background image

Og Mandino 

Sposób na lepsze życie

Wydawnictwo MEDIUM

Og M andino należy do grona najpopularniejszych współczesnych 

pisarzy amerykańskich.  Jest autorem piętnastu książek zaliczanych 

do nurtu tzw.  literatury inspiracyjnej.  Są to książki  o ludzkiej 

godności,  o wartościach,  które wyznaczają sens życia,  o przyjaźni 
i miłości,  o  sposobach osiągania zamierzonych celów.  Zostały 
przetłumaczone na dwadzieścia języków,  a ich łączny nakład 
przekroczył 25  milionów egzemplarzy.

Og M andino po raz pierwszy opisuje tu swoją historię,  kiedy w 

wieku trzydziestu pięciu lat,  będąc życiowym bankrutem i wrakiem 

człowieka,  omal nie popełnił  samobójstwa.  A jednak wydobył  się z 
dna, by w ciągu dziesięciu lat stać  się kochającym  ojcem rodziny, 
zdobyć  sławę i bogactwo.  Jest to prawdziwa historia zwycięstwa nad 
losem.  Og Mandino odniósł je,  stosując w życiu pewne zasady, 
którymi teraz dzieli  się z czytelnikami.  Oto siedemnaście  "zasad 
życia",  których proste, trafne,  przepojone mądrością wskazania 
pomogą każdemu urzeczywistnić marzenia i  odnaleźć szczęście.

Dwojgu wyjątkowym wnuczętom, 

Danielle i Ryanowi 

...  oraz ich rodzicom,

Carole i Danie

Część pierwsza

background image

Lekcje z przeszłości

Tego przynajmniej,  nauczyło mnie moje doświadczenie,  że jeśli ktoś 

ufnie zmierza w kierunku wytyczonym przez własne marzenia i 
usilnie  stara się wieść życie, jakie  sobie wyobraził,  osiągnie 

sukces nieoczekiwanie,  w szarej  godzinie codzienności.

THOREAU, Walden

Wybór!  Kluczem do wszystkiego jest wybór.

Masz różne możliwości. Nie musisz iść przez życie pogrążony w 

mrokach porażki,  ignorancji,  smutku, ubóstwa, wstydu i użalania 

się  nad  sobą!

Istnieje  sposób  na lepsze życie!

MANDINO,  "Wybór"

Rozdział pierwszy

Oprócz mnie był w zakładzie fryzjerskim D ona Junea w Scottsdale 

jeszcze jeden klient.  Chcąc nie chcąc,  człowiek ten  słyszał, jak 

oznajmiłem Donowi,  że podjąłem  ostateczną decyzję i jestem gotów 

rozpocząć pracę nad kolejną książką.  Zamierzałem w niej  przede 
wszystkim wykorzystać główne wątki  odczytów,  które od lat 
wygłaszam w czasie zjazdów i  na zebraniach przeróżnych firm i 

stowarzyszeń.

W całej  mojej  twórczości i w wykładach,  które stanowią dorobek 
wielu lat pracy,  zawsze wyjaśniam,  że  niepodważalne zasady 

odnoszenia sukcesów towarzyszą nam od tysięcy lat,  podobnie jak 

prawa natury,  na przykład grawitacja.  I zawsze pozostają 
niezmienne.  Te odwieczne zasady działają na naszą korzyść - lub 

niekorzyść - bez względu  na to, jak staramy  się przeżyć  nasze 

życie.

Na  nieszczęście,  żyjemy w czasach, w których tempo przemian zdaje

background image

się przekraczać prędkość  światła.  Wszyscy  szukamy natychmiastowych 
odpowiedzi na nurtujące nas pytania...  rozwiązań,  które nie 

wymagają wysiłku...  szybkich działań...  bezpłatnych obiadów... 

ruchomych  schodów, wiodących do sukcesu.  To daremne poszukiwanie 
kamienia filozoficznego,  który w jakiś magiczny sposób  mógłby 
przemienić trud codziennego życia w skrzynie pełne złota, uczyniło 
nas  ślepymi na stare,  zawsze  skuteczne zasady.  I choć  są one tak 

blisko, tuż przed naszymi  oczyma,  nie potrafimy ich już 

dostrzec...  Dlatego zaczęliśmy je  nazywać  "sekretami".  Jakież to 
smutne.

Zakładałem,  że w nowej  książce przedstawię oraz wyjaśnię mechanizm 

działania odwiecznych prawd,  które moi  czytelnicy mogliby 

zastosować,  aby odmienić  swoje życie.  Dobrze  się  stało,  że już na 
początku zarówno moi wydawcy z Bantam Books, jak  i ja  sam, 

doszliśmy do wniosku,  że tytuł  "Największe  sekrety  sukcesu",  który 
stanowił hasło prowadzonych przeze mnie wykładów,  nie będzie 
odpowiedni  dla tej  książki.  Ale jaki ma być?  Przez kilka mozolnych 

tygodni wysuwaliśmy różne propozycje,  niestety,  bez powodzenia.

Dla większości  autorów brak tytułu nie  stanowi  istotnej  przeszkody 
w rozpoczęciu pisania.  Posuwają się z pracą naprzód,  przekonani, 
że zanim ukończą swoje dzieło,  za rok albo później,  oni  sami lub 
ich wydawcy wpadną na właściwy trop i wymyślą coś interesującego.
W moim przypadku jest inaczej.  Zanim przystąpię do pracy,  zawsze 
muszę mieć tytuł, wokół którego,  niczym wokół  sztandaru, 
gromadziłyby się moje myśli  i  odczucia,  nie tylko w chwilach 

spędzanych przy maszynie do pisania,  ale i wówczas,  gdy jestem  z 
dala od niej.

Począwszy od Największego kupca świata,  czyli  od  1967 roku, 
zawsze,  nim wystukałem na maszynie pierwsze zdanie każdej  z 
trzynastu moich książek,  znałem już jej  tytuł.  Taki  system pracy 

sprawił,  że moje książki  sprzedano w nakładzie ponad dwudziestu 

milionów egzemplarzy i  przetłumaczono na osiemnaście języków. Nie 
zamierzałem więc zmieniać mojej  metody.  I właśnie wtedy, jak wiele 
razy przedtem w życiu,  los, łut szczęścia,  zbieg okoliczności, Bóg 

(możesz to nazywać, jak  chcesz) dał mi  odczuć  swoją obecność i 

rozwiązał mój  problem.

Kiedy ów klient zapłacił za strzyżenie,  podszedł z wahaniem do 
krzesła,  na którym  siedziałem,  gdy Joan robiła mi  manicure,  i 
rzekł:

- Panie Mandino,  moim zdaniem pańskie książki  są wspaniałe.  Jestem 
dentystą.  Dla moich kolegów po fachu prowadzę kursy na temat 

poczucia własnej  wartości.  W naszej  grupie zawodowej  występuje - 
nie bardzo wiadomo dlaczego - jeden z najwyższych wskaźników 

samobójstw w kraju.  Przekazując słuchaczom wiedzę dotyczącą 

pewnych zasad życia,  opieram  się na wielu pańskich książkach.

background image

Nieznajomy  skierował  się już do wyjścia,  gdy zdołałem wymamrotać 

kilka słów podziękowania.  Zatrzymał  się jeszcze w drzwiach i 
odwracając  się ku mnie,  powiedział:

-  Spośród wszystkich pańskich książek najbardziej  cenię Wybór. 

Uśmiechnąłem  się szeroko i  skinąwszy głową,  odparłem:

- Dużo w niej  Oga Mandino.

- Tak też myślałem.  Czy byłby pan  skłonny rozważyć pewną sugestię 

jednego z pańskich wielbicieli,  może nazbyt śmiałego?

- Jasne!

- Otóż, w Wyborze pański bohater porzuca pracę w wielkiej  firmie i 
pisze książkę noszącą wspaniały tytuł,  która później  staje  się 
absolutnym bestsellerem.  Chciałbym,  żeby pan poważnie pomyślał o 
napisaniu książki,  której  tytuł brzmiałby tak samo.  Może zastanowi 
się pan,  czy nie nadać tego tytułu książce,  o której  rozmawiał pan
z Donem.  Mógłby pan wówczas wykorzystać zasady i wskazania,  które 
pański bohater przekazuje ludziom pragnącym przeżyć życie w 
pełniejszy sposób.  Połączyłby je  pan ze wszystkimi innymi 
odwiecznymi zasadami  oraz  sekretami  osiągania sukcesu,  które od 
lat opisuje pan w książkach i przedstawia na odczytach.  Jeśli pan 
tak postąpi,  z pewnością stworzy pan dzieło wyjątkowe,  które 
pomoże milionom ludzi uwolnić  się z więzienia beznadziejnej 
harówki i  nieszczęścia. Niech dzieło to będzie proste,  abyśmy 
mogli jego treść bez trudu zrozumieć,  a potem zastosować w życiu. 
Taka współczesna  "Księga Życia".

Gdy znikł w jasnych promieniach  słońca Arizony,  z pewnością 
myślami byłem już daleko od fotela fryzjerskiego.  Nie mogłem  się 
doczekać,  kiedy Don  skończy  strzyżenie i przycinanie.  Jestem 
przekonany,  że gdy pędziłem wzdłuż  Scottsdale Road,  kilkakrotnie 
przekroczyłem dozwoloną prędkość.  Gnałem do domu,  aby 
zatelefonować do mojego redaktora z wydawnictwa Bantam Books, 

Michelle Rapkin.

- Kolejny tytuł?  -  spytała na powitanie.

- Otóż to,  droga pani.  Teraz jestem  ju ż gotów rozpocząć pracę.

- No,  słucham uważnie - rzekła z ożywieniem.

- Zamierzam zapożyczyć fikcyjny tytuł,  który został nadany 
fikcyjnej  książce przez fikcyjnego bohatera, wymyślonego przez Oga 

Mandino...

background image

-...  który z kolei wcale nie jest postacią fikcyjną!  - wykrzyknęła 

Michelle.

Wziąłem głęboki  oddech.

- M oja książka będzie mieć tytuł  Sposób  na lepsze życie.

Michelle zatelefonowała do mnie jeszcze tego samego dnia,  późnym 

popołudniem.  Dyrekcja wydawnictwa Bantam Books jednogłośnie 

zaakceptowała mój  pomysł!

A ów nieznajomy,  który zagadnął mnie w zakładzie fryzjerskim, 
podsuwając mi tytuł książki,  którą trzymasz teraz w dłoniach - czy 

to zrządzenie losu,  zbieg okoliczności, łut szczęścia...?

Pójdźmy dalej.  Każdego roku wydawane jest około pięćdziesięciu 
pięciu tysięcy książek,  a w księgarni, w której  kupiłeś  Sposób  na 
lepsze życie,  mogły  się znajdować tysiące różnych tytułów,  zarówno 
w twardej, jak  i w miękkiej  oprawie.  Mimo to,  spośród wszystkich 
pozycji  które mógłbyś teraz czytać, wybrałeś właśnie tę książkę.

Zrządzenie losu,  zbieg okoliczności, łut szczęścia...? Nie sądzę.
Jestem przekonany,  że wielokrotnie w ciągu naszego życia Bóg rzuca 
nam przeróżne wyzwania:  wspaniałe szanse,  pozornie niemożliwe do 
pokonania przeszkody albo  straszliwe tragedie.  A działanie,  które 
podejmujemy w tych okolicznościach - lub  którego  nie zdołamy 
podjąć - decyduje o kształcie naszej  przyszłości.  Tak jakbyśmy 
rozgrywali  osobliwą partię szachów z niebiosami...  Z 
przeznaczeniem,  którego nigdy nie będziemy pewni.

Czy moje  spotkanie z tym mężczyzną to tylko przypadek? Nie wierzę. 

Jak napisał przed laty mądry angielski poeta,  Samuel  Taylor 

Coleridge:  "Przypadek to tylko pseudonim,  nadawany przez Boga tym 
szczególnym zdarzeniom,  do których on  sam  nie chce  się otwarcie 

przyznać".

Ty i ja,  zetknęliśmy  się z jakiegoś wyjątkowego powodu. 

Wykorzystajmy to  spotkanie jak najlepiej.

Rozdział drugi

Skoro ustaliliśmy,  że przez pewien czas będziemy razem,  proponuję, 

aby miejscem naszych  spotkań był mój  gabinet.  Moje dzieciaki 

nazywają ten pokój  "fabryką słów taty".  Usiądę przy biurku, tu,

background image

gdzie zawsze siedzę,  gdy jestem w gabinecie.  W czasie swoich wizyt 

będziesz mógł  się odprężyć w starym fotelu,  stojącym naprzeciwko 
biurka.

Głównie ja  będę mówił.  Ty słuchaj.  Zgoda?

Czy pamiętasz  słowa napomnienia,  które Henry David Thoreau 

wypowiedział we wspaniałym klasycznym  dziele Walden? Napisał,  że 

jeśli  stworzone przez nas zamki znajdują się w  powietrzu,  nie 

oznacza to,  że nasza praca poszła na marne;  przecież właśnie tam 

jest ich właściwe miejsce.  Potem jednak zalecił, byśmy zaczęli 

budować pod nimi fundamenty.

Udostępnię ci wspaniałe narzędzia,  które będziesz mógł wykorzystać 

nie tylko do wzniesienia zamków,  ale również do zbudowania pod 
nimi niewzruszonych fundamentów.  Już wkrótce dowiesz  się, jak 
zamienić  swe marzenia w  rzeczywistość.  Lecz...  musisz  słuchać z 
otwartym umysłem i  sercem.  A potem przygotuj  się do działania. 

Wszystkie  "sekrety"  powodzenia niewiele znaczą,  dopóki  nie 
wprowadzi  się ich w życie.  O naszej  wartości  stanowią czyny,  a nie 

intencje,  choćby najbardziej  szlachetne.

Gdy przed laty jeździłem po kraju,  promując jed n ą z moich książek, 

wziąłem udział w pewnym programie telewizyjnym.  Zdarzyło się to w 
Houston.  Gdy już usadowiłem  się wygodnie na scenie,  a oklaski 

publiczności umilkły,  Steve Edwards,  prowadzący program, wzniósł 
dłoń, w której  trzymał m oją najnowszą książkę,  i zapytał:

- Og,  co twoja nowa książka może zrobić dla poprawy mojego życia?

Pytanie było słuszne. Niemniej  szczerość  Stevea zupełnie zbiła 

mnie z tropu.  Choć wcześniej  wielokrotnie w wielu miejscach 

występowałem w telewizji,  nigdy nikt nie zaskoczył mnie podobnym 

pytaniem.  Zawahałem  się przez chwilę,  po czym zebrałem myśli  i 
odparłem:

- Myślę,  że niewiele,  Steve.  W końcu tworzy j ą  jedynie masa 
celulozowa,  farba drukarska,  klej  i włókno.  Jeśli więc zabierzesz 

tę książkę dziś wieczór do domu,  przeczytasz od deski  do deski,  a 

jutro rano obudzisz  się,  oczekując cudownych zmian w swoim życiu, 

stracisz jedynie czas i  pieniądze.

Steve uśmiechnął  się szeroko,  po czym usadowił  się wygodniej  w 

fotelu, jakby się domyślał, jaki będzie ciąg dalszy. Natychmiast 
zacząłem wyjaśniać  Steveowi i widzom, jakie trzy warunki  należy 

spełnić, by móc w pełni wykorzystać wartości tkwiące w  książkach 

motywacyjnych.

Przede wszystkim trzeba uznać,  że niektóre dziedziny naszego 

życia,  na przykład kariera zawodowa,  pożycie małżeńskie,

background image

wytyczanie celów,  sprawy finansowe,  poczucie własnej  wartości, 

przeżywanie  szczęścia czy wychowywanie dzieci, wymagają zmian  na 
lepsze.  To nie jest chyba trudne? Nikt z nas nie posiadł boskiej 
doskonałości.  I choć możemy  oszukiwać innych,  nigdy  nie zdołamy 

ukryć prawdy przed  samym  sobą.  Wiemy,  w czym tkw ią nasze braki.

Teraz,  po dokonaniu osobliwego remanentu  niedoskonałości twojego 

życia, uzyskałeś ten stan umysłu,  który umożliwi  ci w pełni 
wykorzystać wartości tkwiące w książkach, jakie czytasz, bez 
względu na to,  czy napisał je  Peale,  Gibran, Maltz, Hill,  Stone... 

czy też Mandino.  Pytasz, jak  to osiągnąć?  Odpowiedź brzmi: 

przyjmij  do wiadomości,  że autor może chce się z tobą podzielić 

czymś cennym,  czymś,  co poznawał w ciągu wielu lat badań, 
doświadczeń i  obserwacji. Nie podważy chyba autorytetu twego 
doradcy fakt,  że za referencje  służy mu zadowolenie milionów 
czytelników jego książek.

Jeszcze jeden warunek.  Zaciśnij  zęby, jeśli będzie to konieczne,  i 
przyznaj  się przed  samym  sobą,  że droga,  którą szedłeś w 
poszukiwaniu szczęścia, powodzenia, bogactwa,  spokoju umysłu czy 
innych wartości  i  dóbr,  zdaje  się wieść do  nikąd,  podczas gdy 

strony w księdze twego życia przewracają się coraz  szybciej.  Jeśli 

jesteś  skłonny przyznać,  że taki  obraz twojej  egzystencji 

odpowiada prawdzie, jeśli twój  sposób  na życie okazał  się 

nieskuteczny,  zadaj  sobie pewne pytanie.  Co masz do  stracenia, 

jeśli zdecydujesz się  stosować zasady oraz rady pochodzące od Oga, 

dzięki któremu być może odkryjesz  skuteczniejszy  sposób  na lepsze 

życie dla siebie i  swoich bliskich?

Chcę,  abyś się szczerze do czegoś zobowiązał,  abyś mi  z całego 
serca obiecał,  że będziesz pracował według zasad,  którymi  się z 

tobą podzielę.  Tylko bez nieszczerych obietnic...  bez fałszywej 

dumy.  Pamiętaj,  że żaden  samotnik nie odniesie sukcesu.  Wszyscy 

potrzebujemy pomocy, by móc  się rozwijać,  osiągać  swe cele czy 
podnieść się,  gdy przygniecie  nas  nieszczęście.  Nigdzie, 

absolutnie  nigdzie  nie znajdziesz człowieka,  który wzniósł  się  na 

wyżyny o własnych  siłach.  Proszę więc,  pozwól, bym ci pomógł.

Jesteś pewnie zbyt młody,  by pamiętać Lillian Roth,  która przed 
kilkudziesięciu laty była wielką gwiazdą estrady.  W pewnym jednak 
momencie zaczęła  niszczyć  swoją karierę,  coraz bardziej  pogrążając 

się w odmętach alkoholu.  Szereg lat po jej  tragicznym upadku 

wstrząsająca historia walki Roth z  nałogiem została przedstawiona 
w przejmującej  książce i  filmie pod tytułem Jutro będę płakać.  W 
rozmowach z dziennikarzami Lillian wielokrotnie wyznawała,  że była 
zupełnie bezsilna wobec  swego problemu,  do czasu gdy zdołała 
wreszcie wyszeptać dwa słowa:  "Potrzebuję pomocy.

Wszyscy potrzebujemy pomocy!  Żaden samotnik nie zdoła odnieść 
zwycięstwa.  W swoich odczytach często przedstawiam  słuchaczom po

background image

części  apokryficzną,  ale zarazem wzruszającą historię Alberta i 

Albrechta Durerów,  którą mi  przed laty opowiedział mój  świętej 

pamięci przyjaciel i mentor,  Louis Binstock, wielebny rabin z 
chicagowskiej  świątyni  Shalom.

W piętnastym wieku, w małej  wiosce nie opodal Norymbergii 

mieszkała rodzina licząca osiemnaścioro dzieci.

Osiemnaścioro!  Aby na stole zawsze było jadło dla tej  gromady, 
ojciec,  głowa rodziny,  z zawodu złotnik,  prawie przez osiemnaście 

godzin dziennie siedział nad  swoją robotą oraz wykonywał przeróżne 

dodatkowe prace,  które udawało mu się znaleźć w okolicy.  Mimo tej 

pozornie beznadziejnej  sytuacji  dwóch synów starego Albrechta 
Durera pielęgnowało w sercach pewne marzenia.  Obaj  chłopcy 
pragnęli  rozwijać swój  talent artystyczny,  ale doskonale zdawali 

sobie sprawę,  że ojca nigdy nie będzie  stać na wysłanie ich na 
studia do Norymbergii.

Po wielu długich dyskusjach,  które prowadzili  nocami,  stłoczeni na 

swych posłaniach,  ci  dwaj  chłopcy postanowili w końcu zawrzeć 

pewną umowę.  B ędą rzucać monetą.  Ten,  który przegra,  podejmie 
pracę w pobliskiej  kopalni  i będzie finansowo wspierał brata, 

studiującego w akademii.  Zwycięzca zaś,  po ukończeniu 
czteroletnich  studiów,  odwdzięczy  się bratu za pomoc,  przekazując 

mu pieniądze uzyskane ze sprzedaży swoich dzieł lub, jeśli  zajdzie 
potrzeba,  również zacznie pracować w kopalni.

Rzucali monetę w niedzielny ranek,  po wyjściu z kościoła.  Albrecht 
Durer wygrał i udał  się do Norymbergi.  Albert podjął niebezpieczną 
pracę w kopalni  i przez kolejne cztery lata wspierał finansowo 
brata,  którego dzieła niemal  od razu wzbudziły sensację.
Kwasoryty,  płaskorzeźby,  a także obrazy olejne Albrechta były 
znacznie lepsze od dzieł tworzonych przez większość jego 
profesorów i w miarę upływu studiów uzyskiwał  coraz większe sumy 
ze sprzedaży  swoich prac.

Kiedy młody artysta powrócił  do swej  wioski,  rodzina Durerów 
uczciła triumfalny przyjazd Albrechta do domu uroczystym obiadem, 

spożywanym pod gołym niebem.  Gdy ta długa,  pamiętna biesiada, 

której  towarzyszyła muzyka,  gwar i  śmiech,  dobiegła wreszcie 
końca,  Albrecht podniósł  się z honorowego miejsca przy stole,  aby 
wznieść toast za zdrowie ukochanego brata i podziękować mu za lata 
poświęcenia.  Dzięki niemu przecież mógł zrealizować swoje ambitne 
plany.  Zakończył przemowę  słowami:  "Mój  umiłowany bracie, twoja 
kolej.  Możesz pojechać do Norymbergi  i  spełnić swoje marzenie. 

Teraz ja  zaopiekuję się tobą".

Twarze wszystkich obecnych zwróciły  się w stronę odległego końca 
stołu,  gdzie  siedział Albert.  Zapanowało pełne napięcia 
oczekiwanie.  Po bladej  twarzy Alberta spływały łzy.  Potrząsał

background image

opuszczoną głową i łkając,  powtarzał tylko:  "Nie...  nie... 

nie...".

W końcu wstał,  otarł łzy i  spojrzał na ukochane twarze bliskich, 

siedzących przy długim  stole,  po czym podniósł dłonie i  powiedział 
cicho:  "Nie, bracie. Nie pojadę do Norymbergi.  Dla mnie jest już 

za późno.  Przyjrzyj  się...  Zobacz,  co cztery lata spędzone w 
kopalni uczyniły moim  dłoniom.  Kości każdego palca były 
przynajmniej  raz zmiażdżone.  Od pewnego czasu tak bardzo dokucza 
mi  zapalenie stawów prawej  ręki,  że nawet nie mogę unieść 
kielicha,  aby odpowiedzieć na twój  toast.  Jak można nanosić 

subtelne linie na pergamin czy płótno,  trzymając w takich dłoniach 

piórko albo pędzel. Nie,  bracie...  dla mnie jest już za późno".

Minęło ponad 450 lat.  Obecnie  setki  mistrzowskich portretów pędzla 

Albrechta Durera,  szkice wykonane piórkiem lub  srebrnym  szpicem, 
akwarele,  rysunki węglem,  drzeworyty oraz miedzioryty znajdują się 

w każdym wielkim muzeum  świata.  Jednakże istnieje wielkie 

prawdopodobieństwo,  że tobie,  podobnie jak większości ludzi,  znane 

jest tylko jedno dzieło Albrechta Durera.  Być może w twoim domu 

lub biurze wisi  na ścianie reprodukcja tego obrazu.

Pewnego dnia,  chcąc złożyć hołd Albertowi za wszystko,  co brat 
wycierpiał,  Albrecht Durer z wielką starannością wykonał rysunek 

jego okaleczonych,  złożonych dłoni,  skierowanych ku niebu.  Swoje 

wspaniałe dzieło nazwał po prostu Ręce.  Cały świat przyjął to 

arcydzieło z otwartym  sercem i przemianował ten wyraz najgłębszej 
miłości na modlące się dłonie.

Gdy następnym razem natrafisz na kopię tego wzruszającego dzieła, 
przyjrzyj  mu  się dokładnie. Niech zawsze ci przypomina, jeśli 

wciąż będziesz tego potrzebował,  że nikt nigdy nie odnosi 

zwycięstw samotnie.

I ty,  rzecz jasna,  nie musisz próbować osiągnąć  sukcesu sam. 
Obojętnie,  czy twoja wiara jest wielka,  czy też znikoma,  zawsze 
pozostanie ci para modlących  się dłoni.  Ilekroć  sprawy przybiorą 
zły obrót,  musisz jedynie złożyć ręce,  wznieść oczy w górę i 
powiedzieć:  "Potrzebuję pomocy".  Osobiście zrobiłem tak w życiu co 
najmniej  tysiąc razy.  A rezultaty?  Możesz być zaskoczony,  gdy się 
przekonasz, jak  szybko nadchodzi pomoc, jeśli  o nią prosisz.

Rozdział trzeci

background image

A teraz,  zanim  spoczniesz wygodnie w tym  starym fotelu,  pozwól, 

bym  szybko oprowadził  cię po pokoju, w którym  spędzam tak wiele 

czasu.  Chcę,  abyś  się czuł w moim towarzystwie zupełnie swobodnie, 
a sądzę,  że najłatwiej  osiągniesz ten nastrój, jeśli zaproszę cię 
na przechadzkę wśród licznych książek,  pamiątek,  fotografii  oraz 
innych przedmiotów stanowiących cząstkę mojej  przeszłości.  Jest 
ich tu bardzo wiele.  Mam nadzieję,  że gdy je  zobaczysz oraz ich 
dotkniesz,  zaczniesz traktować mnie jak  swego  starego, wiernego 
przyjaciela.  Łatwiej  ci wtedy będzie przyjąć moje myśli  i poglądy.

Uważaj,  gdzie  stąpasz.  Oto sterty nowych książek,  które zamierzam 

przeczytać w ciągu kilku najbliższych miesięcy,  a tuż obok,  na 
dywanie,  leży kilka maszynopisów,  które przysłali  mi  autorzy, 
zarówno przyjaciele, jak  i  obcy ludzie,  z prośbą o recenzje. Nie 

wyobrażam  sobie,  że bym mógł im  odmówić.  Jeśli  się zapomnę,  mogę 

po całych dniach  ślęczeć nad tymi maszynopisami,  pisząc pochlebne 
opinie na okładki  książek.

Widzisz plik odbitek szczotkowych na wierzchu tej  sterty?
Przysłano mi je  ostatnio.  To korekta książki  pod tytułem 
Bezstronny  sąd,  napisanej  przez mego starego przyjaciela Jima 

Tunneya,  sędziego Narodowej  Ligi Futbolu.  Właśnie wysłałem wydawcy 
moją recenzję. Niewielu ludziom, w tym nawet bliskim przyjaciołom, 
pozwalam wejść do mego gabinetu.  Tak, ty jesteś kimś wyjątkowym. 

Przed kilku laty jednak,  podczas jakiegoś przyjęcia,  tuż obok 

miejsca, w którym  się teraz znajdujesz,  stanął Jim, z dziwnym 

wyrazem twarzy wpatrując się w moje biurko i  maszynę do pisania. 
Zakłopotany,  zapytałem wreszcie:

- Jim,  czy coś  się  stało?

Człowiek,  który jako jedyny w historii trzykrotnie  sędziował na 
mistrzostwach  Super Bowl,  kiedy to presja odpowiedzialności i 
napięcie psychiczne sięgają zenitu,  kręcił teraz przecząco głową i 

uśmiechał  się nieśmiało.

- Wszystko w porządku,  Og - odparł cicho,  niemalże szeptem.  - Gdy 
stoję w tym niezwykłym pokoju,  gdzie rodzą się wszystkie wspaniałe 
postacie z twych książek,  czuję, jak ogarniają mnie potężne 

wibracje.  Tak!  Pewnego dnia...  pewnego dnia i ja  napiszę książkę!

Jim nigdy nie porzucił  swego marzenia.  Minęło trochę czasu,  aż 

wreszcie nastał dzień,  o którym wtedy mówił  - oto korekta książki, 

która z pewnością stanie  się bestsellerem.

