtedy wyszukaliœmy potê¿ne i wysokie drzewo. Wdrapaliœmy siê na 
nie i po³o¿yliœmy siê spaæ w jego koronie. Ja zaœ wspi¹³em siê na najwy¿szy konar. Zaledwie jednak 
nasta³a noc i nadesz³a pora ciemnoœci, w¹¿ znowu podpe³z³, rozejrza³ siê na wszystkie strony i wspi¹³ na 
owo drzewo, w którego koronie myœmy siê znajdowali. Dope³z³ do góry do mojego towarzysza, po³kn¹³ 
go a¿ do ramion i obwin¹³ siê wysoko woko³o drzewa. Potem prze³kn¹³ raz jeszcze i wch³on¹³ 
nieszczêœnika ca³ego, co widzia³em na w³asne oczy. W koñcu wszak¿e syty i najedzony zsun¹³ siê z 
drzewa i odpe³z³ precz. Przez ca³¹ noc pozosta³em na drzewie, ale skoro nadszed³ dzieñ i zrobi³o siê 
widno, zszed³em na ziemiê na wpó³ martwy ze strachu i przera¿enia. Chcia³em siê rzuciæ do morza, aby 
wreszcie znaleŸæ spokój od wszelkich doczesnych nieszczêœæ. Ale ¿ycie by³o mi jednak zbyt mi³e. 
¯ycie jest bowiem najwiêkszym skarbem! Przywi¹za³em sobie szeroki kawa³ drewna do stóp, drugi do 
mojego lewego boku, trzeci do prawego, a czwarty do brzucha. Potem przymocowa³em jeszcze nad moj¹ 
g³ow¹ równie d³ugie i szerokie drewno jak to, które mia³em pod stopami. Wœród tych drewien czu³em 
siê bezpieczny, gdy¿ zewsz¹d mnie one chroni³y. Wszystkie kawa³ki drewna zwi¹za³em mocno razem i 
rzuci³em siê jak d³ugi na ziemiê. I le¿a³em tak bezpieczny w moim drewnianym pudle jak w zewsz¹d 
zamkniêtym lochu. Kiedy zapad³ wieczór, w¹¿ przyby³ jak zazwyczaj, ujrza³ mnie i podpe³z³ blisko. Nie 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (14 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

móg³ mnie jednak po³kn¹æ, poniewa¿ by³em ze wszystkich stron chroniony moimi kawa³kami drewna; 
zacz¹³ wiêc pe³zaæ dooko³a, nie mog¹c siê do mnie zbli¿yæ, a ja przypatrywa³em mu siê, umieraj¹c 
niemal ze strachu i przera¿enia. W¹¿ wielokrotnie to oddala³ siê, to znów powraca³. Za ka¿dym razem, 
kiedy rzuca³ siê na mnie, aby mnie po³kn¹æ, przeszkadza³y mu drewna, które wszêdzie szczelnie do 
mnie przylega³y. Od zachodu s³oñca a¿ do brzasku w¹¿ nie dawa³ za wygran¹. Kiedy jednak zrobi³o siê 
jasno i s³oñce wzesz³o, w¹¿ odpe³z³ w swoj¹ drogê, nie posiadaj¹c siê z gniewu i wœciek³oœci. Ja zaœ 
wyci¹gn¹³em rêkê i uwolni³em siê z mojej drewnianej klatki. Wyda³o mi siê jednak, ¿e znajdujê siê ju¿ w 
królestwie œmierci, gdy¿ wszystko to, co prze¿y³em z owym olbrzymim wê¿em, zbytnio mnie przejê³o. 
Potem uda³em siê w drogê i doszed³em a¿ do najdalszego krañca wyspy. Kiedy stamt¹d spojrza³em na 
morze, ujrza³em w oddali okrêt. Od³ama³em od drzewa spor¹ ga³¹Ÿ i zacz¹³em ni¹ dawaæ ¿eglarzom 
znaki, wo³aj¹c równoczeœnie wielkim g³osem. Kiedy mnie dostrzegli, tak do siebie powiedzieli: - 
Musimy zobaczyæ, co to takiego. Mo¿e to cz³owiek. Podp³ynêli bli¿ej i us³yszeli moje wo³anie. 
Niezw³ocznie przybyli do brzegu, zabrali mnie na pok³ad i zaczêli wypytywaæ, co mi siê przytrafi³o. 
Wtedy opowiedzia³em im wszystko, co prze¿y³em, od pocz¹tku do koñca, o wszystkich groŸnych 
niebezpieczeñstwach, które musia³em przebyæ. Oni zaœ dziwowali siê wielce, po czym dali mi trochê 
ze swych szat, aby przykryæ nagoœæ moj¹, przynieœli coœ do jedzenia, abym móg³ siê nasyciæ, i 
podali zimnej, œwie¿ej wody do picia. Sercu mojemu wróci³y si³y, a duszy otucha. Ogarn¹³ mnie wielki 
spokój, gdy¿ poczu³em siê, jak gdybym by³ wskrzeszony przez Allacha z martwych. Wielbi³em Go za 
Jego nieograniczon¹ ³askê i sk³ada³em Mu dziêki. Bêd¹c ju¿ ca³kiem zrozpaczony, nabra³em obecnie 
znowu odwagi, a wszystko, co przecierpia³em, wyda³o mi siê z³ym snem. A poniewa¿ z ³aski Allacha 
mieliœmy sprzyjaj¹cy wiatr, pop³ynêliœmy szybko naprzód, a¿ dotarli do wyspy, która zwie siê as-
Salahita. Tam kapitan zarzuci³ kotwicê, a kupcy i podró¿ni wyszli na l¹d, aby trudniæ siê handlem. 
Wtedy kapitan tak do mnie powiedzia³: - S³uchaj, co ci powiem! Jesteœ ubogim cudzoziemcem i 
opowiedzia³eœ nam, ile strasznych rzeczy ju¿ prze¿y³eœ. Przeto chcê coœ dla ciebie uczyniæ, co ci 
pomo¿e powróciæ do twojego kraju, abyœ móg³ mnie zawsze potem b³ogos³awiæ. - Chêtnie - odpar³em 
- niech b³ogos³awieñstwo moje stanie siê twoim udzia³em. A on tak dalej mówi³: - S³uchaj wiêc. By³ 
kiedyœ na naszym okrêcie podró¿ny, któregoœmy zgubili i o którym nie wiemy, czy jeszcze ¿yje, czy 
te¿ umar³, gdy¿ nigdy ju¿ nic o nim nie s³yszeliœmy. Chcê ci wiêc oddaæ jego towary, abyœ móg³ nimi 
siê zaopiekowaæ i na tej wyspie je sprzedaæ. Pewien udzia³ w zysku chcemy ci odst¹piæ w nagrodê za 
twój trud i dobre zas³ugi. Co zaœ pozostanie, chcemy zachowaæ, a¿ znowu powrócimy do Bagdadu, 
tam dowiemy siê o jego rodzinie i oddamy jej nie sprzedane towary oraz resztê zysku. Powiedz, czy 
chcesz siê tym zaj¹æ i czêœæ towarów na tej wyspie sprzedaæ, jak zwykli to czyniæ kupcy? - S³ucham 
ciê i jestem pos³uszny, efendi - odpar³em - gdy¿ dobroæ twa nie ma granic. A powiedziawszy to 
b³ogos³awi³em mu i dziêkowa³em. On zaœ kaza³ tragarzom i ¿eglarzom one towary na wyspê wynieœæ 
i mnie dorêczyæ. Wszelako pisarz okrêtowy zapyta³: - Kapitanie, co to za towary, które tragarze i 
majtkowie na l¹d wynosz¹? Na jakiego kupca imiê mam je zapisaæ? Kapitan odpowiedzia³: - Zapisz na 
imiê Sindbada ¯eglarza, który uprzednio by³ na naszym okrêcie, ale potem znalaz³ œmieræ na pewnej 
wyspie, tak ¿e o nim wszelki s³uch zagin¹³. Chcemy, aby ten cudzoziemiec towary te sprzeda³ i 
uzyskany za nie przychód nam wp³aci³. Wtedy damy mu pewn¹ czêœæ jako nagrodê za trud przy 
dokonywaniu sprzeda¿y, a co pozostanie, schowamy a¿ do naszego powrotu do Bagdadu. Gdybyœmy 
mieli odnaleŸæ owego cz³owieka, to mu wszystko wrêczymy, a jeœli nie, to oddamy jego rodzinie. A 
pisarz na to: - S³owa twe nie s¹ pozbawione s³usznoœci, a rada twa sprawiedliwa! Skoro wszak¿e 
us³ysza³em, ¿e kapitan nazwa³ w³aœciciela towarów moim imieniem, powiedzia³em do siebie: "Na 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (15 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

Allacha, przecie¿ to ja jestem Sindbadem ¯eglarzem". Ale postanowi³em cierpliwie odczekaæ, a¿ 
wszyscy kupcy wyjd¹ na brzeg i zgromadz¹ siê, aby pogawêdziæ i pomówiæ o interesach. Wówczas 
przyst¹pi³em do kapitana i zapyta³em: - Efendi, czy wiesz, kim by³ ten cz³owiek, którego towary 
odda³eœ mi do sprzedania? - Nie wiem nic dok³adniejszego o nim - odpar³ kapitan - jak tylko to, ¿e 
pochodzi³ z miasta Bagdadu i nazywa³ siê Sindbad ¯eglarz. Pozosta³ na owej wyspie, do którejœmy 
przybili, i a¿ do dnia dzisiejszego niceœmy ju¿ wiêcej o nim nie s³yszeli. Wówczas wyda³em radosny 
okrzyk i zawo³a³em: - Kapitanie, niech Allach ma ciê w swojej opiece! Wiedz, ¿e ja jestem tym 
Sindbadem ¯eglarzem i wcale nie uton¹³em. Przeciwnie, kiedy wówczas okrêt twój sta³ na kotwicy, a 
kupcy i podró¿ni wyszli na l¹d i ja równie¿ wysiad³em z kilku ludŸmi. Mia³em ze sob¹ trochê 
po¿ywienia, aby spo¿yæ je na wyspie, i kiedy tam usiad³em i chcia³em odpocz¹æ, opanowa³a mnie 
sennoœæ i mocno usn¹³em. Kiedy zaœ siê ockn¹³em, nie by³o ju¿ ani œladu okrêtu, ani ¿adnej ¿ywej 
duszy. To mienie jest moim mieniem i te towary moimi towarami! Wszyscy kupcy, którzy handluj¹ 
diamentami, widzieli mnie, kiedy by³em w diamentowych górach, i oni mog¹ zaœwiadczyæ, ¿e istotnie 
jestem Sindbadem ¯eglarzem, gdy¿ opowiedzia³em im wówczas wszystkie moje przygody: jak jecha³em 
na twoim okrêcie, jak zostawiliœcie mnie œpi¹cego na wyspie i jak po obudzeniu siê ju¿ nikogo tam nie 
zasta³em. Kiedy kupcy i podró¿ni moje s³owa us³yszeli, otoczyli mnie ciasnym ko³em. Jedni wierzyli 
mi, inni uwa¿ali mnie za k³amcê. Gdyœmy tak miêdzy sob¹ rozmawiali, zerwa³ siê nagle jeden z 
kupców, który s³ysza³, ¿e wspomnia³em o górach diamentowych, podbieg³ do mnie blisko i rzek³ do 
otaczaj¹cych mnie ludzi: - S³uchajcie, co wam powiem! Kiedy wam opowiada³em o mojej 
najdziwniejszej przygodzie i opisywa³em, jak wraz z innymi rzuca³em, zgodnie z naszym zwyczajem, 
zar¿niête zwierzêta do diamentowego w¹wozu i okaza³o siê potem, ¿e do œcierwa mego zwierzêcia 
przyczepi³ siê cz³owiek i tak wyniesiony zosta³ przez sêpa na górê, nie chcieliœcie mi wierzyæ, a nawet 
og³osiliœcie mnie za k³amcê. - Zaiste - odparli tamci - opowiada³eœ nam o tym, ale nie mogliœmy w to 
uwierzyæ. I kupiec tak ci¹gn¹³ dalej: - Oto ten cz³owiek! Da³ mi cenne diamenty, jakich nigdzie siê nie 
znajdzie. Ba, da³ mi nawet wiêcej, ni¿bym móg³ zebraæ z mego zar¿niêtego zwierzêcia. Potem 
podró¿owa³em z nim razem, a¿ dotarliœmy do Basry. Stamt¹d pojecha³ do swojego miasta, po¿egna³ siê 
ze mn¹, a my wróciliœmy do naszego kraju. Oto ten cz³owiek we w³asnej osobie. Istotnie nazywa siê 
Sindbad ¯eglarz. I nam wtedy opowiedzia³, ¿e okrêt jego odjecha³, gdy spa³ na owej wyspie. Obecnie 
wiedzcie, ¿e cz³owiek ten przyszed³ tu tylko po to, aby daæ œwiadectwo prawdzie moich s³ów. 
Wszystkie te towary s¹ istotnie jego w³asnoœci¹, bo i nam równie¿ mówi³ o nich, kiedy by³ u nas. 
Obecnie potwierdza siê, ¿e mówi³ szczer¹ prawdê. Skoro kapitan us³ysza³ to wszystko z ust owego 
kupca, podszed³ do mnie ca³kiem blisko i przez chwilê przygl¹da³ mi siê dok³adnie. W koñcu zapyta³: - 
Jak oznakowane s¹ twoje towary? A ja mu odpowiedzia³em: - Wiedz, ¿e moje towary znakowane s¹ w 
taki to a taki sposób. Równoczeœnie zaœ przypomnia³em mu o pewnym drobnym wydarzeniu podczas 
naszego odjazdu z Basry, o którym to wydarzeniu tylko my dwaj mogliœmy wiedzieæ. Tedy uwierzy³ 
mi, ¿e jestem Sindbadem ¯eglarzem, rzuci³ mi siê na szyjê, wita³ mnie i winszowa³ szczêœliwego 
ocalenia mówi¹c: - Na Allacha! Dzieje twoje s¹ rzeczywiœcie do cudu podobne. Osobliwe rzeczy ci siê 
przytrafi³y. Ale chwa³a niech bêdzie Allachowi, ¿e przyprowadzi³ ciê znowu do nas i zwróci³ ci twoje 
towary i twoje mienie! Skoro kapitan i kupcy przekonali siê, ¿e istotnie jestem owym cz³owiekiem, 
kapitan powtórzy³ raz jeszcze: - Chwa³a niech bêdzie Allachowi za to, ¿e zwróci³ ci twoje towary i 
twoje mienie! Potem rozporz¹dzi³em wed³ug najlepszej wiedzy moimi towarami i rzeczywiœcie 
osi¹gn¹³em wielki zysk z owej podró¿y. Cieszy³em siê z tego bardzo i winszowa³em sobie szczêœliwego 
ocalenia i zwrotu ca³ego mojego dobytku. Uprawialiœmy potem na tamtejszych wyspach handel i w 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (16 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

koñcu dop³ynêli do Hindustanu i tam równie¿ sprzedawaliœmy i kupowaliœmy. Na owych morzach 
widzia³em tyle osobliwoœci, ¿e nie mogê ich ani zliczyæ, ani zrachowaæ. Miêdzy innymi widzia³em 
rybê, która wygl¹da³a jak krowa, oraz inne ryby podobne do os³ów. Równie¿ zobaczy³em ptaka, który 
wychodzi z morskiej muszli i który zwyk³ sk³adaæ jaja na wodzie, tam je wysiadywaæ, i który nigdy z 
wody na l¹d nie przelatuje. Wreszcie po d³ugim ¿eglowaniu pop³ynêliœmy do domu z pomoc¹ 
mi³oœciwego Allacha. Wiatr i pogoda nam sprzyja³y i tak dotarliœmy do Basry. Tam spêdzi³em kilka 
dni, a potem pojecha³em do Bagdadu, uda³em siê do mojej dzielnicy, wszed³em do mojego domu i 
przywita³em siê z rodzin¹ i przyjació³mi. Cieszy³em siê wielce ze szczêœliwego powrotu i z tego, ¿e 
ogl¹dam znów mój kraj, moje miasto i mój w³asny dom. Rozdziela³em dary i ja³mu¿nê, przyodziewa³em 
wdowy i sieroty i zbiera³em moich przyjació³ woko³o mnie. I tak ¿y³em sobie, jedz¹c i pij¹c przy muzyce 
i œpiewie. Jad³em smacznie, pi³em szlachetne trunki, rozkoszowa³em siê godn¹ kompani¹ i wkrótce 
zapomnia³em o wszystkich niebezpieczeñstwach i okropnoœciach, które prze¿y³em. Przywioz³em te¿ z 
owej podró¿y bogactwa, których ani zliczyæ, ani zrachowaæ nie mo¿na. Oto s¹ najosobliwsze 
przypadki, jakie podczas mej trzeciej podró¿y mnie spotka³y. Jeœli Allach pozwoli, wróæcie tu jutro 
znowu, abym móg³ wam opowiedzieæ o mojej czwartej podró¿y, która jest jeszcze cudowniejsza ni¿ 
wszystkie uprzednie.

Po czym Sindbad ¯eglarz kaza³ jak zwykle wyp³aciæ Sindbadowi Tragarzowi sto miskali z³otem. 
Nastêpnie poleci³ rozstawiæ biesiadne sto³y i ca³e towarzystwo spo¿y³o wieczerzê. Przy tym wszyscy 
rozprawiali jeszcze d³ugo, dziwuj¹c siê wielce zas³yszanej opowieœci i wszystkiemu, co w niej by³o 
zawarte. Po wieczerzy zaœ rozeszli siê ka¿dy w swoj¹ drogê. Równie¿ Sinbad Tragarz otrzymawszy 
przeznaczone dlañ z³oto wróci³ do domu, ci¹gle jeszcze pe³en zdumienia nad tym, co us³ysza³ od 
Sindbada ¯eglarza, i spêdzi³ noc u siebie. Skoro zaœ brzask siê ukaza³ otulaj¹c œwiat tkanin¹ z 
b³yszcz¹cych promieni, Sindbad Tragarz wsta³, odmówi³ rann¹ modlitwê i uda³ siê do Sindbada ¯eglarza. 
Gdy przest¹pi³ jego próg i ¿yczy³ szczêœliwego dnia, tamten powita³ go uprzejmie i posadzi³ obok 
siebie, aby tam czeka³, a¿ pozostali goœcie przybêd¹. Przyniesiono jedzenie i kiedy wszyscy nasycili siê 
i wypili do woli, Sindbad ¯eglarz zacz¹³ opowiadaæ, co nastêpuje.

