background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Krystyna Siesicka
Wróć Aleksandrze
Zdjęcia Klaudia Nowak i Piotr Fiuk
Skład i projekt okładki Barbara Wieczorek
Redakcja Danuta Sadkowska
Korekta
Anna Krzyżaniak
Ewa Chwałko
i\fc °\ ? ^Wksiążce wykorzystano cytaty: ly, ? .               z Ksiąg Starego 
Testamentu;
oWoUT" z utworów Antoine'a de Saint-???????:
Ziemia, planeta ludzi, List do Rinette, Mały Książę;
z opowiadania Filipa Siesickiego:
LekkoStrawne Domino.
Copyright by Krystyna Siesicka
ISBN 83-7162-843-9
Wydawnictwo Siedmioróg
ul. Świątnicka 7, 52-018 Wrocław
Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg
www.siedmiorog.pl
Wydanie pierwsze
Wrocław 2001

?????
- Zjadłbym pizzę hawajską i trzy sałatki...
(Ałeksander)
To ja jestem tą dziewczyną, o której mówi się, że czasami jest, a czasami jej 
nie ma. Ostatnio moje życie upływa pod znakiem deszczu, kwiecień, ale ciągle 
pada. Ranki zaczynają się niewinnie, drobną mżawką, jednak w miarę zbliżania się

zmierzchu ta drobna mżawka zamienia się w ulewę.
Piszę o deszczu, ponieważ jak najszybciej chciałabym w tej ponurej historii 
znaleźć się pod osłoną parasola, parasol jest dla mnie ważny, i to nie tylko 
dlatego, że pewna pani, którą poznałam w Zakopanem, albo jedynie wydawało mi 
się, 
że ją poznałam, sama już nie wiem, powiedziała mi kiedyś, że każda opowieść 
tylko wtedy może być ciekawa, jeżeli zaczyna się od prawdziwej tajemnicy. W 
mojej tajemnicą jest parasol.
Zobaczyłam go w przedsionku Katedry Świętego Jana Chrzciciela, stał w kącie 
oparty o ścianę w ten sposób, że jego skos wyznaczał miejsce leżącemu za nim 
psu, 
w którym już z daleka poznałam Funia, psa mojego bliźniaczego brata Aleksandra. 
Była ze mną Ka-rolka, ona również natychmiast dostrzegła Funia śpiącego w rogu 
przedsionka.
- Przecież to jest Funio - powiedziała.
Później, pociągając mnie za sobą, cofnęła się gwałtownie, pewnie chciała, 
żebyśmy jak najprędzej wyszły z Katedry, ale nawet gdyby w tej właśnie chwili 
Funio nie podniósł głowy i nie zobaczyłabym w mroku błysku jego oczu, i tak 
podeszłabym do niego zostawiając Karolkę. Zbliżyłam się, Funio zamerdał ogonem, 
podsunęłam rękę pod jego mordkę, a on przechylił łeb i wolno, czule lizał moją 
dłoń szerokim, różowym ję-
5
zykiem. Obejrzałam się, Karolka przystanęła w drzwiach Katedry, ale potem, nie 
patrząc nawet w moją stronę, odeszła.
Spojrzałam w głąb mrocznego kościoła szukając Aleksandra. Czułam, że niepokój 
dławi mi gardło, tylko ciepły jęzor Funia był wątłym pocieszeniem. Wreszcie 
zobaczyłam mojego brata. Klęczał na niskim stopniu konfesjonału, z czołem 
opartym o drewnianą kratę dzielącą go od spowiednika.
- Zostań tu, Funiu... - powiedziałam. Weszłam do kościoła na palcach w obawie, 
że głos moich obcasów uderzających o posadzkę może rozproszyć skupienie 
Aleksandra, bo przecież musiał być skupiony, musiał, tak myślę. Usiadłam w 
długiej, pustej ławce i nasłuchiwałam. Chciałam wiedzieć, czy na pewno rozlegnie

się to ciche stukanie w ściankę konfesjonału oznaczające, że mój brat odchodzi 
stąd oczyszczony ze swoich innych grzechów, które miał oprócz tego, że od dawna 
nie przestrzegał przykazania: „czcij ojca swego i matkę swoją".
Patrzyłam na pęknięte podeszwy adidasów klęczącego Aleksandra. Opierał czubki 
butów o posadzkę, więc głębokie, poprzeczne szpary rozsunęły się jeszcze 

Strona 1

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

bardziej. Pomyślałam, że z pewnością ma mokre skarpetki, kiedy nagle on poruszył

się, więc zobaczyłam między wystrzępionymi brzegami spodni i butów jego zupełnie

bose nogi. I wtedy poprosiłam płaczliwie: Chryste Panie, zmiłuj się nad nim, 
błagam.
Nie usłyszałam stukania księdza, być może było tak ciche, że nie mogłam 
usłyszeć. 
Mój
brat odszedł od konfesjonału, usiadł ź brze9u tej samej ławki, na której i ja 
siedział^™- Jed" nak zapatrzony przed siebie, nawet ?^??? nie dostrzegł. Położył

na podłodze przezr<?czysta-> firmową torbę z granatowym napiserri -B0MI SA to 
dobry wybór!" Zobaczyłam w niej Pot ba" gietki i puszkę „Friskies DARLING" dla 
Psa-Dzieliło nas od siebie ze dwa metry wypolerowanego drewna, ale jaka to była 
przeraźliwie daleka droga.
Przesuwałam się Wjego strone ce,itymetr po centymetrze. Przypomniałam sobie,że 
kie" dyś lubiliśmy siadać przed zegarem w st^towym pokoju, żeby wpatrywać się w 
minutowe wskazówkę i uchwycić jej ruch, ale czas mij0f' ? ?? nie widzieliśmy 
tego. Byłam jak tamt0 wska_ zówka, bo nie wiadomo kiedy znalazł111 sie przy 
Aleksandrze i siedzieliśmy tera2 Jedno obok drugiego, tak blisko siebie, ]a?śmV 
razem byli godziną dwunastą.
Spojrzał na mnie i dopiero wtedy dotkne-łam jego ramienia. Moje pociągnięte 
czer-woną emalią paznokcie leżały na zj0'onej, zniszczonej kurtce Aleksandra jak

pł^tki Pelargonii na wypalonym przez słońce troniku. Strącił je. Och...
-Niepłacz...-powiedział.
Odsuwając się na poprzednie miejsc^- SP°J-rzałam w bok i dopiero wtedy 
zauważył*"1- że po drugiej stronie szerokiego przejście mie-dzy ławkami siedzi 
Nikola. Pochylona 60 Prz°-du, bezwładna kukła z rękoma zwisajmy™ prawie do 
ziemi, 
kaptur długiego płasz<?za le" żał na jej plecach jak skrzydło czarne^0 Pta" ka. 
Podeszłam do niej.
7
- Nikola...
Miała zamknięte oczy, ale nie spała, usłyszała mnie, bo pokręciła głową 
przecząco. Chciałam odchylić ją do tyłu, żeby mogła chociaż oprzeć się o ławkę 
za sobą, ale jej zwieszona głowa ciągle osuwała się, i wtedy Nikola leciała do 
przodu.
- Zostaw ją - usłyszałam obok siebie głos Aleksandra. - Widzisz chyba, że jest 
całkiem zamulona.
Nie mówi się „całkiem", tylko „zupełnie", poprawiała zawsze nasza mama 
perfekcjonistka, i jakoś stosowaliśmy się do tego, zwłaszcza Aleksander, ale 
teraz Nikola była całkiem zamulona.
- Masz jakąś piątkę, Waleria?
A więc go obchodzę, pomyślałam z ulgą, może jeszcze działa moc czarodziejskich 
rączek Fatmy, które zawsze nosiliśmy przy sobie, dawny, dziecinny znak 
bliźniaczej jedności.
- Tak - powiedziałam. - Wczoraj dostałam z matmy.
- Czyś ty zgłupiała? Brakuje mi piątki.
Dopiero teraz dotarło do mnie. Miałam piątkę w kieszeni. Na lody u Hodunia.
- Nie masz drugiej? -Nie.
-To wracaj do domu! Do mamusi, do tatusia, do tego ślicznego pokoiku, który ci 
wytapetowali w piękne, różowe kwiatki, no już! Wracaj!
Mówił głośno, ludzie siedzący z przodu zaczęli się oglądać, za nami ktoś syknął 
niecierpliwie.
- W tym domu jest też twój pokój, zapomniałeś? Tylko ciebie w nim nie ma.
Roześmiał się, więc odeszłam. W przedsionku pogładziłam Funia i rozpłakałam się 
dopiero na Świętojańskiej.
Karolka stanęła przed witryną sklepu jubilerskiego, ale chociaż ostre światło 
jarzeniówek wzmagało błyski wtopionych w złoto kamieni, ona nie widziała ani 
pierścionków ułożonych w welurowych pudełkach, ani wiszących na cienkich 
drążkach łańcuszków, ani leżących na aksamitnej podstawce bransoletek, ponieważ 
zatrzymała się tutaj nie po to, żeby patrzeć na to wszystko, tylko po to, żeby 
stojąc tyłem do kościoła,
8
raz po raz odwracać głowę i spoglądać w stronę ciężkich, żeliwnych drzwi 
Katedry. 

Strona 2

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Wkrótce zobaczyła wychodzącą z kościoła Walerię. Samą, bez Aleksandra, bez 
Funia. 
Karolka nagle zapragnęła zniknąć, uciec przed nią, więc pochyliła się nisko, 
niby po to, żeby strząsnąć deszcz ze swojej długiej, czarnej spódnicy, którą 
szara nieprzemakalna kurtka chroniła tylko do kolan. Skulona w ten sposób, 
skryła się za idącymi chodnikiem turystami. Dżinsowy kapelusz, z rondem 
wywiniętym nad czołem, spadł prosto do odpływu rynny. Karolka podniosła go, 
strzepnęła i włożyła na głowę chowając pod nim długie, skręcone włosy. Widziała 
Walerię wolno idącą w stronę Rynku. Trudno, pomyślała, niech sądzi, że ją 
zostawiłam. Drzwi kościoła otworzyły się, wyszły z niego dwie kobiety, stanęły 
na chodniku przed Katedrą i rozmawiając, szybko otwierały parasolki. Karolka 
poprawiła pasek swojego hinduskiego worka, który zsunął jej się z ramienia, i 
przytrzymując go przebiegła na drugą stronę jezdni. Trzymała już rękę na 
wygiętej, masywnej klamce drzwi, kiedy nagle rozmyśliła się i wróciła przed 
witrynę sklepu.
Karolka dawno nie widziała Aleksandra i nie miała pojęcia, co się z nim dzieje, 
bo od chwili, kiedy powiedziała sobie: koniec, nawet Walerii nie pytała o niego.

Tylko nocą widywała czasami jego twarz, ale zawsze odpychała ją, budziła się i 
zapalała światło. Czasami usypiała znowu, ale bywało, że nadchodził świt, a ona 
tylko odwracała poduszkę raz na jedną, raz na drugą stronę. A teraz on był o 
minutę drogi od niej.
9
Dwie kobiety pod parasolkami śmiały się. Ale za to święty Franciszek bytby 
zachwycony!, wołała jedna z nich. Mówią o Funiu, pomyślała Karolka, śmieszy je 
pies czekający na kogoś w przedsionku kościoła, rzeczywiście, szalenie zabawne, 
spójrzcie jeszcze i na mnie, dziewczyna w przemoczonej spódnicy i w niebieskim 
dżinsowym kapeluszu, spod którego wysuwają się mokre kosmyki włosów, czy ona też

nie jest śmieszna? A tamtej ślicznej, idącej w stronę Rynku, cóż to strużkami 
spływa po policzkach, łzy czy deszcz? A widziałaś tego chłopaka, on nawet nie 
miał skarpetek! Może trzeba mu kupić skarpetki i wrzucić do pudełka zamiast 
złotówki, bo przecież to jest ten sam, który siaduje pod Barbakanem i gra na 
fujarce!
Karolka ostatni raz widziała Aleksandra pod sam koniec wakacji. Wróciła z 
Zakopanego i poszła szukać podręczników, żeby potem nie wystawać w kolejkach. To

było już wtedy, kiedy powiedziała sobie zdecydowanie: koniec z Aleksandrem. 
Stanął za jej plecami w księgarni i usłyszała znajome:
- Cześć, Karolka.
- Cześć...
-Co u ciebie, Karolka? Ciągle jeszcze chodzisz z tamtym chłopakiem, Karolka? 
Ładnie wyglądasz, Karolka...
Powtarzał jej imię, jakby sprawiało mu radość, że znowu może je głośno wymawiać.
- Tak, ciągle z nim chodzę - powiedziała, chociaż nie miała pojęcia, o kim mówi.

- A co u ciebie?
- Nic. Jestem głodny. Zjadłbym pizzę hawajską i trzy sałatki.
10
Funio podsunął jej łeb do pogłaskania, przez chwilę trzymała w ręku jego ucho, 
zadowolony merdał ogonem. W tamtym życiu, które minęło, Karolka i Aleksander 
często chodzili na pizzę hawajską, brali do niej zawsze trzy różne sałatki.
-Zaprosiłbym ciebie, Karolka, ale nie mam pieniędzy, jestem głodny, wiesz? - 
Ach, 
więc to tak.
- Mam tylko na podręczniki, będę musiała rozliczyć się z mamą.
- Ja nie dlatego, Karolka... to zresztą nie musi być zaraz pizza i sałatki... 
jestem głodny, wystarczyłoby mi na zupę...
-A Funio?
-  On ma dobrze, załatwiłem mu resztki w jednej knajpce na Starówce, zobacz, 
jaki spasiony, tylko ja jestem głodny, Karolka.
- Nie mogę, muszę rozliczyć się z mamą co do grosza, znasz moją mamę. Zresztą...
Może myślał, że Karolka waha się, ale ona wcale się nie wahała, tylko popatrzyła

na niego.
- Na co ty jesteś głodny?
Zapytała ostro, bo zobaczyła w jego oczach ten głód.
- Na zupę.

Strona 3

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

- Odejdź ode mnie - powiedziała.
Odszedł, tak jak nie raz odchodził od obcych ludzi, którzy odmawiali mu 
pieniędzy. Karolka stojąc przed Katedrą nie myślała jednak o tamtym spotkaniu, 
tylko o tym, że zaraz znowu go zobaczy, bo przecież w końcu będzie musiał wyjść 
z tego kościoła, a jej nie udało się, niestety, bo ani na chwilę nie przestała 
kochać Aleksandra.
11
Ciężkie drzwi otworzyły się, pierwszy wyszedł Funio, za nim on. Pochylił się, 
założył psu obrożę i obejrzał się za siebie, jakby jeszcze na kogoś czekał. 
Dziewczyna w długim, czarnym płaszczu z ogromnym kapturem nasuniętym prawie po 
same oczy stanęła w drzwiach Katedry. Wyglądała jak upiorna czarownica 
wychodząca z bajki. To była Nikola.
Czy Waleria ją widziała, kiedy była w kościele?
- Zjadłabym pizzę hawajską i trzy sałatki -powiedziała moja żona.
- Zamówić czy pójdziemy?
- Pójdziemy, nie mogę przecież całego życia spędzić przy komputerze, przykro mi,

że wymagasz tego ode mnie, Natanie.
Nigdy nie wymagałem od mojej żony, żeby spędzała przy komputerze jakikolwiek 
czas, przeciwnie, jeżeli zapadła w swoją twórczą nieobecność, natychmiast 
robiłem, co tylko było w mojej mocy, żeby wyciągnąć ją z tego stanu. Prawdę 
mówiąc, moja pisząca żona bywała osobą dość nieznośną, głównie dlatego, że w 
tajemniczy sposób traciła wtedy przytomność. Jedynym stworzeniem, które w tym 
czasie umiało nawiązać z nią właściwy kontakt, była nasza kotka Panna Fontanna, 
ja nie. Pewnego razu jednak, kiedy przytrafił mi się długi lot na trasie Warsza-
wa-Montreal i miałem trochę czasu, żeby ochłonąć po naszym dość skomplikowanym 
pożegnaniu, doszedłem do wniosku, że jedynym szczęśliwym rozwiązaniem, więcej 
nawet, jedynym ratunkiem dla naszego małżeństwa, będzie moja ustępliwość w tych 
trudnych dla nas dniach, gdy moja żona będąc obecną była nieobecna. Ustąpiłem 
więc i teraz, kiedy zarzuciła mi, że wymagam od niej, aby spędziła życie przy 
kompute-? rze, przeprosiłem i obiecałem solennie, że więcej nie będę się przy 
tym upierał.
Poszliśmy do pizzerii na placu Bankowym, gdzie moja żona bardzo długo wybierała 
dla nas odpowiedni stolik. Chodziła po sali, przysiadała na różnych krzesłach, 
wstawała z nich, szła dalej, wracała i nikt mi nie uwierzy, ale w końcu 
zajęliśmy ten pierwszy. Długo studiowaliśmy menu, które moja żona nazywa zawsze 
spisem treści, aż wreszcie, kiedy miody człowiek w czerwonym fraczku stał obok 
nas już dobre pięć minut, moja żona zawołała odkrywczo:
12
- Zamawiam pizzę hawajską i trzy sałatki!
Czerwony fraczek ukłonił się i odchodząc powiedział uprzejmie, że zaraz nam 
przyniesie miseczki na sałatki, bo zapewne zechcemy wybrać je sobie sami z 
pojemniczków stojących w wielkim pudle pośrodku sali, które to pudlo nie mam 
pojęcia, jak się nazywa, a moja żona, chociaż najczęściej wie wszystko, też 
nigdy nie wpadła na odpowiednie określenie, i dlatego mówimy o tym pudle pudlo. 
Znałem pudło bardzo dobrze, byliśmy prawie po imieniu, bo już niejednokrotnie 
moja żona wysyłała mnie do niego po zestaw sałatek, które, oczywiście, zawsze 
komponowałem złe, więc większą część czasu spędzałem w tej pizzerii na lataniu 
między stolikiem a pudłem z sałatkami. Linia Warsza-wa-Montreal była dla mnie 
przyjemnym spacerkiem w porównaniu z koszmarem, jaki za każdym razem przeżywałem

w pizzerii na płacu Bankowym. Młody człowiek w czerwonym fraczku postawił przed 
nami dwie puste miseczki. Moja żona przyglądała mu się bardzo uważnie i z 
wielkim upodobaniem.
- Ma pan ładny mundurek! - pochwaliła go. -1 jest panu w nim do twarzy.
Uśmiechnął się do niej i podziękował za komplement, wyglądał na bardzo miłego 
chłopca, nie wiedział, oczywiście, że moja żona wykreuje go w końcu na 
Aleksandra. Ja zresztą też jeszcze wtedy o tym nie wiedziałem.
- Wiesz, Natanie, szkoda, że nie nosisz takiego mundurka, jaki ma ten chłopiec. 
Z pewnością wyglądałbyś w nim o wiele lepiej niż w tym swoim granatowym worku, w

którym musisz latać, a sierść Panny Fontanny nie byłaby na nim tak bardzo 
widoczna.
-Jeżeli wolisz czerwony fraczek, kochanie, to może zatrudnię się w pizzerii?
Myślałem, że spodoba jej się ten żart, ale się nie spodobał.
- Opowiadasz głupstwa.
Niewątpliwie miała rację. Podała mi swoją miseczkę.
- Jakie sałatki...? - spytałem, zawieszając głos jak aktor, który zapomniał 

Strona 4

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

kwestii i czeka na podpowiedz.
Roześmiała się, i wtedy pokochałem ją jeszcze bardziej.
- Przecież każda będzie zła, dobrze o tym wiesz! Musisz przejść ze mną przez to 
piekło, Natanie.
13
Zapewne miała na myśli proces twórczy, w którym jako autorka odgrywała rolę 
prokuratora, obrońcy, sędziego i oskarżonego jednocześnie, jeżeli już to okropne

siedzenie przy komputerze mamy nazywać procesem twórczym, a nie udręką. Moja 
żona nazywała to piekłem, może słusznie, ale czegoś głównie ja smażyłem się w 
smołę. Zestaw sałatek zaakceptowała za moim trzecim podejściem do pudła, kręciła

nosem tyłko na sos francuski, ale w końcu machnęła ręką.
- Dobrze, zjem to paskudztwo.
Czerwony fraczek postawił przed nami pizzę wielką jak słońce. Moja żona 
uśmiechnęła się do niej i do niego.
- Dziękujemy, Aleksandrze, wygląda wspaniale.
Zamarłem. Młody człowiek, zdumiony swoim imieniem, wykonał dziwny ruch głową, 
jak ludzie, na których coś spada nieoczekiwanie, ale odpowiedział dzielnie:
- Mam nadzieję, że w smaku będzie też wspaniała. Europejczyk! Wersałczyk! Czy 
moja żona rzeczywiście wyobraża sobie, że on dorabia grając na fujarce pod 
Barbakanem?
- Jak pana piesek? - zapytała.
- Dziękuję, dobrze, ale wczoraj o mało nie wpadł pod samochód.
- Trzeba na niego uważać. My nie mamy pieska, mamy kotkę, czy pana siostra 
opowiadała o niej?
A jeżeli czerwony fraczek nie ma siostry? Podziwiałem odwagę mojej żony, chociaż

jej skłonność do ryzyka nie była mi tak do końca obca. Dobre moce nagrodziły ją.
-Nie, moja siostra... być może, nie przypominam sobie... być może mówiła coś o 
jakiejś kotce, tyłko ja nie pamiętam co, bardzo panią przepraszam.
Słodki uśmiech mojej żony i jej wybaczające spojrzenie pozwoliło czerwonemu 
fraczkowi przejść do następnego stolika, a ona zajęła się oglądaniem pizzy. 
Dziobnęła widelcem kawałek ananasa.
- Nie cierpię pizzy hawajskiej -powiedziała. - Te owoce są obrzydliwe. Nie będę 
jadła, Natanie. Tak naprawdę mam ochotę na golonkę z chrzanem, chociaż 
przyznaję, 
że konkurs piękności na pewno wygrałaby pizza.
Następnie w zawrotnym tempie zjadła trzy czwarte porcji. Przy sa-
14
łatkach nie grymasiła, wydziobała tyłko ze swojej miseczki wszystkie zie-łone 
krążki pora i wrzuciła do mojej.
- Chętnie napiłabym się coli, gdyby nie to, że jej w ogóle nie piję, bo taka 
jest niezdrowa. Czy mógłbyś mi zamówić szklaneczkę, Natanie? Tylko dużą, dużą z 
lodem i z cytryną!
Do Ciebie na marginesie:
Ktoś, kto nie zna mojej żony, mógłby sądzić,
że naturze coś się pomyliło, kiedy obdarowywała
tę niewiastę rozsądkiem, ale ja ją znam.
Wiem, że musi bawić się sama ze sobą,
bo inaczej W tym, o czym teraz pisze,
utonęłaby jak w oceanie smutku.
Natan
Wracaliśmy ulicą Długą, ale przy Freta moja żona powiedziała, że powinna zajść 
jeszcze do sklepu rybnego na Wąskim Dunaju, żeby kupić puszki z kocim jedzeniem 
dla Panny Fontanny. Poszliśmy więc do tego sklepu, gdzie, ku naszemu zdumieniu, 
była kolejka, bo akurat trafiliśmy na promocję przewybomego tuńczyka w sosie 
własnym, którego u nas w domu jada wyłącznie kocica. Moja żona natychmiast 
ustawiła mnie w połowie ogonka, tuż przed naszym sąsiadem, w którego wmówiła, że

przecież stała przed nim, i wyszła tylko na chwilę. Miałem wielką ochotę uciec z

tego miejsca i przepisowo stanąć na końcu kolejki, ale naprawdę nie chciało mi 
się publicznie ujawniać skomplikowanej natury mojej żony.
Tymczasem ona podeszła do półki z puszkami dla zwierząt i zaczęła przebierać 
między propozycjami różnych firm, kierując się głównie urodą kocich pyszczków na

etykietach. Wreszcie zdecydowała się na dwa szare koty rasy europejskiej i 

Strona 5

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

sympatycznego rudaska, który z pewnością miał duże szanse u Panny Fontanny, bo 
był z wątróbką. Potem stanęła przed półką zjedzeniem dla psów, a ponieważ nie 
mieliśmy psa, ogarnął mnie znajomy niepokój. Wiedziałem, że teraz myśli o Funiu.