Jak widzisz,  ściany,  żaluzje,  zasłony,  dywan oraz tapicerka w tym 
pokoju,  mieszczącym  się w południowo-zachodnim narożniku domu, 
mają barwę brązową, brunatną i  czarną.  Kiedy moja żona Bette, 
pomagała mi  dobrać odpowiednie kolory,  powiedziała,  że nie ma 
znaczenia,  co wybierzemy do tego pokoju.  Dobrze wiedziała,  że

background image

wkrótce każdy  skrawek wolnej  powierzchni zajm ą przeróżne pamiątki. 

Jak widzisz,  miała rację.

Mój  tak zwany  "gabinet",  o wymiarach  12 na  19  stóp,  znajduje  się 
tuż obok kuchni i  spiżarni.  Ilekroć zaczynam odczuwać ciasnotę, 

przypominam  sobie,  że cała powierzchnia domu,  który mój  ulubiony 
autor,  Thoreau, wybudował  sobie nie opodal Walden Pond, wynosiła 

10 na  15  stóp.  Mimo to Thoreau nigdy się nie  skarżył na brak 

przestrzeni.

Ściana po lewej  stronie od drzwi to miejsce,  gdzie znajduje upust 

moja słabość do chwalenia się.  Jako że nawet sprzątaczka trzyma 

się z dala od tego pokoju (na własne życzenie),  moja chełpliwość, 

widoczna tutaj,  nie wzbudza we mnie zażenowania.  Przeciwnie,  cały 
ten zbiór napawa mnie wielką dumą.  Oto Złoty Medal Napoleona 
Hilla,  przyznany mi w  1983  roku za osiągnięcia literackie.  Obok 
wisi piękna tabliczka pamiątkowa,  ofiarowana mi w rok później, 
kiedy to jako trzynasta z kolei  osoba wszedłem do grona mówców z 
International  Speakers Hall  o f Fame.  Dalej  widzisz duży obraz 
wykonany przez Bette techniką kolażu.  Tworzy go ponad czterdzieści 
rodzinnych fotografii,  połączonych tak, by powstała zachwycająca 
mozaika minionych lat.  Dzieło to wisiało w moim biurze w Chicago, 
kiedy kierowałem pismem  "Absolutny  Sukces".

Przenieś wzrok dalej,  a z pewnością rozpoznasz większość postaci 
na oprawionych w ramki  zdjęciach, Na każdej  fotografii znajduje 

się autograf z dedykacją dla mnie;  Jimmy  Stewart, Norman Vincent 

Peale, Michael Jackson,  Joey Bishop, Frank Gifford, Rudy Vallee,
Art Linkletter,  Chuck Percy, Robert Cummings, Harland  Sanders, Ed 

Sullivan, W.  Clement  Stone oraz Napoleon Hill. Niezły zbiór, 

prawda?

Tę okładkę wydania  "Saturday Evening Post"  z  1919 roku,  która 

przedstawia golfistę,  opuszczającego pole gry z kijami  na 
ramieniu,  dostałem od mojego najstarszego syna,  Dany.  Później 
znajdują się oprawione certyfikaty,  świadczące o mojej  obecności w 
W hos Who in America oraz W hos Who in the World, jak  również o 

członkostwie w Stowarzyszeniu Zdumiewających Ludzi,  o włączeniu 

moich danych do katalogów Biblioteki Zasobów Ludzkich przy 

Stowarzyszeniu Badań Tradycji  Amerykańskiej  oraz o przyznaniu mi 

przez Radę Narodowego  Stowarzyszenia Mówców nagrody Award of 
Excellence,  najwyższego wyróżnienia przyznawanego przez tę 

organizację za zasługi na polu retoryki.

Jednakże spośród nagród i wyróżnień wiszących na tej  ścianie 
najważniejszy i najdroższy dla mnie jest oprawiony rysunek z 

dołączonym listem wykonany przez mojego młodszego syna Matta, 

przed piętnastu laty,  gdy był w drugiej  klasie, w ramach zadania 

domowego.  Jak widzisz, widnieją tu  słowa:  MÓJ TATA,  napisane 

wielkimi  literami na szarym kartonie,  a poniżej  znajduje  się

background image

rysunek przedstawiający mężczyznę w czapce do baseballu,  z wielką 
rękawicą oraz kijem baseballowym u nogi.  Mężczyzna umieszczony 

jest na piedestale z napisem:  Nagroda dla Najwspanialszego Ojca 

przyznana panu Mandino przez jego syna. Po prawej  stronie znajduje 

się list następującej  treści:

Napisane przez Matta Mandino

Najwspanialszy ojciec

Nagrodę tę otrzymuje on za to,  że bawił  się ze m ną piłką,  kiedy 

mój  brat nie chciał.  Jest w całkiem niezłej  formie jak  na 
pięćdziesięciolatka. Kiedyś przeszedł przez płot wysokości  sześciu 

stóp,  żeby zagrać ze m ną na boisku w baseball.  Ściągnął też z 
dachu piłkę baseballową.  Pewnego razu próbowałem puścić mój 

latawiec wysoko w powietrze,  ale nie dałem rady.  Kiedy on 
przyszedł  do domu,  puścił latawiec tak wysoko,  że aż  sznurek 
zaplątał  się na drucie telefonicznym.  Moim zdaniem mój  tata jest 
najwspanialszy.

Matt

Między rysunkiem a listem przyklejona jest wstęga z  napisem: 

Nagroda za celujące wyniki w nauce,  którą M att otrzymał od swego 

nauczyciela.  Kiedy chłopiec przyniósł j ą  do domu i pokazał mi, 
poczułem,  że rozpiera mnie duma.  Uścisnąłem go i  chyba nawet łzy 
pojawiły mi  się w oczach.  Matt był poruszony m oją reakcją.

Na  niskiej  biblioteczce,  stojącej  pod tymi wszystkimi zdjęciami i 

nagrodami, tkwi ponad trzydzieści lat życia, uwięzionych w 

pudełkach pełnych fotografii,  slajdów i  albumów.  Jest tam także 
kilka aparatów fotograficznych. Na podłodze leży jeszcze jedna 

sterta - to oprawione dyplomy uznania oraz listy pochwalne, jakie 
otrzymałem od różnych organizacji,  z którymi  się zetknąłem.  Jak 

widzisz,  na żadnej  ścianie  nie ma już  dla nich miejsca,  ale jakoś 
trudno mi je  stąd usunąć.

Ta biblioteczka z trzema półkami,  która stoi  niemal w rogu pokoju, 

wypełniona jest książkami  opisującymi życie Jezusa.  Pozycje te 

stanowią jedynie  skąpą część wszystkich dzieł, jakie przeczytałem 

w ciągu dziesięciu lat poszukiwań,  których ostatecznym 
uwieńczeniem  stała się moja książka The Christ Commission.  Spośród

background image

wszystkich książek,  które napisałem, ta wymagała najwięcej  pracy.
Zawsze będę czuł wdzięczność dla United Press International za 

słowa pochwały:  "Niezwykle  świeże i  oryginalne  spojrzenie na ducha 
chrześcijaństwa, jedna z najlepszych książek o podobnej  tematyce 

napisanych w ciągu wielu lat".

Te dwie  szafki  na dokumenty,  które stoją w rogu zawierały kiedyś 

między innymi maszynopisy wszystkich moich książek.  Wreszcie 

jednak zrobiłem porządek i wyniosłem je  na strych. Na długim, 

niskim  stole przy oknie,  na południowej  ścianie  stoi teraz 
kartonowe pudło,  które wkrótce trafi  do garażu.  Zawiera ono 

wycinki  z gazet oraz artykuły o mnie,  a poza tym globus,  który tak 
wspaniale wygląda,  kiedy  się go podświetla;  dwa małe pejzaże 
namalowane techniką olejną,  prezent od przyjaciół;  nie otwarta 

jeszcze płyta długogrająca I Can Hear It Now/The  Sixties,  gdzie 

narratorem jest W alter Cronkite;  kilka powiększonych fotografii, 
które przedstawiają M atta i jego tatę na polu golfowym;  kolorowe 
zdjęcie mojego brata,  Silvio, w mundurze,  z dedykacją:  Dla Oga, 
mojego ulubionego dowódcy;  duże wydanie Biblii  oraz kilka kaset 
magnetofonowych nadesłanych przez moich  kolegów,  mówców,  do oceny.

N a ścianie obok okna, wisi  fotografia z  1943  roku przedstawiająca 

mnie i m oją załogę B-24,  przed rozpoczęciem ciężkiej  próby ognia, 
na którą złożyło  się trzydzieści  lotów bojowych nad Niemcami; 

dyplom  awansu na porucznika; trójwymiarowa reprodukcja Modlących 
się dłoni;  srebrna rzeźba w kształcie zwoju pergaminu,  którą 

wypadałoby wyczyścić,  z dedykacją od członków  Sales and Executive 

Club  o f Guadalajara;  fotografia z oryginalnym podpisem Charlesa 

Lindbergha,  mojego pierwszego idola,  pozującego obok swego 

samolotu,  "The  Spirit o f St.  Louis";  oraz oprawiony pergamin z 

wykaligrafowanym tekstem Modlitwy kupca,  pochodzącym z mojej 
książki Największy kupiec  świata.

Nie,  przy pisaniu nie korzystam z komputera.  Na maszynie do 

pisania firmy IBM,  rocznik  1965,  która stoi na biurku,  napisałem 
wszystkie moje trzynaście książek,  chociaż pierwszy szkic 

Największego kupca świata w  1966 roku wykonałem na przenośnej 

Olivetti,  którą mam nadal.  Później  dopiero udało nam  się 

zaoszczędzić dość pieniędzy,  aby zakupić tę używaną maszynę do 
pisania Selectric.

N a moim biurku leży nie oprawiona reprodukcja obrazu Jezusa pędzla 

Ralpha Palleta Colemana.  Jest to podarunek,  który przed piętnastu 
laty otrzymałem od kapelana ze szpitala  Scottsdale Memorial 
Hospital.  Zwróć uwagę na szczególne ujęcie postaci  Jezusa,  który 
wspiera ramiona na stole,  składając przy tym  dłonie, jakby 
klaskał;  niczym prezes zarządu podczas narady,  przywołujący 
zebranych do porządku.  Piszę nocami,  często zaczynam o dwudziestej 

drugiej,  a kończę o  świcie.  Od lat,  gdy kończę pracę,  przykładam 
delikatnie dłoń do twarzy Jezusa i  mówię szeptem  "Dobranoc,

background image

Szefie".  Zaraz potem gaszę  światło.

Nad biurkiem wisi też rząd przymocowanych do  ściany taśm ą klejącą 

fotografii Matta i Dany,  gdy jako młodzi  chłopcy mocują się przed 
obiektywem; jest tu też zdjęcie polaroidowe przedstawiające Danę, 

jego uroczą żonę,  Carole,  oraz ich dwoje dzieci, Danielle i Ryana, 

za którymi przepadam.  Jest tutaj  także cudownie wygrawerowana, 
kolorowa imitacja meksykańskiego peso,  którego nominał  stanowi 
dziś jed n ą sto dwa tysiące pięćsetną część dolara;  dalej  list z 
podziękowaniem dla mamy i taty,  od Matta,  kiedy to opuścił dom i 
przeniósł  się do akademika przy Arizona  State University;  oraz 
krótki  list napisany przez Bette,  który pewnego ranka zauważyłem 
oparty o maszynę do pisania,  mając za sobą kilka dni  i nocy 

uporczywej, wytężonej,  a mimo to jałowej  pracy nad jedną z moich 

książek.  Oczywiście,  że możesz go przeczytać.  Uzgodniłem to 

wcześniej  z Bette.

18  stycznia  1980 roku

Cześć!

Kocham  cię!

Nie poddawaj  się zniechęceniu.  Wczoraj  "On"  na swój  sposób  dawał 

ci  do zrozumienia,  że chce,  abyś  spróbował to zrobić inaczej.

Uspokój  się.  On zaopatrzy Cię w  mapę z bardzo wyraźnie zaznaczoną 

trasą. Nie jesteś Jego jedynym problemem.

Zachowaj  wiarę...  a On wkrótce do Ciebie powróci.

Nigdy dotąd nas nie zawiódł...  nie zaczynaj  więc teraz w Niego 
wątpić.

Życzę Ci wspaniałego dnia.

Twoja Betsie

Mając takie wsparcie,  trudno jest ponieść porażkę.

Tak, wiem, w koszu z napisem  "korespondencja"  stojącym przy lewym 
rogu mego biurka,  leży  sterta listów.  Tak jest zawsze.  Tygodniowo 
otrzymuję ponad sto listów od ludzi,  którzy przeczytali którąś z 
moich książek. Na każdy odpisuję  sam,  choćby kilka krótkich zdań

background image

podziękowania za miłe  słowa.  Zawsze byłem zdania,  że jeśli ktoś 
zadaje  sobie trud,  aby wysłać do mnie list,  zasługuje na odpowiedź 
napisaną osobiście przeze mnie. Nie zlecam więc tego zadania 

sekretarce ani nie używam powielonych formułek.  Listy,  które 
otrzymuję,  niezmiennie sprawiają mi wiele radości,  a często 

wzruszają mnie do łez;  czasem ludzie, umiłowani przez Boga, 
wyznają, jak nisko upadli,  zanim jedna z moich książek pojawiła 

się w ich życiu i  pomogła im  odmienić los.  Zachowuję każdy cenny 

list.  Jest ich pełno w kartonowych pudełkach, w garażu.  Całe 
mnóstwo.

Na biurku leżą również materiały informacyjne o moich kolejnych 

odczytach...  w Nowym Jorku,  Seattle, Bostonie,  Meksyku,  Toronto, 

Dallas.  Ograniczam  się do dwóch odczytów w ciągu miesiąca oraz 

próbuję dostarczać mojemu wydawcy now ą książkę co dwa lata.  Resztę 
czasu dosłownie...  poświęcam na wąchanie róż...  Pokażę ci je 
później,  za domem rośnie ich bardzo dużo.

Tuż przede mną,  na biurku,  stoi  sepiowa odbitka fotografii  ślubnej 
moich ukochanych rodziców.  Jest tu też wysoka na jedną stopę, 
ceramiczna statuetka przedstawiająca chłopca w stroju 

baseballowym,  z napisem:  CHICKS na piersi.  W ykonała ją  Bette. 

"Chicks"a to nazwa pierwszego zespołu,  z którym Matt występował w 

Małej  Lidze.  Obok zauważyć możesz duży kalendarz, Rolodex,  na 

którym zaznaczyłem  daty umówionych  spotkań,  a także terminy 

wykładów,  niektóre już na przyszły rok.  Leży też tutaj  kilka 
bloczków papieru do pisania,  lista spraw wymagających 
bezzwłocznego załatwienia,  mnóstwo  szpargałów z mojej:  kartoteki, 
telefon z aparatem zgłoszeniowym marki  Cobra oraz dwa zdjęcia;  na 

jednym z nich Dana prowadzi trening piłki nożnej  z młodzikami,  na 

drugim zaś M att ćwiczy ze  swoimi  podopiecznymi,  przygotowującymi 
się do występu w mistrzostwach Małej  Ligi w  1987 roku.

Obok mojej  maszyny do pisania stoi mały magnetofon i leży plik 
papieru maszynowego.  Zużywam ponad cztery tysiące arkuszy,  zanim 

ukończę książkę - mój  kosz na śmieci  opróżniam wielokrotnie.  W 

zasięgu ręki mam także  słowniki:  Websters New Collegiate 

Dictionary oraz Rogets Thesaurus.  Kiedy piszę,  ścianę zachodnią 

mam za plecami.  Pod jedynym  oknem,  które  się na niej  znajduje, 

stoi jeszcze jedna biblioteczka wypełniona książkami,  do których 
często zaglądam w trakcie pisania.  Znajdziesz wśród nich A Manual 
o f Style, wydany przez University o f Chicago,  Great Treasury of 

W estern Thought Adlera i Van Dorena,  The New Dictionary of 

Thoughts,  The Elements o f Style pióra  Strunka i W hitea oraz The 
Timetables o f History. N a podłodze leży kilka książek 

telefonicznych i  moje dwie teczki.  Gdy pracuję nad nową książką, 

gdziekolwiek jadę,  zawsze towarzyszy mi ta większa.

W rogu,  po mojej  lewej  stronie,  stoi  stary,  nadmiernie wypchany 

fotel,  który przez wiele lat bywał zajęty,  gdy ja  siedziałem nad

background image

maszyną do pisania.  Miejsce to zajmował wówczas  Slippers,  mój 

ukochany baset,  któremu zadedykowałem książkę Powrót Hafida.

Wciąż bardzo mi go brakuje,  mimo że od jego śmierci minęły prawie 

dwa lata.  Tak, ta stara kość,  którą widzisz na fotelu,  należała do 
niego.

Całą północną ścianę zakrywa biblioteczka z pięcioma rzędami 
książek.  Ich tematyka obejmuje wszystko,  co możliwe;  od religii  po 
zagadnienia motywacji,  od problematyki  dotyczącej  inwestowania po 
sprawy zdrowia psychicznego. Na szczycie biblioteczki znajduje się 
istne składowisko przedmiotów,  które wiele dla mnie znaczą. 
Gromadziłem je  przez lata.  Pokażę ci teraz kilka z nich.

Oto egzemplarz pierwszego numeru  "Absolutnego  Sukcesu",  który 
zredagowałem w  1965  roku,  a obok widzisz nie oprawiony obraz 
olejny, wykonany przez więźnia,  który tak właśnie wyobrażał  sobie 

Szymona Pottera,  szmaciarza z mojej  książki Największy cud świata 
.  Ta para maleńkich trampek należała kiedyś do Dany;  leżące zaś 

obok skórzane  sandałki  nosił Matt,  gdy miał  cztery lata.  A oto 
zdjęcie,  które zrobiono mi w pewnej  księgarni w Fairhope, w 
Alabamie;  podpisuję  swoje książki,  a w  tym  czasie fryzjer obcina 
mi włosy.  Jest tu też mój  stary paszport, wyblakła odznaka 

bombardiera -  "srebrne  skrzydła",  karta wstępu z  1984 roku na 

osobliwe zawody o nazwie Skins Game,  zorganizowane przez Desert 

Highlands Country Club;  mleczny ząb Matta,  który  "pewna dobra 
wróżka"  zamieniła na ćwierćdolarówkę;  odznaki z niezliczonych 

zjazdów,  na których przemawiałem;  odpiłowany uchwyt kija 

baseballowego Małej  Ligi;  kolorowe zdjęcie uroczego parku w 

Guatemala City,  gdzie kilka lat temu przemawiałem do niezliczonych 

tłumów;  pełen uczucia list od młodej  wielbicielki  mojej 
twórczości,  która zmarła na białaczkę;  zaproszenie na przyjęcie z 

okazji  osiemdziesiątych urodzin W.  Clementa  Stonea;  fotografia 
przedstawiająca piękną zakonnicę kochającą świat,  siostrę Marię 

Bernardo, jak obejmuje mnie w księgarni w Manili,  gdzie 

podpisywałem moje książki;  kilka małych wydań Biblii;  plastikowe 
pelargonie, wciąż przysyłane mi przez czytelników wzruszonych 
książką Największy cud świata; tablica rejestracyjna z Michigan, 
na której  widnieje napis:  SUKCES;  kartki  z życzeniami  od moich 
chłopców,  podarowane mi  z okazji Dnia Ojca;  plakietka 

upamiętniająca dziesiąty festiwal  Glenna M illera w  Clarinda, w 

stanie Iowa;  proklamacja burmistrza miasta Lima w Ohio 

ustanawiająca 27lipca  1981  roku Dniem Oga Mandino;  stary 

stereoskop;  dwie zużyte taśmy, wyjęte z maszyny do pisania,  na 

której  napisałem moje pierwsze jedenaście książek;  album z 
zasuszonymi kwiatami,  pochodzącymi z Ziemi  Świętej  i z 
fotografiami  mojej  rodziny.  Powyżej  na całej  ścianie,  aż do 

sufitu, w iszą pamiątkowe tabliczki, trofea,  dyplomy uznania, wśród 

których znajduje się nagroda National  Quality za wspaniałe wyniki 

w sprzedaży ubezpieczeń na życie,  pochodząca z (Boże,  dopomóż!)

background image

1954 roku.

Naprzeciwko fotela,  na którym będziesz  siedział,  znajduje  się 

stół,  gdzie leżą sterty książek i kaset wideo oraz  szpule filmów 

Super-8,  na których przez ostatnie dwadzieścia lat rejestruję 

mnóstwo obrazów i które z wolna przystosowuję do systemu wideo. 

Trudno mi jedynie  się przemóc,  aby powycinać z tych filmów nieco 

przydługie fragmenty, jako że zostały tutaj  utrwalone drogie mi 
wspomnienia. Nie chcę, by  skończyły swój  żywot w koszu na śmieci. 
W ygląda na to,  że będziemy mieć pokaźną wideotekę rodzinną. 
Wszystkie te filmy leżą na dużej,  pięknej  szachownicy z polami 
wyrzeźbionymi w drewnie.  Szachownica stanowi blat stołu.  Całą tę 
misterną robotę wykonał Matt,  gdy rozpoczął naukę w szkole 

średniej.  Myślę,  że to dzieło powinno stać w bardziej  godnym 

miejscu niż mój  gabinet.

Po lewej  stronie,  nie opodal  drzwi,  wisi jeszcze kilka 
pamiątkowych medali  oraz oprawione kopie mojego artykułu 
pożegnalnego,  który zamieściłem w "Absolutnym  Sukcesie",  kiedy to 
w  1976 roku, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat,  oświadczyłem,  że 
przechodzę na emeryturę, by po prostu żyć  "bez zbytniego 
przemęczania się. Bardzo zabawne!  Od tamtej  pory wygłosiłem ponad 

czterysta wykładów w czternastu krajach,  napisałem osiem książek i 

kompletnie zużyłem dwa zestawy kijów golfowych.

Widzisz to oprawione zdjęcie polaroidowe obok drzwi? Zajmuje ono 
bardzo  szczególne miejsce na ścianie...  i w moim  sercu.  Przed 
kilku laty otrzymałem list od zrozpaczonej  matki młodego chłopca, 
któremu pozostało wtedy jeszcze kilka miesięcy życia.  Umierał na 
raka mózgu.  Chłopak skończył właśnie czytać książkę Dar gwiazdy 
Akabar,  którą napisałem wraz z Buddym Kayeem,  i zapytał matkę,  czy 
mogłaby mu kupić więcej  egzemplarzy.  Chciał je  podarować  swym 

dwunastu najlepszym kumplom,  "aby zawsze o nim pamiętali". 

Nieszczęśliwa kobieta zapytała więc mnie w liście czy...  gdyby mi 

przysłała te książki,  zechciałbym je  zadedykować dwunastu 
przyjaciołom jej  syna?  A potem,  przed wręczeniem ich kumplom, 

Dougy też by  się podpisał.

Odpowiedziałem  natychmiast.  Potrzebne mi były jedynie imiona 
chłopaków,  o resztę postanowiłem zadbać sam.  Drobny podarunek dla 

niezwykle dzielnego chłopca.

Tym,  którzy nie czytali  książki Dar gwiazdy Akabar,  przytoczę w 
skrócie jej  treść.  Oto młody,  kaleki  chłopak,  mieszkający przed 

laty w Laponii, w czasie długich miesięcy,  kiedy to Ziemię  spowija 
mrok, buduje duży,  czerwony latawiec.  W ypuszcza go wysoko w niebo, 

aby  ściągnąć  na Ziemię gwiazdę,  której  światło rozjaśniłoby mrok 

panujący w jego wiosce.  Odnosi  sukces...  a gwiazda,  o nazwie 
Akabar,  prowadzi z chłopcem rozmowy;  uczy go, jak  należy żyć.  A 
potem,  gdy w iosną na niebie znów pojawia się  słońce,  Akabar wraca

background image

na niebiosa.

Dougy,  świeć,  Boże,  nad jego duszą,  zdołał w cudowny sposób 

przeżyć prawie dwa lata więcej,  niż  się  spodziewano.  I wtedy, 
pewnego dnia otrzymałem list,  którego nadejścia lękałem  się od 
dawna.  Do listu dołączone było właśnie to zdjęcie polaroidowe. 

Widnieje na nim mała płyta nagrobkowa.  Zobacz,  obok niej  wznosi 

się kilka stóp ponad grobem  skręcony ciemny drut.  Do jego końca 

przymocowany jest czerwony latawiec...  Czerwony latawiec 
obejmujący gwiazdę!

I tak dotarliśmy do płóciennego obrazka, wiszącego tuż pod 

wyłącznikiem  światła.  Otrzymałem go przed laty od Bette.  Zapisane 

na nim  słowa wciąż robią na mnie wrażenie:  "Boże,  obdarz mnie 
cierpliwością...  tak bardzo jej  teraz potrzebuję!".

Czy już  się rozgościłeś?

Świetnie.  Usiądź więc,  ściągnij  buty i  oprzyj  się wygodnie.

Spróbuję ci pomóc...

Rozdział czwarty

Spróbuj  teraz wyobrazić  sobie następującą scenę.  Deszczowe,  szare, 

ponure przedpołudnie w odludnej  i niebezpiecznej  dzielnicy 
Cleveland.  Termometr wskazuje niewiele ponad zero stopni.  Po 
opadach  śniegu nastąpiła słota.  Mnóstwo śmieci,  które walają się 
po ulicach i w rynsztokach. Nie kończące się rzędy obskurnych 

barów,  sexshopów oraz  spelunek, w których serwuje  się 

hamburgery...  Ulice  sprawiają wrażenie zupełnie wyludnionych. Nic 

tutaj  nie wskazuje,  że już tylko cztery tygodnie pozostały do 

świąt Bożego Narodzenia.

Nagle jakiś ruch...  Znak życia.  Oparty o pękniętą szybę wystawową 

lombardu, usiłując  schronić  się przed deszczem,  stoi  samotny, 
opuszczony człowiek.  Podarta koszula z drelichu nie zapewni 

wychudzonemu ciału ochrony przed zimnem i wilgocią.  Splątane włosy 

opadają temu nieszczęśnikowi na ramiona.  Oczy ma przekrwione od 

taniego wina,  które już wypił  od rana.  W żołądku ssie o z głodu. 
Zarośnięta twarz od kilku minut przyciska się do brudnej  szyby.
Nagle, jakiś przedmiot leżący na zakurzonej  półce lombardu 

przykuwa uwagę włóczęgi.  Pistolet...  mały pistolet z przyczepioną 
metką:  dwadzieścia dziewięć dolarów.

background image

Mężczyzna wydaje jęk,  wkłada posiniaczoną prawą dłoń do kieszeni 
uwalanych ziem ią spodni i wyciąga trzy przemoczone 

dziesięciodolarowe banknoty - to cały jego majątek.  I woła: 

"Znalazłem rozwiązanie wszystkich moich problemów!  Kupię ten 

pistolet i kilka kul.  Wezmę je ze  sobą do tej  nory,  gdzie 
mieszkam,  załaduję broń,  przystawię do skroni...  i  pociągnę za 

spust!  I już nigdy...  nigdy więcej  nie będę musiał  się  stykać z 

tym ohydnym bankrutem życiowym,  patrzącym na mnie z lustra!".

Człowiek ten rzeczywiście był bankrutem życiowym.  W ciągu kilku 

zaledwie lat zdołał utracić wszystko,  co w jego życiu 
przedstawiało jakąkolwiek wartość:  kochającą żonę,  piękną córkę, 

ładny dom,  świetną posadę,  a także całą swą dumę, wiarę, ufność i 

poczucie własnej  wartości.  Próbował, tak jak  wielu innych, 
uczestniczyć w grze zwanej  życiem,  nie zadając  sobie przy tym 
trudu,  aby poznać jej  reguły.  I teraz miał drogo zapłacić za swoją 
niewiedzę.  Tego ponurego ranka stał w strugach deszczu,  gotowy 

odebrać sobie życie.

Ta żałosna istota ludzka,  szykująca się do przekreślenia swej 

przyszłości na zawsze, wybrała rozwiązanie,  które trudno nazwać 
niezwykłym.  Obawiam  się,  niestety,  że ten  scenariusz powtarza się 

setki razy każdego dnia w  tym pięknym kraju,  gdy ludzie tracą 
ostatnią nadzieję na jutro,  które niegdyś zdawało  się obiecywać 

tak wiele.  A tysiące innych,  którzy wprawdzie nie odbierają sobie 
życia w dosłownym  sensie,  całkowicie  się poddają.

Opuszczają samych siebie.  Pozwalają, by wszystkie ich marzenia 

rozpłynęły  się w mroku.  Przestają podejmować próby i tylko 

egzystują,  co Thoreau nazwał  "życiem w cichej  desperacji".  Są już 

martwi, bo chociaż m ają dwadzieścia pięć, trzydzieści, 

czterdzieści  czy nawet pięćdziesiąt lat,  porzucili marzenia...

Martwi,  choć na ich pogrzebie zbieramy  się dopiero,  gdy mają 

siedemdziesiąt parę lat.

N a szczęście tamten żałosny,  przegrany człowiek drżący na deszczu 

na jednej  z ulic Cleveland,  nie kupił pistoletu. Nie przerwał 

swego życia strzałem w skroń w ów straszny poranek,  przed wielu 

laty.

Gdyby to uczynił,  nie mógłbym teraz dzielić tych wspaniałych chwil 

z tobą...  nie mógłbym pomóc ci zamienić twe marzenia w 
rzeczywistość.

