background image

Ian Watson 

 

Zimne Światło 

i inne opowiadania 

background image

 

Zimne Światło
Tysiąc Cięć
W duchu Lukrecjusza
Smok Gaudiego
Hydraulik Stanleya Kubrica

background image

Zimne Światło 

 

Niewątpliwie jest to jedna z typowych ironii losu, żeby człowiek z 

wadą wzroku spędził wiele długich lat na studiowaniu sztucznego oświe-
tlenia. Jednak mój przyjaciel John Ingolby był również wybitnym duchow-
nym. Do czasu, kiedy ukazała się jego książka, John zaszedł już wysoko w 
hierarchii Kościoła Anglikańskiego.

Został biskupem Porchester.
Kości w tym czasie przeżywał dość trudny okres. Z jednej strony usy-

chał na skutek apatii, z drugiej był osaczony przez fundamentalistyczny 
ewangelizm, nieprzyjemnie gorączkowy i histeryczny. Miedzy tą Scyllą 
a Charybdą sterowała nowa liberalna teologia, która – jak się spodziewa-
no – tchnie nowe życie i nowoczesną myśl humanistyczną w zmurszałą 
instytucje.

Jednak nie bez oporu!
Już jeden z nowych biskupów – który publicznie odrzucił naukę o 

Niepokalanym  Poczęciu  –  został  intronizowany  w  atmosferze  skanda-
lu i protestów. Po dwóch dniach w miejsce uroczystości – starą katedrę, 
najpiękniejszy okaz architektury gotyckiej w kraju – trafił piorun i ogień 
strawił jej transept. Według relacji grom spadł z jasnego nieba, a był tak 
potężny, że piorunochrony okazały się niewystarczające. Prasa popularna 
natychmiast dostrzegła w tym rękę Boga, a cześć tradycyjnie nastawione-
go duchowieństwa poparła to wyjaśnienie meteorologicznego fenomenu. 
Katedra została zbezczeszczona taką intronizacją i Bóg zareagował. Ale 
Bóg jest, oczywiście, miłosierny, podpaliwszy wiec swój dom następnie 
pozwolił zmasowanym brygadom straży pożarnej ugasić ogień i urato-
wać większą cześć budowli.

Przedstawiciele liberalnego duchowieństwa wydawali oświadczenia 

tłumaczące, że pożar był  dziełem przypadku  i potępiające prymitywne 

background image

przesądy. Ta sama katedra była przecież w swojej historii trzykrotnie po-
ważnie uszkodzona przez ogień – w ostatnim przypadku, przed stu laty, 
podpalenie było, nawiasem mówiąc, skutkiem ówczesnej dysputy teolo-
gicznej.

Najzawziętszy krytyk nowego biskupa w szeregach duchowieństwa 

stanowczo odrzucił takie wykrętne wyjaśnienia. Zdegustowany, publicz-
nie wystąpił z Kościoła Anglikańskiego i wstąpił do Greckiego Kościoła 
Prawosławnego, który, jak sama nazwa wskazuje, stoi twardo na straży 
nauki, rytu, i liturgii.

W kilka miesięcy później wybuchł nowy skandal.
Radykalnie nastawiony dziekan i wykładowca teologii został zatrud-

niony jako prezenter do wielkiego nowego serialu telewizyjnego "W po-
szukiwaniu Boga".

Kiedy zbliżała się data emisji pierwszego odcinka, dziekan wyjawił w 

wywiadzie, że nie wierzy wżycie pozagrobowe, ani w zmartwychwstanie 
Chrystusa, ani, jeżeli o to chodzi, w "obiektywne" istnienie Boga. "Bóg" jest 
personifikacją moralnej świadomości ludzkości, oświadczył.

Podniosła się fala protestów.
I  naturalnie  pierwszy  odcinek  "W  poszukiwaniu  Boga"  nie  został 

wyświetlony znów z powodu kataklizmu związanego z elektrycznością – 
tym razem natury przemysłowej. Elektrycy telewizyjni skorzystali z oka-
zji, żeby zaprotestować przeciwko jakimś zmianom w godzinach pracy.

Spór został wkrótce zażegnany i w dwa dni później sieć telewizyjna 

nadała  ów  wyłączony  odcinek  zamiast  meczu  piłki  nożne.  Tymczasem 
jednak w gazetach ukazały się już nagłówki: Grom z jasnego nieba od-
biera mowę dziekanowi-ateiście. Chociaż dalej drobny druk wyjaśniał, że 
chodzi o nie zapowiedziany strajk, to jednak wielkie litery sugerowały, że 
niezbadane są drogi boże w posługiwaniu się elektrycznością.

Taka reklama potężnie zwiększyła liczbę widzów programu, który w 

ornych okolicznościach wiele osób mogłoby zlekceważyć. Do tego stopnia, 
że "dziekan-ateista" poczuł się zobowiązany do poprzedzenia drugiego 
odcinka krótkim osobistym wstępem, w którym kokieteryjnie stwierdził, 
że jeżeli Bóg nie istnieje, to nie mógł wymyślić lepszego sposobu na skło-
nienie ludzi do poszukiwania go.

background image

W takiej to właśnie naładowanej elektrycznością atmosferze ukazała 

się książka Johna Ingolby'ego, zaskakując mnie najpierw swoim tytułem, 
a potem podejściem do tematu.

Tytuł brzmiał "Religia i historia oświetlenia". Najbardziej szokujący 

jednak był sposób, w jaki książka – niczym siedemnastowieczny wiersz 
metafizyczny – łączyła dwie pozornie odległe sprawy: historie oświetlenia 
z historią oświecenia religijnego.

Moją  pierwszą  myślą  było,  przyznaje,  że  jakiś  ekstrawagancki  wy-

dawca skłonił Johna do przerobienia całej książki pod kątem modnej pro-
blematyki.

Bądźmy  szczerzy.  Powiedzmy,  że  ktoś  jest  zbieraczem  podstawek 

pod kufle. Wówczas ich historia Jest dla niego czymś pasjonującym – dla 
niego i kilku setek podobnych entuzjastów. Jeżeli jednak ktoś taki napisze 
"Historie podstawek pod kufle", to musi się liczyć z faktem, że książka nie 
stanie się bestsellerem i nie sprzeda się w milionowym nakładzie.

Łuczywo w neolitycznych jaskiniach, tłuszcz i knot w niedźwiedziej 

czaszce, fenickie świece woskowe, rzymskie lampy oliwne, elżbietańskie 
latarnie, świece z wielorybiej ambry z zapachem wawrzynu, świece z kno-
tem z sitowia, Herr Wintzler oświetlający Pall Mall latarniami gazowymi, 
koszulka  żarowa  Welsbacha,  przyćmione  lampy  elektryczne  De  la  Rue 
z  roku  1820,  włókno  węglowe  Josepha  Swana,  łuk  węglowy  Davy'ego, 
Edison, para rtęci, acetylen, neon... Fascynujące!

A jednak ilu chatnych zechciałoby przebrnąć przez trzysta stron cze-

goś takiego?

John ustalił ton od pierwszego zdania. "Pragnęliśmy światła – napisał 

– żeby pokonać lęk". Dalej porównywał postępy świadomości religijnej 
z rozwojem techniki sztucznego oświetlenia: od wczesnego szamanizmu 
do pogaństwa; od "światła świata" chrześcijaństwa do średniowiecznego 
mistycyzmu;  od  Ciemnych  Wieków  do  nowoczesnego  oświecenia  czyli 
radykalnej teologii. Sugerował bezpośredni związek między tymi dwie-
ma dziedzinami – oświetlenie miało wpływać na wierzenia religijne, te 
zaś na technika oświetleniową.

John znakomicie połączył migotliwy blask świec i niesamowite cie-

nie  jak  duchy  przebiegające  po  ówczesnych  pokojach;  kopcące  lampy  i 

background image

stosy  Inkwizycji;  łagodne,  stosunkowo  jasne  lampy  ze  szklanymi  klo-
szami  szwajcarskiego  chemika  Aime  Arganda,  które  uwieńczyły  Wiek 
Oświecenia, jasne, dające jednolite światło lampy naftowe i pragmatyczne 
wiktoriańskie chrześcijaństwo.

Na poparcie swojej tezy John zgromadził kolekcja rzadkich cytatów 

z takich autorytetów jak świty Augustyn i mistrz Eckhart, Jacob Btihme 
i Kierkegaard, Tillich i Hans Kung. Rozdział o średniowiecznych witra-
żach i mistycznych kultach miłlenarystycznych był mistrzowski i poprze-
dzał go – anachronicznie, jak początkowo sądziłem – słynny fragment z 
Shelleya: Życie, niby kopuła szkła wielobarwnego Plami niezłomnie białą 
świetlistość Wieczności...

Ale później, na końcu rozdziału znajdował się dalszy ciąg cytatu nie 

znany większości ludzi i zrozumiałem: ...Aż śmierć rozdepcze je w okru-
chy.

A co z oświetleniem z końca dwudziestego wieku – nie wspominając 

już o światłowodach, laserach, hologramach – i nową, ateistyczną, rady-
kalną teologią bez życia pozagrobowego?

I co z przyszłością? Przyszłością, którą John widział w ujarzmieniu 

"zimnego  światła":  bioluminescencji  bakterii,  fosforescencji  robaczków 
świętojańskich i ryb głębinowych, które wytwarzają ogromne ilości che-
micznego  światła  przy  minimalnym  zużyciu  energii  i  bez  wydzielania 
ciepła. Co z zimnym światłem następnego stulecia, które musi nadejść po 
jasnym, ale gorącym i pożerającym kilowaty świetle naszej ery? Jaka bę-
dzie wtedy teologia?

Moim pierwszym przypuszczeniem było, jak już wspomniałem, że 

wydawca wymógł na Johnie, żeby przerobił książka w kierunku większej 
sensacyjności.

Moim drugim przypuszczeniem, kiedy wniknąłem głębiej w religijne 

rozważania Johna było, że postanowił opowiedzieć się po stronie radykal-
nej teologii, że zdecydował sio wystąpić w barwach kościelnej awangar-
dy.

Ale czy rzeczywiście? W jakich barwach on właściwie występował?
Gazety  prześcigały  się  nawzajem.  Biskup  Ingolby  jest  bluźniercą 

i  powinien  być  natychmiast  pozbawiony  świeceń!  Biskup  Ingolby  jest 

background image

uczonym  mistykiem,  dążącym  do  podporządkowania  techniki  teologii! 
Był i tym, i tym.

Niewątpliwie  stał  się  nagle  sławny.  "Religia  i  histeria  oświetlenia" 

rozchodziła się w wielkiej liczbie egzemplarzy i spora cześć z nich była 
zapewne czytana. Pojawiły się podkoszulki z obrazkiem żarówki i tek-
stem WŁĄCZ I PRZEJRZYJ.

Przejrzyj. Żeby zobaczyć co? Że ciemność wszechświata jest pusta? 

Czy też, że jest tam wszystko? A może, że jest tam coś nieprzewidziane-
go?

Tyle w charakterze prologu do dziwnych i przerażających wydarzeń, 

które nastąpiły później...

"Pałacyk Biskupa" w Porchester był w istocie dużym gregoriańskim 

domem otoczonym trawnikiem i krzewami położonym w połowie drogi 
miedzy stacją kolejową a ruinami zamku. Zachodnie skrzydło budynku 
poświęcone  było  administracji  diecezji.  Wschodnie  skrzydło  było  pry-
watną domeną Johna, gdzie gospodarstwo domowe dzierżyła w swoich 
rękach  pani  Mott,  która  przychodziła  codziennie  skoro  świt  i  chodziła 
wieczorem po kolacji, bo John nie był żonaty.

Większość  spraw  domowych  podlegała  pani  Mott  –  gotowanie, 

sprzątanie, dranie itd. Ale oświetlenie poszczególnych pomieszczeń we 
wschodnim skrzydle było wyłącznym dziełem Johna i pod tym względem 
połowa jego "pałacu" przypominała żywe muzeum.

Kuchnię  oświetlały  żarówki  elektryczne,  małą  prywatną  kaplica 

wielkie świece, jadalnia lampy gazowe, biblioteka neonowe świetlówki. 
Prócz tego liczne nieużywane urządzenia oświetlające stały albo wisiały 
wszędzie wokół: rzymskie gliniane lampki oliwne, lampy górnicze, za-
chodnioindyjskie dziurkowane tykwy na robaczki świętojańskie...

Kiedy w kilka miesięcy po publikacji książki na usilne żądanie Johna 

przyjechałem go odwiedzić pewnego listopadowego wieczoru, ujrzałem 
całe wschodnie skrzydło oświetlone w najróżniejszych stylach. Zasłony 
były  odsłonięte.  Gdy  szedłem  ze  stacji,  kilka  wstępnych  fajerwerków 
wzbiło się w niebo nad Porchester, eksplodując pomarańczowymi gwiaz-
dami. Następnego dnia dzieci w całym kraju miały świętować spalenie 

background image

na stosie protestanckiego parlamentu – pamiątka dawnej wojny religijnej. 
Tymczasem John wydawał się urządzać swój własny festiwal światła.

Ja... Ale nie wspomniałem jeszcze o sobie poza tym, że wiele lat temu 

studiowałem razem z Johnem.

Nazywam się Morris Ash i jestem lekarzem weterynarii, który prze-

kwalifikował się na homeopata. Mieszkam w Brighton i obsługuje tam za-
możniejszą część społeczeństwa. Mam dyplom z biochemii i początkowo 
myślałem o poświęceniu się badaniom medycznym. Pewne rozczarowa-
nie moimi współbraćmi w połączeniu z ekologiczną świadomością prze-
ludnienia i upadku środowiska naturalnego popchnęło mnie w kierunku 
weterynarii.

Osiągnąłem powodzenie w swoim zawodzie, choć nie praktykowa-

łem na wsi wśród owiec, koni i krów. Zostałem eleganckim miastowym 
weterynarzem,  doktorem  piesków  i  lekarzem  kotków,  znanym  wśród 
właścicieli swoich pacjentów ze współczucia, jakie okazywałem ich cho-
rym pupilom.

Po  dwudziestu  latach  miałem  pięciu  wspólników  i  byłem  bardziej 

konsultantem  w  trudnych  przypadkach  niż  rutynowym,  kastratorem 
kocurów.  Moje  myśli  zwróciły  się  powtórnie  ku  biochemii  i  badaniom 
medycznym, ale trochę inaczej : zainteresowała mnie homeopatia, teoria 
leczenia chorób za pomocą mikroskopijnych, bardzo rozcieńczonych da-
wek  substancji,  które  normalnie  wywołują  schorzenia.  Zacząłem  badać 
możliwości leczenia w podobny sposób zwierząt i po paru latach dostar-
czałem ulubieńcom mojej klienteli szeroki asortyment homeopatycznych 
leków własnej produkcji. Homeopatia sprawdzała się zaskakująco dobrze 
w wielu chronicznych przypadkach i moja sława szybko się rozprzestrze-
niła. Wkrótce stwierdziłem, że leczę homeopatycznie również właścicieli 
moich pacjentów, chociaż – spieszę dodać – nie na parchy i nosówkę!

Przyznałem już, że nie za bardzo kocham swoich bliźnich w porów-

naniu z okrytymi sierścią i pierzem mieszkańcami ziemi. Tak więc podob-
nie jak John – choć z innych powodów – pozostałem kawalerem. John i 
ja żyliśmy w przyjaźni przez wiele lat, jak już wspomniałem, i spotykali-
śmy się może trzy razy do roku z różnych okazji. Wydawało się, że mamy 
wiele wspólnego. Obaj byliśmy zatwardziałymi starymi kawalerami. John 

background image

uważał mnie za kogoś w rodzaju świętego Franciszka posługującego ratler-
kom i chomikom tego świata. Kiedyś opowiedziałem Johnowi wszystko, 
co wiedziałem. na temat katalitycznej reakcji chemicznej, która rozświe-
tla zimnym światłem robaczki świętojańskie, ryby głębinowe, bakterie i 
grzyby, wspominając, że któregoś dnia, być może, nauczymy się oświetlać 
w podobny sposób nasze domy i miasta – co teologicznie przekształcone 
wypłynęło w jego książce...

W  pałacu  zostałem  mile  przyjęty.  Piliśmy  znakomite  Małe  sherry. 

Mówiliśmy o homeopatii. Mówiliśmy o książce Johna i o jej olśniewają-
cym  sukcesie.  John  wspomniał  o  wywiadzie  telewizyjnym,  którego  ma 
udzielić w swoim różnorako oświetlonym domu przechodząc z pomiesz-
czenia do pomieszczenia i tym samym od epoki otwartego ognia do epoki 
neonu, żeby podsumować swoje wystąpienie w oświetlonej świecami ka-
plicy; były to jednak plany dość mgliste.

Ostrożnie  poruszyłem  zagadkowy  temat  prawdziwej  intencji  jego 

książki. Chyba stary i dyskretny przyjaciel miał prawo wiedzieć – zwłasz-
cza ze sam nie brałem udziału w rozgrywkach teologicznych? John zwró-
cił  moją  uwagę  na  latarnię  z  czasów  Szekspira,  którą  kupił  ostatnio  na 
aukcji i która teraz zdobiła kominek w jego saloniku.

Potem  pani  Mott  podała  kolację.  Posiłek  był  smakowity,  ale  nieco 

dziwny. Zaczęliśmy od ślimaków i pieczarek. Jedne i drugie były smażo-
ne na maśle i John wyraźnie miał kłopoty z ustaleniem, które z krążków są 
ślimakami, a które grzybami. Usiłował przekroić skorupę ślimaka nożem, 
a potem chciał wydłubać nadzienie z pieczarki. Czyżby zarządził takie 
menu specjalnie, żeby zakpić ze swojego okularnictwa?

Dalej szedł smażony turbot pod beszamelem, potem, jako sentymen-

talne przypomnienie czasów studenckich, kiedy to wspólnie chodziliśmy 
do tego same o taniego baru, zjedliśmy po porcji flaków z cebulą i uczo-
nymi kartoflami.

Potem było ciastko i na zakończenie plaster sera Wensleydale i biała 

kawa.

Wtedy pani Mott poszła do domu zostawiając nas samych.
Uświadomiłem sobie, że wszystkie potrawy były białe albo co najwy-

żej kremowe w kolorze i podane na białych talerzach. Nawet wino, które 

background image

do nich piliśmy, to było leibfraumilch – "mleko ukochanej" – co nie zna-
czy, że wolałbym do tego zestawu dań ciężkiego burgunda! Gdybyśmy 
pili burgunda albo inne czerwone wino, mogłoby się wydawać, że nasze 
kieliszki w cudowny sposób wypełniły się krwią, nieobecną przecież w tej 
części krowiej anatomii.

Więc kolacja na biało. Ale dlaczego?
Czyżby pani Mott oszalała?
– Możesz nam nalać porto? – spytał gospodarz. Porto nareszcie było 

intensywnie  purpurowoczerwone  –  kontrast,  którego  nie  skomentowa-
łem, choć moja ciekawość była teraz mocno rozbudzona.

John spróbował wina i w końcu wyznał mi cichym głosem: – Morris, 

ja ślepnę.

– Ślepniesz? – powtórzyłem idiotycznie. Patrzyłem na krągłą, różową 

twarz Johna i na grube okrągłe szkła, które pod pewnym kątem sprawiały, 
że jego oczy wydawały się wyłupiaste. Na policzkach miał lekkie ślady 
ospy – zła reakcja na atak dziecięcej choroby, która niewątpliwie również 
osłabiła jego wzrok.

Czubek głowy miał prawie całkiem łysy i gładki. Skóra na nim i reszt-

ki włosów były tłustawe. Trzeba by w niego wklepać sporo talku, zanim 
nadałby się do pokazania w telewizji; w przeciwnym razie błyszczałby się 
jak licho.

Uznałem, że nadszedł czas, żeby poruszyć sprawę kolacji – w niczym 

jej nie umniejszając, bowiem mój zmysł smaku napawał się każdym kę-
sem, chociaż mój zmysł wzroku nie znajdował żadnych podniet.

– Słuchaj, John, kolacja była naprawdę wspaniała! Pani Mott należą 

się gratulacje. Tylko że... nie było w tym ani źdźbła koloru. Wszystko od 
początku do końca białe. białe jedzenie na białych talerzach. Bardzo po-
mysłowe! Może wydaje ci się, że ty ślepniesz tylko dlatego, że nie widzisz 
żadnego koloru?

Po prostu nie było żadnych kolorów.
John roześmiał się nie bez wysiłku.
– Oh, Morris, wiem o tym! Pani Mott zawsze była twoją wielką zwo-

lenniczką. Ta biała kolacja była na twoją cześć.

background image

– Naprawdę? A to dlaczego? Nie bardzo rozumiem.
– Widzisz, ona tak rozumie działanie homeopatii. W tym przypadku 

homeopatycznego  lekarstwa  na  słabnący  wzrok.  Weź  coś  tak  istotnego 
dla zdrowia, jak dobrze przygotowany posiłek. Zapach i smak odgrywają 
istotną rolę w pobudzaniu apetytu. Ale ważny jest również wygląd po-
traw, kontrasty i kolory.

– Teraz rozumiem! Pani Mott uważa, że redukuj ąc barwy prawie do 

zera...

– Tak jak homeopata redukuje zawartość leku prawie do zera przez 

kolejne rozcieńczania. Dokładnie!

– ...spowoduje poprawę twego wzroku. Twój mózg wysili się, żeby 

rozróżniać śladowe resztki kolorów. Ależ ta kobieta ma wyobraźnię!

– Ta biała kolacja miała być również grubą aluzją w przypadku, gdy-

by zabrakło mi odwagi prosić cię o pomoc.

No, tak, teraz mogłem dodać dwa do dwóch.
Jeszcze jeden przypadek, kiedy ktoś woli szukać porady lekarskiej 

u weterynarza niż u doktora. Weterynarza, który jest bliskim przyjacie-
lem. Co więcej weterynarza, nie mającego żadnych osobistych pretensji 
do pewnego radykalnego biskupa, który sprowadzał wizje świętych do 
braku należytego oświetlenia.

–  Na  czym  więc,  według  ciebie,  polegają  twoje  kłopoty  z  oczami, 

John? Katarakta?

John opróżnił swój kieliszek, jakby dla nabrania odwagi.
– Ja ślepnę od środka – powiedział. – Ślepnę od środka.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Ta ślepota jest jak cień wewnątrz mnie. Cień, który rośnie: Rozrasta 

się, stale się rozrasta.

Zastanowiłem się przez chwilę.
– Nie jestem okulistą – powiedziałem – ale, jeżeli twój opis jest do-

kładny, wygląda mi to na zapalenie nerwu wzrokowego. Nacisk opuchli-
zny może prowadzić do stopniowej atrofii nerwu. Ciemna plama będzie 
się, pozornie powiększać. Część siatkówki straci wrażliwość.

background image

– To coś więcej. – John uderzył się w czoło. -Ta ślepota zakorzeniła 

się we mnie jak jakieś paskudne czarne zielsko! – Jego głos zadrżał i przy-
cichł.

– To z powodu tej mojej książki, nie rozumiesz?
– Co ty mówisz?
–  Modliłem  się,  rzecz  jasna.  Modlę  się  w  mojej  kaplicy  codziennie 

rano  przez  pół  godziny.  Modlitwa  oczyszcza  umysł.  Organizuje  dzień. 
Co nie znaczy, że modlę się za siebie! Modlę się, żeby cały świat ujrzał 
światło miłości. John był jakby zażenowany. Nigdy dotąd nie wspominał 
mi o swoich prywatnych modlitwach. – Tymczasem moje własne światło 
przygasa. W zły sposób.

– Co masz na myśli, John?
– Jest w tej ślepocie coś z rozkładu. Czuję, jak otaczają mnie miazmaty 

zła, jak wyciągają swoje macki.

– I wiążesz to z wydaniem książki? Uważasz, że to jest... kara? – do-

lałem mu wina z karafki. – Wolałbym tego nie mówić, John, ale nie można 
wykluczyć guza. Jeżeli guz uciska ośrodek wzroku w twoim mózgu, może 
to powodować reakcje emocjonalne. Możesz go nawet odczuwać jako coś 
ciemnego i złego rozrastającego się w twojej głowie.

Mój przyjaciel nie zgodził się.
– To kalectwo nie ma przyczyn, chyba że jest to przyczyna cudowna. 

Cudowna – powtórzył – albo diabelska. To jest coś jak czarna powolna 
błyskawica.

– Ależ, John, sam przecież pisałeś, że diabły są nie bardziej cielesne, 

niż cienie rzucane przez świece. Nie wierzysz w diabły.

– Przypuśćmy przez chwilę, że diabły istnieją. Morris, ja czuję się jak-

by opętany.

– Chyba żartujesz.
Ale widziałem, że to nie są tak całkiem żarty.
– Kto jak kto, ale chyba biskupi mają sposoby na diabły? – spytałem.
– Hmm. Musiałbym wtajemniczyć kolegę z Kościoła, zaczęłyby, się 

plotki. Tak samo, gdybym zwrócił się do okulisty. Żenujące, nie uważasz? 
Także dla Kościoła.

background image

A gdybym próbował poddać egzorcyzmom prawdziwy choć kłopo-

tliwy – cud, cóż, to byłoby jeszcze gorsze. To tak, jakbym usiłował wyrzu-
cić Boga ze swojego życia.

– Czas więc wezwać weterynarza-homeopatę, co?
– W najgorszym razie mogę z tobą szczerze o tym porozmawiać. Pani 

Mott miała w tej sprawie zupełną rację.

W miary jak rozmawialiśmy, zaczęło mnie drążyć pewne podejrze-

nie; podejrzenie, którego nie śmiałbym przedstawić Johnowi.

Czy to możliwe, że pani Mott powoli truła Johna? Biały jest przecież 

kolorem niewinności, może więc ta biała kolacja miała symbolizować jej 
niewinność?

Tylko, żeby ogłaszać swoją niewinność, musi wiedzieć o swojej wi-

nie...

Dlaczego pani Mott namówiła Johna, żeby szukał pomocy u mnie? 

Może wcale nie była pełna podziwu dla mnie i w gruncie rzeczy uważała 
mnie za szarlatana, którego rada zaprowadzi Johna na manowce, a po-
wstrzyma go od udania się do lekarza.

John był uzależniony od pani Mott i miał do niej bezgraniczne zaufa-

nie. Czy miałem prawo rzucić cień wątpliwości na ich przyjaźń? Zresztą 
co mogłoby powodować tą kobietą? Spadek – kufa dziwacznych urządzeń 
oświetlających?  (Sam  pałac  me  był  jego  własnością!)  Honoraria  z  jego 
książki? To nie mogło stanowić fortuny.

W końcu postanowiłem jednak zaryzykować.
Chcąc osłodzić gorzką pigułkę roześmiałem się.
– Mówiąc o fosforencji – zacząłem, choć dawno o niej nie było mowy 

– w dawnych czasach często używano fosforu jako trucizny, bo jest trudny 
do wykrycia – pewne ilości fosforu występują w ciele w sposób naturalny. 
Przytacza się słynny przypadek, kiedy ofiara zorientowała się, o co cho-
dzi, bo talerz z jej zupą świecił, kiedy go niosła ciemnym korytarzem!

– Hmm – mruknął John niezbyt poruszony – a dlaczegóż to pani Mott 

miałaby chcieć mnie otruć?

– Nie chciałem sugerować...

background image

–  Zasugerowałeś.  Drobne  ilości  związku  arszeniku,  co?  Odrobina 

trutki na szczury dzień po dniu. Jednak w dawkach nieco większych niż 
homeopatyczne!

Nic na świecie nie mogłoby jej do tego skłonić.
– Może więc coś nie z tego świata? – Nie rozumiem.
– Może na przykład uważa twoją książkę za bluźnierczą. Może wie-

rzy, że działasz w zmowie z Antychrystem.

– Pani Mott? Nie sądzę. A ty?
Pomyślałem o tej dobrodusznej, oddanej, pogodnej osobie i potrzą-

snąłem głową.

 

Tej nocy, kiedy leżałem na granicy snu w wielkim dębowym łożu dla 

gości, przypomniała mi się opowieść o fosforyzującej zupie. Talerz świe-
cącej zupy w ciemnym korytarzu...

Czyżby to była waza, co widzę przed sobą, z chochlą zwróconą w 

stronę mojej ręki?

Czyś ty wywar z homara, sos wichy, czy może zwykły wolowy rosół 

z arszenikiem?

Czyżbyś  nie  był,  bulionie  fatalny,  zmysłoczuły  dla  smaku,  jak  dla 

wzroku? Czyś jest może polewką wyobraźni?

Sam nie bardzo wiem dlaczego postanowiłem wstać z ciepłego łóżka, 

żeby snuć się o północy po zimnym biskupim pałacu. Może wyobrazi-
łem sobie, że w ciemnej kuchni wypatrzę jakiś fosforyzujący słoik z przy-
prawami, zdradzający w ten sposób trujący charakter swojej zawartości. 
Dość, że wstałem, wsunąłem nogi w pantofle i owinąwszy się szlafrokiem 
ruszyłem do drzwi z wyciągniętymi przed siebie rękami.

Nie  korzystałem  z  latarki  i  nie  odsłoniłem  zasłon.  Chciałem,  żeby 

moje oczy zachowały kocią zdolność do rejestrowania najsłabszych nawet 
źródeł światła.

Macając po ścianie, przeszedłem korytarzem koło sypialni Johna – na 

palcach; choć nie miałem powodów do obaw, że moje ciche kroki albo 

background image

skrzyp klepki mogą go obudzić. John dawno powiedział mi, że sypia za-
wsze jak zabity. Jak tylko dotknie głową poduszki, śpi jak kłoda do rana.

Jednak łazienka była na przeciwnym końcu korytarza. Jak bym wy-

tłumaczył te nocne wędrówki?

Streszczając historię moich poszukiwań, dotarłem do kuchni, potem 

dó wszystkich pomieszczeń na parterze, nawet do kaplicy. Nigdzie nie 
znalazłem nic podejrzanego.

W kaplicy panował przejmujący chłód, ale był to chłód całkiem natu-

ralny-zbliżała się zima. Jeżeli jakiś automat nie włączał ogrzewania wcze-
snym rankiem, półgodzinna modlitwa Johna była prawdziwą pokutą. W 
każdym razie nie był to ten mróz, który przebiega po grzbiecie i zmusza 
psy do przeraźliwego wycia.

Jeżeli w kaplicy Johna panował diabelny chłód, to jestem pewien, że 

to nie diabeł ponosił za to odpowiedzialność.

Wróciłem na górę tylko raz wybijając sobie palec u nogi.
W  mroku  górnego  korytarza  źle  obliczyłem  odległość.  Nacisnąłem 

mosiężną klamkę i stwierdziłem, że jestem w sypialni Johna zamiast w 
swojej.

Uświadomiłem sobie swój błąd natychmiast, ponieważ głowę pogrą-

żonego we śnie Johna otaczał pierścień światła. Spał w wełnianej szlafmy-
cy z wielkim pomponem, którą widocznie zrobiła mu pani Mott.

Pierścień światła miał szerokość jego głowy. Nawet dla moich przy-

wykłych do ciemności oczu światło nie było jasne, ale pozwalało wyraźnie 
widnieć śpiące oblicze Johna i zarys łóżka. Widocznie było to jakieś odbicie 
światła z zewnątrz; może nocnej lampy łukowej z dworca kolejowego.

Podszedłem  do  okna,  żeby  to  sprawdzić,  ale  grube  zasłony  były 

szczelnie zaciągnięte.

Onegdaj w nocy Wieczność oczy me ujrzały 
Jak wielki Pierścień światła, bezkresny i biały.
W samym pokoju nie było ani iskierki innego światła. Również moje 

ruchy nie przyćmiewały ani nie przesłaniały tego pierścienia perłowej po-
światy. Wszelkie myśli o pani Mott jako o dostarczycielce fosforowej zupy 

background image

momentalnie wyleciały przez okno (to znaczy wyleciałyby, gdyby okno 
nie było tak szczelnie zasłonięte).

Nie mogłem się dłużej oszukiwać. Wiedziałem, co mam przed sobą.
Nad głową śpiącego Johna unosiła się aureola. Taka, jaką noszą świe-

ci na obrazach.

Może nie tak jaskrawa! Nic olśniewającego, skromna aureola, która 

nie byłaby widoczna, gdyby nie całkowite ciemności. Niemniej jednak au-
reola.

Głowa Johna była pogrążona w grubej poduszce. Aureola nawisała 

nad jego twarzą. Wyciągnąłem ostrożnie palec, żeby jej dotknąć.

Zapewne  była  to  nieostrożność,  ale  nie  doznałem  żadnych  konse-

kwencji.  Nie  poczułem  wstrząsu,  mrowienia,  ciepła.  Nie  mogła  to  być 
żadna  dziwaczna  odmiana  pioruna  kulistego  ani  ognia  świętego  Elma. 
Przeciągnąłem dłonią przez aureole bez żadnego skutku. Potem potrzą-
snąłem Johna za ramie.

– Obudź się, chłopie! Obudź się!
– Pożar? Złodzieje? Która godzina?
– Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy. Siadaj.
Kiedy usiadł, aureola zmieniła pozycję, utrzymując się nad szlafmy-

cą.

– Co się dzieje, Morris? Gdzie jest moja latarka? (Oświetlenie sypialni 

Johna stanowiły dziewiętnastowieczne lampy powozowe!).

Chwyciłem go za rękę.
– Nie, nie trzeba latarki! Masz tu gdzieś lustro?
– Jest w szafie.
– Możesz mi pokazać?
Mrucząc pod nosem John wstał z pościeli – aureola towarzyszyła mu 

niezmiennie – i otworzył drzwi szafy. Teraz były dwie aureole: jedna nad 
jego głową, druga w dużym lustrze.

– Boże, co to za światło? Nie mam okularów.
– Podam ci. Powiedz, gdzie są.
– Na nocnym stoliku.

background image

Przyniosłem mu okulary, włożył je.
– Wielkie nieba!
– Święte słowa, John. Masz aureolę.
Zrobił krok do tyłu i do przodu. Przesunął dłonią nad głową. Zdjął 

szlafmycę, jakby sprawdzał, czy nie zrobiłem mu kawału i nie przyczepi-
łem tego widmowego światła do czapki.

– O Boże – powiedział – moje oczy są do niczego, ale i tak ją widzę. A 

zawsze uważałem, że w aureolach jest coś niepoważnego...

– Cóż, widocznie stajesz się świętym, stary koniu.
– Co, ja? Święty? Nie bądź śmieszny. Poza tym święci wcale nie mieli 

pierścieni światła nad głowami! To tylko konwencja artystyczna. Sposób 
przedstawiania świętych.

– Może niektórzy święci mieli widzialne aureole? W dawnych cza-

sach?

– Myślę, że taka aureola musiałaby być znacznie silniejsza od mojej.
– Może masz dopiero zalążek aureoli? Młodą aureolę.
– To znaczy, że miałaby się wzmacniać? W miarę, jak mój wzrok słab-

nie? Zróbmy tu trochę światła.

Mój przyjaciel odnalazł swoją latarkę i rozpoczął ceremoniał rozpa-

lania lamp powozowych. W miarę jak w sypialni robiło się coraz jaśniej, 
aureola słabła do ledwo widocznego migotania.

Usiadłem na krześle, John przycupnął na łóżku.
– Wszystko to jest bardzo kłopotliwe – powiedział. – To niedorzecz-

ne! Nie mogę być początkującym świętym. Poza tym, co mogłoby powo-
dować aureolę?

