background image
background image

Laurie Faria Stolarz

 

 

 

 

Dotyk

Śmiertelny sekret 

 

 

background image

Dla mojej matki,
która nauczyła mnie kreatywności,
i dla MaryKay,
która pokazała mi, że naprawdę mogę pisać

background image

Rozdział 1 
 
 
 
Trzy miesiące temu mogłam zginąć. Od tamtego dnia nic już nie było

takie samo. To wydarzyło się ostatniego dnia szkoły. Szłam przez parking
niedaleko siłowni, kiedy z ucha wypadło mi srebrne koło, którego zapięcie
zawsze  się  otwierało.  Bardzo  lubiłam  te  kolczyki  -  dostałam  je  od  matki
zaledwie  kilka  miesięcy  wcześniej,  na  szesnaste  urodziny.  Kucnęłam,  aby
poszukać  zguby.  To,  co  zaszło  potem,  zlało  się  w  mojej  pamięci  w
trzysekundowy  majak:  auto  Glorii  Beckham  pędzące  przez  parking.  Ja  na
kolanach, znieruchomiała, pewna, że auto wyhamuje, gdy tylko dziewczyna
mnie zobaczy. 

Nie wyhamowało.
Pędziło  w  moim  kierunku,  w  kierunku  dwóch  bramek  hokejowych,

które  Todd  McCaffrey  zostawił  na  środku  placu,  gdy  poszedł  po  resztę
sprzętu. W pewnym momencie usłyszałam, że jakiś chłopak woła do Glorii:

 - Stój! 
Wóz jednak wbił się w bramki z taką siłą, że zmiażdżył je pod kołami. I

to  wcale  nie  był  koniec.  Nie  zwalniając  ani  trochę,  auto  sunęło  w  moją
stronę.

Podejrzewam,  że  serce  mi  przyspieszyło,  a  poziom  adrenaliny  wzrósł

wręcz  niewiarygodnie,  jak  wówczas  gdy  organizm  szykuje  się  na
niebezpieczeństwo.  Jednak  na  to,  co  nastąpiło,  nie  byłabym  w  stanie  się
przygotować.

Zostałam zepchnięta z drogi.
Uderzyłam  o  krawężnik  z  taką  siłą,  że  sińce  i  zadrapania  na  moich

plecach nie zniknęły przez kilka tygodni.

Skóra  zapiekła,  gdy  bluzka  się  podwinęła  i  przejechałam  plecami  po

chodniku.

A on dotykał mnie w taki przedziwny sposób.
  -  Jesteś  cała?  -  spytał  tajemniczy  chłopak.  Otworzyłam  usta,  by  coś

powiedzieć - spytać, co się stało, sprawdzić, co z Glorią, by dowiedzieć się,
kim jest. Ale... 

 - Ciii... Nie próbuj nic mówić - wyszeptał. 

background image

Prawda jest taka, że nie zdołałabym nic wykrztusić. Czułam, jakby ktoś

otworzył mi klatkę piersiową i skradł oddech.

 - Mrugnij raz, jeśli jesteś cała - mówił dalej. - Dwa razy, jeśli musisz

jechać do szpitala. 

Zamrugałam  raz,  ale  słowo  daję,  nie  chciałam.  Wiedziałam,  że  to

nieodpowiedni moment, by się tak gapić, ale nie mogłam przestać na niego
patrzeć ani przez ułamek sekundy - na jego ostre rysy twarzy, ciemnoszare
oczy  ze  złotymi  plamkami...  I  na  bladoróżowe  usta  zaciśnięte  teraz  z
niepokoju. 

Obejrzał się, szukając wzrokiem Todda, który pomagał Glorii.
 - Zadzwoniłem pod 911! - krzyknął Todd.  
Chłopak, prawdopodobnie rok lub dwa starszy niż ja, ponownie skupił

na mnie uwagę. Szerokie, silne ramiona schowane pod granatową koszulką
prawie dotykały mojego biustu. 

 - Na pewno nic ci nie będzie? - Twarz nieznajomego znajdowała się tak

blisko, że czułam zapach jego skóry: słodycz zmieszaną z potem. 

Skinęłam i odetchnęłam z ulgą, że moje płuca wciąż jeszcze pracują.
 - Co z Glorią? - spytałam bezgłośnie. 
Spojrzał  w  kierunku  jej  auta,  które  zatrzymało  się  dopiero  w  połowie

porośniętego trawą wzgórza obok szkoły.

Chłopak  zdał  sobie  chyba  sprawę,  jak  blisko  jesteśmy,  bo  odsunął  się

trochę i kucnął, przeczesując dłonią ciemne włosy.

A potem poczułam dotyk.
Jego  dłoń  spoczęła  na  moim  brzuchu  chyba  przez  przypadek,  bo

wydawał  się  tym  gestem  bardziej  zaskoczony  niż  ja.  Wpatrywał  się  we
mnie intensywnie, szeroko otwartymi oczami, lekko rozchyliwszy usta.

 - Co to? - spytałam, kiedy spostrzegłam bliznę na jego przedramieniu.

Była wąska jak po ranie ciętej, w pewnym miejscu rozwidlała się niczym
pęknięte konary drzewa. 

Zamiast  odpowiedzieć,  chłopak  mocniej  przycisnął  dłoń  i  zamknął

oczy.  Jego  nadgarstek  dotykał  mojej  nagiej  skóry  tuż  nad  pępkiem  w
miejscu, gdzie sweter wciąż miałam podciągnięty.

I znów niemal straciłam dech.
Chwilę potem, przy akompaniamencie syren i błyskających czerwienią i

bielą świateł, na parking wjechała karetka. Chłopak zabrał dłoń.

background image

Podniósł  się,  podbiegł  do  swojego  motoru,  wsiadł.  Zawarczał  silnik  i

nieznajomy  odjechał  z  piskiem  opon.  Nie  zdążyłam  nawet  poznać  jego
imienia.

Nie zdążyłam podziękować za uratowanie mi życia.

background image

Rozdział 2 
 
 
 
Wiedziałem  to  już  w  chwili,  gdy  po  raz  pierwszy  ujrzałem  jej  długie

kręcone  loki  w  kolorze  karmelu,  krągłe  biodra  i  usta  czerwone  niczym
ogień.

Rozmawiała  wówczas  z  jakimiś  dziewczynami.  Ja  też  tam  byłem.

Stałem spory kawałek dalej. Obserwowałem ją.

Zastanawiałem  się,  jaka  jest  w  istocie  -  czy  jej  policzki  są  naturalnie

różowe  niczym  morskie  muszle?  Może  była  zawstydzona  albo  miała
makijaż? 

Patrzyłem na jej usta, gdy podczas rozmowy lekko się dąsała. I później,

gdy  uśmiechała  się  szeroko.  Ja  też  się  wówczas  śmiałem.  Nie  umiałem
przestać na nią patrzeć, wyobrażać sobie, jak te wargi by wyglądały, gdyby
mówiła, że mnie kocha, chciała pocałować...

Tamtego dnia złożyłem sobie cichą przysięgę.
Odkryję  prawdę  o  jej  policzkach  i  o  tym,  jak  smakują  jej  pocałunki.

Dowiem się wszystkiego, bo po prostu muszę wiedzieć. Czułem, że pragnę
ją mieć. Wciąż czuję.

I pewnego dnia tak się stanie.

background image

Rozdział 3 
 
 
 
Od  wypadku  minęły  trzy  miesiące  i  chociaż  moje  zadrapania  się

zagoiły,  a  sińce  zniknęły,  wciąż  nie  czułam  się  do  końca  dobrze.  Nie,  nie
chodzi  o  serce  czy  coś  równie  sentymentalnego.  Nie  jestem  jedną  z  tych
dramatyzujących  damulek  w  opałach,  czekających  z  niecierpliwością,  aż
przybędzie książę i je uratuje. Proszę tylko o możliwość zamknięcia sprawy
-  spotkanie  tego  chłopaka  jeszcze  jeden  jedyny  raz  -  by  móc  mu
podziękować i spytać, co on w ogóle robił na tym parkingu. By dowiedzieć
się, czemu dotknął mnie w ten sposób. 

  -  Odczuwamy  frustrację?  -  spytała  Kimmie,  dostrzegając,  z  jakim

zacięciem rozrabiam glinę. 

Siedziałyśmy  na  zajęciach  z  garncarstwa,  a  ja  poprzez  ubijanie,

ugniatanie  i  rozciąganie  starałam  się  usunąć  z  lepkiej,  czerwonej  masy
bańki powietrza.

  -  Szczerze  mówiąc,  dziwię  się,  że  się  kompletnie  nie  załamałaś  -

mówiła dalej. 

 - Nie powinnaś aby rozgniatać gliny? - spytałam. 
 - Nie powinnaś aby mieć jakiegoś życia? 
Zignorowałam  jej  uwagę  i  przypomniałam  tylko,  że  rzeźba  z

niewyrobionej gliny zapewne pęknie jej na kawałki podczas wypalania.

 - Może ja lubię kawałki? 
  -  A  lubisz  muł?  Bo  właśnie  to  zaczyna  przypominać  twoja  praca.  -

Podałam jej gąbkę, by zebrała nadmiar wody. 

 - Wiesz co, Camelia? Ta twoja mania kontroli zaczyna mnie już nudzić.

Naprawdę powinnaś częściej wychodzić z domu. 

Przyjaźnię  się  z  Kimmie  od  przedszkola  -  od  konkursu  „Kto  zrobi

największy balon z Hubby Bubby" aż po ósmą klasę, kiedy Jim Konarski
zakręcił butelką i musiałam go pocałować. A tak na marginesie, wciąż mi
dokuczają za to, że nie trafiłam w jego usta i wsadziłam mu język do nosa. 

 - Nic mi nie jest - zapewniłam ją. 
Przez  chwilę  przyglądała  się  moim  nieokiełznanym  lokom  w  kolorze

brudnego blondu, żyrafiej szyi i po raz enty stwierdziła u mnie kompletny
brak  gustu,  z  którego  oczywiście  zdawałam  sobie  sprawę.  Dzisiaj  miałam

background image

na  sobie  koszulkę  z  długim  rękawem,  ciemne  dżinsy  i  balerinki.
Wyglądałam zupełnie jak manekin w Gapie.

 - Doprawdy? - zapytała, formując glinę w coś, co przypominało faceta:

miało  kaloryfer,  bicepsy  i  takie  tam.  -  Pannie  Spędzam  -  Soboty  -  Na  -
Zabawie - W - Makijaż - Z - Dziewięcioletnią - Sąsiadką nic nie jest? 

 - Dla twojej wiadomości: to się zdarzyło raz, a jej matka organizowała

imprezę z kosmetykami Mary Kay. 

 - Nieważne - ucięła, ściszając głos. 
Na  garncarstwie  panowały  bardzo  luźne  zasady,  ale  i  tak  pani  Mazur

nalegała, byśmy ze względu na skupienie na sztuce mówili po cichu.

 - Szybko, jeden do dziesięciu, John Kenneally - wyszeptała Kimmie. 
 - Odmawiam grania z tobą w tę grę. 
  -  Oj,  daj  spokój.  -  Dźgnęła  mnie  palcem.  -  Mamy  nowy  rok  szkolny.

Jesteśmy w trzeciej klasie, a plotka głosi, że jest wolny. Osobiście dałabym
mu  co  najmniej  osiem  i  pół  za  styl,  siedem  za  wygląd  i  dziewięć  za
osobowość. Facet jest przezabawny. 

  -  Strasznie  mi  przykro,  że  ci  to  mówię,  ale  nie  interesuje  mnie  John

Kenneally. 

 - A kto, Królewno Śnieżko? 
Potrząsnęłam  głową,  wciąż  myśląc  o  chłopaku  z  parkingu  -  o  jego

słodkim zapachu, ciemnoszarych oczach... 

I o tym, jak mnie dotykał.
Po wypadku, kiedy Gloria Beckham całkiem wydobrzała - okazało się,

że wpadła we wstrząs hipoglikemiczny (stąd zdezorientowanie, pomylenie
hamulca z pedałem gazu i przejechanie przez parking z prędkością, która w
niektórych  stanach  zagwarantowałaby  jej  odsiadkę)  -  przewertowałam
szkolne roczniki, chcąc odkryć tożsamość tamtego chłopaka. 

Bez rezultatu.
Przerwałam na chwilę torturowanie gliny i sięgnęłam dłonią do miejsca

nad pępkiem. Jakimś cudem wciąż czułam tam jego palce.

  -  Okej.  Koniec  -  stanowczo  stwierdziła  Kimmie.  -  Naprawdę  musisz

znaleźć sobie faceta. 

  -  Oj,  proszę  cię.  -  Udając,  że  chcę  jedynie  poprawić  fartuch,

przejechałam dłonią po szwie. - Przecież nie robię nic skandalicznego. 

 - To pewnie więcej roboty ręcznej, niż doświadczyłaś przez cały rok,

nie?  A  zresztą  zapomnij:  nie  chcę  wiedzieć.  Masz  -  powiedziała,

background image

podsuwając  mi  swojego  glinianego  faceta.  -  Przywitaj  się  z  Seymourem.
Nie jest idealny, ale to najlepsze, co mogę wykombinować w tak krótkim
terminie. 

background image

Rozdział 4 
 
 
 
Podczas  lunchu  zagarnęłyśmy  z  Kimmie  jedno  z  najbardziej

popularnych  miejsc  w  części  stołówki  zajmowanej  przez  starsze  klasy  -
znajdowało  się  zaledwie  dwa  stoliki  od  maszyny  z  napojami  i  rzut
okruchem  chleba  od  drzwi.  Dla  takich  przeciętniaczek  jak  my  było  to  jak
wygrana  w  lotka.  Planowałyśmy  utrzymać  ten  stan  rzeczy  aż  do  końca
roku. 

Nasz kumpel, Wes, siedział z nami. Przygarnęłyśmy go już w pierwszej

klasie, kiedy biedak pojawił się na imprezie z okazji Halloween przebrany
za metrową parówkę. Kilku graczy w lacrosse pomyślało, że fajnie będzie
pozbawić  go  bułki,  przez  co  wyglądał  niemal  obscenicznie.  Wes  zgłosił
sprawę opiekunom imprezy i żartownisie zostali zawieszeni. W ten właśnie
sposób dorobił się zaszczytnej ksywki Parówa.

  -  Fajna  fryzura.  -  Uśmiechnął  się  z  kpiną,  widząc  u  Kimmie  nową

fryzurkę  a  la  paź.  Niedawno  przefarbowała  włosy  na  czarno  i  obcięła
prawie pół metra swoich oszałamiających loków. 

 - Tak dla twojej informacji, to pasuje do mojego stylu. 
 - Tak? A cóż to za styl? Pokręcona gotka? 
  -  Staromodny  wamp  -  wyjaśniła,  pokazując  swój  strój:  staromodną

sukienkę  w  grochy  o  kroju  z  lat  sześćdziesiątych,  wojskowe  buty  i
falbaniastą  czerwoną  apaszkę.  Grube  czarne  kreski  zrobione  konturówką
Maybelline  podkreślały  jej  jasne  oczy.  -  Kiedy  zostanę  sławną  i  bogatą
projektantką mody z własnym programem telewizyjnym o metamorfozach,
przestanie ci być do śmiechu. 

 - Chwila... W tym programie to ty zostaniesz poddana metamorfozie,

tak? - spytał Wes, poprawiając okulary na nosie. 

  -  Odczep  się  -  mruknęłam,  grożąc  mu  nadzianym  na  widelec

makaronem z serem, wycelowanym w jego nażelowane brązowe włosy. 

 - Nie zrobisz tego! - Rzucał mi wyzwanie. - Pomyśl, jaki bałagan by się

zrobił na stole. 

  -  Wielki  włochaty  bałagan  -  prychnęła  Kimmie,  powstrzymując

śmiech. 

background image

  -  Szczególnie,  kiedy  odpowiem  moim  klopsem  niespodzianką.  -  Wes

się uśmiechnął. 

Położyłam  widelec  z  powrotem  na  talerzu,  unikając  tym  samym

potężnej bitwy na jedzenie.

  -  Rozumiem,  że  Camelia  Kameleon  jest  dziś  wrogo  nastawiona  do

świata? - spytał. 

 - Bardzo zabawne - odparłam. Nienawidziłam mojego imienia i tego,

że dołączał do niego nazwę gada. 

 - A skoro mowa o wrogości - ciągnął - czy któraś z was słyszała o tym

nowym? Ponoć jest zabójczy.  

  -  Zabójczo  przystojny?  -  spytała  Kimmie,  wkładając  do  ust  łyżeczkę

masła orzechowego. 

 - Zabójczy w sensie, że jest mordercą - wyjaśnił Wes. - Plotka głosi, że

uśmiercił  swoją  dziewczynę...  Zepchnął  ją  z  klifu.  Spadła  na  skały  i  się
zabiła. 

 - Ktoś się naoglądał Kryminalnych zagadek - rzuciła Kimmie. 
 - Kryminalnych zagadek nigdy za wiele - skontrował Wes. 
 - Chwila. - Odsunęłam makaron z serem na bok. - Skąd pewność, że ta

plotka jest prawdziwa? 

 - No tak. - Kimmie uśmiechnęła się złośliwie. - Camelia nie wierzy w

plotki... Od dnia, w którym ktoś wymyślił plotkę o niej. 

Wes zaczął się śmiać. Dobrze wiedział, o czym mówiła Kimmie. Jessica

Peet była wściekła, bo nie pozwoliłam jej od siebie ściągać podczas testu z
historii. Postanowiła się zemścić, mówiąc wszystkim, że wolę wysikać się
pod  prysznicem  w  przebieralni  niż  iść  do  ubikacji.  Przez  cały  semestr
ludzie unikali kabin prysznicowych, z których wcześniej korzystałam.

Nim zdołałam cokolwiek odpowiedzieć, przyszedł Matt i rzucił książki

na końcu naszego stolika.

  -  Witajcie,  drogie  panie  -  zaczął  od  nas.  -  Cześć,  Parówo.  -  Skinął

głową Wesowi. 

 - I kto się teraz śmieje? - Uśmiechnęłam się złośliwie do Wesa. 
Matt  i  ja  byliśmy  kiedyś  razem,  ale  teraz  się  tylko  przyjaźnimy.

Niektórzy  (patrz:  Kimmie)  nalegali,  żebyśmy  spróbowali  jeszcze  raz,  ale
szczerze  mówiąc,  już  ta  pierwsza  próba  nie  powinna  była  mieć  miejsca.
Wydrążyła  bowiem  dziurę  w  naszej  pięknej,  platonicznej  przyjaźni.  Od
tamtego czasu między nami nie jest już tak jak dawniej. 

background image

  -  Ależ  w  tym  roku  jesteśmy  boscy,  co?  -  Kimmie  zaczęła  zlizywać

masło  orzechowe  z  łyżeczki  w  jakże  -  podniecający  -  i  -  uwodzący  -
sposób,  rozbierając  przy  tym  Matta  wzrokiem  z  kolejnych  warstw  jego
ciuchów Abercrombie. 

Matt wcale nie uznał jej zachowania za komplement, ale to nie nowość.

Zignorował ją i skoncentrował się na mnie.

 - Wciąż jesteśmy umówieni w tym roku do kółka naukowego? Przyda

mi się pomoc we francuskim. 

  -  Tak  -  odparłam.  -  Sprawdzę  swój  grafik  i  zobaczę,  kiedy  jestem

wolna. 

Matt  skinął  głową  i  się  oddalił,  a  Kimmie  sprzedała  mi  pod  stołem

kopniaka.

 - Oszalałaś? - spytała. - Facet trenował. Pełna dziewiątka w skali jeden

do dziesięciu. 

 - Jeśli się lubi wysokich przystojnych blondynów, to może - stwierdził

Wes,  z  nonszalancją  szczypiąc  swój  mikroskopijny  biceps.  -  Osobiście
uważam, że dziewczyny wolą urok i osobowość. 

 - Szkoda, że i w tym nie jesteś dobry, nie? - Kimmie mrugnęła do Wesa

żartobliwie. 

 - Matt i ja jesteśmy tylko przyjaciółmi - przypomniałam jej. 
 - Tere - fere kuku - stwierdziła. - Potrzebujesz faceta. 
Spojrzałam na zegar, mając nadzieję, że za chwilę zabrzmi dzwonek. I

wówczas go zobaczyłam. Chłopak z parkingu.

Poczułam,  że  wstaję.  Serce  podeszło  mi  do  gardła.  On  również  mnie

zauważył. Wiem, że tak było.

  -  Em...  Camelia,  wszystko  w  porządku?  -  spytała  Kimmie,  kierując

wzrok tam gdzie ja. 

 - Patrzcie - Wes również zerknął. - To on - koleś, który kropnął swoją

dziewczynę. 

Chłopak  przystanął,  popatrzył  na  mnie  przez  chwilkę,  odwrócił  się  i

wyszedł.

background image

Rozdział 5 
 
 
 
Nazywa się Ben Carter.
Wiem, bo wszyscy w szkole o nim mówią. Jeszcze przed piątą lekcją,

czyli niecałe trzy godziny po tym, jak zauważyłam go w stołówce, plotka
obrosła  w  tyle  szczegółów,  że  można  by  na  jej  podstawie  nakręcić  film.
Ludzie  powtarzali,  że  tamtego  dnia  Ben  udusił  swoją  dziewczynę,  nim
zepchnął ją z klifu, że gdy policjanci przeszukali jego plecak, odkryli rolkę
taśmy  izolacyjnej,  piętnastocentymetrowy  nóż  i  listę  innych  dziewcząt,
które miał zamiar zaatakować.

Podczas ostatniej, akurat wolnej lekcji, wraz z Kimmie wymknęłyśmy

się  z  biblioteki  kilka  minut  wcześniej.  Stałyśmy  w  odległości  zaledwie
dwóch sal od szafki Bena.

Czekałam, by znów go ujrzeć.
Nie  chodzi  o  to,  że  jestem  jakąś  świrniętą  masochistką,  zakochaną  w

byłym  kryminaliście.  Po  prostu  muszę  mu  podziękować  -  spojrzeć  mu  w
oczy,  powiedzieć,  że  doceniam,  iż  ocalił  mi  życie,  a  potem  zwyczajnie
odejść. 

Zakończyć sprawę raz na zawsze.
 - Muszę przyznać, jesteś odważna - stwierdziła Kimmie, drapiąc się w

głowę ołówkiem. - Możliwe, że to nie ten facet. 

  -  To  on  -  odparłam,  spoglądając  na  wiszący  w  korytarzu  zegar.  Do

dzwonka pozostały tylko dwie minuty. 

  -  Więc  jesteś  przekonana,  że  chłopak,  który  prawdopodobnie  zabił

swoją dziewczynę, to ten sam, który uratował ci życie? 

  -  Chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  wierzysz  w  plotki?  Nie  znamy

wszystkich faktów. 

 - Fakty szmakty. - Kimmie przewróciła oczami. - No dobra, uratował ci

życie  i  dotknął  twojego  brzucha.  Mnóstwo  osób  dotykało  różnych  części
mojego ciała, ale ja nie robię z tego wielkiego halo. 

 - W moim słowniku uratowanie komuś życia to jest wielkie halo. Poza

tym nie chodzi o to, że mnie dotknął, a sposób, w jaki to zrobił. 

  -  Aha.  Jasne.  -  Kimmie  ziewnęła.  -  Dostałaś  gęsiej  skórki,  a  serce

zaczęło tańczyć kankana. Jakże mogłabym zapomnieć? 

background image

Zamiast spróbować znów jej to wytłumaczyć, ponownie spojrzałam na

zegar. Wskazówka minutowa przysuwała się do dwunastki. Zastanawiałam
się, czy naprawdę starczy mi odwagi, by z nim porozmawiać.

Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na dzwonek. Rozległ się dwie sekundy

później - tak głośny, że wibracje odczułam całym ciałem. 

Korytarz  wypełnił  się  dzieciakami,  ludzie  zaczęli  się  przepychać  obok

nas, prawdopodobnie zirytowani, że stoimy, blokując ruch.

I wówczas go dostrzegłam.
Stał  w  drzwiach  do  sali  senory  Lynch,  która  uczyła  hiszpańskiego.

Czekał, aż tłum się przerzedzi.

 - Co on robi? - spytała Kimmie. 
Potrząsnęłam głową i dalej patrzyłam w jego kierunku. Miałam nadzieję

nawiązać kontakt wzrokowy, ale on nawet nie spojrzał w moją stronę. Ani
razu.

Tłum  się  nie  rozstępował,  ale  chłopak  postanowił  ruszyć  do  swojej

szafki.

To oczywiste, że ludzie go zauważali. Gapili się i wymieniali spojrzenia

pełne  ekscytacji.  Zupełnie  jakby  jego  pojawienie  się  było  największą
sensacją, jaka wydarzyła się w naszym małomiasteczkowym świecie.

 - To twoja szansa. - Kimmie lekko mnie pchnęła. - Teraz albo nigdy. 
  -  Wiem  -  odparłam  drżącym  głosem.  Przedzierałam  się  przez  tłum  w

jego  kierunku.  Twarz  mi  płonęła.  Ben  zerwał  kartkę  z  szafki,  rzucił  ją  na
ziemię i zaczął otwierać zamek, ignorując fakt, że stoję tuż obok. 

  -  Ben?  -  spytałam,  czując,  że  moje  tętno  przyspiesza.  -  Możemy

porozmawiać? 

Wciąż mnie ignorował.
  -  Ben?  -  powtórzyłam,  tym  razem  głośniej.  Wreszcie  spojrzał  zza

drzwiczek. 

 - W czym mogę pomóc? 
 - Pamiętasz mnie? 
Chłopak  pokręcił  głową  i  ponownie  przeniósł  wzrok  do  szafki,  jakby

czegoś szukał.

  -  Trzy  miesiące  temu.  Na  parkingu  za  szkołą...  W  moim  kierunku

pędziło auto, a ty mnie odepchnąłeś. 

 - Przykro mi - wymamrotał. 

background image

  -  Uratowałeś  mi  życie  -  wyszeptałam,  kątem  oka  zauważając  kartkę,

którą  rzucił  na  podłogę.  Była  wyrwana  z  notesu.  Ktoś  napisał  na  niej:
„MORDERCA". - To auto by we mnie wjechało. 

 - Serio, nie mam pojęcia, o czym mówisz. - Zatrzasnął drzwi szafki. 
 - To byłeś ty - wyrzuciłam z siebie. 
Przecież  nie  mógł  zapomnieć  o  czymś  tak  istotnym.  Jednak  on  się

upierał:

 - Nie. Pomyliłaś mnie z kimś innym. 
Pokręciłam głową, po czym skupiłam się na jego twarzy - na oczach w

kształcie migdałów i na linii szczęki. Przeciągnął dłonią między włosami -
może z frustracji - i wówczas to dostrzegłam. 

Bliznę na przedramieniu.
Ze zdumienia szerzej otworzyłam oczy, a serce zaczęło mi walić jeszcze

mocniej.

Ben zauważył, że dostrzegłam bliznę, opuścił ramię i schował dłoń do

kieszeni.

 - Muszę iść - powiedział, zerkając za siebie. 
Wokół nas zebrało się kilka osób: Davis Miller i jego przypominające

boys band stado kumpli, jakaś grupa dziewcząt z drużyny softballu, dwóch
chłopaków  zmierzających  do  kozy  i  kilku  członków  grupy  aktorskiej
udających się do szkolnego teatru. 

 - Po prostu chciałam podziękować - powiedziałam, ignorując ich. 
 - To nie byłem ja - powiedział i odwrócił się. Znów mnie zostawił. 

background image

Rozdział 6 
 
 
 
Chciałem  z  nią  porozmawiać.  Miałem  świetną  okazję,  ale  wszystko

zawaliłem. Jest taka idealna - słodka, nieśmiała i niesamowicie seksowna -
że się zdenerwowałem. 

Łatwiej jest obserwować ją z daleka, na przykład w bibliotece. Chowam

się za stertami książek i wyobrażam sobie, jakby to było zabrać ją w jakieś
miłe  miejsce.  Widzę  ją  w  eleganckiej  restauracji,  czekającą  na  moje
przyjście, a nie siedzącą w bibliotece, zagrzebaną w szkolnych zadaniach.

Zauważyłem, że wybrała stolik przy oknie wychodzącym na podwórko.

Wciąż przez nie zerkała, zupełnie jakby wolała znaleźć się na zewnątrz.

Cóż  bym  dał,  aby  być  z  nią  -  spacerować  wśród  leżących  na  ziemi

złotych liści, słyszeć ich szelest pod stopami i całować ją, gdy owiewałby
nas chłodny jesienny wiatr... 

Wiem,  że  kiedyś  tak  się  stanie.  Doprowadzę  do  tego.  Albo  zginę,

próbując.

background image

Rozdział 7 
 
 
 
Dobra, co powiedział? - spytała Kimmie. - Chcę usłyszeć każde słowo.

Siedziałyśmy  przy  jednym  ze  stolików  w  Brain  Freeze,  lodziarni
mieszczącej się przy tej samej ulicy co nasza szkoła, ale kawałek dalej. 

 - Aaa, Boże! Czekaj! - powiedziała, gdy tylko otworzyłam usta, by coś

powiedzieć. - Widziałaś Johna Kenneally'ego? 

Rozejrzałam się po sali.
  -  Nie  tutaj  -  pisnęła,  rozciągając  każdą  sylabę  słowa.  -  W  korytarzu,

gdy rozmawiałaś z tym całym Benem. Przyglądał się. Chyba chciał z tobą
pogadać.  Już  prawie  poklepał  cię  w  ramię,  ale  się  odwróciłaś  i  poszłaś  w
drugą stronę. 

 - Nie zauważyłam go. Kimmie westchnęła. 
 - Oczywiście. Tylko ty możesz przegapić takie ciacho. Ale jeśli ty się

za niego nie weźmiesz, ja to zrobię. 

  -  Jest  cały  twój  -  powiedziałam,  biorąc  na  łyżeczkę  lody  o  smaku

moccachino. 

 - No więc, co powiedział? - spytała. 
 - John? 
 - Nie. Ben. 
 - Niewiele. Powiedział, że to nie on, że go z kimś pomyliłam. 
 - Widzisz, a nie mówiłam? 
 - Skłamał - stwierdziłam. - Wiem, że to był on. 
 - Czemu miałby w tej sprawie kłamać? - Kimmie siorbnęła łyk swojej

orzechowej frappe. 

Wzruszyłam ramionami.
  -  Może  jest  jedną  z  tych  zamkniętych  w  sobie  osób.  Pewnie  dlatego

zniknął zaraz po tym, jak mnie uratował. 

  -  Wątpliwa  teoria  -  odparła.  -  Pomyśl  chwilę:  gdyby  to  ciebie

oskarżono  o  morderstwo,  nie  chciałabyś  mieć  możliwości  poprawienia
sobie reputacji? Uratowanie kogoś przed śmiercią bardzo by mu pomogło. 

  -  Brzmi  poważnie.  -  Wes  zakradł  się  do  nas  od  tyłu.  Z  łyżeczką  i

słomką w jednej dłoni, drugą podstawił sobie krzesło i zaczął częstować się
naszymi deserami. - Plotka głosi, że dziś po szkole molestowałaś Rzeźnika. 

background image

 - Gdzie to słyszałeś? - spytałam, odtrącając jego łyżeczkę. 
 - Od ludzi - uśmiechnął się drwiąco. 
 - Jakich ludzi? 
Jego  uśmieszek  zmienił  się  w  pełnowymiarowy  uśmiech,  przez  co

naszym oczom ukazał się niewielki ubytek w jego przednim zębie.

 - Wszyscy o tym mówią. 
 - Ale z ciebie baran - wtrąciła Kimmie. - Lekcje skończyły się godzinę

temu. 

  -  To  nie  ma  znaczenia.  -  Poprawił  swoje  okulary  w  drucianych

oprawkach. - Mam uszy... I oczy. 

 - Znów podglądałeś damską drużynę softballu? - przygadała Kimmie. -

Wiesz, jakie to żenujące, prawda? 

Wes wzruszył ramionami, nie mając na to odpowiedzi.
  -  Głosuję  za  tym,  byś  zapomniała  o  Panu  Dotykalskim  -  stwierdziła

Kimmie, celując we mnie słomką. 

 - Chyba że chcesz skończyć jako ofiara tygodnia - dodał Wes. - Lepiej

zacznij  nosić  czystą  bieliznę.  Nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  skończysz,  leżąc
gdzieś półnaga. 

 - Dobra rada - przytaknęła moja przyjaciółka. 
 - Nie jestem niczyją ofiarą - odparłam. 
 - Ja też nie, ale możesz mnie trochę pognębić - wymruczał, oblizując

swoją łyżkę. 

 - Nieważne. - Postanowiłam go zignorować. - Łatwiej powiedzieć, że

muszę o nim zapomnieć, niż to zrobić. Widziałam bliznę. 

  -  Jaką  bliznę?  -  spytała  Kimmie.  Opowiedziałam  im  o  szramie,  którą

dostrzegłam na przedramieniu Bena, i o tym, że zauważyłam ją już w dniu,
gdy mnie uratował. 

 - Czyżbym wyczuwał w powietrzu nadciągający skandal? - spytał Wes,

usiłując nadać swojemu głosowi dorosłe i głębokie drżenie.  

Kimmie wciągnęła nosem powietrze.
 - Ten smród to nie skandal... To zwykła trucizna. 
W ramach odwetu Wes pociągnął od niej wielkiego łyka frappe.
  -  Camelia,  zapomnij  o  nim.  -  Kimmie  zwróciła  się  w  moją  stronę.  -

Tak, wiem. Uratował ci życie. Zachował się jak dżentelmen. I owszem, to
prawdziwe  ciacho.  Ale  domykanie  spraw  jest  według  mnie
przereklamowane. 

background image

 - Może masz rację - westchnęłam, siadając głębiej w fotelu. 
 - Żadne „może". Zajmij się lepiej kimś fajniejszym - nalegała. 
 - Niby kim? Mattem czy Johnem Kenneallym? 
  -  No,  skoro  już  o  nich  wspomniałaś...  W  odpowiedzi  przewróciłam

oczami. 

 - No, ale faktycznie... - mówiła dalej. - Matt nie był dobry, o ile dobrze

pamiętam. Wiecznie wydzwaniał i dawał ci urocze prezenciki... 

 - Robił ci rosół, kiedy byłaś chora. - Wes dołączył do wyliczanki. 
  -  Nie  był  jadalny  -  odparłam,  wspominając  tajemnicze  szare  kawałki

niewiadomego pochodzenia pływające w zupie. 

  -  Nieistotne.  -  Kimmie  kontynuowała  wywód.  -  Daj  mi  faceta,  który

potrafi otworzyć słoik gotowego dania z Chef Boyardee, a będę jego. 

  -  Mam  w  domu  puszkę  Twistaroni  z  twoim  imieniem  -  zażartował

Wes. 

  -  Matt  był  miły...  -  broniłam  się.  -  Ale  jest  taki  moment,  że  „miłe"

zmienia  się  w  „zbyt  miłe".  Był  zaborczy,  jeszcze  zanim  zaczęliśmy  się
umawiać. 

 - Jasne - odparł. - Ty potrzebujesz psychotycznego mordercy. 
W  tym  momencie  przeprosiłam,  wstałam  od  stołu  i  zaczęłam  się

zbierać. Obiecałam mamie, że wieczorem pomogę jej z kolacją.

Odkąd zaczęłam pracować na pół etatu w Knead, pracowni garncarskiej

w centrum miasteczka, mama nabawiła się obsesji na punkcie spędzania ze
mną czasu. Ostatecznie stało się to rytuałem - przynajmniej raz w tygodniu,
kiedy nie pracuję, łączymy siły, by wspólnie przygotować jedzenie. 

  -  Robimy  dziś  makaron  z  kabaczkiem,  masłem  sojowym  i  sosem  z

bazylii,  ciasto  daktylowo  -  orzechowe  i  świeży  sok  kapuściewkowy  -
oświadczyła mama, gdy wróciłam. 

 - Kapuściewkowy? 
Mama skinęła głową i zdjęła z szafki jedną ze zrobionych przeze mnie

ceramicznych misek - szeroką, niebieską z żółtymi wiatraczkami. 

 - Sok z włoskiej kapusty i marchewek. 
 - Brzmi smakowicie - skłamałam. 
Mama  stała  się  fanatyczką  zdrowego  trybu  życia,  od  czubka  głowy  i

zafarbowanych  henną  włosów,  aż  po  palce  stóp  skryte  w  tenisówkach  z
organicznej  bawełny.  W  rezultacie  przynajmniej  dwa  razy  w  tygodniu
lądowaliśmy z tatą w Taco Bell.  

background image

 - Chodź - przywołała mnie do wyspy na środku kuchni. - Chcę usłyszeć

wszystko  o  pierwszym  dniu  szkoły.  Jacyś  fajni  chłopcy?  Inspirujący
nauczyciele? Jak lunch? 

  -  Nie.  Ani  jednego.  Mdlący  -  odpowiedziałam  po  kolei  na  pytania,

zdrapując przy tym mój perłowy lakier do paznokci. 

 - Oto zdrowe podejście. 
 - Przecież przesadzam. - Wślizgnęłam się na stołek. - Tak jakby. 
Mama,  która  wciąż  była  ubrana  w  strój  do  jogi,  wzięła  głęboki

oczyszczający  oddech  i  popiła  go  domowej  roboty  herbatką  z  mniszka
lekarskiego.

 - Chcesz o tym porozmawiać? 
 - Innym razem - odparłam. Myślałam o Benie. 
  -  A  może  chcesz  przyjść  na  nasze  dzisiejsze  spotkanie?  W  nocy  z

okazji  pełni.  Przekonasz  się,  jakie  to  oczyszczające  doświadczenie.  -
Odgarnęła kilka loków, które opadły na jej ciemnozielone oczy. 

  -  Nie,  dzięki  -  odparłam.  Noc  szczekania  do  księżyca  i  spontaniczny

taniec brzucha to nie moja definicja oczyszczającego doświadczenia. 

Mama skinęła i wzięła pojemnik z daktylami. Wrzuciła je do blendera.
 - Nie zapomniałaś o czymś? - spytałam. 
Chwilę  jej  to  zajęło,  ale  zauważyła.  Nie  usunęła  pestek  -  jest  to

kulinarna  zniewaga,  którą  popełniłam  dawno  temu,  kiedy  próbowałyśmy
zrobić  daktylowe  cukierki.  Na  szczęście  mama  nie  włączyła  jeszcze
maszyny. 

Mama  wyjęła  owoce.  Miała  załzawione  oczy,  jak  gdyby  możliwość

stępienia ostrzy było najgorszą rzeczą na świecie.

 - Mamo? 
  -  Ciocia  Alexia  dziś  zadzwoniła -  powiedziała,  chcąc  usprawiedliwić

łzy. 

 - Aha. - Przygotowałam się na cios. Mama wytarła oczy, próbując się

uspokoić. 

 - To nic złego. Po prostu jej głos nie brzmiał zbyt dobrze. To wszystko. 
 - Bo z nią nie jest dobrze. 
  -  Pracuje  -  kontynuowała  mama.  -  Stara  się  być  zajęta  i  wrócić  do

normalnego  życia.  Dwa  razy  w  tygodniu  chodzi  na  terapię  grupową,  a  w
sobotnie popołudnia na kurs malarstwa. 

 - A potem co? 

background image

Mama pokręciła głową. Kąciki jej ust opadły. Przez sekundę wyglądała,

jakby znów się miała rozkleić.

 - Będzie dobrze - powiedziała wreszcie. - Jestem tego pewna. 
Znów odetchnęła i po chwili wzięła się do drylowania daktyli.
 - Mamo? - Wciąż wyczuwałam jej niepokój. 
Ale  ona  wyraźnie  nie  chciała  ciągnąć  tematu.  Zamiast  tego  kazała  mi

obrać  kabaczek,  namoczyć  bazylię  i  pokruszyć  orzechy.  W  okamgnieniu
wyczarowałyśmy  danie  godne  samego  sir  Paula  „Weganina"  McCartneya.
Zabrałam  talerze  i  poszłam  nakryć  do  stołu.  Właśnie  wtedy  dostrzegłam
dużą  kopertę  z  czerpanego  papieru  zaadresowaną  do  mnie.  Leżała  na
modlitewnych  koralikach  mamy.  Podniosłam  ją  i  od  razu  zauważyłam,  że
nie ma znaczka ani pieczątki poczty. Ani adresu zwrotnego. Rozerwałam ją
i wyjęłam zawartość.

W środku było zdjęcie, a na nim ja. Stałam przed szkołą. Zrobiono je

dzisiejszego  ranka,  poznałam  po  ubraniu.  Ktoś  wydrukował  je  na
błyszczącym papierze A4 i namalował wokół mnie czerwone serce.

Odwróciłam  fotografię,  szukając  imienia  ofiarodawcy  albo  jakiejś

wiadomości, ale tył był pusty.

 - Czy ktoś to dziś przyniósł? Mama pokręciła głową. 
 - Było w skrzynce razem z resztą korespondencji. 
  -  O  której  wyjmowałaś  pocztę?  -  spytałam.  Zastanawiałam  się,  kiedy

ktoś znalazł czas na zrobienie zdjęcia, wydrukowanie go i podrzucenie do
skrzynki, zanim wróciłam ze szkoły. 

Mama przerwała drylowanie daktyli i spojrzała na mnie.
 - Koło piątej, tuż przed twoim przyjściem. Czemu pytasz? 
Pokazałam jej zdjęcie.
 - Głupi kawał. 
 - Mnie to wygląda na tajemniczego wielbiciela. 
Przeciągnęłam  palcami  po  zdjęciu,  myśląc  o  poranku  przed  szkołą.

Próbowałam sobie przypomnieć, kto się wówczas kręcił w pobliżu.

  -  Camelia,  wszystko  w  porządku?  -  Mama  nie  dawała  za  wygraną.  -

Czy coś się stało w szkole? 

Wzruszyłam  ramionami.  Kusiło  mnie,  by  opowiedzieć  jej  o  Benie  -  o

tych  wszystkich  plotkach,  ale  wydawała  się  taka  zaabsorbowana
przygotowywaniem soku. Przyglądała się wielkiej pustej misce. 

 - To był zwyczajny pierwszy dzień szkoły. 

background image

Wsunęłam  zdjęcie  do  koperty  i  poszłam  do  pokoju,  by  zadzwonić  do

Kimmie.

Może  i  brakowało  adresu  zwrotnego,  ale  taki  numer  pachnie  nią  na

kilometr.

background image

Rozdział 8 
 
 
 
Nie mam pojęcia, o czym mówisz - zarzekała się Kimmie. 
Nie  udało  mi  się  dodzwonić  do  niej  poprzedniego  wieczoru,  więc

złapałam ją jeszcze przed godziną wychowawczą. Stałyśmy przy szafkach.
Zasłaniałam moją przyjaciółkę, podczas gdy ona wypełniała przód sukienki
ilością papieru, która starczyłaby na opakowanie prezentów gwiazdkowych
na dwa kolejne lata.

 - Nie zostawiałam nic w twojej skrzynce na listy - mówiła. - A już na

pewno  nie  twoje  zdjęcie  z  narysowanym  sercem.  Przecież  to  straszliwie
tandetne. Jak z jakiegoś filmu z lat siedemdziesiątych o prześladowcy. 

 - Jesteś pewna? Nie będę zła. 
  -  Poważnie.  -  Przewróciła  oczami  i  obejrzała  biust  w  lusterku  na

drzwiach szafki. - Naprawdę sądzisz, że gdybym była na tyle pokręcona, by
biegać za ludźmi i robić im zdjęcia z ukrycia, to zaczęłabym od ciebie? Bez
urazy, oczywiście. 

 - Skądże znowu. 
  -  Ciebie  mogę  sfotografować  zawsze.  Ale  męską  reprezentację

pływacką... To już inna bajka. 

Zatrzasnęła  szafkę  i  położyła  dłonie  na  swoim  wypchanym  biuście.

Starała się nadać papierowi odpowiednie proporcje.

  -  Jeszcze  jedną  chusteczkę?  -  spytałam,  dostrzegając,  że  prawa  pierś

wygląda trochę pełniej niż jej lewa sąsiadka. 

Kimmie  pokiwała  głową.  Po  chwili  udało  się  jej  osiągnąć  optymalny

rozmiar.

 - Od razu lepiej. Jak wyglądam? Sukienka jest nowa, przynajmniej dla

mnie.  Sprzedawczyni  powiedziała,  że  z  lat  pięćdziesiątych.  Zaprojektuję
kombinezon w tym stylu. 

Sukienka  była  czarna,  z  króciutkimi  rękawkami  i  wielką  srebrną

kokardą w pasie.

 - Urocza. 
  -  To  mało  powiedziane  -  stwierdziła  Kimmie.  -  Czuję  się  w  niej  jak

żywy prezent. 

background image

Chciałam  spytać,  czy  dlatego  wypchała  się  taką  ilością  papieru,  ale

ugryzłam się w język.

  -  Teraz  pomyślmy,  kto  na  mnie  zasłużył...  -  Otaksowała  korytarz  w

poszukiwaniu  potencjalnych  ofiar.  Jej  uwaga  skupiła  się  na  Johnie
Kenneallym,  który  stał  po  przeciwnej  stronie  z  kolegami  z  drużyny
piłkarskiej.  Kiedy  się  schylił,  by  zawiązać  sznurówkę,  Kimmie  mało  nie
zemdlała. 

  -  Jakie  piękne.  -  Z  wrażenia  aż  położyła  dłoń  na  swym  dobrze

wyprofilowanym  biuście.  -  Serio.  Skąd  się  bierze  taki  tyłeczek?  Ale
jędrny... i symetryczny. 

 - W przeciwieństwie do twoich zapakowanych jak prezent cycków. 
 - Co proszę? 
 - Przykro mi, ale mam na głowie ważniejsze rzeczy niż pośladki Johna

Kennealy'ego. 

 - Ach tak? Niby co? 
 - Może Wes je zostawił? - zapytałam znienacka. Podrzucona fotografia

nie dawała mi spokoju. 

  -  Co  zostawił?  -  wymamrotała  zdezorientowana  Kimmie.  Wciąż  się

gapiła na Johna. 

 - Zapomnij - westchnęłam. 
 - Chwila. Dalej rozmawiamy o tym zdjęciu? 
W wyobraźni pewnie rozebrała już chłopaka aż do slipek.
  -  Tak,  to  pewnie  Wes  -  rzuciła  na  odczepnego.  -  W  tym  roku  ma

fakultet  z  fotografii.  No  i  już  wcześniej  robił  głupie  numery.  W  zeszłym
roku zostawił na mojej torbie zapakowanego w folię gumowego Teletubisia
z karteczką „Ratunku! Duszę się!". 

 - Nawet nie zapytam, co to miało znaczyć. 
 - Koniec końców, nie zawracałabym sobie tym głowy, szczególnie że

na świecie istnieją o wiele bardziej absorbujące rzeczy. - Patrzyła na Johna
z tęsknotą. 

 - Jesteś beznadziejna - oświadczyłam. 
  -  Beznadziejnie  zakochana.  -  Wachlowała  się  podręcznikiem  do

anatomii,  zadziwiająco  stosownie  do  sytuacji,  zważywszy  że  na  okładce
było zdjęcie ludzkiego serca. 

  -  Wiesz,  co  jest  najdziwniejsze?  -  wróciłam  do  tematu.  -  Zdjęcie

zrobiono  wczoraj.  Co  znaczy,  że  ktokolwiek  je  zrobił,  tego  samego  dnia

background image

zostawił je w mojej skrzynce. 

 - No i? - spytała. - Słyszałaś kiedyś o „fotkach w godzinę"? 
 - Myślę, że ktoś wydrukował je w domu. Było trochę niedopracowane. 
  -  Urok  fotografii  cyfrowej.  Brak  pośredników,  nie  czekasz  i  masz

pewność,  że  nawet  najbardziej  żenujące  ujęcia  ujrzą  światło  dzienne.
Pamiętasz,  kiedy  zrobiłam  w  lustrze  zdjęcie  swojego  tyłka?  Punkt,  do
którego zaniosłam kliszę, zniszczył negatyw. 

 - Tragedia. 
 - Owszem. Szlag trafił mój pomysł na kartki świąteczne. 
 - Muszę lecieć. - Spojrzałam na zegar w korytarzu. Do dzwonka została

minuta, a na dotarcie do sali potrzebujemy dwóch. 

Dziarsko  ruszyłam  przed  siebie,  ale  niecałe  trzy  kroki  dalej

zatrzymałam się na klacie Johna Kenneally'ego.

 - Sorry! - rzuciłam, zastanawiając się, jak do tego doszło. Mimowolnie

przemknęło mi przez myśl, że jego ubrania pachną piwoniami. 

 - Nic nie szkodzi. - Uśmiechnął się. - Mnie się podobało. - Zamarudził

o sekundę za długo, nim odszedł. 

Chwilę później Kimmie obróciła mnie twarzą w swoją stronę.
 - O mój Boże! Nienawidzę cię! - powiedziała. - Jakie to uczucie? Jak

pachniał? 

 - Kimmie, weź się w garść. 
 - W garść to chcę wziąć jego. 
Zerknęłam na idącego korytarzem Johna. W tej samej chwili odwrócił

się, by na mnie spojrzeć. Pomachał, a ja odpowiedziałam mu tym samym.
Kimmie  jednak  była  zbyt  zajęta  wachlowaniem  się,  by  to  w  ogóle
zauważyć.

background image

Rozdział 9
 
 
 
Na chemii usiadłam z tyłu klasy. Czekałam, aż wszyscy zajmą miejsca.