Rozdział piąty

background image

Złamane serce, tragedia,  kłopoty finansowe,  zawód miłosny, 
wypowiedzenie z pracy,  rozwód,  nie przyznany  awans,  porażka, brak 
wykształcenia,  poczucie  niższości,  narkotyki  - oto tylko  niektóre 
włócznie bezstronnego losu,  które m ogą cię ranić przez dzień, 
tydzień,  miesiąc,  rok.

Możesz jednak uporać  się z każdym  niepowodzeniem i  odmienić  na 

lepsze  swoją sytuację życiową, jeśli tylko zdołasz przekonać 

samego  siebie,  że życie  nigdy  się  nie składało i  nie będzie  się 
składać z kolejnych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni  słonecznej 

pogody,  słodkich lodów,  śmiechu i muzyki.  Jak powiedział Kennedy: 

"Życie nie jest sielanką.  Nigdy nią nie było i  nie będzie". Nawet 

ludzie,  którym udało się odnieść  najwspanialsze  sukcesy,  ci 

najbardziej  znani i  szanowani  na świecie,  musieli  się przedzierać 

przez gąszcz klęski i beznadziei.

Dlaczego  nie kupiłem tego pistoletu i  nie skończyłem ze  sobą?

Pewnie z powodu tchórzostwa.  Nawet żałosny akt samobójstwa wymaga 

odrobiny  odwagi,  a ja  upadłem tak  nisko i  znajdowałem  się w tak 
straszliwym  stanie psychicznym,  że  nie zdołałem  nawet zebrać  sił, 
aby położyć kres mojej  niedoli.

Wydaje mi  się zupełnie oczywiste -  a po tych wszystkich latach 
pracy pisarskiej  i wygłaszania odczytów  nie spodziewam  się  niczego 
innego - że ilekroć odbywam konferencję prasową lub udzielam 
wywiadu w radiu czy telewizji,  ciągle,  rok po roku muszę 

odpowiadać  na te  same pytania:

"Jak zdołał pan tak radykalnie odmienić swoje życie?  Co pan 

uczynił,  że w  niecałe dziesięć lat wydobył  się pan z dołów i 

stanął  na czele czasopisma o zasięgu ogólnokrajowym?  Gdzie taki 

przegrany  człowiek jak  pan,  z zaledwie  średnim wykształceniem, 
zdobył mądrość i wiedzę,  dzięki którym  napisał tak wiele 
bestsellerów?  I jakie  są te pana tajemnice sukcesu (oni uparcie 
nazywają to tajemnicami),  które mogłyby pomóc innym,  zniechęconym 
i przegranym,  odmienić życie?".

Udaj  się ze m ną w podróż do przeszłości...

Los obdarzył mnie dzielną matką,  Irlandką o twarzy pokrytej 
piegami,  i pracowitym ojcem, włoskim imigrantem,  którego talent w 
zakresie ogrodnictwa wiele razy w czasie Wielkiego Kryzysu 
uchronił rodzinę od głodu.  Matka,  pomimo że żyliśmy  na granicy 
ubóstwa, wiązała ze swym pierwszym dzieckiem wielkie marzenia i 
zanim jeszcze zacząłem  chodzić do szkoły,  zdołała mnie przekonać, 
że pewnego dnia zostanę pisarzem.  "I to nie takim zwyczajnym 
pisarzem - powtarzała z  naciskiem  - wielkim pisarzem!".

background image

"Kupiłem" jej  marzenie. Nie miałem nic przeciwko perspektywie 

kariery pisarskiej  i  aby zadowolić matkę,  pisałem nowele i 

czytałem książki  dla dorosłych już wtedy,  gdy moi  rówieśnicy 

zmagali  się z czytankami  o Dicku i  Jane.  Uparcie dążyliśmy ku 
urzeczywistnieniu naszego marzenia przez cały czas mojej  nauki w 

szkole,  a gdy byłem w ostatniej  klasie w Natick High  School w 

Massachusetts,  z dumą pełniłem funkcję redaktora działu wiadomości 
w naszej  szkolnej  gazecie  "The  Sassamon".

Po całych miesiącach przeglądania informatorów o college'ach, 

ostatecznie zdecydowaliśmy z matką,  że wydział  dziennikarstwa na 

uniwersytecie w Missouri będzie dla mnie najodpowiedniejszym 

miejscem,  i  dalej  snuliśmy nasze plany. Na uroczystości rozdania 

świadectw ukończenia szkoły,  która odbyła się w jedynej  sali 

kinowej  w mieście,  moi rodzice z dumą słuchali,  gdy przedstawiono 
ich  syna,  który miał przeczytać napisany przez  siebie Testament 
klasy.

W dwa miesiące po czerwcowej  uroczystości, w  1949 roku,  gdy matka 
przygotowywała mi  obiad w  naszej  małej  kuchni, jej  serce przestało 
bić.  Umarła na moich oczach.  To był koniec naszego marzenia.
Zamiast do collegeu wstąpiłem do wojsk lotniczych.  Zakwalifikowano 
mnie do bombowców i  ostatecznie odbyłem trzydzieści lotów bojowych 
w 445  oddziale Jimmyego  Stewarta.

Wróciłem z wojny w  1945  roku i bardzo szybko spostrzegłem,  że 
rynek pracy nie ma wiele do zaoferowania pilotom bombowców ze 

średnim wykształceniem. Nie przejąłem  się tym zbytnio.  Udało mi 
się zdobyć  "srebrne skrzydła",  nie mówiąc już o kilku innych 
odznaczeniach,  zanim  osiągnąłem wiek uprawniający mnie do udziału 

w wyborach, byłem więc przekonany,  że sobie poradzę.

Mimo że zabawy w miłym towarzystwie,  którym  się oddawałem w 
Londynie, w przerwach między lotami,  "wypłukiwały"  mnie z żołdu, 
miałem jeszcze ponad dziewięćset dolarów,  kiedy po odejściu z 
lotnictwa udałem  się do Nowego Jorku. Nie zastanawiając się długo, 
wynająłem mieszkanie bez ciepłej  wody na obrzeżach Times  Square. 
Potem kupiłem używaną przenośną maszynę do pisania  Smith-Corona i 
trochę materiałów piśmiennych.  Nie było za późno,  aby zrealizować 
marzenie matki.  Wierzyłem,  że zostanę pisarzem...  wielkim 

pisarzem.

Nie udało się.  Gdy już urządziłem  sobie pracownię w kuchni  pełnej 

karaluchów i  zacząłem pracę,  przez kolejnych sześć miesięcy 

odwiedziłem przynajmniej  pięćdziesiąt redakcji  czasopism,  których 

biura znajdowały się w takiej  odległości,  że mogłem dostać się tam 
pieszo. Nigdzie jednak nie wykazano szczególnego zainteresowania 
moimi  dziełami.  Zostawiałem tam artykuły,  nowele, wiersze,  a nawet 
błyskotliwe notki. Nigdy jednak nie zawitał u mnie listonosz z

background image

czekiem.  W końcu,  gdy z moich oszczędności  nie pozostało  nic,  po 

raz kolejny zrezygnowałem z urzeczywistnienia naszego marzenia. 
Wróciłem do Bostonu i zgłosiłem  się do klubu weteranów  "52-20", w 
którym wspomagano zdemobilizowanych żołnierzy, wypłacając im 

dwadzieścia dolarów tygodniowo przez okres pięćdziesięciu dwóch 

tygodni.  Wreszcie,  po wielu niemiłych i frustrujących rozmowach 

kwalifikacyjnych,  przyjęto mnie  na kurs dla agentów 

ubezpieczeniowych w pewnej  wielkiej  firmie,  działającej  na terenie 

całego kraju.  "Szkolono"  mnie przez cztery dni,  a potem zostałem 

wysłany do nadmorskiego miasteczka Winthrop.  Miałem tam pracować 

jako agent, wykonując mało dziś popularne zajęcie,  polegające  na 

chodzeniu po domach i inkasowaniu składek ubezpieczeniowych.

Wkrótce potem  się ożeniłem.  Kupiliśmy stary dwurodzinny dom, 

korzystając z udogodnień przysługujących żołnierzom.  Tak zaczął 

się trwający dziesięć lat najstraszliwszy okres mojego życia... 
dla mnie i  dla tych,  których  nieszczęściem było żyć przy moim 

boku.

Kierat,  w którym  się  niebawem znalazłem, był istną torturą.  Mimo 
wielu godzin pracy,  z wielkim trudem udawało mi  się regulować 
bieżące rachunki,  a spłacanie rat za dom  stanowiło dla mnie  nie 
lada wyzwanie.  Gotów byłem pójść wszędzie i  o każdej  porze,  aby 

sprzedać polisę,  a mimo to zawsze miałem więcej  rachunków niż 

pieniędzy,  którymi  mógłbym je  pokryć.  Wtedy Bóg obdarzył nas 

śliczną córeczką. Dokładałem jeszcze większych starań,  aby 

polepszyć naszą sytuację. Na próżno.  Mimo że moja żona wróciła w 
końcu do pracy,  coraz bardziej  pogrążaliśmy  się w długach.

Pewnego wieczoru,  gdy  nie udało mi  się  sfinalizować jakiejś 
transakcji, w drodze do domu wstąpiłem na drinka.  Bóg mi 

świadkiem,  że zasłużyłem na tego drinka...  Czyż nie? Miałem za 
sobą długi,  ciężki  dzień.  Byłem pewien,  że dokonałem  sprzedaży, 

która przyniesie mi  ponad  sześćdziesiąt dolarów początkowej 
prowizji,  dolarów tak bardzo mi  potrzebnych.  Wkrótce, wracając do 

domu wieczorem,  zamiast jednego drinka wypijałem dwa...  Potem 
cztery...  Potem  sześć...  I tak przez  swoje bezmyślne postępowanie 

trwające wiele miesięcy,  zdołałem zniszczyć miłość dwóch osób, 
które znaczyły dla mnie najwięcej  na świecie.  Z życia mojej  żony i 

córki uczyniłem piekło  na ziemi.  To żadna przyjemność mieć do 
czynienia z pijakiem.

Przyszło mi w końcu zapłacić za karygodne postępowanie.  Pewnej 

niedzieli,  gdy wróciłem z zebrania,  które agencja ubezpieczeniowa 

zorganizowała w  Bretton Woods, w stanie New Hampshire, w kuchni na 

stole znalazłem kartkę.  Żona i  córka uciekły. Nie mogły dłużej 
cierpieć z powodu żałosnej  imitacji  męża i  ojca.  Po dwóch latach 
otrzymałem zawiadomienie,  że żona uzyskała rozwód i  że przyznano 

jej  opiekę  nad córką.

background image

Można się było spodziewać,  co nastąpi po ich odej ściu.  Zmusiwszy 

do ucieczki jedyne osoby na świecie,  które mnie kochały,  coraz 

bardziej  pogrążałem  się w pijaństwie i użalaniu się nad  sobą,  aż 
wreszcie nie potrafiłem już utrzymać pracy.  Wtedy,  gdy nie mając 

żadnego dochodu,  straciłem także dom, wrzuciłem resztę odzieży, 
która mi jeszcze pozostała,  na tylne  siedzenie mojego starego 
czerwonego falcona i ruszyłem w drogę.  Jakże straszna była chwila, 
gdy ostatecznie opuszczałem znajomą okolicę.

Przez kolejne siedem miesięcy folgowałem  sobie w piciu,  gdy 
przemierzałem kraj,  podejmując każdą pracę,  aby tylko utrzymać się 
przy życiu i  móc kupować tanie wino.  Prowadziłem  samochód-cysternę 
z ropą w Teksasie,  pracowałem na budowie w Oklahomie, byłem 

"pin-boyem"  w kręglami w Long Beach oraz pomocnikiem kelnera w 

restauracji Howarda Johnsona w Columbus.  Trzydziestopięcioletni 
pomocnik kelnera!

Potem było Cleveland...  Kilka nocy w spelunkach.  Aż wreszcie, 
tamtego chłodnego,  deszczowego ranka przyzywający pistolet na 
wystawie lombardu. Nie wiem,  co się wtedy wydarzyło.  Nie słyszałem 
żadnych głosów ani grających harf. Nie widziałem też błyskających 

świateł,  które zwiastowały moje ocalenie.  Pamiętam tylko tyle,  że 
odwróciłem  się od wystawy i w deszczu ruszyłem ulicą.  Potem 
chwiejnym krokiem wszedłem do przytulnego,  zdającego  się zapraszać 

pomieszczenia.  Było tam  ciepło i  sucho...  Biblioteka publiczna.

Książki,  za sprawą wpływu mojej  matki,  zawsze były moimi 
najlepszymi przyjaciółmi.  Ponownie zacząłem więc spędzać wiele 

czasu w tej  cichej  i  spokojnej  przystani,  szukając odpowiedzi  na 

kilka pytań.  Gdzie popełniłem błąd?  Co mogę uczynić ze swym 
życiem?  Czy jest już za późno dla trzydziestopięcioletniego 
bankruta życiowego?  Wiedziałem,  że istnieje lepsze życie,  ale 
gdzie  są drogowskazy określające, jak  dotrzeć do tego raju?

Przez kolejne miesiące,  gdy moim gratem posuwałem  się na wschód, 
wszystkie chwile wolne od dorywczej  pracy starałem  się spędzać w 
lokalnych bibliotekach,  szukając,  czytając,  myśląc.  Arystoteles,

Carlyle, Peale, Emerson, Franklin, Platon,  Carnegie i  cała rzesza 

innych mądrych ludzi  - byli to moi towarzysze i  mentorzy.  Z wolna 
pozbywałem  się nałogu,  ograniczając się tylko do wypijania od 

czasu do czasu piwa.  Sprawiłem  sobie trochę nowej  odzieży.  Moja 

wiara w siebie znów zaczęła wzrastać,  mimo że wciąż nie miałem 

stałej  posady.  I właśnie wtedy,  w mieście Concord, w największej 

bibliotece publicznej  w stanie New Hampshire,  znalazłem książkę, 
która odmieniła moje życie na zawsze!

Książka  Sukces?  Trzeba tylko chcieć!  W.  Clementa Stonea i 

Napoleona Hilla całkowicie  się różniła od wychodzących wtedy 

książek motywacyjnych,  w których obiecywano zazwyczaj  w krzykliwy 

sposób  cudowne życiowe przemiany w ciągu zaledwie trzydziestu dni,

background image

po jednorazowym przeczytaniu książki.  Przesłanie dzieła Stonea i 

Hilla było dobitne i zrozumiałe:  Możesz dokonać wszystkiego,  czego 

zapragniesz, jeśli  nie jest to  sprzeczne z prawami boskimi i 
ludzkimi,  pod warunkiem,  że będziesz gotów zapłacić za to pewną 
cenę.  Za spełnienie marzeń należy zapłacić.  Właśnie takim 

spojrzeniem książka  Stonea i Hilla wyróżniała się na tle innych.

Nie było w niej  mowy o  "bezpłatnych obiadach".  Dosłownie pożerałem 

tę książkę,  czytałem j ą  niezliczoną liczbę razy,  aż wszystkie 

"zdania-drogowskazy"  podsumowujące każdy rozdział znałem 

praktycznie na pamięć.

Potem  - kolejny dar od Boga.  Gdy zgłębiałem treść wspaniałej 

książki  Stonea i Hilla,  poznałem niezwykłą kobietę.  Zakochałem  się 

w niej,  a ona tak bardzo zainspirowała mnie do działania,  że w 

końcu zdobyłem  się na odwagę,  aby pojechać do Bostonu i  złożyć 
podanie o zatrudnienie mnie w charakterze sprzedawcy polis 

ubezpieczeniowych w firmie W.  Clementa Stonea,  o nazwie 
Hearthstone Insurance, w Nowej  Anglii.  Ku mojemu wielkiemu 

zdziwieniu,  zostałem przyjęty.  Zgodzili  się dać  szansę 

trzydziestopięcioletniemu bankrutowi  życiowemu.  Wkrótce potem 

poślubiłem Bette.  Wciąż jesteśm y razem i...  wciąż  się kochamy.

Tym razem,  solidnie przeszkolony i  odpowiednio umotywowany do 

pracy,  zacząłem odnosić  sukcesy jako sprzedawca w firmie 

Hearthstone Insurance.  W krótce zarabiałem więcej  niż kiedykolwiek 
w życiu.  W  ciągu roku otrzymałem awans na stanowisko kierownika 

sprzedaży na terenie Northern Maine,  gdzie zebrałem grupę 

wygłodniałych i  ambitnych młodych ludzi,  którzy często 

przychodzili wprost z gospodarstw zajmujących  się uprawą 
ziemniaków.  Wkrótce nasze wyniki  sprzedaży przyciągnęły uwagę 
centrali.  Po długim  okresie wegetowania na dnie doznawałem 
cudownego uczucia,  rozkoszowałem  się chwałą i uznaniem,  chociaż 
ciągle...  ciągle na nowo powracało marzenie,  aby zostać 
pisarzem...  wielkim pisarzem.

Poszedłem wreszcie za głosem instynktu, wziąłem tydzień wolnego, 
wypożyczyłem maszynę do pisania i napisałem podręcznik 

instruujący, jak  można lepiej  sprzedawać ubezpieczenia ludności 
wiejskiej,  opierając się na zasadach sukcesu W.  Clementa  Stonea. 

Przerabiałem tekst wiele razy,  po czym jak  najstaranniej 

przepisałem go na maszynie.  Włożyłem maszynopis do brązowego 

skoroszytu i wysłałem do głównego biura pana Stonea w Chicago. 

Modliłem  się,  aby ktoś to naprawdę przeczytał i  zdał  sobie  sprawę, 

jak  wielki talent marnuje firma w Northern Maine.  Ktoś tak właśnie 

postąpił...  i po kilku miesiącach wraz z Bette i naszym pierwszym 

synkiem, Daną,  przenieśliśmy się do Chicago,  gdzie otrzymałem 

posadę w dziale promocji  sprzedaży.  Miałem pisać teksty do 
motywujących programów i biuletynów.  Wreszcie pisałem!

W  1954 roku,  przy współpracy Napoleona Hilla, W.  Clement Stone

background image

założył czasopismo  "Absolutny  Sukces".  Choć periodyk ten 
prenumerowało kilka tysięcy osób  spoza naszej  firmy,  przez 
pierwszych dziesięć lat istnienia był  on wykorzystywany głównie 

jako organ wewnętrzny korporacji ubezpieczeniowej  Stonea.  Co 

miesiąc zamieszczano w  nim mnóstwo artykułów motywacyjnych, 

tekstów dotyczących  sprzedaży,  często znajdował  się tam również 

artykuł wstępny  Stonea.  Gdy mijał  drugi  rok mojej  pracy w dziale 
promocji  sprzedaży,  dowiedziałem  się,  że redaktor naczelny 

"Absolutnego  Sukcesu"  ma odejść na emeryturę.  Złożyłem podanie o 

przyjęcie mnie  na to  stanowisko,  mimo że  nie potrafiłem  odróżnić 
odbitki  szczotkowej  od rolki papieru toaletowego.  Jednak brak 

wiedzy i  doświadczenia  nadrabiałem  entuzjazmem i  świeżo  nabytą 

postawą,  opierającą się na myśleniu pozytywnym.  W czasie rozmowy 
kwalifikacyjnej  zdołałem przekonać pana Stonea,  aby mi  powierzył 

tę posadę.  Og Mandino redaktorem naczelnym.  Bomba!

Szybko spostrzegłem,  że ugryzłem kęs,  który z trudem mogę 

przełknąć.  Cały personel  czasopisma stanowiła zatrudniona w 

niepełnym wymiarze godzin  sekretarka i jedna osoba zajmująca się 

sprawami  graficzno-technicznymi.  Tak więc znów długie godziny 

poświęcałem pracy,  co miesiąc  składając kolejny  numer naszego 
pisma.  Trud się opłacił.  Po dziesięciu latach pracy personel  pisma 

składał  się z pięćdziesięciu osób,  a liczba rozprowadzanych 
egzemplarzy zwiększyła się z dwóch tysięcy do  stu pięćdziesięciu 

pięciu tysięcy.  Procentowo ten wzrost przedstawiał  się całkiem 

nieźle.

Któregoś miesiąca, w trakcie pierwszego roku ciężkiej  pracy, 

potrzebowałem pilnie artykułu,  który miał wypełnić wolną szpaltę w 

składanym wtedy przez  nas  numerze.  W  naszym  archiwum  nie znalazłem 

niczego,  co mogłoby mnie zadowolić.  Teraz,  z perspektywy lat, 

uważam to za kolejny przykład (jakże wiele było ich w moim życiu) 

ingerencji Boga,  który często rzucał mi wyzwanie, jakby wykonywał 
ruch  na szachownicy,  a potem wracał  na swe miejsce,  aby uważnie 

śledzić, jak  sprostam zadaniu.  Wcześniej,  przygotowując każdego 

miesiąca kolejny  numer pisma, byłem zbyt zajęty,  aby  spróbować 
napisać coś  samemu.  Gdy jednak zdałem  sobie  sprawę,  że potrzebny 
mi jakiś artykuł i że muszę go mieć  najpóźniej  nazajutrz, bo w 
przeciwnym razie  spóźnimy  się z drukiem,  poszedłem  do domu i 
pisałem przez całą noc.  Za temat artykułu obrałem postać wybitnego 
gracza w  golfa, Bena Hogana.  Człowiek ten uległ  niezwykle 

ciężkiemu wypadkowi  samochodowemu,  po którym dowiedział  się,  że 

już  nigdy  nie będzie chodził.  Hogan jednakże  nie tylko znów zaczął 

chodzić,  ale również po raz kolejny wygrał National  Open!

Niezwykły człowiek.  Zamieściłem mój  artykuł w piśmie i ponownie 

zrządzenie losu...  zbieg okoliczności...  Bóg...  coś włączyło  się 

do gry.

Pewnego nowojorskiego wydawcę rozbolał ząb.  Konieczna była wizyta 
u dentysty.  Siedząc w poczekalni,  człowiek ten sięgnął po leżący

background image

na stoliku egzemplarz  "Absolutnego  Sukcesu", w którym zamieszczony 

był mój  artykuł o Hoganie.  Przeczytał go i tego samego popołudnia, 

gdy powrócił do  swego biura przy Avenue  South,  napisał  do mnie 
list.  Stwierdził w nim,  że dostrzega we mnie wielki talent i że 
czeka na wiadomość,  gdybym zdecydował  się napisać książkę.

W osiemnaście miesięcy później,  nakładem wydawnictwa Frederick 
Fell Publishing ukazała się moja pierwsza książka, Największy 

kupiec  świata.  W ciągu dwudziestu jeden lat,  które minęły od 

tamtej  pory,  stała się ona bestsellerem wśród publikacji 

dotyczących  sprzedaży.  Wydrukowano j ą  w dziesięciu milionach 
egzemplarzy i  przetłumaczono na osiemnaście języków.

W ciągu czterech lat od pierwszego wydania liczba sprzedanych 

egzemplarzy Największego kupca świata w twardej  oprawie wyniosła 

trzysta pięćdziesiąt tysięcy.  W tedy właśnie wydawnictwo Bantam 
Books zaczęło rozważać możliwość zakupu praw autorskich do wydania 

książki w miękkiej  okładce.  Suma,  którą firma Frederick Fell 

Publishing zażyczyła sobie za odstąpienie praw autorskich, 

przewyższała w owym czasie,  a był to rok  1973,  moje wyobrażenia - 

wynosiła trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów.  Jednakże dyrekcja 
Bantam zdecydowała,  że przed przyjęciem  oferty pragnie poznać 

autora książki,  aby upewnić  się,  czy on także może być przedmiotem 
akcji  promocyjnej.  Tak więc,  z  sercem podchodzącym do gardła 

wsiadłem na pokład samolotu do Nowego Jorku.  Mieliśmy wtedy z 
Bette już  drugiego syna, Matthew.  Przyszłość naszej  rodziny, teraz 

już większej,  mogła zależeć od tego  spotkania.  Myślałem o tym,  gdy 

pełen niepokoju jechałem windą biurowca przy Fifth Avenue,  gdzie 
mieściła się olbrzymia siedziba zarządu Bantam Books.  Gdy już 

wprowadzono mnie do pokoju ze ścianami  obitymi boazerią, 
wypełnionego ludźmi,  poczułem drżenie kolan.  Mój  głos  się łamał. 

Łatwiej  mi było kiedyś odbywać loty bojowe.

Przez ponad godzinę odpowiadałem na pytania członka zarządu. 

Starałem  się, jak mogłem.  Poruszano wszystkie możliwe tematy: 

począwszy od mojego wykształcenia,  czy raczej  braku takowego, 

skończywszy na mych ewentualnych planach dotyczących kolejnych 

książek.  Trzymałem  się dzielnie,  aż wreszcie Oscar Dystel, 
ówczesny prezes wydawnictwa Bantam Book,  a dzisiaj  mój  przyjaciel, 
podniósł  się z honorowego miejsca przy końcu dużego  stołu, 
podszedł do mnie, uśmiechnął  się szeroko i wyciągnąwszy rękę, 
rzekł:

- Gratuluję,  Og.  Właśnie kupiliśmy tw oją książkę.

Nie przeprowadzono żadnego głosowania,  nie kazano unosić rąk do 

góry,  nie poddano  sprawy pod dyskusję.  To było wszystko.

Nie mogłem  się doczekać końca długich formalności i uścisków 

dłoni,  aby wreszcie wrócić do mojego pokoju w  nowojorskim

background image

"Hiltonie"  i zadzwonić do Bette z dobrą wiadomością.  Gdy drzwi 

windy otworzyły się na parterze, wybiegłem z budynku i  pognałem 

zatłoczoną Fifth Avenue.  Pokonałem zaledwie pięćdziesiąt jardów, 
gdy niebo  się rozwarło i posłało na ziemię  straszliwą burzę z 
piorunami.  Przeraźliwe grzmoty odbijały  się echem o bruk sławnej 
alei. Nie miałem na sobie płaszcza,  który mógłby mnie ochronić 
przed ulewą,  ale nagle zobaczyłem  schody wiodące ku drzwiom, 
zdającym  się zapraszać do środka,  i wbiegłem  szybko na górę... 

Znalazłem  się we wnętrzu cudownego kościoła.  Poza m ną nie było tu 
nikogo.  Słyszałem tylko dudnienie kropel  deszczu na dachu, 
rozlegający się co pewien czas grzmot,  dobiegające z ulicy 
klaksony  samochodów oraz muzykę organową.  Ktoś grał,  a może było 
to nagranie...  Spod podłogi,  z dolnego poziomu kościoła dochodziły 

dźwięki utworu Przedziwna łaska.

Cała ta historia wydarzyła się wczoraj.  Jestem tego pewien.

Przecież wciąż mam przed oczami  - wszystkie  szczegóły,  pamiętam 

dobrze każdy cudowny moment tego zdarzenia.  Pamiętam, jak  

poszedłem wolno w  stronę ołtarza,  potem ukląkłem i  rozpłakałem 

się. Następnie złożyłem  dłonie,  podniosłem twarz i zawołałem:

- Mamo,  gdziekolwiek jesteś,  chcę,  żebyś wiedziała,  że...  udało 

nam  się wreszcie!

Rozdział  szósty

Teraz wiesz o mnie więcej  niż ja  o tobie.

A może jednak wiem o tobie znacznie więcej,  niż ci  się wydaje.

My,  ludzie  schyłku dwudziestego wieku,  płacimy gorzką cenę za tak 
zwany nowoczesny  styl  życia.  Stajemy się coraz bardziej  do siebie 
podobni.  Wpatrujemy  się w te same programy telewizyjne,  czytamy te 

same czasopisma,  nosimy tę samą odzież i  kupujemy te  same 

mrożonki.  Żyjemy i umieramy w czasie ustalonym przez wskazówki 
zegara,  odcinamy się od siebie zamknięci w podobnych  samochodach, 
rezygnujemy z pójścia na mecz dla jeszcze jednego wieczoru 

spędzonego w biurze,  nigdy nie mamy dość czasu dla naszych 

współmałżonków i  dzieci,  patrzymy z rezygnacją, jak  nasze oceany i 

jeziora stają się coraz bardziej  zanieczyszczone,  i  staramy  się 

wmówić  sobie,  że bomba wodorowa może spaść wszędzie,  z wyjątkiem 

okolicy, w której  mieszkamy.

W miarę upływu lat dostosowujemy nasz krok do rytmu,  który

background image

wystukuje ten sam dobosz.  Gnamy do przodu lub  cofamy  się w tym 

samym tempie co inni, uśmiechamy się jak na komendę - istoty 

powstałe w procesie produkcji  masowej,  zupełnie pozbawione 

tożsamości,  niczym miliony krakersów,  które każdego dnia wypieka 

się w piecach Nabisco.

Jaki wpływ ma na nas ta masowa uniformizacja teraz,  gdy wkraczamy 

w erę robotów? Robotów,  które nie  są urządzeniami  mechanicznymi 

lecz...  ludźmi?:

Odpowiedź dają nam dane statystyczne:  Każdego roku ponad trzysta 

tysięcy mieszkańców tego pięknego kraju targa się na swe życie!  A 

oto jeszcze coś:  Ponad pięć milionów recept na valium wypisywanych 

w tym kraju co miesiąc i  ponad cztery tysiące nowych przypadków 

zachorowań na choroby psychiczne co dwadzieścia cztery godziny!

