background image

 
 
 
 

Leigh Michaels 

 

Spotkanie pod różą 

background image

ROZDZIA

Ł PIERWSZY 

Gina wesz

ła  do  restauracji  i  z  ulgą  zauważyła,  że  jest 

pierwsza.  W  jej  sytuacji  spóźnienie  byłoby  nie  tylko  oznaką 

złych  manier,  ale  też  zwykłej  głupoty.  Ta  rozmowa  to  jej 
jedyna szansa - 

jeśli się nie uda, będzie mogła pożegnać się ze 

swoimi planami. 

Szef restauracji zlustrowa

ł ją uważnie i spytał: 

 - Woli pani poczeka

ć w barze czy przy stoliku? 

 - Przy stoliku, moja towarzyszka powinna zjawi

ć się lada 

chwila. Zna pan panią Garrett? Anne Garrett? 

Jego twarz nawet nie drgn

ęła. 

 -  Naturalnie  -  odpar

ł  zimnym  tonem.  -  Każdy  w  tym 

mieście zna wydawcę lokalnej gazety, panno Haskell. 

M

ężczyzna strzelił palcami i natychmiast zjawił się kelner, 

który wskazał jej właściwy stolik. 

Zadaj

ę  głupie  pytania,  skarciła  się  w  myślach  Gina, 

powinnam go  raczej zapytać, czy stek  jest świeży. To  by go 

pewnie mniej dotknęło. 

O ile oczywi

ście  zdarzy  się  jeszcze  okazja.  Obiady  w 

drogich  restauracjach  nie  należały  do  jej  codzienności. 

Wprawdzie  spędziła  w  Lakemont  większą  część  swojego 

życia, ale jeszcze nigdy nie była „Pod Klonem". 

Usiad

ła  i  dyskretnie  rozejrzała  się  po  sali.  Stoliki,  choć 

było  ich  wiele,  zostały  tak  rozmieszczone,  aby  goście  mogli 
czu

ć  się  kameralnie.  Przyciszone  dźwięki  muzyki  skutecznie 

tłumiły gwar rozmów. 

Wystr

ój  wnętrza  wyraźnie  nawiązywał  do  nazwy  lokalu. 

Ściany  ozdabiały  artystyczne  fotografie  drzew  klonu. 

Eleganckie  bladozłote  obrusy  kontrastowały  z  bordowymi 

serwetkami. Całość robiła oszałamiające wrażenie. 

W k

ącie  stał  wielki,  lśniący  fortepian,  a  zaraz za nim 

znajdowała się niewielka sala do tańca. Wzdłuż przeciwległej 

ściany wił się połyskujący mosiądzem i szlachetnym drewnem 

background image

bar.  O  tej  porze  był  niemal  pusty.  Jedyny  gość  siedział  na 

wysokim  stołku  i  zamyślony  stukał  miarowo  w  kontuar.  W 
jego postawi

e  było  coś,  co  mimowolnie  przyciągnęło  wzrok 

Giny. Z zainteresowaniem wpatrywała się w jego plecy, gdy 

nagle  odwrócił  się  i  spojrzał  jej  prosto  w  oczy.  Nawet  nie 

drgnęły mu powieki. 

Zmieszana, 

że  przyłapał  ją  na  tej  niewinnej  obserwacji, 

poczuła,  jak  krew  nabiega  jej  do  twarzy.  Spróbowała  się 

opanować. To przecież zupełny przypadek, że ich spojrzenia 

się  spotkały.  W  takiej  sytuacji  dobrze  wychowany  człowiek 

odwraca  niespiesznie  wzrok  i  skrępowanie  mija.  Ale  nie  ten 

mężczyzna... 

Nie spuszcza

ł z niej oczu. Przechylił głowę lekko do tyłu, 

oparł  łokieć  na  barze  i  przyglądał  się  jej  z  wyraźnym 
zadowoleniem. 

Gina za wszelk

ą  cenę  starała  się  nadać  swojemu 

spojrzeniu nieco bezmyślny charakter. Próbowała udawać, że 

leniwie rozgląda się po sali, a nieznajomy po prostu znalazł się 

na drodze, Jej wzrok beznamiętnie prześlizgnął się po ścianie, 

po czym powoli wyciągnęła rękę po kartę. 

Usi

łowała  skupić  się  na  liście  dań,  ale  wszystkie  nazwy 

by

ły  jakieś  zamazane.  Sięgnęła  więc  po  serwetkę  i  starannie 

rozłożyła ją na kolanach. 

Ale napi

ęcie  jej  nie  opuszczało.  Chociaż  nie  patrzyła  na 

nieznajomego,  czuła,  że  on  wciąż  się  w  nią  wpatruje. 

Zaczynała  mieć  tego  dość.  Zdecydowanym  ruchem  odłożyła 

kartę  i  odwróciła  się  w  stronę  mężczyzny.  Tym  razem  nie 

zawracała  sobie  głowy  udawaniem,  że  podziwia  wystrój 

lokalu.  Oparła  łokcie  na  stole,  podparła  brodę  i  przyglądała 

mu się otwarcie. 

Musia

ła  przyznać,  że  stanowił  doskonałe  uzupełnienie 

tego  wnętrza.  Wysoki,  niezwykle  przystojny,  rozparty  w 

niewymuszonej  pozie  wpatrywał  się  w  nią  tajemniczym 

background image

spojrzeniem  zielonych  oczu.  Mocna  szczęka  była  lekko 

wysunięta,  a  twarz  pokerzysty  nie  zdradzała  żadnych  uczuć. 

Niewątpliwie  podobał  się  kobietom  i  miał  tego  świadomość. 

Na  szczęście  Gina  nigdy  nie  gustowała  w  takich  posępnych, 

drapieżnych typach. 

Zastanawia

ła  się,  dlaczego  tak  się  w  nią  wpatrywał.  Nie 

miała pojęcia, o co mu chodzi. Z pewnością nie była to reakcja 

na  jej  niewinne  zerknięcie.  Nie  wątpiła,  że  był 
przyzwyczajony do znacznie bardziej wymownych kobiecych 

spojrzeń. 

Tymczasem tajemniczy m

ężczyzna, nadal nie spuszczając 

z  niej  wzroku,  pewnym  ruchem  sięgnął  po  stojącą  na  barze 

szklankę i z dziwnym uśmiechem podniósł ją w geście toastu. 

I co powiesz, mrukn

ęła  w  duchu  do  siebie,  mimowolnie 

stałaś  się  barową  podrywaczką.  No  trudno,  w  końcu  co  ją 
obch

odzi opinia jakiegoś zupełnie obcego faceta? 

Nieznajomy poruszy

ł  się  na  stołku  i  przez  chwilę  miała 

wra

żenie, że chce wstać. Poczuła, jak jej napięcie rośnie. Jeśli 

on tu podejdzie... 

W tym momencie tu

ż  za  nią  rozległ  się  nieoczekiwanie 

dźwięk  tłuczonego  szkła.  Gina  mimowolnie  podskoczyła  na 

krześle.  Serwetka  sfrunęła  z  jej  kolan,  więc  schyliła  się 

pospiesznie,  żeby  ją  podnieść.  Przy  tej  okazji  potrąciła 

elegancką, ozdobioną miedzianym okuciem kartę dań, która z 

głośnym stukiem upadła na podłogę. 

Krew nap

łynęła jej do twarzy. Najchętniej zostałaby już na 

zawsze  pod  stołem.  Zafundowała  facetowi  przy  barze  niezłe 

przedstawienie. Musiał się dobrze bawić. Co za szczęście, że 

nie widział teraz jej twarzy. I miała nadzieję, że nigdy więcej 
jej nie zobaczy. 

W

łaśnie próbowała odzyskać równowagę, kiedy usłyszała 

lekkie kroki i głos kelnera anonsującego z szacunkiem: 

 - Pani Garrett. 

background image

Powinien jeszcze trzasn

ąć  obcasami,  pomyślała  Gina 

złośliwie. 

 -  Witaj, Gino. Mi

ło  cię  znowu  widzieć  -  powiedziała 

Anne  Garrett  i  zwróciła  się  do  kelnera:  -  Dziękuję,  Bruce. 
Poradzimy sobie. 

M

ężczyzna  spojrzał  nieco  sceptycznie,  ale  oddalił  się 

posłusznie. 

 -  Przepraszam, zwykle nie jestem tak niezdarna  - 

pr

óbowała 

usprawiedliwić 

się 

Gina. 

Jednocześnie 

powstrzymywała  się  siłą  woli,  aby  nie  rzucić  nawet 

przelotnego  spojrzenia  w  stronę  baru.  Rozbawienie,  jakie 

niewątpliwie  zobaczyłaby  w  oczach  nieznajomego,  z 

pewnością nie pomogłoby jej się opanować. 

 - Och, nie przejmuj si

ę. Mnie też zdarzają się takie rzeczy 

w najmniej odpowiednich miejscach  -  pocieszy

ła  ją  Anne, 

siadając naprzeciwko. - Przykro mi, ale muszę cię uprzedzić, 

że za godzinę powinnam być z powrotem w redakcji. 

Gina prze

łknęła  nerwowo  ślinę.  Tylko  godzina...  To 

niewiele.  Chociaż  z  drugiej  strony, jeśli  nie  zdoła  przekonać 
Anne do s

wojego planu w ciągu godziny, to choćby miała do 

dyspozycji nawet cały dzień, i tak nic by z tego nie wyszło. 

Upi

ła łyk mrożonej herbaty, którą właśnie przyniesiono, i 

odezwała się: 

 -  Przede wszystkim, chc

ę podziękować, że zgodziłaś się 

na to spotkanie. J

esteś  ekspertem,  jeśli  chodzi  o  sprawy 

naszego miasteczka. Doceniam to, że bardzo leży ci na sercu 
los Lakemont. 

 - Jak ka

żdemu mieszkańcowi - odparła Anne, odstawiając 

filiżankę z kawą. 

 - Ale nie ka

żdy ma takie możliwości jak ty - wyrwało się 

Ginie. 

Anne u

śmiechnęła się i lekko uniosła brwi. 

 - Jakie mo

żliwości masz na myśli? 

background image

Gina mia

ła  ochotę  ugryźć  się  w  język,  ale  było  już  za 

późno. Musiała szybko przejść do rzeczy. 

 -  Chodzi o muzeum  -  powiedzia

ła  krótko.  -  Wiem,  że 

byłaś tam kilka tygodni temu. 

 - Owszem, odwiedzi

łam je. To niezwykle miłe, choć dość 

małe muzeum... 

 -  I to jest w

łaśnie problem! - Gina czuła, że powoli daje 

się ponieść emocjom. Mimowolnie przejechała ręką po karku. 

Miała  wrażenie,  że  czyjeś  oczy  świdrują  ją  na  wylot...  - 
Lakemont i hrab

stwo  Kerrigan  zasługują  na  coś  więcej  niż 

„miłe,  małe  muzeum"!  Jest  ono  już  tak  przepełnione,  że  nie 
mie

ści  eksponatów!  Ostatnio  zaproponowano  nam  witraż  z 

kościoła  świętego  Franciszka,  ale  nie  mamy  gdzie  go 

przechowywać, nie mówiąc już o wystawieniu! 

Anne  pola

ła  sosem  sałatkę,  którą  postawił  przed  nią 

kelner, i spojrzała pytająco. 

 - Chcecie wi

ęc uzyskać dotację na co...? Na salę, w której 

można wystawić witraż? 

 -  Niezupe

łnie.  -  Gina  westchnęła  głęboko  i  dokończyła 

odważnie: - Na całe muzeum. 

 -  My

ślisz  o  budowie nowej siedziby?  -  spytała  Anne 

lekko zaskoczona. 

 -  Och, nie!  -  zaprzeczy

ła Gina gorąco. - Nowy budynek 

jako siedziba muzeum historycznego to nieporozumienie! 

 -  Ten, w kt

órym  teraz  się  mieści,  ma  pewnie  ponad  sto 

lat? Zgadłam? 

 -  Owszem. To dawna  posiad

łość  Essie  Kerrigan, 

założycielki Towarzystwa Historycznego i inicjatorki otwarcia 

muzeum.  Essie  oddała  na  ten  cel  swój  dom,  własne  zbiory i 

swoimi  pieniędzmi  łatała  dziury  w  budżecie.  Poświęciła 

sprawom muzeum całe życie. 

 -  Ale Essie odesz

ła  i  teraz  ty  zarządzasz  tym  miejscem. 

To czasami wymaga trudnych decyzji... 

background image

Gina u

śmiechnęła się lekko. 

 -  Nowy budynek nie wchodzi w gr

ę  z  jeszcze  jednego 

względu  -  duch  Essie  źle  by  się  w  nim  czuł.  Szkło,  metal, 

plastik, Essie tego nie lubiła. Jeszcze zaczęłaby nas straszyć. 

Ale jest inna, poważniejsza kwestia - takie muzeum musi mieć 

odpowiednie  otoczenie,  nie  może  znajdować  się  gdzieś  na 

przedmieściach. Najlepsze byłoby centrum, okolice starówki... 

 - Czyli tam, gdzie nie da si

ę już wcisnąć nawet szpilki, a 

gr

unty są oszałamiająco drogie? 

 - W

łaśnie - skinęła głową Gina. 

 -  Sama widzisz, 

że to nie jest proste. Chętnie bym wam 

pomogła,  spędziliśmy  z  rodziną  bardzo  miłe  popołudnie  w 
waszym muzeum... 

 - Mi

łe popołudnie... - powtórzyła Gina i odłożyła widelec. 

-  Ci

eszę  się,  że  wam  się  podobało,  ale  powiedz,  czy 

zamierzaliście  odwiedzić  nas  jeszcze  raz?  Przypuszczam,  że 

nie. W kilka godzin obejrzeliście wszystko, co wystawiliśmy i 

zapomnieliście o muzeum. I tak będzie jeszcze długo, o ile nie 

otworzymy  następnych  sal,  w  których  moglibyśmy 

organizować  nowe  wystawy,  wymieniać  ekspozycję.  Tylko 

wtedy  przyciągniemy  kolejnych  gości  i  pozyskamy  stałych 

bywalców.  Sama  przyznaj,  byłaś  pewna,  że  to  już  wszystko, 

co mamy i nie zamierzałaś do nas więcej zaglądać. 

 - Prawdopodobnie nie w najbli

ższym czasie - przytaknęła 

Anne. 

 - I to jest najwi

ększy problem! Muzeum musi mieć nowe 

pomieszczenia, albo po prostu zginie. 

 - Nowe pomieszczenia? - powt

órzyła Anne pytająco. 

Gina zacisn

ęła  ręce  na  filiżance  i  przez  chwilę 

zastanawiała  się,  co  powinna  jeszcze  dodać.  Nie  chciała 

spłoszyć Anne wygórowanymi żądaniami, bo mogła wszystko 

stracić. 

background image

Ale z drugiej strony, je

śli  nie  będzie  mierzyć  wysoko, 

nigdy  nie  osiągnie  celu,  jaki  sobie  postawiła.  I  muzeum 
zostanie zlikwidowane. Ukochane dziecko Essie Kerrigan. 

Nie, nie mogła do tego dopuścić. 

 -  Chc

ę  odrestaurować  cały  budynek  -  powiedziała 

odważnie, patrząc Anne w oczy. - Od lat nikt nie robił w nim 
remontu. Z funduszy, jakie mieli

śmy,  łataliśmy  najpilniejsze 

potrzeby, ale konieczna jest konserw

acja całości. Chciałabym 

powiększyć  okna,  wyburzyć  niektóre  ściany,  żeby  uzyskać 

duże powierzchnie wystawowe... 

 -  Wol

ę  sobie  nawet  nie  wyobrażać,  co  powiedziałaby 

Essie Kerrigan, gdyby wiedziała o tych planach - przerwała jej 
Anne. 

 -  Z pewno

ścią  byłaby  nieco  oszołomiona  -  przyznała 

Gina.  - 

Ale  ona  rozumiała  potrzeby  muzeum.  Wiedziała,  że 

musimy mieć więcej miejsca, lepsze światło i lepszą ochronę 

dla  naszych  zbiorów.  Nie  masz  pojęcia,  jak  trudno  jest  w 

dyskretny sposób pilnować wszystkich gości! 

 -  A ja my

ślałam,  że  osobisty  przewodnik,  którego 

dostaliśmy  podczas  zwiedzania,  to  zwykła  uprzejmość!  - 

zaśmiała się Anne. - Nie miałam pojęcia, że to cichy strażnik 
muzealnych zbiorów! 

 -  To nie tak!  -  pr

óbowała  ratować  sytuację  Gina.  - 

Przewodnicy  to  w  większości  wolontariusze,  nie  mają  nic 

wspólnego  z  profesjonalną  ochroną,  ale  czasami  sama  ich 

obecność wystarczy, aby goście czuli, że ktoś ich obserwuje. 

Muszę  przyznać,  że  ochrona  zbiorów  to  jeden  z 

najważniejszych  problemów.  A  wracając  do  remontu, 

chciałabym też dobudować boczne skrzydła i urządzić w nich 
dodatkowe sale wystawowe. 

 -  Gdzie?  -  spyta

ła  Anne  ze  zdumieniem.  -  Przecież  tam 

nie ma miejsca. 

background image

 -  Owszem, jest. Mo

żemy zrezygnować z części trawnika 

przed budynkiem. I przy 

okazji  chciałabym cię  uspokoić  nie 

proszę o pieniądze. 

 - Co za ulga! - wymrucza

ła Anne. 

 -  Zamierzam zorganizowa

ć  wielką  zbiórkę  wśród 

mieszkańców  Lakemont  i  mam  nadzieję,  że  mi  w  tym 

pomożecie. 

 -  Rozumiem, 

że chciałabyś mieć poparcie naszej gazety? 

Gina skinęła głową z przejęciem. 

 -  Naturalnie  -  zapewni

ła  gorąco.  Była  pewna,  że  jeśli 

„Kronika"  przyłączy  się  do  tej  akcji,  pieniądze  popłyną 
szerokim strumieniem. 

 -  I temu zawdzi

ęczam  zaproszenie  na  lunch,  jak  się 

domyślam. .. ? - zapytała Anne z uśmiechem. 

Gina nie mia

ła pojęcia, co odpowiedzieć. Milczała, bojąc 

się przerwać ciszę, która zapadła po tym pytaniu. 

Napi

ęcie rosło, a Gina znowu poczuła dziwne mrowienie 

na  karku.  Wrażenie,  że  ciągle  jest  obserwowana,  było  tak 

silne, że prawie zapomniała o kłopotach muzeum. Dyskretnie 

spojrzała  do  tyłu,  ale  przy  barze  nikogo  teraz  nie  było. 

Najwyraźniej  nieznajomy  mężczyzna  wyszedł  już  z 

restauracji.  Skąd  zatem  to  napięcie?  Czyżby  jego  spojrzenie 

było tak intensywne, że działało na nią nawet wtedy, gdy on 

już nie patrzył? 

W zasadzie powinna poczu

ć  ulgę.  Chciała  przecież,  aby 

przestał  się  w  nią  wpatrywać  i  poszedł  sobie.  Tymczasem 

ogarnął ją dziwny niepokój. Nie rozumiała tego. 

Usiad

ła  wygodniej,  odsunęła  talerz  z  resztką  sałatki  i 

swobodnie  rozejrzała  się  po  sali.  Anne  rozważała  coś  w 

myślach i Gina nie chciała jej w tym przeszkadzać. 

Przesun

ęła  wzrokiem  po  twarzach  kilkorga  gości  i  nagle 

drgnęła zaskoczona. Nieznajomy wcale nie wyszedł, po prostu 

zmienił  miejsce.  Siedział  kilka  stolików  dalej  i  jadł  obiad  w 

background image

towarzystwie  innego  mężczyzny.  I  oczywiście  właśnie  teraz 

odwrócił głowę w jej kierunku. 

Czu

ła,  że  nie  zniesie  tego  napięcia  ani  chwili  dłużej. 

Odwróciła się do Anne i spytała: 

 -  Znasz tego m

ężczyznę?  -  Ruchem  głowy  wskazała 

stolik, przy którym siedział. - Kto to jest? 

Anne wygl

ądała  na  nieco  zaskoczoną  nagłą  zmianą 

tematu. 

 - O którego z nich pytasz? 
 - O tego, kt

óry wygląda jak orzeł. 

 - Jak co??? - zapyta

ła Anne zdziwiona. 

 -  Och, wiesz  -  mrukn

ęła  Gina  niecierpliwie.  -  Taki 

dumny, surowy, wygląda, jakby rozglądał się za ofiarą. 

 -  Ca

łkiem  niezły opis. Dumny i surowy...  -  powtórzyła 

Anne,  unosząc  lekko  brwi.  -  Powinnaś  go  znać.  Jest  w  jakiś 

sposób spokrewniony z Essie. Nazywa się Dez Kerrigan. 

Oczywi

ście, że o nim słyszała. Genealogia i historia rodu 

to  były  główne  koniki  Essie  i  Gina  nie  raz  wysłuchiwała 

długich  opowieści  o  losach  rozmaitych  potomków 

Kerriganów. Jednak nigdy dotąd nie spotkała Deza Kerrigana. 

Nie odwiedzał Essie i z tego co wiedziała, nie kontaktował się 

z  nią.  Najwyraźniej  nie  zależało  mu  na  podtrzymywaniu 

więzów rodzinnych. 

Usi

łowała  sobie  przypomnieć,  co  takiego  mówiła  o  nim 

Essie.  Nie  mogła  się  pozbyć  wrażenia,  że  nie  było  to  nic 
pochlebnego. Dziwne  - 

wygłaszanie  negatywnych  opinii  nie 

leżało raczej w zwyczaju Essie. A jednak. Tylko co to było? 

 - Hmm... to interesuj

ące - wymruczała Anne, wyraźnie się 

nad czymś zastanawiając. - Co chcesz o nim wiedzieć? 

 -  Ach, nic takiego, po prostu zwr

ócił  moją  uwagę  - 

próbowała  zbagatelizować  całą  sprawę.  -  Co jest w tym 

interesującego? Fakt, że krewny Essie je tu obiad? 

background image

 - Nie. Raczej to, z kim je - powiedzia

ła Anne tajemniczo i 

złożyła  serwetkę.  -  Przykro  mi,  ale  muszę  już  wracać  do 
redakcji. 

Gina wsta

ła od stolika i wyciągnęła rękę. 

 - Dzi

ękuję za spotkanie. Domyślam się, że nie możesz się 

deklarować od razu, ale... 

 -  Ale mimo wszystko chcia

łabyś  poznać  moją  opinię  - 

przerwała jej Anne. - Szczerze mówiąc, uważam, że te plany 

są zbyt skromne. 

 -  Zbyt skromne!?  -  powt

órzyła Gina zaszokowana. Anne 

skinęła głową, wyjęła swoją wizytówkę, zanotowała 

co

ś na odwrocie i podała ją Ginie. 

 -  Urz

ądzam  małe  przyjęcie  w  sobotę.  Zapraszam, 

wpadnij, to dobra okazja, żeby spotkać na neutralnym gruncie 

paru  potencjalnych  sponsorów.  Tu  jest  adres.  Naprawdę, 

muszę już lecieć, ale koniecznie przeczytaj jutro naszą gazetę. 

I zanim Gina zd

ążyła spytać, co takiego ukaże się jutro w 

„Kronice Lakemont", już jej nie było. 

Nast

ępnego ranka Gina obudziła się, kiedy na dworze było 

jeszcze ciemno. Należała wprawdzie do rannych ptaszków, ale 

tak wczesna pora nawet dla niej była zaskoczeniem. Leżała w 

łóżku  i  z  niecierpliwością  czekała,  kiedy  usłyszy  warkot 

silnika starego samochodu doręczyciela gazet. 

Od wczoraj zastanawia

ła  się,  co  takiego  przeczyta  w 

dzisiejszym  wydaniu  „Kroniki".  Do  głowy  przychodziły  jej 

najróżniejsze  pomysły,  nawet  taki,  że  Anne  wykorzystała 
jedynie ok

azję,  by  swoimi  tajemniczymi  słowami  zdobyć 

kolejnego czytelnika. 

Wsta

ła z łóżka, poszła do kuchni i zrobiła sobie kawę. 

Usiad

ła  z  kubkiem  na  parapecie  w  salonie  i  wyglądała 

przez  okno.  Z  tego  miejsca  widziała  tylko  dwa  boczne 

skrzydła  budynku.  W  większości  mieszkań  było  jeszcze 

ciemno. Niegdyś ten piękny dom zajmowała jedna rodzina z 

background image

liczną  służbą,  ale  przed  laty  podzielono  go  na  szereg 

apartamentów do wynajęcia. Mieszkanie Giny wcześniej było 

chyba sypialnią gospodarzy. 

Lubi

ła  to  miejsce.  Nie  przeszkadzało  jej  nawet,  że  w 

budynku  nie  było  windy,  choć  nieraz  przeklinała  swoją 

słabość  do  uroczych  starych  domów,  kiedy  dźwigała  ciężkie 

siatki  z  zakupami.  Ale  nie  potrafiła  się  oprzeć  wysokim 

sufitom i głębokim wnękom okiennym. Poza tym miała Stąd 
tylko kilka mi

nut do pracy, muzeum znajdowało się zaledwie 

parę przecznic dalej. 

To przypomnia

ło jej wczorajszą rozmowę z Anne. Co ona 

miała  na  myśli,  sugerując,  że  przedstawione  plany  rozwoju 

muzeum są zbyt skromne? Łatwo tak mówić, kiedy ma się za 

sobą zasoby finansowe „Kroniki". 

Ale Anne mia

ła  rację.  Nawet  po  kompleksowej 

przebudowie  miejsca  nie  będzie  zbyt  wiele.  Brakowało  też 

wygodnej drogi dojazdowej. Do tej pory zwiedzający musieli 

zostawiać  samochody  przed  bramą,  ładnych  kilkaset  metrów 

od  budynku.  Jeśli  muzeum  miało  stać  się  prawdziwym 

centrum kulturalnym, należało koniecznie pomyśleć o drodze i 

dużym parkingu. Gina nie wiedziała jednak, co może zrobić, 

żeby  unowocześnić  muzeum,  a  jednocześnie  nie  zniszczyć 

pięknej, zabytkowej fasady budynku, który zbudował jeszcze 
dziadek Essie, Desmond Kerrigan. 

Z tego, co opowiada

ła  Essie,  wynikało,  że  Desmond  nie 

był pierwszym Kerriganem w tych stronach ani nawet tym, od 
kt

órego  nazwiska  wzięło  nazwę  całe  hrabstwo.  Był  jednak 

pierwszym  członkiem  rodu  konsekwentnie  inwestującym  w 

małe przedsiębiorstwa i zamieniającym je w potęgi finansowe. 

Miał  niezwykłe  zdolności  do  robienia  dobrych  interesów, 

dlatego  kiedy  w  końcu  zaczął  budować  swoją  siedzibę,  nie 

musiał  się  liczyć  z  kosztami.  Zbudował  imponującą 

posiadłość,  ale  po  ponad  półtora  wieku  jej  świetność  nieco 

background image

przyblakła.  Czerwona  cegła  ściemniała  od  spalin,  deszcze  i 

śniegi  uszkodziły  dachówki,  a  ściany  w  wielu  miejscach 

popękały. Przydałby się generalny remont. 

A mo

że  rzeczywiście  jej  plany  były  zbyt  skromne?  Jeśli 

już zamierzała zorganizować wielką zbiórkę pieniędzy, może 

warto iść za ciosem i pokusić się o więcej? 

Essie rozumia

ła  potrzebę  unowocześnienia  budynku, 

chociaż z niechęcią myślała o dostawieniu bocznych skrzydeł 
do historycznej, rodowej siedziby. Ciekawe, jaki stosunek do 

tego miałby Dez Kerrigan, zastanowiła się Gina. 

Nie mia

ł oczywiście w tej kwestii wiele do powiedzenia. 

Dom  należał  do  Essie,  a  ona  przekazała  go  w  spadku 

Towarzystwu  Historycznemu,  jednak  jako  członek  rodziny 

Kerriganów musiał niewątpliwie czuć jakiś sentyment do tego 
miejsca. 

Gina zastanawia

ła  się,  czy  Dez  wiedział,  kim  ona  jest. 

Wczoraj w restauracji odniosła wrażenie, że wpatrywał się w 

nią  w  jakiś  specyficzny  sposób.  Może  się  myliła,  ale 

wydawało  się  jej,  że  patrzy  na  nią  jak  na  osobę,  która  chce 
zn

iszczyć rodową siedzibę. 

By

ć  może  w  jakiś  sposób  dowiedział  się  o  jej  planach  i 

niezbyt  mu  się  spodobały.  Skąd  jednak  mógłby  o  nich 

wiedzieć?  Gina  prawie  nikomu  nie  opowiadała  o  swoich 
pomys

łach,  nie  kontaktowała  się  nawet  z  architektem,  by 

ustalić,  czy  taka  forma  rozbudowy  w  ogóle  jest  możliwa. 

Jedynie członkowie zarządu muzeum i Anne Garrett wiedzieli 
o jej planach. 

Przypomnia

ła sobie wczorajsze spojrzenie Deza i przyszło 

jej do głowy coś jeszcze. Nie, nie myliła się - Dez Kerrigan 

był  niebezpieczny  i  wyraźnie  szukał  ofiary.  Przyłapał  ją  na 

niewinnym  spojrzeniu  i  wykorzystał  jej  zmieszanie  do 

własnych celów. 

background image

Ci

ągle nie mogła sobie przypomnieć, co takiego mówiła o 

nim  Essie.  Postanowiła,  że  jeśli  znajdzie  dziś  wolną  chwilę, 
przekopie jej notatki na temat ro

dziny.  Starsza  pani  miała 

zwyczaj zapisywania wszystkich informacji na temat 

członków rodu, jakie do niej docierały. Może tam znajdzie się 

coś, co rzuci nieco światła na mroczną postać Deza Kerrigana. 

Nareszcie rozleg

ł  się  na  dole  charakterystyczny  warkot  i 

Gina niecierpliwie zbiegła po schodach, by odebrać gazetę. W 

pośpiechu wróciła do siebie i gorączkowo przerzucała kolejne 

strony, przeskakując wzrokiem po tytułach. 

Milionowe odszkodowanie w sprawie cywilnej  - 

imponuj

ące, ale triumfator pewnie nie należy do tych, którzy 

chcieliby  wesprzeć  swoimi  funduszami  miejskie  muzeum 

historyczne.  Zarząd  miasta  chce  zmiany  burmistrza  -  nic 

nadzwyczajnego.  Oczekuje  się,  że  sieć  Tyler  -  Royale 

zamknie siedzibę w centrum miasta. Pięćset osób zostanie bez 
pracy. Oficjalny  komunikat w tej sprawie zostanie wydany 

jeszcze dzisiaj... Jakieś rozważania ekonomiczne, to wszystko 

nie miało nic wspólnego z muzeum i planami Giny. 

Dziewczyna niecierpliwie przewr

óciła stronę, kiedy nagle 

coś  zaświtało  jej  w  głowie.  Odwróciła  ponownie  kartkę  i 
spojrza

ła  na  fotografie  pod  artykułem.  Jedna  z  nich 

przedstawiała  siedzibę  Tyler  -  Royale zaraz po zbudowaniu, 

prawie sto lat temu, druga ukazywała klientów kłębiących się 

przed zabytkową fasadą budynku. 

Przypomnia

ły jej się słowa Anne i zadrżała zdumiona. Czy 

to możliwe, żeby Anne myślała o budynku Tyler - Royale jako 

o nowej siedzibie muzeum? To chyba jedyne wyjaśnienie jej 

tajemniczych  słów.  Ale  dlaczego  nie  powiedziała  tego 
wczoraj? 

Poniewa

ż  była  rasowym  dziennikarzem  i  nie  chciała,  by 

ktokolwi

ek  dowiedział  się  o  tych  sensacjach  przed  czasem. 

background image

Gdyby  telewizja  zwietrzyła  tę  informację,  mogłaby  ukraść 

„Kronice" świetny temat, domyśliła się Gina. 

Zamkn

ęła  oczy  i  usiłowała  przypomnieć  sobie  gmach 

Tyler  - 

Royale.  Ostatnio  była  tam  kilka  miesięcy  temu  na 

zakupach,  ale  doskonale  pamiętała  okazały  budynek  i 

przestronne  wnętrza.  Musiała  przyznać,  że  istotnie  świetnie 

nadawałby  się  na  siedzibę  muzeum.  W  samym  centrum 

znajdowało się imponujące atrium, a przez przeszklony dach 

wpadało  mnóstwo  światła.  Oczyma  wyobraźni  już  tam 

widziała połyskujący kolorowymi szybkami witraż z kościoła 

św. Franciszka, zmieściłby się bez problemu. 

W dodatku siedziba Tyler  -  Royale znajdowa

ła  się  w 

samym centrum miasta. To jeszcze lepsza lokalizacja niż dom 

Essie. W dodatku był tam świetny podjazd i wygodny parking 

na wprost wejścia. 

Ale najwa

żniejsze  zdaniem  Giny  było  to,  że  nikt  przy 

zdrowych zmysłach nie odważy się kupić tego budynku. Jeśli 
Tyler  - 

Royale  nie  zdołał  zrobić  dobrego  interesu  w  tym 

miejscu,  to  nikomu  się  nie  uda.  Najlepsze,  co  mógłby  teraz 
uczyni

ć  zarząd  firmy,  to  podarować  gmach  na  jakiś  cel 

charytatywny  i  dzięki  temu  odpisać  sobie  okrągłą  sumkę  od 

podatków.  A  czy  istniał  lepszy  cel  niż  Towarzystwo 
Historyczne Hrabstwa Kerrigan? 

Gazeta podawa

ła,  że  dyrektor  generalny Tyler  -  Royale 

przyleci  z  Chicago,  aby  wygłosić  specjalne  oświadczenie 

podczas konferencji prasowej wyznaczonej na dziesiątą rano. 

Gina  nie  wiedziała,  jak  długo  Ross  Clayton  pozostanie  w 

Lakemont,  stwierdziła  więc,  że  musi  wykorzystać  okazję  i 
porozmawi

ać z nim. 

Chcia

ła, żeby poświęcił jej tylko kilka minut. Wiedziała, 

że  nie  może  podarować  jej  budynku  bez  zgody  zarządu. 

Szczerze  mówiąc,  nawet  jeśli  byłoby  inaczej,  ona 

prawdopodobnie nie mogłaby przyjąć daru. Wolała nie myśleć 

background image

o burzy, jaka się rozpęta, kiedy członkowie zarządu muzeum 

dowiedzą  się,  że  podjęła  takie  kroki  bez  konsultacji  z  nimi. 

Nie miała jednak czasu do stracenia. Kilka minut rozmowy z 
dyrektorem generalnym Tyler  - 

Royale  nie  załatwi  sprawy 

ostatecznie, ale może wprawi chociaż w ruch całą machinę. 

Starannie przygotowa

ła  się  do  spotkania  i  wyszła  na 

konferencję. Po drodze mijała dom Essie Kerrigan. Spojrzała 

innym  wzrokiem  na  dobrze  znaną,  zniszczoną  fasadę  z 

czerwonej  cegły  i  ogarnął  ją  niezrozumiały  smutek.  Dom 

sprawiał smętne wrażenie, wyglądał, jakby był opuszczony. 

Za tymi murami sp

ędziła  najlepsze  dni  swojego  życia. 

Najpierw, jeszcze jako nastolatka, odwiedzała Essie i słuchała 

jej  opowieści  o  tym,  jak  wyglądało  życie  na  tych  terenach 

wiele lat temu. Podczas studiów przesiedziała wiele godzin w 

bibliotece muzealnej, przeprowadzając wnikliwe badania. 

Potem, jako 

świeżo  upieczona  absolwentka,  podjęła 

pierwszą  pracę  -  została  asystentką  Essie.  Wtedy  nawet  do 

głowy jej nie przyszło, że po latach zajmie jej miejsce. 

Czu

ła  się  trochę  tak,  jakby  dopuszczała  się  zdrady. 

Chciała  przenieść  muzeum  z  budynku,  który  stanowił  część 

jego historii. Ale w głębi serca wiedziała, że Anne miała rację. 

Jej dotychczasowe plany były zbyt skromne. 

Naprawa dachu i budowa parkingu to rozwi

ązania 

tymczasowe.  Jeśli  jej  marzenia  miały  się  spełnić  i  muzeum 

rzeczywiście  rozrastałoby  się  i  przyciągało  coraz  więcej 

zwiedzających,  za  kilka  lat  stanęłaby  przed  tym  samym 

problemem. A wtedy nie byłoby już żadnego ratunku. 

Je

śli muzeum miałoby się przenieść, to był na to najlepszy 

moment.  Zanim  zainwestuje  tysiące  dolarów  w  remont  i 

przebudowę  i  zmieni  nie  do  poznania  ukochany  dom  Essie. 

Gdyby  zaczęła  rozwalać  ściany  i  budować  duży  parking,  a 

potem  przeniosłaby  siedzibę  do  budynku  Tyler  -  Royale, 

zmarnowałaby bez sensu mnóstwo pieniędzy. 

background image

 -  Wszystko b

ędzie  dobrze  -  szepnęła  w  stronę  starego 

domu, jakby chciała go uspokoić. - To najlepsze rozwiązanie. 

Ocalejesz i kiedyś na pewno zamieszka tu jakaś miła rodzina, 

która sprawi, że będziesz znowu piękny. 

Przekroczy

ła próg najlepszego hotelu w mieście i od razu 

domyśliła się, dlaczego konferencję zorganizowano tu, a nie w 

siedzibie firmy. Z trudem przeciskała się przez gęstą plątaninę 

najrozmaitszych  kabli.  Przed  podwyższeniem,  na  którym 

znajdował  się  długi  stół  konferencyjny,  ustawiono  półkolem 

kamery 

mikrofony. 

Wokół 

kłębił 

się 

tłum 

rozgorączkowanych  dziennikarzy.  Niewątpliwie  dyrektor 
generalny chcia

ł, aby cały ten cyrk rozegrał się jak najdalej od 

sklepu. Nie było sensu narażać klientów i personelu na hałas i 

napięcie, jakie tu zapanowały. 

To nie by

ły najlepsze warunki do rozmowy, ale Gina nie 

miała wyjścia. Z determinacją przepychała się więc przez tłum 

i rozglądała wokół uważnie. 

W pewnym momencie us

łyszała, jak reporterka jednej ze 

stacji telewizyjnych pogania cicho kamerzystę: 

 -  Pospiesz si

ę!  Będzie  wchodził  przez  te  drzwi  z  lewej. 

Muszę mieć to ujęcie! 

Gina natychmiast podj

ęła próbę przedostania się na lewą 

stronę, modląc siew duchu, aby podsłuchana informacja była 
prawdziwa. 

Dotar

ła  do  drzwi  akurat  w  chwili,  kiedy  się  otworzyły. 