– Może Łaska, proszę księdza biskupa?
– Bądź poważny.
– Nie wierzysz w to? Chcę cię o coś spytać, John. Czy napisałeś te 

swoją książkę, żeby zdemaskować radykalną teologię? Czy jest ona czymś 
w rodzaju ofiary – z wszystkiego, co ci było drogie – żeby podtrzymać 
wiarę?

background image

– O Boże, nie sądzę. Mówiłem ci, Morris, że czuję złą -ciemność roz-

szerzającą się we mnie. Jeżeli wyrasta mi aureola, to zapewniam cię, że 
odbywa  się  to  kosztem  mojej  duszy.  To  nie  żaden  reflektor  oświetlają-
cy świętość! Przyjemnie by było wyobrazić sobie, że jest to jakaś lampa 
miłości. Przyjemnie byłoby pomyśleć, że jakieś stare mroczne klasztory 
rzeczywiście bywały oświetlone świętością – z głową świętego jako źró-
dłem światła! Czy nie cudownie byłoby, gdyby miasta przyszłości mogły 
być oświetlane naszą własną czystością, gdyby ludzkość wzniosła się na 
wyższy poziom? Niebo błyszczałoby wówczas blaskiem swoich świętych. 
Piekło  byłoby  czarne  ciemnością  swoich  grzeszników.  Ale  to  zdecydo-
wanie nie jest to, co ja odczuwam, podczas gdy ta ciemność pożera moje 
światło.

Pożera.
– Ta aureola pożera twój wzrok... co by to mogło znaczyć? Że aureola 

jest jakimś rodzajem zorganizowanej energii? Że potrzebuje światła dla 
swojego przetrwania... dla wzrostu? Pewne świecące ryby głębinowe mu-
szą zjadać świecący plankton, bo w przeciwnym razie przestają świecić. A 
świecenie jest im potrzebne, żeby przyciągać ofiary.

– Co chcesz przez to powiedzieć, Morris?
– Może ta aureola jest czymś żywym, zwierzęciem nie z krwi i kości, 

ale z energii. Żywi się fotonami, które docierają do twoich oczu albo im-
pulsami elektrycznymi w nerwach wzrokowych. Dlatego ślepniesz. Twój 
mózg wyczuwa, jak to się odżywia twoim kosztem; pożera światło, żeby 
wytwarzać światło.

– Pasożyt? Po co miałby wytwarzać światło? Hmm, słynni święci nie 

byli przecież ślepcami...

– A więc widocznie aureole nie mogą być dziełem pasożytów.
John w zadumie potrząsnął głową.
–  Wspomniałeś  o  świecących  rybach  przyciągających  ofiary.  Jakie 

"ofiary" może przyciągać święty? Oczywiście, wiernych. Łatwowiernych. 
Grzeszników  dojrzałych  do  nawrócenia.  Ludzi  o  skłonnościach  religij-
nych. Aureola może być haczykiem, na który Bóg łowi ludzi. Może być 
aniołem, który zasiada z wędką. I wysysa fotony z oczu świętego, żeby 

background image

napędzać aureolę? Hagiografia nie wspomina, żeby święci mieli kłopoty 
ze wzrokiem.

– Może było tylko kilku prawdziwych świętych i ich aureole przeszły 

do legendy? A ty jesteś następnym świętym. Cudem w bezbożnym wie-
ku.

– Czyżbyś usiłował mnie kanonizować? Powinieneś być adwokatem 

diabła.

– Rozważam tylko różne możliwości. Oto inna: może kiedyś było wię-

cej kanałów przewodzących boskie światło? Anioły obsługujące aureole 
nie musiały wysysać światła ze świętych, bo miały inne źródła energii.

– W takim razie, dlaczego czuję, że moja ślepota jest złem? Dlaczego 

odczuwam taki brak łaski?

– Nie wiem.
– Czy kiedy oślepnę do końca, moja aureola rozbłyśnie w pełni chwa-

ły?  Czyja  wiara  jest  tu  poddawana  próbie?  Świata  czy  moja?  Czy  to  w 
ogóle jest próba wiary, czy też dzieło jakiejś złośliwej pasożytniczej istoty 
z innego świata? Czy na tym właśnie polega cud: coś, czego nie można 
dowieść, co trzeba przyjąć na wiarę, jak samego Boga? Nawet jeżeli się 
czuje, że samemu jest się potępionym! Opętanym! – Wyciągnął do mnie 
obie ręce. – Czy błagając cię, żebyś mnie wyleczył, Bóg jeden wie dlaczego, 
skazuję się na potępienie? Czy powinienem, pozwolić, żeby moja aureola 
rosła w siłę i w ten sposób potwierdzać wiarę milionów, jednocześnie tra-
cąc własną, zapadając się w głęboką, ciemną jamę?

– Może to coś odejdzie samo – powiedziałem bez przekonania. – Może 

stopniowo ustąpi i wzrok ci się poprawi.

– Czy zostaniesz ze mną przez kilka dni?
– Przez tydzień. Dłużej, jeżeli będzie trzeba. Oczywiście, że zostaną 

Westchnął. – Dziękuję ci, Morris. A teraz lepiej idź się położyć. Ja też to 
zrobię. – Nagle powrócił jego biskupi autorytet. Idź, już Morris. Ja poga-
szę latarnie.

 

background image

W tydzień później nadal mieszkałem w pałacu; aureola była coraz 

mocniejsza.  Widziałem  pierścień  światła  nad  głową  Johna  przy  świetle 
dziennym i sztucznym.

Wzrok mojego przyjaciela pogorszył się drastycznie.
Nie mogło już być mowy o wiezieniu go do okulisty albo do szpitala. 

Co więcej, John i ja zgodziliśmy się całkowicie, że pani Mott nie powinna 
wiedzieć o aureoli. Posiłki, które przygotowywała, nosiłem mu na tacy do 
pokoju i kroiłem za niego mięso.

Biskup był chory, unieruchomiony, a ja go leczyłem. Taka była ofi-

cjalna wersja. Przechodził poważną infekcję, jednak nie zagrażającą jego 
życiu. Pani Mott przyjęła ten fakt do wiadomości dopiero kiedy John ob-
wieścił jej to zdecydowanym głosem przez drzwi.

Sprawy diecezji zostały podobnie załatwione. Sekretarz Johna trochę 

się  obraził,  żądał  też,  żeby  biskupa  zbadał  "prawdziwy"  lekarz.  Biskup 
wyraził swoje zdanie głośno przez drzwi i w ten sposób odkryłem, że mój 
przyjaciel  potrafi  być  twardy  i  że  nie  został  biskupem  wyłącznie  przez 
połączenie dobroci z protekcją.

Umysł Johna pozostawał nienaruszony. Istota odpowiedzialna za au-

reolę nie miała widocznie ambicji przemawiania jego ustami, szeptania 
słów w jego głowie czy mieszania się do jego snów.

Ale stawała się coraz jaśniejsza, coraz jaśniejsza.
–  Nawet,  kiedy  będę  zupełnie  ślepy  –  powiedział  John  –  nie  będę 

ślepy w prawdziwym tego słowa znaczeniu, tylko całe światło zostanie 
mi ukradzione dla podtrzymania aureoli. A to już nastąpi niedługo. Jak 
myślisz, może powinniśmy zadzwonić do telewizji? Powiedzieć im, żeby 
zorganizowali mi konferencję prasową? Czy nie należałoby zaprezento-
wać cudu światu? Czy nie powinienem powiedzieć: "Oto jest błyskawica 
boża"? Taka, która nie uderza w katedry, ale spokojnie i jasno krąży wo-
kół  mojej  głowy,  podczas  gdy  ja  siedzę  w  błotnistej  jamie  jak  w  piekle 
Dantego.

Czy nie powinienem im powiedzieć: "Strzeżcie się zimnego światła 

przyszłości,  światła  następnego  stulecia  wiary"?  Ja  dźwigam  je  jak  mój 
krzyż, czy też raczej moje koło, mój pierścień Piotra, mój annulus angeli. 

background image

Ale ja wiem, że mój anioł jest ciemny. Świeci jedynie dzięki kradzieży, 
dzięki świetlnemu wampiryzmowi.

Jakże więc mógłby pochodzić od Boga? To zrujnowało moją wiarę 

w Boga, tak samo jak zrujnowało mój wzrok. Jeżeli to jest kara boska, to 
może powinienem przekląć Boga! A jeżeli to ma być nagroda, to tym bar-
dziej ! Jeżeli zaś jest to dzieło diabła, to świat nigdy nie stanie się lepszy, a 
my nigdy nie dostąpimy oświecenia.

– Może bardziej ci jest potrzebny doradca duchowny niż weterynarz 

-homeopata? – zasugerowałem. Potrząsnął gwałtownie głową, przy czym 
aureola ani drgnęła.

– Muszę... sam zdecydować. Tylko ja wiem, co to znaczy być teraz 

mną.

I zadecydował – w najokropniejszy sposób, jaki można sobie wyobra-

zić...

Wyrwał mnie ze snu daleki krzyk. Włączyłem swoją latarkę (absolut-

nie niezbędną w tym pałacu, w którym systemy oświetleniowe sięgały od 
prymitywnych do najnowszych). Na moim zegarku było wpół do szóstej 
rano. Na zewnątrz panował jeszcze głęboki mrok. Czyżby krzyk sowy w 
lodowatych ruinach zamku?

– Morris! – doleciał mnie z oddali głos przyjaciela. Znalazłem go w 

kaplicy. Paliły się wszystkie świece. John klęczał przed małym ołtarzem. 
Koło niego na kamiennej posadzce leżał zakrwawiony nóż do chleba. Po 
policzkach Johna, po upiornie pustej twarzy spływała krew. Na obrusie 
Ołtarza, wpatrzone w srebrny krucyfiks, leżały jego dwie gałki oczne.

To dziwne, jak w chwilach przerażenia człowiek zauważa najdrob-

niejsze szczegóły. Zauważyłem, że John użył noża do chleba, z ostrzem w 
kształcie piły i z zaokrąglonym końcem. Zaokrąglony koniec, żeby pod-
ważyć gałki oczne, piłka, żeby przeciąć nerwy wzrokowe.

Może to zresztą nie był taki drobny szczegół. Dowodziło to z jaką 

premedytacją John dokonał tego samookaleczenia.

Jego  ślepe,  nie  mrugające  oczy  wpatrzone  były  w  znak  Chrystusa. 

Nad jego głową, w blasku tylu świec, aureola była ledwo widoczna.

– Czy to ty, Morris? – W jego głosie słychać było ból.

background image

– Tak.
– Czy ta piekielna rzecz znikła?
– Chyba przygasa. Oh, John, coś ty narobił!
Przygasała raptownie. Do czasu, kiedy przyjechała karetka, aureola 

przestała być widoczna. Nie trzeba mówić, że pojechałem z Johnem do 
szpitala. Ledwo lekarz zdołał mnie zapewnić, że John otrzymał znieczu-
lenie i jest pod dobrą opieką, do Szpitala Świętego Łukasza przybył in-
spektor i dwóch innych policjantów, żeby ze mną porozmawiać. Kierowca 
karetki zgłosił wypadek, policja pośpieszyła do pałacu przybywając tam 
tuż przed panią Moi. Zobaczyli zakrwawiony nóż do chleba i oczy leżące 
na ołtarzu. Wyglądało to niewątpliwie na sadystyczną zbrodnię popełnio-
ną przez szaleńca, czyli przeze mnie.

Na szczęście nie dotykałem noża.
Podczas kilkugodzinnego przesłuchania, które trwało póki John nie 

odzyskał  przytomności  po  znieczuleniu,  dowiedziałem  się,  że  procesy 
myślowe policjantów upodobniają się do dziennikarzy najgorszej prasy 
brukowej. Właściwie nie powinno to dziwić, bo zajmują się tymi samymi 
sprawami.  Inspektor  poświecił  masę  czasu  rozwijaniu  myśli,  że  biskup 
Ingolby i ja, obaj nieżonaci, mogliśmy tworzyć związek homoseksualny 
od czasów studenckich i wówczas okropność, która się zdarzyła, byłaby 
wynikiem awantury na tle seksualnym, połączonej być może z szantażem 
– biskup był przecież teraz znakomitością.

Nawet kiedy ]ohn ocknął się i uwolnił mnie od zarzutów, inspektor 

niechętnie  rozstawał  się  ze  swoimi  podejrzeniami.  Ostatecznie,  biskup 
mógł mnie kryć, siebie także przy okazji. Na nożu nie było moich odci-
sków palców, tylko Johna i pani Mott pod spodem, ale przecież mogłem 
mieć rękawiczki.

Właściwie nie powinienem mieć do policji pretensji. Musieli wyczu-

wać, że kłamałem, i John również, na temat powodów okaleczenia.

Jedyny "niepodważalni' fakt, dostarczony przez panią Mott, miano-

wicie, że biskup obawiał się ślepoty, nie wydawał się tak niepodważalny 
wobec tego, że lekarz johna nic o tym nie wiedział, podobnie jak sekretarz 
diecezji.

background image

Poza tym, w jakimż to szalonym emocjonalnym równaniu lęk przed 

utratą wzroku prowadzi do dobrowolnego samooślepienia?

W  pewnym  sensie  to  prasa  brukowa  przyszła  nam  na  ratunek.  Po 

cynku z policji albo z pogotowia spadły na Porchester dziennikarskie sępy. 
Dla nich najważniejsze było, że oczy Johna Ingolby, sceptycznego autora 
"Religii  i  historii  oświetlenia"  zostały  umieszczone  na  ołtarzu.  Czymże 
były, jeżeli nie ofiarą?

W ten sposób prasa dodała dwa i dwa, i wyszło jej cztery. Podczas 

gdy prawdziwa odpowiedź była liczbą całkowicie nierzeczywistą. Albo 
może zerem, tajemniczym zerem aureoli.

John, dlaczego właściwie położyłeś swoje oczy na ołtarzu?
 

Minęło  dwa  tygodnie,  John  był  z  powrotem  w  domu  wracając  do 

zdrowia. Niedługo jednak musiał opuścić pałac biskupi, sekretarz arcybi-
skupa bardzo nalegał na rezygnację Johna, ze względów humanitarnych.

Pani  Mott  poszła  do  domu,  podobnie  jak  doktor,  który  przyszedł 

obejrzeć oczodoły i zmienić opatrunek. By1iśmy w pałacu sami, John i ja, 
jak pierwszego wieczoru po moim przyjeździe, z tą różnicą, że John miał 
teraz opaskę na oczach. A także wcześniej zjedliśmy normalną kolacji z 
brązową wołowiną, zieloną kapustą i złocistymi frytkami.

– Dlaczego, John?
– A jak sobie wyobrażasz? Zawsze lubiłem porządek. Gdzie je mia-

łem położyć? Na podłodze? Nie chciałem, żeby ktoś je rozdeptał!

– I to jedyny dowód? Porządek?
– Musiałem z tym zrobić porządek, Morris. Nie tylko z moimi ocza-

mi... Wiesz przecież.

– Chyba tak... Czy zgodzisz się na sztuczne oczy? Szklane, plastyko-

we, sam nie wiem?

Roześmiał się sucho.
– Od sztucznego oświetlenia do sztucznych oczu! Krok logiczny, choć 

nie prowadzący do większej jasności. Tak, myślę, że szklane oczy mogą 
być nieszkodliwe.

background image

W  razie  czego  znacznie  łatwiej  będzie  się  ich  pozbyć.  Do  ustępu  i 

spuścić wodę.

W dwa i pół roku później firma Matsuya Biotechnic K.K. z Japonii 

ogłosiła,  że  zbudowała  sztuczne  bioniczne  oczy,  podłączane  do  nerwu 
wzrokowego, Model deluxe stanowi zadziwiający postęp w stosunku do 
tradycyjnych organów wizualnych z mięśni, chrzęści i płynu. Za lekkim 
dotknięciem  guziczków  (ukrytych  pod  powiekami)  te  japońskie  oczy 
mogą być dostosowane do widzenia w podczerwieni, do teleskopowego 
powiększenia  lub  do  sowiego  wykorzystania  światła  w  najciemniejszej 
nocy.

Armie całego świata bardzo się zainteresowały, ale jest jeden szkopuł. 

Żeby korzystać z oczu firmy Matsuya, najpierw trzeba się pozbyć swoich 
własnych.

W ciągu ostatnich dwóch lat odwiedziłem Johna co najmniej z tuzin 

razy w jego skromnym domku w małej wiosce koło Porchester, gdzie pani 
Mott nadal otaczała go swoją opieką, i wiedziałem jak cierpi.

Nie z bólu, tylko na skutek moralnego niepokoju.
Nie z biedy, bo jego książka po sensacyjnym samooślepieniu miała 

wydania kieszonkowe i zagraniczne, ale na skutek duchowej klaustrofo-
bii.

John  otrzymał  parę  wielce  przekonywających  plastykowych  gałek 

ocznych. Niebieskie, wykonane holograficzną techniką tęczówki wyglą-
dały chwilami bardziej żywo niż prawdziwe oczy.

Dwa tygodnie temu zadzwonił do mnie: 
– Sprawie sobie te japońskie oczy – powiedział. – Jeżeli tylko ich eks-

pertów nie zawiodą nerwy! – roześmiał się. – Mam na myśli moje nerwy 
wzrokowe. Nie wytrzymuję już tych piekielnych ciemności, Morris. Ten 
stwór  od  aureoli  musiał  zdechnąć  wieki  temu.  Zrezygnować,  pójść  do 
domu, nie wiem co one tam robią, kiedy gospodarz zamorzy je głodem.

Dużo  rozmawialiśmy  o  tych  stworach,  John  i  ja.  Anioł?  Demon? 

Pozaziemska  forma  życia?  Czy  też  istota  z  jakiegoś  całkowicie  innego 
wszechświata,  odmienna  forma  istnienia,  która  zabłąkała  się  do  naszej 
rzeczywistości?

background image

Nie musiała to wcale być istota rozumna. Mogła nie przewyższać in-

teligencją ryby głębinowej albo robaczka świętojańskiego.

Może była pasożytem żerującym na jakichś obcych, którzy nie rozpo-

znani odwiedzali naszą planetę, i wydostała się na wolność. Czy dawała 
jakąś symbiotyczną korzyść tym hipotetycznym obcym, czy też była tyl-
ko dolegliwością, jak katar, taka grypa oczna? Zło, które John odczuwał, 
mogło wynikać z obcości stwora, niekoniecznie z jakiejś moralnej, metafi-
zycznej jego właściwości.

Stopniowo  przystaliśmy  na  wyjaśnienie  naturalne,  choć  bez  prób 

ustalenia czegoś o samym zwierzęciu. Pasożyt, który oślepia swojego no-
siciela i zapala mu pochodnię nad głową nie wyglądał na mistrza w sztuce 
przetrwania, ale może John był pod tym względem jak mieszkaniec Wysp 
Południowych zarażony europejską wietrzną ospą.

W  każdym  razie  ja  zadowoliłem  się  taką  interpretacją.  John  nadal 

mówił o piekielnych ciemnościach.

Teraz technika miała go uwolnić od tych ciemności; podobnie jak co-

raz doskonalsze sztuczne oświetlenie miało stopniowo przepędzać skrza-
ty i duchy, diabla i Boga.

–  Kontaktowałem  się  z  przedstawicielstwem  Japończyków  w 

Londynie  –  powiedział  mi.  –  Firma  Matsuya  wyśle  dwóch  chirurgów  i 
parę oczu samolotem przez Biegun Północny. Będzie to dla nich dobra 
reklama.  Można  powiedzieć,  że  pociągnąłem  za  sznurki,  a  za  parą  dni 
oni będą pociągać za sznurki w mojej głowie, żeby sprawdzić, czy jeszcze 
działają. Jak wszystko dobrze pójdzie, powinienem być za dwa tygodnie 
w domu z nowymi oczami.

Wszystko  poszło  dobrze.  John  Ingolby  znów  widzi.  I  to  lepiej,  niż 

kiedykolwiek w życiu. Lepiej niż wszyscy ludzie na świecie, z wyjątkiem 
takich, którzy jak on zamienili swoją naturalną aparaturę na bioniczną.

Nowo odkryty świat jest dla niego rewelacją. Moja twarz, nie widzia-

na od przeszło dwóch lat, jest jak mistyczna wizja. Podobnie z twarzą pani 
Mott.

Podobnie z jej kwiatowo-ziołowym ogródkiem przy domu.

background image

Podobnie z nocą, kiedy widzi bez trudu, oglądając monochromatycz-

ne wzgórza, drzewa, krowy i żywopłoty, a gwiazdy z góry świecą tysią-
cami jasnych lamp.

Podobnie z cieplnym obrazem świata o świcie, kiedy te same krowy 

widoczne są jako jaskrawoczerwone plamy na zimnobłękitnych polach, 
pozostawiające za sobą różowe ślady racic na rosie. Przelatujący ptak jest 
ognistym meteorem.

Całe to piękno leczy dusze Johna. Jego nowe oczy wyglądają mniej 

naturalnie  niż  poprzednie,  plastykowe;  są  srebrnoszare  i  pod  pewnym 
kątem zmieniają się w lusterka. Ale to nie jest ważne.

– John... 
Jest drugi wieczór mojej wizyty i wyszliśmy przed dom żeby popa-

trzeć na niebo. Pani Mott położyła się wcześnie.

– John, to wróciło.
– Co?
– Twoja aureola. Znów jest lekko widoczna.
– Nie żartuj, Morris.
– Ja nie żartuję. Widzę ją.
John podchodzi do domku, przegląda się w oknie. Widzi wszystko 

znacznie wyraźniej. Odbicie w szybie potwierdza moje słowa.

– O, mój Boże. Więc to nie mieszkało w moich oczach i nie żywiło się 

fotonami. To przez cały czas siedziało w moim mózgu. Czekało w uśpie-
niu jak zamrożony wirus i światło obudziło je ponownie. O, mój Boże. Te 
japońskie oczy są instalowane na stałe. Nie mogę ich wyjmować, kiedy 
chce...

– A nie możesz ich wyłączyć?
– A po co komu wyłączane oczy? Kiedy idę do łóżka, moje powieki 

robią to same. Wyłącznik to o jeden przycisk za dużo.

Aureola nie rzuca się w oczy, kiedy pani Mott podaje nam rano jajka 

na bekonie. Ona nic nie zauważa, ale ja dostrzegam lekkie migotanie.

Niebo jest błękitne, słońce jasne.

background image

– Piękny wiosenny poranek– zauważył John. – Ale później może się 

zachmurzyć. Przejdziemy się na Wzgórze Hinchcombe.

Na Wzgórze Hinchcombe idzie się mile drogą, a potem stromą leśną 

ścieżką na porośnięty krzewami kolcolistu wierzchołek, na którym spo-
tkać można jedynie stadko owiec rasy suffolk. Te krzepkie owce kocą się 
wcześnie, przed Bożym Narodzeniem i teraz pasły się tu matki już od-
dzielone od jagniąt.

W cieniu jodeł było chłodno, ale na szczycie panował upał jak w le-

cie.

– Czy widzisz naszego okrągłego przyjaciela?
– Nie, słońce jest zbyt jaskrawe – odpowiedziałem.
– To dobrze. Wszyscy wiemy, że nie należy patrzeć w słońce, prawda? 

Ostre słońce może spalić komórki siatkówki. Ja mam sztuczną siatkówka, 
znacznie odporniejszą. Mógłby ją może zniszczyć rozbłysk termojądrowy, 
ale przecież wszyscy wiemy, że wybuch jądrowy jest jaśniejszy niż tysiąc 
słońc.  Powinienem  wiec  mieć  duży  zapas  wytrzymałości,  nawet  kiedy 
włączę nocne widzenie.

– Nie rób tego, John.
– Nic mnie nie obchodzi, jeżeli popsuje te oczy. Teraz już nie.
– Możesz uszkodzić ośrodek wzroku w mózgu.
–  Tam,  gdzie  to  bydle  mieszka,  co?  Chyba  że  mieszka  w  innym 

wszechświecie albo w Niebie, a w mojej głowie ma tylko otwór do pod-
glądania.

John siada na kamieniu twarzą do Słońca.
– Chcesz jeść? – krzyczy. – Ja cię nakarmię!
Z jakiegoś powodu (nawyk, rytuał, ostrożność?) robi znak krzyża i 

zaczyna wpatrywać się w Słońce. Jednocześnie głośno, monotonnie mru-
czy melodie hymnu "Anioły z Królestwa Chwały".

Mijają minuty.
– Widzę ją, John. Błyszczy. Jaśniej, coraz jaśniej.
Teraz jest to już pełna, jaskrawa aureola, a on nadal patrzy w Słońce.
Przerywa mruczando.

background image

– Mów, co widzisz! – żąda.
– Nie mogę już na nią patrzeć wprost. Jest zbyt jasna. Dobrze przy-

najmniej, że to zimne światło, bo w przeciwnym razie Johnowi mózg by 
się ugotował.

– Nie dla mnie. Ja widzę, że zapada mrok. Słońce wygląda jak cytryna 

we mgle. 

"Anioły! Z Królestwa Chwały!" 
Muszę się odwrócić. Owce zeszły niżej chroniąc się przed tym dru-

gim, miniaturowym słońcem.

– Ślepnę coraz bardziej, Morris. To naprawdę pożera światło.
– I wydala je z powrotem!
– Wkrótce będę znów ociemniały. Ale co tam. 
"Anioły! Z Królestwa Chwały!" 
Szkoda, że nie mam okopconego szkiełka. Odważam się zerkać jedy-

nie od czasu do czasu.

Spojrzenie: Aureola niema już kształtu pierścienia. Jest to ognista kula 

jak druga głowa. Kiedy się odwracam, jej powidok buja nad jodłami jak 
piorun kulisty.

"Anioły!" Rzucam dwa cienie na trawę i krzewy. Spojrzenie: – To ro-

śnie w górę, John!

Kolumna oślepiającej srebrzystej jasności; mogłaby oświetlać całą uli-

ce.

W powidoku nad drzewami unosi się jakaś postać, chwieje się i zni-

ka.

Spojrzenie: Teraz powidok jest wyraźniejszy. To nie jest postać ludz-

ka. Jest zbyt wysmukła, rozszerza się tylko w piersi. Nogi są za krótkie, 
ręce za długie i za cienkie. Głowa jakby ptasia, z dziobem zamiast ust.

"Anioły z Królestwa Chwały!" Powidok ma skrzydła, wielkie ogniste 

skrzydła.

To Anioł Ognisty, który wypędził Adama i Ewę z Raju.
– John, na twojej głowie siedzi jakieś stworzenie! Wielki chudy ptak! 

Podobny do człowieka, ale to nie człowiek.

background image

Jego szpony obejmują czaszkę Johna, jakby to było jajo.
Spojrzenie: Powidok rozdziawia dziób. Co za skrzekliwy, przenikli-

wy głos!

John przestał podśpiewywać. Ten odgłos ni to szpaka, ni to papugi, 

wydobywa się z jego ust...

– Słysze cię! – krzyczę.
Osłaniam oczy dłońmi: John siedzi jak poprzednio wpatrując się nie-

ruchomo w Słońce.

– Przychodzę! – wrzeszczy świetlisty ptak. – Ogłaszam swoje przyj-

ście!

– Skąd przychodzisz?
– Zabieram.
– Co zabierasz i dokąd?
– Swój łup! Do gniazda !
John jest wiec łupem. Musze przerwać dopływ Słońca do jego oczu! 

Osłaniając głowę przed przerażającą kolumną światła podkradam się sku-
lony i spycham go z kamienia. Zaciskając z całej siły powieki padam obok 
niego, po omacku odnajduje jego głowę i zasłaniam dłońmi jego japońskie 
oczy.

– Aiiii! – wrzeszczy głos. Odzywa się własny głos Johna.
–  O,  błogosławione  wizje!  Królestwo  Chwały!  Niebiańskie  miasto 

aniołów! Z wysmukłymi, niebotycznymi wieżami oświetlonymi w nocy 
zimnym  światłem,  jakby  na  każdej  wieży  paliła  się  gwiazda,  jakby  na 
każdym dachu przysiadł anioł. Białe anioły szybują w perłowym świetle 
dnia. W dole łąka z małymi błękitnymi kozami-elfami, pasącymi się nad 
mleczną rzeką...

– Nie idź za tym, John! Wyrzuć to ze swojej głowy!
– Moja dusza wejdzie do anielskiego jaja.
– Broń się! To coś chce ci zabrać twój umysł.
– Odrodzę się jako anioł.
– To są drapieżne ptaki, John. Nie anioły, tylko orły z innego świata.
– Nie, to są niebiańskie... – jego głos zamiera.

background image

– Aiiii! Zwyciestwo!
Ciało Johna drga, potem nieruchomieje.
Ostrożnie otwieram oczy. Oślepiające światło, drugie słońce, znikło. 

Tylko nasze własne żółte słońce świeci na krzewy, głazy, trawę i na ciało 
mojego przyjaciela.

Sprawdzam puls... nic. Jego serce stanęło. Nie umiem robić oddycha-

nia "usta-usta", ale mimo to próbuje przywrócić mu oddech.., na próżno.

Siedzę przy ciepłym od słońca ciele przez dłuższą chwile.
John uwierzył, że jego umysł wejdzie do anielskiego jaja w tamtym 

obcym świecie, w tamtej innej rzeczywistości.

Pewnie po to, żeby się wylegnąć.
Tylko jako co? Jako anioł, równy innym aniołom-ptakom?
Czy  może  jako  więzień  przynoszący  chlubę  temu,  co  go  pojmał? 

Niewolnik? Ofiara? Dar dla Pana świetlistych ptaków?

Zaraz zejdę ze wzgórza, ścieżką przez las, potem drogą, tym razem 

sam. Będę musiał powiedzieć, że wysiłek podejścia spowodował zawał i 
śmierć Johna.

Powiem, że jego duch wstąpił do Nieba, gdzie teraz jest jego dom.
Musze mieć nadzieje, że nikt inny nie widział oślepiającego światła 

na Wzgórzu Hinchcombe, tej światłości, która porwała Johna do swojego 
dalekiego gniazda, pozostawiając niepotrzebne ubranie jego ciała.

Może John będzie szczęśliwy, kiedy się wykluje pod zimnym świa-

tłem tego miasta, które jest gdzie indziej. A może takiego miasta nie ma; 
może te ostatnie wizje były kłamstwem, narkotykiem pompowanym do 
jego głowy, żeby sparaliżować wole...

Kilka owiec wróciło, przyglądając się nam dwóm z umiarkowanym 

zainteresowaniem.

przekład : Lech Jęczmyk 

background image

tysiąc cięć 

 

Restauracja "Ognisty ptak" mieściła się w wielkiej, mrocznej piwnicy, 

w której byli jedynymi gośćmi. Malowidła ścienne ze scenami z Ballets 
Russes wyginały się w półmroku jak egzotyczne duchy.

– Zdaje się, że rosyjskie restauracje nie są dziś w modzie zauważył 

Don Kavanagh, podczas gdy kelner rozstawiał kieliszki z lodowatą wód-
ką.

– Dlatego tu przyszliśmy – powiedział Hugh Carpenter. Nie ma kło-

potów ze stolikiem.

– To nie moja wina – wtrącił się kelner, – Ja jestem czystej krwi lon-

dyńczykiem.

– Może to jest dla nas temat? – rzuciła Martha Vine, odgrywająca w 

zespole  rolę  brzydkiej  siostry.  –  Wiecie,  restauracje  prowadzone  przez 
niewłaściwych ludzi. Na przykład Eskimoska Kuchnia Orientalna... Albo 
może wegetariańska rzeźnia? Czekajcie, mam: protest przeciwko wiwi-
sekcji  jarzyn!  Rzepy  poddawane  wstrząsom  elektrycznym.  Karczochy 
zmuszane do wypalania czterdziestu papierosów dziennie.

Hugh tym samym ruchem głowy odrzucił pomysł i odesłał kelnera. 

Cały smak ich kabaretu telewizyjnego polegał na niezauważaniu rzeczy 
oczywistych.

– Za mało zwariowane, moja droga. – Nadstawił ucha. – Co to było?
– Rura wydechowa.
– Tyle razy?
– Brzmi bardziej jak strzelanina – powiedziała Alison Samuels, po-

trząsając nienaganną rudą fryzurą. Jeżeli Martha była bestią, to ona była 
pięknością.

– W takim razie ktoś strzela z rury wydechowej – uśmiechnął się try-

umfująco Hugh. – Na czym to stanęliśmy?

background image

Zaraz potem z westybulu restauracji na górze dobiegły odgłosy ła-

mania mebli, kobiecy pisk i niezrozumiałe okrzyki.

– Czy to jakiś twój kawał, Hugh? – spytała Martha pośpiesznie, ner-

wowo. – Umieściłeś na górze magnetofon, czy tak?

– Nie, i niech lepiej...
W tym momencie na schodach pokazało się dwóch barczystych męż-

czyzn w wiatrówkach, którzy popychali przed sobą kelnera z pokrwawio-
ną twarzą, kierownika i blondynę kasjerkę. Trzeci mężczyzna, chudzielec 
w plastykowej bluzie stanął na schodach. Wszyscy trzej byli uzbrojeni w 
pistolety maszynowe.

– Nie ruszać się! – powiedział jeden z mężczyzn z irlandzkim akcen-

tem. – A wy siadajcie przy stole.

Kierownik, kasjerka i kelner czym prędzej usiedli.
Chwilę ciszy przerwała syrena nadjeżdżającego wozu policyjnego.
– O ile rozumiem – powiedział głośno Hugh – jesteśmy wszyscy za-

kładnikami w kolejnej spapranej akcji terrorystycznej?

– Zamknij się, ty!
– Cicho – mruknął Don kątem ust. – Zakładnicy zwykle giną w pierw-

szych minutach. Potem zaczynają się zawiązywać stosunki. Nie rób nic. 
Medytuj.

– Zen i sztuka bycia zakładnikiem, co? – szepnął Hugh i usiadł nieru-

chomo jak mnich buddyjski.

Odezwał się policyjny megafon.
–  Nie  zbliżać  się!  –  krzyknął  chudzielec.  –  Mamy  tu  zakładników! 

Zabijemy ich!

Jeden  z  barczystych  podbiegł  do  drzwi  kuchennych  i  otworzył  je 

kopniakiem...

    

Język Hugha poruszał się w jej ustach. Palcem przesunął między jej 

pośladkami.

background image

Błyskawicznie się odsunął. Był nagi. Alison też. Znajdowali się w łóż-

ku w jego mieszkaniu w Chelsea. Na dworze był słoneczny czerwcowy 
dzień.

Alison wpatrywała się w Hugha szeroko otwartymi oczami.
– Ależ – wydusiła z siebie.
– Byliśmy w restauracji "Ognisty ptak"... Popraw mnie, jeżeli jestem 

szalony, ale nie miałem pojęcia, że mam ataki amnezji! To znaczy, jak my 
się tu u licha znaleźliśmy? Mam nadzieję, że ty możesz mi to wyjaśnić?

– Hugh... Ja nic ci nie mogę wyjaśnić. Jesteśmy w tej restauracji. Potem 

ci ludzie z IRA... W każdym razie myślę, że oni byli z IRA. I nagle jesteśmy 
tutaj...

Hugh usiadł na łóżku. Tępo wpatrywał się w gazetę leżącą na żółtym, 

włochatym dywanie.

Nagłówek głosił: Szczęśliwe zakończenie oblężenia "Ognistego pta-

ka".

