background image

SERGIUSZ PIASECKI

DLA HONORU ORGANIZACJI

Wyczuł, że sprawa, w której wezwał go Tomasz, jest ważna. Wczoraj 

wieczorem poszedł do „gołębia". Z początku wstąpił do bramy, a stamtąd 
wszedł na schody prowadzące z dziedzińca do kamienicy. Zatrzymał się na 

pierwszym podeście. Sięgnął ręką w górę i namacał na zakurzonym 
parapecie okienka skrawek papieru. Wziął go, wszedł na pierwsze piętro, 

zaświecił kieszonkową latarkę i przeczytał jeden wyraz: „Masło". Było to 
zaproszenie do „gołębia" ― pani Moniki. Ostrożnie skierował się ciemnymi 

schodami na drugie piętro.
I cóż to pan szanowny zjawił się aż po trzech dniach! ― powiedziała Monika

i podparła się pięściami w boki.
― 

Jest coś pilnego?

― 

Jest. Tomasz woła. Ech, wy, inteligenci, nic zorganizować nie 

potraficie! Ja swoje załatwiam raz dwa! A wy?

― Czemu nie ma kartki od niego?
― 

Bo niepotrzebna. Ja jestem kartką z pieczątką na gębie.

― 

Gdzie spotkanie?

― 

W „Norze".

― 

Kiedy?

― 

Zaraz.

― 

Co pani się wygłupia! Zaraz będzie godzina policyjna.

background image

― 

A pan swego rozumu nie ma? Baba musi wodzić za rączkę? 

Pójdzie pań, kiedy zechce. Głodny pan?

― 

 Nie.

― 

Po oczach widzę, jak tam jest u pana. Dam chleba i słoniny. 

Wczoraj przyniosłam z wioski.
― 

Nie mam czym zapłacić.

― 

Mówię: dam, nie zaś: sprzedam. Już przygotowane. To za 

tamte rybki wędzone, które mi pan kiedyś dał. Rzucisz za sobą, znajdziesz 

przed sobą! Tak stoi w Ewangelii.
― 

Wcale tam nie „stoi".

― 

To nieważne. Mogło stać. Pewnie któryś Marek zapomniał 

napisać.

Dała Józefowi owiniętą w papier paczkę.
― 

No i zmykaj pan ― powiedziała. ― Bo jak hycle zahaczą, to ja 

będę winna. Jazda!
Nazajutrz w południe, zaraz po pracy w Akademii, poszedł do kamienicy, w 

której Tomasz miał biuro tłumaczeń. Firanki na oknach były zaciągnięte 
całkowicie: znak, że wszystko jest w porządku. Zadzwonił. Pani Katarzyna, 

surowa, ponura, ubrana na czarno, otworzyła mu drzwi. Nie odpowiedziała 
na przywitanie. Skinęła głową w stronę gabinetu Tomasza. Rzuciła: Jest! ― I

odeszła korytarzem w stronę kuchni.
„Też bababzik jak i Monika" ― pomyślał i zapukał do drzwi z prawa.

Tomasz się ukazał na progu gabinetu.
― 

No, nareszcie! ― powiedział. ― A ja się niepokoiłem.

― 

Nieczęsto wstępuję do „gołębia". Mam dużo spraw do 

background image

załatwienia. I teraz mieszkam w innej dzielnicy, daleko od skrzynki. Dopiero 
wczoraj wieczorem się dowiedziałem, że pan mnie wzywa. 

― 

W porządku. Jeszcze nie za późno. Proszę usiąść.

Tomasz zawsze był spokojny. Miał twarz jak w kamieniu wykutą. Nie można 

było wyczytać z niej żadnego wrażenia. Ale dzisiaj Józefowi się wydało, że 
jego szef jest zakłopotany. Na szerokim czole głębiej zarysowały się 

zmarszczki. W oczach czaiła się rozterka. Myśli gdzieś błądziły.
― 

Zimno? ― spytał Tomasz.

― 

Tak. Powietrze wilgotne.

― 

Będzie wczesna wiosna. Niemcy potoną w roztopach na 

wschodzie. Skapitulowali pod Stalingradem. Wycofali się z Kurska, Rostowa,
Krasnodaru, Woroszyłowa. O tym pan chyba wie. A „Biuletyn" pan otrzyma 

za parę dni.
Wyjął z prawej dolnej szafki u biurka niepełną flaszkę wódki i małą 

szklaneczkę.
― 

Niech się pan rozgrzeje ― powiedział, nalewając szklaneczkę 

prawie do pełna.
„Kiepsko!" ― pomyślał Józef, przypominając sobie poprzedni poczęstunek 

po niepotrzebnym śledzeniu Gensa, na które stracił kilka dni. ― „Pewnie i 
teraz jest jakaś bzdura".

― 

Proszę pić ― zachęcał go Tomasz. ― Pan wie, że ja nie piję. 

Alkohol źle na mnie wpływa. Wywołuje przygnębienie ― zaczął bębnić 

palcami w biurko. Patrzył w okno i zagryzał dolną wargę. ― A czy palenie 
panu pomaga? ― spytał.

― 

Nie rozumiem. W jakim sensie pomaga?

background image

― 

No... łagodzi smutek, troski...

― 

Tak. Przed wojną porzuciłem palenie; Oszczędzałem zdrowie. 

Potem, gdy wybuchła wojna, znów zacząłem. O zdrowie nie dbam, bo 
wiem, że długo nie pożyję. A palenie dla mnie teraz jest niezbędne. 

Przytłumia ostre reakcje psychiczne na różne zmartwienia.
― 

Tak... Działanie nikotyny jest znane. Ale jest jeszcze jedna 

kwestia. Proces ssania papierosa czy fajki zastępuje dorosłym to, co ma 
niespokojne dziecko jako ucieczkę: pierś matki Znałem pannę, która w 

pewnych chwilach zaczynała ssać zgiętą kostkę wskazującego palca.
― 

A ja znam teraz niemłodą dziewczynę, inteligentną, 

wykształconą (miał na myśli Helenę), która często ssie koniec dużego palca 
prawej albo lewej dłoni i zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy..

― 

Ja nie paliłem wiele lat. Porzuciłem palenie stanowczo, na 

zawszę. No a teraz... skapitulowałem. Wróciłem do nałogu. Palę mało, ale 

chyba tego się nie zrzeknę ― wysunął górną szufladę biurka i wyjął z niej 
małą, drewnianą kasetkę. Otworzył ją i postawił przed Józefem. ― Proszę. 

Amerykańskie.
― 

O!... Nawet przed wojną rzadko gdzie je sprzedawano.

― 

Jest to pomoc wojenna Ameryki dla Sowietów. Do ich żołnierzy

ona nie dociera, bo idzie do składów i na użytek czerwonej arystokracji. Ale 

ze składów przesącza się do Niemców, a stamtąd do nas.
― 

Znam już tę technikę. Wytłumaczył mi ją znajomy, który kupił 

amerykański ryż i konserwy.
― 

Ja nie spekuluję.

― 

Wiem.

background image

― 

Otrzymałem to w podarunku od jednego ze swych ludzi. On 

bierze udział w grubym szmuglu.

Zapalił papierosa i zapatrzył się w białosiną smugę dymu, która zmieniając 
kształty i odcienie wolno pełzła pod sufit. Józef dopił wódkę i też zapalił. 

Poczuł łagodne ciepło, ogarniające powoli ciało. Chciał ułatwić Tomaszowi 
przejście do przykrej, jak przypuszczał, rozmowy. Powiedział: ― Jest jakaś 

nieprzyjemna sprawa?
― Jest! ― Tomasz skinął głową i utkwił wzrok w twarzy Józefa. ― 

Właściwie jest ona nieprzyjemna dla mnie. Naruszyłem nieco podstawową 
zasadę naszej grupy: ścisłą konspirację, której od wszystkich wymagam. Ale 

i. ― zrobił dłuższą przerwę ― o istnieniu naszej grupy nikt prócz jej 
członków nadal nie wie. Druga rzecz: pozostawiam decyzję panu. Może ją 

pan swobodnie obrać i nie zaważy to wcale na moim stosunku do pana. A 
teraz opowiem, o co idzie... ― znów zrobił dłuższą przerwę, jakby się 

zastanawiał nad sposobem zreferowania Józefowi trudnej sprawy. Potem 
zaczął mówić spokojnie, monotonnie, głosem jakby zmęczonym: ― Jak 

pana dawniej poinformowałem, grupa nasza jest zupełnie niezależna. O jej 
organizacji, celach, członkach nikt nic nie wie. Ale mam powiązania z 

Komendą AK.A propos, czy pan się orientuje w prący AK? Przede wszystkim 
w ich prący konspiracyjnej?

― Tak. Znam nawet dwie ich placówki. Trochę im pomagam bez żadnych 
zobowiązań.― Otóż i ja pomagam. Ale nie trochę, lecz dużo. Natomiast 

mnie bywa potrzebna ich pomoc, szczególnie w sprawach legalizacji. Ale 
zaznaczam, że mój stosunek z AK jest oparty na zasadach towarzyskich i jest

tajny. Na podstawie materiałów, które im dostarczałem, sądzono, że kieruję

background image

tajną grupką wywiadowczą. A ponieważ z zapałem godnym misjonarzy 
zabrali się do scalania wszelkich grup podziemnych, zaproponowano mi to 

również. Oświadczyłem, że mam do scalenia tylko jedną osobę: siebie 
samego. Zgodzę się uczynić to pod warunkiem, że obejmę dowództwo nad 

całą Organizacją. Potraktowano to jako mój dowcip. A teraz przechodzę do 
właściwej sprawy. A może jeszcze wódki?

― 

Nie, dziękuję.

― 

A papierosa?

― 

Chętnie.

― 

Zabieram się do rzeczy. Przy AK jest sąd tajny, który wydał już 

kilkanaście wyroków śmierci, przeważnie na naszych zdrajców i szczególnie 
okrutnych gestapowców. Latem zeszłego roku zaczęto tworzyć .egzekutywę

dla wykonywania wyroków. Sformowano ją. Niestety egzekutywa 
dotychczas nie wykazała żadnej działalności. Kierownik jej przesyła 

Komendzie raporty, które brzmią niepoważnie, a czasem w ogóle nie mają 
sensu. Słowem, sprawą ta od wielu miesięcy nie ruszyła z miejsca i wygląda 

beznadziejnie.
― 

Mogą rozpędzić tę egzekutywę i sformować nową.

― 

Tak. Ale zabierze to dużo czasu, a wynik może być podobny. 

Wiem, że nawet pańska komórka „Osy" potrafi wykonać trudne zadania. 

Załatwił pan doskonale sprawę Raszkisa. Opracował pan całkiem dobrze 
plan zamachu na GenSa. A przecież pan jest właściwie sam. Wziął pan do 

pomocy ochotnika.
― 

Czy idzie o to, bym zorganizował dla nich wykonanie kilku 

wyroków śmierci?

background image

― 

O tym nie było mowy. Gdy tę sprawę rozważałem z pewnym 

panem, grubą rybą z Organizacji, nieoględnie posiedziałem, że znam 

człowieka doświadczonego, który umie sprytnie przeprowadzać podobne 
akcje. Mój rozmówca, nazwijmy go pan M, bardzo tym się zainteresował. 

Poprosił mnie o skontaktowanie go z takim specem. Jeśli więc pan się nie 
sprzeciwi, zrobię to. Może pan z nim pomówi i jeśli sprawa nie będzie panu 

się podobała, odmówi swego w niej udziału. Powie pan, że nie ma czasu, 
albo musi gdzieś wyjechać.

― 

Czy on wie cokolwiek o mnie?

― 

Nic. Natomiast mnie dobrze zna i wyczul z moich słów, że pan 

jest Właśnie takim człowiekiem, który potrafi pobudzić do czynu ich 
egzekutywę.

― 

Nie wiem, czy potrafię. A czy pan chce, żeby egzekutywa 

zaczęła działać?

― 

Tak. Chodzi o to, że wykonanie kilku wyroków śmierci 

napędziłoby strachu zdrajcom i donosicielom. Po prostu społeczeństwo 

pokazałoby zęby i ostrzegło, że potrafi karać za wysługiwanie się 
okupantom.

Józef się zastanawiał nad tą sprawą. Wydawała mu się zbyt trudna. W 
wyobraźni jego już się gromadziły przeszkody. Ostatnia jesień i obecna zima

były dla niego bardzo trudne. Gdy mieszkał z Lubą, a potem żył sam u panny
Jadwigi, łatwiej sobie radził. Gdy przyszła do niego Helena, znalazł się w 

biedzie. W Akademii pracował po trzy godziny dziennie ― do południa. 
Tego, co zarabiał, nie wystarczało na najskromniejsze utrzymanie, bo ceny 

ciągle szły w górę, a zalanie kresów ostmarkami okupacyjnymiwytworzyło 

background image

chaos na rynku. Poza tym Helena zaszła w ciążę. Nie spodziewała się tego, 
bo była pewna, że po sztucznym poronieniu i operacji jest niezdolna do 

macierzyństwa.
Tomasz również milczał. Po jakimś czasie Józef powiedział: ― Chce więc 

pan pożyczyć mnie Komendzie AK. ― Bynajmniej nie chcę.. Szczerze 
zapoznałem pana z tą sprawą.

Może pan swobodnie zadecydować o jej dalszym ciągu.
Zgadzam się na odbycie narady z tamtym fiszem z AK.

― 

Dobrze. Otóż jest on szefem sztabu Komendy Okręgu 

Wileńskiego Armii Krajowej. Jego pseudo Grzmot.

― 

Bardzo groźne. Powinien razić zdrajców piorunami. Kiedy i 

gdzie spotkanie?

― 

Jutro. Dzisiaj go uprzedzę. Czy trzecia po południu będzie dla 

pana wygodna?

― 

Może być trzecia.

 ― Więc jutro o trzeciej. Proszę iść ulicą Zygmuntowską od strony 

Arsenalskiej w kierunku Zielonego Mostu.
― 

Jak go poznam?

― 

Tęgi, niedźwiedziowaty, lat około pięćdziesięciu pięciu. Z 

prawej kieszeni jego palta będzie wystawał brzeg miejscowej gadzinówki. 

Spyta go pan: „Która godzina?". Odpowie: „Trzecia minut siedem". Potem 
doda: „Czy pan nie ma zegarka?". Pan mu powie: „Stalin zabrał".

― 

W porządku. Będę pamiętał. Chciałbym, żeby pańska 

„pożyczka" przyniosła panu zysk. Zazwyczaj pożyczki sprawiają przykrości.

― 

Mam nadzieję, że wszyscy będziemy zadowoleni. A jak panu się

background image

powodzi?
― 

Różnie. Bywa gorzej, bywa lepiej.

― 

Jak obecnie?

― 

Bardzo marnie.

― 

Dam panu trochę pieniędzy.

― 

Nie. Wiem, że i panu trudno.

― 

Czekaj pan, jest inna kombinacja. Zaraz panu coś pokażę. ― 

Wyszedł drzwiami prowadzącymi do łazienki. Wrócił niebawem i położył na 

biurku litewski formularz. ― Jest to ― powiedział ― „order" na gotowe 
ubranie, palto albo na kupon materiału. Mam kilka takich blankietów, ale 

dwa chcę zachować w swym archiwum jako dokumenty. Ten panu dam. Na 
podstawie tego „orderu" może pan kupić cokolwiek wartościowego w 

sklepie gotowych ubrań przy ulicy Wielkiej albo w sklepie materiałów 
tekstylnych przy Niemieckiej . Zarobi pan na tym chyba kilkadziesiąt razy 

więcej w stosunku do ceny urzędowej.
― 

Jak to wypełnić? ― Zaraz to zrobimy. A na wypadek, jeśli w 

sklepie zażądają zaświadczenia pracy, dam panu jeszcze jeden blankiet. 
Zrobimy pana listonoszem.

W ciągu kwadransa Tomasz sporządził zaświadczenie pracy i wypełnił 
„order", Na dokumentach były już pieczęcie i podpisy.

― 

Radzę panu załatwić tę sprawę prędko ― rzekł Tomasz ― bo 

przypuszczam, że to wkrótce się wsypie. Blankiety, pieczęcie i podpisy są 

fałszywe. I proszę mnie zawiadomić o wyniku rozmowy z Grzmotem.
― 

Dobrze. Bardzo dziękuję. Pożegnał Tomasza i poszedł na 

Antokol. Gdy wstąpił do swego mieszkanka, Helena leżała na łóżku okryta 

background image

swoją watowaną kurtką i jesionką Józefa. Wyglądała marnie. Twarz jej miała
odcień wosku, pod oczami legły cienie.

― Jak się czujesz, Pudlu? ― spytał wesoło. ― Dzisiaj świetnie wyglądasz! ―
dodał, chcąc pokrzepić ją na duchu.

― 

Zdaje mi się, że pies wkrótce opuści swego pana ― powiedziała

smutnie. ― Nie ma ze mnie żadnej pociechy.

Chciała wstać, ale Józef kazał jej leżeć. Poszedł do kuchenki i zagrzał 
wczorajszą zupę kartoflaną. Od dwóch tygodni zupy stanowiły ich główne 

pożywienie.
„Trzeba coś zrobić ― myślał zatroskany. ― Ona musi lepiej się odżywiać. 

Ciąża ją wyczerpuje".
Poszedł do składziku i przyniósł drewna. Zapalił pod płytą i zostawił drzwi 

otwarte, aby ogrzać trochę pokój. Potem zaniósł Helenie miskę gorącej 
zupy i pajdę chleba.

― 

Zjedz to! ― powiedział.

Muszę?

― Tak. Jest to rozkaz.
Zabrała się do jedzenia. Józef jadł przy stoliku w kuchni. Postanowił, że 

dzisiaj spróbuje kupić cokolwiek na „order". Obliczył pieniądze, które miał. 
Przypuszczał, że wystarczy ich na kupno, według cen urzędowych, nawet 

najdroższej rzeczy.
Po obiedzie wdział starą jesionkę. Helenę okrył swoim futrzanym paltem.

― 

Znowu Wychodzisz? ― spytała.

Tak. Chcę załatwić pilną sprawę. Powiedz: na co masz apetyt?

 ― Nie wiem. Może na śledzia. A kiedy wrócisz?― Chyba wieczorem.

background image

― 

Nie narażaj się... bo jak pan nie wróci, pies umrze... Zamknę 

się, przestanę jeść, usnę na zawsze... Wcale się tego nie boję... Po prostu mi

się wydaje, że odpłynę daleko... w ciszę...
― 

Czy tak źle się czujesz? Może zawołać lekarza?

― 

Nie. Mam zawroty głowy i zimno mi.

―To osłabienie. A tutaj rzeczywiście zimno. Ja również marznę. Zostawię 

drzwi do kuchenki otwarte, będzie trochę cieplej. Ale muszę iść.
 ― Czy to coś niebezpiecznego?

― 

Co ci przychodzi do głowy?

― 

Ja tak wyczuwam... Boję się... O ciebie się boję...

― 

Nie ma nic niebezpiecznego. Wrócę wieczorem. Niepokój 

Heleny i jemu się udzielił. Postanowił wziąć z sobą

broń. Poszedł do składziku na drzewo, schował w skrytce swoje dokumenty,
wziął browning.

* * *
Przy ulicy Wielkiej Litwini urządzili duży skład męskich ubrań. Latem 1941 

roku złożono tam rzeczy, które pozostały po ucieczce bolszewików. Później 
dodali do nich dużo odzieży zabranej ze sklepów żydowskich. Ale 

sprzedawano wszystko, na podstawie „orderów", prawie wyłącznie 
Litwinom.

Józef wszedł na piętro i wstąpił do składnicy. W pierwszym małym pokoju 
siedział przy stole mężczyzna w średnim wieku, chudy o chorobliwym 

wyglądzie. Pisał coś w bloku pod kalkę. Józef pozdrowił go po litewsku. 
Mężczyzna nie przerywając pisania skinął mu głową. Zaraź dostał ataku 

kaszlu. Wyjął z kieszeni dużą chustkę do nosa i przyłożył ją do ust, jakby 

background image

chciał stłumić kaszel. Potem spojrzał na chustkę i spytał zmęczonym 
przerywanym głosem:

― 

O co chodzi?

Józef zamiast odpowiedzi położył przed nim na stole „order". Zaświadczenie

pracy trzymał w ręku. Litwin spojrzał na „order" i spytał:
― 

Co pan chce kupić?

― 

Dobre palto. Zaziębiłem się w tej jesionce.

― 

Pan Polak?

― 

Tak. Pracuję w litewskim urzędzie. Mam zaświadczenie.

― Piotr! ― zawołał Litwin w kierunku otwartych drzwi, za którymi było 

widać dużą salę wypełnioną stojakami z odzieżą.
― 

Zaraz! ― rozległa się odpowiedź z dala.

Wkrótce przyszedł niski, krępy mężczyzna w czarnym fartuchu.
― 

Ubranie? ― spytał siedzącego za stołem Litwina.

― 

Palto.

― 

Chodź pan! ― rzekł do Józefa mężczyzna w fartuchu. 

Wstąpili do dużej, wysokiej jasnej sali, której okna wychodziły
na szeroką w tym miejscu ulicę. Przeszli między stojakami ku lewej stronie 

sali. Tam magazynier zrobił dłonią niedbały gest dookoła.
― 

Niech pan sam wybiera. Zapłaci pan kierownikowi.

Zostawił Józefa i poszedł w kierunku półek między oknami. Józef zaczął 
oglądać palta. Niektóre miały ślady zgniecenia. Inne były zakurzone i 

poplamione. Dobre gatunki wisiały razem z marnymi. Po jakimś czasie 
znalazł zimowe palto z karakułowym kołnierzem. Karakuł był prawdziwy, 

sukno dobre. Pod mocną, śliską podszewką wymacał palcami grubą 

background image

warstwę watoliny. Zmierzył palto. Było dla niego trochę za długie i za 
obszerne. Ale takie najłatwiej było sprzedać. Wziął je i poszedł do kancelarii.

― 

Chcę kupić to palto, jeśli niezbyt drogie ― powiedział do 

Litwina.

― 

Drogie? Tutaj nie ma drogich. Poszukaj pan talonu! ―wskazał 

palcem na kieszeń palta.

Józef podał mu podłużną tekturkę, na której był napisany numer i kilka 
dużych liter. Urzędnik otworzył grubą księgę i znalazł w niej odpowiednią 

pozycję.
― 

Osiemdziesiąt pięć litów ― powiedział i zrobił w księdze znak 

czerwonym ołówkiem. Potem wrzucił talon do szuflady stołu i na odwrotnej
stronie „orderu" przyłożył pieczątkę. Napisał pod spodem datę i opatrzył 

pieczęć podpisem: jedną literą z zakrętasem.
Józef przez cały czas starał się nie zapominać imienia i nazwiska, 

umieszczonych przez Tomasza na „orderze". Ale nie trzeba było nic 
podpisywać. Dał urzędnikowi 85 litów, podziękował i odszedł. Palto, 

zwinięte podszewką do góry, niósł pod pachą. Zaraz udał się do Buby. Nie 
odpowiedziała na pukanie do drzwi z sionki. Otworzył je i wszedł do środka. 

Znalazł się w ciemności. Z następnego pokoju sączyła się przez szparę w 
drzwiach wąska smuga światła, dolatywały szmery i było słychać syczenie 

prymusa. Józef kaszlnął, żeby zwrócić uwagę na swoje wejście.
― 

Kto tam? ― spytała Buba ostrym głosem.

― 

Józef. ― Aha! A czemu pan zawsze przychodzi, kiedy jestem 

nieubrana?

Zawsze?! ― zdziwił się.

background image

― 

Nie pamięta pan, jak było wówczas, kiedy przyniósł pan ryby? 

Myłam się...

― 

Raz się zdarzyło.

Jest coś pilnego, bo zaraz muszę wyjść?

― 

Dla mnie bardzo pilne.

― 

To chodź pan tutaj! I proszę się nie rumienić. Zobaczy pan klasa

kobietę.
Wszedł do następnego pokoju, który był sypialnią i z którego jedne drzwi 

prowadziły do kuchni. Zobaczył Bubę, która przypinała pończochę do 
klamry u pasa. Miała na sobie luksusową bieliznę. Z ukosa patrzyła ku 

Józefowi i lekko się uśmiechała. Potem sprawdziła szwy u pończoch, 
wyprostowała się, rozstawiła ramiona i spytała:

― Jak się prezentuję?
― 

Pysznie!

― 

 Mogę się podobać?

― 

Jeszcze jak!

― 

A panu co się najwięcej podoba?

― 

Oczywiście nogi! ― powiedział, ale przypomniał sobie dawną 

„lekcję" Heleny i dodał: Oczy i włosy też pani ma piękne.
― 

Nie blaguj, nie blaguj! Mam czterdzieści lat i znam się na tym. 

― Włożyła ciemną suknię. ― Zapnij z tyłu! Idę na wieczór. Zebranie 
spekulantów. Taka międzynarodowa swołocz.

― 

Pani do swołoczy nie należy. Protestuję!

― 

Nie należę?

― 

Ma pani i serce, i sumienie. A spekulanci?... Cóż, bez nich 

background image

byłoby jeszcze gorzej.
― 

Dziękuję. Od razu wiedziałam, żeś dobry chłopak. Kiedyś 

opowiem o sobie więcej. Zrozumiesz, dlaczego spekuluję.
Zapiął ostatni zatrzask u góry sukni. Buba obróciła się ku niemu, objęła go 

ramieniem za szyję i. powiedziała:―

Przyciśnij mnie mocno! 

Mocniej! ― przywarła pocałunkiem do jego warg i wyprężona, z 

zamkniętymi oczami, zamarła bez ruchu. Potem się cofnęła. ― Dość!... Jaka 
sprawa?...

― 

Pani dziwna! Czy tego pani wystarczy?

― 

No, tak... Dzisiaj mam taki głupi nastrój, jakby wojny nie było i 

jakbym odmłodniała. Ale o co ci idzie?
― 

Mam palto, nowe, dobre. Chcę sprzedać.

Wzięła palto, które Józef, wszedłszy, położył na krześle. Pośpiesznie je 
obejrzała.

― 

Całkiem dobre. Na kiedy sprzedać?

― 

Jak najprędzej.

― Czy bardzo potrzebujesz pieniędzy?
― 

Tak. I w ogóle czegoś do jedzenia.

― 

Palto sprzedam za kilka dni, bo chcę wziąć dla ciebie dobrą 

cenę. Teraz dam ci tysiąc marek. A z jedzenia mam tylko wiejską kiełbasę, 

chleb, śledzie, cukier i szmalec. ― Proszę o kilka śledzi i jeśli można 
wszystkiego po trochu.

― 

Żal, żeś nie przyszedł wcześniej. Ale załatwię to. Tylko dlatego, 

żeś powiedział, że nogi ci się podobają. Bo reszta to lipa.

Wyszła do kuchni, a stamtąd do ukrytego w sionce, pod schodami, 

background image

składziku. Po drodze zgasiła prymus, który paliła, żeby ogrzać trochę 
sypialnię, gdzie przebierała się do wyjścia. Józef czekał na nią nieco 

zmieszany, ale podniecony erotycznie. Dotychczas nie mógł zrozumieć 
Buby. Przypuszczał, że jest kobietą inteligentną, ale narzuciła sobie brutalny

sposób zachowania się. Wiedział od Wincuka, że ona „nie zadaje się z 
mężczyznami". Dlatego był zdziwiony jej namiętnym pocałunkiem.

Buba wkrótce powróciła. Przyniosła wiklinowy koszyk, w którym leżały 
owinięte w papier paczuszki.

Masz i wynoś się! ― powiedziała. ― Jeśli chcesz, przyjdź jutro. Koszyk 
zwróć.

― Kiedy będzie sprzedane palto?
― Nie trzeba śpieszyć się. Chcę wziąć dla ciebie dobrą cenę. Aha! ― 

Zapomniałam dać ci pieniądze. Weź sam z górnej szuflady na prawo. Odlicz 
sobie tysiąc. ― Skinęła dłonią na komodę i wyszła do pierwszego pokoju.

Wyciągnął szufladę i zobaczył obok żelaznej kasety grube pliki
ostmarek. Odliczył starannie tysiąc i wsunął szufladę na miejsce. Wróciła 

Buba. Była już w palcie, na nogach miała wysokie kalosze.
― Wziąłeś pieniądze?

― 

Tak. A czy każdy ma wolny dostęp do twej kasy? ― spytał, 

zwracając się do niej również na „ty".

― 

Nie. Tylko kryminaliści. Porządnych ludzi nawet na próg tego 

pokoju nie puszczam. Okradną. Bierz kosz i chodź!

W sieniach zamknęła drzwi, znalazła w ciemności jego dłoń, ścisnęła ją 
mocno i spytała: Masz kochankę?

― 

Nie... Mam przyjaciółkę, z którą żyję jak z siostrą. Jest moim... 

background image

psem.
― 

Psem?!

― 

Tak. Trudno to tobie wytłumaczyć.

― 

No, dobrze. Wychodź pierwszy. Na ulicy się nie znamy.

Skierował się prędko do domu. Wiedział, że Helena jest zdenerwowana, i 
chciał ją jak najprędzej uspokoić. Chciał również dać jej coś pożywnego do 

zjedzenia. Powiedział Bubie, że nie ma kochanki, lecz przyjaciółkę. Była to 
prawie prawda, bo między nim i Heleną nie było nigdy żadnych czułości, 

pocałunków, pieszczot, cechujących współżycie kochanków. Nawet spali w 
osobnych łóżkach, chociaż razem byłoby im cieplej. Dawniej bardzo rzadko, 

gdy chciał się pozbyć nadmiaru energii płciowej, przychodził do niej i pytał: 
„Czy można?" Helena odpowiadała: „Jeśli jestem ci potrzebna, proszę".

Mimo chłodu seksualnego szanowali się wzajemnie i lubili jak dobrzy 
towarzysze. Józef się martwił, że nie można zapewnić Helenie 

wygodniejszej egzystencji. Kilka razy jej proponował, aby wróciła do 
rodziny. Ale ona mówiła stanowczo, iż woli nawet głód u niego niż dostatek 

w swym domu.
Wszedł na górkę po wydeptanej w śniegu śliskiej ścieżce, prowadzącej od 

furtki w kierunku domku. Okno w kuchni panny Jadwigi było oświetlone z 
wewnątrz. Wstąpił do wspólnej sionki i starannie zamknął drzwi. Gdy chciał 

wejść do swego mieszkania, panna Jadwiga zawołała go.
― 

Czy pan może wstąpić do mnie? ― spytała.―

Dobrze. Ale wpierw powiem Heli, że wróciłem. Ona się o mnie 

niepokoiła.

Wszedł do swego mieszkania. Wewnątrz było ciemno. Mógł odróżnić tylko 

background image

siwe prostokąty okien, bo na dworze leżał śnieg i tam było jaśniej.
― 

Czemu leżysz W ciemności? ― spytał.

― 

Lubię myśleć w ciszy. Bardzo interesujące zajęcie. Cieszę się, 

żeś wrócił. Merdam psychicznym ogonkiem.

― 

Przyniosłem smacznych rzeczy do jedzenia. Są i śledzie. Zaraz 

idę flirtować z panną Jadwigą. Może ty wstaniesz, zapalisz światło i 

obejrzysz produkty. Będzie dla ciebie rozrywka.
― 

Dobrze.

W kuchni panny Jadwigi paliła się karbidówka. W powietrzu było czuć jakby 
zapach czosnku.

:― Chciałam z panem pomówić ― rzekła Jadwiga. ― Idzie mi o to, że 
Helena źle wygląda.
― 

Jest w ciąży.

― 

Wiem. Ale bardzo zmizerniała. Dokucza jej chłód. Niestety 

wasze mieszkanko nie jest odpowiednie na zimę dla osób słabych albo 

chorych, bo ogrzewa je tylko trochę boczna ściana płyty.
― 

Cóż na to poradzę. Żałuję, że nie kupiłem na początku zimy 

żelaznego piecyka. Ale trudno było znaleźć. O rury też trudno. Myślałem, że 
jakoś przetrwamy zimę.

― 

Teraz jest najchłodniej. Chcę właśnie zaproponować panu, 

byście zamieszkali u mnie w małym pokoju. Tam jest bardzo ciepło, bo 

wychodzi do niego połowa pieca z mojej sypialni. Zaraz panu pokażę.
Z kuchni jedne drzwi prowadziły na lewo do stołowego pokoju, a stamtąd 

do sypialni. Natomiast drugie, małe drzwi łączyły kuchnię z pokojem 
narożnym. Z lewej strony, przy ścianie, stało wąskie, żelazne łóżko. Pod 

background image

oknem, na wprost, umieszczono malutki stół.
 ― Rzeczywiście tutaj bardzo ciepło ― powiedział Józef, gdy obejrzał pokój. 

― Helenie byłoby tu dobrze.
― 

I pan się zmieści tutaj. Proszę spojrzeć! ― pokazała mu oparte 

o ścianę przy drzwiach składane łóżko. ― Na dzień to się złoży, a na noc 
można wstawić między ścianą a tamtym łóżkiem.

― 

Dziękuję bardzo. Pomówię z Helą. Może ona będzie się lepiej 

czuła tutaj.

― Na pewno lepiej, bo tam przecież ciągle marznie. Ja się tym martwię.
Nazajutrz Józef i Helena przenieśli najpotrzebniejsze rzeczy ze swego 

mieszkanka do pokoiku obok kuchni.
Będzie ci tu dobrze ― powiedział.

― 

Akurat buda dla psa. Ale ciepło i przyjemnie. Zabawne okienka 

jak w chatce na kurzych łapkach.

― 

I poproszę, żebyś lepiej jadła. Kiedy mamy produkty, nie 

oszczędzaj, nie odmawiaj sobie. Jedz, gdy masz apetyt.

― 

Chcę jak najmniej ciebie obciążać. Jestem przecież zupełnie 

bezużyteczna.

― 

Nic podobnego! Gotujesz, sprzątasz, nawet pierzesz. Poza tym 

jest mi przyjemnie, że tobą się opiekuję. Marna to opieka, ale robię, co 

mogę.
― 

Ja nie narzekam.

― 

Wiem. Ale dbaj o siebie sama, bo gdy zachorujesz, będzie z 

nami marnie. Teraz mam trochę pieniędzy, a wkrótce otrzymam więcej. 

Dzisiaj ugotuj dobry obiad i zjedz. Dla mnie odstaw, bo wrócę późno.

background image

Dał Helenie 700 marek i poszedł do miasta.
O godzinie trzeciej udał się na umówione spotkanie z „asem" AK. Powoli 

szedł ulicą Zygmuntowską w kierunku Zielonego Mostu. Ale nie zobaczył 
żadnego mężczyzny z gazetą wystającą z kieszeni, W ogóle nie dostrzegł 

nikogo, kto by wyglądem nasunął Józefowi myśl, iż przyszedł na umówione 
spotkanie. Spojrzał na zegarek: minęła trzecia. Zatrzymał się u frontowego 

wejścia do kamienicy, w której dawniej było mieszkanie brata marszałka 
Piłsudskiego. Stamtąd obserwował Zielony Most. Ale dłuższe stanie w 

miejscu było „niekonspiracyjne". Poszedł więc na drugą stronę ulicy 
Wileńskiej i udał zainteresowanie wystawą małego sklepu komisowego. 

Potem znów się skierował ku Zygmuntowskiej. Gdy przechodził jezdnię, 
dostrzegł starszego, tęgiego mężczyznę. Z prawej kieszeni jego palta 

wystawał brzeg gazety. Miał na głowie starą cyklistówkę. Nogawki u jego 
spodni były wystrzępione. Wyglądał niepozornie,szaro i nie wyróżniał się 

wśród otoczenia. Był typem drobnego rzemieślnika albo sklepikarza. Idąc 
ulicą nie oglądał się i na nic nie zwracał uwagi.

„Dobry gracz... jeśli to on!" ― pomyślał Józef i poszedł za „konspiratorem" 
prawą stroną ulicy. Z lewej chodnika nie było. Ciągnęła się tam długa 

bariera na drewnianych słupkach, odgradzająca jezdnię od pochyłego stoku 
w stronę rzeki.

Józef poszedł prędko, wyminął „konspiratora", a potem zawrócił i wolno 
skierował się mu naprzeciw. Gdy się zbliżyli, powiedział:

― 

Przepraszam pana, która godzina?

― Trzecia minut siedem. Czy pan nie ma zegarka?

― 

Stalin zabrał.

background image

― 

Trochę się spóźniłem, ale ślisko. Szedłem tu dłużej, niźli 

przypuszczałem. Czy pójdziemy gdzieś do pana?

― 

Do mnie stąd daleko. Wolę pomówić gdzie indziej.

― 

Kto pana przysłał?

― 

Tomasz.

― 

W porządku. Pójdzie pan za mną, z dala, w kierunku 

Kalwaryjskiej. Gdy wejdę do bramy na początku ulicy, zaczekam na pana.
― 

Dobrze.

Grzmot poczłapał z powrotem ulicą Zygmuntowską. Józef przeszedł jezdnię,
oparł się dłońmi o barierę i patrzył na okrytą lodem i śniegiem rzekę. Potem

skierował się z dala za Grzmotem, który wkrótce wstąpił na prawy chodnik 
Zielonego Mostu. Józef się trzymał lewej strony, bo mógł stamtąd 

wygodniej obserwować Grzmota. A tamten szedł wolno, ociężale i jakby się 
wcale nie interesował otoczeniem. Ale w pewnym miejscu się zatrzymał 

przed wystawą nędznego sklepu. Potem poszedł z powrotem.
„Manewruje, żeby zobaczyć ulicę za sobą" ― pomyślał Józef. 

Grzmot wszedł do otwartej furtki w dużej bramie kamienicy. Józef 
przemierzył jezdnię i również wstąpił do bramy. Zaraz zobaczył Grzmota, 

który pochylony poprawiał sznurówkę trzewika. Wyprostował się i 
powiedział:

― 

Teraz pójdziemy razem.

Z mrocznej, długiej bramy weszli na obszerny dziedziniec zaniedbanej 

kamienicy. Z prawa i z lewa były przybudówki. Grzmot
skierował się na prawo i otworzył drzwi do cuchnącego karbolem ustępu. 

