background image

James Patterson 

James Patterson 

Żegnaj, Szkoło - Na Zawsze

Żegnaj, Szkoło - Na Zawsze

Maximum Ride Tom II

background image

Ostrzeżenie

Jeżeli   odważysz   się   to   przeczytać,   weźmiesz   udział   w 

Eksperymencie.   Wiem,   że   brzmi   to   trochę   tajemniczo,   ale   na   razie 

mogę powiedzieć tylko tyle.

Max

background image

Część I 

ZERO RODZICOW, ZERO SZKOŁY, ZERO ZASAD

background image

1

Szybowanie,   śmiganie,   szusowanie,   swobodny   lot,   fantastyczne   jazdy   na 

prądach   powietrznych   -   nie   ma   nic   lepszego.   Jak   okiem   sięgnąć,   byliśmy 
jedynymi żywymi duszami w promieniu wielu kilometrów na tym bezkresnym, 
przejrzystym błękicie nieba. Chcecie, żeby wam skoczyła adrenalina? Złóżcie 
skrzydła i zapikujcie pionowo w dół, tak przez jakieś dwa kilometry, a potem 
szszu!   Rozłóżcie   skrzydła,   wczepcie   się   w   prąd   powietrzny   i   prujcie   przed 
siebie. Boże, nie ma nic lepszego, fajniejszego, bardziej podniecającego.

Dobra, jesteśmy mutantami, odmieńcami, ale słuchajcie, fruwanie... No, nie 

bez powodu się o nim śni.

- Jejuniu! - wrzasnął Gazownik z przejęciem. - UFO!
Policzyłam   do   dziesięciu.   Tam,   gdzie   wskazywał,   nie   było   niczego.   Jak 

zwykle.

- Przez pierwsze pięćdziesiąt razy było zabawnie - wycedziłam. - A teraz to 

już sama nie wiem...

Gazik zachichotał, odskoczywszy na bezpieczną odległość. Nie ma to jak 

poczucie humoru ośmiolatka.

- Max! Daleko do Waszyngtonu? - spytała Kuks, doganiając mnie.
Była   zmęczona   -   mieliśmy   za   sobą   długi,   przykry   dzień.   Kolejny   długi, 

przykry   dzień   z   szeregu   długich,   przykrych   dni.   Gdyby   mi   się   trafił   dobry, 
przyjemny dzień, pewnie bym padła z wrażenia.

- Za godzinę... może półtorej - oceniłam.
Kuks nie odpowiedziała. Rzuciłam okiem na resztę stada. Kieł, Iggy i ja 

trzymaliśmy się, ale mamy kondycję. Młodsi też mają, zwłaszcza w porównaniu 
ze słabowitymi niezmutowanymi ludźmi, ale nawet oni w końcu się męczą. 

Sytuacja wygląda tak - mówię to do tych, którzy do nas dopiero dołączyli. 

Jest nas sześcioro: Angela, która ma sześć lat, ośmioletni Gazownik, Iggy, ślepy 
czternastolatek,   jedenastoletnia   Kuks,   Kieł   i   ja   (Max)   -   oboje   też   mamy   po 
czternaście  lat.  Uciekliśmy   z  laboratorium,  w  którym  nas  wychowano,  dano 
skrzydła i rozmaite umiejętności. Chcą nas odzyskać - za wszelką cenę. Ale my 
nie wrócimy. Nigdy.

Wzięłam Totala pod drugą pachę, dziękując niebiosom, że nie waży więcej 

niż dziesięć kilo. Rozejrzał się sennie, ułożył mi się na ręce i znowu zasnął. 
Wiatr   rozwiewał   mu   czarną   sierść.   Czy   chciałam   pieska?   Nie.   Czy 
potrzebowałam   pieska?   Znowu   nie.   Uciekamy   w   szóstkę,   ratujemy   własne 
życie, nie wiemy, kiedy trafi nam się jedzenie. Czy stać nas na karmienie psa? 
Jak wam się wydaje? Nie.

- W porządku? - rzucił Kieł, zrównując się ze mną.
Jego skrzydła były czarne i poruszały się prawie bezszelestnie, jak on sam.

background image

-   Z   czym?   -   spytałam.   Bo   miałam   problem   z   migreną,   z   chipem,   z 

nieustannie nawijającym mi w głowie Głosem, z gojącą się raną postrzałową... - 
Możesz uściślić?

- Ze śmiercią Ariego.
Oddech uwiązł mi w gardle. Tylko Kieł mógł mi to powiedzieć w oczy. 

Tylko Kieł znał mnie na tyle dobrze i mógł sobie na to pozwolić.

Podczas   ucieczki   z   Instytutu   w   Nowym   Jorku   oczywiście   zjawili   się 

Likwidatorzy i fartuchy. Niech Bóg broni, żeby nam się coś czasem udało zrobić 
bez wysiłku. Likwidatorzy, o ile jeszcze nie wiecie, to wilkopodobne stwory, 
które ścigają nas nieustannie od chwili naszej ucieczki z laboratorium - albo 
Szkoły, jak je nazywaliśmy. Jednym z nich był Ari. Stoczyliśmy  walkę, jak 
wiele razy przedtem, i nagle, ni stąd, ni zowąd, okazało się, że siedzę mu na 
piersi i patrzę w jego martwe oczy, a on ma skręcony kark i głowę odchyloną 
pod nieprawdopodobnym kątem.

To wszystko wydarzyło się dwadzieścia cztery godziny temu.
- Tylko jedno z was mogło przeżyć: ty albo on - powiedział spokojnie Kieł. - 

Cieszę się, że wybrałaś siebie.

Odetchnęłam głęboko. Z Likwidatorami jest łatwo: zabicie kogoś to dla nich 

nie problem, więc lepiej się z nimi nie cackać. Ale Ari był inny. Znałam go, 
pamiętałam jako małego chłopca ze Szkoły.

No   i   jeszcze   chodziło   o   ten   ostatni,   straszny   krzyk   ojca   Ariego,   Jeda, 

ścigający mnie, gdy frunęłam tunelami: 

„Zabiłaś własnego brata!".

background image

2

Oczywiście   Jed   jest   kłamcą,   oszustem   i   manipulatorem,   więc   dlaczego 

miałby   powiedzieć   prawdę.   Ale   jego   ból   wydawał   się   prawdziwy.   I   choć 
nienawidziłam   Jeda   i   pogardzałam   nim,   ciągle   czułam   się,   jakbym   miała   w 
piersi kamień.

Musiałaś, Max. Ciągle walczysz o wyższe dobro. I nic nie może ci w tym 

przeszkodzić. Nic nie może ci przeszkodzić w misji ratowania świata.

Wciągnęłam powietrze przez zaciśnięte szczęki. Rany, Głos. Niedługo mi 

wyjawi, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Westchnęłam. Tak, słyszę Głos - inny niż te prawdziwe. Przypuszczam, że 

jeśli otworzycie słownik na słowie „świr", to znajdziecie moje zdjęcie. Kolejna 
zabawna umiejętność, którą mutanty dostają w ramach pakietu. 

 - Mam go wziąć? - spytała Angela, wskazując psa.
- Nie, w porządku - mruknęłam. Waga Totala wynosiła pewnie dwie trzecie 

ciężaru Angeli - nie mam pojęcia, jak małej  udało się go dodźwigać aż tak 
daleko. - Wiem - dodałam z promiennym uśmiechem. - Kieł go poniesie.

Załopotałam skrzydłami i zrównałam się z nim.
- Masz - powiedziałam, wyciągając rękę z Totalem. - Potrzymaj sobie.
Total, wielkością i wyglądem podobny nieco do teriera, trochę się powiercił, 

ale szybko znowu się umościł. Polizał lekko Kła, który zrobił taką minę, że 
musiałam zagryźć wargi, żeby nie zarechotać.

Przyspieszyłam, wysunęłam się na czoło stada. Zapomniałam o zmęczeniu i 

mrocznym ciężarze tego, co się zdarzyło. Zmierzaliśmy na nowe terytorium - i 
tym   razem   mogliśmy   nawet   znaleźć   naszych   rodziców.   Uciekliśmy 
Likwidatorom i fartuchom - naszym byłym „właścicielom". Byliśmy razem i 
nikt nie odniósł poważnych ran. Przez krótką chwilę poczułam się wolna i silna, 
jakby wszystko zaczęło się na nowo. Znajdziemy rodziców - czuję to.

Czułam... Zastanowiłam się, szukając nazwy na to uczucie.
Jakby optymizm. Mimo wszystko.
Optymizm jest przereklamowany, odezwał się Głos. Lepiej zmierzyć się z 

rzeczywistością.

Ciekawe, czy Głos widział ze środka mojej głowy, że przewróciłam oczami.

background image

3

Godzinę temu  zapadł zmierzch.  Już powinien dostać  wiadomości.  Zaczął 

krążyć po polanie i nagle skrzywił się, bo w jego uchu eksplodowały trzaski. 
Przycisnął słuchawkę i zaczął słuchać.

To, co usłyszał, wywołało jego uśmiech, choć czuł się marnie - mimo że 

płonęła w nim furia tak wściekła, jakby miała go zwęglić od środka.

Jeden z jego Likwidatorów zobaczył wyraz jego twarzy i dał znak innym, 

żeby się uciszyli. A on sam skinął głową, powiedział: „Zrozumiałem" i wyłączył 
nadajnik.

Spojrzał na swój oddział.
- Mamy współrzędne - oznajmił. Mimo woli radośnie zatarł ręce. - Zmierzają 

na   południe,   na   południowy   zachód.   Pół   godziny   temu   minęli   Filadelfię. 
Dyrektor ma rację - lecą do Waszyngtonu.

- To pewna informacja? - spytał któryś z Likwidatorów.
- Na mur-beton - odparł, robiąc przegląd swojego sprzętu.
Przypiął jeden nóż do kostki, a drugi wsunął za pas na plecach. Podwinął 

rękawy, skrzywił się i wziął kolejną tabletkę przeciwbólową.

-   Gdzie   jest   beton?   -   nie   zrozumiał   inny   Likwidator,   nakładając   na   oko 

noktowizor.

-  Powiedzmy,   że   to   wiadomość   od   naszego   wewnętrznego   informatora   - 

rzucił dowódca Likwidatorów.

Usłyszał   radość   we   własnym   głosie.   Serce   zabiło   mu   mocniej,   palce   go 

zaświerzbiły, tak bardzo chciały się zamknąć wokół chudej ptasiej szyjki. Potem 
zaczął się przekształcać.

Cienką ludzką skórę jego dłoni wkrótce pokryła gęsta sierść,  z czubków 

palców przebiły się zakrzywione pazury. Początkowo bolało - wilcze DNA nie 
wtopiło się gładko w jego komórki, jak to było z innymi Likwidatorami. Dlatego 
musiał przetrzymać trudne, bolesne chwile transformacji.

Ale nie narzekał. Wszystko by oddał za ten moment, kiedy dostanie Max w 

swoje łapy i wydusi z niej życie. Wyobraził sobie jej zaskoczenie, jej opór. 
Potem   będzie   patrzył,   jak   w   jej   pięknych   brązowych   oczach   powoli   gaśnie 
światło. Wtedy przestanie już być taka harda. Nie będzie patrzeć na niego z 
wyższością albo gorzej, w ogóle omijać go wzrokiem. Uważała go za nic tylko 
dlatego, że nie był takim zmutowanym potworem jak ona. Obchodziło ją tylko 
stado. Jego ojca Jeda także.

Kiedy Max umrze, wszystko się zmieni.
A on, Ari, stanie się najważniejszy. Po to powstał z martwych.

background image

4

Pokonaliśmy wielką część Pensylwanii i zobaczyliśmy w dole kręte pasmo 

oceanu między New Jersey i Delaware.

- Spójrzcie na to w ten sposób: uczymy się geografii! - krzyknął Kieł, niby to 

z entuzjazmem.

Ponieważ nigdy nie chodziliśmy do szkoły, uczymy się głównie z telewizji i 

internetu. A ostatnio od wszystkowiedzącego Głosu w mojej głowie. Jeszcze 
czterdzieści minut i znajdziemy się nad Waszyngtonem. Na tym mój plan się 
kończył. Interesowało mnie tylko zdobycie jedzenia i nocleg, jutro znajdę jakiś 
sposób, żeby rozszyfrować dane, które wynieśliśmy z Instytutu. Niesamowite, 
że udało nam się włamać do ich komputerów. Na ekranie pojawiły się strony 
dotyczące  naszych prawdziwych rodziców. Zdążyłam je wydrukować, zanim 
nam przerwano.

Kto wie - może jutro o tej porze będziemy już pukać do czyichś drzwi, żeby 

za chwilę spotkać się z rodzicami, którzy utracili nas dawno temu. Aż mnie 
przeszedł dreszcz.

Byłam zmęczona. Jak my wszyscy. Kiedy więc odruchowo rozejrzałam się i 

zobaczyłam szybko nadciągającą czarną chmurę, jęknęłam przeciągle, z głębi 
serca.

- Kieł! Co to jest? Za nami, na dziesiątej?
Kieł zmarszczył brwi.
- Za szybko się porusza jak na chmurę  burzową. Za małe  i za ciche na 

helikopter. To nie ptaki... za pękate. - Spojrzał na mnie. - Poddaję się. Co to?

- Kłopoty - odparłam ponuro. - Angela, zejdź z drogi. Wszyscy, patrzeć w 

górę! Mamy towarzystwo!

Odwróciliśmy  się w  stronę tego czegoś,  co zbliżało się  do nas baaardzo 

szybko.

- Latające małpy? - rzucił Gazownik dla draki. - Jak w  Czarnoksiężniku z 

krainy Oz.

Wtedy mi zaświtało.
- Nie - mruknęłam cierpko. - Gorzej. Latający Likwidatorzy.

background image

5

Otóż   to.   Latający   Likwidatorzy.   Mieli   skrzydła,   co   stanowiło   nowe   i 

rewolucyjne   osiągnięcie   na   froncie   produkcji   Likwidatorów.   Pół   wilki,   pół 
ludzie, a teraz jeszcze pół-ptaki? Co za miks.  Pruli na nas z prędkością  stu 
pięćdziesięciu na godzinę.

- Likwidatorzy, wersja 6.5 - mruknął Kieł.
Spadajcie stąd, Max. Myśl przestrzennie, odezwał się mój Głos.
- Spadamy! - rozkazałam. - Kuks! Gazik! Na dziewiątą! Angela, w górę. 

Ruchy! Iggy i Kieł, osłaniać mnie z dołu! Kieł, rzuć psa!

- Nieeeee! - pisnęła Angela.
Likwidatorzy zwolnili i rozproszyli się; ich gigantyczne, masywne skrzydła 

łopotały na wietrze. Było ciemno jak w piekle, zero księżyca i świateł miasta. A 
jednak   widziałam   ich   zęby,   ostre   kły,   rozgorączkowane   uśmiechy.   Byli   na 
polowaniu - dla nich to impreza!

No to jazda, pomyślałam. Adrenalina zatętniła mi w żyłach. Rzuciłam się na 

największego, biorąc zamach nogą, żeby kopnąć go w pierś. Odrzuciło go do 
tyłu, ale odzyskał równowagę i skoczył na mnie z pazurami.

Zrobiłam unik, a jego łapa śmignęła tuż koło mojej twarzy. Odwróciłam się 

gwałtownie w chwili, gdy twarda, włochata pięść grzmotnęła mnie w głowę.

Spadłam trzy metry w dół, ale szybko wróciłam.
Kątem oka widziałam Kła, który obiema rękami uderzył mocno w kudłate 

uszy Likwidatora. Ten wrzasnął, chwycił się za głowę i zaczął tracić wysokość. 
Kieł   niósł   Totala   w   plecaku.   Uskoczył   w   bok,   a   ja   zajęłam   jego   miejsce   i 
kopnęłam innego Likwidatora w pysk. 

Chwyciłam go za rękę i mocno mu ją wykręciłam. W powietrzu walka była 

trudniejsza, ale i tak usłyszałam głośny trzask.

Likwidator   zawył   i   spadł,   koziołkując   w   powietrzu.   W   końcu   odzyskał 

równowagę i niezdarnie odfrunął z bezwładnie zwisającą ręką.

Nade mną jakiś Likwidator rzucił się na Kuks, ale umknęła mu z drogi. 
Max? Rozmiary nie są najważniejsze, powiedział Głos.

background image

6

No jasne! Likwidatorzy byli więksi i ciężsi, a ich skrzydła miały prawie 

dwukrotnie   większą   rozpiętość,   ale   w   powietrzu   te   cechy   działały   na   ich 
niekorzyść.

Zdyszana uskoczyłam przed czarnym buciorem Likwidatora celującym w 

mój bok; czubek buta musnął mi żebra, ale niegroźnie.

Śmignęłam do niego i zdzieliłam go pięścią, że aż mu głowa odskoczyła, po 

czym uciekłam.

W porównaniu z Likwidatorami  byliśmy  zwinni jak osy, a oni ociężali i 

niezdarni jak latające krowy.

Dwaj runęli na mnie z obu stron, ale śmignęłam w górę jak strzała, a tamci 

nie wyhamowali w porę i wpadli na siebie.

Parsknęłam   śmiechem.   Gazik   zrobił   beczkę   w   powietrzu   i   kopnął 

Likwidatora w brodę. Ten zdzielił go pięścią w udo; Gazownik skrzywił się i 
wierzgnął, trafiając go w dłoń.

Ilu ich tu było? Nie mogłam się doliczyć, wszystko działo się jednocześnie. 

Dziesięciu?

Kuks, odezwał się Głos. I jednocześnie usłyszałam jej krzyk.
Likwidator trzymał ją mocno; rozdziawiona paszcza zawisła nad jej gardłem. 

Już   miał   zadrasnąć   jej   skórę,   kiedy   skoczyłam  na   niego   z  góry.  Jedną   rękę 
zarzuciłam mu na szyję i mocno szarpnęłam, aż się zakrztusił. Drugą złapałam 
za nadgarstek pierwszej i pociągnęłam mocniej. Wypuścił Kuks.

- Pryskaj! - rzuciłam. Krztusząc się, szybko odfrunęła. Mój Likwidator nadal 

walczył, ale tracił siły. - Lepiej zabierajcie się stąd - warknęłam mu do ucha - bo 
skopiemy wam te kudłate tyłki.

- Teraz spadniesz - powiedziała Angela normalnym głosem.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam, jak poważnie wpatruje się w Likwidatora, 

który   wydawał   się   sparaliżowany   i   kompletnie   ogłupiały.   Angela   przeniosła 
spojrzenie na mroczną wodę w dole. W oczach Likwidatora pojawił się strach. 
Skrzydła same mu się złożyły i spadł jak kamień.

- Robisz się przerażająca, wiesz o tym?  - rzuciłam do Angeli, właściwie 

wcale nie żartem.

Ludzie! Likwidator złożył skrzydła i spadł do wody - bo tak mu kazała. 

Matko.

I Iggy, odezwał się Głos. Rzuciłam się na pomoc Iggy’emu, który siłował się 

z Likwidatorem.

- Ig! - wrzasnęłam, gdy chwycił Likwidatora za koszulę.
- Max, uciekaj! - ryknął, puszczając tamtego i odskakując szybko na sporą 

odległość.

background image

Zdążyłam jeszcze pomyśleć „oho" i mały ładunek wybuchowy, który Iggy 

wrzucił Likwidatorowi za koszulę, eksplodował, wyrywając paskudną, ziejącą 
dziurę.

Likwidator z wyciem runął w dół.
W jaki sposób Iggy zdołał ukryć na sobie najwyraźniej niewyczerpany zapas 

materiałów wybuchowych, i to tak, że nawet nie zauważyłam? Zagadka.

- Jesteś... jak... skrzydlata... lodówka - wysapał Kieł, przy każdym słowie 

zadając cios Likwidatorowi. - A... my... jak... baletnice...

Weź głęboki wdech, poradził Głos. Posłuchałam bez zastanowienia.
W   tej   samej   chwili   poczułam   uderzenie   w   plecy,   między   skrzydłami. 

Powietrze ze mnie uszło, a ja fiknęłam koziołka w powietrzu, zużywając tlen, 
który przed chwilą przyswoiłam, i walcząc o następny oddech. Wirując, obiema 
stopami walnęłam ze wszystkich sił w twarz Likwidatora i wytrzeszczyłam oczy 
ze zdumienia. Ari!

Odrzuciło go w tył, a ja umknęłam, rzężąc, chrypiąc i modląc się, żeby nie 

stracić przytomności. Ari! Przecież on nie żyje! Przecież go zabiłam. Prawda?

Ari rzucił się na Kła w tej samej chwili, gdy wrzasnęłam „Kieł!". Udało mu 

się dziabnąć go pazurami w bok. Rozdarł mu kurtkę.

Odskoczyłam,   ledwie   zipiąc,   i   oceniłam   sytuację.   Paru   ocalałych 

Likwidatorów   już   się   wycofywało.   W   dole   zauważyłam   biały   rozbryzg   -   to 
jeden wpadł do oceanu. Musiało zaboleć.

Został tylko Ari. Rozejrzał się i też wycofał się bliżej swoich.
Nasza   szóstka   powoli   się   przegrupowała;   Ari   oddalił   się   niezdarnie,   z 

wysiłkiem łopocząc skrzydłami, żeby utrzymać w powietrzu swoje ciężkie ciało. 
Jego oddział otoczył go - stado wielkich, włochatych, niewydarzonych wron.

- Jeszcze wrócimy! - warknął.
No, to był naprawdę głos Ariego.
- Gość wraca jak bumerang. Zakochał się czy co? - odezwał się Kieł.

background image

7

Przez   parę   minut   unosiliśmy   się   w   jednym   miejscu   na   wypadek,   gdyby 

Likwidatorzy nas znowu zaatakowali. Wyszło na to, że na razie jest spokojnie, 
więc   zrobiłam   spis   strat.   Kieł   poruszał   się   jakoś   niezdarnie,   z   ramieniem 
przyciśniętym do boku.

- Przeżyję - rzucił krótko, pochwyciwszy moje spojrzenie.
- Angela? Gazik? Kuks? Raportować - rozkazałam.
- Noga mnie boli, ale będzie dobrze - zameldował Gazownik.
- Nic mi nie jest - oznajmiła Angela. - Totalowi i Celestynie też. - Celestyna 

to   mały   misiaczek-aniołek,   którego   Angela...   powiedzmy,   że   dostała   w 
nowojorskim sklepie z zabawkami.

- W porządku - odezwała Kuks, ale głos miała znękany.
- Nos - mruknął Iggy, tamując krwotok. - Nic takiego.
- No  to  pięknie   - powiedziałam.   - Jesteśmy   prawie   w  Waszyngtonie.  W 

dużym mieście łatwiej będzie nie rzucać się w oczy. Możemy ruszać?

Wszyscy pokiwali głowami i ładnym, precyzyjnym łukiem wróciliśmy na 

szlak.

- Tak... To o co chodzi z tymi latającymi Likwidatorami? - odezwał się Iggy 

po paru minutach.

- Domyślam się, że to prototyp - powiedziałam. - Ale, kurczę, nieudany. 

Strasznie trudno im było latać i walczyć jednocześnie.

- Jakby niedawno nauczyli się latać, nie? - zauważyła Kuks. - No wiecie, 

przy   myszołowach   wyglądamy   jak   pokraki.   Ale   w   porównaniu   z   tymi 
hipopotamami jesteśmy jak latająca poezja.

Uśmiechnęłam się pod nosem, dyskretnie sprawdzając własne kontuzje.
- Źle latają - dodała Angela. - A w głowach mieli nie: „Zabić mutantów", jak 

zwykle, tylko: „Machać skrzydłami!".

Parsknęłam   śmiechem,   bo   mała   naśladowała   basowy,   warczący   głos 

Likwidatora.

- Zauważyłaś coś jeszcze? - spytałam.
- Oprócz tego, że Ari zmartwychwstał? - wtrącił nieco złośliwie Gazik.
- Aha - mruknęłam.
W   tej   samej   chwili   trafiłam   na   ciepły   prąd   wznoszący   i   przez   chwilę 

szybowałam na nim, pławiąc się w błogiej rozkoszy.

- No... żadnego nie znam - oznajmiła Angela po namyśle.
Sześciolatka   umiejąca   czytać   w   myślach   bardzo   się   przydaje.   Czasami 

żałuję, że Angela nie potrafi być bardziej precyzyjna i że nie czyta w myślach 
wtedy,   gdy   jest   nam   to   potrzebne.   Może   zdołałaby   nas   ostrzec,   gdy   jakiś 
Likwidator zechce do nas wpaść z wizytą. Ale czasami się jej boję. Zaczęła 

background image

panować siłą umysłu nad ludźmi - nie tylko Likwidatorami - i nie jestem pewna, 
kiedy przekroczy granicę... no, na przykład... czarnoksięstwa.

Nieco   później   uświadomiłam   sobie,   że   Kieł   się   gdzieś   zapodział. 

Rozejrzałam   się   i   zobaczyłam   go   w   dole,   jakieś   sześć   metrów   pod   nami. 
Milczał, co w jego przypadku nie jest niczym wyjątkowym, ale poruszał się z 
wysiłkiem i chwiejnie. Pobladł i mocno zaciskał usta.

Zbliżyłam się do niego.
- Co jest? - spytałam tonem, który wyklucza wygłupy. Na Kła co prawda to 

nie działało, ale człowiek musi mieć nadzieję.

- Nic - burknął.
Głos miał ochrypły i napięty. A to znaczyło, że łże jak pies.
- Kieł... - zaczęłam i raptem dostrzegłam, że ta ręka, którą przyciskał do 

boku, jest mokra. Krew! - Twoja ręka!

- Mmm... moja - wymamrotał.
Raptem powieki mu opadły i runął w dół.
Jak kamień.

background image

8

- Iggy! - wrzasnęłam spanikowana. Tylko nie Kieł! Błagam, niech nic mu 

nie będzie. - Do mnie!

Iggy i ja wsunęliśmy się pod Kła, podtrzymując go. Czułam na sobie jego 

ciężkie jak kamień ciało, widziałam zamknięte oczy i nagle zaczęłam się dusić.

- Lądujmy, sprawdźmy, co się dzieje! - rzuciłam do Iggy’ego, który skinął 

głową.

Jak najszybciej pofrunęliśmy w stronę wąskiego paska kamienistej plaży nad 

czarnym   oceanem.   Wylądowaliśmy   niezdarnie,   trzymając   między   sobą 
bezwładnego Kła. Młodsi podlecieli, żeby pomóc nam go dowlec na względnie 
płaskie, piaszczyste miejsce.

Zatamuj krwotok, odezwał się Głos.
- Co mu się stało? - spytała Kuks, przyklękając obok. 
Obejrzałam Kła. Jego koszula i kurtka były całe we krwi. Aż od niej lśniły. Z 

trudem się opanowałam.

- Zobaczmy, w czym rzecz - odezwałam się spokojnie i szybko rozpięłam 

jego koszulę.

Była podarta na strzępy - podobnie jak ciało Kła. Ari jednak zdążył zrobić 

to... to świństwo!

Kuks jęknęła. Podniosłam głowę.
- Bierz Gazika i Angelę i podrzyjcie jakąś koszulę czy coś. Zróbcie bandaże.
Kuks gapiła się na Kła jak zahipnotyzowana.
- Kuks! - rzuciłam ostrzej i wreszcie się ocknęła.
- Eee... aha... Chodźcie, mam tu zapasową koszulę... i nóż...
Odeszli, a wrażliwe dłonie Iggy’ego muskały ciało Kła jak motyle.
- Kiepsko. Bardzo kiepsko - szepnął Iggy. - Dużo stracił krwi?
- Mnóstwo - mruknęłam ponuro.
Nawet dżinsy miał nią przesiąknięte.
- Nnnic takiego - wymamrotał Kieł, usiłując otworzyć oczy.
- Cśśśś! - syknęłam. - Powinieneś nam powiedzieć, że jesteś ranny!
Zatrzymaj krwotok, powtórzył Głos.
- Jak? - zawyłam z rozpaczy.
- Co „jak"? - zdziwił się Iggy, ale tylko potrząsnęłam niecierpliwie głową.
Uciśnij ranę, poradził Głos. Przykryj ją szmatką i naprzyj obiema rękami. 

Unieś mu stopy.

- Iggy - rzuciłam - unieś mu stopy. Hej tam, bandaże gotowe?
Gazik   podał   mi   kłąb   szmatek.   Szybko   złożyłam   je   i   przycisnęłam   do 

rozszarpanych   ran   na   brzuchu   Kła.   Wyglądało   to,   jakbym   chciała   naprawić 
cieknącą rurę, wkładając w nią palec, ale skoro tylko tym dysponowałam, nie 

background image

mogłam wybrzydzać. Przycisnęłam gałgan obiema rękami.

Piasek pod ciałem Kła zabarwił się na czerwono.
- Ktoś się zbliża - oznajmiła Angela.
Likwidatorzy?   Podniosłam   głowę   i   ujrzałam   biegnącego   po   plaży 

mężczyznę. Prawie świtało, mewy zaczynały krzyczeć i kołować nad wodą.

Na nasz widok mężczyzna zwolnił. Wyglądał zwyczajnie, ale pozory mogą 

mylić i na ogół mylą.

- Dzieci, co tu robicie tak wcześnie? - zawołał. - Coś się stało?
Na widok Kła wytrzeszczył oczy, a kiedy do niego dotarło, co oznacza ta 

ciemna plama, wyraźnie się przeraził.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, wyszarpnął z kieszeni komórkę i 

zadzwonił na pogotowie.

background image

9

Zerknęłam   na   Kła,   a   potem   na   zesztywniałego   ze   strachu   Iggy’ego.   W 

sekundę   dotarło   do   mnie,   że   trzeba   to   znieść   -   Kieł   był   ciężko   ranny. 
Potrzebowaliśmy   pomocy   z   zewnątrz.   Z   całego   serca   chciałam   złapać   Kła, 
zawołać   stado   i  spadać   stamtąd   w   podskokach,   byle   dalej   od   obcych   ludzi, 
lekarzy i szpitali. Ale wtedy Kieł by umarł. 

- Max... - W głosie Gazika słychać było strach.
Nieznośne wycie syreny ambulansu stawało się z każdą chwilą głośniejsze.
-   Kuks   -   rzuciłam   szybko.   -   Bierz   Gazika   i   Angelę   i   znajdźcie   jakąś 

kryjówkę. My pojedziemy do szpitala. Nie ruszajcie się stamtąd, wrócę, kiedy 
się da. Szybko, zanim przyjedzie karetka.

- Nie - odpowiedział Gazownik, nie spuszczając z oczu Kła.
Myślałam, że źle słyszę.
- Coś ty powiedział?
- Nie - powtórzył z uporem. - Nie zostawimy was.
- Że co proszę? - zgrzytnęłam stalowym głosem. Krew Kła przemoczyła mi 

ubranie i skapywała z palców. - Mówię wam, że macie stąd spadać - dodałam 
lodowato.

- Nie - zaprotestował Gazik. - Nieważne, co będzie. Nie damy się znowu 

zostawić.

- Właśnie - poparła go Kuks, zakładając ręce na chudej piersi.
Angela pokiwała głową. Nawet Total siedzący u jej stóp jakby przytakiwał.
Otworzyłam usta, ale nie zdołałam wydobyć z nich głosu. Byłam ogłuszona - 

jeszcze nigdy dotąd nie odmówili wykonania rozkazu.

Miałam ochotę na nich nawrzeszczeć, ale było już za późno: przez plażę 

biegli do nas dwaj sanitariusze z noszami. Migające koguty ambulansu rzucały 
nam na twarze różowe pasy.

-   Achtenga   -   wysyczałam   w   tajnym   języku,   który   wymyśliliśmy   w 

laboratorium.   Używaliśmy   go   w   chwilach   wyjątkowego   niebezpieczeństwa, 
kiedy nie chcieliśmy, żeby inni nas zrozumieli. - Ewak. Todo ustedes. Fruw.

- Nie - oznajmił Gazownik, a usta zaczęły mu drżeć. - Neckerchu.
- Co się dzieje? - Sanitariusz przykląkł przy Kle, wyjmując stetoskop.
- Wypadek - powiedziałam, łypiąc strasznym wzrokiem na Gazika, Kuks i 

Angelę.

Niechętnie oderwałam ręce od przemoczonego opatrunku. Kieł był blady, 

leżał bez ruchu.

- Wypadek? - powtórzył sanitariusz, gapiąc się na rany. - Co, niedźwiedź go 

napadł?

- Tak jakby - wymamrotałam.

background image

Drugi sanitariusz zaświecił Kłowi w oczy latarką. Dotarło do mnie, że Kieł 

naprawdę   stracił   przytomność.   Omal   nie   oszalałam   ze   strachu:   nie   tylko 
mieliśmy się znaleźć w szpitalu, co wszystkich nas doprowadza do panicznego 
lęku, ale być może okaże się, że to poświęcenie pójdzie na marne. 

Bo Kieł i tak umrze.

background image

10

W karetce czułam się jak w więzieniu na kółkach. Od zapachu środków 

dezynfekujących żołądek mi się skręcał. Od razu wróciły koszmary ze Szkoły. 
Trzymałam zimną rękę Kła z wkłutą kroplówką. Nie mogłam rozmawiać ze 
stadem - nie w obecności sanitariuszy - a zresztą byłam zbyt zdenerwowana, 
przerażona i wściekła, żeby wydusić z siebie coś rozsądnego.

Czy   Kieł   wyzdrowieje?   -   zwróciłam   się   w   myślach   do   Głosu.   Choć 

oczywiście nigdy mi nie odpowiedział na żadne pytanie. Teraz też nie raczył.

- Cholera, migotanie komór - rzucił z niepokojem jeden z sanitariuszy.
Wskazał na przenośne EKG, które wskazywało bardzo szybkie bicie serca.
- Bierz elektrody!
- Nie! - wrzasnęłam, aż wszyscy podskoczyli. Sanitariusz z elektrodami sam 

omal nie dostał zawału. - Jego serce zawsze tak szybko bije. Takie już jest. To u 
niego normalne.

Nie wiem,  czy i tak by go nie porazili, ale akurat wjechaliśmy  na teren 

szpitala   i   zrobiło   się   piekło.   Przybiegli   ludzie   z   wózkiem,   sanitariusze   w 
ekspresowym  tempie   przekazywali  pielęgniarce   informacje   o  Kle   i  zaraz   go 
gdzieś zabrali.

Chciałam za nimi biec, ale pielęgniarka mnie zatrzymała.
- Najpierw zbadają go lekarze - powiedziała, przewracając stronę w notesie. 

- Możesz mi podać parę informacji? Jak on się nazywa? To twój chłopak?

- Nazywa się... Nick - skłamałam nerwowo. - Nick... eee... Ride. Jest moim 

bratem.

Pielęgniarka przyjrzała się moim jasnym włosom i skórze i dałabym głowę, 

że w myślach porównuje mnie z Kłem, który ma czarne włosy, ciemne oczy i 
oliwkową skórę.

- To nasz wszystkich brat - powiedziała Kuks niegramatycznie.
Pielęgniarka przyjrzała się z kolei jej - Kuks jest ciemnoskóra - a potem 

reszcie.   Wykazujemy   zerowe   podobieństwo   do   siebie,   z   wyjątkiem  Angeli   i 
Gazika, którzy są prawdziwym rodzeństwem.

-   Zostaliśmy   adoptowani   -   błysnęłam   inteligencją.   -   Nasi   rodzice   są... 

misjonarzami.

Brawo! W duchu zaczęłam składać sobie gratulacje. Genialnie! Misjonarze!
- Wyjechali... w krótką misję. Ja się nimi opiekuję.
Podbiegł do nas lekarz w zielonym uniformie. Obrzucił wzrokiem mnie, a 

potem resztę.

- Czy ktoś z was może ze mną pójść?
-   Myślisz,   że   już   zauważył   skrzydła?   -   wymamrotał   ledwie   dosłyszalnie 

Iggy.

background image

Puknęłam go dwa razy w wierzch dłoni. To znaczyło: „Do mojego powrotu 

ty tu rządzisz". Skinął głową. Powlokłam się za lekarzem jak na ścięcie.

background image

11

Idący szybko lekarz zerknął na mnie tym dość znanym mi spojrzeniem typu 

„Ale cudak". Zrobiło mi się zimno.

Wszystkie moje najgorsze lęki zaczęły się urzeczywistniać. Już widziałam 

świat   przez   kraty   psiego   transportera.   Cholerni   Likwidatorzy!   Jak   ja   ich 
nienawidzę! Zawsze nas doganiają i wszystko niszczą.

Musisz szanować swojego wroga, odezwał się Głos. Nigdy go nie lekceważ. 

Kiedy to zrobisz, wróg cię zniszczy. Bądź mądra. Szanuj jego zdolności, nawet 
jeśli on nie szanuje twoich.

Przełknęłam ślinę. Gadanie.
Weszliśmy   przez   ciężkie   podwójne   drzwi   i   znaleźliśmy   się   w   małym, 

wykładanym kafelkami, bardzo nieprzyjemnym pokoiku. Kieł leżał na stole.

W   gardle   miał   rurkę,   a   inne   rurki   były   przytwierdzone   do   jego   rąk. 

Przycisnęłam dłonie do ust. Nie pękam łatwo, ale przed oczami znowu stanęły 
mi niewyraźne, bolesne wspomnienia eksperymentów, które robiono na nas w 
Szkole.   Szkoda,   że   Głos   nie   zaczął   teraz   gadać.   Może   by   mnie   wkurzył   i 
odwrócił moją uwagę.

Przy Kle stały lekarka i pielęgniarka. Rozcięły mu koszulę i kurtkę. Straszne, 

poszarpane rany w jego boku nadal krwawiły.

Lekarz wyglądał, jakby nie miał pomysłu, co mi powiedzieć.
- Czy... on... wyzdrowieje? - spytałam, lekko się dławiąc.
Nie potrafiłam sobie wyobrazić życia bez Kła.
- Nie wiemy - odparł z niepokojem lekarz.
Lekarka wskazała Kła.
- Znasz go?
- To mój brat.
- Jesteś... jak on?
- Tak.
Zacisnęłam zęby, nie  odwracając  oczu od Kła.  Czułam,  że sztywnieję, a 

nowa, niechciana fala adrenaliny pełznie mi lodowatym strumieniem przez żyły. 
Dobra, najpierw pchnę ten wózek na pielęgniarkę...

- A więc możesz nam pomóc - powiedział lekarz z wyraźną ulgą. - Bo nie 

umiemy sobie poradzić. Co z jego sercem?

Spojrzałam na EKG. Zygzaki biegły szybko i nieregularnie.
- Powinno bić płynniej - odparłam. - I szybciej.
Parę razy strzeliłam palcami, żeby zademonstrować tempo.
- Czy mogę...? - spytał lekarz, wyciągając ku mnie stetoskop.
Niechętnie skinęłam głową.
Zaczął się przysłuchiwać mojemu sercu, zdziwiony jak nie wiem co.

background image

Potem przyłożył stetoskop w paru miejscach do mojego brzucha.
- Dlaczego słyszę tam powietrze? - spytał.
- Mamy worki powietrzne - wyjaśniłam cicho, z zaciśniętym gardłem. Pięści 

same mi się zacisnęły. - Mamy płuca, ale także mniejsze worki powietrzne. I... 
inne żołądki. I kości. I krew. - Rety, dużo tego. 

- I macie... skrzydła? - spytała cicho lekarka.
Skinęłam głową.
- Jesteś hybrydą, skrzyżowaniem ptaka i człowieka.
- Można tak powiedzieć - oznajmiłam zimno.  Lepsze to niż na przykład 

zmutowany odmieniec. - Wolę nazywać siebie Awioamerykanką.

Zerknęłam   na   pielęgniarkę,   która   wyglądała,   jakby   chciała   stąd   uciec   na 

koniec świata. Jak ja ją rozumiałam.

Lekarka nagle zaczęła się zachowywać bardzo rzeczowo.
-  Podajemy   mu   sól   fizjologiczną,   żeby   złagodzić   wstrząs,   ale   potrzebuje 

krwi.

- Nie możecie mu podać ludz... zwykłej - powiedziałam. Przypomniało mi 

się   wszystko,   czego   ukradkiem   nauczyłam   się   przez   lata   eksperymentów.   - 
Nasze czerwone krwinki mają jądra. Jak u ptaków.

Lekarka pokiwała głową. 
- Przygotuj się do transfuzji - poleciła krótko.

background image

12

Dwadzieścia minut później byłam lżejsza o litr krwi i ogłupiała jak ptak 

dodo. Nie powinnam oddawać aż tyle, ale to i tak było mało wobec potrzeb Kła. 
Teraz przewieźli go na salę operacyjną.

Poszłam do poczekalni, gdzie było pełno ludzi - ale nie zobaczyłam żadnych 

dzieciaków ze skrzydłami.

Szybko obeszłam salę, na wypadek gdyby stado schowało się pod krzesłami 

czy coś w tym stylu. Ani śladu.

Zataczając się, bo w głowie mi wirowało, przemierzyłam parę korytarzy. 

Byłam osłabiona i lekko mnie mdliło, a na myśl o tym, że może zgubiłam stado, 
byłam gotowa w każdej chwili puścić efektownego pawia.

- Są tam - odezwała się niska pielęgniarka o ciemnych włosach.
Z trudem skupiłam na niej wzrok.
Podała mi plastikową buteleczkę z sokiem jabłkowym i mufinkę.
-   Zjedz   -   powiedziała.   -   Przestanie   ci   się   kręcić   w   głowie.   Twoje... 

rodzeństwo jest w sali siódmej. - Wskazała kierunek.

- Dzięki - wymamrotałam niepewnie.
Sala   numer   siedem   miała   solidne   drzwi.   Otworzyłam   je   bez   pukania. 

Spojrzały na mnie cztery pary zmartwionych oczu dzieci-ptaków. Od ulgi - choć 
przelotnej - ugięły mi się kolana.

- Ty pewnie jesteś Max - odezwał się jakiś głos.
No   i   po   sprawie,   pomyślałam,   przyglądając   się   szaremu   garniturowi, 

przepisowo   krótkim   włosom,   niemal   niewidocznej   słuchawce   w   uchu. 
Likwidator? Z każdą nową generacją coraz trudniej było ich rozpoznać. Facet 
nie miał tego morderczego błysku w oku, ale nie zamierzałam tracić czujności.

- Proszę, usiądź - odezwał się drugi głos.

background image

13

Było ich troje, dwaj mężczyźni i kobieta. Bardzo urzędowi. Nawet siedzieli 

przy stole konferencyjnym, choć był ze sklejki.

Iggy, Kuks, Gazik i Angela siedzieli obok nich. Przed nimi stały plastikowe 

tace z jedzeniem. Zauważyłam, że go nawet nie tknęli, choć pewnie umierali z 
głodu. Byłam z nich taka dumna, że omal się nie poryczałam.

- Kim jesteście? - spytałam.
Jakimś cudem mój głos był spokojny i chłodny. Punkt dla mnie.
- Jesteśmy z FBI - oznajmił mężczyzna, podając mi wizytówkę, z pieczątką i 

wszystkim. Akurat dużo mi to mówiło. - I jesteśmy po waszej stronie. Właśnie 
dowiedzieliśmy się, że macie kłopoty, i chcemy  sprawdzić, czy moglibyśmy 
wam pomóc.

Prawie mu uwierzyłam.
- Jak miło - mruknęłam i osunęłam się na krzesło. Jeszcze trochę i bym 

zemdlała. - Ale chyba wszyscy ludzie w szpitalu mają kłopoty? Wątpię, żeby 
FBI każdego odwiedzało. Więc czego od nas chcecie?

Jeden agent stłumił uśmieszek. Zerknęli na siebie.
Ten pierwszy, Dean Mickelson, jeśli wierzyć wizytówce, uśmiechnął się ze 

zrozumieniem.

-   Wiele   przeszłaś,   Max.   I   bardzo   nam   przykro,   że...   Nick...   jest   ranny. 

Znaleźliście się w tarapatach, a my możemy wam pomóc.

Byłam okropnie zmęczona i musiałam się zastanowić. Stado gapiło się na 

mnie. Czułam zapach ich śniadania.

- Angela - zwróciłam się do niej - daj Totalowi trochę jedzenia i zobaczymy, 

czy wyżyje. Jeśli tak, możecie jeść.

Total, jakby wiedział, że o niego chodzi, wskoczył na krzesło obok Angeli i 

pomerdał ogonkiem. Mała się zawahała - nie chciała ryzykować.

- Patrz - odezwała się agentka.
Wstała i zjadła trochę jajecznicy Angeli.
Agenci poszli w jej ślady. Skosztowali po trochu z każdej tacy. W tej samej 

chwili ktoś zapukał do drzwi i pojawił się młodszy agent z piątą tacą - dla mnie. 
Zjadł odrobinę z mojego talerza i postawił tacę na stole.

- W porządku? - spytał.
Przyglądaliśmy się im z zainteresowaniem, czekając na chwilę, gdy złapią 

się za gardło i padną w konwulsjach na podłogę.

Nic z tego.
-   Dobra,   zajadać   -   pozwoliłam   i   stado   rzuciło   się   na   jedzenie   jak...   no, 

niestety, Likwidatorzy.

Gazik skończył pierwszy - wciągał jak mały odkurzacz.

background image

- Mogę prosić jeszcze dwie takie tace? - spytał.
Zaskoczony Dean pokiwał głową i poszedł załatwić dokładkę.
- A więc chcecie nam pomóc? - wybełkotałam z pełnymi ustami. - Skąd 

wiedzieliście, że tu będziemy?

- Odpowiemy na wszystkie pytania - oznajmił agent - ale wy też musicie 

nam  na   parę   odpowiedzieć.   Uważamy,   że   łatwiej   będzie   nam   rozmawiać   w 
cztery oczy - to sprzyja skupieniu. Jeśli już skończyliście, to przeniesiemy się 
tam.

Otworzył drzwi prowadzące do większej sali konferencyjnej. Kręciło się w 

niej paru innych agentów. Na nasz widok zamilkli.

- Nie rozdzielicie nas - warknęłam.
- Nie, chodzi tylko o oddzielne stoliki - wyjaśniła agentka. - W tym samym 

pomieszczeniu, widzisz?

Jęknęłam w duchu. Kiedy ostatnio spaliśmy? Czy zaledwie dwa dni temu 

uciekaliśmy   kanałami   Nowego   Jorku?   A   teraz   Kieł   poszedł   pod   nóż,   a   nas 
osaczyli nie wiadomo co za ludzie. Nie miałam pojęcia, jak z tego wybrnąć. 
Musielibyśmy zostawić Kła, a to nie wchodziło w grę.

Westchnęłam, odsunęłam pustą tacę i dałam znak pozostałym.
Zaczynajmy przesłuchanie.

background image

14

- A więc jak się nazywasz, kochanie? 
- Ariel - oznajmiła Angela.
- Dobrze, Ariel. Czy słyszałaś kiedyś o człowieku, który nazywa się Jed 

Batchelder?

Agentka uniosła zdjęcie. Znajoma twarz Jeda spojrzała na Angelę, której 

serce zabiło boleśnie.

- Nie.
- Hm, no dobrze... Czy możesz mi powiedzieć, co cię łączy z Max?
- Jest moją siostrą. Wie pani, to przez misjonarzy. Naszych rodziców.
- Aha, rozumiem. A skąd masz tego pieska?
- Znalazłam w parku.
Angela poruszyła się niespokojnie i zerknęła na Max. Pomyślała: dobrze, to 

wystarczy. Możesz odejść.

Agentka zamilkła i tępo spojrzała w notatki.
- Eee... to chyba wystarczy - wyjąkała lekko oszołomiona. - Możesz odejść.
- Dziękuję - powiedziała słodko Angela.
Strzeliła palcami na Totala, który podreptał za nią.
- Jak to się pisze? - spytał agent.
- Kapitan, jak kapitan statku - wyjaśnił Gazownik. - I Terror, no, wie pan, T-

E-R-R-O-R.

- Nazywasz się Kapitan Terror.
- Właśnie - potwierdził z zadowoleniem Gazownik. Zerknął na Max, która 

bardzo cicho rozmawiała ze swoim agentem. - Pan naprawdę jest z FBI?

Agent uśmiechnął się przelotnie.
- Tak. Ile masz lat?
- Osiem. A pan?
Agent jakby się zdziwił.
- E... jesteś dość wysoki jak na ośmiolatka, co?
- No. Wszyscy jesteśmy wysocy. I chudzi. I dużo jemy. Jeśli się trafi.
- Aha, rozumiem. Powiedz mi... kapitanie... widziałeś kiedyś coś takiego? - 

Agent pokazał mu niewyraźne czarno-białe zdjęcie na wpół przekształconego 
Likwidatora.

- Rety, nie - odparł Gazownik, szeroko otwierając oczka. - Co to takiego?
Agent wyglądał, jakby zabrakło mu słów.
- Jesteś niewidomy?
- No - przyznał Iggy, siląc się na znudzony ton.
- Taki się urodziłeś?
- Nie.

background image

- W jaki sposób straciłeś wzrok, eee... Jeff, tak?
- Tak. Jeff. Spojrzałem prosto w słońce, no, wie pan, a mówią, że tak nie 

wolno. Szkoda, że nie posłuchałem.

- A potem zjadłam trzy cheeseburgery, ale jakie, no w kosmos! A te smażone 

placuszki! Z jabłkami! No super. Jadła pani? - Kuks spojrzała z nadzieją na 
kobietę za stołem.

- Nie sądzę. Mogłabyś przeliterować swoje imię, kochanie?
- Nie ma sprawy. K-R-Y-S-T-A-L. Ekstra, co? Ładne imię. A pani jak ma na 

imię?

- Sarah. Sarah McCauley.
- Hm. No tak. Też ładnie. Nie chciałaby go pani zmienić? Ja czasem myślę, 

że chciałabym mieć jakieś fajniejsze imię, na przykład Kleopatra. Albo Maria 
Zofia Teresa. Wie pani, że królowa Anglii ma sześć imion? Elizabeth Alexandra 
Mary. A na nazwisko Windsor. Ale jest taka sławna, że podpisuje się tylko 
„Elizabeth R" i wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Też będę kiedyś sławna. I będę 
się podpisywać „Krystal".

Agentka milczała przez chwilę, jakby usiłowała dojść do siebie.
- Słyszałaś kiedyś o miejscu zwanym Szkołą? - spytała.
- Uważamy, że znajduje się w Kalifornii. Byłaś kiedyś w Kalifornii?
Kuks z namysłem popatrzyła w sufit.
- Kalifornia... To tam, gdzie są surferzy, gwiazdy i trzęsienia ziemi? Nie. Ale 

chciałabym   tam   pojechać.   Ładnie   tam?   -   Wielkie   brązowe   oczy   spojrzały 
niewinnie na agentkę.

- Możesz się do mnie zwracać „panie Mickelson" - powiedział z uśmiechem. 

- A ty? Max to skrót? Od Maxine?

- Nie, Dean. Po prostu Max.
Drgnął, ale zaraz skupił się na notatkach.
-   Rozumiem.   A   zatem...   Max...   Oboje   wiemy,   że   wasi   rodzice   nie   są 

misjonarzami.

Szeroko otworzyłam oczy.
- Nie? Rany boskie, to im o tym nie mów. Byliby zdruzgotani. Myśleli, że 

służą Bogu i tak dalej.

Dean spojrzał na mnie jak... no nie wiem, jak na chomika, który na niego 

warknął. Spróbował z innej strony.

- Szukamy mężczyzny, który nazywa się Jed Batchelder. Może wiesz, gdzie 

teraz może być?

Pokazał   mi   zdjęcie   Jeda.   Serce   zabiło   mi   mocniej.   Przez   chwilę   nie 

wiedziałam, co robić: wydać tego podłego oszusta FBI, co byłoby zabawne, czy 
milczeć na każdy ważny temat, co byłoby mądre.

Z ubolewaniem pokręciłam głową.
- Pierwszy raz go widzę.
- Byłaś kiedyś w Kolorado?
Zmarszczyłam brwi.

background image

- To ten kanciasty stan w środku kraju?
Dean bardzo powoli nabrał powietrza w płuca.
Obrzuciłam salę szybkim spojrzeniem. Angela siedziała na podłodze przy 

drzwiach, zajadając moją mufinkę do spółki z Totalem. Agenci Iggy’ego i Kuks 
naradzali się szeptem nad jakimiś dokumentami, a Iggy i Kuks wypoczywali. 
Kuks   rozglądała   się   dokoła.   Miałam   nadzieję,   że   przypomina   sobie   drogę 
ucieczki. Gazownik wstał, rzucił radosne „cześć" swojemu agentowi i podszedł 
do Angeli.

- Max, chcemy wam pomóc - powiedział cicho Dean. - Ale wy też musicie 

nam pomóc. Sprawiedliwość musi być.

Wlepiłam w niego wzrok. Od dawna nikt mnie tak nie rozbawił.
- Żartujesz, tak? Błagam cię, powiedz mi, że masz silniejszą motywację niż 

„sprawiedliwość musi być". Życie nie jest sprawiedliwe, Dean. - Pochyliłam się 
i rzuciłam prosto w obojętną twarz agenta: - Sprawiedliwość nie istnieje. W 
życiu nie słyszałam większej głupoty. Mam ci pomóc, bo sprawiedliwość musi 
być? A może: „Masz mi pomóc, bo wyrwę ci kręgosłup i zatłukę cię nim na 
śmierć"? To by mnie mogło przekonać. Ewentualnie.

Dean   zacisnął   zęby,   a   na   jego   twarzy   wystąpiły   dwie   różowe   plamy. 

Odniosłam wrażenie, że jest bardziej wściekły na siebie niż na mnie.

- Max... - zaczął z wysiłkiem, ale nie było mu dane dokończyć.
- Dziękuję ci, Dean - odezwała się jakaś kobieta. - Ja się tym zajmę.

background image

15

Dean   wyprostował   się   i   opanował.   Kobieta   uśmiechnęła   się   do   niego 

przyjaźnie.

Była blondynką, nie wiem,  w jakim wieku. Profesjonalna  i uprzejma jak 

spikerka z publicznej telewizji. I nawet ładna.

Dean   pozbierał   notatki,   kiwnął   głową   i   poszedł   naradzić   się   z   innym 

agentem. Kobieta usiadła naprzeciwko mnie.

- Nadęci jak ropuchy - szepnęła, osłaniając usta dłonią.
Wzięła mnie z zaskoczenia. Więc mimo woli uśmiechnęłam się.
Wyciągnęła do mnie rękę.
- Nazywam się Anne Walker. Tak, jestem jedną z NICH. Wzywają mnie, 

kiedy wszystko zaczyna się sypać.

- Czy wszystko zaczyna się sypać? - spytałam uprzejmie.
Parsknęła śmiechem.
- No oczywiście - powiedziała tonem typu „a jak". - Kiedy dostajemy ze 

szpitala informację o dwóch, a być może sześciu nieznanych dotąd istotach ze 
zrekombinowanym DNA, przy czym jednej ciężko rannej, wówczas - owszem - 
uważam, że z całym przekonaniem możemy stwierdzić, iż wszystko sypie się 
jak lawina.

- Ojeju - przejęłam się. - To my jesteśmy tacy ważni?
Kącik jej ust lekko zadrgał.
- Aha. Skąd to zdziwienie? Nikt nigdy ci o tym nie mówił?
Jed.   To   jedno   słowo   wystarczyło,   żebym   się   rozkleiła;   założyłam   sobie 

umysłową   blokadę,   żeby   nie   rozryczeć   się   jak   rozhisteryzowana,   częściowo 
ludzka istota ze zrekombinowanym DNA. Jed sprawiał kiedyś, że czułam się 
ważna. Mądra, silna, zdolna, wyjątkowa, ważna... do wyboru. Ale ostatnio, gdy 
myślałam   o   nim,   ogarniała   mnie   głównie   ślepa   furia   i   przeraźliwe   poczucie 
zdrady.

-   Posłuchaj   -   odezwałam   się   chłodno.   -   Znaleźliśmy   się   w   trudnym 

położeniu.   Ja   to   wiem  i   ty   też.   Jeden   z   mojego   sta...   Mój   brat  jest   ranny   i 
potrzebujemy  pomocy. Powiedz, co mam zrobić, żeby tę pomoc otrzymać, i 
sprawa załatwiona.

Zerknęłam na stado. Siedzieli razem, jedząc bajgle i mnie obserwując. Gazik 

wesoło podniósł jeden, żebym wiedziała, że zachował go dla mnie.

Anne   patrzyła   na   mnie   z   takim   współczuciem,   że   omal   nie   zgrzytnęłam 

zębami. Pochyliła się w moją stronę.

- Max, nie zamierzam ci wciskać kitu - szepnęła, znowu mnie zaskakując. - 

Takiego jak ta gadka, że twoi rodzice są misjonarzami. Obie wiemy, że nie. I 
obie wiemy, że FBI nie pomaga ludziom dlatego, że są wspaniali i wyjątkowi. 

background image

Układ jest taki: słyszeliśmy o was. W naszym środowisku od lat krążą plotki o 
ukrytym   laboratorium   produkującym   zdolne   do   życia   rekombinanty.   Ale   te 
plotki nigdy nie zostały potwierdzone i wszyscy uważają, że to taka miejska 
legenda.   Oczywiście   sama   możliwość,   że   to   prawda...   Krótko   mówiąc, 
utworzyliśmy   cały   zespół,   który   ma   odnajdywać   i   katalogować   informacje, 
pogłoski i domysły na wasz temat.

Och, gdybym jej opowiedziała o Likwidatorach...
Anne nabrała tchu i wyprostowała się, nie spuszczając ze mnie oczu.
- A więc sama widzisz, że jesteście dla nas ważni. Chcielibyśmy wiedzieć o 

was   wszystko.   Ale   co   ważniejsze,   jeśli   te   opowieści   są   prawdziwe,   to 
bezpieczeństwo   całego   kraju   może   być   zagrożone   -   o   ile   wasza   tak   zwana 
rodzina dostanie się w niepowołane ręce. Nie znacie własnych możliwości.

Zrobiła pauzę, żeby to do mnie dotarło, i uśmiechnęła się blado.
- To może handel wymienny? Ty pozwolisz nam dowiedzieć się o sobie jak 

najwięcej - w bezbolesny, nieinwazyjny sposób - a my  zapewnimy  Nickowi 
najlepszą   możliwą   opiekę   medyczną,   a   reszcie   -   bezpieczne   schronienie. 
Będziecie wypoczywać, dobrze się odżywiać, Nick dojdzie do siebie i wtedy 
zastanowicie się, co dalej.

Czułam się jak zagłodzona mysz przed ogromnym kawałem sera.
W ogromnej pułapce.
Przybrałam uprzejmie obojętny wyraz twarzy.
- A mam w to uwierzyć, bo...
-  Chciałabym ci  dać gwarancję  - powiedziała  Anne  - ale  nie mogę.  Nie 

dysponuję niczym, w co byś uwierzyła. No proszę cię. - Wzruszyła ramionami. - 
Co   cię   uspokoi,   umowa   na   piśmie?   Słowo   honoru?   Najświętsza   przysięga 
dyrektora FBI?

Obie parsknęłyśmy śmiechem. Świrowaci agenci.
- Po prostu... nie masz wyboru. Niestety.
Wbiłam wzrok w blat stołu i zaczęłam się zastanawiać. Straszne, ale miała 

rację. Kieł był w kiepskim stanie, a to nas totalnie uziemiło. Mogłam tylko 
przyjąć   jej  propozycję   dachu   nad  głową   i  opieki   dla  Kła,   grać   na  zwłokę   i 
obmyślać sposób ucieczki. Po cichu powiedziałam parę bardzo brzydkich słów. 
Potem podniosłam głowę.

- No dobrze. Przypuśćmy, że się zgodzę. Co to za bezpieczne schronienie, 

którym mnie tu kusisz?

Anne spojrzała na mnie. Jeśli ją zaskoczyłam, to tego nie okazała.
- Mój dom. 

background image

16

Operacja Kła skończyła się prawie dwie godziny później. Czekałam przed 

salą, tak spięta, że bardziej nie można.

Lekarz, z którym poprzednio rozmawiałam, wyszedł z sali, jeszcze w tym 

zielonym uniformie. Miałam ochotę złapać go za fraki, przydusić do ściany i 
wydrzeć z niego wszystko, co wie - ale starałam się zachowywać dorośle.

- Aha. Max, prawda?
- Prawda. Max - mruknęłam i czekałam w napięciu.
Jeśli wydarzyło się najgorsze, złapię małych i fruwamy stąd.
- Twój brat... Nick... Przez jakiś czas było bardzo groźnie. Daliśmy mu parę 

jednostek   preparatu   krwiozastępczego   i   jego   ciśnienie   podniosło   się   do 
bezpiecznego poziomu.

Stałam, zaciskając pięści. Byłam zdolna tylko słuchać.
- Nie doszło do zatrzymania akcji serca - ciągnął lekarz. - Zdołaliśmy mu 

zaszyć   rany,   powstrzymać   upływ   krwi.   Główna   tętnica   została   rozerwana, 
podobnie jak... worek powietrzny.

- Jak się teraz czuje?
Siłą   woli   zmusiłam   się   do   oddychania   w   normalnym   tempie.   Gdybym 

mogła, uciekłabym stąd jak na skrzydłach. Właściwie w moim przypadku: na 
skrzydłach.

- Jest stabilny - powiedział doktor, zmęczony i oszołomiony. - Jeśli wszystko 

będzie dobrze, powinien w pełni dojść do zdrowia. Musi się oszczędzać przez 
jakieś trzy tygodnie.

Co,   biorąc   pod   uwagę   nasze   niewiarygodnie   szybkie   tempo   regeneracji, 

oznaczało pewnie sześć dni. 

Ale i tak, matko! Sześć dni to wieczność.
- Mogę go zobaczyć?
- Dopiero kiedy opuści salę pooperacyjną. Może za czterdzieści minut. Teraz 

mam nadzieję, że wyjaśnisz mi niektóre fizjologiczne sprawy. Zauważyłem...

- Dziękuję panu, doktorze - odezwała się Anne Walker, stając raptem za 

moimi plecami.

- Chciałem tylko wiedzieć... - zaczął lekarz, patrząc na mnie.
-   Przykro   mi   -   przerwała   mu   Anne.   -   Te   dzieci   są   zmęczone   i   muszą 

odpocząć. Któryś z moich kolegów chętnie odpowie panu na wszelkie pytania.

-   Przepraszam,   ale   twoi   koledzy   akurat   niewiele   o   nas   wiedzą   - 

przypomniałam jej przez zaciśnięte zęby.

Lekarz nie był zadowolony, ale skinął głową i odszedł.
Anne uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo.
- Staramy się nie rozgłaszać waszego istnienia - powiedziała. - Dopóki nie 

background image

będziemy   mieli   pewności,   że   nic   wam   nie   grozi.   Świetnie,   że   Nick   z   tego 
wyjdzie.

Przeszłyśmy do poczekalni. Na mój widok stado zerwało się na równe nogi. 

Uśmiechnęłam się, że wszystko gra. Kuks pisnęła i przybiła piątkę Gazikowi, 
Angela podbiegła do mnie i wyściskała mnie ze wszystkich sił. Podniosłam ją i 
też uścisnęłam.

- Wszystko będzie z nim dobrze - potwierdziłam.
- Możemy go zobaczyć? - spytał Iggy.
- Ig, mówię ci to z prawdziwą przykrością, ale jesteś ślepy - powiadomiłam 

go. Czułam taką ulgę, że zachciało mi się żartować. - Ale za chwilę możesz 
posłuchać, jak oddycha, i ewentualnie z nim pogadać.

Iggy   zrobił   tę   swoją   minę:   trochę   uśmiech,   trochę   wredną   gębę.   Bardzo 

dobrze mu to wychodzi.

-  Cześć,   wszyscy   -  odezwała   się   Anne.   Zapomniałam,   że   stoi   za   moimi 

plecami. - Max pewnie wam o mnie mówiła. Jestem Anne Walker z FBI. Czy 
Max powiedziała wam o naszej umowie?

Cwane: jeśli dotąd im nie powiedziałam, to właśnie ona to zrobiła.
- Tak - potwierdziła Angela. - Zostaniemy w pani domu na chwileczkę.
- Zgadza się - uśmiechnęła się Anne.
- I Total też - dla porządku upewniła się Angela.
- Total?
- Mój piesek.
Angela wskazała Totala, który leżał pod krzesłem, zwinięty w kłębuszek, z 

łebkiem ładnie ułożonym na łapkach.

- Jak wam się udało go przemycić? - zdumiała się Anne.
Nie chciało mi się tego wyjaśniać.
-   Właśnie!   Czyli   jak   tylko   K...   Nick   będzie   bardziej   na   chodzie, 

przeniesiemy się do domu Anne, wypoczniemy, a Nick dojdzie do formy. Super, 
nie?

Pokiwali głowami z różnym stopniem entuzjazmu.
- Knick? - mruknął Iggy z wrednym uśmieszkiem.
Zlekceważyłam go.
- Nick nie będzie mógł się ruszać co najmniej przez tydzień - oznajmiła 

Anne. - A zatem dziś idziemy wszyscy do mojego domu, a on dołączy do nas, 
kiedy poczuje się lepiej.

Gazik zamrugał szybko oczami, a Kuks zmarszczyła brwi.
- Nie - zaprotestowałam. - Nie na to się zgodziłam. Nie zostawimy tu Nicka 

samego.

- Będą z nim lekarze, pielęgniarki i dwaj agenci przy drzwiach. Dwadzieścia 

cztery godziny na dobę - obiecała Anne. 

Splotłam ręce na piersi.
- Nie. Tych waszych dwóch agentów Likwidatorzy zjedzą jak dwa chipsy.
Anne nie poznała się na moim żarcie. Nic dziwnego, bo pewnie nie miała 

background image

pojęcia, o czym mówię.

-   W   moim   domu   będzie   wam   wygodnie   -   powiedziała.   -   To   dla   was 

najlepsze.