Opu-
15
ściłem wygodne miejsce w kolejce po tuńczyka w sosie własnym i zbliżyłem się do 
mojej żony. Drgnęła, kiedy jej wyjąłem z rąk puszkę.
- Przestań! -powiedziałem. -Ależ... och, Natanie, czy ty sądzisz...
- Tak właśnie sądzę.
- Jesteś w błędzie... -Nie.
- Tak, jesteś w błędzie. Nie mam zamiaru kupować jedzenia dla psa, Aleksander 
załatwił dla niego resztki w jednej knajpce na Piwnej, przecież wiem o tym.
Tryumfalnie wyjęła mi z rąk puszkę i odstawiła na półkę. Spojrzała na mnie, 
uśmiechnęła się mrużąc oczy i ściągając usta w udawanym pocałunku. Znałem ten 
uśmiech, to zmrużenie oczu i ten pocałunek. W ten sposób bez słów mówiła mi 
zawsze: „kocham cię". Ja też kochałem tę moją biedną żonę, która zresztą wcałe 
na taką bardzo biedną nie wyglądała.
-Aleksander nigdy nie zostawiłby psa bez jedzenia -powiedziała. - Cokolwiek 
myślisz o nim, to nie jest zły chłopak, on jest tylko zupełnie zagubiony.
Sąsiad z kolejki nerwowo machał w naszą stronę, bo będąc przy półkach z 
żywnością dla zwierząt, zbliżyliśmy się już do puszek z promowanym tuńczykiem, 
co tylko pozornie wydaje się niedorzecznością.
Zagubiony? Nie zły, tylko zagubiony? A przecież sama płakała kiedyś przez niego,

stojąc z jego matką na Krupówkach w Zakopanem, dziwne, że o tym zapomniała. 
Chociaż mnie osobiście nigdy niczym nie dotknął, dobrze pamiętałem o dramacie 
jego rodziców, pamiętałem, że opuszczając dom, przechodził ponad leżącą na 
podłodze, szlochającą rozpaczliwie Walerią. Czy to było tylko jego zagubienie, 
czy coś więcej?
Moja żona płaciła za kocie puszki i za tuńczyka. Stała przy kasie rozsypując 
wokół siebie drobne pieniądze, banknoty wylatywały jej z portfela jak małe 
latawce. Przyszło mi na myśl, że przecież ona więcej wie o Aleksandrze niż ja. 
Zagubiony. I co? Czy sądzi, że potrafi mu pomóc, że uda jej się ubrać Aleksandra

w czerwony fraczek i zatrudnić w pizzerii? Wątpię.
16
Do Ciebie na marginesie:
Tak, Jak zwątpiła W Aleksandra Karnika i jak Ty zwątpiłabyś zapewne. I słusznie,

bo trzeba ratować siebie, zanim zacznie się krążyć po TAMTE] orbicie.
Czy ja się myłę?
Natan
Wracaliśmy do domu, moja żona śpiewała. Szła obok mnie i cichutko śpiewała, była

to jakaś melodyjka bez słów, takie „lalala, lalala", które równie dobrze mogło 
być Ravelem, jak niczym. Przez chwilę usiłowałem wyłapać z tego znajomy motyw, 
ale potem ona przerzuciła się na „plim, plim " i to już było zupełnie obce. 
Nuciła, zamyślona. Dopiero kiedy schodziliśmy w dół, po łagodnej stromiźnie 
naszej ulicy, przystanęła, spojrzała na mnie i zapytała:
- Słyszysz?
-Nie.
-No...?
Naleganiem chciała skupić moją uwagę na dźwiękach, które tu dochodziły. Klik, 
klak, klik, klak kopyt dorożkarskiego konia, czyjeś pokrzykiwanie na psa, 
rozgrymaszone popłakiwanie dziecka. I daleko, daleko, gdzieś za murami 
dzielącymi Stare Miasto od Nowego, cienki, przenikliwy glos fujarki.
PRZERWA NA HERBATĘ
Mam piękny pokój, szkoda że postawiłem buty na stole. Psuje mi to widok.
(Antoine de Saint-???????)
Przez chwilę wydawało mi się, że bez końca mogę iść w ulewnym deszczu i nawet 
nie myś[ęćił4ym> że moknę. Dopiero, kiedy dochodziłam do Rynku i 
zobaczytó^W^^ób, 
które schroniły się w przedsionku między pocztą a puBem^ od<ucBlfewo stanęłam 
między nimi. Oparłam
-
17
???*.?

Strona 6

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

się o drewniane drzwi i patrzyłam, jak na zewnątrz tworzą się coraz to większe 
kałuże. Nagle usłyszałam znajomy głos.
-Witaj!
To był Oskar. Stał obok, z czarnym futerałem w ręku, i uśmiechał się do mnie, 
ale po chwili spoważniał, ponieważ dobrze znał moją twarz.
- Co ci jest?
- Schowałam się przed deszczem.
- Ale co ci jest?
Przyglądał mi się uważnie, ale tego, co naprawdę działo się ze mną, nie potrafił

wypatrzeć, to już było za trudne, bo zbyt wiele czasu minęło, odkąd 
rozmawialiśmy ze sobą bez słów. Przesunął ręką po czarnym futerale, w którym z 
pewnością był obój, dawno temu należący do Aleksandra. Sprzedał go Oskarowi, ku 
mojej uldze zresztą, bo wolałam, żeby obój trafił do niego niż w obce ręce.
- Wyglądasz jak zmokła kura, moja ty piękna.
Przez chwilę oboje spoglądaliśmy na coraz bardziej rozlewające się na Rynku 
kałuże.
- Szukam Aleksandra, już od paru dni uganiam się za nim... Mogłam mu powiedzieć,

że znajdzie go bez trudu, jeśli zaraz zajrzy
do Katedry, jeżeli tam Aleksandra nie będzie, to z pewnością właśnie idzie 
którąś z pobliskich uliczek, ciągnąc za sobą półprzytomną Nikole, ale nie 
odezwałam się. Nie chciałam, żeby ktoś, nawet Oskar, widział, jak teraz 
Aleksander wygląda. Pomyślałam, że przecież stanowi część mnie, więc właściwie 
jest tak, jakbym nagle zaczęła wstydzić się połowy siebie, jakbym zaczęła 
oddzielać się od niego, chociaż kiedyś obiecałam sobie, że nigdy tego nie 
zrobię.
Oskar stał przy mnie i ciągle głaskał czarny futerał.
- Już kilka razy byłem tam, gdzie on mieszka - powiedział. - Albo rzeczywiście 
nikogo u nich nie ma, albo nie wpuszczają.
- Nie wiem, gdzie mieszka.
- Może to lepiej. I dla niego, i dla ciebie.
- Powiedz mi, chcę wiedzieć.
- Matka Sylwestra wynajmuje mu pokój, niedaleko stąd, pewnie nie ma pojęcia, że 
razem z nim mieszkają tam jeszcze cztery osoby.
- Nikola też?
18
Zawahał się, a potem powiedział niechętnie:
- Pod mostem jej nie zostawią. Milczeliśmy przez chwilę.
- A ten pokój jaki jest? -Och, Wal...
- Jaki jest? Powiedz mi.
- Ładny. Na ostatnim piętrze, okna ma takie, jakie tu bywają, we wnękach... dwa 
okna w takich wnękach... i kuchenka w korytarzyku... taka, wiesz, mała...
Mówił opornie, musiało być w tym mieszkaniu coś, co nie bardzo mu się podobało. 
-Amebie?
- Co meble?
- Meble jakieś tam są?
- Może były, kiedy ona wynajmowała, nie wiem.
- A teraz?
- Nudna jesteś.
- A teraz?
- Widziałem jakiś tapczan. Myślę, że oni głównie trzymają swoje rzeczy w 
foliowych torbach, bo niby co im zostało do trzymania w szafach? Stół widziałem,

tak, ale prawdę mówiąc, więcej było pod stołem niż na nim: puszki po żarciu dla 
psa, butelki po coli, słoik z musztardą, czy mam ci dalej wyliczać? Bądź tak 
dobra i nie pytaj mnie, czy są tam firanki. Trojan szuka Aleksandra.
Przestraszyłam się, zawsze, jak ktoś szukał Aleksandra, oznaczało, że szuka 
pieniędzy, które Aleksander był mu winien. -Ile?
- Co ile? Nie rozumiem. Trojan szuka Aleksandra, bo chce go znowu mieć u siebie 
w zespole. Mówi, że nie może znaleźć lepszego oboisty, a na oboju bardzo mu 
zależy. Trojan chce, żeby Aleksander poszedł wreszcie na porządny detoks i 
wrócił do niego. Obiecałem, że go znajdę.
- Może znajdziesz, tylko że na takiej drodze, z której się nie wraca.
- Naprawdę uważasz, że nie warto próbować?
To nie może się udać, klamka zapadła w niebie, tu na ziemi już nic nie ma do 
zrobienia, powiedziała babcia Nikoli, kiedy Nikola wyszła z de-
19

Strona 7

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

toksu i po kolejnym odtruciu następnego dnia wróciła do domu zamulona jak 
dawniej.
- Więc w końcu i ty zwątpiłaś - stwierdził Oskar, kiedy długo nie odpowiadałam 
na jego pytanie.
Żeby prząść przez most, najpierw trzeba do niego dojść. To nie ja wymyśliłem, 
tylko pewien stary Anglik.
Natan
Do Ciebie:
Być może babcia Nikpli nie ma racji i to nie w niebie zapadają klamki, tylko na 
ziemi.
Natan
'?4*CLl~'
"*'"
- Znajdę go - zdecydował Oskar.
I wtedy powiedziałam, że niedawno widziałam ich w Katedrze i nawet jeżeli 
Aleksandra już tam nie ma, to i tak musi być gdzieś w pobliżu.
- Trzymaj! - zawołał.
Wcisnął mi w ręce futerał i wybiegł z poczty. Przytuliłam do siebie pudło z 
obojem i pomyślałam, że będę tu czekała, aż Oskar po nie wróci, bo ciągle go 
kochałam, chociaż rozstaliśmy się tak głupio: Oskar mnie pragnął, a ja 
powiedziałam nie.
Do mojej żony:
Nie wiem, czy słusznie użyłaś zwrotu: „rozstaliśmy
się tak głupio". Mam Wątpliwości. Ty nie masz?
Natan
I do Ciebie:
A Ty masz wątpliwości czy nie? Chciałbym wiedzieć, czy uważasz ich rozstanie za 
głupie, tak jak to określiła Waleria?
Natan
20
Przestało padać, ludzie stojący obok mnie zaczęli wysypywać się na Rynek, a ja 
ciągle tu tkwiłam. Wyjrzałam, żeby spojrzeć w głąb Świętojańskiej, bo myślałam, 
że może Oskar już wraca, ale go nie było. Zobaczyłam tylko Karolkę zbliżającą 
się do Zapiecka, musiałyśmy się minąć, pomyślałam, albo ona ucieka przede mną. 
Zobaczyła mnie i z daleka pomachała czymś w moją stronę. Nie wierzyłam własnym 
oczom, tym czymś był parasol Aleksandra. Karolka trzymała go w ręku, wyciągając 
go do mnie tym gestem i z tą miną, które zawsze towarzyszą słowom: masz, weź to 
ode mnie, nie chcę tego. Zbliżyła się do mnie i tak właśnie powiedziała:
- Masz, weź to ode mnie, nie chcę tego.
Miałam więc teraz przy sobie futerał z obojem, który kiedyś należał do 
Aleksandra, i ten jego stary parasol, który po otwarciu do niczego nie był 
podobny, a już najmniej do prawdziwego parasola, bo połamane druty wyginały jego

kopułkę i wyglądał wtedy jak parasol klauna, z którego zawsze zaśmiewali się w 
cyrku mała Waleria i mały Aleksander. Może właśnie dlatego Aleksander był do 
niego tak przywiązany, że kiedy wychodził po raz ostatni z naszego domu, wziął 
ze sobą, oprócz psa i smyczy, tylko ten stary, bezużyteczny parasol. Często 
myślałam o tym, ale nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co właściwie nosi Aleksander

w pokrowcu parasola: pamięć o naszym wspólnym śmiechu w cyrku, czy pamięć o 
klaunie, z którym może się teraz utożsamiał, bo dopiero jak podrośliśmy trochę, 
zrozu-
21
mieliśmy oboje, że klaun jest nieszczęsną, wcale nie śmieszną postacią.
Karolka przez chwilę patrzyła na mnie, a może bardziej patrzyła na czarny 
futerał z obojem i na parasol Aleksandra.
- Parasol Aleksander zostawił w Katedrze, więc wzięłam... -wyjaśniła niechętnie,

chociaż nie pytałam jej o nic.
- Czy nie mogłabyś zabrać go do siebie? - poprosiłam.
- Nie, nie mogłabym - odpowiedziała krótko.
Powrót do domu z tym parasolem wydawał mi się niemożliwy, bo niemal słyszałam 
dziesiątki pytań, które by mi zadano, lub jeszcze gorsze od nich, milczenie 
udające obojętność.
- Chyba zrezygnujemy z pójścia do muzeum?
Starała się mówić normalnym głosem, tak jakby przed godziną nie zostawiła mnie w

Katedrze i jakby nie pojawiła się tu nagle z parasolem Aleksandra w ręku.

Strona 8

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

- Czekam na Oskara.
- Widziałam go, biegł Świętojańską w stronę Katedry.
- Wiem, ale on tu wróci. Karolka wzruszyła ramionami.
- To czekaj, ja się wypisuję z tego popołudnia.
Ściągnęła niżej rękaw kurtki, przytrzymała go zaciśniętą dłonią i przesunęła nim

po futerale powolnym, jakby czułym gestem.
- Jest mokry... - powiedziała. Odwróciła się i szybko zbiegła ze stopni,
zresztą prosto w kałużę, ale chyba nie zauważyła tego, bo nawet nie spojrzała w 
dół, kiedy woda prysnęta na boki. Bardzo szybko poszła przed siebie.
Karolka uciekła, pomyślałam.
Karolka szła przez Rynek, od poczty w stronę Kamiennych Schodków. Artyści 
zdejmowali właśnie płachty folii, którą zwykle przykrywali swoje obrazy w czasie

deszczu. Tym razem padało tak bardzo, że woda szerokimi strumieniami spływała z 
połyskliwej, przezroczystej powierzchni. Karolka właśnie przechodziła między 
tymi stojakami, kiedy usłyszała za sobą obcy głos.
-Cześć, Karolka.
Obok niej stał chłopak, którego nie znała.
- Cześć... - odpowiedziała zaskoczona.
- Szukasz czegoś? -Nie.
- Jak to, nie? Przecież ty jesteś Karolka, dziewczyna Aleksa, a ja mam przy 
sobie to, czego szukasz.
Trzymał rękę na kieszeni kurtki i przykle-pywał zachęcająco. Karolka pomyślała, 
że musi być nieźle pewny siebie, jeżeli beztrosko proponuje działki prawie na 
samym środku Rynku.
-  Nie jestem dziewczyną Aleksa, jeżeli chcesz wiedzieć.
- Było, minęło?
Ciągle trzymał rękę na kieszeni, ale teraz pochylił się w jej stronę i 
powiedział cicho:
-Towar mam pierwsza klasa, nie pożałujesz.
22
23
Karolka odwróciła się, chciała odejść i uwolnić się od niego, ale byt szybszy, 
przytrzymał ją za łokieć.
- Czekaj, Karolka, dokąd tak lecisz? Przystopuj, mała, nie bój się, przecież 
chodziłaś z Aleksem, on zawsze u mnie bierze, mam dobry towar, żaden tam syf.
- Odwal się! - powiedziała Karolka. Stanęła obok dwóch mężczyzn, którzy
chcieli obejrzeć grafiki przymocowane na ściankach stelażu i pomagając w 
zdejmowaniu folii głośno ze sobą rozmawiali. To podziałało, chłopak odszedł, a 
po chwili Karolka postanowiła, że i ona odejdzie stąd, bo miała na dziś dosyć 
tego miejsca, chociaż zawsze je lubiła. W drodze na przystanek autobusowy 
Karolka musiała minąć wejście na pocztę. Obawiała się, że Waleria ciągle jeszcze

może czekać na Oskara, i rzeczywiście zobaczyła ją. Stała, trzymając blisko 
siebie futerał i parasol, ale na pewno nie zauważyła przechodzącej Karolki, bo 
miała opuszczoną głowę i chyba widziała jedynie zabłoconą terakotę pod nogami.
Do mojej żony: Dlaczego zlękłaś się słów? Przecież ona nie tyh\o
„stała, trzymając blisko siebie futerał i parasol". Ona ten futerał i parasol 
przytulała do siebie
z niezwykłą czułością i z poczuciem winy, ponieważ zwątpiła w Aleksandra. W 
każdym razie ja wolałbym ją tak widzieć.
Natan
24
Przeszła więc Karolka bezpiecznie obok poczty, nie zauważona. Znowu ogarnęło ją 
uczucie osamotnienia, nikomu nie była potrzebna, nikt jej nie kochał, może tylko

rodzice, ale z ich miłością przyszła na świat.
Przegrała z Aleksandrem. Inaczej: przegrali oboje, bo przecież i on początkowo 
usiłował brać udział w tej grze o własny los, tylko karty ciągle wybierał nie 
te. 
Tak powiedziała mu kiedyś babcia Nikoli, stara kabalarka, której Karolka nie 
znosiła i której bała się jednocześnie.
Obok kościoła Świętej Anny Karolka zobaczyła stojącą na przystanku autobusowym 
matkę Walerii i Aleksandra. Tym razem nawet nie starała się uniknąć spotkania, 
pomyślała tylko, że to już jest trzecia osoba z tej rodziny, którą dzisiaj 
widzi. 
Ucieszyły się sobą.

Strona 9

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

-Tak dawno nie widziałyśmy się, Karolko! Czy Waleria mówiła chociaż, że często o

ciebie pytam?
-Tak- przyznała.
- Nie po drodze ci było do mnie?
25
Patrzyła teraz bez uśmiechu, ale to zabrzmiało ciepło, kiedy mimo wszystko 
Karolka milczała, ona uniosła w górę sporą paczkę zawiniętą ozdobnym papierem i 
powiedziała, jakby przed chwilą nie pytała o nic:
- Kupowałam szkło na Nowomiejskiej, chciałam znaleźć coś ładnego dla siostry na 
imieniny. A ty gdzie zgubiłaś Walerię? - rozejrzała się. - Mówiła, że wybieracie

się na wystawę do Muzeum Literatury.
- Nie doszłyśmy. Waleria spotkała Oskara i zmieniłyśmy plany.
- Myślałam, że oni już nie chodzą ze sobą - zdziwiła się.
- Spotkali się przypadkiem.
- Wolę go niż chłopca, w którym Waleria kochała się w czasie wakacji, byłam 
naprawdę zmartwiona, kiedy mi powiedziała, że nie będzie się więcej spotykać z 
Oskarem. Naprawdę byłam zmartwiona -powtórzyła.
Karolka pomyślała, że jej zmartwienie na pewno byłoby mniejsze, gdyby wiedziała,

dlaczego Waleria podjęła taką decyzję. Przez chwilę stały obok siebie, ona 
patrzyła na przeszklony kiosk z kwiatami, a Karolka na jej twarz, której urodę 
zawsze podziwiała, teraz, widząc ją z tak bliska, zauważyła staranny makijaż, 
który rozjaśniał poszarzałą cerę i tuszował cienie pod oczami, ale nie ratował 
głębokich bruzd wzdłuż ust i wiotkiej skóry podbródka. Nagle ona znowu odwróciła

głowę i spojrzała na Karolkę. Zadanym pytaniem zdradziła swoje myśli.
- A ty, Karolko? Masz jakiegoś chłopca? -Nie.
Zawahała się, a potem powiedziała krótko:
- Szkoda.
Nadjechał autobus, na który czekała, więc szybko pocałowała Karolkę i wsiadła do

niego, ale stojąc za już zamkniętymi drzwiami, pomachała jej na do widzenia, w 
odpowiedzi Karolka zdobyła się tylko na uniesienie ręki, czego ona chyba już nie

widziała, bo autobus szybko ruszył w stronę Miodowej.
Karolka poszła przed siebie. Dzień, który od rana zapowiadał się przyjemnie, 
nagle stał się magiczną chwilą, która odwraca czas. Idąc myślała o tych paru 
latach, które spędzili w szkole obok siebie: przy jednym stoliku ona z Waleria, 
za nimi Aleksander i Michaśka. Tak w końcu zo-
26
MENU
Hawajska
Szynka, ananas średnia / duża
23,00 zt/ 33,00 zł
Wegetariańska
Brokuły, kukurydza, papryka, pieczarki średnia / duża 22,00 zł/32,00 zt
*
Farmerska
Cebula, pieczarki,
Kurczak w pikantnych ziołach,
papryka
średnia / duża
22,50 zt/34,50 zł
stali posadzeni, bo Waleria i Aleksander za dużo gadali ze sobą na lekcjach, 
tak, 
jakbyście nie mieli na to czasu w domu, mówili wszyscy, a im ciągle było siebie 
mało i mało. Potem Karolkę posadzono z Aleksandrem, ale to znowu napotkało 
sprzeciw, czy wy rzeczywiście musicie bez przerwy trzymać się za ręce, to dobre 
w parku, nie w szkole. Aleksander uśmiechał się, cofał rękę, ale wtedy Karolka 
czuła, jak pod stolikiem jego kolano opiera się o jej kolano i napiera coraz 
mocniej, mocniej, podczas gdy Aleksander z niewinną miną wpatrywał się przed 
siebie. Skończyło się tym, że Karolka wylądowała obok Walerii, Aleksander z 
Michaśka.
Karolka doszła do placu Bankowego i tu nagle poczuła głód. Jestem jak pies 
Pawłowa, pomyślała, wystarczy, żebym znalazła się obok pizzerii, a zaraz chce mi