Czwarta podró¿ Sindbada ¯eglarza

Wiecie, moi bracia, ¿e kiedy powróci³em do miasta Bagdadu, spêdzi³em jakiœ czas wœród moich 
krewnych, przyjació³ i towarzyszy, ¿yj¹c w najwiêkszym przepychu, radoœci i wygodzie, tak ¿e 
zapomnia³em o tym, co prze¿y³em, poniewa¿ dzia³o mi siê tak dobrze. Odda³em siê ca³kowicie 
przyjemnoœciom muzyki i œpiewu, rozkoszowa³em siê godn¹ kompani¹ krewnych i przyjació³ i 
wiod³em najpiêkniejszy ¿ywot, jaki mo¿na sobie wyobraziæ. Mimo to dusza moja kusi³a mnie do z³ego i 
szepta³a mi, abym znów wyruszy³ w szeroki œwiat. Znowu têskni³em za przebywaniem wœród obcych 
narodów, pragn¹³em trudniæ siê handlem, aby osi¹gaæ pokaŸne zyski. Skoro tylko umocni³em siê w 
swym postanowieniu, zakupi³em drogocenne towary, nadaj¹ce siê do przewozu morzem, spakowa³em 
wiêcej ni¿ zazwyczaj tobo³ów, po czym wyruszy³em z Bagdadu do Basry. Tam za³adowa³em moje 
tobo³y na okrêt i spotka³em siê z ludŸmi nale¿¹cymi do najwykwintniejszego towarzystwa w tym 
mieœcie. Nastêpnie wyruszyliœmy w podró¿ i okrêt nasz pop³yn¹³, korzystaj¹c z b³ogos³awieñstwa 
Allacha, przez wzburzone morze z hucz¹cymi falami doko³a. Poniewa¿ mieliœmy pomyœlny wiatr, 
¿eglowaliœmy d³ugo przez wiele dni i nocy od wyspy do wyspy i z morza na morze, a¿ nagle pewnego 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (17 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

dnia natar³a na nas nawa³nica. Kapitan kaza³ zarzuciæ kotwicê i zatrzyma³ okrêt w obawie, aby na 
pe³nym morzu nie zaton¹³. I chocia¿ zaczêliœmy w naszej niedoli modliæ siê, wznosz¹c korne b³agania 
do Allacha, spad³ nagle na nas jeszcze gwa³towniejszy huragan, podar³ ¿agle na strzêpy i cisn¹³ ludzi, 
wraz z ich towarami, ca³ym ich mieniem i dobytkiem, do morza. Wraz z innymi i ja wpad³em do wody, 
ale przez pó³ dnia utrzymywa³em siê na powierzchni p³ywaj¹c. W koñcu, kiedy uwa¿a³em siê ju¿ za 
straconego, Allach zes³a³ mi jak¹œ deskê z naszego rozbitego okrêtu. Wdrapa³em siê na ni¹, a to samo 
uczyni³o i kilku spoœród kupców. Zobaczywszy, ¿e nas siê tylu uratowa³o, poczuliœmy siê raŸniej i 
trzymaliœmy siê ju¿ razem, wios³uj¹c nogami w morskiej topieli. Przy tym wiatr i fale okaza³y siê dla 
nas ³askawe. W takim po³o¿eniu spêdziliœmy ca³y dzieñ i jedn¹ noc. Nazajutrz o œwicie wybuch³a 
znów nowa burza i morze zaczê³o szaleæ, wiatr podnosi³ olbrzymie ba³wany, a¿ w koñcu morze 
wyrzuci³o nas na jak¹œ wyspê. Byliœmy na wpó³ martwi z bezsennoœci i wysi³ku, zimna i g³odu oraz 
strachu i pragnienia. Mimo to poszliœmy zaraz w g³¹b wyspy i znaleŸli tam przeró¿ne roœliny, które 
jedliœmy, aby utrzymaæ siê przy ¿yciu i powróciæ do si³. Noc spêdziliœmy na brzegu wyspy. Skoro 
jednak nasta³ poranek i opromieni³ œwiat swoim blaskiem i œwiat³em, wstaliœmy i zaczêli zwiedzaæ 
wyspê. W oddali zab³ysn¹³ nagle przed nami bia³y gmach. Poszliœmy w tym kierunku i nie 
zatrzymaliœmy siê wczeœniej, a¿ stanêliœmy przed jego wrotami. Ale zaledwieœmy tam doszli, jak z 
owych wrót wybieg³a ca³a gromada nagich mê¿czyzn. Nie powiedziawszy ani s³owa pojmali nas i 
zawlekli przed oblicze swojego króla. Ten skin¹³ na nas, abyœmy usiedli. A skoroœmy to uczynili, 
wniesiono potrawy, jakichœmy nie znali i nigdy podobnych nie widzieli. Dusza moja ostrzeg³a mnie 
przed nimi i nie wzi¹³em nic do ust, chocia¿ moi towarzysze potrawy te spo¿ywali. Temu w³aœnie, ¿e 
wówczas powstrzyma³em siê od jedzenia, zawdziêczam, i¿ obecnie ¿yjê. Zaledwie bowiem moi 
towarzysze owych potraw skosztowali, postradali rozum i zaczêli wiæ siê ob³¹kañczo, a ca³y ich wygl¹d 
zmieni³ siê nie do poznania. Po czym dzicy przynieœli im oleju z kokosowych orzechów, dali go do 
picia i namaœcili ich nim. Napiwszy siê owego oleju moi towarzysze zaczêli przewracaæ oczami i 
ponownie rzucili siê na podane im potrawy, ca³kiem inaczej ni¿ zazwyczaj to czynili. By³em wielce 
niespokojny o stan ich umys³ów i litowa³em siê nad nimi bardzo. Równoczeœnie ba³em siê mocno i o 
moje ¿ycie wœród owych nagich dzikusów. Tymczasem przyjrza³em siê im nieco bli¿ej. By³ to jakiœ 
bardzo dziki lud, a królem ich by³ odmieniec. Ka¿dego, kto przyby³ do ich kraju lub kogo spotkali w 
dolinie czy na drogach, które tam wiod³y, przyprowadzali do swojego króla, czêstowali nieszczêsn¹ 
ofiarê owymi nieznanymi potrawami i namaszczali j¹ owym olejem. Wtedy ¿o³¹dek takiego 
nieszczêœnika tak siê rozszerza³, ¿e móg³ po¿reæ o wiele wiêcej, ni¿ by³ zwykle jadaæ, rozum zachodzi³ 
mu mg³¹, a myœli pl¹ta³y siê. Wtedy dawano mu jeszcze wiêcej owych potraw do jedzenia i owego oleju 
do picia, a¿ stawa³ siê gruby i t³usty, a wówczas zarzynano go i przyrz¹dzano z niego wykwintne danie 
dla króla. Ludzie zaœ z królewskiej œwity po¿erali surowe ludzkie miêso, nie piek¹c go wcale i nie 
gotuj¹c. Kiedy podpatrzy³em ich obyczaje, przerazi³em siê okropnie o w³asne ¿ycie oraz o ¿ycie mych 
towarzyszy, którzy maj¹c zmys³y zamroczone nie wiedzieli, co siê z nimi dzieje, i zostali oddani pod 
opiekê jakiegoœ draba, który ich codziennie wypêdza³ na pastwisko niczym byd³o. Ja zaœ ze strachu i 
g³odu zupe³nie os³ab³em i zaniemog³em, cia³o opad³o ze mnie i pozosta³y jeno skóra i koœci. Kiedy 
dzicy ujrzeli mnie w takim stanie, dali mi spokój i zapomnieli o mnie. ¯aden z nich o mnie nie myœla³ i 
nikomu nie przychodzi³a na mnie chêtka, tak ¿e pewnego dnia uda³o mi siê chy³kiem uciec. Bieg³em 
przez wyspê wci¹¿ przed siebie, aby siê od tego strasznego miejsca jak najbardziej oddaliæ. Nagle 
ujrza³em jakiegoœ pasterza, który siedzia³ na wysokiej skale poœrodku morza. Skoro mu siê dok³adniej 
przyjrza³em, rozpozna³em w nim owego draba, który wygania³ moich towarzyszy na pastwisko, a przy 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (18 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

nim by³o jeszcze wielu innych nieszczêœników, widocznie takich samych rozbitków jak i my. Drab da³ 
mi z daleka znak i krzykn¹³: - Zawracaj i pójdŸ drog¹ na prawo, a dojdziesz do szerokiego goœciñca! 
Zawróci³em wiêc, jak mi doradzi³, odnalaz³em drogê po prawej stronie i poszed³em ni¹ przed siebie. 
Przez pewien czas pod¹¿a³em t¹ drog¹, to biegn¹c ze strachu, to id¹c powoli, aby odetchn¹æ, i czyni³em to 
tak d³ugo, a¿ straci³em z oczu poczciwego draba, który by³ mi wskaza³ drogê. Nareszcie podszed³em ju¿ 
tak daleko, ¿e i on mnie widzieæ nie móg³. S³oñce schowa³o siê za widnokrêgiem i zapad³ zmierzch. 
Wtedy usiad³em, aby odpocz¹æ. Chêtnie bym usn¹³, ale sen nie chcia³ tej nocy zejœæ na mnie, tak 
by³em przejêty strachem, g³odny i przemêczony. Kiedy minê³a ju¿ po³owa nocy, wsta³em i poszed³em 
dalej przez wyspê, a¿ zaczê³o œwitaæ. Skoro s³oñce wzesz³o i okry³o œwiat tkanin¹ ze swych 
b³yszcz¹cych promieni, a s³oneczny blask rozjaœni³ góry i doliny, poczu³em g³ód i pragnienie i j¹³em 
po¿ywiaæ siê roœlinami rosn¹cymi na wyspie. Jad³em, a¿ nasyci³em siê. Po czym na nowo wyruszy³em 
w drogê i powêdrowa³em dalej w g³¹b wyspy. Szed³em przez ca³y dzieñ i ca³¹ noc, ¿ywi¹c siê w ten 
sposób, skoro tylko poczu³em g³ód. Tak przeby³em siedem dni i siedem nocy. Skoro zaœ rozpocz¹³ siê 
ósmy dzieñ, wzrok mój pad³ na coœ majacz¹cego w oddali. Uda³em siê w tê stronê, ale dopiero po 
zachodzie s³oñca znalaz³em siê ca³kiem blisko tego miejsca. Kiedy znajdowa³em siê jeszcze w pewnym 
oddaleniu, a serce bi³o mi z powodu wszystkich tych okropnoœci, które prze¿y³em, przyjrza³em siê 
dok³adniej i rozpozna³em, ¿e to gromada ludzi zbieraj¹cych ziarna pieprzu. Podszed³em do nich ca³kiem 
blisko, a kiedy mnie ujrzeli, przybiegli do mnie, otoczyli zewsz¹d i zapytali: - Coœ za jeden i sk¹d 
przybywasz? A ja tak im odpowiedzia³em: - Wiedzcie, ludzie, ¿e jestem ubogim cudzoziemcem. Po 
czym opowiedzia³em im wszystko o sobie i na jakie okropnoœci i niebezpieczeñstwa by³em nara¿ony. - 
Dzieje twe s¹ do cudu podobne! - odparli. - Ale w jaki sposób uda³o ci siê umkn¹æ tym ludo¿ercom, 
których jest tak wiele na tej wyspie i od których nikt jeszcze nie uciek³ i nikomu nie uda³o siê 
uratowaæ? Tedy opowiedzia³em im, jak mi siê to uda³o, jak dzicy moich towarzyszy pojmali i nakarmili 
ich owymi potrawami, których ja jeœæ nie chcia³em. Winszowano mi wówczas mego ocalenia i 
dziwowano siê ponownie moim przygodom. Po czym zbieracze pieprzu prosili mnie, abym z nimi 
pozosta³. Skoro zakoñczyli pracê, przynieœli mi smaczne jad³o, które spo¿y³em z przyjemnoœci¹, 
poniewa¿ by³em g³odny. Nastêpnie wziêli mnie ze sob¹ do ³ódki i zawieŸli na inn¹ wyspê, na której 
mieszkali. Tam powiedli mnie zaraz przed oblicze swojego króla. Kiedy przywita³em go z szacunkiem, 
król pozdrowi³ mnie przychylnie i zapyta³, kim jestem. Opowiedzia³em mu wszystko o sobie, o moich 
prze¿yciach i przygodach od dnia mego wyjazdu z Basry a¿ do czasu przybycia przed jego oblicze. Król 
z najwy¿szym zdumieniem wys³ucha³ opowieœci o moich przygodach, a razem z nim i wszyscy obecni 
w tronowej sali. Nastêpnie rozkaza³ mi usi¹œæ u swego boku i wyœwiadczywszy mi ten zaszczyt, kaza³ 
przynieœæ ró¿ne smaczne potrawy. Kiedy postawiono je przede mn¹, podjad³em sobie do sytoœci, po 
czym umy³em rêce i podziêkowa³em Allachowi, wielbi¹c Go za jego dobroæ. Wreszcie po¿egna³em siê 
z królem, aby udaæ siê do miasta, które zamierza³em zwiedziæ. Zobaczy³em, jak by³o piêknie 
zbudowane, ludne i zasobne we wszelkiego rodzaju ¿ywnoœæ, ze wspania³ymi bazarami pe³nymi 
towarów, z t³umami kupuj¹cych i sprzedaj¹cych. Radowa³em siê wiêc, ¿e do miasta tego trafi³em, i 
cieszy³em siê ¿yciem. Pozawiera³em równie¿ wiele przyjaŸni z tamtejszymi mieszkañcami i wkrótce 
ich król darzy³ mnie wiêkszym powa¿aniem ni¿ najwy¿szych dostojników wywodz¹cych siê z ludnoœci 
tego miasta. Zauwa¿y³em te¿, ¿e wszyscy oni, zarówno mo¿ni, jak i maluczcy, dosiadali szlachetnych i 
piêknych rumaków, ale na oklep. Zdziwi³em siê tym bardzo i zapyta³em króla: - Dostojny w³adco, czy i 
ty nie jeŸdzisz na siodle? Siod³o bowiem zapewnia jeŸdŸcowi wygodê i oszczêdza mu si³. Król 
odpowiedzia³ na to pytaniem: - A co to jest siod³o? Czegoœ podobnego nie widzieliœmy jeszcze w ci¹gu 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (19 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

ca³ego naszego ¿ycia i nigdybyœmy na czymœ podobnym nie siedzieli. A ja na to: - Jeœli mi pozwolisz, 
abym sporz¹dzi³ ci siod³o, bêdziesz móg³ na nim jeŸdziæ i oceniæ nale¿ycie jego wartoœæ. - Uczyñ to! 
- odrzek³ król. Wtedy poprosi³em go, aby kaza³ mi przynieœæ trochê drewna. Król rozkaza³, aby mi 
dostarczono wszystkiego, czego za¿¹dam. Poleci³em tedy sprowadziæ zrêcznego cieœlê i nauczy³em go, 
jak sporz¹dziæ drewniany szkielet siod³a. Po czym wzi¹³em nieco we³ny, zgrêplowa³em j¹ i zrobi³em z 
niej woj³okow¹ podk³adkê. Nastêpnie kaza³em przynieœæ kawa³ek skóry i obci¹gn¹³em ni¹ drewnian¹ 
ramê. Po czym wyg³adziwszy wszystko, przytwierdzi³em jeszcze odpowiednie rzemienie i poprêg. Na 
koñcu wezwa³em kowala i wyt³umaczy³em mu, jak maj¹ wygl¹daæ strzemiona. Kowal sporz¹dzi³ mi 
parê wielkich strzemion, wyg³adzi³em je pilnikiem i pobieli³em cyn¹. Poza tym przymocowa³em jeszcze 
jedwabne frêdzle do siod³a. Jak ju¿ wszystko by³o gotowe, kaza³em przyprowadziæ jednego z 
najlepszych rumaków z królewskiej stajni. Na³o¿y³em nañ siod³o, przymocowa³em strzemiona i 
za³o¿ywszy wêdzid³o podprowadzi³em rumaka królowi. Widok osiod³anego wierzchowca sprawi³ mu 
wielk¹ przyjemnoœæ i dziêkowa³ mi bardzo. Skoro jednak dosiad³ rumaka, jego radoœæ z powodu 
siod³a nie mia³a granic i obdarowa³ mnie szczodrze w nagrodê za trudy. A kiedy wezyr ujrza³, ¿e 
sporz¹dzi³em królowi siod³o, poprosi³ mnie, abym mu zrobi³ takie samo, co te¿ niezw³ocznie uczyni³em. 
Wtedy przyszli do mnie wszyscy mo¿ni i dostojnicy owego pañstwa i chcieli ode mnie dostaæ takie 
same siod³a, a ja spe³ni³em ich proœbê. Wyuczy³em bowiem cieœlê, jak robiæ szkielety siode³, a kowala 
- jak kuæ strzemiona. Tote¿ zmajstrowaliœmy wspólnie wiele siode³ i strzemion i sprzedawali je potem 
mo¿nym dostojnikom. W ten sposób zarobi³em wiele pieniêdzy i zdoby³em ogólny szacunek. Zaiste 
wysokie by³o stanowisko moje zarówno u króla, jak i u jego œwity, u mo¿nych stolicy i u dostojników 
pañstwa. Pewnego dnia, kiedy siedzia³em u króla, raduj¹c siê z doznawanych zaszczytów, król tak do 
mnie powiedzia³: - Wiedz, ¿e obecnie cieszysz siê u nas najwy¿szym powa¿aniem i sta³eœ siê jednym z 
nas. Nie mo¿emy siê ju¿ z tob¹ rozstaæ i nie moglibyœmy znieœæ, abyœ miasto nasze opuœci³. Dlatego 
¿¹dam od ciebie jednej rzeczy, w której musisz mi byæ bez sprzeciwu pos³uszny. Odpowiedzia³em mu 
na to pytaniem: - Ale co to za rzecz, której ode mnie ¿¹dasz, o królu? Nie chcê sprzeciwiaæ siê twoim 
s³owom, albowiem jesteœ dla mnie dobry, przyjazny i wspania³omyœlny. Niech chwa³a bêdzie 
Allachowi za to, i¿ sta³em siê jednym z twoich s³ug! A król tak mówi³ dalej: - Chcia³bym, abyœ siê tu 
ca³kiem zadomowi³: o¿eni³bym ciê z piêkn¹, m¹dr¹ i pe³n¹ wdziêku dziewic¹, a przy tym zasobn¹ w 
pieni¹dze i ciesz¹c¹ siê wielkim powodzeniem. Potem wyznaczê ci mieszkanie w obrêbie mego pa³acu. 
Nie sprzeciwiaj mi siê tylko i nie odrzucaj mojej rady! Skoro s³owa te z ust króla us³ysza³em, zamilk³em 
zaskoczony i pe³en wstydu. On zaœ zapyta³: - Dlaczego mi nie odpowiadasz, mój synu? A ja na to: - 
W³adco mój i panie, twoja rzecz rozkazywaæ, o najwiêkszy królu naszych czasów! W tej¿e godzinie 
król sprowadzi³ kadiego i potrzebnych œwiadków i natychmiast o¿eni³ mnie z dziewic¹ dostojnego stanu 
i wysokiego urodzenia, posiadaj¹c¹ wiele pieniêdzy i dobytku, a przy tym o przedziwnym wdziêku i 
urodzie, pani¹ wielu domów, dworów i dóbr. Pob³ogos³awiwszy nasz zwi¹zek, podarowa³ mi wielki i 
piêkny, stoj¹cy za miastem dom i wiele rozlicznej s³u¿by, wyznaczaj¹c mi sta³e pobory i dochody. ¯y³em 
wiêc sobie korzystaj¹c z wszelkich wygód, zadowolony z losu i radosny, tak ¿e zapomnia³em o 
wszystkich trudach, udrêce i niedoli, jakie uprzednio wycierpia³em. Mówi³em sam do siebie: "Jeœli 
powrócê kiedyœ do ojczyzny, wezmê moj¹ ma³¿onkê ze sob¹". Atoli wszystko, co cz³owiekowi jest 
przeznaczone, musi go spotkaæ, choæ nikt nie wie, co go czeka. Mi³owa³em moj¹ ¿onê z ca³ego serca i 
¿ywiliœmy dla siebie nawzajem najgorêtsze uczucie. Prze¿yliœmy razem w wielkim przepychu i 
nieustannej radoœci d³u¿szy czas. A¿ nagle Allach powo³a³ do siebie ma³¿onkê mojego s¹siada. By³ on 
moim przyjacielem i poszed³em do niego, aby go w jego strapieniu pocieszyæ. Zasta³em. go w 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (20 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

najg³êbszej ¿a³oœci, serce i umys³ jego by³y do cna udrêczone. Wyrazi³em mu swoje wspó³czucie i 
stara³em siê go uspokoiæ, mówi¹c: - Nie lamentuj tak nad utrat¹ swojej ma³¿onki! Allach niew¹tpliwie 
obdarzy ciê na jej miejsce inn¹, lepsz¹, i bêdziesz d³ugo jeszcze ¿y³, jeœli bêdzie taka wola Allacha. Ale 
on wybuchn¹³ gwa³townym p³aczem i tak rzek³ do mnie: - Mój przyjacielu, jak¿e¿ mogê w ogóle inn¹ 
kobietê poœlubiæ i w jaki sposób Allach mo¿e mnie obdarzyæ lepsz¹ ma³¿onk¹, kiedy ¿ycie moje ma 
trwaæ ju¿ tylko jeden dzieñ? Mówi³em tedy dalej: - Bracie mój, zachowaj rozs¹dek i nie wywo³uj dnia 
twojej œmierci, jesteœ przecie w kwitn¹cym zdrowiu! A tamten tak odpowiedzia³: - Przyjacielu mój, 
klnê siê na twoje ¿ycie, ¿e jutro mnie utracisz i nigdy w ¿yciu wiêcej nie zobaczysz. - Jak¿e¿ to mo¿e 
byæ? - zapyta³em. A on na to rzecze: - Dziœ jeszcze pochowaj¹ moj¹ ma³¿onkê, a mnie z³o¿¹ w tej samej 
mogile. Istnieje bowiem obyczaj w naszym kraju, ¿e jeœli ¿ona pierwsza umrze, grzebie siê jej 
ma³¿onka ¿ywcem z ni¹ razem, i tak samo, jeœli m¹¿ umrze pierwszy, zakopuje siê jego ¿onê ¿ywcem w 
tej samej mogile, aby nikt z ma³¿onków nie móg³ po œmierci drugiego cieszyæ siê jeszcze ¿yciem. - Na 
Allacha! - zawo³a³em. - To bardzo niedobry obyczaj i nikt nie mo¿e siê nañ zgodziæ! Kiedyœmy tak ze 
sob¹ rozmawiali, przybywa³o wielu ludzi z miasta, aby wyraziæ mojemu przyjacielowi wspó³czucie z 
powodu œmierci jego ¿ony oraz jego w³asnego losu. Po czym u³o¿yli zw³oki zgodnie z tamtejszym 
obyczajem, przynieœli nosze i odnieœli zmar³¹, zabieraj¹c jej mê¿a z sob¹. Wyszli z nimi za miasto i 
doszli do stóp wysokiej góry nad brzegiem morza. Tam podeszli bli¿ej i odsunêli olbrzymi g³az, pod 
którym ujrzeliœmy wielki otwór, przypominaj¹cy g³êbok¹ studniê. Do tego otworu, prowadz¹cego do 
wielkiej pieczary, zrzucili zw³oki zmar³ej, po czym przywiedli jej mê¿a, obwi¹zali mu piersi sznurem i 
spuœcili go w dó³, a wraz z nimi wielki dzban œwie¿ej wody i siedem chlebów. Kiedy go ju¿ na dó³ 
spuœcili, nieszczêœnik odwi¹za³ siê od sznura, który zaraz znów do góry wci¹gniêto. Nastêpnie 
zasuniêto znów owym olbrzymim g³azem wylot pieczary, tak ¿e wszystko odzyska³o uprzedni wygl¹d, i 
wszyscy rozeszli siê, ka¿dy w swoj¹ drogê, pozostawiaj¹c mego przyjaciela pod ziemi¹ przy zw³okach 
zmar³ej ma³¿onki. Tedy tak w duchu do siebie powiedzia³em: "Na Allacha, ten rodzaj œmierci jest 
jeszcze gorszy ni¿ wszystkie te, które dot¹d widzia³em". Pomyœlawszy tak poszed³em natychmiast do 
króla i tak do niego powiedzia³em: - Panie mój i w³adco, jak¿e¿ to siê dzieje, ¿e w waszym kraju grzebie 
siê ¿ywych wraz z umar³ymi? - Istnieje obyczaj w naszym kraju - odpar³ król - ¿e grzebie siê ¿onê z 
mê¿em, jeœli on umrze wczeœniej, a tak samo i mê¿a ze zmar³¹ ¿on¹, aby z³¹czeni byli zarówno za 
¿ycia, jak i po œmierci. Obyczaj ten otrzymaliœmy w spadku po naszych przodkach. Pyta³em wiêc 
dalej: - O najwiêkszy królu naszych czasów, powiedz mi, czy jeœli jakiemuœ cudzoziemcowi, jak na 
przyk³ad mnie, umrze ¿ona, to post¹picie z nim tak samo, jak post¹piliœcie z owym nieszczêœnikiem? - 
Oczywiœcie - odpar³ król - pogrzebiemy go razem ze zw³okami ¿ony i los jego bêdzie taki, na jaki przed 
chwil¹ mia³eœ sposobnoœæ patrzyæ. Gdy us³ysza³em te s³owa z jego ust, ¿ó³æ o ma³o nie zala³a mnie 
ze strachu o w³asne ¿ycie. Umys³ mój siê zm¹ci³ i ¿y³em odt¹d w ci¹g³ym strachu, ¿e ¿ona moja przede 
mn¹ umrze, a wtedy ludzie tutejsi pochowaj¹ mnie ¿ywcem. W koñcu jednak pocieszy³em siê, mówi¹c 
tak do siebie: "Mo¿e jednak ja umrê przed ni¹, nikt bowiem nie wie, komu s¹dzone jest odejœæ 
pierwszym, a komu ostatnim". Zacz¹³em wiêc odwodziæ moje myœli od tych smutnych dumañ, 
zajmuj¹c siê przeró¿nymi sprawami. Ale nie minê³o wiele czasu, a ¿ona moja zaniemog³a i 
przechorowawszy tylko kilka dni, zmar³a. Wielu ludzi z miasta zgromadzi³o siê u mnie, aby mnie i jej 
krewnych pocieszaæ po tej stracie. Ba, nawet sam król przyby³, aby wypowiedzieæ swój ¿al z powodu 
zgonu mej ma³¿onki, zgodnie z tamtejszym obyczajem. Po czym sprowadzono kobietê, aby obmy³a 
zw³oki. Po obmyciu wystrojono zmar³¹ w najpiêkniejsze szaty i klejnoty, bransolety i drogie kamienie, 
jakie tylko posiada³a. Kiedy ju¿ j¹ tak przystrojono, z³o¿ono cia³o na nosze, zaniesiono za miasto, do 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (21 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