Przeczytał artykuł mało co rozumiejąc. Zrozumiał natomiast fotogra-

fię. On otacza ramieniem Alison, oboje szczerzą zęby i machają rękami.

– Spójrz na datę! Dziewiąty czerwca. To jest gazeta z następnego ty-

godnia.

– Jesteśmy więc w połowie przyszłego tygodnia. – Alison wybuchnę-

ła histerycznym śmiechem, potem aktorskim gestem klepnęła się w poli-
czek. – Muszę zastosować tę sztuczkę przed następną wizytą u dentysty... 
Dlaczego, do cholery, żadne z nas nic nie pamięta?

– Szkoda, że nie pamiętam, jak się kochaliśmy.
Alison zaczęła się ubierać podnosząc rozrzuconą po pokoju bieliznę.
– Zawsze chciałem pójść z tobą do łóżka – ciągnął Hugh. Była to jedna 

z moich życiowych ambicji. I jest nadal! Chyba oblewaliśmy nasze uwol-
nienie, nie sądzisz?

– Gaz – przyszło mu nagle do głowy. – To jest to. Widocznie użyto ja-

kiegoś nowego środka psychochemicznego, żeby wszystkich obezwładnić 
albo oszołomić. A to jest efekt uboczny.

Przeczytał uważniej artykuł w gazecie.

background image

–  Nie  ma  tu  nic  o  gazie.  Piszą,  że  policja  przekonała  terrorystów. 

Przypuszczam, że można prasę nieco przyhamować... nie, to działo się na 
oczach ludzi. Relacja musi być prawdziwa. Zadzwonił telefon.

Hugh pośpieszył nago do sąsiedniego pokoju, żeby go odebrać.
   

Kiedy  wrócił,  Alison  siedziała  przed  lustrem  zaplatając  włosy. 

Zauważył, że drżała. Skutek szoku. On sam czuł się pusty w środku i miał 
gęsią skórkę, choć było ciepło.

– To był Don. Zachował się bardzo racjonalnie jak na klowna. Bardzo 

sprytnie. Jest w takiej samej sytuacji jak my. Ale to samo jest z Sarą. Z jego 
żoną.

– Wiem, że Sara to jego żona.
– Potem próbowałem dodzwonić się do Marthy, ale nie udało mi się. 

Nagle wszystkie linie okazały się zajęte. Próbowałem zadzwonić do poli-
cji. Próbowałem nawet cholernej zegarynki. Nic z tego. Wszyscy dzwonią, 
żeby sprawdzić która godzina! Tu chodzi nie tylko o nas, Alison. To nie 
ma nic wspólnego z "Ognistym ptakiem". To dotyczy wszystkich.

– Gdzie masz radio? Włącz.
– W kuchni.
Hugh wybiegł, wciąż jeszcze nagi, Alison patrzyła na jego trzęsące 

się pośladki.

Jakaś punkrockowa grupa wrzeszczała: ...zbombardują ci cycki!
zbombardują ci mózg!
zbombardują ci tyłek!
Muzyka przycichła.
–  To  było  najnowsze  nagranie  Łasic. Mocna rzecz,  co?  Taka  więcej 

radioaktywna... a radio powinno być aktywne. Jadę więc dalej, chociaż 
wiem tyle co i wy. Tak jest, drodzy słuchacze, nikt z nas tutaj w studiu 
nie ma pojęcia, jak się tu dziś znaleźliśmy. Ani skąd się wzięło dziś. Ale 
jeżeli czujecie to co ja, mam dla was jedną dobrą radę: nie traćcie głowy i 
róbcie dalej to, co robicie. Ciągnijcie swój wózek. Niech się kręci. Szykuj 
obiad, mamo Jones i nie spal patelni, niedługo dzieci wrócą do domu. A 

background image

teraz, żeby wam wszystkim dodać ducha, nagranie starej grupy Ruch "W 
chińskiej fabryce makaronu"...

Hugh  przejechał  przez  skalę.  Jedna  stacja  po  prostu  umilkła,  inne 

nadawały tylko muzykę.

– Spróbuj na długich – ponaglała go Alison. – Jakąś zagranicę.
Kiedy złapał wśród trzasków Kair po francusku, jego szkolna fran-

cuszczyzna wystarczyła, żeby stwierdzić, że to co się zdarzyło, zdarzyło 
się na skalę światową.

    

Do końca czerwca a takie w lipcu i sierpniu zjawisko powtarzało się 

wielokrotnie. Żadna z następnych "przerw w życiorysie" nie trwała tak 
długo jak pierwsza. Niektóre połykały dwa lub trzy dni, inne tylko kilka 
godzin, ale nic nie wskazywało na to, że wygasają.

Nie było żadnego sensownego wyjaśnienia.
I nadal ludzie nie mogli przywyknąć do tego, że w ich życiu następu-

ją w nieregularnych odstępach czasu przerwy.

Bo to nie było tak, jakby ktoś stracił przytomność lub zasnął. Kiedy 

świadomość wracała – a kto mógł zapewnić, że za następnym razem też 
wróci? – okazywało się, że całe życie toczyło się normalnie. Kursowały 
samoloty między Nowym Jorkiem a Londynem. Podpisywano umowy i 
rodziły się dzieci. Ukazywały się gazety i wreszcie zawołanie sprzedaw-
ców "Dowiedz się wszystkiego z prasy" sprawdzało się dosłownie, bo jak 
inaczej można by się dowiedzieć o tym, co się zdarzyło? Kobieta mogła 
stwierdzić, że znajduje się w areszcie, ale policja musiała zajrzeć do doku-
mentów, żeby ją poinformować, ie, powiedzmy, zamordowała męża – co 
stwarzało dziwne nowe problemy w kwestiach winy i niewinności...

Człowiek mógł z przerażeniem stwierdzić, że siedzi za sterami od-

rzutowca i ma lądować na nieznanym lotnisku, albo że leży w szpitalu po 
niewiadomej operacji, albo że biegnie ulicą – nie wiadomo dlaczego.

    

background image

– A co będzie, jeżeli ockniemy się wśród ryku syren w samym środku 

wojny nuklearnej? – spytała Martha. Dłużej tak nie wytrzymam, do mnie 
doprowadza do szaleństwa. – Nalała sobie następną szklaneczkę dżinu.

– Wszystkich to doprowadza do szaleństwa – powiedział Don. Byli w 

mieszkaniu Hugha. – To przypomina taką starą chińską torturę.

– Tę, co to woda kapie na głowę aż wywierci dziurę?
–  Nie,  chodzi  mi  o  śmierć  przez  tysiąc  cięć.  Zawsze  myślałem,  że 

nieszczęsne  ofiary  umierały  na  skutek  utraty  krwi,  ale  teraz  sądzę,  że 
przyczyną zgonu był kumulujący się szok. Jeden bolesny wstrząs za dru-
gim. Jeden można było przeżyć. Dziesięć można było przeżyć. Ale tysiąc? 
Nigdy! Oto co czeka ludzkość. To jest życie tysiąca cięć.

– Wielkie nieba – powiedział Hugh – trafiłeś w sedno. – Zatarł dłonie. 

– Cięcia, to genialne.

– To znaczy, że jesteśmy jak roboty – nie przerywał sobie Don. – wia-

domość nie jest nam potrzebna. Nie musimy wcale wiedzieć co robimy. 
Ptak nie ma świadomości, ale to mu nie przeszkadza zalecać się, wycho-
wywać młode i odlatywać do ciepłych krajów. Nawet mu pomaga. Żadna 
jaskółka  obdarzona  świadomością  nie  byłaby  tak  głupia,  żeby  latać  co 
roku na kraniec Afryki i z powrotem.

– Czy chcesz powiedzieć, że zyskaliśmy zbyt dużą samoświadomość 

i to jest ewolucyjny ślepy zaułek? – spytała Alison.

– A teraz na powrót staniemy się robotami i światu to tylko wyjdzie 

na dobre. Tyle że mytego nie będziemy wiedzieć. Tak jak myszy czy wró-
ble. One po prostu są. Martha wspomniała wojnę nuklearną. A czy za-
uważyłaś, jak gładko nagle posuwają się rozmowy na temat ograniczenia 
zbrojeń?

– To dlatego, że obie strony bardziej się teraz boją przypadkowego 

wybuchu.

– Wcale nie, sprawdzałem. Wszystkie znaczące postępy zdarzyły się 

podczas przerw. – Don roześmiał się pod nosem. – Przełomy w przerwach! 
I pamiętajcie: oblężenie "Ognistego ptaka" zakończyło się pokojowo rów-
nież w czasie przerwy.

– W czasie cięcia – poprawił go Hugh.

background image

– Sprawa z "Ognistym ptakiem" mogła bardzo łatwo przerodzić się w 

morderczą strzelaninę, ze szturmem na restaurację. Ale stało się inaczej. 
Niezależnie od tego, jak krwiożerczy byli ci terroryści. Albo władze.

    

Prowadził swoje czerwone Metro biegnącą w tym miejscu wiaduk-

tem autostradą do centrum Londynu w szybkim i gęstym ruchu. Widział 
w lusterku jak niedaleko za nim biały volkswagen nie zdołał wyprzedzić 
ciężarówki z przyczepą. Ciężarówka potrąciła go wpadając w poślizg i 
zarzucając  przyczepą.  Kiedy  wpadły  na  nią  następne  pojazdy,  w  górę 
wzbiła się ognista kula.

– Masakra. – Don zerknął na zegarek z kalendarzem, w jaki przytom-

nie się zaopatrzył zaraz po pierwszej przerwie, zanim zegarków zabrakło. 
– Dwa dni tym razem.

Alison siedziała obok niego, Hugh z tyłu. Marthy nie było. Miał na-

dzieję, że jeszcze żyje.

– Na Boga, wysadź nas tutaj! – powiedziała błagalnym tonem Alison. 

– To jest śmiertelna pułapka.

– Raczej jakaś stadna panika! Dlaczego ci idioci nie zwolnią?
Jakimś cudem Don bezpiecznie dotarł do najbliższego zjazdu z auto-

strady. Zjazd też był zatłoczony. Ryczały klaksony, wszędzie poobijane i 
powgniatane karoserie.

– Nie zapomnijmy, o czym rozmawialiśmy – przypomniał im Hugh 

oglądając się za siebie. – Życie tysiąca cięć.

– Będę miał tysiąc cięć na karoserii.
– Zatrzymaj się przy najbliższym pubie, Don. Musimy pogadać, za-

nim nastąpi kolejna przerwa.

   

 – Wróćmy do cięć – powiedział Hugh z podwójną whisky w dłoni.
Bar  "Książę  Kentu"  był  pełen,  ale  dziwnie  cichy.  Ludzie  czekali  aż 

w radiu ucichnie muzyka i można będzie usłyszeć pierwsze, pośpiesznie 
zebrane wiadomości. Wiele osób w ogóle nie piło, tylko czekało.

background image

– Wspomniałeś o torturze tysiąca cięć i, oczywiście, chodziło w niej o 

cięcie nożem ciała. A co my rozumiemy przez cięcia? – Film – powiedziała 
Alison. – Montaż. Łączenie scen.

– Zdolna dziewczynka!
–  Nie  jestem  dziewczynką.  Dziewczynki  mają  dwanaście  lat  albo 

mniej.

– Nie chciałem cię urazić.
– To dlatego nie chciałam nigdy pójść z tobą do łóżka.
– Dobrze, dobrze, czołgam się u twoich stóp. Ale to jest dokładnie to: 

montaż filmu, cięcie z jednej sceny na drugą. Nie trzeba pokazywać całej 
drogi bohaterów z A do B. Wyjeżdżają z A i przyjeżdżają do B. W przeciw-
nym razie film trwałby tyle co prawdziwe życie. Albo reżyser nazywałby 
się Andy Warhol.

– Raczej tyle, co prawdziwe życie trwało kiedyś...
– Dokładnie. A co, jeżeli sama rzeczywistość jest czymś w rodzaju 

filmu? Trwającego tysiąclecia filmu Warhola z wielomiliardową obsadą? 
Przypuśćmy, że tak jak płaska fotografia ma się do holografii, tak holo-
grafia  ma  się  do...  holografii.  Przypuśćmy,  że  świat  jest  "wyświetlany", 
tyle że jest to realny film – nie ze światła tylko z materii. Pretendujemy 
do nagrody na Wszechświatowym Festiwalu Filmowym. Tylko... – tu za-
wiesił dramatycznie głos – ...czy jesteśmy skończonym dziełem, czy też 
materiałem filmowym na podłodze pokoju montażowego rzeczywistości? 
Bo oto nagle straciliśmy poczucie ciągłości. Dwa dni wypadły. Trzy dni 
wypadły.

Muzyka w radiu ucichła.
–  Nadajemy  nadzwyczajny  dziennik  BBC.  Przy  mikrofonie  Robin 

Johnson.  Jest  pierwszy  września,  godzina  trzynasta  dwadzieścia  pięć. 
Ostatnia przerwa trwała około pięćdziesięciu godzin. Na helsińskiej kon-
ferencji rozbrojeniowej osiągnięto wstępne porozumienie w sprawie re-
dukcji...

– Zostawcie to, przeczytamy później w gazecie. on zwlekał z włącze-

nie silnika.

background image

– Czy akcja tego twojego filmu nie zostałaby zakłócona, gdyby wszy-

scy jego bohaterowie uświadomili sobie nagle, że ich życie jest tylko fik-
cją? – spytał.

– A może to jest taki subtelny chwyt artystyczny? Może reżyser nagle 

przejął się kinem eksperymentalnym? Dotychczas kręcił film realistyczny, 
a teraz postanowił spróbować technik Nowej Fali, jakiegoś meta – filmu w 
stylu Francuzów.

– A ja nadal twierdzę, że wszyscy jesteśmy żywymi robotami, tylko 

dotąd o tym nie wiedzieliśmy. A teraz wiemy.

– W takim razie to nie jest przejście na niższy poziom świadomości, 

tylko na wyższy poziom świadomości – zauważyła Alison.

– Jest to cholerne obniżenie poziomu poczucia kontroli nad tym, co 

się dzieje w świecie. Wszystko co najważniejsze rozgrywa się za kulisami i 
żaden człowiek nie ma tam wstępu. Weź choćby ten postęp w rozmowach 
rozbrojeniowych... słyszałeś przez radio.

– Może Bóg postanowił pociąć rzeczywistość i zmontować ją na nowo 

– powiedziała Alison. – Bo za pierwszym razem nie wyszła. Nasz film – 
świat zrobił klapę. Gramy teraz w nowej wersji filmu – świata.

– A może to są przerwy na reklamy? – zażartował Hugh. Nie widzimy 

ich tak samo jak bohaterowie filmu nie widzą wstawek reklamowych!

– Bzdura. Kiedy idzie reklama, film się po prostu zatrzymuje, a po-

tem puszcza bez żadnej przerwy.

– Wobec tego masz rację. Ktoś wycina fragmenty rzeczywistości.
– Jak można się z czymś takim zgodzić? Z drugiej strony, jak można 

się nie zgodzić? Bóg mi świadkiem, że nasza rzeczywistość wymaga prze-
róbek.

Z rykiem syreny przejechała karetka uwożąc kogoś z karambolu na 

autostradzie. W odwrotnym kierunku przemknęło błyskając niebieskim 
światłem auto policyjne.

– To jest "Tysiąc Cięć" – powiedział Don. – A my wszyscy zwariuje-

my od stresu. Jak szczury w elektrycznym labiryncie. Nasza świadomość 
przestanie reagować. Staniemy się planetą ożywionych nieboszczyków, 

background image

światem kierowanym przez automatycznego pilota. Będziemy jak ptaki i 
pszczoły.

Zapuścił  silnik.  Wyjeżdżając  z  parkingu  "Księcia  Kentu"  skręcił  w 

lewo, bo tak było łatwiej i dopiero wtedy uświadomił sobie, że nie wie 
dokąd jechać. Zwolnił, żeby przepuścić jeszcze jedną karetkę.

Hugh nagle wybuchnął śmiechem.
– Mam! Czy nie widzicie, że mamy sposób na sprawdzenie mojej hipo-

tezy? Może nawet jest sposób, żeby porozumieć się z samym Reżyserem! 
Słuchajcie, zrobimy specjalny program. Nie martwcie się, zatwierdzą go 
nam błyskawicznie i zareklamują jak należy. Zrobimy program o cięciu 
rzeczywistości. Zrobimy film o Filmie – film o t y m Filmie. Przedstawię to 
jako sposób na podniesienie morale społeczeństwa... co może się okazać 
prawdą! Sprawimy, że cały kraj będzie się śmiał z tego, co się z nami dzie-
je. Co ja mówię – kraj? Zawojujemy tym programem cały świat: Amerykę, 
Europę,  Izrael,  Japonię.  Zrobimy  to,  kochani.  Uchronimy  ludzi  przed 
szaleństwem podczas "Tysiąca Cięć". Ten program będzie miał poparcie 
rządów.

Alison klasnęła.
– Dziękujemy.
– Żeby tylko nas nie wycięli – powiedział Don. – Rozumiecie, normal-

na transmisja zostaje wznowiona z chwilą, gdy kończy się nasz program.

– Nawet jeżeli nas odłączą, będziemy walić pełną parą do przodu. 

Potem  obejrzymy  sobie  wszystko  na  wideo.  Zawracaj,  Don.  Wracamy 
do mnie i bierzemy się do roboty. Trzeba też ściągnąć Marthę. Jeżeli ktoś 
poprawia rzeczywistość, to ja się przyłączam. Nazwiemy nasz program... 
wiem! Nazwiemy go "Jak nakręcono Rzeczywistość"!

– Chyba "nową wersję Rzeczywistości"?
– Tak, tak, masz rację. "Jak nakręcono nową wersję Rzeczywistości". 

Słusznie mnie poprawiłaś.

– Jeżeli masz rację, Hugh, to wszyscy jesteśmy poprawieni.
    

background image

W dwa tygodnie później Hugh mówił: – Nie mam pojęcia, co robiłem 

przez ostatnie cztery dni, ale widocznie wypruwałem z siebie żyły. Nasz 
program dostał zielone światło na 4 października, po dzienniku wieczor-
nym. Przesuwają o pół godziny "Przeminęło z wiatrem", żeby zrobić dla 
nas miejsce.

– Wielka rzecz – powiedział Don. – Każdy widział "Przeminęło z wia-

trem", przynajmniej dwa razy.

Hugh pogroził mu palcem.
– Tak, ale nie wszyscy jeszcze znają to na pamięć. Tak że jest to poważ-

na decyzja programowa. Zresztą to nie wszystko. Siedem krajów europej-
skich będzie nas transmitować z napisami i dwie duże sieci amerykańskie 
będą nas puszczać tego samego wieczoru dzięki różnicy czasu, a Japonia i 
Australia następnego dnia. Ale największą bombę zachowałem na koniec: 
program będzie transmitowany w Rosji – oczywiście po wstępnej analizie 
treści.

Martha kichnęła. Zaziębiła się, nie wiedziała gdzie ani kiedy.
– Nie przewiduję kłopotów. Sowieci zawsze wyśmiewali się z Boga.
– Dobrze. Na czym więc stanęliśmy, Don?
–  Przejrzałem  tę  kupę  notatek.  Boże,  to  jest  tak,  jakby  człowiek 

odziedziczył majątek po wuju, o którego istnieniu nie wiedział. Razem 
z  Marthą  nadamy  temu  jakiś  kształt  i  w  czwartek  zaczniemy  próby  na 
wideo. Przekonamy się co wychodzi, a co nie wychodzi.

– Czy moglibyśmy włączyć na chwilę radio? – spytała Alison.
– Po co? A... żeby się dowiedzieć, co słychać – tu Hugh uśmiechnął 

się szeroko. – W prawdziwym świecie? oczywiście, dlaczego nie? Może 
podda to nam jakiś nowy pomysł?

Alison przyniosła radio i postawiła je na barku.
– ... Helsinkach. Porozumienie to stanowi wielki postęp na drodze do 

osłabienia międzynarodowego napięcia...

– Jak, u diabła, postęp może coś osłabiać?
– ... pierwsza autentyczna redukcja systemów broni z inspekcją i we-

ryfikacją przez neutralnych obserwatorów z Trzeciego Świata. Faktyczny 
demontaż...

background image

– Wygląda, że nawet Bóg potrzebuje czasu na dokonanie cudu – po-

wiedziała Martha.

– Jaki Bóg – zaprotestowała Alison. – Wszyscy boją się tego, co mogło-

by się zdarzyć podczas któregoś okresu zaniku świadomości. Albo bezpo-
średnio po "przerwie w życiorysie", kiedy nikt nie wie, co jest grane.

– ...liczba ofiar ostatniej przerwy sięga wielu tysięcy. Najgroźniejszy 

wypadek zdarzył się na lotnisku Heathrów, gdzie...

– Widzicie? Wystarczy, że jeden facet przyciśnie niewłaściwy guzik. 

I, bach. Jeżeli to ma być przykład niebiańskiej interwencji, to jest to najbar-
dziej spaprany cud, o jakim słyszałem.

– Kiedy się montuje film, kochanie – powiedział Hugh wyrzuca się 

masę dobrego materiału dla dobra filmu jako całości.

– Można by pomyśleć, że w głębi duszy aprobujesz to, co się dzieje – 

zaprotestował Don. – Całe to cholerne przycinanie naszego życia.

Hugh  nalał  sobie  brandy  i  wstrzyknął  do  kieliszka  trochę  (niezbyt 

dużo) wody udowej.

– Nie, to jest śmieszne, niebezpieczne i działa destrukcyjnie na psy-

chikę. Ale musimy się z tego śmiać, żeby uzyskać właściwą perspekty-
wę... i tak jest, zachować godność i wolną wolę. Żyjemy w zwariowanym 
Wszechświecie, który nagle okazał się znacznie bardziej zwariowany niż 
ktokolwiek  mógł  sobie  wyobrazić.  Otóż  według  mojej  skromnej  opinii 
najwyższym gatunkiem sztuki nie jest wcale tragedia tylko satyra. I roz-
mawiając jak iluzjonista z iluzjonistą – tu szyderczo wskazał głową w kie-
runku sufitu – chcę, żeby ten, kto reżyseruje wielki show pod nazwą Życie 
zauważył, że ja odkryłem, co jest grane. Wiem, że nasza rzeczywistość to 
tylko film, a mimo to potrafię się śmiać i nie zwariować.

–  ...były  zasypywane  żądaniami  środków  nasennych  i  uspokajają-

cych...

– Śmieję się, więc jestem. Ptaki się nie śmieją. Krowy się nie śmieją. I 

to jest cała różnica. Doprowadźmy więc wszystkich do tego, żeby umierali 
ze śmiechu. Zasługują na to.

    

background image

Program  "Jak  nakręcono  nową  wersję  Rzeczywistości"  został  zare-

jestrowany na taśmie podczas dwóch popołudni, pierwszego i drugiego 
października, z Hughem Carpenterem w roli Kosmicznego Reżysera i z 
uroczą Alison jako jego asystentką, i zmontowany trzeciego października. 
W  opinii  wszystkich  zainteresowanych  było  to  najdowcipniejsze  i  naj-
śmieszniejsze pół godziny w historii światowej telewizji.

Z prawdziwymi łzami spływającymi po twarzy Hugh odwrócił się od 

ekranu, żeby pozdrowić techników. Peter Rolfe, producent programu, po-
trząsnął mu dłoń i poklepał go po plecach, potem objął i pocałował Alison. 
Po krótkim wahaniu pocałował też Marthę. Mimo że program miał iść z 
taśmy cały zespół postanowił być obecny przy transmisji.

    

Hugh otworzył przygotowaną butelkę szampana.
– Niech leci w świat! Do Manchesteru i Monachium, do Tulsy i Tel 

Avivu! Do Alfy Centaura i wszędzie, gdzie tylko ktoś jest! I my też go 
sobie obejrzymy. Wasze zdrowie.

Zaraz po transmisji odezwał się telefon Rolfe'a.
–  Tak?  Naprawdę?  To  wspaniale!  Hugh,  centrala  jest  oblężona. 

Widzowie szaleją. Powstrzymałeś ich od rzucenia się jutro pod autobus. 
Powstrzymałeś  ich  od  zażycia  proszków  dziś  w  nocy.  Po  raz  pierwszy 
wprowadziłeś jakiś sens do tego cholernego bałaganu. Świat stał się znów 
ciekawy, nawet jeżeli jest to film zrobiony przez idiotę, pełen niezrozu-
miałych cięć, nakładek...

– Czy to znaczy, że nie było wcale reakcji negatywnych? przerwał 

Don.

– O, było coś o bluźnierstwach, ale tego, moi drodzy, należało ocze-

kiwać.

– A ja to lubię. Negatywne reakcje są takie zabawne.
– Nic z tego tym razem. Zewsząd płyną słowa wdzięczności. Cały 

kraj zaśmiewa się do rozpuku.

    

background image

– Czy macie pojęcie – spytał Rolfe, który następnego wieczoru .podej-

mował zespół u siebie w Hampstead – że to jest Numero Uno w telewizji? 
W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin obejrzało go przynajmniej 
pól miliarda ludzi. Plus minus Związek Radziecki, gdzie nie uznają staty-
styk, zwyrodnialcy.

Dywan  zaścielały  telegramy.  Brodząc  w  nich  Rolfe  włożył  w  dłoń 

Alison kolejną whisky i znów ją pocałował, zastanawiając się, jak długo 
będzie mógł korzystać z pretekstu zbiorowej euforii.

– Chyba pobiliście rekord Armstronga lądującego na Księiycu – za-

wołał do Hugha.

Podpici ludzie rozłożyli się na podłodze i oglądali program na wideo, 

zarykując się od śmiechu w najlepszych momentach. Czyli prawie przez 
cały czas.

– Salud! – wzniósł szklankę. – Dziś cały świat się śmieje!
   

– Niech to diabli! – zaklął Don. Spojrzał na mijany znak drogowy. 

Petworth, pól mili... Widocznie jedziemy na wieś.

Hugh siedział spięty po jego lewej, Martha i Alison z tyłu. Sarah też 

("Jak się masz, kochanie") w pomarańczowej chusteczce ciasno obejmują-
cej jej czarne loki – nietypowy dla niej brak staranności.

Wskaźnik  benzyny  stał  na  zerze...  Dziwne,  zawsze  dbał  o  to,  żeby 

mieć bak pełny.

Zwolniwszy – teraz poczuł, że jechał za szybko, robiąc prawie sześć-

dziesiąt mil na wiejskiej drodze – podziwiał jesienne drzewa w ostatnich 
promieniach zachodzącego słońca.

Hugh też się rozluźnił.
– Nie można się powstrzymać od śmiechu, co?
I wtedy Don spojrzał na zegarek. To nie był wcale weekend, to był 

środek tygodnia.

– Wielki Boże, dziś jest dwudziesty października. To najdłuższa prze-

rwa ze wszystkich. Jesteśmy... to znaczy byliśmy u Petera w Hampstead 
piątego. To oznacza wycięcie całych dwóch tygodni.

background image

– Jest tu radio – powiedziała Sarah.
Jako wypełniacz muzyczny leciała ósma Beethovena. Płynęły rado-

sne dźwięki; najbardziej Mozartowska ze wszystkich symfonii Ludwiga 
van, pomyślał Don.

– Mamy dużo do nadrobienia – zauważył Hugh niezobowiązująco.
Wreszcie muzyka ucichła.
– ...przy mikrofonie Robin Johnson. Dziś mamy...
– Za dziesięć minut będziemy w letnim domku. Mam tam schowa-

nych kilka galonów benzyny.

– ...wiadomości, które są szokiem dla nas wszystkich. Rozmowy roz-

brojeniowe w Helsinkach załamały się 11 października. Dwa dni temu, 
13 października, wojska Paktu Warszawskiego wkroczyły do Jugosławii. 
Według nie potwierdzonych danych sowieckie dywizje pancerne groma-
dzą się na granicy Republiki Federalnej.

– Ale przecież... – zająknął się Hugh.
– Więc to dlatego uciekamy na wieś z pustym bakiem. Liczymy na to, 

że nam się uda.

Silnik kichnął kilka razy i ucichł. Samochód powoli zjechał na skraj 

drogi.

– Wygląda na to – powiedziała cicho Alison – że naprawdę umrzemy 

ze śmiechu.

– Czy chcesz powiedzieć – szepnęła Martha – że Bóg, czy to coś, nie 

lubi żartów?

– Nie wiem nic o Bogu ani o "tym czymś" – powiedział Don z goryczą. 

– Sądzę tylko, że można to określić jako... reakcję negatywną. I jakoś nie 
wydaje się to śmieszne. Film został wycofany z produkcji...

– Teraz pewnie czekają nas sceny z "The Day After" – mruknął Fiugh. 

– Nie ma w tym za grosz konsekwencji...

Opuścił szybę.
– Cięcie! – krzyknął ku niebu. – Cięcie! Cięcie!

background image

Jakby  w  odpowiedzi  niebo  na  północy  na  kilka  sekund  oślepiają-

co rozbłysło, a w chwilę potem gorący podmuch z daleka zdmuchnął z 
drzew tysiące złotych i czerwonych liści.

Przełożył : Lech Jęczmyk 

background image

w duchu LukrecjusZa 

 

Gdy tylko Lukrecjusz, goły jak święty turecki, zmaterializował się w 

ognisku Pola Roseberry'ego, podbiegł do niego jeden z techników i zarzu-
cił mu na ramiona płaszcz kąpielowy. Drugi technik zaopatrzył starożyt-
nego Rzymianina w parę sandałów.

Ubranie  się  w  prawdziwą  togi  wymaga  co  najmniej  pół  godziny, 

płaszcz kąpielowy musiał wiec na razie wystarczyć.

Potem podszedł Jim Roseberry, żeby powitać czcigodnego gościa i 

wyjaśnić – po łacinie – sytuację. Jim autentycznie promieniował dobro-
dusznością; czuło sil, że można mu ufać. Z tymi jasnymi błękitnymi ocza-
mi, leniwym krokiem i nastroszoną aureolą szpakowatych włosów wyglą-
dał jak przyjaźnie nastawiony miś, który tylko pragnie was uściskać.

– Mistrzu – oświadczył – witaj i Ludzie przyszłości pozdrawiają cie-

bie, który masz umrzeć. Dziki naszej nauce porwaliśmy cię z łoża śmierci, 
aby uczcić twoją mądrość... – I tak dalej.

Tytus Lukrecjusz Karus słuchał z przekrzywioną głową. Był to niski, 

chudy jegomość z ondulowanymi, piętrowymi lokami nad szerokim, po-
brużdżonym czołem.

Nos miał długi i cienki; żywe piwne oczy kryły się pod ciężkimi po-

wiekami.

Nie  wyglądał  na  kogoś  umierającego,  ale  Jim  wytłumaczył  mi  po-

przedniego  wieczoru,  że  przy  porwaniu  umierającego  z  kontinuum  i 
przedłużeniu jego ostatnich chwil o siedem dni w teraźniejszości, efekt 
Roseberry'ego skutecznie ożywia delikwenta na czas jego wizyty u nas.

Co do mnie, to początkowo przypuszczałam, że zmartwychwstańcy 

nie są wcale prawdziwymi ludźmi, ale raczej czymś w rodzaju ektopla-
zmy, jak duchy na seansach spirytystycznych. Jim zapewnił mnie, że nie – 
autentyczne ciało i krew. I że gdybym była jak on topologiem kontinuum, 
rozumiałabym dlaczego.

background image

Autentyczne ciało i krew: to poddało mi pary pomysłów na ożywie-

nie  programu.  Bo,  oczywiście,  dla  nas,  ludzi  z  telewizji,  kłopot  polegał 
na  tym,  że  wykłady  Laureatów  Nagrody  Roseberry'ego  nie  stanowiły, 
łagodnie  mówiąc,  bombowego  materia  Naturalnie  wiadomość  o  efek-
cie  Roseberry'ego  i  jego  fantastycznym  zapleczu  naukowym  wywołała 
sensacje. Ale  z  kontynuacją  programu  był  kłopot.  Charles  Darwin  oka-
zał  się  zwyczajnie  nieciekawy,  co  zaś  do  drugiego  zmartwychwstańca, 
Galileusza...  no  cóż,  tłumaczenie  komputerowe  w  monotonnym  języku 
maszynowym to prawdziwy środek nasenny, a nie mogliśmy oczekiwać, 
że miliony telewidzów wypożyczą sobie sprzęt hipnopedyczny; żeby po-
znać język starowłoski. Jedynie plotki, że Jim myśli o ożywieniu Jezusa 
Chrystusa skłoniły nas do zakupienia praw telewizyjnych do Lukrecjusza, 
żeby zachować opcję na następne wskrzeszenia.

Bo przecież kogo obchodzi Lukrecjusz i co on ma do powiedzenia 

światu?

W  ten  oto  sposób  wylądowałam  jako  reżyser  tego  programu. 

Jedynym wyjściem było skoncentrowanie się na sprawach osobistych: na 
tygodniu, który po wykładzie ten stary Rzymianin miał spędzić z rodziną 
Roseberry'ego. Teraz wiedziałam już, że wydobycie osobistego charakteru 
tej wizyty będzie zależało wyłącznie ode mnie.

Z  chwilą,  gdy  minął  pierwszy  szok,  Lukrecjusz  podszedł  do  ca-

łej sprawy wskrzeszenia z godnym podziwu spokojem – choć z mojego 
punktu widzenia nie byłoby korzystne, gdyby zachowywał spokój przez 
cały tydzień.

Na razie przeszliśmy wszyscy z pokoju wskrzeszeń z plątaniną ka-

bli, aparatem matrycy czasoprzestrzennej i innymi cudami do sąsiedniego 
pomieszczenia  z  kanapkami,  ciasteczkami  i  colą  przed  udaniem  się  na 
wykład...

...który Muhammed i Carl posłusznie sfilmowali i nagrali. Lukrecjusz 

stojąc na podium dzielił się z zaproszonym audytorium swoimi poglądami 
na temat teorii atomów i natury wszechświata. Było jasne, że 99 albo ca-
łe!00 procent materiału trzeba będzie wyrzucić. Myślami byłam z Tonym, 
który teraz pracował w domu Roseberry'ego, znajdującym się na terenie 

background image

Instytutu, rozmieszczając w nim według mojej specyfikacji automatyczne 
minikamery i ukryte mikrofony.

Po  chwili  zaczęłam  obserwować  Jima  Roseberry'ego  i  zwróciłam 

uwagę, jak co jakiś czas uśmiecha się do siebie słuchając wykładu, jak po-
takująco kiwa głową.

Pomyślałam, że coś jest niezupełnie w porządku z Jimem...
Później, kiedy rozeszło się audytorium złożone z laureatów Nobla i 

innych grubych ryb, poszliśmy ścieżką między rododendronami do domu 
Roseberry'ego, zostawiając za sobą lustrzane szyby i beton Instytutu: tyl-
ko Jim, Lukrecjusz i ja. Rzecz jasna, w asyście Carla i Muhammeda, którzy 
utrwalali bezcenną chwilę.

Lukrecjusz albo nie był przyzwyczajony do naszych nowoczesnych 

sygnałów, albo z opóźnieniem odczuł szok, bo już po chwili potknął się i 
wpadł na mnie.

Skorzystałam z okazji, żeby go wziąć pod rękę.
– Czy to prawda, mistrzu, że oszalałeś po wypiciu napoju miłosnego? 

