background image

ROZDZIAŁ 9

K

iedy po raz ostatni utożsamił się z człowiekiem? Chyba w dniu, w którym sam przestał 

nim być. Nie w tej samej chwili. Początkowo cały gniew skierował na Huntera Redferna...

Przebudzenie się martwym to doświadczenie, którego się nie zapomina. Quinn ocknął się w 
domu Redfernów przed kominkiem.
Otworzył oczy i zobaczył nad sobą trzy piękne dziewczęta.
Garnet, z lśniącymi włosami koloru wina, Lily, brunetkę z oczami barwy topazu, i Dove, jego 
delikatną Dove, o kasztanowych włosach, z wyrazem pełnej niepokoju miłości na twarzy.
Wtedy właśnie Hunter powiedział mu, że od trzech dni nie żyje.
-  Powiedziałem twojemu ojcu, że pojechałeś do Playmouth, nie prostuj tego. I nie 
staraj się ruszać, jesteś jeszcze słaby. Wkrótce przyniesiemy ci coś na 
wzmocnienie. - Redfern stał za córkami obejmując je ramionami. Wszyscy patrzyli na 
Quinna. - 

Ciesz się. Jesteś teraz jednym z nas.

 Ale Quinn czuł tylko przerażenie. I ból. Kiedy dotknął kciukami zębów, zrozumiał, gdzie 
tkwiło źródło bólu. Jego kły stały się tak długie jak u dzikiego kota i pulsowały bólem przy 
najmniejszym dotyku. 
Był potworem. Nieludzką kreaturą, która potrzebowała krwi, by przetrwać. Hunter Redfern 
mówił mu prawdę o swojej rodzinie. Teraz przemienił Quinna w jednego z nich.
Quinn, oszalały z wściekłości, podskoczył i usiłował chwycić Huntera za gardło.
Ale Hunter się zaśmiał, z łatwością odpierając atak. Następne, co Quinn pamiętał, to to, jak 
biegł leśną ścieżką w stronę domu ojca. A właściwie przedzierał się przez las, potykając się 
co chwila. Z trudem znajdował siły, by iść. Nagle tuż za nim znała zła się Dove. Jego mała 
Dove, która biegła tak szybko jak wiatr Uspokoiła Quinna, podniosła i przekonała do 
powrotu.
Ale Quinn potrafił myśleć tylko o jednej rzeczy; musiał dostać się do ojca. Jego ojciec był 
pastorem, wiedziałby, co zrobić, mógł pomóc.
I wtedy Dove zgodziła się iść z nim.
Później zdał sobie sprawę z błędu, który popełnił.
Dotarli do domu Quinna. W tym momencie Quinn najbardziej bał się, że jego ojciec nie 
uwierzy w historię o śmierci i pragnieniu krwi. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na nowe 
zęby Quinna, by go przekonać.
Jak sam oświadczył, potrafił rozpoznać diabła z daleka.
I dobrze wiedział, co musi zrobić. Jak każdy purytanin, czuł się w obowiązku wykorzeniać 
zło i grzech, ilekroć się z nimi zetknął.
Chwycił kawał drewna z kominka - sosnową szczapę - i złapał Dove za włosy.
Dopiero wtedy rozległ się krzyk. Quinn nigdy go nie zapomni. Krucha Dove nie zdobyła się 
na walkę. Quinn miał zbył mało sił, by ją ocalić.
Starał się. Rzucił się na nią, by osłonić jej ciało przed uderzeniem kołka. Na zawsze pozostała 
mu po tym blizna. Ale drewno, które tylko go drasnęło, przeszyło serce Dove. Umarła, 
patrząc mu w twarz, a on widział, jak gaśnie światło w jej oczach.
Nastało ogromne zamieszanie. Jego ojciec przeklinał go i płakał, wyrywając zakrwawiony 
kołek z ciała Dove. Wszystko skończyło się, gdy w drzwiach stanął Hunter Redfern w 
towarzystwie Lily i Garnet. Zabrali Quinna i Dove do domu. Ojciec Quinna pobiegł do 
sąsiadów po pomoc, Chciał spalić dom Redfernów.

background image

I wtedy Hunter wypowiedział słowa, które przerwały wszelką więź, jaką Quinn wciąż jeszcze 
utrzymywał ze swoim starym światem.
-  Była zbyt delikatna, by żyć w świecie ludzi - powiedział Redfern, patrząc na swoją 
martwą córkę. 

- Czy myślisz, że sobie poradzisz?

A Quinn, oszołomiony i wygłodzony, zbyt przerażony, by mówićuznał, że owszem, on 
poradzi sobie lepiej. Ludzie byli wrogami. Nie zaakceptowaliby go niezależnie od tego, co by 
robił. Stał się czymś, co potrafili wyłącznie nienawidzić - zdecydował zatem, że stanie się zły.
-  Nie masz już rodziny - stwierdził Hunter. - Z wyjątkiem Redfernów.