stóp wysokiej góry, i odsun¹wszy g³az z wylotu pieczary w dó³ je opuszczono. Wszyscy moi przyjaciele 
i krewni mojej zmar³ej ¿ony podeszli wreszcie do mnie, aby siê ze mn¹ po¿egnaæ, choæ ja przecie¿ 
jeszcze ¿y³em. Zacz¹³em wiêc krzyczeæ wniebog³osy: - Jestem cudzoziemcem i nie obchodz¹ mnie 
wasze obyczaje! Ale oni nie s³uchali moich s³ów, tylko schwytali mnie i spêtali przemoc¹. Przywi¹zali 
do mnie siedem bochenków chleba i dzban œwie¿ej wody, jak to le¿a³o w ich zwyczaju, i opuœcili mnie 
w dó³ do owej wielkiej pieczary pod skalnym g³azem, wo³aj¹c przy tym: - Odwi¹¿ siê od sznura! 
Wszelako wzbrania³em siê to uczyniæ, wiêc zrzucili w dó³ sznur za mn¹, po czym zasunêli olbrzymim 
g³azem wylot pieczary i poszli w swoj¹ drogê. Pozostawiony ze zw³okami mojej ¿ony w owej pieczarze, 
rozejrza³em siê wokó³ i ujrza³em tam mnóstwo trupów. Zacz¹³em wiêc sobie robiæ gorzkie wyrzuty z 
powodu tego, co uczyni³em, wo³aj¹c: - Na Allacha, zas³u¿y³em na wszystko to, co mi siê przydarzy³o i 
co mi siê jeszcze przydarzy! Od tego czasu wszak¿e nie mog³em ju¿ odró¿niæ dnia od nocy i ¿ywi³em 
siê jak najoszczêdniej. Jad³em jedynie wtedy, jeœli g³ód mnie przynagli³, a pi³em jedynie wówczas, 
kiedy pragnienie ju¿ mnie zbyt drêczy³o, aby od³o¿yæ chwilê, kiedy zapas chleba i wody siê wyczerpie. 
Có¿ za przekleñstwo ci¹¿y³o na mnie, ¿e musia³em siê w³aœnie w tym mieœcie o¿eniæ! Za ka¿dym 
razem, gdy wydaje mi siê, ¿e umkn¹³em od jakiegoœ nieszczêœcia, popadam w jeszcze gorsze. Na 
Allacha, œmieræ tutaj jest obrzydliwym rodzajem œmierci. Obym by³ uton¹³ w morzu albo znalaz³ 
œmieræ w pustkowiu górskim! By³oby to lepsze ni¿ zgin¹æ tu nêdznie z g³odu. W ten sposób nie 
ustawa³em ur¹gaæ samemu sobie, le¿¹c na koœciach umar³ych i zanosz¹c do Allacha b³agania, aby 
skróci³ moj¹ mêkê, gdy¿ ku mojej rozpaczy jakoœ nie mog³em umrzeæ w³asn¹ œmierci¹. G³ód znowu 
upomnia³ siê o swoje prawa i pragnienie zaczê³o mnie paliæ. Wsta³em, wyszuka³em po omacku chleb, 
zjad³em go trochê i prze³kn¹³em kilka haustów wody. Zacz¹³em przechadzaæ siê po pieczarze i 
przekona³em siê, ¿e rozci¹ga siê ona daleko i ma wiele pustych wg³êbieñ. Pos³a³em sobie legowisko w 
jednym z nich i tam uk³ada³em siê zwykle do snu. Ale moje zapasy stopniowo zaczê³y siê wyczerpywaæ 
i pozosta³a mi ju¿ tylko drobna resztka, chocia¿ jad³em kês chleba i wypija³em haust wody jedynie raz 
dziennie, a nawet co drugi dzieñ, z obawy, ¿e woda i chleb siê skoñcz¹, zanim zd¹¿ê umrzeæ. I tak 
trwa³em w swej niedoli, a¿ pewnego dnia, kiedy siedzia³em i rozmyœla³em, co pocz¹æ, gdy zapasy moje 
siê skoñcz¹, ujrza³em nagle, ¿e odsuniêto g³az u góry. Snop œwiat³a dziennego pad³ na mnie, zapyta³em 
siê wiêc samego siebie: "Co to ma znaczyæ?" Niebawem ujrza³em, jak na górze zgromadzili siê jacyœ 
ludzie, po czym opuœcili w dó³ zw³oki mê¿czyzny, a wraz z nim ¿yw¹ kobietê, która g³oœno p³aka³a i 
narzeka³a na swój los. Kobiecie tej dano obfity zapas chleba i wody. Kiedy do niej podszed³em, by³a ju¿ 
martwa, gdy¿ serce jej przesta³o biæ z przera¿enia. Zabra³em wiêc wodê i chleb na moje legowisko, 
gdzie zwykle sypia³em. Potem zacz¹³em po trochu zapasem tym siê ¿ywiæ, ale ostro¿nie, tylko tyle, aby 
utrzymaæ siê przy ¿yciu. Ba³em siê bowiem zbyt szybko zu¿yæ go, a potem umieraæ z g³odu i 
pragnienia. Pewnego dnia ockn¹wszy siê nagle z drzemki, us³ysza³em jakiœ szelest w k¹cie pieczary. 
Podnios³em siê i podczo³ga³em w kierunku tego szelestu. ¯ywa istota, która by³a sprawc¹ tego ha³asu, 
zauwa¿y³a mnie i uciek³a poœpiesznie. Musia³o to byæ jakieœ dzikie zwierzê. Poszed³em za nim a¿ na 
drugi koniec pieczary i tam odkry³em nagle œwiate³ko nie wiêksze od gwiazdy na niebie, które to 
ukazywa³o siê, to znów nik³o. Poszed³em prosto w tym kierunku, a im bli¿ej podchodzi³em, tym 
œwiat³o stawa³o siê jaœniejsze i wiêksze. By³em wiêc teraz pewien, ¿e musi byæ w skale szczelina, 
przez któr¹ bêdzie mo¿na wydostaæ siê na œwie¿e powietrze. Powiedzia³em do siebie w duchu: "To 
œwiat³o wskazuje ¿e jest tu jakieœ przejœcie. Albo jest to drugi wylot pieczary, podobny do tego, przez 
który mnie na dó³ spuszczono, albo pêkniêcie w skale". Namyœliwszy siê przez chwilê, poszed³em dalej 
w kierunku owego œwiat³a i wtedy ukaza³ siê moim oczom otwór po drugiej stronie ska³y, przekopany 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (22 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

zapewne przez dzikie zwierzêta. Kiedy to zobaczy³em, dozna³em wielkiej ulgi i spokój sp³yn¹³ na moj¹ 
duszê. Serce moje poczu³o siê wolne, a po zrzuceniu pêt œmierci powróci³a mi wiara w ¿ycie. Szed³em 
wszak¿e tam jak we œnie. Kiedy uda³o mi siê wyczo³gaæ na zewn¹trz przez ow¹ szczelinê, znalaz³em 
siê na wysokiej skale nad samym brzegiem s³onego morza. Ska³a ta wrzyna³a siê w morze i odgradza³a 
miasto, i jedn¹ stronê wyspy od drugiej, tak ¿e nikt nie móg³ stamt¹d tu ani st¹d tam siê przedostaæ. 
Wielbi³em tedy Allacha i zasy³a³em doñ korne dziêki, uradowany i pe³en nowej otuchy w sercu. Po 
czym powróci³em znów przez tê sam¹ szczelinê do pieczary, aby zabraæ chleb i wodê, które tam sobie 
zaoszczêdzi³em. Równie¿ wzi¹³em trochê le¿¹cych tam bezu¿ytecznie szat i zmieni³em na sobie odzie¿. 
Zabra³em te¿ zmar³ym wiele z tego, co mieli na sobie: z³ote ³añcuchy, szlachetne kamienie, sznury 
pere³, ozdoby ze srebra i z³ota wysadzane drogimi kamieniami oraz inne klejnoty. Wszystko to 
w³o¿y³em w swoj¹ dawn¹ szatê i w szaty zmar³ych, zwi¹za³em w kilka tobo³ków i wynios³em przez 
szczelinê na grzbiet ska³y. Tam usiad³em na brzegu morza i czeka³em, by Allach ocali³ mnie zsy³aj¹c 
okrêt, który by tamtêdy przep³ywa³. W ten sposób prze¿y³em jakiœ czas nad brzegiem morza. Pewnego 
dnia ujrza³em okrêt p³yn¹cy po wzburzonym morzu wœród hucz¹cych ba³wanów. Wzi¹³em wiêc 
kawa³ek bia³ego p³ótna i przymocowa³em go do dr¹ga, po czym zacz¹³em biegaæ po brzegu tam i z 
powrotem, czyni¹c ludziom na okrêcie znaki ow¹ bia³¹ p³acht¹, a¿ zwrócili na mnie uwagê i dostrzegli, ¿e 
ktoœ stoi na skale. Okrêt podp³yn¹³ bli¿ej i skoro mój g³os us³yszano, wys³ano po mnie ³ódkê z kilku 
¿eglarzami. Ci podjechawszy blisko zawo³ali: - Powiedz, kim jesteœ i w jaki sposób dosta³eœ siê na tê 
ska³ê, na której nigdy w ¿yciu jeszczeœmy cz³owieka nie widzieli? A ja im odpowiedzia³em: - Jestem 
kupcem, okrêt, na którym jecha³em, zaton¹³, a ja z moimi rzeczami uratowa³em siê, uczepiwszy deski. 
Dziêki pomocy Allacha wyl¹dowa³em tutaj, a rzeczy moje zachowa³em dziêki w³asnej sile i zrêcznoœci, 
utrudziwszy siê wielce. Obcy ¿eglarze wziêli mnie do swojej ³ódki i w³adowali na ni¹ wszystko, co 
wynios³em w tobo³ach z pieczary, po czym powios³owali ze mn¹ do okrêtu pozwalaj¹c zabraæ mi ze 
sob¹ ca³y mój dobytek. Tam zaprowadzili mnie do kapitana, który zapyta³: - Cz³owieku, w jaki sposób 
dosta³eœ siê na to miejsce? Przecie¿ to bardzo stroma ska³a, za któr¹ le¿y wielkie miasto. Przez ca³e 
moje ¿ycie p³ywam po tym morzu i ci¹gle mijam tê ska³ê, ale nigdy nie widzia³em na niej nic poza 
dzikimi zwierzêtami i ptactwem. Odpowiedzia³em tedy kapitanowi: - Jestem kupcem, jecha³em na 
wielkim okrêcie, który zaton¹³, a ja z moimi rzeczami wpad³em do morza, ze wszystkimi moimi 
rzeczami. To, co widzisz, uda³o mi siê pomieœciæ na desce z rozbitego okrêtu, a potem dziêki 
szczêœciu i w³asnej zrêcznoœci dosta³em siê na tê strom¹ ska³ê. Tu czeka³em nieustannie, czy jakiœ 
okrêt têdy nie przejedzie i mnie na pok³ad nie weŸmie. Wszelako zatai³em przed nim, co mi siê w 
owym mieœcie i w owej pieczarze przytrafi³o, gdy¿ lêka³em siê, czy ktoœ spoœród mieszkañców owego 
miasta nie znajduje siê na okrêcie. Nastêpnie wyj¹³em niejedno z mojego bogactwa i wrêczy³em 
kapitanowi mówi¹c: - Efendi, tobie zawdziêczam ocalenie od œmierci na tej górze, przyjmij wiêc to w 
nagrodê za dobrodziejstwo, któreœ mi wyœwiadczy³! Kapitan nie chcia³ wszak¿e nic ode mnie wzi¹æ i 
rzek³: - Nie godzi siê nam nic przyj¹æ. Kiedy spotykamy rozbitka na pe³nym morzu lub na jakiejœ 
wyspie, ratujemy go i dajemy mu jeœæ i piæ, a kiedy jest nagi, to go przyodziewamy. Kiedy zaœ w 
koñcu dop³ywamy do bezpiecznej przystani, obdarowujemy go jeszcze i postêpujemy z nim ¿yczliwie i 
przyjaŸnie, wszystko to w imiê Allacha. Us³yszawszy to zacz¹³em siê modliæ o d³ugie ¿ycie dla 
kapitana. Pop³ynêliœmy dalej od wyspy do wyspy i z morza do morza, a we mnie róœæ zaczê³a 
nadzieja, ¿e teraz zosta³em ju¿ ocalony od wszelkich nieszczêœæ i uszed³em z ¿yciem. Ile razy wszak¿e 
powraca³em myœl¹ do chwili, kiedy siedzia³em w mogile obok zw³ok mojej ¿ony, odchodzi³em od 
zmys³ów. Dziêki wszechmocy Allacha dotarliœmy potem zdrowi i cali do miasta Basry. Tam 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (23 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

wysiad³em na l¹d i spêdziwszy kilka dni w mieœcie, powróci³em do ojczystego Bagdadu. Uda³em siê 
natychmiast do mojej dzielnicy i przest¹pi³em próg mojego domu. Potem przywita³em siê z rodzin¹ i 
przyjació³mi i wypytywa³em ich, jak im siê powodzi. Wszyscy cieszyli siê z mojego szczêœliwego 
powrotu i winszowali mi. Przywiezione towary pomieœci³em w moich sk³adach, rozda³em ja³mu¿nê i 
podarunki i przyodzia³em wiele wdów i sierot. Pêdzi³em ¿ycie wygodne i beztroskie, ¿e lepszego nie 
mo¿na sobie wyobraziæ. Tak samo jak uprzednio zabawia³em siê w weso³ej kompanii z moimi 
towarzyszami, ¿artuj¹c i œpiewaj¹c. Oto dzieje tych dziwów nad dziwy, jakie przytrafi³y mi siê podczas 
mojej czwartej podró¿y. Obecnie zaœ, mój bracie Sindbadzie Tragarzu, wieczerzaj ¿e mn¹ i przyjmij 
ode mnie podarunek, którym ciê zazwyczaj obdarzam. Kiedy jutro znów do mnie przybêdziesz, 
opowiem ci prze¿ycia i przygody mojej pi¹tej podró¿y, która by³a jeszcze cudowniejsza i osobliwsza od 
wszystkiego, co j¹ poprzedzi³o.

Nastêpnie Sindbad ¯eglarz kaza³ znowu przynieœæ sto miskali z³otem i nakryæ sto³y. Kiedy goœcie 
skoñczyli wieczerzaæ, rozeszli siê ka¿dy w swoj¹ drogê, nie posiadaj¹c siê ze zdumienia, gdy¿ ka¿da 
nowa opowieœæ, któr¹ s³yszeli, by³a jeszcze bardziej podniecaj¹ca ni¿ uprzednia. Równie¿ Sindbad 
Tragarz poszed³ do domu i spêdzi³ noc w radoœci i pogodnym nastroju. Skoro zaœ nadszed³ poranek i 
oœwietli³ œwiat swym jasnym blaskiem, Sindbad Tragarz wsta³, odprawi³ modlitwê porann¹ i uda³ siê 
do domu Sindbada ¯eglarza, aby mu ¿yczyæ dobrego dnia. Ten powita³ go przyjaŸnie i poprosi³, aby 
zaj¹³ miejsce obok niego. Skoro zaœ i inni goœcie nadeszli, jêli jeœæ i piæ w radoœci i weselu, mile 
gawêdz¹c ze sob¹. Po czym Sindbad ¯eglarz zacz¹³ znów opowiadaæ.

Pi¹ta podró¿ Sindbada ¯eglarza

Otó¿ wiecie, moi bracia, ¿e kiedy powróci³em z mojej czwartej podró¿y, znowu odda³em siê ca³kowicie 
przyjemnoœciom, zabawom i beztrosce. Raduj¹c siê wielkim zyskiem i zarobkiem zapomnia³em o 
wszystkim, co mi siê przytrafi³o, co prze¿y³em i przecierpia³em, i dusza moja szepta³a mi znowu, ¿e 
nale¿y wyruszyæ w podró¿, aby obejrzeæ ludne krainy i wyspy. Kiedy utwierdzi³em siê w moim 
postanowieniu, naby³em towary stosowne do morskiej podró¿y, kaza³em je spakowaæ i opuœci³em 
Bagdad. Ponownie uda³em siê do miasta Basry i przechadzaj¹c siê tam wzd³u¿ przystani, ujrza³em 
wielki, wysoki i piêkny statek, który mi przypad³ do gustu. Ca³e jego wyposa¿enie by³o nowe, wiêc go 
kupi³em. Potem zwerbowa³em kapitana i ¿eglarzy, wskaza³em moim niewolnikom i s³ugom ich 
powinnoœci na statku i poleci³em im za³adowaæ moje towary. Po czym przyszli do mnie gromad¹ kupcy 
i poprosili, abym przyj¹³ na mój statek równie¿ ich towary, p³ac¹c mi z góry za przewóz i przejazd. 
Nastêpnie odp³ynêliœmy od brzegu weseli i radoœni jak nigdy. Obiecywaliœmy sobie bowiem 
szczêœliwy powrót z bogatym zyskiem. ¯eglowaliœmy od wyspy do wyspy i z morza na morze, 
zwiedzaj¹c wyspy i miasta i uprawiaj¹c handel. Po pewnym czasie przybiliœmy do wielkiej, bezludnej 
wyspy, na której nie by³o ¿ywej duszy. Jedynie, co znajdowa³o siê na niej, to wielka kopu³a. Kilku z nas 
zesz³o na brzeg, aby siê jej przyjrzeæ, i oto okaza³o siê, ¿e by³o to znowu wielkie jajo owego 
olbrzymiego ptaka, którego Hindusi nazywaj¹ Garud¹. Kupcy zaœ, którzy tam poszli i chcieli kopu³ê z 
bliska obejrzeæ, nie wiedzieli, ¿e jest to jajo, i zaczêli rzucaæ weñ kamieniami. Wówczas jajo rozpêk³o 
siê i wyp³ynê³a z niego ciecz, w której ukaza³o siê olbrzymie pisklê. Kupcy wyci¹gnêli je z jaja i, 
zar¿n¹wszy, mieli zeñ wiele miêsa. Ja by³em w tym czasie na statku i nie wiedzia³em, co oni robi¹. 
Dopiero jeden z podró¿nych zawo³a³ do mnie: - Efendi, przyjdŸ tu i zobacz to jajo, które uwa¿aliœmy 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (24 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