Wstąpił do środka i zajrzał do kilku otwartych przedziałów. Przekonał się, że

background image

wewnątrz nie ma nikogo.
― 

Tutaj każdy może wejść powiedział ― i mieszkańcy domu, i z 

ulicy. ― Uchylił trochę drzwi. ― Widzi pan ten oszklony ganek? Tędy jest 
wejście do mego lokalu kontaktowego. Z prawej strony są dwa okna. Na 

ostatnim wisi firanka. Jeśli jest ona zaciągnięta, droga wolna. Jeśli chociaż 
trochę uchylona, wejść nie można.

„Tak jak u Tomasza" ― pomyślał Józef.
― Chodźmy! ― rzekł Grzmot.

Wstąpili do oszklonego ganku. Drzwi od podwórza były lekko uchylone, a 
następne, prowadzące do mieszkania, zamknięte. Grzmot pochylił się i wziął

stojące w kącie, pod ławką, dwie doniczki do kwiatów, włożone jedna w 
drugą. Wyjął górną i wziął z dolnej klucz do drzwi.

― 

Umówione miejsce ― powiedział. ― Andrzeja nie ma w domu.

Postawił doniczki na ławce i odemknął drzwi.

„Jest to dość sprytne i proste! ― pomyślał Józef. ― Doniczki na ławce: znak,
że ktoś jest w domu; pod ławką: mieszkanie puste".

Wstąpili do ciasnego mieszkanka, przepełnionego meblami. Od strony 
podwórza były dwa małe pokoje. Na lewo, za dużym, do połowy oszklonym 

przepierzeniem, znajdowała się kuchenka.
― 

Jesteśmy na miejscu ― rzekł Grzmot, wprowadzając Józefa do 

ostatniego pokoju. ― Proszę siadać! ― Wskazał dłonią na krzesło z prawej 
strony i usiadł na drugim krześle.

Przez pewien czas trwali w milczeniu, naprzeciw siebie, przedzieleni wąskim
blatem stołu. Obaj byli zmęczeni i wypoczywali w ciszy ustronnego 

mieszkanka. ― Czy wolno palić? ― spytał Józef.

background image

― Oczywiście. Ale ja nie palę.
Józef wyjął z kieszeni blaszane pudełko, w którym miał tytoń i bibułkę. 

Skręcił papierosa i zapalił.
― Pan wie, w jakim celu spotkaliśmy się ― powiedział Grzmot.

 ― Tak. Tomasz wyjaśnił mi to pokrótce. ― Polegając na jego opinii, a raczej
radzie, chciałbym z panem

pomówić. Ale poproszę, aby wszystko, co się łączy z dzisiejszym naszym 
spotkaniem, rozmową i tym mieszkaniem, pozostało w tajemnicy.

― 

Tak... Z jednym wyjątkiem...

― 

Jakim?

― 

Tomaszem.

― 

No, tak... Czy pan należy do jego ugrupowania?

― 

Nic nie wiem o żadnym jego ugrupowaniu. Jestem jego 

znajomym.

― Przepraszam, że poruszam pańskie sprawy osobiste. Po prostu chcę się 
zorientować trochę, z kim mam do czynienia.

― 

Z dawnym, jakby to określić, no, konspiratorem... 

Konspiratorem zawodowym, który załatwiał sprawy tajne i ryzykował przez 

wiele lat.
― 

Służył pan w „dwójce"?

― 

Przypuśćmy, że tak. Ale pracowałem i w innych konspiracjach, 

o wiele trudniejszych.

― 

A może pan wstąpi do naszej konspiracji?

 ― Nie. Pracować ochotniczo, jeśli będzie odpowiednia dla mnie robota, 

zgodzę się. Ale nie chcę należeć do AK.

background image

― 

Można wiedzieć dlaczego?

― 

Tak. Trzeba przecież złożyć przysięgę.

― 

Oczywiście.

Następnie trzeba wykonywać rozkazy przełożonych, o których 

czasem nie będę nic wiedział.
― 

Na pewno odpowiedni ludzie.

― Nie mogę temu zaprzeczyć. Ale moje doświadczenie wykazało mi wiele 
razy, że ludzie odpowiedni w wojsku albo w urzędach popełniali duże błędy 

w pracy innej, im nie znanej.
To się zdarza. Ale mi się zdaje, że pan nie ma zaufania do naszej Organizacji.

― 

Powiem panu szczerze: zaufanie, opieram na doświadczeniu. 

Wolę nie wiązać siebie przysięgą, która brzmi uroczyście i zazwyczaj 

imponuje laikom, lecz pozostać wolnym człowiekiem, Wolnym w niewoli, 
nie zaś podwójnym niewolnikiem.

― A czy pan sympatyzuje z naszą Organizacją?― Tak. Uważam, że każdy 
Polak powinien, jeśli może, popierać każdą uczciwą organizację polską, 

dążącą mądrze i szczerze do odzyskania wolności państwa. A wasza 
Organizacja jest, właściwie, podziemnym wojskiem polskim.

― 

Tak. Ale zastanów się pan: jak mogę mówić szczerze o 

sprawach poufnych z człowiekiem, którego nie znam.

― 

Jeśli złożę przysięgę, będę tym samym człowiekiem. A czy pan 

Tomasz należy do AK, czy złożył przysięgę?

― 

Nie.

― 

A jednak pan mu ufa.

― 

Znam go od dawna, sprzed wojny.

background image

― 

Więc o co chodzi? On mnie polecił panu. Jeśli zaś pan ma jakieś

zastrzeżenia to ― Józef rozłożył dłonie ― nie warto dalej mówić. Zresztą 

powiem panu szczerze, że bardzo niechętnie się zgodziłem na to spotkanie. 
I to dlatego tylko, że pan Tomasz, którego wysoko cenię, chce wam 

dopomóc.
― 

Czy pan wie, o co mi idzie?

― 

Trochę wiem. Macie egzekutywę, której zadaniem jest 

wykonywanie wyroków śmierci, wydawanych przez sąd specjalny. 

Egzekutywa ta nie spełnia swych zadań.
― 

Ośmiesza nas! ― powiedział Grzmot z oburzeniem. ― Od 

wielu miesięcy nie wykonano ani jednego wyroku śmierci.
― 

Czy nie możecie zorganizować innej, sprawniejszej?

― 

Zbyt dużo wysiłku nas kosztowało zorganizowanie obecnej.

― 

A jakie są powody bezczynności egzekutywy?

― 

Właśnie chcemy to zbadać. Powinien zrobić to człowiek, który 

się zna na rzeczy. Czy pan uważa, że sprzątnięcie szkodliwego człowieka, 

tutaj w mieście, jest tak trudne, że grupka ludzi nie może dokonać tego 
przez wiele miesięcy? Wydano przecież kilkanaście wyroków, a nie 

wykonano żadnego!
― 

Uważam, że każdego można sprzątnąć w krótkim czasie. 

Można dokonać tego nawet bez ryzyka alb z minimalnym ryzykiem. Jest to 
kwestia wyzyskania miejsca albo znalezienia odpowiedniej sytuacji. Bardzo 

ważne jest zaskoczenie. A czy panu idzie o wykonanie jednego wyroku?
― 

W zasadzie idzie nam o to, żeby egzekutywa zaczęła działać i 

była skuteczna. Piętnujemy zdrajców w „Niepodległości", wydajemy na nich

background image

wyroki. Wiadomości o tym przesączają się na zewnątrz. Podrywa to prestiż 
Organizacji. Kompromituje ją. Ukazuje, że jest bezsilna w walce ze 

zdrajcami. Wytworzyła się taka sytuacja, że jest to konieczne nawet dla 
honoru Organizacji! W Warszawie już są wykonywane wyroki śmierci.

― 

Spróbuję wam dopomóc. W jaki sposób mogę się zabrać do 

zbadania działalności egzekutywy?

― 

Jutro, o tejże godzinie, pan się spotka, również na 

Zygmuntowskiej, z łącznikiem Komendy, który utrzymuje kontakt z 

egzekutywą. Sposób rozpoznania go będzie taki sam jak dzisiaj ze mną. Jest 
on ideowym człowiekiem, spadochroniarzem z Anglii.

 ― Wilnianin?
― 

Nie. Pochodzi ze Śląska i mówi dobrze po niemiecku. Pseudo 

jego: Bronka. A propos, niech pan obierze sobie pseudo. Jest to ważne.
― 

Kondor.

― 

Dobrze. Będę pamiętał. Niech pan nawiąże z nim kontakt, a on 

wprowadzi pana do egzekutywy.

― 

W jakim charakterze?

― 

Na przykład inspektora, który działa z polecenia Komendy. Ile 

czasu, uważa pan, trzeba, aby ze sprawą dobrze się zapoznać? ― Zależy to 
od warunków, w jakich będę przeprowadzał badania. Jeśli będą dobre, 

wystarczy mi kilka dni. A czy egzekutywa jest duża?
― 

Ma dwie sekcje: wywiadowczą i wykonawczą. Nie wiem 

dokładnie, z ilu się składa ludzi. Przypuszczam, że około piętnastu. ― Oho[
― 

Co?

― 

Zbyt dużo... Oczywiście zbyt dużo dla wykonywania wyroków 

background image

na pojedynczych osobach.
― 

Pan się w tym zorientuje. I chcę umówić z panem następne 

spotkanie za tydzień". Może pan będzie mógł mi tę sprawę wyjaśnić.
― 

Gdzie spotkanie?

― 

Tutaj. Pamięta pan: firanka to sygnał ostrzegawczy. ― Wskazał 

dłonią na okno. ― Jeśli zaciągnięta, wszystko w porządku. Wejdzie pan, jak 

weszliśmy dzisiaj. Jeśli ktokolwiek będzie wewnątrz, można zapukać klamką.
― 

Czy pan teraz gdzieś się śpieszy?

Grzmot spojrzał na zegarek. ― Chcę wyjść stąd za dziesięć minut. Następne 
spotkanie mam też na ulicy i trzeba się stawić punktualnie. A jak pan 

zalegalizowany?
― 

Dobrze.

Nie jest pan narażony?
― 

Nie więcej niż każdy inny Polak mający mieszkanie i 

dokumenty. ― T

O

 bardzo ważne. Pan Andrzej, właściciel tego mieszkania, 

jest wspaniale zalegalizowany. Pracuje w urzędzie litewskim. Pozna go pan 

w przyszłości. Bardzo miły człowiek.
― 

Zna litewski?

Po litewsku mówi i pisze swobodnie.
― 

Ja zaledwie mogę trochę się porozumieć.

― 

Ja również.

Niebawem opuścili mieszkanie. W bramie Grzmot powiedział:

― Niech pan wyjdzie pierwszy. Ja trochę zaczekam. Na ulicy się nie witamy i
w ogóle nie poznajemy się.

― 

Dobrze. Do widzenia!

background image

Nazajutrz Józef znów szedł ulicą Zygmuntowską w kierunku Zielonego 
Mostu. Tego dnia odwilż się zwiększyła. Chodniki były bardzo śliskie. W 

pobliżu Józefa wywróciła się starsza kobieta, którą miała na nogach kalosze.
Pomógł jej wstać. Kobieta otrzepywała się z mokrego śniegu i klęła:

― 

Ot, podli ludzie! Nie mogli piaskiem posypać albo popiołem! 

Toż zabić się można!

Obok nich przeszedł mężczyzna średniego wzrostu, w kurtce na kożuszku i 
w tyrolskim kapelusiku. Gdy trochę się oddalił, kobieta skinęła ręką w jego 

kierunku:
― 

Tamten szwab powinien wykopyrtnąć się i nogi połamać.

Ale Józef dostrzegł, że u szwaba z prawej kieszeni kurtki wystaje
brzeg gazety.

― 

Skąd pani wie, że szwab?

― 

Za wiorstę widać. Po pierogu każdy go pozna, że szwab. Nasi 

takich cudactw na głowie nie noszą. Jeszcze kacze piórko wsadził, żeby go 
inny szwab rozeznał! Niechby sobie w tyłek wsadził!

Lecz Józef nie słuchał dalszego potoku jej wymowy. Udał się za szwabem. 
Starał się zorientować, czy stercząca z jego kieszeni gazeta jest niemiecka, 

czy miejscowa, polska gadzinówka. Śledził mężczyznę w kapelusiku aż do 
rogu Arsenalskiej. Tam szwab zawrócił i znowu poszedł Zygmuntowską.

„Tak się zachowuje, jakby na kogoś czekał" ― pomyślał Józef., Spojrzał na 
zegarek: minęła trzecia. Poszedł wolniej naprzeciw szwabowi, a gdy się 

zbliżył, spytał:
― 

Która teraz godzina?

― Trzecia minut siedem. Czy pan nie ma zegarka?

background image

― 

Stalin zabrał. A czy pan czasem nie jest przebraną po męsku 

Bronką?

― 

A pan chyba Kondor, który zamiast fruwać drepcze na 

piechotkę. Kto pana tu przysłał?

― 

Grzmot,

― 

Zgadza się. Chodźmy więc razem. 

― 

Daleko?

― 

Kawał drogi. Zmęczony pan?

― 

Nie... Ale pan się ubrał! Tamta babina, która upadła...

― 

Zauważyłem. Pan jej pomógł wstać.

― Właśnie. Więc ona pana błogosławiła za ten kapelusik z piórkiem!
― 

Cóż ja na to poradzę? Taka moja rola, dokumenty...

― 

Mówi pan po niemiecku? ― Tak. Jak Ślązak.

Szli bocznymi ulicami, żeby w śródmieściu nie zwracać na siebie uwagi.

*

― 

Dokąd idziemy? ― spytał Józef.

― 

Do kierownika egzekutywy. Pseudo: Drobny.

― Co za typ?

― 

Trudno mi powiedzieć. Nie chcę pana zrażać. Wolę nie 

wywierać swego wpływu na pańską opinię o tamtych ludziach. On będzie na

nas czekał.―

Był pan łącznikiem między Komendą a 

egzekutywą?

― 

Łącznikiem... a raczej przełożonym Drobnego. Ale nie mogłem 

za dużo nimi się zajmować. Mam wiele innych Spraw.

― 

W jakim charakterze przedstawi mnie pan Drobnemu?

background image

― 

No, powiedzmy jako inspektora Komendy, który musi zbadać 

ich działalność.

― 

Raczej brak działalności.

― 

Słusznie. Ja może byłem dla nich za miękki. Ale uważam, że w 

pracy tego rodzaju obowiązuje dobra wola. Jeśli jej nie ma, staram się 
odsunąć od takich ludzi. Teraz chcę poruszyć z panem sprawę naszego 

kontaktu na przyszłość. Otóż kiedy będę panu potrzebny dla pilnego 
zakomunikowania czegoś Komendzie, to proszę się zgłosić do pani Anny na 

Małej Pohulance. U niej są komplety tajnego nauczania dzieci. Często tam 
nocuję i tam również jest moja „skrzynka pocztowa". Można mnie zastać 

tam albo późno wieczorem, albo wczesnym rankiem. Jeśli mnie nie będzie, 
proszę umówić spotkanie na następny dzień.

Objaśnił Józefowi, jak wejść do mieszkania pani Anny i jaka obowiązuje tam 
sygnalizacja ostrzegawcza. Tym razem była to doniczka kwiatów, stojąca na 

parapecie okna na pierwszym piętrze.
Doszli do końca ulicy Zakrętowej i zatrzymali się obok parterowego 

drewnianego domku.
― 

Jesteśmy na miejscu ― powiedział Bronka, otwierając furtkę 

prowadzącą na podwórze.
Z lewej strony było boczne wejście. Bronka zbliżył się do drzwi i targnął za 

wiszący u framugi drut. Wewnątrz rozległ się jazgot dzwonka. Wkrótce 
drzwi otwarto i na progu stanął wysoki, mocno zbudowany młodzieniec lat 

około dwudziestu pięciu.
― A, proszę, proszę! ― zawołał, wprowadzając Bronkę i Józefa do małego 

pokoju. ― Siadajcie, panowie, siadajcie! Jest chyba coś ważnego? .

background image

― 

Tak... Nowina dla pana ― odparł Bronka. ― Proszę się 

zapoznać. To kierownik egzekutywy, Drobny. A to Kondor, wydelegowany 

przez Komendę dla zbadania pracy egzekutywy.
― 

Cóż, u mnie badać? ― powiedział Drobny, szeroko rozkładając 

ramiona. ― Sprawy są jasne. Przesyłam raporty o wszystkim. Pan przecież 
najlepiej wie.

― 

Tak. Ale ja nie mam możności obszernie tym się zajmować. 

Komendzie zaś idzie o zapoznanie się ze sprawą szczegółowo. Właśnie pan 

Kondor to załatwi.
― 

Dobrze...

― 

Proszę wprowadzić pana Kondora we wszystko, co dotyczy 

egzekutywy i co go będzie interesowało.

― 

Wygląda to na brak zaufania do mnie! ― powiedział Drobny, 

przybierając obrażony wyraz twarzy. ― Taka kontrola!...

― 

Nie rozumiem, dlaczego pan się odnosi do tego niechętnie? 

―wtrącił Józef. ― Taka inspekcja może być pożyteczna i dla pana, i dla 

egzekutywy, i dla Komendy.
― 

Ależ bardzo proszę! ― rzekł Drobny. ― Wyjaśnię panu 

wszystko, co pana interesuje.
― 

Mnie to wcale nie interesuje ― rzekł Józef zimno, bo Drobny 

od razu wywarł na nim złe wrażenie. ― Muszę spełnić polecenie Komendy. 
Jeśli pan ma jakieś zastrzeżenia, proszę powiedzieć to zaraz, w obecności 

pana Bronki. Wówczas zrzeknę się tej misji.
― 

Nie mam żadnych zastrzeżeń. W każdej chwili służę panu 

wszelkimi informacjami.

background image

― Doskonale! ― rzekł Bronka. ― Pożegnam was, bo śpieszę się.
Podał dłoń Józefowi, potem wyszedł z pokoju w towarzystwie Drobnego, 

który wyprowadził go przed drzwi frontowe. Gdy się znaleźli na ganku, 
spytał:

― 

Więc jak to jest? Mam nowego przełożonego?

― Proszę pana, naprawdę nie mam czasu. Mam umówione spotkanie 

daleko stąd i muszę zdążyć w porę. Przecież pan rozumie dobrze, o co idzie!
― 

Ale to wygląda na dochodzenie policyjne!

― 

Jest to próba góry wyjaśnienia działalności egzekutywy, bo ani 

pan, ani ja wyjaśnić tego nie możemy. Radzę panu załatwić to z Kondorem 

solidnie i szczerze.
― 

Ale co to za jeden?

― 

Doświadczony człowiek. Zna się na sprawach konspiracji, na 

akcjach bojowych i ma całkowite zaufanie góry.

― 

No, dobrze...

Bronka pośpiesznie odszedł. Drobny powrócił do pokoju, w którym czekał 

na niego Józef. Teraz Drobny się uśmiechał, zacierał dłonie, czym 
przypominał Józefowi Henryka, i starał się być bardzo słodkim.

― 

Panie Kondor! ― powiedział siadając. ― Zbrzydło mi to 

wszystko! Naprawdę. Tam przecież są poważni ludzie, a traktują .tę sprawę 

jak dzieci. Żądają ode mnie rzeczy niemożliwych do wykonania. Ostatnio, 
przed tygodniem, Bronka mi powiedział, że góra jest ze mnie bardzo 

niezadowolona. Że w Warszawie już wykonują wyroki śmierci, już działają, a
tutaj nic...

 ― Wiem, że w Warszawie już wykonano kilka wyroków śmierci.

background image

― 

Może być. Ale Wilno to nie Warszawa. Warszawa to morze, a 

Wilno kałuża. W Warszawie są sami Polacy i trochę szkopów, a u nas, ilu 

Polaków zostało?... Wszędzie pełno szpiclów, kapusiów, Litwinów, 
Niemców. Poruszyć się trudno!

― Dlaczego pan w takim razie nie zrezygnuje z prowadzenia egzekutywy?
― 

Bo tego ode mnie nie chcą. Chcą wyników. A jak je osiągnąć? 

Czym? Nie ma żadnych środków!
― 

Dobrze. Pogadamy o tym spokojnie. Chcę właśnie zrozumieć 

pańską sytuację i trudności, które pan ma. Po prostu chcę pomóc 
Komendzie i pomóc panu. Przede wszystkim: ile wyroków śmierci przesłano

panu do wykonania?
― 

Czternaście.

― 

Ile wykonano?

― 

Zrobiliśmy kilka prób, ale się nie udały. Wina góry. Przysłali 

pistolet, który nie strzela! To przecież skandal! Ludzie życie ryzykują, a oni z 
nas kpią!

― 

O tym pomówimy później. Czy pan ma formalne wyroki?

― 

Mam spis z pieczątką Komendy i mamy odpis dla swej 

wiadomości.
― 

Proszę pokazać.

― 

Muszę dostać ze skrytki.

― 

Dobrze. Zaczekam Drobny wyszedł z pokoju. Niezadługo 

powrócił i podał Józefowi dwa wykazy. Jeden był napisany na maszynie i 
miał na dole małą, czerwoną pieczątkę Komendy. Drugi był sporządzony 

piórem. Józef uważnie sprawdził oba spisy. Były identyczne. Drobny 

background image

powiedział:
― 

Niektórych skazańców nie ma w Wilnie. Drapnęli z 

bolszewikami latem 1941 roku.
― 

Tak. Wiem którzy. Czy pan może mi dać ten spis?

― 

Oczywiście. Zrobię inny odpis.

― 

Krzyżyki na marginesach, wskazują tych, którzy byli już 

rozpracowani?
― 

Nie. Tych, których Komenda chciała zlikwidować w pierwszej 

kolejce.
― 

Aha! Na razie zostawmy to. Zbadam spis później. Pan ma dwie 

sekcje.
― Tak. Wywiadowczą i wykonawczą.

― 

Ilu ludzi?

― 

Wykonawcza siedmiu, wywiadowcza pięciu. Wywiad prowadzi 

kolega Kret.
― 

A sekcję wykonawczą?

― Ja prowadzę. Ale sekcja wywiadowcza pracuje według moich wymagań. 
W ogóle trudno mi z ludźmi.

― Dlaczego?
― 

Są różne kłopoty. Uchylają się od spotkań. Czasem znikają bez 

uprzedzenia.
― 

A ilu jest w pańskiej sekcji takich, z którymi pan utrzymuje 

kontakt i na których może pan polegać?
Drobny przez jakiś czas się zastanawiał i nawet zaczął liczyć na palcach. 

Potem powiedział:

background image

― 

Pięciu.

― 

Czy może pan zorganizować wspólne zebranie łudzi z sekcji 

wykonawczej? Chciałbym ich zobaczyć.
― 

Można. Na kiedy pan chce?

― Wpierw chciałbym pomówić z kierownikiem sekcji wywiadowczej. 
Poznam, jakie on ma trudności z rozpracowaniem poszczególnych 

skazanych. Bo sekcja wywiadowcza jest przecież waszymi oczami.
― 

Widziałem go wczoraj wieczorem. On już wie, że się spodzie

wam wizyty kogoś z Komendy. Mogę dać panu jego adres i hasło. Uprzedzę 
go dzisiaj.

― 

Dobrze.

― 

Będzie czekał na pana jutro. Która godzina dla pana wygodna?

― 

Czwarta po południu.

― Powie mu pan, że przyjechał od ciotki z Wilejki. Zaraz narysuję plan jego 

mieszkania, bo tam trudno trafić.
Drobny zrobił na skrawku papieru szkic dziedzińca i wejścia do mieszkania 

Kreta. Potem spytał:
― 

A kiedy pan chce zobaczyć moich ludzi?

― 

Pojutrze. Trzeba załatwić wszystko jak najprędzej.

Będzie najlepiej, jeśli się spotkamy u mnie. Zapoznam pana tutaj z jednym z 

moich ludzi i pójdziemy do drugiego. A trzej inni będą na nas czekali w 
centrum miasta. Tam jest nasza główna melina.

― 

Spotkamy się więc pojutrze, o godzinie czwartej, u pana.

― 

Dobrze. Będę czekał.

Pożegnał Drobnego i poszedł prędko do domu.

background image

„Chytry i uparty" ― myślał po drodze.
* * *

Nazajutrz poszedł do Kreta. Gdy korzystając z planu Drobnego dotarł 
labiryntem ciasnych przejść i korytarzyków do małego pokoju z kuchenką 

kierownika sekcji wywiadowczej, pomyślał, że pseudo jego jest trafne.
Kret wywarł na nim dobre wrażenie. Był młodzieńcem skromnie ale 

schludnie ubranym. Mówił i zachowywał się spokojnie, uprzejmie.
― 

Ależ znalazł pan sobie norę! ― powiedział Józef z uznaniem.

― Czuję się tutaj dobrze rzekł Kret. ― W wypadku niebezpieczeństwa 
można nawet z tego okna wyleźć na dach przybudówki i zeskoczyć na 

dziedziniec kamienicy w sąsiednim zaułku.
― 

Ilu pan ma ludzi?

― 

Tylko dwie dziewczyny: Klara i Aktorka. Na papierze mam 

czterech. Jeszcze dwóch chłopców. Ale z nimi kontakt się urwał. Nie 

wykonywali zadań, bujali. Nie podobała im się ta robota.
― 

A jak dziewczyny?

―Jedna, Klara, bardzo dobra. Druga też... ale narwana... Taka... aktorka...
― Zawodowa?

― 

Nie. Zgrywa się. Bawi się w konspirację. Jest nerwowa i 

przemądrzała.

― 

Czy pan cokolwiek rozpracował dla Drobnego?

― 

Rozpracowałem kilku ludzi.

― 

Jak pan to robił?

― Śledziłem sam albo na zmianę z Klarą. Czasem dawałem robotę Aktorce. 

Ustalałem tryb życia, godziny wyjścia z domu i powrotu. Trasy. Gdzie 

background image

chodzą, z kim się spotykają.
― 

Kogo pan opracował dokładnie?

― 

Trzech. Redaktora „Gońca" Kancerewicza, agentkę gestapo, 

Dorotę Dyleżyńską, Krasnobrodzkiego, dawnego agenta NKWD, a potem 

gestapo. Ale ten nam gdzieś zaginął. Miałem na rozkazie jeszcze trzech: 
Jackiewicza, Klędzina i Kłobowskiego. Ale tych nie ma co śledzić. Jeden 

mieszka w lesie, w osobnej chacie, drugi na przedmieściu, trzeci tak samo. 
Można ich sprzątnąć w każdej chwili.

― 

Dlaczego ich nie zlikwidowano?

― 

Góra chciała, żeby z początku sprzątnąć Dorotę albo 

Kancerewicza, bo to figury!
― 

Powiedz mi pan szczerze, jaka jest przyczyna, że sekcja 

wykonawcza nic nie załatwiła?
Kret milczał. Zaczął trzeć czoło palcami lewej dłoni. Był widocznie 

zmieszany. Józef dostrzegł to i zmienił pytanie:
― 

Ile czasu trwa wasza, jak to określić, no, współpraca?

― 

Pół roku minęło.

― 

I nic?

― 

Nic.

― Dlaczego?

― 

Naprawdę nie wiem... I nie chcę w ich sprawy się wtrącać... 

Robiłem swoje, jak mogłem najlepiej. A oni?... Ja do ich paczki nie 

należę...Józef wyczuł, że Kret nie ma sympatii do Drobnego i jego „paczki", 
że wie o nich dużo, ale się obawia mówić o tym szczerze. Wtedy spytał:

― 

Jeśli trzeba będzie znów rozpracować kogoś, czy potrafi pan?

background image

― 

Bardzo chętnie... Jeśli będę wiedział, że jest to potrzebne. Bo... 

wie pan... jest to męczące i ryzykowne. Włóczyć się godzinami po ulicach, 

wystawać w bramach, w drzwiach, koło sklepów, w różnych zakamarkach. A
potem nie ma z tego pożytku. Chłopaki mnie porzucili. Powiedzieli, że nie 

chcą takiej głupiej zabawy. Aktorka się zbuntowała. Uważa, że są to kpiny. 
Klara zła. A co ja na to poradzę?

― 

Gdy będzie mi pan potrzebny, jak pana znaleźć?

― 

Każdego dnia z rana do dziewiątej. Jeśli nie będzie mnie w 

domu, proszę wsunąć kartkę pod drzwi i wyznaczyć spotkanie na wieczór 
albo na następny dzień.

― 

Dobrze.

― 

Chcę pana poprosić o pewną rzecz.

― 

Słucham.

― 

Proszę nie mówić Drobnemu i jego ludziom, że jestem z nich 

niezadowolony. Powiedziałem panu to szczerze, bo pan traktuje tę sprawę 
poważnie. Ale nie chcę mieć wrogów.

― 

Zgoda. Powiem Drobnemu, jeśli o pana spyta, że się zgadza 

pan pracować nadal. I więcej nic.

― 

I że o nich nie było mowy.

― 

Dobrze.

Pożegnał Kreta i wyszedł na miasto. Sprawa egzekutywy już mu się nie 
podobała. Wyczuł, że Drobny i jego ludzie nie traktują swej pracy ideowo, a 

może nawet ją lekceważą, albo i sabotują. Ale niemógł zrozumieć pobudek, 
dla których się zabrali do tej czynności, i powodów, dla których ją 

przedłużają.

background image

Nazajutrz poszedł do Drobnego. Zastał u niego młodzieńca lat około 
dwudziestu dwóch, wysokiego, niedbale .ubranego, ponurego. ― Mój 

adiutant, Kula ― przedstawił go Józefowi Drobny.
― 

Ma pan cały sztab! ― rzekł Józef. ― Czy chcecie teraz ze mną 

porozmawiać?
― 

Owszem, chętnie porozmawiamy ― powiedział Drobny. ― Ale 

może pójdziemy do jeszcze jednego członka mojej sekcji?
― 

A jak inni?

― 

Będą czekać na nas od piątej w mieszkaniu jednego z naszych 

kolegów.

― 

 U jego narzeczonej ― dodał Kula.

― 

Gdzie to jest?

― 

Niedaleko śródmieścia. Piękne mieszkanie. Nazywamy je 

Pałacem.

Wyszli Z domku Drobnego. Po kwadransie drogi wstąpili do dużej kamienicy
w pobliżu cerkwi św. Aleksandra. Józef i Kula zaczekali w korytarzu na 

parterze. Drobny poszedł, aby się dowiedzieć, czy droga wolna. Niebawem 
powrócił.

― 

Proszę. Wszystko w porządku.

Weszli do małego, prawie ciemnego przedpokoju, z którego duże drzwi 

prowadziły do sali o dwóch oknach. Przed jednym z nich stał długi stół, na 
którym było jakby małe laboratorium chemiczne: retorty, próbówki, 

kolorowe płyny we flaszkach, słoiki i bańki. W szafie, przy ścianach i na 
parapetach było sporo książek.

― 

To jest kolega R7, członek sekcji wykonawczej ― rzekł Drobny, 

background image

wskazując ruchem dłoni na młodego mężczyznę średniego wzrostu.
Józef uścisnął jego dłoń i spytał:

― 

Pan chemik?.

― 

Jestem tylko amatorem. Lubię tę dziedzinę wiedzy i sam trochę

eksperymentuję.
― 

To nasz uczony ― wtrącił Drobny. ― Spec od pirotechniki, 

znawca trucizn. Zrobił kilka ważnych wynalazków, ale na razie trzyma je w 
tajemnicy. Właśnie uplanowaliśmy sprzątnięcie Doroty za pomocą trucizny.

― 

W jaki sposób?

― 

Ona prawie, codziennie udaje się do kawiarenki „Liza" przy 

ulicy Wileńskiej. Tam też bywają niemieccy oficerowie i gestapowcy, bo to 
wesoły lokal. Są tam występy śpiewaczek, tańce, różne atrakcje. Otóż 

pracuje tam nasz chłopak. Jest kelnerem. Chcemy; aby on wsypał truciznę 
do kawy Doroty.

Czy góra się zgodziła na taki sposób zlikwidowania skazanej?
― 

A co tutaj ma do gadania góra? Chodzi o to, by ją 

zlikwidowano. A jak?... ― Drobny wzruszy! ramionami. ― Każdy sposób 
dobry.

― 

Brzmi to fantastycznie! ― rzeki Józef. ― Poza tym zgładzenie 

jej w ten sposób nie sprawi żadnego wrażenia. Nie wpłynie odstraszająco na

innych zdrajców.
― 

Kiedy inaczej nie ma jak jej zlikwidować.

― 

Sprytna zaraza i ma szczęście ― dodał Kula.

― 

Robiliście na nią zamachy? ― spytał Józef.

― 

Dwa razy ― odparł Drobny. ― Ostatni raz wieczorem na ulicy 

background image

Mickiewicza.
― 

Kiedy?

― 

Przed trzema miesiącami.

― 

I co?

― 

Wyśledziliśmy ją. Na robotę poszli Szary i Mag. Mieli browning, 

który przysłała góra. Gwarantowano, że wypróbowany. Dorota szła z 

koleżanką w kierunku placu Łukiskiego. Może na randkę, może do gestapo. 
Szary i Mag zbliżyli się do nich z tyłu. Było ciemno. Szary wystrzelił jej w 

głowę. Ale cóż? Browning nie działał. Niewypał! Rozumie pan? Taką broń 
nam dali! Jak można w takich warunkach pracować? Żądają wyników, a nie 

dają nic! Robią z nas kpiny!
― 

Meldowaliście o tym?

― 

Tak. Postawiliśmy nasze warunki. Dobra broń, to pierwszy. 

Pieniądze, żeby ludzie mogli poświęcić czas na robotę dla Organizacją, a ci, 

którzy są zdekonspirowani, żeby mieli z czego żyć. To drugi...
― 

I nie można dokonywać zamachów dorzucił Kula ― jeśli po 

robocie nie ma jak się wymknąć. Policji i agentów wszędzie pełno. Trzeba, 
aby wykombinowali dla nas auto, ostatecznie motocykl. Ale dobry. Niech im

pan powie: chcą wyników, niech dadzą środki do ich osiągania. Z pustego i 
Salomon nie naleje.

― 

Słusznie! ― poparł go R7 ― Ludzi mamy dobrych, ale nie ma 

żadnych środków do pracy.

― Czy teraz nie macie żadnej broni? ― spytał Józef.
― 

Przysłali nam parę sztuk, ale... ― urwał i spojrzał na 

Drobnego.―

Ale co?

background image

― 

Jedną pukawkę ma Szary, bo on zagrożony ― rzekł Drobny. ― 

A drugą chłopak wziął na wieś i tam się zawieruszył. Obiecał, że prędko 

wróci, ale nie ma go.
― 

Kto taki?

― 

Tolek. Fajny chłop, ale coś mu tam się przydarzyło.

― 

Więc macie tylko jeden pistolet?

― 

Mag ma jeszcze popsuty browning. Co to jest? Nic! Góra 

powinna dostarczyć nam wszystkiego, co jest potrzebne. Oni tam siedzą 

bezpiecznie, a my się narażamy. Dla siebie oni mają pieniądze. Warszawa 
im śle dolary. A dla nas nie ma. Jakaś głupia gaża miesięczna, której na kilka 

dni nie wystarcza. Nie możemy wykonywać zamachów kamieniami czy 
kijami!

― 

A w razie niepowodzenia ― wtrącił Kula ― nie ma czym się 

bronić.

― 

Ani jak uciec ― ciągnął Drobny. ― Niech im pan to wszystko 

zreferuje.

― 

Nie możemy wcale się porozumieć! ― rzekł Józef, nieco 

zirytowany, ale starając się mówić spokojnie. ― Wy przecież do przesyłania 

swych żądań macie łącznika, Bronkę.
― 

Tak. Mamy ― podjął Drobny. ― Mówiliśmy mu. Przesyłaliśmy 

raporty, ale nic z tego nie wychodzi! Pana przysłali, żeby pan zbadał, 
dlaczego egzekutywa nie działa skutecznie. Otóż ma pan powody. Ludzie 

dobrzy są, ale nie ma środków i to wszystko!
― 

Dla pana jest to jasne ― rzekł Józef. ― Ale dla mnie wcale nie 

jest jasne. Nie znam opinii wszystkich waszych ludzi. Nie wiem, jak 

background image

planowaliście zamachy, i nie jestem przekonany, że nie były możliwe do 
wykonania.

― 

My trzej ― powiedział Drobny, wskazując dłonią na kolegów ―

znamy tę sytuację dokładnie i zapewniamy pana, że bez odpowiednich 

środków nie możemy nic zrobić!
― 

Szkoda, że pan nie chce pozostawić mi swobody zrobienia 

wniosku! ― rzekł Józef ostro. ― Bo wmawiając we mnie swą opinię, 
uniemożliwiacie mi zorientowanie się w sprawie. To, co pan i pańscy 

koledzy mówicie, jest dla mnie za mało!
― 

Za mało?! ― wytchnął z oburzeniem Drobny.

― Oczywiście! Bo na podstawie waszych słów pozostawiacie mi taką opinię:
egzekutywa nie jest zdolna do wykonywania swych zadań.

― 

Niezdolna bez odpowiednich środków.

― 

O tym mi pan mówił. O tym pisał pan raporty. Jeśli więc i ja 

potwierdzę pańską opinię, obecna egzekutywa powinna być zlikwidowana. 
Ale przypuszczam, że tak nie jest. Trochę na tych sprawach się znam i chcę 

pomóc i Komendzie, i wam. Jeśli tę pomoc chcecie przyjąć i ułatwić mi 
wgląd w sprawę, będę zajmował się tym dalej i to tak, jak uważam za 

potrzebne. Przekonam się, czy możecie coś zrobić. Jeśli zaś chcecie uzyskać 
za moim pośrednictwem lepsze warunki materialne dla waszej pracy, to 

możemy skończyć nasz kontakt. Ode mnie to nie zależy i nie jest to moim 
zadaniem.

― 

Co chciałby pan jeszcze wiedzieć?

