background image

JENNIFER GREENE 

MARZYCIELKA 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Widok,  który  miała  przed  sobą,  obrażał  jej  poczucie  estetyki.  Czarna,  posępna  noc, 

szalejąca  nad  miastem  burza  -  czy  może  być  coś  bardziej  banalnego?  Nagle  jaskrawa 

błyskawica przeszywa niebo, a na jej tle wyłania się z ciemności wielka, szpetna rezydencja, 

która wygląda jak scenografia do tandetnego hollywoodzkiego filmu. 

Najgorsze  jest  to,  że  niczym  bohaterka  kiepskiego  filmu  zamierza  się  włamać  do 

pogrążonej w mroku rezydencji. 

Rebeka Fortune pisała powieści kryminalne. Umieszczała swe bohaterki w najbardziej 

niebezpiecznych  sytuacjach,  jakie  tylko  zdołała  wymyślić,  a  wyobraźnię  miała  wyjątkowo 

bujną. Ale prędzej by wyrzuciła na śmietnik komputer, niż kazała bohaterce włamywać się po 

ciemku  do  ogromnej,,  zamkniętej  na  cztery  spusty  rezydencji,  w  której  zostało  popełnione 

morderstwo. 

Deszcz padał na jej rude loki, ciekł po szyi, spływał po powiekach i rzęsach. Drżała na 

całym ciele, od czubka nosa po czubki palców w przemoczonych tenisówkach. Zazwyczaj w 

marcu  panowała  w  Minnesocie  temperatura  około  zera,  ale  tego  dnia  od  samego  rana  było 

nadspodziewanie ciepło i słonecznie, prawie wiosennie. 

Przed wyjściem z domu Rebeka obejrzała w telewizji prognozę pogody; zapowiadano 

w nocy burzę. Gdyby miała czarny płaszcz od deszczu, pewnie by go z sobą wzięła, ale miała 

jaskrawożółty,  w  kolorze  całkiem  nieodpowiednim  dla  włamywacza,  więc  włożyła  grubą 

czarną bluzę oraz czarne dżinsy. Obie rzeczy lepiły się jej do skóry. 

Przypuszczalnie  kiedyś  w  życiu  czuła  się  bardziej  nieszczęśliwa  niż  teraz,  lecz  nie 

pamiętała  tej  chwili.  Miała  bogate  doświadczenie  w  dziedzinie  kryminalistyki,  znała 

dziesiątki  metod  używanych  przez  włamywaczy,  jednakże  całą  swą  wiedzę  zdobyła  w 

ciepłym,  ładnie  urządzonym  gabinecie,  szperając  w  książkach  i  korzystając  z  Internetu. 

Praktyka okazała się odrobinę bardziej skomplikowana od teorii. 

Rezydencję  otaczało  wysokie  ogrodzenie  z  kutego  żelaza.  Zamknięta  brama  nie 

stanowiła problemu;  na ogrodzenie  można się  było wdrapać  i zeskoczyć z  niego po drugiej 

stronie.  Tuż  po  zabójstwie  Moniki  Malone  po  terenie  kręciło  się  mnóstwo  policji.  Teraz 

ryzyko natknięcia się na kogokolwiek było znikome. Zarówno dom, jak i ogród opustoszały 

dawno temu; od wielu tygodni nikt tu nie zaglądał. 

Do samej rezydencji prowadziło pięć par drzwi:  frontowe, boczne, kuchenne, tylne  i 

piwniczne. Rebeka próbowała je kolejno otworzyć - bez powodzenia. Z katalogu dla pisarzy 

background image

powieści  kryminalnych  zamówiła  klucz  uniwersalny.  Okazało  się,  że  wcale  nie  był  tak 

uniwersalny,  jak  go  reklamowano.  W  plecaku,  z  którym  wyruszyła  na  włamanie,  miała 

również  łom  -  zawsze  przydawał  się  jej  bohaterkom.  Ona  jednak  nie  była  stworzoną  przez 

siebie  postacią  i,  w  przeciwieństwie  do  nich,  z  łomem  kiepsko  sobie  radziła.  Obeszła  cały 

dom,  dokładnie  sprawdzając  okna  na  parterze.  Ani  jedno  nie  było  zabite  deskami,  ale 

wszystkie  były  szczelnie  zamknięte.  Jedyne,  co  zdołała  łomem  dokonać, to  zdrapać  z  kilku 

framug farbę. 

Poza łomem i wytrychem do plecaka zapakowała pełno innych narzędzi. Jako autorka 

kryminałów, która przed przystąpieniem do pracy zawsze starannie się przygotowuje,  miała 

ogromną wiedzę na temat przestępstw i sposobów  ich popełniania. Na razie  jednak żadne z 

narzędzi nie znalazło zastosowania, a plecak, który ważył z tonę, wpijał się jej w łopatki. 

Ciężkie  deszczowe  chmury  kłębiły  się  na  nocnym  niebie,  a  od  łoskotu  piorunów 

trzęsła się ziemia. A może nic się nie trzęsło, może to tylko ona, Rebeka, tak mocno dygotała. 

Każda zdrowa na umyśle kobieta  już dawno by się poddała, a ty co?  - spytała sama 

siebie. 

Otóż  Rebeka  Fortune  różniła  się  od  innych  kobiet.  Nigdy  się  nie  poddawała, 

zwłaszcza  gdy  na  czymś  jej  zależało.  Niektórzy  twierdzili,  że  cechuje  ją  upór  osła.  Ona 

broniła  się,  mówiąc,  że  stanowczość  i  determinację  odziedziczyła  po  matce,  Kate  Fortune, 

której nigdy nie brakowało siły ani odwagi, aby dążyć do wytyczonego celu. 

Cel,  który  Rebeka  sobie  wyznaczyła,  był  niezwykle  ważny.  Wiele  osób  starało  się 

oczyścić Jake'a z zarzutu morderstwa, lecz czas mijał, a jakoś nikt nie znajdował dowodów, 

które mogłyby potwierdzić jego niewinność. 

Rebeka sama postanowiła się tym zająć, tym bardziej że - pomijając członków rodziny 

- reszta ludzi podejrzewała, iż to właśnie Jake był winien śmierci Moniki. 

Zacisnęła  z  determinacją  usta  i  nie  zwracając  uwagi  na  mokrą  trawę  pod  nogami, 

jeszcze raz okrążyła dom. Musi być jakiś sposób, żeby dostać się do środka. Musi! 

Srogi,  porywisty  wiatr  targał  jej  włosy.  Gdy  podniosła  rękę,  by  odgarnąć  z  twarzy 

burzę rudych loków, w świetle błyskawicy, która przebiła mrok, zamigotała złota bransoleta. 

Widok  obwieszonej  ozdóbkami  bransolety  należącej  kiedyś  do  Kate  sprawił,  że  Rebekę 

opadły dziesiątki bolesnych wspomnień. 

Prawie  straciła  ukochaną  matkę.  Wszyscy  sądzili,  że  Kate  Fortune  zginęła  w 

katastrofie samolotu; nikt nie wiedział, że w samolocie był jeszcze porywacz, że Kate z nim 

walczyła, że podczas zderzenia maszyny z ziemią wypadła przez otwarte drzwi na zewnątrz, 

w  gęste  zarośla,  i  że  przez  wiele  miesięcy  odzyskiwała  w  dżungli  zdrowie.  Rebeka  nadal 

background image

czuła ucisk w sercu na myśl o rozpaczy, w jakiej pogrążyła się rodzina, o ilości wylanych łez 

oraz o  spotkaniu  u  Sterlinga  Fostera,  doradcy  prawnego  rodziny,  kiedy  to oczom  zebranych 

niespodziewanie ukazała się Kate. 

Tego dnia, gdy po raz pierwszy od lat Kate nie pojawiła się w pracy, złota bransoleta 

obwieszona drobnymi ozdóbkami, które świętej pamięci Ben Fortune ofiarowywał żonie przy 

okazji  narodzin  kolejnych  dzieci  i  wnuków,  tkwiła  na  zakończonym  ręką  alabastrowym 

ramieniu  ustawionym  w  gabinecie  seniorki  rodu.  Dla  Rebeki,  podobnie  jak  i  dla  innych, 

bransoleta stanowiła wyraz miłości, rodziny, tradycji. Nie mogąc się oprzeć, przywłaszczyła 

ją sobie; potrzebowała chociażby takiego kontaktu z matką. Po odczytaniu testamentu każdy 

członek  rodziny  dostał  na  pamiątkę  serduszko,  podkowę,  różę  czy  inną  ozdóbkę,  którą 

doczepiono do bransolety w dniu jego narodzin. Przez pewien czas Rebeka nosiła pustą bran-

soletę  bez  pobrzękujących  ozdób,  ale  potem  zawiesiła  na  niej  własne  maleńkie  wisiorki  - 

symbole szczęścia. 

Powróciwszy na łono rodziny, Kate prosiła córkę, aby chwilę dłużej zaopiekowała się 

bransoletą. Rebeka ucieszyła się. Traktowała  bransoletę jak talizman, a  jej złote ogniwa  jak 

symbol nierozerwalności uczuć rodzinnych. 

Potarła  je  palcem.  Owszem,  Kate  stworzyła  jedną  z  największych  dynastii 

finansowych  w  Stanach  Zjednoczonych,  ale  najbardziej  w  świecie  kochała  swoje  dzieci; 

rodzina  zawsze  była  dla  niej  najważniejsza.  Te  wartości  -  lojalność,  przywiązanie  do 

najbliższych, konieczność wspierania się w potrzebie - przekazała swym potomkom. 

Swoim synom i córkom... 

Nie  była  to  najbardziej  odpowiednia  chwila,  aby  rozmyślać  o  dzieciach,  ale  Rebeka 

miała trzydzieści trzy lata, marzyła o własnym maleństwie, a w ostatnim okresie to pragnienie 

stało  się  tak  silne,  że  nawiedzało  ją  o  każdej  porze  dnia  i  nocy.  Nie  liczyło  się  to,  że  żyła 

samotnie,  że  żaden  królewicz  nie  kręcił  się  na  horyzoncie.  Po  prostu  jej  zegar  biologiczny 

głośno tykał, zagłuszając wszelkie inne argumenty. Chciała mieć dziecko i już! 

Zastanawiając się  nad przyszłością, zawsze widziała siebie w roli  szczęśliwej  żony  i 

matki. W przeciwieństwie do swych braci, sióstr, kuzynów, którzy szukali w życiu przygód 

czy  nowych  wyzwań,  ona  była  beznadziejną  romantyczką  i  domatorką.  Jednak  mimo  że 

szczęście  utożsamiała  z  posiadaniem  męża  i  dzieci,  była  jedyną  osobą  z  klanu  Fortune'ów, 

która nie założyła rodziny. Boże, nawet jej bratanice wydały już na świat potomstwo! 

Chociaż  nie  miała  w  tym  większej  wprawy,  potrafiła  ukołysać  do  snu  niemowlę, 

natomiast zupełnie nie potrafiła włamać się do cudzego domu. Psiakrew! 

Przeszył ją dreszcz przerażenia. Nie bała się burzy z piorunami. I na pewno nie bała 

background image

się ogromnego, pustego domu, w którym popełniono morderstwo. 

Bała  się  porażki.  Kochała  brata,  chciała  mu  pomóc,  znaleźć  dowód  potwierdzający 

jego niewinność,  i robiło się  jej słabo na  myśl, że  może nie podołać.  Ale  nie! Gdzieś w tej 

wielkiej  chałupie  muszą  być  jakieś  informacje,  ślady  czy  znaki,  które  policja  przeoczyła,  a 

które oczyszczą Jake'a z ciążących na nim zarzutów. Dziesiątki osób, w tym co najmniej kilku 

Fortune'ów, miały powód, aby zabić tę starą jędzę. Monica była okrutną, zachłanną egoistką, 

która  od  niemal  dwóch  pokoleń  starała  się  zniszczyć  Bena  i  Kate.  Przysporzyła  sobie 

mnóstwo  wrogów;  nawet  dwuletnie  dziecko  bez  trudu  mogłoby  wskazać  parę  osób,  które 

chętnie by się jej pozbyły. 

Problem  w  tym,  że  na  skutek  działań  Moniki  Malone  Jake  omal  nie  stracił  tego 

wszystkiego, na czym mu najbardziej w życiu zależało, a zatem miał doskonały motyw, żeby 

ją zamordować. W dodatku w wieczór, gdy Monica zginęła, był na miejscu zbrodni i tysiące 

dowodów,  takich  jak  odciski  palców,  wskazywały  na  jego  winę.  Ani  policja,  ani  wynajęci 

przez  rodzinę  detektywi  nie  zdołali  wpaść  na  trop  jakiegokolwiek  innego  podejrzanego. 

Zespół  obrońców  również  robił,  co  mógł,  lecz  sprawa  wyglądała  beznadziejnie.  Nikt  nie 

uronił  łzy  nad  losem,  jaki  spotkał dawną  hollywoodzką gwiazdę, ale też nikt nie wierzył  w 

niewinność Jake'a. 

Rebeka wiedziała ponad wszelką wątpliwość, że jej brat nie mógłby nikogo zabić, bez 

względu  na  to,  jak  bardzo  ta  osoba  zalazłaby  mu  za  skórę.  Bała  się  jednak,  że  nie  mając 

innych podejrzanych, sąd uwierzy oskarżycielowi i skaże Jake'a na wieloletnie więzienie. 

Mimo  że  krążyła  wokół  domu  i  usiłowała  dostać  się  do  środka,  żaden  alarm  się  nie 

włączył.  Wszystkie  drzwi  były  zamknięte,  okna  także.  Zresztą  okna  na  parterze  miały 

specjalnie wzmocnione szyby. Okna  na piętrze wyglądały  na  łatwiejsze do sforsowania,  ale 

nie wiedziała,  jak do nich dotrzeć. Treliaż, po którym pięły się róże, raczej nie wchodził  w 

rachubę. Wprawdzie ważyła niewiele, zaledwie pięćdziesiąt kilogramów, ale podejrzewała, że 

chwiejna  drewniana  konstrukcja  nie  utrzyma  ciężaru  jej  ciała.  W  ogrodzie  rósł  wielki 

rozłożysty  dąb,  jednakże  gałęzie  nie  sięgały  na  tyle  blisko  domu,  by  mogła  przeskoczyć  z 

którejś na dach - chyba że wyrosłyby jej skrzydła, a na to się nie zanosiło. 

W ostateczności zamierzała zaryzykować wspinaczkę po kracie z różami, ale najpierw 

postanowiła jeszcze raz obejść dom. Tak też zrobiła, tym razem na czworakach. Przedzierała 

się przez krzaki rosnące pod domem i kolejno świeciła latarką we wszystkie okna prowadzące 

do pomieszczeń w piwnicy. 

Od  czasu  do  czasu  kolce  -  wyobrażała  sobie,  że  to  szpony  niewidocznej  wiedźmy  - 

czepiały się jej włosów i ubrania, wbijały się jej w skórę, drapały ją po ciele. W tenisówkach 

background image

chlupotało błoto. Na jednej okiennej framudze złamała paznokieć. Kiedy usiłowała podważyć 

inną, drzazga weszła jej w palec, a z palca popłynęła krew. 

Deszcz przestał padać, ale ponieważ  była przemoczona do suchej  nitki, zmarznięta  i 

nieszczęśliwa, nawet nie miała siły się z tego cieszyć. 

Wreszcie  promień  latarki  oświetlił  ramę  okienną,  która  była  krzywa  i  pęknięta. 

Odgarnąwszy  na  bok  gałęzie  kwitnącego  bzu,  Rebeka  przysunęła  się  bliżej  i  zaczęła 

sprawdzać szybę. Okno nie było zamknięte, a jedynie zaklejone farbą. 

Otwierało się na zewnątrz. Trochę niewygodnie, ale trudno. Gorzej było z wielkością. 

Może  przez  niewielką  szparę  zdołałby  się  przecisnąć  chudy  dziesięciolatek,  ale  nie  dorosła 

kobieta... 

Uznała,  że  warto  spróbować;  pewnie  nie  znajdzie  lepszego  wejścia.  Sięgnęła  do 

plecaka  po  łom.  Dwa  razy  usiłowała  podważyć  okno.  Bezskutecznie.  W  ciasnej  przestrzeni 

miała małą swobodę ruchów, łom ślizgał się po mokrym błocie, nie było go o co oprzeć. Na 

szczęście  za  trzecim  razem  się  udało.  Wepchnęła  łom  pod  dolną  krawędź  ramy;  rozległ  się 

koszmarny zgrzyt, a po chwili między gruntem a oknem pojawiła się szpara. 

Oddychając  ciężko,  Rebeka  przysiadła  na  piętach  i  podrapała  się  po  brodzie.  W 

porządku. Sukces. Czuła  się  jednak tak, jakby trzymała w dłoni zwycięski kupon  loteryjny, 

lecz nie miała jak ani gdzie odebrać nagrody. Okno faktycznie otwierało się na zewnątrz, lecz 

otwór był o wiele mniejszy, niż się spodziewała. Wszyscy zawsze twierdzili, że jest chuda jak 

patyk, ale żeby wśliznąć się do środka, musiałaby zgubić jeszcze parę kilo. 

Powoli zbliżyła latarkę do otworu. Nigdy nie potrafiła dobrze oceniać odległości, ale 

miała wrażenie, że od twardej betonowej podłogi dzieli ją co najmniej trzydzieści metrów. W 

dole  nie  było  żadnych  poduszek,  materacy  czy  choćby  dywanu,  który  mógłby  złagodzić 

upadek. Spoglądając przez otwór, pomyślała sobie, że Stephen King mógłby śmiało umieścić 

akcję kolejnej swojej powieści w takich mrocznych, ponurych wnętrzach. 

Podejrzewała, że jeśli nawet zdoła przecisnąć się przez otwór, to zabije się, spadając w 

dół.  Z  drugiej  strony,  tylko  tędy  może  dostać  się  do  środka. Innego  wejścia  nie  znalazła,  a 

poddawać się nie miała zamiaru. 

No trudno, po prostu musi wciągnąć brzuch, wypuścić powietrze, skurczyć się. Bo cóż 

innego jej pozostało? 

Zgasiwszy latarkę, schowała ją do plecaka, a plecak wrzuciła do środka. Przez chwilę 

panowała cisza; potem usłyszała głośne plaśnięcie. Plecak wylądował na podłodze. 

Przełknęła  ślinę.  Strach  dławił  ją  za  gardło.  Położywszy  się  na  plecach,  wepchnęła 

stopy w otwór, następnie poruszając barkami i nie zwracając uwagi na to, że pod bluzą zbiera 

background image

się błoto, przysuwała się coraz bliżej otworu. Po chwili łydki miała po drugiej stronie, kolana, 

uda, pośladki, biodra... I wtedy zaczęły się kłopoty. Utknęła. Nie była w stanie ruszyć się ani 

w przód, ani w tył. 

Boże!  Tyle  razy  marzyła  o  tym,  aby  mieć  nieco  pełniejsze  kształty.  Tyle  razy 

zazdrościła innym kobietom, że dżinsy tak ładnie opinają im biodra. Teraz ogarnęła ją złość 

na samą siebie. Może gdyby w zeszłym tygodniu nie zjadła tych pięciu wysokokalorycznych 

ciastek,  zdołałaby  się  przecisnąć  albo  w  jedną,  albo  w  drugą  stronę.  A  tak...  Cholera!  Nogi 

sterczały  jej wysoko nad podłogą piwnicy, tułów  leżał w  błocie przed domem,  biodra  i po-

śladki tkwiły zaklinowane. Sytuacja była poważna. 

Korciło ją, żeby wybuchnąć płaczem. Chociaż nie, wcale nie miała ochoty płakać. Po 

prostu  chciała  znaleźć  się  we  własnym  domu  i  zrobić  sobie  gorącą  kąpiel:  napełnić  wannę, 

wlać  do  wody  odrobinę  olejku  różanego,  potem  wyciągnąć  się  i  wymoczyć,  popijając 

kieliszek chablis, przeglądając plik informacji, jakie zgromadziła na temat banków spermy, i 

marząc o dziecku. 

Uwielbiała  snuć  fantazje  o  dzieciach.  Było  to  kuszące,  choć  w  tym  momencie  nie 

bardzo  praktyczne.  Czuła  się  jak  kretynka.  Nie  mogła  wykonać  żadnego  ruchu;  ilekroć 

próbowała, bolały ją stawy, z kolei gdy leżała nieruchomo, protestował jej kręgosłup. Bądź co 

bądź,  gdyby  potrafiła  wyginać  ciało  na  wszystkie  strony,  może  zatrudniłaby  się  jako 

akrobatka w cyrku. Miło by było, gdyby nagle pojawił się przystojny rycerz na białym koniu i 

wybawił ją z kłopotów, ale było to mało prawdopodobne. Prędzej oblezą ją dżdżownice. Myśl 

o  glistach,  które  wychodzą  z  ziemi  po  deszczu  i  suną  w  jej  stronę,  podziałała  na  nią 

mobilizująco. 

Wciągnęła powietrze i z całej siły się odepchnęła. 

Udało  się!  Odniosła  sukces...  chyba.  W  każdym  razie  żyła,  kiedy  wylądowała  na 

twardej podłodze. Zanim jednak to się stało, rozbiła głowę o ramę okienną, a także boleśnie 

zgniotła i otarła piersi. Upadając zaś, stłukła sobie kość biodrową oraz skręciła nadgarstek. 

Na dole było ciemno jak w grobowcu. W powietrzu unosił się duszny, stęchły zapach. 

Oczywiście  nie  robiłoby  jej  różnicy,  gdyby  znajdowała  się  teraz  w  pięknym,  jasnym  Tadż 

Mahalu;  była  zbyt  obolała,  aby  czymkolwiek  się  przejmować.  Świat  wirował  jej  przed 

oczami.  Nie  była  pewna,  czy  można  sobie  złamać  pośladki  -  nigdy  nie  widziała,  aby  ktoś 

nosił na biodrach gips albo leżał z pupą na wyciągu - bała się jednak, że ona tego dokonała. 

Nagle oślepił ją ostry promień światła. 

Jaskrawy  blask  pochodził  z  łysej  żarówki  zawieszonej  na  środku  sufitu.  Najgorsze 

było to, że mężczyzna, który stał w drzwiach, z ręką na kontakcie, i kręcił z niedowierzaniem 

background image

głową, nie wyglądał na obcego. A kiedy otworzył usta, jego niski, ochrypły głos też brzmiał 

znajomo. 

- Sądziłem, że banda złożona co najmniej z tuzina nastolatków usiłuje się włamać do 

środka.  Narobiłaś  tyle  hałasu,  jakbyś  zmarłych  chciała  pobudzić.  Powinienem  był  się 

domyślić, że to ty. Chryste, Ruda, wyjaśnij mi, co u licha tu robisz? 

Zacisnęła powieki. 

-  W  tej  chwili  siedzę  na  podłodze  w  piwnicy  i  roztkliwiam  się  nad  sobą,  bo  mam  z 

pięćdziesiąt połamanych kości. Boże kochany, spraw, żeby to był zły sen. Żebym się obudziła 

i  zobaczyła,  że  ten  człowiek  z  ręką  na  kontakcie  to  ktoś  inny,  niż  mi  się  wydaje.  Niech  to 

będzie rosyjski szpieg. Niech to będzie seryjny  morderca. Niech to będzie ktokolwiek, byle 

nie Gabriel Devereax. 

Czekała  z  zamkniętymi  oczami,  aż  zjawa  zniknie,  ale  niestety  niski,  ochrypły  głos 

przybliżał się. 

-  Nie  wygłupiaj  się,  Ruda.  Ja  przynajmniej  mam  powód,  żeby  być  w  tym  domu,  ale 

ty? Chyba całkiem postradałaś zmysły. Mogłaś się zabić... albo ktoś mógłby cię zabić. Co ci 

strzeliło  do  łba?  Swoją  drogą,  wyglądasz  jak  bezpańska  kotka  po  przegranej  walce  na 

śmietniku. 

- Ale jesteś miły! Ja tu leżę połamana, umieram z bólu, a ty na mnie krzyczysz! 

- Krzyczałbym o wiele głośniej, gdybym wierzył, że to cokolwiek da. Tylko spójrz na 

siebie! Jesteś cała mokra, oblepiona błotem, z włosów wystają ci jakieś patyki. Nie powiesz 

mi  chyba,  że  masz  wszystko  normalnie  poukładane  w  głowie?  Psiakrew,  przestań  machać 

ręką! Chcę tylko sprawdzić, gdzie cię boli. 

- Wszędzie - warknęła. 

I faktycznie, wszystko sobie poobijała, ale najbardziej ucierpiała jej duma. 

Gabe  kucnął  obok.  Wciąż  miała  zamknięte  oczy;  póki  na  niego  nie  patrzyła,  mogła 

udawać, że to nie on. Kiedy  jednak poczuła, jak jego silne dłonie zaczynają  ją obmacywać, 

natychmiast podniosła powieki. 

Kiedy  indziej  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  aby  dotykał  jej  przystojny  facet, 

mógłby to nawet być detektyw, ale życzyłaby sobie, by okazywał trochę więcej delikatności. 

Na miłość boską, nie jest workiem kartofli! 

Bezlitosne  łapy  wędrowały  po  jej  ciele,  ściskały  jej  stopy,  kostki,  łydki,  sprawdzały 

stawy  kolanowe,  podnosiły  i  opuszczały  jej  ramiona,  zginały  i  prostowały  nadgarstki.  Kilka 

razy jęknęła z bólu. Gabe albo był tak zaaferowany tym, co robi, że nic nie słyszał, albo jej 

niedowierzał. 

background image

A ona... cóż, przypuszczalnie odczuwałaby mniejsze upokorzenie i złość, gdyby facet 

nie był tak piekielnie przystojny. 

Nie  wiedziała,  jakim  cudem  dostał  się  do  domu,  ale  nie  dziwiła  się,  że  tu  jest.  Był 

inteligentny,  przedsiębiorczy,  po  prostu  najlepszy  w  swojej  branży.  Dlatego  przekonała 

Jake'a, aby zlecił mu dochodzenie w sprawie katastrofy, w której - według policji brazylijskiej 

- zginęła Kate. Chociaż tej zagadki nie udało mu się rozwikłać, dokonał parę innych ważnych 

dla rodziny odkryć. 

Wracając  jednak  do  teraźniejszości...  Kiedy  tak  siedziała  w  piwnicy  na  betonowej 

podłodze,  wyglądała  jak  półtora  nieszczęścia.  On  zaś  był  elegancki,  uczesany,  świeżo 

ogolony.  Ubranie  miał  czyste,  bez  ani  jednej  plamki  czy  rozdarcia.  Jasne  dżinsy,  granatowa 

koszula  starannie  wpuszczona  w  spodnie,  buty  z  cholewami.  Nawet  one  nie  nosiły  śladów 

błota. 

Nie  znała  go  zbyt  dobrze.  Zresztą  nie  była  pewna,  czy  kogoś  takiego  jak  Gabe 

Devereax  jakakolwiek  kobieta  może  dogłębnie  poznać.  W  każdym  razie  od  czasu  do  czasu 

wpadali na siebie i zwykle kończyło się to potężną scysją. Kilka osób z rodziny zauważyło, że 

żrą się jak pies z kotem. Wprawdzie to ona, Rebeka, zebrała informacje o różnych agencjach 

detektywistycznych  i  namówiła  rodzinę,  by  zatrudniła  właśnie  Gabe'a.  To  ona  najlepiej 

spośród  wszystkich  wiedziała,  jak  doskonałą  Gabe  cieszy  się  opinią  i  jak  świetne  osiąga 

wyniki. Darzyła go szacunkiem. Ale kiedy w grę wchodziło życie najbliższych,  nie potrafiła 

przekazać steru w obce ręce, choćby były najbardziej kompetentne. 

Gabe zaś nie znosił, kiedy ktoś go pouczał albo wtrącał mu się do pracy. Coś, co ona 

określała  mianem  pomocy,  on  traktował  jak  niepotrzebną  ingerencję.  Ona  uważała,  że 

powinien  zrozumieć,  co  nią  kieruje:  miłość,  przywiązanie,  lojalność.  Jednakże  nie  była  w 

stanie mu tego wytłumaczyć; prędzej udałoby się jej wywiercić palcem dziurę w granitowym 

bloku. 

Mimo że ciągle mieli z sobą na pieńku, Rebeka nie była ślepa. Może i Gabe Devereax 

jest upartym osłem, ale tak przystojnego osła rzadko się widuje. Liczył trzydzieści osiem lat i 

na  tyle  wyglądał.  Zdecydowany  zarys  szczęki,  blizna  na  prawej  skroni,  zmarszczki  wokół 

oczu i przy ustach - wszystko to świadczyło o tym, że człowiek ten wiele w życiu przeszedł. 

Gabe nie oszczędzał się. Był mężczyzną, nie chłopcem. Mężczyzną, który emanował 

silą  i  energią.  Mężczyzną,  z  którego  twarzy  można  było  wyczytać  determinację,  upór  w 

dążeniu do celu, wolę zwycięstwa. 

W  głębi  duszy  Rebeka  wierzyła,  że  tylko  kobieta,  która  ma  nie  całkiem  po  kolei  w 

głowie, mogłaby chcieć się zadawać z człowiekiem tak zatwardziałym i zamkniętym w sobie. 

background image

Z  drugiej  strony  Gabe  Devereax  miał  najpiękniejsze  oczy,  o  najbardziej  zmysłowym 

spojrzeniu, jakie kiedykolwiek widziała. W dodatku nie mogła ich zignorować, przynajmniej 

na razie, bo uporczywie się w nią wpatrywały. Właściciel tych oczu trzymał  ją za brodę i z 

takim  skupieniem,  jakby  badał  pod  mikroskopem  robaka,  oglądał  jej  policzki,  czoło,  nos, 

sprawdzając, czy są w jednym kawałku. 

-  Chyba  przeżyjesz  -  oznajmił  w  końcu.  -  Chociaż  pewności  nie  mam,  bo  trudno 

cokolwiek dojrzeć pod tą warstwą brudu. 

Ponieważ patrzył jej prosto w twarz, nie od razu się zorientowała, co robi. On zaś, jak 

gdyby nigdy nic, wsunął prawą rękę pod jej bluzę i lekko naciskał żebra. 

Przeszył ją dreszcz. 

- Hej! 

Oburzona, usiłowała go odepchnąć. Nie dała rady. 

-  Nie  denerwuj  się,  Ruda.  Gdybym  chciał  cię  poderwać,  znalazłbym  inny  sposób.  - 

Uśmiechnął się. - O seksie myślę tylko dwadzieścia godzin na dobę, a nie dwadzieścia cztery. 

-  Na  moment  zamilkł.  -  Masz  paskudnie  rozciętą  skórę,  tu  na  boku...  Spokojnie,  nie 

zamierzam sprawdzać, dokąd sięga rana. A teraz bądź tak miła i odkaszlnij. 

- Mam kasłać? Po co? 

-  Jeśli  wolisz,  możemy  podjechać  do  szpitala  i  zrobić  ci  prześwietlenie.  Aha! 

Spodziewałem  się,  że  nie  będziesz  chciała.  No  więc  jeśli  zakaszlesz  i  jeśli  nic  cię  wtedy 

bardziej  nie  zaboli,  może...  powtarzam:  może  uwierzę,  że  żebra  masz  nie  połamane.  Ale 

oczywiście jeśli wolisz prześwietlenie... 

Zakaszlała najgłośniej jak potrafiła. 

- Na pewno nic cię nie zabolało? 

-  Na  sto  procent.  I  przestań  mi  grozić  szpitalem.  Nie  dałabyś  rady  mnie  nigdzie 

zawieźć, nawet gdybyś miał pułk żołnierzy do pomocy. Czuję się świetnie. Po prostu upadek 

lekko mnie oszołomił i tyle. 

- Tak? - Zabrał rękę, którą uciskał jej żebra, ale sam się nie cofnął.  - Na czole wyrósł 

ci guz wielkości śliwki, ciało masz podrapane do krwi i jesteś cała mokra. Tylko patrzeć, jak 

nabawisz się zapalenia płuc. Rany możemy obmyć, bo wody w domu nie wyłączono, ale nie 

wiem,  czy  znajdziemy  coś  suchego,  żebyś  nie  musiała  siedzieć  w  tym  ubraniu.  Jak  czoło? 

Bardzo boli? Nie kręci ci się przypadkiem w głowie? A może widzisz podwójnie? 

Co za paskudny typ! Gdyby był odrobinę lepiej wychowany, zamilkłby na chwilę i dał 

jej szansę odpowiedzieć. On jednak nie miał zamiaru wierzyć jej na słowo, bo ponownie ujął 

ją  za  brodę  i  obrócił  twarzą  do  siebie.  Drugą  ręką  delikatnie  odgarnął  jej  włosy  z  czoła. 

background image

Dopiero gdy skończył zabawę w lekarza, napotkał jej wzrok. 

I  wtedy...  Nie,  nie  umiałaby  powiedzieć,  co  się  wtedy  stało.  Wpatrywał  się  w  nią 

zaledwie  parę  sekund,  ale  grymas  niezadowolenia  znikł  z  jego twarzy.  Wyraz  oczu  zmienił 

się.  Ujrzała  w  nich  coś...  coś  innego.  Nie  złość,  nie  zniechęcenie,  nie  obsesyjną  potrzebę 

usuwania ze swojej drogi wszelkich przeszkód, nie irytację, że ktoś wtrąca się do jego pracy. 

Z  całą  pewnością  nie  przedstawiała  ładnego  obrazka.  Była  mokra,  brudna, 

rozczochrana;  podejrzewała,  że  ofiara  wypadku  drogowego  wyglądałaby  atrakcyjniej.  Ale 

ciemne  oczy  detektywa  wpatrywały  się  w  nią  tak  intensywnie,  z  taką  fascynacją,  że  nagle 

poczuła, jak wali jej serce. 

Jeśli  Gabe  kiedykolwiek  wcześniej  dostrzegł  w  niej  kobietę,  nigdy  nie  dał  tego  po 

sobie  poznać.  On  sam  był  energicznym,  niezwykle  pociągającym  mężczyzną  i  póki  nie 

zwracał na nią większej uwagi, lubiła się z nim przekomarzać i droczyć. Nigdy go jednak nie 

kokietowała ani z nim nie flirtowała; takie kobiece gierki były jej obce. Upadek musiał jej coś 

pomieszać w głowie, sprawić, że pękła jakaś tama. 

Nigdy  dotąd  bliskość  Gabe'a  nie  wywoływała  w  niej  takiego  drżenia.  Przecież  to 

absurd, żeby akurat teraz, w środku deszczowej nocy, w piwnicy cudzego domu, ogarnęło ją... 

Przestań! - zganiła się. Masz majaki i tyle! 

Serce  biło  jej  niemal  tak  głośno  jak  dzwon  na  wieży  kościelnej,  kiedy  wyraz  oczu 

Gabe'a  ponownie  się  zmienił.  Na  twarzy  znów  pojawił  się  grymas,  jeszcze  bardziej  ponury 

niż ten przed chwilą. Zmarszczywszy czoło, odchylił się, po czym wstał i wyprostował. 

-  Może nie potrzebujesz  lekarza  - rzekł  -  ale zobaczmy,  jak się będziesz czuła, kiedy 

dźwigniesz się z podłogi. 

- Na miłość boską, nie przesadzaj. Naprawdę nic mi nie jest. 

Ignorując wyciągniętą rękę, poderwała się na nogi. 

To był błąd. Duży błąd. Ból rozsadzał jej głowę, piersi ją piekły, nadgarstki szczypały, 

a pośladki... Tak, nie miała już żadnych wątpliwości, że złamała sobie pupę. Strugała jednak 

chojraka.  Nawet  gdyby  ktoś  jej  zagroził,  że  zginie  marnie,  jeśli  nie  powie  prawdy,  nie 

przyznałaby się, że kolana ma jak z waty. 

- A ty? Jak się tu dostałeś? - spytała. 

-  Normalnie.  Legalnie.  Drzwiami  -  odparł  z  lekką  ironią  w  głosie.  -  Prędzej  czy 

później dom trafi na rynek nieruchomości, ale na razie stoi zamknięty. Dopóki nie skończy się 

postępowanie spadkowe, nie można go sprzedać. Zadzwoniłem do prawnika Moniki Malone, 

przedstawiłem się, wytłumaczyłem, że moim zdaniem w domu muszą być jakieś ślady, które 

policja przeoczyła, i spytałem, czy mógłbym się rozejrzeć. Zgodził się i dał mi klucz. 

background image

-  Tak  po  prostu?  Zadzwoniłeś  i  już?  To  wystarczyło?  Wydało  się  jej  to  bardzo 

niesprawiedliwe. 

- Wiesz, Rebeko, nie każdego natura obdarzyła bujną wyobraźnią oraz skłonnością do 

dramaturgii.  Niektórzy  z  nas  żyją  zwyczajnie,  można  powiedzieć,  że  nudnie.  A  w  życiu 

kierują się zwykłą logiką i zdrowym rozsądkiem. 

- Niesamowite. Gotowa byłabym przysiąc, że odbyliśmy kiedyś identyczną rozmowę. 

-  Bo  istotnie  odbyliśmy.  Wtedy  też  nic  do  ciebie  nie  trafiało.  -  Okrążył  ją  i  zamknął 

otwarte okno. - No dobrze, chodźmy na górę. Przemyjemy ci rany, a potem wrócisz do domu. 

-  Mylisz  się,  koteczku.  Nie  po  to  ryzykowałam  zdrowie  i  życie,  żeby  teraz  potulnie 

spełniać twoje polecenia. 

Była pewna, że żadna klientka nie odważyła się zwrócić per „koteczku” do detektywa 

Gabriela  Devereax.  W  pierwszej  chwili  określenie  go  zaskoczyło,  potem  rozbawiło.  Może  i 

Gabe  był  władczym,  aroganckim  macho,  który  nie  dawał  się  przerobić  na  grzecznego 

baranka, ale zawsze miał duże poczucie humoru i potrafił się śmiać z samego siebie. 

-  Oj,  Ruda,  Ruda.  Nie  jestem  tutaj  dla  własnej  przyjemności.  Może  ci  się  to  wydać 

dziwne  i całkiem niedorzeczne, ale twoja rodzina mi ufa. Wierzy, że zrobię wszystko, co w 

mojej  mocy,  aby  oczyścić  Jake'a  z  ciążących  na  nim  zarzutów.  Wyobrażasz  to  sobie?  Inni 

mają zaufanie do moich umiejętności zawodowych i ponad dziesięcioletniego doświadczenia. 

Rebeka  schyliła  się  po  plecak  z  narzędziami.  Boże,  ależ  facet  ma  tupet!  Co  za 

bezczelność! Gdyby nie to, że dobro Jake'a leżało jej na sercu, pewnie by ryknęła śmiechem. 

-  Ja  też  ci  ufam,  panie  Sherlock  -  oznajmiła  z  powagą.  -  Jesteś  doskonałym 

detektywem. Ale to nie twojego brata policja oskarżyła o morderstwo, tylko mojego. Kocham 

Jake'a. Później, kiedy zostanie uniewinniony, mogę siedzieć w domu i robić na drutach. A na 

razie... Powiedz, znalazłeś coś? 

- Jeszcze nie miałem okazji się rozejrzeć. Ledwo przekręciłem klucz w zamku, kiedy z 

dołu doleciał mnie straszny hurgot. Jakoś od razu pomyślałem o tobie. Ciekawe dlaczego? - 

Twarz  miał  w  cieniu;  znużonym  gestem  podniósł  do  niej  rękę  i  podrapał  się  po  brodzie.  - 

Rebeko, posłuchaj. 

- Słucham. - W jej głosie można było wyczuć irytację. 

-  Jak  dobrze  wiesz,  zajmuję  się  tą  sprawą od  dnia,  kiedy  aresztowano twojego  brata. 

Byłem tu wtedy, kiedy policja szukała odcisków palców. Potem zaś, kiedy zdjęto żółtą taśmę, 

którą  otoczono  posiadłość  panny  Malone,  dokładnie  przeczesałem  cały  teren.  Dziś 

przyjechałem po raz trzeci. Na razie wszystkie dowody wskazują na Jake'a. 

- Wiem. 

background image

Westchnęła  głośno.  Wiedziała,  że  Jake  jest  jedynym  podejrzanym,  ale  wiedziała 

również, że nikogo nie zabił. 

-  Miłość  i  bezstronność nie  idą w parze. Zdaję sobie sprawę, że chcesz pomóc bratu. 

Rozumiem  to.  I  kiedy  mówię,  że  powinnaś  wrócić  do  domu  i  zająć  się  robótką  na  drutach, 

kieruje mną wyłącznie troska o ciebie. Nie chcę, żeby spotkała cię krzywda. 

Wpatrując  się  w  miejsce  pod  ścianą,  gdzie  nie  docierało  światło  żarówki,  Rebeka 

ujrzała jakiś piec czy grzejnik oraz plątaninę rur, a także drewniane stopnie i balustradę. Po 

chwili skojarzyła, że to schody prowadzące na górę, do kuchni, salonu i innych pomieszczeń. 

Słyszała  głos  Gabe'a,  ale  słowa,  które  wypowiadał,  coraz  bardziej  utwierdzały  ją  w 

przekonaniu,  że  powinna  polegać  głównie  na  sobie.  Nie  wątpiła  w  jego  zdolności 

detektywistyczne. Ani w to, że sumiennie wykonuje powierzone mu zadanie. Problem polegał 

na tym, że Gabe, podobnie jak policja, nie wierzył w niewinność Jake'a. 

Przez chwilę stała bez ruchu, po czym, odgarniając z twarzy mokre strąki, ruszyła w 

kierunku schodów. 

- Masz rację, że nie jestem bezstronna. Bezstronność w ogóle mnie nie interesuje. Nie 

wiem,  czy  pamiętasz,  Gabe,  ale  to  ja  wyszukałam  dla  rodziny  twoją  agencję,  kiedy 

otrzymaliśmy wiadomość o katastrofie, w której zginęła moja matka. 

- Oczywiście, że pamiętam. 

- Dobrze. - Skinęła głową. - Nikt nie wierzył, że Kate przeżyła. Wszystkim wydawało 

się  to  niemożliwe.  A  ja  nalegałam,  żeby  Jake  skorzystał  z  usług  twojej  agencji,  ponieważ 

jesteś najlepszy i ponieważ miałam świadomość, że potrafisz robić rzeczy, na których ja się 

zupełnie nie znam. Przyjąłeś zlecenie, ale tak jak inni nie wierzyłeś, że Kate mogła ocaleć. I 

kto miał rację? Ja czy ty? 

- Ty. Ale to była całkiem inna sytuacja... 

Tak energicznie potrząsnęła głową, że niewiele brakowało, aby guz odpadł jej z czoła. 

Przynajmniej takie miała wrażenie. 

-  Dokładnie taka sama! Ty kierujesz się rozumem,  ja sercem. Tobie rozum  mówi, że 

coś jest czarne, a mnie serce, że pod czernią tkwi biel. Bardzo mocno kocham brata i właśnie 

dlatego wiem, że nie zamordował Moniki, mimo że była podła i starała się go zniszczyć. 

Gabe  westchnął.  Zezłościła  się.  Było  to  bowiem  typowo  samcze  westchnienie 

wyrażające politowanie i wielowiekową wyższość płci męskiej nad żeńską. 

- Mam kilka zastrzeżeń do twojego toku rozumowania, ale mniejsza z tym. Chciałbym 

zwrócić ci uwagę na inną sprawę. Otóż jeśli wierzysz, że twój brat jest niewinny i wszystkie 

dotychczasowe dowody świadczące przeciwko niemu są wytworem czyjejś chorej wyobraźni, 

background image

to znaczy, że prawdziwy  morderca chodzi sobie  po świecie. A więc tym  bardziej powinnaś 

wrócić  do  domu.  Zrozum,  osoba  niedoświadczona,  nie  potrafiąca  gasić  ognia,  nie  powinna 

bawić się zapałkami, bo może wyrządzić sobie krzywdę. 

- Na miłość boską, Gabe! Po to tu jestem! Nie żeby bawić się zapałkami, tylko żeby je 

odnaleźć. 

-  Czuję  się,  jakbym  gadał  do  ściany.  Nic  do  ciebie  nie  dociera,  prawda?  -  Ponownie 

podniósł rękę do twarzy  i potarł  brodę.  - Czyli  nie zdołam cię przekonać, żebyś wróciła do 

domu i położyła się lulu? 

-  No, nareszcie  mówisz do rzeczy.  -  Przyjaznym  gestem poklepała go po ramieniu.  - 

Zobaczysz, Gabe, pomogę ci. Jeszcze będziesz mi wdzięczny. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Rebeka  była  równie  pomocna  jak  tornado.  Z  dwojga  złego  Gabe  wolałby  naturalną 

trąbę  powietrzną;  łatwiej  by  sobie  z  nią  poradził.  Opanowanie  krnąbrnego  rudzielca  było 

ponad jego siły. 

Ponownie zamoczył ściereczkę w zimnej wodzie, wyżął ją, po czym przyłożył do guza 

na czole Rebeki. Deszcz walił w okna niczym kanonada z dział. W Minnesocie zdarzały się 

potężne  burze  z  piorunami,  ale  zazwyczaj  później,  nie  w  marcu.  Trudno,  pomyślał;  nie  ma 

sensu  narzekać.  Lepszy  deszcz  niż  śnieżyca.  Błyskawice  rozwidniały  niebo,  ściany  domu 

trzęsły  się od grzmotów; za każdym razem gdy  strzelał piorun, światła migotały,  jakby  lada 

moment miały zgasnąć. 

Oczywiście  nic  strasznego  by  się  nie  stało.  Gabe'owi  nie  przeszkadzałby  brak 

elektryczności.  Detektyw  Devereax  był  człowiekiem  zaradnym.  Spędził  kilka  lat  w  Siłach 

Specjalnych,  codziennie  w  najtrudniejszych  sytuacjach  wykazując  się  inteligencją, 

pomysłowością  i  odwagą.  Niebezpieczeństwo  nie  stanowiło  dla  niego  przeszkody. 

Przeciwności  losu też nie. Ilekroć natykał  się na problem, który należało rozwiązać, zawsze 

liczył na siebie, na swój spryt, przedsiębiorczość i doświadczenie, nigdy zaś na łut szczęścia 

czy pomoc boską. 

Podejrzewał jednak, że po paru godzinach spędzonych w towarzystwie Rebeki nawet 

najbardziej  zatwardziały  poganin  mógłby  zacząć  odprawiać  modły,  błagając  Boga  o 

zmiłowanie. 

- Au! Brałeś lekcje u inkwizycji, czy co? Zostaw mnie, potworze jeden! 

Nie przerwał zabiegów, nawet nie podniósł głowy. 

Rebeka  siedziała  na  kuchennym  blacie  z  twarzą  zwróconą  w  stronę  lampki 

przymocowanej  do  szafki  nad  zlewem.  Na  czole  miała  wielkiego  guza, obok  paskudne  roz-

cięcie,  oprócz  tego  mnóstwo  zadrapań  na  całym  ciele,  które  należało  oczyścić,  ale  bez 

przerwy się wierciła. 

- Siedź spokojnie! Jeśli cię boli, to wyłącznie twoja wina! Masz pełno śmieci w ranie 

na czole; sądzę, że to drobiny farby z ramy okiennej. Trzeba je usunąć. Gdybyś przestała się 

wiercić, już dawno bym skończył, a tak... Moim zdaniem nie obejdzie się bez paru szwów. 

Na reakcję nie musiał długo czekać. 

- Nie! 

- A ponieważ nie wiadomo, o jakie jeszcze brudy się ocierałaś, myślę, że warto byłoby 

background image

zrobić zastrzyk przeciwtężcowy. 

Reakcja była jeszcze szybsza niż poprzednia. 

- Miałam robiony kilka tygodni temu. 

- No jasne. A koty pływają kraulem. Masz niezwykle płodną wyobraźnię. To dobrze, 

pisz  dalej  te  swoje  książki,  bo  nie  wydaje  mi  się,  abyś  mogła  odnieść  sukces  jako 

włamywaczka. Sądząc po dzisiejszej próbce, nie masz w tym kierunku zbyt dużych zdolności. 

- Przestań się wymądrzać, Devereax. I nie denerwuj mnie. Jestem tu z powodu mojego 

brata. Nawet gdybym miała poharatać sobie wszystkie członki, dla niego włamałabym się po 

raz drugi i trzeci. 

Wierzył, że tak by było. I to go przerażało. 

Większości ludzi daje się przemówić do rozsądku. Z kolei większość kobiet ceni sobie 

bezpieczeństwo,  nie  lubi  się  niepotrzebnie  narażać,  wie,  jak  wystrzegać  się  ryzyka.  Dla 

Rebeki poczucie bezpieczeństwa było pojęciem obcym, abstrakcyjnym. Kiedy on wspominał 

o ryzyku, ona wytrzeszczała oczy, jakby opowiadał jej o życiu na Marsie. 

Odłożył  na  moment  mokrą  ściereczkę  i  obrócił  twarz  Rebeki  w  stronę  światła,  żeby 

mieć  lepszy  widok  na  rozcięte  czoło.  No,  chyba  wreszcie  udało  mu  się  oczyścić  ranę  z 

drobinek farby. Na myśl o tym, że tak brzydka rana szpeci jej gładką skórę, zrobił się zły. Na 

nią, Rebekę. 

Przysunął  palec  do  jej  czoła.  Fala  gorąca,  która  go  uderzyła,  sprawiła,  że  zrobił  się 

jeszcze bardziej zły. Na siebie. 

Kiedy  mężczyzna  stoi  pomiędzy  rozwartymi  udami  kobiety,  jest  rzeczą  naturalną,  i 

chyba  nieuniknioną,  że  zaczyna  odczuwać  podniecenie.  Nie  dziwiła  go  reakcja  własnego 

ciała. W końcu raz na trzysta sześćdziesiąt pięć dni mężczyzna ma prawo przez kilka minut 

płonąć nieokiełznaną żądzą. 

Ale z powodu tej żądzy ogarnęła go wściekłość. 

Kiedy  cofnął  się  o  krok,  Rebeka  -  uznawszy,  że  skończył  zabiegi  lekarskie, 

odepchnęła się - zamierzając zeskoczyć z szafki. 

- Nie waż się stąd ruszyć - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Trzeba nakleić 

plaster. 

- Nie przesadzaj. To tylko drobne rozcięcie. 

- Które może pozostawić paskudną bliznę. 

-  Mój  brat  siedzi  w  więzieniu  oskarżony  o  morderstwo,  a  ja  mam  się  przejmować 

głupią blizną? Już dość czasu zmarnowaliśmy na te... 

- Jeszcze minuta i pozwolę ci zejść. 

background image

Ponownie wsunął się między jej uda. Nie miał wyboru. W przeciwnym razie na pewno 

zeskoczyłaby na ziemię i pognała szukać dowodów niewinności tego brata. W jednej z szafek 

dojrzał starą apteczkę, a w niej kilka plastrów i bandaży. 

Znów poczuł, jak ogarnia go podniecenie. Psiakość! 

Wiedząc,  że  nic  z  tego  nie  będzie,  starał  się  zignorować  problem  i  skupić  na  czole 

Rebeki. 

Od śmierci Moniki dom stał pusty i nikt w nim niczego nie ruszał. Z tego też powodu 

szafki,  półki  i  szuflady  były  pełne  różnych  rzeczy.  Gabe  bez  trudu  znalazł  potrzebne  mu 

przybory:  ściereczkę, ręcznik, apteczkę, suche ubranie. Na jednej z górnych półek zauważył 

butelkę trzydziestoletniej whisky. Łyk szkockiej... Hm, kuszące. 

- Skończyłeś? - spytała z nadzieją w głosie Rebeka. 

- Tak. 

-  Dzięki.  Wiesz, Gabe, nie zdawałam sobie  sprawy, że to rozcięcie  jest tak głębokie. 

Gdybym wiedziała, może bym była bardziej potulna... 

Ona?  Bardziej  potulna?  Jakoś  trudno  było  mu  sobie  to  wyobrazić.  Jednakże  w 

przeciwieństwie do wielu kobiet, z którymi się stykał, nie była próżna ani samolubna. Biorąc 

zaś pod uwagę pozycję oraz bogactwo Fortune'ów, nikt by się nie zdziwił, gdyby zadzierała 

nosa. 

Dorastała otoczona rodziną, niczego jej nie brakowało, nie znała biedy. Może dlatego 

patrzyła na świat przez różowe okulary. Była idealistką, która wiodła uprzywilejowane życie. 

Odznaczała  się  inteligencją,  ale  pod  wieloma  względami  była  naiwna  jak  nowo  narodzone 

dziecię.  O  nic  nigdy  nie  musiała  walczyć,  niczego  nie  musiała  zdobywać.  Obce  jej  były 

ciemne,  ponure  aspekty  życia.  Wierzyła  w  miłość,  w  dobroć  i  sprawiedliwość,  w  to,  że  z 

opresji wybawi ją rycerz na białym koniu. Nie miała pojęcia, że po ulicach miasta kręcą się 

różne wredne typy, które mogą wyrządzić jej krzywdę. 

Najgorsze  było  to,  że  ponieważ  napisała  kilka  powieści  kryminalnych,  wyobrażała 

sobie, że jest żeńskim Sherlockiem Holmesem. Szukając dowodów niewinności brata, mogła 

niechcący zatrzeć inne ślady. Na samą myśl o tym Gabe miał ochotę ją udusić. 

Kiedy zsunęła się z blatu, odruchowo powiódł wzrokiem po jej koronkowym staniku 

wystającym spod dekoltu swetra. Próbował ją namówić, żeby zdjęła mokrą, zabłoconą bluzę. 

Odmówiła.  Zgodziła  się  dopiero  wtedy,  kiedy  przyniósł  z  góry  czarny  sweterek  z  dużym 

dekoltem. Pewnie należał do Moniki Malone. 

Do  świętej  pamięci  Moniki,  która  -  jak  wiele  hollywoodzkich  gwiazd  świecących 

triumfy przed wieloma laty - miała dość pokaźny biust. Przypuszczalnie sweter ciasno opinał 

background image

jej  kształty,  lecz  kształtów  Rebeki  nie  opinał.  Przeciwnie,  w  luźnym  swetrze  Rebeka 

wyglądała jak biedna, mała sierotka, która włożyła ubranie starszej i grubszej koleżanki. 

Sweter  co  prawda  był  obszerny,  lecz  za  to  czarne  dżinsy  były  idealnie  dopasowane; 

podkreślały  długie,  szczupłe  nogi  i  drobne  pośladki.  Ponieważ  nie  potrafiła  usiedzieć  w 

miejscu, podejrzewał, że dość boleśnie musiała poobijać sobie tyłek, ale duma nie pozwalała 

się  jej  do  tego  przyznać.  Tak,  ona  ma  więcej  dumy  niż  rozumu,  pomyślał,  patrząc  w  jej 

lśniące zielone oczy. 

Oczy...  duże  o  powłóczystym  spojrzeniu,  twarz  w  kształcie  serca,  szersza  u  góry, 

zwężająca się ku brodzie, cera jasna, może zbyt blada, usta pełne, mięsiste, nosek śmiesznie 

zadarty. Wzrost... pewnie metr sześćdziesiąt pięć, ani za niska, ani za wysoka, choć gdy stała 

przy nim, wydawała się maleńka. W myślach właśnie tak ją nazywał: mała. 

Włosy  miała  kręcone,  barwy  ciemnego  cynamonu,  długości  do  ramion.  I  straszliwie 

potargane.  On  widział  ją  jednak  nie  po  raz  pierwszy  w  życiu  i  wiedział,  że  grzebień  czy 

szczotka  niewiele  by  pomogły.  Jeśli  chodzi  o  fryzurę,  zawsze  wyglądała  tak,  jakby  dopiero 

wstała z łóżka po upojnej nocy w ramionach kochanka. Jako że należała do rodu Fortune'ów, 

nie ulegało wątpliwości, że gdyby chciała, stać by ją było na najdroższych fryzjerów w mie-

ście. A zatem szopa, którą nosiła na głowie, wynikała z jej lenistwa lub nonszalancji. Zresztą 

postrzyżyny nic by pewnie nie dały. Nawet obcięta na zapałkę i ubrana w bezkształtny wór, 

wciąż byłaby szczupła, zgrabna, seksowna i... cholera, jakaś taka krucha. 