za kopu³ê! Uda³em siê tam niezw³ocznie i zasta³em kupców zajêtych rozbijaniem jaja. Krzykn¹³em wiêc 
na nich: - Nie czyñcie tego! Bo przyleci niebawem olbrzymi sêp, który zniszczy nasz okrêt i doprowadzi 
nas wszystkich do zguby! Nie chcieli wszak¿e mnie s³uchaæ i czynili dalej swoje. Nagle znik³o s³oñce 
sprzed naszych oczu i jasny dzieñ przemieni³ siê w czarn¹ noc. Zda³o nam siê, ¿e jakaœ olbrzymia 
chmura zawis³a nad nami, zaciemniaj¹c ca³e niebo. Podnieœliœmy wiêc oczy do góry, aby przekonaæ 
siê, co znajduje, siê pomiêdzy nami a s³oñcem. I wtedy odkryliœmy, ¿e by³o to olbrzymie skrzyd³o 
owego ptaka, które przys³oni³o nam s³oneczny blask, tak ¿e sta³a siê zupe³na ciemnoœæ. Kiedy sêp 
podlecia³ bli¿ej i ujrza³, ¿e jajo zosta³o rozbite, zacz¹³ wœciekle wrzeszczeæ. Na ten wrzask przyfrunê³a 
jego samica i oboje zaczêli kr¹¿yæ nad naszym okrêtem, kracz¹c na nas g³osem potê¿niejszym od 
grzmotu. Wówczas zawo³a³em do kapitana i za³ogi: - Odbijcie od brzegu i ratujmy siê ucieczk¹, zanim 
œmieræ nas dosiêgnie! Kupcy rzucili siê z powrotem na pok³ad, a kapitan szybko podniós³ kotwicê, po 
czym odp³ynêliœmy od wyspy. Kiedy sêp zauwa¿y³, ¿e jesteœmy na morzu, odfrun¹³ i na chwilê znik³ 
nam z oczu, a my spieszyliœmy siê, jakeœmy mogli, aby straszliwym ptakom umkn¹æ i wydostaæ siê 
poza ich zasiêg. Ale sêpy wkrótce powróci³y i zaczê³y siê zbli¿aæ coraz bardziej, a ka¿dy z nich trzyma³ 
w szponach olbrzymi g³az. Najprzód cisn¹³ na nas swój g³az samiec, ale kapitan wykrêci³ tak zwinnie 
okrêt, ¿e ów g³az przelecia³ tu¿ obok i wpad³ do morza z takim rozmachem, ¿e statek nasz najpierw 
uniós³ siê wysoko na falach, a nastêpnie run¹³ w dó³ tak g³êboko, ¿e mogliœmy ujrzeæ dno morza. Tak 
wielkie bowiem by³y si³a i ciê¿ar owego g³azu. Nastêpnie samica zrzuci³a g³az, który trzyma³a w 
szponach. G³az ten by³ wprawdzie nieco mniejszy od tamtego, ale za to rzut okaza³ siê celniejszy i trafi³ 
w rufê okrêtu mia¿d¿¹c j¹, tak ¿e ster rozlecia³ siê w drzazgi, a wszyscy, co byli na pok³adzie, wpadli do 
wody. Od razu zacz¹³em walczyæ o ocalenie, bo ¿ycie jest jednak s³odkie. Kiedy wiêc Allach 
mi³oœciwy zes³a³ mi i tym razem deskê z naszego rozbitego statku, uczepi³em siê jej, wgramoli³em siê 
na ni¹ i zacz¹³em wios³owaæ nogami. Wiatry i fale okaza³y siê dla mnie ³askawe podczas tej mojej 
jazdy, a poniewa¿ statek nasz uton¹³ niedaleko od wyspy, los z ³aski Allacha rzuci³ mnie tam znowu. 
Wdrapa³em siê po stromym brzegu, lecz by³em do cna wyczerpany i na wpó³ martwy, poniewa¿ 
wszystkie trudy i znoje, g³ód i pragnienie straszliwie mnie os³abi³y. Rzuci³em siê wiêc na ziemiê i 
le¿a³em chwilê bez ruchu, a¿ si³y mi nieco powróci³y i serce zaczê³o znów biæ spokojniej. Potem j¹³em 
przechadzaæ siê po wyspie i wyda³o mi siê, ¿e piêknem swym dorównuje ona ogrodom rajskim. Drzewa 
by³y obwieszone dojrza³ymi owocami, Ÿród³a bi³y wysoko, a ptaki œpiewa³y pod niebiosa, wys³awiaj¹c 
Allacha. Zaiste wszelakich gatunków drzew, owoców i kwiatów by³o na tej wyspie nieprzeliczone 
mnóstwo. J¹³em wiêc owoce te jeœæ, a¿ siê nasyci³em, i piæ wodê Ÿródlan¹, a¿ ukoi³em pragnienie, 
wielbi¹c Allacha Mi³oœciwego za Jego dobroæ. I pozostawa³em tam, a¿ dzieñ schyli³ siê ku wieczorowi 
i nadesz³a noc. Ale ci¹gle jeszcze czu³em siê na wpó³ martwy, gdy¿ nadmierny wysi³ek i lêk zu¿y³y 
moje si³y do cna. I tak nie us³yszawszy ¿adnego ludzkiego g³osu i nie spotkawszy ¿adnej ludzkiej istoty, 
przespa³em na owej wyspie do rana. Potem wsta³em i zacz¹³em przechadzaæ siê pomiêdzy drzewami. 
Nagle przy strudze p³yn¹cej ze Ÿród³a ujrza³em drewniane koryto, przy którym siedzia³ zgrzybia³y 
staruch, odziany jedynie w przepaskê z liœci. Powiedzia³em wiêc sobie: "Zapewne starzec ten 
wyl¹dowa³ tu ongiœ i musi byæ tak jak ja rozbitkiem z zatopionego okrêtu". Zbli¿y³em siê wiêc do 
niego i pozdrowi³em uprzejmie. On wszak¿e odpowiedzia³ na moje pozdrowienie tylko skinieniem 
g³owy, nie wymówiwszy ani jednego s³owa. Tedy zapyta³em go: - Starcze, co sprawi³o, ¿e siedzisz na 
tej wyspie? On zaœ potrz¹sn¹³ g³ow¹, westchn¹³ i da³ mi znakiem rêki do zrozumienia, abym go wzi¹³ na 
plecy i przeniós³ na drug¹ stronê strugi. Wtedy powiedzia³em sobie w duchu: "Wyœwiadczê staremu tê 
uprzejmoœæ i zaniosê go tam, gdzie sobie ¿yczy. Mo¿e Allach mi to wynagrodzi". Wzi¹³em wiêc starca 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (25 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

na plecy i zanios³em na miejsce, które mi wskaza³. Tam rzek³em do niego: - ZejdŸ teraz ostro¿nie ze 
mnie! Ale on nie chcia³ zejœæ, lecz zacisn¹³ tylko mocniej nogi woko³o mej szyi. A kiedy przyjrza³em 
siê tym nogom, wygl¹da³y, jak gdyby by³y pokryte bawol¹ skór¹, czarn¹ i w³ochat¹. Przerazi³em siê wiêc 
i chcia³em go zrzuciæ z pleców. Ale on œcisn¹³ jeszcze mocniej moj¹ szyjê udami i zacz¹³ mnie tak 
gwa³townie dusiæ, ¿e zrobi³o mi siê ciemno przed oczyma. Straci³em przytomnoœæ i pad³em zemdlony 
na ziemiê. Staruch zaœ j¹³ t³uc mnie nogami po plecach i ramionach. A by³o to tak bolesne, ¿e 
poderwa³em siê, chocia¿ stary wci¹¿ jeszcze siedzia³ mi na plecach i ugina³em siê pod jego ciê¿arem. 
Potem da³ mi znak rêk¹, abym zaniós³ go pod drzewa o najsmaczniejszych owocach. A kiedy 
odmówi³em, j¹³ mnie znów kopaæ boleœniej, ni¿ gdyby ch³osta³ biczem. Przy tym nieustannie 
wskazywa³ rêk¹ miejsce, na które mia³em go zanieœæ, tak ¿e musia³em chc¹c nie chc¹c to czyniæ. Kiedy 
oci¹ga³em siê lub zwalnia³em kroku, kopa³ mnie, tak ¿e by³em ca³kowicie w jego mocy. I ta mêka 
wydawa³a siê nie mieæ koñca. Staruch nie schodzi³ bowiem z mego grzbietu ani w dzieñ, ani w nocy, a 
kiedy zachcia³o mu siê spaæ, okrêca³ mocniej w³ochate nogi woko³o mojej szyi i zasypia³ na krótk¹ 
chwilê. Skoro tylko znów siê zbudzi³, od razu zaczyna³ mnie t³uc nogami, tak ¿e musia³em szybko 
wstawaæ, gdy¿ w przeciwnym razie móg³bym ucierpieæ dotkliwie. Tote¿ robi³em sobie teraz wyrzuty, 
¿em siê nad tym starcem ulitowa³ i ¿e go wzi¹³em na plecy. Ale niedola moja nie ustawa³a i by³em w 
najwiêkszych opa³ach, jakie mo¿na tylko sobie wyobraziæ. Powiedzia³em wiêc tak do siebie: 
"Wyœwiadczy³em temu staruchowi dobrodziejstwo, a on odp³aci³ mi z³em za dobre. Biorê Allacha za 
œwiadka, ¿e od tej chwili przez ca³e moje ¿ycie nie wyœwiadczê ju¿ nikomu ¿adnego dobrodziejstwa". 
I b³aga³em nieustannie Allacha aby mi pozwoli³ umrzeæ, gdy¿ nie mog³em ju¿ d³u¿ej znosiæ owego 
strasznego wysi³ku i owej okrutnej udrêki. Mimo to musia³em jeszcze przez d³u¿szy czas tak cierpieæ, 
a¿ nareszcie któregoœ dnia przyby³em z moim drêczycielem do pewnego miejsca na wyspie, gdzie ros³o 
wiele dyñ, a niektóre z nich by³y wyschniête. Wybra³em sobie wielk¹ i such¹ tykwê, naci¹³em j¹ u góry i 
wydr¹¿y³em. Potem zanios³em j¹ do winoroœli, nape³ni³em winnym sokiem, zamkn¹³em otwór i 
postawi³em na s³oñcu. Po kilku dniach sok zamieni³ siê w mocne wino. Zacz¹³em tedy co dzieñ wino to 
piæ, aby wzmocniæ siê do znoszenia mej mêki, któr¹ od owego nieznoœnego szatana cierpia³em. Za 
ka¿dym razem, kiedy upi³em trochê wina, wstêpowa³a we mnie na nowo otucha. Ale pewnego dnia, 
kiedy mój drêczyciel zobaczy³, ¿e coœ pijê, zapyta³ na migi, co to jest. - To taki przedni napój - 
odpar³em - co daje sercu si³ê, a duszy nowe ¿ycie. Odpowiedziawszy tak, zacz¹³em biegaæ wœród 
drzew, podskakuj¹c i tañcz¹c. W pijañstwie, któremu uleg³em, klaska³em w rêce, œpiewa³em i 
zachowywa³em siê jak szalony. Kiedy staruch ujrza³ mnie w takim stanie, da³ mi do zrozumienia na 
migi, abym mu poda³ tykwê, by i on móg³ siê z niej napiæ. Ba³em siê go, wiêc uczyni³em, jak ¿¹da³, i 
mój drêczyciel wypi³ wszystko, co w niej by³o, i odrzuci³ j¹ precz. Wtedy i on powesela³ i zacz¹³ na 
moich plecach ko³ysaæ siê w obie strony. W koñcu nasz³o nañ ciê¿kie odurzenie, jego œciêgna i 
miêœnie rozluŸni³y uœcisk i staruch zacz¹³ chwiaæ siê na moich ramionach. Skoro tylko 
zmiarkowa³em, ¿e siê upi³ i ju¿ nie panuje nad swoimi zmys³ami, uwolni³em szyjê z jego nóg, 
pochyli³em siê naprzód i szybko usiad³em, zrzucaj¹c go na ziemiê. Kiedy uda³o mi siê od tego szatana 
uwolniæ, nie chcia³em wprost wierzyæ szczêœciu, ¿e jestem znów swobodny i ¿e uda³o mi siê pozbyæ 
mego jarzma. Poniewa¿ zaœ ba³em siê, ¿e mój drêczyciel mo¿e siê ockn¹æ z odurzenia i wyrz¹dziæ mi 
krzywdê, podnios³em wielki kamieñ, który le¿a³ pod drzewem, przyst¹pi³em do œpi¹cego starucha i 
ugodzi³em go z ca³ej si³y w g³owê. I oto le¿a³ ju¿ martwy, oby Allach nie mia³ dlañ zmi³owania! Potem 
odszed³em z lekkim sercem w g³¹b wyspy i powróci³em do miejsca, gdzie ju¿ uprzednio przebywa³em. 
S¹dzone mi by³o jeszcze przez d³u¿szy czas pozostaæ na tej wyspie, gdzie ¿ywi³em siê jej owocami i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (26 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

pi³em wodê z jej strumieni, wyczekuj¹c, a¿ jakiœ okrêt tamtêdy przep³ynie. W koñcu pewnego dnia, 
kiedy siedzia³em i rozmyœla³em nad moimi prze¿yciami i losem, mówi¹c do siebie: "Chcia³bym 
wiedzieæ, czy Allach zezwoli mi szczêœliwie st¹d wyjechaæ, abym móg³ wróciæ do mojej ojczyzny i 
znów ¿yæ spokojnie wœród rodziny i przyjació³", nagle na wzburzonym morzu spoœród hucz¹cych fal 
wy³oni³ siê okrêt. P³yn¹³ wprost ku wyspie, a¿ zbli¿y³ siê i zarzuci³ kotwicê. Podró¿ni wysiedli na l¹d, a 
ja podszed³em do nich. Kiedy mnie ujrzeli, przybiegli do mnie i t³ocz¹c siê, jeden przez drugiego pytali, 
com za jeden i w jaki sposób siê na tê wyspê dosta³em. Tedy opowiedzia³em im o moich prze¿yciach i 
przygodach, a oni s³uchali z najwy¿szym zdumieniem. Potem powiedzieli: - Ów cz³owiek, który siedzia³ 
na twym grzbiecie, to Dziad Morski. Nikt jeszcze, na kogo on wsiad³, nie zdo³a³ uwolniæ siê od 
potwornego uœcisku jego nóg oprócz ciebie. Chwa³a niech bêdzie Allachowi za twoje ocalenie! 
Nastêpnie przynieœli mi coœ do zjedzenia i zjad³em do syta. Obdarzyli mnie równie¿ szatami, abym je 
wdzia³ i przys³oni³ moj¹ nagoœæ, a w koñcu wziêli mnie ze sob¹ na pok³ad. P³ynêliœmy dzieñ i noc, a¿ 
los przywióz³ nas do wysoko piêtrz¹cego siê miasta, gdzie okna wszystkich domów patrzy³y na morze. 
Miasto owo zwa³o siê Ma³pim Grodem. A kiedy zapada³a noc, wszyscy tameczni mieszkañcy zwykli 
byli wychodziæ przez bramy miejskie nad morze, wsiadaæ do ³odzi i statków i nocowaæ na wodzie w 
obawie, aby ma³py nie zesz³y z gór i na nich nie napad³y. Wysiad³em na l¹d, aby miasto owo obejrzeæ, a 
okrêt nasz tymczasem odp³yn¹³ bez mojej wiedzy. ¯a³owa³em wiêc, ¿e wysiad³em, a rozmyœlaj¹c o 
moich towarzyszach i o tym wszystkim, co ju¿ w ¿yciu od ma³p ucierpia³em, usiad³em na brzegu 
p³acz¹c. Tedy podszed³ do mnie jeden z mieszkañców miasta i zapyta³: - Efendi, azali jesteœ obcym 
przybyszem w tej krainie? - Tak jest - odpar³em - jestem ubogim cudzoziemcem, przyp³yn¹³em okrêtem, 
który tu by³ zarzuci³ kotwicê. Wszelako kiedy wysiad³em, aby miasto zwiedziæ, wróciwszy na brzeg nie 
zasta³em ju¿ mojego statku. Ów cz³owiek zaœ powiedzia³: - ChodŸ wiêc do nas i wsi¹dŸ wraz z nami 
do ³odzi, gdy¿ jeœli noc¹ pozostaniesz w mieœcie, ma³py ciê uœmierc¹. - S³ucham i jestem pos³uszny - 
odpar³em i niezw³ocznie wsiad³em wraz z innymi do ³odzi. Odbiliœmy od brzegu i pop³ynêli na pe³ne 
morze. Wreszcie zatrzymaliœmy siê w miejscu odleg³ym o jak¹œ milê od brzegu i tam spêdzili noc. 
Kiedy nasta³ œwit, ³odzie powróci³y do miasta, wszyscy wysiedli na l¹d i ka¿dy uda³ siê do swoich 
zajêæ. Tak te¿ zwykli byli czyniæ co noc. Kiedy jednak ktoœ z nich wieczorem w mieœcie pozosta³, 
ma³py napada³y na niego i zabija³y go. Za dnia ma³py ucieka³y z miasta najad³szy siê owoców w 
ogrodach i spa³y w górach a¿ do wieczora. Dopiero kiedy siê œciemnia³o, wraca³y. Miasto owo le¿y w 
najodleglejszej czêœci krainy czarnych ludzi. Najosobliwszym jednak wydarzeniem, jakie tam 
prze¿y³em, by³o nastêpuj¹ce. Jeden z tych, którzy ze mn¹ nocowali w ³odzi, rzek³ kiedyœ do mnie: - 
Efendi, jesteœ obcy w naszej krainie, powiedz, czy znasz jakieœ rzemios³o, którym móg³byœ siê 
trudniæ? - Nie, na Allacha - odpar³em. - Nie znam ¿adnego rzemios³a i nie umiem pracowaæ. Jestem 
bowiem kupcem, który posiada³ pieni¹dze, maj¹tek i w³asny okrêt na³adowany wielu towarami i 
wszelakim dobrem. Ale okrêt siê rozbi³ i zaton¹³, a wraz z nim wszystko, co na nim by³o; jedynie ja z 
pomoc¹ Allacha siê uratowa³em, gdy¿ zes³a³ mi deskê, której mog³em siê uczepiæ, i oto przyczyna, 
dlaczego uszed³em z ¿yciem. Tedy ów cz³owiek przyniós³ mi bawe³niany wór i powiedzia³: - WeŸ ten 
wór i nape³nij go ¿wirem, który tu wszêdzie le¿y. Potem idŸ razem z gromad¹ tutejszych mieszkañców, 
z którymi ciê poznajomiê i pod których pieczê ciê oddam. Czyñ wszystko, co oni czyniæ bêd¹! Byæ 
mo¿e, ¿e wtedy uda ci siê coœ zarobiæ, co ci u³atwi dalsz¹ podró¿ i powrót do ojczyzny. Powiedziawszy 
to, ów cz³owiek wyprowadzi³ mnie za miasto. Tam nazbiera³em kamyków i nape³ni³em nimi wór, który 
by³ mi wrêczy³. Niebawem przysz³a te¿ gromada ludzi z miasta, a mój przyjaciel zapozna³ mnie z nimi i 
powierzy³ ich pieczy, tak do nich mówi¹c: - Cz³owiek ten jest cudzoziemcem. WeŸcie go ze sob¹ i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (27 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

nauczcie zbierania, aby zarobi³ na chleb powszedni, a wy za to nagrodê w niebie uzyskacie! - S³uchamy 
i jesteœmy pos³uszni - odpowiedzieli, po czym powitali mnie przyjaŸnie i zabrali ze sob¹. Ka¿dy z nich 
mia³ wór nape³niony kamykami taki sam, jaki ja mia³em. Wêdrowaliœmy coraz dalej, a¿ doszliœmy do 
rozleg³ej doliny, poros³ej wielu drzewami, tak wysokimi, ¿e ¿aden cz³owiek nie móg³ siê na nie 
wdrapaæ. W owej dolinie by³o równie¿ wiele ma³p, które skoro nas ujrza³y, umknê³y zaraz i wdrapa³y 
siê na drzewa. Wówczas ludzie, którzy ze mn¹ przyszli, zaczêli kamykami, przyniesionymi w worach, 
ciskaæ w ma³py, a one zrywa³y owoce z drzew i obrzuca³y nimi ludzi. Przyjrza³em siê dok³adniej 
owocom, jakie ma³py na nas ciska³y, i stwierdzi³em, ¿e s¹ to orzechy kokosowe. Zmiarkowawszy wiêc, 
co tamci ludzie robi¹, wybra³em sobie wielkie drzewo, na którym siedzia³o mnóstwo ma³p, podszed³em 
bli¿ej i zacz¹³em ciskaæ w nie kamykami. Tedy ma³py zaczê³y zrywaæ orzechy i rzucaæ nimi we mnie, 
a ja zbiera³em je, jak czynili to inni. Zanim opró¿ni³em wór ze wszystkich kamyków, ju¿ znaczna iloœæ 
orzechów by³a w moim posiadaniu. Skoro ludzie zakoñczyli pracê, zebrali wszystkie orzechy, które przy 
nich le¿a³y, i ka¿dy z nich zaniós³ tyle, ile tylko móg³ udŸwign¹æ. W koñcu jeszcze przed zmrokiem 
wróciliœmy do miasta. Tam poszed³em niezw³ocznie do mojego przyjaciela, owego cz³owieka, który 
mnie z innymi zapozna³, i chcia³em mu oddaæ wszystkie orzechy, które zebra³em, aby odwdziêczyæ mu 
siê za jego dobroæ. A on tak do mnie rzecze: - WeŸ te orzechy, sprzedaj je i zu¿ytkuj uzyskane 
pieni¹dze na w³asne potrzeby. Po czym da³ mi klucz od komory swojego domu i rzek³: - W komorze tej 
bêdziesz móg³ zawsze przechowywaæ zebrane orzechy. IdŸ co rano z innymi zbieraczami, jak to dzisiaj 
uczyni³eœ, a z orzechów, które przyniesiesz, wybierz najgorsze, sprzedaj je i zu¿ytkuj uzyskane 
pieni¹dze na w³asne cele. Dobre orzechy zaœ przechowaj w tej oto komorze. Byæ mo¿e, zbierzesz ich 
tyle, ¿e ci wystarczy na op³acenie kosztów podró¿y! - Niech Allach ci to stokrotnie wynagrodzi - 
odpar³em i uczyni³em, jak mi zaleci³. Codziennie nape³nia³em mój wór kamykami, wyrusza³em ze 
zbieraczami orzechów i czyni³em to samo, co oni. A oni polecali mnie jeden drugiemu i wskazywali 
drzewa kokosowe, z których zwisa³o najwiêcej orzechów. Pozosta³em u nich przez pewien czas i 
zdo³a³em zgromadziæ wielki zapas dobrych orzechów kokosowych. Sprzeda³em równie¿ ich wiele i 
uzyska³em tak du¿o pieniêdzy, ¿e mog³em kupowaæ sobie wszystko, co tylko zobaczy³em i co chcia³em 
posiadaæ. W ten sposób czas mija³ mile, a w ca³ym mieœcie szanowano mnie coraz bardziej i ¿y³em tak 
z dnia na dzieñ; a¿ pewnego razu, kiedy sta³em nad brzegiem morza, ujrza³em wielki okrêt, który p³yn¹³ 
do naszego miasta. Na nim znajdowali siê kupcy, którzy mieli ze sob¹ wiele towarów, handlowali 
orzechami kokosowymi i wielu innymi rzeczami. Poszed³em wiêc do mojego przyjaciela i 
opowiedzia³em mu o okrêcie, który przybi³ do brzegu. Równoczeœnie wszak¿e powiedzia³em mu, ¿e 
chcia³bym powróciæ do mojej ojczyzny. - To zale¿y tylko od ciebie - odpar³. Wiêc po¿egna³em siê z 
nim, podziêkowawszy za ca³¹ okazan¹ mi przez niego dobroæ. Po czym uda³em siê na okrêt, spotka³em 
siê z kapitanem i umówi³em z nim cenê przejazdu i przewozu mojego mienia. Nastêpnie za³adowa³em 
ca³y mój zapas orzechów i innych rzeczy, jakie posiada³em, na ów statek. Poniewa¿ zaœ cena przejazdu 
i przewozu by³a ju¿ z kapitanem przedtem umówiona, odp³ynêliœmy jeszcze tego samego dnia. 
¯eglowaliœmy od wyspy do wyspy i z morza na morze. Na ka¿dej wyspie, do którejœmy zawijali, 
sprzedawa³em orzechy kokosowe lub wymienia³em je na inne towary. I dobry Allach sprawi³, ¿e sta³em 
siê bogatszy, ni¿ by³em uprzednio, i zarobi³em wiêcej, ni¿ com straci³. Przybyliœmy do pewnej wyspy, 
na której rós³ cynamon i pieprz, a tubylcy opowiadali nam, ¿e przy ka¿dej kiœci pieprzu wyrasta wielki 
liœæ, który j¹ ocienia i chroni od wilgoci, kiedy pada deszcz. Skoro jednak pora deszczowa mija, liœæ 
odkrêca siê i zwisa obok kiœci. Z wyspy tej wywioz³em wielki zapas pieprzu i cynamonu, który 
dosta³em w wymianie za orzechy kokosowe. Nastêpnie przejechaliœmy obok urodzajnych wysp, na 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (28 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