Zdążyła  zaczerpnąć  powietrza  i  wyjąć  z  torebki  swoją 

wizytówkę. 

 - Sir, wiem, 

że to nie jest odpowiedni czas ani miejsce, ale 

chciałabym  zamienić  z  panem  kilka  słów  -  mówiła 
pospiesznie.  - 

Reprezentuję  Towarzystwo  Historyczne 

Hrabstwa Kerrigan i jeste

m  zainteresowana  waszą  siedzibą. 

Sądzę, że świetnie nadawałaby się na muzeum. 

M

ężczyzna rzucił okiem na wizytówkę i potrząsnął głową. 

background image

 -  Je

śli  ma  pani  na  myśli  budynek  Tyler  -  Royale, 

rozmawia pani z niewłaściwym człowiekiem. 

 -  Przecie

ż  Ross  Clayton  to  pan,  czyż  nie?  -  spytała 

niepewnie. - 

Widziałam pańskie zdjęcie w gazecie. 

 - Owszem, ale nie jestem ju

ż właścicielem tego budynku. 

Poczuła się, jakby ktoś dał jej kopniaka w żołądek. 

 - Sprzeda

ł go pan?! - zapytała zrozpaczona. 

 - Mo

żna tak powiedzieć. 

Spojrza

ła  na  niego,  nic  nie  rozumiejąc,  i  nagle 

przypomniała  sobie,  że  widziała  już  tę  twarz.  Zdjęcie  w 

gazecie  było  zbyt  niewyraźne,  aby  mogła  go  rozpoznać,  ale 

teraz  wiedziała  -  to  on  jadł  wczoraj  obiad  „Pod  Klonem"  z 
Dezem Kerriganem. 

W tym samym momencie zapali

ła się jakaś lampka w jej 

głowie. Nagle przypomniała sobie, co takiego mówiła o Dezie 

Essie.  „On  nie  ma  żadnego  zrozumienia  dla  historii  i 

zabytków.  Im  starszy  jest  jakiś  budynek,  tym  chętniej  go 
zburzy i postawi na jego miejsce ohydne monstrum ze szk

ła i 

stali". 

Przypomnia

ła sobie też, że Dez Kerrigan był inwestorem 

budowlanym i z tego, co mówiła Essie, odnosił na tym polu 

niemałe sukcesy. 

Znajome, niepokoj

ące  mrowienie  w  karku  kazało  jej 

odwrócić głowę. Wiedziała, kogo zobaczy. Tuż za nią stał Dez 
Ke

rrigan  i  wolnym  krokiem  wstępował  na  scenę  za  Rossem 

Claytonem. 

 -  Budynek nale

ży  teraz  do  mnie  -  powiedział  twardo.  - 

Ale  jeśli  przedstawi  pani  atrakcyjną  ofertę,  możemy 

porozmawiać. Spotkamy się u pani, czy u mnie? 

background image

ROZDZIA

Ł DRUGI 

Gina a

ż  się  zatrzęsła,  słysząc  to  bezczelne  pytanie. 

Podtekst  wypowiedzi  Kerrigana  był  co  najmniej  obraźliwy. 

Owszem, wczoraj w restauracji wpatrywała się w niego dość 

długo,  ale  to  było  zupełnie  niewinne  spojrzenie.  Nie 

zachowywał  się  chyba  w  ten  sposób  wobec  każdej  kobiety, 
kt

óra na niego zerknęła. 

Ross Clayton u

śmiechnął się lekko i rzucił: 

 -  Co

ś  mi  się  zdaje,  że  stąpasz  po  cienkim  lodzie,  Dez. 

Kerrigan  sprawiał  wrażenie,  jakby  w  ogóle  nie  słyszał  jego 
s

łów. Rzucił okiem na zegarek i dodał: 

 -  Jestem teraz troch

ę zajęty, ale po konferencji prasowej 

moglibyśmy  się  spotkać  w  pani  lub  moim  biurze.  Jak  pani 
woli? 

 - W biurze... - powt

órzyła zaskoczona. 

 -  Oczywi

ście.  -  Coś  jakby  uśmiech  błysnęło  w  jego 

oczach. - 

Nie myślała pani chyba, że proponuję pogawędkę w 

moim  jaccuzi?  Wolałbym,  żebyśmy  poznali  się  nieco  bliżej, 
zanim do tego dojdzie. 

Znowu si

ę  wygłupiła.  Zaczerpnęła  powietrza  i  podjęła 

próbę wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji: 

 - Je

śli o to chodzi, to nawet bliska znajomość nie zmieni 

mojego nastawienia do pańskiej propozycji. 

Zauwa

żyła,  że  jego  oczy  są  dziwną  mieszanką  zieleni  i 

orzechowego br

ązu,  a  w  chwilach  rozbawienia  stawały  się 

wręcz szmaragdowe. Nie ulegało wątpliwości, że w tej chwili 

Dez Kerrigan był bardzo rozbawiony. 

 -  Potraktuj

ę  to  jako  komplement.  -  Zaśmiał  się  lekko.  - 

Cieszy  mnie,  że  zrobiłem  na  pani  takie  wrażenie  już  od 
pierwszego spojrzenia. 

Wiedzia

ła,  że to  tylko żarty, ale  nie  zamierzała pierwsza 

się poddać. 

background image

 -  Mia

łam  na  myśli  co  innego.  Chciałam  powiedzieć,  że 

nie  wyobrażam  sobie  sytuacji,  która  zmusiłaby  mnie do 

wejścia do pańskiej wanny. 

 - 

Świetnie  -  powiedział  krótko.  -  Wobec tego oboje 

wiemy,  na  czym  stoimy.  Chce  pani  porozmawiać  o  tym 

budynku, czyż nie? 

Prze

łknęła ślinę zła na siebie, że dała się tak podejść. 

 -  Oczywi

ście.  Ale  nie  rozumiem,  dlaczego  jest pan 

zainteresowany sprzedażą, jeśli dopiero co go pan kupił. 

 -  Zdaje si

ę,  że  rynek  nieruchomości  to  nie  jest  pani 

specjalność, prawda? To, że właśnie zrobiło się jeden interes, 

nie  znaczy,  że  można  przegapić  następny.  Chętnie  to  pani 

wytłumaczę. 

Skin

ął jej głową i odszedł, zanim zdążyła coś powiedzieć. 

Po  chwili  zajmował  już  miejsce  za  długim  stołem  i  włączał 
swój mikrofon. 

Gina czu

ła,  że  z  trudem  panuje  nad  zdenerwowaniem. 

Sytuacja zmieniła się diametralnie, w dodatku na gorsze. Nie 

miała ochoty zostawać tu dłużej. Czekało ją dziś jeszcze dużo 

pracy, nie zamierzała tracić czasu na wpatrywanie się w Deza 
Kerrigana. 

W po

łowie  drogi  do  muzeum  napięcie  powoli  opadało  i 

Gina zaczyna

ła  znajdować  jasne  strony  całej  sytuacji.  Nie 

udało jej się niestety zdobyć idealnej siedziby dla muzeum, ale 

na szczęście nikt się o tym nie dowie. Błogosławiła w myślach 

brak czasu, który nie pozwolił jej skonsultować tego pomysłu 

z zarządem. Czułaby się bardzo niezręcznie, gdyby najpierw o 

wszystkim im opowiedziała, a potem musiała zameldować, że 

jej świetny plan spalił na panewce. 

Dyrektor generalny Tyler - Royale by

ł zawodowcem, jeśli 

chodzi  o  kontakty  z  prasą.  Dez  słuchał  z  podziwem,  jak 

rzeczowo  wyjaśniał,  że  nieprawdą  jest,  że  pięćset  osób 

zostanie  bez  pracy.  Obiecywał,  że  wszyscy  znajdą 

background image

zatrudnienie w sklepach firmy w innych miastach. Reporterzy 

krążyli wokół niego jak stado rekinów usiłujących dobrać się 

do ofiary, ale nie dawał im żadnych szans. Spokojnym głosem 

odpowiadał 

na 

najbardziej 

podchwytliwe 

pytania. 

Dziennikarz

om  wyraźnie  zabrakło  pomysłów  i  Dez  stracił 

zainteresowanie konferencją. 

Jego my

śli  popłynęły  ku  pewnej  drobnej,  rudowłosej 

kobiecie...  Zobaczył  ją  wczoraj  „Pod  Klonem",  gdzie  jadła 

obiad  z  szefową  miejscowej  gazety.  To  dlatego  początkowo 

pomyślał,  że  jest  także  dziennikarką.  Patrzyła  na  niego  tak, 

jakby badała go pod mikroskopem. Do dziś czuł na sobie jej 

lustrujący  wzrok,  zupełnie  niepodobny  do  kuszących 

kobiecych spojrzeń, do jakich przywykł. 

Pomyli

ł się. Nie była dziennikarką. Powiedziała Rossowi, 

że  jest z Towarzystwa Historycznego Hrabstwa Kerrigan. I 

była zainteresowana siedzibą Tyler - Royale. 

Prychn

ął  z  irytacją.  Ci  miłośnicy  historii  i  fani  starych 

skorup bywali nieznośni. Nieraz miał z nimi do czynienia. 

Żyli  w  innym  świecie,  zupełnie  pozbawieni  zmysłu 

praktycznego.  O  ile  dobrze  słyszał,  proponowała  coś  tak 
absurdalnego, jak zamiana wielkiego sklepu Tyler - Royale w 
muzeum. 

Jego ciotka, Essie, by

ła taka sama. Pamiętał wizyty u niej, 

kiedy  był  jeszcze  małym  chłopcem.  Wtedy  jej  wielki,  pełen 
niespodz

ianek dom wydawał mu się najbardziej fascynującym 

miejscem  na  ziemi.  Mógł  biegać  w  kółko  po  przestronnych 

pokojach  i  nigdy  nie  wiedział,  co  znajdzie za  zakrętem.  Raz 

natknął  się  w  sypialni  na  ludzki  szkielet.  Essie  spokojnie 

wyjaśniła  mu,  że  to  doczesne  szczątki  pierwszego  lekarza, 

który otworzył praktykę w ich hrabstwie. 

Ale to by

ło  na  długo  przedtem,  zanim  jej  dom  stał  się 

oficjalną siedzibą muzeum. Chociaż Dez nie był tam od wielu 

lat,  doskonale  sobie  wyobrażał,  że  przez  ten  czas  zbiory 

background image

musiały  się  znacznie  powiększyć.  Pod  koniec  życia  ciotka 

pewnie  ledwo  się  mieściła  wśród  tej  sterty  gratów,  które 

zalegały dom. 

Ta m

łoda  kobieta  wydawała  się  mieć  nieco  więcej 

rozsądku  niż  Essie  -  przynajmniej  nie  mieszkała  w  tej 

rupieciarni. Ale poza tym mogłaby być klonem jego ciotki. 

Chocia

ż, oczywiście, wyglądała dużo bardziej pociągająco 

niż  Essie.  Ciotka  była  wysoka  i  bardzo  szczupła,  przez  co 

sprawiała  nieco  surowe  wrażenie.  Tymczasem  ta  młoda 

kobieta, chociaż niewysoka i bardzo drobna, była przyjemnie 

zaokrąglona  we  właściwych  miejscach.  Miała  duże, 

ciemnobrązowe  oczy,  które  spoglądały  wesoło  spod  fali 

rudych  włosów.  Jej  loki  sprawiały  wrażenie,  jakby  ktoś 

skropił je lekko złotą farbą... 

 -  Dez?  -  us

łyszał  głos  Rossa.  -  Może  lepiej,  żebyś  ty 

odpowiedział na to pytanie. 

Z trudem powr

ócił  do  rzeczywistości.  O  jakie  pytanie 

chodzi? 

 - Pan z 

„Kroniki" chce wiedzieć, jakie masz plany wobec 

naszej siedziby - 

podpowiedział mu Ross. 

Dzi

ęki,  stary,  westchnął  w  duchu  Dez.  Zebrał  myśli  i 

wolno przysunął się do mikrofonu. 

 -  Odpowied

ź jest  bardzo  prosta  -  powiedział,  patrząc  na 

wyczekujące  twarze  dziennikarzy.  -  Na razie nie mam 

żadnych planów. 

Przez t

łum  przeleciał  pomruk  niedowierzania.  Reporter 

miejscowej gazety znowu podniósł rękę w górę. 

 -  Chce pan, 

żebyśmy  uwierzyli,  że  kupił  pan  taki 

budynek, nie mając pomysłu, jak go wykorzystać? 

 -  Nie kupi

łem  budynku  -  poprawił  go  Dez.  -  Nabyłem 

tylko prawo pierwokupu. 

background image

 - Co za r

óżnica? - zaśmiał się dziennikarz. - Nie wyrzucił 

pan przecież pieniędzy dla zabawy. Co chce pan zrobić z tym 
gmachem? 

 - Zamierza pan go zburzy

ć? - dorzuciła reporterka znanej 

stacji telewizyjnej. 

 -  Naprawd

ę jeszcze nie wiem, Claro. Zapewniam cię, że 

w tej chwili nie mam żadnych planów co do tego miejsca. 

 -  Nie masz, czy nie chcesz nam ich zdradzi

ć?  -  nie 

ustępowała  Clara.  -  Może  zamierzasz  trzymać  wszystko  w 

tajemnicy tak długo, aż nie będziemy mogli nic zrobić, żeby 

uratować ten zabytek. 

 - Spokojnie - pr

óbował nieco ostudzić rosnące napięcie. - 

Komunikat  o  tym,  że  Tyler  -  Royale  wycofuje  się  z 
miejscowego ryn

ku, był dla mnie takim samym zaskoczeniem 

jak dla wszystkich.  

 - Ale potrafi

ł pan to natychmiast wykorzystać - atakował 

znowu facet z „Kroniki". 

 -  Tak dzia

ła  rynek  nieruchomości,  trzeba  łapać  okazję. 

Nie  pierwszy  raz  kupuję  coś,  nie  wiedząc,  co  z  tym  dalej 

zrobię. 

 -  Ale prawd

ą  jest,  że  do  tej  pory  zrównywał  pan  takie 

budynki z ziemią? 

 -  O ile dobrze pami

ętam,  tak.  -  Dez  przebiegł  szybko 

pamięcią  ostatnie  lata  swojej  działalności.  Istotnie,  dotąd 

zawsze  tak  było.  -  Ale  to  nie  znaczy,  że  i  tym  razem...  - 

Przerwał  na  chwilę,  bo  właśnie  do  niego  dotarło,  że  dał  się 

podejść  zawodowcom  próbującym  wymóc  na  nim  jakąś 

deklarację.  -  Słuchajcie!  Powtórzę  wam  to  samo,  co 

powiedziałem  pewnej  młodej  damie  z  Towarzystwa 

Historycznego.  To,  że  właśnie  zrobiłem  jeden  interes, nie 

znaczy, że przegapię następny. 

 - Wi

ęc chce pan go sprzedać? - padło natychmiast kolejne 

pytanie. 

background image

 - Rozwa

żam to. Jestem biznesmenem, zastanowię się nad 

każdą rozsądną propozycją, którą otrzymam. 

 - Z wyj

ątkiem konserwacji budynku? 

 -  Oczywi

ście  -  potwierdził.  Poczuł,  jak  wzbiera  w  nim 

wściekłość.  Cholerni  dziennikarze,  zrobili  z  niego 

barbarzyńcę,  który  przy  każdej  możliwej  okazji  niszczy 

wszystko,  co  spotka  na  swojej  drodze.  Nie  mają  pojęcia  o 

interesach,  uwielbiają  za  to  robić  szum  wszędzie  tam,  gdzie 

mogą wystąpić jako obrońcy uciśnionych. - A skoro już o tym 

mowa, pozwólcie, że dam małe ostrzeżenie wszystkim, którzy 

zamierzają  mnie  uszczęśliwiać  dobrymi  radami  na  temat 

szacunku  dla  historii  i  zabytków.  Chętnie  z  nimi 

porozmawiam,  o  ile  będą  mieli  dość  pieniędzy,  aby 

wprowadzić  swoje  plany  w czyn. Nie zamierzam potulnie 
wys

łuchiwać,  jak  mówią  mi,  co  powinienem  robić  z  moją 

własnością i z moimi pieniędzmi. To wszystko, dziękuję. 

Ta zdecydowana wypowied

ź  zamknęła  wszystkim  usta. 

Dziennikarze powoli 

zaczęli  wychodzić,  zabierając  ze  sobą 

kamery i mikrofony. 

W holu za sal

ą  konferencyjną  Dez  natknął  się  na  Rossa 

Claytona, który najwyraźniej czekał na niego. 

 -  Dzi

ęki,  że  odwróciłeś  uwagę  tych  sępów  od  innych 

niewygodnych kwestii  - 

powiedział  z  uśmiechem.  - 

Uratowałeś mnie, stary, jestem ci winien dużą whisky. 

Po pracy Gina wdrapa

ła  się  na  strych  i  odszukała  plany 

domu  Essie.  Zamierzała  zabrać  je  do  siebie  i  wnikliwie 

przestudiować.  Nie  była  oczywiście  ekspertem  w  tej 

dziedzinie.  Wiedziała,  że  rozbudowa  muzeum  będzie 

wymagać  rady  nie  tylko  architekta,  ale  także  dobrego 

inżyniera.  Chciała  jednak  sprawdzić,  czy  niczego  nie 

przeoczyła.  A  może  przy  okazji  wpadnie  jej  do  głowy  jakiś 

ciekawy pomysł? 

background image

Roz

łożyła  wielkie  arkusze  na  kuchennym  stole  i  przez 

kilka minu

t  usilnie  się  w  nie  wpatrywała.  W  końcu 

zniechęcona  oparła  się  o  nie  łokciami  i  podparła  głowę  w 

zamyśleniu. Przez krótki czas miała dziś nadzieję, że znalazła 

wyjście  z  beznadziejnej  sytuacji.  Było  idealne.  Ale  jak  się 

okazało, zbyt piękne, aby mogło się spełnić. 

Na jej drodze stan

ął Dez Kerrigan i oto znowu znalazła się 

w  punkcie  wyjścia.  A  może  nawet  jeszcze  dalej.  Trudno 

wrócić  myślami  do  ciasnych  korytarzy  starego  domu  Essie, 

nawet  po  remoncie  i  rozbudowie,  kiedy  ujrzało  się  oczyma 

wyobraźni  wizję  witraża  wystawionego  w  atrium  Tyler  - 
Royale. 

Gina pochyli

ła  się  nad  pożółkłymi  kartkami,  studiując 

projekty sprzed ponad wieku. Kiedy Desmond Kerrigan 

budował  swój  dom,  okolica  była  niemal  pusta,  dlatego 

usytuował  go  prawie  na  skraju  działki,  aby  z  tyłu  założyć 

rozległy,  starannie  zaplanowany  ogród.  Niestety,  od  tego 

czasu  wiele  się  zmieniło.  Potomkowie  Desmonda  podzielili 
ogród na mniejsze parcele, które posprzedawali, a ulica 

została  poszerzona  tak  bardzo,  że  zabrała  niemal  cały  teren 
przed budynkiem. W efek

cie dom stał teraz tuż przy drodze, 

otoczony  przez  niewielkie  działeczki  z  jednorodzinnymi 

domkami.  Jedynym  wspomnieniem  dawnej  świetności  był 

skrawek ogrodu zachowany cudem na tyłach posesji. 

To za ma

ło,  aby  zamienić  dom  w  prawdziwe,  tętniące 

życiem  centrum  historyczne.  Ale  Gina  nie  dysponowała 

niczym więcej. 

Poza tym nie mia

ła pojęcia, czy na tak mały teren da się 

wprowadzić  ciężki  sprzęt  budowlany.  I  czy  wykopy  nie 

naruszą starych fundamentów. 

Zwin

ęła  plany  i  zabrała  się  za  przyrządzanie  kolacji. 

Włączyła  miniaturowy  telewizor  stojący  na  lodówce,  żeby 

zająć  myśli  czymś  innym  niż  losy  muzeum.  Jednak 

background image

najwyraźniej  wszystko  sprzysięgło  się  przeciwko  niej.  Na 

wszystkich kanałach dyskutowano głównie o likwidacji Tyler 
- Royale. 

 - ...a ko

ńcowa wyprzedaż rozpocznie się już w przyszłym 

tygodniu  - 

mówiła  reporterka,  którą  Gina  widziała  dziś  na 

konferencji w hotelu. 

 -  Jaka szkoda!  -  Jej rozm

ówca  potrząsnął  ze  smutkiem 

głową. - Czy wiemy coś o przyszłości tego pięknego budynku. 
Carla? 

 -  To pytanie pad

ło  oczywiście  na konferencji prasowej, 

ale pan Kerrigan nie chcia

ł  zdradzić  nam  swoich  planów. 

Jedyna aluzja, jaką zrobił, wskazywała, że rozmawia z kimś z 
Towarzystwa Historycznego Hrabstwa Kerrigan. 

Drewniana 

łyżka wypadła Ginie z ręki wprost na patelnię i 

wokół rozprysnął się gorący olej. Poczuła palące pieczenie na 

palcu i odruchowo podniosła go do ust. 

 - Kustosz muzeum, Gina Haskell, by

ła na konferencji, ale 

odmówiła komentarza na ten temat... 

Gina wpatrywa

ła  się  z  niedowierzaniem  w  ekran 

telewizora. Co ta kobieta 

wygadywała!  Nie  odmawiała 

przecież żadnego komentarza! 

 - 

...a kiedy rozmawia

łam  przed  chwilą  z 

przewodniczącym  Towarzystwa,  powiedział  jedynie,  że 

byłoby zbrodnią zniszczyć ten piękny, stary budynek. 

Oszo

łomiona usiadła na krześle i podparła głowę rękoma. 

Zadzwonili  już  więc  do  jej  szefa.  A  ona  o  niczym  mu  nie 

wspomniała, bo nie chciała zawracać mu głowy pomysłem, z 

którego i tak nic nie wyszło. 

 -  Istotnie, to by

łoby  barbarzyństwo  -  zgodził  się 

rozmówca Carli. 

 -  Ale zachowanie tego gmachu by

łoby  czymś  nowym, 

jeśli  chodzi  o  styl  działania  Deza  Kerrigana  -  ciągnęła 

background image

dziennikarka.  - 

Przyznał  dziś,  że  dotychczas  zawsze  burzył 

stare budowle. 

 -  Trudno w to uwierzy

ć  -  pokręcił  głową  mężczyzna.  - 

Cóż, w takim razie trzymamy kciuki za wysiłki Towarzystwa 
Historycz

nego i życzymy, aby udało się im uratować budynek, 

który jest ozdobą naszego miasta. 

 -  Wysi

łki  Towarzystwa  Historycznego???  -  powtórzyła 

Gina z niedowierzaniem. 

W tym momencie zadzwoni

ł  telefon.  Wiedziała,  kto  to 

może być i wpatrywała się w słuchawkę z obawą, niepewna, 

jak  postąpić.  Szef  miał  prawo  być  na  nią  wściekły,  nie 

dziwiłaby  się  mu  wcale.  I  tak  zachował  zimną  krew,  nie 

zdradzając dziennikarce, że cała sprawa jest dla niego zupełną 

nowością. 

Ostro

żnie podniosła słuchawkę i zdumiała się. To nie był 

p

rzewodniczący  Towarzystwa  Historycznego.  Tylko  raz 

słyszała  głos,  który  zabrzmiał  w  słuchawce,  ale  od  razu  go 

rozpoznała. Był głęboki, ciepły i... arogancki. 

 -  Co to ma by

ć?  -  usłyszała  oskarżycielski  ton.  -  Próba 

sił?  Kto  ma  większe  wpływy  w  mediach?  Całkiem  nieźle  - 
najpierw gazeta, potem stacja telewizyjna. I co dalej? 

 - Nic nie zrobi

łam - zaprzeczyła gorąco, lecz mówiła już 

do głuchej słuchawki. 

Chocia

ż  nie  zamierzała  mu  współczuć,  rozumiała, 

dlaczego był zdenerwowany. Jednak szczerze mówiąc, sam się 

o  to  prosił.  Od  ponad  dziesięciu  lat  działał  na  tym  rynku  i 

przez ten czas wyburzył wszystkie stare budynki, które trafiły 

w  jego  ręce.  Nie  mogła  wprost  w  to  uwierzyć.  Nie  miała 

pojęcia, jakimi powodami się kierował, ale pewnie i tak by ich 

nie zrozumiała. Podobnie jak on nie rozumiał tych wszystkich 

ludzi, którzy chcieli chronić pamiątki przeszłości. 

C

óż,  może  z  tego  zamieszania  wyniknie  chociaż  tyle 

dobrego, że zechce poważnie rozważyć jej propozycję. 

background image

O dziesi

ątej  rano,  dokładnie  dwadzieścia  cztery  godziny 

po  konferencji  prasowej,  Gina  przekraczała  próg  biura  Deza 
Kerrigana.  

Wcale nie by

ło łatwo go znaleźć. W książce telefonicznej 

nie figurował ani Dez Kerrigan, ani Kerrigan Corporation, ani 

Kerrigan i Partnerzy, ani Kerrigan i cośtam... 

Oczywi

ście,  nie  miała  żadnej  pewności,  że  nazwał  firmę 

własnym nazwiskiem. Może nie chciał plamić honoru rodziny 

swoimi  bezdusznymi  interesami,  a  może  myślał,  że  to 

nazwisko straciło już jakąkolwiek siłę oddziaływania na tym 

terenie. Ostatecznie od rodu Kerrigan nazywało się tu prawie 
wszystko  - 

od  całego  hrabstwa  po  aulę  wykładową  na 

uniwersytecie. 

W ko

ńcu jednak znalazła. Nazwał swoją firmę po prostu 

„Nieruchomości Lakemont", tak jakby to było jedyne liczące 

się przedsiębiorstwo w mieście. 

Nie prosi

ła,  żeby  oddzwonił  ani  nie  umówiła  się  na 

spotkanie. Po prostu wyszła z muzeum i udała się wprost do 

jego  firmy.  Na  szczęście  jej  siedziba  znajdowała  się  tylko 

kilka przecznic dalej. Nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na 

ten  budynek,  ale  nic  dziwnego,  nie  rzucał  się  w  oczy. 
Wygl

ądał  jak  opuszczona  szkoła  zaadaptowana  na  potrzeby 

firmy.  Zupełnie  inaczej  wyobrażała  sobie  główną  kwaterę 

człowieka,  który  bawił  się  drapaczami  chmur,  jakby  to  były 
drewniane klocki. 

środku  było  gwarno  i  ruchliwie.  Zanim  trafiła  do 

gabinetu Deza, musia

ła przejść przez cały budynek. Kiedy w 

końcu  tam  dotarła,  sekretarka  długo  obracała  w  palcach 

wizytówkę  i  spoglądała  na  nią  podejrzliwie.  Gina  nie  była 

zaskoczona.  Nazwa  "Towarzystwo  Historyczne"  musiała 

działać na pracowników Deza Kerrigana jak płachta na byka. 

 -  Nie jestem umówiona  - 

powiedziała  wprost  -  Jednak 

myślę,  że  pan  Kerrigan  mnie  przyjmie.  Jeśli  oglądała  pani 

background image

wczoraj telewizj

ę,  powinna  pani  wiedzieć,  że  prowadzimy 

negocjacje w sprawie siedziby Tyler - Royale. 

Sekretarka wygl

ądała na zaskoczoną, ale nie odezwała się. 

Sięgnęła po słuchawkę i rozmawiała cicho z Dezem. 

Gina przysiad

ła  na  najbliższym  krześle  i  czekała  w 

napięciu. Chwilę późnej drzwi gabinetu otworzyły się i stanął 
w nich Dez Kerrigan. 

 -  Prosz

ę,  proszę...  Władczyni  mediów  w  Lakemont  we 

własnej  osobie  -  powiedział  z  ironicznym  uśmieszkiem.  - 
Zapraszam. 

Podnios

ła  się  z  krzesła,  a  on  tworzył  szerzej  drzwi  i 

wprowadził ją do środka z wystudiowaną grzecznością. 

By

ł  tak  wysoki,  jak  podejrzewała.  Zastanawiała  się  nad 

tym już „Pod Klonem". Kiedy rozmawiali na konferencji, była 

zbyt  zaabsorbowana  własnymi  planami,  aby  zwrócić  na  to 

uwagę, ale teraz widziała wyraźnie, że sięgała mu ledwie do 

ramienia. Zielone oczy nie wyglądały dziś jak szmaragdy. To 

dobrze,  pomyślała,  nie  przyszłam  tu  przecież,  aby go 

rozbawić. 

Wesz

ła  do  gabinetu  i  stanęła  zaskoczona.  Niewątpliwie 

urządzono  go  w  dawnej  sali  lekcyjnej.  Pokój  był  długi  i 
pomalowany na stonowane kolory. Jedynie akwarelki z 

widokami różnych budynków stanowiły barwne plamy na tle 

szarych  ścian.  Gina  podeszła  do  najbliższej  -  przedstawiała 

jeden  z  najwspanialszych  i  najnowocześniejszych  drapaczy 

chmur w mieście. 

 - To pa

ński projekt, jak sądzę? Skinął milcząco głową. 

 -  Jest ca

łkiem  niezły  -  przyznała.  -  Robi  wrażenie. 

Szczerze  mówiąc,  spodziewałam  się  raczej,  że  tam  właśnie 
b

ędzie  miał  pan  swoje  biuro.  Na  ostatnim  piętrze  z 

imponującym  widokiem  na  jezioro  Michigan.  Dez  wzruszył 
ramionami. 

background image

 - To biuro by

ło dobre, kiedy rozkręcałem biznes, i wciąż 

mi wystarcza. A nawiasem mówiąc, czynsz w tym wieżowcu 
jes

t  tak  wysoki,  że  nie  ma  sensu  się  tam  przenosić.  Wolę 

wynajmować i zarabiać na tym pieniądze. 

 -  Naturalnie  -  pokiwa

ła  głową. -  Rzeczywiście miał  pan 

rację, mówiąc wczoraj dziennikarzom, że jest pan rzeczowy i 
praktyczny. 

 - Nie s

ądziłem, że została pani do końca konferencji. 

 - Wysz

łam wprawdzie wcześniej, ale oglądałam obszerną 

relację  w  telewizji.  Jestem  biznesmenem  -  zacytowała.  - 

Zastanowię  się  nad  każdą  rozsądną  propozycją,  którą 
otrzymam. Czy tak? 

 -  Owszem, tak powiedzia

łem.  Nie  rozumiem  jednak, 

dla

czego traktuje to pani jak sensację. Rozsądek nie jest wadą. 

Cóż, miło, że pani wpadła, ale chociaż lubię pogawędki przy 

kawie,  to  muszę  przyznać,  że  mam  dziś  dużo  pracy. 

Przejdźmy zatem do rzeczy. 

Gina usiad

ła na kanapie i zaczerpnęła tchu. 

 -  Nie w

ątpię,  że  jest  pan  bardzo  zajęty.  Mam  rozsądną 

propozycję, którą powinien pan rozważyć. 

 -  Jak wida

ć,  rozsądek  to  pojęcie  względne.  Ma  pani 

pieniądze na realizację? 

 - Nie mam - przyzna

ła. 

 -  Prosz

ę  więc  nie  marnować  mojego  czasu,  pouczając 

mnie,  że  powinienem  ocalić  budynek  Tyler  -  Royale.  Jeśli 

słyszała pani, co mówiłem na konferencji, wie pani, że nie ma 
na to szans. 

 - Nie zamierzam marnowa

ć pańskiego cennego czasu. 

 -  Gina rozpar

ła się wygodniej na sofie, założyła nogę na 

nogę i uśmiechnęła się czarująco. - Przyszłam tutaj, żeby dać 

panu szansę, by mógł pan zostać bohaterem. 

Dez patrzy

ł  na  nią  z  niedowierzaniem.  Ta  kobieta  chyba 

postradała zmysły. 

background image

 - Panno Haskell ... - zacz

ął. 

 -  Och, prosz

ę  mi  mówić  po  imieniu.  I  przy  okazji  -  nie 

mam pretensji o to, że byłeś tak rozstrojony ostatniej nocy. 

 -  Rozstrojony?  -  zdziwi

ł  się.  -  Nigdy nie bywam 

rozstrojony. 

 -  Naprawd

ę?  To  dlaczego  zadzwoniłeś  i  nawrzeszczałeś 

na mnie? 

Spojrza

ł zaskoczony. 

 - Nie nawrzeszcza

łem. 

 - Chcesz powiedzie

ć, że było to tylko spokojne wyrażenie 

opinii? 

 - Oczywi

ście. Przyznaję, byłem nieco zirytowany po tym, 

jak  ta  banda  szakali  przekręciła  moje  słowa,  zwłaszcza  że 

myślałem, że maczałaś w tym palce. 

 -  Tak przypuszcza

łam.  -  Gina  zamyśliła  się  na  chwilę  i 

popatrzyła  na  niego  uważnie.  -  Wiesz,  że  media  zrobiły  z 
ciebie okrutnego King Konga, który sunie przez miasto i 
burzy wszystko, co mu stanie na drodze? 

 -  Gdybym przejmowa

ł się wszystkim, co mówią o mnie 

dziennikarze,  już  dawno  wylądowałbym  w  domu  wariatów  - 
powiedzia

ł gwałtownie i usiadł na drugim końcu kanapy. 

 -  Ale do rzeczy. Powiedz mi teraz, jak mam zosta

ć 

bohaterem - dorzuci

ł kpiąco. 

 -  Przysz

łam  tylko  po  to,  żeby  wskazać  ci  właściwy 

kierunek. 

Odwr

óciła  się  w  jego  stronę,  a  jej  spódnica  zsunęła  się 

przy  tym  ruchu,  ukazując  szczupłe,  zgrabne kolana. Nie 

wiedział, czy był to wyreżyserowany manewr, ale na wszelki 

wypadek postanowił być ostrożny. 

 - Ostrzegam ci

ę, że masz jeszcze dwie minuty. 

 -  W porz

ądku.  -  Zerknęła  na  zegarek,  potem  spojrzała 

wprost na niego. - Po ostatnich doniesieniac

h mediów jesteś w 

tym mieście wrogiem numer jeden. I musisz przyznać, że sam 

background image

na  to  zapracowałeś.  Może  pora  popracować  nad  zmianą 
wizerunku? 

 -  Ocalaj

ąc  siedzibę  Tyler  -  Royale, jak rozumiem.  - 

Popatrzył  na  nią  nieodgadnionym  wzrokiem  i  dodał:  -  Jeśli 

myślisz, że zmienię zdanie tylko dlatego, że nie spodobało się 

to kilku dziennikarzom, to grubo się mylisz. Zapomną o tym 

budynku,  jak  tylko  pojawi  się  następny  interesujący  temat. 

Rzucą się na niego z równą zaciekłością i za miesiąc nikt nie 

będzie pamiętał o jakimś starym gmachu. 

 -  Zrobi

łam  na  razie  tylko  szybkie  rozeznanie,  ale 

wystarczyło,  żeby  się  dowiedzieć,  że  posiadasz  już  osiem 

działek  budowlanych  w  samym  centrum  Lakemont.  Jesteś 

prawdziwym magnatem na tym rynku, więc co znaczy jedna 

działka  mniej  lub  więcej?  Ratując  ten  budynek,  stałbyś  się 

ulubieńcem mediów. 

 - Supermanem z Lakemont - za

śmiał się drwiąco. - Chyba 

przeczytałaś  za  dużo  romantycznych  książek.  To  był  ten 

argument, który miał mnie przekonać, żebym nie burzył tego 

gmachu? Rozumiem, że miałbym go potem przekazać tobie? 

 -  Nie mnie osobi

ście.  Towarzystwu  Historycznemu 

Hrabstwa Kerrigan. 

To by

ło zupełnie absurdalne. Ale ona zdawała się tego nie 

dostrzegać. 

 -  Nie mog

ę  tego  zrobić.  Poza  tym  zapomniałaś,  że  nie 

jestem właścicielem tego obiektu. Przypuszczam, że mógłbym 

podarować ci prawo pierwokupu, oczywiście o ile byłbym w 

nastroju  do  robienia  prezentów  za  dwieście  tysięcy  dolarów, 

ale to nic by nie dało. Chwilę później powiedziałabyś mi, że 

nie  macie  pieniędzy  na  kupno.  Prawo  pierwokupu  nie  jest 

warte  złamanego  centa,  jeśli  nie  ma  się  pieniędzy  na 
skorzystanie z niego. 

 - Jestem jednak pewna, 

że mógłbyś pomóc mi przekonać 

dyrektora generalnego Tyler  - 

Royale,  by  podarował  nam 

background image

budynek.  Dla  niego  też  byłby to  niezły  interes,  w  końcu  nie 

straciłby wszystkiego... 

 - A! To tak! Chcia

łabyś go przekonać za te kilka tysięcy 

dolarów, które już dostał ode mnie! On dostałby pieniądze, ty 

budynek, a ja zostałbym z niczym! Niestety, ten argument nie 

przemawia na twoją korzyść. Bohater tak się nie zachowuje. 
T

ak postępuje idiota. 

 - Rozumiem... - Zupe

łnie nie wyglądała na zbitą z tropu. 

Spoglądała  na  niego  ze  spokojnym  uśmiechem.  -  A 

pomyślałeś  o  wszelkich  korzyściach  podatkowych,  jakie 

mogłyby z tego wyniknąć? 

Musia

ł przyznać, że był pod wrażeniem. Jak dotąd spotkał 

niewielu ludzi, którzy zachowaliby spokój w takiej sytuacji. A 

ona jeszcze potrafiła się uśmiechać. Nawet jeżeli była to tylko 

gra, zasługiwała na uznanie. 

 -  Poza tym  -  m

ówiła  dalej  spokojnie  -  myślę,  że  nie 

doceniasz wp

ływu,  jaki  miałby  ten  krok  na  poprawę  twojej 

reputacji w mieście. 

 -  Nie mog

ę  go  nie  doceniać!  Doskonale  zdaję  sobie 

sprawę  z  tego,  co  by  się  działo.  A  przy  okazji,  oglądałaś  w 
ogóle ten budynek? 

Mia

ł wrażenie, że po raz pierwszy zobaczył na jej twarzy 

błysk niepewności, ale szybko go ukryła. 

 - Jaki

ś czas temu. 

 - Rozumiem. - Wsta

ł i podszedł do drzwi. - Sarah, gdyby 

ktoś  o  mnie  pytał,  powiedz,  że  zabrałem  pannę  Haskell  na 
spacer. 

Budynek Tyler  -  Royale znajdowa

ł  się  kilka  ulic  dalej. 

Dez wyciągał swoje długie nogi. tak bardzo, że ledwo mogła 

za nim nadążyć. 

 -  To nie jest spacer, to bieg na czas!  -  zaprotestowa

ła, z 

trudem łapiąc powietrze. 

background image

Spojrza

ł pogardliwie na jej delikatne sandałki i powiedział 

zgryźliwie: 

 -  Nie rozumiem, jak w og

óle  można  chodzić  w  takich 

bucikach. 