― 

Wszystko. Chcę poznać pańskich ludzi. Chcę mieć z nimi 

kontakty osobiste. Chcę się dowiedzieć, jak były planowane zamachy, kiedy,

background image

na kogo? Dla mnie jest ważny każdy szczegół.
― 

Ułatwimy panu to chętnie.

― 

Bardzo pięknie.

― 

Dziś jeszcze poznam pana z Szarym, Magiem i Rysiem. Turek i 

Toluś zniknęli gdzieś na wsi. Nie mogę z nimi się skontaktować.
― Róbmy teraz, co jest możliwe,― Może więc pójdziemy do Pałacu?

― 

Zgoda.

R7 pozostał w domu, a Józef, razem z Drobnym i Kulą, udał się w dalszą 

drogę. Po dziesięciu minutach wstąpili do Pałacu. Była to duża kamienica na
Wielkiej Pohulance. Weszli na pierwsze piętro Drobny zadzwonił w 

umówiony sposób. Drzwi otworzyła młoda, ładna dziewczyna. Zaprosiła ich 
do salonu. Był to obszerny pokój o wysokim suficie. Okna i drzwi osłaniały 

ciężkie story.
W salonie była jeszcze jedna dziewczyna oraz dwaj młodzi mężczyźni, 

którzy, wydało się Józefowi, nie pasowali ani do luksusowo umeblowanej 
sali, ani do towarzystwa ładnych dziewcząt.

Drobny, wymieniając pseudo Józefa, zapoznał go kolejno z obecnymi w 
salonie. Zacierał dłonie, żartował, starał się wytworzyć swobodny nastrój. 

Ale Józefowi się nie podobała obecność dziewcząt nie należących do 
egzekutywy. Zamierzał załatwić tutaj poważną sprawę, a zamiast tego 

znalazł się jakby na małej zabawie.
Kula zalecał się do dziewczyny, która wprowadziła ich do salonu. Wysilał się 

na dowcipy. Drobny wskazał Józefowi mężczyznę, który z ponurą miną 
rozmawiał z drugą dziewczyną.

― 

To Szary. Wspaniały chłop! Brał udział w zamachu na Dorotę. 

background image

Może pan sobie wyobrazić: w centrum miasta, wśród ludzi! I żeby nie 
marny pistolet, sprawa byłaby załatwiona. A tamten, przy oknie, to Ryś. 

Niczego sobie chłopak.
― 

Czy panienki też należą do egzekutywy? ― spytał Józef z 

widocznym przekąsem.
― 

Nie. Ale dają lokal kontaktowy. I w ogóle sympatyzują z naszą 

robotą. Są to baby wypróbowane, pewne.
― 

Jeszcze kogoś brakuje ― rzekł Józef.

― 

Maga. ― Drobny spojrzał na zegarek. ― Ten jest zawsze 

punktualny. Zamówiłem go na pół do szóstej. Za pięć minut powinien 

przyjść.
Kula i Ryś wyszli z salonu bocznymi drzwiami. Powrócili wkrótce i Józefowi 

się wydało, że są w innym nastroju. Głośno śmiali się i mówili. Kula 
przyciągnął do siebie poufale jedną z dziewczyn, ale ta go odepchnęła. 

Później zniknął z salonu Szary. Wrócił jeszcze bardziej ponury. Wówczas 
Drobny zwrócił się do Józefa:

― 

Może pan pozwoli ze mną na chwileczkę. Jest taka malutka, 

poufna sprawa.

Wyszli z salonu do kuchni. Józef zobaczył tam na stole jedną pustą flaszkę, a
drugą dopiero zaczętą. Na talerzu obok leżały partyki chleba i plasterki 

boczku.
― 

Poprawimy humor ― rzekł Drobny. ― Pogoda tak podła, że 

warto się rozgrzać.
Nalał wódki do dwóch dużych kieliszków.

― 

Nie lubię pić o tej porze ― powiedział Józef.

background image

― 

Ot, przy sposobności. Za powodzenie naszej pracy i na zgubę 

zdrajcom!

W przedpokoju rozległ się dzwonek: jeden raz krótko, jeden długo. „Litera 
A"― pomyślał Józef.

― 

Mag przyszedł ― rzekł Drobny.

― 

A ten co za chłop?

― Nie podoba mi się...
― 

Może niepewny?

― 

Markę ma dobrą. By? na robocie z Szarym. Ale jest skryty, 

nietowarzyski, zarozumiały.― przerwał i jednym haustem wypił swój 

kieliszek. Potem wziął z talerza skórkę chleba i powąchał.
„Pijak" ― pomyślał Józef.

― 

Niech pan kończy! ― zachęcał go Drobny. ― Zrobimy jeszcze 

po szkiełku... na drugą nogę.

― 

Nie, dziękuję. Niech pan sobie nalewa.

Powrócili do salonu. Przy ich wejściu z krzesła wstał młody człowiek i zbliżył 

się Drobnego.
Jest coś pilnego? ― spytał.

― 

Nie. Ale mam delegata z góry. Chce się zapoznać z moimi 

ludźmi.

Józef z zainteresowaniem przyglądał się z boku Magowi. Opinia Drobnego o 
nim, że jest „nietowarzyski, zarozumiały", podobała mu się. Wywnioskował 

z niej, że Mag nie należy do paczki.
„Z tym trzeba będzie pomówić na osobności" ― pomyślał.

Mag był wzrostu więcej niż średniego, dobrze zbudowany; poruszał się 

background image

lekko, Zgrabnie; miał ciemne włosy, śniadą cerę. Wyglądał na południowca.
Jednak do poufnej rozmowy z Magiem nie znalazł sposobności. Drobny i 

Kula przez cały czas tak manewrowali, aby słyszeć ich głosy. Józef więc nie 
poruszał tematów, które go interesowały.

Szary i Ryś flirtowali z dziewczynami. W pewnej chwili zbliżył się do nich 
Kula i zadeklamował:

Słynna poetka, panna Danusia, Usiadła przy Janku i husiasiusia!
Szary i Drobny zaczęli klaskać w dłonie. Kula, zachęcony powodzeniem, 

wykrzywił twarz, wytrzeszczył oczy i znowu zaczął deklamować:Jam jest 
czarny Murzyn, Siki!

Moja bardzo, bardzo dziki!
Moja kochać biała Mery!

Moja kochać na raz cztery!
Rozległy się oklaski i wybuchy śmiechu.

― 

Czy w tym jest coś dowcipnego? ― spytał Józefa Mag.

― 

Chyba taki jest ich styl zabawy.

― 

Małpie igraszki! Czy pan chce ze mną pomówić?

― 

Tak. Ale nie tutaj i nie dzisiaj. Pan rozumie?

― 

Dobrze rozumiem.

Zbliżył się do nich Drobny. Usiadł obok Maga.

― 

Cóżeś taki ponury? ― spytał go.

― 

Nie ma z czego się cieszyć... Jeśli Murzynów odgrywacie, 

powinniście sadzami się wysmarować. Ty byś wyglądał jak szaman.
Drobny puścił te słowa mimo uszu i zwrócił się do Józefa:

― 

Poznał pan jeszcze jednego członka egzekutywy. Wspaniały 

background image

chłopak! ― klepnął Maga po ramieniu.
― 

Owszem, ludzi pan ma dobrych ― rzekł Józef zimno.

― 

Sami bohaterzy! Dziewki głowy i majtki gubią z podziwu! 

―wtrącił Mag.

― 

Nie wiem, czy bohaterzy, ale każdy spełnia swój obowiązek! ― 

rzekł uroczyście Drobny.

Mag obrzucił go pogardliwym spojrzeniem, potem zwrócił się do Józefa:
― 

Czy jestem panu potrzebny?

― 

Właśnie... nie... Innym razem pomówimy więcej...

― 

W takim razie pożegnam was.

Wstał i krzesła i uścisnął dłoń Józefa. Potem kiwnął niedbale głową w stronę
Drobnego i, nie zwracając uwagi na resztę towarzystwa, wyszedł z salonu.

― 

Narwany szczeniak! ― rzekł Drobny.

― 

Wydał mi się dość sympatyczny ― powiedział Józef.

― 

Trzeba go lepiej poznać ― dodał Drobny. ― Tutaj robota

poważna, odpowiedzialna, a jemu fantazje roją się w głowie! A może 

zrobimy jeszcze po kielichu?
― Nie, dziękuję. Muszę załatwić dzisiaj ważną sprawę i chcę mieć głowę 

trzeźwą.
Pożegnał rozbawione towarzystwo i wyszedł na ulicę. Już wywnioskował, że

ani Drobny, ani jego towarzysze nie interesują się wcale pracą, której się 
podjęli, i że nie są do niej zdolni. Ważną sprawą, o której wspomniał 

Drobnemu, była zamierzona wizyta u Buby. Powinien był odwiedzić ją w 
środę, ale zabrakło mu na to czasu. Dopiero dzisiaj w sobotę, postanowił, że

koniecznie do niej pójdzie. Chodziło mu o pieniądze i chciał kupić cokolwiek 

background image

do jedzenia. Miał w głowie i inną myśl ― mniej praktyczną. Wyczuł, że się 
podoba Bubie i że zeszłym razem uczyniła wstęp do nawiązania z nim 

romansu: Miał na to wielką ochotę, bo z Heleną żył od dawna jak z kolegą i 
był wygłodzony erotycznie. Buba zaś, chociaż nieco starsza od niego, 

podziałała mu silnie na zmysły. ,,
― 

Nareszcie się zjawił pan hrabia! ― powiedziała, kiedy Józef 

wstąpił do jej mieszkania. ― Wielki to zaszczyt dla mojej skromnej persony!
― 

Nie mogłem wcześniej, księżno! Byłem wciąż bardzo zajęty!

― 

A... rozumiem.. Robota patriotyczna. Cóż, i to jest potrzebne...

„Psiakrew! Ma intuicję!" ― pomyślał.

― 

Żadna robota patriotyczna. Po prostu robota.

― Umówiliśmy się na środę.

― 

Nie.

― 

Tak.

― 

Pani powiedziała, pamiętam dokładnie: „Jeśli chcesz, przyjdź 

jutro". Nie jest to umówienie się. Dodała pani, żebym przyniósł koszyk.

― 

Oczywiście nie przyniosłeś.

― 

Nie mogłem przez cały dzień chodzić po mieście z koszykiem. 

Miałem kilka umówionych spotkań.
― 

Z nimfami.

― 

Z satyrami.

― 

I nic z tego nie wyszło. Widzę po kwaśnej minie.

― 

Nic.

― 

Nie martw się. Ostatnie spotkanie ci się powiedzie ― przez 

chwilę milczała i mrużąc oczy patrzyła mu w twarz. ― A wiesz.. ― 

background image

powiedziała cicho, jakby poufnie ―ja się martwiłam. Bałam się, że się stało 
coś złego... Rozumiesz?... I czemu nie mówisz do mnie, „ty"?.... Chcesz 

zachować dystans?... Nie bój się! Nie będę ci się narzucała!
― 

Dobrze. Uważałem, że mówisz ze mną poufale, bo tak robisz ze

wszystkimi. Ale obawiałem się, że tobie będzie to przykre.
― W tym wypadku będzie przyjemnie. A teraz melduję posłusznie, że palto 

sprzedałam. I to za jaką cenę! Osiem tysięcy marek. Załatwiłam to już w 
środę, bo się spodziewałam twej wizyty...

― 

Ależ...

Wiem: nie mogłeś. Czasem się zdarza, że mężczyzna nie może. Otóż 

przygotowałam dla ciebie trochę produktów, ładnie opakowałam. I sama 
ślicznie się wystroiłam, żeby olśnić kapryśnego zalotnika. Po prostu 

zgłupiałam. I czekałam, czekałam, czekałam... do godziny policyjnej. Potem 
powiedziałam: „Świnia!". A o sobie pomyślałam, że jestem głupia gęś! No i 

poszłam spać. Ale byłam zła. Zaraz dam ci pieniądze.
― 

Proszę dać dzisiaj trzy tysiące.

― 

Dobrze. U mnie będą jak w chińskim banku.

― 

A jak jest w chińskim banku?

― 

Nie zaginą, nie otrzymasz.

Buba wyszła do sypialni. Wróciła z plikiem ostmarek.

― 

Masz! Zostanie cztery tysiące.

― 

Dlaczego? Tysiąc dałaś we wtorek. Trzy tysiące teraz. Z 

czterech tysięcy trzeba potrącić osiemset komisowego i za produkty.―

Jakiś ostrożny, praktyczny! Komisowego z takich sprzedaży 

biorę tylko dziesięć procent. To raz. A drugie: od ciebie nie wezmę. Jest to 

background image

moja przyjemność. Za produkty potrącę później. Zgoda?
― 

Co zrobić? Wobec terroru musi być zgoda. Ale jestem ci 

ogromnie wdzięczny!
― 

Stop! Wiem, że jesteś wdzięczny. Już ja ciebie dobrze znam ― 

spojrzała na zegarek. ― Do godziny policyjnej jeszcze długo. Może chcesz 
coś zjeść?

― 

Wolałbym herbaty.

― 

Zaparzę bardzo dobrej. Masz jeszcze dzisiaj coś do załatwienia?

― 

Mam.

― 

Coś ważnego?

― Bardzo ważnego.
― 

Daleko stąd?

― 

Blisko.

― 

Można wiedzieć co?

Musisz wiedzieć.
― 

Dlaczego: muszę?

― 

Bo bez ciebie tego nie załatwię.

― 

Znów coś sprzedać?

― 

Nie... ― podszedł do Buby, objął ją i kilka razy pocałował w 

usta, w twarz, w szyję. Potem zaczął rozpinać jej suknię. ― Żeby się nie 

zgniotła ― wyjaśnił.
― 

Czekaj! Sama zdejmę. A herbata?

― 

To jest pilniejsze.

― 

Chcesz mi dać dowód wdzięczności.

― 

Po prostu chcę ciebie. I nie mów głupstw!

background image

― 

Idź do sypialni. Ja chcę wygodnie. Zaraz zamknę drzwi, zgaszę 

światło i nie ma nas. Przenosimy się do raju Mahometa.

Gdy później, po długich pieszczotach, wrócili do jadalni i pili herbatę, Buba 
spytała:

― 

Może chcesz, u mnie spać?

― 

Muszę iść do domu.

― 

Do tamtej?

― 

Nie bądź o nią zazdrosna. Z nią nigdy tak nie szalałem jak z 

tobą.
― 

Wcale nie jestem zazdrosna. Interesuje mnie, bo ty mnie 

interesujesz. Rozumiesz? Nie jak kochanek czy mężczyzna, ale jak człowiek. 
A o mnie chcesz coś wiedzieć?

― 

Chciałbym wiedzieć wszystko. Jesteś ciekawym typem.

― 

Trochę ci opowiem. Mam starych rodziców. Mieszkają osobno 

w drugiej połowie domu od strony ulicy. Utrzymuję ich. Mam synka. Mały 
łobuz, ale serduszko dobre. Miałam męża. Był straszny drań. Gdzie się 

nadarzyła baba, zaraz miłosne serenady zaczynał. Wreszcie wygnałam go z 
domu. Dość miałam brudu, bo nawet do mieszkania kobietę sobie 

sprowadził. Ale oboje wylecieli za drzwi. Potem na próg domu go nie 
puściłam.

― 

Gdzie on teraz?

― 

Jest w Anglii. Sztabowiec. Należy do tych bohaterów, którzy 

strzelają nie z karabinów i armat, ale z palców i butelek szampana. Taki 
wszędzie da sobie radę. Z ważnymi osobami puszek, trzcinka, piesek 

pokojowy, echo słodkie. Z zależnymi od niego smok, lew ryczący. A w ogóle 

background image

świnia, brudny kombinator, leń i blagier.
― 

Dlaczego wyszłaś za takiego typa za mąż?

― 

Myślisz, że łatwo człowieka poznać, szczególnie kobiecie 

mężczyznę?

― 

Albo przeciwnie.

― 

Na to trzeba doświadczenia, klęsk, bólu! Ty wiesz: na dziesięć 

kobiet znajdziesz jedną z charakterem, taką, której można zaufać. A wśród 
mężczyzn nie wiem, czy znajdziesz nawet jednego na stu.

― 

Kiepsko ze mną!

― 

Niezbyt kiepsko... Ale, jeśli nie możesz pozostać na noc, to się 

wynoś! Zaraz dam ci produkty. Są przygotowane. Weźmiesz w torbie, ale 
kosz przynieś.

― 

Kiedy?

― 

Kiedy zechcesz. A jak będziesz miał ochotę na miłość, to 

najlepiej w sobotę wieczorem. W tygodniu mam ciężką harówkę. Na cztery 
osoby zarobić i mnie trudno, bo trzeba jeszcze i policję smarować. A ci mają 

cholerne apetyty.
W poniedziałek rano Józef poszedł do Tomasza. Pamiętał, że obiecał go 

zawiadomić o wyniku swej rozmowy z Grzmotem. Ale dopiero teraz znalazł 
na to czas.

― 

Wczoraj wieczorem był u mnie Grzmot ― rzekł Tomasz: ― 

Widujemy się od czasu do czasu, przeważnie w niedzielę. Czeka 

niecierpliwie na następne spotkanie z panem.
― Zobaczę go pojutrze.

― 

Komendzie bardzo zależy na tym, żeby egzekutywa zaczęła 

background image

działać. Traktują to teraz jako kwestię honoru Organizacji.
― 

Grzmot również mi to powiedział.

― 

Bo zdrajcy kpią ze społeczeństwa. Uważają nas za niezdolnych 

do żadnego odwetu czy kary. A jaka pańska opinia o egzekutywie? ― 

Bardzo marna.
― 

Tchórze?

― 

No, nie... W innych warunkach, na przykład w wojsku, byliby 

nie gorsi od innych żołnierzy. Ale tutaj się dobrała paczka swoich 

chłopaków, takich kamratów od butelki i zabawy. Nie traktują tej sprawy 
ideowo. Nie mają ambicji bojowców. Uważają Komendę za dojną krowę, 

która ma forsę i którą trzeba bujać, aby coś więcej wyciągnąć. 
Przedstawiają wszystko jako ogromnie trudne. Twierdzą, że nie mają 

żadnych środków do wykonywania zamachów.
― Czy nie mają broni?

― 

Komenda dała im browning siódemkę, nagan i jeszcze coś. i Ale

kierownik egzekutywy nie ma nic. Browning zepsuty albo zepsuli, trudno ich

zrozumieć. Ale do wykonywania zamachów nie trzeba zapasów broni. 
Wystarczą dwa pistolety dla dwóch ludzi. Ostatecznie i jednym można taką 

sprawę załatwić. A oni żądają pieniędzy na różne wydatki, dużo broni i 
nawet, pan chyba nie uwierzy, dobrego motocykla lub auta.

― 

A może samolotu?

― 

Do tego nie doszli, ale są blisko.

― 

I co pan postanowił?

― 

Jeszcze nic. Ale mam ochotę plunąć na to wszystko.

― Bardzo przykro.

background image

― Czy panu na tym zależy?
― 

Tak. Chcę ich zobowiązać Wobec siebie. Prywatnie, oczywiście, 

bo sam często potrzebuję ich pomocy technicznej i pewnych informacji.
― 

A jeśli machnę ręką na ich egzekutywę i sam zorganizuję parę 

zamachów?
― 

Im zależy właśnie na tym, żeby ich egzekutywa działała. 

Przecież przesyłają raporty do Warszawy. Stamtąd otrzymują instrukcje, 
materiały i pieniądze. Muszą wykazać swą działalność.

― Więc trzeba tego dokonać nie dla obrony społeczeństwa, ale dla 
usprawiedliwienia góry!

― 

Jedno z drugim idzie w parze. Niech pan rozważy wszystko j 

pomówi szczerze z Grzmotem. On jest człowiekiem solidnym. Ma tę wadę, 

że patrzy na te sprawy jak oficer sztabowy. Nie potrafi odrzucić swej rutyny.
Ale go można przekonać. Jeśli pan wyczuwa, że potrafi dokonać czegoś z ich

ludźmi, niech part spróbuje. Straci pan na to jeszcze trochę czasu, ale 
będziemy mieli satysfakcję, że zrobił pan w tej sprawie wszystko, co mógł.

Józef milczał i patrzył w krótką przestrzeń pokoju jak w daleką przyszłość. 
Przewidywał same trudności. Wiedział, że praca ta nie da mu żadnego 

zadowolenia. Wydawało mu się, że będzie się narażał, a nawet 
dekonspirował bez żadnego pożytku. Tomasz również milczał ― jakby 

wyczuwał przykre myśli swego rozmówcy. Wreszcie Józef powiedział:
― 

Zgodziłem się na prowadzenie w pańskiej grupie komórki 

„Osy", bo wierzyłem w pana i w Antoniego. Przejąłem się celem, dla 
którego grupę utworzono. Uważam go za ważny. Natomiast w egzekutywie 

nie ma nic! Nie ma wiary, entuzjazmu! Sąd wydał 14 wyroków śmierci. 

background image

Może ich wykonanie jest potrzebne dla zniszczenia szczególnie szkodliwych 
typów i dla dodania otuchy społeczeństwu. I otóż grupa bojowa w ciągu pół 

roku nie zrobiła nic! Jakiż sens taką grupę utrzymywać, mieć z nią kontakty, 
ponosić chociażby i małe koszty?

― 

A może pan spróbuje puścić ich w ruch, przerwać bezwład. 

Może pan po prostu zorganizuje dla nich jeden zamach, rozda im role i 

zażąda jego wykonania jako próby ich aktywności? ― Jeśli dojdę do 
porozumienia z Grzmotem, tak postąpię. Lecz zrobię to nie dla ich ambicji, 

ale dla pana, żeby pan miał satysfakcję.―

Pan ją również będzie 

miał.

― 

Nie, nie będę miał.

― 

Nawet w wypadku pomyślnym?

― 

Tak.

― 

A Raszkis? Pan był zadowolony z dobrego załatwienia sprawy.

― 

Tamto było konieczne nawet jako obrona kobiety należącej do 

naszej grupy. Ale potem było mi przykro. Bo to, wie pan, nie było walką, 

lecz poniewieraniem podłego człowieka i... siebie...
― 

I cóż my zrobimy?! Jesteśmy wszyscy sponiewierani! Walczymy

właśnie o to, żeby poniewierkę usunąć i stać się wolnymi ludźmi. Bronimy z 
podziemia ostatniej pozycji, pozycji tylko godności naszej, bo z praw nas 

odarto. Pan wie, że nie jestem hurrapatriotą. Patrzę na wszystko trzeźwo i 
krytycznie. Uważam jednak, że nawet w takiej sytuacji trzeba walczyć ze 

złem. Trzeba walczyć nawet czyniąc zło w imię dobra. Ale stop! To już brzmi
jak deklamacja. Chciałbym jednak pana o coś spytać. Nie w związku z 

pańską komórką lub egzekutywą, lecz w oderwaniu od tych spraw. Jak się 

background image

pan zapatruje na karę śmierci?
Józef spojrzał ze zdumieniem w oczy Tomaszowi. Potem rzekł:

― 

Uważam, że nawet w tym pytaniu jest sprzeczność. Kara 

wyłącza zadanie śmierci, bo zabicie nie jest karą.

― Więc czym jest według pana kara śmierci?
― 

Morderstwem.

― 

Zawsze?

― 

Zawsze. Nawet jeśli zostanie wydaną przez najszanowniejszy 

trybunał za najpotworniejsze zbrodnie. Gdybym przyłapał gdzieś 
największego mordercę w dziejach ludzkości, Stalina, to bym go zabił bez 

chwili namysłu czy wahania. Ale gdyby ów Stalin został unieszkodliwiony, 
pozbawiony wolności, postawiony przed sąd, protestowała bym przeciw 

wydaniu na niego wyroku śmierci. Mówię to z zupełnym przekonaniem, że 
jest to słuszne, ludzkie rozumowanie i uczucie.

― 

W takim razie sprawił mi pan zaszczyt, gdy się podjął 

prowadzenia komórki „Osy". Jest w dobrych rękach. Co się tyczy 

egzekutywy, niech pan postąpi według swego uznania. Proszę nie brać pod 
uwagę moich powiązań z AK ani moich życzeń.

― 

Są sytuacje, które trzeba doprowadzić do rozstrzygnięć nawet 

wbrew swoim życzeniom. Jestem właśnie w takiej sytuacji i postaram się 

wywiązać z niej dobrze.
― 

Doskonale! A teraz pomówimy o panu.

― 

A kiedy o panu?

― 

Na pewno i o mnie pomówimy. W przyszłości. Jak pan sobie 

radzi materialnie?

background image

― 

Było bardzo źle. Po prostu głodowałem. Gdybym był sam, 

znosiłbym to łatwiej. Ale musiałem zaopiekować się dziewczyną zupełnie 

bezradną. Dlatego tym się martwiłem.
― 

Dam panu trochę pieniędzy.

― 

Nie. Dziękuję. Teraz jest dobrze.

― 

Może pan spróbuje kupić coś na „order", który panu dałem.

― 

Już spróbowałem.

― 

Kiedy?

― 

W trzy godziny po naszej rozmowie.

― 

I co?

― 

Kupiłem bardzo dobre palto za 85 litów, a sprzedałem za osiem

tysięcy ostmarek. Zarobek ogromny. Właśnie w ten sposób wyrwałem się z 

nędzy. Mogę dać panu jakąś sumę na cele naszej grupy.
― 

O, nie, nie! Cieszę się bardzo, że się panu to przydało. I proszę 

nie mieć do mnie żalu, że wpakowałem pana w tę historię z egzekutywą. 
Jeśli pan chce i może im dopomóc, proszę to zrobić. Jest to jedyna 

zorganizowana siła, którą naród ma na miejscu i która dodaje mu otuchy.
Pożegnali się. Po odejściu Józefa Tomasz odsunął trochę firankę, udał się do

łazienki i wyjął ze skrytki gruby brulion oprawiony w lniane płótno. Był to 
dziennik grupy podziemnej „Borsuki", który Tomasz prowadził z dnia na 

dzień od początku wojny. Przyniósł go do gabinetu, położył na biurku, 
wpisał datę i zaczął nową stronicę. Pisał prędko, drobnym maczkiem, bez 

marginesów, z małymi odstępami między wierszami. Po kwadransie odniósł
brulion do skrytki. Potem zaciągnął odsuniętą trochę firankę, na znak, że 

droga do „Nory" jest wolna. Uważał punktualność za obowiązek każdego 

background image

solidnego człowieka, a szczególnie konspiratora. Dlatego w środę, gdy 
poszedł na spotkanie z Grzmotem, tak obliczył czas, aby się nie spóźnić. Za 

pięć minut trzecia był. na miejscu. Spędził dwie minuty na ulicy, a potem 
wstąpił na dziedziniec domu. Z dala dostrzegł, że firanka na oknie z prawa 

jest zasłonięta. Wszedł do oszklonego ganku. Doniczki stały pod ławką. 
Podniósł je i zdjął górną. Z dolnej wyjął klucz. Potem postawił doniczki na 

ławce, odemknął drzwi i wszedł do środka.
Nie wiedział, czy zamknąć drzwi na klucz, czy zostawić je otwarte. Spojrzał 

na zegarek: dokładnie trzecia. Pomyślał, że zaraz powinien przyjść Grzmot. 
Wówczas mu się wydało, że posłyszał hałas w głębi mieszkania.

„Czy to nie kocioł? ― pomyślał, ― Ale niemożliwe. W niedzielę Grzmot był 
u Tomasza i wszystko było w porządku".

Obejrzał małą, pół ciemną sionkę, rozwidnioną tylko okienkiem u góry nad 
drzwiami. Dostrzegł w kącie szeroką, żelazną sztabę. Wziął ją. Była ciężka.

„Szkoda, że nie mam pistoletu. Jeśli wpadnę, Helena beze mnie zginie!"
Z zaciśniętą w dłoni sztabą poszedł cicho przez pierwszy pokój i odemknął 

drzwi do następnego. Zdumiony stanął w progu. Za stołem siedział Grzmot, 
a obok niego nie znany Józefowi mężczyzna lat około trzydzieści. Grzmot, 

patrząc na Józefa, lekko się uśmiechał:
― 

Groźnie pan wygląda! ― powiedział, kierując wzrok na żelazną 

sztabę.
― 

Przypuszczałem, że tutaj mogą być inni goście.

 ― I co wówczas?
― 

Postarałbym się, żeby nie wzięli mnie żywego. Ja złudzeń nie 

mam.

background image

― 

Przepraszam za zasadzkę. Okazało się, że pan dobrze sobie 

radzi. Nie była to próba pańskiego sprytu. W sionce wisi na gwoździu drugi 

klucz. Można więc zamknąć się i odizolować. Zaraz zrobimy to ― wyszedł z 
pokoju i wnet powrócił. Podał Józefowi dłoń do uścisku i skinął głową w 

stronę drugiego mężczyzny..― To pan Andrzej, właściciel tego mieszkania. 
Poznajcie się panowie!

― 

Kondor ― rzekł Józef i uścisnął wiotką, małą jak u kobiety dłoń 

Andrzeja.

Grzmot wziął stojący na parapecie termos i nalał do filiżanki czarnej kawy. 
Postawił ją przed Józefem.

― My już piliśmy ― powiedział. ― Zostawiliśmy to dla pana.
― 

Dziękuję.

― 

Przystąpię od razu do sprawy ―rzekł Grzmot i złożył dłonie 

kantami na stole, jakby ogarniając nimi sprawę. ― Dzisiaj mam mało czasu. 

Jeśli się porozumiemy w sprawie egzekutywy, będzie pan się kontaktował 
ze mną za pośrednictwem pana Andrzeja, który ma ze mną stałą łączność. 

Czy ustalił pan kontakt z Bronką?
― 

Tak. Ale nie wypróbowany.

― 

Otóż Bronka ma bezpośredni kontakt z Komendą, ale wszystkie

wiadomości tą drogą otrzymuję z opóźnieniem. Na odpowiedź znów trzeba 

sporo czasu. A tutaj wszystko może być załatwione w ciągu jednego dnia. 
Proszę mieć do pana Andrzeja takie zaufanie jak do mnie. Ale odchodzę od 

głównego tematu. Wczoraj znów rozmawiałem z panem T. Pan wie, o kogo 
chodzi?

― Oczywiście.

background image

― Omówiliśmy wszystkie szczegóły tej sprawy. Ja również nie mam złudzeń 
co do egzekutywy. Ale pan T. mnie zapewnił, że pan, jeśli zechce, potrafi ją 

uruchomić. Lecz zaznaczył, że zależy to tylko od pana, bo, powiedział, 
pańska opinia o egzekutywie jest bardzo marna.

― 

Przypuszczam, że jest zgodna z opinią pana i Bronki, Macie z 

nimi do czynienia dość długo. ― Czy pan poznał wszystkich członków 

egzekutywy?
― 

Jeszcze nie. Poza tym nie miałem sposobności do zbadania ich 

poufnie. Ale wiem, jaki jest ich styl blagowania.
― 

A jaka główna wada?

 ― Brak zapału do pracy.
― 

Kłamstwa, zwlekanie... ― podjął Grzmot.

― 

Tak. I dziwię się, że nie zorganizujecie innej egzekutywy.―
Straciliśmy na to dużo czasu. W warunkach konspiracyjnych 

jest to trudne zadanie. Egzekutywa jest sformowana z zaprzysiężonych 
członków AK. Niektórzy członkowie są do niej przydzieleni z grupy 

dywersyjnej. Ale... może przecież i w wojsku regularnym się zdarzyć, że 
jakaś formacja jest słaba. Nie można jej likwidować z tego względu. Trzeba 

zaradzić temu inaczej.
― 

Jakie jest pańskie życzenie?

― 

Chcę, żeby egzekutywa zaczęła bez zwłoki robotę. Czy mógłby 

pan zorganizować dla nich jeden zamach i zmusić ich do jego wykonania?

― 

Chyba potrafię zorganizować nawet kilka zamachów, ale 

zmusić ich do wykonania... ― Józef rozłożył dłonie ― nie będę mógł.

― 

Niech więc pan ich wypróbuje. Dobrze?

background image

― 

Czy upoważni mnie pan do wydawania poleceń kierownikowi 

egzekutywy?

 ― Chce pan upoważnienia formalnego? Zajmie to sporo czasu.
― 

Wystarczy w obecności świadka ― skinął głową w kierunku 

Andrzeja, ― A Bronka zawiadomi o nim Drobnego.
 ― Dobrze. Upoważniam pana.

― 

Następnie chcę, żeby przesłano jeden dobry pistolet 

Drobnemu, specjalnie dla zamachowca.

― 

Załatwię to w ciągu dwóch dni. ― Druga sprawa. Mam odpis 

wydanych wyroków śmierci. Na zlikwidowaniu których skazańców wam 

najwięcej zależy?
― 

W oryginale, przesłanym Drobnemu, byli zaznaczeni 

krzyżykami.
Dorota Dyleżyńska, redaktor „Gońca" Kancerewicz. wyliczał Józef z pamięci.

― 

Tych przede wszystkim.

― 

Czy mogę uzyskać jakieś obszerniejsze dane co do tych osób?

― 

Egzekutywa ma sekcję wywiadowczą.

― Poznałem się z jej kierownikiem. Sprawił dobre wrażenie. Ale nie wiem 

jeszcze, jakie on ma materiały. Chciałbym otrzymać jak najwięcej informacji 
ze wszelkich źródeł.

― 

Niestety, ja ich nie mam.

― 

Utrudni to pracę. Jeśli tamtych ludzi skazano na śmierć, są 

gdzieś dotyczące ich akta. Są świadkowie...
Na pewno są, ale trudno to zbadać. Zresztą motywy wyroków nie są panu 

potrzebne.

background image

― 

Nie. Ale może są osoby, które znały skazanych, ich tryb życia. 

Takie wiadomości mogą mi ułatwić opracowanie zamachów. Zależy mi też 

na przyśpieszeniu sprawy, zaoszczędzeniu czasu i wysiłków.
― Pan ma rację. Zaraz coś dla pana wykombinuję. Rozszerzę pańskie źródła 

informacji. Mam komórkę wywiadowczą do specjalnych zadań. Prowadzi ją 
sprytny typ, Stanisław, który dawniej pracował przez wiele lat w 

kontrwywiadzie. Zna on doskonale miasto i mnóstwo ludzi z różnych sfer. 
Przypuszczam, że on może w wielu Wypadkach panu dopomóc.

― 

Dobrze.

― 

Prócz tego skontaktuję pana z aspirantem Sipo.

― 

Jest to jeszcze ciekawsze.

― 

Pracuje on w gestapo i ma wiadomości o aktualnych 

posunięciach niemieckich i litewskich. Zna osobiście kilku skazanych. Otóż 
będzie pan miał własną komórkę wywiadowczą i dwa pomocnicze źródła 

informacji różnego rodzaju.
Mam nadzieję, że tego mi wystarczy.

― 

Więc Bronka zawiadomi Drobnego o tym, że pan uplanuje dla 

niego zamachy, które muszą być wykonane. Da mu pistolet specjalnie dla 

zamachowca.
― 

Koniecznie dziewiątkę.

― 

Dobrze.

― 

A czy mógłby pan mnie zorientować, jakim typem jest 

gestapowiec?
― 

Litwin polskiego pochodzenia. Ma brata, który pracuje u 

Niemców w parku samochodowym. Obaj są wypróbowani i mam od nich 

background image

wiele cennych informacji. Imię gestapowca Adam, brata jego Zygmunt. 
Dzisiaj uprzedzę Adama, że pan do niego się zgłosi. Powoła się pan na mnie;

w tym wypadku na Witolda. Stanisławą również uprzedzę. Powoła się pan 
też na Witolda. Czy pańskie pseudo pozostanie bez zmiany?―

Tak.

― 

Zaczynając od jutra może pan do nich się zgłosić. A terazpanu 

wytłumaczę, jak tam trafić bez pytania kogokolwiek... ―wziął kartkę 

papieru i na jednej stronie narysował szkic dojścia domieszkania Adama a 
na drugiej do , konspiracyjnego lokalu Stanisława.

Później, gdy Józef zapamiętał adresy, kartkę spalono. NastępnieGrzmot 
zebrał się do odejścia. Przed pożegnaniem powiedział:

― 

Bardzo się cieszę, że pan wziął sprawę w swoje ręce. Mam na 

dzieję, że zmusi pan egzekutywę do poważnej działalności. A wszelkie 

wiadomości dla mnie proszę przekazywać przez pana Andrzeja.
Odszedł pośpiesznie, bo się obawiał, że spóźni się na następnespotkanie.

Andrzej, który w trakcie rozmowy Józefa z Grzmotem przeglądał litewskie 
pisma, złożył je i rzucił na parapet.

― 

Straszna blaga! ― powiedział. ― Od początku wojny 

pismasłużą nie informowaniu obywateli, lecz ogłupianiu ich, udowadnianiu, 

że białe jest czarnym, zielone czerwonym...
― 

Ja tego nie czytam. Po litewsku prawie nie umiem, a w polskich

i białoruskich gazetach przeglądam tylko nagłówki artykułówi ogłoszenia.

A ja muszę czytać, aby się orientować w ogólnej polityce 

rządowej, która, oczywiście, jest zależna od Niemców.
― 

Pan pracuje w urzędzie litewskim?

― 

Tak... Pracuję, pracuję, pracuję i już wszystkiego mamdość!... 

background image

Nie chodzi mi o pracę w urzędzie, bo tam rutyna i robotyniezbyt dużo. 
Czasem bywa nawet ciekawa. Ale tutaj!... ― przesunął dłonie w powietrzu, 

wskazując nimi na mieszkanie.
Twarz Andrzeja była ładna. Miała wyraz smutku i rezygnacji.W oczach czaiło

się zniechęcenie. Józef wyczuł, że jest on przemęczony i wyczerpany 
nerwowo.

― 

Pan chyba mówi o pracy dla Organizacji?

― 

Tak. O jej nadmiarze... Dałem kiedyś swe mieszkanie na lokal 

kontaktowy. Było to i kłopotliwe, i niebezpieczne, ale chętniesię na to 
zgodziłem, bo chciałem się włączyć do walki o wolność.Lecz zaraz zaczęły 

spadać na mnie inne obowiązki. Wreszcie mamich tyle, że musiałbym wziąć 
paru ludzi do pomocy, aby wszystkiemu podołać.