Od tamtej pory Quinn uważał się wyłącznie za wampira.
Pokręcił głową, po raz pierwszy od wielu dni myśląc dosyć jasno.
Ta dziewczyna go zaniepokoiła. Ta dziewczyna z piwnicy. Której twarzy nigdy nie zobaczył. 
Przez te dwa dni, które upłynęły od ich spotkania, myślał wyłącznie o tym, by ją odnaleźć
To, co stało się pomiędzy nimi... Wciąż nic nie rozumiał. Gdyby była czarownicą, uznałby, że 
rzuciła na niego urok. Ale byłą człowiekiem. I sprawiła, że zwątpił we wszystko, co myślał na 
temat ludzi.
Obudziła w nim uczucia, których nie zaznał, odkąd Dove umarłą w jego ramionach.
Ale teraz... Może to i lepiej, że nie zdołał jej znaleźć. Dziewczyna z  piwnicy była łowczynią 
wampirów. Tak jak jego ojciec. Jego ojciec, który z szaleństwem w oczach i szlochem na 
ustach przebił serce Dove.
Quinn jak zwykle na to wspomnienie poczuł, że jest bliski obłędu.
Jaka szkoda, że musi zabić tamtą dziewczynę z piwnicy.
Nie mógł nic na to poradzić. Łowcy wampirów byli jeszcze gorsi niż zwykli głupi ludzie. 
Łowcy wampirów byli złem tego świata, które należało wykorzenić. A świat nocy to jedyne 
miejsce, w którym chce żyć.
W tym tygodniu ani razu nie poszedłem do klubu, pomyślał Quinn, odsłaniając zęby. Roześmiał się 
głośnym, chropowatym i dziwnym śmiechem. Może lepiej pójdę tam dziś.
Wszystko jest częścią wielkiego tańca
, powiedział w myślach do dziewczyny z piwnicy, chociaż 
ona oczywiście nie mogła go usłyszeć. Tańca życia i śmierci. Tańca, który toczą się w każdej chwili 
na całym świecie, od afrykańskiej sawanny aż po arktyczne lodowce i krzaki w parku miejskim w 
Bostonie
.
Zabijanie i jedzenie. Polowanie i umieranie. Pająk chwyta muchę, niedźwiedź polarny fokę. 
Kojot rzuca się na króliku i tak zawsze wyglądał świat. Ludzie także stanowili jego część, tyle 
że pozwalali, by część pracy odwalały za nich rzeźnie. A ofiary spożywali w postaci 
hamburgerów z McDonalda.
Wszystko działo się w pewnym porządku. Do tańca potrzeba było łowców i ofiar. Gdy 
pojawiały się dziewczyny, które pragnęły ofiarować się mocy ciemności, okrucieństwem było 
gdyby Quinn nie dostarczył im owej ciemności.
Wszyscy odgrywali tylko swoje role.
Quinn ruszył w stronę klubu, śmiejąc się w taki sposób, że wystraszył nawet samego siebie.

Klub oddalony był zaledwie o kilka przecznic od magazynu zauważyła Rashel. Rozsądne 
rozwiązanie
. Wszystko w tej operacji wydawało się niezwykle dopracowane. Rashel 
wyczuwała tu rękę Quinna.
Ciekawe, czy płacą mu za dostarczanie dziewczyn na sprzedaż, pomyślała. Słyszała, że Quinn lubi 
pieniądze.

background image

-  Pamiętaj, kiedy wejdziemy, nie znasz

 mnie – powiedziała do Daphne - To 

bezpieczniejsze rozwiązanie. Jeśli wiedzą, że uciekłaś, nabraliby podejrzeń, 
gdybyś teraz zjawiła się w towarzystwie nieznajomej.
-  Rozumiem. - Daphne miała podnieconą i lekko wystraszona minę. Pod płaszczem miała 
obcisły czarny top i krótką spódniczkę. Czarne pończochy migotały na jej nogach, gdy biegła 
do drzwi.
W płaszczu Rashel miała nóż, schowany w szwie. Wykonany był z 

lingum vitae

najtwardszego drewna na ziemi. Pochwa kryła wiele interesujących schowków.
To był  nóż wojownika ninja. Sensei, który uczył Rashel sztuk walki, na pewno nie byłby 
zadowolony- podobnie jak nie zaakceptowałby faktu, że Rashel ubiera się w kostium 
wojownika. Sensei pochodził z rodziny samurajów i uczył ją, by zawsze walczyć honorowo.
Ale Sensei nie znał się na wampirach... Aż było za późno. Dopadły go we śnie, szły po tropie 
Rashel.
Czasem honor po prostu nie wystarcza, pomyślała Rashel, wchodząc do klubu. Z wielkim trudem 
utrzymywała równowagę na szpilkach. Czasem trzeba walczyć wszystkimi sposobami. 
Do Krypty można było wejść przez sfatygowane zielone drzwi z wąskim, zmatowiałym 
okienkiem. Budynek wyglądał, jak gdyby  kiedyś mieściła się w nim niewielka fabryka. Na
drzwiach wciąż wisiała zardzewiała tabliczka: „Osobom nieupoważnionym wstęp 
wzbroniony".
Rashel skrzywiła się lekko i zapukała do drzwi, tuż pod znakiem.
Chwilę później odniosła wrażenie, że ktoś ją sprawdza albo ocenia. .Stanęła z rękami w 
kieszeniach płaszcza. Rozchyliła poły, by odsłonić aksamitny kostium. Usiłowała przybrać 
wyraz twarzy podobny do miny Daphne.
Po drugiej stronie okienka zapaliło się światło, ponure, fioletowogranatowe, lekko 
rozświetlane czerwoną smugą. Rashel zgrzytnęła zębami i czekała cierpliwie.
W końcu drzwi się otworzyły.
-  Hej, witaj. Skąd się o nas dowiedziałaś? – wymamrotał  z wystudiowaną niedbałością 
blondyn, wyciągając dłoń. Chociaż był zgarbiony i sztucznie wyluzowany, w oczach 
błyszczało coś wyrazistego. Rashel musiała zapanować nad instynktem żeby natychmiast nie 
rzucić się do walki.
To był wampir.
Nie miała najmniejszej wątpliwości. Miał srebrzystobłękitne oczy mordercy.
Mam przyjemność z Iwanem Groźnym, pomyślała Rashel. Podała mu rękę, umyślnie rozluźniając 
dłoń.
-  Przyjaciółka mówiła mi, że to hiperfajne miejsce - powiedziała z uśmiechem. Użyła 
nowego głosu, który w zamierzeniu miał brzmieć melodyjnie i uwodzicielsko. Jak zauważyła 
z pewnym żalem, brzmiał raczej jak mruczenie głodnego kota przed pełną miską. - 