 -  Nie rozumiem, jak mo

żna stawiać takie wielkie kroki - 

mruknęła w odpowiedzi. 

Ledwo 

żywa  stanęła  przed  głównymi  drzwiami  Tyler  - 

Royale  i  próbowała  uspokoić  oddech.  Ze  sklepu  właśnie 

wychodziła  jakaś  kobieta  ze  stosem  pudeł.  Tylko  szybka 

interwencja  Deza  uchroniła  je  od  zderzenia.  Trzymał  Ginę 

mocno  za  łokieć  i  podążył  wzrokiem  za  jej  spojrzeniem. 

Oglądała fasadę budynku. 

 - O co chodzi, Gino? - spyta

ł drwiąco. - Jest większy, niż 

zapamiętałaś? 

 - My

ślę tylko o tym, że interes idzie tu wyjątkowo dobrze, 

jak na sklep

, który ma być wkrótce zamknięty. 

Popatrzy

ł wokół i musiał przyznać, że miała rację. Klienci 

wchodzili  do  sklepu  tłumnie  i  wychodzili  obładowani 
licznymi torbami. 

 -  Zwykle tak jest. Ludzie u

świadamiają  sobie,  co 

posiadają  dopiero  wtedy,  gdy  mają  to  stracić.  Ten  ruch  w 

interesie  będzie  trwał  jeszcze  kilka  dni,  a  potem  klienci 

przerzucą  się  do  innego  sklepu.  Jeśli  za  rok  zapytasz 

przechodniów,  co  tu  było,  zapewniam,  że  większość  nie 

będzie umiała odpowiedzieć na pytanie. 

 -  Zw

łaszcza  jeśli  zostanie  tu  tylko  pusty plac  -  dodała 

drwiąco. 

Spojrza

ł na nią, ale nie skomentował jej słów. 

 - Chod

źmy. - Otworzył drzwi i puścił ją przodem. 

W przestronnym holu panowa

ł gwar i ogólne poruszenie. 

Tłumy ludzi oblegały stoiska i kawiarniane stoliki. 

Gina obserwowa

ła tę scenę z dziwnym wyrazem twarzy. 

background image

 - Stoisko z butami jest na prawo - zasugerowa

ł uprzejmie 

Dez. 

 -  Nie 

śmiałabym  tracić  twojego  cennego  czasu  na  takie 

drobiazgi - 

mruknęła w odpowiedzi. 

Min

ęli  sklep  z  kosmetykami  i  biżuterią  i  przeszli  do 

centrum budynku 

ogro

mnego,  świetlistego  atrium 

ciągnącego  się  przez  wszystkie  siedem  pięter.  Otaczały  je 

kręcone spiralnie schody z piękną, mosiężną balustradą. 

W centrum sklepienia dach ozdobiony by

ł  wspaniałą 

stylizowaną różą - symbolem firmy. Dez poprowadził Ginę w 
tym kie

runku i postawił na środku. 

 - O co ci chodzi? - spyta

ła zdezorientowana. - Każdy, kto 

mieszka w tym mie

ście, był tu setki razy. Ta róża to ulubione 

miejsce spotkań miejscowej młodzieży. 

 - Wiem, wiem. Matka mi o tym opowiada

ła. Nie o to mi 

chodzi. Spójrz 

w górę. 

Podnios

ła  głowę  i  zobaczyła  bogato  zdobione  balkony 

zwisające  z  każdego  piętra,  marmurowe  schody  ciągnące  się 

przez wszystkie piętra budynku, a na samej górze - zapierającą 

dech w piersiach, imponującą kopułę. 

 - Co w

łaściwie chcesz mi powiedzieć? - odwróciła się do 

Deza. 

Chocia

ż  mówiła  nieco  nonszalanckim  tonem,  nie  dał  się 

nabrać.  Rozmiary  i  przepych  tego  gmachu  musiały  zrobić 

wrażenie na każdym. 

 - Chc

ę ci pokazać, że nawet jeśli jakimś cudem dostałabyś 

ten budynek, nie będziesz w stanie go utrzymać. 

 - Przyznaj

ę, jest nieco większy niż nasza obecna siedziba 

 - zgodzi

ła się z ociąganiem. 

Patrzy

ł  na  nią  przez  chwilę,  a  w  końcu  wybuchnął 

głośnym śmiechem. 

background image

 -  Nieco wi

ększy!?  Chyba  kpisz!  To  jak  powiedzieć  o 

jeziorze  Michigan,  że  jest  nieco  większe  od  kałuży  przed 
domem. A to dobre! 

 -  Ale wiadomo, 

że  jeśli  muzeum  się  rozrośnie, 

przyciągnie  nie  tylko  więcej  zwiedzających,  ale  też  więcej 
sponsorów. 

 -  Chyba w twoich snach.  -  Dez pokr

ęcił głową. - Spójrz 

na  to  realnie,  Gino.  Może  jest  gdzieś  budynek,  który  byłby 
bardziej odpowiedni dla waszych potrzeb. 

 - Nic nie rozumiesz. - Popatrzy

ła na niego zdumiona. 

 - Mo

że inny budynek byłby bardziej praktyczny, ale tylko 

ten przyci

ąga ludzkie serca i uczucia. - Zamyśliła się i dodała 

z  determinacją:  -  Musiałabym  oszaleć,  żeby  z  niego 

zrezygnować. 

Ju

ż oszalałaś, sięgając po niego, dodał w duchu. 

 - Wiem, 

że to nie będzie łatwe - zaczęła po chwili. - Ale 

cała  akcja  właśnie  nabiera  tempa.  A  ja  zamierzam 

przyspieszyć ją jeszcze bardziej. 

background image

ROZDZIA

Ł TRZECI 

Dez wpatrywa

ł  się  w  nią  tak  długo,  że  przez  chwilę 

poczuła  się  zaniepokojona.  Potrząsał  głową,  jakby  nie  mógł 

zrozumieć  tego,  co  właśnie  usłyszał.  Nie  odzywał  się.  W 

końcu wyjął telefon i szybko wybrał jakiś numer. 

 - Sarah, odwo

łaj moje następne spotkanie. Potem zwrócił 

się do Giny: 

 -  Chod

źmy.  Znajdziemy  jakieś  miejsce,  gdzie  można 

spokojnie porozmawiać. 

 -  Daj spokój.  - 

Potrząsnęła  głową.  -  I tak mnie nie 

przekonasz. 

 -  Nie chodzi mi o ciebie. Mo

żesz  tu  stać,  jak  długo 

chcesz,  ale  jeśli  mam  znowu  słyszeć  takie  rewelacje, 

wolałbym  spokojniejsze  miejsce.  Nie  lubię,  jak  tłum  ludzi 

widzi, że wpadam w zdumienie. 

 - Tak dbasz o swój wizerunek? - 

spytała kpiąco. 

 - Ma

ło kto lubi wychodzić na idiotę. Jeśli uraczysz mnie 

kolejną serią swoich pomysłów, mogę wpaść w stan katatonii i 

będziesz  miała  problem.  Na  szóstym  piętrze  jest  kawiarnia, 

chodźmy  tam.  Chyba  że  wolisz  ekspozycję  łaźni  parowych, 

jest niżej - dodał, widząc jej spojrzenie. 

 -  Wol

ę już kawę - mruknęła i poszła za nim. Zatrzymali 

się  przed  piękną  modernistyczną  windą.  -  Wspaniała.  I 

oryginalna. Prawdziwe dzieło sztuki. 

 -  Mo

żesz  się  rozczulać,  ile  chcesz,  dla  mnie  to  stary 

rupieć  -  kosztowny  w  obsłudze  i  zawodny  -  powiedział, 

wciskając ostatni przycisk. 

 - Je

śli traktujesz wszystkie stare przedmioty w ten sposób, 

nic d

ziwnego, że cię zawodzą. Ale jestem pewna, że w duchu 

też je podziwiasz. Dla nas to bardzo ważne, że jest tu winda. 

Dzięki  temu  muzeum  będzie  dostępne  dla  osób 

niepełnosprawnych,  co  pozwoli  nam  wystąpić  o  specjalne 
dotacje. 

background image

 - No, no, co za szcz

ęśliwy traf! - zakpił. 

Winda cicho sun

ęła na górę i już po chwili stanęli przed 

kawiarnią.  Kilku  kelnerów  roznosiło  kawę  i  ciastka  wśród 

wczesnych gości. 

Usiedli przy stoliku i zam

ówili  kawę.  Gdy  tylko  zostali 

sami, Dez pochylił się nad stolikiem i zapytał z naciskiem: 

 - Dobrze, teraz powiedz mi, o co naprawd

ę chodzi? 

 - Co chcesz wiedzie

ć? 

 -  Sama chyba rozumiesz, 

że  jeśli  uda  ci  się  przejąć  ten 

budynek, będziesz zgubiona. Jest pięćdziesiąt razy większy od 

waszego  muzeum.  Siedzę  w  tej  branży  od  lat,  potrafię  to 
ocen

ić. Nie możesz być aż tak naiwna, żeby wierzyć, że to się 

uda.  Dlatego  pytam,  co  naprawdę  zamierzasz  z  nim  zrobić. 

Ten gmach jest przecież dla ciebie o wiele za duży i zupełnie 

niepraktyczny,  nie  jesteś  w  stanie  wykorzystać  całej 

powierzchni. Bądźmy szczerzy, z waszym budżetem nawet nie 

będziesz w stanie utrzymać go w czystości! 

To akurat mo

że  okazać  się  prawdą,  pomyślała,  ale  nie 

zamierzała  mówić  tego  głośno.  Ciągle  jeszcze  próbowała 

oswoić się z informacją, ile zapłacił za prawo pierwokupu. Jak 

można  wyłożyć  taką  kwotę,  nie  stając  się  w  zamian 

właścicielem  nawet  jednej  cegły?  Jakoś  nie  mogła  sobie 

wyobrazić,  że  wydaje  takie  sumy,  nie  dostając  nic 
namacalnego. 

Dez wyda

ł  te  pieniądze,  chociaż,  jak  twierdzi,  nie  ma 

jeszcze  konkretnego  pomysłu,  co  zrobić  z  budynkiem. 

Zupełnie  jakby grał  w  Monopol  i  obracał  bezwartościowymi 
papierkami. 

Musia

ła  przyznać,  że  popełniła  pewien  błąd.  Zawsze 

myślała tylko o gmachu, nie wpadła na to, że dla Deza dużą 

wartość  przedstawia  również  sama  działka  w  tej  atrakcyjnej 

części miasta. 

background image

Kelner przyni

ósł im kawę. Mieszając cappucino, odezwała 

się z namysłem: 

 - Wygl

ąda na to, że jednak dobrze przyjrzałeś się domowi 

Essie. 

 -  Dlaczego tak my

ślisz?  Bo  byłem  w  stanie  oszacować 

jego  powierzchnię?  Kiedyś  dobrze  go  znałem,  sporo 

pamiętam, chociaż nie byłem tam od dwunastego roku życia. 

Czyli oko

ło dwudziestu lat, obliczyła szybko w myślach i 

westchnęła. 

 - Jeszcze zanim Essie za

łożyła w nim muzeum? 

 -  Zanim je otworzy

ła  -  skorygował.  -  Myślę,  że 

gromadziła  te  wszystkie  klamoty,  od  kiedy  nauczyła  się 

chodzić. Ale nie zmieniaj tematu, wróćmy do tego budynku, 

nie wątpię, że masz jakiś świetny plan. 

 -  Musz

ę  przyznać,  że  w  jednej  kwestii  masz  rację  - 

rzeczywiście byłyby trudności z wykorzystaniem powierzchni. 
Ale w tym hrabstwie jest co najmniej 

tuzin różnych placówek 

historycznych. W większości są w podobnej sytuacji, nie mają 

pieniędzy  na  sprowadzanie  ciekawych  wystaw,  więc  nie 

przyciągają zwiedzających  i  nie  zarabiają  pieniędzy.  Dlatego 
chcia

łabym,  żebyśmy  wspólnie  stworzyli  coś  w  rodzaju 

centrum kulturalnego. 

 - Chcia

łabyś połączyć muzea? - spytał zaskoczony. 

 -  Owszem.  -  Kiwn

ęła  głową.  -  Wchodzisz do jednego 

budynku,  kupujesz  bilet  i  oglądasz  dowolną  ekspozycję. 

Dziadek  zwiedza  wystawę  historyczną,  babcia  malarstwo,  a 

wnuki  szaleją  wśród  dinozaurów. I to wszystko pod jednym 

dachem. Myślę, że to świetny pomysł! Nagłośnimy sprawę w 

mediach  i  musi  się  udać!  -  Spojrzała  na  niego  z  triumfem  i 

spytała niewinnie: - Co z tobą? Nie smakuje ci kawa? 

Dez pomy

ślał,  że  zapach  kawy  orzechowej  już  zawsze 

będzie  mu  się  kojarzył  z  pewnym  drobnym  rudzielcem 

ogarniętym obsesją historyczną. 

background image

 -  Jeste

ś  szalona...  -  zdołał  wyjąkać,  kręcąc  głową  z 

niedowierzaniem. 

Zanim zd

ążył  wyjaśnić,  co  miał  na  myśli,  do  ich  stolika 

podeszła jakaś kobieta. Dez uniósł głowę i westchnął w duchu. 

To była Carla - przebojowa reporterka telewizyjna. Widocznie 

media  zamierzały  same  zainteresować  się  sprawą,  Gina  nie 

musiała  niczego  nagłaśniać.  Przeklął  się  w  duchu,  że  ją  tu 

przyprowadził, i czekał na rozwój sytuacji. 

 - Mi

ło was widzieć razem - odezwała się Carla słodko. 

Pomy

ślał,  że  tylko  ona  może  wypowiedzieć  banalną 

uwagę  takim  tonem,  jakby  przyłapała  ich  nago  w  salonie. 

Ukłonił się z rezerwą i zapytał chłodno: 

 - Co ci

ę sprowadza, Carla? 

 -  Robi

ę  program  o  tym  gmachu.  Wiesz,  że  kopuła  nad 

atrium  zrobiona  jest  z  pięciu  tysięcy  kawałków  kolorowego 

szkła? 

 - Sp

ędzało mi to sen z powiek. Dzięki, że policzyłaś. 

Carla 

ściągnęła brwi i powiedziała: 

 -  Z twojego tonu domy

ślam  się,  że  chcielibyście  zostać 

sami. Macie coś do przedyskutowania? Może przyszłość tego 

budynku? Właśnie, panno Haskell, czy znalazłaby pani czas, 

żeby udzielić wywiadu naszej stacji? 

 -  Hmm, s

ądzę,  że  wykroję  coś  w  moim  grafiku  - 

wymruczała  Gina,  starając  się  żadnym  gestem  nie  zdradzić, 

jak bardzo jest jej na rękę ta propozycja. 

 - Wi

ęc kiedy? 

 - Kiedy tylko znajdzie pani dogodny termin. 
 -  Mo

że  natychmiast  -  zaproponował  Dez  zmęczony  tą 

dziwną  sytuacją.  Chciał  wracać  do  biura  i  zająć  się  swoimi 

sprawami.  Poza  tym  miał  nadzieję,  że  jeśli  obie  kobiety  nie 

zdążą  się  przygotować  do  rozmowy,  narobią  mniej  szkód. 

Udało się. 

background image

 -  Dez ma racj

ę!  To  świetny  pomysł!  -  zawołała  Gina  i 

wstała. - Dzięki za kawę, Dez. Zobaczymy się później. 

I obie odesz

ły, zostawiając go samego. 

Sko

ńczył  kawę  i  wrócił  do  biura,  gdzie  spędził  resztę 

popołudnia  na  przeglądaniu  papierków.  Nie  zamierzał  tracić 

czasu na myślenie o Ginie Haskell. Nie będzie zastanawiał się 

nad  tym,  co  powie  w  wywiadzie.  Nie  będzie  oglądał  w 

telewizji tych świetlistych, brązowych oczu. 

I na pewno nie zadzwoni, 

żeby zapytać, jak poszło. Niech 

go  diabli,  jeśli  da  jej  tę  satysfakcję.  Zresztą  nieważne. 

Cokolwiek by powiedziała, nic nie zmieni jego decyzji. 

Zainwestowa

ł  w  ten  pomysł  dużo  pieniędzy,  a  Gina 

jedynie  trochę  czasu.  I  jedno  jest  pewne  -  kiedyś  nawet  ona 

uświadomi  sobie,  jak  nierealny  był  jej  projekt.  Rzuca  się  na 
du

żą  inwestycję  bez  dokładnych  wyliczeń,  oszacowania 

kosztów i sensownego planu. 

To w ko

ńcu on był specjalistą od tych kwestii, zajmował 

się  tym  przecież  od  lat.  Działka  w  centrum  miasta  stanowi 

zawsze łakomy kąsek, nawet bez konkretnego przeznaczenia. 

Nie  wątpił,  że  pewnego  dnia  wpadnie  na  jakąś  ciekawą 

koncepcję, co z nią zrobić. 

Pr

óbował  skupić  się  na  pracy,  ale  łapał  się  na  tym,  że 

wciąż się zastanawia, co Gina naopowiada Carli. Odsunął na 

bok  papiery,  sięgnął  po  kluczyki do samochodu i po chwili 

jechał już w stronę muzeum. 

Nie by

ł tu wprawdzie od lat, ale często przejeżdżał obok. 

Czasami  mijając  to  miejsce,  myślał  o  swojej  ekscentrycznej 

ciotce i wspominał miłe chwile, które spędził tu jako dziecko. 

Zaparkowa

ł  samochód  na  sąsiedniej  uliczce  i  wolnym 

krokiem  szedł  po  dobrze  znanej  ścieżce.  Zachodzące  słońce 

złociście  oświetlało  cały  budynek,  odbijało  się  od  dachu  i 

zwieńczeń wieżyczek. Drzwi muzeum były głucho zamknięte, 

background image

nie  paliło  się  żadne  światło.  Dom  wyglądał  na  samotny i 
opuszczony. 

Przez zrujnowane 

żelazne  ogrodzenie  przedostał  się  do 

ogrodu. Większość drzew zdziczała, a ścieżki porosły mchem. 

Essie  najwyraźniej  całkowicie  oddała  się  pasji  zbierania 

pamiątek  przeszłości,  a  muzeum  nie  miało  funduszy  na 
utrzymanie ogrodu. 

Podszed

ł  do  tylnej  fasady.  Przez  chwilę  podziwiał  okna 

obrośnięte  dzikim  winem.  Nagle  tylne  drzwi  uchyliły  się  i 

stanęła w nich Gina. 

 -  Godziny otwarcia muzeum wypisane s

ą  na  tablicy  od 

frontu - 

powiedziała. 

 - Je

śli jest już zamknięte, to co ty tutaj robisz? 

 -  Nadrabiam zaleg

łości.  Straciłam  dziś  sporo  czasu, 

najpierw na kawie z tobą, a potem z Carlą. Chcesz wejść na 

chwilę? 

Otworzy

ła szerzej drzwi i gestem zaprosiła go do środka. 

Wszed

ł do ciemnego holu i z ciekawością rozejrzał się po 

wnętrzu.  Wszystko  tonęło  w  lekkim  półmroku.  Pamiętał 
zapach tego domu - 

leciutką woń stęchlizny i starych książek. 

Gina poprowadzi

ła  go  długim  korytarzem  i  mocno 

popchnęła  drzwi  kuchni.  Zamknęły  się  za  nimi  z  głośnym 

skrzypieniem. Te drzwi także pamiętał z dzieciństwa. Kuchnia 

była jasno oświetlona, ale nie tak przytulna jak dawniej. 

Gina otworzy

ła starą lodówkę i spytała: 

 - Chcesz col

ę? I tak nie ma nic innego. 

 -  Jak to?  -  zdziwi

ł  się.  -  Nie  macie  słynnych  ciasteczek 

figowych w niebieskim garnku Essie? 

 - W

łaśnie się skończyły. To jedno ze wspomnień twojego 

dzieciństwa?  Masz  szczęście,  garnuszek  jest  na  górze,  na 
wystawie. 

 - Na wystawie? Ten stary garnek? 

background image

 - Mo

że nie uwierzysz, ale okazał się jednym z pierwszych 

egzemplarzy ceramiki wypalanej w naszym hrabstwie. 

 -  Nie do wiary  -  pokr

ęcił  głową.  -  Ale wiem teraz, 

dlaczego  chcesz  się  stąd  wynieść.  -  Pokazał  pęknięcie  na 

ścianie i dodał: - Ten dom starzeje się coraz szybciej. Widzę, 

że wymaga gruntownego remontu. 

 - Nie panikujmy, ta rysa jest tutaj, odk

ąd pamiętam, czyli 

od ponad dziesięciu lat. Jest jak stara przyjaciółka. 

Gina musia

ła  być  nastolatką,  kiedy  zaczęła  tu  bywać, 

obliczył szybko. 

 -  I skrzypi

ące drzwi? Chcesz powiedzieć, że zawsze tak 

było? 

 - C

óż, może w twoich czasach nie skrzypiały - odparła z 

uśmiechem. - A może skrzypią dlatego, że jak podejrzewam, 

używałeś ich jako huśtawki. 

 - Sk

ąd wiesz? Czyżby Essie naskarżyła na mnie? 

 - Nie, sama na to wpad

łam. Zastanawiałam się, w co mógł 

się tu bawić mały chłopiec, i to bardzo mi do ciebie pasowało. 

 - Bo ma co

ś wspólnego z destrukcją? 

 - Ty to powiedzia

łeś. Milczał przez chwilę. 

 -  Skoro uwa

żasz,  że  ten  dom  jest  w  niezłym  stanie,  to 

dlaczego  chcesz  się  stąd  wynieść?  -  spytał,  patrząc  na  nią 

uważnie. 

 - Na pewno musz

ę ci to wyjaśniać? 

 -  Nie w

ątpię,  że  możesz  mi  podać  co  najmniej  tuzin 

powodów, od braku parkingu począwszy, na braku miejsca na 

zbiory skończywszy. Zastanawiam się tylko, który z nich jest 

twoim zdaniem najważniejszy. 

 - Wszystkie. Dlatego chc

ę dostać Tyler - Royale. 

 - Ten budynek jest nieosi

ągalny i oboje o tym wiemy. Ale 

co powiesz na kościół św. Franciszka? 

Patrzy

ła  na  niego  zaskoczona,  w  końcu  odezwała  się 

niepewnie: 

background image

 -  C

óż...  Tam  są  wspaniałe  witraże.  Chciałam  je  nawet 

przenieść tutaj, ale nie mam tyle miejsca... 

Przerwa

ł jej w pół słowa. 

 -  Mog

łabyś  wykorzystać  budynek  kościoła  na  muzeum. 

Jest tam duży parking, a i witraże zostaną na miejscu. 

By

ła wyraźnie zaskoczona, ale widać było, że rozważa to, 

co usłyszała. Naciskał więc dalej: 

 - Dajmy spokój z Tyler - 

Royale. Zacznij myśleć realnie. 

Kościół  to  dobra  propozycja.  Upiekłabyś  dwie  pieczenie  na 
jednym ogniu - 

przeniesiesz muzeum do większego budynku i 

będziesz miała cenne witraże od razu na miejscu. Skoro więc 

zgadzasz się na kościół... 

 -  Hola!  -  przerwa

ła  mu  gwałtownie.  -  Powinnam  się 

domyślić, że masz też działkę z kościołem. Nie powiedziałam 

jednak,  że  się  zgadzam.  Kościół  jest  piękny,  ale  trochę  za 

mały. Nie opłaca się przenosić tam zbiorów po to, by za kilka 

lat szukać następnego lokum. 

Zacz

ął  się  poważnie  zastanawiać,  czy  ta  kobieta  nie  jest 

szalona. 

 -  Gino, w

łaśnie  zaoferowałem  ci  atrakcyjny  budynek 

tylko za to, żebyś przestała myśleć o Tyler - Royale! 

 -  Rozumiem, co mi proponujesz  -  zamrucza

ła.  -  To 

ciekawe.  Bardzo  ciekawe.  Kościół  św.  Franciszka  jako 

wstępna  oferta  do  negocjacji.  Zobaczymy,  jaka  będzie 

końcowa... 

I u

śmiechnęła się, patrząc mu prosto w oczy. 

background image

ROZDZIA

Ł CZWARTY 

Żadne z nich nie przerywało ciszy, która zapadła po tych 

słowach. Po chwili Gina dopiła swoją colę i odezwała się: 

 -  Naprawd

ę  muszę  już  wracać  do  pracy.  Ale  bardzo 

proszę, rozejrzyj się tutaj swobodnie. Moje biuro jest na górze, 

naprzeciwko  schodów.  Jak  skończysz,  daj  mi  znać,  żebym 

mogła wszystko pozamykać. 

Wysz

ła  z  kuchni  i  weszła  na  piętro,  zapalając  po  drodze 

wszystkie  światła.  Sama  mogłaby  poruszać  się  po  tych 

korytarzach  z  zamkniętymi  oczami,  ale  nie  chciała  narażać 

Deza  na  przykre  niespodzianki.  Dom  zbudowano  na  długo 

przedtem, zanim w mieście założono elektryczność i kontakty 

umieszczone były w najdziwniejszych miejscach. 

Zatrzyma

ła się na chwilę w dawnej sypialni Essie. Po jej 

śmierci  nawet  ten  pokój  został  udostępniony  publiczności. 

Gina  chciała  odtworzyć  w  nim  starodawne  studio 

fotograficzne.  Niestety,  chociaż  pomieszczenie  było  dość 

duże,  nie  wszystkie  sprzęty  udało  się  w  nim  zmieścić,  wiele 
eksponatów wc

iąż stało w skrzyniach w piwnicy. 

 -  Gdyby

śmy  tylko  mieli  więcej  miejsca  -  westchnęła  z 

żalem. 

Wspi

ęła  się  na  poddasze  i  otworzyła  drzwi  swojego 

gabinetu.  Wybrała  to  miejsce  na  biuro,  bo  dzięki  temu  nie 

miała  poczucia,  że  marnuje  przestrzeń  należną  eksponatom. 

Poza tym gabinet na strychu miał tę dodatkową zaletę, że mało 

komu  chciało  się  pokonywać  dość  strome  schody,  aby  z  nią 

porozmawiać. 

Pokoik na strychu w niczym nie przypomina

ł poważnego 

gabinetu.  Nieliczne  zmiany,  jakie  wprowadziła  tu  Gina, 

polegały  na  tym,  że  przesunęła  pod  ścianę  skrzynki  i  pudła, 

które  zalegały  cały  strych,  i  w  kąt  facjatki  wstawiła  swoje 

biurko.  Pokój  nadal  wypełniały  różne  dziwne  sprzęty,  a 

światło lampy wydobywało z mroku dziesiątki przedmiotów i 

background image

rzucało  na  ściany  tajemnicze  cienie. Jedynym znakiem 

obecności  Giny  był  ulubiony  kubek  na  biurku  i  dyplom 

ukończenia studiów zawieszony na ścianie. 

Usiad

ła za biurkiem, przepłukała gardło wodą mineralną i 

usiłowała ustalić budżet muzeum na przyszły rok. Nie było to 

wcale łatwe, zważywszy, że nie miała pojęcia, gdzie za kilka 

miesięcy  będzie  ich  siedziba.  Prawie  zapomniała,  że  nie  jest 

sama,  gdy  w  pewnym  momencie  usłyszała  znajome 

skrzypnięcie  wąskich  drzwi  i  po  chwili  pojawiła  się  w  nich 
twarz Deza. 

Rozejrza

ł się zdumiony i rzucił: 

 - Rzeczywi

ście potrzebujesz więcej przestrzeni. Oderwała 

wzrok od budżetu i odpowiedziała może nieco zbyt złośliwie: 

 -  Gratulacje. Dostajesz nagrod

ę  za  spostrzegawczość. 

Jeśli myślisz, że tu jest ciasno, powinieneś zobaczyć piwnicę. 

 - Przechowujecie zabytki w piwnicy? - zdziwi

ł się. 

 - Troch

ę czuć tam stęchlizną, ale nie mamy wyjścia. A co, 

masz jakiś lepszy pomysł? 

 -  Hmm...  -  Milcza

ł  przez  chwilę,  w  końcu  spytał:  -  Co 

właściwie zamierzasz zrobić z domem, kiedy już przeniesiesz 
muzeum? 

 - Mam nadziej

ę, że ocaleje. 

 -  Jasne! Dlatego tak si

ę  uparłaś  na  budynek  Tyler  - 

Royale. Cały ten dom zmieściłby się tam na jednym stoisku! 

To oczywi

ście  była  gruba  przesada,  ale  postanowiła  nie 

reagować na złośliwości. 

 -  Nie zamierzam zrobi

ć  z  niego  eksponatu  muzealnego. 

Myślę, że powinien stać się znowu zwykłym domem. 

 - Czyim? Twoim? Spojrza

ła na niego zaskoczona. 

 - Moim?! Po co mi takie wielkie mieszkanie?! 
 - To wcale nie by

łoby dziwne. Znasz przecież ten dom od 

podszewki, nie odstrasza cię jego stan ani sąsiedztwo... 

background image

 -  Pos

łuchaj!  -  zdenerwowała  się.  -  Wbrew temu, co 

sugerujesz, nie dlatego chcę przenieść muzeum, żeby zagarnąć 

dla siebie rodową posiadłość Kerriganów! To wspaniały dom, 

ale  trzeba  włożyć  wiele  pracy,  żeby  odzyskał  dawną 

świetność! 

 -  A! Wi

ęc przyznajesz, że budynek wymaga poważnego 

remontu!  - 

Dez  zrobił  krok  do  tyłu  i  oparł  się  o  barierkę. 

Zatrzeszczała  złowieszczo.  Wyprostował  się  gwałtownie  i 

wsparł się o futrynę, która wyglądała znacznie stabilniej. 

 - 

Żartujesz  sobie!?  Oczywiście,  że  trzeba  tu  wszystko 

prz

ebudować!  Kuchnia  wygląda,  jakby  nie  remontowano  jej 

od  lat!  Tylko  Essie  była  w  stanie  to  znosić.  Nie  wyobrażam 

sobie, jak mogłaby tu funkcjonować normalna rodzina! 

 - Lubisz gotowa

ć? - spytał zaskoczony. 

 - Lubi

łabym, gdybym miała na to czas i energię. Ale nie 

martw si

ę, nie ostrzę sobie zębów na tę kuchnię! Ten dom jest 

za duży dla jednej osoby. Nawet Essie ze wszystkimi swoimi 

zbiorami nie wykorzystywała go w pełni! 

 - Kto zatem tu zamieszka, je

śli nie ty? 

Mia

ła  wrażenie,  że  słyszy  w  jego  głosie  jakieś  dziwne 

zainteresowanie. Nie miała pojęcia, o co mu chodziło. 

 -  Nie wiem. Chcia

łabym,  żeby  kupiła  go  jakaś  miła 

rodzina, wyremontowała i kochała tak, jak na to zasługuje. 

 - Jest bardziej prawdopodobne, 

że zostanie zburzony albo 

w najlepszym razie przerobiony na apartamenty - 

powiedział, 

potrząsając głową. 

 -  Zamierzasz mnie przekona

ć,  że  mam  moralny 

obowiązek zostać tu i ratować dom, bo tego pewnie życzyłaby 
sobie Essie? - 

spytała zirytowana Gina. 

 -  My

ślę, że nie muszę cię przekonywać. Sama wiesz, co 

powin

naś robić. 

background image

 -  A sk

ąd  ty  to  wiesz!?  -  wybuchła  rozzłoszczona.  -  Nie 

znałeś Essie! Nie masz pojęcia, czego by sobie życzyła! Nigdy 

jej nie odwiedzałeś! 

 -  Sk

ąd  ta  pewność?  Dyżurowałaś  tu,  żeby  poznać 

wszystkich jej gości? 

W zasadzie tak w

łaśnie  było,  ale  nie  musiała  mu  tego 

mówić. 

 -  Sam powiedzia

łeś, że nie byłeś w tym domu od wielu 

lat. Tak czy nie? 

 - Hmm, zapomnia

łem, że ci o tym wspomniałem. 

 - Mo

że powinieneś sobie wszystko zapisywać - doradziła 

złośliwie.  -  W  każdym  razie  nie  uważam,  żebyś  miał 
jakieko

lwiek prawo pouczać mnie, czego pragnęłaby Essie! 

 -  Nie zamierza

łem tego robić. Jak mówiłem, sama wiesz 

najlepiej, czego by sobie życzyła. 

Chocia

ż jego ton był niezwykle uprzejmy, Gina odniosła 

wrażenie, że chciał jej coś zasugerować. 

 -  Pos

łuchaj! Z nas dwojga, to ja jestem osobą, która ma 

prawo  wypowiadać  się  na  temat  planów  i  życzeń  Essie!  Na 
pewno nie ty! 

Przysiad

ł na brzegu biurka i bawił się długopisem. 

 -  No w

łaśnie  -  zaczął  po  chwili.  -  To  interesujące. 

Dlaczego  właściwie  czujesz  się  tak  związana  z  jakąś  starą 

kobietą i jej kolekcją? 

Niemal zatrz

ęsła się z wściekłości. 

 -  Je

śli  sugerujesz,  że  zaprzyjaźniłam  się  z  Essie,  żeby 

przejąć ten dom i jej zbiory... 

 - Co widz

ę?! Jesteśmy nieco drażliwi! - Dez uniósł brwi i 

spojrzał  na  nią  przeciągle.  Nie  zamierzała  dać  się 

sprowokować,  ale  ledwo  trzymała  nerwy  na  wodzy.  -  Nie 

podejrzewam cię o żadne kombinacje. Gołym okiem widać, że 

nie  masz  w  tej  dziedzinie  zbyt  wiele  doświadczenia.  - 

Rozejrzał  się  po  zagraconym  pokoju,  rzucił  okiem  na 

background image

zniszczone stare biurk

o i dodał: - Domyślam się, że muzeum 

nie  płaci  ci  kokosów.  Hmm,  może  to  dlatego  tak  bardzo 

chcesz zmienić siedzibę... 

 -  Dlaczego wci

ąż  podejrzewasz,  że  moje  intencje  nie  są 

czyste?!  - 

Nerwowo  ściskała  ołówek  i  resztką  sił  próbowała 

się opanować. Co za nieznośny facet! - Chcę zmienić lokal, bo 

tu  już  się  nie  mieścimy  -  dodała  spokojniej.  -  I  myślę,  że 

nawet Essie by to zrozumiała. 

 -  Brak miejsca na pewno. Ale nie wiem, czy 

zrozumia

łaby,  że  jej  dom  zamieni  się  w  pensjonat  albo 

podrzędny  motelik. A szczerze mówiąc,  nie  widzę  dla  niego 

innej przyszłości. Jeśli ktoś ma pieniądze, nie zainwestuje w 

tej okolicy. Myślę, że nie tak łatwo będzie go sprzedać. 

 - I tu si

ę mylisz. Wielu naszych gości zachwycało się tym 

domem.  I  wielu  przyznawało,  że  chętnie  zamieszkaliby w 
takim miejscu! 

 -  Ale pewnie nikt nie wyst

ąpił z poważną ofertą kupna - 

mruknął kpiąco. 

Gina milcza

ła przez chwilę. 

 -  Je

śli  tak  bardzo  martwisz  się,  co  się  stanie  z  domem 

Essie, dlaczego sam go nie kupisz? - 

zapytała, spoglądając na 

niego z ukosa. 

 - Ja? Dlaczego mia

łbym to zrobić? 

 - A dlaczego nie? 
Patrzy

ł na nią, jakby postradała zmysły. 

 -  Je

śli  myślisz,  że  zrobię  wszystko,  by  ocalić  coś,  co 

przyniosłoby  mi  więcej  kłopotów  niż  pożytku,  to  znaczy,  że 

oszalałaś. 

 -  Istotnie  -  odpar

ła,  patrząc  mu  prosto w oczy.  - 

Musiałabym zgłupieć, żeby podejrzewać cię o to, że zechcesz 

uratować przed zniszczeniem rodzinną posiadłość. To przecież 

zupełnie nie w twoim stylu. 

background image

Zapada

ł  już  zmierzch,  kiedy  zamykała  drzwi  za  Dezem. 

Powoli  pogasiła  wszystkie  światła,  usiadła  na  najniższym 

stopniu  schodów  i  pieszczotliwie  gładziła  ręką  orzechową 

poręcz. 

Zastanawia

ła  się,  czy  Dez  przypadkiem  nie  miał  racji? 

Może  rzeczywiście  zbyt  optymistycznie  widziała  przyszłość 
tego domu. 

Czy istotnie przenosiny do Tyler  -  Royale to taki dobry 

pomys

ł? 

Spokojnie, upomnia

ła  się  w  duchu,  jesteś  przede 

wszystkim odpowiedzialna za muzeum! To twoja praca i 

musisz  znaleźć  jakieś  rozwiązanie.  Nawet  jeśli  nie  do  końca 

spodobałoby się ono Essie. 

Ale chocia

ż  próbowała  podejść  do  sprawy  bez 

niepotrzebn

ych  emocji,  myśl  o  tym,  czego  życzyłaby  sobie 

dawna właścicielka muzeum, nieustannie zaprzątała jej myśli i 

powodowała  nieprzyjemne  napięcie.  Po  wszystkim,  co 

zawdzięczała  Essie,  czuła  się  teraz,  jakby  odwracała  się  do 
niej plecami. A nawet gorzej  -  jakby 

pokazała  jej  język  i 

zagrała na nosie. 

Nieraz widzia

ła, jak robiły to dzieciaki w szkole. Mało kto 

lubił surową starą pannę, która uczyła historii. Na jej lekcjach 

nikt  nie  śmiał  nawet  szepnąć  słówka,  ale  chociaż  uczniowie 

narzekali, wszyscy pilnie się uczyli. 

Gina s

łyszała wiele ostrzeżeń, zanim jeszcze przekroczyła 

próg pracowni historycznej. Dlatego od pierwszego dnia 

starała  się  wtopić  w  tłum  innych  uczniów  i  nie  zwracać  na 

siebie  uwagi  surowej  nauczycielki.  I  chociaż  jej  się  to  nie 

udało, nigdy tego nie żałowała. 

A teraz czu

ła się tak, jakby za wszystko, co Essie dla niej 

zrobiła, za całe jej zainteresowanie i zaufanie, odpłacała jej w 

najgorszy sposób. Niszcząc jej ukochany dom. Bo to przecież 

sugerował Dez. 

background image

Jedno musia

ła mu przyznać - umiał uderzyć w najsłabszy 

punkt.  Nic  dziwnego,  destrukcja  to  jego  specjalność.  Także 

niszczenie marzeń. 

Zastanawia

ła się, czy zdecydował już, co zrobi z kolejną 

dzia

łką w centrum miasta. I kiedy zacznie „oczyszczać" ją z 

niepotrzebnych zabudowań. 