– szepnęłam. (Było to coś, co, ku mojej radości, wygrzebała moja asystent-
ka Karen. Nasz Rzymianin podobno umarł w ataku szału nadużywając 
afrodyzjaków. Niezależnie od tęgo zawsze był typem maniakalno-depre-
syjnym, stale przerzucającym się od ekstazy z powodu uroków świata do 
ponurego przerażenia nieustanną rzezią. Chociaż bardzo starał się zacho-
wać filozoficzny spokój ) .

– Na litość boską – syknął Jim usłyszawszy. Lukrecjusz spojrzał na 

Jima z wyrzutem.

– Czy wciąż jeszcze wierzysz w bogów?
Przez cały czas ściskał mnie za rękę. Widocznie moje wysokie buty, 

miniszorty  i  stanik  zrobiły  na  nim  wrażenie.  Licho  wie,  co  myślał  o 
Muhammedzie kręcącym się wokół nas z kamerą. Czarny niewolnik z wa-
chlarzem?

Na kolacje tego pierwszego wieczoru zostały zaproszone dwie oso-

by  z  popołudniowego  audytorium:  gruby  astrofizyk  Manc  Stein  oraz 
Ingrid  Langholm,  specjalistka  od  fizyki  cząsteczkowej,  która  przyszła 
w  długiej  pomarańczowej  sukni  z  organdynowami  wstawkami  dys-
kretnie  odsłaniającymi  ciało.  Nasza  gospodyni,  Martha  Roseberry  była 

background image

kobietą zdecydowanie Rubensowską: tęgą, różową i upudrowaną. Córka, 
Harmony, przemądrzała nastolatka, była również pulchna i na dodatek 
pryszczata z powodu zamiłowania do tłustych racuszków. Obie, matka i 
córka, wyraźnie traktowały Jima jak pierwszego po Bogu.

Muhammed i Carl udali się do pobliskiego motelu; Tony został ode-

słany  do  kuchni,  skąd  japońska  służąca  Machiko  donosiła  napoje  i  po-
trawy  filipińskiego  kucharza.  Za  każdym  razem,  kiedy  Machiko  wcho-
dziła  do  pokoju,  Lukrecjusz  z  zadziwieniem  obserwował  jej  wschodnie 
rysy. Wreszcie między wędzonym łososiem a szparagami spytał, czy to 
Egipcjanka, na co Jim wybiegł do swojego gabinetu, by wrócić z globu-
sem:  jeszcze  jednym  nowoczesnym  cudem,  który  miał  olśnić  naszego 
Rzymianina na dodatek do światła elektrycznego, telewizji i ustępu z bie-
żącą wodą. Słuchając opowieści Jima o tym, jak to zbadaliśmy i odwzo-
rowaliśmy każdy cal na Ziemi a nawet dotarliśmy na Księżyc, zaczęłam 
rozumieć, co w nim jest podejrzanego.

Epokowy wynalazek Jima pozwalał wyrywać dawnych geniuszy z 

ich czasów, rzekomo, żeby ich uhonorować i zapewnić, że przyszłe poko-
lenia doceniają trud ich życia. Ale potem Jim mógł (bardzo grzecznie) wy-
kazać im, gdzie się pomylili albo czego nie zrozumieli. I o ile więcej wiemy 
teraz. "Brawo, chłopcze, niewiele się pomyliłeś! Byłeś na dobrej drodze, 
brawo! Ale..." To dlatego wybierał do wskrzeszania uczonych. Artysta jak 
Mozart albo Szekspir nie dałby się zbić z tropu; uczonemu można było 
zaimponować wyższą wiedzą.

W  ten  sposób  Jim  Roseberry  zyskiwał  przewagę  nad  Darwinem, 

Galileuszem czy kim tam jeszcze.

Lukrecjusz był wprawdzie poetą, ale jego poezja miała jedynie po-

pularyzować  naukę.  Był  w  starożytnym  Rzymie  kimś  w  rodzaju  Carla 
Sagana.

Następnie podano boeuf Strogonoff z pilawem. Max Stein pochłonął 

trzy porcje, ale Lukrecjusz tylko swoją rozgrzebał.

– Jak ci smakuje jedzenie, mistrzu Lukrecjuszu? – spytała Martha po 

łacinie. (Wszyscy, oczywiście, spędziliśmy noc pod urządzeniem hipno-
pedycznym).

– Gorzkie – odpowiedział. – Kwaśne.

background image

Podała  mu  solniczka.  Harmony  zademonstrowała  jej  użycie. 

Lukrecjusz spróbował i skrzywił się. – Czy szorstkie atomy kaleczą twój 
język? – spytał Jim z błyskiem rozbawienia w oku.

Na szczęście burgund zyskał uznanie gościa. Przy deserze (mus cy-

trynowy i racuch dla Harmony) rozmowa zeszła się na elektrony i kwarki 
oraz Wielki Wybuch.

Ingrid Langholm wykazała dużo pomysłowości przy tworzeniu ła-

cińskich słów opisujących, co się dzieje, kiedy rozpada się to, co niepo-
dzielne.  Nadeszła  kawa  oraz  koniak  i  Lukrecjusz  krzywiąc  się  zażądał 
drugiego koniaku. Wciąż jeszcze zachowywał spokój, ale na jak długo? 
Siedziałam obok niego niewinnie ocierając się nogą o jego płaszcz kąpie-
lowy. (Dzisiaj było za wcześnie. Może następnej nocy...)

Wtedy usłyszałam grzmot. Jim zerwał się i podszedł rozchylić zasło-

ny. Za oknem była czarna, bezksiężycowa noc, bez jednej gwiazdy. Wiatr 
jakby się nasilał.

– Szykuje się paskudna pogoda – powiedział Jim.
Max spojrzał na zegarek i wstał.
– Czas na mnie! – Wyciągnął rękę do Lukrecjusza. – Naprawdę miło 

było z tobą rozmawiać, mistrzu!

– Mnie również – powiedziała Ingrid i też wstała.
Lukrecjusz popatrzył na wyciągniętą dłoń Maxa.
– Nie trzeba – powiedział. – Nie czuje potrzeby wymiotowania.
– Boże! – jekneła Martha.
– Rzymskie uczty były tak obfite, mamo, że goście zwykle musieli 

wymiotować miedzy daniami wyjaśniła Harmony.

– Więc to była uczta? – spytał Lukrecjusz. – Jeżeli tak, to podziwiam 

jej skromność, jeżeli nie smak.

– Niech mnie diabli! – rzuciła Martha.
Przyjęcie dobiegło końca.
Spędziłam  okropną  noc  w  jednym  z  pokojów  gościnnych.  Budziła 

mnie  nawracająca  burza.  Co  godzina  rozlegały  się  od  nowa  grzmoty  i 
światło  błyskawic  przeciskało  się  przez  zasłony.  Prawie  bez  przerwy 
wył upiorny wiatr. Kilkakrotnie zdawało mi się, że słyszę czyjś krzyk lub 

background image

skrzek sowy. Czułam się jakaś zagrożona i schowałam się z głową pod 
elektryczną kołdrę, mimo że było mi tam za gorąco.

Kiedy wstałam rano, wiatr szalał nadal. Przez niebo pędziły ogromne 

galeony obłoków, ich żagle piętrzyły się aż gdzieś do stratosfery.

Okno mojej sypialni wychodziło na zagajnik, który oddzielał nas od 

autostrady. Wśród szarej zieloności dostrzegłam coś jaskrawo pomarań-
czowego.

Nagle wydało mi się, że cała grupa drzew, na które patrzę jakby .... 

ruszyła ku mnie, zrzucając welon za welonem, które frunęły w moją stro-
nę. Odczuwałam zetknięcie z każdą cienką kopią krajobrazu jak fizyczne 
uderzenie po oczach. To, na co patrzyłam, wysyłało ku mnie swoją po-
wierzchnię. Przez chwili pomyślałam, że to nawrót halucynacji narkotycz-
nych  sprzed  lat,  ale  potem  skoncentrowałam  się  na  tej  pomarańczowej 
plamie.

To była Ingrid Langholm na drzewie.
Halucynacja? Chyba jednak nie.
Ubrałam  się  pośpiesznie  i  poszłam  obudzić  Tony'ego  i  Jima 

Roseberry'ego. Jeżeli Ingrid spędziła całą noc na drzewie podczas burzy, 
to niewątpliwie miała po temu jakieś uzasadnienie.

Kiedy wracaliśmy do domu podtrzymując słaniającą się Ingrid w po-

dartej sukni, Martha Roseberry nie zważając na pogodę wyszła nam w 
szlafroku naprzeciw.

Lukrecjusz w swoim płaszczu kąpielowym był tam również.
– Co się stało? – krzyknęła Martha.
– Nawaliło mi przednie koło – jęknęła Ingrid. Dętka.
– Popsuło się koło w jej rydwanie – wyjaśnił po łacinie Jim, pamiętając 

o obowiązkach gospodarza.

–  Nie  miałam  latarki...  Chciałam  wrócić...  –  i  wtedy  ten  cholerny 

lew...

– Lew zapędził ją na drzewo i potem kręcił się w pobliżu.
– Lwy boją się piania koguta – zauważył z miną mędrca Lukrecjusz.
– Co! – zdziwiła się Martha.

background image

– Dlatego uciekł o świcie. Świnie nie znoszą pachnideł i majeranku, a 

lwy boją się koguta. 

Lukrecjusz przyglądał się biednej Ingrid z ponurą satysfakcją.
Jej wieczorowa suknia była przemoczona i podarta. Makijaż spłynął, 

włosy opadły jej na twarz mokrymi kosmykami. Wyglądała jak ostatnia 
gałganiara.

W tym momencie twarz Ingrid oderwała się i popłynęła na mnie, po-

tem jeszcze raz i jeszcze raz. Wyglądało to tak, jakby miała nieskończoną 
liczbę masek, które kolejno odklejają się i fruną w powietrzu bez straty dla 
niej. Martha również z niedowierzaniem przetarła oczy.

Tymczasem Jim był pochłonięty wpatrywaniem się w rozszalałe nie-

bo. Drżącą ręką wskazał w górę. Z chmury szczerzyła się na nas olbrzy-
mia twarz, która zmieniła się w ryczącą paszczy lwa, a potem rozpłynęła 
się, kapiąc jak wosk.

– Widzieliście to?
– Czasami na niebie samoczynnie powstają cienkie błony obrazów – 

podpowiedział Lukrecjusz.

Jakby tego było mało, dwie sąsiednie jodły nagle stanęły w ogniu. Jim 

zbliżył się do Lukrecjusza.

– A w takim razie, co jest powodem tego?
– Wiatr pociera drzewo o drzewo. Zapalają się od tarcia.
Nieustanne smagnięcia wiatru wytrząsały atomy mojego ciała i umy-

słu z taką szybkością, że czułam sil, jakbym całą noc nie spała. Traciłam 
gęstość i potrzebowałam jedzenia, żeby zapełnić ubytki. (Jakaś cześć mnie 
pytała  inną  część  "Co  też  mi  przychodzi  do  głowy?  Wytrząsać  atomy? 
Tracić gestość?"1. Moje ręce i nogi drżały. Nie zauważyłam skradającej się 
w trawie żmii, dopóki Tony nie ostrzegł mnie okrzykiem.

Natychmiast trąciłam mojego ducha, żeby wprawił w ruch moje cia-

ło. (Co ja plotę?). Lukrecjusz od niechcenia splunął na żmije. Ta w jednej 
chwili skręciła się, ugryzła własny ogon i znieruchomiała.

Lukrecjusz zaśmiał się z satysfakcją.
– Na szczęście była z tych, które ludzkie splunięcie zabija.

background image

Chwiałam się na nogach. W piecu zderzających się chmur zbierały się 

ziarna ognia. Nagle wystrzelił z nich piorun i uderzył w ziemie całkiem 
blisko nas.

– Co się tu u diabła dzieje? – krzyknął Tony.
– Musze szybko coś zjeść – zwróciłam się do Marthy. – Bardzo pro-

szę! Straciłam zbyt wiele atomów i mój duch słabnie.

– Czy zaczęłaś jakąś nową terapie? – spytała Martha z błyskiem zain-

teresowania.

– Lepiej wejdźmy czym prędzej do środka – poradził Jim.
Jedliśmy wafle z syropem klonowym; gładkie atomy syropu sprawia-

ły chyba przyjemność podniebieniu Lukrecjusza. Wkrótce burza zaczęła 
się uspokajać.

Jim  posyłał  mi  przez  stół  złowrogie  spojrzenie.  –  Co  się  dzieje? 

Powiem ci, co się dzieje. Te "błony", które odrywają się od powierzchni i 
uderzają o twoje oczy, to sposób, w jaki według naszego przyjaciela dzia-
ła zmysł wzroku. A my widzimy to tak, jakby to się działo naprawdę. I 
tak samo jest z całą resztą tych wariactw! Udziela nam się jego widzenie 
świata. Jakimś cudem to się... uzewnętrznia. I powiem ci dlaczego. Bo go 
podnieciłaś! Tym, jak jesteś ubrana. Albo raczej rozebrana!

– A cóż złego jest w szortach i staniczku? Co innego, gdybym przy-

szła tylko pomalowana.

– Obserwowałem cię przy kolacji. Wywołałaś w nim atak gorączki 

miłosnej.

– Co to takiego? – spytała Harmony.
–  Czy  musimy  o  tym  mówić  przy  naszym  gościu?  –  powiedziała 

uspokajająco Martha.

– A, do diabła z tym. – Mówiłam z głębi siebie. Językiem przycinałam 

dźwięki w słowa, kształtowałam je wargami. (Przynajmniej tak to odczu-
wałam.) – Do diabła z moim strojem i moralnością. Ważne jest, czy to, co 
się z nami dzieje, jest możliwe?

– To jest jego wyobrażenie o świecie wzięte dosłownie... i doprowa-

dzone do absurdu... Widocznie jakiś uboczny skutek Efektu Roseberry'ego, 
którego nie wziąłem pod uwagę. Z Darwinem, a nawet z Gallileuszem, 

background image

znajdowaliśmy się generalnie na tej samej długości fali... nowoczesnego 
światopoglądu naukowego – plótł Jim.

Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
– Zamiast wiec, żebyś ty pouczał Lukrecjusza, to on dostosowuje rze-

czy do swoich niedowarzonych starożytnych poglądów? No wiesz, tego 
już za dużo!

– Przepraszam. Muszę załatwić kilka telefonów.
Harmony  posłała  mi  mordercze  spojrzenie  i  wybiegła  za  ojcem. 

Miałam  nadzieje,  że  ukryte  kamery  i  mikrofony  działają  i  wszystko  to 
nagrywają. Pod nieobecność Jima Ingrid, zawinięta w zapasowy płaszcz 
kąpielowy, piła kubek za kubkiem gorącej kawy. Po chwili Lukrecjusz od-
kaszlnął, pewnie, żeby oczyścić gardło z kleistych atomów.

– Rzeczywiście, musze przyznać, że czułem atak miłosnej gorączki. 

Czy nigdy nie osiągniemy stanu równowagi? Czy nigdy nie damy posłu-
chu słowu Mistrza?

– Jakiego Mistrza? – spytała Ingrid.
– Epikura.
– Aha.
– A jednak... jeżeli skoncentrować się na wadach kobiety... niezależ-

nie od tego, jak piękna wydawała się z początku... – Spojrzał przeciągle 
na Ingrid, która po nocy na dworze przypominała utopionego szczura. 
A  ja,  ku  swojemu  rozczarowaniu,  zrozumiałam,  że  ona  podziałała  na 
Lukrecjusza bardziej niż ja.

Może to i lepiej! W przeciwnym razie to ja mogłabym wyglądać teraz 

tak jak ona. A jednak żmija skradała się do mnie... Mogłam sobie niemal 
wyobrazić jak puchnę i bredzę, a z moich wnętrzności płynie czarna wy-
dzielina... Skąd mi się biorą takie myśli? Nie wolno mi tak myśleć!

Po chwili wrócił Jim, a za nim Harmony.
-Telefon działa. Te małe atomy nadal biegają po drutach. Anomalie 

mają charakter czysto lokalny. – Usiadł i początkowo unikał mojego wzro-
ku; dlatego, że go przejrzałam. – Zastanawiałam się, jaki to ma zasięg.

– Ja też – powiedziała Ingrid. – Gdyby był tu zamiast Lukrecjusza 

Jezus  Chrystus,  gdyby  to  było  Jego  powtórne  przyjście,  moglibyśmy 

background image

odczuwać radość, pokój i prawdziwą miłość. Przez parę dni. W jednym 
małym zakątku świata.

Wspaniale,  pomyślałam.  Brawo,  Ingrid.  Naciśnij  ten  guzik  jeszcze 

raz.  Próbowałam  forsować  sprawę  wskrzeszenia  Jezusa,  ale  ilekroć  po-
ruszyłam ten temat, Jim zawsze się wykręcał, aż zaczęłam podejrzewać, 
że sam rozpuszczał plotki na ten temat, żeby wyciągnąć z telewizji grubą 
forsę dla Instytutu.

Ingrid zaczerwieniła się.
– Modliłam się trochę zeszłej nocy. Stary zwyczaj, dawno zapomnia-

ny. Pomogło mi to doczekać do rana.

Może zresztą nie byłoby to wcale takie piękne! Lukrecjusz był ateistą. 

Czy chcielibyśmy, żeby tu latali prawdziwi archaniołowie... i żeby Szatan 
we własnej osobie pukał do drzwi?

–  Jak  już  powiedziałem  –  podjął  Jim  –  jest  to  problem  lokalny. 

Rzeczywistość nieco się rozchwiała w sąsiedztwie naszego przyjaciela. Jest 
zdecydowanie bardziej plastyczna. Ulega jego wyobraźni, a wyobraźnie 
zawsze miał silną! Dlaczego tak się dzieje za wcześnie jeszcze wyrokować. 
Zastanowimy  się  nad  tym  wspólnie  w  Instytucie.  Zaryzykowałbym,  że 
jest to funkcja tego, jak daleko zapuszczamy, się w przeszłość. Widocznie 
im głębiej sięgamy, tym bardziej naruszamy czasoprzestrzeń. Nie martw-
cie się, wróci do dawnego kształtu.

– Jak on wróci do domu – zauważyła Harmony, dość ponuro.
– Tymczasem będziemy musieli uważać. Starajcie się go nie dener-

wować.

– Kto to jest Jezus Chrystus? – spytał Lukrecjusz.
– Hm. To długa historia – powiedział Jim. – Myślę, że można go na-

zwać nauczycielem. Jak Epikura.

– Był Synem Bożym – wtrąciła Ingrid ze spuszczonymi oczami.
– Bóg? – rozzłościł się Lukrecjusz. – To może i ja jestem bogiem, skoro 

mogę wywoływać burze i pioruny? Przecież wykazałem już przekonujące 
w swoim poemacie, że to nonsens. Piorun uderza, gdzie chce. Czy urzą-
dzacie sobie ze mnie kpiny?

background image

– Ależ skąd – pośpiesznie zapewnił go Jim. Chodzi o to, że rzeczywi-

stość jest trochę bardziej skomplikowana niż myślałeś, Mistrzu... Spójrzcie 
– powiedział siląc się na lekki ton – przejaśnia się. Chodźmy się trochę 
przewietrzyć. To nam dobrze zrobi. – Przeszedł na chwili na angielski. – 
Wezmę na wszelki wypadek strzelbę myśliwską. Będę udawał, że to laska. 
– A po łacinie. – Chyba nie napotkamy więcej lwów, prawda Mistrzu?

Lukrecjusz poczuł się urażony.
–  Nie  odpowiadam za  czyjeś halucynacje.  Widzi  się  czasem dzikie 

zwierzęta  tam,  gdzie  ich  nie  ma,  bo  umysł  jest  nieustannie  atakowany 
przez obrazy; a jeżeli ktoś się boi, bo mu się na przykład w nocy popsuł 
rydwan, i myśli o dzikich bestiach, wówczas umysł wybiera spośród tych 
obrazów...

– Oczywiście, oczywiście – powiedział Jim. – Nie będziemy myśleć 

o  lwach,  prawda?  Nikt  z  nas!  Będziemy  myśleć  tylko  o  rzeczach  przy-
jemnych,  jak  kwiaty  i  poezja.  Pójdziemy  nad  staw,  karmić  gęsi.  To  za-
wsze  działa  kojąco.  Weź  trochę  racuchów  dla  ptactwa  –  zwrócił  się  do 
Harmony.

Jim wypchnął nas za drzwi tak gwałtownie, że nie zdążyłam wezwać 

z  motelu  Carla  i  Muhammeda,  ale  poszedł  z  nami  Tony  z  minikamerą 
założoną pośpiesznie na jednym ramieniu i mikrofonem kierunkowym na 
drugim. Ingrid odłączyła już od nas i Martha kładła ją do łóżka, wyruszy-
liśmy wiec w piątkę: ja, Tony, Lukrecjusz i Jim z córką.

Wiatr ucichł. Chmury szybko się rozpraszały. Kiedy wychodziliśmy z 

domu, nagle zaświeciło słońce. Pech chciał, że podniosłam wzrok... i błona 
słonecznego kręgu z siłą uderzyła mnie w twarz. Atomy ognia oparzyły 
moje gałki oczne.

– Słońce!– wrzasnęłam. – Nie patrzcie w słońce! – Trzeba było całej 

minuty, zanim odzyskałam wzrok i jeszcze długo oczy mnie zawodziły; 
rozbiegały się i łzawiły. Tony przez chwile mi pomagał, ale go odtrąci-
łam. Chciałam, żeby filmował, a nie prowadził mnie jak kiedyś Antygona 
Edypa.

Po drodze do stawu przechodziliśmy przez zagajnik, wilgotny i cie-

pły.  Przesiane  przez  gałęzie  słońce  było  tu  całkiem  przyjemne.  Coś,  co 
początkowo  uznałam  za  gigantyczną  purchawki  wyrastającą  z  mokrej 

background image

gleby  nagle  pękło  i  wyrzuciło  z  siebie  małe  byczące  koźle.  Maleństwo 
chwiejnie  podeszło  do  pobliskiej  narośli,  z  której  zaczął  wypływać  bia-
ły sok. Rozkraczone koźli chwyciło tę narośl pyszczkiem i chciwie ssało. 
Rzeczywiście,  ssało  mleko  z  piersi  ziemi  Ta  narośl  była  widocznie  sut-
kiem. Co znaczyło, że ta purchawka, teraz rozdarta, była... nie grzybem, 
lecz zakorzenionym łonem!

Ze  zdumieniem  przyglądaliśmy  się,  jak  koźlę  rośnie  w  oczach. 

Wkrótce pasło się radośnie na trującym ciemierniku, który wyrósł w po-
bliżu.

Lukrecjusz zmarszczył czoło i cmoknął.
– To dziwne. W waszym starym, rozkładającym się świecie gleba po-

winna rodzić samorzutnie co najwyżej robaki i drobne żyjątka. To jest coś 
niezwykłego.

– Nieprawdaż? – wtrącił zgryźliwie Jim.
– Jeżeli ziemia może rodzić kozy, to dlaczego nie lwy? – zauważyła 

Harmony.  –  O  rety,  tato,  wszystko  może  nam  wyskoczyć  spod  nóg.  Ja 
się boję. Jednak jakoś dziwnie nie wyglądała na przestraszoną, raczej na... 
jakby to powiedzieć... ożywioną.

Lukrecjusz potrząsnął głową.
– Nadal utrzymuj, że lew był halucynacją. Zawsze należy wybierać 

najrozsądniejsze wyjaśnienie każdego zjawiska. Chociaż w tym przypad-
ku...

– A, zamknij się – warknął Jim pod nosem. Jednak właśnie wtedy (jak 

sobie później uświadomiłam) sprawiał wrażenie dziwnie zadowolonego. 
Szliśmy dalej.

Staw otaczały trawniki. Nasza grupka wciąż jeszcze znajdowała się w 

cieniu, ale trawnik zalewało jaskrawe światło. Uważałam, żeby nie spoj-
rzeć po raz drugi w pobliże słońca, ale zapamiętałam, że wydało mi się 
odległe zaledwie o kilka mil i wcale przy tym nie większe. Nocny deszcz 
parował z trawy. W tym momencie widziałam wszystko bardzo wyraź-
nie.

Nad staw zmierzał klucz kanadyjskich gęsi. W jednej chwili leciały 

sobie beztrosko, w następnej spadały jak kamienie z nieba na trawę. Pac, 
pac. Martwe.

background image

Przez jedną szaloną sekundy myślałam, że to Jim uniósł swoją strzel-

bę i strącił te gęsi w niewiarygodnym i na dodatek bezgłośnym popisie 
celności. Ale nie; Jim nadal podpierał się strzelbą, jak starzec laską w za-
gadce Sfinksa.

–  A  jaka  jest  przyczyna  tego,  Mistrzu?  –  spytał  Jim  lodowato.  – 

Lubiłem te ptaki.

Lukrecjusz podrapał się w brodę.
–  Widocznie  wytworzyła  się  próżnia.  Ziemia  przegniła  na  skutek 

nadmiernych deszczów, a teraz jest chłostana słońcem. W rezultacie uno-
szą się trujące opary, wypierając powietrze.

– Ależ tak! Że też na to nie wpadłem! Czy może być inne wyjaśnie-

nie?

Lukrecjusz obserwował całe zdarzenie ze spokojem.
– Musimy wierzyć świadectwu naszych zmysłów interpretowanemu 

przez Rozum. Mam jednak pytanie.

– Pytaj.
Pac, pac, pac. Na trawę spadły trzy kaczki-krzywki.
–  Posługując  się  Rozumem  odkryłem  przyczyna  zarazy:  śmiercio-

nośne chmury atomów. Jednak różne powietrze w różnych krajach rodzi 
charakterystyczne choroby.

I tak elefantiasis spotyka się tylko w Egipcie, podczas gdy wole jest 

związane z Attyką. Powiedz mi, jaka jest charakterystyczna choroba tego 
kraju, Ameryki?

– Głównie rak i choroby serca – zauważył Tony, który, zdawało się, 

był całkowicie zajęty spadającymi ptakami.

– Jezu, po co mu to mówisz? Mistrzu, przyczyną chorób nie są atomy 

w powietrzu. To znaczy, najczęściej...

– Może tak jest w okolicy tego lasku – Tony wskazał w górę. – Uwaga, 

nastypne ptasie kamikaze.

W tym momencie wzrok mi się zmącił, jakby moje oczy zaatakowały 

atomy powodujące katarakt : Usłyszałam krzyk Harmony "Potwór!", po-
tem strzał, a potem głuchy odgłos.

– Na Mojżesza, zabiłeś go – krzyknął Tony.

background image

Mój  wzrok  wrócił  do  normy.  Jim  stał  ze  strzelbą  przy  ramieniu. 

Harmony zasłaniała dłońmi usta w teatralnej pozie przerażenia; racuszki 
się jej rozsypały.

Lukrecjusz leżał na wznak i wyglądał na nieboszczyka.
– Widzieliście tego potwora? – paplała Harmony.– Ział ogniem! Tato 

nas uratował!

– Jak to uratował? – spytał Tony. – Kula trafiła Lukrecjusza.
– Co za straszny wypadek – mówił Jim. To okropne. Mam nadzieje, 

że masz to wszystko na taśmie.

– Oczywiście, że nie! Patrzyłem w tamtą stron. Żadnego potwora nie 

widziałem.

– Był podobny do lwa – powiedziała Harmony. Tylko gorszy. Ział 

ogniem. Teraz znikł.

– A ty co widziałaś? – zwrócił się Tony do mnie. Potrząsnęłam gło-

wą.

Miałam bardzo poważne podejrzenie, że Jim Roseberry zabił Tytusa 

Lukrecjusza Karusa z premedytacją. Z zawiści, że tak zaćmił jego, Jima 
Roseberry'ego.

Zapewne uważał też, że dokonał zabójstwa doskonałego. No bo jak 

można być oskarżonym o morderstwo, jeżeli ofiara zmarła przed dwoma 
tysiącami lat.

Potem  nastąpiło  zamieszanie.  Pośpieszyliśmy  do  domu,  gdzie  Jim 

przez dłuższą chwili okupował telefon. Gdy tylko stało się to możliwe, 
wezwał z motelu Carla i Muhammeda; w chwilę później rycząc i błyskając 
przyjechał buick z kapitanem i porucznikiem policji, wyprzedzając o pierś 
mikrobus telewizji.

Jim widocznie zdążył już gdzieś zadzwonić, zanim zawiadomił o wy-

padku policje, bo dwaj oficerowie byli pełni szacunku i zrozumienia, i co 
więcej, jeszcze w drodze nad staw stwierdzali, że sprawa wykracza poza 
ich kompetencje.

Jim kiwał zatroskany głową i mówił, że ze względów czysto nauko-

wych ciało musi być jak najszybciej dostarczone do Instytutu i poddane 

background image

dematerializacji, chociaż jako obywatel uważał za swój obowiązek, i tak 
dalej.

Kiedy doszliśmy nad staw, stali tam już z noszami ludzie z Instytutu. 

Zadawszy kilka rutynowych pytań kapitan i porucznik dali znak, że moż-
na ciało zabrać i odeszli.

Martwy Lukrecjusz odszedł również. Wrócił do swojego czasu, gdzie 

już i tak był bliski śmierci. Przez co w starożytności nikt nie zauważy żad-
nej różnicy; może prócz tego, że teraz Lukrecjusz będzie miał dziury w 
piersi. Jeżeli rzeczywiście doprowadzony do utraty zmysłów afrodyzja-
kiem zasztyletował się na śmierć, mogło to nie budzić zdziwienia. A może 
to morderstwo, popełnione w naszym czasie, stało się przyczyną wersji o 
samobójstwie? Nawet, jeżeli nikt w przeszłości nie potrafił znaleźć sztyle-
tu, którego przecież nie było...

Dobra robota, Jim!
Tyle, że na nic się to nie przydało.
Ja to pierwsza zauważyłam, kiedy w ślad za ciałem zmierzaliśmy do 

Instytutu i twarz Jima odkleiła się i kilkakrotnie popłynęła w moją stro-
nę.

– Hej! – krzyknął Carl, patrząc ze strachem na moją twarz.
Trąciłam Jima w ramie.
– Czy coś zauważyłeś?
– Chcesz powiedzieć, że efekt się utrzymuje. Hmm, myślałem, że to 

zaniknie po jego śmierci...

– Naprawdę?
Zaczerwienił się.
–  Widocznie  zaniknie  dopiero,  kiedy  pozbędziemy  się  ciała.  A  ty 

uważaj, co mówisz.

– Nie martw się o mnie.
I tak odprowadziliśmy Lukrecjusza o sześć dni wcześniej niż prze-

widywaliśmy.  Odszedł  z  sali  wskrzeszeń  przy  akompaniamencie  wy-
ładowań  elektrycznych  i  małego  uderzenia  dźwiękowego. A  z  naszego 
programu wyszły nici, pomyślałam.

background image

Ale w drodze powrotnej do domu Roseberry'ego wydało mi się, że 

słyszy daleki ryk lwa.

– To tylko grzmot – powiedział Jim uspokajająco i spojrzał w niebo.
Stanął jak wryty, zbladł. Bo z najbliższej chmury patrzyła znajoma 

twarz. Usta Lukrecjusza w chmurze otwarły się i bluznęła z nich krew 
czerwona jak zachód słońca.

A wiec jednak efekt nie ustąpił. Utrzymywał się. I chyba wiedziałam 

dlaczego. To dlatego, że Lukrecjusz umarł tutaj, w teraźniejszości. Jego 
duch przepoił już okolicy w sposób aż nadto oczywisty, dzięki efektowi 
Roseberry'ego  wynikającemu  z  naruszenia  czasoprzestrzeni.  Ponieważ 
zginął tutaj, wniesione przez niego zmiany zostały tu utrwalone. To, co 
Jim odesłał w starożytność było tylko kawałem mięsa.

Teren Instytutu był teraz nawiedzony. Meteorologicznie, optycznie, 

psychologicznie nawiedzony.

Rozpętywały się burze. Drzewa stawały w płomieniach. Ptaki spa-

dały z nieba. W powietrzu unosiły się zwidy. W chmurach pojawiały się 
twarze. Ludzi ogarniał szał miłosny.

Jedno  było  pewne:  sława  Lukrecjusza  przetrwała  w  nowoczesnym 

świecie. Dzięki Jimowi. Kilka mil kwadratowych miało niewątpliwie cha-
rakter lukrecjański.

Jak na ironię, sam Lukrecjusz wyśmiewał się z wiary wżycie poza-

grobowe. Co stwierdziłam, Kiedy przeczytałam po wszystkim "O naturze 
wszechrzeczy".

Odkryłam również, że nasz Rzymianin nigdy nie wierzył w ziejące 

ogniem  potwory.  "Skoro  ogień  spala  wszystkie  znane  zwierzęta,  nawet 
lwy – argumentował wielce rozsądnie – to żadne zwierz nie może ziać 
ogniem".  W  tym  miejscu  Harmony  przesadziła.  Co  tylko  dowodzi,  że 
spiskowała ze swoim tatusiem. Byli niewątpliwie zachwyceni widząc tę 
kózkę rodzącą się z łona purchawki.

W jednym miejscu Strefa Lukrecjusza wykraczała nieco poza teren 

Instytutu, obejmując odcinek autostrady stanowej. Ponieważ nie można 
bezpiecznie prowadzić, kiedy obrazy biją człowieka po oczach, autostrada 
stała się praktycznie nie do użytku. Cześć terenów prywatnych również 
została objęta czarami. Jim znalazł się wiec w tarapatach.

background image

Bynajmniej  nie  z  powodu  morderstwa.  Jak  już  powiedziałam,  nie 

można  zamordować  nieboszczyka,  wkrótce  jednak  musiały  go  dopaść 
pozwy sąsiadów, których nieruchomości straciły na wartości. Nie wspo-
minając o zarządzie dróg, zmuszonym do budowy wielce kosztownego 
objazdu.

Ci pracownicy Instytutu, którzy nie uciekli, zajmowali się badaniem 

nowego  efektu  Roseberry'ego,  czyli  rzeczywistości  chaotycznej.  Dość 
szybko przekonali się, że nawiedzenie blokuje stary efekt Roseberry'ego, 
co zatem idzie, w Instytucie nie mogło być dalszych wskrzeszeń.

Pewnego  ranka  Jim  zadzwonił  do  mnie  do  telewizji.  Wydawał  się 

przygnębiony.

– Przyszło mi do głowy – powiedział – że moglibyście nakręcić tutaj, 

w Strefie Roseberry'ego, pierwszorzędny horror. (Oczywiście, nie używał 
nazwy Strefa Lukrecjusza). Mamy tutaj przecież autentyczne fenomeny.

– Myślisz, że ktoś chciałby grać w Strefie, gdzie można zarazić się 

plagą albo zostać zwęglonym piorunami?

– To zróbcie tutaj zdjęcia plenerowe i zbudujcie scenariusz wokół tu-

tejszych zjawisk, a potem znajdźcie podobne, a e bezpieczne miejsce dla 
aktorów.

– Jego ton był niemal błagalny.
– Czy mi się zdaje, czy słyszę pobrzękiwanie niemal pustej skarbon-

ki?

– Posłuchaj, to wywoła znacznie większe zainteresowanie niż wykła-

dy laureatów. Albo nawet kazanie Jezusa na żywo czy pokazanie, jak idzie 
do łazienki.

– Ale teraz nie możemy już zrobić programu z Jezusem. I wcale nie 

żałuję. Prawdę mówiąc, sama rozkręciłabym kampanie, żeby do tego nie 
dopuścić. Nie, Jim. Ale pozwól, że dam ci z dobrego serca pewną radl. 
Uciekaj stamtąd jak najszybciej.