Pogrążeni w beznadziei,  ogarnięci  histerią, w gorączkowym 

poszukiwaniu drogi ucieczki,  staczamy  się coraz niżej.  Liczba osób 

uzależnionych od heroiny,  kokainy oraz wszelkich  środków 

pobudzających wzrasta zbyt szybko, by móc j ą  wiarygodnie określić. 
Tak czy owak,  zjawisko to przybiera charakter epidemii.
Jednocześnie  spożywamy więcej  alkoholu, w przeliczeniu na głowę 
mieszkańca,  niż kiedykolwiek w historii.

Na pewno musi istnieć jakiś  sposób  na lepsze życie.

Na początek lat siedemdziesiątych  śmiało rozpocząłem dodatkową 

działalność,  polegającą na prowadzeniu wykładów motywacyjnych. 

Zadecydował o tym  sukces trzech moich pierwszych książek.  Wkrótce 

potem,  pewnego wieczoru,  otrzymałem lekcję,  która miała olbrzymi 

wpływ na m oją dalszą pracę jako pisarza i  mówcy.

Gdy ucichły gromkie owacje,  zgotowane mi  przez wspaniałą grupę jak 
zawsze entuzjastycznych przedstawicieli firmy  "Amway",  zszedłem ze 
sceny,  aby w holu teatru podpisywać książki.  Kiedy już zrobiło się 
późno,  a liczba osób  czekających w kolejce zmalała,  do  stolika, 
przy którym  siedziałem,  podeszła niepewnym krokiem młoda kobieta i 
ostrożnie położyła przede m ną jedną z moich książek.

Gdy składałem na niej  autograf,  kobieta pochyliła się w  moją 
stronę i powiedziała cichym  głosem, jakby nie chciała, by 
ktokolwiek usłyszał:

- Panie Mandino,  doprawdy z dużym zainteresowaniem  słuchałam 
pańskiego wykładu,  ale...  ale...

- Ale co?  -  spytałem,  zmuszając się do uśmiechu.

- Hm  - odparła,  opuszczając głowę - wiele pan mówił  o sukcesie, 

bardzo trafnie ujął pan kilka zagadnień,  ale ogólnie przedstawił

background image

pan to wszystko chyba zbyt prosto.  Może dlatego,  że pan sam nigdy 
nie musiał znosić bólu klęski  i  smutku. Nie może pan więc 
rozumieć,  co znaczy walczyć,  gdy jest się na dnie.

Mimo że byłem bardzo zmęczony,  tamtej  nocy nie zmrużyłem  oka. Nie 

rozebrałem  się nawet do  snu.  Chodziłem po pokoju hotelowym,  ganiąc 

samego  siebie za głupotę.  Moi  słuchacze,  a także czytelnicy moich 

książek nie mieli zielonego pojęcia,  kim jestem i  skąd pochodzę, 
ponieważ wstydziłem  się odsłonić prawdę o mej  przeszłości w 
materiałach promocyjnych czy też w notkach na okładkach książek. 
Jedynie nieliczne grono przyjaciół wiedziało,  że wyczołgałem  się z 
rynsztoka i  odkryłem  sposób  na lepsze życie dopiero po 
przerażających latach bólu i łez.  Po raz kolejny Bóg wykonał ruch 
na szachownicy mojego życia.  Ta życzliwa kobieta z  "Amwaya" 
przekazała mi  swym  delikatnym głosem w ażną wiadomość.  Zrozumiałem, 
o co chodzi!

W ciągu tygodnia przygotowałem nowy odczyt i  kiedy wyjechałem na 

trasę promocyjną Największego kupca świata w miękkiej  oprawie, 

wydanego przez Bantam Books, wszędzie w telewizji,  radiu i  na 

konferencjach prasowych,  mówiłem bez ogródek o mojej  niechlubnej 
przeszłości.  Chciałem, by moje życie posłużyło za przykład.

Pragnąłem, by  słuchacze,  czytelnicy czy widzowie zastanowili  się 

nad historią Oga p M andino i  pomyśleli  sobie:  "Jeśli  on zdołał 
odmienić  swoje życie,  mając do dyspozycji  tak marne  środki,  to 
przecież,  na Boga,  i ja  potrafię to uczynić.

Od tamtej  pory wygłosiłem kilkaset odczytów.  Ilekroć  staję na 
scenie,  zawsze bez wahania opowiadam historię żałosnego bankruta 
życiowego,  który  stoi w deszczu,  rozmyślając o samobójstwie.  Gdy 
potem wyznaję  słuchaczom, jak  wyznałem tobie,  że ten nieszczęśnik 
to Og Mandino  sprzed wielu lat,  przez  salę przebiega zazwyczaj 
głośny pomruk zdziwienia. Nikomu nie przyszłoby to nawet do głowy. 

Mówię potem,  że opierając  się na dotychczasowym doświadczeniu ze 

słuchaczami  moich wykładów, bez względu na to,  czy są oni 
dyrektorami,  handlowcami, właścicielami  małych firm, 

nauczycielami,  sportowcami,  rodzicami  czy uczniami, wiem, wiem na 
pewno,  iż wśród zebranych na sali  ludzi jest ktoś,  kto czuje, jak 
na szyi zaciska mu się pętla.  I choć na jego twarzy widnieje 

uśmiech, w duszy gęstnieje mrok śmierci.  Ja przemawiam,  a ten 

ktoś,  być może, wciąż myśli  o odebraniu  sobie życia.  Tak jak  ja  
przed laty.

Potem przerywam wykład,  aby przyjrzeć się twarzom  słuchaczy,  i 

mówię:

- Panie X...,  pani X...,  gdziekolwiek jesteś, wysłuchaj  kilku 

uwag,  które mogą ocalić twoje życie.  Przekonamy  się,  co nastąpi 

dalej.

background image

Stopniowo,  z biegiem lat,  zacząłem  spotykać  się z dziwnym 

zjawiskiem.  Ilekroć w trakcie wykładu zwracałem  się do anonimowego 
pana lub  pani  X,  gdy potem podpisywałem książki,  przynajmniej 

jedna osoba pochylała się ku mnie nieśmiało i  mówiła cichym 

głosem:

- To ja  jestem tym panem X...  to ja  jestem tą  panią X...

Po pewnym czasie wykształcił  się we mnie pewien nawyk.  Kiedy 

słyszałem takie słowa,  natychmiast wstawałem z miejsca i  ściskałem 
serdecznie tę osobę,  mężczyznę czy kobietę,  mówiąc przy tym:

- Nowy początek!

Ten ktoś uśmiechał  się,  kiwał głową i  odpowiadał:

- Nowy początek!  Dziękuję!

Przez ostatnie cztery lata zgłosiło się do mnie wielu takich ludzi 

i  ciągle przychodzą nowi.  Zarówno oni, jak  i my wszyscy 
przyjmujemy styl życia,  którego nie potrafimy znieść,  na który nie 
możemy sobie pozwolić i  z którym nie umiemy  sobie poradzić. 

Zapomnieliśmy o jednej  z najważniejszych prawd życia:  kiedy dano 

nam władzę nad światem,  dano nam również władzę nad samymi  sobą. 
To my sami kreślimy nasze mapy. Nie możemy zatrudniać Boga w 
charakterze naszego nawigatora.  Jego zamierzeniem nigdy nie było 

ustalanie naszego kursu i tym  samym  sprowadzanie nas do roli 

niewolników.  Zostaliśmy natomiast obdarzeni przez Niego rozumem, 
zdolnościami  oraz pewną wizją,  aby  samodzielnie ustalić  swój  kurs 
i wedle własnego uznania pisać swoją Księgę Życia.

Czy to możliwe,  byś i ty,  który siedzisz teraz naprzeciwko mnie, 
mój jedyny słuchacz, był panem X lub w panią X?  Czy i ty  szukasz 
czegoś,  co pozwoli  ci  ocalić życie?  Spokojnie...  Jesteś zbyt wiele 

wart, byś mógł ponieść porażkę.  Gdy byłem pilotem wojskowym, w 

czasie wojny,  rankiem,  przed każdym lotem bojowym,  informowano nas 
dokładnie o wszystkich trudnościach,  które możemy napotkać,  oraz o 
sposobach ich przezwyciężenia.  Za chwilę uczynimy to samo,  ty i 

ja.  Zanim  się rozejdziemy,  powiem  ci  o wszystkim,  co powinieneś 

wiedzieć,  aby twoja misja zakończyła się  sukcesem i  abyś znalazł 

sposób na lepsze życie.

Tajemnica tkwi w umiejętności  dokonania właściwego wyboru.  Każdy z 
nas ma w  życiu różne możliwości wyboru. Nie musisz  spędzać 
kolejnego dnia pogrążony w mroku klęski,  smutku, ubóstwa, 
zawstydzenia czy rozczulania się nad  sobą.  Gdziekolwiek rzucić 
okiem, wszędzie tak wiele jest ludzi  przegranych i 
nieszczęśliwych.  Dlaczego?  Odpowiedź jest prosta, jeśli  nie 
oczywista.  Ci,  dla których życie jest pasmem klęsk,  nigdy nie 
dokonali  wyboru lepszego życia,  ponieważ nigdy nie byli  świadomi,

background image

że m ają jakikolwiek wybór!

Pamiętaj jednak,  że możesz wybierać.  Razem zbadamy teraz wiele 
wspaniałych,  dostępnych ci możliwości,  które m ogą odmienić twoje 

życie.  Dokonaj  właściwego wyboru i zacznij  działać natychmiast, 
niezależnie od tego, jaka jest twoja obecna sytuacja.  Możesz 
rozpocząć lepsze życie.

Albert Camus, wielki  francuski  powieściopisarz i  dramaturg, 
powiedział kiedyś,  że każdy  człowiek wznosi  na fundamencie  swych 
cierpień i  radości budowlę,  która będzie trwać do końca. 

Najwspanialsza nauka, ja k ą  zdobyłem przez ponad  sześćdziesiąt lat 

cierpień i  radości, to przeświadczenie,  że życie jest grą.

Uduchowioną, tajemniczą,  niezwykle cenną,  ale tylko grą.  I nie 

masz żadnej  szansy  na zwycięstwo, jeśli  grasz w tę grę,  nie znając 

jej  reguł!

Tu pojawia się mały problem:  przecież  nikt  nie uczył  nas tych 
reguł,  gdy dorastaliśmy.  Nigdy,  czy to w szkole podstawowej, 
średniej,  czy też wyższej,  nie udzielono  nam instrukcji 
dotyczących prostych,  a zarazem niezwykle skutecznych technik, 

które  należy poznać,  aby móc wytyczać i  osiągać cele,  aby radzić 

sobie z przeciwnościami  losu,  pozbywać  się złych  nawyków,  zawierać 

przyjaźnie,  gromadzić bogactwo,  motywować  siebie oraz innych, 

wzmagać entuzjazm,  radzić  sobie ze stresem  - by wymienić tylko 

niektóre wyzwania, jakie  stawia nam życie.  Tymczasem większość nas 

jest,  niestety, tylko widzami,  którzy przez całe swoje życie z 

twardych krzeseł  śledzą przebieg  najwspanialszej  z gier.
Zazdrościmy tym,  którzy  odnoszą sukcesy  - a my musimy płacić bilet 
wstępu!

No,  dobrze. Dokonajmy pewnego remanentu. Czy w czasie lat 

spędzonych w szkole zdobyłeś może jakąś umiejętność,  która mogłaby 
okazać się pomocna w procesie zmiany twego życia  na lepsze,  gdybyś 

zaczął j ą  stosować od dzisiaj?

Założę się,  że odpowiesz twierdząco. Nauczyłeś  się sztuki 

czytania!  Ta jedna umiejętność wystarczy, byś mógł dokonywać w 
swoim życiu cudów.

Czy pamiętasz, jak  twoi  nauczyciele ze  szkoły podstawowej 

wypisywali w górnym rogu tablicy instrukcje dotyczące przerw 

międzylekcyjnych,  pory obiadowej,  porządku w szatni,  przepisów 
przeciwpożarowych oraz wiele innych wskazówek mających ci pomóc 
przebrnąć przez godziny  spędzane w  szkole? Wyobraźmy więc sobie, 
nie zważając na twój  wiek,  że jesteś moim uczniem.  Przekażę ci 
zestaw bardzo ważnych zasad,  których celem  nie będzie wyjaśnienie 
ci, jak przetrwać cały dzień,  choć i to byłoby pożyteczne,  lecz 

wskazanie, jak  masz przeżyć resztę swego życia.  Jak podaje  słownik 
Websters New Collegiate Dictionary,  "zasada" to:  "zalecenie

background image

dotyczące zachowania się lub  działania".  Doskonale.  Brzmi to 

znacznie lepiej  niż  "surowe prawo lub  "przykazanie",  zwłaszcza że 
zasady lepszego życia to tylko sugestie oraz idee,  a nie 
bezwzględne nakazy czy też restrykcje decydujące o życiu lub 

śmierci.

Pytasz, w jaki  sposób  możesz odnieść najwięcej  korzyści ze 
wszystkich siedemnastu  "zasad życia".  To proste.  Pamiętaj,  że w 

każdym z nas tkwi  cały zespół złych nawyków,  które zmniejszają 
nasze  szanse na sukces.  Wszystkie zasady,  które poznasz,  pomogą ci 
zastąpić zły nawyk dobrym nawykiem.

Oto twój  klucz do lepszego życia.  Koncentruj  się tylko na jednej 
zasadzie każdego dnia.  Żadna z nich nie jest nazbyt obszerna.

Zresztą objętość nie  stanowi przecież o wartości  czy prawdziwości 
tekstu.  Rano przeczytaj  rozdział dotyczący danej  zasady,  przez 

cały dzień realizuj  zawarte w nim wskazówki,  zaznacz tę  stronę,  po 
czym następnego ranka przejdź do kolejnej  zasady.

Gdy przerobisz w ten sposób wszystkie  siedemnaście zasad, być może 
zdecydujesz się na rozpoczęcie całego cyklu od nowa.  Wspaniale!
Gdy z każdym dniem będziesz czynił postępy,  wkrótce odkryjesz,  że 
przedstawione tu zasady nie działają niezależnie od siebie.

Przeciwnie, wiele z nich wiąże  się z innymi  pod względem  celu,  do 

którego m ają przybliżać,  czy też formy działania.  Jeśli więc 

skupisz uwagę na jednej  zasadzie,  twój  rozwój  będzie przebiegał na 

kilku płaszczyznach równocześnie,  co  sprawi,  że plan zmiany twego 
życia na lepsze zrealizujesz z mniejszym wysiłkiem,  niż  się tego 

spodziewałeś.

Niechaj  to,  co teraz nastąpi, będzie twoją osobistą Księgą Życia.
Plan jest prosty.  Wszystko jednak zależy od ciebie.  Wytrwaj,  daj 

życiu szansę,  a wkrótce  stwierdzisz, że wiele złych nawyków,  które 
powstrzymywały twój  rozwój, jest stopniowo zastępowanych przez 
nawyki  dobre,  mogące odmienić twe życie.  Pytasz co masz uczynić 
potem?  Tym,  czego się nauczyłeś,  podziel  się z innymi, tak jak ja  
podzieliłem  się z tobą.

Dopiero wtedy zrozumiesz,  co naprawdę znaczy sukces i  sposób  na 

lepsze życie.

Część druga

Zasady życia

background image

Są gdzieś, być może,  zapisane słowa,  które  ściśle odnoszą się do 

sytuacji, w której  się teraz znajdujemy.  Jeśli  zdołamy je 

rozpoznać i zrozumieć,  okażą się bardziej  zbawienne dla naszego 
życia niż blask jutrzenki  czy powiew wiosny,  nadadzą nowy wymiar 

sprawom i rzeczom, wśród których żyjemy.

Jakże wielu jest ludzi,  dla których przeczytanie jakiejś książki 

stanowiło początek nowego życia!  Może i  dla nas napisano książkę, 

która wyjaśni  nam cuda, jakie nas już  spotkały,  i  odsłoni  nowe.
To,  czego nie da się obecnie opisać  słowami,  znajdziemy już 
opisane.

Te same pytania,  które zakłócają nasz  spokój, wprawiają nas w 
zakłopotanie i burzą tok naszych myśli,  stawiał  sobie każdy 
mędrzec,  każdy bez wyjątku i udzielał na nie odpowiedzi na miarę 
swoich możliwości:  słowem i  czynem.

THOREAU, Walden

ZASADA PIERWSZA

...  która zmieni twe życie na lepsze

Licz błogosławieństwa,  którymi  zostałeś obdarzony.  Gdy zdasz  sobie 

sprawę ze  swej  wartości i  z mnogości  swych zalet,  uśmiech powróci 

na twe usta,  słońce wyjrzy zza chmur,  zabrzmi  muzyka,  a ty 
będziesz mógł wreszcie ruszyć ku życiu,  które Bóg ci 
przeznaczył...  Z wdziękiem,  mocą,  odwagą i ufnością.

Jeden z najważniejszych,  ponadczasowych  sekretów życia,  który 

przyszło mi niegdyś poznawać w bólu i łzach,  polega na tym,  że nie 
można odmienić losu zsyłającego nam niepowodzenia,  nie można 
przerwać beznadziejnej  harówki  dla zdobycia chleba,  tak jak  nie 
można oddalić groźby finansowej  zapaści,  po której  przychodzi 
poczucie klęski i  pogarda dla samego siebie - dopóki  nie doceni 

się  swoich aktywów.

Aktywów? Uśmiechasz  się?  Jakiż  smutny to uśmiech.  Chcesz coś 
powiedzieć? Mówisz, że masz  szufladę wypełnioną rachunkami  do

background image

zapłacenia?  Twoje  najstarsze dziecko pewnie  się wybiera do 
collegeu,  a tobie brak odwagi,  aby mu powiedzieć,  że to  nie będzie 
możliwe? Z ratami  za samochód zalegasz już dwa miesiące.  Nie 

jesteś też pewien,  czy utrzymasz posadę.  Nie rozumiesz,  o jakich 

aktywach mówię? Pozostań ze mną,  a ja  pomogę ci ułożyć listę 

błogosławieństw,  którymi zostałeś obdarzony.  Uczynię to właśnie 
teraz,  gdy  siedzisz przede mną, użalając  się  nad  swoim losem.

Dokonajmy zestawienia,  spróbujmy  określić w dolarach wartość kilku 

tylko dobrodziejstw w twoim życiu,  abyś mógł zdać  sobie  sprawę, 

jaki  posiadasz majątek oraz ile masz zalet,  choć z pewnością w 

codziennej  walce o przetrwanie dawno o nich zapomniałeś.

Ile jest warta możliwość życia w tym wspaniałym kraju? No,  dalej, 
przypnij  metkę z ceną.  Czy wolałbyś mieszkać gdzie indziej?

A ile byłaby dla ciebie warta szansa zatrudnienia w twej  obecnej 
firmie,  gdybyś  stał dzisiaj  w kolejce dla bezrobotnych?

Jak określisz wartość swojej  pozycji  zawodowej,  gdy  sobie 

uświadomisz,  że z pewnością dziewięćdziesiąt pięć procent 

mieszkańców  naszej  planety  chętnie oddałoby  co  najmniej  dziesięć 
lat życia,  aby mieć twoje możliwości?

Ile jest warta twoja wolność?

A co powiesz o swoich najbliższych - o tych,  których kochasz i 
którzy ciebie kochają?  Ile pieniędzy byś zażądał,  gdyby ktoś 
chciał  ci ich odebrać?

A twoje oczy?

Czy przyjąłbyś milion dolarów w  zamian za swoje oczy?

Co z twoimi  rękami,  nogami? Pięć milionów dolarów? Dziesięć 
milionów?

Jesteś  niezwykle cenną istotą,  prawda?  Gdyby doszło do ostatecznej 
rozgrywki,  pewnie  nie zamieniłbyś  swoich aktywów  na całe złoto z 

Fort Knoxu,  czyż nie? Powiedz mi więc,  proszę,  dlaczego taki 
bogacz włóczy  się po ulicach bez celu,  z poczuciem klęski i 

odrzucenia?  Dlaczego?

Dosyć!  Jest sposób  na lepsze życie.  Zacznij  od dzisiaj...

ZASADA PIERWSZA

background image

która zmieni twe życie na lepsze

Licz błogosławieństwa którymi zostałeś obdarzony.  Gdy zdasz  sobie 

sprawę ze  swej  wartości i  z mnogości  swych zalet,  uśmiech powróci 

na twe usta,  słońce wyjrzy zza chmur,  zabrzmi  muzyka,  a ty 

będziesz mógł wreszcie ruszyć ku życiu,  które Bóg ci 

przeznaczył...  Z wdziękiem,  mocą,  odwagą i ufnością.

ZASADA DRUGA

...  która zmieni twe życie na lepsze

Dzisiaj,  i  odtąd każdego dnia,  rób więcej,  niż wymaga tego 

zapłata,  którą otrzymujesz za swą pracę.  Połowę zwycięskiej  drogi 
do  sukcesu będziesz miał za sobą,  gdy poznasz  sekret mówiący,  że w 
każdym działaniu należy dawać z  siebie więcej,  niż tego od nas 
oczekują.  Wykonuj  przydzieloną ci pracę tak wspaniale,  żebyś w 
końcu  stał  się niezastąpiony.  Skorzystaj  z danego ci  przywileju: 
przejdź dodatkową milę,  a potem raduj  się otrzymaną za to nagrodą. 

Zasługujesz na nią!

Uwielbiam przeglądać kartki  pocztowe z zabawnymi  napisami,  których 

ostatnio przybywa na półkach księgarskich.  Pewnie też wysyłam ich 

więcej,  niż powinienem. Najbardziej  utkwiła mi w pamięci  pewna 

kartka większego formatu,  z tłoczonymi krawędziami.  W yglądała jak 
certyfikat z biura maklerskiego.  Widniał na niej  napis:  "Jak 
zrobić pieniądze?".  Poniżej,  na środku znajdowały  się cztery 
krótkie słowa,  napisane jaskrawym,  pomarańczowym kolorem:  "Weź  się 
do roboty!".

Wszystko w życiu ma swoją cenę i jeśli  nie należysz do wąskiej 

elity ludzi,  którzy już w dniu narodzin są bogaczami,  to obawiam 
się,  że dobra,  które pragniesz posiadać i  o których marzysz, 
możesz otrzymać jedynie w formie wynagrodzenia za swą pracę.

Kiwasz głową,  przyznajesz mi  rację. Nie  sprawiasz jednak wrażenia 

szczęśliwego.  Dokładasz wszelkich sił,  aby nie zalegać z 

rachunkami? W pracy zawodowej  nie czynisz znaczących postępów,  nie 
awansujesz?  Chciałbyś kupić nowy dom,  ale nie możesz  sobie na

background image

niego pozwolić? Podobnie jest z gratem,  którym jeździsz?  Twoje 
życie przypomina kołowrotek;  w jaki  sposób możesz  się wydostać z 

tego kieratu?

Jest na to odpowiedź.  Jest rozwiązanie,  zasada,  która,  pójdę o 
zakład,  nigdy nie zawodzi tych,  co uczciwie j ą  stosują.  Jeśli 
chodzi  o życie zawodowe,  największy  sekret sukcesu został nam 
przekazany przed dwoma tysiącami lat,  ze szczytu góry,  kiedy to 
Jezus powiedział,  że jeśli ktoś każe ci przejść jedną milę, 
powinieneś przejść dwie.  Jedną milę dodatkowo.

Jeśli  postanowisz,  począwszy od jutra, wkładać w wykonywaną pracę 

więcej  wysiłku,  niż wymaga tego wynagrodzenie, jakie otrzymujesz, 
w twoim życiu zaczną dziać  się cuda.  Bez względu na to, w jaki 

sposób zarabiasz na życie - czy sprzedajesz jakieś produkty, 

malujesz domy,  obsługujesz komputery,  czy zamiatasz podłogi  - 

jeśli każdego dnia zrobisz więcej,  niż ci za to płacą,  twoje życie 

stanie się lepsze.

Najpewniej  skażesz  się na los pełen porażek i łez, jeśli  twój 
wysiłek nie wykroczy poza ramy określone tw oją pensją.  Jest rzeczą 

oczywistą,  że jeśli będziesz pracował więcej  i  lepiej,  niż  się od 
ciebie oczekuje,  nie zyskasz  sobie popularności wśród kolegów, 
którzy,  zdaje  się, wykonują jedynie niezbędne minimum...  Ale to 
ich problem.  Twoje życie należy do ciebie. Na pewno jacyś ludzie 
są zależni  od ciebie.  Jeśli każdego dnia będziesz dawał z  siebie 

więcej,  niż ci za to płacą,  nie tylko wzmocnisz  swoją pozycję 

zawodową,  ale również  staniesz  się człowiekiem niezastąpionym i ku 

swojemu zdziwieniu odkryjesz wokół wiele możliwości.  Wtedy 

będziesz mógł wystawić w łasną cenę za swoją pracę.  Ileż prostoty 
zawarte jest w tej  zasadzie.  Przejdź dodatkową milę!  Nic cię to 
nie będzie kosztować,  a odkryjesz moc,  która, jeśli zechcesz ją  

wykorzystać,  odmieni twe życie na zawsze.

Andrew Carnegie powiedział,  że spotyka się dwa typy ludzi,  którzy 
nigdy nie osiągają w życiu wiele.  Pierwsi to ci,  którzy nie robią 
tego,  co im  się każe,  a drudzy - ci, którzy nie robią nic ponad 

to,  co im  się każe.  Gdy zapytano W altera Chryslera,  czego 

najbardziej  potrzebuje w swej  fabryce,  odparł:

- Dziesięciu porządnych ludzi,  którzy nie  słyszą gwizdka 
sygnalizującego fajrant i  nie wpatrują się w tarczę zegara.

Zadziw wszystkich wokoło.  Zmień  swoje nawyki  dotyczące pracy. 
Przejdź dodatkową milę!  Nie znaczy to,  że w szaleńczej  pogoni za 

sukcesem masz zaniedbywać swe życie rodzinne czy własne zdrowie. 

Musisz jedynie zastosować cudowną metodę wykorzystywania tego,  co 

życie ma ci  do zaoferowania i  na co zasługujesz.  Pracuj  tak, 

jakbyś miał żyć wiecznie,  i żyj  tak, jakbyś miał umrzeć dzisiaj.

Przejdź jeszcze jed n ą milę!

background image

ZASADA DRUGA

...  która zmieni twe życie na lepsze

Dzisiaj,  i  odtąd każdego dnia,  rób więcej,  niż wymaga tego 

zapłata,  którą otrzymujesz za swą pracę.  Połowę zwycięskiej  drogi 
do  sukcesu będziesz miał za sobą,  gdy poznasz  sekret mówiący,  że w 
każdym działaniu  należy  dawać z  siebie więcej,  niż tego od  nas 
oczekują.  Wykonuj  przydzieloną ci pracę tak wspaniale,  żebyś w 
końcu  stał  się niezastąpiony.  Skorzystaj  z danego ci  przywileju: 
przejdź dodatkową milę,  a potem raduj  się otrzymaną za to nagrodą. 

Zasługujesz  na  nią!

ZASADA TRZECIA

...  która zmieni twe życie na lepsze

Ilekroć zdarzy ci  się popełnić błąd lub  gdy ugniesz  się pod 

brzemieniem trosk,  nie rozpamiętuj  tego zbyt długo.  Nasze błędy to 

nic innego jak  tylko lekcje,  których udziela nam życie.  Twoja 

skłonność do potykania się o przeszkody jest  nierozerwalnie 

związana z tw ą mocą osiągania zamierzonych celów. Nikt nie odnosi 

wyłącznie zwycięstw,  a każda porażka stanowi tylko kolejny etap  na 

drodze twojego rozwoju.  Otrząśnij  się wtedy szybko.  W jaki  sposób 
zdołałbyś poznać tkwiące w tobie ograniczenia,  gdybyś czasami  nie 
doznawał porażek? Nigdy nie rezygnuj.  Twój  czas nadejdzie.

Oto jedna z  najmniej  rozumianych, wielkich prawd przeszłości, 
którą echo  niesie przez  stulecia,  a tylko ludzie wielkiej  mądrości 

um ieją j ą  pojąć.  Jeśli  chcesz osiągnąć sukces,  musisz umieć żyć z 

niepowodzeniem.  Porażka dostarcza  nam znacznie więcej  mądrości  niż 

sukces.  Znajdź  człowieka,  który  nigdy  się  nie potykał,  nigdy  nie 
spartaczył roboty i  nie popełnił błędu,  a będziesz miał przykład 
osobnika z bardzo niepewną przyszłością.

Błędy,  potknięcia,  klęski  są nie do uniknięcia w tym brutalnym 

życiu.  Gdy jednak dopuścimy  do tego, by  odebrały  nam  one zapał do

background image

walki,  i gdy po bolesnym upadku będziemy się wahać,  czy warto 

ponownie  spróbować,  skażemy się na życie przepełnione żalem. 