Nigdy  nie  pociągały  go  małe,  kruche,  wrażliwe  kobietki  potrzebujące  męskiego 

wsparcia,  nie  wiedział  więc,  dlaczego  obecność  Rebeki  działa  na  niego tak  podniecająco.  I 

wolał  się  nad  tym  nie  zastanawiać.  Zatrudniono  go,  aby  wykonał  konkretne  zadanie  i 

zamierzał się z tego wywiązać. Owszem, czasem popełniał w życiu błędy i teraz intuicyjnie 

czuł, że bliższa znajomość z Rebeką byłaby właśnie błędem. Nie był niewiniątkiem; w wieku 

trzydziestu  ośmiu  lat  miał  całkiem  spore  doświadczenie  z  kobietami.  Doskonale  się 

orientował,  kiedy  warto  ryzykować,  a  kiedy  lepiej  sobie  odpuścić.  Lubił  ryzyko  i  nie 

brakowało mu odwagi, ale na pewno nie był kamikadze. 

- Rebeko... - Patrząc za jej oddalającą się sylwetką, potarł z namysłem brodę. - Dokąd 

tak pędzisz? 

- Wszędzie. Nigdzie. Boże, nie wiem. Pomyślałam sobie, że najpierw rzucę okiem na 

miejsce  zbrodni.  To  było  w  salonie,  prawda?  A  potem  udam  się  na  górę  do  sypialni  panny 

Malone i tam się trochę rozejrzę. 

-  Do  salonu  prowadzą  drzwi  z  prawej.  Tymi  z  lewej  dojdziesz  do  spiżarni  i 

pomieszczeń  zajmowanych  przez  lokaja.  Tylko  pamiętaj  o  jednym,  Sherlocku  Holmesie. 

background image

Zostawiamy  po  sobie  porządek.  Niczego  nie  zabieramy.  Tak  z  ręką  na  sercu, to  wolałbym, 

abyś bez porozumienia ze mną niczego nie dotykała... 

-  Spokojna  głowa,  Gabe.  Przeczytałam  dziesiątki  książek  o  metodach  pracy  policji. 

Wiem, co mam robić. Jeśli zauważę cokolwiek, co uznam za dowód czy choćby trop, będę 

bardzo ostrożna. Nie denerwuj się. 

- Sam fakt, że przeczytałaś dziesiątki książek jakoś nie rozprasza moich obaw. 

Uśmiech miała porażający. 

-  Wiem,  koteczku,  wiem.  Nic  na  to  nie  możesz  poradzić,  prawda?  Po  prostu  jesteś 

władczym, autorytatywnym typem, który lubi mieć wszystko pod kontrolą. I który nie cierpi, 

kiedy  kobieta  wykazuje  odrobinę  inicjatywy.  Boże,  zupełnie  nie  wyobrażam  sobie  ciebie  w 

roli ojca. Swoją żonę i córkę doprowadzałbyś do szału. 

-  Zagalopowałaś  się,  Ruda.  Jaką  córkę?  Nie  planuję  być  ojcem.  Dzieci  to  ostatnia 

rzecz, o jakiej marzę. 

-  I  tu  się  różnimy.  Choć  muszę  przyznać,  że  jakoś  to  mnie  nie  dziwi.  Gdyby  nie 

zarzuty ciążące na moim bracie, dziecko byłoby dla mnie priorytetem. Boże, żebyś widział te 

góry materiałów, jakie zgromadziłam na temat banków spermy. 

- Banków spermy? - zdumiał się. - Chyba nie mówisz tego poważnie? 

- Jak najpoważniej. Na temat dzieci nigdy nie żartuję - rzekła, uśmiechając się od ucha 

do  ucha.  -  Nie  mogłam  się  oprzeć,  kotku.  Specjalnie  wspomniałam  o  bankach  spermy,  bo 

chciałam zobaczyć wyraz, jaki pojawi się na twojej twarzy. No, ale bierzmy się do roboty... 

Tak,  pomyślał  Gabe,  na  razie  zbrodnia  bardziej  ją  pociąga.  Swoją  drogą  nie  znał 

nikogo, kto potrafiłby z równą łatwością przeskakiwać z tematu na temat. 

Nie  zamierzał  krążyć  za  nią  z  pokoju  do  pokoju.  Miał  do  wykonania  konkretne 

zadanie.  Do  jego  obowiązków  nie  należała  opieka  nad  obarczonymi  bujną  wyobraźnią, 

rudowłosymi uparciuchami, nawet jeśli te rudowłose uparciuchy były blisko spokrewnione z 

człowiekiem, który płacił mu honorarium. 

Skierował  się  do  gabinetu  zmarłej  aktorki.  Wiedział,  że  w  rezydencji  istnieje  takie 

pomieszczenie,  ponieważ  odkrył  je  podczas  swojej  poprzedniej  wizyty.  Dziwnie  się  w  nim 

czuł:  ściany pokrywała  jedwabna tapeta, w oknach wisiały zasłony, które bardziej pasowały 

do damskiej sypialni, przy biurku stał fotel obity brokatem. Żaden mężczyzna na pewno nigdy 

by  w  czymś  takim  nie  urzędował,  Monica  przypuszczalnie  też  rzadko  tu  zaglądała. 

Podejrzewał,  że  nigdy  sama  nie  wystawiała  czeków,  a  jeśli  nawet  to  robiła,  to  nie 

przychodziła w tym celu do gabinetu. 

Tak jak się spodziewał, albo policja, albo prawnicy zabrali z biurka wszelkie rachunki 

background image

i  wyciągi  bankowe.  Mimo  to  zapalił  światło  -  wielki  ozdobny  żyrandol  -  po  czym  zaczął 

wyciągać szuflady. 

Liczył na to, że mogli coś przeoczyć. Zwykle tak jest, że koncentrując się na jednym, 

nie  dostrzega  się  czegoś  innego.  Policja  zdołała  zgromadzić  już  całkiem  sporo  informacji  i 

dowodów w sprawie morderstwa aktorki, ale wciąż było mnóstwo pytań bez odpowiedzi. 

Przystąpił do pracy; wszystko dokładnie sprawdzał, każdy przedmiot, każdą notatkę, 

każdy skrawek papieru. Pracował w skupieniu przez mniej więcej dwadzieścia minut. 

Nagle zdał  sobie sprawę z ciszy panującej w całym domu. Zupełnie  jakby poza nim 

jednym na terenie rezydencji nie było żywego ducha. 

Teoretycznie  miał  wymarzone  warunki  do  pracy,  nic  mu  nie  przeszkadzało,  żaden 

najmniejszy hałas. Tyle że właśnie z powodu tej ciszy nie mógł się skoncentrować. 

Bez przerwy myślał o Rebece: usiłował odgadnąć, gdzie w tym momencie przebywa i 

co robi. Miał jej za złe, że określiła go mianem władczego, autorytarnego typa. Wcale nie był 

władczy i nikomu nie lubił nic narzucać. Jeśli zachowywał się autorytarnie, to dlatego, że po 

swoich  poprzednich  kontaktach  z  Rebeką  wiedział,  że  jest  ona  osobą  impulsywną,  która 

mimo najlepszych chęci potrafi przysporzyć mnóstwo problemów. A kiedy człowiek znajduje 

się w tym samym domu co reaktor jądrowy, chyba ma prawo odczuwać lekki niepokój. 

Wyszedł  z  gabinetu.  Rebekę  odnalazł  w  salonie;  siedziała  skulona  w  fotelu  i 

wpatrywała się w marmurowy kominek. Usłyszawszy kroki, skierowała na Gabe'a wzrok. 

-  Usiłuję  sobie  to  wszystko  wyobrazić  -  powiedziała  cicho.  -  Ona  tutaj  zginęła, 

prawda? 

- Tak. 

- Wiemy, że Jake ją odwiedził. I że był pijany. Wiemy też, że się kłócili i że doszło do 

rękoczynów. Jake twierdzi, że Monica” go podrapała, a potem rzuciła się na  niego z nożem 

do listów. Pokazywał nam ranę, jaką mu zadała w ramię. Przyznał, że pchnął Monikę, że po-

leciała na kominek i rąbnęła głową o marmurową półkę. 

-  Wszędzie  były  odciski  palców  twojego  brata  i  Moniki  -  zauważył.  Nie  musiał 

dodawać, że żadnych innych odcisków nie znaleziono. 

Rebeka zacisnęła nerwowo dłonie. 

-  Zgadza  się  -  przyznała.  -  Ale  Jake  przysięga,  że  Monica  żyła,  kiedy  opuszczał  jej 

dom. Wkrótce potem widziała go jego córka, Natalie. Wszyscy z nim rozmawialiśmy. Mówił, 

że pchnął Monicę, ponieważ go zaatakowała. Nie miał powodu nas okłamywać i twierdzić, że 

żyła, jeśli faktycznie nie żyła. Przecież śmiało mógł powiedzieć, że w obronie własnej pchnął 

ją tak nieszczęśliwie, że uderzyła się w głowę i poniosła śmierć na miejscu. Moim zdaniem, 

background image

albo w domu był ktoś trzeci, albo pojawił się tuż po wyjściu Jake'a. Mój brat nikogo nie zabił. 

Gabe przeszedł na drugi koniec salonu do barku urządzonego w stylu art déco. Żaden 

ze stojących tam trunków nie dorównywał trzydziestoletniej whisky, którą widział w kuchni, 

ale  w  tym  momencie  zadowoliłby  go  zwykły  bimber.  Nie,  nie  chodziło  mu  o  siebie. 

Wprawdzie  przebywając  w  towarzystwie  Rebeki,  miał  ochotę  czymś  zagłuszyć  zmysły, 

głównie jednak myślał o niej: siedziała tak przeraźliwie smutna, że nie mógł tego wytrzymać. 

Sięgnął po pierwszą z brzegu butelkę, wlał do kryształowej szklanki trochę złocistego 

płynu i podał ją Rebece. Podniosła szklankę do nosa. 

- Fuj! 

- Nie wybrzydzaj, mała. No, śmiało. Do dna. 

- Jak mnie jeszcze raz nazwiesz „mała”... - zaczęła, ale nie dokończyła. 

To  było  doprawdy  niezwykłe;  zamiast  się  zjeżyć  i  wszcząć  awanturę,  posłusznie 

przechyliła  szklankę  i  opróżniła  ją  w  trzech  haustach.  Po  chwili  wzdrygnęła  się  z 

obrzydzeniem i przetarła dłonią załzawione oczy. 

- Osobiście wyznaję zasadę głoszoną przez Mary Poppins, słynną filmową opiekunkę 

do dzieci, że każde lekarstwo lepiej smakuje z łyżeczką cukru. 

Teraz on się wzdrygnął z obrzydzeniem. Whisky z cukrem? Ohyda! Ale przynajmniej 

osiągnął swój cel. Rebeka nie była już tak trupioblada, przestała też nerwowo wykręcać palce. 

Teraz albo nigdy, uznał. Musi przemówić jej do rozumu, sprawić, aby wreszcie przejrzała na 

oczy. 

-  Posłuchaj,  Rebeko.  W  całej  tej  sprawie  nie  ma  innych  podejrzanych.  Podczas 

śledztwa  nie  wypłynęło  jakiekolwiek  inne  nazwisko.  Nie  znaleziono  innych  odcisków 

palców.  Wszystkie  tropy  prowadzą  do  Jake'a.  Który  w  dodatku  miał  świetny  powód,  aby 

zabić Monicę. 

-  Tak,  wiem.  Ona  go  szantażowała.  Odkąd  odkryła,  że  Jake  pochodzi  z  nieprawego 

łoża, postanowiła tanim kosztem zgromadzić  jak najwięcej akcji  Fortune Industries. Groziła 

Jake'owi,  że  ujawni  prawdę,  on  zaś  bał  się,  że  wtedy  straci  wszystko.  Znam  rodzinne 

tajemnice,  Gabe.  Tajemnice,  czy  może  raczej  brudy.  I  wiem,  że  mój  brat  popełnił  w  życiu 

wiele błędów. Okazał się słaby. Za dużo pił, zaniedbywał się w pracy. Stres i napięcie, które 

mu nieustannie towarzyszyły, wpłynęły na rozpad jego małżeństwa i sprawiły, że zwrócił się 

przeciwko Nate'owi. Ale to nie oznacza, że jest mordercą. 

W życiu Gabe'a zawsze dotąd dwa plus dwa równało się cztery, wzruszała go jednak 

tak wielka miłość i lojalność siostry w stosunku do brata. 

-  Zamierzałem  ci  tylko  uświadomić,  jak  kiepsko  to  wszystko  wygląda  -  powiedział 

background image

łagodnie. 

Zerwała się z fotela; złość nie pozwalała jej na bezczynne siedzenie. 

-  A  wiesz,  co  sama  sobie  uświadomiłam?  Że  od  dwóch  pokoleń  Monica  Malone  na 

różne sposoby starała się zniszczyć moją rodzinę. Teraz wredne babsko nie żyje, ale machina 

zła, którą puściła w ruch, wciąż się kręci. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile ta wiedźma ma na 

sumieniu: porwanie, sabotaż, cudzołóstwo, kradzieże, włamania, szantaż. I pewnie dziesiątki 

innych przewinień. Odkąd przed wieloma laty wdała się w romans z moim ojcem, próbuje się 

na nim, a zatem i na nas wszystkich, zemścić. Ale na szczęście ktoś ją pozbawił życia. Więcej 

krzywd już nam nie wyrządzi. Tak, ten koszmar musi się wreszcie skończyć. 

- Rebeko, wróć do domu. Proszę cię. 

- Nie. 

-  Może  masz  rację.  Może  faktycznie  ktoś  przyszedł  tu  po  wyjściu  twojego  brata  i 

zamordował Monicę. Jeżeli  istnieje w tym domu  choćby  najmniejszy dowód wskazujący  na 

winę trzeciej osoby, na pewno go znajdę. Przysięgam. 

-  Nie  wątpię,  że  zrobisz  wszystko,  co  w  twojej  mocy.  I  wiem,  że  cieszysz  się 

doskonałą opinią. Ale nie  jesteś kobietą, Gabe. Kobiety potrafią dojrzeć szczegóły, na które 

normalny  mężczyzna  nie  zwróciłby  uwagi.  Może  uda  mi  się  zobaczyć  coś,  co  ty  byś 

przeoczył. 

Potarł ręką twarz. Na wszystko miała gotową odpowiedź. Postanowił zajść ją od nieco 

innej strony. 

-  Słuchaj,  Ruda.  Jest  pewna  drobna  rzecz,  którą  pomijasz.  Nawet  jeśli  znajdziesz 

dowód na to, że ktoś inny zamordował Monicę, to  wcale nie  musi oznaczać, że skończą się 

twoje kłopoty. Dobrze wiem, jak bardzo Monica naraziła się Fortune'om. Ile mieliście przez 

nią  zmartwień.  I  tu  dochodzimy  do  sedna.  Jeżeli  Jake  nie  zabił  Moniki,  niewykluczone,  że 

zrobił to inny członek twojej rodziny. Motywów nikomu z was nie brakuje. 

- Mordercą nie jest żaden z Fortune'ów - oznajmiła stanowczo Rebeka. 

-  Myślę,  że  nie  przekonałabyś  sądu.  Ławnicy  prędzej  by  uwierzyli,  że  przemawia 

przez ciebie solidarność rodzinna niż rozsądek i obiektywizm. 

-  Byliby  w  błędzie.  To  wredne  babsko...  Zrozum,  Gabe,  ona  od  wczesnej  młodości 

była  obłudną,  pazerną  egoistką.  Przez te  wszystkie  lata  narobiła  sobie  tysiące  wrogów.  Nie 

tylko  my  poznaliśmy  jej  prawdziwą  naturę.  W  dodatku...  zresztą  mniejsza  z  tym.  Już  dość 

czasu straciliśmy na gadanie. Idę się rozejrzeć. 

Ruszyła w stronę drzwi i zanim się zorientował, co chce zrobić, zniknęła mu z oczu. 

Nie  miał  zamiaru  jej  powstrzymywać.  Równie  dobrze  mógłby  starać  się  przemówić  do 

background image

rozsądku osłowi. Popatrzył z tęsknotą na butelkę whisky. 

Nie bardzo wierzył, że Rebeka znajdzie dowody, które mogłyby oczyścić jej brata, ale 

drobna  szansa  jednak  istniała.  Nawet  jeśli  prawdopodobieństwo,  że  Jake  jest  niewinny, 

wynosi  jeden  do  tysiąca,  oznacza  to,  że  faktyczny  morderca  chodzi  bezkarnie  po  mieście. 

Człowiek,  który  z  zimną  krwią  popełnił  morderstwo,  na  pewno  nie  życzyłby  sobie,  aby 

ktokolwiek  krążył  po  miejscu  zbrodni,  szukając  dowodów  niewinności  głównego 

podejrzanego.  Dotychczas  Gabe  nie  wspominał  Rebece  o  tym,  że  może  jej  grozić 

niebezpieczeństwo, ale nagle przyszło mu do głowy, że lepiej, aby ktoś miał ją na oku. 

Oczywiście  nie  należało  to  do  jego  obowiązków.  W  razie  czego  zawsze  mógł  się 

zwrócić  o  pomoc  do  seniorki  rodu.  Kate  Fortune  jednym  spojrzeniem  potrafiła  wymóc 

posłuch  na  każdym.  Podejrzewał,  że  batalion  piechoty  morskiej  grzecznie  wykonywałby 

wszystkie  jej  polecenia.  Na  szczęście  tylko  przez  tę  jedną  noc  Rebeka  znajdowała  się  pod 

jego opieką. Marzyła  mu się szklaneczka whisky, ale wiedział, że będzie  mógł sobie na  nią 

pozwolić  dopiero  później,  kiedy  wróci  do  domu.  Bo  na  razie  w  obecności  Rudej  musi 

zachować całkowitą trzeźwość i przytomność umysłu. 

Rebeka  oparła  ręce  na  biodrach.  Nie  zdziwiła  się  na  widok  wyposażenia  sypialni. 

Kobieta tak próżna jak Monica Malone, tak łasa na splendory i pieniądze, nie mogłaby spać w 

jakichkolwiek innych warunkach. 

Świat  Moniki  obracał  się  wokół  niej  samej.  Była  jego  najważniejszą  postacią. 

Świadczyły o tym choćby dwa obrazy olejne, na których została uwieczniona. W ogromnej 

garderobie  wisiały  dziesiątki  sukien  z  dekoltami  do  pępka;  obok  stały  buty  -  ich  liczby 

mogłaby  śmiało  pozazdrościć  Monice  słynna  miłośniczka  butów,  Imelda  Marcos.  Zasłane 

aksamitną pościelą łóżko w kształcie serca - czy może być coś bardziej kiczowatego? - miało 

obite  aksamitem  wezgłowie.  Zarówno  w  szafie,  jak  i  na  krześle  przy  łóżku  leżały  gorsety; 

starzejąca  się  gwiazda  najwyraźniej  lubiła  niektóre  części  ciała  chować  i  upychać,  a  inne 

eksponować i wypychać. Blatu toaletki nie było widać spod setek słoiczków, fiolek, tubek i 

buteleczek  -  takich  ilości  nie  zdołałaby  wyprodukować  żadna  firma  kosmetyczna,  o  czym 

Rebeka doskonale wiedziała. 

Minuty  płynęły.  Przejrzała  już  wszystkie  szuflady  i  półki  w  szafie.  Sprawdziwszy 

zawartość  szafek  w  luksusowej  łazience  utrzymanej  w  zielonej  kolorystyce,  postanowiła 

skorzystać  z  okazji,  że  jest  z  dala  od  świdrujących  oczu  detektywa,  i  ściągnęła  dżinsy, 

ciekawa, dlaczego tak strasznie boli ją pupa. W licznych lustrach bez trudu zobaczyła siniaka 

wielkości piłki nożnej, który zdążył przybrać intensywną barwę fioletu. 

Psiakość. Paskudne rozcięcie na czole, fioletowe pośladki, długa rana ciągnąca się od 

background image

żeber przez klatkę piersiową i oczywiście dziesiątki drobnych zadrapań... Wszystko bolące. 

No  cóż,  po  powrocie  do  domu  wymoczy  się  w  wannie  i  od  razu  się  lepiej  poczuje. 

Teraz nie miała czasu się nad sobą użalać. Nawet nie przyjmowała do świadomości tego, że 

jest  zmęczona,  a  przecież  jest  już  trzecia  rano  i  wszyscy  dawno  śpią.  Na  zewnątrz  znów 

rozległ  się  huk  piorunu.  Popatrzyła  w  lustro.  Grymas,  który  ujrzała  na  swojej  twarzy,  był 

równie ponury, jak burza za oknem. 

Gabe nie wierzył, że w rezydencji Moniki można znaleźć jakiekolwiek dowody poza 

tymi,  które  odkryli  policjanci.  W  dodatku  jasno  dał  jej  do  zrozumienia,  że  wolałby,  aby 

wróciła  do  domu  i  nie  przeszkadzała  mu  w  pracy.  W  pewnym  momencie  sama  zaczęła  się 

zastanawiać,  czy  słusznie  zrobiła,  przychodząc  tu.  Ale  szklanka  whisky,  którą  wypiła, 

rozgrzała ją i dodała nowych sił. 

To  śmieszne,  ale  przez  chwilę  miała  nadzieję,  że  może  zdoła  przekonać  Gabe'a  o 

niewinności Jake'a. Nie udało się jednak. Pod tym względem nie różnił się od innych. Nie po 

raz pierwszy w życiu poczuła się osamotniona. 

Rozglądając  się  uważnie  po  sypialni,  odruchowo  zaczęła  pocierać  złotą  bransoletę. 

Ten  piękny  symbol  miłości  rodzinnej  zawsze  podtrzymywał  ją  na  duchu.  Chociaż 

Fortune'owie  różnili  się  między  sobą,  Rebeka  odstawała  od  wszystkich.  Wyznawała  własne 

poglądy  i  nigdy  nie  starała  się  do  nikogo  dopasować.  Ale  to  nie  miało  znaczenia.  Rodzina 

oznaczała  dla  niej  wierność.  Przywiązanie.  Cudowne  i  nierozerwalne  więzy  krwi.  Dlatego 

zamierzała oczyścić brata z zarzutów, przywrócić mu dobre imię. Wiedziała, że nie spocznie, 

póki tego nie dokona. 

Przenosząc  wzrok  z toaletki  na  łóżko,  z  łóżka  na  fotel  i  szafki,  raz  po  raz  pocierała 

bransoletę.  Zastanawiała  się,  czy  Gabe  ma  rodzinę,  a  jeśli  tak, to  jak  liczną.  Nigdy  nic  nie 

mówił  o  braciach  i  siostrach  ani  jakichkolwiek  kuzynach.  Żona  i  dzieci  wyraźnie  nie 

figurowały  na  liście  jego  priorytetów.  Sprawiał  wrażenie  człowieka,  który  nie  szuka 

towarzystwa,  lecz  gdzieś  w  głębi  duszy  Rebeka  podejrzewała,  że  to  tylko  pozory;  że  w 

rzeczywistości dokucza mu samotność. 

Pewnie potwornie by się oburzył, gdyby powiedziała mu coś takiego, może nawet... I 

nagle  zapomniała  o  Gabrielu.  Wbiła  oczy  w  bransoletę,  którą  się  bawiła,  po  czym  szybko 

powiodła  wzrokiem  po  sypialni.  Biżuteria.  Monica  Malone  musiała  mieć  jej  całe  tony. 

Przypuszczalnie  drogocenne  broszki,  naszyjniki  czy  pierścionki  wciąż  tkwią  w  sejfie 

bankowym.  Albo  w  sejfach  prawników,  którzy  zajmowali  się  masą  spadkową.  Ale  Monica 

zawsze chodziła obwieszona  świecidełkami.  Chyba  na żadnym zdjęciu  Rebeka  nie widziała 

jej  bez  błyszczących  ozdób,  a to  wielkich  kolczyków,  a to  wisiorków,  a to  pobrzękujących 

background image

bransolet. Gdzieś tu muszą być jakieś szkatułki, w których trzymała swoje skarby. 

Znalazła dwie pod ścianą w garderobie. Obie były załadowane po brzegi. Kucnąwszy, 

zaczęła wyciągać szufladki, grzebać wśród dziesiątków metrów bieżących lśniących pasków, 

bransolet, błyskotek. 

Czuła  narastające  podniecenie.  Nie  wiedziała,  gdzie  powinna  szukać  dowodów 

niewinności Jake'a, na co powinna zwracać szczególną uwagę i czy w ogóle jakiekolwiek do-

wody istnieją. Ale intuicja mówiła jej, że jeśli Monica miała jakieś tajemnice, które pragnęła 

ukryć  przed  światem,  należy  ich  szukać  właśnie  tu,  w  sypialni.  O  ile  facet  zwykle  chowa 

rzeczy  w  samochodzie  lub  w  biurku,  dla  kobiety  takim  sekretnym  schowkiem  jest  jej 

sypialnia. 

W  czwartej  szufladzie,  którą  wyciągnęła,  przypadkiem  coś  wyczuła.  Jakieś 

wybrzuszenie. Sprawdziła je jeszcze raz. Tak, nie pomyliła się. Obróciła szufladę do góry no-

gami, wyrzucając świecidełka na białą  wykładzinę podłogową, po czym przysunęła szufladę 

do światła. W atłasowym obiciu ujrzała wyraźne wzniesienie. 

Jednym ruchem ręki zerwała atłas. 

Jej oczom ukazało się kilka kartek papieru. Wyjęła tę z wierzchu. Był to telegram na 

papierze pożółkłym ze starości  i tak kruchym, że wyglądał  jak pomięta serwetka  - telegram 

zawierający  wyznanie  miłosne.  Rebeka  odłożyła  go  na  bok  i  sięgnęła  po  kolejną  kartkę. 

Okazało  się,  że  jest  to  list  miłosny  od  następnego  wielbiciela,  podpisany:  „Twój  wiemy 

kundel”. Już zamierzała rzucić go tam, gdzie wcześniej rzuciła telegram, ale raptem zawahała 

się. List był sprzed dziesięciu laty, czyli raczej nie miał związku z morderstwem, lecz skoro 

Monica  go  zatrzymała,  musiała  przywiązywać  do  niego  wagę.  Na  wszelki  wypadek  Rebeka 

wsunęła go pod kolano. 

Większość kartek to były nic nie znaczące skrawki papieru, jakieś bilety, zaproszenia, 

po  prostu  pamiątki.  Nagle  Rebekę  ogarnęła  wściekłość.  Wśród  tej  bezwartościowej 

makulatury znalazła kolejne dowody perfidii Moniki, rzeczy jednoznacznie wskazujące, że to 

ona  stała  za  próbą  kradzieży  receptury  kremu  młodości,  nad  którym  pracowano  w  Fortune 

Cosmetics,  że  to  ona  zachęcała  do  działania  faceta,  który  prześladował  Allie,  że  to  ona 

opłaciła  ludzi,  którzy  włamali  się  do  laboratorium,  i  że  to  ona  usiłowała  doprowadzić  do 

deportacji  ze  Stanów  Zjednoczonych  naukowca Nicka  Valkova.  Groźba  deportacji  wpłynęła 

na decyzję o małżeństwie Nicka z Caroline Fortune, najstarszą córką Jake'a. To małżeństwo z 

rozsądku  okazało  się  bardzo  szczęśliwe.  Po  nim  ruszyła  lawina  kolejnych  małżeństw  w 

rodzinie. 

No dobrze, pomyślała Rebeka, ale to wszystko nie ma związku z Jakiem i ciążących 

background image

na nim zarzutach. 

Podniosła następny list. Zaczęła czytać i nagle zakręciło się jej w głowie. Przeczytała 

go po raz drugi. Serce zaczęło walić jej młotem. 

List był pisany przez kalkę - nie do Moniki, lecz przez Monicę. Datowany dziesięć dni 

przed jej śmiercią, zawierał zaledwie kilka zdań, ale nie były to niewinne zdania o pogodzie. 

W liście Monica groziła niejakiej Tammy Diller: jeśli Tammy nie pojawi się w umówionym 

terminie, to gorzko tego pożałuje. 

Oho! Strzał w dziesiątkę! 

Rebekę przebiegł dreszcz podniecenia. Nazwisko adresatki wydało jej się znajome, ale 

nie mogła sobie przypomnieć, kiedy i gdzie mogła spotkać Tammy Diller. Na razie nie miało 

to większego znaczenia. Ważny był sam list. Może nie dowodził niewinności Jake'a. Ani nie 

świadczył  o  jakiejkolwiek  winie  Tammy  Diller.  Wskazywał  jednak  na  to,  że  tuż  przed 

śmiercią  Monica  zamierzała  się  z  kimś  spotkać  i  że  relacje,  jakie  łączyły  ją  z  Tammy, 

zdecydowanie nie należały do przyjacielskich. 

Zapominając  o  siniakach  i  potłuczeniach,  poderwała  się  na  nogi.  Trzymała  list 

delikatnie,  jakby  był  cenną  porcelanową  filiżanką.  Wybiegłszy  z  sypialni  do  holu,  zaczęła 

wydzierać się na całe gardło, wołając Gabe'a. 

Zobaczyła,  jak  sadzi  na  górę,  przeskakując  po  trzy  stopnie  naraz.  Dopiero  później 

pomyślała  sobie,  że  może  jej  krzyk  go  wystraszył;  może  uznał,  że  o  mało  się  nie  zabiła  i 

dlatego wrzeszczy wniebogłosy. Ona zaś czuła jedynie podniecenie, ulgę i radość, że znalazła 

namacalny dowód na to, iż ktoś inny poza Jakiem miał kontakt z Monica niedługo przed jej 

śmiercią. 

Kiedy Gabe wbiegł na górę, rzuciła mu się naprzeciw. 

Zareagowała  najnormalniej  w  świecie.  Oplotła  ręce  wokół  jego  szyi.  Był  to  zdrowy 

ludzki odruch. Każda kobieta zrozumiałaby jej zachowanie. 

Gabe jednak nie był kobietą. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Widząc, jak Rebeka pędzi w jego stronę, tylko jedno przyszło mu do głowy: że gonią 

ją  demony,  potwory...  lub  morderca.  Wprawdzie  w  Siłach  Specjalnych  nie  służył  już  od 

siedmiu lat, ale pewne reakcje miał zakodowane w pamięci i po prostu działał instynktownie. 

Wyciągnął  rękę.  Zamierzał  chwycić  Rebekę,  odsunąć  za  siebie  i  własnym  ciałem  bronić  ją 

przed niebezpieczeństwem. Gotów był przyjąć na siebie ciosy, stawić czoło zagrożeniu. 

Gotów  był  na  wszystko,  tylko  nie  na  to,  że  ta  kretynka  rzuci  mu  się  w  ramiona. 

Zapewne chciała go cmoknąć w policzek, ale nie trafiła. Wpiła się ustami w jego usta, i to z 

całej siły. Miał wrażenie, jakby trafił go pocisk. 

Dwukrotnie  w  życiu  był  postrzelony.  Jest  to  doświadczenie,  którego  nigdy  się  nie 

zapomina. On też nie zapomniał,  mimo że ani za pierwszym, ani  za drugim razem  nie czuł 

bólu, przynajmniej nie w chwili uderzenia. Raczej czuł ostre pieczenie, jakby ktoś skierował 

ku niemu gorący palnik. Lecz kule były niczym w porównaniu z Rebeką. 

Od  dawna  wiedział,  że  bliższy  kontakt  z  tą  rudowłosą  diablicą  oznacza  kłopoty. 

Instynkt mu mówił, że tylko trzymając się od niej z daleka, może im zapobiec. Chwycił ją, bo 

działał  odruchowo,  wierząc,  iż  grozi  jej  niebezpieczeństwo.  W  pierwszej  chwili  czuł 

niesamowity przypływ adrenaliny. Sekundę później do głosu doszedł testosteron. 

Hol był długi, pogrążony w  mroku i pusty. W tej ciszy  i pustce Gabe'owi wydawało 

się,  że  słyszy  bicie  własnego  serca.  Że  każde  uderzenie  odbija  się  od  ścian  niczym  echo  w 

górach. Nie domyślał się, dlaczego Rebeka rzuciła mu się w ramiona. Po paru sekundach od-

chyliła do tyłu głowę i wbiła w niego swoje zielone ślepia. Wielki radosny uśmiech zadrżał na 

jej wargach, po czym znikł. Nie cofnęła się, nie opuściła rąk, którymi oplotła  mu szyję, nie 

zachowała  się  jak  normalna,  rozsądna,  trzeźwo  myśląca  kobieta.  Wspięła  się  na  palce  i 

pocałowała go znowu. 

Miała  smak  świeżego  wiosennego  wiatru.  Smak  niewinności.  Smak,  jakiego  od 

dłuższego  czasu  Gabe  nie  kosztował.  Za  jakim  nie  tęsknił  i  o  jakim,  psiakość,  wcale  nie 

marzył.  Aż  do  tej  chwili.  Zamknął  oczy.  Jej  usta  były  miękkie,  gorące,  skóra  pachnąca, 

gładka  jak  jedwab.  W  jednej  ręce  coś  chyba  trzymała,  bo  poczuł  lekkie  draśnięcie  w  szyję. 

Coś jakby kawałek papieru. Drugą zaś... tak, w drugą chwyciła garść jego włosów i przywarła 

do niego całym ciałem, zapierając mu dech. 

Wszystko  w  porządku,  nic  się  nie  dzieje,  powtarzał  w  myślach  Gabe.  Nic  a  nic.  To 

tylko  testosteron.  Od  dłuższego  czasu  żył  jak  mnich,  w  celibacie,  a  bardzo  tego  nie  lubił. 

background image

Rebeka zaś, choć doprowadzała go do białej gorączki, była atrakcyjną kobietą. Żądza, jaką w 

nim wzbudziła, była czymś zupełnie naturalnym. Ot, biologia. 

Tak  to  już  jest,  że  mężczyzna  reaguje  podnieceniem  na  kontakt  fizyczny  z  ładną 

kobietą. 

Wsunął palce w potargane rude loki i wpił się w jej usta. Oboje zapomnieli o bożym 

świecie. Byli tylko oni, on i ona,  mężczyzna  i kobieta. Całowała go namiętnie, z  uczuciem, 

bez  jakichkolwiek  hamulców. Była  jak dziecko, które po raz pierwszy wsiada na karuzelę  i 

zachwycone pragnie, by ta chwila szczęścia trwała jak najdłużej. 

Tak,  trzymając  w  objęciach  Rebekę,  mężczyzna  łatwo  mógł  stracić  głowę.  Gabe 

jednak nie  mógł sobie na to  pozwolić. Oderwał usta od jej warg, po czym wciągnął w płuca 

powietrze.  Pomogło,  ale  na  krótko.  Parę  sekund  później  wziął  kolejny  oddech.  Znów  nie 

osiągnął zamierzonego celu. Postanowił wykonać bardziej inteligentny ruch: opuścił dłonie i 

zaklął pod nosem. To zadziałało. 

Rebeka  otworzyła  oczy.  Przez  moment  wpatrywała  się  w  niego  niepewnie,  jakby 

wolno wyłaniał się z  mlecznych oparów. Wreszcie zabrała ręce, ale wciąż stała  na palcach. 

Miał wrażenie, że minął rok lub dwa, zanim opadła z powrotem na pięty. 

- No, no - mruknęła. 

Nie  podobał  mu  się  jej  ton:  na  wpół  drwiący,  na  wpół  żartobliwy.  Potem  uniosła  z 

rozbawieniem brwi. Spojrzenie, jakim go obrzuciła, też mu się nie podobało. 

- Oj, koteczku, gdybym wiedziała, że tak wspaniale całujesz, wcześniej bym poprosiła 

o próbkę twoich umiejętności. 

Boże, miej litość nade mną, pomyślał Gabe. 

- Przepraszam. Nie... nie planowałem tego. 

- Wiem. 

- Więcej to się nie powtórzy. 

- Aż dziw, że w ogóle się zdarzyło - powiedziała. - Dotychczas ilekroć przebywaliśmy 

razem  w  jednym  pomieszczeniu,  zawsze  wydawało  mi  się,  że  prędzej  mnie  udusisz  niż 

pocałujesz. 

-  Bo to  prawda.  Ale  coś  się  między  nami  zaiskrzyło.  Wprawdzie  ty  żyjesz  w  swoim 

własnym  świecie,  wpatrzona  w  komputer,  i  nie  wiesz,  co  się  wkoło  dzieje,  ja  natomiast... 

Nieważne. Po prostu lepiej nie budzić licha. Tam, skąd ja pochodzę, obcy ludzie, którzy nic 

do siebie nie czują, nie padają sobie w ramiona i nie całują się. A teraz mów. Bo zakładam, że 

musiałaś mieć jakiś powód, żeby mnie wołać, prawda? 

- Co? Powód? 

background image

Miała  taką  minę,  jakby  nie  wiedziała,  o  co  mu  chodzi.  Ale  w  wypadku  Rebeki 

wszystko było możliwe. Przez chwilę jej piękne zielone oczy błądziły po jego twarzy, badały 

ją, jakby chciały zapamiętać każdy szczegół. 

Nagle  zamrugała  i  w  tym  momencie  ocknęła  się.  Podniosła  rękę,  w  której  trzymała 

kartkę. Dopiero teraz sobie o niej przypomniała. 

- Jasne, że miałam powód! I to jaki! Boże, Gabe, nie uwierzysz, co znalazłam! 

Wepchnęła mu list do ręki i przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, czekała, aż go 

przeczyta.  Potem  zaprowadziła  detektywa  do  sypialni  Moniki.  Wskazała  mu  garderobę 

aktorki  oraz  wybebeszoną  szkatułkę,  w  której  trafiła  na  pisany  przez  kalkę  list  do  Tammy 

Diller. Parę minut później, kiedy zeszli do salonu, wciąż roznosiła ją energia. Oczywiście nie 

mogła oprzeć się pokusie, aby wytknąć Gabe'owi jego brak wiary w jej zdolności śledcze. 

-  A  nie  mówiłam,  że  coś  znajdę?  Że  kobiety  bywają  bardziej  spostrzegawcze  od 

mężczyzn? Nie mówiłam? 

-  Posłuchaj,  mała. Za  bardzo się podniecasz. Ten  list o niczym  nie przesądza.  Wcale 

nie musi nic oznaczać... 

-  Jak to? Stanowi dowód, że motywem zabójstwa mogło być coś całkiem  innego. Że 

ktoś inny poza moim bratem miał w tym czasie na pieńku z Monicą. 

Tak,  to  prawda.  Chcąc  nie  chcąc,  musiał  przyznać  jej  rację.  I  bardzo  mu 

przeszkadzało,  że  idealistka,  marzycielka,  pisarka  żyjąca  w  świecie  fantazji  zdołała  znaleźć 

coś,  co on  przeoczył.  A  przecież  to on  jest  detektywem,  w  dodatku trzy  razy  przeczesywał 

całą rezydencję, i za każdym razem wychodził z niczym. 

Ponieważ  jednak  był  starym  wygą,  wziął  od  Rebeki  list,  złożył  go  starannie  i,  jak 

gdyby nigdy nic, schował do kieszeni. U góry strony figurował adres Tammy Diller; Rebeka z 

pewnością go zauważyła, ale - miał nadzieję - nie zapamiętała. 

Zaczął obmyślać kolejne kroki, układać plan działania. Natychmiast po powrocie do 

domu wprowadzi dane do komputera. Może pojawią się  jakieś  informacje na temat Tammy 

Diller? Jeśli tak, czeka go podróż do Los Angeles. 

Ale najpierw musi pozbyć się Rebeki. Nie mieściło mu się w głowie, jak można być 

tak rześkim w środku nocy. Wciąż roznosiła ją energia, mimo że wyglądała, jakby w ciemnej 

alejce stoczyła zacięty bój z bandą chuliganów. Twarz miała białą niczym suknia ślubna dzie-

wicy, a osłonięty plastrem guz na czole stawał się coraz większy. 

- A nie  mówiłam? Nie wierzyłeś, że cokolwiek znajdę, prawda? Tak  jak dawniej  nie 

wierzyłeś  mi,  kiedy  upierałam  się,  że  moja  mama  żyje.  Rozum,  kotku,  nie  zawsze  ma 

przewagę  nad  intuicją.  Kobieta  i  mężczyzna  po  prostu  inaczej  myślą.  Ich  umysły  inaczej 

background image

funkcjonują.  Nawet  gdybym  nie  przeczytała  setek  książek  o  prowadzeniu  śledztwa  i 

rozwiązywaniu  zagadek  kryminalnych,  może  jako  kobieta  zdołałabym  dojrzeć  pewne 

szczegóły... 

Nie dawała mu dojść do słowa. Skorzystał z okazji, kiedy na  moment zamilkła, żeby 

złapać oddech. 

- No dobrze - wtrącił. - Przyznaję, że spisałaś się na medal. Ale zbliża się czwarta rano 

i myślę, że czas najwyższy zakończyć rewizję... 

-  I  co?  Udać  się  do  domu?  -  spytała  zdumiona.  Pomysł  opuszczenia  rezydencji 

wyraźnie nie przypadł jej do gustu. 

-  Jestem  skonany.  -  Gabe  ziewnął  szeroko.  -  Chętnie  pozamykałbym  tu  wszystko  i 

położył  się  wreszcie  spać,  ale  nie  zamierzam  zostawiać  cię  samej.  Miałaś  świetnego  nosa, 

szukając wskazówek w sypialni - dodał szybko, bojąc się, że jeśli jeszcze raz jej nie pochwali, 

Rebeka znów zacznie wiercić mu dziurę w brzuchu. Jej przechwałki wychodziły mu bokiem. 

-  A  teraz  proponuję,  żeby  każde  z  nas  ruszyło  w  swoją  stronę.  Prześpię  się  kilka  godzin  i 

zaraz potem spróbuję dowiedzieć się czegoś o adresatce tego listu. 

-  Jeśli  jesteś  skonany,  to  faktycznie  jedź  do  domu  i  się  prześpij.  Ja  mogłabym  sobie 

dalej tu poszperać. Niewykluczone, że Monica miała inne skrytki czy kryjówki... 

- Owszem, niewykluczone. Ale pamiętaj, że policja kilkakrotnie przeczesała cały dom. 

Szukanie  kolejnej  kryjówki,  którą  wszyscy  przeoczyli,  to  jak  szukanie  igły  w  stogu  siana. 

Zresztą mamy list Moniki do jakiejś Tammy Diller i tym się teraz trzeba zająć, a nie dalszym 

szperaniem. Szperamy od paru godzin... 

- Ale ja nie jestem zmęczona - zapewniła go Rebeka, marszcząc butnie czoło. 

On  swoje  też  zmarszczył.  Groźnie.  Zwykle  to  skutkowało,  gdy  miał  do  czynienia  z 

malkontentem czy wojowniczo nastawionym uparciuchem. 

-  Kogo  próbujesz  oszukać,  co?  Wyglądasz  jak  kocica  z  naderwanym  uchem,  która 

przegrała  walkę  z  bandą  kocurów  na  śmietniku.  Nie  wierzę,  że  te  wszystkie  siniaki  i 

potłuczenia  nie  bolą.  Masz  guza  wielkości...  już  nawet  nie  śliwki,  ale  gruszki.  Gdzie 

zaparkowałaś samochód? 

Stanowczy ton i groźna mina nie wystraszyły jej, lecz pytanie o samochód zbiło ją z 

tropu. 

- Mniej więcej półtora kilometra od głównej bramy  - odparła. - Pomyślałam sobie, że 

jak  zostawię  wóz  tak  daleko  i  resztę  drogi  pokonam  pieszo,  wtedy  nikt  nie  skojarzy  osoby 

przełażącej przez ogrodzenie z... 

- Starczy! Nie chcę słuchać o tym, jak się włamywałaś do cudzego domu. 

background image

Dopóki  nie  poznał  Rebeki,  uważał  się  za  stosunkowo  młodego  człowieka.  Młodego 

ciałem  i  duchem.  Miał  trzydzieści  osiem  lat  i  kruczoczarne  włosy.  Kiedy  służył  w  Siłach 

Specjalnych,  stykał  się  ze  śmiercią,  z  destrukcją,  z  atakami  terrorystów.  Ale  dopiero 

znajomość z Rebeką sprawiła, że pojawiły mu się na głowie pierwsze siwe włosy. 

-  Ja  zaparkowałem  przed  domem,  więc  podwiozę  cię  te  półtora  kilometra,  żebyś  nie 

musiała drałować na piechotę. A gdzie zostawiłaś swoją mokrą bluzę? 

- W kuchni. 

Zerknęła  na  czarny  sweter,  który  miała  na  sobie,  i  odruchowo  zasłoniła  ręką  dekolt. 

Diabli  wiedzą  po  co.  Wielokrotnie  dzisiejszego  wieczoru  widział  jej  stanik  oraz  wgłębienie 

między piersiami. I za każdym razem ten widok go podniecał. 

- Przebiorę się... Tylko nie wiem, gdzie mam odłożyć pożyczony sweter? 

-  Nigdzie.  Kiedyś  odbiorę  go  od  ciebie  i  zwrócę.  Paradowanie  w  mokrej  bluzie  w 

zimną marcową noc nie jest najlepszym pomysłem. Po prostu weź swoje rzeczy i idziemy. 

- Za moment, dobrze? Chyba zostawiłam na górze włączone światło. Poza tym muszę 

sprzątnąć bałagan w garderobie. No i trzeba umyć szklankę po whisky... 

Dlatego Gabe zawsze pracował sam, bez pomocników. Miał w agencji świetny zespół 

ludzi, którzy do różnych zadań przystępowali w grupach dwu  - lub trzyosobowych. Ale nie 

on.  Nie  lubił  być  zależny  od  kogokolwiek.  Wolał  działać  szybko,  sprawnie  i  polegać 

wyłącznie na sobie. 

„Moment”  Rebeki  trwał  przeraźliwie  długo.  Zanim  była  gotowa  do  wyjścia,  Gabe 

zdążyłby  ze  sto  razy  odmówić  pacierz.  Niecierpliwym  gestem  wskazał  w  końcu  drzwi. 

Przekręciwszy klucz w zamku, skierował się do stojącego przed domem luksusowego, starego 

morgana  o  typowym  dla  tych  samochodów  niskim  zawieszeniu.  Na  widok  auta  Rebeka 

zagwizdała przeciągle. 

- Ale cudo! 

-  Prawda?  Rocznik  pięćdziesiąty  piąty.  Za  to  bardzo  niewielki  przebieg.  Przez  te 

wszystkie lata służył głównie jako eksponat. 

- A jak się coś zepsuje? Wciąż można zdobyć części? 

-  Można,  choć  z  trudem.  I  oczywiście  kosztują  majątek.  Nawet  wśród  dealerów 

wyspecjalizowanych w starych autach mało jest takich, którzy znają się na tej marce. 

-  Ale  tobie  to  nie  przeszkadza,  bo  kochasz  ten  wóz  i  jesteś  gotów  do  najwyższych 

poświęceń? 

- Zgadza się - przyznał. 

Nie spodziewał się, że Rebeka to zrozumie. 

background image

Otworzył drzwi od strony pasażera i patrzył, jak pod piękną, długą tablicą rozdzielczą 

znikają piękne, długie nogi. Przemknęło  mu przez myśl, że rudowłosa, zielonooka Rebeka  i 

jego wymuskany morgan idealnie do siebie pasują. 

Chyba  z  niewyspania  przychodzą  mu  do  głowy  takie  głupoty.  Zatrzasnął  drzwi  i 

okrążył auto, by zająć miejsce za kierownicą. Po chwili silnik zamruczał. 

- Ależ wspaniałe maleństwo - szepnęła z zachwytem Rebeka. 

Na  dźwięk  słowa  „maleństwo”  Gabe  natychmiast  przypomniał  sobie  to,  co  mówiła 

wcześniej  o  dzieciach  i  bankach  spermy.  Czym  prędzej  ugryzł  się  w  język.  To  była  jej 

sprawa;  nie  powinien  się  wtrącać.  Z  drugiej  strony,  pomysł  sztucznego  zapłodnienia  wydał 

mu się tak niedorzeczny... 

Przez kilka  minut w samochodzie panowało milczenie. Burza oddaliła się, ale deszcz 

wciąż  siąpił.  Rosnąca  wzdłuż  podjazdu  trawa  i  drzewa  połyskiwały  srebrzyście  w  blasku 

reflektorów, Gabe zatrzymał  się przed bramą, wysiadł, otworzył  zamek kluczem, przejechał 

kilka  metrów,  znów  stanął  i  wrócił  zamknąć  bramę.  Wokół  było  pusto.  Wszyscy  spali. 

Nigdzie nie paliło się światło, a ciszę zakłócał jedynie szelest liści i szmer deszczu. 

Odnalezienie  samochodu  Rebeki  okazało  się  nad  wyraz  łatwe.  Było  to  jedyne  auto 

zaparkowane przy krawężniku. Samochody  mieszkających wkoło ludzi stały w garażach  lub 

na podjazdach. 

Podjechawszy  do  czerwonej  ciery,  Gabe  zerknął  na  swoją  pasażerkę.  Głośno 

zachwycała się jego morganem. Pochodziła z bogatej rodziny; gdyby chciała, stać by ją było 

na  tuzin  morganów.  Zamiast  tego  wybrała  porządny,  solidny  samochód.  Czterodrzwiowy. 

Odpowiedni dla osoby mającej dużą rodzinę. Oczywiście nie kryła, że takie jest jej marzenie: 

mieć  kochającego  męża  i  gromadkę  dzieci.  A  jeśli  męża  nie  znajdzie,  to  przynajmniej  gro-

madkę dzieci. 

Sprawa ta nie dawała Gabe'owi spokoju. 

- Chyba nie mówiłaś serio o bankach spermy? - spytał w końcu. 

- Dlaczego nie? - Schyliła się po leżący na podłodze plecak i wilgotną bluzę. 

- Bo zazwyczaj kiedy kobieta chce mieć dziecko, to kocha się z mężem. A jeśli nie ma 

męża, rozgląda się za jakimś kandydatem albo na męża, albo na ojca dziecka. 

-  Zazwyczaj tak  -  przyznała kwaśno.  - Ja też się  rozglądałam. I nadal  się rozglądam. 

Jednakże przynależność do rodu Fortune'ów, oprócz pewnych niezaprzeczalnych plusów, ma 

również  minusy.  Wielu  mężczyzn  wykazuje  większe  zainteresowanie  majątkiem  mojej 

rodziny niż mną samą. Poza tym, jak człowiek siedzi w domu i pisze książki, to nie ma zbyt 

dużo  okazji  do  nawiązywania  znajomości.  Wierz  mi,  kotku,  wcale  nie  tak  łatwo  spotkać 

background image

królewicza z bajki. Przynajmniej  mnie to jakoś nie wychodzi, a mój zegar biologiczny tyka 

coraz głośniej. 

- Nie wątpię, że trafiło ci się paru łowców posagu, ale daj sobie jeszcze szansę. Wciąż 

jesteś młoda... 

-  Młoda  i  niemłoda.  Trzydzieści  trzy  lata  to  idealny  wiek  na  zajście  w  ciążę.  Na 

szczęście żyjemy w latach dziewięćdziesiątych. Nikt nie wytyka palcem samotnych matek. A 

ja nie widzę powodu, żeby dłużej zwlekać. Jestem zdrowa, finansowo niezależna i o niczym 

bardziej nie marzę niż o dziecku. Najchętniej miałabym szóstkę. 

Szóstkę? Z trudem przełknął ślinę. 

-  Nie  sądzisz,  że  poddanie  się  sztucznemu  zapłodnieniu  to  trochę...  drastyczne 

rozwiązanie? 

-  Nie.  Drastycznym  rozwiązaniem  byłoby  małżeństwo  za  wszelką  cenę.  Poślubienie 

pierwszego z brzegu mężczyzny tylko po to, żeby dziecko miało ojca. Jestem romantyczką, 

kotku. Wierzę w miłość do grobowej deski i namiastka małżeństwa mnie nie interesuje. Ale 

bardzo  pragnę  mieć  dzieci,  które  mogłabym  kochać  i  otaczać  opieką.  Oczywiście  lepiej 

byłoby,  żeby  dzieci  chowały  się  w  pełnej  rodzinie,  lecz  jeśli  mąż  nie  jest  mi  pisany,  czy 

również muszę rezygnować z potomstwa? 

- Rozmawiałaś o tym ze swoją mamą? 

-  Z  Kate?  -  Uśmiechnęła  się,  wyraźnie  rozbawiona.  -  A  co,  myślisz,  że  wybiłaby  mi 

pomysł z głowy? 

Tak, do licha! Banki spermy? Na miłość boską, to powinna być ostateczność! 

-  Rozczaruję  cię,  kotku.  Jestem  pewna,  że  mama  by  mi  przyklasnęła.  Zawsze  we 

wszystkim starała się mnie wspierać. Odkąd pojawiłam się na świecie, zachęcała mnie, abym 

szła własną drogą, nie oglądając się na innych. Ludziom wydaje się, że jesteśmy całkiem do 

siebie  niepodobne.  Ona  stąpa  twardo  po  ziemi,  jest  osobą  rzeczową,  kochającą  pracę  i 

sukcesy.  Nic  dziwnego,  że  stoi  na  czele  wielkiego  finansowego  imperium.  Ja  jestem  jej 

przeciwieństwem.  Ale  to  ona  pchnęła  mnie  do  pisania,  to  ona  zachęcała,  abym  żyła  po 

swojemu, to ona przekonywała, żebym nigdy nie rezygnowała z marzeń i nie poddawała się 

presji  otoczenia.  Wierz  mi,  Gabe,  Kate  całe  życie  mnie  wspierała.  Teraz  też  służyłaby  mi 

wsparciem. 

Gabe  nie  był  do  końca  przekonany.  Podejrzewał,  że  starsza  pani  bardzo  by  chciała, 

żeby Rebeka zakochała się i wyszła za mąż, najlepiej za faceta, który nie dałby się jej owinąć 

wokół  palca,  tylko  sam  potrafiłby  utrzymać  ją  w  sensownych  ryzach.  Tak,  Kate  znacznie 

bardziej  wolałaby,  aby  jej  wnuki  miały  prawdziwego  tatusia,  a  nie  anonimowego  dawcę 

background image

nasienia. 

Rebeka uważnie mu się przypatrywała. Poczuł się nieswojo. 

-  A  w tobie  nie  tyka  żaden  zegar?  -  spytała  wreszcie.  -  Nie  chcesz  mieć  syna,  córki, 

rodziny, do której mógłbyś wracać po ciężkim dniu pracy? Nie kusi cię przedłużenie rodu? 

- Bynajmniej - odparł krótko. - Obawiam się, że nie podzielam twoich idealistycznych 

poglądów. Szczęśliwe rodziny istnieją tylko w filmach dla dzieci. 

- Straszny z ciebie cynik, kotku. 

- Realista, mała. Realista. 

Nagle  pochylił  się  i  wyciągnąwszy  rękę,  pchnął  drzwi  od  strony  Rebeki.  Rozmowa 

stawała się zbyt osobista; należało ją czym prędzej zakończyć. 

-  No  dobra,  wyskakuj.  Nalej  sobie  gorącej  wody  do  wanny,  wymocz  się,  a  potem 

kładź  się  spać.  Nie  myśl  o  liście,  który  znalazłaś.  Ja  się  wszystkim  zajmę.  Odtąd,  Rebeko, 

masz się trzymać z dala od śledztwa. 

-  Proszę,  proszę!  Od  kiedy  to  jesteś  moim  szefem?  Było  wpół  do  piątej  rano,  a  ona 

wciąż miała energię, żeby się z nim kłócić. 

-  Posłuchaj.  Spisałaś  się  dziś  znakomicie.  Wpadłaś  na  trop,  który  może  okazać  się 

ważny.  Uczyniłaś  dla  swojego  brata  więcej  niż  ktokolwiek  inny.  Ale  ten  list  zmienia  całą 

postać  rzeczy.  Być  może  Jake  przestanie  być  jedynym  podejrzanym.  Być  może  policja 

zainteresuje się panią Diller. 

- O co ci chodzi? 

- O to, że jeśli Jake jest niewinny, mordercą może okazać się Tammy Diller. 

- Rozumiem. 

- Nawet jeśli Tammy Diller nie zamordowała Moniki Malone, to jednak czymś się jej 

naraziła. Nie wydaje mi się, żeby to była miła osoba. Dlatego wolałbym, żebyś trzymała się 

od niej z daleka. Słyszysz, Ruda, co mówię? 

- Słyszę, kotku. 

Wysiadła z samochodu, zamiast jednak zatrzasnąć za sobą drzwi, schyliła się, wsunęła 

głowę do ciemnego wnętrza i przez kilka sekund stała bez słowa, patrząc Gabe'owi w oczy. 

Po jej wargach błąkał się uśmiech, trochę drwiący, trochę łobuzerski. Może dlatego Gabe nie 

był pewien, na ile Rebeka sobie z niego żartuje, a na ile przyznaje mu rację. 

Nagle  uśmiech  zniknął  z  jej  twarzy.  Gabe'a  przeszył  dreszcz.  Mierzyła  go  dziwnym 

spojrzeniem, ciepłym, a zarazem natarczywym. Przez moment bał się, że zaraz znów rzuci mu 

się na szyję. Nie, tym razem na pewno nie czuł podniecenia - czuł strach. 