- Ale nie dla Nicka - warknęłam.
- Ale... Nicka nie można przenieść. Chcecie spać w jego pokoju?

background image

17

Dziewczyny będą spać w łóżku - zarządził Gazik - a Iggy i ja na podłodze.
- Słucham, ty męski szowinistyczny prosiaczku? - Uniosłam brwi. - A może 

dwoje najmniejszych będzie spać w łóżku z tej prostej przyczyny, że się tam 
zmieszczą. Mowa o tobie i Angeli.

- Aha - wtrąciła Kuks, groźnie mrużąc oczy. - Jestem taka delikatna, że nie 

mogę spać na podłodze?

Gazik   zrobił   tę   swoją   upartą   minę,   więc   zostawiłam   go,   nie   dając   się 

wciągnąć   z   kłótnię.   Kieł  leżał   w   dwójce  i   drugie   łóżko   było   wolne.   Dwoje 
małych mogło się na nim umościć, a reszta musiała jakoś przeżyć.

- Oczywiście jaśnie pan rozwala się na łóżku w pojedynkę - zwróciłam się 

do Kła.

- Zgadza się - odpowiedział niewyraźnie. - Jaśnie pan ma dziurę w brzuchu.
Nadal wyglądał jak śmierć na chorągwi - był prawie zupełnie biały i ledwie 

coś kojarzył. Nie mógł jeść, więc dali mu kroplówkę. Iggy oddal mu kolejne pół 
litra ludzko-ptasiej krwi i to go postawiło na nogi.

- No wiesz, już cię zaszyli - powiedziałam. - Dziura w brzuchu należy już do 

przeszłości.

- Kiedy mogę stąd spadać?
- Powiedzieli, że za tydzień.
- Czyli jutro?
- Tak myślę.
- Słuchaj, Knick, mogę zmienić kanał? - spytał Iggy. - Leci mecz.
- Ależ proszę, Kiggy - mruknął Kieł.
Poszliśmy spać wcześnie i spaliśmy jak zabici. Nic dziwnego, po tym, co 

przeżyliśmy przez ostatnią dobę! O dziewiątej wieczorem słyszałam już wokół 
siebie tylko oddechy śpiącego stada. Agenci skombinowali jakieś maty, jak do 
jogi,   i   nie   było   tak   źle.   Zwłaszcza   gdy   człowiek   sypiał   na   kamieniach   w 
jaskiniach i na betonie w tunelu metra.

Zrobiło się cicho. Usiłowałam wyłączyć mózg. Głosie, chcesz się ze mną 

podzielić jakimiś przemyśleniami, zanim walnę w kimono?

Postanowiłaś zostać z Kłem.
A   to   niespodzianka,   pomyślałam.   Gazik   powiedział   wtedy   na   plaży   coś 

takiego... i miał świętą rację. Nie powinniśmy się znowu rozdzielać, nawet jeśli 
tak wydaje się bezpieczniej. Najlepiej działaliśmy w zespole. W rodzinie.

Rodzina   jest   bardzo   ważna,   odezwał   się   Głos.   Tak   mi   powiedziałaś, 

pamiętasz?

Tak, pomyślałam. Właśnie dlatego odszukamy naszych rodziców, jak tylko 

się stąd wyrwiemy.

background image

Odetchnęłam głęboko, usiłując się rozluźnić. Byłam kompletnie wyczerpana, 

ale mózg nadal pracował mi na najwyższych obrotach. Kiedy zamykałam oczy, 
wyświetlały   mi   się   najróżniejsze   obrazki   -  wybuchające   budynki,   chmura   w 
kształcie grzyba, kaczki uwięzione w rozlanej ropie, góry śmieci, elektrownie 
atomowe. Koszmary na jawie.

Usiadłam   i   otworzyłam   oczy,   ale   lepiej   mi   się   od   tego   nie   zrobiło.   Już 

wcześniej czułam się źle, chociaż nikomu nie mówiłam. Bolała mnie głowa. 
Może nie była to migrena typu eksplozja, kiedy miałam wrażenie, że mózg mi 
się   rozprysnął   po   całej   czaszce,   ale   i   tak   było   kiepsko.   Na   szczęście   te 
eksplodujące migreny zdarzały mi się coraz rzadziej. Sądziłam, że mój mózg 
przyzwyczaił   się   do   dzielenia   miejsca   z   nieproszonym   i   niemiłym   gościem: 
Głosem. W każdym razie byłam niesłychanie szczęśliwa, że ostatnio migreny 
trochę ustały.

Ten ból był inny. Czułam się rozpalona, skóra mi płonęła. W żyłach miałam 

chyba czystą adrenalinę, bo byłam tak rozedrgana, że nie mogłam wytrzymać 
sama ze sobą.

Czy Likwidatorzy namierzają nas dzięki temu chipowi w mojej ręce, który 

zobaczyłam na rentgenie u doktor Martinez, tak dawno temu? Jak nas znajdują? 
Odwieczne pytanie.

Zerknęłam na Totala, który spał na łóżku z Angelą i Gazikiem. Leżał na 

grzbiecie, z łapkami w powietrzu. Jego też zachipowali? I namierzają go?

Uch! Byłam rozpalona, rozedrgana i chora. Miałam ochotę położyć się w 

śniegu, jeść śnieg, nacierać się nim. Wyobraziłam sobie, że otwieram okno i 
skaczę w chłodną noc. Że wracam do doktor Martinez i jej córki Elli, jedynych 
moich przyjaciółek wśród ludzi. Doktor Martinez wiedziałaby, co zrobić. Serce 
łomotało mi jak werbel.

Wstałam i cicho przeszłam nad śpiącymi do malej umywalki. Odkręciłam 

zimną wodę i opłukałam dłonie. Pochyliłam się i ochlapałam twarz. Poczułam 
się lepiej. Miałam ochotę stanąć pod lodowatym prysznicem. Obym tylko nie 
zachorowała, pomyślałam błagalnie. Nie mogę zachorować. Nie mogę zarazić 
Kła.

Nie wiem, jak długo stałam nad umywalką, polewając sobie kark wodą. W 

końcu uznałam, że może dam radę zasnąć, i wyprostowałam się. I omal nie 
wrzasnęłam.

Odwróciłam się, ale w pokoju było cicho. Znowu spojrzałam w lustro. Nadal 

tam był. Likwidator.

Zamrugałam powiekami. Co jest, do jasnej ciasnej? 
Likwidator w lustrze także zamrugał.
Ten Likwidator był mną.

background image

18

Zimny pot wystąpił mi na czoło i kark.
Z wysiłkiem przełknęłam ślinę. Likwidator Max zrobiła to samo.
Otworzyłam usta i zobaczyłam długie, ostre kły. Ale kiedy dotknęłam zębów 

palcem, wydawały się małe, gładkie, normalne. Dotknęłam twarzy i poczułam 
gładką skórę, choć w lustrze widziałam siebie kompletnie przemienioną.

Przypomniałam sobie, że czułam się źle, chora, rozpalona. Boże. Więc to o 

to chodziło? Czyżbym właśnie odkryła nowy „talent", tak jak Angela ma talent 
do   czytania   w   myślach,   Gazik   do   naśladowania   każdego   głosu,   a   Iggy   do 
rozpoznawania ludzi po odciskach palców? Czy właśnie się okazało, że umiem 
się zmieniać w Likwidatora, naszego najgorszego wroga?

Zrobiło mi się niedobrze z obrzydzenia i strachu. Obejrzałam się ukradkiem, 

czy nikt mnie nie widzi w takim stanie. Nie wiedziałam, co mogliby zobaczyć, 
gdyby   się   obudzili.   W   dotyku   byłam   normalna,   z   wyglądu   stałam   się 
Likwidatorem. Troszkę milszym, bardziej jasnowłosym Likwidatorem, któremu 
bliżej było do pekińczyka niż do wilczura.

Szanuj   swoich   wrogów,   powiedział   Głos.   Zawsze.   Musisz   dobrze   znać 

przyjaciół, a jeszcze lepiej wrogów.

Błagam,   pomyślałam.   Niech   to   będzie   tylko   obrzydliwa   lekcja,   a   nie 

rzeczywistość.   Obiecuję   na   wszystkie   świętości,   że   będę   lepiej   poznawać 
swoich wrogów. Tylko niech już zniknie ta morda.

Twoją największą siłą jest twoja największa słabość, Max, znów odezwał się 

Głos.

Wytrzeszczyłam na siebie oczy w lustrze. Że co?
Twoja nienawiść do Likwidatorów daje ci siłę, by walczyć do upadłego. Ale 

ta nienawiść także cię zaślepia. Nie widzisz ich, siebie, całego swojego życia.

Hm. Zastanowię się i oddzwonię do ciebie, dobrze?
Au.   Skrzywiłam   się   i   przycisnęłam   palce   do   skroni.   Może   zdołam 

rozmasować ten ból. Po raz ostatni dotknęłam swojej twarzy, żeby się upewnić, 
że jest gładka, a potem spojrzałam na Kła.

Spokojnie   przez   sen.   Wyglądał   już   lepiej.   Mniej   przypominał   trupa. 

Wszystko będzie dobrze. Westchnęłam,  usiłując pozbyć się bólu i strachu, i 
zwinęłam się w kłębek obok Kuks. Zamknęłam oczy, ale szansa na sen była 
mizerna.

Leżałam w ciemnościach. Pocieszały mnie tylko równe, regularne, spokojne 

oddechy mojego stada.

background image

19

Nie rozumiem tego - powiedział lekarz, przyglądając się ranom Kła.
Co ja na to poradzę, pomyślałam. Tak to już jest z rekombinantami.
Lekarz przyszedł dziś rano zmienić bandaże i zobaczył, że rany prawie się 

zagoiły. Zostały po nich różowe blizny.

- Mogę już stąd wyjść - oznajmił Kieł, usiłując się podnieść.
Byłam szczęśliwa, że jest przytomny i całkiem przypomina dawnego siebie. 

Tak okropnie się bałam - co bym bez niego zrobiła?

- Zaraz! - odezwała się Anne Walker. - Nie możesz jeszcze wstawać, a tym 

bardziej wychodzić. Proszę cię, połóż się i wypocznij.

Kieł zmierzył ją zimnym spojrzeniem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jeśli 

Anne uważała, że ja jestem niechętna do współpracy, to zobaczymy, jak sobie 
poradzi z Kłem.

- Teraz czujesz się troszkę lepiej, więc może przekonasz swoje rodzeństwo, 

żeby ze mną poszło - powiedziała Anne. - Zaproponowałam wam wszystkim, 
byście zamieszkali w moim domu. Możecie wypocząć i przegrupować szyki. - 
Uśmiechnęła   się   lekko.   -   Max   oświadczyła,   że   bez   ciebie   nie   pójdą,   ale   na 
pewno sam widzisz, że nie ma sensu, żeby się tu męczyli w takich warunkach. A 
ty dołączysz do nas za jakiś tydzień.

Kieł tylko patrzył na nią bez słowa.
Oparłam się o ścianę i splotłam ręce na piersi.
- Więc co ty na to, Nick?
Dziś rano zapoznałam go z sytuacją. Obudziliśmy się o szóstej, ponieważ 

właśnie   wtedy   pielęgniarce   zachciało   się   zmierzyć   temperaturę   Kłowi.   Kieł 
spojrzał mi w oczy. Opuściłam kącik ust.

- Będzie tak, jak mówi Max - oznajmił spokojnie. - Ona tu dowodzi.
Uśmiechnęłam się promiennie. Tego mogę słuchać godzinami.
Anne spojrzała na mnie.
- Nie mogę zostawić Nicka - powiedziałam z ubolewaniem.
- Jeśli zostaniecie wszyscy, może mógłbym zbadać... - zaczął lekarz i Anne 

odwróciła się do niego.

-   Dziękuję   panu   -   rzuciła.   -   Doceniam   pańską   pomoc.   To   był   rozkaz 

odmarszu i lekarz jakoś się nie ucieszył, ale wyszedł.

- Dochodzimy do siebie bardzo szybko - wyjaśniłam Anne.
Wczoraj w nocy Kieł wyglądał kiepsko. Ja też, pomyślałam, przypominając 

sobie to straszliwe odbicie w lustrze. Ale dziś znowu czułam się sobą, a Kieł też 
był bardziej podobny do siebie. I właśnie usiadł.

- Co trzeba zrobić w tym lokalu, żeby dostać coś do jedzenia?
- Masz jeszcze kroplówkę - zaczęła Anne. - Lekarze nie pozwolą ci jeść 

background image

stałych   pokarmów...   -   urwała,   bo   Kieł   spojrzał   na   nią   wyjątkowo   niemiłym 
wzrokiem.

- Skombinowało się coś dla ciebie - powiedziałam. Salowy przyniósł nam 

śniadanie, a my odłożyliśmy po trochu wszystkiego.

Anne miała minę, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale się powstrzymała. 

Muszę przyznać, że dobrze zrobiła.

Podałam Kłowi tacę, a on zabrał się do jedzenia szybko i precyzyjnie.
- Muszę stąd spadać - rzucił z pełnymi ustami. - Przez ten szpitalny smród 

prawie chodzę po ścianach.

Dobrze   go   rozumiałam.   Każde   z   nas   tak   reaguje.   Wszystko,   co   pachnie 

środkami   antyseptycznymi,   szpitalem,   laboratorium,   przywołuje   złe 
wspomnienia. Spojrzałam na Anne.

- Uważam, że K... Nick może już z nami iść. 
Popatrzyła na mnie, najwyraźniej rozważając wszystkie za i przeciw.
-  No,  dobrze   -  zgodziła   się   w  końcu.   Nie   pokazałam   po  sobie,   że   mnie 

zaskoczyła.   -   Tylko   muszę   się   uporać   z   dokumentami.   Do   mojego   domu 
będziemy jechać jakieś półtorej godziny. Mieszkam w północnej Wirginii. Może 
być?

- Tak - powiedziałam.
Anne wyszła, a ja powiodłam wzrokiem po stadzie.
-   Nie   wiem,   co   się   szykuje,   ale   lepiej   miejcie   oczy   dokoła   głowy.   - 

Zerknęłam na Kła. - Na pewno możesz chodzić?

Wzruszył ramionami. Znowu wyglądał na zmęczonego. Odsunął tacę.
- Jasne.
Położył się i zamknął oczy.
- Przecież Knick jest Supermanem - mruknął Iggy.
- Zamknij się, Jeff - zgasiłam go, ale się uśmiechałam. 
Podniosłam rękę Iggy’ego i dotknęłam nią mojej twarzy, żeby to wiedział.

background image

20

-   Ale   pięęękna   ta   Wirginia   -   powiedziałam   do   Gazownika,   który   się 

uśmiechnął.

Naprawdę była piękna. Masa pagórków, takich falujących, kilometry drzew 

w płomiennych jesiennych kolorach i bujne zielone pastwiska,  a na nich od 
czasu do czasu żywy, najprawdziwszy koń. Było fantastycznie.

Wszyscy zmieściliśmy się do ogromnego chevroleta suburbana Anne. Kieł 

większość drogi przeleżał. Obserwowałam go i zauważyłam, że na wybojach 
zaciska zęby, ale nie narzekał.

Kolejna   kropla   goryczy   w   tym   miodzie:   znowu   czułam   fale   gorąca   i 

łomotanie   serca,   tak   jak   w   nocy.   Oddychałam   szybko   i   wszystko   mnie 
swędziało, jakby oblazły mnie robaki.

Total   siedział   na   moich   kolanach,   gapiąc   się   w   okno.   Spojrzał   na   mnie 

lśniącymi czarnymi ślepkami. Potem ostentacyjnie wstał i przeszedł po kolanach 
Kła do Angeli, jakby mi mówił: jeśli dalej będziesz taka rozpalona, zapomnij.

- Rety, patrzcie - powiedziała Kuks, wskazując coś za oknem. - Ten koń jest 

zupełnie biały. Jak koński anioł. A co to są te wielkie bele?

- Siano - odezwała się Anne zza kierownicy. - Teraz je zwijają, zamiast 

układać w sterty.

- Ale tu ładnie - ciągnęła Kuks, niemal podskakując z radości. - Podobają mi 

się te pagórki. Co to za drzewa z takimi rozcapierzonymi liśćmi, całe kolorowe?

- Klony - wyjaśniła Anne. - Zwykle są najbardziej kolorowe.
- Jaki jest twój dom? - dopytywała się Kuks. - Biały, z dużymi kolumnami? 

Jak Tara? Widziałaś ten film? 

Przeminęło z wiatrem. Nie, niestety, mój dom wcale nie przypomina Tary. 

To stary wiejski domek. Ale za to stoi na pięćdziesięciu akrach ziemi. Masa 
miejsca do biegania. Prawie dojechaliśmy.

Dwadzieścia   minut   później   Anne   wjechała   na   podjazd   i   wyciągnęła   taki 

elektroniczny gadżecik. Brama z kutego żelaza rozchyliła się przed nami.

Wjechaliśmy, a brama się zamknęła, co od razu ustawiło moje zmysły w 

stanie gotowości.

Do   domu   jechaliśmy   jeszcze   prawie   minutę.   Podjazd   był   wysypany 

kawałkami muszelek i wił się wśród pięknych drzew. Czerwone i żółte liście 
spływały powoli na samochód.

- No to jesteśmy - powiedziała Anne, skręcając. - Mam nadzieję, że wam się 

spodoba.

Oczy mało nam nie wyszły na wierzch. Dom Anne wyglądał jak z obrazka. 

Na dole miał okrągłe kamienie, na górze deski, a z przodu wielki ganek, który 
ciągnął   się   wzdłuż   całej   ściany   frontowej.   Wokół   podwórka   rosły   ogromne 

background image

krzewy; na niektórych jeszcze zostały kwiaty hortensji.

- Z tyłu jest staw - powiedziała Anne, manewrując kierownicą. - Bardzo 

płytki,  więc po  południu, jak  się  ociepli, można  będzie  w  nim pływać.  No, 
wysiadka.

Wysiedliśmy,   bardzo   zadowoleni,   że   znowu   jesteśmy   na   otwartej 

przestrzeni.

- Powietrze pachnie inaczej - oznajmiła Kuks, marszcząc nos. - Fajnie.
Dom stał  na  niskim  wzgórzu. Na  jego  skłonach  widzieliśmy   przestronne 

trawniki i sad. A na drzewach wisiały najprawdziwsze jabłka. Ptaki świergotały 
i   śpiewały.   Nie   słyszałam   warkotu   samochodów   ani   ulicznego   gwaru,   nie 
czułam zapachu smoły i asfaltu.

Anne otworzyła drzwi.
- No, co tak stoicie? - roześmiała się. - Obejrzyjcie swoje pokoje.
Pokiwałam głową. Angela i Kuks ruszyły do domu, a za nimi Gazik.
Iggy stał obok mnie. 
- Jak to wygląda? - spytał cicho. 
- Jak raj, Jeff - odpowiedział Kieł.

background image

21

Twarde kawałki kory raniły mu nogi, ale Ari nie zwracał na to uwagi.
Po   bólu,   jaki   mu   zadano,   dodając   skrzydła,   coś   takiego   wydawało   się 

dziecinną zabawą. Uśmiechnął się do siebie. Właściwie wszystko, co robił, było 
dziecinną zabawą: miał tylko siedem lat. W kwietniu skończy osiem. Choć to 
bez znaczenia. Nie dostanie prezentów ani tortu. Ojciec pewnie w ogóle nie 
pamięta.

Znowu przyłożył do oczu lornetkę i zacisnął  zęby. Mutanty  wysiadały  z 

samochodu. Już tam był, zajrzał do domu przez okna. Będzie im się milutko 
mieszkało. Przynajmniej na razie.

To niesprawiedliwe. Brak słów na to, jak bardzo niesprawiedliwe. Chwycił 

gałąź tak mocno, że pękła, a długa, cienka drzazga wbiła mu się w ciało.

Spojrzał na nią, czekając, aż sygnał bólu powoli dotrze do mózgu. Wokół 

drzazgi pojawiły się krople jasnoczerwonej krwi. Wyszarpnął drzazgę, zanim do 
mózgu dotarło, że to boli.

Co on tu robi?
Siedzi na drzewie i gapi się na mutanty przez lornetkę. Powinien być na 

dole. Powinien stuknąć Max w ramię, poczekać, aż się odwróci, i walnąć ją 
pięścią w twarz.

Ale nie. Max przechadza się po tym pięknym domu i uważa się za najlepszą 

na świecie, lepszą od wszystkich, lepszą od niego.

Przez te czterdzieści osiem godzin tylko jedno go rozbawiło: jej mina, kiedy 

się okazało, że Ari żyje. Była wstrząśnięta. Wstrząśnięta i przerażona, pomyślał 
z dumą Ari. Chciał, żeby zawsze miała taką minę na jego widok.

No dobrze, świetnie. Wypoczywaj sobie, Maximum, regeneruj się, pomyślał 

jadowicie. Twój czas się kończy. Będę na ciebie czekał. Nie odstąpię cię na 
krok.

Nienawiść   skręcała   mu   żołądek,   zaciskała   wnętrzności.   Poczuł,   że   się 

przekształca: kości jego twarzy wydłużały się, ramiona się garbiły. Patrzył, jak 
jego   ręce   porastają   szorstką   sierścią,   jak   z   czubków   palców   przebijają   się 
zakrzywione   szpony.   Miał   ochotę   przeorać   tymi   szponami   twarz   Max,   tę 
doskonałą twarz...

Żal   ścisnął   go   za   gardło,   przed   oczami   zrobiło   mu   się   ciemno   i   bez 

zastanowienia wbił kły we własne ramię. Zacisnął mocno szczęki i zaczekał na 
fizyczny ból. W końcu, zziajany, usiadł prosto. Usta ociekały mu krwią, ramię 
było zdrętwiałe z bólu jak z zimna. No. Od razu lepiej.

background image

Część II 

RAJ CZY WIĘZIENIE?

background image

22

Zgadnijcie, ile sypialni było w małej wiejskiej chatce Anne. Siedem. Jedna 

dla niej, po jednej dla każdego ptasiego mutanta.  A ile łazienek?  Pięć. Pięć 
łazienek w jednym domu.

- Max! - Gazownik załomotał do mojego pokoju.
Otworzyłam.   Włosy   miałam   jeszcze   mokre   po   długim,   niesamowicie 

gorącym prysznicu.

- Mogę wyjść na dwór?
-   Rany,   zapomniałam,   jaki   masz   kolor   skóry   -   powiedziałam.   -   Byłam 

pewna, że ten brud to śniadość.

Uśmiechnął się nawet z pewną dumą.
- To kamuflaż. Mogę wyjść?
- No. Wyjdźmy wszyscy, niech Iggy zorientuje się w terenie.
- Co to? Hangar? - spytała Kuks.
Z okien domu nie było widać ukrytego za zagajnikiem budynku z czerwonej 

cegły, ale podczas rekonesansu odkrywaliśmy najróżniejsze rzeczy.

- Stajnia - wyjaśnił Kieł.
Przyglądałam mu się uważnie. Zamierzałam go wysłać do domu, kiedy tylko 

zacznie zdradzać oznaki zmęczenia.

- Z konikami? - ucieszyła się Angela.
W tej samej chwili Total zaczął szczekać, jakby coś poczuł.
-   Aha,   na   to   wygląda   -   mruknęłam,   biorąc   go   na   ręce.   -   Słuchaj   no   - 

zapowiedziałam mu. - Koniec szczekania. Jeszcze kogoś wystraszysz.

Total   spojrzał   na   mnie   z   wyraźną   urazą,   ale   nawet   nie   pisnął,   dopóki 

znajdował się w moich ramionach.

- Ten pierwszy to Sugar - odezwała się Anne, stając za nami.
Dała nam czas na swobodne zwiedzanie okolicy.
Staliśmy   w   otwartych   drzwiach   stajni   i   patrzyliśmy   na   Sugara,   jasnego 

siwka, który rewanżował nam się zaciekawionym spojrzeniem.

- Piękny - szepnęła Kuks.
- Duży - dodał Gazik.
- Wielki i słodki - powiedziała Anne, otworzyła skrzynię i wyjęła z niej 

marchewkę. Podała ją Kuks i głową wskazała konia. - Śmiało. Lubi marchewki, 
połóż ją na dłoni.

Kuks wzięła marchewkę i podeszła ostrożnie. Mówimy o dziewczynce, która 

potrafi   precyzyjnym   kopniakiem   połamać   żebra   dorosłemu   mężczyźnie.   Ale 
kiedy zbliżała się do konia, prawie dygotała.

Sugar   bardzo   delikatnie   zgarnął   wargami   marchew   i   z   zadowoleniem   ją 

schrupał.

background image

Kuks   spojrzała   na   mnie   rozpromieniona.   Serce   podeszło   mi   do   gardła. 

Całkiem jakbyśmy w ramach pomocy społecznej dla biednych dzieci z miasta 
po raz pierwszy w życiu pojechali na wieś. Otaczały nas piękne krajobrazy, było 
świeże powietrze, były zwierzęta i...

-   Macie   jeszcze   pół   godziny   -   oznajmiła   Anne,   wychodząc   ze   stajni.   - 

Kolacja jest o szóstej.

I, chciałam powiedzieć, mnóstwo jedzenia. Nie do wiary.
Gdzie tu jest haczyk? Bo musi być. Zawsze jest. 

background image

23

- Ja nie mogę! - ucieszył się Gazownik, patrząc na staw.
- Już tam jestem!
Staw Anne był wielki jak stadion futbolowy. Otaczała go kamienista plaża 

porośnięta liliami i pałkami wodnymi.

Patrzyłam podejrzliwie, jakby z głębiny miał się wynurzyć potwór z bagien. 

No   dobrze,   może   jestem   smutnym   przypadkiem   paranoi,   ale   wszystko   tu 
wyglądało tak sielsko, że dostałam gęsiej skórki. Moja sypialnia była czarująca. 
Czarująca! Czy ja się znam na czarowaniu? Pierwszy raz w życiu użyłam tego 
słowa.

A teraz jeszcze ten staw jak z pocztówki. Czy to jakiś chory test?
- Na razie nie mamy na to czasu - oznajmiłam, dławiąc w sobie narastające 

lęki. - Ale może jutro pójdziemy popływać.

-   Jak   tu   pięknie   -   powiedziała   Kuks,   spoglądając   z   zachwytem   na   te 

niewiarygodnie falujące pagórki, mroczny, tajemniczy sad, staw (patrz wyżej) i 
mały strumyk, który do niego wpadał. - Jak w raju.

- Aha, i jak to się wtedy skończyło? - mruknęłam pod nosem.
- Patrzcie, tam są inne zwierzątka - odezwała się Angela.
Bez   wątpienia   czyściutkie,   pachnące,   z   rodowodem,   w   szykownych 

zagrodach.

- Dobrze, zajrzymy do nich w drodze do domu. Nie wiem, jak wy, ale ja 

umieram z głodu.

Zerknęłam na Kła, który trochę pobladł. Po kolacji spróbuję go namówić, 

żeby   położył   się   na   jednej   z   tych   zbyt   wygodnych   kanap   przy 
nieprawdopodobnie uroczym kominku.

- Owce! - wrzasnęła Angela na widok kawałka brązowego runa.
- Anne jest chyba miłośniczką zwierząt - zauważył Kieł, idąc za Angelą. - 

Konie, owce, kozy, kury, świnie...

- Aha - mruknęłam. - Które będzie na kolację?
Kieł rzucił mi uśmiech, który nieczęsto gości na jego twarzy, i poczułam się, 

jakby   nagle   zaświeciło   słońce.   Policzki   zaczęły   mnie   palić,   więc   ruszyłam 
szybciej.

- Patrzcie, świnki! - zawołał Gazownik. - Chodź tutaj, Ig.
Poprowadził   jego   rękę   i   Iggy   podrapał   za   uchem   małą   brązową   świnkę, 

doprowadzając ją do stanu bliskiego ekstazy.

- Świnie to mają szczęście - powiedział Gazownik.
Nikogo nie obchodzi, że są brudne i mieszkają w chlewie.
- Bo są świniami - zauważyłam, nie mogąc się pozbyć wizji skwierczącego 

bekonu.   W   tej   samej   chwili   Total   wyskoczył   mi   z   objęć,   drasnąwszy   mnie 

background image

pazurkiem.   -   No   co!   -   wrzasnęłam   i   dopiero   wtedy   zobaczyłam   wielkiego 
czarno-białego psa, podobnego do owczarka.

Total   znieruchomiał   na   sztywnych   łapach   i   szczeknął   głośno.   Tamten 

odpowiedział.

- Total! - krzyknęłam i klasnęłam w ręce. - Przestań! To jego teren. Angela!
Angela już nadbiegała. Chwyciła Totala za obrożę.
- Od kiedy to on ma obrożę? - spytałam.
- Już spokojnie, kochanie, spokojnie - powiedziała Angela, głaszcząc go po 

łbie.

Total przestał szczekać, z niesmakiem pokręcił łebkiem i powiedział:
- Wieśniak.
Otworzyłam usta ze zdumienia - a potem zobaczyłam, że nadchodzi Gazik, z 

rękami w kieszeniach, pogwizdując. Nie miałam zamiaru dać mu tej satysfakcji 
i znowu nabrać się na jego naśladownictwo głosów, więc udałam, że nic się nie 
stało.

- Dobra, zbieramy się - zarządziłam. - Żarcie czeka.

background image

24

- Dobrze, co my tu mamy... - wymamrotałam.
Siedzieliśmy   wszyscy   w   „moim"   pokoju.   Notatki,   które   zdobyliśmy   w 

nowojorskim   Instytucie,   leżały   na   moim   łóżku.   Kiedy   znaleźliśmy   pliki   w 
komputerze   i   wydrukowaliśmy   je,   część   dała   się   odczytać.   Teraz   te   strony 
znikły i zostały tylko szeregi szyfrów numerycznych. Co się stało? Nie wiem. 
Może to kolejny test?

A więc mieliśmy przed sobą szeregi cyfr. Tylko od czasu do czasu trafiało 

się jakieś  słowo. Niektóre z tych prawdziwych słów dotyczyły nas,  naszych 
imion. Gdzieś na tych stronach znajdowały się informacje o naszych rodzicach.

-   Niech   każdy   weźmie   po   dwie   strony   i   dobrze   im   się   przyjrzy   - 

zaproponowałam. - Wysilcie mózgi. Może któreś cyfry będą wam się z czymś 
kojarzyć albo zauważycie jakąś prawidłowość.

- Dobry plan - przyznał Iggy. - Tylko że beze mnie.
- Ja ci przeczytam cyfry - powiedział Kieł.
Rozdałam strony. Kieł zaczął czytać cicho Iggy’emu, który skupiony, od 

czasu do czasu kiwał głową.

Ja   wzięłam   swoje   kartki   i   usiadłam   z   nimi   przy   biurku.   Przez   następną 

godzinę   wypróbowaliśmy   wszystkie   podstawowe   techniki   łamania   szyfrów. 
Szukaliśmy powtarzalnych schematów, ale nic nie znaleźliśmy.

Godzinę później złapałam się za głowę.
- Na nic! - odezwałam się, prawie krzycząc ze zdenerwowania. - To pewnie 

jakiś komputerowy szyfr. Jeśli tak, nigdy go nie złamiemy.

- Ale przecież wszystko jest próbą, tak? - zauważył Gazownik. Buzię miał 

zmęczoną. Dochodziła dziesiąta, od dawna powinni już spać. - Jed powiedział, 
że wszystko jest próbą... Pamiętasz, w Szkole, kiedy ratowaliśmy Angelę? A to 
znaczy, że jakoś możemy to odszyfrować.

-   Myślałam   o   tym   -   mruknęłam.   -   Dlatego   tak   mnie   to   wścieka. 

Wypróbowałam  wszystko,   co   mi   przyszło   do   głowy.   Zdaje   się,   że   tę   próbę 
zawaliłam.

Ktoś zapukał do drzwi. Uchyliły się i Anne zajrzała do środka.
- Cześć - powiedziała z uśmiechem. - Jeszcze nie śpicie? Krystal? Chcesz iść 

do łóżka?

- Tak - westchnęła Kuks. - Jestem skonana.
Gazik spojrzał na mnie. Skinęłam głową.
- Tak - zwrócił się do Anne. - Już walimy w kimono.
- Dobrze - powiedziała miło. - Ktoś czegoś potrzebuje? Zanim walniecie w 

kimono?

- Nie, mamy wszystko - odparła Angela, idąc za nią.

background image

Po chwili z korytarza dobiegł mnie głos Anne:
- Ariel, może jeszcze przed nocą wypuścimy Totala?
- Dobrze - zgodziła się mała.
Stałam w pokoju i czułam się jakoś dziwnie. Ktoś inny zaopiekował się 

moim stadem. 

background image

25

Witajcie w następnym dniu w Obozie Agentów! 
Na początek pożywne śniadanie, które zrobiłam razem z Iggym. To dlatego, 

że   pierwszego   dnia   przekonaliśmy   się,   iż   singielka   Anne   Walker   uważa 
proteinowy   batonik   i   napój   energetyzujący   o   smaku   pomarańczowym   za 
pierwszorzędny posiłek.

Mogłoby tak być, gdybyśmy ryli w śmietniku albo kradli w supermarkecie. 

Ale   ponieważ   zamieszkaliśmy   w   siedmiopokojowym   wiejskim   zameczku   z 
zaawansowaną technologicznie lodówką i profesjonalnym sprzętem kuchennym, 
nie daliśmy się oszukać.

Każdy   zatem   dostał   potężną   porcję   jajecznicy,   bekonu,   tostów   i   tym 

podobnych.

Następnie   należało   się   zająć   trywialnymi   domowymi   sprawami.   Anne 

przydzieliła   każdemu   z   nas   zadanie   sprzątnięcia   swojego   pokoju   tak,   żeby 
można go było pokazać w gazecie. Wiecie, co mnie wkurzyło? Wszyscy się z 
tego wywiązali.

Ile razy prosiłam ich, żeby sprzątali swoje pokoje w domu - kiedy go jeszcze 

mieliśmy? No. A robili to? Nie. Za to tutaj o mało nie wyskoczyli ze skóry, tak 
im się spieszyło, żeby posłać łóżka i poustawiać buty. Dla obcej osoby! Lizusy.

Następnie pokrzepiające ćwiczenia na świeżym wiejskim powietrzu. Latanie, 

walka, zabawa, pływanie, jazda konna.

Obiad. Anne podniosła szlachetną sztukę robienia kanapek do rangi nauki 

ścisłej.

Poobiedni wypoczynek, zabawa... Anne od czasu do czasu brała jedno z nas 

na bok i rozmawiała. A my pokazywaliśmy jej, co umiemy. Spodobało jej się, 
że umiemy latać - dzięki czemu czuliśmy się jak gwiazdy.

Mogła nam się przyglądać godzinami - przez lornetkę - a jej zdumioną i 

zachwyconą minę widać było na kilometr.

Kolacja.   Anne  naprawdę   się   starała.   Ale   ta  kobieta   odżywia   się   głównie 

odgrzewanymi w mikrofali gotowymi daniami. Po pierwszym dniu poszła na 
zakupy   i   przywlokła   do   domu   jakieś   piętnaście   toreb   różności   oraz   książkę 
kucharską. Efekt - dyskusyjny.

Ale wiecie co? Jedzenie było gorące, ktoś je przyrządził specjalnie dla nas, 

więc według mnie było bajeczne.

Po tym pierwszym dniu usiłowałam zapędzić stado do łóżek, zanim Anne to 

zrobi.   Zaniepokoiło   mnie   jej   zachowanie.   Przejmowała   moją   rolę.   To   ja   tu 
rządziłam. Wkrótce Anne i jej wygodny dom staną się wspomnieniem. Tak jak 
Jed. Jak doktor Martinez i Ella. Jak wszystko w naszym wędrownym życiu.

Mieszkaliśmy tam już dwa tygodnie, kiedy pewnego wieczoru leżałam w 

background image

łóżku, słuchając mojego ulubionego, tak naprawdę ulubionego, wokalisty Liama 
Rooneya.   I   aam,   jesteś   moim   natchnieniem.   Młodsi   już   spali.   Usłyszałam 
cichutkie pukanie do drzwi.

- No?
Do środka wszedł Kieł.
- Co jest?
- Patrz. - Położył mi na kolanach zakodowane kartki z Instytutu, a na łóżko 

rzucił wielki notatnik. Otworzył go. - Patrzyłem na to tak długo, aż powoli 
dostawałem   świra...   i   nagle   przyszło   mi   do   głowy,   że   to   wygląda   jak 
współrzędne na mapie.

Lekko się zachłysnęłam. Kiedy to powiedział, i ja to dostrzegłam.
- To szczegółowe mapy Waszyngtonu - dodał Kieł. - Wziąłem z samochodu 

Anne. Patrz, każda strona ma numer, każda mapa też i każda kreska na mapie... I 
patrz   na   te   przy   imieniu   Gazika.   Dwadzieścia   siedem,   osiem,   G   dziewięć. 
Otworzyłem na stronie dwudziestej siódmej i widzę część miasta, nie?

- Tak - szepnęłam.
-   W   tej   części   jest   dwanaście   mniejszych   map.   Patrzę   na   mapę   ósmą.   - 

Odwrócił stronę. - To powiększony fragment tej dzielnicy. Idę do kolumny G i 
patrzę, gdzie przecina się z kolumną dziewiątą. - Jego palec przesunął się powoli 
po mapie. - I widzę śliczną plątaninę uliczek.

Wytrzeszczyłam na niego oczy jak żaba na piorun.
- O rany. Spróbowałeś z innymi?
Pokiwał głową.
- Z tymi przy nazwisku Kuks. To samo - znalazłem prawdziwe miejsce.
- Jesteś genialny - oznajmiłam z przekonaniem. Wzruszył ramionami, prawie 

zawstydzony,   tylko   że   on   nigdy   się   nie   wstydzi.   -   Ale   myślałam,   że   Kuks 
znalazła rodziców w Arizonie - dodałam.

Znowu wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Tamta kobieta była czarna, ale Kuks nie wyglądała jak jej ksero. 

Myślisz, że warto sprawdzić?

- Zdecydowanie. - Spuściłam nogi z łóżka. - Wszyscy śpią?
- Aha. Włącznie z tą Barcie.
- Super. Daj mi chwilę, niech się wbiję w jakieś dżinsy.

background image

26

- Hmmm - powiedziałam tylko.
Kieł oparł atlas o hydrant przeciwpożarowy i przytrzymał kolanem. Wyjął 

stronę   z   szyfrem,   a   ja   poświeciłam   mu   małą   latarką.   Jeszcze   raz   sprawdził 
współrzędne i pokazał mi je. Przyjrzałam się tabliczkom z nazwami ulic.

- No tak, masz rację - przyznałam. - To tutaj. Jeśli to są współrzędne z mapy, 

to jesteśmy na miejscu.

Spojrzeliśmy na budynek naprzeciwko. Nie był to słodki domek z białym 

płotkiem, gdzie można przynieść niemowlę, które później stanie się mutantem 
stworzonym przez szalonych naukowców. Nie, mieliśmy przed sobą pizzerię.

Na tej ulicy znajdowała się myjnia samochodowa, bank, pizzeria i pralnia. 

Po drugiej stronie ciągnął się park. Nie było domków jednorodzinnych, bloków, 
żadnych miejsc zamieszkanych przez ludzi.

- Cóż, skucha - podsumował Kieł.
- Nie zgadzam się z kolegą - powiedziałam, przechodząc przez ulicę. - Może 

stał tu kiedyś blok, ale go zburzono.

Zatrzymaliśmy się przed ciemnym oknem pizzerii, starając się zajrzeć do 

środka.   Na   ścianie   wisiała   czarnobiała   fotografia   jakichś   ludzi   przed   nową, 
lśniącą wersją tego samego budynku. „Jesteśmy z wami od 1954 roku", głosił 
napis pod zdjęciem.

- Tyle na ten temat - mruknął Kieł.
- Chcesz to powiedzieć czy mogę ja? - spytałam.
- Ależ proszę - pozwolił Kieł, chowając kartkę do kieszeni.
- Cóż, skucha. Dobra. Spróbujmy następny. Może nam się poszczęści.
I   poszczęściło   się   -   o   tyle,   że   pod   następnym   adresem   znaleźliśmy 

prawdziwy dom.

Niestety, był to opuszczony blok w zakazanej dzielnicy zamieszkanej przez 

margines   społeczny.   Parę   ciemnych   typków   załatwiało   akurat   interesy.   Była 
druga rano.

- Ale sprawdźmy - uparłam się, odlatując dalej, by ukryć się w cieniu.
Wylądowaliśmy na krytym papą dachu budynku nieopodal. Odczekaliśmy 

pół godziny tylko po to, żeby się przekonać, że w tej ruinie mieszka co najmniej 
dwóch, a może i więcej dzikich lokatorów.

Kiedy drugi wyszedł i nie wracał przez dwadzieścia minut, wstałam.
- Gotowy?
- Gotowy - odpowiedział Kieł i przeskoczyliśmy na następny dach.

background image

27

- Gdzie byś bardziej nie chciał być? - szepnęłam do Kła.
- W kanałach Nowego Jorku czy w opuszczonej ruderze, zamieszkanej przez 

narkomanów?

Kieł   zastanowił   się   uczciwie.   Szliśmy   przez   pokój,   unikając   plam 

księżycowego światła, wpadającego przez wybite okna.

- Wybieram kanały - odszepnął.
Zaczęliśmy   od piętra i  przeszukiwaliśmy  systematycznie  dom,   otwierając 

drzwi, zaglądając do kominków, stukając w ściany w poszukiwaniu ukrytych 
schowków.

Dwie godziny później otarłam czoło lepką ręką.
- Nic. Do bani.
- Tak - westchnął Kieł. - Sprawdźmy tę ostatnią szafę i rozdzielmy się.
Skinęłam   głową   i   otworzyłam   szafę   w   korytarzu.   Była   pusta,   a   spod 

kruszącego się gipsu na jej ścianach wyglądały gołe deski.

Już   miałam   zamknąć   drzwi,   kiedy   mój   wzrok   przykuł   jakiś   pasek   bieli. 

Zaświeciłam latarką, zmarszczyłam brwi, pochyliłam się. Pod deską coś tkwiło.

- Co? - spytał cicho Kieł.
- Pewnie nic - odszepnęłam. - Ale jednak sprawdzę...
Podważyłam   deseczkę   paznokciami   i   wyciągnęłam   sztywny   kartonik. 

Odwróciłam go i aż mi zabrakło tchu.

To było zdjęcie.
Kieł   zajrzał   mi   przez   ramię.   Poświeciłam   na   fotografię.   Przedstawiała 

kobietę   z   niemowlęciem   na   rękach.   Dziecko   było   pulchne,   jasnowłose, 
błękitnookie... Wypisz, wymaluj Gazownik - włącznie z loczkiem na czole i całą 
resztą.

background image

28

- O, do jasnej ciasnej - wykrztusiłam.
W tej samej chwili za drzwiami frontowymi rozległy się ciężkie kroki.
- Wrócili - szepnął Kieł. - Na górę!
Śmignęliśmy po schodach. Światło księżyca wpadające przez okna rzuciło 

nasze cienie na stopnie.

Drzwi frontowe trzasnęły.
- E! - ryknął ktoś.
Na schodach zatupotały ciężkie, niezborne kroki i coś mi się wydało, że ktoś 

walnął w ścianę kijem baseballowym. Usłyszeliśmy głuche łupnięcie i szmer 
osypującego się tynku.

- To twój łeb! - wrzasnął któryś. - Tak skończysz!
Dotarłam na szczyt schodów i popędziłam na prawo, w tym kierunku, skąd 

przyszliśmy. Minęłam kilka pokoi, zanim się zorientowałam, że Kła ze mną nie 
ma. Zahamowałam z poślizgiem i zauważyłam go na końcu korytarza.

Zaczęłam   na   niego   machać,   ale   kiedy   do   mnie   ruszył,   dwóch   ćpunów 

wytoczyło się na korytarz między nami.

Jeden uderzył kijem w otwartą dłoń. Niemiło to zabrzmiało. Drugi trzymał 

za szyjkę zbitą butelkę.

- Co jest? - warknął jeden. - Montujecie się do nas?
- Słucham?
Zatrzymali się, a potem uśmiechnęli się szerzej. Obleśniej.
- To laska! - skojarzył jeden.
Ten z butelką wyjął zza paska dość efektowny nóż. Światło księżyca zalśniło 

na nim.

Kieł! Możesz wkroczyć, kiedy tylko zechcesz. Nie krępuj się, pomyślałam w 

panice. Gdzie się podziałeś?

- Nieważne, czyja jesteś - powiedział jeden. - Bo przez następną godzinę 

będziesz nasza.

I obaj wyszczerzyli się w zupełnie makabryczny sposób, ukazując dziury 

tam, gdzie normalny człowiek ma zęby.

- Słucham? - spytałam lodowato. - Panowie seksiści?
Nie zdążyli mi odpowiedzieć.
- Chłopcy!!! Bóg was nie lubi - zagrzmiał Kieł.
Eeeeee??? - pomyślałam ogłupiała.
- Ee? - wyjąkali tamci i odwrócili się.
W tej samej chwili Kieł rozłożył swoje wielkie skrzydła i oświetlił twarz z 

dołu latarką, tak że zrobiły mu się czarne oczodoły. Usta same mi się otworzyły: 
wyglądał jak anioł śmierci.

background image

Jego ciemne skrzydła wypełniły cały korytarz, od ściany do ściany, prawie 

po sufit. A on jeszcze nimi załopotał.

- Bóg nie lubi złych ludzi - powiedział bardzo dziwnym, niskim głosem.
- Eeee... yyy... - wybełkotał ćpun. Oczy wylazły mu z orbit. - Ale mam 

jazdę.

- Ja też - szepnął drugi.
Wtedy ja również rozpostarłam skrzydła. Jak szaleć, to szaleć. Zaczęło mnie 

to bawić.

-   To   była   próba   -   powiedziałam   upiornym   głosem.   -   I   wiecie,   co? 

Zawaliliście.

Oba ćpuny skamieniały, zdjęte zgrozą i zdumieniem.
I wtedy Kieł zrobił coś niesamowitego.
- Rrraaurrr! - ryknął.
Zrobił   krok   do   przodu,   łopocząc   skrzydłami.   Wypisz,   wymaluj,   demon 

zemsty. Omal nie padłam z wrażenia. Ale co, miałam być gorsza?

- Rrraurr! - dołączyłam do niego, trzepocząc skrzydłami.
- Aaaa! - wrzasnęli tamci i rzucili się do ucieczki.
Niestety, stali na szczycie schodów.
Polecieli na łby, czepiając się siebie i wrzeszcząc wniebogłosy.
Kieł i ja przybiliśmy piątkę i prysnęliśmy w ekstraszybkim tempie.
Wtedy w mojej głowie odezwał się Głos.
Miło, że się dobrze bawisz. A tymczasem świat płonie. 

background image

29

Wypowiem się w imieniu całego świata i cywilizacji: gorący prysznic to 

świetny wynalazek.

Niechętnie wyłączyłam wodę i wyszłam z brodzika, otulając się własnym, 

prywatnym ręcznikiem z zapachem alpejskiej łąki. Ale cywilizacja wyznacza 
dziwne wymagania: trzeba się czesać, codziennie wkładać inne ubranie - detale, 
do których nie jestem przyzwyczajona.

Ale jakoś dawałam radę.
- Max! - zawołał pod drzwiami Iggy. - Mogę wejść? Muszę umyć zęby.
- Nie! Jestem w ręczniku! - wrzasnęłam.
- A ja jestem ślepy!
- No co ty? Serio? Na pewno? - Chwyciłam grzebień, wytarłam zaparowane 

lusterko i zdławiłam paniczny krzyk. Max-Likwidator wróciła.

- Bardzo śmieszne - burknął Iggy. - Wyjdźże wreszcie! I tak piękniejsza nie 

będziesz.

Odszedł, a ja nadal patrzyłam na siebie, nie mogąc złapać tchu.
W końcu przełknęłam ślinę, wyciągnęłam drżącą rękę i dotknęłam policzka. 

Gładka skóra. Lustro pokazywało mi włochatą łapę z krzywymi pazurami oraz, 
niestety, mordę.

- Jak to się stało? - szepnęłam ze zgrozą.
Max w lustrze uśmiechnęła się do mnie.
- Nie różnimy się aż tak bardzo - powiedziała. - Wszystko się łączy. Jestem 

tobą. Jesteś mną. Możemy sobie pomóc.

- Nie jesteś mną - szepnęłam. - Nie mogłabym być taka jak ty.
- Max, Max... - powiedziała z politowaniem tamta z lustra. - Przecież już 

jesteś.

Odwróciłam się i wypadłam z łazienki, jakby mnie ktoś gonił. Dobiegłam do 

swojego pokoju i zatrzasnęłam drzwi, zanim ktoś mógłby mnie zobaczyć.

Usiadłam   na   łóżku,   cała   dygocząc.   Raz   po   raz   dotykałam   twarzy,   żeby 

przekonać się, że jestem sobą.

- No. Czyli wreszcie zwariowałam - szepnęłam.

background image

30

Ktoś   cicho   zapukał   do   drzwi.   Podskoczyłam,   a   każde   włókienko   moich 

mięśni skurczyło się ze strachu. To pewnie Iggy.

- Wyszłam z łazienki! - ryknęłam.
Głos mi się trochę trząsł.
- Fakt - odezwał się Kieł. - Zorientowałem się, bo słyszę cię tutaj.
- Czego chcesz?
- Mogę wejść?
- Nie!
No więc oczywiście otworzył drzwi. Oparł się o framugę. Przyjrzał mi się, 

bladej, wystraszonej, roztrzęsionej. Odruchowo dotknęłam twarzy, spojrzałam 
na ręce. Nadal były normalne, bez kłaków.

Kieł uniósł ciemną brew, wszedł i zamknął drzwi.
- Co jest? - spytał.
- Nie wiem - szepnęłam. - Coś się ze mną dzieje, ale nie wiem co.
Odczekał   chwilę,   usiadł   obok   mnie   na   łóżku   i   łagodnie   mnie   objął. 

Siedziałam skulona, w mokrym ręczniku, tak nieszczęśliwa i przerażona, jak już 
dawno mi się nie zdarzyło. Co najmniej od paru dni.

- Będzie dobrze - powiedział.
- Skąd wiesz?
- Bo wszystko wiem, o czym ciągle ci przypominam.
Byłam zbyt nieszczęśliwa, żeby się uśmiechnąć.
- Słuchaj - dodał - nie wiem, o co chodzi, ale damy radę. Zawsze tak było.
Przełknęłam ślinę. Strasznie chciałam mu opowiedzieć, co zobaczyłam w 

lustrze, ale za bardzo się bałam i wstydziłam.

-  Kieł...   Jeśli   się   zmienię,   jeśli   się   stanę   czymś...   niedobrym...   poradzisz 

sobie?

Kieł milczał i tylko na mnie patrzył.
Nabrałam tchu.
-   Jeśli   się   zmienię   w   Likwidatora   -   powiedziałam   głośniej   -   opanujesz 

sytuację? Dla dobra innych?

Popatrzyliśmy sobie w oczy. Wiedział, o co go proszę. Jeśli zmienię się w 

Likwidatora, to będzie musiał mnie zabić.

Spuścił wzrok, a potem znów na mnie spojrzał.
- Tak. Zrobię, co będzie trzeba.
Odetchnęłam.
- Dziękuję - szepnęłam.
Kieł wstał i uścisnął moje ramię.
- Będzie dobrze - powtórzył. Pochylił się i szybko pocałował mnie w czoło. - 

background image

Daję słowo.

Wyszedł, a ja zostałam z jeszcze większym mętlikiem w głowie.

background image

31

- Bomba leci! - ryknął Gazownik nad moją głową.
Przestraszyłam się, spojrzałam w górę i ujrzałam Gazika szybującego nisko 

nad stawem. Schował skrzydła, zwinął się w kłębek i spadł, zaśmiewając się jak 
szaleniec. Skrzywiłam się, bo chlupnął w wodę, wzniecając fontanny pod niebo.

Po chwili jego jasna głowa wyłoniła się na powierzchnię.
- Widziałaś? - wrzasnął, szczerząc się od ucha do ucha. - Bomba! Zaraz to 

powtórzę!

- Dobra, dobra - mruknęłam z uśmiechem. - Tylko nie zrób sobie krzywdy.
- I mnie! - krzyknęła Kuks, kiedy Gazik gramolił się z wody. - Patrz, gdzie 

skaczesz! Spadłeś mi prawie na głowę!

- Sorki - rzucił Gazik.
Dobrze,   że   oboje   niezbyt   się   zmartwili   niepowodzeniem.   Kieł   i   ja 

opowiedzieliśmy im o bezowocnym poszukiwaniu rodziców w mieście. Kolejny 
fałszywy trop.

Wklepałam następne polecenie i osłoniłam ekran, żeby je odczytać. Tak jest, 

leżałam   nad   prywatnym   stawem   i   buszowałam   w   internecie.   Tu   był 
bezprzewodowy. Przytargałam na plażę leżak, pożyczyłam od Anne laptopa, 
postawiłam obok lemoniadę... Życie nie jest łatwe, ale trzeba sobie jakoś radzić.

Na   ekranie   pojawiły   się   wyniki   wyszukiwania.   Spojrzałam   na   nie   i 

zmarszczyłam brwi.

W   okolicach   Waszyngtonu   przez   ostatnie   cztery   miesiące   zaginęło 

dziesięcioro   dzieci.   Czy   zabrały   je   fartuchy,   żeby   wykorzystać   do 
eksperymentów? Mogłam sobie tylko wyobrażać, co przeżywają ich rodziny. Co 
się działo, kiedy my zaginęliśmy? Nasi rodzice chyba nas lubili? Chyba tęsknili 
za nami?

Hmmm. Nowy pomysł. Wklepałam następne słowo.
Z wody wyłoniła się głowa Angeli.
- Max!
Nurkowała przez dziesięć minut. Wiedziałam, że umie oddychać pod wodą, 

ale i tak wiele mnie kosztowało, żeby nie skakać do stawu za każdym razem, 
kiedy znikała.

- Tak, skarbie?
- Jak najlepiej złapać rybę?
Przemyślałam temat.
- No, to zależy od rodzaju ryby.
- Nie, jak najlepiej złapać rybę? - spytała znowu. Oho.
- Nie wiem - odparłam z rezerwą.
- Kiedy ktoś nią w ciebie rzuci! - wrzasnęła i zaczęła się zaśmiewać.

background image

Jęknęłam, a siedzący obok mnie Total zachichotał.
- A to dobre - powiedział.
Przewróciłam oczami i rozejrzałam się za niepoprawnym Gazownikiem.
Tak, tylko że Gazik był w powietrzu i właśnie znowu spadał do stawu.
Total oddalił się z godnością, udając że poluje na króliki. Popatrzyłam na 

Angelę.

- Angela!
- Tak?
Spojrzała na mnie błękitnymi oczami wcielonej niewinności. Czułam się jak 

głupia, ale...

- Czy Total... hm, umie mówić?
- No - przyznała bez emocji, wykręcając mokre włosy.
Wytrzeszczyłam oczy.
- Total umie mówić. Umie mówić, a ty nie pisnęłaś o tym ani słowa?
- No... - Angela rozejrzała się. Total był dość daleko, ale i tak zniżyła głos. - 

Nie mów, że to powiedziałam, ale właściwie nie jest bardzo interesujący.

Poczułam   się   jak   ogłuszona.   Szczęka   sama   mi   zjechała   na   ziemię. 

Zamknęłam ją, żeby się o nią nie potknąć. Obejrzałam się na pieska, beztrosko 
truchtającego wśród kwiatków.

-   Total!   -   krzyknęłam.   Podniósł   czujnie   łeb   i   podbiegł   z   wywieszonym 

różowym języczkiem. - Total - powtórzyłam. - Czy ty mówisz?

Usiadł na trawie, lekko zziajany.
- No. A co?
Matko   kochana.   Zmutowane   dzieci   to   dla   mnie   nic   nowego,   ale   pies? 

Gadający?

- To dlaczego nic nie mówiłeś? - spytałam słabo.
- No przecież was nie okłamałem - obraził się Total i podrapał się tylną łapą 

za uchem. - Tak między nami, mnie też trudno się przyzwyczaić, że latacie.

background image

32

Tej nocy leżałam w „moim" łóżku, nie mogąc zasnąć. Przyglądałam się, jak 

księżyc   rzuca   cienie   na   ściany   „mojego"   pokoju   i   dlatego   usłyszałam,   że 
otwierają się drzwi, niemal bezgłośnie.

- Max? - Szept Angeli był ledwie dosłyszalny. 
Usiadłam.
- Tak, kochanie?
- Nie mogę zasnąć. Mogę trochę polatać?
Zerknęłam na zegarek. Dochodziła północ. W domu panowała cisza. I tylko 

na korytarzu słychać było ciche kroki.

Gazownik zajrzał do mojego pokoju.
- Max? Nie mogę zasnąć.
- Dobra. Ubierajcie się. Skorzystamy z wiejskiego powietrza.
W końcu wszyscy wybraliśmy się polatać, włącznie z Totalem.
- Kocham latać! - powiedział, wskakując Iggy’emu w ramiona. - Tylko mnie 

nie upuść.

Było wspaniale. Nie widzieliśmy żadnych świateł, samolotów i, na razie, 

Likwidatorów.

Powietrze było chłodne i rześkie, około pięciu stopni. Wydawało mi się, że 

oddycham czystym tlenem. Zataczałam szerokie łuki, łapałam powietrzne prądy, 
unosiłam   się   na   nich,   jakbym   nic   nie   ważyła.   Chwilami   czułam   się   prawie 
normalna. Jak gdybym była zwyczajną istotą i pasowała do tego świata.

Pasujesz, Max, odezwał się Głos. Jesteś częścią wszechświata, wszechświat 

jest w tobie. Wszystko powinno się uzupełniać. Im bardziej się opierasz, tym 
bardziej   cierpisz.   Im   bardziej   poddajesz   się   prądowi,   tym   bardziej   się 
wzbogacasz.

Zmarszczyłam brwi. Co to jest, kurs pozytywnego myślenia?
Nie opieraj się, Max, powiedział Głos. Płyń z prądem.
Ponieważ   nie   miałam   najbledszego   pojęcia,   o   co   mu   znowu   chodzi, 

postanowiłam płynąć na powietrznym prądzie i dobrze się bawić.

- Patrzcie, nietoperze! - zawołała Kuks.

background image

33

Faktycznie,   ledwie   spojrzałam,   zobaczyłam   setki,   jeśli   nie   tysiące 

nietoperzy. Trzepotały na oślep w drzewach, dziwne małe czarne cudzysłowy na 
tle granatowego nocnego nieba. Lataliśmy już w towarzystwie myszołowów, ale 
nie - nietoperzy.

- No co, to ssaki, jak my - powiedziałam. - Czy różnią się od nas bardziej niż 

ptaki? Z wyjątkiem tego jedzenia owadów.

- Uszy mnie bolą - poskarżył się Total.
- To ich radary - wyjaśnił Iggy. - Fajne. Siedź cicho, usiłuję się skupić.
Total prychnął i zamilkł.
Kuks, Angela i ja zatoczyłyśmy krąg, muskając się koniuszkami skrzydeł. 

Krążyłyśmy jak pierzaste szprychy koła.

Gazik zbliżył się i skrzydłem klepnął Kuks w plecy.
- Berek! - wrzasnął i uciekł.
Kieł był wysoko, zataczał w pionie kręgi, ćwicząc technikę, której nauczył 

się od myszołowów. Z trudem go dostrzegałam - tylko wtedy, gdy przemykał w 
tle księżyca.

A potem raptem poczułam zbyt dobrze znaną falę gorąca i ogień na twarzy. 

Zaczęłam szybko oddychać; adrenalina rozsadzała mi serce. Zasłoniłam twarz 
rękami w nadziei, że nie zmieniłam się na oczach wszystkich w Likwidatora.

I raptem śmignęłam przez niebo jak rakieta. Moje włosy zatrzepotały za 

mną, wiatr uderzył mnie w oczy. Leciałam niewiarygodnie szybko, ale prawie 
nie   czułam   ruchów   skrzydeł.   Boże,   co   znowu?   -   pomyślałam.   Ziemia   coraz 
bardziej mi się rozmazywała.

Nasze stado może osiągać bez wysiłku prędkość stu trzydziestu kilometrów 

na   godzinę,   a   jeśli   się   przyłożymy,   to   wyciągamy   dwieście.   Pikując, 
dochodzimy prawie do trzystu.

Teraz leciałam o wiele szybciej.
Było niesamowicie.
Wybuchła we mnie obłąkana radość, ale śmiech został za mną daleko w tyle. 

Prułam   w   noc   jak   pocisk.   Stopniowo   odzyskałam   panowanie   nad   sobą   i 
zwolniłam.

Nawet nie byłam zdyszana. Znowu się roześmiałam, zawróciłam i ruszyłam 

w stronę domu Anne. Zdaje się, że przeleciałam tak... pięćdziesiąt kilometrów.

Stado czekało tam, gdzie je zostawiłam. Zobaczyłam je dużo wcześniej, niż 

ono zobaczyło mnie.

Wyhamowałam tuż przed nimi. Pięć par oczu spojrzało na mnie pytająco. 

Sześć, jeśli liczyć Totala.

Pierwszy odezwał się Gazownik.

background image

- Przekroczyłaś granicę dźwięku - powiedział słabo.
- Chcę latać z tobą! - odezwał się Total, wyrywając się z ramion Iggy'ego.
Roześmiałam się, wyciągnęłam ręce, a on w nie skoczył. Z wrażenia polizał 

mnie w szyję, co mógł sobie darować, ale cóż.

- Co to było? - spytała Angela, szeroko otwierając oczy.
- Właśnie odkryłam nową umiejętność - oznajmiłam z szerokim uśmiechem.

background image

34

A masz! Trzask. Masz! Trzask. Max! Trzask.
Potrafi latać z prędkością światła? Uch! Ari skoczył, zdzielając przeciwnika 

kijem bó. Ciężki drewniany  drąg, sięgający mu  nad głowę i gruby jak jego 
nadgarstek, spadał z głuchym łoskotem.

Likwidator upadł na matę i znieruchomiał, skomląc żałośnie.
- Następny! - warknął Ari.
Kolejny członek jego oddziału przekształcił się i wskoczył do kręgu z bronią 

w gotowości. Ari zaatakował; wibracje uderzeń ciężkiego kija rozchodziły się 
boleśnie po ramionach.

Zmierzył,   z   jaką   prędkością   leciała   Max:   ponad   trzysta   pięćdziesiąt   na 

godzinę. Widział także ten jej zachwyt, widział włosy falujące wokół jej twarzy 
jak aureola.

Jed ciągle ofiarował im coraz to nowe dary. A co dał jemu? Nienaturalne, 

sprawiające   ból,   ciężkie   skrzydła.   Wydawało   mu   się,   że   Ari   chce   latać, 
przypominać   tych   ze   stada.   Ale   wszczepienie   skrzydeł   ciału   Likwidatora   w 
niczym   nie   upodobniło   go   do   stada.   Gorycz   podeszła   Ariemu   do   gardła;   z 
rykiem spuścił bó na głowę Likwidatora.

Tak samo zrobię z Max, pomyślał. Miała czternaście lat, a on tylko siedem, 

ale był od niej trzy razy większy. Miał rozbudowane mięśnie i siłę wilka - a 
także wilczą naturę.

Jed powiedział, że tak musi być. Powiedział, żeby mu zaufać. I proszę, co na 

tym zyskał. Wielkie, sprawiające ból skrzydła. A Max dalej się z niego śmiała. 
No, to już przeszłość.

Wkrótce   to   on   będzie   pieszczoszkiem,   a   Max   bladym   wspomnieniem 

nieudanego eksperymentu.

Góra wydała zgodę.
Sprawa była przesądzona.
- Następna ofiara!

background image

35

Pierwsze dwa adresy w Waszyngtonie okazały się mylnym tropem, ale nie 

wpadliśmy na lepszy pomysł niż te zakodowane współrzędne. I w drugim domu 
znaleźliśmy   zdjęcie   Gazownika.   Przynajmniej   byłam   prawie   pewna,   że   to 
Gazownik. Może więc jednak nie była to kompletna porażka.

W każdym razie zostały nam do sprawdzenia jeszcze dwa adresy. O mnie ani 

moich   ewentualnych   rodzicach   nadal   nie   znaleźliśmy   żadnej   informacji. 
Usiłowałam się nie przejmować.

- Total, czekaj! - rzuciłam, wkładając nową kurtkę.
Miała   wielkie   ukryte   rozcięcia   na   skrzydła.   Ciekawe,   gdzie   Anne   ją 

skombinowała. W sklepie dla skrzydlatych dzieci? Total nieustannie skakał mi 
w ramiona. Postanowił, że nie da się zostawić.

- Total, a może byś jednak został? - spytałam, zapinając suwak. - Wiesz, 

żeby strzec domu i tak dalej.

Total znieruchomiał i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Jaki protekcjonalny ton - zauważył.
Angela objęła go ramieniem.
- Ona chciała powiedzieć, że jesteś taki, wiesz, straszny i tak dalej, i masz 

świetny słuch, no i te wielkie zęby - pocieszyła go.

W duchu przewróciłam oczami.
- Właśnie. A nie dlatego, że jesteś psem czy co tam.
Total usiadł. Był tak samo uparty jak czasami Gazik.
- Ale ja chcę!
Kieł rzucił mi uśmieszek nad jego łebkiem. Westchnęłam ciężko.
- Proszę bardzo - wycedziłam.
Total skoczył mi w ramiona i polizał w policzek. Będę musiała z nim o tym 

porozmawiać.

Pięć minut później lecieliśmy już do Waszyngtonu.
- Hej, Angela - zawołałam. Mała szybowała w mroku; z tymi rozciągającymi 

się na dwa i pół metra białymi skrzydłami wyglądała jak gołąb. - Przechwyciłaś 
coś od Anne? Cokolwiek?

- Właściwie nie - odparła z namysłem. - Mnie się zdaje, że ona nie pracuje 

dla FBI. Naprawdę nas lubi i chce, żebyśmy byli szczęśliwi. I myśli, że chłopcy 
są niechlujni jak prosiaki.

- Jestem ślepy - zirytował się Iggy. - Jak mam sprzątać?
- Tak, biedna kaleka - rzuciłam sarkastycznie. - Albo mi się wydaje, albo to 

ty   robisz   bomby,   gotujesz   i   wygrywasz   w   monopol.   I   rozpoznajesz   nas 
dotykiem.