Najlepsza nauka pochodzi z popełnianych przez nas błędów i  z 

naszych porażek.

Klęska.  A cóż to takiego?  Ot,  zwyczajna lekcja,  po prostu pierwszy 
krok ku czemuś lepszemu.  Tak naprawdę porażek nie ponoszą jedynie 

ci  ludzie,  którzy nigdy nie próbują niczego osiągnąć.

Mark Twain napisał kiedyś  opowieść o kocie,  który pewnego dnia 
wskoczył na rozgrzany piec i poparzył  sobie brzuszek.  Biedny 
zwierzak nigdy już nie wskakiwał na gorący piec...  ale nie 
wskakiwał również na zimny!  Bardzo często przeceniamy wartość 

doświadczenia,  co w konsekwencji  obraca się przeciwko nam i 

nakazuje zaprzestać kolejnych prób.  Jest takie wspaniałe,  stare 

skandynawskie powiedzenie:  "Północny w iatr stworzył Wikingów". 

Północny wiatr może uczynić cuda również dla ciebie.

Pamiętaj,  że życie ludzi,  którzy odnieśli wielki  sukces,  zawiera 
też gorsze rozdziały, jak  każda dobra książka.  Zakończenie książki 
zależy jednak od nas.  Sami tworzymy nasze dni  i  lata,  a 
niepowodzenia i  klęski to jedynie kroki ku lepszej  przyszłości.  W 

1974 roku,  kiedy to baseballista Hank Aaron bliski był pobicia 

rekordu wszechczasów w liczbie zdobytych punktów, ustanowionego 
przez Babea Rutha - któregoś ranka zatelefonowałem do jego klubu 
Atlanta Bravers.  Gdy połączono mnie z działem kontaktów z mediami, 
zapytałem:

- Wiadomo mi,  że Hank ma na swoim koncie już  siedemset dziesięć 

punktów.  Do pobicia rekordu Rutha brakuje mu jedynie pięciu 
punktów.  Ciekawi mnie jednak,  ile razy w życiu zawodnik ten 
przestrzelił.

- Ile razy przestrzelił,  proszę pana?  - zapytał niepewnym głosem 

młody człowiek po drugiej  stronie linii.

- Tak,  ile razy przestrzelił.

- Obawiam  się,  że będzie pan musiał  chwilę zaczekać,  muszę to 
sprawdzić.

Po kilku minutach w słuchawce odezwał  się jego głos:

- Panie Mandino,  do wczorajszego wieczoru Hank miał na koncie 
siedemset dziesięć punktów i, jak  panu wiadomo,  brakuje mu pięciu 
do pobicia rekordu należącego do Babe'a Rutha...

- Tak, to już wiem.

-...  a w całej  swojej  karierze przestrzelił tysiąc dwieście

background image

sześćdziesiąt dwa razy.

Podziękowałem za informację,  odłożyłem  słuchawkę i zacząłem 

zastanawiać  się nad tym,  co właśnie usłyszałem.  Co za wspaniały 
przykład.  Będę go mógł wykorzystywać,  chcąc wytłumaczyć,  że 
minione porażki nigdy nie powinny nas zniechęcać do dalszych prób. 
Oto jeden z najwspanialszych w historii  zawodników baseballu, Hank 
Aaron,  który na każdy zdobyty punkt prawie dwukrotnie 
przestrzelił.

Tak,  życie to gra.  Aby odnieść triumf,  należy przestrzegać reguł.

Nie znaczy to jednak,  że aby odnieść w życiu sukces,  każde 

uderzenie piłki  kijem baseballowym ma być uwieńczone zdobyciem 
kolejnego punktu.  Zapytaj  zresztą Aarona.

ZASADA TRZECIA

...  która uczyni twe życie lepszym

Ilekroć zdarzy ci  się popełnić błąd lub gdy ugniesz  się pod 
brzemieniem trosk,  nie rozpamiętuj  tego zbyt długo. Nasze błędy to 
nic innego jak  tylko lekcje których udziela nam życie.  Twoja 

skłonność do potykania się o przeszkody jest nierozerwalnie 

związana z tw ą mocą osiągania zamierzonych celów. Nikt nie odnosi 
wyłącznie zwycięstw,  a każda porażka stanowi tylko kolejny etap na 

drodze twojego rozwoju.  Otrząśnij  się wtedy  szybko.  W jaki  sposób 

zdołałbyś poznać tkwiące w tobie ograniczenia,  gdybyś czasami nie 

doznał porażek? Nigdy nie rezygnuj.  Twój  czas nadejdzie.

ZASADA CZWARTA

1  1  73  0 0  108  1  ff 0  32  1

...  która uczyni twe życie lepszym

Niech nagrodą za długie godziny pracy i  znoju będzie dla ciebie 

czas  spędzony w otoczeniu rodziny.  Troskliwie pielęgnuj  miłość 
swych najbliższych,  pamiętając przy tym,  że twoim dzieciom 

potrzebny jest wzór do naśladowania,  a nie słowa krytyki,  i twój 
rozwój  będzie następował  szybciej, jeśli nieustannie będziesz  się 

starał przedstawiać im najlepsze strony swej  osobowości.  I jeśli

background image

nawet w oczach  świata staniesz  się w jakiejś dziedzinie bankrutem, 

to mając kochającą rodzinę,  i tak odniosłeś  sukces.

Często  spotykam  się z pytaniem  dotyczącym moich dzieci,  teraz już 
dorosłych ludzi  - jak je  wychowaliśmy.  Po przeczytaniu kilku moich 

książek  niektórzy  sądzą,  że moja żona i ja  mamy jakąś magiczną 
formułę,  która gwarantuje odnoszenie sukcesu w każdej 

dziedzinie...  nawet w dostarczaniu  światu inteligentnych, 
przystosowanych do życia w społeczeństwie,  szczęśliwych obywateli 
przyszłości. Nigdy nie tracąc z oczu tego  "drugiego Oga Mandino", 
który  na skutek lekkomyślności i  niedbalstwa stracił przed wielu 
laty swą pierwszą rodzinę,  zawsze odpowiadam w ten sam  sposób...

Najlepsze,  co możemy uczynić dla naszych dzieci, to  świadomie 

dostarczać im  swoim postępowaniem wzorce do  naśladowania. Daj  im 
przykład,  a one zachowają go w pamięci  i nawet spróbują powielić. 
Jeśli twoje postępowanie będzie  sprzeczne z twoimi  słowami, 
stracisz  dziecko.  Możesz zrobić dla niego niewiele więcej,  niż 
służyć mu przykładem i być w pobliżu, by pomóc mu  się podźwignąć, 

jeśli upadnie.  To chyba niezbyt wiele,  prawda?

Na ścianie,  naprzeciwko mojego biurka, wisi krótki wiersz, 

starannie wykaligrafowany i  oprawiony.  Pod  słowami:  "autor 

nieznany"  znajduje  się mała fotografia Matta.  Przykleiłem ją  tam 

zaraz po jego przyjściu na świat.  Może zechcesz zaznaczyć tę 

stronę,  aby w przyszłości  powracać do zapisanych tu słów.

D o ojców wszystkich małych chłopców

Jakaś para małych oczu 

Śledzi  cię, tak w noc, jak  w  dzień 

Para usząt też wciąż chłonie 

Każdy mowy twojej  dźwięk.

Para rącząt bardzo pragnie 

Wszystko robić tak jak  ty,

I ten chłopczyk,  co wciąż marzy, 

O  dniu,  gdy dorówna ci.

background image

Ty dla niego jesteś wzorem 

I mądrością wszystkich ksiąg,

On nie dojrzy w tobie braków,

Choćby  się zebrały w krąg.

On ci wierzy całym  sercem,

Słyszy mowę, widzi  czyn,

I chce,  kiedy już dorośnie,

Zostać naśladowcą twym.

Zapatrzony chłopiec wierzy,

Że ty zawsze rację masz,

I wciąż  śledzi, jak  ubarwiasz 

Ten powszedni żywot wasz.

Dajesz przykład  słowem,  czynem,

Przykład dobry albo zły,

Chłopiec czeka,  aby zacząć 

Mówić,  czynić tak jak  ty.

Przed kilku laty, tuż przed wyruszeniem w długą podróż,  której 

celem miała być promocja jednej  z moich książek,  przeżyłem 

koszmarny ból.  Pomagałem naszemu młodszemu synowi pakować walizkę, 

a potem,  razem z jego matką,  staliśmy przed drzwiami  domu, 

machając mu na pożegnanie.  Odjeżdżał,  aby rozpocząć samodzielne 
życie w domu studenckim Arizona State University.

Pamiętam,  że gdy zniknął nam z oczu,  poszedłem  do jego pokoju, 
usiadłem tam w ciemności  i  modliłem  się, by zasady życia,  które ja  
i moja żona, Bette,  przekazaliśmy obu naszym  synom,  pozwoliły im 
pokonać wszelkie przeciwności,  których na pewno los im nie 

oszczędzi.

background image

Trasa promocyjna, w którą niebawem wyruszyłem,  przebiegała bez 

większych wstrząsów do chwili,  gdy znalazłem  się w pewnym  studiu 

radiowym w Los Angeles.  Miałem wystąpić w porannej  audycji  na 
żywo.  Do wzięcia udziału w tym programie zaproszono też pewną 

bardzo  sławną powieściopisarkę,  której  nazwiska tu nie zdradzę.  W 
trakcie dyskusji podjęliśmy w pewnej  chwili  temat naszych rodzin, 

a zwłaszcza dzieci.

Pisarka natychmiast przyjęła inicjatywę przed mikrofonem i 
rozpoczęła długą,  nieprzyjemną przemowę, w której  bezwzględnie 
krytykowała swoich dwóch nastoletnich  synów.  Przyznała się,  że nie 

daje  sobie z nimi rady,  a na pomoc ich ojca nie może liczyć,  bo 

nigdy go nie ma w domu,  a te dzieciaki  "doprowadzają j ą  do  szału". 

Nigdy nie przychodzą w porę na posiłki, w ich pokojach panuje 

wieczny bałagan,  a muzyki  - oczywiście tej,  która jej  nie 

odpowiada -  słuchają tak głośno,  że  "doprowadzają j ą  do szału". 

"Doprowadza do  szału"...  To niemiłe określenie usłyszałem  chyba 

kilkanaście razy w trakcie tyrady, w której  sławna autorka 
krytykowała swe dzieci  przed całymi  rzeszami  radiosłuchaczy.  W 
pewnym momencie  straciłem cierpliwość i po prostu jej  przerwałem.

- Wie pani  - powiedziałem  - już wkrótce nadejdzie taki  dzień,  gdy 

idąc przez hall  swego domu,  spostrzeże pani,  że w dwóch pokojach 
panuje przeraźliwa cisza...  i wtedy zada pani  sobie pytanie:

"Gdzie oni  są?".  Gdy ta audycja się  skończy i wróci pani  do domu, 

proszę uścisnąć  swych chłopców i po prostu powiedzieć im,  że 
bardzo ich pani kocha.

ZASADA CZWARTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Niech nagrodą za długie godziny pracy i  znoju będzie dla ciebie 

czas  spędzony w otoczeniu rodziny.  Troskliwie pielęgnuj  miłość 
swych najbliższych,  pamiętając przy tym,  że twoim dzieciom 

potrzebny jest wzór do naśladowania a nie  słowa krytyki,  i  twój 
rozwój  będzie następował  szybciej, jeśli nieustannie będziesz  się 

starał przedstawiać im najlepsze  strony  swej  osobowości.  I jeśli 

nawet w oczach  świata staniesz  się w jakiejś dziedzinie bankrutem, 
to mając kochającą rodzinę,  i tak odniosłeś  sukces.

background image

...  która uczyni twe życie lepszym

ZASADA PIĄTA

Zbuduj  ten dzień  na fundamencie pozytywnych myśli.  Nigdy  się  nie 
trap  swoimi wadami  i brakami,  nie obawiaj  się,  że utrudniają ci 

one twój  rozwój.  Jak najczęściej  przypominaj  sobie,  że zostałeś 
stworzony przez Boga i że otrzymałeś moc,  dzięki  której  możesz 

urzeczywistnić każde marzenie, jeśli tylko wzniesiesz  się 
wystarczająco wysoko na skrzydłach  swoich myśli.  Będziesz mógł 

nawet pofrunąć, jeśli tylko uznasz, że potrafisz.  Nigdy już  nie 

rozważaj  możliwości porażki. Niech wizja,  którą kryjesz w sercu, 
znajduje urzeczywistnienie w twym życiu.  Uśmiechnij  się!

Od zarania dziejów mędrcy uczą nas,  że wszystko,  co zdołaliśmy lub 
czego  nie zdołaliśmy  osiągnąć, jest wynikiem  sposobu  naszego 

myślenia, tego,  co myślimy o  naszych zdolnościach,  odwadze i mocy 

osiągania sukcesów.

James Allen powiedział,  że dobre myśli  rodzą dobre owoce,  a złe 
myśli  rodzą złe owoce.

Rzymski  cesarz i  filozof, Marek Aureliusz twierdził, że  nasze 
życie jest takie, jakim go czynią nasze myśli.  Dobre lub złe.
Przykre lub  radosne.  Zwycięskie lub  pozbawione nadziei.

Budda wyraził to jeszcze dobitniej:  "Wszystko to,  czym jesteśmy, 

stworzyły nasze myśli.  Umysł jest wszystkim. Nasze myśli  decydują
0 tym,  kim  się stajemy".

Jakkolwiek  nazwiesz to zjawisko,  nie zmienisz faktu,  że pozytywne 
myśli  m ają moc twórczą,  podczas gdy  negatywne powstrzymują rozwój
1  niszczą.

Jeśli wierzysz tym mędrcom, to zdajesz  sobie sprawę,  że 
pomniejszanie  swej  wartości  oraz uzdolnień przynosi w konsekwencji 
porażkę.  Jeśli  zbyt nisko będziesz cenił  swoje możliwości, 
wykształcenie i wiedzę,  świat bardzo szybko zaakceptuje twoją 

samoocenę i  czekać cię będzie żałosna przyszłość,  na którą nie 

zasługujesz.  Dosyć!  Nigdy więcej  negatywnych myśli  i negatywnych 

działań.  Wysłuchaj  mnie do końca.  Nawet nie wiesz, jaki jest 
dobry!  Tak, ty,  który tam teraz  siedzisz i rozczulasz  się  nad 
sobą.  Jesteś jak kaczka,  która mieszka na naszym podwórku.

Kiedy M att zaczynał naukę w szkole średniej,  pewnego popołudnia 
wrócił  do domu z pudełkiem po butach, w którego wieku było 
zrobione kilka dziur.  Sprawdziły  się moje najgorsze obawy,  gdy po

background image

zdjęciu wieka ujrzałem w pudełku maleńkie,  krzykliwe,  żwawe 
kaczątko.  Wylęgło  się w klasie biologicznej  mojego  syna.  Karmiono 

je  tam przez kilka tygodni,  a potem urządzono losowanie, w wyniku 

którego kaczka przypadła w udziale mojemu synowi.  Tego nam tylko 

brakowało!  Jednak zarówno Bette, jak i ja  wyraziliśmy zgodę na 

pozostawienie kaczki w domu.

Niezbyt zadowolony ojciec i jego rozpromieniony  syn udali  się więc 

do  sklepu z artykułami  drewnianymi,  gdzie kupili  kilka desek.  W 
rogu ogrodzonego podwórka Matt zbudował wspaniały kaczy domek, 
który pomalował na biało.  Potem nad łukowatym wejściem 

własnoręcznie wykonał  czerwoną farbą napis:  "Disco".  Dyskotekowa 

kaczka!  Potem w sklepie żelaznym kupiliśmy rolkę siatki  drucianej 
i  dookoła kaczego domku wznieśliśmy ogrodzenie,  aby nowy członek 
naszej  rodziny nie wywędrował i  nie zgubił  się.

Disco jest z nami już od kilkunastu lat.  Wyrósł z niego bardzo 

piękny i  duży okaz.  Jako że Matt jest żonaty i mieszka gdzie 
indziej,  z pewnością domyślasz się,  kto dogląda ptaka.

W całej  tej  aferze dotyczącej  Disco, uczyniliśmy pewien błąd.  Mała 

rezydencja kaczki  została zbudowana zbyt blisko naszej  sypialni. 
Ostatnio Disco budzi  się przed  świtem i kwacze przez cały dzień,  z 
małymi tylko przerwami.  Głośno!  W związku z tym,  że Disco 

wcześniej  się tak nie zachowywała,  nie licząc przypadku,  kiedy to 
wystraszyła kota naszych  sąsiadów,  doszliśmy z Bette do wniosku, 

że z pewnością coś jej  doskwiera. Nie jest już  szczęśliwa.  Albo 
pokarm,  który jej  daję, jest wstrętny,  albo też zbyt rzadko 
zmieniam wodę w jej  korytku,  a może  słoma w jej  domku jest 

wilgotna i  należy ją  zmienić albo wyprzątnąć.  Kto wie? Próbowałem 
wszystkiego,  aby Disco odzyskała poczucie bezpieczeństwa i była 

znów szczęśliwa.  Ona jednak skarży się dalej  swoim  ochrypłym, 
niestrudzonym głosem.

Widzisz, Disco rzeczywiście ma problem.  Założę  się,  że to ten  sam 

problem,  który dręczy również ciebie.  Tak,  ciebie!  Zarówno Disco, 

jak i tobie brak poczucia własnej  wartości.  Kaczka nie ma pojęcia, 

że jeśli  czuje  się nieszczęśliwa z powodu warunków swojego życia, 
powinna uczynić coś więcej,  niż jedynie rozczulać  się nad  sobą.  Ma 
przecież wystarczającą moc, by zmienić te warunki,  zamiast tylko 

skarżyć  się na nie.

Gdyby Disco naprawdę chciała odmienić  swoje życie,  mogłaby to 

uczynić w każdej  chwili.  To proste.  Wystarczyłoby tylko,  aby 
uniosła swe wspaniałe skrzydła,  pomachała nimi w górę, w dół...  i 

odleciała.  Ale biedna Disco nie wie, jaka jest dobra!  Nie wie,  że 

potrafi  latać.  Tak samo jak  ty...

background image

...  która uczyni twe życie lepszym

ZASADA PIĄTA

Zbuduj  ten dzień na fundamencie pozytywnych myśli. Nigdy się nie 

trap  swoimi wadami  i brakami,  nie obawiaj  się,  że utrudniają ci 
one twój  rozwój.  Jak najczęściej  przypominaj  sobie,  że zostałeś 

stworzony przez Boga i że otrzymałeś moc,  dzięki  której  możesz 

urzeczywistnić każde marzenie, jeśli tylko wzniesiesz  się 
wystarczająco wysoko na skrzydłach  swoich myśli.  Będziesz mógł 

nawet pofrunąć, jeśli tylko uznasz,  że potrafisz. Nigdy już nie 
rozważaj  możliwości porażki. Niech wizja,  którą kryjesz w sercu, 
znajduje urzeczywistnienie w twym życiu.  Uśmiechnij  się!

ZASADA SZÓSTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Niechaj  zawsze m ówią za ciebie twoje czyny.  Nieustannie jednak 

strzeż  się  straszliwych pułapek tkwiących w próżnej  dumie i 

zarozumialstwie.  M ogą one wstrzymać twój  rozwój.  Gdy następnym 
razem ogarnie cię pokusa,  aby zacząć się przechwalać, włóż 
zaciśniętą pięść do wiadra z wodą,  a kiedy j ą  stamtąd wyciągniesz, 
popatrz,  co  stało się z przestrzenią,  którą zajmowała twoja dłoń. 

Otrzymasz wtedy w łaściwą odpowiedź na pytanie, jak bardzo jesteś 

ważny.

N ikt z nas nie pada ofiarą oszustwa innych równie często, jak 

często oszukuje  samego  siebie.  Straszliwa przesłona próżności  i 

zarozumialstwa jest niebezpieczną przeszkodą na drodze naszego 

dalszego rozwoju,  może go zahamować,  kiedy skosztujemy już 
odrobiny  sukcesu.  To prawda:  włożyliśmy wiele wysiłku, 

wykorzystaliśmy wszystkie nasze zdolności,  pracowaliśmy ciężko, 

aby posunąć  się do przodu. Nie zapominaj jednak, jak  łatwo wpaść w 

potrzask złudnej  wiary,  która rodzi  się po odniesieniu kilku 
zwycięstw i tworzy fałszywe wyobrażenie o naszych wyjątkowych i 
niespotykanych zaletach.  Jeśli  taka postawa zdominuje twój  sposób 

obcowania z ludźmi,  zahamowany zostanie również twój  rozwój. Nic

background image

bowiem nie może wyrządzić większej  szkody niż arogancja i 

zarozumialstwo,  a konsekwencją jest zwykle kubeł zimnej  wody.

Wszyscy jesteśm y istotami  stworzonymi  przez Boga.  Gdybyśmy jednak 

zdołali pojąć, jak  niewielką szkodę przyniosła by  światu nasza 

śmierć,  mniej  myślelibyśmy o  swojej  wielkości,  a więcej  o 

wspieraniu innych.

Ja sam bezustannie  staczam moje własne bitwy z pokusą próżnej 

dumy.  Gdy człowiek pisze nową książkę co dwa lata,  tak jak  ja,  a 

potem jeździ po kraju,  aby prowadzić na jej  temat dyskusje w 
radiu,  telewizji  oraz na konferencjach prasowych,  nie mówiąc już o 

dziesiątkach wykładów wygłaszanych każdego roku, łatwo może wpaść 

w pułapkę i zacząć wierzyć we wszystkie wspaniałe rzeczy,  które 
głoszą na jego temat media.  Zbyteczne jest chyba mówić przy tym, 

jak może popsuć człowieka sława,  limuzyny z kierowcami i 

przyjęcia,  na których rozdaje autografy.

Nigdy nie zapomnę dnia,  w którym Bóg postanowił utrzeć mi nieco 

nosa,  na co niewątpliwie wtedy zasłużyłem.  Siedziałem w pokoju 
hotelowym,  czekając,  aż rozlegnie  się  stukanie do drzwi,  które 
miało oznaczać,  że pora zejść do  sali balowej,  gdzie kilka tysięcy 

osób przybyłych z całego kraju czekało na mój  wykład.  Gdy wreszcie 

nadszedł posłaniec,  starszy mężczyzna,  szybko założyłem marynarkę 
i podążyłem za nim korytarzem do windy.

W holu było tłoczno i gwarno. Nie uszliśmy daleko,  gdy poczułem, 
że ktoś  silnie klepie mnie po ramieniu.  Odwróciłem głowę i 
ujrzałem młodego mężczyznę,  który patrzył na mnie szeroko 

otwartymi  oczami.  Do kieszeni marynarki  miał przypięty znaczek z 

nazwą swojej  firmy, w ręku trzymał papierową torbę na zakupy.

- Czy to pan jest Og Mandino?  - zapytał z zapartym tchem.

Skinąłem głową,  po czym ruszyłem do przodu.

- Czy mógłby mi pan poświęcić chwilę?  - poprosił kierując  się w 
stronę  stolika stojącego przy oknie,  z dala od tłumu.

Spojrzałem na mojego przewodnika,  który zmarszczył czoło,  po czym 

niechętnie  skinął głową na znak zgody.

- Dziękuję panu.  - Młodzieniec położył torbę z zakupami  na 
stoliku,  po czym odetchnął głęboko i rzekł:  - Chcę,  żeby pan 

wiedział,  że moja żona jest pana gorącą wielbicielką.  Przysięgam, 
że przeczytała wszystko,  co pan kiedykolwiek napisał.  Pracuje jako 
nauczycielka w naszym rodzinnym miasteczku i  dlatego nie mogła mi 
tu dzisiaj  towarzyszyć. Niezmiernie ubolewa z tego powodu.  Tak 
bardzo chciała pana posłuchać.

background image

- Przykro mi.

- Cóż,  pomyślałem,  że zrobię dla Luizy coś niezwykłego,  i 
odwiedziłem  chyba wszystkie księgarnie w promieniu pięćdziesięciu 

mil  od  naszego miasteczka.  Udało mi  się znaleźć pięć pańskich 
książek w twardej  oprawie.  Proszę, bardzo proszę...  czy mógłby pan 
mi uczynić ten zaszczyt i  napisać w nich dedykacje dla mojej  żony? 

Chciałbym je  podarować Luizie w dniu jej  urodzin, w najbliższy 
czwartek.

- Zrobię to z wielką radością - powiedziałem wyciągając pióro z 

wewnętrznej  kieszeni  marynarki,  po czym  na każdej  z pięciu książek 

napisałem: D la Luizy,  z  najserdeczniejszymi  życzeniami 

urodzinowymi,  Og Mandino.

Gdy skończyłem,  młodzieniec ostrożnie wsunął książki  do torby, 

uścisnął mnie  nerwowo, jakby  się  spieszył,  podziękował,  po czym 

się odwrócił...  a ja  nie powinienem był  chyba mówić nic więcej. 

Jestem jednak szczęśliwy,  że  się wtedy  odezwałem.

Młodzieniec był już kilka kroków ode mnie,  gdy krzyknąłem  do 

niego:

- Ależ Luiza będzie zaskoczona,  prawda?

Odwrócił  się i  z szerokim uśmiechem zakłopotania odparł głośno:

- Pewnie,  proszę pana.  Ona myśli,  że dostanie nową Toyotę Corollę.

ZASADA SZÓSTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Niechaj  zawsze mówią za ciebie twoje czyny. Nieustannie jednak 

strzeż  się  straszliwych pułapek tkwiących w próżnej  dumie i 

zarozumialstwie.  M ogą one wstrzymać twój  rozwój.  Gdy następnym 
razem ogarnie cię pokusa,  aby zacząć się przechwalać, włóż 
zaciśniętą pięść do wiadra z wodą,  a kiedy j ą  stamtąd wyciągniesz, 
popatrz,  co  stało się z przestrzenią,  którą zajmowała twoja dłoń. 
Otrzymasz wtedy właściwą odpowiedź  na pytanie jak  bardzo jesteś 

ważny.

background image

...  która uczyni twe życie lepszym

ZASADA SIÓDMA

Każdy dzień jest szczególnym  darem od Boga i  chociaż życie może 

cię czasem potraktować szorstko,  nie wolno ci  dopuścić do tego, by 
chwilowy ból,  przejściowe trudności  czy przeciwności losu zatruły 

twój  optymizm i  zniweczyły twe plany.  Nigdy nie uda ci  się 

zwyciężyć, jeśli nie zrzucisz z  siebie obrzydliwej  płachty żalu i 
płaczliwej  skargi.  Ponury jęk  zwątpienia odstraszy wszelkie szanse 
na sukces. Nigdy więcej.  To  sposób na lepsze życie.  Życie nie jest 

sielanką i  ...  pewnie nigdy nią nie będzie.  Może  się czasem 

zdarzyć,  że to ty wykonasz w iększą pracę,  a ktoś inny otrzyma za 
to nagrodę.  Być może dajesz z  siebie dwa razy więcej  niż twój 

sąsiad i  dobrze wiesz,  że jesteś od niego dwa razy zdolniejszy...

A mimo to zarabiasz o połowę mniej  niż on.

Często  się zdarza,  że życie rzuca ci  na stół złą kartę.  Jak wtedy 

zagrywasz?  Czy pozostajesz przy stole,  odrzucając myśl  o poddaniu 

się,  nawet jeśli  nie masz pewności,  że wygrasz...  czy też jęczysz 

i użalasz  się nad sobą,  ponieważ jesteś przekonany,  że twoje 
kłopoty i problemy przerastają tragedie wszystkich innych ludzi? 
Biedactwo!

Przed prawie dwudziestu laty otrzymałem m ałą żółtą kartkę z 
wydrukowanym na zielono wierszem. Nadawcą był Wilton Hall, wydawca 

czasopisma  "Quote Magazine"  z miasta Anderson w Południowej 

Karolinie.  Od tamtej  pory ów wiersz zajmuje szczególne miejsce w 
moim życiu. Nie tylko czytuję go w trakcie moich wykładów,  ale 
również często do niego zaglądam dla poprawy samopoczucia.  Ilekroć 

sprawy nie układają się tak, jak  zaplanowałem,  gdy dzień zapowiada 
się ponuro lub też gdy zaczynam złościć się na innych i trochę 

rozczulać się nad  sobą, wyciągam ten wiersz,  czytam go,  po czym 
idę dalej  przez życie,  przepełniony wdzięcznością.  Zatrzymuję  się 
tylko na chwilę, by spojrzeć w niebo i powiedzieć jedno słowo: 

"Dziękuję...".

Tak,  pochyl  się,  abym mógł ci wręczyć oryginał wiersza.  Papier ma 

pozawijane rogi,  ponieważ często miałem go w rękach.  To prawdziwy 

skarb.  Założę  się, że odtąd i ty będziesz często go czytał i 
dzielił  się jego treścią z przyjaciółmi.