Po prostu 

musiałam przyjść, żeby się przekonać. Chciałabym cię bliżej poznać. - Podeszła krok 
bliżej i znów się uśmiechnęła. Może powinna mrugnąć?
Ivan był jednocześnie zainteresowany i zaniepokojony.
-  Jaka przyjaciółka?
-  Marnie Emmons - odparła Rashel, patrząc mu w oczy. Wiedziała, że Marnie nie przyjdzie 
tej nocy do klubu.
Iwan Groźny pokiwał głową i gestem zaprosił ją do środku
-  Baw się dobrze. No i może spotkamy się później.

background image

-  Mam nadzieję - powiedziała Rashel i weszła. Przeszła pierwszy test. Nie wątpiła, że 
gdyby nie spodobała się Ivanowi, wylądowałaby na chodniku. Daphne też udało się wejść, co 
znaczyło, że wampiry uwierzyły w jej historyjkę.
Wnętrze przypominało piekło. Nawet nie przypominało. To po prostu było piekło. Hades. 
Podziemny świat. Światła lśniły jak piekielny ogień, rzucając wygięte fioletowe cienie. 
Muzyka, dziwaczna, pełna dysonansów, brzmiała, jak gdyby ktoś puszczał taśmy od tyłu.
Rashel pochwyciła strzępki rozmów:
-  potem wybieramy się na śmieci...
-  zero kasy, muszę z kogoś ściągnąć... 
-  powiedziałam mamie, że będę na spotkaniu koła... 
Róznorodne towarzystwo, pomyślała. 
Wszyscy mieli jednak coś wspólnego: byli młodzi. Najstarszy z dzieciaków mógł skończyć 
osiemnastkę. Najmłodsi... kilku dziewczynkom Rashel nie dałaby więcej niż dwanaście lat. 
Chciała natychmiast zawrócić i wepchnąć w Ivana jakiś drewniany przedmiot.
Chłodna wściekłość, którą poczuła, gdy po raz pierwszy usłyszała o Krypcie, coraz bardziej 
się w niej rozpalała na widok wszystkiego, co tu zobaczyła. To wielka pułapka, gigantyczne 
wnyki
,  pomyślała, zdejmując płaszcz i kładąc go na stertę ubrań lżących na ziemi.
Ale jeśli chciała położyć temu kres, musiała opanować nerwy i trzymać się planu. Przystanęła 
przy kolumnie z czystego żelaza i zlustrowała pokój, poszukując wampirów.
Na jego widok Rashel poczuła dziwne ukłucie. Chciała odwrócić wzrok, ale nie potrafiła. 
Śmiał się i to właśnie przykuło jej uwagę. Na chwilę upiorne wnętrze rozświetliło się 
kolorami tęczy. Ten śmiech promieniował.
Rashel z obrzydzeniem uświadomiła sobie, że ma rumieńce i bardzo szybko bije jej serce.
Nienawidzę go, pomyślała. I naprawdę nienawidziła go za to co z  nią robił. Usuwał jej grunt 
spod nóg. Czuła się bezbronna i zdezorientowana.
Rozumiała, dlaczego dziewczęta gromadzą się wokół niego, pragnąc oddać się ciemności jak 
stado dziewic poświęconych na ofiarę. Co innego można zrobić z takim facetem? - pomyślała.
Zabić go. Rashel nie widziała innego rozwiązania, nawet gdyby Quinn nie był wampirem, co 
uświadomiła sobie w przypływie nagłej radości. Dłuższy kontakt z kimś o takim uśmiechu 
musiałby ją unicestwić.
Rashel mrugała szybko, usiłując się opanować. W porządku. Skup się na tym, co masz zrobić. W 
końcu go zabijesz, ale nie w tej chwili. Teraz musisz dać się wybrać.
Ostrożnie stąpając na szpilkach, zbliżyła się do grupki Quinna
Początkowo nawet jej nie zauważył. Patrzył na Daphne i pozostałe dziewczyny, często się 
śmiejąc - zbyt często. Rashel wydał się dziki i trochę rozgorączkowany. Jak diabelski Szalony 
Kapelusznik na zwariowanej herbatce.
-  ...czułam się tak okropnie, że nie dotarłam na spotkanie...- mówiła właśnie 
Daphne.- 