Strona 10

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

się jeść. Sprawdziła zawartość portmonetki i z ulgą stwierdziła, że może ulec 
pokusie. Usiadła przy stoliku pod oknem i zaraz podszedł do niej młody chłopak w

czerwonym firmowym fraczku.
Podał jej menu i zapytał, czy zanim zdecyduje, na którą pizzę ma ochotę, 
przynieść coś do picia.
27
Do mojej żony:
Menu? Przecież Ty nazywasz to spisem treści!
Natan
Dobrze!
Podał więc spis treści i zapytał, czy zanim zdecyduje, którą pizzę zamówić, 
przynieść jej coś do picia, ale ona oddała mu kartę, nawet do niej nie 
zaglądając, i powiedziała:
- Proszę pizzę hawajską i trzy sałatki.
- Kapelusz jest przemoczony... - powiedział odchodząc.
Wrócił ze sztućcami i z miseczką na sałatki. Kapelusz Karolki wisiał już na 
poręczy sąsiedniego krzesła, a ona usiłowała spiąć włosy. Jedną wsuwkę 
przytrzymywała zębami.
- Radzę ci, żebyś wybierając nie pominęła sałatki z białej kapusty, jest dziś 
znakomita.
- Dziękuję, nie pominę - mówiła niewyraźnie, więc wyjęta wsuwkę, żeby go 
zapytać: 
- Czy masz jeszcze jakąś dobrą radę dla mnie?
- Mam, weź jeszcze z selerów.
Karolka wstała i poszła napełnić sałatkami swoją miseczkę. Wzięta tę z białej 
kapusty, tę z selerów i tę, którą szczególnie lubiła, z białej fasoli. Wszystkie

polata sosem francuskim i wróciła na swoje miejsce. Wybierając widelcem ziarna 
fasoli spoglądała na salę. Chłopak, z którym rozmawiała przed chwilą, zniknął 
gdzieś na zapleczu, ale inni przechodzili między stolikami, przyjmowali 
zamówienia albo nieśli na tacach gotowe już pizze. Karolka pomyślała, że chyba 
do pracy tutaj żadnemu z nich nie była potrzebna matura. Mógłby, pomyślała, 
pracować tutaj i uczyć się zaocznie, gdyby chciał. Właśnie, gdyby chciał. 
Karolka energicznie dziobnęła fasolę widelcem i zabroniła sobie myślenia o 
Aleksandrze, koniec.
Chłopak postawił przed Karolka pizzę. Złocistą z kolorowymi przecinkami szynki i

ananasa, właśnie taką, na jaką miała ochotę.
- Słuchaj, czy tu u was nie potrzebują kogoś do pracy?
- A co? Chciałabyś...? - ożywił się. -To nie ja, kolega.
28
- Tu nie wolno używać takich zwrotów.
Roześmiał się, mówiąc, szybko przecierał wilgotną ściereczką blat sąsiedniego 
stolika.
- Pójdę do szefa i zapytam, jeżeli chcesz.
Nie chciała. Nie chciała przecież nawet myśleć o Aleksandrze.
- Będę ci wdzięczna - powiedziała.
- Dobrze, ale to potrwa chwilę, bo najpierw muszę przyjąć zamówienie od tej pary

pod paprocią. Zaczekasz?
- Zaczekam.
Karolka kroiła pizzę na małe kawałki, jadła ją wolno, przez cały czas obserwując

salę. Na pewno mógłby tu pracować, myślała, więc muszę go znaleźć i przekonać, 
tylko jak, jeżeli nawet Waleria nie wie, gdzie on teraz mieszka, nikt chyba tego

nie wie.
Chłopak w czerwonej marynarce wrócił, położył przed Karolka kartkę wyrwaną z 
firmowego bloczka.
- Masz tu nazwisko i telefon szefa. Niech twój chłopak zadzwoni i umówi się na 
rozmowę, tylko niech się nie spóźni. Z szefa jest porządny facet, ale nie znosi 
żadnej nawalanki.
- Dziękuję ci, wiesz, naprawdę, bardzo ci dziękuję...
Karolka była zaskoczona, nie sądziła, że to może pójść tak łatwo, a tu nagle 
minęło zaledwie parę minut i kto wie, czy nie załatwiła pracy dla Aleksandra. 
Teraz musi go odnaleźć, tylko odnaleźć. Namówić na detoks i na rozmowę z szefem 
pizzerii. To się nie może udać, powiedziała kiedyś o Nikoli jej babcia 

Strona 11

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

kabalarka, 
klamka zapadła w niebie, tu na ziemi już nic nie ma do zrobienia, przypomniała 
sobie jej słowa Karolka. Przez chwilę bezmyślnie nabijała na widelec ziarna 
fasoli i zjadała jedno po drugim, w końcu w miseczce została tylko sałatka z 
kapusty. Chłopak w czerwonym fraczku był już zajęty przy sąsiednim stoliku. 
Karolka wstała i podeszła do pojemników. Małą chochelką nabrała porcję sosu 
francuskiego i polała nim resztę sałatki, bo przepadała za sosem francuskim.
W przeciwieństwie do mojej żony, która uważa,
że on jest wyjątkowo paskudny.
Natan
29
PRZERWA NA CHWILKĘ ZASTANOWIENIA
Zakradłam się do domu jak złodziejaszek, a przecież niczego stąd nie miałam 
zamiaru wynosić, przeciwnie, chciałam gdzieś tu schować parasol Aleksandra, tak 
żeby moi rodzice nie zauważyli, że go mam. Oskar, kiedy wreszcie wrócił na 
pocztę, żeby wziąć ode mnie futerał z obojem, powiedział, że nie będzie 
paradował po mieście z żadnym parasolem, nawet jeżeli byłby ze złota.
- Gdyby był ze złota, nie zastanawiałbyś się jednej chwili.
- Może, ale on ze złota nie jest, to zwykły rupieć, wyrzuć go.
Nie umiałabym wyrzucić tego parasola i Oskar też dobrze wiedział, ile on dla 
Aleksandra znaczy, mówił tak, ponieważ był wściekły.
- Prawie nie można się z nim dogadać, ale zrobił mi tę łaskę i raczył umówić się

ze mną na wieczór, ale nie na pewno! Postaram się, postaram się! - przedrzeźniał

Aleksandra. - Wlókł za sobą tę głupią, zapyziałą Nikole, naprawdę z tej trójki 
tylko pies jest normalny i wygląda jak człowiek. Przepraszam cię, Wal, wiem, że 
jest ci przykro i że powinienem trzymać gębę na kłódkę, ale jestem dziko 
wkurzony.
- Mówiłeś mu o Trojanie?
- Tak. Nie uwierzył, bo przecież on już sam siebie spisał na straty. Śmiał się: 
co ty? Mnie już te wszystkie Kotany, Monary i detoksy nosem wychodzą, ja to mam 
gdzieś, a ty mi jeszcze chcesz dokładać? Lepiej daj spokój i sobie, i mnie.
30
- Ale umówił się z tobą.
- Bo pewnie chciał, żebym w końcu się od niego odczepił. Sam ledwo szedł, a 
Nikola wisiała na nim jak szmaciana kukła.
Oskar wziął ode mnie futerał z obojem.
-  Jeżeli posłucha Trojana i jeszcze raz spróbuje wziąć się w końcu w garść, za 
darmo dam mu tę cholerną rurę, żeby tylko chciał na niej grać, ale on po 
tygodniu gotów mi ją znowu odsprzedać.
Już tylko Oskar i ja staliśmy w przejściu, tak jakby ciągle jeszcze padał 
deszcz.
- Chodźmy stąd - powiedział Oskar. - Plączemy się ludziom pod nogami.
Szliśmy teraz obok siebie, jak kiedyś, nie tak dawno w końcu. Oskar chyba też 
pomyślał o tym, bo nagle zatrzymał się, spojrzał na mnie i powiedział ze 
smutkiem:
- Szkoda, że nam nie wyszło.
- Szkoda - przyznałam.
- Czy chociaż wiesz, że często o tobie myślę, tak samo jak kiedyś?
Nie tylko wiedziałam, ale i poczułam, bo nagle zaczęły mnie piec policzki, a 
zimne ręce stały się gorące.
-  Nie żałujesz, że tak się stało? - zapytał.
- Decyzja była twoja - odpowiedziałam.
- Nie, decyzja była twoja - zaprzeczył.
-  Ja jestem dziewczyną z górnej półki, mnie tak łatwo do koszyka nie zgarniesz.
- A jeżeli jeszcze raz spróbuję?
- A jeżeli jeszcze raz nie dosięgniesz?
- Och, Wal! - roześmiał się. - Wtedy kupię sobie drabinę!
31
Poszliśmy dalej, on z obojem, ja z parasolem. I właśnie z tym parasolem 
skradałam się później do domu jak złodziejaszek. W saloniku moi rodzice oglądali

telewizję, słyszałam śmiech z sitcomu. Zbliżyłam się do pokoju Aleksandra i 
otworzyłam drzwi. Zamykaliśmy zawsze wszystkie drzwi w naszym mieszkaniu, ale 
odkąd wyprowadził się Aleksander, te do jego pokoju zamknięte byty w jakiś 
szczególny sposób, kiedy wchodziłam do mieszkania, natychmiast widziałam, że 
drzwi pokoju Aleksandra są zamknięte: słyszałam je, krzyczały.

Strona 12

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Nie odległością mierzy się oddalenie. Za murem swojskiego ogrodu może się kryć 
więcej tajemnic niż za murem chińskim...
(Antoine de Saint-???????)
Nie wiedziałam, gdzie schować parasol, wreszcie zdecydowałam się na szafę. 
Otworzyłam ją, niewiele w niej było, bo większość swoich rzeczy Aleksander 
zdążył sprzedać, jeszcze zanim opuścił dom. Tego zwrotu używa zawsze nasza mama,

dla niej Aleksander nie wyprowadził się z domu, tylko go opuścił. W czasach, 
kiedy umiałyśmy jeszcze z Karol-ką rozmawiać o nim, mówiła, że ona to rozumie, 
opuścił. W końcu i ja zaczęłam rozumieć, opuścił.
Wsunęłam parasol głęboko, między zostawione tu przez Aleksandra rulony plakatów 
Stasysa Eidrigevićiusa, ale i tak wystawał spośród nich czarny, zakręcony 
uchwyt. 
Ok-
32
no w pokoju Aleksandra było otwarte, więc chyba nasza mama zaglądała tu w ciągu 
dnia, chociaż nigdy nie zauważyłam, żeby to robiła. Tylko jeden jedyny raz, 
wracając do domu zobaczyłam naszego ojca wychodzącego stąd. Widocznie sam 
uważał, 
że jest w tym coś dziwnego, bo wyjaśnił mi natychmiast: podlewałem tam kwiaty.
Tylko że kwiaty z pokoju Aleksandra nasza mama już dawno wyniosła.
Do mojej żony:
Nie rozumiem. Nawet na grobie
zostawia się kwiaty.
Doprawdy, nie rozumiem.
Natan
Ja też nie rozumiem, ale ona tak właśnie zrobiła. Któregoś dnia weszła do pokoju

Aleksandra i wyniosła z niego wszystkie kwiaty doniczkowe, które tam były, 
wszystkie. Cześć wstawiła do pokoju Waleni, część ustawiła w saloniku na 
specjalnie w tym celu kupionym stojaku!
Myślę, że nasza mama po prostu przygarnęła te kwiaty do siebie, pamiętając, jak 
bardzo Aleksander o nie kiedyś dbał, jak je lubił. Nie jestem tego pewna, ale 
przypuszczam, że taka była prawdziwa przyczyna, dla której to zrobiła. Te żywe 
kwiaty Aleksander opuścił, tak jak opuścił ją, może nie chciała, żeby zostały 
jak ona osamotnione w jego pustym pokoju.
Chociaż deszcz już dawno przestał padać, wróciłam do domu w kurtce przemoczonej 
na wylot. Wieszałam ją nad wanną w łazience, kiedy mama zajrzała, bardzo 
zdziwiona, że jestem już w domu.
- Nie słyszałam, kiedy wróciłaś.
- Nie wiem dlaczego, bo przecież nie szłam na palcach. Właśnie że szłam na 
palcach, bo nie chciałam, żeby wyjrzała i zobaczyła mnie z parasolem Aleksandra 
w ręku.
- Jak ci minął dzień?
33
- Byłam z Karolką na wystawie w Muzeum Literatury, mówitam ci, że tam idziemy, 
zapomniałaś?
Nie odpowiadała mi, więc powtórzyłam.
- Zapomniałaś, mamo?
- Pamiętam, bardzo dobrze pamiętam.
Miała dziwny głos, obcy. To znaczy znajomy, bo tym głosem, jakby trochę 
podwyższonym, ostrym, kiedyś mówiła do Aleksandra, jednak nigdy do mnie. Nie, 
nie, do mnie nigdy.
- A więc byłaś z Karolką na wystawie w Muzeum Literatury? To ciekawe, 
rzeczywiście. Podejdź do mnie.
Stanęłyśmy naprzeciwko siebie i ona jednym palcem gwałtownie uniosła mi do góry 
brodę. Nieprzyjaznym, badawczym wzrokiem patrzyła mi w oczy. Sprawdzała źrenice,

jak kiedyś Aleksandrowi, dobrze to pamiętałam.
-Cośty, mamo...
-Więc dlaczego kłamiesz?
Kłamię, żeby nie poczęstować ciebie prawdą o tym, gdzie byłam i co widziałam, bo

byłby to poczęstunek piołunem, myślałam. Zlękłam się jednak jej głosu, wzroku, 
wrogości, więc coś musiałam powiedzieć.
-Zaufaj mi.
Usiadła na brzegu wanny, bałam się, że zacznie płakać, ale nie, patrzyła przed 
siebie na stertę czystych, kolorowych ręczników równo ułożonych na pralce, 

Strona 13

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

gotowych do schowania. Nagle uprzytomniłam sobie, że w naszym rodzinnym teatrze 
zmieniły się role i to już nie ja wymagam jej opieki, tylko ona mojej.
Do Ciebie:
Smutne. Pilnuj tej chwili,
tak łatwo ją zaprzepaścić przez nieuwagę.
Może zrób sobie kolejną przerwę
na zastanowienie?
A może nie potrzebujesz przerwy,
bo o tym wiesz.

Natan
34
Powiedziała, że mi zaufa, że bez wiary w kogoś nie daje się żyć, po prostu nie 
daje się i koniec. To, co mówiła, brzmiało gorzko, zupełnie tak, jakby w pokoju 
obok nie było tego ważnego człowieka, któremu kiedyś zaufała. Przez chwilę 
obydwie siedziałyśmy na wannie, objęte, utulając siebie nawzajem.
- Mamo, przestało padać, chodź, pójdziemy się przejść, zobaczysz, że to nam 
dobrze zrobi.
Zgodziła się, chociaż niechętnie. Powietrze było czyste, a zieleń odświeżona 
ulewnym deszczem lśniła i pachniała. Weszłyśmy do Ogrodu Krasińskich. Po stawie 
pływało stadko dzikich kaczek, przy brzegu zobaczyłyśmy dwoje ludzi, którzy 
karmili je kawałkami bagietki. Chciałyśmy podejść, żeby zobaczyć, jak kaczki 
podpływają i szerokimi dziobami wyławiają bułkę z wody. Nagle zatrzymałam się i 
wtedy obydwie stanęłyśmy w miejscu. Znałam tych ludzi. To ta sama roztargniona 
pani, której kiedyś zepsułam całe wakacje w Zakopanem, i jej miły, przesądny 
mąż. 
Teraz byli zaledwie o parę metrów od nas, ona, zajęta łamaniem bagietki na 
drobne kawałki, nie rozglądała się dokoła siebie, ale on tak. Spojrzał w naszą 
stronę i przez chwilę nie odrywał od nas wzroku. Widziałam, że mnie poznaje.
To nie ja uciekłam od nich. To Natan wziął za rękę swoją żonę i pociągnął ją w 
stronę ścieżki.
Kupiliśmy tę bagietkę w sklepie na Bonifraterskiej. Nie cierpię takich bułek, 
powiedziała moja żona, są wyjątkowo obrzydliwe. Śliczna Fen-ka, mama Hany i 
moja, 
uczyła nas zawsze: o żadnym pieczywie nie można mówić, że jest obrzydliwe, nie 
ma obrzydliwego pieczywa, zapamiętajcie sobie na cale życie. Zapamiętałem sobie 
na całe życie Fenki przykazanie i teraz powtórzyłem je mojej żonie. Przeprosiła 
nas, chociaż z całej rodziny zostałem tylko ja.
W drodze do stawu w Ogrodzie Krasińskich, gdzie mieliśmy zamiar karmić dzikie 
kaczki, moja żona zjadła prawie całą bagietkę i musieliśmy zawrócić, żeby kupić 
jeszcze jedną dla kaczek. Potem staliśmy nad brzegiem, tuż przy żelaznym płotku 
otaczającym wodę, moja żona rwała bułkę na drobne kawałki, podawała mi, a ja 
rzucałem je najdalej, jak mogłem, bo łubiłiśmy patrzeć, jak kaczki płyną po nie,

wyciągając
35
długie, giętkie szyje. Jakie miłe musi być w dotyku ich futro, mówiła moja 
nieprzytomna żona, bo z pewnością myślała teraz o czymś zupełnie innym, a uwaga 
o futrze dzikich kaczek była grzecznościowo skierowana do mnie, tylko po to, 
żebym czuł jej obecność przy sobie, ale przecież i tak ją czułem.
Moja żona bardzo łubi wyprowadzać mnie na spacer, a ja zawsze czuję się na nim 
trochę jak ten pies, którego z żąłem nie mieliśmy, ponieważ nasza kotka Panna 
Fontanna nie życzy sobie tego, a podjętą kiedyś przez nas próbę złośliwie 
wyśmiała. Brak spacerów z psem, który nam dolegał, moja żona rozwiązała w sposób

bardzo prosty i, jak uważała, niezwykle korzystny dla niej, dla mnie i dla 
dzikich kaczek: po prostu wychodziliśmy z psem bez psa.
Kaczki sunęły właśnie po tafli wody, zostawiając po sobie strzeliste ślady, 
kiedy zobaczyłem, że ścieżką, prowadzącą nad staw od strony metra, idą dwie 
osoby, jedna starsza, ruda, piękna, druga młodsza, ale nie taka ładna. Ta 
młodsza bardzo uważnie przyglądała się mojej żonie i mnie, ale miała w 
spojrzeniu coś, co budziło mój niczym nie uzasadniony niepokój, jakąś 
natarczywość, odpychającą i przyciągającą jednocześnie. Moja żona spokojnie 
łamała długą bułkę na drobne kawałki, więc sądziłem, że nie dostrzega stojącej 
blisko nas dziewczyny, tak mi się wtedy wydawało, ale teraz, skoro napisała o 
tym spotkaniu, wiem, że musiało być inaczej.
Dobrze, że chociaż nie opierała się, kiedy wziąłem ją za rękę i pociągnąłem w 
stronę ścieżki. Nie chciała jednak nią iść, wybrała drogę przez mokrą po deszczu

Strona 14

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

murawę, która uginała się pod jej stopami. Już po chwili lekkie, płócienne 
pantofle mojej żony były zupełnie przemoczone, czym nie przejęła się specjalnie,

po prostu zdjęła je i boso szła dalejprzez trawnik, śpiewając cichutko piosenkę 
zaczynającą się od słów: „gęś wodą, gęś wodą, a kaczuszki strugą, dyr, dyr, dyr,

dyr, dyr, dyr, jedna za drugą".
Znaleźliśmy się w końcu na ścieżce obok fontanny i tam moja żona usiadła na 
kompletnie mokrej ławce, żeby znowu włożyć pantofle. Pomyślałem, że zaraz po 
powrocie do domu będę musiał zrobić jej herbaty z malin i dać aspirynę, bo moje 
prośby, żeby wreszcie wstała, były rzucaniem grochem o ścianę, ponieważ siedząc 
w mokrych pantoflach
36
na mokrej ławce, zamyśliła się, a kiedy moja żona zamyśla się, to zawsze 
najchętniej brałbym dodatkowy lot Warszawa-Montreal, żeby tylko wymknąć się 
jakoś straszliwym turbulencjom, które grożą mi w jej pobliżu. Może przechwyciła 
strzęp moich myśli, bo nagle powiedziała mi, że miałem zupełnie beznadziejny 
pomysł kupując w Montrealu płócienne pantofle, przemiękające byle czego. Nie 
udało mi się jej przekonać, że te pantofle sama sobie kupiła na ulicznym 
straganie, i że przemiękają wcale nie byle czego, tylko z powodu grząskiej 
murawy, przez którą koniecznie chciała przejść. Długo patrzyła na mnie 
nieprzytomnie, wreszcie zawołała, że w ogóle nie pamięta takiej chwili, w której

kupowała płócienne pantofle na ulicznym straganie, natomiast dokładnie pamięta, 
że ja je kupowałem w Montrealu, a to było wtedy, kiedy miałem ten trudny lot, w 
czasie którego szczekał mi jeden z silników w samolocie, co ona przeczuwała i 
umierała tutaj ze strachu, a do tego Panna Fontanna właśnie zaczęła się kocić, 
bo ze mną to zawsze jest tak, że jak kotka się koci, to ja mam rejs.
A potem moja żona, bliska łez, zapytała mnie, czy przypadkiem nie uważam, że 
pisanie książek jest dziwnie ogłupiającym zajęciem, aleja za nic w świecie nie 
mogłem jej przyznać racji, na co zresztą miałem wielką ochotę, bo dopiero wtedy 
zacząłby się prawdziwy dramat, więc zaprzeczyłem i powiedziałem: ale skąd! 
Lakoniczność tej negacji wyraźnie zaniepokoiła moją żonę, nie skomentowała tego,

bo akurat zaczęła kichać: raz, drugi i trzeci.
Podjąłem kolejną próbę przekonania jej, że siedzenie na mokrej ławce nie jest 
rozsądne, ale daremnie. Powiedziała, że jeszcze przez chwilkę musi się nad czymś

zastanowić, i żebym jej nie przeszkadzał, i nareszcie przestał się do niej 
odzywać, chyba że mam jakiś dobry pomysł na to, jak doprowadzić do spotkania 
Karołki z Aleksandrem, nie miałem żadnego pomysłu, ani dobrego, ani złego, tylko

w kółko mówiłem o mokrej ławce, co w końcu moją żonę bardzo rozzłościło. Widzę, 
że muszę sobie sama jakoś poradzić z tym problemem, powiedziała. Ja też 
wolałbym, 
żeby poradziła sobie sama, zwłaszcza że jak kichnęła po raz czwarty, to 
spojrzała na mnie i powiedziała z wyraźnym ubolewaniem: chyba będziesz miał 
katar, ty zawsze masz katar, kiedy ja mam problem.
37
SPISANE Z POROZRZUCANYCH KARTEK
NO PROBLEM-MYŚLĘ SOBIE I NORMALNIE, JAK GDYBY NIGDY NIC ZABIERAM SIĘ DO 
PAPIEROSA. CIII... - POMYŚLAŁEM - MOŻE TO JUŻ KURTYNA. WDECH, DYM ODPRĘŻAJĄCO 
WBIŁ SWOJE SZPILECZKI W PŁUCA, TERAZ WYDECH I NIC, SPOKÓJ. DOWIERZAJĄC, SZYBKO 
ÓW EKSPERYMENT POWTÓRZYŁEM - WDECH I WYDECH.
(PU)

1 ????