Pan  Swenson  (pieszczotliwie  zwany  Pot  -  manem,  ze  względów
oczywistych), miał zasadę, że z kim usiądziesz podczas pierwszej lekcji w
laboratorium, ten będzie twoim partnerem podczas zajęć przez cały rok. 

Nie  trzeba  więc  tłumaczyć,  że  wybór  odpowiedniego  miejsca  był

sprawą kluczową.

Nie  jestem  najmocniejsza  w  naukach  ścisłych,  dlatego  wypatrywałam

kogoś, kto wyglądał na nieźle radzącego sobie ze zlewkami, probówkami i
palnikiem Bunsena.

I wreszcie ją zobaczyłam. Renę Maruso. Dziewczynę, która pomogła mi

przetrwać biologię.

  -  Hej!  -  zawołałam  i  jej  pomachałam.  Wskazałam  stolik  z  tyłu  i

usiadłam. - W tym roku też możemy być partnerkami laboratoryjnymi. 

Ale  pomimo  moich  niekłamanych  umiejętności  organizacyjnych  Rena

nie wydawała się zachwycona, że ją pamiętałam. Pewnie nigdy by tego nie
przyznała,  ale  to  dzięki  mnie  zawsze  oddawałyśmy  najbardziej  schludne  i
uporządkowane raporty z eksperymentów. 

 - Nie będzie tak źle - próbowałam ją podnieść na duchu. - Przynajmniej

w tym roku nie musimy niczego kroić, prawda? 

Wiedziałam, że wciąż mnie winiła za przypadkowe rozlanie red bulla na

tę  biedną  martwą  żabę.  Obie  zarobiłyśmy  wtedy  po  wielkiej  pale,  ale  ja
dodatkowo oberwałam za to, że przyniosłam na zajęcia otwarty napój.

Rena  przeskanowała  wzrokiem  salę,  by  zobaczyć,  kto  jeszcze  jest

wolny,  ale  wyglądało  na  to,  że  pozostali  już  się  dobrali  w  pary.  Opadła  z
rezygnacją  na  krzesło  obok,  kładąc  na  blacie  stertę  książek.  Zaznaczyła,
tym  samym,  swój  teren.  Po  kilku  minutach,  kiedy  wszyscy  się  wreszcie
usadowili, okazało się, że z przodu klasy jest jeszcze miejsce obok ekoświra
Tate'a Williama. Rena się przesiadła.

Po prostu świetnie.
Spojrzałam  na  Pot  -  mana  w  oczekiwaniu,  że  ogłosi  nieuniknione:  w

tym  roku  podczas  zajęć  laboratoryjnych  będę  miała  ogromną
(nie)przyjemność pracować właśnie z nim, wąchać jego spocone jestestwo i

background image

być lądowiskiem dla jego fruwającego łupieżu. (Zapamiętać: nosić fartuch
laboratoryjny.) 

Ale wówczas do sali wszedł Ben.
Podał  Pot  -  manowi  kartkę,  prawdopodobnie  z  informacją,  że  będzie

chodził  z  nami  na  zajęcia.  Z  rogu  sali  dobiegły  chichoty.  Pan  Swenson
sprawdzał  kartkę  na  prawo  i  lewo  i  porównywał  ją  z  listą  obecności,  jak
gdyby szukał jakiegoś haczyka. 

 - Usiądź - powiedział wreszcie. Podrapał się w głowę, uwalniając pełną

garść łupieżu. 

Ben rozejrzał się po sali. Ja również. Jedynym wolnym miejscem było

to obok mnie. Nasze oczy się spotkały.

  -  Jakiś  problem,  panie  Carter?  -  Pot  -  man  przewiercał  chłopaka

wzrokiem. 

Ben stał z przodu sali niczym słup soli i mi się przyglądał. Czułam, że

moja twarz robi się czerwona, a dłonie są wilgotne od potu.

 - Nie, żaden - odpowiedział wreszcie Ben. 
Zajął to jedyne wolne miejsce, ale przez resztę zajęć nawet na mnie nie

spojrzał. Ani razu.

Chociaż chciałam, by to zrobił. Choć wiedziałam, że nie powinnam.

background image

Rozdział 10 
 
 
 
Następnego  dnia  na  chemii  Pot  -  man  przygotowywał  nas  do

pierwszych  eksperymentów  i  tłumaczył,  że  musimy  pracować  zespołowo,
że obijanie się i robota - na - odwal ma wpływ nie tylko na nas, lecz także
na naszych partnerów i bla, bla, bla. 

Naprawdę chciałam porozmawiać z Benem.
Dzisiaj, w artystycznie wystrzępionych dżinsach i wyblakłej niebieskiej

koszulce,  wyglądał  lepiej  niż  zwykle.  Miał  też  ciemniejszą  skórę,  więc
może spędzał czas na słońcu.

Usiadł i zaczął przeglądać notatki.
 - Cześć - zagaiłam. 
Skinął  głową,  ale  nie  oderwał  wzroku  od  swoich  zapisków.

Zaabsorbowany przekładał kartki.

Przyjrzałam  mu  się  dokładniej  i  jeszcze  bardziej  mi  się  spodobał  -

zmierzwione  ciemne  włosy,  szczecina  na  brodzie,  silne,  muskularne
ramiona.  Próbowałam  wymyślić  coś  mądrego,  co  mogłabym  powiedzieć,
ale zapytałam tylko: 

 - Masz może korektor? 
Ze wzrokiem wciąż utkwionym w notatkach sięgnął do torby i pchnął w

moim kierunku małą białą buteleczkę.

 - Dzięki. 
Zauważyłam  dołeczek  w  jego  brodzie.  Pachniał  melonowym  mydłem.

Nie  wiedziałam,  co  zrobić  z  korektorem,  więc  zamazałam  swoje  imię  po
wewnętrznej stronie okładki zeszytu.

  -  Odrobiłeś  wczorajszą  pracę  domową?  -  spytałam,  oddając  mu

buteleczkę 

Skinął głową.
  -  To  dobrze.  Pan  Swenson  uwielbia  niezapowiedziane  kartkówki.

Nigdy nie wiadomo, kiedy nas jakąś uraczy. 

Ben milczał. Pewnie uważał mnie za kompletną idiotkę. W sumie miał

rację, dokładnie tak się zachowywałam.

Po lekcji spakował swoje rzeczy, ale zostawił korektor.
 - Hej! - Lekko klepnęłam go w ramię 

background image

Ben odwrócił się gwałtownie i zrobił krok do tyłu.
 - Zostaw mnie - rzucił. 
  -  Zapomniałeś  o  czymś  -  mruknęłam,  wskazując  buteleczkę.  Było  mi

głupio, że starałam się być miła. 

Ben  od  razu  przeprosił.  Jego  wzrok  złagodniał,  a  na  ustach  wykwitł

uśmiech.  Zbyt  późno.  Poza  tym  to  mi  nie  wystarczało.  Ignorując  go,
pośpiesznie wyszłam z sali.

 

* * *

 
Później,  w  trakcie  okienka,  postanowiłam  pójść  do  biblioteki.  Byłam

zdecydowana odkryć prawdę o Benie. Gotowa do akcji, uzbrojona w notes i
długopis,  zajęłam  komputer  w  rogu  sali  i  wpisałam  w  Google  jego
nazwisko razem ze słowami „morderstwo", „wypadek" i „klif".

Wyskoczyło  mi  kilku  Benów  Carterów:  Ben  Carter  astrofizyk,  Ben

Carter  potentat  rynku  nieruchomości,  Ben  Carter  zdesperowany
czterdziestopięciolatek szukający miłości.

Westchnęłam. Czy nie trafiłam na nic dlatego, że kiedy to się stało, Ben

był  nieletni?  Może  prasa  chroniła  jego  prywatność.  Już  miałam
zrezygnować z dalszych poszukiwań, kiedy ktoś dotknął moich pleców.

Aż podskoczyłam na krześle. Szybko się obróciłam. Za mną stał Matt.
 - Cześć - powiedział, cofając się o krok, jakbym i ja go zaskoczyła. -

Nie chciałem cię przestraszyć. 

 - Wszystko w porządku - odparłam. Oczami wyobraźni zdrapywałam

samą siebie z sufitu. 

Stał tak przez kilka chwil, przestępując z nogi na nogę, jakby sam mój

widok go stresował.

Zresztą ja też byłam speszona. Chciałabym, żeby wszystko znów było

tak jak wówczas, gdy się jeszcze nie umawialiśmy. Gdy on był Matthieu, a
ja Camille i razem ćwiczyliśmy konwersację podczas lekcji francuskiego.

 - Co jest? - spytałam. 
 - Przepraszam, że wczoraj nie zadzwoniłem... 
Ze  zdumienia  zmarszczyłam  brwi,  bo  przypomniało  mi  się,  że  pod

koniec zeszłego roku dzwonił do mnie przynajmniej dwa razy dziennie.

 - ...w sprawie kółka naukowego z francuskiego - mówił dalej. 
 - A, racja. 

background image

  -  Nie  chciałbym  ci  się  narzucać,  ale  wiesz,  że  jestem  kiepski  z

francuskiego,  a  w  tym  roku  mam  lekcje  z  madame  Funkenwilder.  Ponoć
straszna z niej żyleta. 

  -  Owszem  -  zachichotałam.  Chciałabym,  żeby  mój  talent  do

przedmiotów ścisłych był choć w połowie taki jak ten do języków obcych. 

 - I co? Myślisz, że mogłabyś mi pomóc? Mogę ci płacić. Po prostu nie

chcę  popsuć  sobie  świadectwa,  a  w  przyszły  wtorek  mam  test.  -  Zerkał
ponad moim ramieniem na monitor. 

 - Nie martw się - odparłam. Chwyciłam mysz, żeby zamknąć okna. 
Matt podsunął krzesło i usiadł.
  -  Więc  słyszałaś  o  tym  kolesiu,  co?  -  Najwyraźniej  zauważył  imię

Bena. 

 - Chyba wszyscy słyszeli. 
 - Czemu go sprawdzasz? 
 - Jest moim partnerem na laborkach z chemii. - Postanowiłam pominąć

historię o ratowaniu życia. 

 - Denerwujesz się z jego powodu? 
 - Raczej jestem zaintrygowana - wyjaśniłam. 
Matt  uśmiechnął  się  ledwie  zauważalnie.  Patrzył  mi  prosto  w  oczy,

przez co i ja się uśmiechnęłam.

 - Tak? - spytałam, czując, że moje policzki zaczynają być różowe. 
 - Przecież ja cię znam. 
 - I? 
 - Pozwól mi pomóc. Dowiem się, o co mu chodzi. 
 - O nic. To on mnie ciekawi - przypomniałam. 
  -  Więc  pozwól,  żebym  cię  od  -  ciekawił.  -  Uśmiechnął  się  szerzej,

wygładzając przy tym blond włosy. - Mam swoje wtyki. - Mrugnął w iście
konspiracyjnym stylu. - Przynajmniej tyle mogę zrobić w zamian za pomoc
we francuskim. 

 - Ale nie przeginaj. 
Skinął głową. Chwilę przyglądał się moim zarumienionym policzkom.

Umówiliśmy się na naukę w poniedziałek wieczorem.

  -  Wpadnę  po  randce  z  Reną.  Idziemy  do  kina  -  powiedział.  -

Wiedziałaś, że w każdy poniedziałkowy wieczór w centrum pokazują filmy
Hitchcocka? 

Pokręciłam głową.

background image

  -  Nie  wiedziałam  nawet,  że  jesteś  z  Reną.  -  Śliczniutką,  zadziorną,

filigranową, świetną - w - naukach - ścisłych Reną Maruso. 

  -  Jestem,  jestem  -  potwierdził,  jakby  to  była  powszechnie  znana

informacja. 

Nie, nie chodzi o to, że jestem zazdrosna. Po prostu nie chcę słuchać o

Renie  Maruso  lub  jakiejkolwiek  innej  dziewczynie,  która  umawia  się  z
moim  byłym.  Szczególnie,  kiedy  ów  były  zachowuje  się  tak  uroczo,  że
prawie zapominam, dlaczego w ogóle zerwaliśmy.

Prawie.

background image

Rozdział 11 
 
 
 
Trwał ostatni blok zajęć i wszyscy rozmawiali o szafce Bena. Jakiś czas

przed lunchem pojawił się na niej nowy symbol. Ale tym razem nie dało się
go po prostu zedrzeć i wyrzucić. Ktoś nagryzmolił: „Morderco, wracaj do
domu"  na  całej  długości  drzwiczek  niezmywalnym  czarnym  markerem.
Napis  straszył  tak  przez  pełne  dwie  godziny,  zanim  pan  Snell,  dyrektor
szkoły, zlecił woźnemu zamalowanie go czerwoną farbą.

 - Pamiętacie zeszły rok? - spytała Kimmie, nakładając na usta warstwę

brzoskwiniowego błyszczyku. - Kiedy zniszczono Polly Piranię? 

Nauczycielka  angielskiego  zachorowała  i  była  dziś  nieobecna,  więc

Kimmie,  Wesowi  i  mnie  trafił  się  rzadki  luksus  okienka.  Siedzieliśmy  na
dziedzińcu  za  szkołą  -  był  to  gloryfikowany  przez  wszystkich  asfaltowy
podjazd  z  kilkoma  stolikami  piknikowymi  -  i  udawaliśmy,  że  odrabiamy
prace domowe. 

Śmiałam się. Wciąż pamiętałam, jak wyglądał wielki drewniany model

piranii,  maskotki  naszej  szkoły,  z  wymalowanymi  na  płetwach  piersiami.
Biedna Polly... Od trzydziestu lat tkwiła w tym samym miejscu obok boiska
do futbolu i dopiero teraz, po raz pierwszy w życiu, miała własne piłki. 

  -  Tak  -  przytaknęłam.  -  Ale  ją  Snell  kazał  schować  w  ciągu  kilku

minut. 

  -  I  wielka  szkoda.  -  Wes  pokręcił  głową.  -  To  były  naprawdę  ładne

piłeczki. 

 - Jedyne, jakie kiedykolwiek zobaczysz z bliska - docięła mu Kimmie. 
 - Em... Wybacz, ale nie słyszałaś nigdy o „Playboyu"? - spytał. 
 - A ty o braku klasy? - skontrowała. 
  -  Zastanawiam  się,  w  jaki  sposób  ta  cała  prawda  o  Benie  wyszła  na

światło dzienne - powiedziałam, przerywając ich pyskówkę. 

 - Żartujesz sobie?! - Wes niemalże pisnął. - To małe miasteczko pełne

ludzi o małych rozumkach. Facet nie może się tu podrapać, żeby nie zaczęli
podejrzewać u niego wszy łonowych. 

 - Czyżbyś chciał nam o czymś powiedzieć? - zagaiła Kimmie. 
Wes ostentacyjnie podrapał się po nosie środkowym palcem.

background image

  -  Skoro  miasto  jest  takie  małe,  to  czemu  nikt  mi  nie  powiedział,  że

Matt chodzi z Reną Maruso? 

 - Co? - Kimmie aż otworzyła usta ze zdziwienia. 
 - To prawda. Rozmawiałam z nim dzisiaj. 
  -  Bzdura  -  stwierdziła  z  przekonaniem  Kimmie.  -  Rena  i  ja  mamy

razem hiszpański. Dziewczyna mówi mi o wszystkim. 

 - Chyba jednak nie o wszystkim - wtrącił Wes. 
 - Może Matt chce wzbudzić w tobie zazdrość? - głośno myślała moja

przyjaciółka. - To stara sztuczka. 

  -  Nieważne.  -  Wolałam  wrócić  do  sprawy  Bena.  -  Pytałam  ludzi  o

niego. 

 - O Matta? - Kimmie się ożywiła. 
 - Nie. O Bena. 
 - No dobra. Bez urazy, ale czy ta nowo nabyta fascynacja ma może coś

wspólnego  z  decyzją  porzucenia  życia  emerytki?  -  Kimmie  nie  dawała  za
wygraną. 

 - Emerytki? 
 - Tak. No wiesz... Bezpieczeństwo, domatorstwo, ostrożne planowanie,

niechęć wobec niespodzianek, powroty przed zachodem słońca... 

 - Fakt. Zachowujesz się trochę jak staruszka - dodał Wes. 
 - Oczywiście kochamy cię za to - wtórowała mu Kimmie. 
  -  Właśnie.  Bo  któż  nie  kochałby  własnej  babci?  I  to  tłumaczyłoby

twoją obsesję na punkcie naszego Rzeźnika... 

  -  Chwila  -  wcięła  się  Kimmie.  -  Serio  uważasz,  że  gdyby  Ben  był

realnym  zagrożeniem  i  naprawdę  zabił  tamtą  dziewczynę,  to  pozwoliliby
mu wrócić do szkoły? 

 - Sądzisz, że tego nie zrobił? - spytałam. 
 - Sądzę, że mówisz, jakbyś miała obsesję. 
  -  Trudno  jej  nie  mieć.  Imię  Bena  przewija  się  w  niemal  każdej

rozmowie. 

  -  I  w  prawie  każdym  dziewczęcym  koszmarze  -  dodał  Wes  niskim  i

złowrogim  głosem.  Zaczął  wymachiwać  ołówkiem  jak  nożem  i  dźgać  w
powietrzu wyimaginowaną ofiarę. 

 - Cóż, niebezpieczny czy nie - podsumowała Kimmie, wrzucając sobie

cukierek do ust - chłopak jest gorący. Jak na podejrzanego o morderstwo,
znaczy się. 

background image

  -  Czemu  wszyscy  fajni  muszą  być  zabójcami?  -  Wes  westchnął  z

przesadnym uczuciem. 

  -  Ale  z  ciebie  kretyn  -  skwitowałam  i  rzuciłam  w  niego  chrupkiem

kukurydzianym. Przykleił mu się do wysmarowanych pianką włosów, ale i
tak go wyjął i zjadł. 

  -  Dobra,  Veronico  Mars.  Czego  się  o  nim  dowiedziałaś?  -  spytała

Kimmie. 

 - Niczego pewnego. - Wzruszyłam ramionami. - Te historie robią się z

minuty na minutę coraz bardziej niedorzeczne. 

Wes skinął głową.
 - Ostatnio usłyszałem, że poćwiartował całą swoją rodzinę i zjadł ją na

śniadanie. 

 - To chore - stwierdziła Kimmie. 
 - Ale smaczne. - Wes zagarnął pełną garść chrupków. 
  -  Skoro  mowa  o  czymś  chorym...  -  zaczęłam.  -  O  co  chodzi  z  tym

zdjęciem, które mi podrzuciłeś do skrzynki pocztowej? 

 - Zdjęcie? Skinęłam głową. 
  -  Jestem  na  nim...  Stoję  przed  szkołą...  Wokół  mnie  narysowane  jest

serce. 

Wes przekrzywił głowę. Widać było, że nie wie, o czyim mówię.  
 - Que? 
 - Nie bądź pałą - wtrąciła Kimmie. - Przyznaj, że to ty. Tak samo jak

wtedy z Teletubisiem. 

 - Powaga - zaczął. - Pały i Teletubisie na bok. Nie mam pojęcia, o czym

mówisz. 

 - Chwila. Czyli to nie ty zostawiłeś w mojej skrzynce na listy zdjęcie? 
Wes pokiwał głową.
 - Ale chodzisz w tym roku na fakultet z fotografii? - spytałam. 
 - I czego to dowodzi? Że nagle zacząłem robić zdjęcia przypadkowym

osobom i zostawiać je im w skrzynkach na listy? 

 - Nie martwiłabym się tym. - Kimmie wypluła cukierek na rękę. - To

pewnie  głupi  żart  jakiegoś  palanta.  -  Posłała  Wesowi  spojrzenie  pełne
złości. 

  -  Ej,  nie  patrz  na  tego  kretyna  -  powiedział  i  wskazał  na  swój

podkoszulek. Na piersi miał napisane: „Niewinny, póki nie udowodnisz mi
winy". 

background image

Rozdział 12 
 
 
 
Ostatnio  często  ją  widywałem,  a  to  dlatego  że  postanowiłem  bywać

tam, gdzie ona.

Zastanawiam się, czy czuje, że na nią patrzę - oczy pieszczące jej skórę,

zapamiętujące  fantazyjny  przedziałek  we  włosach  i  sposób,  w  jaki  jej
biodra się kołyszą, gdy chodzi. 

jest tak wiele rzeczy, o które chciałbym spytać. Czy śpi po lewej stronie

łóżka, czy po prawej? Jaki kolor ma jej szczoteczka do zębów?

I  czy  spodobało  jej  się  zdjęcie,  które  zostawiłem  w  skrzynce  na  listy.

Żałuję, że nie było mnie przy tym, jak otworzyła kopertę. Chciałbym móc
ujrzeć jej wyraz twarzy - czy zagryzła dolną wargę tak jak zawsze, gdy się
zdenerwuje?  Czy  przytuliła  zdjęcie  do  piersi,  wyobrażając  sobie  kogoś
takiego  jak  ja?  A  może  na  jej  ustach  pojawił  się  oszałamiający  uśmiech
godny okładek magazynów? 

Zrobiłem to zdjęcie, stojąc po drugiej stronie ulicy obok dawnej centrali

telefonicznej.  Włączyłem  zoom  w  moim  aparacie  i  czekałem  na  idealne
ujęcie.

Wyglądała  na  zdenerwowaną.  Bawiła  się  paskiem  torby  i  co  chwila

okręcała złoty lok wokół palców.

Ale  kim  ja  jestem,  żeby  mówić  o  zdenerwowaniu?  Też  się  stresuję.

Ilekroć  ją  widzę,  ledwie  jestem  w  stanie  trzeźwo  myśleć.  Staram  się
uspokoić,  przypominać,  że  muszę  być  cierpliwy,  że  nie  mogę  okazywać
niepokoju, że wkrótce dostanę wszystko, czego pragnę.

W mojej głowie wciąż rozbrzmiewa: spokojnie, spokojnie, spokojnie...

background image

Rozdział 13 
 
 
 
Jest  piątkowe  popołudnie.  Siedzę  na  chemii  i  próbuję  skupić  się  na

lekcji.  Postanowiłam  posłuchać  Kimmie  i  uznać  zdjęcie  za  głupi  żart
jakiegoś kretyna. Pewnie tak jest.

To  pierwsze  laborki  w  tym  roku  i  razem  z  Benem  mamy  przed  sobą

mnóstwo  probówek,  cylinder  miarowy,  kolbę  i  kilka  łyżeczek.  Nasz  cel:
przeprowadzić,  omówić  i  opisać  reakcje  zachodzące  na  podstawie
mieszanin kilku wybranych chemikaliów.

Próbuję się skoncentrować. Powtarzam w myślach, że mieszanie wody

destylowanej  z  wodorowęglanem  sodu  jest  teraz  najważniejszą  sprawą  na
świecie. Nieważne, że Ben obserwuje i zapisuje każdy mój ruch.

Kiedy  dodaję  do  roztworu  dwie  łyżeczki  fenoloftaleiny,  moja  dłoń

nieznacznie  drży.  Pot  -  man  twierdzi,  że  fenoloftaleina  była  kiedyś
sprzedawana  bez  recepty  jako  środek  przeczyszczający.  Zerknęłam  na
Missy i Chrissy Tompkin, znane także jako Bliźniaczki Przeczyszczenie, i
zastanawiałam się, czy spróbują sobie uszczknąć trochę na później. 

 - Chcesz pić? - spytałam Bena, unosząc kolbę niczym drinka. Dodanie

środka  na  przeczyszczenie  sprawiło,  że  całość  wyglądała  jak  napój
owocowy. 

Nie uznał tego za śmieszne.
 - Dodaj dwa gramy chlorku wapnia - powiedział iście profesjonalnym

tonem. 

  -  Pamiętajcie  -  oświadczył  Pot  -  man.  -  Nie  chodzi  tylko  o  to,  co

widzicie.  Co  czujecie,  dotykając  kolbę  po  dodaniu  każdej  substancji?
Schładza się czy ogrzewa? Czy zmienia się jej zapach? Słyszycie coś? 

Spojrzałam na Bena, uświadamiając sobie, że kompletnie pominęliśmy

cały organoleptyczny aspekt eksperymentu.

 - Chcesz potrzymać? - spytałam, wyciągając kolbę w jego stronę. 
Ben spojrzał na szkło, ale pokręcił głową i wrócił do czytania kolejnych

poleceń z podręcznika.

 - Chwila - powiedziałam. - Musimy to wszystko zapisać. Nasze reakcje

i obserwacje. 

background image

  -  Nie  możesz  zapisać  za  nas  oboje?  Starałam  się  nie  dopuścić,  żeby

jego olewactwo mnie 

zdenerwowało,  szczególnie  że  gdy  rozejrzałam  się  po  probówkach

innych, dotąd wszystko robiliśmy poprawnie. Zapisałam swoje obserwacje,
a  potem  zgodnie  ze  wskazówkami  Bena  dodałam  jeszcze  dwa  składniki:
kwas azotowy i błękit bromotymolowy.

Roztwór zaczął bulgotać i się rozgrzał. Zmienił też kolor z różowego na

żółty.

  -  Naprawdę  powinieneś  tego  dotknąć  -  powiedziałam,  ponownie

wyciągając probówkę w jego kierunku. 

Ale Ben miał własną definicję bulgotania.
 - Już skończyłem - oświadczył. 
 - Nie lubi pan pracować zespołowo, prawda, panie Carter? - Pot - man

stał tuż za nim. 

Ben przyglądał się naczyniu przez dobrych pięć sekund i już myślałam,

że je weźmie. On jednak stwierdził:

 - Już dotykałem. 
 - Doprawdy? - Nauczyciel podrapał się po głowie, a ja cofnęłam się o

krok, by uniknąć śnieżycy. - Więc jak by pan opisał temperaturę probówki? 

Ben wzruszył ramionami.
 - Jest raczej chłodna. 
Pot - man wydał z siebie swój owiany złą sławą bzyk jak z teleturnieju

oznaczający błędną odpowiedź. 

 - Trzeba było zadzwonić do przyjaciela. 
 - Dotknij jeszcze raz. - Starałam się być miła. Podałam mu probówkę w

chwili,  gdy  nauczyciel  zaczął  się  oddalać.  Palce  Bena  zamarły  zaledwie
kilka centymetrów od moich dłoni. 

 - Weź ją - powtórzyłam. 
Wreszcie  to  zrobił.  Jego  dłoń  przypadkowo  dotknęła  mojej  ręki.

Poczułam kciuk ocierający się o mój palec serdeczny.

A  potem  Ben  upuścił  probówkę.  Rozbiła  się  na  podłodze  na  milion

kawałków, a żółty płyn ochlapał wszystko wokół.

Chłopak cofnął się, ciężko oddychając.
 - To nic wielkiego - powiedziałam. 
Ale milczał. Stał tam po prostu i gapił się na mnie. Jego szare oczy były

szeroko otwarte, a spojrzenie natarczywe.

background image

 - Pięknie - stwierdził Pot - man. - Posprzątaj to. Teraz.  
Ben  się  nie  poruszył.  Chwyciłam  więc  mop  z  kąta  sali  i  zaczęłam

zgarniać szkło. 

I wówczas mnie dotknął.
Jego dłoń prześlizgnęła się po moim ramieniu i zacisnęła mocno wokół

nadgarstka.  Serce  zaczęło  walić  mi  jak  szalone,  a  tętno  przyspieszyło.
Otworzyłam usta, by coś powiedzieć - spytać, co robi, poprosić, żeby zabrał
rękę - ale się nie odezwałam. 

  -  Ciii  -  wyszeptał.  Podszedł  krok  bliżej,  patrząc  mi  głęboko  w  oczy.

Czułam na szyi ciepło jego oddechu. 

  -  Hej,  patrzcie!  -  usłyszałam  z  oddali  czyjś  pomruk.  Ale  nie

odwróciłam wzroku. Nie chciałam. 

Tu  i  ówdzie  rozległy  się  chichoty,  przyciągając  uwagę  Pot  -  mana.

Nauczyciel ruszył wprost do naszego stolika, po czym wcisnął swą spoconą
osobę pomiędzy mnie i Bena. Chłopak zwolnił uchwyt. 

 - Skrzywdził cię? - spytał chemik. 
Pokręciłam głową. Nadgarstek bolał lekko w miejscu, w którym Ben go

ściskał. Po kilku niezręcznych sekundach Pot - man polecił mi dokończyć
sprzątanie, a Benowi kazał pójść do swojego gabinetu. 

 - Nie - wtrąciłam się. - Wszystko w porządku. Nic mi nie jest. Chciał

tylko pomóc. - Spojrzałam w dół na bałagan na podłodze. 

Ale  Ben  nie  sprzeciwił  się  poleceniu.  Zebrał  swoje  książki,  posłał  mi

ostatnie spojrzenie i w pośpiechu wyszedł z sali.

background image

Rozdział 14 
 
 
 
Chociaż dziś nie przypadała moja zmiana w Knead, poszłam tam zaraz

po szkole. Musiałam odreagować. 

Mój szef, Spencer, wyczuł, że marnie się czuję, gdy tylko dzwonek nad

drzwiami ogłosił moje przybycie.

 - Masz - powiedział, podając mi grudę gliny. - Wyrzeźb sobie drogę do

szczęścia. 

Spencer  jest  wspaniały,  wyluzowany  i  niezwykle  utalentowany.  Choć

trudno to zgadnąć, patrząc na niego, ze względu na wizerunek - ma długie
włosy,  nosi  podarte  dżinsy,  jedną  stronę  jego  twarzy  przecina  blizna.  Ale
jego  prace  świadczą  o  dużej  wrażliwości  i  korzysta  z  wymagających
doświadczenia materiałów. 

Przyjęłam  od  niego  glinę,  nie  wyjaśniłam  jednak,  że  to  nie  brak

szczęścia  mi  doskwiera,  a  poczucie  niejasności  i  zdziwienie.  Czemu  Ben
dotknął  mnie  w  ten  sposób?  Czemu  w  laboratorium  zachował  się  tak
dziwacznie? Czemu wysyła mi sprzeczne sygnały?

 - Chodzi o faceta? - spytał Spencer, przygotowując stoliki na dzisiejszą

lekcję garncarstwa. 

Skinęłam głową i założyłam fartuch.
 - Zechcesz rozwinąć myśl? Oferuję męski punkt widzenia. Oczywiście

całkiem bezpłatnie. 

 - Może jak już wyżyję się trochę na glinie - powiedziałam i walnęłam

grudą o blat stolika. 

Spencer skończył dopiero dwadzieścia pięć lat, ale właścicielem sklepu

jest  od  trochę  ponad  dwóch.  Poznałam  go  w  pierwszej  klasie,  kiedy
przyszedł na zastępstwo za panią Mazur - swoją mentorkę. Teraz, gdy ma
własny  sklep,  gdzie  prowadzi  warsztaty,  rzadko  zastępuje  nauczycieli.
Powiedział  mi,  że  mam  talent  do  garncarstwa  i  zaproponował  posadę.
Jakieś  półtora  roku  później  -  czyli  dokładnie  tyle  czasu,  ile  zajęło  mi
przekonanie  rodziców,  że  dam  radę  pogodzić  szkołę  z  pracą  -  wreszcie
przyjęłam jego ofertę. 

Od tamtej chwili okazało się, że jest to wymarzone zajęcie.

background image

Po  zaledwie  trzech  tygodniach  znacznie  rozszerzył  mi  swobodę

działania.

  -  Możesz  tu  przychodzić  i  pracować  nad  własnymi  projektami,  kiedy

tylko  poczujesz  natchnienie.  -  Wcisnął  mi  wtedy  klucze  do  ręki.  -
Nieważne, czy będzie jedenasta wieczorem, czy trzecia w nocy. 

Nie skorzystałam jeszcze z jego hojnej oferty, ale czuję, że ten dzień się

zbliża.

Szczerze  mówiąc,  nie  pamiętam  innej  sytuacji  w  swoim  życiu,  kiedy

byłam aż tak wytrącona z równowagi.

  -  Będziesz  potrzebować  twardszego  materiału?  -  spytał  Spencer,

patrząc na glinę. - Może drewna klonowego? Albo żelaza? 

 - Nie. - Uśmiechnęłam się i po raz kolejny walnęłam grudą o blat. - To

wystarczy. 

Spencer ułożył palce w OK i zostawił mnie samą. Ten stan rzeczy nie

utrzymał  się  jednak  długo.  Niecałe  dziesięć  minut  później  do  środka
wparowała Kimmie.

 - Wiedziałam, że cię tu znajdę - oświadczyła. 
 - Coś się stało? 
Z głośnym plaskiem położyła portfolio projektantki na stole.
 - Jasne, że tak. Nawet nie zadzwoniłaś. A mówią, że na chemii prawie

rzucił cię na podłogę. 

 - Chwila... Co takiego? 
 - Wszyscy o tym mówią. Próbował cię dzisiaj poturbować. 
 - Ben? 
 - A czy jeszcze ktoś inny chciał cię dzisiaj pobić? 
  -  To  nie  było  tak  -  zaprotestowałam,  rozrabiając  glinę.  Starałam  się

zachować spokój. 

 - Wiem, bo ponoć wcale się nie broniłaś. Najwyraźniej nie miałaś nic

przeciwko. 

 - Znów mnie dotknął. - Z każdym słowem serce gubiło rytm. 
  -  Z  tego,  co  słyszałam,  to  nie  tylko.  -  Kimmie  stała  z  ramionami

skrzyżowanymi na piersi i tupała swoimi skórzanymi kozaczkami od Mary
Jane w wyłożoną linoleum podłogę. 

  -  Nie  -  rzuciłam.  -  Nie  rozumiesz.  Dotknął  mnie.  Tak  jak  wtedy  na

parkingu. I zrobiło się dziwnie. 

 - Dziwnie znaczy przerażająco? 

background image

  -  Dziwnie  znaczy  niewiarygodnie.  -  Obraz  naszych  twarzy  tak  blisko

siebie,  drżenie  jego  dolnej  wargi,  kiedy  mówił  „ciii",  wciąż  do  mnie
wracały. - Dotyka jednego miejsca, ale czuję to całym ciałem. 

 - Doprawdy, Camelia... Masz pojęcie jak tandetnie to brzmi? Nawet jak

na ciebie. 

 - Nie rozumiesz. Muszę się dowiedzieć, jaki jest. 
  -  Wszystko  w  porządku?  -  Spencer  włączył  się  do  naszej  rozmowy.

Zerknęłam w stronę jego miejsca pracy na tyłach warsztatu i zastanawiałam
się, jak długo tam stał i ile dokładnie usłyszał. 

  -  Lepiej  niż  w  porządku  -  odparła  Kimmie,  bez  skrępowania

podziwiając  jego  sylwetkę  a  la  Rambo.  -  Szczególnie  jeśli  w  najbliższej
przyszłości  przyjdziesz  na  zastępstwo  za  panią  Mazur.  Chętnie
pokazałabym ci moją technikę. Nazywam ją „pięścią i z liścia". 

  -  Wygląda  na  to,  że  masz  dobry  humor.  Może  jeśli  pani  Mazur  się

rozchoruje... 

  -  Zobaczę,  co  da  się  zrobić.  -  Kimmie  pożerała  go  wzrokiem.  -

Camelia, znamy kogoś z kokluszem? Ponoć jest megazaraźliwy. 

 - Udam, że tego nie słyszałam. 
  -  Idę  dokupić  glinę  -  powiedział  Spencer.  -  Powinienem  wrócić  za

godzinę.  Camelia,  będziesz  tu  jeszcze?  -  Pukiel  ciemnych  falowanych
włosów spadł mu na oczy, a pod Kimmie ugięły się kolana. 

 - Rozmowy są przereklamowane - wtrąciła Kimmie. - Może zechcesz

nam coś pokazać? 

 - Chodzi ci o jakiś projekt, nad którym pracuję? - spytał Spencer. 
 - Na początek. 
 - Zaczynam rzeźbienie prawie dwumetrowej baletnicy. 
  -  Potrzebujesz  modelki?  -  Stanęła  na  palcach.  -  Mogłabym  założyć

szpilki. 

  -  Zapamiętam  -  odparł  i  odwrócił  się  do  mnie.  -  To  widzimy  się

później? 

  -  Nie  wiem.  -  Patrzyłam  na  jego  rękę.  Wciąż  spoczywała  na  moim

ramieniu. - Mam dużo zadane. 

 - W piątek? - wtrąciła Kimmie. 
  -  To  może  innym  razem  -  odparł  i  przypomniał,  bym  zamknęła

warsztat. 

background image

Gdy tylko Spencer wyszedł, Kimmie rzuciła we mnie gąbką, trafiając w

głowę.

 - Co z tobą? 
 - Ze mną? Co z tobą?! Dlaczego podrywasz mojego szefa? 
 - To on podrywał ciebie - sprostowała. 
 - Gdzie tam - odparowałam. - Spencer już taki jest. Miły. 
  -  Jasne.  Miły  szef  plus  przyzwolenie,  by  przebywać  tu  po  godzinach

oznacza  bardzo  szczęśliwą  małą  jaszczurkę...  Prawda  Panno  Kameleon?
Chcesz pikanterii w życiu? On jest twoją papryczką chili. 

 - Nie jestem zainteresowana Spencerem. 
 - Bo nikogo nie zabił? 
  -  Dobra.  Mam  dość  tej  rozmowy.  -  Uformowałam  glinę  w  kulę  i

uderzyłam nią o blat. 

  -  Świetnie.  Zadzwoń  do  mnie  potem.  -  Kimmie  wysuszyła  dłonie.

Rzuciła  zmięte  papierowe  ręczniki  do  kosza.  Spadły  na  podłogę.  Nie
zauważyła, że je przydeptała i przywarły do jej podeszwy. 

 - Jasne - odparłam, patrząc, jak wychodzi. Zużyte ręczniki ciągnęły się

za nią niczym papier toaletowy. Nie mogłam się z tego nie śmiać. 

background image

Rozdział 15 
 
 
 
Stała się moim nałogiem, ale o tym nie wie. Jakaś cząstka mnie pragnie,

by wiedziała - by czuła, że jestem tam, że ją obserwuję. Sprawdzam, jak się
ubiera i co je. Z kim spędza czas. Obserwuję, jak z samego rana rozsuwa
zasłony w oknach sypialni, jak idzie do szkoły, kupuje na mieście lakier do
paznokci. 

Zapisuję,  jakie  są  jej  ulubione  rzeczy  -  na  przykład  precle  z  polewą

jogurtową,  blady  brzoskwiniowy  błyszczyk  do  ust  i  bluzy  z  kapturami  i
wielkimi kieszeniami z przodu. 

I wiem, kiedy chodzi spać - zwykle około jedenastej trzydzieści, zaraz

po pogawędce internetowej z nie wiem kim. 

To  dla  mnie  najtrudniejsze  -  że  nie  wiem  o  niej  WSZYSTKIEGO,

chociaż próbuję odkryć jak najwięcej. Nawet jeśli jestem blisko, nie zawsze
słyszę, o czym rozmawia z ludźmi. Nie mogę przez cały czas obserwować
jej ust w obawie, że mnie przyłapie. To by wszystko zniszczyło. 

Ja chcę z nią rozmawiać. Czasami się udaje, ale nigdy to nie trwa długo

i nie poruszamy ważnych tematów.

Przy niej nie umiem być sobą. Nie potrafię się rozluźnić ani otworzyć.

Nie  mogę  pokazać  jej  tych  wszystkich  zdjęć,  które  mam  powieszone  na
ścianie:  zdjęć  przedstawiających  ją  na  plaży,  przed  domem,  w  centrum
handlowym i w piekarni w centrum miasta. 

Ostatnio kontaktuje się ze wszystkimi, nawet z ludźmi, których zwykle

unika.  Zadaje  im  pytania  na  temat,  który  nie  powinien  mieć  dla  niej
żadnego znaczenia.

Na szczęście odkupiła swoje winy. Niedawno bardzo się zbliżyliśmy. A

może  powinienem  powiedzieć:  ja  się  do  niej  zbliżyłem?  Z  początku
myślałem,  że  ją  to  zdenerwowało,  ale  potem  odniosłem  wrażenie,  że  jest
inaczej. Nie cofnęła się.

Chcę znów się do niej zbliżyć. Chcę odkryć, jak daleko pozwoli mi się

posunąć  -  jak  mocno  będę  musiał  naciskać,  nim  nie  pozostanie  jej  nic
innego, jak tylko mnie wpuścić. 

background image

Rozdział 16  
 
 
 
Było poniedziałkowe popołudnie. Chemia trwała już od sześciu minut i

trzydziestu sekund, kiedy wreszcie do sali wszedł Ben.

Uśmiechnął się na powitanie. Byłam zaskoczona. Czułam, że rumieniec

oblewa mi twarz.

Widzieliśmy  się  wcześniej  i  zareagowałam  podobnie.  Wpadłam  na

niego niedaleko wejścia do szkoły. Ramieniem otarł się o moją rękę.

Niemal upuściłam książki z wrażenia.
Ben przystanął i przebiegł palcami po moim ramieniu, upewniając się,

że  jestem  cała.  Patrzył  mi  w  oczy  i  uśmiechał  się  kusząco  -  jakbyśmy
dzielili wspólny sekret. 

Serce  waliło  mi  jak  szalone,  a  wnętrzności  zmieniły  się  w  bulgoczącą

lawę.  W  głębi  duszy  miałam  nadzieję,  że  poranna  stłuczka  nie  była
przypadkiem, że ją zaplanował.

Ben zajął miejsce i zaczął przeglądać notatki.
  -  Panno  Hammond,  czy  wszystko  w  porządku?  -  spytał  Pot  -  man,

zauważając, że jestem rozkojarzona i wpatruję się w Bena. 

Ben  wyglądał  bardziej  niż  smakowicie  w  ubraniach  w  kolorze

czekoladowego  brązu.  Zerknął  na  mnie,  ciekawy,  co  odpowiem,  więc
szybko skinęłam głową. W środku się gotowałam.

Pot - man kontynuował lekcję, nie zająknąwszy się na temat spóźnienia

Bena,  potwierdzając  przypuszczenia,  że  dyrektor  dał  chłopakowi  dużo
swobody. Istnieje kilka teorii, dlaczego tak jest. Niektórzy sądzą, że to dla
bezpieczeństwa  samego  Bena  -  wiecznie  go  ktoś  nagabuje  i  może
administracja obawia się, że podczas przerwy wybuchnie jakaś bójka. Inni
twierdzą,  że  to  przez  jego  fobię  -  albo  klaustrofobię,  albo  agorafobię.  A
może nawet mieszankę obu. 

Nie obchodzi mnie, czemu się spóźnił. Po prostu bardzo się cieszę, że

go widzę.

Pot - man wciąż mówił - coś o wiązaniach jonowych - a ja podziwiałam

oliwkowy odcień skóry Bena i pieprzyk na jego lewym policzku. Chłopak
co kilka minut odwracał się, by na mnie spojrzeć. 

background image

Po  lekcji  Ben  zebrał  swoje  książki.  Gdy  przechodził,  poczułam  na

plecach muśnięcie jego ramienia. Przebiegł mnie dreszcz.

 - Do zobaczenia wkrótce - powiedział ściszonym głosem. 
Skinęłam głową, rozmyślając, czy naprawdę liczył na spotkanie, czy po

prostu w ten sposób się żegnał.

Podszedł do nauczyciela, a ja poczułam nieodpartą pokusę, aby zostać i

na niego poczekać.

Ale Kimmie była czujna. Wyciągnęła mnie za drzwi, nawijając, że musi

iść do centrum handlowego po porządną bieliznę. I to natychmiast.

  -  Brzmi  jak  nagły  wypadek  -  stwierdziłam,  wciąż  obserwując

pracownię chemiczną. 

  -  To  jest  nagły  wypadek  -  tłumaczyła.  -  Jak  modna,  szykowna

dziewczyna,  czytaj:  ja,  może  biegać  po  mieście  w  majtkach
przytrzymywanych gumką do włosów? 

 - Chwileczkę... Co takiego? 
 - Trzy słowa: bielizna, pęknięta gumka, wokół kostek na hiszpańskim. 
 - No dobra. Ale to było więcej niż trzy słowa. 
 - Nieważne - stwierdziła. - Masz, dotknij. Majtki trzymają mi się już

chyba tylko siłą woli. - Pokazała na swoją talię. 

 - Nie, dzięki. - Skrzywiłam się. 
Kimmie  odpowiedziała  ironicznym  uśmiechem  i  pokazała  kulkę  z

materiału wystającą spod staromodnej spódnicy w stylu łat pięćdziesiątych
- najwyraźniej w tym właśnie miejscu gumka do włosów ściskała materiał
rzeczonych majtek tak, by nie opadły. 

Ja jednak wciąż koncentrowałam się na drzwiach pracowni chemicznej,

licząc na to, że zobaczę wychodzącego Bena.

  -  Powiedziała  ci  już  o  hiszpańskim?!  -  dobiegło  nas  wołanie  Wesa

torującego sobie drogę wśród uczniów. 

Kimmie przewróciła oczyma.
 - Czy naprawdę musimy omawiać szczegóły? 
 - Oczywiście - stwierdził. - Wyobraź to sobie: za chwilę rozpocznie się

lekcja. Kimmie idzie na przód sali, by zatemperować ołówek, i nawet nie
zdaje  sobie  sprawy,  że  majtki  jej  się  zsuwają  aż  do  kostek.  A  po  chwili
Davis Miller po nie sięga... 

  -  Dobra.  Po  pierwsze  -  przerwała  mu  Kimmie  -  wyjaśnijmy  sobie

jedno.  Ostatnio  w  moim  domu  rozgrywają  się  straszliwe  dramaty.  Nawet

background image

najbardziej modna dziewczyna niekiedy się myli, szczególnie jeśli wybiega
rano do szkoły z obawy, że ojciec poprosi o kolejną lekcję zakładania bloga
o Ferrari. A tak na marginesie, od tej pory wszyscy mają mówić na niego
Turbo. 

 - A po drugie? - spytał Wes. 
 - Davis Miller jest owocem zawodnej antykoncepcji - oświadczyła. - Z

tymi wyłupiastymi oczami, nochalem i fioletowymi ustami wygląda jak Pan
Bulwa. 

 - Ale gra na gitarze elektrycznej. Słyszałaś jego wykonanie Walk This

Way Aerosmith? Popłakałabyś się. - Wes wykorzystał mankiety koszuli, by
otrzeć z policzków niewidzialne łzy. 

 - Bo jest takie złe? - spytała Kimmie. 
 - Bo nawet Steven Tyler byłby dumny. 
 - Kto? - Twarz Kimmie wyrażała bezbrzeżne zdziwienie. 
Podczas  gdy  tych  dwoje  sprzeczało  się,  co  można  uznać  za  dobrą

muzykę, ja wciąż zerkałam na drzwi sali Pot - mana. Nagle zdałam sobie
sprawę, że oboje czekają, co odpowiem. 

 - Co? - Moje policzki pąsowiały. 
 - Właśnie o to pytam - powiedział Wes. - Co się dzisiaj z tobą dzieje? 
 - Nic. - Westchnęłam. 
 - Nie nic - zaoponował. - Wyglądasz jak Zuzia, lalka nieduża... 
 - ...i na dodatek cała ze szmatek! - zanuciła Kimmie. 
 - Bardzo śmieszne. - Naprawdę mnie rozbawili. 
  -  Nie.  Śmiesznie  by  było,  gdyby  w  dniu  zdjęć  szkolnych  Wes  nadal

ubierał  się  jak  trzecioklasista  -  uściśliła  Kimmie.  -  No,  bez  jaj:  lniane
spodnie  i  mokasyny?  -  Obrzuciła  wzrokiem  jego  strój.  -  Zatrzymałeś  się
stylem dwie dekady temu. 

 - I to mówi dziewczyna, która zużywa jednorazowo tyle konturówki, że

starczyłoby jej na pomalowanie karawanu wraz z trumną - odciął się. 

 - O babcinych majtasach nie wspominając - dorzuciłam. 
  -  No  dobra.  Pomijając  geriatryczne  pantalony,  to  się  nazywa  styl.  -

Kimmie nie dawała za wygraną. - Musimy załatwić go trochę dla Wesa, i to
natychmiast. Wiesz co, Camelia? Coś mi mówi, że tobie też przyda się mała
terapia  zakupowa.  Nie  ma  nic  lepszego  na  poprawę  samopoczucia  niż
nowiutka para majtek. 

background image

  -  To  samo  zawsze  powtarzam  -  stwierdził  Wes,  imitując  piskliwy

dziewczęcy głosik. 

Skinęłam,  chociaż  trochę  niechętnie.  Uprzedziłam,  że  muszę  wcześnie

wrócić, bo umówiłam się na naukę z Mattem.

 - Nie martw się. - Wzięła mnie pod ramię. - Wrócisz na czas na randkę

z byłym. 

Szybko  ruszyliśmy  korytarzem  w  stronę  naszych  szafek.  Kimmie  bez

końca nawijała o tym, że przejdzie do historii jako dziewczyna w wielkich
babcinych majtach. 

Nim  skręciliśmy  w  boczny  korytarz,  jeszcze  raz  rzuciłam  okiem  na

pracownię chemiczną.

I  wówczas  zobaczyłam  Bena.  Stał  w  drzwiach.  Nasze  spojrzenia  się

skrzyżowały.

  -  Poczekajcie  -  powiedziałam,  przystając.  -  Chyba  czegoś

zapomniałam. 

 - Czego? - spytała Kimmie. 
 - Czegoś - odparłam. Udawałam, że przeszukuję torbę. 
 - Czegoś, tak? - Kimmie zerknęła w stronę pracowni chemicznej. 
Ben wciąż tam stał.
  -  Czyżby  to  coś  było  wysokie,  przystojne  i  niebezpieczne?  -  Oparła

dłonie na biodrach. Wyszyty na jej spódnicy pudel patrzył wprost na mnie z
pianą na pysku (sama go zaprojektowała). 