Chciałabym przynajmniej wiedzieć, co się stało, bo kompletnie nic z tego 

nie rozumiem
Opowiada swoją bajeczkę, stwierdziła Rashel. Na szczęście żaden ze słuchaczy nie zdradzał 
nawet najmniejszej podejrzliwości.
-  Nie widziałam cię tu wcześniej - powiedział głos za nią Należał do uderzająco pięknej 
dziewczyny o ciemnych włosach, bardzo bladej cerze i oczach jak bursztyny albo topazy 
Trochę jak oczy jastrzębia. Rashel zamarła, napinając każdy najdrobniejszy mięsień, by nie 
zmienić wyrazu twarzy.
Kolejny wampir.
Nie miała wątpliwości. Skóra koloru płatków kamelii, światło w oczach... To musiała być ta 
wampirzyca, która przynosiła Daphne jedzenie do magazynu.

background image

-  Tak, to mój pierwszy raz - powiedziała Rashel, zdobywając się na radosny i 
entuzjastyczny ton. - 

Nazywam się Shelly. - Imię w wystarczającym stopniu przypominało 

prawdziwe żeby mogła reagować na nie automatycznie.
-  Jestem Lily - powiedziała chłodno dziewczyna, nie przestając świdrować Rashel 
spojrzeniem jastrzębich oczu.
Rashel z trudem zachowała równowagę. To Liły Redfern! - pomyślała, rozpaczliwie usiłując się 
uśmiechać. Wiem, że to ona. Czy jakaś inna Lily mogłaby pracować z Quinnem?
Stoi przede mną prawdziwy członek klanu Redfernów. Córka Huntera Redferna!
Przez chwilę kusiło ją, by zwyczajnie sięgnąć po nóż. Zabilcie kogoś tak sławnego jak Lily 
było niemalże warte porzucenia pomysłu dostania się do enklawy.
Ale z drugiej strony Hunter Redfern należał do umiarkowanego stronnictwa wampirów i 
cieszył się wielkimi wpływami w radzie świata nocy. Pomagał trzymać w ryzach inne 
wampiry. Atak na jego córkę mógłby go tylko rozwścieczyć i w efekcie skłonić do poparcia 
tej części rady, która życzyła sobie masowych mordów na ludziach.
A Rashel straciłaby wszelką nadzieję na to, by dotrzeć do samego serca organizacji handlarzy 
niewolników, tam, gdzie kryły się prawdziwe szumowiny.
Nienawidzę polityki, pomyślała Rashel. Ale już uśmiechała się promiennie do Lily, szepcząc 
coś tak niewinnie, jak tylko potrafiła.
-  Marnie opowiedziała mi, jakie to świetne miejsce, i strasznie cieszę, że 
przyszłam, bo podoba mi się jeszcze bardziej, niż myslałam. Napisałam taki 
wierszyk...
-  Czyżby? Oddam wszystko, żeby nie musieć go słuchać - powiedziała Lily. 
Zainteresowanie w jej oczach zgasło, a na twarzy pojawiła się pogarda. Najwyraźniej uznała 
Rashel za ostatnią idiotkę i postawiła na niej kreskę. Odeszła, nie odwracając się. 
Dwa sprawdziany zdane. Został jeszcze jeden.
-  I za to właśnie lubię Lily. Jest tak zupełnie zimna - powiedziała jakaś dziewczyna 
obok Rashel. Miała falujące kasztanowe  włosy i nabrzmiałe wargi. - 

Cześć, nazywam się 

Huanita - dodała.
Ona mówi serio, pomyślała Rashel, przedstawiając się. Grupa Quinna nareszcie zwróciła na nią 
uwagę. Wszyscy podzielali zdanie Huanity. Fascynowała ich chłodna osobowość Lily i jej 
nieczułość. Uznawali to za silę.
Tak. Uczucia przynoszą ból. Może także powinnam podziwiać Lily, pomyślała Rashel. Czuła, że ma 
z tymi dziewczynami zbyt wiele wspólnego.
-  Lily, Księżniczka Śniegu - wymamrotała inna dziewczyna. - Zachowuje się tak, jak 
gdyby w ogóle nie pochodzili z Ziemi, tylko z jakiejś innej planety.
-  Trzymaj się tej myśli - powiedział nowy głos, roześmiany lekko szalony.
Ten głos wywarł na Rashel kolosalne wrażenie. Zesztywniał jej kark, a po nadgarstkach 
przebiegły iskry. Poczuła dławienie w gardle.
W porządku, sprawdzian numer trzy, pomyślała, wykorzystując całe zdyscyplinowanie, którego 
nauczyła się, gdy opanowywała sztuki walki. Nie trać zimnej krwi. Spokój, chłód i zdecydowanie. 
Dasz radę.
Odwróciła się, by spojrzeć Quinnowi w oczy.

background image

ROZDZIAŁ 1O

A

 właściwie po to, by omieść wzrokiem jego twarz i zatrzymać spojrzenie na podbródku. 

