background image

W naszej alkoholowej kulturze od lat funk-

cjonuje  sformułowanie  będące  ikoną  byleja-
kości, niskich półek i wszystkich innych nega-
tywnie  kojarzących  się  przymiotów.  Chodzi 
o  produkt  pt.  „tanie  wino”.  Mówiąc  tak,  nie 
mamy  na  myśli  wina  za  kilkanaście  złotych, 
tylko  niepijalny  produkt  winopodobny,  który 
przez lata na polskim rynku budował błędny 
wizerunek kategorii wina.

Dzisiaj,  mocno  uświadomieni,  znamy  się 

na winach na tyle, by bez strachu przejść mię-
dzy półkami i wybrać bezpieczną opcję, która 
zapewni  nam  jako  taki  sukces  kulinarno-to-
warzyski.  Co  więcej,  nie  tylko  wina  łatwiej 
nam rozróżniać. Tanie wina powoli przecho-
dzą do przeszłości wypierane przez tanie na-
lewki  i  mocniejsze  alkohole.  Pojawił  się  jed-
nak termin, o którym przez lata nie było mowy, 
a  mianowicie  „tanie  piwo”.  Jeszcze  kilka  lat 
temu  była  to  zapowiedź  udanych  zakupów 
i wesołego weekendu. Dziś jednak na hasło 
„tanie piwo” reagujemy inaczej, oczyma wy-
obraźni  widząc  wystrzałową  nazwę  trunku 
kojarzącą się nieodparcie z terminatorem lub 
wysokim napięciem oraz alkoholową moc na 
poziomie 8,9 a może nawet 10%.

Tanie nie znaczy niedobre

Cena,  jaką  płacimy  za  piwo,  ma  oczywi-

ście wiele składowych. Istotny jest tu podatek 
akcyzowy oraz wiele kosztów, którymi nie bę-
dziemy  tu  zaprzątać  sobie  głowy.  Sednem 
sprawy w temacie piw tanich, drogich, złych 
i  dobrych  jest  ich  jakość.  Czy  piwo,  które 
kosztuje  powiedzmy  1,4  zł  za  puszkę  nie 
może być dobre? Oczywiście, że może – nie 
będzie  to  jednak  międzynarodowa  znana 
marka, tylko niszowy, regionalny produkt, któ-
ry  być  może  nie  poczuł  się  jeszcze  dobrze 
w  tematach  slowfood  czy  organic  i  póki  co 
pozycjonuje się jako piwo dla miejscowych pi-
woszy, ewentualnie turystów żądnych smako-
wych  wrażeń.  Jeżeli  jednak  tanie  piwo  spo-
tkamy  w  sieciowym  markecie,  możemy 
przypuszczać,  że  cena  jest  tu  niestety  wy-
kładnikiem  jakości.  Może  to  być  oczywiście 
także  promocyjna  strategia  browaru,  te  jed-
nak zadarzają się coraz rzadziej. W szczegól-
ności tyczy się to piw mocnych. Poziom alko-
holu  9%  w  jasnym  lagerze  grozi 
zdominowaniem bukietu przez alkohol. W ta-
nich mocnych piwach alkohol jest kluczowym 
elementem,  stąd  też  piwowarzy  nie  przykła-
dają  z  reguły  dużej  wagi  do  reszty  bukietu 

piwa  i  ogólnej  pijalności.  Średnio  wyeduko-
wany  miłośnik  piwa  bez  trudu  rozpozna  tu 
różnice.

Główną cechą świadczącą o tym, że tanie 

piwo  powstało  w  tani  sposób,  jest  wyraźny 
zapach alkoholu wydobywający się po otwar-
ciu  piwa.  Etanol  przykrywa  pozostałe  cechy 
i  sprawia,  że  w  smaku  piwa  wyczuwamy 
ostrą,  piekącą  cierpkość.  Tuż  pod  alkoholo-
wym  aromatem  wyczujemy  niezharmonizo-
waną mieszankę zapachów, typowych dla na-
pojów  warzonych  po  zachodzie  słońca. 
Śliwki, mirabelki, morele, a wszystko to deli-
katnie  nadpsute.  Duża  ilość  alkoholi  wyż-
szych i aldehydów da się także odczuć już na-
stepnęgo  poranka  po  wypiciu  kilku  „tanich 
i dobrych” piw.