- Wiem, że mi nie wierzysz - rzekła szeptem - ale naprawdę jestem dużą dziewczynką 

background image

i potrafię się o siebie troszczyć. Dobranoc, Gabe. Ty też się wyśpij. A o mnie się nie martw. 

Nie  martw  się.  Łatwo  powiedzieć,  pomyślał,  patrząc,  jak  idzie  te  kilka  kroków  do 

czerwonej ciery. Po drodze upuściła plecak; podnosząc go, potknęła się i o mało nie zwaliła z 

nóg.  Wreszcie  wsiadła  do  samochodu,  który  -  jak  zauważył  właściwie  bez  zdziwienia  - 

pozostawiła otwarty. Zatrzasnęła drzwi, ale ich nie zablokowała. 

Tak,  Rebeka  Fortune  wierzy  w  miłość  do  grobowej  deski  i  królewiczów  z  bajki. 

Wierzy w sprawiedliwość, w to, że dobro zwycięży, a jej samej nie może stać się krzywda. 

I jak tu się o głupią nie martwić? 

Zaparkowała wynajętego forda taurusa na jedynym wolnym miejscu, jakie znalazła w 

promieniu  trzech  kwartałów,  po  czym  rozglądając  się  wkoło,  wzięła  głęboki  oddech.  Czuła 

się  trochę  niepewnie;  nie  znała  tej  części  Los  Angeles.  Popołudniowe  słońce  oświetlało 

tabliczkę z nazwą ulicy:  Randolph. W porządku. Chodziło  jej o  dom przy Randolph 12970, 

kilka przecznic dalej. Nigdzie bliżej  jednak nie  mogła zaparkować. No cóż, postanowiła, że 

zostawi tu samochód i pokona ten kawałek na piechotę. 

Okolica  nie  wyglądała  zbyt  zachęcająco.  Na  rogu  stała  grupka  wytatuowanych 

skinów.  W  bramach  domów  kręciły  się  dzieciaki  w  różnym  wieku.  Na  najbliższym  murze 

widniało wykonane kolorowym sprayem graffiti oferujące darmową edukację seksualną. Jakiś 

mężczyzna  leżał  wyciągnięty  na  chodniku;  nie  wiadomo,  czy  martwy,  czy  pijany.  Z 

pordzewiałych koszy wysypywały  się zwały cuchnących  śmieci. Sądząc po wizerunkach  na 

koszulach  wygolonych  młodzieńców  podpierających  ściany,  ulica  należała  do  Gangu 

Tygrysa. 

Zebrawszy się na odwagę, Rebeka wysiadła z samochodu, pamiętając o zablokowaniu 

okien  i  drzwi.  Przemknęło  jej  przez  myśl,  że  dziesiątki  razy  opisywała  takie  sceny  w 

książkach,  ale  sama  nigdy  w  podobnej  nie  uczestniczyła.  Podejrzewała,  że  gdyby  Gabe 

wiedział,  czym  się  zajmowała,  odkąd  pożegnali  się  nad  ranem,  i  gdzie  obecnie  przebywa, 

dostałby zawału. 

Ale  oczywiście  nie  wiedział.  Bo  skąd  mógł  wiedzieć,  że  przed  oddaniem  mu  listu 

zapamiętała adres Tammy i że tuż po otwarciu biur podróży zarezerwowała bilet na najbliższy 

lot do Los Angeles? 

Mały  Latynos,  na  oko  dwunastoletni,  zagwizdał  przeciągle,  kiedy  go  mijała.  Hm, 

byłby  z  niego  świetny  ojciec,  pomyślała.  Nie,  nie  gwiżdżący  chłopaczek,  tylko  Gabe 

Devereax. 

Z całej siły usiłowała się skupić na wynajętym przez rodzinę detektywie i nie patrzeć, 

jak  stojący  nieopodal  młodzian  o  tępym,  zamglonym  spojrzeniu  bawi  się  nożem 

background image

sprężynowym. 

Gabe  był  cierpliwym,  opiekuńczym  człowiekiem  z  zasadami  -  właśnie  takie  cechy 

powinien  mieć  ojciec  jej  dziecka.  Nie  pozwoliłby  jakiemukolwiek  łowcy  posagów  -  ani 

skinowi  -  zbliżyć  się  do  swej  żony  lub  córki.  Jego  samego  nie  interesowały  pieniądze;  w 

identyczny  sposób  traktował  bogaczy  i  biedaków.  Swoje  dzieci  na  pewno  nauczyłby 

odróżniać  dobro  od  zła.  Nie  wyobrażała  sobie,  aby  kiedykolwiek  mógł  wpaść  w  furię, 

urządzić  dziką  awanturę.  Jedyną  rzeczą...  a  raczej  osobą,  która  go  denerwowała,  była  ona  - 

Rebeka. 

Ich pocałunek mocno odcisnął się w jej pamięci. Był niesamowity: pełen żaru, seksu, 

namiętności.  Zawsze  marzyła  o  pocałunkach,  które  zwalają  z  nóg,  które  powodują,  że 

zapomina się o całym świecie, ale nigdy dotąd jej marzenie się nie spełniło. Może dlatego, że 

dotychczas  całowała  się  albo  z  żabami,  czyli  osobnikami  udającymi  zakochanych,  a 

myślącymi  wyłącznie  o  stanie  jej  konta,  albo  z  miłymi  facetami,  którzy  najbardziej  lubili 

kąpiel w letniej wodzie - i takie też wzbudzali uczucia. 

Gabe  nie  mieścił  się  ani  w  jednej,  ani  w  drugiej  kategorii.  Był  inny,  cudownie 

zblazowany,  niebezpieczny,  nonszalancki, a zarazem wyjątkowo troskliwy. Nie zdradził  jej, 

dlaczego jest tak przeciwny pomysłowi założenia rodziny. Niestety,  zbyt słabo się znali, by 

mogła go o to spytać wprost. 

Ciekawe,  czy  równie  przeciwny  byłby  odegraniu  roli  kochanka.  Jej  kochanka. 

Zastanawiała  się,  jaki  jest  w  łóżku:  czy  równie  sumienny  i  dokładny  jak  w  pracy?  Skoro 

jednym pocałunkiem potrafił wzniecić w niej ogień namiętności, sprawić, by przeniosła się w 

inny świat, co by było, gdyby się kochali? Do jakiego stanu podniecenia doprowadziłyby ją 

jego pieszczoty, uciskanie czułych miejsc... 

Nagle  tknęło  ją,  że  chyba  całkiem  zwariowała  -  jest  w obcym  mieście,  w obskurnej 

dzielnicy,  rozmyśla  o  Gabrielu  i  seksie,  a  z  naprzeciwka  nadchodzi  sześciu  twardzieli  w 

koszulach  z  rysunkiem  tygrysa.  Z  odległości  dwudziestu  metrów  widziała  ich  pogardliwe 

spojrzenia, posuwisty krok, zadziorne miny. 

Nie spuszczali z niej wzroku. Ci wszyscy zaś, którzy zaledwie kilka sekund wcześniej 

stali w grupkach, podpierając ściany, rozpierzchli się jak stado kur na widok jastrzębia. 

W jedwabnej zielonej sukience i butach na wysokich obcasach Rebeka była zapewne 

niestosownie  ubrana  do  okoliczności,  ale  cóż,  nie  wiedziała  zawczasu,  po  jakiej  dzielnicy 

będzie  musiała  spacerować.  Tammy  Diller  znała  Monicę  Malone.  A  jej,  Rebece,  nigdy  nie 

przyszło do głowy, że jakakolwiek znajoma uwielbiającej luksusy Moniki może mieszkać w 

tak obskurnej części miasta. 

background image

Przed wyjściem z domu uznała, że idąc z wizytą, nawet niezapowiedzianą, wypada się 

ładnie  ubrać.  Teraz  żałowała,  że  zamiast  szpilek  nie  włożyła  tenisówek,  a  zamiast  krótkiej 

zwiewnej  sukienki  -  kamizelki  kuloodpornej.  Pamiątkowa  bransoleta  połyskiwała  w  kalifor-

nijskim słońcu. Złoty naszyjnik pewnie też rzucał się w oczy. 

Coraz mniejsza odległość dzieliła Rebekę od sześciu członków Gangu Tygrysa. Jeden 

z młodzieńców wpatrywał się w jej szyję, drugi nie odrywał oczu od jej długich nóg. 

Wiedziała,  że  nie  zdoła  ich  wyminąć.  Tworzyli  mur.  Może  powinna  zwymiotować? 

Czy wymiotująca ofiara potrafi zniechęcić złodzieja lub mordercę? Nie była pewna, nawet nie 

orientowała  się,  czy  kiedykolwiek  robiono  taki  sondaż  wśród  niedoszłych  ofiar.  W  każdym 

razie Rebeka, gdy ogarniał ją paniczny strach, natychmiast zwracała posiłek. 

Najwyższy  z  Tygrysów,  o  czarnych  włosach  wygolonych  po  bokach,  a  na  czubku 

głowy postawionych w szpic, powiedział coś do idącego po swojej prawej ręce kolesia. Coś 

na  jej  temat,  bo  cała  grupa  wybuchnęła  rubasznym  śmiechem.  Strach  ścisnął  ją  za  gardło. 

Dystans  zmniejszył  się  do  ośmiu  metrów.  Siedmiu.  Sześciu.  Mur  powoli  zamieniał  się  w 

półkole. Przełknęła ślinę. 

Zdobywając  się  na  odwagę,  wbiła  oczy  w  twarz  najwyższego  i  uśmiechnęła  się 

promiennie. 

- Cześć - oznajmiła przyjaznym tonem. - Słuchaj, może mógłbyś mi pomóc... 

Może nikt się nigdy nie zwracał do niego z taką prośbą. Może żadnego z szóstki nikt 

nigdy  nie  prosił  o  pomoc,  bo  przez  moment  patrzyli  na  Rebekę  zbyt  oszołomieni,  aby  w 

jakikolwiek sposób zareagować. Wreszcie chudy dryblas wysunął do przodu nogę i zahaczył 

kciuki o pasek spodni. 

- Jasne, lalunia, że mogę ci pomóc - powiedział niskim, ochrypłym głosem. 

Słysząc to, jego koledzy zarechotali grubiańsko. 

Gdyby miała na nogach czerwone sportowe buty, może spróbowałaby ucieczki, ale w 

szpilkach daleko by  nie dobiegła. Zdawała sobie sprawę, że tupetem też wiele  nie osiągnie, 

nie bardzo jednak wiedziała, co innego może robić. 

-  To  świetnie!  -  ucieszyła  się.  -  Przypadkiem  nie  znasz  kobiety  o  nazwisku  Tammy 

Diller? Mieszka tu niedaleko... - Pochyliwszy głowę, sięgnęła do torebki po kartkę z adresem. 

-  O,  mam.  Przy  Randolph,  pod  numerem  12970.  To  chyba  za  kolejnym  skrzyżowaniem, 

prawda? 

-  Przykro  mi,  lalunia,  żadnej  Tammy  nie  znam.  Ale  ciebie  chętnie  poznam.  Blisko, 

dogłębnie... 

Wyciągnął  rękę,  na  której  połyskiwało  kilka  sygnetów  w  kształcie  węży,  i  wolno 

background image

zaczął pocierać szyję Rebeki. 

To wystarczyło, by opuściły ją resztki udawanej odwagi. Wiedziała, że lada moment 

zwymiotuje; nie zdoła temu zapobiec... 

Nagle  jednak  dryblas  opuścił  rękę  i  cofnął  się  o  krok,  a  lubieżny  uśmieszek  znikł  z 

jego twarzy. Pozostali członkowie Gangu Tygrysa też przestali szczerzyć zęby. I też cofnęli 

się o krok. 

Odruchowo Rebeka obejrzała się przez ramię. 

Nie wierzyła własnym oczom. Gabe? Skąd, u diabła, się tu wziął? Promieniowała od 

niego wściekłość. Był jak chmura brzemienna piorunami. Sprawiał wrażenie, jakby wzrokiem 

potrafił nieść śmierć. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Wyjechali z dnia na dzień, ona z tym swoim facetem. Nawet nie zapłacili za ostatni 

miesiąc.  Następnym  razem  nie  będę  taki  ufny,  na  pewno  nie.  Z  niego...  nie  pamiętam,  jak 

miał  na  imię;  Wayne,  Dwayne,  jakoś  tak...  był  całkiem  przystojny  gość,  ale  intelektem  to 

zbytnio  nie  grzeszył.  Natomiast  Tammy...  och,  to  dopiero  była  kobitka!  Każdego  potrafiła 

owinąć  sobie  wokół  palca.  Ładna  figura,  ładne  oczy,  zawsze  ładnie  ubrana.  Może  nie 

pierwszej  młodości,  ale  kto  by  się  tym  przejmował.  Dałem  się  nabrać  na  ich  wygląd,  na 

sposób  ubierania się. Po prostu uwierzyłem, że chwilowo znaleźli  się w dołku  finansowym. 

Bo  tacy  jak  oni,  eleganccy,  kulturalni  ludzie  zazwyczaj  nie  szukają  mieszkania  w  tej  dziel-

nicy... 

Gabe postanowił przerwać długi, monotonny wywód. Właściciel domu przypominał z 

wyglądu smutnego oposa o wydłużonym pysku i wyłupiastych oczach, ale był gadatliwy jak 

sroka. 

-  Czyli  Tammy  Diller  wyjechała,  nie  płacąc  panu  za  ostatni  miesiąc,  tak?  A  jej 

narzeczony, ten Dwayne lub Wayne... 

-  No  właśnie,  nawet  nie  wiem,  jak  się  gość  nazywał.  To  ona  zawsze  regulowała 

czynsz,  a  ponieważ  płaciła  gotówką,  nie  zwracałem  uwagi  na  takie  drobiazgi  jak  imię  jej 

faceta. Swoją drogą, nie bardzo mi się ten narzeczony podobał. Za szeroko się uśmiechał. Nie 

można ufać takim, co to ciągle szczerzą zęby. 

- Kiedy ostatni raz pan ich widział? 

-  Bo  ja  wiem?  Pewnie  ze  dwa tygodnie  temu.  Wie  pan,  dbam  o  dom,  dość  często  tu 

bywam,  ale  przecież  nie  codziennie.  Najemcy  nie  daliby  mi  spokoju.  Ciągle  mają  jakieś 

pretensje i żądania, a to kran cieknie, a to wyłącznik światła nie działa... 

Gabe pokiwał współczująco głową. 

-  Cóż, każdy  lubi pomarudzić... Czyli co, nie widział pan Tammy  i  jej  narzeczonego 

co najmniej od dwóch tygodni i nie wie pan, dokąd mogli wyjechać? 

-  Gdybym  wiedział,  pojechałbym  za  nimi  i  odebrał  forsę,  którą  są  mi  winni.  Może 

zdradzili  swoje  plany  któremuś  z  sąsiadów,  ale  kiedy  ich  pytałem,  wszyscy  zgodnie 

twierdzili,  że  o  niczym  nie  mają  pojęcia.  Oczywiście  mieszkańcy  tej  dzielnicy  niechętnie 

udzielają informacji... 

Właściciel  domu  wyraźnie  należał  do  wyjątków.  Ale  póki  mówił  na  temat  Tammy 

Diller,  Gabe  gotów  był  zacisnąć  zęby  i  nie  okazywać  zniecierpliwienia.  To  się  raptownie 

background image

zmieniło,  kiedy  ni  stąd,  ni  zowąd  sięgnął  za  siebie,  spodziewając  się  trafić  na  rękę  Rebeki. 

Trafił na ścianę. 

Zapominając  o  swoim  rozmówcy,  obrócił  się  na  pięcie.  Zaledwie  ułamek  sekundy 

temu  Rebeka  stała  tuż  obok,  na  wyciągnięcie  ręki.  Teraz  jej  nie  było.  Zupełnie  jakby 

rozpłynęła się w powietrzu. 

Obiecał  sobie,  że  kiedy  następnym  razem  będą  sami,  zabije  ją.  Udusi  własnymi 

rękami. Ciągle pakuje  się w kłopoty, a on ciągle  wybawia  ją z opresji.  Jeżeli znów ktoś jej 

grozi... Nie, psiakość, chciał mieć pierwszeństwo! To oznaczało, że musi się o nią troszczyć, 

dopóki nie nadarzy się odpowiednia okazja. Troszczyć, czyli nie spuszczać z oczu, zwłaszcza 

tutaj, w dzielnicy rządzonej przez gangi. 

Pożegnał  się  szybko  z  gadatliwym  właścicielem  domu  i  ruszył  pędem  w  stronę 

siatkowych  drzwi.  Zatrzasnęły  się  z  hukiem.  Dlaczego  nie  mogła  zaczekać  w  środku?  Tu 

przynajmniej była bezpieczna. 

Wiedział  dlaczego:  bo  ta  idiotka  nie  ma  za  grosz  rozumu!  Ani  instynktu 

samozachowawczego! 

Na zewnątrz było duszno i gorąco. Powietrze zdawało się stać w miejscu. Przez kilka 

sekund Gabe tkwił bez ruchu, rozglądając się w prawo i lewo; szukał kobiety z burzą rudych 

włosów.  Gdyby  była  w  zasięgu  wzroku,  na  pewno  by  ją  zauważył.  Na  rogu  prostytutka  w 

obcisłej  skórzanej  spódnicy  oferowała  chętnym  swoje  usługi,  parę  metrów  dalej  handlarz 

sprzedawał narkotyki. Koło Gabe'a przemknął chudy nastolatek, przyciskając do piersi pismo 

ze  zdjęciami  pornograficznymi,  którego  wyzywał  od  parszywców  i  złodziei  zgarbiony, 

pomarszczony sklepikarz. 

Kiedy tego popołudnia Gabe przyleciał z Minnesoty - dumny, że tak szybko udało mu 

się  zdobyć  bilet  na  lot  do  Los  Angeles  -  dokładnie  wiedział,  gdzie  powinien  się  udać  i  jak 

będzie  wyglądała  ulica,  przy  której  mieszka  Tammy  Diller.  Jego  przypuszczenia  się 

potwierdziły,  zobaczył  obdrapane  domy,  graffiti  na  murach,  snujących  się  wyrostków,  ale 

jedno  go  zaskoczyło  -  widok  przerażonej  Rebeki  otoczonej  bandą  łobuzów.  Ilekroć  o  tym 

myślał, od nowa wstępowała w niego furia. 

Jeżeli  ta  wariatka  znów  wpakuje  się  w  kłopoty,  naprawdę  ją  zabije!  Cholera,  żeby 

tylko nic się jej nie stało. Gdzie, do diabła, mogła poleźć? 

O tam! 

Po  drugiej  stronie  ulicy  dojrzał  gęstą,  kasztanową  czuprynę,  która  lśniła  ogniście  w 

blasku zachodzącego słońca. Przez moment widział tylko włosy - ją samą przysłaniała postać 

Murzyna  co  najmniej  dwumetrowego  wzrostu,  ubranego  w  bawełnianą  koszulkę  ciasno 

background image

opinającą  umięśniony  tors.  Mężczyzna  miał  ramiona  pokryte  tatuażami,  na  głowie  zaś 

wygolony pojedynczy  inicjał. Rebeka prowadziła z nim ożywioną rozmowę, zupełnie  jakby 

byli starymi przyjaciółmi. 

Obserwując  ich,  Gabe  zauważył,  że  w  tylnej  kieszeni  spodni  olbrzyma  tkwi  nóż  o 

piętnastocentymetrowym  ostrzu.  Rebeka  postąpiła  krok  do  przodu.  Teraz  widział  ją  jak  na 

dłoni:  potargana  fryzura,  plaster  na  czole,  kretyńskie  buty  na  wysokich,  cienkich  obcasach, 

krótka, zwiewna  sukienka, złota biżuteria połyskująca  na rękach  i  szyi. Olbrzym  spojrzał w 

bok. Oczom Gabe'a ukazała się długa szrama ciągnąca się przez cały policzek. 

I wtem Murzyn podniósł rękę. 

Gabe  ruszył  do  akcji.  Nawet  nie  zaklął,  żeby  nie  tracić  czasu.  Zdarzało  mu  się  biec 

szybciej, ale na pewno nie w tym dziesięcioleciu. Zbyt dużo ludzi kręciło się po chodnikach i 

ulicy,  aby  mógł  zwiększyć  tempo,  ale  ci,  którzy  w  porę  dostrzegli  wyraz  determinacji  i 

gniewu malujący się na jego twarzy, sami czym prędzej usuwali się z drogi. Ruda głowa to 

znikała,  to  znów  się  pojawiała,  ale  towarzyszący  jej  czarny  wielkolud  przez  cały  czas  był 

doskonale widoczny. 

Kiedy Gabe ich dogonił, sapał jak miech kowalski; w głowie mu huczało, czuł kłucie 

w płucach. Niewiele się zastanawiając, chwycił olbrzyma za ramię. Ten obrócił się, warcząc 

groźnie: 

- Co, do jasnej... 

Spostrzegłszy detektywa, Rebeka uśmiechnęła się od ucha do ucha. 

- Gabe! Zgadnij, czego się dowiedziałam?! - zawołała radośnie. 

W  tym  momencie  uświadomił  sobie  własną  pomyłkę.  Wielkolud  wcale  nie  miał 

zamiaru skrzywdzić Rebeki; podniósł rękę, by na pożegnanie uścisnąć jej dłoń. 

Gabe  puścił  olbrzyma  i  starał  się  uspokoić.  Oczywiście  Rebeka  nie  wiedziałaby,  że 

coś  jej  grozi,  nawet  gdyby  wrzucono  ją  do  klatki  z  lwami,  ale  -  z  jakichś  niezrozumiałych 

powodów  -  akurat  tym  razem  nic  jej  nie  zagrażało.  Szczebiocząc  wesoło,  przedstawiła 

Gabe'owi  swojego  czarnoskórego  przyjaciela  Snarka.  Czy  on,  Gabe,  daje  wiarę?  Snark  zna 

Tammy  Diller!  Kiedy  ostatni  raz  się  z  nią  widział,  wybierała  się  z  narzeczonym  do  Las 

Vegas; podobno mieli tam załatwić jakieś interesy. 

Snark  popatrzył  na  detektywa  równie  przyjaźnie,  jak  kobra  na  jaszczurkę  -  nie  miał 

cienia  wątpliwości,  dlaczego  ten  chwycił  go  za  ramię.  Rebeka  niczego  nie  zauważyła. 

Szczebiotała dalej, jak gdyby nigdy nic. 

Po chwili Snark powściągnął  złość, a Gabe opanował bicie serca. Parę minut później 

umięśniony,  czarnoskóry  olbrzym  oddalił  się  dostojnym  krokiem,  zostawiając  swoją  nową 

background image

rudowłosą przyjaciółkę z jej troskliwym, trochę zbyt nerwowym opiekunem. 

- Czyli nie zastaliśmy ich w Los Angeles - trajlowała Rebeka - ale przynajmniej mamy 

wskazówkę, dokąd mogli się udać. A tobie jak poszło? Zdobyłeś jakieś informacje? 

- Nie - odparł krótko. 

- No cóż... - Pokiwała współczująco głową. - Czasem kobiecie łatwiej jest nawiązać z 

obcymi rozmowę, pociągnąć ich za język. Chyba dobrze, że tu przyjechałam, prawda? 

Istotnie.  Zdobyła  wskazówkę,  której  jemu  nie  udało  się  uzyskać.  Lecz  to,  że  jej 

metody nie są bezpieczne i że ktoś mógłby ją zgwałcić lub ukatrupić, po prostu nie przyszło 

jej  do  głowy.  Swoim  strojem  i  wyglądem  przyciągała  spojrzenia  wszystkich  mężczyzn  w 

promieniu kilkuset metrów, ale z tego też nie zdawała sobie sprawy. 

- Gdzie zostawiłaś samochód? 

- Dwie przecznice stąd. 

Lewą  ręką  wykonała  jakiś  nieokreślony  ruch.  Gabe  zauważył  z  satysfakcją,  że  nie 

próbowała  uwolnić  prawej  ręki  z  jego  dłoni.  Jej  policzki  niespodziewanie  przybrały  barwę 

róży. 

-  Odprowadzę cię  - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu.  -  W którym  hotelu się 

zatrzymałaś? 

- Co? W żadnym. Nie zdążyłam zrobić rezerwacji. Ledwo udało mi się zdobyć bilet na 

samolot. Pomyślałam sobie, że po przylocie na miejsce zajmę się sprawą noclegu, a jeśli nie 

zdołam nic znaleźć, wtedy zacznę się martwić. 

Podejrzewał, że tak prozaiczna sprawa jak brak noclegu na pewno nie przysporzyłaby 

jej zmartwień. Po raz nie wiadomo który z rzędu próbował sobie wytłumaczyć, że to nie jej 

wina - żyła dotąd otoczona troską i miłością, w świecie, w którym nic jej nie zagrażało. Nic 

dziwnego, że nie myślała o żadnych bandytach czy gwałcicielach. Ale oni istnieli, żyli obok 

niej. 

Gabe  westchnął,  świadom,  że  zapewnienie  bezpieczeństwa  tak  żarliwej  idealistce 

wymaga niemało wysiłku. 

- Znasz to miasto? Nie zgubisz się? 

-  Och,  byłam  w  Los  Angeles  wielokrotnie.  -  Nagle  zawahała  się.  -  Choć  prawdę 

mówiąc, w tej dzielnicy jestem po raz pierwszy. Ale mam mapę, więc... 

- Powiem ci, jak zrobimy. Podwieziesz mnie swoim samochodem do mojego wozu, a 

potem ruszysz za mną. Razem znajdziemy ci jakiś w miarę przyzwoity pokój, dobrze? 

Hotelowi  „Shelton  Arms”  daleko  było  do  „Ritza”,  ale  Rebeka  nie  narzekała. 

Rozglądając się po pokoju o ścianach barwy przydymionego błękitu, uznała, że można trafić 

background image

dużo  gorzej.  Dostarczony  na  górę  stek  nie  pozostawiał  nic  do  życzenia.  Był  olbrzymi  i 

wyśmienity. Olbrzymie były też  fotele;  można  było wygodnie się  w  nich zwinąć  i urządzić 

sobie drzemkę. 

Rebeka  zjadła  z  apetytem  całą  porcję:  mięso,  wielkiego  pieczonego  ziemniaka, 

sałatkę, po czym uniosła pokrywkę, która chroniła przed wystygnięciem kolację Gabe'a. 

- Jeśli nie chcesz swoich żeberek... 

- Nie ruszaj! Już kończę. 

- Kończysz? Zanim jeszcze zaczęliśmy? No, no. Gabe wzniósł oczy do nieba. 

-  Oj,  Ruda,  Ruda.  -  Westchnął  głośno.  -  Dziwne  masz  poczucie  humoru.  Hej,  co  ci 

mówiłem? Wara od żeberek! 

- No dobra. Myślałam, że skoncentrowany na pracy nie zauważysz, jak sobie kawałek 

skubnę. 

Na  długo  przed  pojawieniem  się  kelnera  z  kolacją  Gabe  ustawił  na  biurku  swego 

laptopa.  Obserwując  go,  Rebeka  pomyślała  z  rozbawieniem,  że  nie  ma  już  detektywów  w 

prochowcach,  którzy  zdzierają  sobie  podeszwy,  wydeptując  dziesiątki  ścieżek,  by  zdobyć 

najdrobniejszą  informację.  Gabe  nigdzie  nie  musiał  chodzić,  nawet  nie  musiał  szperać  w 

książce telefonicznej; wystarczyło wcisnąć parę klawiszy i informacje same ukazywały się na 

ekranie. 

- I co? Odkryłeś, czy nasza kochana Tammy kręci się po Las Vegas? 

-  Tak. I za wszystko płaci kartą. Tylko nie wiem, czy  jest sama, czy z  narzeczonym. 

Może limit na  jego karcie został dawno wyczerpany?  A  może postanowiła rzucić kochasia? 

Wydaje mi się, że Tammy Diller nie jest jej prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Widoczna 

tu lista płatności i zakupów jest podejrzanie krótka. Fałszywe dokumenty okazują się bardzo 

przydatne,  kiedy  przekracza  się  limit  i  występuje  o  kolejną  kartę.  Ma  się  czyste  konto, 

żadnych zadłużeń... 

-  No  i  kogoś  takiego,  kto  się  posługuje  fikcyjnym  nazwiskiem,  trudniej  odszukać  - 

wtrąciła Rebeka. - A czy na podstawie płaconych przez nią rachunków jesteś w stanie odkryć, 

gdzie się zatrzymała? 

-  Tak  -  odparł,  ale  nie  powiedział  gdzie.  Wstał  od  komputera  i  przeciągnął  się,  po 

czym  przeszedł  do  stołu,  na  którym  stała  taca.  -  Zjadłaś  całą  swoją  porcję?  To  była  fura 

jedzenia! 

- Mam teorię na temat cholesterolu i kalorii. Jak grzeszyć, to na całego. 

- Ale tego musu czekoladowego na pewno nie zmieścisz. 

Oczy lśniły jej wesoło. 

background image

- Oj, kotku. Zupełnie, ale to zupełnie mnie nie znasz. Czekolada to mój przysmak. Nic, 

ani żadne tornado, ani wojna światowa, ani wezwanie z urzędu podatkowego, nie zdoła mnie 

powstrzymać przed zjedzeniem tego musu. 

Już wcześniej zdjęła buty; teraz rozsiadła się wygodniej w fotelu, podwinęła nogi pod 

siebie i z błogim westchnieniem przystąpiła do konsumpcji deseru. 

Gabe  przysunął  do  siebie  talerz  z  mięsem.  Jadł  w  podobny  sposób,  w  jaki  robił 

wszystko: sprawnie, dokładnie, nie tracąc czasu na delektowanie się smakiem czy zapachem. 

Najwyraźniej  uważał  jedzenie  za  czynność  potrzebną  do  prawidłowego  funkcjonowania 

organizmu. Paliwo dla ciała. 

Opróżniając  talerz,  cały  czas  bacznie  obserwował  Rebekę.  Jakby  bał  się,  że  jeśli  na 

moment  spuści  z  niej  wzrok, ona  zacznie  się  huśtać  na  żyrandolu  -  chociaż  w  pokoju  były 

tylko kinkiety. Pokój, który wynajął dla niej, mieścił się na drugim końcu korytarza. Tam też 

nie było żyrandoli. 

Przywiózł  Rebekę  do  hotelu,  w  którym  zarezerwował  dla  siebie  nocleg.  Poprosił  w 

recepcji o przydzielenie im pokojów na tym samym piętrze. Następnie zaproponował wspólną 

kolację. Tak, u niego w pokoju. Gdyby z taką propozycją wyszedł ktokolwiek inny, Rebeka 

zawahałaby się. Podejrzewałaby swojego towarzysza o niecne zamiary. 

Gabe  natomiast  zachowywał  się  tak,  jakby  nie  pamiętał  ich  namiętnego  pocałunku. 

Traktował ją jak krnąbrną młodszą siostrę, w dodatku chorą na ospę. 

Skończywszy posiłek, podszedł do zamkniętego barku przy  łóżku, przekręcił klucz  i 

wyjął malutką butelkę whisky. 

- Masz na coś ochotę? - spytał Rebekę. 

- Jeśli jest tam wino, to chętnie wypiję kieliszek. 

- Mus czekoladowy popity kieliszkiem wina? Zwariowałaś? 

-  Mam strusi żołądek. A boję się, że gdybym zamówiła kawę, nie spałabym do rana. 

Jeżeli jednak nie ma wina... 

-  Jest.  -  Pogrzebał  w  barku;  chwilę  później  wydobył  niedużą  butelkę,  mieszczącą 

najwyżej dwa kieliszki. - Nie mam pojęcia, czy nadaje się do picia... 

-  Nie  szkodzi.  Ludzie  myślą,  że  jak  człowiek  pochodzi  z  Fortune'ów,  to  zna  się  na 

winach, a przynajmniej odróżnia dobrą markę od sikacza. A mnie po prostu alkohol usypia i 

tyle. - Na moment zamilkła. - Gabe, jak myślisz, co mogło łączyć Monicę z Tammy? 

- Nie wiem - przyznał. - Wszystko i nic. Monica nigdy nie przebierała w środkach. To, 

na  czym  jej  zależało,  zdobywała  wszelkimi  sposobami,  legalnymi  i  nielegalnymi. 

Podejrzewam, że ich znajomość mogła mieć związek z twoją rodziną. 

background image

Rebeka zmarszczyła czoło. 

- Dlaczego tak sądzisz? 

-  Monica  od  dawna  żyła  tylko  jedną  myślą:  żeby  się  zemścić  na  Fortune'ach.  Od  lat 

miała  obsesję  na  punkcie  twojego  ojca,  do tego stopnia,  że  kiedy  okazało  się,  że  nie  może 

mieć  z  nim  dziecka,  porwała  jego  syna.  To  ona  stała  za  próbą  kradzieży  receptury  kremu 

młodości;  wiemy,  że  wynajęła  ludzi,  którzy  włamali  się  do  laboratorium  i  którzy 

prześladowali  Allie.  To  była  osoba  chora  psychicznie,  opętana  zazdrością  i  chęcią 

wyrządzenia krzywdy twojej rodzinie, może nawet zniszczenia jej. 

Potem ktoś zabija Monicę, twój  brat trafia do więzienia oskarżony o  morderstwo... i 

nagle  wypływa  nazwisko  Tammy,  do  której  Monika  zaledwie  kilka  dni  przed  śmiercią 

wysłała  list  z  pogróżkami.  Dziwny  zbieg  okoliczności,  prawda?  Z  informacji,  jakie 

dotychczas zdobyłem, wynika, że Tammy lubi żyć na bakier z prawem. Nigdzie nie pracuje, 

nie ma stałego miejsca zamieszkania, za to regularnie otrzymuje duże zastrzyki gotówki, za-

ciąga kredyty. Wygląda mi to dość podejrzanie. Zazwyczaj tak funkcjonują różni oszuści. 

- Masz rację. - Rebeka pokiwała z namysłem głową. - I to, co mówisz, pasowałoby do 

treści  listu,  Monica  była  wyraźnie  wściekła.  Może  Tammy  coś  odkryła  i  próbowała  ją 

szantażować?  Cholera.  Tammy...  Tammy  Diller...  To  imię  i  nazwisko  nie  dają  mi  spokoju. 

Mam wrażenie, że już je kiedyś słyszałam, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. 

-  Cierpliwości. Poznamy przeszłość panny Diller. Tego możesz  być pewna. Kazałem 

swoim  ludziom  w  biurze  w  Minneapolis  zebrać  o  niej  informacje.  Wszystkie  nieczyste 

sprawki, jakie ma na sumieniu, prędzej czy później wypłyną. To tylko kwestia czasu. 

Niestety,  czas  był  jedyną  rzeczą,  jakiej  im  brakowało.  Rebeka  odstawiła  pustą 

salaterkę na tacę, wzięła kieliszek wina i ponownie rozsiadła się w fotelu. 

- To kiedy lecimy do Las Vegas? - spytała. 

- My? My w ogóle nie lecimy. Ja lecę. 

-  Chyba  żartujesz!  -  oburzyła  się.  -  Kto  znalazł  list  Moniki  do  Tammy?  Kto  odkrył, 

dokąd się Tammy wyniosła, kiedy porzuciła mieszkanie na Randolph? No, kto? Czyżby uszło 

twojej  uwadze,  że  jednak  na  coś  się  przydaję?  Ale  nie  przejmuj  się,  kotku.  Jak  wolisz 

podróżować  w  pojedynkę,  proszę  bardzo.  Jestem  dużą  dziewczynką,  potrafię  kupić  sobie 

bilet,  dotrzeć  na  lotnisko  i  zapiąć  pasy.  Po  prostu  wydawało  mi  się  logiczne,  że  skoro  zaj-

mujemy się tą samą sprawą, możemy połączyć siły... 

Nie odrywając oczu od twarzy Rebeki, Gabe nalał do szklanki whisky i wypił jednym 

haustem. 

- Posłuchaj,  mała. Być  może Tammy Diller  nie  jest notowana na policji, ale  jeśli tak 

background image

jest,  to  tylko  dlatego,  że  szczęście  jej  sprzyja,  a  nie  dlatego,  że  wiedzie  uczciwe  życie.  To 

cwana bestia, która po trupach dąży do celu. 

-  Tak?  To  dobrze.  Bardzo  dobrze.  Mimo  że  nie  mamy  żadnych  konkretnych 

dowodów, wszystko coraz bardziej wskazuje na to, że może być zamieszana w  morderstwo 

Moniki. Więc o co ci chodzi? 

-  O to, że powinnaś wrócić do domu  - odparł Gabe, usiłując zachować cierpliwość.  - 

Jeżeli Tammy istotnie jest zamieszana w zabójstwo Moniki i jeżeli dowie się, że ktoś ją śledzi 

albo próbuje zdobyć o niej informacje, na pewno nie przyjmie tego wzruszeniem ramion. Wo-

lałbym, żebyś wróciła do Minneapolis, skupiła na pisaniu książek i robieniu dzieci. 

-  O niczym  bardziej  nie  marzę. Natychmiast bym  cię posłuchała, gdyby  mój  brat nie 

tkwił w więzieniu. 

Odstawiła kieliszek. Oczywiście spodziewała się  wykładu. Wiedziała, że Gabe czuje 

się w obowiązku ostrzec ją przed czyhającym wokół niebezpieczeństwem. Wciągając głęboko 

powietrze, postanowiła jeszcze raz przedstawić mu swój punkt widzenia. Zależało jej na tym, 

aby ją zrozumiał. 

-  Dziś  po  południu  byłam  naprawdę  przerażona.  Wszystkiego  się  bałam.  I  tych 

wytatuowanych  wyrostków  snujących  się  po  Randolph.  I  Snarka.  Owszem,  olbrzym  okazał 

się  całkiem  pomocny,  ale  nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  jak  się  ucieszyłam,  kiedy  do  nas 

podszedłeś. Nie przywykłam do takich miejsc i takich ludzi. 

- Psiakość, Ruda! Przecież cały czas próbuję ci to wytłumaczyć. 

Skinęła głową, po czym kontynuowała cicho: 

- Wiem. Ale Jake to mój brat, więc nie zamierzam się przejmować własnym strachem. 

Będę gmerać, szperać, rozmawiać ze wszystkimi, dopóki nie oczyszczę  jego imienia. Nikt i 

nic mnie nie powstrzyma. 

Gabe  słuchał  uważnie.  Słuchał,  ale  nic  do  niego  nie  docierało.  Przyglądając  mu  się, 

Rebeka poczuła dziwne kłucie w sercu. Polubiła  tego człowieka. Jej  sympatia nie  miała  nic 

wspólnego z tym, że pomagał jej szukać dowodów niewinności Jake'a, że kilka razy wybawił 

ją z opresji, że... Mniejsza o to. Żałowała, że nie zna go lepiej; że ich znajomość ogranicza się 

niemal wyłącznie do spraw służbowych. 

Widziała,  że  jest  skonany.  Zawsze,  gdy  ogarniało  go  zmęczenie,  jego  ciemne  oczy 

obramowane  długimi  ciemnymi  rzęsami  stawały  się  czarne.  Siedział  w  fotelu,  lekko 

potargany,  z  zarostem  ocieniającym  policzki.  Mimo  znużenia  szykował  się  do  kolejnego 

ataku. Nie zamierzał popuścić; uważał, że koniecznie powinna zaszyć się w domu i czekać, aż 

sprawy się same wyjaśnią. 

background image

Ale ona nie miała zamiaru patrzeć, jak sąd skazuje Jake'a za morderstwo, którego nie 

popełnił. 

Postanowiła  zajść  go  od  innej  strony.  Zresztą  i  tak  chciała  dowiedzieć  się  czegoś  o 

jego życiu prywatnym. 

-  Słuchaj,  a  ty  nie  masz  brata?  Albo  rodziny?  Kogoś,  za  kogo  dałbyś  się 

poćwiartować? 

Wzruszył ramionami. 

-  Owszem,  mam  rodzinę.  Tyle  że  dorastałem  w  innym  świecie  niż  ty.  W  Nowym 

Orleanie, ale nie wśród luksusów. Moi rodzice ciągle skakali sobie do oczu. Najstarszy brat 

dość wcześnie wszedł na drogę przestępstwa. Środkowy brat jako nastolatek uciekł z domu i 

więcej  się  nie  pojawił.  Ja  uciekłem  do  wojska.  Na  podstawie  własnych  doświadczeń  i 

obserwacji  mogę  powiedzieć,  że  ludzie,  którzy  twierdzą,  że  się  kochają,  wyrządzają  sobie 

nawzajem  więcej  szkód  niż  żołnierze  swoim  wrogom  podczas  walki.  A  w  para  potyczkach 

brałem  udział.  Więc  wracając  do  twojego  pytania...  Nie,  nie  mam  nikogo  takiego,  za  kogo 

dałbym się poćwiartować. 

- Współczuję ci - powiedziała cicho. Zdumiała go jej reakcja. 

- Niepotrzebnie - rzekł. 

Ona jednak była przeciwnego zdania. Często w obecności Gabe'a mówiła o dzieciach i 

rodzinie, wiedząc, że będzie się krzywił i oburzał. Od samego początku ona była niepoprawną 

idealistką, on zaś do wszystkiego podchodził trzeźwo i rzeczowo. Lubiła się z  nim drażnić, 

wyrzucać mu cynizm... ale wcześniej nic nie wiedziała o jego pochodzeniu, o tym, w jakich 

warunkach  był  wychowywany.  Z  tego,  co  mówił,  wynikało,  że  dorastał  w  domu 

pozbawionym ciepła i miłości. Jakie to smutne. 

Rebeka  zawsze  ponad  wszystko  stawiała  miłość,  rodzinę,  dzieci.  Wierzyła  w  to,  że 

ludzie  rodzą  się  dobrzy.  Nigdy  nie  uważała  się  za  osobę  mającą  idealistyczne  lub 

altruistyczne poglądy. Jej zdaniem, bez miłości i rodziny życie nie miało sensu. Było jej żal 

Gabe'a, że nie miał okazji, aby się o tym przekonać. 

- Co mi się tak przyglądasz? - spytał podejrzliwym tonem. - Ubrudziłem się czy co? 

- Nie - odparła. - Po prostu się zastanawiam. Czy naprawdę nigdy nie poznałeś smaku 

miłości... 

-  Poznałem,  mała,  poznałem.  Tyle  że  nie  patrzę  na  świat  przez  różowe  okulary.  Jak 

kocham, to nie wmawiam w siebie, że to miłość do grobowej deski. Życie całkiem dobrze się 

ze  mną  obchodzi.  Nie  potrzebuję  złudzeń,  żeby  czuć  się  szczęśliwy.  -  Nagle  zmarszczył 

czoło,  zaskoczony  kierunkiem,  w  jakim  potoczyła  się  ich  rozmowa.  -  Ale  wracając  do 

background image

tematu... Chciałbym, żebyś mnie posłuchała i jutro pierwszym lotem, jaki... 

Spuściła  nogi  z  fotela  i  wstała.  Ją  też  dopadło  zmęczenie.  Obfita  kolacja  i  kieliszek 

wina  podziałały  na  nią  jak  proszek  nasenny.  Zresztą  nic  dziwnego;  w  ciągu  ostatnich 

czterdziestu  ośmiu  godzin  prawie  w  ogóle  nie  zmrużyła  oka.  W  dodatku  napięcie  i  siniaki 

sprawiały, że czuła się jak zbity pies. 

- Ależ z ciebie, kotku, uparciuch - powiedziała lekkim tonem. - Nie złość się, proszę, 

ale  nie  zamierzam  nigdzie  lecieć  żadnym  pierwszym  lotem.  Podejrzewam,  że  jak  tylko 

przyłożę głowę do poduszki, zasnę kamiennym snem i przez najbliższych dwanaście godzin 

nie dam się zbudzić. 

On też wstał z fotela, a właściwie poderwał się tak szybko i ochoczo, jakby nie mógł 

się doczekać, kiedy wreszcie zostanie sam. 

- To świetny pomysł. Sen dobrze ci zrobi. Wyglądasz jak ostatnie nieszczęście. 

- Och, przestań. Jeszcze jeden taki komplement i zacznę zadzierać nosa. 

Wyszczerzył zęby. Nawet nie udawał skruszonego. 

- Nie chciałem cię urazić. 

- Chcesz czy nie, robisz to bez przerwy - burknęła. 

-  Naprawdę  wyglądasz  tak,  jakbyś  dawno  nie  spała.  Gdzie  masz  buty?  I  gdzie 

położyłaś klucz? 

- Jedno i drugie gdzieś tu jest. 

Rozejrzała się po pokoju, ale po chwili podniosła wzrok i zaczęła uważnie wpatrywać 

się  w  twarz  Gabe'a.  Jak  to  możliwe,  że  samotność,  która  czaiła  się  w  jego  oczach,  brała 

przedtem za chłód i obojętność? Gabe nie był zimnym draniem. Może nie wierzył w miłość, 

wierzył  za  to  w  honor  i  odpowiedzialność.  Był  człowiekiem  sumiennym,  troskliwym, 

pracowitym.  Wyznawał  nieco  inne  wartości  niż  ona,  na  co  innego  kładł  w  życiu  nacisk, 

szkoda tylko, że nie dane mu było zaznać prawdziwej miłości. 

Zamierzała schylić się po buty, lecz zamiast tego uniosła ręce i oplotła je wokół szyi 

Gabe'a.  Może  gdyby  stał  dalej,  nie  zrobiłaby  tego.  Ale  on,  znalazłszy  na  stoliku  klucz, 

podszedł bliżej, żeby go jej wręczyć. Po prostu był pod ręką, a ona czuła nieprzepartą pokusę, 

żeby przytulić się do niego. Oczywiście natychmiast wymyśliła sobie dziesiątki pretekstów. 

Biedak  miał  takie  podłe  dzieciństwo.  Dorastał  w  domu  bez  miłości,  we  wrogim  otoczeniu. 

Samotny, szukający zrozumienia... Nawet jeśli głoszone przez niego opinie doprowadzały ją 

do  szału,  nawet  jeśli  buntowała  się  przeciwko  jego  wrodzonej  skłonności  do  rządzenia  i 

dyrygowania, to jednak była mu wdzięczna za pomoc, za to, że tyle razy wybawił ją z opresji. 

Poza tym... 

background image

Poza  tym  oszukiwała  samą  siebie.  Wszystkie  powody  były  ważne,  ale  -  co  tu  dużo 

mówić! - po prostu chciała się przytulić i już. 

Dwie  sekundy  po  tym,  gdy  przytuliła  do  Gabe'a,  klimatyzacja  w  pokoju  się  zacięła. 

Zamiast chłodzić powietrze, grzała je. Temperatura skoczyła o jakieś dwadzieścia stopni. Żar 

tropików był niczym w porównaniu z ciepłem, które oni wytwarzali. A przecież zaczęło się 

tak niewinnie. 

Z  chwilą,  gdy  Gabe  przywarł  wargami  do  jej  ust,  niewinne  myśli  uleciały  niczym 

drobinki  pyłu  na  wietrze.  Rzecz  niewinna  nie  może  być  tak  kusząca.  Ani  tak  podniecająca. 

Czuła  na  jego  ustach  smak  whisky  -  ostry,  mocny,  gorzkawy.  Czuła  goryczkę,  czuła 

pożądanie, czuła ostrzeżenie. Tak, ostrzegał ją, że jest mężczyzną z krwi i kości, którego nie 

zadowoli  niewinne  cmoknięcie.  Ona  zaś  była  na  tyle  dorosła,  aby  wiedzieć,  że  nie  można 

drażnić  się  z  lwem.  Nie  drażniła  się.  Pragnęła  go.  A  on  pragnął  jej.  Był  brutalny,  a 

jednocześnie delikatny, dziki, a zarazem wrażliwy. Różnił się od wszystkich mężczyzn, jakich 

kiedykolwiek znała. Z żadnym nie czuła się tak jak z nim. 

Nigdy  nie  była  cicha,  potulna,  uległa.  Ale  to,  czego  teraz  doświadczała,  to  nie  była 

uległość  -  to  było  poczucie  przynależności.  Byli  dla  siebie  stworzeni,  idealnie  dopasowani 

psychiką, ruchami... 

Wargi  miała  obolałe,  szyję  zdrętwiałą.  Nie  mogła  oddychać.  Ale  wcale  nie  chciała. 

Tak było dobrze. Całe życie bardziej niż faktom wierzyła intuicji. I w tym momencie intuicja 

mówiła jej, że nie należy się bać. Że wszystko się cudownie ułoży. Jego ręce błądziły po jej 

ciele, coraz szybciej, coraz pewniej. Nagle zacisnął dłonie na jej biodrach... 

Jęknęła,  bardziej  zaskakując  siebie  niż  Gabe'a.  Ten  odgłos  jednak  nie  był  wyrazem 

sprzeciwu  lub  niezadowolenia  z  tempa,  w  jakim  wszystko  się  posuwało.  Przeciwnie,  tempo 

całkiem jej odpowiadało. Po prostu od czasu upadku w domu Moniki miała na pupie siniaki i 

kiedy Gabe mocniej ją przycisnął, nie zdołała powstrzymać krzyku. 

- Sprawiłem ci ból? - spytał, przerywając pocałunek. 

- Nie. Tak. To znaczy... - Doświadczała tyle wspaniałych wrażeń, że nie była w stanie 

się skupić i sensownie odpowiedzieć. - Nic się nie stało. Niechcący chwyciłeś za posiniaczoną 

część mojego ciała. 

- A chcący za mnóstwo innych części. - Opuścił ręce tak szybko, jakby trzymał je nad 

ogniem. Głos miał ochrypły, oddech przyśpieszony, spojrzenie płomienne. - Szlag by to trafił, 

Ruda. 

- A nawet dwa szlagi - powiedziała szeptem. Chciała, by się rozchmurzył, uśmiechnął. 

- Całujesz wybornie, kotku. Więc nie miej mi za złe, że się wciągnęłam. 

background image

- Niczego nie mam ci za złe. Żadne z nas nie spodziewało się takiej chemii. Ale oboje 

dobrze  wiemy,  że  nie  powinniśmy  pozwolić,  aby  sprawa  wymknęła  nam  się  spod  kontroli. 

Ani żeby podobna sytuacja powtórzyła się w przyszłości. 

- No tak - mruknęła. - Zbyt wiele nas dzieli. 

- Zgadza się. Pasujemy do siebie jak osioł do karocy. Ponownie zlokalizował klucz do 

drugiego pokoju, wcisnął go Rebece do prawej ręki, do lewej zaś podał jej buty. 

- Idziemy - powiedział. - Odprowadzę cię. 

Szedł obok niej ciemnym korytarzem, bez słowa, z nasrożoną miną, która zniechęcała 

do  rozmowy.  Odczekał,  aż  Rebeka  otworzy  drzwi.  Kiedy  weszła  do  środka,  ruszył  z 

powrotem do siebie. 

Rebeka  rzuciła  pantofle  i  klucz  na  łóżko,  oparła  się  o  zamknięte  drzwi  i  głośno 

westchnęła. Gabe miał rację, mówiąc, że są diametralnie inni. Teraz, gdy wiedziała, w jakim 

wyrastał środowisku, nie dziwiła  się, że nie marzył o posiadaniu rodziny, ale to niczego nie 

zmieniało.  Jej  zależało  na  dzieciach,  na  mężu,  na  miłości.  Związek  bez  miłości,  oparty  na 

pożądaniu, nie interesował jej. Nie zamierzała wiązać się z mężczyzną, który nie podzielał jej 

wartości. 

Nie  mogła  przestać  myśleć  o  namiętnych  pocałunkach.  Drżała  na  całym  ciele,  serce 

waliło jej młotem, nogi miała jak z waty. Tłumaczyła sobie, że to nie miłość, tylko pożądanie. 

Że  po  raz  pierwszy  w  życiu  spotkała  mężczyznę,  który  wzbudził  w  niej  tak  wielką  żądzę. 

Gabe był z nią szczery, nie próbował mydlić jej oczu, kłamać. Prosto z mostu oznajmił, że nie 

jest dla niej odpowiednim partnerem. 

Miał  słuszność.  Sama  też  o  tym  wiedziała.  Ale  co  z  tego?  Trudno  się  otrząsnąć  i  o 

wszystkim zapomnieć. Najgorsze było to, że dopóki sąd nie uniewinni Jake'a, dalsze kontakty 

z Gabe'em będą nieuniknione. 

Dawno nie czuła się taka rozdarta i zagubiona. 

Zdawała sobie sprawę, że musi być bardzo, bardzo ostrożna, bo tylko krok dzieli ją od 

zakochania. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Jak to dziwnie czasem w życiu bywa, pomyślał Gabe. Chciał, by Rebeka wsiadła do 

pierwszego  samolotu  odlatującego  z  Kalifornii  do  Minnesoty,  a  zamiast  tego  wsiadł  on.  W 

dodatku sam. Ona została w hotelu. 

Niebo  nad  Minneapolis  dopiero  zaczynało  się  rozwidniać,  kiedy  w  podłym  nastroju 

opuścił  lotnisko,  niosąc  dwie  torby:  jedną  podróżną,  drugą  z  komputerem.  Nigdy  nie 

potrzebował  wiele  snu,  toteż  parogodzinna  drzemka  w  samolocie  w  zupełności  mu 

wystarczyła. Kiedy uzyskał informację o najbliższym locie, zastanawiał się, czy nie obudzić 

Rebeki.  W końcu zrezygnował z pomysłu. Niech odpocznie. Była tak zmęczona, że pewnie 

prześpi cały dzień. A w hotelu nic jej nie grozi. Przez szparę pod drzwiami wsunął do pokoju 

kartkę z wiadomością, że wyjeżdża. O tym, dokąd się udaje, nie wspomniał słowem. Nie miał 

zamiaru się jej spowiadać. Spowiadać zamierzał się jej matce. 

Odnalazłszy  swego  czarnego  lexusa  -  bo  starego  morgana  za  nic  w  świecie  nie 

zostawiłby  na  parkingu  przed  lotniskiem  -  ruszył  w  kierunku  centrum.  Po  drodze  zjadł 

naprędce śniadanie. 

Niecałą  godzinę  po  wylądowaniu  w  Minneapolis  wkroczył  do  siedziby  Fortune 

Cosmetics.  Strażnik  dokładnie  sprawdził  jego  dokumenty,  zanim  pozwolił  mu  wsiąść  do 

prywatnej windy, jedynej, która docierała na najwyższe piętra, gdzie  mieściły się laboratoria 

chemiczne oraz gabinet Kate. 

Teoretycznie  to  Jake  Fortune  płacił  Gabe'owi  za  jego  usługi,  ale  póki  Jake  tkwił  za 

kratkami, czeki podpisywał prawnik rodziny, Sterling Foster. Gabe miał obowiązek składania 

ustnych raportów obu  mężczyznom. I tak też robił. Doskonałe się  jednak orientował, kto w 

świecie Fortune'ów naprawdę dzierży władzę i nad wszystkim sprawuje pieczę. 

Kate  Fortune  życzyła  sobie,  by  informować  ją  o  każdej  najdrobniejszej  rzeczy 

dotyczącej jej dzieci. Wolała spotkania w cztery oczy; nie cierpiała rozmów przez telefon. Za 

czas,  jaki  detektyw  tracił  na  dojazdy  do  jej  biura,  hojnie  go  wynagradzała.  Ale  i  bez  tego 

Gabe chętnie spełniałby jej prośbę. 

Lubił Kate. Właśnie od niej zaczęła się jego praca dla rodziny; wynajęli go, by zbadał 

okoliczności  jej  śmierci.  Samolot,  który  prowadziła,  rozbił  się  w  dżungli,  kiedy  porywacz 

usiłował przejąć nad nim kontrolę. Znaleziono jedno ciało, tak spalone, że identyfikacja była 

niemożliwa.  Wszyscy  uznali,  że  to  szczątki  Kate.  Okazało  się  jednak,  że  Kate  wypadła  z 

samolotu, zanim ten stanął w ogniu. Zaopiekowało się nią indiańskie plemię. Kiedy odzyskała 

background image

zdrowie, wróciła do Minneapolis - zdążyła w porę na otwarcie swego testamentu. Bała się, że 

człowiek, który opłacił porywacza, będzie znów próbował ją zabić - albo skrzywdzić kogoś z 

jej rodziny - jeżeli dowie się, że pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. 

Dlatego  Kate  postanowiła  nie  ujawniać  się;  skontaktowała  się  jedynie  ze  swoim 

starym przyjacielem i wieloletnim doradcą rodziny, Sterlingiem Fosterem. Przez kilka lat żyła 

incognito, z ukrycia obserwowała najbliższych, od czasu do czasu bawiła się w swatkę. Ale 

nie  zamierzała  stać  bezczynnie  i  patrzeć,  jak  jej  najstarszy  syn  zostaje  oskarżony  o 

morderstwo. Przynajmniej chciała go wesprzeć duchowo. 