Gazik zachichotał, a Iggy coś mruknął, ale na szczęście niewyraźnie.

background image

Spojrzałam na Angelę.
- Coś jeszcze?
- Czegoś nam nie mówi - powiedziała powoli. - Nie wiem czego. To jakieś 

mgliste nawet w jej myślach. To coś, co się wydarzy.

Wszystkie moje zmysły przeszły w stan pogotowia.
- Na przykład? Że odda nas fartuchom?
-   Nie   wiem,   czy   ona   w   ogóle   wie,   że   fartuchy   istnieją   -   odpowiedziała 

Angela. - Nie wiem, czy to coś złego. Może na przykład chce nas zabrać do 
cyrku czy coś.

- Bomba, nie? - mruknął Kieł.
- Hmmm. Tak - odmruknęłam. - Wiem, że jest nam tu miło, ale nie traćmy 

czujności, dobrze?

- Dobrze - zgodziła się Angela.
- Zimno mi - pożalił się Total.
Łypnęłam na niego.
Angela uśmiechnęła się do mnie.
- Masz futro - zauważyłam.
- Zimno tu na górze.
Zgrzytnęłam zębami, rozpięłam kurtkę, wsadziłam go pod nią i usiłowałam 

nie zwracać uwagi na chichoty chłopaków. Total wystawił łebek przez rozpięcie 
kurtki.

- O wiele lepiej - oznajmił z zadowoleniem.
- E, pierwszy adres jest tam - odezwał się Kieł. - Zaczynamy!

background image

36

- Może jej tata był fryzjerem? - wpadła na pomysł Kuks.
Obejrzałam się na Kła. Ten adres był najbliższy jego nazwiska - tu podobno 

mieszkała jego mama. Uważaliśmy, że nie miała męża, była nastolatką i oddała 
Kła do adopcji. Ale tak jak w przypadku dwóch pierwszych adresów, znowu nie 
trafiliśmy - w tym miejscu, w cieniu biurowca, znajdował się salon fryzjerski.

Kieł   wzruszył   ramionami,   niby   to   obojętnie.   Znałam   go   i   widziałam   to 

zaciśnięcie zębów.

- Szkoda - westchnęłam.
Przez chwilkę nasze spojrzenia się spotkały i zobaczyłam, co czuje. Potem 

jego oczy znowu stały się chłodne.

-   Iii   tam.   I   tak   nie   sądziłem,   że   się   uda   -   powiedział.   -   Pewnie   tylko 

marnujemy czas, ale może powinniśmy sprawdzić ten ostatni?

- Tak - odezwał się Iggy. 
Ten adres był przy jego nazwisku. 
- No to w drogę - zarządził Kieł i wzbił się w powietrze, nie sprawdzając 

nawet, czy za nim lecimy.

- Zdenerwował się - szepnęła Angela.
Kuks i Gazik skoczyli w powietrze.
- Wiem, skarbie - odszepnęłam.
- Mnie nie obchodzi, skąd się wzięłam - powiedziała z przejęciem, patrząc 

mi w oczy. - Nie chcę tam wracać. Jeśli ciebie tam nie będzie.

Pocałowałam ją w czoło.
- Kiedy - i jeśli - do tego dojdzie, damy sobie z tym radę. Na razie gońmy 

ich.

-  Momencik   -  odezwał   się   Total  i   potruchtał   do  hydrantu.  -   Przerwa   na 

siuśnięcie.

background image

37

- Czy nad tymi sklepami są mieszkania? - spytał Iggy.
Wszystkie uczucia wyraźnie malowały mu się na twarzy.
- Nie - westchnęłam ciężko.
Zakodowany adres zaprowadził nas do azjatyckiej knajpki w małym pasażu 

handlowym.

- A co jest po drugiej stronie ulicy? - spytał Iggy.
- Salon używanych samochodów. Przykro mi, Ig.
- To moja  wina - odezwał się  Kieł. - Myślałem,  że  złamałem  szyfr, ale 

najwyraźniej nie.

-   No,   jeśli   się   pomyliłeś   -   powiedziała   Kuks   -   to   nie   musimy   być 

rozczarowani, prawda? To znaczy tylko tyle, że na razie nic nie wiemy.

- Właśnie - potwierdziłam z ulgą, że tak dobrze to zniosła.
- Do bani! - wrzasnął nagle Iggy, aż zadzwoniły szyby wystawowe.
Walnął   pięścią   w   słupek   z   telefonem   i   trafił   precyzyjnie.   Skrzywił   się. 

Widziałam otartą skórę i zakrwawione kostki.

- Przykro mi... - zaczęłam.
- Mam gdzieś, czy jest ci przykro! - rzucił się na mnie. - Wszystkim jest 

przykro! I co z tego? Liczy się tylko to, czy wiemy, skąd pochodzimy! - Odszedł 
wściekle, kopiąc żwir na parkingu. - Mam dość! - ryknął, machając rękami. 
Ruszył z powrotem do nas. - Chcę się wreszcie dowiedzieć! Nie możemy się 
włóczyć po całym świecie i wiecznie uciekać, jak zwierzyna... - Głos mu się 
załamał.

Wszyscy gapiliśmy się na niego ze zgrozą. Iggy prawie nigdy nie płakał.
Podeszłam i usiłowałam go objąć, ale mnie odepchnął.
- Wszyscy chcemy się dowiedzieć - szepnęłam. - Wszyscy czasami czujemy 

się   zagubieni.   Ale...   musimy   się   trzymać   razem.   Nie   przestaniemy   szukać 
twoich rodziców, przysięgam.

- Z tobą jest inaczej - powiedział Iggy ciszej, ale z większą goryczą. - Ty nie 

wiesz,   jak   to   jest.   Tak,   żartuję   sobie,   że   jestem   ślepy   i   tak   dalej,   ale...   nie 
rozumiesz?   Za  każdym  razem  kiedy   ruszamy  w  drogę,  czuję  się  niepewnie. 
Wam jest łatwiej! Nawet jak się zgubicie, to dla was nie jest takie straszne jak 
dla mnie!

Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby Iggy przyznał się do strachu.
-   My   jesteśmy   twoimi   oczami   -   powiedział   Gazik   cichym,   przerażonym 

głosikiem. - Nie musisz widzieć, bo masz nas.

- Tak, ale nie zawsze będę was miał! - zdenerwował się Iggy i po chwili 

znowu krzyczał. - A jak zginiecie? Muszę widzieć, idioto! Pamiętam, jak to jest! 
Wiem, jak to jest! A teraz nie widzę i nigdy nie będę widział! A pewnego dnia 

background image

was stracę, wszystkich... A kiedy to się stanie... będę stracony.

Pochylił się, przesunął rękami po ziemi i podniósł kamień. Zrobił zamach i 

cisnął go w szybę wystawową, która rozleciała się z trzaskiem. I natychmiast 
włączył się alarm.

- O rany - mruknął Iggy.
- Rozdzielamy się - zarządził Kieł.
Angela,   Gazownik   i   Kuks   skoczyli   w   powietrze.   Total   rzucił   mi   się   w 

ramiona. Schowałam go pod kurtką.

- Nie - odezwał się Iggy.
Wyhamowałam gwałtownie.
- Co? Daj spokój. Włączył się alarm.
- Wiem. Głuchy nie jestem - warknął. - Mam to gdzieś. Niech mnie znajdą i 

zabiorą. To bez znaczenia. Nic nie ma znaczenia.

I ku mojemu przerażeniu usiadł na krawężniku. W oddali rozległy się syreny 

policyjne.

- Iggy, wstawaj, lecimy - powiedział Kieł.
- Daj mi jeden powód - odburknął Iggy i schował twarz w dłoniach.
Rzuciłam Kłowi Totala, który zaskomlał przestraszony.
- Lećcie, chłopaki - rozkazałam.
Kieł wzbił się w powietrze; stado nie oddaliło się od nas za bardzo. Unosiło 

się w powietrzu, czekając. Syreny były coraz bliżej.

Pochyliłam się.
- Słuchaj, Iggy - rzuciłam ostro. - Przepraszam za dzisiaj. Wiem, że jesteś 

rozczarowany. Jak my wszyscy. I przykro mi, że jesteś ślepy. Pamiętam,  że 
kiedyś nie byłeś, i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy się to 
straci. Przykro mi, że jesteśmy mutantami, przykro mi, że nie mamy rodziców, 
przykro mi, że Likwidatorzy i inni non stop nas prześladują. Ale jeśli myślisz, że 
pozwolę ci się na nas wypiąć, to weź się puknij w ten głupi arbuz! Tak, jesteś 
ślepym mutantem, ale moim ślepym mutantem i lecisz ze mną, w tej chwili, 
lecisz w tej chwili z nami albo tak cię kopnę w ten chudy tyłek, że się ockniesz 
w przyszłym tygodniu!

Iggy podniósł głowę. Błyski świateł wskazywały, że gliniarze są tuż-tuż.
-   Iggy,   jesteś   mi   potrzebny   -   powiedziałam   gorączkowo.   -   Kocham   cię. 

Potrzebuję   was   wszystkich,   całej   piątki,   żeby   czuć   się   sobą.   Więc   wstawaj, 
draniu, bo cię zabiję.

Iggy wstał.
- No, skoro tak...
Chwyciłam go za rękę i uciekliśmy na tyły pasażu, a tam wreszcie wzbiliśmy 

się nad mroczny parking. Zatrzymaliśmy się wysoko. Na dole podjechały dwa 
radiowozy.

Wszyscy   zawróciliśmy   w   kierunku   domu   Anne.   Leciałam   tak   blisko 

Iggy’ego, żeby przy każdym ruchu skrzydeł muskać go czubkami piór.

- Jesteśmy twoją rodziną - powiedziałam z naciskiem. - Zawsze będziemy.

background image

- Wiem.
Iggy pociągnął nosem i otarł niewidzące oczy.
- Polecimy szybko? - spytał Total z nadzieją.

background image

38

- Co to jest? - spytałam bezmyślnie. - Znaczy... ładnie wygląda. I pachnie. - 

Usiadłam przy stole i podałam Anne talerze. - To brokuły? Mniam.

Anne nałożyła mi wielką łychę czegoś w rodzaju zapiekanki. Rozróżniłam 

zielony groszek, hipotetyczną marchewkę i coś brązowawego, co mogło być 
sugestią mięsa.

Wzięłam widelec i zaprezentowałam sympatyczny uśmiech.
- Dzięki za kolację - powiedziałam z pełnymi ustami.
- Hm - mruknęła bez przekonania Anne. - Przynajmniej jest dużo. Uczę się.
- Smaczne - zapewniłam ją, machając widelcem. - Pyszne.
Kieł   podał   Iggy’emu   talerz   i   stuknął   w   stół   koło   jego   widelca.   Iggy 

precyzyjnie chwycił widelec i zaczął jeść zapiekankę. Od wczoraj miałam na 
niego oko, ale wyglądał dość normalnie. Przynajmniej niczego nie wysadził w 
powietrze ani nie podpalił, co jest dobrym znakiem.

Zjedliśmy wszyściutko. Po dwie porcje. Zbyt często bywaliśmy głodni, żeby 

wybrzydzać.

Potem, żeby obrazek był idylliczny do końca, Anne przyniosła szarlotkę.
- Uwielbiam szarlotkę! - powiedziała Kuks z zachwytem.
- Zrobiłaś dwie? - zaniepokoił się Gazik, który najwyraźniej już dzielił ciasto 

w myślach.

Anne przyniosła drugą.
- Mówiłam, że się uczę. Chciałabym - dodała, krojąc ciasto - porozmawiać z 

wami. Jak w rodzinie.

Zesztywniałam. Ciekawe, o jakiej rodzinie mowa.
- Wspaniale sobie radzicie - ciągnęła Anne, siadając. - Przystosowaliście się 

lepiej, niż sądziłam. I podoba mi się to bardziej, niż się spodziewałam.

Opanowało   mnie   bardzo   niedobre   przeczucie.   Oby   teraz   nie   powiedziała 

czegoś strasznego, na przykład, że chce nas adoptować. Nie mam pojęcia, co 
bym wtedy zrobiła.

- Uważam, że dojrzeliśmy do następnego kroku - oznajmiła, wodząc po nas 

wzrokiem.

Nieee, nieee...
- No więc zapisałam was do szkoły. Co?!
Kieł zaczął się śmiać.
- Prawie się nabrałem.
- Nie żartuję - odparła spokojnie Anne. - W pobliżu znajduje się doskonała 

szkoła. Jest w niej zupełnie bezpiecznie. Spotkacie rówieśników, nawiążecie z 
nimi   kontakty.   I   bądźmy   szczerzy:   wasza   edukacja   jest   w   najlepszym   razie 
chaotyczna.

background image

A w najgorszym zerowa, dodałam w myślach.
- Szkoła - powtórzyła Kuks. - To znaczy normalna szkoła?
Znowu to słowo.
- Mamy chodzić do prawdziwej szkoły, z innymi? - zaniepokoiła się Angela.
- Psiakość - mruknął spod stołu Total.
- Zaczynacie w poniedziałek - dodała energicznie Anne i zaczęła zbierać 

puste talerze. - Jutro dam wam mundurki.

Mundurki?!

background image

39

Bez   słowa   odsunęłam   krzesło   i   pomaszerowałam   do   tylnych   drzwi. 

Otworzyłam je i zeskoczyłam ze schodków.

Zrobiłam rozbieg i rozłożyłam skrzydła, czując, jak wiatr muska mi pióra. 

Parę mocnych ruchów i już byłam w powietrzu, nad jabłonkami, nad stajnią.

Dopiero tam wyładowałam swój gniew. Nabrałam tchu, spróbowałam sobie 

przypomnieć, jak się lata z tą super - szybkością - i niemal natychmiast już 
leciałam. Moje skrzydła poruszały się jakby same.

Sprawdźmy, jak szybko potrafię stąd zwiać, pomyślałam ponuro i dodałam 

gazu.

Ucieczka nigdy nie pomaga, odezwał się Głos.
Aha, ale latanie bardzo. Bardzo!
Kieł czekał na mnie przy otwartym oknie. Podał mi szklankę wody, którą 

wypiłam jednym haustem.

- Długo cię nie było - zauważył. - Daleko doleciałaś? Do Botswany?
Uśmiechnęłam się krzywo.
- Wpadłam tam tylko na chwilkę, bo musiałam wracać. Pozdrawiają cię.
- Jak myślisz, ile wyciągasz?
- Ponad trzysta. Trzysta pięćdziesiąt? Trzysta osiemdziesiąt?
Pokiwał głową.
- Tutaj wszystko dobrze?
Ruszyłam   do   mojego   pokoju,   zrzucając   po   drodze   buty.   W   domu   było 

ciemno i cicho. Zegarek wskazywał wpół do drugiej.

- Aha.   Zawlokłem Gazika   pod  prysznic.  Total  też  się  załapał.   Musiałem 

obsztorcować Angelę, bo zmanipulowała Kuks, w myślach każąc jej przeczytać 
inną książkę, niż ta chciała.

Spojrzałam na niego.
- Nad wszystkim panujesz.
- Daję radę.
W milczeniu usiadłam na łóżku.
Kieł usiadł obok mnie.
- Chciałaś odlecieć? I nie wracać?
Nabrałam tchu.
- Tak - szepnęłam.
- Anne nigdy cię nie zastąpi - powiedział, rzucając mi spojrzenie swoich 

ciemnych oczu.

Wzruszyłam ramionami, nie patrząc na niego.
-   Anne   jest   tylko...   zaopatrzeniowcem.   -   Ostatnio   Kieł   zaczął   się 

zachowywać wobec mnie bardziej, no... swobodnie. - Możemy wypoczywać, 

background image

jeść, bawić się, a jednocześnie planować następny ruch. Mali o tym wiedzą. 
Tak, są zadowoleni, że nie muszą uciekać i sypiać w tunelach metra. I że co noc 
śpią w tym samym łóżku. Ja też. I ty. Anne była dla nich - dla nas - miła i to też 
jest fajne. Nieczęsto trafiają nam się takie spokojne dni, kiedy można ochłonąć. 
Im się to bardzo podoba. A gdyby się nie podobało, toby byli tak pokręceni, że 
nie do odratowania.

- Wiem - szepnęłam.
- Ale pamiętają, kto im ratował kupry tyle razy, że szkoda gadać. Kto ich 

karmił, ubierał i odpędzał koszmary. Jed nas uratował z klatek, ale to dzięki 
tobie do nich nie wróciliśmy.

background image

Część III

WITAJ, SZKOŁO (NORMALNA)

background image

40

Niektóre   dzieci   bardzo   się   cieszą   w   pierwszym   dniu   szkoły,   bo   dostają 

mundurki, nowe pudełka na drugie śniadanie i inne takie. Żałosne półgłówki.

- Może wagary? - mruknął Iggy, robiąc jajecznicę.
-   Nie   wiem   dlaczego,   ale   podejrzewam,   że   to   by   ich   wkurzyło   - 

odpowiedziałam,   dokładając   kromek   do   tostera.   -   Pewnie   zadzwoniliby   do 
Anne.

- Wyglądam jak Barbie w zerówce - jęknęła Kuks, wchodząc do kuchni.
Spojrzała na mnie, także w mundurku, i zrobiła wielkie oczy.
- Nie, ty wyglądasz jak Barbie. A ja jak jej koleżanka.
Łypnęłam na nią spode łba.
Możemy   schować   skrzydła,   tak   że   ściśle   przylegają   do   pleców,   ale   nie 

powiem, żeby wyglądało to normalnie.  W najlepszym razie można  nas było 
uznać za rodzinę olimpijskich pływaków.

Zjawiła się Angela, przesłodka, w kraciastej spódniczce i białej bluzeczce, 

ale   ona   wyglądałaby   słodko   nawet   w   worku   na   śmieci.   Nałożyła   na   talerz 
jajecznicę z bekonem, urwała kawałek chleba i postawiła to wszystko na stole.

Total wskoczył na stołek i zabrał się do jedzenia. Zachowywał się niemal jak 

normalny pies.

- Hau! - powiedział i zachichotał pod nosem.
- Posłuchaj, Angela - zaczęłam, stawiając przed nią kubek kawy. Zniżyłam 

głos. - Żadnego manipulowania nauczycielami, jasne?

Mała spojrzała na mnie niewinnie.
- Oczywiście - zgodziła się i zjadła kawałek bekonu. Nie spuszczałam z niej 

oczu. - Tylko w razie konieczności - dodała.

-  Angela,   ja  cię   bardzo  proszę   -  westchnęłam,   klękając   przy   niej.   -  Bez 

żadnych wygłupów. Nie chcemy się wyróżniać, prawda? Grajmy według ich 
reguł. - Wstałam i zwróciłam się do wszystkich: - To dotyczy każdego. Starajcie 
się wtopić w otoczenie. Nie dajcie im powodów, żeby zatruli nam życie.

Zgodzili się, choć z różnym stopniem entuzjazmu.
- O rety, wszyscy już na nogach? - zdziwiła się Anne, wchodząc do kuchni.
Przyjrzała się naszej spożywczej linii produkcyjnej i nam, opychającym się 

jak maszyny. Uśmiechnęła się smętnie.

-   To   lepsze   niż   mrożone   wafle.   Dzięki,   Jeff.   Aha,   zapomniałam   ci 

powiedzieć. Będziesz z Nickiem w tej samej klasie. Żebyś się lepiej orientował.

Iggy poczerwieniał.
- Możemy wziąć Totala? - spytała Angela.
Anne poprawiła jej kołnierzyk.
- Nie.

background image

I poszła nalać sobie kawy.
- Zajmę się czymś. Będę dusić kaczki w stawie - szepnął Total, a Angela 

pogłaskała go po łebku.

- Ten mundurek jest obciachowy - zgłosiła zażalenie Kuks.
-   Wiem.   Na   szczęście   będziecie   w   otoczeniu   innych   obciachowych 

mundurków - odparła Anne. Zmarszczyła brwi. - Ariel, pijesz kawę?

- Aha - mruknęła Angela, biorąc wielki haust. - Muszę się rozkręcić.
Poczułam   wwiercające   się   we   mnie   spojrzenie   czarnych   oczu   Totala. 

Westchnęłam, wzięłam miseczkę i nalałam do niej kawy z mlekiem i dwiema 
łyżeczkami cukru. Zaczął radośnie chłeptać.

Anne przyglądała nam się takim wzrokiem, jakby zamierzała zaprowadzić 

porządek - ale na szczęście odpuściła.

-   Dobrze   -   powiedziała,   wstawiając   kubek   do   zlewu.   -   Wyprowadzę 

samochód. Włóżcie kurtki, dziś jest chłodno.

background image

41

Podróż  do szkoły  była  krótka i  ponura  -  tak  sobie  wyobrażam drogę na 

cmentarz.

Kiedy stanęliśmy przed budynkiem, uświadomiłam sobie, że widzieliśmy go 

z góry. Wyglądał jak wielki prywatny dom z kremowego kamienia. Jedną ścianę 
porastał bluszcz, a całym terenem zajmował się chyba jakiś maniak czystości. 
Wszędzie panował idealny porządek.

Anne wjechała na podjazd.
- No, dobrze - powiedziała. - Już na was czekają. Sprawy papierkowe są 

załatwione. - Obejrzała się na nas, siedzących sztywno z tyłu. Z nerwów czułam 
skurcze w żołądku, a skrzydła ściskałam tak mocno, aż mnie rozbolały. - Wiem, 
że wygląda to strasznie - ciągnęła łagodnie - ale będzie dobrze, naprawdę. Tylko 
spróbujcie. A dziś po południu przygotuję dla was ucztę. Wiecie, jak wrócić do 
domu?

Skinęłam głową. Wszystko się we mnie skręcało, jakbym była jedną wielką 

sprężyną. Wrócimy do domu via Bermudy.

- To dziesięć minut marszu - powiedziała Anne z naciskiem. - No, jesteśmy. 
Zatrzymała   samochód.   Wysiedliśmy   po  kolei.   Wzięłam  głęboki   oddech   i 

spojrzałam   na   te   biedne   dzieci,   jak   lemingi   sunące   szeregiem   przez   wielkie 
podwójne drzwi.

- No to idziemy - mruknęła leming Max i wzięła za ręce Kuks i Angelę.
Weszliśmy do szkoły.

background image

42

- Weszli - powiedział Ari do mikrofonu, przypiętego do kołnierza. Poprawił 

ostrość lornetki, ale znienawidzone mutanty już znikły w budynku.

Będzie musiał przełączyć się na czujnik ciepła, swoją ulubioną zabawkę. 

Założył okulary. Wnętrze szkoły wyglądało jak czerwona zupa; ciepłe ludzkie 
ciała sunęły wszystkimi korytarzami.

-   Jest   -   szepnął   na   widok   sześciu   pomarańczowożółtych   sylwetek, 

włączających się w czerwony nurt. Wyszczerzył zęby. Mutanty mają wyższą 
temperaturę niż ludzie i Likwidatorzy. Łatwo je namierzyć.

- Chcesz popatrzeć? - Zdjął okulary i wręczył je swojej sąsiadce.
Założyła je.
- Super - powiedziała. - Widziałeś te beznadziejne mundurki? Matko, czy 

będę musiała w takim chodzić?!

- Niewykluczone. Co o nich sądzisz? - spytał Ari.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, jej włosy zafalowały.
- Niczego się nie spodziewają. No, ale to dopiero początek.
Ari obnażył w uśmiechu kły. 
- Początek końca - powiedział.
Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i przybili piątkę. W cichym lesie odgłos 

klaśnięcia zabrzmiał głośno jak strzał.

- Będzie świetnie - powiedziała Max II i włożyła do ust kawałek gumy. - 

Zrobi się podwójnie ciekawie.

background image

43

Wyraźny brak zapachu antyseptyków był pewnym plusem tej sytuacji. A ta 

szkoła w ogóle nie przypominała tamtej, naszego dawnego więzienia.

- Zefir? - zagadnęła nas z niepewnym uśmiechem pani w tweedach, otoczona 

aurą pedagogiczną.

Przedstawiła się jako pani Cuelbar.
- Tak? - zareagował Gazik. - To ja.
Nauczycielka uśmiechnęła się szerzej.
- Chodź ze mną - powiedziała, wyciągając do niego rękę.
Skinęłam dyskretnie głową, więc poszedł. Wiedział, co ma robić: zapamiętać 

drogi ucieczki, ocenić, ile osób znajduje się w okolicy, jakie mają zamiary i czy 
mogą być groźnymi przeciwnikami. Jeśli dostanie sygnał, ma wyskoczyć przez 
okno i zmywać się w ciągu czterech sekund.

- Przynajmniej już nie jest Kapitanem Terrorem - mruknęłam do Kła.
- Tak, Zefir to duży krok naprzód - zgodził się.
- Nick? Jeff? Jestem pani Cheatham. Witajcie w naszej szkole. Chodźcie ze 

mną, pokażę wam klasę - zaćwierkała radośnie inna nauczycielka. 

Dwa   razy   puknęłam   Iggy'ego   w   dłoń.   Jakoś   dziwnie   mi   było,   kiedy 

odchodził z Kłem. Potem zjawili się nauczyciele po Angelę i Kuks i zostałam 
sama, walcząc z nieodpartym pragnieniem ucieczki.

Ci nauczyciele wydawali się w porządku. Nie wyglądali na ewentualnych 

Likwidatorów - byli zbyt starzy, za mało muskularni. Likwidatorzy rzadko żyją 
dłużej niż pięć, sześć lat, a kiedy nie zaczynają się przekształcać, wyglądają jak 
dwudziestoletni modele.

- Max. Jestem pani Segerdahl. Będziesz chodziła do mojej klasy.
Wyglądała dość przyzwoicie. Nieszkodliwa? Chyba. Pod tym sweterkiem i 

spódniczką nie zdołałaby ukryć broni.

Zmusiłam się do uśmiechu, ona też się uśmiechnęła. I tak zaczęła się szkoła.

background image

44

- Czy ktoś pamięta, jak się nazywa ten rejon?
Angela podniosła rękę. Uznała, że pora zabłysnąć.
- Tak, Ariel?
- To Jukatan. Część Meksyku.
- Bardzo dobrze. Czy wiesz coś o Jukatanie? - spytała pani Solowski.
-   Jest   tam   Cancun,   miasto   popularne   wśród   turystów,   oraz   ruiny   miasta 

Majów.   Na   półwyspie   leży   również   Belize.   Porty   tego   państwa   najbliżej 
sąsiadują z Ameryką, dlatego to przez nie przemytnicy narkotyków najchętniej 
przewożą towar z Ameryki Południowej do Teksasu, Luizjany i na Florydę.

Nauczycielka otworzyła usta i powoli je zamknęła.
- Eee... tak - powiedziała słabo, cofając się do mapy świata. Odchrząknęła. - 

Porozmawiajmy o ruinach miasta Majów.

- Tiffany.
- Tiffany? - zdziwiła się nauczycielka. - Myślałam, że nazywasz się Krystal.
- No... Tiffany-Krystal. - Kuks nakreśliła palcem myślnik w powietrzu.
- Dobrze, Tiffany-Krystal. Na naukach lingwistycznych zajmowaliśmy się 

pisownią niektórych słów dotyczących multimediów. - Nauczycielka wskazała 
wypisaną na tablicy listę wyrazów. - O tych mówiliśmy w zeszłym tygodniu. 
Dziś   zrobimy   szybki   test,   żeby   sprawdzić,   kto   ile   zapamiętał,   a   nad   czym 
musimy jeszcze popracować.

-   No   dobrze   -   przyzwoliła   łaskawie   Kuks.   Machnęła   ręką.   -   Niech   pani 

zasuwa. Ale tak dla porządku, z ortografii jestem cienki Bolek.

- Wiesz, gdzie są słowniki?
Kieł obejrzał się na dziewczynę, która to powiedziała.
- Co?
- Nasza biblioteka jest tam - wskazała. - Możemy w niej odrabiać lekcje. 

Jeśli musisz coś sprawdzić, znajdziesz tam komputery i podręczniki.

- Aha. W porządku. Dzięki.
- Nie ma sprawy. - Dziewczyna przełknęła ślinę i zrobiła krok w stronę Kła. 

Była niższa od Max i miała długie ciemnorude włosy, jasnozielone oczy i piegi 
na nosie. - Jestem Lissa - przedstawiła się. - A ty jesteś Nick, tak?

Czego ona chce?
- Aha - mruknął nieufnie Kieł.
- Cieszę się, że chodzisz do naszej klasy.
- He? Dlaczego?
Zrobiła jeszcze jeden krok i Kieł poczuł zapach lawendowego mydła.
- A jak myślisz? - spytała z zalotnym uśmiechem.
- Patrzcie! Latam!

background image

Gazownik obejrzał się z zainteresowaniem.  Jakiś konus z jego klasy stał 

chwiejnie na metalowych drabinkach, rozkładając ręce jak skrzydła.

Mam nadzieję, że do latania ma nie tylko ręce, pomyślał Gazownik. Może 

faktycznie gdzieś schował skrzydła. Przecież na świecie jest więcej dzieci takich 
jak oni. Trudno to sprawdzić. To kolejna zagadka, którą trzeba rozwiązać.

- Tak? - odezwał się, osłaniając oczy przed słońcem. - Pokaż.
Dzieciak   lekko   się   speszył,   ale   zacisnął   zęby.   Przykucnął   i   skoczył   z 

drabinek.

Oczywiście   latać   nie   umiał.   Natychmiast   rąbnął   na   ziemię.   Przez   chwilę 

milczał w osłupieniu, a potem zaczął ryczeć.

- Moja ręka! - zawył.
Natychmiast podbiegła opiekunka, złapała go i zaprowadziła do pielęgniarki. 

Gazik wrócił do zbierania ładnych, sporych kamyków. W razie czego przydadzą 
się jako broń.

- Dlaczego to zrobiłeś? - spytał ktoś z pretensją.
Gazik podniósł głowę.
- Co?
Nad nim pochylał się rozeźlony większy chłopak.
- Słuchaj, szczeniaku, kiedy jakiś świr ci mówi, że będzie latać, trzeba mu 

odpowiedzieć: „Złaź w tej chwili!", a nie: „Pokaż". Co ci odbiło?

Gazownik wzruszył ramionami, ale poczuł się urażony.
- Nie wiedziałem. 
- Co, wychowałeś się w piwnicy?
- Nie. Po prostu nie wiedziałem.
Chłopak spojrzał na niego z niesmakiem i odwrócił się.
- Tak, nie wiedział. Bo nie jest stąd, tylko z planety Głąb - mruknął przez 

ramię.

Gazik zmrużył oczy i zacisnął małe, ale niebezpiecznie silne pięści.
- Gdzie sobie robisz włosy? - spytał ktoś.
Odwróciłam się i ujrzałam uśmiechniętą bladą, chudą dziewczynę. Pchnęłam 

tacę po stołówkowym blacie.

- W łazience?
To szyfr? Nie miałam pojęcia, o co jej chodziło. Powracający motyw mojego 

życia.

Dziewczyna roześmiała się i położyła na tacy zielone jabłko.
-   Nie,   chodziło   mi   o   te   jasne   pasemka.   Są   świetne.   Zrobili   ci   w 

Waszyngtonie?

O! To ja mam pasemka? Coś takiego.
- Przypuszczam, że to od słońca - odpowiedziałam niepewnie.
- Ale masz szczęście. O, patrz, bananowy pudding. Polecam!
- Dzięki. - Wzięłam trochę, tak z uprzejmości.
- Nazywam się J.J. - przedstawiła się dziewczyna, zupełnie swobodnie. Mnie 

pociły się ręce. - To skrót od Jennifer Joy. Co tym moim starym przyszło do 

background image

głowy!

Roześmiałam się, zaskoczona, że zwierzyła mi się z czegoś takiego.
- Max to fajne imię - dodała J.J. - Sportowe. Bajer.
- Cała ja - mruknęłam, a ona znowu się roześmiała.
W kącikach oczu zrobiły się jej kurze łapki.
-   Tam   są   wolne   miejsca   -   powiedziała,   wskazując   pusty   stolik.   -   W 

przeciwnym razie będziemy musiały usiąść obok Chari i jej paczki. - Zniżyła 
głos. - Nie zaczynaj z nimi.

Zjadłam prawie połowę obiadu, kiedy dotarło do mnie, że przegadałam z J.J. 

pół godziny i najwyraźniej nie uważa mnie za takie dziwadło, żeby uciekać z 
krzykiem.

Znalazłam koleżankę. Drugą w ciągu czternastu lat. Olimpijskie tempo.

background image

45

- Stolica Paragwaju? - spytała nauczycielka. 
Asuncion,   powiedział   Głos.   Zamieszkana   głównie   przez   Indian   Guarani. 

Odkryta   przez   Europejczyków   w   1518   roku.   Paragwaj   jest   śródlądowym 
państwem Ameryki Południowej. Populacja sześć milionów z kawałkiem.

Podniosłam rękę.
- Asuncion?
- Tak, bardzo dobrze. Dziś chcę, żebyście wszyscy przeczytali o Paragwaju, 

rozdział   ósmy   w   podręczniku   geografii.   A   teraz   wyjmijcie   ćwiczenia   do 
biologii.

Czując się jak pracowita pszczółka, wyjęłam książkę z ćwiczeniami. Jakie 

jeszcze niespodzianki będzie miał dla mnie Głos? Na razie okazał się bardzo 
pomocny we wszystkich przedmiotach nauczanych w dziewiątej klasie. Przydał 
się. Chociaż raz.

Kiedy   zapoznawałam   się   z   budową   kostną   żaby,   ktoś   zapukał   do   drzwi 

klasy. Nauczycielka wyszła i przez chwilę z kimś szeptała, a potem obejrzała się 
na mnie. Co jest?

- Max, jesteś na chwilę proszona do dyrektora. 
Uśmiechnęła się krzepiąco, co jakoś mnie wcale nie pokrzepiło.
Powoli wstałam i podeszłam do drzwi. Co jest? Już się zaczyna? Czy zaraz 

ktoś się zmieni w Likwidatora? Oddech mi przyspieszył, dłonie zacisnęły się w 
pięści.

A może nie. Może coś się nie zgadza w dokumentach. Coś zwyczajnego.
- Tutaj. - Sekretarka otworzyła drzwi do małej poczekalni.
Siedzieli w niej Iggy i Gazownik. Gazik łypnął na mnie i uśmiechnął się 

nerwowo.

No, nie.
- Co, już? - szepnęłam, a on wzruszył ramionami.
- Dyrektor was wzywa - powiedziała sekretarka, otwierając kolejne drzwi. - 

Natychmiast.

background image

46

Dyrektor William Pruitt, jak przeczytałam na złotej plakietce na jego biurku, 

nie ucieszył się na nasz widok. Szczerze mówiąc, wyglądał, jakby za chwilę 
miał pęknąć. Ledwie na niego spojrzałam, nie miałam wyjścia, musiałam go 
znienawidzić.   Twarz   miał   czerwoną   z   wściekłości,   usta   duże   i   wilgotne,   w 
brzydkim odcieniu ciemnego różu. Wokół łysiny chwiały mu się kępy rzadkich 
włosków.

Miałam   złe   przeczucie,   że   paskudna   powierzchowność   gościa   doskonale 

odpowiada jego wrednemu charakterowi, i natychmiast stanęłam w gotowości 
bojowej.

- Jesteś Maxine Ride? - spytał z tym urągliwym brytyjskim akcentem, od 

którego jeżą mi się włosy na karku. 

- Jestem Max - powiedziałam, z trudem powstrzymując chęć założenia rąk 

na piersi i łypnięcia na niego spode łba.

- To twoi bracia, Jeff i... - spojrzał w notatki. - ... Zefir?
- Tak.
-   Twoi   bracia   zdetonowali   cuchnącą   bombę   w   umywalni   chłopców   na 

piętrze - oznajmił dyrektor.

Rozparł się w fotelu, splatając czerwone serdelkowate paluchy, a jego czarne 

świńskie oczka przewiercały mnie na wylot.

Zrobiłam wielkie oczy. Starałam się nie patrzeć na Iggy’ego i Gazika.
- To niemożliwe - odparłam ze spokojem.
To fakt. Choćby dlatego, że nie mieli czasu na zgromadzenie materiałów.
- Czyżby? - rzucił nieprzyjemnym tonem Pruitt. - A to dlaczego?
-  Bo   nie   są   niegrzeczni   -  odpowiedziałam   z   całym  przekonaniem.   -   Nie 

zrobiliby czegoś takiego.

- Tak twierdzą. Kłamią - oznajmił sucho dyrektor.
Te brwi warto by mu przystrzyc. A włosy w nosie... Fuj!
Obraziłam się.
- Moi bracia nie kłamią!
Oczywiście   w   razie   potrzeby   wszyscy   kłamiemy   jak   najęci,   ale   tego   nie 

zamierzałam mu mówić.

-   Wszystkie   dzieci   kłamią   -   wysyczał   pan   Pruitt.   -   Dzieci   rodzą   się   z 

umiejętnością   kłamania.   Są   nieuczciwe,   nieposłuszne,   jak   niewytresowane 
zwierzęta. Chyba że się za nie weźmiemy.

Powinien się zastanowić,  czy  nie zmienić  zawodu. Ładną szkołę  dla nas 

wybrała Anne. Rany boskie!

Podniosłam głowę.
- Nie moi bracia. Nasi rodzice są misjonarzami. Służą Bogu. Nigdy byśmy 

background image

nie skłamali.

To   nieco   skonsternowało   pana   Pruitta   i   znowu   pogratulowałam   sobie 

genialnej przykrywki, którą dla nas wymyśliłam.

- Czy ktoś widział, jak detonują cuchnącą bombę? - dodałam.
- A w ogóle co to jest cuchnąca bomba? - spytał Gazik, szeroko otwierając 

swoje niewinne błękitne oczęta.

- No proszę - dobiłam dyrektora. - Nawet nie wiedzą, co to jest.
Pruitt jeszcze bardziej zmrużył oczka.
- Nie oszukasz mnie - syknął jadowicie. - Wiem, że twoi bracia są winni. 

Wiem, że ich osłaniasz. I wiem coś jeszcze: po raz ostatni coś ci się upiekło w 
tej szkole. Czy wyrażam się jasno?

Właściwie nie bardzo, ale odpuściłam.
- Tak - powiedziałam krótko i dałam znak Gazikowi, żeby wstał. Iggy go 

usłyszał   i   też   się   podniósł.   Ruszyłam   zdecydowanym   krokiem   do   drzwi.   - 
Dziękuję - dodałam i wyszłam.

Pomaszerowaliśmy do klas.
- Później się rozmówimy - wycedziłam.
Odstawiłam   Iggy’ego   do   klasy   i   uświadomiłam   sobie,   że   znowu   mam 

migrenę. Ale taką zwykłą, jaką powoduje duże napięcie, a nie na przykład chip 
lub   Głos   czy   też   tortury   jakiegoś   obłąkanego   naukowca.   Zawsze   to   pewna 
odmiana.

background image

47

-   Wy   małe,   ograniczone   dzikusy   -   wysyczał   Gazik,   nadymając   się   i 

krzywiąc.

Jak   zwykle   genialne   naśladownictwo.   Miałam   ochotę   się   obejrzeć   i 

sprawdzić, czy to jednak nie dyrektor.

Angela i Kuks zaśmiewały się, gdy Gazik odstawiał im całe zajście.
- Wy złośliwe małe  szatany  - dodał i ja też zachichotałam.  - Ale, panie 

dyrektorze   -   ciągnął   Gazik   moim   głosem.   -   Nasi   rodzice   są   misjonarzami. 
Kłamstwo   to   złamanie   dziesiątego   przykazania.   Oni   są   niewinni!   Co   to   jest 
cuchnąca bomba?

Teraz   nawet   Kieł   zaczął   się   śmiać,   aż   mu   się   trzęsły   ramiona.   W   białej 

koszuli był prawie nie do poznania.

- To naprawdę dziesiąte przykazanie? - spytał Iggy.
- Pojęcia nie mam - mruknęłam. - Chodźmy przez las, od tej drogi dostaję 

dreszczy.

Szliśmy drogą, dopóki można nas było zobaczyć ze szkoły. Teraz weszliśmy 

w las łączący się z sadem Anne.

- To kto naprawdę zdetonował tę bombę? - spytała Kuks.
Przewróciłam oczami.
- Oczywiście, że oni. - Łypnęłam wściekle na Gazika. Niestety, ten numer w 

przypadku Iggy’ego nie wchodził w grę. - Nie wiem jak, nie wiem po co. Ale 
wiem, że to zrobili.

- No tak - przyznał Gazik z minimalnym zawstydzeniem. - Ten chłopak 

wrednie mnie potraktował na boisku, a Iggy’emu ktoś przyczepił na plecach 
kartkę z napisem: „Kopnij mnie".

-   Powiedziałem   ci,   że   ja   się   tym   zajmę.   -   Westchnęłam.   -   Słuchajcie, 

będziecie na każdym kroku spotykać palantów. Przez całe życie. - Choćby nie 
trwało długo. - Ale nie możecie się wygłupiać z bombami... przynajmniej nie 
teraz. Musimy się wtopić w otoczenie, pamiętacie? Staramy się nie zwracać na 
siebie uwagi, nie wyróżniać się. A więc skonstruowanie śmierdzącej bomby, jej 
zdetonowanie i to, że daliście się przyłapać, jest błędem.

- Przepraszam - powiedział Gazik niemal szczerze.
Właściwie rozumiałam, dlaczego to zrobili. Ale to nie miało sensu. I było 

niebezpieczne.

-   Słuchajcie   no   -   dodałam   surowo,   wchodząc   na   wzgórze,   na   którym 

zaczynała się posiadłość Anne. - Naraziliście nas na ryzyko. Od tej pory macie 
się zachowywać w tej głupiej szkole jak anioły albo będziecie mieli ze mną do 
czynienia. Jasne?

- Jasne - wymamrotał Gazik.

background image

- Taaa, jasne - mruknął niechętnie Iggy. - Na przyszłość będziemy bardziej 

durni i bezmyślni. Żeby się wtopić w otoczenie.

- Świetnie.

background image

48

Anne powitała nas bez zachwytu.
- Dzwoniono do mnie ze szkoły - powiedziała, ledwie powiesiliśmy kurtki w 

korytarzu. - Pewnie dopiero się przyzwyczajacie. No cóż. Chodźcie do kuchni. 
Jest gorąca czekolada z ciastkami.

Piękna   nagroda   dla   łobuzów.   Bardzo   pedagogicznie.   Wykorzystałam 

nadarzającą się okazję, żeby znowu spiorunować Gazika spojrzeniem. Skulił się. 

-   Powiem   tylko,   że   bardzo   mnie   rozczarowaliście   -   oznajmiła   Anne, 

nalewając gorącą czekoladę.

Wrzuciła do mojej dwie pianki. Usiłowałam nie myśleć o tym, że Jed nie tak 

dawno robił to samo.

Otworzyła paczkę ciasteczek z czekoladą i wysypała je na talerz. Zabraliśmy 

się do nich energicznie - obiad był całe wieki temu, no i dostaliśmy tylko po 
jednej porcji.

- Mogłabym cię nauczyć, jak się piecze ciastka - zaproponowałam i omal nie 

udławiłam się z wrażenia. Czy ja to naprawdę powiedziałam? Wszyscy inni też 
wytrzeszczyli na mnie oczy, aż mnie to wkurzyło. No co, nigdy nie byłam miła 
dla Anne? - Na paczce jest przepis - wymamrotałam, biorąc następne ciastko.

- Chętnie, Max. Dziękuję. - Anne uśmiechnęła się do mnie miło i stanęła 

przy zlewie.

- Śmierdząca bomba - prychnął Total z pyskiem pełnym ciastek. - Że mnie to 

ominęło!

background image

49

Nie.   Większe   boisko.   Angela   spojrzała   nauczycielce   w   oczy   i   łagodnie 

wsunęła jej tę myśl do głowy. Mieli iść na przerwie na boisko dla młodszych 
dzieci, ale Angela potrzebowała więcej przestrzeni. Dlaczego nie mieliby się 
pobawić na większym placu?

- Właściwie  dlaczego nie mielibyście się pobawić na większym placu? - 

powiedziała wolno nauczycielka.

- Hurra! - ucieszyło się jakieś dziecko.
Wszyscy rzucili się biegiem na duże boisko.
- Ariel! Chodź się pobawić!
Angela dołączyła do Meredith, Kayli i Courtney. 
- Pobawimy się w Jezioro Łabędzie? - spytała.
Nauczycielka właśnie opowiedziała im tę historię i Angela była zachwycona. 

Całe   jej   życie   było   jak   Jezioro   Łabędzie.   Ona   była   łabędziem.   Kieł   i   Max 
jastrzębiami,   wielkimi   i   drapieżnymi.   Iggy   był   wielkim   białym   morskim 
ptakiem,   na   przykład   albatrosem.   Kuks   to   mały   bażant,   gładki,   brązowy   i 
śliczny. Gazik - coś małego i krzepkiego... Sowa?

A ona była łabędziem. Przynajmniej dzisiaj.
- Tak! Pobawmy się w Jezioro Łabędzie!
- Ja jestem Odetta! - zawołała Angela, podnosząc rękę.
- A ja drugi łabędź - dodała Kayla.
-   A   ja   najmniejsze   łabędziątko   -   pisnęła   Meredith   i   ujęła   w   dwa   palce 

spódniczkę, żeby bardziej przypominała baletową paczkę.

Angela   przymknęła   oczy   i   usiłowała   poczuć   się   łabędziem.   Kiedy   je 

otworzyła, cały świat stał się sceną, a ona była najpiękniejszą primabaleriną 
świta.   Zaczęła   pląsać   wdzięcznie   wokół   dzieci.   Skakała   wysoko   i   daleko,   z 
gracją, jak najdłużej utrzymując się w powietrzu. Kiedy wylądowała, uniosła 
ręce nad głową i zawirowała wokół własnej osi.

Pozostałe   dziewczynki   też   tańczyły   na   paluszkach   po   zeschłej   trawie, 

kołysząc   rękami,   jakby   to   były   skrzydła.   Angela   znowu   skoczyła   lekko   w 
powietrze,   kręcąc   piruety   i   czując   się   jak   Odetta   zaklęta   w   łabędzia   przez 
czarnoksiężnika.

Jeszcze jeden piruet, arabeska i skok, kiedy wydawało się, że na kilka chwil 

zawisła w powietrzu. Strasznie chciała rozłożyć skrzydła i odtańczyć Jezioro 
Łabędzie jak należy, ale wiedziała, że nie powinna. Nie teraz. Nie tutaj. Może 
jak już Max uratuje świat. A jak uratuje, to normalnych ludzi prawie nie będzie. 
Tak miesiąc  temu,  kiedy znowu trafiła do Szkoły, powiedział jej Jed. Takie 
mutanty jak oni mają większe szanse przetrwania. A więc może kiedy zwykli 
ludzie już znikną, Angela będzie mogła swobodnie latać i bawić się w Odettę, 

background image

kiedy tylko zechce. 

Już się nie mogła doczekać.

background image

50

Najbardziej lubiłam  salę  biblioteczną.  W szkole   była wielka  biblioteka  z 

niezliczonym mnóstwem książek i sześcioma komputerami do użytku uczniów.

Bibliotekarz był miły, inteligentny i nazywał się Michael Lazzara. Wszyscy 

bardzo lubili pana Lazzarę, nawet ja. Przynajmniej na razie.

Dziś miałam ochotę poszukać informacji. Może jeśli uda mi się natrafić na 

jakieś   strony   o   łamaniu   szyfrów,   zdołam   odkryć   inny   sposób   znalezienia 
naszych rodziców.

Wszystkie komputery były zajęte. Stałam przez chwilę, zastanawiając się, 

jak niepostrzeżenie wykopać któregoś szczeniaka z krzesła.

- Hej, nie muszę z niego korzystać.
Obejrzałam się.
- Co?
Chłopak, który się do mnie odezwał, wstał i zabrał książki.
- Nie potrzebuję komputera. Możesz siadać.
- O, super. Dzięki.
-   Jesteś   nowa   -   powiedział.   -   Widziałem   cię   na   zajęciach   z   nauk 

lingwistycznych.

- Aha - mruknęłam. Rozpoznałam go: lata paranoicznych lęków nauczyły 

mnie zapamiętywać twarze. - Jestem Max.

- Wiem. Jestem Sam. - Uśmiechnął się ciepło.
Aż się zdziwiłam - był fajny. Nigdy dotąd nie mogłam sobie pozwolić na 

luksus   dostrzegania   czyjejś   fajności   lub   niefajności.   Na   ogół   zadowalam   się 
wychwytywaniem morderczych cech.

- Skąd pochodzisz?
- Z... eee... Missouri.
- O, to daleko. Pewnie trudno ci się przystosować.
- No.
-   Odrabiasz   lekcje   czy   to   prywatny   projekt?   -   Skinął   głową   w   stronę 

komputera.

Miałam ochotę warknąć: po co te pytania, ale potem przyszło mi do głowy, 

że może on mnie wcale nie przesłuchuje. Może tak właśnie ludzie się ze sobą 
komunikują. Poznają się. Wymieniają informacje.

- Eee... raczej projekt prywatny - wyjąkałam.
Znowu się uśmiechnął.
- Tak jak ja. Sprawdzałem ten kajak, który chcę kupić. Mam nadzieję, że na 

Gwiazdkę dostanę dosyć pieniędzy.

Uśmiechnęłam się, jakbym wiedziała, dlaczego na tę jakąś Gwiazdkę daje 

się pieniądze. Głosie, może jakaś podpowiedź? Głos siedział cicho. Przejrzałam 

background image

listę możliwych odpowiedzi i wybrałam:

- Super.
- No to siadaj  - powiedział, choć wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś 

innego.

Zaczekałam,   ale   nie   powiedział   -   tylko   zabrał   swoje   rzeczy   i   odszedł. 

Czułam się jak Marsjanin badający dziwne ludzkie obyczaje. 

Westchnęłam   i   usiadłam   przy   komputerze.   Nigdy   tu   nie   będę   pasować. 

Nigdy. Ani tu, ani nigdzie.

background image

51

Kieł   i   ja   sprawdziliśmy   to,   co   uważaliśmy   za   współrzędne   na 

zaszyfrowanych stronach z Instytutu. Ale było na nich także parę słów, obok 
naszych imion. Misja dnia: wrzucić je do Google'a. Wpisałam dwa pierwsze, nic 
nieznaczące słowa, które wyglądały jak pomyłka w druku: ter Borcht.

Mój   wzrok   przykuło   jakieś   zamieszanie   na   dworze;   spojrzałam   w   okno 

akurat   w   chwili,   gdy   Angela   dosłownie   uniosła   się   nad   boiskiem.   Razem   z 
koleżankami   pląsała   jak   baletnica,   ale   tylko   ona   skakała   na   trzy   metry   w 
powietrze i zastygała w bezruchu, jak zawieszona na drucie.

Zgrzytnęłam zębami. O rany, czego oni nie zrozumieli, kiedy dałam rozkaz 

„wtopić się w otoczenie"? Ręce opadają.

Na ekranie pojawiła się lista wyników. Dziwne. Najwyraźniej „ter Borcht" to 

nie zbitka liter bez znaczenia. Kliknęłam pierwszy link.

Ter Borcht, Roland. Genetyk. Cofnięcie licencji lekarskiej w 2001 roku. W 

2002  roku  - pobyt  w  więzieniu   za  przestępcze  eksperymenty   genetyczne  na 
ludziach. Kontrowersyjna postać na polu badań genetycznych, przez wiele lat 
uważany za geniusza  i wiodącego badacza w dziedzinie genetyki. Jednak w 
2002 roku, po oskarżeniu o przestępcze eksperymenty na ludziach, ter Borcht 
został   uznany   za   chorego   psychicznie.   Obecnie   przebywa   w   strzeżonym 
zakładzie zamkniętym w Niderlandach.

Rany boskie. To dopiero daje do myślenia. Usiłowałam sobie przypomnieć 

inne słowa na zaszyfrowanej kartce.

- Wyprostować się! - warknął ktoś.
Odwróciłam się i ujrzałam dyrektora-dyktatora, pana Pruitta, który pochylał 

się   nad   jakimś   zastraszonym   dzieckiem   siedzącym   przy   stole.   Dzieciak 
wyprostował się. Pan Lazzara przewrócił oczami. Nawet on nie lubił Pruitta. 
Dyrektor uderzył laską w nogę stołu, aż wszyscy podskoczyli.

- Tu nie sypialnia - powiedział wrednie. - Nie będziecie się rozwalać jak 

leniwe trutnie, którymi niewątpliwie jesteście w domu. W tej szkole wszyscy 
będą siedzieć prosto, jakby faktycznie mieli kręgosłupy.

Nawijał dalej, ale ja bardzo cicho zebrałam swoje książki i wyśliznęłam się z 

biblioteki.

Na dziś miałam dość jadu.

background image

52

Szłam korytarzem najszybciej, jak mogłam bez robienia hałasu.
Ter   Borcht   -   zły   naukowiec   genetyk.   Rany,   ktoś   z   rodziny.   Czy   kiedyś 

słyszałam jego nazwisko? Bez wątpienia musiał mieć coś wspólnego z Jedem, 
Szkołą, fartuchami. Bo ilu może być na tym świecie niezależnych szalonych 
naukowców? Na pewno utrzymują ze sobą kontakt, wymieniają się notatkami, 
razem tworzą mutanty...

To ogromny przełom w naszych poszukiwaniach albo kolejny straszliwie 

rozczarowujący ślepy zaułek. Nieważne, musiałam o tym pogadać ze stadem. W 
chwili gdy mijałam pustą klasę, zauważyłam Kła. Wspaniale - do następnych 
zajęć zostało mi pięć minut. Już miałam wejść, kiedy dotarło do mnie, że nie jest 
sam. Siedziała z nim dziewczyna. Mówiła coś do niego, bardzo przejęta. Kieł 
stał obojętnie, a ona tokowała, potrząsając długimi ciemnorudymi włosami.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Biedny Kieł. Ciekawe, do czego go namawia. 

Żeby wstąpił do kółka szachowego?

W tej samej chwili dziewczyna położyła mu ręce na piersi i pchnęła go na 

ścianę. Ruszyłam ostro do przodu, wyciągnęłam dłoń do klamki. Nawet jeśli to 
Likwidator, razem z Kłem zrobimy z niej siekankę.

Ale raptem zastygłam w miejscu. To nie był atak. Dziewczyna przywarła do 

Kła jak magnes do lodówki, stanęła na palcach i pocałowała go prosto w usta!

Kieł przez chwilę stał nieruchomo. Potem objął ją w talii. Myślałam, że ją 

odsunie, i miałam nadzieję, że zrobi to delikatnie, żeby nie zranić jej uczuć.

A tymczasem on wolno powiódł rękami po jej plecach i przyciągnął ją do 

siebie. Przechylił głowę, żeby mu się lepiej całowało.

Cofnęłam   się   o   krok.   Nie   mogłam   oddychać.   Czułam   się,   jakbym  miała 

zwymiotować.

Boże.
Odwróciłam się na pięcie i popędziłam do łazienki.
Zabarykadowałam się w kabinie. Usiadłam na zamkniętej muszli. Na czoło 

wystąpił   mi   zimny   pot.   Byłam   roztrzęsiona   i   zlodowaciała,   jakbym   właśnie 
stoczyła walkę o życie. Ciągle widziałam, jak Kieł przygarnia tę dziewczynę, 
przechyla głowę. Zamknęłam oczy, ale nic mi to nie pomogło.

Dobra. Weź się w garść. Boże. Co ty wyprawiasz?
Oddychałam coraz szybciej, a gniew kipiał mi w żołądku jak kwas.
No nie, spokojnie, spokojnie.
Zmusiłam   się   do   kilku   głębokich   oddechów:   wdech,   wydech,   wdech, 

wydech.

Dobrze. Spokój. No więc kogoś pocałował. Wielkie mi co. Dlaczego mnie to 

w ogóle obchodzi? Niech obcałowuje wszystkie dziewczyny w szkole. Przecież 

background image

to jakby... mój brat. No, w gruncie rzeczy nie brat, nie prawdziwy, ale jak brat. 
Tak. Właśnie. Dałam się zaskoczyć, ale już po wszystkim. Doszłam do siebie.

Wstałam,  wyszłam z kabiny  i opłukałam twarz zimną  wodą. Czułam się 

świetnie. Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?

Może coś do niego czujesz, powiedział Głos.
Nieeee! Jak go potrzebuję, to milczy, a jak sytuacja jest delikatna, to mi się 

w nią ładuje nieproszony? Poszedł!

A może nie, pomyślałam jadowicie.
Nie możecie być wiecznie dziećmi, powiedział Głos z lekką kpiną. Ludzie 

dorastają, mają własne dzieci. Pomyśl o tym.

Stłumiłam wycie. Mocno chwyciłam się umywalki, żeby nie walnąć głową 

w ścianę. Tak jakbym mogła myśleć o czymkolwiek innym.

background image

53

- Są tam.
Ari spojrzał przez lornetkę na małą grupkę na drodze, jakieś pół kilometra 

dalej. Wracają z uroczej szkoły do uroczego domku. Pieszczochy! Zajrzał na tył 
furgonetki. Sześciu Likwidatorów, już przekształconych i gotowych do akcji, 
tylko czekało na jego znak. Nowa Max siedziała razem z nimi, ze słuchawkami 
w uszach.

- Znowu przemawia - odezwała się.
Ari prychnął. Max - ta prawdziwa - strasznie się rządziła! Poganiała te dzieci 

jak swoich niewolników.

Niewolnicy.   Fajny   pomysł.   Myśl   o   mutancie   w   roli   jego   niewolnika 

rozweseliła Ariego. Usługiwaliby mu we wszystkim. Przynosiliby mu jedzenie, 
przypominali, żeby brał pigułki, a Max masowałaby mu  ramiona tam,  gdzie 
uwierają go skrzydła. Byłoby świetnie. Rozdzwonił się dzwonek-przypominacz. 
Ari przełknął garść pigułek i nastawił dzwonek na kolejną godzinę.

Niestety, nie zrobi z nich swoich niewolników. Ale na szczęście będzie mógł 

ich zabić.

-   Jak   słowo   daję,   ta   dziewczyna   wiecznie   narzeka   -   odezwała   się   z 

niesmakiem nowa Max.

- Dajmy jej prawdziwy powód do narzekań - powiedział Ari i wcisnął pedał 

gazu.

Serce   zaczęło   mu   bić   mocniej.   Nienawidził   Max,   ale   uwielbiał   z   nią 

walczyć. Nikt inny nie był dla niego tak ekscytującym wyzwaniem - nawet Kieł. 
A kiedy walczyli, ciągle uczył się nowych sposobów obrony. Pewnego dnia to 
on zada ostateczny cios i zobaczy zdumienie na jej twarzy...

Po paru sekundach furgonetka dogoniła grupę.
- Podwieźć was, dzieci? - spytał Likwidator siedzący obok kierowcy.
Jeszcze się nie przekształcił.
- A cukierka nie dostaniemy? - warknęła oryginalna Max.
Potem jej spojrzenie spoczęło na Arim.
Z   gardła   wyrwał   mu   się   śmiech.   Cudownie!   Zobaczył   w   jej   oczach 

nienawiść i strach. Wcisnął hamulec.

- Jazda! - krzyknął. - Max jest moja!
Likwidatorzy wyskoczyli z furgonetki, zanim jeszcze się zatrzymała.
Pora się zabawić!

background image

54

- Czyli Ari żyje? I wrócił? Zastanowię się nad tym później.
- Zadowolona? - mruknął Kieł.
Łypnęłam   na   niego   spode   łba,   po   czym   rzuciłam   się   na   najbliższego 

Likwidatora.

Najgorsze, że naprawdę byłam zadowolona. No, nie całkiem - ale poczułam, 

że stoję na twardym gruncie. Gada do mnie kolega z klasy? Kompletna porażka. 
Spuszczam   manto   Likwidatorowi,   zwłaszcza   żałosnemu,   niezdarnemu 
Likwidatorowi ze zbyt wielkimi skrzydłami? To już bardziej do mnie pasuje.

Po paru chwilach mocnym kopniakiem roztrzaskałam Likwidatorowi rzepkę 

kolanową. Zwalił się na ziemię. Bardzo pocieszające. Uważaj! - odezwał się 
Głos   i   zaraz   potem   oberwałam   w   szczękę,   aż   mi   wykręciło   głowę.   Płyń   z 
prądem.   Proszę   bardzo.   Wykorzystałam   impet   ciosu,   odwróciłam   się   i   z 
rozmachem zdzieliłam Likwidatora w pysk. Zawył z bólu i upadł na kolana, 
trzymając się za twarz. Ale zaraz podskoczył wściekły, z oczami nabiegłymi 
krwią - i tym razem Gazik walnął go obiema dłońmi w uszy, rozwalając mu 
bębenki. Likwidator z krzykiem znowu runął na ziemię.

Kieł jednego znokautował i teraz brał się do Ariego. Zauważyłam, że Angela 

walczy z Likwidatorką. Kazała jej wpaść głową na drzewo, i to z rozbiegu. Auu. 
Potem rzuciła mi anielski uśmiech i znowu przypomniało mi się, że musimy 
odbyć poważną rozmowę o etyce.

Max, skup się! Potężny cios w plecy pozbawił mnie powietrza w płucach. 

Ledwie zipiąc, odwróciłam się i ujrzałam Ariego, który z uśmiechem zamierzał 
się do następnego ciosu. Uskoczyłam, odwróciłam się i z całej siły kopnęłam go 
z   półobrotu,   prawie   go   przewracając.   Wszyscy   Likwidatorzy   byli   już 
unieszkodliwieni,   zostaliśmy   tylko   my   dwoje.   Powoli   okrążaliśmy   się,   Ari 
szczerzył zęby, a mną miotała furia, od której mąciło mi się w głowie. Kątem 
oka zauważyłam, że Kieł zagania młodszych do lasu, a potem wzbija się z nimi 
w powietrze.

- Ładny mundurek - zakpił Ari, obnażając ostre kły. - Do twarzy ci.
- Skąd masz te skrzydła? - odpaliłam. - Z supermarketu?
Krążyliśmy wokół siebie jak dwa tygrysy. Inni Likwidatorzy pakowali się 

już na tył furgonetki. Wyglądali jak cyrkowe klauny.

- Raczej nie dzisiaj - zawołał do nich Ari. - Następnym razem możecie zjeść 

tę małą. Podobno takie smakują jak kurczaki.

Angela.
Ryknęłam i rzuciłam się na niego. Odskoczył, zamachnął się, ale bez trudu 

zrobiłam unik. Wściekłość dodawała mi sił. Wzięłam rozbieg i kopniakiem z 
obu nóg grzmotnęłam go prosto w żebra. Gruchnął na ziemię, uderzając głową o 

background image

asfalt.

Wbiłam mu stopę w gardło i pochyliłam się nad nim.
- Ile razy mam cię zabijać? - warknęłam. - Tak z grubsza?
Zobaczyłam w jego oczach nienawiść i wtedy wreszcie do mnie dotarło: to 

już nie jest Ari, ten chłopczyk, który w Szkole przyglądał nam się z daleka. 
Własny ojciec zmienił go w potwora i wszystko to, co mogło jeszcze zostać, już 
się wypaliło. Na tę myśl zrobiło mi się słabo. Cofnęłam nogę i odsunęłam się.

Ari usiadł, ciężko dysząc.
- Tym razem punkt dla ciebie - wychrypiał, masując gardło. - Ale nie masz 

szans na wygraną. - Poderwał się na nogi. - Tylko się z tobą bawię, jak kot z 
myszą.

Już się wycofywałam do lasu i rozkładałam skrzydła, gotowa do lotu.
-   Jasne   -   powiedziałam   głosem   ociekającym   wrogością.   -   Niezdarny 

kluchowaty   kocur   Frankenstein   kontra   drapieżna,   agresywna,   niepokonana, 
dobrze zaprojektowana mysz.

Warknął i znowu na mnie skoczył, ale już wzbiłam się w górę i zawisłam 

pięć metrów nad ziemią. Uniosłam się jeszcze wyżej i patrzyłam, jak Ari wlecze 
się do furgonetki i włazi do środka. W samochodzie mignęły mi czyjeś jasne 
włosy.

Żaden Likwidator nie ma jasnych włosów.

background image

55

- Co się stało? - krzyknęła Anne.
Weszliśmy   do   domu   i   odruchowo   powiesiliśmy   kurtki,   prawie   wszystkie 

zbryzgane krwią. Total plątał nam się pod nogami, węsząc i warcząc. Angela 
przytuliła go, szepcząc mu coś do ucha. Usłyszałam jego ledwie dosłyszalne 
mruknięcie:

- A to gnojki.
-   Likwidatorzy   -   wyjaśnił   Gazownik.   -   Głodny   jestem.   Dostanę   coś   do 

jedzenia?

- Kto to są Likwidatorzy? - spytała Anne z autentycznym zdziwieniem.
Jak mogła nie wiedzieć? A może nie znała tej naszej prywatnej, fachowej 

ksywki.

- My jesteśmy skrzyżowaniem ludzi i ptaków - wytłumaczyłam jej, idąc do 

kuchni. Poczułam zapach popcornu. - A Likwidatorzy - ludzi i wilków.

- Popcorn! I sok jabłkowy! - zawołał z radością Gazik.
- Umyj ręce - rzuciła odruchowo Anne, a potem obejrzała go dokładnie.
Miał parę siniaków, ale poza tym prezentował się dobrze. Angela i Kuks w 

ogóle nie ucierpiały, Iggy miał rozciętą wargę, Kłowi leciała krew z nosa. Nagle 
przypomniałam   sobie,   jak   się   całował   z   tamtą   dziewczyną,   ale   szybko 
odsunęłam tę wizję.

-   Umyjcie   się   -   nakazała   Anne.   -   Ja   przyniosę   bandaże.   Czy   ktoś   jest 

poważnie ranny?

- Nie - mruknęła Kuks z buzią pełną popcornu. - Ale Likwidator podarł mi 

sweter. Bydlę.