Zresztą nie tylko mocne piwa można w ten 

sposób rozpoznać. Niska jakość piw lekkich 
uwydatania  się  w  katronowym,  papierowym 
czy wręcz woskowym aromacie typowym dla 
piw utlenionych.

Drogie nie znaczy najlepsze

Wysoka cena piwa, podobnie jak w świe-

cie win częściowo bierze się z planu, jaki za-
łożył sobie producent. Jeżeli piwo będzie za-
pakowane  w  zieloną  butelkę,  oklejone 
pięknymi, metalizowanymi etykietami i będzie 
stało  na  najwyższej  półce,  to  znaczy,  że 
mamy  do  czynienia  z  markami  premium  lub 
super premium, które wcale nie muszą powa-
lać  nas  smakiem  i  aromatem.  Co  więcej, 
mogą  być  piwami  zupełnie  przeciętnymi, 
ubranymi jedynie w odświętny strój, by uza-
sadnić wyższą cenę. Nie można tu jednak ge-
neralizować, istnieją bowiem na naszym ryn-
ku piwa typu premium, które są zdecydowanie 
godne polecenia, a ich cena jest adekwatna 
do jakości. Jednak ocena współczynnika ja-
kości do ceny to zadanie dla naprawdę świa-
domych piwoszy. Warto zwrócić także uwagę, 
gdzie  kupujemy  piwa.  Różnice  w  cenach 
w różnych miejscach mogą sięgać tu nawet 
30% dla tych samych piw.

Najdroższe, najlepsze, tyl-

ko dla koneserów…

Po piwa z najwyższych półek trzeba 

się  niestety  wybrać  do  Anglii,  Szkocji 

Dobre, czyli drogie?

Maciej Chołdrych, www.piwoznawcy.pl

czy Belgii. Tylko tam kupimy owiane tajemni-
czymi historiami, pięknie zapakowane butelki 
z unikalną zawartością. By jednak nie przeżyć 
jednego z większych życiowych rozczarowań, 
należy przygotować się na to, że najdroższe 
piwa, uchodzące za najlepsze piwa na świe-
cie, nie smakują jak piwo, przynajmniej dla pi-
woszy  ze  środkowej  i  wschodniej  Europy. 
Najczęściej  należą  one  do  gatunków  barley 
wine  (odmiana  ang.  ale),  belgian  ale,  trapist 
(dostepny w Polsce) czy bock (koźlak). Piwa 
te są z reguły bardzo mocne, jednak ich moc 
jest doskonale związana i otoczona doskona-
łym  profilem  aromatycznym,  w  którym  kar-
mel, toffi czy zioła to cechy wręcz pospolite. 
Mówiąc o najdroższych piwa, nie sposób nie 
zahaczyć o tematy finansowe. Ile trzeba więc 
wydać, by delektować się jednym z najdroż-
szych?  Oczywiście  mamy  tu  spory  przekrój, 
szlachetne  trapist  możemy 
kupić w Polsce za około 25 
zł, biere de gard czy biere 
de  champagne  to  już  wy-
datek  rzędu  około  100  zł  za 
butelkę. Za angielskie la ville 
bon secure zapłacimy 1000 
dolarów (tak!), ale wszystkie 
te  piwa  przebija  angielski 
wynalazek  o  wymownej 
nazwie End of Story, któ-
ry  kosztuje  nie  miej  nie 
więcej tylko 900 funtów 
brytyjskich.  Ani  cena, 
ani moc alkoholu (55%), 
nie  jest  tak  szokująca 
jak opakowanie. Każda 
butelka  „zapakowana” 
jest  w  wypchaną  szarą 
wiewiórkę.  Szyjka  zaś 
wystaje  z  pyszczka 
stworzenia. W tym mo-
mencie  po  raz  kolejny 
warto  się  zastanowić, 
czy  najdroższe  na-
prawdę  oznacza  naj-
lepsze?

PIWO

 

 

R

YNKI 

A

LKOHOLOWE  

 

styczeń 2011     

5