― 

Po co więc pan tego się podejmował? Trzeba było odmówić.

― 

Kiedy nie mogę odmówić pomocy. Rozumie pan: pomocy! Bo 

oni traktują to nie jako robotę, ale jako pomoc... Pan przecież nie odmówił. 
Zabrał się pan do trudnej i ryzykownej funkcji w marnych warunkach i z 

ludźmi, do których nie ma pan zaufania.
― 

Racja! Ale pan już jest przemęczony, a ja mam duży zasób sił. I 

zabieram się do tego jak do gry hazardowej. Oczywiście i ja chcę im pomóc, 
ale gdy zobaczę, że się tego nie docenia albo nadużywa, odmówię dalszej 

roboty... Czy może mi pan powiedzieć cokolwiek o Grzmocie? Nie jest to 
pospolita ciekawość. Na pewno będę miał z nim dużo do czynienia i 

chciałbym się zorientować, jakim on jest człowiekiem.
Andrzej patrzył w oczy Józefowi i przez jakiś czas się namyślał. Potem zaczął 

mówić:

background image

― 

Jest to klasyczny czinownik. Pan rozumie: urzędnik. Dla takich 

typów jest ważny nie człowiek, lecz mechanizm biurokratyczny. Owszem, 

jest wykształcony, inteligentny, ale... nałogowy biurokrata. Dla niego 
najważniejszą rzeczą jest nie istota sprawy, nie jej pomyślność nawet, lecz 

jej forma. Weźmy bliski przykład. Sąd specjalny wydaje wyroki. Egzekutywa 
przez bardzo długi okres czasu ich nie wykonuje i przypuszczalnie wcale się 

do tego nie kwapi. Jak by pan w takim wypadku postąpił?
― 

Rozpędziłbym egzekutywę i stworzył nową.

― 

Właśnie! A on tego nie zrobi, bo egzekutywa figuruje w 

wykazach, raportach, listach personalnych i jest śrubką w mechanizmie 

Organizacji... Ja go lubię. Jest sympatyczny, uczciwy, solidny, dobry patriota.
Wierzy w nasze zwycięstwo. Ale w sprawie pracy Organizacji jest żelaznym 

urzędnikiem, działającym w warunkach konspiracyjnych. Chodzi zmęczony z
lokalu do lokalu, odbywa narady, przyjmuje raporty, wydaje instrukcje. 

Ryzykuje bardzo i jest zadowolony, bo obsługuje sumiennie i w jego 
przekonaniu sprawnie maszynę biurokratyczną.

― 

On mi powiedział, że wykonanie wyroków jest potrzebne „dla 

honoru Organizacji".

― 

Otóż to! Nie dla niszczenia zdrajców lub samoobrony, lecz dla 

szyldu, dla prestiżu urzędu. Ale wydaje mi się, że go obmawiam i może 

trochę przesadzam. To też z przemęczenia. Dzisiaj zwalił mi na głowę nową 
porcję roboty. Pilnej! Bardzo pilnej! Zawsze pilnej! I żeby nie opieka mojej 

narzeczonej, nie miałbym co jeść, chodziłbym brudny, a mieszkanie 
zawaliłby kurz. Przed dwoma miesiącami zmarł mi ojciec. Tutaj, w 

następnym pokoju. Ciężko to przeżyłem, ale potem odczułem ulgę, bo w 

background image

wypadku wsypy i on by ucierpiał. A tutaj przecież wulkan, który kiedyś 
wybuchnie!

― 

Przykro mi, że dodałem panu roboty. Będę musiał tu 

przychodzić.

― 

Traktuję to jako wypoczynek i oderwanie się od moich spraw. 

Poza tym interesuje mnie, jak pan to załatwi.

― Może mi się uda. Kiedy najlepiej tutaj przychodzić?
― 

Kiedy pan chce. Wieczorami jestem przeważnie w domu. W 

godzinach obiadowych także, bo stąd blisko do mego biura. Może pan też 
wejść i zaczekać albo zostawić kartkę na stole.

― 

Nie będzie to nieostrożne?

― 

Nieostrożne?... Jestem obywatelem litewskim, urzędnikiem. 

Mam nawet nocną przepustkę. Rewizję u mnie mogą zrobić tylko w tym 
wypadku, jeśli się wsypię z dowodami.

―Albo jeśli pana wsypią.
 ― Tak. Wówczas nic nie pomoże. Proszę zwracać uwagę na fi rankę i 

omówić z Grzmotem znaki ostrzegawcze przed wejściem dobramy: krzyżyki 
na murze. Jest to bardzo ważne. Reszta... kwestiaszczęścia. Józef wstał.

― 

Nie będę przeszkadzał panu w pracy. Mam też dużo 

roboty.Cieszę się naszą znajomością i dziękuję za szczere wypowiedzi.

Pożegnał Andrzeja.
# * #

Nie wtajemniczał Heleny w swe sprawy. Nie wiedziała nawet, jakie on ma 
nazwisko. Ufał jej zupełnie, ale przestrzegał zasady, że nie trzeba nikogo 

obciążać (jeśli można tego uniknąć) wiadomościami o sprawach 

background image

ryzykownych. W wypadku aresztowania i badania, osoba wtajemniczona 
nie mogłaby twierdzić szczerze i z przekonaniem, że nic o tych sprawach nie

wie.
Starał się, aby mieszkanko ich było dobrze zabezpieczone. Gdy załatwiał 

sprawy w mieście, miał przy sobie dokumenty na nazwisko Kowalskiego. 
Gdy, przeważnie późnym wieczorem, wracał do domu, zwracał uwagę na 

to, czy nie jest śledzony i czy domek ich nie jest pod obserwacją. Potem 
szedł do składu na drewno, zostawiał w skrytce komplet swych 

dokumentów i brał stamtąd inny, na nazwisko Makarewicza.
Potem udawał się przez kuchnię panny Jadwigi do swego malutkiego 

pokoiku, w którym zamierzali pozostać do wiosny. W kuchni było 
przeważnie ciemno, bo ich gosposia szła wcześnie spać. Ale przez szparę 

pod jej drzwiami często było widać jaskrawe pasmo światła karbidówki. 
Mieli malutką lampkę. Musieli oszczędzać naftę, która była bardzo droga i 

trudna do kupienia. Ale Helena mogła przy jej nikłym płomyczku nawet 
czytać, bo było to jedyną osłodą jej smutnego życia. Wchodząc w świat 

książek, wyobraźni, myśli, izolowała się od złej rzeczywistości.
Często przynosił cokolwiek i wręczał Helenie uroczyście jak bukiet kwiatów. 

Ona zawsze udawała zdziwienie i zainteresowanie, chociaż były to 
przeważnie zwykłe produkty, kupione na rynku albo z pomocą Buby. Kiedy 

wchodził cicho do swego pokoiku, twarz Heleny rozjaśniała radość.
― 

Jak się czujesz, Pudlu! ― pytał wesoło, starając się ukryć 

zmęczenie albo zły nastrój.
― 

Kiedy pan W domu, to dobrze. Ugotowałam wspaniałą zupę na 

kościach. Odstawiłam dla ciebie do duchówki u panny Jadwigi.

background image

Szedł do kuchenki w ich mieszkaniu, gdzie panowało zimno. Ale był odporny
na chłód. Zdejmował mokre albo ośnieżone trzewiki i je czyścił. Potem 

nalewał wody do dużej miednicy, i parując jak koń zgrzany na mrozie mył 
się do połowy. Później było mu ciepło i czuł się odświeżony, a nawet mniej 

zmęczony.
Wracał do pokoiku, który był bardzo ciepły. Miał już przygotowaną na 

małym stoliku, przy oknie obok łóżka Heleny, kolację. W okresie biedy była 
to zupa, czasem bardzo podła. Kiedy jadł,Helena opowiadała mu swoje 

nowiny. Czasem słowa jej leciały mu mimo uszu, bo myślał o innych 
sprawach, ale udawał zainteresowanie. Na kartki i dzisiaj nic prócz chleba 

nie dawali. A po chleb stała w kolejce ponad dwie godziny. I jaki to chleb?! 
Ale dobre i to, chociaż tak mało sprzedają: nie ma nawet dwóch funtów na 

tydzień...Udało się kupić od kobiety, która przyszła ze wsi, aż trzydzieści jaj i,
ser. Będą mieli na długo... Później mówiła o swych sprawach domowych, o 

pannie Jadwidze. Mówiła i czekała, kiedy Józef zacznie mówić. Ale był tak 
skąpy w słowach i tak mało miał nowin, jakby to on całe dni w domu 

siedział. Więc Helena zupełnie się nie orientowała: dokąd on chodzi, co 
robi, jakie ma sprawy? Przez wiele miesięcy nie wiedziała nawet o tym, że 

pracuje w Akademii. Aż dopiero nazajutrz po naradzie z Grzmotem, gdy się 
zorientował, że na pozowanie nie będzie miał czasu, dał Helenie 

świadectwo lekarskie, że jest chory na grypę. Świadectwo wydał mu 
znajomy lekarz Anto niego, do którego Józef się zgłosił z polecenia 

przyjaciela. Udawałjednak bardzo chorego, zakatarzonego, skarżył się na 
ból głowy i łamanie w kościach.

Dając Helenie świadectwo powiedział:

background image

― 

Pójdziesz z tym do Akademii Sztuk Pięknych. Jest to przyj ulicy 

świętej Anny...

― 

Wiem dobrze gdzie.

― 

Na parterze z lewa jest wejście do kancelarii. Zwrócisz się tam 

do sekretarza. Oddasz mu to zaświadczenie i powiesz, że jestem ciężko 
chory i nie wiem, jak długo nie będę przychodził do pracy.Jeśli spyta, kto 

jesteś, powiesz, że sąsiadka.
― 

Oczywiście sąsiadka. Śpię na sąsiednim łóżku. Ale nie 

wiedziałam, że mój sąsiad jest tak ważną personą. Oho! Wykłada na 
uniwersytecie sztuki piękne!

― Bardzo piękne! 
― I nareszcie wiem, z kim mam do czynienia. Pan Makarevicius! Wspaniałe 

nazwisko!
Wieczorem się dowiedział, że Helena załatwiła sprawę dobrze. Sekretarz, 

po przeczytaniu zaświadczenia, poprosił ją, by usiadłai zaczekała. Wyszedł z 
kancelarii. Powrócił za kilka minut i wypłacił Helenie pieniądze za ostatnie 

dni pozowania Józefa. W taki sposób zwolnił się on od pracy w Akademii. 
Tracił swój mały zarobek, ale mógł przyśpieszyć zorganizowanie działalności

egzekutywy.
Po kolacji rozstawiał wąskie łóżko składane i robił pościel dla siebie. 

Zostawało tylko małe przejście i trochę wolnej podłogi przy drzwiach. Tam 
ustawiano na noc dwa krzesła, bo gdzie indziej nie było na nie miejsca.

Józef szedł do sionki i na zakończenie dnia zamykał starannie drzwi 
zewnętrzne i drzwi kuchenne. Potem wracał i układał się do snu. Gasił 

lampkę i jeszcze przez jakiś czas rozmawiali. Następnie zapadało milczenie. 

background image

Oboje długo nie spali, lecz nie odzywali się do siebie. Ona myślała o ich 
biednym życiu, w które ze swej strony nic nie mogła wnieść. Było jej tu 

dobrze, spokojnie. Nigdy nie usłyszała od Józefa ani słowa niezadowolenia 
lub wyrzutu. Orientowała się w tym, że ma on duże trudności materialne. 

Zastanawiała się, jak mu dopomóc. Ale nie było po temu sposobności. Poza 
tym ciąża jej była trudna. Czuła się marnie. Spróbowała mu pomagać w ten 

sposób, żeby go jak najmniej kosztować. Właściwie głodowała, ażeby 
oszczędzić sił, prawie całe dni leżała na łóżku. Lecz on wnet dostrzegł to i 

wówczas po raz pierwszy na nią się rozgniewał. Powiedział:
― 

Poproszę, żeby więcej tego nie było! Poprzednio nie jadłaś 

prawie nic, a mówiłaś, że jesteś syta. Potem twierdziłaś, że nie masz 
apetytu, a nocami zjadałaś spalone skórki od chleba, które zostawiałem. Nie

rób tego więcej, bo będę ci wydzielał twoją porcję, a rano i wieczorem 
będziesz musiała jeść w mojej obecności.

― 

Kiedy mi czasem się nie chce.

― 

Rozumiem wszystko. Nic mi tym nie pomożesz, lecz 

zaszkodzisz, bo się rozchorujesz i nabawimy się dużego kłopotu! ― Przez 
jakiś czas milczał, potem spytał: ― Powiedz, kim jesteśmy w stosunku do 

siebie?
― Ja psem, a ty moim panem.

― 

Nie jesteśmy małżeństwem, nie jesteśmy kochankami, jak się 

to pojmuje. Jesteśmy dwojgiem rozbitków na tratwie. Jesteśmy kolegami, 

którzy muszą przetrwać do lepszych czasów. Postępujmy z sobą 
sprawiedliwie.

― 

Kiedy ja bardzo ciebie obciążam!―

Nieprawda. 

background image

Dodajesz mi ochoty do życia, bo wiem, że jestem tobie potrzebny. Ty dałaś 
biedakom ser i za to straciłaś miejsce w rodzinie. A ja ci za ten ser dam 

dyplom: „okazicielka tego dyplomu jest człowiekiem". Ostatnie słowo 
będzie wydrukowane dużymi, złotymi literami.

― 

A ja nie chcę być człowiekiem.

― 

No to bądź sobie psem. Ale musisz być posłuszna i nie sprawiaj 

mi przykrości. Teraz nam jest ciężko, ale wkrótce będzie lepiej.
Gdy Buba sprzedała palto, włożył prawie wszystkie banknoty do blaszanego 

pudełka i schował je w składziku na drewno. Zaprowadził tam Helenę i 
pokazał jej, jak trzeba wyjmować pudełko.

Jest to nasza kasa ― powiedział. ― Jeśli się zdarzy, że nie wrócę do domu, 
korzystaj z tych pieniędzy.

― Nie wrócisz? Dlaczego?
― Jeśli nie będę mógł wrócić.

― 

Aha!

― 

Takie rzeczy koledzy muszą ustalić dokładnie. Rozumiesz?

― 

Czyż pies się ośmieli czegoś nie zrozumieć?― Czy ciebie 

terroryzuję?

― 

Ależ nie! Próbuję żartować, ale nie wychodzi. W ogóle mnie 

nigdy nic nie wychodziło.

― 

Wszystko wychodzi ci dobrze, ale nie miałaś szczęścia. Zemną 

jest tak samo.

Nieraz myśli Józefa krążyły do późna w noc dokoła pracy, której się podjął. 
Nazajutrz po rozmowie z Grzmotem i Andrzejem poszedł do Stanisława, 

kierownika komórki wywiadu. Wstąpił do bramy dużej kamienicy przy 

background image

Zawalnej, niedaleko od Rudnickiej, gdzie było getto numer jeden. Na prawo 
zobaczył wejście do kina, a w bramie zapasowe wyjście. Naprzeciw bramy, 

w głębi dziedzińca, był kościół Wszystkich Świętych. Skręcił w lewo i wstąpił 
do otwartego, wąskiego korytarza murowanej oficyny. Minął pierwsze 

drzwi z prawa i nacisnął klamkę u drugich, podobnych drzwi. Przypuszczał 
na podstawie objaśnień Grzmota, że prowadzą one do mieszkania 

zakrystiana. Drzwi się uchyliły. Zobaczył małą, schludną kuchenkę, w której 
nie było nikogo. Kaszlnął, aby dać znak swej obecności. 

― 

Kto tam? ― usłyszał kobiecy głos.

― 

Chcę widzieć pana Szymona.

Do kuchni weszła blondynka małego wzrostu. W pierwszej chwili Józef 
pomyślał, że jest ona podlotkiem, ale wnet się zorientował, że widzi dorosłą

kobietę, która patrzyła mu w oczy śmiałymi, nieco szelmowskimi oczami i 
uśmiechała się.

― 

A pan w jakiej sprawie?

― 

W sprawie osobistej do zakrystiana.

― 

Męża teraz nie ma w domu. Robi coś w kościele.

― 

Pani jest jego żoną?! ― spytał ze zdziwieniem.

― 

A pan myślał, że kim?

― Chyba... córką...

― 

Córką!... ― uśmiechnęła się. Ja sama mam córkę. Zaraz ją pan 

zobaczy. Ma już pięć lat.

― 

A pani ile?

― 

Dwadzieścia trzy.

― 

Wygląda pani na trzynaście ― rzekł żartobliwie. ― Ale 

background image

chciałbym zobaczyć męża pani. Przyszedłem tu z drugiego końca miasta.
― 

Zaraz go zawołam. Proszę wstąpić do pokoju i zaczekać. 

Przepraszam za nieporządek. A tam moja córa ― wskazała ruchem ramienia
w kąt pokoju. ― Wandeczka, ja zaraz wrócę ― powiedziała i wyszła z 

pokoju.
 Józef usiadł przy stoliku, nakrytym szydełkową serwetką. Pokój był duży, o 

dwóch oknach. Prócz drzwi do kuchni, w ścianie na prawo było jeszcze 
dwoje drzwi. Domyślił się, że prowadzą one do małych pokojów, z których 

jeden miał osobne wejście z korytarza.
Na dużym tapczanie, przy ścianie od strony kuchni, siedziała dobrze 

uczesana i ładnie ubrana dziewczynka. Miała rozrzucone dokoła siebie 
zabawki. Na kolanach trzymała dużą lalkę i z ukosa zerkała ku Józefowi.

― 

Jak ci na imię? ― spytał udając, że nie wie tego.

Dziewczynka przez dłuższy czas milczała, potem rzekła:

― 

Nie powiem.

― 

Dlaczego?

― 

Tatuś powiedział, żeby nic nikomu nie mówić.

― 

O! Jeśli tatuś powiedział, to nie mów. Ja też nie powiem ci, jak 

mi na imię.
Za kilka minut wróciła żona zakrystiana, ale pozostała w kuchni. Natomiast 

do pokoju wszedł mężczyzna średniego wzrostu, szczupły, w wieku lat około
trzydziestu.

― 

Czym panu mogę służyć? ― spytał bardzo uprzejmie i życzliwie.

― 

Jestem znajomym pana Witolda i chciałbym zobaczyć pana 

Stanisława, który, zdaje mi się, tutaj mieszka.

background image

― 

Pan... Kondor?

― 

Tak.

― 

Otóż pan Witold był u nas wczoraj wieczorem i uprzedził, że , 

pan do nas się zgłosi, ale nie wyznaczył terminu.

― 

Nie wiedziałem, kiedy będę mógł przyjść.,

― 

Pan wybaczy, że na chwilę opuszczę pana.

Zakrystian wyszedł do kuchni i tam cicho rozmawiał z żoną. Potem wrócił i 
zasłał serwetką większy stół pośrodku pokoju. Znów udał się do kuchni i 

przyniósł stamtąd sztućce, talerze i imbryk kawy. Pośpiesznie rozmieścił 
wszystko na stole. Wreszcie przyniósł masło, ser i wiejski chleb. Wówczas 

zawołał:― Janeczko, wszystko gotowe!
Żona jego przyniosła duży, rozgrzany talerz, na którym była jajecznica 

usmażona z boczkiem.
― Proszę pana do stołu! ― powiedziała.

Przed dwiema godzinami zjadłem śniadanie.
― 

Proszę, proszę! ― rzekł zakrystian. ― Będzie nam przyjemnie 

ugościć pana. Wiem, że przy pańskiej pracy się zdarza, że i czasu nie ma na 
posiłek. Będę panu towarzyszył. Napiję się gorącej kawy, bo trochę 

zmarzłem.
Józef był nieco wzruszony i zmieszany. W zachowaniu się zakrystiana wyczul

wielki respekt dla siebie. Usiadł do stołu i zabrał się do bardzo obfitego 
posiłku. A zakrystian ciągle go zachęcał do jedzenia.

― 

Mnie o produkty łatwo, bo mam rodzinę na wsi. Często 

przyjeżdżają do miasta i zawsze coś nam przywożą.

― A gdzie pan Stanisław?

background image

― 

Wyszedł rano i powiedział, że wróci za dwie godziny. Powinien 

zaraz przyjść. On tutaj mieszka. Oddałem do jego użytku ten pokój. A nasza 

sypialnia jest tam ― wskazał dłonią na wąskie drzwi obok wejścia do 
kuchni. ― Trochę nam za ciasno, bo pokoik mały. Ale chcemy, żeby panu 

Stanisławowi było wygodnie. A tamten pokoik z wyjściem na korytarz 
wynająłem na początku wojny uchodźczyni z Poznania. Nie miała gdzie się 

podziać. Z początku mieszkała za darmo, a teraz płaci trochę, bo zarabia.
― 

Jest chyba dla was krępujące, jeśli tutaj są omawiane jakieś 

poufne sprawy.
― 

Jej prawie nigdy nie ma w domu. Handluje na rynku. Chodzi na 

wieś po produkty. A o tym, co u nas się dzieje, nic nie wie i niczym się nie 
interesuje.

Zakrystian podszedł do drzwi lokatorki i zapukał. Wewnątrz było cicho. 
Natomiast z kuchni doleciał głos Janki:

― 

Wyszła rano, przed siódmą.

Zakrystian zbliżył się do okna, spojrzał na zewnątrz i powiedział:

― Akurat idzie pan Stanisław.
Wkrótce do pokoju wszedł mężczyzna lat około czterdziestu. Miał na sobie 

czarną, watowaną kurtkę, a na nogach buty z długimi cholewami.
― 

Moje uszanowanie! Moje uszanowanie! ― zawołał zbliżając się

do Józefa i mocno ściskając jego dłoń. ― Już wiem, z kim mam do czynienia.
I bardzo się cieszę z poznania pana. Panie Szymonie, proszę dąć mi kawy, 

ale żeby była bardzo gorąca.
― 

Zaraz ― zakrystian wziął ze stołu imbryk, zebrał brudne 

naczynia i wyszedł do kuchni.

background image

Stanisław zdjął kurtkę i niedbale rzucił ją na tapczan. Potem powiedział do 
Wandeczki:

― 

A ty, mała, idź stąd do mamy!

Dziewczynka zlazła z tapczanu i z lalką w rękach wyszła z pokoju. Stanisław 

zamknął za nią drzwi.― Teraz możemy mówić swobodnie ― powiedział. ― 
Tutaj ludzie są pewni, ale lepiej, żeby nie wsadzali nosa w nasze sprawy. 

Trzymam ich w garści ― pokazał zaciśniętą pięść ―po wojskowemu, bo jest
to najlepszy sposób dla wzbudzania szacunku dla Sprawy i jej bojowników.

Zachowanie się Stanisława wydało się Józefowi przesadne, aktorskie, a 
wzmianka o zakrystianie i jego rodzinie była mu przykra. Spytał:

― 

Czy Witold (miał na myśli drugie pseudo Grzmota) omawiał z 

panem sprawę, o którą mi idzie?

― 

A jakże, a jakże! Mam jego całkowite zaufanie! Nie prowadzę 

teraz wywiadu w mieście. Organizuję oka na wszystkich drogach i na kolei. 

Chodzi mi o obserwację ruchów wojsk niemieckich
i ich transportów materiałowych...

„Po co mi to wszystko mówi?" ― pomyślał Józef i poczuł do Stanisława 
niechęć graniczącą z nieufnością.

― 

 ... .Ale ― ciągnął Stanisław ― mam dużo różnych wiadomościz 

miasta i z powiatu. O jednym ze skazanych ja właśnie dałem materiały. 

Mam w terenie swego agenta, Czarnego, i od niego uzyskałem ważne 
wiadomości.

― 

Pewnie idzie o Korejszę?

― 

Tak. A w mieście przeprowadziłem rozpoznanie 

Krasnodworskiego. Czy chce pan mieć o nich wszystkie szczegóły?

background image

― 

Owszem, bardzo mnie interesują.

Stanisław podszedł do stojącego w kącie pokoju dużego fotela,Wsadził dłoń 

za oparcie i uniósł w górę siedzenie. Wyjął stamtąd grubą teczkę. Położył ją 
na stole i zaczął przeglądać pliki papierów, 

― 

Jest to moja kancelaria ― powiedział. ― A moja skrytka jak się 

panu podoba?

― 

Dobra ― powiedział Józef, ale pomyślał, że w wypadku rewizji 

znaleziono by ją łatwo.

Po godzinie Józef się zapoznał z wielu sprawami Stanisława, nawet takimi, 
które go nic nie obchodziły. Ale uzyskał trochę wiadomości o dwóch 

skazanych ― jednym w powiecie, a drugim w mieście. Pożegnał Stanisława, 
który mu przyrzekł pomoc w każdej sprawie.

Gdy opuszczał mieszkanie, w kuchni zbliżył się do niego zakrystian.
― 

Jeśli znajdzie się pan w potrzebie ― powiedział ― proszę się 

zwrócić do mnie. Tutaj ciasno, ale można jakoś przenocować. Podzielę się z 
panem wszystkim jak z bratem. Niech, pana Bóg chroni!

―; Dziękuję! ― powiedział Józef wzruszony, bo wyczuł, że słowa Szymona 
są szczere i płyną z serca.
* * #

Przez cały czas nie opuszczała go niechęć do sprawy, której się podjął. Była 
mu przykra nie tylko ze względu na jej rodzaj, ale i dlatego, że trafił na opór 

ludzi marnych, którym szczerze chciał dopomóc. Jednak pracował wytrwale,
aby wszystko zorganizować i zmusić egzekutywę do czynów. Mógł ułożyć 

jeden zamach i dać rozkaz Drobnemu, żeby go wykonał. Ale chciał ująć w 
ręce całość zagadnienia i tak pokierować egzekutywą, aby była później 

background image

zdolna do działania i bez jego nadzoru. Przeszkadzał mu nadmiar 
szczegółów, które się wyłaniały w trakcie pracy.

Po zbadaniu spisu skazanych na śmierć Józef ustalił, że przede wszystkim 
trzeba zlikwidować Kancerewicza i Dyleżyńską, bo ― jak mógł sądzić z 

informacji ― byli szkodliwi obecnie i o wyrokach na nich krążyła wiadomość
po mieście. Może właśnie dlatego Grzmot użył zwrotu: „dla honoru 

Organizacji". Istotnie, jeśli i skazanym, i społeczeństwu wyrok był znany, 
bezkarność świadczyłaby o słabości podziemia. Byłaby kompromitująca, a 

nawet szkodliwa. Na drugim miejscu byli: Krasnodworski, Korejsza i 
Jackiewicz. Na trzecim: Baronow, Kozłow, Klobowski i Klędzin. Na czwartym 

Dobrovicius i Gorzewski. Znajdujący się w ZSRR Tetrychowski i Kukułka byli 
nieosiągalni. Miejsca pobytu Rujnickiego jeszcze nie ustalono.

W ciągu czwartku., piątku i soboty załatwił wiele spraw przygotowawczych 
do rozpoczęcia akcji. Stanisław mu przyrzekł, że na niedzielę ściągnie z 

powiatu Czarnego, który zna dobrze Korejszę i będzie mógł zaprowadzić 
zamachowców na miejsce. Z Kretem ustalił, że się pozna (też w niedzielę) z 

Aktorką i Klarą. Aspiranta gestapo, Adama, odwiedził w piątek. Mimo że 
Grzmot mu polecił gestapowca jako człowieka wypróbowanego i pewnego, 

wziął ze skrytki browning i fiński nóż i poszedł pod dany mu adres, gdy 
zapadł zmierzch. Łatwiej jest walczyć i są większe szanse na ocalenie w 

ciemności niż
w dzień. Miejsce było wygodne ― w bocznej uliczce niedaleko 

Kalwaryjskiej. Przypominając sobie szkic Grzmota wstąpił na podwórko, 
gdzie stały dwa parterowe drewniane domki. Przed wejściem frontowym do

jednego z nich stał motocykl. Wywnioskował z tego, że gestapowiec jest w 

background image

domu. Po kilku drewnianych stopniach Wszedł na ganek i nacisnął klamkę u 
drzwi. Były otwarte. Nie wszedł jednak, lecz targnął za uchwyt dzwonka. Po 

kilkunastu sekundach na ganek wyszła kobieta.
― 

Czego pan chce? ― spytała po litewsku.

― 

Czy można widzieć pana Adama? ― rzekł również po litewsku.

― 

Proszę wejść!

Znalazł się w malutkim, prawie ciemnym podsionku. Ujął lewądłonią w 
kieszeni kolbę browninga. Kobieta otworzyła drzwi do następnego, 

oświetlonego pokoju.
― 

 Adasiu! ― zawołała. ― Tutaj ktoś do ciebie. Wyszła przez drugie 

drzwi, zostawiając je wpółotwarte. Do pokoju wszedł mężczyzna wzrostu 
Józefa, nieco od niego młodszy.

 ― W jakiej sprawie? ― spytał po litewsku.― Chcę widzieć pana Adama.
― Ja nim jestem.

― Przyszedłem tu z polecenia pana Witolda.
 ― Aha! A jak panu na imię?

― 

Kondor.

― 

W porządku. Proszę iść za mną! ― rzeki już po polsku. 

Wprowadził Józefa do sypialni, w której stało przy ścianie duże, 
podwójne łóżko. Zaciągnął firanki na oknach i zamknął drzwi. Potem 

przysunął krzesło do małej komody obok łóżka.
― 

Proszę usiąść!

― 

Dziękuję. A pan?

― Usiądę na łóżku. Nie chcę iść po drugie krzesło.

― 

Pan zupełnie dobrze mówi po polsku.

background image

Pochodzę z polskiej rodziny, ale urodziłem się i mieszkałemna Litwie. Mam 
brata, który ożenił się z Polką w Wilnie i tutaj pozostał. Mieszka w 

następnym domku.
― Czy pan wie, w jakiej sprawie do pana się zgłosiłem?

― 

Pan Witold mi powiedział, że panu mogą być potrzebne 

specjalne informacje z zakresu działalności gestapo.

― 

Na razie chcę otrzymać informacje o dwóch ludziach z 

„Saugumy", o Dobroviciusie i Gorzewskim.

― 

Znam ich, chociaż pracuję w innym wydziale. U Dobroviciusa 

byłem w mieszkaniu. Służbowo oczywiście. Ten ma wysokie stanowisko i 

dużą władzę. Ale jest przyzwoity. Natomiast Gorzewski pracuje w referacie 
polskim i jest kanalią. Sadysta. Lubi się znęcać nad aresztowanymi.

― 

Czy pan wie, jaki jest stosunek do nich naszej Organizacji?

― 

Wiem. Obaj są skazani na śmierć. Ale ja radziłem nie ruszać 

teraz Dobroviciusa, który ma duży autorytet u oficerów gestapo 
niemieckiego. Jeśli będzie zgładzony z wyroku polskiej organizacji 

podziemnej, na pewno nastąpią ciężkie represje, A on właściwie nie jest 
bardziej szkodliwy niż każdy inny oficer Sipo. Natomiast sprzątnięcie 

Górzewskiego może być pożyteczne, bo odstraszy innych gestapowców od 
znęcania się nad aresztowanymi. Ale doradzałem wykonanie zamachu 

anonimowo!
― 

Co panu powiedział na to Witold?

― 

Że odłoży zamachy na później.

― 

To samo mnie powiedział. Ale dla orientacji chciałbym mieć o 

nich więcej wiadomości. Mogę zawczasu przeprowadzić rozpoznanie.

background image

― 

Jakie informacje dla pana są ważne?

― 

Niektóre już są, ale powtórzenie nie zaszkodzi. Idzie mi o ich 

dokładne adresy, jeśli możliwe z planem domu. Rysopisy i charakterystyki. 
Godziny wyjścia z domu do pracy i powrotu. Trasy. Ważne są inne 

wiadomości: lokale, do których chodzą, znajomi, których
 odwiedzają. Najwięcej mnie interesuje tryb ich życia poza gmachem 

gestapo i poza domem.
― 

Czy jest to pilne?

― 

Nie. Ale chciałem zawiadomić o tym pana wcześniej, żeby było 

więcej czasu na obserwację i żeby pan miał to na uwadze.

― 

Dobrze. Zrobię to. To znaczy zrobię tyle, ile będę mógł.

― 

Oczywiście.

― 

Kiedy pan przyjdzie następnym razem?― Może za tydzień.

― 

Ale, jeśli nie będzie sprawy pilnej, najlepiej w niedzielę. 

Najwygodniejszy dla mnie dzień. I proszę wchodzić przez kuchnię, wówczas 
nie spotka pan nikogo obcego.

― 

A jeśli spotkam kogoś na dziedzińcu? Jeśli mnie spyta, do kogo 

idę? Chodzi o pańskie bezpieczeństwo.

― 

Jestem dobrze kryty. Ale możemy ustalić, że w takim wypadku 

uda się pan do mego brata, Zygmunta. W jakiej sprawie? Kupno karbidówki.

On w wolnym czasie robi lampy karbidowe dla znajomych a czasem i na 
sprzedaż. Czy chce pan go odwiedzić?

― Może to być pożyteczne. Jeśli mi się wyda, że u pana coś nie w porządku,
pójdę wprost do niego. Gdybym na przykład zobaczył jeszcze jeden 

motocykl albo auto na dziedzińcu...

background image

― 

Dobrze. Chodźmy więc do brata. O naszych sprawach poufnych

nie będziemy z nim mówili.

― 

Chcę spytać pana o pewną rzecz, jeśli pan nie uzna tego za 

natręctwo.

― 

Proszę. O co idzie?

― 

Dlaczego pan pracuje dla polskiej organizacji podziemnej? 

Przecież jest to ryzykowne.
― 

Ryzyko jest. Ale gdy jadę na motocyklu, też ryzykuję, że się coś 

zdarzy. Prawda? ― przez kilka sekund milczał, jakby się zastanawiał nad 
odpowiedzią. Potem zaczął mówić: ― Z Polską jestem związany sympatiami

i pochodzeniem. Litwini zaś, jako państwo, oświadczyli się po stronie 
hitlerowców i jestem pewien, że razem z nimi przegrają. Natomiast Polacy 

powinni odzyskać swą niepodległość, bo są sojusznikami tej strony, która 
wojnę wygra. W tym wypadku moja praca w gestapo obciążyłaby mnie, 

chociaż osobiście nikomu nie wyrządziłem krzywdy. Ale znajdą się" ludzie, 
którzy mnie widzieli w mundurze gestapowca i to może zaszkodzić. A 

przecież mam rodzinę, żonę i dwoje dzieci. Więc prócz sympatii jest i 
wyrachowanie. Poza tym jestem wrogiem systemu nazistowskiego. Dlatego 

mi przyjemnie kogoś ostrzec, ocalić, komuś dopomóc. Niedawno 
zawiadomiłem pana Witolda, że w poniedziałek będzie łapanka przy Halach 

Targowych, między ulicą Zawalną, Bazyliańską i Kolejową. Gdybym mógł, 
ostrzegłbym całe miasto.

Józef przypomniał sobie, że Tomasz mu mówił, iż ma swego informatora z 
gestapo. Zastanowił się, czy Adam nie utrzymuje łączności i z Tomaszem.

Wyszli przez kuchnię na drugą stronę dziedzińca i weszli do mniejszego 

background image

domu. Adam poznał Józefa ze swym bratem. Nie poruszali z nim tematów 
dotyczących pracy podziemnej, ani działalności gestapo. Rozmawiali o 

trudnościach w nabywaniu niektórych produktów, o drożyźnie. W pewnej 
chwili Zygmunt spytał Józefa:

― 

Czy ma pan karbidówkę? '

― 

Nie. Mam malutką lampkę naftową.

― 

Ależ nafta jest szalenie droga i trudno ją kupować!

― 

Moja lampka zużywa litr nafty miesięcznie.

― 

Chyba to kopciłka. Zaraz panu dam coś lepszego.

Przyniósł dobrze wykonaną karbidówkę.

― 

Weź pan ― powiedział. ― Jest to moja robota z niemieckich 

materiałów.

― 

Kupię ją od pana.

― 

Znajomym nie sprzedaję. Dam panu trochę karbidu na 

początek.
Józef wrócił do domu późno, tuż przed godziną policyjną. Zaraz przygotował

karbidówkę i zapalił ją. Helena była zachwycona.
― 

Świeci jak słońce! ― powiedziała. ― Moja biedna lampka 

wygląda przy niej jak iskierka.
― 

Trochę czuć karbidem.

― 

Lampkę też czuć. Ciągle kopci. Teraz będę mogła wygodnie 

czytać wieczorami.

― 

Już jesteśmy bogatsi ― rzekł Józef.

W sobotę poszedł wczesnym rankiem do Drobnego. Od razu dostrzegł, że 

jest on w złym humorze i łatwo się domyślił, z jakiego powodu. Mimo to 

background image

spytał:
― 

Czy pan miał wiadomości od góry?

― Tak. Przedwczoraj wieczorem przyszedł Bronka i zawiadomił mnie, że 
pan będzie kierował egzekutywą.

― 

Niezupełnie tak jest. Będę dysponował panem, któremu 

zostawiam funkcję kierownika sekcji wykonawczej. Sekcję wywiadowczą 

pozostawiam Kretowi. W ten sposób uproszczę te sprawy i ułatwię sobie 
robotę. Nie jest ważne, kto jaką rolę spełnia w ramach egzekutywy. Ważne 

jest, aby egzekutywa działała. Wkrótce opracuję pierwszy zamach i dam 
panu dokładne instrukcje co do jego wykonania.

― 

Jeśli będę mógł.

― 

Będzie pan mógł. Każda sprawa będzie ułożona jak proste 

zadanie matematyczne. Ale wszyscy będą musieli dokładnie spełnić swe 
role. Na razie pozostawiam wszystko w obecnym stanie. Od jutra zaś proszę

o utrzymanie stałego kontaktu z członkami swej sekcji.
 ― Nie ze wszystkimi mam kontakt.