– Co?
–  Zwiewaj,  póki  czas.  Wiem,  że  zamordowałeś  Lukrecjusza  i  jego 

Strefa też o tym wie. Ona tylko gra na zwłokę.

background image

To prawda. Prędzej czy później Strefa zgotuje Jimowi jakiś paskudny 

koniec. Gorszy niż wszystkie procesy sądowe. Może coś podobnego, co 
spotkało Ateńczyków:  odrażające  wrzody  i  złośliwe  krwotoki  złej  krwi 
spływającej do genitalii, przez co jedni mężczyźni mogli ratować życie tyl-
ko za cenę samokastracji, podczas gdy inni całkowicie zapominali kim są. 
Jak opisuje Lukrecjusz w makabrycznym i psychotycznym finale poematu 
"O naturze wszechrzeczy".

– Chyba zwariowałaś – powiedział Jim.
Nie, to ty znalazłeś się wśród urzeczywistnionych produktów jego 

zwariowanego  umysłu.  Oczywiście  Jim  nie  chciał  słuchać.  Był  przecież 
kustoszem tajemniczego zjawiska natury.

W zasadzie biedny stary Lukrecjusz pragnął w życiu jedynie ciszy i 

spokoju. Już samo wskrzeszenie go było czymś dość niemiłosiernym. Ale 
wskrzesić go, a potem zamordować, to było już szczególne okrucieństwo. 
Nic dziwnego, że Lukrecjusz umierał w ataku wściekłości: był wściekły 
na Jima.

W tydzień później żmija ukąsiła Harmony, która jednak przeżyła: na 

intensywnej terapii, z dala od Strefy.

W dwa tygodnie potem dom Roseberry'ego spłonął od pioruna. Jim 

przeniósł się do Instytutu.

Nie dalej jak wczoraj dowiedziałam się, że Jim zapadł na nieznaną 

choroba. Lukrecjańska zaraza nie jest czymś przyjemnym. Ale nie można 
powiedzieć, że go nie ostrzegałam.

Przełożył Lech Jęczmyk 

background image

smok GaudieGo 

(Gaudi Dragon) z "NF" 8/91 

Kiedy  Johnny  Butler  i  jego  siostra  Marta  przyjechali  do  Barcelony, 

autobusy były obwieszone flagami katalońskimi, a na biurowcach powie-
wały transparenty. Wszędzie widniały żółto-czerwone wstęgi. Kobiety w 
najprzeróżniejszym wieku ściskały w rękach pojedyncze szkarłatne róże i 
zielone kłosy pszenicy. Uzbrojeni policjanci siedzieli jak czarne roboty w 
opancerzonych pojazdach i obserwowali niedzielne tłumy.

– Jaka szkoda, że nie ma słońca – wykrzyknął ich opiekun, Salvador 

Miravell, pulchny trzydziestoparoletni mężczyzna z baczkami. – Te hisz-
pańskie gliny by się usmażyły. Upiekłyby się. – Salvador posłał gniew-
ne  spojrzenie  chłodnemu,  szaremu  jak  ołów  kwietniowemu  niebu. 
Zmieniający się klimat igrał z planetą. – Wieczorem parę osób zginie – za-
pewnił Johnny'ego i Martę. – Ale i tak już niedługo będziemy niezależni.

Angelica Bonaventura, dziewczyna Salvadora, a jednocześnie ich kie-

rowca, roześmiała się. – Czy tak samo jak niedługo skończymy budować 
Sagrada Familia?

– Ale przecież skończyliśmy świątynię Gaudiego! Właśnie teraz, dzię-

ki programom komputerowym i holografii! Prawda, Johnny? Musimy tyl-
ko pozbyć się naszego wiruska i wszystko będzie doskonale. Jak inaczej 
moglibyśmy w ogóle skończyć coś tak zwariowanego?

–  Nie  jest  skończona  –  upierała  się  Angelica.  Mała,  impulsywna, 

dumnie obnosiła górę blond włosów, które mogły być tlenione. Zawsze 
roześmiana albo uśmiechnięta. Lubiła się droczyć.

– I nigdy nie mogła być skończona! – zapewnił Salvador.
Angelica spojrzała z uśmiechem na Martę. – Udajemy. Robimy fasza-

dy. – Marta wiedziała, że Angelica celowo źle wymawia słowo "fasada". 
Żartowała z FaCADes, Inc., kalifornijskiej firmy, który wysłała Johnny'ego, 
aby zlikwidował wspomnianego wirusa.

background image

Czarno-żółte taksówki mijały eleganckiego citroena bzycząc jak osy. 

Szerokie  aleje  biegły  w  nieskończoność,  przypominając  wąwozy  wysa-
dzane, jak się zdawało Marcie, platanami. Z poobcinanych gałęzi, jeszcze 
bezlistne,  wyglądały  niczym  trędowate  zbiorowiska  kości  dinozaurów. 
Citroen przejechał przez plac: palmy wznosiły się na piętnaście metrów i 
wyżej. Wszędzie róże i flagi katalońskie.

–  Szkocja  już  wkrótce  mogłaby  się  stać  niepodległa  w  ramach 

Eurowspólnoty  –  odezwał  się  Salvador.  –  Tak  jak  Bawaria.  I  Katalonia; 
zobaczycie. Duch Gaudiego będzie spoczywać w spokoju.

– Wewnątrz budynku-widma? – Angelica uśmiechnęła się olśniewa-

jąco. – Salvador chce powiedzieć, że Gaudi to symbol nacjonalizmu kata-
lońskiego. Lubimy się sprzeczać po angielsku, senorita Butler. To język 
bardziej stanowczy od katalońskiego. Nasz własny kraik niepodległy? E 
tam, Hiszpanie jak zwykle będą kontrolować sytuację.

–  Hiszpanie  ostrzeliwali  nasze  miasto  ze  wzgórz  podczas  wojny 

z  Franco  –  rzekł  Salvador  mimochodem.  –  Kilka  pocisków  wpadło  do 
Sagrada Familia.

Stare  rany,  stare  krzywdy,  pomyślała  Marta.  Duchy  przeszłości. 

Johnny  opowiedział  jej  o  politycznym  aspekcie  architektury  Gaudiego. 
Gaudi był luminarzem renesansu katalońskiego, rozwijającego się w XIX 
wieku: renesansu artystycznego, politycznego, a także religijnego.

Polityka nie była mocną stroną Johnny'ego, ale w zeszłym roku spę-

dził w tym mieście dziesięć dni przymierzając się do operacji "Sagrada 
Familia". Nawet on się zorientował, że dokończenie tego ogromnego ko-
ścioła (choć tylko w widmowej, holograficznej formie) jest aktem politycz-
nym, aktem koronującym poczucie tożsamości narodowej, dopełniającym 
je. Zdaniem Johnny'ego mieszkańcy Barcelony powinni bardziej przejmo-
wać się poziomem morza niż nacjonalizmem.

Angelica zrobiła objazd, aby pochwalić się zadrzewionym Ramblas, 

długim ulicznym targiem kwiatów, ptaków i książek. Tłumy, czerwone 
róże, flagi. Plakaty komunistyczne i socjalistyczne, anarchistyczne i lin-
gwistyczno-nacjonalistyczne. Marta po raz pierwszy zobaczyła prostytut-
kę,  suchą  kobietę  w  czerni,  o  grubo  ciosanej  twarzy,  wyczekującą  przy 
krawężniku.

background image

– Rambla – powiedziała Angelica – znaczy otwarty rów do doprowa-

dzania wody ze wzgórz. Nigdy tu przedtem nie byłaś?

–  Nie,  nigdy  nie  byłam  za  granicą.  Tylko  raz  w  Meksyku.  Johnny 

uważał,  że  przydałyby  mi  się  wakacje;  ten  kłopot  z  oprogramowaniem 
nie może być poważny. A ja chciałam zobaczyć, jak Gaudi wykorzystuje 
ceramikę.

– Jesteście oczywiście bliźniakami.
Oczywiście. Wysokie, rude, piegowate bliźniaki; troszkę niezgrabne. 

Kiedy szli gdzieś razem, bezwiednie idąc równo – choć nieco kanciasto – 
w nogę, wyglądali jak straż przednia jakiegoś szczepu klonów. Marta nie 
lubiła chodzić z Johnnym. Teraz miał na sobie spodnie z demobilu, sztruk-
sową marynarkę i kremowe, skórzane buty, ona więc wybrała niebieskie 
dżinsy, tenisówki i ciemnofioletowy sweter.

Z  hologramu,  który  widziała  u  Johnny'ego,  rozpoznała  kolumnę 

wznoszącą  się  przed  nimi,  z  której  szczytu  spiżowa  statua  Krzysztofa 
Kolumba wskazywała ręką na morze. Angelica zwolniła, samochód po-
ruszał się w tempie żółwia. Przypływ! Wezbrane Morze Śródziemne za-
lało  esplanadę,  omywając  samą  podstawę  kolumny.  Wydawało  się,  że 
Kolumb nie wskazuje dalekich lądów, lecz pełnym rozdrażnienia gestem 
powstrzymuje wodę. Może poziom oceanu już się ustabilizował i miasto 
wcale nie musi się niepokoić. Może.

– Przynajmniej ostatnio owoce morza mamy bliżej. – Angelica poje-

chała w kierunku obiecanej restauracji, od której, jak się okazało, dzieliły 
ich całe kilometry. Kiedy już byli na miejscu, musiała przez piętnaście mi-
nut krążyć, żeby znaleźć parking dla citroena. Marcie burczało w brzuchu. 
Johnny ostrzegł ją, że Katalończycy jedzą późno, choć obficie. O wpół do 
czwartej obiad, o dziesiątej lub jedenastej wieczorem kolację.

Nad płytkim, czarnym kociołkiem gęstej zupy z młodej ośmiornicy, 

krewetek, małży i langust Johnny i Salvador omawiali problem wirusa, a 
Marta plotkowała z Angelicą.

Ani Salvador, ani Angelica nie byli religijni. Po prostu firma Salvadora, 

Elektronika,  ustawiała  i  konserwowała  projektory  holograficzne  w  –  tu 
głęboki oddech – Pokutniczej Świątyni Świętej Rodziny, będącej własno-
ścią utrzymującego ją Duchowego Związku Wyznawców Św. Józefa.

background image

Gaudi był prawdziwym wizjonerem, a jego budynki przypominały 

zaczarowane  cuda  z  baśni.  Angelica  przypuszczała,  że  był  też  obłąka-
ny.  W  1883  roku,  w  wieku  31  lat,  dostał  zamówienie  na  wybudowanie 
Sagrada Familia. W 1910 roku ten zaprzysięgły kawaler przeprowadził się 
na miejsce budowy. Porzuciwszy wszystkie inne zamówienia, mieszkał 
jak pustelnik w swym warsztacie, stając się coraz bardziej religijny i coraz 
bardziej pogrążając się w skomplikowaną symbolikę swego wolno rosną-
cego  budynku.  Gdy  w  1926  roku  Gaudi  miał  75  lat,  zginął  pod  kołami 
trolejbusu, w drodze na nieszpory. Pochowany w krypcie pod swym nie 
dokończonym dziełem, Gaudi zabrał do grobu jego dokładne szczegóły 
architektoniczne. W niebo strzelało osiem dzwonnic. Jeszcze nie istniały 
środkowe wieżyce, które wysokością miały zaćmić nawet te już wybudo-
wane.

Od tego czasu prace postępowały zrywami przy akompaniamencie 

zaciekłych  sporów  o  to,  jak  właściwie  powinien  wyglądać  ostateczny 
projekt. Czy ten kościół zostanie kiedykolwiek dokończony? Powiedzmy 
na Olimpiadę w Barcelonie w 1992 roku? Nie ma mowy. Na rok 2000? 
Niezbyt prawdopodobne.

Na scenie pojawia się FaCADes, Inc. i Johnny.
Kiedy Johnny i Marta byli dziećmi, on chciał zostać architektem, a 

ona garncarzem. Jej marzenia spełniły się, jego nie. Odciągnęła go elek-
tronika. Albo może wiedział, że nie ma prawdziwie oryginalnej wizji, tak 
jak Gaudi. Johnny zaangażował się w CAD, komputerowe wspomaganie 
projektowania,  czego  efektem  był  Wielki  Pomysł.  Niestety,  orientacja 
Johnny'ego w sprawach pieniężnych dorównywała jego brakowi wyczu-
cia  politycznego.  Jako  rezultat  prześlizgiwania  się  nad  WZO  (Wielkimi 
Zmarnowanymi  Okazjami)  powstała  firma,  w  której  prawie  nie  miał 
udziałów,  specjalizująca  się  w  "opakowywaniu"  domów  i  biur,  w  sy-
mulacje  budynków  historycznych.  Świątynia  Kinkakuji,  domek  Anne 
Hathaway, Notre Dame (dopasowane wielkością i nieco zdeformowane 
tak, aby zmieściły się na wybranej działce). Zaczęło się szaleństwo. Klienci 
mogli dowolnie zmieniać fasady domów, ozdabiając holograficznie funk-
cjonalne pudełka mieszkalne.

background image

Architekci  nienawidziliby  Johnny'ego,  gdyby  miał  bardziej  ekspo-

nowane stanowisko, powiedzmy prezesa FaCADes, ale on był zwykłym 
pracownikiem firmy.

A potem nadeszło prestiżowe zamówieniem od Duchowego Związku 

Wyznawców Św. Józefa na holograficzne dokończenie dzieła Gaudiego. 
Te  potężne  wieżyce  mają  jak  najszybciej  wznieść  się  nad  Barceloną.  W 
FaCADes szaleli z radości. Johnny zabrał się do roboty.

Istniało kilka koncepcji ostatecznej wersji kościoła. Można by wyświe-

tlić każdą z nich, wszystkie po kolei. W efekcie skończyłoby się kłótnią. W 
poniedziałki projektory wyczarowywałyby wersję Cunchillo. We wtorki 
wykonanie nieco się od niej różniące. Przecież środkowe wieżyce mogły-
by  nawet  być  wyższe  niż  zakładał  w  najśmielszych  marzeniach  Gaudi. 
Sagrada Familia zostałaby kościołem-drapaczem chmur! Ale to groziłoby 
zachwianiem proporcji, upodabniając cały zespół do ogromnego, fanta-
zyjnego statku kosmicznego, mającego dolecieć do najbliższej gwiazdy, 
autentyczne dzwonnice redukując do pozycji doczepianych zbiorników 
paliwa.

Niektórzy liczyli, że pojawienie się pełnego kościoła w formie holo-

gramu  przyśpieszy  jego  wykonanie  w  kamieniu.  Tak  czy  owak  wielkie 
dzieło zostanie skończone, przynajmniej psychologicznie.

Przez ostatni rok turyści ściągali do Barcelony oglądać rzeczywistość 

i przenikające ją marzenie. A jednak teraz coś jakby plątało się wewnątrz 
holograficznych  wieżyc,  jakiś  wolno  poruszający  się  obraz,  nie  będący 
częścią żadnego projektu.

Salvador wzruszył ramionami. – Tam z pewnością coś jest. Myśleliśmy, 

że to efekt migotania w hologramie. Może piorun kulisty, przyciągnięty 
napowietrznym widowiskiem, działalnością laserów. Ale gdy wyłączamy 
hologram, zjawisko znika.

–  Musi  być  błąd  w  programie  sterującym  –  powiedział  Johnny.  – 

Wirus. Czy można polegać na dostawach energii?

– Są w porządku. Hologram trzyma się absolutnie pewnie. Wygląda 

solidnie jak skała. Wydaje się, że po schodach można naprawdę wejść do 
wieżyc. Ale wchodzi po nich tylko duch. Tak, będę nazywał to duchem! 

background image

Choć dla mnie to raczej niesformy kursor na ekranie komputera, ale tu 
mówi się o duchu.

– Duch architekta? – spytał żartobliwie Johnny. – Wywołany faktem 

zakończenia budowy? Uszczęśliwiony? Niezadowolony? Wyznawcy chy-
ba nie myślą o zaniechaniu prac?

–  Nic  tak  drastycznego.  Nawet  patrząc  z  jednej  z  prawdziwych 

dzwonnic trudno dostrzec, co tam jest. Widzisz coś kątem oka za jednym 
z wlotów powietrza. Potem za innym. W głównej wieżycy, w bocznej wie-
ży. Kształt? Nie, chyba nie człowieka. Nie można go zauważyć z ziemi, 
więc nie ma żadnych bzdur w mediach. Ani słówka. Wyznawcy zamknęli 
chwilowo dla turystów prawdziwe dzwonnice.

–  Mnóstwo  rozczarowanych  Japończyków!  –  rzekła  Angelica.  – 

Japończycy uwielbiają Gaudiego.

– Czy to nie podejrzane? – zapytał Johnny.
Uśmiechnęła się szeroko. – Że Japończycy uwielbiają Gaudiego?
– Nie, zamknięcie dzwonnic.
Salvador potrząsnął głową. – Wiesz, że prawdziwe dzwonnice są ze 

sobą  połączone  małymi  mostkami.  W  hologramach  od  dzwonnic  także 
biegną mostki do wieżyc. Nie możemy przecież pozwolić, żeby nasi tury-
ści stąpali w nicość, prawda? Tak więc dzwonnice są zamknięte z powodu 
zakładania barierek zabezpieczających, a prace mają być wykonane... ma-
nana. Oczywiście nie trzeba wspominać, że Wyznawcy założyli te barierki 
już przedtem. My je po prostu usunęliśmy. Nikt nie zauważył. Większość 
mieszkańców Barcelony wchodzi na dzwonnice raz w życiu albo wcale. – 
Salvador zerknął na zegarek. – Zabieram cię na spotkanie z Wyznawcami 
o siódmej.

–  Czy  ty  również  chciałabyś  wybrać  się  wieczorem  do  Sagrada 

Familia, Marto? – wtrąciła Angelica.

Marta przyjrzała się badawczo ostatniemu soczystemu kąskowi pły-

wającemu  w  ogromnym  garnku  zarzueli.  Czuła  się  pełna  od  nadmiaru 
owoców morza, jak gdyby skonsumowała większą część populacji Morza 
Śródziemego.

– Jestem trochę zmęczona – przyznała. – Muszę najpierw oswoić się 

z Barceloną.

background image

– Świetnie. – Angelica zapaliła papierosa z filtrem. – Jutro pokażę ci 

miasto Gaudiego. Pójdziemy piechotą albo weźmiemy taksówkę. Wiesz, 
te korki.

Kiedy wyszli z restauracji, Salvador kupił Marcie czerwoną różę i kłos 

pszenicy od ulicznego sprzedawcy. Później, w swym pokoju w Cristina 
Grand  Hotel,  rozgrzana  po  kąpieli  Marta  usłyszała  terkot  śmigłowca. 
Widziała przez okno, jak przesuwa się nad jej głową, świecąc reflektorem 
po ulicach. Zdawało się jej również, że słyszy gdzieś w dali odgłos wy-
strzałów.

– Wyznawcy zabrali cię na kolację? – spytała Johnny'ego przy poran-

nej kawie i bułeczkach w restauracji hotelowej. – O której to było? – Czuła, 
że gdzieś jej przepadło pół dnia.

– Hmm... około jedenastej.
– Wcześnie poszłam spać. – Przypomniała sobie. – Słyszałam strzały.
– Nie widziałem żadnych zamieszek. Nie martw się, siostruniu, już po 

święcie narodowym. Namiętności opadły. Ten Wyznawca, Montserrat... 
niepokoi się, że nasz hologram Sagrada Familia jest oszukiwaniem Boga. 
Skrócona pokuta za grzechy. – Johnny głośno łyknął trochę czarnej kawy. 
Zawsze  głośno  łykał  kawę,  zwykle  kiedy  była  już  zimna.  –  Z  drugiej 
strony, teraz masa kościołów wprowadza plastykowe skrzynki z elektro-
nicznymi świecami. Wrzuć parę peset do otworu, a zapali się żarówka. 
Nawet miga przekonująco i nie kopci. Powiedziałbym, że to samo dotyczy 
Sagrada Familia. Nie sądzę, żeby nasza zjawa była znakiem Bożego nieza-
dowolenia... Chyba że Bóg nie może już wznieść się na takie wyżyny jak 
w dniach Sodomy i Gomory!

– Zdaje się – ciągnął – że doktor Rubio to mistyk. Mówi, że Gaudi 

poszukiwał wyższej geometrii leżącej u podłoża wszechświata i oznacza-
jącej świętość. Z całą pewnością powiększyliśmy geometryczną złożoność 
Sagrada Familia. Może zdarzy się jakiś cud przyciągnięty architektonicz-
nym równaniem, które wypisaliśmy światłem w powietrzu? Objawienie 
dziewicy? Ach, idzie Angelica.

Dziewczyna  Salvadora  wpadła  do  restauracji  tryskająca  energią, 

uśmiechnięta, machając ręką.

background image

Flagi katalońskie zniknęły z autobusów. Po ulicach walało się trochę 

czerwono-żółtych plakatów. Zwykły dzień pracy. Ruch uliczny przelewał 
się szerokimi, głębokimi wąwozami.

Taksówką jedącą po Diagonal dotarły do Guell Pavilions. Finansista 

Guell był największym mecenasem Gaudiego. Niebiesko-zielona mozaika 
wywietrzników na dachach nasunęła Marcie pomysł dzbanków zdobio-
nych glazurowaną szachownicą. Gdyby tylko wyszło słońce i odbiło świa-
tło od glazury. Mimo złego światła stała przed smoczą bramą nieruchomo 
przez długie minuty. Na bramie rozpostarł się groźny prehistoryczny gad 
latający, zesztywniały nie w kamień, a w metal. Właściwie to on stano-
wił bramę: kości skrzydeł, wielkie zwoje kręgów, ogromne zakrzywione 
szpony  pokryte  łuską,  rozwarta  zębata  paszcza,  wąski  jak  sztylet  język 
skręcający się na zewnątrz jak liść yukki...

– No, no – rzekła po chwili.
– Podoba ci się? – spytała Angelica. – Gaudi w młodości uwielbiał 

smoki. Trochę to pogańskie, nie sądzisz?

– Czy na Sagrada Familia są one również?
– Tylko jeden. Coś jakby demon w kształcie smoka podaje anarchiście 

bombę. W miarę jak Gaudi robił się pobożny, smok... brakuje mi słowa... 
pogrążał się. Chodź, pokażę ci, jak się pogrąża...

Taksówka  przywiozła  je  z  powrotem  do  centrum,  wysiadły  przed 

Casa Battlo. Rozwarte kamienne kości szczęk stanowiły obramowanie dol-
nych okien wykuszowych. Wzdłuż dachu rozłożył się guzowaty kręgo-
słup smoka; dachówki były jego łuskami. Marcie wydawało się, że smok, 
jak najdalszy od pogrążania, wyłania się z samej substancji domu, siedzi 
na nim jak na grzędzie, gotów do lotu nad miastem.

Paręset metrów dalej blok mieszkalny o nazwie La Pedrera spowijał 

falujące urwisko oszklonymi jaskiniami wokół całego rogu ulicy. Wężowe 
skręty kamienia przywodziły na myśl ogromnego gada, który chwycił bu-
dynek w kondygnacje zwojów swego ciała.

– To arcydzieło – odezwała się Angelica.
– Mieszkanie tu musi kosztować majątek.
Angelica uśmiechnęła się figlarnie.

background image

– Ach nie, te mieszkania nie były popularne. Nie ma gdzie wywiesić 

pościeli ani prania. Balkony mają niedobry kształt, widzisz? To zwario-
wane kute żelazo darło len na strzępy. Więc czynsze są niskie. Duży bank 
kupił cały budynek na centrum kulturalne. Ale nie można pozbyć się lo-
katorów.

– No więc La Pedrera jest popularna, czy nie?
Angelica zachichotała. – Ja tylko żałuję z tą pościelą, Marto.
Gdy Amerykanka zachowała obojętną minę, Angelica powtórzyła. – 

Żal. Żałowałam. Chodź, możemy wejść na dach. Jest otwarty dla zwiedza-
jących.

W miejscu, gdzie labirynt schodów opasywał dwie przepastne stud-

nie podwórek, dachu strzegły figury potworów. Nieziemskie, kamienne 
roboty, niektóre o ceramicznych jaszczurzych skórach, inne w rycerskich 
hełmach: kominy, wywietrzniki. Czy stwory chodziły nocą? Czy stąpały 
uroczyście po podestach, grając w niesamowite, powolne szachy o zmie-
nionych zasadach geometrii?

– Patrz!
Daleko  nad  innymi  dachami  Marta  po  raz  pierwszy  ujrzała  ciasno 

zgrupowane, strzeliste dzwonnice Sagrada Familia. Wydawało się, że te 
wysokie chropawe wrzeciona, poznaczone wlotami powietrza na kształt 
plastra miodu i zakończone kulistymi kamiennymi kwiatami nie zosta-
ły zbudowane, lecz wyrosły na podobieństwo kolumnowych kaktusów. 
Właśnie teraz Johnny sprawdzał tam program.

W tej chwili włączył się większy kościół – jak widmo.
Skupisko wyższych wież górowało nad dzwonnicami. Niektóre wą-

skie, ale dwie miały pokaźniejszy obwód. Marta ochrzciła dwie główne 
wieżyce  nazwami  Duży  Chłopak...  i  Największy  Chłopak.  Czy  gdyby 
świeciło słońce, istniałoby niejasne wrażenie nierzeczywistości? Majacząc 
na tle szarego nieba, widmowy kościół wydawał się całkowicie material-
ny i rzeczywisty. I całkowicie obcy. Wyobraziła sobie, jak wznosi się w 
chmury na językach ognia, dążąc ku niebiosom... – Organowe piszczałki 
– mruknęła.

– Tak, jest też zaprojektowany jako instrument muzyczny. – Angelica 

wyjaśniła,  że  dzwonnice  miały  działać  jak  pudła  rezonansowe  dla 

background image

dzwonów rurowych. Wloty powietrza obudowane były kamiennymi pły-
tami rezonansowymi. Olbrzymie organy powinny były stanowić kontra-
punkt dla kurantów. Dźwięki dzwonów i głęboki pomruk organów miały 
rozchodzić się po Barcelonie, dzięki czemu całe miasto rozbrzmiewałoby 
świętą melodią. Taką przynajmniej nadzieję żywił Gaudi.

Znalazłszy się z powrotem na Passeig de Gracia, Angelica zaprowa-

dziła Martę do kawiarni, żeby skusić ją na gorącą czekoladę i rogaliki.

– Dlaczego zostałaś ceramikiem? – spytała Angelica, zanurzając cia-

sto w filiżance. Marta poszła za jej przykładem.

Wkładając rogalik do filiżanki, Marta zagniotła swe silne dłonie w 

wyrazistym geście. – Nie potrafię oddać tego słowami. To sprawa fizycz-
na.  Oko  wewnętrzne,  palce...  Znam  niewidomego  ceramika,  wyznawcę 
Zen; ma na imię Ray. Ray odrzuca wzrok, wzrok, którego nigdy nie miał. 
Jego palce dostępują... oświecenia.

– Czy Ray to twój chłopak?
– Wspólnik...
Jego dotyk mnie oświeca, pomyślała Marta. Jego palce znają mnie o 

wiele lepiej niż oczy, które patrzą na mnie i widzą tylko Johnny'ego w 
żeńskim wydaniu.

– Pokażę ci dzielnicę gotycką. Możemy wziąć sobie tapas na lunch. A 

potem pójdziemy do Parku Guell.

Przy katedrze przeszły obok sklepu z zabawkami. Na wystawie obok 

półmetrowego hologramu "podstawowej" Sagrada Familia widniał nieco 
większy model plastykowy. Portyk poniżej dzwonnic był pyskiem jakie-
goś potwora morskiego o wielu paszczach. Maleńki zgarbiony demon z 
malowanego ołowiu stał w progu dzierżąc maczugę. Cała armia minia-
turowych trolli i zwierzołaków zajmowała szachownicę posadzki nawy 
pozbawionej  dachu.  Podobne  figurki  stąpały  po  hologramie.  Modele 
Sagrada Familia stanowiły miejsce akcji jakiejś gry fantasy!

– Co to takiego? – wykrztusiła Marta.
– Nazywa się to Gra Dobra i Zła. Nowość w sklepach. Wyznawcy są 

bardzo zaniepokojeni. Mówią, że to bluźnierstwo. Usiłują uzyskać sądo-
wy zakaz sprzedaży. Pozwali do sądu producenta. Dla mnie to śmieszne.

background image

Zewnętrzna  fasada  była  chropowata,  z  zaciekami,  jakby  stopiona 

czekolada zastygła w zęby, listowie i figurki. Wspinali się po nich grają-
cy na trąbkach aniołowie i święci. Prawem kontrastu fasada wewnętrzna 
była surowo geometryczna: półki, nisze i balkony, na których siedziały 
demony podobne do pterodaktyli. Martę świerzbiły palce, żeby zgarnąć 
anielskiego herolda i pterodemona i by rzucić je do walki przeciw sobie na 
planszy nawy, trąbkę przeciw szponom.

– To wszystko jest na odwrót, prawda? Przecież siły sprawiedliwo-

ści powinny być wewnątrz kościoła, a siły zła powinny je atakować z ze-
wnątrz? Kościół jest pełen demonów!

Angelica przyjrzała się bliżej. – Może właściciel sklepu jest ateistą? 

Woli  więc  ustawić  figurki  właśnie  w  ten  sposób.  W  zeszłym  tygodniu 
widziałam w telewizji producenta. Dowodził, że gra pokazuje dzieciom 
odwieczną wojnę między Diabłami i Aniołami o władzę nad wszechświa-
tem, a więc rozwija duchowość dziecka. Czy coś takiego. Podobno wersja 
plastykowa jest lepsza, mniej ograniczająca. No i tańsza.

– Ostatnio chyba poświęca się Sagrada Familia wiele uwagi.
– Jasne. Oczywiście. Ale to – Angelica machnęła w kierunku wystawy 

– jest zdzierstwo.

Marta bawiła się myślą, czy by nie kupić Gry Dobra i Zła w wersji 

plastykowej. Nie holograficznej, o nie.

Dotarły do czegoś, co wyglądało na miejsce pamięci wykonane z be-

tonu, wciśnięte między budynki i osłaniane przez samotne młode drzewo 
morwowe.

– Widzisz tę tabliczkę na murze? Tłumaczy się to tak: "Nie leży tu ani 

jeden zdrajca." Tu właśnie złożono ciała katalońskich patriotów, zabitych, 
gdy Hiszpanie przejęli władzę. W tym kościele odprawiamy msze. – Nad 
wąską uliczką górowała fasada kościoła. – Typowy barok kataloński.

Marta nie była pewna, czy Angelica mówi o stylu architektonicznym 

czy o miejscowych zwyczajach.

Po ośmiornicy przyprawionej papryką, frytkach i piwie złapały tak-

sówkę i pojechały pod górę do Parku Guell, z którego rozciągał się widok na 
całe miasto. Disneyowskie stróżówki polukrowane ceramiką prowadziły 
do mozaikowych schodów. Zakrzywione boczne ściany były zwieńczone 

background image

wystającymi kręgami albo stanowiły zapasowe żebra dinozaura. Znalazły 
się wśród krzewów, opuncji i palm.

– Kolejne arcydzieło, kolejne fiasko. To miało być miasteczko-ogród. 

Udało się sprzedać tylko parę działek, a jedną kupił sam Gaudi. Więc za-
miast tego jest tylko ogród... – powiedziała Angelica.

Weszły  pod  most.  Kamienne  płytki  przypominające  łuski  przecho-

dziły  w  wielkie  poszarpane  zęby  zwisające  nad  głową.  Równie  dobrze 
mogły iść przełykiem jakiegoś skamieniałego zwierza z ogromną szyją, 
zwieńczonym setkami kłów.

Gdy  znów  znalazły  się  na  otwartej  przestrzeni,  Marta  podziwiała 

zdobione mozaiką ławki, ich giętkie kształty przypominały jej wijącego 
się węża. Daleko poniżej wznosił się poprawiony, wykończony kościół. 
Morze Śródziemne w dali wcale nie wyglądało groźnie, jak gdyby nie ru-
szyło się ani na centymetr z miejsca, gdzie zawsze było.

Piąta.
– Czas na spotkanie z wielkością – rzekła Angelica. Miała na myśli 

kościół, czy brata Marty?

Zanim ich taksówka przemknęła prosto jak bobslej pomiędzy dzie-

siątkami innych po Carrer de Sardenya, żeby wysadzić je przed obrotową 
bramą, większy kościół został wyłączony. Stadka ostatnich turystów zmie-
rzały do czekających autokarów. Tyle japońskich twarzy! Ktoś napisał na 
ścianie czarną farbą hasło: BAJAD EL VOLUMEN DEL CARILLON.

– Wyciszyć dźwięk dzwonów – przetłumaczyła Angelica. – Gdyby 

ziściło się marzenie Gaudiego o wielkich organach, cóż to by był za kon-
cert dla sąsiedztwa!

Marta  zapatrzyła  się  na  dzwonnice, Angelica  telefonowała  ze  stró-

żówki.

Gdy  Johnny  i  Salvador  spotkali  się  z  obiema  kobietami  wewnątrz 

rozwartej paszczy wieloryba, Johnny miał na sobie dżinsy i czarny sweter. 
Musiał przebrać się po śniadaniu. Teraz brat i siostra wyglądali prawie jak 
klony.

– Zostało jeszcze trochę światła dziennego – rzekł wesoło. – W każdym 

razie reflektory i hologram wszystko doskonale oświetlają. Wybieram się 

background image

na polowanie. Idziecie? Przydałoby mi się paru obserwatorów. Salvador 
musi zostać na dole do obsługi projektora.

Obaj  mężczyźni  mieli  miniaturowe  radia  przypięte  do  kieszeni. 

Johnny, uzbrojony dodatkowo w lornetkę i aparat fotograficzny, zapropo-
nował siostrze zapasowe radio. Patrzyła znacząco na jego strój, aż wresz-
cie załapał, o co chodzi, przynajmniej do pewnego stopnia.

– Chłodno. Salvador pożyczył mi sweter. Chodź do środka...
Wzięła radio i szła za nim, mijając gipsowe modele i gabloty z pocz-

tówkami.

W środku było naturalnie tak samo jak na zewnątrz, ponieważ nie 

istniał dach. Połowę przestrzeni zajmował labirynt poustawianych na so-
bie ociosanych kamiennych bloków, rusztowań, szop, urządzeń do pod-
noszenia; wszystko wyglądało na porzucone. Zauważyła ołtarz, podobny 
do  ogromnego  namiotu  i  jakieś  urządzenia  holograficzne.  Technika.  Jej 
wzrok powędrował w górę po wewnętrznej stronie skorupy. Jak wierny 
był ten plastykowy model: wszystkie te półki, nisze; ale nigdzie nie widać 
ani jednego pterodemona.

Johnny  popatrzył  krytycznie  w  górę,  tak  jak  niegdyś  oceniał  kosz 

w  koszykówce.  Ciągle  zła  z  powodu  podobieństwa  ich  strojów,  Marta 
wzdrygnęła się bardziej ze złości niż z niepokoju i spojrzała ponownie w 
górę. O tak, Johnny potrafiłby wspiąć się po tych rowkowanych dzwon-
nicach jak lalka z ruchomymi kończynami ubrana w specjalny strój. Dla 
niego to i tak tylko pojęcie, schemat. Pewnie widział siebie w roli myszy 
ścigającej na ekranie komputera jakąś błędną plamkę, którą trzeba wyma-
zać. Kompetencja, kompetencja.