1

1     *vle

i8     %

?

5r>?>S-: ?1:.;?>

- Przepraszam bardzo, ale właśnie znalazłem się w takiej trudnej sytuacji, 
przyjechałem do Warszawy odwiedzić mamę, która jest w szpitalu, i zabrakło mi na

bilet powrotny...
(Aleksander)
Sens życia nikomu nie zostaje ofiarowany. Każdy musi go zdobywać i tworzyć.
(Antoine de Saint-???????)
- Przepraszam bardzo, ale właśnie zabrakło mi na zupę, czy nie mógłbym

Strona 15

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

prosie...
(Ałeksander)
Przepraszam bardzo, ale...ksander.
38
Wracając do domu spotkaliśmy tego chłopca pod Barbakanem. Dziewczyna siedziała w

zagłębieniu murów, tępo patrzyła przed siebie i chyba usiłowała udawać, że go 
nie zna, ale zdradzały ją niezborne ruchy ręką, którymi usiłowała zachęcić go do

rozmowy z nami. Zbliżył się i nawet grzecznie powiedział: dzień dobry. 
Przyjrzałem mu się, miał oczy w kolorze spadziowego miodu, tak jak Wałeria i 
Aleksander, ale zamglone, nie bardzo przytomne. Ubrany był w zieloną, zniszczoną

kurtkę, wyraźnie jeszcze mokrą po deszczu, na nogach nosił rozlatujące się buty 
włożone na bose stopy. Przepraszam bardzo... zaczął, ale przerwałem mu 
zdecydowanym: nie!
Natomiast moja żona zapytała łagodnie, jakby nie miała pojęcia, o co tu chodzi, 
w czym możemy mu pomóc. Jestem głodny i zabrakło mi pieniędzy na zupę, jeżeli 
pani mogłaby mi... ja bardzo przepraszam, ale tak się złożyło... kupiłem bilet 
powrotny z Warszawy do domu... jestem głodny, jeżeli mogłaby pani... Ostro 
powtórzyłem swoje: nie!, ale moja żona wyjęła już z kieszeni portmonetkę, a z 
niej, nie wiem, złotówkę czy może dwa złote.
Wracaliśmy do domu w milczeniu, nawet trochę oddaleni od siebie, bo ona szła 
pierwsza, a ja za nią o krok. Przed drzwiami wejściowymi do naszego domu 
odsunęła się trochę, bo to ja miałem klucze przy sobie, i czekała, aż otworzę. 
Była bardzo cicha i spokojna, a we mnie szalał tajfun. Weszliśmy do mieszkania, 
pomogłem jej zdjąć kurtkę, sam z wściekłością szarpnąłem suwak własnej i 
rzucając ją na krzesło w przedpokoju, powiedziałem: do jasnej cholery! Moja żona

z niezwykłą łagodnością odparła na to: rozumiem ciebie, Natanie...
Chciałbym i ja zrozumieć moją żonę, ale nie dała mi szansy. Szybko zdjęła z nóg 
przemoczone pantofle, włożyła swoje drewniaki, w których lubiła stukać po domu, 
i usiadła przy komputerze. O północy znalazłem między kartkami książki, którą 
ostatnio czytałem przed snem, króciutki liścik napisany przez moją żonę ręcznie,

ponieważ ona uważa, że tak naprawdę, wydruk komputerowy znieważa miłość. Jej 
listy do mnie to krzywe litery, często nie powiązane ze sobą, tu i ówdzie 
ozdobione kwiatkami albo serduszkiem spuchniętym z jednej strony, a wychudzonym 
z drugiej. W liście, który znalazłem, nie szczędziła wyznań o prawdziwym 
uczuciu, 
jakim mnie darzy, i o tym, jakim skarbem jest
39
dla niej moja miłość. Był to jeden z najpiękniejszych listów, które do mnie 
napisała w czasie trwania naszego związku, a było ich niemało i tylko głębokie 
przywiązanie do naszej wspólnej intymności nie pozwala mi na przytoczenie go 
tutaj, chociaż może powinienem.
Do Ciebie na zupełnym marginesie:
Może powinienem, żebyś wiedziała,
czego możesz oczekiwać
i czego ktoś może oczekiwać od Ciebie,
jeżeli to się nie spełni, będzie mi Was serdecznie żal.
Natan
W godzinę później, pogodzeni, siedzieliśmy obok siebie na tapczanie. Trzymałem w

objęciach moją smutną żonę. Przeprosiłem ją, jak umiałem najczulej, za swoje 
fatalne odezwanie, którym uraczyłem nas po powrocie do domu. Nas, bo przecież 
mnie było równie przykro jak jej, że jakoś nie potrafiłem się wtedy opanować. 
Wytłumaczyłem po raz setny swój punkt widzenia na to kłamłiwe wyłudzanie 
pieniędzy, na które ciągle byliśmy narażani. Wiele razy rozmawialiśmy o tym, ale

nigdy nie doszło między nami do takiej scysji, którą dziś, prawdę mówiąc, nie 
tylko ja, ale również i ona wywołała, wyraźnie ignorując moje: nie! wobec 
Aleksandra, to znaczy wobec tego obcego chłopaka, który zatrzymał nas przy 
Barbakanie.
Jednak moja żona była smutna nie tylko z powodu niezgodności naszych poglądów na

sprawę wymuszanych datków, których przeznaczenie było dla nas obojga oczywiste. 
Myślała o rodzicach Aleksandra. Nie o samym Aleksandrze, tylko o nich. 

Strona 16

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Nieporozumienie między nami uprzytomniło jej, jak dalece jego sprawa musiała 
zaważyć na ich związku. Zwłaszcza, kiedy w końcu padła uczona rada, z którą 
mogli się zgodzić lub jej nie posłuchać, że należy czekać, aż Aleksander stoczy 
się na dno, bo jedynie od dna może się odbić, a więc dno jest dla niego 
ratunkiem. Wtedy matka Aleksandra powiedziała: tak!, a ojciec powiedział: nie!, 
tylko że jej tak! znaczyło moje nie!, a jego nie! znaczyło tak! mojej żony.
40
Do Ciebie:
Nie rozumiesz? Przeczytaj zatem jeszcze raz, bardzo proszę. Tylko uważnie, bo to

istotnie trudna sprawa.
Natan
Dlaczego ludzie żyjąc muszą każdego dnia umierać z rozpaczy? -pyta moja żona. 
Przed chwilą wywołała we mnie swoją wizję: w setkach okien setki par oczu 
wpatrzonych w ciemną paszczę ulic, oczy ludzi zatrwożonych i czekających, bo tam

właśnie błądzą po parkach, bramach, zaułkach, melinach i narkomańskich bajzlach 
ci, którzy żyją od centa do centa, sami mroczni jak noc, której czerń usiłują 
oszukać, ci skręceni bólem głodu i ci, którzy szukają już za wszelką, za wszelką

cenę. Tymczasem, stojąc w oknach, mówiła moja żona, uchylają brzegi zasłon i 
wypatrują ich powrotu tamci, wiecznie czekający, uwikłani w rozpaczy, bezsilni, 
raz zbuntowani, raz ulegli, miotający się w sieci utkanej z miłości i sprzeciwu.
I NAGLE BOOOM! NA NIEBIE ŁUNA, DŹWIĘKI JAK SZALONE PRZEPŁYWAJĄ TO Z LEWA, TO Z 
PRAWA, I ZNÓW RAZ JESZCZE, PULSUJĘ CAŁY W ŚRODKU CHOĆ NA ZEWNĄTRZ SPOKÓJ I CISZA

JAK MAKIEM ZASIAŁ. CO SIĘ DZIEJE??? CZEMU TAK ŚCIĄGA MNIE W KRZAKI, TO BOLI...
(PH)
MUSZĘ SOBIE SAMA PORADZIĆ Z TYM PROBLEMEM
Karolka nie miała pojęcia, w jaki sposób znaleźć Aleksandra. Sądziła, że chodząc

po uliczkach Starego Miasta przypadkowo może go spotkać, tak jak przypadkowo 
spotkała go, kiedy szły z Walerią do Muzeum Literatury. Problem w tym, że nie da

się planować czegoś, licząc tylko na przypadki i na zbiegi okoliczności, trzeba 
po prostu wymyślić, jak to się może stać, a Karolka nie potrafiła. Jednak, 
jeżeli się dobrze rozejrzeć po życiu, prawie wszystko wywodzi się z przypadku, i

na to nie ma rady.
41
Przypadkowo zatem Karolka przemoczyła płócienne pantofle, które ojciec przywiózł

jej z Montrealu, i chociaż były wyjątkowo ładne, pod wpływem wilgoci natychmiast

rozleciały się, zupełnie jakby ktoś zrobił je ze zwykłej bibułki.
Do mojej żony:
Tak, jak Ty, sama kupiła je na bazarku. Myślę, że ojciec nie przywoziłby jej z 
Montrealu byle jakich płóciennych pantofli...
Natan
Na jakim bazarku? Mówiłam Ci, że niczego takiego nie pamiętam. Przy wiozłeś mi 
je z Montrealu, tak jak ojciec Karołki Karolce.
1--------
Karolka widziała kiedyś równie ładne, płócienne pantofle na ulicznym bazarku i 
postanowiła je kupić za odkładaną tygodniówkę. Wymachując torbą wracała już 
stamtąd do domu, kiedy nagle spostrzegła, że przechodzi obok domu, w którym 
kiedyś już była. Stanęła i popatrzyła w głąb bramy, żeby się upewnić, czy dobrze

poznaje podwórko. Tak, to tu mieszkała kiedyś Nikola ze swoją babcią kabalarką. 
Tą, która obok Aleksandra znalazła fatalną kartę tarota. Ona mogła wiedzieć, 
gdzie się po-
dziewa Nikola, i był to trop, który mógł Karolkę zaprowadzić do Aleksandra.
Szła po skrzypiących schodach, klatką schodową przesiąkniętą zapachem zatęchłych

piwnic i wilgoci. Dziwne, myślała, że w czasach, kiedy Nikola była jeszcze 
Michaśką i chodziła do szkoły, zawsze była taka czysta i świeża, tak dbała o 
siebie, o swoje ubranie i wygląd, chociaż przecież mieszkała w tym okropnym domu

z tą okropną babcią, a teraz wszystko diabli wzięli, Michaśką stała się Nikola. 

Strona 17

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Karolka była wściekła. Zawsze lubiła Michaśkę, chociaż wiedziała, że bez chwili 
wahania odbiłaby
jej Aleksandra, ale to był czas, kiedy Aleksandra chętnie odbiłaby Karolce 
połowa dziewczyn z ich klasy, tylko dobrze wiedziały, że to jest niemożliwe, bo 
wtedy oboje tak bardzo byli ze sobą związani. Nawet dla najpiękniejszej 
dziewczyny Aleksander nie porzuciłby Karolki.
Drzwi do mieszkania były otwarte, w progu stała babcia Nikoli i trzepała 
dywanik, 
na którym zwykle sypiał pies. Spojrzała na Karolkę, ale nie poznała jej, bo 
widziała ją może ze trzy razy i to zawsze w tym swoim mrocznym pokoju, którego 
okno przysłaniała gęstą, zieloną firanką. Nikola miała kąt wydzielony w kuchni, 
za białym, starym kredensem. Tam zawsze było czysto. Tył kredensu Michaśką 
zakleiła plakatami i zdjęciami swoich ulubionych piosenkarzy rockowych, a wąski 
tapczanik przyrzuciła łowickim pasiakiem. Miała tu jeszcze stolik z lampą i 
półkę na książki, część tego małego pomieszczenia oddzieliła kolorową zasłonką, 
za którą trzymała swoje ubrania. To jest moja garderoba, śmiała się. Tak Karolka

zapamiętała to miejsce. I taką Michaśkę: zawsze wesołą, z pucołowatą buzią i 
dołkami w policzkach, z długim, grubym warkoczem, z którego była dumna, nosiła 
go na przekór wszystkim krótkim fryzurkom w klasie.
- Do kogo? - zapytała babcia Michaśki.
Jeszcze raz trzepnęła dywanikiem nad schodami, a potem zaczęła go składać.
- Do Michaśki.
- Taka tu nie mieszka.
- A dokąd trzeba pójść, żeby ją znaleźć?
- A w jakiej sprawie?
-W żadnej. Jestem Michaśki koleżanką.
- Wyprowadziła się stąd, przepędziłam ją - powiedziała z zadowoleniem.
Z pochylonej głowy opadały na twarz siwe kosmyki włosów, spomiędzy nich widać 
było ponure spojrzenie. Ciężko będzie, pomyślała Karolka, wydobyć z niej 
cokolwiek.
- I nie ma pani jej adresu? -A nie mam!
Powiedziała to zaczepnym głosem, może za jakąś sumę miałaby ten adres. Oglądała 
Karolkę od stóp do głów, jakby chciała ocenić jej możliwości.
- Kabałę mogę postawić.
43
- Dziękuję.
Położyła palec na ustach.
- Ciii... - powiedziała. - Za kabałę nie dziękuj. Nigdy. Nie idzie dziękować za 
kabałę, bo się odwróci.
Rzuciła psi dywanik za siebie, do mieszkania, oparła się o drzwi i znowu uważnie

oglądała Karolkę.
- Na co ci ten adres? - zapytała wreszcie.
- Chciałabym zobaczyć się z Nikolą, to znaczy... z Michaśką.
- Z Nikolą, mówisz? To ty od tamtych przychodzisz... - skrzywiła się niechętnie.
-Jestem koleżanką Michasi ze szkoły, mam na imię Karolina, byłam tu kiedyś, 
dawno... pani mnie nie pamięta?
- Wejdź. Pamiętać nie pamiętam.
Pies zaszczekał, kiedy Karolka weszła do mieszkania.
- Cicho, stary, nie drzyj mordy! - krzyknęła babcia Michaśki.
Pies wyciągnął się na rzuconym krzywo dywaniku. Głowę położył na przednich 
łapach i patrząc na Karolkę, szybko mrugał przekrwionymi ślepiami.
- Widzisz, jaki karny? Powiedziałam: nie drzyj mordy, i zaraz posłuchał. Wejdź, 
ona mi tu zostawiła jakiś adres, żeby ją grabarze zawiadomili na wypadek mojej 
śmierci, o mieszkanie jej się rozchodziło, sama rozumiesz, meldowana jest tutaj,

będzie jej się należało. Siadaj, poszukam.
W pokoju niewiele się zmieniło, wyglądał tak, jak go Karolka zapamiętała. Babcia

Nikoli też wyglądała jak wtedy: chuda, przygarbiona, ze zlepionymi, rzadkimi 
włosami, opadającymi wokół głowy jak zwinięte płatki suchych, białych kwiatów. 
Moja babcia, mówiła kiedyś Nikolą, ma taką twarz, że jakby jej dotknąć palcem, 
toby zaszeleściła jak papier po maśle, okropność. I miała taką twarz, Karolka 
widziała to teraz: zmięty pergamin. I skóra szyi wisząca, wiotka, jak u 
oskubanego kurczaka, mówiła Nikolą. Tak to wyglądało, rzeczywiście. Palce rąk 
długie, cienkie, ze stawami zniekształconymi w krzywe korale. Przekładała nimi 
strony w starym, zniszczonym notesie, z którego wysypywały się luźne kartki. Raz

Strona 18

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

po raz przysuwała je do oczu i odczytywała coś półgłosem, ale Karolka nie 
rozumiała jej mamrotania. Czy można kochać taką babcię? Zastanowiła się i 
przeraziło ją to pytanie.
44
Do mojej zony:
Nie, nie! Nie to pytanie ją przeraziło, tylko myśl, że babcia Nikoli może nie 
mieć na świecie nikpgo, kto ją kocha.
Natan
I do Ciebie, ze smutkiem: A czy można kpchać taką babcię? Natan
Może masz rację, ale jakie to jest okropne. Powinnam chyba usunąć cały fragment 
o babci Michaśki, jestem zmartwiona, że postanowiłam to napisać.
Do mojej żony:
Trudno, zostaw.
Natan
Wreszcie babcia Michaśki znalazła jakąś zmiętą kartkę, którą odczytywała dłużej 
niż inne.
-Tu jest adres Michaśki - powiedziała. - Masz, przeczytaj sobie i zapamiętaj, bo

ołówka nie znajdę, wczoraj szukałam, kiedy listonosz rentę przyniósł, ale mi go 
diabeł ogonem nakrył.
Podała kartkę Karolce, adres był nagryzmolony rozchwianymi literami, mimo 
wszystko poznała pismo Michaśki.
- Zapamiętasz?
- Zapamiętam, obok tego domu jest galeria, do której chodzę czasami.
- Co jest?
- Galeria, taki sklep z obrazami.
- Michaśką mówiła, żebym nigdy do niej nie przychodziła, bo miesz-
45
ka na strychu, więc ja się tam nie wdrapię, i tak bym nie szła, po czorta mi to.
Wzięła kartkę z rąk Karolki, ale zanim ją włożyła z powrotem między strony 
notesu, jeszcze raz przysunęła do oczu.
- Pytać... o... Sylwestra... - odczytała wolno. - A ty tego Sylwestra znasz?
-Nie.
- Jeśli u niego Michaśkę znajdziesz, powiedz, żeby do mnie przyszła. Przegnałam 
ją z domu, mówiłam ci. Latawica się z niej zrobiła i jak tu u mnie w podwórku 
powiadają, ćpunka, ja tam nie wiem, ćpunka, nie ćpunka, ale jak obieca, że się 
ustatkuje, może wrócić, bo mi z psem nie ma kto wychodzić.
- Może ja wyjdę...
- Był rano, do wieczora musi mu starczyć, ale Bóg zapłać za dobre chęci - 
złagodniała. - Kabałę ci postawię, chcesz?
- Nie, dziękuję.
- No, to idź już, Paulinka, idź, zaraz mi się u sąsiadki w telewizorze serial 
zaczyna. Piękny, o miłości, oglądasz?
-Nie.
- Oglądaj, Paulinka, mówię ci, kobitę taką pokazują, wypisz, wymaluj ja, kiedy 
panienką byłam.
Jeszcze na ulicy Karolka czuła zapach tego domu, wydawało jej się, że cała jest 
nim przesiąknięta. Michaśka nigdy tak nie pachniała, przeciwnie, każde zarobione

pieniądze przeznaczała na dezodoranty i wodę kwiatową, może właśnie dlatego, że 
tylko w ten sposób mogła od tego uciec. Michaśka zarabiała myciem okien i 
sprzątaniem, kiedyś Karolka pomagała jej w przylepianiu kartek na latarniach:
Sprzątanie, mycie okien, tanio, solidnie
I numer telefonu grzecznościowy do sąsiadki, pewnie do tej z telewizorem. 
Michaśka sprzątała, myła okna, a potem szła do sklepu z kosmetykami i kupowała, 
co tylko mogła.
W domu Karolka włożyła nowe pantofle, pokazała je matce, podobały się. Potem 
zjadła obiad i przez chwilę siedziała nad referatem z biolo-
46
gii, który miała przygotować na najbliższe zajęcia, ale nie szło jej. 
Przeszkadzał adres: dom na Rynku, tuż obok galerii. Widziała ten dom, kiedy 
tylko zamykała oczy. Okna mansardy wysunięte z dachu, to na pewno musiało być 
tam. Zaczęto się ściemniać, kiedy Karolka powiedziała, że idzie się przejść.
Schodów najpierw było pięćdziesiąt, potem sto, potem dwieście i tysiąc. Tak w 
każdym razie wydawało się Karolce, kiedy szła nimi aż pod samo niebo zawieszone 
nad Starówką. Najpierw były równe, ale im wyżej, tym bardziej stawały się 
powykrzywiane i skrzypiące, może takjest z każdymi schodami prowadzącymi do 

Strona 19

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

nieba i stąd się biorą święci, myślała Karolka w połowie drogi. Stojąc przed 
drzwiami mieszkania Sylwestra wiedziała już, że do nieba nie tędy droga. 
Obdrapane z farby, ze śladami wyważania zamków i z ułamaną klamką, te drzwi 
odstraszały. Dzwonka nie było, została po nim tylko dziura w ścianie z 
wystającymi przewodami. Karolka zastukała. Usłyszała czyjeś kroki, a potem 
zobaczyła jasny punkt w środku wizjera. Nie czekała na pytanie.
-Ja do Sylwestra.
- Co za ja?
- Karolka, do Nikoli...
- To do Sylwestra czy do Nikoli, zdecyduj się wreszcie.
- Do Aleksandra.
- Łee... wymyśliłaś... cały kalendarz.
- Możesz mnie wpuścić?
- Mogę.
- To wpuść. Ty jesteś Sylwester? -Ja.
47
-Wpuść mnie, proszę cię, naprawdę szukam Aleksandra, mam do niego sprawę.
-Winien ci pieniądze?
- Nie. Mam dla niego pracę.
- Łee... sypie mu się jak z worka, jesteś druga.
- Z czym?
- Z pracą. Czekaj, otworzę...
Przekręcił klucz w zamku, uchylił drzwi, ale nie wpuścił Karolki do środka. 
Zasłaniał sobą wąską szparę, widziała w niej tylko część jego twarzy, szary, 
powyciągany dres i bosą stopę. Gwizdnął.
- Patrzcie, jaka lalka! Gdzie masz dla niego tę pracę? W Waszyngtonie?
- W Waszyngtonie, jakbyś zgadł.
Milczał przez chwilę i przyglądał się Karolce. Nie wygląda najgorzej, jest tylko

opuchnięty, nie domyty i ma poczochrany łeb, pomyślała. Wzruszyła ramionami, 
potrząsnęła głową i rozłożyła ręce.
- Czy z tobą da się rozmawiać?
- Da się, śliczna panienko.
-To powiedz mu, że byłam, dobrze? Powiedz mu, że była Karolka.
- Pamiętam twoje imię, skarbie.
- I powiedz mu, że mam do niego bardzo ważną i naprawdę bardzo pilną sprawę.
- Bardzo ważną, bardzo pilną. Chryste, czyja to zapamiętam?
- Zapamiętasz. I powiedz mu, że więcej tu nie przyjdę, niech on do mnie 
zadzwoni.
- Więcej tu nie przyjdziesz, niech on do ciebie zadzwoni - powtórzył i roześmiał

się kpiąco. - Łee... ale mi zadajesz robotę...
Z głębi mieszkania ktoś go zawołał, Karolce wydawało się, że poznaje głos 
Michaśki, ale nie była pewna.
- Powtórzysz mu?
- Powtórzę, tylko teraz to idź, skąd przyszłaś, boja mam tu niedobrą sprawę z 
jedną dziewczyną i szkoda mi czasu na twoje durnoty.
Michaśka, bo to na pewno była Michaśka, zawołała go znowu, ochrypłym, trudnym do

poznania głosem, ale Karolka usłyszała to jej „r", warczące w imieniu Sylwester.
48
- Co z nią jest? - zapytała.
- A co ma być?
Zawołała znowu i wtedy Sylwester bez słowa zamknął Karolce drzwi przed nosem. 
Usłyszała tylko spoza nich: - A stulże ty wreszcie pysk, Nikola! Schodziła po 
schodach wolno, czuła, że przegrała, czuła, że Aleksander do niej nie zadzwoni.
I trudno, pomyślała, widocznie tak musi być.
Oskar nie odzywał się do mnie. Minął jeden tydzień, drugi, a on nic. Wreszcie na

początku trzeciego, kiedy usłyszałam dzwoniącą komórkę i wyjęłam ją z kieszeni 
kurtki, zobaczyłam na ekranie komunikat: OSKAR. Wracałam do domu ze zrobionymi 
właśnie zakupami, więc stanęłam w zakolu podwórka, akurat tam, gdzie dzieciaki z

naszego domu szalały w piaskownicy. Trzymając już telefon, postawiłam na murku 
ciężką torbę i baniak z wodą, żeby drugie ucho zasłonić sobie ręką od hałasu.
- Wal, czy ty teraz będziesz w domu? - usłyszałam głos Oskara. -Chciałbym do 
ciebie wpaść.
- Będę, a co?