― 

Szkoda. Proszę więc w ciągu dnia dzisiejszego i jutrzejszego 

skontaktować się z nimi, być w pogotowiu. W niedzielę, pod wieczór, 

wstąpię do pana. Powie mi pan, z kim ustalił łączność i kto jest gotów do 
akcji.

― 

A jeśli nie będę mógł tego załatwić?

― 

Dlaczego?

― 

Jeśli oni uchylą się od kontaktów ze mną?

― 

Poda mi pan wszystkie okoliczności i potraktuję tę sprawę 

formalnie. Natomiast pierwszy zamach wykonają ci ludzie, którzy już są.

background image

― 

Już są? Kto?

Pan i ja.

Drobny sztucznie się uśmiechnął.
― 

Pan żartuje ― powiedział.

― 

Ani mi w głowie! Jestem poważnym Człowiekiem i tę sprawę 

traktuję poważnie. Zapewniam pana, że egzekutywa albo zacznie wkrótce 

działać, albo zniknie.
― 

Ja się nie sprzeciwiam! Ja właśnie tego chcę!

― 

Doskonale! Całkowicie się zgadzamy. Komenda tego chce, ja 

tego chcę i pan tego chce. Idealna harmonia! Więc proszę do wieczora w 

niedzielę przygotować mi ludzi do pracy. Proszę ustalić z nimi prostą i 
prędką łączność. Będzie to pańska funkcja.

― 

Łącznika?!....

Józef zajrzał uważnie w oczy Drobnemu. Poznał już charakter tego 

człowieka, ale chciał się zorientować, co można z niego wydusić dla 
rozpoczęcia pracy zgodnie z życzeniem Grzmota.

― 

Nie, panie Drobny! ― powiedział z wyraźnym sarkazmem.

― 

Nie łącznika, lecz generalnego dyrektora łączności sekcji 

wykonawczej egzekutywy Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej! Widzi pan, 
jaka ważna funkcja!... Natomiast ja, goniąc całe dnie po mieście, spędzając 

czas na gadaniu z wieloma typami, kim jestem? Woźnym czy chłopcem na 
posyłki?... W stosunku do pana, panie Drobny, jestem niańką, guwernantką,

która chce poprowadzić pana za rączkę tam, gdzie trzeba. Guwernantką 
bardzo cierpliwą. Chętnie bym tego obowiązku zrzekł się, bo... jest mi 

wstrętny. Rozumie pan? Ale będzie to szkodliwe i dla pana, i dla 

background image

Organizacji! Niech więc pan nie kaprysi i nie sprowadza sprawy na boczne 
tory! Czy pan rozumie, czego od pana chcę?

― 

Utrzymania łączności z członkami sekcji wykonawczej.

― 

Dobrze. Otrzymał pan broń z Komendy?

― 

Tak. Bronka przyniósł. Jedna marna sztuka.

 ― Marna? Chcę zobaczyć.

― 

Jest dobrze schowana.

― 

Chodźmy do piwnicy.

― 

Skąd pan wie, że... w piwnicy?! ― zdumiał się Drobny.

Józef nie wiedział, że Drobny schował pistolet w piwnicy. Chciał

go tam wypróbować, dla przekonania się, że broń i naboje są dobre. Jednak 
odpowiedział zagadkowo:

― 

Mam w tych sprawach Specjalny węch. Czy jest ktoś obcy w 

domu?

W ogóle nie ma nikogo prócz nas. Zaraz wezmę latarnię.
W kuchni, w podłodze, była duża, ciężka klapa. Podnieśli ją i zeszli w dół po 

wąskich schodkach. Drobny zapalił latarnię i postawił ją na przewróconej 
dnem do góry beczce. Potem poszedł w kąt piwnicy, gdzie w suchym piasku 

leżała marchew. Odgarnął ją na boki i wyjął z płytkiego dołu żelazne 
pudełko. Otworzył je i podał Józefowi pistolet, browning dziewiątkę, 

owinięty w ceratę i pergaminowy papier. Tam również były: zapasowy 
magazynek i pudełko z dwudziestoma pięcioma nabojami.

Józef wprawnie sprawdził pistolet i powiedział:
― 

Niech pan spuści klapę.

― 

Po co?! ― zdziwił się Drobny.―

Damy dwa strzały. Jeden 

background image

na cześć Hitlera a drugi Stalina.
Drobny wzruszył ramionami, ale spełnił polecenie. Potem powiedział:

― 

Ktoś z ulicy może usłyszeć.

― 

Pomyśli, że żona palnęła męża po buzi.

Drobny ustawił przy ścianie kwadratowy kawałek dykty, przesunął nieco 
dalej beczkę z latarnią i stanął z boku. Józef wycelował w środek dykty i 

wystrzelił z odległości około sześciu kroków, bo piwnica była mała. Kula 
trafiła niedaleko środka dykty.

― 

Stalin leży! ― powiedział i podał pistolet Drobnemu. ― Wal 

pan w Hitlera!

Drobny, starannie wycelował i strzelił. Kula trafiła w sam środek dykty.
― 

Brawo! ― zawołał Józef. ― Hitler trup! Rąbnął go pan jak 

święty Jerzy smoka! A pistolet wcale nie „marna sztuka", ale pierwsza klasa!
Proszę dobrze schować. Będziemy go dawać tylko na robotę. A jeśli 

będziemy musieli razem dokonać zamachu, pan będzie grał na tej 
dziewiątce, a ja panu będę akompaniował na siódemce.

Wkrótce pożegnał Drobnego mówiąc:
― 

Byczy z pana chłop! Prosto w środek! To mi się podoba!

„Psiakrew, jeszcze i mnie wyprawi na robotę! ― pomyślał Drobny. ― 
Trzeba było strzelić w kąt piwnicy".Pod wieczór poszedł do domu, wziął 

kosz i udał się do Buby. Pamiętał, że dla spraw miłosnych wolała sobotę od 
innych dni.

― 

Odnoszę kosz ― powiedział po przywitaniu się z nią.

― 

Tylko po to przyszedłeś? ― spytała uśmiechając się.

― 

Żeby tylko po to, nie zobaczyłabyś swego kosza ze dwa 

background image

tygodnie.
― 

Jednak się zainteresowałeś starą babą!

― Gdzie tam starą! Dzisiaj jestem tak zmęczony, a jednak przyszedłem, bo 
przez cały tydzień czekam na sobotę.

― 

Zostań na noc.

― 

Nie mogę.

― Tamta się zamartwi?
― 

Nie. Mógłbym ją uprzedzić, że nie przyjdę. Ale jutro od rana 

będę miał wiele spraw do załatwienia. Chcę dobrze wyspać się u siebie i 
stamtąd zacząć dzień.

―Chcesz coś zjeść?
― 

Nie.

― 

Może herbaty albo kawy? Mam prawdziwą.

― 

Też nie. Ale żebyś dała mi duży kieliszek wódki, byłbym ci 

wdzięczny. Chcę oderwać się od przykrych myśli. Rozmawiam z tobą, a inne 
sprawy nie wychodzą mi z głowy.―

Masz zmartwienia?

 ― Mam kłopoty... Trudną robotę...
― 

Rozumiem. I ja mam kłopoty. Dzisiaj musiałabym spędzić 

wieczór na mieście, ale zostałam. Czekałam na ciebie. Widzisz!
― 

Byłaś pewna, że przyjdę?

― 

Oczywiście. To się wyczuwa. A czy pamiętasz pierwszy wieczór,

kiedy przyszedłeś z Wincukiem do mnie?

― 

Pamiętam. .

― 

Wówczas już wiedziałam, że z tobą się puszczę. Potem 

czekałam na sposobność. Głupie to, ale... potrzebne i drogie... Idę po 

background image

wódkę.
Powróciła za kilka minut z dwiema pełnymi szklaneczkami.

― 

I ja wypiję ― powiedziała. ― Jak wtedy na Nowy Rok.

W kilka haustów opróżniła szklaneczkę i wstrząsnęła się z obrzydzenia od 

niemiłego smaku alkoholu. Wyszła do sionki i pozamykała drzwi. Wróciła i 
patrząc na Józefa zrzuciła z siebie luźną, czarną suknię. Wyłoniła się z niej 

jakby zupełnie inna kobieta. Miała na sobie tylko dzienną koszulkę.
― 

Dla ciebie to włożyłam ― rzekła, przesuwając dłonie po 

biodrach. ― A czy uwierzysz, że się wstydzę?
 ― Teraz?

 ― Poprzednio też się wstydziłam, ale udawałam bezczelną. A są kobiety 
zimne, cyniczne, które udają wstydliwe. Ale w głowie mi zaczyna kołować. 

Głupstwa plotę...
Nazajutrz, w niedzielę, miał rzeczywiście trudny dzień. U Stanisława poznał 

się z Czarnym, który znał Korejszę i dał o nim dużo informacji. Zgodził się 
być przewodnikiem, kiedy zostanie zorganizowana, wyprawa na wieś. Ale 

Czarny nie wywarł na Józefie dobrego wrażenia. Wyczuł w nim człowieka 
fałszywego, któremu nie można zaufać. Postanowił, że będzie z nim 

ostrożny.
Następne spotkanie miał z Kretem, który, jak i poprzednio, był bardzo 

uprzejmy i zachowywał się jak dobrze ułożony kelner,, dla którego gość 
zawsze ma rację. Mówił ostrożnie, z namysłem i nie wypowiadał się 

szczerze.
„Krąży po krecich tunelach!" ― pomyślał Józef, słuchając jego odpowiedzi 

na pytania, które jakby się prześlizgiwały po powierzchni spraw.

background image

Mimo to ustalił wiele faktów z dotychczasowej pracy sekcji wywiadowczej, 
które uznał za pożyteczne. Ale nie dał poznać Kretowi, co dla niego jest 

ważne, a co bez znaczenia. Wreszcie udali się do wywiadowczym, którą Kręt
nazywał Aktorką. Mieszkała w śródmieściu. Miała mały pokój na parterze 

kamienicy. Józef zobaczył młodą, smukłą, ładną, dobrze ubraną dziewczynę.
― 

Siadajcie, panowie! ― wskazała ruchem dłoni na fotel i krzesło.

― Może załatwimy sprawę od razu, bo nie mam dużo czasu.
― 

Dobrze ― rzekł Józef. ― Chciałem z panią się zapoznać i 

zorientować się, czy chce pani pracować nadal.
Uniosła w górę ciemne łuki brwi.

― 

Pracować chcę, chociaż jest to dla mnie trudne. Ale nie chcę się

wygłupiać i bawić w te sprawy. Traktowałam to jako rzecz poważną, lecz się

zawiodłam! ― spojrzała w kierunku Kreta, jakby wskazując przyczynę 
swego zawodu.

On zmieszał się i powiedział', bezradnie wzruszając ramionami:
― 

Ja również się zawiodłem... Mówiłem panu Kondorowi...

― 

Niech pan sobie wyobrazi! ― zwróciła się do Józefa. ― Daje mi

zadanie ― skinęła głową w kierunku Kreta ― inwigilować pewnego 

jegomościa. Otrzymuję jego adres, rysopis, nazwisko. Tracę jeden dzień, 
drugi. Moknę na deszczu. Wreszcie go zobaczyłam. Wyszedł na spacer do 

Ogrodu Bernadyńskiego. Oczom swoim nie mogłam uwierzyć. Był to mój 
nauczyciel gimnazjalny. W domku tamtym w ogóle żaden inny mężczyzna 

nie mieszkał. A on stary, schorowany, nieszczęśliwy, prawie na dwór nie 
wychodził...

― 

Zdarzyła się omyłka ― przerwał jej Kret.

background image

― 

Ładna omyłka! A gdybym go nie znała i zrobiła dokładne 

rozpoznanie!... A sekcja wykonawcza na jego podstawie zlikwidowałaby 

biedaka. Co by to było?!... Zabójstwo!,
― 

Proszę pana! ― zwrócił się Józef do Kreta. ― Chcę 

porozmawiać z panią na osobności. Potem do pana wstąpię i skończymy 
naszą naradę.

― 

Dobrze ― Kret wstał i pożegnał Aktorkę.

Gdy zostali sami, Józef zwrócił się do dziewczyny:

― 

Rozumiem całkowicie pani niezadowolenie i je podzielam. 

Właśnie zabrałem się do porządkowania tych spraw. Potrzebny mi jest 

każdy sprytny człowiek, bo w sekcji wywiadowczej ludzi mało. Ale będę 
korzystał tylko z pomocy tych, którzy zechcą dobrze pracować. Czy pani się 

zgadza na tę robotę?
― 

Ale powinien w niej być jakiś sens!

― 

Zapewniam, że pani wysiłki nie zostaną zmarnowane. Nie będę

też obciążał pani nadmierną pracą. Do inwigilacji jest za mało ludzi i dlatego

chciałbym, żeby pani w dalszym ciągu spełniała zadania wywiadowcze. 
Zgadza się pani?

― 

Ależ tak! Jestem Polką. Oburza mnie panoszenie się 

okupantów i chciałabym dopomóc tym, którzy walczą o nasze wyzwolenie.

― 

Dobrze. Zorientowałem się, że jest pani sprytna, inteligentna i 

energiczna. Ale, przepraszam, że powiem to szczerze, wydaje mi się, że do 

pracy wywiadowczej niezbyt pani się nadaje.
― 

Co?! Dlaczego?

― 

Jest pani zbyt piękna.

background image

― 

Komplement? Dziękuję!

― 

Po prostu stwierdzenie faktu. Pani chyba rozumie, że ładna 

kobieta zwraca na siebie uwagę. Każdy jej się przyjrzy i ją zapamięta. Może 
więc i sama być narażona. Dla mnie ideałem wywiadowczym jest babunia 

lat sześćdziesięciu, ale krzepka, w wytartej kapotce, z różańcem i książeczką
do nabożeństwa w ręce...

― 

Aha! ― wstała i lekko się ukłoniła Józefowi. ― Proszę więc

zaczekać. Zaraz wrócę i porozmawiamy jeszcze. ― Wyszła z pokoje

Powróciła za dziesięć minut. Była odziana w ciemną, watowaną kapotkę, 
postrzępioną u dołu spódnicę, spod której było widać grube, wełniane 

pończochy i sznurowane buciki. Włosy miała okryte wełnianą chustką z 
frędzlami.

― 

A może miotły kupicie? ― spytała ze śpiewnym, wiejskiem 

akcentem.

― 

Dobrze! ― uznał Józef.

― 

Jest to strój naszego kocmołucha, który mogę wziąć, kiedy 

chcę, bo ona ma elegantsze rzeczy. Mogę się ubrać i jak mieszczka, i jak 
robotnica, i jak służąca. Zależy to od sytuacji.

―A jak z dokumentami?
― 

Rychtyk dobrze! Mąż pracuje na wiosce przy ciesielce, a ja tutaj

za pomoc domową jezdem ― pociągnęła wskazującym palcem pod nosem, 
jakby go wycierając.

„Rzeczywiście aktorka!" ― pomyślał Józef.
― 

Siadajcie, Małgosiu! ―powiedział.

― 

Kiedy się wstydzam.

background image

― 

Ze starym chłopem?

― 

Kto to wie, co w kim siedzi! ― krygowała się. ― Jeden taki to 

mnie za kolano chycił!
Józef roześmiał się.

― 

Więc dobrze ― powiedział. ― Przepraszam za brak wiary w 

pani możliwości. Nie będę pani zabierał więcej czasu. Sądzę, że dobrze się 

rozumiemy. Jak najłatwiej z panią się komunikować?
― 

Osobiście od ósmej do dziewiątej rano albo od pierwszej do 

drugiej w południe. Jeśli zechce pan pomówić ze mną o innej porze, proszę 
wrzucić list do skrzynki pocztowej przy drzwiach. Zaadresuje pan dla 

Krystyny. Jest to moje imię.
Pożegnali się i Józef poszedł do Kreta. Z poznania się z Aktorką Krystyną był 

zadowolony. Wiedział, że dane jej polecenia spełni dokładnie i dobrze, bo 
jest ambitna. Zwiększało to jego szanse na prowadzenie własnego wywiadu.

Jednak nic nie powiedział Kretowi o swych wrażeniach i zamiarach. Spytał 
go:

― 

Gdzie zobaczę Klarę?

― 

U niej w mieszkaniu.

― 

Czy daleko stąd?.

― 

Za Ostrą Bramą.

― 

Czy ona wie, że do niej się zgłoszę?

― 

Tak. Zna pańskie pseudo.

― 

W takim razie pójdę do niej sam. Nie chcę, żeby pan tracił na to

czas. Proszę objaśnić mnie dokładnie, jak tam trafić.

― 

Bardzo łatwo... ― Kret podał Józefowi nazwę ulicy, numer 

background image

domu i mieszkania i objaśnił jak tam wejść. Potem spytał: ― Kiedy będę 
panu potrzebny?

― 

Prawdopodobnie wstąpię do pana jutro rano i omówimy 

pewną robotę. Będzie pan miał osobne zadanie.―

Bardzo się cieszę, 

bo kierowanie sekcją narażało mnie na przykrości. A jeśli Drobny prześle mi 
polecenie?

― 

Zignorować. Teraz tylko ja będę dawał panu polecenia.

Pożegnał Kreta i udał się w kierunku Ostrej Bramy.

Kamienica, w której mieszkała Klara, była bardzo duża. Miała
dwa skrzydła i przybudówki w dziedzińcu. Wchodziło się do niej przez dwa 

wejścia frontowe, dwa z bramy i dwa z dziedzińca. Józef korzystając z 
informacji Kreta łatwo odnalazł na parterze, od strony dziedzińca, 

potrzebny mu numer mieszkania. Na lekkie pukanie klamką drzwi otworzyła
kobieta w średnim wieku.

― 

O co idzie? ― spytała wesoło i życzliwie patrząc mu w oczy.

― 

Chcę pomówić z panną Klarą.

― 

Owszem, jest tutaj taka osoba. I akurat tak fatalnie się złożyło, 

że jest moją córką.

― 

Pani córką... ― powtórzył jej słowa.

― 

Pan się dziwi, że mam córkę? .

― 

Wcale się nie dziwię. Rzecz zwykła.

,

― 

A pan ma?

― 

Nie mam.

― 

Więc nie jest zwykła. No i córka u mnie specjalna! ― 

Rozszerzyła powieki i powiedziała głośnym szeptem: ―Diabeł!

background image

Mówiąc to zamknęła drzwi kluczem i na zasuwkę, potem zrobiła Józefowi 
znak dłonią, żeby za nią szedł. W następnym pokoju zapukała do drzwi i, 

wzruszając ramionami, powiedziała:
― 

Czy nie jest to nadmiar uprzejmości: pukam do własnego 

pokoju! ― uchyliła drzwi i zrobiła ramieniem gest zapraszający dowejścia.
Wstąpił do małego pokoju i zobaczył stojącą przed nim młodądziewczynę, 

szczupłą, o prawie dziecinnej twarzy, która się stroiław powagę, i o 
oryginalnym uczesaniu włosów (dwiema warstwamido góry), które później 

nazwał „ptasim czubkiem". Patrzył ze zdziwieniem na młodą istotę, która 
wyglądała jak podlotek.

„I to jest najlepsza wywiadowczym Kreta?!" ― pomyślał, zaskoczony jej 
widokiem.

―Czy panna Klara? ― spytał.
― Tak. A pan od Kreta?―

Właśnie od niego. Jestem Kondor.

― 

Przypuszczałam, że panowie przyjdą razem.

― 

Wolałem sam. Będziemy mogli mówić swobodnie i szczerze 

bez świadka.
― 

Bardzo się cieszę. Niech pan usiądzie. Proszę wybrać miejsce, 

gdzie się 'podoba. Może tutaj przy oknie?
― 

Świetnie położone mieszkanko. Trudne do obserwacji. A tutaj 

ulica Cerkiewna?
― 

Tak. Często wracam do domu wieczorami przez okno. 

Zostawiam je tylko przymknięte i skracam sobie drogę. Na tej ulicy mało 
przechodniów.

― 

Może zaczniemy mówić o sprawie?

background image

― 

Bardzo chętnie.

― 

Otóż będę przez jakiś czas kierował egzekutywą. Chcę ją 

uruchomić. Zależy mi bardzo na dobrym wywiadzie. Czy pani się zgadza 
pracować nadal?

― Ależ tak! I nie tylko wywiad! Jeśli trzeba będzie kogoś zastrzelić, ja też 
potrafię!

Jaka pani groźna?
― 

Ja dla Polski wszystko zrobię! Naprawdę!

― 

Ale nie głupstwo. Dla Polski byłoby to szkodliwe.

Na twarzy Klary ukazały się wypieki. Była zdenerwowana. Zacisnęła pałce 

prawej dłoni w pięść i nie dostrzegając tego uderzała nią lekko w blat 
stolika.

― 

Jeśli mężczyźni są niedołężni, mogę dać im przykład. I 

zrobiłabym to sama, żebym się nie bała, że coś popsuję. Mówię panu o tym 

dlatego, żeby pan wiedział, że na mnie może liczyć.
Uważnie ją słuchał i obserwował. Myśl jego pobiegła Wstecz, w lata 

młodości, kiedy czul i myślał tak jak i ta dziewczyna, kiedy wierzył w ludzi, 
słowa, zapewnienia i był gotów do szalonych nawet czynów. Poczuł smutek 

i żal, bo z wiary tamtej pozostały mu tylko okruchy.
― 

Ile pani ma lat? ― spytał łagodnie, aby nie odczuła pytania jako

wątpliwości w jej słowa.
― 

Siedemnaście.

― 

Czy mama pani wie o charakterze pani pracy w AK?

― 

Tak. I nie sprzeciwia się.

― 

Pani złożyła przysięgę?

background image

― 

Tak.

Od drzwi rozległo się pukanie. Weszła matka Klary i przyniosła dwie filiżanki 

herbaty i kilka ciastek na talerzyku.
― 

Niech się pan pokrzepi ― powiedziała ― bo moja córka 

zamęczy pana gadaniem. Już ona taka! Barykada, polski sztandar z białym 
orłem. A ona na barykadzie!... Wysoko... Ze sztandarem!...

― 

Mamo! Jak ty możesz kpić!

― Ależ nie kpię, kochanie! U mnie sztandar już gotów, ale dobrze 

schowany. Zobaczymy, która pierwsza na barykadę wskoczy! Ja już 
walczyłam w dziewiętnastym roku! A ty co? Fu, smarkata! ― wyszła, udając 

oburzenie.
― 

Kogo pani śledziła dotychczas?

― 

Dyleżyńską, Kancerewicza, Dobrovicjusa, Baronowa, Kozłowa...

― 

Komu pani składała meldunki?

― 

Kretowi.

― 

Jakim on, zdaniem pani, jest typem?

― 

Śpiący typ. Automat. Zdawało mi się, że go nic nie obchodzi.

― 

A teraz poproszę o odpowiedź na parę pytań innego rodzaju. 

Jeśli pani dla jakichś względów, na przykład z obowiązku dyskrecji, nie 
zechce mi odpowiedzieć, nie będę miał nic przeciw temu. Rozumiem takie 

skrupuły. I proszę nie traktować tego jako badania pani, lecz jako moją 
próbę zorientowania się w sprawach egzekutywy, przez wzgląd na naszą 

przyszłą pracę.
― Dobrze.

― 

Pani powiedziała: „Jeśli mężczyźni są niedołężni, mogę dać im 

background image

przykład", Z czego wysnuła pani wniosek o ich niedołęstwie?
― 

Z tego, że kilka razy nie wykonali zamachów na dobrze 

rozpoznanych osobach.
― 

Czy wszyscy w egzekutywie są niedołężni?

― 

Nie. Znam bardzo dzielnego chłopca, ale on nie może 

postępować według swej woli.

― 

Kto?

 ― Mag.

― 

Mag?!

― 

Tak. Znam go dobrze. Kilka razy z nim rozmawiałam na te 

tematy. On właśnie mi mówił o panu.
― 

Nic o mnie nie wie.

― 

Wie od jednego z aktywnych członków Organizacji, z którym 

utrzymuje kontakt. Wiem od kogo, ale przez dyskrecję, o której pan 

wspomniał, zachowam to w sekrecie. Otóż on mi powiedział, że górze 
zbrzydła bezczynność egzekutywy i dali ją w ręce człowieka, który potrafi ją 

uruchomić. To samo mi powiedział Bronka, którego od czasu do czasu 
widuję. Pracowałam z nim dawniej jako łączniczka. Potem przydzielono 

mnie do egzekutywy. Bardzo ucieszyłam się tymi wiadomościami, ale nie 
spodziewałam się, że pana u siebie zobaczę.

― 

Dlaczego?! ― zdziwił się Józef.

― 

Poprzedni jej kierownik siedział wysoko w chmurach i był 

niedostępny. Nawet Kret, jako kierownik komórki wywiadowczej, wyznaczał
mi łaskawie audiencje ― wydęła ładnie ukształtowane wargi ― przeważnie 

raz na tydzień. A rozmawiał ze mną w trzeciej osobie: „Koleżanka zechce 

background image

zbadać godziny powrotu Dobroviciusa z gestapo do domu. Niech koleżanka 
ustali to dokładnie!"

― 

Teraz żadnych audiencji nie będzie. Będziemy się spotykali, 

kiedy to będzie potrzebne i gdzie nam będzie wygodnie. Podoba mi się pani 

zapał i charakter, i wyczuwam, że nasza współpraca pójdzie dobrze. Pani 
powiedziała, że już śledziła redaktora Kancerewicza.

― 

Tak. Dwa razy po kilka dni.

― 

Proszę zrobić to znów i porównać z poprzednimi obserwacjami.

Czy zaszły zmiany? Rzeczy najważniejsze: trasy od rana do wieczora i 
godziny, w których zajdą zmiany miejsc. Jeśli niektóre dane się powtórzą, 

będę miał materiał rozpoznawczy. Kiedy pani może zacząć robotę?
― Jutro. Z samego rana rozpocznę wywiad, zaczynając od jego mieszkania.

― 

Doskonale! Wobec tego za dwa dni, w środę rano, zgłoszę się 

do pani. Proszę na mnie czekać do godziny dziesiątej. Jeśli nie przyjdę, 

proszę czekać następnego dnia.―

Dobrze. Bardzo się cieszę, że 

zaczynamy robotę. A terazchcę poruszyć moją sprawę, prawie prywatną. 

Chcę poprosić panao pewną rzecz, na której mnie bardzo zależy.
― 

Słucham.

― 

Chcę mieć silnie działającą truciznę! To tylko na wypadek 

aresztowania...

― 

Ja również o tym myślałem. Chciałem mieć truciznę dla siebie. 

Na razie nie wiem, gdzie ją dostać. Ale teraz będę o to się starał. Może mi 

się uda.
Pożegnał Klarę i zaraz poszedł do Kreta. Obawiał się, że go niezastanie w 

domu, ale spotkali się na ulicy. Wrócili do jego mieszkania. Józef polecił mu 

background image

śledzenie Krasnodworskiego, bo Kret znał goz widzenia. Umówił z nim 
spotkanie za tydzień, w niedzielę rano, w jego mieszkaniu.

Następnie udał się do Aktorki. Ponieważ znała ona Dorotę Dyleżyńską i 
śledziła ją poprzednio, dał jej trochę dodatkowych informacji (uzyskanych 

od Kreta i Klary) i poprosił, żeby wszystko sprawdziła do środy w południe, 
kiedy do niej przyjdzie.

Ostatnie spotkanie miał z Drobnym. Nakazał mu jeszcze raz utrzymywanie 
kontaktu z członkami sekcji wykonawczej i poprosiłgo, aby czekał w domu w

środę wieczorem.
Powrócił do swego mieszkania na górce zmęczony i głodny, ale był 

zadowolony, że pchnął robotę daleko naprzód.
Rysował starannie na dużym arkuszu papieru dokładny plan kilku ulic 

śródmieścia. Robił to z pamięci, ale poprzednio, w ciągu dwóch dni, zbadał 
dokładnie tamtą dzielnicę. Po skończeniu planu dodał z boku szkic gmachu, 

którego drzwi frontowe wychodziły na dwie równolegle położone ulice. 
Potem zaznaczył krzyżykami na ogólnym planie miejsca wykonawców 

wyroku w momencie rozpoczęcia akcji. Strzałkami wskazał kierunki ich 
ruchów. Następnie napisał nazwy ulic i numery kilku domów.

Drobny, siedząc z boku, obserwował powstawanie na papierze tego planu. 
Józef od czasu do czasu komentował szczegóły.― Teraz ― rzekł po 

ukończeniu rysunków ― objaśnię panu przebieg akcji. Jeśli cokolwiek 
będzie dla pana niejasne, proszę pytać. Obserwacje dawne i ostatnie 

ustaliły, że Dorota wychodzi z lokalu „Lira" przy ulicy Wileńskiej między 
godziną siódmą trzydzieści a ósmą wieczorem. Wówczas jest prawie 

ciemno, bo ulice są słabo oświetlone. Człowieka trudno rozpoznać nawet z 

background image

odległości dwudziestu kroków. Ułatwia to ogromnie robotę, bo gwarantuje 
bezpieczeństwo po oddaleniu się od miejsca zamachu... Lokal jest tutaj... ― 

wskazał ołówkiem prostokąt domu z krzyżykiem. ― Naprzeciw umieści się o
godzinie siódmej piętnaście obserwator. Będzie wolno spacerował, albo 

czekał w bramie lub w którymś z wejść frontowych. Jest to jasne i proste... 
Po tej stronie, gdzie jest lokal „Lira", ale bliżej ulicy Mickiewicza, znajduje 

się druga kamienica, zaznaczona tym oto krzyżykiem. A na osobnym szkicu 
jest ona narysowana szczegółowo. Tutaj jest wejście z Wileńskiej. Dalej 

prowadzi wąski korytarz, obok schodów na górne piętra. A tutaj są schodki 
w dół, w kierunku podwórza. Dalej jest zakręt w lewo, do korytarza 

kamienicy przy ulicy Jagiellońskiej... Otóż zamachowiec umieści się na 
jednym z chodników ulicy Wileńskiej, w pobliżu wejścia do tej kamienicy. 

Gdy obserwator pójdzie W jego kierunku i da znak, że Dorota wyszła z 
lokalu, będzie na nią czekał przed tym wejściem albo nieco dalej od niego. 

Potem pójdzie jej naprzeciw z takim obliczeniem, aby ją spotkać w pobliżu 
wejścia do kamienicy.

― 

A w jaki sposób, jeśli nie będzie widział Doroty, zorientuje się, 

że ona idzie?

― 

Z ruchów obserwatora, który podąża drugim chodnikiem i ją 

wyprzedzi. A gdy się ona zbliży, to oczywiście ją zobaczy. Natomiast 

obserwator, gdy minie miejsce, w którym nastąpi zamach, zatrzyma się 
nieco dalej po drugiej stronie ulicy i będzie widział, jak się to odbędzie.

― 

A co ma robić zamachowiec?

Józef ze zdumieniem spojrzał na Drobnego.

― 

Pan nie wie co on ma robić?

background image

― 

No, oczywiście, wiem. Ale pan opowiada tak szczegółowo, że 

czekałem na dalszy ciąg.―

Więc zamachowiec w ostatnich 

sekundach będzie działał według wyczucia sytuacji. Będzie strzelał do niej z 
odległości trzech, czterech kroków albo i bliżej. Wystarczą dwa strzały. 

Pierwszy między oczy, trochę w górę; drugi pod lewą pierś. Takie strzały nie 
chybią. 

― 

A skąd obserwator będzie wiedział, że z „Liry" wyszła właśnie 

Dorota?

― 

Z rysopisu. Średni wzrost, okrągła twarz, chód ociężały. Ma 

palto szarego koloru z wciętą talią i czarnym, futerkowym kołnierzem. Z tyłu

klapa na wysokości talii, z dwoma guzikami. Na głowie okrągła też 
futerkowa czapeczka. Strój i wygląd łatwe do poznania i zapamiętania.

― 

Może ubrać się inaczej.

― 

Nie. Jest koniec zimy, pogoda jednostajna. Zresztą zbadałem i 

tę sprawę. Nie ma ona futer ani dużego wyboru okryć. Poza tym pan mi 
mówił, że dwaj pańscy ludzie robili na nią zamach z bliska. Tak?

― 

Tak. Ale z Komendy dali świństwo i nie wystrzeliło.

― 

Mniejsza z tym. Ale oni ją widzieli i pamiętają, jak wygląda. 

Może pan ich właśnie wyznaczyć. Albo jednego z nich na obserwatora. Ale 
nikt prócz wyznaczonych ludzi nie powinien wiedzieć o miejscu zamachu ani

o czasie. W ogóle proszę nikomu nie podawać tych szczegółów.
― 

Moi ludzie są godni zaufania.

― 

Bardzo pięknie. Ale jest to główna zasada naszego działania. O 

miejscu i sposobie zamachu wiem tylko ja. Teraz włączam do tego pana, 

który akcję przeprowadzi. Zamachowcy zaś dowiedzą się o tym w ostatnim 

background image

dniu. To znaczy jutro, ostatecznie pojutrze.
― 

Dlaczego pan chce, żeby zamachowiec strzelał do niej z 

przodu?
― 

Dlatego, żeby to był Wyrok śmierci, wykonany śmiało, nie zaś 

porachunek osobisty. Jednocześnie trzeba wypowiedzieć formułę: „W 
imieniu Rzeczypospolitej Polskiej". Na to wystarczy czasu. Można 

powiedzieć to nawet strzelając, ale głośno. I, proszę pana, strzelanie z 
przodu jest najbezpieczniejsze. Taki atak onieśmieli wszystkich w pobliżu.

Może być ścigany potem.
― 

I będzie ścigany. Ale po ochłonięciu z paniki. Przechodnie będą 

go widzieli tylko parę sekund. Potem zniknie im bez śladu. Pan jeszcze nie 
zna mojej koncepcji.

― 

No, to przejście na Jagiellońską.

― 

Jest jeszcze coś! ― Józef wziął grubą, drewnianą listwę, którą 

przyniósł z sobą do mieszkania Drobnego i postawił przy ścianie. Pokazał ją i
powiedział: ― Po zastrzeleniu Doroty zamachowiec skoczy po 

cementowych schodach w otwarte drzwi frontowe. Tutaj na planie jest 
krzyżyk. Innych drzwi w pobliżu nie ma. Zatrzaśnie je. Przytrzyma klamkę, 

weźmie z kąta tę listwę, którą tam zostawi przed zamachem, i wsunie ją 
pod klamkę. W ten sposób zablokuje drzwi za sobą. Listwa ta ma dokładnie 

72 centymetry i już ją wypróbowałem. Drzwi są masywne i wyłamanie ich 
będzie bardzo trudne. I proszę pamiętać: wykonawcy wyroku trzeba dać 

latarkę elektryczną. Tam wszędzie jest zupełnie ciemno. Zresztą jest to 
pomyślne dla akcji. Po zablokowaniu drzwi zamachowiec w kilkanaście 

sekund znajdzie się na ulicy Jagiellońskiej i zniknie uchodząc w lewo, w 

background image

kierunku ulicy Zawalnej i przecznicy Portowej. Obserwator zaś zobaczy 
wynik zamachu i skieruje się Wileńską w stronę Gdańskiej. Może tamtędy 

przejść również na Portową i tam się połączą. Potem poinformują pana 
dokładnie o przebiegu akcji. Pan napisze raport do Komendy. A ja przyjdę 

do pana za dwa dni z dokładnie opracowanym planem następnego 
zamachu. W tym tygodniu zdołamy łatwo wykonać dwa zamachy...

Drobny patrzył na Józefa że zdumieniem. On dostrzegł to i spytał:
― 

O co jeszcze panu idzie?

― 

No, a osłona, ubezpieczenie?... ― spytał Drobny.

― 

Co jeszcze?... Ogień zaporowy, auto pancerne?... Panie Drobny,

to nie wojna ani ćwiczenia! Nie mamy nawet takich warunków, jakie ma 
Warszawa. Pan sam to powiedział. Ale mamy dość środków, aby zgładzić 

każdego szkodliwego typa. Na to są potrzebne spryt, rozum, inteligencja, 
zdecydowanie. Chcę, żeby pan odczuł to i zrozumiał. Chcę, żeby pan, gdzie 

zajdzie potrzeba, potrafił lawirować w tych sprawach bez niańki!

,

― 

Ależ chciałem tylko ubezpieczyć wykonawcę!―

Ubezpieczeniem, osłoną jest ten kawałek drewna, ten kij! A osłona 

żywa może tylko zawadzać, zwrócić na siebie uwagę i zaszkodzić. W ogóle 

skomplikuje łatwą i prostą akcję! ― spojrzał na zegarek. ― Teraz jest szósta
trzydzieści. Chodźmy tam i wyjaśnię panu wszystko na miejscu. A jutro pan 

objaśni plan akcji zamachowcom.
― 

Ależ po co? Zrozumiałem dobrze.

― 

Nie zrozumiał pan dobrze. Musi pan wyczuć to tak, jak ja 

wyczułem.

― 

Mam za pół godziny wyznaczone spotkanie w Pałacu.

background image

― 

Przejdziemy obok Pałacu, pan wstąpi tam na chwilę i uprzedzi, 

że przyjdzie później. Ta sprawa jest najważniejsza.

Wyruszyli na miasto. Józef dostrzegł, że Drobny niechętnie a nawet jakby z 
obawą z nim idzie. Gdy znaleźli się na miejscu wybranym do zamachu, Józef 

dwukrotnie przeprowadził Drobnego przez labirynt korytarzy, schodów i 
przejść. Pokazał mu, gdzie wykonawca wyroku pozostawi listwę przed 

zajęciem stanowiska na ulicy. Potem powiedział:
― 

Ja zablokuję drzwi, a pan spróbuje otworzyć je z zewnątrz.

― 

Ależ po co? Oczywiście jest to pewne.

― 

Jednak spróbujmy dla upewnienia pana.

― 

Ktoś może zwrócić uwagę.

― 

No, dobrze. Dajmy temu spokój, bo już wypróbowałem listwę 

ze środka. Teraz chodźmy na stanowisko obserwatora.
Długo oprowadzał Drobnego ulicami i objaśniał mu szczegóły akcji. 