- Jest i mleko - powiedziała Anne.
Wyjęła z lodówki butelkę, postawiła ją na stole i poszła po apteczkę.
Nalałam Angeli szklankę mleka i zauważyłam, że to jakaś inna marka niż 

poprzednio.   Tamto   było   w   kartonie.   W   kartonie   ze   zdjęciem   zaginionego 
dziecka. Na tej butelce nie było żadnego dziecka, tylko uśmiechnięta krowa. 
Hmmm.

Później   usiadłam   do   odrabiania   lekcji,   co   jest   innym   określeniem   tortur 

obmyślonych przez dorosłych, lecz zadawanych sobie przez samą ofiarę. Tak 
uważam. Anne usiadła obok mnie.

- Zatem Likwidatorzy to ludzie-wilki. - I zaatakowali was? Czy to zdarzyło 

się już kiedyś wcześniej? Skąd się wzięli? Skąd wiedzieli, gdzie jesteście?

Spojrzałam na nią.
-   Nie   ma   tego   w   raportach?   -   spytałam.   -   W   aktach?   Jasne,   że   nas 

zaatakowali. Jak zwykle. Są wszędzie. Stworzono ich jako... no, jakby broń. W 
Szkole   byli   strażnikami,   ochroniarzami.   Katami.   Od   czasu   naszej   ucieczki 

background image

ścigają nas. Nawet się dziwiłam, co ich tak nie ma i nie ma. Jeszcze nigdy 
odnalezienie nas nie zajęło im tyle czasu.

-   Dlaczego   mi   nie   powiedziałaś?   -   Na   twarzy   Anne   odmalowało   się 

strapienie.

Pokręciłam głową.
- Naprawdę  myślałam,  że wiesz.  Wiesz  o nas  masę  rzeczy. Przecież  nie 

ukrywam prawdy o Likwidatorach.

Anne westchnęła ciężko.
- Docierały do nas tylko mgliste plotki. Wydawały się tak fantastyczne, że 

nie uwierzyliśmy w nie. Mówisz, że ci Likwidatorzy ciągle was dopadają? Ale 
jak to możliwe?

Pewnie przez ten mój chip. Ten, co mi go ktoś wszczepił w rękę.
Wzruszyłam ramionami i zabrałam się do geografii.
Tak   przypuszczam,   że   to   przez   mój   chip.   Pewności   nie   mam,   ale   to 

najbardziej sensowna wersja. Trafiała się dobra okazja, żeby powiedzieć o tym 
Anne. Może dzięki możliwościom FBI da się to draństwo ze mnie wydłubać. 
Ale coś mnie powstrzymywało. Jakoś nie mogłam jej zaufać. Może za pięć lat, 
jeśli nadal będziemy żyć. Boże, co za dołująca myśl.

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy to nie przez coś innego. Może na 

przykład Total jest zachipowany. Albo ktoś inny. Angela? Nie wiedzieliśmy.

Anne wstała.
- Zadzwonię w parę miejsc - oznajmiła zdecydowanie. - Nigdy więcej nie 

zobaczycie Likwidatorów.

Wzruszyła mnie do łez ta jej naiwność.

background image

56

- Dobranoc, Tiffany-Krystal - powiedziałam, szczerząc zęby.
Kuks uśmiechnęła się. Ustawiłyśmy pięści w piramidkę i przyklepałyśmy 

drugimi dłońmi.

- Dobranoc - powiedziała Kuks, kładąc się na miękkich poduszkach. - Max... 

Zostaniemy tu trochę, prawda? Nie musimy uciekać zaraz jutro?

- Nie - odparłam cicho. - Nie zaraz jutro. Na razie... nie wychylać się i 

wtopić się w otoczenie, zgoda?

- Zgoda. Bardzo dobrze się wtapiam - pochwaliła się Kuks. - Mam trzy 

przyjaciółki i razem siedzimy w stołówce. Moja nauczycielka chyba mnie lubi.

- No pewnie, że cię lubi. Kto by cię nie lubił? Pocałowałam ją w czoło i 

poszłam  ułożyć  Angelę   do   snu.   Otworzyłam  drzwi   jej   pokoju  i  zobaczyłam 
Anne, która właśnie opatulała Angelę kołdrą.

- Dużo się dziś działo, skarbie - mówiła, odgarniając małej włosy z buzi. - 

Wyśpij się.

- Dobrze - zgodziła się Angela.
- I posłuchaj, Ariel... Nie wpuszczaj Totala do łóżka. Ma własne posłanie.
- Aha - mruknęła potulnie Angela.
Przewróciłam oczami. Total wskoczy na łóżko, zanim Anne oddali się stąd 

na pięć kroków.

- Dobranoc, pchły na noc - powiedziała Anne, prostując się. 
- Karaluchy do poduchy - odpowiedziała zgodnie Angela.
Anne wyszła z uśmiechem.
Total wskoczył na łóżko. Angela wpuściła go pod kołdrę, gdzie się umościł z 

łebkiem na poduszce. Opatuliłam oboje.

- Coś by się stało, gdyby podkręciła ogrzewanie? - wymamrotał Total przez 

sen. - Zimno jak w psiarni.

Angela i ja uśmiechnęłyśmy się do siebie.
- Jak tam? - spytałam.
Machnęła ręką.
- Strasznie mi było, kiedy zobaczyłam znowu Likwidatorów.
- A mnie! Ten Ari jest makabryczny. Odbierasz jakieś jego myśli?
Angela zastanowiła się.
- Mroczne. Czerwone. Złe. Rozdarte. Zagubione. Nienawidzi nas.
Niepięknie przedstawiał się widoczek z głowy Ariego.
- A ciebie kocha - dodała Angela. - Bardzo.

background image

57

Wyszłam z pokoju Angeli, starając się nie zdradzać swojego zaszokowania. 

Matko! Ari mnie kocha? Jak mały chłopczyk? Jak wielki Likwidator? I dlatego 
ciągle   chce   mnie   zabić?   Powinien   sobie   poczytać   o   wysyłaniu   jasnych 
sygnałów.

Usłyszałam za plecami jakiś dźwięk i odwróciłam się tak szybko, że omal 

nie wbiłam w ścianę Kła.

- Śpią?
Skinęłam głową.
- Są wykończeni. Szkoła ich wyczerpuje. No i oczywiście Likwidatorzy.
- No.
Anne wyszła z pokoju Kuks. Uśmiechnęła się, powiedziała nam bezgłośnie 

„dobranoc" i ruszyła na dół. Pomyślałam, że to ją ostatnią Kuks zobaczyła przed 
snem, i zęby same mi zgrzytnęły.

- Niech się cieszą, póki mogą - powiedział Kieł, odczytując moją minę jak 

zwykle, niestety, bezbłędnie.

- Ona zajmuje moje miejsce - wyrwało mi się.
Kieł wzruszył ramionami.
- Jesteś wojowniczką, nie mamą.
Prawie zatkało mnie z oburzenia.
- A nie mogę być tym i tym? Myślisz, że jestem do bani jako matka? Bo co, 

za mało jestem dziewczyną, tak? - Naprawdę mnie wkurzył. Napięcie całego 
dnia   zaczęło   się   ze   mnie   uwalniać.   -   Nie   tak   jak   ta   ruda,   co   się   w   ciebie 
praktycznie wgryzła!

Ręka sama mi się uniosła i pchnęłam mocno Kła.
Ponieważ był to Kieł, nie przyjął tego jak dżentelmen. Natychmiast też mnie 

pchnął, że prawie wleciałam na ścianę. Byłam przerażona - nie tylko dlatego, że 
napadłam na mojego najlepszego przyjaciela, ale też dlatego, że zachowywałam 
się jak zazdrosna idiotka. Którą nie byłam. Jasne?

Stałam   zdyszana,   z   policzkami   płonącymi   z   upokorzenia   i   gniewu. 

Zaciskałam pięści i ogólnie miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Czułam na sobie spojrzenie jego ciemnych oczu i czekałam tylko, kiedy 

zacznie kpić, że tak mnie wkurzyła ta jego ruda bogini.

Kieł podszedł tak blisko, że dzieliło nas tylko parę centymetrów. Dawniej 

zawsze byliśmy tego samego wzrostu, ale w ciągu ostatnich dwóch lat mnie 
przerósł. Miałam oczy na wysokości jego ramion.

- Jesteś dziewczyną - powiedział cicho. - O ile pamiętam.
Omal się nie spaliłam ze wstydu. Chodziło mu o to, że kiedyś na plaży, 

dawno   temu,   pocałowałam   go.   Kurczę,   dziewczyny   po   prostu   się   na   niego 

background image

rzucają.

Zacisnęłam zęby, nie mówiąc ani słowa.
- I byłabyś świetną mamą. Ale masz dopiero czternaście lat i nie powinnaś 

jeszcze mieć dzieci. Daj sobie z dziesięć lat.

Minął mnie, muskając moje ramię, a ja stałam jak kamienna rzeźba. Mówił, 

że   mogę   być   prawdziwą   mamą,   z   własnymi   dziećmi.   Z   całą   pewnością 
uważałam   stado   za   swoje   dzieci,   ale   jemu   chodziło   o   dzieci,   które   sama 
wyprodukuję. Tak jak powiedział niedawno Głos.

Znienawidziłam moje życie w całkiem nowy, ożywczy sposób.
- Nawiasem mówiąc - rzucił Kieł, odchodząc - piszę blog. Na komputerze w 

szkole.   Oczywiście   wbrew   zasadom.   Blog   Kła.   -   Zachichotał,   jak   tylko   on 
potrafi. - Poczytaj sobie czasem... mamo.

background image

58

Noc była chłodna, ale nowa Max tego nie czuła. Siedziała na gałęzi, oparta 

plecami   o   szorstki   pień.   Pasek   ciężkiej   lornetki   wrzynał   się   jej   w   szyję. 
Podciągnęła kolana, objęła je, a z oka spłynęła jej ciepła łza. Przyglądała się 
nieustannie tamtej Max, uczyła się jej. Było to trudne. I bolesne.

- Och, Max - szepnęła, przyglądając się tamtej, za oknem domu Anne. - 

Wiem, co czujesz. Obie jesteśmy zawsze samotne, choć otacza nas tłum.

background image

59

Następnego   ranka   przed   szkołą   powitał   nas   widok   kilku   wielkich 

wycieczkowych autobusów, zajmujących praktycznie cały parking. Dostrzegłam 
moją nową przyjaciółkę J.J. , która mi pomachała i podeszła do mnie. Reszta 
stada wmieszała się w tłum.

- Ale nam się udało - powiedziała radośnie J.J. - Wycieczka edukacyjna!
- Edukacyjna? - Wyobraziłam sobie, jak wszyscy wkuwamy w autobusie.
- No. Cała szkoła jedzie do Białego Domu, siedziby naszego ukochanego 

prezydenta. A to znaczy, że nie będzie lekcji i pewnie także pracy domowej.

Uśmiechnęłam   się.   Lubiłam   styl   J.J.   Na   luzie   i   bez   napinki.   W 

przeciwieństwie do mnie.

- No to pięknie - powiedziałam. - Jedziemy!
- Nasza klasa jest tam - odezwał się dziewczęcy głos.
Iggy zmarszczył brwi. Skupiał się na dźwiękach, nasłuchiwał szurania butów 

Kła   na   chodniku.   Jeszcze   przed   chwilą   brzmiało   wyraźnie,   a   teraz   raptem 
Iggy’ego otoczyło morze głosów, których nie potrafił rozróżnić.

Jakaś ręka delikatnie dotknęła jego ramienia.
- Nasza klasa jest tam - powtórzył głos.
Iggy rozpoznał go: ta dziewczyna siedziała w klasie trzy metry od niego, na 

północny wschód.

Co za wstyd. Stoi tu jak ślepy idiota i nie wie, dokąd iść.
- Nasza nauczycielka zmieniła nagle kierunek - wyjaśniła dziewczyna.
Przypomniał sobie, że na imię ma Tess.
- Aha - mruknął. Szedł tam, dokąd go łagodnie prowadziła. - Dzięki.
- Nie ma sprawy - rzuciła lekko Tess. - Wiesz, ulżyło mi, że będziesz chodził 

do naszej klasy. Teraz aż tak się nie wyróżniam.

A co, też jesteś ślepym mutantem? - pomyślał Iggy.
- No wiesz, jestem wyrośnięta, jak ty. Ludzie zawsze mówią, że to dobrze, 

bo mogę być koszykarką, modelką i tak dalej. Ale jeśli jest się dziewczyną, ma 
się czternaście lat i metr osiemdziesiąt, to do bani z takimi pocieszeniami. Ale 
teraz nie jestem sama. Pasujemy do siebie.

Iggy parsknął śmiechem. Po chwili usłyszał kroki Kła i poczuł jego lekkie 

muśnięcie, którym Kieł dawał mu znać, gdzie się znajduje.

- Tess! - zawołała nauczycielka.
-   Muszę   lecieć,   jestem   gospodynią   klasy   -   powiedziała   Tess.   -   Jeszcze 

pogadamy, dobra?

- Dobra - mruknął Iggy w oszołomieniu.
Lekkie kroki Tess oddaliły się. Co to było? Miał wrażenie, jakby zderzył się 

z tirem.

background image

- Stary, opędzić się nie możesz - rzucił Kieł.
- Oczywiście w Waszyngtonie jest zbyt wiele do obejrzenia, żeby zmieścić 

to w jednym dniu - powiedziała nauczycielka stojąca z przodu autobusu. Mówiła 
głośno,   żeby   przekrzyczeć   warkot   silnika.   -   Dziś   zwiedzimy   Kapitol,   Izbę 
Reprezentantów i siedzibę Senatu. Potem poświęcimy pół godziny na obejrzenie 
pomnika Vietnam Memorial. Po obiedzie pójdziemy do Białego Domu.

Dziewczynka siedząca obok Angeli, Caralyn, westchnęła z zachwytem.
- Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć Biały Dom - odezwała się Angela. 
Caralyn pokiwała głową.
- Chciałabym pójść do Muzeum Historii Naturalnej - powiedziała. - Byłaś 

tam?

- Nie.
-   Jest   super.   Są   szkielety   dinozaurów   i   wielki   wypchany   wieloryb   pod 

sufitem, i meteoryty, i brylanty.

- Ekstra - mruknęła Angela.
Może Anne ich tam zabierze? A może zmusić nauczycielkę, żeby zrobiła 

odstępstwo  od planu? Nie, lepiej nie. Jeśli Max się dowie, będzie wściekła. 
Angela pogłaskała Celestynę, wsunęła ją za pasek kraciastej szkolnej spódniczki 
i uznała, że będzie postępować zgodnie z programem. Na razie.

background image

60

Jeśli   doskwiera   wam   niedobór   białych   mężczyzn   w   średnim   wieku,   to 

wpadnijcie do Kapitolu. Do Izby Reprezentantów już nie, bo tam jest więcej 
kolorów,   no   i   więcej   kobiet,   ale   w   Senacie   -   rany.   Największe   zagłębie 
testosteronu w kraju.

W   budynku   Kapitolu   obejrzeliśmy   krótki   film   o   Ojcach   Założycielach, 

którzy   usiłowali   stworzyć   doskonały   system   rządów.   Byli   strasznie 
zaangażowani, z tym „idealnym przymierzem" i że „wszyscy ludzie są sobie 
równi". Oczywiście z wyjątkiem tych ludzi, którzy byli ich własnością. Ale nie 
narzekajmy. 

Mimo   to,   kiedy   usłyszałam   te   słowa,   zobaczyłam   Konstytucję   i 

dowiedziałam się, co właściwie chcieli osiągnąć... No, trzeba przyznać, że się 
starali. W innych krajach ani przedtem, ani potem tak nie było.

Krótko mówiąc: demokracja to fajna rzecz.
Pomnik Vietnam Memorial jest straszny. Ogromny, gładki monolit z granitu, 

pokryty   nazwiskami   tych,   którzy   zginęli   podczas   wojny.   Dołujące.   Kuks 
popełniła ten błąd, że go dotknęła. Mało się nie przewróciła - jej umiejętność 
wyczuwania ludzi i ich emocji dzięki resztkom ich wibracji musiała jej nieźle 
dokopać.   Na   szczęście   nowe   koleżanki   ją   podtrzymały.   Pogadamy   o   tym 
później.

A potem Biały Dom.
Hm.   Powiem   tak:   to   wielka,   wypasiona   hacjenda.   Nie   zamek.   Bez   tych 

fidrygałek jak w Taj Mahal czy Gracelandzie. Ale i tak robi wrażenie.

W   Białym   Domu   -   wśród   niewidocznych   zabezpieczeń   najwyższej 

światowej klasy, jak również wyjątkowo widocznych uzbrojonych strażników - 
poczułam się tak bezpieczna jak chyba nigdy. Gdyby ktoś chciał nas dopaść, 
najpierw musiałby się przedrzeć przez strażników. Co było bardzo pocieszającą 
myślą.

Zobaczyliśmy „papuzie" pokoje (czerwony, niebieski, zielony), jak również 

wielgachną jadalnię. Biblioteka wydawała się jakaś mikra jak na bibliotekę. Był 
jeden   pokój   przeznaczony   wyłącznie   na   porcelanę,   co   mnie   rozbawiło.   Co 
jeszcze? Prezydencka spiżarnia?

Po   chwili   te   różnobarwne   pokoje   zaczęły   mi   się   mieszać   -   za   małe 

zabytkowe meble, fikuśne zasłony, słynne obrazy sławnych ludzi, które czasami 
rozpoznawałam. Kiedy pomyślałam, co się działo tu, gdzie teraz stoję, przeszedł 
mnie nawet jakby dreszcz. A może było tylko zimno.

Rozbawiło mnie, że ja, Maximum Ride, wybrałam się na szkolną wycieczkę. 

No nie odlot? Nigdy wcześniej nie chodziłam do szkoły. Wychowałam się w 
psim transporterze. Miałam skrzydła, do diabła! A tu proszę, spaceruję sobie 

background image

spokojniutko i udaję normalną. Czasami sama siebie podziwiam.

W końcu przewodnik zatrzymał się przed kioskiem z pamiątkami.
- Chodź, mamy dziesięć minut na kupowanie prezentów - powiedziała J.J., 

ciągnąc mnie do wystawy.

Nie   miałam   komu   kupić   upominku:   nie   zbieramy   gratów.   Za   bardzo 

przeszkadzają w locie.

Kuks i Gazik wertowali książki.
-   Super,   nie?   -   spytała   nieprzytomna   z   wrażenia   Kuks.   -   Nie   do   wiaty! 

Jesteśmy w Białym Domu! Pewnego dnia zostanę prezydentem.

- A ja wice - dodał Gazownik.
- Będziecie świetni - powiedziałam uprzejmie.
Tak, na pewno zostaną wybrani z ramienia partii mutantów. Zero problemu. 

Ameryka jest na to gotowa.

Obejrzałam się i zobaczyłam Kła. Oczywiście rude cudo przyssało się do 

niego, co mnie wkurzyło, jak nie wiem. Jak on mógł z nią wytrzymać, taką 
słodką do obrzydliwości? Nic nie rozumiałam. Iggy też rozmawiał z dziewczyną 
- oglądała jedwabne szaliczki i śmiała się razem z nim. Oby była miła. Oby nie 
była Likwidatorem.

Ale gdzie jest nasza anielska i przerażająca Angela?
Wodziłam wzrokiem po tłumie. Obok naszej grupy kręcili się pojedynczy 

turyści, dalej inna grupa i... nigdzie nie było Angeli. Nigdzie! Ta mała ma talent 
do znikania.

- Kuks, gdzie Angela?
Kuks rozejrzała się.
- Nie widzę. Może w łazience?
Już maszerowałam w stronę Kła.
- Przepraszam - warknęłam, przerywając szczebiot rudego cuda. - Nie widzę 

An... Ariel.

Kieł rozglądał się w tłumie. Rude cudo uśmiechnęło się do mnie.
- Jesteś siostrą Nicka?
Trzymajcie mnie, bo jak jej odpowiem...
- No.
Kieł spojrzał na mnie.
- Poszukam.
Poszłam za nim w stronę drzwi, przez które tu weszliśmy. Jeszcze tego mi 

brakowało. Mieliśmy się wtopić w otoczenie, nie wyróżniać się, a ona wzięła i 
się zgubiła w tym cholernym Białym Domu. Gdzie czyjeś zgubienie się z całą 
pewnością powoduje krzyk jak nie wiem co. Mam powiedzieć jej nauczycielce? 
Powiadomić   strażnika?   Może   się   zgubiła,   a   może   porwali   ją   Likwidatorzy. 
Znowu. Tyle na temat poczucia bezpieczeństwa. Mogę je sobie...

Nagle   tłum   zafalował,   rozległ   się   ożywiony   pomruk...   Byłam  wyższa   od 

większości  dzieciaków, więc szybko zorientowałam się w sytuacji. Tłum się 
rozstąpił i oto ujrzałam uśmiechniętą anielsko Angelę. W jednej rączce trzymała 

background image

Celestynę - zauważyłam mimo woli, że ten misiek musi jak najszybciej zaliczyć 
pranie z podwójnym płukaniem.

Potem przeniosłam wzrok na osobę, która trzymała Angelę za drugą rękę.
Prezydent. Albo jego sobowtór.
Szczęka sama mi opadła. Do sali zaraz wleciało kilku facetów w czerni, ze 

słuchawkami w uszach. Nie byli zadowoleni.

- Cześć, Max - zaświergotała Angela. - Zgubiłam się. Pan Danning mnie 

przyprowadził.

- Cześć... Ariel - powiedziałam słabo, przyglądając się jej uważnie.
Zerknęłam na prezydenta. Wyglądał jak żywy, prawie jak w telewizji.
- Dziękuję... panu.
Uśmiechnął się życzliwie.
-   Nie   ma   sprawy.   Twoja   siostra   wiedziała,   że   będziesz   się   martwić.   To 

wyjątkowa mała panienka.

Tak?   Dlatego,   że   ma   skrzydła?   Czy   dlatego,   że   majstruje   w   ludzkich 

głowach? Boże, miałam złe przeczucie. Przyglądałam się Angeli, ale jak zwykle 
wyglądała na wcielenie niewinności. Co o niczym nie świadczy.

- O, wiem - powiedziałam. - Dziękuję, że pan ją znalazł. I przyprowadził.
Nauczycielka   Angeli   omal   nie   wyskoczyła   ze   skóry,   ściskając   rękę 

prezydenta, dziękując mu i jednocześnie go przepraszając.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Prezydent - autentyczny prezydent 

Stanów Zjednoczonych - pochylił się z uśmiechem nad Angelą. - Uważaj na 
siebie - dodał. - I już się nie zgub.

- Nie zgubię się - obiecała. - Dzięki, że mnie pan znalazł.
Pogłaskał   ją   po   jasnych   kędziorkach,   które   sprężyście   podskoczyły, 

pomachał tłumowi i wyszedł.

Faceci w czerni popędzili za nim jak mrówki na speedzie.
Wszyscy   obecni   w   sali   gapili   się   na   nas.   Przykucnęłam   przed   Angelą   i 

starając się uśmiechać, wysyczałam przez zaciśnięte zęby:

- Własnym oczom nie wierzę. Wszystko dobrze?
Angela pokiwała głową. 
- Przestraszyłam się, bo nagle moja  klasa gdzieś zniknęła, więc poszłam 

jednym korytarzem, potem drugim korytarzem, a potem spotkał mnie prezydent. 
Ale nie zdarzyło się nic dziwnego. Tamci nie zmienili się w Likwidatorów ani 
nic.

-   W   porządku   -   powiedziałam.   Serce   nadal   mi   łomotało.   -   Od   tej   pory 

trzymaj się nas. Nie chcę cię znowu zgubić.

- Dobrze - obiecała poważnie Angela, biorąc mnie za rękę.
Nie   chciałam   także,   żeby   manipulowała   umysłem   przywódcy   wolnego 

świata, ale ten temat zostawiłam na później.

background image

61

- Zrób najazd. - Jed pochylił się nad czarno-białym ekranem.
Ari bez słowa przewinął nagranie. I znowu ujrzeli tłum przepływający jak 

ławica ryb. Uśmiechnięty prezydent znowu ukazał się w górnym lewym rogu 
ekranu. Ari zrobił najazd na prezydenta z jasnowłosym dzieckiem u boku.

Jed uważnie oglądał nagranie, dotykając ekranu, jakby mógł  przez niego 

poczuć ciała. Jego oczy skupiły się na Angeli, Max, prezydencie. Ari patrzył na 
niego   ze   ściśniętym   żołądkiem.   Co   musiałby   zrobić,   żeby   Jed   tak   się   nim 
zainteresował? Kiedy był zwykłym chłopcem, Jed w ogóle nie zwracał na niego 
uwagi. Teraz zmieniono go w mutanta, tak jak te latające dzieci. A jego ojciec 
nadal nie ma dla niego czasu. Nie interesuje się nim. No to co miałby zrobić? 
Nawet umieranie nie pomogło, choć - spójrzmy prawdzie w oczy - trudno o 
mocniejszy argument.

Pora. Od dawna pora, żeby zlikwidować tych odmieńców. Kiedy znikną i 

zostaną po nich tylko przypisy w tekście naukowym, Jed będzie musiał sobie 
uświadomić, jak ważny jest Ari.

Na ekranie Max zrobiła wielkie oczy. W tych mundurkach prawie nie było 

widać, że to mutanty. Ari wiedział, że on sam rzuca się w oczy. Jego skrzydła 
były zbyt wielkie, żeby mógł je złożyć na plecach. Od ciągłych zmian skóra 
zrobiła mu się szorstka. A rysy... Nie potrafił tego określić, ale jego rysy były 
jakieś   dziwne.   Może   to   dlatego,   że   twarz   siedmiolatka   rozciągnięto,   by   ją 
dopasować do dorosłego ciała.

Max nerwowo uśmiechnęła się do prezydenta. Nawet na tym małym czarno-

białym ekranie była cudowna. Wysoka, szczupła, z jasnymi włosami. Wiedział, 
że jej ramiona są twarde jak stal, silne. Jeszcze czuł jej ostatni kopniak w żebra. 
Zachmurzył się.

A jego ojciec wpatruje się w ekran jak w święty obraz. Jakby to oni byli jego 

dziećmi, nie Ari. Jakby był z nich dumny i marzył o ich powrocie.

Ale   ich   nie   dostanie.   Nigdy.   Ari   tego   dopilnuje.   Już   opracował   plan. 

Uruchomił machinę. Początkowo Jed będzie się gniewał, ale ochłonie.

Ari zasłonił ręką usta, by ukryć uśmiech. 

background image

62

- Max
W progu mojego  pokoju zobaczyłam bardzo przejętą Kuks, niecierpliwie 

przestępującą z nogi na nogę.

- Co?
- Chyba złamałam szyfr.
- To mów - powiedziałam, kiedy wszyscy zebraliśmy się w jej pokoju.
- Myślę, że to z książki - zaczęła. - No wiesz, jasne, to może być szyfr 

komputerowy i wtedy nigdy go nie złamiemy. Ale moim zdaniem oni chcą, 
żebyśmy go złamali... żebyś ty go złamała, bo to też jest test.

- Aha. To go nie zaliczyłam.
- Na razie. Nie wypróbowaliśmy jeszcze paru rzeczy. Na przykład, że te 

cyfry mogą mieć związek z książką.

- Jaką książką? - spytał Iggy.
- Dużą, z wieloma słowami, którą łatwo jest znaleźć - oznajmiła Kuks. - Coś 

takiego, co jest wszędzie, co ma wielu ludzi.

- Kod Leonarda da Vinci? - podsunął Gazownik.
Iggy zrobił zbolałą minę.
- Nie. Biblia, młotku. Jest wszędzie. W hotelach, domach, szkołach. Max 

może ją bez trudu znaleźć. Tak?

- Tak - zgodziła się Kuks.
- Nie rozumiem - odezwała się Angela.
-   Słuchaj,   tam   są   szeregi   cyfr,   prawda?   -   zaczęła   Kuks.   -   Tak   jak   Kieł 

próbował z mapą. Ale teraz jedna cyfra oznacza księgę, druga rozdział, trzecia 
wers, a czwarta literę w tym wersie. Potem zapisujesz słowa i sprawdzasz, co ci 
wychodzi.

- Hm - mruknęłam. - Jest tu jakaś Biblia?
Kuks pokazała mi grubaśny tom.
- Anne miała na dole. Pożyczyłam. Zacieśniam związki z Bogiem.
Po   czterech   godzinach   czułam   się,   jakby   w   mózgu   przepaliły   mi   się 

wszystkie bezpieczniki. Anne położyła młodszych do łóżek. Iggy, Kieł i ja nadal 
walczyliśmy z biblijnym tekstem. Ale choć staraliśmy się jak wariaci, nic się nie 
układało.

- Może to niewłaściwa wersja Biblii - odezwał się zmęczony Kieł. - Bo są 

różne.

-   To   Biblia   Króla   Jakuba   -   opowiedział   Iggy,   pocierając   czoło.   - 

Najpopularniejsza w Ameryce.

- I co nam wyszło? - Rozmasowałam ramiona i poruszyłam głową.
Kieł spojrzał w notatki.

background image

- „Na cię. Postny. Wokoło. Wszędy. Saul. Zamieszka. Owoc. Żyć będziesz. 

Jako. Rozkosze". I znowu „zamieszka".

Pokręciłam głową ze zniechęceniem.
- Nie, to jest bez sensu. Świetny pomysł był z tą Biblią. Może coś robimy nie 

tak?

- Czyli możemy pożegnać się z tym światem - odezwał się Kieł po chwili.
Łypnęłam na niego.
- Baaardzo śmieszne. Aleś ty dowcipny.
Uśmiechnął się nieznacznie, ale z zadowoleniem.
- Paniom się to podoba.
Iggy parsknął śmiechem, ale ja z oburzeniem gapiłam się na Kła. Jak mógł 

żartować z czegoś takiego? Czasem wydawało mi się, że wcale go nie znam.

Wstałam. Kartki posypały się na podłogę.
- Jestem wykończona. Do jutra. - Wyszłam, nie patrząc za siebie.
- Pewnie jeszcze nie zajrzałaś do mojego bloga? - zawołał za mną Kieł.
Nie   raczyłam   odpowiedzieć...   że   zajrzałam.   Był   fajny.   Ten   chłopak   ma 

talent.

background image

63

- Super - powiedział Gazownik. - Dobrze, że na ciebie wpadłem.
Opływała ich potężna fala głosów - uczniowie przechodzili z klasy do klasy. 

Do obiadu zostało jeszcze trochę czasu. Iggy szedł właśnie do biblioteki, gdy 
Gazik dotknął jego ramienia.

- Będziemy musieli zapamiętać, że obaj mamy okienko w... Co to za dzień?
Głosy oddaliły się i ucichły, gdy skręcili za róg.
- Piątek. Chodź, zajrzyjmy.
Iggy   usłyszał   otwieranie   drzwi.   Sądząc   po   echu,   było   to   wielkie 

pomieszczenie ze schodami w dół.

- Co to, piwnica?
- No. Chciałem sobie tu trochę pomyszkować.
- Super.
Gazik   dotknął   dłoni   Iggy’ego,   który   skupił   się   na   ledwie   słyszalnych 

dźwiękach   wokół   niego.   Na   dole   schodów   prądy   powietrzne   i   szmery 
świadczyły o tym, że pomieszczenie jest duże i względnie puste.

- Jak tu jest? - spytał cicho.
- Duże to - odpowiedział Gazik. - Piwniczne. Są drzwi. Zobaczmy, co jest za 

nimi.

Iggy usłyszał odgłos poruszania klamką i poczuł ruch powietrza, gdy Gazik 

uchylił drzwi.

- Aha, magazyn - odezwał się Gazownik i zrobił parę kroków dalej.
Zatrzymał się i Iggy usłyszał otwieranie następnych drzwi.
- Sprzęt sportowy.
- Coś fajnego?
- Za duże, żeby wziąć, nie da się ukryć. Chyba że mielibyśmy plecaki.
- Następnym razem.
- Właśnie.
Iggy dotknął nagle ramienia Gazika. Uniósł palec do ust i wytężył słuch. 

Tak: kroki.

- Ktoś schodzi - szepnął prawie bezgłośnie.
Gazik   chwycił   go   za   rękaw   i   szybko,   bezszelestnie   ruszyli   przed   siebie. 

Otworzył drzwi i wciągnął Iggy’ego do środka. Drzwi zamknęły się z cichutkim 
kliknięciem.

- Gdzie jesteśmy? - szepnął Iggy.
- Wszędzie są katalogi. Schowajmy się za szafkami, na wszelki wypadek.
Iggy   poszedł   za   nim   w   głąb   pomieszczenia.   Wyczuwał   po   obu   stronach 

wysokie przedmioty. Poczuł, że Gazik przykucnął, więc poszedł w jego ślady. 
W tej samej chwili usłyszeli zbliżające się głosy.

background image

- Ale co miałabym zrobić? - dobiegł ich wzburzony głos sekretarki.
- Ma pani dopilnować, żeby te akta zginęły bez śladu - powiedział pan Pruitt 

straszliwym, szyderczym głosem. - Nie możemy ich zniszczyć, ale nie możemy 
też pozwolić, żeby je znaleziono. Czy to przerasta pani zdolność pojmowania?

- Nie, nie, ale...
- Nie ma żadnego ale! - warknął dyrektor. - Chyba poradzi sobie pani z tak 

prostym zadaniem. Proszę schować akta tam, gdzie nie znajdzie ich nikt oprócz 
pani. Czy to może dla pani zbyt trudne, pani Cox?

Iggy pokręcił głową. Ten dyrektor bił rekordy podłości. Ktoś powinien dać 

mu nauczkę.

- Nie - powiedziała znękana kobieta. - Dam radę.
- Świetnie.
Dyrektor   odszedł,   a   pani   Cox   westchnęła   ciężko   tuż   pod   drzwiami 

pomieszczenia   z   katalogami.   Otworzyła   drzwi.   Iggy   usłyszał   bzyczenie 
zapalających się świetlówek. Wyczuł nerwowe napięcie Gazika.

Otwieranie metalowej szuflady. Szelest papierów. Zamykanie szuflady. No 

wyjdź już, pomyślał Iggy, ale kroki zaczęły się zbliżać w ich kierunku. Nie, 
odwróć   się,   wyjdź,   zaklinał   ją   Iggy.   Gdyby   tylko   umiał   kontrolować   cudzy 
umysł tak jak Angela! Gazik wstrzymywał oddech, żeby nie zdradzić swojej 
obecności. Gdyby pani Cox ich znalazła, byłoby bardzo źle.

Pstryknął wyłącznik. Kroki się oddaliły, drzwi znowu zostały  zamknięte. 

Gazownik w końcu odetchnął.

- Mało brakowało - szepnął. Iggy bez słowa skinął głową, czując, że ma 

zupełnie sucho w ustach. - Rozdzielmy się.

Byli już prawie przy schodach, kiedy drzwi znowu się otworzyły. Zastygli. 

Iggy   wytężał   słuch,   usiłując   się   zorientować   w   sytuacji.   Po   chwili   usłyszeli 
głosy, zbliżające się z drugiego końca korytarza. Znaleźli się w potrzasku: z obu 
stron nadchodzili ludzie!

- Cholera! - szepnął Gazik.
- Masz to? - spytał z napięciem Iggy.
- Tak. Ale Max powiedziała...
- Złapią nas! - przerwał mu Iggy. - Dawaj

background image

64

- Dobra. Przerażasz mnie - powiedziałam do Kuks. 
Byłyśmy   w   bibliotece,   a   ona   sprawiała   wrażenie,   jakby   wchłaniała 

wiadomości z komputera przez osmozę. Nie potrzebowałyśmy nawet pomocy 
pana   Lazzary.   Po   pierwsze,   przeczytałyśmy   blog   Kła   i   okazało   się,   że 
codziennie coś do niego dodaje - swój punkt widzenia na wszystko, co nas dotąd 
spotkało. Teraz dorzucił też rysunki. Po drugie, kazałam Kuks znaleźć więcej 
wzmianek o ter Borchcie, jak również o zaginionych niemowlętach w latach, 
kiedy przyszliśmy na świat. Nie mogliśmy określić dokładnie miesięcy, ale lat 
byliśmy dość pewni.

- Czyli... czternaście lat temu  - powiedziała Kuks, wpatrzona w ekran. - 

Może mamy szczęście, bo jest was troje. - Przewinęła ekran w dół. - Ale jedno z 
was urodziło się na jesieni jednego roku, a pozostali na wiosnę następnego. 
Ogólnie uważam, że...

- Czy to ma coś wspólnego ze szkołą? - Ten zimny, nienawistny, drżący od 

powstrzymywanej furii głos mógł należeć tylko do... dyktatora.

- Szukamy artykułów z gazety - odparła niewinnie Kuks. - Na wychowanie 

obywatelskie.

Moja krew. Umiejętność kłamania bez mrugnięcia okiem.
- Czyżby? - syknął pan Pruitt, wydymając usta. - A dokładnie która część...
Bum!
Cała biblioteka zadrżała w posadach. Pan Pruitt i ja spojrzeliśmy na siebie 

zaskoczeni,   a   potem   on   zmarszczył   swoje   włochate   brwi.   Zaraz   potem 
rozdzwonił się alarm, podrywając wszystkich na równe nogi.

Przez chwilę tylko staliśmy, osłupiali i niezdolni do reakcji. Potem w górze 

rozległ się głośny syk. Spojrzałam w górę akurat w chwili, kiedy spod sufitu 
lunęła lodowata woda z systemu przeciwpożarowego.

- Co? - krzyknął Pruitt. - Co to ma znaczyć?
Moim zdaniem oznaczało to, że Iggy i Gazownik właśnie zajęli pierwsze 

miejsce na liście „kompletnie przerąbane", ale nic nie powiedziałam.

Wszyscy runęli do drzwi, wrzeszcząc i popychając się nawzajem.
Pan Lazarra osłonił usta rękami i krzyknął:
- Proszę spokojnie! Po kolei! Dzieci!
Pan Pruitt popędził do drzwi, niemal tratując dzieci, żeby jak najszybciej 

uciec spod zraszaczy.

Kuks wyszczerzyła zęby. Woda skapywała z jej kędzierzawych włosów.
- Nie miałam pojęcia, że w szkole jest tak fajnie - powiedziała.

background image

65

- To powód do wydalenia ze szkoły! - ryknął pan Pruitt, aż żyły nabrzmiały 

mu na czole. Przyglądałam mu się z naukowym zainteresowaniem. Obliczałam 
jego szanse na zawał serca w ciągu najbliższych pięciu minut. Wyszło mi jakieś 
sześćdziesiąt do sześćdziesięciu pięciu procent.

Cała nasza szóstka stała w jego gabinecie, ociekając wodą. Pół godziny temu 

odjechał ostatni wóz strażacki. Pruitt uparł się, żebyśmy stawili się wszyscy. 
Byliśmy zziębnięci i przemoczeni do suchej nitki i nade wszystko chcieliśmy 
dowlec się do domu.

Ale   nie.   Najpierw   musieliśmy   się   poddać   rozszarpaniu   na   strzępy. 

Oczywiście rozszarpanie na strzępy przez dyrektora nie jest tak straszne jak 
rozszarpanie na strzępy przez Likwidatorów, ale i tak psuje humor.

- Cuchnąca bomba była wystarczającym powodem! - darł się pan Pruitt. - 

Ale ja bezmyślnie dałem wam szansę! Bandyci! Robactwo!

Zaimponował   mi,   bo   jeszcze   nikt   nigdy   nie   nazwał   mnie   robactwem,   a 

słyszałam już wiele, od arogantki po żmiję.

Pan Pruitt zamilkł, żeby nabrać powietrza, a ja to wykorzystałam.
- Moi bracia nie zrobili bomby! Nigdy pan tego nie udowodnił. Teraz znowu 

oskarża nas pan, nie mając dowodów! Jakie to... nieamerykańskie!

Przestraszyłam się, że dyktatorowi pęknie jakaś żyłka, tak poczerwieniał. 

Ale chwycił ręce Gazownika i podniósł je do góry.

Serce   mi   się   ścisnęło,   bo   zobaczyłam   na   skórze   smugi   prochu   powstałe 

podczas wybuchu.

- To za mało - wybełkotałam.
Dyktator znowu się nadął, ale w tej samej chwili sekretarka wprowadziła do 

gabinetu Anne.

Od   razu   widać   było,   że   Anne   pracuje   w   FBI   -   zdołała   jakoś   uspokoić 

dyktatora i zagoniła nas do samochodu.

Przez pół kilometra w samochodzie było bardzo cicho. Potem się zaczęło.
- To była dla was wielka szansa, dzieci - odezwała się. - Miałam nadzieję...
Było   jeszcze   więcej,   ale   się   wyłączyłam.   Spoglądałam   przez   okno   na 

pożółkłe jesienne  liście. Od czasu do czasu coś do mnie  docierało: szlaban, 
wielki kłopot, rozczarowana, zdenerwowana, koniec telewizji. I tak dalej.

Nikt   nic   nie   mówił.   Od   lat   nie   musieliśmy   słuchać   dorosłych.   Nie 

zamierzaliśmy się cofać w rozwoju.

background image

66

Anne nie rozumiała, że zaledwie parę tygodni temu sypialiśmy w tunelach 

metra   i  żywiliśmy   się   odpadkami.   A   więc   w   naszym  przypadku   szlaban   na 
telewizję czy co tam jeszcze był totalnie bez znaczenia.

- Ciągle mamy ten dom - szepnęła Kuks. - Masa książek, gier i jedzenia.
- Ale bez deseru - zauważył ponuro Total. - A ja jestem niewinny!
- Właśnie, nie będzie deseru - powiedział z urazą Gazownik.
Spojrzałam na niego w bardzo niemiły sposób.
- A czyja to wina, Einsteinie? Znowu daliście ciała! Na miłość boską, po 

prostu przestańcie przynosić bomby do szkoły!

- Słyszeliśmy, że dyktator kazał pani Cox schować jakieś akta - przypomniał 

Gazownik. - Jeśli je znajdziemy, może będzie w nich coś, co go obciąży.

Westchnęłam.
- A może przestaniecie się rzucać w oczy, dopóki stąd nie odejdziemy? Nie 

szukajcie zemsty, nic nie róbcie. Po cichu dotrwajcie do końca odsiadki.

- A długa ona będzie? Kiedy chcesz odejść? - spytała Angela.
- Dwa tygodnie - odpowiedziałam sucho.
- Może zostaniemy do Święta Dziękczynienia? - poprosiła Kuks. - Nigdy nie 

jedliśmy świątecznego obiadu. Dobrze?

Pokiwałam niechętnie głową.
- Jeśli nikt znowu nie da ciała, to może się uda. Ruszyłam na górę do siebie. 

Kiedy mijałam otwarte drzwi pokoju Anne, dobiegł mnie głos telewizyjnego 
spikera.   Słowa   „zaginione  dzieci"   zwróciły  moją  uwagę,   więc  przystanęłam, 
nasłuchując.

„Tak,   niedawne   zniknięcie   z   okolicy   kilkorga   dzieci   przywołało   bolesne 

wspomnienia   innych   rodziców,   którzy   także   przeżyli   podobną   tragedię. 
Rozmawiamy z państwem Griffithsami, których jedyny syn został porwany ze 
szpitala tuż po narodzinach". 

Znieruchomiałam.   Griffiths   to   nazwisko   Iggy’ego   -   przynajmniej   tak 

uważaliśmy.   Tyle   zapamiętałam   z   dokumentów,   które   znaleźliśmy   w 
nowojorskim Instytucie - zanim nam zginęły. Ale w dokumentach z Instytutu 
było napisane, że ojciec Iggy’ego nie żyje. A więc ci ludzie nie mogli być jego 
rodzicami,   prawda?   Poruszona,   na   paluszkach   zbliżyłam   się   do   uchylonych 
drzwi, żeby spojrzeć na ekran telewizora. Anne była w łazience. Słyszałam, jak 
myje zęby.

„Można by pomyśleć, że czternaście lat ukoi ból - powiedziała kobieta ze 

smutkiem. - Ale to nieprawda. Jest równie silny jak pierwszego dnia".

Serce podeszło mi do gardła. Czternaście lat, Griffiths... Reporterka znikła z 

ekranu   i   kamera   pokazała   mężczyznę   obejmującego   swoją   żonę.   Oboje   byli 

background image

smutni. 

I jeszcze jedno.
Kobieta wyglądała dokładnie tak jak Iggy.

background image

67

Kieł przyglądał mi się uważnie przez pasma włosów zawsze spadających mu 

na oczy.

- Stali przed domem. Widziałam go na tyle dobrze, że rozpoznałabym go - 

mówiłam gorączkowym szeptem. Było późno i wszyscy już spali. Odczekałam 
aż   do   tej   chwili,   żeby   przekazać   Kłowi   tę   rewelację.   -   Nazywają   się 
Griffithsowie. Ich dziecko znikło czternaście lat temu. A ta kobieta była wypisz, 
wymaluj jak Iggy.

Kieł powoli, w zamyśleniu, kręcił głową.
- Nie do wiary, że akurat to zobaczyłaś.
- Wiem. Ale czy to mógł być podstęp? Przecież nawet nie wolno nam dzisiaj 

oglądać telewizji. Ja tylko... uważam, że musimy to sprawdzić.

Kieł znowu pokręcił głową.
- Ile takich domków jest w Waszyngtonie?
- Za tym stał wielki, ciemny kościół. Staroświecki, z wysoką wieżą. Ile ich 

może być?

Kieł westchnął.
- Milion?
- Kieł! To wielki przełom! Musimy to sprawdzić!
- Przecież mamy szlaban - powiedział ze śmiertelną powagą.
Przez   chwilę   gapiłam   się   na   niego,   jakby   oszalał.   Potem   oboje 

wybuchnęliśmy śmiechem.

background image

68

- Co się dzieje?
Kieł przez całą noc był dziwnie rozkojarzony. Teraz, gdy lecieliśmy wysoko 

nad światłami Waszyngtonu, ciągle ocierał czoło i poruszał ramionami.

- Gorąco mi - mruknął. - Ale nie jestem chory. Tylko... rozpalony.
-   Jak   ja?   -   Uniosłam   brwi.   -   Hm.   Odczekaj   tydzień,   będziesz   pruł   jak 

odrzutowiec.   Albo   to   znaczy,   że   umierasz.   -   Uśmiechnęłam   się,   ale   on   był 
poważny. - Co? Naprawdę źle się czujesz?

- Nie. Ale właśnie coś mi przyszło do głowy. Dałaś mi swoją krew.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Jego ciemne skrzydła falowały płynnie w 

nocnym powietrzu.

- I co z tego? To zwykła krew.
Pokręcił głową.
-   Nie,   nasza.   Nasza   ma   DNA   w   czerwonych   krwinkach,   pamiętasz? 

Dostałem transfuzję twojego DNA.

Zastanowiłam się nad tym.
- I co?
Wzruszył ramionami.
- Może dlatego to się dzieje. Może u mnie to się nie powinno wydarzyć.
- Hmmm - zadumałam się. - I nie wiemy, czy to dobrze, czy źle.
- Ale się dowiemy - dodał Kieł.
Okazuje się, że w Waszyngtonie są setki kościołów z cholernie wysokimi 

wieżami.   Znalezienie   tego   właściwego   w   jedną   noc   wydawało   się   zupełnie 
nieprawdopodobne,   ale   i   tak   krążyliśmy   po   niebie,   wypatrując   znajomego 
budynku na przedmieściu. Pikowaliśmy  w dół z tuzin razy, ale zaraz potem 
znowu wzbijaliśmy się wyżej.

Po   trzech   godzinach   takich   ćwiczeń   byliśmy   głodni   i   zmęczeni.   Nie 

musieliśmy nawet rozmawiać - spojrzeliśmy na siebie, wzruszyliśmy ramionami 
i zawróciliśmy do domu Anne.

Dotarliśmy tam około trzeciej nad ranem. Skierowaliśmy się do okna, które 

zostawiliśmy otwarte - w mało używanym składziku na piętrze.

- Kieł.
Obejrzał się na mnie, a ja wskazałam dom.
W oknie swojego pokoju stała Anne. Nie spała. Wypatrywała nas o trzeciej 

nad ranem. Czy ta kobieta nie potrzebuje snu?

Może jest szpiegiem? Z FBI czy innym?
Nagle ogarnęło mnie  zmęczenie. Wylądowaliśmy  przy domu, w ostatniej 

chwili   chowając   skrzydła,   i   wpadliśmy   przez   okno.   Zrobiliśmy   piramidę   z 
pięści, przyklepaliśmy ją i każde poszło do swojego pokoju. Zrzuciłam buty i 

background image

zwaliłam  się   w   ubraniu   na   łóżko.   Nie   przypuszczałam,   żeby   Anne   do  mnie 
przyszła.

Widziała już wszystko, co chciała zobaczyć.

background image

69

Parę następnych tygodni należało do najbardziej surrealistycznych w moim 

życiu, a to o czymś świadczy, ponieważ przebiło dorastanie w klatce, ucieczkę, 
znalezienie innych mutantów w podziemnych laboratorium w Nowym Jorku i, 
no tak, posiadanie skrzydeł.

Teraz było o wiele dziwniej.
Bo nie zdarzyło się nic strasznego.
Wróciliśmy do szkoły, było jak zwykle, tyle że Gazik i Iggy jakimś cudem 

nie wysadzili niczego w powietrze. Rzadki przypadek.

Dyktator nie wchodził nam w drogę - może  dla własnego dobra. Unikał 

ataku apopleksji.

Nauczycielka Angeli zachowywała się dość normalnie - to znaczy, że nie 

zaprowadziła nagle klasy do sklepu z zabawkami i nie nakupowała wszystkim 
prezentów. To byłby niepokojący sygnał.

Kuks   dostała   zaproszenie   na   urodziny.   Na   urodziny   niemutanta.   Anne 

obiecała, że znajdzie dla niej strój, który całkowicie ukryje jej skrzydła, tak że 
będzie wyglądała całkiem normalnie.

- I - trzymajcie się. Najlepsze i najgorsze zostawiłam na koniec. Ten cały 

Sam zaprosił mnie na randkę.

- Że co? - wybuchnął Iggy.
- Zaprosił mnie na randkę - powtórzyłam, nakładając sobie na talerz górę 

tłuczonych ziemniaków.

- Och! Max! - zachwyciła się Kuks.
- Chyba żartujesz - wymamrotał Gazik z pełnymi ustami. Roześmiał się, 

usiłując nie pluć. - Frajer! I co powiedział, kiedy odmówiłaś?

Energicznie zajęłam się stekiem.
- Zgodziłaś się, prawda? - spytała z nadzieją Kuks.
-   O   Boże   -   westchnął   tragicznie   Iggy.   -   Max   na   randce.   Myślałem,   że 

staramy się unikać łez, przemocy i pogromu.

Kolejny   irytujący   przykład,   kiedy   mordercze   spojrzenie   nie   działa   na 

Iggy’ego.

- Moim zdaniem to świetnie - oznajmiła Angela. - Max jest piękna. Powinna 

chodzić na randki.

- W co się ubierzesz? - spytała z uśmiechem Anne.
- Nie wiem - wymamrotałam, cała czerwona.
A zauważyliście, kto nie odezwał się ani słowem? 
Właśnie.

background image

70

Pomyśl, że idziesz na rekonesans. Kieł opierał się o framugę drzwi mojego 

pokoju, a ja stałam, gapiąc się na siebie w lustro.

- Co jest? - rzuciłam wrogo. - Czuję się doskonale. 
Dopięłam koszulę i włożyłam za dużą aksamitną bluzę z kapturem, w której 

nie widać było moich skrzydeł. Taką miałam nadzieję.

- Aha. Na ogół jak masz taką minę, to zaraz puszczasz pawia.
- Nic mi nie jest - warknęłam, usiłując nie wpaść w panikę.
Co   ja   wyprawiam?   Co   mnie   podkusiło?   Może   powinnam   zadzwonić   i 

odwołać randkę. Powiem, że jestem chora, że...

Rozległ się dzwonek do drzwi. Kieł uśmiechnął się wrednie i zszedł na dół.
- Rany, pięcioro rodzeństwa - westchnął Sam.
- Właśnie. A ty?
Czekaliśmy w kolejce do kasy w kinie.
-   Trzy   starsze   siostry   -   powiedział.   -   Żyję   w   piekle.   Na   szczęście   dwie 

najstarsze poszły już na studia.

Uśmiechnęłam się. Gadało mi się z nim nadspodziewanie łatwo. A przez 

następne dwie godziny w ogóle nie będziemy musieli rozmawiać.

Film okazał się niewiarygodnie brutalny, z mnóstwem wojska i szpiegów, 

całkiem jak te filmy w telewizji, które oglądałam w dzieciństwie. Siedziałam w 
ciemnościach, analizowałam sceny walk i modliłam się, żeby Sam nie wziął 
mnie za rękę. A jeśli spocą mi się dłonie? Nerwowo wytarłam je o dżinsy.

Po filmie postanowiliśmy iść na lody do małej lodziarni na rogu. Akurat 

usiłowałam wymyślić coś sensownego, kiedy Sam wziął mnie za rękę.

Tak po prostu. Trzymaliśmy się za ręce.
Nie było to nieprzyjemne.
W   „Lodziarni   Babuni"   złożyliśmy   zamówienie   i   usiedliśmy   przy   małym 

stoliku   z   marmurowym   blatem.   Zaczęłam   się   zastanawiać,   jak   daleko 
rzuciłabym tym stołem w razie, gdyby to było konieczne.

- Co robisz w Święto Dziękczynienia? - spytał nagle Sam.
- Pewnie jem obiad z Anne.
- Szkoda, że nie możesz być z rodzicami.
- Fakt.
Pokiwałam głową i zabrałam się do deseru lodowego.
- Mnie czeka piekielne spotkanie z krewnymi - powiedział Sam. Podniósł 

wisienkę maraskino. - Chcesz?

-   Aha.   -   Położył   ją   na   moim   deserze.   Uśmiechnął   się,   no   to   i   ja   się 

uśmiechnęłam. - Dlaczego będzie piekielne?

Skrzywił się niechętnie.

background image

- Wrócą moje dwie starsze siostry. Znowu będą zajmować łazienkę, wisieć 

na telefonie i oglądać telewizję. Wuj Ted zacznie nawijać non stop o swojej 
pracy, czyli o ubezpieczeniach.

Pokiwałam głową ze współczuciem.
- Mama będzie usiłowała odciągnąć ciocię Phyllis od butelki, ale bez skutku. 

Tata będzie chciał obejrzeć mecz, więc zacznie krzyczeć i rozsypie popcorn na 
dywan. - Wzruszył ramionami.

Spodobało mi się, że kasztanowe włosy tak mu jakoś spadają na czoło. I miał 

ładne oczy. W kolorze orzechów laskowych. Albo szylkretu.

- Makabra - przyznałam.
Czy tak jest zawsze na Święto Dziękczynienia? Nie miałam pojęcia. Wiem 

tylko, co widziałam w telewizji. Jak spędzają je moje przyjaciółki, Ella i doktor 
Martinez?

Sam znowu wzruszył ramionami.
- Jest strasznie. Ale mija i mam cztery tygodnie, żeby przygotować się do 

Gwiazdki.

Roześmiałam się, on też się uśmiechnął. Coś poruszyło się za jego plecami. 

Sam siedział tyłem do wielkiego przyciemnianego okna, za którym ktoś właśnie 
przeszedł. Nie. Ktoś tam stał.

Uśmiech zamarł mi na ustach. Serce jakby skuła mi bryła lodu.
Za oknem stał Ari, uśmiechając się drapieżnie i podnosząc do góry kciuki.

background image

71

W samym środku randki, cholera.
Szybko rozejrzałam się po salce.  Za ladą znajdowało się drugie wyjście. 

Mogłam przewrócić stolik, żeby utrudnić Ariemu pościg...

- Max? W porządku?
- Aha - mruknęłam z roztargnieniem, nie spuszczając oczu z Ariego.
Znowu się do mnie uśmiechnął i ruszył dalej. Obok niego dostrzegłam błysk 

jasnych włosów z pasemkami, a potem własne odbicie w oknie.

Sam  obejrzał   się,   żeby   sprawdzić,   na  co   patrzę.  W   tej   samej   chwili  Ari 

zniknął.

Siedziałam   jak   skamieniała,   czekając,   kiedy   Likwidatorzy   wpadną   przez 

okna, zaatakują z sufitu.

Sam spoglądał na mnie pytająco.
- W porządku? - spytał znowu.
- Aha.  - Usiłowałam wyglądać jak normalna  istota  ludzka. - Coś  mi  się 

przywidziało.

Wierz w to, co wiesz, nie w to, co widzisz, odezwał się Głos.
Pięknie. Nie tylko Likwidatorzy przeszkadzają mi w życiu osobistym, ale 

jeszcze  Głos gada do mnie  podczas  randki. Was  by  to nie wkurzyło?  Mnie 
bardzo wkurzyło. I w ogóle co to ma znaczyć? Przecież wiem, że Ari żyje.

- Max?
Przypomniałam sobie o istnieniu Sama.
- Przepraszam... zamyśliłam się.
Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco. Byłam gotowa walczyć, rzucić 

się do akcji, uciekać, ale nic się nie działo.

-   Podoba   mi   się,   że   zjadłaś   cały   deser   -   powiedział   Sam.   -   Niektóre 

dziewczyny zamówiłyby, no wiesz, jedną odtłuszczoną gałkę bez dodatków. Ale 
ty sobie nie żałujesz.

Roześmiałam się zaskoczona. Ciekawe, czy powinnam się tego wstydzić.
- Nie przejmuję się tym, co jem.
Tylko czy mam co jeść.
- To mi się podoba - powtórzył Sam.
A mnie podobasz się ty, pomyślałam.

background image

72

Przyjechaliśmy  do domu  Anne z najmłodszą  siostrą Sama,  która właśnie 

dostała prawo jazdy. Sam odprowadził mnie na ganek.

- Dzięki - powiedziałam, znowu głupiejąc. - Fajnie się bawiłam.
- Ja też. Różnisz się od innych dziewczyn.
Stary, masz sto procent racji.
- To dobrze czy źle? - spytałam.
- Dobrze. Zdecydowanie dobrze.
Sam naprawdę  ładnie się  uśmiechał.  Podszedł  bliżej, położył mi  rękę na 

ramieniu,   a   drugą   wziął   mnie   pod   brodę.   Kiedy   mnie   pocałował,   zrobiłam 
wielkie oczy. Byliśmy niemal tego samego wzrostu, a on nie był tak chudy i 
kościsty jak Kieł. Znowu mnie pocałował, przechylając głowę w drugą stronę, i 
objął mnie w talii.

Wiecie   co?   Nawet   nie   pomyślałam   o   skrzydłach.   Zamknęłam   oczy   i 

poddałam się sytuacji. O rany, całowanie.

Płyń z prądem, Max.
Po raz pierwszy Głos powiedział coś godnego usłyszenia.
Rozległo się wściekłe trąbienie klaksonu - siostra Sama chciała już wracać.
Odsunęliśmy się od siebie, oboje przejęci i trochę rozbawieni.
- No - powiedział Sam, a ja pokiwałam głową.
- Lepiej już idź. Ale dzięki za wszystko. Było świetnie.
- Aha.
Sam   wyglądał,   jakby   chciał   mnie   znowu   pocałować,   ale   jego   siostra 

powtórnie   wcisnęła   klakson   i   sądząc   po   dźwięku   -   chyba   pięścią.   Z 
przepraszającym spojrzeniem odwrócił się i ruszył mrocznym podjazdem.

- Pogadamy jutro - zawołał przez ramię.
- Dobrze.
Odjechali, a ja zostałam sama, z uczuciami, których nawet nie potrafiłam 

nazwać.

background image

73

Anne czekała w domu.
- Jak było? - spytała z uśmiechem.
- Fajnie - mruknęłam. - To dobranoc.
Nie zatrzymując się, ruszyłam na górę. Nie zamierzałam być niegrzeczna, 

choć  na ogół nie zawracam sobie  tym głowy. Po prostu nie  chciałam z nią 
rozmawiać na żaden ważny temat. Weszłam do swojego pokoju i usiadłam na 
łóżku, jeszcze raz przeżywając to, co się zdarzyło przez ostatnie dziesięć minut.

Drzwi uchyliły się lekko i Kieł zajrzał do środka. Wszedł, osłaniając oczy 

dłonią.

- No, no - powiedział. - Aż lśnisz. Łuna bije.
Przewróciłam   oczami   i   zdjęłam   bluzę.   Poruszyłam   ramionami   i   lekko 

rozłożyłam   skrzydła.   Aaaa.   Co   za   ulga.   Przez   cały   wieczór   je   ściskałam. 
Ciekawe, czy Sam je poczuł. Nie uciekł w popłochu i z krzykiem, więc pewnie 
nie.

Kieł zamknął drzwi.
- Chcieli na ciebie zaczekać, ale Anne zmusiła ich, żeby poszli spać.
- Dobrze zrobiła.
- No i? Jak było?
Kieł oparł się o moje biurko i splótł ręce na piersi. Głos miał jakiś dziwny. 

Spojrzałam na niego uważnie. Jak zwykle wydawał się kompletnie obojętny, ale 
znałam go na tyle dobrze, że zauważyłam to ledwie dostrzegalne drganie mięśni 
szczęki, nieznaczne napięcie wokół oczu.

- Widziałem, że... jak to się mówi? A, prawda: przyssał się do ciebie jak 

pijawka. I pewnie ci się to podoba.

Kieł czekał na moją reakcję, a ja usiłowałam pojąć, co się dzieje w jego 

głowie.

- Tak - powiedziałam w końcu. - Często się to ostatnio widuje w okolicy.
Trochę się speszył. Zrzuciłam z nóg trampki. Kieł usiadł przy mnie, oparł się 

o wezgłowie.

- A więc go lubisz. Nie muszę go zabić. - Głos miał napięty.
Wzruszyłam ramionami.
- No. Był bardzo miły. Fajnie się bawiliśmy.
- Ale...?
Potarłam skronie.
- Ale co z tego? Może to najmilszy facet na świecie, ale to niczego nie 

zmienia.  Dalej  jestem  mutantem.  Dalej  tkwimy  w  sytuacji,  której z  każdym 
dniem   nienawidzę   coraz   bardziej.   Nikomu   nie   możemy   ufać.   Nie   potrafimy 
złamać szyfru. Nie możemy znaleźć swoich rodziców - a gdybyśmy znaleźli, też 

background image

by to nic nie zmieniło.

Kieł milczał.
- Widziałam dziś Ariego - oznajmiłam i dopiero wtedy na mnie spojrzał. - 

Stał   przed   lodziarnią.   Uśmiechał   się   do   mnie.   I   był   z   nim   ktoś   jeszcze...   - 
Urwałam, przypomniawszy sobie te jasne włosy. - Widziałam...

I nagle mnie  olśniło. Wydawało mi  się, że zobaczyłam swoje odbicie w 

oknie, ale to nie było to.

Powoli odwróciłam się do Kła.
- Ari był ze mną. Za oknem byłam ja. - Żołądek dziwnie mi się skręcił.
Kieł zamrugał, co u niego było wyrazem kompletnego zaskoczenia.
- W furgonetce, kiedy nas zaatakowali, mignęły mi przez chwilę czyjeś jasne 

włosy - ciągnęłam. - I dziś też. Myślałam, że to moje odbicie w szybie. Ale to 
nie było odbicie. To byłam druga ja.

Nawet nie spytał, czy jestem pewna. Wiedział, że nie musi.
- Jasna cholera - mruknął, usiłując jakoś przetrawić to, co usłyszał. - Max po 

stronie zła. Najgorsze, co mogłoby mi przyjść do głowy. Rany. Druga Max. Zła 
Max. Cholera.

- Ale to nie wszystko - powiedziałam powoli. - Pamiętasz, jak ci mówiłam, 

że jeśli stanę się zła, chcę, żebyś... zrobił co trzeba, żeby inni byli bezpieczni?

Zerknął na mnie nieufnie.
- Tak.
-  Poprosiłam cię  o to,  bo... - Głęboko  nabrałam  powietrza  i odwróciłam 

wzrok. - Parę razy, kiedy spojrzałam w lustro, zobaczyłam, że zmieniam się w 
Likwidatora.

Kieł milczał.
- Dotykałam twarzy i wydawała mi się niezmieniona. Ludzka, gładka. Ale w 

lustrze widziałam Likwidatora.

Spuściłam wzrok. Nie do wiary, że wyznałam to głośno.
Zapadła ciężka cisza. Sekundy wlokły się jak godziny.
- Pewnie wyglądałaś jak pekińczyk - powiedział w końcu Kieł.
Poderwałam   gwałtownie   głowę.   Był   bardzo   spokojny,   opanowany   jak 

zawsze, choć przed chwilą usłyszał coś takiego.

- Co?!
- Pewnie byłaś słodkim psiaczkiem.
Wyszczerzył na mnie zęby, zawarczał cienko jak ratlerek i skoczył na mnie.
Walnęłam go w łeb. Uchylił się ze śmiechem, ale ja zerwałam się, gotowa do 

walki. Uniósł obie ręce w obronnym geście, z trudem dusząc śmiech.

- Słuchaj - powiedział, usiłując spoważnieć. - Dla mnie to jasne, że nie jesteś 

Likwidatorem.   Nie   wiem,   dlaczego   zobaczyłaś   w   lustrze   coś   takiego,   i   nie 
wiem, kim jest ta druga Max, ale znam cię na wylot. Nie jesteś Likwidatorem. A 
nawet gdybym zobaczył cię w takiej postaci, też bym cię rozpoznał. Wiem, że 
nie jesteś zła, choćbyś wyglądała nie wiadomo jak paskudnie.

Przypomniał mi się Głos, który kazał mi wierzyć w to, co wiem, nie w to, co 

background image

widzę. Do oczu napłynęły mi łzy. Usiadłam na łóżku. Chciałam już tylko zasnąć 
i nie myśleć o niczym.

- Dzięki - powiedziałam załamującym się głosem.
Kieł wstał i pogłaskał mnie po głowie.
- Nic ci nie jest - powiedział cicho.
- Tylko nie waż się o tym pisać na blogu - ostrzegłam. - Nie myśl o tym 

nawet przez milisekundę.