Nie śmiała patrzeć mu w oczy zbyt długo.
- Może ona naprawdę pochodzi z innej planety - mówił właśnie Quinn. - Może nie 
jest człowiekiem. Może ja też nie jestem człowiekiem.
Świetnie, pomyślała Rashel. Baw się dobrze, mówiąc im prawdę, w którą i tak nigdy nie 
uwierzą.
Jednak Quinn sprawiał raczej takie wrażenie, jak gdyby wcale go nie obchodziło, czy 
dziewczyny się zorientują, że z nich.
-  A może pochodzi z innego świata? - spytał. - Nigdy nie przyszło wam to do 
głowy?
Rashel znów się zdziwiła. Quinn najwyraźniej starał się o wyrok śmierci. Był o krok od 
zdradzenia dziewczynom tajemnicy świata nocy - a prawo tego świata karało takie 
przestępstwa śmiercią.
Naprawdę już nad sobą nie panujesz Quinn, pomyślała Rashel. Najpierw handel niewolnikami, a teraz 
to. Myślałam, że porządniejszy z ciebie obywatel.
                          
-  Istnieją wymiary rzeczywistości dużo mroczniejsze, niż wam się wydawało - 
wyznał Quinn. - 

Ale wszystko to jest częścią wielkiego projektu życia. Więc nie 

należy się tego bać. Czy wiedziałaś, że pewien gatunek osy składa jaja wewnątrz 
gąsięnicy ?- spytał, obejmując jedną z dziewczyn i drugą rękę wyciągając przed siebie, jak 
gdyby pokazywał jej linię horyzontu. - 

Wewnątrz żywych gąsienic. Taka gąsienica 

wciąż żyje, gdy z jaj wykluwają się larwy i powoli pożerają ją od środka. Kto coś 
takiego wymyślił, jak ci się wydaje?
Rashel zastanawiała się, czy wampiry mogą być pijane.
-  To chyba najstraszliwsza śmierć- wtrąciła Daphne, nadając melodyjnemu głosowi 
upiorne brzmienie. - Bycie pożartym przez robaki. A może spalenie.
-  Zależy od tego, jak szybko płoniesz - odparł z namysłem Quinn -  Mocny płomień o 
odpowiednio wysokiej temperaturze wypaliłby ci układ nerwowy w kilka sekund. 
Gorsze byłoby powolne pieczenie.
-  Pisze właśnie wiersz o ogniu powiedziała Rashel. 
Ze zdziwieniem odkryła, że jest zirytowana. Quinn nie zwracał na nią uwagi. Naturalnie 
irytacja była usprawiedliwiona:
powodzenie jej planu zależało od tego, by nie tylko ją zauważył, ale i wybrał.
Musiała jakoś go zainteresować.
-  Masz go przy sobie? - spytała pomocnie Daphne.
-  Nie, ale pamiętam początek. - Rashel zmusiła się, by popatrzeć na Quinna.

w lodzie ciepło, i w ogniu chłodu chwila,

 Wśród nocy światło roziskrza drogi cień, 
Płomieni taniec w ofiarny stos się schyla. 
A Ciemność mocniej skusiła mnie niż Dzień.

background image

Quinn zamrugał, a potem uśmiechnął się i otaksował Rashel wzrokiem. Przyjrzał się uważnie 
twarzy i aksamitnemu kostiumowi... Ominął tylko oczy.
-  Bardzo dobrze to uchwyciłaś - powiedział ze sztucznym podekscytowaniem. -Tej 
ciemności nie zabraknie dla nikogo
Rashel niesłusznie obawiała się, że wampir spojrzy jej zbyt głęboko w oczy. Quinn nie 
przyglądał się uważnie nikomu.
-  Ciemność jest nieskończona - odparła, przysuwając się bliżej niego. Czuła dziwny 
przypływ odwagi. Wyczuwała w Quinnie jakąś słabość, skazę. -

Wszechobecna. 

Nieunikniona. Pozostaje nam tylko oddać się jej w posiadanie. - Stała teraz tuż przy 
nim i patrzyła mu na usta. 

- Jeśli będziemy trzymać się bliżej, mniej ucierpimy.

-  Właśnie tak. - Quinn odsłonił zęby, ale nie uśmiechnął się teraz jak szaleniec. Raczej się 
krzywił. Nie wydawał się już szczęśliwy. Sprawiał wrażenie zmęczonego i chorego. Niemalże 
odsuwał się od Rashel.
-  Po to tu przyszłam- powiedziała Rashel zmysłów głosem. Trochę się bała. W imię 
podstępu robiła wszystko, uwieść Quinna, ale okazywało się to niepokojąco łatwe i 
przyjemne. Czuła mrowienie na całym ciele, jak gdyby kostium się naelektryzował.
-  Przyszłam tu szukać ciemności - dodała cicho.
Quinn się roześmiał. Znów wróciła mu wesołość.
-  Dobrze trafiłaś - odparł, wciąż się śmiejąc. Wyciągnął rękę, by dotknąć policzka Rashel. 
Nie mu pozwól na to!
Myśl przemknęła jak błyskawica i została natychmiast wprowadzona w czyn przez mięśnie. 
Nie wiedząc, skąd to wie, ale była pewna, że gdyby Quinn jej dotknął, cała zabawa 
natychmiast by się skończyła. Kontakt cielesny poprzednim razem wywołał spięcie we 
wszystkich obwodach.
Odskoczyła tanecznym ruchem i uśmiechnęła się kusząco, czując oszałamiające bicie serca.
-  Bardzo tu tłoczno - powiedziała gardłowym głosem.
-  Co takiego? Ach tak. Może spotkamy się w bardziej ustronnym miejscu? Jutro 
wieczorem? Niech będzie o siódmej na parkingu
Bingo.
-  Ale Quinn! - Daphne miała zrozpaczony wyraz twarzy. -Przecież umówiłeś się już ze 
mną. - Zadrżała jej broda.
Quinn wbił w nią wzrok i przez moment. Rashel bez trudu odczytywała jego myśli. Sądził, że 
ktoś tak potwornie głupi po prostu zasługiwał na karę.
-  W takim razie przyjdźcie obie - oświadczył. - Czemu nie? Im nas więcej, tym 
weselej.
Odszedł, śmiejąc się.
Rashel z trudem powstrzymała się od pokręcenia głową. Udało się jej. Zdała ostatni 
sprawdzian i została wybrana. Tylko czemu wciąż biło jej serce? Zerknęła spod oka na 
Daphne.
-  Nie wiem jak inni, ale ja mam dość na dziś. - Poszła po płaszcz. Fanki Quinna 
odprowadziły ją zazdrosnym wzrokiem. Wychodząc, spotkało ją jeszcze jedno przyjemne 
doświadczenie. W drzwiach zatrzymał ją Iwan Groźny.
-  Hej, Shelly! Myślałem, że chcesz mnie trochę lepiej poznać.
Rashel już go nie potrzebowała, dostała zaproszenie.
-  Już dużo chętniej zapoznałabym się z wszą - oświadczyła niezwykle słodkim 
głosikiem i nadepnęła mu mocno na stopę obcasem.