Wreszcie go pożegnał, umawiając spotkanie za dwa dni, o czwartej po 
południu w Pałacu. Poprosił go, aby na tę godzinę ściągnął tam wszystkich 

członków sekcji wykonawczej.
― 

Po co? ― spytał Drobny.

― 

Chcę zobaczyć, jakie mają oczy.

― 

Oczy?! ― zdziwił się Drobny.

― 

Tak. Jest to ważne. Szczególnie mnie interesują ci, którzy jutro 

albo najpóźniej pojutrze zlikwidują Dorotę.W tych warunkach jest to 

dziecinna robota.
― 

Oczywiście ― zgodził się Drobny.

Ale kiedy Józef go pożegnał i odszedł, rzekł ze złością: „Ładna dziecinna!... 

background image

Wariat!... W ogóle podejrzany typ!... Łazi po ulicach,

po domach, jakby cale miasto do niego należało". Splunął; postawił kołnierz
i udał się pośpiesznie w stronę Pałacu.

Nazajutrz Józef zabrał się do szukania sposobu dokonania zamachu na 
redaktora „Gońca Codziennego". Kancerewicza. Wykonanie tego wyroku 

Komenda traktowała jako sprawę szczególnie ważną i pilną. Ale zadanie 
sama utrudniła przez napiętnowanie redaktora gadzinówki w piśmie 

podziemnym „Niepodległość". A ponieważ po mieście rozeszła się 
wiadomość o skazaniu na śmierć kilku Polaków, którzy współpracowali z 

okupantami, Kancerewicz zachowywał się bardzo ostrożnie.
Wykonanie wyroku wieczorem było niemożliwe, bo redaktor po zmierzchu 

nigdzie z mieszkania nie wychodził. Trasa jego ruchów w mieście była 
bardzo krótka. Rano szedł ruchliwą ulicą Wileńską w stronę głównej ulicy 

miasta. Tam, na piętrze, mieściły się redakcja i administracja gazety. Około 
godziny dwunastej szedł do GebietsKommissariatu WilnaStadt, gdzie było 

niemieckie biuro prasowe. Na tym odcinku wykonanie wyroku było prawie 
niemożliwe... bez straty ze strony zamachowców. Wracając z 

GebietsKommisariatu wstępował czasem do Feldkommandantury ― w 
okazałym gmachu po drugiej stronie ulicy Mickiewicza ― niedaleko 

redakcji. Później wracał do swego biura i około godziny trzeciej szedł do 
domu. Stamtąd do następnego dnia nigdzie nie wychodził, natomiast z 

redakcji wieczorem udawał się do niego goniec z teczką. Gdyby wieczorem 
zadzwoniono do mieszkania redaktora, na pewno nie otworzono by drzwi 

nikomu obcemu. Poza tym Kancerewicz mógł mieć broń. Mógł też, w 

background image

wypadku podejrzanym, zatelefonować do gestapo.
Józef zabrał się do badania terenu na podstawie wszystkich zebranych 

informacji. Wreszcie doszedł do wniosku, że w obecnej sytuacji są tylko dwa
sposoby dokonania zamachu. Jeden na schodach redakcji, kiedy na ulicy 

Mickiewicza będzie duży ruch samochodów, który zagłuszy huk wystrzałów.
Drugi na schodach lub w bramie domu, gdzie było mieszkanie redaktora. 

Ulica Wileńska w tym miejscu była wąska. Jechały nią ciągle auta i wozy 
ciężarowe. Ale w obu wypadkach trzeba było zabezpieczyć dla zamachowcy 

drogę odwrotu.
Zaczął badać pobliskie dziedzińce i wejścia frontowe. Do mieszkania 

Kancerewicza trzeba było wchodzić z bramy na lewo, a potem schodami na 
pierwsze piętro. Po drugiej stronie ulicy, nieco na ukos zwrócił uwagę na 

dużą, drewnianą bramę, zawsze zamkniętą, w której była mała furtka. 
Przekonał się, że tędy można wejść na bardzo długi, wąski dziedziniec, 

prowadzący daleko w głąb, obok kamienicy, prostopadle do ulicy 
Wileńskiej, w kierunku przecinającej ją pod prostym kątem ulicy Trockiej. 

Gmachy po lewej stronie ulicy Wileńskiej, od rogu ulicy Trockiej, 
uformowały jakby literę „L" obróconą dolną poprzeczką do góry. Józef nie 

spodziewał się, że znajdzie tam dobre przejście, ale dostrzegł w tylnej części
domu przy ulicy Trockiej małe drzwi. Pomyślał, że jest to wejście do 

składziku. Spróbował jednak je otworzyć. Wszedł do środka i znalazł się w 
zupełnej ciemności. Zaświecił latarką elektryczną i zobaczył korytarz, po 

którego obu stronach stały łopaty, miotły, beczki, skrzynie i przewrócona 
kołem do góry taczka. Poszedł tym korytarzem do końca i zobaczył skręt w 

lewo, który się kończył drzwiami. Otworzył je i znalazł się na parterze dużej 

background image

klatki schodowej. Z prawa było widać masywne drzwi frontowe. Wyszedł 
nimi na ulicę Trocką. To niespodziewane przejście bardzo go ucieszyło. 

„Jeśli zamach będzie dokonany w bramie albo na schodach do mieszkania 
redaktora, wystarczy przejść ulicę, odemknąć furtkę i zamknąć ją za sobą na

zasuwkę, aby potem łatwo zniknąć z dziedzińca i z okolicy, gdzie dokonano 
zamachu".

Po tym odkryciu zbadał wieczorem klatkę schodową, na którą wychodziły 
drzwi z mieszkania Kancerewicza. W głowie Józefa układał się plan akcji. 

Udział w niej wezmą: wykonawca wyroku, jego pomocnik, który zostanie na
ubezpieczeniu przy furtce, oraz obserwator, który ich zawiadomi o wyjściu 

Kancerewicza z redakcji. Wówczas wykonawca uda się schodami o piętro 
wyżej, a następnie, kiedy redaktor pójdzie na górę, skieruje się w dół i 

rozmijając się z nim dokona zamachu.
Tej nocy spał źle. Nie wychodziła mu z głowy ta sprawa. Myślał o trasie 

redaktora, schodach, korytarzach, przejściach, bramach. Rozważał każdy 
szczegół, obliczał czas: minuty, sekundy... Zaczęło mu się wydawać, że 

szanse są małe. „Czy wolno mi bez całkowitego

88przekonania, że wykonawca ocaleje, ryzykować jego życie?" Takiego 
przekonania nie miał.

Nazajutrz zbadał jeszcze raz trasę redaktora i przejście z ulicy Wileńskiej na 
Trocką. Szukał innego sposobu dokonania zamachu i na godzinę dwunastą 

poszedł do redakcji gazety. Tego dnia wdział starą jesionkę i włożył okulary 
„od wiatru". W kieszeni miał kartkę, na której napisał: „Uchodźca w 

średnim wieku szuka pokoju za pomoc w pracy". Był to pretekst do wizyty w

background image

redakcji, gdyby tam na niego zwrócono uwagę. Chce zamieścić ogłoszenie w
gazecie, ale nie wie, ile to będzie kosztowało.

Gdy wchodził po szerokich schodach na górę, drzwi na podeście pierwszego
piętra się otwarły i wyszedł z nich mężczyzna średniego wzrostu, w wieku 

lat około pięćdziesięciu. Miał na głowie karakułową czapkę. Zapinał guziki 
ciemnoszarego palta na futrze. Za nim wyszła młoda kobieta, która niosła 

dużą, skórzaną teczkę. Zapinała ją. Z rysopisu Klary i Kreta Józef poznał 
Kancerewicza. Jeszcze wolniej poszedł schodami w górę.

― 

Wrócę za godzinę ― powiedział redaktor, biorąc teczkę z rąk 

kobiety. ― Jeśli zadzwoni Obersturmführer Lange, proszę powiedzieć, że 

przyjdę do niego o drugiej.
― 

Dobrze ― rzekła kobieta i wróciła do redakcji.

Kancerewicz poszedł w dół i wyminął Józefa, który wstąpił na
podest pierwszego piętra. W tym momencie redaktor się obejrzał i stanął. 

Józef zobaczył drugie drzwi, na których była tekturowa tabliczka z 
nadrukiem: „Wydział ogłoszeń". Odemknął je i wszedł do środka. Zobaczył 

pokój przedzielony barierą na dwie części. Za nią, przy stoliku, siedziała 
urzędniczka i rozmawiała z kobietą i mężczyzną. Udzielała im jakichś 

informacji. Na wejście Józefa nie zwrócono uwagi. Dlatego o nic nie spytał, 
lecz powrócił na podest schodów. Kancerewicza w klatce schodowej już nie 

było. Józef zszedł prędko w dół. Gdy znalazł się na chodniku, zobaczył 
redaktora po drugiej stronie ulicy. Za nim w odległości kilkudziesięciu 

kroków szła Klara. Zachowywała się tak, jakby ją nic specjalnie nie 
interesowało, a już najmniej Kancerewicz. Miała pod pachą dwie książki.

Józef przez pewien czas ją obserwował. „Wspaniale lawiruje!" ― pomyślał.

background image

Kancerewicz zmienił dzisiaj rozkład swego dnia. Nie poszedł do urzędów 
niemieckich, lecz wprost do domu. Klara śledziła go z dala. Wyglądała jak 

sztubaczka, która idzie do biblioteki, aby zmienić książki, albo do koleżanki. 
Józef zaś obserwował ich z drugiej strony ulicy, z jeszcze większej odległości.

Gdy zbliżali się ulicą Wileńską do placu w pobliżu starostwa grodzkiego, 
Klara poszła bardzo wolno. Zdziwiło to Józefa, ale wnet dostrzegł, że 

redaktor skręcił z placu w lewo i udał się w kierunku wejścia do kościoła 
Świętej Katarzyny. Zniknął w otwartej furcie dużych drzwi kościelnych.

„Dziwna historia!" ―pomyślał Józef, zatrzymując się naprzeciw wystawy 
antykwariatu na rogu ulicy Żeligowskiego. W dużej szybie widział jak w 

lustrze cały plac i kościół. Kancerewicz wyszedł stamtąd po niespełna 
minucie. To jeszcze bardziej zdziwiło Józefa. „Czy warto wstępować do 

kościoła, żeby nie zmówić nawet pacierza?" 
W głębi wystawy widział Kancerewicza idącego w kierunku ulicy Wileńskiej. 

Za nim szła z dala Klara. Potem redaktor znikł z widoku, bo plac się skończył.
Wówczas Józef poszedł prędko z powrotem, przemierzył ulicę na drugą 

stronę i skierował się naprzeciw Klary, która już wracała, bo Kancerewicz 
Wszedł do bramy domu, w którym mieszkał. Dziewczyna poznała Józefa z 

dala, ale nie wiedziała, czy można z nim się przywitać. Szła udając, że go nie 
zna. Ale Józef sam się do niej zbliżył.

 ― Dzień dobry! ― powiedział, podając jej dłoń. ― Pewnie do biblioteki. 
Tak. I na spacer.

Chodźmy więc razem... On poszedł do domu?
― 

Tak. Coś się zmieniło. Mnie to martwi.

― 

Chyba tylko dzisiaj... Wkrótce znowu pójdzie do redakcji... A 

background image

pani na placu zwolniła kroku, bo wiedziała, że on wstąpi do kościoła. ..
― 

Zawsze tam wchodzi na krótki pacierz.

― 

Baardzo krótki! .

― 

Chyba przyklęknie, przeżegna się i wychodzi.

― 

Chyba. A może i my tam wstąpimy, też na... krótki pacierz?

Spojrzała ze zdziwieniem na Józefa.

90
― 

Jeśli pan chce...

Poszli w kierunku kościoła. Józef przepuścił Klarę naprzód. Wstąpili do 
kruchty. Była wysoka, podłużna. W głębi, z prawej strony, były wierzeje 

prowadzące do wnętrza kościoła. Dalej z lewa były drzwi, którymi można 
było wyjść na dziedziniec.

― 

Może pani wejdzie do środka i zmówi pacierz na jaką dobrą 

intencję.

Skinęła głową i poszła do świątyni. Wówczas Józef się cofnął ku furcie. 
Przesuwając się na boki mógł stamtąd ― niewidzialny z zewnątrz ― 

obserwować plac, posterunek przed starostwem i nawet część ulicy w 
prawo i w lewo.

„Właśnie o to mu chodziło!" ― pomyślał.
Spojrzał na drzwi. Miały duży, kwadratowy, żelazny zamek i wiszącą kłódkę. 

Odchylił furtę i zobaczył na niej mocną zasuwę. Spróbował ją poruszyć. 
Zrobił to bez wysiłku.

Obejrzał kruchtę. Na murze z prawa wisiało kilka obrazów świętych. Z lewa 

background image

stała przy ścianie długa, drewniana ławka. Usiadł na niej. Przyszło mu do 
głowy, że dawno się nie modlił. „Boże! ― zaczął w. myśli. ― Jeśli to 

wszystko widzisz, jeśli jesteś miłosierny i sprawiedliwy, jeśli wszystko 
możesz, spraw, by zło znikło ze świata, by słowa Chrystusa stały się treścią 

życia ludzi".
Z kościoła wyszła Klara. Stanęła pośrodku kruchty. Józef spojrzał na nią. Była

wiotka, słaba, blada. Miała cienie w oczodołach. Podszedł ku niej i skinął 
głową na drugie wyjście z kruchty.

Długim, licho utrzymanym dziedzińcem wyszli na wąską ulicę świętego 
Ignacego. Józef skręcił w prawo. Klara szła obok niego.

― 

Czy trzeba go śledzić znów? ― spytała.

― 

Nie. On będzie znowu w redakcji o pierwszej. A na drugą 

pójdzie stamtąd gdzie indziej... do obersturmfuhrera Langego.
Ze zdumieniem spojrzała na niego. Miała ochotę spytać, skąd o tym wie. Ale

się nie zdecydowała. Zamiast tego powiedziała:
― 

Pan pewnie sprawdzał moją robotę?

― 

Nie... Przypadek...

Uśmiechnęła się i rzekła:

― 

Mag miał rację.

― 

W czym?―

Że... robota pójdzie.

― 

Oczywiście! A teraz proszę iść do domu i wypocząć.

― 

Nie będę już potrzebna? ― spytała z odcieniem zawodu w 

głosie.
― 

Do wieczora nie. Ale od piątej proszę nie wychodzić z domu. 

Prawdopodobnie przyjdę do pani na krótką rozmowę. Jeśli się zdarzy, że 

background image

dzisiaj nie będę mógł przyjść, proszę czekać jutro od rana do dziewiątej.
― 

Dobrze.

― 

I chcę powiedzieć jeszcze coś. ― Zatrzymał się, a potem rzekł: 

― Jest pani najwspanialszą osobą, jaką dotychczas poznałem w pracy 

podziemnej!
Twarz Klary zalał rumieniec.

― 

... Proszę iść do domu ― ciągnął Józef. ― Zaraz będzie 

Dominikańska. Niebezpieczna ulica. Nie powinniśmy w ogóle chodzić 

razem. Ale dzisiaj wyjątek. Tak się zdarzyło.
Uścisnął krótko dłoń Klary i poszedł z powrotem ulicą Świętego Ignacego.

Klara czuła się szczęśliwa. Pochwała Józefa brzmiała szczerze i była dla niej 
bardzo droga.

# *  .

Usiadł tak, by mógł widzieć w pełnym świetle twarze zebranych w salonie 

Pałacu członków sekcji wykonawczej. Drobny był zdenerwowany. Kiedy 
Józef przyszedł, chciał od razu złożyć mu sprawozdanie z roboty. Lecz 

tamten się zorientował z miny Drobnego, że zamachu nie dokonano i 
powiedział oschle: Później".

Kula, „adiutant" Drobnego, wydał się Józefowi tak samo antypatyczny jak i 
jego „szef. Szary sprawiał wrażenie chłopca śmiałego, ale nieszczerego. Ryś 

był spokojny i przypominał Józefowi kierownika sekcji wywiadowczej, Kreta.
Mag patrzył uważnie w twarz Józefowi i w pewnej chwili lekko zmrużył oko. 

„Chce mi coś powiedzieć poufnie" ― domyślił się Józef i zwrócił się do 
Drobnego:

― Kogo jeszcze brakuje?

background image

― 

Tolek gdzieś się zapodział na wsi, a z Turkiem od dawna nie 

mogę nawiązać kontaktu.

― 

A gdzie R7?

― 

Ma gorączkę. Wczoraj i przedwczoraj zaziębił się na robocie. Z 

tego może się wywiązać zapalenie płuc.
p| Więc pan go wyznaczył na robotę.

― 

Tak. Miał strzelać do Doroty.

― 

I nie strzelał.

― 

Rzecz jasna: nie!

― 

Dla mnie nie jest jasna.

― 

On panu opowie ― Drobny wskazał dłonią na Kulę.

― 

Pan był obserwatorem?― spytał Józef takim tonem, z którego 

można było wyczuć, że zupełnie w to nie wierzy.
― 

Ja! ― rzekł Kula twardo. ― Przedwczoraj, przed siódmą, 

byliśmy na miejscu. Ja naprzeciw „Liry", R7 przy wejściu do kamienicy. 
Zimno było cholernie! Wiatr, padał śnieg, a myśmy czekali przeszło godzinę.

Wyszła tuż przed ósmą, ale była w towarzystwie dwóch niemieckich 
oficerów. Ja dałem znak chustką: wytarłem twarz. R7 widział to, ale nie 

strzelał.
― 

A dlaczego?

― 

Przecież mówię: była w towarzystwie dwóch oficerów.

― 

Czy szli razem w kierunku zamachowca?

― 

No, tak.

― 

Minęli tamtą kamienicę?

― 

Minęli. ,

background image

― 

I on nie strzelał?

― 

Nie, bo przecież, właśnie mówiłem, z nią byli dwaj niemieccy 

oficerowie. Jeden z prawa, drugi z lewa. Jeden prowadził ją pod rękę...
― 

Gdyby z tą trójką, o której pan opowiada, szło jeszcze ze sto 

trójek, sytuacja zamachowca wcale by się nie zmieniła. Mógł strzelać z 
trochę większej odległości.

― 

Ależ oni obaj mieli broń!

― 

Pistolety w rękach gotowe do strzału? .― Nie. W kaburach.

― 

Więc na rozpięcie kabury i wyjęcie pistoletu trzeba, gdyby

nawet kule były w lufach, najmniej trzech sekund. A zamachowcowi trzeba 

było nie więcej niż trzy sekundy, aby wystrzelić dwa razy do Doroty i 
skoczyć w drzwi. Sekunda, aby zatrzasnąć, dwie sekundy, żeby zablokować 

klamkę.
Wtrącił się Drobny:

― 

Uważam ― rzekł ― że ryzyko dla zamachowca było zbyt 

wielkie.. Mogli rzucić się na niego nawet bez pistoletów, żeby go pochwycić.

Mogli strzelać przez drzwi, gdy blokowałby klamkę. Mogli.
― 

A jak było wczoraj? ― przerwał mu Józef.

― 

Wczoraj ― odparł Drobny ― wcale nie wyszła. Ale ja mam 

świetny plan sprzątnięcia Doroty bez żadnego ryzyka. W „Lirze" pracuje jako

kelner nasz chłopak. Dobry kumpel. Zgadza się wsypać truciznę do jej kawy. 
Chce za to tylko pięć tysięcy marek. A truciznę mu da R7. On, wie pan, zna 

się na chemii.
― 

Proszę pana! ― rzeki Józef zimno, chociaż zaczął się 

denerwować. ― Chemii, alchemii, magii i trucizn stosować nie będziemy. 

background image

Nie są to porachunki osobiste, lecz wyroki śmierci. Gdyby warunki na to 
pozwoliły, powiesilibyśmy ją albo ścięli głowę toporem. Teraz musimy 

załatwiać te sprawy kulami!
― 

Słusznie! ― odezwał się Mag.

Drobny i Kula z oburzeniem zerknęli w jego stronę.
― Proszę pana! ― kontynuował Józef zwracając się do Drobnego. ― 

Stawiam sprawę szczerze! Pan zlekceważył trudną i długą robotę 
wywiadowców i moją. Sprawa była opracowana w najdrobniejszych 

szczegółach. Wykonawca w tych okolicznościach nie ryzykował. Małe ryzyko
mogło być, ale nie w trakcie zamachu. Zamach ten łatwo mógłbym wykonać

sam, bez żadnego kontaktu z kimkolwiek z egzekutywy! Ale Komendzie 
zależało właśnie na wynikach pracy egzekutywy. Jeśli złożę raport, że 

egzekutywa jest zupełnie niezdolna do działania i podam fakty, z jakich ten 
wniosek wysnułem, egzekutywa będzie rozwiązana!

― 

Ależ zaszły nieprzewidziane okoliczności ―zaprotestował 

Drobny.

― 

Dokładnie przewidziane! Dorota nigdy nie wychodziła z „Liry" 

sama. Przewidziałem nawet, że za nią będzie maszerował cały sztab 

oficerów niemieckich i całe gestapo! ― mówił sarkastycznie.
― I połamaliby sobie kolby pistoletów o drzwi, ale zamachowca by nie 

pochwycili! Sprawę tę obecnie uważam za zmarnowaną i więcej o niej 
mówić nie chcę! Przechodzę do następnej sprawy. Jeśli i ona upadnie, nie 

będę tracił czasu na dalsze spotkania, gadania, konferencje. A teraz ― 
ogarnął spojrzeniem wszystkich ― powiem wam krótko, o co mi idzie. 

Przygotowałem zamach na innego skazanego. Wykonawca wyroku będzie 

background image

miał prawie sto procent bezpieczeństwa. Ryzyko będzie takie, jakie ma 
każdy Polak chodzący po mieście. W trakcie zamachu wykonawca jego nie 

może być pochwycony.
― 

Na kogo zamach? ― spytał Drobny.

― 

O tym się dowie wykonawca... w odpowiednim czasie.

― 

Jest to brak zaufania do mnie ― Drobny przybrał minę 

obrażonego.
― 

Jest to pewna zasada, którą stosuję i którą radzę stosować 

panu w przyszłości, jeśli egzekutywa będzie istniała i jeśli pan będzie jej 
kierownikiem.

― 

Ale ja przecież muszę wyznaczyć ludzi na robotę!

― 

Spróbujemy załatwić to inaczej, na ochotnika. Kto z was chce 

dokonać zamachu?
Wstał Mag.

― 

Ja! ― powiedział zdecydowanie i jakby hardo.

― 

Teraz kolej na Szarego ― wtrącił Drobny.

Józef nie zwrócił uwagi na jego słowa. Spytał Maga:
― 

Kogo pan chce wziąć sobie do pomocy?

 ― Rysia.
― 

Dobrze. ―Józef zwrócił się do Rysia: ― Pana funkcja będzie 

drobna, ale dla zamachowca ważna. Czy pan chce wziąć udział w akcji?
― 

Ja się zgadzam.

― 

Doskonale! ― Józef zwrócił się do Drobnego: ― Pan mi da 

dzisiaj dwa pistolety.

― Skąd dwa?

background image

― 

Jeden przesłany niedawno z góry i wypróbowany przez nas. 

Drugi z tamtych trzech, które egzekutywa otrzymała poprzednio.

― 

Jeden nie wiem, gdzie jest, bo Tolek zabrał na wieś. Drugi 

zepsuty, dałem Magowi. Próbował go naprawić.

― 

Nic z tego nie wyszło i mogę go oddać ― rzekł Mag.

― 

A gdzie trzeci?

― 

Trzeci ma Szary do obrony osobistej.

― 

Jestem zagrożony ― powiedział Szary. ― Śledzono mnie. 

Muszę znowu zmienić melinę.
― 

Czy ma pan broń przy sobie?

― 

Tak. Chodzę zawsze z rewolwerem.

― 

Proszę mi dać.

Szary rozpiął marynarkę i wyjął zza pasa u spodni nagan rosyjski. Józef go 
wziął i sprawdził, czy jest nabity.

― 

Ma pan zapasowe naboje? ― spytał.

― 

Tak. Czternaście.

― 

Proszę o naboje.

― 

Ale rewolwer jest mi potrzebny dla własnej obrony. Byłem 

śledzony. Może dzisiaj zrobią na mnie zasadzkę w mieszkaniu, a ja z gołymi 
rękami!

― 

Jeśli pana mieszkanie jest zagrożone, to panu w ogóle nie 

wolno tam wracać. Trzeba odczekać i zrobić wywiad. Rewolwer oddam 

panu po dokonaniu zamachu. Do tego czasu, jeśli obawia się pan chodzić 
bez broni, niech pan pozostanie tutaj albo pójdźmy razem do Drobnego. 

Proszę zrozumieć prostą rzecz. Broń ta jest własnością Komendy i dano ją 

background image

egzekutywie dla wykonywania zamachów. Pańskie bezpieczeństwo jest 
ważne, ale robota musi być wykonana. Pan może być zaatakowany albo i 

nie, natomiast zamach musi być zrealizowany.
― 

A dlaczego Szary nie może wziąć udziału w zamachu z własnym

rewolwerem? ― spytał Drobny.
― 

Dlatego, że Mag chce mieć do pomocy Rysia. Poza tym jeśli 

Szary twierdzi, że jest śledzony, zagrożony, spotkania z nim są 
niebezpieczne i utrudnione. Robota zaś musi być wykonana w dokładnie 

ustalonym terminie. Chodźmy do pana po browning.
Szary i Kula pozostali w Pałacu. Józef, Ryś, Mag i Drobny (po dwóch) w 

odstępie kilku minut, wyszli na ulicę i udali się w kierunku Zakrętu.―

Ależ paskudni kombinatorzy! ― powiedział Mag, który szedł z 

Józefem w odległości pięćdziesięciu kroków za Drobnym i Rysiem.
― 

Kto? ― spytał Józef.

― 

No, ta cała sitwa.

― 

Nawet nie próbowali dokonać zamachu na Dorotę ― rzekł 

Józef.
― Oczywiście, nie. Wszystko zbujali. A na pana przesłali raport do góry, ale 

nie przez Bronkę, lecz inną drogą, przez oddział dywersyjny. Proszę 
zachować to w tajemnicy. Ja ich się nie boję, lecz nie chcę psuć z nimi 

ostatecznie stosunków, bo jednak należę do tejże sekcji.
― 

Skąd pan wie o raporcie?

 ― Od Rysia. On pokłócił się z Drobnym i Kulą. Dlatego właśnie wybrałem go
do pomocy.

― 

A czy zna pan treść raportu?

background image

― 

Że jest pan chory na umyśle. Że zorganizował pan zamach na 

Dorotę niemożliwy do wykonania, który by naraził życie dwóch ludzi. Coś w 

tym sensie.
― 

A pan się nie obawia, że jutrzejszy zamach został 

zorganizowany przez wariata?
― 

Nie. Słyszałem o panu od Bronki. I sam się znam trochę na 

ludziach.
― Ale małe ryzyko jednak jest. Małe.

― 

Ryzyko jest wszędzie. Zresztą ja mało się troszczę o swe życie. 

Bo czy to życie?... I wstyd mi, że należę do egzekutywy. Chciałem prosić o 

przeniesienie gdzie indziej. Przecież z naszej roboty baby się śmieją!
― 

Może poprawimy tę reputację. Kilka dobrych robót i opinia się 

zmieni. A czy pan ma całkowite zaufanie do Rysia?
― 

Z tej paczki on najporządniejszy. Ale i jemu nie ufam we 

wszystkim.
― 

Dobrze, że pan mi o tym powiedział. Wobec tego wyjaśnię plan

jutrzejszego zamachu tylko panu i Klarze.
― 

I Klarze?! ― zdziwił się Mag. 

― 

Nie podoba się panu?

― 

Bardzo się podoba. Ona jedna jest Więcej warta niż oni 

wszyscy!Kiedy się zbliżyli 
do mieszkania Drobnego, ten zatrzymał się i czekał.

―Czy pan chce do mnie wstąpić? ― spytał Józefa.
― 

Nie. Zaczekamy w pobliżu. Proszę przynieść browning, naboje i 

zapasowy magazynek.

background image

Drobny wszedł przez furtkę na podwórko, a Józef, Mag i Ryś skierowali się 
do pobliskiego lasu na Zakręcie.

― 

Co on ci tam bujał? ― spytał Mag Rysia.

― 

Powiedział, że robota się nie uda.

― 

Przecież nie wie nawet, gdzie robota i jaka! ― rzekł Józef.

― 

On telepata. Wszystko wie ― powiedział Ryś.

― Psychopata! ― poprawił go Mag.
Po dziesięciu minutach z furtki domu ukazał się Drobny. Poszedł w kierunku 

lasu. Zbliżył się do czekających na niego, obejrzał się „konspiracyjnie" i 
podał Józefowi pistolet, magazynek i naboje.

― 

Co będzie dalej? ― spytał.

― 

Proszę czekać jutro od godziny czwartej w Pałacu. Otrzyma pan

broń i napisze raport. Prześle go pan do Komendy drogą służbową.
O czym raport?

― 

O wykonaniu zamachu.

― 

A jeśli się nie uda?

― 

Uda się następnego dnia.

― 

A co mam napisać w raporcie?

― 

To, co panu powiedzą Mag i Ryś. Broń oddadzą panu. Proszę ją 

trzymać do następnego zamachu. Browninga nie wolno pożyczać absolutnie

nikomu! A nagan, jeśli pan już go dawał Szaremu i jeśli pan uważa, że jemu 
jest koniecznie potrzebny, proszę dać, pod warunkiem, że Szarego w każdej 

chwili można będzie znaleźć. Do widzenia!
― 

Kiedy pana znów zobaczę?

― 

Teraz nie wiem. Będę bardzo zajęty. Gdy będzie mi pan 

background image

potrzebny, znajdę pana.
Kiedy Józef, Mag i Ryś odeszli, Drobny udał się do domu. Po drodze kilka 

razy splunął i powiedział: „Ależ to bzik!"
Na rogu Małej Pohulanki i Zawalnej Józef się zatrzymał i zwrócił się do 

Rysia:―

Proszę przyjść tu jutro, za kwadrans dwunasta. Będzie 

pan spacerował Zawalną w kierunku Portowej i z powrotem. Do pana 

podejdzie albo Mag, albo ktokolwiek, kogo pan zna. Otrzyma pan rewolwer 
i dalsze wskazówki. Robota będzie łatwa.

― 

Dobrze. Przyjdę punktualnie.

― 

A teraz pan wolny. Do widzenia!

Ryś odszedł. Józef i Mag poszli w przeciwną stronę.
― 

Przekonał się pan ― rzekł Józef ― że nie chcę, aby nawet on 

wiedział, na kogo i gdzie będzie dokonany zamach. To niedaleko stąd. I 
proszę mi wierzyć, że więcej dbam o bezpieczeństwo ludzi, których 

wysyłam na robotę, niźli o swoje własne. Mógłbym wykorzystać plan 
zamachu na Dorotę, bo jest bardzo dobry. Ale... ponieważ Drobny, Szary, 

Kula i R7 wiedzą o szczegółach tej akcji...
― 

Może i Dorota już wie ― wtrącił Mag. ― Oni nie potrafią 

trzymać języków za zębami.
Niezadługo wyszli przez ulicę Żeligowskiego na plac przed kościołem Świętej

Katarzyny. Z prawa, obok wejścia do dawnego starostwa, chodził litewski 
policjant z karabinem przewieszonym przez bark. Tupał nogami, rozcierał 

zmarznięte dłonie. Józef poszedł w lewo i zatrzymał się naprzeciw sklepu 
antyków.

― 

Zobacz pan! ― wskazał na olejny obraz. ― Ruszczyca „Oka". 

background image

Sprzedają za dziesięć tysięcy marek. To znaczy za kilka dolarów. Ruszczyc 
pozostawił mało dzieł po sobie i to powinno kosztować chyba kilka czy 

nawet kilkanaście tysięcy dolarów. Kultura toczy się w błoto!... A teraz patrz
pan w kierunku Wileńskiej. Jutro, najwcześniej o dwunastej a najpóźniej o 

trzeciej, redaktor Kancerewicz pójdzie tamtym chodnikiem do domu. Gdy 
przyjdzie na ten plac, skręci do kościoła. Wejdzie do kruchty przez tamtą 

furtkę w drzwiach. Stamtąd będzie obserwował przez kilkadziesiąt sekund 
drogę za sobą; czy był śledzony, czy za nim ktoś szedł? Oczywiście ktoś, jego

zdaniem, podejrzany. Potem wyjdzie z kościoła i uda się do domu. Mieszka 
blisko stąd. Zaraz powtórzymy jego manewr.

Kiedy weszli do kruchty, z otwartych drzwi kościoła padała na posadzkę 
szeroka smuga światła. Wewnątrz odbywało się nabożeństwo, ale kruchta 

była pusta. Stanęli u furty. Potem Józef wyjrzał na tonący w półmroku plac i 
poszedł ku wejściu do kościoła. Stał tam przez kilka sekund, zaglądając do 

środka, następnie powrócił do furty, przymknął ją i wskazał Magowi na 
zasuwę.

― 

Właśnie to gwarantuje wasze bezpieczeństwo po akcji! ― 

powiedział i zamknął furtę na zasuwę. Spróbował ją otworzyć, ale się 

przekonał, że teraz jest, to niemożliwe. Odemknął furtę i powiedział cicho: 
― Będziecie czekać tutaj ― wskazał dłonią na ławkę przy ścianie .― albo na

ulicy. Miejsce wybierzecie sobie sami. Klara będzie śledziła Kancerewicza. 
Gdy skieruje się on do domu, ona go . wyprzedzi i powie wam. Wówczas 

wstąpicie do kruchty i usiądziecie na ławce. Kiedy redaktor wejdzie do 
środka i was zobaczy, uda, że chce się pomodlić. Pójdzie w kierunku wejścia 

do kościoła. Wówczas Ryś zamknie furtkę na zasuwę, a pan, jednocześnie, 

background image

wykona wyrok. Zabierze mu pan wszystkie dokumenty, teczkę i wyjdziecie 
stąd inną drogą...

Wyprowadził Maga na dziedziniec, a stamtąd na ulicę ŚwiętegoIgnacego.
― 

Stąd najlepiej odejść w kierunku Ludwisarskiej. Jest blisko, Czy 

zrozumiał pan ideę akcji?
― 

Oczywiście! Wspaniale!

― 

A teraz chodźmy do Klary. Omówimy z nią szczegóły zamachu i 

dam panu broń. Przekażę akcję w ręce pana i Klary.

― 

Załatwimy wszystko dobrze!

― Jestem tego pewien.

W następnym tygodniu wstąpił do Henryka, którego dawno nie widział. 
Zastał go na dziedzińcu, obok domu.

― 

Myślałem, że z tobą się stało coś złego! ― zawołał Henryk. ― 

Nikt o tobie nic nie wie. Może nadal pracujesz w Dębach?

― 

Nie. Ale mieszkam daleko za miastem.

― 

Chodź do „orlego gniazda", pogadamy.

Orlim gniazdem Henryk mianował należące do niego piętro domu. 
Natomiast Józef nazwał je „srocze gniazdo", bo zaradny Henryk ściągał tam 

zewsząd i żywność, i rzeczy.
Wstąpili do dużego pokoju, z którego okna było widać dziedziniec. Wacek 

siedział za długim stołem i zalewał jakimś płynem metalową płytkę.
― 

Może przeszkadzamy? ― spytał Henryk.

― 

Nie. Zresztą już skończyłem.

― 

Poznajcie się, panowie! ― rzekł Henryk. ― To mój najlepszy 

przyjaciel! ― wskazał dłonią na Józefa, którego nieco zdziwił tytuł 

background image

„najlepszego przyjaciela". ― A to nasz mistrz od legalizacji, fabrykowania 
pieczęci, blankietów. Niedawno wyprodukowaliśmy legitymacje 

Arbeitsamtu. Doskonale!

Józef uścisnął dłoń Wacka i powiedział: 1

― 

Jest mi potrzebna pewna rzecz, której nie mogę zdobyć. Może 

wy to stosujecie, albo wiecie, gdzie można kupić?

i― Co takiego? ― zainteresował się Henryk.
― 

Cyjanek potasu.

― 

Do czego?

― 

Dla siebie. Na wypadek wsypy. Wolę sam sobie odebrać życie, 

niż dać się męczyć.
― 

Ale skąd wsypa? Przecież nie należysz do Organizacji.

― 

Mamy na wsi grupkę samoobrony. Trochę tam pracujemy, 

odbywamy ćwiczenia. W przyszłości to się przyda...

― 

Mogę dać panu cyjanku ― powiedział Wacek.

― 

Ma pan? '

Oczywiście! ― rzekł Wacek, z miną prawie obrażoną, jakby pytanie Józefa 
go dotknęło.

Odemknął drzwiczki ściennej szafy i zdjął z półki duży, szklany słój, prawie 
pełen kryształów podobnych do ałunu albo kwasku cytrynowego. Postawił 

go na wolnym końcu stołu.
― 

To jest cyjanek?! ― zdziwił się Józef.

― 

A pan myślał, co? ― spytał Wacek.

― 

Jestem zdziwiony, że tak dużo tego macie. Wiem, że nawet 

drobna cząstka cyjanku jest śmiertelna.

background image

― 

Naturalnie! ―potwierdził Henryk.

Wacek otworzył słój i wyjął z niego mętny kryształ wielkości kasztana.

― 

Chyba wystarczy panu? ― spytał.

― 

Na ile doz można to podzielić?

m
― 

Nawet na dwadzieścia.

― 

Doskonale! Dla pewności podzielę na dziesięć.

Zawinął kryształ w papier i w chustkę do nosa i schował do kieszeni.

„Klara będzie zadowolona. I mnie się przyda jako gwarancja łatwej ucieczki 
od życia".

― 

Hurra! Idzie! >― krzyknął stojąc przy oknie Henryk. ― Udało 

się! Niesie paczkę! ― zaczął klaskać w dłonie..

― 

Musiało się udać ― rzekł Wacek. ― Robota dobra.

Józef zbliżył się do okna i zobaczył Wicka, który w rozpiętej jesionce szedł 

szerokimi kucającymi krokami, jakby jechał na nartach, w kierunku domu. 
Miał pod pachą podłużną paczkę owiniętą w szary papier i przewiązaną 

sznurkiem.
― 

O co idzie? ― spytał Henryka.