których rosn¹ drzewa kumaryjskiego aloesu, potem minêliœmy inn¹ wyspê, tak d³ug¹, ¿e jedzie siê obok 
niej a¿ piêæ ca³ych dni. Tam ros³y znów drzewa chiñskiego aloesu, który jest lepszy od kumaryjskiego. 
Ale mieszkañcy tej wyspy pod wzglêdem obyczajów i wiary o wiele ni¿ej stoj¹ od wyspiarzy 
mieszkaj¹cych tam, gdzie roœnie kumaryjski aloes. Ho³duj¹ bowiem pijañstwu, nie odprawiaj¹ mod³ów i 
w ogóle nawet nie wiedz¹, co to jest obowi¹zek modlitwy. Potem przybyliœmy do okolic, gdzie wy³awia 
siê per³y. Da³em wiêc nurkom kilka orzechów kokosowych i kaza³em im nurkowaæ na los szczêœcia. 
Wykonali mój rozkaz i rzeczywiœcie wy³owili z morza nieprzeliczone mnóstwo wielkich i 
drogocennych pere³. Po czym powiedzieli mi: - Dostojny panie, na Allacha, szczêœcie ci sprzyja! Ja 
zaœ wzi¹³em ze sob¹ wszystko, co dla mnie wy³owili, i wsiad³em z tym na okrêt. Z b³ogos³awieñstwem 
Allacha p³ynêliœmy coraz dalej, a¿ w koñcu dotarliœmy do miasta Basry. Tam wysiad³em i zabawi³em 
nied³ugo, po czym wyruszy³em w dalsz¹ podró¿ do Bagdadu, uda³em siê do mojej dzielnicy i poszed³em 
do mojego domu. Tu powita³em rodzinê i przyjació³, a oni mi winszowali ocalenia. Zgromadziwszy na 
sk³adzie wszystkie towary i wszelakie dobro, które przywioz³em, odziewa³em na mój koszt wdowy i 
sieroty, rozdziela³em ja³mu¿nê i obsypywa³em podarunkami krewnych, przyjació³ i towarzyszy. Allach 
bowiem uczyni³ mnie czterokrotnie bogatszym, ni¿ by³em. Zapomnia³em znów z powodu tego obfitego 
zysku i zarobku o ca³ym trudzie i znoju, które znios³em i prze¿y³em, i beztrosko wróci³em do dawnego 
sposobu ¿ycia w godnej kompanii moich przyjació³. Takie oto s¹ najwiêksze dziwy, jakie prze¿y³em 
podczas mojej pi¹tej podró¿y. Ale czas wieczerzaæ! Kiedy jutro rano tu powrócicie, opowiem wam o 
przygodach, jakie mi siê przytrafi³y podczas mojej szóstej wyprawy. S¹ one jeszcze dziwniejsze ni¿ te, o 
których dzisiaj opowiada³em.

Skoro goœcie skoñczyli wieczerzê, Sindbad ¯eglarz rozkaza³ wyp³aciæ Sindbadowi Tragarzowi sto 
miskali z³otem. Ten przyj¹³ je i poszed³ dziwuj¹c siê znowu wszystkiemu, co us³ysza³. Noc spêdzi³ u 
siebie w domu, ale skoro zrobi³o siê widno, wsta³, odmówi³ porann¹ modlitwê i uda³ siê znowu do domu 
Sindbada ¯eglarza. Przest¹pi³ jego próg i ¿yczy³ mu dobrego dnia. Ów zaœ poprosi³, aby zaj¹³ miejsce, a 
skoro Sindbad Tragarz usiad³, gawêdzili obaj, a¿ nadesz³a reszta goœci. Wówczas pozdrowili siê 
nawzajem, wniesiono sto³y i wszyscy jedli i pili, cieszyli siê i weselili. Po czym Sindbad ¯eglarz znów 
zacz¹³ opowiadaæ.

Szósta podró¿ Sindbada ¯eglarza

Wiedzcie¿ tedy, moi bracia, przyjaciele i towarzysze, ¿e skoro z owej pi¹tej podró¿y powróci³em, 
zapomnia³em przy krotochwili i œpiewie, w dobrobycie i weselu o wszystkim, co uprzednio prze¿y³em, 
i j¹³em wieœæ najrozkoszniejsze i najradoœniejsze ¿ycie, jakie mo¿na sobie wyobraziæ. I tak ¿y³em 
sobie z dnia na dzieñ, a¿ pewnego razu, kiedy rozkoszowa³em siê niezam¹conym szczêœciem i 
b³ogostanem, odwiedzi³a mnie gromada kupców, po których mo¿na by³o poznaæ, ¿e przybywaj¹ z 
dalekiej podró¿y. Przypomnia³o mi siê wiêc, jak to by³o, kiedy ja sam powraca³em z podró¿y ciesz¹c siê, 
¿e zobaczê krewnych, przyjació³ i towarzyszy, i z tego, ¿e znów bêdê w ojczyŸnie. Wówczas porwa³a 
mnie na nowo têsknota za podró¿ami i kupieckim ¿yciem. A skoro postanowi³em wyjechaæ, zakupi³em 
drogocenne i wspania³e towary, nadaj¹ce siê do morskiej podró¿y, spakowa³em je i wyruszy³em z nimi z 
Bagdadu do Basry. Tam wyszuka³em wielki okrêt z kupcami i bogaczami wioz¹cymi drogocenne 
towary. Kaza³em tak samo jak oni za³adowaæ na ów okrêt moje towary i wyruszyliœmy szczêœliwie z 
Basry. ¯eglowaliœmy coraz dalej od siebie, z jednej miejscowoœci do drugiej i od miasta do miasta, 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (29 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

wszêdzie handluj¹c i zwiedzaj¹c obce krainy. Szczêœcie nam sprzyja³o, podró¿ przebiega³a pomyœlnie i 
zbieraliœmy wielkie zyski. Ale pewnego dnia, kiedy znajdowaliœmy siê na pe³nym morzu, nagle 
kapitan zrzuci³ z g³owy turban i zacz¹³ g³oœno krzyczeæ; bi³ siê po twarzy, szarpa³ brodê, a¿ wreszcie 
pe³en strachu i wzburzenia pad³ na pok³ad. Wszyscy kupcy i podró¿ni obst¹pili go wo³aj¹c: - Kapitanie, 
co siê sta³o? - Ludzie, s³uchajcie! - krzykn¹³. - Statek nasz zmyli³ drogê. Opuœciliœmy morze, po 
którym mieliœmy p³yn¹æ, i znajdujemy siê obecnie na innym, którego dróg nie znamy. I jeœli Allach 
nie zeœle nam swojej pomocy, aby nas z morza tego uratowaæ, jesteœmy wszyscy skazani na œmieræ. 
Módlcie siê do Allacha, aby nas z tego niebezpieczeñstwa wybawi³! Krzykn¹wszy to, skoczy³ na równe 
nogi, wdrapa³ siê na maszt i chcia³ zwin¹æ ¿agle. Ale wiatr zaw³adn¹³ i pchn¹³ go tak do ty³u, ¿e ster 
roztrzaska³ siê o wysok¹ ska³ê. Tedy kapitan zeœlizn¹³ siê z masztu na pok³ad i zawo³a³: - ¯aden 
œmiertelny cz³owiek nie zdo³a okie³zaæ losu. Na Allacha, znajdujemy siê obecnie w wielkim 
niebezpieczeñstwie. Nie masz dla nas ratunku ni ucieczki. Tedy wszyscy podró¿ni zaczêli swój los 
op³akiwaæ i ¿egnaæ siê nawzajem, poniewa¿ czas ich ¿ycia dobiega³ kresu i nie by³o znik¹d nadziei. Od 
razu potem okrêt uderzy³ z ca³ej si³y o ska³ê i rozbi³ siê. Deski kad³uba rozlecia³y siê i wszystko, co by³o 
na okrêcie, zatonê³o w morzu. Równie¿ kupcy wpadli do wody i kilku z nich utonê³o, a inni uczepiwszy 
siê ska³y z trudem siê na ni¹ wdrapali. Ja nale¿a³em do tych, którym uda³o siê wspi¹æ na ska³ê, a z jej 
wierzcho³ka ujrza³em, ¿e znajdujemy siê na wielkiej wyspie. Na wybrze¿u wyspy le¿a³o moc rozbitych 
statków, których szcz¹tki morze wyrzuci³o na owo wybrze¿e i których za³ogi potonê³y. Le¿a³a tam taka 
obfitoœæ sprzêtu okrêtowego i wszelakiego dobytku przez morze wyrzuconego, ¿e wprost m¹ci³y siê od 
tego rozum i zmys³y. Wdrapa³em siê na najwy¿szy szczyt na owej wyspie i rozejrzawszy siê doko³a 
spostrzeg³em w najdalszym jej koñcu strumieñ s³odkiej wody, wyp³ywaj¹cy spod góry i znikaj¹cy w 
ziemi pod przeciwleg³ym ³añcuchem gór. Pozostali podró¿ni wdrapali siê równie¿ na ow¹ górê i poszli 
w g³¹b wyspy, gdzie rozproszyli siê oszo³omieni i wrêcz ob³¹kani od widoku takiego bogactwa, 
najró¿niejszego dobra i towarów le¿¹cych na brzegu morza. Ja zaœ odkry³em na dnie owego strumienia 
olbrzymie mnóstwo klejnotów, szlachetnych kamieni, krwawych rubinów i wielkich matowych pere³ 
królewskich wszelkiego rodzaju. Le¿a³y one niczym ¿wir w ³o¿ysku strumienia wij¹cego siê wœród 
zielonych ³¹k, a ca³e dno potoku lœni³o i skrzy³o siê od mnóstwa drogich kamieni. ZnaleŸliœmy na 
owej wyspie równie¿ drogocenne drzewa aloesu zarówno chiñskiego, jak i kumaryjskiego. Bije tam 
tak¿e Ÿród³o pewnego rodzaju surowej ambry, która topnieje w skwarze s³onecznym jak wosk, 
przelewa siê przez brzegi Ÿród³a i sp³ywa ku morzu. Z g³êbin morskich wynurzaj¹ siê wtedy ró¿ne 
potwory, po³ykaj¹ ambrê i znikaj¹ znów w odmêtach morza. Ale ambra pali je tak w brzuchu, ¿e 
wypluwaj¹ j¹ znowu z pyska do morza. Potem tê¿eje ona na powierzchni wody, zmieniaj¹c barwê i 
kszta³t, a fale wyrzucaj¹ j¹ na wybrze¿e. Tam zbieraj¹ j¹ podró¿ni i kupcy, którzy znaj¹ jej wartoœæ i 
sprzedaj¹ jako ¿ó³ty jantar za drog¹ cenê. Surowa ambra wszak¿e, której potwory jeszcze nie po³knê³y, 
wyp³ywa poza brzegi owego Ÿród³a i tê¿eje na ziemi. A kiedy s³oñce przygrzeje, ambra topi siê i ca³a 
dolina pachnie ni¹ jak pi¿mem; skoro jednak s³oñce siê chowa, ambra na nowo krzepnie. Wszelako do 
miejsca, z którego owa surowa ambra wyp³ywa, ¿aden cz³owiek nie mo¿e dotrzeæ ani nawet podejœæ, 
gdy¿ jest ono ze wszystkich stron okolone niedostêpnymi górami. Wêdrowaliœmy przez pewien czas po 
wyspie i choæ zatroskani naszym po³o¿eniem podziwialiœmy cuda natury, jakie Allach stworzy³. By³o 
siê bowiem o co troskaæ. Na wybrze¿u znaleŸliœmy trochê po¿ywienia, któreœmy przezornie 
oszczêdzali, jedz¹c tylko raz dziennie, a potem nawet co drugi dzieñ. Obawialiœmy siê bowiem, ¿e 
zapas nasz siê skoñczy, a wtedy poginiemy marnie z g³odu i wycieñczenia. Kiedy któryœ z naszych 
towarzyszy umiera³, obmywaliœmy jego zw³oki i odziewali w szaty lub obwijali w ca³un z p³ótna, które 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (30 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

fale tam na brzeg wyrzuci³y. Z czasem pomar³o wielu z nas i pozosta³a jedynie ma³a garstka. Ale i my 
cierpieliœmy bardzo na chorobê ¿o³¹dka od picia wody morskiej. Nie trwa³o d³ugo, a¿ pomarli wszyscy 
moi przyjaciele i towarzysze, jeden po drugim, i zostali pogrzebani. W koñcu pozosta³em sam jeden na 
owej dalekiej wyspie, maj¹c ju¿ tylko niewielki zapas ¿ywnoœci, ja, który ongiœ by³em tak bogaty. 
Lamentowa³em wiêc nad moim losem, mówi¹c: "Dlaczego¿ nie umar³em wczeœniej od moich 
towarzyszy! Wtedy obmyliby moje zw³oki i wykopali mi mogi³ê!" Kiedy wszyscy moi towarzysze ju¿ 
byli pogrzebani i pozosta³em sam jeden na wyspie, przeczeka³em jeszcze pewien czas, a potem 
zabra³em siê do wykopania sobie g³êbokiego grobu na brzegu morza. I tak przy tym mówi³em do siebie: 
"Kiedy os³abnê i poczujê, ¿e œmieræ moja ju¿ bliska, po³o¿ê siê w tym grobie i umrê. Wtedy wiatry 
nawiej¹ na mnie piasku, który mnie nakryje, tak ¿e i ja bêdê mia³ mogi³ê". Przy tym wyrzuca³em sobie 
gorzko, ¿e by³em tak g³upi, aby opuœciæ swoje miasto rodzinne i ojczyznê, wyruszaj¹c znów w œwiat i 
to po tym wszystkim, co prze¿y³em ju¿ w czasie pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej i pi¹tej podró¿y. 
Zawsze ka¿da kolejna wyprawa przynosi³a mi gorsze, straszniejsze okropnoœci i niebezpieczeñstwa ni¿ 
uprzednia, a teraz w koñcu nie mam ju¿ nadziei ujœæ z ¿yciem. ¯a³owa³em, ¿e ci¹gle na nowo 
wyrusza³em na morze, zw³aszcza ¿e wcale nie musia³em mieæ wiêcej pieniêdzy. By³em bowiem tak 
bardzo bogaty, ¿e nie mog³em nawet wykorzystaæ tego, co posiada³em. Ba, nawet po³owy tego nie 
by³em w stanie wydaæ podczas ca³ej reszty mojego ¿ycia, maj¹c wszystkiego w bród, a nawet wiêcej, 
ni¿ potrzebowa³em! Potem zacz¹³em siê namyœlaæ i tak sobie powiedzia³em: "Na Allacha, ten strumieñ 
musi mieæ przecie¿ pocz¹tek i koniec, gdzieœ w jakimœ zamieszkanym przez ludzi kraju musi znowu 
wyp³ywaæ na œwiat³o dzienne. Przeto bêdzie rzecz¹ najbardziej s³uszn¹, jeœli zmajstrujê sobie ma³¹ 
tratwê, tylko tak¹, abym móg³ siê na niej zmieœciæ, na ten strumieñ j¹ spuszczê i pozwolê siê nieœæ 
pr¹dowi. Mo¿e w ten sposób znajdê drogê do ludzi i ¿ycie moje bêdzie z pomoc¹ Mi³oœciwego Allacha 
ocalone. Jeœli zaœ jej nie znajdê, to utonê w nurtach tego strumienia, a taka œmieræ jest jednak lepsza 
od œmierci g³odowej". Wzdychaj¹c nad swoim losem, wzi¹³em siê do roboty, przynios³em kilka pni z 
wyspy, i to pni drzew chiñskiego i kumaryjskiego aloesu, zwi¹za³em je linami wziêtymi z rozbitych 
okrêtów, wyszuka³em sobie deski równej wielkoœci z tych¿e i po³o¿y³em je na owych pniach. W ten 
sposób zmajstrowa³em sobie tratwê, trochê wê¿sz¹ od szerokoœci strumienia, po czym zwi¹za³em j¹ 
dobrze i mocno. Nastêpnie zebra³em sporo drogich kamieni, klejnotów i wielkich pere³, le¿¹cych tam 
niczym ¿wir doko³a, wiele innych cennych rzeczy, które znalaz³em na wyspie, oraz kilka kawa³ków 
delikatnej, czystej surowej ambry i pomieœci³em to wszystko na tratwie. Poza tym wzi¹³em ze sob¹ 
pozosta³y mi jeszcze zapas ¿ywnoœci. Wreszcie umocowa³em u obu boków tratwy dwa dr¹gi, które 
mia³y s³u¿yæ mi za wios³a, po czym post¹pi³em zgodnie ze s³owami poety: IdŸ precz od z³ego miejsca, 
gdzie nieszczêœcie czyha,@ Niech strata domu boli tego, kto zbudowa³.@ Zawsze gdzieœ czeka na ciê 
jakaœ przystañ cicha,@ Lecz kiedy ¿ycie stracisz, nie zaczniesz od nowa.@ Przeto nie bój siê ciemnej 
nocy przeznaczenia,@ Zawsze nieszczêœciu jakiœ kres po³o¿on bêdzie,@ Bo miejsca twojej œmierci 
los nigdy nie zmieni@ I œmieræ ciê tam przydybie, a nigdy gdzie indziej.@ Wiêc nie posy³aj pos³ów, 
by o radê prosiæ,@ Najlepsz¹ radê w³asna dusza ci przynosi! I pop³yn¹³em owym strumieniem na 
tratwie, rozmyœlaj¹c, jak to moje przedsiêwziêcie siê skoñczy. Pr¹d pcha³ mnie naprzód, a¿ dotar³em do 
miejsca, gdzie strumieñ znika³ pod ³añcuchem gór. Skoro tylko tratwa tam wjecha³a, otoczy³y mnie 
nagle gêste ciemnoœci. Pr¹d wszak¿e niós³ tratwê coraz dalej w g³¹b góry, a¿ do miejsca, gdzie zwê¿a³o 
siê wy¿³obione w skale przejœcie. Tam brzegi tratwy ociera³y siê o œciany skalne, a g³ow¹ uderza³em 
raz po raz o sklepienie. Ale nie by³o ju¿ dla mnie powrotu. Znowu wyrzuca³em sobie, com uczyni³, i tak 
do siebie mówi³em: "Jeœli to przejœcie oka¿e siê jeszcze wê¿sze, tratwa nie bêdzie mog³a ani tamtêdy 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (31 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