 - Może. - Wzruszyłam ramionami. 
 - I może zbyt łatwo cię przejrzeć. 
 - Jak chusteczkę jednorazową - dorzucił Wes. 
 - Tak, Kimmie wie to i owo o chusteczkach - powiedziałam, wskazując

na jej wypchany biustonosz. - Myślę, że chce ze mną porozmawiać. 

 - Więc czemu tu nie podejdzie? Czemu po prostu stoi i się na nas gapi?

- spytała Kimmie. 

 - Może to przez tę całą angorafobię? - Wes zniżył głos do szeptu. 
 - Agorafobię, ciołku. - Walnęła go po głowie torebką z cyrkoniami. -

Przecież biedaczysko nie boi się króliczej wełny. 

 - Nie dziwi cię, że nagle zaczął się za tobą włóczyć? - spytał Wes. 
 - Wcale się za mną nie włóczy - broniłam się. 
  -  Najpierw  parking  -  Kimmie  zaczęła  wyliczankę  -  a  potem  zupełnie

przypadkowo zostaliście laboratoryjnymi partnerami. 

background image

 - Żeby mógł cię dźgać probówką - wtrącił swoje trzy grosze Wes. 
  -  Właśnie.  I  nie  zapominaj  o  dzisiejszym  poranku  przed  szkołą.

Widzieliśmy, jak się o ciebie otarł. 

 - Wcale się o mnie nie otarł - zaprzeczyłam. - Wpadliśmy na siebie. 
 - Jak zwał, tak zwał - ciągnął Wes. - Ale w niektórych stanach taki ruch

byłby uznany za nielegalny. 

 - Czy wy mnie szpiegujecie? 
  -  Cóż.  Atak  na  chemii  to  już  historia  znana  ogółowi.  -  Wes  zaczął

wyjaśniać.  -  A  co  do  incydentu  przed  drzwiami,  szliśmy  z  Kimmie  się  z
tobą  przywitać,  ale  ty  i  Ben  Rozpruwacz  -  bo,  dla  twojej  informacji,  tak
ludzie go nazywają - wyglądaliście na zbyt zaaferowanych, by ucieszyć się
z towarzystwa. 

 - A to było w przejściu - dodała Kimmie. 
  -  Właśnie.  Wyobraź  sobie,  co  by  się  stało,  gdybyśmy  zostawili  was

samych w pustym korytarzu. 

 - To bardzo dziwne - skwitowała Kimmie. 
 - Nieważne. - Nie miałam zamiaru dać się wciągnąć w to szaleństwo.

Znów spojrzałam w kierunku, gdzie stał Ben, ale jego już tam nie było. 

background image

Rozdział 17 
 
 
 
Znalazłyśmy  Wesowi  idealny  strój,  w  którym  nie  wyglądał  jak

trzecioklasista.  Adidasy  zastąpiłyśmy  mokasynami,  a  lniane  spodnie
dżinsami  od  Abercrombiego.  Potem  zaprowadziłyśmy  chłopaka  do  salonu
gier  i  nim  odeszłyśmy,  umówiłyśmy  się  z  nim  pół  godziny  później  w
knajpce.

Same w tym czasie poszłyśmy do sklepu z bielizną.
 - To nie mogą być jakieś tam majtki - wyjaśniała Kimmie, grzebiąc w

koszach  z  bawełnianymi  gatkami.  -  Muszą  do  mnie  przemówić.  Muszą
powiedzieć:  „Jesteśmy  ciebie  warte".  Przecież  mówimy  tu  o  moim  tyłku,
racja? 

  -  Racja  -  odparłam,  starając  się  nie  wybuchnąć  śmiechem,  kiedy

zaczęła trząść pośladkami dla zaakcentowania argumentu. 

Postanowiłam,  że  rozejrzę  się  za  jakąś  piżamą.  Znalazłam  naprawdę

uroczy  komplet  -  mięciutką  różową  górę  z  kapturem  i  dopasowane
spodenki. Przyłożyłam je do siebie i spojrzałam w lustro. 

  -  Zbyt  słodkie  -  oceniła  Kimmie,  zakradając  się  od  tyłu.  -  Czy

naprawdę to chcesz mieć na sobie, kiedy w środku nocy strażacy uratują cię
z ogarniętego płomieniami budynku? 

  -  Tak,  dokładnie  o  tym  myślałam.  -  Ze  zniecierpliwienia  aż

przewróciłam oczami. 

  -  Znalazłam  mój  skarb.  -  Pomachała  mi  przed  oczami  torebką.  Już

zapłaciła. 

 - Przemówiły do ciebie? 
 - Nie tylko przemówiły. Wręcz krzyczały. 
 - Cóż, niestety mój portfel również krzyczy. 
Niechętnie odwiesiłam piżamę na wieszak i ruszyłyśmy na spotkanie z

Wesem. Zabrałyśmy katalog z bielizną - to cena, jaką płaciłyśmy za to, że
był dzisiaj naszym kierowcą. 

Zatrzymałyśmy  się  jeszcze  w  dwóch  miejscach,  między  innymi  w

aptece, by kupić samoopalacz, czyli coś, czego według Kimmie potrzebuje
blady tyłek Wesa.

 - W try miga będziesz miał styl. 

background image

 - Oby - odparł. - Bo jeśli niedługo nie zacznę przyprowadzać do domu

jakichś dziewczyn, ojciec zapisze mnie do skautek. Nie żartuję. Groził mi
już tym dwa razy. 

 - Twój tata to psychol - skwitowała Kimmie. 
 - Psychol, który chce, żeby jego syn wyrósł na ogiera. Wspominałem

wam  kiedyś,  że  w  liceum  został  wybrany  „Najprzystojniejszym"  i
„Najbardziej rozchwytywanym na randki"? 

 - Jakiś tysiąc razy! - jęknęła Kimmie. 
 - Oczekuje, że będę taki sam jak on - Wes nie kończył tematu.  
  -  Włochaty,  gruby  i  łysy?  -  spytała.  -  Serio,  wypróbuj  samoopalacz.

Potem popracujemy nad znalezieniem ci dziewczyny. 

* * * 
Kiedy dotarłam do domu, Matt siedział już przy stole w jadalni i czekał

na lekcję.

  -  Spóźniłam  się?  -  Zerknęłam  na  zegarek.  Ledwie  minęła  osiemnasta

trzydzieści. 

Pokręcił głową.
 - Twoja mama mnie wpuściła. Pomyślałem, że zaczniemy wcześniej. 
 - Nie miałeś czasem być na randce? 
Skinął  głową  i  przewrócił  kartkę  w  podręczniku.  Podjadał  przy  tym

popcorn z masłem sojowym - popisową przekąskę mamy. 

I tak oto w czasie krótszym niż ten potrzebny na wypowiedzenie słów

„parlez - vous wrzód na tyłku", zasiedliśmy do nauki po łokcie zanurzeni w
la grammaire fanta - stique. 

 - To nie ma sensu - westchnął Matt. 
  -  Może  przejdziemy  do  słownictwa?  -  zasugerowałam  po  półtorej

godziny czasowo - rodzajowego piekła. 

Matt się zgodził i przez następne pół godziny przeglądaliśmy la liste.
 - Chyba jesteś gotów - uznałam, zamykając jego książkę. 
 - Wcale nie. - Ponownie westchnął. 
 - Dobra, szybko. Jak powiesz „gwiazda filmowa"? 
 - Cinephile? 
 - Nie. - Rzuciłam w niego ziarnem popcornu. - Cinephile to kinoman.

Gwiazda filmowa to vedette. 

 - Jasne - przytaknął. 

background image

 - A skoro mowa o filmach - zboczyłam z tematu - jak się udała gorąca

randka z Reną? Śmiała się jak hiena, jak to ma w zwyczaju? 

W ubiegłym roku na wuefie niemalże potrzebowała pierwszej pomocy,

tak bardzo śmiała się z pana Muse'a i jego obcisłych kolarskich spodenek.

 - Czyżbym wyczuwał szczyptę zazdrości? 
 - Wyczuwasz co najwyżej ciekawość - sprostowałam. 
 - A jak sądzisz, to była udana randka? - zapytał. Patrzył na moje usta,

gdy żułam popcorn. 

 - Nie wiem - odparłam. Przypomniałam sobie, jak Kimmie stwierdziła,

że oni wcale się nie umawiają. - Ale jesz popcorn mojej mamy, czyż nie? 

 - A co to ma wspólnego z czymkolwiek? 
  -  Kto  po  wizycie  w  kinie,  gdzie  jest  mnóstwo  pyszności,  wcinałby

polany masłem sojowym popcorn? Plus przyszedłeś przed czasem... 

 - No i? 
 - No i zgaduję, że wcale nie byłeś na randce. Mam rację? 
 - Nie. - Uśmiechnął się ironicznie. - Poszliśmy z Reną na wcześniejszy

seans  i  zajadaliśmy  się  żelkami  i  nachosami.  Ale  dostajesz  szóstkę  za
starania. 

 - Więc ty nie z tych, co opowiadają o całuśnych podbojach, co? 
  -  Myślę,  że  twoi  rodzice  wyrabiają  normę  całuśnikowania  za  nas

wszystkich.  -  Wskazał  sofę  w  pokoju  obok,  na  której  siedzieli  mocno  w
siebie wtuleni rodzice. Tata głaskał mamę po włosach i gładził jej szyję, a
mama miała nieobecne spojrzenie, jakby była gdzieś zupełnie indziej. 

 - Są przerażający. Chyba nie da się bardziej, co? - zagaiłam, starając się

utrzymać żartobliwy ton. 

 - Twój tata to prawdziwy szczęściarz. 
Rodzice  mieli  tylko  jedno  dziecko  -  mnie  -  ale  podejrzewam,  że  ze

swoim zapałem mogliby znacznie zmienić ten stan rzeczy. 

  -  Pamiętasz,  kiedy  przyłapaliśmy  ich  na  całowaniu  się  na  tylnym

siedzeniu auta twojej mamy? - ciągnął Matt. 

  -  Rodzice  wyznają  zasadę,  że  Amerykanie  są  zbyt  zdystansowani.

Uznali  za  swoją  misję  społeczną  obściskiwanie  się  na  oczach  bliźnich,
ilekroć pojawi się okazja, aby wyleczyć społeczeństwo z pruderii. 

 - Jak dla mnie ma to sens. - Matt uśmiechnął się i starł mi z policzka

okruchy popcornu. 

background image

  -  Bardzo  stylowo.  -  Chwyciłam  serwetkę.  Uśmiechnął  się  jeszcze

szerzej. Jego błękitne oczy pasowały do niebieskiej koszuli. 

 - Pooglądamy telewizję? - spytałam. Nagle atmosfera zaczęła się robić

trochę niezręczna. 

 - Właściwie to powinienem już iść. 
 - Na pewno? - dopytywałam. W sumie nie chciałam, żeby wychodził. 
Skinął głową i sięgnął do bocznej kieszeni plecaka.
 - Nim zapomnę, chciałem ci coś pokazać. - Wyciągnął nie jeden, a dwa

artykuły,  które  szczegółowo  opisywały  domniemane  morderstwo
popełnione przez Bena. - Mówiłem ci, że coś znajdę. 

 - Rany. Skąd je masz? 
  -  Najpierw  odpowiedz  mi  na  pytanie.  Czy  to  prawda,  co  mówią  o

laboratorium? Naprawdę cię napadł? 

  -  To  nie  było  nic  wielkiego  -  odparłam,  zachłannie  przeglądając

artykuły. Oba mówiły o tym, że dwoje nieletnich, chłopak i dziewczyna w
wieku  piętnastu  lat,  poszli  na  wspinaczkę.  Dziewczyna  spadła  z  klifu  i
zginęła na miejscu. Dwa lata temu. - Więc to był wypadek... 

Matt wzruszył ramionami.
 - Ponoć historia ma drugie dno. 
  -  To  znaczy?  -  Zauważyłam,  że  w  artykułach  nie  podano  żadnych

nazwisk. - I skąd wiesz, że w ogóle chodzi o niego? 

 - Tak jak mówiłem, słyszałem to i owo. 
 - Kto? 
 - Pełnym zdaniem, proszę. Od kogo? - poprawił mnie, pewnie myśląc,

że to zabawne. - Z francuskiego jestem noga, ale w naszym języku mówię
doskonale. 

 - No i? 
  -  No  i  nie  wiem.  -  Znów  wzruszył  ramionami.  -  Pani  Shelley,

sekretarka dyrektora Snella, ma przyjaciółkę, która mieszka w miasteczku,
gdzie to się wydarzyło. Dzięki temu zebraliśmy więcej informacji. 

 - Jakich informacji? 
  -  Że  Ben  zepchnął  dziewczynę,  że  już  wcześniej  zdarzały  mu  się

agresywne zachowania. I że to nie był pierwszy raz, kiedy jej dotknął. 

 - Dotknął? - powtórzyłam. Słowa uwięzły mi w gardle. 
 - Nie znam szczegółów - ponownie powiedział Matt. - Tak słyszałem. 
 - Więc czemu nie jest w więzieniu? Chłopak pokręcił głową. 

background image

  -  Został  aresztowany  i  odbył  się  proces,  ale  nie  było  świadków  i

brakowało dowodów. 

  -  Pomimo  wcześniejszych  aktów  przemocy?  Matt  wzruszył

ramionami. 

  -  Nie  wiem.  To  nie  ma  sensu,  dlatego  wszyscy  byli  zdenerwowani

rezultatem rozprawy. Uważali, że jest winny. 

 - Ale sędzia i przysięgli nie? 
  -  Nie  żeby  to  miało  jakieś  znaczenie.  Ben  został  po  procesie  tak

zaszczuty, że rzucił szkołę. Nie mam pojęcia, co tutaj robi. 

Opadłam na oparcie krzesła. Czułam ogromny ucisk w dołku.
 - Wszystko w porządku? - Matt dotknął mojego ramienia. 
Skinęłam głową i odwróciłam wzrok.
  -  Zachowaj  dystans  -  ciągnął  Matt.  Jego  spojrzenie  było  pełne

niepokoju. 

 - To mój partner laboratoryjny, pamiętasz? 
 - Nie możesz tego zmienić? 
  -  Nie  martw  się  -  rzuciłam,  wstając  z  krzesła.  -  Nie  pozwolę  mu  się

tknąć. 

Gdy  tylko  to  powiedziałam,  dostrzegłam  ironię  sytuacji.  Przecież

zaledwie kilka dni wcześniej serce zabiło mi jak szalone, gdy Ben chwycił
mnie za nadgarstek. Chciałam wówczas, by nigdy go nie puszczał. 

background image

Rozdział 18 
 
 
 
Jest  wtorkowy  poranek.  Dzwonek  na  lekcję  jeszcze  się  nie  rozległ.

Siedzę  na  ławce  przed  szkołą  naprzeciwko  ogrodu  założonego  przez
Szkolny  Klub  Miłośników  Drzew  i  jem  batonik  z  płatków  owsianych  z
orzechami i owocami. Mama nalegała, bym go wzięła.

Kilkoro ludzi minęło mnie w drodze do środka i chociaż postanowiłam

wyrzucić tę całą sprawę ze zdjęciem z pamięci, to wciąż się zastanawiałam,
kim jest żartowniś i czy teraz też czai się gdzieś z aparatem.

John Kenneally, ulubieniec tygodnia w rankingu Kimmie, pomachał mi,

wjeżdżając  na  parking  za  szkołą.  Kimmie  zrobiła  to  samo.  Jej  boa  z  piór,
niczym żywcem wyjęte z roku 1920, powiewało z okna wozu Wesa.

Kończyłam jeść, kiedy to usłyszałam. Motor Bena podjechał z łoskotem

i się zatrzymał. Chłopak zdjął kask i uniósł dłoń, by się przywitać.

 - Co tu robisz? - spytał, podchodząc bliżej. Pokazałam batonik. 
  -  Jem  śniadanie,  mam  nadzieję,  że  zdążę,  nim  zadzwoni  dzwonek.

Chcesz gryza? 

Pokręcił głową.
 - Miałem nadzieję, że uda nam się porozmawiać. 
  -  Jasne  -  odparłam.  Myślałam  o  wszystkim,  co  Matt  powiedział  mi

wczorajszego wieczora. Czułam lekki ucisk w dołku. 

Ben usiadł obok mnie na ławce.
  -  Wszystko  w  porządku?  -  Starałam  się,  by  mój  głos  brzmiał

spokojnie. 

Skinął głową i spojrzał w stronę ogrodu.
 - Chciałem przeprosić za to, co się stało wtedy na chemii. 
 - Masz kłopoty? 
Znów wzruszył ramionami.
 - Mam kozę przez tydzień. Zaczynając od jutra. 
 - To trochę surowo. 
 - Wszystko w tej szkole wydaje się surowe. 
Lekko  zagryzłam  wargę.  Nie  zdziwiłam  się  taką  oceną  naszej  małej

społeczności.

 - Podejrzewam, że słyszałaś o mnie to i owo. 

background image

 - Trochę. 
 - Rozwiniesz temat? 
Tym  razem  to  ja  wzruszyłam  ramionami.  Spojrzałam  w  tym  samym

kierunku co on.

 - Dlaczego sam mi wszystkiego nie powiesz? 
  -  Może  kiedy  indziej  -  odparł  i  wreszcie  spojrzał  na  mnie.  -

Pomyślałem,  że  skoro  mamy  razem  pracować,  to  moglibyśmy  zacząć  od
nowa. 

 - To znaczy? 
Przyjrzał  się  moim  włosom.  Może  zauważył,  że  są  zaplecione  w  dwa

pozornie niechlujne warkocze.

 - No wiesz, jakbyśmy się nigdy wcześniej nie spotkali. 
 - Jak gdybyś nigdy nie uratował mi życia? Ledwie zauważalnie uniósł

kąciki ust. 

 - Coś w tym stylu - powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku. 
 - A więc przyznajesz? 
Uśmiechnął  się  znacząco.  Pachniał  syropem  klonowym  i  spalinami  z

motoru.

 - Do niczego się nie przyznaję. 
 - A co się wydarzyło tamtego dnia... podczas chemii? 
 - Niechcący upuściłem probówkę. 
  -  Nie.  Chodzi  mi  o  to,  co  było  później...  gdy  mnie  dotknąłeś,  kiedy

złapałeś za nadgarstek. 

 - To był wypadek. 
 - Wcale nie. 
 - Owszem. - Znów spojrzał w inną stronę. 
 - Na pewno nie chcesz mi o niczym powiedzieć? 
Ben  pokręcił  głową,  a  ja  zacisnęłam  usta.  Zastanawiałam  się,  czemu

nadal trzymał wszystko w tajemnicy, skoro chciał oczyścić atmosferę.

 - Więc jak będzie? Zaczniemy od nowa? - spytał. 
 - Chyba tak - odparłam. Byłam kompletnie skołowana. 
 - Cześć. Jestem Ben Carter. - Uśmiechnął się. Miał świadomość, jakie

to było tandetne. 

  -  Camelia  Hammond.  -  Odpowiedziałam  mu  uśmiechem.  -  I  nim

spytasz:  tak.  Naprawdę  tak  się  nazywam.  Rodzice  hipisi  uznali,  że

background image

zabawnie  będzie  nazwać  mnie  jak  jaszczurkę.  Wbrew  ich  życzeniom
zmieniłam imię z Chameleon na Camelia. 

  -  Cóż,  to  pewnie  znaczy,  że  masz  silny  instynkt  przetrwania  -  rzekł,

przysuwając się ciut bliżej. - Zapewne dobrze adaptujesz się do otoczenia. 

 - O Boże, mówisz zupełnie jak moja matka. 
 - Spróbuję zapomnieć, że to powiedziałaś. Często wychodzisz z domu,

Camelio Hammond? 

 - W sensie, że za dobre sprawowanie? 
 - W sensie, że na randkę. Co ty na to? Masz czas w sobotę? 
Wzięłam  głęboki  oddech  i  wymamrotałam:  „nie".  Tylko  że  owo  „nie"

zabrzmiało jak „tak".

  -  Świetnie  -  ucieszył  się.  -  Może  koło  drugiej?  Moglibyśmy  pójść  na

późny lunch. 

Skinęłam głową. Wstając, Ben stuknął kolanem w moje kolano.
  -  Wszystko  okej?  -  spytałam,  bo  zauważyłam,  że  nagle  się

zdenerwował. Zmrużył oczy i cofnął się o krok. 

 - Muszę lecieć - powiedział, nie patrząc mi w oczy. 
 - Co się stało? - Również się podniosłam. 
Ale zamiast odpowiedzieć, chłopak ruszył w kierunku swojego motoru,

wsiadł na niego i odjechał w pośpiechu - tak samo jak w dniu, w którym
uratował mi życie. 

background image

Rozdział 19 
 
 
 
Dziś rano siedziała przed szkołą i oczekiwała uwagi. Jak zwykła zdzira.
Ławki przed szkołą to jej nowy wybieg. Nikt inny się tam nie kręci, ale

ona chce być na widoku, tak by ludzie ją zauważali, gdy tylko podjadą.

Powtarzałem  alfabet  od  A  do  Z  i  od  Z  do  A.  W  myślach  wznosiłem

ceglane  mury.  Robiłem  wszystko,  by  zachować  spokój.  Inaczej
podszedłbym do niej i zdzielił ją po tej głupiej buźce.

Czasem strasznie mnie denerwuje. Tak bardzo, że nie potrafię trzeźwo

myśleć. Chce, żebym stracił kontrolę.

background image

Rozdział 20 
 
 
 
U mówiliśmy się z Benem na randkę w parku Seaview. Chciał po mnie

przyjechać, ale Kimmie nalegała, że zabierze się z nami.

  -  Wiem,  że  te  plotki  nie  są  prawdziwe  -  powiedziała.  -  Ale  jeśli

zdarzyłoby  się  coś  dziwnego,  a  ja  nie  zrobiłabym  nic,  by  temu  zapobiec,
nigdy bym sobie nie wybaczyła. 

 - Coś dziwnego? Wzruszyła ramionami. 
  -  Na  przykład  gdyby  znaleziono  cię  w  płytkim  grobie  martwą  i

związaną. 

 - Poważnie? 
 - Oj, żartuję. - Przewróciła oczami. - Ale to nie zmienia faktu, że pan

Dotykalski mnie przeraża. 

Patrzyłam,  jak  przekopuje  szafę  w  poszukiwaniu  odpowiedniej  kreacji

dla  mnie,  i  zastanawiałam  się,  czy  postępuję  słusznie.  Tak,  chcę  poznać
prawdę  o  Benie,  ale  nie  przypominam  sobie,  bym  kiedykolwiek  chodziła
bardziej podenerwowana.

 - Może to? - spytała Kimmie, pokazując mi lawendową tunikę. 
Przymierzyłam  ją  zbyt  zaaferowana,  by  zwracać  na  ubranie  większą

uwagę.

 - Mamy zwycięzcę - oświadczyła, rzucając mi legginsy i parę sandałów

gladiatorek. 

Z  początku  plan  wyglądał  tak,  że  dołączy  do  nas  jeszcze  Wes  i

pójdziemy  we  czwórkę,  ale  niestety  spalił  on  na  panewce,  gdy  Kimmie
dostała szlaban za zmuszanie ośmioletniego brata Nate'a do wykonywania
przez tydzień wszystkich prac domowych. W ramach kary rodzice uczynili
ją osobistą służącą Nate'a na siedemdziesiąt dwie godziny. Ostatnią dobę z
tego  przydziału  Kimmie  spędziła  na  unikaniu  balonów  z  wodą,  robieniu
grillowanych  kanapek  z  serem  i  żelkami,  na  zabawie  w  chowanego  i
porządkowaniu pod względem typu, koloru, rozmiaru oraz roku produkcji
kolekcji samochodzików Matchbox.

Wydawać  by  się  mogło,  że  takie  tortury  wystarczą.  Ale  nie.  Nate  nie

zgodził się dać siostrze wolnego popołudnia.

 - Powiedział, że albo też idzie, albo ja zostaję w domu. 

background image

 - Żartujesz? - Wkładałam getry. 
  -  Nie.  Próbowałam  mu  to  wyperswadować,  ale  nabrał  tylko  jeszcze

większej  ochoty.  Mam  szczęście,  że  dał  mi  godzinę  luzu  za  dobre
sprawowanie. A tak na marginesie, wyglądasz seksownie. 

  -  Dzięki  -  odparłam,  przeczesując  palcami  nieokiełznane  loki.

Poważnie się obawiałam, czy zaraz mnie nie zemdli. 

  -  Nie  martw  się  -  uspokajała  Kimmie.  -  Nawet  nie  poczujesz,  że  tam

będziemy. 

  -  Jasne  -  odparłam.  Świetnie  wiedziałam,  że  co  jak  co,  ale  ich

obecności nie da się nie zauważyć. 

I tak pojechaliśmy - ja i Kimmie na przednich siedzeniach minivana jej

rodziców.  Nate  siedział  z  tyłu  uzbrojony  w  piłkę  do  kosza,  sprzęt  do
bejsbalu i hokeja na trawie. Wjechaliśmy na parking. Szukałam wzrokiem
Bena niedaleko pawilonu, fontanny i jednej z ławek. 

Wreszcie  dostrzegłam  go  siedzącego  w  oddali  na  kocu.  Miał  ze  sobą

koszyk piknikowy i wiaderko na lód.

  -  Któż  mógł  przypuszczać,  że  Ben  Rozpruwacz  jest  romantykiem?  -

Kimmie wyjęła z torebki lornetkę. 

Odetchnęłam  głęboko,  próbując  ukoić  skołatane  nerwy.  W  tym  czasie

Kimmie dostosowała ostrość okularów i obserwowała chłopaka biegającego
w oddali od nas.

 - Hej, wygląda jak twój szef. Czy Spencer uprawia jogging? 
 - Możemy przez moment skoncentrować się na mnie? 
 - Spokojnie. Będę w odległości zaledwie jednego horrorowego krzyku

od ciebie. - Ewidentnie się ze mną droczyła. 

 - Będziemy na boisku do baseballa - sprecyzował Nate, zakładając kask

łapacza. 

Kimmie uścisnęła mnie szybko, by dodać mi otuchy. Wysiadłam z wozu

i powoli ruszyłam w stronę Bena. Ale zanim pokonałam połowę drogi, w
moim kierunku poleciała piłka do nogi.

  -  Uwaga!  -  usłyszałam  czyjeś  wołanie.  Zatrzymałam  piłkę  obcasem  i

zaczęłam rozglądać się za jej właścicielem. Był nim John Kenneally. Biegł
w moją stronę, by odzyskać swoją własność. 

  -  Dzięki!  -  powiedział,  łapiąc  piłkę,  którą  mu  odrzuciłam.  -  Myślałaś

kiedyś, aby zostać bramkarzem? 

background image

Uśmiechnęłam się i zerknęłam ponad jego ramieniem. Wyglądało na to,

że drużyna gra właśnie mecz towarzyski.

 - Ostatnio często na siebie wpadamy - zauważył. Skinęłam i zaczęłam

się rozglądać za Kimmie. Zdziwiłam się, że mimo lornetki nie wypatrzyła
Johna. 

 - Zawsze tu w sobotę trenujecie? Skinął głową. 
 - Zwykle między pierwszą a trzecią, zaraz po lunchu. 
 - Super. - Postanowiłam później podzielić się z Kimmie tą informacją. 
  -  Tak?  Ponownie  skinęłam  głową,  próbując  nie  wyglądać  na  zbyt

rozentuzjazmowaną, chociaż pewnie i tak już przesadziłam. 

John  wrócił  do  kolegów  z  drużyny,  a  ja  ruszyłam  w  stronę  Bena.

Wyglądało na to, że on też mnie już zauważył.

 - Hej! - zawołał, machając. 
Nie mógłby wyglądać lepiej - włosy w idealnym nieładzie, poszarpane

dżinsy i gładki sweter, który opinał jego klatkę piersiową. 

Usiedliśmy, a Ben otworzył bezalkoholowego szampana.
 - Bardzo się cieszę, że przyszłaś. 
 - Myślałeś, że cię wystawię? Wzruszył ramionami i podał mi kieliszek. 
 - Dzięki. - Napiłam się łyka. 
Ben natomiast rozpakował koszyk. Przygotował dla nas wiele różności.

Miał bochenek miodowego pieczywa, plastry cheddara i tacę przystawek z
oliwek, marynowanej papryki i bakłażana. 

 - Wygląda wspaniale - stwierdziłam. 
 - Poczekaj, aż zobaczysz, co mam na deser. 
Rozmawialiśmy  o  wszystkim:  o  tym,  że  on  praktykuje  medytację  i

trenuje  taekwondo,  i  o  tym,  że  ja  zaczęłam  rzeźbić  w  glinie,  jeszcze  nim
nauczyłam się rzucać piłką.

 - Zaczynasz od bezkształtnej masy - mówiłam - i tylko od ciebie zależy,

co z niej zrobisz. Całkowicie kontrolujesz to, czym się stanie. 

 - A jeśli nie będzie to takie, jakie zechcesz? 
  -  Zaczynam  od  nowa  -  powiedziałam,  biorąc  kęs  miodowego

pieczywa. 

 - I porzucasz poprzedni projekt? 
 - Czemu nie? 
 - Nie wiem, czy to dobra metoda. - Wzruszył ramionami. - Ale czasami

myślę, że dobrze jest być otwartym na to, że nie wszystko idzie po naszej

background image

myśli. Niekiedy w efekcie powstają najwspanialsze dzieła. 

 - Też rzeźbisz? 
 - Wieki temu z plasteliny. - Uśmiechnął się. - Ale od czasu do czasu

lubię pisać. 

 - Poezja? 
 - Teksty piosenek. 
 - Byłeś kiedyś w zespole? Pokręcił głową. 
  -  Trochę  ciężko  jest  poznawać  nowych  ludzi,  kiedy  liczysz  się  w

domu. 

 - Długo się tak uczyłeś? 
  -  Dwa  lata.  Właściwie  to  powinienem  być  w  klasie  maturalnej,  ale

miałem  zaległości,  dlatego  mam  kompletnie  pokręcony  plan  zajęć.
Wiedziałaś, że chodzę na niektóre kursy z pierwszoklasistami? 

Pokręciłam głową. Że też taka plotka do nas nie dotarła. 
  -  W  każdym  razie  -  ciągnął  -  kiedy  ciocia  spytała,  czy  chciałbym

zamieszkać  tutaj  razem  z  nią,  ledwie  dwie  godziny  od  mojego  miasta,  i
znów chodzić do szkoły, zgodziłem się. 

 - Czyli mogłeś normalnie chodzić do szkoły? 
  -  Pewnie  już  się  domyśliłaś,  że  gdy  ma  się  taką  reputację  jak  moja,

szkoła jest prawdziwym utrapieniem. 

Przytaknęłam.  Przypomniałam  sobie,  co  powiedział  Matt  -  że  po

procesie  Ben  został  zaszczuty  i  musiał  rzucić  naukę.  Czułam  pokusę,  by
spytać o coś więcej, ale nim to zrobiłam, Ben stwierdził, że bardzo chciałby
nauczyć się rzeźbiarstwa i byłoby super, gdybym mu pomogła. 

Rozmawialiśmy  tak  jeszcze  przez  kolejne  dwie  godziny  -  Nate  i

Kimmie  zdążyli  rozegrać  mecze  kosza  i  bejsbolu  i  rozstrzygnąć  konkurs
huśtania  się  na  oponie.  Pochłonęliśmy  lunch  i  desery,  które  Ben
przygotował z płatków owsianych, sosu czekoladowego i różnych pianek. 

 - Kiedy tego spróbujesz, nigdy więcej nie będziesz chciała wrócić do

starego  kempingowego  zwyczaju  jedzenia  pianek  opiekanych  nad
ogniskiem - powiedział, wręczając mi smakołyk. 

Wzięłam  kęs  i  długi,  zawstydzający  jęk  zadowolenia  wyrwał  się  z

moich ust, nim zdołałam się powstrzymać.

 - Aż tak dobre? 
 - Nawet lepsze! - Zjadłam ostatni kawałek. 
 - Wiesz, że jesteś wspaniała? 

background image

Zaskoczył  mnie.  Starałam  się  wymyślić  jakąś  inteligentną  odpowiedź,

ale wykrztusiłam tylko:

 - Ty też jesteś świetny. 
Ben otarł serwetką resztę czekolady z moich ust.
 - Cieszę się, że się spotkaliśmy. 
 - Tak - powiedziałam. - Ja też. 
 - Czy to znaczy, że chciałabyś to powtórzyć? 
Na mojej twarzy pojawił się rumieniec, a usta lekko zadrżały.
Ben  przysunął  się  nieznacznie,  a  ja  zrobiłam  coś  całkiem  do  mnie

niepodobnego - coś, czego nie planowałam. 

Pocałowałam go.
Przycisnęłam  usta  do  jego  warg.  On  odpowiedział  pocałunkiem.

Poczułam dreszcze na skórze.

Chciałam go przytulić - gładzić dłonią jego plecy. Ale Ben się odsunął,

a nasze usta nieprzyjemnie mlasnęły. 

Wstał.  Powiedział,  że  powinniśmy  już  iść  i  zaczął  zbierać  puste

pojemniki po jedzeniu.

 - Poczekaj! Co się stało? - zapytałam. 
Ale  Ben  nie  odpowiedział.  Zwinął  koc  i  zarzucił  go  sobie  na  ramię.

Potem  chwycił  koszyk  i  odszedł  bez  słowa  wyjaśnienia.  Nawet  się  nie
pożegnał.

background image

Rozdział 21 
 
 
 
Zamiast od razu odwieźć mnie do domu, Kimmie - oczywiście za zgodą

brata otrzymaną po udobruchaniu go jadalną łapówką w knajpie Mickey D -
kluczyła po mieście, żebym zdała jej pełny raport. 

  -  Cóż,  ulżyło  mi  -  stwierdziła.  -  Kiedy  mówiłam,  że  powinnaś  się

częściej  umawiać  na  randki,  nie  sądziłam,  że  wybierzesz  największego
możliwego dziwaka. 

Westchnęłam.
 - Przynajmniej nie stało się nic superobrzydliwego. - Przypomniała mi,

jak w ósmej klasie zwymiotowała na Buddy'ego McTeague'a, bo ten uparł
się,  by  ją  pocałować,  chociaż  Kimmie  ostrzegała  go,  że  ma  grypę
żołądkową. 

  -  Nie,  nic  obrzydliwego  -  zapewniłam.  -  Pocałunek  był  niesamowity.

Przynajmniej na początku. 

 - Proszę o szczegóły. 
Zamknęłam oczy. Moje usta wciąż drżały od dotyku jego warg.
 - Czy nastąpiła seria małych buziaków, które doprowadziły do pełnego

pocałunku?  -  ciągnęła.  -  A  może  od  razu  zaatakował  językiem?  Było
nadprogramowe  siorbanie?  Jakieś  rozpraszające  dźwięki?  Dziwne  albo
brzydkie zapachy? Jakaś wymiana kawałków jedzenia lub napojów? Wasze
języki były zsynchronizowane czy po prostu się o siebie obijały? 

 - Łał, zwolnij! - przerwałam jej. - Powiedzmy po prostu, że zaczęło się

dobrze, a skończyło dość nagle. 

 - I siorbiąco. 
 - Ale ze mnie idiotka - jęknęłam. 
 - Nie, „idiotka" to moja ksywa - mruknęła pocieszająco, wkładając do

odtwarzacza kolejną płytę z kawałkami ze Scooby Doo. 

Zerknęłam  do  tyłu,  gdzie  zniecierpliwiony  Nate  podskakiwał  na

siedzeniu, czekając na utwór Scooby Tracks #1.

Jeździliśmy  tak  niemal  do  godziny  siódmej.  Kimmie  podrzuciła  mnie

do domu i obiecała później zadzwonić.

Pożegnawszy się, ruszyłam do siebie. Lampa uliczna zgasła, pogrążając

okolicę w egipskich ciemnościach.

background image

Zaledwie kilka kroków od domu usłyszałam coś dziwnego. Odwróciłam

się,  by  sprawdzić,  co  się  dzieje.  W  mroku  nic  nie  dostrzegłam,  a  dźwięki
zdążyły umilknąć. Dobiegały mnie tylko odgłosy próby z przerobionego na
studio muzyczne garażu Davisa Millera na końcu naszej ulicy.

Spojrzałam  na  drzwi  frontowe  i  wtedy  znów  się  rozległy  -  kroki  na

chodniku. 

Ktoś szedł w moją stronę.
  -  Kimmie?!  -  zawołałam.  Wytężałam  wzrok,  by  coś  zobaczyć  w

ciemnościach. Zastanawiałam się, czy nie zostawiłam czegoś w jej aucie. 

Ale nikt nie odpowiadał, nigdzie też nie zauważyłam samochodu.
Zanurzyłam  ręce  w  kieszeniach,  szukając  kluczy.  Wreszcie  moja  dłoń

natrafiła  na  breloczek,  teraz  musiałam  tylko  szybko  wymacać  klucz  do
drzwi  wejściowych.  Sukces.  Pozostało  włożyć  go  do  zamka...  Ze
zdenerwowania  klucze  wyślizgnęły  mi  się  z  dłoni  i  z  łoskotem  upadły  na
wycieraczkę.

Wzięłam  głęboki  oddech  i  starałam  się  uspokoić.  Uklękłam,  by  je

podnieść,  ale  ręce  wciąż  mi  się  trzęsły.  Postanowiłam  zadzwonić.
Wiedziałam,  że  rodzice  najprawdopodobniej  są  w  domu.  Jednak  nim
sięgnęłam  dzwonka,  ktoś  dotknął  mojego  ramienia.  Aż  podskoczyłam  ze
strachu.

 - Ben. - Byłam zdumiona, zobaczywszy go obok siebie. 
 - Przepraszam, że cię wystraszyłem. - Cofnął się o krok. 
 - Co ty tutaj robisz? Skąd wiesz, gdzie mieszkam? - Zerknęłam ponad

jego ramieniem, ale nie dostrzegłam motoru. 

  -  Znalazłem  adres  w  książce  telefonicznej.  Mam  nadzieję,  że  nie

będziesz mi mieć tego za złe. 

 - Więc czemu po prostu nie zadzwoniłeś? 
 - Chciałem porozmawiać twarzą w twarz - wyjaśnił, przysuwając się. -

I przeprosić za wcześniej. 

 - Nie ma o czym mówić - rzuciłam oschle i ruszyłam w stronę drzwi. 
 - Właśnie jest. Poczekaj, proszę. - Podszedł jeszcze o krok. - Możemy

porozmawiać? 

Gdzieś  w  głębi  chciałam  powiedzieć  „nie".  Stwierdzić,  że  ta  cała

sytuacja jest jakaś dziwna. Spojrzałam na żarówkę na ganku, zastanawiając
się, dlaczego rodzice nie włączyli światła.

background image

 - Proszę - nalegał. - To zajmie tylko kilka minut. Wahałam się. Ale był

taki zmartwiony. Chyba naprawdę chciał powiedzieć mi coś ważnego. 

 - No dobrze. - Miałam nadzieję, że nie pożałuję tej decyzji. 
Przycupnęłam  na  górnym  schodku.  Ben  przysiadł  obok  i  patrzył  na

księżyc.

 - Nie kłamałem, mówiąc, że jesteś wspaniała - odezwał się nagle. 
 - Zatem czemu wysyłasz mi sprzeczne sygnały? - Mam powód. 
 - Jaki? 
 - Nie chciałem cię przestraszyć - powtórzył. - A to, co powiem... Nie

chcę, żebyś się bała. 

 - O czym ty mówisz? - Zerknęłam w stronę podjazdu. Auto rodziców

stało na miejscu. Ulżyło mi, musieli być w domu. 

 - To byłem ja. 
 - O czym mówisz? 
  -  Wtedy  na  parkingu...  za  szkołą.  To  ja  cię  odepchnąłem  z  drogi

tamtego rozpędzonego samochodu. 

 - Dlaczego przyznajesz się dopiero teraz? 
 - Ponieważ jesteś w niebezpieczeństwie - powiedział. Jego oczy były

szeroko otwarte, a spojrzenie przenikliwie. 

 - Słucham? 
 - Wiem, że to brzmi jak wariactwo, ale to prawda. 
 - Skąd o tym wiesz? 
 - Nie mogę ci powiedzieć. Wiem, że proszę o wiele, ale zaufaj mi. 
 - Przecież ja ciebie właściwie nie znam. 
 - Wiem. Dlatego sytuacja jest tym trudniejsza. 
 - Nie jestem w niebezpieczeństwie - zapewniłam go. 
  -  Jesteś  -  powtórzył.  Mocniej  zacisnął  szczękę.  -  Z  początku  nie

chciałem  w  to  uwierzyć,  ale  po  dzisiejszym  popołudniu,  wiem  to  już  na
pewno. 

 - Po dzisiejszym popołudniu? Ponownie spojrzał na księżyc. 
  -  Przemyśl  to.  Czy  ostatnio  wydarzyło  się  coś  dziwnego  albo

niezwykłego? Czy jest ktoś, komu nie ufasz? 

  -  Chwilę...  Czy  ty  coś  słyszałeś?  W  szkole?  Powinnam  o  czymś

wiedzieć? 

Ben pokręcił głową.
 - To nic w tym stylu. 

background image

 - A więc co? 
  -  Jesteś  w  niebezpieczeństwie  -  powiedział  jeszcze  raz.  -  Ale  chcę  ci

pomóc. 

Pokręciłam głową. Kołatały mi się w niej setki pytań.
  -  Chyba  powinnam  już  wejść  do  środka.  Rodzice  pewnie  się

zastanawiają, gdzie się podziewam. 

Skinął głową. Jego spojrzenie zatrzymało się na moich ustach.
 - Przemyśl, co ci powiedziałem. I chcę, byś wiedziała, że jeśli zechcesz

pogadać, jestem do dyspozycji. Możesz dzwonić o każdej porze, w dzień i
w nocy. 

 - Dzięki - wyszeptałam. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. 
Ben.  Odprowadzałam  go  wzrokiem,  dopóki  nie  zniknął  w  ciemności.

Kilka sekund później usłyszałam silnik motoru. Odjechał.

Zamiast  wejść  do  środka,  siedziałam  jeszcze  na  schodach  przez  kilka

minut, roztrząsając, co się właściwie przed chwilą stało. I co to oznacza.

To takie dziwne - że niby jestem w niebezpieczeństwie. Bardzo dziwne,

bo przecież jego dziewczyna też była w niebezpieczeństwie. 

background image

Rozdział 22 
 
 
 
Kiedy wreszcie weszłam do środka, wybiła siódma trzydzieści.
 - Cześć, skarbie! - przywitała mnie mama. - Kolacja będzie dopiero za

pół godziny. Chińskie kluski z kawałkami tofu i sok z cukinii i suszonych
śliwek. 

I to ma mnie skusić?
Rodzice ćwiczyli partnerską jogę. Mama leżała na podłodze przed tatą

usadowionym w pozycji lotosu. Miała uniesione nogi i stopy oparte na jego
ramionach. 

 - Chcesz się przyłączyć? - spytała. - To wspaniale robi na trawienie. 
Na stoliku leżał album ze zdjęciami rodzinnymi mamy. Zwykle trzyma

go pod kluczem w skrzyneczce z drzewa cedru. Tym razem otwarty był na
zdjęciu  mamy  i  cioci  Alexii  z  czasów  dzieciństwa,  kiedy  pozowały  przed
bożonarodzeniową choinką.

 - Nie, raczej nie będę jeść - powiedziałam. Zastanawiałam się, co się

dzieje. Czy ciocia znów wpadła w jakieś tarapaty? 

Tata,  konserwatywny  prawnik  od  prawa  podatkowego  za  dnia  i

jogistyczny  niewolnik  mamy  nocą,  spojrzał  na  mnie  błagalnie.  Na  jego
nieszczęście  czasy,  kiedy  z  chęcią  godziłam  się  zastępować  go  podczas
takich  ćwiczeń,  minęły,  gdy  miałam  dwanaście  lat.  Mama  przyszła
wówczas  na  zajęcia  do  mojej  klasy  i  tłumaczyła  zalety  czyszczenia
okrężnicy.

  -  Matt  znów  dzwonił!  -  poinformowała  mnie  nagle,  przekrzykując

płynące z głośników mantry buddyjskich mnichów. 

 - Jak to znów? 
 - Dzwonił wczoraj. Chyba zapomniałam ci powiedzieć. 
 - Chciał coś ważnego? 
  -  Nie  wiem.  -  Mocno  wciskała  podeszwy  stóp  w  ramiona  biednego

tatki,  próbując  wykonać  jakieś  skomplikowane  wygięcie.  -  A  dzisiaj
dzwonił do ciebie ktoś jeszcze. 

 - Kto? 
 - Nie przedstawił się. 
 - Chłopak? 

background image

Pomimo  karkołomnej  pozycji,  w  jakiej  się  znajdowała,  udało  jej  się

skinąć głową.

  -  Gdy  usłyszał,  że  nie  ma  cię  w  domu,  odłożył  słuchawkę,  nim

zdołałam powiedzieć coś więcej. A tak w ogóle, jak się udała randka? 

  -  Była  interesująca  -  odparłam,  myśląc  o  Benie.  O  tym,  jak  na  moje

pytanie,  czemu  po  prostu  nie  zadzwonił,  odpowiedział,  że  wolał
porozmawiać osobiście. - Czy ten ktoś jeszcze zadzwoni? 

Jednak mama, której wreszcie udało się przyjąć właściwą pozycję, była

teraz  zbyt  zajęta  liczeniem  oddechów,  by  mi  odpowiedzieć.  Poszłam  do
swojego  pokoju.  Zastanawiałam  się,  czy  powinnam  przegadać  wszystko  z
Kimmie. Sięgnęłam po słuchawkę i wtedy telefon zadzwonił.

 - Słucham? 
 - Witaj, Camelio - powiedział męski głos. 
 - Kto mówi? 
 - A jak myślisz? 
 - Ben? - Moje serce zaczęło walić jak szalone. Nie odpowiedział. 
 - Dobra. Odkładam słuchawkę - warknęłam wreszcie. 
 - Może powinniśmy najpierw porozmawiać - wyszeptał. 
 - Nie, jeśli nie dowiem się, kim jesteś. 
 - Jesteś śliczna. Wiesz o tym? 
Zakończyłam rozmowę. Chciałam zadzwonić na centralę, by sprawdzić,

kto mnie nękał, ale nie było ciągłego sygnału.

Połączenie nie zostało zerwane.
  -  Myślisz,  że  tak  łatwo  się  mnie  pozbyć?  -  spytał.  Znów  odłożyłam

słuchawkę. Telefon zadzwonił może dwie sekundy później. Odebrałam, ale
nie powiedziałam ani słowa. 

 - Wiem, że tam jesteś. 
 - Kto mówi? 
  -  Możesz  się  rozłączać,  ile  zechcesz,  ale  nie  uciekniesz.  Jestem

wszędzie tam, gdzie ty - patrzę... Marzę o tobie... 

 - Wes? - Miałam nadzieję, że to kolejny z jego durnych żartów. 
  -  Potraktuj  to  jako  ostrzeżenie  -  powiedział.  Miał  głęboki,  aksamitny

głos. 

 - Ostrzeżenie przed czym? 
  -  Abyś  była  grzeczną  dziewczynką.  Będziesz  grzeczną  dziewczynką?

Dla mnie? 

background image

Ze  zdziwienia  aż  otworzyłam  usta,  ale  nie  zdołałam  nic  powiedzieć.

Ponownie  odłożyłam  słuchawkę.  Tym  razem  mogłam  połączyć  się  z
centralą. Niestety, numer dzwoniącego był zastrzeżony.

 - Camelia! - zawołała mama. 
Wzięłam  głęboki  oddech  i  spróbowałam  wziąć  się  w  garść.

Zastanawiałam  się,  co  miał  na  myśli,  gdy  mówił,  że  jest  wszędzie  tam,
gdzie ja.

Nie odłożyłam słuchawki na bazę, żeby nie mógł znów zadzwonić, ale

zerknęłam w okno. Delikatna bryza niespiesznie poruszała zasłonami.

Jestem pewna, że nie zostawiłam otwartego okna.
Powoli  ruszyłam  w  tamtą  stronę,  gorączkowo  myśląc,  że  to  pewnie

mama  chciała  przewietrzyć  moją  sypialnię.  Jednym  szybkim  ruchem
rozsunęłam zasłony.

Nic.  Nic  tam  nie  ma  -  nic  nadzwyczajnego,  w  każdym  razie.  Kilka

drzew, szopa na narzędzia taty i minivan pana Ludinsky'ego zaparkowany
przed naszym domem. 

Odetchnęłam  głęboko  i  wyjrzałam  jeszcze  raz.  Dopiero  teraz

zauważyłam,  że  zarówno  sama  szyba,  jak  i  moskitiera  są  podsunięte  o
dobre  piętnaście  centymetrów  w  górę.  Czy  zrobiło  to  któreś  z  rodziców?
Przecież żadne z nich nigdy tu nie wchodzi. Czy to moja sprawka? Może
nie pamiętam? Rzuciłam okiem na pokój, ale wszystko wydawało się leżeć
na swoim miejscu. Przez głowę pędziły mi setki myśli, miałam wrażenie, że
zaraz zaczną mi się trząść dłonie. 

Podeszłam, by zamknąć okno. I wówczas to zobaczyłam - w doniczce

leżała różowa paczka przewiązana różową wstążką. 