- Nie pochlebiaj sobie - prychnął i wyszedł.

background image

Część IV

NIE MA JAK W DOMU

background image

74

- Proszę.
- Jeszcze nie pora, Ari.
Jed nie spojrzał na Ariego. Przeglądał wydruki raportów.
- Nigdy nie jest pora! - wybuchł Ari, krążąc wściekle po pokoju. - Ciągle mi 

powtarzasz, że już prawie pora, ale nigdy mi nie pozwalasz ich zlikwidować. Na 
co czekasz?

Skrzydła bolały go i paliły w miejscach, gdzie stykały się z ciałem. Sięgnął 

do kieszeni po pigułki. Przełknął cztery na sucho i znowu spojrzał na ojca.

- Cierpliwości - powiedział Jed. - Wiesz, że musimy trzymać się planu. - 

Zmierzył Ariego badawczym spojrzeniem. - Za bardzo kierujesz się emocjami. 
To niedobrze. Rozmawialiśmy już o tym.

- Ja kieruję się emocjami?! - wrzasnął Ari. - A co z tobą? Wiesz, dlaczego 

nie  chcesz   jej  zlikwidować?  Bo   owinęła  sobie  ciebie   wokół  palca!  Kochasz 
Max! Kochasz Max najbardziej na świecie! Dlatego nie pozwalasz jej zabić.

Jed nie odpowiedział. Przyglądał się Ariemu w milczeniu. Ari widział, że 

Jed jest wściekły i usiłuje to ukryć. Chociaż raz chciałby zobaczyć, jak Jed 
okazuje taką samą miłość i podziw jemu. Kiedy Jed patrzył na Max, nawet na jej 
zdjęcia, twarz mu łagodniała, a oczy stawały się zamglone. A na Ariego patrzył 
jak na wszystkich innych.

Nie   bez   powodu   Jed   nie   cierpiał   tej   nowej   Max.   Nie   mógł   znieść   jej 

obecności - wszyscy to widzieli. Dlatego Ari bardzo się starał pokazywać z nią 
przy każdej okazji. Byle tylko dokuczyć Jedowi, byle go zauważył.

- Nie wiesz, o czym mówisz - odezwał się w końcu Jed. - Nie ogarniasz 

sytuacji. Masz rolę do odegrania, ale musisz mi być posłuszny. Jeśli tego nie 
potrafisz, znajdę kogoś na twoje miejsce.

Wściekłość   zagotowała   się   w   Arim.   Zacisnął   pięści,   żeby   nie   rzucić   się 

Jedowi do gardła. Miał ochotę wydusić z niego życie - prawie do końca. Dopóki 
Jed nie uświadomi sobie, że kocha Ariego i powinien go bardziej szanować.

Ale na razie musiał stąd wyjść. Odwrócił się na pięcie i wypadł przez drzwi, 

zatrzaskując je za sobą. Na dworze z rozpędu zeskoczył z dachu przyczepy - 
nadal nie za dobrze szło mu startowanie z ziemi. Niezdarnie, boleśnie, wzbił się 
w   powietrze   i   pofrunął   do   swojej   ulubionej   kryjówki   -   na   szczyt   wielkiego 
drzewa.

Wylądował ciężko na gałęzi i przytrzymał się pnia. Do oczu napłynęły mu 

łzy wściekłości. Zamknął powieki, oparł się o gładką plamistą korę. Za dużo 
bólu. Skrzydła, miłość Jeda do Max, to, że Max go nie dostrzega...

Przypomniał sobie, jak się uśmiechała do tego bladego cherlaka w lodziarni. 

Kto to w ogóle jest? Nikt. Ludzki słabeusz. Ari mógłby go rozedrzeć w sekundę.

background image

Z   gardła   wydobyło   mu   się   ciche   warknięcie,   gdy   pomyślał,   że   Max 

pocałowała   tego   wymoczka.   Max   go   pocałowała!   Jakby   była   normalną 
dziewczyną! Gdyby ten frajer wiedział... nie zbliżyłby się do Max i za milion 
lat.

A może? Może pokochałby Max nawet, gdyby okazała się mutantem. Pod 

tym względem Max była wyjątkowa. Ludzie ją lubili. Chłopcy ją kochali. Była 
silna... silna, piękna i żarliwa.

Wyrwał mu się zdławiony szloch. Po policzkach pociekły strumienie łez. 

Zasłonił twarz ręką, wytarł łzy rękawem.

Jeszcze raz chlipnął i nagle nie wytrzymał. Poczuł, że przekształca się w 

Likwidatora, że otwierają mu się potężne szczęki. Czując łzy na sierści, zdławił 
szloch i wbił sobie zęby w ramię. Zamknął oczy i zacisnął szczęki, starając się 
nie wydawać żadnych dźwięków. Kły przeszyły kurtkę, wbiły się jak kolce w 
skórę i mięśnie. Poczuł smak krwi, ale nie puszczał.

Bo tak było lepiej.

background image

75

- To jest to. Jestem, kurczę, genialna. Mamy! - Po raz kolejny wyjrzałam zza 

krzaka cisu na ulicę. - Nic dziwnego, że mnie uwielbiacie.

Najwyraźniej   otrząsnęłam   się   już   z   niewyraźnego   nastroju,   jaki   miałam 

wczoraj   wieczorem.   Fajne   takie   wahania   hormonalne   u   czternastoletniej 
mutantki, nie?

Kieł rzucił mi znękane i niezbyt uwielbiające spojrzenie, po czym popatrzył 

uważnie   na   podmiejski   domek   z   cegły.   Był   skromny   i   staroświecki,   ale 
ponieważ znajdował się tak blisko Waszyngtonu, pewnie był wart z pół miliona 
dolarów. Zapamiętaj: zainwestuj w nieruchomości w Waszyngtonie. Odkładaj 
tygodniówkę.

- Naprawdę? A to jest ten kościół w tle?
Przytaknęłam.
- Aha. Co teraz?
- Ty tu dowodzisz.
Łypnęłam na niego, złapałam go za ramię i pomaszerowaliśmy przez ulicę. 

Wcisnęłam   dzwonek,   nie   dając   dojść   do   głosu   mojemu   wkurzającemu 
rozsądkowi.

Czekaliśmy. W końcu usłyszeliśmy zbliżające się kroki. Drzwi się otworzyły 

i oboje stanęliśmy oko w oko z panią, która mogła, ale nie musiała być matką 
Iggy’ego, choć była do niego bardzo podobna. 

- Tak? - spytała, wycierając ręce w ścierkę. 
Tylko to sobie wyobraźcie! Jak prawdziwa mama. Była wysoka i szczupła, z 

bardzo jasnymi włosami, bladą skórą i piegami. Oczy miała w odcieniu jasnego 
błękitu, jak Iggy, tylko że jej oczy widziały, bo nie pracowali nad nimi szaleni 
naukowcy. - W czym mogę pomóc?

- Sprzedajemy subskrypcję „Wall Street Journal" - oznajmił Kieł z kamienną 

miną.

Rozpogodziła się.
- Ach, dziękuję. Już prenumerujemy „Posta".
- Trudno - powiedział Kieł, odwróciliśmy i daliśmy nogę.
Zdecydowanie, z całą pewnością mogła być mamą Iggy’ego. Co dalej?

background image

76

Nadal pachnie ładunkiem wybuchowym - mruknął Iggy do Gazownika.
Ten pociągnął nosem.
- No. Podoba mi się. Zapach przygody.
- O rany, trzeba było użyć tego więcej - dodał Iggy. 
Gazik   szedł   niemal   bezgłośnie   po   twardej   betonowej   podłodze,   ale   Iggy 

podążał  za nim bez trudu. Nawet bez niego  z pamięci  odnalazłby  drogę do 
katalogów.   Pewnie   trafiłby   i   do   Instytutu,   gdyby   ktoś   zostawił   go   w   tunelu 
nowojorskiego metra. To mu prawie wynagradzało snucie się po tym świecie po 
omacku. 

Cha, cha.
- Jest.
Gazik   bezszelestnie   otworzył   drzwi   pokoju   z   katalogami.   Iggy   usłyszał 

pstryknięcie włącznika światła. Teraz pozostało mu tylko tkwić w miejscu jak 
kołek, podczas gdy Gazik odwalał całą robotę.

- Położyła te akta gdzieś bliżej drzwi - przypomniał  Gazownikowi. - Po 

prawej stronie. Jest tam metalowa szafka?

-   Wszystkie   są   metalowe   -   mruknął   Gazik.   Otworzył   jedną,   przejrzał 

dokumenty, zamknął. - Nawet nie wiem, czego szukam. Wszystkie dokumenty 
wyglądają podobnie.

- Na żadnym nie ma stempla „Ściśle tajne"?
- Nie.
Iggy przysłuchiwał się otwieraniu i zamykaniu kolejnych szuflad.
- Hej, a to co? - odezwał się Gazik. - Ha. Tu coś jest. Parę teczek spiętych 

razem gumką. Mają inny kolor i wyglądają na starsze, bardziej zniszczone.

- No to czytaj.
Pstryknięcie zdejmowanej gumki. Szelest kartek.
- Uuuu.
- Jakie „uuu"?
Takie   rzeczy   doprowadzały   Iggy’ego   do   szaleństwa:   wszyscy   szybciej 

zdobywali informacje, bo widzieli! A on musiał czekać, aż ktoś mu wyjaśni, co 
się dzieje. Nienawidził tego!

- To akta jakby... pacjentów - powiedział Gazownik. - Nie uczniów szkoły. 

To pacjenci z... - Zakładu dla Nieuleczalnie Chorych.

- Co to jest? Brzmi bardzo niefajnie.
Gazik zaczął czytać. Iggy z trudem zachowywał spokój.
- Czekaj... - zaczął Gazik, na co Iggy pomyślał: „Jakbym miał jakiś wybór". 

- To dziwne. Bo wiesz, coś mi się zdaje, że w tej szkole jeszcze dwa lata temu 
był jakby... dom wariatów. To akta pacjentów, którzy tu kiedyś przebywali. Ale 

background image

dlaczego dyktator je zachował?

- Może ma coś z nimi wspólnego? Może prowadził dom wariatów? Może 

sam był pacjentem, wymordował wszystkich i założył szkołę...

-   Trudno   stwierdzić.   Dużo   tego.   Za   dużo,   żeby   wszystko   przeczytać. 

Pokażmy to Max. Schowam pod bluzą.

- Super. Lepiej wracajmy.
- Aha.
Iggy poszedł za Gazikiem na schody. Niedługo przerwa obiadowa. Ciekawe, 

gdzie dziś usiądzie Tess... Raptem Gazik zatrzymał się, a Iggy prawie na niego 
wpadł.

- Śmieszne - mruknął Gazik. - Tych drzwi dotąd nie zauważyłem.
Iggy   usłyszał   kroki   i   skrzyp   zawiasów.   Owiało   go   wilgotne,   zimne 

powietrze.

- No, i co tam jest?
-   Tunel   -   powiedział   Gazik   dziwnym   głosem.   -   Długi,   ciemny   tunel, 

biegnący dalej niż sięgam wzrokiem. Pod szkołą.

background image

77

Trochę   bałam   się   spotkać   z   Samem   w   szkole.   Może   mnie   oleje?   Powie 

wszystkim, że się całowaliśmy? Zacznie się ze mnie nabijać i będę musiała mu 
skopać tyłek?

Było   dobrze.   Zobaczyłam   go   w   klasie,   a   on   uśmiechnął   się   do   mnie 

dyskretnie, ale w taki szczególny sposób. Nikt nie gapił się na mnie ani na 
niego. Podczas przerwy usiedliśmy przy stole, gadaliśmy, czytaliśmy, uczyliśmy 
się i nawet dyktator się nas nie czepiał.

Było świetnie. Prawie przez cały dzień wydawało mi się, że życie nie jest do 

bani. I tak było aż do powrotu do domu Anne. Od tego miejsca zaczyna się 
zupełnie inna historia.

- Tunel? - Zaskoczona spojrzałam na Gazika i Iggy’ego. - Dlaczego pod 

szkołą biegnie tunel?

-   Znakomite   pytanie   -   powiedział   Gazownik,   mądrze   kiwając   głową.   -   I 

jeszcze te tajne akta.

Znowu przejrzałam kartki.
-   Kuks?   Sprawdź   szkołę.   Chyba   czytałam,   że   jest   tu   od...   nie   wiem... 

dwudziestu lat?

- Tak piszą we wszystkich broszurach - potwierdził Kieł. - A w głównym 

korytarzu jest tabliczka z napisem: „Założona w 1985 roku".

Kuks   włączyła   laptopa   Anne,   którego   w   pewnym   sensie   sobie 

przywłaszczyliśmy.   Ja   ciągle   przeglądałam   dokumenty   dotyczące   pacjentów, 
których zamknięto w szpitalu i nigdy nie wypuszczono. Najstarsze pochodziły 
sprzed piętnastu lat, najnowsze - sprzed dwóch. Dla innych ludzi wylądowanie 
w szkole, która niegdyś była szpitalem psychiatrycznym z prywatnym tunelem, 
mogłoby być bardzo interesujące, lecz całkowicie przypadkowe.

W naszym życiu było to wielkie czerwone światło ostrzegawcze.
- Ha - odezwała się Kuks. - Na internetowej stronie szkoły piszą, że szkoła 

mieści się w tym budynku od 1985 roku. Ale kiedy wrzuciłam ją do Google'a, 
pojawiły się tylko dane sprzed dwóch lat.

- Może zmieniła nazwę? - podsunął Iggy.
Kieł pokręcił głową.
- Nie sądzę. Nigdzie o tym nie wspomniano. 
Jeszcze raz przejrzałam tajemnicze akta.
- Zakład był pod tym samym adresem. I spójrzcie na ten papier - jest na nim 

mały rysunek budynku.

Pokazałam go innym. Budynek wyglądał dokładnie jak nasza szkoła.
Spojrzałam na stado.
- To nic dobrego - oznajmiłam, jak zwykle przenikliwie.

background image

- Mamy powiedzieć o tym Anne? - spytał Iggy.
Kieł i ja zerknęliśmy na siebie. Leciutko pokręcił głową.
- Po co? - spytałam. - Albo o tym wie i w tym siedzi, a wtedy lepiej jej nie 

zdradzać, że wiemy, albo wie tylko to, co jej powiedzieli, a wtedy i tak nie może 
nam pomóc.

Przez chwilę siedzieliśmy cicho, namyślając się. Usłyszeliśmy, że w kuchni 

Anne włączyła telewizor. Następnie wyjęła garnki i otworzyła lodówkę. Leciał 
dziennik, mówili o nadciągającej fali chłodów i podawali wyniki meczu. Potem 
spiker powiedział: „Wiadomości  ze stolicy: prezydent wydał niespodziewane 
oświadczenie, które zaskoczyło wielu polityków. Zaledwie na trzy dni przed 
zamknięciem   tegorocznego   budżetu   prezydent   Danning   ogłosił   niezwykłą 
poprawkę: niemal miliard dolarów przeznaczonych na wojsko trafi do resortu 
edukacji publicznej, jak również na schroniska dla bezdomnych kobiet i dzieci".

Zlodowaciałam.
Spojrzałam   na   podobnie   zbaraniałego   Kła,   a   potem   powoli   przeniosłam 

wzrok na Angelę. Promieniała. Usłyszałam rechocik Totala, który przybił małej 
piątkę. W jego przypadku - czwórkę.

Spuściłam głowę i potarłam skronie, w których nagle załomotało. Musimy 

spadać  z miasta.  Ani się obejrzę, a Angela zmusi  prezydenta, żeby  zabronił 
zadawania prac domowych albo wymyśli jeszcze coś innego.

background image

78

Tego wieczoru, dokładnie pięć po jedenastej, na drugim piętrze domu Anne 

otworzyło   się   sześć   okien.   Kolejno   wyskoczyliśmy   ze   swoich   pokoi, 
zanurkowaliśmy   w   dół   na   jakieś   dwa   i   pół   metra,   rozwinęliśmy   skrzydła   i 
śmignęliśmy w górę.

Noc była ciemna i chłodna, niebo bezchmurne, a księżyc świecił tak jasno, 

że drzewa rzucały długie cienie.

Jaskinia   nietoperzy   wyglądała   jak   z   horroru.   Kieł   odkrył   ją   już   dawno. 

Znajdowała się w górskim łańcuchu parę kilometrów od domu. Wejście było 
zarośnięte pnączami, już wyschniętymi. Wlecieliśmy do środka, uważając, żeby 
się nie zaplątać, i wyhamowaliśmy w środku. W jaskini było pełno stalaktytów 
zwisających  z sufitu  jak kły. Gdzieś z  ciemności  dobiegało  upiorne kapanie 
wody. Jakieś trzydzieści metrów dalej robiło się aż gęsto od zapachu guana, 
więc trzymaliśmy się blisko wejścia.

- Pewnie nigdy nie postała tu ludzka noga - odezwał się Gazik, siadając po 

turecku. - Trzeba by się tu wspinać po skałach.

- Szkoda, że nie widzimy, co jest w głębi - dodała Kuks.
- Też żałuję - wtrącił pogodnie Iggy.
- Dobra, słuchajcie - powiedziałam. - Zastanawiałam się nad tym i uważam, 

że pora działać. To był wspaniały wypoczynek, ale już się zregenerowaliśmy, 
nabraliśmy sił i powinniśmy znowu zniknąć. 

Nie było konfetti i okrzyków zachwytu.
- Zrozumcie - ciągnęłam w coraz cięższym milczeniu. - Ari wie, że jesteśmy 

blisko.   Zaatakował   nas   w   drodze   ze   szkoły   i   pewnie   obserwuje   dom   Anne. 
Dyktator zawziął się na nas. Teraz te dziwne akta ze szkoły, tajemniczy tunel - 
wszystko razem składa się na brzydki obrazek. - Nie wspominając już o tym, że 
Angela   manipuluje   przywódcą   wolnego   świata.   Rzuciłam   małej   surowe 
spojrzenie na wypadek, gdyby słuchała moich myśli. Odpowiedziała anielskim 
uśmiechem. - Spadajmy, zanim ugrzęźniemy w tym interesie.

Kuks i Gazik spojrzeli na siebie. Angela oparła głowę o ramię Iggy’ego. 

Pogłaskał ją. Cisza.

- Może to wszystko jest po to, żebyśmy nauczyli się przewidywać, uprzedzać 

kolejne ruchy graczy, zamiast dawać się gryźć w tyłek.

A   może   to   po   to,   żebyś   nauczyła   się   zostać   na   miejscu   i   pracować   nad 

związkiem, odezwał się Głos.

Wściekłam się. To nie jest żaden związek, Głosie. To pułapka albo test, albo 

w najlepszym razie surrealistyczny odcinek podróży, od której tylko mózg mi 
się lasuje.

- Ale... - zaczęła Kuks, patrząc na Gazika. Pokiwał zachęcająco głową. - No 

background image

wiesz, w czwartek jest Święto Dziękczynienia. W środę będzie tylko połowa 
lekcji, a potem święto.

- Jeszcze  nigdy nie jedliśmy  prawdziwego  świątecznego  obiadu - dodała 

Angela. - Anne zrobi indyka i ciasto dyniowe.

Z desperacji zrobiłam się wredna, co leży w moim uroczym zwyczaju.
- Tak, warto dla tego zostać... kuchnia Anne!
Młodsi byli urażeni, a ja poczułam się jak idiotka. Psułam im zabawę. 
-   Po   prostu...   bardzo   się   niepokoję   -   wyjaśniłam   ostrożnie.   -   Jestem 

rozdygotana, zdenerwowana i mam ochotę krzyczeć, rozumiecie?

- Rozumiemy - powiedziała przepraszająco Kuks. - Ale... ona zrobi słodkie 

ziemniaki z rodzynkami i małymi piankami.

Zagryzłam mocno wargi, żeby nie palnąć: „Warto poświęcić wolność dla 

kartofli!".

Zmusiłam się do uśmiechu, który nieciekawie mi wyszedł, i odwróciłam się 

na   chwilę,   jakbym   nagle   zapragnęła   podziwiać   nocne   niebo.   Przez   splątane 
pnącza. Kiedy doszłam trochę do siebie, znowu na nich spojrzałam.

- Dobrze, zostaniemy na Święto Dziękczynienia - powiedziałam niechętnie. 

Rozpromienili się, a mnie serce zaciążyło jak kawał ołowiu. - Oby te słodkie 
ziemniaki były smaczne.

background image

79

- Strzeliło już? - Anne niespokojnie zajrzała ponad z moim ramieniem do 

piekarnika.

- Jeszcze nie - powiedziałam. - Ale dobrze mu idzie. - Porównałam indyka w 

piecyku do obrazka na opakowaniu. - Widzisz? Ten sam kolor.

- Jak strzeli, to znaczy, że jest gotowy.
- Wiem - zapewniłam.
Powiedziała to już ze sto pięćdziesiąt razy.
- A jeśli jest wadliwy? - spytała Anne, bliska rwania włosów z głowy. - A 

jeśli   nie   strzeli?   A   jeśli   mój   pierwszy   indyk   i   wasze   pierwsze   Święto 
Dziękczynienia się nie udadzą i będzie okropnie, i strasznie, i wszyscy będą 
nieszczęśliwi?

- To będzie symbol naszego życia - odrzekłam poważnie i zrobiłam śmieszną 

minę, żeby zrozumiała, że żartuję. - Słuchaj, a może sprawdzisz, czy ten, no... 
Zefir   dobrze   nakrył   do   stołu?   Trochę   się   biedak   pogubił   z   tymi 
nadprogramowymi sztućcami.

Anne spojrzała na mnie, skinęła głową, jeszcze raz zerknęła na piekarnik i 

poszła do jadalni.

- Co słychać z nadzieniem? - spytałam.
-   W   porządasku   -   zameldowała   Kuks,   mieszając   je   dużym   drewnianym 

widelcem do sałatek. Jeszcze raz przeczytała przepis. - Chyba gotowe.

- Wygląda smacznie. Odstaw je na bok. W życiu nie wyrobimy się z tym 

wszystkim jednocześnie.

-   Sos   żurawinowy   gotowy   -   odezwał   się   Iggy,   potrząsając   puszką.   - 

Mógłbym sam go zrobić.

- Wiem. - Zniżyłam głos. - Jesteś tu jedyną osobą, która umie gotować. Ale 

postępujmy zgodnie z planem.

- Ja chcę udko - powiedział Total, z dołu.
- Ustaw się w kolejce - mruknęłam i podeszłam do Kła. Przez chwilę mu się 

przyglądałam.  Rzucił mi  spojrzenie typu: „Tylko spróbuj coś powiedzieć". - 
Jesteś artystą - wydusiłam z siebie.

Odwrócił się do mnie plecami i ocenił równe rzędy pianek na zapiekance z 

tłuczonych słodkich ziemniaków.

- Każdy musi dźwigać swój krzyż - powiedział i zabrał się do roboty.
Znowu pochyliłam się nad piekarnikiem.
- Anne, to małe białe coś strzeliło. Już gotowy.
-   Boże!   -   Anne   wpadła   do   kuchni   i   w   popłochu   chwyciła   rękawice.   - 

Strzeliło? - Już wyciągała rękę do drzwiczek piecyka, ale nagle coś ją tknęło. - 
A jeśli to coś strzelające jest wadliwe? Jeśli jeszcze się nie upiekł?

background image

Spojrzałam na nią nieruchomym wzrokiem. 
- Wyjmij to stworzenie z piekarnika.
Anne wzięła głęboki wdech.
- Tak. No dobrze. 
Dorośli!

background image

80

Kwadrans później siedzieliśmy już w jadalni. Wszystko wyglądało bardzo 

przepięknie.   Był   biały   obrus   i   serwetki.   I   świece.   Jedzenie   stało   na   stole   i 
wyglądało dokładnie jak na zdjęciach z opakowań.

Gazik trzymał widelec i nóż w gotowości bojowej. Zmierzyłam go surowym 

spojrzeniem i pokręciłam głową. Odłożył sztućce.

- Może każdy po kolei powie, za co jest wdzięczny - zaproponowała Anne. - 

Ariel, ty pierwsza, dobrze?

- Eee... - Angela spojrzała na mnie.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
Postaraj się, jak umiesz, skarbie, i nie wygadaj się. Skinęła lekko głową.
- Jestem wdzięczna, że mam rodzinę. - Wskazała na nas. - Jestem wdzięczna, 

że mam psa. Jestem wdzięczna, że Max się mną opiekuje. - I jakby dopiero teraz 
zauważyła też Anne, dodała: - I jestem wdzięczna, że razem jest nam miło. 
Bardzo mi się tu podoba.

Anne uśmiechnęła się do niej.
- Dziękuję. Zefir?
- Ha. Jestem wdzięczny za jedzenie - wypowiedział się Gazik. - No i ten... za 

rodzinę. I że tu jestem.

- Krystal?
- Jestem wdzięczna za jedzenie i moich braci i siostry - zaczęła Kuks. - I że 

mam wielkie brązowe oczy i długie rzęsy. I że możemy tu trochę pomieszkać. I 
jestem wdzięczna za MTV. I za żelki-dżdżownice.

- W porządku - mruknęła Anne. - Jeff?
- Ee... ja to samo co Zefir. - Iggy zabębnił palcami w stół. - Teraz Knick.
Kieł miał minę, jakby wolał borowanie zęba bez znieczulenia.
- Ja to samo. Jedzenie, rodzina. Dach nad głową.
Jego  ciemne   oczy   spojrzały  na  mnie   i  znowu  się  zarumienił,  jakby  miał 

następny atak gorąca.

Moja kolej. Naprawdę byłam wdzięczna za wiele rzeczy - ale nie życzyłam 

sobie publicznie się z tego spowiadać. Po cichu podziękowałam, że wszyscy 
jesteśmy  razem i nic nam nie dolega. Że odzyskaliśmy  Angelę, że jesteśmy 
wolni   i   nie   siedzimy   w   Szkole.   Byłam   wdzięczna,   że   nie   atakują   nas   teraz 
Likwidatorzy. Wszystko złe, co nam się przydarzyło, może wydarzyć się znowu, 
ale nie w tej chwili. Nie byłam taka głupia, żeby wierzyć, że taki stan potrwa 
dłużej.

-  Eee...   jestem   wdzięczna,   że   tu   zamieszkaliśmy   -   powiedziałam.   -   Było 

świetnie. No i ten... jestem wdzięczna za rodzinę i dużo jedzenia.

Anne odczekała chwilę, jakby sprawdzała, czy ktoś się jeszcze wypowie.

background image

- A więc moja kolej. Dziękuję wam wszystkim za pomoc w przygotowaniu 

świątecznego obiadu. Sama nigdy bym sobie nie poradziła.

Amen, pomyślałam.
- Dla mnie najważniejsze jest to, że pracowaliśmy razem - ciągnęła Anne. - 

Nie mam dzieci, nigdy nie czułam takiej bliskości. Ale te tygodnie z wami... 
zrozumiałam, czego mi brakuje. Podoba mi się, że moje życie kręci się wokół 
was. Dziwne, ale lubię mieć dom pełen dzieci.

Total pod stołem polizał mnie w nogę. Omal nie wrzasnęłam. Usłyszałam 

jego cichy chichocik.

- Moje życie stało się chaotyczne, mam mnóstwo pracy, wydaję pieniądze, 

wzywają mnie do szkoły, co wieczór padam na łóżko kompletnie wykończona i 
wiem, że od rana zacznie się to samo. - Spojrzała na nas rozpromieniona. - I za 
nic bym z tego nie zrezygnowała.

Jak na przemowę, ta była niezła. Trzeba to przyznać.
-   I   mam   gorącą   nadzieję,   że   to   Święto   Dziękczynienia   jest   dopiero 

pierwszym z wielu, które nas czekają. - Jeszcze raz uśmiechnęła się do nas. Jej 
wzrok zatrzymał się dłużej na Angeli. - Bo chciałabym was adoptować.

background image

81

- No rzeczywiście. Okażemy wdzięczność za to, co mamy, zostawiając to 

wszystko - mruknął Gazownik.

- Gazik, mówiłam ci: nie musisz z nami iść - powiedziałam.
- Oczywiście, że muszę - burknął, sznurując trampki, nowe, od Anne.
- Nie do wiary - odezwała się Angela, podskakując na moim łóżku.
-   Na   to   wszyscy   czekaliśmy   -   powiedziała   tęsknie   Kuks.   Zerknęła   na 

Iggy’ego. - Cieszę  się, że to spotkało  ciebie. Byłoby  fajnie, gdyby spotkało 
wszystkich, ale skoro jesteś pierwszy, to bardzo się cieszę, że... - urwała, jakby 
dotarło do niej, że się rozpaplała.

- Dzięki.
Iggy, cały spięty, siedział w butach i kurtce. Twarz miał zarumienioną, a 

długimi, smukłymi palcami nerwowo bębnił w kolana.

Wczoraj wieczorem, kiedy trochę ochłonęliśmy po dziękczynnej gorączce, 

Kieł i ja oznajmiliśmy pozostałym, że być może znaleźliśmy rodziców Iggy’ego. 
Ale mieli miny!

- Chcesz się z nimi spotkać? - spytałam Iggy’ego.
- No pewnie - powiedział od razu, a potem zmarszczył brwi. - Nie wiem.
- Co?! - wrzasnęła Kuks. - Jakie „nie wiem”?
- Już o tym rozmawialiśmy - mruknął z zakłopotaniem Iggy. - Jestem ślepy, 

nie? Mam skrzydła. Jestem cudaczną zmutowaną hybrydą, a oni nigdy czegoś 
takiego   nie   widzieli.   Może   chcieliby   odzyskać   dawnego   mnie,   całkiem 
ludzkiego, ale...

Dokładnie coś takiego chodziło mi po głowie. Co do mnie, stwierdziłam, że 

nawet gdybyśmy znaleźli adres moich rodziców, raczej nie chciałabym zapukać 
do ich drzwi. A oni pewnie też nie chcieliby mnie zobaczyć.

- Rozumiem - powiedziałam. - Ale ty decydujesz. Będziemy ci pomagać, 

cokolwiek postanowisz.

- Chcę się z tym przespać - oznajmił Iggy.
- Nie ma sprawy.
No i się przespał, a potem postanowił, że chce się spotkać z rodzicami, no i 

tak dotarliśmy do tej chwili.

Kieł szeroko otworzył okno w moim pokoju. Kuks wdrapała się na parapet i 

skoczyła w powietrze. Słońce zalśniło na jej brązowych skrzydłach; trafiła na 
prąd powietrzny i uniosła się w niebo. Za nią podążyła reszta, ja na końcu.

Dziwnie było latać w środku dnia, ale to była wyjątkowa okazja. Iggy miał 

się spotkać z rodzicami, prawdziwymi rodzicami.

Nie miałam pojęcia, co się  wydarzy. Mogło być niesamowicie  cudownie 

albo totalnie dołująco. Nawet gdyby dla Iggy’ego skończyłoby się szczęśliwie, 

background image

reszta   z   nas   miałaby   złamane   serca.   Bo   to  by   było  pożegnanie.   Rzecz   zbyt 
bolesna, żebym mogła o niej myśleć.

Nie rozmawialiśmy o tym, co Anne powiedziała o adopcji. Moim zdaniem 

nie warto się było nad tym zastanawiać. Ciekawe, czy młodsi mieli inny pogląd. 
Pewnie wcześniej czy później się o tym dowiem. Raczej wcześniej.

Po dwudziestu minutach lotu znaleźliśmy się na ulicy, na której Kieł i ja 

czatowaliśmy przed paroma dniami. Święto Dziękczynienia było wczoraj, więc 
mieliśmy nadzieję, że zastaniemy w domu oboje rodziców.

- Gotowy? - spytałam Iggy’ego, chwytając go za rękę.
Mogłam to przetrwać, tylko nie myśląc. Jakoś to będzie.
Iggy skinął nerwowo głową. Jego ślepe oczy wpatrywały się w dal, jakby 

myślał, że jeśli się skupi, to zobaczy dom rodziców. Pochylił się nad moim 
uchem.

- Boję się.
Ścisnęłam jego dłoń.
- Gdybyś się nie bał, miałabym pewność, że ześwirowałeś. Ale jeśli tego nie 

zrobisz, nigdy nie da ci to spokoju.

- Wiem. Wiem, że muszę to zrobić. Ale...
Nie   musiał   mówić   nic   więcej.   Czternaście   lat   temu   jego   rodzice   stracili 

idealnie   zdrowe   niemowlę.   Teraz   Iggy   miał   prawie   dwa   metry   wzrostu,   był 
ślepy, a określenie „genetyczna hybryda" w jego przypadku brzmiało bardzo 
oględnie.

Iggy potrząsnął głową i wyprostował się.
- Zróbmy to.
Cała nasza szóstka przeszła przez ulicę. Trochę się zachmurzyło, wiatr był 

zimny. Postawiłam Angeli kołnierz i otuliłam ją dokładniej szalikiem. Spojrzała 
na mnie poważnie. Jej błękitne oczy wyrażały te same nadzieje i lęki, które 
czuliśmy wszyscy.

Zadzwoniłam do drzwi. Byliśmy tak spięci, że dzwonek zabrzmiał nam w 

uszach niczym gong. Po chwili drzwi się otworzyły i w progu stanęła ta sama 
kobieta co poprzednio. Lekko zmarszczyła brwi, jakby przypomniała sobie moją 
twarz, ale nie wiedziała, skąd mnie zna.

- Eee... Dzień dobry - zaczęłam tym przymilnym tonem domokrążcy, który 

załatwia   prawie   wszystko.   -   Widziałam   panią   w   telewizji.   Mówiła   pani,   że 
straciła syna?

Przez jej twarz przemknął cień smutku. 
- Tak?
Odstąpiłam na bok, odsłaniając Iggy'ego.
- To chyba on.
Delikatność nie jest moją największą zaletą.
Kobieta znów zmarszczyła brwi, jakby za chwilę miała się rozgniewać za 

dręczenie   jej   bez   potrzeby,   ale   potem   spojrzała   na   Iggy’ego   i   jej   irytacja 
zmieniła się w zdziwienie.

background image

Kiedy   stali   tak   naprzeciwko   siebie,   ich   podobieństwo   jeszcze   bardziej 

rzucało   się   w   oczy.   Mieli   taką   samą   karnację,   sylwetkę,   takie   same   kości 
policzkowe   i   brodę.   Kobieta   zamrugała   powiekami.   Otworzyła   usta,   ale   nie 
wydobył   się   z   nich   żaden   dźwięk.   Przyłożyła   rękę   do   piersi   i   spojrzała   na 
Iggy’ego. Jeszcze raz ścisnęłam jego dłoń - nie miał pojęcia, co się dzieje, i 
musiał czekać w bolesnej niepewności.

Potem pojawił się mężczyzna. Kobieta odsunęła się i bez słowa wskazała na 

Iggy’ego. I choć był bardzo do niej podobny, z tym mężczyzną też łączyło go 
parę cech. Mieli taki sam nos, taki sam kształt ust. Mężczyzna długo wpatrywał 
się w Iggy’ego, a potem spojrzał na nas.

- Co... - zaczął, wyraźnie oszołomiony.
- Widzieliśmy państwa w telewizji - znowu wyjaśniłam. - Pomyśleliśmy, że 

to może być państwa syn, zaginiony czternaście lat temu. - Objęłam Iggy’ego i 
lekko pchnęłam go naprzód. - Nazywamy go Iggy, ale sądzę, że na nazwisko ma 
Griffiths, tak jak państwo.

Jasna   twarz   Iggy’ego   poczerwieniała.   Spuścił   głowę.   Dosłownie   czułam 

łomot jego serca.

- James? - szepnęła kobieta, wyciągając rękę do Iggy’ego. Zatrzymała ją w 

powietrzu i obejrzała się na męża. - Tom... czy to jest James?

Mężczyzna z wysiłkiem przełknął ślinę. Ustąpił na bok.
- Proszę, wejdźcie.
Chciałam odmówić - nigdy nie wchodzimy do obcych miejsc, gdzie można 

nas uwięzić lub złapać, ale uświadomiłam sobie, że Iggy może tu zostać na 
zawsze, więc jeśli byłaby to pułapka, lepiej się upewnić i spadać.

Ja też przełknęłam ślinę.
- Dobrze - powiedziałam.
Kiedy   wchodziliśmy   do   domu,   zerknęłam   na   Angelę,   sprawdzając,   czy 

wyczuwa coś podejrzanego. Ale zwyczajnie weszła, więc ze ściśniętym sercem 
ruszyłam za nią.

Dom   był   ładny,   ale   nie   taki   wypasiony   ani   wielki   jak   pałac   Anne. 

Rozejrzałam się, myśląc: może Iggy będzie tu mieszkał. Będzie jadał obiady 
przy tym stole i wsłuchiwał się w odgłosy z tego telewizora. Zaczęłam się czuć, 
jakbyśmy wpadli do króliczej nory, jeśli mnie rozumiecie. Gonią nas podobne 
do wilków mutanty? Absolutnie prawdopodobne. Iggy mógłby żyć normalnie? 
Absolutne szaleństwo.

- Eee... siadaj - zwróciła się kobieta do Iggy’ego. 
Zawahał się, ale kiedy poczuł, że ja też siadam, za chwilę zajął miejsce obok 

mnie.

- Nie wiem, co powiedzieć... - wyjąkała kobieta.
Usiadła po drugiej stronie Iggy’ego. W końcu zaczęło do niej docierać, że 

jego oczy są nieruchome.

- No więc... jestem ślepy - rąbnął Iggy, nerwowo skubiąc bluzę. - Zrobili 

mi... to znaczy nic nie widzę.

background image

- Och, jej... - szepnęła kobieta ze zgrozą.
Mężczyzna usiadł naprzeciwko nas, wyraźnie znękany.
- Nie wiemy, co się wydarzyło... - Pochylił się do przodu. - Zabrali nam 

ciebie...   naszego   syna...   z   tego   domu   czternaście   lat   temu.   Miałeś...   miał 
zaledwie   cztery   miesiące.   Zniknął   bez   śladu.   Wynająłem   detektywów.   I...   - 
urwał, jakby wspomnienia były zbyt bolesne.

- To długa, dziwna historia - powiedziałam. - I nie mamy stuprocentowej 

pewności. Ale naprawdę wygląda na to, że Iggy jest tym zaginionym dzieckiem.

Kobieta skinęła głową i wzięła Iggy’ego za rękę.
- Tak czuję. Ty może nie masz pewności, ale ja tak. Czuję to. Jesteś moim 

synem.

Nie wierzyłam własnym oczom. Ile razy o tym marzyliśmy? A teraz się 

spełnia. Iggy’emu.

- Muszę przyznać... masz rację. - Mężczyzna odchrząknął. - On naprawdę... 

To śmiesznie zabrzmi, ale on naprawdę wygląda tak samo jak w dzieciństwie.

W   innych   okolicznościach   Gazik   i   Kieł   nie   przepuściliby   takiej   okazji. 

Dręczyliby Iggy’ego bez litości. Ale teraz siedzieli jak skamieniali. Zaczęło do 
nich docierać, co się dzieje... Co się za chwilę stanie.

- Wiem! - Pani Griffiths  wyprostowała się nagle. - James  miał  na boku, 

prawie na plecach, małe czerwone znamię. Spytałam o to doktora, ale mówił, że 
to nic takiego.

- Iggy ma znamię - powiedziałam wolno.
Widziałam je setki razy.
Iggy bez słowa podciągnął koszulę z lewej strony. Pani Griffiths natychmiast 

zobaczyła znak. Jęknęła i zasłoniła usta ręką.

-   Boże!   -   szepnęła.   Po   policzkach   popłynęły   jej   strumienie   łez.   -   Boże, 

James! To James!

Chwyciła Iggy’ego w objęcia, mocno go przytulając. Jedną ręką głaskała 

jego  prawie  białe  włosy.  Oczy   miała  zamknięte,  a  jej  łzy  zostawiały  mokrą 
plamę na ramieniu Iggy'ego.

- James, James - szeptała. - Moje dziecko.
Gardło mi  się ścisnęło.  Zobaczyłam,  że Angela i Kuks walczą ze łzami. 

Rany. Zaraz zacznie się prawdziwa orgia łez.

Odchrząknęłam.
- A więc uważają państwo, że to jest James, zaginiony syn?
Mężczyzna, który też miał łzy w oczach, przytaknął.
- To mój syn - oznajmił łamiącym się głosem.
No, nienawidzę takich sytuacji. Wszyscy zaczynają przeżywać i zalewają się 

łzami, robi się potop i w ogóle. Uch!

- Kim... kim jesteście? - spytał pan Griffiths, wskazując na nas wszystkich.
Jego żona przestała obściskiwać Iggy’ego i odsunęła go od siebie, żeby się 

mu przyjrzeć.

-   Przyjaciółmi   -   wyjaśniłam   zwięźle.   -   Nas   też   porwano.   Są   państwo 

background image

pierwszymi rodzicami, których znaleźliśmy.

Tego nie chciałam powiedzieć. Co się ze mną dzieje? Na ogół nie mam 

takiego długiego jęzora.

Państwo Griffiths jeszcze bardziej zdziwili się i zmartwili.
- No to co teraz? - spytałam energicznie, wycierając dłonie o dżinsy.
Zerknęli szybko na siebie. Pan Griffiths dyskretnie skinął głową, a jego żona 

odwróciła się do nas.

- James jest nasz - powiedziała zdecydowanie. - Myślałam, że straciliśmy go 

na zawsze, ale skoro tu jest, już go nie puszczę. Jasne?

Wyraźnie była gotowa na wszystko, więc uniosłam ręce w uniwersalnym 

geście typu „wstrzymaj konie".

- Nikt nie ma nic przeciwko temu. James też. Ale wie pani, że jest ślepy?
- Nic mnie to nie obchodzi - odparła pani Griffiths, spoglądając na Iggy’ego 

z   miłością.   -   Nie   obchodzi   mnie,   jakie   ma   problemy.   Damy   sobie   radę   ze 
wszystkim, skoro jest z nami.

No dobrze. To może załatwiać drobny problem skrzydeł...
- Iggy... Chcesz zostać? - spytałam.
Znowu się zaczerwienił, ale widziałam, że pod tą jego maską opanowania 

pojawia się ślad niedowierzającego szczęścia. Serce ścisnęło mi się boleśnie. 
Tracę go, pomyślałam.

Iggy wolno pokiwał głową.
- Tu jest moje miejsce.
Poklepałam go po ramieniu.
- Tak - szepnęłam.
- Masz... jakieś rzeczy? - spytała pani Griffiths. - Wstawimy większe łóżko 

do  twojego dawnego  pokoju.  Nic tam  nie zmieniłam...  na  wypadek,  gdybyś 
kiedyś wrócił. - Delikatnie dotknęła jego twarzy. - To cud. Nie mogę wprost 
uwierzyć. Jeśli to sen, mam nadzieję, że się nie obudzę.

Iggy uśmiechnął się blado.
- Za dużo to ja nie mam - odparł.
Podniósł   mały   plecak,   w   który   spakowaliśmy   parę   podstawowych 

przedmiotów z domu Anne.

-   Świetnie   -   powiedziała   pani   Griffiths.   -   Kupimy   ci   wszystko,   czego 

potrzebujesz.

Oto słowa prawdziwej matki.

background image

82

I tak jedno z nas znalazło prawdziwych rodziców. Nie będę was zamęczać 

rozdzierającą sceną pożegnania. Wystarczy powiedzieć, że popłynęły strumienie 
łez. Tyle na temat opłakiwania. Naprawdę nie chcę się w to zagłębiać.

Ale jedno wam powiem. Dorastałam z Iggym. Znałam go przez całe moje 

krótkie i okropne życie. Znałam go, kiedy jeszcze widział, uczyłam go latać. Był 
mniej nieznośny od Kła, cichszy od Kuks i gotował lepiej od nas wszystkich. 
Był najlepszym przyjacielem Gazownika. Tak, przyjaciele odchodzą, to smutne, 
ale trzeba się z tym pogodzić. Tylko że na tym całym cholernym świecie mogę 
ufać tylko pięciu osobom i właśnie jedną z nich straciłam. Musiałam odejść, 
wiedząc, że Iggy stoi w progu, jakby nas odprowadzał wzrokiem - jakby patrzył, 
jak zostawiamy go na zawsze.

Krótko  mówiąc,   czułam  się,   jak  gdyby   ktoś  zatańczył  na  moim   sercu  w 

butach z kolcami.

Ale dość o mnie. Powiedziałam, że nie chcę o tym gadać. 

background image

83

Anne   zachowywała   się   jak   spanikowana   kwoka,   która   straciła   jedno   z 

piskląt. Zwłaszcza że nic jej nie wyjaśniliśmy.

Przez cały weekend wykonywała histeryczne telefony i napadała na nas, na 

zmianę błagając, perswadując, płacząc i grożąc. Ale my powtarzaliśmy tylko, że 
zostawiliśmy   go   w   bezpiecznym   miejscu,   ponieważ   tego   chciał.   Koniec 
dyskusji.

Tyle   że   Anne   nie   pojmowała   koncepcji   końca   dyskusji.   Koniec   dyskusji 

oznacza, że druga osoba ma się zamknąć. Ale nie Anne.

W poniedziałek rano wszyscy byliśmy na skraju załamania nerwowego. Po 

stracie   Iggy'ego   czułam   się,   jakby   ktoś   mi   odrąbał   lewą   rękę.   Dwa   razy 
przyłapałam   Kuks,   jak   chlipie   w   swoim   pokoju,   a   pozbawiony   wspólnika 
zbrodni   Gazik   zachowywał   się   jak   lunatyk.   Angela   nawet   nie   siliła   się   na 
udawanie spokoju. Z rykiem rzuciła mi się na kolana. Total natychmiast się 
podłączył.

- Jestem miękki - zalewał się łzami, które skapywały mu z sierści.
Sporo   trzeba,   żeby   zmusić   nas   do   płaczu.   Utrata   Iggy’ego   spełniała 

wszystkie wymagania.  A z powodu tych szlochów,  cierpienia, bezsenności  i 
nękającej   mnie   Anne,   która   nieustannie   dopytywała   się,   gdzie   jest   Iggy,   w 
poniedziałek rano byłam na prostej drodze do wariatkowa.

Dla ścisłości wyjaśniam: cieszyłam się ze względu na Iggy’ego. Bardzo. Ale 

ze względu na resztę byłam smutna. I wiedziałam, że to się powtórzy, że kolejno 
będą odchodzić. Czułam się, jakbym stała na pokładzie „Titanica", który pruje 
prosto na górę lodową.

-   Powiadomię   szkołę   o   zniknięciu   Jeffa   -   powiedziała   Anne,   kiedy 

wsiadaliśmy do samochodu.

- Dobrze - zgodziłam się ze znużeniem.
Wiedziałam, że to nic nie da. Wszyscy wsiedliśmy do jej chevroleta; Anne 

siedziała za kierownicą sztywno jak skamieniała.

- Powiadomię też policję - dodała, patrząc na mnie w lusterku.
- A niech tam - warknęłam, bliska furii. - Może zamieścisz jego zdjęcie na 

kartonie z mlekiem? Jest jednym z wielu zaginionych dzieci, nie? Dużo ich tu.

W lusterku zobaczyłam jej dziwny wyraz twarzy. Prawie jakby... strach? 

Interesujące. No i zaraz porzuciła ten temat.

A to znaczyło, że...?

background image

84

- Zrozumiano? - warknął Ari. Poruszył ramionami okrytymi kurtką z czarnej 

skóry. Jeden Likwidator siedział za kierownicą, dwunastu innych tłoczyło się z 
tyłu   furgonetki.   -   Wchodzimy,   łapiemy   mutanty,   wychodzimy.   Precyzyjnie, 
jasne?

- Jasne - mruknęło paru Likwidatorów. 
Brać mutanty żywcem, przypomniał mu Głos.
- Pamiętajcie, brać mutanty żywcem - powiedział Ari. Wyszczerzył zęby. 

Już się cieszył na myśl o tym, co się stanie. - I z daleka od Max! Jest moja.

Był ciekaw, czy Głos się wtrąci z nowymi radami, ale nie.
Zatarł ręce. Świerzbiły go do walki z Max. Tata kazał przyprowadzić Max 

żywą - chciał się o niej dowiedzieć jeszcze paru rzeczy. Ale Ari był ciekaw 
tylko jednej: w jakiej trumnie ją położą. Już postanowił: wbrew rozkazom jeden 
Likwidator „wpadnie w szał" i zacznie mordować  wszystkich, którzy się do 
niego zbliżą. Zanim Ari zdąży go powstrzymać, ten rozerwie już gardło Max. 
Potem Jed zabije tego Likwidatora, Max będzie martwa, a Ari szczęśliwy.

Sytuacja pozbawiona minusów.
A jeśli... jeśli Max „zniknie"? Jeśli Ari porwie Max i ukryje ją gdzieś, gdzie 

jej nikt nie znajdzie, skąd nie ma ucieczki? Uważał, ze zna takie miejsce. Jeśli 
Max   będzie   uwięziona,   bez   szansy   ucieczki,   i   jeśli   tylko   Ari   będzie   jej 
dostarczać jedzenie i wodę, to wtedy na pewno w końcu do niego przywyknie, 
prawda? Nawet będzie mu wdzięczna. Pozostanie jej tylko on. I nikt nie będzie 
im rozkazywać. Zaprzyjaźnią się. Max go polubi. Będą grać w karty. Mogłaby 
mu czytać książki. I bawić się z nim na dworze.

Coraz bardziej przekonywał się do tego pomysłu. I wiedział, gdzie może ją 

ukryć. Stamtąd nie ucieknie. Jak tylko Ari obetnie jej skrzydła.

background image

85

- Mam ogłoszenie - oznajmił pan Pruitt, spoglądając zbolałym wzrokiem na 

zebranych uczniów.

Był poniedziałkowy ranek i wszystkich nas spędzono do audytorium, żeby 

dyktator mógł  w nas strzelać  jadem.  Przynajmniej  robił to sprawiedliwie  na 
wszystkich, nie tylko na nasze stado. Na razie wyjawił nam, jakie uczucia budzi 
w nim widok bałaganu, który zostawiamy w stołówce, oraz podzielił się swoimi 
przemyśleniami na temat małych złodziejaszków, które kradną pomoce szkolne, 
i niewiarą w naszą zdolność do cywilizowanego zachowania w łazience.

Facet ma ciężkie życie.
- Jeden z uczniów zaginął - obwieścił pan Pruitt i przeszył mnie stalowym 

wzrokiem.

Odpowiedziałam spojrzeniem anielskiej niewinności.
- Jeff Walker - ciągnął dyktator. - Z dziewiątej klasy. Choć jest nowy, z 

pewnością   wszyscy   wiecie,   o   kim   mowa.   Powiadomimy   specjalne   organy 
ścigania.   -   Tu   spojrzał   na   mnie   zmrużonymi   oczami.   Bardzo   się   starałam 
zachować kamienną twarz. - Ale jeśli ktokolwiek z was go widział albo coś wie, 
cokolwiek, niech się do mnie zgłosi. Jeżeli później dowiemy się, że zatailiście 
jakąś informację, wyciągniemy bardzo poważne konsekwencje. Czy wyrażam 
się jasno?

Ogólne kiwanie głowami.
Wielu   uczniów   obejrzało   się   na   mnie,   Kła   i   resztę   stada,   bo   byliśmy 

„rodzeństwem"   Iggy’ego.   Dotarło   do   mnie,   że   powinnam   być   zmartwiona   i 
zdenerwowana, więc spróbowałam przybrać stosowną minę.

- Możecie odejść - warknął dyktator, jakby odsyłał nas na dożywocie.
Poderwałam   się   z   miejsca,   chcąc   jak   najszybciej   uciec   z   zatłoczonego 

audytorium. J. J. dogoniła mnie na korytarzu.

- Bardzo mi przykro - powiedziała z troską. - Jak to się stało?
Trudno uwierzyć, ale nie przygotowałam sobie żadnego tekstu. W moim 

pokręconym mutanckim świecie ludzie codziennie pojawiają się znikąd i znikają 
w niebycie i nikogo to nie dziwi. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że zniknięcie 
Iggy’ego może zaniepokoić kogoś poza Anne.

No dobra. To była skucha. Przyznaję.
-   Eee...   -   zaczęłam,   gorączkowo   się   namyślając.   Nie   miałam   czasu 

zastanowić się, czy w ewentualnej bajeczce nie ma luk albo pułapek, które mnie 
zgubią. Parę osób zatrzymało się przy nas. - Nie mogę o tym mówić - palnęłam. 
I nagle, na myśl o Iggym, w oczach stanęły mi prawdziwe, szczere łzy. - To 
znaczy... no... na razie nie mogę o tym mówić.

Dorzuciłam jeszcze ciche chlipnięcie i w odpowiedzi otrzymałam spojrzenia 

background image

pełne współczucia.

- Dobra, ludzie - zawołała J.J., machając rękami. - Ona nie może o tym 

mówić. Cofnijcie się, dajcie jej oddychać.

- Dzięki - szepnęłam. - Nadal nie wierzę, że go nie ma.
Szczera prawda.
- Bardzo mi przykro - powiedziała J.J. - Szkoda, że zamiast niego nie zabrali 

mojego brata.

Rozbawiła mnie. Jak prawdziwa przyjaciółka.
-   To   na   razie   -   dodała,   idąc   w   stronę   szafki.   -   Jeśli   będziesz   czegoś 

potrzebowała, daj mi znać.

Pokiwałam głową.
- Dzięki.
Inni nadal się na mnie gapili. Paranoja zaczęła mi jeżyć włosy na głowie. To 

zatłoczone audytorium, uczniowie łażący za mną i wypytujący - byłam zbyt 
rozedrgana, żeby opanować sytuację.

Odwróciłam   się   i   pomaszerowałam   w   przeciwnym   kierunku.   Ale   w 

następnym korytarzu też stali uczniowie; spojrzeli na siebie i ruszyli do mnie. 
Potem zza zakrętu wyłonił się dyktator. Jeszcze chwila, a znajdę się w jego 
pazurach. Było niedobrze. 

Szybko  zmieniłam   kierunek  i   weszłam   w   trzeci   korytarz,   gdzie   ujrzałam 

drzwi z napisem „Pokój nauczycielski". Jeszcze nigdy tu nie byłam. Weszłam 
ostrożnie, od razu przygotowując sobie tekst, że się zgubiłam.

Nie podnosząc głowy, wypuściłam z płuc wstrzymywany oddech. Do tej 

chwili   wcale   nie   wiedziałam,   że   go   wstrzymuję.   Potem  się   wyprostowałam, 
gotowa podlizać się ewentualnym nauczycielom.

Było ich niewielu, co zauważyłam ze sporym zaskoczeniem. Oraz grupa, 

której nigdy dotąd nie widziałam. Jeden stał na środku, jakby coś opowiadał, 
inni przy stołach. Obrzuciłam ich spojrzeniem, szukając znajomych twarzy. O, 
dobrze, pan Lazzara.

Tylko... serce zabiło mi mocniej i całkiem stanęło.
To jest pokój nauczycielski. Są w nim nauczyciele. Niby w porządku. Ale 

dlaczego trzej z nich wyjmują paralizatory?

background image

86

Dlatego, że to fartuchy z laboratorium i chcą złapać mutanta?  Tak tylko 

zgaduję.

W ułamku sekundy otworzyłam drzwi i rzuciłam się do ucieczki...
...by zderzyć się z dyktatorem.
Na jego brzydkiej twarzy pojawił się jeszcze brzydszy uśmiech. Znalazłam 

się w żelaznym uchwycie.

-   Uciekasz?   Tak   szybko?   Chyba   nie   masz   dość   tego   domu   wariatów?   - 

warknął.

Wciągnął mnie do pokoju nauczycielskiego.
- Dlaczego? Co się dzieje? - spytał zdziwiony pan Lazzara. 
- Z drogi! - burknął na niego inny nauczyciel.
Zaparłam się w miejscu; zrezygnowana, choć wcale niezaskoczona ujrzałam, 

jak dyktator wyciąga z kieszeni plastikową opaskę, niewątpliwie przeznaczoną 
do związania mi rąk.

-   Zawsze   wiedziałam,   że   nienawidzę   cię   nie   bez   powodu   -   oznajmiłam 

zimno. - I nie mówię tu o twoim paskudnym charakterze.

Skoczyłam w powietrze, celując stopą w jego głowę. Przykopałam mu tak, 

że mało nie gruchnął na ziemię, ale odzyskał równowagę i rzucił się na mnie. 
Dałam susa na stół, chwyciłam się żyrandola i rozkołysałam się, obdzielając 
kopniakami wszystkich, którzy się do mnie zbliżali.

Wiesz co, Głosie? - pomyślałam. Tym razem wierzę w to, co widzę.
Dyktator znowu do mnie doskoczył.
- Nic z tego, ty mały wstrętny bąblu - wysyczał. - Jesteś moja, jesteś moją 

nagrodą za to, że dzień po dniu znosiłem te głupie, tępe małe gnojki.

-   Ja   też   opowiadam   się   za   wcześniejszą   emeryturą   dla   nauczycieli   - 

prychnęłam i zrobiłam unik, przy okazji zdzielając go kopniakiem.

Upadł i przejechał z rozpędu po podłodze, przewracając paru nauczycieli, 

między innymi tych z paralizatorami.

Zapamiętaj: jak będzie po wszystkim, pęknij ze śmiechu.
Niektórzy   nauczyciele   siedzieli   skuleni   pod   ścianą,   przerażeni.   Michael 

Lazzara miał taką minę, jakby zamierzał rzucić się do walki po stronie dobrych. 
Ale  źli nacierali  na  mnie  ze  wszystkich  stron, mierząc   z paralizatorów.  Nie 
wiedziałam, co to za jedni i dla kogo pracują, ale z zasady unikam ludzi z bronią 
elektryczną.

Potężnym skokiem przeleciałam nad paroma nauczycielami i wylądowałam 

za drzwiami na korytarzu. Nie miałam pojęcia, w których salach siedzą moi, 
więc ruszyłam galopem przed siebie, drąc się na całe gardło: 

- Bandada! Laram! Zuga! Ruchy, ruchy, ruchy!

background image

87

Wrzeszcząc tak, biegłam sprintem przez korytarz. Kuks i Kieł wypadli z 

klas. Byłam jednocześnie przerażona i niewiarygodnie wściekła: oto był dowód, 
którego potrzebowałam, aby przekonać ich, że musimy się zwijać.

Inne   dzieci   także   wybiegły   na   korytarz,   chcąc   się   dowiedzieć,   co   to   za 

zamieszanie.   Angela!   Chwała   Bogu,   jest   i   ona,   wyprysnęła   z   klasy,   którą 
właśnie mijałam. Obejrzała się, skinęła głową i ruszyła ekspresem do wyjścia.

- Max! Tutaj! - Sam stał trzy metry dalej, w drzwiach otwartej pustej klasy. 

Dawał mi gorączkowe znaki. - Chodź! Tędy!

Ale   czyżby   zaczął   wyglądać   mi   trochę   po   likwidatorsku   -   odrobinkę   za 

długie zęby, włosy minimalnie gęstsze? Nie byłam pewna i nie zamierzałam się 
upewniać.

- Możesz mi zaufać! - dodał.
Gazownik wyleciał z klasy, niemal wpadając na Kuks.
Sam zrobił krok, jakby chciał mnie złapać, ale wtedy podjęłam jedną ze 

swoich przesławnych błyskawicznych decyzji. Staranowałam go, przewracając 
na ziemię.

- Rzecz w tym - rzuciłam - że nikomu nie mogę zaufać!
- Max! - krzyknął Kieł stojący w drzwiach wyjściowych.
Cała nasza czwórka popędziła do niego. Pognaliśmy na parking. W szkole 

zapanowało   istne   piekło   -   dzieci   kłębiły   się   na   korytarzach,   a   wszyscy 
wrzeszczeli, darli się, miotali.

Żegnaj, szkoło, pomyślałam.
- W górę! - ryknęłam.
Dobiegł mnie  warkot silnika. Stado skoczyło w powietrze w chwili, gdy 

uświadomiłam  sobie, że  wypasiony  wóz  dyktatora pruje na pełnym gazie  w 
moim kierunku. Zamierzał mnie rozjechać.

A niedoczekanie.
Puściłam się pędem na niego i na chwilę przed zderzeniem skoczyłam w 

powietrze. Moje skrzydła chwyciły wiatr, a ja wierzgnęłam mocno, rozbijając 
szybę. I spojrzałam w dół z wysokości trzech, czterech, sześciu metrów.

W parę sekund dyktator stracił panowanie nad samochodem, który wpadł z 

piskiem opon na inne zaparkowane pojazdy.

- Ekstra - powiedział z uznaniem Gazownik.
Pruitt wygrzebał się z wraku, niemal siny z obłąkanej wściekłości.
- To jeszcze nie koniec! - wrzasnął, wygrażając mi pięścią w sposób, do 

którego już przywykłam. - Zostanie z was plama powypadkowa! Jeszcze was 
dorwiemy!

-   Ach,   gdybym   dostawała   centa   za   każdym   razem,   gdy   to   usłyszę   - 

background image

westchnęłam z ubolewaniem.

Wzbiliśmy   się   wyżej;   nauczyciele   wybiegli   ze   szkoły,   odpędzając 

rozkrzyczane dzieci, które kuliły się ze strachu, usiłując gdzieś się schować. 
Niektórzy   najwyraźniej   pracowali   dla   Pruitta,   inni   byli   przerażeni   i 
zdezorientowani.

Potem   zobaczyłam   zbyt   dobrze   znaną   mi   szarą   furgonetkę   wpadającą   z 

rozpędem  na  parking.  Zakręt  pokonała   na  dwóch  kołach,  bryzgając   żwirem. 
Jeszcze mi tu byli potrzebni Likwidatorzy! Im więcej, tym weselej! Zwąchali się 
z Pruittem czy po prostu chcieli dołączyć do zabawy?

- Jazda! - rzuciłam do stada i wzbiliśmy się jeszcze wyżej.
Ari   i   niektórzy   inni   Likwidatorzy   umieją   latać,   ale   mieliśmy   nad   nimi 

przewagę.   Ari   wyskoczył   z   furgonetki,   rzucając   rozkazy,   klnąc   i   bezsilnie 
patrząc na naszą ucieczkę.

-   Innym   razem   -   mruknęłam   i   wznieśliśmy   się   ku   blademu   jesiennemu 

słońcu.

background image

88

- Teraz dokąd? - spytał Gazownik.
Unosiliśmy się w powietrzu, łopocząc rytmicznie skrzydłami. Patrzyliśmy 

dokoła, ale na razie nikt nas nie gonił.

- Musimy wracać do Anne - powiedziała Angela.
- Aha, ale szybko, po rzeczy - zgodziła się Kuks.
-   Szczerze   mówiąc,   parę   dni   temu   ukryłam   nasze   plecaki   w   jaskini 

nietoperzy - oznajmiłam. - Na wypadek, gdyby doszło do czegoś takiego. I nie 
zapomniałam   zwędzić   tego   -   dodałam,   machając   im   przed   nosami   jedną   z 
niezliczonych kart kredytowych Anne. - Nigdy się nie zorientuje, że jej zginęła.

- Świetnie. - Gazownik odetchnął z ulgą. - To było bardzo mądre.
- Za to mi płacą te krocie - mruknęłam.
Ze wszystkich sił starałam się nie wrzasnąć: „A nie mówiłam?". Teraz nie 

było na to czasu. Później, kiedy będziemy bezpieczni, dam im popalić.

- Ale i tak musimy wrócić do Anne - oświadczyła stanowczo Angela.
- Aniołku, nie możemy ryzykować tylko po to, żeby się pożegnać.
- Nie o to chodzi. Tam jest Total.
O w pysk. Poświęciłam dwie sekundy na oszacowanie prawdopodobieństwa, 

że Angela zgodzi się zostawić Totala. Było zerowe. Kieł i ja spojrzeliśmy na 
siebie z westchnieniem.

- Spróbujemy - powiedziałam.
- Och, dziękuję - rozpromieniła się Angela. - Wyrobimy się szybciutko, daję 

słowo.

Po trzech minutach byliśmy już nad wielką, komfortową posiadłością Anne, 

gdzie mieszkaliśmy prawie dwa miesiące. Przynajmniej niektórzy z nas czuli się 
tu względnie szczęśliwi i spokojni.

Po całym terenie, w sadach, stajni, domu, kręciło się co najmniej trzydziestu 

Likwidatorów.

Rany, szybcy są.
Tymczasem Angela z góry uważnie lustrowała podwórko i zaglądała między 

drzewa w sadzie.

Błagam, tylko niech Total nie drzemie przed kominkiem, pomyślałam. Niech 

będzie czujny.

- Jest! - zawołała Angela, wskazując staw.
I   rzeczywiście,   mały   czarny   kształt   pędził   wokół   stawu.   Gonił   go 

Likwidator, ale Total miał niesamowitą parę w tych swoich krótkich łapkach.

Angela złożyła skrzydła i zapikowała.
- Kieł! - wrzasnęłam.
Natychmiast za nią poleciał.

background image

Odwróciłam   się,   słysząc   warkot   silnika.   Furgonetka   Ariego   wjeżdżała   w 

wyścigowym tempie na długi podjazd. Angela pruła w dół. Likwidatorzy zaczęli 
wzywać  wsparcie   i  ruszyli   ku  niej.   Kieł  leciał   tuż  za   nią,   w  razie   potrzeby 
gotowy zaatakować.

- Total! - krzyknęła Angela. - Chodź!
Natychmiast do niej pomknął, a kiedy nabrał rozpędu, spiął te swoje małe 

mięśnie   i   ze   wszystkich   sił   skoczył   w   powietrze.   Wyprysnął   w   górę   jak 
wystrzelony z procy, wyżej niż jakikolwiek pies. Przeleciał trzy i pół metra, 
sześć, prawie dziewięć. Mógłby wskoczyć na dach dwupiętrowego budynku. 
Angela śmignęła w dół, chwyciła go w ramiona i wzbiła się do góry. Jej piękne, 
nieskazitelnie białe skrzydła pracowały z bezbłędną, płynną precyzją.

Likwidatorzy ryknęli z wściekłością. Kieł odebrał Angeli Totala, krzywiąc 

się, kiedy ten go polizał z radości. Oboje dołączyli do mnie, Kuks i Gazownika.