―• Rozumiesz ― rzekł tamten „myjąc dłonie" ― zdobyliśmy litewski 
formularz na tanie kupno ubrań i materiałów tekstylnych w sklepach 

państwowych. Wyprodukowaliśmy podobne blankiety, a dzisiaj Wicek 
spróbował kupić cokolwiek. I udało się. Zaraz ci pokażę ― wyjął z szuflady 

stołu małą teczkę i ją otworzył. Józef zobaczył pliki blankietów takich 
samych jak tamten, który otrzymał od Tomasza i na który kupił palto. ― 

Widzisz! ― mówił Henryk, wyjmując z dołu inny blankiet, nieco zabrudzony 

background image

i zgnieciony. ― Jest to oryginał. A to nasza robota. Żadnej różnicy!
Józef Obejrzał blankiety i przekonał się, że różnica jest duża. Gatunek 

papieru był inny, farba bledsza. Jednak z uznaniem skinął głową.
, ― Dobre ― powiedział.

― 

Ha! Dobre! ― rzucił Wacek. ― Doskonałe! Zaraz zobaczymy 

dowód.

„Dowód miałem dawno! ―pomyślał Józef. ―Ale imitacja marna. A Tomasz 
o tym nie wie".

Do pokoju uroczyście wkroczył Wicek. Był wyższy od brata i miał dłuższą 
brodę. Położył na rogu stołu paczkę i zrobił dłonią gest, jakby zapraszający 

kogoś do wejścia do pokoju.
― 

Proszę! ― powiedział:

― 

Winszuję! ― Henryk uścisnął jego dłoń. ― Pierwsza próba się 

udała!Rozwinięto paczkę. Był w niej kupon materiału marnego gatunku na 

męski garnitur.
― 

E, nie ma dodatków, podszewki.― powiedział Wacek.

― 

Bo nie dali.

,Trzeba było się upomnieć.

― 

Tak. Żeby dali dodatek w kratki za kratami?

― 

A ja się upomnę.

― 

Ile to kosztowało? ― spytał Henryk.

― 

Czterdzieści litów,

― 

Toż za darmo! Za taki kupon można wziąć trzy tysiące. Jutro ja 

idę.

A ja dzisiaj ―

background image

― 

Trzeba Litwinom trochę ulżyć. I tak to zrabowano Żydom.

― 

Nam też.

― 

Oczywiście! Resztki tego, co bolszewicy nie zdążyli wywieźć. . 

Zdążyliby, ale nie znaleźli. ,

― 

Drodzy koledzy! ― rzekł Henryk uroczyście. ―Trzeba uczcić tę 

akcję strzyżenia okupantów! Zaraz zaparzę dobrej kawy. ―Poszedł do 

swego pokoju.
Wacek wyjął z szuflady sfałszowany blankiet i oryginał. Zaczął go wypełniać 

przy pomocy Wicka. Józef uważnie obserwował ich robotę.
„Trzeba wyciągnąć od Henryka chociaż jeden taki blankiet ― 

pomyślał,Tomasz ma jeszcze kilka, ale trzyma je w swoim archiwum jako 
dokumenty. Nie wypada go prosić o więcej".

Wrócił Henryk. Postawił na mniejszym stole dzbanuszek kawy. Nalał 
parującego płynu do czterech filiżanek i uniósł swoją do góry.

― 

Za pomyślność naszej imprezy! ― rzekł uroczyście. Potem 

zwrócił się do Józefa: ― Czy wiesz o tym, że sprzątnięto Kancerewicza?

Jakiego Kancerewicza? ― Józef udał; że nawet nie słyszał 

takiego nazwiska. ...

― 

Redaktora tutejszej gadzinówki.

― 

Po co? ― spytał Józef naiwnie.

― 

Jak to: po co? ― » zdziwił się Henryk.

― 

No, tak ― wyjaśnił Józef. ― Sprzątnęliście jednego, będzie 

drugi. Zawsze ktoś się znajdzie na dochodowe stanowisko.
― 

I drugiego zlikwidujemy. Teraz my siła! W biały dzień, w 

kościele go zastrzeliliśmy! A w pobliżu „kalakutas" stał na posterunku. Na 

background image

ulicy pełno wojskowych. To jest robota!
― Wszyscy razem strzelaliście! ― spytał Józef.

― 

Nie rozumiem..

― 

No, powiedziałeś: zastrzeliliśmy. Więc ty strzelałeś i jeszcze 

kilku.
Nie, ja nie strzelałem, ale my! Organizacja! Nasi ludzie!

― 

Aha! Winszuję! Ale obawiam się, że gdy nastąpią represje, 

odpadnie was ochota do strzelania.

― 

Jakie represje?

― 

Wezmą zakładników i za jednego zlikwidowanego rozstrzelają 

dwudziestu.
― 

A my zastrzelimy czterdziestu! Na represje odpowiemy 

represjami.
― 

Chyba że tak.

― 

Rzecz oczywista!

Wacek włożył palto i schował do .portfelu sfałszowany „order".

― 

Do widzenia, koledzy! ― powiedział z namaszczeniem.

― 

Bądź ostrożny! ― rzucił mu Wicek. ― Nie wchodź do sklepu, 

jeśli zobaczysz w nim kilku ludzi.
Wacek opuścił pokój, a Józef udał się z Henrykiem do jego pokoju.

― 

Czy mógłbyś dać mi blankiet? ― spytał Józef.

― 

Oczywiście mogę ― rzekł Henryk. ― Ale to ryzykowna sprawa.

 ― Zaryzykuję. Wiesz dobrze, że dawniej dużo ryzykowałem.― A kto ci 
wypełni?

― 

Mam znajomego, który zna dobrze litewski. Popatrzę na 

background image

oryginał i wypełnimy tak samo.
― 

Dobrze. Weź w pracowni, są tam w szufladzie. A ja skończę 

zmywać naczynia.
― 

Wiem, gdzie są.

Józef poszedł do dużego pokoju i z grubego pliku wziął pięć 104blankietów. 
Schował je. „Trochę nieuczciwie ― pomyślał. ― Ale dla nich to drobiazg. 

Kwestia papieru. Może wiele się zmarnuje, a ja wykorzystam wszystkie".
Żeby nie tracić czasu, pożegnał Henryka i poszedł do Andrzeja. Spodziewał 

się, że w trakcie przerwy obiadowej zastanie go w domu. Zazwyczaj o tej 
porze przychodziła do niego łączniczka a czasem Grzmot. Południe uważano

za bezpieczniejszą porę dnia niż wieczór.
Po drodze się zastanawiał, jak wykorzystać „ordery". Mógł sam kupić 

materiały w dwóch sklepach, ale do składnicy, w której poprzednio nabył 
palto, nie wolno mu było iść. „Trzeba wykorzystać Helenę... jeśli dobrze się 

czuje. Ubezpieczę ją. Pójdę razem i zaczekam na ulicy. Wezmę z sobą 
pistolet":

I tym razem u Andrzeja był Grzmot. Ale Józef wszedł do sionki tak cicho, że 
nie usłyszeli. Uchylił drzwi do ostatniego pokoju.

― 

Przepraszam! ― powiedział. ― Jeśli przeszkadzam, to zaraz się 

wyniosę i przyjdę wieczorem.

― 

Ależ niespodzianka! ― zawołał Grzmot. Wstał z krzesła, zbliżył 

się do Józefa i podał mu dłoń. ― Dziękuję bardzo! ― powiedział. ― Świetna

robota! Całe miasto tylko o tym mówi. Już zawiadomiliśmy Warszawę. 
Początek bardzo efektowny!

Sprawa była łatwa ― szczerze powiedział Józef. ― Gdyby nie mazgajstwo 

background image

Drobnego i spółki Dorota by również była sprzątnięta.
― Słyszałem coś o tym. A Drobny zaraz po zamachu przysłał raport z 

przesadnym opisem sprawy. Przypisał sobie całą zasługę.
― 

Chyba uwierzyliście.

― 

Gdzież tam! Dobrze go znamy. A o sprawie wiemy wszystko 

dokładnie, bo Bronka rozmawiał z Magiem i Klarą. Dziękuję w imieniu 

Komendy i Swoim.
― 

Cieszę się, że i pan Tomasz będzie zadowolony. On bardzo 

chciał wam dopomóc.
― 

Czy zamierza pan jeszcze coś zorganizować?

― Pracuję nad kilkoma sprawami.
― 

Doskonale! Ale siadajmy! My w paltach, bo tutaj zimniej jak na 

dworze. Para z ust idzie.
― 

Palę w piecu tylko wieczorem ― objaśnił Andrzej. ― Cały dzień

jestem w mieście. I zaraz muszę wrócić do urzędu. Czy pan ma do mnie 
jakąś sprawę?

― 

Mam. Osobistą. Chcę skorzystać z pańskiej znajomości języka 

litewskiego. Drobna rzecz, ale dla mnie ważna.

― 

Może więc przyjdzie pan do mnie wieczorem, około szóstej.

Dobrze:

W trakcie rozmowy z Grzmotem Józef zwrócił uwagę na to, że ma on 
nędzną, wypłowiałą i wytartą jesionkę. Spytał go:

― 

Czy pan chodzi w tej jesionce, podbitej wiatrem, dla pozoru?

― 

Ha, dla pozoru! ―odparł Grzmot ―Z konieczności, bo nie mam

lepszej. Pan w swoim palcie wygląda na burżuja.

background image

 ― Zrobimy więc i z pana burżuja! ― wyjął z portfelu jeden blankiet i 
położył go na stole przed Andrzejem, ― Proszę wypełnić to na jakieś 

pospolite, litewskie nazwisko.
― Ale co pan chce zrobić? ― wmieszał się Grzmot.

― 

Kupimy dla pana palto. Dobre, Ciepłe.

 Pan kupi?

Nie. Pan sam kupi na miarę. Wybierze pan sobie według upodobania. Za 
kilkadziesiąt litów kupi pan palto, które kosztuje kilka tysięcy. Nie wypada, 

żeby tak ważna figura z Organizacji chodziła jak dziad!
Andrzej roześmiał się. Potem powiedział:

― 

Oryginalny blankiet przesłałem do Komendy. Teraz jest tam 

tego dużo. To znaczy dużo takich falsyfikatów.

 ― Ale nie wykorzystujemy tego ― wtrącił Grzmot.
― 

Dlaczego? ― zdziwił się Józef.

― 

Bo to ryzykowne. Jak by to wyglądało, gdybym, na przykład, 

wpadł za taką sprawę. Przecież to sprawa kryminalna. Fałszerstwo.

― 

Ależ Litwini i Niemcy przecież...

― 

Wiem, wiem. Zrabowali nam, Żydom. Ale idzie o sam fakt 

wsypy za taką sprawę. Poza tym zaczną badać: skąd wziąłem fałszywy 
blankiet?

― 

Wsypy nie będzie. Sam sprawę zbadałem i wiem wszystko 

dobrze.

― 

Nie! rzekł. Grzmot stanowczo.

Józef wziął blankiet ze stołu i powiedział:

― 

Po prostu pan się boi.

background image

― 

Tak. Wsypa za taką sprawę byłaby dla mnie okropna.

― 

A jeśli dam panu gwarancję, że wsypy nie będzie?

― 

Jakaż to gwarancja? 

― 

Pójdę z panem. W składnicy tamtej jest tylko dwóch 

niedołężnych pracowników. Jeden chyba gruźlik. Pan wejdzie do środka, 
położy blankiet na stole i powie, że chce kupić palto. Wybierze je pan z 

setek palt, zapłaci i to wszystko. A ja będę czekał przez cały czas na klatce 
schodowej. Gdyby coś zaszło, proszę się oburzyć i zagrozić, że idzie pan na 

skargę. Następnie proszę wyjść schodami na ulicę. Jeśli któryś urzędnik za 
panem pójdzie, załatwię go jak tylko się wychyli na klatkę schodową. Pan 

zaś będzie zupełnie bezpieczny.
― 

Ma pan pistolet?

― 

Nie. Ale jest coś lepszego. Wezmę od pana Andrzeja sztabę. 

Działa bez hałasu. A wieczorem mu zwrócę.

― 

No, dobrze ― westchnął Grzmot. ― Wierzę; że na panu się nie 

zawiodę. A palto jest mi naprawdę potrzebne. W tej jesionce wyglądam 

nawet podejrzanie, jak włóczęga.
Andrzej wypełnił blankiet. Józef wziął z sionki sztabę i ukrył ją pod paltem. 

Następnie Grzmot i Józef, każdy osobno, poszli na miasto w kierunku ulicy 
Wielkiej.

Po godzinie Józef siedział na niskim parapecie okna, na zakręcie schodów 
do składnicy i palił papierosa. W pobliżu były drzwi, którymi Grzmot wszedł 

do środka. Z wewnątrz nie było słychać głosów, ale Józef był pewien, że 
wszystko się odbywa normalnie. Potem ze składnicy wyszedł Grzmot. Miał 

na sobie dobre, nowe palto. Swoją starą jesionkę niósł pod pachą. Zeszli 

background image

razem w dół.
― 

Teraz wygląda pan przyzwoicie ― rzekł Józef. ― Ot, taki sobie 

średnio sytuowany urzędnik.
― Ale czułem się marnie! Jest to pierwszy w moim życiu kant tego rodzaju...

kryminalny...
― 

Trudny tylko początek. Dalej pójdzie łatwo ― uśmiechnął się 

Józef.―

A skąd pan wziął tamten blankiet? Przecież tego nikomu 

nie dajemy!

― 

Kwestia poufna. Nie powiem tego nawet szefowi gestapo.

― 

Dobrze. Zwrócę panu blankiet, jeszcze dzisiaj, przez Andrzeja, 

żeby pan nie był poszkodowany. A za to ― przesunął dłonią po suknie palta 
― jestem ogromnie panu wdzięczny. Wybrałem nowe, ciepłe. Wystarczy mi

na wiele lat.
Pożegnali się, żeby ulicami nie iść razem.

5' 

Kil.

Gdy skręcił z ulicy na ścieżkę prowadzącą do domu na górce, musiał 

ostrożnie stawiać stopy, żeby nie pośliznąć się. Po krótkotrwałej odwilży 
znów zapadł mróz i przemienił powierzchnię chodników i ścieżek w mętne 

tafle lodu.
Obok studni była jakby ślizgawka, „Trzeba posypać popiołem" ― pomyślał. 

Uniósł głowę i zobaczył schodzącą ostrożnie ze wzgórza młodą, smukłą 
kobietę, elegancko wystrojoną. Było to niezwykłe, bo kobiety wówczas, 

szczególnie zimą, ubierały się niedbale, troszcząc się raczej o ciepło i 
wygodę niż o estetykę. Poza tym unikano szykownych ubiorów, które by 

były zakłóceniem żałoby narodowej .

background image

„Ależ się wysztafirowała!" ― pomyślał z odcieniem niechęci.
W tym czasie elegantka, stąpając ostrożnie jak kot, uniosła obu rękami 

spódnicę ułatwiając sobie ruchy, a jednocześnie ukazała smukłe nogi w 
jedwabnych pończochach. Po chwili dostrzegła Józefa. Wydała lekki okrzyk: 

„Ach!", puściła spódnicę i powiedziała:
― 

Czy pan nie mógłby mi dopomóc zejść? Okropnie ślisko!

― 

Bardzo chętnie.

Wszedł pod górkę po chrupiącym śniegu obok ścieżki i ujął kobietę pod 

ramię, wyżej łokcia. Ostrożnie poprowadził ją w dół. Widział z boku matową
skórę policzka, ciemne loki, małą konchę ucha i wdychał lekką smugę 

perfum. Odprowadził ją aż do furtki.
― 

Dalej nie jest tak ślisko ― powiedział.

― 

Bardzo panu dziękuję. Nie wiem, jak bym sobie poradziła bez 

pańskiej pomocy! ― obdarzyła Józefa powłóczystym spojrzeniem 

ciemnobrązowych oczu i słodkim uśmiechem.
Podszedł do domku nieco zdziwiony, a nawet zaniepokojony tym 

spotkaniem.
„Było tu tak dobrze, spokojnie... ― myślał. ― Czyż panna Jadwiga ma takie 

znajome?"
W kuchni nikogo nie było. Wszedł do swego pokoiku za drzwiami z cienkich 

desek. Wewnątrz było bardzo ciepło od pieca, w którym Jadwiga paliła w 
mrozy po dwa razy dziennie.

― 

Co to za nimfa była tutaj? ― spytał Heleny.

― 

Podobna do nimfy. Panna Jadwiga ją dobrze zna. Jeśli masz 

ochotę, zabierz się do niej. Wiesz, że nie jestem zazdrosna.

background image

― 

Wolałbym się zabrać do panny Jadwigi, bo ta wygląda jak 

kokota. Ale po co ona tutaj przychodziła?

― 

Dawna koleżanka córki profesora. Pracuje u niego w Mińsku. 

Przyjechała z listem do panny Jadwigi, która nié mogła jej nie przyjąć, 

chociaż będzie skrępowana jej obecnością. Muszą, spać w jednym pokoju.

,

― 

Dobrze, że to nic groźniejszego.

― 

Zaraz dam ci obiad.

― 

Tymczasem wysypię ścieżkę i chodnik popiołem, żeby nimfa się

nie potłukła, gdy będzie wracać. Myślałem, że z górki na tyłku zjedzie.

W sionce stała duża skrzynka, do której zsypywano popiół z pieców. Józef 
nabrał go do wiadra i szufelką rozsypywał wzdłuż ścieżki i chodnika. Kiedy 

skończył, poszedł do kuchenki w swym letnim mieszkaniu. Oczyścił trzewiki i
umył się. Potem wrócił do Heleny. Na stole stała duża, parująca miska zupy i

leżał chleb.
― 

Nie będziesz jadła? ― spytał.

― Już jadłam. Teraz mam lepszy apetyt.
― 

A jak się czujesz?

― Zupełnie dobrze.―

Jest pewna sprawa, w której mogłabyś mi 

dopomóc.

― 

Nareszcie!

― 

Trochę ryzykowna, ale ubezpieczę cię. Idzie mi o kupno palta i 

materiałów tekstylnych na sfałszowane „ordery". Palto będzie potrzebne 
dla ciebie. Z jednego kuponu materiału zrobisz sobie sukienkę albo kostium,

bo w tych łachach wyglądasz, w porównaniu z Nimfą, marnie. Resztę 

background image

sprzedam, bo trzeba kupić dla ciebie jakieś buciki, trochę bielizny, 
pończochy. Teraz właśnie będzie sposobność.

― 

Nie wystarczy pieniędzy na wszystko.

― 

Ja również kupię na parę „orderów". Wykombinujemy 

wszystko, co ci jest potrzebne, i zostanie sporo gotówki na przeżycie. Ale 
musimy załatwić sprawę w jednym dniu. Jutro. Dzisiaj wieczorem wszystko 

przygotuję, a od rana zabierzemy się do roboty. Czy chodzenie ci nie 
szkodzi?

― 

Ależ nie! Dzisiaj byłam aż na rynku Kalwaryjskim. Kupiłam od 

chłopki wieprzowinę.

Na godzinę szóstą poszedł do Andrzeja, który na niego czekał.
― 

Grzmot jest panem zachwycony ― powiedział.

― 

Chyba paltem, które mu pomogłem kupić.

― 

No tak. Palto dobre. Ale i panem też. Sam przyniósł dwa or 

dery. Powiedział, że jeden może się zepsuć.
― 

Postarajmy się, żeby wszystkie były dobre. Może i pan czegoś 

potrzebuje?
Mam już i palto, i garnitur. Kupiłem na oryginalne ordery.

― 

A ja postaram się kupić jak najwięcej. Nie jest to chciwość. 

Mam na swej opiece zupełnie biedną dziewczynę i chcę ją ubrać. Potrzebne 

też są pieniądze na przeżycie.
― 

Ale trzeba załatwić to jak najprędzej. Blankiety różnią się 

bardzo od oryginałów.
― 

Czy nie było jeszcze wsypy?

― 

Nic nie słyszałem. Niech pan spyta Adama, bo w gestapo na 

background image

pewno będzie to wiadomo. Jeśli wpadnie ktokolwiek, mogą następnie 
pochwycić wiele osób. Każdego, kto się zgłosi z fałszywym orderem.

― 

Mnie nie wezmą. Pójdę z pistoletem. I niech pan zachowa w 

tajemnicy, że wykorzystam kilka orderów. Ludzie są zawistni. A ja przecież 

nie chcę się wzbogacić, tylko się staram jakoś przeżyć. Ile czasu włożyłem w 
sprawę Organizacji! Musiałem nawet porzucić pracę u Litwinów, która mi 

dawała mały zarobek.
― 

Oczywiście nie powiem. Grzmotowi również nie trzeba mówić. 

A etyka koleżeńska... ― machnął pogardliwie dłonią. ― Nawet o szczerą 
solidarność trudno. Każdy sobie rzepkę skrobie.

― 

Ma pan rację! ― powiedział Józef, który przypomniał sobie 

Wacka, Wicka i Henryka. ― „Ci na pewno zrobią mi. konkurencję... jeśli nie 

będą się bali wsypy".
Andrzej wypełnił trzy blankiety na męskie nazwiska, a trzy na żeńskie. Nie 

zmieniał charakteru pisma, bo ordery mógł wypełniać jeden urzędnik.
Tego dnia Józef powrócił do domu nieco wcześniej. Panna Jadwiga krzątała 

się w kuchence, przez którą musiał przejść.
― 

Jest dla pana miła niespodzianka! ― powiedziała z uśmiechem.

― 

Jaka?

― 

Taka, że pan, gdy zobaczy, głowę straci!

― 

Już wiem. Widziałem i głowy nie straciłem.

― 

Ale interesująca, co!

―Owszem, zgrabna, elegancka. A co za jedna?
― 

Nazywa się Róża. Koleżanka Haneczki. Przyjechała tutaj na parę

tygodni.

background image

A czym się ona zajmuje?
― 

Hm... Flirtem. Miała z tuzin narzeczonych. Ale gdy wyszła za 

mąż, to jej wymarzony, wybrany, ukochany roku z nią nie wytrzymał. 
Rozeszli się niedługo przed wojną.

― 

Po co przyjechała tutaj?

― 

Wilnianka. Sentyment. Może kogoś szuka. Może myśli o 

zabawach.
― 

Niech ją pani zaprzęgnie do roboty.

― 

Nic z tego. Z niej taka pracowniczka jak z kota. Zresztą ona ma 

forsę. Hanka mi mówiła, że z samej biżuterii może ona dziesięć lat żyć. 

Właśnie pytała mnie o dobre sklepy komisowe. Może chce coś sprzedać.
― 

Jeśli nieszkodliwa, to co ona nas obchodzi?

― Nawet sympatyczna, ale lekkomyślna i płocha. Profesor z niej pokpiwa, 
ale ją lubi. Przyjaźnił się z jej ojcem, który był znawcą koni i wielkim 

admiratorem kobiet. Te dwie pasje często idą w parze. I tam, i tam słabość 
do ładnych kształtów. A Różę nazwano w majątku siostry profesora Gejszą. 

Była tam na letnisku i od rana do południa paradowała w japońskim 
kimono, które wkładała na nagie ciało. Panom to się bardzo podobało, ale 

panie były oburzone. Gdy przyjechała tutaj, powiedziała, że ma dość 
wszystkiego i chce wyjechać stąd do Hiszpanii. Nie może się pogodzić z tym,

co tutaj się dzieje.
― 

A jak ona sobie radzi z okupantami?

― 

Doskonale! Profesor wystawił jej zaświadczenie, że jest 

korespondentką białoruskich pism. Ona mówi swobodnie po niemiecku, po 

francusku. No i ma tupet.

background image

― 

Ale zainteresowała cię! ― rozległ się głos Heleny, bo za 

nieszczelnymi, cienkimi drzwiami było słychać każde słowo.

― 

Mniej niż ciebie! ― odparł. ― Kobiety więcej się interesują 

kobietami niż mężczyźni.

― 

Róża interesuje się tylko mężczyznami! ― sprostowała 

Jadwiga. ― Niech pani dobrze pilnuje pana Józefa!

― 

A ja właśnie chcę go nią zainteresować.

― 

Zdaje mi się, że idzie! ― rzekła Jadwiga. ― Furtka stuknęła.

― 

Więc zmykam, żeby nie stracić głowy. Dobranoc!

W pokoiku znów paliła się lampka naftowa, bo Helena nie znosiła odoru 

karbidu. Było tam ciepło. Po wyjściu z jaskrawego światła karbidówki z 
kuchni Jadwigi Józefowi się wydało, że w pokoiku Heleny jest prawie 

ciemno.
― 

Jak się czujesz, Pudlu? ― spytał.

― 

Wspaniale! Jestem syta, ciepło mi. A na jutro zapowiada się 

ciekawa wyprawa... razem z panem.

― 

Czy nie boisz się?

― 

Nie dostrzegłeś, że jestem odważna? Wcale się nie boję. 

Jestem zadowolona i ciekawa rezultatu.
― 

Dobrze. Ale mówmy cicho, bo zaraz Nimfa zawita.

Za okienkiem, obok ściany domu. rozległy się szmery lekkich

113kroków. Potem zgrzytnęły drzwi zewnętrzne. Następnie stuknęła 

klamka w kuchni. Jadwiga umyślnie spytała: „Kto?". Potem otworzyła drzwi.
― 

A, to Gejsza. Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie. Masz 

przecież nocną przepustkę.

background image

― 

Ale ślisko, wstrętnie i nogi mi zmarzły.

― 

Taka ognista kobieta i nogi zmarzły! Nie do uwierzenia!

― 

W ogóle miasto się zrobiło okropne, brudne! I, wiesz, 

przyczepiło się do mnie dwóch oficerów...

― 

Brawo! ― zawołała Jadwiga. ― Z miejsca zaczęły się podboje!

Helena skinęła głową na drzwi i cicho powiedziała do Józefa:„Mamy teatr. 

Panna Jadwiga jest dowcipna".
― 

Jakie tam podboje? ― zaprotestowała Róża. ― Zachowywali 

się ordynarnie. Szli, rozumiesz, za mną i robili uwagi na temat mojej 
budowy.

― A uwagi przyjemne? ― pytała jak inkwizytor Jadwiga.
― Takie, wiesz, męskie uwagi...― Aha! Jeśli męskie, to, oczywiście, 

przyjemne. I co dalej?
― 

No i wciąż za mną. I mówią, co by ze mną zrobili i jak. 

Rozumiesz?
― 

Oczywiście rozumiem. Jestem przecież pełnoletnia.

― 

Ja się oburzyłam: takie rzeczy mówić o kobiecie! Obróciłam się 

do nich i po niemiecku jak im wygarnęłam! Powiedziałam, że zaraz pójdę do

Feldkommendantury! Że ich nauczę, jak powinni oficerowie się 
zachowywać na ulicy! Mówię ci, zmykali jak zające!

― 

Wiesz ― powiedziała Jadwiga ― ty trochę za ostro z nimi 

postąpiłaś...

― 

Za ostro?! ― zdziwiła się Róża. ―: Żebyś ty słyszała, co oni 

mówili! Jeden powiedział, że...
― 

Nie powtarzaj! Ale mówiłaś poprzednio, że były to męskie 

background image

uwagi. Więc uważałaś to za sprawy zwykłe, normalne, naturalne...
― 

Ale oni mówili i o nienormalnych! Właśnie ci powiem!

― 

Nie, nie, nie! ― zaprotestowała Jadwiga, która wiedziała, że 

Józef i Helena słyszą wszystko. Nawet umyślnie prowokowała rozmowę i tak

nią kierowała, aby ich ubawić. Lecz nie chciała, aby
Róża, nieświadoma rzeczy, powtarzała cyniczne wypowiedzi. ― Ale, jeśli oni

mówili o sposobach niewłaściwych... ― Jadwiga chrząknęła znacząco, a 
Helena zakryła sobie usta dłonią, by nie parsknąć śmiechem ― to dlatego, iż

przypuszczali, że ty ich nie rozumiesz. Więc postąpiłaś tak, jakby 
podsłuchałaś tego... męską rozmowę, a potem się do niej wtrąciłaś. Dlatego

uważam, że cała wina jest po twej stronie!
― 

Po mojej stronie?! ― oburzyła się Róża. ― Ach!...

― 

Tak, tak, tak... Poza tym trzeba być wyrozumiałą. Oni są 

mężczyźni, z dala od kraju, i nagle zobaczyli tak ponętną kobietę! Ale dajmy 

spokój rozmowie na ten temat.
― 

A ja nie mogę się uspokoić!

― 

To trzeba było z nimi się zapoznać.

― 

Za kogo ty mnie masz?!

― Jeśli nie możesz się uspokoić...
― 

Z oburzenia!

― 

Aha! Chcesz coś zjeść!

― 

Chcę, bo zmarzłam... I nic nie załatwiłam... I jestem zła...

― 

To idź, uporządkuj się i wracaj. Tutaj się umyjesz. Ale trzeba 

uważać, by lokator nie wszedł do kuchni, kiedy będziesz niezbyt ubrana. 

Tam są jego drzwi.

background image

― 

Czy jest w domu?

― 

Tak.

― 

Mój Boże! Przecież słyszał wszystko, co mówiłyśmy!

― 

Nie. Tutaj akustyka taka, że w jego pokoju ani słówka stąd nie 

słychać. Ale w drzwiach są szpary, więc może zobaczyć... jeśli go coś 
zainteresuje.

― 

A kto on taki?

― 

Jakiś artysta.

― 

Artysta?!

― 

Pracuje w Akademii Sztuk Pięknych.

― Aha! Pewnie malarz. Sprawił bardzo dobre wrażenie. Pomógł mi zejść z 
górki i odprowadził aż na ulicę.

Helena pogroziła Józefowi palcem i pokiwała głową, wyrażając oburzenie.
― 

Który by mężczyzna ci nie pomógł? A potem wysypał ścieżkę i 

chodnik popiołem, żebyś się nie pośliznęła, gdy będziesz wracać. 
― 

Bardzo ładnie z jego strony. Trzeba będzie mu podziękować. 

― 

Koniecznie.

W kuchni na pewien czas zapadła cisza. Józef i Helena rozmawiali 

stłumionymi głosami. Potem Józef ustawił w wąskiej przestrzeni między 
pościelą Heleny a ścianą swoje składane łóżko i też się położył.

Nazajutrz wziął ze skrytki w składziku na drewno pistolet, zapasowy 
magazynek i fiński nóż. Wprowadził nabój do lufy. Po śniadaniu dał Helenie 

jeden blankiet.
― 

Myślałem nad naszą wyprawą ― powiedział ― i, doszedłem do

przekonania, że będzie najlepiej, jeśli ja będę wchodził do sklepów 

background image

pierwszy, a ty w jakiś czas później. W ten sposób będziesz ciągle pod moją 
obserwacją. W pierwszym sklepie kupisz palto. Potem udamy się do 

sklepów tekstylnych. Kupuj tylko rzeczy najdroższe. ,
― 

A jeśli coś zajdzie... jakieś podejrzenie...

― 

To się oburzysz i powiesz, że idziesz na skargę.

― 

Może spróbują zatrzymać?

― 

Wówczas ja się wtrącę. A ty wyjdź i staraj się jak najprędzej 

oddalić w boczną ulicę. Jeśli sprawa ta nie jest jeszcze wsypana, uda się 

nam wszędzie. Dlatego ja właśnie będę wchodził pierwszy.
― 

Żeby ciebie nie zatrzymali?

― 

Nie poradzą. W ostatecznym wypadku będę strzelał.

Ale szczęście im sprzyjało. W ciągu trzech godzin kupili damskie palto, 

męskie ubranie i cztery kupony materiałów. Gdy zakupy w pierwszym 
sklepie były skończone, Józef zaniósł pośpiesznie rzeczy do domu, a Helena 

oczekiwała na niego w kawiarence przy ulicy Zamkowej. Powtórzył tę 
operację jeszcze raz, kiedy kupili materiały. Za trzecim razem poszli w 

kierunku ulicy Mickiewicza. W pewnym miejscu Józef nagle wciągnął Helenę
do bramy.

― 

Co się stało? ― spytała.

― 

Dostrzegłem znajomych, z którymi nie chcę rozmawiać.

Byli to Henryk i Wacek, którzy szli w kierunku ulicy Niemieckiej.
„I oni wyruszyli na połów ― pomyślał Józef. ― Dobrze, że Henryk nas nie 

dostrzegł".
W domu Helena powiedziała radośnie:

― 

Ależ to jak sen! Tyle rzeczy za mniej niż czterysta marek!

background image

― 

Teraz dobrze się ubierzesz. Kupimy dla ciebie buciki i bieliznę. 

Zostanie też sporo pieniędzy na wydatki domowe. Już nasza sytuacja się 

poprawiła.
* # *

Pewnego dnia, przy końcu marca, otrzymał od Moniki zawiadomienie, że 
Tomasz chce go widzieć w pilnej sprawie. Nazajutrz z rana poszedł do 

„Nory". Tomasz był w dobrym nastroju i spytał:
― 

Czy pan ma dużo wolnego czasu?

― 

Dla pana zawsze znajdę czas. Czy jest coś pilnego?

― 

Chciałem z panem w ogóle pomówić. Przecież dawno nie 

rozmawialiśmy. Poza tym jest sprawa specjalna, w której chciałem z panem 
się naradzić. Sprawa pilna. Może więc od niej zaczniemy?

― 

Dobrze.

― 

Czy pan zna Muzeum Sztuki?

― 

Tak. Przy ulicy Wielkiej. Niedawno była tam wystawa grafik 

estońskiego artysty. Nazwisko, zdaje mi się Wiralt albo bardzo do tego 

podobne. Między innymi rzeczami były tam wspaniałe miedzioryty. Trzy i 
nich tak mi się podobały, że miałem ochotę na „pożyczenie" ich dla siebie. 

Ale się obawiałem, że skrzywdzę tym artystę.
― 

Więc zna pan gmach wewnątrz.

― 

Całego gmachu nie znam, tylko sale wystawowe na pierwszym 

piętrze, od strony placu i ulicy Wielkiej.

― 

Tego wystarczy. Otóż hitlerowcy urządzili tam wystawę druków

antysemickich. Jest tam mnóstwo eksponatów w trzech salach. Są obrazy, 

szkice, karykatury, plakaty, afisze, ulotki, fotografie, broszury, książki, 

background image

albumy. Są nawet duże opracowania naukowe, albo raczej pseudonaukowe,
bo tendencyjne. Miałbym apetyt na, jak to pan powiedział o Wiralcie, 

„pożyczenie" całej wystawy. Ale jest to niemożliwe... nawet dla pana.
― 

Dziękuję za tak wstrzemięźliwy komplement. Nie uważam, że 

pożyczenie całej wystawy jest niemożliwe.
― 

Co? Całej wystawy?!...

― 

No, tak. Można to zbadać i opracować. W gmachu nocą na 

pewno nie ma wielu ludzi. Chyba jakiś woźny z rodziną. Można więc w dzień

gdzieś się ukryć, a nocą wyjść i... pan rozumie? Najważniejszy problem to 
środek transportowy... nad ranem...

― 

Daj pan spokój! Mnie chodzi o jedną tylko rzecz. Zaraz panu 

coś pokażę ― wyjął z szuflady biurka dwie fotografie. Na jednej było zdjęcie

sali, w której stały trzy gablotki; na drugiej tylko środkowa gablotka, w 
której leżało osiem dużych książek. ― W tej sali, z widokiem na ulicę Wielką

― mówił Tomasz ― w środkowej gablotce jest duże tomisko, bogato 
ilustrowane, z mnóstwem fotokopii różnych dokumentów dotyczących 

spraw semickich.
― 

Rozumiem. Idzie panu o to, by tamta księga znikła z gablotki i 

znalazła się tutaj! ― Józef klapnął dłonią po biurku.
― 

Jak pan to trafnie i dokładnie sprecyzował! ― ironicznie, ale z 

humorem powiedział Tomasz. ― A jeśli się znajdzie tutaj, przypuśćmy w 
ciągu trzech dni, to ręka, która książkę położy, będzie mogła wziąć w zamian

tę oto rzecz! ― wyjął z szuflady pękatą kopertę.
― 

Pieniądze ― wywnioskował Józef.

― 

Nie lubi pan pieniędzy?

background image

― 

Nie lubię.

― A potrzebuje pan?

― 

Bardzo często, ale dzisiaj mam ich dość.

― 

Wszystko w porządku. Nie są to pieniądze moje. Nie będę 

wyjaśniał panu tej sprawy, bo obowiązuje mnie dyskrecja. Ale jest prosta. 
Księgę ową oceniono na tę sumę. Jeśli pan potrafi ją zdobyć, pieniądze będą

pańskie. Jeśli nie, będę szukał innych dróg. Ale mam na to tylko trzy dni i 
obawiam się, że mi się nie uda.

― 

Dlaczego trzy dni?

― 

Bo wystawa się skończy. Zdaje mi się, że ją przeniosą do 

Mińska Litewskiego. Jest to urabianie opinii publicznej w związku z 
ostateczną likwidacją Żydów.

― 

W takim razie zaraz tam pójdę. Chcę zobaczyć na miejscu, jak 

wystawa wygląda.

― 

Dobrze. Potem wróci pan do mnie.

― 

Tak. Żal, że stąd tak daleko do mojej meliny. Wziąłbym pistolet 

i fiński nóż. A może potrafiłbym zabrać księgę dzisiaj?
―Zaraz i to załatwimy ― rzekł Tomasz i wyszedł z gabinetu przez drzwi 

prowadzące do łazienki.
„Chyba ma w archiwum i broń i― pomyślał Józef. ― A może jest skrytka 

poza mieszkaniem?"
Tomasz wrócił po dziesięciu minutach. Położył na stole duży, ciężki 

browning hiszpański.
― 

Jak się to panu podoba?

Józef obejrzał pistolet, potem powiedział:

background image

― 

Browningi hiszpańskie są na ogół marne. Często się zacinają. 