background image

Czekała w samochodzie przez dwadzieścia minut, zanim Daphne do niej dołączyła.
-  Przepraszam, ale nie chciałam, żeby ktoś zobaczył, że razem wychodzimy.
-  Znakomicie się spisałaś - pochwaliła Rashel, odjeżdżając. - Udało ci się nawet 
zdobyć zaproszenie dla siebie na ten sam wieczór. Ryzykowne, ale skuteczne. 
Zdziwiło mnie tylko to, że zaprosił nas tak otwarcie, przy wszystkich. 
-  Poprzednim razem też się tak zachował?
-  Nie, zupełnie nie. Ostatnio szepnął mi to do ucha, kiedy nikogo nie było w 
pobliżu. Ale dzisiaj wszystko wyglądał inaczej. Zwykle pyta nowe dziewczyny o 
różne rzeczy. Chyba usiłuje ustalić, czy mają rodziny, które będą ich szukać. I 
nie zachowuje się tak...
-  Maniakalnie?
-  Uhm. Ciekawe, co się z nim dzieje? Rashel zacisnęła wargi i wbiła wzrok w szybę.

-  Jesteś pewna, że chcesz to ciągnąć?
Był niedzielny wieczór i zbliżały się do parkingu pod Kryptą.
-  Przecież mówiłam ci tyle razy - odparła Daphne. - Jestem gotowa. Mogę ci pomóc.
-  W porządku. Ale posłuchaj mnie. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, masz uciekać. 
Biegnij przed siebie i nie oglądaj się na mnie, Umowa stoi?
Daphne przytaknęła. Zgodnie z sugestią Rashel ubrała się bardziej rozsądnie: w czarne 
spodnie dające trochę ciepła, ciepły sweter i buty, w których mogła biec. Rashel miała na 
sobie podobny strój, tylko uzupełniony wysokimi butami. W jednym z nich trzymała nóż.
-  Ty idź pierwsza - powiedziała, parkując o przecznicę od klubu, - Dojdę do ciebie za 
parę minut.
Patrzyła, jak Daphne odchodzi w nadziei, że nie prowadzi tego blond pluszaka na pewną 
śmierć.
Sama stanowiła zagrożenie. Quinn zamierzał kontrolować ich umysły, by spokojnie 
zaprowadzić je do magazynu. Rashel nie była pewna, co potem nastąpiło.
Tylko nie daj mu się dotknąć, powtarzała sobie. Nie możesz dopuścić, żeby cię dotknął.
Pięć minut później ruszyła w kierunku Krypty. Quinn stał na parkingu przy srebrzystoszarym 
lexusie. Gdy Rashel dotarła do samochodu, zobaczyła w szybie bladą twarz Daphne.
-  Już myślałem, że się nie zjawisz. - W szaleńczej wesołości Quinna kryła się teraz 
domieszka wściekłości. Jak gdyby gniewwał się na nią, że nie była dość mądra, by się 
uratować.
-  Za nic nie przegapiłabym takiego spotkania. - Rashel nie spuszczała wzroku z auta. 
Chciała już mieć to za sobą. 

- Pojedziemy gdzieś?