przep³yn¹æ, ani wróciæ, a wtedy niechybnie zginê marnie". Po czym, poniewa¿ robi³o siê coraz 
ciaœniej, pad³em twarz¹ na tratwê. Pr¹d wszak¿e niós³ mnie coraz dalej, a wewn¹trz ska³y by³o tak 
ciemno, ¿e nie wiedzia³em, czy to dzieñ, czy noc, do czego dochodzi³o jeszcze przera¿enie i lêk mojej 
duszy przed œmierci¹. I tak da³em siê nieœæ pr¹dowi to przez szerszy, to wê¿szy korytarz skalny. 
Wszelako ciemnoœæ tak mnie zmêczy³a, ¿e pomimo ca³ego podniecenia usn¹³em. I tak le¿a³em œpi¹c 
twarz¹ na tratwie, która ze mn¹ p³ynê³a podczas mego snu, nie wiem nawet, d³ugo czy krótko. Ale nagle 
ockn¹³em siê i znalaz³em siê w œwietle dnia. Skoro otwar³em oczy, ujrza³em rozleg³¹ okolicê. Moja 
tratwa by³a przywi¹zana do brzegu, a woko³o mnie sta³a gromada Hindusów i czarnych ludzi. Jak tylko 
zobaczyli, ¿e siê obudzi³em, podeszli do mnie i zaczêli w swoim narzeczu przemawiaæ. Ja wszelako nie 
rozumia³em nic z tego, co mówili. Wydawa³o mi siê, ¿e to tylko zjawa i ¿e wszystko dzieje siê we œnie, 
poniewa¿ nie zmog³em jeszcze w sobie strachu i podniecenia. Kiedy pojêli, ¿e ja ich mowy nie 
rozumiem jeden z nich zbli¿y³ siê i rzek³ po arabsku: - Pokój z tob¹, bracie! Kim jesteœ? Sk¹d 
przybywasz i co ciê tu przywiod³o? Jaki kraj znajduje siê za t¹ gór¹? Nie znamy bowiem nikogo, kto by 
do nas stamt¹d przyby³. Jesteœmy wieœniakami i przyszliœmy tu, aby nasze pola i uprawy nawodniæ. 
Kiedy ujrzeliœmy ciê œpi¹cego na tratwie, zatrzymaliœmy j¹ i przywi¹zali tu do brzegu, abyœ móg³ 
spokojnie siê obudziæ. Ale powiedz nam teraz, w jakim celu tu przyby³eœ. - Na Allacha - zawo³a³em - 
przynieœ mi najprzód coœ do zjedzenia, gdy¿ jestem g³odny, a potem dopiero pytaj, o co ci siê bêdzie 
podoba³o! Od razu pobieg³ i przyniós³ jedzenie, na które siê rzuci³em, a¿ g³ód mnie odszed³ i poczu³em 
siê wypoczêty. Strach min¹³, a uczucie sytoœci da³o mi nowe si³y. Wielbi³em Allacha, dziêkuj¹c mu za 
wszystko, i cieszy³em siê, ¿e p³yn¹c owym strumieniem uda³o mi siê dotrzeæ do ludzi. Opowiedzia³em 
im o wszystkim, co prze¿y³em, od pocz¹tku do koñca, zw³aszcza o tym, jak przedostawa³em siê 
strumieniem przez najwê¿sze miejsca podziemnego korytarza. Tedy owi ludzie zaczêli coœ szeptaæ 
miêdzy sob¹ i powiedzieli: - Trzeba nam wzi¹æ go ze sob¹ i zaprowadziæ przed oblicze naszego króla, 
aby i jemu opowiedzia³ swoje przygody. I rzeczywiœcie zabrali mnie z sob¹ i ponieœli za mn¹ moj¹ 
tratwê ze wszystkim, co znajdowa³o siê na niej, z³otem i wszelakim dobrem szlachetnymi kamieniami 
oraz innymi klejnotami. Stan¹wszy przed swoim monarch¹, powiadomili go o moim przybyciu, król zaœ 
pozdrowi³ mnie przyjaŸnie i spyta³, kim jestem i co za przygody przeby³em. Opowiedzia³em wiêc mu 
wszystko o swojej osobie i swoich prze¿yciach od pocz¹tku do koñca. Wys³uchawszy mojego 
opowiadania z najwiêkszym zdumieniem, król winszowa³ mi ocalenia. Wtedy poszed³em do mojej 
tratwy i wzi¹³em stamt¹d sporo drogich kamieni, klejnotów, drzewa aloesowego i surowej ambry i 
z³o¿y³em w darze królowi. Ten przyj¹³ to i œwiadcz¹c mi coraz wiêcej zaszczytów, da³ mi nawet 
goœcinê we w³asnym pa³acu. Obcowa³em tam z wielu dostojnikami, którzy zawsze odnosili siê do mnie 
z wielkim respektem. Obcy przybysze zaœ, którzy do tej wyspy zawijali, pytali mnie o moj¹ ojczyznê, a 
ja im o niej opowiada³em. Równie¿ i ja wypytywa³em ich o sprawy ich ojczyzny, a oni mi o tym 
opowiadali. Pewnego dnia wszak¿e zapyta³ mnie sam król, jak wygl¹da moja ojczyzna i jakie rz¹dy 
sprawuje kalif w mieœcie Bagdadzie. Opowiedzia³em mu wiêc o sprawiedliwych rz¹dach naszego 
kalifa. Zachwyci³ siê tym i tak do mnie rzecze: - Na Allacha, rz¹dy waszego kalifa s¹ m¹dre, a panowanie 
jego chwalebne. Przez swoj¹ opowieœæ wzbudzi³eœ we mnie mi³oœæ do niego, chcia³bym wiêc 
przygotowaæ dlañ podarunek i pos³aæ mu go za twoim poœrednictwem. - S³ucham i jestem pos³uszny, 
królu i panie! - odpar³em.- Chêtnie mu dary twoje wrêczê i doniosê, ¿e jesteœ mu szczerym 
przyjacielem. Pozosta³em jednak jeszcze przez d³u¿szy czas na dworze owego króla, otrzymuj¹c dowody 
najwy¿szego szacunku i pêdz¹c rozkoszne ¿ycie, a¿ w koñcu pewnego dnia, gdy przebywa³em w pa³acu, 
us³ysza³em, ¿e gromada tamtejszych kupców sposobi³a okrêt, którym zamierza pop³yn¹æ do miasta 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (32 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

Basry. Powiedzia³em wiêc sobie: "Nie mo¿e byæ dla mnie lepszej okazji jak z tymi kupcami 
wyruszyæ". Niezw³ocznie uda³em siê do króla, uca³owa³em mu rêkê i powiadomi³em go, i¿ zamierzam 
odjechaæ z ow¹ gromad¹ kupców, którzy okrêt do podró¿y przysposobili, poniewa¿ têskniê za swoimi 
najbli¿szymi i ojczyzn¹. Król odpowiedzia³ mi na to: - Post¹pisz, jak zechcesz, ale gdybyœ jednak wola³ 
u nas pozostaæ, to z ca³ego serca bêdziemy ci radzi, gdy¿ sta³eœ siê nam ju¿ bliski. - Na Allacha, 
najjaœniejszy panie - odpowiedzia³em na to - zasypujesz mnie dowodami twojej ³aski i dobroci. Mimo 
to jednak têskniê do moich ziomków, do ojczyzny i rodziny. Skoro król us³ysza³ te s³owa, przywo³a³ do 
siebie owych kupców i powierzy³ mnie ich pieczy. Obsypa³ mnie równie¿ sowicie ró¿nymi darami ze 
swojego skarbca i zap³aci³ za mnie koszty przejazdu na okrêcie. Krom tego wrêczy³ mi wspania³e 
upominki dla kalifa Harun ar-Raszida w mieœcie Bagdadzie oraz list do niego mówi¹c: - Oddaj to 
kalifowi Harun ar-Raszidowi i przeka¿ mu wiele pozdrowieñ ode mnie! - S³ucham i jestem pos³uszny - 
odpowiedzia³em. W liœcie owego króla do kalifa by³o napisane, co nastêpuje: Œle Ci pozdrowienia 
w³adca Hindustanu, który ma do swych us³ug tysi¹c s³oni, a na blankach jego zamku skrzy siê tysi¹c 
drogich kamieni. Przesy³amy Ci równie¿ drobne upominki, które racz od nas przyj¹æ. Uwa¿amy Ciê za 
przyjaciela i brata, a mi³oœæ do Ciebie wype³nia po brzegi nasze serca. Wprawdzie upominki nasze nie 
odpowiadaj¹ Twojej wysokiej godnoœci, ale mimo to prosimy Ciê, o nasz bracie, abyœ raczy³ je 
³askawie przyj¹æ. Pokój z Tob¹! Upominkami tymi by³y zaœ: puchar rubinowy wysadzany 
drogocennymi per³ami, poza tym skóra z olbrzymiego wê¿a, który po³yka s³onie, cêtkowana w plamki 
wielkoœci denara i maj¹ca tê w³aœciwoœæ ¿e ka¿dy, kto na niej si¹dzie, nigdy nie zachoruje. A krom 
tego jeszcze sto miskali drewna indyjskiego aloesu oraz niewolnica piêkna jak poœwiata miesi¹ca. Po 
czym po¿egna³em siê z królem i wszystkimi moimi przyjació³mi, u których stale bywa³em. I wsiad³szy z 
owymi kupcami na ich okrêt, odp³yn¹³em. Wiatr by³ pomyœlny i podró¿ nam siê szczêœci³a. Pok³adaj¹c 
ufnoœæ w Allachu, p³ynêliœmy z morza na morze i od wyspy do wyspy, a¿ z Jego pomoc¹ dotarliœmy 
w dobrym zdrowiu do miasta Basry. Tam opuœci³em okrêt i spêdzi³em kilka dni i nocy, aby 
przysposobiæ siê do dalszej podró¿y i prze³adowaæ swoje sakwy. Potem wyruszy³em do miasta 
Bagdadu, Przybytku Pokoju. Przybywszy tam zosta³em przyjêty przez kalifa Haruna ar-Raszida, gdy¿ 
mia³em mu wrêczyæ dary i list od owego króla. Kiedy stan¹³em przed jego obliczem, uca³owa³em mu 
rêkê i wrêczy³em wszystko, co dla niego przywioz³em. Równie¿ da³em mu list, a on go przeczyta³. 
Przyj¹³ dary z wielk¹ radoœci¹, po czym spyta³ mnie: - Sindbadzie, czy to, co ów król mówi w tym 
swoim piœmie, odpowiada prawdzie? Uca³owa³em ziemiê u jego stóp i odrzek³em: - Dostojny kalifie, w 
pañstwie jego widzia³em jeszcze o wiele wiêcej ni¿ to, o czym on pisze. W dniu, kiedy w³adca 
Hindustanu ukazuje siê swemu ludowi, wznosi siê dla niego tron na grzbiecie olbrzymiego s³onia, 
wysokiego na jedenaœcie ³okci, i król na ów tron siada. Przy nim stoj¹ jego dostojnicy, s³udzy i 
towarzysze uczt, tworz¹c dwa rzêdy po jego prawej i lewej rêce, przed nim stoi cz³owiek ze z³ot¹ dzid¹ w 
rêku, a z ty³u za nim drugi, ze z³otym buzdyganem, na koñcu którego znajduje siê olbrzymi szmaragd. A 
kiedy król wyrusza na swoim s³oniu, woko³o niego cwa³uje tysi¹c d¿igitów, przystrojonych w 
przetykany z³otem jedwab. Podczas jazdy biegnie przed nim czausz, wo³aj¹c: "Oto w³adca, któremu 
nale¿y siê najwy¿sza czeœæ, oto su³tan i padyszach!" Po czym czausz wychwala go wielu jeszcze 
innymi s³owami i tytu³ami, których wszystkich nie by³em w stanie spamiêtaæ, a na koñcu wielbi go 
zawo³aniem: "Oto w³adca, który posiada tak wspania³¹ koronê, jakiej ani król Salomon, ani ¿aden 
maharad¿a nigdy nie widzia³". W owym mieœcie zaœ nie ma kadiego, gdy¿ ca³y naród tamtejszego 
kraju wie, co jest dobre, a co z³e. Kalif przys³uchiwa³ siê z najwy¿szym zdumieniem moim s³owom, po 
czym zawo³a³: - Jak¿e¿ potê¿ny musi byæ ów król! Ju¿ jego list œwiadczy o tym, ale prawdziw¹ 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (33 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

wielkoœæ jego potêgi dopiero ty nam ujawni³eœ, opowiadaj¹c o tym, co widzia³eœ na w³asne oczy. Na 
Allacha, m¹droœæ i si³a przypada owemu królowi w udziale! Potem z³o¿y³em w swoich sk³adach 
wszystkie skarby i wszelakie dobro, a sam uda³em siê do swojej dzielnicy. Krewni i przyjaciele przyszli 
do mnie, a ja obdarowa³em ich hojnie. Równie¿ rozda³em wiele ja³mu¿ny najbiedniejszym. Po pewnym 
czasie wszak¿e kalif przys³a³ po mnie i j¹³ mnie wypytywaæ o dary, które przywioz³em, i o miasto, z 
którego one pochodzi³y. A ja mu odpowiedzia³em: - O w³adco wiernych, na Allacha, nie znam nazwy 
owego miasta i trudno mi bêdzie znów tam dotrzeæ. Kiedy bowiem okrêt, na którym p³yn¹³em, zaton¹³, 
przyp³yn¹³em do pewnej wyspy, a tam zbudowa³em sobie tratwê, na której dotar³em w g³¹b owej wyspy. 
I opowiedzia³em mu o wszystkim, co podczas mej jazdy prze¿y³em, jak szczêœliwie strumieniem owym 
p³yn¹³em, a¿ dotar³em do owego miasta, oraz dlaczego dary te zosta³y mu przes³ane. Kalif 
wys³uchawszy ze zdumieniem mojej opowieœci, rozkaza³ swoim dziejopisom spisaæ moj¹ historiê i 
rêkopis przechowaæ w swoim skarbcu, jako naukê dla wszystkich, którzy go bêd¹ czytaæ. Uczyniwszy 
to obdarowa³ mnie hojnie. Ja zaœ pêdzi³em w mieœcie Bagdadzie takie samo ¿ycie jak uprzednio. 
Zapomnia³em ca³kowicie o wszystkim, co prze¿y³em i przecierpia³em, i ¿y³em sobie wspaniale wœród 
samych radoœci. Oto co przytrafi³o mi siê podczas mojej szóstej podró¿y, mili bracia! Jutro rano, jeœli 
Allach pozwoli, opowiem wam dzieje siódmej podró¿y, która spoœród wszystkich moich wypraw jest 
najcudowniejsza i najbardziej osobliwa.

Nastêpnie Sindbad ¯eglarz rozkaza³ nakryæ sto³y i goœcie zasiedli do wieczerzy. Po czym jak zwykle 
podarowa³ Sindbadowi Tragarzowi sto miskali z³otem. Ten przyj¹³ je i poszed³ w swoj¹ drogê. Równie¿ 
i inni goœcie udali siê do swoich domostw, wszyscy nie posiadaj¹c siê ze zdumienia nad tym, co 
us³yszeli. Sindbad Tragarz spêdzi³ noc u siebie. Potem odmówi³ porann¹ modlitwê i uda³ siê znów do 
domu Sindbada ¯eglarza. Nadeszli tam póŸniej tak¿e i pozostali goœcie, a skoro wszyscy zgromadzili 
siê w komplecie, pan domu j¹³ dalej opowiadaæ.

Siódma podró¿ Sindbada ¯eglarza

Wiedzcie¿, ludzie, ¿e kiedy powróci³em z szóstej podró¿y, odda³em siê znów weso³emu ¿yciu, p³awi¹c 
siê w dobrobycie i rozkoszy wœród ci¹g³ych zabaw, muzyki i œpiewu, i spêdzi³em tak wiele dni i nocy. 
Zyski mia³em bowiem obfite i zarobek wielki. Mimo to dusza moja znów kusi³a mnie, abym zwiedza³ 
obce kraje, p³ywa³ po morzach i wraz z innymi kupcami cieszy³ siê s³uchaj¹c nowin o ró¿nych 
nieznanych rzeczach. Skoro umocni³em siê w swoim postanowieniu, kaza³em znów spakowaæ wiele 
cennego towaru, zdatnego do handlu morskiego, i przewioz³em go z miasta Bagdadu do Basry. Tam 
zasta³em okrêt, gotowy do odp³yniêcia, na którego pok³adzie znajdowa³a siê gromada zamo¿nych 
kupców. Uda³em siê wiêc na ich okrêt i zaprzyjaŸni³em siê z nimi. Wkrótce wyruszyliœmy razem 
weso³o i gwarno, w dobrym zdrowiu w szeroki œwiat. Pomyœlny wiatr stale nam sprzyja³, a¿ 
dop³ynêliœmy do pewnego miasta, które zwie siê Madinat as-Sin. W równie dobrym nastroju, w jakim 
tam przybyliœmy, odp³ynêliœmy stamt¹d, gawêdz¹c o naszej podró¿y i naszych sprawach handlowych, 
a¿ nagle wpad³ na nas, znienacka, potê¿ny huragan. Natar³ na nas od przodu i zala³ deszczem, i zarówno 
my, jak i nasz towar przemokliœmy do suchej nitki. Okryliœmy wiêc nasze towary woj³okowymi 
derkami i zgrzebnym p³ótnem, w obawie, aby siê od deszczu nie zepsu³y. Modliliœmy siê przy tym do 
Allacha Mi³oœciwego i b³agali pokornie, aby uratowa³ nas od zagra¿aj¹cego nam straszliwego 
niebezpieczeñstwa. Kapitan zaœ wsta³, zakasa³ rêkawy i wdrapa³ siê na maszt. Stamt¹d rozejrza³ siê na 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (34 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

prawo i na lewo i spojrza³ na ludzi stoj¹cych na pok³adzie. Po czym j¹³ siê biæ po twarzy i szarpaæ 
brodê. My zaœ wo³aliœmy do niego: - Kapitanie, co siê sta³o? A on na to: - B³agajcie Mi³oœciwego 
Allacha o ratunek w niebezpieczeñstwie, które nam zagra¿a! P³aczcie nad waszym losem i po¿egnajcie 
siê wzajemnie! Wiedzcie¿ bowiem, ¿e przemo¿ny huragan zaw³adn¹³ naszym okrêtem i wygna³ go w 
najdalsze morze, na samym krañcu œwiata! Rzek³szy to kapitan zesun¹³ siê z masztu, otworzy³ swoj¹ 
skrzyniê i wyj¹³ z niej bawe³nian¹ sakiewkê. Po czym rozwi¹za³ j¹ i wydosta³ z niej jakiœ proszek, który 
wygl¹da³ na popió³, nastêpnie zwil¿y³ proszek wod¹, odczeka³ chwilê i j¹³ w¹chaæ. Krom tego wyci¹gn¹³ 
jeszcze ze swojej skrzyni ma³¹ ksi¹¿eczkê, coœ w niej przeczyta³ i tak do nas rzecze: - Wiedzcie¿, 
podró¿ni, ¿e w ksi¹¿ce tej znajduje siê osobliwa wiadomoœæ, a mianowicie, ¿e ka¿dy, kto w tê okolicê 
zab³¹dzi, z ¿yciem st¹d nie powróci, lecz musi zgin¹æ marnie. Okolica ta zwie siê bowiem królestwem 
duchów i tu znajduje siê grób króla Salomona. S¹ tam równie¿ smoki potwornej wielkoœci i o 
straszliwym wygl¹dzie. Za ka¿dym razem, kiedy jakiœ okrêt do tego królestwa duchów zab³¹dzi, 
wynurza siê z g³êbiny morskiej olbrzymia ryba i po¿era okrêt wraz ze wszystkim, co siê na nim 
znajduje. Zdumieliœmy siê us³yszawszy te s³owa z ust kapitana. Zaledwie skoñczy³ on mówiæ, jak okrêt 
nasz uniós³ siê nagle wysoko na falach, a potem raptownie opad³ i us³yszeliœmy przeraŸliwy ryk, 
niczym huk piorunu. Zlêkliœmy siê œmiertelnie i uznali za straconych. Wówczas natar³a na nasz okrêt 
ryba, kszta³tem podobna do olbrzymiej góry, co nape³ni³o nas przera¿eniem. Zaczêliœmy p³akaæ gorzko 
nad naszym losem i sposobiæ siê na œmieræ. Z najwy¿sz¹ groz¹ przygl¹daliœmy siê przy tym owemu 
okropnemu potworowi, gdy raptem nadp³ynê³a druga ryba, wiêksza i potê¿niejsza od wszystkiego, 
coœmy dotychczas widzieli. Tote¿ na jej widok jêliœmy siê nawzajem ¿egnaæ ze sob¹ i lamentowaæ 
nad nasz¹ niechybn¹ zgub¹. I oto, niespodziewanie, zjawi³a siê trzecia ryba, jeszcze wiêksza od tamtych 
obu, które przedtem wy³oni³y siê z morza. Wtedy opuœci³y ju¿ nas ca³kiem rozum i zdrowy rozs¹dek i 
byliœmy jak ob³¹kani z przera¿enia i strachu. Owe trzy olbrzymie ryby zaœ zaczê³y kr¹¿yæ ko³o 
naszego statku, a ta trzecia, najwiêksza, rozwar³a ju¿ paszczê, aby go po³kn¹æ ze wszystkim, co na nim 
by³o. Wówczas jednak zerwa³a siê nagle gwa³towna burza, fale podrzuci³y okrêt do góry i cisnê³y nim o 
olbrzymi¹ rafê, o któr¹ siê rozbi³. Deski z jego kad³uba rozlecia³y siê we wszystkie strony, a towary oraz 
wszyscy kupcy i podró¿ni wpadli do morza. Tedy zerwa³em z siebie wszystkie szaty, jakie na sobie 
mia³em, i w jednej koszuli p³yn¹³em dooko³a, a¿ natkn¹³em siê na deskê z rozbitego statku i uczepi³em 
siê jej. Po czym wdrapa³em siê na ni¹ i usiad³em okrakiem. Ba³wany morskie i wichry rzuca³y mn¹ 
uczepionym na owej desce to tu, to tam, niczym dziecinn¹ zabawk¹. Fale unosi³y mnie do góry lub znów 
zanurza³y w g³êbinê morsk¹. Po³o¿enie moje by³o tak okropne, ¿e gorszego trudno sobie wyobraziæ, 
gdy¿ drêczony by³em strachem, g³odem i pragnieniem. Tedy zacz¹³em wyrzucaæ sobie wszystko, co 
uczyni³em, a dusza moja, która za¿ywa³a ongiœ b³ogiego spokoju, cierpia³a teraz srogie mêki. I tak do 
siebie mówi³em: "Sindbadzie ¯eglarzu, nigdy nie potrafisz daæ za wygran¹ i za ka¿dym razem popadasz 
w nowe nieszczêœcia i niebezpieczeñstwa, a mimo to nie chcesz wyrzec siê podró¿y morskich. A jeœli 
nawet to czynisz, to tylko pozornie. Znoœ wiêc teraz wszystko, co ciebie spotyka, gdy¿ zas³u¿y³eœ na 
to". I tak wpad³szy do morza i siedz¹c okrakiem na desce z rozbitego okrêtu ci¹gle sobie powtarza³em: 
"Zas³u¿y³em na to, co na mnie spada! Allach zes³a³ to wszystko na mnie, abym nareszcie wyleczy³ siê z 
mojej chciwoœci. Wszystkie moje strapienia pochodz¹ bowiem z ¿¹dzy zysku, a przecie¿ posiada³em ju¿ 
tyle pieniêdzy i dostatku". A potem uspokoiwszy siê nieco, tak do siebie mówi³em dalej: "Po tej podró¿y 
ju¿ naprawdê poprzysiêgnê, bior¹c Allacha za œwiadka, ¿e wyrzekam siê raz na zawsze wszelkich 
morskich wypraw. Nie bêdê ju¿ nigdy o czymœ takim mówi³, ba, nawet myœla³". I modli³em siê przez 
d³u¿szy czas do Allacha, lej¹c gorzkie ³zy wspominaj¹c, jak to ongiœ w spokoju i radoœci, w pogodzie i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (35 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