Od  pierwszego  spotkania  Gabe  darzył  ją  szacunkiem  i  podziwem.  Miała  wiele 

wspólnych  cech  ze  swoją  najmłodszą  córką,  jednakże  w  przeciwieństwie  do  Rebeki  była 

osobą rozsądną i logiczną. W nic nie grała, niczego nie udawała, może dlatego cieszyła się tak 

powszechną sympatią. 

Nie  zdziwił  się,  że  o  siódmej  rano  Kate  pracuje  w  najlepsze.  Zanim  jeszcze  zdążył 

usiąść, nalała mu filiżankę kawy. Po wyposażeniu gabinetu - nowego, bo w starym urzędował 

teraz Nate  - trudno było poznać,  że stojąca przy  ekspresie kobieta  jest twórcą i właścicielką 

wielkiego imperium kosmetycznego. Gabinet urządzony był w sposób wygodny i praktyczny. 

Wprawdzie ściany obito drewnem tekowym, a na podłodze leżał orientalny dywan, ale biurko 

i reszta mebli mogłyby służyć za wzór prostoty i funkcjonalności. 

Kate miała na sobie biały fartuch. 

- Od ilu godzin jesteś na nogach? - spytał. - O której zaczynasz pracę? 

Wybuchnęła śmiechem. 

- To nie praca, Gabe. To przyjemność. A jestem tu od piątej rano. Uwielbiam tę porę. 

Nikt nie dzwoni, nikt nie przeszkadza. W ciągu dnia niczego sensownego nie można zrobić. - 

Wsunęła  na  nos okulary w cienkich złotych oprawkach. Jak  zwykle, nie traciła czasu.  - No 

dobrze. Zamieniam się w słuch. 

Opowiedział  jej  wszystko  po  kolei,  zarówno  o  ślepych  zaułkach,  po  których  błądził 

nadaremnie,  jak  i  o  sukcesach,  które  udało  mu  się  odnieść.  Zmarszczyła  z  namysłem  czoło, 

kiedy  podał  jej  kopię  listu  Moniki  do  Tammy  Diller.  Przeczytanie  go  zajęło  Kate  najwyżej 

dziesięć sekund. Wykorzystał ten czas, by się jej dokładnie przyjrzeć. 

Uderzyło  go  niesamowite  podobieństwo  między  matką  a  córką.  Kate  dość  późno 

urodziła swe najmłodsze dziecko. Teraz pewnie zbliżała się już do siedemdziesiątki. I matka, 

i  córka  były  szczupłe,  drobnej  budowy,  o  regularnych  rysach  twarzy  i  wydatnych  kościach 

policzkowych.  Obie  miały  duże  piękne  oczy  i  gęste  kasztanoworude  włosy,  z  tą  różnicą,  że 

włosy Kate były poprzetykane siwymi nitkami i, jak przystało na kobietę interesów, starannie 

background image

upięte w kok. 

Przypuszczalnie  Kate  stosowała  wytwarzane  przez  własną  firmę  kosmetyki,  ale  na 

pewno  ich  nie  nadużywała. Miała  niewiele  zmarszczek, co doskonale  było widać w świetle 

poranka, lecz nigdy nie próbowała ich ukryć pod grubą warstwą pudru. Odznaczała się siłą, 

zdecydowaniem.  Nie  bawiła  się  w  sentymenty.  Była  inteligentna,  rzeczowa,  czasem 

apodyktyczna,  ale  właśnie  to  się  Gabe'owi  spodobało.  Twardo  broniła  swoich  zasad,  nigdy 

nie spuszczała z tonu. I miała wspaniałe poczucie humoru. 

Obserwując matkę, bez przerwy myślał o córce. Były podobne, a jednak tak różne. Z 

Kate  dawało  się  normalnie  porozmawiać.  W  przeciwieństwie  do  Rebeki  nie  bujała  w 

obłokach. Była realistką. Rebeka pewnie nawet nie wiedziała, co to słowo oznacza. 

Przeczytawszy list, Kate oddała go Gabe'owi. 

- Prawdę mówiąc, liczyłam na coś więcej - rzekła. 

- Obawiam się, że zawarte w liście pogróżki Moniki pod adresem Tammy to za mało, 

żeby przekonać sąd o niewinności Jake'a. 

- Wiem. Ale trudno znaleźć coś, co być może nie istnieje. 

Kate  westchnęła  głośno,  po  czym,  oparłszy  łokcie  o  biurko,  popatrzyła  swemu 

rozmówcy prosto w oczy. 

-  Słuchaj,  nie  mogę  przysiąc,  że  mój  syn  nie  zabił  Moniki.  Od  początku  ci  to 

mówiłam.  Ale  chcę  znać  prawdę,  całą  prawdę,  bez  względu  na  to,  jaka  by  ona  była.  Lada 

moment  rozpocznie  się  proces.  Czas  nagli,  Gabe.  Jeżeli  Jake  jest  niewinny,  nie  chcę,  żeby 

trafił do więzienia. A na to się zanosi. - Zamilkła. Przez dłuższą chwilę siedziała z wzrokiem 

utkwionym  w  okno.  Wreszcie  ponownie  przeniosła  spojrzenie  na  Gabe'a.  -  Tammy  Diller... 

To nazwisko nie daje mi spokoju. 

- Zauważyłem to po twojej minie, kiedy czytałaś list - powiedział. - Miałem nadzieję, 

że je rozpoznasz. 

- Nie. Nigdy nie spotkałam żadnej Tammy Diller. Uderzyło mnie jednak, że ma takie 

same inicjały jak Tracey Ducet. - Wzruszyła ramionami. - Pewnie to przypadkowa zbieżność. 

Zwykły zbieg okoliczności.  A  ja, przejęta losem Jake'a,  jestem  jak tonący, który chwyta się 

brzytwy. Chociaż trudno się dziwić, że pomyślałam sobie o Tracey. Pojawiła się  ni  stąd, ni 

zowąd, namieszała, narobiła pełno kłopotów, a potem zniknęła, zanim ktokolwiek zdążył jej 

udowodnić kłamstwo. Słyszałeś o tej sprawie? 

-  Tak.  Nawet  próbowałem  dowiedzieć  się  czegoś  o  przeszłości  panny  Ducet. 

Twierdziła,  że  należy  się  jej  część  spadku  po tobie.  Ale  ponieważ  nie  potrafiła  przedstawić 

żadnych  dowodów  świadczących  o  pokrewieństwie  z  Fortune'ami  i  dość  szybko  zniknęła  z 

background image

pola widzenia, przestałem się nią interesować. Może byś mi zdradziła, o co w tym wszystkim 

chodziło? 

Kate wstała i zaczęła przemierzać gabinet. Podobnie jak Rebekę, roznosiła ją energia. 

- Jak wiesz, zbudowałam potężne imperium kosmetyczne. Niestety, zawsze znajdą się 

pijawki  i  pasożyty  podszywające  się  pod  członków  rodziny  w  nadziei  na  to,  że  kapnie  im 

trochę forsy. Każdy, kto posiada choć trochę większy majątek, musi się z tym liczyć. Tracey 

Ducet  była  właśnie  taką  pijawką.  Oszustką  wykorzystującą  ludzką  naiwność...  -  Kate 

zawahała się.  - Nie wiem, czy  jest sens, żebym ci o niej opowiadała. Nie sądzę, aby  istniał 

jakikolwiek związek pomiędzy Tammy Diller a Tracey Ducet. 

-  Może  nie  istnieje.  Ale  najpierw  opowiedz  mi  o  Tracey  -  zaproponował  Gabe  -  a 

potem wspólnie zastanowimy się, czy coś z tego wynika, czy nie. 

Kate skinęła głową. 

-  No  dobrze.  Jak  wiesz,  dawno  temu  urodziłam  bliźnięta.  Jedno  dziecko  zostało 

porwane. Prasa tak szeroko się o tym rozpisywała, że mimo upływu lat co jakiś czas ktoś się 

do nas zgłasza, twierdząc, że jest porwanym  bliźniakiem. Tak też było z Tracey; uznała, że 

poda  się  za  siostrę  Lindsay.  Pewnie  wpadła  na  ten  pomysł,  kiedy  zobaczyła  jej  zdjęcie. 

Rzeczywiście podobieństwo między nią a Lindsay jest uderzające. Gdyby kazano jej wypluć 

gumę do żucia i porządnie ją ubrano, trudno byłoby je rozróżnić. 

- Ale ty nie miałaś wątpliwości? - spytał Gabe. 

-  Najmniejszych.  W  tamtym  czasie,  gdy  nastąpiło  porwanie,  FBI  starało  się  nie 

ujawniać szczegółów śledztwa. Liczyliśmy na to, że może uda się złapać kidnaperów. Prasy 

nigdy  nie  poinformowano,  jakiej  płci  było  porwane  dziecko.  A  był  to  chłopiec,  Brandon. 

Czyli  Tracey  chciała  osiągnąć  rzecz  niemożliwą.  Może  innych  zdołałaby  przekonać,  ale  ze 

mną by nie wygrała. Reszta rodziny nie wiedziała o Brandonie. Kiedy wróciłam z Lindsay ze 

szpitala,  zamknęłam  się  w  sobie.  Nie  potrafiłam  mówić  o  tym  koszmarze,  który  mi  się 

przydarzył. A potem, zanim do czegokolwiek doszło, Tracey rozpłynęła się w powietrzu. Po 

prostu  zniknęła.  Nie  było  o  co  jej  oskarżyć.  W  końcu  nie  popełniła  żadnego  przestępstwa. 

Naprawdę  mogła  działać  w  dobrej  wierze.  Mogła  zobaczyć  w  gazecie  zdjęcie  Lindsay  i 

uznać, że jeść jej zaginioną siostrą bliźniaczką. 

-  Z  twojego  opisu  panna  Ducet  jakoś  nie  wydaje  mi  się  słodkim  niewiniątkiem  - 

oznajmił Gabe. 

- To przebiegła cwaniara - skwitowała Kate. 

- Poszukam czegoś o niej w komputerze, ale nie nastawiaj się na żadne rewelacje. Jest 

raczej mało prawdopodobne, aby obie te kobiety miały cokolwiek wspólnego z morderstwem 

background image

Moniki Malone. 

- Też tak myślę. 

Gabe podrapał się po brodzie. 

- Tracey Ducet coś musiała wywęszyć. - Zamyślił się. - Jeżeli odkryła, że Monica stała 

za  porwaniem  twojego  dziecka,  mogła  dojść  do  wniosku,  że  zamiast  przekonywać 

wszystkich, że w jej żyłach płynie krew Fortune'ów, szybciej zdobędzie pieniądze szantażem. 

W Kate wstąpiła nadzieja. Ale tylko na moment. 

- Takie rozumowanie nazywa się pobożnym życzeniem, Gabe. Zresztą nawet gdyby ta 

cwaniara  szantażowała  Monicę,  to  nie  znaczy,  że  ją  zabiła.  Musiałaby  mieć  sposobność  i 

motyw, a my musielibyśmy przedstawić niezbite dowody, aby sąd nam uwierzył i uniewinnił 

Jake'a...  Swoją  drogą, to  nagle  zniknięcie  Tracey  wydało  mi  się  dość  podejrzane.  Pamiętasz 

tamten seans spirytystyczny, na którym wystąpiłam w roli ducha? Zrobiłam to ze względu na 

nią. Któryś z sąsiadów Moniki opisał policji osobę, którą widział koło domu zamordowanej. 

Osoba  ta  była  z  wyglądu  podobna  do  Lindsay.  Chciałam  zwrócić  wam  na  to  uwagę.  Ale 

potem  w  całym  zamęcie,  jaki  towarzyszył  mojemu  „zmartwychwstaniu”,  Tracey  Ducet 

całkiem wyleciała mi z głowy. 

Widział troskę malującą się na jej twarzy. 

- Posłuchaj, Kate - rzekł. - Wcale nie musimy udowadniać w sądzie, kto zabił Monicę. 

Wystarczy,  jeżeli  w  umysłach  ławników  zasiejemy  wątpliwości.  Jeżeli  pokażemy,  że  ktoś 

inny, poza Jakiem, mógł to zrobić. A na moje oko Tammy Diller można uznać za podejrzaną. 

Niewiele o niej wiemy, umiejętnie zaciera ślady,  ale  mamy kopię  listu, jaki  Monica do niej 

wysłała, i wiemy, gdzie obecnie przebywa. Zaraz po wyjściu stąd lecę do Las Vegas. Jeżeli 

Tammy ma cokolwiek na sumieniu, na pewno to odkryję. - Zawahał się. - Jest jeszcze jedna 

sprawa, którą chciałbym z tobą omówić. 

Pokiwała głową, jakby domyślała się, o co zamierza ją poprosić. 

-  Chodzi  ci  o  transport,  tak?  Firmowym  samolotem  szybciej  dolecisz  na  miejsce. 

Powinnam była sama ci to zaproponować... 

-  Nie,  mylisz  się.  Z  transportem  sobie  poradzę.  Zresztą  już  kupiłem  bilety.  Sprawa, 

którą chcę poruszyć, dotyczy Rebeki. 

- Rebeki? - Przyjrzała mu się znad złotych oprawek. - Na miłość boską, co ma piernik 

do wiatraka? 

Podobała  mu się bezpośredniość Kate. Sam nigdy  nie grzeszył  nadmiernym taktem  i 

przy Kate mógł być sobą; nie musiał niczego owijać w bawełnę, udawać lepszego niż jest ani 

bić pokłonów. 

background image

-  Ano  ma.  Twoja  najmłodsza  córka  włamuje  się  do  cudzych  domów  i  w  dzielnicach 

zamieszkanych przez bandziorów prowadzi pogaduszki z członkami młodzieżowych gangów. 

Gotowa jest na wszystko, żeby zdobyć dowody niewinności Jake'a. 

Kate,  która  ponownie  zaczęła  wydeptywać  ścieżkę  w  dywanie,  stanęła  w  pół  kroku. 

Obróciwszy się, przez moment uważnie wpatrywała się w Gabe'a. Coś w jego podkrążonych 

oczach  i zachmurzonej twarzy wzbudziło  jej czujność. Jake, jej pierworodny syn, znajdował 

się w strasznych tarapatach i głównie o nim myślała, ale to nie znaczyło, że reszta dzieci się 

dla  niej  nie  liczyła.  Wszystkie  darzyła  miłością.  Jednak  szczególne  miejsce  w  jej  sercu 

zajmowała  Rebeka;  chociaż  nikt  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy,  właśnie  najmłodsza  córka 

najbardziej się w nią wdała. 

-  Lojalność  to  jedna  z  naszych  gorszych  cech  -  oświadczyła.  -  I  obawiam  się,  że  u 

Rebeki jest ona silniej rozwinięta niż u pozostałych. 

-  Silniej?  To  mało  powiedziane.  Rebece  się  wydaje,  że  potrafi  na  własną  rękę 

prowadzić  śledztwo.  W  dodatku  uważa,  że  powinna  czynnie  uczestniczyć  w  szukaniu  do-

wodów wskazujących na winę osób trzecich. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale twoja córka nie 

ma  za  grosz  instynktu  samozachowawczego.  Łatwiej  powstrzymać  erupcję  wulkanu  niż 

Rebekę,  kiedy  uprze  się,  żeby  coś  zrobić.  -  Poderwał  się  na  równe  nogi,  zupełnie  jakby 

użądliła  go  osa.  -  Pomyślałem  sobie,  że  jeśli  ktokolwiek  ma  nad  nią  władzę,  to  tylko  ty. 

Przywołaj ją do porządku, Kate. 

- Ojej - szepnęła starsza pani, nie odrywając oczu od twarzy Gabe'a. - Ona nigdy mnie 

nie słuchała. Ani mnie, ani nikogo. 

-  Najwyższy  czas,  żeby  ktoś  przemówił  jej  do  rozsądku.  -  Gabe  wydobył  z  kieszeni 

klucze i zacisnął wokół nich palce. - Nie zdradziłem jej, w którym hotelu Tammy zatrzymała 

się w Las Vegas, ale podejrzewam, że poleci tam i zacznie szukać. Nie gniewaj się, Kate, ale 

moim zdaniem zwykła mysz polna ma więcej rozumu niż twoja córka. 

- No tak, widzę, że przysparza ci problemów. 

Kate przybrała współczującą  minę, bądź co bądź nie wypadało się  jej roześmiać. Od 

kilku  lat  obserwowała  z  ukrycia  poczynania  Gabe'a.  Widziała  go  w  różnych  kryzysowych 

sytuacjach,  patrzyła,  jak  reaguje  na  stres,  napięcie,  niebezpieczeństwo.  Za  każdym  razem 

przyjmował  wszystko  ze  stoickim  spokojem,  nad  wszystkim  miał  kontrolę.  A  tu  nagle 

okazuje się, że z równowagi wyprowadza go Rebeka, najmłodsza z jej córek, o najsłodszym 

usposobieniu i największym sercu. 

Ciekawe... 

-  Nie  spotyka  się  przypadkiem  z  jakimś  miłym,  kulturalnym  młodzieńcem?  -  drążył 

background image

Gabe. - Z kimś, kto by na nią wpłynął? Kogo by posłuchała? 

-  Zna  wielu,  jak  to  mówisz,  miłych,  kulturalnych  młodzieńców,  ale  trzyma  ich  na 

dystans. Nie pozwala im się do siebie zbliżyć. Obawiam się, że ci mili i kulturalni po prostu ją 

nudzą. Wszystkie moje dzieci dawno pożeniły się, powychodziły za mąż, tylko ona wiedzie 

samotny żywot. Marzę o tym, żeby wreszcie się ustatkowała, ale niestety, Rebeka jest... 

Kiedy  zamilkła,  szukając  odpowiednich  słów,  Gabe  ochoczo  podrzucił  jej  kilka 

propozycji. 

- Wybredna? Humorzastą? Przekorna? Uparta jak osioł? 

-  Hm, widzę, że dość dobrze  ją poznałeś. Gabe...? Ściskając klucze, powoli kierował 

się ku drzwiom. 

- Słucham? 

Na twarzy Kate malowała się powaga. 

-  Nie  obchodzi  mnie,  jakich  będziesz  musiał  użyć  metod.  Ale  proszę  cię,  pilnuj  jej. 

Nie pozwól, żeby spotkało ją cokolwiek złego. Liczę na ciebie. 

Świetnie,  pomyślał.  Jazda  w  dół  szybkobieżną  windą  sprawiła,  że  żołądek  podszedł 

mu do gardła. Oczywiście istnieje szansa, że Rebeka zachowa się jak mądra, rozsądna osoba i 

nie pojedzie do Las Vegas. Idąc do Kate, miał  nadzieję, że znajdzie w niej  sprzymierzeńca; 

skończyło się na tym, że przybył mu kolejny obowiązek. 

Dotychczas  śledztwo  w  sprawie  morderstwa  Moniki  Malone  przypominało  wielką 

łamigłówkę,  której  nie  dawało  się  ułożyć  w  całość.  Opowieść  Kate  o  Tracey  Ducet 

uzmysłowiła  mu,  że  kobieta  podająca  się  za  porwaną  przed  laty  bliźniaczkę  może  być 

kolejnym wrogiem Fortune'ów, z drugiej jednak strony wszyscy bogacze mają wrogów, ludzi, 

którzy im zazdroszczą pozycji, władzy i pieniędzy. Na razie chciał odkryć, co łączyło Tammy 

Diller  z  Monicą  i  przekonać  się,  czy  maczała  palce  w  jej  zabójstwie.  Z  listu  wynikało,  że 

Tammy  szantażowała  Monicę,  natomiast  informacje,  jakie  zdobył  przez  komputer, 

świadczyły o tym, że zawsze starannie zaciera za sobą ślady. To zaś oznaczało jedno: że ma 

coś do ukrycia. Pachniało to kłopotami, a tam, gdzie pojawiały się kłopoty, często pojawiało 

się niebezpieczeństwo. 

Wiedział,  że  pilnowanie  Rebeki  dodatkowo  skomplikuje  mu  pracę,  która  i  bez  tego 

była wystarczająco skomplikowana. Ale nawet gdyby Kate nie poprosiła go o ochronę córki, i 

tak strzegłby jej jak oka w głowie. 

Strzec przed bandziorami to jedno, strzec przed nim, Gabrielem Devereax, to całkiem 

co  innego.  Czy  podoła?  Kiedy  obejmowała  go  za  szyję,  najzwyczajniej  w  świecie  tracił 

rozum. Hormony w nim buzowały, przestawał logicznie myśleć... 

background image

Z  drugiej  strony,  nie  należał  do  ludzi,  którzy  lubią  gdybać  lub  wyobrażać  sobie  nie 

istniejące  problemy.  Może  Rebeka  jest  żarliwą  idealistką,  ale  chyba  ma  odrobinę  oleju  w 

głowie. A jeśli tak, to jest teraz w drodze do domu, a nie w drodze do jaskini hazardu. 

Ledwo zeszła po schodkach z samolotu w Las Vegas, a już doleciał ją szczęk i brzęk 

automatów  do  gry.  Zmęczeni  podróżą  pasażerowie  żwawym  krokiem  skierowali  się  w  ich 

stronę; na widok maszyn do hazardu wstąpiła w nich energia. 

Rebekę  korciło,  aby  wydobyć  bilon  z  portmonetki  i  spróbować  szczęścia.  Hazard 

miała we krwi. Fortune'owie zawsze w interesach grali o wysokie stawki. Jej matka uważała, 

że tylko ryzykując, można coś osiągnąć. Tchórzom sukces nie sprzyja. 

Ale  po  chwili  namysłu  uznała,  że  prawdziwym  wyzwaniem  są  nie  automaty  do  gry, 

ruletka  i  hazard,  lecz  Gabriel  Devereax.  Tajemnicza,  mroczna  postać.  Ogromne  ryzyko, 

wysoka stawka, niepewna nagroda. 

Przestań! - zganiła się w myślach. W brzuchu jej burczało, głowa pękała z bólu. Była 

rozczochrana, ubrana w pomiętą flanelową bluzę. Wyglądała jak straszydło. 

Powtarzała  sobie,  że  musi  się  skupić  na  Jake'u,  a  nie  na  Gabrielu  czy  kimkolwiek 

innym.  Tak  czy  owak,  zamierza  odszukać  Tammy  Diller.  Najpierw  jednak  musi  coś  zjeść, 

najlepiej  wielkiego  hamburgera  z  frytkami,  i  porządnie  się  wyspać.  Była  na  nogach,  odkąd 

Gabe  wsunął  jej  pod  drzwiami  kartkę. Tak  ją  zezłościł,  że  nie  zdołała  później  już  zmrużyć 

oka. 

Napisał, że wyjeżdża. Akurat ta wiadomość jej nie zaskoczyła; poza tym mógł zniknąć 

bez  słowa,  a  więc  to,  że  poinformował  ją  o  swoim  zamiarze,  całkiem  dobrze  o  nim 

świadczyło.  Zirytowało  ją  co  innego.  Jakim  prawem  cokolwiek  ten  człowiek  jej  rozkazuje? 

Pisał,  by  wróciła  do  Minneapolis.  I  jeszcze  coś  -  pismo  miał  dość  nieczytelne  -  o 

niebezpieczeństwie,  które  może  jej  grozić.  Wcale  by  się  nie  zdziwiła,  gdyby  ten  uparty, 

nadopiekuńczy  neandertalczyk,  ten  twardogłową  zagorzały  jaskiniowiec,  napuścił  na  nią 

Kate. 

O Boże! Jeżeli śmiał niepokoić Kate, ona, Rebeka, chyba go zabije! Myśl o okrutnej 

zemście, jaką mu zgotuje, ogromnie ją ożywiła. Podobnie jak jazda przez miasto taksówką. 

Znała  Paryż,  Szwajcarię,  prawie  całe  Stany  zwiedziła  z  rodziną  podczas  wakacji  i 

podróży  służbowych,  ale  po  raz  pierwszy  była  w  Las  Vegas.  Miasto  miało  swój  własny, 

niepowtarzalny  klimat  -  ulice  rozjarzone  barwnymi  neonami,  migoczące  reklamy,  zgiełk, 

wszędzie  pełno  barw,  ludzie  w  różnych  strojach,  jedni  ubrani  wieczorowo,  inni  w  podarte 

dżinsy.  Plakaty  na  latarniach  zachęcały  do odwiedzania  burdeli,  które  w  Newadzie  działały 

legalnie. 

background image

Patrzyła  przez  okno  szeroko  otwartymi  oczami,  zachwycona  i  oszołomiona  jak 

wszyscy przyjeżdżający do Las Vegas turyści. 

- W którym hotelu ma pani rezerwację? - spytał taksówkarz. 

- W żadnym. - Psiakość! Powinna myśleć o takich rzeczach. - Sądzi pan, że może być 

z tym problem? 

- Wątpię. To miasto żyje z turystów i hazardu. - Chwilę wcześniej zatrzymał się przed 

McDonaldem. Wychodził z założenia, że jeśli pasażer ma ochotę siedzieć w taksówce, jedząc 

hamburgera,  wolno  mu.  Licznik  i  tak  tyka.  -  Ale  dobrze  by  było,  gdybym  znał  pani 

preferencje - dodał. - Woli być pani w centrum wydarzeń, przy głównej ulicy, czy w miejscu 

trochę bardziej cichym i ustronnym? 

Zanim  wysadził  ją  przed  „Circus  Circus”,  znała  już  całą  historię  jego  życia.  Był 

rozwiedziony,  miał  dwójkę  dzieci.  Starszy  syn  wpakował  się  w  nie  lada  tarapaty  - 

romansował z dziewczyną, która nie dość, że okazała się  niepełnoletnia, to jeszcze zaszła z 

nim w ciążę. Rozmawiali na różne tematy. Najlepsze centrum handlowe? Niedaleko. Można 

przejść na piechotę. Tammy Diller? Nie, nigdy nie obiło mu się o uszy to nazwisko. Jedzenie? 

Lokali  jest  od  groma.  Swoją  drogą  powinna  koniecznie  zajrzeć  do  restauracji  jego  kuzyna; 

jeśli powie, z kim jechała z lotniska, Harry na pewno da jej zniżkę. 

Na pożegnanie serdecznie uścisnęła swego nowego przyjaciela, po czym wręczyła mu 

banknot dwudziestodolarowy. 

Na szczęście w „Circus Circus” mieli wolne pokoje. Był to też chyba jedyny hotel w 

mieście, do którego wpuszczano gości z małymi dziećmi. Właśnie dlatego go wybrała. Hotel, 

w  którym  nie  krzywiono  się  na  dzieci,  wydał  się  jej  najbardziej...  ludzki.  Oczywiście  nie 

łudziła  się,  że  znajdzie  tu  Tammy  Diller.  Zresztą  na  razie  wcale  nie  zamierzała  jej  szukać. 

Chciała wyspać się, wykąpać, przebrać w czyste ubranie. Według tego, co mówił taksówkarz, 

miasto zaczynało żyć dopiero po zachodzie słońca. Poważni gracze rzadko pojawiali się przy 

stołach przed zapadnięciem zmroku. 

Przekręciwszy klucz w zamku, weszła do różowo  - białego pokoju. Rzuciła torbę na 

podłogę, następnie położyła się na łóżku, żeby sprawdzić miękkość materaca. Obudziła się po 

czterech godzinach. Sen dobrze jej zrobił; czuła się świeża, wypoczęta. Zamówiła do pokoju 

mleko oraz kanapkę z masłem orzechowym, po czym otworzyła walizkę. 

Dobrze. Czas na kąpiel i decyzję. W drodze z lotniska do hotelu przekonała się, że w 

Las  Vegas  nie  obowiązują  żadne  reguły  dotyczące  stroju;  równie  dobrze  mogła  wyjść  na 

miasto  w  spodniach  i  flanelowej  koszuli.  Ale  chciała  odszukać  Tammy  Diller,  oszustkę  i 

dziwkę, czyli powinna się ubrać podobnie do niej, też jak dziwka i oszustka. 

background image

Nie  wzięła  z  sobą  żadnej  sukni  przetykanej  złotem.  Nawet  takiej  nie  miała.  Lecz 

ponieważ  należała  do  bogatej  rodziny,  zawsze  mogła  błysnąć  jakąś  biżuterią.  Umyła  się, 

wytarła  do  sucha;  mokrym  grzebieniem  zwilżyła  włosy,  żeby  nadać  fryzurze  kształt. 

Używając  rodzinnych  kosmetyków,  wykonała  staranny  makijaż  oczu,  następnie  wciągnęła 

czarne  pończochy  ze  szwem  i  skropiła  się  perfumami.  Nie  odrywając  wzroku od  sukni  ko-

ktajlowej, zasiadła do kolacji. Kanapka z masłem orzechowym popita mlekiem - pyszne. 

Suknia  była  czarna  jak  noc  i  zdawała  się  zachęcać  do  grzechu.  Obcisła,  o  długich 

rękawach, z przodu wyglądała skromnie, za to z tyłu... właściwie w ogóle nie miała żadnego 

tyłu. Rebeka ubrała się, włożyła szpilki, wszędzie, gdzie można było, obwiesiła się biżuterią. 

Przed  wyjściem  zerknęła  do  lustra.  Nie  całkiem  wygląda  jak  kobieta  lekkich 

obyczajów, ale niewiele brakuje. 

W windzie dwóch facetów zaczęło składać  jej  niedwuznaczne propozycje. Ucieszyła 

się,  bo  to  znaczyło,  że  przebranie  dobrze  spełnia  swoją  funkcję.  Kiedy  tylko  drzwi  się 

rozsunęły i wysiadła na parterze, natychmiast zapomniała o zaczepkach. 

Postanowiła,  że  zanim  wyruszy  na  poszukiwanie  Tammy,  powinna  lepiej  poznać 

klimat  miasta.  Przez  jakiś  czas  spacerowała  bez  celu.  Ulica  tętniła  życiem,  lokale  też. 

Wszędzie  panowała  atmosfera  podniecenia,  radości,  oczekiwania;  gdzie  się  nie  spojrzało, 

migotały  kolorowe  neony,  gasnące  i  zapalające  się  światła  układały  się  we  wzory  i  napisy. 

Kelnerki krążyły między graczami, oferując darmowe drinki. Co chwila z automatów sypały 

się  z  głośnym  brzękiem  monety.  Przy  stołach  do  ruletki  i  blackjacka  było  nieco  ciszej  i 

dostojniej, ale w powietrzu wyczuwało się głód zwycięstwa. Oczy graczy lśniły gorączkowo, 

jednym z przejęcia, innym z rozpaczy. 

Rozglądała  się  wokół  z  zafascynowaniem.  Jako  pisarka  lubiła  obserwować  ludzi, 

badać ich reakcje; wiedziała, że nieprędko nadarzy się jej okazja, aby z tak bliska patrzeć na 

euforię zwycięzców, smutek przegranych, nerwowe podniecenie gapiów. 

W  którymś  momencie  zawędrowała  na  pierwsze  piętro.  Słyszała  dobiegający  zza 

drzwi  głośny  śmiech  dzieci  i  postanowiła  sprawdzić,  co  się  tam  dzieje  -  uchylić  drzwi, 

wsunąć głowę do środka, a zaraz potem zejść z powrotem na dół. Atmosfera na piętrze była 

całkiem inna niż na dole. Dzieciaki skakały, chichotały, ganiały się, niektóre oglądały popisy 

klownów i akrobatów, inne bawiły się w przygotowane dla nich gry. 

Dziesięć  minut  po  przyjściu  na  górę  Rebeka  wygrała  pluszowego  zwierzaka; 

podarowała  go  małemu  blondasowi,  który  płakał  z  powodu  stłuczonego  kolana.  Wieść,  że 

Rebeka  celnie  rzuca  piłką  w  przesuwającą  się  kaczkę  i  rozdaje  swe  nagrody,  szybko  się 

rozniosła; po chwili zebrał się wokół niej tłum małych widzów. Pracownik przy stanowisku z 

background image

kaczką  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  powinien  pozwolić  jej  grać,  bądź  co  bądź  już  dawno 

skończyła  osiemnaście  lat,  ale  ponieważ  jego  praca  polegała  na  tym,  by  dzieci  były 

zadowolone, postanowił przymknąć oko na reguły. 

Odwróciła  się,  żeby  jakiemuś  małemu  urwisowi  wręczyć  białego  jednorożca,  kiedy 

nagłe spostrzegła skórzane buty. Męskie, nie dziecięce. Duże męskie buty. Na nich opierały 

się  nogawki  czarnych  eleganckich  spodni.  Powoli  przesuwała  wzrok,  coraz  wyżej  i  wyżej, 

minęła zamek błyskawiczny, doszła do umięśnionego torsu okrytego białą koszulą, zauważyła 

ręce skrzyżowane na piersi... 

Z  trudem  przełknęła  ślinę  i  zmusiła  się,  by  spojrzeć  wyżej,  na  twarz  mężczyzny. 

Psiakość. Gabe! 

Serce  waliło  jej  mocniej  niż  wtedy,  gdy  była  małą  dziewczynką  i  bała  się,  że  pod 

łóżkiem  czyha  na  nią  groźny  krokodyl.  Gabe  nie  był  krokodylem  -  w  eleganckim  czarnym 

garniturze  uosabiał  siłę,  męskość,  zmysłowość  -  ale  patrzył  groźnie,  jakby  miał  ochotę  ją 

rozszarpać. 

Dzieciaki rozbiegły się. Gdyby była niższa, starałaby się wtopić w tłum i uciec razem 

z nimi. 

Przez  dobrą  minutę  Gabe  nic  nie  mówił,  jedynie  mierzył  ją  wzrokiem:  ogarnął 

spojrzeniem rude loki, potem obcisłą czarną suknię, na końcu nogi w czarnych pończochach. 

Coś  błysnęło  w  jego  oczach.  Ogień.  Tak,  z  całą  pewnością  żar.  Ale  raczej  wywołany 

wściekłością niż pożądaniem. 

-  Cześć  -  powiedziała  wesoło,  choć  wcale  nie  było  jej  do  śmiechu.  -  Skąd  się  tu 

wziąłeś? Szukałeś mnie? 

-  Ja?  Broń  Boże!  Wiedziałem,  że  jako  mądra,  inteligentna  osoba  wrócisz  do 

Minneapolis.  Wiedziałem,  że  posłuchasz  głosu  rozsądku  i  zrozumiesz,  że  dalsza  zabawa  w 

Sherlocka Holmesa może się źle skończyć. Tłumaczyłem sobie, że nie muszę się o ciebie bać. 

Mówiłem: nie martw się, Gabe; ta kobieta ma więcej rozumu, niż sądzisz; na pewno zrobi z 

niego użytek i... 

- Proszę, kotku, uspokój się - przerwała mu. - Bo jeżeli zaczniesz na mnie krzyczeć w 

miejscu  publicznym,  huknę  cię  w  nos,  a  to  zdenerwuje  wszystkie  dzieci.  Jeśli  chcesz 

wiedzieć, posłuchałam głosu rozsądku. Tyle że ty i ja co innego uważamy za rozsądne. Poza 

tym  dobrze  wiesz,  że  to  ja  znalazłam  list  Moniki  i  ja  odkryłam,  dokąd  Tammy  wyjechała. 

Chyba udowodniłam, że potrafię się na coś przydać... 

Nie,  nie  tędy  droga,  uznała.  Grymas  na  twarzy  Gabe'a  pogłębił  się,  przybierając 

gigantyczne rozmiary. Oczy ziały furią. Może lepiej zmienić temat? Sprowadzić rozmowę na 

background image

inne tory? 

- Jakim cudem mnie znalazłeś? - spytała. 

-  To  akurat  nie  było  trudne.  Większość  hoteli,  restauracji  i  kasyn  w  Las  Vegas 

nastawiona jest na dorosłych turystów. Na palcach jednej ręki można policzyć miejsca, gdzie 

wolno przebywać z dziećmi. Wiedziałem, że właśnie tam należy cię szukać. A teraz wyjaśnij 

mi, mała, gdzie podziałaś buty? 

- Buty? 

Spojrzała  na  nogi.  Faktycznie,  była  boso.  Nie  pamiętała,  kiedy  zdjęła  szpilki,  ale 

pamiętała, jak strasznie bolał ją kręgosłup. 

- Buty? - powtórzyła. - Nie wiem. Gdzieś tu muszą być. 

- No dobrze, Ruda. Poszukamy ich, a potem odbędziemy poważną rozmowę. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Chciał rozmawiać, ale nie zaproponował, żeby poszli do niego lub do niej, gdzie nikt 

by  im  nie  przeszkadzał.  No  tak,  pomyślała,  woli  nie  ryzykować,  że  znów  mu  się  rzucę  na 

szyję.  Tchórz.  Z  rozbawieniem  zauważyła,  że  trzyma  się  od  niej  na  dystans,  jakby  była 

groźnym drapieżnikiem, po którym nie wiadomo czego się spodziewać. 

Ponownie  zsunęła  buty  z  nóg.  Po  co  ma  się  męczyć?  Zresztą  nikomu  to  nie  robi 

różnicy. Każdy tu nosi, co chce, i pewnie gdyby wyszła z hotelu nago, nikt poza Gabe'em nie 

wyciągnąłby z tego żadnych radykalnych wniosków. 

Wokół  kasyn  było  zatrzęsienie  najróżniejszych  barów,  ale  Gabe  wybrał  lokal  na 

uboczu, stosunkowo pusty i cichy, po czym zaprowadził ją do stolika w najdalszym kącie sali. 

Nad  barem  zapalały  się  kolejne  numery  losowane  w  jakiejś  loterii,  ale  poza  tym  nic  nie 

wskazywało na to, że znajdują się w stolicy hazardu. Błysk świateł, zgiełk i wrzawę zostawili 

daleko za sobą. Rebeka rozejrzała się z zaciekawieniem: ciemna boazeria na ścianach, fotele 

obite czerwonym atłasem, miękkie dywany. Długi granatowy obrus zakrywał jej gołe stopy. 

Na każdym stole paliła się świeczka. 

Gabe  zamówił  dla  siebie  kufel  piwa  i  z  westchnieniem  spojrzał  w  sufit,  kiedy  ona 

poprosiła  o  szklankę  mleka.  Rebeka  odetchnęła  z  ulgą.  Przynajmniej  złość  mu  minęła. 

Szczerze  mówiąc,  wolałaby  kieliszek  brandy,  lepiej  by  się  jej  spało,  ale  trudno.  Na  twarzy 

Gabe'a, odkąd tylko pojawił  się w sali zabaw,  malowało się  niezadowolenie. Dopiero kiedy 

kelnerka postawiła na stoliku zamówione napoje i gdy wypił parę łyków, trochę się odprężył. 

Przedstawił jej wszystkie informacje, jakie zdołał zebrać na temat Tammy. Nawet się 

zdziwiła, że jest taki szczery i niczego nie próbuje zataić. Później jednak zrozumiała, o co mu 

chodzi. Ten spryciarz wcale nie chce dzielić się informacjami. Chce ją nastraszyć, pokazać, że 

Tammy  jest  niebezpieczna  i  zwłaszcza  ktoś,  kto  pija  w  barze  mleko,  powinien  się  jej 

wystrzegać jak ognia. 

Rebeka  słuchała  uważnie,  majtając  pod  stołem  nogą,  bardziej  zainteresowana 

wiadomościami, jakie jej przekazywał, niż jego nieudolną próbą zasiania w niej strachu. 

-  W  porządku  -  powiedziała,  kiedy  skończył.  -  Podsumujmy:  wiemy,  że  używa 

fałszywych dokumentów. Że wraz z narzeczonym przenosi się z  miejsca na  miejsce. Że  ma 

około trzydziestu pięciu lat i jest w miarę atrakcyjna. Lubi obracać się wśród ludzi z gotówką, 

lubi  robić  zakupy  w  najdroższych  sklepach,  a  także  nocować  w  najlepszych  hotelach. 

Rachunek na ogół reguluje kartą; zaciąga kredyt, którego nie spłaca. Z rachunku hotelowego 

background image

wiemy, że była w Minneapolis w tym czasie, kiedy zamordowano Monicę. Nie znaczy to, że 

sama  ją  zadźgała.  Ale  przynajmniej  miała  sposobność.  Musimy  tylko  znaleźć  dowody  jej 

winy.  Wiemy  też,  że  nigdy  nie  pracowała  i  nie  ma  stałego  źródła  utrzymania,  które  po-

zwalałoby jej żyć na poziomie, do jakiego przywykła. Niczego nie pominęłam? 

- Nie. To wszystko. 

- Do jasnej cholery, Gabe! Jesteśmy tak blisko! Nie mam żadnych wątpliwości, że to 

ona zabiła Monicę. Po prostu czuję to. Gdybyśmy tylko mogli się jej przyjrzeć, zamienić z nią 

parę  słów,  na  pewno  odkrylibyśmy,  co  ją  łączyło  z  Monicą...  Powiedziałeś,  że  w  którym 

hotelu się zatrzymała? 

-  Tracisz  czas,  mała.  Nie  podałem  ci  nazwy  hotelu  i  nie  mam  zamiaru  tego  robić.  A 

informacjami podzieliłem się z tobą wyłącznie z jednego powodu... 

- Wiem. Nie jestem głupia. Chciałeś mnie przekonać, po raz nie wiadomo który, abym 

nie  mieszała  się  do  śledztwa.  -  Zniżyła  głos  o  trzy  oktawy  i  naśladując  chropawy  baryton 

Gabriela, kontynuowała: - Jeszcze nie wszystko wiem o pannie Diller, ale wydaje mi się, że to 

osoba, która nie przebiera w środkach i po trupach dochodzi do celu. Jeżeli istnieje choć cień 

szansy,  że  maczała  palce  w  zabójstwie  Moniki,  wpadnie  w  złość,  kiedy  usłyszy,  że  dwoje 

ludzi zbiera o niej informacje. To ją może sprowokować do działania. A wierz mi, Ruda, le-

piej nie prowokować osoby, która nie cofa się przed morderstwem. Będzie bezpieczniej, jak 

wrócisz  do  domu  i  zaczniesz  piec  ciasteczka.  Czekoladowe,  z  rodzynkami,  z  makiem,  z 

siakiem... 

-  Widzę, że nie  muszę  już  nic  mówić  -  stwierdził  Gabe.  -  Wyjęłaś  mi te słowa z ust. 

Chociaż ja bym nie wspomniał o ciasteczkach. Aż tak bym się nie narażał! 

- Wcale nie - zaprotestowała. - Uwielbiam piec ciastka. Mogę ci obiecać, że kiedy sąd 

uniewinni mojego brata, natychmiast wrócę do domu i zajmę się wypiekami... 

Właściwie  straciła  już  wiarę,  że  Gabe  kiedykolwiek  zrozumie  jej  punkt  widzenia. 

Miała  jednak  nadzieję  przekonać  go,  że  w  kwestii  pomocy  Jake'owi  na  pewno  nie  zmieni 

zdania; nie będzie siedziała grzecznie w domu, podczas gdy jej brat gnije za kratkami. 

Gabe odchrząknął. 

- Jak się będziesz rozbierać w miejscach publicznych, sama wylądujesz w ciupie. 

Na moment zamilkła stropiona, po czym wybuchnęła śmiechem. 

-  Na  razie  niczego  poza  butami  nie  zdjęłam.  Ale  ta  biżuteria  doprowadza  mnie  do 

szału. Ciężkie toto. I potwornie uwiera. 

Odpięła  naszyjnik  i  rzuciła  na  stos  błyskotek  na  stole,  wśród  których  leżała  już 

broszka, pierścionek i para długich klipsów. Jedyną rzeczą z biżuterii, jaką lubiła nosić, była 

background image

pamiątkowa bransoleta z ozdóbkami. 

Klejnoty  lśniły  w  blasku  świecy.  Podobnie  jak  oczy  Gabe'a.  Nagle  Rebeka 

uświadomiła  sobie,  że  w  niczyim  innym  towarzystwie  nie  siedziałaby  boso,  nie  zdejmo-

wałaby  swoich  cennych  świecidełek,  nie  czułaby  się  tak  dobrze  i  swobodnie.  Od  samego 

początku ufała mu; ani razu nie wkładała przy nim żadnych masek, po prostu była sobą. On 

przeciwnie  -  ciągle  zdawał  się  spięty,  zdenerwowany.  Biedaczek!  Teraz  znów  potarł  ręką 

czoło. 

- Mogłabyś to schować do torebki? - poprosił, wskazując na powiększający się stosik. 

- Zanim zlecą się wszyscy złodzieje i oszuści w mieście? 

- Nie wzięłam torebki. Zresztą to sztuczna biżuteria, tyle że dobrej jakości. Jak chcesz, 

sam ją schowaj. 

Czym prędzej zgarnął precjoza ze stołu, żeby nikogo nie kłuły w oczy. 

- Skoro nie wzięłaś torebki, gdzie wsadziłaś klucz do pokoju? - spytał. 

-  Do  buta.  -  Sięgnęła  po  szklankę  mleka.  -  Razem  z  monetą  ćwierćdolarową.  Kiedy 

skończyłam  cztery  latka,  wytłumaczono  mi,  że  zawsze  powinnam  mieć  przy  sobie  kilka 

centów na telefon do domu. To mi już zostało. Pewnie jako dziewięćdziesięcioletnia staruszka 

wciąż  będę  nosić  w  kieszeni  drobniaki...  -  Zamyśliła  się.  -  Wiesz  co?  Jutro  wybiorę  się  do 

jednego z tutejszych burdeli. 

Z wrażenia aż się zachłysnął. 

- Słucham? 

- Nie widziałeś ogłoszeń? W Newadzie prostytucja jest legalna. 

-  Wiem,  że  jest  legalna.  Ale...  Pewnie  od  brzęku  tych  wszystkich  automatów  do  gry 

trochę  ogłuchłem,  bo  usłyszałem  coś  dziwnego.  Że  chcesz  się  wybrać  do  burdelu.  Ale  to 

niemożliwe. Nie powiedziałabyś czegoś tak głupiego, prawda? 

-  Czyste  masz  uszka,  czyste.  Boże,  Gabe,  to  miasto  jest  istną  kopalnią  wiedzy  dla 

autorki  powieści  kryminalnych.  Mogę  tu  zebrać  informacje  do  kilku  następnych  książek. 

Nigdy na własne oczy nie widziałam nałogowego hazardzisty. Ani prostytutki z prawdziwego 

zdarzenia. No i nigdy nie miałam okazji zwiedzić burdelu... 

- Jeszcze chwila, a dostanę przez ciebie zawału! 

- A ty miałeś? Pytam z ciekawości. 

- Czy co miałem? Zawał? 

- Nie, głuptasie. Okazję wybrać się do burdelu. - Uniosła rękę, nie dopuszczając go do 

słowa. - Och, wiem, co mi powiesz. Że nie musisz płacić za seks. Słusznie. Jesteś przystojny, 

dobrze zbudowany, ale jesteś również facetem z krwi i kości. Nigdy nie pociągał cię seks dla 

background image

seksu? Z doświadczoną, wyuzdaną... Co ci jest, kotku? Boli cię głowa? 

Natychmiast przestał pocierać czoło. 

- Jeszcze nie, ale za chwilę rozboli. Ta rozmowa każdego może przyprawić o migrenę. 

Jakoś nie spodziewałem się tego rodzaju pytań od osoby, która pija mleko. Często wypytujesz 

facetów, których ledwo znasz, o ich życie erotyczne? 

Bez  biżuterii,  w  czarnej  sukni  pod  szyję,  wyglądała  od  przodu  skromnie  jak 

zakonnica. 

-  Pewnie  chodziłeś  do tej  samej  szkoły  co  mój  ojciec.  Tata  zawsze  tłumaczył  mi,  że 

dama nigdy nie porusza w rozmowie trzech tematów: seksu, polityki i religii. Obawiam się, że 

jego nauki trafiły na niepodatny grunt. Akurat te trzy tematy ogromnie mnie fascynują. No i 

jestem pisarką. Nigdy niczego bym się nie dowiedziała, gdybym nie zadawała ludziom pytań. 

Na tym polega moja praca. 

- Na wścibstwie? Uśmiechnęła się. 

-  Między  innymi.  Ale  twoja  też,  więc  nie  udawaj  świętego.  Poza  tym  chciałam 

zauważyć,  że  bardzo  sprytnie  próbujesz  wymigać  się  od  odpowiedzi.  A  przecież  często  się 

zdarzaże ojciec prowadzi syna do panienki lekkich obyczajów, aby z nią stracił dziewictwo. 

Traktuje to jako pewnego rodzaju rytuał inicjacyjny... 

-  Rany  boskie, pchła  na psie  nie  jest tak namolna  jak ty!  Kiedy wreszcie zakończysz 

ten temat? 

- Kiedy dasz mi odpowiedź. 

- No dobrze. Brzmi:  nie. Z żadną dziwką nie przechodziłem rytuału inicjacyjnego ani 

w ogóle nic. 

- Więc z kim straciłeś dziewictwo? 

- Z trzydziestotrzyletnią mężatką, która uwiodła mnie, kiedy  miałem czternaście lat. I 

co? Jesteś zadowolona, że wyciągnęłaś to ze mnie? 

-  Boże!  Zupełnie  jak  na  filmie  „Absolwent”.  Tyle  że  Dustin  Hoffman  był  trochę 

starszy.  -  Odstawiła  na  środek  stołu  szklankę  z  resztką  niedopitego  mleka.  -  To  seksualne 

wykorzystywanie dzieci! 

- To stara historia, która nie ma większego znaczenia. 

- Mylisz się, Gabe. Nikt nie zapomina swego pierwszego razu. Od tego, jakie to było 

doświadczenie, miłe, przykre, bolesne czy nijakie, w dużym stopniu zależy nasz stosunek do 

płci przeciwnej, podejście do spraw miłości, seksu... 

- Przystopuj, Ruda. Mój „pierwszy raz” nie zasługuje na żadną głębszą analizę. Babka 

miała  ognisty  temperament,  a  pojęcie  moralności  było  jej  obce.  Uznała,  że  czternastoletni 

background image

smarkacz będzie pełen chęci i wigoru. Nie pomyliła się. Kiedy dowiedziałem się, że ma męża, 

przestałem  ją  odwiedzać.  Koniec  historii.  Długo  jeszcze  będziesz  siedzieć  nad  tą  szklanką 

mleka? - W jego głosie pobrzmiewała lekka ironia. 

- Jeszcze trochę. 

Zauważyła,  że  się  rozluźnił.  Wyciągnął  nogi,  rozpiął  pod  szyją  koszulę.  Wyglądał 

zupełnie inaczej niż pół godziny temu. Kiedy tu weszli, był spięty. Teraz, nawet jeśli gorszyła 

go rozmowa o seksie, siedział wyraźnie odprężony. Widać było, że jej towarzystwo sprawia 

mu przyjemność. Ciekawa była, czy zdaje sobie z tego sprawę. 

-  Wiesz, kotku, te pytania o prostytutki  mają głębszy  sens  -  dodała po chwili.  -  Cały 

czas myślę o tym, gdzie można odnaleźć Tammy Diller. 

- Tak? - Uśmiechnął się od ucha do ucha. - I do jakich doszłaś wniosków? Zamieniam 

się w słuch. 

Podparła brodę na dłoni i przyjrzała mu się z powagą. 

-  Wiemy,  że  Tammy  jest  hochsztaplerką.  Kimś,  kto  zarabia  na  życie  oszustwem, 

naciąganiem,  szantażem.  Kimś,  kto  w  pogardzie  ma  zarówno  moralność,  jak  i  prawo. 

Podejrzewam, że ona kocha ryzyko i wyzwanie, że  możliwość uczciwej pracy  nigdy  jej  nie 

pociągała.  Woli knuć, kraść, obmyślać  intrygi; to znacznie  bardziej podniecające. Cały  czas 

oczy ma szeroko otwarte. Szuka frajera, bogatego frajera, którego mogłaby usidlić albo przy-

najmniej porządnie oskubać. 

Gabe pokręcił z niedowierzaniem głową. 

-  Wymyśliłaś  to  na  podstawie  tych  para  informacji,  których  ci  udzieliłem?  Muszę 

przyznać, że masz niezłą intuicję. Podobnie odbieram Tammy, ale nadał nie wiem, do czego 

zmierzasz. 

-  Usiłuję  ją rozgryźć. Jeżeli  jest w Vegas, jakimi  drogami chadza? Z kim  się zadaje? 

W  jakim  towarzystwie  się  obraca?  Pewnie  szuka  bogatego  starca...  chociaż  niekoniecznie 

starca,  po  prostu  bogacza,  którego  mogłaby  wycyckać.  Nie  żartowałam,  mówiąc  o  tym 

burdelu... 

- Żartowałaś. Nie wybierzesz się i już. 

- Niby nie mam powodu sądzić, że jest prostytutką - kontynuowała Rebeka jak gdyby 

nigdy  nic  -  ale  ma  mentalność  prostytutki.  Prostytutka  ciałem  zarabia  na  życie,  Tammy  z 

kolei wykorzystuje swój wygląd, aby zwabić do siebie ofiarę. Cholera, mam wrażenie, że już 

kiedyś się z nią zetknęłam, ale nie mogę sobie przypomnieć kiedy ani gdzie... 

- Pewnie stworzyłaś taką postać w którejś z książek. Bo jakoś nie wydaje mi się, żebyś 

obracała się wśród dziwek i oszustek. 

background image

Czasem  lubił  sobie  z  niej  pokpić,  z  jej  uprzywilejowanego  życia  i  nieznajomości 

prawdziwego świata. Tym razem puściła to mimo uszu. 

- Masz rację, nie obracam się. Stąd pomysł wizyty w burdelu. Bo znalezienie Tammy 

to pestka. Trudniej będzie znaleźć sposób na to, żeby ją przechytrzyć. Przecież sama niczego 

nam  nie  zdradzi.  Więc  pomyślałam  sobie,  że  gdybym  pogadała  z  panienkami  lekkich 

obyczajów, może potrafiłabym lepiej zrozumieć... 

-  Rebeko, posłuchaj. Po pierwsze, nikt cię  nie wpuści do burdelu. Jesteś kobietą. Ich 

interesują mężczyźni. A po drugie, jeżeli chociaż zbliżysz się do któregoś z tych przybytków 

rozkoszy, uduszę cię własnymi rękami. Przysięgam. 

- Gabe? 

- Co? 

-  Wierzę,  że  masz  porywczy  charakter.  Wierzę  też,  że  poradziłbyś  sobie  w  bójce  na 

pięści,  gdyby  napadnięto  cię  w  ciemnej  alejce.  Ale  nie  wierzę,  abyś  w  największym  nawet 

szale wyrządził mi jakąkolwiek krzywdę. 

Siedział  bez  słowa,  z  grymasem  niezadowolenia  na  twarzy,  zły,  że  odgadła  prawdę. 

Obdarzyła go promiennym uśmiechem, po czym schyliła się, znikając mu z pola widzenia. Po 

chwili wyłoniła się, trzymając w ręku szpilki. 

- Wiesz, kotku, któregoś dnia muszę cię wziąć na spytki, dowiedzieć, skąd się wzięła 

ta twoja nadmierna opiekuńczość. Ale to już nie dziś. Oczy mam na zapałki. Pora uderzyć w 

kimono. 

- Jeszcze nie skończyliśmy rozmowy. 

- Wiem. Spotkajmy się jutro koło południa. Na dole przy recepcji. 

- W porządku. 

Wstała,  nie  mogąc  powstrzymać  ziewnięcia.  Na  twarzy  Gabe'a  malowały  się  różne 

emocje.  Frustracja  -  jakoś  zawsze  ją  w  nim  wywoływała.  Ulga  -  jakby  zmęczyło  go  jej 

towarzystwo i cieszył się, że wreszcie zostanie sam. 

Ale widziała coś jeszcze, tylko nie była pewna co. 

Prześliznął po niej wzrokiem  - trwało to  ułamek sekundy. Po jej  skłębionych rudych 

włosach,  po  twarzy  lekko  opromienionej  złocistym  blaskiem  świecy,  po  figurze  opiętej 

lśniącym  czarnym  materiałem.  Wcześniej  nie  było  w  jego  spojrzeniu  cienia  pożądania. 

Przeciwnie, patrzył na nią z dystansem, jak na kogoś, kto trzyma w ręku dynamit. Ale teraz... 

tak, teraz wyraźnie dostrzegła żądzę, a po chwili - przerażenie. 

Przerażenie pojawiło się, kiedy podeszła krok bliżej i pochyliła się. 

- Dobranoc, pchły na noc. 

background image

Siedział sztywno, bez ruchu, jakby wykuty z kamienia, kiedy niewiele się namyślając, 

cmoknęła  go  w  czoło.  Pocałunek  był  lekki  jak  muśnięcie  piórkiem,  krótki  jak  mgnienie. 