Dez nie mia

ł  najmniejszej  ochoty  na  oglądanie  nocnych 

wiadomości  w  telewizji.  Wiedział,  że  nic,  co  Gina 

powiedziałaby Carli, nie zmieni jego nastawienia do sprawy. 

Wolał  więc  przejrzeć  raporty  i  zastanowić  się  nad  nowymi 
projektami. 

Poza tym plany i zamierzenia Giny by

ły  wyłącznie jej 

problemem. Zaproponował jej przecież budynek kościoła i to 

wszystko, co mógł zrobić. 

Pr

óbował skupić się nad dokumentami, ale nie bardzo mu 

to wychodziło. Sam nie wiedział, kiedy włączył telewizor. Na 

ekranie zobaczył miłą twarz Giny. 

Prawie nie s

łyszał  tego, co  mówiła.  Wpatrywał się  w  jej 

brązowe  oczy  i  miał  wrażenie,  że  całkiem  go 

zahipnotyzowały. Nieraz już żałował, że zamiast do kawiarni 

nie zabrał jej dziś w jakieś bardziej intymne miejsce. I to nie 

tylko dlatego, że tam z pewnością nie spotkaliby Carli. 

 -  Naturalnie  -  us

łyszał  jej  spokojny  głos.  -  Jestem 

przekonana, że to świetna lokalizacja dla muzeum. Być może 

nie  jestem  obiektywna,  ale  to  przecież  zrozumiałe.  Niestety, 

nie  do  mnie  należy  decyzja.  To,  co  się  stanie  z  budynkiem 
Tyler  -  Royale, 

zależy  tylko  od  Deza  Kerrigana.  Ale  jestem 

pewna  - 

kontynuowała  -  że  każdy  mieszkaniec  Lakemont 

chciałby,  aby  ten  piękny  gmach  ocalał.  Liczę,  że  nasi 

obywatele  poprą  moje  starania  i  dadzą  odczuć  panu 
Kerriganowi, jaki jest ich stosunek do tej sprawy. 

Tak, to by

ła Gina, jaką znał. Powinien przewidzieć, że tak 

łatwo nie złoży broni. 

background image

 -  Wa

śnie  -  podchwyciła  Carla.  -  Zapytajmy naszych 

mieszkańców, co myślą o przyszłości siedziby Tyler - Royale. 

Nast

ępne  ujęcie  ukazywało  Carlę,  jak  stoi  przed 

budynkiem Tyler - R

oyale i pyta przechodniów o opinię. 

Starszy pan proponowa

ł otworzyć hotel, ktoś inny wielki 

pchli targ. 

 - 

Wi

ęzienie!  -  wykrzyknęła  jakaś  zażywna 

czterdziestolatka.  - 

Proszę  tylko  pomyśleć,  ilu  skazanych  by 

pomieściło! 

Carla szybko odwr

óciła się do kamery i z kamienną twarzą 

kontynuowała  program.  Dez  po  raz  kolejny  podziwiał  jej 
profesjonalizm i opanowanie. 

 -  To tyle na dzisiaj. Jutro wrócimy do sprawy dalszych 

losów Tyler  - 

Royale.  Przyjrzymy  się  dokładnie  zabytkowej 

fasadzie  budynku  i  wysłuchamy  krótkiego  wykładu  Giny 
Haskell na temat znaczenia poszczególnych ornamentów. 
Zapraszam. 

Kamera znowu skierowa

ła  się  na  podziwiającą 

zwieńczenie  kopuły  budynku  Ginę,  po  czym  powoli 

przesunęła  się  w  górę  i  wkrótce  widzowie  mogli  zobaczyć 

finezyjne dekoracje zdobiące ściany tuż pod kopułą. 

Co za nonsens, pomy

ślał  Dez,  wyrzucać  pieniądze  na 

zdobienie ścian w miejscu, gdzie i tak nikt nie ma szansy tego 

zobaczyć. 

Wyobra

żał  już  sobie  całą  kampanię,  która  się  zaraz 

rozkręci,  żeby  ochronić  niepraktyczne  płaskorzeźby  i  kilka 
ozdobnych detali. 

C

óż,  wcześniej  czy  później  ktoś  musi  spojrzeć  na  ten 

budynek bardziej praktycznie. I to będzie on. 

Ziewn

ął znowu i pochylił głowę nad swoimi raportami. 

Chocia

ż  Gina  na  ogół  lubiła  swoją  pracę,  to  niektóre  jej 

aspekty  przyprawiały  ją  niemal  o  gęsią  skórkę.  Zaliczały  się 

do  nich  publiczne  wystąpienia  i  czynności  związane  ze 

background image

zbiórką  datków  na  muzeum.  Essie  radziła  sobie  z  tym  dużo 

lepiej.  Po  prostu  opodatkowała  swoich  licznych znajomych i 

twardą ręką ściągała należności. Gina nie miała tak bogatych 

znajomych, mogła jedynie zabiegać o wsparcie u obcych. Nie 

znosiła  tego,  ale  wiedziała,  że  bez  sponsorów  muzeum  po 
prostu nie przetrwa. 

Kiedy w sobot

ę  po  południu  taksówka  zatrzymała  się  na 

zatłoczonym podjeździe przed domem Anne Garrett, Gina nie 

miała  ochoty  wysiadać.  Nie  znosiła  spotkań,  na  których 

wymieniało  się  banalne  uwagi  i  nikt  nawet  nie  udawał,  że 

słucha  rozmówcy.  Zresztą  hałas  i  tak  uniemożliwiał 
zrozumienie czegokolwiek. 

Mia

ła  jedynie  nadzieję,  że  uda  jej  się  zdobyć  kilka 

wizytówek i sk

ontaktować  z  ich  właścicielami  w  bardziej 

sprzyjających okolicznościach. 

Wesz

ła  do  holu  okazałej  rezydencji  i  zatrzymała  się 

oszołomiona.  Dawno  nie  widziała  wnętrza  urządzonego  z 

takim  smakiem i  elegancją.  Kiedy  przesuwała zachwyconym 
wzrokiem po otoczeniu

,  natknęła  się  na  stojącą  w  odległym 

kącie  postać  i  natychmiast  poczuła,  że  mimowolnie 
sztywnieje. 

Dobrze zbudowany m

ężczyzna bezpardonowo przepychał 

się w jej kierunku. 

 - Witam, panie Conklin - stara

ła się, aby jej głos brzmiał 

spokojnie. 

 -  Co ty, do diab

ła,  wyprawiasz!?  -  Jim Conklin nie 

próbował  nawet  udawać  uprzejmości.  -  Lansujesz  się  w 
programach telewizyjnych i próbuje

sz  robić  jakieś  interesy 

bez niczyjej zgody! Wynaj

ęliśmy  cię,  żebyś  prowadziła 

muzeum, a nie zarządzała nim jak prywatnym folwarkiem! - 

pokrzykiwał. - Rozmawiałaś o tym z prezesem? 

 - Niezupe

łnie - przyznała Gina niechętnie. - Próbowałam 

skontaktować  się  z  nim,  ale  mi  się  nie  udało.  Zapewniam 

background image

jednak,  że  chciałam  przedstawić  raport  z  moich 

dotychczasowych starań na najbliższym posiedzeniu zarządu. 

 - Kiedy ju

ż wszystko ustawisz po swojej myśli, jak sądzę 

prychnął. 

Gina popatrzy

ła  zdumiona.  Chciała  wyjaśnić,  że 

zamierzała  zwołać  specjalne  posiedzenie,  by  omówić 

przyszłość muzeum, ale Jim Conklin nie dał jej szansy. 

 -  Je

śli  sobie  wyobrażasz,  że  zarząd  automatycznie 

zatwierdzi  wszystkie  twoje  pomysły,  to  grubo  się  mylisz! 

Zawsze byłem przeciwny twojej kandydaturze, chociaż Essie 

tego chciała! Nie podoba mi się, że traktujesz muzeum, jakby 

było twoją prywatną własnością. Chcesz zmieniać budynki jak 

rękawiczki...! 

Gdzie

ś za plecami Conklina Gina wyłowiła zaciekawione 

spojrzenie  wysokiej  blondynki.  Patrzyła  w  jej  kierunku  z 

dziwnym  uśmiechem  i  Gina  miała  wrażenie,  że  musiały  już 

kiedyś się widzieć. Pewnie spotkały się dawniej w podobnych 
okol

icznościach... 

 - Mog

łabyś słuchać, kiedy do ciebie mówię? - zapytał Jim 

zjadliwie. 

Powoli mia

ła go dość. 

 - Je

śli rzeczywiście będziesz chciał ze mną porozmawiać, 

możesz być pewny, że wysłucham cię uważnie - powiedziała z 

miłym uśmiechem. - Wpadnij do mnie do biura w przyszłym 
tygodniu, m

oże uda nam się spokojnie podyskutować o losach 

muzeum. Te krzyki są zupełnie nie na miejscu. 

 -  Nie mam czasu na pogaduszki! I tak zmarnowa

łem go 

dość, żeby opracować plany dobudowy skrzydeł i przedstawić 
je ekspertom. A 

tu  nagle  dowiaduję  się  z  telewizji,  że  to 

wszystko  się  nie  liczy,  bo  postanowiłaś  przejąć  największy 
budynek w hrabstwie! 

background image

 -  Nie uno

ś  się  tak  -  Gina  próbowała  go  uspokoić.  - 

Zamierzałam przedyskutować to z wami podczas najbliższego 
spotkania! 

Odwr

óciła się gwałtownie i niemal wpadła na Deza, który 

podtrzymał jej łokieć i podał kieliszek z szampanem. 

 - Zdaje si

ę, że to ci dobrze zrobi - mruknął. 

Spojrza

ła  na  niego  zaskoczona  i  zacisnęła  ręce  na 

kieliszku.  Wymienić  Jima  na  Deza,  to  jak  wpaść  z  deszczu 
pod ry

nnę, pomyślała. 

 -  Prosz

ę  mi  wybaczyć,  porywam  Ginę  -  usłyszała.  -  Z 

pewnością rozumie pan, że mamy mnóstwo do omówienia. 

Pewnym krokiem przeprowadzi

ł ją przez tłum i skierował 

w  stronę  ogrodu.  Tuż  przy  drzwiach  podszedł  do  nich  jakiś 

mężczyzna i zawołał rubasznie: 

 -  Je

śli  wciąż  zbierasz  pomysły  na  ten  twój  budynek, 

Kerrigan, mam dla ciebie coś ekstra! Zrób tam park rozrywki! 

Wywal  wszystkie  ściany  i  puść  kolejkę  między  piętrami!  - 

zaśmiał się wesoło i odszedł, nie czekając na odpowiedź. 

Dez umiej

ętnie omijał grupki gości i poprowadził Ginę na 

koniec ogrodu. 

 -  Daleko jeszcze zmierzasz mnie ci

ągnąć?  Może 

powinnam wpaść do domu i wziąć jakiś bagaż? 

Zatrzyma

ł się i obrzucił ją taksującym spojrzeniem. 

 - Nie, to, co masz na sobie, zupe

łnie wystarczy. Chociaż 

w

idzę,  że  nie  skorzystałaś  z  moich  rad  w  sprawie  butów. 

Myślałem,  że  jesteś  rozsądniej  sza.  Ale  muszę  przyznać,  że 

nie tylko w tym się pomyliłem. Muzeum musi ci jednak nieźle 

płacić, skoro stać cię na takie kreacje. 

Spojrza

ł znacząco na jej kremową suknię i zawiesił głos. 

 - Dzi

ękuję - odparła spokojnie. Nie zamierzała tłumaczyć 

się  przed  nim,  jak  radzi  sobie  z  utrzymaniem  ze  swojej 
skromnej pensji.  - 

Ta  suknia  jest  rzeczywiście  wyjątkowa. 

Unikatowy egzemplarz. 

background image

By

ła  pewna,  że  drugiej  takiej  nie  ma  nigdzie.  Zaraz po 

tym, jak kupiła ją w sklepie z używaną odzieżą, przerobiła ją 
gruntownie. 

 -  Zgaduj

ę,  że  twój  rozmówca  to  jeden  z  członków 

zarządu?  -  mruknął  Dez.  -  Jak  mi  się  zdaje,  nie  masz  tam 

wyłącznie zwolenników... 

Gina upi

ła łyk szampana i spojrzała na Deza. 

 -  Jak ka

żdy.  Różnice  zdań  występują  wszędzie,  a 

zwłaszcza  w  zarządach  i  radach  nadzorczych,  gdzie  każdy  z 

członków  myśli,  że  jest  najmądrzejszy.  Pewnie  masz  takie 
same problemy. 

 - Nie. W og

óle nie mam zarządu. Jestem jedynym szefem 

tego biznesu. 

 -  Nic  dziwnego, 

że  nie  musisz liczyć  się z  pieniędzmi  - 

mruknęła. 

 - To w ko

ńcu moje pieniądze. Chociaż robisz, co możesz, 

żeby  to  zmienić.  Liczę,  że  nasi  obywatele  poprą  moje 

zamierzenia  i  dadzą  odczuć  panu  Kerriganowi,  jaki  jest  ich 
stosunek do tej sprawy - z

acytował złośliwie. - Gratuluję! To 

było niezłe. 

 - Jak rozumiem, bardziej podoba

ł ci się pomysł z parkiem 

rozrywki? 

 -  Jest niez

ły,  chociaż  słyszałem  kilka  lepszych.  Ktoś 

proponował  wielki  salon  samochodowy,  ktoś  inny  darmowy 
hotel dla miejscowych artystó

w.  Mój  ulubiony,  to  ten,  żeby 

zamienić budynek na zoo. Już widziałem, jak wrzucam cię do 
klatki lwów  - 

dodał  z  uśmiechem.  -  W  każdym  razie,  mam 

jeszcze  kilka  dni,  żeby  się  zastanowić.  Może  pojawi  się  coś 

nowego.  Ale  jak  do  tej  pory  nikt  nie  zaproponował,  żeby 

urządzić tam muzeum. Ciekawe. Nie sądzisz? 

 -  Przerzucanie si

ę głupimi pomysłami to jakaś nowa gra 

towarzyska? Jeśli tak, to nie masz co liczyć, że ktoś przyjdzie 

background image

do ciebie z tą propozycją. Ponieważ jako jedyna ma sens, nikt 

z twoich doradców na nią nie wpadnie! 

 -  Liczy

łem, że porozmawiamy rozsądnie, ale widzę, że i 

w tym się myliłem. Jesteś zupełnie szalona! - warknął Dez, z 

trudem tłumiąc złość. 

 - Co masz na my

śli? - spytała zdumiona Gina. 

 -  S

łyszałem,  że  ty  i  ta  twoja  rada  chcecie  dobudować 

boczne 

skrzydła  do  domu  Essie.  Skrzydła!  To  najgorszy 

pomysł, jaki kiedykolwiek słyszałem! 

 -  Je

śli  chodzi  o  tamten  dom,  mówiłam  ci  już,  w  jaki 

sposób możesz go uratować. 

 - Mam go kupi

ć, tak? Nie, dzięki. Poza tym, nie wygląda 

na to, żeby twój zarząd zamierzał go sprzedać. 

 - Nie wyci

ągaj pochopnych wniosków. Jim Conklin to nie 

cały  zarząd.  Większość  członków  to  rozsądni  ludzie,  nie 

wszyscy chcą dostawiać jakieś dziwne przybudówki. Chociaż 

być  może  nie  będziemy  mieli  wyjścia.  Zawsze  to  lepsze  niż 

postawiony na środku trawnika baraczek z płyt. 

Dez popatrzy

ł  na  nią  w  milczeniu.  Widziała,  że  ledwo 

panuje nad emocjami. Zastanawiała się, czy nie posunęła się 

za daleko. Chyba nawet on nie uwierzy, że zgodziłaby się na 

coś, co tak zeszpeciłoby dom Essie. 

 - To najg

łupszy pomysł, o jakim słyszałem. 

 -  Wi

ęc  znajdź  mi  lepszy.  Tylko  proszę,  daruj  sobie 

kościół św. Franciszka. 

Zanim zd

ążył  odpowiedzieć,  usłyszeli  kroki  na  ścieżce  i 

wkrótce  pojawiła  się  na  niej  wysoka  blondynka,  którą  Gina 

widziała już wcześniej. 

 -  Przepraszam, 

że  przeszkadzam  -  rzuciła  bez  śladu 

zmieszania. - 

Chciałam się tylko upewnić, czy to naprawdę ty, 

Gino? 

Chocia

ż  Gina  wysilała  pamięć,  nie  przypominała  sobie, 

gdzie mogły się spotkać. 

background image

 - Przykro mi, ale nie poznaj

ę pani. 

 -  Nie dziwi

ę  się  -  zaśmiała  się  blondynka.  -  Jestem 

Jennifer  Carleton,  chodziłyśmy  razem  do  szkoły.  Miałyśmy 

wtedy po trzynaście lat. Zmieniłam się trochę od tego czasu. 

Gina z trudem odgrzeba

ła  w  pamięci  obraz  spokojnej, 

nieco  nierozgarniętej  grubaski.  Nie  przypominała  sobie,  aby 
kiedyk

olwiek zamieniła z nią choć słowo. 

 - Och! - odezwa

ła się zdawkowo. - To rzeczywiście było 

wieki temu. 

Jennifer rozci

ągnęła usta w filmowym uśmiechu. 

 -  Tak... Chocia

ż muszę przyznać, że ty nie zmieniłaś się 

aż tak bardzo. Szczerze mówiąc, od razu zwróciłam na ciebie 

uwagę.  Ta  suknia  wydaje  mi  się  znajoma,  miałam  kiedyś 

bardzo podobną... 

 - Co za zbieg okoliczno

ści - Gina starała się, aby jej głos i 

spojrzenie nie zdradzały napięcia, jakie w niej narastało. 

 -  Nieprawdopodobne! A projektant zapewnia

ł  mnie,  że 

drugiej  takiej  nigdzie  nie  zobaczę!  Nie  pamiętam  już,  co 

zrobiłam ze swoją starą... Ach, wiem! Podarowałam ją na cele 

dobroczynne! Dez, jak wreszcie będziesz wolny... - odwróciła 

się i spojrzała zalotnie. 

 - Och, nie mog

ę pozwolić ci czekać - odezwała się Gina 

uprzejmie.  - 

Dez  porwał  mnie  tak  szybko,  że  nawet  nie 

zdążyłam  przywitać  się  z  gospodynią.  -  Skinęła  głową  i 

odeszła w stronę domu. 

Kiedy by

ła  na  końcu  ścieżki,  odwróciła  się  i  zobaczyła, 

jak  Jennifer  kładzie  Dezowi  rękę  na  ramieniu.  Usłyszała  też 

jej słodki głos: 

 -  Musz

ę z tobą porozmawiać o naszym dorocznym balu. 

Jedna z pań zasiadających w komisji wymyśliła, że mógłby się 

odbyć w atrium Tyler - Royale, ale nie odważyła się zwrócić z 

tym do ciebie. Uznała, że za słabo się znacie i dlatego wysłała 
mnie! - 

Jennifer zaśmiała się perliście. 

background image

Doskonale, publiczna sala ta

ńca,  kolejna  świetna 

propozycja! 

Gina z ulg

ą  wtopiła  się  w  tłum  gości  i  rozbawiona 

pomyślała, że pierwszy raz zgiełk i zamieszanie sprawiają jej 

przyjemność.  Krążyła  między  grupkami,  szukając  Anne 

Garrett  i  jednocześnie  starając  się  uniknąć  ponownego 
spotkania z Jimem lub Jennifer. Ich dwoje to zdecydowanie za 

dużo jak na jeden wieczór. 

To musia

ło  się  kiedyś  zdarzyć,  pomyślała  filozoficznie. 

Jeśli  ktoś  kupuje  używane  ciuchy,  a  potem  pokazuje  się  w 

nich publicznie, powinien się z tym liczyć. W zasadzie miała 

dużo  szczęścia,  że  coś  takiego  przytrafiło  się  jej  po  raz 

pierwszy.  Cóż,  może  inni  darczyńcy  tanich  sklepów  mieli 

więcej taktu niż Jennifer Carleton. 

Podesz

ła  do  stołu,  na  którym  pyszniły  się  wspaniałe 

przekąski  i  zafascynowana  podziwiała  kunszt  kucharza. 

Sięgnęła  po  talerzyk  i  ruszyła  do  przodu.  Nagle  poczuła,  że 

niechcący prawie stratowała jakiegoś mężczyznę. 

 -  Przepraszam pana, ale nie mog

ę oderwać oczu od tych 

wspaniałości!  Nie  wiem  sama,  czy  powinnam  jeść,  czy 

podziwiać!  - Zaśmiała  się i  podniosła  głowę.  Dopiero  wtedy 

zobaczyła, że jej niedoszłą ofiarą jest dyrektor generalny Tyler 
- Royale. - 

Och, pan Clayton! Nie sądziłam, że jest pan ciągle 

w mieście! 

 - Zostan

ę tu jeszcze trochę - odparł z uśmiechem. - Mam 

mnóstwo pracy, jak zawsze w takich sytuacjach. Dlatego nie 

cierpię likwidować sklepów. 

 - Wyobra

żam sobie - mruknęła ze zrozumieniem. 

 -  W dodatku zarz

ąd  zapewnił  pracowników,  że  nie 

zostaną  wyrzuceni  na  bruk.  Cieszę  się,  że  znowu  panią 

spotykam, winien jestem pani podziękowania. 

 - Podzi

ękowania? Za co? 

background image

 -  W ostatnich dniach prze

żywamy  prawdziwy  najazd 

klientów.  Obroty  w  restauracjach  i  barach  wzrosły  o 

trzydzieści procent. A nasi goście w zdecydowanej większości 

zapewniają,  że  pod  wpływem  pani  wystąpienia  w  telewizji 

chcieliby uratować budynek. 

 -  Mam rozumie

ć,  że  zdecydował  się  pan  jednak 

przedłużyć działalność sklepu? 

 -  Sk

ąd! To, że bary mają więcej klientów, nie do końca 

przekłada  się  na  sprzedaż.  Ale  dostaliśmy  już  wiele 
propozycji. Je

śli  usłyszę  choć  jedną  w  miarę  rozsądną, 

przekażę ją Dezowi. 

Zanim Gina zd

ążyła odpowiedzieć, podeszła do nich Anne 

Garrett. 

 -  Witaj, Ross!  -  powiedzia

ła.  - Dzięki,  że  wypożyczyłeś 

mi  swojego  kucharza.  Jeśli  jego  też  chcesz  wyrzucić,  kiedy 
za

mkniesz  magazyn,  daj  mi  jego  numer.  Cieszę  się,  że  cię 

widzę,  Gino!  Musimy  koniecznie  porozmawiać.  Powiem 

szczerze,  nigdy  nie  sądziłam,  że  udzielanie  ci  rad  może  być 
tak ryzykowne! 

Gina spojrza

ła  na  nią  niepewnie,  ale  zanim  zdążyła 

dowiedzieć się, co Anne miała na myśli, tuż obok nich wyrósł 
Dez. 

 -  O! Czy

żby  Gina  znowu  narozrabiała?  Muszę  to 

usłyszeć! Koniecznie! 

background image

ROZDZIA

Ł PIĄTY 

Gina pr

óbowała  pochwycić  wzrok  Anne  i  dać  jej  znać, 

żeby  odłożyły  tę  rozmowę.  Niestety,  kobieta  uśmiechała  się 

do Deza i była zupełnie nieczuła na jej subtelne sygnały. 

 - S

łyszałam - odezwała się do niego łagodnie - że myślisz 

o  budowie  trasy  narciarskiej  wewnątrz  Tyler  -  Royale. 

Całoroczna, klimatyzowana... 

Dez j

ęknął jak zbity szczeniak. 

 -  Je

śli  chcesz,  żebym  sobie  poszedł,  po  prostu powiedz. 

Nie musisz kopać leżącego. 

 - Och! - za

śmiała się Anne. - Widzę, że dobre rady nieźle 

już dały ci się we znaki. 

Dez westchn

ął  tylko  głęboko  i  wziął  ze  stolika  garść 

solonych orzeszków. 

 -  Lepiej p

ójdę poszukać tego bojowego członka zarządu 

m

uzeum. Jak on się nazywa? Conklin? 

Gina nie mog

ła się doczekać, kiedy Dez je zostawi. Niech 

idzie,  gdzie  chce,  byleby  zniknął  jej  z  oczu.  Gdy  tylko  się 

oddalił, zwróciła się do Anne: 

 - O co chodzi? Jaki

ś problem? 

 - Problem to za du

żo powiedziane, ale chyba nie działałaś 

zgodnie z moją radą... 

 -  Przecie

ż  artykuł  o  Tyler  -  Royale  był  na  pierwszej 

stronie gazety... 

 -  No w

łaśnie. Ale dalej był tekst o muzeum. Napisałam, 

że byłam oczarowana po wizycie w nim i zachęcam każdego 
do odwiedzin. 

Gina poczu

ła, że zasycha jej w gardle. 

 -  Nie zauwa

żyłam...  -  Byłam  zajęta  snuciem  marzeń, 

dodała  w  myślach.  -  Liczba  odwiedzających  rzeczywiście 

wzrosła, ale myślałam, że to z powodu szumu wokół Tyler - 
Royale. 

background image

 -  By

ć  może,  ale  mój  tekst  też  mógł  się  do  tego 

przyczynić.  Porwałaś  się  na  wielką  rzecz.  Przejęcie  Tyler  - 

Royale to nie żarty, nie wiem, czy nie przeceniłaś swoich sił... 

Ale  skoro  już  zaczęłaś,  to  chciałabym  ci  pomóc.  Trzeba 

zorganizować  szeroko  zakrojoną  akcję.  Spotkajmy  się  w 

przyszłym tygodniu. 

 -  Nie wiem, czy  warto  -  odpar

ła Gina powątpiewająco. - 

Dez wydaje się nieprzejednany w tej sprawie. 

 -  Nie sk

ładaj  jeszcze  broni  -  zachęcała  ją  Anne.  -  Jeśli 

chcesz  porwać  tłumy,  musisz  wyzbyć  się  pesymizmu.  Teraz 

przepraszam na chwilę, muszę pożegnać gości. 

Anne odesz

ła, a Gina miała ochotę zapaść się pod ziemię. 

A więc dziennikarka wcale nie miała na myśli gmachu Tyler - 
Royale! 

Mo

że jednak jej pomysł nie był zupełnie bez sensu, skoro 

tyle  osób  chciało  ją  poprzeć?  Nie  mogła  się  poddać,  zaszła 

zbyt daleko, żeby uznać całą akcję za nieporozumienie. Gdyby 

teraz  się  wycofała,  straciłaby  wiarygodność,  a  to  mogło 

fatalnie wpłynąć na losy muzeum. 

Pokr

ęciła  się  chwilę  między  gośćmi,  ale  miała  ochotę 

wraca

ć  do  domu.  Unikanie  Jennifer  i  Conklina  było  zbyt 

męczące,  żeby  mogła  czerpać  przyjemność  z  przyjęcia.  Przy 

drzwiach spotkała Anne. 

 - Bardzo dzi

ękuję za miły wieczór! - pożegnała się. 

 -  Ciesz

ę  się,  że  wpadłaś.  I  pozwól,  że  dam  ci  jeszcze 

jedną,  ostatnią  radę  -  powinnaś  lepiej  poznać  swego 
przeciwnika. - 

Spojrzała na nią tajemniczo i zawołała gdzieś w 

bok: - 

Dez, może odwieziesz Ginę? 

Gina wstrzyma

ła  oddech  i  rozejrzała  się.  Rzeczywiście, 

Dez stał w pobliżu i rozmawiał z Jennifer Carleton. 

 - Jedziesz w moim kierunku? - zapyta

ł leniwie. 

 - Je

śli wracasz do biura... 

background image

 -  W zasadzie nie zamierza

łem już dziś pracować. Chyba 

że właśnie coś wymyśliłyście z Anne... 

 - Nie o

śmieliłabym się przysparzać ci kłopotów. 

 -  Jacy uprzejmi oboje!  -  za

śmiała  się  Anne.  -  No  już, 

zmykajcie stąd. 

Dez u

śmiechnął się, strzelił obcasami, zasalutował Anne i 

podał  ramię  Ginie.  Ruszyli  zgodnym  krokiem,  ale  gdy  tylko 

znikli z zasięgu wzroku Anne, Gina zatrzymała się. 

 - Nie chc

ę ci sprawiać kłopotu. Wezwę taksówkę. 

 - Anne b

ędzie zawiedziona. Nie panikuj, to żaden kłopot. 

Nie  zakopię  twojego  ciała  na  plaży,  choć  czasami  miałbym 

ochotę  cię  udusić.  Ale  Anne  widziała  nas  wychodzących 

razem i znalazłbym się na pierwszych stronach „Kroniki" jako 
postrach staruszek! 

 - Nie s

ądziłam, że opinia innych jest dla ciebie tak ważna. 

 - Racja. Ty mi u

świadomiłaś, że dobre imię coś dla mnie 

znaczy. 

 -  No dobrze  -  za

śmiała  się  Gina.  -  Jeśli  rzeczywiście  to 

nie problem, odwieź mnie do domu. 

Dez pom

ógł jej wsiąść do małego sportowego samochodu, 

po czym sam zajął miejsce za kierownicą. 

 -  W pewnym sensie wy

świadczyłaś  mi  przysługę. 

Gdybym  cię  nie  odwoził,  pewnie  musiałbym  tam  stać  i  do 

końca  życia  słuchać  Jennifer.  Uparła  się,  żeby zorganizować 
swój bal w Tyler - 

Royale i postanowiła mnie przekonać, że to 

świetny pomysł. 

 -  Dlaczego nie chcia

łeś  się  zgodzić?  To  rzeczywiście 

najrozs

ądniejsza  propozycja  ze  wszystkich,  jakie  dziś 

słyszałam, a było ich wiele. 

 - Bal ma si

ę odbyć w listopadzie, a to zbyt odległy termin, 

żebym  mógł  coś  obiecać.  Nie  mam  nawet  pewności,  czy  do 

tego czasu budynek w ogóle będzie stał. 

background image

 - A co zamierzasz zrobi

ć z placem? - zapytała bez cienia 

emocji w głosie. 

Rzuci

ł jej szybkie, zdziwione spojrzenie. 

 - Pytasz tak spokojnie? 
 - C

óż, tyle razy powtarzałeś mi, że tylko ty decydujesz o 

tym, co się stanie z budynkiem, że widocznie w końcu coś do 

mnie dotarło. Zresztą Carla ciągle przynosi jakieś plotki i już 

sama  nie  wiem,  co  myśleć.  Może  powiesz  mi,  jakie  masz 

plany i wreszcie będę miała pewność. 

Spojrza

ł na nią, jakby postradała zmysły. 

 - Chyba 

że się wstydzisz - prowokowała. 

 - Co w

łaściwie powiedziała Carla? 

 -  Nie wiem, czy powinnam ci m

ówić...  -  drażniła  się.  - 

Chociaż, z drugiej strony, obserwowanie twoich reakcji może 

być  bardzo  interesujące.  Powiedziała,  że  całe  miasto  mówi... 

A przy okazji, od jak dawna spotykasz się z Carlą? Tylko nie 
zaprzeczaj, widziano was razem. 

 -  Z Carl

ą?!  -  wykrzyknął  zdziwiony.  -  Spotkaliśmy  się 

tylko  raz.  Właściwie  to  nie  była  nawet  randka.  Namówiła 

mnie,  żebym  jej  dotrzymał  towarzystwa  podczas 

zeszłorocznego balu. 

 - No prosz

ę... A zapewniałeś, że nie można cię do niczego 

przekon

ać  -  odezwała  się  słodkim  głosem.  -  Biedna Carla, 

wciąż  nie  potrafi  mówić  o  tym  spokojnie.  Co  jej  zrobiłeś? 

Pewnie  nie  zadzwoniłeś  nigdy  więcej...  Ale  to  nie  moja 

sprawa.  W  każdym  razie,  Carla  twierdzi,  że  zbudujesz  tam 

apartamentowiec z pasażem handlowym. 

 -  Podzi

ękuj Carli za ten pomysł. Apartamentowiec? Być 

może, ale pasaż handlowy w miejscu, gdzie nie utrzymał się 
dom towarowy... 

 -  Tak te

ż myślałam... Skręć w lewo i zatrzymaj się przy 

tamtym domu. Jesteśmy na miejscu. Dzięki za podwiezienie. 

Zaparkowa

ł na poboczu i odwrócił się w jej stronę. 

background image

 - Nie zaprosisz mnie na kaw

ę? Zawsze chciałem zobaczyć 

to stylowe wnętrze z czasów Essie. Bo jej dom z pewnością 
straci swój styl po planowanej przebudowie. Z tego, co 

opowiadał  mi  dzisiaj  Jim  Conklin,  wynika,  że  planujecie 

poważne zmiany. 

I na tym polega problem, pomy

ślała  Gina,  nie  mam 

pojęcia, co właściwie zdradził Dezowi Jim. 

 -  Po namy

śle...  -  zaczęła  powoli  -  Wiesz,  może  jednak 

wpadniesz na filiżankę kawy? 

 - Z przyjemno

ścią. - Zgasił silnik i wysiadł z samochodu. 

Myślałem, że nigdy mnie nie zaprosisz. 

Prowadzi

ła  go  wiekowym  korytarzem  i  patrzyła  na 

znajome  otoczenie  świeżym  wzrokiem.  Miała  wrażenie,  że 

schody skrzypią bardziej niż zwykle, a i rys na ścianach jakby 

przybyło.  Wprowadziła  go  do  swojego  mieszkanka i 

natychmiast  zaczęło  jej  się  wydawać,  że  jest  mniejsze  niż 

zwykle. Może to przez tego postawnego faceta, który stał na 

środku i uważnie przyglądał się wszystkiemu? 

Zaj

ęła się przyrządzaniem kawy i obserwowała go kątem 

oka.  Nie  wyglądał  na  specjalnie  zdegustowanego.  Wręcz 
przeciwnie. 

 - Zastanawia mnie jedna rzecz - odezwa

ł się po chwili. 

 - Dlaczego wasze plany wobec domu Essie to taki wielki 

sekret? Staram si

ę  być  na  bieżąco,  jeśli  chodzi  o  takie 

informacje,  a  nie  słyszę  nic  -  ani plotek architektów, ani 

rozmów inżynierów. Nic. - Potrząsnął głową. 

 - To akurat bardzo 

łatwo wyjaśnić - zaśmiała się Gina. 

 - 

Specjali

ści  nic  nie  mówią,  bo  jeszcze  nie 

konsultowaliśmy się z nimi. 

Dez zaniem

ówił  i  wpatrywał  się  w  nią  zaskoczony. 

Uśmiechnęła  się  w  duchu,  ten  widok  dostarczył  jej  sporo 

satysfakcji. W końcu się zlitowała. 

background image

 -  To na razie tylko idea, nie konkretny plan. Dlatego nie 

rozmawiali

śmy jeszcze z nikim. Być może w ogóle nie będzie 

takiej konieczności, jeśli uda nam się zdobyć Tyler - Royale. 

 - Nie ma takiej mo

żliwości - powiedział szybko. 

 -  Na pewno, je

śli  będziesz  stale  torpedował  ten  pomysł. 

Naprawdę  sądzisz,  że  znajdziesz  chętnych  na  kolejne 

apartamenty w tym mieście? 

Nie odpowiedzia

ł.  Podała  mu  kawę,  a  kiedy  podniosła 

wzrok, stwierdzi

ła,  że  po  prostu  udaje,  że  nie  usłyszał  jej 

pytania. Obejmował dłońmi filiżankę i patrzył w okno. 

 -  Wstyd

ź  się,  uwierzyłaś  w  plotki  Carli  -  powiedział  w 

końcu. 

 - Ach! Apartamentowiec! 
 -  I na dodatek planujecie rozbudow

ę  starego  domu  bez 

planów  i  konsultacji,  nie  mając  nawet  pewności,  że  to 

możliwe!  Zachowujecie  się  jak  dzieci!  Jest  jeszcze  jedna 
rzecz, która mnie martwi  - 

ciągnął  Dez.  -  Możliwe,  że  w 

końcu sprzedacie dom Essie. Tak dbacie o pamiątki po niej, a 

nie interesuje cię, w czyje ręce trafi jej ukochany dom? Jestem 

pewien,  że  zarząd  sprzeda  go  bez  namysłu,  jeśli  tylko  ktoś 

zaoferuje  rozsądną  cenę.  Jim  Conklin  nie  wyglądał  na 

człowieka,  któremu  ta  kwestia  spędza  sen  z  powiek.  - 

Przerwał  na  chwilę  i  odstawił  filiżankę.  -  Dostanę  jeszcze 
kawy? 

Gina zagryz

ła  wargi.  Miał  rację.  Potrzebowali  dosłownie 

każdego dolara. Nie była w stanie nic odpowiedzieć. Sięgnęła 

po  dzbanek.  Zastanawiała  się,  jak  mogła  przeoczyć  tak 

oczywiste fakty. Wiedziała, że dom Essie nie jest wiele wart. 

Ale zarząd skorzysta z każdej możliwości, żeby zebrać więcej 

pieniędzy, zwłaszcza jeśli będą musieli kupić nowy budynek. I 

trudno ich za to winić. Nie mogli przecież prosić ludzi o datki 

na nową siedzibę, zatrzymując jednocześnie dom Essie. To by 

było nieuczciwe. 

background image

U

świadomiła  sobie  własną  naiwność.  Nawet  jeśli  jakaś 

miła rodzina zechciałaby kupić dom, to zapewne nie będzie w 

stanie  zapłacić  za  niego  zbyt  wiele.  I  pewnie  nie  będzie  jej 

stać na renowację... Czyżby więc los ukochanego domu Essie 

był przesądzony...? 

 - Nie chc

ę się tym teraz martwić - powiedziała głośno. 

 - Pomy

ślę o tym we właściwym czasie. 

 - S

łuszna decyzja - zgodził się Dez podejrzanie szybko. 

 - Bo ten czas nie nadejdzie, dopóki nie znajdziecie nowej 

siedziby, a to nigdy nie nastąpi, jeśli będziesz myślała o Tyler 
- Royale. 

Wsta

ła zirytowana i demonstracyjnie zaczęła myć ekspres. 

Postanowiła zignorować uwagę Deza. 

 - Wi

ęc nie dostanę trzeciej filiżanki? - domyślił się Dez. 

 -  Ale jest jeszcze jedna rzecz, o kt

órej  chciałem 

porozmawiać  -  zaczął  z  namysłem.  -  Powiedz, czemu Essie 

była dla ciebie taka wyjątkowa. Pamiętam ją jako nudną starą 

pannę.  To  chyba  nie  najciekawsze  towarzystwo  dla  młodej 

dziewczyny. Ile miałaś lat, kiedy ją poznałaś? 

 - Trzyna

ście - odpowiedziała, nie patrząc na niego. 

 - I tak ci

ę zafascynowała? - zdziwił się. 