Wzięłam ją do ręki, powtarzając sobie, że to tylko głupi żart. Żadnego

imienia ofiarodawcy, żadnej wizytówki - właściwie nie wiedziałam nawet,
czy to dla mnie. 

 - Camelia! - znów zawołała mama. 
  -  Chwileczkę!  -  odkrzyknęłam,  zrywając  papier.  Od  razu  poznałam

różowo - zielone firmowe pudełko sklepu z bielizną. 

Zamknęłam  oczy.  Wciąż  słyszałam  głos  rozmówcy.  Mówił,  że  mnie

obserwuje...

Czy widział, jak robimy z Kimmie zakupy w centrum handlowym?
Gdy  podniosłam  pokrywkę  pudełka  i  wyjęłam  jego  zawartość  spośród

kilku warstw bibuły, odpowiedź stała się oczywista.

background image

W  środku  znajdowała  się  różowa  piżama,  którą  oglądałam  wtedy  w

sklepie. Z kieszeni spodenek wystawała karteczka. Trzęsącymi się palcami
otworzyłam  liścik.  „TO  NASZ  MAŁY  SEKRET"  -  napisano  na  niej
jaskrawoczerwonym markerem. 

Upuściłam  karteczkę  i  zakryłam  usta  dłonią.  Z  całych  sił  starałam  się

zachować względny spokój.

Chwilę  potem  ktoś  dotknął  moich  pleców.  Obróciłam  się,  tłumiąc

krzyk. 

 - Camelia? - Za mną stał tata. 
 - Przestraszyłeś mnie - rzuciłam nerwowo, zamykając pudełko. 
  -  Mama  cię  woła.  Kolacja  gotowa.  -  Zatoczył  ramionami  koło,  aż

strzeliło mu w stawach. 

 - Byłeś dzisiaj w moim pokoju? - bąknęłam, zerkając w stronę okna. 
Pokręcił głową.
 - A mama? 
  -  Z  tego,  co  wiem,  to  nie.  Czemu  pytasz?  Wzruszyłam  ramionami.

Byłam zbyt zażenowana, by przyznać się przed ojcem, że ktoś zostawił mi
prezent ze sklepu z bielizną. 

  -  Na  pewno  wszystko  w  porządku?  -  dopytywał.  Skinęłam  głową.

Jakimś cudem udało mi się zmusić do uśmiechu. 

 - Czemu nie odłożyłaś słuchawki na bazę?  
Czułam się jak na przesłuchaniu.
  -  Ach.  -  Dopiero  teraz  to  zauważyłam,  chociaż  ciągły  sygnał  dudnił

niczym  syrena  alarmowa.  -  Wes  myśli,  że  żarty,  które  sobie  stroi,  są
zabawne. 

 - Ale to nie on dzwonił wcześniej. - To było raczej stwierdzenie, a nie

pytanie. 

 - Nie. To znaczy nie wiem. Chyba nie. 
 - Camelia? - Tata delikatnie dotknął mojego ramienia. 
Już prawie się rozkleiłam, ale on rzekł tylko:  
 - Obiad na stole. Nałóż sobie tofu, póki jeszcze nadaje się do jedzenia. 
 - Nie jestem głodna. 
  -  I  tak  do  nas  przyjdź.  Mama  będzie  zadowolona.  Ostatnio  chodzi

trochę smutna. 

 - Czemu? Co się dzieje? 

background image

 - Nic wielkiego. Coś z siostrą. Wmówiła sobie, że Alexia ma kłopoty. -

Znów strzelił stawami. - Po kolacji moglibyśmy trochę pogadać. Przygotuję
nam  gorącą  czekoladę.  Taką  prawdziwą  ze  śmietanką  i  cukrem.  Żadnych
zamienników sojowych. 

  -  Brzmi  fantastycznie.  -  Miałam  nadzieję,  że  postępuję  dobrze,  nie

mówiąc mu, co zaszło. 

Jeszcze nie.

background image

Rozdział 23 
 
 
 
Nie  było  pokolacyjnych  pogaduch  ojca  z  córką.  Powiedziałam

rodzicom,  że  Kimmie  ma  jakiś  megakryzys  i  muszę  natychmiast  do  niej
biec. Na szczęście rodzice nie robili mi z tego powodu wymówek, przez co
poczułam  się  jeszcze  gorzej.  Nie  chciałam  ich  w  ten  sposób  okłamywać.
Mama  zapakowała  mi  nawet  paczkę  awaryjną  pełną  batoników  z  płatków
owsianych  i  siemienia  lnianego  oraz  ciasteczek  z  mączki  chleba
świętojańskiego i orzechów włoskich (liczą się intencje!). Nawet podrzuciła
mnie do Kimmie.

Kiedy  stanęłam  na  progu  jej  domu,  Kimmie  zamieniła  się  w  jeden

wielki znak zapytania - na dodatek zielony. Na twarzy miała grubą warstwę
maseczki w kolorze oliwkowej zieleni, a do tego ubrana była, nie wiem, czy
celowo, w dopasowaną kolorystycznie zieloną jednoczęściową piżamę. 

 - Mama uprzedziła cię, że przyjdę? - spytałam. Zauważyłam, że Nate

rozłożył  się  w  celach  szpiegowskich  na  schodach.  W  rękach  miał  notes  i
ołówek. 

Pokręciła głową. Mokre włosy zawinięte miała w ręcznik.
  -  Muszę  z  tobą  pogadać.  Powiedziałam  twojej  mamie,  że  to  nagły

wypadek. Byłaś pod prysznicem. 

  -  Ani  słowa  więcej.  -  Chwyciła  mnie  za  ramię  i  poprowadziła  obok

Nate'a. 

Poszłyśmy na górę do jej sypialni. Kimmie zamknęła za nami drzwi.
 - Co jest? - spytała, siadając na brzegu łóżka. 
 - Dzieje się coś naprawdę dziwnego. - Opadłam na pościel obok niej. 
  -  Dziwnego  w  sensie  John  Kenneally  poprosił  cię  o  mój  numer

telefonu?  Chociaż  to  w  sumie  nie  byłoby  takie  dziwne.  Wczoraj  na
angielskim pożyczył mi całkiem nowy zatemperowany ołówek. 

  -  Czy  możemy  chociaż  na  pięć  nędznych  minut  zapomnieć  o  Johnie

Kenneallym? 

Kimmie  z  wrażenia  aż  otworzyła  usta.  Wyglądało,  jakby  ten  pomysł

napawał ją obrzydzeniem.

  -  Czy  ostatnio,  kiedy  byłyśmy  w  centrum  handlowym,  zauważyłaś

może, że ktoś nas śledził? - przeszłam do sedna. 

background image

  -  Nie.  Dlaczego  pytasz?  -  Kimmie  zmarszczyła  brwi.  Na  maseczce

pojawiło się pęknięcie. 

Wyjęłam z plecaka piżamę.
 - Czekaj, czyżbyś miała tam batoniki owsiane? - Zauważyła pojemniki

próżniowe, które mama zapakowała mi do torby. 

  -  Skup  się  -  nakazałam,  pokazując  jej  opakowanie  prezentu.  -  To  ta

sama piżama, którą oglądałam w sklepie. Ktoś zostawił ją przy oknie mojej
sypialni. 

 - Czy ten ktoś to może Wes? 
 - Czemu Wes miałby to robić? 
Kimmie  wzruszyła  ramionami.  Zabrała  się  do  przeglądania  zawartości

pojemników.

  -  Jego  rodzina  ma  więcej  pieniędzy,  niż  może  wydać.  Stąd  jego

oszałamiające  kieszonkowe.  Może  próbował  być  miły?  Czy  to  orzechy
laskowe? 

  -  Więc  czemu  po  prostu  nie  zaoferował,  że  mi  ją  kupi?  -  pytałam.  -

Czemu zostawiałby ją pod moim oknem? 

 - Może durzy się w tobie i chciał być tajemniczy? - Wątpię. 
 - Ale to możliwe - zapewniła. 
 - Czyli to nie twoja sprawka, co? 
 - Aż tak hojna nie jestem! - zapewniła, patrząc na cenę. Siedemdziesiąt

dolarów. 

 - To nie wszystko. - Nabrałam powietrza. Wyjęłam karteczkę z kieszeni

i podałam ją Kimmie. 

 - „To nasz mały sekret" - przeczytała. 
 - Myślisz, że to groźba? 
Ukryta pod maseczką twarz Kimmie nie wyrażała żadnych uczuć. Jakby

dziewczyna nie miała pojęcia, co powiedzieć.

  -  Wieczorem  zadzwonił  też  jakiś  facet  -  ciągnęłam.  -  Powiedział,  że

mnie obserwuje i że jest wszędzie tam, gdzie ja. 

 - Czekaj. Co?!!! 
 - To prawda. - Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że byłam jeszcze

bardziej przerażona. 

  -  Czy  wspomniał,  że  zostawił  coś  przy  twoim  oknie?  Pokręciłam

głową. 

background image

 - Dobrze, zwolnijmy. Nie ma potrzeby zakładać, że ktoś, kto zrobił ci

dzisiaj ten głupi dowcip, jest tą samą osobą, która zostawiła ci prezent. 

  -  Czemu  miałabym  tego  nie  zakładać?  Zapomniałaś  o  zdjęciu,  które

dostałam pocztą? 

 - To był żart - przypomniała mi. - To mogą być dwie różne osoby. Jakiś

żartowniś i adorator. 

 - Albo psychol i jeszcze większy psychol. Kimmie zaczęła się śmiać. 
 - Mówisz jak ja. 
 - Kimmie, ktoś mnie śledzi. Powiedział, że dzwoni z ostrzeżeniem. 
 - To znaczy? 
  -  Żebym  była  grzeczną  dziewczynką.  -  Słyszałam,  że  głos  mi  drży.  -

Rany, on mógł wejść do mojej sypialni! 

 - Dobra, nie popadajmy w paranoję. Zadzwońmy do Wesa. Dowiemy

się,  czy  to  jego  sprawka.  Jesteś  pewna,  że  ten  facet  nie  brzmiał  choć
troszeczkę  jak  on?  Ten  chłopak  potrafi  naśladować  więcej  głosów,  niż  ja
mam torebek. 

  -  Chwila  -  przerwałam  jej.  -  To  nie  wszystko.  Ben  powiedział,  że

jestem w niebezpieczeństwie. 

 - I dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? Zrelacjonowałam, jak

pojawił  się  dzisiaj  przeprosić,  wreszcie  przyznał,  że  to  on  uratował  mnie
wtedy na parkingu, i powiedział, że coś mi grozi. 

 - Okej, ziemia do Camelii. To twoja odpowiedź. - Kimmie udawała, że

stuka  mnie  w  głowę.  -  Dziwny  chłopak,  który  obserwuje  cię  z  oddali,
wpada z wizytą niedługo przed tym, jak do ciebie dzwoni... 

  -  Tak,  ale  jeśli  to  on  za  tym  wszystkim  stoi,  to  dlaczego  ostrzega?

Czemu przychodzi tego samego dnia, kiedy odbieram dziwny telefon, a w
doniczce znajduję tajemniczy prezent? 

 - Nie wiem. Może, żeby cię zmylić? Żebyś go nie podejrzewała? 
  -  Stwierdził,  że  z  początku  nie  chciał  wierzyć,  że  sytuacja  jest  tak

poważna. Ale po dzisiejszym popołudniu już pewność. 

 - Co się stało pomiędzy randką a waszą rozmową przed domem? 
  -  Lepiej  spytaj,  co  zaszło  podczas  randki.  Wszystko  było  idealnie,

dopóki go nie pocałowałam. 

  -  Ale  co  pocałunek  ma  wspólnego  z  tym,  że  jesteś  w

niebezpieczeństwie? Ma śmiercionośną opryszczkę czy coś? 

background image

 - Powiedział, że chce mi pomóc - mówiłam dalej. - Dał mi swój numer

i stwierdził, że mogę zadzwonić. 

 - I zadzwoniłaś? Pokręciłam głową. 
  -  Chciałam,  ale  nie  wiem,  czy  to  dobry  pomysł.  Wolałam  przyjść  do

ciebie. 

  -  Mądry  wybór.  -  Kimmie  zdjęła  ręcznik  z  włosów  i  palcami

przeczesywała  czarne  kosmyki.  -  To  pewnie  jakiś  jego  plan,  żeby  się  do
ciebie zbliżyć. 

 - Ale czemu się odsunął, kiedy go pocałowałam? 
 - Opryszczka? 
 - Kimmie, mówię poważnie. 
 - Ja też. Miałaś kiedyś opryszczkę? Boli jak cholera. 
 - Może powinnam do niego zadzwonić. 
 - Do Bena? Nie ma mowy. 
 - A co z domniemaniem niewinności? Człowiek jest niewinny, póki nie

udowodni mu się winy - upierałam się. 

  -  To  tekst  z  koszulki  Wesa.  Na  mojej  jest  napisane:  „Mordercy  są  do

bani  i  powinni  siedzieć  za  kratkami,  a  nie  umawiać  się  z  moją  najlepszą
przyjaciółką". 

 - Myślałam, że nie dajesz wiary plotkom. 
Nim zdołała odpowiedzieć, ktoś zapukał do drzwi sypialni.
 - Kto tam? - spytała Kimmie. Cisza. 
Kimmie przewróciła oczami i wstała, by otworzyć.
Za  drzwiami  stał  Nate.  Wpadł  do  pokoju  z  głośnym  hukiem.  Okazało

się, że przez cały czas stał pod drzwiami, podsłuchując każde nasze słowo.

 - Ty mały frajerze! - krzyknęła Kimmie, zabierając mu notes. Wyrwała

z niego kartki i spuściła w toalecie po drugiej stronie korytarza. - Pomachaj
im na pożegnanie, panie Encyklopedia Brown! 

Nate  zaczął  wrzeszczeć,  przykuwając  uwagę  rodziców  Kimmie,  jej

starszej  siostry  i  babci,  która  zajmowała  mieszkanie  na  dole.  Nawet  pies
zaczął szczekać zaniepokojony całą tą wrzawą.

Znak dla mnie, że pora iść do domu.

background image

Rozdział 24 
 
 
 
Nienawidzę,  gdy  jest  z  innymi  mężczyznami.  Nienawidzę  tego,  jak  z

nimi flirtuje i śmieje się z ich durnych żartów. 

Widziałem, jak rozmawia z tym szumowiną, więc do niej zadzwoniłem.

Musiałem wyjaśnić kilka kwestii i przywołać ją do porządku. Musiałem ją
ostrzec.

Powinna wiedzieć, że łatwo się nie poddaję.
Może następnym razem pomyśli dwa razy, nim spróbuje wzbudzić moją

zazdrość.

background image

Rozdział 25 
 
 
 
Nie  zdołałam  skontaktować  się  w  weekend  z  Wesem,  dlatego  w

poniedziałek rano od razu go znalazłam i spytałam, czy miał coś wspólnego
z telefonem lub prezentem zostawionym pod moim oknem.

 - Ale jakim cudem? - Poprawił wiszący mu na ramieniu aparat. Szedł

do  pracowni  fotograficznej.  -  Przecież  nie  było  mnie  z  wami,  kiedy
poszłyście po bieliznę. Skąd miałbym wiedzieć, którą piżamę wybrałaś? 

 - A może nas śledziłeś? 
Zaczął się śmiać. Dopiero po chwili zrozumiał, że nie żartuję.
 - Wiem, że to głupie - mówiłam dalej. 
 - Jasne. Dowodem jest ta piżama - odparł. 
 - Ale to oczywiste, że ktoś naprawdę mnie śledził. 
  -  Nie  ten  ktoś.  -  Zatrzasnął  drzwi  szafki.  -  Nawet  nie  znam  twojego

rozmiaru. 

 - I nie dzwoniłeś w sobotę? 
  -  Nie  przypominam  sobie  -  powiedział,  opierając  palec  na

jasnopomarańczowej  brodzie.  Wes  był  ofiarą  samoopalacza.  Biedak,
wyglądał, jakby butelka fanty wybuchła mu w twarz. - Ale jestem skłonny
do negocjacji. Powiedzmy za tydzień odrabiania za mnie pracy domowej z
angielskiego. 

 - Bądź poważny. 
 - To jednorazowa oferta. 
 - Czy ty o czymś wiesz? 
 - Masz odpowiedzi na pytania do Makbeta? 
 - Nie bądź kretynem. 
 - Ja? Przecież przed chwilą oskarżyłaś mnie o szpiegowanie, nękanie

telefonami  i  wtargnięcie  do  twojego  domu.  Nie  wspominając  nawet  o
kupowaniu odrażającej bielizny. 

 - Nie była odrażająca - zaprzeczyłam. 
  -  Tym  lepiej.  -  Wes  udał,  że  ziewa.  -  Wracając  do  sedna,  to  nie  ja

umawiam się z mordercą, pamiętasz? Więc czemu nie pójdziesz oszczekać
prawdziwego winnego? 

background image

Próbował  czmychnąć,  ale  chwyciłam  go  za  rękaw  nowej  koszuli  od

Abercrombiego.

 - Nie bądź zły - powiedziałam. - Po prostu miałam nadzieję, że to ty. 
 - Naprawdę? - Ze zdziwienia uniósł brwi. 
 - No, tak. - Przypomniałam sobie, co Kimmie mówiła o tym, że może

Wes  się  we  mnie  zadurzył.  -  Wolałabym  już,  żebyś  to  był  ty,  a  nie  jakiś
psychol. 

 - Pięknie dziękuję za komplement. 
  -  Nie  chciałam  cię  urazić  -  tłumaczyłam  się.  Nagle  znienawidziłam

brzmienia własnego głosu. 

Zamiast  jednak  pozwolić  mi  powiedzieć  choćby  jedną  sylabę  więcej,

Wes ruszył do swojej sali. Świetnie.

Zaczęła  się  lekcja  garncarstwa.  Kimmie,  cała  w  skowronkach,

uprzedziła  że  dziś  na  zastępstwo  przyjdzie  Spencer,  ale  jest  to  informacja
nieoficjalna.

 - I nawet nie musiałyśmy zarażać pani Mazur kokluszem - dodała. 
Niecałe pół minuty później plotka się potwierdziła. Spencer wszedł do

sali,  wziął  marker  i  napisał  swoje  imię  na  tablicy,  wyjaśniając,  że  pani
Mazur wyjechała na kursy doszkalające.

 - Czyli jutro też jej nie będzie? - spytała Kimmie. 
 - Nie. A teraz bierzmy się do pracy. 
 - To tyle z pogawędki - wyszeptała Kimmie, dodając kolejny wałeczek

gliny do swojego glinianego garnka. 

Ja  również  lepiłam  garnek  -  taki  z  pękatym  dołem  i  wygiętym

uchwytem. 

Spencer,  dokładnie  tak  samo  jak  pani  Mazur,  obchodził  salę  wolnym

krokiem, komentując prace uczniów i sugerując różne rozwiązania.

 - Jak uważasz? - spytała Kimmie, kiedy tylko nas mijał. - Czy nie jest

zbyt  sflaczały?  -  Pomachała  mu  przed  nosem  glinianym  wytworem  o
konsystencji żelków. 

 - Brak w tym dobrego materiału. 
 - Co to niby ma znaczyć? 
Spencer  zignorował  ją  jednak  (ją  i  jej  żelka)  i  przyjrzał  się  naczyniu,

nad którym pracowałam.

 - Nie zostałaś w piątek.... 

background image

Chwilę  mi  zajęło,  nim  przypomniałam  sobie,  że  zaproponował

pogawędkę. 

 - Miałam dużo do zrobienia. 
 - Rozumiem. - Pokiwał głową. 
Spojrzałam na swoje dzieło. Nagle poczułam się skrępowana.
 - Kolejna miska? - Wskazał moją pracę. 
 - Garnek - odparłam sztywno. 
  -  Nie  nuży  cię  ciągłe  lepienie  tego  samego  kształtu?  Wzruszyłam

ramionami, czując, że twarz oblewa mi fala gorąca. 

 - Co cię zainspirowało? - naciskał Spencer. Wytarłam dłonie i wyjęłam

szkicownik, w którym miałam wszystko rozrysowane. 

 - To spiralne schody - wyjaśniłam, pokazując uproszczony schemat. -

Miałam nadzieję, że uda mi się zastosować podobną formę w garnku. 

  -  Zawsze  poświęcasz  swoim  projektom  tyle  czasu?  Przytaknęłam,

starając się idealnie wyprofilować uchwyt. 

Z powodu wygięcia opadał pod własnym ciężarem.
 - Lubię wiedzieć, dokąd zmierzam, jeszcze zanim wyruszę w podróż.

To trochę tak, jakbym miała mapę. 

 - Może właśnie to stanowi problem? 
Problem? Mina zrzedła mi już do końca. Zapewne przypominałam teraz

ten oklapnięty uchwyt.

  -  Zbyt  wiele  planujesz  -  mówił  dalej  Spencer.  -  Nie  pozwalasz,  by

prowadziło cię twoje dzieło. Może ta glina nie chce przypominać schodów?
Może chce być raczej zjeżdżalnią? 

 - Innymi słowy, mój garnek jest do niczego? 
 - Nie ma w sobie życia. Brak mu tętna - powiedział. 
  -  Ja  mam  tętno  -  wtrąciła  Kimmie,  podstawiając  swój  nadgarstek.  -

Chcesz sprawdzić? 

Spencer uśmiechnął się kwaśno i zasugerował, by mniej zajmowała się

swoim tętnem, a więcej pracą.

 - Uwierzysz? Co za dupek - wymamrotała, kiedy oddalił się na tyle, że

nas  nie  słyszał.  Kimmie  spłaszczyła  swojego  glinianego  żelka  drewnianą
szpatułką. 

Pokręciłam głową i przygryzłam dolną wargę. Słowa Spencera dały mi

do myślenia.

background image

 - Oj, proszę cię! - jęknęła Kimmie, zauważając moje zdenerwowanie. -

Nie  przywiązywałabym  wagi  do  tego,  co  on  mówi.  Zachowuje  się  jak
idiota, bo nie chciałaś po szkole pobawić się w jego piaskownicy. 

 - Jak to? 
  -  Nie  zostałaś  wtedy  w  pracowni,  by  z  nim  pogadać.  -  Przewróciła

oczami z frustracji, że musi mi to tłumaczyć. 

Wzruszyłam ramionami, a uchwyt garnka całkiem się urwał.
  -  Może  to  on  zostawił  ci  prezent?  -  Kimmie  mówiła  dalej.  -  To

oczywiste, że chce cię zobaczyć w piżamie. 

  -  Powiedz  mi,  o  Krynico  Wszelkiej  Mądrości,  czemu  jest  to  takie

oczywiste? 

 - Hmm... Tak tylko głośno myślę... - rzekła, zerkając na Spencera. 
Siedział przy biurku pani Mazur i patrzył wprost na nas.

background image

Rozdział 26 
 
 
 
Właśnie miałam dołączyć w stołówce do Kimmie i Wesa, kiedy nagle,

może  dwa  kroki  od  automatu  z  napojami,  wpadłam  na  Matta.  Pojawił  się
zupełnie znikąd.

 - Dziewięćdziesiąt osiem. - Był rozpromieniony. 
 - Słucham? - Nie miałam pojęcia, o czym mówił. 
  -  Test  z  francuskiego.  Dziewięćdziesiąt  osiem  procent  -  wyjaśnił,

wyraźnie dumny z siebie. - Byłoby sto, ale pomieszały mi się te wszystkie
rodzajniki męskie i żeńskie. Le i la. 

 - To świetnie - odparłam. - Znaczy świetny wynik. 
  -  A  ty  co  porabiałaś?  Próbowałem  się  do  ciebie  dodzwonić,  żeby

przekazać ci dobre wieści. 

Przypomniałam  sobie,  jak  mama  mówiła,  że  Matt  starał  się  ze  mną

skontaktować:

 - Ostatnio sporo się dzieje - rzuciłam. 
 - Chcesz o czymś pogadać? 
Zaprzeczyłam  i  zerknęłam  ponad  ramieniem  chłopaka.  Kimmie  i  Wes

siedzieli już przy naszym stoliku.

Pomachałam im. Kimmie pokazała OK, ale Wes najwyraźniej wciąż był

jeszcze na mnie obrażony. Jego skinienie głową było chyba najżałośniejszą
próbą przywitania się w historii komunikacji niewerbalnej.

 - Głupio mi o to pytać - mówił Matt - ale czy istnieje szansa, że przed

kolejnym testem też mi pomożesz? Wiem, musisz mi poświęcić swój czas,
ale jeśli chcesz, mogę ci zapłacić. 

  -  Jasne,  że  ci  pomogę  -  odparłam.  -  A  co  do  zapłaty:  nie  ma  takiej

potrzeby. 

 - Na pewno? 
Paplał  później,  że  nie  chce,  by  jego  średnia  się  obniżyła  i  że  złożył

podanie o stypendium. Słuchałam go jednym uchem.

Do stołówki wszedł właśnie Ben.
Zajął miejsce w rogu, ale nie wziął nic do jedzenia. Zamiast tego wyjął

zeszyt i zaczął coś pisać. Widziałam, że udaje - ukradkiem patrzył na mnie. 

background image

 - Nadal zaprzątasz sobie nim głowę? - spytał Matt, zauważywszy, kogo

obserwuję. 

Pokręciłam  głową.  Nie  chciałam  mówić  o  naszej  randce  w  parku.

Zresztą zapewne i tak już się więcej nie umówimy.

 - Nie, po prostu nie wiedziałam, że i on ma teraz przerwę na lunch -

wyjaśniłam, jąkając się. 

 - To dlatego, że większość pauz spędza w bibliotece. Przynajmniej tak

mówią.  Słyszałem  też,  że  rodzice  uczniów  wydzwaniają  do  szkoły  jak
szaleni i chcą, żeby go stąd wyrzucono. 

 - Naprawdę? 
 - To żadna tajemnica. Nie słyszałaś o tej pierwszoklasistce, Dorothy...

A może Daisy jej było? W każdym razie dziewczyna twierdzi, że któregoś
dnia  ją  śledził.  Urządziła  niezłą  scenę  -  zaczęła  płakać  i  krzyczała,  że  jej
rodzice go pozwą. Wszyscy chcą, żeby się stąd wyniósł. 

  -  Najwyraźniej  -  mruknęłam,  przenosząc  wzrok  na  Johna

Kenneally'ego  i  jego  kumpli  sportsmenów.  Stali  w  gromadzie  zaledwie
kilka metrów od Bena. 

 - Jak myślisz, co knują? - zagaił Matt. Wzruszyłam ramionami. Mniej

więcej w tej samej chwili John podszedł do Bena z talerzem zupy w ręku.
Przystanął dla lepszego efektu. 

Zadziałało.  Ludzie  w  różnych  częściach  stołówki  zaczęli  chichotać.

Niektórzy  pokazywali  ich  sobie  palcami.  Pan  Muse,  nauczyciel  wuefu,
odwrócił się i udawał, że nic nie widzi.

John uniósł talerz wysoko nad głową Bena.
„Nie!"  -  krzyknęłam  gdzieś  w  głębi  siebie.  Nie  miałam  pojęcia,  czy

wypowiedziałam to na głos. 

Nim  Ben  zauważył  cokolwiek,  było  już  za  późno.  John  oblał  go  zupą

pomidorową.  Breja  ściekała,  pozostawiając  czerwony  ślad  na  piersi  Bena.
Jak gdyby krwawiło mu serce.

Ktoś  krzyknął,  że  Ben  zamordował  kolejną  dziewczynę.  Ktoś  inny,

udając, że kaszle, wyrzucił z siebie jakże sympatyczne: „Morderco, wracaj
do domu". Kumple Johna Kenneally'ego przybijali sobie piątki.

Ben się jednak nie bronił. Niedbale otarł koszulkę i siedział, udając, że

to wszystko go nie zdenerwowało.

Ja jednak byłam wściekła.

background image

Nie zastanawiając się, co robię, chwyciłam garść serwetek i podeszłam

do stolika Bena.

  -  Mogę  się  przysiąść?  -  spytałam.  Nie  czekając  na  odpowiedź,

przycupnęłam obok. 

 - Raczej nie zostanę tu długo - odparł. 
 - Chyba nie pozwolisz im się sprowokować, co? - Wskazałam na Johna

i  jego  kumpli,  w  tym  Davisa  Millera,  mojego  sąsiada  gitarzystę.  Davis
przyglądał mi się wielkimi brązowymi oczami. Zapewne zastanawiał się, co
tam robię. 

Zadawałam sobie to samo pytanie.
 - Jak sądzisz, czemu jestem taki spokojny? - rzekł Ben. 
 - Dobre pytanie: dlaczego jesteś taki spokojny? 
 - Bo spodziewają się, że zareaguję inaczej. Nie dam im tej satysfakcji.

Nie dam im powodu, żeby mnie wyrzucili ze szkoły. Muszę tu zostać. 

 - Musisz? Skinął głową. 
 - A tak na marginesie, chyba nie zamierzałaś jeść dzisiaj zupy, co? 
  -  Podejrzewam,  że  masz  jej  dość  za  wszystkich  -  powiedziałam,

podając mu serwetki. 

 - Nie musisz tego robić. 
 - Jesteś cały umazany. Myślę, że przyda ci się mała pomoc. 
 - Chodzi o to, że nie musisz popełniać z mojego powodu towarzyskiego

samobójstwa. 

Spojrzałam  na  Kimmie  i  Wesa.  Siedzieli  pięć  stolików  dalej.  Kimmie

wyrzuciła  w  górę  dłonie,  bezgłośnie  pytając,  co  wyprawiam.  Odwróciłam
wzrok.

  -  To  nie  ja  potrzebuję  ratunku.  Pamiętasz?  -  Ben  spojrzał  na  mnie

przenikliwie. 

  -  Masz  na  myśli  to,  co  się  zdarzyło  na  parkingu?  Przestał  wycierać

koszulkę, nachylił się i powiedział ściszonym głosem: 

 - Mówię o tym, co się stanie, jeśli nie będziesz ostrożna. 
 - Czy to ty dzwoniłeś w sobotę wieczorem? Szerzej otworzył oczy. 
 - Czy chcesz mi o czymś powiedzieć? 
 - Nie - odparłam. - Za to ty musisz coś powiedzieć mnie. Co ty sobie

myślałeś,  przychodząc  do  mojego  domu  i  mówiąc,  że  jestem  w
niebezpieczeństwie? To nie jest normalne. 

 - Myślałem, że chcę ci pomóc. 

background image

 - Dziwnie okazujesz takie chęci. 
 - Camelia, to nie ja jestem twoim wrogiem. 
  -  Czy  to  ty  zostawiłeś  mi  ten  prezent  i  liścik?  Wyglądał  na  totalnie

zdezorientowanego. 

 - Jaki prezent? Jaki liścik? 
Odetchnęłam głęboko, starając się zachować spokój, ale serce waliło mi

jak szalone i kręciłam się na krześle.

 - Czy to jakiś twój pokręcony plan, żeby się do mnie zbliżyć? 
 - Chcę ci pomóc - powtórzył. 
Rozejrzałam się po stołówce. Tłum się trochę przerzedził.  
 - Chcesz mi coś powiedzieć, prawda? - spytał. 
 - Nie wiem. - Zerknęłam na zegar. Do dzwonka zostały trzy minuty. 
 - Może spotkamy się dzisiaj wieczorem? Jesteś wolna koło szóstej? 
 - Mam pracę. 
 - To może jutro? 
Pokręciłam głową. Nagłe poczułam nieodpartą chęć ucieczki.
 - Po prostu się zgódź - nalegał. 
 - Nie mogę. 
 - Czy to dlatego, że się boisz? 
Zagryzłam  dolną  wargę.  Nie  znałam  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Ben

chciał dotknąć mojego ramienia, ale zdążyłam się odsunąć.

 - Muszę iść. - Wstałam od stolika. 
 - To nie jest odpowiedź. Spotkaj się ze mną wieczorem. 
Pokręciłam  głową  i  odwróciłam  się  do  niego  plecami,  nim  zdążył  coś

jeszcze dodać.

I zanim uległam pokusie, by się zgodzić.

background image

Rozdział 27 
 
 
 
Co  ona  sobie  myślała,  odgrywając  tę  scenę  w  stołówce?  Wiem,  że

chciała przykuć uwagę.

Nie wiem tylko, czemu się tak zachowuje. Powinna być wdzięczna za

prezent, który jej zostawiłem, a nie robić, co chce, i ignorować ostrzeżenie.

Czasami chciałbym o niej zapomnieć. Tymczasem prześladuje mnie w

snach,  jest  pierwszą  osobą,  o  której  myślę,  gdy  się  budzę,  i  ostatnim
obrazem, jaki widzę przed zaśnięciem.

Gdyby tylko mnie słuchała, wszystko byłoby w porządku.

background image

Rozdział 28 
 
 
 
Przez  następnych  kilka  dni  starałam  się  unikać  Bena.  Nie  zostawałam

dłużej po chemii, chociaż wiedziałam, że chce porozmawiać. Nie siadałam
z nim w stołówce, mimo że ostatnio stale tam jadał lunche.

I nie pozwalałam mu się dotykać.
Chociaż próbował to robić.
Podawał  mi  różne  rzeczy,  przypadkiem  wpadał  na  mnie  w  korytarzu.

Kimmie  wysnuła  teorię,  że  Ben  ma  jakiś  związany  z  dotykaniem  fetysz.
Wes  uważał  z  kolei,  że  ma  to  coś  wspólnego  z  poczuciem  kontroli  -
zupełnie jakby chłopak znaczył swoje dotykowe terytorium. 

 - Wie, że nie chcesz kontaktu fizycznego - wyjaśniał. - Ale i tak o niego

zabiega, by pokazać ci, kto jest górą. 

Nie wiem, jaka jest przyczyna. Po prostu jestem już tym zmęczona. 
Odkąd  unikam  rozmów  z  Benem,  życie  wróciło  do  względnej  normy,

czego dowodem było dzisiejsze popołudnie.

Po  lekcjach  poszliśmy  z  Kimmie  i  Wesem  do  Brain  Freeze  i  jedliśmy

Bananowy  Kubełek  -  wielki  deser  z  bananami  i  lodami  podany  z  trzema
przypominającymi wiosła łyżkami. 

  -  Ludzie  wciąż  mówią  o  twoim  występie  w  stołówce  -  odezwał  się

Wes. 

  -  To  nie  ja,  tylko  John.  -  Przerzuciłam  jego  wiosło  na  inną  stronę

kubełka, zaznaczając moje lodowe terytorium. 

 - Aleś ty niedotykalska - stwierdził. 
  -  Oczywiście  żart  słowny  niezamierzony  -  dodała  Kimmie.  -  Gdzie

byłeś wczoraj wieczorem? - Spojrzała na Wesa. - Dzwoniłam, ale twój tata
nie powiedział, gdzie się podziewasz. 

  -  Nigdzie.  -  Wzruszył  ramionami.  Usta  miał  pełne  lodów.  -

Prześladowałem  jakieś  dziewczyny,  robiłem  im  fotki  z  ukrycia  w  chwili,
gdy najmniej się tego spodziewały, i zostawiałem im prezenty pod oknami
sypialni. Mówię wam, praca prześladowcy nigdy się nie kończy. - Wydał z
siebie bardzo przesadzone westchnienie i popatrzył na mnie wymownie. 

 - Przecież przeprosiłam - przypomniałam mu. 

background image

  -  Lubię  przeprosiny,  w  które  ktoś  wkłada  więcej  zaangażowania.  Ale

skoro już mówimy o prześladowcach, słyszeliście o Debbie? Podobno Ben
ją śledził, zostawiał jej karteczki na drzwiach do szafki i ogólnie mieszał jej
w głowie. 

  -  To  dziewczyna  z  pierwszego  roku?  -  spytałam,  przypomniawszy

sobie, że Matt opowiadał coś podobnego. 

Wes przytaknął.
  -  Debbie  Marcus,  kapitan  drużyny  pływaczek.  Obecnie  spotyka  się  z

Toddem McCaffreyem. 

 - I podobno prześladuje ją Ben Rozpruwacz - wtrąciła Kimmie. 
 - Pamiętajcie, kto jako pierwszy wam o tym powiedział. 
 - No właśnie - rzuciła Kimmie, odkładając swoje wiosło do kubełka. -

Jakim cudem nie ja pierwsza się o tym dowiedziałam? 

 - Mamy zaległości w ploteczkach, co? - Wes uśmiechnął się kpiąco. 
 - Nie - odparła. - Po prostu nie prowadzam się z pierwszakami. 
  -  Dla  twojej  informacji,  usłyszałem  o  tym  od  zaprzyjaźnionego

trzecioklasisty, który pragnie pozostać anonimowy. 

 - Nieważne. - Kimmie aż przewróciła oczami. - Czy twój tajemniczy

informator podał więcej szczegółów? 

Wes  wzruszył  ramionami,  ale  widać  było,  że  nie  ma  nic  więcej  do

dodania.

 - Diabeł tkwi w szczegółach, chłopcze - skwitowała Kimmie. - Lepiej

więc usiądź grzecznie z tyłu i pozwól mi poprowadzić lokomotywę plotek.
Już ja się wszystkiego dowiem. 

 - To dowiedz się czegoś na ten temat - podsunął Wes. - Widziałem, jak

rzeczona  pierwszoklasistka  wrzeszczała  na  Bena  i  rzuciła  mu  w  twarz
papierową kulką. 

  -  Papierową  kulką  czy  zgniecionym  liścikiem?  Jednym  z  tych,  o

których mówiłeś. 

Wes zmarszczył czoło.
 - A skąd ja mam to wiedzieć? - zapytał. 
 - Jak wspominałam, usiądź grzecznie z tyłu i pozwól mi prowadzić -

doradziła mu Kimmie. 

Nabrałam dużą porcję lodów i wygodnie się oparłam.
  -  Powiedziałaś  rodzicom  o  całej  sytuacji?  -  Kimmie  zwróciła  się  do

mnie. 

background image

 - Jeszcze nie. 
 - Powinnaś, skoro to cię przeraża - stwierdziła. - Pewnie jakiś palant ze

szkoły widział cię w towarzystwie Bena i chce się zabawić. 

  -  Może  -  westchnęłam.  -  Dlatego  chcę  jeszcze  odczekać,  spróbować

samej to rozgryźć, nim zrobię z tego wielką sprawę. 

 - Ostatnie słowa ofiary. - Wes chichotał. 
  -  A  skoro  już  o  tym  mowa...  -  Kimmie  chyba  wyczuła  moją  chęć

zmiany tematu. - Mama została ofiarą taty. Gdybyście widzieli, jak wczoraj
pożerał  wzrokiem  osiemnastoletnią  opiekunkę  Nate'a.  Jasne,  dziewczyna
miała  na  sobie  mikromini,  krótki  top  i  kozaki,  których  nie  powstydziłaby
się profesjonalistka spod latarni. 

 - Dasz mi jej numer? - spytał Wes. 
 - Ustaw się w kolejce za moim napalonym ojczulkiem. Gdy seksowna

niania już wyszła, tata próbował przekonać mamę, żeby skróciła spódnicę o
dobre dwadzieścia pięć centymetrów. 

 - To dopiero orzeźwiająca perspektywa - mruknął chłopak. 
  -  Nie  tak  orzeźwiająca  jak  twoja  pomarańczowa  twarz  -  skwitowała

Kimmie. - Mówiłam ci... Samoopalacze trzeba aplikować równomiernie. 

 - Przynajmniej trochę już wyblakło - przyszłam Wesowi z pomocą. 
 - Tata nie chce nawet na mnie patrzeć - jęknął. - Mówi, że robi mu się

niedobrze. 

  -  Czyli  na  własny  widok  w  lustrze  pewnie  chce  mu  się  rechotać?  -

spytała  Kimmie.  -  Nie  oszukujmy  się.  Materiałem  na  modela  Calvina
Kleina to on nie jest. 

  -  Nie  jest  nawet  materiałem  na  modela  bielizny  marki  Tesco.  -

Skrzywiłam się. 

 - To nieistotne. - Wes pokręcił głową. - Dopóki nie przyprowadzę do

domu jakiejś ślicznotki, mam przechlapane. 

 - Ani słowa więcej. - Kimmie westchnęła. - O której mam przyjść? 
 - Dzięki. - Na ustach Wesa wykwitł uśmiech. - Ale on tego nie kupi. Za

dobrze cię zna. 

 - To może Camelia? 
 - Chwila. - Wes przerwał rozmowę i swoim wiosłem wskazał na drzwi.

- Ben Rozpruwacz na drugiej. 

Obejrzałam się. W przejściu rzeczywiście stał Ben.
 - Jak myślicie, o co mu chodzi? - spytałam. 

background image

 - Cóż, to lodziarnia - stwierdziła Kimmie. - Pozwól chłopakowi czasem

zjeść deser. 

 - A gdzie tam. - Wes puścił do mnie oko. - Zobaczył cię. Idzie w naszą

stronę. Na pewno chce cię podotykać. 

Znów się obejrzałam, ale Ben był już przy naszym stoliku.
 - Cześć. - Skinął Wesowi i Kimmie na powitanie, a potem skupił uwagę

na mnie. - Masz chwilkę? 

 - Teraz jestem zajęta. 
Popatrzył na prawie już pusty Bananowy Kubełek.
 - Proszę, to zajmie tylko chwilę. 
 - Nie możesz mówić tutaj? 
  -  Zamieniamy  się  w  słuch  -  oznajmił  Wes,  prostując  się  w  swoim

fotelu. 

 - Miałem nadzieję na rozmowę w cztery oczy. 
  -  Co  za  różnica?  -  spytała  Kimmie.  -  Jesteśmy  jej  najlepszymi

przyjaciółmi. Jak tylko wyjdziesz, i tak nam wszystko powie. 

Sprzedałam  Kimmie  pod  stołem  kopniaka.  Cały  czas  myślałam  o

liściku.

 - No dobrze - zgodziłam się wreszcie. - Ale mam tylko minutę. 
  -  Trzydzieści  sekund,  dopóki  nie  opróżnię  kubełka  -  wtrącił  Wes,

wyskrobując z dna resztki deseru. 

Ben  poprowadził  mnie  do  stolika  w  rogu  sali.  Usiedliśmy  naprzeciw

siebie.

  -  Czemu  mnie  unikasz?  -  spytał  ponaglającym  tonem.  Odetchnęłam

głęboko, zastanawiając się, od czego zacząć. 

Na twarz wystąpił mu rumieniec i nachylił się, mówiąc:
  -  To  niepraktyczne.  Musimy  współpracować.  Jak  inaczej  mamy

zaliczyć laborki?  

 - Więc chodzi o chemię? 
 - Nie - westchnął. - Nie chodzi o chemię. 
 - Zatem chodzi o to, że spotka mnie coś okropnego, tak? 
 - To nie jest zabawa - tłumaczył. - I nie wymówka, by móc się do ciebie

zbliżyć. 

 - A zatem co? 
  -  Wiesz  przecież.  Pytania,  które  powinniśmy  sobie  zadać,  to  „kto"  i

„dlaczego". 

background image

 - Poczekaj - odparłam. - Trochę się pogubiłam. - Zerknęłam na Kimmie

i Wesa. Kimmie starała się mnie rozśmieszyć, oblizując swoje miniwiosło. 

 - Denerwujesz się, kiedy jestem obok, prawda? - Jego oczy nakreśliły

wzdłuż mej twarzy niewidzialną linię, a wzrok zatrzymał się na szyi akurat
w chwili, gdy przełykałam ślinę. 

 - Powiedz mi po prostu, czego chcesz - wypaliłam. 
 - Pomóc ci - przypomniał. 
 - Pomóc w czym? Nie potrzebuję pomocy. 
 - Posłuchaj - zaczął. - Wiem, że to brzmi jak wariactwo, ale jeśli nie

pozwolisz mi pomóc, wydarzy się coś naprawdę bardzo złego. 

 - Na przykład co? 
 - Nie tutaj - odparł, rozglądając się, jakby sprawdzał, czy nikt nas nie

podsłuchuje. - Porozmawiajmy gdzie indziej. 

 - Nie ma mowy.  
 - Proszę - nalegał. 
Znowu  spojrzałam  na  Kimmie  i  Wesa.  Chłopak  wyczuł,  że  jestem

zdenerwowana,  i  był  gotów  działać.  Kimmie  prawie  siedziała  mu  na
kolanach i powstrzymywała przed zrobieniem czegoś głupiego. 

 - Co ty na to? - mówił Ben. - Pójdziesz teraz ze mną? 
 - I potem zostawisz mnie w spokoju? 
 - Nie mogę tego obiecać. Ale spróbuję wszystko wyjaśnić. 
Pokręciłam  głową,  powtarzając  sobie,  że  to  zły  pomysł.  Ale  i  tak

zdecydowałam, że z nim pójdę.

background image

Rozdział 29 
 
 
 
Kazałam Kimmie i Wesowi poczekać w Brain Freeze i dałam Benowi

dokładnie piętnaście minut, by powiedział, o co mu chodzi. 

Nie  byli  zachwyceni,  ale  plaża,  na  którą  mieliśmy  iść,  znajdowała  się

przy  końcu  ulicy,  i  poprosiłam,  by  mi  obiecali,  że  jeśli  nie  wrócę  za
dwadzieścia minut, zaczną poszukiwania.

Poszłam  więc.  Jakaś  część  mnie  odetchnęła  z  ulgą,  że  to  się  wreszcie

skończy, inna część była przerażona tym, co mogłabym usłyszeć z ust Bena.

Spacerowaliśmy  główną  aleją  w  ciszy,  dopóki  nie  ujrzeliśmy  oceanu.

Tak jak się spodziewałam, na plaży było mnóstwo osób - rybacy tłoczyli się
na  nabrzeżu,  cumując  kutry,  kilku  spacerowiczów  z  psami  przemierzało
niespiesznie piaszczysty brzeg, a dzieciaki okupowały huśtawki. 

Ben poprowadził nas do miejsca na skałach, gdzie widać było ocean w

całej  okazałości,  ale  wciąż  docierały  do  nas  odgłosy  pędzących  pobliską
ulicą samochodów. Usiedliśmy twarzami do siebie, ale Ben wbijał wzrok w
wodę, zupełnie jakby mój widok był teraz trudniejszy do zniesienia niż to,
co miał mi powiedzieć. 

  -  Jesteśmy  na  miejscu  -  zagaiłam.  Z  nerwów  zaczęłam  poprawiać

kucyk. 

Ben  wreszcie  na  mnie  spojrzał.  Zmienił  się  wyraz  jego  twarzy.  Nie

malowała się już na niej rozpacz, a raczej mieszanka determinacji i chyba
smutku.

 - O co chodzi? - spytałam, zaglądając w jego szare oczy. 
 - To się wydarzyło w takim właśnie miejscu - odpowiedział. 
 - Co takiego? 
Położył dłonie na gładkiej skale i zacisnął pięści, jakby w oczekiwaniu,

że kamień doda mu odwagi.

 - Wiem, że słyszałaś różne rzeczy na mój temat. 
 - Masz na myśli swoją dziewczynę? 
  -  Julie  -  wyszeptał.  Miał  zachrypnięty  głos,  jakby  wypowiadanie  jej

imienia było udręką. - Wiem, co ludzie mówią, ale ja jej nie zabiłem. To był
wypadek. Zależy mi, abyś o tym wiedziała. - Spojrzał mi głęboko w oczy,
sprawdzając, czy mu wierzę. Unikałam jednak jego wzroku. 

background image

 - Tamtego dnia poszliśmy na spacer na klify - kontynuował. - Poniżej

rozciągała się kamienista plaża. Pokłóciliśmy się. 

Rzeczywiście, Matt wspominał, że Ben ma ognisty temperament.
  -  Chwyciłem  ją  za  ramię  -  ciągnął  opowieść.  -  Ale  odsunęła  się  w

stronę  przepaści.  Chciałem  ją  złapać,  powstrzymać,  ale  nie  zdążyłem.  -
Popatrzył w stronę wody. Jego głos był teraz zaledwie odrobinę głośniejszy
niż szept. - Spadła. 

Popatrzyłam na jego przedramię. Długi rękaw koszulki zakrywał bliznę.

Zastanawiałam się, skąd ją miał. Czy zaatakował Julie, a ona się broniła? A
może zszedł po skałach, by ocalić jej życie?

 - Czemu ją chwyciłeś? - spytałam. - Dlaczego się od ciebie odsuwała? 
 - Bo jestem inny. 
 - Słucham? 
Ben  założył  okulary  przeciwsłonecznie,  abym  nie  widziała,  jaki  jest

wzburzony. - Jego oczy się zaczerwieniły. Powstrzymywał łzy. 

 - Pamiętasz ten dzień na parkingu, kiedy zepchnąłem cię z drogi? 
Skinęłam głową.
 - Wtedy dotknąłem twojego brzucha. I miałem takie dziwne wrażenie...

że  stanie  się  coś  złego.  Na  chemii  było  tak  samo,  gdy  dotknąłem  twojej
dłoni. Ale tym razem wrażenie się nasiliło. 

 - Chwileczkę - przerwałam mu. Byłam całkiem zdezorientowana. - O

czym ty mówisz? 

 - Wyczuwam różne rzeczy - wyjaśnił. - Kiedy dotykam ludzi. Czasami

też  coś  widzę.  Dlatego  uciekłem  tamtego  dnia  z  parkingu,  gdy  już
upewniłem się, że nic ci się nie stało. Nie chciałem stawiać czoła temu, co
wyczułem.  Chciałem  udawać,  że  to  się  nigdy  nie  wydarzyło,  że  nigdy
wcześniej cię nie spotkałem. 

 - Mówisz mi, że jesteś jasnowidzem?  
  -  Pomyśl...  -  zignorował  pytanie.  -  Jak  sądzisz,  czemu  ostatnio  tak

często cię dotykałem? Musiałem się upewnić. 