Strona 20

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

- Nic, mówię ci, że chciałbym wpaść.
- Ale dlaczego? Co się stało, Oskar? - dopytywałam.
- Słuchaj, a czy twoi rodzice są?
- Są, ale przecież możemy gdzieś wyjść albo zamknąć się u mnie w pokoju.
- Nie, jeżeli są, to w porządku, nigdzie nie musimy wychodzić, ja właśnie chcę, 
żeby oni byli.
- Powiedz mi, Oskar, proszę cię, powiedz mi, co się stało?
- Będę u ciebie za dziesięć minut, najdalej za piętnaście, bo na ulicach są 
korki jak diabli.
I rozłączył się. Oskar jeździł starym samochodem, ciągle rozlatującym się 
garbusem, więc zwykle do tej godziny, na którą się umawiał, należało dorzucać 
poprawkę na nieprzewidziane okoliczności, wiecznie coś mu się w tym samochodzie 
zapychało albo urywało, albo nie wiadomo dlaczego, stawał nagle, żeby po chwili 
ruszyć, jak Oskar twierdził: nawet bez uprzedzenia.
49
Po powrocie do domu od razu poszłam do swojego pokoju i stanęłam w oknie, 
wypatrywałam, czy przypadkiem Oskar nie wjeżdża już na mały parking przy naszym 
domu, ale ciągle go nie było. Nie wiedziałam, dlaczego zależało mu na tym, żeby 
zastać moich rodziców, niepokoiło mnie to, żaden powód nie przychodził mi do 
głowy, oprócz jednego: musiało stać się coś, co z pewnością dotyczyło 
Aleksandra. 
Wreszcie nadjechał samochód Oskara, więc zamknęłam okno i szybko poszłam 
zobaczyć, co robią moi rodzice. Tata siedział u siebie nad wykresami rozłożonymi

na stole, a mama w kuchni parzyła herbatę. Wyjęłam z kredensu dwie filiżanki i 
postawiłam obok tych, które były już na tacy.
- Oskar zaraz tu będzie - powiedziałam.
Przez chwilę mama patrzyła na mnie ze zdumieniem. Musiało ją zdziwić, że Oskar 
znowu pojawia się w naszym domu i że zapraszam go do wspólnego picia herbaty, 
czego nie robiłam nawet wtedy, kiedy często do mnie przychodził, zanim jednak 
zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie, usłyszałyśmy dzwonek do drzwi, więc ja 
poszłam otworzyć, a mama sięgnęła po wrzątek.
Oskar pocałował mnie, później mocno przytulił do siebie. Bałam się, że z 
Aleksandrem stało się coś, przed czym Oskar chce mnie chronić.
- Nie bądź taka roztrzęsiona - powiedział. - Nie ma powodu.
Uniosłam głowę, żeby spojrzeć na niego, myślałam, że jeżeli nie mówi prawdy, 
zobaczę kłamstwo w jego oczach, ale zobaczyłam tylko trochę zakłopotania.
- Nie ma powodu?
- Nie ma.
- Nie odzywałeś się, bałam się o Aleksandra.
- Obiecałem, że się do ciebie nie odezwę.
- Komu obiecałeś?
- Właśnie Aleksandrowi.
Moja mama stanęła w drzwiach, dopiero wtedy odsunęliśmy się od siebie.
- Witaj, dawno nie widziany Oskarze - powiedziała żartobliwie.
- Dzień dobry pani.
- Podobno macie ochotę wypić z nami herbatę, więc zapraszam.
50
Otworzyła drzwi do pokoju, mój ojciec zajął już swoje ulubione miejsce w fotelu,

przy stoliku, na którym stały filiżanki z herbatą. Przywitał się z Oskarem 
powściągliwie, bez słowa, zaledwie uściskiem ręki. Wiedział, że między nami coś 
się popsuło, i na pewno przypuszczał, że Oskar wyrządził mi przykrość. Do tego 
sam ostatnio miewał humory. Rzucił palenie i twierdził, że cierpi z tego powodu 
katusze. Może tak było, w końcu nigdy nie rzucałam palenia, więc nie wiem. Dość 
oficjalnie wskazał Oskarowi miejsce na kanapce.
- Proszę, siadaj - powiedział chłodno.
To nie to, że nie lubił Oskara. Może go nawet wolał od innych naszych kolegów, 
którzy tu przychodzili, ale za to, co stało się z Aleksandrem, tata obwiniał 
wszystkich. Zwykle był spokojny, tylko raz, kiedy powiedział mamie: poszukajmy 
winy w sobie, a ona krzyknęła: nie mam czego w sobie szukać!, tata trzasnął 
drzwiami, wyszedł z domu i nie wracał przez dwa dni. Mama pewnie wie, gdzie był,

ale nie powiedziała mi tego nigdy. Myślę, że może przez te dwa dni szukał winy w

sobie, czy ją znalazł?
Do mojej żony:
Czyją znalazł?

Strona 21

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Natan
Oczywiście! Nawet jeżeli nie było w tym żadnej jego winy, obarczył nią siebie, 
czego już ani Waleria, ani Aleksander nie potrafią zrozumieć, bo to się łączy z 
dramatem rodzicielstwa, o którym oni jeszcze nic nie wiedzą. Może jednak była w 
tym jego wina, jeżeli tak, on nigdy nie pozbędzie się drżenia policzka.
Do Ciebie na marginesie:
„...ojcowie jedli jagodę kwaśną, a synom ścierpły zęby..."
To z Ksiąg Starego Testamentu, znajdziesz u Ezechiela i Jeremiasza.
Może ta myśl nie dawała mu spokoju...?
Natan
51

?   gga
Tymczasem Oskar siedział na kanapce obok mnie, naprzeciwko moich rodziców, 
dziwnie jakoś wyprostowany, bo ramiona miał ściągnięte do tyłu, dłonie płasko 
trzymał na udach, pocierając nimi szorstki dżins spodni. Widać było, że nie 
bardzo radzi sobie ze sprawą, z którą do nas przyszedł.
- Oskar, powiedz w końcu, co się stało?
Chciałam mu tym pytaniem pomóc, ale nie przewidziałam, że ono tak przerazi moich

rodziców. Mama odstawiła filiżankę, odgarnęła włosy opadające jej na twarz i 
przytrzymując je z boku głowy, patrzyta na Oskara zupełnie nieruchoma, jak 
kobieta z obrazu. Mój ojciec przesunął rękoma po kieszeniach spodni, tym ruchem,

którym sprawdza się zawartość, potem spojrzał na biurko. Szukał papierosów, ale 
ich już od kilku tygodni w naszym domu nie było. Widząc to wszystko, Oskar 
powiedział szybko:
- Nic się nie stało. W każdym razie nie stało się nic złego. Przyszedłem, 
ponieważ Aleksander prosił mnie o to.
- Czy on chce tu wrócić? - zapytała ostro nasza mama. - Mowy nie ma. Wyprowadził

się stąd, zabrał swoje rzeczy. Przy okazji zabrał też piekło, które nam 
stwarzał, 
dziękuję, nie chcę, żeby wracał.
- Mylisz się, on wyszedł, ale piekło zostało. Tak naprawdę, dopiero po jego 
odejściu zaczęliśmy się smażyć w smole - powiedział mój ojciec.
Sięgnął po miseczkę z pestkami słonecznika, Oskar przygarbił się i opuścił 
głowę.
- Ale on nie ma zamiaru tu wracać, proszę pani.
Ojciec daremnie znowu szukał papierosów po kieszeniach.
- Gdzie mieszka? - zapytała moja mama tym swoim głosem od dawna przeznaczonym 
dla Aleksandra.
- U mnie. Teraz mieszka u mnie.
- O co więc chodzi? O pieniądze?
- Nie, zupełnie nie o pieniądze - zaprzeczył gwałtownie. Wyjęłam niebieską 
skakankę z wiklinowego koszyka, ciągle jeszcze
leżały w nim psie zabawki Funia. Skakankę dostałam kiedyś od pani, którą tak 
dręczyłam w Zakopanem swoją nieobecną obecnością, ale potem wrzuciłam ją Funiowi

do koszyka. Zaczęłam owijać linkę dookoła ręki, mój ojciec patrzył na to.
54
- A gdzie pies? - zapytał.
- Też u mnie.
- Więc czego ty od nas oczekujesz, Oskarze?
To znowu mama. Po serdeczności powitania ten nagły chłód.
- Ja niczego, to Aleksander ma nadzieję, że może państwo chcieliby posłuchać 
zespołu Trojana, bo on będzie tam miał solówkę na oboju.
Nie patrzyliśmy na niego, zupełnie tak, jakby w tej chwili najważniejsze były 
dla nas czubki własnych butów. Mój ojciec pierwszy podniósł głowę.
- Był na odtruciu? - zapytał.
- Tak.
- Dlaczego nie wrócił do domu?
Sięgnął po kolejną porcję pestek, włożył kilka do ust, ale wróciło mu drżenie 
policzka, które na chwilę udało mu się opanować.
- Aleksander uważa, że nie ma tu powrotu, bo tak zostało postanowione.
-  Owszem, tak zostało postanowione! - powiedziała mama podniesionym głosem.
Ojciec odstawił miseczkę z pestkami, otrzepał ręce z nie istniejących pyłków.
- Powiedz mu, że przyjdę - zdecydował. Oskar spojrzał na mamę i czekał, 

Strona 22

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

zauważyła to.
- Nie wiem, Oskarze.
Herbata wystygła, Oskar kilkoma łykami wypił ją do końca, czułam, że chce jak 
najszybciej zakończyć misję, którą uraczył go Aleksander.
- To właściwie wszystko, co miałem powiedzieć. Występ grupy Trojana odbędzie się

w galerii, Waleria wie, gdzie to jest, we czwartek, o piątej.
- Za trzy dni... we czwartek... - ojciec trzymał rękę na policzku, jakby chciał 
ukryć jego drżenie.
Oskar wstał, chciał się już pożegnać, ale mama położyła mu rękę na ramieniu, 
zatrzymując go w ten sposób.
- Czy mógłbyś... wiesz, tak myślę... och, po prostu... czy mogłabym ci dać matą 
paczkę dla Aleksandra?
55
Nie czekając na jego odpowiedź podeszła do szafki między oknami i wyjęła z niej 
białą, firmową torbę.
- Zajrzałam kiedyś do sklepu, tego obok nas, i trafiłam na obniżkę cen... 
przyszło mi na myśl... tu są trzy bawełniane podkoszulki i spodnie, 
nienadzwyczajne, ale zawsze...
- Może jednak pani przyjdzie... - powiedział na to Oskar. Zaprzeczyła 
gwałtownie.
- Nie! Nie wiem, czy przyjdę. Wątpię.
Odprowadziłam Oskara do drzwi, kiedy otwierałam zasuwę, żeby go wypuścić, 
powiedział cicho:
- Zrób coś, żeby ona przyszła, bardzo mu na tym zależy...
?"^''-"Mir:
Do mojej żony:
Te trzy bawełniane podkoszulki i spodnie
brzmią jak wyznanie: czekałam na niego,
nie straciłam nadziei. Czy to miałaś na myśli?
Natan
Tak, właśnie to, ale ona broni siebie przed nadzieją. Zawiedziona nadzieja to 
jedno z większych piekieł na ziemi, wiem, że i Ty tak uważasz.
Do Ciebie,
wcale nie na marginesie,
bo pytanie jest ważne:
Czy kiedyś wtrąciłaś kpgoś do piekła?
Natan
56
Tak zapamiętam ten czwartek: wróciłam do domu ze szkoły, zaraz po obiedzie mój 
ojciec zamknął się u siebie w pokoju, a mama u siebie. Wiedziałam, że koncert 
zespołu Trojana ma się odbyć na godzinę przed prezentacją obrazów przeznaczonych

na aukcję w galerii. Otworzyłam szafę ze swoimi ciuchami, żeby znaleźć między 
nimi coś, w czym sama będę się w miarę dobrze czuła, a co nie doprowadzi do 
rozpaczy mojego ojca, który przecież najchętniej ubrałby mnie w granatową 
spódnicę i białą bluzkę. Wybrałam w końcu cienką sukienkę na wąskich 
ramiączkach, 
czarną w pomarańczowe, drobne kwiatki, włosy związałam w koński ogon, który 
omotałam kawałkiem zielonego, szyfonowego szalika, i poczułam się nieźle. Tata 
wyszedł ze swojego pokoju dopiero na parę minut przed naszym wyjściem z domu. 
Wiedziałam, że będziemy przed czasem, ale powiedział, że nie ma zamiaru 
wychodzić z domu w ostatniej chwili, bo na pewno znowu będzie miał kłopot z 
parkowaniem, ponieważ zawsze w okolicy Starówki jeździ w kółko, zanim znajdzie 
jakieś miejsce. Nie próbowałam mu tłumaczyć, że wystarczy nam czasu na jeżdżenie

w kółko nawet dziesięć razy, ponieważ widziałam, jak bardzo jest zdenerwowany. 
Włożył brązowe spodnie i sportową marynarkę w drobną kratkę, z zamszowymi łatami

na łokciach, i zapytał mnie, czy jest stosownie ubrany. Stosownie! Tak, tato, 
powiedziałam, jesteś ubrany bardzo stosownie.
Przed samym wyjściem zajrzeliśmy do mamy, która już przy obiedzie powiedziała, 
że nie wybierze się na koncert grupy Trojana, i żebyśmy jej więcej nie 
namawiali, 
bo właśnie tak zdecydowała i nie zmieni zdania. Teraz leżała na tapczanie, 
czytała książkę i mówiła nie odrywając od niej wzroku: solista grupy Trojana 
może pofatygować się do mnie, Walerio, solista grupy Trojana dobrze wie, gdzie 
mieszkam. Mamo, tłumaczyłam, ciągle stojąc z ojcem w drzwiach jej pokoju, 

Strona 23

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

przecież zabroniłaś mu przychodzić. Na to też miała odpowiedź: zna numer 
telefonu, mógł zadzwonić, zapytać, może zmieniłabym wtedy zdanie, ale nie, on 
nawet nie spróbował, po prostu przekazał zaproszenie przez umyślnego. Idźcie 
już, 
powiedziała, idźcie, bo w końcu spóźnicie się tam.
Nie spóźniliśmy się, przeciwnie, tak jak przewidziałam, byliśmy dużo przed 
czasem. Na placu Zamkowym spotkaliśmy Karolkę. Speszyła się, ja zresztą też. 
Przed południem widziałyśmy się w szkole, ale ani
57
ona, ani ja nie wspomniałyśmy nawet słowem o dzisiejszym występie grupy Trojana,

bo ciągle nie rozmawiałyśmy ze sobą o niczym, co wiązało się z Aleksandrem, 
kiedy mój tata witając się z nią zapytał, czy również wybiera się na koncert, 
biedna Karolka z trudem wykrztusiła: tak.
Ojciec bez przerwy szukał po kieszeniach papierosów, których nie palił. 
Wreszcie, 
udręczony, poprosił, żebym mu dała gumę do żucia, chociaż jej nie znosił. Dawno 
nie widziałam kogoś tak zdenerwowanego jak mój tata tego popołudnia. Sama czułam

się, jakbym istniała tylko w książce, którą kiedyś pisała o mnie ta pani w 
Zakopanem, i jakbym panicznie bała się tego, co ona może mi jeszcze wymyślić na 
dzisiejsze popołudnie. Przez chwilę chodziliśmy z ojcem po Rynku, żeby jakoś 
wytracić czas, Karolka początkowo szła z nami, ale później zgubiła się zręcznie,

a kiedy weszliśmy na salkę przy galerii, już jej nie widziałam.
Była natomiast ona, Aleksandrze!
Była natomiast ona. Siedziała ukryta za odległym filarem, z twarzą do połowy 
zasłoniętą wielkimi, przyciemnionymi okularami, w cienkiej chustce na głowie i 
tylko nad czołem widać było strzępki jej płomiennych włosów.
Myślałam, czy Aleksander stojąc na podium zobaczy ją, czy też filar spełni rolę 
parawanu, którą mu wyznaczyła. A co później? Czy on podejdzie do nas, czy bez 
słowa wróci do swojego życia, o którym teraz już niczego nie wiemy? Ściskałam 
małą rączkę Fatmy, jak-
58
by tylko ona mogła nam wszystkim pomóc w przetrwaniu tego popołudnia. Tato, 
myślałam, nie oglądaj się, pozwólmy, żeby po swojemu przeżyła tę chwilę, kiedy, 
być może, ich spojrzenia spotkają się tutaj, tato, nie oglądaj się.
Sala wypełniła się, grupa Trojana była popularna w tym środowisku, zwłaszcza sam

Trojan miał swoje fanki, które tłumnie stawiły się na ten długo odkładany 
występ. 
Wchodząc przed chwilą do galerii, widzieliśmy afisz, imię i nazwisko Aleksandra 
wydrukowane było na nim oddzielnie: solo na oboju. Tata uśmiechnął się, kiedy to

zobaczył, może będzie z niego drugi Tytus Wojnowicz, powiedział zadowolony, 
potem nabrał powietrza w płuca i wypuścił je, jakby zaciągnął się dymem z 
papierosa.
Spojrzałam na zegarek, wszystko powinno zacząć się już dobre piętnaście minut 
temu, zniecierpliwione fanki Trojana klaskały rytmicznie, na podium jednak 
ciągle nikogo nie było, w głębi stała tylko samotna perkusja, a z brzegu 
mikrofon. Spóźniają się, powiedział mój tata, szybko żując gumę. Nagle z boku 
sceny otworzyły się drzwi i nareszcie pokazał się w nich Trojan. Podszedł do 
mikrofonu, fanki wrzeszczały jak szalone, Trojan ukłonił się, pomachał ręką w 
ich stronę, później poprawił sobie wysokość mikrofonu. Znowu ukłonił się i znowu

pomachał swoim fankom, później uniósł w górę ręce i sam zaczął klaskać w ich 
stronę. Zaczęły jeszcze głośniej wołać: Trojan, Trojan!, jednak po chwili 
uciszyły się, i wreszcie Trojan powiedział:
- Przykro mi, ale z powodu nagłej niedyspozycji naszego oboisty zmuszeni 
jesteśmy trochę zmienić zapowiedziany program, przepraszamy bardzo, pierwszy 
utwór, który przedstawimy w zamian za...
Nie słuchałam, było mi zupełnie obojętne, co Trojan chce przedstawić swojej 
publiczności „w zamian za", chociaż musiało to być coś niezwykle atrakcyjnego, 
bo fanki biły brawo i wrzeszczały jeszcze głośniej. Mój tata przesuwał ręką po 
zamszowej łacie na łokciu marynarki, wpatrywał się w Trojana, jakby czekał, że 
stanie się cud i on zaraz odwoła nie występ Aleksandra, tylko to wszystko, co 
przed chwilą powiedział.
Siedziałam obok, ale nie myślałam ani o Aleksandrze, ani o moich rodzicach. 

Strona 24

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Myślałam wyłącznie o tym, że chciałabym teraz pójść do kapryśnej pani z 
Zakopanego i poprosić, żeby mnie nigdzie nie było. Bf-łam. Byłam tu, na tej 
sali, 
i mocno ściskałam małą rączkę Fatmy, wydawało
59
mi się, że drży w mojej dtoni, taki zły znak. Obejrzałam się akurat w chwili, 
kiedy moja mama wstała z krzesła i szybko poszła w stronę drzwi.
- Co robimy, tato? - zapytałam cicho.
Usłyszał, pomimo hałaśliwego skandowania fanek, ale nie odpowiedział mi, tylko 
podniósł się i zaczął przechodzić do wyjścia. Staliśmy już przed galerią na 
Rynku, tata wyjmował właśnie papierosa z paczki, którą, pomimo mojego sprzeciwu,

kupił u szatniarki, kiedy usłyszeliśmy dobiegający z sali jeszcze głośniejszy 
aplauz, widocznie zespół Trojana wchodził już na podium. Zobaczyłam Oskara 
wybiegającego z galerii, nie zauważył nas, chociaż rozglądał się, widocznie 
pewien, że jeszcze musimy być w pobliżu. Zawołałam go, dopiero wtedy odwrócił 
się, podszedł do nas i powiedział:
- No i tak.
60
CHYBA PRZERWA, BO JA JESTEM GŁODNY...
Wszedłem do pokoju, w którym pracowała moja żona, ale zupełnie niepotrzebnie 
omijałem skrzypiące klepki podłogi, z których co czwarta żyła własnym życiem, o 
wiele bardziej hałaśliwym niż inne, bo, owszem, moja żona siedziała na krześle, 
naprzeciwko szumiącego cicho komputera, ale wcale nie pisała, tylko patrzyła 
przez okno. Za tym oknem, na pochyleniu trawnika zabawiały się ze sobą dwa 
bezdomne koty, co niewątpliwie groziło nam nowym wysypem kociąt za około 
dziewięć tygodni. Obliczyłem szybko, że szczęśliwie wypadnie to w tym czasie, 
kiedy będę w Montrealu, więc ominie mnie urzędowanie z moją żoną w piwnicy i 
przyjmowanie kociego porodu. Panna Fontanna siedziała na parapecie, w pierwszym 
rzędzie. Od czasu do czasu stukała łapą w szybę, a nastroszony ogon mocnymi 
uderzeniami raz po raz przerzucała z prawej strony na lewą albo z lewej na 
prawą. 
Panna Fontanna była strasznie zdenerwowana, zresztą moja żona też.
- Natanie, czy ty doprawdy nie widzisz, że ja pracuję?
- Nie! - przyznałem się otwarcie. - Nie widzę.
- Ależ ja pracuję, spójrz tylko!
- Już spojrzałem, ale zobaczyłem jedynie dwa koty baraszkujące na trawniku i 
wściekle zazdrosną o to Pannę Fontannę. Natomiast jeżeli chodzi o ciebie...
Zamilkłem, ponieważ wzrok mojej żony odebrał mi mowę. Po chwili ciężkiego 
milczenia położyła sobie dłonie na skroniach, tym znajomym ruchem pewnej pani 
reklamującej w telewizji krople, które podobno znakomicie uśmierzają ból głowy, 
i jęknęła:
- Mój Boże, Natanie, że też ty nie możesz zrozumieć, czym jest proces twórczy!
-A czy ty to rozumiesz?
-Ja?
Moja żona miała teraz oczy wielkości plastikowego talerzyka, z jakiego Panna 
Fontanna rano pijała śmietankę przelewaną z małych po-jemniczków, na których 
okropna malowana para z Łowicza stała na wieki złączona w nieruchomym tańcu. 
Przez chwilę moja żona, z tymi szeroko otwartymi oczami, rzetelnie zastanawiała 
się, czy rozumie proces twór-
61
czy. Wreszcie przyznała się, że nie, nie rozumie, a później zapytała, po co 
przyszedłem i o co mi właściwie chodzi.
- Chodzi mi tylko o to, że ja jestem głodny.
- To nie są stosowne żarty, Natanie! - mówiąc „stosowne ", nagłe ściągnęła brwi 
i zmrużyła oczy. - Skąd mi się wzięło słowo „ stosowne "? - zastanowiła się. - 
Musiałam go chyba używać bardzo niedawno. Ach, tak, to chodziło o ubranie: 
jesteś ubrany bardzo stosownie.
Byłem ubrany w zwyczajne szare spodnie i niebieską koszulę z cienkiego dżinsu.
- Tak myślisz? Dlaczego raptem?
- Bo szedł na występ grupy Trojana i nie chciał wyglądać jak ele-gancik.
Ach, więc nie moje spodnie i nie moją koszulę miała na myśłi.
- Ełegancik? Elegancik to dobre imię dla kota.
- Trudno z tobą rozmawiać, Natanie. Patrzyła na mnie wyraźnie urażona.
- Przychodzę tylko zaproponować ci obiad, bo ja, na przykład, jestem głodny.
- Powiedziałam ci już, że uważam te żarty za niestosowne. Dopiero teraz 
przypomniałem sobie naszą niedawną scysję o dwa
złote, czy może nawet tylko o złotówkę, którą moja żona dała na zupę pewnemu 