Dobrze przynajmniej, że nie umiał zarabiać pieniędzy. Szczerze mó-

wiąc, klepali z Rayem biedę, ale jakoś dawali sobie radę. Niewidomy męż-
czyzna i powielona kobieta: fotokopia swego brata, jakby mama i tata nie 
mieli razem tyle genów, żeby starczyło na dwie oddzielne osoby. Rodzice 
przez  lata  ubierali  bliźniaki  w  oszczędnościowym  pędzie  jednakowo. 
Przez jakiś czas, dawno temu, Marta chodziła trzy kroki za Johnnym, ale 
w nogę. On się urodził pierwszy; on był oryginałem. Czy mogła coś na to 
poradzić, że miała taką samą gestykulację i słabość do lodów z kawałkami 
karmelu jak on? Wszystko przez te geny. Czy śniło im się to samo? Czy 

background image

myśleli tak samo? To, co działo się w jej umyśle, należało wyłącznie do 
niej. Jednak presja świata zewnętrznego ciążyła jej i zmuszała do takich 
samych reakcji. Po tym, jak zaczęli chodzić do różnych szkół, polepszyło 
się. A Ray cenił ją za to, czego nie widział. Miłość Zen.

Pomyślała, że Johnny to Hiszpania, a ona to Katalonia. Więc jak w 

ogóle mógł zrozumieć świątynię Gaudiego? Znalazła się tu na jego koszt, 
inaczej w ogóle nie przyjechałaby do Barcelony. Dostały się jej okruchy 
jego okruchów z pańskiego stołu. Johnny chyba nie zdawał sobie sprawy, 
że spadały mu tylko okruchy. Oświecić go byłoby okrucieństwem. To tak 
jakby kopnąć w nos rozochoconego szczeniaka.

Strzałka wskazywała drogę do windy. Przy wejściu do dzwonnicy 

kolejna tabliczka: groźny czarny pies zrywający się z łańcucha. Zwierzę 
było  spuszczane  między  szóstą  po  południu  a  szóstą  rano.  Wyobraziła 
sobie, że duch, którego widywano, to wałęsający się w górze czarny pies. 
Oczywiście nie mógł stąpać w powietrzu.

– Dziś nie ma tu żadnych psów – uspokoił ją Johnny. Salvador odszedł 

do szopy kryjącej projektor. – Idziesz na górę? – Johnny spytał Angelicę.

– Czemu nie? Właściwie nigdy...
– Tam nie byłam! Tak to jest, jak się mieszka blisko jakiegoś sławnego 

obiektu. – Podśmiewając się, Johnny poprowadził obie kobiety po kilku 
stopniach do małej windy.

Marta czuła gdzieś w środku uderzenia skrzydeł cichego przerażenia. 

Bardzo wąskie kamienne schody wiły się w górę: miejsca starczyło ledwo 
tyle, żeby minęły się dwie osoby, z których jedna na wdechu przykleja się 
do ściany. Wewnętrzna balustrada wychodziła na przepastny szyb. Oczy 
reflektorów patrzyły z samego dna prosto w górę. Ponieważ Marta była 
wysoka  i  chuda,  łatwo  mogła  sobie  wyobrazić,  jak  wychyla  się  pomię-
dzy kamiennymi słupkami i spada w szyb. Pyski w ścianie zewnętrznej: 
wloty powietrza umieszczone co jakiś metr jak obwisłe kamienne wargi 
wystarczająco obszerne, aby się przez nie prześliznąć. W gruncie rzeczy 
te wloty powietrza były bardzo podobne do zjeżdżalni – pierwszego pół 
metra zjeżdżalni – a potem pustka i dopiero daleko w dole ziemia. Gdyby 
tak wetknęła głowę i ramiona do takiego pyska, gdyby tak odepchnęła się 
stopami... pofrunęłaby w dół; umarłaby.

background image

Uwięziona  w  sicie,  zwężającym  się  do  góry  w  bardzo  wydłużony 

stożek. Jak te kamienie mogą trzymać się razem? Dlaczego te wargi nie 
odpadły od wlotów? Dlaczego schody nie zawaliły się do środka szybu? 
Wiatr wiał przez ściany, napierał na nią.

Gdy  tak  wchodzili  jedno  za  drugim  w  tempie  nadanym  przez 

Johnny'ego, Angelica zaczęła pojękiwać.

Dotarli do mostka na wolnym powietrzu prowadzącego do przyległej 

dzwonnicy. Poniżej wszędzie wokół rozpościerała się Barcelona. Daleko 
poniżej.  Marta  zauważyła  basen  na  jakimś  dachu.  Jeziorko  na  Placa  de 
Gaudi wydawało się takie płytkie, ledwo na kilka centymetrów. Wszędzie 
indziej bezlitośnie twarde płaszczyzny... Spojrzała z mostka ku szczytom 
wież, na kuliste obce kwiaty, na wielopłaszczyznowe, nachylone, popę-
kane dachówki. Nawet w gasnącym szarym świetle przemawiał do niej 
ich blask. Jeśli ta budowla jest drzewem, to jego kwiatami i owocami, jego 
celem i szczytem jest ceramika. Zstępujące mozaikowe litery układały się 
w słowa Hosanna i Excelsis. Kamienne bryłki wystawały z dachu jakby 
miały dać oparcie dla stóp jakimś samobójczym robotnikom wysokościo-
wym.

Angelica  przylgnęła  do  balustrady  mostka.  –  Zawrót  głowy  –  wy-

jęczała na wpół żartobliwie, na wpół z rozpaczą. – Nogi odmawiają mi 
posłuszeństwa. Nie czułam się tak od lat.

– Może lepiej zejdziesz? – zaproponował Johnny.
– Tak! Tak! – Angelica wbiegła do dzwonnicy.
Johnny odczepił swoje radio. – Salvador, włącz reflektory!
Błękitne światło wypełniło dzwonnice, jak gdyby rozlała się w nich 

tropikalna laguna. Usłyszeli odległy okrzyk zaskoczenia nagle oświetlonej 
Angelici. Po przejściu przez mostek Marta i Johnny skierowali się w górę 
przez błękitne światło, wciąż wyżej i wyżej wewnątrz drugiej dzwonnicy. 
Zeszli kilka okrążeń, aż przechwycił ich kolejny mostek; chyba prowadzi 
z powrotem do poprzedniej dzwonnicy? A może to już następna? Marta 
pogubiła się. Nie miała pojęcia, jak dojść do windy. Jak może tu być tyle 
schodów, mostków i to tak podobnych do siebie? Czy Johnny prowadził ją 
w górę, czy w dół, jemu też ten labirynt nie był zbyt dobrze znany? Nucił 
coś pod nosem, zatrzymywał się, wyglądał przez wloty powietrza.

background image

– Tu będzie dobrze. – Powiedział do radia: – Dobra, Salvador, włącz 

trzeci hologram. – Zwrócił się do Marty: – Trójka jest najbardziej rozgałę-
ziona. Może popatrz przez ten wlot. Ja skoczę do następnej dzwonnicy.

– Zostawiasz mnie tutaj?
– Dwa punkty widzenia! – Pokazał jej, jak posługiwać się radiem.
Na zewnątrz i powyżej pojawił się, migocząc, większy kościół; wie-

żami godził w chmury i zredukował ich dzwonnicę do rozmiarów pod-
nóżka. Nowa, promieniejąca budowla wyglądała tak realnie: olbrzymie 
żyłkowane wieże z na wpół zakrytymi wlotami połączone łukami most-
ków z oryginalną bryłą. Marta zawołała do brata, który nie zdążył jeszcze 
odejść. – Spójrz, Johnny, spójrz tam!

Coś  złocistego  poruszyło  się  za  jedną  z  framug  widmowej  wieży-

cy.  Johnny  szybko  zrobił  zdjęcie,  gdy  cel  znów  częściowo  się  ukazał. 
Częściowo. Marta nie potrafiła zidentyfikować złocistego ducha. Cóż to 
jest? A może niczego jednak nie ma? Przecież musiałby stąpać po nierze-
czywistych, holograficznych stopniach.

Johnny rzucił się naprzód, zbiegając ze schodów. Nie, nie naprzód, 

ale dookoła, dookoła. Zanim Marta dotarła do rozwidlenia, straciła go z 
oczu. Fala błękitnej światłości wylewającej się z szybu nie pozwoliła jej 
dostrzec,  czy  jest  na  schodach  położonych  niżej.  Krzyknęła:  –  Którędy, 
Johnny?

Jego odpowiedź nadbiegła od płyt rezonansowych sąsiedniej dzwon-

nicy.

– Tędy! Szybko! – Musiał przejść po mostku, więc poszła w jego śla-

dy. Potem zszedł czy wszedł?

– Johnny? – nadała przez radio. – W górę czy w dół?
– Idę w górę.
Zaczęła się wspinać.
Zawahała się przy portalu wiodącym do następnego mostka. Jasność 

większego  kościoła  oślepiała.  Szarpało  nią  nocne  powietrze.  Iluminacja 
dzwonnicy zmieniła wloty w okna o turkusowych witrażach.

Krzyknęła.  W  przejściu  za  garbem  mostka  –  smok.  Pokryty  złoci-

stymi łuskami, ze złoconymi skrzydłami pterodaktyla, ze szponami jak 

background image

zakrzywione zęby rdzewiejących wideł porzuconych na polu, z długim 
ogonem jak u grzechotnika... Lśniły bursztynowe oczy. Skrzydła szeleści-
ły  i  pobrzękiwały.  Rozwarta  paszcza  pełna  zębów.  Wysunęła  się  z  niej 
klinga języka smakując powietrze i Martę. Smok wskoczył na mostek. Był 
mniej więcej wielkości Angeliki.

Marta rzuciła się z powrotem do dzwonnicy. Uciekała w górę, na-

około, znowu w górę. Jak daleko? Zatrzymała się bez tchu, zmusiła się do 
nasłuchiwania.

Zgrzyt, pisk, klekot, łupnięcie. Głośny syk, jak gdyby gdzieś poniżej 

uchodziła para. Zjawa była z nią w rzeczywistym budynku! Czarny pies 
spuszczony z łańcucha! Ale to nie żaden pies. To smok, smok Gaudiego. 
Pradawny wizerunek osadzony na bramie pawilonu, siedzący na dachu 
Casa Battlo, pogrążony w parku. Zebrał się w sobie, wyłonił się.

– Johnny – szepnęła do radia.
– Ledwo cię słyszę, siostruniu! Zgubiłem to cholerstwo. – Jego elek-

troniczne słowa odbijały się głośnym echem w ciasnej wieżyczce. Poniżej 
syk.

– Na litość boską, mów ciszej. Jest w dzwonnicy razem ze mną.
– Niemożliwe, siostruniu. Żyje w świecie hologramów.
– Mówię ci, że jest tutaj.
– Gdzie jest to tutaj?
– Nie wiem. – Szelest, syk. Musi uciekać: w górę, przez mostek, w dół, 

naokoło, w górę.

– Hej, siostruniu, odezwij się! – zaryczało radio, dokładnie określając 

jej położenie. Z wściekłością cisnęła to paskudztwo przez balustradę. Głos 
Johnny'ego spadał w głąb szybu. Może smok pójdzie za nim. Gdyby ona i 
Johnny byli razem, mogliby zmylić smoka rozdzielając się. Smok mógłby 
uwierzyć, że są jedną osobą i nie wiedziałby, jak gonić kogoś, kto dowolnie 
pojawia się i znika. Robiła z Johnnym takie sztuczki ilekroć w sąsiedztwie 
sprowadzał się jakiś nowy dzieciak; w końcu robiło jej się niedobrze od 
tej zabawy. Ale nie było tu Johnny'ego, żeby ją powtórzyć. Nocna bryza 
szarpała jej ubraniem, wyciągając ku niej palce przez kamień.

Usłyszała syk. Uciekła.

background image

Dyszała, jak po wspinaczce wysoko w górach, gdzie nie można wcią-

gnąć do płuc wystarczającej ilości powietrza. Dzwoniło jej w uszach. Nogi 
miała jak z bolącej galarety. Johnny nie potrafiłby utrzymać takiego tem-
pa.  Jego  czasy  koszykówki,  gdy  tańczył  po  boisku,  dawno  przeminęły. 
Za dużo czasu spędza przed monitorem komputera. Ale ona utrzymała 
kondycję. Nie tylko rąk – ugniataniem gliny, ale i długich nóg – joggin-
giem w czerwonym dresie po drogach obsadzonych sekwojami, między 
ociekającymi mgłą stromymi wzgórzami. Tak stromymi, że domy wsparte 
na palach wystawały spomiędzy koron sekwoi, jakby pnie drzew stano-
wiły ich przypory.

To  jednak  nie  przygotowało  jej  mięśni  na  ucieczkę  przez  Sagrada 

Familia, ucieczkę przed sykiem, klekotem szponów, szelestem skrzydeł. 
Opierając się o wlot powietrza, żeby wessać trochę tlenu, spojrzała na ze-
wnątrz i pomyślała, że zwariowała.

Patrzyła w dół na ceramiczne kwiaty w formie krzyża na szczytach 

dzwonnic. W dół na kwiaty, w dół. A te dzwonnice to najwyższe szczyty 
rzeczywistej Sagrada Familia, właściwego kościoła!

Klatka  schodowa,  na  której  się  teraz  znalazła,  nie  była  tak  kręta, 

ściana zakrzywiała się łagodniej, framugi dzieliła większa odległość. To 
nie  żadna  dzwonnica.  Po  przebyciu  ćwierci  okrążenia,  przyklejając  się 
do kolejnego wlotu spojrzała z otwartymi ustami – na bliźniacze wieże. 
Znajdowała się wysoko w Największym Chłopaku, w najwyższej holo-
graficznej wieżycy...

– Nie – szepnęła. – Nie... – Przez chwilę wydawało się, że kamień 

pod jej ręką słabnie, że stopień mięknie pod jej tenisówkami. Z uczuciem 
mdłości wyobraziła sobie, jak zapada się w kamień, który nagle zmienił 
się w wodę, w powietrze i spada z ogromnej wysokości.

–  Nie!  –  krzyknęła.  To  już  inne  zaprzeczenie,  odmowa  zgody  na 

zdradę widmowego kamienia. Teraz kościół Gaudiego istniał w całości. 
Co ten Wyznawca powiedział Johnny'emu? O wyższej geometrii leżącej u 
podłoża wszechświata, która jest kwintesencją rzeczywistości? Wszędzie 
wokół niej rozpościerało się mistrzowskie równanie Gaudiego: spiral, łu-
ków sznurowych, paraboli obrotowych, wewnętrznych przeciwwag, osi 
symetrii, połączeń. Nie miało znaczenia, czy zapisano je w kamieniu czy 

background image

w świetle, czy w obu tych substancjach naraz. Większość drogi przez rów-
nanie przeszła bezwiednie, ścigana przez smoka. Dopóki nie zaprzeczy 
teraz swej pozycji, równanie ją podtrzyma, wytrzyma pod nią. Nie śmiała 
go zaprzeczyć, bo to oznaczało upadek.

Czy  Johnny  może  ją  teraz  dostrzec  przez  lornetkę,  jak  przemierza 

holograficzny kościół? Czy może dostrzec potwora, który na nią poluje? 
Złocista moc ze szponami i zębami, smok z serca rzeczywistości. Smok... 
śmierci?

Syk! Ssssss. Potykając się ruszyła w górę. Ściany zwężały się. Nie ma 

już mostków, nie ma już alternatyw. Ostatni zakręt. Stopnie skończyły się 
kratą. Za nią tylko szczyt szybu wieży, szczyt pustki, ostateczny stożek 
dachu. Tak czy owak krata była zamknięta. Oparła się o nią plecami. Iss. 
Ssssss.

– Hosanna! – krzyknęła wyzywająco. – Excelsis! – Zupełnie jak jakiś 

fundamentalistyczny fanatyk; poczuła wstyd. Czy hasła mogą uratować 
ją  przed  smokiem?  Właśnie  wyłonił  się  zza  ostatniego  zakrętu  na  tych 
okrutnych  zakrzywionych  szponach,  pomagając  sobie  skrzydłami  ude-
rzającymi miękko w ścianę i wewnętrzną balustradę, z szukającą jej klingą 
języka, ssss. Jak mu płoną oczy! Podziwiała go wbrew sobie. Smok rzucił 
się na Martę.

Jakimś dziwnym sposobem żyła; jakimś dziwnym sposobem to ona 

była  smokiem.  Wypełniała  ją  szalona  radość.  Pomyślała  o  promienieją-
cych aniołach i mnogości ich lśniących skrzydeł. Pomyślała o wykrzywio-
nych diabłach ze skrzydłami nietoperzy. Smok to ani demon, ani anioł. To 
istota, która powstała z ziemi, a nie zeszła z nieba. Nawet diabły przybyły 
kiedyś  z  nieba,  z  niematerialnego  geometrycznego  królestwa,  domeny 
teologii, cybernetyki mózgowej. A smok powstawał ze skały, ziemi, rudy 
i gliny. Jego kręgi stanowiły kręgosłup wzgórz, jego żebra ograniczały do-
liny, jego pysk to każda jaskinia. Smok powstał z tej samej gliny, z której 
pochodziła rasa ludzka, jeśli na archeozoicznej glinie rzeczywiście odci-
snęła się pierwsza prymitywna matryca reprodukcji, jak twierdzą niektó-
rzy naukowcy. Z tej samej gliny, z jakiej robi się garnki.

Wiedziała, że w pewnym sensie smok wcale jej nie gonił. Przeciwnie, 

to  ona  go  wabiła.  Uciekając  przed  smokiem,  wymuszając  na  nim 

background image

przemierzenie w pościgu za nią geometrii kościoła, zmusiła go do przeby-
cia całej drogi, do zagonienia jej z sykiem w górę. Smok istniał po to, aby 
w panice przed nim zapomniała, że tych wież nie ma. Aby zmieniła myśl 
w materię.

Szła, szła, w dół, naokoło, w górę i w dół, dając się prowadzić swym 

obolałym  nogom.  Była  tak  wysoko,  jak  tylko  się  dało;  wyżej  nie  było 
już nic. Teraz wracała. Schodziła. Znowu znajdowała się w dzwonnicy, 
dzwonnicy zbudowanej z kamienia. Materialnego, choć podziurawionego 
na kształt plastra miodu.

W tej chwili wyłączono większy kościół; hologram zniknął. Spojrzała 

przez  wlot  powietrza  na  otchłań  oświetloną  błękitnym  wyciekiem  z 
dzwonnic. Nacisnęła guzik wzywający windę. Zjechała. Na dole czekał 
Johnny i Angelica.

– Dokąd poszłaś siostruniu? Szukałem cię wszędzie, jak tylko straci-

łem z oczu to straszydło.

– Tam, dokąd poszłam, nie mógłbyś szukać.
–  Przysięgam,  że  sprawdziłem  wszystkie  dzwonnice.  Dlaczego  nie 

używałaś radia?

– Upuściłam je.
– Cholera. Mogłaś krzyczeć.
– Niegrzecznie jest krzyczeć w kościele – odparła Marta.
– Aha. Bawiłaś się w chowanego, jak w dzieciństwie.
Nie, to nie była ta zabawa, w jaką bawili się przed laty. Źle pamię-

tał. Po co szukać kogoś, kto jest tak podobny do szukającego? Oboje ba-
wili  się  oszukiwaniem  naiwnych. A  właściwie  po  co  chować  się  przed 
samym sobą? To było coś zupełnie innego. W końcu została znaleziona 
przez dziką energię, która na nią czekała, czekała na kogoś, kogokolwiek 
odpowiedniego, żeby wyładować się jak błyskawica na piorunochronie, 
błyskawica z abstrakcyjnego nieba, w którym została wyczarowana, wy-
ładować się z powrotem w pozlepianą, żyzną, namacalną ziemię, w swój 
żywioł. Ale najpierw wybrany nosiciel musiał się wznieść jak najwyżej. 
Nauczyć się stąpać w powietrzu. Teraz, stojąc mocno na ziemi, widziała 
smoka w nowym świetle.

background image

– Czego spodziewasz się po zdjęciach? – spytała Angelica.
– Wywołamy je pronto jutro. W razie potrzeby powiększymy kompu-

terowo. Ja nie wiem, co tam było.

– Ale było?
– Jeśli to nie wirus w programie, to najwyżej elektromagnetyczna ha-

lucynacja.

– Co takiego?
– Zdaje się, że istnieje pole elektromagnetyczne związane z hologra-

mem. Może w specjalnych warunkach atmosferycznych. Cała ta pokrywa 
chmur, kapryśna pogoda... no wiesz, jeśli przepuści się komuś przez gło-
wę mały prąd, zaczyna mieć przywidzenia.

– Naprawdę?
Ależ Johnny miał zadowoloną minę. – Część mózgu zwana hipokam-

pem  jest  elektrycznie  bardzo  niestabilna.  Hipokamp  to  ważne  ogniwo 
systemu  emocjonalnego  i  pamięciowego.  Wystarczy  połechtać  tę  część 
elektrycznością i można zobaczyć wszelkiego rodzaju ukryte obrazy, za-
zwyczaj tłumione w podświadomości.

Potwory,  archetypy...  duchy.  Wydawałyby  się  tak  rzeczywiste  jak 

twoja dłoń. Nie mieliśmy takich problemów z innymi fasadami. Żadnego 
ducha  Szekspira  nawiedzającego  domek  Anne  Hathaway.  Ale  Sagrada 
Familia jest duża. Więcej tu mocy. Przeprowadzimy jutro z Salvadorem 
kilka testów, sprawdzimy pole elektromagnetyczne. Jeśli to jest wyjaśnie-
nie, wcale mnie nie dziwi, że nic nie widziałem wyraźnie. Nie znam się na 
konwulsjach podświadomości.

Angelica przechyliła głowę. – Więc jeśli aparat uchwycił jakiś obraz, 

macie do czynienia z wirusem. Jeśli nie.. – popukała się w głowę.

Marta słuchała z niesmakiem. – Czy wymyśliłeś tę hipotezę o elek-

tryczności mózgu, zanim tu przylecieliśmy?

Johnny  uśmiechnął  się  szeroko.  –  Jako  możliwość.  FaCADes  musi 

wiedzieć. Nie możemy pozwolić, żeby u naszych klientów straszyło.

Ale elektroniczny duch nie mógłby sprawić, aby istota ludzka cho-

dziła po niebie. Nie, Johnny, niczego nie widziałeś wyraźnie, pomyślała. 
A już na pewno nie widziałeś mnie w żadnej z dzwonnic – bo mnie tam po 

background image

prostu nie było. W ich kierunku śpieszył przez zaśmieconą nawę Salvador, 
udając, że podnosi do ust kufel piwa...

W tydzień później na pokładzie samolotu Pan Am lecącego do domu 

Johnny powiedział: – Obawiam się, że nie były to wspaniałe wakacje, sio-
struniu, skoro większość czasu przesiedziałaś osowiała w Cristina Gran. 
Nawet kiedy wyszło słońce. Nazajutrz po wspinaczce wewnątrz dzwonnic 
pogoda poprawiła się. Przyszła wiosna – nie, pełne lato. Barcelona zaczęła 
się piec i prażyć. Rynsztoki wydzialały odór.

– Nie byłam osowiała. Skupiałam się.
– Tak? Pierwszy raz słyszę o skupianiu się. Biedna Angelica myślała, 

że się gniewasz; uznała, że jej nie lubisz. Powiedziałem, że złapałaś jakie-
goś robaka, pewnie z owoców morza.

– Widziałam wszystko, co miałam zobaczyć.
Zdjęcia  były  do  wyrzucenia.  Równie  dobrze  można  było  je  zrobić 

wprost pod słońce. Nawet komputer nie mógł się zorientować, co na nich 
jest. Jeśli zaś chodzi o pola elektromagnetyczne, to może zniosła je aż do 
następnej pory roku nagła zmiana pogody? Johnny i Salvador nie wykry-
li żadnych nieprawidłowości. Johnny wchodził na dzwonnice przez pięć 
dalszych wieczorów – na próżno. Wydawało się, że problem zniknął.

– Nie byłaś nawet w muzeum Picassa.
– Trochę chodziłam.
– Akurat. Przeraziłaś się tej strzelaninki? Czy pobyt w obcym mieście 

to taki wstrząs?

– Widziałam go, Johnny, uwierz mi. Widziałam.
Nosiła w sobie smoka. Kiedy wróci do zamglonych sekwoi, pokaże 

swemu niewidomemu kochankowi.

Przełożyła Agnieszka Sylwanowicz 

background image

hydrauLik stanLeya kubricka 

("Plumbing Stanley Kubrick" - ukończona 27 stycznia 2000 roku po-

prawiona wersja "Moich przygód ze Stanleyem Kubrickiem", ponownie 
uzupełniona 8 marca 2000 roku. Tekst ukazał się w The New York Review 
of Science Fiction.)

Przełożyła Paulina Braiter
   

  Przez  niemal  dwadzieścia  lat  Stanleya  Kubricka  nawiedzała  okre-

sowa obsesja dotycząca filmu science fiction, opowiadającego o dziecku-
robocie.  Pierwotnie  zatytułowany  Supertoys  (Superzabawki),otrzymał 
później  nazwę  AI  (Sztuczna  inteligencja).  Inspiracją  do  niego  stało  się 
krótkie opowiadanie Briana Aldissa "Super-Toys Last All Summer Long", 
po raz pierwszy opublikowane w Harper's Bazaar w 1969, roku nie tylko 
pierwszego lądowania na Księżycu, ale też wejścia na ekrany 2001: ody-
seja kosmiczna.

Ja  sam  w  sześćdziesiątym  dziewiątym  roku  byłem  młodym  wy-

kładowcą, prowadzącym zajęcia z literatury na kilku uniwersytetach w 
Tokio. Oglądając film z ciasnego fotela w zatłoczonym japońskim kinie, 
jakże  podziwiałem  wolne  przestrzenie  orbitalnego  Hiltona  Kubricka  i 
zmierzającego na Jowisza statku Discovery – nie zapominając też o roz-
machu wizji reżysera i Arthura C. Clarke'a.

Siedem  lat  później  zostałem  zawodowym  pisarzem  science  fiction. 

Na początku 1990 roku w moim domku w małej angielskiej wiosce sześć-
dziesiąt  mil  od  Londynu  zadzwonił  telefon.  To  był  asystent  Stanleya 
Kubricka, Tony Frewin. Przedstawił mi się i oznajmił, że Stanley chce ze 
mną rozmawiać. Czemu akurat ze mną? Okazało się, że Tony zadzwonił 
do różnych specjalistycznych księgarzy SF z pytaniem, kogo uważają za 
autora obdarzonego wieloma błyskotliwymi pomysłami i w rezultacie do 
rąk Stanleya trafiło kilka zbiorów moich opowiadań, takich jak Slow Birds 
i Evil Water.

background image

Tony zaproponował, że szofer zawiezie mnie i (odwiezie z powrotem) 

do rezydencji tuż obok St. Albans, dwadzieścia mil na północ od Londynu, 
w której Stanley przebywał od lat niemal odcięty od świata, daleko od 
Hollywood. Tak się składa, że St. Albans, rzymskie miasto Verulamium, 
które Boadicea spaliła do gołej ziemi, to miejsce mojego urodzenia, choć 
wychowałem się w północno-wschodniej Anglii. Przed wizytą powinie-
nem przeczytać opowiadanie, które zostanie natychmiast dostarczone ku-
rierem na motorze. (Wkrótce miałem się przekonać, że Stanley na całe lata 
może stracić zainteresowanie projektem, gdy jednak znów przyciągnie on 
jego uwagę, wszystko musi dziać się natychmiast.) Ponieważ nie zdołałem 
wyciągnąć żadnych dalszych informacji, które pozwoliłyby zorientować 
się,  na  czym  polegałaby  moja  wizyta,  i  czułem  pewną  obawę,  przypo-
minającą lęk przed wtargnięciem do jaskini lwa, postanowiłem pojechać 
własnym samochodem. Kilka godzin później pojawił się kurier i wręczył 
mi paczkę, zawierającą dziesięć kartek cieniutkiego faksowego papieru z 
tekstem "Super-Toys Last All Summer Long", spłowiałych i wyblakłych, 
jakby wydobyto je ze starej teczki. Czytałem nowinki w pismach SF, toteż 
wiedziałem, że północnoirlandzki pisarz Bob Shaw pracował niedawno ze 
Stanleyem nad "projektem fantastyczno-naukowym". To musiało być to. 
Bob był wynalazcą fikcyjnego "szkła retrospektywnego", pozwalającego 
właścicielom oglądać we własnych oknach widoki z przeszłości. Opuścił 
nękany walkami Ulster i przeniósł się do północno-zachodniej Anglii, sto 
pięćdziesiąt mil koleją od St. Albans.

Akcja  opowiadania Aldissa,  które,  w  zależności  od  punktu  widze-

nia, można uznać za wewnętrznie sprzeczne bądź wieloznaczne, toczyła 
się w przeludnionym społeczeństwie przyszłości. Wprowadzono w nim 
ścisłą kontrolę urodzin i rozmnażać można się było tylko w razie wygra-
nej na cotygodniowej loterii organizowanej prze Ministerstwo Populacji. 
Bezdzietna  Monica  od  lat  marzy  o  zdobyciu  licencji.  W  tymczasowym 
zastępstwie dziecka sprawia sobie syntetycznego malca, Davida, wypo-
sażonego w misia-robota. Żałosny zagubiony David dręczy się pytaniami, 
czy jest prawdziwy i czy mamusia naprawdę go kocha, podczas gdy pro-
stoduszny interaktywny miś wspomaga go idiotycznymi poradami.

Uzbrojony we wskazówki pozwalające dotrzeć do rezydencji, w kilka 

dni  później  skręciłem  z  głównej  drogi  za  St. Albans  i  zagłębiłem  się  w 

background image

prywatny park, w którym przycupnęła miniwioska domków, pierwotnie 
wzniesionych dla pracowników przez poprzedniego właściciela majątku, 
milionera i hodowcę koni wyścigowych, Jima Joela. Stanley kupił od nie-
go rezydencję liczącą sobie od pięćdziesięciu do stu pokojów – opinie w 
tej materii różnią się między sobą – i otaczającą ją ziemię. Jechałem półmi-
lową drogą, mijając wybiegi i pastwiska. W końcu dotarłem do skromnej 
bramy.  Nacisnąwszy  przycisk  interkomu  przedstawiłem  się  Tony'emu. 
Szczęknął zamek i brama otworzyła się natychmiast. Mijając gęste krzewy 
podjechałem  pod  domek  ogrodnika,  stojący  obok  bramy,  która  prowa-
dziła  na  wysypany  żwirem  dziedziniec,  naprzeciw  pozbawionego  koni 
zespołu stajni przed rezydencją.

Tony, autor książki One Hundred Years of Science Fiction Illustration, 

1840-1940, opublikowanej w 1974 roku, współpracował ze Stanleyem pod-
czas kręcenia Odysei kosmicznej, a później został jego osobistym asysten-
tem. Okazał się przyjaznym, wesołym kompanem o szerokich, bogatych 
zainteresowaniach, darzącym żywą niechęcią Edith Sitwell (przypadko-
wo pogrzebaną w wiosce tuż obok mojej).

Moje wspomnienia owego pierwszego spotkania ze Stanleyem roz-

pływają się pośród wspomnień innych niekończących się spotkań, pozo-
stało mi jednak (ponieważ jego wygląd nigdy się nie zmieniał) wrażenie 
niedbale odzianej postaci, przymkniętych, ukrytych za okularami oczu, 
wyraźnych zakoli, potarganej brody, workowatych spodni, kurtki z wie-
loma kieszeniami, z których sterczały długopisy i wysłużonych sporto-
wych butów, a także osobliwego i cierpkiego poczucia humoru i zdolności 
całkowitego skupienia się na danym temacie oraz błyskawicznego prze-
skakiwania z jednego zagadnienia na drugie.

Nigdy  nie  opanowałem  topografii  choćby  fragmentu  parteru,  lecz 

wśród  labiryntu  korytarzy  kryło  się  tam  minikino,  w  którym  Stanley 
mógł w spokoju na osobności studiować najnowsze produkcje filmowe, 
wielki pokój komputerowy, gdzie dwa koty, nigdy nieoglądające światła 
słonecznego, krążyły bez przerwy niczym upiorne widma, sala kontroli 
napisów (tak przynajmniej nazwałem ją w duchu, ale o tym później), sala 
bilardowa pozbawiona stołu do bilardu i oddana we władanie książkom 
i fotelom, gdzie Stanley i ja urządzaliśmy sobie wielogodzinne burze mó-
zgów, od czasu do czasu wyprawiając się do jednej z bliźniaczych toalet 

background image

w mrocznym korytarzu – i znacznie weselsza olbrzymia kuchnia, wycho-
dząca na patio i ogród, gdzie miałem zjeść pierwszy z wielu lunchów ze 
Stanleyem, stanowiących preludium do dyskusji w sali bilardowej.

Na ów pierwszy lunch składały się chińskie potrawy na wynos, do-

starczone z pobliskiego Harpenden przez włoskiego szofera Emilia d'A-
lessandro, którego miałem wkrótce poznać bardzo dobrze, i który stał się 
moim  przewodnikiem  po  kapryśnym  świecie  Stanleya  oraz,  przy  kilku 
okazjach, zaworem bezpieczeństwa. Tony natomiast poinstruował mnie 
co  do  zasad  ustanowionych  po  to,  by  nie  zakłócać  szczęścia  Stanleya, 
takich  jak  "nigdy  nie  wspominać  Mechanicznej  pomarańczy,  chyba  że 
Stanley pierwszy poruszy ten temat". Jeśli nie musiałem wiedzieć, co pla-
nuje Stanley, Tony także tego nie wiedział, nawet jeśli w istocie w pełni 
orientował się w zamiarach szefa. ("Nie mam pojęcia, stary", mawiał nie-
odmiennie.)

Podczas pierwszego spotkania Stanley wspomniał przelotnie o kilku 

moich opowiadaniach. Ponieważ nie widziałem jeszcze filmu Pełny ma-
gazynek (Full Metal Jacket), który wszedł na ekrany trzy lata wcześniej, 
lecz wciąż nie trafił do rozpowszechniania na kasetach i był dostępny je-
dynie w wypożyczalniach (staranne planowanie ekonomiczne dystrybucji 
filmów także stanowiło obsesję Stanleya), dał mi taśmę. A także Pinokia 
Carlo Collodiego, opowieści o marionetce, która pragnęła stać się praw-
dziwym  chłopcem,  lecz  wciąż  popadała  w  tarapaty,  i  Mind  Children 
Hansa Moraveca, rzecz o sztucznej inteligencji. Sam film miał być barwną 
"robocią" wersją Pinokia, wyrastającą z opowiadania Aldissa, lecz główny 
wątek jakoś nie chciał się rozwijać. Wyglądało na to, że Aldiss pracował 
nad nim około roku 1982 i ponownie niedawno. (Później Tony wspomniał, 
że Aldiss został zwolniony za to, że przesyłał faksem "banalne bzdety".) 
Następnie zaangażowano Boba Shawa, który przetrwał zaledwie sześć ty-
godni. Historia zaczęła się rozgałęziać, pojawił się motyw powodzi, która 
zalewa  Nowy  Jork  na  skutek  globalnego  ocieplenia,  i  które  z  kolei  po-
woduje wcześniejsze nadejście epoki lodowcowej, lecz Stanley nie życzył 
sobie, bym zapoznawał się z materiałami poprzedników, wyjąwszy opo-
wiadanie źródłowe. Zamiast tego chciał, abym napisał oryginalny tekst 
liczący  sobie  12  000  wyrazów  i  zrobił  cokolwiek  zechcę  z  pierwotnym 
opowiadaniem Aldissa  i  wszelkimi  dotychczasowymi  pomysłami.  Gdy 

background image

wspomniałem, że Aldiss mnie nie znosi, Stanley odparł lekceważąco: "Nie 
przejmuj się nim. To opowiadanie należy do mnie." (Wzburzony Aldiss 
powiedział potem w wywiadzie do jakiegoś fanzinu: "Nie tylko sukinsyn 
mnie wylał, ale w dodatku zatrudnił mojego wroga." Potem przeląkłszy 
się niedyskrecji zakrzyczał naczelnego pisma, zmuszając go do wycofania 
numeru i ponownego wydrukowania odpowiednich stron.)