 - Upewnić? 
 - Że twoje życie jest w niebezpieczeństwie - przypomniał mi. 
Nabrałam powietrza. W mojej głowie kłębiły się miliony pytań.
 - Tamtego dnia z Julie też coś wyczułem - opowiadał. - Ale to nie było

niebezpieczeństwo.  Wyczułem,  że  kłamała.  Gdy  jej  dotknąłem,
zobaczyłem, że spotyka się z kimś innym. Zdradziła mnie. Spytałem ją o to.

background image

Wyznała prawdę. Ale ja drążyłem temat. Chciałem wiedzieć, kim on jest i
jak długo to trwa. Więc złapałem ją mocniej, a obraz stał się wyraźniejszy.
Zobaczyłem najlepszego przyjaciela. Widziałem ich dwoje, razem... Leżeli
na plaży. Całowali się na brzegu oceanu... Nieważne, co inni mówią. Nigdy
nie  zamierzałem  jej  skrzywdzić.  Ale  chwyciłem  ją  zbyt  mocno  i  się
wystraszyła. 

 - Dlatego się cofnęła. - Wszystko nabierało sensu. 
 - To psychometria - wyjaśnił Ben. - Umiejętność wyczuwania różnych

rzeczy przez dotyk. Ludzie z taką cechą różnie z niej korzystają. Niektórzy
przykładają  obiekty  do  czoła,  by  uzyskać  wizję.  Innym  wystarczy,  że
usłyszą  dźwięki  lub  poczują  zapach,  gdy  czegoś  dotykają.  W  moim
przypadku pomiędzy dotknięciem kogoś a zranieniem go jest bardzo cienka
granica. Nie mogę sobie pozwolić na jej przekroczenie. - Ciężko przełknął
ślinę i spojrzał na swoje dłonie. - Kiedy docieram do tego punktu i jestem
zbyt blisko - ciągnął - coś we mnie się zmienia i tracę kontrolę. Często tracę
nawet rozsądek. Ciało jest na miejscu, ale umysł już nie. 

 - Co zatem robisz? - spytałam. 
  -  Staram  się  nad  tym  panować  różnymi  sposobami,  na  przykład

medytacją i taekwondo. One pozwalają mi się skupić. Ale i tak jest ciężko.
To  wciąż  mnie  przeraża.  Dlatego  trzymam  się  od  wszystkich  z  daleka  i
dlatego  cię  odpychałem.  Po  tym,  co  zaszło  z  Julie,  nie  chciałem  znać
niczyjego losu ani widzieć niczyich sekretów. 

 - I sądziłeś, że uda ci się żyć bez kontaktu fizycznego z innymi? 
 - Jeszcze kilka miesięcy temu to się sprawdzało.  
 - Wtedy mnie dotknąłeś. 
Skinął głową i zacisnął szczękę. Rysy jego twarzy wyostrzyły się.
 - Z początku chciałem zignorować to przeczucie, ale sumienie mi nie

pozwalało. A gdyby stało ci się coś złego? Coś, czemu mógłbym zapobiec? 

 - To wiele tłumaczy. - Myślałam o tym, że Ben zawsze spóźnia się na

lekcje i unika tłoku w korytarzu. Przypomniałam sobie, jak wyparł się, że
się spotkaliśmy, gdy podeszłam do jego szafki. 

  -  Ale  co  to  oznacza  dla  mnie?  -  spytałam.  -  Dotykasz  mnie  i

wyczuwasz różne rzeczy? 

Skinął  głową  i  podsunął  okulary  na  czubek  głowy,  odsłaniając  oczy.

Były spuchnięte i zaczerwienione.

 - Stąd wiem, że jesteś w niebezpieczeństwie.  

background image

 - Co więc ma się wydarzyć? 
Patrzył bez słowa przez dłuższą chwilę, jak gdyby próbował zapamiętać

kontury mojej twarzy.

 - Powiedz - nalegałam, wyczuwając jego wahanie. 
 - Widzę twoje ciało - wyszeptał wreszcie. 
 - Moje ciało? W sensie zwłoki? 
Skinął  głową,  a  ja  poczułam  ogromny  ciężar  na  żołądku,  zupełnie

jakbym miała się zaraz rozchorować.

 - Z początku nie byłem pewien - ciągnął. - To było tylko przeczucie.

Ale potem, podczas pikniku, kiedy mnie pocałowałaś... wtedy wiedziałem
na pewno. 

Odetchnęłam głęboko. Nie byłam w stanie spytać o nic więcej.
 - Wszystko w porządku? 
Pokręciłam głową. Czułam, jakby brakowało mi powietrza. Zerknęłam

na zegarek, podejrzewając, że minęło znacznie więcej niż piętnaście minut.

 - Proszę, nie mów o tym nikomu - poprosił. - To prywatna sprawa. 
 - To, że jestem w niebezpieczeństwie? 
  -  Nie.  To,  że  mam  takie  umiejętności.  Chciałbym,  żeby  to  pozostało

tajemnicą, przynajmniej na razie. 

 - Nasz mały sekret? 
  -  Tak,  chyba  tak.  -  Skinął  głową,  a  ja  przyglądałam  się  jego  twarzy.

Szukałam jakiegoś spojrzenia, które zdradziłoby, że to on zostawił prezent,
ale nic na to nie wskazywało. 

  -  Moglibyśmy  porozmawiać  później?  -  spytał.  -  Mogę  do  ciebie

zadzwonić? 

 - Muszę już iść - powiedziałam. Słowa więzły mi w gardle. 
Wymamrotał  coś,  jakąś  obietnicę,  że  mi  pomoże,  że  dotrze  do  sedna

sprawy, ale ja już nie słuchałam.

Wstałam  z  kamieni.  Nagle  poczułam,  że  ktoś  mnie  obserwuje.

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam  Kimmie  i  Wesa.  Siedzieli  na  huśtawkach  i
przyglądali mi się z oddali.

background image

Rozdział 30 
 
 
 
Nie  chce  mnie  słuchać.  Opracowałem  więc  plan.  Mam  tylko  nadzieję,

że doceni wszystkie starania - wszystko, co robię, by ją uszczęśliwić. 

Raz na zawsze.

background image

Rozdział 31 
 
 
 
Po mojej rozmowie z Benem Wes i Kimmie zamienili się w maszyny do

zadawania pytań. Ale ja nie miałam ochoty o tym mówić. Wpatrywałam się
tylko  w  okno  samochodu,  gdy  Wes  odwoził  nas  do  domów.  Patrzyłam  na
zlewające  się  kolory,  domki  przemieszane  z  dużymi  budynkami  i  zielone
drzewa. Wszystko stapiało się w jedną wielobarwną plamę.

  -  No,  dawaj  -  błagała  Kimmie.  -  Jeśli  nie  chcesz  opowiedzieć  pełnej

wersji, to może chociaż skróconą? 

Pokręciłam głową. Byłam wciąż wyprowadzona z równowagi rozmową

z  Benem,  wizją  jego  dziewczyny  spadającej  z  klifu,  przerażeniem,  które
musiało malować się na jej twarzy, kiedy zobaczyła, jak Ben rzuca się w jej
stronę.

 - Ziemia do Camelii Kameleon - rzekł Wes do zwiniętej w pięść dłoni.

Udawał, że ma w ręku megafon. 

 - Może trzeba ochlapać jej twarz wodą? - zasugerowała Kimmie.  
  -  Mam  tylko  wygazowaną  colę  -  powiedział  Wes,  wyjmując  skądś

jednorazowy kubek. Zerknął na mnie w tylnym lusterku, ale ja odwróciłam
wzrok do ulicy. Pragnęłam już być w domu. 

  -  Mam  z  tobą  wejść?  -  spytała  Kimmie,  kiedy  już  podjechaliśmy  do

mnie. 

 - Nie, dzięki - odparłam. Udało mi się nawet uśmiechnąć. - Zadzwonię

do ciebie, dobrze? 

Skinęła głową, a ja weszłam i skierowałam się wprost do kuchni. Część

mnie ucieszyła się, kiedy znalazłam liścik od mamy z informacją, że jedna
z  nauczycielek  w  szkole  jogi  zachorowała,  a  ona  zgodziła  się  ją  zastąpić.
Pozostała część była przerażona faktem, że jestem sama.

Nie umiałam wymazać z pamięci słów Bena, dlatego gdy tylko weszłam

do  swojego  pokoju,  upewniłam  się,  że  okna  są  zamknięte,  a  rolety
zasunięte.

Była dopiero piąta po południu. Do powrotu taty została jeszcze dobra

godzina.  Usiadłam  więc  przy  biurku  i  wpisałam  w  Google  termin
„psychometria".  Miałam  nadzieję,  że  Ben  zmyślił  to  słowo,  że  sam  nie
wiedział, o czym mówi.

background image

Ale link z definicją wyświetlił się od razu.
Psychometria:  umiejętność  „widzenia"  poprzez  dotyk  w  celu  poznania

historii danego przedmiotu albo odkrycia przyszłości człowieka.

Przysiadłam  na  rogu  łóżka  i  przytuliłam  się  do  misia.  Starałam  się

zrozumieć,  co  to  wszystko  znaczy  -  co  się  stanie,  jeśli  postanowię  zaufać
Benowi.  Gapiłam  się  na  swoje  odbicie  w  lustrze:  związane  z  tyłu  włosy,
twarz w kształcie serca, szeroko rozstawione oczy... Zastanawiałam się, co
naprawdę widział Ben, kiedy mnie dotykał. 

I jak wyglądałabym martwa.
Chwilę  później  zadzwonił  telefon.  Jego  sygnał  śmiertelnie  mnie

przeraził.  Patrzyłam  przez  chwilę  na  aparat,  zastanawiając  się,  czy
powinnam odebrać - czy ten, kto zostawił mi prezent, wiedział, że byłam w
domu sama? 

Cztery dzwonki. Pięć.
Wreszcie  odebrałam,  ale  nim  zdołałam  się  odezwać,  ten  ktoś  się

rozłączył.  Zaczerpnęłam  powietrza,  starając  się  zrzucić  z  piersi  wielki
ciężar.  Żałowałam,  że  nie  przystałam  na  propozycję  Kimmie  i  nie
poprosiłam, aby ze mną została.

Zamiast postawić słuchawkę na bazę, znów położyłam ją obok aparatu i

zeszłam  do  piwnicy,  gdzie  w  rogu  urządziłam  sobie  warsztat  z
prawdziwego  zdarzenia,  taki  ze  stołem  i  kołem  garncarskim.
Rozpakowałam paczkę gliny, odkroiłam gruby plaster i rzuciłam nim o blat.
Potem  zrolowałam  go  dłońmi  w  walec,  zwalczając  w  sobie  chęć
analizowania  i  planowania  wszystkiego.  Postanowiłam  skupić  się  na
fakturze gliny i na tym, jak zmienia się pod naciskiem moich dłoni.

  -  Czym  chce  być  ta  rzeźba?  -  spytałam,  biorąc  sobie  do  serca  słowa

Spencera i pozwalając, by kierowało mną dzieło. 

Koło  godziny  walczyłam  z  gliną,  ale  jedyne,  co  mi  wychodziło,  to

dziwny  kształt  z  uchwytami  po  bokach.  Wyglądał  jak  skakanka.  Czegoś
bardziej pozbawionego życia nie mogłam chyba zrobić.

Właśnie  miałam  zmiąć  to  coś  z  powrotem  w  kulę,  kiedy  usłyszałam

jakiś hałas na górze schodów.

 - Tato? - zawołałam. 
Nikt nie odpowiedział.
Wróciłam  do  pracy.  Wmówiłam  sobie,  że  hałas  dochodził  z  zewnątrz.

Ktoś  po  prostu  trzasnął  drzwiami  samochodu.  Ale  potem  usłyszałam  to

background image

ponownie. Tym razem wyraźniej.

Powoli  podeszłam  do  schodów.  Przez  okno  piwnicy  dostrzegłam,  jak

ciemno jest na zewnątrz. Zerknęłam na zegarek. Zbliżała się ósma.

Gdzie tata? Czemu mamy jeszcze nie ma?
Hałas  nie  ustawał.  Poszłam  na  górę  i  włączyłam  światło  w  kuchni.  I

wówczas dźwięk ucichł.

 - Tato?! - zawołałam ponownie, zastanawiając się, czy może zapomniał

kluczy do domu. Przez okno w salonie wyjrzałam na ulicę, ale auta nie było
na podjeździe. Rodzice jeszcze nie wrócili. 

Moje  tętno  przyspieszyło,  kiedy  podchodziłam  do  drzwi.  Wyjrzałam

przez wizjer, ale nikogo tam nie było. Powtarzałam sobie, że to na pewno
jakiś akwizytor, który już poszedł.

Chwilę później usłyszałam z głębi korytarza odgłos, jakby ktoś czymś

rzucał.

Odetchnęłam  głęboko,  żałując,  że  nie  mamy  alarmu.  Chwyciłam

telefon, by zadzwonić do taty, ale w słuchawce nie było sygnału.

A komórkę zostawiłam w sypialni na górze.
Odgłosy nie ustawały. Po chwili usłyszałam głośny huk, ktoś chyba zbił

szybę.

Jakby ktoś próbował się włamać. .  
Trzęsącymi się rękoma wyjęłam parasol ze stojaka przy drzwiach. Miał

ostry  czubek,  a  ja  byłam  gotowa  do  walki.  Powoli  ruszyłam  korytarzem,
rozważając,  czy  nie  powinnam  raczej  uciec  do  sąsiadów,  ale  byłam  zbyt
przerażona, żeby wyjść na zewnątrz.

Sekundę  później  za  drzwiami  wejściowymi  rozległ  się  hałas.

Odwróciłam  się  i  na  miękkich  nogach  ruszyłam  w  jego  kierunku.  Ktoś
chwycił za klamkę i otworzył drzwi z moskitierą. Chwilę później rozległ się
dzwonek.

Moje serce waliło niczym młot pneumatyczny. Spojrzałam przez wizjer

i odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam, kto stoi po drugiej stronie.

Otworzyłam  drzwi.  Na  progu  była  Kimmie  z  talerzem  pełnym

kakaowych babeczek.

 - Co ty wyprawiasz? - wypaliłam, wciągając ją do środka. 
  -  Pytanie  powinno  brzmieć:  co  ty  wyprawiasz?  Dzwoniłam  na  twoją

komórkę,  ale  nie  odbierałaś.  Wybrałam  numer  domowy  i  cały  czas  było
zajęte. 

background image

 - Zdjęłam słuchawkę z bazy i zostawiłam na sygnale - przypomniałam

sobie. 

  -  No  właśnie  -  prychnęła,  wciskając  mi  do  ręki  talerz.  -  To  samo

powiedziała kobieta na centrali. 

 - Dzwoniłaś na centralę? 
  -  No,  tak.  Coś  mi  tu  śmierdziało.  Wiem  przecież,  że  macie  funkcję

oczekującego połączenia. 

  -  Śmierdziało  czy  nie,  wystraszyłaś  mnie  niemal  na  śmierć.  -

Popatrzyłam w stronę korytarza. Odgłos rzucania ucichł. 

  -  Tak  na  marginesie,  wybiłam  ci  okno  -  powiedziała,  wyjmując  mi

parasolkę  z  dłoni.  -  Nie  otwierałaś  drzwi,  więc  pomyślałam,  że  może
bierzesz jedną z tych swoich megadługich kąpieli. Postanowiłam porzucać
kamykami w okno łazienki. Ale chyba byłam zbyt natarczywa. Babeczkę? -
Uniosła folię i podała mi wypiek. - Mam nadzieję, że się nie pogniewasz,
ale kilka się rozgniotło. Były upchane w koszyku na moim rowerze. 

 - Przypedałowałaś tu? 
 - Raczej przyholowałam swój tyłek - powiedziała. - Masz pojęcie, ile

jest dziur w jezdniach w tej wsi, w której mieszkamy? 

 - Dlaczego mama cię nie podrzuciła? 
  -  Jest  zbyt  zajęta  dogadzaniem  ojcu.  Biega  po  sklepach  i  kupuje

minispódniczki i wysokie kozaki. 

  -  Dobra,  chwilę.  -  Pokręciłam  głową.  Kłębiło  się  w  niej  mnóstwo

pytań. - Czemu po prostu nie zadzwoniłaś do drzwi? 

 - No, ja cię proszę! Dzwoniłam przez dobre dziesięć minut. 
 - Byłam w piwnicy. 
  -  I  pewnie  dlatego,  panno  Marple,  mnie  nie  słyszałaś.  Uśmiechnęłam

się, wdzięczna za jej nieustępliwość. 

 - Przynajmniej wyładowałaś część agresji na oknie... nie wspominając

o drzwiach. 

 - Drzwi? - spytała z ustami pełnymi babeczki.  
 - Tak. Prawie je wyważyłaś. 
 - Hm, wcale nie. 
 - To nie ty waliłaś do drzwi? 
 - Mogłam zapukać kilka razy, ale niezbyt mocno. Stojąc na zewnątrz,

słyszałam dzwonek, więc wiedziałam, że działa. 

background image

  -  Czekaj.  -  Poczułam,  że  serce  bije  mi  coraz  szybciej.  -  To  nie  ty

dobijałaś się do drzwi? Nie ty waliłaś w nie z całej siły? 

Kimmie pokręciła głową ze zmartwionym wyrazem twarzy.
Chwyciłam  parasol  i  ruszyłam  do  korytarza,  by  sprawdzić,  czy

wszystko jest w porządku. Ale prócz roweru przyjaciółki zaparkowanego w
samym środku krzewu jaśminu mamy nic mnie nie zaniepokoiło.

 - O czym myślisz? - spytała Kimmie. 
 - O tym, że ktoś walił do drzwi. 
 - Ja byłam na zewnątrz, pamiętasz? Widziałabym tu kogoś. 
  -  Nie,  jeśli  rzucałaś  kamieniami  w  okno  łazienki  z  tyłu  domu.  -

Odetchnęłam  głęboko.  Już  miałam  zamknąć  drzwi,  gdy  to  zobaczyłam.
Wzdłuż kręgosłupa przeszły mnie ciarki. 

 - Co się stało? - Kimmie spojrzała tam, gdzie ja. 
Wskazałam skrzynkę na listy. Czerwona flaga skierowana była w górę.

Pamiętałam  jednak,  że  wracając  do  domu,  sprawdzałam  pocztę.  Skrzynka
była pusta, a flaga opuszczona.

 - Chcesz, żebym to sprawdziła? - spytała. 
Pokręciłam  głową,  ale  nie  wiedziałam,  co  robić.  Przeraziłam  się,  co

mogę tam znaleźć, ale jeszcze bardziej nieniepokojące byłoby, gdybym po
prostu zostawiła tę przesyłkę.

 - Co, do diabła, Ben ci dzisiaj powiedział?! - Kimmie nie wytrzymała. 
Patrzyłam na zewnątrz, próbując zorientować się, czy w tym momencie

też  byłam  obserwowana  -  czy  ktoś  czaił  się  za  zaparkowanymi
samochodami albo krzakami. 

Kimmie wyszła na zewnątrz i otworzyła skrzynkę. - Co to? - spytałam. 
Niechętnie wyjęła przesyłkę i odwróciła się, bym mogła ją zobaczyć.
To kolejna duża fotografia ze mną w roli głównej. Tylko że tym razem

nie było żadnych serduszek, ktoś zamazał mi twarz, a na ciele czerwonym
markerem napisał JESTEM BLIŻEJ, NIŻ MYŚLISZ.

Wciągnęłam  Kimmie  do  środka,  zatrzasnęłam  drzwi  i  zamknęłam  oba

zamki.

 - Ktoś mnie śledzi - wyszeptałam. 
 - Wszystko będzie dobrze - pocieszała mnie, obejmując. 
Czekałam, żeby to wszystko wyjaśniła, żeby powiedziała mi, że to tylko

głupi żart, by zwaliła winę na Wesa. Ale Kimmie milczała.

background image

Rozdział 32 
 
 
 
Kimmie przyniosła mi filiżankę herbatki z mniszka lekarskiego mamy i

usiadła obok na kanapie w salonie. 

 - To najmocniejsze, co udało mi się znaleźć. 
  -  Pamiętasz,  że  moja  mama  lubi  mieć  dom  wolny  od  wszelkich

chemikaliów? 

 - No tak. - Kimmie wygrzebała ze swojej obszytej satynową tasiemką

torebki  notes  i  długopis.  -  Sądzę,  że  musimy  powiedzieć  o  wszystkim
twoim rodzicom. 

Skinęłam głową, patrząc na stolik do kawy. Album mamy ze zdjęciami

wciąż leżał otwarty na fotografii jej i cioci Alexii. Mają na nim dwanaście i
siedem lat. Pozują przed choinką z lizakami w rękach.

Ciocia Alexia szeroko się uśmiecha, więc wiem, że to nie babcia robiła

to zdjęcie.

Ciocia wygląda na zbyt szczęśliwą.
Zamknęłam album, wspominając ostatni raz, kiedy Alexia znalazła się

w  klinice  dla  psychicznie  chorych,  a  mama  wpadła  przez  to  w  potworne
przygnębienie  na  ponad  dwa  tygodnie.  Trzeba  ją  wtedy  było  zmuszać  do
wstawania z łóżka, przypominać o jedzeniu i braniu kąpieli. 

 - Nie chcę ich tym jeszcze martwić - bąknęłam wreszcie. 
 - A nie uważasz, że twoja przedwczesna śmierć bardziej ich zmartwi? 
  -  Daj  mi  kilka  dni  -  nalegałam.  -  Chcę  spróbować  sama  to  wszystko

rozwiązać. 

 - Nie jesteś sama. - Wsunęła na nos swoje kocie okulary i przyglądała

mi się sponad oprawek. - Podsumujmy, co wiemy na pewno. 

 - Jestem śledzona. 
 - Tak - rzekła i zapisała to na kartce. 
 - Ktoś mnie obserwuje i jest coraz bliżej. 
 - Masz pomysł, kto to może być? 
 - Cóż, przypuszczam, że to facet. 
  -  Zasada  numer  jeden  -  powiedziała,  zakładając  nogę  na  nogę.  Betty

Boop z tatuażu kalkomanii na jej kostce puszczała do mnie oko. - Nigdy nie
czyń żadnych założeń. 

background image

 - Ale w słuchawce słyszałam męski głos. 
 - Tere - fere. Spójrz na Wesa. Może zmieniać głos na zawołanie. I to

nie tylko na męskie głosy. Pod względem naśladownictwa wyznaje zasadę
równości płci. 

 - Wciąż uważasz, że to Wes? 
 - Mówię tylko, że nie możemy nikogo wykluczać. Słyszałaś kiedyś o

modulatorach  głosu?  Sprawiają,  że  kobieta  może  brzmieć  jak  facet,  i
odwrotnie. 

 - Ale powiedział mi, że jestem ładna. 
 - No bo jesteś. I w czym rzecz? 
Wzruszyłam ramionami i zerknęłam w okno. Miałam ochotę zaciągnąć

zasłony.

 - Nie możemy też wykluczać teorii spiskowych - ciągnęła Kimmie. 
 - Myślisz, że to może być więcej niż jedna osoba? 
  -  Zasada  numer  dwa:  wszystko  jest  możliwe.  Co  prowadzi  nas  do

kolejnego pytania: co Ben ci dzisiaj powiedział? 

 - Że widzi mnie martwą. 
 - No, czyli norma. 
 - Wyjaśnię ci to. 
  -  Zasada  numer  trzy  -  mówiła  już  lekko  poirytowana.  -  Przestań

wymyślać wymówki dla Bena. 

 - Nic nie wymyślam - odparłam. - On jest psychometrą. 
 - Wiem, kompletny świr. 
 - Nie psycholem. Psychometrą. Wyczuwa różne rzeczy przez dotyk. 
 - Słucham? 
Nabrałam powietrza i wyjaśniłam jej wszystko to, co wyznał mi Ben i

co przeczytałam w internecie.

 - Czy ja dobrze zrozumiałam? - dopytywała, biorąc łyk mojej herbaty. -

Chłopak dotyka czegoś i potrafi wyczuć przyszłość? 

  -  Czasem  przyszłość,  czasem  przeszłość.  Czasami  widzi  jakiś  obraz,

innym razem jest to przeczucie. 

 - Jak w kryształowej kuli? - upewniała się. 
 - Tylko bez kuli. 
  -  Dobra,  kule  na  bok.  Co  mam  zrobić,  żeby  mnie  dotknął?  Muszę

wiedzieć, czy John Kenneally zaprosi mnie na randkę. 

 - On nie lubi nikogo dotykać - wyjaśniłam. 

background image

  -  Z  wyjątkiem  ciebie.  -  Na  twarzy  Kimmie  wykwitł  ironiczny

uśmieszek. 

  -  Z  wyjątkiem  mnie  -  potwierdziłam  szeptem  i  głośno  przełknęłam

ślinę. 

  -  O  rany.  Masz  pojęcie,  jakie  to  podniecające?  -  Wachlowała  się

notesikiem. - Chociaż to kompletna bzdura. 

 - Nie wierzysz w to? 
 - Oj, proszę. - Wciąż machała sobie przed twarzą notesem. - Chłopak

szuka  wymówki,  żeby  cię  dotykać.  Ale  trzeba  przyznać  mu  punkty  za
kreatywność. Wymyślił naprawdę oryginalną bajeczkę. 

Pokręciłam  głową.  Czułam  się  zawiedziona,  że  Kimmie  nie  wierzy  w

historię Bena, ale w sumie jej za to nie winiłam.

 - Kiedy się z nim ponownie spotkasz? - spytała. 
  -  Powiedział,  że  chce  później  pogadać.  -  Później,  to  znaczy  dziś

wieczorem? 

Przytaknęłam. Od razu zaczęłam się zastanawiać, czy to Ben dobijał się

do drzwi.

  -  Nie  mów  nikomu  o  jego  zdolnościach  psychometrycznych,  dobrze?

Nie chce, by inni wiedzieli - poprosiłam. 

  -  Skarbie,  masz  ważniejsze  rzeczy  na  głowie  niż  dotrzymywanie

obietnic. - Znów popatrzyła na zdjęcie. - Zostało zrobione w parku, w dniu
waszej randki. 

Miała rację.
 - Tak, ale już po randce - sprecyzowałam, wskazując swoją pozycję. -

Schodziłam ze wzgórza i szłam w stronę auta. 

 - Więc Ben wciąż był za tobą - stwierdziła Kimmie. 
 - Nie - przypomniałam jej. - Pierwszy stamtąd odszedł, pamiętasz? 
  -  Może  po  prostu  chciał,  żebyś  tak  myślała?  Może  ruszył,  a  gdy

zobaczył, że i ty się zbierasz, zrobił ci ukradkiem zdjęcie. 

  -  W  parku  wpadłam  też  na  Johna  Kenneally'ego.  -  Przypomniałam

sobie nagle. 

 - I dopiero teraz o tym słyszę? 
  -  Tak  na  marginesie,  jego  drużyna  ćwiczy  tam  w  każdą  sobotę  po

południu. 

 - To nie może być on - powiedziała, przebiegając palcami po śladach

długopisu  na  zdjęciu.  Nietrudno  było  dostrzec,  gdzie  wkład  zatopił  się  w

background image

papier.  Ktokolwiek  zagryzmolił  zdjęcie,  musiał  być  wściekły.  -  To  nie  w
stylu Johna. 

 - A skąd to wiesz? 
 - Po prostu wiem, dobra? Koniec gadania. 
 - Co prowadzi nas do zasady numer jeden: nie czyń żadnych założeń.

Pamiętasz? 

 - Nie - poprawiła mnie. - To nas prowadzi do zasady numer cztery: nie

ufaj nikomu. 

 - Nawet tobie? 
 - No dobrze. Z wyjątkiem mnie i twoich rodziców. I zasada numer pięć:

nigdzie nie chodź sama. Dzwoń do mnie, to przyjdę. 

 - Nawet dzisiaj? 
Opuściła okulary i oparła je o koniuszek nosa.
 - A co jest dzisiaj? 
 - Chcę porozmawiać z Benem. 
 - No dobra. Jesteś taką samą psycholką jak on. 
 - On nie jest psycholem, tylko psychometrą. 
 - Nieważne - rzuciła. - To kiepski pomysł. 
  -  Jedyny,  jaki  w  tej  chwili  przychodzi  mi  do  głowy.  Pomyśl.

Przydarzają  mi  się  dziwne  rzeczy.  Ben  twierdzi,  że  wyczuwa  wokół  mnie
niebezpieczeństwo.  Nawet  jeśli  kłamie,  to  może  przyłapię  go  na  tym
podczas rozmowy. 

 - A jeśli nie... I naprawdę jesteś w niebezpieczeństwie? 
  -  To  go  wysłucham  -  powiedziałam.  Byłam  zaskoczona,  że  Kimmie

dopuszcza  możliwość,  że  chłopak  nie  kłamie.  -  Chyba  tyle  jestem  sobie
winna, nie sądzisz? 

  -  Uważam,  że  powinnaś  przetestować  te  jego  moce  dotykowe  -

stwierdziła, pokazując zdjęcie. - Niech dotknie czegoś. Przekonaj się, co ma
do powiedzenia. Założę się, że z kilometra wyczujesz, że kręci. 

Chwilę potem aż podskoczyłam na odgłos pukania do drzwi. Kolanem

uderzyłam o stolik, który się przechylił, a stojąca na nim filiżanka z herbatą
się  przewróciła.  Napar  rozlał  się  po  blacie  z  drzewa  wiśniowego  cienką
stróżką, która dla mnie wyglądała jak krew.

Schowałam  zdjęcie  z  powrotem  do  koperty  i  wsunęłam  pod  bluzę.  W

tym czasie Kimmie chwyciła z brzegu stolika ceramiczną miskę.

background image

Klamka zaczęła się poruszać energicznie. Ktoś próbował dostać się do

środka.

Kimmie podeszła do drzwi z naczyniem uniesionym nad głową. 
Sekundę  później  to  usłyszałam  -  klucz  przekręcany  w  zamku.  Drzwi

otwierające się na oścież. 

  -  Cześć,  skarbeńku!  -  zawołała  mama,  rzucając  matę  do  jogi  na

podłogę. Tata wszedł tuż za nią. Narzekał, że przez ostatnie dwie godziny
telefon był zajęty. 

  -  Przepraszam  -  powiedziałam.  -  Źle  odłożyłam  słuchawkę.  Gdzie

byliście? 

  -  Na  kolacji  -  wyjaśniła  mama  i  pocałowała  mnie  w  policzek.

Zobaczyła  Kimmie  z  miską  wciąż  w  pozycji  bojowej.  -  Wszystko  w
porządku? 

  -  Jasne  -  stwierdziła  moja  przyjaciółka,  odkładając  niedoszłą  broń  na

stolik. - Myślałyśmy po prostu, że są państwo psychotycznym mordercą z
tasakiem, który chce się tu włamać. 

 - Ale już wszystko okej - wtrąciłam. Żałowałam, że nie mam dla niej

kagańca. 

Mama cmoknęła w policzek także Kimmie.
  -  Jesteście  głodne,  dziewczęta?  Mam  w  lodówce  resztki  warzyw  w

liściach sałaty. 

 - Uciekajcie, póki czas! - zażartował tata. 
  -  Właściwie  to  powinnam  już  iść  -  stwierdziła  Kimmie.  -  Mam  kilka

projektów,  które  chcę  dokończyć.  Staram  się  dostać  na  warsztaty  w
Instytucie  Mody.  Żeby  w  ogóle  rozważyli  kandydaturę,  trzeba  do  podania
załączyć portfolio. 

  -  To  wspaniale  -  świergotała  mama,  zerkając  na  swój  strój  do  jogi  w

lustrze w przedpokoju. 

  -  Czekaj.  A  co  z  dzisiejszą  nauką?  -  Spojrzałam  na  Kimmie

wymownie. 

Jej twarz zamarła na ułamek sekundy, nim zrozumiała, o co mi chodzi.
 - Jeśli koniecznie musisz. 
 - Owszem. 
  -  Już  prawie  dziewiąta  -  zauważył  tata.  -  Jak  długo  chcesz  jeszcze

pracować? 

background image

 - Może zadzwonię do ciebie za jakiś czas? - zasugerowała Kimmie. -

Sądzę, że powinnyśmy jeszcze raz omówić listę zasad. 

Przytaknęłam, a tata odprowadził ją do drzwi. Poczułam w dołku ucisk,

bo  dobrze  wiedziałam,  że  nie  przekonam  Kimmie  -  w  każdym  razie  nie
dzisiaj.  Jeśli  chcę  porozmawiać  z  Benem,  jestem  zdana  wyłącznie  na
siebie. 

background image

Rozdział 33 
 
 
 
Poszłam  do  pokoju,  po  drodze  zdając  sobie  sprawę,  że  Kimmie

pozostawiła  mi  zaszczyt  poinformowania  rodziców  o  zbitej  szybie.  Gdy
więc oni tulili się na kanapie w pokoju, ja udałam się do łazienki oszacować
straty.

Było  gorzej,  niż  podejrzewałam.  Nie  chodziło  o  zwykłe  pęknięcie  czy

niewielką dziurę. Szyba była roztrzaskana.

Wzięłam  zmiotkę,  śmietniczkę  i  zaczęłam  sprzątać,  ale  dość  szybko

dostrzegłam na podłodze błoto. Ślady prowadziły z łazienki przez korytarz i
prosto do mojej sypialni.

W  głowie  zaczęło  mi  się  kotłować.  Zerknęłam  z  powrotem  na  okno.

Zarówno  szyba,  jak  i  moskitiera  były  podsunięte  do  góry,  jakby  ktoś  się
przez nie gramolił.

Rzuciłam  okiem  w  stronę  prysznica,  zastanawiając  się,  czy  ktoś  nie

ukrył  się  w  kabinie.  Powoli  tam  podeszłam.  Czułam,  że  mój  puls
przyśpiesza.  Chwyciłam  jednorazową  maszynkę  do  golenia  z  toaletki  i
przygotowałam  się  do  walki.  Energicznie  odsunęłam  zasłonę  i  wydałam
cichy okrzyk.

Na szczęście była pusta.
Ciężko oddychając, starałam się wziąć w garść. Powtarzałam sobie, że

rodzice są niedaleko.

Powoli  ruszyłam  do  siebie.  Drzwi  były  zamknięte,  chociaż  dobrze

wiedziałam,  że  zostawiłam  je  uchylone.  Mocno  trzymając  maszynkę,
obróciłam klamkę i wślizgnęłam się do środka. Z lustra przy komódce kłuło
w oczy wypisane ciemnoczerwoną szminką słowo „SUKA".

background image

Rozdział 34 
 
 
 
Drżącą ręką przesłoniłam usta. Podeszłam do komódki, na której leżały

jakieś  skrawki  materiału.  Odetchnęłam  głęboko.  Przeraziło  mnie  własne
odbicie  w  lustrze,  to,  w  jaki  sposób  słowo  „SUKA"  przecinało  mi  twarz.
Wyglądało, jakbym krwawiła.

Popatrzyłam  na  materiał  -  jasnoróżowa  miękka  flanela  i  kawałki

wstążeczki.  Piżama,  którą  mi  dał.  Została  pocięta  na  tysiące  drobnych
kawałeczków. Nożem. 

Zerknęłam  w  róg  pokoju,  gdzie  trzymałam  pudełko  i  opakowanie.

Zostały zniszczone, a liścik i papier rzucone na podłogę.

Nie  przestawałam  się  trząść.  Upuściłam  maszynkę,  zamknęłam  oczy  i

zasłoniłam  uszy.  Czułam  każdy  wdech  i  wydech,  starałam  się  uspokoić,
chociaż każdą komórką ciała pragnęłam krzyczeć.

Cofnęłam  się  kilka  kroków,  aby  wyjść  z  pokoju.  Kątem  oka  wciąż

obserwowałam zamknięte drzwi do szafy. Zamiast ją sprawdzić, pobiegłam
do salonu. Rodzice siedzieli na kanapie. Łzy ciekły mamie po twarzy.

 - Mamo? 
  -  Cam,  dasz  nam  kilka  minut?  -  poprosił  tata.  Jeszcze  nigdy  nie

widziałam, żeby mama płakała tak rozpaczliwie. 

  -  Co  się  stało?  -  spytałam.  Mama  kurczowo  trzymała  komórkę.  Tata

spojrzał na mnie poważnie. 

 - Mama otrzymała smutną wiadomość. 
 - O cioci Alexii. - Odzyskała kontrolę nad sobą. 
 - Co z nią? - dopytywałam. 
 - Wróciła do kliniki - powiedziała mama. Kolejne łzy pociekły jej po

twarzy, jakby powiedzenie tego na głos pogorszyło sprawę. 

Czekałam i patrzyłam, jak mama łka, licząc na to, że któreś poda więcej

szczegółów, ale żadne się nie kwapiło. Zupełnie jakby już mnie nie było w
pokoju. Odwróciłam się i wróciłam do sypialni.

Szafa stała na widoku.
Z walącym sercem chwyciłam z biurka stary puchar, uniosłam go nad

głowę i jednym ruchem otworzyłam drzwi.

background image

Wewnątrz  nie  było  nikogo  i  wszystko  wydawało  się  znajdować  na

swoim miejscu.

Odetchnęłam  z  ulgą  i  zadzwoniłam  do  Kimmie,  ale  jej  mama

powiedziała, że poszła do biblioteki. Spróbowałam na komórkę, ale od razu
włączała się poczta głosowa. Wes również był poza domem.

Nie  wiedząc,  co  robić  ani  do  kogo  się  zwrócić,  postanowiłam  zmyć

słowo „suka" z lustra. Tak jakby go tu nigdy nie było. Wrzuciłam skrawki
piżamy  do  pudełka  i  schowałam  pod  łóżko.  Co  z  oczu,  to  z  serca.  Mama
nadal płakała w salonie. Ponownie spróbowałam dodzwonić się do Kimmie.
Bez powodzenia. Wreszcie usłyszałam, że ktoś zamyka w kuchni drzwi od
szafki.  Poszłam  tam  i  zobaczyłam,  jak  tata  nalewa  gin  do  jednej  z
ulubionych szklanek mamy, choć ona przecież nigdy nie pije. Nie miałam
pojęcia, że trzymali gdzieś tajne zapasy. 

  -  Tato?  -  zagaiłam,  wyraźnie  go  zaskakując.  Odwrócił  się  w  moją

stronę. 

 - Mama jest załamana - próbował wyjaśnić tata. 
 - Wiem, ale naprawdę muszę z tobą o czymś porozmawiać. 
 - Czy to nie może zaczekać do rana? 
Zacisnęłam wargi. Oczy taty były zaczerwienione. Wyglądało na to, że

był równie wzburzony jak mama.

 - Okno w łazience jest wybite - powiedziałam wreszcie ostrożnie. - To

był wypadek. Kimmie rzuciła kamień i... 

 - Nic się nie stało - przerwał mi. - Później się tym zajmę. 
Powiedziawszy to, wrócił do salonu, gdzie mama zwinęła się w kulkę

na sofie.

Stałam  w  swojej  sypialni,  próbując  po  raz  kolejny  dodzwonić  się  do

Kimmie: Wciąż bez skutku. Przysiadłam na brzegu łóżka, starając się jakoś
trzymać, chociaż miałam wrażenie, że zaraz rozsypię się na drobne kawałki.

Wyjęłam  z  kasetki  na  biżuterię  karteczkę  z  numerem  Bena.  Byłam

przerażona  tym,  co  chciałam  zrobić,  ale  musiałam  z  kimś  pogadać.  Być
może teraz pozostał mi tylko on.

Zaczęłam  wystukiwać  numer,  kiedy  usłyszałam  coś  na  zewnątrz  -

warczenie silnika. 

Podeszłam  do  okna.  Ben  wyłączył  silnik,  zsiadł  z  motoru  i  ruszył  w

stronę  drzwi  frontowych.  Nim  jednak  do  nich  dotarł,  zawołałam  go,
zaskakując tym samą siebie.

background image

Uniósł  dłoń.  Stał  skąpany  w  świetle  księżyca,  które  uwydatniało  jego

ostre rysy i szare oczy.

Nie  mówiąc  ani  słowa,  wepchnęłam  do  torby  zdjęcia,  liścik,  zabrałam

spod łóżka strzępy piżamy, otworzyłam okno i wyszłam na zewnątrz.

background image

Rozdział 35 
 
 
 
Ben zasugerował, abyśmy usiedli na ganku, ale po tym wszystkim, co

dzisiaj zaszło, musiałam zmienić otoczenie.

 - Jesteś pewna? - spytał. 
Przytaknęłam,  a  on  przyglądał  mi  się  przez  chwilę,  zupełnie  jakby

próbował  zdecydować.  Podał  mi  jednak  swój  kask  i  kazał  się  mocno
trzymać.

Oplotłam  ramionami  jego  talię  i  ruszyliśmy.  Warkot  silnika  pobudził

moje zmysły, sprawił, że czułam się świadoma każdej chwili. Jeździłam tą
ulicą tysiące razy, ale nigdy nie dostrzegałam eksplozji kolorów - tego, jak
neony sklepowe i światła budynków zalewają chodnik czerwienią, złotem i
błękitem. 

Przystanęliśmy  na  skrzyżowaniu,  a  Ben  się  odwrócił.  Potem  na  jego

twarzy  pojawił  się  delikatny  uśmiech.  Nie  miałam  pojęcia,  dokąd  mnie
zabiera. Jedyne, co w tej chwili wiedziałam, to że wiatr plączący końcówki
moich włosów jest upajający.

Oparłam  głowę  o  jego  plecy  i  wdychałam  słodki  zapach,  starając  się

ukoić nerwy - przekonać się, że wszystko jest w porządku, że jesteśmy na
zewnątrz,  gdzie  ludzie  nas  widzą  i  że  w  razie  czego  mam  przy  sobie
komórkę z naładowaną baterią. 

Niemniej jednak nigdy wcześniej nie zachowywałam się w ten sposób.

Nie  wyszłam  z  domu  przez  okno,  nie  mówiąc  rodzicom,  gdzie  będę,  nie
działałam instynktownie, bez przemyślanego planu.

Jakieś  piętnaście  minut  później  Ben  zatrzymał  się  przed  Jet  Lag  -

otwartą całą dobę knajpą, znaną z tego, że nocą podaje śniadanie, a rankiem
serwuje  obiad.  Chłopak  podał  mi  rękę,  by  pomóc  mi  zsiąść,  ale  potem
odsunął się, jakby dotyk był zbyt trudny do zniesienia. 

 - Przepraszam - powiedział. 
Skinęłam  głową.  Miałam  do  niego  mnóstwo  pytań,  ale  nim  mogłam

któreś zadać, Ben cofnął się i otworzył przede mną drzwi.

Lokal był niemal całkiem wyludniony - w dalekim rogu siedziała tylko

jedna  para.  Zajęliśmy  przeciwległy  kąt  sali  i  spomiędzy  solniczki  i
pieprzniczki wyjęliśmy menu. 

background image

Kelnerka  podeszła  po  krótkiej  chwili  i  postawiła  na  laminowanym

stoliku dwa kubki.

 - Kawa? - spytała z wysoko uniesionym dzbankiem. Skinęliśmy głową,

a ona napełniła kubki, mamrocząc, że gorący napój dobrze nam zrobi. 

Ostatecznie  zamówiłam  talerz  tostów  francuskich  z  cynamonem,

chociaż głód to była ostatnia rzecz, jaką mogłabym teraz czuć.

 - A dla ciebie? - kelnerka zwróciła się do Bena. 
  -  To  samo  -  powiedział,  kompletnie  ignorując  menu.  Było  jasne,  że

chcemy zostać sami. 

 - Poczułeś coś przed chwilą, prawda? - spytałam, gdy tylko kobieta się

oddaliła. 

Ben wsypał cukier do kubka i zamieszał.
 - Przy tobie zawsze coś wyczuwam. 
 - Co to było? Dlaczego się odsunąłeś? 
 - Najpierw odpowiedz - powiedział, patrząc mi w oczy. Na jego czole

perliła się kropla potu. - Co się dzisiaj stało? 

Byłam tak zaskoczona, że aż otworzyłam usta.
 - Czemu uważasz, że coś się stało? 
 - Powiedz - nalegał. 
Zastanawiałam  się,  skąd  wie.  Czy  zdradziła  mnie  chęć  wyrzucenia  z

siebie wszystkiego?

  -  Może  ty  mi  powiesz?  -  odparłam.  -  Skoro  naprawdę  potrafisz

wyczuwać różne rzeczy, tak jak twierdzisz. 

 - Sprawdzasz mnie? 
 - Może. 
Ben  sięgnął  ponad  stołem  i  położył  dłoń  na  mojej.  Przeciągnął  ją

wzdłuż  moich  palców  i  głęboko  odetchnął.  Poczułam  na  plecach
mrowienie.

 - Czy ktoś ci coś dał? - zapytał wreszcie. 
 - Coś... Na przykład co? 
 - Widzę rozbitą szybę - wyszeptał, ściskając moją dłoń. - I czerwony

napis. Dostałaś list albo wiadomość? 

Zadrżałam.  Zastanawiałam  się,  czy  powinnam  mu  o  wszystkim

powiedzieć, chociaż wciąż byłam podejrzliwa. Przecież jeśli on to wszystko
robił, to oczywiste, że wiedział, do czego doszło i co to za wiadomość.

 - Musisz mi zaufać - poprosił. Zupełnie, jakby czytał mi w myślach. 

background image

Chwilę  potem  zamknął  oczy  i  wzmocnił  uścisk.  Tak  bardzo,  że

musiałam wyrwać rękę.

  -  Nic  ci  nie  jest?  -  spytał  z  szeroko  otwartymi  oczami.  Najwyraźniej

sam siebie zaskoczył. 

Nim zdążyłam odpowiedzieć, kelnerka przyniosła nasze talerze - grube

kromki francuskich tostów i sosjerki z syropem. 

  -  Przepraszam.  Czasem  trudno  jest  się  kontrolować.  Skinęłam  głową,

myśląc  o  Julie  i  o  tym,  jak  ponoć  przy  niej  nie  potrafił  trzymać  się  w
ryzach. 

 - Co mam zrobić, żebyś mi zaufała? - spytał. Ugryzłam kawałek tosta,

myśląc, co by musiało się stać, bym komuś teraz zaufała. 

 - Dotknij mnie jeszcze raz. - Popatrzyłam mu w oczy. - Powiedz mi o

czymś innym niż to, co się dzieje teraz. Powiedz mi o przeszłości. Potrafisz
to zrobić? 

Skinął  głową  i  omiótł  pomieszczenie  wzrokiem.  Może  sprawdzał,  czy

nikt nie słucha? Ja natomiast położyłam na stole otwartą dłoń i czekałam.

Ben  ujął  ją  i  zamknął  oczy.  Powoli  wdychał  i  wydychał  powietrze,

jakby to, co robił, wymagało pełnej koncentracji - jakby starał się z całych
sił, by znów mnie nie skrzywdzić. Miał ciepłą rękę. Ja również zamknęłam
oczy, zastanawiając się, co on wyczuwa. 

I czy jego serce bije równie mocno.
Palce Bena delikatnie masowały moją dłoń. Jedyne, co mi pozostało, to

czekać.  Nie  mogłam  nachylić  się  ponad  stołem  i  znów  go  pocałować.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na jego usta. Drżały leciutko, jak gdyby ich
właściciel był zupełnie gdzieś indziej. 

Czułam  pokusę,  by  spytać,  co  widzi,  ale  nie  chciałam  przerywać  tej

chwili.

Nie chciałam puścić jego dłoni.
Jego oczy poruszały się pod zamkniętymi powiekami, jakby naprawdę

coś  wyczuwał.  Ogarnęło  mnie  skrępowanie.  A  jeśli  to  ja  mam  coś  do
ukrycia?

  -  Widzę  ciebie  jako  małą  dziewczynkę  -  wyszeptał  wreszcie.  -

Przynajmniej  tak  mi  się  wydaje.  Dziewczynka  ma  identyczne  falowane
jasne włosy i ciemnozielone oczy. Masz na sobie długą, żółtą sukienkę w
fioletowe kwiaty. Stoisz w wysokiej trawie. 

background image

Skinęłam  głową.  Pamiętałam  tę  sukienkę.  Wzdłuż  kręgosłupa

przebiegły mi ciarki.

 - Płaczesz - mówił dalej. - Zgubiłaś się?  
Przywołałam w pamięci ten dzień w drugiej klasie, gdy sama oddaliłam

się  ze  szkolnego  podwórka  i  teraz  ja  mocniej  ścisnęłam  jego  dłoń.  Mama
zawsze  bardzo  mnie  pilnowała,  więc  gdy  zadzwonili  do  niej  ze  szkoły,
niemal  wpadła  w  histerię  -  tak  przynajmniej  rodzice  mi  opowiadali.  Na
szczęście nie musiała się długo martwić. Niemalże w tej samej chwili, gdy
odebrała  telefon  ze  szkoły,  nauczyciele  mnie  znaleźli.  Zapłakana,  kuliłam
się  w  trawie.  Bardziej  martwiłam  się  reakcją  mamy  niż  tym,  jak  trafię  do
domu. Nie zamierzałam wówczas odejść tak daleko. Chciałam tylko minąć
skały i zejść ze wzgórza - przekonać się, jakie to uczucie. Wymknąć się na
moment. 

Tak jak dzisiaj.
Zabrałam rękę; nie chciałam słuchać niczego więcej.
  -  Wierzę  ci  -  wyszeptałam.  Ben  miał  zaczerwienione  oczy.

Zastanawiałam się, czy w jakiś sposób wyczuł teraz mój strach. 