Mimo to serce zaczęło jej walić. Bo ten kamień był gorący, jakby w jego głębi szalał ogień. 

Wyprostowała się, unikając jego oczu i trzymając buty za paski, przewiesiła je przez 

ramię. 

- Nie martw się, kotku. Wspólnymi siłami poradzimy sobie z Tammy - oznajmiła. 

Skierowała się do wyjścia, zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Pięć minut później 

wjechała windą na górę i ruszyła korytarzem do swego pokoju. Sześć minut później zamknęła 

za sobą drzwi. Uff, wreszcie jest sama i bezpieczna. 

Rzuciwszy  buty  na  podłogę,  opadła  na  łóżko  i  przez  chwilę  wpatrywała  się  tępo  w 

sufit. Nagle oczami wyobraźni ujrzała twarz Jake'a. Pięćdziesięcioczteroletni Jake był od niej 

starszy o dwadzieścia jeden lat. Ostatni raz spotkali się w pokoju widzeń pod okiem strażnika. 

Zawsze uważała brata za przystojnego, niezwykle dystyngowanego mężczyznę, w więzieniu 

jednak  wydawał  się  jakiś  wychudzony,  wymizerowany.  Kraty  oraz  ciążące  na  nim  zarzuty 

zupełnie pozbawiły go energii i woli życia. Był cieniem dawnego siebie. 

Kilka tygodni temu rozmawiała z Adamem, najstarszym synem Jake'a. Bał się, że jeśli 

ojciec zostanie skazany, nie przetrwa w więzieniu nawet roku. 

Rebeka, choć się do tego nie przyznawała, żywiła te same obawy. 

Wiedziała, co Gabe myśli: że urządziła sobie zabawę w detektywa. Ale to nieprawda. 

W nic się nie bawi. Podchodzi do śledztwa z najwyższą powagą. A że czasem zdarza jej się 

zażartować?  Po  prostu  w ten  sposób  rozładowuje  napięcie.  Rodzina  dawno temu  nadała  jej 

przydomek „Nieustraszona”, bo zawsze brała za rogi każdy problem i niczego się nie bała. 

Teraz jednak bała się - tego, że może zawieść brata. 

A  także  uczuć,  jakie  wzniecał  w  niej  Gabe.  Wystarczy  zwykły  pocałunek  - 

przyjacielski,  w  czoło!  -  by  serce  łomotało  jej  jak  opętane.  Zawsze  ufała  swojemu  instyn-

ktowi. Zawsze też słuchała głosu serca, ale nawet taka niepoprawna optymistka i miłośniczka 

ryzyka jak ona zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa. 

Pragnęła  Gabe'a  jak  zbłąkany  wędrowiec  przemierzający  pustynię  pragnie  deszczu. 

Kiedy  jej  dotykał,  znikało  poczucie  osamotnienia.  Wszystko  stawało  się  inne,  piękniejsze, 

bardziej wyostrzone, naładowane elektrycznością. 

W pewnym sensie Gabe przypominał jej Jake'a. Nie dlatego, że darzyła go braterskim 

uczuciem. Co to, to nie! Ale dlatego, że - podobnie jak on - żył w izolacji, odcięty od świata. 

Różne bywają formy odosobnienia. Jake tkwi w małej, zamkniętej celi, z której nie ma wyj-

ścia, Gabe zaś za kratami, którymi odgradza się od miłości. 

background image

A ona, głupia i naiwna, myślała, że może je złamać albo się między nimi przecisnąć. 

Gabe nie chce jej pocałunków. Ostatnim razem wyraźnie dał jej to do zrozumienia. Nie marzy 

o rodzinie, nie przepada za dziećmi. Podejrzewała, że nic tego nie zmieni. 

Pragnęła pomóc im obu, i bratu, i Gabe'owi. Ulżyć ich niedoli. Bała się jednak, że jeśli 

popełni błąd, obaj jeszcze bardziej na tym ucierpią. 

Nie stać jej było na pomyłki. 

Jake  jest  jednak  najważniejszy.  Nie  może  sprawić  mu  zawodu.  Ale  Gabe...  Tak 

niewiele brakowało, by straciła dla niego głowę. Musi uważać, powściągnąć swe pragnienia, 

nim będzie za późno. 

Nerwowo  podrzucając  w  kieszeni  drobne,  przemierzał  hol  tam  i  z  powrotem.  Po 

chwili  wyciągnął  rękę  z  kieszeni  i  znów  spojrzał  na  zegarek.  Trzecia.  A  dokładniej:  druga 

pięćdziesiąt sześć. Właściwie na jedno wychodzi. 

Gabe  nigdy  nie  wpadał  w  panikę.  Bez  względu  na  okoliczności,  zawsze  potrafił 

panować nad  nerwami.  Kiedy służył w Siłach Specjalnych, dwukrotnie został odznaczony  - 

za to, że w krytycznej sytuacji nie stracił zimnej krwi. 

Teraz jednak był  bliski obłędu. Do jasnej cholery, gdzie  się podziewa ten nieznośny, 

uparty rudzielec? 

Nie  wierzył  jej,  że  zgodnie  z  obietnicą  o  dwunastej  zjawi  się  na  dole  przy  recepcji. 

Znając  ją,  wiedział,  że  pomiędzy  wstaniem  a  dwunastą  zdążyłaby  wywołać  kilka  wojen. 

Dlatego  o  dziewiątej  zadzwonił  do  niej  do  pokoju.  Nikt  nie  podniósł  słuchawki.  Godzinę 

później zadzwonił po raz drugi. Po raz trzeci wykręcił numer o jedenastej. O dwunastej zszedł 

na dół do holu  i przez kilka  minut krążył, czekając. O pierwszej zszedł ponownie. A potem 

znów o drugiej. 

Coraz  bardziej  zniecierpliwiony  pchnął  oszklone  drzwi;  stojąc  przed  hotelem, 

rozglądał  się  w  prawo  i  w  lewo.  Jaskrawe  słońce  raziło  go  w  oczy.  Zmrużył  powieki. 

Taksówki  trąbiły,  dziesiątki  turystów  krążyły  po  ulicach  i  chodnikach,  ale  nigdzie  nie  było 

widać mierzącej metr sześćdziesiąt pięć rudowłosej piękności. 

Wróciwszy do środka, przeczesał ręką czuprynę, po czym znów spojrzał na zegarek. 

Druga  pięćdziesiąt  dziewięć.  Minęły  zaledwie  trzy  minuty,  odkąd  poprzedni  raz  sprawdzał 

czas. Psiakrew! Zabije ją, kiedy wreszcie się pojawi. A jeśli jest ranna albo wpakowała się w 

kłopoty, zabije ją z tym większą furią. 

Tylko  jedna  rzecz  pozwalała  mu  zachować  resztki  opanowania:  świadomość,  że 

Rebeka  nie  wpadła  na  trop  Tammy  Diller  i  jej  narzeczonego.  Wprawdzie  obiecał  Kate,  że 

dopilnuje, aby jej córki nie spotkało żadne nieszczęście, ale - do licha! - nie jest niańką. Ma 

background image

do wykonania poważne zadanie. I wykonał je: odkrył, gdzie panna Diller urzęduje. 

Okazało  się,  że  wynajęła  z  narzeczonym  skromną  chałupę  poza  granicami  miasta. 

Postanowił złożyć im wizytę. Pojechał tam wynajętym samochodem, pukał do różnych drzwi, 

rozmawiał z sąsiadami. Tammy i jej gacha nie było w domu, ale wszyscy potwierdzili, że taka 

para tu mieszka. 

Nie spieszyło mu się. Ważne, że wie, gdzie ich szukać; reszta może poczekać. 

Co innego Rebeka. Ją chciał odnaleźć jak najszybciej. 

Przecież to niemożliwe, przekonywał sam siebie, aby jednak wybrała się do burdelu. 

Nie mówiła tego serio. Lubiła się z nim drażnić, prowokować go... 

Prowokowała  sposobem,  w  jaki  mówiła  do  niego  „kotku”  -  cicho  i  ponętnie. 

Prowokowała  spojrzeniem,  zachowaniem,  ubiorem.  Strojem,  który  wczoraj  miała  na  sobie, 

mogłaby  skusić  do  grzechu  nawet  mnicha.  Tak,  wczoraj  Rebeka  Fortune  dała  prawdziwy 

popis  swoich  umiejętności  uwodzicielskich.  Czarna  suknia,  gołe  plecy,  długie  nogi, 

jedwabista cera, włosy w seksownym nieładzie, szelmowski błysk w oku... Niełatwo było się 

jej oprzeć. Kiedyś zastanawiał się, czy istnieje na świecie kobieta, która potrafiłaby zburzyć 

jego opanowanie, doprowadzić go do białej gorączki. Teraz chyba już znał odpowiedź. 

Rozejrzawszy  się  po  holu,  jeszcze  raz  przeczesał  ręką  włosy,  po  czym  gniewnym 

krokiem skierował się do aparatów telefonicznych. Zadzwoni do niej do pokoju. Ostatni raz. 

Jeżeli  nie  odbierze,  wtedy...  Sam  nie  wiedział.  Może  zacznie  obdzwaniać  szpitale,  może 

poprosi o pomoc policję, wojsko albo Kate... 

Chociaż  podejrzewał,  że  nikt  -  ani  Kate,  ani  policja  -  nie  zdoła  przemówić  tej  rudej 

wariatce do rozumu. 

Akurat  podniósł  słuchawkę,  kiedy  kątem  oka  ujrzał  przemieszczającą  się  holem 

barwną plamę. Odłożył słuchawkę na  miejsce. Strach, który od paru godzin w nim  narastał, 

powoli zaczął ustępować. Rebeka nie jest ranna. Nie wpakowała się w żadne kłopoty. 

Ubrana  w  obszerną  bawełnianą  bluzkę  z  rysunkiem  Myszki  Miki,  obcisłe  dżinsy  i 

tenisówki  z  jaskrawozielonymi  sznurowadłami,  gnała  przed  siebie  tak  szybko,  że  chyba 

prościej  byłoby  zatrzymać  rozpędzony  pociąg.  Rude  włosy  jak  zwykłe  miała  w  nieładzie. 

Gdyby nie wiedział, że to ona, z odległości kilkunastu metrów wziąłby ją za dwunastolatkę. 

Tymczasem  nie  była  to  żadna  dwunastolatka.  To  była  kobieta  z  krwi  i  kości,  która 

powinna się nazywać Udręka, bo ciągle tego przez nią doświadczał. Diabli wiedzą, dlaczego 

wystroiła się w Myszkę Miki, ale przynajmniej pusty, nudny hol nabrał koloru i życia. 

No i żyje. Świetnie! Doskonale! 

Będzie mógł ją udusić! 

background image

Wreszcie go spostrzegła. 

-  Gabe!  - zawołała. Wymijając  ludzi  i walizki, rzuciła się w jego kierunku. Uśmiech, 

który wykwitł na jej twarzy, był jaśniejszy niż słońce. - Zgadnij, co zrobiłam! 

Oczywiście  nie  miała  pojęcia,  co  on  zamierza  z  nią  zrobić.  Była  tak  przejęta,  tak 

podniecona, że uwiesiła mu się na szyi. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Spóźniłaś się. 

Chciał ryknąć, wyrazić oburzenie, ale coś się stało z jego głosem. Przez kilka chwil, 

kiedy  obejmowała  go  za  szyję,  ledwo  nad  sobą  panował.  Jej  włosy  pachniały  jak  świeże 

truskawki, usta miała rozchylone, skórę miękką, aksamitną. 

Poczuł okropną suchość w gardle. Wiedział, że uścisk Rebeki nic nie znaczy, że jest to 

spontaniczny odruch; że w ten sposób Ruda daje wyraz radości, która ją rozpiera. Nigdy nie 

potrafiła ukrywać emocji. 

W  przeciwieństwie  do  niego.  Nie  był  przyzwyczajony,  by  ktokolwiek  okazywał  mu 

uczucie. Ani tego nie oczekiwał, ani o to  nie prosił. I nigdy  nie sądził, że kiedyś  będzie  mu 

brakowało ciepła, serdeczności. To się zmieniło, kiedy poznał Rebekę. 

- Wiem. Przepraszam. Strasznie mi głupio. Ale nie mogłam się wcześniej wyrwać. 

Napotkała jego oczy zaledwie na ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Powoli opuściła 

ręce i cofnęła się o krok. A potem zaczęła trajkotać jak najęta. 

- Byłam w jednej z salek na zapleczu. Tam, gdzie toczy się gra w pokera. Nawet sobie 

nie  wyobrażasz,  jak  wielka  może  być  pula!  W  każdym  razie  towarzystwo  szemrane,  ostra 

rywalizacja... Nie bardzo mi wypadało nagle wstać i wyjść. Zdawałam sobie sprawę, że robi 

się coraz później, ale kiedy człowiek wygrywa, musi zostać do końca, a przynajmniej dopóki 

szczęście się od niego nie odwróci. Oczywiście  mogłabym specjalnie źle zagrać, kilka razy 

stracić forsę, ale tak wiele rzeczy się w trakcie dowiadywałam, że... 

-  Poczekaj.  Zwolnij.  Gdzie  byłaś?  W  salce  na  zapleczu  z  największymi,  najbardziej 

zatwardziałymi hazardzistami? 

Może się przesłyszał. Miał nadzieję, że się przesłyszał. 

- Tak. Właśnie dlatego włożyłam koszulkę z Myszką Miki. - Uśmiechając się szeroko, 

wskazała na duże czarne uszy znajdujące się mniej więcej na wysokości jej piersi. - Uznałam, 

że faceci wezmą mnie za naiwną frajerkę. Za nadzianą babę, która nie zna się na pokerze, ale 

którą  hazard  podnieca.  Chodziło  mi  o  to,  żeby  nie  wzbudzić  ich  podejrzeń.  Chciałam 

pociągnąć ich za języki, no i udało się! Bo wiesz, pomyślałam sobie, że pewnie Tammy bywa 

w takich miejscach. No i miałam rację. Okazało się, że jeden z graczy ją zna, mnóstwo mi o 

niej opowiedział. O niej i tym jej przyjacielu... Słuchaj no, Gabe. Czuję, że spada mi poziom 

cukru. Muszę koniecznie zjeść coś słodkiego. Jest tu gdzieś lodziarnia? 

Wcale nie miała ochoty na lody, wolała znacznie zdrowszy mrożony jogurt, najlepiej o 

background image

smaku malinowym. Trochę trwało, zanim znaleźli lokal, w którym mogła coś takiego kupić. 

Zapłaciwszy, wyszli na zewnątrz. Ponieważ dość się nasiedziała podczas gry w pokera, teraz 

chciała pochodzić. 

Na  ulicy  panował  straszliwy  skwar,  słońce  raziło  w  oczy,  jogurt  topniał,  ciekł  po 

waflu,  po  palcach.  Zgrabnie  wymijając  przechodniów,  Rebeka  zlizywała,  co  się  dało  i  z 

przejęciem dzieliła się zdobytymi informacjami. 

-  Najczęściej Tammy odwiedza  „Caesar's Palace” i ,,O'Henry's”. Z tych dwóch zdaje 

się, że woli „O'Henry's”. Oczywiście nie gra tam gdzie wszyscy. Dwudolarowe stawki jej nie 

interesują.  Lubi  duże  zakłady  i  duże  wygrane,  jakie  padają  w  salkach  na  zapleczu.  Facet, 

który mi o niej opowiadał... oczywiście to nie musi być prawda, może się tylko przechwalał, 

w każdym razie dał mi do zrozumienia, że spali ze sobą. Wyobrażasz to sobie? 

- Wiesz, mała, nie mam zbyt wysokiego mniemania o naszej tajemniczej przyjaciółce. 

Nie jest to osoba, która przywiązuje wagę do dziesięciorga przykazań. 

Wyciągnął  z  kieszeni  kolejną  chusteczkę.  Jak  to  dobrze,  pomyślał,  że  wziął  z  sobą 

zapas. Rebeka nadstawiła ubrudzoną jogurtem brodę. 

- Nic nie kapujesz! Byli w trójkę. Ona, jej narzeczony i ten facet. Przynajmniej tak mi 

się wydaje. Nie powiedział tego wprost, ale... 

Gabe  kontynuował  swe  rozważania.  Może  nic  dziwnego,  że  Rebeka  tak  bardzo  go 

fascynuje. Nigdy dotąd nie spotkał kobiety, która nosi brylanty i pija w barach mleko. I która 

idąc ulicą i liżąc lody, opowiada o trójkącie erotycznym. 

-  Powiedz  mi,  jak  to  się  stało,  że  obcy  człowiek  zaczął  ci  opowiadać  o  swoich 

przygodach łóżkowych? 

- Wcale nie zaczął! Graliśmy w pokera, a po jakimś czasie napomknęłam, że szukam 

swojej starej szkolnej kumpelki. Ledwo wymieniłam imię i nazwisko Tammy Diller, facetowi 

oczy się zaświeciły. Mrugnął porozumiewawczo do siedzącego z prawej gościa, tego z lewej 

trącił łokciem i dopiero wtedy opowiedział nam o swojej przygodzie z Tammy. Ale nie mówił 

wprost.  Mówił  półsłówkami,  rzucał  aluzje,  obrzydliwe  dwuznaczniki.  Wstrętny  typ.  Nie  do 

końca mu wierzę z tym trójkątem, podejrzewam, że raczej się przechwalał, w każdym razie 

opisał Tammy. Brunetka o piwnych oczach, szczupła, średniego wzrostu... Myślałam, że nie 

wytrzymam i parsknę śmiechem. Połowa kobiet w mojej rodzinie tak wygląda. Tyle że potem 

przeszedł  do  opisu  bardziej,  że  tak  powiem,  intymnego.  Rany  boskie,  znali  się  zaledwie 

godzinę! Nie wierzę, żeby jakakolwiek kobieta... 

Bał się, że będzie ciągnęła rozmowę o trójkącie w nieskończoność. Gorzej, że będzie 

chciała  podzielić  się  z  nim  każdym  pasjonującym  szczegółem.  Postanawiając  odwrócić  jej 

background image

uwagę od tego jakże  interesującego tematu, skorzystał z chwili, gdy  na  moment zamilkła,  i 

sam zaczął opowiadać o tym, czego się dziś dowiedział:  jak  narzeczony Tammy  ma na  imię 

(Dwayne),  gdzie  mieszkają  (w  nędznej  chałupie  za  miastem)  i  gdzie  panna  Diller  zostawia 

najwięcej pieniędzy. 

Nowe informacje faktycznie odciągnęły uwagę Rebeki od trójkątów i seksu. 

-  Dwayne,  powiadasz?  Mogłabym  przysiąc,  że  już  gdzieś  słyszałam  to  imię.  Tak,  na 

pewno.  Tylko  nie  pamiętam,  kiedy  i  gdzie.  Mam  dziwne  poczucie,  jakbym  znała  Tammy  i 

Dwayne'a. Jakbyśmy się kiedyś spotkali... 

- Znów ta twoja słynna kobieca intuicja? Dokończyła loda, oblizała ze smakiem palce 

i uśmiechnęła się od ucha do ucha. 

-  Straszny  z  ciebie  sceptyk,  kotku!  Wciąż  się  ze  mnie  wyśmiewasz,  ale  zauważ,  że 

posuwamy się naprzód nie tylko dzięki twojej chłodnej logice. Naprawdę tworzymy świetny 

tandem. Co dwie głowy, to niejedna! Więc jak? Wybierzemy się wieczorem do ,,O'Henry's”? 

Wczoraj  też  twierdziła,  że  tworzą  razem  zgrany  zespół.  Gdyby  nie  wymknęła  się  w 

nocy i nie zdobyła nowych informacji, pewnie na jej pytanie odparłby: „Po moim trupie!” Ale 

teraz się zawahał. 

Chociaż wcale się z tego nie cieszył, trudno mu było zaprzeczyć, że Rebeka całkiem 

sporo wnosi do śledztwa. Oczywiście w znacznej mierze jest to zasługa przypadku. Szczęścia. 

Przez  przypadek  znalazła  w  szkatułce  na  biżuterię  kopię  listu  Moniki  do  Tammy.  I  przez 

przypadek spotkała faceta, który znał Tammy. Owszem, ma dobrego nosa i choć kieruje się 

intuicją,  a  nie  logiką,  osiąga  niezłe  rezultaty.  Ale  nie  zamierzał  tworzyć  z  nią  żadnego  ze-

społu. On pracuje w pojedynkę. Tak  jest  lepiej;  szybciej zdobywa się wiadomości, szybciej 

osiąga wyniki. 

Poza  wszystkim  innym  nie  mógł  pozwolić,  żeby  Rebeka  narażała  się  na 

niebezpieczeństwo. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś się jej stało. 

Niestety, powoli dochodził do przykrego wniosku, że na pannę Idealistkę Fortune nie 

ma mocnych. Robi, co chce, nie słuchając innych. Omal nie połamała sobie kości, włamując 

się  po  ciemku  do  rezydencji  aktorki.  Dwukrotnie  ruszyła  na  drugi  koniec  kontynentu,  nie 

zastanawiając  się  nad  konsekwencjami.  A  osoby,  z  którymi  wdaje  się  w  pogawędki!  Na 

przykład czarnoskóry olbrzym w Los Angeles albo kretyn pokerzysta chwalący się podbojami 

erotycznymi! Na samą myśl o tych typach Gabe poczuł, jak go przechodzą ciarki. 

-  Gabe,  słyszałeś,  co  mówiłam?  Nie  sądzisz,  że  warto  byłoby  zajrzeć  wieczorem  do 

,,O'Henry's”? 

Boże, co za kobieta! Nie może mu dać nawet pięciu sekund, żeby zastanowił się nad 

background image

odpowiedzią!  Ale  czy  myślenie  rozwiąże  problem?  Nie,  bo  tu  nie  ma  żadnych  dobrych 

rozwiązań.  A  co  do  Rebeki,  to  lepiej  nie  spuszczać  jej  z  oka.  Przynajmniej  wtedy  będzie 

wiedział, że nic jej nie grozi. 

-  W  porządku  -  odparł.  -  Pójdziemy  do  „Caesar's”,  potem  wstąpimy  do ,,O'Henry's”. 

Obejdziemy  wszystkie  kasyna,  gdzie  toczy  się  gra  o  prawdziwe  pieniądze.  Ale  najpierw, 

mała, musimy ustalić kilka zasad. 

- Jak chcesz. 

- Trzymamy się razem. Nie ma tak, że nagle odchodzisz sobie sama do jakiejś salki na 

zapleczu. 

- Dobrze - zgodziła się. 

-  Naszym  głównym  celem  jest  zlokalizowanie  Tammy.  Najpierw  musimy  poznać 

teren, po którym się porusza, a dopiero potem zastanowimy się, jak ją podejść. 

- Dobrze - powtórzyła. 

-  Wolałbym,  aby  nie  wiedziała,  że  pochodzisz  z  Fortune'ów.  Że  masz  cokolwiek 

wspólnego  z  Jakiem  lub  Monicą.  Czyli  umawiamy  się,  że  nic  nie  mówisz.  Z  nikim  nie 

wdajesz  się  w  rozmowy.  Kiedy  odnajdziemy  Tammy,  usuniesz  się  w  cień.  Zostawisz 

wszystko w moich rękach. Czy to jasne? 

Ściągnęła brwi. Nastawił się psychicznie na to, że zacznie się z nim wykłócać. Serce 

zabiło  mu  mocniej,  kiedy  podniosła  rękę  i  poufałym  gestem  poprawiła  mu  kołnierzyk  u 

koszuli. 

-  Nie  martw  się  o  mnie,  Gabe  -  powiedziała  łagodnie.  -  Proszę  cię.  Nie  jestem 

dzieckiem. Od wielu lat żyję sama, na własnym garnuszku, i doskonale sobie radzę. 

Akurat!  -  pomyślał,  ale  nie  zaprotestował.  Bał  się,  że  cokolwiek  powie,  może 

zabrzmieć protekcjonalnie. A przecież nie wątpił  w siłę Rebeki, w  jej  intuicję ani  zdolności 

intelektualne.  Przeszkadzało  mu  co  innego:  jej  idealizm.  Rebeka  Fortune  wierzy  w  miłość. 

Wierzy w królewiczów z bajki, w to, że dobro zawsze zwycięża zło, że nie spotka jej żadna 

krzywda. Ponieważ od urodzenia żyje w świecie Fortune'ów i nie styka się ze ziem, nie dziwił 

się jej romantycznym ideałom. Tyle że były one nieprawdziwe. 

Ufność i naiwność czyniły z niej łatwiejszy łup. 

Nagle przyszło mu do głowy, że nie chciałby, aby się kiedykolwiek zmieniła. Chociaż 

utrudniało  to  jego  zadanie,  bo  prościej  pilnować  realistki,  która  sama  zdaje  sobie  sprawę  z 

zagrożeń,  wolał,  żeby  Rebeka  pozostała  taka,  jaka  jest,  żeby  nadal  wierzyła  w  miłość, 

szlachetność i dobro. 

Na  samą  myśl  o tym,  że  mogłoby  się  jej  przydarzyć  coś  złego,  przeszył  go  piekący 

background image

ból. Zupełnie jakby ktoś wbił mu w nóż w serce. 

Hm.  Do tej  pory  sądził,  że  wszelkie  uczucia,  jakimi  ją  darzył,  rodzą  się  w  nim  pod 

wpływem hormonów. 

Oby dalej tak było. 

Z  żądzą  umiał  sobie  radzić,  z  miłością  nie.  A  Rebeka  należy  do  kobiet,  od  których 

dzieli go przepaść. Do kobiet, których nie może, nie chce i nie powinien kochać. 

-  Szlag  by  to  trafił!  Najchętniej  wybiłabym  dziurę  w  ścianie,  cisnęła  na  podłogę 

bezcenną porcelanową filiżankę, rozkwasiła komuś nos... 

- Wybacz, że ci przerwę. Ale czy mogłabyś na moment pohamować swój napad złego 

humoru i odszukać klucz do pokoju? - zapytał Gabe, ledwo powstrzymując radość. 

Wcisnęła mu go do ręki. 

- Grrr, czuję się taka sfrustrowana... 

- Serio? 

-  Chodź.  Wypij  ze  mną  drinka  i  przestań  być  taki  irytujący.  Zawsze  jesteś  tak 

cholernie  opanowany?  Nigdy  nie  tracisz  cierpliwości?  Nie  masz  ochoty  tupnąć  nogą, 

wrzasnąć, poryczeć się? 

-  Poryczeć  się?  Nie  -  odparł  z  lekką  ironią  w  głosie.  Od  powrotu  do  hotelu 

zachowywał się jak dżentelmen: 

odprowadził ją na górę, otworzył drzwi, ale zaproszenia na drinka wyraźnie nie chciał 

przyjąć. 

- Słuchaj, już dawno minęła północ. Myślę, że o tej porze... 

- Tylko nie mów, że oczy ci się kleją, bo nie uwierzę. Jesteś tak samo rozbudzony jak 

ja.  Ale  nie  obawiaj  się.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Proponując  drinka,  wcale  nie  miałam  na  myśli 

mleka.  Wszędzie  wożę  z  sobą  metalową  piersioweczkę.  Nie  pamiętam,  co  do  niej  wlałam, 

whisky czy koniak, ale na pewno coś z procentami. 

Wszedł  do  środka,  by  wyjąć  klucz  z  zamka.  Nadal  jednak  miał  wątpliwości,  czy 

powinien zostawać na drinka. 

Zatrzasnąwszy drzwi, Rebeka ruchem głowy wskazała mu stół stojący w rogu pokoju i 

dwa fotele. Skierował się w ich stronę. Postanowił nie wchodzić jej w drogę. 

Ściągnęła  buty,  rzuciła  torebkę  na  łóżko,  przyniosła  z  łazienki  dwie  szklanki,  a 

następnie  zaczęła  grzebać  w  walizce.  Najpierw  wydobyła  piersiówkę,  potem  spore 

opakowanie  ciastek,  paczkę  krakersów oraz ogromną  torebkę  kolorowych  M&M  -  sów.  Po 

chwili wstała z klęczek i cisnęła przysmaki przez pokój. 

Gabe złapał  je w  locie. Usiadłszy w  fotelu, wyciągnął przed siebie  nogi  i zarechotał 

background image

pod nosem. 

- Zawsze podróżujesz ze spiżarnią? 

-  Zawsze  -  odparła.  -  Nie  ma  to  jak  smaczne,  pożywne  jedzenie.  Wiesz,  jakie  są 

posiłki w restauracjach: ładnie podane, ale czy można się nimi najeść? - Na moment urwała. - 

Psiakość!  Gdziekolwiek  poszliśmy,  oni  przed  chwilą  zdążyli  wyjść.  Gdybyśmy  pojawili  się 

pół  minuty  wcześniej,  a  oni  wyszli  pół  minuty  później,  prawdopodobnie  byśmy  się  na  nich 

natknęli. To niesamowite, że się tak mijaliśmy. 

- Przynajmniej wiemy, że na pewno tu są. I że nie próbują się ukrywać. 

-  Ale  być tak blisko celu  i  nie  móc go dosięgnąć!  - Nie potrafiła przejść  nad tym do 

porządku dziennego. 

- A ty, dlaczego jesteś taki spokojny? Dlaczego się nie wściekasz? 

-  Moim  zdaniem  dobrze  się  stało,  że  panna  Diller  cię  nie  widziała.  Posłuchaj,  mała. 

Sporo się dziś dowiedzieliśmy. Myślę, że jutro na pewno dojdzie do konfrontacji. 

Faktycznie, sporo się dziś dowiedzieli, przyznała w duchu Rebeka. Usiadła na drugim 

fotelu; po chwili wyciągnęła nogi i oparła je na łóżku. Niewiele to pomogło. Potrafiła zmusić 

ciało do bezruchu, ale nie potrafiła powstrzymać gonitwy myśli. 

Gabe  wyjął  z  kieszeni  garść  lśniącej  biżuterii  -  zapomniał  ją  zwrócić  wczorajszego 

wieczoru. Rebeka też nie pamiętała o swoich błyskotkach. 

Spojrzała  na  materiał  opinający  jej  uda.  Przydałaby  się  jakaś  biżuteria,  żeby  ożywić 

czarną sukienkę, którą miała na sobie. Wcześniej, kiedy zeszła na dół do holu, Gabe omal nie 

dostał zawału. Sądził, że ona paraduje w halce. 

Oczywiście  nie  była  to  halka,  tylko  przeraźliwie  droga  sukienka  na  cienkich 

ramiączkach  sięgająca  do  połowy  uda.  Problem  w  tym,  że  nie  dawało  się  jej  nosić  ze 

stanikiem. 

Wyruszając z domu, Rebeka nie zabrała wieczorowych kreacji. Po prostu nie przyszło 

jej do głowy, że mogą się przydać. Przed wyjściem z Gabe'em do kasyna miała zaledwie kilka 

minut  na  kupno  odpowiedniego  stroju.  Cieszyła  się,  że  w  ogóle  znalazła  coś  w  swoim  roz-

miarze. 

Pamiątkowa  bransoleta  zawieszona  ozdóbkami  zabrzęczała.  Rebeka  wysypała  z 

torebki garść czekoladowych drażetek i zaczęła segregować je według kolorów. 

Podobno Tammy  Diller, tym razem ufarbowana na jasny  blond, też krąży po mieście 

bez  stanika.  Z  tego,  co  opowiadali  ludzie,  którzy  ją  widzieli,  lubi  intensywne  barwy.  Usta 

miała pociągnięte szkarłatną szminką, ubrana zaś była w czerwoną suknię rozciętą z przodu i 

z tyłu, która jeśli nawet wszystkiego nie odsłaniała, to niewiele zostawiała wyobraźni. 

background image

Przyjaciel  Tammy,  Dwayne,  chudy  blondynek  obdarzony  chłopięcym  wdziękiem, 

który  najbardziej  uwidaczniał  się,  gdy  zalecał  się  do  pulchnych  wdów,  miał  na  sobie 

wytworny  smoking.  Wyglądali  jak  para  bogaczy,  która  nie  musi  liczyć  się  z  groszem. 

Każdego, z kim rozmawiali, usiłowali  namówić do zainwestowania pieniędzy we wspaniałą 

nieruchomość, która... I tu następował opis. 

Mieli wystarczająco dużo gotówki, aby  mogli  sobie pograć. I grali, ale tylko chwilę. 

Byli za sprytni na to, aby ryzykować kapitał. Pieniądze służyły im za maskę, za parawan. 

-  Nie  bardzo  przestrzegałaś  zasad  -  powiedział  nagle  Gabe.  -  Mieliśmy  się  trzymać 

razem, a ty się ciągle oddalałaś. 

- Pewnie, że się oddalałam. Niczego byśmy nie odkryli, gdybyśmy wszędzie chodzili 

jak  papużki  nierozłączki.  Inaczej  ludzie  rozmawiają  z  mężczyzną,  inaczej  z  kobietą.  - 

Wsunęła garść zielonych M&M - sów do ust. - Pamiętasz tę blondynkę w „Caesar's”? Miała 

ochotę rzucić  się  na  ciebie,  nie  przejmując  się  obecnymi  na  sali  ludźmi.  Wykazałeś,  kotku, 

niezwykłe opanowanie. Bo była bardzo seksowna... 

Ale  nikt  nie  był  tak  seksowny,  tak  pociągający  jak  on  sam,  pomyślała.  Wszędzie 

zwracał  na  siebie  uwagę.  Teraz  siedział  bez  marynarki,  z  rozpiętą  pod  szyją  koszulą, twarz 

pokrywał  mu  ciemny  zarost.  Lecz  to  niczego  nie  zmieniało.  Śnieżna  biel  koszuli 

kontrastującej  z  opaloną  skórą,  wysoki  wzrost,  umięśnione  ciało,  ciemne  oczy  o 

przenikliwym spojrzeniu... to wystarcza, by każdą kobietę przebiegały dreszcze. 

Teraz te ciemne oczy wpatrywały się w Rebekę. 

- Zaczynasz wreszcie dochodzić do siebie? Uspokajać się? 

-  Bo  jest  druga  nad  ranem?  Nie.  -  Potarła  palcami  skronie.  -  Zrozum,  Gabe;  muszę 

pomóc Jake'owi. Data procesu zbliża się  szybciej  niż tornado. Nie  interesuje  mnie szukanie 

dowodów w lipcu. Potrzebuję ich dziś, jutro. Chcę, żeby mój brat wyszedł z więzienia. Chcę, 

żeby przywrócono mu jego dobre imię. 

-  Nie  denerwuj  się,  Ruda.  -  Otworzył  piersiówkę,  przysunął  do  nosa,  powąchał  jej 

zawartość,  po  czym  wlał  trochę  do  dwóch  szklanek,  sobie  o  połowę  mniej  niż  Rebece.  - 

Posłuchaj.  Moi  pracownicy  cały  czas  trzymają  rękę  na  pulsie,  sprawdzają  stare  informacje, 

zbierają  nowe.  W  każdej  chwili  może  pojawić  się  kolejne  nazwisko,  na  które  dotąd  nie 

wpadliśmy.  Ostatnio twoja  mama  podała  mi  jedno,  które  zamierzam  sprawdzić.  Wiemy,  że 

Monica  miała  mnóstwo  wrogów.  Zainteresowałem  się  Tammy,  bo  list  Moniki  pisany  był 

kilka  dni  przed  jej  śmiercią.  Ale  to  nie  znaczy,  że  Tammy  ją  zabiła.  Może  tak,  może  nie. 

Pamiętaj  o  jednym.  Niczego  nie  musimy  udowadniać.  Wystarczy  jeśli  pokażemy,  że 

przebywała w Minneapolis w dniu zabójstwa i że mogła mieć powód, aby pozbyć się Moniki. 

background image

Wystarczy  jeśli  zasiejemy  w  ławnikach  wątpliwości.  Bo  żeby  skazać  twojego  brata,  muszą 

być absolutnie przekonani o jego winie. 

- To za mało, Gabe. Mnie to nie satysfakcjonuje. Jake nikogo nie zamordował. Chcę, 

żeby  osoba  winna  zawisła  na  szubienicy.  Mój  brat  musi  zostać  oczyszczony  z  zarzutów, 

całkowicie  uniewinniony.  Nienawidzę  tego  uczucia  bezsilności!  Tak  strasznie  chcę  mu 

pomóc... 

-  Pomagasz,  mała.  Naprawdę  -  powiedział  cicho.  -  Dowiedzieliśmy  się  dziś 

wszystkiego, co trzeba. Może miło byłoby zobaczyć, jak Tammy z Dwayne'em wyglądają, ale 

to  nie  takie  istotne.  Chodziło  nam  o  poznanie  ich  zamiarów,  i  poznaliśmy.  Informacja,  że 

naciągają ludzi na kupno jakiejś lipnej nieruchomości, pomoże mi opracować plan działania. 

Będę  wiedział,  jak  ich  podejść,  jak  z  nimi  rozmawiać.  Więc  nie  narzekaj,  że  nic  dziś  nie 

osiągnęliśmy, bo osiągnęliśmy wiele. 

Pociągnęła  kolejny  łyk  whisky.  Nie  lubiła  tego  smaku,  ale  przynajmniej  alkohol  ją 

rozgrzewał,  koił  nerwy.  Powoli  opuszczała  ją  złość  i  rozdrażnienie.  Oczywiście  nadal 

niepokoiła  się  o  los  brata,  ale  dzięki  Gabe'owi  potrafiła  spojrzeć  na  sytuację  z  nieco 

większego dystansu. Może Gabe nie wierzył w niewinność Jake'a, wiedziała jednak, że nic  - 

żadne tornado czy trzęsienie ziemi - nie przeszkodzi w wykonaniu powierzonej mu pracy. Jest 

solidny, dokładny, nieustępliwy i - chwała Bogu - uparty jak osioł. 

- Masz rację - przyznała po chwili. - Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. 

Skinął głową. 

Zobaczyła w jego oczach wahanie, może rozterkę - nie była pewna. Gabe rozejrzał się 

po małym, ciasnym pokoju. 

- Całkiem tu przytulnie - powiedział, chcąc zmienić temat. - Ale podejrzewam, że dom 

masz urządzony w zupełnie innym stylu. 

- Jakbyś zgadł! 

Ponieważ patrzył na nią wyczekująco, dodała: 

-  Najwięcej  czasu  spędzam  w  gabinecie  i  tam  panuje  największy  bałagan.  Po  prostu 

wszędzie walają się stosy książek, na podłodze, na krzesłach, na biurku. Ledwo komputer się 

mieści. Większość mebli przywiozłam od mamy. Stały na strychu i nikt ich nie chciał. Nic do 

niczego  nie  pasuje,  każda  rzecz  jest  jakby  z  innej  parafii.  Pełen  eklektyzm.  Ale  ja  to 

uwielbiam.  W  łazience  z  kolei...  Boże,  chybabyś  zemdlał  na  widok  tych  wszystkich 

kosmetyków. Cóż, po znajomości dostaję z firmy każdy produkt, zanim jeszcze trafi na rynek. 

W ogóle cały dom jest potwornie zagracony. Pewnie po godzinie zacząłbyś się w nim dusić. - 

Roześmiała  się.  -  Mam  jeden  wolny  pokój,  prawie  pusty,  który  zamierzam  kiedyś 

background image

przeznaczyć na pokój dla dziecka. 

Temat dzieci omijał z daleka, jakby to była zaraza. 

-  Twoja  mama  nie  nalegała, żebyś została z  nią?  - spytał.  - Żebyś  nie wyprowadzała 

się? 

-  Nie.  - Potrząsnęła głową.  -  Wiedziała, że to nic nie da. Dwie uparte kobiety żyjące 

pod  jednym  dachem?  Ciągle  byśmy  się  żarły.  Mama  oczywiście  miała  bzika  na  punkcie 

mojego bezpieczeństwa, ale to zrozumiałe. 

Chociaż  nie  byłam  związana  z  rodzinnym  interesem,  nosiłam  nazwisko  Fortune. 

Nigdy  jednak  nie ograniczała  mojej  swobody. Kochałam oboje rodziców, a po śmierci ojca 

matka stała  mi  się  jeszcze bliższa. Ale  miałam własne życie, własną pracę. Nie wyobrażam 

sobie, abym w moim wieku nadal mogła mieszkać z matką. A ty? Jaki jest twój dom? 

- Mój? Nic szczególnego. Ot, cztery ściany, a w nich różne sprzęty ułatwiające życie. 

Zresztą większość czasu i tak spędzam w pracy. Cztery lata temu kupiłem do biura rozkładaną 

kanapę. Niekiedy prościej się na niej przespać, niż wracać po nocy na drugi koniec miasta. 

Rebeka zamyśliła się. Królestwo Gabe'a wydawało się jej puste, zimne, bezosobowe. 

Nie było to miejsce, w którym człowiek odpręża się długim męczącym dniu pracy. 

- Wiesz - powiedziała z zadumą - kiedy cię poznałam, uważałam cię za aroganckiego, 

apodyktycznego szowinistę. Myliłam się. 

- Miło mi to słyszeć. 

-  Lubisz  nad  wszystkim  mieć  kontrolę,  ale  nie  narzucasz  innym  swojego  zdania. 

Apodyktyczny i arogancki stajesz się dopiero wtedy, kiedy się o kogoś martwisz. Wynika to z 

twojego poczucia odpowiedzialności. 

-  Pani  psycholog  zamierza  przeprowadzić  gruntowną  analizę  mojej  osobowości?  - 

spytał. 

-  Nie.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Po  prostu  zastanawiam  się,  skąd  to  się  bierze.  Ta  twoja 

potrzeba osłaniania innych, zapewniania im ochrony. 

- Diabli wiedzą. Zresztą co za różnica? 

- Pomyśl. Proszę cię. Jak mi odpowiesz, przestanę cię nękać. 

- Oho! Już to widzę! Ty, Ruda, będziesz wścibska do grobowej deski. 

Przyglądała mu się uważnie. Czy skusi go łapówka, którą mu zaoferowała? Chyba nie. 

Przez  moment  nie  odzywał  się,  jakby  dumał  nad  tym,  czy  warto  zaspokajać  cudzą 

ciekawość. 

- No dobrze - oznajmił wreszcie. - Może rzeczywiście bywam nadmiernie opiekuńczy. 

Kiedy  dorastałem,  brakowało  mi  poczucia  bezpieczeństwa.  W  domu  ciągłe  wybuchały 

background image

kłótnie, awantury. Bez względu na to, co robiłem, nie byłem w stanie im zapobiec. Okoliczne 

dzieciaki  ginęły  w  przypadkowych  strzelaninach  na  ulicy,  brały  narkotyki,  wdawały  się  w 

bójki  na  noże,  przyłączały  do  gangów.  To  byli  moi  koledzy.  Nie  mogłem  ich  zmienić,  nie 

mogłem ochronić. 

Rebeka  słyszała  zarówno  słowa,  które  wypowiadał  na  głos,  jak  i  to,  co  się  za  nimi 

kryło.  Gabe  był  człowiekiem  zamkniętym  w  sobie;  otwierał  się  tylko  wtedy,  gdy  chciał 

przekazać konkretną wiadomość, na przykład taką, że pochodzą z dwóch różnych światów i 

zupełnie do siebie nie pasują. 

- Czy... czy dlatego, że czułeś się taki bezradny, zdecydowałeś się wstąpić do wojska? 

- Służba w wojsku stanowiła dla mnie jedyną możliwość ucieczki. Siły Specjalne, do 

których wstąpiłem, pozwalały mi się wyrwać z tego piekielnego kręgu. Nie tylko nauczyłem 

się, jak chronić podległych mi ludzi, ale również wielokrotnie miałem okazję to czynić. 

W wojsku liczy się odpowiedzialność, obowiązkowość, honor. Niestety, liczą się także 

siła, refleks, wytrwałość, a przede wszystkim młodość. Kiedy odszedłem z Sił Specjalnych... 

praca detektywa wydała mi się naturalną kontynuacją tego, co robiłem wcześniej. 

-  Fakty,  zasady,  porządek.  Sprawowanie  kontroli.  Planowanie.  Trzymanie  ręki  na 

pulsie. Hm... 

-  Ty  natomiast  nie  lubisz  niczego  planować,  wolisz  podejmować  decyzję  w  locie, 

działać spontanicznie. Mój sposób musi wydawać ci się straszliwie nudny. 

- Mylisz się, Gabe. Nie miałeś wyjścia. To całkiem zrozumiałe, że ktoś, kto przez całe 

dzieciństwo  patrzy  bezradnie  na  otaczający  go  chaos,  wybiera  później  tak  zwaną  „nudę”, 

czyli życie ustabilizowane, bez niespodzianek. W porównaniu z twoim, moje dzieciństwo to 

istna sielanka. 

Wiedziała, że jest z nią szczery, choć nie otworzył się do końca. Na pewno nie kłamał, 

opowiadając  o  swojej  przeszłości,  ale  też  i  nie  wszystko  mówił.  Jakby  się  bał.  Ilekroć  ona 

zdradzała  najmniejszy  ślad  zainteresowania  nim  jako  mężczyzną,  ilekroć  okazywała  troskę, 

sympatię, on natychmiast ostrzegał ją, aby nie robiła sobie nadziei, bo dzieli ich przepaść nie 

do pokonania. 

Zdawała  sobie  sprawę  z  różnic.  Miała  też  świadomość,  że  pokochanie  człowieka, 

który  nie  pragnie  dzieci  i  nie  wierzy  w  sens  rodziny,  stanowi  ryzykowny  krok.  Ale  była 

gotowa  podjąć  to  ryzyko.  Uczuć,  jakimi  darzyła  Gabe'a,  nie  umiała  powstrzymać.  Równie 

dobrze ktoś mógłby jej kazać powstrzymać deszcz. 

Tak, z każdą minutą kochała go coraz mocniej. 

-  Każdy  dźwiga  jakiś  krzyż  -  rzekł  po  chwili.  -  Twoje  dzieciństwo  pewnie  też  nie 

background image

przebiegało bezproblemowo. Myślę, że niełatwo się dorasta wśród Fortune'ów. 

- Bo ja wiem? Może niełatwo, ale na pewno ciekawie. Byłam jednak zawsze otoczona 

miłością. Nigdy nie czułam się odsunięta na boczny tor. 

- Otoczona miłością... Miłość, moja droga, to zużyta waluta. 

Kiedy  indziej  błyskawicznie  by  zareagowała,  ale  teraz...  Zawsze  lubił  się  z  nią 

drażnić;  udając  cynika,  lubił  wyśmiewać  się  z  jej  idealistycznego  podejścia  do  świata. 

Potyczki słowne obojgu im sprawiały przyjemność. Teraz jednak zadumała się; ciekawa była, 

czy Gabe kiedykolwiek wyzwoli się z przeszłości, czy kiedykolwiek będzie w stanie spojrzeć 

optymistycznie w przyszłość. 

- Przestań - powiedział. 

Nagle pojawiło się w nim napięcie. A przecież nic nie zrobiła, jedynie spuściła nogi na 

podłogę i wstała. Widząc zaś przerażenie w jego oczach, można by sądzić, że rozebrała się do 

naga w miejscu publicznym. 

- Ten drink to  był doskonały pomysł. Pomógł  mi  się odprężyć, ale teraz powinienem 

już ruszać do siebie. 

- Tak, powinieneś - zgodziła się. 

Zauważyła, że nie zaprotestował, kiedy wpadła na kolejny doskonały pomysł i usiadła 

mu na kolanach. 

- Oj, mała, lepiej nie. 

- Zdecydowanie lepiej nie. 

- Do tej pory świetnie sobie dawaliśmy radę. 

- Wiem. 

- Trzeba dalej ignorować to wzajemne przyciąganie. 

Nie zwracając na nie uwagi, nie wpakujemy się w kłopoty. 

-  Teoretycznie  masz  rację  -  przyznała  -  ale  przymykanie  oczu  nie  zawsze  odnosi 

pożądany skutek. Ilekroć jesteśmy razem, między nami aż iskrzy. A przynajmniej we mnie się 

iskrzy.  Nogi  mam  jak  waty.  Serce  mi  łomocze.  Dlaczego  tak  się  dzieje,  kiedy  jesteś  przy 

mnie?  Dlaczego  nigdy  wcześniej  tego  nie  czułam?  Nie  cierpię  pytań,  na  które  nie  znam 

odpowiedzi. Męczą mnie. Nie cierpię też niejasnych sytuacji. 

- No dobrze, ale to jeszcze nie powód, żebyś siedziała mi na kolanach. 

- To mnie zrzuć. 

Nie chciał tego zrobić, i nie umiał. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Chwycił  ją  wpół.  Nagle,  brutalnie.  Jakby  był  rozbitkiem  na  środku  ciemnego, 

wzburzonego morza, który ratując się przed topielą, chwyta boję. 

Znieruchomiała.  Nie  miała  najmniejszego  zamiaru  uciekać.  I  wtem  poczuła  na 

wargach  miażdżący ucisk  jego warg. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie zaznała. To 

było  jak  erupcja  wulkanu.  Pierwszy  pocałunek,  dziki,  szalony,  niebezpieczny,  był  tylko 

wstępem. Przymiarką. Potem potoczyła się lawina. 

Świat przestał istnieć. Byli tylko oni. Ona i Gabriel. Żaden mężczyzna nie wzbudzał w 

niej takiego pożądania. Z żadnym  nie było  jej tak dobrze. Mimo różnic  i przepaści  byli dla 

siebie stworzeni. 

Wysunął  rękę  z  jej  gęstych  włosów.  Odrzuciła  w tył  głowę.  Drobnymi  pocałunkami 

okrywał jej szyję, kość obojczyka, dekolt. Delikatnie ujął w zęby ramiączko sukni. Po chwili 

ujął w dłoń jej nagą pierś. 

Był dobrym człowiekiem. Chociaż tak wiele ich dzieliło, czuła, że po raz pierwszy w 

życiu spotyka człowieka tej miary co on. Wspaniałego, szlachetnego. Ale teraz nie był dobry 

ani szlachetny. Teraz co innego było mu w głowie. 

Ostrym  zarostem  drapał  jej  skórę.  Ustami  i  językiem  doprowadzał  do  szaleństwa. 

Oczy mieli zamknięte, oddechy przyśpieszone. Jeszcze nigdy nikogo tak nie pragnęła, nigdy 

sama  nie  czuła  się  tak  pożądana.  Rozpięła  Gabe'owi  koszulę.  Pachniał  ciepłem,  czystością, 

seksem. 

Jak ktoś zbyt długo trzymany w zamknięciu, zdawał się  łaknąć towarzystwa, słońca, 

piękna. A ona tym wszystkim była. To wszystko dla niego uosabiała. Była jego słońcem, jego 

światem. Trzymała w ręku klucz otwierający drzwi celi. Tak, tylko ona mogła go wypuścić, 

uwolnić. Potrzebował jej. 

Podobnie jak on, jeszcze nigdy nie czuła się tak naga. Ale nie wstydziła się okazywać 

emocji,  głodu,  samotności,  pożądania.  Obróciwszy  się  twarzą  do  Gabe'a,  trochę  niezdarnie 

objęła  go  w  pasie  udami.  Podciągnął  wyżej  jej  sukienkę,  po  czym  zacisnął  dłonie  na  jej 

pośladkach. 

- Rebeko... - szepnął. 

I w tym momencie zadzwonił telefon. Ostry przenikliwy terkot zaskoczył ich oboje. 

Przez kilka sekund Rebeka tkwiła bez ruchu, wpatrując się w Gabe'a nieprzytomnym 

wzrokiem. Dopiero po chwili skojarzyła, że jest pokoju hotelowym i że gdzieś w tym pokoju 

background image

jest również telefon, który wydaje przeraźliwe dźwięki. Znajdował się daleko, na stoliku po 

drugiej  stronie  łóżka.  Nie  chciała  go  odbierać,  ale  nie  miała  wyboru:  Gabe  zepchnął  ją  z 

kolan. 

-  Kiedy  indziej,  mała,  zaproponowałbym,  żebyśmy  wyrwali  sznur  ze  ściany.  Ale 

obawiam się, że jak ktoś dzwoni w środku nocy, sprawa może być poważna. Lepiej podnieś 

słuchawkę. 

To, co mówił, brzmiało logicznie, tyle że do niej ta logika docierała jakoś wyjątkowo 

powoli i opornie. 

Potykając  się  o  buty,  Rebeka  obeszła  łóżko  i  chwyciła  słuchawkę,  zanim  głośne 

brzęczenie ponownie zdążyło wypełnić pokój. 

- Halo? 

- Rebeka Fortune? 

- Tak, słucham. 

Nie  rozpoznała  głosu  osoby  dzwoniącej,  ale  akurat  w  takim  momencie,  kiedy 

dosłownie  przed  chwilą  rozkoszowała  się  pieszczotami  Gabe'a,  prawdopodobnie  nie 

rozpoznałaby  głosu  własnej  matki.  W  myślach  wciąż  siedziała  u  Gabe'a  na  kolanach, 

skupiona na jego dłoniach, wargach, ramionach. Jeszcze minuta, może dwie, najwyżej pięć, a 

wylądowaliby w łóżku, kochaliby się... Nie potrafiła skoncentrować się na niczym innym. 

- Mówi Tammy. Tammy Diller. 

Imię  i  nazwisko  rozmówczyni  podziałało  na  nią  jak  kubeł  zimnej  wody.  Zniknęło 

pożądanie, zniknęły myśli o miłosnych igraszkach. Wciągając gwałtownie powietrze, Rebeka 

usiadła na łóżku. 

- Nie - sprzeciwił się stanowczo Gabe. - Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie spotkasz się z tą 

kobietą. Absolutnie wykluczone. Wybij to sobie z głowy. 

- Uspokój się, kotku. Mnie też się ten pomysł nie bardzo podoba, ale nie mam wyboru. 

Po prostu muszę. 

- Po moim trupie! - zawołał. - Zrozum, Ruda. Naprawdę nie musisz. Diabli wiedzą, o 

co jej chodzi. 

- Ciekawe, jak mnie znalazła... 

-  To  nie  było  trudne.  Szukałaś  jej  po  całym  mieście,  ba!  po  dwóch  miastach,  bo 

wcześniej w Los Angeles. Jak gdyby nigdy nic wypytywałaś o kobietę, która być może jest 

morderczynią. Cholera jasna, powinienem był cię zakneblować! Teraz panna Diller wie, jak 

się  nazywasz  i  w  którym  hotelu  mieszkasz.  Wrzodów  się  przez  ciebie  nabawię!  -  W  jego 

głosie zabrzmiała złość. - No dobra, pakujesz się i wracasz do domu. Tym razem to rozkaz, a 

background image

nie prośba. 

- Przestań się na mnie wydzierać, bo to nic nie da. Zostaję tu i już. 

- Wyjeżdżasz! 

-  Gabe,  wiem,  że  się  niepokoisz.  Ja  też  się  boję.  Ale  nareszcie  mam  szansę,  żeby 

pomóc Jake'owi. I nikt mnie nie powstrzyma. 

Powiedziała to cicho i łagodnie, lecz z taką stanowczością, że miał ochotę ją udusić. 

Zaczęli  przemierzać  ciasny  pokój;  on  chodził  od  ściany  do  ściany  po  jednej  stronie 

łóżka, ona po drugiej. Przy każdym nawrocie ich spojrzenia się krzyżowały. 

Nigdy  dotąd  nie  walczył  z  kobietą.  Nigdy  też  na  żadną  nie  podnosił  głosu.  Było  to 

sprzeczne z jego naturą. Po prostu tak nie zachowuje się mężczyzna wobec kobiety. 

Dręczyły  go  wyrzuty  sumienia.  Wyrzuty  z  powodu  podniesionego  głosu  nie  były 

jeszcze najgorsze. Westchnął głośno. Cholera, jest uparta jak kozioł. Jeżeli okaże się, że musi 

ją związać i zakneblować, by ocalić jej życie, zrobi to bez najmniejszych skrupułów. O ileż 

mniejszym  wysiłkiem  wymuszał  posłuszeństwo  na  podległych  mu  żołnierzach!  A  tego 

przeklętego  rudzielca  nic  nie  jest  w  stanie  zastraszyć  czy  spłoszyć.  Nie  świadczy  to  o  jej 

odwadze,  przeciwnie  stanowi  dowód  głupoty  i  lekkomyślności.  Nawet  nie  zdawała  sobie 

sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa! 

Na  razie  ani  prośbą,  ani  krzykiem  nie  zdołał  przemówić  jej  do  rozumu,  lecz  nie 

zamierzał się poddać. W razie czego gotów był użyć siły. W tym wypadku cel uświęca środki. 

Ale  targały  nim  również  innego  rodzaju  wyrzuty  sumienia,  i  te  było  mu  o  wiele 

trudniej zaakceptować - wyrzuty z powodu żądzy, jaka w nim wrzała. 