Strona 25

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

chłopakowi pod Barbakanem, ponieważ on twierdził, że jest głodny. Stanąłem za 
krzesłem i ogarnąłem moją żonę ramionami, które przytrzymała tak, żeby oprzeć na

nich brodę. Przez chwilę trwaliśmy w bezruchu, jak rzeźba w parku Wilanowskim, i

nawet zacząłem szukać dla nas tytułu, jakby powiedziała moja żona.
- Był tutaj - powiedziała po chwili. - Siedział tam, na trawniku, na ławce...
- Kto ? Ełegancik?
- Nie, Aleksander.
- Tam nie ma żadnej ławki, kochanie...
- Była, tylko odbiegła od niego, wiesz? Odbiegła, szybko mknąc w porannej mgle, 
widziałam to.
- Rozumiem - powiedziałem, za co moja żona była mi chyba wdzięczna, bo poczułem 
na rękach łaszący ruch jej głowy.
62
- Widziałam to -powtórzyła. - Potem przez chwilę szedł wołno, przygarbiony, 
jakby niósł na piecach ciężki wór, ale nagle potknął się, upadł i tak leżał, aż 
podeszła...
Moja żona zawahała się, więc czekałem cierpliwie, myślałem, że podejdzie do 
niego Karołka, ale nie.
- ...ażprzyszli ci ze Straży Miejskiej i zgarnęli go. Chciałem być dobry dla 
niej, więc zapytałem:
- Opierał się?
- Skąd! Wlekli go jak kukłę, i widziałam jeszcze, że ma obtarty, zakrwawiony 
policzek.
Ciągle siedziała na krześle, wtulona w moje ramiona, ale nagle uniosła głowę i 
przez chwiłę patrzyła na mnie ze smutkiem.
- Wszyscy, Natanie, będą myśleli jedynie o tym, co on znowu zrobił swoim 
rodzicom i Waleni, wszyscy będą myśleli tylko o tym, zobaczysz. A on tak bardzo 
chciał, żeby tym razem stało się inaczej. Myślał, że naprawdę uda mu się zacząć 
życie od początku.
INAGLEBOOOM!... CZEMU TAK ŚCIĄGA MNIE W KRZAKI? TO BOLI...
(PH)
- Spotkał Nikole w południe, szła przez Rynek z Sylwestrem, a on na wprost nich 
z tą swoją rurą, wiesz, z tym obojem, bo właśnie wracał z próby. Powiedzieli: 
chodź, Aleksander! Chodź z nami! Ja ? myślisz, długo musieli go prosić?
-Nie.
-A widzisz? Mylisz się, bo długo, ale w końcu wszedł z nimi po tych krzywych 
schodach, o których Karołka myślała, że jest ich tysiąc. I już został tam. 
Tysiąc schodów, rozumiesz? Potrafił po nich wejść, tylko zejść już nie mógł. 
Dopiero następnego dnia, kiedy musiał zdobyć trochę pieniędzy na herę, jakimś 
cudem zwlókł się na dół. No i dziś zobaczyłam go, jak tu siedział na ławce.
Byłem wściekły.
- To mnie nie wzrusza -powiedziałem.
- Wcale nie chcę, Natanie, żebyś się wzruszał, chcę, żebyś się przeraził.
63
Do Ciebie:
Nie wierzcie mojej żonie, ona nie mnie chce przerazić, opowiadając tę historię.
Natan
A kogo?
Moja żona płakała z żalu, tak jak kiedyś płakała w Zakopanem, stojąc na wprost 
matki Aleksandra, która mówiła wtedy z rozpaczą: zabił nas, tylko dlaczego nie 
do końca? Doprawdy nie mogłem teraz powiedzieć, że podgrzałem już krupnik i że 
nakryłem do stołu, ponieważ
nie miesza się łez z krupnikiem.
To jest po prostu niedozwolone.
Nie mieszajmy. Zostawimy moją żonę, która już kładzie palce na klawiaturze 
komputera, i pójdziemy do drugiego pokoju głaskać kotkę. W naszym domu okna są 
zawsze uchylone tak, żeby mogło dostawać się przez nie świeże powietrze, ale 
jednocześnie bardzo uważamy, żeby dzięki wąskim szparom ograniczać Pannie 
Fontannie możliwość samowolnych spacerów. Bywa, że moja żona wyprowadzają na 
dwór, nigdy jednak nie wychodzi o tych psich godzinach, kiedy na trawniku między

naszym domem a staromiejskimi murami załatwiają swoje sprawy psy duże, średnie i

małe, prowadząc przy tym rozmowy w nie do końca zrozumiałym dła nas języku. 
Odbywa się to najczęściej zaraz po wiadomościach telewizyjnych albo po 
wieczornym filmie. Moja żona szanuje niepisane prawo psich godzin. Panna 

Strona 26

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Fontanna nie lubi zresztą spacerów, najczęściej kładzie się na brzuchu i 
ciągnięta po trawniku na długiej lince, wygląda jak nieszczęsne żywe futerko, 
które marzy o domu.
Dlaczego wracam do tego teraz?
64
Ponieważ chcę oddzielić łzy od krupniku, odsunąć od mojej żony
ławeczkę odpływającą we mgłę, a może przede wszystkim
oddałić od Ciebie to, co zaraz nastąpi.
Niestety, nie potrafię tego zrobić inaczej.
Natan
SPISANE Z POROZRZUCANYCH KARTEK:
?
Tego dnia wróciłam do domu wcześniej, bo nie miałyśmy dwóch ostatnich lekcji.
- Był do ciebie dziwny telefon - powiedziała moja mama. - Dzwoniła jakaś bardzo 
stara kobieta, z którą zupełnie nie umiałam się dogadać...
Sprawdziłam swoją komórkę, ale nie było na niej żadnego wywołania...

Śmierć jest łagodna, kiedy należy do porządku rzeczy, kiedy stary wieśniak z 
Prowansji u kresu swojego panowania przekazuje w depozyt synom kozy i oliwki, 
które oni z kolei...
(Antoine de Saint-???????)
Tego dnia Karolka nie miała ostatnich dwóch lekcji, więc postanowiła nie wracać 
prosto do domu. Zastanawiała się, czy nie pójść do Sylwestra, myślała, że może 
tym razem uda jej się... że może tym razem potrafi... że może tym razem... och, 
do diabła, wyrzucam to.
Poprosić Natana, żeby kupił:
pieczywo, masło, biaiy ser
i rzodkiewkę, może szczypiorek. Jajka. Herbatę. Mleko!
Boże, jak ja mam to napisać*
65
Tego dnia, kiedy Karolka nie miała dwóch ostatnich lekcji, była piękna, 
słoneczna pogoda, więc postanowiła przejść się trochę po mieście. Od dawna nie 
była na zwyczajnym spacerze, nie chodziła sobie bez celu, tylko po to, żeby na 
trochę oderwać się od szkoły i nudnych domowych zajęć, obejrzeć wystawy, zajrzeć

do parku.
Wszystko to nieprawda.
Karolka wmawiała w siebie, że marzy o takich właśnie długich, samotnych 
spacerach, ale w rzeczywistości długie, samotne spacery były jedną z ostatnich 
rzeczy, które lubiła. Spacery z Aleksandrem tak, ale czy doprawdy w jej życiu 
było kiedyś coś takiego jak spacery z Aleksandrem? Teraz z nikim nie chciała się

spotykać, jej układy z chłopakami były powierzchowne, spacery z nimi żadne. 
Karolka była zbyt zraniona.
W szkole siedziała z dziewczyną, która przyszła do ich klasy w połowie roku. W 
czasie, kiedy Karolka chorowała na zapalenie oskrzeli, Waleria usiadła z Wiolą, 
mimo że nigdy Wioli specjalnie nie lubiła. Karolka nie bardzo rozumiała, 
dlaczego po jej powrocie Waleria nie usiadła na swoim poprzednim miejscu, ale 
chociaż była zdziwiona, wcale jej z tego powodu nie było bardzo przykro, bo ich 
przyjaźń dawno się rozchwiała.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. (Przysłowie)
Aleksander posiał wiatr, ale one zebrały burzę. Oddalały się od siebie wolno, 
bez sprze-
66
czek, bez przykrych rozmów, trochę jakby oddalały się bez powodu. Karolka 
myślała czasami: uciekłyśmy od siebie wolnym krokiem. Ich przyjaźń zwyczajnie 
nie wytrzymała codziennego udawania, że żadna z nich nie myśli o Aleksandrze, a 
rozmawiać o nim nie chciały.
Karolka bezskutecznie podejmowała próby wykreślenia go z pamięci. Starała się 
odrzucać od siebie każdą myśl o nim, tak jak odrzuciła stary parasol. Wszystko 
na darmo, bo w końcu zastanawiała się nieustannie, jak namówić go na kolejny 
detoks, na pracę w pizzerii, na normalne życie. Wmawiała w siebie, że nie kocha 
Aleksandra, koniec, kropka, będzie myśleć o nim tak, jakby myślała o każdym, kto

ma problem.
Wszystko to nieprawda.
Nie umiała o nim zapomnieć, bo był jej pierwszym chłopakiem.
Do mojej zony: Bo był jej pierwszym dramatem.

Strona 27

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

Natan
Zgoda. I pierwszym dramatem. Nie wiem zresztą, o czym łatwiej zapomnieć, o 
pierwszym chłopaku czy o pierwszym dramacie.
Więc tego dnia, kiedy Karolka nie miała dwóch ostatnich lekcji i postanowiła 
pójść na samotny spacer, to w końcu na ten spacer nie poszła, tylko usiadła na 
skwerku między Karową a Krakowskim Przedmieściem, i płakała.
Nagle usłyszała brzęczenie swojego telefonu w torbie, ale zanim wyjęła komórkę 
spomiędzy książek, sygnał już się wyłączył, sprawdziła, kto dzwonił, była to 
Waleria, która po lekcjach wybierała się prosto do domu. Szybko wywołała jej 
numer i nie czekała długo.
- Słuchaj, Karolka, jak byłyśmy w szkole, dzwoniła tu do mnie jakaś stara baba, 
nie wiesz, kto to mógł być? Ja żadnych starych bab nie znam, a moja mama nie 
mogła się z nią dogadać.
Mówiła szybko, wyraźnie przestraszona. Karolka nie miała pojęcia, jaka stara 
baba mogła do Walerii dzwonić ani dlaczego ona sądzi, że właśnie Karolka może 
się tego domyślać.
67
1
- Skąd mogę wiedzieć, kim jest stara baba, która ciebie szuka, zastanów się. 
Wal!
- Myślałam, że może dzwoniła i do ciebie. Proszę cię, Karolka, sprawdź to, 
zadzwoń do domu, zapytaj, czy nie miałaś telefonu od jakiejś starej baby, 
zrobisz to dla mnie?
- Dlaczego tak się denerwujesz? Jeżeli stara baba ma do ciebie ważną sprawę, 
zadzwoni drugi raz.
Waleria nie odpowiedziała, ale Karolka słyszała, że ciągle jeszcze nie przerywa 
połączenia.
- Waleria, jesteś tam? -Jestem.
- Mówię ci, zadzwoni drugi raz.
- Słuchaj, mama w ogóle nie mogła się połapać, o co chodzi, powiedziała mi 
tylko, 
że ta baba plotła coś o schodach, na które sama się nie wdrapie...
-I co...?
- Nic. Mama nie wiedziała, o jakich schodach ona mówi, ale przecież ty, Karolka,

wiesz.
- A ty? - zapytała Karolka. - Skąd ty wiesz, że ja o nich wiem?
- Co za głupia rozmowa! - zdenerwowała się w końcu Waleria. - Od Oskara wiem, 
słuchaj, to mogła być babcia Michaśki...
- Dobrze, zadzwonię do domu. Masz rację, jeżeli babcia Michaśki dotarła do 
twojego numeru, mogła gdzieś znaleźć i mój.
-To ja czekam.
- Czekaj.
Karolka zadzwoniła do domu. Dowiedziała się, że żadnych telefonów do niej nie 
było i że
skoro Karolka wcześniej skończyła zajęcia w szkole, mogłaby wrócić i wytrzepać 
dywan.
- Tak, niedługo wrócę i wytrzepię dywan, mamo, masz to u mnie jak w banku.
- Czekaj, jakiś telefon do ciebie był... tak, był, ale bez znaczenia i dlatego 
wyleciało mi z głowy, ktoś pytał o ciebie, jakaś pani w sprawie schodów na 
strych, czy coś takiego, niewiele zrozumiałam, ale chyba to nie było ważne.
Karolka szybko skończyła rozmowę i zadzwoniła do Walerii.
- Miałaś rację, Wal... Milczały przez chwilę.
- Pójdziesz ze mną...? -zapytała Waleria.
- Tak... - odpowiedziała Karolka.
Ta kolorowa, długa spódnica, którą porywy wiatru miotały wokół jej nóg, te 
rozwiane włosy, które chwilami zasłaniały jej twarz, a chwilami frunęły nad 
głową jak włosy trolla, cała ta dziewczyna biegnąca przez Zapiecek...
I ta druga, która z przeciwnej strony, nie patrząc, roztrącała ludzi pod wąskim 
przejściem Barbakanu, ta lecąca z rękoma jak skrzydła odchylonymi na boki, 
podobna do barwnego ptaka...
Spotkały się przed wejściem do Fu kiera. Zatrzymały się i zdyszane patrzyły na 
siebie z przerażeniem, bo obydwie już widziały po przeciwnej stronie Rynku 
ambulans pogotowia, policyjną karetkę i szary samochód.
-1 co? Co robimy? - zapytała Karolka kaszląc ze zmęczenia.
- Idziemy!
68
69

Strona 28

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

To: idziemy! Walerii byto jak szloch, który wyrzuciła z siebie, z trudem 
chwytając powietrze. Znowu biegły, ale musiały zatrzymać się parę kroków od 
wąskich drzwi bramy do domu Sylwestra, bo właśnie przez nią przechodzili dwaj 
mężczyźni z noszami, na których leżał ktoś owinięty czarną połyskliwą folią. 
Waleria usiadła na krawężniku, zamknęła oczy i zasłoniła rękoma uszy, nie 
chciała niczego widzieć, ani słyszeć niczego, dopiero Karolka zaczęła szarpać ją

i krzyczeć:
- Chodź! Jesteś siostrą, mnie nic nie powiedzą!
Drzwi z tyłu szarego samochodu otworzyły się i dwaj mężczyźni wsunęli do niego 
nosze; kiedy Waleria zbliżyła się, jeden z nich zatrzymał ją, pokręcił głową 
przecząco i powiedział surowo:
-  Nie podchodzić! Nie robić mi tu zbiegowiska! Co to, cyrk?
-Ja jestem siostrą... -wołała rozpaczliwie Waleria.
Zamknęli drzwi samochodu. Jeden z nich, przechodząc na swoje miejsce obok 
kierowcy, spojrzał na nią bez śladu współczucia i powiedział ironicznie:
- Siostra? Siostra, tak? A podobno nie miała żadnej rodziny, tylko ta jej stara 
babka jest na górze.
Teraz Karolka usiadła na tym krawężniku obok skrzynek z kwiatami otaczającymi 
stoliki pubu i oparta głowę o czarny słup latarni. Waleria stała obok niej i 
obydwie w milczeniu patrzyły, jak sprzed domu Sylwestra odjeżdża szary samochód.

Z Nikolą. Z Michaśką.
70
Do Ciebie:
Czy oprócz smutku czuty Wtedy ulgę? Jak sobie z czymś takim poradzić w życiu?
Natan
-  Chyba musimy wejść na górę... - powiedziała Waleria.
Karolka nie zdążyła odpowiedzieć, bo podszedł do niej wysoki, obcy chłopak, 
którego Waleria nigdy nie widziała.
- Hej, ty! - pochylił się nad Karolka. - My to się już znamy, co?
- Nie, nie znamy się - odpowiedziała Karolka, nie patrząc na niego.
-  Przecież ty jesteś Karolka, dziewczyna Aleksandra, nie?
Dopiero teraz uniosła głowę i spojrzała.
-Tak, to ja jestem ta Karolka, dziewczyna Aleksandra, która ci już raz 
powiedziała: spływaj! Więc lepiej spływaj!
-  Nie bądź ty taka ostra, zobaczysz, że jeszcze kiedyś będziesz się do mnie 
łasiła!
Karolka podniosła się i z całej siły odepchnęła go od siebie, zaskoczony, cofnął

się i oparł o zielony ogródkowy płotek. W tej samej chwili z bramy domu 
Sylwestra wyszedł policjant, kierował się prosto w stronę radiowozu. Karolka 
krzyknęła:
-Hej!
Stanął, Karolka palcem wskazała mu chłopaka.
- To diler! - zawołała. - Niech go pan zatrzyma !
71
Wtedy tamten podniósł w górę obie ręce, zupełnie tak, jakby chciał ułatwić 
policjantowi przeszukanie, i patrząc na Karolkę roześmiał się tryumfalnie.
-Jestem czysty, panie władzo, niech pan sprawdza!
Może to ostatni, od którego Nikola coś kupiła, pomyślała Karolka. Waleria 
inaczej, Waleria pomyślała: może Aleksander był pierwszym, od którego wzięła.
Wówczas dopiero będziemy szczęśliwi,
kiedy uświadomimy sobie swoją rolę,
choćby najskromniejszą.
Wówczas dopiero będziemy mogli żyć
w spokoju i umrzeć w spokoju,
gdyż to, co daje sens życiu,
daje także sens śmierci.
(Antoine de Saint-???????)
Do mojej żony:
Dziwnie
przewrotnie brzmi
W tym miejscu.
Natan
Być może.
Babcia Michaśki siedziała na schodach przed otwartymi drzwiami mieszkania 
Sylwestra. Obok niej przykucnęła lekarka z pogotowia, która na kolanach trzymała

Strona 29

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

zamknięty aparat do mierzenia ciśnienia, ale wyraźnie szukała czegoś jeszcze w 
otwartym pojemniku z lekami. Na stopniu leżała zużyta już strzykawka i pusta 
ampułka. Babcia Michaśki wyglądała okropnie, a lekarka wyraźnie nie umiała sobie

z nią poradzić, tłumaczyła jej coś półgłosem, ale ona kręciła głową i oganiała 
się od niej ręką. Nie odzywała się, nawet nie mamrotała po swojemu. Sanitariusz 
oparty o poręcz schodów raz po raz bezradnie wzruszał ramionami. Karolka i 
Waleria zobaczyły to wszystko, kiedy były już na ostatnim półpiętrze. Zobaczyły 
też, że wyważono drzwi do mieszkania
72
Sylwestra i że stoją teraz ukośnie oparte o framugę.
Karolka i Waleria pomału wchodziły na górę. Sanitariusz przyjrzał im się, zanim 
zapytał, do kogo idą.
-  Do tej pani - powiedziała Karolka, patrząc na babcię Michaśki.
Lekarka też przypatrywała się podejrzliwie.
-Ta pani pojedzie z nami do szpitala, czekamy tylko, żeby wyraziła zgodę, na 
siłę do szpitala nikogo nie bierzemy, chyba że jest nakaz.
Babcia Michaśki spojrzała na Karolkę.
- To jest Paulinka, poznaję ją - powiedziała zupełnie wyraźnie. -To jest 
Paulinka, przyjaciółka mojej świętej pamięci wnuczki.
-To prawda? - zapytała lekarka.
- Prawda - odpowiedziała Karolka.
- A ta druga, to ja już nie wiem... Babcia Michasi przypatrywała się teraz
Walerii.
-Jestem Waleria, siostra Aleksandra, pani telefonowała do mojego domu.
-Ach, to ty, nie poznałam... Paulinka, do ciebie też dzwoniłam od sąsiadki, jak 
przyszli mi powiedzieć, że rano znaleźli tu Michaś-kę...
- Kto panią zawiadomił?
Nie odpowiedziała, patrzyła gdzieś w bok, na jakieś śmiecie zgarnięte w rogu 
niższego stopnia schodów, potem przymrużyła oczy, może odtwarzała sobie w myśli 
dzisiejszy ranek, bo nagle zaczęła jej drżeć broda i przy-
73
kryta ręką bezzębne usta. Lekarka wyjęła długopis z kieszeni fartucha i sięgnęła

po bloczek.
- Wypiszę skierowanie do szpitala, zawieziemy panią, proszę mi tylko podać swoje

dane. Nazwisko znam, ale jak pani ma na imię?
- Na imię?
- Na chrzcie jakie pani imię dostała? - pytała lekarka cierpliwie. -Teklusia.
- To znaczy Tekla?
- Michalinka, jak była malutka, zawsze tuliła się do mnie i mówiła: „moja ty 
kochana babusiuTeklusiu"... pani napisze Teklusia, co tam pani szkodzi...
Lekarka opuściła głowę, najpierw długopisem stawiała drobne kropki w samym rogu 
skierowania, a potem szybko wpisała imię. Waleria patrzyła na babcię Nikoli bez 
łez, ale wszystko w niej płakało.
- Napisałam Teklusia - powiedziała lekarka. - Chce pani zobaczyć?
Ktoś wchodził na górę, więc Karolka i Waleria spojrzały w dół, czekały, kto się 
tam pojawi, ale to był tylko policjant, którego widziały już przed domem. Niósł 
ze sobą skrzynkę z narzędziami i służbowe taśmy do zaklejania drzwi.
- Można było w mieszkaniu załatwiać te sprawy... - powiedział na widok lekarki 
siedzącej na schodach.
- Ta pani tam nie chciała...
- Chyba że tak.
Dopiero teraz zobaczył Karolkę.
- Ty się nie przejmuj, prędzej czy później namierzę go z towarem, dobrze znam 
jego twarz.
Karolka skinęła głową. Waleria zapytała:
- Czy nie widział pan tutaj mojego brata?
- Chodzi o Sylwestra? -Nie.
Podała mu imię i nazwisko Aleksandra, postawił skrzynkę i krążek z taśmą na 
stopniu schodów, wyjął z kieszeni czarny, służbowy notes. Przeglądał kartkę po 
kartce, wreszcie zamknął go i przez chwilę patrzył na Walerię.
- Nie, dzisiaj nie... - powiedział.
74
SPISANE Z ODRZUCONEJ STRONY:
Aleksander stał z boku, ukryty za wysoką kapliczką z różowego piaskowca. Widział