 - Jak tosty? - zapytała kelnerka. Stała tuż nad nami. 
 - Za dużo cynamonu - odparłam. 
Popatrzyła  przeciągle,  jakby  usiłowała  zapamiętać  nasze  miny  i

rumieńce.

  -  Może  i  ja  powinnam  zafundować  sobie  francuski  tost?  -  zapytała

bardziej siebie niż nas. 

Zachichotałam  nerwowo.  Ben  również  się  uśmiechnął.  A  potem  na

moment zapadła cisza - jakbyśmy podzielili się tajemnicą. Jakbyśmy znali
się od lat. 

 - Chcę ci opowiedzieć, co się dzisiaj wydarzyło. Skinął głową. Chciał

to usłyszeć. Zrelacjonowałam mu wszystko, łącznie z tym, co miało miejsce
wcześniej w tym tygodniu. 

 - Może powinniśmy zadzwonić na policję? - zaproponował. 
 - I co im powiedzieć? Że mnie dotknąłeś i zobaczyłeś moje zwłoki? Że

dostaję dziwne liściki? Naprawdę uważasz, że potraktują to poważnie? 

 - Naprawdę uważam, że warto spróbować. 
Poczułam, że zaciskam zęby. Przypomniałam sobie siedzącą na kanapie

mamę, całą we łzach, i tatę próbującego ją pocieszyć.

 - Moi rodzice mają już dość problemów. 

background image

 - Twoje życie jest w niebezpieczeństwie - przypomniał mi. - Nawet w

liściku jest tak napisane. 

  -  Więc  rozwikłajmy  tę  tajemnicę.  -  Wyrzuciłam  na  stolik  zawartość

torby. - Czy twoja moc działa też na rzeczy, czy tylko na ludzi? 

 - Na rzeczy też, ale jest dużo trudniej. Kontakt nie jest tak intensywny

jak wówczas, gdy skóra dotyka skóry. 

Tętno mi przyspieszyło. Zastanawiałam się, czy zauważył rumieniec na

mojej twarzy.

  -  Poza  tym  -  ciągnął  z  uśmiechem,  jakby  faktycznie  zauważył  -  to

działa  tylko  wówczas,  gdy  dana  osoba  niedawno  dotykała  przedmiotu.
Wtedy wciąż jeszcze mogę wyczuć wibracje. 

  -  Czujesz  coś  tutaj?  -  spytałam,  podsuwając  mu  torbę  ze  zdjęciami  i

liścikiem. 

Ben poświęcił kilka minut na dokładne przyjrzenie się zawartości torby.

Mocno  trzymał  zdjęcia,  szczególnie  to  z  dzisiejszego  wieczora.  Aż  się
pogięło na brzegach.

 - On coś planuje - powiedział wreszcie, patrząc na mnie. 
 - On? 
  -  Jestem  pewien.  -  Sięgnął  po  liścik  i  kawałki  materiału,  ale  pokręcił

głową. - Jakby uważał, że jesteś niewdzięczna czy coś w tym guście. 

 - I dlatego zostawia mi to wszystko? 
 - Zostawia to, bo chce, byś wiedziała, że jesteś obserwowana. 
Zerknęłam za okno.
 - Teraz też? 
 - Nie wiem. Musiałbym cię znów dotknąć. 
 - Zatem zrób to. 
Ben spojrzał na moją rękę, ale po chwili pokręcił głową.
  -  Może  powinienem  zrobić  sobie  krótką  przerwę.  Popatrzyłam  na

zdjęcie, które teraz było zgniecione. 

 - Boisz się, że mógłbyś przysporzyć mi bólu? 
 - Już nigdy nie chcę nikogo zranić. Trudno jest dotykać ludzi. Potrzeba

wielkiej powściągliwości i samokontroli. Zupełnie jakby mój umysł chciał
iść  w  jednym  kierunku,  a  ciało  w  innym.  To  jakby  spać  z  jednym  okiem
otwartym. 

 - A co się stanie, jeśli zamkniesz oboje oczu? Ben popatrzył na mnie w

milczeniu. 

background image

Zatopiłam się głębiej w siedzeniu. Czułam się głupio, że w ogóle o to

spytałam.

  -  Wciąż  winisz  się  za  to,  co  się  stało  z  Julie,  prawda?  -  Może

porozmawiajmy o czymś innym. 

 - Czy to znaczy: tak? 
 - To znaczy: nie chcę o tym mówić. 
 - A rozmawiałeś z kimś o tym? Pokręcił głową. 
  -  Wcześniej,  zanim  poznałem  ciebie,  rzadko  kiedy  z  kimkolwiek

rozmawiałem. I nikogo nie dotykałem. 

Zagryzłam dolną wargę. Zastanawiałam się, jak to jest iść przez życie,

nie mając z nikim fizycznego kontaktu.

 - Czemu zrezygnowałeś z uczenia się w domu? 
  -  Chciałem  spróbować  znów  być  normalny.  -  Popatrzył  na  swoje

dłonie.  Wciąż  miał  zaczerwienione  oczy.  -  Ale  może  normalność  nie  jest
dla mnie. 

 - Pozwolisz mi się dotknąć? 
Zanim odpowiedział, sięgnęłam ręką ponad stołem. Ben zamknął oczy,

a ja przebiegłam palcami po liniach na jego dłoni. Skóra była stwardniała.

 - Przestań - wyszeptał. 
Ja  jednak  go  nie  posłuchałam.  Gładziłam  jego  dłoń  i  próbowałam

zrozumieć, co on widzi - czy czuje, że doprowadza mnie do wrzenia? 

Oczy  miał  wciąż  zamknięte,  ale  w  jego  ręce  wyczułam  ponaglenie.

Zgiął palce, zupełnie jakby chciał mnie chwycić.

 - Przepraszam. - Odsunęłam się. Otworzył oczy. 
 - Nie masz pojęcia, jakie to trudne. 
 - Która część?... Dotykanie czy puszczanie? 
 - Obie. 
Lekko rozchyliłam wargi, nagle świadoma każdego swojego ruchu.
  -  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  jak  trudno  mi  było  tamtego  dnia  na

parkingu - mówił dalej. - Musiałem zebrać całą siłę woli, by nie dotknąć cię
zbyt mocno. 

Położyłam dłoń na brzuchu.
 - Nie zrobiłeś mi krzywdy - zapewniłam go. 
 - Cieszę się. - Na jego twarzy pojawił się uśmiech. 
Wzięłam kęs tostu, próbując zlekceważyć ukłucie w sercu. Ben również

zaczął  jeść.  Przeżuwał  w  ciszy,  patrząc  przez  okno.  Może  starał  się

background image

zignorować tę nagłą niezręczność między nami.

Ale ja nie potrafiłam. Z hałasem opuściłam widelec.
 - Wszystko w porządku? - spytał. Pokręciłam głową, czując, że znów

się rumienię. A jeszcze nic nie powiedziałam. 

 - Tak się tylko zastanawiałam... 
 - Tak? 
  -  Zastanawiałam  się  -  powtórzyłam  -  ile  czasu  muszę  poczekać,  nim

znów mnie dotkniesz. 

Ben przyglądał mi się w milczeniu przez kilka sekund.
A potem wyciągnął rękę.
Jego  palce  przesunęły  się  po  moim  przedramieniu,  potem  zamknęły

wokół nadgarstka, a ja poczułam, jakby przez ciało przepłynął mi prąd. Ben
wziął głęboki oddech, zupełnie jakby starał się trzymać w ryzach. Na jego
czoło wystąpił pot. Drżał.

Popatrzył  na  nasze  dłonie  splecione  teraz  razem  niczym  dwie  części

formy garncarskiej.

  -  Chyba  powinienem  cię  odwieźć  do  domu  -  powiedział,  puszczając

wreszcie moją rękę. - To był długi dzień, prawda? 

Przytaknęłam, w głębi serca żałując, że nie mógł być dłuższy.  

background image

Rozdział 36 
 
 
 
Następnego  ranka,  jakieś  dwadzieścia  minut  przed  dzwonkiem,  z  ulgą

weszłam do szkoły. 

Mama chyba w ogóle nie spała ostatniej nocy. Ja też nie. Ona chodziła

w  tę  i  z  powrotem  po  kuchni  i  piła  jedną  filiżankę  naparu  z  mniszka
lekarskiego  po  drugiej,  a  ja  leżałam  przerażona  w  łóżku  przy  włączonym
świetle i uchylonych drzwiach.

Podczas śniadania próbowałam wypytać mamę o ciocię Alexię, ale nie

miała ochoty rozmawiać. Tata zresztą też nie. Oboje po prostu siedzieli przy
stole i gapili się w przestrzeń - tata trzymając w ręku kubek z kawą, a mama
z  kolejną  dawką  herbatki.  Żadne  nie  wspomniało  o  tym,  że  ubiegłej  nocy
chciałam porozmawiać. 

Nie zauważyli też, że wczoraj wymknęłam się z domu.
Korytarze  w  szkole  były  rano  dziwnie  wyludnione.  Spojrzałam  przez

okno sali, którą zajmowała moja klasa, zastanawiając się, czy może trwają
jakieś  ćwiczenia  przeciwpożarowe.  Spodziewałam  się,  że  na  parkingu
zobaczę  stojących  w  rzędach  uczniów.  Zamiast  tego  dostrzegłam  tylko
rozsiane wszędzie na boisku do futbolu grupki. Poszłam sprawdzić, co się
dzieje. Nie byłam przygotowana na to, co zobaczyłam. 

Pirania  Polly,  nasza  szkolna  maskotka,  została  zniszczona.  Ktoś

zamienił  słowa  nad  jej  płetwami  z  Freetown  High:  Dom  Piranii,  na
Freetown High: Dom Skazanego Mordercy.

Rozejrzałam się, szukając Bena. Czy już to widział? Tymczasem grupa

pierwszoklasistów stała z boku i się zaśmiewała. I nie byli jedyni. Wszyscy
zrywali  boki,  chłopcy  przybijali  sobie  piątki,  a  dziewczęta  chichotały
pomiędzy konspiracyjnymi szeptami.

Odwróciłam  się,  by  wrócić  do  środka,  kiedy  dostrzegłam  grupę  osób

zebraną  wokół  pierwszoklasistki.  Wyglądała  na  wzburzoną.  Miała
zaczerwienioną  twarz,  a  po  policzkach  płynęły  jej  łzy.  Podeszłam  na  tyle
blisko, by usłyszeć rozmowę. Wszyscy zadawali jej pytania na temat Bena -
rozmawiali o liścikach, które podobno zostawiał jej na szafce, o tym, jak za
nią wszędzie chodził i jak się jej przyglądał na historii. 

background image

  -  Nie  wiem,  co  zrobię  -  mówiła  dziewczyna,  wciskając  pięści  do

kieszeni płaszcza. 

Przepychałam  się  do  środka  zbiegowiska,  aż  wreszcie  stanęłam  z

nieznajomą twarzą w twarz.

 - Co? - spytała mierząc mnie z góry do dołu. 
 - Nazywasz się Debbie? - spytałam. 
 - A kto chce wiedzieć? 
 - Ja - odparłam, podchodząc bliżej. 
Przestąpiła  z  nogi  na  nogę,  cały  czas  przyglądając  mi  się  brązowymi

oczyma.

Podałam jej chusteczkę, która wyjęłam z torebki.
 - To ty jesteś Debbie Marcus? - spytałam ponownie.  
Przyjęła chusteczkę i wytarła twarz. Na nosie miała kilka piegów. 
 - Tak - przyznała wreszcie. 
  -  Mogłybyśmy  chwilę  porozmawiać?  Tam?  -  Wskazałam  miejsce

schowane za rzędem zaparkowanych aut. 

Debbie  założyła  pukiel  swoich  kasztanowych  włosów  za  ucho  i

ponownie wcisnęła ręce do kieszeni.

 - Chyba tak - odparła, wciąż pociągając nosem.  
Odeszłyśmy od tłumu, upewniając się, że nikt za nami nie idzie. 
 - Czy to prawda, co mówią ludzie? - spytałam, gdy już schowałyśmy

się za należącym do szkoły vanem. 

 - Jeśli chodzi ci o to, czy Ben Carter mnie prześladuje, to odpowiedź

brzmi: tak. 

 - A możesz opisać to trochę dokładniej? 
 - Prześladowanie? 
Przytaknęłam. Zauważyłam, że na szyi ma wysypkę...
 - Zaczęło się na historii - powiedziała. - Gapił się, jakby próbował mnie

przestraszyć. 

 - Dotknął cię? 
 - Czy dotknął? - Była wyraźnie zdziwiona. 
 - Czy chwycił cię albo w dziwny sposób wpadł na ciebie w korytarzu? 
Popatrzyła na mnie całkiem zbita z tropu.
  -  Nie,  zachowuje  dystans.  Ma  jakąś  dziwaczną  fobię.  -  Ale  to  nie

przeszkadza mu mnie obserwować - mówiła dalej. - Ani śledzić w drodze
do domu.  

background image

 - Szedł za tobą? 
Potwierdziła i ciągnęła:
  -  Przyjaciółka  zauważyła  go  siedzącego  w  krzakach  naprzeciwko

mojego domu. 

 - Zrobiłaś coś z tym? 
  -  Oczywiście.  Powiedziałam  rodzicom,  a  oni  zadzwonili  do  szkoły.

Tata skonsultował się nawet z prawnikiem. 

 - I? 
 - A co ci do tego? - spytała, nagle zaciskając usta. - Dlaczego mnie o to

wszystko wypytujesz? 

 - Próbuję wszystko zrozumieć. - Ponownie spojrzałam na Polly Piranię

i na słowo „MORDERCA". 

 - A co tu jest do rozumienia? Facet zamordował swoją dziewczynę. 
 - Nie został skazany. 
 - Bo system sądowniczy jest głupi. Policjanci powiedzieli tacie, że nie

mogą nic z nim zrobić, że ma prawa, a patrzenie na kogoś i obserwowanie
czyjegoś domu nie jest nielegalne. 

 - Zadzwoniliście na policję? - Przypomniałam sobie, że Ben sugerował

to samo. 

 - Jasne. Przecież chował się w krzakach. 
 - Widziałaś go? 
  -  Nie  musiałam.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Moja  przyjaciółka  go

widziała.  Powiedziała,  że  nawet  nie  ukrywał  faktu,  że  tam  jest.  Siedział
tylko zgarbiony i patrzył, jak ona go obserwuje. Zupełnie jakby sprawiało
mu to przyjemność i nie dbał o to, czy zostanie złapany. 

 - Przyłapałaś go? Wyszłaś do niego? 
  -  Tata  wyszedł,  ale  on  już  zniknął.  Wiadomo  było,  gdzie  siedział,  bo

połamał  krzew  sąsiada.  Najwyraźniej  jednak  nie  stanowiło  to
wystarczającego  dowodu,  pomimo  zeznania  przyjaciółki.  Musi  zrobić  coś
wielkiego, żeby policja potraktowała to poważnie. 

 - Coś wielkiego? 
  -  Bądź  ostrożna  -  ostrzegła.  -  I  uważaj  na  siebie,  jeśli  rozumiesz,  co

mam na myśli. - Zerknęła ponad moim ramieniem na tworzącą się grupkę
gapowiczów. 

 - Nie. - Podeszłam krok bliżej. - Nie rozumiem. 

background image

 - Nie mogę teraz rozmawiać - stwierdziła świadoma obecności tłumu. -

Ale jeśli mi nie wierzysz, spójrz na to. 

 - Wyciągnęła z kieszeni płaszcza karteczkę i podała mi ją. 
 - Dziś rano znalazłam ją przyczepioną do szafki. 
Rozłożyłam  kartkę  i  z  niedowierzaniem  spojrzałam  na  wiadomość.

Czarnym tuszem ktoś napisał: „Jesteś następna!". 

background image

Rozdział 37 
 
 
 
Nim  wróciłam  do  środka,  spostrzegłam  Kimmie  i  Wesa.  Siedzieli  po

drugiej  stronie  trawnika  na  skwerku.  Kimmie  pomachała  mi,  podeszłam
więc,  by  do  nich  dołączyć.  Dzisiejszy  strój  przyjaciółki  zszokował  mnie.
Wokół  szyi  zapięła  różową  obrożę  z  ćwiekami  i  przyczepiła  do  niej
prawdziwą  psią  smycz,  która  drugim  końcem  łączyła  się  z  różowym
pierścionkiem, jednym z tych, jakie dodają do gum do żucia.

 - To z mojej kolekcji Księżniczka SM - wyjaśniła. 
 - Gdzie wczoraj byłaś? - spytałam. 
 - Przepraszam - powiedziała. - Wczoraj po powrocie do domu strasznie

pokłóciłam  się  z  rodzicami  o  to,  że  w  ogóle  wyszłam.  Zamknęli  mnie  w
pokoju i nie pozwolili korzystać z telefonu. 

 - A co z biblioteką? 
 - Hmm... Jaką biblioteką? 
 - Twoja mama powiedziała, że poszłaś do biblioteki. Kimmie pokręciła

głową. 

  -  Byłam  w  domu  i  mam  projekty,  nad  którymi  pracowałam,  aby  to

udowodnić.  Na  przykład  sukienkę  z  pasów  materiału  z  frędzlami,  które
obszyte były koralikami i zdobieniami ze skóry. Nazwałam ją „Szalone lata
dwudzieste spotkały współczesnego wampa". 

  -  Mogłabyś  też  po  prostu  ochrzcić  ją  „Brzydactwo"  -  zasugerował

Wes. 

 - Założę się, że mama powiedziała ci to, by nie musieć iść do mojego

pokoju i mnie wołać. - Kimmie zignorowała Wesa. - Wczoraj zachowywała
się jak wariatka na haju. 

 - Mam ślady ugryzień, by to udowodnić - zażartował Wes. 
 - Cóż... - wymamrotałam. Nie wiedziałam, co innego powiedzieć albo

w co wierzyć. 

  -  Ta  szkoła  jest  do  niczego  -  stwierdził  Wes.  -  Spójrzcie  na  to.  -

Wskazał  napojem  w  stronę  napisu.  -  Nawet  słowo  „morderca"  napisali  z
błędem. 

 - Wcale nie - rzuciła Kimmie. 

background image

Wes  zamyślił  się,  upił  trochę  napoju  i  ponownie  popatrzył  na  napis,

starając się rozgryźć problem.

 - Snell już tu był? - spytałam. 
  -  Dyrektor  Smrodek  -  zaczął  Wes  -  jeszcze  nie  zaszczycił  nas  swoją

obecnością. 

  -  Ale  jestem  pewna,  że  właśnie  w  tej  chwili  popuszcza  pod  siebie  -

stwierdziła Kimmie. - Plotka głosi, że wcześniej był tu reporter z „Tribune".
Podobno  ma  już  nawet  zdjęcie.  Przygotuj  się  na  zobaczenie  go  jutro  na
pierwszej stronie. 

 - Z całą zgrają pierwszaków pozujących przed figurą - dodał Wes. 
  -  Skoro  mowa  o  pierwszakach  -  zaczęłam.  -  Rozmawiałam  z  tą

dziewczyną, Debbie. 

 - Tą, która podobno jest na liście rzeźnickiej Bena? - spytał Wes. 
Skinęłam głową, chociaż niechętnie, i streściłam im naszą rozmowę, nie

pomijając incydentu z liścikiem.

  -  Był  tylko  liścik?  -  dopytywała  Kimmie.  -  Żadnych  dziwacznych

zdjęć, na których widać ją w szkole? 

 - Żadnych piżam pozostawionych na oknie? - dodał Wes. 
  -  Liścik  nie  wyglądał  jak  te,  które  ja  dostałam.  Bardziej  przypominał

kartkę  z  szafki  Bena.  Napisany  na  kawałku  papieru  zwykłym  czarnym
tuszem. 

 - I czego to dowodzi? - dopytywał Wes. 
 - Może w jej przypadku to zwykły żart, a w moim nie. - Wzruszyłam

ramionami. 

 - No nie wiem - stwierdził. - To dość dziwne, że Ben kręci się obok was

obu. 

  -  I  zupełnie  przypadkiem  pojawia  się  przed  waszymi  domami  wtedy,

gdy najmniej się tego spodziewacie - dodała Kimmie. 

  -  Nie  mówiąc  już  o  liścikach,  spojrzeniach  i  sposobie,  w  jaki  was

dotyka. 

 - Ale jej nie dotknął - wypaliłam, jakby to miało coś tłumaczyć. 
  -  O  mój  Boże!  -  Kimmie  zapiszczała,  zauważając  w  tłumie  Johna

Kenneally'ego.  Natychmiast  wygładziła  spódnicę.  -  Czy  on  tu  idzie?  Jak
wyglądam? - spytała. 

 - Jak możesz w ogóle się nim interesować? - spytałam. 
 - Ślepa jesteś? 

background image

  -  A  ty?  Nie  widziałaś,  jak  się  zachowywał  w  stołówce?  Jak  wylał

Benowi na głowę cały talerz zupy? 

  -  Dobra,  bez  komentarza.  -  Wymieniła  spojrzenie  z  Wesem.  Pełen

zestaw, z uniesionymi brwiami i przewracaniem gałek. 

  -  Jasne.  -  Wes  przerwał  temat.  -  Porozmawiajmy  o  czymś

bezpieczniejszym. Co wy na to? 

 - Zapomnijcie. - Wstałam. 
  -  Camelia!  -  Kimmie  zaczęła  nienaturalnie  wysokim  głosem.  -  Nie

zachowuj się tak. 

  -  Jak?!  -  nie  wytrzymałam.  -  Jak  może  ci  się  podobać  ktoś,  kto  jest

zwyczajnie okrutny? 

 - A ty? Jak może ci się podobać ktoś równie przerażający? 
Odwróciłam  wzrok.  Postanawiałam  nie  wspominać  o  lustrze,  pociętej

piżamie i wieczorze, który spędziłam z Benem.

 - Poważnie - ciągnęła. - Chyba nie powiesz mi, że ta twoja skwaszona

mina  wzięła  się  tylko  i  wyłącznie  z  tego,  że  uważam  Johna  za  niezłe
ciacho. 

Wzruszyłam  ramionami.  Pewnie  miała  rację  -  mój  nastrój  miał  wiele

wspólnego z tym, komu mogę ufać. Spojrzałam w stronę napisu i, to chyba
przeznaczenie, w tej samej chwili na parking podjechał Ben. 

 - Śliwko, poznaj kompot - wyszeptał Wes. 
Ben  zaparkował  motor,  a  po  chwili  dostrzegł  napis.  Wszyscy

przyglądali mu się, czekając na reakcję.

Zacisnęłam  zęby,  mając  nadzieję,  że  nie  pozwoli  się  sprowokować,  że

będzie  ponad  to  i  wszystko  spłynie  po  nim  jak  po  kaczce.  Niestety,  Ben
zdjął  kask,  cisnął  go  w  napis,  a  potem  wskoczył  na  motor  i  zawarczał
silnikiem tak głośno, że poczułam, jakby moje serce miało eksplodować.

Wyjechał  z  parkingu  z  piskiem  opon.  Przez  kilka  chwil  nikt  nic  nie

powiedział - słychać było jedynie odgłos silnika oddalającego się motoru. 

background image

Rozdział 38 
 
 
 
Dzień  był  koszmarny  i  żałowałam,  że  tego  ranka  w  ogóle  wstałam  z

łóżka.  Ben  nie  wrócił  już  do  szkoły,  a  Kimmie  i  ja  niewiele  się  do  siebie
odzywałyśmy.  Dyrektor  zwołał  apel,  podczas  którego  łajał  nas  za
zniszczenie  Piranii  Polly,  za  zamieszanie,  które  panuje  w  szkole  od
początku  roku  szkolnego,  i  jeszcze,  tak  bonusowo,  za  to,  że  reputacja
naszego  liceum  została  nadszarpnięta  (co  było  chyba  jednak  głównym
celem zebrania wszystkich razem). Wisienką na torcie okazał się genialny
pomysł  Pot  -  mana  na  zrobienie  niemal  niemożliwej  do  zaliczenia
niezapowiedzianej kartkówki. Byłam emocjonalnym wrakiem. 

Chociaż miałam wrażenie, że wtedy podczas lekcji coś dziwnego zaszło

między  mną  a  Spencerem,  postanowiłam  pójść  do  pracy  wcześniej  z
nadzieją, że dotyk gliny pod palcami pomoże mi się zrelaksować i nabrać
dystansu. Spencera nie było. Miałam cały warsztat tylko dla siebie.

Przygotowałam  narzędzia  i  zaczęłam  odpakowywać  rzecz,  nad  którą

pracowałam. Powoli ściągałam z niej folię i wilgotne papierowe ręczniki -
kluczowy  element  zapobiegający  twardnieniu  materiału.  Przez  moment
wdychałam  z  zamkniętymi  oczyma  zapach  gliny,  starałam  się  odsunąć  od
siebie wszelkie niepożądane myśli i skupić się na fakturze materiału. 

Po  kilku  minutach  poczułam,  że  glina  pod  moimi  dłońmi  zaczyna

nabierać jakiejś formy. Kilka chwil później, wciąż z zamkniętymi oczami,
wyczułam  pod  palcami  kształt  przypominający  skrzyneczkę.  Otworzyłam
oczy, by spojrzeć na to, co stworzyłam.

Zaledwie kilka metrów ode mnie stał Spencer.
Ze  świstem  nabrałam  powietrza  i  cofnęłam  się  o  krok,  zrzucając  ze

stojącej za mną szafki stertę kubeczków.

  -  Nie  chciałem  cię  wystraszyć  -  powiedział.  -  Wyglądałaś  na

natchnioną, nie chciałem przeszkadzać. 

  -  Skąd  się  tutaj  wziąłeś?  -  spytałam,  patrząc  w  stronę  drzwi.  Gdyby

wszedł, słyszałabym dzwonki. 

  -  Byłem  na  dole,  wyciągałem  formy.  -  Podszedł  bliżej.  -  Nad  czym

pracujesz? 

 - Nad czymś z duszą, mam nadzieję. 

background image

Szef uśmiechnął się i przeczesał dłonią ciemne włosy.
 - Tak sądziłem, że ci dopiekłem. 
Wzruszyłam  ramionami  i  popatrzyłam  na  pracę.  Byłam  ciekawa,  co

stworzyłam.  Przy  podstawie  miało  prostokątny  kształt,  wyżej  widniał
podobny, tyle że miniaturowy. Wyglądało trochę jak samochód bez kół.

  -  Powiedziałem  tak  tylko  po  to,  żeby  cię  bardziej  zmotywować  -

przyznał.  -  Masz  ogromny  talent,  ale  czasami  odnoszę  wrażenie,  że
wybierasz proste rozwiązania. Nie starasz się dotrzeć do wnętrza. 

Wnętrza?
 - Poszperaj trochę - mówił dalej. - Szukaj. Badaj. Rzeźb z wewnątrz na

zewnątrz, a nie odwrotnie. Nie bój się po drodze czegoś popsuć. 

  -  Wiecznie  coś  psuję  -  westchnęłam,  wciąż  przyglądając  się  mojemu

kretyńskiemu autku. 

 - To dobrze. - Jego uśmiech zmienił się w kpiący uśmieszek. - W ten

sposób człowiek się uczy. Trzeba doświadczać, aby móc osiągnąć wielkość.
Nie chodzi tylko o lepienie misek. 

Podszedł jeszcze o krok, zupełnie jakby chciał dokładniej przyjrzeć się

rzeźbie.  Patrzył  jednak  na  mnie,  a  jego  twarz  była  zaledwie  kilka
centymetrów od mojej.

 - Dobrze widzieć, że eksperymentujesz. Nie mogę się doczekać, co z

tego wyniknie. 

 - Tak - odparłam, zauważając zacięcie po goleniu na jego szyi. - Ja też. 
 - Jeśli kiedyś zechcesz pogadać, to zaproszenie jest wciąż aktualne. 
Nagle poczułam, jakby ściany się zamykały. Próbowałam się odsunąć,

ale utknęłam pomiędzy szafką a Spencerem.

Chwilę później usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi. Spencer się schylił,

by  podnieść  naczynia,  które  wcześniej  spadły  na  podłogę,  a  potem
sprawdził, kto przyszedł.

Matt. Jego wizyta nie mogłaby mnie bardziej ucieszyć.
Trzymając w dłoniach dwa kubki z kawą, powoli podszedł, zerkając to

na mnie, to na Spencera. Wyglądał, jakby się zastanawiał, czy w czymś nie
przeszkodził.

 - Wejdź - zaprosiłam go. 
Postawił jeden z kubków na stole. Ręce miałam całe w glinie.
  -  Byłem  w  okolicy.  -  Popatrzył  na  Spencera.  -  Pomyślałem,  że  się

przywitam. 

background image

 - Cudownie - odparłam, mając nadzieję, że Spencer zrozumie aluzję. 
Szef został jednak z nami, przedstawił się Mattowi i zaczął opowiadać,

jaka to ja jestem utalentowana.

  -  Ta  dziewczyna  daleko  zajdzie  -  stwierdził.  Ostatecznie  jednak

zostawił nas samych. Poczułam ulgę. 

Matt wyglądał dziś wyjątkowo dobrze - błyszczące włosy, ciemnoszara

bluza kontrastująca z jego miodową cerą i złota szczecina na brodzie. 

  -  Dzięki  za  kawę.  -  Wytarłam  dłonie  i  upiłam  łyk.  Napój  miał

orzechowy  smak  i  idealną  ilość  cukru  i  mleka.  -  Pamiętasz,  jaką  kawę
lubię. 

 - To nie było aż tak dawno. 
  -  Racja.  -  Przypomniałam  sobie,  że  przecież  nasz  związek  właściwie

zaczął  się  od  kawy  -  w  każdy  czwartek  spotykaliśmy  się  na  naukę  w
kawiarni Press & Grind w centrum miasta. 

  -  To  były  fajne  czasy  -  ocenił.  Błękitnymi  oczami  uchwycił  moje

spojrzenie. - Pamiętasz Philippe'a? 

Zachichotałam,  przypominając  sobie  dziwacznego  baristę,  który

żonglował  filiżankami  do  espresso  i  robił  magiczne  sztuczki  pianką  z
cappuccino.

 - Ciekawe, czy wciąż tam pracuje? 
 - Powinniśmy się kiedyś wybrać i sprawdzić. 
 - Byłoby fajnie - odparłam. 
Ulżyło mi, że przynajmniej część niezręczności, jaka zagościła między

nami,  zniknęła.  To  dziwne,  jak  zaledwie  trzy  krótkie  tygodnie  związku
mogą  zniszczyć  idealną  platoniczną  relację.  Starałam  się  to  wytłumaczyć
podczas  jednej  z  naszych  ostatnich  randek  -  że  było  lepiej,  gdy  chodziło
tylko o kawę, książki i zabawnych baristów. Ale Matt chyba nie do końca
zrozumiał, o co mi chodzi, a ja nie umiałam wyjaśnić lepiej. 

Zresztą  co  miałabym  rzec?  Był  kwintesencją  idealnego  chłopaka  -

przystojny, często dzwonił, kupował drobne prezenty i pamiętał wszystko,
co  mu  powiedziałam.  Kimmie  podejrzewała,  że  oszalałam,  ale  dla  mnie
zerwanie z Mattem było niczym kubek wyśmienitej kawy - rozbudzający i
niezbędny do życia. Nie byłam gotowa na coś tak intensywnego. Inaczej niż
teraz. 

Spojrzałam  na  bryłę  gliny  i  pomyślałam  o  Benie  -  o  tym,  jak  silnie

odczuwałam każdy jego dotyk. 

background image

 - A o co chodzi z twoim przerażającym szefem? - spytał Matt. 
Pokręciłam głową, zastanawiając się, gdzie właściwie zniknął Spencer.
  -  Wygląda  na  to,  że  strasznych  facetów  masz  w  swoim  życiu  pod

dostatkiem - mówił dalej. 

 - Rozmawiałeś z Kimmie? 
 - Tylko troszeczkę. - Uśmiechnął się ironicznie. 
 - To ona cię tu przysłała? 
 - Martwi się o ciebie - rzekł. - Ja zresztą chyba też. 
 - Co ci mówiła? 
Wzruszył ramionami.
 - To i owo o Benie. Że często się wokół ciebie kręci. 
Zacisnęłam  usta.  Ani  trochę  nie  zdziwiło  mnie  plotkarstwo  Kimmie,

ulżyło mi jednak, że nie powiedziała nic o dotykaniu.

 - Z Benem sobie poradzę. 
 - Na pewno? Wiesz, co o nim sądzę. - Wiem, co robię. 
  -  A  co  robisz?  Facet  zapracował  sobie  na  nieciekawą  reputację,  nie

sądzisz? 

 - Nie rozumiesz. 
 - Więc mi wytłumacz. 
Pokręciłam  głową.  Nie  chciałam  poruszać  tematu,  a  już  najmniej  z

byłym.

  -  Słuchaj,  nie  chcę  cię  zdenerwować  -  próbował  się  tłumaczyć.  -

Staram się ciebie chronić. Ekschłopak chyba ma do tego prawo, nie? 

 - Pewnie tak. - Uśmiechnęłam się szeroko. 
 - Zapamiętaj jedno. - Jego ton brzmiał lekko ironicznie. - Jeśli będziesz

czegoś potrzebowała, pamiętaj, że jestem przy tobie. 

 - Naprawdę musisz przestać być dla mnie taki wredny - zażartowałam.

- Ludzie zaczną gadać. 

 - Lubię być dla ciebie wredny. - Uśmiechnął się. 
 - Dla Reny Maruso też? - Tego pytania pożałowałam już w chwili, gdy

je wypowiadałam. 

Matt,  wyraźnie  rozbawiony,  upił  kolejny  łyk  kawy.  Przyglądał  mi  się

znad papierowego kubka.

 - A jeśli powiem, że tak? 
 - To będę się cieszyć z twojego szczęścia. 
 - A jeśli powiem, że nie? Że dużo bardziej wolę torturować ciebie? 

background image

Poczułam, że moja twarz robi się czerwona.
 - Zapomnij - rzucił. - Nie odpowiadaj. Może wcale nie chcę wiedzieć. 
 - Miło, że wpadłeś - powiedziałam, starając się wypełnić nagłą, bardzo

niezręczną ciszę. - Dziękuję za kawę. 

 - Cała przyjemność po mojej stronie. 
Odwrócił się i odszedł, zostawiając mnie z głową pełną pytań.

background image

Rozdział 39 
 
 
 
Zdradziła,  więc  teraz  moja  kolej,  żeby  wszystko  naprawić.  Cząstka

mnie pragnie rozszarpać ją na kawałki, a inna śmiać się w głos z tego, co
dla niej przygotowałem.

Czułem się tak niesamowicie w jej pokoju. Zobaczyłem piżamę wciąż

leżącą  w  pudełku.  Co  za  niewdzięcznica!  Poszarpałem  więc  materiał  na
kawałki.

Gdy nachylałem się nad różową tkaniną, wyobrażałem sobie, że to ona.

Nim  pociąłem  materiał  na  strzępy,  drażniłem  go  przez  jakiś  czas  końcem
noża.

To  było  wspaniałe  uczucie.  Śmiałem  się,  gdy  skończyłem.  Ledwie

zdołałem  się  uspokoić.  Nagle  wszystko  wydawało  mi  się  takie  zabawne.
Ale potem zobaczyłem, co zrobiłem.

Zobaczyłem słowo SUKA na jej lustrze. Sam się tym przeraziłem.
Zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Nie wiedziałem, czy mam się śmiać,

czy poczuć mdłości. Trząsłem się. Przypomniałem sobie jednak, że właśnie
tego chciała ta samolubna suka i że ona sama nie wie, co jest dla niej dobre.
W przeciwieństwie do mnie.

background image

Rozdział 40 
 
 
 
Pozostała część zmiany w Knead była raczej nudna. Przez resztę czasu

Spencer  odnosił  formy  do  piwnicy,  a  ja  przygotowywałam  się  do  zajęć,
paliłam w piecach garncarskich i próbowałam zdecydować, co robić dalej.

Czułam  się  rozbita  przez  tę  sprawę  z  Debbie.  Akurat  wtedy,  kiedy

postanowiłam  zaufać  Benowi,  zdarzyło  się  coś,  co  sprawiło,  że  znów
wszystko kwestionuję i podważam.

Pomimo  propozycji  Spencera,  że  odwiezie  mnie  do  domu,  wróciłam

autobusem.  Zapadł  zmrok.  Było  już  po  ósmej,  ale  najwyraźniej  rodzice
jeszcze nie wrócili.

Nie  wiedziałam,  dokąd  pójść,  i  poczułam  się  głupio,  bo  przez  chwilę

rozważałam, czy nie poczekać u któregoś z sąsiadów. Otworzyłam jednak
drzwi i włączyłam światło. Powtarzałam sobie, że wszystko będzie dobrze,
chociaż żołądek skręcał mi się ze strachu. W pokoju przelotnie zerknęłam
w  lustro.  Przez  ułamek  sekundy  zobaczyłam  na  nim  czerwone  litery
rozmazane na swojej twarzy, ale gdy tylko mrugnęłam, zniknęły.

Obeszłam  cały  dom,  by  upewnić  się,  że  wszystkie  drzwi  i  okna  są

zamknięte.  Zeszłam  nawet  do  piwnicy,  a  mijając  moje  stanowisko  pracy,
dostrzegłam  przypominającego  skakankę  robala,  którego  wyrzeźbiłam
wczoraj. Zdziwiłam się, że zapomniałam go sprzątnąć. 

Chwilę  później  odezwał  się  telefon.  Przestraszyłam  się  dzwonka.

Postanowiłam go zignorować i wróciłam na górę, żeby sprawdzić łazienkę.
Tata  zasłonił  wybitą  szybę  grubą  folią,  ale  gdyby  ktoś  zechciał,  łatwo
mógłby się włamać.

Wzięłam  maszynkę  do  golenia  z  półki  i  zerknęłam  przez  ramię.

Dokładnie  w  tej  samej  chwili  cień  przesunął  się  po  ścianie.  Pisnęłam
cichutko i zebrawszy się w sobie, wyjrzałam na korytarz. Nikogo nie było.
Telefon jednak wciąż dzwonił. Zupełnie jakby ktoś nie dawał za wygraną,
bo wiedział, że jestem w domu.

Sama.
Przeszłam  do  kuchni  i  sprawdziłam  automatyczną  sekretarkę,  ale  nikt

nie zostawił wiadomości.

background image

Przerażona  odłożyłam  maszynkę  na  blat  i  podniosłam  słuchawkę.

Miałam  nadzieję,  że  to  rodzice.  Odezwałam  się,  jednak  z  drugiej
odpowiedziała mi tylko cisza. Odniosłem wrażenie, że ktoś nasłuchuje.

 - Halo? - powtórzyłam, tym razem trochę głośniej. 
Wciąż  nic.  Odłożyłam  słuchawkę.  Drżałam,  nagle  zrobiło  mi  się

przeraźliwie zimno.

Ponownie  podniosłam  słuchawkę,  włączyłam  ją  i  położyłam  obok

aparatu,  a  potem  sięgnęłam  do  torby  po  komórkę.  Niestety,  nie  miałam
zasięgu.

Podeszłam bliżej okna w nadziei, że to pomoże. Kątem oka dostrzegłam

przyczepiony na lodówce liścik. Był od mamy; dołączyła do niego banknot
dwudziestodolarowy  i  napisała,  żebym  zamówiła  pizzę  w  Raw,  gdzie
serwują organiczną, wegetariańską żywność. Wyglądało na to, że nieprędko
wrócą z tatą do domu. 

Wciąż nie miałam zasięgu. Odetchnęłam głęboko i usiadłam. Licząc do

dziesięciu,  starałam  się  wziąć  w  garść.  Powtarzałam  sobie  w  duchu,  że
wszystko  jest  w  porządku,  ale  do  moich  uszu  wciąż  docierał  irytujący
sygnał z włączonej słuchawki, a serce waliło jak szalone.

Po kilku sekundach sygnał zamilkł, a ja mogłam wreszcie zebrać myśli.

Burczało mi w brzuchu i kręciło mi się w głowie. Niechętnie sięgnęłam po
aparat  i  zdjęłam  z  lodówki  listę  telefonów  do  lokali  z  dostawą.
Uświadomiłam sobie, że od śniadania nie miałam niczego w ustach. Numer
do Raw zakreślony był na różowo, ale zamiast tego zadzwoniłam do starej
dobrej pizzerii w centrum i zamówiłam klasyczną pizzę z serem i grzybami.
Potem rozsiadłam się na kanapie w salonie i czekałam na kuriera.

Wciąż ze słuchawką w dłoni, poczułam chęć zadzwonienia do Kimmie,

ale  w  tym  samym  momencie  telefon  ponownie  się  odezwał.  Jego  dźwięk
zmroził mnie aż do szpiku kości. Odebrałam połączenie. Nim zdążyłam coś
powiedzieć, po drugiej stronie odezwał się mężczyzna:

 - Camelia? 
 - Kto mówi? 
 - To ja. - Ton głosu rozmówcy stał się łagodniejszy. - Ben. 
Moje serce straciło rytm, a w żołądku poczułam znajomy ciężar.
 - To ty dzwoniłeś przed chwilą? - spytałam. 
  -  Tak,  ale  było  zajęte.  Chciałem  dzwonić  na  komórkę,  ale  nie  mam

twojego numeru. 

background image

 - Skąd wiedziałeś, że jestem w domu? 
 - Nie wiedziałem. Pomyślałem po prostu, że spróbuję. 
  -  Dopiero  wróciłam  -  rzekłam.  -  Skąd  wiedziałeś,  o  której  dokładnie

zadzwonić? 

 - Wszystko w porządku? - spytał. 
 - Może powinnam spytać cię o to samo. Nie wróciłeś dzisiaj do szkoły. 
 - Nie martw się. 
 - Musimy porozmawiać. - Starałam się być dzielna. 
 - O czym? 
 - Nie przez telefon. 
 - Jesteś sama? 
 - Nie - skłamałam. 
 - Dobrze. Rodzice są w domu? 
Wyjrzałam  przez  okno  w  salonie  i  zauważyłam,  że  światło  przed

naszym domem wciąż jest zgaszone. Wyglądało na to, że sąsiadów też nie
ma.  Światła  na  werandach  po  przeciwnej  stronie  ulicy  i  obok  też  były
wyłączone.

 - Camelia? 
 - Jestem. 
 - Co się dzieje? - spytał. 
Wzięłam  koc  leżący  na  kanapie  i  owinęłam  się  nim,  by  odegnać

przeszywający chłód.

 - Jesteś sama, prawda? - powiedział niemalże szeptem. 
Wychyliłam się, by zaciągnąć zasłony, a potem sprawdziłam, czy widać

mnie przez jakiekolwiek inne okno.

  -  Jadę  do  ciebie  -  powiedział  Ben.  -  Mam  wrażenie,  że  jesteś

zdenerwowana. 

 - Nic mi nie jest - zapewniłam. 
Przez  kilka  sekund  w  słuchawce  panowała  cisza,  aż  w  końcu  Ben

zapowiedział, że i tak przyjedzie.

 - Będę niedługo - obiecał. 
Odłożyłam  słuchawkę.  Tym  razem  postanowiłam  się  nie  spierać  i

posłuchać intuicji, szczególnie że chciałam zapytać Bena o wiele rzeczy.

Kilka chwil później telefon zadzwonił ponownie.
 - Halo? 

background image

  -  Nie  zapominaj  o  poczcie  -  wyszeptał  głos  w  słuchawce.  Poczułam

ciarki na plecach. 

 - Słucham? 
 - Skrzynka na listy - wysyczał. - Zapomniałaś ją sprawdzić, wracając

do domu. 

 - Kto mówi? 
Przysunęłam  się  do  okna  i  dyskretnie  wyjrzałam,  ale  nikogo  nie

zauważyłam.

 - Dobre rzeczy spotkają tych, którzy potrafią czekać - powiedział. Jego

głos znów brzmiał łagodnie. - Czekałem na ciebie. Teraz twoja kolej. 

 - Kto mówi?! - krzyknęłam. 
 - Na szczęście nie będziesz musiała czekać długo. - Rozłączył się. 
Ze  słuchawką  zaciśniętą  w  dłoni  podeszłam  do  drzwi.  Telefon  znów

zadzwonił,  ale  zignorowałam  go  i  wyjrzałam  przez  wizjer.  Flaga  przy
skrzynce była uniesiona.

background image

Rozdział 41 
 
 
 
Zamiast  pójść  do  skrzynki,  zaczęłam  nerwowo  krążyć  po  pokoju,

zastanawiając  się,  czy  powinnam  zadzwonić  do  rodziców  i  poprosić  ich,
żeby wrócili do domu. Wystukiwałam właśnie numer taty, kiedy usłyszałam
trzaśnięcie drzwi auta.

Chwilę  później  rozległo  się  pukanie  -  ktoś  walił  w  drzwi  pięścią  i

natarczywie  naciskał  dzwonek.  Zbyt  przerażona,  by  otworzyć,  chwyciłam
ze stołu ciężką glinianą miskę i stanęłam z dala od okien, tak by nikt mnie
nie zobaczył. Dobijanie nie ustawało, tak samo zresztą jak dzwonienie. 

Wciągnęłam głęboko powietrze, starając się opanować ucisk w piersi.
Ktoś  otworzył  zewnętrzne  drzwi  i  nacisnął  klamkę.  Włączyłam

słuchawkę, gotowa wybrać numer alarmowy.

Ale wtedy walenie do drzwi ustało. Ot tak, po prostu. Zewnętrzne drzwi

się zamknęły, a kilka sekund później usłyszałam, jak ktoś zatrzaskuje drzwi
do auta.

Powoli  wysunęłam  się  zza  stołu,  by  wyjrzeć  przez  okno.  Niewielki

samochód odjechał z piskiem opon.

I wówczas ponownie rozległ się dzwonek.
Trzęsąc się, podeszłam do drzwi.
 - Camelia? - Zza drzwi usłyszałam męski głos. Wyjrzałam przez wizjer.

To  był  Ben.  I  trzymał  pizzę.  Przekręciłam  zamek  i  otworzyłam  drzwi  na
oścież. 

Całkiem  zapomniałam,  że  zamawiałam  jedzenie.  Na  twarzy  Bena

malował się szeroki uśmiech.

 - Zamawiałaś dużą z serem i grzybami? Wisisz mi piętnaście dolców. 
 - Przestraszyłeś mnie. 
 - Widzę. - Wskazał glinianą miskę, którą wciąż kurczowo trzymałam w

dłoni. 

Dobrze  widziałam  teraz  skrzynkę  na  listy,  jej  flaga  wciąż  była

uniesiona.  Na  chwilę  przymknęłam  oczy.  Wciąż  słyszałam  w  uszach  głos
prześladowcy, mówiący, żebym zajrzała do środka.

 - O co chodzi? - spytał Ben. Wskazałam na skrzynkę. 
 - Chcesz, żebym to sprawdził? 

background image

Pokręciłam  głową  i  wyszłam  na  zewnątrz.  Czy  byłam  obserwowana?

Nikogo nie zauważyłam, wszystko wyglądało normalnie.

 - Coś nie tak? - przysunął się o krok. 
Wciągnęłam  w  płuca  chłodne  nocne  powietrze  i  wypuściłam  je

przeciągle.  Poza  rzępoleniem  elektrycznej  gitary  Davisa  Millera,
dochodzącym  z  końca  ulicy,  było  dziwnie  cicho.  Rozejrzałam  się  i
zauważyłam zaparkowany na rogu motor Bena.

 - Dopiero przyjechałeś? 
Skinął głową.
 - Na pewno? - spytałam niemal pewna, że usłyszałabym silnik motoru. 
 - Czemu miałbym kłamać? 
 - Nie wiem - odparłam, patrząc mu w twarz. 
 - Czy to znaczy, że mi nie ufasz? - Zmrużył oczy. 
Zignorowałam  jego  pytanie  i  odwróciłam  wzrok.  Popatrzyłam  na

skrzynkę na listy. Otworzyłam ją drżącymi palcami.

W  środku  znajdowała  się  duża  beżowa  koperta  z  moim  imieniem

napisanym z przodu.

  -  Kolejne  zdjęcie  -  powiedziałam,  rozpoznając  czerwone  litery.

Wyjęłam  kopertę,  zaprowadziłam  Bena  do  środka  i  zamknęłam  drzwi  na
klucz. 

  -  Pozwól,  że  ja  ją  otworzę  -  poprosił.  -  Jeśli  zostawił  ją  niedawno,

mogły zostać ślady jego energii. Może coś wyczuję. 

Usiedliśmy  naprzeciw  siebie  przy  kuchennym  blacie.  Ben  przesuwał

koniuszkami palców po kopercie.

 - Czujesz coś? - spytałam. 
Zamknął oczy, by się skoncentrować, mięśnie na jego przedramionach

zadrżały.

 - Wkrótce - wyszeptał, wypuszczając powietrze. 
 - Co wkrótce? 
Zamiast mi odpowiedzieć, otworzył kopertę i sięgnął do środka. Wyjął

stosik pociętych zdjęć. Przyjrzałam im się dokładniej. Zdawały się częścią
jakiejś  większej  całości.  Ben  przejrzał  je,  dotykając  palcami  brzegów
każdego z kawałków.

 - To puzzle, prawda? - powiedziałam. 
Ben rozłożył je na marmurowej powierzchni i zaczął składać obrazek.

Jaskrawoczerwone litery napisane na całości znacznie ułatwiły zadanie. W

background image

ciągu zaledwie kilku sekund przesłanie stało się jasne.

  -  Czas  prawie  minął  -  przeczytałam  szeptem.  Zdjęcie  przedstawiało

mnie patrzącą na zegarek. 