- W samą porę - oznajmił Total z pewną urazą, wiercąc się w objęciach Kła. 

- Już myślałem, że będę zmuszony pokąsać parę kostek!

background image

89

- No, dobra, fruwamy stąd.
Od dawna chciałam to powiedzieć.
- Czekaj... - zaczęła Kuks, wpatrując się w podwórko Anne.
- Nie, musimy lecieć - powtórzyłam z większą mocą. - Ari i reszta zaraz 

zaczną nas ścigać. Musimy mieć przewagę.

Chociaż raz.
- Zobacz, tam jest Anne - powiedziała Kuks, wskazując palcem.
Rzeczywiście, Anne szła przez trawnik w stronę Likwidatora. Zachowanie 

nietypowe   dla   większości   istot   ludzkich.   Krzyknęła   na   Ariego,   machnęła   z 
gniewem rękami. Wcale się go nie bała.

Nieoznakowany czarny sedan zatrzymał się przy domu. Czarny sedan. Co za 

banał, pomyślałam jadowicie.

Z samochodu wysiadł Jed Batchelder. Cudownie. Jego przybycie dodało tej 

odrobiny bólu, której tak bardzo mi tu brakowało.

Jed podszedł do Ariego, który z kolei wrzeszczał na Anne.
Anne,   uciekaj,   pomyślałam,   nie   potrafiąc   oderwać   wzroku   od   tej   sceny. 

Szczerze mówiąc, nie przepadałam za nią do szaleństwa, ale nie uważałam, że 
zasłużyła   na   rozerwanie   gardła.   Nie   dawała   się,   a   nawet   dziabnęła   Ariego 
palcem w pierś. Warknął głośno, chwycił ją za rękę i wykręcił. Jed odtrącił go 
na bok. Anne odsunęła się, rozcierając przegub. Aż trzęsła się z furii.

Jed odepchnął Ariego, który wyglądał jak obłąkany z wściekłości. Kłapał 

szczękami, a małe czerwone oczka mu płonęły. Ciągle na nas wskazywał, w 
powietrze, i chyba kłócił się z Jedem. Byłam rozdarta - chciałam stąd pryskać, 
jak   najdalej   od   Likwidatorów,   ale   jak   zwykle   na   widok   Jeda   zaczęły   mną 
szarpać najróżniejsze mieszane uczucia. Najsilniejszym był gniew.

Jed,   Anne,   Likwidatorzy,   Pruitt,   inni   nauczyciele.   Wszyscy   odgrywali   tu 

jakąś rolę, ale na razie sytuacja wyglądała jak malowidło pijanej małpy - nic nie 
miało sensu.

- Słuchajcie, naprawdę musimy lecieć - zaczęłam i w tej samej chwili ktoś 

powiedział za naszymi plecami:

- Hejka. Jeśli się zastanawiacie, czy w powietrzu można podskoczyć, to tak. 
Wrzasnęłam,   złapałam   się   za   serce,   odwróciłam   się   i   dopiero   wtedy 

zaliczyłam poważne zdziwienie.

- Ja nie mogę! Iggy!

background image

90

- Iggy! Iggy!
Wszyscy razem rzuciliśmy się na niego. Iggy skrzywił się po swojemu, co 

zinterpretowałam   jako   głębokie   wzruszenie   na   nasz   widok.   Usiłowałam   go 
uścisnąć tak, żeby nie poplątały nam się skrzydła. Udało nam się wykonać coś w 
rodzaju pocałunku na odległość. Chłopcy przybili piątkę, a Kuks i Angela też go 
pocałowały.

- Zajrzałem do szkoły - oznajmił. - Kiepski dzień tam mają.
Parsknęłam cichym śmieszkiem.
- No, można to tak określić.
- Czyżbym słyszał odgłosy jakiegoś zamieszania? - spytał uprzejmie.
- W rzeczy samej - powiedziałam i dopiero wtedy do mnie dotarło, że on tu 

jest naprawdę. - O, nie. Iggy. Co się stało?

- No, wiecie - zaczął dość niewesoło. - Wcale nie przestraszyli się moich 

skrzydeł.   Nawet   byli   nimi   zachwyceni.   Zwłaszcza   że   osiem   różnych   gazet 
zaczęło   się   licytować   o   wyłączność   na   moją   historię,   wraz   ze   zdjęciami   i 
wywiadami z samym monstrum.

Nie potrafię opisać, ile goryczy było w jego głosie.
- No, nie - szepnęłam. - Chcieli powiedzieć ludziom?
- Chcieli ze mnie zrobić cyrkowe dziwowisko. Bardzo publiczne.
Zdusiłam radość z jego powrotu i wykrzesałam z siebie trochę współczucia.
- Bardzo mi przykro... - Poklepałam go po ramieniu.
- Myślałam, że są prawdziwymi rodzicami.
- Mało mnie to obchodzi - rzucił, a przez twarz przemknął mu cień gniewu. - 

Może   i byli. Nie  wiem.   Nie znam się.  Ale  wyglądali całkiem prawdziwie  i 
prawdziwie chcieli na mnie zarobić.

Nic na to nie poradzę, znowu musiałam go poklepać.
- Bardzo mi przykro, Iggy, naprawdę. Ale ogromnie się cieszę, że wróciłeś.
- Świetnie, później wszyscy padniemy sobie w ramiona - przerwał Kieł - a 

na razie może spojrzycie, co się dzieje na dole.

A,   prawda.   Na   ziemi,   daleko   w   dole,   Jed,   Ari   i   Anne   ciągle   na   siebie 

wrzeszczeli. Oddziały Likwidatorów zaczęły wracać, ponieważ nas nie znalazły. 
Paru   z   nich   osłoniło   oczy   i   patrzyło   na   nas,   zawieszonych   sto   pięćdziesiąt 
metrów wyżej.

- Hmm - odezwałam się. - Czegoś tam brakuje. Ważnego kawałka układanki. 

A, wiem: mnie. Czekajcie!

Złożyłam skrzydła i zapikowałam w dół.

background image

91

Prułam   ku   ziemi   ponad   trzysta   kilometrów   na   godzinę.   Błysk,   ułamek 

sekundy   i   już   hamowałam,   rozkładając   skrzydła.   Zanim   dotknęłam   stopami 
ziemi, już biegłam. Zatrzymałam się pięć metrów przed Straszną Trójką.

Podeszłam do nich, doskonale wiedząc, że Likwidatorzy czają się za moim 

plecami.

- Hej, witam wszystkich - odezwałam się, zakładając ręce na piersi. - Anne, 

to jest Jed. Jed, to jest Anne. O, przepraszam... wy się już chyba znacie!

- Cześć, kochanie - powiedział Jed, wpatrując się we mnie, jakbym była 

ósmym cudem świata. 

A, prawda, byłam.
- Nie jestem żadnym twoim kochaniem - warknęłam.
- Nie, jesteś moja - rzucił Ari, robiąc krok w moim kierunku.
- W twoich najgorszych snach - odparłam ze znudzeniem.
Skoczył na mnie, warcząc, Jed chwycił go i przytrzymał. Anne patrzyła na 

mnie z troską.

- Wszystko dobrze? - spytała. - Dzwonili do mnie ze szkoły...
- Nie wątpię - mruknęłam. - Plan zajęć dodatkowych im nie wypalił. Ale i 

tak   nie   był   zbyt   dopracowany.   -   Spojrzałam   na   Jeda.   -   Czego   ty   ode   mnie 
chcesz? Jak tylko się pojawiasz, moje życie zalicza kolejnego doła. A wierz mi, 
już zjechało bardzo nisko.

- Fakt - warknął Ari.
- Morda w kaganiec - zniecierpliwiłam się.
Żal mi było skrzywdzonego siedmioletniego chłopca. To stworzenie nim nie 

było.

-   Max,   jak   zwykle   chcę   pomóc   -   powiedział   Jed,   wręcz   promieniując 

szczerością.   -   Ten...   eksperyment   się   nie   udał.   Chcę   ci   pomóc   przejść   do 
następnej fazy.

- Nie masz tu żadnych praw - rzuciła Anne gniewnie. - Ja tu rządzę.
- Nie masz pojęcia, co robisz - rozzłościł się Jed. - Max jest precyzyjnym 

instrumentem   wartym   wiele   miliardów   dolarów.   Prawie   ją   zepsułaś!   To   nie 
piesek salonowy, tylko wojownik, najlepszy, jaki istnieje. To ja ją stworzyłem i 
nie pozwolę ci jej zniszczyć.

- Momencik - wtrąciłam. - Zaczynacie nieco świrować, nawet jak na moje 

standardy.   Mam   pomysł:   może   całą   trójką   rzucicie   się   w   przepaść?   To   by 
rozwiązało problemy wszystkich tu obecnych.

- Mnie to pasuje - warknął Ari. - Bylibyśmy tylko ty i ja.
- Zlituj się. Z tymi skrzydłami? Będzie cię można zmieść na szufelkę.
Znowu na mnie skoczył. Tym razem powstrzymali go oboje.

background image

- Zmywam się - oznajmiłam. - I zamierzam nie wracać. Jeśli kiedykolwiek 

zobaczę któreś z was - zlikwiduję. Mówiąc eufemistycznie.

Jed westchnął i potrząsnął głową.
- Max, to nie takie proste. Nie masz dokąd uciekać. Cala ta planeta jest 

jednym wielkim labiryntem, a ty jesteś szczurem, który po nim biega.

Zmrużyłam oczy.
- To tobie się tak wydaje. Akt trzeci rozegrasz sam ze swoimi świrami w 

białych fartuchach. Jak dla mnie ten eksperyment, ten trening, dobiegł końca. 
Już dawno. Nie dzwoń do mnie. Mówię serio.

- Niestety, nie ty podejmujesz  decyzje - odparł cierpliwie Jed. - Ale nie 

musisz   mi   wierzyć.   Możesz   spytać   mojego   szefa,   tego,   który   pociąga   za 
wszystkie sznurki.

- Jed... - zaczęła Anne ostrzegawczo.
- Jasne - parsknęłam. - Zadzwoń do niego z komórki. Poczekam.
- Nie muszę. To ona nim jest - powiedział Jed z łagodnym uśmiechem.
No cóż. Jedyna „ona" oprócz mnie to była Anne.
To ona była jego szefową. Ona tu wszystkim rządziła.
Mną też.

background image

92

Że też się nie domyśliłam.
A może w głębi duszy wiedziałam. Może dlatego nigdy nie potrafiłam jej 

całkowicie   zaufać.   A   może   po   prostu   po   raz   kolejny   przydała   mi   się   moja 
pięknie rozkwitła, bujna paranoja.

- Ty tu jesteś szefową? - spytałam, kręcąc głową. - Nie, nawet nie będę 

udawać zdziwienia. Wy mnie już niczym nie zaskoczycie.

- A spróbujmy - warknął Ari.
Był   napięty   jak   struna,   oczy   miał   przekrwione,   pazurzaste   łapy   mu   się 

zaciskały.

-   Leżeć   -   rzuciłam   z   premedytacją,   spodziewając   się,   że   w   końcu   nie 

wytrzyma.

- To nie tak - powiedziała Anne szczerze i z troską. - Chciałam mieć udział 

w twoim rozwoju. Nie jesteś tylko eksperymentem. Ja traktuję cię niemal jak 
córkę.

Spojrzenie miała ciepłe, proszące. Pomyślałam o tym, ile razy okrywała nas 

kołdrą do snu, ile razy podejmowała kolejny zakończony porażką wysiłek, by 
postawić  na  stole   gorący   obiad.  Jak  kupowała   nam  ubrania,   książki,  kredki. 
Przytulała Kuks, kiedy płakała, opatrywała otarte kolana Gazika.

Wiecie co? Ja też to robiłam. I byłam w tym lepsza. I jeszcze dodatek gratis: 

nie stałam po stronie zła.

-   Z   naciskiem   na   „niemal"   -   powiedziałam.   -   Udział   w   moim   rozwoju? 

Gratulacje. Rozwinęłaś we mnie totalne wkurzenie. - Uświadomiłam sobie, że 
Gazik, Kuks i Angela będą zrozpaczeni, kiedy się dowiedzą, że Anne siedzi w 
tym  bagnie  jeszcze   głębiej   niż  ten   wysłannik   piekieł,   Jed.   Nagle   dotarło   do 
mnie,   że   mam   tego   dość,   powyżej   uszu.   Potrząsnęłam   głową,   dyskretnie 
rozluźniając mięśnie skrzydeł. - Nawet ciastek nie umiesz upiec - dobiłam ją i 
skoczyłam pionowo w powietrze, tak jak wiele razy przedtem.

Jednym   skokiem   znalazłam   się   nad   ich   głowami,   rozłożyłam   skrzydła   i 

załopotałam   ze   wszystkich   sił.   Omal   ich   przy   okazji   nie   zdzieliłam   -   moje 
skrzydła mają rozpiętość czterech metrów. Uniosłam się w górę, do czekającego 
stada.

- Spadalscy - rzuciłam. - Ci ludzie nadają się tylko do tego, żeby od nich 

uciec.

background image

93

To oczywiście byłoby zbyt proste.
Po paru sekundach Ari nie wytrzymał. Prując w górę, słyszałam, jak rzuca 

rozkazy.   Obejrzałam   się   przez   ramię;   w   niebo   wzbijała   się   ciemna   chmura 
ociężałych, niezdarnych Likwidatorów. Tylko że - oho! - nie byli ociężali.

- Ej! - krzyknęłam do swoich. - To nowa wersja! Potrafią latać! Zjeżdżamy!
- Przez las! - odkrzyknął Kieł.
Skinęłam głową.
- Spotkanie przy jaskini nietoperzy. I żeby was nie śledzili!
Cała   nasza   szóstka   zanurkowała   między   drzewami,   bez   trudu   omijając 

gałęzie i pnie. Ćwiczyliśmy to setki razy i było fantastycznie, jak w grze wideo, 
tylko naprawdę. Kilku Likwidatorów już źle oceniło rozpiętość swoich skrzydeł 
i omal ich sobie nie powyrywali przy zderzeniach z nieustępliwymi drzewami.

Było nawet śmiesznie.
- Ręce precz od Max! Jest moja! - wrzasnął Ari.
O, bracie, pomyślałam. Rozdzieliliśmy się. Każde z nas pociągnęło za sobą 

oddział   Likwidatorów   w   szaloną,   zygzakowatą   trasę.   Iggy   i   Gazik,   znowu 
frunęli razem; Iggy naśladował ruchy Gazika z opóźnieniem ułamka sekundy. 
Angela wyglądała jak białe migotanie wśród zieleni i brązów lasu. Wiedziałam, 
że Kieł trzyma Totala. Oby mu to za bardzo nie krępowało ruchów.

- To już koniec - warknął Ari, zaskakująco blisko mnie.
Poświęciłam cenny ułamek sekundy, by się obejrzeć. Był zaledwie dziesięć 

metrów dalej. Dobra, pora przejść w nadprzestrzeń. Nabrałam tchu i ruszyłam z 
nową prędkością.

I   prawie   się   zabiłam,   bo   drzewa   wyrastały   mi   na   drodze   szybciej   niż 

kiedykolwiek. Weź się w garść, Maximum, powiedziałam sobie surowo. Reaguj 
szybciej. Potrafisz.

Skupiłam się z całych sił i poprułam jak pocisk między gęstymi drzewami i 

chaszczami. Wszystkie odgłosy ucichły, gdy skoncentrowałam się wyłącznie na 
znajdowaniu drogi. Raz po raz przechylałam się w bok, prześlizgując się przez 
niemożliwie wąskie szczeliny. Parę razy otarłam się o coś czubkami skrzydeł, a 
nawet straciłam parę piór.

Ari   nie   mógł   mnie   dogonić   przy   tej   prędkości.   W   życiu.   Kiepsko   się 

posługiwał tym przyłatanymi skrzydłami. Zwolniłam i razem ze mną zwolnił 
czas. Znowu dotarły do mnie dźwięki - byłam daleko od wszystkich. Cholera, za 
daleko. Zawróciłam.

Bezszelestnie znalazłam się za plecami siedzącego na gałęzi Ariego.
- Nie! Mówiłem, jest moja! - wrzeszczał do słuchawki. - Tym razem nikt 

mnie nie powstrzyma. Ty zajmij się tamtymi, ja znajdę Max.

background image

Wyłączył sprzęt i wyjął małą wojskową lornetkę. Zaczął przez nią lustrować 

okolicę. Ledwo powstrzymałam śmiech. W końcu odwrócił się i spojrzał na 
mnie - pewnie wypełniłam mu całe pole widzenia.

- A! - krzyknął i upuścił lornetkę.
Dopiero wtedy się roześmiałam.
- To co chcesz ze mną zrobić, psiuńciu?
Spodziewałam się, że jak zwykle warknie i rzuci się na mnie. Ale on siedział 

tylko na gałęzi i patrzył, niemal spokojny i bardzo bliski zdrowych zmysłów.

- Nie chcę cię zabić - powiedział. - Ale zabiję, jeśli będę musiał. Jeśli nie 

będziesz współpracować.

- Współpracować? Do mnie mówisz?
Ari sięgnął za siebie i wyjął z plecaka wielki, groźnie wyglądający nóż.
- Poproszę tylko raz. To, co będzie potem, zależy wyłącznie od ciebie.
Co on knuje?
- Dobra. Proś śmiało.
- Pójdziesz ze mną. Oboje znikniemy. Nigdy więcej nie będziemy mieli do 

czynienia z Jedem ani fartuchami.

- Gdzie znikniemy?
Jak to mówią: ciekawość to pierwszy stopień do klatki w laboratorium. Ale 

nie mogłam się powstrzymać.

- W znanym mi miejscu.
- I nie będę mogła stamtąd odejść? A ty będziesz moim strażnikiem? Muszę 

ci powiedzieć, że nie jest to oferta mojego życia.

- Nie będę strażnikiem, tylko przyjacielem.
- Ty i ja!
Aż mnie zemdliło. A potem przypomniałam sobie, że Angela wyczuła jego 

miłość do mnie. Chorą i nienawistną, rzecz jasna.

- Tak. To twoja jedyna szansa.
- Aha. - Za nic nie zgadłabym, o co mu chodzi. Chyba, że... błe! - Ari, nie 

mogę zostawić stada - powiedziałam szczerze. - Ani dla ciebie, ani dla Jeda, ani 
dla nikogo.

- Przykro mi to słyszeć - odparł Ari spokojnie i skoczył na mnie z nożem.
Odchyliłam się, spadłam na plecy z gałęzi, fiknęłam koziołka w powietrzu i 

rozwinęłam skrzydła. Nawet nie obejrzałam się za siebie, znowu prując przez 
las w stronę miejsca, gdzie rozdzieliłam się ze stadem. Było mi żal Ariego. A 
przynajmniej byłoby mi żal, gdyby w końcu przestał na mnie dybać.

background image

94

- Max! - krzyknął Kieł.
Natychmiast śmignęłam w górę i przebiłam się przez leśne sklepienie na 

otwartą   przestrzeń.   Kieł   walczył   z   trzema   Likwidatorami   jednocześnie. 
Znalazłam   się   tuż   przy   nich   i   zdzieliłam   jednego   w   bark   między   szyją   a 
ramieniem. Krzyknął, a ja złapałam go za skrzydła i mocno zderzyłam je ze 
sobą.   Wrzasnął   z   bólu   i   runął   w   dół   jak   kamień.   Sztuczka,   której   się 
nauczyliśmy, gdy tylko zaczęliśmy latać. Surowo zakazałam stadu robić to sobie 
wzajemnie.

Likwidator wpadł z trzaskiem w gałęzie drzew i zniknął nam z oczu.
- Gdzie reszta? - krzyknęłam do Kła.
- Uciekli, Total też - dodał. - Tylko ci zostali.
Zatoczył łuk, przechylił się i spadł w dół, lądując z rozpędem na skrzydle 

Likwidatora.   Mieli   cięższe   skrzydła   od   naszych,   ale   nie   tak   doskonale 
zintegrowane z ciałami. Ten także poleciał niezdarnie w dół. Usiłował znowu 
wzbić się w górę, ale kiedy rozłożył skrzydła, zderzył się z koronami drzew. Z 
wrzaskiem runął na ziemię.

- To musiało zaboleć - ocenił Kieł.
-   Może...   -   zaczęłam,   ale   w   tej   samej   chwili   z   lasu   wyprysnął   Ari   i 

staranował Kła.

Z zaskakującą szybkością zatoczył koło i uniósł się w powietrzu przed nami.
- Teraz z tym skończymy - warknął.
- Zgoda - cicho i strasznie powiedział Kieł, a potem skoczył na Ariego.
Pamiętając,   co   się   stało,   kiedy   walczyli   na   plaży,   tylko   czekałam   na 

odpowiednią   chwilę,   żeby   rzucić   się   między   nich,   ale   Kieł   zaatakował   jak 
jastrząb i zdołał kopnąć Ariego w pierś tak mocno, że ten się rozkaszlał. Zanim 
zdążyłam powiedzieć: „Ekstra", Kieł zrobił obrót i kantem dłoni uderzył Ariego 
w kark. Ari spadł jakieś trzy metry w dół, bo przez chwilę zapomniał poruszać 
skrzydłami,   ale  potem zacisnął   zęby   i  wzbił  się  w powietrze.  Jego  skrzydła 
rozpościerały się na ponad pięć metrów, jak przystało na całkiem dojrzałego 
Likwidatora.   Mogłam   sobie   tylko   wyobrażać,   ile   wysiłku   kosztuje   go 
utrzymanie się w powietrzu.

Kieł krążył wokół niego jak drapieżny ptak. Zaatakował tak szybko, że Ari 

nie zdążył zareagować. Trzasnął Ariego pięścią w twarz; aż temu krew pociekła 
z nosa. Coś mi się zdaje, że Kieł też wspominał incydent na plaży.

Ari   ryknął   i   z   płonącymi   oczami   rzucił   się   na   Kła,   siekąc   pazurami   i 

obnażając kły. Na jego korzyść działała siła, nienawiść i masywne ciało. Ale 
Kieł był szybki i zwinny i miał sto tysięcy powodów, by pragnąć zemsty.

A zatem szanse były wyrównane.

background image

Miałam ochotę włączyć się i pomóc, ale coś mi mówiło, że to jedna z tych 

męskich   spraw   i   powinnam   się   trzymać   z   daleka,   chyba   że   Kieł   zacząłby 
dostawać   okropnego   łupnia.   Unosiłam   się   więc   nieopodal,   sprawdzając 
horyzont, i miałam nadzieję, że reszta stada siedzi bezpiecznie w jaskini. Inni 
Likwidatorzy jakoś się nie pojawiali - cud - i nie widać było niespodziewanych 
helikopterów. Klasyczny pojedynek mutanta z mutantem.

Kieł chyba wygrywał. Powiedzmy to głośno: żądza zemsty to wielka rzecz. 

Ari był prawdopodobnie silniejszy, ale Kieł był szybki i strasznie, przestrasznie 
wkurzony.

Skrzywiłam się, słysząc trzask pięści Kła. Od ciosu Ariemu odwróciła się 

głowa,   a   Kieł   wzmocnił   uderzenie   kopniakiem   w   żebra.   Ari   skrzywił   się   i 
miałam nadzieję, że to już koniec.

Kieł znowu zadał silny cios pięścią. Ari odwrócił się w ostatniej chwili i 

oberwał prosto w twarz. Z paszczy pociekła mu krew.

- Przestań... - stęknął Kieł, atakując go z pięści - wreszcie... - Ari usiłował się 

cofnąć, ale kiepsko mu szło latanie i spadł parę metrów. Kieł się z nim zrównał i 
precyzyjnie   wbił   pięść   pod   żebra   Ariego.   Usłyszałam   świst   uchodzącego 
oddechu. - nas... - W końcu Kieł się cofnął, załopotał skrzydłami i śmignął przed 
siebie jak taran, stopami naprzód. Wbił je w brzuch Ariego, który zaczął rzęzić. 
-   napadać!   -   zakończył   Kieł,   aplikując   Ariemu   cios   w   brodę   tak   silny,   że 
odrzuciło go do tyłu.

Ari  fiknął  koziołka.  A potem  drugiego.  Spadał, kręcąc  młynki, prosto  w 

gałęzie drzew dwadzieścia metrów niżej. Mignęła mi jego poobijana, wściekła 
twarz. Usiłował odzyskać równowagę, machał skrzydłami, ale było za późno. 
Runął w zieleń; usłyszeliśmy trzask łamanych gałęzi.

Kieł wyszedł z bójki niemal bez draśnięcia.
Spojrzałam na niego. Zdyszany, spocony, przyglądał się upadkowi Ariego z 

zimną satysfakcją.

- I co... wyjaśniliście sobie parę spraw? - spytałam. 
Obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem.
- Poszukajmy reszty.

background image

95

W drodze do jaskini Kieł i ja usiłowaliśmy zmylić ewentualną pogoń. Nie 

mogliśmy stwierdzić, czy ktoś obserwuje nas przez teleskop albo coś innego, ale 
frunęliśmy skomplikowaną trasą, unikając otwartych przestrzeni. Błyskawicznie 
wlecieliśmy przez pnącza w wejściu do pieczary.

- Max! - Kuks poderwała się i chwyciła mnie w objęcia.
Wszyscy padliśmy sobie w ramiona. Total podskakiwał i piszczał z radości.
- Odeszli? - spytał Gazik.
- Na razie - odparłam. - Kieł skopał Ariego.
- Super!
Iggy   podniósł   pięść.   Kieł   uderzył   w   nią   swoją,   usiłując   nie   puszyć   się 

zanadto.

- Problem z samooceną - mruknęła Kuks pod nosem.
Parsknęłam śmiechem.
-   Dobra,   słuchajcie   -   odezwałam   się.   -   Zmiana   planów.   Zapomnijcie   o 

szukaniu   rodziców.   To   ślepy   zaułek.   Poza   tym   nie   dam   rady   rozstać   się   z 
którymkolwiek z was. Może raczej zajmiemy się ratowaniem świata?

- Tak, spadajmy stąd - powiedział Total, wznosząc ku mnie łebek.
- Ale dokąd? - spytała Kuks.
- Zastanawiałam się... - zaczęłam.
- Floryda - palnęła Angela.
- Co? Dlaczego?
- Po prostu czuję, że powinniśmy  lecieć na Florydę - oznajmiła  Angela, 

wzruszając ramionami. - No i wiecie, Disney World.

- Tak! Disney World! - ucieszył się Gazik.
- Baseny, słońce... bomba pomysł - zgodził się Total.
Spojrzałam na Kła. Wzruszył ramionami. A ja właściwie nie miałam innego 

planu.

Poddaj się nurtowi, Max. Płyń z prądem.
Po tej szczerozłotej radzie mojego Głosu, który raptem zajął się problemami 

wodnymi, powiedziałam:

- No, to świetnie. Floryda. Łapcie plecaki. 

background image

Część V

ZNOWU RATUJEMY ŚWIAT

background image

96

- Rozumiem. Miałeś plan. - Jed nalał sobie kawy.
- Tak - burknął ponuro Ari.
Nie wiedział, czy Jed jest na niego zły. Czasami nie wydawał się taki, a 

potem okazywało się, że jednak jest. Ari tego nie znosił.

- Zamierzałeś zabrać Max dla siebie.
- Tak.
Jed pociągnął łyk kawy.
- A dlaczego?
Ari wzruszył ramionami.
- Chciałem ją mieć tylko dla siebie i już. Mam dość ścigania tamtych. Nie 

obchodzą mnie.

- Ale Max cię obchodzi. Ile masz lat?
- Siedem. - To inna rzecz. Jed nigdy nie pamiętał o jego urodzinach. - Ale 

jestem już duży. Większy od ciebie.

-   Tak   -   powiedział   Jed   takim   tonem,   jakby   to   nie   miało   najmniejszego 

znaczenia. - Ari, jestem z ciebie dumny.

- C... co?
Jed spojrzał na niego z uśmiechem.
- Jestem z ciebie dumny, synu. Zaimponowałeś mi. Sam opracowałeś plan i 

wybrałeś Max.

Ari poczuł się, jakby na ramiona padły mu ciepłe promienie słońca. Ale... 

może to pułapka? Spojrzał nieufnie na Jeda.

- Tak?
- Tak. Masz dopiero siedem lat, a myślisz jak dorosły. To niewiarygodnie 

interesujące. Coś ci powiem... Chcę się przekonać, dokąd nas to zaprowadzi. 
Namierzymy stado, a wtedy wprowadzisz swój plan w życie.

- Mój plan?
- Tak, plan uprowadzenia Max. Pomogę ci go zrealizować. Zgarniemy resztę 

stada, ale ty weźmiesz Max. Gdzie ją umieścisz?

- Gdzieś.
- Później porozmawiamy o szczegółach. Na razie wypocznij, zjedz coś. Moi 

ludzie już śledzą stado.

Ari wstał powoli i wyszedł. Jeśli to prawda... eksplodowała w nim niemal 

bolesna radość. Tata mu pomoże. Tata powiedział, że jest z niego dumny. Da 
mu   Max   na   własność.   Jakby   jednocześnie   nastała   Gwiazdka   z   prezentami   i 
urodziny ze smakołykami, dwa w jednym.

background image

97

Czy kiedyś zdarzyło się wam... Nie, pewnie nie. Jeśli nigdy nie lataliście z 

jastrzębiami, to nie zrozumiecie, jak to jest. Może gdybyście pływali z rekinami 
czy coś w tym stylu, ale nie w oceanarium, tylko w prawdziwym oceanie. To 
pewnie dość podobne uczucie.

Spojrzałam na Kuks. Twarz miała spokojną, kędzierzawe włosy rozwiewały 

się   na   wietrze.   Właśnie   przelecieliśmy   nad   granicą   Wirginii   i   Karoliny 
Północnej. Przed nami wznosiły się Appalachy, nie tak wysokie i spiczaste jak 
Góry Skaliste. To starszy łańcuch górski, z czasem się wykruszył. Widzicie? 
Jednak przydały się te lekcje geografii.

Byliśmy wysoko, naprawdę wysoko, tam gdzie powietrze jest już bardzo 

rozrzedzone.   Słońce   grzało   nas   w   plecy   i   skrzydła,   a   wokół   nas   jak   okiem 
sięgnąć rozpościerało się tylko otwarte niebo. A najlepsze ze wszystkiego było 
to, że spotkaliśmy stado myszołowów i przyłączyliśmy się do niego. 

Początkowo   rozpierzchły   się,   zaskoczone   widokiem   wielkich,   brzydkich 

drapieżników,   ale   potem   ostrożnie   wróciły.   Teraz   lecieliśmy   wśród   nich   w 
luźnej   formacji,   nas   sześcioro,   ich   pewnie   tuzin.   Syknęłam   do   Totala,   żeby 
siedział cichutko i ani pisnął. Skulił się w ramionach Iggy’ego. Nozdrza mu 
drgały i poruszał nerwowo łapkami - pewnie wyobrażał sobie, że poluje.

- Niewiarygodne - odezwał się Gazownik, przechylając jedno skrzydło w 

dół, by okrążyć nas wielkim łukiem. 

Uśmiechnęłam się do niego. Niespełna dwie godziny temu uciekaliśmy z 

podwórka Anne, a Likwidatorzy wysypywali się z furgonetek. Teraz byliśmy 
wolni, oddychaliśmy rzadkim, czystym powietrzem, a otaczały nas stworzenia, 
na których mogliśmy się wzorować: drapieżnie i dumnie piękne, pełne gracji, 
silne i tolerancyjne wobec istot tak bardzo od nich różnych.

Wielka   odmiana   w   porównaniu   z   takimi   Likwidatorami,   którzy   na   ogół 

pokazywali nam, że nie należy być niezdarnymi, agresywnymi idiotami. I za nią 
byłam wdzięczna.

- Może powinniśmy z nimi zamieszkać - powiedziała tęsknie Kuks.
- Jasne - mruknął Gazik. - Bo uwielbiasz jeść surowe wiewiórki, węże i inne 

takie.

- Błe! O tym zapomniałam.
-   Nie   możemy   z   nimi   zamieszkać   -   odezwałam   się,   przyjmując   rolę 

wiecznego mordercy dobrej zabawy. - Musimy lecieć dalej. 

- Ja chcę na Florydę. Obiecałaś! - wtrącił Total. 
Myszołowy   niechętnie   akceptowały   naszą   mowę,   ale   kiedy   Total   się 

odezwał, uświadomiły sobie, że jest żywym stworzeniem. Kilka oddaliło się od 
stada, bez wysiłku kierując parę piór w dół, by zmienić całą pozycję ciała na 

background image

prądzie   powietrznym.   Zrobiły   to   idealnie   precyzyjnie.   Sama   też   tak 
spróbowałam.

Opuściliśmy   terytorium   myszołowów,   które   pożegnały   nas   ochrypłymi 

krzykami. Kolejno odrywaliśmy się od stada wielkimi, symetrycznymi łukami, a 
potem znowu do niego wracaliśmy.

- Jak pływanie synchroniczne - powiedział z zadowoleniem Gazik.
- Nie, jak pokaz lotniczy - poprawił go Iggy. - Jak samoloty Thunderbird. 

Szkoda, że nie możemy zostawiać za sobą pasm kolorowego dymu.

- Oooo! - ożywił się Gazik. - Moglibyśmy na przykład skombinować siarkę 

i...

- I to nam pomoże nie zwracać na siebie uwagi? - otrzeźwiłam go.
- No tak - mruknął Iggy.
- Może kiedyś - dodałam. Żal mi było patrzeć na ich zawiedzione miny. - A 

na razie zróbmy wieżę! - zarządziłam.

Kieł ustawił się dokładnie pode mną, unikając moich stóp, bo akurat na tym 

tle ma uraz. Iggy był pod nim, potem Gazik, Kuks i na samym końcu Angela, 
biała jak chmury, w których frunęliśmy. Sześcioro skrzydlatych dzieci lecących 
zwartym szykiem i rzucających na chmury tylko jeden cień. Było super.

Ale wszędzie panowała dość niesamowita cisza. Podejrzana cisza. Przecież 

nie mogłam się nią rozkoszować dłużej niż dwie sekundy, prawda?

Oczywiście, że nie.
I   raptem   Gazik   wpadł   na   Iggy’ego,   chcąc   pozbawić   go   równowagi. 

Robiliśmy tak parę milionów razy. Byłoby w porządku, nawet śmiesznie, chyba 
żeby Iggy trzymał w objęciach, powiedzmy... zmutowanego gadającego psa. Na 
przykład.

A   właśnie   trzymał.   I   kiedy   Gazik   na   niego   wpadł,   wytrącił   mu   z   objęć 

Totala. Ten pisnął z przerażenia i spadł jak kawałek węgła prosto w chmury, 
znikając nam z oczu.

background image

98

Angela usiłowała złapać przelatującego obok Totala, ale tylko musnęła jego 

sierść.

- Nie! - krzyknęła, a Total runął w dół, szczekając i skomląc.
- O, w pysk - mruknęłam i wyminęłam Kła. - Jeśli nie wrócę za dwie minuty, 

nie pozwól Angeli na następne zwierzątko.

Złożyłam skrzydła i zapikowałam w dół.
- Max! Złap Totala! - krzyknęła za mną spanikowana Angela.
- No co ty? Pikuję przez chmury dla sportu - mruknęłam pod nosem.
Wiem,  że ludzie często  marzą  o dryfowaniu  na chmurach,  chodzeniu po 

chmurach, lądowaniu na chmurach. Rzecz w tym, że chmury są mokre. Mokre i 
przeważnie lodowate. I nic w nich nie widać. A więc te wygłupy w chmurach 
nie znajdują się tak wysoko na skali radochy, jak mogłoby się wydawać.

Kierowałam się na wycie Totala. Nagle mgła znikła i ujrzałam pod sobą 

ziemię, zieloną i brązową. I dwa białe...

- Aaa! - wrzasnęłam, wypadając z chmury prawie prosto na szybowiec.
Stopami   niemal   musnęłam   jego   cienki   kadłub.   Podciągnęłam   kolana   i 

gwałtownie   się   przechyliłam.   Lekko   dotknęłam   prawego   skrzydła   samolotu, 
zanim zdołałam się odsunąć i unieść parę metrów do góry.

Szybowce   są   dosłownie   bezszelestne.   Oto   dzisiejsza   lekcja.   Byłam   tak 

blisko,   że   słyszałam   świst   wiatru   na   gładkiej   powierzchni   samolotu,   a   jego 
samego nie słyszałam. Mało brakowało. Gdybym spadła przed niego...

Wycie   Totala   ucichło.   Cholera!   Rozejrzałam   się   gorączkowo.   Znowu 

złożyłam   skrzydła   i   runęłam   w   dół   jak   rakieta.   Zamiast   spadać   swobodnie, 
włączyłam tę moją nadprzyrodzoną prędkość i prułam ku ziemi ze wszystkich 
sił. Raptem znowu dostrzegłam Totala i zaczęłam się do niego zbliżać.

Skomlał   żałośnie.   Nie   miałam   czasu   wyhamować,   więc   śmignęłam   ku 

niemu,   zgarnęłam   go   w   ramiona   i   gwałtownie   ruszyłam   do   góry   na   jakieś 
pięćdziesiąt   metrów   przed   łańcuchem   górskim.   Uniosłam   twarz   ku   słońcu   i 
wystrzeliłam w górę, choć skrzydła ciążyły mi jak kamień. Rozejrzałam się, 
sprawdzając, czy nic nade mną nie leci, i w końcu zerknęłam na Totala.

Płakał. Po jego czarnej mordce toczyły się wielkie łzy.
- Uratowałaś mnie  - wykrztusił. - Nie umiem latać. Spadałem.  Ale mnie 

złapałaś.

- No pewnie. Nie mogłam cię zostawić - powiedziałam i podrapałam go za 

uszami.

Nadal płacząc, polizał mnie z wdzięcznością po policzku. Zacisnęłam zęby.
Reszta   stada   krążyła   nad   nami   -   Kieł   kazał   Angeli   się   nie   oddalać. 

Niespokojnie spoglądała w dół, a na mój widok rzuciła się do mnie.

background image

- Masz go! - krzyknęła z radością. - Uratowałaś go!
Total wiercił się mi w ramionach, więc oddałam go Angeli. Ważył niemal 

połowę tego co ona i nie utrzymałaby go długo, ale na razie popłakali sobie 
wzajemnie w objęciach. Niech. Niech ją oblizuje. Wytarłam policzek rękawem 
bluzy.

Uświadomiłam sobie, że Angela płacze. Prawie nigdy się jej to nie zdarzało - 

nikt z nas sobie na to nie pozwala, a Angela zachowuje nienaturalny stoicyzm 
jak na sześciolatkę. Fakt, że płacze, bo prawie straciła Totala, świadczył o tym, 
że była do niego ogromnie przywiązana. Niedobrze. No, ja też lubiłam Totala i 
w ogóle, ale niewiele o nim wiedzieliśmy. Nie byłam stuprocentowo pewna, czy 
możemy mu ufać.

Mnie raczej nie. Mojemu chipowi.
- Och, Total! - łkała Angela, zraszając łzami jego głowę. - Tak się bałam!
- Ty się bałaś? - wrzasnął Total, wciskając się mocniej w jej ramiona. - 

Myślałem, że się rozpaćkam!

- Dobra, lepiej go przejmę - odezwał się Kieł, wyciągając ręce.
Total ostrożnie przeniósł się do Kła i umościł w zgięciu jego łokcia.
- Ja chcę skrzydła - oznajmił, pociągając nosem. - Własne. Wtedy by do tego 

nie doszło.

Tak, jeszcze tego nam brakuje. Gadającego, latającego psa mutanta.

background image

99

- Wreszcie, wreszcie! 
Ari   przekroczył   próg   supermarketu.   Czuł   się   wielki   i   wspaniały.   Tata 

pozwolił mu wziąć Max. Będzie tylko jego! Tata weźmie innych. Ari przekona 
Max, żeby go lubiła. Pamiętał, jak walczyli w nowojorskim kanale. Było źle. 
Zachowywała się, jakby go nienawidziła. Ale teraz będą przyjaciółmi. Niedługo. 
Bardzo niedługo.

Supermarket   był  zatłoczony.  Atlanta   to  duże   miasto.   Ari   wraz  z   paroma 

Likwidatorami   zadekował   się   w   tanim   hotelu   przy   autostradzie.   Czekał   na 
zapadnięcie zmroku. A na razie postanowił uczcić zwycięstwo.

Rozejrzał się po sklepie. Był wielki. Zbyt dobrze oświetlony, zbyt hałaśliwy. 

Rozgrzany, pełen ludzi. Ari chciałby wrzucić tu bombę i przyglądać się, jak cały 
budynek płonie niczym ognisko. Mógł to zrobić - ale pewnie wpakowałby się w 
kłopoty. Znowu. I musiałby wysłuchać wykładu o tym, że nie wolno zwracać na 
siebie   uwagi.   Znowu.   Miał   ochotę   wrzasnąć:   Ludzieee!   Mam   skrzydła! 
Zmieniam się w wilka! Wtopienie się w tłum odpada!

Ale w sklepie było mnóstwo  fajnych rzeczy. Ari zasłużył na coś bardzo 

fajnego. O, dział z ubraniami.

Nuuuda. AGD. Nuuuda.
Dział   samochodowy,   co   brzmiało   interesująco,   ale   to   też   była   nuda, 

ponieważ sprzedawali tam tylko płyn do wycieraczek i olej.

Uuuu. Ohyda, dział z bielizną. Jedna pani trzyma stanik! Wszyscy widzą! Co 

ona, zwariowała? Ari odwrócił się i odszedł bardzo szybkim krokiem.

I wreszcie, w głębi hali: elektronika. Serce Ariego zabiło mocniej na widok 

rzędów telewizorów, nastawionych na ten sam program. Pewnie ze trzydzieści. 
Niesamowite. Mógłby je oglądać cały dzień. Ale to nie wszystko. Były jeszcze 
radia, superkomórki, walkmany, MP3! Fajnie byłoby słuchać świetnej muzyki.

Potem wreszcie ją zobaczył: ogromną konsolę Game Boy. Na półce leżało 

ich osiem, każdy w innym kolorze, przywiązane kablem do półki. Obok nich 
telewizor, a na ekranie wideo ze wszystkich Game Boyów. Przygody! Niebieski 
był o surfingu, czerwony usiłował uciec z telewizora, a srebrny miał tatuaż. Ari 
nigdy w życiu nie widział nic fajniejszego. Stał i patrzył jak zahipnotyzowany.

- Słucham pana?
Obok czekał sprzedawca w czerwonej kamizelce. - W czym mogę pomóc? 

Świetny sprzęt. Idzie jak woda. Zechce pan obejrzeć? 

- Tak.
Szorstki, zdarty głos Ariego przestraszył sprzedawcę, który jednak opanował 

się i nawet uśmiechnął.

- Oczywiście. - Wyciągnął z kieszeni dzwoniący pęk kluczy. - Jaki kolor pan 

background image

woli? Każdy ma swoje zalety.

- Czerwony. - Ten, który usiłuje uciec z telewizora.
- Ja też go lubię. - Sprzedawca odpiął czerwonego Game Boya i podał go 

Ariemu. - Przekona się pan, że ma zaawansowane opcje, w tym... Hej, zaraz!

Ari ruszył szybkim krokiem do wyjścia.
- Proszę pana! Nie może go pan wynieść! Jeśli życzy go pan sobie, muszę go 

sprowadzić!

Głos sprzedawcy brzmiał jak cienkie brzęczenie komara. Ari otworzył Game 

Boya i wcisnął guzik. Ekran ożył.

Sprzedawca dogonił Ariego i złapał go za ramię. Ari odepchnął go bez trudu. 

Przejrzał   menu   i   wybrał   grę.   Przed   nim   stanął   inny   mężczyzna,   większy,   z 
rękami założonymi na piersi.

- Nie może pan... - zaczął, ale Ari, nawet na niego nie patrząc, zdzielił go w 

brzuch.

Mężczyzna zgiął się w pół.
Ari wyszedł ze sklepu. Rozdzwoniły się syreny. Blaszany głos oznajmił: 

„System alarmowy został uruchomiony...". Tylko tyle dotarło do Ariego, który 
był już na parkingu. Zaczął kciukami przyciskać klawisze. To był dobry dzień. 
Do   głowy   przyszła   mu   ulubiona   piosenka   i   zaczął   cicho   podśpiewywać   o 
„chłopcu, który nie chciał szanować dorosłych".

Miał Game Boya, który był niesamowicie świetny! I sam go sobie zdobył. 

Nie potrzebował, żeby inni mu coś dawali.

Ledwie   sobie   uświadamiał,   że   za   jego   plecami   powstało   zamieszanie. 

Obejrzał się i zobaczył nieuzbrojonego niby to policjanta z kijem baseballowym 
oraz   czterech   sprzedawców   w   kamizelkach   prawie   tak   czerwonych   jak   ich 
twarze.   Westchnął.   Zawsze   muszą   być  jakieś   komplikacje.   Ale   znał   sposób, 
żeby szybko załatwić sprawę.

Odwrócił się i zaczął się zmieniać. Jak zawsze, było mu niewygodnie - to 

uczucie rozciągania we wszystkich kierunkach aż do strzelania stawów. Szczęka 
mu się wydłużyła, oczy pożółkły, z dziąseł przebiły się długie, ostre kły. Uniósł 
wysoko włochate, pazurzaste łapy - w jednej niezdarnie trzymał Game Boya.

- Aaaaa!
Przećwiczył to przed lustrem: uniesione łapy, wyszczerzone zęby, wściekła 

mina, ryk. Wszystko razem dawało przerażający, groteskowy efekt i działało jak 
trzeba: tamci zatrzymali się jak wryci i stracili mowę.

Ari   uśmiechnął   się,   wiedząc,   że   po   przemianie   nawet   jego   uśmiech   jest 

przerażający. Wyglądał jak koszmar, jak najgorszy nocny majak.

- Grrr! - ryknął znowu i wyżej podniósł łapy.
Udało   się.   Pracownicy   uciekli,   a   niby-gliniarz   przyłożył   rękę   do   piersi   i 

pobladł.

Ari roześmiał się i pobiegł przed siebie. Dopiero gdy zniknął wszystkim z 

oczu, rozłożył ciężkie, niezdarne skrzydła i wzbił się w powietrze.

Uwielbiał swojego Game Boya. 

background image

100

Tej nocy spaliśmy w parku narodowym nieopodal Douglas w stanie Georgia. 

Kieł   i   ja   zrobiliśmy   krótki   rekonesans   i   znaleźliśmy   płytką   rozpadlinę   w 
wapiennej skale.

- Nie jest to jaskinia, ale wystarczy - ocenił Kieł.
Przyjrzałam się i skinęłam głową.
- Osłoni przed wiatrem, a padać raczej nie będzie. Niebo dość pogodne.
Odwróciłam się, żeby iść po innych, ale Kieł położył mi rękę na ramieniu.
- Wszystko gra? - spytał. - Co się wydarzyło u Anne?
Raptem to do mnie wróciło. Cały dzień. Uwięzienie w szkole z wrogami, 

nauczycielami...   Pruittem...   Podejrzenie,   że   Sam   był   Likwidatorem. 
Opuszczenie domu Anne ze świadomością, że to ona odpowiada za większość 
naszych kłopotów.

Poczułam się bardzo zmęczona.
- Właściwie to co zawsze - odparłam.
I tak wyglądała smutna prawda.
- Co jest na Florydzie? Dlaczego Angela chce tam polecieć?
- Nie wiem. Może tylko dlatego, że jest tam Disney World? - Spojrzałam na 

niego. - Myślisz, że chodzi o coś więcej?

Zastanowił się i pokręcił głową. Zauważyłam, że włosy już mu odrosły. Po 

tej ekstrafryzurze z Nowego Jorku nie zostało ani śladu. Wydawało się, że w 
Nowym Jorku byliśmy sto lat temu.

-   Nie   wiem,   co   mam   myśleć   -   powiedział.   -   Mam   już   dość   myślenia, 

rozumiesz?

-   Bardzo   dobrze   rozumiem   -   mruknęłam,   masując   skronie.   -   Szukanie 

rodziców, te sprawy z fartuchami... ratowanie świata w moim wykonaniu i tak 
dalej. Mam już tego dość.

Kieł odwrócił głowę.
- Jestem gotowy zapomnieć o wszystkim. Patrz, co się stało z Iggym. Już 

nawet   nie   chcę   się   dowiedzieć.   Chcę   tylko   przestać   uciekać.   I   brakuje   mi 
komputera, żeby robić wpisy na blogu. Serio.

- Zastanowimy się nad tym. Zobaczymy, co da się zrobić. Z Florydy można 

przelecieć   nad   oceanem.   Może   znajdziemy   jakąś   opuszczoną   wyspę. 
Rozejrzymy się.

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się, że to świetny 

pomysł.   Będziemy   bezpieczni.   Wypoczniemy.   Będziemy   się   wylegiwać   na 
plaży   i   zajadać   kokosy,   a   Angela   będzie   namawiała   ryby   do   popełniania 
samobójstwa, żebyśmy mieli obiad. Życie jak w raju.

Fakt, że w ogóle o tym myślałam, dowodzi, w jak rozpaczliwej desperacji się 

background image

znalazłam. I jak bardzo straciłam kontakt z rzeczywistością.

background image

101

- Jeszcze tylko raz - napraszał się Iggy.
- Nie - burknął Gazownik.
- Malutki.
- Nie. To żadna zabawa. Zawsze wygrywasz po dwóch sekundach.
Kieł i ja przewróciliśmy oczami. Tak było przez cały ranek.
- Iggy już chyba doszedł do siebie - mruknęłam półgębkiem.
Kieł pokiwał głową. Z nas wszystkich Iggy miał ostatnio najgorzej. Znalazł 

rodziców,   prawdziwych,   rodzonych   rodziców,   którzy   okazali   się   zdrajcami. 
Wszystkie jego marzenia o tym, jak pewnego razu znajdzie rodziców, którym 
będzie obojętne, że jest ślepą, zmutowaną genetycznie formą życia, ziściły się. I 
przepadły.

Było   mu   gorzej  niż   nam,   bo  my   nawet   nie   zbliżyliśmy   się   do  realizacji 

marzeń.

Od powrotu Iggy był milczący i znękany, ale najwyraźniej doszedł do siebie 

na   tyle,   żeby   zmienić   Gazikowi   życie   w   piekło.   Czyli   sytuacja   zaczęła   się 
normować. Chwyciłam Totala mocniej i rozmasowałam barki.

- Daleko jeszcze do tej Florydy? - spytała Kuks. - Naprawdę pójdziemy do 

Disney Worldu? Myślisz, że spotkamy jakąś gwiazdę? Ja chcę do domku na 
drzewie szwajcarskich Robinsonów. I chcę zobaczyć Piękną i Bestię, i dostać 
ich autografy. I zobaczyć Drzewo Życia...

Uniosłam rękę.
-   Dobra,   moment.   Mam   nadzieję,   że   dotrzemy   do   Disney   Worldu,   ale 

najpierw   musimy   dolecieć   na   miejsce   i   sprawdzić   wszystko.   Dopiero 
przekroczyliśmy granicę Georgii i Florydy, więc...

-   Ocean!   -   krzyknął   Gazik.   Daleko   na   wschodzie   dostrzegliśmy   ciemny, 

szaroniebieski   pasek   wody.   -   Pójdziemy   na   plażę?   Co?   Co?   Tylko   na 
chwileczkę?

Zastanowiłam się. Na plaży różnie już bywało, bardzo dobrze i bardzo źle.
- Przecież to prawie zima... - zaczęłam.
- Ale woda na pewno jest ciepła - przerwał mi Iggy.
Spojrzałam na Kła. Pomocnie wzruszył ramionami: moja decyzja.
Max, musisz się skupić na celu.
Otóż i Głos. Jestem... dość skupiona, pomyślałam.
Prawie usłyszałam westchnienie.
Jeśli   wybieracie   się   na   Florydę,   to   lećcie   na   Florydę,   powiedział   Głos. 

Obierzcie cel i dążcie do niego. Podczas ratowania świata nie robi się przerw na 
reklamę.

To załatwiło sprawę.

background image

- E, wy, chcecie na plażę? - zawołałam.
- Tak! - wrzasnął radośnie Gazik.
- Tak, tak - ucieszyła się Angela.
- Jestem za - odezwał się Total z objęć Kła.
Kuks i Iggy zaczęli wiwatować.
- Zatem plaża - oznajmiłam i eleganckim łukiem ruszyłam na wschód.
Max, zachowujesz się jak dziecko, odezwał się Głos. Stać cię na więcej niż 

bunt przeciwko losowi dla samego buntu. Masz spotkanie z przeznaczeniem. 
Nie spóźnij się.

Odgarnęłam włosy z oczu. To cytat z filmu? Czy prawdziwa randka? Bo nie 

pamiętam, żeby przeznaczenie mnie zaprosiło. Nie dawałam mu numeru mojej 
komórki.

Głos   nigdy   nie   zdradzał   emocji,   więc   tę   wymuszoną   cierpliwość,   którą 

usłyszałam, chyba sobie wyobraziłam.

Max, wcześniej czy później musisz zacząć traktować to poważnie. Gdyby 

chodziło tylko o ciebie, nikt by się nie zainteresował, czy się tym przejmujesz. 
Ale my tu mówimy o ratowaniu ludzkiego życia.

Z jakiegoś powodu mocno mnie to zabolało. Zacisnęłam zęby. Zamknij się! 

Mam cię dość! Oraz mojego tak zwanego przeznaczenia! Zachowuję się jak 
dziecko, bo jestem dzieckiem! Daj mi spokój, do cholery!

Do oczu drażnionych przez nieustanny wiatr napłynęły mi łzy. Miałam już 

serdecznie dość. Był to jeden z rzadko spotykanych w naszym życiu znośnych 
dni,  a Głos  mi   wszystko  popsuł,  znowu  zrzucając  na  moje  barki los  całego 
świata. 

- E!
Obejrzałam się na Kła, który przyglądał mi się uważnie.
- Co tam? Migrena?
Skinęłam głową i otarłam oczy. Czułam się, jakbym miałam eksplodować.
- Aha - burknęłam. - Wielka, durna, niewiarygodna migrena!
Ostatnie   słowo   prawie   wykrzyczałam.   Wszyscy   popatrzyli   na   mnie. 

Musiałam stąd spadać jak najszybciej. A dzięki mojej naddźwiękowej prędkości 
załatwiłam to naprawdę bardzo szybko.

background image

102

- Do zobaczenia na plaży - mruknęłam do Kła, spięłam się i dodałam gazu.
W ciągu paru sekund zostawiłam stado za sobą. Od wiatru oczy  jeszcze 

bardziej   mi   łzawiły.   Śmieszne,   ale   przy   tej  prędkości   niemal   chciało   mi   się 
wyciągnąć ręce jak Superman, jakbym potrafiła rozszczepiać powietrze czy coś 
w tym guście.

A, co tam. Nikt mnie nie widział. Wyciągnęłam ręce, wyprężyłam się jak 

strzała, jak włócznia prująca przez niebo.

Na plaży znalazłam się po czterech minutach. Wyhamowałam, zwolniłam, 

ale   nie   zanadto,   i   w   końcu   musiałam   tak   szybko   galopować   po   plaży,   że 
wywaliłam   się   na   twarz.   Pozbierałam   się,   wyplułam   piasek   i   z   grubsza   się 
ogarnęłam. Było mi gorąco; zdjęłam bluzę.

Reszty spodziewałam się za dwadzieścia minut. Ruszyłam spacerkiem po 

plaży,   nie   chowając   skrzydeł,   żeby   ostygły.   Czułam   się   zdesperowana, 
wystraszona i zła.

-   Nawet   nie   wiem,   jak   się   ratuje   świat   -   powiedziałam   głośno,   choć   to 

żałosne.

Samym istnieniem, odpowiedział Głos. Siłą. Przetrwaniem.
- Cicho! - ryknęłam i kopnęłam kawałek wyrzuconego przez morze drewna 

tak mocno, że poleciało w siną dal.

Miałam dość, kompletnie dość. Koniec. Pobiegłam nad wodę i spojrzałam w 

piasek. Po chwili znalazłam to, o co chodziło - kawałek ostrej muszli.

Pora pozbyć się chipa. Głos pojawił się razem z nim. Nie ma chipa, nie ma 

Głosu, przed którym nie da się uciec. Zacisnęłam mocno usta i zaczęłam ciąć 
ramię   tam,   gdzie   na   zdjęciu   rentgenowskim   w   gabinecie   doktor   Martinez 
zobaczyłam chip. Wydawało się, że było to trzy tysiące lat temu.

Po pierwszym cięciu pojawiła się  krew i zaskakująco  silny ból. Mocniej 

zacisnęłam zęby i cięłam dalej. Krew spływała mi po ramieniu. Musiałam się 
przebić przez ścięgna, mięśnie i żyły, żeby dotrzeć do chipa. Doktor Martinez 
powiedziała, że jeśli spróbuję go usunąć, mogę stracić władzę w ręce.

Mówi się trudno.
Usłyszałam odgłos hamowania, tupot biegnących stóp i zaraz potem nade 

mną stanął zziajany Kieł.

- Co robisz, do cholery? - krzyknął, chwycił mnie za przegub i uderzył w 

dłoń, żeby mi wytrącić muszlę. - Odbiło ci?

Łypnęłam  na  niego złym  wzrokiem i zobaczyłam  z wolna  zbliżające  się 

stado. Uświadomiłam sobie, co zobaczyli: ja, klęcząca na piasku zbryzganym 
krwią. Nawet nie mogłam się na nich wściekać.

- Chcę wyjąć chip - powiedziałam ochryple. 

background image

Spuściłam wzrok. Czułam się, jakbym miała  tysiąc lat. Zaledwie tydzień 

temu   byłam   czternastolatką   na   pierwszej   randce,   po   pierwszym   pocałunku. 
Teraz   znowu   stałam   się   sobą   -   odmieńcem   i   mutantem   uciekającym   przed 
losem, który zaciskał się wokół mnie jak sieć.

- Patrz, gdzie tniesz! - warknął Kieł. - Wykrwawisz się na śmierć, idiotko!
Puścił moją rękę i zdjął plecak. Już po chwili oblewał moją ranę środkiem 

antyseptycznym. Skrzywiłam się.

Kuks przysiadła na piasku obok mnie.
- Max... - Szepnęła. Oczy zrobiły się jej ogromne. - Co robisz?
Była przerażona, wstrząśnięta.
- Chciałam wyjąć chip - odszepnęłam.
-   Zapomnij!   -   warknął   Kieł,   bandażując   mi   ramię.   -   Chip   zostaje.   Nie 

wykręcisz się tak łatwo! Umrzesz razem z nami!

Podniosłam   na   niego   wzrok.   Był   blady   z   gniewu,   zaciskał   zęby. 

Przestraszyłam   go.   Ich   wszystkich.   Miałam   rozwiązywać   problemy,   nie   ich 
przysparzać. Nie powinnam pogarszać sytuacji.

-   Przepraszam   -   zdołałam   wykrztusić,   a   potem   jakby   tego   było   mało, 

poryczałam się.

background image

103

Mogłabym   policzyć   na   jednej   ręce,   ile   razy   stado   widziało   moje   łzy. 

Nauczyłam się tłumić uczucia, bo chcieli, żebym była silna. Niepokonana Max. 
Wybawicielka całego świata. Przez pierwsze sześć lat życia Angela nie widziała 
mnie płaczącej. A od paru miesięcy jestem jak fontanna.

Nie miałam nawet siły, żeby uciec i ukryć się z moim rykiem. Uklękłam 

tylko i zasłoniłam rękami twarz. Rana bolała mnie jak diabli.

Potem objęły mnie silne ramiona i czyjaś dłoń przytuliła mnie do żylastego, 

twardego jak kamień ramienia. Kieł. Schowałam skrzydła, oparłam się o niego i 
rozryczałam się na dobre. Wkrótce poczułam inne, nieśmiałe rączki głaszczące 
mnie po plecach i głowie. Ktoś powiedział: ćśśś, ćśś. Kuks.

- Już dobrze - odezwał się Iggy, wyraźnie wstrząśnięty. - Wszystko będzie 

dobrze.

W naszym świecie nic nie było dobrze. Z wyjątkiem tego, że mieliśmy siebie 

nawzajem. Pokiwałam głową wtuloną w ramię Kła.

Nie wiem, jak długo trwała ta wzruszająca scena, ale moje szlochy w końcu 

ustały. Koszula Kła była przemoczona na wylot.

Ale głupio się czułam! To ja byłam tu szefową, a rozkleiłam się jak dziecko. 

Czy   mogłam   im   rozkazywać,   jeśli   okazałam   się   taka   słaba?   Chlipnęłam   i 
usiadłam. Pewnie wyglądałam jak upiór. Kieł puścił mnie bez słowa. Powoli 
podniosłam wzrok i odwróciłam się do stada. Byłam zbyt zawstydzona, żeby 
spojrzeć na Kła.

- Przepraszam - wychrypiałam.
Total położył łebek na mojej nodze, patrząc na mnie ze współczuciem.
Gazownik był ledwie żywy ze strachu.
- Wcale nie musieliśmy lecieć na tę plażę.
Wyrwał mi się zduszony śmiech. Zmierzwiłam mu włosy.
- Nie o to chodziło. Tylko o coś innego.
- Na przykład? - spytał Iggy.
Westchnęłam ciężko i otarłam oczy.
- O różne takie. Głos w mojej głowie. Wszyscy nas ścigają. Szkoła. Anne. 

Ari. Jed. Ciągle mi powtarzają, że mam uratować świat, ale nie wiem jak i przed 
czym.

Angela poklepała mnie po kolanie.
- Przed tym, że wszystko, no wiesz, wyleci w powietrze i ludzkość prawie 

wyginie.   Jesteśmy   silniejsi   i   potrafimy   latać,   więc   uciekniemy   z   tych 
wybuchniętych stron i znajdziemy sobie ładny teren niewybuchnięty i niezaka... 
nieska...

- Nieskażony? - podpowiedział Iggy.

background image

Angela pokiwała głową.
- Aha. Właśnie. I będziemy mogli sobie żyć, choć ludzi prawie nie będzie.

background image

104

Zapadła cisza jak po eksplozji. Gapiłam się na Angelę i miałam pustkę w 

głowie.

-   E...   gdzie   to   usłyszałaś,   skarbie?   -   spytałam.   Angela   przykucnęła   i 

przesunęła palcami po zimnym piasku.

-   W   Szkole.   To   znaczy   nie   usłyszałam,   ale   tak   myśleli   -   oznajmiła   bez 

emocji i zaczęła budować zamek z piasku.

- Kto zniszczy świat? - spytał ze wzburzeniem Gazik. 
Angela wzruszyła ramionami.
- Wiele osób może to zrobić. Mają wielkie bomby. Całe państwa. Ale ludzie 

ze Szkoły ciągle myśleli o jednej firmie. Uważają, że to ona zniszczy świat. 
Prawie cały. Może nawet przez przypadek. 

A to dopiero interesujący obrót zdarzeń.
- I cóż to za firma? - spytałam.
Angela ze skupieniem zapatrzyła się w dal.
- Nie pamiętam - powiedziała. - Był taki gad. Dinozaur. Możemy popływać?
- Jasne - mruknęłam słabo.
Angela   radośnie   wyciągnęła   z   plecaka   kostium   kąpielowy   i   popędziła   z 

Totalem do wody. Po chwili Total wrócił, otrząsając się energicznie.

- Lodowata woda! - oznajmił.
Uniósł nos, powęszył i ruszył, by przeprowadzić dochodzenie w sprawie 

paru kamieni.

Gazik   spojrzał   na   mnie,   a   kiedy   kiwnęłam   głową,   także   popędził   się 

wykąpać, po drodze zdzierając z siebie ciuchy. Kuks i Iggy usiedli na dużym 
kamieniu. Wygrzebali z plecaków proteinowe batony.

- No? - odezwałam się do Kła, kiedy znaleźliśmy się sami.
Pokręcił głową, wkładając do plecaka resztę bandaży.
- No. Niespodzianka.
- Jak długo to ukrywała? Dlaczego nie powiedziała wcześniej?
- Bo ma sześć lat i bardziej ją interesują pluszowy miś i pies? Zresztą nie 

wiem. Poza tym wcale nie mamy pewności, czy dobrze zrozumiała. Możliwe, że 
coś jej się pomieszało.

Przez chwilę się zastanawiałam.
-   Nawet   jeśli   pomyliła   szczegóły,   to   wątpię,   żeby   mogła   nie   zrozumieć 

generalnej idei zagłady świata. Oraz tego, że zostaliśmy zaprojektowani, żeby 
przetrwać katastrofę. To by pasowało do tego, co ciągle powtarza mi Jed.

Kieł westchnął.
- To co teraz?
- Nie wiem. Trzeba pomyśleć.

background image

Przez chwilę milczeliśmy. Ręka mnie bolała.
- I po co to było? - odezwał się w końcu Kieł.
Nie mogłam udawać, że nie rozumiem, o co mu chodzi.
- Bo... mam dość. Ten Głos mi ględził o przeznaczeniu i o tym, że muszę się 

skupić  na ratowaniu świata.  Czasami  to mnie  przerasta.  - Jeszcze  nigdy nie 
przyznałam się do tego głośno. Jasne, mogę im mówić, że jestem zmęczona, ale 
że bezradna? Nigdy. - Ciągnęłam na adrenalinie, ale nie mam planu. Codziennie 
chodzi tylko o to, żeby stado było bezpieczne i razem. Ale teraz wszystko się na 
mnie wali, różne informacje nie składają się w spójny obraz i to jest ponad moje 
siły.

- Na przykład Ari, Jed, Anne i Głos?
-  No.  Wszystko.   Wszystko,   co   się   stało,   odkąd  odeszliśmy   z   domu.   Nie 

wiem, co robić, i nie potrafię już nawet udawać, że wiem.

- Uciekajmy - zaproponował Kieł. - Znajdziemy tę wyspę. Znikniemy.
- Bardzo fajnie - odrzekłam powoli. - Ale mamy jeszcze tamtych. Jestem 

pewna, że młodsi nadal chcą znaleźć rodziców. A ja chcę się dowiedzieć, o 
jakiej firmie mówiła Angela. A może... może na przykład ty rozejrzysz się za 
wyspą, a ja skupię się na reszcie?