Strona 30

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

stąd wszystkich, całą swoją dawną klasę, swojego wychowawcę, polonistkę, 
matematyka. Widział swoją siostrę Walerię. I Karolkę widział, opartą o drzewo. 
Wałeria trzymała w ręku wiązankę z białą żałobną szarfą, na której zobaczył 
czarne litery. Aleksander pomyślał, że Waleria z pewnością umieściła na niej 
obok swojego i jego imię. Po co? Kwiaty za życie, kwiaty za życie, łomotało mu w

głowie, bo przecież pamiętał, jak było. Oskar obejmował Walerię ramieniem i 
tylko Karolka stalą pod drzewem samotnie, z daleka od innych. Przecież Nikola 
miała babcię, przypomniał sobie, gdzie jest ta babcia, nie widział jej. Może nie

przyszła. Nie mogła przyjść czy nie chciała, co to za okropna różnica, zwłaszcza

w tym miejscu. Aleksander pomyślał o sobie, o tym, kto przyjdzie, a kto...
No, nie!
Do mojej zony:
Ależ tak, niestety,
właśnie tak-
Natan
PRZERWA NA COKOLWIEK
Widziałam Aleksandra. Stał za wysoką kapliczką z różowego piaskowca, zupełnie z 
boku, chyba przyszedł dużo wcześniej, tak żeby nikt nie zauważył, że jest tu z 
nami. Może nawet i ja nie zobaczyłabym, że tam stoi, gdyby nie Oskar, który w 
pewnej chwili niespokojnie spojrzał w stronę kapliczki, chyba sprawdzając, czy z

Aleksandrem jest wszystko w porządku. Przyjechałam z całą klasą szkolnym 
autobusem, Oskar nawet nie zaproponował, że zabierze Karolkę i mnie ze sobą, 
więc teraz byłam już pewna, że właśnie on przywiózł tu Aleksandra, jednak 
postanowiłam, że nie zapytam go o nic.
Obok nas stała moja wzburzona polonistka. Nie mogła pogodzić się z tym, że w 
końcu nikt nie załatwił księdza dla Michaśki, którą tu chowano na koszt miasta. 
Była kiedyś waszą koleżanką czy nie była? Do niedawna była, prawda? Dopóki nie 
wpakowała się w to nieszczęście, prawda? Mogliście pomyśleć o tym, prawda? Nam 
nikt nie powiedział, a szkoda, bo gdybyśmy wiedzieli... a parafia? Co z tego, że

jej babcia jest kabalarką, prawda? Akurat Pana Boga nic nie obchodzą kabały jej 
babci, a gdyby tak któreś z was pofatygowało się do proboszcza...
Nie do wytrzymania. Gruchnęła ziemia, potem trwało chwilę, zanim usypano 
niewielki kopczyk, na którym wszyscy zaczęli składać kwiaty. Czy za życia 
Michaśka dostała kiedyś kwiaty? Tyle kwiatów? Takie kwiaty? Karolka przyniosła 
małą wiązankę polnych, które sa-
ma zerwała na łące i ułożyła w kolorowy bukiecik. Może trochę nieodpowiednie na 
taką okoliczność, martwiła się, kiedy jechałyśmy tutaj, ale kto powiedział, że 
ona nie zasłużyła sobie na coś wesołego, przecież kiedyś była taką zabawną 
dziewczyną, pamiętasz, jak lubiła kolorowe ciuchy? Zupełnie jak ja...
Moja wiązanka wydała mi się nagle obrzydliwie oficjalna, zrobiło mi się głupio, 
powiedziałam to Karolce, ale ona rozejrzała się, zobaczyła, co kto przyniósł, i 
pocieszyła mnie, że prawdziwej, żałobnej wiązanki z szarfą nikt nie ma, i że 
właśnie taka przyda się Nikoli. Nie chciałam nic mówić, ale „przyda się" 
brzmiało idiotycznie, bo co teraz mogło przydać się Nikoli oprócz księdza, o 
którym mówiła nasza polonistka, a którego właśnie nie było, co ona usiłowała 
załagodzić, przez cały czas odmawiając głośno kolejne modlitwy, część naszej 
klasy mówiła je razem z nią, i matematyk też.
Wszystko to było okropne, a do tego bałam się, że Aleksander zostanie dłużej, bo

może będzie chciał postawić Nikoli te światełka, które Oskar cały czas trzymał 
przy sobie, ale sam ich nie zapalał, chociaż wszyscy to już zrobili. Tak, bałam 
się, że Aleksander zostanie, że zbliży się, kiedy nikogo już tu nie będzie, i 
wtedy zobaczy, że na szarfie dla Nikoli obok mojego jest też i jego imię. Długo 
zastanawiałam się, co zrobić, jedno i drugie wydawało mi się koszmarne, ale w 
końcu pomyślałam sobie, niech się dzieje, co chce, wyrwałam pani z kwiaciarni 
kartkę z poprzednim tekstem i szybko dopisałam obok swojego imienia: „i 
Aleksander".
76
77
Możliwe, że baranek zjadł różę... I wtedy gwiazdy toną we łzach... (Antoine de 
Saint-???????)
Wreszcie ta uroczystość skończyła się, wszyscy jeszcze przez chwilę stali w 

Strona 31

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

milczeniu, ale później wolno zaczęli odchodzić w stronę bramy. Ja tam wolałabym 
pojechać miejskim autobusem, powiedziała Karolka cicho, bo polonistka stała 
obok, 
a ty? Ja też wolałam tak wracać, więc powiedziałyśmy naszemu wychowawcy, że 
jeszcze zostajemy i że wrócimy same. Rozejrzałam się, bo chciałam zobaczyć, 
gdzie jest Oskar, który mógł pomyśleć, że zostałyśmy tutaj, bo chcemy, żeby 
zabrał nas swoim samochodem. Nigdzie go nie było, spojrzałam jeszcze w stronę 
kapliczki, domyśliłam się, że oni obydwaj schowali się za nią. Karolka nie 
rozglądała się, była zajęta układaniem kwiatów i przesuwaniem lampek, bo płomyki

niektórych osmalały gałązki. Możemy iść, powiedziała w końcu, jeżeli ty chcesz.
Niebo zaciągnęło się nagle i zanim doszłyśmy do bramy, zaczął padać deszcz. Nie 
był gęsty, ale jego krople, wielkie jak grochy, ostro biły po twarzy. Stanęłyśmy

pod drzewem, chmura przechodziła szybko i nawet widać było za nią skrawki 
błękitu. Rozmawiałyśmy o Michaśce i o jej babci, która ciągle jeszcze leżała w 
szpitalu, Karolka zaglądała tam co drugi dzień. Mam u siebie ich psa, 
powiedziała, mama mówi, że jeżeli babcia Michaśki nie będzie go chciała, może 
nawet u nas zostać, to dobry pies. Stałam pod tym drzewem na wprost Karolki, 
przed sobą widziałam ścieżkę, która nas tu doprowadziła, i chociaż przeszłyśmy 
nią spory kawałek, widziałam też z daleka kopczyk nakryty kwiatami. Oskar i 
Aleksander stali przy nim, ale nie to mnie zdziwiło.
Zdziwił mnie parasol Aleksandra. Wielka, krzywa kopuła rozpostarta nad ich 
głowami. Parasol, który powinien być teraz w jego pokoju, schowany między 
rulonami plakatów Stasysa, bo przecież to ja sama tam go ukryłam. Chodź, 
Karolko, 
przestało już padać, powiedziałam, bo nie chciałam, żeby ona obejrzała się i 
żeby zobaczyła Aleksandra stojącego nad kopczykiem Nikoli. Karolka, opowiadając 
mi o psie Michaśki i o weterynarzu, u którego z nim była, poszła ze mną w stronę

bramy, chociaż ciągle tak samo padało.
78
Może to jest „cokolwiek":
Natana przepis na szarlotkę, spisany z pamięci, ważny, bo tak, jakoby, pieklą 
szarlotkę jego Mama, śliczna Fenka:
Po pierwsze: nie nazywa się to szarlotka, tylko szarłota, po drugie: żadne 
„jakoby", tylko tak było: robi się ciasto jak na kruche ciasto, mówiła Fenka, i 
przygotowuje się jabłka tak jak przygotowuje się jabłka, a później to się piecze

i już jest szarłota. Zapamiętaj sobie, Natanie, ten przepis, mówiła miFenka, 
kiedy byłem mały, żebyś potem umiał dokładnie powtórzyć go swojej żonie.
W całym domu pachniało cynamonem, goździkami i jabłkami z cukrem. Moja mama 
szykowała szarlotkę do pieczenia. Weszłam do kuchni, kiedy układała na niej 
długie, płaskie paski ciasta, robiąc z nich ozdobną kratkę. Spojrzała na mnie i 
nie pytając o nic wysunęła spod stołu taboret. Sięgnęła do lodówki po karton z 
sokiem pomarańczowym, otworzyła go, nalała mi pełną szklankę. Dopiero kiedy 
usiadłam i wypiłam kilka łyków, powiedziała:
- Jesteś wykończona.
- Jestem.
- Karolka była?
- Była cała nasza klasa. -A Oskar?
- Oskar też był.
- Wróciłaś z nim?
- Nie, wróciłyśmy z Karolka zwykłym autobusem.
Nie zapytała o nic więcej. Wsunęła blachę z szarlotką do rozgrzanego piekarnika 
i spojrzała na zegarek.
- Poprzednią zbyt długo trzymałam w piecyku, była za sucha.
- Była dobra.
79
- Ta będzie lepsza, zobaczysz. Stanęła przy oknie, odsunęła firankę i przez
chwilę patrzyła na chwiejące się gałęzie drzew rosnących przed naszym domem, 
były jeszcze mokre od deszczu.
- Padało. Wiedziałam, że pyta, chociaż w jej głosie
pytania nie było.
- W czasie nie, dopiero później.
- Mówisz, że była cała klasa?
- Tak. Polonistka, matematyk i ten nasz nowy wychowawca.
- A on znał Michasię?

Strona 32

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

-  Próbował z nią rozmawiać, pewnie ze dwa razy, już jak ona przestała chodzić 
do szkoły. Mamo, a gdzie jest Aleksandra parasol?
Szybciej powiedziałam, niż usłyszałam, że pytam. Zasunęła firankę i poprawiła 
niesymetrycznie stojące doniczki.
- Jaki parasol?
Och, wiedziała przecież, o jakim parasolu mówię. Udawała, że nie wie, więc może 
to znaczy...? Nie chciało mi się wierzyć, bo chociaż była na koncercie Trojana, 
nie zdradziła się nawet jednym słowem, więc może i teraz...
- Stary parasol Aleksandra, mamo, przecież wiesz który. Był w szafie między 
plakatami Stasysa, a teraz go nie ma.
- Dlaczego ci się przypomniał? Z powodu deszczu?
Pomyślałam, że w ten sposób chce się jakoś dowiedzieć, czy Aleksander też tam 
był, i tak we dwie krążyłyśmy, jakby nas było troje na karuzeli.
-Tak, mamo, z powodu deszczu.
Wróciła do swoich doniczek, przestawiła je, znowu stały niesymetrycznie, 
sięgnęła po butelkę z wodą i podlała wilgotną jeszcze ziemię.
80
- Nie wiem, co się dzieje z parasolem Aleksandra - powiedziała spokojnie, ale 
ciągle jeszcze nie patrzyła na mnie. - Nie widziałam
go.
- Widocznie sam wyszedł z domu.
W ten sposób powiedziałam mamie, że Aleksander tam był. Odwróciła się od okna 
dopiero wtedy, kiedy usłyszałyśmy, że tata otwiera drzwi wejściowe. Wszedł do 
kuchni, wstawił baniak z wodą pod krzesło, a na stole położył torebkę z 
pomidorami.
- Spójrzcie, jakie ładne pomidory dostałem.
Spojrzałyśmy, wzięłam do ręki czerwoną, lśniącą kulę z zielonymi szy-pułkami, 
powąchałam, bo lubiłam ich gorzki, cierpki zapach.
- Nic na świecie nie pachnie tak dziwnie, jak szypułki pomidorów -powiedziałam. 
-Tato, co się dzieje z parasolem Aleksandra?
- Z parasolem Aleksandra? Nie wiem, wziął go ze sobą, więc chyba ma.
- Ten parasol ostatnio był w domu. Stał u Aleksandra między plakatami Stasysa.
- Nie wiem, o czym mówisz.
Przesunął ręką po kieszeni, bo po krótkim okresie załamania znowu nie palił.
- Czy to ty oddałeś Aleksandrowi parasol, tato? - dopytywałam niemiłosiernie.
- Przecież wiesz, że nie widuję się z Aleksandrem.
Możliwe, tylko dlaczego w takim razie wyjął z kieszeni kluczyki od samochodu i 
rzucił je na stół tak, że poleciały aż na sam brzeg, szybko sięgnął po nie, 
zakręcił w powietrzu metalowym breloczkiem i z powrotem włożył do kieszeni. 
Patrzyłyśmy obydwie na te niepotrzebne gesty, a potem moi rodzice spojrzeli na 
siebie. Niechętnie, prawie wrogo, a ja ciągle nie wiedziałam, które z nich 
ostatnie miało w ręku parasol Aleksandra.
- Pięknie pachnie ta szarlotka - powiedział mój tata, który w końcu opanował się

jakoś i tylko położył rękę na drżącym policzku.
- Mam nadzieję, że nie będzie przypalona jak ta poprzednia.
Tak uprzejmie odpowiedziała mu moja mama, a potem nachyliła się i o wiele za 
wcześnie zajrzała do piekarnika.
81
Do Ciebie:
Mówiła mi moja żona,
że Waleria nigdy nie dowiedziała się,
które z nich znalazło, a potem wyniosło z domu ten parasoł,
bo kiedy zapytała o to Aleksandra, usłyszała:
— Tego ci nie powiem, siostro.
Natan
Moja żona twierdzi, że oboje byli gotowi to zrobić, więc odpowiedź napytanie: 
które? jest zupełnie bez znaczenia. Moja żona mówi, że pomijając wszystko, co 
działo się z Aleksandrem, w pajęczej siatce, którą utkali wokół siebie, była 
przerażająca miłość. Nitka tej siatki wywodziła się z kłębka należącego do 
Aleksandra, trzymały go zatem najsłabsze ręce w ich rodzinie, ale to była nitka 
tak silna, że żadne z nich nie mogło jej zerwać.
Nie powiedziałam wcale „przerażająca miłość", tylko „porażająca", być może 
jednak to była miłość i taka, i taka.
Dobrze, ale i tak przypominając te słowa, zmierzałem tylko do faktu, który mnie 
zdumiewa. Otóż zauważyłem, że ludzie bardzo często zadają sobie pytania zupełnie

bez potrzeby, a kiedy jest potrzeba, milczą. Głównie uwaga ta dotyczy mojej żony

Strona 33

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

i pani Marzenki z kiosku warzywnego. Nie macie pojęcia, ile czasu tym paniom 
zajmuje odpowiadanie napytania, jakie nawzajem sobie zadają. Czasami stoję obok 
jak słup telegraficzny, czekając, aż moja żona załaduje do siatki jarzyny i 
owoce, które pani Marzenka, chciał nie chciał, jej wepchnie. Słyszę wtedy, jak 
przelatują przeze mnie odpowiedzi mojej żony na pytania pani Marzenki, i 
odpowiedzi pani Marzenki napytania mojej żony, ale gdyby tak za pięć minut 
zapytać, o czym rozmawiały, okazałoby się, że żadna z nich nie wie. Oczywiście 
są sytuacje wyjątkowe, takie, na przykład, jak ta, kiedy w czasie mojego łotu do

Montrealu pani Marzenka z płaczem pyta,
82
czy moja żona już słyszała o tej tragicznej katastrofie lotniczej, która właśnie

gdzieś tam miała miejsce. To jej pytanie uznaję za całkowicie uzasadnione, bo 
przyjemnie jest pani Marzence, kiedy widzi, jak dzięki niej moja żona rzuca na 
pastwę losu zakupioną rzodkiewkę, marchew i piętnaście jajek, żeby po naszym 
wiecznie rozkopanym chodniku gnać do domu. Szkoda, że pani Marzenka nie może już

zobaczyć, jak moja żona rozdeptując kotkę, włącza radio, jednocześnie dzwoniąc 
na lotnisko, żeby wreszcie dowiedzieć się, że to nie ja spadłem do oceanu wraz z

załogą i pasażerami, tylko pewien pilot azjatyckich linii, awaryjnie, ale 
zdrowo, 
lądowałw Kuala Lumpur na Półwyspie Malajskim, tuż przy połączeniu rzek Kelang i 
Gombak. Moja żona po otrzymaniu od mojego szefa tej dobrej dla mnie wiadomości, 
leci, oczywiście, do pani Marzenki, żeby ją uspokoić, odebrać swoją rzodkiewkę, 
marchew i piętnaście jajek, i jeszcze żeby kupić dwa kilogramy ogórków na 
kwaszenie, bo mąż pani Marzenki bardzo je lubi, co jest równoznaczne z tym, że 
ja również powinienem kwaszone ogórki jadać i że warto będzie nimi uczcić mój 
szczęśliwy powrót. A ja za kwaszonymi ogórkami nie przepadam. Tak, jak nie 
przepadam za mgłą.
Nie lubię, kiedy zapowiadają mi mgłę. Nie chcę jutro skręcić sobie karku. Świat 
niewiele na tym straci, aleja wszystko. (Antoine de Saint-???????)
No i dotarliśmy szczęśliwie do tego, co miałem na myśli, kiedy twierdziłem, że 
ludzie czasami zadają sobie pytania zupełnie bez potrzeby, a wtedy, kiedy 
trzeba, 
nie zadają ich wcale. Szkoda, że Aleksander, kimkolwiek jest, nie pyta czasami 
siebie, ile przez jego mgłę straci świat, a ile on sam.
Wiedziała, gdzie mieszka Oskar, więc kiedy rozstały się z Walerią, szybko 
pobiegła pod jego dom. Karolka dostrzegła przecież ten krzywy parasol, pod 
którym schował się Aleksander stojąc przy ukwieconym kopczyku Nikoli. Opowiadała

Walerii o samotnym psie Michaśki, którego przygarnęła, bo koniecznie chciała ją 
czymś zająć, żeby tylko ona nie zobaczyła swojego brata w tamtym miejscu. I 
udało się, bo stu-
83
chając, Waleria powiedziała nagle: Chodź, Ka-rolko, przestało już padać! I 
Karolka poszła z nią, chociaż ciągle padało.
Złapały pospieszny autobus, więc miała nadzieję, że może jeszcze zdąży przed dom

Oskara, zanim oni wrócą, zaparkują i dojdą. Karolka stanęła pod wiatą 
przystanku, 
który był niedaleko, i wypatrywała. Czekała długo, w końcu zaczęła się obawiać, 
że albo byli tu wcześniej, albo nie jechali prosto do domu. Nagle zobaczyła ich,

przeszli właśnie jezdnię. Nie padało już, Aleksander trzymał w ręku zamknięty 
parasol i ruchem niewidomego, który wolno idzie z białą laską, wysuwał go przed 
siebie, lekko uderzając ostrym czubkiem w płyty chodnika. Karolka wyszła mu 
naprzeciw, tak aby Aleksander nie mógł udawać, że jej nie widzi. Jestem tu, 
wołała całą sobą, kiedy szła w jego stronę. To, co stało się z Nikolą, otworzyło

jej ramiona i Aleksander nagle zobaczył Karolkę na wprost siebie, gotową razem z

nim do podjęcia jeszcze jednej próby. Płakał, kiedy go obejmowała.
Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez. (Antoine de Saint-???????)
Parę dni później Karolka zamówiła pizzę hawajską i trzy sałatki. Chłopak w 
czerwonym fraczku, który postawił przed nią pustą miseczkę i z niezwykłą 

Strona 34

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

starannością układał sztućce na serwetce, od czasu do czasu spoglądał na 
Karolkę, 
aż wreszcie zapytał:
- My to się chyba trochę znamy?
Karolka odetchnęła z ulgą, bo jej się też wydawało, że właśnie on jest tym miłym

chło-
84
pakiem, który kiedyś dopytywał się u swojego szefa o pracę dla Aleksandra, ale 
wcale nie była tego bardzo pewna.
- Tak! Znamy się! Tylko nie byłam do końca przekonana, że ty to jesteś ty!
-  A co z twoim chłopakiem, rozmawiał w końcu z moim szefem, czy zrezygnował?
- Rozmawiał, ale dopiero tydzień temu.
- I co? Nie wyszło?
- Może wyjdzie, nie wiem. Mój chłopak ma jeszcze pewne sprawy do załatwienia, 
zanim zacznie pracować, no i właśnie je załatwia -wyjaśniła, sięgając po 
miseczkę. -Jakie sałatki dziś polecisz?
- A wtedy były dobre?
- Dobre.
- Weź z kapusty pekińskiej, z białej fasoli i tę w ciapki.
Do mojej żony:
Ostatnio twierdziłaś, że ta w ciapki
jest wstrętna, że jej nie cierpisz,
a ja Ciebie nią zadręczam.
Czy możemy wreszcie ustalić to
raz na zawsze?
Natan
Bo nie cierpię tej w ciapki, ale przecież to Karolka będzie ją jadła, nie ja, 
prawda? Może ona uzna, że jest pyszna, nie rozumiem, o co chodzi, Natanie. Temu 
w czerwonym ,            fraczku najwyraźniej smakuje, jeże-
li ją poleca, to tylko Ty zawsze wydziwiasz przy pudle.
f
85
- A co powiesz o sosie francuskim? - zapytała Karolka.
-Śmiało! -zapewnił.-Dziś jest wyborny. Karolka nie żałowała sobie ani sałatek, 
ani sosu. Sałatka w ciapki nie bardzo jej smakowała, ale mocno polana sosem 
francuskim dawała się zjeść. Wychodząc, Karolka zaszła do barku, w którym zawsze

można było kupić coś na wynos. Wybrała trójkątny kawałek pizzy hawajskiej i 
dodatkowo opłaciła sałatki. Dostała spory pojemnik z przykrywką, więc nałożyła 
do niego trzy spośród tych, które uważała za najsmaczniejsze, polała je sosem 
francuskim i dokładnie zamknęła pudełko. Jeszcze przez chwilę stała przy wyjściu

z pizzerii i uważnie spoglądała raz w głąb sali, raz w stronę barku. Nie, nie 
potrafiła sobie tego wszystkiego wyobrazić, a jednak... Spojrzała znowu, chłopak

w czerwonym fraczku z daleka wydał jej się podobny do Aleksandra, zauważył, że 
patrzy, i pomachał ręką w jej stronę, a może...
W mieście były korki, autobus utknął na rondzie, kierowca pojechał złym pasem i 
zaklinował się. Karolka ciągle sprawdzała godzinę, czasu miała coraz mniej i 
była wściekła, że tyle go straciła w pizzerii. Zamiast rozsiadać się w dużej 
sali, mogłam zjeść w barku, też byłoby dobrze, myślała. Jedną ręką trzymała się 
skórzanego uchwytu, wisiał zbyt wysoko, drugą ochraniała paczkę z pizzerii, było

jej niewygodnie. Wysiadła z autobusu zmęczona, na dworze zrobiło się parno, więc

szybko weszła na oddział, gdzie uchylone okna zawsze dawały jakiś przewiew. 
Minęła salkę, na której dwóch chłopaków grało w ping-ponga, i drugą, 
telewizyjną. 
Pchnęła drzwi oddzielające rekreacyjną część oddziału od reszty, zobaczyła 
Walerię siedzącą na jednym z białych krzeseł rzędem ustawionych pod ścianą. 
Dlaczego ona tutaj siedzi, dlaczego nie jest na gó-
86
rze, czy tam się coś stało? A może Aleksander nie wytrzymał i wyszedł, 
pomyślała, 
przecież już wiele razy tak bywało.
- Och, to ty... - przestraszyła się Waleria, kiedy Karolka usiadła obok niej. -
Zlękłam się.