W trakcie rozmowy Stanley odkrył, że popieram Partię Pracy, wów-

czas pozostającą od jedenastu lat w opozycji, a zwłaszcza działaczy skrajnej 
lewicy, takich jak Tony Benn i Ken Livingstone – miłośnik kijanek i science 
fiction; przeprowadzałem z nim wywiad na Worldconie w Brighton – i że 
kandydowałem nawet do parlamentu z jej ramienia. (Zamiast ubiegać się 
o wybór, jak w Ameryce, w Wielkiej Brytanii ludzie stają do walki, choć 
elektorat nie wykorzystuje już przy tym sposobności obrzucenia ich zgni-
łymi jajami.) Stanley z niedowierzaniem przyjął moje poglądy polityczne. 
"Jeśli laburzyści kiedykolwiek zwyciężą, opuszczę kraj." Obawiał się, że 
zrujnują go dodatkowe podatki od luksusu – choć w istocie nigdy nie opu-
ścił Anglii, bez wątpienia dlatego, że Nowa Partia Pracy, wybrana w 1997 
roku, nie miała już nic wspólnego z socjalizmem.

I tak, w marcu 1990, zostałem wynajęty za dwadzieścia tysięcy dola-

rów do napisania dwunastu tysięcy słów. Trzy tygodnie później wysłałem 
pocztą owoc mojej pracy i Stanley zażyczył sobie ponownego spotkania. 
Złudzenia, że udało mi się stworzyć nadającą się do czegokolwiek historię, 
zniknęły jak sen w kilka minut po przybyciu do rezydencji i rozpoczęciu 
kolejnego lunchu, złożonego z chińskich dań na wynos. Moje opowiada-
nie do niczego nie mogło się przydać – pa, pa, opowiadanko, rach-ciach, 
już nigdy nie ujrzysz światła dziennego – ale Stanleyowi spodobało się 
to, jak je napisałem. Czy zechciałbym pracować z nim nad pomysłami na 
stałe? Warner Brothers zadzwonią do mnie z propozycją.

Warner Brothers rzeczywiście zadzwonili następnego ranka, zamiast 

jednak  złożyć  propozycję  wynagrodzenia,  której  oczekiwałem,  niespo-
dziewanie spytali, ile chciałbym dostawać tygodniowo.

– Nie wiemy, jak pana zaszeregować. Co z pana ceną? Jest pan z tych 

niskich? Z tych wysokich? Pośrodku? – (W istocie mam metr sześćdziesiąt 
pięć.)

background image

– Będę musiał to przemyśleć – odparłem i natychmiast zadzwoniłem 

do Boba Shawa. Bob to stary przyjaciel, wiele razy spotykaliśmy się nad 
kuflem  piwa  na  brytyjskich  konwentach  SF,  gdzie  Bob  wygłaszał  swe 
żartobliwe "Poważne Przemowy Naukowe", podczas których widownia 
nieodmienne turlała się ze śmiechu. Wysoki i rosły, lecz bardziej nieśmia-
ły, niż mogłoby się wydawać, Bob został zwolniony już po połowie swej 
krótkiej pracy dla Stanleya za to, że ośmielił się bez pytania wyskoczyć 
na konwent. Ludzie pracujący dla Stanleya muszą oddawać mu się cał-
kowicie, ciałem i duszą. Zatrudniony ponownie, Bob wytrzymał jeszcze 
tylko trzy tygodnie. Powiedział, że po prostu nie potrafił znieść stałych 
przeskoków myślowych i życzył mi więcej szczęścia. Warner zapropono-
wał mu sześćset dolarów tygodniowo i dodatkowo premię, czterdzieści 
tysięcy, gdyby jego pomysły zamieniły się w scenariusz. Jego agent na-
tychmiast przyjął zaproponowane warunki, bo Bob potrzebował gotówki. 
W porównaniu z dwudziestoma tysiącami za opowiadanie sześćset dola-
rów tygodniowo wydało mi się raczej niską sumą, toteż oddzwoniłem do 
Warnerów i oznajmiłem, że muszę uwzględnić to, ile mógłbym zarobić, 
gdybym poświęcił tydzień na napisanie opowiadania, które sprzedałbym 
później pismu Omni płacącemu około półtora tysiąca; do tego doszłyby 
jeszcze opłaty za przedruki i tłumaczenia, na które z oczywistych powo-
dów nie mogłem liczyć, gdybym pisał wyłącznie dla Stanleya. W godzinę 
później zadzwonił telefon: Stanley polecił producentowi zaproponować 
mi trzy tysiące dolarów tygodniowo, bo chciał, żebym zaczął możliwie jak 
najszybciej; marchewka w postaci premii miała wynieść sto tysięcy.

Jeszcze przez osiem miesięcy, od maja 1990 do stycznia 1991 miałem 

być umysłowym niewolnikiem Stanleya Kubricka. Co rano pisałem sceny 
i koło południa przesyłałem je faksem, by wieczorami prowadzić długie 
telefoniczne dyskusje, albo też Emilio zabierał mnie z domu tak, bym zja-
wił się w porze lunchu, po którym czekało mnie popołudnie wypełnione 
umysłową gimnastyką ze Stanleyem.

Ponieważ Bob Shaw mieszkał dalej niż ja, musiał dojeżdżać na na-

rady pociągiem. Bob wyznał mi w sekrecie, że zawsze wybierał pociąg 
przyjeżdżający godzinę wcześniej, niż zapowiadał, żeby przed pojawie-
niem się Emilia dodać dobie animuszu kilkoma solidnymi szklaneczkami 
whisky w barze na dworcu w St. Albans (cała sprawa wydała się, kiedy 

background image

pewnego dnia Emilio, ciekaw, jakim cudem Bob potrafi tak szybko zejść 
z peronu, podejrzał go i odkrył prawdę). Ja sam byłem bardziej szczery 
– oznajmiłem, że potrzebuję nieco alkoholu w sali napisowej, by przygoto-
wać się do narady. W sali tej królował Leon Vitali. Leon, świecący ogoloną 
czaszką, grał lorda Bullingdona w Barrym Lyndonie, później wyjechał do 
Szwecji w nadziei zostania nowym Bergmanem, a po powrocie zatrudnił 
się u Stanleya. Stanley, absolutny perfekcjonista, czuwał nad wszystkimi 
wersjami językowymi swych filmów we wszystkich krajach na Ziemi. Jeśli 
film miał być wyświetlany na Węgrzech z węgierskimi napisami, wszyst-
kie napisy musiały zostać zatwierdzone przez wynajętego specjalistę, któ-
ry zaświadczał, że wiernie oddają treść. Dylemat odpowiedniego koreań-
skiego tłumaczenia tytułu Full Metal Jacket całymi tygodniami zaprzątał 
umysły wszystkich w rezydencji.

Kartka  wisząca  w  tym  samym  pokoju  głosiła:  "Tu  nie  pozwalamy, 

by problemy zmieniały się w katastrofy" – bowiem zdarzało się, że per-
fekcja czasem zawodziła. Z początku Stanley dopytywał się, czy alkohol 
nie zamąci mi w głowie, zapewniłem go jednak, że moje procesy myślo-
we absolutnie wymagają piwa. Odtąd, gdy oznajmiano moje przybycie, 
z krótkofalówki dobiegał często przyjazny trzask: "Kubeł piwa dla Iana!" 
Ponieważ rezydencja była dość spora, pracownicy często porozumiewa-
li się ze Stanleyem przez krótkofalówkę. Któregoś dnie niemal godzinę 
przesiedziałem gawędząc z Tonym i Leonem i sącząc Grolscha, gdy nagle 
do środka wszedł Stanley i zmierzył nas groźnym wzrokiem.

– Mieliście mnie informować, kiedy zjawi się Ian.
– Masz wyłączoną krótkofalówkę, Stanley.
Stanley prowadził mnie do kuchni, aby przygotować lunch, czy też 

– w jego przypadku – śniadanie. Po ponad dwudziestu latach mieszkania 
w Wielkiej Brytanii Stanley wciąż sypiał zgodnie z czasem amerykańskim, 
chyba że gorączkowa praca nad filmem zakłócała jego rozkład dnia. Lubił 
też co dzień jeść to samo, póki mu się nie znudziło. Po kilku tygodniach 
chińskich dań na wynos, podawanych w foliowych pojemniczkach, nasta-
ła era wynajętych w mieście specjalistycznych kucharzy wegetariańskich. 
Po jakimś czasie Stanley zorientował się, że niezbyt dobrze gotują, sami 
nie są wegetarianami, a do tego kradną z zamrażarek. Potem nadszedł 

background image

czas wielkich steków z łososia, które Stanley osobiście dusił w mleku w 
mikrofalówce. Bardzo się szczycił tą umiejętnością.

Kiedy  jedliśmy,  telewizor  w  kuchni  był  nieodmiennie  nastawiony 

na  CNN  i  stanowił  tło  i  bodziec  do  rozmowy.  Długie  przestronne  po-
mieszczenie  ozdobiono  wielkimi  bukietami,  stanowiącymi  ulubiony  te-
mat obrazów żony Stanleya, Christiane. Te obrazy były naprawdę pięk-
ne,  niemal  dorównujące  Bonnardowi  pełnią  życia,  wyczuciem  kolorów 
i  światła.  Wisiały  w  kuchni  i  w  salonie.  Gdy  Christiane  wpadła  kiedyś 
na lunch, wypłynął temat Mechanicznej pomarańczy. Kubrick przeniósł 
się do Anglii dlatego, że wydawała mu się znacznie bezpieczniejsza niż 
Nowy Jork (mimo to, gdy pewnego dnia w rezydencji złożył wizytę miej-
scowy policjant, Stanley próbował wyciągnąć z niego informację, jak szyb-
ko mógłby w razie potrzeby dotrzeć do niego uzbrojony patrol; policjant 
zdołał uniknąć dokładnej odpowiedzi). Po brytyjskiej premierze, w 1971 
roku, Mechaniczna pomarańcza, pełna ostrej przemocy i agresji, doczeka-
ła się kilku przypadków naśladownictwa ze strony chuliganów przebra-
nych w stroje podobne do filmowych. Wywołało to wielki szum w prasie 
i falę oskarżeń dzieła Kubricka o inspirowanie napadów. Akurat wtedy 
Christiane dostała propozycję urządzenia wystawy, z której dochód miał 
być przeznaczony na cele dobroczynne i zgodziła się pod warunkiem, że 
dziennikarze skoncentrują się na sztuce i dobroczynności i nie będą pytali 
o film. Oczywiście jeden z nich zapytał i wykorzystał jej jeden jedyny ko-
mentarz jako nagłówek: MÓJ MĄŻ NIE JEST POTWOREM, TWIERDZI 
ŻONA TWÓRCY MECHANICZNEJ POMARAŃCZY. Wszystko to było 
bardzo nieprzyjemne. Stanley zabronił dalszych pokazów kinowych i nie 
zgodził  się  na  edycję  kasetową  w  Wielkiej  Brytanii.  Uprzedzony  przez 
Tony'ego nie wspomniałem, że podobno pirackie kopie z duńskimi napi-
sami są stale dostępne w Londynie, w okolicach stacji Camden Town.

Następny  przystanek:  sala  bilardowa.  Nawet  zwykłe  rozmowy  ze 

Stanleyem były nieco denerwujące, bo potrafił nagle zmienić temat, jakby 
zapomniał o sprawach, które pochłaniały go jeszcze minutę temu, bądź 
stracił zainteresowanie nimi. Gdy omawialiśmy zarys akcji filmu, przesko-
ki te stawały się więcej niż gwałtowne, wręcz trójwymiarowe – zupełnie 
jakbyśmy  trafiali  do  przestrzeni  myślowej,  rządzącej  się  escherowskimi 
prawami. W jednej chwili: "A gdyby nasz miś miał kieszeń jak kangur, w 

background image

której mógłby przechowywać różne rzeczy?" W następnej: "A zatem, czy 
Partia Pracy natychmiast po objęciu władzy zacznie sztucznie kierować 
kursem walut?" Po kilku minutach polityki: "Mniejsza o misia, co powiesz 
na  kawiarnię,  w  której  spotykają  się  inne  roboty?"  W  końcu  uznałem, 
że  zamiarem  Stanleya,  zamierzonym  bądź  czysto  instynktownym,  było 
podtrzymywanie  gorączkowego  poziomu  dyskusji  całymi  godzinami, 
nieważne jak wyczerpujące mogło się to okazać – dla niego był to sposób 
motywowania mnie, a może i jego samego, do lepszej pracy. Po czymś 
takim pracujący z nim ludzie czuli się zupełnie wypluci. Jeśli w rezultacie 
mózgi zamieniały im się w galaretę, jak się to zdarzyło z moim przy kilku 
okazjach, Stanley sprawiał wrażenie szczerze zdumionego. Tak naprawdę 
nie wiedział czego chce, i właśnie ja, niczym jasnowidz i wróżbita, mia-
łem to odgadnąć. Potrafił jednak z bezlitosną logiką odnajdować luki w 
proponowanych  mu  cudownych  scenach;  małe  szczeliny,  które  mogły 
błyskawicznie rozszerzyć się w przepaści nie do pokonania.

Nasze narady przypominały budowę chwiejnego zamku z drewnia-

nych klocków albo domku z kart, który często walił się w gruzy pod koniec 
popołudnia, właśnie gdy miałem nadzieję odjechać z zadaniem napisania 
na następnych ranek wymyślonych już scen, na podstawie bazgrołów w 
notatniku. Jerome Bixby napisał kiedyś historię zatytułowaną "To w s p a 
n i a ł e życie" o dziecku obdarzonym ponadzmysłowymi zdolnościami, 
potrafiącym sprawiać, że jego życzenia stawały się rzeczywistością i zmu-
szać rodziców i otoczenie do spełniania wszelkich kaprysów. Czasami czu-
łem się, jakbym został uwięziony w pokoju owego dziecka, choć Stanley 
był znacznie przyjemniejszym kompanem niż tamten upiorny chłopczyk; 
ciepłym i poczciwym niczym wielki włochaty miś, choć jego łapy kryły 
w sobie szpony, które potrafiły pochwycić cię i wycisnąć tak, że stawa-
łeś się mokrą szmatą. Owszem, to dlatego, że pragnął najlepszego, chciał 
więcej i więcej, wierzył, że bezlitosne zgłębianie czegoś, co podpowiada 
mu instynkt, przyniesie w końcu owoce. Czy to nie Stanley nakręcił pięć-
dziesiąt osiem razy scenę z Jackiem Nicholsonem przechodzącym przez 
ulicę w Lśnieniu, w nadziei, jak sam mi powiedział, że w końcu wydarzy 
się coś ciekawego? W obliczu podobnej determinacji absolutnie musiałem 
zachować własną tożsamość – gdybym ją stracił, oznaczałoby to koniec 
z nowymi błyskotliwymi pomysłami – od razu więc ustawiłem kordon 

background image

bezpieczeństwa, wyraźnie dając do zrozumienia, że będę pracował tylko 
w dni powszednie, co wywołało serię tyrad Stanleya o związkach zawo-
dowych i umowach o pracę. W tle wciąż czyhały kij i marchewka (choć 
sięgnięcie po któreś z nich mogłoby katastrofalnie wpłynąć na moje zdol-
ności twórcze). Pewnego razu, gdy problem z akcją przekształcił się wła-
śnie w katastrofę, Stanley zmierzył mnie poważnym spojrzeniem.

– Jest w tym dla ciebie mnóstwo pieniędzy, Ian – rzekł czyniąc aluzję 

do niebotycznej premii.

Zdenerwowany  ostatnim  sporem  i  sugestią,  że  może  mógłbym 

przepracować cały weekend i w ogóle nie kłaść się do łóżka, odpaliłem: 
– Nie masz po co grozić mi pieniędzmi, one nie są dla mnie motywacją. – 
Laburzysta kontratakuje!

Stanley zamarł, przyglądając mi się w oszołomieniu.
Do piątej po południu obaj potrafiliśmy być kompletnie wyczerpani. 

Chwiejnym krokiem zmierzaliśmy w stronę sali kontroli napisów, w któ-
rej Stanley spojrzał tępo na Leona.

– Wiesz, gdzie jest Leon?.
– To ja jestem Leon – odparł Leon.
Nawet gdy główny wątek nie załamał się nagle, poranne przekształ-

cenie  notatek  w  scenę  mogło  stanowić  problem.  Czasami  moje  zapiski, 
absolutnie wierne, składały się ze zdań w stylu: "Ona mówi <Bla-bla>, a 
on na to <Bla-bla>", bo ani Stanley, ani ja nie mieliśmy najbledszego po-
jęcia, co postaci mogłyby rzec w takiej sytuacji, choć wiedzieliśmy, że coś 
powiedzieć muszą.

Aby zachować nastrój, dialogi robotów musiały być bardzo proste i 

dosłowne. Film miał opowiadać o sztucznej inteligencji, lecz nie wystę-
pował w nim błyskotliwy cybernetyczny intelekt przewyższający ludzki. 
Musiałem oglądać Petera Sellersa grającego niedorozwiniętego, podobne-
go do dziecka ogrodnika w Wystarczy być.

Hej-ho: "Jesteś piękna. Mam czystego fiuta." ("Tak już lepiej", powie-

dział przez telefon Stanley.)

"Jesteś boska. Mogę wsiąść do twojego samochodu?" ("Przestań pisać 

dialogi! Po prostu to opisz!") ("Nie, pisz wyłącznie dialogi!") Sam zaczy-
nałem się czuć jak oszalały robot, "autopisarz", do którego wprowadzono 

background image

sprzeczne ze sobą programy. Czy skończę tak jak HAL, tracąc kontrolę 
nad swym umysłem i językiem?

Czasem  Stanley  z  zadowoleniem  przyjmował  materiały,  które  mu 

faksowałem.  "Świetnie  ci  idzie,  Ian.  Pisz  dalej.  Bóg  z  tobą."  To  właśnie 
wtedy wprowadziłem do historii seksrobota płci męskiej, który miał to-
warzyszyć Davidowi i misiowi w ich podróżach fizycznych i duchowych. 
Sztuczny chłopiec i robomiś byli przecież naiwni i niezręczni, mimo obse-
sji Davida dotyczącej stania się prawdziwym chłopcem.

– Potrzebujemy tu – oznajmił Stanley – jakiegoś twardziela, który by 

pomógł.

– Co powiesz na robota-żigolaka? – zaproponowałem i natychmiast 

dopisałem odpowiednie sceny.

– Chyba właśnie straciliśmy dziecięcy rynek – odpowiedział Stanley 

– ale co tam.

Innymi razy robił mi wyrzuty przez telefon. "Zupełnie jakbyś pisał 

filmy klasy B przeznaczony dla kretynów", było jednym z najgorszych. 
Oznaczało to, że następnego dnia czeka nas kolejna narada. Po serii scen, 
które mnie wydawały się całkiem w porządku, lecz zostały poddany bez-
względnej krytyce, Stanley zadzwonił i przyznał: – Dzisiaj czyta mi się 
całkiem nieźle.

– Może to nie przypadek? – podsunąłem.
– Wiem, że próbujesz zamącić mi w głowie – padła odpowiedź.
A zatem przejrzał mnie! Moje sceny czytały się świetnie, dlatego że 

okazałem się wyjątkowo przebiegły, z rozmysłem pisząc bzdury tylko po, 
by zaskoczyć go całymi stronicami wspaniałości. Zapewne miała to być 
moja własna wersja kija i marchewki.

Oczywiście  teksty,  które  znalazły  uznanie,  równie  dobrze  mogły 

doprowadzić do kolejnej narady, bo skoro zamknąłem już jeden aspekt, 
powinniśmy zaatakować tę historię od innej strony.

Czasami czułem się, jakbym co rano zaczynał pisać zupełnie nowe 

opowiadanie, które następnie musiałem porzucić wieczorem po to, by rano 
rozpocząć kolejne. Dla autora jest to wysoce irytująca sytuacja, choć kiedyś, 
gdy próbowałem bronić jakiejś sceny, Stanley powiedział mi: "Problem z 
wami pisarzami jest taki, że uważacie, iż wasze słowa są nieśmiertelne." 

background image

No cóż, na wewnętrznej stronie drzwi rezydencji wisiała tabliczka z napi-
sem: NIE WYPUSZCZAĆ PSÓW (chodziło o trzy bądź cztery identyczne 
złote retrievery, z których każdy miał własną poduszkę pod kuchennym 
stołem). Gdy tego popołudnia szykowałem się do wyjścia, Stanley stanął 
przy drzwiach i warknął: "Powinni tu dopisać: I PISARZY!" Na szczęście 
Tony  zdążył  mi  już  opowiedzieć  ulubiony  dowcip  reżyserów.  ("Głupia 
europejska starletka przybywa do Hollywood i postanawia przespać się 
z kimś dla kariery. Z kim?" "Z portierem studia?" domyślałem się. Tony 
uśmiechnął się szeroko. "Nie, jeszcze gorzej. Ze scenarzystą.") Lekceważąc 
status pisarzy, Stanley na swój własny wyjątkowy sposób przejmował się 
bardzo losem zwierząt. Choć uważałem, że koty z pokoju komputerowe-
go cierpią, nie mogąc zapuścić się do ogrodu, Stanley obawiał się, że złote 
retrievery nie poznałyby ich i rozdarły na strzępy. No i przynajmniej koty 
piły najlepszą wodę Evian. Gdy przechodziliśmy przez pokój komputero-
wy, zauważył, że ich miska jest pusta i bezzwłocznie uzupełnił zawartość 
z najbliższej butelki. Ponieważ jednak nie zadał sobie dość trudu, by się 
schylić, doszczętnie zalał podłogę. Emilio wspomniał mi, że w przeszłości 
dochodziło do ostrych kłótni, gdy Stanley sam karmił zwierzęta, używa-
jąc do tego celu najlepszej porcelany Spode. "Nie użyłeś chyba porcelany, 
Stanley!" "Ja chcę tylko dać im to, co najlepsze", protestował. Obowiązek 
karmienia psów spadł więc na barki Emilia. Robił to co rano, nawet w 
Boże  Narodzenie.  Była  to  sytuacja  dość  kłopotliwa,  ponieważ  mieszkał 
w północnym Londynie, daleko od rezydencji, jednakże alternatywa pro-
wadziła do prawdziwej katastrofy. Trzeci kot mieszkał na stałe na górze, 
w klimatyzowanych pomieszczeniach o temperaturze około dwudziestu 
stopni. Emilio co rano pracowicie wysypywał kuwetę świeżo ściętą trawą 
z ogrodu, by kot mógł się wytarzać, a następnie odkurzał dywan.

"Kiedy Stanley uznał, że ptaki żyjące na terenie posiadłości umierają 

z głodu", opowiadał Emilio, "zaczął wyrzucać przez okna całe bochenki 
chleba. Wkrótce ptaki tak bardzo utyły, że ledwie mogły fruwać. Aż w 
końcu  jeden  tłusty  szpak  wpadł  do  kominka.  Rzeczone  palenisko  było 
akurat zabite deskami. Za nimi ptak trzepotał się rozpaczliwie. Wkrótce 
problem zmierzał już wprost ku kosztownej katastrofie, Stanley bowiem 
zaczął dzwonić do organizacji ochrony i opieki nad zwierzętami w Wielkiej 
Brytanii i Ameryce.

background image

– Posłuchaj – rzekł Emilio – potrzebuję tylko piły i przezroczystego 

foliowego worka. Przetnę deski, podstawię worek pod dziurę, ptak zoba-
czy światło i wskoczy do torby.

– No nie wiem – oparł Stanley. – Mógłbyś zrobić mu krzywdę.
– Ale przecież – wykrzyknął Emilio – zanim dodzwonisz się do ko-

goś, padnie z wyczerpania!

Mimo głębokich wątpliwości Stanley zgodził się, by Emilio zrealizo-

wał swój plan. Wkrótce ptak znalazł się w worku, który Emilio podstawił 
pod nos właścicielowi.

– No i co , Stanley? Chcesz zadzwonić na Harley Street i poszukać 

ptasiego psychiatry?

– Może rzeczywiście... – zaczął Stanley.
Emilio  pospiesznie  wystawił  worek  za  najbliższe  okno  i  otworzył. 

Ptak z ciężkim łopotem poleciał na trawnik, gdzie rzucił się na czekające 
bochny chleba.

Projekt na wiele dni trafił na boczny tor, gdy zadzwoniono z Warnera 

z informacją, że kot z piętra zdechł. Rozpacz po śmierci kota to coś zu-
pełnie zrozumiałego, odniosłem jednak wrażenie, iż to sama wytwórnia 
zarządziła  żałobę.  Pamiętam,  jak  Emilio  przyznał  kiedyś,  że  zbudował 
trumnę  rozmiarów  retrievera  i  schował  na  terenie  posiadłości  –  tak  na 
wszelki wypadek.

O, biedny Emilio, którego największym marzeniem było przejść na 

emeryturę i zamieszkać w winnicy na południe od Monte Cassino. Kiedy 
po  pięciu  dniach  służby  zdezerterował  z  włoskiej  armii,  wyruszył  do 
Londynu i poprzez pracę w garażu trafił do zespołu kierowców wyścigo-
wych, w którym objeżdżał nowe modele. W tym samym zespole jeździli 
Emerson  Fittipaldi  i  James  Hunt.  Wygryziony  z  pracy,  zdołał  zaczepić 
się w przemyśle lodziarskim w Walii; potem wrócił do Londynu i zaczął 
pracować w przedsiębiorstwie taksówkowym, z którego trafił do Stanleya 
kręcącego  wówczas  Mechaniczną  pomarańczę.  Stanley  zauważył,  że 
nowy kierowca gotów jest pracować dzień i noc, toteż zwolnił swojego 
starzejącego się szofera i wkrótce Emilio stał się kimś więcej, niż wska-
zywałaby na to jego funkcja. Niski, żylasty i ciemnowłosy, od wielu lat 

background image

kierował przyziemnymi sprawami w rezydencji i był jedną z głównych 
osób pilnujących, by katastrofy przeradzały się w zwykłe problemy.

Kiedy Stanley kogoś sobie cenił, ofierze trudno było uciec i żyć wła-

snym życiem. Choć Emilio mieszkał w północnym Londynie, stale pozo-
stawał w kontakcie. W jego domu zainstalowano specjalną linię telefonicz-
ną – angielska żona Emilia nie pozwalała Stanleyowi dzwonić na zwykły 
domowy numer, bo stawał się zbyt wymagający.

Pewnego  dnia  Emilio  wiózł  mnie  autostradą  M1  grafitowym 

Mercedesem do rezydencji.

– Ian – powiedział. – Stanley zadzwonił do mnie w niedzielne popo-

łudnie, choć obiecał, że w niedziele nie będzie mnie niepokoił. "Potrzebuję 
sznurka, Emilio", oznajmił. Stanley lubi wiązać różne rzeczy sznurkiem, 
ale, Ian – ciągnął dalej Emilio – ja dobrze o tym wiem. Mówię wiec: "Stanley, 
gdzie jesteś?" "W pokoju komputerowym." "W porządku, Stanley. Widzisz 
ścianę z regałem? Na środkowej półce, pośrodku, leży kłębek sznurka." 
"Widzę" "Zaczekaj! Podejdź prosto do półki, wróć tu ze sznurkiem i po-
wiedz mi, że go masz." Ian – dodał triumfalnie Emilio – przewidziałem 
podobne  sytuacje.  Trzymam  sznurek  w  każdym  pokoju.  Ukryłem  też 
wszędzie dodatkowe kłębki, na wszelki wypadek!

Zawsze można sobie jakoś poradzić.
Ten akurat mercedes nie był oryginalnym modelem z szyberdachem. 

Podczas realizacji Lśnienia przez kilka tygodni ulubionym pożywieniem 
Stanleya stały się Big Maki. Pewnego dnia, kiedy Stanley jechał z Emiliem, 
skończył hamburgera, zgniótł papier, dostrzegł otwarty szyberdach i wy-
rzucił śmieci. Wiatr oczywiście natychmiast wepchnął je z powrotem. – 
Kurwa  –  rzucił  Stanley.  –  Ten  wóz  do  niczego  się  nie  nadaje.  Żart,  czy 
wyraz szczerej niechęci?

Czy  Stanley  aby  nieco  nie  oderwał  się  od  rzeczywistości?  Kiedy 

Emilio  wiózł  go  na  targi  komputerowe  w  Londynie,  Stanley  zdumiał 
się: – Czemu na drodze jest tyle samochodów? – Bo ludzie jadą do pra-
cy, Stanley. – Dlaczego nie pracują w domach? – A czemu ty siedzisz w 
swoim samochodzie? Natomiast białe porsche Stanleya przez niemal trzy 
lata stało nietknięte, bo Emilio odmówił jego prowadzenia. Kiedy Stanley 
przeprowadził  się  do  rezydencji  z  domu  w  pobliżu  Pinewood  Studios, 

background image

poprosił do siebie Emilia. – Posłuchaj, nie chcę, żeby jacyś tragarze doty-
kali moich rzeczy. Niech to trwa nawet dwa tygodnie. Wypożycz kogoś 
z ekipy, ale przenieś wszystko sam. Dobrze? Z powodu drobnych prze-
szkód, takich jak przepisy związkowe, Emilio nie mógł rzecz jasna zatrud-
nić nikogo z ekipy zdjęciowej, toteż własnoręcznie przemieścił całe tony 
śmieci Stanleya – i uszkodził sobie kręgosłup. Porsche, samochód o ni-
skim zawiezieniu, długo stał nieużywany, choć Emilio co tydzień włączał 
silnik,  by  podładować  akumulator  i  sprawdzić  czy  wszystko  działa.  W 
końcu do rezydencji dotarł list z brytyjskiego przedstawicielstwa Porsche: 
"Szanowny Panie Kubrick. Z przykrością stwierdzamy, że naraża pan na 
uszkodzenie produkt naszej firmy, nie poddając go regularnym przeglą-
dom..." Dzierżąc w dłoni pismo Stanley stanął przed Emiliem. – Czemu 
narażasz porsche, Emilio? – O co ci chodzi, Stanley? – Piszą tu, że narażasz 
moje porsche. – Ale przecież nikt z niego nie korzysta! Próbuję oszczę-
dzać twoje pieniądze, Stanley. Oszczędzić ci minimalnej opłaty czterystu 
funtów za dokonanie przeglądu, którego samochód i tak nie potrzebuje! 
– No, nie wiem. Piszą tu... Emilio wyrwał mu list i pobiegł zadzwonić do 
dyrektora brytyjskiego przedstawicielstwa firmy Porsche. – Zna pan moje 
nazwisko? – spytał. – Byłem kolegą z drużyny Emersona Fittipaldiego! – 
Emilio został rozpoznany. – A wie pan, ile po trzech latach wasze porsche 
ma na liczniku? Trzy tysiące mil! Czy to coś panu mówi? – Nie korzystacie 
z niego. Dyrektor brytyjskiego przedstawicielstwa Porsche musiał osobi-
ście  napisać  do  Stanleya,  nim  katastrofa  z  powrotem  przekształciła  się 
w zwykły problem. Na szczęście Emilio miał poczucie humoru i potrafił 
docenić urok absurdu. Kiedy w siedemdziesiątym trzecim roku Stanley 
kręcił w Irlandii Barry'ego Lyndona, członkowie wielkiej ekipy zaczęli na-
wiązywać romanse z miejscowymi pannami. Ponieważ w Irlandii sprze-
daż  środków  antykoncepcyjnych  była  zakazana,  należało  natychmiast 
sprowadzić większą ich ilość. Emilio, który sam był włoskim katolikiem, 
w ogóle nie znał się na takich sprawach. Nieświadom tego, co ma dostar-
czyć, został wysłany do Anglii, by przywieźć wielkie zapakowane pudło. 
Gdy  zmierzając  z  powrotem  do  Irlandii  przeszedł  przez  elektroniczną 
bramkę na lotnisku Heathrow, niosąc ze sobą tysiące zapakowanych w 
folię  aluminiową  prezerwatyw,  rozpętało  się  piekło.  –  Proszę  to  odło-
żyć! Co pan ma w tym pudle? – Nie wiem – odparł Emilio. Pospiesznie 

background image

odprowadzono go na bok, oczyszczono teren z ludzi. Sprowadzono saper-
skiego robota. Robot delikatnie wyciął dziurę w pudle, ostrożnie sięgnął 
do środka i uniósł... prezerwatywę.

Wszyscy  wybuchnęli  śmiechem.  Oprócz  Emilia.  –  Przepraszam,  co 

to jest?

– Leci pan do Irlandii i nie wie pan, co to jest? – Naprawdę nie wiem 

– zaprotestował Emilio. – Co to?

Tak  dobrze  dogadywałem  się  z  Emiliem  podczas  naszych  regular-

nych wycieczek do rezydencji, że specjalnie dla mnie uruchomił wreszcie 
porsche. Zacząłem nawet uczyć się od niego włoskiego. – Stanley e nostro 
zio – powtarzaliśmy chórem. Stanley to nasz wuj. To właśnie Emilio roz-
wiązał dręczącą mnie zagadkę: jakim cudem Stanley ma zawsze na sobie 
dokładnie  to  samo  ubranie,  które  choć  pomięte,  wcale  nie  jest  brudne. 
Okazało się, że kiedy Stanley natrafił na coś co mu odpowiadało, kupo-
wał wiele egzemplarzy. W istocie nie miał na sobie tej samej marynarki i 
spodni, lecz identyczne sztuki w tym samym stadium zużycia. Natomiast 
obszarpane adidasy stanowiły jedyną parę. Był do nich głęboko przywią-
zany. Christiane próbował kiedyś poprawić jego wizerunek kupując nowe 
buty. Stanley założył je z obowiązku kilka razy, po czym błagalnie popro-
sił Emilia: – Zgub je gdzieś, dobrze?

Stanley uwielbiał zdobywać rzeczy (i ludzi).
– Wiesz, co stanowi esencję kręcenia filmów? – spytał mnie kiedyś. 

–  Kupowanie  mnóstwa  rzeczy.  Z  winy  Partii  Pracy  nic,  co  można  było 
kupić w Wielkiej Brytanii, nie działało jak należy, toteż wolał robić swe 
zakupy  w  odległych  miejscach,  takich  jak  Dusseldorf  czy  Kalifornia. 
Dowiedziałem  się,  że  gdy  w Anglii  kręcono  Full  Metal  Jacket,  samolot 
dostarczył  z  Kalifornii  pełną  plastikową  replikę  wietnamskiej  dżungli. 
Następnego ranka Stanley zjawił się na planie, rzucił okiem i rzekł: – Nie 
podoba mi się. Pozbądźcie się jej.