Panie, wybacz mi,  kiedy  się skarżę!

background image

Dzisiaj  w autobusie zobaczyłem  śliczną dziewczynę o złocistych 

włosach i  poczułem zazdrość...  Sprawiała wrażenie takiej 

radosnej...  Zrobiło mi  się żal,  że moja twarz nie jest tak samo 
rozpromieniona. Nagle,  gdy wstała i  ruszyła ku drzwiom, 
zauważyłem,  że jest kaleką.  Miała tylko jedną nogę,  poruszała się 
o kulach.  Ale kiedy przechodziła obok mnie...  uśmiechnęła się!

O, Boże, wybacz mi,  kiedy  się  skarżę.  Ja mam  obie nogi.  Świat 

należy  do mnie!

Zatrzymałem  się,  aby kupić cukierki.  Chłopak,  który je  sprzedawał, 
był taki uroczy.  Zacząłem z nim rozmawiać.  Wydawał  się taki 
zadowolony z życia. Nie  spieszyłem  się zbytnio,  mogłem  sobie 
pozwolić na spóźnienie.  Kiedy odchodziłem,  powiedział do mnie: 

"Dziękuję panu.  Jest pan ogromnie miły.  Przyjemnie jest 

porozmawiać z kimś takim jak  pan.  W ie pan - dodał - jestem  
niewidomy".  O,  Boże, wybacz mi,  kiedy się skarżę.  Ja mam dwoje 
zdrowych oczu.  Świat należy do mnie.

Później,  kiedy  szedłem ulicą,  zobaczyłem  chłopca z oczami 
przepełnionymi  smutkiem.  Stał i patrzył na inne dzieci,  które  się 
bawiły. Nie wiedział, jak  ma się zachować.  Zatrzymałem  się przy 
nim i  spytałem:  "Dlaczego do nich nie dołączysz,  chłopcze?".  Bez 

słowa dalej  patrzył przed siebie i wtedy zrozumiałem,  że jest 

głuchy.  O, Boże, wybacz mi,  kiedy  się  skarżę.  Ja mam  dwoje 
zdrowych uszu.  Świat należy do mnie

Mam nogi,  które zaniosą mnie,  dokąd zechcę;  mam  oczy,  dzięki 
którym mogę oglądać blask zachodzącego  słońca mam uszy,  dzięki 
którym usłyszę odpowiedzi  na moje pytania.  O, Boże, wybacz mi, 
kiedy  się  skarżę. Doprawdy,  zostałem obdarzony wieloma 
błogosławieństwami.  Świat należy do mnie.

Autor nieznany

ZASADA SIÓDMA

...  która uczyni twe życie lepszym

Każdy  dzień jest szczególnym  darem od Boga i  chociaż życie może 

cię czasem potraktować szorstko,  nie wolno ci  dopuścić do tego, by 
chwilowy ból,  przejściowe trudności  czy przeciwności  losu zatruły

background image

twój  optymizm i  zniweczyły twe plany.  Nigdy nie uda ci  się 

zwyciężyć, jeśli nie zrzucisz z  siebie obrzydliwej  płachty żalu i 
płaczliwej  skargi.  Ponury jęk  zwątpienia odstraszy wszelkie szanse 
na sukces. Nigdy więcej.  To  sposób na lepsze życie.

ZASADA ÓSMA

...  która uczyni twe życie lepszym

Nigdy więcej  nie zaśmiecaj  swoich dni  i nocy mnóstwem błahych 

spraw, bo gdy nadejdzie pora na podjęcie wielkiego wyzwania, 

zabraknie ci  czasu.  To,  że po prostu przeżyłeś kolejny dzień,  nie 

daje powodów do  świętowania.  Znalazłeś  się tutaj  nie po to,  aby 

trwonić cenne godziny możesz osiągnąć bardzo wiele, jeśli  dokonasz 
niewielkiej  zmiany w rozkładzie  swoich zajęć.  Dosyć już 
bezsensownej  krzątaniny.  Dosyć ukrywania się przed  sukcesem.  Wyjdź 
ponad czas i przestrzeń, w których tkwisz,  i  zacznij  się rozwijać.

Teraz.  Teraz!  Nie odkładaj  do jutra.

Pewnie znasz ten typ ludzi.  Być może jesteś jednym z nich.  Jeśli 
tak,  to cieszę się,  że do mnie przyszedłeś.  Taki  człowiek zawsze 

jest zajęty,  zawsze ma więcej  planów, umówionych  spotkań i  spraw 

do załatwienia niż czasu i  energii,  aby temu wszystkiemu  sprostać. 

Wciąż żyje w szalonym pędzie, wciąż próbuje wszystkiemu podołać.

Ludzie tego typu podejmują nieświadome,  ale bardzo  skuteczne 

działania,  aby uniknąć sukcesu.  Są wiecznie tak zabiegani, tak 

uwikłani w sprawy dnia codziennego,  że gdy  stają wobec wielkiej 

szansy, wobec możliwości  odmiany swego życia i  osiągnięcia 

pomyślności,  odpowiadają po prostu,  że jest im przykro,  ale  są w 
tej  chwili zbyt zajęci,  aby wziąć na siebie jakiekolwiek nowe 
zobowiązania.

Brzmi  to znajomo? Mam nadzieję,  że nie uwikłałeś  się w ciężką, 
bezproduktywną pracę,  która sprawia,  że jesteś niesłychanie 
zajęty,  lecz tkwisz tylko w swoim codziennym kieracie,  nic poza 
tym.  Jedyną pociechą może być dla ciebie świadomość,  że podobnych 

do ciebie ludzi jest bardzo wielu.  Widzisz,  do odniesienia sukcesu 

potrzeba tyle  samo energii,  co do poniesienia porażki.  Z tego 
powodu tak wielu aktywnych,  zapracowanych ludzi nie może pojąć,

background image

dlaczego w ich życiu nie dzieje  się nic szczególnego.

Jeśli  i ty należysz do tej  kategorii  ludzi,  być może dzieje  się 
tak,  ponieważ przed laty ktoś wcisnął twój  "wyłącznik stop".  Tak, 

"wyłącznik stop"! już dawno zamierzałem napisać na ten temat 

książkę,  ale teraz dopiero po raz pierwszy omawiam ten problem.

Kiedyś kupiłem bardzo drogie auto ze składanym  dachem.  Sprzedawca 
przekonywał mnie,  że nie powinienem zostawiać tego cennego pojazdu 
na ulicy czy nie  strzeżonych parkingach,  zanim nie zamontuję w nim 

systemu alarmowego,  który w wypadku próby kradzieży tego  skarbu, 

powodowałby włączenie  się głośnej  syreny.  Oczywiście,  przyznałem 
mu rację.

Któregoś ranka,  gdy byłem już  spóźniony na umówione spotkanie, 
popędziłem  do garażu, włożyłem kluczyk do  stacyjki,  przekręciłem 
go...  na próżno. Nie usłyszałem nawet najmniejszego szumu.  Zupełna 

cisza.  Czyżby akumulator się wyczerpał?  Bardzo wątpliwie.

Włączyłem radio.  Zabrzmiała głośna muzyka.  Wsunąłem do magnetofonu 
kasetę.  Ella Fitzgerald i jej  Mackey Majcher.  W spaniała jakość 

dźwięku.  Uruchomiłem  system czyszczenia przedniej  szyby.  Z 

ukrytych otworków tryskały dwa strumienie wody,  a doskonale 
zsynchronizowane ze  sobą wycieraczki zaczęły  się rytmicznie 
poruszać.  Zdenerwowany i  zły pognałem ponownie do domu,  aby 
zadzwonić do miłego  sprzedawcy z  salonu samochodowego.

- Zamontowaliśmy w tej  zabaweczce alarm przeciwwłamaniowy,  prawda, 
Og?

- Zapłaciłem za niego trzysta dolarów!

- Przypuszczam więc,  że przypadkowo wcisnąłeś  "wyłącznik stop".

-  "Wyłącznik stop"?

- Tak.  Stanowi  on element bardziej  wyrafinowanych systemów 
alarmowych.  Czy przy jego montowaniu nikt ci  nie wyjaśnił,  na 

jakiej  zasadzie działa?

Czułem,  że moje zdenerwowanie rośnie.

- Z pewnością bym pamiętał,  gdyby ktoś rozmawiał ze m ną na temat 

"wyłącznika stop" w moim  samochodzie.  Cóż to takiego?  I gdzie  się 

to znajduje?

-  Stanowi  on część alarmu antywłamaniowego.  Po wyjściu z  samochodu 

i  zamknięciu drzwi na kluczyk przekręcasz jeszcze jeden kluczyk w 
tym małym  otworku,  który został zainstalowany w błotniku.  Jasne? W 
ten  sposób włączasz  system alarmowy.  Jeśli  ktoś  spróbuje otworzyć 
zamek w drzwiach albo wybić  szybę,  zabrzmi  alarm.

background image

- Rozumiem.

- Widzisz,  "wyłącznik stop"  stanowi  dodatkowe zabezpieczenie. 

Wewnątrz  samochodu,  zazwyczaj  gdzieś pod tablicą rozdzielczą albo 

pod wykładziną podłogową instaluje  się jeszcze jeden przycisk.
Jeśli  go wciśniesz,  zanim wysiądziesz z wozu,  a potem zamkniesz 
drzwi  na klucz i włączysz  system  alarmowy, będziesz w pełni 
zabezpieczony przed kradzieżą samochodu. Nawet jeśli  ktoś włamałby 

się do  środka i byłby na tyle głupi,  aby uruchomić  silnik przy 

wyjącej  syrenie,  niewiele zdziała,  ponieważ  "wyłącznik stop" 

odcina dopływ prądu z akumulatora do urządzenia zapłonowego. 

Samochód nie ma prawa ruszyć.

Wróciłem do garażu,  ale nie mogłem zlokalizować  "wyłącznika stop". 
Po godzinie pojawił  się u mnie przedstawiciel  salonu 

samochodowego.  Oczywiście,  niemal natychmiast znalazł wyłącznik. 

Znajdował  się on pod wykładziną podłogową, w przedniej  części 
wozu,  po stronie kierowcy.  Rzeczywiście, wyłącznik był wciśnięty. 
Prawdopodobnie przypadkowo potrąciłem go nogą.  Przestałem  się 
złościć, jako że to zdarzenie podsunęło mi  pewną myśl.  Dostrzegłem 

analogie miedzy zasadą działania "wyłącznika stop"  a życiem wielu 

ludzi.  Doświadczenie to okazało się niezwykle cenne,  zwłaszcza 
wtedy,  gdy  starałem  się kogoś przekonać,  że marnuje zbyt wiele 

czasu na krzątaninę,  która prowadzi  donikąd.

Widzisz,  moje auto zareagowało prawidłowo,  gdy po raz pierwszy 
przekręciłem kluczyk w stacyjce.  Zapaliły się  światła,  zagrało 
radio, wycieraczki zaczęły  się rytmicznie poruszać.  Zapracowany, 
bardzo zapracowany samochód.  Tak jak  wielu znanych mi  ludzi.  Jest 
tylko jeden problem.  Pomimo wszystkich tych czynności  maszyna nie 
mogła się posunąć do przodu nawet o jeden cal,  ponieważ wcisnąłem 

"wyłącznik stop".

Każdy z nas ma swój  "wyłącznik stop".  Być może kiedy byliśmy 

młodzi,  nasz ojciec,  matka lub inna dorosła osoba,  którą 
darzyliśmy  szacunkiem,  czy też w latach późniejszych nasz 

współmałżonek powiedział nam w przypływie złości,  że nigdy nie 

zdołamy niczego osiągnąć w życiu.  Pstryk!  Zadziałało!  Nieświadomie 
i bezmyślnie wciśnięto nasz  "wyłącznik stop".  Od tylu lat 
pracujemy ciężko,  aby  spełniło się to proroctwo,  nie zdając  sobie 

sprawy,  czym umotywowane jest nasze postępowanie.  Jesteśmy 

zapracowani,  lecz podobnie jak  mój  samochód  stoimy w miejscu.  I 
nie rozumiemy,  dlaczego tak się dzieje.  Jakie to smutne.

Teraz,  gdy już wiesz,  że masz  "wyłącznik stop",  musisz go po 

prostu wyłączyć.  Dosyć już krzątaniny.  Przestań się kryć za 
nawałem błahych codziennych zajęć.  Istnieje  sposób  na lepsze 
życie.

background image

...  która uczyni twe życie lepszym

ZASADA ÓSMA

Nigdy więcej  nie zaśmiecaj  swoich dni  i  nocy mnóstwem błahych 

spraw, bo gdy  nadejdzie pora na podjęcie wielkiego wyzwania, 

zabraknie ci  czasu.  To,  że po prostu przeżyłeś kolejny  dzień,  nie 
daje powodów do  świętowania.  Znalazłeś  się tutaj  nie po to,  aby 

trwonić cenne godziny możesz osiągnąć bardzo wiele, jeśli  dokonasz 

niewielkiej  zmiany w rozkładzie  swoich zajęć.  Dosyć już 

bezsensownej  krzątaniny.  Dosyć ukrywania się przed sukcesem.  Wyjdź 

ponad czas i przestrzeń, w których tkwisz,  i  zacznij  się rozwijać.
Teraz.  Teraz!  Nie odkładaj  do jutra.

ZASADA DZIEWIĄTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Przeżyj  ten dzień, jakby to miał być ostatni  dzień twojego życia. 
Pamiętaj,  że  "jutro"  można znaleźć jedynie w kalendarzu głupców. 
Zapomnij  o wczoraj szych porażkach,  nie myśl też o problemach 

czekających cię jutro.  Oto bowiem nadszedł dzień  Sądu 
Ostatecznego.  Ten dzień jest wszystkim,  co masz.  Uczyń z niego 
najlepszy dzień roku. Najsmutniejsze  słowa, jakie mógłbyś 
kiedykolwiek wypowiedzieć, brzmią:  "Gdybym miał jeszcze raz 
przeżyć życie...".  Przejmij  pałeczkę sztafety,  szybko.  Pobiegnij  z 
nią!  Dzisiejszy dzień należy do ciebie.

W iększość ludzi,  którzy doznają porażek,  zawsze postępuje tak, 

jakby mieli  oni  do przeżycia tysiąc lat.  Dlaczego? Po prostu nie 

wierzą oni,  że zdołają sprostać wyzwaniom dnia dzisiejszego. Na 

sto różnych sposobów unikają przy tym  sprawdzenia swych 

możliwości:  niektórzy z  nich piją za dużo lub  oddają się hucznej 
zabawie, wielu  sypia o dwie lub trzy godziny więcej  niż to 
konieczne,  inni  znów całymi  godzinami  ślęczą nad krzyżówkami  lub 

układankami  albo też przesiadują przed telewizorem.

background image

Ciągle zapewniają samych siebie:  "Nie martw się, wszystko będzie, 

jak należy... jutro.  Jutro?  Szwendam  się po tej  starej  planecie od 

wielu lat i widziałem w tym  czasie mnóstwo kalendarzy.  W żadnym 

jednak nie znalazłem  "jutra".

Nie traktuj  czasu tak, jakbyś miał niewyczerpane zasoby tego 
bogactwa. Nie zawierałeś z życiem żadnego kontraktu.  Jeśli 

"wczoraj jest już tylko unieważnionym  czekiem,  to  "jutro"  stanowi 

jedynie weksel.  Całą gotówkę,  którą posiadasz, jest "dzisiaj".

Jeśli  nie wydasz jej  w sposób  mądry, będziesz mógł za to winić 

wyłącznie  siebie.  Ojciec Czas nie daje biletów powrotnych.

Dopóki  nie nauczymy się traktować każdego dnia tak, jakby stanowił 

on całe nasze życie,  nie będziemy mogli  nazywać  się ludźmi 

mądrymi.  Miliony szczęśliwców,  którzy ocaleli  dzięki 

stowarzyszeniom Anonimowych Alkoholików,  doskonale wiedzą, jaka 

moc kryje się w słowach:  "jeden dzień za każdym razem.  Robert 

Louis  Stevenson napisał kiedyś:  "Każdy może nieść swój  ciężar, 

choćby największy,  aż do zapadnięcia nocy.  Każdy może wykonywać 
swą pracę,  choćby najcięższą,  przez jeden dzień.  Każdy może 
prowadzić życie błogie,  cierpliwe,  pełne miłości i  czyste tylko do 
zachodu słońca.  Oto cała prawda o życiu".

Bez względu na to, jak  bardzo może  się to wydać trudne,  zdołasz 

podjąć wyzwanie dnia dzisiejszego,  stawiając czoło kolejno każdemu 
zadaniu i w ten  sposób  przybliżając  się do osiągnięcia swoich 
celów.  Dzień dzisiejszy, ten cenny skarb, wszystko,  co masz, 

umknie ci, jeśli będziesz  spędzał długie,  żałosne godziny na 

rozpamiętywaniu błędów popełnionych w przeszłości  czy też z obawą 
oczekiwał  straszliwych rzeczy,  które m ogą się zdarzyć jutro.

Dzisiaj jest twój  dzień.  To jedyny dzień,  który masz dzień, w 

którym możesz udowodnić  światu,  że wniesiesz do dorobku ludzkości 
liczący się wkład.  Może nigdy nie zdołasz pojąć, jak ą rolę 
odgrywasz w świecie,  niemniej jesteś tu po to,  aby j ą  odegrać w 

sposób właściwy.  Teraz nadszedł twój  czas.  Bez względu na to, jak 

gęste wydaje ci  się kłębowisko otaczających cię godzin,  pamiętaj, 
że biegną one szeregiem, jedna po drugiej.  Możesz właściwie 

wykorzystać wszystkie chwile twojego życia,  nawet te najcięższe, 

jeśli będą przychodzić do ciebie pojedynczo.

Kiedy zakończysz kolejny dzień,  zapomnij  o wszystkim,  co  się w nim 
wydarzyło. Nie wlecz za sobą do następnego dnia ciężaru minionych 

chwil.  Zrobiłeś wszystko,  co było w twojej  mocy,  i jeśli w twe 
działania wkradły  się jakieś błędy czy niedociągnięcia,  zapomnij  o 
nich.  Przeżyj  ten dzień - i  każdy następny - tak, jakby wszystko 
miało mieć swój  kres o zachodzie  słońca.  A kiedy twoja głowa 
spocznie na poduszce,  odpoczywaj  ze świadomością,  że zrobiłeś to, 
co było w twojej  mocy.

background image

...  która uczyni twe życie lepszym

ZASADA DZIEWIĄTA

Przeżyj  ten dzień, jakby to miał być ostatni  dzień twojego życia. 
Pamiętaj,  że  "jutro"  można znaleźć jedynie w kalendarzu głupców. 
Zapomnij  o wczorajszych porażkach,  nie myśl też o problemach 

czekających cię jutro.  Oto bowiem nadszedł dzień  Sądu 
Ostatecznego.  Ten dzień jest wszystkim,  co masz.  Uczyń,  z niego 

najlepszy dzień roku. Najsmutniejsze  słowa, jakie mógłbyś 
kiedykolwiek wypowiedzieć, brzmią:  "Gdybym miał jeszcze raz 
przeżyć życie...".  Przejmij  pałeczkę sztafety,  szybko.  Pobiegnij  z 
nią!  Dzisiejszy dzień należy do ciebie.

ZASADA DZIESIĄTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Począwszy od dzisiaj, traktuj  wszystkich  spotkanych ludzi, 

przyjaciół i wrogów, bliskich i  nieznajomych, tak jakby  o północy 
mieli  oni już  nie żyć.  Każdemu z  nich,  nawet przy  najbardziej 
przelotnym kontakcie,  okaż tyle troski,  dobroci,  zrozumienia i 
miłości,  ile możesz z  siebie wykrzesać.  I nie oczekuj  za to żadnej 
nagrody.  I twoje życie nigdy już nie będzie takie samo.

Jak w każdej  innej  grze, tak i w życiu wszystkie zasady  są ze  sobą 
powiązane.  Stosowanie  się do jednej  z nich poprowadzi  cię ku 
kolejnym.  Teraz zaczynasz grę zwaną życiem w sposób najwłaściwszy, 

tak jak  to naprawdę powinno się robić.

Przeżyć każdy kolejny dzień tak, jakby miał to być jedyny dzień, 

który  ci pozostał  - oto w istocie jedna z głównych zasad 

szczęśliwego, udanego życia.  Towarzyszy jej jednakże inna zasada. 

równie ważna i  efektywna,  która znana jest, w odróżnieniu od 

tamtej,  nielicznym.

background image

Gdy już decydujesz się przeżyć kolejny dzień tak, jakby miał on 

być ostatnim  dniem twojego życia,  traktuj  przy tym każdego 

napotkanego człowieka-krewnego,  sąsiada,  kolegę z pracy, 
nieznajomego, klienta,  nawet wroga, jeśli  takiego masz  - tak 

jakbyś był w posiadaniu największego o nim  sekretu:  oto ostatni 

dzień, w którym ten człowiek stąpa po ziemi,  o północy nie będzie 

już żył!

A teraz pomyśl, jak  potraktowałbyś  spotkanego dziś człowieka, 
gdybyś wiedział,  że z końcem tego dnia odejdzie na zawsze?  Znasz 

odpowiedź.  Obdarzyłbyś go większym  szacunkiem,  troską, łagodnością 

i miłością niż kiedykolwiek dotychczas.  A czy domyślasz  się, jak 
ten człowiek zareagował by na tw oją dobroć?  Oczywiście. 
Doświadczyłbyś z jego  strony więcej  szacunku,  troski, łagodności  i 
miłości,  niż doświadczyłeś dotąd ze strony kogokolwiek.  Czy wiesz 
teraz, jak  będzie wyglądała twoja przyszłość, jeśli będziesz  stale 
tak postępował,  dzień po dniu, wypełniając życie jedynie tą 
bezinteresowną miłością? Uśmiechasz  się.  Znasz już odpowiedź.

Przed laty pisarze wysyłani w trasy promocyjne,  przewidujące także 

audycje radiowe i telewizyjne oraz konferencje prasowe, zdani byli 

praktycznie na siebie, jeśli  porówna się ich sytuację z pisarzami 

doby dzisiejszej  dosłownie  "prowadzonymi za rękę"  od miasta do 

miasta i  od konferencji  do konferencji przez lokalnego 
przedstawiciela wydawcy.  W tych  "dawnych czasach"  nasi wydawcy 

jedynie przesyłali nam pocztą bilety na samolot,  potwierdzenie 

rezerwacji miejsc hotelowych oraz plan naszych prezentacji w 
każdym mieście.  Za wszystkie  sprawy związane z dotarciem na 
lotnisko,  odnalezieniem hotelu oraz przejazd taksówkami  z 
konferencji  na konferencję odpowiedzialny był autor.  I jeśli w 

jednym dniu wypadało siedem  spotkań,  co nie było rzadkością,  a 

wywiady miały się odbywać o różnych porach i w różnych miejscach, 
na przykład na terenie całego Los Angeles,  stawianie się wszędzie 
na czas wymagało wiele wytrwałości  oraz bystrości i  stanowiło nie 
lada wyzwanie.

Ten pamiętny dzień zdarzył  się przed kilku laty.  Sprzed hotelu 

zabrał mnie młody czarnoskóry taksówkarz.  Kazałem  się zawieźć do 
znajdującej  się na przedmieściu  stacji telewizyjnej  WSM-TV.  Miałem 
tam wystąpić w programie The Noon  Show.  Jako że jazda trwała dość 

długo,  zaczęliśmy rozmowę.  Kierowca,  pamiętam jego nazwisko, 

Raymond Bright,  sprawiał wrażenie zaszokowanego faktem,  że jego 
klient ma wystąpić w telewizji.

Starannie opracowany plan mojej  trasy promocyjnej  uwzględniał tego 

dnia występ w programie nadawanym na żywo.  M iała w nim nawet 

występować jakaś orkiestra i kilku piosenkarzy.  Gdy podjechaliśmy 

pod piękny budynek,  taksówkarz powiedział:

background image

- Do licha, to najlepsza stacja telewizyjna w całym Nashville!

Prawdopodobnie zasada dotycząca traktowania ludzi  z miłością i 
troską, tak jakby o północy mieli  oni  nie żyć, wciąż chodziła mi 

po głowie, jako że poprzedniego dnia mówiłem o niej  w kilku 
audycjach,  ponieważ płacąc Royowi za kurs,  powiedziałem:

- Czy był pan kiedyś w studiu telewizyjnym w czasie programu 

prowadzonego na żywo?

- Nie,  proszę pana.

- No, to... jeśli ma pan około godziny wolnego czasu i zgodzi  się 

pan,  abym zapłacił za parkowanie,  może pójść pan tam ze m ną i 
popatrzeć, jak  będę  się wygłupiał.

- Mówi pan  serio?  - zapytał,  otworzywszy szeroko oczy ze 
zdziwienia.

- Jasne.  Potem może mnie pan odwieźć do centrum miasta.  W 
księgarni  Cokesbury mam o wpół do drugiej  podpisywać książki.

Raymond wskoczył  do wozu, wyłączył licznik,  co miało znaczyć,  że 

nie zamierza brać ode mnie pieniędzy za postój,  po czym ruszył za 
mną.  W budynku telewizji  przedstawiłem mojego nowego przyjaciela 
zaskoczonemu Teddyemu Bartowi,  który miał prowadzić program,  oraz 
reżyserowi, Elaine Ganick.  Gospodarze zaprowadzili  nas do jasno 
oświetlonego  studia, w którym członkowie orkiestry stroili 
instrumenty.  Rayowi wskazano jedno z miejsc przeznaczonych dla 
najważniejszych gości, w pierwszym rzędzie.  Gdy omawiałem z Teddym 
i Elaine zasadnicze wątki  mającej  się odbyć dyskusji, Ray 
przyglądał  się ze zdumieniem  orkiestrze,  która przeprowadzała 
ostatnią próbę wśród poruszających się dookoła kamer telewizyjnych 
i mikrofonów.

Po  skończonym programie pognaliśmy do księgarni,  mieszczącej  się w 

centrum.  Gdy i ten punkt dnia mieliśmy za sobą,  powiedziałem 

Rayowi,  że konam z głodu.  Zabrał mnie więc na obiad do pewnego 

miejsca,  które znajdowało  się w  "jego części  miasta", jak to 
określił.  Chociaż byłem tam jedynym  człowiekiem o białej  skórze, 
zjadłem najsmaczniejsze w życiu hamburgery.  Gdy przyszło zapłacić 
za rachunek,  sięgnąłem po portfel, jednakże  silna dłoń Raya 
powstrzymała mnie.  Zapłacił i nie chciał  słyszeć słów sprzeciwu.

Nie było dyskusji.  Zawiózł mnie jeszcze do dwóch rozgłośni 

radiowych,  za każdym razem czekając na mnie,  po czym wróciliśmy do 
hotelu.  Wymeldowałem  się,  zabrałem  swoje rzeczy i już jechaliśmy 
na lotnisko.

Podczas drogi,  siedząc na tylnym  siedzeniu,  czułem,  że zapadam w 

drzemkę.  Cały czas brzmiał mi w uszach głęboki  głos Raya:

background image

- Panie Og (Ray zwracał  się do mnie tak jak  prowadzący audycje 

radiowe, w których brałem wcześniej  udział)...  Panie Og, ten dzień 
będę pamiętał do końca życia...

- Dlaczego, Ray?

- Ponieważ dzisiaj  po raz pierwszy w życiu czuję,  że coś znaczę.

Przez całą drogę na lotnisko co chwila widziałem w lusterku 
wstecznym duże,  brązowe oczy,  patrzące na mnie uważnie,  oraz 

słyszałem, jak  wciąż powtarzał:

- Dzięki panu poczułem,  że coś znaczę.

Gdy dotarliśmy na lotnisko, Ray wyszedł  szybko z wozu i zaniósł 

mój  bagaż do punktu odprawy pasażerów.  Zapłaciłem mu za kurs,  a on 
podszedł blisko i uścisnął mnie mocno,  ku zdziwieniu patrzących na 
nas ludzi.  Po jego policzkach spływały łzy.

- Kocham pana,  Og - powiedział z trudem.

- I ja  ciebie kocham, Ray - odparłem łamiącym  się głosem.

O północy on już nie będzie żył. Niechaj  taka myśl towarzyszy ci 
zawsze,  gdy będziesz kogoś  spotykał.  To wcale nie jest trudne.  A 
zapłata,  którą otrzymasz,  może na zawsze odmienić twoje życie. 

Spróbuj!

ZASADA DZIESIĄTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Począwszy od dzisiaj,  traktuj  wszystkich  spotkanych ludzi, 

przyjaciół i wrogów,  bliskich i  nieznajomych,  tak jakby o północy 
mieli  oni już nie żyć.  Każdemu z nich,  nawet przy najbardziej 
przelotnym kontakcie,  okaż tyle troski,  dobroci,  zrozumienia i 
miłości,  ile możesz z  siebie wykrzesać.  I nie oczekuj  za to żadnej 
nagrody.  Twoje życie nigdy już nie będzie takie  samo.

background image

...  która uczyni twe życie lepszym

ZASADA JEDENASTA

Śmiej  się z  siebie i  śmiej  się z życia.  Niechaj jednak nie będzie 

to  śmiech drwiny czy politowania,  lecz cudowny lek,  który złagodzi 
twój  ból,  oddali  przygnębienie oraz pomoże ci  spojrzeć z dystansem 
na porażkę,  która w  danej  chwili wydaje się straszna.  Gdy 
znajdziesz  się w trudnej  sytuacji,  odpędź za pomocą śmiechu 
napięcie,  lęk i zatroskanie.  Dzięki temu uczynisz  swój  umysł 
wolnym,  a nie zmącona niczym myśl na pewno pozwoli  ci  odnaleźć 
rozwiązanie. Nigdy nie traktuj  siebie zbyt poważnie.