weselu, wygodnie i dostatnio sobie ¿y³em. W ten sposób p³yn¹³em przez dwa dni, a¿ wyl¹dowa³em na 
du¿ej wyspie, na której ros³o wiele drzew i p³ynê³o wiele strumieni. Tam jad³em owoce z owych drzew i 
pi³em wodê z owych strumieni, a¿ powróci³em do si³. ¯ycie siê we mnie odnowi³o i nabra³em otuchy, i 
serce poczu³o ulgê od strasznego ucisku. J¹³em tedy przechadzaæ siê po wyspie i natrafi³em po jej 
drugiej stronie na wielk¹ rzekê, która p³ynê³a wartkim pr¹dem. Wtedy przypomnia³em sobie tratwê, na 
której kiedyœ p³yn¹³em, i rzek³em sam do siebie: "Muszê teraz znowu sobie tak¹ tratwê zbudowaæ. 
Mo¿e w ten sposób siê uratujê. Jeœli ujdê z ¿yciem, cel mój bêdzie osi¹gniêty i poprzysiêgnê w obliczu 
Allacha, ¿e nigdy nie bêdê ju¿ podró¿owa³. Jeœli zaœ poniosê œmieræ, to serce moje odpocznie 
wreszcie od wszelkich trudów i m¹k". Jak pomyœla³em, tak i zrobi³em. Nazbiera³em ga³êzi z owych 
drzew, które okaza³y siê rzadkimi i drogocennymi drzewami sanda³owymi, o czym zreszt¹ wcale nie 
wiedzia³em. Zebrawszy dosyæ owego drewna, u³o¿y³em sobie nowy plan dzia³ania i uplot³em powrozy 
z ga³êzi i traw, które ros³y na tej wyspie. Nimi to zwi¹za³em tratwê, powtarzaj¹c sobie w duchu: "Jeœli 
siê uratujê, to zawdziêczaæ to bêdê tylko ³asce Allacha". Po czym siad³em na tratwê i pop³yn¹³em 
wzd³u¿ rzeki, a¿ dotar³em do drugiego koñca wyspy i wyp³yn¹³em na pe³ne morze. Przep³yn¹³em jeden 
dzieñ, drugi i trzeci od chwili, kiedy ow¹ wyspê opuœci³em. Le¿a³em na mojej tratwie ca³y czas bez 
po¿ywienia, popijaj¹c jedynie wodê, której zapas zabra³em czerpi¹c z owej rzeki. Wygl¹dem 
przypomina³em bezradn¹ kurê, tak by³em wyg³odnia³y i wylêk³y. W koñcu tratwa dop³ynê³a ze mn¹ do 
wysokiej góry, pod któr¹ rzeka wy¿³obi³a sobie podziemne koryto. Kiedy to ujrza³em, przestraszy³em siê 
o swoje ¿ycie, przypominaj¹c sobie ów w¹ski korytarz, przez który ongiœ p³yn¹c po podobnym 
strumieniu ledwie siê przecisn¹³em. Chcia³em ju¿ tratwê zatrzymaæ i wysi¹œæ u stóp góry, ale pr¹d 
okaza³ siê ode mnie silniejszy, porwa³ tratwê wraz ze mn¹ i wepchn¹³ w podziemne koryto wy¿³obione 
pod gór¹. Ujrzawszy to, uzna³em siê za straconego. Ale po krótkiej chwili tratwa wyp³ynê³a znów na 
œwie¿e powietrze, a przede mn¹ rozci¹ga³a siê szeroka dolina, w któr¹ rzeka, z podobnym do grzmotu 
hukiem, szybciej od wiatru spada³a. Chwyci³em siê kurczowo tratwy aby z niej nie spaœæ, gdy 
tymczasem fale ciska³y mn¹ na wszystkie strony. Tratwa zaœ popêdzi³a z tak szalon¹ szybkoœci¹ z 
pr¹dem w dó³, ¿e nie mog³em jej zatrzymaæ ani skierowaæ do brzegu. W koñcu tratwa przybi³a do 
jakiegoœ miasta o piêknym wygl¹dzie, wspaniale zabudowanego i gêsto zaludnionego. Mieszkañcy tego 
miasta widzieli mnie, kiedy œrodkiem rzeki mkn¹³em na tratwie z pr¹dem, zarzucili sieæ z d³ugimi 
sznurami, i w ten sposób zdo³ali wyci¹gn¹æ mnie z wody na brzeg. Tam pad³em na ziemiê jak nie¿ywy. 
G³ód, bezsennoœæ i strach ca³kiem mnie bowiem wyczerpa³y. Z gromady ludzi wyst¹pi³ sêdziwy 
starzec, podszed³ do mnie, przywita³ mnie ¿yczliwie i rzuci³ mi piêkn¹ szatê, abym móg³ ni¹ nagoœæ 
moj¹ przyodziaæ. Po czym wzi¹³ mnie ze sob¹, przeszed³ ze mn¹ ulicami miasta i zaprowadzi³ do ³aŸni. 
Tam przyniós³ mi dla wzmocnienia rzeŸwi¹ce napoje i da³ wonne pachnid³a. Po opuszczeniu ³aŸni 
wprowadzi³ mnie do swego domu, a jego rodzina uradowa³a siê z mego przybycia. Nastêpnie goœcinny 
gospodarz wskaza³ mi wygodne siedzenie i poczêstowa³ smacznymi potrawami. Jad³em, a¿ siê 
nasyci³em, i wielbi³em Allacha, dziêkuj¹c mu za moje ponowne ocalenie. Kiedy siê ju¿ pomodli³em, 
s³udzy mojego gospodarza przynieœli mi ciep³¹ wodê, abym móg³ w niej obmyæ rêce, a niewolnice 
wrêczy³y mi jedwabne rêczniki, abym móg³ wytrzeæ sobie rêce i usta. Wkrótce potem goœcinny starzec 
przeznaczy³ dla mnie oddzieln¹ komnatê w bocznym skrzydle swego domu i rozkaza³ swoim s³ugom i 
s³u¿ebnicom, aby mi us³ugiwali, ka¿d¹ zachciankê moj¹ spe³niali i troszczyli siê o wszystko, czego mi 
bêdzie potrzeba. Kiedy tak siê o mnie troszczono, pozosta³em przez trzy dni w owym goœcinnym domu, 
staraj¹c siê z pomoc¹ smacznego jad³a, mocnych napojów i orzeŸwiaj¹cych zapachów powróciæ do si³. 
Lêk mój siê ulotni³, serce moje zaczê³o biæ równo, a dusza odnalaz³a spokój. Czwartego dnia zaszed³ do 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (36 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

mnie mój gospodarz. Ucieszy³eœ nas twoimi odwiedzinami, mój synu. Niech Allach bêdzie uwielbion 
za twoje ocalenie. Powiedz teraz, czy chcesz wraz ze mn¹ zejœæ na dó³ na wybrze¿e, a potem udaæ siê 
na bazar, aby towar twój sprzedaæ i osi¹gn¹æ zañ dobr¹ cenê? Byæ mo¿e, kupisz za to coœ innego, co 
bêdziesz móg³ z kolei dobrze odprzedaæ. Milcza³em przez chwilê, pytaj¹c siebie w duchu: "Sk¹d¿e 
mia³bym tu mieæ jakiœ towar? Nie rozumiem, o czym on mówi". Tamten zaœ ci¹gn¹³ dalej: - Synu mój, 
porzuæ troski i nie namyœlaj¹c siê, chodŸ ze mn¹ na bazar! Jeœli spotkamy kogoœ, kto za twój towar 
zap³aci tyle, ¿e ciê to zadowoli, zgódŸ siê na cenê. Jeœli jednak nie bêd¹ dosyæ dawali, to przechowam 
twój towar w swoim sk³adzie, a¿ nadejdzie pomyœlniejsza dla handlu pora. A ja ci¹gle siê 
zastanawia³em i tak do siebie mówi³em: "Zrób tak, jak ten starzec mówi, a zobaczysz, o jaki to towar 
chodzi". Odpowiedzia³em wiêc: - S³ucham i jestem pos³uszny, panie. Niech to, co czynisz, bêdzie 
b³ogos³awione! W niczym nie chcê ci siê sprzeciwiaæ. Nastêpnie uda³em siê z nim na bazar, gdzie 
zasta³em moj¹ tratwê rozebran¹ na czêœci. Dopiero teraz zauwa¿y³em, ¿e by³a ona z drzewa 
sanda³owego. Starzec kaza³ obwo³ywaczowi obwieœciæ, ¿e drewno to jest na sprzeda¿. I ju¿ podeszli 
kupcy, i zaczêli podbijaæ ceny, ofiarowuj¹c coraz wiêcej za sanda³owe drzewo, a¿ cena dosz³a do tysi¹ca 
denarów i na tym stanê³o. Starzec zaœ zwróci³ siê do mnie i tak rzecze: - S³uchaj, synu, cena ta jest 
s³uszn¹ zap³at¹ za twój towar w obecnej porze. Czy chcesz go za tê cenê odst¹piæ, czy te¿ wolisz 
poczekaæ i oddaæ go do mego sk³adu na przechowanie, a¿ nadejdzie pora, kiedy bêdziesz móg³ 
domagaæ siê wy¿szej ceny i takow¹ uzyskaæ? Odpowiedzia³em na to: - Panie mój, ty rozstrzygnij, 
uczyñ, jak chcesz. - Mój synu - ci¹gn¹³ starzec dalej - sprzedaj mi wiêc swoje drewno o sto denarów 
dro¿ej, ni¿ ofiarowuj¹ ci owi handlarze. - Zgoda - odpar³em. - Odsprzedam ci je za tê cenê i zgadzam siê 
na ni¹. Wtedy starzec rozkaza³ s³ugom zanieœæ owo sanda³owe drzewo do swojego sk³adu. A ja, 
powróciwszy wraz z nim do jego domu, usiad³em przy nim i dosta³em od niego dok³adnie odliczon¹ 
cenê kupna. Równie¿ kaza³ on przynieœæ dla mnie sakiewkê i w³o¿y³ do niej owe pieni¹dze. Po czym 
zamkn¹³ sakiewkê w skrytce ¿elaznej i wrêczy³ mi od niej kluczyk. Po kilku dniach mój gospodarz tak 
do mnie powiedzia³: - Synu mój, chcê ci zrobiæ pewn¹ propozycjê i by³bym wielce rad, gdybyœ j¹ 
przyj¹³. - Co to za propozycja? - zapyta³em. A on na to: - Wiedz, do¿y³em ju¿ podesz³ego wieku, 
wszelako nie mam mêskiego potomka. Mam jednak córkê m³od¹ latami i wyró¿niaj¹c¹ siê wdziêkiem, 
bogat¹ w pieni¹dze i powaby. Pragn¹³bym, byœ j¹ poœlubi³ i wraz z ni¹ pozosta³ w naszym kraju, 
wówczas oddam ci na w³asnoœæ wszystko, co posiadam. Jestem bowiem ju¿ starym cz³owiekiem i 
wkrótce bêdziesz móg³ mnie zast¹piæ. Ja wszak¿e milcza³em, nic nie odpowiadaj¹c. On zaœ tak do mnie 
mówi³ dalej: - Synu mój, zgódŸ siê na to, co ci proponujê, gdy¿ chcê twego dobra. Skoro spe³nisz moje 
¿yczenie, niezw³ocznie oddam ci rêkê mojej córki, a wtedy bêdziesz dla mnie jak rodzony syn i 
wszystko, co stanowi moj¹ w³asnoœæ i maj¹tek, bêdzie do ciebie nale¿a³o. Jeœli bêdziesz mia³ ochotê 
uprawiaæ handel i pojechaæ do swojej ojczyzny, nikt ci w tym nie przeszkodzi. Bêdziesz móg³ wtedy 
rozporz¹dzaæ ca³ym moim bogactwem. Czyñ teraz, co zechcesz i dokonaj wyboru! - Na Allacha, panie - 
odpar³em - sta³eœ siê dla mnie jakby drugim ojcem. Przeszed³em bowiem tyle okropnoœci, ¿e nie mam 
ju¿ rozeznania i zdrowego s¹du. Przeto rozstrzygaj o wszystkim za mnie wed³ug w³asnego ¿yczenia. 
Tedy starzec wys³a³ swoje s³ugi, aby sprowadziæ kadiego i œwiadków, kaza³ sporz¹dziæ akt œlubny i 
przygotowa³ huczne wesele. Po czym zaprowadzi³ mnie do swojej córki i ujrza³em przed sob¹ dziewicê 
najdoskonalszej urody, nieopisanego wdziêku i o przedziwnej harmonii kszta³tów. By³a przyodziana w 
bogate szaty i przyozdobiona rozmaitymi kosztownoœciami, szlachetnymi kamieniami, drogocennymi 
naszyjnikami i klejnotami, które by³y warte tysi¹c tysiêcy z³otych monet, a wiêc tyle, ile nikt nie by³by 
w stanie zap³aciæ. Spodoba³a mi siê wielce i pokochaliœmy siê gor¹co od pierwszego wejrzenia. 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (37 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

Spêdzi³em u jej boku wiele lat pe³nych radoœci i wesela, a¿ ojciec jej zosta³ powo³any przez Allacha 
przed Jego tron. Wtedy wyprawiliœmy mu uroczysty pogrzeb i z³o¿yli jego cia³o do grobu. Ja zaœ 
przej¹³em wszystko, co posiada³. Wszyscy jego niewolnicy stali siê moj¹ w³asnoœci¹ i s³uchali od tej 
chwili ju¿ tylko moich rozkazów, kupcy zaœ tamtejsi powo³ali mnie na osierocony przez niego urz¹d. 
Zmar³y by³ bowiem starszym ca³ego kupieckiego stanu. I ¿adnemu z nich nie wolno by³o bez jego 
wiedzy i zezwolenia nic przedsiêbraæ, poniewa¿ piastowa³ on za ¿ycia godnoœæ szejka. Obecnie tedy ja 
obj¹³em to jego stanowisko. Kiedy zapozna³em siê bli¿ej z mieszkañcami owego miasta, odkry³em, ¿e 
raz jeden w ka¿dym miesi¹cu zmieniaj¹ oni swoj¹ postaæ. Wtedy wyrastaj¹ im skrzyd³a i wzlatuj¹ ku 
chmurom na niebie, a w mieœcie nikt nie pozostaje krom kobiet i dzieci. Powiedzia³em wiêc sobie tak: 
"Kiedy nadejdzie pierwszy taki dzieñ, poproszê jednego z nich, aby wzi¹³ mnie ze sob¹ i zaniós³ tam, 
gdzie oni wszyscy siê udaj¹". I rzeczywiœcie kiedy nastêpny miesi¹c nadszed³ i rysy twarzy 
mieszkañców miasta jê³y siê zmieniaæ, a ich postacie przeistaczaæ, podszed³em do jednego z nich i 
poprosi³em: - Na Allacha, zaklinam ciê, weŸ mnie ze sob¹, abym móg³ w³asnymi oczyma wszystkiemu 
siê przyjrzeæ, a potem wraz z wami powróciæ. Ale ów cz³owiek mi odmówi³. - Nie le¿y to w granicach 
moich mo¿liwoœci - rzek³. Nie przesta³em jednak dalej nalegaæ, a¿ w koñcu przysta³, a ja uzyska³em 
zgodê równie¿ i pozosta³ych mieszkañców miasta, przy czym nikomu z moich domowników, s³ug i 
przyjació³ nic o tym nie powiedzia³em. Tedy uczepi³em siê go, a on wzlecia³ wraz ze mn¹ w powietrze i 
wzbi³ siê pod niebiosa tak wysoko, ¿e us³ysza³em, jak anio³owie wielbi¹ Allacha pod niebiesk¹ kopu³¹. 
Pe³en zdumienia zawo³a³em: "Chwa³a ci, o Allachu!" Zaledwie wypowiedzia³em te s³owa uwielbienia, 
buchn¹³ z nieba straszny ogieñ, który nieomal owych skrzydlatych ludzi nie spali³. Wtedy oni obni¿yli 
szybko swój lot i, rozgniewani bardzo, porzucili mnie na wierzcho³ku wysokiej góry zupe³nie samego. I 
tak le¿a³em opuszczony na wierzcho³ku owej góry, czyni¹c sobie gorzkie wyrzuty, przy czym tak 
mówi³em do siebie: "Za ka¿dym razem, kiedy zaledwie uda ci siê jakiemuœ nieszczêœciu umkn¹æ, 
wpadasz w inne jeszcze gorsze ni¿ tamto". Gdy tak na wierzcho³ku owej góry siedzia³em, nie wiedz¹c, 
dok¹d siê zwróciæ, zjawi³o siê nagle dwóch m³odzianków, piêknych niczym dwa ksiê¿yce, a ka¿dy z 
nich dzier¿y³ w rêku z³ot¹ laskê, któr¹ siê podpiera³. Zbli¿y³em siê do nich i pozdrowi³em, a kiedy na 
moje pozdrowienie odpowiedzieli, tak do nich przemówi³em: - Zaklinam was na Allacha, powiedzcie 
mi, kim jesteœcie i co zamierzacie! A oni na to: - Jesteœmy s³ugami Allacha. Po czym wrêczyli mi jedn¹ 
ze swych lasek z czerwonego z³ota i odeszli w swoj¹ drogê, pozostawiaj¹c mnie znów samego. Zacz¹³em 
wtedy przechadzaæ siê po wierzcho³ku góry, podpieraj¹c siê z³ot¹ lask¹ i rozmyœlaj¹c nad owymi oboma 
m³odziankami. Raptem wyskoczy³ spod góry w¹¿, dzier¿¹c cz³owieka w paszczy, którego by³ a¿ do 
pêpka po³kn¹³. A cz³owiek ów krzycza³: - Kto mnie uratuje, tego niech Allach wybawi od wszelakiego 
nieszczêœcia. Niezw³ocznie podbieg³em do wê¿a i ugodzi³em go z³ot¹ lask¹ w ³eb a wtedy w¹¿ wyplu³ 
owego cz³owieka z paszczy. Ten powsta³ z ziemi, podszed³ do mnie blisko i rzek³, pe³en nieopisanej 
wdziêcznoœci: - Poniewa¿ moje ocalenie od tego jadowitego wê¿a zawdziêczam tobie, nigdy ciê ju¿ nie 
porzucê. Bêdê na tej górze twoim nieodstêpnym towarzyszem. - B¹dŸ pozdrowiony! - odpar³em i 
poszliœmy razem wzd³u¿ góry, a¿ nagle natknêliœmy siê na gromadê ludzi. Przyjrza³em siê im i oto 
wœród nich zobaczy³em owego cz³owieka, który niós³ mnie na ramionach, lec¹c ze mn¹ w powietrzu. 
Podszed³em do niego, przeprosi³em go i powiedzia³em przyjaŸnie: - Prawdziwy przyjaciel tak nie 
postêpuje ze swoim przyjacielem, jak ty post¹pi³eœ ze mn¹. Ale cz³owiek ten odpowiedzia³ mi z 
ponurym wyrazem twarzy: - To ty sprowadzi³eœ na nas nieszczêœcie, wielbi¹c Allacha. - Nie gniewaj 
siê na mnie - mówi³em dalej - nie wiedzia³em, ¿e tak siê stanie, od tego czasu nie powiem ju¿ ani s³owa. 
Wówczas zgodzi³ siê wzi¹æ mnie ze sob¹, ale jedynie pod warunkiem, ¿e nie wymówiê ju¿ imienia 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (38 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