Przez chwil

ę zastanawiała się, czy w ogóle odpowiadać na 

to pytanie. Nie wiedziała, czy Dez potrafi zrozumieć, kim była 
dla niej Essie. 

 -  Im lepiej j

ą  poznawałam,  tym  bardziej  się 

zaprzyjaźniałyśmy  -  zaczęła  wolno.  -  Najpierw  prowadziłam 

segregację  i  archiwizację  jej  zbiorów.  Oczywiście,  byłam 

jeszcze  dzieckiem,  więc  robiłam  to  pod  jej  nadzorem. 

Spędziłyśmy  razem  wiele  czasu.  Słuchałam  jej  opowiadań. 

Nie  była  wcale  nudna.  Szkoda,  że  tego  nie  słyszałaś, 

większość opowieści dotyczyła początków Hrabstwa Kerrigan 

dziejów  twojej  rodziny.  Czy  ty  w  ogóle  wiesz  coś  o 

Desmondzie? 

background image

 -  A wi

ęc  pracowałaś  dla  niej  i  nauczyłaś  się  słuchać  jej 

opowieści, tak? - Dez zignorował jej pytanie. 

 - Nauczy

łam się cenić historię. Essie ukształtowała mnie. 

Miała na mnie ogromny wpływ, nawet się nie domyślasz, jak 

duży. 

Gina zamilk

ła,  przypomniawszy  sobie  niezwykłe 

okoliczności,  w  jakich  się  poznały.  Dez  również  się  nie 

odzywał.  Po  chwili,  zaniepokojona  przedłużającą  się  ciszą, 

odwróciła się w jego stronę. Stał nieruchomo tuż obok. Dużo 
b

liżej, niż myślała. 

 - Dzi

ękuję ci - powiedział poważnie. 

 -  C

óż,  potrafię  zrobić  jeszcze  lepszą  kawę,  jeśli  mam 

więcej czasu. - Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. 

 -  Wiesz, 

że  nie  mówię  o  kawie.  Dziękuję,  że  byłaś 

przyjaciółką  starej  kobiety.  Dzięki  tobie Essie na pewno nie 

czuła się samotna. 

Gina mia

ła  wrażenie,  że  usłyszała  w  jego  głosie  jakąś 

dziwną  nutę.  Czyżby  teraz  żałował,  że  tyle  stracił,  nie 

odwiedzając Essie? 

 - Pewnie s

łyszałeś jej historie od dziecka i były dla ciebie 

nudne - 

powiedziała w końcu. - Dla mnie były nowe i przez to 

takie ciekawe. 

U

śmiechnął się słabo. 

 - Musia

łaś być dla niej naprawdę kimś wyjątkowym. 

Nie wiedzia

ła,  co  odpowiedzieć,  ale  on  chyba  nie 

oczekiwał odpowiedzi. Patrzył na nią długo, a potem ujął jej 

podbródek, pochylił się i pocałował ją. 

Jego usta porusza

ły się wolno i łagodnie. Lekko napierał 

na jej wargi i pieścił je subtelnie. 

Gina sta

ła  nieruchomo,  jakby  zdrętwiała.  Ale  w  środku 

drżała  ze  zmieszania.  Chociaż  koniuszkami  palców  dotykał 

tylko jej podbródka, paliło ją całe ciało. 

background image

Kiedy wreszcie podni

ósł  głowę,  starała  się,  aby  jej  głos 

brzmiał spokojnie. 

 -  Rozumiem, 

że to podziękowanie za to, co zrobiłam dla 

Essie. 

 - Oczywi

ście - odparł, unosząc lekko brwi. 

 -  Ciesz

ę  się,  że  to  ustaliliśmy.  -  Cofnęła  się  o  krok.  - 

Dobranoc, Dez. 

Nie poruszy

ł się. 

 - Nast

ępny pocałunek będzie jeszcze wspanialszy. Dam ci 

prawdziwą lekcję całowania. 

 - Nie potrzebuj

ę lekcji! - odparła oburzona. 

 -  Potrzebujesz, i to bardzo. Daj zna

ć,  kiedy  będziesz 

gotowa. 

I znik

ł, zanim zdążyła odpowiedzieć. 

A wi

ęc jednak myliła się co do Deza Kerrigana - był nieco 

sentymentalny.  Może  nawet  bardziej,  niż  przypuszczała.  I 

wreszcie  zrozumiał,  jak  wiele  stracił,  nie  poznając  bliżej 
swojej ciotki. 

Gina zamy

śliła się na chwilę, wspominając starszą panią. 

Essi

e  nie  była  wcale  oschłą  nauczycielką  historii,  jaką 

udawała. Przypomniała sobie, jak kiedyś schowała się wśród 

zbiorów  i  przestraszyła  staruszkę  niemal  na  śmierć.  To  było 

tak dawno, że dziś wydawało się niemal snem, który przyśnił 

się jakiejś innej osobie. 

Bo by

łam  inną  osobą,  uświadomiła  sobie  Gina.  I 

zmieniłam się dzięki Essie. 

A teraz te proponowane lekcje ca

łowania.  To  w  jakimś 

sensie  również  przez  Essie,  choć  Gina  musiała  przyznać,  że 

nie czuła przykrości. 

Ale te

ż  Dez  wybrał  sobie  dziwny  sposób,  by  okazać 

wdzi

ęczność.  I  jeszcze  śmiał  proponować,  że  będzie  jej 

udzielał lekcji! 

background image

Pewnie s

ądził,  że  tak  ją  tym  wszystkim  oszołomił,  że 

zapomni o innych sprawach. 

Ale nie zna

ł jej. Nie tak łatwo było ją oszołomić. Musiałby 

się postarać dużo bardziej, by zapomniała o swoich planach. 

background image

ROZDZIA

Ł SZÓSTY 

Gina wesz

ła  do  dawnej  jadalni  Essie  i  rzuciła  kontrolne 

spojrzenie  na  pokój.  Teraz  to  była  sala  konferencyjna  i  dziś 

właśnie  miało  się  odbyć  kolejne  posiedzenie  zarządu.  Osiem 

krzeseł  stało  równo  wzdłuż  mahoniowego  stołu 
wypolerowanego w ostatniej minucie przez niezawodnych 

pracowników.  Ekspres  do  kawy  pyrkotał  przyjemnie  i 

rozsiewał  wokół  miły  aromat.  Gina  rozłożyła  notatniki  i 

ołówki, zastanawiając się, czego jeszcze brakuje. 

 -  Woda!  -  przypomnia

ła  sobie.  -  Eleanor, przynieś, 

proszę, wodę mineralną - zwróciła się do wolontariuszki, która 

pomagała jej przygotować salę. - To będzie chyba wszystko, 

potem możesz wracać do domu. 

 - Szczerze m

ówiąc, chętnie zostałabym na zebraniu, jeśli 

to  możliwe.  Nigdy  jeszcze  nie  przysłuchiwałam  się 

posiedzeniom zarządu. 

 -  Oczywi

ście, że możesz zostać. Od kiedy korzystamy z 

pieniędzy podatników, posiedzenia są jawne i każdy może w 

nich uczestniczyć. 

 - Dzi

ęki, Gino. Wiem, że pewnie dziś nie zapadnie żadna 

decyzja, ale chciałabym  się  dowiedzieć, jak  potoczą  się  losy 
tego domu - 

powiedziała Eleanor smutnym głosem. 

Gina spojrza

ła na nią z sympatią. 

 - Wiem, 

że kochasz ten dom, Eleanor, ale nie potrafię ci 

powiedzie

ć,  co  się  z  nim  stanie.  I  dziś  na  pewno  nic  nie 

zostanie postanowione. 

 -  Och,  wiem, 

że  to  głupie.  Nawet  gdyby  zarząd 

zdecydował się go sprzedać, nie sądzę, byśmy mogli sobie na 

niego  pozwolić  -  dodała  kobieta  ze  smutnym  uśmiechem  i 

wcisnęła za pasek poły dżinsowej koszuli. 

 -  W ka

żdym  razie,  będę  o  tobie  pamiętała,  jak  już 

zapadnie 

jakaś decyzja. 

background image

Us

łyszały skrzypnięcie ciężkich drzwi i Gina poczuła, że 

przeszył  ją  nerwowy  dreszcz.  Na  szczęście  jako  pierwszy 

przyszedł przewodniczący Towarzystwa Historycznego. Gina 

miała nadzieję, że uda jej się zamienić z nim kilka słów, zanim 

pojawią się pozostali członkowie zarządu. 

Starszy pan wszed

ł do pokoju i zagadnął od razu: 

 - Mam nadziej

ę, że dowiem się w końcu, co tu się dzieje. 

 -  Naturalnie. Ciesz

ę  się,  że  przyszedł  pan  wcześniej, 

próbowałam  się  z  panem  skontaktować,  ale  widocznie 

wyjechał pan z miasta. 

 -  Tak.  -  Pokiwa

ł  głową  i  wyjaśnił:  -  Wyjechaliśmy  do 

córki, urodziła właśnie trzecie dziecko i żona chciała być przy 

niej. To nasz piąty wnuk. Szczerze mówiąc, myślę, że ten cały 

szum  ze  spadającym  przyrostem  naturalnym  jest  grubo 
przesadzony. 

Gina u

śmiechnęła się i od razu przeszła do rzeczy. 

 -  Przykro mi, 

że  nie  uprzedziłam  pana,  ale  nie  miałam 

pojęcia,  że  reporterka  wpadnie  na  pomysł,  by  do  pana 

zadzwonić w sprawie budynku Tyler - Royale. 

 - Ja te

ż byłem zaskoczony. A swoją drogą wielka szkoda, 

że Kerrigan zamierza zrównać go z ziemią. 

 -  Moim zdaniem nie powinni

śmy  tak  szybko  się 

poddawać, jak pan sądzi? 

 -  Wola walki godna podziwu  -  za

śmiał się starszy pan. - 

Pomożemy ci, na ile będziemy mogli. Ale nawet gdyby udało 

ci się zdobyć ten budynek, nie jesteśmy w stanie w pełni go 

wykorzystać. 

 - O tym w

łaśnie chciałam dzisiaj porozmawiać. Myślę, że 

mam  pewien  pomysł,  dzięki  któremu  moglibyśmy 

wykorzystać każdy kąt! 

Nie zd

ążyła powiedzieć nic więcej, bo właśnie otworzyły 

się  drzwi  i  na  salę  zaczęli  wchodzić  pozostali  członkowie 

background image

zarządu. Zrobiło się małe zamieszanie, wszyscy nalewali sobie 

kawy i wymieniali powitalne uprzejmości. 

Jako ostatni pojawi

ł  się  Jim  Conklin  w  towarzystwie 

jakiegoś 

obcego 

mężczyzny, 

którego 

natychmiast 

przyprowadził do Giny. 

 -  To jest specjalista, o kt

órym  ci  mówiłem.  Nathan 

Haynes,  architekt.  Ma  biuro  w  centrum.  Zgodził  się  rzucić 

okiem na nasze plany rozbudowy i podpowiedzieć nam kilka 

rozwiązań. 

Przewodnicz

ący  zajął  miejsce  za  stołem  i  powiedział 

głośno: 

 -  Skoro wszyscy s

ą,  myślę,  że  możemy  zaczynać. 

Zaszurały  krzesła  i  członkowie  zarządu  usiedli,  stawiając 
przed sob

ą  filiżanki  z  kawą.  Gina  zajęła  swoje  ulubione 

miejsce  na  końcu  stołu,  tyłem  do  drzwi.  Eleanor  przyniosła 

sobie dodatkowe krzesło i usiadła nieco z boku. 

Zanim jednak zd

ążyli  rozpocząć,  drzwi  znowu  się 

otworzyły. 

Kto to mo

że  być,  zastanowiła  się  Gina,  nikogo  przecież 

nie brakowa

ło.  Pewnie  jakiś  spóźniony  gość,  który  chciałby 

jeszcze  obejrzeć  zbiory.  Albo...  albo  ktoś  z  całkiem  innymi 
zamiarami. Serce podesz

ło jej do gardła. 

 -  Witam wszystkich  -  us

łyszała  znajomy  głos.  - 

Przepraszam  za  spóźnienie,  ale  długo  krążyłem,  zanim 

znalazłem miejsce do zaparkowania. Powinniście pomyśleć o 
tym, zanim rozbudujecie muzeum. 

O, nie, westchn

ęła w duchu, wolałabym już złodzieja. 

 - Gdzie znajd

ę jakieś krzesło, Gino? A może przesuniesz 

się i zmieścimy się na jednym? 

Zaskoczenie, jakie malowa

ło  się  na  jej  twarzy,  sprawiło 

mu  niemałą  satysfakcję.  Czyżby  rzeczywiście  nie  domyśliła 

się, że pojawi się tu dziś wieczorem? 

background image

Odni

ósł wrażenie, że na chwilę przestała oddychać, a jej 

cera przybrała podejrzany bladoniebieski odcień. Zastanawiał 

się, co powinien zrobić, by pomóc jej odzyskać równowagę - 

chlusnąć  w  nią  szklanką  wody,  czy  przycisnąć  do  siebie  i 

namiętnie pocałować. Niezależnie od skuteczności obu metod, 

nie miał wątpliwości, która z nich była bardziej pociągająca. 

Zanim jednak zd

ążył  wcielić  je  w  życie,  Gina  wzięła 

głęboki oddech i powiedziała: 

 - Krzes

ła są w pokoju obok. 

Jej g

łos był tylko o ton niższy niż zazwyczaj. Szybko się 

opanowała i musiał przyznać, że zaimponowała mu tym. Nie 

zdziwiłby się, gdyby członkowie zarządu nic nie zauważyli. 

Przyni

ósł sobie krzesło i usiadł tuż obok niej. Rozejrzał się 

wokół.  Na  wprost  niego  siedział  przewodniczący,  obok  Jim 

Conklin, a tuż za nim... 

 -  Witaj, Nate!  -  zwr

ócił  się  do  architekta.  -  Co ty tu 

robisz? 

 -  M

ógłbym  ci  zadać  to  samo  pytanie  -  odparł  tamten  z 

szerokim uśmiechem. - Na razie tylko się przyglądam. 

Dziwne, pomy

ślał.  Gina  zapewniała  go,  że  nie  wynajęli 

jeszcze  żadnego  architekta.  To  niewątpliwie  musiał  być 

ekspert Conklina, o którym wspominał podczas przyjęcia. 

Przewodnicz

ący  rozpoczął  zebranie,  a  sekretarka  zaczęła 

wymieniać kolejne punkty posiedzenia. 

Dez pochyli

ł się i czytał plan spotkania leżący u Giny na 

kolanach.  Współpraca z innymi organizacjami w tworzeniu 

centrum  kulturalnego.  Chyba  już  gdzieś  to  słyszał.  Akcja 

szukania  sponsorów  dla  muzeum.  Chciałby  zobaczyć,  jak 

zamierzają to zrobić. 

Wpatrywa

ł  się  w  kartkę  i  kątem  oka  zerkał  na  Ginę. 

Ciekaw był, jak długo wytrzyma tę sytuację. 

 - Co ty tu robisz? - us

łyszał po chwili ciche pytanie. 

background image

 -  Staram si

ę  być  dobrym  obywatelem  -  wyszeptał  w 

odpowiedzi. - 

Sprawdzam, na co idą moje podatki. 

Prychn

ęła  lekko  i  skupiła  się  na  słuchaniu  dyskusji  przy 

stole. W każdym razie z całych sił próbowała to zrobić. 

Dez rozsiad

ł się wygodnie, splótł ramiona i wydawał się 

niezwykle zadowolony z siebie. 

Gina by

ła  przekonana,  że  Dez  opuści  muzeum 

natychmiast  po  zakończeniu  zebrania.  Zdziwiła  się  więc, 

kiedy zobaczyła go w rogu pokoju gawędzącego z Conklinem 

i jego znajomym. Sprzątała ze stołu resztę naczyń, kiedy do jej 

uszu dobiegł złośliwy śmiech architekta i słowa: 

 -  S

łyszałem,  że  zamierzasz  skupić  pod  dachem  Tyler  - 

Royale wszystkie domy publiczne rozsypane po mie

ście. 

Burmistrz podobno wyznacz

ył  już  nagrodę  dla  ciebie  za 

oczyszczenie  okolicy  z  panienek  straszących  turystów  w 
zakamarkach starówki. 

Dez burkn

ął  coś  w  odpowiedzi,  odstawił  kubek  do 

zmywarki i wyszedł z pokoju. 

Kilka minut p

óźniej  sala  była  uprzątnięta,  Eleanor 

przecierała stół, a Gina poszła zamknąć główne drzwi. 

Ku swemu zaskoczeniu, w pustym holu natkn

ęła  się  na 

Deza. 

 -  Nie mia

łam  pojęcia,  że  wciąż  tu  jesteś  -  odezwała  się 

zdziwiona.  - 

Zwłaszcza  po  tym,  jak  milczałeś  przez  całe 

zebranie.  Jeżeli  nie  zamierzałeś  zabierać  głosu,  to  po co tu 

przychodziłeś? - zaatakowała go. 

 - Gdybym mia

ł coś do powiedzenia, zrobiłbym to. Ale nie 

musiałem się odzywać, doskonale wszystko wyjaśniłaś, moje 

uwagi nie były już potrzebne. 

Jego g

łos brzmiał tak niewinnie, że prawie dała się na to 

nabrać. 

 - Pr

óbujesz uśpić moją czujność? - spytała podejrzliwie. - 

Nie  uda  ci  się.  Jestem  pewna,  że  gdyby  dyskusja  przybrała 

background image

inny obrót i zarząd postanowił coś, co kolidowałoby z twoimi 

interesami, nie siedziałbyś tak cicho. 

 -  Oczywi

ście,  że  nie.  Wtedy  musiałbym  trochę  ich 

wyprostować. 

 - Wyprostowa

ć!? - powtórzyła z irytacją. - Wydaje ci się, 

że masz monopol na prawdę?! Ale w końcu przyznałeś się, że 

nie przyszedłeś tu jako zwykły obywatel zatroskany o swoje 
podatki! 

 - Ale

ż dokładnie tak było! - zaprzeczył gorąco. 

 -  Jako

ś  nie  wierzę,  żebyś  poświęcał  tyle  czasu  każdej 

organizacji, która dostaje kilka centów z twoich podatków! 

 -  To prawda, musz

ę  przyznać,  że  niektórzy  z 

użytkowników  moich  ciężko  zarobionych  pieniędzy 

wzbudzają  żywsze  uczucia  w  moim  sercu.  -  Rozejrzał  się 

wkoło  i  dodał:  -  Jak  na  przykład  autorzy  pomysłu 

dobudowania  nowoczesnych  bocznych  skrzydeł  do  starego 
budynku. 

Zdenerwowana opar

ła  ręce  na  biodrach  i  odezwała  się  z 

wściekłością: 

 - Mam tego dosy

ć! Nie obchodzi mnie, co myślisz na ten 

temat! Jeszcze 

kilka dni temu przekonywałeś mnie, że pomysł 

z przenoszeniem muzeum do innego budynku jest bez sensu! 
Teraz przychodzisz i krytykujesz jedyny plan, który 

pozwoliłby nam zostać tutaj i przetrwać! 

 - Ostrzegam tylko, 

że wyrzucicie pieniądze w błoto. 

 -  Mam  do

ść  twoich  dobrych  rad!  Za  chwilę  znajdziesz 

kolejny  argument,  którym  będziesz  torpedował  moje  plany! 

Szczerze  mówiąc,  to  co  się  dzieje  z  muzeum,  to  nie  twoja 
sprawa! 

 -  Pr

óbuję  ci  tylko  powiedzieć,  że  wcześniej  czy  później 

wszystkie problemy tego miejsca 

spadną na twoją głowę, a ty 

nawet tego nie zauważysz. 

background image

Jego spokojny ton i ponura wizja, jak

ą przed nią roztaczał, 

na  chwilę  wytrąciły  ją  z  równowagi.  Na  szczęście  szybko 

wróciła jej dawna werwa. 

 - Dzi

ęki za ostrzeżenie. Doceniam je, pochodzi wszak od 

mistrza destrukcji! 

 - Chcia

łem cię tylko uprzedzić, jak to się może skończyć. 

 -  A w zasadzie, kto powiedzia

ł,  że  na  pewno  tu 

zostaniemy?  Może  nie  zauważyłeś,  ale  członkom  zarządu 
bardzo spodoba

ł się mój pomysł stworzenia w Tyler - Royale 

centrum kulturalnego. 

 -  To chyba ty nie zauwa

żyłaś,  że  uznali  pomysł  za  tak 

nierealny, że nawet o nim nie dyskutowali. 

 - By

ć może muszą się najpierw z nim oswoić - przyznała. 

Ale kiedy już to nastąpi, zobaczą, że ten plan ma same plusy. 

Kilka podobnych instytucji zgromadzonych pod jednym 

dachem  to  ogromna  oszczędność  -  rozłożone  wydatki  na 

ochronę, recepcję, szatnię... 

 - Rozmawia

łaś już z innymi muzeami? 

 - Dlaczego pytasz? Nie wierzysz, 

że uda mi się przekonać 

ich do tego projektu? 

 -  Nie. Nawet je

śli przekonasz całe miasto, nie zmieni to 

faktu,  że  tylko  ja  mogę  zdecydować,  co  stanie  z  tym 

budynkiem. Dobrze mówię? 

 -  I to jest g

łówny  problem.  -  Pokiwała  głową.  -  Pytam 

serio, Dez, ile chcesz za odsprzedanie prawa pierwokupu? 

 - Ono nie jest na sprzeda

ż. 

 -  Daj spokój, sam 

mówiłeś,  że  nie  przegapisz  żadnego 

interesu - 

naciskała. 

 - Ale nie w tym wypadku. 
 -  Mo

żesz  budować  te  swoje  wieżowce,  gdzie  tylko 

chcesz,  dlaczego  uparłeś  się  akurat  na  to  miejsce?  Masz 

przecież jeszcze działkę z kościołem. 

 - Tamta jest za ma

ła. 

background image

 - Wi

ęc wykup sąsiadujące! 

 - 

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. 

 - Aha! 
 - Co za „aha"? - 

spytał, unosząc brwi. 

 - Przyznajesz wi

ęc, że chcesz tam zbudować wieżowiec! 

 - M

ówiłem hipotetycznie. 

 - Aha, a ja jestem z Marsa! 
 -  W to akurat by

łbym  w  stanie  uwierzyć  -  mruknął. 

Przemilczała tę uwagę. 

 - Ile chcesz za sprzeda

ż? - powtórzyła. 

 - Nie s

łyszałem, żeby zarząd upoważnił cię do negocjacji 

w tej sprawie, więc nie będę się wdawał w czczą dyskusję. 

 -  Ale przecie

ż musi być coś, czego chcesz! - zawołała i 

dopiero po

tem  uświadomiła  sobie,  że  zabrzmiało  to  nieco 

dwuznacznie.  - 

To  znaczy,  nie  miałam  oczywiście  na  myśli 

nic... 

 -  Pr

óbujesz  ze  mną  negocjować  bez  zgody  zarządu  i 

składasz  mi  dziwne  propozycje.  O  ile  nie  miałaś  na  myśli 

wspólnej  kąpieli  w  jaccuzi,  to  rozumiem,  że  była  to  oferta 

finansowa, do złożenia której nie zostałaś upoważniona. 

Gina postanowi

ła  zignorować  ten  niebezpieczny  wątek 

dyskusji i skupić się na istocie sprawy. 

 -  Nie s

ądzisz  chyba,  że  zarząd  w  twojej  obecności 

ustalałby,  o  jakich  sumach  mogę  rozmawiać.  Mamy  pewne 
zasoby finansowe... 

Spojrza

ł na nią powątpiewająco i ogarnął hol taksującym 

spojrzeniem. 

 - Podziwiasz dekoracje, czy zastanawiasz si

ę, kiedy sufit 

zwali nam się na głowę? 

 -  Po prostu podziwiam urok tego miejsca. Swoj

ą  drogą, 

jak będziesz organizowała tę zbiórkę pieniędzy, daj mi znać. 

 - Po co? 

Żebyś miał satysfakcję, sabotując akcję? 

background image

 -  Sk

ądże  znowu,  kochanie!  Abym  mógł  was  wesprzeć. 

Zdaje się, że Uczy się każdy grosz, czyż nie? 

Rzuci

ł jej przeciągłe spojrzenie i wyszedł, zanim zdążyła 

odpowiedzieć. 

Eleanor sko

ńczyła  sprzątać  i  razem  z  Gina  wyszły  z 

muzeum. 

Gdy Gina walczy

ła  z  opornym  zamkiem,  jej  pomocnica 

stała zamyślona i przyglądała się domowi. 

 -  To pi

ękny budynek - odezwała się cicho. - Chociaż na 

początku wcale tak nie myślałam. Uważałam, że jest okropny, 

stary, śmierdzący stęchlizną i zmęczony. Trochę podobny do 
Essie - 

powiedziała z uśmiechem. - Ale potem, sama nie wiem 

kiedy, pokochałam go. 

 - Tak jak Essie - doda

ła Gina ciepło. 

 - W

łaśnie tak - zgodziła się Eleanor. - Do jutra. Pożegnała 

się i poszła do samochodu. 

Gina sta

ła  jeszcze  chwilę  i  zastanawiała  się  nad  tym,  co 

właśnie  usłyszała.  Czyżby  ten  dom  równie  niepostrzeżenie 

wkradł się w serce Deza? 

Nie b

ądź naiwna, pomyślała w duchu, intencje Deza były 

zupełnie  inne,  chciał  cię  po  prostu  przekonać,  że  to  miejsce 

nie jest takie złe i powinnaś tu zostać. 

Ciekawe dlaczego nie chcia

ł  wymienić  żadnej  sumy,  za 

jaką gotów byłby odstąpić prawo pierwokupu Tyler - Royale? 

Sam  przecież  mówił,  że  zawsze  jest  otwarty  na  zrobienie 
dobrego interesu. 

Mo

że myślał, że każda suma będzie dla niej za wysoka? I, 

szczerze mówiąc, nie mylił się. 

A mo

że  chciał  w  zamian  czegoś  innego  niż  pieniądze? 

Czy to możliwe, żeby chodziło mu o stary dom Essie? 

Gina potrz

ąsnęła głową i stwierdziła, że musiała wypić za 

dużo kawy. Głupie rzeczy przychodzą jej do głowy. 

background image

Ale z drugiej strony, by

ła  jakaś  sprzeczność  w  tym,  co 

mówił. Najpierw zapewniał ją, że dom zostanie zniszczony, a 
w najlepszym razie zamieniony w apartamentowiec, a potem 

jego stosunek zaczął się powoli zmieniać. Aż do  tej dziwnej 
uwagi dzisiaj. 

A przecie

ż  Dez  nie  darzył  sentymentem  starych 

budynków. Tak, ale dom Essie to nie był zwykły budynek. To 

rodzinna  posiadłość.  Każda  cegła  mogła  opowiadać  historię 
Kerriganów. 

Czy

żby  obudził  się  w  nim  sentyment  do rodowego 

dziedzictwa? 

Wiedzia

ła, że nie był tak niewzruszony, za jakiego chciał 

uchodzić. Nawet Dez Kerrigan był zdolny do ludzkich uczuć. 

Udowodnił to tamtej nocy po przyjęciu u Anne, kiedy odwiózł 

ją  do  domu  i  pocałował,  by  podziękować  za  wszystko,  co 

zrobiła dla jego ciotki w ostatnich latach jej życia. 

Gina za

łożyłaby się o duże pieniądze, że przyszedł tu dziś 

wieczorem z tego samego powodu co Eleanor  - 

chciał  się 

dowiedzieć z pierwszej ręki, co stanie się z domem Essie. 

By

ć może nie wszystko jeszcze stracone, może jednak uda 

im się zrobić dobry interes! 

Dez buja

ł  się  na  krześle  i  spoglądał  spod  oka  na 

siedzącego  naprzeciwko  mężczyznę.  Nathan  Haynes  właśnie 

skończył  prowizoryczny  rysunek,  który  miał  w  zarysie 

przedstawiać nowy projekt. 

 -  Tak to z grubsza wygl

ąda.  Oczywiście  dokładne 

projekty  dostaniesz  lada  dzień,  chciałem  tylko  ustalić,  czy 

podoba ci się ta koncepcja. 

 - Nie

źle. - Dez pokiwał głową i zamknął swój notes. 

 -  To b

ędzie  najnowocześniejszy  budynek  w  mieście.  A 

przy okazji, rzuciłeś już okiem na muzeum? 

 - W

łaśnie je oglądałem, gdy do mnie zadzwoniłeś. 

 - Co chcesz im zaproponowa

ć? 

background image

 -  Dez, wiesz dobrze, 

że  projekty  klientów  to  tajemnica. 

Nie  wyciągniesz  tego  ze  mnie,  nawet  gdybyś  wynajął  armię 

pięknych kobiet! - zaśmiał się architekt. 

Dez wzruszy

ł ramionami i uśmiechnął się. 

 - C

óż, zawsze warto spróbować. 

Rozmawiali jeszcze chwil

ę,  po  czym  Nat  zabrał  swoje 

projekty i wyszedł. 

 -  Dzia

ło  się  coś,  kiedy  miałem  spotkanie?  -  spytał  Dez 

sekretarkę. 

 - Dosta

łeś zaproszenie na obiad - odpowiedziała dziwnym 

tonem. - Od Giny Haskell. 

O co chodzi tej kobiecie, pomy

ślał zdziwiony Dez. 

 - Mam nadziej

ę, że powiedziałaś jej, że jestem zajęty. 

 -  Powiedzia

łam,  że  masz  konferencję,  ale  odparła,  że 

będzie  czekać  do  pierwszej  w  restauracji  „Pod  Klonem"  na 
wypad

ek, gdybyś jednak znalazł chwilę. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  wzięła  ze  sobą  dobrą  książkę  - 

mruknął Dez. - To jedyne towarzystwo, na jakie może liczyć. 

Wr

ócił do gabinetu i zamyślony spoglądał przez okno. 

Niesamowite, pomy

ślał,  miała  czelność  oczekiwać,  że 

rzuci 

wszystko i pobiegnie na spotkanie z nią! Podobno wręcz 

tego oczekiwała! Sarah wspomniała, że brzmiało to raczej jak 

wezwanie niż zaproszenie! 

O czym chcia

ła z nim rozmawiać? Czyżby w ciągu  tych 

kilkudziesięciu godzin, jakie minęły od zebrania zarządu, coś 

się zmieniło? 

Nathan twierdzi

ł,  że  nie  zdążył  przyjrzeć  się  dokładnie 

muzeum. Ale może zrobił już jakiś wstępny projekt? Ciekawe, 

czy przedstawił go Ginie. 

 -  Wychodz

ę  coś  zjeść  -  rzucił  sekretarce,  przechodząc 

koło jej biurka. 

 -  Hmm, wi

ęc jednak nie będzie musiała czytać książki - 

mruknęła Sarah. 

background image

Dez zatrzyma

ł się na chwilę i spojrzał ostro. 

 - Nie powiedzia

łem, że idę do restauracji "Pod Klonem". 

 -  Jasne... Mam zadzwoni

ć  i  powiedzieć  jej,  że  jesteś  w 

drodze? 

 -  Je

śli chcesz tu jeszcze pracować po południu, to lepiej 

nie - 

rzucił przez ramię i wyszedł szybkim krokiem. 

Za plecami us

łyszał tylko śmiech Sarah, ale myślami był 

już gdzie indziej. 

Dok

ładnie  za  pięć  pierwsza  przekroczył  próg  restauracji. 

Gina  siedziała  przy  barze  i  miała  na  sobie  coś  żółtego,  co 

sprawiało, że jej włosy wydawały się jeszcze bardziej ogniste. 

Patrzyła  przed  siebie  i  widać  było,  że  z  całej  siły  stara  się 

ignorować zaczepki siedzącego obok mężczyzny. 

Dez sta

ł  chwilę  w  progu  sali  i  obserwował  ją.  W  końcu 

podszedł bez pośpiechu, objął ją silnym uściskiem i odwrócił 
lekko do siebie. 

 -  Przepraszam za sp

óźnienie, kochanie, ale spotkanie się 

przeciągnęło. - Pochylił się nad nią i pocałował prosto w usta. 

Wolno  i  zdecydowanie.  Smakowała  piwem  imbirowym  i 

niepewnością.  -  Patrz, co za niespodzianka.  Facet,  który  cię 

zaczepiał, musiał szybko wyjść. 

 -  Zaprosi

łam  cię  na  obiad,  a  nie  na...  -  odezwała  się 

lodowatym tonem. 

 -  Na lekcj

ę  pocałunków?  -  podpowiedział  -  To  było 

pierwsze  ćwiczenie  -  jak  całować  się  w  miejscach 

publicznych, żeby odstraszyć namolnych podrywaczy. 

 -  Nie wiem, kto si

ę okazał bardziej namolny - mruknęła 

pod nosem. 

 - Musimy to oczywi

ście jeszcze przećwiczyć - dodał Dez, 

jakby  nie  słyszał  jej  uwagi.  -  Dlaczego  chciałaś  się  ze  mną 

widzieć? - zapytał, kiedy usiedli przy stoliku. 

 - M

ówiłeś, żebym dała ci znać, jak będę zbierała datki na 

muzeum. 

background image

 -  A, tak.  -  Pokiwa

ł  głową  i  zajął  się  studiowaniem 

jadłospisu.  Miał  przeczucie,  że  to  nie  był  jedyny  powód.  - 

Zamierzasz więc rozpocząć kampanię zbierania funduszy? 

 -  Tak. Wymy

śliłam,  że  zrobimy  rekonstrukcję  starej 

wioski  na  trawniku  przed  muzeum  i  będziemy  sprzedawać 

różne drobiazgi, żeby przyciągnąć uwagę sponsorów. 

 -  Tylko tyle? Troch

ę mnie rozczarowałaś, ale zarezerwuj 

dla mnie bilet. 

 -  Zaprosz

ę  Carlę  z  kamerą,  żeby  sfilmowali,  jak  go 

kupujesz. 

 -  To bardzo mi

łe.  -  Dez  odłożył  menu,  oparł  łokcie  na 

stole i spojrzał na nią uważnie. - A teraz, kochanie, powiedz 
mi, jaki jest prawdziwy powód naszego spotkania. 

Uciek

ła spojrzeniem w bok i zaczęła niepewnie: 

 - C

óż... Mam dla ciebie pewną propozycję... 

 -  S

łucham  uważnie.  Chociaż  uprzedzam,  że  o  ile  nie 

będzie zawierała zaproszenia do jaccuzi, nie sądzę, abym był 
zainteresowany. 

 - Co ty znowu z t

ą kąpielą! To oczywiście tylko wstępna 

oferta, bo nie mam jeszcze zgody zarządu, ale... 

Przerwa

ła,  bo  właśnie  przyniesiono  kawę.  Upił  łyk 

aromatycznego napoju i gestem zachęcił, by kontynuowała. 

 - Proponuj

ę ci korzystną wymianę. Dostaniesz dom Essie 

w zamian za prawo pierwokupu Tyler - Royale. 

Zakrztusi

ł się i z trudem opanował oddech. Jeżeli chciała 

go zabić, nie mogła wybrać lepszego sposobu. 

 -  Prosz

ę?!  -  odezwał  się,  kiedy  już  uspokoił  emocje  i 

odstawił  filiżankę.  -  Ty  to  nazywasz  korzystną  wymianą? 
Stary dom za wielki gmach? 

 -  Nie za gmach, tylko za prawo do jego pierwokupu  - 

wyja

śniła niecierpliwie. 

 -  Zaproponuj mi dom Essie i p

ół  miliona  dolarów,  a 

wtedy może się zastanowię. 

background image

W jej oczach natychmiast pojawi

ł  się  wyraz  chłodnej 

kalkulacji. 

 - P

ół miliona? To znaczy, że moja zbiórka pieniędzy musi 

zatoczyć szerokie kręgi. 

 - Powiedzia

łem: może - przypomniał. 

 -  Albo b

ędę  musiała  pracować  bardziej  kreatywnie  - 

ciągnęła zamyślona. Pochyliła się lekko i spojrzała mu prosto 
w oczy. - 

W porządku, Dez. Ile jest dla ciebie warta wspólna 

kąpiel? 

background image

ROZDZIA

Ł SIÓDMY 

Ta kobieta chce mnie zabi

ć, stwierdził Dez. Nie udało się 

jej załatwić mnie kawą, więc sięgnęła po cięższą broń. Patrzył 

na nią w milczeniu, niepewny, czy dobrze usłyszał. 

 - Ile? - powt

órzyła. - Bo, powiedzmy, za dziesięć tysięcy 

dolarów mogłabym się zastanowić! 

 -  Masz zawy

żone mniemanie na temat wartości swojego 

czasu. 

 - I postawmy spraw

ę jasno - mam na myśli wyłącznie mój 

czas. 

 - 

Żadnych  figli  w  wannie  pełnej  bąbelków?  -  zapytał, 

udając zdziwienie. 

 - A pieni

ądze zostaną wpłacone na fundusz muzeum. 

 -  Twoje po

święcenie  dla  muzeum  jest  niezwykłe,  Gino. 

Zmrużyła oczy. 

 -  Nie s

ądzisz  chyba,  że  jest  jakiś  inny  powód. 

Bezskutecznie próbował powstrzymać uśmiech. 

 -  Mo

że  nie  za  pierwszym  razem.  Ale  kiedy  tylko 

doświadczysz tej przyjemności... 

Spojrza

ła na niego w taki sposób, że nawet nie próbował 

kontynuować. Dodał tylko pośpiesznie: 

 - Pozw

ól mi to przemyśleć. Odezwę się. Dzięki za kawę. 

Żałuję, że nie mogę zostać na lunch. 

Kiedy opuszcza

ł restaurację, nie myślał jednak o jaccuzi. 

Zastanawiał się nad tym, co kryło się w jej propozycji. Co ona 
sobi

e,  u licha, wyobrażała?  Sama  sugestia,  że mógłby  oddać 

budynek w centrum miasta w zamian za dom Essie Kerrigan 

była  wyjątkowo  bezczelna.  Co  więcej,  Gina  najwyraźniej 

uważała  swoją  propozycję  za  niezwykle  atrakcyjną  i 

oczekiwała, że on przyjmie ją z entuzjazmem. 

Ta kobieta by

ła  stuknięta  albo  uważała,  że  on  jest 

niespełna  rozumu.  Wyjął  komórkę  i  zadzwonił  do  Nathana. 

background image

Architekt  odebrał,  odpowiadając  nieco  zdyszanym  głosem. 

Może nie był sam... 

 -  Przepraszam, 

że  przeszkadzam,  przeproś  panią  ode 

mnie, dobrze? 

 -  Nie jestem z kobiet

ą.  To  po  prostu  kawał  skały. 

Natknęliśmy  się  na  nią  nagle,  kopiąc  rów  pod  fundamenty. 