Jak straszliwie puste i zimne są dni, w których nie rozbrzmiewa 
twój  śmiech.  On bowiem,  niczym promienie  słońca,  ogrzeje każdy 
dom,  każdą rodzinę. Nie pozwól więc, by minął  choć jeden dzień, w 
którym radosna strona twej  natury nie znalazłaby wyrazu,  nawet 

wówczas,  gdy zmagasz  się z ogarniającym cię chaosem.  Kiedy się 

śmiejesz,  dodajesz  swemu życiu wartości.

Człowiek jest jedynym  stworzeniem,  które zostało obdarzone 

umiejętnością śmiania się.  Jest też, być może, jedynym 

stworzeniem,  które zasługuje na to,  aby  się z niego śmiać.

Najwspanialej  brzmi  śmiech człowieka,  który ma wystarczająco duże 

poczucie własnej  wartości,  aby móc  się  śmiać z  samego siebie, 

wykazując przy tym rzadko spotykaną umiejętność obiektywnego 

spojrzenia na swoją osobę.  Jeśli i  ty zdobędziesz tę umiejętność, 

każde twoje zmartwienie stanie  się mniejsze.

Tak,  istnieją reguły,  dzięki którym można zwyciężać w tej  trudnej 
grze zwanej  życiem. Nigdy jednak nie wolno zapominać,  że życie 

jest tylko grą,  której  nie powinno się traktować zbyt poważnie.

Jeśli  nie udaje  się nam wycisnąć z tego dnia choć odrobiny 
radości,  to co tak naprawdę zawiera w sobie ten dzień? Wciąż na 
nowo uczę  się tej  zasady:  śmiać się z  siebie i  nie traktować 

samego  siebie zbyt poważnie.  Ilekroć zaczynam  się zachowywać tak, 

jakbym pozjadał wszystkie rozumy,  gdy staję  się zbyt pompatyczny 

albo też kiedy próbuje odgrywać rolę  "wielkiego pisarza", Bóg 
zawsze zsyła zdarzenie,  które przywołuje mnie do porządku...  aż do 
następnego razu.

Pewnego razu w Atlancie,  gdzie przez kilka dni brałem udział w 

audycjach radiowych i telewizyjnych, jechałem  czarną limuzyną do 

wielkiego centrum handlowego, oddalonego o prawie dwie godziny 

jazdy od śródmieścia.  Zgodnie z programem mojej  trasy promocyjnej

background image

miałem po drodze odwiedzić małą chrześcijańską rozgłośnię radiową, 
aby wziąć udział w trzydziestominutowej  audycji,  prowadzonej  na 
żywo przez pewnego dżentelmena,  zwanego  "Czcigodnym Johnem".

Gdy w  końcu zatrzymaliśmy się przed małym białym domem,  z którego 
murów odpadała farba,  mój  kierowca odwrócił  się ku mnie i  rzekł na 

wpół przepraszająco:

- Jesteśmy na miejscu,  proszę pana.  To jest ta rozgłośnia radiowa.

Zanim wszedłem na ostatni  stopień  schodów wiodących do wejścia, 

frontowe drzwi  otworzyły  się gwałtownie.  Przede m ną stał  Czcigodny 
John.  Wiedziałem, że to właśnie on,  ponieważ nad znajdującą się na 

wysokości piersi kieszonką jego białego kombinezonu zauważyłem 

starannie wyhaftowany czerwoną włóczką napis:  "Czcigodny John".

- Witamy pana w naszej  skromnej  rozgłośni!  - wykrzyknął,  po czym 

uścisnął mnie mocno.  - jaki to zaszczyt!

Przeszliśmy przez pomieszczenie, w którym prawdopodobnie znajdował 

się niegdyś  salon,  a teraz zagracało je  mnóstwo  sprzętu 
elektronicznego oraz  stosy płyt i taśm.  Gdy  "czcigodny"  prowadził 

mnie do swojego  studia w tylnej  części  domu,  słyszałem psalmy 
odtwarzane z taśmy.

- Za kilka minut wchodzimy - powiedział mój  gospodarz - Niech pan 
sobie tam wygodnie usiądzie.  - Czcigodny john skinął głową w 
stronę nie pomalowanego  stołu,  na którym  sterczał mikrofon, 
przytwierdzony niedbale kilkoma gwoździami.

Usiadłem na chropowatej  ławce,  zastanawiając się przy tym,  czy moi 
wydawcy pracujący w luksusowych pomieszczeniach biurowych przy 
Fifth Avenue m ają jakiekolwiek wyobrażenie o tym, w co pakują 

swoich autorów.  Potem,  ku mojemu wielkiemu zdziwieniu,  Czcigodny 

John usiadł na ławce obok mnie.  W okamgnieniu pojąłem,  że mikrofon 
znajdujący się na stole jest jedynym mikrofonem i  obaj  będziemy z 
niego korzystać.  Jakaż odmiana po dniach  spędzonych w eleganckich 
rozgłośniach radiowych Atlanty, wśród lśniącego metalu i  szkła. 

Pocieszyłem  się jednak,  że przez trzydzieści  minut mogę znieść 

wszystko.

Trasa,  którą wtedy odbywałem,  poświęcona była promocji mojej 
książki  The Christ Commission.  W przeciwieństwie do wielu 
dziennikarzy,  którzy poprzednio prowadzili ze m ną rozmowy, 
Czcigodny John nie tylko przeczytał tę książkę,  ale również 
przygotował długą listę inteligentnych pytań.  Miał je  wypisane na 
kartce i w czasie audycji  stale tam zaglądał.

Rozmowa ta bardzo mnie wciągnęła. Nagle,  mniej  więcej  w połowie 

audycji, w sąsiednim pokoju głośno zadzwonił telefon.  Oczywiście

background image

pomieszczenie, w którym znajdowało  się to  "studio",  nie było 
dźwiękoszczelne, w odróżnieniu od większości tego typu miejsc, tak 

więc ten brutalny dźwięk,  który rozległ  się w środku mej 
wypowiedzi,  zupełnie wytrącił mnie z równowagi i  omal  nie 

straciłem wątku,  starając  się opanować.

Ten przeklęty telefon wciąż dzwonił i  dzwonił. W końcu Czcigodny 
John,  rozgniewany,  zajrzał do  swej  listy,  zadał mi jakieś pytanie, 
po czym  nie zważając  na malujące się w moich oczach przerażenie, 
odwrócił  się,  przerzucił  nogę ponad ławką, wstał i  zniknął w 
sąsiednim pokoju.  Mogłem  się domyśleć,  że poszedł odebrać telefon. 
Teraz moim rozmówcą była pusta ława...  i  mikrofon.  Mówiłem wolno, 

bardzo wolno...  przeciągając słowa. Nie mogłem  sobie wyobrazić,  co 

się  stanie,  gdy wyczerpię temat,  a mój  przyjaciel  nie zdąży 

wrócić.

W końcu nie miałem o czym mówić.  Czcigodny John wciąż jednak był 

nieobecny.  I właśnie wtedy,  chyba jedyny raz w życiu,  zachowałem 

się bardzo inteligentnie.  Sięgnąłem po kartkę z listą Czcigodnego 

Johna,  przesunąłem po  niej  palcem i  odnalazłszy pytanie,  które 
miało stanowić kolejny przyczynek do dyskusji,  rzekłem:

- Czcigodny Johnie,  z pewnością jesteś ciekawy,  skąd wziął  się 
pomysł napisania książki  The Christ Commission?  -  ...  a potem, 
przez  następne czternaście minut,  prowadziłem wywiad z  samym  sobą!

Nagle poczułem,  że ktoś klepie mnie po ramieniu.  Tak bardzo byłem 

pochłonięty  odgrywaniem podwójnej  roli,  że  nawet  nie zauważyłem 
powrotu Czcigodnego Johna.  Mój  przyjaciel wskazał dłonią duży 
zegar wiszący  na ścianie,  pochylił  się  nad mikrofonem i  rzekł:

- Panie Mandino,  pański  pobyt w naszym  studiu był  dla nas 
zaszczytem.  Życzymy panu,  aby ta wspaniała książka odniosła wielki 
sukces oraz aby pan wrócił  szczęśliwie do domu, gdy pańska trasa 
promocyjna dobiegnie już końca. Niech pana Bóg błogosławi.

Zaraz potem wcisnął jakiś guzik i w eter popłynęła pieśń Bliżej 

ciebie,  mój  Boże.  Ja tymczasem  siedziałem,  ocierając pot z czoła. 

Właśnie wtedy,  po raz kolejny,  przypomniano mi tę  niezwykle ważną 

zasadę życia,  która każe nam  śmiać  się z  samych  siebie.  Czcigodny 
John machał mi przed oczami jakąś kartką papieru i  sprawiał 

wrażenie zadowolonego z  siebie.

- Panie Mandino - rzekł - przepraszam za to,  że naraziłem pana na 

to wszystko,  ale,  doprawdy,  poradził pan  sobie po mistrzowsku.  Ten 
telefon był od mojej  osiemdziesięcioletniej  matki,  która mieszka w 

San Diego.  Podczas ostatniej  rozmowy obiecała mi,  że następnym 

razem,  gdy zadzwoni,  poda mi  stary rodzinny przepis na ciasto 
marchewkowe.  Śmiej  się ze  świata.  I co najważniejsze,  śmiej  się z 

samego  siebie.  Gdyby  śmiech sprzedawano w aptece, twój  lekarz

background image

zaleciłby ci  przyjmowanie tego specyfiku każdego dnia.  To naprawdę 

sposób  na lepsze życie.

ZASADA JEDENASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Śmiej  się z  siebie i  śmiej  się z życia. Niechaj, jednak nie będzie 

to  śmiech drwiny czy politowania,  lecz cudowny lek,  który złagodzi 
twój  ból,  oddali  przygnębienie oraz pomoże ci  spojrzeć z dystansem 
na porażkę,  która w  danej  chwili wydaje się straszna.  Gdy 
znajdziesz  się w trudnej  sytuacji,  odpędź za pomocą śmiechu 
napięcie,  lęk i zatroskanie.  Dzięki temu uczynisz  swój  umysł 
wolnym,  a nie zmącona niczym myśl na pewno pozwoli  ci  odnaleźć 
rozwiązanie. Nigdy nie traktuj  siebie zbyt poważnie.

ZASADA DWUNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Nigdy nie zaniedbuj  drobnych spraw. Nie żałuj  dodatkowego wysiłku, 

tych kilku nadprogramowych minut,  miłych  słów pochwały czy 
podziękowania,  daj  z  siebie wszystko,  na co cię  stać. Nieważne,  co 
myślą inni,  liczy  się przede wszystkim to,  co ty  sam myślisz o 

sobie.  Idąc na skróty i wykręcając się od odpowiedzialności,  nie 
osiągniesz  szczytów.  Jesteś wyjątkowym człowiekiem.  Żyj  więc jak 

wyjątkowy człowiek. Nigdy nie zaniedbuj  drobnych  spraw.

Nauczycielu, uczniu, robotniku z hali fabrycznej, sprzedawco, 

dyrektorze,  rodzicu,  trenerze,  sportowcu,  taksówkarzu, windziarzu, 
lekarzu, prawniku - bez względu na to, jakie podejmujesz w życiu 

wyzwania, bez względu na to, jakim musisz  sprostać zadaniom... 
nigdy, nigdy nie zaniedbuj  drobnych  spraw.

Żyjemy w czasach,  których tempo zdaje się przewyższać prędkość 

światła.  W naszym  świecie,  pełnym pośpiechu i krzątaniny, łatwo

background image

jest wpaść w nawyk chodzenia na skróty, uchylania się od 

niektórych obowiązków,  kiedy  sądzimy,  że ujdzie nam to na sucho. 

Zapominamy lekcje historii  oraz  słowa ostrzeżenia, wypowiedziane 

przez mędrców.  Zaniedbywanie drobnych  spraw, w jakiejkolwiek 
dziedzinie twojej  aktywności,  może mieć katastrofalne  skutki.

Edison utracił  cenny patent przez niedbałość:  umieścił przecinek 

liczby dziesiętnej  w niewłaściwym miejscu.  Robert DeVincenzo 

stracił tytuł mistrzowski,  ponieważ nie zadał  sobie odrobiny 

trudu,  aby przed podpisaniem protokołu z zawodów przeczytać 
zapisany tam wynik.  Protokół zawierał błędne dane.  Jestem pewien, 
że znasz te mądre słowa Benjamina Franklina:  "Z powodu braku 
gwoździa przepadła podkowa z powodu braku podkowy przepadł koń z 
powodu braku konia przepadł jeździec z powodu braku jeźdźca 
przepadło zwycięstwo w bitwie".

Każdy,  rzecz jasna,  marzy o pracy,  którą kochałby tak bardzo,  że 
byłby gotów wykonywać j ą  za darmo. Niestety,  niewielu ludzi 

spotyka to  szczęście.  Tak więc, większość z nas jest coraz 

bardziej  znudzona wykonywanymi zadaniami  stopniowo przestajemy 

dawać z  siebie wszystko,  na co nas  stać.  Ilekroć nadarza się 
okazja,  idziemy na skróty.  Pominąwszy fakt,  że taki  styl życia 

może bardzo źle wpłynąć na tw oją samoocenę, trzeba podkreślić,  że 

drobne sprawy,  lekceważone lub traktowane niedbale,  często mogą 
spowodować duże problemy,  a te z kolei na pewno zahamują twój 

rozwój.  Jesteś wyjątkowym  dziełem Boga. Nigdy nie pozwól, by 
wszystko to,  co wpływa na ciebie -  czyny, wytwory twoich rąk, 
wysiłek,  dobroć - było poniżej  twoich możliwości.  Jedynie bankruci 
życiowi i  miernoty zaniedbują drobne  sprawy.

Niezwykle przekonywający przykład tej  prostej,  lecz zarazem 

potężnej  prawdy, tej  niepodważalnej  zasady życia,  można znaleźć, 
wzlatując wysoko,  ponad Liberty Island w nowojorskim porcie.  Jeśli 

odwiedzisz kiedyś Nowy Jork i znajdziesz kilka godzin czasu, wykup 
sobie lot helikopterem,  który startuje przy wylocie East 
Thirty-Four Street,  nie opodal  rzeki East River.  Gdy już zbliżysz 
się do cudownej  Statuy Wolności,  stojącej  dumnie w porcie,  patrz 

uważnie.

Miedziany posąg, wsparty na stalowej  konstrukcji, wznosi  się na 
wysokość trzystu pięciu  stóp nad poziom morza.  Gdy helikopter 
będzie  się zbliżał  do statuy,  spójrz na jej  szczyt, tam gdzie 
znajduje się głowa lady Liberty.  Zauważ, jak  misternie wykonany 

jest każdy kosmyk jej  włosów,  podobnie jak wszystkie elementy 

szaty i  ciała.  Ta subtelna,  metaliczna fryzura na czubku jej  głowy 

z pewnością wymagała wielu dodatkowych tygodni  pracy w pracowni 
Augustea Bartholdiego w  Paryżu.  Wielki  rzeźbiarz mógł  sobie 

oszczędzić tego trudu,  ponieważ wtedy wiedział,  że nikt nie będzie 

nigdy oglądał  szczytu  Statuy Wolności.

background image

Statuę uroczyście odsłonił prezydent Grover Cleveland dwudziestego 

ósmego października  1886 roku. Nie było wtedy samolotów!  Pierwszy 

prymitywny latający wehikuł udało  się wznieść w  powietrze braciom 
W right dopiero w  siedemnaście lat później!  Bartholdi był więc 
wówczas przekonany,  że jedynie kilka odważnych mew będzie miało 
możliwość  spojrzeć na  Statuę Wolności z góry i że żaden człowiek 
nigdy nie zobaczy,  iż pukle włosów na głowie lady Liberty  są 
misternie ułożone i wypolerowane.  A mimo to ten wielki  artysta nie 
poszedł na skróty.  Każdy kosmyk włosów,  każdy lok jest na swoim 
miejscu!

ZASADA DW UNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Nigdy  nie zaniedbuj  drobnych spraw.  Nie żałuj  dodatkowego wysiłku, 
tych kilku  nadprogramowych minut,  miłych  słów pochwały  czy 
podziękowania,  daj  z  siebie wszystko,  na co cię  stać. Nieważne,  co 
myślą inni,  liczy  się przede wszystkim to,  co ty  sam myślisz o 

sobie.  Idąc na skróty i wykręcając się od odpowiedzialności,  nie 
osiągniesz  szczytów.  Jesteś wyjątkowym człowiekiem.  Żyj  więc jak 

wyjątkowy człowiek. Nigdy nie zaniedbuj  drobnych  spraw.

ZASADA TRZYNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Każdy ranek witaj  z uśmiechem.  Przyjmij  nowy dzień jako kolejny, 

niezwykły dar swojego  Stwórcy, jako kolejną, wspaniałą szansę na 

dokończenie tego,  czego nie mogłeś zrobić wczoraj.  Bądź twórczy i 
efektywny. Niech pierwsza godzina tego dnia zabrzmi  donośnie w 

tonacji  sukcesu i  skutecznego działania,  aby  echo  niosło ten 

dźwięk aż do wieczora. Dzień dzisiejszy  nigdy  się  nie powtórzy. 

Nie roztrwoń więc tego daru,  robiąc falstart lub  nie starając się 
w ogóle.  Przyszedłeś na świat nie po to, by ponieść klęskę.

background image

Bądź twórczy i  efektywny.  Witaj  każdy kolejny świt z uśmiechem. 
Bądź wdzięczny  swemu  Stwórcy za jeszcze jedną okazję do ulepszenia 
twych wczorajszych działań.  W ielu z nas,  przejętych lękiem o to, 

co przyniesie ten dzień,  niechętnie zwleka się rano z łóżek,  nie 

zdając sobie sprawy,  że działania,  które podejmujemy w ciągu 
pierwszych godzin poranka,  odcisną swoje piętno na całym  dniu,  a 
także przygotują nas na dzień jutrzejszy i wszystkie kolejne dni.

Jakie to straszne budzić się w oczekiwaniu chmurnego dnia, 

wypełnionego bólem i nudą,  a potem z niecierpliwością wyglądać 

zachodu słońca,  po którym przychodzi  miłosierny  sen.

Istnieje  sposób  na lepsze życie.  Spotykaj  każdy poranek z błyskiem 
nadziei w oczach,  z  szacunkiem i wdzięcznością za wszystkie 

szanse,  które kryje w sobie nadchodzący dzień.  Pozdrawiaj  każdego 

napotkanego człowieka z uśmiechem i miłością bądź  szlachetny, 

subtelny i uprzejmy tak w  stosunku do przyjaciela, jak  i wroga 
czerp garściami zadowolenie płynące z dobrze wykonanej  pracy w 
ciągu tych godzin,  które nigdy nie powrócą.  Oto jest droga,  na 

której  m ają pozostać ślady twych stóp.

Najważniejsze,  byś witał poranek z uśmiechem.  Czyż to nie jest 
łatwe?  Cóż, jeśli  taki prosty gest stanowi  dla ciebie problem, 

jeśli po przebudzeniu nawiedza cię myśl,  że nie masz powodu do 

uśmiechu,  nie rozpaczaj.  Wszystkim nam  się to zdarza. Nawet 

najwięksi  optymiści nieraz w olą pozostać w swoich czterech 

ścianach,  niż  stawiać czoło  światu,  który czasami jest wrogi i 

bezwzględny.  W życiu każdego z nas zdarzają się  "złe"  dni. Nie 

omijają one również ludzi najsławniejszych w świecie,  gwiazd 
sportu czy prezesów wielkich korporacji.  Bywa,  że po otwarciu oczu 

wolimy raczej  ukryć głowę pod miękką poduszką,  niż wlec  się 

zatłoczoną autostradą, wykonać pierwszy telefon dotyczący 

sprzedaży czy też  spojrzeć w oczy okropnemu szefowi.

Teraz,  gdy znów się obudzisz z uczuciem lęku przed tym,  co dziś 
cię czeka,  zastosuj  doskonałą metodę,  dzięki  której  poszybujesz w 
świat z tak optymistycznym nastawieniem do życia,  że przeżyjesz 

wspaniały dzień.  Ta prosta sztuka czy też technika,  nazwij  to, jak 

chcesz,  nigdy nie zawodzi,  nic nie kosztuje,  a mimo to uczyni  dla 
ciebie więcej  niż  sok pomarańczowy,  stek i jajka,  kawa czy 

jakakolwiek taśma z motywacyjnym nagraniem.  Dzięki tej  metodzie 

wyruszysz na spotkanie ze  światem pełen optymizmu,  siły,  chęci  do 

działania oraz...  wdzięczności.

Jeśli  chcesz wpuścić do swojego życia słońce i muzykę,  to ilekroć 

obudzisz  się z uczuciem współczucia dla samego  siebie,  sięgnij  po 

poranną gazetę. Nie patrz na pierwszą stronę,  bo ogarnie cię 

ochota,  aby  się ukryć w piwnicy.  Zamiast tego popatrz tam,  gdzie 

zamieszczane są...  nekrologi!

background image

Znajdziesz długą listę osób,  które byłyby zachwycone,  gdyby mogły 
być teraz  na twoim miejscu,  mimo wszystkich bolączek, wątpliwości, 

lęków i problemów,  z którymi  się borykasz!  Wypróbuj  tę metodę, 
ilekroć rankiem ogarnie cię przygnębienie.  Będziesz mi za nią 

wdzięczny.

Czy  słyszysz teraz  śpiew ptaków?

ZASADA TRZYNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Każdy ranek witaj  z uśmiechem.  Przyjmij  nowy dzień jako kolejny, 

niezwykły dar swojego  Stwórcy, jako kolejną, wspaniałą szansę na 

dokończenie tego,  czego nie mogłeś zrobić wczoraj.  Bądź twórczy i 
efektywny. Niech pierwsza godzina tego dnia zabrzmi  donośnie w 

tonacji  sukcesu i  skutecznego działania,  aby  echo  niosło ten 

dźwięk aż do wieczora. Dzień dzisiejszy  nigdy  się  nie powtórzy. 

Nie roztrwoń więc tego daru,  robiąc falstart lub  nie starając się 
w ogóle.  Przyszedłeś na świat nie po to, by ponieść klęskę.

ZASADA CZTERNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Pewnego dnia spełni  się twoje wielkie marzenie Na każdy więc dzień 
ustalaj  cele. Niechaj  nie będzie to skomplikowane i trudne do 
zrealizowania plany,  lecz proste czynności,  które stopniowo 
zaprowadzą cię ku twej  tęczy.  Spisz je, jeśli uznasz to za 
konieczne,  ale ta lista  nie może być zbyt długa, bo  nie dokończone 

dzisiaj  zadania będą się wlokły za tobą do jutra.  Pamiętaj,  że nie 

zdołasz postawić  swej  piramidy w ciągu jednej  doby.  Bądź 

cierpliwy.  Nigdy  nie pozwól, by twój  dzień przepełniony był 

mnóstwem  spraw, wśród których zginie  najważniejszy cel:  tego dnia 
masz uczynić tyle dobra,  na ile cię  stać ten dzień ma dać ci 
radość,  abyś udając się wieczorem  na spoczynek,  czuł zadowolenie 
ze wszystkiego,  czego udało ci  się dokonać!

background image

Ustalanie celów każdemu przychodzi łatwo.  Podobnie jak  w przypadku 

noworocznych zobowiązań,  każdy z nas potrafi  sporządzić długą 
listę  spraw,  które mamy nadzieję załatwić w przyszłości...  Zaraz 

jednak ponownie zaczynamy wieść takie samo życie jak  dotychczas.

Uczyńmy ten niezbędny,  choć czasem zwodniczy krok jeszcze raz. 
Pomogę ci. Najpierw jednak ostrzeżenie.  Każdy cel, wymagający od 

ciebie żmudnej  pracy, wykonywanej  dzień w dzień i  rok po roku,  tak 
czasochłonnej  i  ciężkiej,  że nie zdołasz znaleźć nawet kilku chwil 
dla siebie i  swoich najbliższych,  nie jest w  istocie celem,  lecz 

wyrokiem...  Wyrokiem,  skazującym  cię na żałosne życie,  którego nie 
zdołają zrekompensować zdobyte bogactwa i  osiągnięte sukcesy.

Często  słyszymy stwierdzenie,  że  "życie jest jak  podróż".  Tak 

zwani  "eksperci  od motywacji"  nieustannie wykorzystują to zdanie, 
można je  zobaczyć na okładkach książek oraz usłyszeć z wielu kaset 
magnetofonowych.  "Życie jest jak  podróż!".  Brzmi  ono tak 

sugestywnie,  że chyba musi być prawdą.  Pewnie trzeba by je  

wypowiadać przy  akompaniamencie muzyki płynącej  z potężnych 

organów!

W istocie zaś to głupie  stwierdzenie nakazuje ci trwać w 
nieustannej  walce, w znoju i trudzie,  aby wejść na pierwszy 

szczebel  drabiny sukcesu.  Poczekaj jednak,  to nie wszystko.  Życie 

jest jak  podróż.  Weź więc głęboki  oddech,  każ  swym najbliższym, 

aby zeszli  ci z drogi,  a potem kontynuuj  tę mordęgę,  tę nieustanną 

bitwę,  toczoną dniami i  nocami,  abyś mógł wreszcie wejść na drugi 

szczebel.  Wspaniale!  Co chcesz odpocząć?  Przykro mi,  przyjacielu, 
ale to jest podróż.  Weź więc kolejny głęboki  oddech i walcz, 
ociekając potem,  zatracając się w harówce,  do następnego  szczebla. 

Dalej, jeszcze jeden  szczebel i jeszcze jeden...

A potem,  pewnego dnia...

Lew Tołstoj,  znakomity rosyjski powieściopisarz pozostawił nam 
niezwykle wymowną alegorię zachowań ludzi,  których cele mają 
niewiele wspólnego ze  szczęściem i radością naszego krótkiego 
istnienia na tej  Ziemi.  Pewien wieśniak, Pakom, jest przekonany, 
że zyska w ielką pomyślność,  kiedy już będzie miał tyle ziemi,  ile 

jej  posiadają najzamożniejsi rosyjscy ziemianie.  Taki jest jego 

cel. Nadchodzi  dzień,  kiedy Pakom otrzymuje zadziwiającą ofertę: 
otrzyma bezpłatnie tyle ziemi,  ile zdoła okrążyć biegnąc od 

wschodu słońca do zachodu.

W ieśniak sprzedaje wszystkie  swoje dobra,  aby dotrzeć do miejsca, 
z którego napłynęła oferta.  Po wielu trudnościach osiąga cel 
podróży oraz czyni  stosowne przygotowania,  aby nazajutrz 
wykorzystać swą w ielką szansę.

background image

0   świcie Pakom zaczyna gnać na złamanie karku.  W ostrych 

promieniach palącego porannego słońca, w przeraźliwym upale, 
biegnie,  nie patrząc w lewo ani w prawo,  mając przed oczami tylko 

swój  cel.  Przez cały dzień nie zwalnia nawet na chwilę,  nie 

zatrzymuje  się,  aby zjeść posiłek,  napić się wody czy odpocząć.  Z 
każdym krokiem jego posiadłość  staje  się coraz większa.  Gdy 

wreszcie  słońce chowa się za horyzontem,  a ziemię okrywa mrok, 
Pakon zataczając się wbiega na linię mety.  Zwycięstwo!  Cel został 

osiągnięty.  Sukces!

1 wtedy...  czyniąc ostatni  krok, Pakom pada martwy z wyczerpania. 
Teraz wystarczy mu ziemia o powierzchni...  sześciu  stóp 
kwadratowych.

Sukces nie jest podróżą.  Ten dzień,  tak jak  wszystkie pozostałe, 

jest szczególnym  darem  od Boga.  Ustalaj  cele,  abyś mógł we 

właściwy sposób zużywać energię przewidzianą na dany dzień, 

choćbyś nawet miał przejść dodatkową milę. Niech jednak w twoich 
planach zawsze znajdzie  się miejsce na radość, uśmiech i  spokój. 

Niech twoje cele na każdy dzień będą kolejnymi krokami  na ścieżce 

prowadzącej  do zrealizowania tych wielkich marzeń,  które ukrywasz 

w sercu.  Daj  sobie  szansę na sukces,  a jeśli  nawet doznasz 

porażki, będziesz miał  świadomość,  że do końca się nie poddawałeś.

Posłuchaj,  co mówi  rzymski mędrzec,  Seneka:  "Prawdziwe szczęście 

to radość z dnia dzisiejszego,  bez pełnej  niepokoju zależności  od 
tego,  co może się wydarzyć jutro,  bez nadziei  i lęków,  lecz w 

spokojnym zadowoleniu z tego,  co mamy.  I nic ponadto, bo kto 

podąża tą  drogą,  nie pragnie niczego.  W ielkie błogosławieństwo 
ludzkości  znajduje  się w nas  samych i w zasięgu naszych rąk.  Mądry 
człowiek jest zadowolony z tej  części,  która mu przypadła w 

udziale,  niezależnie od tego, jak  jest duża,  i nie pragnie tego, 

czego nie posiada".