Jeszcze nigdy do tego stopnia nie podzieliłam się z nikim władzą. Nie było 

to takie straszne.

- Super - powiedział Kieł.
Przez parę chwil przyglądaliśmy się, jak Angela i Gazownik pluskają się w 

płytkiej wodzie. Zdumiewające, że nie marzli. Iggy i Kuks spacerowali plażą. 
Kuks wkładała w dłonie Iggy’ego muszelki o różnych kształtach, żeby mógł je 
zbadać. Dobrze by było zatrzymać czas w tej chwili. Na zawsze. 

Musiałam powiedzieć coś jeszcze.
- Przepraszam. Za to.
Kieł   zerknął   na   mnie   z   ukosa   swoimi   ciemnymi   i   jak   zawsze 

nieprzeniknionymi   oczami.   Spojrzał   na   wodę.   Nie   spodziewałam   się   innej 
reakcji. Kieł nigdy...

- Omal nie dostałem zawału - odezwał się cicho. - Zobaczyłem ciebie, tę 

krew... - Z całej siły rzucił kamykiem.

- Przepraszam.
- Nie rób mi tego więcej.
Przełknęłam ślinę.
- Dobrze.
W tej chwili coś się zmieniło, ale nie wiedziałam co.
- Hej! - zawołała Angela, stojąc po kolana w wodzie. - Umiem rozmawiać z 

rybkami!

Nie to.

background image

105

- Co, przepraszam, umiesz? - zawołałam, idąc w stronę morza.
- Rozmawiać z rybkami! - powtórzyła radośnie Angela.
Woda spływała z jej strzelistego, chudego ciała.
- Zaproś jakąś na obiad - zaproponował Kieł. Gazownik potrząsnął głową jak 

mokry pies.

- A nieprawda!
- A prawda! - Angela zanurkowała. Kuks i Iggy dołączyli do nas.
- Co, teraz znowu gada z rybami? - spytał Iggy. 
Raptem, bez ostrzeżenia, dwa metry od Gazika wyłonił się rekin z otwartą 

paszczą. Żadne z nas nie krzyknęło - nauczyliśmy się bezgłośnie reagować w 
chwili zagrożenia. Ale jestem pewna, że wewnętrznie wszyscy darliśmy się jak 
opętani. Wskoczyłam do wody, chwyciłam Gazika za rękę i powlokłam go ku 
brzegowi.   Zesztywniał   ze   strachu   i   ciążył   mi   jak   ołów.   W   każdej   chwili 
spodziewałam się poczuć zęby rekina na nodze.

Angela wynurzyła się z wody, sięgającej jej do piersi. Zaczęłam gwałtownie 

gestykulować, żeby wzbiła się w powietrze. Tylko się zaśmiała.

- Rozmawiam z rybką! - krzyknęła. - Pozdrawia was!
Rekin zatoczył krąg i ruszył wprost na nią. Serce podeszło mi do gardła - a 

jeśli jej się tylko wydaje, że rozmawia z rybami?

- A może im pomachasz? - powiedziała Angela do rekina.
Spięłam się, gotowa po nią skoczyć.
Tymczasem  rekin obrócił się na bok, nieco wychylił się z wody i lekko 

pomachał płetwą.

- Jasna cho... - zaczął Gazownik, ale syknęłam na niego.
-  Czy   ktoś  mnie  łaskawie   powiadomi,  co  tu się,  do  diabła,  wyprawia?  - 

spytał Iggy.

- Angela właśnie namówiła rekina, żeby pomachał nam płetwą - szepnęła 

Kuks zdławionym głosem.

- Yyyy... he?
Potem na płyciźnie wokół Angeli pojawiły się jeszcze trzy rekiny. Po chwili 

cała czwórka leżała na boku i machała płetwami.

Angela zaśmiewała się radośnie.
- Ale fajnie, co?
Total przygalopował do nas, sypiąc piaskiem.
- Niesamowite! Niech tak zrobią jeszcze raz!
Nogi mi się ugięły. Poczułam, że muszę usiąść.
- To fajne, kochanie - powiedziałam, siląc się na spokój. - A teraz poproś 

rekiny, żeby odpłynęły, dobrze?

background image

Angela  wzruszyła  ramionami  i  znowu  rozmówiła  się   ze  swoimi  nowymi 

przyjaciółmi. Rekiny zawróciły powoli i ruszyły w otwarte morze.

-   To   było   okropnie   niesamowite   -   oznajmił   Total.   Angela   ruszyła   z 

chlupotem do nas. Total polizał jej nogę i splunął. - A fuj! Słone.

- Czyli Angela rozmawia z rybami, tak? - spytał ostrożnie Iggy. - A jaki 

mamy z tego pożytek?

background image

106

Musieliśmy   ruszać   dalej.   Wkrótce   miało   się   ściemnić,   a   nie   znaleźliśmy 

jeszcze noclegu. Na ogół ludzie w moim wieku chodzą nabzdyczeni z powodu 
kolejnego testu z matematyki albo dlatego, że rodzice zabraniają im gadać przez 
telefon.   Ja   martwiłam   się   o   schronienie,   jedzenie,   wodę.   Drobne   życiowe 
luksusy.

Byliśmy   na   północnej   Florydzie.   Na   wybrzeżu   widzieliśmy   miliony 

migoczących   światełek   w   domach,   sklepach   i   samochodach   sunących 
strumieniami jak krwinki w żyłach. Oczywiście gdyby krwinki miały maciupcie 
reflektorki.

Ale pod nami rozciągał się ogromny nieoświetlony teren. Na ogół ciemność 

równa się brak ludzi. Obejrzałam się na Kła, który skinął głową. Zaczęliśmy 
podchodzić do lądowania.

Po krótkim zwiadzie okazało się, że jesteśmy w parku narodowym Ocala. 

Wyglądał zachęcająco, więc zeszliśmy w dół, celując starannie w małe szczeliny 
w sklepieniu lasu. I wylądowaliśmy w wodzie.

- Błe!
Stałam po łydki w bagnie, otaczały mnie korzenie oddechowe cyprysów i 

wysokie   sosny.   Rozejrzałam   się;   parę   metrów   dalej   zauważyłam   brzeg   i 
poczłapałam do niego.

- W lewo! - krzyknęłam na widok pikujących Kuks i Iggy’ego. - No, nieźle - 

stwierdziłam,  rozglądając się w szybko gęstniejących ciemnościach.  - Łatwo 
stąd uciec, prosto w górę, i nikt nas nie wyśledzi z ziemi.

- Nie ma jak w bagnie - zgodził się Gazownik.
Nie   minęła   godzina,   a   siedzieliśmy   przy   niewielkim   ognisku,   na   którym 

piekły się różności. Jestem tak przyzwyczajona do tego rodzaju jedzenia, że 
gdybym była dorosła i robiła śniadanie dla moich hipotetycznych dzieci, pewnie 
bym nabijała chleb na kijek i piekła go nad ogniem.

Kieł zdjął z patyka dymiący kawałek mięsa i zsunął go na pustą foliową 

torebkę, która służyła Kuks jako talerz.

- Jeszcze kawałek szopa?
Kuks zamarła w połowie kęsa.
- Nieprawda! Poszedłeś do sklepu. Tak? To na pewno nie szop. - Popatrzyła 

krytycznie na mięso.

Kieł wzruszył ramionami. Rzuciłam mu wymowne spojrzenie.
- No, może masz rację - przyznał poważnie. - Może szopa mam tutaj, a tobie 

dałem oposa.

Kuks zakrztusiła się i zaczęła kaszleć.
- Przestań - zgromiłam go, klepiąc Kuks po plecach.

background image

Kieł spojrzał na mnie niewinnie.
- Kuks, on cię nabiera - powiedział Gazownik. - O ile mi wiadomo, w hot 

dogach nie podają wiewiórek. - Podniósł puste opakowanie, a Kuks odetchnęła i 
przełknęła kęs. 

Właśnie usiłowałam stłumić chichot, gdy raptem poczułam, że jeżą mi się 

włosy na karku. Spojrzałam dokoła - wszyscy siedzieliśmy przy ogniu. Czułam 
jednak, że ktoś nas obserwuje. W ciemnościach widzę zadziwiająco dobrze, ale 
ogień mnie oślepiał. Może mi się tylko wydawało.

Siedząca obok mnie Angela wyprostowała się nagle.
- Ktoś tu jest - szepnęła.
A może nie.

background image

107

Cóż. Minął cały dzień, a Likwidatorzy dotąd nie zwalili nam się na głowę - 

dosłownie - więc można było się tego spodziewać.

Strzeliłam   cicho   palcami.   Pięć   głów   odwróciło   się   ku   mnie,   czujnie,   z 

napięciem.

- Ktoś tu jest - powtórzyła cicho Angela.
Kieł nadal obracał jedzenie na ogniu, ale cały się naprężył. Wiedziałam, że 

rozważa różne plany ucieczki.

- Coś wyczuwasz? - spytałam szeptem Angelę.
Zastanowiła się; jej jasne loczki lśniły w świetle ognia.
- To nie Likwidatorzy. - Przechyliła głowę w skupieniu. - Dzieci? - zdziwiła 

się.

Powoli wstałam, wodząc wzrokiem w ciemnościach dokoła. Dotarłam poza 

krąg   ognia   i   spojrzałam   w   las.   Wtedy   je   zobaczyłam.   Dwie   małe,   chude 
postacie,   powolutku   skradające   się   do   ogniska.   O   wiele   za   małe   na 
Likwidatorów. Ludzie, nie zwierzęta.

- Kto tu jest? - spytałam głośno.
Wyprostowałam się, żeby wyglądać na większą. 
Kieł stanął obok mnie.
Małe sylwetki zbliżyły się do nas trochę szybciej.
- Kim jesteście? - spytałam groźnie. - Pokażcie no się.
Weszły  w krąg  światła - dwoje brudnych, chudych, przerażonych dzieci, 

chłopiec i dziewczynka. My jesteśmy wysocy i bardzo szczupli w porównaniu z 
rówieśnikami, ale kości nam nie sterczą. A im sterczały.

Patrzyli na nas nieufnie, ale jakby ich zafascynował ogień i zapach jedzenia. 

Jedno z nich nawet się oblizało.

Hmmm.   Nie   wydawali   mi   się   najgroźniejszymi   stworzeniami   świata. 

Pochyliłam się, ułożyłam na papierowej torbie parę hot dogów i podsunęłam im.

Rany. Myślałam, że to Gazik i Iggy biją rekordy żarłoczności. Odnotowałam 

w pamięci, żeby nigdy nie morzyć ich głodem. Te dzieci rzuciły się na hot dogi i 
dosłownie   pożarły   je   jednym   kłapnięciem   szczęk.   Przypomniałam   sobie 
program w telewizji, w którym hieny rozszarpywały swoją zdobycz.

Położyłam przed nimi dwa kawałki chleba i jeszcze dwa, i jeszcze dwa, i 

znowu   dwa   hot   dogi.   Wszystko   znikło   w   ułamku   chwili.   Potem   dałam   im 
batoniki, a oni zrobili wielkie oczy, jakbym obdarowała ich, no nie  wiem... 
batonikami   na   progu   śmierci   głodowej.   W   końcu   zwolnili   tempo.   Zaczęli 
smakować każdy kęs. Kieł podał im manierkę z wodą. Wypili całą.

Przybliżyli się do ognia i usiedli, senni i ufni, jakby zgadzali się, żebyśmy 

ich teraz zabili, skoro nie są już głodni.

background image

-   No   to   opowiadajcie   -   odezwałam   się,   chcąc   z   nich   wyrwać   jakieś 

informacje, zanim zasną.

- Porwali nas - powiedziała dziewczynka.
Ogień odbijał się w jej ciemnych oczach.
No dobra. Tego się nie spodziewałam. 
- Porwali?
Chłopczyk sennie pokiwał głową.
-   W   południowym   Jersey.   Z   dwóch   różnych   domów   Nie   jesteśmy 

spokrewnieni.

- Tylko zamieszkaliśmy razem - dodała dziewczynka, ziewając.
- A gdzie mianowicie?
- Tutaj - wyjaśnił chłopiec. - Uciekaliśmy dwa razy. Nawet dobiegliśmy na 

policję.

- Ale oni już tam byli. Niby zgłaszali  zaginięcie dziecka. I nas znaleźli, 

bardzo łatwo.

Dziewczynka ziewnęła  rozdzierająco  i położyła  się  na  ziemi,  zwinięta  w 

kościsty kłębuszek. Wyglądało na to, że dzisiaj nie wydrzemy z nich żadnych 
sensownych odpowiedzi.

- Kto was porwał? - spróbował Kieł.
-   Jakby   doktorzy   -   mruknął   chłopiec,   także   się   kładąc.   -   W   białych 

fartuchach.

Zamknął oczy i po paru sekundach oboje już spali. 
A my siedzieliśmy, sztywno wyprostowani, zmrożeni strachem, gapiąc się 

na nich jak na nosicieli zarazy.

background image

108

Kieł   wziął   pierwszą   wartę,   więc   skuliłam   się   przy   ogniu   i   usiłowałam 

odpocząć. Równie prawdopodobne jak zamarznięcie Florydy. Angela przytuliła 
się do mnie, Total położył się obok niej. 

- I co wyczuwasz? - spytałam szeptem, głaszcząc ją po plecach.
- Dziwne obrazki - odszepnęła. - Nie takie jak u normalnych dzieci, tych ze 

szkoły. Raczej mgnienia dorosłych, ciemności i wody.

-   To   ma   sens,   jeśli   ich   porwano   i   robiono   na   nich   eksperymenty   - 

powiedziałam cicho.

Oparłam się na łokciu i spojrzałam na Kła. Na migi kazałam mu uważać na 

obcych.   Na   migi   odpowiedział:   „co   ty   powiesz".   Pokazałam   mu   język. 
Uśmiechnął się.

- Myślisz, że to mutanty? - spytałam Angelę, znowu się kładąc. - Wyglądają 

jak ludzie.

Wzruszyła ramionami.
- To nie Likwidatorzy. Ale i nie normalne dzieci. Nie wiem.
- Dobrze. - Może jutro to rozwikłamy. - Spróbuj zasnąć. Total już chrapie.
Angela uśmiechnęła się słodko i przytuliła psa do siebie. Kochała go i tyle.
Ja   miałam   trzecią   wartę,   od   czwartej   do   siódmej   rano   albo   do   pobudki. 

Nigdy nie przeszkadzały mi nocne wachty. Nasze zegary biologicznie są stale 
zwichrowane,   więc   nie   potrzebowałam   tych   czterdziestu   minut   fazy   REM. 
Obudziłam się natychmiast, gdy Iggy dotknął mojego ramienia. Może spytacie, 
dlaczego   stawiamy   ślepego   na   warcie?   Dlatego   że   bez   jego   wiedzy   nawet 
karaluch nie zdołałby się zbliżyć do nas na dziesięć metrów. Kiedy Iggy stał na 
warcie, mogłam się odprężyć - przynajmniej tak jak normalnie. Czyli, fakt, nie 
za bardzo.

O   piątej   dołożyłam   patyków   do   naszego   małego   ogniska.   Smużka   dymu 

odstraszała  moskity  - na Florydzie spodziewam się ich nawet w listopadzie. 
Potem obeszłam mroczny las wokół naszego obozowiska. Wszystko wyglądało 
dobrze.

Świt   zastał   mnie,   jak   siedziałam   oparta   o   sosnę,   tutaj   chyba   bardziej 

popularne drzewo niż w lasach Kolorado. Patrzyłam dokoła i po prostu byłam. 
Warta polega na tym, że nie jest to czas na rozwiązywanie własnych problemów 
ani pisanie wierszy. Wtedy nie zwraca się uwagi na otoczenie. Trzeba siedzieć i 
być,   być   czujnym   na   wszystko,   co   się   dzieje.   Jakby   medytacja,   jak   pragnę 
zdrowia.

No i tak. Siedziałam, medytowałam, gdy nagle jedno z nieznajomych dzieci 

poruszyło się i usiadło. Natychmiast  zamknęłam  oczy - ale podglądałam - i 
zaczęłam oddychać ciężko i miarowo, jakbym spała. Podstępna ze mnie bestia.

background image

Dziewczynka usiadła i spojrzała na nas: Gazownik leżał rozwalony na ziemi, 

z ręką na plecaku, Kieł ułożył się w zdyscyplinowanej pozie na boku, Kuks i 
Angela otaczały Totala, tak że ich ciała tworzyły wokół niego kształt serca.

Dziewczynka   bardzo   cicho   dotknęła   ramienia   chłopca,   który   także   się 

obudził, od razu przytomny i czujny. Kiedy dzieci tak się budzą, to oznacza coś 
złego.   Też   się   rozejrzał.   Wyglądałam   na   tak   głęboko   śpiącą,   że   sama   bym 
uwierzyła. Ale widziałam, że oboje wykradają się w las tak bezszelestnie, że 
nawet Iggy się nie poruszył.

Odczekałam parę chwil, bo na pewno sprawdzali, czy nikt za nimi nie idzie. 

Potem, równie bezgłośnie, wstałam i ruszyłam za nimi.

Skradałam  się   od   drzewa   do   drzewa,   a   choć   obejrzeli  się   parę   razy,  nie 

dostrzegli   mnie.   Jakieś   trzysta   metrów   od   obozu   przykucnęli.   Dziewczynka 
wyjęła coś z brudnej kieszeni podartych dżinsów. Wyglądało jak pióro - tylko że 
zaczęła do niego mówić. Nadajnik.

Dopadłam   ich   w   sekundę,   paroma   wielkimi   susami.   Patrzyli   na   mnie 

osłupiali i przerażeni. Wyrwałam pióro z ręki dziewczynki, chwyciłam ją za 
koszulę i podniosłam.

- Zamawiasz pizzę? - warknęłam.

background image

109

Ludzie są tak różni, aż dziwne. Gdyby to mnie ktoś zapytał takim wrednym 

tonem:   „Zamawiasz   pizzę?",   bez   namysłu   palnęłabym:   „Tak.   Chcesz   z 
pepperoni?".

Ale nie ona. Spojrzała na mnie z przerażeniem i natychmiast się rozryczała, 

osłaniając twarz rękami. Chłopiec padł na kolana i także zaczął płakać, nawet 
nie próbując tego ukryć.

- Przepraszam! Przepraszam! - chlipała dziewczynka. 
Przygięłam   ją   do   ziemi,   po   czym   założyłam   ręce   na   piersi   i   groźnie 

spojrzałam na nią z góry.

- Za co? Konkretnie.
Dziewczynka wskazała nadajnik migający na ziemi.
- Ja nie chciałam! - załkała. - Zmusili nas! Kazali! Podniosłam nadajnik i 

wrzuciłam w bagno. Od razu zatonął.

- Kto? - spytałam, doskonale wiedząc, że czasu mam coraz mniej.
Dzieci przez jakiś czas tylko łkały. Trąciłam dziewczynkę czubkiem buta. 
- No!
Wiem, wiem. Jestem potworem. Nie żeby nie było mi ich żal. Było. Ale 

ceniłam nasze życie bardziej niż ich. Wiem, że teraz wiele osób powie: ależ 
każde życie jest bezcenne, każde jest tak samo ważne. I może jest. W jakiejś 
baśniowej   krainie.  Ale tu  był świat  realny,  moje  stado  i  ja byliśmy  ściganą 
zwierzyną, a te gnojki na nas doniosły. Prosta sprawa. Zdziwilibyście się, jak 
często w moim życiu liczą się tylko proste sprawy.

- Oni - z płaczem wykrztusiła dziewczynka.
Te hałasy obudziły innych, którzy już szli w naszą stronę.
Przyklękłam przy dziewczynce, żeby jej spojrzeć w oczy, i wzięłam ją za 

rękę.

- Mów. Jacy. Oni. - Lekko ścisnęłam jej nadgarstek.
Przeraziła się.
-   Oni   -   powtórzyła   i   dostała   czkawki.   -   Ci   ludzie...   ci,   co   nas   porwali. 

Trzymali nas miesiącami. Mnie zabrali w sierpniu.

- Mnie też - odezwał się chłopiec. Łzy wyżłobiły ścieżki w brudzie na jego 

twarzy i wyglądał jak zebra. - Oni... kazali nam was znaleźć. Nie dawali nam 
jeść przez dwa dni, więc bardzo się staraliśmy. I znaleźliśmy. I daliście nam 
jeść. - Znowu się rozpłakał.

-   Powiedzieli,   że   jeśli   was   nie   znajdziemy,   nigdy   po   nas   nie   przyjdą. 

Zgubimy się na tych bagnach i zginiemy. - Dziewczynka dygotała. Była już 
trochę   spokojniejsza,   ale   łzy   nadal   skapywały   jej   z   brody.   -   Przepraszam. 
Musiałam. - Buzia znowu jej się wykrzywiła.

background image

Rozumiałam ją. Walczyli o przetrwanie, tak jak my. Wybrali własne życie, a 

ja zrobiłam dokładnie to samo.

Obejrzałam się na Kła.
- Bierz rzeczy. Spadamy.
Stado   rzuciło   się   likwidować   nasz   prowizoryczny   obóz.   Wzięłam 

dziewczynkę pod brodę i zmusiłam ją, żeby na mnie popatrzyła.

- Rozumiem - powiedziałam spokojnie. - Nadajnik sprowadzi ich tutaj i was 

znajdą. Ale nas już nie będzie, a wy nie zdołacie im wiele powiedzieć. Teraz 
poproszę   po   raz   ostatni:   podajcie   nam   jakieś   nazwisko,   miejsce,   nazwę, 
cokolwiek. Jeśli nie, ci, co się po was zjawią, zabiorą wasze zwłoki. Jasne?

Oczy znowu rozszerzyły jej się ze strachu. Po chwili słabo skinęła głową. 

Rzuciła spojrzenie chłopcu; także kiwnął głową.

- Itex - szepnęła i skuliła się na mokrej ziemi. - Na firmie jest wielki napis 

„Itex". Nic więcej nie wiem.

Szybko wstałam. Bez wątpienia tamci już do nas jechali, namierzając sygnał 

z nadajnika. Musieliśmy się błyskawicznie zwijać. Dzieci, brudne i wyczerpane, 
leżały na ziemi jak ciała w Pompejach. Sięgnęłam do kieszeni i rzuciłam na 
ziemię koło ich głów parę batoników proteinowych i landrynek. Spojrzeli na 
mnie   ze  zdziwieniem,   ale ja  już mknęłam  przez  las.  Dołączyłam  do stada  i 
razem wzbiliśmy się w powietrze.

Znowu uciekaliśmy.

background image

110

W godzinę zrobiliśmy prawie dwieście kilometrów.
Nie miałam pojęcia, co będzie z tamtymi dziećmi.
- A więc Itex - zwróciłam się do Kła.
- Mówiłam, że to jak dinozaur - odezwała się Angela.
- Nie, to T.rex - sprostowała Kuks.
- Obojętne - oznajmiła Angela.
- Nic mi to nie mówi - powiedział Kieł.
- Tyranozaur, dwunożny dinozaur - wyjaśniła Kuks.
- Nie, ten Itex. Mówili, że to wielka firma, ale nigdy o niej nie słyszałem. Co 

o niczym nie świadczy.

- Tak, nasze wykształcenie nie jest zbyt gruntowne - odezwałam się.
Nie   licząc   dwóch   zeszłych   miesięcy,   nikt   z   nas   nigdy   nie   chodził   do 

prawdziwej szkoły. Dzięki Bogu istnieje telewizja.

- Może gdzieś ją znajdziemy? - spytał Iggy. - Na przykład w bibliotece? 

Jesteśmy blisko miasta?

Spojrzałam na niewiarygodnie płaską równinę w dole. Zobaczyłam malutkie 

budyneczki miasta, jakieś piętnaście minut drogi stąd.

- Aha. Świetny plan. Dwanaście stopni na zachód.
No więc okazało się, że Itex jest posiadaczem połowy świata. To nie była 

zwyczajna   firma,   ale   gigantyczny   międzynarodowy,   wielobranżowy   koncern, 
który ma udziały w dosłownie wszystkich dziedzinach biznesu, między innymi 
w   przemyśle   spożywczym   i   farmaceutycznym,   w   handlu   nieruchomościami, 
komputerach, przemyśle wytwórczym i nawet w wydawnictwach - więc uwaga, 
ci, którzy to czytacie.

Im więcej informacji znajdowaliśmy w internecie, tym lepiej przypominałam 

sobie   logo   Iteksu.   Teraz   uświadomiłam   sobie,   że   widziałam   je   na   milionie 
przedmiotów,   nawet   w   Szkole,   gdzie   zostaliśmy   stworzeni.   Na   probówkach, 
buteleczkach z pigułkami, sprzęcie laboratoryjnym - do wyboru, do koloru.

Wylogowałam się i wstałam.
- Spadajmy stąd.
Dość już zobaczyłam.

background image

111

- Nie.
- Proszę cię - jęknęła Kuks.
Lecieliśmy   na   południe.   W   internecie   znaleźliśmy   adres   centrali   Iteksu. 

Znajdowała się z grubsza między Miami a parkiem narodowym Everglades.

- Mowy nie ma. Zbyt ryzykowne. Wszystko tam jest ogrodzone. Miliony 

ludzi. Będziemy w tłumie.

- Kieł? - jęknęła Kuks.
Kieł wzruszył ramionami, na tyle, na ile to możliwe podczas lotu. Uniósł 

ręce, jakby mówił: „Pogadaj z szefową, ja tu tylko sprzątam". 

Drań.
- Max, proooooooszę - dodał Gazownik jego głosem. 
Wpatrywałam się stoicko przed siebie, nie zgadzając się spojrzeć na wysoką 

wieżę   z   mysimi   uszami.   To   jasne,   że   musieliśmy   przelecieć   dokładnie   nad 
Orlando.

- Max? - odezwała się Kuks.
Nie zareagowałam. Wiedziałam, co knuje.
- No nie - włączył się Total trzymany przez Iggy’ego.
- Nie zobaczymy Magicznego Królestwa? Beznadzieja! 
Spiorunowałam go wzrokiem. Wcale się nie przejął. 
-   Tylko   parę   razy   na   karuzeli   -   szepnęła   tęsknie   Angela.   -   I   na   kolejce 

wodnej...

- Maaaax - powtórzyła Kuks.
Popełniłam ten błąd, że na nią spojrzałam. A niech to. Skrzywiłam się i 

odwróciłam oczy, ale było za późno. Znokautowała mnie tym wzrokiem Bambi. 
No i było po ptakach.

Zgrzytnęłam zębami.
- Świetnie. Parę przejażdżek, wata cukrowa i spadamy. 
Wszyscy wrzasnęli z radości. Kieł rzucił mi spojrzenie mówiące: miękka 

jesteś.

- Kto pozwolił komuś na tego cholernego psa? - odcięłam się.
Zachichotał.
I ruszyliśmy do Krainy Myszy.

background image

112

- Disney World? - Ari był na krawędzi eksplozji mózgu. - Disney World?!!! 

- wrzasnął ochryple. - Co jest, wakacje sobie zrobili? Mają uciekać! Ratować 
życie! Śmierć ściga ich jak pocisk, a oni się wożą na karuzeli?

Kłapnął zębami tak mocno, że omal ich sobie nie połamał.
To koniec.
Teraz im pokaże, jaki to mały świat. Chaos i zniszczenie spadną na główną 

ulicę Disney Worldu.

background image

113

Disney   World.   Pewnie   znacie.   Zakładam,   że   prawie   cała   amerykańska 

populacja tam była, i to tego samego dnia co my. Wszyscy jednocześnie.

Brama  otworzyła się i wraz z  resztą  tłumu  wylegliśmy  na główną  ulicę. 

Była, no cóż, urocza. Przyznaję to uczciwie. Staroświeckie sklepiki, lodziarnia, 
na   środku   linia   tramwajowa   -   wszystko   w   jaskrawych,   wesołych   kolorach. 
Wszystko nieskazitelne, w idealnym stanie.

- Chcę iść do wszystkich sklepów - powiedziała Kuks z zachwytem. - Chcę 

zobaczyć wszystko.

- Dlaczego ci ludzie nie siedzą w pracy? - mruknął Kieł. - A bachory w 

szkole?

Zignorowałam go. Gdyby mi pomógł, nie byłoby nas tutaj.
- Musimy  się zdecydować na najważniejsze rzeczy - oznajmiłam, idąc w 

stronę zamku Kopciuszka. - Na wypadek gdybyśmy nie mogli zostać długo.

- Ja głosuję za Piratami z Karaibów - odezwał się Total.
Miał na sobie małą skórzaną uprząż i specjalną kamizelkę oznaczającą: „Pies 

przewodnik   przy   pracy,   nie   głaskać,   dziękuję".   Kupiliśmy   Iggy’emu   ciemne 
okulary i razem wyglądali zawodowo.

- Ooo, domek szwajcarskich Robinsonów! - wrzasnął Gazownik.
- No! - zgodziła się z nim Angela.
Kuks stanęła, zapatrzona w zamek.
- Ale... piękny...
- Tak - przyznałam z uśmiechem.
Oczywiście w środku wszystko mi się skręcało jak sprężyna. Ten tłum... 

byliśmy  straszliwie bezbronni, otoczeni tą masą  ludzi, więc trzęsłam się jak 
kropla wody na gorącej patelni.

Ruszyliśmy do Adventurelandu, omijając najgorszy ścisk.
- Ha! Piraci z Karaibów! - ucieszył się Total.
Gdyby mógł, uniósłby pięść.
Znalezienie się w ciemnej zamkniętej przestrzeni z grupą obcych ludzi było 

dla mnie osobiście koszmarem, ale jak zwykle znalazłam się w mniejszości. 
Stanęliśmy w kolejce i nawet całkiem szybko zajęliśmy miejsca w łodzi. Bardzo 
starałam się wziąć w garść ze względu na małych, ale serce mi łomotało, a na 
czoło   wystąpił   pot.   Zerknęłam   na   Kła;   był   tak   samo   zdenerwowany   jak   ja. 
Ponieważ tylko my zachowaliśmy odrobinę rozumu.

Błagam,   pomyślałam,   błagam,   niech  swojej  ostatniej  chwili  na  ziemi  nie 

spędzę   w   małej   łódce   w   ciemnościach,   wśród   mechanicznych   śpiewających 
piratów.

To by było okrucieństwo, odezwał się wrednie Głos. 

background image

Zlekceważyłam go.

background image

114

Chciałbym mieć taki domek na drzewie - oznajmił Gazik zza chmury waty 

cukrowej. - To znaczy dla nas wszystkich. Fajnie by było, nie?

- Bardzo, bardzo fajnie - zgodziła się Angela, trzymając loda, który kapał jej 

na rękę. - Pójdziemy tam jeszcze raz?

Podałam jej serwetkę.
- Może po obiedzie.
Ugryzłam lodową kanapkę i rozejrzałam się dokoła. Zero Likwidatorów. Nie 

mogłam ocenić, czy jesteśmy  jedynymi mutantami  w okolicy, no bo Disney 
World jest, jaki jest. Ale na razie nikt się nie zmienił na naszych oczach.

- Moglibyśmy go mieć - odezwał się Iggy. - Znajdziemy gigantyczne drzewo 

i zbudujemy na nim domek.

- Tak! - ucieszył się Gazik, ładując do ust kłąb waty. - Tak zrobimy! Uda się!
Poklepałam go po ramieniu.
- Dobrze, wpiszę to na listę spraw do załatwienia. Nie objadaj się za bardzo 

tym paskudztwem, co? Nie chciałabym, żeby cię zemdliło w kolejce.

Gazik   uśmiechnął   się   beztrosko,   jak   zwyczajne   dziecko.   Serce   mi   się 

ścisnęło. Tak. Gdyby to było możliwe.

- Tędy do Świata Dzikiego Zachodu - powiedział Kieł, wskazując znak.
Znowu przyjrzałam się tłumowi, a potem mapie.
- Najpierw Dziki Zachód, a potem... Na Placu Wolności ciekawy jest tylko 

Nawiedzony Dom. - Ja chcę do Domku Myszki Miki - oznajmiła Angela.

- Jest na Rynku w Mieście Kreskówek - powiedziałam.
- Najpierw będziemy musieli przejść przez inne miejsca. Ale pójdziemy.
Rzuciła   mi   piękny,   niewinny   uśmiech.   Usiłowałam   nie   myśleć   o   rządzie 

naszego kraju.

-   Wiecie,   co   jest   straszne?   -   odezwała   się   Kuks,   zajadając   popcorn   z 

karmelem. - Wiewiórka tej wielkości.

- Wskazała na wiewiórkę wzrostu dorosłego człowieka, która machała do 

ludzi, przechadzając się w tłumie.

- Kto to? - spytał Total. - Chip? Czy Dale?
- Nie wiem - mruknęłam. - Dopóki się nie zmieni w wielkiego wiewiórczego 

Likwidatora, nic mnie to nie obchodzi. 

- E, patrzcie. Jest  wodna kolejka. Nawet nie trzeba będzie długo stać w 

ogonku.

- Czy wasz pies mówi?
Odwróciłam   się.   Opalona   dziewczynka   przyglądała   się   podejrzliwie 

Totalowi. Parsknęłam śmiechem.

-   Nasz   pies?   Nie.   A   co?   Twój   mówi?   -   Uśmiechnęłam   się   do   niej 

background image

pobłażliwie.

- Wydawało mi się, że coś powiedział - mruknęła, nie spuszczając oczu z 

Totala.

- Jason - odezwałam się do Gazika - znowu ćwiczyłeś brzuchomówstwo?
Gazik wzruszył ramionami, odpowiednio zawstydzony, i przytaknął.
- O - zrozumiała dziewczynka i odwróciła się. 
Łypnęłam na Totala, który wyszczerzył zęby w zakłopotanym, przymilnym 

uśmiechu.

Nie   byłam   rozbawiona.   Zerknęłam   na   Kła.   Uśmiechnął   się   promiennie   i 

podsunął mi torebkę popcornu.

background image

115

Już   ich   miał.   Ari   ugryzł   lodowy   batonik.   Cienka   warstwa   czekolady 

chrupnęła mu między zębami.

Widział, jak weszli do kolejki wodnej. Siedział na ławce, czekając, aż wyjdą. 

Długo   ich   szukał.   Nie   mógł   tutaj   latać   i   nie   mógł   wpuścić   tu   grupy 
Likwidatorów, żeby przeczesali okolicę. Zrobiłoby się za duże zamieszanie.

Ale już ich miał i byli jego. Zaraz wyjdą. Wezwał sześć oddziałów wsparcia, 

które znajdowały się o pięć minut drogi stąd. Uśmiechnął się. Słońce świeci, 
pogoda piękna, on zajada lody, a jego marzenia zaraz się spełnią.

Niewielka   grupa   przeszła   szybko   między   nim   a   wyjściem   z   kolejki.   Ari 

przesunął się, żeby mieć lepszy widok. Wiedział, że ludzie gapią się na niego. 
Wyróżniał się. Nawet na tle innych Likwidatorów. Nie był taki... udany. Nie 
wyglądał   jak   człowiek   nawet   bez   przemiany.   Właściwie   non   stop   wyglądał, 
jakby był w jej trakcie. Nie widział swojej zwykłej twarzy od... dawna.

- Ja cię znam.
Ari   prawie   podskoczył   -   nie   zauważył   chłopca,   który   cichutko   usiadł   na 

ławce obok niego.

Łypnął na małą, ufną buzię.
- Czego? - burknął.
Mali   chłopcy   przeważnie   po   czymś   takim   uciekali,   gdzie   pieprz   rośnie. 

Skutkowało za każdym razem.

Chłopiec uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Ja cię znam - powtórzył.
Ari tylko warknął.
Chłopiec aż pisnął ze szczęścia.
- Jesteś Wolverine!
Ari wytrzeszczył oczy.
- Stary, wyglądasz super - mówił chłopiec. - Ciebie lubię najbardziej. Jesteś 

z nich najsilniejszy i najfajniejszy. Chciałbym być taki jak ty.

Ari   omal   się   nie   zakrztusił.   Jeszcze   nigdy   nikt   nie   powiedział   mu   nic 

podobnego. Przez całe życie nikt go nie zauważał. Kiedy był mały, uwielbiał 
dzieci-ptaki, ale one go lekceważyły. Kochał Max, ale ona prawie nie wiedziała 
o jego istnieniu. Kiedy znikli, mogło być świetnie, ale jego ojciec także zniknął. 
Ari nadal pamiętał gorzki smak w ustach, kiedy uświadomił sobie, że ojciec 
wybrał ich. A on został z obcymi.

Wtedy zaczęli go przerabiać. Początkowo był zadowolony - miał się stać 

Likwidatorem, należeć do paczki. Ale ułożyło się inaczej. Był zbyt odmienny, 
zbyt nieudany. Innych uczyniono Likwidatorami jeszcze w fazie embrionalnej. 
Kiedy   byli   ludźmi,   wyglądali   jak   ludzie.   Kiedy   byli   wilkami,   wyglądali   jak 

background image

wilki. Ale nie Ari. On utknął w stanie pośrednim, niecałkowicie człowiek i nie 
do końca wilk. Wyglądał dziwnie. Brzydko. Nigdzie nie pasował.

- Jesteś gwiazdą - nawijał chłopiec. - Kogo obchodzi Bob Kanciastoporty? 

Siedzę z Wolverinem!

Ari uśmiechnął się niepewnie. Nieważne, że ten mały wziął go za kogoś 

innego. Lubił Ariego. Chciał być taki jak on. Chciał go naśladować.

Miłe uczucie. Niezwykłe.
- A dałbyś mi autograf? - ciągnął chłopiec, rozglądając się za kawałkiem 

papieru. - Mama chciała, żebym wziął autograf od Goofyego. Też coś! Goofy! 
Ale ty... słuchaj, podpiszesz mi się na koszulce?

Wyjął czarny mazak i naciągnął podkoszulek.
Ari zawahał się.
Chłopiec się speszył.
-   Ale...   przepraszam,   nie   chciałem   ci   się   naprzykrzać.   Wiem,   że   jesteś 

sławny, a ja jestem tylko dzieckiem. - Jego uśmiech przygasł.

- Nie, w porządku, mały. Oby mama cię nie skrzyczała - warknął Ari.
Wziął   mazak   w   podobną   do   łapy   rękę   i   podpisał   się   zamaszyście: 

„Wolverine".

Chłopiec był zachwycony i przejęty.
- Rany, dziękuję. Nigdy nie upiorę tej koszulki. Jesteś najlepszy. Niech ja 

tylko wrócę do szkoły i opowiem wszystkim, że Wolverine dał mi autograf na 
koszulce! To najcudowniejszy dzień w moim życiu!

Gardło zacisnęło się Ariemu boleśnie, w nosie go zakręciło. Przesunął ręką 

po oczach.

- Nie ma sprawy. Lepiej wracaj do rodziców.
- Dobrze. Jeszcze raz dzięki! Jesteś najlepszy!
Chłopiec uciekł, triumfalnie wymachując ręką.
Ari przez chwilę  siedział oszołomiony  emocjami.  Nagle wyprostował  się 

czujnie. Stado! Max! Gdzie się podziali? Przesunął wzrokiem po wyłaniających 
się  z wyjścia  ludziach. Dzieci-ptaków nigdzie nie  było widać.  Minęło sześć 
minut - pewnie już wyszli. Przegapił ich!

Niech go diabli! A to głupi bachor!
Nie wolno ci się rozpraszać,  Ari, powiedział Głos. Nie spuszczaj  łupu z 

oczu.

Ari poczłapał do swoich oddziałów, które pojawiły się w zasięgu wzroku. 

Jasne, wiedział, że musi być skupiony. Zachowywał się strasznie oficjalnie.

Ale   w   duchu   nadal   się   uśmiechał,   bo   wypełniało   go   ciepłe,   upragnione 

uczucie.

background image

116

- Boże, jestem przemoczona - jęknęłam, odklejając mokrą bluzę od skóry.
Odrzuciłam włosy z oczu, bryzgając wodą na wszystkie strony.
- Było świetnie - rozpromienił się Gazownik.
- Cudownie mokra ta wodna kolejka - powiedziała Kuks, lekko podskakując.
- Nie podobało mi się - burknął Total z urazą.
A przecież prawie wcale się nie zamoczył.
- Ja chcę jeszcze raz! - oznajmił Gazik.
Byliśmy   już   prawie   przy   wyjściu,   kiedy   go   zobaczyłam:   Ari   siedział   na 

ławce, a jakiś dzieciak z przejęciem coś do niego mówił. Znieruchomiałam; 
pozostali wpadli na mnie.

- W tył zwrot - rzuciłam cicho. - Bandada, nejszepej.
- Nie... no, nie - szepnął Gazik. - Nie do wiary. Nie teraz!
Ale już ciągnęłam ich przez tłum do tyłu, pod prąd.
- Przykro mi, dzieci - powiedział mężczyzna z obsługi. - Można przechodzić 

tylko w jednym kierunku.

- Nie, nie - rzuciłam gwałtownie. - Zostawiliśmy aparat cyfrowy! Mama nas 

zabije! Pobiegniemy i zaraz wracamy...

Mężczyzna się zawahał i w tej samej chwili przepchnęłam się obok niego.
- Przepraszam, przepraszam, idziemy!
Znaleźliśmy się na terenie kolejki. Wzdłuż ściany prowadził chodnik, niemal 

ukryty   za   sztucznymi   głazami.   Pobiegliśmy   nim,   słysząc   nawoływania 
mężczyzny z obsługi.

- Tutaj! - zawołał Kieł, zatrzymując się nagle.
O   mało   co   nie   przegapiłam   tych   drzwi   -   były   właściwie   niewidoczne. 

Szybko przemknęliśmy przez nie i trafiliśmy do długiego, mrocznego korytarza. 
Łatwizna. Po paru sekundach wydostaliśmy się na zewnątrz. Znaleźliśmy się za 
jakimiś wielkimi krzakami.

- Chodźcie - rzuciłam ponuro. - Za tę sztuczną górę, a potem fruwamy.
Trzy minuty później już lecieliśmy w zachodzące słońce, zostawiając Disney 

World daleko za sobą. Po policzkach Kuks płynęły łzy, a twarze Gazika i Angeli 
wyrażały gorzkie uczucie zawodu.

- Szkoda... - zaczął Gazownik.
- Co? - Lekko przechyliłam skrzydło i zbliżyłam się do niego.
- Szkoda, że nie poszliśmy do Nawiedzonego Domu - powiedział. - Podobno 

jest świetny.

Westchnęłam.
- Wiem.
Wszyscy lecieli, miarowo poruszając skrzydłami, ale ich twarze wyrażały 

background image

rozczarowanie i żal.

-   Ja   też   chciałam   zrobić   parę   rzeczy.   -   Tych   parę   rzeczy   miało   wiele 

wspólnego   z   zobaczeniem   cholernych   mysich   uszu   w   lusterku   wstecznym. 
Gdybym je miała. - Ale wiecie, że musieliśmy uciekać. Jeden zero dla stada.

- Nienawidzę tego głupiego Ariego - odezwał się Gazik. Wierzgnął ze złości, 

machnął pięścią w powietrzu.

- Zawsze wszystko psuje. Dlaczego nas tak nie cierpi? To nie nasza wina, że 

zmienili go w Likwidatora!

- To nie takie proste, skarbie - powiedziałam.
- Ojciec go porzucił - dodał Iggy. - Tak jak nas porzucono. Potem przerobili 

go na Likwidatora. To chodząca bomba zegarowa.

- Jak to możliwe, że tak łatwo nas znajduje? - spytała Angela.
Jeszcze   niedawno   na   widok   Zamku   Kopciuszka   rozpromieniła   się   jak 

słoneczko. Była na tyle mała, żeby się nabrać na tę gigantyczną marketingową 
manipulację.

- Nie wiem - mruknęłam.
Pytanie za dziesięć tysięcy dolarów.
Krajobraz   pod   nami   był   soczyście   zielony,   same   czubki   drzew.   Potem 

raptem   się   skończyły   i   ujrzeliśmy   wielkie   rafinerie   czy   jakieś   oczyszczalnie 
ścieków.

Ciche bzyczenie usłyszałam zaledwie na chwilę przed tym, jak zza drzew 

wyłonił się podobny do owada helikopter. Był lekko od nas odwrócony, ale 
niemal natychmiast zmienił położenie i ruszył ku nam.

- Dobra, rozpraszamy się i chodu - rzuciłam szybko. - Spotykamy się za 

piętnaście minut, ten sam kierunek.

Gwałtownie przechyliłam skrzydła i skręciłam. Kątem oka widziałam, jak 

stado się rozpierzcha na wszystkie strony.

Helikopter   zawisł   nieruchomo   w   powietrzu.   Na   boku   miał   namalowany 

napis: „Wiadomości Floryda". Może to nie była jednostka Likwidatorów, tylko 
reporterski helikopter do monitorowania korków na drogach.

Ale   nas   zobaczyli.   Wygięłam   się   w   łuk   i   zapikowałam   z   przerażającą 

szybkością. Prułam ku ziemi z prędkością trzystu kilometrów na godzinę, co 
oznaczało, że za niespełna minutę muszę znowu wyprysnąć w górę, jeśli nie 
chcę się rozmazać jak komar na przedniej szybie świata.

Kto powiedział, że nie ma już poetów?
Kiedy się w końcu obejrzałam, helikoptera nigdzie nie było widać. Po paru 

chwilach   na   niebie   pojawiło   się   kilka   plamek   w   różnych   rozmiarach.   Moje 
stado.

Pierwszy podleciał do mnie Kieł.
- Lądujemy - oznajmiłam.

background image

117

- Czarny Komandos do Pióra Jeden - odezwał się cicho Total. - Teren czysty. 

Zgłoś się, Pióro Jeden.

- Total, ja tutaj jestem - szepnęłam. - Nawet nie mamy krótkofalówek.
-   Ale   powinniśmy   mieć   -   odszepnął.   -   Ja   na   pewno   powinienem   i 

moglibyśmy...

Zakryłam mu pysk ręką i rozejrzałam się po górach zardzewiałego metalu, 

starodawnych   urządzeń   i   pustych   samochodowych   karoserii,   ciągnących   się 
wokół nas jak okiem sięgnąć. Dałam znak ręką; Kieł, Gazik i Kuks przemknęli 
obok mnie i przykucnęli za stertą lodówek bez drzwi.

Był tu tylko jeden strażnik, który wyglądał, jakby nie potrafił upilnować 

nawet papierowej torby. Stał przy ogniu palącym się w metalowej beczce po 
drugiej stronie tego ogromnego złomowiska. Pewnie sprzedawało się tu na lewo 
części samochodowe, bo w budynku wielkości hangaru stało podejrzanie dużo 
względnie nowoczesnych samochodów.

Tam właśnie się kierowaliśmy.
- Dobra, ale kiedy ostatnio jechaliśmy... - szepnął mi Kieł do ucha.
- To co innego - zniecierpliwiłam się. - Zresztą nie ukradniemy furgonetki.
- Tylko co? - zainteresował się Iggy. - Mogę poprowadzić.
- Cha, cha, cha - rzuciłam zimno.
Iggy zdusił chichot.
- Ten - szepnęłam, wskazując niski, smukły sportowy wozik.
Który okazał się pozbawiony silnika.
Szczerze mówiąc, każdy z tych głupich samochodów miał jakiś poważny 

defekt:   albo   brak   kierownicy,   albo   kół,   albo   deski   rozdzielczej,   albo   foteli. 
Godzinę później byłam gotowa rozwalić coś na kawałki.

- Co teraz? - spytał Kieł, skulony obok mnie. - Transport publiczny?
Spojrzałam na niego bez zachwytu.
- Max? - odezwała się Kuks, jak na nią dziwnie cichym głosem. Odgarnęła z 

twarzy długie kędziorki. - Tak się zastanawiałam...

No i się zaczyna, pomyślałam ze znużeniem.
- Jeśli weźmiemy siedzenia z camry, koła z garbusa, akumulator z cadillaca i 

kierownicę z accorda, a potem wsadzimy ten silnik do echo i dodamy nowy filtr 
powietrza, to możemy pojechać echo. - Spojrzała na mnie niespokojnie wielkimi 
brązowymi oczami. - Nie sądzisz?

- No, no - mruknął Total, siadając.
- Hm... - wypowiedziałam się.
- Na tym stole leży filtr powietrza - dodała uczynnie.
- Od kiedy się na tym znasz? - spytałam ze zdumieniem.

background image

-   Lubię   samochody.   Zawsze   czytałam   o   samochodach   w   gazetach   Jeda, 

pamiętasz?

- Ha. No to chyba mamy plan - powiedziałam. - Wszyscy wiedzą, co robić?
Nawet ten niewydarzony strażnik usłyszałby ryk silnika, więc musieliśmy 

wypchnąć naszego składaka przez bramę złomowiska i przetoczyć go parę ulic 
dalej, zanim mogliśmy sprawdzić, czy nam się udało.

Kiedy znaleźliśmy się dość daleko, Kieł usiadł za kierownicą, a ja popisałam 

się talentem do ruszania na styki.

I silnik zapalił! Serio! Jasne, trochę kaszlał i parę razy strzeliło z gaźnika, ale 

ruszyliśmy!

- Wszyscy wsiadać! - zarządziłam.
I wtedy odkryliśmy ostateczny problem.
Małe   samochody   echo   nie   zostały   zaprojektowane   na   sześcioro   nieco 

nietypowych dzieci.

Ze skrzydłami.
I psem.
- Cyrk na kółkach - burknął Total siedzący na moich kolanach.
- Dlaczego pies może siedzieć ci na kolanach, a dziecko nie może? - spytał z 

pretensją Gazik, kiedy pruliśmy z łoskotem przez ciemne uliczki.

- Ach. Pies. Bardzo miło - obraził się Total.
-   Bo   nie   wolno   brać   dziecka   na   kolana,   kiedy   siedzi   się   z   przodu.   To 

niebezpieczne - wyjaśniłam. - Gdyby zobaczył nas policjant, na pewno by nas 
zatrzymał. A co, chcesz wziąć Totala?

Wszyscy siedzący z tyłu wrzasnęli jednocześnie: „nie!"
-   Jeszcze   trochę   cierpliwości   -   powiedziałam.   -   Zaraz   znajdziemy   jakiś 

nocleg.

- Pies - mruknął Total, nadal wkurzony.
- Cśśś - syknęłam na niego.
- Twierdzisz, że nie jesteś psem? - spytał Gazownik.
Był zmęczony. Wszyscy byliśmy zmęczeni, głodni i rozdrażnieni.
- Dobrze, wy dwaj - odezwałam się surowo. - Dość! Wszyscy siedzą cicho, 

jasne? Szukamy noclegu. Uspokójcie się.

Kieł spojrzał w lusterko wsteczne.
- A może pośpiewamy?
- Nie! - wrzasnęli wszyscy. 

background image

118

Tego wieczoru ukryliśmy samochód w chaszczach na opuszczonej farmie i 

spaliśmy na drzewach, lekko kołyszących się na przyjemnym wietrzyku. Było 
spokojnie, nikt nas nie atakował ani nie dręczył.

Rano   znowu   wsiedliśmy   do   naszego   samochodziku   -   bardzo   małego 

samochodziku.

- Jest za mało pasów - poskarżył się Gazik z tyłu.
Cała czwórka była ściśnięta jak sardynki.
- A przecież zawsze tak paranoicznie dbamy o bezpieczeństwo - mruknęłam, 

przyglądając się mapie.

- Tylko tak powiedziałem - prychnął Gazik. - E! Kieł!
Nawet Kieł skrzywił się przy ostatniej zmianie biegów.
Zagryzłam wargę, żeby nie uśmiechnąć się wrednie, i spojrzałam na niego 

niewinnie. Owszem, powstrzymałam się od wszelkich złośliwych komentarzy 
na temat jego stylu jazdy, w przeciwieństwie do Kła, który swobodnie mnie 
nimi raczył, kiedy to ja prowadziłam. To po prostu dlatego, że jestem lepszym 
człowiekiem.  Jeśli chodzi o cudze uczucia, możecie  do mnie  mówić  „wasza 
miłościwość".

- Ty, kudłaty - rzuciłam do Totala. - Zabieraj łapy z Everglades.
Total   lekko   się   odsunął,   żebym   mogła   odczytać   mapę.   Kieł   znowu   ze 

zgrzytem zmienił biegi i ruszyliśmy w stronę naszego celu: centrali Iteksu.

Zakładając, że informacje Angeli były ścisłe, nadeszła pora dowiedzieć się, 

jak do cholery mam powstrzymać  zagładę świata.  Zmęczyło mnie  uciekanie 
przed tematem. Zmęczyło mnie dopytywanie się, co robić. Byłam gotowa się 
tego dowiedzieć. 

background image

119

Trudno uwierzyć, ale jeśli drogówka zobaczy prującego autostradą dziwnego 

gruchota z karoserią toyoty echo, a we wnętrzu tego niewielkiego samochodu 
siedzi  mniej   więcej  połowa małego  kraju, może  się  zdarzyć,  że  zostanie  on 
zatrzymany.

To tak do waszej informacji.
Nasza szóstka na ogół woli unikać przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. 

Zwłaszcza   że   nie   wiemy,   czy   są   prawdziwi,   czy   też   nagle   zmienią   się   w 
Likwidatorów,   co   jest   całkiem   możliwe   w   tym   pokręconym   teście 
laboratoryjnym, który nazywamy naszym życiem.

-   Będziemy   pryskać?   -   spytał   Kieł,   obserwując   we   wstecznym   lusterku 

migające światła.

-   Chyba   tak.   -   Potarłam   czoło,   usiłując   wykrzesać   z   siebie   odpowiednią 

energię, potrzebną w tej sytuacji. Obejrzałam się na pozostałych. - Zatrzymamy 
się, a jak się zrobi dziwnie, fruwamy, dobrze?

Wszyscy poważnie przytaknęli.
- Ja z Iggym - oświadczył Total, skacząc na tylne siedzenie.
Kieł niezdarnie zjechał na pobocze w kłębach pyłu i kurzu. Wymieniliśmy 

spojrzenia,   kiedy   kobieta   w   policyjnym   mundurze   wysiadła   z   radiowozu   i 
ruszyła do nas. Otworzyliśmy drzwi i spięliśmy się, gotowi do ucieczki.

Policjantka pochyliła się nad oknem od strony Kła. Kapelusz z szerokim 

rondem rzucał cień na jej twarz.

- Dzień dobry - odezwała się nieprzyjaznym tonem. - Czy wie pan, z jaką 

prędkością pan jechał?

Kieł spojrzał na szybkościomierz, który nie drgnął od chwili, gdy wczoraj 

wypchnęliśmy samochód ze złomowiska. 

- Nie - powiedział zgodnie z prawdą.
- Sto dwadzieścia kilometrów na godzinę - oznajmiła policjantka, wyjmując 

notes.

Gwizdnęłam z podziwem.
- Fantastycznie! Nie miałam pojęcia, że da się tyle wyciągnąć!
Kieł rzucił mi wściekłe spojrzenie. Zamknęłam gębę.
- Poproszę prawo jazdy i dowód rejestracji wozu - powiedziała policjantka 

bardzo urzędowym tonem.

Byliśmy   ugotowani.   Musieliśmy   pryskać,   co   oznaczało   utratę   naszego 

składaka   i   pokazanie   skrzydeł   policjantce,   która   prawdopodobnie 
powiadomiłaby   najróżniejsze   agencje   rządowe,   tym   samym   zmieniając   nam 
życie w piekło. Piekielnie piekielne piekło.

- Dzień dobry - odezwała się Angela z tylnego siedzenia.

background image

Policjantka spojrzała na nią. Dopiero wtedy dotarło do niej, ile nas tam jest i 

że nie jedzie z nami żaden dorosły. Przyjrzała się uważniej Kłowi, który nawet 
nie wyglądał na osobę, która może mieć prawo jazdy.

- Pani jest z Florydy? Strasznie tu płasko, co? - zaszczebiotała Angela, na 

chwilę przyciągając uwagę policjantki.

- Zechce pan wysiąść z samochodu - zarządziła policjantka.
- Bardzo tu ciepło jak na jesień - nie odpuszczała Angela. - Pewnie można 

się kąpać.

Policjantka raz jeszcze spojrzała na Angelę, ale tym razem coś nie pozwoliło 

jej się odwrócić. Nie miałam odwagi zerknąć na małą. Znów stanęłam wobec 
problemu   zrobienia   czegoś   złego   z   dobrych   pobudek   i   nie   wiedziałam,   jak 
zareagować.

Zdecydowałam, że pozwolę jej to zrobić, a potem ją obsztorcuję. Rozsądny 

kompromis.

- Bardzo nam się spieszy - powiedziała sympatycznie Angela.
- Spieszy wam się - powtórzyła policjantka.
Oczy miała trochę błędne.
- Może nas pani puści? - ciągnęła Angela. - I tak jakby pani zapomni, że nas 

widziała.

- Mogłabym was puścić - wymamrotała policjantka.
Włos się mi zjeżył na głowie.
- Nigdy nie widziała pani nas ani tego samochodu - tłumaczyła Angela. - 

Musi pani już jechać do wezwania.

Policjantka obejrzała się na radiowóz.
- Muszę jechać - powiedziała. - Mam wezwanie.
- Dobrze - pochwaliła Angela. - Dziękuję.
I   ruszyliśmy   dalej.   Jazda   kradzionym   samochodem   w   towarzystwie 

sześciolatki manipulującej umysłami. Niewiele ma to wspólnego z komfortem.

Przejechaliśmy parę kilometrów, kiedy Angela odezwała się znowu:
- No, nie wiem, ale może to ja powinnam być szefową?
- A ja zastępcą! - zaoferował się Total.
- Jasne, będziesz świetny - prychnął Gazik. - Dopóki nie zobaczysz królika.
- E! - obraził się Total.
- Spokój - rzuciłam ze znużeniem. - Mała, jesteś kochana, ale na razie ja 

rządzę, dobrze? Nie musisz się o to martwić.

- No, może - mruknęła Angela, marszcząc brwi.
Nie przekonałam jej na sto procent.
Co się z nią działo?

background image

120

Pewnie   już   wspomniałam,   że   taka   jazda   w   porównaniu   z   lotem   jest 

przerażająca. W powietrzu nie ma świateł i zaskakująco rzadko spotyka się inne 
latające mutanty. No, ale w samochodzie byliśmy względnie niezauważalni.

- Ha - odezwał się Kieł, patrząc na wielką bramę.
- Właśnie - przyznałam.
Po   niespełna   trzech   godzinach   zachowawczo   powolnej,   ale   szarpiącej 

wnętrznościami podróży, z krótkim postojem na obiad, dotarliśmy do siedziby 
Iteksu.   Kierując   się   czystym   instynktem   i   wyjątkowym   darem   dedukcji, 
dotarliśmy do miejsca, gdzie mogliśmy uzyskać interesujące nas informacje.

Wyjątkowy   dar   dedukcji,   czyli   umiejętność   odczytywania   drogowskazów 

przy autostradzie. Na przykład: „Itex - zjazd 398".

Teraz gapiliśmy się na wysoką żelazną bramę i fachowo utrzymane tereny 

zielone.

- Nie ma drutu kolczastego - mruknął Kieł.
- Ani uzbrojonych strażników - dodała Kuks. - A ta mała stróżówka jest 

urocza.

Wyglądało to dość nietypowo, co od razu zapaliło mi w mózgu czerwoną 

lampkę. To tutaj można uratować świat? Tutaj dokona się moje przeznaczenie?

W tej samej chwili ze stróżówki wyszedł uśmiechnięty mężczyzna. O ile 

dobrze widziałam, nie miał przy sobie żadnej broni.

- Wy na zwiedzanie? - spytał sympatycznie.
- Eeee, tak - potwierdził Kieł, zaciskając dłonie na kierownicy. 
-   Przykro   mi,   ostatnia   tura   była   o   czwartej   -   powiedział   strażnik.   -   Ale 

przyjedźcie jutro. Zwiedzanie co godzina. Początek trasy w głównym holu. - 
Wskazał jeden z większych budynków.

- Dobrze - mruknął Kieł, cofając samochód. - Dziękuję.
Oddaliliśmy się, nie spuszczając strażnika z oczu. Nie rozmawiał z nikim ani 

nie   łączył   się   przez   krótkofalówkę.   Dziwne.   Znowu   przygniótł   mnie   ciężar 
nienazwanego strachu. Nie jestem głupia. Te dzieci były przysłane. Miały nas 
ściągnąć   do   Iteksu.   Wcześniej   czy   później   dowiemy   się,   co   tu   dla   nas 
zaplanowano, i jakoś mi się zdawało, że to nic dobrego.

Głos na razie się nie odzywał, a ja prawie - prawie - za nim zatęskniłam. 

Mógłby mi chociaż podsunąć jakieś wskazówki, co my tu właściwie robimy.

Ale nie zamierzałam go pytać. W życiu!

background image

121

-   Dobra,   twoja   kolej   -   powiedziałam,   wciskając   Iggy’emu   buteleczkę 

szamponu. - Nieważne, że nie widzisz brudu, masz go zmyć.

Iggy wziął szampon, a Gazik zaprowadził go do łazienki.
Włosy miałam mokre, woda skapywała mi na podkoszulek. W Wieczornej 

Gospodzie   byliśmy   raczej   pozbawieni   luksusów.   To   takie   miejsce,   gdzie   w 
każdym pokoju ubija się jakieś ciemne interesy. Ale nie kąpaliśmy się, odkąd 
opuściliśmy dom Anne, a Wieczorna Gospoda miała ten plus, że można tu było 
skorzystać z pralni. Właśnie wróciłam z ostatnim naręczem czystych, ciepłych, 
suchych ubrań, które rzuciłam na jeden z tapczanów.

Poczułam się niemal jak istota ludzka.
Numer, nie?
Kuks, Gazik, Angela i Total leżeli na jednym łóżku, oglądając telewizję. 

Dzieci   wyciągnęły   skrzydła,   żeby   je   wysuszyć.   Usiadłam   i   rzuciłam   w   Kła 
ubraniami.

- No więc Itex - odezwał się, zaczynając je składać.
- Tak. Zgadnij, kto wyprodukował proszek do prania. Kto jest właścicielem 

tej stacji benzynowej, na której się zatrzymaliśmy? Zgadnij, w czyjej fabryce 
produkują ten napój, który pijecie.

Teraz,   kiedy   zaczęłam   zwracać   na   to   uwagę,   wszędzie   widziałam   logo 

Iteksu.   To   niewiarygodne   -   ta   firma   miała   wpływ   niemal   na   każdy   aspekt 
naszego życia. Ale nigdy przedtem o tym nie myślałam, nie dostrzegałam tego.

Kieł bez słowa uniósł dżinsy Gazika. Na wszywce widniała nazwa Itex.
- Niedobrze - powiedziałam cicho.
- Idioto! - ryknął Total do telewizora. - Czerwony! Czerwony!
- Tak, są wszędzie - przyznałam. - Najgorsze jest to, że im dłużej o tym 

myślę, tym bardziej sobie przypominam, że widziałam tę firmę przez całe życie. 
Pamiętam, jak Angela piła mleko dla niemowląt Iteksu z butelki Iteksu i nosiła 
pieluchy Iteksu. Tak jakby cichcem przejęli władzę nad światem.

- Nie takim znowu cichcem - odparł powoli Kieł, składając koszulę Iggy'ego. 

- Ktoś w Szkole zauważył to co najmniej czternaście lat temu. I stworzył ciebie, 
żebyś ich powstrzymała.

I znowu moje przeznaczenie zdzieliło mnie pięścią w nos. 
- Nas stworzył.
- Głównie ciebie. Jestem prawie pewny, że reszta z nas jest zbędna.
Kieł mówił rzeczowo, ale ten pomysł mnie zaniepokoił.
- Mnie jesteście niezbędni - powiedziałam, wkładając szorty do plecaka.
Kieł uśmiechnął się, co rzadko mu się zdarza.
Wcześnie   zgasiliśmy   światło.   Długo   leżałam   bezsennie   na   posłaniu   na 

background image

podłodze, rozmyślając o Iteksie, firmie mogącej zniszczyć świat. Moją misją 
było uratowanie tego świata. A więc muszę się jakoś rozprawić z tym Iteksem, 
coś zrobić, czegoś się dowiedzieć, nie pozwolić im robić tego czegoś, co robią.

Jak   na   przeznaczenie   coś   mi   to   mgliście   wyglądało.   Tak   jakbym   miała 

wspiąć się na Mount Everest bez mapy i sprzętu, odpowiadając za los pięciu 
osób. To wszystko mnie przytłaczało, czułam się dziwnie osamotniona, choć 
otaczało mnie stado. Zasnęłam z nadzieją, że jutro na pewno coś wymyślę.

Jak się okazało, moje „jutro" zaczęłam w nieprzeniknionych ciemnościach, 

związana jak baleron, z ustami zaklejonymi taśmą.

background image

122

Uwolnić   się!   Mój   mózg   w   jednej   chwili   przeszedł   ze   stanu   uśpienia   do 

ekstremalnej, ogłupiającej paniki. Wygięłam się, jak tylko mogłam,  próbując 
poderwać się z podłogi. Jednocześnie ze wszystkich sił starałam się rozluźnić 
więzy,   które   ani   drgnęły.   Myśl,   Max,   myśl!   Potrafisz   z   tego   wybrnąć!   Nie 
dostaną cię tak łatwo!

Taśma tłumiła moje krzyki. Czołgałam się po podłodze, usiłując wpaść na 

kogoś ze stada albo przewrócić jakiś przedmiot i narobić hałasu. Nie do wiary, 
że inni spali - na ogół budził nas najmniejszy odgłos. Może coś im się stało?

Dwa wielkie, ciemne kształty pochyliły się nade mną, chcąc mnie podnieść, 

ale szarpnęłam się z całej siły. Udało mi się walnąć jednego kolanem w brzuch, 
ale nie na wiele się to zdało. Potem drugi po prostu usiadł na mnie, wyciskając 
ze   mnie   powietrze.   Jak   oszalała   zaczęłam   oddychać   przez   nos,   ale   miałam 
wrażenie, że się duszę.