Allacha ani go bêdê wielbi³, dopóki ptak-cz³owiek nieœæ mnie bêdzie na swoim grzbiecie. Wtedy wzi¹³ 
mnie ze sob¹ i uniós³ siê ze mn¹ w powietrze, jak poprzednio, i tak dolecieliœmy do mego domu. Tam 
moja ¿ona wysz³a mi na spotkanie, pozdrowi³a mnie i winszowa³a bezpiecznego powrotu, mówi¹c: - 
Wystrzegaj siê tych ludzi i nie przestawaj z nimi, gdy¿ s¹ to bracia szatana, którym nie wolno 
wymawiaæ imienia Allacha Mi³oœciwego! - Có¿ wiêc czyni³ wœród nich twój ojciec? - zapyta³em. A 
ona na to: - Mój ojciec nie by³ jednym z nich i nie postêpowa³ tak jak oni. A poniewa¿ ju¿ nie ¿yje, 
uwa¿am, ¿e najlepiej bêdzie, jeœli wszystko, co posiadamy, wyprzedasz, za tê cenê zakupisz towar, a 
potem wraz ze mn¹ pojedziesz do swojej ojczyzny i swoich najbli¿szych. Nie pragnê wcale w mieœcie 
tym d³u¿ej pozostaæ, kiedy moja matka i mój ojciec ju¿ nie ¿yj¹. Wyprzeda³em tedy ca³e mienie starego 
szejka, jedn¹ rzecz po drugiej, rozejrza³em siê, czy ktoœ z tego miasta nie udaje siê do Bagdadu, 
abyœmy mogli do niego siê, przy³¹czyæ. Kiedy by³em tym wszystkim zajêty, dowiedzia³em siê wkrótce, 
¿e wprawdzie kilku tamtejszych kupców wybiera siê do Bagdadu, ale nie mog¹ znaleŸæ okrêtu. Dlatego 
te¿ kupili drzewo i zbudowali sobie wielki statek. Ugodzi³em siê z nimi co do kosztów przejazdu i 
przewozu, i wrêczywszy im z góry ca³¹ zap³atê, za³adowa³em moj¹ ma³¿onkê i nasze ruchome mienie na 
ich statek. Jedynie posiad³oœci ziemskie i maj¹tek nieruchomy musieliœmy pozostawiæ. Wyruszyliœmy 
na pe³ne morze i p³ynêli coraz dalej od wyspy do wyspy i z morza na morze. Wiatr i pogoda nam 
sprzyja³y, a¿ dojechaliœmy w dobrym zdrowiu do miasta Basry. Tym razem nie zatrzyma³em siê tam, 
ale wynaj¹³em od razu inny okrêt, na który prze³adowa³em moje towary, i pop³ynêliœmy do Bagdadu. 
Tam uda³em siê do swojej dzielnicy, poszed³em do swojego domu i powita³em rodzinê, przyjació³ i 
towarzyszy. Potem z³o¿y³em w sk³adach wszystkie towary, które przywioz³em. Moi domownicy ju¿ 
obliczyli czas mej nieobecnoœci w domu od chwili wyruszenia w siódm¹ podró¿ na lat dwadzieœcia i 
siedem, tak ¿e stracili byli wszelk¹ nadziejê na mój powrót. Kiedy jednak zjawi³em siê u nich i 
opowiedzia³em im o wszystkich moich prze¿yciach i przygodach, byli wielce zaskoczeni i winszowali 
mi szczêœliwego powrotu. Wtedy odprzysi¹g³em siê raz na zawsze, bior¹c na œwiadka Allacha, od 
podró¿owania po l¹dzie i morzu, poniewa¿ wywiód³ mnie szczêœliwie z niebezpieczeñstw tej mojej 
siódmej podró¿y. By³ to punkt zwrotny w moim ¿yciu i kres mojej ochoty do podró¿owania. 
Dziêkowa³em Allachowi za to, ¿e pozwoli³ mi wróciæ do ojczyzny. A teraz rozwa¿, Sindbadzie 
Tragarzu, to wszystko, co prze¿y³em i przeszed³em, i jak siê to wszystko odby³o! A przecie¿ musia³em 
moj¹ siódm¹ podró¿ jeszcze innym wydarzeniem zakoñczyæ. Porzuciwszy podró¿owanie i handel, tak 
powiedzia³em do siebie: "Dozna³em ju¿ dosyæ przygód, a teraz ¿ywot mój zbli¿a siê ku koñcowi". 
Pewnego dnia, kiedy siedzia³em w moim domu, us³ysza³em nagle pukanie do drzwi. OdŸwierny 
otworzy³ i do komnaty wszed³ niewolnik kalifa oznajmiaj¹c: - Kalif wzywa ciê do siebie. Poszed³em za 
owym pos³añcem a¿ do pa³acu jego pana, uca³owa³em ziemiê u stóp kalifa i odda³em mu nale¿ny 
pok³on. W³adca zaœ powita³ mnie uprzejmie, mówi¹c: - Sindbadzie, mam do ciebie proœbê. Czy jesteœ 
sk³onny j¹ spe³niæ? Tedy poca³owa³em go w rêkê i rzek³em: - Panie i w³adco, jak¹¿ proœbê mo¿e pan 
mieæ do swego s³ugi? On zaœ tak mówi³ dalej: - Chcê, abyœ pojecha³ do owego króla, u którego by³eœ, 
i wrêczy³ mu list oraz upominki ode mnie, poniewa¿ on uraczy³ mnie za twoim poœrednictwem 
odrêcznym pismem i bogatymi darami. Przerazi³o mnie to wielce i odpar³em: - Na Allacha, mój panie i 
w³adco, odczuwam obecnie takie obrzydzenie do wszelkich podró¿y, ¿e kiedy mówi¹ mi o 
podró¿owaniu po morzu czy gdzie indziej, cz³onki moje przechodzi dreszcz na samo wspomnienie 
wszelkich tych niebezpieczeñstw i okropnoœci, które prze¿y³em i przeszed³em. Obecnie nic nie ci¹gnie 
mnie ju¿ do podró¿owania i poprzysi¹g³em sobie miasta Bagdadu nigdy nie opuszczaæ. Nastêpnie 
opowiedzia³em kalifowi ca³e moje ¿ycie Od pocz¹tku do koñca. Wys³ucha³ mnie w wielkim zdumieniu i 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (39 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

tak ci¹gn¹³ dalej: - Na Allacha, Sindbadzie, od czasów, do których siêga pamiêæ ludzka, nigdy nie 
s³yszano, aby jakiœ cz³owiek to prze¿y³, co ty prze¿y³eœ. Przeto s³usznie czynisz, jeœli nie chcesz ju¿ 
nawet mówiæ o podró¿ach. Ale zrób to dla mnie i wyrusz jeszcze raz w podró¿, aby wrêczyæ moje 
upominki i mój list królowi Cejlonu, bo tak siê ta nieznana ci wyspa zowie! Potem, jeœli bêdzie taka 
wola Allacha, mo¿esz zaraz powróciæ, a na mnie nie bêdzie ju¿ ci¹¿yæ ¿aden obowi¹zek wdziêcznoœci 
wobec owego króla. - S³ucham i jestem pos³uszny - odpowiedzia³em kornie, gdy¿ nie mog³em 
sprzeciwiaæ siê rozkazowi kalifa. Wówczas kalif wrêczy³ mi owe upominki i list oraz pieni¹dze na 
koszty podró¿y, ja zaœ poca³owa³em go w rêkê i oddali³em siê sprzed jego oblicza. Wyjecha³em z 
Bagdadu w kierunku morza. Wsiad³szy na okrêt p³ynêliœmy z pomoc¹ Allacha wiele dni i nocy, a¿ 
dotarliœmy do Cejlonu. Wraz ze mn¹ podró¿owa³a wielka iloœæ kupców. Kiedy zawinêliœmy do 
przystani, wysiedliœmy z okrêtu i udali siê do miasta. Wzi¹³em ze sob¹ upominki i odrêczne pismo 
kalifa, poszed³em z nimi do tamtejszego króla i uca³owa³em ziemiê u jego stóp. Skoro mnie tylko ujrza³, 
od razu zawo³a³: - B¹dŸ pozdrowiony, Sindbadzie! Na Allacha, ju¿ têskni³em do ciebie. Chwa³a niech 
bêdzie Allachowi, ¿e pozwoli³ mi raz jeszcze ujrzeæ twoje oblicze. Po czym uj¹³ mnie za rêkê i posadzi³ 
u swego boku. Potem raz jeszcze pozdrowi³ mnie pe³en ¿yczliwoœci i radoœci, gawêdzi³ ze mn¹ i 
okazywa³ mi swoj¹ ³askawoœæ. - W jaki sposób siê sta³o - zapyta³ - ¿e znowu do nas przyjecha³eœ, o 
Sindbadzie? Poca³owa³em go w rêkê, dziêkuj¹c, i odpar³em: - Panie i w³adco, przybywam do ciebie z 
upominkami i listem od mojego pana, kalifa Haruna ar-Raszida. Nastêpnie wrêczy³em mu owe dary i 
pismo, a on przeczyta³ i widaæ by³o, ¿e list go ucieszy³. Darami kalifa by³y: wspania³y rumak wartoœci 
dziesiêciu tysiêcy denarów ze z³oconym i wysadzanym drogimi kamieniami siod³em, ksiêga pe³na 
m¹droœci, bogate szaty, sto rozmaitych gatunków egipskiego p³ótna i jedwabi z Suezu i Aleksandrii, 
greckie kapy oraz sto podwójnych bel surowego jedwabiu i lnu. Poza tym by³ tam jeszcze jeden wielce 
osobliwy klejnot: kryszta³owy puchar, w którego wnêtrzu by³ wyryty lew, a naprzeciw niego klêcz¹cy 
³ucznik, naci¹gaj¹cy ciêciwê ze strza³¹ tak mocno, ¿e nie mo¿na ju¿ jej by³o wiêcej naci¹gn¹æ. Wœród 
darów znalaz³ siê równie¿ staro¿ytny stó³ króla Salomona. Treœæ listu kalifa zaœ by³a. nastêpuj¹ca: 
Kalif Harun ar-Raszid, któremu Allach udzieli³ wielkiej potêgi i który z Bo¿ej ³aski tak jak i jego 
przodkowie czczony jest i s³awiony z daleka i z bliska œle Ci pozdrowienie królu, najszczêœliwszy z 
w³adców! I dalej: List Twój doszed³ do naszych r¹k i ucieszyliœmy siê nim wielce. Przeto posy³amy Ci 
obecnie ksiêgê, której tytu³ brzmi: "Rozumnym rozkosz, a przyjacio³om drogocenny podarek". Do 
ksiêgi zaœ do³¹czamy kilka upominków, jakimi godzi siê jeno królów obdarzaæ. Przyjmij je ³askawie! 
Pokój Tobie! Przeczytawszy list, król Cejlonu obdarzy³ mnie hojnie i obsypa³ dowodami czci, a ja 
prosi³em Niebo o b³ogos³awieñstwo dla niego i dziêkowa³em mu za jego dobroæ. Po kilku dniach 
poprosi³em go o zezwolenie na powrót. Ale udzieli³ mi go dopiero po d³ugich i usilnych b³aganiach. 
Tedy po¿egna³em siê z nim i wyruszy³em z jego stolicy wraz z kilku kupcami oraz innymi 
towarzyszami podró¿y. Chcia³em wróciæ jak najwczeœniej, gdy¿ utraci³em ju¿ smak do dalekich 
wypraw. P³ynêliœmy coraz dalej i minêli niejedn¹ wyspê. Raptem, kiedyœmy tak jechali, otoczy³y nas 
na pe³nym morzu ³odzie, w których siedzieli ludzie podobni do diab³ów, uzbrojeni w miecze, kind¿a³y i 
³uki, w pancerzach i zbrojach. Napadli na nas, siek¹c i k³uj¹c, ranili ka¿dego, kto im siê sprzeciwia³, i 
zabrali nam okrêt ze wszystkim, co na nim by³o, potem zawieŸli nas na jak¹œ wyspê i sprzedali tam w 
niewolê po najni¿szej cenie. Mnie naby³ pewien bogaty cz³owiek i wprowadzi³ do swego domu. Tam 
da³ mi jeœæ i piæ, przyodzia³ i traktowa³ przyjaŸnie. Dusza moja odnalaz³a wiêc spokój i nieco 
odetchnê³a. Pewnego dnia jednak ów cz³owiek tak do mnie powiedzia³: - Czy umiesz wykonywaæ jak¹œ 
pracê? A ja na to: - Efendi, jestem kupcem i umiem jedynie trudniæ siê handlem. On zaœ pyta³ dalej: - 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (40 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

A czy umiesz strzelaæ z ³uku? - Tak, to potrafiê - odpowiedzia³em. Tedy przyniós³ ³uk i strza³y i kaza³ 
mi usi¹œæ za sob¹ na grzbiecie s³onia. Kiedy noc mia³a siê ku koñcowi, wyruszyliœmy, a on 
poprowadzi³ s³onia, na którym siedzieliœmy, wœród olbrzymich drzew, a¿ dotarliœmy do jednego 
bardzo wysokiego i grubego. Mój pan kaza³ mi na to drzewo siê wdrapaæ, wrêczy³ ³uk i strza³y i rzek³: - 
SiedŸ tu spokojnie, a kiedy nad ranem nadejd¹ s³onie, szyj w nie strza³ami. Mo¿e ubijesz jednego z 
nich. A skoro siê przewróci, przyjdŸ do mnie i donieœ mi o tym. Potem opuœci³ mnie i oddali³ siê. Ja 
zaœ pozosta³em pe³en lêku i strachu, ukryty w koronie drzewa. O wschodzie s³oñca ukaza³y siê s³onie, 
które przebiega³y wœród drzew. J¹³em do nich strzelaæ i strzela³em tak d³ugo, a¿ strza³a moja zabi³a 
jednego z nich. Wieczorem powiedzia³em o tym mojemu panu, który ucieszy³ siê wielce i obdarowa³ 
mnie hojnie. Potem zaœ kaza³ zabitego s³onia zabraæ. I tak dzia³o siê codziennie. Co rano zabija³em 
s³onia, a pan mój zabiera³ go. Wszelako pewnego dnia, kiedy znów siedzia³em w moim ukryciu w 
koronie owego wielkiego drzewa, nadesz³a nagle, zanim siê spostrzeg³em, nieskoñczenie wielka 
gromada s³oni. Kiedy us³ysza³em straszliwy ha³as, który czyni³y rycz¹c i tr¹bi¹c, wyda³o mi siê, ¿e 
ziemia dr¿y od tego w posadach. Wszystkie s³onie otoczy³y drzewo, na którym siedzia³em, a które mia³o 
piêædziesi¹t ³okci w obwodzie. Nagle wyst¹pi³ naprzód najpotê¿niejszy ze wszystkich s³oni, podbieg³ do 
drzewa, obwin¹³ jego pieñ tr¹b¹, wyrwa³ je z korzeniami i cisn¹³ na ziemiê. Tedy pad³em zemdlony 
pomiêdzy s³onie. Wówczas ów olbrzymi s³oñ podszed³ do mnie, owin¹³ mnie tr¹b¹ i posadzi³ na swoim 
grzbiecie. Po czym pomkn¹³ ze mn¹, a inne s³onie pok³usowa³y za nim. Niós³ mnie dalej i dalej, le¿¹cego 
nieprzytomnie na jego grzbiecie, a¿ doniós³ tam, dok¹d zamierza³ mnie zanieœæ, zrzuci³ na ziemiê i 
umkn¹³, a pozosta³e s³onie pobieg³y za nim. Ja zaœ uspokoi³em siê i strach mnie opuœci³. Powoli 
odzyska³em przytomnoœæ i œwiadomoœæ, co siê ze mn¹ dzieje. Wydawa³o mi siê jednak, ¿e to tylko 
sen. Powstawszy z ziemi ujrza³em, ¿e znajdujê siê wœród samych koœci s³oni i zrozumia³em, ¿e jest to 
ich cmentarzysko, a ów olbrzymi s³oñ przyniós³ mnie tu ze wzglêdu na s³oniowe k³y. Uda³em siê 
niezw³ocznie w drogê i przeszed³szy jeden dzieñ i jedn¹ noc powróci³em do domu mojego pana. 
Spojrzawszy na mnie, ujrza³, ¿e jestem blady z przera¿enia i g³odu, ale ucieszy³ siê z mego powrotu i tak 
do mnie rzecze: - Na Allacha, zaiste ciê¿ko mi by³o na sercu z twego powodu, gdy¿ kiedy poszed³em do 
owego drzewa i zobaczy³em je wyrwane z korzeniami, by³em pewien, ¿e s³onie ciê zabi³y. Ale 
opowiedz mi teraz, co ci siê przytrafi³o. Opowiedzia³em mu wówczas o wszystkim, co prze¿y³em. On 
zaœ nie posiada³ siê ze zdumienia i radoœci i tak mnie zapyta³: - Czy pamiêtasz, jak siê idzie do 
cmentarzyska s³oni? A skoro mu odpowiedzia³em: - Tak jest, mój panie i w³adco - wzi¹³ mnie na 
swojego s³onia i pojechaliœmy w owo miejsce. Na widok tak wielkiej iloœci s³oniowych k³ów mój pan 
nie móg³ powstrzymaæ siê od okrzyków radoœci. Objuczyliœmy wiêc naszego s³onia tak¹ iloœci¹ k³ów, 
jak¹ siê tylko da³o, i powróciliœmy do domu. Tam pan mój obsypa³ mnie dowodami uznania i 
wdziêcznoœci i powiedzia³: - Synu mój, utorowa³eœ mi drogê do wielkich zysków. Niech Allach ci to 
po stokroæ wynagrodzi! Ja zaœ darowujê ci za to wolnoœæ, bior¹c na œwiadka Allacha Mi³oœciwego. 
S³onie niejednemu ju¿ u nas zada³y œmieræ, mszcz¹c siê za to, ¿e polujemy na ich k³y. Ciebie wszak¿e 
Allach Mi³oœciwy przed nimi uchroni³ i mog³eœ wyœwiadczyæ nam wielk¹ przys³ugê, wskazuj¹c drogê 
prowadz¹c¹ do owych k³ów. - Panie mój i w³adco - odpowiedzia³em - niech Allach ciê za to od 
piekielnego ognia zachowaæ raczy. A teraz, skoro jestem wolny, proszê ciê, abyœ mi pozwoli³ 
powróciæ do mojej ojczyzny. - Dobrze - pad³a odpowiedŸ. - Dajê ci to zezwolenie. Co roku odbywaj¹ 
siê u nas targi, na które przybywa wiele cudzoziemskich kupców, aby zakupiæ od nas s³oniow¹ koœæ. 
Niebawem nadejdzie pora tych targów. Skoro wiêc kupcy owi tu przybêd¹, odeœlê ciê st¹d razem z nimi. 
Dam ci przy tym tyle pieniêdzy, abyœ móg³ dojechaæ a¿ do ojczyzny. Pomodli³em siê wiêc do Allacha 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (41 of 42)2009-06-22 11:10:39

background image

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt

o b³ogos³awieñstwo dla mego dobroczyñcy i dziêkowa³em mu, a on traktowa³ mnie od tego czasu z 
najwy¿sz¹ czci¹ i szacunkiem. Po kilku dniach przybyli rzeczywiœcie zgodnie z jego zapowiedzi¹ 
cudzoziemcy kupcy. Zajêli siê kupnem, sprzeda¿¹ i handlem wymiennym, a skoro zaczêli siê zbieraæ do 
powrotnej drogi, mój pan przyszed³ do mnie i tak mi powiedzia³: - Oto kupcy ci s¹ gotowi do odjazdu, 
przysposób siê wiêc i ty do powrotu i jedŸ razem z nimi do ojczyzny. Przysposobi³em siê tedy i 
przygotowa³em do drogi z owymi kupcami. Kupcy spakowali nabyt¹ s³oniow¹ koœæ i za³adowali na 
okrêt. Pan mój zaœ wysy³aj¹c mnie w drogê powrotn¹ zap³aci³ im za mój przejazd oraz pokry³ wszelkie 
inne koszty, na jakie móg³bym byæ nara¿ony. Prócz tego obdarowa³ mnie jeszcze szczodrze wszelakimi 
towarami. Pop³ynêliœmy wiêc od wyspy do wyspy, a¿ przemierzyliœmy morze i dotarliœmy do sta³ego 
l¹du. Tam kupcy wy³adowali i sprzedali swoje zapasy i ja uczyni³em to samo z wielkim zyskiem. Potem 
kupi³em wiele najdrogocenniejszych upominków i najpiêkniejszych osobliwoœci owej krainy oraz 
wszystkiego, czego mi by³o potrzeba. Naby³em równie¿ r¹czego wierzchowca i poci¹gnêliœmy karawan¹ 
przez pustyniê z kraju do kraju, a¿ odnaleŸliœmy drogê do Bagdadu. Uda³em siê od razu do kalifa, 
wypowiedzia³em s³owa powitania, uca³owa³em jego rêkê i donios³em o wszystkim, co mi siê przytrafi³o 
i co prze¿y³em. On zaœ ucieszy³ siê wielce z mego ocalenia i dziêkowa³ za to Allachowi. Potem poleci³ 
ca³¹ moj¹ historiê spisaæ z³otymi literami. Ja zaœ powróci³em do domu i znowu znalaz³em siê wœród 
krewnych i przyjació³.

Sindbad Tragarz tak zaœ powiedzia³ do Sindbada ¯eglarza: - Na Allacha, daruj mi, jeœli ocenia³em ciê 
niesprawiedliwie. I od tego czasu Sindbad ¯eglarz i Sindbad Tragarz ¿yli ze sob¹ jak wierni przyjaciele i 
równi sobie towarzysze, w weselu, radoœci i b³ogostanie, a¿ przysz³a ta, która nakazuje umilkn¹æ 
wszelkiej radoœci i rozrywa najœciœlejsze wiêzy, która burzy warowne zamki i sypie mogi³y, i poda³a 
im puchar, którego odmówiæ nie wolno. Niech bêdzie chwa³a Najwy¿szemu, wiecznie ¯ywemu, który 
nigdy nie umiera!

KONIEC 

file:///C|/Documents%20and%20Settings/Dario/Pulpit/Do%20Wrzucenia%20RAR/0/0/0/13.txt (42 of 42)2009-06-22 11:10:39


Document Outline