Albo ją wykopiemy, albo musimy zmienić projekt budynku. 

 - Prosz

ę bardzo, o ile nie jest to mój projekt. 

 -  Na szcz

ęście nie.  A  jeśli  dzwonisz  w  sprawie twojego 

projektu, to nie jest jeszcze gotowy. Wiem, że minęła już cała 

godzina, odkąd wyszedłem od ciebie z biura, ale... 

 -  Nie dzwoni

ę w tej sprawie. Czy rozmawiałeś dziś rano 

w muzeum z Gina Haskell? 

 - Dez, wiesz, 

że nie mogę ci nic powiedzieć! 

 -  Nie pytam, o czym rozmawiali

ście,  ale  czy  w  ogóle 

rozmawialiście. 

 -  Nie nazwa

łbym  tego  rozmową  -  odpowiedział  Nat 

powściągliwie.  -  Powiedziałem  jej  dzień  dobry,  a  ona  mi 

odpowiedziała. 

Dez zmarszczy

ł brwi. 

 - I to wszystko? 
 - Mniej wi

ęcej. Czemu pytasz? 

 - Bez powodu. 
Mo

że Gina nie była jednak tak szalona, jak sądził. 

 - Nat, nie spiesz si

ę z tym projektem. 

 -  O, to jaki

ś  bonus.  Rozumiem,  że  nie  będziesz  mnie 

dręczył aż do jutra? 

 -  Nie, chodzi mi tylko o to, 

że być może dokonam jakiś 

istotnych zmian. Dam 

ci znać, jak się zdecyduję. 

C

óż,  cały  mój  plan  okazał  się  totalną  klapą,  myślała 

krytycznie Gina. Jedyne, co się udało, to dostarczenie Dezowi 
dziennej porcji rozrywki. 

background image

Suma, kt

órej zażądał, była zawrotna, ale z drugiej strony 

wszystkim  wiadomo,  że  negocjacje  zawsze  zaczynają  się  od 

wygórowanych kwot. To część gry. 

Wreszcie przesta

ł  powtarzać,  że  budynek  nie  jest  na 

sprzedaż. Nieważne, jak wysoka była kwota, ważne, że zaczął 

negocjować  i  nie  mógł  się  już  wycofać.  Wymieniając  cenę, 

właściwie zgodził się na zawarcie porozumienia. Pół miliona 

dolarów  absolutnie  nie  wchodziło  w  grę.  Mogła  mu 

zaproponować  jakieś  sto  pięćdziesiąt  tysięcy,  a  i  tak  nie 

wiedziała, czy uda się tyle uzbierać. 

Na samym jarmarku w ogrodzie Essie nie zbije fortuny. 

To dopiero pierwszy krok na d

ługiej drodze. 

Sta

ło  przed  nią  poważne  zadanie.  Musi  nagłośnić  całą 

akcję. Miała nadzieję, że Carla i Anne Garrett pomogą jej w 
tym. 

Mimo wszystko szkoda, 

że  Dez  nie  dał  się  namówić  na 

kąpiel. Byłoby to najlżej zarobione dziesięć tysięcy dolarów. 

Muzeum prze

żywało  prawdziwe  oblężenie  turystów.  Po 

artykule  Anne  w  „Kronice"  i  reportażu  Carli  dotyczącym 

kontrowersji  wokół  Tyler  -  Royale przez dom Essie 

przelewały się tłumy zwiedzających. 

Oczywi

ście,  pojawiło  się  też  kilka  problemów.  Jakieś 

znudzone dzie

cko przewróciło aparat na wystawie fotografii i 

roztrzaskało  soczewki.  Kiedy  Gina  poprosiła  rodziców  o 

baczniejsze  zwracanie  uwagi  na  pociechę,  ojciec  dziecka 

odparł,  że  to  jej  wina,  bo  nie  zapewniła  odpowiedniej 

przestrzeni  dla  eksponatu.  Zacisnęła  zęby  i  dopiero kiedy 

poczuła, że panuje nad głosem, odpowiedziała: 

 - W

łaśnie nad tym pracujemy. Wszystkim nam zależy na 

powiększeniu powierzchni muzeum i z wielką ochotą przyjmę 

każdą dotację na ten cel. 

Rodzice dziecka spojrzeli na ni

ą  tak,  jakby  wyrosły  jej 

r

ogi, po czym bez słowa przeszli do następnej sali. 

background image

Gina sprz

ątnęła  potłuczone  szkło  i  postanowiła  napić  się 

czegoś zimnego. 

Nagle w holu ujrza

ła  jedną  z  wolontariuszek  otoczoną 

przez  coś,  co  wyglądało  jak  ławica  rozwścieczonych  piranii. 
Zszokowana Gina spo

jrzała jeszcze raz i zdała sobie sprawę, 

że  była  to  jedynie  grupka  dzieci  w  wieku  przedszkolnym. 

Każde z nich skakało, wymachując banknotami, a opiekunka 

zupełnie  poważnie  wyjaśniała,  że  jest  to  doświadczenie 
edukacyjne - samodzielne kupno biletu. 

Zaraz za  rozwrzeszczan

ą  gromadką  ujrzała  opartego  o 

ścianę Deza. Przyglądał się wszystkiemu nieco zdziwiony. Nie 

mógł wybrać gorszego momentu na rozmowę o interesach. Jak 
zwykle. 

 -  Ja zajm

ę  się  pieniędzmi,  Beth  -  zwróciła  się  Gina  do 

wolontariuszki.  -  A ty stempluj im r

ęce.  Potem  oprowadzisz 

ich po wystawie. 

Beth nie wygl

ądała na szczęśliwą i trudno się jej dziwić. 

 -  Pe

łny  odjazd  -  wycedziła  przez  zęby.  Podstemplowała 

ostatnią małą rękę i zapędziła gromadkę na piętro. 

 - Czym mog

ę służyć? - zwróciła się Gina do Deza. 

 - Przyszed

łem kupić bilet na festyn. Tylko tyle? 

 - Rozwa

żyłeś już moją ofertę? 

 - Kt

órą? - zapytał, wyjmując pieniądze. 

Udawa

ła,  że  nie  usłyszała  pytania.  Lepiej,  żeby  oboje 

zapomnieli  o  jaccuzi.  Chyba  tylko  chwilowe  szaleństwo 

skłoniło ją do złożenia mu tej propozycji. 

 -  Obawiam si

ę,  że  pół  miliona  to  więcej,  niż  zarząd 

zgodzi się zapłacić. 

 - A zatem nie ma o czym rozmawia

ć. 

 -  Ale jestem prawie pewna, 

że  jeśli  rozważyłbyś 

obniżenie stawki... 

 - Co takiego? - zapyta

ł uprzejmie. 

background image

Gina stara

ła  się  powstrzymać  uśmiech.  Był 

zainteresowany i nie potrafił tego ukryć. 

 - My

ślę, że zgodziliby się na sto pięćdziesiąt tysięcy. No i 

oczywiście dom Essie. 

 -  Och, oczywi

ście,  pamiętam  o  tym.  Sto  pięćdziesiąt, 

hm...? 

Cisza przeci

ągała się, gdy nagle przerwał ją tupot małych 

stóp w pomieszczeniu na górze. Gina podała Dezowi bilet. 

 - Od niczego doszli

śmy do takiej sumy, zaledwie w kilka 

dni...  - 

powiedział  w  końcu.  -  Nieźle,  jeszcze  kilka  takich 

posunięć i może się dogadamy. 

Wzi

ął bilet. Ginę zamurowało. 

 - Nawet nie chcesz negocjowa

ć? 

 - Poda

łem ci moją cenę, złotko. 

 -  Ale rynek nieruchomo

ści  nie  działa  w  ten  sposób.  I 

nigdy  nie  działał.  Już  pewnie  neandertalczycy  umieli  się 

targować i zapewne dochodzili do porozumienia. 

 - Nie czuj

ę się neandertalczykiem, choć podejrzewam, że 

chętnie polemizowałabyś na ten temat. A nawiasem mówiąc, 

kwota,  o  której  mówiłem,  jest  najniższa,  jaką  w  ogóle 

mógłbym  być  zainteresowany.  Więc  jeżeli  już  poruszamy 

kwestię ceny... 

 -  Chcesz negocjowa

ć,  czy  nadal  tylko  drażnisz  się  ze 

mną?  Gdybym  zaproponowała  tyle,  ile  żądałeś,  podniósłbyś 

cenę? 

 - By

ć może. Daj spokój, Gino. Zapomnij o tym budynku. 

Nie dostaniesz go. 

 -  Mo

że  i  nie,  ale  jedno  jest  pewne.  Jeśli  go  zniszczysz, 

pożałujesz, już ja się o to postaram. 

Musn

ął biletem jej policzek. 

 - 

Śmiało, przynajmniej będziesz miała zajęcie. 

background image

Gina przyby

ła  do  telewizji  wcześnie  i  czekała  w  małym 

pokoiku tuż obok studia. Starała się zająć myśli, przeglądając 

gazety, kiedy do pokoju weszła Carla. 

 -  Nie wiedzia

łam,  że  prowadzisz  dzisiejszy  program  - 

powiedziała Gina, oddychając z ulgą. 

 -  Nie prowadz

ę. Wpadłam tylko na chwilę coś załatwić. 

To  jest  show  Jasona,  rozluźnij  się,  a  wszystko  pójdzie 

świetnie. Przyniosłaś rekwizyty? To zawsze robi wrażenie. 

Gina wskaza

ła pudło na stoliku. 

 -  Mia

łam  nadzieję,  że  porozmawiam  z  gospodarzem 

programu jeszcze przed nagraniem o kwestiach, które 

chciałabym poruszyć. 

Carla pokr

ęciła głową. 

 -  Jason nigdy nie rozmawia z go

śćmi przed programem. 

Dzięki  temu  właśnie  rozmowa  w  studiu  jest  bardziej 
spontaniczna. 

 -  I bardziej zaskakuj

ąca  -  stwierdziła  ponuro  Gina.  - 

Szczególnie dla gościa. 

Carla u

śmiechnęła się. 

 -  Po prostu si

ę  nie  przejmuj  i  odpowiadaj  na  pytania. 

Powiedz  o  rzeczach,  które  przyniosłaś.  Naprawdę  robisz 

niesamowite wrażenie, kiedy opowiadasz o historii. 

Do pokoju zajrza

ła młoda kobieta. 

 - Pani Haskell? Jason jest gotowy. 
Ale ja nie, pomy

ślała  Gina  i  próbując  opanować  nerwy, 

weszła do studia. Przez chwilę była sama. Nagle otworzyły się 

drzwi  i  wszedł  energiczny,  młody  mężczyzna.  Zgrabnym 

ruchem przypiął sobie mikrofon, usiadł przy biurku i rozejrzał 

się. 

 -  Gdzie moje notatki?  -  krzykn

ął.  -  Kogo my tu dzisiaj 

mamy? 

background image

Gina pr

óbowała  się  nie  załamać.  On  nawet  nie  miał 

pojęcia, z kim będzie dzisiaj rozmawiał! To z pewnością nie 

wróżyło nic dobrego. 

Asystentka poda

ła mu notatki i znikła z planu. 

 - Dobry wiecz

ór, witam w programie „Co nowego?". Dziś 

wieczorem naszym gościem jest Gina Haskell z Towarzystwa 
Historycznego 

Hrabstwa  Kerrigan.  Będziemy  rozmawiać  o 

podjętej  przez  nią  akcji  ratowania  budynku  Tyler  -  Royale. 

Panno  Haskell,  proszę  nam  powiedzieć,  skąd  to 
zainteresowanie domem handlowym? 

Nie po to tu przysz

łam,  chciała  odpowiedzieć,  ale  się 

powstrzymała.  Przypomniała  sobie,  co  mówiła  Carla.  Ten 

facet wie, co robi i zna się na rzeczy. Może Tyler - Royale to 
tylko 

wstęp? 

 - Zawsze interesowa

ł mnie ten budynek. Sądzę, że każdy 

mieszkaniec Lakemont zna go i zachwyca się jego cudownym 

atrium z witrażową kopułą i mozaikową posadzką. 

 -  I ogromn

ą,  czerwoną,  inkrustowaną  różą  na  samym 

środku.  Spotkajmy  się  pod  różą  -  zacytował.  -  Zastanawiam 

się,  gdzie  będą  umawiali  się  mieszkańcy  Lakemont,  jeśli 

budynek zostanie zburzony. Czy „spotkajmy się przy skrzynce 

pocztowej na rogu" nie brzmi czarująco? 

Gina u

śmiechnęła się. 

 -  Tak, to brzmi prawie jak tytu

ł książki. „Spotkanie pod 

różą - wspomnienia z Tyler - Royale". 

Mia

ła  nadzieję,  że  Dez  ogląda  program.  Sama  myśl,  że 

mogłaby  powstać  książka  poświęcona  miejscu,  które  chciał 

zniszczyć, powinna go zelektryzować. 

 -  Niez

łe.  Powiedz,  Gino,  jakie  jest  twoje  najbardziej 

wyraziste wspo

mnienie związane z tą różą? Może spotkanie z 

matką na zakupach? 

To pytanie zbi

ło ją nieco z tropu. 

background image

 - Nie. - Wzi

ęła głęboki oddech i uśmiechnęła się. - Moje 

wspomnienie związane jest z randką. To było jeszcze w szkole 

średniej. 

Jason wpatrywa

ł się w nią z zainteresowaniem, co trochę 

ją peszyło. Na szczęście nie drążył tematu. 

 -  A jak dzia

łania  na  rzecz  ratowania  budynku?  Żałosne, 

chciała powiedzieć. 

 -  Spotka

łam  się  kilka  razy  z  panem  Kerriganem  i 

omawialiśmy różne projekty. 

 -  Rozumiem, 

że  jednym  z  nich  jest wykorzystanie 

budynku jako nowej siedziby muzeum. 

 - Tak, to jedna z wielu mo

żliwości, którą rozważaliśmy. - 

Miała  teraz  swoje  pięć  minut.  -  Muzeum  potrzebuje  więcej 

przestrzeni.  Musimy  zdecydować,  czy  przeniesiemy  się  do 

większego  budynku,  czy  też  powiększymy  obecną  siedzibę. 
Prosimy o wsparcie i dotacje na ten cel. 

 -  To bardzo cenna inicjatywa. Musisz mi przypomnie

ć, 

żebym i ja się dołożył, o kwocie porozmawiamy później. 

 - Z przyjemno

ścią. 

 - Sprawami muzeum zajmujesz si

ę już wiele lat, powiedz 

nam, 

dlaczego historia tak bardzo cię urzekła? 

Nareszcie poczu

ła się pewniej, znalazła się na znajomym 

gruncie. 

 -  W liceum moj

ą  nauczycielką  historii  była  Essie 

Kerrigan,  która  stworzyła  muzeum.  Uwielbiałam  słuchać 

opowieści o jej zbiorach. Weźmy na przykład ten pojemnik na 
ciasteczka.  - 

Ostrożnie  wyjęła  z  pudła  gliniane  naczynie.  - 

Essie  kupiła  go  w  sklepie  z  antykami  za  kilka  dolarów.  Po 

prostu spodobał się jej. Ale pojemnik miał niezwykły znak na 
spodzie.  - 

Pokazała go do kamery. - Essie starała się dociec, 

co on oznacza i okazało się, że jest to bardzo rzadki przykład 

jednego  z  pierwszych  naczyń  glinianych  wyrabianych  w 

Hrabstwie  Kerrigan.  Przyniosłam  też  eksponaty  z  okresu 

background image

prehistorycznego. Kamienną siekierę i grot strzały wykopane 
na naszych terenach. W zbiorach muzeum mamy du

żo takich 

znalezisk,  ale  niestety  brakuje  nam  miejsca,  żeby  je 

prezentować. W nowym budynku moglibyśmy urządzić stałą 

ekspozycję. 

 -  Musz

ę  przyznać,  że  nie  jestem  wielkim  fanem 

kamiennych siekier  - 

powiedział  Jason.  -  Czy masz jeszcze 

coś ciekawego w tym pudle? 

Gina wyci

ągnęła  karnecik  w  kolorze  kości  słoniowej  z 

małą różową wstążką. 

 -  To jest karnet z pierwszego balu, ma przesz

ło  sto  lat. 

Każda  panna  na  balu  miała  taki  zeszycik,  do  którego 

wpisywali się chłopcy, rezerwując tańce. Ten należał do matki 

Essie,  a  na  balu,  na  którym  go  miała,  poznała  swojego 

przyszłego męża. 

 -  Dzisiaj ch

łopcy  i  dziewczyny  poznają  się  zupełnie 

inaczej, nieprawdaż? - zauważył Jason z przekąsem. 

Gina u

śmiechnęła się. 

 -  Tak. Ale w tamtych czasach by

ło  znacznie ciekawiej. 

Matka Essie miała aż dwie przyzwoitki, które obserwowały ją 

w  tańcu.  Dodam  tylko,  że  ten  bal,  co  ciekawe,  odbył  się  w 

nowo oddanym budynku, którym był właśnie Tyler - Royale. 

Znaleźliśmy 

kilka 

fotografii 

tamtego 

okresu, 

przedstawiających  młode  panny  wchodzące  do  towarzystwa. 

Zdjęcia zostały zrobione w atrium, dokładnie pod różą. 

 -  To niesamowite. Zastanawiam si

ę,  dlaczego  taka 

wspaniała tradycja zaginęła. 

 - Mo

że dlatego, że potem otwarto tam centrum handlowe. 

Obecnie  trudno  sobie  wyobrazić  tańczące  tam  pary,  choć  to 

niezły  pomysł  i  może,  jeśli  pan  Kerrigan  się  zgodzi,  tak  się 
stanie. 

background image

 -  Zatem spytajmy go o zdanie. Postanowili

śmy poprosić 

pana Kerrigana, by w

łączył się do naszej dyskusji - powiedział 

Jason. 

Gina by

ła  zupełnie  zaskoczona.  Jestem  w  pułapce, 

pomyślała. Dlaczego Carla mnie nie ostrzegła? 

Do studia wszed

ł  Dez.  Przywitał  się  z  Jasonem.  Gina 

również podała mu rękę, a on zamiast potrząsnąć nią, podniósł 

ją do ust. 

Odruchowo zacisn

ęła dłoń w pięść. Musnął ustami każdą 

zaciśniętą kostkę i uśmiechnął się. 

 - Witaj, Gino. 
 -  Zaczynajmy  -  powiedzia

ł Jason. - Koniec formalności, 

możecie się rozejść do swoich narożników. Dez, co z balem? 

Czy odbędzie się on w Tyler - Royale, jak sugerowała Gina? 

 -  O to musisz spyta

ć  organizatorów  balu.  Albo  kogoś  z 

Tyler - 

Royale. Dopóki sklep nie zostanie zamknięty, nie mam 

nic do powiedzenia. 

 -  Ale ju

ż  niedługo  staniesz  się  pełnoprawnym 

właścicielem. Co wtedy? 

 -  Nie podj

ąłem  żadnej  decyzji.  Tak  jak  powiedziałem, 

jeszcze nie jestem właścicielem. 

 -  Kr

ążą  plotki,  że  zamierzasz  wybudować  wieżowiec  z 

apartamentami. 

 - Po mie

ście zawsze krążą jakieś plotki. Za wcześnie, aby 

mówić o konkretach. 

 - Ale zamierzasz zburzy

ć stary budynek? 

 - Powtarzam, nie podj

ąłem jeszcze żadnej decyzji. 

 -  Pomy

śl  jednak,  jakim  bohaterem  stałbyś  się  w  oczach 

wszystkich  mieszkańców,  jeśli  zachowałbyś  się  szlachetnie  i 

ocalił Tyler - Royale - dodała Gina. 

 - Ja? Raczej ty, to przecie

ż twój pomysł. Jason uśmiechał 

się. 

background image

 -  Ale ja my

ślę  przede  wszystkim  o  muzeum,  nie  o 

zaspokojeniu własnego ego! 

 -  W

łaśnie,  co  z  muzeum,  Dez  -  spytał  zadowolony  z 

sytuacji Jason. - 

Musisz być tym zainteresowany, w końcu to 

twoja babka je założyła? 

 - Moja cioteczna babka. Essie by

ła siostrą mojej babki. 

 -  C

óż się stało, że nagle tak doskonale orientujesz się w 

rodzinnych koligacjach? - 

spytała z ironią Gina. 

Dez pos

łał jej swój najbardziej czarujący uśmiech. 

 -  Wiem o Kerriganach sporo, ale zawsze z ch

ęcią 

posłucham tego, co ty o nich wiesz. - Zwrócił się do Jasona. - 

Oczywiście  że  chcę,  aby  muzeum  prosperowało  i  rozwijało 

się. Niestety, w obecnym miejscu nie ma za dużo przestrzeni i 

jasne jest, że należałoby je gdzieś przenieść. 

 - Do Tyler - Royale? - spyta

ł Jason. 

 -  Zdecyduje o tym zarz

ąd  muzeum,  nie  ja.  Ale  z 

przyjemnością poprę ten plan. 

Gin

ę zatkało. 

 - Co zrobisz? 
 - Kilka dni temu wspomina

łaś coś o jaccuzi - ciągnął Dez 

z dziwnym uśmiechem. - Jeśli wejdziemy tam razem, ofiaruję 
sto dolarów. 

 - Tylko sto dolar

ów? Taka kwota nie jest warta wysiłku. 

 - Sto dolar

ów za każdą minutę. 

 -  Co ty na to, Gino?  -  spyta

ł  Jason.  -  Możesz  w  prosty 

sposób zarobić duże pieniądze dla muzeum. 

No tak, Dez zap

ędził  ją  w  kozi  róg.  Teraz  nie  mogła 

odmówić. 

 - Zgoda. Kiedy si

ę spotykamy? 

 -  Proponuj

ę  piątkowy  wieczór,  o  ósmej  -  odpowiedział 

Dez. - W atrium. 

 - W Tyler - Royale? 
 - Tak, kochanie. Spotkanie pod r

óżą. 

background image

ROZDZIA

Ł ÓSMY 

Jason patrzy

ł  na  nich  z  otwartymi  ustami  i  czekał  na 

rozwój sytuacji. Gina pomyślała, że doskonale go rozumie. 

 - W skle - sklepie? - wyj

ąkała. Dez uniósł brwi i wyjaśnił: 

 -  To przecie

ż serce całej akcji. No, chyba że wolisz mój 

prywatny basen... Wiem, że czekałaś niecierpliwie, żebym cię 

tam  zaprosił.  Może  to  niezły  pomysł...  Moglibyśmy  w 

intymnej atmosferze porozmawiać o tym, co będzie najlepsze 
dla muzeum. 

Jego g

łos brzmiał niewinnie, ale nie zamierzała się na to 

nabrać. Skąd ta nagła troska o muzeum?! 

 -  Rozmawia

łem  już  z  zarządem  Tyler  -  Royale  - 

kontynuował.  -  Byli  zachwyceni.  Są  pewni,  że  taka  akcja 

reklamowa przyciągnie masę klientów. - Przerwał na chwilę i 

dodał  z  uśmiechem:  -  Dyrektor generalny  zaklinał  mnie, 

żebym cię przekonał. 

Gina nadal wpatrywa

ła  się  w  niego  zszokowana.  Nie 

potrafiła nic powiedzieć. Wtedy Dez uprzejmie przypomniał, 

że  to  ona  pierwsza  zaproponowała  takie  rozwiązanie  i  jeśli 

teraz się z niego wycofa, może w ogóle nie rozkręcać zbiórki 

pieniędzy, bo tylko się ośmieszy. 

Musia

ła  przyznać,  że  zastawił  na  nią  bardzo  sprytną 

pułapkę. Nie miała pojęcia, jak się z tego wywinąć. 

Zapewne zrobi

ł to specjalnie przed kamerami, aby nie dać 

jej zbyt wiele czasu do namysłu. 

 - W porz

ądku - odezwała się, z trudem wydobywając głos 

z gardła. - W piątek o ósmej w atrium. 

Jason wygl

ądał tak, jakby dopiero teraz odzyskał władzę 

nad swoją szczęką. 

 -  My

ślę, że właśnie nadałaś nowe znaczenie spotkaniom 

pod różą. Wspominałaś wcześniej, że matka Essie miała dwie 

przyzwoitki, kiedy szła na bal. Jestem pewien, że ty będziesz 

miała co najmniej sto razy tyle obserwatorów w czasie kąpieli. 

background image

Dzi

ęki, Jason, pomyślała, to na pewno doda mi otuchy. 

 - My

ślę, że powinnaś też wziąć coś w rodzaju karneciku - 

dorzu

cił  Dez  figlarnie.  -  Tylko  musi  to  być  całkiem  spory 

notes. Z pewnością będziesz miała mnóstwo chętnych. 

 -  Jak widzicie, nasz dzisiejszy program rzeczywi

ście 

obfitował w niespodzianki! - powiedział Jason, zwracając się 
do kamery.  - 

Zatem  do  piątku!  I  nie  martwcie  się,  jeśli  nie 

możecie  przyjść  do  Tyler  -  Royale o ósmej. Wystarczy 

włączyć  nasz  program,  będziemy  dla  was  komentować 

wszystko na żywo! 

W studio zgas

ła  czerwona  lampka  i  Jason  podszedł  do 

nich z uśmiechem. 

 - Dzi

ęki za świetne przedstawienie! 

Gina  zapad

ła  się  w  miękkim  krześle  i  zakryła  twarz 

dłońmi. Cicho jęknęła. 

 -  Chcesz 

łyk  wody?  -  spytał  Dez,  a  kiedy  nie 

odpowiadała,  dodał:  -  To  może  filiżankę  kawy?  Kieliszek 
wódki? 

 -  Nie! Marz

ę  tylko o  jednym. Chcę,  żebyś  zniknął  mi  z 

oczu. Na zawsze. 

Zachowywa

ł  się  tak,  jakby  nie  słyszał.  Przyglądał  się  ze 

zdumieniem niebieskiemu garnkowi, stojącemu na stole. -  

 -  Co widz

ę?!  Mój  stary  znajomy!  Mogę  go  obejrzeć? 

Gina machnęła ręką przyzwalająco. Garnek był cenny, ale 

nie ruszy

ła się, żeby podać go Dezowi. Obawiała się, że 

nie opanuje morderczego instynktu i rozbije naczynie na jego 

głowie. 

Dez obejrza

ł  garnek  z  sentymentalnym  uśmiechem,  po 

czym zapakował starannie do pudła i najwyraźniej zamierzał 

je nieść. 

 - Ja to wezm

ę - powiedziała Gina zdecydowanie. 

 - To 

żaden problem. Jak go tu dostarczyłaś? 

 - Zwyczajnie - przyjecha

ł taksówką. 

background image

 - Odwioz

ę was teraz na miejsce. 

 - Nie, dzi

ęki. 

 - Potraktuj to jako oryginalny datek na rzecz muzeum. 
Nie mia

ła  siły  dłużej  protestować.  Poza  tym  chciała 

porozmawiać jeszcze o kilku sprawach, a studio telewizyjne z 

mnóstwem  kamer  i  mikrofonów  nie  było  najlepszym 
miejscem ku temu. 

 - W porz

ądku, podrzuć mnie do domu. 

Dez otworzy

ł  jej  drzwi  samochodu  i  troskliwie  umieścił 

garnek za siedzeniem. Kiedy ruszyli, zapytała: 

 -  Dlaczego  wymy

śliłeś, żeby wstawić jaccuzi do Tyler - 

Royale? 

 -  To proste. Sklep 

świetnie  się  do  tego  nadaje  i  będzie 

miał  przy  okazji  niezłą  reklamę.  -  Zerknął  na  jej  minę  i 

zapytał: - Dlaczego podchodzisz do tego tak osobiście? Ludzie 
cz

ęsto kąpią się wspólnie i zwykle nic to nie znaczy. 

Teoretycznie mia

ł  rację.  Baseny  i  wodne  parki  rozrywki 

by

ły przecież pełne entuzjastów wodnych szaleństw i nie było 

w tym nic nieprzyzwoitego. 

Jedyne, co musz

ę  zrobić,  przekonywała  się  w  duchu,  to 

wytrzymać  jak  najdłużej  w  ciepłej  wodzie  z  miłymi 

bąbelkami.  Mogę  uprzyjemniać  sobie  czas  wymyślaniem 

okrutnych tortur dla Deza. A kiedy wreszcie wyjdę, muzeum 

będzie bogatsze o setki albo nawet tysiące dolarów. 

Ale to t

łumaczenie  wcale  jej  nie  uspokajało.  Jego 

propozycja od początku miała w sobie coś intymnego i żadne 

argumenty nie mogły tego zmienić. 

Chocia

ż  z  drugiej  strony  trudno  oczekiwać  intymnej 

atmosfery  i  niemoralnych  propozycji  w  obecności  tłumu 

gapiów, nieprawdaż? 

 -  A mo

że  Tyler  -  Royale  ci  nie  odpowiada?  Może  jest 

właśnie  zbyt  mało  kameralne?  -  rzucił  po  chwili  Dez.  - 

Wolałabyś bardziej intymną atmosferę? 

background image

Postanowi

ła zignorować tę uwagę. 

 -  Po prostu nie mam zwyczaju paradowa

ć  przed 

publicznością  w  kostiumie  kąpielowym.  A  swoją  drogą 

ciekawe, dlaczego zgodziłeś się na ten cyrk? 

 -  Powiedzia

łaś,  że  przyjmiesz  zaproszenie  do  wspólnej 

kąpieli  za  dziesięć  tysięcy  dolarów,  ale  nie  zaznaczyłaś,  że 

muszą  to  być  moje  pieniądze.  Postanowiłem  więc 

wykorzystać  okazję  i  skoro  Tyler  -  Royale  okazało  się 

zainteresowane... Poza tym byłem pewien, że nie przepuścisz 

żadnej okazji, by zarobić pieniądze dla muzeum. A skoro nie 

lubisz paradować w kostiumie, mam lepszy pomysł. Myślę, że 

zapłaciliby jeszcze więcej, gdybyś zgodziła się wystąpić nago! 

 - Chyba w twoich snach, Kerrigan! 
 -  Ej!  -  za

śmiał się. - Nie powinnaś tak szybko odrzucać 

mo

żliwości  podwojenia  stawki!  Dwieście  dolarów  za  minutę 

bez kostiumu to dobra oferta! 

Poniewa

ż  podjechali  właśnie  pod  jej  dom,  szybko 

otworzyła drzwiczki samochodu. 

 - Dzi

ęki, nie musisz mnie odprowadzać do drzwi. 

 -  Mo

że  nie  muszę,  ale  chcę  -  odpowiedział,  wysuwając 

się zza kierownicy. - Zostaw ten garnek, podrzucę ci go jutro 
w drodze do pracy. 

Kiedy szuka

ła  w  torebce  kluczy,  przysunął  się  bliżej  i 

zapytał: 

 -  No, jak? Jeste

ś  gotowa  na  drugą  lekcję?  Szczerze 

mówiąc, zamierzam z niej zwiać, pomyślała. 

 -  Czy

żbyś  miał  problemy  ze  znalezieniem  partnerki, 

której nie będziesz musiał udzielać lekcji? 

U

śmiechnął się i objął ją ramieniem. Następnie oparł się o 

barierkę werandy i odwrócił Ginę do siebie. 

Wpatrywa

ł  się  w  nią  z  takim  natężeniem,  że  poczuła 

dziwne  dreszcze  na  całym  ciele.  Powoli  przyciągał  ją  coraz 

background image

bliżej,  aż  poczuła  jego  oddech  na  skórze.  W  wieczornym 

chłodzie ciepło jego ciała działało niemal magnetycznie. 

Jego usta wolno pie

ściły  jej  policzek  i  nieuchronnie 

przesuwały  się  w  stronę  warg.  Zatrzepotała  nerwowo 

powiekami i chociaż z całych sił starała się zachować spokój i 

opanowanie, wątpiła, czy jej się uda. 

Zreszt

ą czuła, że gdzieś głęboko w środku rodzi się w niej 

przyzwolenie  na  ten  pocałunek.  Ostatkiem  sił  próbowała 

wyswobodzić się z jego ramion, ale nie dał jej żadnej szansy. 

Ca

łował  ją  długo  i  delikatnie,  dokładnie  i  bez  pośpiechu 

poznawał jej usta i smak języka. Pod wpływem jego czułego 
dotyku zapomnia

ła  o  oporze,  rozluźniła  się  i  czerpała 

przyjemność z tej pieszczoty. 

Poca

łunek  przeciągał  się  w  nieskończoność,  a  mimo  to 

ciągle nie miała dość. Kiedy w końcu Dez oderwał się od jej 

ust, niemal chciała zaprotestować. Na szczęście nie miała siły, 

by się odezwać. 

Dez powiedzia

ł cicho: 

 - Grzeczna dziewczynka, wida

ć, że odrobiłaś lekcję. 

Zanim zd

ążyła  odpowiedzieć,  drzwi  otworzyły  się  i 

pojawiła  się  w  nich  pani  Mason,  sąsiadka  z  dołu,  ubrana  w 

dziwny  strój  w  szkocką  kratę.  W  ręku  trzymała  druciany 

koszyk z symbolem miejscowej mleczarni, z którego sterczały 

pękate butelki. 

 -  Przepraszam  -  odezwa

ła się cierpko. - Stoicie akurat w 

miejscu przeznaczonym na butelki. 

Przesun

ęła  ich  zdecydowanym  ruchem  i  energicznie 

postawiła koszyk. 

Potem otaksowa

ła  ich  potępiającym  spojrzeniem  i  z 

trzaskiem zamknęła drzwi. 

 - Ona jest szalona - wyszepta

ła Gina, kiedy tylko kobieta 

znikła. - W tej dzielnicy od lat nikt nie rozwozi mleka. 

background image

 -  Naprawd

ę  myślisz,  że  chodziło  jej  o  mleko?  -  zaśmiał 

się  Dez.  -  Chodź  bliżej,  to  wyjaśnię  ci,  jaki  był  prawdziwy 
powód tej scenki. 

U

śmiechnęła się, ale nie zrobiła nawet kroku. Wpatrywała 

się w koszyk zostawiony przez panią Mason. 

 - Zapytam j

ą, czy nie zechciałaby podarować go naszemu 

muzeum. Nie mamy nic takiego w naszych zbiorach. 

 -  Niez

ły  sposób,  żeby  pokazać  facetowi,  gdzie  jego 

miejsce - 

mruknął Dez. - Zaraz za koszykiem na butelki. 

Westchn

ął  ciężko  i  zszedł  po  schodkach  werandy. 

Słyszała,  jak  pogwizduje,  idąc  do  samochodu,  i  zamyślona 

oparła się o barierkę. 

W zasadzie powinna podzi

ękować  pani  Mason.  Lekcja 

Deza tak ją pochłonęła, że jeszcze chwila, a zaprosiłaby go na 

górę na końcowy egzamin. 

A to by by

ło niewybaczalnie głupie. 

Ju

ż następnego dnia wszystkie media w mieście trąbiły o 

wielkiej akcji zbiórki pieniędzy dla muzeum. Gina stała przy 

kontuarze na dole, przeglądała z obawą gazety i zastanawiała 

się, jak dała się w to wciągnąć. 

Nagle w drzwiach pojawi

ła  się  Anne  Garrett.  Szybkim 

krokiem podeszła do kasy i spojrzała na Ginę z uznaniem. 

 - Nie dziwi

ę się, że nie znalazłaś czasu, żeby spotkać się 

ze  mną  i  omówić  kampanię  na  rzecz  muzeum.  Widzę,  że 

postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce! 

 -  Przepraszam ci

ę,  już  wiele  razy  miałam  do  ciebie 

zadzwonić, ale tyle się dzieje ostatnio! Mamy trzy razy więcej 

gości  niż  zwykle.  Ale  wciąż  bardzo  mi  zależy  na  naszym 

spotkaniu.  Nie  sądzę,  abym  wytrzymała  w  piątkowej  kąpieli 

aż tyle, żeby starczyło na wszystkie potrzeby muzeum. 

 - Dlaczego nie? - wymrucza

ła Anne. - To przecież czysta 

przyjemność  -  kąpiel  w  towarzystwie  przystojnego 

background image

mężczyzny.  ..  W  porządku,  żartowałam  -  dodała,  widząc 
gniewne spojrzenie Giny. 

 -  Zamiast kpi

ć,  podpowiedz  mi  lepiej,  jak  go 

przechytrzyć. Wymyśliłam, że wpuszczę do basenu mnóstwo 

płynu do kąpieli i może uda mi się ukryć w tej pianie. 

 -  Przykro mi, ale ten pomys

ł  nie  przejdzie.  Nie  możesz 

wla

ć płynu do kąpieli do jaccuzi, to zabronione. Podobno od 

tego  zatykają  się  dysze  i  całe  urządzenie  może  się  zepsuć. 

Trzeba wymyślić coś innego, właściwie jest pewien sposób... 

W tym momencie Gina us

łyszała  skrzypnięcie  drzwi. 

Zamachała  gwałtownie  rękoma,  dając  znak  Anne,  żeby 
natychmiast zamilk

ła. 

Dez wszed

ł  do  środka  i  postawił  przy  drzwiach  pudło  z 

garnkiem. 

 - Przepraszam, 

że nie odwiozłem go rano, jak obiecałem, 

ale byłem bardzo zajęty. 

 - Nic si

ę nie stało, ważne, że dotarł cały. 

 -  Mam nadziej

ę,  nie  zaglądałem  do  środka.  Chyba  wam 

przeszko

dziłem...  To  dziwne,  ale  zawsze,  kiedy  widzę  was 

razem, ogarniają mnie niepokojące podejrzenia... 

 - Daj spokój - 

zaśmiała się Anne. - Wpadłam na chwilę po 

kilka biletów na festyn. Chcemy je rozlosować wśród naszych 
czytelników. 

Gina przygotowa

ła  plik  biletów  i  podała  Anne 

pokwitowanie  do  wypełnienia.  Anne  nabazgrała  coś  na  dole 

strony i rzuciła pospiesznie: 

 -  Wype

łnij  za  mnie  resztę.  Muszę  już  lecieć!  Wrzuciła 

bilety do torby, pożegnała się i wyszła. 

Gina zagryz

ła  wargi  niezadowolona,  że  nie  zdążyła 

wyciągnąć  od  Anne  tego,  co  ją  najbardziej  interesowało. 

Trudno,  może  jeszcze  zdoła  się  dowiedzieć,  o  jaki  sposób 

chodziło. 

background image

 -  Czy ty te

ż weźmiesz kilka biletów? - zapytała Deza. - 

Mógłbyś je rozprowadzić wśród swoich pracowników. 

 -  Dzi

ęki,  ale  myślę,  że  jeśli  chodzi o wsparcie dla 

muzeum, zrobiłem już swoje. Kupiłaś nowy kostium? 

Spojrza

ła na niego zaskoczona. 

 - Sk

ąd wiesz...? 

 - Bo 

żadna kobieta nie weszłaby publicznie do jaccuzi w 

starym - 

odpowiedział z uśmiechem. 