Pomimo długiej  i  błyskotliwej  kariery,  pomimo zdobycia światowej 

sławy i bogactwa, wielki  amerykański  komik przyznał ostatnio w 

wywiadzie,  że sukces nigdy nie zapewnił mu poczucia 
bezpieczeństwa.  Powiedział:  "Zdaje mi  się czasami,  że gdy któregoś 

ranka otworzę oczy, wszystko to pryśnie.  Ktoś wtedy powie:  (r)No, 
chłopie, już po tobieŻ".  I tak, ten wszechstronnie utalentowany 
człowiek,  mając ponad  sześćdziesiąt lat,  bezustannie biegnie, 
niczym Pakom,  bez końca występując w teatrach, w nocnych klubach, 

w filmach i w telewizji.  Jego wielbicieli to cieszy,  ale ja  
wolałbym,  aby i  on zatrzymał  się i  powąchał  czasami  róże zanim ich 

płatki  odpadną.

Schopenhauer ostrzegał,  że wiry zmian porywają każdego z nas i  aby 

utrzymać pozycję pionową,  musimy posuwać się naprzód,  trwać w 

ciągłym ruchu,  niczym  akrobata chodzący po linie.  Jakie to smutne.

background image

Istnieje  sposób  na lepsze życie.

ZASADA CZTERNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Pewnego dnia spełni  się twoje wielkie marzenie.

Na każdy więc dzień ustalaj  cele. Niechaj  nie będzie to 

skomplikowane i trudne do zrealizowania plany,  lecz proste 
czynności,  które stopniowo zaprowadzą cię ku twej  tęczy.  Spisz je, 

jeśli uznasz to za konieczne,  ale ta lista  nie może być zbyt 

długa, bo  nie dokończone dzisiaj  zadania będą się wlokły za tobą 
do jutra.  Pamiętaj,  że nie zdołasz postawić swej  piramidy w ciągu 

jednej  doby.  Bądź cierpliwy. Nigdy nie pozwól, by twój  dzień 

przepełniony był mnóstwem  spraw, wśród których zginie 

najważniejszy cel:  tego dnia masz uczynić tyle dobra,  na ile cię 
stać ten dzień ma dać ci  radość,  abyś udając się wieczorem  na 
spoczynek,  czuł zadowolenie ze wszystkiego,  czego udało ci  się 

dokonać!

ZASADA PIĘTNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Nie pozwól  nigdy, by ktoś zesłał  deszcz  na tw oją słoneczną 
promenadę i  okrył  cały twój  dzień płaszczem ponurej  klęski. 
Zapamiętaj:  aby krytykować,  nie potrzeba talentu,  samozaparcia, 
inteligencji  ani  silnego charakteru.  To co przychodzi z zewnątrz, 
może mieć  na ciebie wpływ tylko wtedy,  kiedy  na to pozwolisz.  Twój 

czas ma zbyt w ielką wartość,  abyś go marnował w walce z jałow ą 

nienawiścią,  zazdrością oraz zawiścią.  Uważaj, twoje życie jest 

tak kruche.  Jedynie Bóg potrafi  stworzyć cudowny kwiat,  ale 
zniszczyć go zdoła każdy bezmyślny dzieciak.

Montaigne powiedział,  że życie ludzkie jest czymś bardzo 

delikatnym, łatwo je  można zranić.  Zawsze coś może pójść gorzej,

background image

niż  się  spodziewamy.  Częstokroć najwięcej  troski  przysparzają nam 
drobne,  mało znaczące kłopoty.  I tak jak  drobne literki  druku 
najbardziej  męczą nam oczy,  małe kłopoty wywołują najsilniejszy 
niepokój  i zasłaniają chmurkami błękit naszego nieba, jeśli im na 

to pozwolimy.

My,  ludzie, jesteśmy niezwykle delikatnymi  istotami.  Potrafimy się 

obudzić ze śpiewem na ustach i  z  sercem przepełnionym radosnym 
oczekiwaniem nadchodzących godzin,  aby potem pozwolić, by czyjeś 
szorstkie  słowa,  hałas uliczny czy też rozlana kawa zniszczyły nam 
cały dzień.

Nie pozwól  nigdy, by ktoś zesłał  deszcz na tw ą słoneczną 

promenadę.  Zawsze znajdą się ludzie,  których głównym zajęciem jest 
pomniejszanie osiągnięć innych,  cyniczni krytykanci,  z zawiścią 
patrzący na twe umiejętności,  pracę i  sposób  życia.  Zignoruj  ich.

Są niczym dzwonek przy przejeździe kolejowym,  donośny,  choć 

bezsilny wobec ryku przejeżdżających pociągów.  Każda godzina twego 

życia,  każdy dzień warte  są zbyt wiele,  aby mogła je  zmącić grupa 
zazdrośników,  którzy nigdy nie um ieją dostrzec tego,  co w innym 
człowieku dobre,  choć zawsze zdołają dojrzeć to,  co złe.  Są niczym 

sowy w ludzkiej  powłoce,  czujne w ciemności  i  ślepe w świetle 
dnia,  szukające robactwa i  nigdy nie widzące tego,  co  szlachetne.

Nikt nigdy nie zdoła pozbawić cię poczucia radości  i zepchnąć z 

drogi  sukcesu...  chyba że dasz mu na to pozwolenie.  Zapamiętaj,  że 

jeśli zdołasz zdusić nagły wybuch złości, uchronisz  się przed 

żałością całego dnia.

Rozpamiętywanie i wyolbrzymianie małych frasunków oraz licznych 

jadowitych uwag,  z którymi  się spotykamy każdego dnia,  może nam 

uczynić wiele zła.  Jeśli jednak zdołamy zlekceważyć je  i uwolnić 

od nich nasz umysł,  stopniowo utracą całą swą moc.  Krytykantów 
można znaleźć wszędzie.  Zapamiętaj,  że zawiść jest jak  robactwo: 
zawsze j ą  przyciąga najpiękniejszy owoc.  Franklin powiedział 
niegdyś,  iż ludzie,  którzy stracili  nadzieję,  że ich wysiłek może 
im kiedykolwiek przynieść powodzenie,  czują w ielką radość,  ilekroć 
los zrównuje z nimi innych.

Nie zdołasz poczynić żadnych postępów, jeśli będziesz prowadził 

życie pustelnika.  Musisz żyć pośród innych ludzi, w świecie pełnym 
niepowodzeń oraz  słów krytyki.  Nie pozwól jednak, by to wszystko 
zsyłało deszcz na tw ą słoneczną promenadę. Nie zważaj  na tych, 
którzy pełni  są zawiści.

Nigdy nie odwzajemniaj  ich zawiści i złości  i nie podsycaj  w sobie 

tych uczuć.  Pamiętaj,  że wzniecenie ognia,  który miałby pochłonąć 
twojego wroga,  ma taki  sam  sens jak podpalenie własnego domu w 
celu pozbycia się  szczura. Nigdy nie zniżaj  się do poziomu  swojego 

wroga.  Booker T.  Washington,  który zdołał  się niegdyś uwolnić od

background image

upokarzającego i beznadziejnego losu  niewolnika,  dał  nam wspaniały 

przykład lepszego życia,  pisząc:  "Nie pozwolę, by jakikolwiek 
człowiek pomniejszył m oją duszę,  zmuszając mnie do tego, bym go 
nienawidził".  Przypomnij  sobie te  słowa,  gdy następnym razem ktoś 

spróbuje  ściągnąć cię do swojego poziomu.

Nic,  co przychodzi z zewnątrz,  nie może mieć  na mnie żadnego 
wpływu. Niechaj  te  słowa będą twoim motto,  podobnie jak  stanowiły 

motto W alta Whitmana,  a spokojnie doczekasz zmierzchu każdego 
dnia.

Przed wielu laty, wczesnego  niedzielnego ranka,  siedziałem w 
wagonie restauracyjnym pociągu,  który właśnie minął El Paso w 

Teksasie.  Pałaszowałem  śniadanie,  przyglądając  się z rozbawieniem 
kelnerce,  ruchliwej,  dziarskiej  blondynce,  która śmiejąc się i 
żartując,  krzątała się wśród stolików i  przyjmowała zamówienia.
Oto miałem przed oczami  osobę,  która  naprawdę czerpała radość ze 
swojej  pracy i z życia.  Jej  pogodne usposobienie udzieliło się nam 

wszystkim. Dzięki  niej  mieliśmy tamtego ranka o wiele lepsze 

samopoczucie.

Kiedy sączyłem  drugą filiżankę kawy,  myśląc o długiej  drodze, 

którą miałem przed  sobą, jakiś  starszy mężczyzna z wypchaną 

walizką usiadł  ciężko  na sąsiednim krześle,  pospiesznie rzucił 

okiem  na menu,  po czym  skinął  na  naszą kelnereczkę.  Podeszła 
szybko do  niego,  obdarzając go  swym  cudownym teksańskim uśmiechem, 
i  rzekła:

- Jaki wspaniały mamy dzisiaj  dzień,  prawda?

Starszy jegom ość wykrzywił usta i  odburknął:

- A cóż w nim takiego wspaniałego?

Urocza blondynka uśmiechnęła się,  nie dając się zbić z tropu.

- Niech pan tylko spróbuje utracić kilka takich dni,  a sam pan 
znajdzie odpowiedź!

To ty sprawujesz kontrolę nad swoim życiem.  Jeśli ktoś zsyła 
deszcz  na tw ą słoneczną promenadę,  dzieje się tak dlatego,  że  sam 

wyrażasz  na to zgodę.  Nigdy więcej,  zgoda?

ZASADA PIĘTNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

background image

Nie pozwól  nigdy,  by ktoś zesłał  deszcz na twoją słoneczną 

promenadę i  okrył  cały twój  dzień płaszczem ponurej  klęski. 

Zapamiętaj:  aby krytykować,  nie potrzeba talentu,  samozaparcia, 

inteligencji  ani  silnego charakteru.  To,  co chodzi  z zewnątrz, 
może mieć na ciebie wpływ tylko wtedy,  kiedy na to pozwolisz.  I 
twój  czas ma zbyt wielką wartość,  abyś go marnował w walce z 

jałow ą nienawiścią,  zazdrością oraz zawiścią.  Uważaj,  twoje życie 
jest tak kruche.  Jedynie Bóg potrafi  stworzyć cudowny kwiat,  ale 

zniszczyć go zdoła każdy bezmyślny dzieciak.

ZASADA SZESNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Szukaj  ziarna pomyślności w każdej  przeciwności  losu.  Zapamiętaj 

tę zasadę,  a zdobędziesz bezcenną tarczę,  która ochroni  cię w 
czasie twych wędrówek przez najciemniejsze doliny.  Gwiazdy można 
dostrzec z dna studni,  podczas gdy trudno je  rozpoznać ze  szczytu 
góry.  Tak więc, w zmaganiach z przeciwnościami  losu zyskasz 

wiedzę,  której  nie mógłbyś zdobyć bez kłopotów i  niepowodzeń. 
Zawsze istnieje ziarno pomyślności.  Znajdź je  i  odnieś  sukces.

Zdarzyło się to może w rok po tym, jak otrzymałem awans na 

stanowisko prezesa czasopisma  "Absolutny  Sukces", wydawanego przez 

W.  Clementa  Stonea.  Dzięki  reklamie nadawanej  przez radio 

ogólnokrajowe,  którą przygotował Paul Harvey,  nakład naszego pisma 
poszybował na niebotyczną wysokość,  co można było zauważyć na 

wiszącym w moim biurze wykresie.  W tedy właśnie uczyniłem fatalny 
błąd w ocenie naszej  sytuacji.  Błąd,  który mógł nie tylko zwolnić 
tempo naszego rozwoju,  ale również narazić firmę na olbrzymie 

straty.

Gdy tylko zdałem  sobie sprawę z tego,  co zrobiłem,  zatelefonowałem 
do W.  Clementa Stonea,  prosząc go o spotkanie.

Bez owijania w bawełnę,  powoli i  dokładnie opowiedziałem panu 

Stoneowi, jak  spartaczyłem robotę.

W.  Clement  Stone  słuchał mnie uważnie,  przerywając mi  kilka

background image

zaledwie razy,  aby wyjaśnić pewne fakty.  Gdy  skończyłem mówić, 

siedziałem dalej,  przekonany,  że bardzo zawiodłem  szefa.  Czekałem 

na gromy,  które się miały na mnie posypać.  Byłem pewny,  że moja 
kariera dobiega końca.

Pan  Stone długo patrzył w sufit, wielokrotnie zaciągając  się 

hawańskim cygarem,  zanim w końcu spojrzał na mnie i  rzekł z 

uśmiechem:

- To wspaniale,  Og!

Wspaniale?  Czy ten człowiek stracił zmysły?  Przecież  swoim 

działaniem naraziłem jego ukochane pismo na wielkie  straty. Nie 
odpowiedziałem nic pewnie dlatego,  że byłem zaszokowany jego 
reakcją.  Po chwili  pan  Stone pochylił  się ku mnie,  dotknął mojego 
ramienia i  powtórzył  cicho:

- To wspaniale,  Og. Naprawdę.  Zaraz ci to wyjaśnię.

Ten niezwykły człowiek udzielił mi ważnej  lekcji.  Poznałem jedną z 
najważniejszych zasad życia,  która była dla mnie nieoceniona przez 
następne ponad dwadzieścia pięć lat.  Pan  Stone dokładnie wyjaśnił 
mi,  że chociaż zdaje  sobie sprawę,  iż to,  co się zdarzyło, jest 

bardzo niekorzystne dla naszego czasopisma,  to jest przekonany,  że 

jeśli wnikliwie przyjrzymy  się naszemu problemowi,  odkryjemy w nim 

ziarno pomyślności ziarno,  które ostatecznie przyniesie nam 
korzyść.  Przypomniał mi  też,  że ilekroć Bóg zamyka przed nami 

jedne drzwi,  inne zawsze pozostawia otwarte.  Przez kilka 

następnych godzin omawialiśmy nasz problem pod każdym kątem.  W 
końcu,  gdy już  sporządziłem wiele notatek,  opracowaliśmy pewien 
plan.  Dzięki niemu nie tylko odzyskaliśmy utracone pieniądze,  ale 
również zwiększyliśmy dochody,  które przez wiele kolejnych lat 
miały do nas napływać z reklam.  Tych kilka niepowtarzalnych godzin 

uznaję za najwspanialsze doświadczenie w moim życiu.

W każdej  przeciwności  losu zawsze  szukaj  ziarna pomyślności.  To 

jedna z tych zasad,  które wymagają najwięcej  determinacji.  Gdy 
jednak nauczysz  się reagować na każdy problem  słowami:  "To 

wspaniale!"  a potem zadasz  sobie nieco trudu,  aby rozpoznać 

korzyści,  które m ogą wyniknąć z tej  sytuacji,  zdziwisz  się, jak 
niechybne porażki będą się przeistaczać w zwycięstwa.

Samuel  Smiles,  autor pierwszej  książki na temat sukcesu, 

zatytułowanej  Self Help,  napisanej  pod koniec dziewiętnastego 

wieku,  powiedział,  że!zawsze więcej  się uczymy z naszych porażek 

niż z sukcesów.  To,  co dobre,  potrafimy rozpoznać dopiero wówczas, 
gdy odkryjemy to,  co złe.  Kto nigdy nie popełnił błędu,  nie zna 
tego dreszczu,  który przenika człowieka,  gdy okazuje  się,  że 
pozorna strata zamienia się w zysk.

background image

Zasada,  która pozwala zamieniać pasywa  na aktywa jest tak stara 

jak historia ludzkości.  Pomyśl  o przyjaciołach  świętego Mikołaja, 

Eskimosach,  którym udało  się przetrwać tysiące lat dzięki 
umiejętności  odnajdywania ziarna pomyślności w ich  największej 

przeciwności losu:  śniegu i lodzie.  Właśnie ze  śniegu i lodu 

budują swoje domki,  zwane igloo,  które chronią ich przed zimnem. 
Mój  stary znajomy,  golfista,  mawia,  że prawdziwemu sprawdzianowi, 
tak w  życiu, jak  i w grze,  poddawani jesteśmy  nie wtedy,  gdy 
trzymamy  się z dala od dzikiej  części  pola golfowego,  gdzie rośnie 
wysoka,  nie  strzyżona trawa,  lecz wówczas,  gdy właśnie  stamtąd 

musimy wybić piłkę.  Mistrzostwo - w grze i w życiu - osiągają ci, 
którzy nauczyli  się radzić  sobie z przeciwnościami  losu.

ZASADA  SZESNASTA

...  która uczyni twe życie lepszym

Szukaj  ziarna pomyślności w każdej  przeciwności  losu.  Zapamiętaj 

tę zasadę,  a zdobędziesz bezcenną tarczę,  która cię ochroni w 

czasie twych wędrówek przez najciemniejsze doliny.  Gwiazdy można 
dostrzec z dna studni,  podczas gdy trudno je  rozpoznać ze  szczytu 

góry.  Tak więc, w zmaganiach z przeciwnościami  losu zyskasz 
wiedzę,  której  nie mogłbyś zdobyć bez kłopotów i niepowodzeń. 
Zawsze istnieje ziarno pomyślności.  Znajdź je i  odnieś  sukces.

ZASADA SIEDEMNASTA 

...  która uczyni twe życie lepszym

Uświadom  sobie,  że prawdziwe szczęście znajduje  się w tobie. Nie 
trać czasu i  energii  na poszukiwanie  spokoju i radości w 

otaczającym cię  świecie.  Pamiętaj,  że szczęście nie polega na 

posiadaniu czy przyjmowaniu,  lecz tylko  na dawaniu.  Wyciągnij  dłoń 

do uścisku.  Podziel  się co masz.  Uśmiechnij  się.  Obejmij  ramionami 

bliźniego.  Szczęście przypomina perfumy.  Jeśli  spryskasz nimi 

innych,  kilka kropli  zawsze spadnie na ciebie.

background image

W iele lat temu Nathaniel Hawthorne  stwierdził,  że znacznie łatwiej 

jest schwytać motyla niż to ulotne uczucie zwane  szczęściem.

Napisał też,  że kiedy na tym  świecie pojawia się szczęście, jest 
to wyłącznie  sprawa przypadku.  Jeśli  ruszysz za nim w pogoń, 

zaprowadzi  cię w ślepy zaułek i na zawsze pozostanie nieuchwytne.
A jednak, jak  to przedstawił  światu Arystoteles,  "szczęście jest 

sensem i  celem życia,  dążeniem człowieka i  kresem ludzkiej 
egzystencji".

Pomyśl  o tłumach,  które każdego wieczora wychodzą na ulice miast w 
poszukiwaniu kilku godzin  szczęścia.  Ileż milionów dolarów 
wydajemy co roku na różnego rodzaju przyjemności!  Czy to właściwa 

droga?  Czy jesteśm y szczęśliwi?

Ostatnio przeprowadziłem pewien eksperyment,  o którym mówiłem już 
od lat.  Pewnego słonecznego popołudnia stanąłem €na rogu Fifth 

Avenue i Fifty-fourth  Street w Nowym Jorku i przyjrzałem  się 
uważnie dwustu ludziom,  którzy kierując się w południową stronę 
Jeżeli  szczęście to normalny  stan,  podobnie jak  dobre zdrowie, to 

dlaczego cieszy  się nim tak niewielu ludzi?

Nie potrafimy radować się  szczęściem, bo prawdopodobnie nie 

jesteśm y w pełni  świadomi,  czym  ono w istocie jest.  Wiele ludzi 

zakłada,  że  szczęście może przynieść bogactwo i władzę,  ale ja  
znam wielu milionerów,  których dręczy ból  i  samotność.  Gdy 
niedawno odbywałem wspaniały rejs  statkiem  "Royal Princes"  po 
Kanale Panamskim,  dziwiłem  się,  że tak niewiele  szczęśliwych 
twarzy nożna było zauważyć na luksusowym pokładzie tego 
luksusowego liniowca.  Rozpieszczeni, zepsuci,  przyzwyczajeni,  że 
inni  im usługują, wydawali  się bardzo do  siebie podobni. Nie 
powinienem był  się temu dziwić.  Jeśli we wnętrzu człowieka nie ma 
zalążka szczęścia,  żadne dobra materialne,  rozrywka czy też 
platynowe karty kredytowe nie wywołają uśmiechu na jego ustach.

Thoreau,  mój  stary przyjaciel, wiele miał do powiedzenia na ten 

temat. Napisał,  między innymi,  następujące słowa:  "Doświadczenie 
utwierdza mnie w przekonaniu,  że nasz byt na tej  ziemi  nie jest 
udręką,  lecz przyjemnością, jeśli tylko prowadzimy życie proste i 
mądre.  Większość przedmiotów zbytku,  a także wszelkie atrybuty tak 
zwanego komfortu życiowego nie tylko  są zbyteczne,  ale również 

stanowią w ielką przeszkodę w rozwoju ludzkości".

Czy pamiętasz białego rycerza z książki Lewisa Carrolla Po drugiej 
stronie lustra?  Alicja go  spotyka,  kiedy targa on za sobą 

przeróżne przedmioty,  które m ają mu zapewnić wygodniejsze życie: 
ul,  aby móc  schwytać pszczoły, jeśliby  się do niego zbliżyły 
pułapkę na myszy,  która miałaby go ustrzec przed gryzoniami 

obręcze na nogi konia,  chroniące przed zębami rekina nawet 

naczynie,  z którego mógłby zjeść pudding śliwkowy,  gdyby go nim

background image

uraczyła jakaś życzliwa dusza.  Objuczony swoim dobytkiem,  rycerz 

jest doskonałym  symbolem ludzi,  którzy  szukają szczęścia, 

gromadząc pieniądze,  cenne przedmioty i  nieruchomości.

Szczęście jest jak  motyl...?  A może nie.  "Bardzo niewiele 

potrzeba,  aby uczynić życie szczęśliwym  - pisał Marek Aureliusz.  - 

To wszystko znajduje się w tobie, w twoim  sposobie myślenia". 

Poszukiwanie  szczęścia może ci  zająć całą wieczność,  a i tak 
zakończy  się fiaskiem, jeśli  nie zajrzysz do swego wnętrza,  do 

serca i  duszy,  a potem  nie podzielisz  się z innymi tym,  co tam 

znajdziesz,  nie oczekując za to żadnej  nagrody.  Posłuchaj,  co 
powiedział George Eliot:  "Troszczenie  się o własne przyjemności 
może  nam dać jedynie żałosną namiastkę  najwyższego  szczęścia,  z 
którym wiąże  się prawdziwa wielkość.  Aby je  zdobyć,  potrzeba 

dalekosiężnych myśli  oraz bogatych uczuć,  którymi  innych ludzi 

należy  obdarzać w równym  stopniu, jak siebie samego.  Ten 
szczególny rodzaj  szczęścia często  niesie ze  sobą wielki ból, 

dzięki któremu właśnie możemy określić,  co jest dla  nas  najdroższe 

na świecie, bo to  nasza dusza dostrzega dobro".

Dobrze jest mieć pieniądze i wszystko to,  co można za nie kupić. 
Ale trzeba również uważać,  aby  nie stracić tego,  czego  nie można 
kupić za żadne pieniądze.

Otwórz  swe  serce na innych ludzi.  Szczęście to tylko produkt 

uboczny tego, jak  traktujesz bliźniego.  Czas, w którym możesz być 

szczęśliwy, to chwila obecna.  Miejsce zaś,  gdzie możesz być 
szczęśliwy, jest tu,  gdzie  się teraz znajdujesz.  Poznaj  dobrze i 

zacznij  stosować w życiu zasady,  które zostały ci  przekazane z 
w ielką miłością,  a płynącym z  nich przesłaniem podziel  się z tymi, 
którzy proszą cię o wsparcie.  Motyl przyfrunie ku tobie i usiądzie 

na twoim ramieniu dopiero wówczas,  gdy usłyszysz muzykę z 

pozytywki.

Nigdy  nie było i  nie będzie lepszego sposobu  na życie.

ZASADA SIEDEMNASTA 

...  która uczyni twe życie lepszym

Uświadom  sobie,  że prawdziwe szczęście znajduje  się w tobie. Nie 
trać czasu i  energii  na poszukiwanie  spokoju i radości w 

otaczającym cię  świecie.  Pamiętaj,  że  szczęście nie polega na 

posiadaniu czy przyjmowaniu,  lecz tylko  na dawaniu.  Wyciągnij  dłoń

background image

do uścisku.  Podziel  się tym co masz.  Uśmiechnij  się.  Obejmij 

ramionami bliźniego.  Szczęście przypomina perfumy: jeśli  spryskasz 
nimi innych,  kilka kropli zawsze spadnie na ciebie.

Epilog

Żegnaj.  Będzie mi  ciebie brakowało. Nasza wyjątkowa przyjaźń nigdy 

jednak nie wygaśnie.  Jeśli zapragniesz,  możesz mnie zachować przy 

sobie,  do końca swoich dni,  pod warunkiem jednak,  że będziesz 

poznawał,  a następnie stosował zasady lepszego życia.  Bardzo bym 
tego chciał.

Mam nadzieję,  że twoja wizyta u mnie dostarczyła ci tyle  samo 

radości,  ile mnie dało goszczenie cię w moim gabinecie.  Byron 
pisał,  że wszystkie pożegnania powinny się odbywać szybko.  Być 
może miał rację.  Muszę ci jednak wyznać prawdę:  wcale nie chcę 

widzieć, jak wychodzisz z tego pokoju.  Tak wiele wspólnie 

dokonaliśmy...  a do zrobienia pozostało jeszcze więcej.

Przez wszystkie lata mojego życia najcięższe chwile przeżywałem 
wówczas,  gdy musiałem odjeżdżać,  zostawiając moich drogich 

przyjaciół,  lub też gdy patrzyłem, jak  oni  odjeżdżają.  Musiało 
minąć wiele miesięcy,  zanim wreszcie zelżał ból  po tym, jak  moi 

synowie,  najpierw Dana,  a potem Matt,  odfrunęli z rodzinnego 

gniazda.

Wydaje mi  się,  że równie wielki żal  czuję wtedy,  gdy muszę się 

pożegnać z martwymi przedmiotami,  do których zdążyłem  się 
przywiązać.  Wciąż jeszcze mam  stary aparat fotograficzny,  którym 
można robić trójwymiarowe zdjęcia.  Filmów z takich aparatów nie 

wywołują już w żadnym zakładzie fotograficznym.  Mam również kije 

golfowe z drewnianymi  trzonami,  kilka szerokich krawatów i 

starego, białego cadillaca Eldorado ze składanym  dachem,  rocznik 

1974.  Od piętnastu lat jest on dla mnie najważniejszym pojazdem.

I oto teraz,  niczym w scenie z czarno-białego filmu,  stoję na 

stacji  i macham  ci ręką,  a twój  pociąg się oddala.  Przychodzi mi 

na myśl wiele rzeczy,  o których mogłem  ci jeszcze powiedzieć.  Mimo 
to,  ze swojego doświadczenia wiem,  że gdy nastąpi  ostateczne 
odkrycie kart, twój  los będzie zależeć tylko od ciebie.  Żadna 
książka, wykład,  seminarium,  żaden nauczyciel,  trener,  ksiądz, 
minister czy też rabin ani  żadna taśma motywacyjna nie zdołają 
zrobić nic w kierunku odmiany twego życia, jeśli ty sam nie 

będziesz zdecydowany zapłacić ceny w  postaci  swego czasu, wysiłku,

background image

poświęcenia i bólu.  W ybór należy do ciebie...  tylko do ciebie.

Co było,  minęło. Nie możesz zmienić tego,  co zdarzyło  się wczoraj 
czy w zeszłym miesiącu,  podobnie jak  nie zdołasz odwrócić 
niepowodzeń zeszłego roku.  Możesz jednak zrobić wszystko, by 
zarówno dzień jutrzejszy, jak  i pozostałe dni  twojego życia były 

takie, jakimi je widziałeś w swych marzeniach.  Twe najwspanialsze 

dni  dopiero nadejdą.  Musisz jednak stosować w życiu opisane tutaj 
zasady.  A skoro poznałeś już m oją przeszłość,  to z pewnością się 
zgodzisz,  że jeśli udało się Ogowi Mandino,  może  się udać 
każdemu...  a zwłaszcza tobie!  Od tej  pory żadnych wymówek,  żadnego 
alibi,  zgoda?

Naprawdę istnieje  sposób na lepsze życie...  a ty masz teraz w ręku 

odpowiedni klucz.  Wykorzystaj  go. Nie zawiedź mnie,  a co 

ważniejsze,  nie zawiedź  samego siebie!

Do widzenia,  mój  wyjątkowy przyjacielu. Niech Bóg roztoczy opiekę 

nad nami,  kiedy się już rozstaniemy.

Powodzenia

Og Mandino

11)

21)
31)
41.

rI.A.1.a