 - Zostało zrobione dzisiaj. Kiedy szłam do Knead. Kosmyk ciemnych

włosów opadł Benowi na oczy. 

 - Nie pozwolę, żeby coś ci się stało - rzekł. 
 - Obiecujesz? 
Sięgnął po moją dłoń, ale zawahał się, nim jej dotknął. Palce mu drżały.
„Proszę!" - krzyczałam wewnątrz. Poczułam w sobie ból tak ogromny,

że zakręciło mi się w głowie. 

Ben masował mój kciuk palcem. Zastanawiałam się, czy może czytać w

moich myślach. To było wszystko, na co się zdobył.

 - Obiecuję - zadeklarował z mocą. - Ale teraz musimy się skupić. 
 - Tak - przytaknęłam, patrząc na zdjęcie i napisaną na nim wiadomość.

- Bo nie ma wiele czasu. 

I zależy od tego moje życie.

background image

Rozdział 42 
 
 
 
Przez  następną  godzinę  omawialiśmy  z  Benem  zdjęcie  i  rozmowę

telefoniczną, którą odbyłam wcześniej.

  -  Jest  blisko.  -  Ben  ścisnął  kawałek  zdjęcia  w  palcach  i  popatrzył  w

stronę okna, ale rolety były już zasłonięte. 

  -  Myślę,  że  pora  zadzwonić  na  policję  -  powiedziałam.  Ben  pokręcił

głową. 

 - Skończyłem z policją. 
 - Z powodu tego, co było wcześniej? - spytałam. 
  -  Z  powodu  tego,  co  jest  teraz.  -  Odłożył  fotografię  i  obrócił  się  na

stołku, twarzą do mnie. - Dali mi ostrzeżenie. 

 - Policja? 
Ben skinął głową.
  -  Ta  dziewczyna,  Debbie,  powiedziała  im,  że  ją  śledzę.  -  I  uwierzyli

jej? 

Chłopak wzruszył ramionami.
  -  Nie  wiem,  w  co  wierzą,  ale  zaczęli  zadawać  mi  mnóstwo  pytań.

Gdzie byłem wtedy i wtedy, z kim byłem i co robię, kiedy jestem sam. 

 - I co im powiedziałeś? 
 - Prawdę. A co innego miałem mówić? 
  -  Rozmawiałam  z  Debbie  -  przyznałam.  Sama  chciałam  poznać

prawdę. 

Ben skinął głową. W ogóle nie był zaskoczony.
 - Ona naprawdę w to wierzy - ciągnęłam. - Jest przekonana, że chcesz

jej zrobić krzywdę. 

 - Wiem, słyszałem. Wciąż nie zaprzeczył. 
Na  kilka  chwil  zapadła  cisza  przerywana  jedynie  cichym  mruczeniem

lodówki i tykaniem kuchennego zegara w kształcie kota.

 - Czemu tak mówi? - przerwałam milczenie. 
Ben się przysunął. Jego ubranie pachnęło palonymi liśćmi.
 - Wiem, że proszę o wiele, ale musisz mi zaufać.  
 - Powiedziała, że chodzicie razem na historię. 
 - I czego to dowodzi? Nie czaję się na Debbie. 

background image

 - A na kogo się czaisz? 
 - Na nikogo - rzekł, kręcąc głową. 
 - Zatem dotknij mnie jeszcze raz. - Podsunęłam rękę do jego dłoni. - I

powiedz mi, kiedy to wszystko się skończy. 

Ben przypatrywał się mojej ręce. Wyraźnie go kusiła, ale po chwili się

odwrócił.

 - O co chodzi?  
 - To skomplikowane. 
 - Co? Przecież już to przerabialiśmy. Nie zrobisz mi krzywdy. 
 - Skąd wiesz? - Z frustracją odgarnął włosy. 
  -  Nie  wiem  -  westchnęłam.  -  Ale  jeśli  nie  masz  zamiaru  nawet

spróbować,  to  po  co  mówiłeś  mi  o  swoich  umiejętnościach?  Czas  prawie
minął. - Wskazałam na fotografię. - To mogłabym być ja. 

 - Wiem. - Zacisnął szczęki. - Ale nie rozumiesz. 
 - Więc mi wytłumacz. Powiedz mi, co się dzieje w twojej głowie. 
 - Ona mnie nawiedza - wyszeptał. 
 - Mówisz o Julie? Potwierdził. 
 - Wszędzie widzę jej twarz, widzę, jak spada z tego klifu. 
 - To był wypadek - przypomniałam mu. 
Ben  podwinął  rękawy,  jakby  nagle  zrobiło  mu  się  gorąco.  Odsłonił

bliznę na przedramieniu.

 - To dlatego masz tę bliznę? - spytałam. 
 - Już zawsze będzie mi przypominać o tym, co się stało. Kiedy spadła,

próbowałem zejść po skałach, dotrzeć do niej. Ale skończyło się na tym, że
zraniłem się o ostry kamień. 

  -  Czy  wówczas  po  raz  pierwszy  coś  wyczułeś?  Zaprzeczył  i  opuścił

rękawy. 

  -  Ale  wcześniej  były  to  niewielkie  rzeczy.  Zderzyłem  się  z  kimś

ramieniem i wiedziałem, że jego auto złapie gumę, albo uścisnąłem komuś
dłoń  i  zobaczyłem,  co  będzie  jadł  wieczorem  na  kolację.  Z  początku
sądziłem, że to przypadek, ale potem sprawa stała się oczywista: umiałem
przewidywać różne rzeczy. 

 - Próbowałeś czerpać z tego korzyści? 
  -  Nigdy  nie  chciałem  z  tego  korzystać.  Koniec,  kropka.  No  i  to

dotykanie... Nie zawsze mogę to przewidzieć. Nie zawsze wyczuwam to, co
chcę  wyczuć.  Mogę  próbować  i  bardzo  się  skupić.  Ale  niekiedy,  na

background image

przykład w twoim przypadku... Niekiedy wyczuwam niebezpieczeństwo, a
innym razem coś zupełnie innego. 

 - Na przykład co? 
Patrzył  na  mnie  tak,  jakby  próbował  dać  do  zrozumienia,  że  nie  chce

powiedzieć.

  -  Kiedy  symptomy  wystąpiły  po  raz  pierwszy,  poczytałem  o

psychometrii - zaczął. - Musiałem wiedzieć, co się ze mną dzieje, dlaczego
wystarczyło,  żebym  kogoś  dotknął,  abym  zobaczył  różne  rzeczy.  Jak  w
przypadku Julie. 

Odwróciłam  wzrok.  Chciałam  mu  powiedzieć,  że  nie  jestem  Julie,  ale

wówczas wziął mnie lekko za rękę. Potem zsunął się ze stołka i zrobił krok
na przód. Był tak blisko, że moja twarz niemal dotykała jego piersi.

  -  O  czym  myślisz?  -  spytał.  Przy  każdym  oddechu  jego  bawełniana

koszulka ocierała się o mój policzek. 

  -  Ty  mi  powiedz  -  odparłam,  zauważywszy,  że  jego  oddech  stał  się

głębszy i bardziej rytmiczny. Bardzo się starał, by nie stracić kontroli. 

Splótł palce z moimi.
 - Czujesz coś? - spytałam. 
Pochwycił mój wzrok i przez kilka chwil przyglądał mi się w milczeniu.
 - Uwielbiasz mieć nad wszystkim kontrolę, prawda? 
 - Wyczuwasz to? 
 - Widzę. Lubisz, gdy wszystko jest poukładane. Planujesz. Mam rację? 
Wargi drżały mi z przejęcia, gdy kiwałam głową. Jego noga otarła się o

moje udo.

 - Co robisz z rzeczami, które są poza twoją kontrolą? - spytał. 
 - Jakimi na przykład? 
Jego dłoń zacisnęła się mocniej. Tak mocno, że niemal straciłam dech.
 - Na przykład, czy będzie jutro padać albo tym, że cię teraz pocałuję? 
Otworzyłam  usta,  by  coś  powiedzieć  -  na  przykład,  że  musi  się  sam

przekonać - ale on już się nachylił. 

Chwilę później drzwi frontowe otworzyły się z hukiem. Ben odskoczył i

puścił moją dłoń.

 - Camelia, jesteś w domu?! - zawołał tata. 
Ben schował kawałki zdjęcia z powrotem do koperty i wetknął ją sobie

pod bluzę.

background image

Moment później do kuchni weszli rodzice. Patrzyli lekko zdziwieni to

na  mnie,  to  na  Bena,  czekając  na  jakieś  wyjaśnienie.  Problem  w  tym,  że
sama nie rozumiałam, co się przed sekundą stało.

Ben  przedstawił  się  jako  mój  partner  laboratoryjny  z  chemii.  Mama

wyciągnęła dłoń, by się przywitać. Spojrzał na nią, ale się nie poruszył.

Zmarszczyła brwi, zerknęła na tatę, a potem na mnie.
W tej samej chwili Ben szybko uścisnął jej dłoń - ich palce ledwie się

dotknęły - i powiedział, że musi już iść. 

background image

Rozdział 43 
 
 
 
Nie mogłam zasnąć. Była prawie północ, a ja leżałam w łóżku całkiem

rozbudzona,  starając  się  zapomnieć  o  wydarzeniach  ostatniego  wieczoru  i
trochę odpocząć. 

Bez powodzenia.
Po  wyjściu  Bena  mama  poprosiła,  żebym  usiadła.  Chciała  ze  mną

porozmawiać.  Sądziłam,  że  przynajmniej  wspomni  o  wizycie  Bena  i  jego
dziwnym uścisku dłoni, ale jego imię nie padło ani razu.

 - Gdzie byliście dzisiaj z tatą? - spytałam. Zauważyłam, że mama unika

mojego  wzroku.  Miała  zaczerwienioną  skórę,  a  nieokiełznane  zazwyczaj
loki zebrane były w ciasny kok. 

Po  kilku  łykach  herbaty  i  niezliczonej  ilości  oddechów  wreszcie  się

otworzyła.  Opowiedziała,  że  pojechali  z  tatą  do  kliniki  odwiedzić  ciocię
Alexię, ale że nie była w stanie wejść do środka.

 - Nie mogłam się z nią spotkać - powiedziała. - Nie umiałam spojrzeć

jej w oczy. 

Przysunęłam się i poklepałam ją lekko po plecach.  
 - Czemu tam trafiła? 
Z  poduszką  przyciśniętą  do  ciała,  mama  wydusiła,  że  ciocia  znów

(konkretniej mówiąc, czwarty raz) próbowała się zabić.

 - Wyjdzie z tego? 
Zamiast  odpowiedzieć,  mama  zaczęła  płakać.  Tata  wziął  ją  na  ręce  i

zaniósł do ich sypialni. Ja natomiast zaszyłam się w swojej.

Obróciłam się na łóżku, szukając mojego pluszowego misia polarnego.

Nie  znalazłam  go  jednak  zaplątanego  w  pościeli  ani  wciśniętego  pod
poduszki. Westchnęłam cicho i wyjrzałam przez okno.

Księżyc był tej nocy w pełni. Wydawał się niespokojny - zupełnie jak

ja. Miałam obolałe ciało i nie potrafiłam zdławić w sobie dziwnego uczucia
przyciągania.  Podsunęłam  kołdrę  aż  pod  brodę,  ale  osiągnęłam  tylko  tyle,
że  poczułam,  jakbym  się  dusiła.  Usiadłam,  żałując,  że  nie  jestem  na
zewnątrz,  nie  czuję  na  skórze  jedwabnego  nocnego  powietrza  i  nie
pozwalam, by pochłonęła mnie ciemność. 

background image

Popatrzyłam na drzwi. Mama wciąż płakała. Słyszałam ją po przeciwnej

stronie korytarza. Słyszałam też tatę. Mówił jej, że wszystko się ułoży, że
będzie dobrze. Ciekawe, czy sam w to wierzył?

Księżyc  rzucał  smugę  srebrnego  światła  na  moje  łóżko,  przecinając  je

na pół. Powoli wstałam i podeszłam do okna. Podsunęłam moskitierę i do
środka wpadł wiatr. Pachniał morzem. Przypominał mi Bena.

Chwyciłam  komórkę  i  wybrałam  jego  numer.  Wciąż  brak  zasięgu.

Niewiele myśląc, złapałam kurtkę i wyszłam na zewnątrz. Wreszcie miałam
sygnał.

 - Camelia? - Ben odebrał po pierwszym dzwonku.  
Stojąc  przed  domem,  mocniej  przycisnęłam  telefon  do  ucha.  Nie

wiedziałam, co powiedzieć. 

 - Gdzie jesteś? - spytał, nie oczekując żadnych wyjaśnień. 
  -  Na  zewnątrz  -  odparłam,  starając  się  brzmieć  tajemniczo.  Księżyc

oświetlał kałużę na ulicy. - A ty? 

 - Też - wyszeptał. 
 - Naprawdę? 
  -  Nie  mogłem  spać.  Musiałem  się  przewietrzyć.  Czułam  w  środku

ogień. Obejrzałam się na okno sypialni. Nie chciałam jeszcze wracać. 

 - Przyjedziesz po mnie? - spytałam. 
 - Miałem nadzieję, że to powiesz. 
 - Naprawdę? 
 - Naprawdę - odparł. - Bo już jestem w drodze.  
Przerwał  połączenie.  Kilka  minut  później  usłyszałam  silnik  motoru

kilka  przecznic  dalej.  Przybliżał  się  i  stawał  głośniejszy,  napełniając  moją
głowę otumaniającym szumem. 

Wyszłam  na  ulicę  i  wreszcie  go  zobaczyłam.  Zatrzymał  się,  podał  mi

kask i powiedział, żebym wsiadła na motor.  

background image

Rozdział 44 
 
 
 
Kazałam  Benowi  zawieźć  nas  do  Knead.  Było  już  zamknięte,  ale

przecież miałam klucze. 

Zaparkował motor i weszliśmy tylnym wejściem.
  -  Jesteś  pewna,  że  to  żaden  problem?  -  spytał,  wyczuwając  moje

narastające zdenerwowanie. 

Skinęłam  głową,  przypominając  sobie,  że  Spencer  pozwolił  mi

przychodzić tu o każdej porze. Powtarzałam, że to nic wielkiego, bo pewnie
i tak zostaniemy tu zaledwie kilka minut.

Ręce  mi  się  trzęsły,  kiedy  próbowałam  wsadzić  klucz  do  zamka.

Wreszcie zaskoczyło i otworzyłam drzwi.

 - To terpentyna? - spytał, wyczuwając zapach. 
Przytaknęłam, włączyłam światło i oprowadziłam Bena po warsztacie.

Pokazałam  półki  z  farbami,  szkliwo,  piece,  kosze  pełne  resztek  po
nieudanych  eksperymentach,  narzędzia  i  wzorniki,  objaśniając  wszystko
zapewne dużo dokładniej, niż go to interesowało. Bycie tutaj całkiem mnie
rozstroiło. Sama. Z nim.

 - Na pewno nie będziesz miała kłopotów? - spytał. 
 - Na pewno. - Zaprowadziłam go do warsztatu. Podłoga pod naszymi

stopami cicho skrzypiała. 

 - Mogę obejrzeć twoje prace? 
Wskazałam  kilka  misek,  które  wykonałam  jako  modele  na  zajęcia.

Nagle  zdałam  sobie  sprawę,  jakie  one  są  podobne.  Wszystkie  są  różnymi
wersjami jednej i tej samej rzeczy.

  -  Nad  czym  teraz  pracujesz?  -  spytał.  Popatrzyłam  na  mój  nakryty

brezentem i odstawiony w róg pomieszczenia wyrób. 

Ben powiódł wzrokiem tam gdzie ja i podszedł, by się lepiej przyjrzeć.
 - Ten? - dopytywał, starając się podejrzeć. 
Przytaknęłam.  Wahałam  się,  czy  mu  pokazać,  ostatecznie  jednak

zdjęłam przykrycie. Przypominający auto kształt leżał na desce. Był równie
żałosny jak w dniu, w którym go wyrzeźbiłam.

 - Praca w toku - wyjaśniłam. 
 - Fajne. 

background image

  -  Może.  Sama  jeszcze  nie  wiem,  co  to  ma  być.  Robiłam,  co

podpowiadała mi intuicja, jeśli można to tak sensownie ująć. 

 - To bardzo sensowne. - Przez moment przypatrywał się bryle, zupełnie

jakby widział coś, czego ja nie dostrzegałam. - To naprawdę coś - dodał. 

 - Coś. - Uśmiechnęłam się. - Tak, to by dobrze opisywało tę pracę. 
 - Nie to miałem na myśli. 
Spojrzałam na jego twarz, doskonale zdając sobie sprawę, że chodzi o

coś więcej niż tylko moja kiepska rzeźba.

Ben patrzył mi w oczy. Miał zaciśniętą szczękę i ściągnięte usta.
 - Mogę cię o coś spytać? 
 - Jasne. - Starałam się zachować spokój. 
 - Czemu chciałaś, żebym po ciebie przyjechał? Nie zrozum mnie źle,

cieszę się, że to zrobiłaś. Po prostu jestem ciekaw. 

Zakryłam rzeźbę.
 - Czy to ma coś wspólnego z twoją mamą? - spytał. 
 - Co z nią? 
 - Dotknąłem jej, pamiętasz? 
Mój  umysł  pracował  na  pełnych  obrotach.  Co  widział?  Czy  w  ogóle

mógł coś wyczuć?

 - Wydarzył się wypadek - mówił dalej. - Brał w nim udział ktoś bardzo

bliski twojej mamie. Siostra albo może przyjaciółka. 

 - I wyczułeś to z uścisku dłoni? 
 - Mam rację? Wszystko z nią w porządku? 
 - Z mamą czy z ciocią? - Z obiema. 
Spuściłam wzrok, myśląc, kiedy ostatnio mama była aż tak przybita.
 - Ciocia się wyliże, ale naprawdę nie wiem, co będzie z mamą. 
 - Musi przestać obwiniać się o to, co się stało. To nie była jej wina. 
 - Może powinieneś posłuchać własnej rady - powiedziałam, patrząc na

niego. 

 - A kto mówi, że się obwiniam? 
 - Ja. I nie muszę cię dotykać, żeby to wiedzieć. 
  -  Może  po  prostu  żałuję,  że  nie  mogę  cofnąć  czasu  i  wszystkiego

zmienić. 

 - Czy pomaganie mi wszystko naprawi? Ulży ci trochę? 
 - To nie jedyny powód, dla którego chcę ci pomóc. Może i od tego się

zaczęło, ale teraz, kiedy cię lepiej poznałem, muszę ci pomóc. 

background image

 - Naprawdę? - Czułam, że mój głos drży. 
  -  Naprawdę  -  odparł,  podchodząc  bliżej.  Nasze  twarze  dzielił  jeden

pocałunek. 

Próbowałam dotknąć blizny na jego przedramieniu, jednak Ben cofnął

rękę.

 - Przepraszam. - Odwrócił wzrok, bym nie widziała jego twarzy. Albo

łez w oczach. 

  -  Nie  każdy  dotyk  jest  zły.  -  Otworzyłam  pudełko  świeżej  czerwonej

gliny, odkroiłam spory kawałek i położyłam przed nim na desce. 

 - Po co to? - spytał. 
 - Powiedziałeś, że chciałbyś nauczyć się rzeźbiarstwa, czyż nie? 
Chłopak niepewnie skinął głową, ale wziął do ręki glinę. Powoli gładził

jej powierzchnię, widać było jednak, że nie wie, co dalej robić.

  -  Ona  nie  gryzie  -  powiedziałam,  napełniając  kubek  wodą  z  kranu.

Namoczyłam w nim gąbkę i polałam jego palce kilkoma kroplami wody. 

  -  Musisz  nawilżać  glinę,  inaczej  wyschnie  i  stwardnieje.  Zaczął

ugniatać masę palcami, ale robił to niepewnie. 

  -  Spróbuj  się  w  nią  zatopić  -  poradziłam,  podciągając  mu  rękawy  do

łokci. 

  -  No  nie  wiem.  -  Pokręcił  głową.  -  Rzeźba  chyba  jednak  nie  jest  dla

mnie. 

 - Spróbuj. - Podciągnęłam swoje rękawy i lekko położyłam dłonie na

jego  rękach.  Z  początku  drgnął,  a  mięśnie  na  jego  ramionach  się  napięły.
Potem  jednak  ułożyłam  swoje  palce  nad  jego  i  pomogłam  mu  formować
glinę. Razem utworzyliśmy z niej wałek, aż wreszcie w którymś momencie
jego dłonie się rozluźniły. 

Miał powolny, rytmiczny oddech, jakby starał się skoncentrować.
  -  Nie  zrobisz  mi  krzywdy  -  powiedziałam,  przesuwając  dłoń  na  jego

przedramię  i  lekko  dotykając  blizny.  Moje  palce  gładziły  ją  delikatnie,
rozsmarowując przy tym glinę i mocząc skórę. 

Ben spojrzał mi w oczy.
 - Zbyt wiele? - spytałam świadoma swojego oddechu i przyspieszonego

bicia serca. 

Otworzył  usta,  jakby  chciał  coś  powiedzieć.  Nie  zrobił  tego  jednak.

Pozwolił  moim  dłoniom  prowadzić  ręce  po  glinie.  Nasze  splecione  palce
naciskały  na  lepką  masę,  powodując  wybrzuszenia  i  zagłębienia.  Po  kilku

background image

minutach  stworzyliśmy  coś,  co  wyglądało  jak  szyszka,  choć  kształtem
przypominało raczej gruszkę.

 - Nieźle - stwierdziłam, zauważając symetrię. - Jak uważasz? 
Ben  stanął  twarzą  do  mnie.  Patrzył  tak  intensywnie,  jakby  miał  coś

ważnego do powiedzenia.

  -  Co  się  stało?  -  spytałam.  -  Czyżbyś  poczuł  coś,  o  czym  powinnam

wiedzieć? 

Sięgnął, by mnie dotknąć. Jego skóra była wilgotna i śliska.
  -  Ciii...  -  wyszeptał,  koncentrując  się.  Przesunął  dłońmi  po  moich

przedramionach, a potem wyżej, pod rękawami bluzki. 

Tętno mi przyspieszyło, a żołądek się zacisnął. Poczułam palce Bena na

policzku.

Zamknęłam  oczy,  rozkoszując  się  delikatnym  dotykiem  na  szyi.

Przyciągnął mnie bliżej.

 - Rozluźnij się - wyszeptał mi prosto do ucha. 
A  potem  mnie  pocałował.  Wsunął  palce  pod  moją  koszulkę  i  lekko

pogładził plecy. Czułam, że rozpływam się pod jego dotykiem.

Ujęłam  jego  twarz  w  dłonie,  oddając  pocałunek.  Znów  poczułam  jego

ręce na przedramionach, a potem na nadgarstkach.

  -  Czy  to  zbyt  intensywne  dla  ciebie?  -  spytałam,  gdy  na  moment

przerwaliśmy. 

Pokręcił głową i przesunął deskę z naszym wspólnym dziełem na bok,

potem  podniósł  mnie  i  posadził  na  stole.  Czułam  jego  biodra  na  swoich
udach...

 - Tak dobrze? - wyszeptał mi do ucha. Miał gorący oddech. 
Skinęłam  głową  i  znów  zaczęliśmy  się  całować.  Nie  przestawaliśmy

przez następną godzinę, aż glina na naszych rękach wyschła i się skruszyła.

Aż zakręciło mi się w głowie i ledwie mogłam ustać na nogach.

background image

Rozdział 45 
 
 
 
Po  tym,  jak  Ben  podrzucił  mnie  do  domu,  długo  leżałam  na  łóżku

całkiem rozbudzona i zastanawiałam się, czy to się naprawdę stało, czy też
sobie to wszystko wymyśliłam.

Wiem, że to zabrzmi dziwnie, i pewnie śmiałabym się, gdyby Kimmie

albo ktokolwiek inny powiedział coś podobnego, ale gdyby nie mrowienie,
które  wciąż  czułam  na  ustach,  i  prąd  przepływający  mi  w  żyłach,
przysięgłabym, że dzisiejszy wieczór to jedynie wytwór mojej wyobraźni.
Taki był wspaniały.

Na  śniadanie  tata  przyniósł  sok  pomarańczowy  i  wypieki:  placek  z

truskawkami  w  cukrze,  placki  z  glutenem,  kupne  ciasto  kawowe.
Najwyraźniej starał się zadośćuczynić za nieobecność mamy. Wciąż leżała
w łóżku. Kiedy wcześniej mijałam jej pokój, była nakryta aż po samą szyję
i nie chciała rozmawiać.

  -  Potrzebuje  teraz  trochę  przestrzeni  -  odparł  tata,  gdy  go  o  to

spytałam. 

 - A co z pracą? 
Siedział naprzeciwko. Upił łyk kawy.
 - Przez następnych kilka dni ktoś poprowadzi zajęcia za nią. 
 - Kilka dni czy kilka tygodni? 
Tata  spojrzał  surowo,  ale  zamiast  odpowiedzieć,  zapytał  o  jedzenie  w

szkole i dał mi dodatkowe pięć dolarów na lunch.

 - Co zrobimy? 
  -  Z  mamą?  -  spytał,  jakbym  naprawdę  musiała  wyjaśniać,  o  co  mi

chodzi. - Damy jej trochę przestrzeni. 

 - A jeśli wcale jej nie potrzebuje? Odchrząknął. 
  -  Wiem,  że  chcesz  dobrze,  ale  to  sprawa  między  twoją  mamą  i  jej

siostrą. 

 - Ciocią Alexią - poprawiłam go, chociaż dziwnie było ją tak nazywać.

Ostatni  raz  widziałam  ją,  gdy  jeszcze  chodziłam  do  przedszkola.  Tak
przynajmniej mi powiedziano. 

 - Nic o tym nie wiesz. 

background image

 - Wiem, że obwinianie się o coś, co miało miejsce czterdzieści lat temu,

nie jest rozwiązaniem. Naprawdę uważasz, że to wina mamy, że babcia tak
nienawidziła Alexii? 

 - To nie dlatego mama się obwinia. 
 - Wiem. - Byłam pewna, że chodzi raczej o to, że gdy dorastały, mama

nie  zrobiła  nic,  aby  ochronić  młodszą  siostrę.  Według  słów  mamy,  babcia
winiła Alexię za odejście męża i zawsze traktowała ją z nienawiścią. Mama
tymczasem była kochana i rozpieszczana, często tylko po to, żeby jeszcze
bardziej zranić siostrę. 

 - To nie przez mamę ciocia Alexia ma problemy. 
 - Cii... - Tata wskazał na korytarz. Drzwi do ich sypialni były uchylone.

- Naprawdę nie znam odpowiedzi - ściszył głos. 

 - Ja też nie, ale wiem, że tkwienie w przeszłości niszczy teraźniejszość.

Mama musi zwalczyć swoje demony i przestać żyć w poczuciu winy. 

Tata uśmiechnął się i zamieszał kawę, chociaż pił ją bez mleka i cukru.
 - Chyba wiesz, o czym mówisz. 
 - Wiem - odparłam, myśląc o Benie. 
 - Więc jak ma się zmierzyć z tymi demonami? 
 - Po pierwsze musi porozmawiać z siostrą. 
  -  A  po  drugie  ja  muszę  znaleźć  chwilę,  żebyśmy  pogadali.  -  Stuknął

kubkiem w moją szklankę z sokiem. - Przepraszam, że ostatnio byłem taki
zajęty. 

  -  Nie  ma  sprawy.  -  Kusiło  mnie,  żeby  od  razu  mu  wszystko

powiedzieć. 

Umówiliśmy  się  jednak,  że  porozmawiamy  przy  długo  odkładanej

kolacji w Taco Bell, nad chipsami i taco. Potem poszłam do szkoły.

Do  ósmej  zostało  jeszcze  trochę  czasu,  ale  korytarze  były  już  pełne.

Mijałam  grupki  osób  pogrążonych  w  rozmowie,  zastanawiając  się,  czemu
mi się przyglądają.

Matt stał przy swojej szafce. Skinął mi dłonią na przywitanie.
 - Co się dzieje? - spytałam, widząc Davisa Millera stojącego na uboczu

z kumplami z kapeli. Wskazywali na mnie. 

 - Nie słyszałaś? - Matt zatrzasnął drzwi szafki. Zaprzeczyłam. Kątem

oka dostrzegłam kilka zapłakanych dziewcząt. Senora Lynch starała się je
pocieszyć. 

background image

 - Debbie Marcus jest w śpiączce - powiedział. - To się stało wczoraj w

nocy. 

 - Co? 
 - Podobno późno wracała do domu, koło wpół do drugiej w nocy, i ktoś

w nią wjechał. 

 - Ktoś czy samochód? 
 - Dokładniej mówiąc, motor. Tak przynajmniej wszyscy mówią. 
 - I sądzą, że to Ben. Matt wzruszył ramionami. 
 - Nikt inny jej nie prześladował. 
 - Poczekaj. - Pokręciłam głową. Ben podwiózł mnie do domu około w

pół do drugiej. - Gdzie to się stało? 

 - Na ulicy Columbus, niedaleko twojego domu. Czemu pytasz? Wiesz

coś? 

  -  Nie  -  skłamałam.  Poczułam,  że  szyja  robi  mi  się  gorąca.  Głęboko

odetchnęłam i zerknęłam wzdłuż korytarza. Mnóstwo osób patrzyło w moją
stronę. - O co im chodzi? 

 - Myślą, że będziesz następna. 
 - Co? - Moje serce stanęło, a w głowie zaczęło wirować. 
  -  Camelia?  -  Matt  podszedł  bliżej  i  wziął  mnie  za  ramię.  -  Chcesz

usiąść? 

Potrząsnęłam głową.
 - Chyba nie powiesz mi, że jesteś zaskoczona - rzekł. 
 - Po prostu nie rozumiem. 
  -  Mówię  tylko,  co  słyszałem  -  zapewniał.  -  Policja  właśnie  go

przesłuchuje. 

 - Bena? 
  -  Cóż...  No,  tak.  -  Widząc,  jak  się  martwię,  przygryzł  dolną  wargę,

jakby chciał pokazać, że i jemu się to nie podoba. 

  -  Skąd  wiedzą,  że  to  był  jego  motor?  -  spytałam.  -  Czy  ktoś  widział

zdarzenie? 

 - Debbie powiedziała policji, że to był motor - odezwała się Kimmie,

włączając  się  do  rozmowy.  -  Zanim  zapadła  w  śpiączkę,  wymieniła  imię
Bena. 

 - Czemu wracała tak późno sama? - pytałam. 
  -  Podobno  miała  nocować  u  Mandy,  swojej  przyjaciółki  -  wyjaśnił

Matt. - Ale nastąpił jakiś rodzinny dramat i Debbie postanowiła wrócić do

background image

domu. Mieszka pięć minut piechotą od Mandy. 

Byłam kompletnie zdezorientowana.
 - To nie ma sensu. Jak do tego doszło? 
 - Pytanie, które powinnaś sobie zadać, to co ty z tym zrobisz? - rzekła

Kimmie. 

 - Ja? 
 - Ziemia do Camelii! On ciebie też prześladuje. 
 - Po prostu się o ciebie martwimy - wtrącił Matt. Wymienił z Kimmie

spojrzenia. Było oczywiste, że omawiali moją sytuację. 

 - To nie Ben mnie prześladuje. 
  -  Doprawdy?  A  kto  ci  to  powiedział?  -  zaczęła  Kimmie  z  irytacją.  -

Ben? 

 - Nie masz pojęcia, o czym mówisz - syknęłam. 
 - Nie - warknęła. - To ty nie masz pojęcia. W przeciwieństwie do ciebie

staram się być dobrą przyjaciółką! 

 - Co to miało znaczyć? 
Matt przeprosił i obiecał, że porozmawiamy później, a Kimmie mocniej

wcisnęła dłonie do kieszeni płaszcza.

 - Kiedy ostatnio spytałaś, jak się czuję i co u mnie słychać? 
Miała  mi  poza  tym  za  złe,  że  nigdy  nie  spytałam  o  warsztaty  w

Instytucie Mody, na które chciała się dostać, i że nie okazałam ani grama
zainteresowania tym, co się dzieje u niej w domu.

  -  Chodzi  ci  o  ojca?  -  spytałam.  Na  halce  jej  spódnicy  zauważyłam

naszytą  literę  K,  wkomponowaną  w  odcisk  ust  umalowanych  czarną
szminką - jej logo. 

  -  Tak,  o  ojca  -  rzuciła.  -  Ostatnio  zachowuje  się  jak  dwudziestoletni

student, a ciebie to nie interesuje. I nie chodzi tylko o mnie - ciągnęła, nie
przerywając nawet na złapanie oddechu. - Wesa też nie wspierałaś. 

 - Wesa? Skinęła głową. 
 - Czemu nigdy nie zaproponowałaś, że będziesz udawać przy jego ojcu

jego dziewczynę? 

 - Nie wiem - odparłam. Czułam, że broda zaczyna mi drżeć. 
  -  Ja  też  nie  wiem.  -  Kimmie  westchnęła.  -  Naprawdę  nie  mam  już

ochoty się dalej z tobą kłócić, a już na pewno nie o Bena. 

 - Ostatnio miałam sporo na głowie - broniłam się. 

background image

  -  Właśnie  dlatego  byłam  taka  cierpliwa  i  wysłuchiwałam  twojej

gadaniny o Benie. 

  -  Nie  rozumiesz  -  powiedziałam.  -  Dotknął  mnie  i  wyczuł,  że  gdy

byłam  w  drugiej  klasie,  zgubiłam  się.  Pamiętasz...  Wtedy,  podczas
przerwy? 

  -  Żartujesz  sobie?  -  Przewróciła  oczami.  -  Wszyscy  w  szkole  o  tym

wiedzieli. Przecież ogłaszali to przez radiowęzeł. Naprawdę sądzisz, że nie
mógł o tym po prostu usłyszeć? To małe miasteczko. Ludzie lubią gadać. 

Nabrałam powietrza. Wciąż mi się kręciło w głowie. Miałam wrażenie,

że ktoś kopnął mnie w brzuch.

  -  Słuchaj,  powiem  to  tylko  raz:  nie  ufam  Benowi.  Nie  wierzę  w

historyjki,  którymi  cię  karmi.  Nikt  inny  też  w  to  nie  wierzy.  Jedna
dziewczyna nie żyje, inna leży w śpiączce. Co będzie z tobą? 

  -  Nie  wiem  -  wyszeptałam,  do  oczu  napłynęły  mi  łzy.  Bałam  się

bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. 

  -  Musisz  porozmawiać  z  policją  -  rzuciła  stanowczo,  podając  mi

chusteczkę. - Powiedziałaś już rodzicom? 

 - To nie takie proste. 
 - Oczywiście. - Znów przewróciła oczami. 
  -  Nie  -  odparłam,  ocierając  łzy.  -  Nic  nie  rozumiesz.  Wieczorem

pogadam z tatą. 

 - Jeśli nie ty, to ja to zrobię. Masz moje słowo. Daję ci czas do dzisiaj

do ósmej wieczorem. 

 - Kimmie, przepraszam. 
 - Wiem - mruknęła, wreszcie mi odpuszczając. - Gdyby to zależało ode

mnie, każdy facet miałby naszywkę: „Przekroczenie zalecanej dawki może
doprowadzić  do  irracjonalnego  zachowania,  kiepskiej  oceny  sytuacji  i
oddalenia  się  od  przyjaciół".  -  Odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  do  sali.
Zygzakowata  halka  jej  sukienki  baby  doll  powiewała,  przypominając  mi,
jak niesamowicie Kimmie jest utalentowana. 

I jak bardzo straciłam kontakt z rzeczywistością.

background image

Rozdział 46 
 
 
 
Dzisiaj wezwano mnie do biura szkolnego psychologa. Z początku pani

Beady  zachowywała  się,  jakby  to  była  zwyczajna  rozmowa,  ale  potem
zaczęła wypytywać - czy wszystko u mnie w porządku, czy mam chłopaka,
czy czuję się w szkole bezpieczna... 

Nie zdradziłam się ani słowem, chociaż bardzo chciałam zrzucić ciężar

z ramion.

Podobno  Ben  zjawił  się  dzisiaj  w  szkole,  ale  ledwie  zdążył  zsiąść  z

motoru,  został  zaatakowany  przez  grupę  chłopaków.  Niewiele  wiadomo  o
tym,  kto  był  w  tej  grupie,  grunt,  że  Ben  skończył  z  rozciętą  wargą  i
podbitym okiem. Władze placówki zadzwoniły do jego ciotki i odesłały go
do domu, ale szczerze mówiąc, nie wydawały się zbyt przejęte jego stanem.
Ich głównym zmartwieniem była teraz biedna Debbie.

I biedna ja.
Nauczyciele, z którymi nigdy nie miałam lekcji, ludzie, z którymi nigdy

nie  zamieniłam  słowa  -  wszyscy  oferowali  mi  ramię  do  wypłakania.  Z
każdym  rzuconym  w  moim  kierunku  spojrzeniem  i  każdym  słowem
ostrzeżenia  zastanawiałam  się  obsesyjnie:  czy  jestem  jedną  z  tych
głupiutkich  dziewcząt,  które  widuje  się  w  horrorach,  jak  uciekając  przed
mordercą potykają się o własne szpilki? 

Nie, nie jestem taka. Wierzę instynktowi - temu cichutkiemu głosikowi

wewnątrz,  który  mówi  mi,  bym  zaufała  Benowi,  bym  go  wysłuchała,  a
wyznanie  wszystkiego  władzom  szkoły  sprawi,  że  go  mi  odbiorą,  właśnie
teraz, gdy potrzebuję z nim porozmawiać. 

Lekcje się skończyły. Wysiadłam z autobusu i przystanęłam po drugiej

stronie ulicy naprzeciwko jego domu.

Motor  stał  zaparkowany  na  podjeździe.  Przeszłam  na  drugą  stronę,  by

mu się przyjrzeć. Sprawdzić, czy ma jakieś wgniecenia albo odpryski farby,
które  wskazywałyby,  że  miał  zeszłej  nocy  wypadek.  Poza  długą,
piętnastocentymetrową rysą na baku, motor był cały.

Chwilę później usłyszałam skrzypienie w domu u sąsiadów. Zerknęłam

w  tamtym  kierunku.  Starsza  pani  obserwowała  mnie  ze  stojącej  na  ganku

background image

huśtawki.  Gdy  spostrzegła,  że  się  jej  przyglądam,  przestała  się  bujać  -
jęczenie zawiasów ustało. 

 - Wszystko na swoim miejscu? - Zza moich pleców rozległ się głos. 
Przestraszyłam się i momentalnie obróciłam.
Za  mną  stał  Ben.  Miał  spuchniętą  wargę,  a  w  kąciku  ust  pozostała

zakrzepła krew. Pod okiem odznaczał się ciemnofioletowy siniec.

 - Co tutaj robisz? - spytał. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. 
  -  Chciałam  cię  zobaczyć.  -  Podeszłam,  by  przyjrzeć  się  jego  ranom.

Miał na brodzie rozcięcie w kształcie księżyca. - Jesteś cały? Słyszałam, co
się stało. 

  -  O  czym  dokładnie?  O  bójce  czy  o  tym,  że  podobno  z  mojej  winy

Debbie Marcus leży teraz w śpiączce? 

Zerknęłam do tyłu. Kobieta wciąż siedziała na ganku, patrząc w naszym

kierunku.

  -  Nie  przejmuj  się  nią.  -  Ben  wskazał  sąsiadkę.  -  Przez  cały  dzień

ludzie mnie obserwują i wydzwaniają do domu. 

 - Jacy ludzie? 
 - Dziennikarze, wściekli rodzice, ludzie z rady szkoły, ci, którzy mnie

nawet nie znają... 

 - A policja? - spytałam, przypomniawszy sobie słowa Matta. 
Ben skinął głową.
  -  Zupełnie  jakbym  od  nowa  przechodził  to,  co  stało  się  z  Julie.  Z  tą

różnicą, że tym razem nic nie zrobiłem. 

 - Tym razem? 
Ponownie przytaknął, ale nie rozwinął myśli.
 - Nie muszę się zgadzać na to gówno. Ciocia też na to nie zasłużyła.

Dyrektor zadzwonił do niej i powiedział, że powinienem wziąć sobie kilka
tygodni wolnego. 

 - Nie mogą tego zrobić. 
 - To bez znaczenia. Stało się. 
 - Więc co teraz? 
 - Powiedz, czemu tu przyszłaś? 
 - Chciałam cię zobaczyć - powtórzyłam. 
 - I dlatego oglądałaś mój motor? 
Poczułam ucisk w piersi, a w gardle formującą się gulę. Zerknęłam na

jego motor i na rysę na zbiorniku paliwa.

background image

 - Jakiś problem? - dopytywał, jakby znał już odpowiedź. 
 - Zauważyłam rysę. - Wskazałam ręką zadrapanie. 
 - Jak myślisz, skąd się wzięła? 
 - Nie wiem. Skąd? 
 - Nie ufasz mi, prawda? - bardziej stwierdził fakt, niż zapytał. 
 - Chciałabym znać kilka odpowiedzi - zaczęłam. - Mówią, że Debbie

miała wypadek około pierwszej trzydzieści na Columbus. To obok mojego
domu i w czasie, kiedy mnie odwoziłeś. 

 - Ale jej nie potrąciłem - zapewnił. 
 - Byłeś na ulicy Columbus? 
 - A jeśli powiem, że tak? 
 - To nie jest odpowiedź. 
 - A jakiej odpowiedzi oczekujesz? 
  -  Chcę  prawdy  -  nalegałam.  -  Powiedz  mi  prawdę.  Spraw,  żebym

zrozumiała. Debbie sądzi, że to byłeś ty. Tak powiedziała policji. 

 - Wymieniła moje imię - sprostował. - I że potrącił ją motor. Ale nie

powiedziała,  że  to  ja  go  prowadziłem.  -  Patrzył  na  mnie,  czekając  na
reakcję, jakby to, co mówił, miało wszystko naprawić. 

Ale to tylko pogorszyło sprawę.
Spojrzałam jeszcze raz na motor, zastanawiając się, czy ta rysa widniała

już na nim wcześniej. Obawiałam się, że bym ją zauważyła.

 - Zarysował się dzisiaj - wyjaśnił. - Jakieś gnojki kopnęły motor i się

przewrócił. 

 - Naprawdę? 
 - Tak trudno w to uwierzyć? - Wskazał swoją poobijaną twarz. - Więc

co teraz? - spytał. 

 - Nie wiem. 
Wyciągnął dłoń, by wziąć mnie za rękę.
 - Wciąż muszę ci pomóc. 
Wbiłam wzrok w ziemię. Nie byłam jeszcze gotową na jego dotyk. Ani

na pokazanie mu myśli.

Mimo to ujął moją dłoń.
Jego  palce  zamknęły  się  wokół  moich.  Z  początku  ich  uścisk  był

delikatny, niemal pocieszający, potem jednak się nasilił.

  -  Ben  -  prosiłam,  starając  się  uwolnić.  Drugą  ręką  chwycił  mnie  za

nadgarstek. 

background image

 - Puść! - poprosiłam, tym razem głośniej. 
Nie  słyszał.  Miał  dzikie  spojrzenie  i  mocno  zaciśnięte  usta.  Trzymał

moją  rękę  tak  mocno,  że  zabolało.  Spociłam  się,  a  w  głowie  zaczęło  mi
wirować.

Na  jego  bladej  twarzy  malowała  się  furia  -  nie  było  wątpliwości,  co

wyczuł. Ponownie spojrzałam na kobietę na ganku. Weszła do domu. Może
chciała zadzwonić po pomoc? 

Po kilku kolejnych minutach proszenia i wyrywania się zagrałam ostro -

kopnęłam go w nogę. Zbiłam go tym z tropu i zdołałam się wyrwać. Tracąc
dech,  cofnęłam  się  kilka  kroków.  Czułam,  że  twarz  zastyga  mi  w
przerażeniu. 

 - Co się właśnie stało? - spytałam.  
Ben również się trząsł. Zagryzł wargę, jakby próbując się opanować. 
 - Straciłem kontrolę - wyszeptał. 
 - Nic mi nie jest - zapewniłam go. 
  -  Może  teraz,  ale  co  będzie  następnym  razem?  Wystarczy  jedno

potknięcie. 

  -  Tutaj  nie  ma  żadnego  klifu.  -  Starałam  się  rozładować  napięcie,

chociaż wewnątrz byłam roztrzęsiona. 

Ben pokręcił głową. Nie chciał dłużej słuchać, nie mógł nawet spojrzeć

mi w oczy.

 - Masz rację, że mi nie ufasz. 
 - Ale ja chcę ci ufać. Dlatego tu jestem. Dlatego postanowiłam przyjść

tutaj, zamiast powiedzieć wszystko policji. 

Sięgnęłam, by wziąć go za rękę, ale Ben się odsunął, nim zdążyłam go

dotknąć.

  -  Potrzebuję  cię  -  mówiłam  dalej.  -  Potrzebuję,  byś  pomógł  mi

rozszyfrować tę łamigłówkę. 

Wciąż kręcąc głową, odwrócił się i wszedł do domu.

background image

Rozdział 47 
 
 
 
Było dopiero kilka minut po czwartej. Wiedziałam, że tata jeszcze nie

wrócił  do  domu,  a  mama  nie  odbierała  telefonu.  Postanowiłam  pójść  do
Knead.

Spencer był w warsztacie. Uczył grupę z ośrodka seniora. Wątła kobieta

z włosami zafarbowanymi różową płukanką malowała dla swojego partnera
gigantyczny kubek w kształcie piersi - piło się z sutka. Nie wiedziałam, co
jest dziwniejsze - to, że maluje go osiemdziesięciolatka, czy to, że wybrała
jaskrawoniebieski  kolor  tła  z  biało  -  czerwonymi  paskami,  jakby  to  był
jakiś hołd składany Ameryce. Tak czy inaczej, rozbawiło mnie to, a właśnie
śmiechu potrzebowałam teraz najbardziej. 

Pomasowałam  nadgarstek,  który  wciąż  był  zaczerwieniony,  i

odsłoniłam rzeźbę, czując, że chcę popracować.

 - Cieszę się, że wciąż nad tym pracujesz - powiedział Spencer, stając

obok. 

 - Czuję determinację, by stworzyć coś dobrego. 
 - Też tak mam. Czasami praca nie pozwala mi w nocy spać. Kiedy się

kładę,  męczą  mnie  wyrzuty  sumienia,  zupełnie  jakbym  opuszczał
przyjaciela w potrzebie. 

Przytaknęłam.  Byłam  bardzo  ciekawa,  co  stworzę  -  ciekawa,  co

wyniknie z poddania się w pełni mocy dotyku. 

Spencer patrzył przez chwilę, jak nawilżam powierzchnię gliny gąbką i

wycinam otwór na drzwi mojego auta.

  -  Mam  wrażenie,  że  to  będzie  najbardziej  intrygująca  z  twoich

dotychczasowych  prac.  Albo  przynajmniej  taka  z  namiastką  duszy.  -
Uśmiechnął się. 

Odpowiedziałam  mu  tym  samym,  przesuwając  palcami  po  glinie.

Podczas gdy mój szef wrócił do swoich uczniów, uformowałam zderzak i
ukształtowałam rurę wydechową. Zamknęłam oczy i skoncentrowałam się
na  dłoniach,  na  tym,  do  czego  dążą.  Gładziłam  glinę  palcami,  ulepiłam
szeroko  otwarte  drzwi  od  strony  pasażera.  Kilka  minut  zajęło  mi  dodanie
wgięcia na błotniku i rysy na wlocie powietrza. Wreszcie wygniotłam kilka
dziur z boku, tylko i wyłącznie dlatego, że czułam, iż powinny tam być.

background image

Ponad  dwie  godziny  później  wciąż  pracowałam.  Spencer  wyszedł  już,

wcześniej  jednak  wywiesił  na  drzwiach  tabliczkę  ZAMKNIĘTE.
Wiedziałam,  że  czas  mija  i  że  muszę  wrócić  do  domu.  Tata  będzie  mnie
szukał. Zaczęłam odkładać wszystko na miejsce. Nagle mój wzrok przykuła
szyszka, którą wyrzeźbiliśmy z Benem.

Chciałam ją podnieść, ale przestraszył mnie dzwonek rozbrzmiewający

przy drzwiach.

W środku stał Matt.
 - Hej. - Brakło mu tchu. - Miałem przeczucie, że cię tu znajdę. 
Popatrzyłam na drzwi zdziwiona, że Spencer nie zamknął ich na klucz.
 - Coś się stało? 
Jego twarz była blada, a na czole perlił się pot.
 - Chodzi o Bena - powiedział. 
 - Co z nim? 
 - Miał wypadek. Przewrócił się na motorze. 
 - To znaczy? 
 - Odbiło mu i przy jeziorze zaczął się ze mną ścigać. Jechał za mną i

obijał się o zderzak. Nawet wgniótł mi drzwi. 

 - Czekaj! Co takiego? 
 - Musisz ze mną iść. Tylko ciebie posłucha. 
 - Nic mu nie jest? 
Matt  pokręcił  głową  i  spojrzał  w  kierunku  drzwi.  Jego  auto  było

zaparkowane tuż pod latarnią.

Bez zbędnych pytań chwyciłam kurtkę i zamknęłam za sobą pracownię.
 - Gdzie teraz jest? - spytałam, gdy już ruszyliśmy. 
Matt  podgłośnił  radio  -  puszczali  właśnie  jakąś  piosenkę

heavymetalową. Skręcił kilka razy i wyjechał na główną ulicę. 