Przechyli

ł się nad blatem i nieoczekiwanie pocałował ją w 

usta. 

 - To by

ła trzecia lekcja? - spytała spokojnie. 

 -  Sk

ąd, nie mamy teraz czasu na naukę. To tylko szybki 

sprawdzian, mała powtórka materiału. 

U

śmiechnął się figlarnie i wyszedł. 

Patrzy

ła  za  nim  przez  chwilę,  po  czym  sięgnęła  po 

formularz zostawiony przez Anne. Ku swemu zaskoczeniu 

zamiast  podpisu  na  dole  kartki  zobaczyła  dwa  słowa  - 

rozwiązanie jej obaw i wątpliwości. 

Doskona

łe rozwiązanie. 

 - Eleanor! - zawo

łała podniecona. - Możesz mnie zastąpić 

na chwilę? Muszę skoczyć do sklepu! 

Taks

ówkarz,  który  wiózł  ją  w  piątkowy  wieczór  do 

centrum,  spoglądał  podejrzanym  wzrokiem  na  trzy  wielkie 

worki, które wpakowała do samochodu. 

 -  Wioz

łem  kiedyś  klauna  na  przyjęcie  do  jakiegoś 

dzieciaka. Miał chyba z setkę balonów. Ledwie się wszystkie 

pomieściły,  niektóre  wystawały  przez  okno.  A  jeden  mój 

kumpel  opowiadał,  że  wsiadł  do  niego  facet  z  ciężkimi 

workami  i  kazał  się  zawieźć  do  portu.  Utopił  tam  wszystkie 

worki.  Potem  okazało  się,  że  było  w  nich  poćwiartowane 

ciało. Tak, tak, czasem człowiek sam nie wie, co przewozi - 

dodał w zadumie. 

Gina spojrza

ła na niego z niesmakiem. 

background image

 -  Ale to jest za ci

ężkie na balony, a za lekkie na ciało - 

zaśmiał się zadowolony z dowcipu. 

 -  Gratuluj

ę!  Jest  pan  prawdziwym  mistrzem  dedukcji  - 

odparła cierpko. 

 - To co pani tam ma? 
 -  Nie mog

ę zepsuć panu dobrej zabawy. Pana spekulacje 

są dużo atrakcyjniejsze niż zawartość tych worków. Jesteśmy 

już prawie na miejscu, proszę się zatrzymać przed głównymi 
drzwiami. 

Przed wej

ściem stały już wozy transmisyjne dwóch stacji 

telewizyjny

ch, ale ku zdziwieniu Giny nie widać było żadnych 

gapiów. 

Zap

łaciła taksówkarzowi i dodała litościwie: 

 -  Je

śli  chce  pan  się  dowiedzieć,  co  jest  w  tych  torbach, 

proszę oglądać dziś ostatnie wiadomości. 

 -  A! Poznaj

ę!  Pani  jest  od  tej  akcji  na  rzecz  muzeum! 

Jeżdżę  całą  noc,  ale  mówiłem  żonie,  żeby  mi  wszystko 

nagrała. Obejrzę, jak wrócę. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  się  pan  nie  rozczaruje  -  mruknęła 

Gina i wysiadła z samochodu. 

Wesz

ła do holu i znów zdziwił ją brak widzów. Zaczynała 

odczuwać  lekkie  rozczarowanie.  Po  co  tyle  starań  i 

poświęcenia,  jeśli  nikogo  to  nie  interesuje?  To  miała  być 

przede wszystkim świetna kampania reklamowa dla muzeum, 

ale jeśli nikt nie chce tego oglądać, cała akcja nie ma sensu! 

Przesz

ła do atrium i stanęła zszokowana. Kłębił się tu taki 

tłum ludzi, że nie można było wcisnąć nawet szpilki. Wszyscy 

kręcili  się  w  poszukiwaniu  najlepszego  punktu  widokowego, 

nawet balkony wypełnione były ciekawskimi. 

Z trudem przeciska

ła się pomiędzy zbitym tłumem, aż w 

ko

ńcu dotarła do środka. W samym centrum, wprost pod różą, 

zainstalowana  została  wielka  wanna  wypełniona  wodą  z 

syczącymi wesoło bąbelkami. 

background image

Gina patrzy

ła  lekko  przerażona.  Nigdy  jeszcze  nie 

widziała tak wielkiej wanny, wyglądała w zasadzie jak mały 
basen. 

C

óż,  miała  jedynie  cichą  nadzieję,  że  trzy  worki  jakoś 

wystarczą. 

Dez kr

ęcił się wśród tłumu, rozmawiał z dziennikarzami, 

ustalał szczegóły z obsługą i nie widział, kiedy Gina pojawiła 

się w atrium. Ale nagle dało się zauważyć poruszenie wśród 

ludzi,  zgiełk  na  chwilę  przycichł,  a  potem  wybuchnął  ze 

zdwojoną siłą. 

Dez sko

ńczył  rozmowę  i  przecisnął  się  do  centrum 

wydarzeń. To, co zobaczył, wprawiło go w lekki szok. 

Na 

środku  stała  Gina  w  czymś  na  kształt  obszernego 

szlafroka  i  wydawała  się  niezwykle  z  siebie  zadowolona. 

Obok niej leżały trzy wielkie puste worki, a wanna... 

Musia

ł  przetrzeć  oczy,  żeby  się  upewnić,  że  to  nie 

halucynacje. 

Wanna wype

łniona  była  mnóstwem  kolorowych 

plastikowych  zabawek.  Kłębiły  się  wszędzie,  szczelnie 

wypełniały  całą  powierzchnię  i  podskakiwały  razem  z 

bąbelkami. 

Przed oczami mia

ł dziesiątki kaczek - zielone, czerwone, 

niebieskie i zwykłe żółte kaczuszki z czerwonymi dziobkami. 

Między  nimi  pływały  piszczące  krokodyle,  delfiny, 

ośmiornice  i  wieloryby,  o  brzeg  wanny  obijał  się  jakiś 
nienaturalnie fioletowy krab. Ale to nie wszystko. Na falach 

kołysały  się  dmuchane  łódki,  żaglówki,  statki  wojskowe,  a 

nawet łódź podwodna. 

Dez patrzy

ł zaskoczony, w końcu wyjąkał: 

 - Nie

źle. Widzę, że wytoczyłaś ciężką broń. 

 -  Po prostu przej

ęłam  twój  sposób  myślenia,  Dez.  To 

rzeczywiście byłaby głupota siedzieć tu za sto dolarów, kiedy 

mogę zarobić dwieście. - Uśmiechnęła się czarująco i zrzuciła 

background image

okrycie.  Pod  spodem  miała  jaskraworóżowy  kostium 

kąpielowy. 

Przemkn

ęło  mu  przez  głowę,  że  kolorystycznie  świetnie 

pasuje  do  całej  tej  menażerii,  ale  zaraz  potem  uświadomił 

sobie, co właśnie usłyszał. Chciała dostać dwieście dolarów za 

minutę, więc... 

 -  Wskakuj zatem do wanny i podaj mi kostium  -  rzuci

ł, 

nie wierząc, że zdecyduje się na to. 

Gina zgrabnie wesz

ła  do  wody,  co  wywołało  niemałe 

poruszenie zaró

wno  wśród  zgromadzonej  publiczności,  jak  i 

wśród gumowych zwierzątek. 

Z trudem rozgarn

ęła  nieco  zabawki  i  usadowiła  się 

pomiędzy  nimi.  Następnie,  przy  niemałym  aplauzie  gapiów, 

zaczęła  zdejmować  kostium.  Widać  było,  że  nie  idzie  jej  to 
zbyt sprawnie. Zwier

zątka  szczelnie  wypełniały  wannę  i 

utrudniały swobodę ruchów. 

Po chwili jednak spo

śród zabawek wynurzyło się smukłe 

ramię,  na  końcu  którego  zwisał  różowy  biustonosz.  Tłum 

zareagował głośnymi brawami. 

Dez wyci

ągnął  rękę  i  złapał  ramiączko  stanika.  Chociaż 

t

rzymał w ręku niezbity dowód, wciąż nie mógł uwierzyć, że 

naprawdę to zrobiła. 

 -  My

ślę,  że  to  wystarczy  -  odezwał  się,  z  trudem 

wydobywając głos z wysuszonego gardła. - Udowodniłaś, że 

dla muzeum gotowa jesteś na daleko idące poświęcenie. 

Spojrza

ła na niego z miną niewiniątka. 

 -  Ale to nie znaczy, 

że  chcesz  się  wycofać  ze  swojej 

oferty?  Boję  się,  że  potem  powiesz,  że  płacisz  tylko  sto 

pięćdziesiąt,  bo  zatrzymałam  się  w  pół  drogi.  Jeśli  tak,  to 

lepiej oddam ci też drugą część kostiumu... 

Pokr

ęcił głową z niedowierzaniem. 

background image

 -  Masz chyba wystarczaj

ąco  dużo  świadków.  Dwieście 

dolarów za minutę, począwszy od teraz. - Zerknął na zegar i 

powiedział: - Ósma dwanaście, startujemy! 

Zanurzy

ła  się  głębiej,  tak  że  znad  stada  kaczuszek 

wystawała jej tylko głowa, i zerknęła na niego figlarnie. 

 - Dlaczego nie wchodzisz? Woda jest wspania

ła! 

W jej oczach b

łyszczały małe chochliki. Wyraźnie chciała 

się  zabawić  jego  kosztem,  a  na  to  Dez  nie  miał  szczególnej 
ochoty. 

Ci

ągle  trzymając  jej  biustonosz,  podniósł  rękę  do  góry, 

zakręcił nim kilka razy w powietrzu i zawołał: 

 -  Poniewa

ż  Gina  nie  będzie  już  tego  potrzebowała, 

proponuję  zlicytować  go  na  rzecz  muzeum!  Kto  kupi  mało 

używany, bardzo mokry biustonosz... ? 

Zignorowa

ł  głośny  protest  dobiegający  z  wanny  i  z 

zapałem  prowadził  licytację.  Po  zaciętej  walce, właścicielem 

atrakcyjnej  części  kostiumu  Giny  stał  się  jeden  z  członków 

ekipy telewizyjnej, płacąc trzysta dolarów. 

Dez zako

ńczył  zabawę  i  rozebrał  się  przy  głośnej 

aprobacie żeńskiej części widowni. 

Wskoczy

ł do wanny, powodując duże zamieszanie wśród 

kaczek,  usadowił  się  wygodnie  i  przez  chwilę  bawił  się, 

rozgrywając  bitwę  morską  między  holownikiem  a  łodzią 

podwodną.  Ostatecznie  holownik  został  zepchnięty  na  bok 
przez wielk

ą  ośmiornicę  i  bitwa  się  skończyła.  Dez  czuł  na 

ciele sk

aczące  bąbelki  i  mimo  tłumu  wokół,  powoli  się 

odprężał. 

Gdyby tylko nie by

ł  takim  idiotą  i  zamówił  mniejszą 

wannę... No trudno. 

Min

ęło dokładnie trzydzieści dziewięć minut, kiedy Gina 

powiedziała: 

 - Mam dosy

ć, jestem zupełnie ugotowana. 

background image

Du

ża  część  gapiów  już  poszła,  ale  wokół  nadal  stało 

wystarczająco  wielu  najwytrwalszych,  aby  dodać  sytuacji 
sporo pikanterii. 

Dez spojrza

ł na nią zaskoczony. Rzeczywiście, była trochę 

zaróżowiona,  ale  nie  wiedział,  czy  to  na  skutek  kąpieli,  czy 
raczej z powodu perspektywy w

yjścia z wody. 

 -  Jak zamierzasz to zrobi

ć?  -  spytał  niewinnie.  -  Nie 

dosięgniesz do szlafroka. Ale jeśli grzecznie mnie poprosisz, 

wyjdę pierwszy i podam ci go. 

Rzuci

ła  mu  dziwne  spojrzenie,  rozłożyła  ręce  i,  ku  jego 

wielkiemu zaskoczeniu, odważnie wynurzyła się z wody. 

Zamruga

ł  oczami  i  spojrzał  na  nią  zdziwiony.  Miała  na 

sobie jaskraworóżowe bikini. Całe. 

 - Co to w

łaściwie... - wyjąkał. 

 - Dez, powiedzia

łeś, żebym weszła do wanny i podała ci 

mój kostium  - 

wyjaśniała  z  uśmiechem.  -  Nie  mówiłeś,  że 

musi t

o być ten, który mam na sobie. Tamten też był mój. 

 - Doskonale wiedzia

łaś, co miałem na myśli. 

 -  Naprawd

ę?  -  Spoglądała  na  niego  niewinnie  i  miał 

ochotę  ją  utopić.  -  Wolałam  nie  wnikać,  jakie  brudne  myśli 

krążą ci po głowie. Muszę przyznać, że cała akcja była nieco 

trudniejsza, niż myślałam. Niełatwo było znaleźć dwa kawałki 
materia

łu wśród tych wszystkich zabawek. Swoją drogą, druga 

część nadal gdzieś tam pływa... 

M

ówiła coś jeszcze, ale nie słuchał, wpatrzony w okolice 

jej  brzucha.  Podążyła  za  jego  wzrokiem  i  nagle  zamilkła 
zaskoczona. 

Ca

łe  jej  ciało  miało  dziwny  niebieskawy  odcień, 

gdzieniegdzie  bardziej  intensywny,  ozdobiony  rozległymi, 
sinymi smugami. 

Dez wypu

ścił  kaczkę,  którą  trzymał  w  ręku  i  podniósł 

dłoń. Była niebieska. 

background image

 -  Zdaje si

ę, że nie wszystkie te zabawki są przeznaczone 

do kąpieli. 

 - Zabrak

ło już pływających kaczek, więc dokupiłam kilka 

innych  w  sklepikach  z  pamiątkami  -  potwierdziła  z 

niewyraźną miną, oglądając swoje ramiona. 

 -  To wiele wyja

śnia  -  mruknął.  -  Chodźmy  stąd,  zanim 

całkiem zsiniejemy. 

background image

ROZDZIA

Ł DZIEWIĄTY 

Nast

ępnego  ranka  w  muzeum  pojawiali  się  kolejno 

wszyscy wolontariusze. Również ci, których Gina nie widziała 

już od tygodni. Podawali różne powody, ale wiedziała swoje - 

przyszli sprawdzić, czy nadal jest niebieska. 

Szczerze  m

ówiąc,  wczoraj  wieczorem  sama  straciła 

nadzieję,  że  odzyska  kiedyś  naturalną  barwę.  Nie  miała 

pojęcia, czym farbują te kaczki, ale bez wątpienia środek był 

solidny.  Usunęła  go  wreszcie,  trąc  intensywnie  całe  ciało 
kremem do peelingu. 

Wydawa

ła  właśnie  ostatnie bilety na festyn, kiedy w 

drzwiach stanął Dez. 

 - Wygl

ądasz normalnie - powitała go z uśmiechem. 

 -  Jako

ś to z siebie zmyłem, choć już myślałem, że będę 

musiał  oddać  się  do  pralni.  Przyniosłem  czek  z  datkiem  na 
muzeum. 

 - Dwie

ście dolarów za minutę? - spytała twardo. 

 - Zgodnie z umow

ą. - Wyciągnął czek, ale nadal trzymał 

go  poza  jej  zasięgiem.  -  Nie  potrąciłem  nawet  za  podstępny 
numer z bikini. 

 - W zasadzie powiniene

ś mi za niego dopłacić. Zostałam 

z bezużytecznym fragmentem kostiumu. 

 -  Potraktuj go  jako cz

ęść zapasową - doradził, wręczając 

jej czek. 

Spojrza

ła  z  wyraźnym  zadowoleniem  i  zamachała 

papierem z satysfakcją. 

 - Dzi

ęki. Dez, chętnie bym z tobą pogawędziła, ale mam 

dzisiaj dużo pracy. 

 -  Rozumiem, ju

ż  idę.  -  Przy  drzwiach  zatrzymał  się  i 

pat

rząc  na  pudło,  dodał:  -  Widzę,  że  odstawiłaś  już  garnek 

Essie na miejsce. 

 -  Sk

ąd,  od  kiedy  go  przywiozłeś,  nie  miałam  czasu  się 

tym zająć. - Podeszła szybko i zajrzała do środka. Wszystkie 

background image

inne  drobiazgi,  które  miała  ze  sobą  w  studiu  telewizyjnym, 

tkwiły  na  miejscu,  brakowało  tylko  garnka.  -  Dziwne, 

zawołam Eleanor, może ona go zabrała? 

Ale Eleanor twierdzi

ła,  że  nie  dotykała  garnka.  Zaczęli 

przeszukiwać każdy kąt muzeum. Bez rezultatu. Wyglądało na 

to, że stary garnek Essie wyparował. 

Gina by

ła  tak  zdenerwowana,  że  nie  potrafiła  nawet 

spokojnie  myśleć.  W  zasadzie  to,  w  jaki  sposób  doszło  do 

kradzieży,  było  bez  znaczenia.  W  każdym  przypadku 

obciążało to jej sumienie. 

Usiad

ła załamana na schodach i z trudem powstrzymywała 

łzy. 

 - To moja wina. - Westchn

ęła ciężko. 

Dez przysiad

ł  koło  niej  i  delikatnie  pogładził  ją  po 

ramieniu, próbując pocieszyć. 

 -  Ja te

ż  mam  sobie  sporo  do  zarzucenia.  Mogłem 

przywieźć ci go rano, tak jak prosiłaś, a nie później, kiedy w 

muzeum jest największy ruch. 

 -  Nie, nie. To ja jestem za wszystko odpowiedzialna. 

Zostawi

łam skrzynię tutaj, i to był błąd. 

Przypomnia

ło  się  jej,  dlaczego  nie  zajęła  się  od  razu 

rozpakowaniem pud

ła i zwiesiła głowę w poczuciu winy. Nie 

znalazła na to czasu, bo pobiegła kupować kolorowe gumowe 
kaczuszki. 

Przez jej zabawy w jaccuzi stracili cenny garnek Essie. 
 -  Powinnam by

ła  od  razu  odstawić  go  na  miejsce  - 

odezwała się ze smutkiem. 

 -  Nie oskar

żaj się. Jeśli ktoś miał zamiar ukraść garnek, 

równie dobrze mógł go zabrać z góry. 

 - Dzi

ęki, to mnie podnosi na duchu. Dobrze wiem, że nie 

mamy  tu  dostatecznej  ochrony.  Dlatego  między  innymi 

powinniśmy się stąd wynieść. 

background image

 - To akurat prawda. Ka

żdy zwiedzający może was okraść, 

jeśli  tylko  przyjdzie  mu  to  do  głowy.  -  Dez  podniósł  się  i 

wyciągnął  rękę.  -  Wstawaj,  chodźmy  na  górę  do  twojego 
biura. 

 -  Czemu nie?  -  mrukn

ęła  Gina.  -  Tu  nie  ma  już  nic,  co 

można by wynieść. 

 -  Przesta

ń! Nawet jeżeli straciliście jeden z eksponatów, 

nadal macie ich całe mnóstwo. 

 -  Nic nie rozumiesz. Ten by

ł  wyjątkowy  -  powiedziała 

ponuro. 

 - Dla kogo? Dla Essie czy dla ciebie? 
 -  Dla nas obu  -  odpar

ła,  wchodząc  ciężko  po  schodach. 

Na półpiętrze obejrzała się i zobaczyła, że Dez idzie tuż za nią 

z  pochyloną  głową.  Nagle  zaczęły  się  w  niej  rodzić  pewne 

podejrzenia.  Uświadomiła  sobie,  że  ostatni  raz  widziała 

garnek  wieczorem  po  programie  telewizyjnym.  Następnego 

dnia,  kiedy  Dez  odwiózł  jej  pudło,  była  tak  zaaferowana,  ze 

nie sprawdziła, czy niczego w nim nie brakuje... 

To nonsens, skarci

ła się w duchu. Dlaczego właściwie Dez 

mia

łby zabierać stary garnek? Sentymentalne wspomnienia z 

dzieciństwa  to  nie  jest  wystarczający  powód,  żeby  dorosły 

mężczyzna  popełniał  przestępstwo.  Poza  tym  nie  mógł 

przecież przewidzieć, że ona nie rozpakuje pudła natychmiast 
po odebraniu. 

Nie, Dez tego na pewno nie zrobi

ł, po prostu jej nieczyste 

sumienie chciało szybko znaleźć winnego. Kogokolwiek, byle 

nie ją. 

To odkrycie dodatkowo j

ą  przygnębiło.  Próbowała 

panować  nad  sobą,  ale  emocje  były  silniejsze,  długo 

powstrzymywane łzy trysnęły z oczu. 

Dez 

ścisnął  ją  pocieszająco  za  ramię,  ale  to  wywołało 

tylko kolejną falę łez. Wyciągnął więc z kieszeni chusteczkę i 

podał Ginie. 

background image

 - Naprawimy to jako

ś, kochanie. 

 -  Tego si

ę  nie  da  naprawić,  nie  rozumiesz?  Nie  chodzi 

tylko  o  garnek!  Miałam  strzec  zbiorów  Essie  i  czuwać  nad 

muzeum.  Chciałam,  żeby  żyło,  rozwijało  się!  Tymczasem 

bezmyślnie tracę jej dorobek! 

 - Rozwijasz muzeum, Gino. Essie by

łaby z ciebie dumna. 

Uspokój się trochę i porozmawiamy o twojej propozycji. 

 - Chcesz wymieni

ć Tyler - Royale na ten dom? - spytała, 

szybko osuszając oczy. 

 -  Rozwa

żam  to.  Myślę,  że  moglibyśmy  dojść  do 

porozumienia. 

Patrzy

ła  na  niego  zaskoczona,  ale  natychmiast  znowu 

wybuchła płaczem. 

 - Dobrze wiesz, 

że nie możemy sobie pozwolić na tamten 

budynek. Nieraz mi to powtarzałeś! Dlaczego teraz robisz mi 
nadzi

eję? 

 -  Gino! Przesta

ń  płakać  i  pomyślmy  nad  jakimś 

rozwiązaniem, dobrze? 

Kiwn

ęła głową, ale nadal nie mogła się uspokoić. O co mu 

chodzi?  Wiedziała,  że  z  jego  punktu  widzenia,  to  wcale  nie 

był  korzystny  interes.  Dlaczego  nagle  zapragnął  mieć  stary 
dom? Cz

yżby  człowiek,  który  do  tej  pory  bez  skrupułów 

burzył wszystko, co stanęło na drodze jego wieżowcom, aż tak 

się  zmienił,  że  zaczął  doceniać  wartość  starej  rodzinnej 

posiadłości? 

To by

łaby najdziwniejsza rzecz. 

Ale przecie

ż  od  pierwszej  chwili,  kiedy  go  spotkała, 

wiedziała, że jest niezwykły. Zawsze był inny, nadzwyczajny. 

Nic dziwnego, 

że się w nim zakochała. 

Och, nie, j

ęknęła  w  duchu,  to  byłaby  najgłupsza  rzecz, 

ja

ką w życiu zrobiłaś! 

Weszli do biura, usiedli przy biurku i Gina ci

ężko oparła 

głowę  na  rękach.  Dez  bawił  się  tymczasem  zardzewiałym 

background image

kilofem  górniczym,  który  z  niewiadomych  powodów  leżał 

wśród dokumentów. 

W ko

ńcu  się  uspokoiła  i  spojrzała  na  niego  nieco 

nieprzytomnie. 

Nie mia

ł pojęcia, że kwestia starego garnka będzie dla niej 

tak  ważna.  Wyglądała  na  zupełnie  wyprowadzoną  z 

równowagi.  Szkoda,  bo  chciał  jej  dziś  przedstawić  swoją 

ofertę. 

Rozwa

żał wszystko przez chwilę, wreszcie uznał, że jeden 

siary garnek nie powinien zmieniać jego planów. 

 -  Obiecuj

ę,  że  dostaniesz  odpowiedni  budynek  - 

powiedział, patrząc na nią uważnie. 

 - Ale nie Tyler - Royale!? - wykrzykn

ęła. 

 -  Gino, na lito

ść  boską,  nie  wrzeszcz  na  mnie!  Właśnie 

proponuję ci niezwykle korzystną wymianę. 

 -  Je

śli  ciągle  masz  na  myśli  kościół  św.  Franciszka,  to 

wiedz, że on nie wchodzi w rachubę! 

Wida

ć było, że powoli wraca do siebie. 

 - Nie, sam doszed

łem do tego wniosku - potwierdził Dez i 

wyciągnął rękę. - To co, ubijemy interes? 

 - 

Żartujesz  sobie?!  Nie  wiedząc,  co  dostanę  w  zamian? 

Westchnął ciężko. 

 - Gino, w tym mie

ście nie brakuje ciekawych budynków. 

Mogę ci znaleźć coś atrakcyjnego nad jeziorem... 

 - By

ć' może... - zgodziła się ostrożnie. - Ale nie wymienię 

domu Essie na kota w worku. 

 - Gwarantuj

ę ci, że każda moja oferta będzie lepsza niż to, 

co masz teraz!  - 

ciągnął  lekko  zirytowany  Dez.  -  Ale w 

porządku, skoro się upierasz, znajdę jakiś budynek i jeśli go 
zaakceptujesz, dobijemy targu. 

Podni

ósł się gwałtownie i wyszedł z pokoju, nie czekając 

na odpowiedź. W zasadzie nie interesowało go, co miałaby mu 

background image

do  powiedzenia.  Ważne  było  tylko  jedno  -  musiał  odzyskać 

dom Essie. Obojętne jakim kosztem. 

Gina nie do ko

ńca wiedziała, jak przebiegła jej rozmowa z 

Dezem.  Ciągle  była  zszokowana  swoim  odkryciem  i  jedyne, 

na czym potrafiła się skupić, to rozważanie, jak mogła być aż 

taką idiotką, żeby zakochać się w Dezie Kerriganie. 

Nigdy nie podejrzewa

ła  nawet,  że  coś  takiego  może 

nastąpić. Od pierwszej chwili ich stosunki były tak napięte, że 

wydawało  się  niemożliwe,  aby  mogły  przerodzić  się  w  coś 
innego. Nie zachowywa

ła  najmniejszej  ostrożności,  bo  do 

głowy  jej  nie  przyszło,  że  może  się  zakochać  w  kimś  tak 

różnym od niej samej. 

Owszem, Dez by

ł  atrakcyjnym mężczyzną  i  może  nawet 

zaświtałaby  jej  myśl  o  flircie  z  nim,  ale  zakochać  się  to 

zupełnie  inna  historia.  Gdyby  ktokolwiek  zasugerował  jej 

chociaż podobną możliwość, wybuchłaby śmiechem i uznała, 

że to zupełny nonsens. 

Ale w

łaśnie tak się stało. 

Dez nieoczekiwanie zaw

ładnął  jej  sercem,  bo  okazał  się 

zupełnie  inny,  niż  początkowo  sądziła.  Nie  był  bezdusznym 

biznesmenem nastawionym tylko na zyski. Miała wrażenie, że 

powrót  do  starego  domu  Essie  okazało  się  w  jakimś  sensie 

punktem zwrotnym w jego życiu - obudziły się w nim uczucia, 

o które pewnie sam siebie nie podejrzewał. 

I co teraz? Jakiekolwiek tego typu relacje mi

ędzy nimi nie 

wchodziły w grę. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale 

nie miała pojęcia, co powinna zrobić. 

Mia

ła jedynie nadzieję, że potrafi ukryć emocje i Dez nie 

domyśli się, co do niego czuje. 

Swoj

ą drogą ciekawe, jak by zareagował, gdyby podczas 

najbliższego  spotkania,  przerywając  nagle  rozmowę  o 

interesach,  położyła  mu  rękę  na  ramieniu  i  nie  zmieniając 

tonu, powiedziała: 

background image

 - A przy okazji, Dez, kocham ci

ę. 

Ta wizja nawet dla niej by

ła co najmniej szalona. Pewnie 

by zbladł, a w najgorszym razie wrzasnął dziko i uciekł. I nie 

powinna  się  dziwić.  Sama  jeszcze  wczoraj  zareagowałaby 

podobnie, gdyby usłyszała takie wyznanie z jego ust. 

Niestety, wiedzia

ła, że niewielu rzeczy w życiu może być 

tak pewna, jak tego, 

że  Dez  nigdy  jej  czegoś  takiego  nie 

wyzna. 

Wioska historyczna t

ętniła życiem. Gina przechadzała się 

między  straganami  i  cieszyła  się  zainteresowaniem,  jakie 

akcja  wywołała  wśród  mieszkańców  Lakemont.  Jej 

współpracownicy  poubierani  w  barwne  kostiumy  udawali 

mieszkańców  miasteczka  sprzed  wieków,  prezentowali 

gościom  dawno  zapomniane  umiejętności,  wokół  biegały 

rozentuzjazmowane dzieciaki i widać było, że pomysł okazał 

się strzałem w dziesiątkę. 

Szkoda tylko, pomy

ślała,  że  nikt  nie  zaproponował 

Dezowi,  aby  przebrał  się  za  Desmonda  Kerrigana. 

Wyglądałby  tak  naturalnie,  witając  gości  w  bramie. O ile 

oczywiście zgodziłby się na tę zabawę. 

Gina nie widzia

ła go od dnia, w którym odkryła zniknięcie 

garnka.  Zaraz  potem  zniknął  też  Dez  i  nie  dał  jej  szansy  na 

udawanie, że jest pełna dystansu i obojętna na jego urok. 

Wmawia

ła  sobie,  że  jej  uczucie  to  pomyłka,  efekt 

chwilowego  zaćmienia  umysłu,  ale  nadaremnie.  Nawet 

nieobecność  Deza  jej  nie  pomogła.  Brakowało jej  jego  kpin, 

lekcji  całowania,  nawet  bezceremonialnych  metod 

przekonywania, żeby zmieniła zdanie w wielu kwestiach. 

Nie ma co ukrywa

ć, tęskniła za nim. 

Mia

ła  nadzieję,  że  przyjdzie  na  jarmark.  W  końcu  kupił 

bilet. Ale kiedy nadchodził zmierzch, a jego ciągle nie było, 

musiała pogodzić się z myślą, że go nie zobaczy. 

background image

Pr

óbowała  go  usprawiedliwić,  tłumacząc  sobie,  że  być 

może  nie  miał  czasu,  bo  szukał  odpowiedniego  budynku  dla 

niej,  ale  sama  w  to  nie  wierzyła.  Zaczęła  się  obawiać,  że  w 
jaki

ś sposób odgadł, co do niego czuje, i to jest przyczyną jego 

nieobecności. 

Mo

że chciał utrzymać między nimi dystans, bo wiedział, 

że nie jest w stanie odwzajemnić jej uczuć. Krępowało go to i 

postanowił chronić się przed niechcianymi awansami. 

Stan

ęła  w  kolejce  po  lody  domowej  roboty  i  w 

międzyczasie próbowała oglądać koronki i drewniane ozdoby 
wykonywane przez okolicznych twórców, ale na niczym nie 

potrafiła  się  skupić.  Z  niechęcią  przyznała,  że  wszystkie  te 

rzeczy byłyby dużo bardziej interesujące, gdyby Dez oglądał 

je razem z nią. 

Wiedzia

ła,  że  to  głupie.  Powinna  raz  na  zawsze  z  tym 

skończyć.  Nie  widziała  go  już  kilka  dni  i  być  może  nie 

zobaczy  jeszcze  długo,  więc  powinna  wykorzystać  ten  czas, 

żeby  o  nim  zapomnieć.  Nawet  jeśli  wydaje  się  to  prawie 

niemożliwe. 

Nadesz

ła  wreszcie  jej  kolej.  Stanęła  na  prowizorycznym 

podeście i powiedziała: 

 - Poprosz

ę truskawkowe, o ile jeszcze są. 

 -  Dwa razy  -  us

łyszała  z  tyłu  głos  Deza. Zaskoczona 

odwróciła się i zanim zdążyła się powstrzymać, wykrzyknęła: 

 - Jednak jeste

ś! Przyszedłeś! 

Przez chwil

ę patrzył jej w oczy, po czym zapłacił za lody i 

odebrał śmieszne naczynka wypełnione różowym kremem. 

Gina zagryz

ła usta wściekła na siebie za ten wybuch. To 

było bardzo głupie. I nieostrożne. Próbowała się opanować i 

udawać, że była to zwykła uprzejmość wobec gościa. 

 - Ciesz

ę się, że udało ci się przyjść - powiedziała prawie 

spokojnie.  Mogła  być  z  siebie  dumna, jej ton nie zdradzał 
specja

lnych  emocji,  był  przyjacielski,  ciepły,  ale  bez 

background image

przesadnej ekscytacji.  - 

Już  żałowałam,  że  twój  bilet  się 

zmarnował. 

 -  Nie mog

łem  przegapić  takiej  okazji.  Zawsze  byłem 

ciekaw, czy główna brama przerdzewiała całkowicie, czy też 

jakimś cudem uda się ją otworzyć. Chcesz gdzieś usiąść, czy 

wolisz spacerować? 

 -  Spacerowa

ć  -  odparła  zdecydowanie.  Siedzenie 

oznaczałoby rozmowę  i  bardziej  intymną  atmosferę,  a to  nie 

było  wskazane.  -  Powinieneś  zobaczyć  wszystkie  atrakcje, 

które przygotowaliśmy. 

 - Sporo ju

ż obejrzałem, kręcę się tu od jakiegoś czasu. 

Mia

ła  nadzieję,  że  rozczarowanie,  które  poczuła,  nie 

odmalowało się na jej twarzy. Dlaczego założyła, że przyjdzie 

tu i od razu będzie się starał ją odszukać? 

 -  Sprzedali

śmy  bardzo  dużo  biletów,  nawet  w  ostatnich 

dniach.  - 

Próbowała  sprowadzić  rozmowę  na  jakiś  neutralny 

temat. - 

Mam nadzieję, że to przyniesie niezły dochód. 

Sama nie mog

ła słuchać swojej paplaniny. Uspokój się, . 

skarciła się w myślach. 

 -  Istotnie, przysz

ło  mnóstwo  ludzi.  -  Pokiwał  głową, 

rozglądając się wokół. - Ten ogród nie widział pewnie takich 

tłumów  od  czasu,  kiedy  stary  ogrodnik  Desmonda  sadził  tu 
pierwsze drzewa. 

Przez chwil

ę spacerowali w milczeniu, jedli lody i oglądali 

stragany. W końcu Gina przerwała ciszę: 

 -  Musia

łeś  ciężko  pracować  ostatnio.  Rzucił  jej  krótkie, 

zdziwione spojrzenie. 

 -  Tak przypuszczam, bo nie kwapi

łeś  się,  żeby  pokazać 

mi budynek - 

dodała szybko. 

 -  Musz

ę przyznać, że znalezienie czegoś odpowiedniego 

okazało się trudniejsze, niż myślałem. 

 -  To dobrze. Im bardziej b

ędziesz wybredny, tym więcej 

czasu  zaoszczędzę.  -  Starała  się  mówić  wesoło,  ale  nie 

background image

wiedziała,  czy  jej  się  to  udaje.  Uświadomiła  sobie,  że  to 

oznacza  również  mniej  czasu  spędzonego  na  wspólnych 

naradach  i  oglądaniu  kolejnych,  nawet  zupełnie  nie 

nadających się budynków. 

 -  Ten ogr

ód wygląda dużo lepiej o zmierzchu - odezwał 

się Dez w zadumie. - Albo wyszło mu na korzyść to, że tłumy 

gości  udeptały  trochę  te  wszystkie  krzaki.  Szczerze  mówiąc, 

był już mocno zarośnięty. 

 -  Masz racj

ę. - Wyciągnęła rękę i dotknęła błyszczącego 

liścia  ostrokrzewu.  -  Rzeczywiście  wszystko  rozrosło  się  tu 
bardzo bujnie. 

Przechadzali si

ę alejkami i obserwowali, jak teren powoli 

pustoszeje.  Wkrótce  ogród  opuścili  ostatni  goście,  zostali 

tylko wolontariusze, którzy składali stragany. 

Podeszli do tego z lodami i pomogli uprz

ątnąć bałagan. 

 -  Odwioz

ę  cię  do  domu  -  zaproponował  Dez,  kiedy 

skończyli. 

 -  Dzi

ęki,  ale  nie  skorzystam.  -  Gina  próbowała  znaleźć 

jakiś sensowny powód odmowy. - Muszę jeszcze dopilnować 

wszystkiego, przeliczyć bilety, które zostały... 

 -  Daj spokój!  - 

zawołała  Eleanor,  która  właśnie 

przechodziła obok. - Wracaj do domu, sami sobie poradzimy. 

Dość już się napracowałaś. 

 - C

óż... - powiedziała z wahaniem - W takim razie, zgoda. 

Podczas jazdy nie odezwa

ła się ani słowem. Wiedziała, że 

to dziwne, ale mia

ła nadzieję, że wszystko da się zrzucić na 

karb wyczerpania. 

 -  Wejd

ę  na  chwilę  -  powiedział  nieoczekiwanie  Dez, 

kiedy podjechali pod jej dom. 

Serce zabi

ło jej mocniej. Co takiego chciał jej powiedzieć, 

że nie mógł tego zrobić tutaj? 

Skin

ęła głową i wysiadła z samochodu. 

background image

Pani Mason musia

ła wyjechać, bo firanka w jej oknie nie 

poruszyła  się,  a  drzwi  nie  uchyliły  się,  kiedy  wchodzili  po 
schodach. 

Gina odnalaz

ła  klucze  w  torebce  i  otworzyła  drzwi. 

Odwróciła  się,  żeby  zapalić  światło,  ale  zanim  zdążyła  to 

zrobić, Dez złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Powoli, 

delikatnie  przesunął  dłonie  po  jej  twarzy,  a  potem  ją 

pocałował.  Długo  i  zdecydowanie.  Wpijał  się  mocno  w  jej 

usta, opuszczając jednocześnie ręce coraz niżej, aż zamknął ją 

w mocnym uścisku. 

Nawet gdyby chcia

ła,  nie  mogłaby  się  w  żaden  sposób 

uwolnić. Ale wcale nie chciała. Pragnęła zostać tu na zawsze, 

otoczona  silnymi  ramionami,  czując  jego  gorący  oddech  na 
swojej twarzy. 

Po d

ługiej  chwili  Dez  przerwał  pocałunek,  ale  nie 

wypuścił  jej  z  objęć.  To  dobrze,  bo  nie  była  pewna,  czy 

ustałaby  o  własnych  siłach.  Oczy  miała  zamglone,  a  krew 

tętniła jej szaleńczo w żyłach. 

 - Dlaczego... - zdo

łała wykrztusić. 

 -  Bo ucieszy

łaś się na mój widok - wyszeptał wprost do 

jej ucha i znowu j

ą  pocałował.  Tym  razem  była  to  słodka, 

delikatna pieszczota. 