Ilekroć się do niego odzywała, Quinn milczał przez chwilę, jak gdyby potrzebował czasu na 
skupienie. Albo jak gdyby usiłował coś zrozumieć, dodała w myślach ze zdenerwowaniem.
-  A, owszem. Wsiadaj - powiedział gładko. Rashel posłusznie wsiadła. Zerknęła na 
Daphne siedzącą  z tyłu.
-  Co tam? - zaszczebiotała, a w jej głosie brzmiała kobieca zazdrość.
Grzeczna dziewczynka.
Quinn zajął miejsce za kierownicą, Po zamknięciu drzwi zapuścił silnik, żeby włączyć 
ogrzewanie. Okna natychmiast zaparowały.
Rashel weszła w stan maksymalnej koncentracji, gotowa na wszystko, co nastąpi.

background image

Ale nieoczekiwane nie nadeszło. Nic w ogóle się nie zdarzyło. Quinn po prostu siedział.
I patrzył na nią.
Rashel poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. Było zbyt ciemno. To wszystko 
wyglądało zbyt podobnie. Znów siedzieli razem, w milczeniu, tak blisko siebie. Widzieli 
nawzajem tylko swoje sylwetki. Tak jak wtedy w piwnicy. Czuła, jak bardzo Quinn jest 
zdezorientowany i próbuje ustalić, co jest nie tak.
Rashel bała się odezwać. Najbardziej rozkoszny ton nie starczyłby, żeby zakamuflować jej 
tożsamość. Poczucie, że są połączeni, narastało w niej tak bardzo, jak gdyby tonęła pod jakąś 
ogromną zieloną falą. Jeszcze chwila, a woda opadnie i powie: „Ja cię znam". A potem 
włączy światło, by przyjrzeć się jej twarzy.
Palce Rashel poszukały rękojeści noża.
Wtedy usłyszała głos Daphne.
-  Masz absolutnie fantastyczny samochód. Musi być okropnie szybki. To takie 
podniecające, tak się cieszę, że tym razem dotarłam na spotkanie.
Daphne bez wysiłku paplała dalej, a Rashel opadła siedzenie z ulgą. Połączenie między nią a 
Quinnem zostało przerwane. Wampir wpatrywał się teraz w deskę rozdzielczą, jak gdyby 
chciał uciec od szczebiotu Daphne. Tymczasem dziewczyna właśnie zwierzała mu się, że 
strasznie lubi jeździć po ciemku.
Sprytnie, bardzo sprytnie.
-  Więc pragniecie oddać się ciemności? - spytał przerywając Daphne. Powiedział to 
takim tonem, jak gdyby pytał, czy mają ochotę na pizzę.
-  Tak - przytaknęła Rashel.
-  Tak - dodała Daphne. - Przecież ci mówiłam. Myślę, że to będzie strasznie fajne...
Quinn wykonał taki gest, jak gdyby chciał ją błagać, żeby się zamknęła. Nie był brutalny, 
przypominał raczej zdesperowanego dyrygenta, który usiłował zapanować nad primadonną 
notorycznie wychodzącą poza kreskę taktową. Błagam, skończ tę frazę!
Daphne umilkła.
Od tak. Jak gdyby przełączył w niej jakiś guzik. Rashel odwróciła się, by zerknąć na tylne 
siedzenie. Daphne osunęła się na bok i leżała bezwładnie, oddychając miarowo.
O mój Boże, pomyślała Rashel. Przywykła już do tego, w jaki sposób wampiry usiłowały 
zapanować nad jej umysłem. Do szepczących głosów w głowie. Ale kiedy Quinn nie użył tej 
sztuczki w piwnicy, uznała, że jest słabym telepatą.
Teraz znała prawdę. Quinn miał moc jak zawodnik karate, który energię potrafi skierować w 
jeden cios, szybki, precyzyjny, śmiertelny.
Odwrócił się do niej. Rashel zobaczyła jego ciemną sylwetkę na tle jaśniejszej nocy. Spięła 
się.
-  Reszta jest milczeniem - powiedział, wskazując ją ręką.
Rashel zapadła się w pustkę.

Obudziła się, gdy ktoś niósł ją do magazynu. Była dość przytomna, by nie otworzyć oczu i nie 
dać po sobie poznać, że odzyskała świadomość. To Quinn ją niósł, co do tego nie miała 
wątpliwości nawet z zamkniętymi oczami.
Gdy cisnął ją na materac, umyślnie padła tak, by odwrócić głowę w drugą stronę i osłonić ją 
włosami.
Przez chwilę bała się, że przykuwając jej kostki łańcuchem, wampir odkryje nóż ukryty w 
bucie, ale na szczęście nawet ni podwinął jej nogawek. Wszystko robił jak najszybciej i 
nieuważnie.
Rashel usłyszała szczęk zamykanej kłódki. Nie drgnęła. Leżała, nasłuchując. Po chwili 
przynieśli Daphne i także przykuli ją do łóżka. Wokół Rashel rozległy się głosy i inne kroki.

background image

-  Połóż tę tutaj. Gdzie jej torebka? - To pytała Lily.
-  Została w samochodzie. - Ivan.
-  Przynieś ją razem z tamtą. Ja się zajmę nogami.
Huk ciała padającego na materac. Oddalające się kroki. Metaliczny szczęk łańcuchów. 
Westchnienie Lily. Rashel nieomal widziała, jak prostuje się i rozgląda wokół z satysfakcją.
-  No i gotowe. Ivan ma numer dwudziesty czwarty w samochodzie. Zdaje się, że 
uszczęśliwimy naszego klienta.
-  Super - odparł Quinn głuchym głosem. Dwadzieścia cztery? Dla jednego klienta?
-  Zostawię wiadomość,  że wszystko  gotowe  na wielki dzień.
-  Tak zrób.
-  Jesteś ostatnio strasznie humorzasty. I nie tylko ja tak uważam.
Milczenie. Rashel wyobraziła sobie, jak Quinn patrzy ponuro na Lily.
-  Ironia losu. Kiedyś odrzuciłem ofertę pracy jako handlu niewolników. Ale to 
było dawno temu. Pamiętasz, Lily? Jak mieszkaliśmy w Charleston, a twoja siostra 
Dove jeszcze żyła. Pewien kapitan z Marblehead zapytał, czy nie popłynę z nim do 
Gwinei z ludzkim towarem. Chyba nazwał to „czarnym złotem". O ile pamiętam, 
dałem mu w twarz. A Walcz-za- Dobro -Walcz-za- Wiarę Johnson doniósł na 
mnie.
-  Quinn, co się z tobą dzieje?
-  Po prostu wspominam dawne czasy. Naturalnie ty nie wiesz, jak to jest, 
prawda? Ty jesteś lamią, taka się urodziłaś Mówiąc ściśle, urodziłaś się martwa.
-  Mówiąc ściśle, ty chyba gubisz właśnie piątą klepkę. Ojciec zawsze mnie 
ostrzegał, że tak będzie.