Strona 35

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

- Dlaczego? Nie widziałaś, że idę?
- Nie widziałam, przepraszam cię, ale mam strzaskane nerwy, rozumiesz?
Karolka rozumiała, sama miała strzaskane nerwy i dobrze wiedziała, jak to jest.
-  Dlaczego siedzisz tutaj? Dlaczego nie weszłaś na górę? - zapytała 
niespokojnie.
- Byłam, tylko Aleksander powiedział, że woli być sam, ma trudny dzień, nie 
chce, 
żebyśmy go dziś widziały, ani ty, ani ja, zgodził się na Oskara, Oskarowi lekarz

pozwolił do niego wejść na chwilę.
- Przyniosłam mu pizzę i sałatki. - Karolka położyła paczki na stoliku obok. - 
Może Oskar zaniesie, soku nie kupiłam, wyleciało mi z głowy.
- Sok on jeszcze ma i do jutra na pewno mu wystarczy. Oskar rozmawiał z 
lekarzem, 
powiedział, że tym razem to idzie zupełnie nieźle, więc nie martw się, 
zobaczysz, 
wszystko będzie dobrze.
- Ja też tak myślę, na pewno będzie dobrze. Myślę, że na pewno.
Siedziały obok siebie i powtarzały, że będzie dobrze, szukając w tym jakiegoś 
uspokojenia, bo obydwie wiedziały, jak to się może skończyć. Oskar schodząc z 
góry zobaczył Ka-rolkę, pomachał jej z daleka. Sięgnęła po paczkę z pizzą i 
sałatkami.
- Czy mógłbyś pójść tam jeszcze raz? - po-
87
prosiła, kiedy już podszedł do nich. -Aleksander bardzo to lubi, może zje. I 
powiedz mu, że tu jestem, dobrze? Oskar zawahał się.
- Dobrze... - powiedział ociągając się. - Tylko, coś mi się wydaje, że on dziś 
tego nie zje, ma ciężki dzień, schowam do lodówki i powiem, że przyniosłaś. 
Muszę to jeszcze pokazać lekarzowi, bo oni zawsze grzebią w jedzeniu, 
sprawdzają, 
czy czegoś się nie przemyca.
Wziął od Karolki pizzę, sałatki i znowu poszedł na górę. Karolce wydawało się, 
że Waleria patrzy na nią tak, jakby jej chciała coś powiedzieć, czy może zapytać

o coś, po chwili schyliła się i wyjęła ze swojego plecaka małą paczuszkę 
zawiniętą w bibułkę.
- Przydarzyło mi się dzisiaj coś, o czym babcia Michaśki powiedziałaby pewnie: 
przeznaczenie. Ja tam w żadne przeznaczenie nie wierzę, ale czasami chciałabym 
mu pomóc. Ty pamiętasz ten stragan z rupieciami? Ten na Krakowskim Przedmieściu 
przy Domu Literatury?
- Nie pamiętam.
- Przypomnij sobie, rozstawia go czasami taki siwy pan, który sprzedaje 
przeróżne starocie, wszystko ma, od łyżek po stojące zegary. Aleksander kupił 
kiedyś u niego przedwojenne wieczne pióro.
-Tak, teraz sobie przypominam.
Karolka wpatrywała się w schody, czekała na powrót Oskara i nieuważnie słuchała 
Walerii.
- Umówiłam się z Oskarem, że przyjedzie po mnie na plac Zamkowy, więc stanęłam 
przy tym straganie i patrzyłam, co dziś na nim jest, nagle zobaczyłam... - 
położyła Karolce na kolanach małą paczuszkę. -Zobaczyłam to i kupiłam, chcę, 
żebyś miała...
Karolka przez bibułkę wyczuła palcami dziwny kształt, ale nie potrafiła go 
rozpoznać, chociaż próbowała.
- Co to jest?
Waleria nie odpowiedziała, nawet patrzyła teraz w inną stronę. Karolka rozwinęła

pogniecioną bibułkę. Zobaczyła małą rączkę Fatmy, taką jak ta, którą Waleria i 
Aleksander zawsze nosili przy sobie. Chwyciła ją szybko i zacisnęła w dłoni. 
Spojrzała na Walerię, ale ona ciągle siedziała z odwróconą głową, więc Karolka 
widziała tylko jej policzek i palce, którymi go przysłoniła.
88
"'n'U"'"''""
?
SPISANE Z ROŻNYCH KARTEK LEŻĄCYCH NA PODŁODZE:
...ZANIM ZNALAZŁEM SIĘ TUTAJ, MIJAŁEM KILKA OSÓB, A KAŻDA Z NICH, KIEDY TYLKO 
SPOJRZAŁEM MIŁO, KULIŁA SIĘ W SOBIE, A OCZY GINĘŁY JEJ JAKBY NIEWIDZĄCE...
(PH)
Czy możesz mi znaleźć ten fragment, w którym Waleria mówi do Karolki: „- Nie 

Strona 36

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

wiem, co by było, gdybym nie miała przy sobie Oskara..." Proszę Cię, poszukaj 
tego zdania, gdzieś mi uciekło, a jest dla mnie ważne, chociaż jest tam do 
poprawienia coś z tym „by, by, by".
Nigdzie go nie ma, widocznie uciekło Ci z komputera bezpowrotnie. Ważne dla 
Ciebie czy dla Walerii?
Czy szukałeś dokładnie? Ważne dla Karolki.
Bardzo dokładnie. Może jeszcze go nie napisałaś? Jak to, dla Karolki?
Może. Tak, może jeszcze nie napisałam. Dziękuję.
- Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie było przy mnie Oskara - powiedziała 
Waleria, ciągle nie odwracając głowy.
Karolka siedziała obok i zaciskając w dłoni rączkę Fatmy, myślała, że nie wie, 
co się stanie, kiedy wreszcie...
Nie!
Karolka siedząc obok, myślała o tym, co się z nią stanie, kiedy w końcu będzie 
miała przy sobie...
Nie!
Karolka była obok, chociaż nie wiedziała, co się z nią stanie. Może zostawię 
tak.
89
- Spójrz, Paulinko! Babcia Nikoli wpatrywała się w karty
Tarota rozłożone na szpitalnej kołdrze, kazała je sobie przynieść i stawiała 
kabałę każdemu, kto tylko dat się na to namówić.
- Popatrz na tę kartę, zobacz, jak ci się wszystko ładnie układa, widzisz?
Babcia Nikoli stukała palcem w kartę wypełnioną czerwonymi kielichami.
-To jest dziesiątka pucharów. Powiem ci, że to dobra karta. Auu! Co ty, 
Paulinka, 
tak mnie za włosy ciągniesz jak, nie przymierzając, kota za ogon? Żadnego klopsa

mi tam nie zwijaj, warkoczyk zapleć. Klops zaraz mi się rozlatuje, jak tylko 
głową ruszę! Michaś-ka, czy ty słyszysz, co ja do ciebie mówię? Karolka odłożyła

grzebień i rozdzieliła cienkie, białe włosy na trzy pasma.
- Słyszę, babciu... - powiedziała cierpliwie.
Na rogu Celnej i Brzozowej jest taka brama, wielka i mroczna, z gotyckimi tukami

sklepienia.
- To tutaj... - powiedział Oskar.
To tutaj znalazł Aleksandra, kiedy Sylwester przyszedł do niego na uczelnię, 
żeby mu powiedzieć o Nikoli i o tym, że od paru dni nikt nie widział Aleksandra.
- Miał go pod samym nosem, bo teraz już wiem, że całymi dniami przesiadywał na 
tych ławkach przy tarasie widokowym, a jak padało, to właśnie tu, w tej bramie. 
Funiowi podkładał tekturę, żeby nie leżał na gołej ziemi, i tylko pod wieczór 
prowadził go na Piwną, gdzie dostawał dla niego resztki z talerzy.
- A sam co jadł? Oskar nie odpowiedział.
- A co sam jadł?
90
- Nie wiem, coś tam jadł.
Nie chce, niech nie mówi, jeżeli woli mi tego oszczędzić, dobrze, niech 
oszczędzi, widziałam już Aleksandra, więc wiem, jaki jest wychudzony. Może 
zbierał puszki po napojach i sprzedawał w skupie, może żywił się darmowymi 
obiadami w kościele Kapucynów, tam gdzie już od jedenastej ustawia się kolejka 
bezdomnych, a może Funio, dobry przyjaciel, dzielił się z nim swoją kolacją. 
Och, 
nie! Może chodził do Markotu, gdzie ludzie Kotana znają go dobrze, więc tam bez 
gadania mógł dostać talerz zupy z chlebem, chyba tak było.
Usiedliśmy na ławce, na której pewnie jeszcze niedawno siadywał Aleksander, 
trudno mi było uwolnić się od tej myśli. Za balustradą tarasu widać było szarą 
Wisłę płynącą spokojnie między zielenią obydwóch brzegów. Siedzieliśmy w 
milczeniu, aż w końcu ja odezwałam się pierwsza, bo chciałam wreszcie powiedzieć

Oskarowi o czymś, co nie dawało mi spokoju.
- Wiesz, Oskar, boję się.
- O Aleksandra?
- O niego też, ale teraz myślę o Karolce.
Zrozumiał, przytulił mnie do siebie, dla innych wyglądaliśmy pewnie jak 
zakochana w sobie para, która mówi o miłości.
- Rzuciła mu kładkę, musi przez nią przejść - powiedział.
- A jeżeli zostanie sama z kładką? Oskar usiadł teraz tak, że mógł patrzeć mi

Strona 37

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

w oczy. Nie odzywał się długo, w końcu zapytał:
- A ty? Co zrobiłabyś z nami, gdybym zaczął brać?
91
Do Ciebie:
Trudna chwila, nie sądzisz? Natan
Myślę, że powiedziałam mu prawdę.
- Nie bytabym z tobą.
- Aleksandra nie zostawiłaś.
- Aleksandra wybrało mi życie, a ciebie wybieram sama. Przepraszam, Oskarze...
Usiadł tak, jak siedział, zanim zadał to pytanie, i znowu przytulił mnie, może 
bardziej zachłannie niż przedtem.
- Nigdy ci tego nie zrobię.
Babcia Michaśki powiedziałaby pewnie, że diabeł mnie podkusił, bo zapytałam:
-A gdybym tak ja...?
I nagle z hukiem pękł balon, którym obok nas bawiły się dzieci, jedno z nich 
rozpłakało się, a drugie zawołało: nie rycz, głupia, to przecież tylko balon!
- Ma rację, płacze się, kiedy pęka człowiek.
Tak powiedział Oskar, ale nie wiedziałam, czy to była odpowiedź na moje pytanie.

Balon pękł i dwoje ludzi opartych o balustradę odwróciło się gwałtownie. Ona 
zrobiła taki ruch, jakby chciała natychmiast podejść do płaczącego dziecka, ale 
on zatrzymał ją. Miał rację, bo zaraz ktoś rzucił drugi balon i cała zabawa 
zaczęła się na nowo.
Stali teraz tyłem do balustrady i patrzyli na nas, ona bardzo uważnie. 
Pomyślałam, że pewnie razi ją poufały gest Oskara, który ciągle mnie obejmował, 
ale nagle uśmiechnęła się do nas. Może przypomniała sobie, że jeszcze niedawno 
sama siadywała na podobnej ławce, wtulona w czyjeś objęcia, ja też uśmiechnęłam 
się do niej, zwłaszcza że przypominała mi... że oni oboje tak bardzo mi 
przypominali...
- Co się stało? - zapytał Oskar, widząc te nasze uśmiechy.
- Nic, ja po prostu znam tych ludzi.
Nawet im nie pomachałam, bo ona wzięła go za rękę i oddalili się w stronę 
Brzozowej. Szła pierwsza, ciągnąc go za sobą tak, jak ciągnie się psa na smyczy.
92
...OBRAZY PRZESUWAJĄ SIĘJAKNA ZWOLNIONYM FILMIE. OBRAZY- WIELKIE PEJZAŻE NOCNEGO

MIASTA, WYŁAPYWANE JEDEN PO DRUGIM PRZEZ MOJE ZAMGLONE SPOJRZENIE, BRAKUJE MI 
BARDZO TEJ SPECYFICZNEJ DLA ZIELONYCH PÓR ROKU POŚWIATY, KTÓRĄ SĄCZĄ LIŚCIE 
SPIJAJĄCE ŚWIATŁO Z ULICZNYCH LATARNI...
(PH)
Wieczorami moja żona smutniała. Myślę, że snując się po naszym mieszkaniu, tak 
naprawdę cały czas stała obok Aleksandra i wyglądając razem z nim przez 
szpitalne okno, patrzyła, jak ulicą idzie zmierzch, bezczelnie nawołując: Wróć, 
Aleksandrze!
Moja żona wierzyła, że w końcu on wygra z tamtym wołaniem, a jednak, ciągłe 
gnębiona niepokojem, w zamyśleniu wsypywała do herbaty sół zamiast cukru, a ja 
tylko dziękowałem Bogu, że herbatę piję gorzką.
Przyszła jednak chwila, kiedy musiałem zostawić moją zatroskaną żonę samą. Dzień

służbowego lotu do Montrealu, na czerwono zakreślony w okienku naszego ściennego

kalendarza, stał już przed naszymi drzwiami i jak pies skrobał łapą, żeby go 
wpuścić.
Moja żona postanowiła być dzielna, co oczywiście groziło nieobliczalnymi wprost 
konsekwencjami. Zapowiedziała, że tym razem osobiście zawiezie mnie na lotnisko,

a potem wróci do domu, żeby samochód nie zostawał na parkingu, bo to w ogółe nie

ma sensu. Dla mnie miało sens, ponieważ zawsze tam go zostawiałem, żeby po 
powrocie tylko wsiąść i spo-
93
kojnie wrócić do domu. Prawdę mówiąc, nie lubiłem, kiedy moja żona była na 
lotnisku w chwili mojego odlotu, zawsze bardzo płakała, zupełnie jakby żegnała 
liczną rodzinę udającą się w zaświaty. Peszyło mnie to, zwłaszcza że koledzy 
wyśmiewali się ze mnie za moimi plecami, czego nie miałem im za złe, bo sam 
wyśmiewałbym się z siebie będąc na ich miejscu.
Następnie moja żona, która postanowiła być dzielna, z niewiadomych przyczyn 
zdecydowała, że zrobi mi kanapki. Zamarłem, kiedy wieczorem poprzedzającym mój 

Strona 38

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

wylot zobaczyłem, że wyjmuje z wody trzy ugotowane jajka i szykuje wielki termos

z kawą, zupełnie jak wtedy, gdy w pierwszych miesiącach znajomości jeździliśmy 
do Puszczy Kampinoskiej. Później okazało się, że chciała mi te kanapki zrobić w 
obawie przed chorobą szalonych krów, na którą wolałaby, żebym nie zapadł, ale co

miał do tego termos z kawą, tego już nie wiem.
Moja żona, którą trochę zaniepokoiła jej własna decyzja o odwiezieniu mnie do 
pracy, uporczywie wypytywała, czy jadąc na Okęcie od strony Warszawy, wjeżdża 
się z ronda na prawą jezdnię, czy na lewą, bo jej się to zawsze myliło i później

musiała jechać pod prąd, ale kiedy po raz tysięczny zacząłem wyjaśniać, 
poprosiła, żebym raczej przykleił jej odpowiednie karteczki na tablicy 
rozdzielczej, bo niestety moje tłumaczenie jest zbyt zawiłe. Przyjrzałem się 
mojej żonie bardzo uważnie, z nadzieją, że być może są to tylko żarty, bo lubiła

czasami żartować w sposób nieco przerażający, tym razem jednak miała twarz 
kamienną. Zupełnie poważnie, i z westchnieniem szczerego ubolewania, 
zapowiedziała mi, że skoro już tak bardzo upieram się przy tym, żeby mnie 
odwiozła, musimy wyjechać z domu o wiele wcześniej, bo przecież ona, 
gdziekolwiek jedzie ze Starego Miasta, zawsze, po pierwsze, trafia do zoo, 
ponieważ ma kłopot z każdym skrętem w prawo.
Jednak prawdziwa zgroza ogarnęła mnie w chwili, kiedy poprosiła, żebym w jej 
notesiku odnalazł telefony do panów od gazu i od napraw hydraulicznych, bo nasza

kuchnia wymaga remontu. Postarałem się okiełznać wyobraźnię, nie myśleć o tym, 
co zastanę w domu po powrocie z Montrealu, i zająłem się notesikiem.
Notesik mojej żony jest potężnym tomem o wymiarach A4, zszytym z trzech 
egzemplarzy brulionów akademickich, i zawiera starannie wkle-
94
jone wszystkie karteczki z telefonami, które moja żona od lat wydziera z 
ogłoszeń umieszczonych na ulicznych latarniach, słupach, rynnach i szybach 
sklepów przeznaczonych do remontu. Bogiem a prawdą, z moją żoną nie daje się 
spokojnie iść ulicą, bo kiedy myślę, że idę i nawet rozsądnie z nią rozmawiam, 
okazuje się, że dawno już została za mną i stoi wczytując się w ogłoszenia na 
kolejnej latarni, a ja mówię tylko do siebie i zdziwiony, że ludzie przypatrują 
mi się ze zdumieniem, na wszelki wypadek wszystkim mówię „dzień dobry".
Szukałem więc w notesiku mojej żony telefonów gazownika i hydraulika pod literą 
„g" i „h", ale nic nie znalazłem, dopiero ona podsunęła mi myśl, żebym szukał 
pod „p", bo przecież mówi się „pan hydraulik" i „pan od gazu ". I rzeczywiście 
znalazłem tam pana od gazu, pana hydraulika jednak nie było.
Skrupulatne wklejanie do notesika telefonów wydzieranych z ogłoszeń spowodowało,

że moja żona jest istną skarbnicą wiedzy. W naszym domu telefon dzwoni bez 
przerwy, bo wszyscy znajomi są pewni, że pod tym numerem otrzymają wyczerpujące 
informacje na każdy interesujący ich temat. Moja żona wie, kiedy, o której i 
gdzie zaczynają się kursy profesjonalnej medytacji, nurkowania i języków obcych.

Zna nazwiska i telefony wykonawców, podwykonawców i amatorów w zakresie 
budownictwa, robót glazurniczych i instalowania domofonów, można u niej kupić, 
sprzedać i zamienić mieszkanie, skrócić spodnie, odbić na ksero, zamówić wczasy 
w kraju i za granicą, pojechać z pielgrzymką, kupić szczenięta różnych ras, 
odnaleźć zagubionego kota, załatwić opiekunkę do dziecka i pojechać na obóz 
jeździecki. Proszę bardzo, wystarczy tylko otworzyć jej notesik i rozsądnie 
pomyśleć, pod jaką niedorzeczną literą można znaleźć potrzebną informację. Pana 
od gazu znalazłem szybko, ale hydraulik był dopiero pod „s": student Wydziału 
Prawa, Marek W, hydraulik.
Moja żona nie miała pojęcia, dlaczego tak mnie to rozśmieszyło, śmiałem się 
zresztą krótko, bo przeglądając dalej ten ciekawy notesik, pod literą „a" 
znalazłem długi rząd adresów internetowych, między nimi również te trzy:
wal @ listy, info.pl; aleks@listy. info.pl; karol@listy. info.pl
95
Zanim poleciałem do Montrealu, przekonałem się, jakie bardzo dziwne adresy ma 
moja żona, ponieważ wieczorem, kiedy już spala, słusznie nabierając sił przed 
jutrzejszą podróżą na lotnisko, wobec której mój rejs do Montrealu był dla nas 
obojga rozkoszną przejażdżką, ja zakradłem się do pokoju, gdzie w dzień i w nocy

buczy komputer. Moja żona boi siego wyłączać, odkąd przy tej właśnie czynności 

Strona 39

background image

Siesicka Krystyna - Wróć Aleksandrze

pożarł jej dwie trzecie książki, jakzly wilk babunię. Zakradłem się więc do tego

pokoju w towarzystwie Panny Fontanny i ostrożnie omijając gadające klepki 
podłogi, podejrzliwie spoglądałem na kartkę z trzema adresami internetowymi, bo 
wyglądały trochę znajomo. Usiadłem przed komputerem i za pomocą paru kliknięć 
wysłałem pozdrowienia. I właśnie wtedy odkryłem niezwykły świat mojej żony, w 
którym
NIEOBECNI BYLI OBECNI, A NAS PRAWIE NIE BYŁO.
ISIS
lllllllllllllilliillil
433450ŁDG3a4a44277Eb012
L_____________________________________________________________________
.   ?

Wroi, McHwdn&l
Przyszedł do mojej żony w południe.

?-   •

Była w kuchni i obierała ziemniaki,

^??

kiedy usłyszała brzęczek domofonu,

<?i

a potem głos Aleksandra w słuchawce.

^•^

Zapytał, czy może wejść,

J2/J v>       i                             wpuściła go, oczywiście.
7©r ^

Przyniósł pizzę hawajską

??}.##

w tekturowym pudełku,
i w białym, plastikowym pojemniku
?                                zestaw trzech sałatek
polanych sosem francuskim.
Była zdumiona, bo nie zamawiała     t
niczego w żadnej pizzerii.
- Ile ci płacę, Aleksandrze?

Jo^ o

Uśmiechnął się, przecząco
poruszył głową i wyszedł.

1** .   ^^      Wr      łfe

Kiedy wróciłem do domu, zapytałem:

-A skąd ta pizza?

9?

Nie chciała powiedzieć,

,-<?   &

że właściwie nie wie skąd, ale ja domyśliłem się,     „

więc objąłem moją żonę i przez chwilę staliśmy nieruchomo
pośrodku kuchni,     i

Natan
ISBN 83-7162-843-9
I
9788371628436

Strona 40