Jedno  z  cienkich  ramiączek  wisiało  oderwane.  Tylko  wypukłość  piersi 

powstrzymywała  sukienkę  przed  osunięciem  się  niżej.  Rebeka  wzięła  głęboki  oddech.  Usta 

miała czerwone, nabrzmiałe od pocałunków, włosy rozczochrane, skórę gładką, zaróżowioną 

z podniecenia. 

Ilekroć  patrzył  na  stojące  pomiędzy  nimi  łóżko,  uświadamiał  sobie,  jak  niewiele 

brakowało,  aby  się  w  nim  znaleźli.  I  jak  bardzo  tego  nadal  pragnął  -  porwać  Rebekę  w 

ramiona, pieścić ją, tulić, całować. 

Mężczyzna  ma  prawo  pożądać  kobiety.  Ma  prawo  się  z  nią  kochać,  zwłaszcza  jeśli 

ona również tego chce. Ale w tym wypadku kobietą jest Rebeka, która marzy o dzieciach, o 

wielkiej miłości, o rodzinie. O stabilizacji. 

To zaś w ogóle jego nie kusiło. 

Co  innego  seks,  co  innego  zaangażowanie  emocjonalne.  Żadnej  kobiety  świadomie 

dotąd nie skrzywdził; zawsze wybierał takie, którym odpowiadały te same reguły gry. 

background image

Nigdy  też  nie  zdarzyło  się,  aby  ktokolwiek  -  kobieta,  mężczyzna,  dziecko  - 

przeszkodził mu w pracy. 

- Psiakrew! - mruknął pod nosem. - Sytuacja całkiem wymknęła mi się spod kontroli. 

Tammy nie powinna była domyślić się twojego nazwiska. 

- Gdyby go nie odkryła, nigdy by się ze mną nie skontaktowała - stwierdziła Rebeka. - 

Zresztą  przez  telefon  brzmiała  bardzo  sympatycznie.  Najpierw  przeprosiła,  że  dzwoni  tak 

późno. A potem powiedziała, iż słyszała od znajomych, że jej szukam. Wprawdzie nie wie po 

co, ale jeżeli zależy mi na spotkaniu, to jutro ma trochę wolnego czasu. 

Gabe wywrócił oczami. 

- A ty od razu musiałaś się zgodzić?! 

-  Musiałam  i  chciałam.  Na  miłość  boską,  przecież  po  to  tu  jesteśmy.  Żeby  z  nią 

porozmawiać. A ona sama to zaproponowała. 

-  No  właśnie.  Jaka  miła!  A  jakie  miłe  miejsce  wybrała.  Ciche,  puste,  odosobnione. 

Kanion Red Rock. Zrozum, Tammy Diller nie jest żadną miłośniczką przyrody. Jeśli wybrała 

miejsce z dala od cywilizacji, to na pewno nie dlatego, że chce tam z tobą pomedytować. 

- Ależ ty jesteś podejrzliwy! - zirytowała się Rebeka. - Skąd wiesz, że ona coś knuje? 

Że chce mi wyrządzić krzywdę? Nic nie wiemy i niczego się nie dowiemy, dopóki się z nią 

nie spotkam. 

- Nie puszczę cię samej. 

-  Gabe,  ona  chce  rozmawiać  ze  mną,  nie  z  tobą.  Proszę  cię,  przestań  myśleć  jak 

troskliwy tatuś małolaty, która wybiera się na pierwszą randkę, i skup się na moment. Pojadę 

do tego kanionu. Sama. Kobieta inaczej rozmawia z kobietą, a inaczej z mężczyzną. Zobaczę, 

co mi powie, a co pominie milczeniem. Wiele można wyczytać między wierszami, a jeszcze 

więcej  z  wyrazu  oczu.  Ty  byś  wszystko  sknocił.  Owszem,  jesteś  przystojny  i  mógłbyś  jej 

zawrócić w głowie, ale czasem masz skłonności do krzyku. A poza tym zupełnie nie potrafisz 

być subtelny. 

- Ja mówię o bezpieczeństwie, a ty o moich manierach? Kogo to obchodzi, czy jestem 

subtelny, czy nie? 

Posłała mu szelmowski uśmiech. 

- Nie dyskutujmy, kotku. Jadę na to spotkanie i już. 

- Jestem przeciwny. 

- Wiem. 

- Bardzo mi się to nie podoba. 

- Wiem. 

background image

W  końcu  poddał  się.  Niechętnie  i  wbrew  sobie. Gdyby  wierzył,  że to  cokolwiek  da, 

zadzwoniłby do Kate i poprosił ją, by natychmiast zamknęła córkę w klasztorze. Podejrzewał 

jednak, że Kate, choć niezwykle prężna i stanowcza w interesach, nie ma nad Rebeką żadnej 

władzy. 

Rebeka  nikogo  nie  słuchała.  Uważała,  że  wszystko  wie  najlepiej.  Musiał  coś  z  tym 

fantem zrobić. 

Najgorsze  było  to,  że  nie  miał  do  niej  za  grosz  zaufania.  Już  kilka  razy  coś 

obiecywała,  a  potem  bezczelnie  łamała  reguły.  Mógłby  ją  odwieźć  na  lotnisko,  wsadzić  do 

samolotu,  ale  nie  miał  żadnej  pewności,  czy  nie  sterroryzowałaby  załogi  i  nie  zmusiła 

kapitana  do  wylądowania  w  Red  Rock.  Niemal  gotów  był  się  założyć,  że  związana  i 

poćwiartowana też dotarłaby na spotkanie z Tammy. 

Dlatego się poddał, lecz postawił kilka warunków. On pierwszy się uda do kanionu  - 

oddzielnym  samochodem.  Nie  będzie  go  widziała  -  bo  gdzieś  się  ukryje.  Ona  ma  uważnie 

słuchać wszystkiego, co Tammy mówi; wolno jej zadawać pytania, ale absolutnie nie wolno 

wspominać o śmierci Moniki. Niech sobie wymyśli, co chce, dowolną bajeczkę, by wyjaśnić 

Tammy,  dlaczego  próbowała  się  z  nią  skontaktować,  lecz  niech  unika  wszelkich  nie-

bezpiecznych tematów. 

Rebeka bez wahania przystała na wszystkie warunki. 

Gabe  pominął  dwa  drobne  szczegóły:  że  na  wyznaczone  miejsce  zamierza  przybyć 

uzbrojony  i  dopiero  wtedy  zdecyduje,  czy  cały  czas  pozostanie  w  ukryciu,  czy  jednak  się 

ujawni. 

Rebeka  o  nic  go  nie  zapytała.  Po  chwili  głośno  ziewnęła.  Przeciągnąwszy  się, 

przetarła oczy i uśmiechnęła się bezradnie. 

- Strasznie męczące są te kłótnie z tobą. - Spojrzała na zegarek. - O rety! Wiesz, która 

jest godzina? 

Nie miał pojęcia, lecz kiedy sprawdził, natychmiast sięgnął po marynarkę. 

- Słuchaj, omówimy wszystko jeszcze raz, zanim ruszysz jutro w drogę. Jeśli macie się 

spotkać p drugiej, może zjemy wczesny lunch o... na przykład o jedenastej. Przyjdę po ciebie 

na górę. 

- Dla kogo lunch, dla tego lunch. Dla mnie to pewnie będzie śniadanie. Przed dziesiątą 

nie wstanę. 

- Świetnie. Wyśpij się. 

Podejrzewał, że on sam nie zdoła zmrużyć oka. Miał  mnóstwo spraw do załatwienia 

przed  jutrzejszym  spotkaniem,  choćby  wynajęcie  drugiego  wozu  czy  dokładne  obejrzenie 

background image

kanionu. Skierował się pośpiesznie ku drzwiom. Nagle stanął w pół kroku. 

- Mała... 

Nie  był  pewien,  co  chce  powiedzieć,  jedynie  czuł,  że  powinien  coś  powiedzieć.  Nie 

wypada wybiec bez słowa. Całowali się, pieścili. Telefon od Tammy zburzył intymny nastrój; 

podziałał  jak  zimny  prysznic.  Ale  przecież  te  pocałunki  były  prawdziwe,  pieszczoty  nie 

dokończone... 

- Zamierzasz przeprosić za to, do czego prawie między nami doszło? - spytała cicho. 

- Przeprosić? Nie. - Potarł ręką brodę. - A właściwie tak. Chcę cię przeprosić. 

- To nie była twoja wina, Gabe. Grzecznie sobie siedziałeś, a ja ci się wpakowałam na 

kolana. - Też potarła ręką twarz, jakby ten gest był zaraźliwy. - Powinnam cały czas myśleć o 

Jake'u. To z jego powodu tu przyleciałam.  Kiedy  Tammy zadzwoniła,  myślami  byłam gdzie 

indziej. Mam tego powodu wyrzuty sumienia. 

-  Niepotrzebnie.  Szukanie  dowodów  niewinności  Jake'a  to  moja  praca,  nie  twoja. 

Wiem,  że  go  kochasz  i  chcesz  mu  pomóc,  ale  ty  żyjesz  w  innym  świecie.  Nie  jesteś 

przyzwyczajona  do  krętactw  ani  łajdactw,  do  śledzenia  podejrzanych  typów,  do  rozmów  z 

ludźmi z marginesu. - Wsunął ręce do kieszeni. - Poza tym martwisz się o brata. Kiedy żyje 

się w stresie, wszystko się  inaczej postrzega. Inaczej reaguje  się  na rzeczywistość. Wewnę-

trzne napięcie wypacza nasz sposób myślenia, czucia... 

- Moje myślenie czy czucie wcale nie jest wypaczone. - Popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Jedynie wybrałam nieodpowiedni moment. I tego żałuję. Ale niczego poza tym. Rozumiesz? 

-  Dobra,  dobra.  Kiedy  wrócisz  do  Minneapolis,  znów  będziesz  marzyła  o  domku  na 

wsi, z huśtawką w ogrodzie. O dzieciach. I o mężczyźnie, który ci je da. 

Otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  po  chwili  je  zamknęła.  W  jej  dużych 

zielonych oczach Gabe dojrzał smutek i ból. Ból, który sam zadał, odbierając jej nadzieję. 

Skinąwszy na pożegnanie głową, wyszedł z pokoju. 

Korytarz  był  pusty.  Gabe  ruszył  przed  siebie.  Cisza  dzwoniła  mu  w  uszach.  Miał 

wrażenie, że słyszy stukot własnego serca. 

W rozmowie z Rebeką był szczery. Nie chciał  sprawiać  jej przykrości, ale nie chciał 

też,  by  nastawiała  się  na  coś,  co  nie  ma  szansy  się  spełnić.  Jest  romantyczką,  która  buja  w 

obłokach  i  wierzy  w  królewiczów  z  bajki.  Gdyby  związała  się  z  nim,  przeżyłaby  bolesne 

rozczarowanie.  Bezwzględna  uczciwość  - to  jedyne,  co  mógł  jej  zaofiarować,  mimo  to  czuł 

się jak ostatni drań. 

Była tym, o czym marzył jako mały chłopiec - blaskiem księżyca, promykiem słońca. 

Bał  się  takich  wielkich  słów  jak  miłość,  ale  nie  ukrywał,  że  darzy  ją  uczuciem.  Wcale  nie 

background image

chciał,  żeby  się  zmieniła.  Ma  prawo  być  altruistką,  wierzyć  w  bajki,  dążyć  do  spełnienia 

marzeń. 

Dlatego  musi  ją  chronić.  Nie  przed  niebezpieczeństwem  z  zewnątrz.  Przed  nim 

samym, Gabrielem Devereax. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  jest  mężczyzną,  jakiego  Rebeka  potrzebuje,  a  tym 

bardziej pragnie. 

Nóż był jej ulubionym narzędziem zbrodni. Kilka osób uśmierciła za pomocą trucizny, 

jedną  czy  dwie  zastrzeliła,  używając  starego  brytyjskiego  stena,  parę  utopiła,  kilka  innych 

zrzuciła  ze  skał.  W  komputerze  miała  na  ukończeniu  kolejną  powieść  kryminalną:  główny 

złoczyńca  posługuje  się  srebrnym  sztyletem.  Śmierć  zadana  tą  metodą  jest  znacznie 

okrutniejsza,  wymaga  większej  odwagi,  bezpośredniego  kontaktu  z  ofiarą.  A  Rebece 

sprawiała to dużo większą przyjemność. 

Pamiętała  jedną  recenzję.  Krytyk  pochwalił  ją  za  drapieżną  wyobraźnię  i  zabójcze 

poczucie  humoru.  Czuła  się  mile  połechtana.  Ale  tak  ochoczo  i  tak  lekką  ręką  mordowała 

jedynie postaci fikcyjne - swoich książkowych bohaterów. W życiu natomiast miała wyrzuty 

sumienia, kiedy zabijała komara. Nigdy też nie marzyła o spotkaniu w cztery oczy w osobą, 

która może być mordercą. 

Zapięła  guziki  jasnej  bawełnianej  koszuli,  wsunęła  poły  do  beżowych  sportowych 

spodni, po czym włożyła tenisówki.  W głowie  jej szumiało, w żołądku czuła dziwny ucisk. 

Jasna  koszula  i  beżowe  spodnie  były  trzecim  strojem,  który  przymierzyła  po  wstaniu,  co 

najlepiej  świadczyło  o  stanie  jej  nerwów.  Dziesiątki  godzin  poświęcała  na  tworzenie 

bezdusznych  morderców,  a  nie  miała  najmniejszego  pojęcia,  jak  się  ubrać  na  spotkanie  z 

prawdziwym potencjalnym zabójcą. 

Poranne  słońce  wpadało  przez  okno  do  pokoju.  Nie  zwracając  uwagi  na  pogodę, 

Rebeka  chwyciła  szczotkę  do  włosów.  Włosy  jak  zwykle  sterczały  jej  na  wszystkie  strony. 

Przez  moment  zastanawiała  się,  czy  nie  spiąć  ich  klamerkami,  potem  zrezygnowała  z  tego 

pomysłu. Na miłość boską, przecież nie idzie na rozmowę w sprawie pracy! 

To,  że  Monica  Malone  zginęła  dźgnięta  nożem  do  korespondencji,  nie  znaczy,  że 

Tammy - adresatka jednego z listów - pozbawiła ją życia. Nie ma żadnych dowodów na to, że 

w dniu morderstwa Tammy przebywała w domu Moniki. Na nożu nie było śladów jej palców. 

Jednakże  od  chwili  znalezienia  listu  Rebeka  miała  silne,  choć  niczym  nie  uzasadnione 

przeczucie,  że  pomiędzy  Tammy  Diller  a  rodziną  Fortune'ów  istnieje  jakiś  tajemniczy 

związek. Z drugiej strony, Gabe bez przerwy powtarzał jej, że ma zbyt bujną wyobraźnię. 

Podejrzewała,  że  gdyby  naprawdę  wierzył  w  winę  Tammy,  stanąłby  na  głowie,  aby 

background image

nie  dopuścić  do  ich  spotkania.  On  natomiast  uważał,  że  Tammy  jest  typową  oszustką  i 

naciągaczką,  osobą  o  koszmarnej  opinii  i  brudnych  rękach,  mającą  jakieś  powiązania  z 

Monicą,  które  mogą  rzucić  światło  na  śledztwo  i  przyczynić  się  do  zwolnienia  Jake'a.  W 

niewinność  Jake'a  nie  bardzo  wierzył.  Tylko  rodzina  obstawała  przy  tym,  że  Jake  nie  mógł 

zabić Moniki. Ale rodzina wynajęła najlepszych prawników i im zostawiła obronę Jake'a. 

Ona, Rebeka, wolała nie ryzykować; bądź co bądź chodziło o jej brata. 

Jake  był  niezdolny  -  psychicznie,  emocjonalnie,  moralnie  -  do  popełnienia 

jakiejkolwiek  zbrodni.  Rebeka  nie  miała  co  do  tego  cienia  wątpliwości.  Ale  ktoś 

zasztyletował  aktorkę.  I  tą  osobą  mogła  być  Tammy,  która  mniej  więcej  w  tym  czasie 

kontaktowała się z Monicą. 

Rebeka spojrzała na zegarek. Do spotkania w kanionie zostały równe trzy godziny. 

Rzuciła  szczotkę  na  łóżko,  pomalowała  usta,  pociągnęła  różem  policzki.  Zapinając 

pamiątkową bransoletę - dziś bez swojego talizmanu nie zamierzała wychodzić - zastanawiała 

się,  czy  zdąży  zwymiotować.  Denerwowała  się.  Sama  myśl  o  spotkaniu  z  Tammy 

przyprawiała  ją  o  mdłości.  Ale  lada  moment  powinien  nadejść  Gabe.  Jest  już  dwie  minuty 

spóźniony. 

Zastukał do drzwi, zanim uporała się z bransoletą. Kiedy mu otworzyła, przyjrzał się 

jej z zatroskaniem, jakby wyruszała w długą podróż za ocean. 

- Jak się czujesz? Spałaś dobrze? Nie zmieniłaś zdania? 

- Czuję się świetnie i rwę się do działania - odparła. 

Okazało się, że wcale nie  musi go okłamywać. Albowiem z chwilą, gdy się pojawił, 

ogarnął ją błogi spokój - mdłości minęły, choć serce waliło, jakby dopiero skończyła bieg na 

setkę. 

Ubrany był na sportowo: koszula w kratkę, dżinsy, cienka kurtka. Zauważyła, że bez 

względu  na  to,  co  Gabe  ma  na  sobie,  dres  czy  smoking,  zawsze  wygląda  bardziej 

dystyngowanie  od  niej.  Poły  koszuli  tkwią  mu  w  spodniach,  włosy  nie  sterczą  na  wszystkie 

strony. Był ogolony, ale oczy miał wyraźnie podkrążone. Nie mógł spać, pomyślała. Podobnie 

jak ona, pewnie leżał, dumając o tym, co robili, zanim przerwał im telefon. 

Wcześniej  zastanawiała  się,  czy  przypadkiem  nie  zakochała  się  w  Gabie.  Teraz  już 

wiedziała. Z jednej strony, pociągał ją fizycznie, a z drugiej... Tak, z drugiej strony serce jej 

łomotało, kolana miała jak z waty, dłonie wilgotne. 

-  Wciąż  nie  jestem  pewien,  czy  powinienem  ci  pozwolić  na  to  spotkanie  -  rzekł 

ponuro: 

- Dam ci dobrą radę, kotku. W dzisiejszych czasach  lepiej  nie używaj w rozmowie z 

background image

kobietą takich słów jak „czy powinienem ci pozwolić”, bo możesz zarobić guza. 

Oparł się o framugę drzwi. 

-  Z  innymi  kobietami  na  pewno  bym  nie  użył.  Tu  nie  chodzi  o  płeć,  mała,  lecz  o 

charakter.  Jedni  mają  wojowniczą  naturę,  inni  łagodną  jak  baranek.  Ty  do  końca  życia 

będziesz barankiem. 

-  Może.  Ale  jeśli  się  zastanowisz,  zrozumiesz,  że  bycie  barankiem  ma  kilka 

niezaprzeczalnych korzyści. - Chwyciła z łóżka torebkę oraz kartkę z podyktowaną jej przez 

Tammy  instrukcją  dojazdu  do  kanionu,  po  czym  wyszła  na  korytarz  i  skierowała  się  do 

windy.  -  Naprawdę  możesz  się  o  mnie  nie  martwić.  Jestem  straszliwym  tchórzem.  Jeśli 

myślisz,  że  uczynię  coś,  co  by  mogło  rozgniewać  czy  sprowokować  pannę  Diller,  to  się 

mylisz. 

Gabe  przekręcił  klucz  w  zamku  i  pośpieszył  za  Rebeką.  Oboje  jednocześnie 

wyciągnęli ręce, żeby wcisnąć guzik przywołujący windę. 

- Ty tchórzem? Prędzej uwierzę w obietnice wyborcze naszych polityków. Odkąd cię 

poznałem, podejmujesz ryzyko za ryzykiem. Żyjesz po to, żeby ryzykować. Ale dziś, Ruda, 

musisz  zagrać  bezpiecznie.  To  ważne.  Pamiętasz,  o  czym  rozmawialiśmy  wczoraj?  Jeżeli 

poczujesz,  że  coś  jest  nie  tak,  jeżeli  cokolwiek  wyda  ci  się  dziwne  lub  podejrzane,  masz 

natychmiast wsiąść do samochodu i odjechać. 

Drzwi  windy  rozsunęły  się  z  cichym  sykiem.  Weszli  do  środka.  W  oczach  Rebeki 

pojawiły się wesołe iskierki. 

- Ależ, Gabe! Co ty mówisz? Czyżbyś zaczął wierzyć w przeczucia, w intuicję? 

Westchnął głośno. 

- Mam nadzieję, że wrócisz do hotelu cała i zdrowa. Po chwili, gwoli przypomnienia, 

powtórzył  jej  to,  co  uzgodnili  wczoraj:  jadą  dwoma  samochodami,  on  pozostaje  w  ukryciu, 

potem spotykają się w ustalonym miejscu o ustalonej porze. Wręczył jej mapkę z zaznaczoną 

flamastrem  trasą.  Rebeka  domyśliła  się,  że  zamiast  próbować  w  nocy  zasnąć,  udał  się  do 

kanionu i dokładnie obejrzał teren. 

Wysiedli z windy.  Zbliżali  się do restauracji, kiedy Gabe skończył  litanię rozkazów, 

próśb i żądań. Zanim pchnął szklane drzwi, wcisnął Rebece do ręki klucz. 

- Co to? - spytała. 

- Wynająłem ci wóz. Czarną mazdę RX - 7. Uniosła brwi. 

- Wystarczyłby chevy. 

-  Może.  Wziąłem  mazdę  na  wypadek,  gdyby  pojawił  się  jakiś  problem  i  chciałabyś 

szybko zwiać. 

background image

Do  tej  pory  Rebeka  grzecznie  słuchała.  Nawet  nie  próbowała  nic  dodać  od  siebie. 

Bądź co bądź chirurgowi w trakcie operacji nie przerywa się. Widziała, że Gabe jest w swoim 

żywiole;  wszystko  dokładnie  sprawdził,  zaplanował,  przygotował.  Bez  niego  na  pewno  by 

sobie nie poradziła. Ale ostatniej uwagi nie mogła puścić bez komentarza. 

Delikatnie  ujęła  go  za  łokieć,  po  czym  oznajmiła  cicho:  -  Nie  uciekam  przed 

problemami, Gabe. Czasem ogarnia mnie strach, czasem z nerwów wymiotuję, czasem robię 

nie to, co trzeba. Ale nie uciekam. Tego możesz być pewien. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Chociaż odległość z Las Vegas do kanionu Red Rock wynosiła tylko dwadzieścia pięć 

kilometrów,  Gabe  miał  wrażenie,  jakby  nagle  znalazł  się  na  innej  planecie.  Zgiełk  ucichł, 

światła  wygasły,  domy  zniknęły  -  miasto  zostało  w  tyle.  Najpierw  pojawiła  się  pustynia,  a 

parę kilometrów dalej dziki, kamienisty krajobraz. 

Dla  turysty,  któremu  znudziło  się  przegrywanie  forsy  w  kasynach,  wycieczka  do 

kanionu  mogła  stanowić  miłą  odmianę.  Gabe  jednak  podejrzewał,  że  Tammy  wybrała  to 

pustkowie z całkiem innych powodów. 

Podrapał  się  po  brodzie.  Kilka  minut  temu  panna  Diller  przybyła  na  miejsce 

jasnożółtym cadillakiem. Nie swoim  - wynajętym. Miał okazję dokładnie się jej przyjrzeć. I 

to, co ujrzał, bardzo mu się nie podobało. 

Leżał  na  skraju  półki  skalnej,  około  dziesięć  metrów  nad  dnem  kanionu.  Trudno 

byłoby  o  lepszy  punkt obserwacyjny;  widział  wszystko  jak  na  dłoni.  Liczył  na  to,  że  może 

uda mu się również śledzić przebieg rozmowy - o ile wcześniej nie roztopi się w słońcu. 

Tammy  zaproponowała  spotkanie  przy  stołach  piknikowych  w  parku  na  terenie 

kanionu.  Teoretycznie  było  to  idealne  miejsce  na  rozmowę,  ciche,  spokojne.  W  parku  -  a 

zatem wśród ludzi. Tyle że ludzie przyjeżdżali do kanionu w soboty i w niedziele. W środku 

tygodnia  panowała  tu  pustka.  Słońce  prażyło  niemiłosiernie,  promienie  odbijały  się  o  łyse 

skały,  powietrze  stało  nieruchomo.  I  w  promieniu  wielu  kilometrów  nie  było  widać  żywej 

duszy - ptaka, jaszczurki, a tym bardziej człowieka. 

Gabe miał przy sobie menażkę z wodą, ale bał się wyciągnąć ją z kieszeni i podnieść 

do ust, by hałas nie zdradził jego obecności. Dla geologa okolica ta pewnie była rajem; tu i 

ówdzie  rosło  parę  poskręcanych  topoli  rzucających  zbawienny  cień  na  stoliki  piknikowe, 

dalej  jednak ciągnęły się różowopomarańczowe formacje skalne, które przyjmowały dziwne 

strzeliste kształty. 

Gabe  nie  był  geologiem;  nie  interesowały  go  formacje  skalne  ani  surowe  piękno 

krajobrazu.  Samochód  zostawił  daleko  od  parku.  Pokonując  drogę  piechotą,  cały  czas 

denerwował się, że miejsce wybrane przez Tammy jest tak ustronne. Tak na uboczu. Mogła tu 

zrobić wszystko i nikt by niczego nie widział. 

To,  że  przybyła  dwadzieścia  minut  przed  czasem,  wydało  mu  się  podejrzane  i 

natychmiast  wzmogło  jego  czujność.  Ale  dzięki  temu  miał  okazję  dobrze  się  jej  przyjrzeć. 

Najbardziej  rzucała  się  w  oczy  fryzura  -  Tammy  miała  włosy  do  ramion,  dość  puszyste,  a 

background image

może natapirowane. 

Pewnie uważała, że ma na głowie artystyczny nieład. Gabe zaś uważał, że czesała się 

koszmarnie. Kiczowato. 

Tak samo się malowała. W myśl zasady, że im więcej koloru na powiekach i tuszu na 

rzęsach, tym lepiej. Nogi - długie i zgrabne. Bluzka, pełna falbanek i koronek, opinała obfity 

biust. Przypuszczalnie dzięki tym koronkom Tammy Diller chciała sprawiać wrażenie osoby 

niewinnej i godnej zaufania, a sprawiała wrażenie zdziry. Lafiryndy. Nie chodziło o ubranie, 

bo to, co miała na sobie, musiało sporo kosztować. Chodziło raczej o sposób, w jaki je nosiła, 

i o sposób, w jaki się poruszała. 

Spojrzenie miała zimne, przebiegłe. Twarz całkiem ładną, gdyby nie makijaż. I gdyby 

nie  wyraz  okrucieństwa,  sprytu  i  wyrachowania,  którego  nic  nie  było  w  stanie  ukryć.  Była 

wyraźnie spięta; co rusz podskakiwała nerwowo i oglądała się za siebie, jakby coś słyszała. A 

słyszeć nic nie mogła, bo on nie czynił najmniejszego szmeru. 

Wreszcie z oddali dobiegł ich cichy warkot silnika. Rebeka. Gabe poczuł, jak mięśnie 

mu  się  napinają,  nie  oderwał  jednak  oczu od Tammy.  Kobieta  rzuciła  papierosa  na  ziemię, 

zgniotła go butem, wypluła gumę do żucia, zawiązała  na głowie cienką chusteczkę, włożyła 

na nos wielkie okulary słoneczne i czym prędzej przybrała wyraz spokoju i powagi. 

Rebeka  zatrzymała  czarną  mazdę  tuż  obok  cadillaca  i  wysiadła.  No  dobrze,  mała. 

Bądź grzeczna, prosił  ją w  myślach Gabe. Zachowuj się tak, jak uzgodniliśmy. Rozmawiaj, 

ale  nie  wspominaj  słowem  o  Monice,  o  Jake'u  i  o  morderstwie.  Jutro  możesz  sobie 

ryzykować,  ile  chcesz.  Przysięgam,  że  nie  będę  na  ciebie  krzyczał,  ale  dziś  błagam,  bądź 

ostrożna. 

Spostrzegłszy Tammy, Rebeka skierowała się w jej stronę. W porównaniu z nią, była 

jak powiew wiatru, jak promień słońca - czysta, naturalna, świeża. 

- Panna Diller? 

Coś jest nie tak. Gabe wyraźnie to widział. Znał Rebekę, jej sposób chodzenia i stania. 

Ktoś inny pewnie niczego by nie zauważył, ale on od razu spostrzegł nienaturalną sztywność 

w jej ruchach oraz przylepiony do warg uśmiech - szeroki, promienny, lecz wymuszony. 

Natychmiast rozdzwoniły się w nim dzwonki alarmowe. Maksymalnie wytężył wzrok, 

wzmógł  czujność.  Wczesnym  rankiem  postanowił  zajrzeć  do  komputera,  zobaczyć,  czy  nie 

pojawiło  się  więcej  informacji  o  Tammy  lub  o  jakimś  innym  podejrzanym,  o  którym  dotąd 

było cicho. Monica nie narzekała na brak wrogów. Pracownicy agencji dokładnie sprawdzili 

każde  nazwisko  otrzymane  od  Kate  i  Jake'a  Fortune'ów.  Wygrzebali  mnóstwo  ciekawych 

informacji,  ale  nic,  co  mogłoby  się  przydać  w  śledztwie.  Gabe  uznał,  że  nie  ma  powodu 

background image

zakazywać Rebece spotkania z Tammy, skoro tak bardzo jej na tym zależy. 

Teraz  żałował  swej  decyzji.  Trzeba  było  zakazać  i  już.  Skoro  Rebeka  jest  tak 

poruszona samym widokiem Tammy, znaczy to jedno: że istnieje coś, o czym on nie wie. Tak 

w  ogóle  to  lubił  niespodzianki,  ale  nie  wtedy,  gdy  dotyczyły  Rebeki,  a  szczególnie  jej 

bezpieczeństwa. 

Obserwował  ją  uważnie.  Po  chwili  nienaturalna  sztywność  zniknęła.  Rebeka 

wyciągnęła na powitanie rękę i - jak to ona - ćwierkając wesoło, rzekła: 

- Dziękuję, że chciała się pani ze mną spotkać. - Rozejrzała się dookoła. - Boże, jak tu 

pięknie! 

Tammy uścisnęła jej dłoń, szczerząc zęby w fałszywym uśmiechu. 

-  Prawda?  Uwielbiam  to  miejsce.  Cisza,  spokój,  można  się  odprężyć,  swobodnie 

porozmawiać.  Zwłaszcza  tu,  w  Vegas,  człowiek  potrzebuje  chwili  wytchnienia.  -  Mówiła  z 

południowym  akcentem,  którego  chyba  nie  udawała,  głosem  ociekającym  słodyczą,  która 

niewątpliwie prawdziwa nie była. 

- No tak. Po wrażeniach w kasynie... 

Nie wszystko docierało do jego uszu. Tammy stała zwrócona tyłem; przyglądał się jej 

więc bez obawy, że go dostrzeże. Z początku tylko na to liczył: że znajdzie kryjówkę na tyle 

blisko,  by  mógł  śledzić  obie  kobiety,  a  gdyby  co  do  czego  doszło,  rzucić  się  Rebece  na 

ratunek. To, że w czystym powietrzu i panującej wokół niezmąconej ciszy głos niósł się tak 

dobrze, było miłą niespodzianką. Najmniejszy ruch powodował jednak, że głosy się zlewały. 

A kobiety, wiadomo, nie potrafią ustać w miejscu. 

Gabe wstrzymał oddech. Starał się zignorować swędzenie w okolicy karku, zapomnieć 

o żarze lejącym się z nieba, nie zwracać uwagi na ostre odłamki wpijające mu się w tors. 

Sądząc  po  twarzy  Rebeki,  nie  mówiły  o  niczym  ważnym;  po  prostu  prowadziły 

uprzejmą,  zdawkową  rozmowę.  Rebeka  uśmiechała  się,  potakiwała,  co  pewien  czas 

entuzjastycznie przyznawała swej rozmówczyni rację. 

Brawo, Ruda, pochwalił ją w myślach. Świetnie się spisujesz. 

Podeszły  nieco  bliżej  skały,  na  której  leżał.  Po  chwili  Tammy,  uznawszy,  że  nie 

przyjechała tu, by rozprawiać o urodzie kanionu, przystąpiła do sedna. 

- Gdziekolwiek się wczoraj pojawiłam, ktoś mówił, że pani mnie szuka. Ponieważ nie 

znamy się, nigdy się nawet nie widziałyśmy, zastanawiałam się, o co może chodzić... 

- Jeśli mogę być z panią szczera... 

Szczera?  Gabe  poczuł  dreszcz  trwogi.  Mógł  się  tego  spodziewać.  Wczoraj  wyraźnie 

mu  powiedziała,  że  nie  ma  zwyczaju  uciekać  przed  problemami.  Zresztą  sam  to  doskonale 

background image

wiedział.  Wielokrotnie  udowodniła  swoim  zachowaniem,  że  gotowa  jest  uczynić  wszystko, 

żeby  pomóc  bratu.  Żadne  problemy  nie  były  jej  straszne.  Nie  myślała  o  ryzyku  czy 

zagrożeniu. Miał tego najlepszy przykład  wczorajszej  nocy, kiedy o mało nie wylądowała z 

nim w łóżku. 

Każdy dotyk, każda pieszczota i pocałunek odżyły w jego pamięci. Miotany paniczną 

trwogą, usiłował telepatycznie przekazać Rebece swe myśli, przypomnieć jej, co ustalili. 

- Ależ, moja droga! Oczywiście, że tak - zapewniła ją Tammy. 

-  Pewnie  czytała  pani  w  gazecie  o  morderstwie  Moniki  Malone?  No  więc  mój  brat 

Jake został oskarżony o tę zbrodnię. W rzeczach Moniki znalazłam kopię listu, który napisała 

do pani kilka dni przed śmiercią. Nie wiem, co panią łączyło z Monicą, ale miałam nadzieję, 

że  zdoła  mi  pani  jakoś  pomóc.  Szukam  jakichś  śladów,  informacji,  czegokolwiek,  co  by 

mogło oczyścić dobre imię mojego brata. 

Serce Gabe'a zamarło. W ustach  mu zaschło,  jakby godzinami wędrował po pustyni. 

Psiakrew!  Tyle  razy  jej  tłumaczył,  a  ona  kiwała  głową  na  znak,  że  się  zgadza  i  rozumie! 

Przecież uzgodnili, że  nie wolno  jej słowem wspomnieć o śmierci  Moniki. Jeżeli tak zrobi, 

wówczas Tammy dostrzeże w niej wroga. Zagrożenie. 

Cholera, Ruda! Zamknij się, ani słowa więcej! 

Przez  moment  nie  widział  twarzy  Tammy  Diller,  widział  jedynie,  że  uniosła  ręce, 

jakby wyznanie Rebeki ogromnie ją zdziwiło. 

- Tak, oczywiście, że słyszałam o morderstwie. Monika Malone była sławną aktorką i 

wszystkie gazety pisały o jej śmierci. Ale nie znałam jej osobiście... 

- No a list? - spytała Rebeka. - Napisała do pani zaledwie kilka dni przed śmiercią... 

Serce Gabe'a znów zaczęło bić. A raczej walić młotem. Przez chwilę zastanawiał się, 

co  ma  zrobić,  kiedy  wreszcie  dorwie  tę  rudowłosą  kretynkę.  Czy  ma  ją  usmażyć  na 

skwierczącym tłuszczu, przywiązać do słupa na środku termitiery, czy utopić? Wszystkie trzy 

rozwiązania  były  tak  kuszące,  że  nie  potrafił  się  zdecydować.  No  cóż,  później  nad  tym 

pomyśli,  a  na  razie  przygwoździł  wzrokiem  Tammy  Diller.  Nie  zamierzał  spuszczać  z  niej 

oczu - nawet na moment, żeby mrugnąć. 

-  Tak,  to  prawda  -  przyznała  Tammy.  -  Byłam  zaskoczona.  Jak  się  pani  zapewne 

domyśla  -  wykonała  ręką  nieokreślony  gest,  jakby  wskazywała  na  swoją  twarz  i  figurę  - 

jestem  modelką.  Uznałam,  że  pani  Malone  chce  mi  zaoferować  pracę.  Czytałam  kiedyś,  że 

jest  związana  z  firmą  kosmetyczną  należącą  do  pani  rodziny.  Akurat  byłam  między 

zleceniami... Ale sama nie wiem. Wkrótce zaproponowano mi ciekawe zajęcie, a potem... Nie 

zdążyłam odpowiedzieć na list pani Malone ani dowiedzieć się, o co jej chodziło. 

background image

-  Szkoda.  -  Rebeka westchnęła.  - Liczyłam  na coś więcej.  Że podsunie  mi pani  jakiś 

trop, na przykład nazwisko osoby, która mogła źle Monice życzyć... 

- Przykro mi, kochana. Nigdy w życiu nie spotkałam pani Malone. Rzecz jasna, byłam 

przerażona, kiedy przeczytałam o  jej  morderstwie. To straszne! Stara hollywoodzka aktorka 

ginie zasztyletowana ozdobnym  nożem do listów. Zupełnie  jak na  filmie, no nie? Po prostu 

wierzyć się nie chce, że ktoś mógłby popełnić tak ohydną zbrodnię. 

Cholera! Znów coś jest nie tak! Rebeka pokiwała głową, mruknęła, że tak, to straszne, 

ale  Gabe  zauważył,  że  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Zauważył  też,  że  z  całej  siły  zaciska 

dłonie. Choć robiła to dyskretnie, w sposób ledwo widoczny, pamiątkowa bransoleta głośno 

zabrzęczała. 

Tammy,  starając  się  uciec  od  tematu  Moniki,  pochwaliła  bransoletę  i  po  chwili 

rozmowa  zeszła  na  biżuterię.  Obie  kobiety  przestępowały  nerwowo  z  nogi  na  nogę.  Były 

wyraźnie  spięte.  Obie  wyjęły  z  torebki  kluczyki  samochodowe.  Podrzucając  je  w  dłoni, 

kontynuowały  rozmowę.  Nie  chciały  przedłużać  spotkania,  ale  żadna  nie  umiała  go 

zakończyć. 

Gabe z ulgą wypuścił z pluć powietrze. Uznał, że nic groźnego się  już nie wydarzy. 

Gdyby  Tammy  chciała  wyrządzić  Rebece  krzywdę,  miała  aż  nadto  czasu.  Być  może  była 

zadowolona ze spotkania. Może stwierdziła, że poszło po jej myśli. Bo przecież osiągnęła cel: 

zdołała  zamydlić  Rebece  oczy,  wcisnąć  jej  trochę  kitu,  a  przy  okazji  dowiedzieć  się,  czego 

Rebeka od niej oczekuje. 

Niestety, Gabe nie wierzył w szczęśliwe zakończenia. Trafiały się jedynie w bajkach i 

czasem w filmach. 

Leżenie  bez ruchu doprowadzało go do szału. Miał ochotę zejść ze skały, wrócić do 

samochodu i odjechać, zanim Tammy wsiądzie do swojego cadillaca. Ale to nie wchodziło w 

grę. Każdy najlżejszy szmer mógł zdradzić jego obecność. Musiał uzbroić się w cierpliwość, 

poczekać, aż Tammy ruszy w drogę. Dziesiątki myśli kłębiły się w jego głowie. Nawet jeżeli 

będzie  miała  kilka  minut  wyprzedzenia,  bez  trudu  powinien  ją  dogonić.  Niewiele  dróg 

prowadzi do kanionu, a żółty cadillac łatwo da się zauważyć na autostradzie. 

Nie wiedział, dokąd Tammy planuje się stąd udać, instynkt jednak podpowiadał  mu, 

że  należy  to  koniecznie  sprawdzić.  Siedząc  ją,  zorientuje  się,  czy  rozmowa  z  Rebeką 

wytrąciła ją z równowagi i co z tego dalej wynika. 

Rudą zajmie się później. 

Ręce  Rebeki,  wilgotne  ze  zdenerwowania  i  podniecenia,  ślizgały  się  po  kierownicy. 

Czarna mazda pruła w kierunku Las Vegas z prędkością około stu czterdziestu kilometrów na 

background image

godzinę.  Rebeka  wreszcie  zreflektowała  się,  jak  mocno  naciska  pedał  gazu.  Ale  tak  jak 

jeździec  nie  może  spowolnić  konia  podczas  wyścigu,  tak  ona  nie  potrafiła  zmusić  się  do 

wolniejszej jazdy. 

Czarny  pojazd  wyrywał  się  do  przodu.  Spieszyło  mu  się.  Jej  też.  Na  widok  Tammy 

omal nie dostała ataku serca. Chociaż kobieta starała się zmienić swój wygląd, podobieństwo 

między  nią  a  starszą  siostrą  Rebeki,  Lindsay,  było  uderzające.  Kiedy  Rebeka  to  sobie 

uświadomiła,  dziesiątki  porozrzucanych  części  łamigłówki  nagle  zaczęły  układać  się  w 

całość. 

Tammy Diller i Tracey Ducet to jedna i ta sama osoba. Od początku imię i nazwisko 

adresatki  listu  wydawało  jej  się  znajome,  nie  mogła  sobie  jednak  przypomnieć,  gdzie  się  z 

nim zetknęła. Oczywiście nigdzie się z nim nie zetknęła. Po prostu było dziwnie zbieżne z na-

zwiskiem Tracey Ducet. Rebeka oczywiście słyszała opowieść o kobiecie, która mniej więcej 

rok temu usiłowała  się podać za porwaną w dzieciństwie bliźniaczkę Lindsay. Cała rodzina 

żyła tą historią. Ale nie powiązała Tracey z Tammy, dopóki nie stanęła z nią twarzą w twarz. 

Tracey - Tammy ma niebywały tupet, decydując się na spotkanie z członkiem rodziny 

Fortune'ów.  Żadna  ilość  makijażu  ani  żadne  przebranie  nie  jest  w  stanie  zmienić  człowieka 

tak, by go nie rozpoznano. 

Rebeka nie dość, że prawie zemdlała na widok Tracey  - Tammy, to potem omal  nie 

dostała  drugiego  ataku  serca,  kiedy  ta  wspomniała o  śmierci  Moniki  przez  zasztyletowanie. 

Ani  w  poważnych  gazetach,  ani  w  prasie  brukowej  nie  podano  narzędzia  zbrodni.  Policja 

strzegła  tej  informacji  niczym  sztabek  złota.  Oficerowie  prowadzący  śledztwo  mieli 

wystarczającą  ilość  dowodów,  by  oskarżyć  Jake'a  o  morderstwo,  ale  wiele  pytań  wciąż  po-

zostawało bez odpowiedzi, na przykład: kto jeszcze dotykał zdobionego kamieniami noża do 

listów?  Do  kogo  należały  zamazane  odciski  palców?  Ponieważ  oskarżony  był  członkiem 

jednej z najbogatszych rodzin w Stanach, oczekiwano, że proces stanie się głośny. Wszyscy 

bali się popełnić jakikolwiek błąd. Dlatego do informacji mogących mieć bezpośredni wpływ 

na wynik procesu nie dopuszczano prasy. 

Tammy  jednak  wiedziała,  jak  Monica  zginęła.  Wspomniała  zarówno  o 

zasztyletowaniu, jak i o ozdobnym nożu. 

To ostatecznie  przekonało  Rebekę,  że  dawna  Tracey  Ducet,  a obecna  Tammy  Diller 

zabiła  aktorkę. Dalsza rozmowa z  nią stanowiła  prawdziwą udrękę. Nie chciała rozmawiać, 

chciała  jak  najszybciej  pożegnać  się,  wrócić  do  hotelu,  podzielić  się  wiadomością  z 

Gabrielem i policją. Niech policja aresztuje prawdziwego mordercę, czy raczej morderczynię, 

i zwolni niesłusznie przetrzymywanego w areszcie Jake'a. 

background image

Autostrada była stosunkowo pusta, dopiero pod miastem ruch się nasilił. Rebeka, która 

przez  cały  czas  rozmyślała  o  swoim  odkryciu,  kilka  razy  skręciła  nie  tam,  gdzie  trzeba. 

Trudno było zgubić się w Las Vegas - główne hotele z daleka rzucały się w oczy, ich nazwy 

migotały na tle nieba - jej się jednak udało. 

Wreszcie  zlokalizowała  „Circus  Circus”.  Była  wściekła  na  siebie,  że  straciła  tyle 

czasu, a przecież tak bardzo się  jej spieszyło. Skierowała wóz na wielopoziomowy parking. 

Przy wjeździe zwolniła, by wziąć z automatu kwit z godziną, od której liczy się czas postoju. 

Oślepiające słońce pozostało na zewnątrz; w środku panował chłodny półmrok. Umówiła się 

z  Gabe'em  w  swym  pokoju.  Ponieważ  błądziła,  było  całkiem  prawdopodobne,  że  już  na  nią 

czekał. 

Ciekawa  była  jego  reakcji,  kiedy  przekaże  mu  wiadomość  o  Tracey.  Wiedziała,  że 

wysłucha  jej  w  skupieniu,  bo  do  pracy  zawsze  podchodził  z  powagą.  I  że  w  jego  oczach 

pojawi się  błysk zawiści  lub urażonej dumy  - biedak nie znosił, kiedy to ona coś odkrywała 

albo  wpadała  na  trop,  który  jemu  uniknął.  W  sumie  jednak  ucieszy  się  i  pogratuluje  jej 

sukcesu.  Może  z  radości  nawet  zapomni  o  tym,  że  zignorowała  jego  polecenia  dotyczące 

przebiegu spotkania w kanionie. 

Zdążył  ją  poznać  dość  dobrze,  powinien  zatem  wiedzieć,  z  kim  ma  do  czynienia:  z 

osobą,  która  nie  lubi,  jak  ktoś  jej  coś  każe  czy  czegoś  zabrania.  Poczuła  ukłucie  w  sercu. 

Zawsze  gdy  jej  na  kimś  zależało,  robiła  wszystko  na  opak,  łamała  wszelkie  zasady,  ale 

jeszcze nigdy tylu nie złamała co teraz, przy Gabie. 

Na  razie  jednak  nie  miała  czasu  się  nad  tym  zastanawiać.  Na  pierwszym  poziomie 

wszystkie miejsca były zajęte, więc wjechała na drugi. Przez chwilę krążyła, rozglądając się 

na  boki;  wreszcie  dojrzała  puste  miejsce.  Zgasiła  silnik,  wyciągnęła  ze  stacyjki  kluczyki, 

wzięła torebkę. Na myśl o tym, że zaraz zobaczy Gabe'a i opowie mu o Tammy, zadrżała z 

podniecenia. 

Wysiadłszy z samochodu, sprawdziła, czy drzwi są zamknięte, po czym odwróciła się. 

Wokół było ciemno, pusto, cicho - betonowe ściany, betonowa podłoga, masy samochodów. 

Przez moment stała zdezorientowana, niepewna, gdzie są schody lub winda i którędy wiedzie 

droga do hotelu. 

- Hej! 

Na dźwięk męskiego głosu obejrzała się przez ramię. W pierwszej chwili nawet się nie 

zdziwiła, że ktoś do niej woła. Las Vegas zostało zbudowane z myślą o turystach, więc obcy 

ludzie  często  zagadywali  do  siebie.  Najpierw  zobaczyła  uśmiech  na  twarzy  obcego.  Potem 

zarejestrowała  kilka  innych  szczegółów:  że  mężczyzna  jest  sympatycznie  wyglądającym 

background image

blondynem  w  wieku  około  trzydziestu  pięciu  lat,  dość  wysokim,  ubranym  podobnie  jak 

dziesiątki innych ludzi na ulicach... i nagle doznała olśnienia. 

Tammy Diller miała narzeczonego. Choćby z tego powodu ona, Rebeka, powinna była 

skojarzyć Tammy z Tracey. Bo Tracey też cały czas towarzyszył narzeczony, który pomagał 

jej,  gdy  odgrywała  rolę  odnalezionej  siostry  bliźniaczki.  Jak  on  miał  na  imię?  Dwayne, 

Wayne,  jakoś tak. W głowie  jej zaszumiało, zrozumiała bowiem, że nie  jest bezpieczna, ale 

było  już  za  późno.  Mężczyzna  podbiegł  bliżej.  Mimo  półmroku  wyraźnie  widziała  jego 

chłopięcy uśmiech i uprzejmy wyraz twarzy. 

A potem w jego prawej ręce spostrzegła długie lśniące ostrze. Podnosząc je, wciąż się 

uśmiechał. 

Wokół nie było żywego ducha. Cisza aż dudniła w uszach. Rebeka uzmysłowiła sobie, 

że  jest  zdana  wyłącznie  na  siebie.  Chociaż  wiedziała,  że  nikt  jej  nie  usłyszy,  wciągnęła 

głęboko powietrze, zamierzając krzyknąć na całe gardło. Tak głośno, by pobudzić zmarłych. 

Nie zdążyła; wydała z siebie jedynie żałosny kwik. Obcy boleśnie wykręcił jej do tyłu 

rękę.  W  nozdrza  uderzył  ją  duszny  zapach  wody  kolońskiej.  Nie  mogła  oddychać.  Do  szyi 

miała przytknięty nóż; jego srebrne ostrze rzucało fantazyjne refleksy na ścianę nieopodal. 

Czuła narastającą panikę. Nie umiała się przed nią bronić. Nagle przyszło jej do głowy 

imię i nazwisko narzeczonego Tracey Ducet: Wayne Potts. Niestety, na niewiele mogło się jej 

teraz przydać. Coraz więcej fragmentów łamigłówki układało się w całość, ale... 

Psiakość, Gabe miał rację. Powinna była bardziej na siebie uważać. Powinna była też 

zaufać swojej intuicji, starać się rozgryźć, kim jest Tammy Diller i jej tajemniczy towarzysz. 

No  ale  nie  czas  teraz  na  gdybanie  i  robienie  sobie  wyrzutów,  gdy  czubek  ostrza  kłuł  ją  w 

szyję. 

-  Panna  Rebeka  Fortune...  Spóźniłaś  się,  ciziuniu.  Spodziewałem  się  ciebie 

dwadzieścia minut temu. Już zaczynałem się martwić, że coś się stało. Zgubiłaś się, czy co? 

W końcu ile czasu trzeba na pokonanie niecałych trzydziestu kilometrów? 

Chciał  rozmawiać?  Przytykając  jej  nóż  do  szyi?  Nie  była  w  nastroju  do  rozmowy. 

Mogła posikać się ze strachu, wpaść w histerię, zemdleć, zacząć dygotać jak w febrze - albo 

wszystko naraz. Ale z nożem przy szyi nie mogła rozmawiać. Z drugiej strony, póki on mówi, 

ona żyje. Póki mówi, nie kroi jej na kawałki. 

- Skąd... skąd znasz moje nazwisko? 

- Telefony w samochodach to świetny wynalazek. Wszystko wiem o tobie. Tracey nie 

mogła  się  doczekać,  żeby  mi  opowiedzieć  o  waszym  spotkaniu.  Muszę  przyznać,  że 

doskonała  z  ciebie  aktorka,  wiesz?  Tracey  nabrała  się  na  twoją  szczerość  i  naiwność.  Była 

background image

przekonana, że uwierzyłaś w każde jej słowo. Ja jednak dość wcześnie w życiu nauczyłem się 

odróżniać prawdę od fałszu. 

Wykręcił mocniej jej rękę. W oczach zapiekły ją łzy. Poprzez zapach wody kolońskiej 

przedzierał się odór potu. Napastnik pocił się z podniecenia. Rebeka instynktownie pojęła, że 

podoba mu się rola agresora i zabawa ostrym nożem. 

- To jakaś pomyłka. Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. O czym ty mówisz? Nie znam 

żadnej Tracey... 

Zarechotał jej prosto w ucho. 

- Całkiem nieźle, ciziuniu. Całkiem nieźle. Ale nie próbuj okłamywać zawodowca. Od 

razu  rozpoznałaś  Tracey,  prawda?  Wygląda  dokładnie  tak  samo  jak  twoja  starsza  siostra. 

Tłumaczyłem jej, żeby nie dzwoniła do ciebie, że spotkanie z tobą to głupi pomysł, ale uparła 

się. To ważne, mówiła, żebyśmy odkryli, co wiesz. No i odkryliśmy. Wiesz za dużo... 

Nagle  rozległ  się  przeraźliwy  pisk  opon.  Zaskoczony  hałasem  Wayne  uniósł  głowę, 

odruchowo  przyciskając  mocniej  nóż.  Rebeka  poczuła,  jak  po  szyi  cieknie  jej  strużka  krwi. 

Bała się drgnąć choćby o milimetr. Kątem oka dojrzała lśniący biały dach auta Gabe'a, który 

właśnie wyłaniał się zza zakrętu. 

Silnik  wył,  samochód  -  niczym  odrzutowiec  pędzący  po  pasie  startowym  -  nabierał 

coraz większej szybkości, zupełnie jakby kierowca nie przejmował się tym, że na jego drodze 

stoją dwie osoby: mężczyzna z nożem i skostniała ze strachu kobieta. Po chwili wóz zniknął z 

jej  pola  widzenia.  Ułamek  sekundy  później  huknął  w  auto  zaparkowane  obok  mazdy,  którą 

Rebeka przyjechała. Koła wciąż się obracały, a silnik warczał, kiedy drzwi się otworzyły i ze 

środka wypadł Gabe. 

Wszystko  trwało  zaledwie  parę  sekund.  Gdyby  Wayne  miał  odrobinę  rozumu, 

domyśliłby  się,  że  trzyma  w  ręku  asa,  którego  absolutnie  nie  powinien  wypuszczać.  On 

jednak zdał się na instynkt, a instynkt kazał mu brać nogi za pas i uciekać. 

Ostrze  przesunęło  się  po  jej  gardle.  Rebeka  poczuła  piekący  ból,  po  czym  została 

brutalnie  odepchnięta.  Uderzyła  brzuchem  o  maskę  stojącego  obok  wozu.  Jest  wolna!  Przez 

chwilę  nie  mogła złapać  ani oddechu, ani równowagi;  miała ochotę przysiąść  na  betonowej 

podłodze,  na  przemian  głośno  śmiać  się  i  płakać  -  ale  nagle  zobaczyła  Gabe'a.  Przemknął 

obok, nie patrząc na nią, z dziką furią w oczach. 

- Gabe, on ma nóż! - krzyknęła. 

Ale  równie  dobrze  mogłaby  wołać  do  pilota  w  odrzutowcu.  Do  głuchego  pilota  w 

ryczącym odrzutowcu. Rzucił się na wroga jak wygłodniały tygrys. Obaj przeturlali się kilka 

razy.  Nóż  błysnął  w  powietrzu,  spadł  na  beton  i  zniknął  pod  najbliżej  zaparkowanym 

background image

samochodem. 

Wayne nie miał szansy. Wył, jęczał, szlochał, usiłował się wyrwać, uwolnić, ochronić 

przed ciosami. 

Rebeka  stała  nieruchomo,  z  ręką  zaciśniętą  na  brzuchu,  zbyt  przerażona  i 

zdenerwowana,  by  jasno  myśleć.  Chciała  pomóc  Gabe'owi,  ale  nie  wiedziała  jak.  Czy  po-

winna  wyciągnąć  spod  samochodu  nóż?  A  może  wezwać  policję?  Ale  bała  się  odejść  i 

zostawić mężczyzn samych. 

Wtem usłyszała warkot silnika i po chwili zza zakrętu wyłonił się inny samochód. Na 

przednich fotelach siedziała para turystów, starsze małżeństwo, które wybrało ten niefortunny 

moment  na  szukanie  miejsca  do  zaparkowania.  Potykając  się,  Rebeka  wybiegła  na  środek 

drogi  i  zaczęła  machać  do  kierowcy,  by  się  zatrzymał.  Dwie  pary  wystraszonych  oczu 

patrzyły na nią przez szybę. 

- Zostawcie tu wóz i wezwijcie policję! - zawołała do turystów. 

Zdjęci przerażeniem, nie ruszyli się z miejsca. 

- Błagam! Biegnijcie do hotelu i zadzwońcie po policję! 

Drzwi  się  otworzyły  i  małżonkowie  posłusznie  wysiedli.  Spoglądając  niepewnie  na 

Rebekę, siwowłosy mężczyzna zapytał: 

- Dobrze się pani czuje? 

-  Świetnie  -  zapewniła  go,  ale  ledwo  zniknęli  jej  z  oczu,  pomyślała  sobie,  że  gorzej 

chyba jeszcze nigdy się nie czuła. 