 - Gdzie on jest?! - przekrzyczałam muzykę. 
 - W szpitalu. Ścigał się ze mną i stracił kontrolę. Motor się przewrócił i

wpadł na drzewo. 

 - Zadzwoniłeś po karetkę? 
 - Tak. Był nieźle poobijany. 
 - Dlaczego się ścigaliście? Pokłóciliście się o coś? 
 - Facetowi kompletnie odbiło - powtórzył. 
 - Tak, ale dlaczego? Przecież musiał być jakiś powód. 
 - Najwyraźniej nie dla niego. 

background image

 - To nie ma sensu - westchnęłam. - To jest do niego niepodobne. 
 - Nie widziałaś jeszcze, jaki ma temperament?  
Zerknęłam  za  okno.  Obserwowałam,  jak  Matt  po  raz  kolejny  skręca  i

wyjeżdża na autostradę. 

 - W którym jest szpitalu? - spytałam. Coraz bardziej oddalaliśmy się od

jeziora. 

 - W Fairmont. - Znów podkręcił radio. 
 - Dlaczego tam?! - Cały czas przekrzykiwałam muzykę. 
Matt wzruszył ramionami.
  -  Tam  go  zawieźli.  Facet  z  dyspozytorni  powiedział,  że  tam  mają

dzisiaj więcej personelu. 

Zacisnęłam pięści tak, że paznokcie wbijały mi się w skórę. Musiałam

zobaczyć Bena, i to natychmiast. Prędkościomierz wskazywał dużo ponad
130 km/h. Ciężka muzyka atakowała moje uszy, potęgując zdenerwowanie.

Wreszcie Matt skręcił na prawy pas i zjechał na Fairmont. Kilka minut

później  dotarliśmy  do  centrum  miasteczka.  Początkowo  kierowaliśmy  się
znakami wskazującymi szpital.

Fairmont  było  jeszcze  bardziej  ponure,  niż  zapamiętałam.  Właśnie

dlatego  prawie  nigdy  tu  nie  przyjeżdżam.  Przy  wąskiej  ulicy  są  jedynie
mały sklep warzywniczy, pizzeria i stacja benzynowa. Dostrzegłam kolejny
kierunkowskaz do szpitala, ustawiony pod jedną z niewielu latarni. Strzałka
kierowała nas w prawo.

Ale Matt skręcił w lewo.
 - Przegapiłeś znak - zwróciłam mu uwagę. 
Przyciszył muzykę i powiedział, że zna skrót. Utknęliśmy na światłach.

Czerwone paliło się w nieskończoność.

Wewnątrz auta Matta było zimno i wilgotno, a z minuty na minutę coraz

bardziej niewygodnie.

 - Powinniśmy zawrócić - stwierdziłam. 
Matt podrapał się nerwowo po twarzy, a potem poprawił tylne lusterko.

Odświeżacz powietrza huśtał się wokół, a ja poczułam wreszcie unoszący
się w powietrzu toksyczny zapach - coś jak spray na robaki. 

 - Chyba się zgubiliśmy - wymamrotał, skręcając w opuszczoną uliczkę,

a potem w kolejną, aż zupełnie straciłam orientację. 

Gdy  tak  oddalaliśmy  się  coraz  bardziej  od  centrum  miasteczka  i

zmierzaliśmy  ku  zalesionym  terenom,  w  moim  żołądku  narastała  gula,  a

background image

niepokój wzrastał. Popatrzyłam na swoje drzwi. Brakowało w nich klamki.

 - Spokojnie - oświadczył, zatrzymując auto na końcu ślepej uliczki. W

lesie  nieopodal  zaparkowana  była  przyczepa.  Może  znaleźliśmy  się  na
skraju  kempingu?  Matt  wyłączył  silnik  i  popatrzył  na  mnie  z  dziwnym
uśmiechem. - Boisz się? 

Zacisnęłam  zęby  i  poczułam,  że  drży  mi  powieka.  Próbowałam  z

nonszalancją  sięgnąć  do  kieszeni,  by  poszukać  komórki,  ale  Matt  to
zauważył. Wyrwał mi aparat i wyrzucił go przez okno.

 - To nie pora na telefony - powiedział, przysuwając się bliżej. 
 - Co ty wyprawiasz?  
 - Spokojnie - powtórzył. - Chcę tylko porozmawiać. 
 - Skłamałeś na temat Bena. Przyglądając mi się z uwagą, skinął głową.

Jego błękitne oczy były szeroko otwarte, a spojrzenie przenikliwie. 

 - Musiałem. Inaczej nie przyjechałabyś tu ze mną... Prawda? 
Zauważyłam, że klamka drzwi po jego stronie jest wciąż na miejscu.
 - O czym chcesz rozmawiać? - Próbowałam grać na zwłokę. 
 - O nas - wyszeptał, biorąc mnie za rękę. 
Powstrzymałam chęć wyszarpnięcia jej. Zastanawiałam się, czy zdołam

dosięgnąć kluczyków w stacyjce i czy mogłabym ich użyć do obrony.

 - Wciąż mi na tobie zależy. - Opuszkami palców gładził moją dłoń. 
 - Mnie na tobie też - wykrztusiłam z trudem. 
  -  Nie  -  odparł.  -  To  mnie  naprawdę  na  tobie  zależy.  Żałuję,  że

zerwaliśmy. Właściwie, dlaczego tak się stało? 

Mój  umysł  pracował  na  pełnych  obrotach.  Szukałam  idealnej

odpowiedzi.

 - Uznaliśmy, że lepiej będzie, gdy pozostaniemy tylko przyjaciółmi. 
 - Nie - rzucił. - To ty tak uznałaś. Powiedziałaś, że nie chcesz związku,

ale wygląda na to, że zmieniłaś zdanie. Właściwie leżysz Benowi u stóp. 

 - Nie jestem nim zainteresowana - skłamałam. 
  -  Więc  czemu  ze  mną  przyjechałaś?  Czemu  wydawałaś  się  taka

zmartwiona, kiedy wspomniałem, że miał wypadek na motorze? 

Powoli  przesuwałam  rękę  wzdłuż  nogi,  mając  nadzieję,  że  dosięgnę

kluczyków. Tymczasem Matt wciąż mnie ganił, mówiąc, że jest zmęczony
patrzeniem,  jak  flirtuję  z  innymi,  że  nie  dbam  o  niczyje  uczucia  poza
swoimi i że jestem samolubną suką.

background image

 - Tata będzie mnie szukał - rzekłam, podejrzewając, że jest już sporo po

siódmej. 

 - To niech szuka Bena. - Uśmiechnął się ironicznie. - To jego obwinią,

kiedy nie będą mogli cię znaleźć. 

 - Znajdą mnie - wyszeptałam, czując ucisk w piersi. 
  -  Nie  mogło  się  złożyć  lepiej  -  ciągnął.  -  Jego  mroczna  przeszłość,

twoja chora fascynacja nim... 

 - Skrzywdziłeś Debbie? 
Pokręcił głową i przysunął się jeszcze bliżej.
 - Nie śledziłem Debbie - wyszeptał. - Śledziłem ciebie. 
Przeciągnął palcem po mojej twarzy i pogładził mnie po brodzie.
 - Nigdy się wiele nie całowaliśmy, prawda? 
  -  Kilka  razy  -  wymamrotałam,  przypominając  sobie  nasze  ostatnie

spotkanie  jako  pary.  Tamten  wieczór  przypominał  bardziej  wizytę  u
dentysty niż prawdziwą randkę. Zmuszenie wtedy Matta do rozmowy było
niczym  wyrywanie  zębów.  Nie  chciał  się  rozluźnić  ani  otworzyć,  a  i  tak,
nim  się  rozeszliśmy  każde  w  swoją  stronę,  próbował  mnie  pocałować.  W
samą porę odwróciłam głowę. 

Matt obrysował kciukiem moją dolną wargę.
 - Jesteś bardzo piękna. Wiesz o tym?  
Przywarłam  ustami  do  jego  ust.  Matt  zamknął  oczy  i  odwzajemnił

pieszczotę.  Sięgnęłam  do  stacyjki  i  spróbowałam  dosięgnąć  kluczyków.  Z
głośnym  brzękiem  spadły  na  podłogę.  Matt  zauważył,  co  robię,  chwycił
mój nadgarstek i wykręcił mi ramię. 

 - Ty suko! - krzyknął. 
 - Proszę - powiedziałam. - Zimno mi. Włącz ogrzewanie. - Wskazałam

wzrokiem na stacyjkę. 

Chłopak  rozluźnił  się  na  chwilę,  jakby  uwierzył.  Potem  jednak  zajrzał

do schowka i wyjął kajdanki. Przyciągnął do siebie moje wykręcone ramię i
próbował  nałożyć  srebrną  bransoletkę.  Zdołałam  uderzyć  go  drugą  ręką.
Minęłam  palcami  jego  oko  o  kilka  milimetrów.  Na  moment  osłupiał,
szybko  się  jednak  otrząsnął,  chwycił  moje  nadgarstki  i  zatrzasnął  wokół
nich kajdanki.

Otworzył  drzwi  i  wyszedł,  ciągnąc  mnie  za  sobą.  Krzyczałam  i

próbowałam  go  ugryźć.  Popchnął  mnie  na  wóz  i  zacisnął  dłonie  wokół
mojej szyi.

background image

 - Zamknij się! - nakazał. 
W gardle czułam palący ból. Krztusiłam się i dławiłam. Wreszcie mnie

puścił, mamrocząc, że następnym razem będę miała mniej szczęścia.

Na  zewnątrz  panowały  egipskie  ciemności.  Paliło  się  tylko  światło  od

samochodu. Nie zgasło, bo drzwi pozostały otwarte.

Trzymając  za  kajdanki,  Matt  zaprowadził  mnie  na  tył  auta.  Otworzył

bagażnik i schylił się, by coś w nim znaleźć. Kopnęłam go mocno w tylną
część  ciała.  Zatoczył  się,  nie  puszczając  jednak  kajdanków.  Uniosłam
ramiona i spróbowałam się wyrwać. Łzy ciekły mi po twarzy. 

 - Dość tego! - Zamachnął się, ale nie trafił mnie w twarz. Zdążyłam się

uchylić. 

Spróbowałam kopnąć go jeszcze raz, ale przyciągnął mnie bliżej, tak że

niemal  straciłam  równowagę.  Przygwoździł  mnie  kolanem  do  karoserii  i
uderzył pięścią w twarz.

Wszystko wokół zalała ciemność. Pod moimi powiekami rozjarzyły się

miliony gwiazd, a w głowie zawirowało.

background image

Rozdział 48
 
 
 
Zaczynasz  dochodzić  do  siebie  -  wyszeptał  głos.  Otworzyłam  oczy.

Przez chwilę wszystko było zamazane, a ja z bardzo ulotnym uczuciem ulgi
pomyślałam, że to wszystko było tylko złym snem. Potem jednak poczułam
ból w szczęce - palący, dręczący ból - i wówczas zrozumiałam. To nie sen.
To tylko koniec pierwszej rundy. 

Przegrałam ją.
Gdy  wzrok  mi  się  znów  wyostrzył,  zobaczyłam  Matta.  Siedział  po

turecku na wprost mnie.

 - Jak się czujesz? - spytał. 
Chciałam  odgarnąć  kosmyk  włosów  z  czoła,  ale  okazało  się,  że  moje

ręce wciąż są skute, teraz już z tyłu, za plecami.

 - Gdzie jesteśmy? - spytałam, rozglądając się. 
Jedynym  źródłem  światła  była  niewielka  lampka  stojąca  pomiędzy

nami.  Siedzieliśmy  na  podłodze  w  niewielkim  pokoju.  Prócz  przenośnego
stolika ustawionego w rogu nie było żadnych mebli czy urządzeń. Jedynie
cienki dywan na podłodze.

 - Nie martw się - powiedział. - Jesteśmy w bezpiecznym miejscu. 
Na stoliku zobaczyłam jedzenie i zgrzewkę wody do picia, chyba Matt

planował przetrzymywać mnie przez dłuższy czas.

  -  Może  to  cię  trochę  rozluźni.  -  Sięgnął  do  papierowej  torby  i  wyjął

pluszowego  miśka  polarnego.  Tego,  którego  nie  mogłam  znaleźć
poprzedniego  wieczoru.  -  Chcę,  żeby  było  ci  tu  wygodnie  -  oświadczył  i
rzucił mi zabawkę na kolana. 

Odciągnęłam ręce - zdziwiłam się, gdy poruszyłam nimi bez problemu.

Byłam przekonana, że przymocował kajdanki do ściany. 

  -  Trochę  ci  odpuściłem  -  powiedział,  sięgając  za  plecy.  Trzymał

skakankę  -  poznałam  po  plastikowych  uchwytach.  -  Zamierzałem
przywieźć  prawdziwą  linę,  ale  nawet  przy  tym  całym  planowaniu
zapomniałem ją kupić. Typowe, prawda? - Uśmiechnął się kpiąco. 

Obejrzałam  się  i  dostrzegłam  wystające  z  podłogi  metalowe  kółko.

Skakanką przywiązał do niego kajdanki.

background image

 - Masz trochę pola manewru, ale nie dasz rady wstać. Wydawało mi się

to uczciwe, skoro będziesz tu spała. 

 - Co takiego? - Poczułam ucisk w żołądku. 
W odpowiedzi Matt się uśmiechnął. Oblał mnie zimny pot.
  -  I  nim  wpadnie  ci  do  głowy  myśl,  by  rozwiązać  ten  węzeł  -  mówił

dalej - to od razu uprzedzam, daruj sobie. Jestem ekspertem. 

Popatrzyłam  na  zestaw  różnych  supłów.  Musiało  być  ich  około

czterdziestu, każdy splątany z poprzednim. 

 - Imponujące, prawda? - spytał. 
Zignorowałam go i dalej rozglądałam się po pomieszczeniu. Za plecami

Matta zauważyłam wąskie drzwi, a po prawej okno. Roleta była zasunięta,
po bokach wisiały firanki.

 - Czego chcesz? - spytałam, patrząc mu w oczy. 
  -  Ciebie  -  wyszeptał.  -  Chcę  po  prostu  być  z  tobą.  Nie  poruszając

ramionami,  próbowałam  jakoś  wysunąć  dłonie  z  kajdanków,  były  jednak
zbyt ciasne. 

  -  Jesteśmy  przyjaciółmi  -  przypomniałam  mu.  -  Możesz  być  ze  mną,

kiedy zechcesz. 

 - Dobrze wiesz, że to nie jest prawda. 
  -  Mylisz  się.  -  Starałam  się  brzmieć  przekonująco.  Próbowałam

rozluźnić palcami jeden z węzłów, ale nie ustąpił ani na milimetr. 

Matt odgarnął mi włosy z twarzy.
  -  Jeśli  mnie  wypuścisz,  zaczniemy  od  nowa  -  obiecałam.  -  Możemy

zacząć znów się umawiać. 

 - Myślisz, że jestem głupi? - wybuchnął. - Nie kłam! Serce waliło mi

jak oszalałe, skronie rozsadzał ból. 

  -  Będziesz  tu  szczęśliwa  -  zapewnił.  -  Dam  ci  wszystko,  czego

zechcesz. 

 - Chcę, żebyś mnie wypuścił. 
 - Nie teraz. 
 - Więc kiedy? 
 - Kiedy powiesz, że mnie kochasz i będzie to prawdą. 
Przysunął się. Pachniał jak wnętrze jego auta - ciężko i toksycznie. 
Gorące łzy napłynęły mi do oczu.
 - Nie musi tak być - wyszeptałam. 

background image

  -  W  głębi  serca  właśnie  tego  chciałaś  -  powiedział  i  pocałował  moją

dolną wargę. - Prosiłaś o to, a ja chcę spełniać wszystkie twoje życzenia. 

 - Nie... - Odsunęłam twarz. 
 - Tak - powtarzał. - Prosiłaś o to, flirtując, skupiając na sobie uwagę. I

ta  twoja  nowo  odkryta  fascynacja  niebezpieczeństwem.  ..  Dlatego  lgniesz
do  Bena.  Chcesz  w  życiu  odrobinę  przygody.  Podoba  ci  się  pomysł
umawiania się z kimś, kto ma mroczną stronę. Właśnie to ci daję.  

Pokręciłam głową, starając się opanować łzy.
 - Powinnaś być wdzięczna. - Pocałował mnie. Jego usta wędrowały po

mojej szyi. 

Starałam  się  grać,  koncentrując  się  na  czymś  innym.  Czymkolwiek.

Popatrzyłam  nad  jego  ramieniem,  szukając  czegoś  ostrego.  Kątem  oka
zauważyłam leżący przy jedzeniu nóż.

  -  Chcę  ci  coś  pokazać  -  wyszeptał  mi  do  ucha.  Moje  ciało  przeszył

zimny dreszcz. Matt sięgnął po torbę i wyjął teczkę pełną zdjęć. 

Byłam na nich ja - na plaży, przed domem, przy centrum handlowym i

w piekarni. 

 - Nigdy nie mam dość - szeptał. - Patrzyłem na nie, gdy nie było cię w

pobliżu, i powtarzałem sobie, że to tylko kwestia czasu, nim będę cię miał. 

 - Proszę. - Mój głos się łamał. 
  -  Ciii  -  uspokajał.  -  Wszystko  będzie  dobrze.  Przekonasz  się.  -

Pocałował mnie kilka razy, a potem uklęknął. - Niechętnie cię zostawiam,
ale muszę iść. Wszyscy będą się zastanawiać, gdzie się podziewasz. 

 - Na pewno już się zastanawiają - powiedziałam. Miałam nadzieję, że

trochę go zdenerwuję. 

 - Tym bardziej powinienem już wracać. Przecież nie chcemy, żeby ktoś

dodał dwa do dwóch, zorientował się, że i ja zniknąłem, i powiązał fakty.
Jeśli  tylko  ciebie  nie  będzie,  wszyscy  założą,  że  to  sprawka  Bena.  Nawet
jeśli niczego mu nie udowodnią, ludzie tak go zaszczują, że nie będzie miał
innego wyboru, jak tylko odejść. 

 - A potem co? - spytałam. - Nadal będą mnie szukać. 
 - Obyś do tego momentu zrozumiała, co jest dla ciebie dobre. Możemy

powiedzieć, że uciekłaś z domu, że rodzice nie poświęcali ci dość uwagi i
chciałaś się wyrwać. 

 - Czyli nie masz zamiaru mnie skrzywdzić? 

background image

 - Nie, o ile nie zrobisz nic głupiego. - Odwrócił się i zaczął przeglądać

zapasy jedzenia. - Kupowanie twoich ulubionych rzeczy to była prawdziwa
frajda.  Mam  nawet  precle  z  polewą  jogurtową,  chrupki  kukurydziane  i
batoniki z płatków owsianych. 

 - Nie jestem głodna. 
 - Na pewno? Mogę cię nakarmić, nim wyjdę. Pokręciłam głową, cały

czas mając na oku nóż. Leżał pod paczką chrupek. 

 - Naprawdę powinnaś coś zjeść - stwierdził - albo przynajmniej napić

się wody. Nie chcę, żebyś się odwodniła. - Odkręcił butelkę i przyłożył ją
do moich ust. Gdy połykałam, obserwował moją szyję. 

 - Jesteś taka piękna - powtórzył, wycierając mi krople z warg. Podsunął

do  mnie  stolik  i  rzucił  na  niego  paczkę  z  preclami.  Potem  nalał  wody  do
miski i ją również umieścił na stoliku. 

  -  Powinnaś  móc  jeść  i  pić  bez  większych  problemów.  W  lampie  są

nowe baterie, nie powinna zgasnąć, więc się nie martw. Wrócę, gdy tylko
będę mógł. 

Skinęłam  głową  i  znów  zerknęłam  na  nóż.  Matt  pochwycił  moje

spojrzenie,  wyjął  go  spod  chrupek  i  dotykając  czubkiem  mojej  twarzy,
spytał:

 - Dość niebezpiecznie dla ciebie? 
 - Nie lubię niebezpieczeństwa. 
  -  Oczywiście,  że  lubisz.  W  głębi  serca  go  pragniesz.  -  Przyłożył  mi

ostrze do szyi i lekko przycisnął. - Miłych snów - wyszeptał. 

Oczy  napełniły  mi  się  łzami.  Matt  skubnął  zębami  moją  wargę,  aby

uspokoić  jej  drżenie,  potem  się  podniósł  i  rzucił  nożem  -  ten  wbił  się  w
drewno tuż nad wejściem. 

Wreszcie  poszedł.  Usłyszałam,  jak  zamyka  drzwi  na  klucz.  Ja

tymczasem starałam się z całych sił zachować spokój i skupić na nożu, ale
przez łzy ledwie cokolwiek widziałam.

background image

Rozdział 49 
 
 
 
Gdy  zostałam  sama,  zaczęłam  nasłuchiwać  dźwięków  silnika.

Zastanawiałam  się,  czy  Matt  zaparkował  w  pobliżu.  Było  jednak  dziwnie
cicho. W powietrzu unosił się zapach palonych ognisk. Poczułam go, gdy
Matt na chwilę otworzył drzwi, kiedy przez sekundę obudziła się we mnie
nadzieja.

Może w pobliżu ktoś jest.
Gdy  stwierdziłam,  że  Matt  odszedł  już  daleko,  zaczęłam

rozpracowywać  węzły.  Dotykałam  ich  palcami,  szukając  takiego,  który
trochę ustąpi. Adrenalina coraz żywiej krążyła w moich żyłach.

Po zaledwie kilku minutach nadgarstki zaczęły boleć. Kajdanki wpijały

się  w  skórę,  zdrętwiały  mi  palce.  Ale  się  nie  poddawałam.  Próbowałam
wyczuć, gdzie węzły się zaczynają, a gdzie kończą. Skończyło się tylko na
pieczeniu nadgarstków.

Starałam  się  zsunąć  kajdanki,  aż  czułam  ból  w  kościach,  a  chrząstki

przesuwały mi się pod skórą, ale nic to nie dało, nawet wtedy gdy ścisnęłam
dłonie tak, by były jak najwęższe.

Sprawdziłam,  ile  naprawdę  mogę  się  przesunąć  -  jakieś  sześćdziesiąt

centymetrów. Nabrałam powietrza i pociągnęłam ramionami tak mocno, że
niemal  słyszałam,  jak  pękają  mi  kości  w  nadgarstkach.  Chciałam
sprawdzić, czy uda mi się wyrwać ze ściany metalowe kółko. 

Nie chciało ustąpić. Ciężko oddychając, próbowałam jeszcze kilka razy,

aż wreszcie wydałam z siebie krzyk frustracji - głośny i rozdzierający. 

Zaczęłam  kopać  nogami  powietrze,  a  w  przedramionach  czułam

przeszywający ból. Płacząc, krzyknęłam jeszcze kilka razy, aż zabrakło mi
śliny, a w gardle zrobiło się sucho.

Po kilku minutach zauważyłam, że w pokoju robi się jakby ciemniej, a

wszystko  zaczyna  wirować.  Popatrzyłam  na  lampkę  -  cały  czas  się  paliła.
Głowa  nadal  mnie  bolała,  w  gardle  i  w  ustach  poczułam  smak  żółci.
Opuściłam głowę. Pokój wirował coraz szybciej, tak szybko, że trudno mi
było odróżnić podłogę od sufitu. 

Zamknęłam  oczy,  ale  to  nie  pomogło.  Żołądkiem  wstrząsały  torsje,  a

przed oczami wirowały kolory. Wszystko było czarne.

background image

Pokój zamknął się wokół mnie. Czułam, jak moje ciało rozluźnia się i

osuwa.  Uderzyłam  głową  o  podłogę.  Usłyszałam  przeszywający  pisk.
Poczułam, że odpływam w nicość.  

background image

Rozdział 50 
 
 
 
Wciąż lekko oszołomiona otworzyłam oczy i usiadłam. Nie odzyskałam

jeszcze  władzy  w  ramionach,  a  w  głowie  cały  czas  mi  pulsowało.
Spróbowałam  po  cichu  zawołać:  „Halo!",  ale  paliło  mnie  w  gardle.
Nadgarstki też miałam odrętwiałe - nieprzyjemny kłujący ból pełzł wzdłuż
moich palców, promieniując aż do ramion. 

Za mną było coś rozlane. Z początku sądziłam, że to napój albo jakieś

jedzenie,  które  zrzuciłam  ze  stolika,  tracąc  przytomność.  Potem  jednak
dotarł  do  mnie  zapach  -  kwaśny  i  nieprzyjemny  -  i  zrozumiałam,  że
zwymiotowałam. 

Miska z wodą stała na stoliku za moimi plecami. Połowa jej zawartości

wylała się na dywan i na moje dżinsy. Czy zrobiłam to przez sen? Czy to
wynik  rzucania  się  po  podłodze?  Spragniona  przysunęłam  się  do  miski.
Podejrzewałam jednak, że zemdlałam właśnie przez wodę.

Czemu  ją  tam  postawił?  Jak  długo  byłam  nieprzytomna?  Która  jest

teraz  godzina?  Popatrzyłam  w  okno,  ale  roleta  i  zasłony  odcinały  wszelki
dopływ światła. Zastanawiałam się, czy ktoś już zauważył, że zniknęłam, i
czy już mnie szukają.  

Do  oczu  znów  napłynęły  mi  łzy.  Mrugałam  energicznie,  aby  je

odpędzić,  aby  przekonać  samą  siebie,  że  się  stamtąd  wydostanę.  Nóż  był
wciąż  wbity  nad  drzwiami.  Rozejrzałam  się  po  pokoju.  Nie  był  wiele
większy niż garderoba. Przesunęłam się tak, że stopami sięgnęłam bocznej
ściany. Kopnęłam ją z całych sił. Okazało się, że wyłożona była panelami.

Wraz z moim kopnięciem cały pokój się zatrząsł. Kolejna porcja wody

wyleciała  z  miski  na  stolik  i  podłogę.  Kopnęłam  jeszcze  mocniej,
wstrząsając  wnętrzem  jeszcze  bardziej.  Zupełnie  jakby  to  pomieszczenie
nie  miało  solidnych  ścian.  Może  wcale  nie  znajdowałam  się  w  budynku.
Zaczerpnęłam powietrza. Przypomniałam sobie przyczepę, którą widziałam
wcześniej  na  skraju  lasu.  Zastanawiałam  się,  czy  właśnie  w  niej  zostałam
uwięziona.

Moje tętno przyspieszyło, kiedy tak bez ustanku zaczęłam kopać ścianę.

Pokój zaczął się kołysać w przód i w tył. I wówczas z zewnątrz dotarł jakiś
pisk lub wrzask.

background image

Skoncentrowałam  się,  by  usłyszeć  coś  więcej.  Po  chwili  zaczęłam

krzyczeć, ile sił w płucach, dopóki głos nie odmówił mi posłuszeństwa.

Nikt jednak nie przyszedł. Na zewnątrz słychać było tylko trele ptaków.
Zamknęłam oczy i dalej kopałam w ścianę, tym razem jeszcze mocniej.

Wyobrażałam  sobie,  że  siła  tych  uderzeń  ją  odrywa.  Zamiast  tego
zauważyłam, że nóż zaczął się chybotać. Po krótkiej chwili spadł ze swego
miejsca nad drzwiami i wylądował na środku pomieszczenia.

W  pośpiechu  zmieniłam  pozycję.  Położyłam  się  na  boku  i

wyprostowałam  nogi.  Skurcz  chwycił  zewnętrzną  część  uda.  Starałam  się
go  przetrzymać,  oddychając  głęboko  i  zmuszając  mięśnie  do  rozluźnienia
się. Nóż leżał tuż przy mojej stopie.

Sięgnęłam po niego, ale skurcz w nodze się nasilił. Upadłam. Ramiona

przeszywał ból, a lewa ręka zdrętwiała.

Odetchnęłam  i  spróbowałam  ponownie.  Kajdanki  zacisnęły  się  na

moich nadgarstkach i poczułam, jak coś pęka. W tym momencie skurcz w
nodze trochę osłabł, pozwalając mi wychylić się bardziej do przodu.

Udało mi się dosięgnąć noża, przytrzymywałam go stopą. Przesunęłam

się  do  tyłu  i  usiadłam  wyprostowana.  Po  kilku  próbach  wmanewrowałam
wreszcie  ostrze  pod  but,  zaledwie  kilka  centymetrów  od  kajdanków.  Z
wciąż  zdrętwiałą  ręką  starałam  się  przeciąć  węzły,  skończyło  się  jednak
tym,  że  skaleczyłam  kciuk.  Krew  ściekała  po  skakance,  utrudniając  mi
pracę, ale się uwolniłam.

background image

Rozdział 51 
 
 
 
Ręce wciąż miałam skute. Zdołałam się jednak podnieść i doczłapać do

drzwi.  Z  kciuka  kapała  mi  krew,  plamiąc  dywan.  Czułam  lekkie  zawroty
głowy.  Stanęłam  tyłem  do  wejścia  i  spróbowałam  przekręcić  klamkę,  bez
rezultatu.

Serce  podeszło  mi  do  gardła.  Czy  zamknął  od  zewnątrz  na  kłódkę?

Obejrzałam się do tyłu i dostrzegłam zamek. Przekręciłam go, usłyszałam
ciche kliknięcie i ponownie sięgnęłam do klamki. Tym razem ustąpiła pod
naciskiem - ale nie pod moim. 

Drzwi otworzyły się z łoskotem. Przede mną stał Matt.
 - Wybierasz się gdzieś? - spytał. 
Krzyknęłam tak głośno, na ile pozwalało mi wyschnięte, zdarte gardło.

Chłopak  pchnął  mnie,  upadłam  na  plecy.  Sprawdziłam,  czy  mogłabym  w
jakiś sposób dosięgnąć noża, ale leżał zbyt daleko.

Chciał zamknąć drzwi. Nim jednak zdołał to zrobić, wbiłam mu obcas

w piszczel tak samo mocno, jak wcześniej kopałam ścianę. Warknął z bólu i
rzucił się w moją stronę. Z zaciśniętymi zębami chwycił mnie za szczękę.

 - Przepraszam - wyszeptałam, starając się przybrać łagodną minę. 
Matt ciężko oddychał. Jego pierś unosiła się i opadała szybko, wkrótce

jednak on też się uspokoił.

Przez  uchylone  drzwi  wpadł  do  pomieszczenia  chłodny  wiatr.  Był  już

dzień.

Chłopak  się  rozejrzał.  Jego  wzrok  zatrzymał  się  na  plamie  krwi

prowadzącej do noża pod ścianą.

 - Jestem pod wrażeniem - stwierdził, sięgając po ostrze. 
W tym samym momencie podciągnęłam nogę i kopnęłam go w brzuch.

Matt krzyknął i zatoczył się do tyłu. Głową uderzył o ścianę.

Wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Znajdowałam się w lesie, w samym

środku  kempingu.  Wokół  stały  przyczepy,  ale  wszystkie  wyglądały  na
pozamykane. Było po sezonie.

Biegłam najszybciej, jak tylko mogłam, manewrując między drzewami.

Gdzieś za sobą słyszałam krzyki Matta.

background image

  -  Uciekaj,  jeśli  chcesz!  -  wołał.  -  Nigdy  się  stąd  nie  wydostaniesz!

Znajdę cię pierwszy! 

Ruszyłam wąską ścieżką, mając nadzieję, że zaprowadzi mnie do jakiejś

drogi.  Dysząc  głośno,  dostrzegłam  w  oddali  granatową  przyczepę  i
zaparkowany niedaleko samochód. W tym samym momencie zaczepiłam o
długą ostrą gałąź. Czułam, jak rozcina mi skórę na twarzy i jak z rany sączy
się krew.  

Kuśtykałam dalej, chociaż znów złapał mnie skurcz.
Wreszcie  dotarłam  do  przyczepy.  Samochód  wyglądał  na  porzucony.

Nie  miał  kół,  wlot  powietrza  był  zgnieciony,  a  karoseria  podziurawiona,
jakby auto ostrzelano. Przypominało trochę moją niedokończoną rzeźbę. 

Kucnęłam  za  wrakiem,  próbując  złapać  oddech.  Kilka  sekund  później

zaryzykowałam i wychyliłam się. Nigdzie w pobliżu nie było widać Matta.
Nie  słyszałam  go.  Udało  mi  się  stanąć  prosto,  chociaż  nogi  miałam  jak  z
waty. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę drogi.

Matt  wyrósł  tuż  przede  mną.  Uderzył  mnie  w  twarz  wierzchem  dłoni,

zapoznając na nowo z rozdzierającym bólem. Szarpnął za ramiona, pchnął i
przyłożył mi koniec noża do szyi.

Próbowałam ugryźć go w rękę, ale nie zdołałam.
Zaczął  mnie  ciągnąć.  Nogi  odmówiły  mi  posłuszeństwa.  Próbowałam

się na nim wieszać, kopać go, ale jemu i tak udało się zaciągnąć mnie do
niebieskiej przyczepy.

Właśnie tam zastaliśmy Bena.
Skoczył na Matta. Chłopak zwolnił uścisk. Padłam na ziemię jak długa.

Matt ruszył na Bena z nożem w dłoni, ale ten zdołał chwycić napastnika za
nadgarstek,  wykręcić  go  i  wyrwać  mu  broń.  Cisną  nią  daleko  między
drzewa.

Matt  rzucił  się  na  Bena,  ale  ten  go  odepchnął  i  uderzył  w  szczękę.

Chłopak zawył i zatoczył się, ale nie rezygnował z ataku. Znów ruszył na
Bena,  który  trafił  go  ponownie  -  tym  razem  w  brzuch.  Matt  potknął  się  i
wylądował na plecach na stercie kamieni. 

Zemdlał. Z oddali dobiegł nas dźwięk policyjnych syren.
  -  Jesteś  cała?  -  spytał  Ben,  podchodząc  do  mnie.  Na  jego  twarzy

malowały się przerażenie i wyczerpanie. 

 - Dziękuję - wyszeptałam. 

background image

 - Nie ma za co - odparł i uśmiechnął się nieśmiało. Być może ucieszył

się z tego, co wyczuł - albo może raczej z tego, czego nie wyczuł. 

Może niebezpieczeństwo nareszcie minęło.

background image

Rozdział 52 
 
 
 
Od aresztowania Matta minęło pięć dni, a ja za pozwoleniem dyrektora

miałam  wolne  i  nie  chodziłam  do  szkoły.  Podobno  nawet  zadzwonił  do
ciotki  Bena  i  przeprosił  za  nękanie,  które  chłopak  musiał  znosić.
Podziękował też za uratowanie mi życia.

 - Czuję się potwornie, że tak ci nagadałam o byciu dobrą przyjaciółką -

tłumaczyła się Kimmie. 

Razem z nią i Wesem siedzieliśmy w Brain Freeze i dzieliliśmy między

sobą Beczkę Masła Orzechowego.

 - Wiedzieliśmy, że jesteś w tarapatach, ale kto by się spodziewał, że aż

w takich? - ciągnęła. - Związana i skuta. 

 - I to nie z własnej woli - dodał Wes. 
 - Cóż. Tak czy inaczej, koniec z byciem nie w temacie - stwierdziłam. -

Od tej pory chcę wiedzieć wszystko, co się u was dzieje. Każdy szczegół z
warsztatów w Instytucie Mody i wszystko o waszych ojcach. 

  -  Zatrudniłem  dziewczynę  -  wyznał  Wes.  -  Nazywa  się  Wendy  i  ma

osiemnaście  lat.  Poznałem  ją  na  stacji  benzynowej.  Napełniła  mi  bak,
sprawdziła poziom oleju i jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać. 

 - Czemu słyszę o tym dopiero teraz? - spytała Kimmie. 
  -  Jest  ładna  -  ciągnął,  ignorując  pytanie.  -  Bierze  rozsądną  stawkę  za

godzinę i przychodzi do domu raz na tydzień. Ojczulek jest szczęśliwy. 

 - Zdrowa sytuacja - powiedziałam, trochę się z nim drocząc. 
  -  Mów,  co  chcesz,  ale  ja  temat  uważam  za  skończony.  -  By  uniknąć

dalszych pytań, nabrał pełną łyżkę lodów. 

  -  A  skoro  mowa  o  chorych  i  ich  dysfunkcjach.  -  Kimmie  przejęła

pałeczkę. - Mama poddała się wreszcie dziwacznym zachciankom taty. W
sobotę  oboje  idą  sobie  zrobić  piercing,  żeby  uczcić  dwudziestą  rocznicę
ślubu. 

Wes  udał,  że  przechodzą  go  ciarki,  a  ja  nie  umiałam  powstrzymać

chichotu.

  -  Śmiej  się,  póki  możesz.  Za  jakiś  czas  mogą  chcieć  pożyczyć  twoje

srebrne kolczyki, by przystrajać nimi różne części ciała. 

background image

  -  Racja  -  odparłam,  zerkając  na  zegarek.  Za  niecałe  dziesięć  minut

miałam się tu spotkać z Benem. Od aresztowania Matta właściwie z nim nie
rozmawiałam.  Nie  żebym  nie  chciała,  ale  od  całego  zdarzenia  mama
trzymała mnie na bardzo krótkiej smyczy. 

Oczywiście,  kiedy  nie  wróciłam  do  domu  ani  na  noc,  ani  następnego

dnia,  rodzice  byli  przerażeni.  Na  szczęście  zamiast  załamać  się  jeszcze
bardziej, mama wzięła się w garść i nabrała dystansu do niektórych spraw.

 - Może gdybym nie zamknęła się we własnej skorupce - powiedziała

wczorajszego wieczoru, siadając obok na swojej macie do jogi - mogłabyś
mi się zwierzyć. Zapobieglibyśmy tej sytuacji. 

 - To nie twoja wina - zapewniłam ją. - Powinnam była coś wcześniej

powiedzieć. 

Mama  uściskała  mnie  i  obiecała,  że  zawsze  przy  mnie  będzie  i  że

wreszcie postanowiła pójść do kliniki odwiedzić ciocię Alexię.

 - A co będzie teraz z naszym lokalnym prześladowcą? - spytał Wes z

pełnymi  ustami.  -  Prace  społeczne  i  klaps,  czy  może  trafi  za  kratki,  by
zostać czyjąś zabawką? 

 - Może ani jedno, ani drugie. Za wcześnie, by spekulować. 
  -  Będzie  miał  dużo  gorzej,  jeśli  Debbie  nie  dojdzie  do  siebie  -

stwierdził. 

Skinęłam  głową.  Miał  rację.  Okazało  się,  że  Debbie  wcale  nie  była

prześladowana.  Jej  tak  zwani  przyjaciele  pomyśleli,  że  to  dobry  żart
udawać,  że  ktoś  na  nią  czyha.  Zostawiali  jej  liściki  w  szafce  i  kłamali,
mieszając  jej  w  głowie.  Okazało  się,  że  ci  sami  przyjaciele  byli
odpowiedzialni za sporą ilość pojawiających się ostatnio graffiti, łącznie z
tym  na  szkolnej  maskotce  i  parkingu.  Debbie  popadła  w  paranoję.  Była
święcie przekonana, że ktoś nieustannie ją śledzi.

Znalazł  się  też  świadek,  który  zeznał,  iż  widział  ją  w  nocy,  gdy  miała

wypadek. Mężczyzna stwierdził, że dziewczyna wciąż oglądała się za siebie
i  nie  zwracała  uwagi,  dokąd  idzie.  Próbował  nawet  zwrócić  jej  uwagę.
Potykała  się  co  chwilę,  więc  myślał,  że  była  pijana.  Ale  w  szpitalu  to
wykluczono. Ostatecznie okazało się, że potrącił ją samochód, nie motor.

  -  Doprawdy  -  zaczęła  Kimmie.  -  Podejrzewaliście  kiedyś,  że  to  Matt

zostawiał ci te wszystkie zdjęcia? Kto by przypuszczał, że to taki psychol?
Widzicie?  Mówiłam,  że  kłamał,  gdy  powiedział,  że  spotyka  się  z  Reną
Maruso. Taka dziewczyna jak ja nie przepuściłaby podobnej plotki. 

background image

Wzruszyłam  ramionami,  przypominając  sobie  wszystkie  dobre  chwile

spędzone z Mattem: popijanie kawy i naukę francuskiego w Press & Grind.
A  potem  przed  oczami  stanęły  mi  okropne  rzeczy,  które  zrobił:  to,  w  jak
okrutny  sposób  zamknął  mnie  w  przyczepie  rodziców  i  podał  mi
rozpuszczone w wodzie środki usypiające.

 - Jak stoją sprawy między tobą a panem Ben - ciachem? 
  -  Czyżbym  podejrzewał  małą  zabawę  z  użyciem  kostiumu

superbohatera  i  sporej  ilości  balsamu  do  ciała?  -  Wes  bardzo  dokładnie
oblizał łyżkę. 

 - A skoro mowa o macankach - pałeczkę przejęła Kimmie. - Czyż to

nie seksowne, że dotykając twojej rzeźby, Ben zorientował się, iż to Matt
jest poszukiwanym psycholem? 

Uśmiechnęłam  się  ironicznie.  Tak  wiele  czasu  poświęcałam,  by  moje

prace były w zaplanowany sposób idealne. A jednak dopiero wtedy, kiedy
posłuchałam  intuicji,  stało  się  coś  naprawdę  wspaniałego.  Coś
namacalnego.

Kiedy  zaginęłam,  Ben  poszedł  do  Knead.  Spencer  pokazał  mu  moją

rzeźbę.  Ben  gładził  ją  dokładnie  tak  jak  ja  wcześniej.  Wciąż  był  w  stanie
wyczuć w niej mnie.

Po  zaledwie  kilku  minutach  zrozumiał,  że  to  Matt  jest  prześladowcą.

Pojechał  więc  za  nim  prosto  do  przyczepy,  gdzie  byłam  przetrzymywana.
Gdy tylko dotarł na miejsce, zadzwonił na policję - czuł, że coś jest nie w
porządku. 

 - Moja rzeźba ma duszę - powiedziałam. 
 - Dużo więcej, kochanie - stwierdziła Kimmie. - Ma też mózg, oddycha

i ma bijące serce. 

 - Jak myślisz, o czym Ben chce z tobą pogadać? - spytał Wes. 
Pokręciłam  głową  i  odwróciłam  wzrok.  Nie  wiedziałam,  jak  się  mają

sprawy między nami i czy Ben w ogóle zechce ze mną porozmawiać. Teraz,
gdy byłam już bezpieczna i jego zadanie zostało wypełnione, zgodził się ze
mną  spotkać.  Ale  przez  cały  czas  zachowywał  się  bardzo  chłodno  i  był
zdystansowany.

 - Niedługo się dowiemy. - Kimmie wskazała drzwi. 
Ben  stał  w  przejściu.  Wyglądał  jeszcze  lepiej  niż  zwykle  -  rozwiane

włosy, opalona cera i lekki zarost na twarzy. Jakby dopiero się obudził. 

Pomachał, a ja do niego podeszłam.

background image

 - Hej. - Uśmiechnął się lekko. 
 - Cześć - odpowiedziałam, także się uśmiechając. 
Ale  potem  jego  uśmiech  zgasł.  Ben  odwrócił  się,  otworzył  drzwi  i

wyszedł za mną na zewnątrz. Poszliśmy na plażę, tak jak ostatnim razem, i
usiedliśmy na ławce. Roztaczał się z niej wspaniały widok.

  -  Teraz  dużo  łatwiej  jest  tu  przebywać  -  odezwał  się.  -  Już  nie

nienawidzę się za to, co się przydarzyło Julie. 

  -  Cieszę  się  -  odparłam,  odwracając  się  w  jego  stronę.  Wreszcie  na

mnie spojrzał. Miał równie poważną minę jak kilka minut wcześniej przy
wejściu do Brain Freeze. 

 - Nie wracam do szkoły. 
 - To znaczy? 
 - Zrobię sobie wolne na jakiś czas. Wrócę do uczenia się w domu, ale

tym razem z prawdziwymi nauczycielami. Może nawet gdzieś wyjadę. Mój
kuzyn  mieszka  w  Bostonie.  Już  od  dłuższego  czasu  nalega,  żebym
przyjechał z wizytą. 

 - Nie możesz rzucić szkoły.  
  -  Nie  rzucam  jej.  Potrzebuję  przerwy.  Ostatnie  tygodnie  były  dość

intensywne. 

 - Kiedy wrócisz? 
 - Nie wiem. Dyrektor Snell pozwolił mi wrócić w drugim semestrze, o

ile nie będę miał zaległości. 

 - A co z nami? 
Ben  spojrzał  na  ocean.  Blizna  na  jego  przedramieniu  była  widoczna,

jakby nie odczuwał już potrzeby, by ją chować.

 - Powinniśmy się na jakiś czas rozstać. 
 - A jeśli nie zechcę? 
 - Nie ułatwisz mi tego, prawda? Pokręciłam głową. 
 - Po prostu nie rozumiem. Wszystko zaczęło się układać. 
 - Dla mnie też. 
 - Więc zostań. 
 - Wiem, że wydaje ci się to bez sensu - powiedział. - Ale robię to dla

ciebie. 

 - Nie chcę, żebyś wyjeżdżał. 
 - Może nie teraz.  
 - Nigdy. 

background image

  -  Z  czasem  zrozumiesz,  że  tak  będzie  najlepiej.  Westchnęłam.  Nie

chciałam zaakceptować tego, co mówił. Do oczu napłynęły mi łzy. 

 - Dlaczego? - spytałam drżącym głosem. 
 - Trudno to wyjaśnić. Pamiętasz, jak na mnie spojrzałaś, gdy dotknąłem

cię  po  raz  ostatni,  gdy  ścisnąłem  cię  za  mocno?  Przypominałaś  mi  wtedy
Julie. Ona była tak samo przerażona. 

 - Przecież wiem, że nie chciałeś mnie skrzywdzić. 
  -  Masz  rację  -  przytaknął.  -  Nie  chciałem.  Ale  nawet,  gdy  już  się

otrząsnąłem, widziałem w twoich oczach brak zaufania. 

 - Już ci ufam - zapewniłam go. 
 - I właśnie w tym rzecz. Może nie powinnaś. Może komuś takiemu jak

ja nie powinno się w pełni ufać. 

 - Nie mów tak. - Otarłam łzy rękawem. 
 - Jesteś bezpieczna. - Jego oczy również napełniły się łzami. - I niech

tak już zostanie. 

 - Nie zranisz mnie. Chcę być z tobą. 
 - Może kiedyś - powiedział, przysuwając się bliżej. Jego czoło ocierało

się o moje, budząc pragnienie czegoś więcej. 

Poczułam, jakby coś we mnie się rozpadło. Po policzkach ściekały mi

słone łzy.

 - Nie wyjeżdżaj. Potrzebuję cię. 
 - Wcale nie. Masz doskonały instynkt przetrwania. 
  -  Nie  odchodź  -  powtórzyłam,  tym  razem  głośniej.  Przyciągnęłam  go

bliżej. Jego serce biło przy mojej piersi. 

  -  Przestań  -  wyszeptał,  ale  otoczył  mnie  ramionami.  Przebiegłam

palcami wzdłuż jego pleców, mój oddech muskał jego szyję. 

 - To nie jest łatwe. - Palce Bena niepewnie gładziły moją skórę tuż pod

rąbkiem swetra, zupełnie jakby walczył, by zachować kontrolę. 

 - Proszę - nalegałam, całując go w policzek. Smakował cukrem i solą. 
Przyciągnął mnie bliżej. Z jego dotyku promieniowało gorąco.
Odsunął się bez tchu. Miał zaczerwienione, pełne łez oczy.
 - Przepraszam. - Wskazał na moją talię, gdzie jego palce pozostawiły

znak. 

 - Nic mi nie jest - zapewniłam go, poprawiając sweter. 
Ben wstał i przez chwilę mi się przyglądał. Może jakaś jego cząstka nie

chciała wyjeżdżać. Ale i tak powiedział mi: „Żegnaj".

background image

Podziękowania
 
 
 
Jestem  wdzięczna,  że  mam  w  swojej  ekipie  takich  utalentowanych  i

pomocnych ludzi. Ogromne podziękowania dla mojej niesamowitej agentki,
Kathryn  Green,  za  jej  literackie  i  zawodowe  rady.  Dla  mojej  redaktorki,
Jennifer  Besser,  za  rozsądne  komentarze,  bezcenne  sugestie  i  niekończące
się pokłady entuzjazmu.

Dziękuję  moim  największym  fanom:  Edowi,  Ryanowi,  Shawnowi  i

mamie.  Byliście  przy  mnie,  strona  po  stronie,  dawaliście  wsparcie,  czas,
bym mogła pisać, i humor, ilekroć był mi potrzebny. Jestem szczęściarą.

Specjalne  podziękowania  dla  Dona  Welcha,  genialnego  eksperta

komputerowego, który pomógł odzyskać Śmiertelny sekret, gdy mój sprzęt
miał  własne,  nikczemne  plany.  Chylę  czoła  przed  twoim  informatycznym
geniuszem.

Szczęściara  ze  mnie,  bo  mam  wsparcie  i  niesłabnące  zachęty  od

przyjaciół,  rodziny  i  innych  autorów  literatury  dla  młodych,  z  którymi
mogę rozmawiać o pracy. Wiecie, o kim mówię. Dziękuję, że jesteście.

I  wreszcie  ogromne,  przeogromne  i  gigantyczne  podziękowania  dla

moich czytelników. Wiem, że wciąż to powtarzam, ale jestem wdzięczna za
każdy list, e - mail, każdy zwiastun książki, obraz, zainspirowane powieścią
zadanie  szkolne,  blog  i  inną  korespondencję,  którą  do  mnie  wysyłacie,  i
wszystko,  co  tworzycie  na  podstawie  moich  historii.  Naprawdę  jesteście
najlepsi!