-  Owszem. Ciekawe, co twój ojciec by na to wszystko powiedział? Jego córka 
sprzedaje ludzi za pieniądze. I to jeszcze takiemu klientowi, z takiego powodu...
Właśnie wtedy, gdy Rashel wsłuchiwała się rozpaczliwie w każde słowo, rozmowę 
zagłuszyły ciężkie kroki. Wrócił Ivan. Quinn urwał. W milczeniu patrzył razem z Lily, jak 
kolejne ciału ląduje na materacu.
Rashel zaklęła w myślach. Jaki klient? Jaki powód? Podejrzewała, że dziewczyny są 
sprzedawane jako niewolnice albo pokarm. Ale najwyraźniej chodziło o coś innego. I wtedy 
stało się coś, co wytrąciło ją z równowagi. Usłyszała kroki i zdała sobie sprawę, że ktoś się 
nad nią nachyla. Nie Quinn. Zapach się nie zgadzał. 
Ivan. 
Szorstka ręka chwyciła ją za włosy i odciągnęła głowę do tyłu. Drugą ręka objął ją w pasie i 
podniosła.
Rashel wpadła w panikę. Zmusiła się, by pozostać bezwładna i nie otwierać oczu, nie 
usztywniać rąk.
Powinnam była się tego spodziewać, pomyślała. 
Zdawała sobie sprawę, że jej rola mogła wymagać, by dała się ukąsić. Poczuć wampirze kły 
na szyi, pozwolić pijawce przelać własną krew.
Ale jeszcze nigdy tego nie przeżyła i całą siłą woli musiała powstrzymywać się od walki. 
Bała się. Jej wykrzywiona w łuk szyja była teraz całkowicie odsłonięta i wystawiona na atak. 
Czuła gwałtowne pulsowanie krwi w żyłach.

background image

-  Co ty wyprawiasz? - Głos Quinna był ostrzejszy niż krawędź lodu. Rashel poczuła, że 
Ivan sztywnieje.
-  Mam coś do załatwienia z tą panną. Niezłe z niej ziółko. 
-  Zabieraj łapy. Zanim cię stąd wyrzucę.
-  Quinn... - powiedziała Lily.
-  Zostaw ją. W tej chwili. -Głos Quinna był inny niż zwykle
Ivan upuścił Rashel na materac.
- On ma rację - powiedziała chłodno Lily. - One nie są dla ciebie i

 muszą być w 

dobrej kondycji.
Ivan wymamrotał coś ponuro i Rashel usłyszała oddalające się kroki. Leżała przez chwilę, 
przysłuchując się biciu własnemu sercu, które powoli się uspokajało.
- Idę się zdrzemnąć - powiedział Quinn głosem wypranym z emocji.
-  Do zobaczenia we wtorek - odparła Lily.
We wtorek, pomyślała Rashel. Super. To będą bardzo długie dwa dni...

To były najnudniejsze dwa dni w jej życiu. Zapoznała się z każdym kątem niewielkiego 
pomieszczenia. Okna stanowiły problem, bo nigdy nie była pewna, czy nie stoi za nimi Lily 
albo Ivan. Uważnie nasłuchiwała pod drzwiami magazynu i zamierała, słysząc jakikolwiek 
podejrzany odgłos. Polegała na swoim szczęściu.
Daphne obudziła się w poniedziałek rano. Rashel właśnie leżała z wykręconą szyją i 
wpatrywała się w malutkie okienku wysoko na ścianie magazynu. Gdy tylko nastał świt, 
Daphiu wstała i krzyknęła.
-  Cicho! Wszystko w porządku. Jesteś w magazynie, ze mną.
-  Rashel?
-  Tak. Udało się nam. Cieszę się, że odzyskałaś przytomność.
-  Jesteśmy same?
-  Mniej więcej - odparła Rashel. - Leżą tu jeszcze dwie dziewczyny, ale obie są 
zahipnotyzowane. Zobaczysz je, kiedy się przejaśni.
Daphne wypuściła powietrze.
-  Udało nam się. Świetnie. Tylko dlaczego jestem tak kompletnie przerażona?
-  Bo  bystra  z  ciebie  dziewczyna  -  stwierdziła ponuro Rashel. - Wszystko okaże 
się we wtorek, kiedy nas stąd zabiorą.
-  Dokąd?
-  Tego właśnie nie wiemy.


Document Outline