Odwróciwszy  się,  zobaczyła,  jak  Gabe  wali  Wayne'a  pięścią  w  brzuch.  Potrzebował 

pomocy. Bała się. Nawet jeśli Wayne Potts otrzymuje ciosy, to - podświadomie czuła - Gabe 

znacznie  bardziej  cierpi.  Nigdy  dotąd  nie  widziała  go  w  takim  stanie,  ani  razu  czynem, 

spojrzeniem czy słowem nie zdradzał śladu agresji. 

-  Gabe,  nic  -  mi  nie  jest!  -  zawołała,  instynktownie  szukając  wyjścia  z  tej  sytuacji.  - 

Nie wyrządził mi krzywdy! 

Zero  reakcji.  Nie  była  pewna,  czy  Gabe  ją  słyszał,  czy  zdawał  sobie  sprawę  z  jej 

obecności. Podbiegła bliżej. Nie wiedziała, co robić, w jaki sposób może pomóc. Im mniejszy 

dzielił  ją  dystans  od  Gabe'a,  tym  wyraźniej  widziała  dziką  wściekłość  malującą  się  w  jego 

oczach i twarzy. 

-  Gabe,  nic  mi  nie  jest!  -  powtórzyła.  -  Nic  mi  nie  jest.  Rozumiesz?  Nie  skrzywdził 

mnie. 

Może  wreszcie  zdołała  do  niego  przemówić,  a  może  po  prostu  sam  uznał,  że 

wystarczy.  Ciosy  ustały.  Wayne  podniósł  się  na  czworaki;  dyszał  ciężko,  szlochał,  jęczał. 

background image

Przez chwilę patrzył osłupiały, nie wierząc, że już nikt go nie bije. Na wszelki wypadek wolał 

nie ruszać się z miejsca. 

Raptem  otworzyły  się  metalowe  drzwi  i  parking  zapełnił  się  ludźmi.  Rebeka 

zauważyła  biegnących  w  ich  stronę  strażników.  W  oddali  słychać  było  jadące  na  sygnale 

wozy policyjne. Przymknęła na moment powieki, usiłując złapać oddech. 

Kiedy je uniosła, wszędzie panował straszliwy rozgardiasz. Mnóstwo ludzi krzyczało, 

nawoływało  się.  Ale  ona  tego  nie  widziała  -  widziała  tylko  oczy  Gabe'a  patrzące  na  nią  z 

odległości trzech metrów, patrzące tak, jakby byli sami na świecie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Gabe zastukał do drzwi łazienki. 

- Obsługa hotelowa, proszę pani. 

Ze środka dobiegł go stłumiony śmiech. 

-  Obawiam  się,  że  w  tym  momencie  obsługa  hotelowa  zarumieniłaby  się  po  czubki 

uszu. Wciąż leżę w wannie, Gabe. Ale już zaraz wychodzę. 

- Nie spiesz się. Im dłużej się pomoczysz, tym lepiej będziesz się czuła. Tyle że... hm, 

rosół wystygnie. Ale mam pomysł. Weź ręcznik, zawsze dają ich za dużo, i owiń się, żebym 

mógł wejść z kolacją. 

- Mam jeść kolację, leżąc w wannie? - Westchnęła. - Co za wyrafinowana rozpusta! 

-  Czy  to  znaczy,  że  mam  dać  ci  święty  spokój  czy  przeciwnie:  że  czekasz  owinięta 

ręcznikiem? 

- Czekam owinięta. I nie mogę uwierzyć, że zamówiłeś dla mnie gorący rosołek. 

Ostrożnie  balansując  tacą  na  jednej  dłoni,  drugą  ręką  nacisnął  klamkę.  Wewnątrz 

unosiły  się  kłęby  pary  przesiąkniętej  słodkim  zmysłowym  zapachem,  chyba  jaśminu.  Gabe 

natychmiast  poczuł,  jak  skacze  mu  poziom  adrenaliny,  ale  starał  się  zachować  skromnie  i 

przyzwoicie niczym mnich. Trzymał wzrok utkwiony w twarzy Rebeki. 

Gdyby  numer  z  rosołem  nie  wypalił,  znalazłby  inny  sposób  na  dostanie  się  do 

łazienki, ale tego nie zdradził Rudej. Nie zdradził też, że zamierza pozbawić ją ręcznika. 

Powtarzała  mu  wielokrotnie,  że  dobrze  się  czuje,  że  Wayne  Potts  nie  wyrządził  jej 

krzywdy. Oczywiście widział długi, wąski ślad po cięciu, jakie ten drań zostawił jej na szyi, 

ale to wszystko. Wcześniej Rebeka była ubrana od stóp do głów, więc niczego więcej nie dało 

się  zauważyć.  Miał  jednak  świadomość,  że  prędzej  krowa  zatańczy  walca,  niż  Rebeka 

przyzna się do otrzymanych ran. 

-  Ponieważ  dopiero  terminuję  jako  kelner  i  jeszcze  nie  opanowałem  wszystkich 

potrzebnych  w  tym  fachu  umiejętności  -  rzekł  -  mam  następującą  propozycję.  Jeżeli  wyleję 

rosół do wanny, możesz nie dawać mi napiwku. 

Z wzrokiem wciąż odwróconym od wyciągniętej  w wodzie postaci, postawił tacę na 

umywalce,  po  czym  kopnął  nogą  drzwi,  żeby  gęsta,  zmysłowo  pachnąca  para  nie 

wydostawała się na zewnątrz. 

- Najpierw łyżeczka. O, bardzo proszę. A teraz... ostrożnie... miseczka. Mamy również 

elegancką  płócienną  serwetkę,  ale  osobiście  uważam,  że  śmiesznie  by  wyglądało,  gdyby  ją 

background image

pani  położyła  sobie  na  kolanach  albo  zawiązała  pod  szyją.  Zostawmy  ją  tu  obok,  dobrze? 

Aha, i jeśli ma pani ochotę głośno siorbać, proszę się mną nie przejmować. 

Zaśmiała  się  cicho  pod  nosem,  ale  inaczej  niż  zwykle.  Na  pewno  nie  był  to  jej 

normalny śmiech. 

Odgrywając rolę kelnera, Gabe ani razu nie zerknął na przysłonięte ręcznikiem ciało. 

Wpatrywał się w twarz Rebeki, od czasu do czasu w rozcięcie na szyi. 

Kiedy  zaczęła  jeść,  przysiadł  na  opuszczonej  desce  sedesowej.  Powietrze  było 

nagrzane, więc udając, że mu gorąco, schylił się, aby zdjąć buty i skarpetki. Zrobił to jednak 

tylko po to, aby móc dyskretnie i bezkarnie przyjrzeć się Rebece. 

Na  skutek  wilgoci  niesforne  rude  włosy  jeszcze  bardziej  się  nastroszyły,  tworząc 

ognistą aureolę. Parę mokrych kosmyków przylepiło się do karku. Rebeka zawiązała ręcznik 

nad biustem, zakrywając najbardziej intymne części ciała, ale na szczęście  hotelowe ręczniki 

nie miały wielkich rozmiarów i co nieco było widać. 

Skórę  miała  białą  niczym  pierwszy  śnieg.  Na  widok  cienkiej  czerwonej  pręgi 

biegnącej w poprzek szyi Gabe zacisnął zęby; znów poczuł, jak wszystko się w nim gotuje. 

Na  zanurzonym  w  wodzie  udzie  dostrzegł  wielki  fioletowoczarny  siniec,  dwa  inne  -  jakby 

ślady odciśniętych dłoni - znaczyły jej ramiona. Bydlak się z nią nie patyczkował! 

Ale mogło być gorzej, pocieszył się w duchu. 

Najbardziej boląca rana nie była jednak widoczna w postaci sińca czy zadrapania. Ta 

największa i najdotkliwsza tkwiła głęboko ukryta, a dostrzec ją można było, patrząc w zielone 

oczy Rebeki, zawsze lśniące i pełne życia, a teraz mętne, pozbawione blasku. 

Jadła zupę z apetytem, ale cały czas była spięta. Rozglądała się wkoło, jakby szukała 

drogi  ucieczki.  Na  niczym  dłużej  nie  potrafiła  zatrzymać  wzroku.  Po  prostu  wciąż  czuła 

strach. 

Minęły trzy godziny, odkąd zakuto Wayne'a w kajdanki i odwieziono do aresztu. Gabe 

udzielił policji szczegółowych odpowiedzi, po czym wziął  Rebekę za rękę i zaprowadził do 

hotelu. Na parkingu zachowywała się spokojnie, nie okazując najmniejszego zdenerwowania. 

Nie  wiedziała,  że  gdy  człowiek  przeżywa  silny  wstrząs  psychiczny,  prędzej  czy  później 

zawsze następuje reakcja. 

-  Skąd  ci  w  ogóle  przyszedł  do  głowy  pomysł  rosołu?  -  spytała.  -  Czyżbyś  jednak 

posiadał typowo ojcowski instynkt opiekuńczy? 

-  Ojcowski?  Nie  żartuj  - oburzył  się.  -  Zupa to  jedyne,  na  co  wpadłem.  Uznałem,  że 

normalnego jedzenia nie przełkniesz. 

- Słusznie. Nie wyobrażam sobie, abym mogła zasiąść dziś nad stekiem... Jak sądzisz, 

background image

czy policja złapała już Tracey? 

Rozmawiali  o  tym  dziesiątki  razy,  ale  nie  dziwił  się,  że  Rebeka  wciąż  powraca  do 

tematu. 

- Bardzo możliwe - odparł. - Tammy, czy też Tracey, nie miała powodu się ukrywać; 

nie  wiedziała,  co  się  przydarzyło  jej  narzeczonemu.  Przypuszczalnie  pojechała  prosto  do 

domu, żeby tam się z nim spotkać. Myślę, że policjanci bez trudu ją namierzyli. 

- A myślisz, że... że powinnam jeszcze raz zadzwonić do mamy? 

To też już przerabiali. 

-  Podejrzewam,  że  Kate  wisi  na  telefonie,  odkąd się  z  nią  pożegnałaś.  Miała  dziwne 

przeczucie w sprawie Tammy Diller. Coś ją tknęło. Natychmiast przypomniała sobie Tracey 

Ducet. Kiedy mi o niej opowiedziała, postanowiłem sprawdzić oba nazwiska w komputerze. 

Ta kobieta tak często zmienia swój wygląd i tożsamość, że niełatwo cokolwiek o niej znaleźć. 

Zanim mi się udało, spotkałyście się w kanionie. Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie. 

Założę się, że Kate właśnie obdzwania wszystkich prawników broniących twojego brata... 

- To... to, co się zdarzyło, wpłynie na wynik procesu, prawda? 

- Możesz być spokojna. 

-  Nie chciałabym kiedykolwiek więcej  mieć do czynienia z  Wayne'em  i  jego nożem. 

Ani z Tracey. Ale tego jednego razu absolutnie nie żałuję. Gdyby nic się nie zdarzyło, gdyby 

do  niczego  nie  doszło,  wina  Tracey  byłaby  nie  do  udowodnienia.  Różne  oszustwa  czy 

szachrajstwa,  na  których  ewentualnie  można  byłoby  ją  przyłapać,  nie  miałyby  związku  z 

zabójstwem Moniki Malone. 

- Fakt - przyznał Gabe. 

Tak  naprawdę  to  miał  ochotę  ją  porządnie  zrugać.  Za  to,  że  zlekceważyła  jego 

polecenia, narażając się na ogromne  niebezpieczeństwo. O mało, psiakrew, nie zginęła!  Ale 

awantura  może  poczekać.  Nie  zamierzał  puścić  Rebece  nieposłuszeństwa  płazem,  lecz 

nakrzyczeć na nią może kiedy indziej. Nie dzisiaj. 

Wbiła swoje wielkie smutne oczy w jego twarz. 

- Nadal nie pojmuję, jak to się stało, że tak szybko mnie odnalazłeś. 

O  tym  również  rozmawiali  wcześniej,  ale  ponieważ  sprawa  nie  dawała  jej  spokoju, 

zaczął cierpliwie tłumaczyć po raz trzeci z rzędu: 

-  Jak  już  mówiłem,  zamierzałem  jechać  za  Tammy  -  Tracey,  bo  obserwując  was  z 

półki skalnej, widziałem, że coś cię poruszyło. Może nawet wystraszyło. Chciałem przekonać 

się,  dokąd  Tammy  pojedzie  i  co  zrobi.  I  nagle  zobaczyłem,  jak  sięga  w  dół,  po  czym 

przykłada  do  ucha  słuchawkę.  Uznałem,  że  jedyną  osobą,  do  której  może  dzwonić,  to  jej 

background image

wspólnik,  a  zarazem  przyjaciel.  Skoro  postanowiła  zdać  mu  sprawozdanie  ze  spotkania  z 

tobą,  pomyślałem  sobie,  że  lepiej  skoncentrować  się  na  nim.  Ze  z  jego  strony  może  ci 

zagrażać większe niebezpieczeństwo. 

Skończywszy  jeść,  słuchała  w  milczeniu.  Gabe  wstał  z  deski  sedesowej,  wyjął  jej  z 

ręki pustą miskę i łyżkę, odstawi! je na tacę. Rebeka nie spuszczała z niego wzroku. Od kilku 

minut  uważnie  mu  się  przyglądała,  jakby  chciała  zapamiętać  każdy  centymetr  jego  twarzy, 

każdą zmarszczkę, bruzdę, włosek. 

Nie wytrzymał. 

- Powiesz mi wreszcie, czy nie? - spytał wprost. 

- Co? 

-  Żebym  to  ja  wiedział!  Wałkujemy  jeden  temat  w  kółko  na  okrągło.  Wszystkie 

kwestie poruszyliśmy już co najmniej kilka razy. Ale mam wrażenie, że coś ukrywasz. 

Przełknęła ślinę, po czym wolno pokiwała głową. 

- Bałam się, kiedy biłeś Wayne'a. Bałam się, że zatłuczesz go na śmierć. 

- Próbował cię zabić. 

- To był gnojek. Tchórz. Niegodny ciebie przeciwnik. 

-  Próbował  cię  zabić  -  powtórzył  Gabe,  po  czym  westchnął  głośno.  Żadnemu 

mężczyźnie nie musiałby nic więcej tłumaczyć, ale Rebeka nie była mężczyzną ani nie umiała 

myśleć jak mężczyzna. - Posłuchaj, Ruda. Jeśli sądzisz, że lubię się naparzać, to się mylisz. 

Nienawidzę  przemocy.  Praca  detektywa  w  niczym  nie  przypomina  tego,  co  się  ogląda  na 

filmach  w  telewizji.  Nie  przypomina  też  tego,  co  robiłem  w  wojsku.  Rzadko  się  zdarza, 

żebym rozwiązywał problemy za pomocą pięści. Zazwyczaj są inne metody. Ale potrafię się 

bić. I czasem nie ma innego wyjścia. 

- Chciałeś wyrządzić mu krzywdę... 

-  Owszem,  chciałem.  I  bez  trudu  mógłbym  to  zrobić.  Ale  wbrew  temu,  co  ci  się 

wydaje, miałem nad wszystkim kontrolę. Wiedziałem, że nie wolno mi stracić panowania. Że 

tę parę cwaniaczków trzeba dostarczyć policji w jednym kawałku. Najpierw policja musi ich 

przesłuchać,  a  potem  sąd.  Wiedziałem,  jak  wiele  od  nich  zależy.  Uwierz  mi,  nigdy  nie 

naraziłbym na dłuższy pobyt w więzieniu twojego brata. 

- A gdyby ich pojmanie nie miało wpływu na sytuację prawną mojego brata? 

Gabe ponownie westchnął. 

-  Słuchaj,  mała,  żadna  moja  odpowiedź  cię  nie  zadowoli.  Rzuciłem  się  na  drania  nie 

dlatego,  że  zapraszał  cię  na  randkę,  ale  dlatego,  że  groził  ci  nożem.  Że  mógł  cię  zabić. 

Uważasz,  że  powinienem  był  pacnąć  go  w  rękę  i  powiedzieć:  „Puść  ją,  ty  niedobry!”? 

background image

Przykro mi, ale to w ogóle nie wchodziło w grę. Ponieważ nie wiem, jak Wayne'a potraktuje 

wymiar  sprawiedliwości,  chciałem  wbić  mu  do  głowy,  aby  nigdy  więcej  nie  ważył  się  do 

ciebie  zbliżyć.  On  nie  jest  miłym  chłopcem,  który  zbłądził.  To  dzikie  zwierzę,  które 

zatrzymało  się  na  niższym  stopniu  rozwoju.  Do  dzikiego  zwierzęcia  nie  trafiają  żadne 

rozsądne argumenty. 

- W porządku. Rozumiem. Ale nie mogę pogodzić się z tym, że przeze mnie musiałeś 

uderzyć człowieka. 

Nie  wiedział,  jak  zareagować.  Zresztą  co  innego  nie  dawało  mu  spokoju.  Rebeka 

słuchała,  uważnie  patrzyła  mu  w  oczy,  ale  coś  w  jej  twarzy  i  spojrzeniu  sprawiało,  że  czuł 

rosnące podniecenie. 

Chyba  zgłupiał!  Ostatnia  rzecz,  o  jakiej  powinien  teraz  myśleć,  to  seks!  Biedna 

Rebeka  jest  roztrzęsiona,  ciało  ma  fioletowosine,  twarz  bladą  jak  kreda,  oczy  wielkie  i 

wystraszone. Owszem, jest piękna, ale kiedy indziej powinien podziwiać jej delikatną urodę. I 

kiedy indziej odczuwać pożądanie, w dodatku tak silne, że ledwo nad nim panował. 

- Gabe? 

- Co? 

Potarł  ręką  twarz,  usiłując  odzyskać  równowagę.  Wiedział,  skąd  się  wzięły  jego 

zdrożne myśli i płomienne uczucia. Kiedy zobaczył tego sukinsyna z nożem przytkniętym do 

gardła Rebeki, ogarnął go przeraźliwy strach. Bał się, że ją straci. Była tak blisko śmierci. Na 

szczęście nic się jej nie stało. Leżała teraz w wannie, trochę posiniaczona i poobijana, ale cała 

i zdrowa. 

- Długo ci zajęło, ale wreszcie uwierzyłeś w niewinność Jake'a, prawda? 

-  Prawda  -  przyznał,  rad,  że  może  skoncentrować  się  na  czymś  innym.  -  Ale  moje 

zdanie nie ma znaczenia. Ważne jest to, że zdobyliśmy dowody rzucające cień na inną osobę. 

Nie  wiadomo,  czy  prokurator  zdoła  udowodnić  Tracey  winę.  W  dużej  mierze  będzie  to  za-

leżało  od  tego,  co  policja  uzyska  w  trakcie  przesłuchania.  Jednakże  nasze  prawo  pozwala 

skazać  człowieka  tylko  wtedy,  gdy  jego  wina  nie  budzi  żadnych  wątpliwości.  Żeby  skazać 

Jake'a, ławnicy musieliby być ślepi i głusi. 

Rebeka zadumała się. 

- Dla mnie twoje zdanie ma ogromne znaczenie - powiedziała cicho. - Jesteś pierwszą 

osobą spoza rodziny, którą udało mi się przekonać. 

- Wiesz, mała, nie każdego natura obdarzyła taką intuicją jak ciebie. Większość z nas 

woli opierać się na faktach. 

Wstał.  Czuł  się  jak  lew  uwięziony  w  klatce.  Musiał  wyjść,  coś  zrobić.  Im  dłużej 

background image

patrzył na Rebekę, tym bardziej jego myśli podążały w zakazane rejony. 

- Przejdę do pokoju, a ty wyskakuj z wanny. Jeżeli jeszcze trochę poleżysz w wodzie, 

będziesz pomarszczona jak suszona śliwka. Niczego nie potrzebujesz? Piżamy? Szlafroka? 

Zauważywszy  białe  jedwabne  kimono  wiszące  na  drzwiach  łazienki,  natychmiast 

wyobraził sobie w nim Rebekę. Przestań! - zganił się w myślach. 

- Posiedzę z tobą, dopóki nie zaśniesz, dobrze? Możemy obejrzeć jakiś głupi serial w 

telewizji  albo  zamówić  kolację.  Cokolwiek.  Po  prostu  masz  się  wyciągnąć  wygodnie, 

odprężyć... 

- Nic mi nie jest, Gabe. 

Tak twierdziła. Powtarzała to do znudzenia. Ale nie bardzo jej wierzył. 

Znalazłszy  się  po  drugiej  stronie  drzwi,  natychmiast  przystąpił  do  działania.  Okno 

było  odsłonięte  -  zaciągnął  zasłony;  górne  światło  się  paliło  -  zgasił  je.  Zrzucił  z  łóżka 

narzutę, poprawił poduszki, następnie przeleciał pilotem po kanałach telewizyjnych, aż trafił 

na spokojny program, przy którym nie trzeba wysilać umysłu; ściszył dźwięk. 

Przez cały czas serce głośno mu waliło. Miał wrażenie, jakby ktoś rytmicznie wybijał 

takt na bębnie. W filmach Hitchcocka dźwięk bębnów zawsze poprzedzał jakąś tragedię, ale 

Gabe  nie  obawiał  się  żadnych  nieszczęść;  wszystkie,  jakie  miały  się  wydarzyć,  już  się 

wydarzyły. Owszem, Rebeka nadal była zdenerwowana, wciąż nie mogła dojść do siebie, ale 

nic jej nie groziło. Podejrzewał, że po raz pierwszy w życiu zetknęła się z przemocą, o której 

wcześniej jedynie pisała. Nie zdziwiłby się, gdyby tej nocy śniły jej się koszmary. 

Przeczesując  ręką  włosy,  rozejrzał  się  po  pokoju.  Usiądzie  w  fotelu.  W  najdalszym 

rogu. Tak, by dzieliła ich możliwie największa odległość. Nie mówił Rudej - bo i po co? - że 

zamierza zostać z nią do rana. Tylko by się złościła. A tak zaśnie, a kiedy zaczną dręczyć ją 

koszmary, on będzie przy niej. 

Znów usłyszał w głowie dźwięk bębna - wolny, ponury, pogański rytm. Nie potrafił go 

uciszyć.  Zadumał  się.  Dlaczego  serce  mu  tak  wali?  Na  pewno  nie  dlatego,  że  całe  życie 

marzył  o  takiej  kobiecie  jak  Rebeka,  bo  to  nie  jest  prawda.  Nie  dlatego,  że  wpadł  w  szał, 

kiedy zobaczył Wayne'a z nożem. Owszem, wpadł, ale to było wiele godzin temu. I na pewno 

nie ze strachu, że świat mu się zawali, jeśli straci Rudą - bo teraz była już bezpieczna. 

Po prostu... po prostu miał za wiele wrażeń  jak  na jeden dzień. Zazwyczaj uwielbiał 

ryzyko,  stres,  ten  zastrzyk  adrenaliny,  który  pozwalał  mu  funkcjonować  na  najwyższych 

obrotach. Dziś  jednak przeszkadzała  mu świadomość, że Rebeka cierpi  i  nie  może odzyskać 

spokoju. Niech  już wreszcie wyjdzie z  łazienki, położy się, otuli kołdrą  i pogrąży w  błogim 

śnie. 

background image

Ale  kiedy  drzwi  łazienki  się  otworzyły,  Rebeka  w  narzuconym  na  nagie  ciało 

miękkim, jedwabnym kimonie nawet nie spojrzała na łóżko. 

Skierowała się prosto w ramiona Gabe'a. 

- Tak strasznie się bałam. 

- Wiem, mała. 

-  Jeszcze  nigdy  nie  byłam  tak  przerażona.  Najpierw  tam  w  kanionie,  kiedy 

rozmawiałam z Tammy. Po raz pierwszy w życiu widziałam oczy o tak pustym, lodowatym 

spojrzeniu. Miałam wrażenie, że patrzę na robota, a nie na człowieka. To śmieszne, ale chyba 

bardziej  bałam  się  Tammy  niż  Wayne'a.  Kiedy  Wayne  przyłożył  mi  do  gardła  nóż...  Nie 

wierzyłam w to, co się dzieje. W to, że chce mnie zabić. Że tak łatwo można kogoś okaleczyć 

lub pozbawić życia... 

-  Już  dobrze,  maleńka.  Nigdy  więcej  nie  musisz  się  z takimi  ludźmi  spotykać.  Ciii... 

Już po wszystkim. Teraz nikt cię nie skrzywdzi. Teraz... 

Wychodząc z łazienki, nie spodziewała się, że zacznie opowiadać Gabe'owi o swoim 

strachu. Nie wiedziała, że nagle zapragnie, aby ją przytulił, pocieszył, wziął w ramiona. 

Potrzebowała Gabe'a, jego obecności, siły, spokoju. 

Zaskoczyła ją jego reakcja. Okazało się bowiem, że on jej też potrzebuje. 

W jego głosie, tak cichym i kojącym, słyszała ból. Ciekawa była, czy Gabe świadom 

jest własnego cierpienia. Twarz miał poważną, srebrzystą w blasku migoczącego telewizora, 

oczy czarne jak węgiel. Tulił ją mocno do piersi. Nagle jeszcze bardziej  zacisnął ramiona, a 

słowa pocieszenia urwały się. Zapadła cisza. Po chwili wargi Gabe'a przysunęły się; od jej ust 

dzieliło je może z pięć centymetrów. 

Pragnęła go. Rozpaczliwie pragnęła znaleźć się w jego objęciach. Ale to wszystko. O 

niczym  więcej  nie  myślała.  Napięcie  i  strach  sprawiły,  że  szukała  bliskości.  Przerażała  ją 

samotność. 

Wyglądało na to, że jego też. 

Przywarł wargami do jej ust. Przedtem w jego pocałunkach była dzikość i namiętność, 

która  wzbudzała  w  niej  żądzę.  Teraz  była  w  nich  delikatność  i  czułość,  która  dotykała  ją 

znacznie głębiej. 

Kiedy  uniósł  głowę,  Rebeka  ujrzała  w  jego  oczach  pożądanie,  potrzebę  bliskości, 

zdziwienie.  Zdziwienie  własnym  zachowaniem.  Nie  wiedział,  że  wkrótce  będą  się  kochać. 

Ona to już wiedziała. 

Nie  po  raz  pierwszy  uderzyło  Rebekę  podobieństwo  między  Gabe'em  a  Jakiem. 

Gabriel  Devereax  też  nie  potrafił  żyć  za  kratkami.  Uczuć  nie  sposób  tłumić  w  nie-

background image

skończoność.  Nawet  gdy  człowiek  się  boi,  że  nikt  ich  nie  odwzajemni,  że  trafią  w  pustkę, 

czasem  trzeba  zaryzykować.  Chowanie  głowy  w  piasek,  udawanie,  że  wszystko  jest  dobrze, 

nie likwiduje pustki, nie zasklepia ran. 

Zaczęła  rozpinać  mu  pasek  u  spodni,  guziki  u  koszuli.  Po  chwili  jedwabne  kimono 

osunęło się na podłogę. 

Gabe wstrzymał oddech. Jest taka piękna. 

- Rebeko... 

Jego niski, ochrypły głos podziałał na nią jak najczulsza pieszczota. Opadli na łóżko. 

Oboje zżerała tęsknota i żądza. Świat przestał istnieć. Liczyli się tylko oni i dziki ogień, który 

w nich płonął. 

- Poczekaj - szepnął, przytrzymując jej rękę. 

- Nie mogę. Nie chcę. 

Ściągnęła  z  niego  resztę  ubrania.  W  ostatniej  chwili  zauważyła,  jak  wyciąga  coś  z 

kieszeni. Prezerwatywę. 

Poczuła  ostre  kłucie  w  sercu.  Marzyła  o  tym,  by  Gabe  został  ojcem  jej  dzieci,  by 

wyrzucił  prezerwatywę.  Z  drugiej  strony  wiedziała,  że  nie  może  mu  tego  zaproponować. 

Byłoby  to  sprzeczne  z  jego  zasadami.  Nie  chciał  mieć  dzieci,  a  był  człowiekiem 

odpowiedzialnym. Takim, na którym zawsze można polegać. Człowiekiem honorowym, który 

uważał za swój obowiązek zapewnienie kobiecie poczucia bezpieczeństwa. 

Tak  też  zrobił.  Najpierw  zadbał  o  jej  bezpieczeństwo,  a  później  o  jej  przyjemność. 

Drażnił  się  z  nią,  bawił,  sprawdzał,  czy  jest  gotowa.  Wstrzymywał  pieszczoty,  przedłużał 

chwile rozkoszy. 

Oplotła nogi wokół jego bioder. Niecierpliwiła się. Nie chciała czekać ani się bawić. 

Chciała się kochać. 

- Kocham cię - szepnęła. 

Słowa  wymknęły  się  same.  Z  Gabe'em  czuła  się  wolna,  swobodna,  nieskrępowana. 

Mogła być sobą, niczego nie musiała ukrywać. Jeśli chciała wyznać mu miłość, mogła. Nikt 

nie miał prawa jej tego zabraniać. 

Było im ze sobą dobrze. Cudownie. Wspinali się razem na szczyty, razem szybowali 

po  kwiecistych  łąkach,  razem  badali  nieznane  obszary  rozkoszy.  Pragnęli,  by  ta  wspaniała 

podróż trwała jak najdłużej, by razem dotarli na krańce świata. 

Nagle  coś  się  zmieniło.  Z  początku  Rebeka  nie  zorientowała  się,  o  co  chodzi.  Po 

prostu wpadli jakby w inny rytm. Ale potem zobaczyła trwogę malującą się na twarzy Gabe'a. 

Z nich dwojga on pierwszy się domyślił, co się stało. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Albo  nie  mógł  przestać  się  ruszać,  albo  nie  chciał.  Rebeka  nawet  nie  próbowała. 

Pragnęła  obdarować  Gabe'a  swoją  miłością.  To,  co  ich  łączyło,  było  zbyt  piękne,  aby  je 

przerywać.  Kiedy  było  po  wszystkim,  uczucie  bliskości  nadal  trwało.  Serca  wciąż  biły 

mocno, i jego, i jej. Byli częścią siebie, jednością. Ona nie mogła oderwać od niego oczu ani 

dłoni. Głaskała go, pieściła, on nie pozostawał jej dłużny. 

Leżeli  w  ciszy,  złączeni  uściskiem.  Rozmowę  prowadzili  oczami.  W  końcu  jednak 

Gabe  szepnął,  że  musi  na  moment  wstać.  Udał  się  do  łazienki.  Nie  było  go  zaledwie  kilka 

minut. Kiedy wrócił, wyłączył telewizor, zgasił światło, po czym wsunął się pod kołdrę. 

Przez wąską szparę w zasłonie wpadała cienka strużka światła, która niewiele w sumie 

dawała.  W  pokoju  panował  gęsty  mrok.  Rebeka  nie  była  w  stanie  dojrzeć  oczu  Gabe'a  ani 

wyrazu jego twarzy. Kiedy wszedł pod kołdrę, domyśliła się, że zamierza zostać do rana. Nie 

był typem kochanka, który po upojnym seksie wciąga spodnie i wraca do siebie. 

O ile jednak kilka minut temu był rozgrzany, teraz skórę miał całkiem zimną. Mięśnie 

zaś,  przed  chwilą  rozluźnione,  teraz  były  napięte.  Rebeka,  która  zaczynała  przysypiać, 

natychmiast się obudziła. Ogarnął ją dziwny niepokój. Nie wiedziała, co powiedzieć ani jak 

się zachować. Miała wrażenie, że Gabe oddala się od niej z szybkością światła. 

Wtem poczuła w ciemnościach, jak odgarnia jej z czoła kosmyk włosów. 

- Powinienem był przestać - powiedział cicho. - To moja wina. 

Zacisnęła powieki. Mogła się tego spodziewać:  to ta pęknięta prezerwatywa nie daje 

mu spokoju. No dobrze, teraz wszystko zależy od niej. Od tego, jak zareaguje. 

- Nie wydaje mi się, żeby „wina” było najlepszym słowem. Żadne z nas nie zawiniło. 

Zachowaliśmy  się  jak  dorośli  odpowiedzialni  ludzie.  Statystycznie  rzecz  biorąc,  ryzyko,  że 

prezerwatywa pęknie, jest naprawdę minimalna. Nie mogliśmy tego przewidzieć. 

- Niby tak... Ale obiecaj mi, że jeśli zajdziesz w ciążę, powiesz mi o tym, dobrze? Że 

nie  będziesz  trzymać  tego  w  tajemnicy  i  się  denerwować.  To  nasz  wspólny  problem. 

Rozumiesz, mała? Nie zostawię cię samej. Razem znajdziemy rozwiązanie. 

Zrobiło się  jej przykro. Odpowiedzialność, obowiązkowość, honor. Wiedziała,  jakim 

Gabe  jest człowiekiem, dobrym  i sumiennym, ale w tym  momencie  liczyła  na  inną  reakcję. 

Na odrobinę uczucia, a nie na ofiarność i poświęcenie. 

- Znam twój stosunek do dzieci i rodziny - rzekła cicho. 

- No właśnie. Tym bardziej powinienem był uważać. 

background image

- Nie przesadzaj, kotku. Wypadki czasem się zdarzają. Nikt nie ponosi winy. 

-  Zawsze  istnieje ryzyko, że zabezpieczenie nie zadziała. Dlatego nigdy  nie sypiam z 

kobietami,  które  mają  inny  system  wartości  niż  ja.  Które  czego  innego  oczekują  od  życia. 

Ty...  byłaś  zdenerwowana  spotkaniem  z  Tammy  i  incydentem  na  parkingu.  Podświadomie 

szukałaś pomocy. Chciałaś, żebym cię przytulił, nic więcej. Nie chciałaś się ze mną kochać. 

- Mylisz się. Bardzo chciałam - wtrąciła szybko, ale nie zamierzał jej słuchać. 

-  To  nie  było  fair  z  mojej  strony.  Wykorzystałem  twoją  bezsilność  i  strach.  Dobrze 

wiem, jak się czuje człowiek, który o włos uniknął śmierci. Strach wpływa zarówno na naszą 

psychikę, jak i na funkcje naszego organizmu. Ty tego nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć? W 

porządku,  może  chciałaś  się  ze  mną  przespać,  ale  podejrzewam,  że  rano  będziesz  żałować 

swojej decyzji. 

-  Na  pewno  nie!  -  oburzyła  się.  -  Kocham  cię.  Przez  chwilę  nie  odzywał  się,  ale 

Rebeka poczuła, jak napina wszystkie mięśnie. 

- Nie twierdzę, że nie kochasz - oznajmił wreszcie. - Ani że się oszukujesz. Posłuchaj, 

mała.  Nigdy  cię  nie  okłamałem  i  nie  zamierzam  tego  robić  teraz.  Ja...  po  prostu  inną  wagę 

przykładam do słowa „miłość”. 

Rebeka westchnęła głośno. 

- Devereax? 

- Słucham? 

-  Nie  wiem,  co  rozumiesz  przez  „ryzyko”.  Mój  ojciec  zawsze  powiadał,  że  człowiek 

nie  powinien  zasiadać  do  gry,  jeśli  stawka  jest  dla  niego  zbyt  wysoka.  Ja  inaczej  do  tego 

podchodzę. Uważam, że nie ma sensu grać, jeśli stawka nie jest warta wygrania. 

-  Dobra,  dobra.  W  kategorii  ryzyka  przyznałbym  ci  palmę  pierwszeństwa,  ale 

rozmawiamy o czymś całkiem innym. - Odwrócił ją twarzą do siebie. - Dla ciebie miłość nie 

jest grą. 

-  To  prawda.  Coś  ci  powiem,  Gabe.  Gdybym  szukała  kandydata  na  ojca  mojego 

dziecka, wybrałabym ciebie. 

Znów poczuła, jak Gabe się spina. 

- To znaczy, że w ogóle mnie nie znasz. 

- Chyba znam. Ale nie dlatego o tym mówię - rzekła. - Zrozum, nigdy nie starałabym 

się  zastawić  na  ciebie  pułapki.  Wobec  nikogo  bym  tak  nie  postąpiła,  a tym  bardziej  wobec 

człowieka, którego kocham. Owszem, pragnę mieć dziecko i rodzinę. Ale wiem, że ciebie te 

sprawy  nie  interesują.  Zwykle  zabezpieczam  się  przed  ciążą.  Dziś  niczego  przy  sobie  nie 

miałam, bo nie wiedziałam, że wylądujemy w łóżku. Nigdy, przenigdy nie próbowałabym cię 

background image

usidlić ani... - urwała. 

Odszukał w mroku jej oczy. 

- Wiem, Ruda. Jesteś uczciwa aż do bólu. I masz rację: nie wiedziałaś, że wylądujemy 

w łóżku. Dlatego wina leży po mojej stronie. I dlatego masz mi obiecać, że gdybyś zaszła w 

ciążę, natychmiast mnie o tym powiadomisz. Że nie będziesz trzymała tego w tajemnicy. 

- Przecież to był tylko jeden raz. Szansa ciąży jest naprawdę znikoma. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  robi  unik.  Nie  o to  ją  Gabe  prosił.  Ale  czuła  wewnętrzny 

opór  przed  złożeniem  obietnicy,  której  -  być  może  -  nie  potrafiłaby  spełnić.  Potrzebowała 

więcej czasu do namysłu. 

- Co innego chciałam ci powiedzieć - dodała po chwili. 

- Co takiego? 

-  Mówiąc,  że  cię  kocham,  na  nic  nie  liczyłam.  Na  pewno  nie  czekałam,  że 

odwzajemnisz się podobnym oświadczeniem. - Zrobiło się jej żal biedaka: był tak piekielnie 

spięty. - Wolno mi cię kochać, Devereax. Jestem dorosła i sama o sobie decyduję. 

Ułożyła  go  na  wznak,  po  czym  oparła  się  na  jego  klatce  piersiowej.  Małymi 

pocałunkami zaczęła obsypywać mu twarz. Przyjmował wszystko z pokorą, jak przystało na 

mężczyznę,  okazując  wyrozumiałość,  cierpliwość,  odwagę.  I  nie  potrafiąc  -  mimo 

najlepszych chęci - poskromić swej żądzy. 

- Powiedz, kotku. Nie chcesz być kochany? Przymknął oczy. 

- Wiedziałem, że będą z tobą kłopoty, Ruda. Domyśliłem się tego, kiedy tylko... 

- Masz więcej prezerwatyw? - spytała, przerywając mu w pół zdania. 

- Po doświadczeniu z pierwszą, wolałbym ich nie używać - odparł kwaśno. 

-  Hm, w takim razie  musimy wykazać się  inwencją.  -  Cmoknęła go w czubek brody, 

następnie  przesunęła  się  niżej,  w  stronę  szyi  i  obojczyka.  -  Liczę  na  twoją  pomoc,  kotku. 

Jestem  dobra  w  wymyślaniu  wrednych  złoczyńców  popełniających  ohydne  morderstwa,  ale 

nigdy dotąd nie musiałam opisywać sceny uwodzenia. Jeśli jednak dasz mi parę wskazówek... 

Uczę się szybko. Zobaczysz, będziesz zaskoczony. 

- Nigdy się nie uspokoisz? Zawsze musisz ściągać na siebie kłopoty? 

-  Kłopoty?  Bez  przesady.  Powinieneś  się  cieszyć,  że  ktoś  cię  kocha  i  pragnie  ci  to 

okazać. Przyznaj się, kiedy ostatni raz się tobą troskliwie zajmowano? 

- Jestem dorosły. Sam się sobą potrafię zająć. 

- Mylisz się, kotku. - Delikatnie ugryzła go w szyję. - Każdy czasem potrzebuje troski 

i  miłości.  A  teraz  zamknij  oczy  i  daj  mi  zrobić  mały  eksperyment.  Tylko  się  nie  denerwuj. 

Zobaczymy, czy potrafisz zaakceptować uczucie i nie wpaść w panikę. 

background image

- Rebeko... 

Więcej  nie  był  w  stanie  z  siebie  wydusić.  Zresztą  ona  wcale  nie  miała  zamiaru 

kontynuować rozmowy. 

Poczekalnia  na  lotnisku  pełna  była  turystów  objuczonych  torbami  i  pamiątkami  z 

pobytu w stolicy hazardu. Samolot Rebeki odlatywał o trzeciej po południu. Mogła pojechać 

na  lotnisko taksówką, ale Gabe się uparł, że ją odwiezie. Podejrzewała, że jej  nie dowierza. 

Że chce się przekonać, czy na pewno wsiądzie na pokład i wróci do Minneapolis. 

Odstawił  na  bok  jej  bagaż  podręczny.  Atmosfera  na  lotnisku  była  identyczna  jak  w 

dniu, gdy Rebeka wylądowała w Las Vegas. Jaskrawe promienie słońca wpadały przez okna; 

z samolotów wylewały się tłumy pasażerów rwących się do kart, kości, ruletki i innych gier; 

na ścianach wisiały plakaty reklamujące kasyna oraz odbywające się w nich przedstawienia; 

wszędzie wkoło brzęczały automaty. 

Tak,  wszystko  było  takie  samo,  a  zarazem  inne.  Różnica  między  dniem  przylotu  a 

dniem wylotu uderzyła Rebekę z niespodziewaną siłą. 

Sprawa  morderstwa  Moniki  Malone  nie  została  jeszcze  wyjaśniona.  Ale  to  była 

kwestia  kilku  dni.  Kiedy  sąd  uniewinni  Jake'a  z  ciążących  na  nim  zarzutów,  Fortune'owie 

zrezygnują z usług detektywa. Czyli wraz z ustaniem zlecenia Gabe nie będzie miał powodu 

dłużej się z nią widywać. 

Poczuła  w  sercu...  nie,  nawet  nie  niepokój,  raczej  stopniowo  narastający  ból.  Nie 

muszą się przecież rozstawać. Mogą kontynuować znajomość. Wszystko zależy od Gabe'a, od 

jego nastawienia, od tego, czy potrafi dostrzec i docenić tę cudowną bliskość, która ich łączy. 

Na  widok  stewardes  i  pilotów  podążających  w  stronę  płyty  lotniska  Gabe  zaczął 

podrzucać bilon w kieszeni. W przeciwieństwie do Rebeki, która miała na sobie wygniecioną 

bluzkę z rysunkiem Myszki Miki i której fryzurę nieustannie cechował artystyczny nieład, był 

starannie uczesany, a  jego koszula wyglądała tak,  jakby przed chwilą  skończył  ją prasować. 

Szkoda, pomyślała Rebeka, Wolała go potarganego, z rozpiętymi guzikami  i  wyciągniętymi 

połami  -  och,  jaki  wtedy  był  seksowny!  -  ale  takim  widziała  go tylko  raz  czy  dwa  razy,  w 

sytuacji intymnej. 

Teraz - ogolony, uczesany, ubrany - był kimś obcym. Ból w jej sercu przybrał na sile. 

Wiedziała,  że  prawdziwy  Gabe  jest  szlachetny,  wrażliwy,  skory  do  poświęceń.  Niestety, 

prawdziwy Gabe gdzieś się zapodział. Zniknął. 

- Masz pieniądze? - spytał. Zmusiła usta do uśmiechu. 

- Nie noszę gotówki. Ale mam czterdzieści siedem różnych kart kredytowych. 

- Czy Kate po ciebie wyjdzie? 

background image

-  Nie. Zostawiłam przed  lotniskiem  samochód, więc nie  ma powodu, aby ktokolwiek 

po mnie wychodził. Z mamą zobaczę się później. 

Zmarszczył niezadowolony czoło. 

- Przylatujesz wieczorem. Będzie ciemno. Czułbym się lepiej, gdyby ktoś cię odbierał. 

- Oj, kotku. Musisz się wyzbyć tych swoich typowo męskich uprzedzeń. My, kobiety, 

nie jesteśmy tak słabe i bezbronne, jak ci się wydaje. 

Równie dobrze mogła mówić do ściany. 

- Te ostatnie dni były dla ciebie stresujące. 

- Owszem. Dla ciebie też. 

Zapowiedziano lot do Minneapolis. Rebeka przewiesiła torebkę przez ramię, po czym 

schyliła się po bagaż podręczny.  Kiedy wyprostowała się, Gabe wyciągnął ręce z kieszeni  i 

zacisnął  na  jej  ramionach.  Popatrzyła  mu  w  oczy.  Nim  się  zorientowała,  o  co  chodzi, 

przycisnął  usta  do  jej  warg.  Był  to  pocałunek  w  jego  stylu.  Gorący,  namiętny.  Szalony, 

upajający.  Kiedy  jednak  Gabe  podniósł  głowę,  znów  spostrzegła  ten  dziwny  wyraz  w  jego 

oczach. Pocałunek oznaczał pożegnanie. 

Zabolało ją to tysiąc razy bardziej niż ostrze Wayne'a. Z trudem przełknęła ślinę. 

- A ty o której wylatujesz? - spytała. 

-  Jeszcze  nie  mam  rezerwacji.  Ale  pewnie  jutro  po  południu.  Chcę  pogadać  z 

tutejszymi  policjantami.  Zobaczyć,  czego  się  dowiedzieli  od  Tracey  i  Wayne'a.  I  muszę 

jeszcze sprawdzić parę drobiazgów. 

- A potem? 

-  Potem  czeka  na  mnie  fura  kolejnych  spraw.  Żyję  w  zupełnie  innym  świecie  niż  ty, 

Ruda. 

Czubkiem  palca  obrysował  zarys  jej  policzków  i  brody.  W  jego  oczach  Rebeka 

widziała tęsknotę. A także miłość, chociaż tak bardzo się przed nią bronił. Jednak Gabe nic 

nie powiedział. Ani że zadzwoni. Ani że chciałby się z nią zobaczyć po powrocie. 

Opuścił rękę. 

- Zawiadomisz mnie, gdyby pojawił się jakiś problem? 

Powinna  była  wiedzieć,  że  przed  rozstaniem  znów  poruszy  temat  jej  potencjalnej 

ciąży. Był przecież rozsądnym, honorowym człowiekiem. 

Ale jeśli o niej i dziecku myślał w kategoriach problemu, nie miała mu nic więcej do 

powiedzenia. 

Kiedy otworzyła drzwi, ostatnią osobą, jaką spodziewała się ujrzeć, był Jake. Minęło 

pięć  tygodni  od  niezwykłego,  pełnego  wrażeń  weekendu,  który  spędziła  z  Gabe'em  w  Las 

background image

Vegas. Trzy tygodnie temu zaś wycofano oskarżenia przeciwko Jake'owi. Wreszcie mógł się 

cieszyć wolnością. Nie należał jednak do ludzi, którzy składają niezapowiedziane wizyty. 

Z radosnym śmiechem rzuciła się bratu w objęcia. 

-  Jak  to  miło  cię  widzieć!  No,  wejdź!  Nie  stój  w  drzwiach.  Czego  się  napijesz? 

Herbaty? Kawy? 

-  Napiłbym  się  kawy,  ale  sądząc  po  twoim  wyglądzie,  chyba  ci  w  czymś 

przeszkadzam... 

Rebeka  spojrzała  na  swoje  bose  stopy.  Dzień  rozpoczęła  starannie  ubrana  w  czarny 

golf  i  miękką  sportową  spódnicę.  Od  czterech  godzin  siedziała  przy  biurku,  pisząc  na 

komputerze.  W  ciągu  tych  czterech  godzin  buty  się  jej  gdzieś  zapodziały,  spódnica 

przekrzywiła, sweter powyciągał; podejrzewała, że włosy też ma w nieładzie, jakby od paru 

dni nie widziały grzebienia. 

Wyszczerzyła w uśmiechu zęby. 

-  Strasznie  się  wiercę  przy  pracy.  Pewnie  spalam  więcej  kalorii  niż  sportowcy 

trenujący na olimpiadę. Ale dobrze, że wpadłeś. Właśnie zaparzyłam kawę i miałam zamiar 

zrobić sobie przerwę. Rozgość się, a ja zaraz do ciebie przyjdę. 

Po  chwili  wniosła  do  swojego  gabinetu  dwa  kubki  ciemnego  aromatycznego  płynu. 

Jake stał na środku pokoju, rozglądając się z zaciekawieniem. 

- Wiesz, siostra, przydałby ci się jakiś buldożer... 

-  Jeśli  myślisz, że mam  bałagan, powinieneś zobaczyć, jak tu wygląda, kiedy nie  jest 

posprzątane. 

- Chcesz powiedzieć, że sprzątałaś ten pokój w ciągu ostatniej dekady? 

Postawiwszy  kubki  na  biurku,  zacisnęła  dłonie  w  pięści  i  podskakując  jak  bokser, 

wymierzyła w brata ze dwa ciosy. Kiedy ten, udając rannego, zaczął się zwijać z bólu, Rebeka 

aż  popłakała  się  ze  śmiechu.  Wyglądał  znakomicie.  Móc  go  oglądać  na  wolności  -  to  była 

prawdziwa uczta dla jej oczu i serca. 

Inni  uważali  Jake'a  za  poważnego  człowieka,  niekiedy  nawet  wzbudzającego  strach. 

Mało  kto  zdecydowałby  się  wymierzyć  mu  kuksańca  lub  się  z  nim  podroczyć.  Tylko 

najmłodsza siostra nie miała zahamowań. 

Ogromna,  wynosząca  ponad  dwadzieścia  lat  różnica  wieku  nigdy  im  nie 

przeszkadzała. Jake był przystojnym mężczyzną liczącym metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, o 

ciemnych  włosach  i  identycznych  jak  Rebeka  zielonych  oczach.  Tygodnie  spędzone  w 

więzieniu odcisnęły na nim piętno. Zawsze był szczupły i zawsze się elegancko ubierał, teraz 

jednak  nawet  w  doskonale  skrojonym  garniturze  nie  potrafił  ukryć  dużego  ubytku  wagi. 

background image

Przybyło mu też siwych włosów. 

Wszyscy  mieli go za człowieka opanowanego, ponurego i zamkniętego w sobie. Ale 

co innego zamknąć się w sobie, a co innego być zamkniętym w celi. Rebeka  instynktownie 

czuła,  że  pobyt  za  kratkami  to  najgorsza  rzecz,  jaka  mogła  się  Jake'owi  przydarzyć.  Ale 

nareszcie  był  wolny.  Nie  chciała  wracać  w  rozmowie  do  tych  przykrych  dla  niego 

wspomnień. 

-  Przyszedłeś,  żeby  wytknąć  mi  bałagan?  I  wpędzić  mnie  w  kompleksy?  -  spytała 

żartem. 

Usiadła przy biurku i zaczęła grzać dłonie o gorący kubek. 

-  Nie.  Przyświecał  mi  inny  pomysł.  -  Jake  spojrzał  za  siebie,  szukając  jakiegoś 

wolnego miejsca. Po chwili zdjął z krzesła parę kilo papierów i również usiadł.  - Już dawno 

powinienem był tu wpaść i osobiście ci podziękować. Gdyby nie ty, pewnie wciąż gniłbym w 

pudle. 

Potrząsnęła energicznie głową. 

- Nie, Jake. Całe śledztwo prowadził Gabe. Ja tylko pomagałam. 

- Widziałem się z nim. Miałem okazję mu podziękować, jak i reszcie rodziny. - Kawa 

stygła.  Nawet  po  nią  nie  sięgnął.  -  Jestem  naprawdę  wzruszony,  że  wszyscy  stali  za  mną 

murem.  Że  twardo  wierzyli  w  moją  niewinność.  Ale  ty  jedna  uznałaś,  że  nie  wystarczy 

wierzyć. Że trzeba również działać. Nie myśl, że tego nie doceniam. 

Wiedziała, że jej wsparcie podtrzymywało go na duchu i dawało mu sił, aby wytrwać, 

ale wyjście z więzienia zawdzięczał wyłącznie Gabe'owi. 

W ciągu ostatnich kilku tygodni wypadki potoczyły się w zawrotnym tempie. Gabriel 

Devereax cały czas był w kontakcie z policją w Newadzie. O wszystkim, co dotyczyło Tracey 

i  Wayne'a,  był  na  bieżąco  informowany.  Oczywiście,  ta  para oszustów  potrafiła  kłamać  po 

mistrzowsku,  bądź  co  bądź  z  tego  się  utrzymywała,  ale  policyjni  detektywi  każde  z  nich 

maglowali z osobna. Oboje tak się wystraszyli więzienia, że zaczęli  się plątać, mylić, sypać. 

Gabe  na  własną  rękę  posprawdzał  wszystkie  nieścisłości  i  rozbieżności  w  ich  zeznaniach. 

Skończyło  się  na  tym,  że  Tracey  została  oskarżona  o  popełnienie  morderstwa,  a  Wayne  o 

udzielanie jej pomocy. 

Jake'a  nie  tylko  wypuszczono  z  więzienia,  ale  również  oczyszczono  z  wszelkich 

zarzutów. Odzyskał dobre imię. Rebeka wiedziała, jakie to dla niego ważne. Wolność to coś 

więcej  niż  brak  krat;  to  również  poczucie  dumy.  Dzięki  Gabe'owi  Jake  mógł  chodzić  z 

uniesioną głową. 

- Popatrz, jakie to dziwne. - Rebeka zadumała się. 

background image

- Tracey i Monica były do siebie podobne jak dwie krople wody. Ani jedna, ani druga 

nie  znała  znaczenia  słowa  „etyka”.  Obie  cechowała  zachłanność,  obie  były  fałszywe, 

zakłamane,  gotowe  uciec  się  do  szantażu,  kradzieży,  oszustwa,  żeby  tylko  osiągnąć 

upragniony  cel.  Nie  twierdzę,  że  Monica  zasłużyła  na  śmierć  z  ręki  Tracey,  ale...  Sam 

powiedz, jak często się zdarza, żeby w świecie zamieszkanym przez miliony ludzi odnalazły 

się dwie wiedźmy? 

Jake pokiwał głową. 

- Tak, to niesamowite, cały ten ciąg wypadków. Najpierw Tracey odkrywa, że Monica 

zaadoptowała  Brandona  wkrótce  po  tym,  jak  porwano  dziecko  Kate  i  Bena  Fortune'ów; 

zaczyna drążyć, sprawdzać. Potem w jej podstępnej głowie rodzi się podejrzenie, że Brandon 

jest  tym  porwanym  przed  laty  niemowlęciem.  Idzie  do  Moniki.  Monica  usiłuje  na  niej 

wymóc, żeby nikomu nic nie mówiła. Tracey dochodzi jednak do wniosku, że... 

- Jake urwał. - Dwie zepsute, diaboliczne baby! Widocznie było im pisane się spotkać. 

Ale  wiesz  co?  Wiele  cierpień  można  byłoby  uniknąć,  gdyby  rodzina  Fortune'ów  nie  miała 

tylu tajemnic. 

-  To  dotyczy  również  ciebie,  prawda?  -  spytała  łagodnie  Rebeka.  -  Jak  po  tym 

wszystkim sobie radzicie? Córki nie pozwoliły powiedzieć na ciebie złego słowa, ale... Jak ci 

się układa z Ericą? No i z Adamem? 

O  ile z Ericą nigdy  nie  łączyła  jej zbyt wielka zażyłość, o tyle z Adamem,  jedynym 

synem  Jake'a,  z  którym  była  mniej  więcej  w  podobnym  wieku,  razem  się  wychowywała. 

Wiedziała, że przez ładnych kilka lat pomiędzy ojcem a synem panowały napięte stosunki. 

- Dobrze. Oczywiście  mnóstwo błędów popełniłem w życiu. Robiłem rzeczy, których 

nie powinienem był robić. To wszystko się na mnie mści... - Zawahał się. 

-  Moje kontakty z  Monicą... Szantażowała  mnie.  Nie wiem, skąd dowiedziała się, że 

moim  biologicznym  ojcem  nie  był  Ben  Fortune.  W  każdym  razie  wpadłem  w  panikę. 

Myślałem tak: jeśli wyjdzie na jaw, że nie jestem prawowitym spadkobiercą, stracę wszystko. 

Żonę,  dom,  pracę.  Nie  chodziło  mi  o  majątek.  Bałem  się,  że  stracę  wszystko,  co  w  życiu 

osiągnąłem. Że stanę się nikim. 

Poderwawszy się z krzesła, zaczął przemierzać tam i z powrotem mały, ciasny gabinet. 

-  To  właśnie  było  najgorsze,  kiedy  zostałem  oskarżony  o  zamordowanie  Moniki. 

Znajdowałem  się  pod  wpływem  alkoholu.  Pojechałem  się  z  nią  rozmówić.  Byłem  na  nią 

wściekły.  Ale  nie  miałem  powodu  pozbawiać  jej  życia.  Wiem,  wiem,  można  było  odnieść 

odwrotne  wrażenie.  Że  mam  mnóstwo  powodów.  Ale  ja  już  pogodziłem  się  z  faktem,  że 

prawda  powinna  wyjść  na  jaw.  Że  nie  ma  sensu  dłużej  tego  ukrywać.  Nie  chciałem  żyć  w 

background image

kłamstwie. Ale jak miałem o tym przekonać innych? 