Technicy podzielili się drzewami, które znacznie ożywiły ogrody w 

północnym  Londynie.  Zamiast  nich  dostarczono  prawdziwą  dżunglę, 
żywe palmy wykopane z korzeniami w Hiszpanii.

Może dlatego, że tak często zjawiał się u nas porsche, do naszego domu 

włamali się złodzieje. Nic wielkiego; włamywacze musieli posprzątać, aby 

background image

móc cokolwiek ukraść. Poszukując jednak opakowania dla skradzionych 
magnetowidów,  zabrali  mi  rzecz  bezcenną  –  płócienną  torbę,  w  której 
woziłem do Stanleya rosnące sterty wzajemnie sprzecznych wydruków. 
Włamywacze uprzejmie ułożyli wydruki na podłodze, nie miałem jednak 
torby. Na szczęście odkryłem świetny egzemplarz w sklepie Bootsa. Był 
to darmowy prezent, dołączany do każdej zakupionej wody po goleniu 
French Caractere, kosztującej piętnaście funtów. Osobiście nie znoszę wód 
po goleniu, ale butelka mogła posłużyć jako podręczny prezent. Kiedy na-
stępnym razem odwiedziłem Stanleya, torba zachwyciła go. Stanley lubił 
torby niemal tak jak sznurek. Podczas kolejnej wizyty podziwiał ją jeszcze 
bardziej. – To świetna torba, Ian.

– Nie dostaniesz jej – odparłem – dopóki nie kupisz butelki francu-

skiej wody po goleniu. Natychmiast podniósł słuchawkę.

– Tony, zadzwoń do Bootsa w St.Albans. Polecenie zostało wykona-

ne.  W  magazynie  mieli  jeszcze  dwie  butelki  wody  i  tyleż  toreb.  –  Kup 
obydwie, Tony. Natychmiast jedź do St.Albans i zdobądź je. W pół godzi-
ny później Tony dostarczył na naradę w eks sali bilardowej dwie butelki 
wody po goleniu i dwie torby. Stanley radośnie rozdarł foliowe opakowa-
nie i poklepał zakup. Dwa miesiące później butelki i torby wciąż leżały 
w tym samym miejscu na dywanie. Choć byłem laburzystą, podobało mi 
się to spełnianie wszystkich zachcianek. Pewnego dnia, dyskutując o za-
lanym  Nowym  Jorku  zastanawiałem  się  głośno,  jakie  pomniki  widać  z 
okien domu towarowego Macy's. Po chwili Tony podawał już Stanleyowi 
słuchawkę. Po długiej stronie czekał rzecznik prasowy Macy'ego.

– Mówi Stanley Kubrick. Chciałbym, żeby podszedł pan do okna i 

powiedział mi, co pan widzi. Opis okazał się niezadowalający. – W tym 
właśnie problem z akcją afirmatywną – mruknął Stanley. – Zatrudniają 
kretynów. Bezzwłocznie zadzwonił do nowojorskiego biura Warner Bros. 
i kazał im wysłać fotografa, który porobi zdjęcia wokół Macy'ego. Odbitki 
miały trafić do nas natychmiast ekspresem lotniczym. Podczas mojej na-
stępnej  wizyty  zdjęcia  już  czekały.  Poświęciliśmy  im  pełne  trzydzieści 
sekund. Dwa miesiące później wciąż leżały rozłożone w tej samej pozycji. 
Jakąż zachłanną sroką był Stanley! Chwytał wszystko, o czym tylko wspo-
mniałem. Miałem książkę, dotyczącą postępowań karnych i wykonywa-
nia kar śmierci na zwierzętach. Musiał ją pożyczyć. Odpusty papieskie; 

background image

i już faksowałem mu informacje. Napisałem wówczas powieść zatytuło-
waną Inquisitor, której akcja działa się w szalonej odległej przyszłości, w 
świecie Warhammera 40 000 firmy Games Workshop. Natychmiast zażą-
dał  wydruku.  –  Kto  wie,  Ian?  –  zastanawiał  się  w  głos.  –  Może  to  mój 
następny film? Załatwiłem z Games Workshop, aby wysłano mu próbki 
gier i grafik. Zdobyłem mu też portfolio przedstawiające potwory, dzieła 
malarza fantasy Iana Millera. Wszystko, wcześniej czy później, mogło stać 
się wodą na jego młyn. Być może to, co mnie zdawało się kaprysem, w 
istocie było perfekcjonizmem nakazującym zbadać wszelkie możliwe tro-
py. – Potrzebny nam niesamowity krajobraz. – Surrealistyczny, jak Max 
Ernst? Tony natychmiast pomknął mercedesem na Charing Cross Road 
w Londynie z zadaniem kupienia w księgarnie artystycznej Zwemmera 
wszystkich dostępnych książek, dotyczących Maxa Ernsta. Zabrałem swo-
je papiery i przez kilka dni pisałem surrealistycznie, przesyłając wszystko 
faksem. – To tylko kobieta w wazonie z kwiatami – westchnął Stanley. – 
Daj sobie spokój.

Po kilku miesiącach pracy nad tym projektem kupiłem sobie nowy 

samochód, którym pojechałem do rezydencji, bo po tej akurat naradzie 
miałem ruszać wprost do Cambridge, gdzie byłem gościem na konwencie 
(za wiedzą i zgodą Stanleya). Stanley poprosił, bym otworzył drzwiczki 
tak,  aby  mógł  powąchać  wnętrze.  Uwielbiał  zapach  nowych  samocho-
dów.

– Merc się starzeje – oznajmił zwracając się do Tony'ego i Leona. – 

Będziemy musieli nakręcić niedługo nowy film, chłopcy. A potem Tony 
się zgubił. Wydawnictwo Warner Books przygotowało piękny zbiór ob-
razów Christiane. Lecz Stanleyowi nie spodobała się okładka, choć mnie 
wydawała się świetna. Tony natychmiast wyruszył mercedesem do od-
ległego  o  ponad  pięćset  kilometrów  Edynburga,  aby  dopilnować  zmia-
ny oprawy. Późnym wieczorem zadzwonił zdenerwowany – w połowie 
drogi przez pustkowia hrabstwa Northumberland zabrakło mu benzyny. 
Co ma robić? Było zbyt daleko, by wysłać mu na pomoc Emilia. Kolejna 
katastrofa.

I znowu: wszystkie moje teksty pisałem na Amstradzie PCW, używa-

jącym trzycalowych dyskietek. Komputer Stanleya czytał tylko dyskietki 
trzy i pół calowe. Byliśmy elektronicznie niedopasowani. Kupiłem sobie 

background image

zwykłego peceta, lecz Stanley zabronił używać mi nowej maszyny abym 
przypadkiem nie stracił ani fragmentu cennego tekstu. Ponieważ nie był w 
stanie stale śledzić rosnącego stosu faksów i ponieważ wyglądało na to, że 
zaczynamy do czegoś dochodzić, w lipcu potrzeba przesłania wszystkich 
moich plików na jego twardy dysk stawała się paląca. Wówczas przypo-
mniałem sobie o moim starym dobrym przyjacielu, Dave'ie Langfordzie, 
wydawcy  wielokrotnie  nagradzanego  i  słynącego  ze  swego  dowcipu 
biuletynu  science  fiction  zatytułowanego Ansible  i  znanym  cyber  guru 
firmy zajmującej się oprogramowaniem dla pisarzy, a mieszczącej się w 
Reading,  mieście  w  połowie  drogi  między  Londynem  a  Oksfordem,  w 
którym Oscar Wilde odbywał wyrok ciężkich robót. Tak, oczywiście, za-
świergotał Dave, potrafi skonwertować pliki z dyskietki PCW na dyskiet-
kę IBM-owską i przesłać je Stanleyowi. Minął miesiąc. Drugiego sierpnia 
Irak najechał Kuwejt, w pięć dni później Ameryka rozpoczęła w Arabii 
Saudyjskiej  operację  Pustynna  Tarcza.  Stanleya,  ,  jak  przystało  na  reży-
sera  Dr  Strangelove'a,  pochłonęło  całkowicie  zagadnienie  psychologii 
Saddama Husajna i strategii globalnej. . – Czeka nas prawdziwa awantura 
iracka – prorokował nad resztkami łososia. Pod koniec sierpnia odbył się 
Światowy Konwent Science Fiction w Hadze. Zajmowałem się tam przyję-
ciem dla członków organizacji Science Fiction Writers of America – byłem 
przecież  europejskim  redaktorem  ich  biuletynu  i  najbliższym  Holandii 
przedstawicielem.  Odpowiednio  wcześniej  zarezerwowałem  sobie  ty-
dzień bezpłatnego urlopu. Stanley zgodził się uprzejmie. Po konwencie 
Sunday Times doniósł, że Aldiss odegrał na scenie misia robota. Stanley 
się wściekł. – On chyba oszalał!

Leon zadzwonił i poinformował mnie, że Stanley nie czeka na mój 

codzienny faks; zamiast tego udał się na strzelnicę poćwiczyć celność.

– Czy wziął ze sobą model mojej osoby?
– Nie – padła pocieszająca odpowiedź. – Tylko dwóch poprzednich 

współpracowników.

Nadszedł  październik:  łagodna  woń  owoców  i  chłodne  noce. 

Siedzieliśmy w kuchni nad resztkami łososia. Otwarte drzwi wychodzi-
ły na zalane słońcem patio, gdy nagle dostrzegłem siedzącą na posadzce 
pszczołę. – Na podłodze jest pszczoła – uprzedziłem.

background image

– Czy mnie użądli? – spytał natychmiast Stanley.
Fakt własnej śmiertelności martwił go. To dlatego nigdy nie latała sa-

molotem, choć kiedyś zdobył licencję pilota. Doświadczenie to przekona-
ło go, jak niebezpieczne może być latanie. Wstałem, by uważnie obejrzeć 
pszczołę – sprawiała wrażenie wyczerpanej. – Nie zabijaj jej, Ian! Siadaj!. 
–  Pewnie  sądził,  że  każdy  lewicowy  laburzysta  bez  litości  rozdeptuje 
owady. – Sam ja wyniosę – oświadczył odważnie. Wkrótce znalazł krysz-
tałową miseczkę i kartkę papieru, i manewrując nimi umieścił pszczołę 
pod szkłem. – Zostań tu – polecił, na wypadek, gdybym zakradł się za 
nim, knując przeciw pszczole. Po chwili z dumną miną wrócił z ogrodu. – 
Znalazłem jej dobre miejsce.

Wówczas podkusił mnie złośliwy diabeł. – Wiesz – rzekłem. – Noce 

są już mroźne.

– Chcesz powiedzieć, że pszczoła mogłaby umrzeć? – To możliwe, 

Stanley. Zwłaszcza na dworze.

– Przez ciebie czuję się winny. Natychmiast skierował się do ogro-

du, ściskając w dłoniach szklaną miseczkę i kartkę papieru, podczas gdy 
ja spokojnie oglądałem CNN. Minęło wiele minut. W końcu zjawił się z 
pszczołą pod szkłem.

– Znalazłem ją. Jak sądzisz, co jedzą pszczoły?
– Może miód? – podsunąłem.
Najechaliśmy zatem spiżarnię i znaleźliśmy wielki słój miodu. Stanley 

wzniósł z niego istny wulkan tuż obok pszczoły. Potem musieliśmy już tyl-
ko zwiedzić nieużywane pokoje w poszukiwaniu miejsca, gdzie pszczoła 
będzie mogła spokojnie przezimować na swej kartce obok miodu. Dopiero 
gdy spoczęła tam bezpiecznie, mogliśmy powrócić do problemów małe-
go zagubionego chłopca-robota i jego misia. Poczynania Saddama wciąż 
zaprzątały umysł Stanleya. Jeśli zaatakuje Izrael gazami bojowymi, czy w 
odwecie Izrael zrzuci bombę jądrową na Bagdad?

To Emilio trzymał mnie za rękę (oczywiście w przenośni – prowadzi 

bardzo  bezpiecznie),  gdy  rosnące  wymagania  dotyczące  narad  zaczęły 
coraz  poważniej  naruszać  mój  spokój  domowy.  Dwa  razy  w  tygodniu, 
świetnie. Trzy razy, no dobrze. Cztery razy w tygodniu to już przesada. 
Zamęt zaczynał mnie wykańczać. Kiedy dało mu się wolną rękę, Stanley 

background image

stopniowo stawał się coraz bardziej wymagający, póki nie wypruł z czło-
wieka żył, zostawiając wyschnięte truchło. Wkrótce składałbym mu wi-
zyty codziennie. – Musisz mu powiedzieć, Ian – oznajmił Emilio. – Bądź 
stanowczy.

I tak odmówiłem przyjazdu na naradę. Kiedy zjawiłem się następ-

nym razem, Stanley rzekł żałośnie: – Sądziłem, że lubisz tu przyjeżdżać.

– Owszem – odparłem. – Musiałem tylko nabrać nieco pewności sie-

bie.

– Ian, jesteś bardzo pewny siebie – odrzekł Stanley, choć wcale się taki 

nie czułem. I podjęliśmy pracę. Faksowałem, wysyłałem pliki. Dyskietki 
krążyły między mną, a Davem, który je konwertował i dalej, do Stanleya. 
Wkrótce  jednak  zaczął  tworzyć  się  Trójkąt  Bermudzki,  z  wierzchołka-
mi  w  St.Albans,  w  moim  domu  na  północy  i  w  Reading  na  wschodzie 
– w strefie tej dyskietki i teksty mogły zaginąć, co stanowiło eufemizm 
na to, że Stanley je gubił. Katastrofa zaatakowała na początku listopada. 
Pewnego ranka siedziałem za biurkiem, przywołując słowa, które mógł-
bym przefaksować, kiedy zadzwonił Tony z informacją, że Stanley zgubił 
kolejną dyskietkę Dave'a. Nie chcą przerywać pracy bezmyślnie podałem 
mu numer telefonu Dave'a. Był to głupi błąd zważywszy, iż chodziło o 
zastrzeżony  numer,  przeznaczony  wyłącznie  dla  przyjaciół.  Powód  był 
prosty: Dave jest głuchy. Mój wysoki głos z łatwością przechodzi przez 
wzmacniacz telefoniczny, Tony jednak przemawia w bardziej zrelakso-
wany  sposób,  czyniąc  długie,  enigmatyczne  przerwy  między  zdaniami 
– podczas gdy ze swej strony Dave wyraża się tonem niezwykle kapry-
śnym. Tony uznał, iż Dave to świr i zadzwonił przerażony, że w charakte-
rze pośrednika zatrudniam wariata. Wkrótce potem zatelefonował Dave i 
objechał mnie za to, że zdradziłem jego numer jakiejś dziwacznej osobie, 
której nie może zrozumieć. Zadzwoniłem do Tony'ego i zabroniłem mu 
dalszego korzystania z numeru Dave'a. Jeśli zaszłaby potrzeba nawiąza-
nia łączności, musiało się to dziać za moim pośrednictwem, bo tylko mnie 
Dave mógł zrozumieć. Stanleya zaintrygowała i zaniepokoiła osoba nie-
zwykłego komputerowego magika z trąbką przy uchu, przez którego ręce 
przechodziły święte dyskietki.

– Kim jest ten Dave Ansible? – spytał.

background image

– Ansible – odparłem – to fantastyczne urządzenie do natychmiasto-

wej komunikacji międzygwiezdnej, wymyślone przez Ursulę K. LeGuin. 
Nazwa ansible stanowi anagram słowa lesbian (lesbijka).

– Naprawdę? – odparł Stanley. – Ufasz temu Dave'owi Ansiblowi? 

To  brzmi  jak  przydomek  kowboja.  –  Powierzyłbym  mu  własne  życie  – 
poprzysiągłem.

– I nasze dyskietki – mruknął. Paranoja pogłębiała się. Stanley nale-

gał, bym przekazał Dave'owi, że gdy tylko skopiuje dyskietki, musi ska-
sować cały nasz tekst z komputera. Dave przystał na to niechętnie. Jakiś 
tydzień później Stanley zadzwonił i przyznał, że zgubił kolejną dyskietkę. 
Czy zechcę poprosić Dave'a, aby przysłał mu kopię? Dave spełnił prośbę 
i Stanley zaczął brykać.

– Jak Dave Ansible może przysłać mi kopię, skoro skasował pliki?
Lekko zirytowany Dave wyjaśnił, że aby uniknąć opóźnienia wyka-

sował pliki z twardego dysku przy użyciu pracochłonnego, skompliko-
wanego procesu. Nie popełni już tego błędu i nie okaże się pomocny. – A 
jeśli – dopytywał się Stanley – on sprzedaje nasze materiały wschodnioeu-
ropejskim pisarzom science fiction?

Czy  ktokolwiek  poza  mną  i  Stanleyem  zdołałby  pojąć  bibliotekę 

Babel, krążącą tam i z powrotem na faksach i dyskietkach? Nieważne. – 
Ian, powiedz Dave'owi Ansiblowi, że musi pozbyć się tekstów z twardego 
dysku kompresując go. Ponieważ w owym czasie pracowałem wyłącznie 
na PCW, nie rozumiałem, o co chodzi. Stanley zaczął na wpół żartobliwe 
wspominać o porannym najeździe na Reading mercedesem i przymuso-
wym skompresowaniu twardego dysku Dave'a. Dave zbuntował się w ob-
liczu wciągającego go wiru paranoi i zaparł jak muł. Czemu miałby cier-
pieć? Czy ja pracowałem w zamkniętym bankowym skarbcu i wysyłałem 
dyskietki chronionymi konwojami? Czy Stanley naprawdę leżał nocami 
i nie mógł zasnąć, zamartwiając się o kilka skasowanych plików? O tak. 
– Oczywiście, że może skompresować swój twardy dysk – poinformował 
mnie Stanley. – Opowiada ci bzdury! Spytaj go, czy kiedykolwiek słyszał 
o... Norton Utilities!

Stopniowo  coraz  większą  część  czasu,  który  miałem  przeznaczać 

na pisanie, zajmowały mi tajemnicze negocjacje i modły do komputerów 

background image

bóstw, o których wówczas w ogóle nie słyszałem. Aby uniknąć bombar-
dowania  Reading  głowicą  Norton  Utilities,  Dave  napisał  własny  pro-
gram i skompresował duchy skasowanych plików, odsyłając je w nicość. 
Katastrofa zmalała do rozmiarów zwykłego problemu.

W końcu, pod koniec roku, Stanley polecił mi zapisać całą historię na 

dziewięćdziesięciu  stronach.  Zgodnie  z  jego  życzeniem  miałem  ominąć 
część, w mojej opinii najlepszych, kawałków. – Mam nadzieję, że zawrzesz 
w tym trochę uczucia, Ian – rzekł poufale. – Dopraw swoje słowa dobrym 
środkiem  nawilżającym  –  brzmiała  bezcenna  porada,  rzadko  udzielana 
skromnym pisarzom. Czasami podczas pracy nad projektem odnosiłem 
wrażenie, że tworzona przez nas historia jest idiotyczna i być może długa 
przerwa po Full Metal Jacket i nieskończone wariacje na temat Supertoys 
biorą się z tego, że Stanley obawia się znów wkroczyć na ring, zdominowa-
ny obecnie przez reżyserów w typie Stevena Spielberga. O dziwo jednak, 
otrzymane dziewięćdziesięciostronicowe opowiadanie czytało się całkiem 
nieźle i przynajmniej w końcu miało jakiś sens. Stanley z każdym dniem 
bardziej pogrążał się w żałobie. Rozstanie było rozkosznie smutne; doko-
nało się w melancholijny, lecz cywilizowany sposób: przez telefon. Kilka 
tygodni później Stanley przypomniał sobie o faksie, który kupił specjalnie 
po to, aby mi wypożyczyć i przysłał Emilia, by go odebrał. Wróciłem do 
własnej pracy. Minęły trzy miesiące. Właśnie kiedy uznałem, że mogę już 
bezpiecznie podnosić słuchawkę, zadzwonił Stanley.

– Ian, pamiętasz to opowiadanie, które mi napisałeś? – Jak mógłbym 

zapomnieć?

– No cóż – ciągnął dalej. – Zgubiłem je.
– Zgubiłeś je – powtórzyłem jak ogłuszony. Przez chwilę zastanawia-

łem się gorączkowo. – Masz je też na dyskietce. – Ja, no... zapisałem coś na 
tej dyskietce.

– Zapisałeś na dyskietce – wymamrotałem. – To właśnie ty powtarza-

łeś zawsze, żebym zapisywał wyłącznie na czystych dyskietkach. I nie, nie 
miał tekstu na twardym dysku.

Dostarczyłem mu drugi wydruk i dyskietkę. – To – oznajmił Stanley 

–  jest  jedno  z  najwspanialszych  opowiadań  tego  świata.  Mógłbyś  napi-

background image

sać krótkie streszczenie, które pokazywałbym ludziom? I nie zapomnij o 
nawilżaniu.

Zostałem  ponownie  wynajęty  na  tydzień,  by  napisać  dwadzieścia 

stron. Emilio wrócił z faksem. Przesyłałem teksty i dyskietki. – Jest świet-
ny – oznajmił Stanley dostawszy tekst, po czym wymówił fatalne słowa: 
– Może trochę przy nim podłubię... W ciszy upłynął rok. Dryń! Stanley 
nagle przypomniał sobie o projekcie i odkrył, że znów zgubił wszystkie 
materiały. Natychmiast zjawił się Emilio. – Co Stanley robił przez ostatni 
rok? – spytałem.

– Głównie siedział w pokoju i patrzył, jak zdycha jego pies. Jeśli jego 

pies mógł umrzeć, to samo mogło spotkać kiedyś Stanleya. Z Kalifornii 
sprowadzono specjalne pigułki, mające utrzymać zwierzę przy życiu. – Ja 
też musiałem siedzieć w tym pokoju – dodał Emilio. – Pies cuchnął. Nie 
mógł jeść przez ostatnie dziesięć dni. Nie mógł się wysrać. Stanley wciąż 
karmił go cudownymi pigułkami.

Kiedy  nastał  kryzys,  o  ósmej  rano,  Emilio  pospiesznie  obudził 

Stanleya. – Stanley, wstawaj. – Czemu musi umierać akurat teraz? – po-
skarżył się Stanley. Niewątpliwie Stanley nie mógł wyłącznie opiekować 
się psem Niczym żongler miał w powietrzu jeszcze wiele piłek, jak ciem-
na gwiazda otoczona licznymi satelitami, ukrytymi przed sobą wzajem-
nie, lecz utrzymywanymi na orbicie potężną siłą przyciągania. Cały czas 
trwały przecież przygotowania do realizacji Oczu szeroko zamkniętych 
na podstawie Traumnovelle Arthura Schnitzlera – książki, którą Stanley 
interesował się od końca lat sześćdziesiątych. Oba projekty finansowała 
wytwórnia Warner Brothers.

Emilio oznajmił: – Ian, złożyłem w końcu Stanleyowi wymówienie. 

Odchodzę.

– Co takiego? – krzyknąłem. – Tak... złożyłem trzyletnie wymówie-

nie.

– Trzyletnie, co?
Minął kolejny rok i znów zadzwonił telefon. Stanley nie mógł się już 

doczekać chwili, gdy rozpocznie pracę na projektem. Na nieszczęście (te-
raz chórem) Zgubił Wszystkie Materiały.

background image

Stanley  puszczał  mimo  uszu  odliczanie  Emilia.  Jeszcze  tylko  rok, 

Stanley. Sześć miesięcy. Trzy miesiące. – Musisz mnie wysłuchać, Stanley. 
Musisz się przygotować.

Stanley  nie  chciał  słuchać.  Nadeszła  godzina  zero;  Emilio  sprzedał 

już swój dom. Stanley nie zgodził się go puścić i wynajął dom, w którym 
Emilio zamieszkał na kolejnych sześć miesięcy. Aż wreszcie, po długim 
oczekiwaniu, zdołał umknąć do swej winnicy. Na początku 1994 roku, bry-
tyjski grafik Fangorn, którego praca widniała na okładce mojej powieści 
Inquisitor ze świata Games Workshop, został wynajęty na dwa i pół roku 
przez Stanleya. Miał mu przesyłać faksem futurystyczne wizje świata AI. 
Ponieważ Fangorn (w istocie nazywa się Chris Baker) miał uczestniczyć w 
kolejnym Światowym Konwencie Science Fiction, tym razem w Glasgow, 
w 1995 roku, Stanley uprzedził go, że może tam spotkać pewnego pisarza 
sf i jeśli do tego dojdzie, nie wolno mu ze mną rozmawiać. Jak zawsze 
paranoja! A może ścisły podział ról? Składamy układankę w ciemnościach 
i tylko Stanley ma noktowizor. Gdy pewien pisarz sf dyskretnie sprowa-
dził na złą drogę eleganckiego młodego Fangorna, ten zachował milcze-
nie godne dżentelmena. Także w 1994 roku Szkotka Sara Maitland, której 
opowiadania ujawniają mroczny aspekt dziecięcych bajek, takich jak "Jaś i 
Małgosia", została wciągnięta na pokład. Aż do drugiej połowy 1995 roku 
miała  nadawać  projektowi  cech  feministyczno-bajkowych.  Choć  pytała 
Stanleya, kto jeszcze pracował nad sagą, nie uzyskała odpowiedzi i do-
wiedziała się dopiero po jego śmierci. Przy niej Stanley zawsze posługiwał 
się terminem Pinokio.

Na tym samym konwencie Bob Shaw zaręczył się z długoletnią przy-

jaciółką, bogatą amerykańską wdową, Nancy Tucker. Działo się to pod-
czas  niezwykle  romantycznego  zachodu  słońca  (zarówno  w  przenośni 
jak i dosłownie), nieco przypominającego film Kokon. Żona Boba, Sadie, 
zmarła nagle w 1991 roku; Bob usiłował zapić się na śmierć, potem za-
chorował na raka i przez rok dochodził do siebie. Niestety, ledwie bramy 
szczęścia otwarły się przed nim ponownie, sam Bob także umarł w lutym 
1996 roku. Tymczasem Fangorn prawie zamieszkał u Stanleya. W końcu 
jednak i on zakończył współpracę, gdyż rozpoczęła się już realizacja Oczu 
szeroko zamkniętych i Stanley nie mógł równocześnie żonglować oboma 
projektami.

background image

Przez całe lata dziewięćdziesiąte w prasie i internecie pojawiało się 

wiele mylnych informacji (bądź wymysłów). Stanley miał rozpocząć krę-
cenie biografii Coco Chanel. Był w Bratysławie i właśnie zaczynał zdjęcia 
do filmu dziejącego się tuż po upadku komunizmu, a przedstawiającego 
losy chłopca i młodej kobiety – wiadomość ta niezwykle zaskoczyła szefa 
Słowackiej Komisji Medialnej, na którego przypadkiem natknąłem się na 
konwencie w pobliskich Morawach, chyba że gość także podpisał zobo-
wiązanie do milczenia, albo po prostu kłamał. Magicy od efektów spe-
cjalnych z Hollywood zbudowali chłopca-robota, bo Stanley miał właśnie 
rozpocząć kręcenie AI w Irlandii. (I może rzeczywiście roboci chłopiec do 
dziś dnia leży gdzieś w kącie sali bilardowej, udowodniwszy wcześniej 
Stanleyowi, że prawdziwym kluczem do powstania AI jest animacja kom-
puterowa).

Na razie, odstawiwszy AI na boczny tor, Stanley zajął się niezwykle 

długą realizacją równoległego projektu, Oczu szeroko zamkniętych. Plotki 
w Internecie głosiły, że zgodził się zrobić ten film dla Warnera po to, by 
wytwórnia wyłożyła potężne sumy pieniędzy potrzebne do nakręcenia AI 
i zrealizowania jego prawdziwego marzenia. A potem Stanley umarł.

Patrząc z perspektywy czasu przyznaję, że może sztuczna inteligencja 

– czy raczej ograniczona inteligencja – ma szansę stać się tematem jednej 
z najwspanialszych opowieści tego świata. Stanley pieścił ją i pielęgnował 
od samego początku. Wytwórnia Warnera wkrótce podjęła próby wyko-
rzystania zgromadzonych materiałów i pojawiły się ekscytujące pogłoski, 
że reżyserem filmu zostanie Steven Spielberg. AI Stanleya Kubricka re-
żyserowane przez Stevena Spielberga będzie już niewątpliwie innym fil-
mem od tego, który stworzyłby sam Stanley. Lecz nawet zza grobu wciąż 
może rzucić swój cień. W marcu 2000 roku na ekrany kin ponownie weszła 
Mechaniczna pomarańcza, aby uczcić pierwszą rocznicę śmierci Stanleya. 
Kto wie, czy na drugą bądź trzecią rocznicę...

Spoglądając wstecz, wciąż odczuwam wielką sympatię dla Stanleya 

–  a  może,  podobnie  jak  mały  zagubiony  chłopiec-robot,  nadal  nie  do-
strzegam, co jest prawdziwe, a co nie. Krótko po śmierci Stanleya byłem 
gościem na Euroconie zorganizowanym w Niemczech, w Dortmundzie, 
i udzieliłem tamtejszej telewizji wywiadu na temat Stanleya. Nakręcono 
go na ulicy przed centrum konwentowym. Na samym skraju krawężnika 

background image

nakreślono kreskę, na której miałem stać wyprostowany jak świeca (trud-
ne zadanie po wysokoprocentowych powitaniach), w przeciwnym razie 
przejeżdżające mercedesy pozbawiłyby mnie tyłka. Ostry wiatr wiał mi 
prosto w oczy; kolejny sprytny manewr pozycyjny ze strony niemieckich 
oficerów śledczych. Do czasu, gdy miałem określić, co właściwie czuję do 
Stanleya, oczy łzawiły mi jak wściekłe, wyglądało więc na to, że go opła-
kuję. Czy było to prawdziwe? Z pewnością takim się wydawało. Po cichej 
śmierci Stanleya w gazetach i pismach ukazała się cała seria wspomnień 
– tak wielu, że w Alex Ross w New Yorkerze sparodiował je w zabawnym 
artykule "Stanley Kubrick was my friend too" (Stanley Kubrick był także 
moim przyjacielem) (2 sierpnia 1999). Całe mnóstwo ludzi zaczęło nagle 
twierdzić, że znało "prawdziwego Stanleya" i hałaśliwie podnosić głowy 
– czasami z wręcz niesmacznym zapałem, tak jak w przypadku Frederica 
Raphaela, który pracował nad scenariuszem Oczu szeroko zamkniętych. 
Stanley zazwyczaj wykorzystywał ludzi i wyciskał z nich wszystkie soki. 
Gdy opadła pierwsza fala podniecenia, często budziło to w nich głębo-
ką niechęć. Ale też, jako prawdziwy obsesyjny artysta, czemu nie miałby 
tego robić? Szwagier Stanleya w rozmowie ze mną podsumował kiedyś 
stosunek jego do tych ludzi, zwłaszcza Frederica Raphaela, posługując się 
pewną analogią: "Kogo wzywasz, jeśli chcesz coś naprawić? Hydraulika!". 
(Bardzo zirytowało go, że Raphael w swych wspomnieniach Eyes wide 
open (Oczy szeroko otwarte) błędnie opisał bliźniacze ubikacje jako rzędy 
pisuarów, jakby w domu mieściła się toaleta publiczna). Ludziom o wy-
bujałym ego nie podobało się, że są traktowani jak hydraulicy, jednakże 
póki Stanley żył wszyscy milczeli, bo zawsze istniała szansa dalszego za-
robku. Ja sam, w odróżnieniu od innych wynajętych hydraulików, nigdy 
nie podpisałem zobowiązania do zachowania tajemnicy. Prawdopodobnie 
Stanley po prostu o nim zapomniał, bo zanadto spieszno mu było do roz-
poczęcia  pracy  nad AI.  Kiedy  pod  koniec  przeciągających  się  prac  nad 
Oczami  szeroko  zamkniętymi  medialna  gorączka  zaczęła  wzrastać,  po-
stanowiłem napisać pierwszą wersję tego wspomnienia i jesienią przed 
śmiercią  Stanleya  zaproponowałem  ją  pismu  The  New  Yorker.  New 
Yorker uczynił z tego wiodący temat, dostarczyłem im poprawiony tekst, 
ponownie  przełożono  datę  premiery  Oczu  szeroko  zamkniętych.  Czas 
płynął statecznie, gdy nagle Stanley umarł. New Yorker zawiadomił mnie 

background image

pocztą elektroniczną, że nie będą mogli wykorzystać mojego artykułu, bo 
jak dla nich śmierć Stanleya nastąpiła "zbyt nagle" – rozumowanie dość 
osobliwe; sam uznałbym posiadanie pod ręką gotowego wspomnienia ra-
czej za atut. Spytali jednak, czy mogliby wykorzystać kilka fragmentów w 
swym dziale "Talk of the Town". Fragmenty owe rzeczywiście ukazały się 
błyskawicznie, poddane poważnym przeróbkom redakcyjnym – po cóż, 
na Boga, zmienili "szpaki" na "wróble"? Czy w Ameryce nie ma szpaków? 
Zapłacili mi też, zarówno honorarium za wykorzystane kawałki, jak i so-
wite odszkodowanie za rezygnację z całego tekstu, który, po wymianie 
licznych e-maili, sprzedałem w końcu Playboyowi, gdzie ukazała się jakaś 
połowa  oryginalnego  wspomnienia.  Wkrótce  po  tym  w  New  Yorkerze 
pospiesznie wydrukowano fragment Oczu szeroko otwartych Frederica 
Raphaela;  by  zacytować  recenzję  z  The  Daily  Telegraph,  "lekkich  prze-
myśleń wykraczających poza wymiar parodii", powstałych na podstawie 
zaledwie  kilku  spotkań  ze  Stanleyem.  Najwyraźniej  Oczy  szeroko  za-
mknięte stanowiły atrakcyjniejszy temat, niż AI, trzeba jednak przyznać, 
że Raphael i jego agent szybko się uwinęli. Paskudny numer ze strony 
New Yorkera, ale przynajmniej Playboy zachował się przyzwoicie.

I oto wreszcie macie przed sobą całe wspomnienie, uzupełnione o kil-

ka późniejszych refleksji. Ponieważ zaś tymczasem zdążyłem się zapoznać 
z licznymi innymi wspomnieniami, widzę jasno, że potraktowałem swą 
współpracę ze Stanleyem jako surrealistyczną komedię – stworzoną przez 
niewątpliwie najlepszego reżysera. Bez wątpienia nawet po wielu miesią-
cach nie poznałem całego Stanleya. Teraz, gdy nie istnieje już przeszkoda 
w postaci jego awersji do autoreklamy, rodzina może w końcu, za pośred-
nictwem starannie przygotowanych wywiadów telewizyjnych i wypowie-
dzi na łamach Sight and Sound, przedstawić normalną, ciepłą, uczuciowa 
stronę  Stanleya,  barwniejszą,  lżejszą  wersję  życia  w  Childwickbury.  W 
jednym z wywiadów wyczytałem, że Christiane drażnią ludzie, porów-
nujący Stanleya do pluszowego misia. A niech to!

 

Wciąż czuję smutek, że odszedł. Jednak AI najprawdopodobniej tra-

fi wreszcie na ekrany – fantastyczno-naukowe ukoronowanie twórczości 

background image

Kubricka. Jeśli Spielberg zechce, jest w stanie nakręcić go tak, jak zrobiłby 
to Stanley, choć z pewnością z mniejszą ilością ujęć.

Krótsza wersja tego wspomnienia pojawiła się w piśmie Playboy.
Ian Watson