Już   dawno   nie   czułam   się   tak   kompletnie   bezsilna   i   mało   od   tego   nie 

zwariowałam. Z głowy uciekły mi wszystkie myśli, został tylko dziki zwierzęcy 
instynkt walki o życie, pragnienie, by zabić przeciwników, zrobić wszystko, 
byle przetrwać.

Serce mi łomotało, krzyczałam bezgłośnie, plastikowe więzy wrzynały mi 

się w kostki i przeguby. I wciąż byłam bezradna.

Nie mogłam uciec przed czarnym kapturem, który mi zarzucono na głowę, 

nie   mogłam   nie   odetchnąć   tym   słodko-mdlącym   zapachem,   nie   mogłam   nie 
odpłynąć w głęboką, zimną czerń, tam gdzie nie ma bólu ani strachu, jest tylko 
nicość.

Aha, i coś jeszcze. Coś bardzo złego. Kiedy mnie wynosili, dostrzegłam w 

pokoju tę drugą Max.

I sądzę, że została ze stadem. 

background image

123

Kiedy Likwidatorzy wynieśli tę gorszą Max, szybko położyłam się na jej 

posłaniu i przykryłam się kocem. Zamknęłam oczy, pewna, że nie zasnę ani na 
chwilę.

Byłam nakręcona tym wszystkim, co się wreszcie stało. Nie zasnęłabym... 

Dawna   Max   odeszła,   przyszła   nowa,   udoskonalona.   Wszystko   zgodnie   z 
planem.

- Aaaa! - obudziłam się, wymachując rękami.
Śniło mi się, że Obcy myją mnie gąbkami.
Uderzyłam w coś ciepłego i kosmatego. To coś odskoczyło. Potem sobie 

przypomniałam: mieli psa. To pewnie on mnie lizał. Błe!

Zamrugałam oczami, rozejrzałam się. Lichy pokój motelowy wyglądał za 

dnia jeszcze paskudniej niż w środku nocy.

- Max?
Podniosłam głowę i zobaczyłam nad sobą małego jasnowłosego chłopca - 

Gazownika... Co za imię.

- Eee... co?
- Jestem głodny.
Wybiła   godzina.   Teraz   się   zorientujemy,   czy   umiem   odegrać   Maximum 

Ride.

- Jasne - mruknęłam, wstając. Byłam cała sztywna od spania na podłodze. 

Teraz, gdy widziałam wszystkich z bliska, trudno mi było się na nich nie gapić. 
Całkowicie różnili się od Likwidatorów, od Ariego. Nie wiem, jak potrafili ze 
sobą wytrzymać. - Tak, śniadanie - powiedziałam, usiłując sobie przypomnieć 
zasady. - Ten... e... pies nie powinien wyjść?

- Już wyszliśmy - odezwała się najmniejsza, Angela.
Przechyliła głowę na bok, przyglądając mi się. Uśmiechnęłam się do niej. 

Małe dziwadło. Nie miałam pojęcia, dlaczego Max trzymała z tymi ofermami. 
Samej byłoby jej o wiele lepiej. Każde z nich było dla niej kulą u nogi. Powinna 
rzucić   ich   już   dawno.   Ale   to   właśnie   jedna   z   jej   słabości   -   potrzebowała 
widowni, fanów. Kogoś, kto by ją trzymał za rękę i mówił, jaka jest wspaniała.

Nieważne. W kącie pokoju stała kuchenka. Postawiłam na niej patelnię.
- Dobra, może jajka? - spytałam, zaglądając do małej lodówki.
- Ty zrobisz?
Odwróciłam się i ujrzałam Kła, tego najstarszego, z ciemnymi włosami.
- Nie jesteś głodny?
- Nie do tego stopnia - mruknął Gazownik.
Nie   zrozumiałam.   Drugi   chłopiec,   ten   jasnowłosy,   wstał   i   podszedł   do 

kuchenki.

background image

- Ja się tym zajmę. Gazik, nalej sok. Kuks, przynieś papierowe talerze.
- Przecież jesteś ślepy - powiedziałam.
Nie mógł gotować. A może to jakiś żart?
- No coś ty, serio? - rzucił sarkastycznie chłopak. Iggy. Włączył palnik. - Kto 

chce jajecznicę?

- Ja - podniosła rękę Kuks.
Wyjęła papierowe talerze i położyła je na tandetnym stole.
Ha. Może nie muszę gotować, ponieważ jestem szefową. No, ale powinnam 

się czymś zająć, żeby wyglądać na zwierzchniczkę.

- Kuks? Chodź tutaj, uczeszę cię. - Zaczęłam szukać grzebienia w plecaku. - 

Może zrobimy ci kucyki albo co, żeby włosy nie wpadały ci do oczu.

Kuks - następne głupie imię - przyjrzała mi się uważnie.
- Chcesz mnie uczesać?
- Tak.
Boże,   co   ta   Max   robiła   po   całych   dniach?   Nie   gotowała,   nie   czesała... 

Siedziała na tyłku i wydawała rozkazy?

- E, ty... Z łóżka! - Strzeliłam palcami na psa, który tylko na mnie spojrzał.
- Dlaczego nie może siedzieć na łóżku? - spytała Angela.
- Bo tak powiedziałam - oznajmiłam, czesząc Kuks. 
W   pokoju   zapadło   milczenie.   Obejrzałam   się;   cała   czwórka   mutantów 

wpatrywała   się   we   mnie.   No,   ten  ślepy   się   nie   wpatrywał,   choć  twarz   miał 
odwróconą w moją stronę, co wyglądało upiornie.

- No co? - zdziwiłam się.

background image

124

Moim   ostatnim   wspomnieniem   było   porwanie   z   motelu.   Nie,   widok   tej 

drugiej Max. Co się stało? Czy zajęła moje miejsce? Dlaczego?

Nawet   nie   wiedziałam,   czy   jestem   przytomna,   czy   tylko   śnię,   żyję   czy 

umarłam.  Znowu  zamrugałam,  ale  otaczały   mnie  nieprzeniknione  ciemności: 
żadnych   cieni,   niewyraźnych   postaci,   ani   odrobinki   światła.   Wszyscy   z 
wyjątkiem Iggy’ego widzimy w ciemnościach wyjątkowo dobrze, więc teraz, 
nie widząc dosłownie nic, przeraziłam się śmiertelnie.

Czy   oślepłam,   jak   Iggy?   Eksperymentowali   z   moimi   oczami?   Gdzie   ja 

jestem? Przypomniałam sobie, że mnie związali i zakneblowali. I że zemdlałam. 
A teraz byłam tutaj, tylko że nie miałam pojęcia, gdzie jest to „tutaj".

Gdzie stado? Nikt się nie obudził, kiedy mnie zabierali. Podali im narkotyki? 

Zrobili   coś   gorszego?   Co   z   nimi?   Usiłowałam   usiąść,   ale   byłam   jakby 
zawieszona w powietrzu - nie mogłam postawić stóp na ziemi, nie mogłam się 
od niczego odepchnąć. Za to czułam wilgoć. Zdołałam dotknąć twarzy. Włosy 
miałam   mokre.   Wyciągnęłam   ręce,   ale   natrafiłam   na   pustkę.   Otaczała   mnie 
woda albo inny płyn, ale niezwykły - nie mogłam zatonąć.

Przełknęłam ślinę i znowu zamrugałam. Ogarniała mnie panika. Gdzie moje 

stado? Gdzie jestem? Co się dzieje? Czy ja umarłam? Jeśli umarłam, to zaraz się 
niewiarygodnie wkurzę, bo nie zdołam wytrzymać w tym zawieszeniu nawet 
przez godzinę, nie mówiąc o wieczności. Nikt mnie nie uprzedził, że śmierć jest 
taka nudna.

Serce mi łomotało, oddech stał się szybki i płytki, czułam mrowienie skóry, 

bo krew napłynęła mi do kończyn i najważniejszych organów. Instynkt walki i 
ucieczki. A to mi o czymś przypomniało. Rozłożyłam skrzydła i niczego nie 
poczułam!   W   panice   sięgnęłam   do   tyłu.   Moje   mocne   mięśnie   skrzydeł, 
zgrubienia, tam gdzie skrzydła zrastały się z ramionami, były na miejscu. A 
więc je miałam, tylko ich nie czułam.

Podali mi narkozę? Przeszłam operację? Ze wszystkich sił rzuciłam się w 

ciemnościach, ale nadal niczego nie czułam.

Bardzo zła wiadomość.
Gdzie ja, do diabła, jestem?
Postaraj się uspokoić. Spokojnie. Zastanów się. Jak umarłaś, to umarłaś i nic 

nie   poradzisz.   A   jak   nie   umarłaś,   musisz   się   zastanowić,   uciec,   uratować 
tamtych, skopać zad temu draniowi, który cię tu umieścił...

Byłam   całkiem   sama.   Nie   pamiętam,   kiedy   ostatnio   mi   się   to   zdarzyło. 

Gdybym leżała w hamaku na plaży, popijała drinka z parasolką i wiedziała, że 
stado jest zdrowe i szczęśliwe, byłabym w siódmym niebie. Samotność, brak 
zajęć, możliwość odpoczynku - spełnienie marzeń.

background image

Ale ja byłam sama w ciemnościach, przerażona i niepewna. Więc gdzie ja 

jestem? Może nie chcesz wiedzieć.

Głos.
Więc jednak nie byłam zupełnie sama. Głos przy mnie został.
- Wiesz, gdzie jestem? - spytałam głośno, z trudem chrypiąc.
Tak.
- No to powiedz!
Na pewno chcesz wiedzieć?
- A skąd, uwielbiam tkwić w niewiedzy! - warknęłam. - Dlatego nie chcę z 

tobą rozmawiać! Mów, idioto!

Jesteś w komorze do deprywacji sensorycznej. Nie wiem, gdzie dokładnie.
- Boże. Masz rację! Faktycznie, nie chcę wiedzieć. 
Deprywacja   sensoryczna.   Sama,   samiuteńka,   tylko   moja   maksymalnie 

pokręcona świadomość  i Głos. Mogłam to znosić  przez jakieś  góra dziesięć 
minut, zanim zwariuję ostatecznie i na amen.

Znając   fartuchy,   pewnie   zamierzają   mnie   tu   potrzymać   parę   lat,   żeby 

poczynić obserwacje, zobaczyć, co się ze mną stanie.

Muszę umrzeć teraz, zaraz, natychmiast.

background image

125

Ale przecież jestem Maximum Ride. Nie będzie tak łatwo, prawda?
Oczywiście.   Moje   życie   nigdy   nie   uwzględniało   konwencjonalnych, 

bezbolesnych   rozwiązań,   skoro   możliwe   było   rozciągnięcie   problemu   w 
niekończącą się mękę i niepewność.

Nie wiem, jak długo byłam w komorze. Może dziesięć minut, może dziesięć 

lat.   Całe   życie.   Może   spałam.   Na   pewno   miałam   halucynacje.   Raz   po   raz 
„budziłam się" i znowu byłam ze stadem w domu w Kolorado, w tunelu metra w 
Nowym Jorku albo w Wieczornej Gospodzie. Znowu widziałam Ellę Martinez i 
jej mamę, uśmiechające się i machające do mnie.

Niewykluczone, że trochę płakałam.
Przez   głowę   przeleciały   mi   chyba   wszystkie   myśli,   jakich   kiedykolwiek 

doświadczyłam, jedna po drugiej, jak serie z karabinu. Mój rozgorączkowany 
umysł odtworzył każde wspomnienie, kolor, smak, wrażenie, niekończące się 
pętle   myśli,   wspomnień,   snów,   nadziei,   powtarzających   się   raz   po   raz,   aż 
straciłam rozeznanie, co wydarzyło się naprawdę, a co było moimi marzeniami, 
scenami z filmów albo książek. Nie wiedziałam już, czy naprawdę byłam sobą, 
czy miałam skrzydła i czy w mojej rodzinie były inne skrzydlate dzieci. Nic nie 
wydawało się prawdziwe - tylko ta komora. A może i ona też nie.

Przez jakiś czas śpiewałam. Mówiłam do siebie. W końcu zabrakło mi głosu. 

Dziwne,   ale   nie   byłam  głodna   ani  spragniona.   Nic   mnie   nie   bolało,  nic   nie 
sprawiało przyjemności.

Kiedy więc komorę w końcu otwarto i do środka wpadło światło, wydawało 

mi się, że to najgorsza, najboleśniejsza rzecz, jaka mnie kiedykolwiek spotkała.

background image

126

Krzyknęłam,   ale   mój   głos   brzmiał   rozdzierająco,   ranił   mi   uszy,   więc 

natychmiast   się   zamknęłam.   Zacisnęłam  powieki,  broniąc  się   przed   rażącym 
światłem, i zwinęłam się w kłębek. Wielkie ręce chwyciły mnie i wyciągnęły; 
sam ich dotyk po tak długiej nicości wystraszył mnie do obłędu.

Położyli mnie na łóżku i przykryli kocem. Najlżejszy dotyk był dla mnie 

torturą. Skuliłam się i znieruchomiałam na bardzo długo.

W końcu uświadomiłam sobie, że ból nie jest już tak dojmujący. Usiłowałam 

rozkleić jedną powiekę. Światło było zbyt jasne, ale nie miałam już wrażenia, że 
wypala mi siatkówkę.

- Max?
Ledwie słyszalny szept znowu szarpnął moimi nerwami. Nieznośnie bolesne 

dreszcze   przeszyły   mnie   do   szpiku   kości.   Zastygłam,   zamknęłam   oczy.   Nie 
umiałam już biec, uciekać, walczyć.

Chciałam wrócić do komory, w błogosławione ciemności, ciszę i nicość.
- Max, jak się czujesz?
Bosko, pomyślałam histerycznie. Tryskam radością życia. Okaz zdrowia i 

urody.

- Max, potrzebujesz czegoś?
Pytanie było tak idiotyczne, że aż się uśmiechnęłam.
- Muszę cię o coś spytać - szepnął głos. - Muszę wiedzieć, dokąd zmierza 

stado. Co się stało w Wirginii?

Zgłupiałam. Parę synaps w mózgu w końcu mi się połączyło. Wyjrzałam 

spod koca i rozkleiłam oczy.

- Wiesz, co się stało - wychrypiałam. Głos miałam zardzewiały, skrzypiący 

jak zawiasy. - Byłeś tam.

- Tylko pod koniec, kochanie - powiedział Jed bardzo cicho. Klęczał obok 

mojej pryczy. - Nie wiem, co zaszło wcześniej. Nie wiem, dokąd zmierza stado 
ani co zamierzacie.

Poczułam się w dziesięciu procentach sobą.
- Przykro mi, będziesz się musiał nauczyć żyć w niewiedzy - zachichotałam.
Zabrzmiało to, jakby ktoś dusił kota.
-   Oto   moja   Max   -   odezwał   się   czule   Jed.   -   Twarda   do   końca.   Po   tym 

wszystkim   nadal   jesteś   w   zadziwiająco   dobrej   kondycji,   ale   muszę   ci 
powiedzieć, że powinnaś się pospieszyć z tym ratowaniem świata.

- Zanotuję sobie - zgrzytnęłam.
Czułam się prawie na tyle sobą, żeby się wkurzyć.
Jed   przysunął   się   do   mnie.   Otworzyłam   oczy   i   spojrzałam   mu   prosto   w 

twarz, w tę znajomą twarz, która kiedyś była dla mnie symbolem wszystkiego, 

background image

co dobre. A teraz wszystkiego, co złe.

- Proszę cię - szepnął. - Zgódź się. Oni chcą cię zlikwidować. Uważają, że 

jesteś straconym przypadkiem.

A to sensacja.
- Kto?
-   Itex.   Chcą   cię   tu   zatrzymać   do   czasu,   aż   wypróbują   najnowszy, 

najwspanialszy   wynalazek.   Chcieli,   żebyś   kierowała   się   głową,   nie   sercem. 
Usiłowałem cię tego nauczyć, ale chyba poniosłem klęskę. Usiłują odebrać ci 
serce, trzymając cię tutaj. Ale ty nie jesteś obojętna wobec spraw i ludzi. Na 
przykład   wobec   mnie.   Proszę,   nie   dopuść   do   tego,   żeby   wszystko,   co   się 
wydarzyło do tej chwili, okazało się bez znaczenia. Nie dawaj im powodu, żeby 
mieli cię zlikwidować i zastąpić kimś innym. Pokaż im, że źle cię ocenili. Że 
masz wszystko, czego trzeba.

- Pokażę im,  że mam wszystko, czego trzeba, żeby wyrwać ci śledzionę 

przez nos - zapowiedziałam słabo.

- Batchelder! - rozległ się niski głos. - Nie masz prawa tu przebywać.
Potem światło znowu znikło, zabrano mi koc i wrzucono z powrotem do tej 

makabrycznej komory.

background image

127

W ciemnościach prowadziłam pięcioro mutantów w stronę Iteksu.
- Tutaj.
Rozgarnęłam krzaki i dałam znak, żeby weszli. Wreszcie zapadł zmierzch. 

Myślałam, że spędzanie całych dni na przyglądaniu się, jak banda Likwidatorów 
rżnie w pokera, to nuda. Dzisiejszy dzień bił to na głowę!

Nie rozumiem, jak oryginalna Max mogła to wytrzymać. Sama już nie wiem, 

ile razy miałam ochotę wrzasnąć, żeby się zamknęli i dali mi święty spokój. Ta 
Kuks   jazgotała   bez   przerwy,   Angela   i   Gazownik   wdawali   się   w   dyskusje, 
dlaczego niebo jest niebieskie i jaki to dzień tygodnia. Nie znalazłam żadnych 
szczelin   w   zbroi   Kła,   ale   to   tylko   kwestia   czasu.   Angela   mnie   po   prostu 
przerażała   -   nie   wiadomo,   czego   się   po   niej   spodziewać.   Może   jest   trochę 
nienormalna.   Powiem   im   to,   kiedy   wrócę.   Gazownik   wydawał   się   naiwnym 
idiotą, a Iggy, o ile rozumiałam, był dla nich jedynie kulą u nogi. Tyle że umiał 
gotować, nie wiadomo jakim cudem. I jeszcze wszyscy gadali do psa jak do 
człowieka, pytali, czy chce tego lub owego. To przecież tylko pies!

Ale   w   końcu   się   ściemniło.   Tego   dnia   poszliśmy   zwiedzać   Itex,   a   ja 

ostentacyjnie   rozglądałam   się,   niby   to   szukając   słabych   punktów   budynku. 
Teraz mieliśmy się „włamać". Usiłowałam zachowywać ostrożność, udawać, że 
jestem bardzo czujna.

Muszę   przyznać,   że   szło   mi   świetnie.   Niczego   nie   podejrzewali.   Moje 

szkolenie, lekcje, ćwiczenia - wszystko się opłaciło. Ku mojej satysfakcji było 
oczywiste, że  jestem nową, udoskonaloną  wersją.  Aż dziwne, jak chętnie  te 
cudaki   za   mną   chodziły,   wykonywały   moje   rozkazy.   Powiedziałam   im,   że 
włamiemy się do Iteksu i wszyscy rzucili się do działania. Nawet ten głupi pies. 
Kiedy   opuszczaliśmy   hotel,   usiłowałam   go   zamknąć   w   pokoju,   ale   Kuks 
otworzyła mu drzwi.

- Bierzemy psa na akcję? - spytałam, unosząc brwi.
- No pewnie! - Kuks wyglądała na zdziwioną. - Jak zawsze.
Dooobra, pomyślałam. Zaczynam rozumieć, dlaczego idziecie na odstrzał.
Nieważne. Przynajmniej wykonywali rozkazy. Zaprowadziłam ich na szczyt 

trawiastego   wzgórza,   rozglądając   się   -   niby   że   ktoś   nas   może   złapać.   Przy 
głównym   budynku   znajdowała   się   wielka   skrzynia   klimatyzatora. 
Odśrubowaliśmy  wieko, zablokowałam kijem ogromny  wentylator i wszyscy 
szybko   weszliśmy.   Wyszarpnęłam   kij,   wiatrak   znowu   zaczął   się   obracać   i 
byliśmy w środku.

- Dobry pomysł - odezwał się Kieł.
Przez cały dzień nie słyszałam od niego takiego potoku słów.
Wzruszyłam ramionami. Wiem, że Max zadziera nosa, ale ja nie musiałam. 

background image

Ruszyliśmy korytarzami systemu wentylacyjnego.

Ciągle   zapominałam,   że   mam   się   denerwować,   rozglądać,   jakbym   nie 

wiedziała,   w   którą   stronę   iść.   Czasami   zatrzymywałam   wszystkich   i 
przykładałam palec do ust, że niby kogoś słyszę. Mało nie pękłam ze śmiechu.

Kiedy dotarliśmy do głównego korytarza, udałam, że się waham, po czym 

skierowałam się do odnogi prowadzącej do piwnicy. Jeszcze tylko parę minut, 
kilkaset metrów i sprawa będzie załatwiona.

Oni też.

background image

128

Powrót do komory po spotkaniu z Jedem był wielką ulgą - przez jakieś dwie 

milisekundy.   Potem   zaczęłam   się   zastanawiać   nad   tym,   co   mi   powiedział. 
Przypomniałam sobie, że stado na mnie liczy. Przypomniałam sobie, że jestem 
Niezwyciężoną Max, a fartuchy, które każą mi biegać w labiryncie, to banda 
platfusów.

A to stawiało mnie przed pytaniem: jak się stąd wydostać?
Nie mogłam usiąść, nic nie czułam. Znowu straciłam przytomność i miałam 

halucynacje - trudno było mi się skupić, przypomnieć sobie, co robię, zamiast 
odpłynąć w niebyt.

Myśl, Max!
Wtedy przypomniałam sobie, że mam własny, prywatny Głos. Głosie, masz 

jakiś pomysł?

Czego   oni   od   ciebie   chcą?   -   odezwał   się,   doprowadzając   mnie   do   stanu 

przedzawałowego.

Jeszcze nigdy, przenigdy nie odpowiedział na moje pytanie. Przynajmniej w 

tamtej chwili czegoś takiego nie pamiętałam.

Hm. Czego oni chcą? Żebym tu była, żeby mogli na mnie eksperymentować, 

zmuszać mnie do skakania przez płonące obręcze, żebym stała się ich królikiem 
doświadczalnym.

Co by się stało, gdybyś im to odebrała?
Zastanowiłam się. Bardzo by się wkurzyli?
Uśmiechnęłam się. Ale jak mogę im to odebrać? Już ustaliłam, że nie mogę 

uciec z tej puszki.

Zastanów się nad tym...
A kiedy rzeczywiście się nad tym zastanowiłam, uświadomiłam sobie, jak 

bardzo ograniczone mam możliwości, i zaczęłam lekko świrować z przerażenia. 
Oto sytuacja, w której cała moja siła fizyczna, szybkość, przebiegłość były na 
nic.

Oszaleć można.
Gdybym tak totalnie nie odleciała, pewnie bym wpadła w panikę.
A   tak   czułam   się   dziwnie   daleka   od   problemu.   Przestraszona,   ale 

zdystansowana. Traciłam rozum. Traciłam siebie.

Tracić siebie... Stracić mnie. Wkurzyliby się, gdyby mnie stracili. Bo nie 

mieliby na kim robić eksperymentów. Ale ponieważ nie mogłam się ruszać, 
zgubienie się było właściwie niewykonalne.

Chyba że...
Był jeszcze jeden sposób na to, żeby mnie stracili. Musiałabym umrzeć.
Ale wtedy ja też bym przegrała, nie tylko oni. Hm... A może wmówić im, że 

background image

umarłam?

Na pewno mają tu jakieś monitory. Kiedy wpuszczasz szczura do labiryntu, 

sterczysz nad nim i przyglądasz się, jak sobie radzi. Pewnie nagrywają moje 
obłąkane wrzaski i płacze.

Dobrze. Więc jak umrzeć?
Położyłam się na falującym płynie. Podtrzymywał moje ciało - nie musiałam 

unosić   głowy   ani   nic.   Zaczęłam   oddychać   coraz   wolniej   i   wolniej,   wdech, 
wydech, raz, dwa, trzy, cztery... Rozluźniłam wszystkie mięśnie. I jak gdybym... 
weszła   w   głąb   siebie.   Tak   jakbym   była   maszyną   i   powoli   wyłączała   swoje 
systemy. Siłą woli zmuszałam swoje ciało, by spowolniło wszystkie akcje.

W głuchej ciszy komory moje serce biło coraz wolniej i wolniej. Oczy same 

mi się zamknęły. Wszystko nieruchomiało i cichło. Może będę leżeć w tym 
wodnym grobie do końca świata.

Czas przestał istnieć. Znikły myśli, nie było ruchu.
Miałam szczerą nadzieję, że nie umarłam naprawdę.
To by mi wyjątkowo utrudniło znalezienie rodziców i uratowanie świata.

background image

129

Nie widzę potrzeby wdawania się w nudne szczegóły, ale trafiliśmy do sali z 

komputerami. Na razie wszystko działo się zgodnie z planem.

Zagoniłam wszystkich w najciemniejszy kąt pomieszczenia, a oni mnie, nie 

do wiary, posłuchali. Odpaliłam jeden z komputerów, który ruszył bezgłośnie. 
Powiedzieli mi, że Kuks radzi sobie z komputerami, więc skinęłam na nią.

- Zobaczmy, co znajdziesz o Iteksie - szepnęłam. - Ale szybko, nie wiem, ile 

mamy czasu.

Mieliśmy   dokładnie   sześć   minut   i  czterdzieści   siedem   sekund,   o   ile   mój 

zegarek chodził dobrze.

- Jasne - odszepnęła Kuks.
Usiadła i natychmiast otworzyła listę programów. Stamtąd od razu przeszła 

do pisania w języku C. Na ekranie pojawiły się szeregi bezsensownych słów.

Westchnęłam   w   duchu.   Oczekiwałam,   że   lada   chwila   utknie,   a   ja   będę 

musiała wkroczyć. Nauczyli mnie wszystkiego, żebym mogła ich zaprowadzić 
tam gdzie trzeba.

- O, tutaj - wskazała Kuks.
Zaskoczona spojrzałam na ekran, na którym pojawiały się kolejne strony 

informacji z nagłówkiem: „Ściśle tajne". Hmmm. Może ten mutant był bardziej 
inteligentny, niż na to wyglądał. Może jakimś cudem coś się im czasem udaje.

- Dobrze, to czytajmy - powiedziałam, zaglądając jej przez ramię.
Czas tych odmieńców już się kończył.

background image

130

Ja,   Maximum   Ride,   umarłam   i   nikt   tego   nie   zauważył.   Może   naprawdę 

umarłam. Jakoś przestało mnie to ruszać.

W   końcu,   nareszcie,   moi   prześladowcy   pojęli,   że   zamiast   interesującego 

królika   doświadczalnego   mają   o   wiele   mniej   interesujące,   niechętne   do 
współpracy zwłoki.

Pogrążona   w   transie   miałam   tylko  pół   sekundy,   żeby   się   przygotować,  i 

raptem   poraziło   mnie   wypalające   siatkówkę   światło,   gdy   zdarto   pokrywę 
kapsuły. Pozostanie w bezruchu okazało się najtrudniejszym zadaniem mojego 
życia. 

- Co się stało? Kto ją nadzorował? Ktoś za to odpowie!
Znowu czyjeś ręce złapały mnie i wywlokły na zewnątrz. Znowu była to 

najgorsza,   najbardziej   bolesna   rzecz,   jaką   można   sobie   wyobrazić.   Ale   tym 
razem z wysiłkiem otworzyłam oczy, stanęłam na ziemi i ryknęłam!

Kolana   się   pode   mną   ugięły,   ale   rozłożyłam   skrzydła,   otrząsnęłam   je   z 

wilgoci, na ile mogłam - przez chwilę widziałam zdumione, a potem wściekłe 
twarze - i z kolejnym ochrypłym, rozdygotanym rykiem, nawet w przybliżeniu 
nie tak przerażającym, jak chciałam, rzuciłam się do ucieczki.

Przede mną mgliście majaczyło okno. Pobiegłam w jego stronę, z trudem 

utrzymując się na miękkich nogach. Jakieś ręce chwyciły mnie za mokre ubranie 
i skrzydła - i wtedy skoczyłam w okno.

Oby tylko szyby nie były ze zbrojonego szkła, pomodliłam się w ostatniej 

chwili. Chyba nie były, bo przebiłam się przez nie, a każda komórka mojego 
ciała   odebrała   to   jak   zderzenie   z   tirem.   Wrzeszcząc   z   bólu,   poczułam   na 
policzkach wilgotne powietrze i zaczęłam spadać.

Usiłowałam poruszyć skrzydłami, przypomnieć sobie to znajome doznanie 

wiatru pod nimi: lekkie, wspaniałe żagle z mięśni, piór i kości. Ale czułam tylko 
drętwotę, otępienie, jakby mnie wykąpano w nowokainie.

Ruszać   się,   do   diabła,   ruszać!   -   pomyślałam,   mając   przed   oczami   wizję 

siebie rozpłaszczonej na ziemi pięć pięter niżej.

Na dworze było ciemno; przynajmniej oczy mnie tak nie bolały. Otworzyłam 

je i zobaczyłam zbyt szybko zbliżającą się  ziemię.  Jeszcze  raz rozpostarłam 
skrzydła, zaklinając je w myślach, żeby mnie uniosły, poderwały w powietrze.

I tak się stało - w chwili gdy musnęłam bosymi stopami trawę. Wzbiłam się 

chwiejnie   do   góry,   usiłując   sobie   przypomnieć,   jak   się   lata,   jak  się   porusza 
mięśniami,   jak   się   rozsuwa   łopatki,   żeby   mieć   większą   swobodę   ruchów. 
Śmignęłam koło wybitego okna, w którym dostrzegłam wściekłe twarze.

Jedna nie była wściekła. Jed. Wyciągnął rękę i pokazał mi uniesiony kciuk.
- Do zobaczenia wkrótce, kochanie! - krzyknął.

background image

Poszybowałam wyżej, a wiatr odgarnął mi z twarzy mokre włosy.
O co mu chodziło?

background image

131

- Jeju, ale tego dużo - szepnął Gazik, czytając Kuks przez z ramię.
Bez żartów, pomyślałam. Nie spodziewałam się takiej masy informacji o 

Iteksie. Zastanawiałam się, czy w ogóle brali pod uwagę, że ta mała się do nich 
włamie.

Kuks szybko przewijała strony. Spoglądałam na zegarek, gotowa pogonić 

wszystkich do etapu drugiego naszej zgadywanki.

- Ciekawe - odezwała się Kuks, nagle przestając pisać i nieruchomiejąc. - 

Ciekawe, czy Jed tutaj był. Coś czuję.

Rany, pomyślałam. Robi się upiornie.
- Co by tu robił Jed? - warknęłam. - Nie ma nic wspólnego z Iteksem.
- Max, czuję jego wibracje. On tu był. Może w dokumentach Iteksu jest coś 

o nim albo o nas.

Jej palce śmignęły po klawiaturze.
- Co robisz? - szepnęłam. - Żadnej improwizacji. Trzymaj się planu!
Zerknęłam   z   irytacją   na   resztę.   Gazownik   i   Iggy   stali   za   kontuarem; 

Gazownik przyglądał się czemuś. Kieł trzymał wartę przy drzwiach.

Angela i ten jej kundel siedzieli nieruchomo w pobliżu Kła. Angela miała 

zamknięte oczy, co zauważyłam ze złością. Znalazła sobie porę na drzemkę! W 
tej   samej   chwili   otworzyła   oczy   i   spojrzała   prosto   na   mnie.   Rzuciłam   jej 
krzepiący uśmiech i odwróciłam się do Kuks.

-   O   rany   -   szepnęła,   kiedy   nagle   na   ekranie   znowu   pojawił   się   tekst.   - 

Patrzcie, patrzcie!

Zmarszczyłam   brwi.   Przed   nami   wyświetlały   się   pliki   dokumentów. 

Pierwszy   zawierał   zdjęcie   niemowlęcia.   Miało   białą   szpitalną   bransoletkę   z 
napisem:   „Jestem   dziewczynką!   Nazywam   się   Monique".   „Monique"   było 
wypisane ręcznie.

- To ja, jako niemowlę - powiedziała Kuks z przejęciem.
Nie miałam pojęcia, dlaczego tak pomyślała, ale co tam. Zaczęła przewijać 

strony   i   dotarła   do   sporej   części   zawierającej   jakby   plany   budynków   czy 
schematy techniczne. Przyjrzałam się uważniej i zmarszczyłam brwi. To były 
schematy rekombinacji ludzkiego DNA, wszczepiania ptasiego DNA w komórki 
macierzyste.

- Max, Max, popatrz - szepnęła Kuks, wskazując coś na ekranie. Na dole 

długiego formularza medycznego widniał podpis Jeda Batcheldera. - O rany. 
Max, uwierzysz? Kieł?

Kieł zbliżył się bezszelestnie i spojrzał jej przez ramię. Oczy mu się zwęziły. 

Nic nie rozumiałam. Skąd Jed Batchelder wziął się w aktach Iteksu? Mieliśmy 
znaleźć tu dowody na nikczemność Iteksu, a nie materiały o naukowcach ze 

background image

Szkoły.

Kuks kliknęła w link; wyskoczyło małe okienko playera. Było opatrzone 

podpisem: „Rodzice, dwa dni później".

Ruszył nieostry film.  Ciemnoskóra  kobieta płakała, mężczyzna  obok niej 

miał   bolesny,   skamieniały   wyraz  twarzy,   jakby   przed   chwilą   był  świadkiem 
strasznego   wypadku.   Kobieta   powtarzała:   „Moje   dziecko!   Kto   zabrał   moje 
dziecko? Nazywa się Monique! Jeśli ktokolwiek wie, gdzie jest moja córeczka, 
błagam, niech mi ją odda. Jest dla mnie wszystkim!". Tu zaczęła szlochać i nie 
mogła dalej mówić.

Nie to mieliśmy oglądać. Powinniśmy czytać kolejne pliki o tym, jak to Itex 

zatruwa planetę, niszczy złoża naturalne i zmusza dzieci do pracy. Wbrew samej 
sobie zaciekawiłam się znaleziskiem Kuks.

- To bez sensu - powiedziałam.  - Parę stron dalej widzieliśmy  zgodę na 

leczenie.

Kuks pociągnęła nosem i wróciła do formularza. Na dole widniały podpisy 

rodziców Monique, którzy wyrażali zgodę, by jakiś Roland ter Borcht „leczył" 
ich dziecko.

Ale teraz, kiedy się przyjrzeliśmy lepiej, podpisy rodziców wydawały się 

złożone tą samą ręką, która napisała nazwisko Jeda Batcheldera.

Nie wiedziałam, co myśleć. Nic nie zgadzało się z tym, co mi powiedziano. 

W co mam wierzyć? Kuks, płacząc cicho, dalej przewijała strony. Na ekranie 
pojawiła   się   następna   fotografia   ciemnoskórej   kobiety.   Była   starsza   i 
niewiarygodnie smutna. Na zdjęciu widniał czerwony stempel: „Zlikwidowano".

Nagle Iggy wyjrzał spod biurka. Trzymał jakieś druty.
- Ktoś nadchodzi - powiedział. 

background image

132

Co wolność, to wolność, nawet jeśli człowiek ocieka wodą, jest na krawędzi 

szaleństwa i ma kłopoty z nakłonieniem mięśni do współpracy.

Pierwszy przystanek: Wieczorna Gospoda. Sprawdziłam dokładnie teren, ale 

wydawało się, że jest bezpiecznie. Nasza toyota echo nadal stała na parkingu. W 
pokoju nikogo nie było, choć nasze rzeczy zostały. Czy stado wyruszyło mnie 
szukać?

Złapałam coś do jedzenia i czym prędzej pożarłam, a potem jak najszybciej 

spakowałam cały nasz dobytek. Chwyciłam wszystko i ruszyłam biegiem przez 
parking. Skoczyłam w powietrze, szeroko rozkładając skrzydła.

Wszędzie  wypatrywałam  latających  Likwidatorów,  ale  wokół  było  pusto. 

Plecaki za bardzo mi ciążyły - musiałam się ich pozbyć i uwolnić ręce.

Ukryłam nasze rzeczy na szczycie sosny. Następny przystanek: tam, skąd 

właśnie   uciekłam.   Im   bardziej   odzyskiwałam   swoje   ja,   tym   bardziej   to   ja 
stawało się wściekłym, żądnym krwi szaleńcem. Prułam przez nocne niebo, a 
furia gotowała się we mnie tak, że para buchała mi uszami. Przez całe moje 
życie   ci   z   laboratorium   robili   mi   -   nam   wszystkim   -   niezliczone   ohydne, 
nieludzkie,   niewybaczalne   świństwa.   Porwali   Angelę.   Ale   teraz   naprawdę 
przegięli.

Wsadzili mnie do tej cholernej komory!
Zdumiewające,   że   po   tym   wszystkim   potrafiłam   jeszcze   latać   i   myśleć. 

Starałam się nie rzucać w oczy, przemykając między koronami drzew.

Kiedy wyprysnęłam z lasu, bardzo szybko okrążyłam cały kompleks Iteksu - 

siedem   wielkich   budynków.   Wróciłam   w   miejsce   startu,   szukając   wybitego 
okna. I znalazłam je. Potrzebowałam tylko potwierdzenia, że naprawdę tu mnie 
trzymali, że stał za tym ten koncern. Że Jed ma związek z Iteksem.

Teraz znaleźć stado.
Pofrunęłam   do   lasu   i   ostro   wyhamowałam   na   skraju   mrocznej   gęstwiny. 

Opadłam lekko na ziemię, otrząsnęłam skrzydła. Czułam się dobrze. Jakbym 
przeszła grypę, ale już wyzdrowiałam. Pięści same mi się zaciskały. Tęskniłam 
za widokiem Likwidatorów. Byłam gotowa rozerwać kogoś na strzępy.

Złożyłam skrzydła i w ciemnościach zakradłam się do głównego budynku.
Czaiłam   się   tuż   przy   ziemi,   nie   spuszczając   oczu   z   oświetlonych   okien 

gmachu. Coś musnęło mi rękę; odruchowo nią strzepnęłam. Dotknęłam czegoś 
gładkiego, chłodnego i żywego.

Zdusiłam pisk i cofnęłam rękę. A po chwili coś ciężko na mnie spadło. Wąż!
Omal nie wrzasnęłam. Wyrwało mi się tylko przerażone kwiknięcie.

background image

133

Potem wszędzie   zaroiło się  od  węży.  Czarne,  długie  na  dwa, trzy   metry 

spadały   na   mnie,   pełzły   mi   po   nogach,   oplatały   mnie,   wysuwały   języki. 
Otrząsałam się z nich, pląsałam jak wariatka, wirowałam, usiłowałam się ich 
pozbyć. Ale było ich coraz więcej.

Mało brakowało, a dostałabym świra. Jeżeli czegoś nienawidzę bardziej od 

ciasnych, zamkniętych pomieszczeń, to są to właśnie te cholerne gady!

- Boże, Boże, Boże - dyszałam, strząsając z siebie węże.
Ogarniała mnie coraz większa histeria.
Przykucnęłam,  napięłam mięśnie  i skoczyłam w powietrze. Rozpostarłam 

skrzydła z rozmachem, potrząsnęłam nimi, jakbym czuła w nich pełzające węże. 
Boże, ratunku, ratunku! W powietrzu zmieniłam biegi i przeszłam na prędkość 
naddźwiękową.   Węże   zaczęły   ode   mnie   odpadać,   zsuwać   się   w   ciemność. 
Dygotałam tak bardzo, że z trudem leciałam. W końcu pozbyłam się ostatniego.

Węże!   Ohyda!   Skąd   się   wzięły?   Nienawidziłam,   o   rany,   jak   ja 

nienawidziłam węży!

Boisz się ich, odezwał się Głos, jak zwykle chłodny i niewzruszony.
Serio?! - wrzasnęłam w myślach.
Strach jest twoją słabością. Musisz pokonać wszystkie swoje słabości.
Byłam tak przerażona i wściekła, że omal nie puściłam pawia. Co to ma być, 

następny test? Czy to halucynacje? Żołądek mi się skręcał, adrenalina tętniła we 
krwi. Głowa mi pękała.

Stado. Muszę odbić stado.
Dobrze, Max. Nie trać z oczu misji.
- Goń się, Głosie.
Wyprostowałam się, zacisnęłam zęby i zawróciłam do Iteksu.
Doskonale, Max. Czasami mnie zadziwiasz.

background image

134

Skąd   ten   ślepy   Iggy   wiedział,   że   ktoś   się   zbliża?   Jakiś   nietoperz!   Może 

wszczepili mu DNA nietoperza i...

Trzask!
Do sali komputerowej wpadł Ari.
- Rozproszyć się! - ryknął Kieł, skacząc na niego. Co ten młotek tu robi? - 

pomyślałam. Spodziewałam się profesjonalnego oddziału likwidacyjnego, a nie 
bandy   niewydarzonych   wilków.   Gdzie   żołnierze?   Spojrzałam   na   zegarek   i 
postanowiłam popatrzeć, jak dwa mutanty rozszarpują się w bójce.

Ale wtedy Gazownik wrzasnął:
- Pająki!
Ogromna   chmara   pająków   wsypała   się   do   sali,   czarny   ruchomy   dywan, 

sunący ku nam jak lawa.

Ari nagle oderwał się od Kła i rozejrzał za innymi kandydatami do rozdarcia.
- Tutaj! - Chwyciłam Angelę za chude ramiona i przytrzymałam ją.
Usiłowała mnie pociągnąć do wyjścia, ale zaparłam się w miejscu.
Ari wyszczerzył zęby, skoczył i wyszarpnął kawałek ciała z ramienia Angeli. 

Krzyknęła rozdzierająco, aż się skrzywiłam.

- Nieeee! - ryknął Kieł i w tej samej chwili, nie wiadomo skąd, spadła na 

niego klatka.

- Szczury! Szczury! - wrzasnęła Kuks, dając susa na kontuar.
Przeskakiwała ze stołu na stół, kierując się w stronę drzwi, ale ścigały ją 

tabuny piszczących szczurów o różowych ogonach, a kilka gryzoni wczepiło jej 
się w dżinsy. 

Wtedy zaczęła krzyczeć, zasłaniając twarz rękami.
W końcu wszyscy darli się jak obdzierani ze skóry. Dom wariatów. Każde z 

nich - z wyjątkiem mnie - przeżywało swój najgorszy koszmar, mierzyło się ze 
swoim  największym  lękiem.   Nawet  ten  pies.   Stał   pod  stołem,   gapiąc  się   ze 
zgrozą w miskę zwykłego psiego żarcia.

Nadal przytrzymywałam Angelę, która szarpała się o wiele mocniej, niż się 

spodziewałam. Usiłowała kopać mnie i Ariego, choć z ogromnej, ziejącej rany 
na jej ramieniu lała się krew, która spływała mi na ręce.

Mimo woli się uśmiechnęłam - a to zadziorny mały mutant!
Kątem oka widziałam wpatrującego się we mnie ze zdumieniem Kła, który 

rzucał się na pręty swojej klatki.

- Słuchajcie! - krzyknął. Udało mu się przebić przez ogólny wrzask. - To nie 

może się dziać naprawdę! To nieprawda!

Chciałbyś, odmieńcu, pomyślałam.

background image

135

Nie zgadniecie: czułam ich zapach. Nie wiem, czy to był mój nowy talent, 

czy po prostu się nie wykąpali, ale szłam dokładnie po śladach stada, kierując 
się jego wonią.

Przedostali się do budynku przez przewody wentylacyjne. Szłam ich tropem, 

parę razy zawracając, tak jak oni. W końcu zrozumiałam, że są już blisko, a 
kiedy   się   skupiłam,   usłyszałam   ich   szeptane   rozmowy.   Znalazłam   szyb 
wychodzący na salę komputerową w piwnicy, dość podobną do tej w Instytucie. 
Tak jakby istniał specjalny dekorator wnętrz dla obłąkanych naukowców.

Zobaczyłam Kła! Pilnował drzwi. Angela uciszała Totala. Wychyliłam się i 

spojrzałam w głąb pomieszczenia. Kuks siedziała przy komputerze, coś czytała. 
Policzki miała mokre od łez, aż serce mi się ścisnęło. A potem zobaczyłam... ją.

Siebie.
- Max, Max, patrz - zwróciła się do niej Kuks.
Zrobiło mi się zimno.
Ona wyglądała dokładnie jak ja. Odrzuciła niecierpliwie włosy, dokładnie 

moim gestem.

Nowa   furia   zagotowała   się   we   mnie,   utrudniając   mi   oddychanie.   Zrobili 

kopię Max i podstawili ją zamiast mnie!

W   diabolicznej   skali   od   jednego   do   dziesięciu   dałam   im   najmniej 

siedemnaście!

Postanowiłam   zabić   tą   drugą   Max.   A   moje   stado?   Jak   mogli   się   nie 

zorientować? Czy była aż tak doskonałą kopią? Przysięgam, jakbym widziała 
hologram, moje nagranie reagujące na słowa Kuks.

Znowu się rozejrzałam - i natrafiłam wzrok Angeli patrzącej prosto na mnie.
Gwałtownie   się   cofnęłam,   nie   chcąc,   żeby   mnie   wydała.   Przyszła   mi   do 

głowy straszna myśl: a gdyby Angela uznała mnie za nieprawdziwą Max? A 
jeśli fałszywa Max zamąciła im w głowach?

Boże, musiałam z tym natychmiast skończyć.
Zaczęłam   odkręcać   śruby   mocujące   sufit.   Raptem,   w   dole,   do   sali 

komputerowej wpadł mój ulubiony sparringpartner. Ari. Tym razem zajmę się 
nim jak należy.

A przy okazji także moim największym wrogiem: mną.

background image

136

W   samym   środku   tego   chaosu   i   wrzasku   rozległ   się   nad   nami   rumor   i 

wszyscy spojrzeliśmy do góry. Niewiarygodne, ale przez kanał wentylacyjny w 
suficie do pokoju wleciała dawna Max, Maximum Ride. A ta skąd się tu wzięła? 
Podobno mieli się nią zająć?

A jednak była tutaj, i to baaaardzo wkurzona.
- Zaproszenie chyba zginęło na poczcie - powiedziała jadowicie - ale nie 

gniewacie się, że wpadłam, prawda?

W tej samej chwili szczury, pająki i klatka znikły. Wszyscy rozglądali się 

ogłupiali - przy czym słowo „głupi" zyskało nowy wymiar - a ja klęłam pod 
nosem.   W   dobrej   chwili   zepsuł   się   ten   supertajny   najnowszy   holograficzny 
system rzeczywistości wirtualnej! To - jak również niezapowiedziane przybycie 
mojej uroczej poprzedniczki - miało mi nieco utrudnić zadanie.

- Max? - wyjąkał Ari, gapiąc się na tę drugą.
- Max! - krzyknęła Kuks.
- Tak - odpowiedziałyśmy obie.
Druga Max spojrzała na mnie spod zmrużonych powiek.
- Podobno naśladownictwo jest najszczerszym pochlebstwem - odezwała się 

wrednie. - A więc ty podlizujesz się na maksa.

- Kim jesteś? - przeraziłam się, szeroko otwierając oczy.
- Oszustka!
- Nieprawda - odezwała się ta mała kosmitka, świdrując mnie wzrokiem. 

Ręka, w którą ugryzł ją Ari, nadal krwawiła. - Ty jesteś oszustką.

Zdusiłam gniew. Za kogo ona się uważa, ona i ten głupi pies? Uśmiechnęłam 

się z troską.

- Ależ, Angela - powiedziałam z maksymalną szczerością. - Jak możesz? 

Wiesz, kim jestem.

- Uważam się za Angelę, a mój pies nie jest głupi. Ty jesteś głupia, jeśli 

chciałaś nas oszukać. Umiem czytać w myślach, idiotko.

background image

137

Żołądek skręcił mi się jak precelek. O tym nikt mnie nie uprzedził.
- Właśnie, idiotko - powiedział pies.
Wybałuszyłam oczy. Czy on się do mnie odezwał? To jakaś sztuczka?
Maximum Ride sprawdzała stan mutantów, jednego po drugim. Przytulali się 

do niej, a ja gotowałam się z wściekłości. Nie do wiary! Wróciła! Wszystko 
zepsuła.

- Dobra, teraz rozwiążemy ten kryzys tożsamości - warknęła, odwracając się 

do mnie.

Twarz miała całkiem białą, a pięści zaciśnięte.
- Miałam powiedzieć to samo - odwarknęłam, gotowa do walki. - Ręce precz 

od mojego stada!

- O, świetnie. Już się poznałyście.
Obie odwróciłyśmy się jednocześnie. W drzwiach stali naukowcy w białych 

fartuchach.

- Max, wszystko dobrze? - spytał Jed Batchelder. Miałam odpowiedzieć, ale 

nie patrzył na mnie. Chodziło mu o tę drugą, to o nią się martwił. Ja byłam 
zbędna.

Ogarnęła mnie furia. Wyglądałam dokładnie jak ona, byłam nią, byłam od 

niej   lepsza   pod   każdym   względem.   Ale   wszyscy   tutaj   traktowali   mnie   jak 
powietrze. Byłam niczym. Nikim.

Jeden naukowiec zrobił krok naprzód i odezwał się basowym głosem:
- Zlikwiduj starą wersję. Jest do niczego. Jej czas przydatności się skończył.
Zwracał się do mnie. To mnie przypadł ten zaszczyt.
Bez namysłu rzuciłam się na drugą Max, szczupakiem skoczyłam na nią nad 

stołem.

Druga   Max   była   przygotowana   na   atak,   ale   mnie   wściekła   zazdrość 

dodawała sił. Zderzyłam się z nią i przycisnęłam ją do ściany. Natychmiast 
odzyskała równowagę i odepchnęła mnie.

- Nie chcesz tego robić - powiedziała cicho. - Nie chcesz być mną.
- Mylisz się! - parsknęłam z nienawiścią.
- Max... - odezwał się Gazownik. - Powinnaś coś...
- Milcz! - warknęłam i znowu rzuciłam się na Maximum Ride.
Naukowcy i Jed schodzili nam z drogi, kiedy przewalałyśmy się po stołach, 

zwarte w śmiertelnym chwycie. Udało jej się uderzyć mnie pięścią w głowę. 
Wydarł mi się krzyk.

Ja kopnęłam ją w brzuch i z satysfakcją usłyszałam jej stęknięcie.
Siły były wyrównane - zbyt idealnie. Szalałyśmy po sali jak wir, młócąc 

pięściami i kopiąc z obrotu.

background image

- Może być tylko jedna Max - powiedział cicho Jed.
- No, ta prawdziwa - dodał Ari.
Naukowiec z basowym głosem założył ręce na piersi.
- Zobaczymy, czy miałeś co do niej rację, Batchelder. 
Wrzasnęłam i znowu rzuciłam się na Max. Przewróciłam ją. Chwyciła mnie 

za włosy i zdzieliła mnie głową tak mocno, że pokazały mi się gwiazdy, ale nie 
puściłam   jej.   Walnęłam   ją   pięścią   w   bok:   raz,   dwa,   trzy...   Przy   trzecim 
usłyszałam trzask żebra. Baaaardzo miłe.

- Same zdecydujecie, która z was przeżyje - oznajmił Jed. - Niech wygra 

silniejsza Max.

background image

138

- Zamknij się, palancie! - warknęła na niego Maximum Ride w chwili, gdy 

sama zamierzałam to zrobić.

Zerwałyśmy się i znów stanęłyśmy naprzeciwko siebie. Jakbym patrzyła w 

lustro. Dziwne.

Ale musiałam ją zlikwidować. Było o jedną Max za dużo. Rzuciłam się z 

rykiem na nią i kopniakiem przewróciłam ją na podłogę. Usiadłam na niej i 
walnęłam ją pięścią w nos. Skrzywiła się i odwróciła głowę, bluzgając krwią.

- Wydaje ci się, że jesteś taka wspaniała - syknęłam.
Szarpała się pode mną, ale kolanami mocno przycisnęłam jej ręce do ciała i 

sięgnęłam do jej gardła.

Tylko tak mogło się to skończyć: moim zwycięstwem. Zostałam stworzona 

do   wygrywania.   To   moje   przeznaczenie   -   pokonać   wszystkich   słabszych 
poprzedników. Tylko na tym mi zależało. Max była słaba, ponieważ wszystkim 
się   przejmowała:   swoim   głupim   stadem,   głupimi   rodzicami,   zdradą   Jeda, 
wszystkim, tylko nie tym, czym naprawdę powinna się zająć.

Roześmiałam się głośno. Była żałosna. Mogłam już ją zabić.
Ale   nagle   wygięła   się   gwałtownie   i   zrzuciła   mnie   z   siebie.   Znowu   się 

zerwała, kopnęła mnie w brodę; głowa odskoczyła mi do tylu tak gwałtownie, że 
omal nie zemdlałam. Potem ta druga Max usiadła na mnie, jak przed chwilą ja 
na niej. Chwyciła mnie obiema rękami za gardło i zaczęła mnie dusić. Z krwią 
płynącą   z   nosa   wyglądała   jak   maszyna   do   zabijania.   Jedno   oko   miała 
zapuchnięte tak bardzo, że się nie otwierało, ale dusiła mnie żelaznym chwytem. 
Czepiałam się jej ramion, usiłowałam je rozgiąć i nie miałam siły.

- Max? - odezwał się znowu Gazownik. Obie go zlekceważyłyśmy. - To w 

sumie ważne...

O,   Boże,   pomyślałam   trochę   zdziwiona,   walcząc.   Ona   wygra.   Nigdy, 

przenigdy nie przyszło mi  to do głowy. W każdym ćwiczonym scenariuszu, 
każdym manewrze zawsze wygrywałam. A tu proszę, nagle zaczęłam widzieć 
przed sobą tunel, a świat gasł powoli. Ze wszystkich sił starałam się ją zrzucić, 
ale była ode mnie silniejsza.

- Może być tylko jedna Max - dobiegł mnie niewyraźny głos Jeda.
Dochodził z daleka, wysoko nade mną.
To... już... to... - pomyślałam mętnie. To... już... koniec.
Nagle nacisk na moje gardło ustąpił.
Powietrze   wlało   mi   się   do   płuc   ogromną   falą.   Zakrztusiłam   się, 

zachłysnęłam, łykając je wielkimi haustami.

Dawna   Max   zeszła   ze   mnie.   Zaczęłam   kasłać,   trzymając   się   za   gardło. 

Trudno mi było nawet się podnieść.

background image

- Jestem silniejsza! - wrzasnęła do naukowców. - Od was! Bo nie zabiję tej 

dziewczyny   dlatego,   że   tak   chcecie.   Nie   zniżę   się   do   waszego   żałosnego 
poziomu.

background image

139

- Max... - W głosie Jeda brzmiało zdziwienie. - Nie może być dwóch Max.
Spojrzałam na tę fałszywą, która leżała na podłodze, łapiąc powietrze jak 

ryba. Jej źrenice zmniejszyły się jak łebki od szpilek, wiedziałam, że niewiele 
jej brakuje. Ale ten szczur postanowił wyskoczyć z labiryntu.

- No to nie powinieneś był robić dwóch - odpowiedziałam zimno. - Teraz to 

twój problem.

- Nie rozumiesz - odezwał się inny naukowiec. - Tylko jedna z was może 

wypełnić misję, przeznaczenie.

Pompatyczny idiota. Nie spuszczając oczu z fałszywej Max, podeszłam do 

stada, gotowa do walki lub ucieczki.

- Wiesz co? - zwróciłam się do niego. - Coś mi się wydaje, że sobie tego 

dobrze nie przemyśleliście. Zrobiliście z nas równanie i przewidzieliście wynik. 
Ale coś ci powiem, jełopie. - Spojrzałam na naukowców, Jeda, Ariego. Nadal 
jechałam na adrenalinie, nos mi krwawił i miałam ochotę skopać kogoś jeszcze. 
-   W   tym   waszym   równaniu   jesteśmy   zmiennymi!   Musimy   się   zmieniać!   - 
syczałam, prawie wypluwając każde słowo. - Nie dociera do was, wy chore 
świry, że jestem prawdziwym człowiekiem? - Wskazałam na drugą Max, która 
usiłowała się podnieść z ziemi. - Ona też. To człowiek. Jak my wszyscy! I dość 
mam wykonywania waszych rozkazów. Może sobie wmawiacie, że robicie to, 
żeby  ratować  świat,  ale  tak naprawdę  jesteście   bandą  popaprańców,  których 
pewnie w szkole nikt nie zapraszał na randki!

Miotałam się, nakręcona do obłędu. Pot spływał mi po czole i drażnił ranę na 

policzku.

Nie wiadomo skąd, rozległ się alarm. Za chwilę usłyszeliśmy jakieś wrzaski 

i tupot.

Jed   i   fartuchy   spojrzeli   na   siebie.   Na   razie   nic   z   tego   nie   rozumiałam. 

Pracowali dla Iteksu czy nie?

- Max? - odezwał się znowu Gazownik.
- Trzeba spadać - rzuciłam niecierpliwie, rozglądając się w poszukiwaniu 

ewentualnej trasy ucieczki.

Potem sobie przypomniałam: jesteśmy pod ziemią. Rany. Teraz to naprawdę 

mamy przerąbane.

Jed   i   inne   fartuchy   przysunęli   się   do   Likwidatorów.   Fałszywa   Max 

wyglądała na zagubioną, jakby nie wiedziała, po czyjej stronie stanąć. Prawie 
było mi jej żal.

- Max, ale naprawdę...
-   Co?   -   warknęłam,   odwracając   się   wściekle   do   Gazika.   -   Trochę   się 

porobiło, nie widzisz? Co jest tak ważne?

background image

Spojrzał na mnie z przejęciem wielkimi błękitnymi oczami, takimi jak oczy 

Angeli.

- Padnij.

background image

140

W   ułamku   sekundy   przypadłam   do   podłogi.   Wtoczyłam   się   pod   stół   i 

zakryłam   uszy   rękami.   Kiedy   normalny   ośmiolatek   mówi   „padnij",   na   ogół 
grozi ci najwyżej salwa z pistoletu na wodę. Kiedy mówi to Gazik, należy się 
przygotować na koniec świata, i to cholernie szybko.

GRUCH!
Bębenki   w   uszach   prawie   pękły   mi   od   grzmotu.   W   ustach   natychmiast 

poczułam   kurz,   włókna   wykładziny   i   coś   mokrego,   czego   nie   chciałam 
rozpoznawać. Odrzuciło mnie na dwa metry, nadal zwiniętą w kłębek, a potem 
coś na mnie spadło, wyduszając ze mnie oddech. Fala uderzeniowa i znacznie 
cichsze   gruchnięcie   zwinęły   mnie   w   jeszcze   ciaśniejszy   kłębek,   ale   ledwie 
sytuacja się uspokoiła, wyprostowałam się i ze stęknięciem zwaliłam z siebie 
gruz.

- Raportować! - wrzasnęłam, kaszląc pyłem.
Spadł   ze   mnie   wielki   kawał   biurka   albo   sufitu.   Cud,   jeśli   nie   miałam 

połamanych kości. Czułam się, jakby średni traktor przejechał się po mnie wte i 
wewte.

Niezdarnie, ciągle kaszląc, pozbierałam się z podłogi.
- Raportować! - ryknęłam jak oszalała.

background image

141

W sali kłębiły się pył i trociny. Migały czerwone światła alarmowe, rzucając 

na wszystkich upiorną, krwawą poświatę.

Na razie nikt się nie odezwał. Wrzasnęłam jeszcze głośniej:
- Raportować!
Zaczęłam przedzierać się przez gruz. Okazało się, że parę fartuchów stało w 

pechowym   miejscu   -   teraz   leżeli   nieprzytomni   na   podłodze.   Nigdzie   nie 
widziałam   Ariego,   ale   spod   kawałów   tynku   wystawało   parę   stóp.   Żadnych 
znajomych.

Jed z wolna wygrzebywał się spod gruzu, szary od pyłu, z krwią spływającą 

po brodzie.

- Jestem! - odezwała się Angela.
Poczułam pierwsze drgnienie nadziei.
- Tutaj! - wychrypiała Kuks i rozkaszlała się.
Wypełzła spod roztrzaskanego biurka. 
-   Jestem   -   pisnął   Total   zza   przewróconego   krzesła.   Odsunęłam   je 

kopniakiem. Total był cały szary, błyskały tylko jego oczy. - I wcale nie jestem 
szczęśliwy, możesz mi wierzyć - dodał zgryźliwie.

- Jestem - powiedział Kieł spokojnym, cichym głosem, wygrzebując się z 

zagłębienia, które jego ciało wytłoczyło w ścianie. Aaa, to pewnie bolało.

- Było fantastycznie! - wrzasnął Gazik, zrywając się z podłogi.
Osypały się z niego kawałki sufitu i biurka.
- Daję mocną dziesiątkę - oznajmił Iggy, wytaczając się zza czegoś, co było 

kiedyś biurkiem. - Za sam efekt dźwiękowy.

Przez   minutę   po   wybuchu   panowała   upiorna   cisza,   ale   na   korytarzu   już 

rozległy się nowe głosy. Znowu usłyszeliśmy rozkazy, szczęk broni, tupot. Ale 
tym razem był to tupot mniej pewny. Spod gruzu rozległ się jęk.

Szybki przegląd upewnił mnie, że stado jest zdrowe, całe i gotowe do lotu. 

Jak również...

Że   w   ścianie   piwnicy   jest   wielka   dziura   prowadząca   bezpośrednio   na 

zewnątrz.

- O, fantastycznie - ucieszyła się Kuks.
Uśmiechnęłam   się   przez   łzy.   Raz   jeszcze   stado   ocalało.   Żyliśmy   od 

katastrofy do katastrofy. Oni raz po raz usiłowali nas pokonać, my raz po raz 
pokazywaliśmy im, że nie ma tak łatwo. Byłam bardzo dumna, wściekła, a kiedy 
zaczęłam się nad tym zastanawiać, to i obolała.

- Słusznie - powiedziałam, niezwłocznie rzucając się w stronę dziury. Przy 

Gaziku zatrzymałam się na chwilę. - Stary, bomba! - Przybiliśmy piątkę.

- Max - odezwała się Angela.

background image

Wyglądała jak obtoczona w szarej mące.
- Tak, skarbie?
- Już stąd idziemy?
- O, tak. Fruwamy...
- ...z tego lokalu! - wrzasnęło ze mną stado.
- Total! - klasnęłam w ręce i wyciągnęłam ramiona. 
Piesek skoczył w nie z rozpędu. Wystawił język, żeby mnie polizać radośnie, 

ale zobaczył moją minę i zmienił zdanie.

A potem nasza szóstka - siódemka - rzuciła się do dziury w ścianie i wzbiła 

się w niebo lotem, który był jak poezja.

background image

EPILOG

background image

142

Nie   muszę   chyba   mówić,   że   potem   nastąpiło   ogólne   padanie   sobie   w 

ramiona,   opowieści,   oględziny   obrażeń   i   ponowne   wściekanie   się   na   to 
wszystko, co nas spotkało.

Zabraliśmy   graty   i   aż   do   wschodu   słońca   lecieliśmy   na   południe. 

Wylądowaliśmy w Everglades i znaleźliśmy kawałek względnie suchego gruntu, 
żeby   się   przespać.   Byliśmy   wykończeni,   wymęczeni,   a   jednak   do   głębi 
szczęśliwi, że znowu jesteśmy razem. Że znowu wygraliśmy.

Iggy,   młodsi   i   Total   zasnęli   natychmiast.   Zwinęli   się   w   kłębuszek   jak 

szczeniaki, brudni i obdarci, a ja byłam tak szczęśliwa, że są w jednym kawałku, 
aż łzy stanęły mi w oczach i popłynęły po posiniaczonej twarzy.

Kieł usiadł obok mnie i podzieliliśmy się jedną z ostatnich puszek coli.
- Śniadanie mistrzów - powiedział, unosząc ciepłą colę.
- Widziałeś, co się stało z drugą Max? - spytałam.
- Jakoś nie - mruknął. - Ale może uciekła.
Piłam musujący płyn, który spływał mi wysuszonym gardłem. „Nigdy" to i 

tak za szybko na spotkanie z drugą Max. Ale nie mogłam jej zabić. To tak 
jakbym zabiła tę Likwidatorkę, która czasami spoglądała na mnie z lustra. Poza 
tym byłoby to po prostu złe.

Czułam   się   wykończona,   bardziej   niż   wykończona,   ale   kiedy   ostatnio 

zasnęłam,   obudziłam   się   z   zaklejonymi   ustami,   a   potem   wylądowałam   w 
komorze deprywacyjnej. Dlatego na razie nie miałam zamiaru zamykać oczu.

Komora. Zadrżałam na samą myśl.
- Było źle? - spytał Kieł, nie patrząc na mnie.
- No - mruknęłam, też nie patrząc na niego, i pociągnęłam kolejny łyk coli.
Słońce  wspięło   się   wyżej,  było   duszno,   ciepło   i  coraz   cieplej.  Grudzień. 

Uciekaliśmy   już   od   wieków.   Nie   wiedziałam,   jak   długo   to   jeszcze   potrwa. 
Byłam skonana, a przez tę komorę i Głos wydawało mi się, że tracę rozum. 
Nadal nie miałam pewności, jak Likwidatorzy nas znajdują. Pamiętałam aluzje 
Angeli, że to ona powinna kierować grupą, i nie wiedziałam, co o tym myśleć.

- Poznaliście, że to nie ja, ta druga Max? - spytałam.
- Jasne.
- Kiedy?
- Od razu.
-   Ale   jak?   Wyglądamy   identycznie.   Miała   nawet   identyczne   blizny   i 

zadrapania. Nosiła moje ubrania. Skąd wiedzieliście?

Uśmiechnął się i zrobiło się jakoś jaśniej.
- Chciała nam zrobić śniadanie.
Zaczęliśmy   się   śmiać   tak   strasznie,   aż   się   popłakałam.   Oparci   o   siebie 

background image

chichotaliśmy jak wariaci, niezdolni wykrztusić słowa, i bardzo, bardzo długo 
nie mogliśmy przestać.

www.maximumride.pl


Document Outline