-  Obawiam się, że w  sądzie prawda  nie  zawsze  wystarcza. Zwykle  musi  być poparta 

konkretnymi  dowodami  -  powiedziała  cicho  Rebeka,  pamiętając  spory,  jakie  toczyła  z 

Gabe'em  na  temat  faktów  i  intuicji.  Czym  prędzej  odepchnęła  od  siebie  te  myśli.  Na  samo 

wspomnienie  Gabe'a  przenikał  ją  ostry,  piekący  ból,  którego  nic  nie  potrafiło  załagodzić.  - 

Nie powiedziałeś mi, jak Erica i Adam odnoszą się do tych rewelacji o twoim poczęciu. 

- Normalnie. W ogóle im to nie przeszkadza. Adama zawsze denerwowało co innego. 

Moja  nieuczciwość,  upieranie  się  przy  tajemnicach.  On  jest  znacznie  lepszym  człowiekiem 

ode mnie. Bardziej moralnym. 

-  Och,  ty  też  nie  jesteś  taki  zły,  jak  ci  się  wydaje  -  zaprotestowała  Rebeka.  -  Każdy 

może zbłądzić... 

-  Wiem.  Na  szczęście  udało  mi  się  odnaleźć.  Jeśli  chodzi  o  Erice...  postanowiliśmy 

spróbować jeszcze raz. Powinno się nam udać. Ona mnie naprawdę kocha. 

- Dziwi cię to? - Rebeka uśmiechnęła się z wyrozumiałością. 

-  Myślałem,  że  kocha  syna  Bena  i  Kate.  Spadkobiercę  imperium  kosmetycznego.  Że 

kocha  luksus,  pieniądze,  pozycję  społeczną.  -  Zadumał  się.  -  Starałem  się  spełnić  jej 

oczekiwania. Być takim człowiekiem, jakiego chciała we mnie widzieć. Zmarnowaliśmy kupę 

lat, nie będąc ze sobą szczerzy. 

Rozmowę  przerwał  dzwonek  telefonu.  Zarówno aparat  telefoniczny,  jak  i  sekretarka 

automatyczna  stały  na  stoliku  pod  przeciwległą  ścianą  i  były  niewidoczne  pod  stosem 

poduszek,  papierów,  nici  oraz  kordonków.  W  cudzym  domu  Jake  nigdy  nie  odebrałby 

telefonu,  nawet  gdyby  udało  mu  się  go  zlokalizować,  ale  uniósł  zdziwiony  brwi,  kiedy  po 

pierwszym dzwonku Rebeka nie wstała z fotela. 

Nie wstała, bo nie miała zamiaru podnosić słuchawki. Zacisnęła nerwowo dłonie. Po 

drugim  dzwonku  włączyła  się  sekretarka.  W  ciszy  wypełniającej  pokój  rozległ  się  głos 

Gabe'a. Niski, cichy, zmysłowy. 

- Cześć, mała. Mam nadzieję, że któregoś pięknego dnia wreszcie cię zastanę. Muszę z 

tobą porozmawiać. 

To  była  cała  wiadomość,  Jake  jednak  wyczuł,  że  coś  się  dzieje.  Przez  chwilę  w 

skupieniu przyglądał się siostrze. 

- Wiedziałaś, kto dzwoni, prawda? - spytał. - Dlaczego nie odebrałaś telefonu? 

- Bo ty tu jesteś, a rzadko mam okazję cię gościć. Oddzwonię później... 

- Oj, Rebeko, kiepski z ciebie kłamczuch. Czy to był Gabe? Może bym rozpoznał jego 

glos, gdyby nie docierał spod stosu poduszek. Powiedz, co się stało? 

background image

- Nic. Wszystko jest w porządku - oznajmiła ze śmiechem, po czym szybko wróciła do 

spraw rodzinnych. 

Pół  godziny  później,  kiedy  odprowadzała  Jake'a  do  drzwi,  sądziła,  że  zapomniał  o 

telefonie. Myliła się. Uścisnął ją na pożegnanie, a potem delikatnie ujął za brodę i zmusił, aby 

popatrzyła mu w oczy. 

-  Jeśli  kiedykolwiek  będziesz  potrzebowała  pomocy,  wszystko  jedno  jakiej, 

chciałbym,  żebyś  do  mnie  przyszła.  Cała  rodzina  podtrzymywała  mnie  na  duchu,  ale  ty, 

myszko,  gotowa  byłaś  skoczyć  za  mną  w  ogień.  Wytrwałem  tylko  dzięki  tobie.  Więc 

pamiętaj, zawsze możesz na mnie liczyć. O nic nie będę cię pytał. 

- Dzięki, staruszku. 

Wiedziała, że brat ma dobre intencje, ale pewnym sprawom kobieta sama musi stawić 

czoło. Po wyjściu Jake'a przyłożyła rękę do brzucha. 

Opakowanie po teście ciążowym leżało w łazience. Od trzech dni Rebeka znała jego 

wynik. 

Wolnym  krokiem  wróciła  do  gabinetu,  włączyła  komputer  i  otworzyła  plik  z 

powieścią,  nad  którą  pracowała.  Gdyby  nie  praca,  nie  wytrzymałaby  ostatnich  tygodni. 

Pisanie  ratowało  ją  przed  depresją.  Zazwyczaj  kiedy  siedziała  przy  biurku,  myślała  tylko  o 

swych bohaterach; potrafiła zapomnieć o całym świecie, ze wszystkiego się wyłączyć. Jedna 

z postaci znajdowała się w straszliwym niebezpieczeństwie. Przed wizytą Jake'a Rebeka nie 

zdążyła  zaradzić  jej  kłopotom,  uratować  ją  od  śmierci.  Powinna  to  zrobić  teraz.  Mijały 

minuty, kursor mrugał, ale żadne pomysły nie przychodziły jej do głowy. 

Na  prawo  od  komputera  trzymała  ukochaną  maskotkę  -  misia  o  wielkich  smutnych 

oczach.  Towarzyszył  jej  od  lat  i  pomagał,  kiedy  miała  chandrę  albo  trudności  z  pisaniem. 

Odruchowo  przytuliła  go  do  piersi.  Tym  razem  miś  nie  pomógł.  Odłożyła  go  na  miejsce  i 

zaczęła bawić się bransoletą. To też nie pomogło. 

Podciągnęła kolana i oparłszy o nie brodę, zamknęła oczy. Gabe od tygodnia usiłował 

się  z  nią  skontaktować.  Udawanie,  że  nie  ma  jej  w  domu,  było  zachowaniem  dziecinnym  i 

nieuczciwym, ale nie czuła się na siłach, by odbyć z nim poważną rozmowę. 

Mógł  zadzwonić  wcześniej.  Nie  odzywał  się  od  kilku  tygodni  i  to  jego  milczenie 

najbardziej ją bolało. Nie należała do osób przykładających zbyt dużą wagę do logiki, Gabe 

jednak  był  miłośnikiem  zdrowego  rozsądku.  To,  że  się  nagle  obudził  i  zaczął  do  niej 

wydzwaniać,  ma  konkretny  i  logiczny  powód.  Upłynęło  dość  czasu,  aby  mogła  stwierdzić, 

czy przypadkiem nie jest w ciąży. 

Wkrótce  po  powrocie  do  Minneapolis  uznała,  że  jeśli  podczas  tamtej  cudownej, 

background image

niezapomnianej nocy w Las Vegas zaszła w ciążę, to nie przyzna się Gabe'owi. Od początku 

stawiał  sprawę  jasno:  nie  interesuje  go  małżeństwo  ani  dzieci.  Ponieważ  jednak  był 

człowiekiem  honorowym, spodziewała się, że kiedy usłyszy o ciąży,  natychmiast przyleci  z 

pierścionkiem  zaręczynowym.  Gorszego  scenariusza  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić.  Trudno, 

żeby ludzie się kochali, kiedy jedno czuje się złapane w pułapkę. Zamiast miłości, narastają 

pretensje, nasila się poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. 

Gdyby zadzwonił wcześniej, może uwierzyłaby, że mają szansę być razem szczęśliwi. 

Że sympatia, jaką ją darzył, może z czasem przerodzić się w coś głębszego. Ale teraz jest już 

za późno. Wiedziała, że nie powoduje nim żadna sympatia, tylko honor i obowiązkowość. 

To nie duma powstrzymywała ją przed odebraniem telefonu, lecz miłość. 

Otworzyła oczy i przez moment wpatrywała się w widoczne za oknem gałęzie okryte 

pączkami.  Nigdy  dotąd  nie  spotkała  mężczyzny  bardziej  spragnionego  miłości  niż  Gabriel 

Devereax. On jednak bał się zaangażowania emocjonalnego. Miał w sobie ogromne pokłady 

wrażliwości  i  uczucia,  ale  potrzebował  kobiety,  która  umiałaby  je  wyzwolić.  Która 

pokazałaby mu, że miłość to nie klatka pozbawiająca swobody, lecz brama otwierająca przed 

człowiekiem  mnóstwo  różnych  możliwości.  Odpowiednia  kobieta  mogłaby  odmienić  jego 

życie, uczynić je o wiele szczęśliwszym. 

Niestety ona, Rebeka Fortune, nie jest tą kobietą. Przełknęła łzy, które podeszły jej do 

gardła. Płacz na niewiele się zda. Gabe często żartował z niej, że jest idealistką, że nie potrafi 

zaakceptować rzeczywistości. 

Teraz ją zaakceptowała. Zrozumiała, że nie przebije muru, za którym Gabe się skrywa. 

Mur jest za wysoki i za gruby, a jej miłość widocznie za słaba. 

Rebeka  znała  smak  porażki.  Znała  smak  smutku  i  żalu.  Znała  też  różne  odcienie 

samotności. Ale jeszcze nigdy nie cierpiała tak jak teraz. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Kiedy  sekretarka odszukała  ją  w  laboratorium,  Kate  właśnie  skończyła  rozmawiać  z 

chemikami.  Była  w  znakomitym  humorze.  Cudowny  krem  odmładzający,  nad  którym  od 

dawna  pracowano  w  Fortune  Cosmetics,  a  którego  produkcję  Monica  Malone  niemal  od 

początku sabotowała, wreszcie przeszedł pomyślnie wszystkie próby i niedługo pojawi się na 

rynku. Na wieść, że Gabriel Devereax czeka w holu na dole, Kate ucieszyła się. Należała się 

jej krótka przerwa w pracy. 

Weszła do holu, wyciągając na powitanie obie ręce. 

- Co za miła niespodzianka! Ale dlaczego nie wjechałeś na górę? - spytała. 

-  Nie  byłem  pewien,  co  w takiej  sytuacji  nakazuje  savoir  -  vivre  -  wyjaśnił.  -  Chyba 

teraz,  kiedy  już  nie  jestem  twoim  pracownikiem,  nie  bardzo  wypada,  żebym  krążył  po 

budynku... 

Kate prychnęła pogardliwie. 

-  Kto  by  się  przejmował  tym,  co  wypada,  a  co  nie!  Stęskniłam  się  za  tobą, 

przystojniaku. 

Gabe roześmiał się wesoło. 

-  To  dobrze.  Bałem  się,  że  możesz  mnie  nie  lubić.  Bądź  co  bądź  pojawiałem  się 

zawsze  wtedy,  gdy  działo  się  coś  nieprzyjemnego.  A  to  włamanie,  a  to  porwanie,  a  to 

morderstwo... 

Mówił tak samo jak dawniej, z lekką drwiną w głosie, ale wyglądał jakoś inaczej. Coś 

się zmieniło w jego wyglądzie, w spojrzeniu, w sposobie bycia. Starając się odgadnąć, co to 

może być, Kate skierowała gościa do swojej prywatnej windy. 

-  Tak  to  już  jest,  kiedy  się  zarządza  wielkim  imperium  finansowym.  -  Wzruszyła 

ramionami.  -  Po prostu bywa się narażonym  na kłopoty. Ale ostatnio rzeczywiście  mieliśmy 

ich w nadmiarze i należy nam się chwila spokoju.  - Uśmiechnęła się pogodnie. - Wiesz co? 

Brakuje mi rozmów z tobą. Sterlingowi również. 

Gabe  tyle  samo  czasu  spędził  w  gabinecie  Sterlinga,  co  u  niej.  Oboje  go  szczerze 

polubili.  Kate  przyszło  do  głowy,  że  powinna  wreszcie  powiadomić  rodzinę  i  przyjaciół,  co 

czuje  do  wieloletniego  doradcy  prawnego  Fortune'ów.  Na  razie  jednak  skupiła  się  na 

detektywie. Wysiadłszy z windy, zapraszającym gestem wskazała drzwi do swojego gabinetu. 

- Powiedz, Gabe, czemu zawdzięczam twoją wizytę? Czcze pogaduszki nigdy cię nie 

pociągały.  -  Nagle  zrobiła  przerażoną  minę.  -  Ojej,  mam  nadzieję,  że  czek,  który  ci 

background image

wystawiłam, nie okazał się bez pokrycia? 

Błysnął zębami w uśmiechu, ale po chwili spoważniał. 

-  Nie.  Czek  zrealizowałem  bez  problemów.  Drugi,  ten  z  hojną  premią,  również.  Nie 

sądziłem, że jesteś taka rozrzutna, Kate. 

- Ja? Mylisz się. Mam bardzo mądre podejście do pieniędzy. Nigdy nie rozdaję ich bez 

powodu. Ty, mój drogi, uczciwie na wszystko zapracowałeś. 

Puścił  komplement  mimo  uszu.  Nie  usiadł.  Wsunął  ręce  do  kieszeni  i  stał  sztywno, 

jakby kij połknął. 

- Przyszedłem w sprawie osobistej - wyjaśnił. - Chciałam porozmawiać z tobą o twojej 

córce. 

-  Hm.  Jakoś  nie  wydaje  mi  się,  żebyś  miał  na  myśli  Lindsay.  -  Kate  podeszła  do 

srebrnej  zastawy  na  stoliku.  -  Napiłbyś  się  kawy,  Gabe?  Albo  herbaty?  A  może  wolisz  coś 

mocniejszego? 

- Obawiam się, że nie będziesz taka miła, kiedy usłyszysz, co mam do powiedzenia. 

- No, no, to brzmi groźnie. 

A właściwie nie tyle groźnie, co intrygująco, poprawiła się w duchu. Kiedy ostatni raz 

rozmawiali, wyczuła, że coś się stało między Gabe'em a jej najmłodszą pociechą. Wiele o tym 

później rozmyślała. Nawet próbowała wyciągnąć coś z Rebeki, ale ta nabrała wody w usta. 

Natomiast  sporo  jej  zdradził  sam  widok  Gabe'a.  Chwilę  trwało,  zanim  się 

zorientowała, co się zmieniło w jego wyglądzie. Otóż podczas swojej wielomiesięcznej pracy 

dla Fortune'ów zawsze prezentował się nienagannie. Był czysty, schludny, zadbany. Po jego 

stroju czy mimice nigdy nie można było niczego się domyślić. 

Teraz  zaś...  Do  fryzjera  nie  zaglądał  co  najmniej  od  paru  tygodni.  Włosy  miał 

rozczochrane, buty zdarte, twarz chudszą niż przed miesiącem, jakąś wymizerowaną. 

Jak zwykle, od razu przeszedł do sedna. 

-  Od  trzech  tygodni  usiłuję  skontaktować  się  z  Rebeką.  Kiedy  dzwonię,  nie  odbiera 

telefonu.  Ciągle  trafiam  na  sekretarkę.  A  kiedy  stukam  do  drzwi,  to  albo  jej  nie  ma,  albo 

udaje, że wyszła. 

- Hm... - Kate przyjrzała mu się uważnie. - W trakcie pracy nad powieścią zdarza się 

jej żyć jak pustelnik, z nikim się nie widywać, z nikim nie rozmawiać. Jeśli chcesz, żebym w 

twoim imieniu... 

-  Nie,  broń  Boże!  Sam  to  muszę  załatwić.  -  Potarł  ręką  twarz.  -  Słuchaj,  pewnie  się 

wściekniesz, kiedy usłyszysz, co postanowiłem.  Uznałem  jednak, że zdradzę ci  moje plany, 

żebyś  niepotrzebnie  się  nie  martwiła.  Tajemnice  pociągają  za  sobą  kłopoty,  a ty  miałaś  ich 

background image

stanowczo za dużo. 

-  To się robi coraz bardziej  fascynujące  -  oznajmiła  Kate, ale podejrzewała, że  Gabe 

jej nie słyszy; że nic do niego nie dociera. - Nie wiem jak ty, ale kusi mnie kieliszek sherry. 

Niby pora jest wczesna... 

- Mam zamiar porwać twoją córkę. 

- Tak? 

-  Ponieważ  unika  mnie  jak  zarazy,  przypuszczalnie  nigdzie  ze  mną  nie  pójdzie  z 

własnej nieprzymuszonej woli. Stąd mój pomysł. 

- A dokąd chcesz ją porwać, jeśli wolno spytać? 

-  Jeszcze  nie  wiem.  Pewnie  na  jakąś  wyspę  na  środku oceanu.  Gdzieś,  gdzie  nie  ma 

telefonów i skąd trudno uciec. Tylko nie myśl, Kate, że proszę o twoje pozwolenie. Mówię ci 

o  tym  wyłącznie  w  jednym  celu:  żebyś  się  nie  martwiła,  kiedy  Rebeka  zniknie.  Po  prostu 

wiedz, że nic złego się jej nie stało. 

- Nie wierzę! Jestem oburzona. Zszokowana! - zawołała Kate, po czym dodała cicho: - 

Gdybyś nie mógł znaleźć odpowiedniej wyspy, mogę ci pożyczyć rodzinny jacht. 

- Rebeka... - zaczął Gabe. Nagle się zreflektował. - Co powiedziałaś? 

- Zaoferowałam ci nasz jacht. A może wolałbyś samolot? 

Zamurowało  go.  Miał  taką  minę,  jakby  nagle  ujrzał  słonia  lub  żyrafę.  Podejrzenia 

Kate,  że  nic  do  Gabe'a  nie  dociera,  potwierdziły  się.  Najwyraźniej  spodziewał  się  ostrego 

sprzeciwu, wybuchu niezadowolenia. 

Bez słowa nalała mu kieliszek sherry. Przypuszczalnie detektyw Devereax, twardziel 

walczący  z  groźnymi  przestępcami,  pijał  mocniejsze  trunki,  ale  whisky  czy  koniaku  nie 

trzymała w barku. Zresztą, lepsze sherry niż nic. Tym bardziej że Gabe wciąż wyglądał tak, 

jakby trwał w szoku. 

Kiedy trochę się odpręży, będzie bardziej skory do rozmowy, pomyślała Kate. A nie 

zamierzała pozwolić mu opuścić gabinetu, dopóki nie dowie się, co go łączy z Rebeką. 

Wszystkie klony wypuściły już liście. Żonkile i tulipany też zaczynały kwitnąć. Trawa 

zaś miała wspaniały odcień soczystej zieleni. Ale od zachodu nadciągały ciężkie deszczowe 

chmury. Popołudnie stawało się coraz bardziej ciemne i ponure. 

Kiedy Gabe zajechał pod dom Rebeki, ulice były wyludnione. Dzieci nie bujały się na 

huśtawkach, młodzież nie szalała na rowerach, nikt nie spacerował, żadne mamy nie pchały 

wózków. Błyskawice rozdzierały niebo, a od grzmotów omal nie pękały bębenki w uszach. 

Otworzył drzwi morgana i używając obu rąk, postawił lewą nogę na krawężniku. Od 

kostki po kolano otaczał  ją gips. Z powodu gipsu był tylko w prawym  bucie. Lewa ręka na 

background image

temblaku stanowiła dodatkowe utrudnienie przy poruszaniu się. Powoli, niezdarnie wysiadł z 

samochodu. Wyciągnął zza fotela drewnianą kulę i oparł się o nią. 

W oknie salonu poruszyła się zasłona. 

Gabe  skrzywił  się  z  bólu.  Przystanąwszy  na  moment,  potarł  ręką  prawą  skroń,  na 

której widniał duży plaster. 

Na ziemię zaczęły padać wielkie grube krople deszczu; po chwili przeszły w rzęsistą 

ulewę. Gabe zadrżał z zimna. Miał na sobie bluzę i dżinsy rozcięte u dołu, by można je było 

wciągnąć  na  gips.  Wiedział,  że  zaraz  będzie  przemoczony  do  suchej  nitki,  ale  trudno  - 

wsparty na kuli, nie mógł rzucić się biegiem pod dach werandy. 

Drzwi prowadzące do ciepłego, suchego wnętrza znajdowały się z siedem  lub osiem 

metrów od chodnika. Daleko. Na tyle daleko, że kuśtykając wolno w ich kierunku, Gabe miał 

czas odtworzyć w myślach dziwną rozmowę, jaką odbył z Kate w jej gabinecie. 

Biorąc pod uwagę to, że pochodził z innych sfer, że nie uczęszczał na uniwersytet, że 

nie  miał  wykwintnych  manier  i  nigdy  w  życiu  nawet  nie  widział  garnituru  od  Armaniego, 

wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Kate nie oburzyła się, słysząc o tym, że coś go łączy z jej 

córką. Nawet nie spytała, czy zamierza się z Rebeką ożenić. 

Zamiast tego nalała mu kieliszek słodkawego sherry i trochę zmieniła temat. W ciągu 

ostatnich dwóch lat, oznajmiła, w życiu jej rodziny zapanował chaos. 

- Każde z moich dzieci przeżyło mniejszy lub większy kryzys emocjonalny. Poza tym, 

jak  sam  wiesz,  mieliśmy  również  do  czynienia  z  sabotażem  oraz  z  problemami  natury 

finansowej, które wywarły wpływ na firmę. Wszyscy wyszli z tych prób zwycięsko: silniejsi, 

mądrzejsi, szczęśliwsi. Wszyscy z jednym wyjątkiem. 

- Z wyjątkiem Rebeki? 

-  Zgadłeś.  - Sobie także nalała sherry, ale nawet nie zwilżyła  nim ust.  -  Tylko jej  nie 

byłam  w  stanie  pomóc.  Wszyscy  uważają,  że  jesteśmy  zupełnie  do  siebie  niepodobne.  To 

nieprawda. Owszem, ja nie bujam w obłokach, a Rebeka nie ma mojej głowy do interesów, 

ale charaktery mamy identyczne. Tak jak ja, Rebeka kieruje się w życiu własnymi zasadami i 

nigdy  się  nie  waha,  kiedy  już  podejmie  decyzję.  Pragnę  jej  szczęścia.  Chcę,  żeby  się 

ustatkowała. Żeby miała dom pełen dzieci, o jakim marzy. Ale spośród wszystkich mężczyzn, 

z  którymi  się  spotykała,  żaden  nie  zalazł  jej  za  skórę.  Żaden  jej  nie  denerwował.  Ty  jesteś 

pierwszy. 

Kuśtykając  w  stronę  drzwi,  wciąż  usiłował  dociec,  co  Kate  miała  na  myśli.  Czy  to 

dobrze czy źle, że zalazł Rebece za skórę? Dobrze czy źle, że ją denerwował? 

Uznał, że musi się o tym przekonać. 

background image

Kilka  tygodni  temu,  kiedy  Jake'a  wreszcie  wypuszczono  do  domu,  Gabe  odetchnął  z 

ulgą. Skończył pracę dla Fortune'ów i z zapałem przystąpił do innych zleceń. 

Cieszył się swobodą, wolnością, brakiem jakichkolwiek ograniczeń. 

A  potem  pojawiły  się  objawy  dziwnej  choroby.  Uczucie  pustki,  ssanie  w  żołądku, 

tęsknota  tak  silna,  że  nie  mógł  jeść  ani  spać.  Starał  się  zwalczyć  te  objawy,  wyzdrowieć. 

Bezskutecznie. 

Setki  razy  odtwarzał  w  pamięci  sceny  ze  swojego  dzieciństwa:  oczami  wyobraźni 

widział  rodziców,  którzy  nieustannie  kłócili  się,  poszturchiwali  i  warczeli  na  siebie, 

zamieniając  dom  w  piekło.  Pamiętał  awantury,  po  których  następowały  ciche  dni,  pamiętał 

gorycz,  napięcie,  łzy.  Każda  zakochana  para  obiecuje  sobie  dozgonną  miłość,  ale  jakoś  ta 

miłość szybko wygasa. 

Gabe  całe  życie  był  realistą.  Jako  realista  wierzył,  że  ludzie  się  zakochują  i  miłość 

naprawdę istnieje, tyle że jest nietrwała. Po co się więc łudzić, po co robić sobie nadzieję, a 

potem przeżywać rozczarowanie? Czy nie lepiej być zdanym wyłącznie na siebie? 

I  nagle  któregoś  dnia,  w  trakcie  największego  nasilenia  choroby,  Gabe  doznał 

olśnienia.  Wojujące  pary,  które  bez  przerwy  skakały  sobie  do oczu,  na  pewno  wpłynęły  na 

jego  filozofię  życiową,  na  niechęć  do  zawierania  małżeństwa.  Ale  przecież  on  z  Rebeką 

wojowali  od  samego  początku.  W  dodatku  te  zwady  i  utarczki  sprawiały  im  autentyczną 

przyjemność. 

Chciał móc toczyć z nią boje tak długo, jak będzie żył. A nawet i po śmierci. 

Wiedział,  że  Rebeka  stale  pakuje  się  w  kłopoty.  Ledwo  z  jednych  wybrnie,  zaraz 

wpada w następne. Rodzina ogromnie ją kocha, ale nie ma na nią najmniejszego wpływu. Na 

pewno nie zdoła uchronić jej przed żadnym niebezpieczeństwem. 

Przypuszczalnie inne kobiety wierzyły w to samo, co Ruda. W rycerzy i królewiczów 

z  bajki.  W  to,  że  człowiek  jest  z  gruntu  szlachetny,  że  dobro  przezwycięża  zło,  że tych,  co 

postępują uczciwie, nie spotka w życiu żadna krzywda. 

Ale  Gabe'a  nie  obchodziły  inne  kobiety.  Obchodziła  go  wyłącznie  Rebeka.  Miała 

prawo do swoich marzeń i przekonań. Ktoś jednak powinien nad nią czuwać. Ktoś, kto wie, 

jak cudowną jest osobą. Ktoś na tyle silny, aby czasem stanąć okoniem i czegoś jej zabronić. 

Ktoś,  kto  nie  bałby  się  jej  gniewu.  Ktoś,  kto  odwzajemniałby  jej  uczucia.  Ktoś,  kto  by 

rozumiał, że Rebeka potrzebuje wolności, że uwięziona w sztywnych konwenansach uschnie 

jak kwiat pozbawiony wody. 

Tak, ktoś powinien stale jej strzec. Chronić przed krzywdą, cierpieniem, złem. 

I raptem uświadomił sobie, że nie ktoś, tylko on sam. 

background image

Kochał Rebekę. Kochał do bólu. 

Którejś  nocy obudził się zlany potem. Śniło  mu  się, że Rebeka  jest w ciąży, że nosi 

jego dziecko. Ku własnemu zdumieniu, z całego serca zapragnął zostać ojcem. Innym niż był 

jego własny ojciec. Czułym, troskliwym, kochającym. A także mężem. Ojcem i mężem. 

Przeraził się. Zrozumiał bowiem, że Rebeka postanowiła zachować ciążę w tajemnicy 

przed  nim.  Mógł  się  tego  domyślić!  W  takich  sprawach  Ruda  nie  uznawała  kompromisów. 

Chciała  mieć  wszystko  albo  nic.  Wszystko  oznaczało  miłość,  ślub,  domek  z  ogródkiem. 

Połowiczne rozwiązania jej nie interesowały. 

Zasłona w oknie znów się poruszyła. Tym razem powstała kilkucentymetrowa szpara. 

Gabe ponownie wykrzywił się z bólu. Wolno, krok po kroku, zbliżał się do werandy, 

nie zwracając uwagi na strugi deszczu lejące mu się na głowę. Nagle drzwi się otworzyły. 

- Gabe! Zauważyłam przez okno jakiś ruch, ale nawet kiedy wyjrzałam na zewnątrz i 

zobaczyłam twoją pochyloną głowę, nie skojarzyłam, że to ty! Mój Boże! Co się stało? 

- Miałem mały wypadek - odparł. 

Na  chwilę  zapomniał  o  cierpiętniczej  minie.  Po  prostu  rozkoszował  się  widokiem 

Rudej. Ubrana była w pomiętą białą bluzę, lekko wystrzępioną u dołu, włosy sterczały jej na 

wszystkie strony, nogi miała bose, a spojrzenie przerażone. 

- Mały wypadek? Na miłość boską, Gabe... 

- Wiesz co, mała? Przydałaby mi się twoja pomoc. Słowo honoru. - Zatrzymał się przy 

balustradzie  okalającej  werandę.  -  Muszę  się  na  zaszyć  w  jakimś  cichym  miejscu,  żeby 

odpocząć i zregenerować siły. Znalazłem taki wymarzony zakątek, ale trudno mi tam samemu 

dojechać, nie  mówiąc o wniesieniu do środka toreb z zakupami.  Kiedy się  już zainstaluję, z 

resztą  rzeczy  na  pewno  sobie  poradzę,  ale  teraz...  Gdybyś  mogła  mi  poświęcić  jedno 

popołudnie... - Wciągnął powietrze. - Potrzebuję cię, Ruda. 

Jego głos zabrzmiał jakoś ostro i chrapliwie, ale może nie było w tym nic dziwnego. 

Gabe  nigdy  dotąd  nikomu  nie  mówił,  że  go  potrzebuje.  Bał  się,  że  Rebeka  zarzuci  mu 

kłamstwo.  Bo  faktycznie,  nie  był  z  nią  do  końca  szczery,  jednakże  w  tej  najważniejszej 

sprawie nie kłamał. 

Przez sekundę czy dwie patrzyła mu głęboko w oczy; decyzję podjęła błyskawicznie. 

- Tylko wyłączę komputer i wezmę torebkę. 

- Nie zapomnij o butach. 

- E tam! Na co komu buty? 

Wyszła  się  jednak  w  butach  i  nie  tracąc  czasu,  pomogła  Gabe'owi  wsiąść  do 

samochodu  po  stronie  pasażera.  Sama  zajęła  miejsce  za  kierownicą.  Wyjaśnił  jej,  o  co  mu 

background image

chodzi:  żeby  zawiozła go pod wskazany adres, przeniosła  sprawunki z  bagażnika do domu, 

wróciła samochodem do siebie, a po tygodniu przyjechała po niego. Oczywiście wiedział, że 

plan  nie  trzyma  się  kupy,  ale  Rebeka,  która  zawodowo  trudniła  się  wymyślaniem  różnych 

mniej lub bardziej fantastycznych fabuł, niczego nie zakwestionowała. 

Ruszyli sprzed domu. Przez całą drogę dawał wskazówki, którędy najlepiej jechać. Po 

godzinie skręcili z autostrady w węższą szosę stanową. Zamiast podziwiać wiejski krajobraz, 

Rebeka raz po raz spoglądała ukradkiem na swojego pasażera. 

W  pewnym  momencie  zatrzymali  się  przed  dużym  sklepem  spożywczym.  Rebeka 

przeistoczyła  się  w  dyktatora.  Pozwoliła  Gabe'owi  wejść  z  nią  do  środka,  ale  to  wszystko. 

Sama wybierała z półek towary, ignorując wszelkie rady i sugestie, sama pchała wózek, sama 

taszczyła  torby  z  zakupami  do  samochodu.  Kiedy  Gabe  niczemu  się  nie  sprzeciwiał,  nie 

protestował, a jedynie potulnie kiwał głową, czym prędzej przyłożyła rękę do jego czoła. 

- Na pewno nie masz gorączki? - spytała. 

-  Tylko  dlatego,  że  jestem  miły  i  na  wszystko  się  zgadzam,  myślisz,  że  mam 

gorączkę? 

-  Nigdy  dotąd  nie  słuchałeś  mnie,  kotku.  A  nawet  kameleon  tak  szybko  nie  zmienia 

barwy. Oczywiście nie wykluczam, że może być inny powód twojej uległości. Powiedz, dużo 

łykasz leków przeciwbólowych? 

W  odpowiedzi  mruknął  coś  niewyraźnie,  po  czym  znów  zaczął  dawać  wskazówki 

odnośnie dalszej  jazdy. Skręcali raz w prawo, raz w  lewo, zawracali, ponownie skręcali, aż 

wreszcie  zjechali  z  czarnej  asfaltowej  szosy  w  wąską  nieutwardzoną  drogę,  która  wiła  się 

między polami i lasami. Przypuszczalnie nawet wytrawny podróżnik wyposażony w świetny 

kompas miałby totalny mętlik w głowie. 

Pół  godziny  później  zatrzymali  się  na  porośniętym  kępami  trawy  żwirowanym 

podjeździe. Rebeka pierwsza wysiadła z auta i z rękami wspartymi na biodrach, rozejrzała się 

wkoło.  Na  wzgórzu  stała  chata  zbudowana  chyba  z  drewna  cedrowego.  Za  nią  ciągnął  się 

dziewiczy  las.  Od  frontu  szklane  drzwi  prowadziły  na  werandę,  z  której  rozpościerał  się 

widok na płynący w dole srebrzysty strumyk. 

- Och, Gabe! Ależ tu pięknie! Wynająłeś ten dom? 

- Tak, na tydzień. 

- Nie wyobrażam  sobie wspanialszego miejsca na odpoczynek, ale będziesz strasznie 

daleko od cywilizacji. Najbliższa posiadłość znajduje się co najmniej kilometr stąd. 

Wyjęła  z  samochodu  torby  z  jedzeniem  i  rozkazawszy  Gabe'owi  nie  ruszać  się  z 

miejsca,  wniosła  zakupy  do  środka.  Gabe  oparł  się  o  maskę.  Wiedział,  co  Rebeka  ujrzy 

background image

wewnątrz. Piękne drewniane podłogi, kamienny  kominek  czekający  na rozpalenie,  meble w 

tonacji rdzawobrązowej; kuchnię z sosnowym stołem pełnym fantazyjnych sęków, urządzoną 

w  stylu  rustykalnym;  oraz  sypialnię  z  ogromnym  oknem  wychodzącym  na  zbocze,  wielkim 

małżeńskim  łożem  i  kilkoma  komodami.  Żadnych  udziwnień.  Jedynym  luksusem  była 

przylegająca do łazienki sauna z drewna sekwojowego. 

-  Tu  jest  cudownie  -  oznajmiła  Rebeka,  kiedy  wróciła  na  podjazd  przed  domem.  - 

Cicho, sielsko i spokojnie. Nie zauważyłam telefonu... 

- Bo go nie ma. 

-  Co? Ani telefonu, ani sąsiadów?  A  jeżeli upadniesz? A  jeżeli  będziesz potrzebował 

pomocy? - Potrząsnęła głową. - Nie wiem, czy mogę cię tu zostawić samego. 

- Całe życie mieszkam sam i jakoś daję sobie radę. 

- Tak, ale całe życie nie jesteś kaleką. 

- Teraz też nie jestem. Ruda... 

Otworzył dłoń, pokazując jej kluczyki, po czym cisnął je przed siebie. Całkiem niezły 

rzut, pomyślał z zadowoleniem. Wylądowały z pluskiem w strumyku. 

Rebeka otworzyła usta ze zdziwienia. 

- Nie wierzę własnym oczom! Czyś ty zwariował? Rany boskie, co ci strzeliło do łba? 

Bez kluczyków oboje jesteśmy tu uwięzieni... 

Zanim skończyła mówić, Gabe cisnął w dół zbocza kulę. Następnie zerwał ze skroni 

plaster, wysunął rękę z temblaka, po czym schylił się i zaczął ściągać z nogi gips. 

Wszystko  razem  zajęło  ze  trzy  minuty.  Kiedy  wyprostował  się,  serce  waliło  mu 

młotem. 

Rebeka stała jak zahipnotyzowana. Nie drgnęła. Nie zmieniła pozycji. Mijały wieki, a 

ona wciąż milczała. 

Podejrzewał, że go zabije. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Potem  wolno,  bez  słowa,  okrążyła  go,  uważnie  mu  się  przyglądając.  Był  trochę 

bledszy niż zazwyczaj, ale to wszystko. Z chwilą gdy pozbył się gipsu, jej oczom ukazała się 

zdrowa, włochata łydka. Żadnych obrzęków czy siniaków się na niej nie dopatrzyła. Na czole, 

policzkach  czy  nosie  też  nic  nie  było,  nawet  drobnego  rozcięcia,  jakie  czasem  się  zdarzają 

przy goleniu. Im dłużej się w niego wpatrywała, tym bardziej się spinał; był jak dziki kocur 

zamknięty w klatce. 

- Nie jesteś ranny - oświadczyła. 

- Nie jestem - przyznał. 

- Nie miałeś żadnego groźnego wypadku. 

-  Wczoraj,  kiedy  chowałem  grill,  ukąsił  mnie  komar.  Natomiast  ostatni  raz 

niebezpieczeństwo groziło mi w Las Vegas. Rebeko... 

- Słucham? 

- Jakoś nie sprawiasz wrażenia zaskoczonej. 

- Dziwisz się? Przecież cię znam. Gdyby w ciemnej alejce napadło cię sześciu zbirów, 

wszystkim porachowałbyś kości. Doskonale potrafisz sobie radzić sam. Chyba  nie  myślałeś, 

że uwierzę w bajeczkę o wypadku, co? Że nie zadając żadnych pytań, pojadę z tobą na jakieś 

odludzie?  Na  miłość  boską,  jestem  pisarką.  Wymyślam  fabuły.  I  z  zamkniętymi  oczami 

potrafię odróżnić prawdę od fałszu. 

Wyraźnie zbiła go z tropu. Nie miał pojęcia, co powiedzieć. 

- Ale... mimo to wsiadłaś do samochodu i przyjechałaś ze mną. 

- Oczywiście. Bałam się o ciebie - rzekła, po czym natychmiast się poprawiła. - Nadal 

się boję. Kłamstwa nie są w twoim stylu, kotku. Coś ważnego musiało się wydarzyć, skoro 

nie szczędziłeś zachodu, żeby mnie tu ściągnąć. 

-  Owszem,  wydarzyło  się.  Nie  odbierasz  telefonu,  kiedy  dzwonię.  Robisz  wszystko, 

żeby  trzymać  mnie  na  dystans.  Chcąc  nie  chcąc,  musiałem  wymyślić  sposób,  żeby  zwrócić 

twoją uwagę. 

- Udało ci się. 

Miał rację. Rzeczywiście go unikała, głównie dlatego, że nie chciała odpowiadać  na 

pytania o ciążę. Ale podczas długiej jazdy samochodem z Minneapolis do domku na wzgórzu 

Gabe ani razu nie poruszył tego tematu. To jej dodało sił. 

- Chciałeś ze mną porozmawiać? - spytała. 

background image

-  Tak.  Ale  na  razie  już  dość  się  nagadałem.  Wciąż  krążyła  wokół  niego,  kiedy  nagle 

porwał ją w ramiona. Przytulił ją mocno - tak mocno, że czuła, jak serce mu wali - i przywarł 

ustami do jej ust. 

Tego się właśnie obawiała. Że mu ulegnie. Że będzie chciała tkwić w jego objęciach i 

całować się z nim w nieskończoność. Że jeszcze mocniej go pokocha. 

Ten  pierwszy  pocałunek  nie  rozwiał  jej  obaw.  Gabe  był  jak  zbłąkany  wędrowiec 

przemierzający  pustynię,  który  wreszcie  znalazł  źródło.  Źródło,  które  biło  tylko  dla  niego. 

Wiosenny  wietrzyk  poruszył  gałęziami  drzew,  strząsając  z  liści  krople  deszczu.  W  oddali 

słychać było szum strumyka, w powietrzu unosił się zapach sosen. 

Rebeka zamknęła oczy. Och, gdyby tylko marzenia mogły się spełnić... 

- Gabe... - Głos miała gruby, ochrypły. 

-  Wiem,  mała,  musimy  porozmawiać.  I  porozmawiamy,  obiecuję.  Ale  najpierw  chcę 

sprawdzić, czy potrafię cię zdenerwować. 

- Zdenerwować? Dlaczego? 

-  Diabli wiedzą. Ale to ważne.  -  Podniósł  ją, a kiedy ona oplotła go nogami w pasie, 

ruszył po schodach do domu. - Koniecznie trzeba nad tym popracować. 

- Nad moim stanem psychicznym? 

- Tak. Wiesz, dokąd cię niosę? Do sypialni. Denerwujesz się? Powiedz. 

- Nie. A powinnam? 

Siatkowe  drzwi  zatrzasnęły  się  z  hukiem.  Gabe  nie  odrywał  od  niej  wzroku.  I  przez 

całą drogę obsypywał pocałunkami jej twarz i włosy. 

- Nie będziemy tam grać w warcaby - oznajmił. 

- To dobrze. 

Uderzył  się  o  ścianę  w  holu.  Uważaj,  kotku,  ostrzegła  go  w  myślach  Rebeka,  bo 

nabijesz sobie guza. 

-  Nie  chodzi  o  seks  -  kontynuował  po  chwili.  -  Chodzi  o  coś  całkiem  innego.  Po 

prostu...  jesteś  mi  potrzebna.  Każdy  dzień  bez  ciebie  jest  dniem  spisanym  na  straty. 

Wydawało  mi się, że  jestem wolnym człowiekiem. Okazało się, że ta wolność  już  mnie nie 

bawi. Chcę być wolny, ale tylko z tobą. Czy to, co mówię, niepokoi cię? 

- Ani trochę - odparła szeptem. 

-  Kocham  cię,  mała.  Bardziej  niż  kogokolwiek  na  świecie.  Nie  sądziłem,  że  jestem 

zdolny  do  takich  uczuć.  Do  prawdziwej  miłości...  Rany  boskie,  Ruda!  Kiedy  się  w  końcu 

zdenerwujesz? 

Pomyślała, że trzeba tę sprawę jak najszybciej wyjaśnić. Co on sobie ubzdurał z tym 

background image

zdenerwowaniem? Na razie to on się coraz bardziej denerwował. 

Spieszył  się  do  sypialni,  pragnął  dotrzeć  tam  jak  najprędzej,  ale  gdy  już  dotarł,  nie 

bardzo wiedział, co ma począć. 

-  Gabe  -  szepnęła  między  jednym  pocałunkiem  a  drugim.  -  Puść  mnie.  Nigdzie  nie 

ucieknę. 

- Nie puszczę - wycharczał, ale po chwili posłusznie postawił ją na podłodze. 

Ściągnęła mu przez głowę bluzę, po czym pocałowała go w brodę. Następnie rozpięła 

mu spodnie i pocałowała w usta. Wyraz strachu i niepewności nie zniknął z jego oczu. Kiedy 

przystąpiła do nieco śmielszych pieszczot, popatrzył na nią oskarżycielskim wzrokiem. 

- W ogóle nie jesteś zdenerwowana - powiedział z pretensją w głosie. 

- Za to ty jesteś. I dobrze, kotku. Bo ja bywam baaardzo grrroźna! 

Pchnąwszy  go  na  łóżko,  szybko  zdarła  z  siebie  ubranie.  Koc  służący  za  narzutę,  z 

ostrej, drapiącej wełny, działał na nią podniecająco z powodu kontrastu z jedwabiście gładką 

skórą Gabe'a. 

Gabe.  Twardziel,  który  wystrzegał  się  miłości,  a  jednak  jej  uległ.  Rebeka  słyszała 

słowa,  których  nigdy  nie  spodziewała  się  usłyszeć  z  jego  ust.  Ale  wyznawał  jej  miłość  nie 

tylko słowami - również dotykiem, pocałunkiem, spojrzeniem. 

Wiele musieli sobie jeszcze wyjaśnić, ale na razie liczyło się tylko to, że się odnaleźli. 

Niebo  za  oknem  przybierało  coraz  ciemniejszą  barwę,  lecz  oni  nie  zwracali  uwagi  na 

upływające  godziny.  Pochłonięci  sobą,  wspinali  się  na  szczyty  rozkoszy,  ofiarowując  jedno 

drugiemu wszystko - ciało i duszę. 

Rebeka  nie  pamiętała,  kiedy  zasnęła.  Ale  gdy  otworzyła  oczy,  na  zewnątrz  panował 

nieprzenikniony  mrok.  Drapiący  wełniany  koc  znikł.  Leżała  przykryta  cienką,  puszystą 

kołdrą. Na stoliku nocnym paliła się lampka. 

Gabe  leżał  obok,  w  pełni  obudzony,  z  wyrazem  zamyślenia  na  twarzy.  Rebeka 

wyciągnęła  rękę  i  delikatnie  pogładziła  go  po  policzku.  Bała  się  odezwać,  ale  bała  się  też 

milczeć. Postanowiła jednak zaufać Gabe'owi. 

-  Będę  miała  twoje  dziecko  -  oznajmiła  cicho.  Myślała,  że  się  zasępi,  że  okaże 

niezadowolenie. Zamiast tego ujrzała błysk radości w jego oczach. 

- Dzięki Bogu. Może jak dom się zapełni małymi urwisami, nie będziesz miała czasu 

na szpiegowskie misje i zabawy w detektywa. 

Uniosła się na łokciu. 

-  To  chyba  nie  są  żadne  oświadczyny,  co?  Kiedy  ostatni  raz  się  widzieliśmy,  byłeś 

zdecydowanym  przeciwnikiem  instytucji  małżeństwa.  Nie  interesowała  cię  rodzina,  a  tym 

background image

bardziej dzieci. 

- Miłość sprawiła, że pewne rzeczy musiałem sobie przewartościować. Ja... po prostu 

bałem się popełnienia błędu. Nie chcę cię oszukiwać, mała. Wiążąc się ze mną, ryzykujesz. 

- Mylisz się. Ryzykuje się wtedy, kiedy się nie wie, czego oczekiwać. A ja wiem. Nie 

uciekasz przed problemami... 

- To prawda. 

- Wiem też, że będziemy się spierać. Ale kto się czubi, ten się lubi. 

-  No  właśnie.  Dotąd  sądziłem,  że  kłócą  się  tylko  ludzie,  którzy  się  nienawidzą.  A  z 

tobą... z tobą uwielbiam toczyć  boje. Może  nie zawsze  będziemy  się zgadzać, Ruda, ale  na 

pewno nigdy nie będziemy się nudzić. Nie chcę, żebyś się zmieniała. Kocham cię taką, jaka 

jesteś.  -  Obsypał  jej  twarz  pocałunkami,  po  czym  przesunął  głowę  niżej,  do  szyi.  -  Nie 

przestanę, dopóki nie usłyszę słowa „tak” - zagroził. 

-  A  wtedy  przestaniesz?  W  takim  razie  przez  kilka  najbliższych  godzin  zamierzam 

milczeć. 

- Czy po ślubie też będziesz taka okrutna i bezwzględna? 

- Będę taka aż do śmierci. Sam się o to prosisz, Devereax. Obyś tylko nie żałował. 

- Nie będę - odparł. 

Ufała mu. Widziała w jego oczach, że wyzbył się lęku przed bliskością. 

-  Tak,  kochany  -  szepnęła.  - Tak, tak, tak.  Całe  życie  marzyłam  o takiej  miłości,  ale 

nie  wierzyłam,  że  moje  marzenia  się  spełnią.  Dopóki  nie  spotkałam  ciebie.  Powiedz  mi 

jednak... 

- Co? 

- Jak, u licha, wrócimy do domu, skoro wyrzuciłeś kluczyki? 

- A może mam drugą parę? 

- Jako człowiek logiczny i rozsądny zapewne masz. 

-  A  wiesz,  że  ostatnio  coraz  częściej  polegam  na  intuicji  i  instynkcie?  Brzmi  to 

niewiarygodnie...  -  Na  moment  zamilkł.  -  Chociaż  nie.  Tobie  to  się  wydaje  zupełnie 

normalne. Ale... 

- Co ale? 

- Impulsywne zachowanie niekiedy pociąga za sobą negatywne konsekwencje. 

- Hm, więc jednak nie masz zapasowych kluczyków? 

- Mam. Ale w domu. Nie tu. 

- To znaczy, że jesteśmy zdani wyłącznie na siebie? - Tak. 

- Że ugrzęźliśmy tu na czas nieograniczony? 

background image

- Tak. 

- Świetnie - szepnęła i pochyliwszy się nad nim, wyłączyła lampkę. 

background image

EPILOG 

Kate rzadko wpadała w złość. Zbyt wiele w życiu widziała i zbyt wiele doświadczyła, 

aby  przejmować  się  drobiazgami.  Katastrofa  samolotowa,  próby  pozbawienia  jej  życia, 

sabotaż, knowania wrogów zazdroszczących jej pozycji oraz majątku, do którego dochodziła 

dziesiątkami lat - to wszystko przetrwała. Była silna. Byle problem typu kradzież czy kolejny 

szantaż nie byłby w stanie jej załamać. 

Jednakże co innego kradzież, a co innego ślub i wesele. 

Stała  na  tarasie,  z  którego  rozciągał  się  wspaniały  widok.  Mała  dziewczynka,  która 

swoje  dzieciństwo  spędziła  w  sierocińcu,  jest  teraz  właścicielką  luksusowej  rezydencji  nad 

jeziorem. 

Spoglądała  na  ogród,  sprawdzając,  czy  o  niczym  nie  zapomniała.  Wzdłuż  ścieżki 

posypanej białymi płatkami róż, którą miała iść panna młoda, rosły w donicach kamelie. Znad 

jeziora  nadciągał  lekki  wietrzyk;  liście  szeleściły,  powietrze  wypełniała  balsamiczna  woń 

kwiatów. Powoli zbierali się goście, eleganccy mężczyźni, kobiety w bieli i pastelach. Śmiech 

oraz szmer rozmów niósł się po całym terenie. 

W  głosach  gromadzących  się  w  ogrodzie  ludzi  Kate  słyszała  radość.  Na  wszelki 

wypadek, jakby nie dowierzając własnym uszom, obserwowała twarze gości, upewniając się, 

czy  na pewno są szczęśliwi. Nick  i Caroline, Kyle  i Samantha, Rafe  i  Allie, Mike z Julią... 

Przez chwilę nie mogła doszukać się Luke'a i Rocky, ale potem ich dojrzała. Trzymając się za 

ręce,  wracali  ze  spaceru  nad  brzegiem  jeziora.  Adam  i  Laura,  Zach  i  Jane,  Rick  z  Natalie, 

Grant z Meredith... 

Ktoś obcy mógłby się pogubić w tym tłumie, ale nie Kate. Osoby, na które patrzyła, 

dzieci  jej dzieci, reprezentowały kolejne pokolenie Fortune'ów. W ciągu ostatnich dwóch  lat 

spotykali się na wielu ślubach, ale ten był najważniejszy, przynajmniej dla Kate. 

Rebeka  była  jej  najmłodszą  córką,  jedyną,  która  dotąd  nie  znalazła  partnera.  Kate 

powoli  traciła  nadzieję,  czy  to  się  kiedykolwiek  stanie.  O  Rebekę  zawsze  najbardziej  się 

niepokoiła. 

Zrobiła,  co  mogła,  żeby  był  to  najszczęśliwszy  dzień  w  życiu  jej  córki.  Zamówiła  u 

bogów  niebo  w  kolorze  błękitu.  I  takie  było.  Co  najmniej  ze  trzy  razy  obeszła  stoły, 

sprawdziła  nakrycia,  dekoracje,  bukiety  kwiatów.  Dziesiątki  razy  rozmawiała  ze  służbą. 

Poprawiała  drużbom  krawaty,  strzepywała  im  z  ramion  niewidoczne  pyłki,  druhnom 

doradzała w kwestii fryzur, kosmetyków, biżuterii. 

background image

Pomogła  córce  włożyć  suknię,  następnie  wpięła  jej  we  włosy  piękny  welon  z 

delikatnej belgijskiej koronki. Łzy ścisnęły ją za gardło. Czym prędzej skryła się w pokoju na 

piętrze. Potrzebowała para minut dla siebie, z dala od zgiełku, żeby się wyciszyć, opanować 

emocje. 

Stojąc  na  tarasie,  usłyszała,  jak  drzwi  się  otwierają.  Nie  musiała  się  odwracać  - 

wiedziała, że wszedł Sterling Foster. Kiedy objął ją w pasie, poczuła, jak spływa na nią błogi 

spokój. Zamknęła oczy i oparła się o jego klatkę piersiową. 

Wkrótce  zamierzała  powiadomić  rodzinę  o  własnych  planach  małżeńskich.  Miała 

siedemdziesiąt jeden lat. Nigdy nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek znajdzie miłość, 

że pokocha jakiegoś mężczyznę, że zaufa mu i będzie chciała dzielić z nim życie. 

- Jesteś zdenerwowana, Kate? - spytał. Potrafił wyczuwać jej nastroje. 

-  Nie,  nie  zdenerwowana,  raczej  wściekła  na  pana  młodego.  Chyba  mam  prawo  dać 

córce prezent ślubny? 

- Rozumiem. A więc Gabe podarł czek? 

-  Zaproponowałam,  że  pożyczę  im  jacht  albo  samolot.  Niczego  nie  chce  ode  mnie 

przyjąć. I nie chce mi zdradzić, gdzie pojadą na miesiąc miodowy. 

- Coś podobnego! 

-  Uścisnął  mnie,  serdecznie  mi  za  wszystko  podziękował,  po  czym  oznajmił,  że  nie 

potrzebuje pomocy. Że sam potrafi zaopiekować się Rebeką. Psiakość! I co z takim zrobić? 

Sterling zarechotał pod nosem. 

- Człowiek tak dumny i uparty idealnie nadaje się na męża twojej córki. 

- To prawda - przyznała Kate. - Ale nie po to mam pieniądze, żeby zabrać je z sobą do 

grobu. Mógłby mi drań okazać trochę szacunku i pozwolić nimi poszastać. 

- Co się odwlecze, to nie uciecze. Przecież nikt ci nie zabroni rozpieszczania wnuków. 

A coś mi mówi, że pierwsze maleństwo jest już w drodze. 

-  Tak  myślisz?  -  Kate  nie  posiadała  się  z  radości.  Spojrzała  w  dół  na  Gabe'a,  który 

zajął  miejsce  obok  swojego  drużby.  W  przeciwieństwie  do  normalnych  panów  młodych, 

którzy  nerwowo  przestępują  z  nogi  na  nogę,  Gabriel  Devereax  był  spokojny  i  opanowany. 

Szeroki uśmiech na jego twarzy natychmiast podbił serce Kate. Tak, jej przyszły zięć cieszył 

się bardziej niż pirat, który wziął we władanie statek pełen skarbów. 

Niemal  gotowa  była  wybaczyć  mu  jego  głupi  upór  i  odmowę  przyjęcia  od  niej 

pieniędzy. 

- Nikomu nie zdradziłaś tajemnicy? - spytał Sterling, głaszcząc ją czule po policzku. 

-  Nie.  Pokusa  była  bardzo  silna,  ale  dziś  jest  święto  Rebeki  i  Gabe'a.  Nie  chcę 

background image

odciągać od nich uwagi. 

Oczywiście  rodzina  zdawała  sobie  sprawę,  że  zakończono  prace  nad  magicznym 

kremem  młodości,  jednakże  tylko  Kate  ze  Sterlingiem  wiedzieli,  że  przeszedł  pomyślnie 

wszystkie  testy.  Produkt,  któremu  poświęcono  tyle  czasu  i  wysiłku,  wreszcie  miał  trafić  na 

rynek. 

Nowy produkt, nowa fortuna. 

Kate pomacała  bransoletę, którą włożyła  na dzisiejszą uroczystość. Bransoletę, która 

stanowiła symbol rodziny, symbol siły, przywiązania i lojalności. 

Przez pewien czas  nosiła  ją Rebeka. Dziś rano Kate odebrała córce starą bransoletę  i 

podarowała  jej  nową.  Rebeka  nie  potrzebowała  wspomnień;  powinna  patrzeć  w  przyszłość, 

nie w przeszłość. 

- Kate, kochanie... - Sterling ujął ją delikatnie za łokieć. - Gotowa jesteś wydać swoją 

najmłodszą córkę za mąż? 

- Absolutnie. - Skinęła głową. 

Tak, była gotowa. I nie wypadało, aby matka panny młodej spóźniła się na ślub. 

Na  moment  zadumała  się.  Był  taki  czas  w  jej  życiu,  kiedy  całą  energię  wkładała  w 

powiększanie majątku, a co za tym idzie - władzy i wpływów. Ale to było dawno temu. Teraz 

liczyło się dla niej co innego. 

Liczyło  się  szczęście  jej  dzieci.  Oraz  to,  że  rodzina  jest  razem.  Czy  może  być  coś 

ważniejszego?