Nie wiedzia

ła, co to oznacza. Miała tylko nadzieję, że nie 

odgad

ł  jej  sekretu.  Powinnam  być  bardziej  ostrożna, 

pomyślała,  próbując  zachować  resztki  zdrowego  rozsądku 

pomiędzy gorącymi pocałunkami. 

 - To trzecia lekcja? - zapyta

ła. 

 - Tak. Uczy, jak nale

ży się pohamować. 

 - To by

ło lekcja pohamowania? 

 -  Oczywi

ście.  Chciałem  cię  pocałować  już  na  festynie. 

Zobacz, jak długo musiałem czekać. Wcale nie było łatwo tak 

się powstrzymywać, opierać pożądaniu... 

background image

 - Ale... - Z trudem rozpoznawa

ła własny głos. - A co, jeśli 

ja nie chcę się powstrzymywać? 

 -  To b

ędzie  lekcja  czwarta  -  wyszeptał,  pochylając  się 

znowu nad jej ustami.  -  Totalne zatracenie. Ale powoli, to 

jeszcze przed tobą. 

Zamkn

ęła  oczy  i  po  chwili  wahania  zaczęła  go całować. 

Czuła  się,  jakby  miała  prowadzić  samolot,  bez  pewności,  że 

umie  latać,  bez  spadochronu.  Jednak  kiedy  jego  ramiona 

otoczyły  ją  ciasno  i  przycisnęły  do  siebie,  wiedziała,  że 

wystartuje, nie przestraszą jej najpotężniejsze burze. Całował 

ją  zachłannie,  bez  śladu  niepewności,  więc  pomyślała,  że  to 

nie ona jest pilotem na tym pokładzie. 

Nigdy nie pozwoli

ła  sobie  na  marzenia  o  tym,  jak  by  to 

było  kochać  się  z  Dezem.  Bała  się,  że  takie  fantazje 

przyniosłyby jej tylko niepotrzebny ból. Teraz, czując żar jego 

ciała,  wiedziała,  że  przyniosłyby  przede  wszystkim 

rozczarowanie. Nawet najśmielsze marzenia nie mogły oddać 

tego, jak to było kochać się z Dezem. 

Gina usiad

ła  na  łóżku  i  małymi  łykami  popijała  kawę, 

którą  przyniósł  jej  Dez.  Patrzyła,  jak  się  ubiera.  To  dziwne, 
chocia

ż jego ubrania całą noc leżały w nieładzie na podłodze, 

wyglądał rześko i świeżo. Jedynie lekki zarost na policzkach 

był czymś niezwykłym. 

Co tu ukrywa

ć, wyglądał nieziemsko. 

Zapi

ął guziki koszuli i przysiadł na brzegu łóżka, a potem 

pochylił  się,  żeby  pocałować  Ginę.  Serce  podskoczyło  jej 

radośnie  i  z  trudem  przypomniała  sobie,  że  powinna  być 

ostrożna. Zachowuj się jak zwykłe, upomniała się w duchu, to 

nie ma znaczenia, że twój świat wyskoczył z orbity, Dez nie 

może o tym wiedzieć! 

 - Poszukasz dzisiaj jakiego

ś budynku dla mnie? - zapytała 

żartobliwie. 

background image

 -  Nie s

ądzę.  W  pewnym  sensie  miałaś  rację.  Najlepszy 

budynek dla was to Tyler - 

Royale. Ale ja też miałem rację - 

nie  będziecie  w  stanie  go  utrzymać.  Wymyśliłem  inne 
rozw

iązanie - dostaniesz jedno piętro w tym gmachu. To i tak 

dziesięć  razy  więcej,  niż  masz  obecnie.  Otwarta  przestrzeń, 

którą  możesz  zaaranżować,  jak  zechcesz.  Będziecie  mieli 

lepszą ochronę, lepsze... 

Nie s

łuchała go dalej. Rozradowana wyskoczyła z łóżka i 

z

apytała z niedowierzaniem: 

 - Naprawd

ę chcesz go ocalić? 

 -  Taak  -  powiedzia

ł przeciągle. Jego głos brzmiał prawie 

tak, jakby Dez się wstydził swojej decyzji. - Wspominałem ci 

o tym w nocy, ale chyba byłaś zajęta czym innym. 

Poczu

ła, że się rumieni. Roześmiał się, przyciągnął ją do 

siebie i pocałował. 

 -  Musz

ę  przyznać,  że  miałaś  rację.  To  zbyt  solidna 

konstrukcja, aby dało się ją zburzyć. 

Dobrze wiedzia

ła,  że  nie  było  takiego  budynku,  którego 

Dez nie umia

łby zburzyć, ale nie odezwała się. Jeśli nie chciał 

się  przyznać,  że  to  dla  niej  ocalił  Tyler  -  Royale, niech tak 

będzie. Ona wiedziała swoje. 

 - A co z reszt

ą? 

 - Muzeum dostanie drugie pi

ętro. Na poziomie ulicy będą 

sklepy, a wyżej luksusowe apartamenty. 

 -  Dzi

ękuję  -  wyszeptała  wzruszona.  Nie  była  w  stanie 

powiedzieć  nic  więcej.  Przytuliła  się  do  niego  i  czule  go 

pocałowała. 

 -  Zachowaj to na razie dla siebie. Musz

ę  jeszcze 

dokładnie  wszystko  opracować,  spotkać  się  z  architektami  i 

inżynierami. 

 -  Nienawidz

ę  architektów  i  inżynierów  -  westchnęła 

ciężko, rzucając się z powrotem na łóżko. 

 - Ja te

ż, kochanie - zaśmiał się. - Ja też. 

background image

Nie mia

ła  pojęcia,  jak  to  się  działo,  ale  wszystko,  na  co 

patrzyła,  miało  lekko  różową  poświatę.  Nawet  puste  miejsce 

po  zaginionym  garnku  Essie  nie  zdołało  zepsuć  jej  humoru. 
Wio

ska  historyczna  okazała  się  sukcesem,  sponsorzy 

dopisywali,  muzeum  otrzyma  wkrótce  nową  siedzibę,  a  ona 

miała Deza. 

Mo

że kiedyś razem wyremontują dom Essie i doprowadzą 

go  do  dawnej  świetności,  marzyła,  rozglądając  się  po 
zniszczonym holu. 

Nie rozp

ędzaj się, próbowała się mitygować. Wspólna noc 

to  jeszcze  nie  zobowiązanie  na  całe  życie.  Ale  już  teraz 

wiedziała, że to nie jest zwykły romans. Ani dla niej, ani dla 
Deza. 

Sta

ła  w  holu  muzeum  i  wyobrażała  sobie  nowe 

pomieszczenia, wysokie, pe

łne  światła  okna.  Prawie 

rozstawiała  kolejne  eksponaty,  kiedy  nagle  usłyszała  głos 
Nathana: 

 -  Panno Haskell, przykro mi, 

że  nie  zdążyliśmy 

porozmawiać  wcześniej.  Opracowuję  szczegółowy  raport  dla 

zarządu,  ale  może  chciałaby  pani  usłyszeć  wcześniej  moje 

uwagi? Chętnie porozmawiam. 

 -  Niekoniecznie  -  odpar

ła  z  uśmiechem.  -  Myślę,  że 

jedyną osobą, która powinna je usłyszeć, jest teraz Dez. To on 
przeprowadzi tu remont. 

 -  Remont?  -  powt

órzył Nathan powoli. - Nie rozumiem, 

bo przecież... 

 -  Och, przypuszczam, 

że  n ie  wie  pan  wszystkiego. 

Oczywiście,  to  na  razie  luźne  plany  i  zarząd  nie  wyraził 

jeszcze zgody, więc  proszę  nie  zdradzać,  że  coś  pan  słyszał. 

Zrobiliśmy  z  Dezem  interes  -  on dostanie dom Essie i 

wyremontuje go, a muzeum przeniesie się... 

 -  To nie tak  -  przerwa

ł jej architekt, potrząsając głową. - 

Dez nie ma zamiaru remontować tego domu. 

background image

 - To jakie

ś nieporozumienie, panie Haynes. 

 - Nie. W

łaśnie skończyłem opracowywać plany budynku, 

który ma tu powstać. Dom zostanie zburzony. 

. - Niemo

żliwe - wyszeptała z niedowierzaniem. 

 - Oczywi

ście nie od razu. Najpierw wyremontujemy Tyler 

Royale, a kiedy się tam już przeniesiecie, wyczyścimy cały 

ten  teren.  Stąd  aż  do  kościoła  św.  Franciszka,  łącznie  z 
obecnym biurem Deza. 

 - Nie! 
Nie mog

ła uwierzyć w to, co słyszała. Z trudem docierało 

do  niej,  że  architekt  musi  mieć  pewne  informacje,  w 

przeciwnym razie skąd by wiedział, dokąd się przenoszą? 

Nathan patrzy

ł na nią ze zrozumieniem i sympatią. 

 -  Dez zrobi

ł  doskonały  interes.  Ma  teraz  cały  narożnik 

wzdłuż  dwóch  głównych  ulic.  To  stwarza praktycznie 

nieograniczone możliwości, może zbudować... - Zauważył, że 

Gina nie słucha i zmienił temat. - Panno Haskell, jeśli jest tu 

coś,  co  chciałaby  pani  zachować  -  detale architektoniczne, 

drzwi,  balustradę  schodów...  nie  wiem,  cokolwiek  przyjdzie 
p

ani do głowy, proszę zrobić listę, spróbuję ocalić to dla pani i 

wynieść stąd, zanim wjadą buldożery. 

Dopiero teraz przekona

ł  ją,  że  mówi  prawdę.  Jego 

spokojna propozycja, żeby zrobiła listę rzeczy, które chciałaby 

zachować,  podziałała  na  nią  jak  kubeł  zimnej wody. Nie 

obiecywał,  że  na  pewno  mu  się  uda.  W  końcu  pracował  z 

Dezem już wcześniej. 

Nathan Haynes wiedzia

ł, co mówi. 

Dez za wszelk

ą cenę chciał mieć dom Essie. Ale nie po to, 

żeby w nim mieszkać. Nie dlatego, że nagle obudził się w nim 
sentyment do rodzinnego gniazda. 

Chcia

ł mieć ten dom, żeby go zniszczyć. 

background image

ROZDZIA

Ł DZIESIĄTY 

Gina mog

ła  uznać,  że  w  pewnym  sensie  odniosła 

zwycięstwo. Ocaliła przecież budynek Tyler - Royale. 

Ale jednocze

śnie  przegrała,  co  było  znacznie  bardziej 

bolesne. Aby uratować jeden budynek, zniszczyła drugi. 

Wiedzia

ła, że zawiodła zaufanie Essie, ona nigdy się nie 

poddawała. Gina robiła wszystko, co było w jej mocy, przed 

każdą  decyzją  zastanawiała  się,  czy  tak  właśnie  postąpiłaby 

Essie, i to dawało jej wiarę, że jej wybory są właściwe. Poza 
jednym  - 

Essie nie pomyliłaby się tak bardzo i nie zaufałaby 

Dezowi. 

To by

ł  poważny  błąd  i  tylko  siebie  mogła  za  to  winić. 

Zrobiła  to,  bo  była  ślepo  zakochana  i  uwierzyła,  że  Dez  się 

zmienił. Chciała wierzyć, że zmienił się dla niej. 

Przez chwil

ę  żyła  w  jakimś  cudownie  szczęśliwym, 

nierealnym świecie. Dez obiecał, że nie zburzy Tyler - Royale, 

a ona założyła, że ocali też dom Essie. Co za naiwne mrzonki. 

Postanowi

ł zachować budynek sklepu, bo to było zgodne z 

jego  koncepcją  zagospodarowania  działki.  Tak  samo  jak 

zburzenie  muzeum.  Dla  niego  liczyło  się  tylko  to,  co 

przynosiło  dochód  i  umacniało  pozycję  jego  firmy.  Ze 

smutkiem zrozumiała, że sama zgotowała sobie ten los. 

 -  Przykro mi.  -  Us

łyszała  pełen  współczucia  głos 

Nathana. - 

Może chce pani porozmawiać... 

Pokr

ęciła  przecząco  głową  i  odwróciła  się.  Nie 

potrzebowa

ła  żadnych  wyjaśnień,  wszystko  było  niezwykle 

proste.  Dez  pewnie  już  zamawiał  buldożery,  żeby  zniszczyć 

dom  Essie  i  zbudować  w  tym  miejscu  kolejny  wieżowiec.  I 

ona była za to odpowiedzialna. 

Mia

ła  ochotę  usiąść  w  kącie  i  płakać  jak  mała 

dziewczynka.  Uświadomiła  sobie,  że  pokochała  iluzję. 

Zakochała  się  we  własnym  marzeniu,  nie  w  prawdziwym 

człowieku. Uwierzyła, że jest taki, jakim chciała go widzieć. 

background image

Wiedzia

ła już, że to była niezwykła naiwność. Ale nadal 

nie miała pojęcia, jaki naprawdę jest Dez Kerrigan. 

Najpierw by

ła  przekonana,  że  lada  chwila  Dez  przyjdzie 

tutaj  i  drgała  nerwowo  za  każdym  razem,  kiedy  słyszała 

dźwięk otwieranych drzwi. Upłynęło jednak kilka godzin i nie 

pojawiał się. Pewnie pracuje nad planami nowego wieżowca, 

pomyślała rozgoryczona. 

Dlaczego nawet nie wspomnia

ł,  co  zamierza  zrobić  z 

domem Essie? Przecież i tak by się o tym dowiedziała. Pewnie 

myślał, że wtedy nie będzie to już miało znaczenia. On dostał 

przecież to, co chciał. 

Zrobi

ło jej się jeszcze bardziej przykro. Dlaczego w ogóle 

myślała, że jej uczucia są dla niego ważne? Nie było przecież 

żadnych powodów, aby musiał się przed nią tłumaczyć. Dała 

się  podejść  jak  ostatnia  idiotka,  zaślepiona  uczuciem  nie 

potrafiła jasno ocenić sytuacji. 

Przypomnia

ła  sobie  wspólną  noc  i  miły  poranek,  który 

wydawał  się  początkiem  nowego,  lepszego  życia  i 

zawstydzona  zakryła  twarz  rękoma.  Jak  mogła  być  tak 

naiwna! Nic dziwnego, że teraz jej unikał. Bał się pewnie, że 

będzie urządzała łzawe sceny, by coś na nim wymóc. 

Opar

ła  łokcie  na  biurku  i  pochyliła  nisko  głowę.  To  był 

największy błąd, jaki w życiu zrobiła, ale przecież wpadła na 

to  już  wcześniej.  Tyle  że  przez  kilka  cudownych  godzin 

uwierzyła,  że  jest  inaczej,  że  los  się  do  niej  uśmiechnął  i 

odmienił duszę Deza. 

Nagle przez otwarte okno dobieg

ł ją znajomy głos. Więc 

jednak  przyszedł.  Rozmawiał  z  Eleanor  przed  domem.  Po 

chwili usłyszała kroki na schodach. 

Otworzy

ł  drzwi  jej  gabinetu,  wszedł  do  środka  i  stanął 

obok  biurka.  Wyciągnął  rękę,  jakby  chciał  pogłaskać  ją  po 

karku, ale cofnął ją niezdecydowany. 

background image

 - Nathan m

ówił, że jesteś bardzo rozgoryczona - odezwał 

się  spokojnie,  przysiadając  na  blacie.  -  Chcesz o tym 

porozmawiać? 

Zdumiona jego bezczelno

ścią, wybuchła: 

 -  Je

śli  myślisz,  że  mam  ochotę  opowiadać  ci  o  tym,  co 

czuję,  to  grubo  się  mylisz!  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru 

rozmawiać ani robić z tobą interesów, Dez! To koniec! 

 -  Uspok

ój  się,  wiem,  że  jesteś  wzburzona,  ale  ty  też 

wiesz,  że  nie  możesz  podejmować  takich  decyzji  bez  zgody 
z

arządu. 

 -  Owszem, tak samo jak nie mog

łam  wyrazić  zgody  na 

zamianę  bez  konsultacji  z  nimi.  Powinniśmy  więc  uznać,  że 

nasza umowa jest nieważna! 

 - Daj spok

ój! Zarząd zgodzi się, jak tylko przedstawię im 

tę propozycję. 

 - Sk

ąd ta pewność? - zakpiła. - Przekupisz ich? Obiecasz 

jakieś  korzyści,  jeśli  tylko  się  zgodzą?  Kazałeś  Nathanowi 

napisać raport tak, by nie zostawić nam żadnego wyboru? 

Dez stan

ął przed nią wyprostowany. 

 -  Nie mów tak!  - 

powiedział  ostro.  -  Nathan nie bierze 

łapówek. 

 -  B

ędę  mówiła,  co  zechcę!  -  krzyczała,  nie  panując  nad 

emocjami. - Co takiego jest w jego raporcie?! 

 - Prawda - odpar

ł spokojnie. 

Jego opanowanie powoli zacz

ęło  się  jej  udzielać. 

Ochłonęła nieco i spytała ostrożnie: 

 - Dlaczego mam ci uwierzy

ć? Już raz mnie okłamałeś. 

 -  Kiedy? Nigdy nie obiecywa

łem,  że  odrestauruję  ten 

dom. 

 - Dawa

łeś mi to do zrozumienia - protestowała słabo. 

 -  Nieprawda. To tobie na tym zale

żało  i  dlatego 

wymyśliłaś ten nierealny scenariusz. 

background image

Zamy

śliła  się  na  chwilę.  Chyba  miał  rację.  Wmówiła 

sobie, że zrobi to, na czym jej zależy. Wierzyła, że Dez zmieni 

zdanie co do domu Essie, bo dba o jej uczucia. Jakież to było 

niemądre! 

 - Nigdy nie pyta

łaś, co zamierzam zrobić z tym domem - 

ci

ągnął Dez, a jego głos dochodził do niej jak zza ściany. 

 - Nie by

łaś ciekawa, jakie mam plany? 

Nie, przyzna

ła  w  myślach.  Nawet  nie  przyszło  jej  do 

głowy, że mógłby mieć inne plany niż ona. Nie słuchała, co 

mówił dalej. Była kompletnie załamana. Czuła się tak, jakby 

nagle  ktoś  brutalnie  zerwał  jej  z  oczu  różowe  okulary,  które 
up

arcie  chciała  nosić  i  wierzyć,  że  świat  przez  nie  widziany 

jest prawdziwy. 

 - Sama zwr

óciłaś moją uwagę na ten dom, zmusiłaś mnie, 

żebym  zainteresował  się  nim  i  całą  okolicą.  Kościół  św. 

Franciszka kupiłem tylko dlatego, żeby móc ci coś zaoferować 
w zamian  za Tyler  - 

Royale.  To  ty  skłoniłaś  mnie  do  tego, 

żebym rozważył kupno tych działek! 

 - Doskonale! Teraz zrzu

ć całą odpowiedzialność na mnie! 

 - Nie robi

ę tego. Ale muszę przyznać, że to ty podsunęłaś 

mi  myśl,  by  inwestować  w  tej  dzielnicy.  Kiedy 
zapropono

wałaś,  żebym  zbudował  wieżowiec  na  miejscu 

kościoła,  w  pierwszej  chwili  myślałem,  że  zwariowałaś.  Ale 

potem  pomysł  zaczął  mi  się  coraz  bardziej  podobać.  Kilka 

takich budynków zmieni charakter całej okolicy, przyciągnie 

inwestorów,  ludzie  zaczną  budować  tu  nowe domy... Ale to 

nie zmienia faktu, że ten dom nie może pozostać. 

To, co m

ówił, brzmiało tak sensownie i zdecydowanie, że 

nie  miała  już  pojęcia,  jakich  argumentów  użyć,  aby  go 

przekonać. 

 - Nie niszcz domu Essie - poprosi

ła w końcu bezradnie. 

 - Gino, to tylko stary dom - t

łumaczył łagodnie. - Zburzę 

też moje biuro. Dlaczego tak ci na nim zależy? 

background image

On nic nie rozumie, pomy

ślała  załamana.  Nie  ma  sensu 

niczego tłumaczyć... 

I nagle poczu

ła, że musi mówić. Musi mu to opowiedzieć. 

 -  Essie by

ła  dla  mnie  kimś  zupełnie  wyjątkowym  - 

zaczęła  wolno,  z  trudem  wydobywając  głos  z  gardła.  -  Była 

dla  mnie  wszystkim.  Ona  mnie  stworzyła,  dlatego  muszę 

zrobić  wszystko,  żeby  uchronić  jej  dziedzictwo.  -  Przerwała 

na chwilę i zwilżyła usta. - Mówiłam ci, że dała mi pracę, ale 
n

ie powiedziałam dlaczego. Moi rodzice umarli, kiedy miałam 

cztery  lata.  Ledwie  ich  pamiętam.  Potem  przez  wiele  lat 

tułałam  się  po  rodzinach  zastępczych.  Ale  tych  ludzi 

interesowały wyłącznie pieniądze z opieki społecznej, które za 
mnie dostawali. Kiedy mia

łam trzynaście lat, była sroga zima, 

a  kolejna  rodzina  zastępcza  nie  kupiła  mi  butów.  –  Jej  głos 

zadrżał,  ale  odważnie  ciągnęła  dalej  -  Więc  je  ukradłam.  W 
Tyler - Royale. 

 - Z

łapali cię - powiedział, jakby to było oczywiste. 

 -  Essie mnie z

łapała. Właśnie kupowała te swoje ciężkie 

trzewiki,  kiedy  zauważyła,  co  robię.  Znała  mnie  ze  szkoły. 

Złapała  za  kołnierz  i  zaprowadziła  do  kierownika  sklepu. 

Wezwali policję. - Zerknęła na Deza ciekawa, jakie wrażenie 

robią na nim te wyznania. Słuchał zszokowany. Spojrzała mu 

prosto w oczy i dodała z wysiłkiem: - Najgorsze, że nie była to 

moja pierwsza kradzież. Do dziś pamiętam, jak stałam przed 

sędzią  i  trzęsłam  się  ze  strachu.  Chciał  wysłać  mnie  do 

poprawczaka, ale wtedy Essie wstała i powiedziała, że bierze 
za mnie od

powiedzialność. 

 - Odwa

żna decyzja - zamruczał Dez. 

 -  Da

ła  mi  pracę,  ale  z  pierwszej  wypłaty  musiałam 

zwrócić  pieniądze  za  buty.  Od  tej  chwili  więcej  czasu 

spędzałam u niej, wśród zakurzonych zbiorów, niż w szkole. 

Nie  czułam  się  tam  dobrze.  Nie  wiesz  nawet, jak okrutne 

potrafią być dzieci dla kogoś, kto trochę od nich odstaje. Essie 

background image

przygarnęła  mnie  i  chroniła  przed  światem.  Od  razu 

zorientowała  się,  że  nikt  do  tej  pory  się  mną  nie  zajmował. 

Brakowało  mi  dobrego  wychowania,  podstawowych 

wiadomości,  obycia.  Musiała  mnie  nauczyć  wszystkiego,  od 

zachowania przy stole począwszy, po dobór garderoby. 

Dez spojrza

ł  z  niedowierzaniem  na  jej  nienagannie 

skrojony kostium i spytał podejrzliwie: 

 - Essie nauczy

ła cię tak się ubierać? Nie uwierzę w to! 

 - A jednak! Sama by

ła bardzo skromna, ale miała świetny 

gust.  W  końcu  prawie  zamieszkałam  w  muzeum...  Lubiłam 

wyobrażać  sobie,  że  Essie  jest  moją  ciotką,  Desmond  był 
moim dziadkiem...  -  za

śmiała  się.  -  Jak widzisz, 

przywłaszczyłam  sobie  twoją  rodzinę.  I  tak  dzięki  Essie 
w

ylądowałam  na  studiach  historycznych,  a  nie  w  więzieniu. 

Dez, nie wiem, czy zdołałam ci wyjaśnić, kim była dla mnie 

twoja ciotka. Owszem, chciałam przenieść muzeum, ale tylko 

dlatego, że marzyłam o odrestaurowaniu domu Essie. Proszę, 
nie odbieraj mi nadziei... 

Po tych s

łowach zapadła długa chwila ciszy. 

 -  Chcia

łbym  móc  to  zrobić,  kochanie  -  odezwał  się  w 

końcu smutno. Jego głos był tak cichy, że ledwo go słyszała. 

Te s

łowa  zabrzmiały  jak  wyrok.  Gina  oparła  głowę  na 

rękach  i  rozpłakała  się.  Łzy  wolno  spływały  po policzkach  i 

rozmazywały  makijaż,  ale  nie  zważała  na  to.  Nie  zdołała 

jednak  uratować  domu  Essie.  Nie  pomogło  nawet  odkrycie 

najtajniejszych  zakamarków  duszy  i  najgłębiej  skrywanych 
sekretów. 

Nagle poczu

ła, że Dez delikatnie gładzi ją po ramieniu. 

 -  Gino, domy

ślam  się,  jak  się  czujesz,  ale  niepotrzebnie 

się obwiniasz. Nie zdradziłaś Essie. - Opuścił rękę i ujął ją za 
nadgarstek. - 

Chodź ze mną, coś ci pokażę. 

background image

 -  Nie, zostaw mnie!  -  Bezskutecznie pr

óbowała  się 

wyswobodzić.  -  Daj  spokój,  nigdzie  z  tobą  nie  pójdę!  Nie 

mogę kochać kogoś, kto... 

Zamilk

ła  przerażona  tym,  co  właśnie  powiedziała.  Nie 

śmiała podnieść głowy i spojrzeć na niego. Jednak jego uścisk 

nie zelżał. Przeciwnie. 

 -  A jednak p

ójdziesz.  Jeśli  będzie  trzeba,  zniosę  cię  ze 

schodów! 

 - Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? 
 - Bo musisz zobaczy

ć raport Nathana, a właściwie coś, o 

czym w nim napisał. 

Poci

ągnął ją za rękę i zmusił do wstania. 

Zeszli na d

ół,  do  piwnicy.  Było  tam  ciemno  i  wilgotno. 

Dez  oświetlał  drogę  latarką  i  podtrzymywał  Ginę  za  ramię, 

żeby się nie potknęła. 

 - Kiedy ostatnio tu by

łaś? 

 - Nawet nie pami

ętam. 

 -  Wi

ęc  uważaj  na  głowę.  A  teraz  patrz.  -  Skierował 

strumień światła na ściany i bezlitośnie pokazywał jej liczne 
rysy.  - 

Spójrz  na  to  pęknięcie  w  legarach.  Ciągnie  się  przez 

całą  długość.  A  to  wsporniki  schodów,  kruszą  się.  -  Światło 

wydobywało  z  mroku  kolejne  szczegóły.  -  Ściany  kuchni 

pękają,  bo  fundamenty  są  w  tym  miejscu  naruszone.  Spójrz 

teraz  tutaj,  widzisz  te  rysy?  Nie  dałabyś  rady  dostawić 

bocznych  skrzydeł,  jak  planowałaś.  Naruszyłoby  to 

fundamenty i budynek pewnie by się zawalił. Chcesz oglądać 
dalej? 

 - Nie. - Pokr

ęciła głową i zalała się rumieńcem. - Wstyd 

mi, że sama tego nie zauważyłam. 

Wr

ócili na górę i przeszli do kuchni. Tym razem Dez sam 

sięgnął do lodówki i podał jej sok. 

 -  Napijmy si

ę  czegoś  zimnego,  trzeba  zmyć  z  ust  ten 

piwniczny  smak.  Chciałem,  żebyś  to  zobaczyła  na  własne 

background image

oczy,  zanim  przeczytasz  raport  Nathana.  Opisuje  dokładnie 

stan  budynku  i chociaż  stwierdza,  że  nie  ma  bezpośredniego 

zagrożenia, to wcześniej czy później ten dom się zawali. I nic 

dziwnego,  ma  ponad  sto  pięćdziesiąt  lat  i  od  dawna  nie  był 

remontowany.  To  poważny  problem,  a  nie  moja  żądza 
niszczenia. 

Serce zabi

ło  jej  gwałtownie.  Choć  wiedziała,  że  to 

nierealne, znowu zakie

łkowała  w  niej  nadzieja.  Może  jest 

jeszcze jakaś szansa... 

 -  Gino, pewnie nie jestem twoim bohaterem, ale staram 

si

ę być uczciwy. Nawet gdyby ten dom był w lepszym stanie, i 

tak chciałbym go wyburzyć. 

Chcia

łbym?  Co  to  może  oznaczać?  Nadzieję?  Nie  bądź 

głupia, upomniała się, niczego się nie nauczyłaś? 

 -  Ale gdyby by

ła jakakolwiek szansa, pewnie zdołałabyś 

mnie  przekonać  -  ciągnął  miękko.  -  Jednak jest inaczej. 

Kochanie, wiem, że to dla ciebie przykre, lecz nie powinnaś 

oskarżać się tak bardzo. Dużo opowiadałaś mi o Essie i mam 

wrażenie, że trochę ją poznałem. Nawet ona nie oczekiwałaby 

od  ciebie  niemożliwego.  Kobieta,  która  potrafiła  stanąć  w 

twojej  obronie  wobec  sądu  i  policji  i  wziąć  na  siebie 

odpowiedzialność za zagubioną nastolatkę, musiała być osobą 

mocno stąpającą po ziemi. 

Gina u

śmiechnęła  się.  Tak  rzeczywiście  było.  Essie 

słynęła  z  rozsądku.  Nie  sądziła,  że  Dez  potrafi  tak  uważnie 

słuchać i wyciągać trafne wnioski. 

 - Twoje po

święcenie jest godne podziwu, ale za dużo na 

siebie  wzięłaś.  Essie  wcale  nie  chciała,  żebyś  podążała  jej 

drogą.  Ona  chciała,  żebyś  miała  swoje  życie,  podejmowała 

własne decyzje. Nie musisz być jej klonem. 

Nie wiedzia

ła, co odpowiedzieć. Miała wrażenie, że Dez 

oskarża  ją  o  coś  i  wcale  nie  chciała  tego  słuchać. 

background image

Przyzwyczaiła  się  żyć  z  cieniem  Essie za plecami i nie 

wyobrażała sobie, że może być inaczej. 

 - Gdyby by

ło inaczej, nie nauczyłaby cię, jak się ubierać z 

takim  smakiem.  Kazałaby  ci  chodzić  w  tych  zgrzebnych, 

szarych mundurkach, które sama nosiła. 

Ten argument by

ł  tak  śmieszny,  że  Gina  podniosła 

wreszcie  głowę  i  spojrzała  na  Deza.  W  jakimś  sensie  miał 

rację. 

 - Dziedzictwo Essie to nie te ceg

ły i ten dom. Ono żyje w 

tobie. 

Przez d

łuższą  chwilę  milczała  zamyślona.  W  końcu 

westchnęła głęboko. Przepraszam, Essie, pomyślała. 

 -  W porz

ądku,  poddaję  się  -  mruknęła  w  końcu 

zrezygnowana. 

 -  Nie chc

ę,  żebyś  się  poddała,  tylko  żebyś  zrozumiała  - 

powiedział Dez, patrząc na nią uważnie. 

 -  Rozumiem. Zgadzam si

ę.  -  Powoli  kiwnęła  głową.  - 

Ale... jest jeszcze jedno. Nathan mówił, że jeśli będę chciała 
ura

tować  coś  z  tego  budynku,  mogę  zrobić  listę  i  przekazać 

mu. 

 -  Jasne. Ocalimy wszystko, co tylko b

ędzie  możliwe. 

Przez  chwilę  patrzyli  na  siebie  w  milczeniu,  w  końcu  Dez 
zacz

ął dziwnym tonem: 

 - Wiesz... my

ślałem o tym, żeby jeden z apartamentów w 

Tyler  - 

Royale  zaaranżować  od  razu  dla  nas.  -  Przerwał  na 

chwilę i rzucił jej szybkie spojrzenie. - To byłoby dla ciebie 

bardzo  wygodne,  miałabyś  bliżej  do  pracy.  I  mogłabyś 

spędzać  więcej  czasu  w  muzeum.  Chociaż  dzięki  dochodom 

ze  sklepów  i  mieszkań,  wreszcie  będziecie mogli sobie 

pozwolić  na  profesjonalnych  przewodników,  nie  będziecie 
skazani jedynie na wolontariuszy jak dotychczas. To powinno 

wiele  ułatwić  i  może  nie  będziesz  musiała  już  tak  ciężko 

pracować. Miałabyś wtedy więcej czasu na inne rzeczy... 

background image

Wpatrywa

ła się w niego zupełnie oszołomiona. 

 -  Dez, nie jestem pewna, czy dobrze s

łyszałam... 

Rzeczywiście  chcesz  przekazać  cały  dochód  z  wynajmu 
sklepów i apartamentów na rzecz muzeum? 

Spojrza

ł na nią zdziwiony i po chwili zaczął się śmiać. 

 -  Ty chyba jednak jeste

ś  klonem  Essie!  Czyżby  dochód 

muzeum był jedyną rzeczą, która cię interesuje? Nie zwróciłaś 

nawet uwagi na to, co ci właśnie zaproponowałem. 

Z trudem prze

łknęła ślinę i popatrzyła na niego niepewnie. 

 - W

łaściwie nie rozumiem, co chciałeś powiedzieć... 

 - Pr

óbowałem ci wyjaśnić, że jeśli tylko wytrzymasz pod 

jednym  dachem  ze  mną,  chciałbym  spędzić  z  tobą  resztę 

życia.  -  Wpatrywał  się  z  napięciem  w  jej  twarz  i  po  chwili 

wyciągnął do niej ręce. - Chodź tu - powiedział cicho. 

Nie poruszy

ła się. 

Cisza wype

łniała  całe  pomieszczenie  i  stawała  się  coraz 

bardziej napięta. 

 - Przepraszam - odezwa

ł się w końcu Dez. - Musiałem cię 

źle zrozumieć. Kiedy powiedziałaś wcześniej, że nie mogłabyś 

kochać  kogoś  takiego,  myślałem,  że  próbujesz  sama  się 

przekonać. - Odwrócił się i najwyraźniej zamierzał wyjść. 

Nie mog

ła na to pozwolić. 

 - Dez! Zaczekaj! 
Skoczy

ła  ku  niemu,  żeby  go  zatrzymać,  i  już  po  chwili 

znalazła  się  w  jego  objęciach,  a  cały  świat  przestał  istnieć. 

Miała  wrażenie,  że  ziemia  trzęsie  się  pod jej  stopami,  ale  to 

wszystko  nie  miało  znaczenia.  Ważna  była  tylko  ta  chwila  i 

ten mężczyzna, który tak mocno przyciskał ją do siebie. 

Kiedy po d

ługiej  chwili  przestał  ją  całować,  przytulił 

policzek do jej głowy i powiedział ciepło: 

 -  Jeszcze jakie

ś  dwadzieścia,  trzydzieści lat twojej 

ciężkiej pracy, a w niczym już nie będę przypominał dawnego 

barbarzyńcy. 

background image

 -  Zrobi

ę,  co  będę  mogła.  -  Śmiała  się  wtulona  w  jego 

ramiona.  -  Dez, co my

ślisz  o  tym,  żebyśmy  zatrzymali 

niektóre  detale  stąd  dla  siebie?  Jeśli  będziemy  mieć  własne 
mieszkanie. .. 

 -  Na pi

ątym  piętrze.  Tam  gdzie  teraz  jest  ekspozycja 

jaccuzi. Wybierzemy przy okazji jakąś wannę i każemy ją od 

razu  wstawić  do  naszego  apartamentu.  Możemy  też 

zastanowić  się,  jak  wykorzystać  te  fragmenty  domu  Essie, 

które  będziesz  chciała  ocalić.  Ale  proponowałbym  wybrać 

tylko te mniejsze. Kiedyś zbudujemy sobie własny dom i tam 

możesz  przenieść  nawet  całą  klatkę  schodową!  Myślę,  że  to 

dobry pomysł, w ten sposób ocalimy choć fragment rodowej 
siedziby Kerriganów. 

 - W

łasny dom? - powtórzyła zaskoczona Gina. 

 -  Na razie wystarczy nam apartament, tak zreszt

ą będzie 

wygodniej. Ale kiedy pojawią się dzieci... 

 -  Dzieci?  -  Wygl

ądało  na  to,  że  nie  była  w  stanie 

przyswoić sobie tylu rewelacji naraz. 

 -  Tak, dzieci.  -  Dez za

śmiał  się.  -  Wiesz,  takie  małe 

ludziki  z  wiecznie  umorusanymi  buziami.  O  ile  oczywiście 

chcesz je mieć. 

 - Naturalnie, 

że chcę! Zawsze o tym marzyłam! 

 - 

Świetnie!  -  Odsunął  ją  lekko  i  spojrzał  jej  w  oczy.  - 

Muszę  ci  coś  wyznać.  Ożenię  się  z  tobą  pod  warunkiem,  że 
zawsze wtedy, kiedy 

nasze  dzieci  będą  chciały  słuchać  tych 

wszystkich historii o Desmondzie Kerriganie i ciotce Essie, 

weźmiesz całą robotę na siebie. Ja będę wtedy znikał z domu! 

U

śmiechnęła się do niego figlarnie. 

 -  Zgoda! A kiedy nie b

ędziesz  słyszał,  będę  im 

opowiadała, jak bujałeś się na drzwiach kuchennych i kradłeś 
ciastka z garnka Essie! Och, nie...! 

 - Co si

ę stało? 

 - Garnek! Zupe

łnie o nim zapomniałam. 

background image

 -  Nie my

śl  już  o  tym.  Właśnie  dałem  go  Eleanor  i 

prosiłem, żeby odstawiła na miejsce. 

 - S

łucham?! Znalazłeś go? 

 -  Niezupe

łnie, chociaż bardzo się starałem. Uprzedziłem 

wszystkie  sklepiki  ze  starociami  i  antykwariaty,  żeby  były 

czujne. Na szczęście złodziej sam poczuł, że pali mu się grunt 

pod  nogami  i  podrzucił  garnek  do  studia  telewizyjnego. 

Miałaś rację - pewnie oglądał program i to nasunęło mu myśl 

o  kradzieży.  Carla  zadzwoniła  do  mnie  dziś  rano  i 

powiedziała, że odda mi garnek, jeśli udzielę jej wywiadu na 
temat dalszych losów Tyler - Royale. 

 - Oczywi

ście nie zgodziłeś się! 

 - Nie mog

łem przepuścić takiej okazji! Wiedziałem, że to 

moja  jedyna  szansa,  by  stać  się  twoim  bohaterem  na  oczach 

tysięcy  widzów.  Ej,  co  mi  robisz!  -  zawołał,  czując,  że 
delikatnie gryzie go w ucho. - 

Od pierwszej chwili, kiedy cię 

zobaczyłem, wiedziałem, że wpakujesz mnie w kłopoty. 

 - I mia

łeś rację! - Zaśmiała się, całując go w szyję. 

 - Ale wiesz co? - wyszepta

ł, pochylając się nad jej ustami. 

Wcale tego nie żałuję.