Ale gdy się trafi dobry, jeden na kilka, to jest bez zarzutu. Wygodnie 

celować, bo nie szarpie. Konstrukcja najprostsza. Można wsadzić w błoto 
albo piasek, potem wypłukać w wodzie i będzie działał niezawodnie.

― 

Zgadza się! ― rzekł Tomasz. ― Ten jest wybrany z kilkunastu. 

Sam go wypróbowałem. Tutaj zapasowy magazynek. A to niemiecki nóż 

myśliwski. Bardzo dobry, składany. Co jeszcze jest panu potrzebne?
― 

Warto by włożyć jakieś palto i inną czapkę, bo w tej kurtce i 

cyklistówce wyglądam raczej na robociarza. A ich takie wystawy najmniej 
interesują.

 ― Słusznie. I na to jest rada. Włoży pan moją lepszą jesionkę i dam panu 
kapelusz.

Zaraz po tej rozmowie Józef opuścił „Norę" i poszedł w kierunku ulicy 
Wielkiej.

W dawnym gmachu ratusza Litwini urządzili Muzeum Sztuki. Odbywały się 
w nim wystawy obrazów i grafiki. Poza tym prowadzono tam konserwację 

dzieł sztuki. Prócz Litwinów zatrudniono i kilku Polaków, między którymi był
popularny w mieście ksiądz P., wybitny znawca sztuki kościelnej i 

cerkiewnej.
Po obu stronach dużego, oszklonego wejścia do westybulu wisiały afisze, 

reklamujące wystawę jako naukowe ujęcie problemu żydowskiego „w 
świetle faktów i dokumentów". Józef wszedł do środka. Z lewej strony 

niedaleko wejścia siedziała za stolikiem młoda ładna kobieta. Czytała 
książkę. Była to Litwinka, która sprzedawała bilety. Józef zbliżył się do 

stolika, ale kobieta nie zwróciła na niego uwagi. Nadal czytała.

background image

― Dzień dobry! ― powiedział Józef po niemiecku i położył na stoliku 
banknot pięciomarkowy.

Kasjerka niechętnie na niego zerknęła, wydarła z podłużnego bloczku bilet, 
wrzuciła do kasetki 5 marek i wydała resztę. Józef wziął bilet i udał się 

szerokimi schodami na piętro. Szedł wolno i uważnie oglądał wszystko 
dokoła. Robił to (niepostrzeżenie) z nawyku konspiratora do oceniania 

sytuacji terenowej każdego miejsca, w którym się znalazł. Szczególnie go 
interesowały wszelkie zakamarki, zakręty, drzwi, okna. Na podeście 

pierwszego piętra wyminął dwóch urzędników bez palt i nakryć głowy, 
którzy rozmawiali po litewsku. Zrozumiał kilka słów i zorientował się, o 

czym mówią: niewygodne mieszkanie.
W pierwszej sali zobaczył cztery duże, oszklone gablotki. Było w nich wiele 

książek i broszur różnego formatu. Ściany były zawalone plakatami, 
wykresami, fotografiami. Gdy je oglądał, usłyszał wybuch śmiechu kilku 

ludzi, dochodzący przez otwarte drzwi. Poszedł w tamtą stronę. Druga sala 
była również pusta. Zrozumiał, że dopiero w trzeciej są ludzie. Drzwi do niej 

były wpół otwarte. Cicho zbliżył się do nich i z boku zajrzał do środka. 
Zobaczył czterech żołnierzy niemieckich i jednego cywila, którzy oglądali 

powieszone na ścianach karykatury Żydów.
Cofnął się ode drzwi. Był w tej właśnie sali, w której pośrodku stały trzy 

gablotki. Zbliżył się do środkowej i zobaczył w niej księgę, o której mówił 
Tomasz. „Potężne tomisko! ― pomyślał. ― Waży chyba ze trzy kilogramy".

Obejrzał uważnie gablotkę. Nie była zamknięta. Książki chroniła gruba, 
szklana tafla, wpuszczona głęboko między górne listwy gablotki. Mógłby 

spróbować, czy się nie da podważyć tafli nożem i ją podnieść. Ale w 

background image

następnej sali byli ludzie, których rozmowę i śmiech słyszał od czasu do 
czasu. Obawiał się, że ktoś z nich może tutaj wejść.

Powrócił do pierwszej sali i zaczął przeglądać książki w czterech gablotkach. 
Zwrócił uwagę na gruby tom w języku rosyjskim: „Mieżdunarodnoje tajnoje 

prawitielstwo". O książce tej opowiadał
mu dawniej znajomy Rosjanin. „Spróbuję i tę zabrać" ― pomyślał Józef.

Zbliżył się do wejścia i uchylił drzwi. Na schodach nikogo nie było. Od 
Niemców przedzielała go druga sala. Wydostał zza pasa browning i włożył 

go do zewnętrznej kieszeni jesionki. Potem wyjął nóż i spróbował 
wprowadzić jego ostrze między listwę gablotki a brzeg szklanej tafli. Nie 

wchodziło tak głęboko, aby można było nim się posłużyć jak dźwignią. 
Obszedł gablotkę dookoła. Znalazł szerszą szparę. Ostrze noża łatwo w niej 

się zagłębiło i po kilku próbach uniósł w górę brzeg ciężkiej tafli. Ujął go 
palcami i przytrzymał, a nóż wziął w zęby. Powoli dźwignął brzeg tafli wyżej.

Wsunął, rękę do gablotki. Wyjął z niej książkę i położył z wierzchu, na 
pochylonym szkle. Rozsunął książki wewnątrz w ten sposób, by nie 

dostrzeżono, że jednej brakuje. Następnie opuścił powoli taflę w dół. Było 
to nawet trudniejsze niż podniesienie jej do góry. Musiał, gdy tafla była tuż 

nad listwą, zsunąć ją po ostrzu noża.
Umieścił książkę za pasem u spodni, zapiął marynarkę i jesionkę i udał się 

do następnej sali. Dostrzegł, że żołnierze wyszli na podest schodów. Został 
sam na wystawie. Nie tracąc czasu znalazł w gablotce najszerszą szparę, 

podważył nożem taflę i uniósł ją do góry. Wziął ze środka księgę, 
porozsuwał inne i opuścił taflę w dół.

Włożył obie księgi pod koszulę, na nagie ciało, ale nie mógł zapiąć spodni. 

background image

Zacisnął dolną, grubszą księgę paskiem i obciągnął marynarkę. Jesionkę 
zostawił rozpiętą, żeby okrywała go luźnie.

Mógłby opuścić wystawę po wyjściu Niemców z gmachu. Ale przypuszczał, 
że będzie lepiej, jeśli podąży za nimi, bo nie zwróci nasiebie uwagi. 

Skierował się na podest. Ze schodów zobaczył żołnierzy idących powoli 
westybulem. Zatrzymali się przy stoliku kasjerki. Jeden z żołnierzy coś do 

niej powiedział. Kobieta, trzymając książkę w ręce, patrzyła na niego i 
nienaturalnie się uśmiechała, bo niemogła zrozumieć jego słów. Józef 

usłyszał znany mu sprośny wyraz,włączony w ordynarną propozycję. 
Kasjerka, nadal uśmiechając się, potakiwała głową. Rozległ się wybuch 

śmiechu pięciu mężczyzn. Józef wyminął tę grupkę i wyszedł z gmachu.
Od razu udał się do Tomasza. Był rad, że nie tracąc wiele czasuzałatwił tę 

sprawę. Gdy wszedł do „Nory", Tomasz spytał:―

Jak ta impreza 

wygląda? Uda się, czy nie?

― 

Już się udała.

― 

Zabrał pan księgę?

― 

Pożyczyłem.

Rozpiął ubranie i wyjął dwie księgi, z których jedna miała format albumu. 

Położył ją na biurku.
― 

Właśnie o nią mi chodziło! ― rzekł Tomasz z zadowoleniem. ― 

I nie tylko mnie... A druga jaka?
― 

Tę rosyjską wziąłem dla siebie. Kiedyś opowiadano mi o niej i 

dlatego mnie zainteresowała.
Tomasz otworzył książkę i przeczytał tytuł.

― 

Wiem i ja o niej. Jest to praca zlecona, „dokład" członka 

background image

carskiej Dumy, Szmakowa. Wykonał ją w związku ze słynną sprawą Bejlisa w
Kijowie. Ta rzecz również mnie interesuje, chociaż dla innych względów. A 

czy nie mógłby pan i tę książkę mi odstąpić?
― 

Po własnej cenie. Tomasz roześmiał się.

― 

Pańskiej ceny nie zapłacę, ale zaproponuję panu taką, która 

powinna pana zainteresować. Zostawię panu na własność hiszpan i nóż. Co?

Ależ panu mogą być potrzebne. ― Panu na pewno są potrzebniejsze. 
Zgoda?

― 

Oczywiście! Dałbym panu wszystko bez żadnego 

wynagrodzenia.

― Wiem. Ale chcę dobitniej wykazać panu swą wdzięczność ― położył na 
biurku kopertę z pieniędzmi. ― Czy panu było trudno zabrać to wszystko z 

wystawy?
― 

Dość łatwo. Bez żadnego ryzyka.

― 

Dziwny z pana człowiek! Wszystko u pana łatwe!

― 

Nie lubię blagować. ― A jak z Grzmotem?

― 

Powinien być zadowolony.

― 

I jest zadowolony. W trzy tygodnie wykonano trzy wyroki 

śmierci.
― 

Pierwszy był dobry. Koronkowa robota. Ale dwa następne 

mogli i durnie wykonać. Jeden w powiecie, kilkanaście kilometrów od 
Wilna. A drugi tutaj, wieczorem, w ciemnym zaułku. Po prostu zdmuchnięto

pijanego.
― 

Grzmot obawia się, że pan porzuci egzekutywę.

― 

Porzucę, ale nie teraz. Chcę ją chociaż trochę zorganizować i 

background image

zrobić zdolną do samodzielnej pracy. Potem wyjaśnię wszystko Grzmotowi i
odejdę. W najgorszym wypadku będą mieli wykonanych kilka wyroków 

śmierci, dla ich statystyki.
― 

Czyż ludzie naprawdę są aż tak marni?

― 

Z wykonawców jeden chłopak doskonały. Drugi ujdzie, chociaż 

ociężały. A w sekcji wywiadowczej jest wspaniała dziewczyna, pełna zapału i

dobrych chęci. Poza tym bardzo sprytna i odważna. Druga wywiadowczym 
sceptyczna, ale inteligentna i ambitna. A kierownik sekcji dość dobry, 

chociaż nie jest pomysłowy. Poza tym boi się swych kamratów z sekcji 
wykonawczej. Więc, właściwie, operuję tylko tymi ludźmi. Z innymi czasem 

się spotykam, ale nie korzystam z ich pracy i nawet ich odizolowałem, aby 
mieli mniej materiałów do plotek.

― 

Mimo to robota idzie dobrze.

― 

Dla tego, kto jej nie zna dokładnie. Ale moim zdaniem nie idzie,

lecz czołga się na brzuchu.
― 

A co jest z poprzednim kierownikiem egzekutywy?

― 

Powiesiłem go na kołku. Niech wyschnie. Ale go nie likwiduję. 

Może będzie jeszcze potrzebny.

― 

On i jego kumple są chyba wściekli?

― 

Oczywiście! Puścili plotkę, że się wysługuję Komendzie, bo za 

zasługi celuję na stanowisko ministra sprawiedliwości... gdy Polska będzie 
wolna. Widzi pan, jaki nonsens!

― 

Obawiam się, że stanowisko to już jest obsadzone przez 

Stalina.

― 

Nie rozumiem.

background image

― 

W Moskwie utworzono Związek Patriotów Polskich. Jeden z 

tamtych „patriotów" jest u pana w spisie skazanych na śmierć, za 

współpracę z MGB. Czy pan się domyśla, co znaczy zorganizowanie takiego 
„związku"?

― 

Tak. Jest bardzo podle. Dziwię się, że Stalin tak wcześnie 

pokazał karty, którymi gra.

― Bo gra ze ślepymi. Nie wiem, czy nasi alianci i nasz rząd potrafi wyciągnąć
z tego odpowiednie wnioski.

W trakcie ostatniej rozmowy z Tomaszem zwierzył mu się, że zaczął pić. 
Dawniej pił przy sposobności, albo gdy miał większe zmartwienie. Teraz pił 

wieczorami, po powrocie do domu. Pił sam, żeby przestawić myśli na inny 
tor, by uciec od rzeczywistości ― nie tylko w czasie snu, który nie zawsze 

dawał wypoczynek psychiczny ― lecz i w życiu realnym.
― 

Czy panu to pomaga? ― spytał Tomasz.

― 

Tak.

― 

Ja po wypiciu alkoholu jestem oklapnięty, a nazajutrz czuję się 

chory.
― 

Na mnie alkohol działa dobrze. Mogę wypić dużo bez 

szkodliwych następstw. Nie wpadam we właściwą pijakom gadatliwość, nie 
zatracam kontroli nad sobą. I, właściwie, piję ze wstrętem. Zresztą jakże 

może smakować tani samogon, który cuchnie śledziem albo zepsutym 
jajkiem, a na wargach pozostawia tłusty osad? Ale po wypiciu szklanki 

mocnego samogonu czuję odprężenie nerwowe. Odzyskuję spokój i ta 
podła sytuacja, w którą wszyscy jesteśmy wplątani, wydaje mi się nie 

poniżająca, lecz normalna. Ot, po prostu, tak się życie ułożyło...

background image

― 

Doskonale rozumiem to ― rzekł Tomasz. ― Właśnie jest to 

przyczyna, dla której pije cała Rosja, nawet młodzież, a często i dzieci. W 

krajach szczęśliwych ludzie piją, żeby zapełnić pustkę życia albo się pozbyć 
„tęsknoty kosmicznej". A tutaj, żeby się Wyrwać z aury upodlenia i terroru. 

Ale niech pan nie używa samogonu. Każdy alkohol jest szkodliwy, a 
samogon uważam za truciznę. J

― 

Będę po trochu się truł. Mam organizm wytrzymały, taki, jaki 

ma biezprizornyj, który ocalał jeden z setki. Bo cóż, jestem również 

wychowankiem rewolucji bolszewickiej i jej ofiarą. Tam mnie uczono nędzy 
życia i przyzwyczajano do śmierci...Używanie alkoholu było zabronione 

członkom wszystkich organizacji podziemnych, bo powodowało wiele 
nieoględnych czynów, a nawet wsyp. Ale Tomasz nie tylko nie namawiał 

Józefa, by przestał pić, lecz nawet dał mu dużą bańkę spirytusu. Józef nie 
chciał przyjąć tak drogiego daru. Ale Tomasz powiedział:

― Robię to ze względów egoistycznych. Chcę, by pan, póki musi pić, mniej 
się zatruwał samogonem. Wyczuwam, że w przyszłości będziemy mieli dużo

do zrobienia. Niech pan ma to na uwadze i dba o zdrowie. A spirytus ten nie
jest dla mnie zbyt kosztowny. Zdarzają mi się sposobności kupowania go po 

bardzo niskiej cenie..
Kilka dni później Józef wrócił do domu niedługo przed godziną policyjną. 

Dzień miał szczególnie trudny i przykry. Dorota była nieuchwytna. Często 
zmieniała trasy i nigdzie nie przychodziła regularnie. Śledzenie i 

rozpracowanie jej stało się niemożliwe. Józef przypuszczał, że dowiedziała 
się o przygotowywanym na nią zamachu. Klara zachorowała na ciężką 

grypę, która ogarnęła miasto. Wówczas Aktorka zaczęła śledzić Dorotę, ale 

background image

po kilku dniach się zniechęciła. Kret dawał Józefowi uprzejme, ale mętne 
informacje. Wszędzie były powikłania i trudności. Wreszcie Józef sam się 

zabrał do inwigilowania skazanych. Zabierało mu to całe dnie.
Od rana zaczął padać ciężki śnieg i nawet w śródmieściu trudno było iść 

chodnikami. Boczne ulice okryła gruba warstwa mokrej kaszy, w której 
stopy przechodniów grzęzły jak w wilgotnym piasku. Od dłuższego czasu 

Józef nie miał możności oczyszczenia chodnika na ulicy ani ścieżki od furtki 
do domu. Dzisiaj postanowił, że nazajutrz koniecznie to zrobi.

Gdy wstąpił do swego pokoiku, ogarnęło go ciepło. Helena była już w łóżku. 
Na stoliku paliła się lampka naftowa. Józef się zdziwił, że tak wcześnie 

poszła spać. Nie czytała, jak zazwyczaj to robiła wieczorami, a koc miała 
wysoko podciągnięty. 

― Jak się czujesz? ― spytał, starając się, żeby jego głos brzmiał wesoło.
― Tak sobie...

― 

Masz dziwną twarz, a oczy błyszczą.

― 

Trochę się zaziębiłam. Stałam trzy godziny w kolejce po 

kalosze. Zmarzłam bardzo i nic nie dostałam. Nie wystarczyło. 
Przygotowałam dla ciebie kolację na stoliku. Jeśli chcesz czegoś więcej, weź 

sam.
Na stoliku leżała na talerzu duża pajda chleba i pocięta na plasterki cebula 

zalana octem. W małej miseczce była galareta z wieprzowych nóżek.
― 

A ty jadłaś?

― 

Tak. Jeśli chcesz, odgrzej zupę.

― 

Tego mi wystarczy.

Poszedł do letniego mieszkanka, zdjął z nóg wilgotne trzewiki, wyczyścił je i 

background image

napchał do środka papieru, żeby prędzej wyschły i nie deformowały się. 
Potem umył się, wziął z szafki butelkę zimnej wódki i wrócił do Heleny. 

Nalał, pół szklanki wódki i wypił duszkiem ― jak wodę. Potem zaczął jeść. 
Wkrótce poczuł lekkie działanie alkoholu. Nalał jeszcze pół szklanki i pił 

małymi haustami. Po jakimś czasie odczuł takie działanie wódki, jakie 
najwięcej lubił: lekkie rozproszenie myśli i płynące po ciele ciepło.

Skręcił grubego papierosa z samosiejki i włożył na bose stopy brezentowe 
trepy o drewnianych podeszwach, których zazwyczaj używał przy sprzątaniu

śniegu. Potem wyszedł na dwór, bo nie chciał palić w małym pokoiku, aby 
nie psuć powietrza odorem machorki.

― Włóż kurtkę, bo się zaziębisz! ― powiedziała Helena, gdy zobaczyła, że 
chce wyjść z domu tylko w swetrze.

― 

Nigdy się nie zaziębiam. A po wódce jest mi bardzo ciepło.

Wyszedł z mieszkania. Śnieg padał rzadziej i teraz był suchy. Ale zaraz 

topniał na mokrej, szarej caliźnie terenu. Józef obszedł dom dookoła 
wydeptanym w śniegu zagłębieniem. Potem skierował się w stronę 

składzików na drewno. Stamtąd udał się ścieżką w kierunku parkanu 
oddzielającego ogród od ulicy. W ciszy wieczora usłyszał zbliżające się kroki.

Były lekkie i pośpieszne, ale nierówne. Czasem się zatrzymywały. Józefowi 
się wydało nawet, że słyszy oddech człowieka idącego po drugiej stronie 

wysokiego parkanu. „Kto to może być?! ― pomyślał ze zdziwieniem. ― 
Przecież minęła godzina policyjna!"

Mimo że z ulicy nie mógł być dostrzeżony, osłonił ogień papierosa i poszedł 
cicho wzdłuż parkanu. Usłyszał dźwięk żelaznej klamki i furtka się otwarła. 

Potem zamknięto ją z trzaskiem. W odległości kilkunastu kroków od Józefa 

background image

zamajaczyła w szarej poświacie ciemna sylwetka.
„Nimfą!" ― domyślił się.

Wydało mu się, że kobieta kuleje. Zbliżyła się do studni, oparła dłoń o jej 
brzeg i pochylona coś poprawiała. Józef poszedł cicho naprzód. Usłyszał 

zirytowane: „Psiakrew!"
― 

Kto tak brzydko klnie? ― powiedział niegłośno, aby nie 

przestraszyć Róży.
Ona prędko się wyprostowała.

― 

Ach, to pan! Jakiego mam pecha! Pękł rzemyk u pantofla. 

Ledwie tutaj dobrnęłam. Ciągle nabierałam śniegu do pantofli.

Czy pani nie może sobie kupić na taką pogodę wygodnych bucików albo 
botów?

― Jakbym w takim czymś wyglądała?!
― A jak pani teraz wygląda? Inwalida! Ledwie pani przydreptała do domu. A

czy pani sobie wyobraża, że zgrabnie obuta stopa decyduje o elegancji? ― 
pod wpływem alkoholu mówił tonem drwiącym, prawie złośliwym.

Róża odczuła to i odpowiedziała ironicznie: Co za znawca! Ciekawam, co 
decyduje?

― 

Swobodne, zgrabne ruchy. Kobiety zupełnie się nie orientują w 

gustach mężczyzn. Uważają, że najwięcej ich olśniewa mała nóżka w 

ładnym pantoflu. I mylą się, bo mężczyzn wcale to nie interesuje.
Orientował się dobrze, że zirytuje Nimfę, ale ogarnęła go przekorna chęć 

dania szkoły kobietce, której nawet ciężka aura okupacji i terroru nie 
oduczyła od mizdrzenia się i pustego blichtru. Nie rozumiał tego, że dla Róży

elegancja była wrodzoną potrzebą ― jak dla kwiatu ładny kształt i barwy.

background image

― 

Ciekawy wykład! ― powiedziała prostując się. ― A pana co 

interesuje?

― 

Uda, ich okolice i coś niecoś wyżej oraz z tyłu.

― 

Wydaje mi się, że wchodzimy na śliską drogę! ― rzekła zimno.

― Pani nie jest do tego zdolna.
Róża, mimo zimna, dostała wypieków. Była zaskoczona i oburzona.

― 

Skąd taki, no, powiedzmy, dziwny wniosek?

Józef swobodnym ruchem ramienia wskazał górkę.

― 

Dlaczego dziwny? Jakże pani tam wejdzie? Chyba zdejmie pani 

pantofle i spróbuje na bosaka.

― 

Myślałam o czymś innym.

― 

A ja o tym nie myślałem. Zastanawiałem się, jak pani dopomóc.

A pani stara się pokłócić ze mną. Nic z tego nie wyjdzie.
― 

Pan ze mnie drwi! Bardzo nieładnie!

― 

Broń Boże! Przyszedłem, by pani dopomóc, i dałem praktyczną 

radę. Trochę za szczerze ją skomentowałem, bo pani o to pytała. A ja nie 

lubię kłamać. Ale żadnych kpin nie było. Chce pani, żebym jej dopomógł 
wejść na śliską drogę?

― 

Tak. Ale pan jest niemożliwy. Wykorzystuje pan moją sytuację!

― 

Jeszcze nie. Zastanawiam się nad tym, jak panią odstawić żywą 

i zdrową na górkę. Nie wejdzie pani tam nawet przy mej pomocy. Chyba bez
pantofli. Ale narazi to panią na zapalenie płuc i przedwczesną śmierć albo, 

co gorsza, na katar i czerwony nos. Nie będzie to estetyczne. Więc są dwa 
sposoby do pokonania przeszkody. Pierwszy. Pójdę do domu, zrobię alarm i 

przyniosę dla pani buciki panny Jadwigi albo mojej przyjaciółki. Drugi. 

background image

Wezmę panią na barana i zaniosę na górkę. Proszę wybierać.
― 

Wolę już na barana, bo co tam pomyślą? Ale pan się zmęczy.

― Będziemy robić przystanki i zastanawiać się nad zainteresowaniami 
mężczyzn.

― 

Niech mnie pan nie dręczy!

― 

Dobrze. Proszę wsiadać jak na konia i naśladować dzielną 

amazonkę. No, już, hop!
Przytrzymując Różę pod kolana poszedł powoli na górę. Pozostawiał z boku 

ścieżkę, która była bardzo śliska, i brnął przez głęboki śnieg. Róża trzymała 
się go prawym ramieniem, bo w lewej ręce zaciskała pantofelek. Dość 

prędko się znaleźli przed wejściem do domku. Ostrożnie postawił Różę obok
drzwi.

― 

Jestem panu naprawdę bardzo wdzięczna! ― powiedziała. ―I 

przepraszam, że jestem tak niedołężna. Ale proszę nie mówić o tym 

wszystkim Jadwidze, bo będzie ze mnie kpiła.
― 

Dobrze. Ścisła tajemnica. Niech pani idzie do domu pierwsza, 

bo chcę dopalić papierosa. Zgasł mi w trakcie transportowania pani na 
górkę. Dobranoc!

― 

Dobranoc! Jeszcze raz dziękuję. I... chciałam powiedzieć... pan 

jest bardzo... oryginalny...

― 

W zupełności z panią się zgadzam. Ale i pani jest oryginalna.

Wypalił papierosa i powrócił cicho do swego pokoju. Gdy przechodził 

ciemną kuchnię, posłyszał zza drzwi, prowadzących do dwóch pokojów 
panny Jadwigi, stłumiony odległością głos Róży.

„Pewnie Nimfa opowiada o swych przygodach i podbojach miłosnych" ― 

background image

pomyślał.
W jego pokoiku było zupełnie cicho. Helena leżała nieruchomo. Twarz miała

obróconą do ściany a oczy przymknięte. Pomyślał, że śpi i bardzo cicho 
ustawił łóżko składane. Potem rozebrał się przy drzwiach, bo tylko tam 

zostało trochę wolnego miejsca, i też położył się: Zgasił lampkę i odsunął 
firankę na okienku. Miał je w zasięgu wzroku i po jakimś czasie zaczął 

odróżniać niewyraźny prostokąt światła, podzielony krzyżem ramy na cztery
części.

W pokoju, w domu i okolicy panowała zupełna cisza. Józef ogrzał się w 
łóżku i żeby nie myśleć o sprawach egzekutywy, które go dręczyły i od 

których uciekał w zamroczenie alkoholowe, zaczął przypominać sobie Różę. 
„Ciekaw jestem, czy broniłaby się, gdybym do niej się zabrał jak do 

kobiety?" Myśl ta przyszła mu do głowy poprzednio podczas rozmowy przy 
studni. Może spróbowałby ją zrealizować, ale obawiał się, że Róża się 

zwierzy pannie Jadwidze z ataku na jej cnotę. „W sobotę pójdę do Buby ― 
postanowił. ― Najlepsze lekarstwo na takie zachcianki".

Zawsze spał bardzo czujnie, a gdy się obudził, prędko i łatwo się wyzwalał z 
bezwładu i był zupełnie przytomny. Tej nocy obudził go cichy głos Heleny:

― 

Jóźku, zapal lampkę...

― 

Co się stało? ― usiadł na łóżku i zaczął szukać zapalniczki na 

stoliku.
― 

Niedobrze mi... I strach ogarnia... Przepraszam, że przerwałam 

ci sen, ale nie mogłam zapalić lampki...
Nikły płomyk wnet rozjaśnił pokój. Józef dostrzegł, że Helena ma na czole 

drobne krople potu.

background image

― 

Tyś chora! ― powiedział.

― 

Tak. Krwotok.

― 

Dlaczego? Co się stało?

― 

No, wiesz, w związku z ciążą. Będę miała poronienie. Pewnie 

odnowiły się dawne, zabliźnione rany... po tamtym zabiegu.,, po operacji...
― 

Kiedy to się zaczęło?

― 

Niedługo po tym, jak wróciłam z kolejki po kalosze. Bardzo tam

zmarzłam. Położyłam się i myślałam, że to minie. Modliłam się do Jezusa 

Miłosierdzia. ― Wskazała dłonią na małą, kolorową reprodukcję znanego w 
Wilnie świętego obrazu.

― 

Co teraz robić?

― 

Nie wiem.

― 

Czy duży krwotok?

― 

Nie. Ale nie zatrzyma się.

― 

Może zawołać doktora?

― 

W pobliżu nie ma. Trzeba ginekologa. I nocą nie wolno chodzić.

― 

Obudzę pannę Jadwigę. Nimfa ma nocną przepustkę. Na 

pewno nam pomoże.

― 

Nie, nie... Która godzina? .

― 

Zaraz czwarta.

― 

Będziemy czekać do rana.

― 

Ale upływ krwi...

― 

To nic... Kobieta może dużo krwi stracić... Gdybyś mógł 

przynieść mi śniegu... Zrobię zimny okład...

Józef złożył łóżko i ubrał się. Wiedział, że tej nocy nie będzie już spał. Potem

background image

wyszedł na dwór i nabrał do miednicy czystego śniegu. Gdy pomagał 
Helenie w robieniu okładu, zobaczył, że wsunięte pod łóżko wiadro na 

brudy jest pełne okrwawionych strzępów płótna, ligniny i waty.
O siódmej rano wyszedł na miasto. Sklepy i apteki były jeszcze

zamknięte, ale na ulicach zaczynał się ruch. Ludzie szli do pracy, dozorcy 
domów czyścili chodniki. Zastanawiał się, do kogo pójść, aby się dowiedzieć 

adresu ginekologa. Przypomniał mu się Antoni. Zaraz pośpiesznie skierował 
się do niego. Zastał przyjaciela przy śniadaniu i opowiedział mu o swym 

kłopocie.
― 

Ty nie śpiesz się i nie przejmuj się bardzo ― rzekł Antoni. ― 

Takie krwotoki nie są niebezpieczne. Zaraz napiszę ci kartkę do znajomego 
ginekologa. Bardzo miły człowiek i dobry Polak. Na pewno załatwi wszystko 

jak najlepiej. A ty tymczasem zjedz u mnie śniadanie.
― 

Nie mogę.

― 

Napij się chociaż herbaty.

Niebawem Józef zadzwonił do frontowych drzwi na piętrze dużej kamienicy 

w śródmieściu. Otworzyła mu starsza kobieta, służąca lekarza.
― Doktor teraz nikogo nie przyjmuje ― powiedziała.

― 

Wiem. Ale jest to sprawa specjalna. Proszę mu doręczyć ten 

list.

Służąca wprowadziła Józefa do poczekalni i odeszła. Wkrótce do Józefa 
zajrzał wysoki mężczyzna lat około pięćdziesięciu.

― 

Przepraszam, że nie mogę zaraz się zająć pańską sprawą, bo 

dopiero co wstałem. Ale chcę wiedzieć, o co idzie, bo pan Antoni napisał do 

mnie, że sprawa jest bardzo pilna. Proszę usiąść i krótko opowiedzieć.

background image

― 

Moja narzeczona, która była w czwartym miesiącu ciąży, 

dostała wczoraj pod wieczór krwotoku. Trwał przez całą noc. Robiliśmy 

zimne okłady na brzuch, ale to nie pomogło...
― 

Czy była jakaś próba spędzenia płodu, nieudany zabieg? Proszę

mówić szczerze, bo chcę się zorientować, jak będę mógł dopomóc i co 
trzeba wziąć z sobą.

― 

Ależ nie. Chciała mieć dziecko. Marzyła o nim jako o 

„rehabilitacji".

― 

To znaczy, że poprzednio było jakieś nieszczęście ― 

wywnioskował lekarz.

― 

Tak.

Józef opowiedział o dawnym, nieudanym zabiegu akuszerki,

o wynikłej z tego chorobie i operacji, i o wczorajszym zaziębieniu Heleny, po
którym nastąpił krwotok.

― 

Zaraz tam pojedziemy ― rzekł lekarz. ― Już się orientuję w tej 

sprawie. Proszę zaczekać, a ja się ogolę, umyję i zjem małe śniadanko. 

Proszę się nie denerwować. Wszystko będzie dobrze.
Po jakimś czasie Józef i lekarz, który wziął małą walizeczkę, jechali sankami 

w kierunku przedmieścia. Gdy się zatrzymali naprzeciw furtki, Józef poprosił
dorożkarza, aby zaczekał. Potem poprowadził lekarza na górkę.

― 

Jestem za tęgi na taką alpinistykę! ― rzekł ginekolog, ostrożnie

idąc po śliskiej, pochyłej ścieżce.

― 

Nie miałem czasu na uprzątnięcie śniegu.

Gdy wstąpili do kuchenki, zobaczyli Jadwigę i Różę, które były zdumione tak

wczesną wizytą, ale o nic nie pytały.

background image

Proszę tutaj! ― rzekł Józef, otwierając drzwi do swego pokoiku.
― 

Dzień dobry pani! ― powiedział lekarz, gdy zobaczył Helenę. ―

Zdaje mi się, że dobrze panią znam.
― 

Tak... ― odpowiedziała, usiłując usiąść.

― 

Niech pani leży. Wiem już trochę o pani chorobie i o jej 

przyczynie ― wziął rękę Heleny, żeby zbadać jej puls.

― 

Panie doktorze! ― rzekła Helena. ― Nie chcę, żeby moja 

rodzina o tym wiedziała. To, co dawniej zaszło, było z tego powodu że 

chciałam ukryć swą ciążę...
― 

Uszanuję pani wolę. Potraktuję to jako tajemnicę. Ale będę 

musiał skierować panią do szpitala.
Wkrótce Józef wyniósł Helenę z domu i umieścił ją w sankach. Lekarz usiadł 

obok niej.
― 

Odwiozę ją do szpitala Świętego Jakuba ― powiedział. ― Pan 

może nie jechać z nami, bo w sankach nie ma miejsca.
― 

Kiedy będzie można ją zobaczyć?

― 

Dzisiaj nie. Ale dowiedzieć się można wieczorem, około godziny

szóstej. Lecz... nie jesteście małżeństwem. Byłoby więc lepiej, żeby przyszła 

któraś z tamtych pań, jako jej znajoma czy przyjaciółka. Pan rozumie, o co 
chodzi?

― 

Tak. Ale będę niespokojny.

― 

Niebezpieczeństwa nie ma. Zabieg nie jest trudny, ale musi być

wykonany niezadługo. Mam w szpitalu znajomego lekarza, Litwina, i 
poproszę go o zajęcie się chorą, którą znam od dawna. Wszystko będzie 

dobrze.

background image

Józef chciał dać lekarzowi zwitek banknotów, który przygotował, gdy 
opuścił pokój w trakcie badania Heleny przez doktora. Ale ten nie przyjął 

pieniędzy.
― 

Daj pan spokój ― powiedział. ―Widzę, jaka u was jest 

sytuacja. Zgadzam się tylko, aby pan zapłacił dorożkarzowi.
* *

Gdy dorożka odjechała, poczuł spokój. Zrozumiał, że lekarz odniósł się 
bardzo życzliwie do swej dawnej pacjentki i że stan zdrowia Heleny nie jest 

groźny.
Nie chciał wracać do mieszkania. Usiadł obok studni na pieńku do stawiania 

wiader i skręcił papierosa. Dawno nie palił i z przyjemnością zaciągnął się 
ostrym dymem machorki. Zaczął zastanawiać się nad swym współżyciem z 

Heleną i swym uczuciem do niej. „Kim ona dla mnie jest?... Pospolitą 
kochanką nie jest... Łączyły nas jednak i stosunki fizyczne, lecz bez 

namiętności, jakby przypadkowe... Ale naprawdę ogromnie jej żałuję i 
niepokoję się o jej los... Chciałbym, żeby znalazła szczęście w życiu, żeby 

kogoś pokochała... jakoś się urządziła w dobrej aurze, wśród szlachetnych 
ludzi... żeby się zabliźniła rana, którą jej zadał Narcyz... Właściwie jestem do 

niej tak przywiązany, jakby była moją córką... I gdyby nie różnica płci, 
bylibyśmy chyba najlepszymi przyjaciółmi". Myśli te płynęły wraz z dymem 

tytoniowym i znikały, pozostawiając smutek.
Starał się przypomnieć sobie, co ma dzisiaj pilnego do załatwienia. Na 

szczęście ważnych spraw w ciągu dnia nie było. Natomiast o godzinie pół do
szóstej wieczorem musiał wstąpić do Andrzeja.

Słońce ukazało się zza chmur. Dzień od rana był cieplejszy, prawie 

background image

wiosenny. W powietrzu niespokojnie krążyły wrony. Ciężko opadały na 
gałęzie sosen i hałaśliwie się naradzały nad swymi sprawami.

Wstał i obejrzał wszystko dookoła. Ścieżka pod górkę była okryta grubą 
warstwą lodu: Po bokach leżały zaspy szarego, wilgotnego, śniegu. Obok 

studni utworzyła się ślizgawka.
„Muszę dzisiaj oczyścić to ― pomyślał. ― Inaczej zrobi się bagno nie do 

przebycia!"
Dopalił papierosa i poszedł do sionki. Wyniósł stamtąd ciężki łom, żelazną 

łopatę i drugą drewnianą, z okutymi blachą brzegami. Zdjął marynarkę, 
położył ją na ławeczce pod oknem i zabrał się do rozbijania i podważania 

łomem zleżałych warstw śniegu i lodu. Potem odrzucał je na boki, żeby tam 
topniały. Posuwał się powoli od drzwi w kierunku spadzistej górki. Robota 

sprawiała mu ulgę, bo się odrywał myślami od przykrej rzeczywistości.
Około godziny jedenastej, gdy był już w połowie górki, usłyszał głos Jadwigi, 

która szła ku niemu po oczyszczonej z lodu ścieżce.
― 

Panie Józefie! ― powiedziała. ― Zrobiłam dla pana dobre 

śniadanie.
― 

Bardzo dziękuję! Ale poradziłbym sobie sam.

― 

Wiem dobrze, jak pan sobie radzi. W ogóle nie dba pan o 

jedzenie. A teraz został pan sierotą. Proszę iść. Bardzo się cieszę, że oczyści 

pan ścieżkę. Wczoraj nie mogłam wgrzebać się na górkę. Poszłam dookoła 
po śniegu. A najgorzej z noszeniem wody. Do studni nie można się zbliżyć.

― 

Dzisiaj wszystko uporządkuję. Dawno chciałem to zrobić, ale 

nie miałem czasu.

W kuchni było już przygotowane śniadanie. Józef umył ręce i zabrał się do 

background image

jedzenia. Panna Jadwiga usiadła z drugiej strony szafki i piła kawę zbożową.
Ja tylko towarzyszę panu i pilnuję, żeby pan nic nie zostawił. Trzeba mieć 

siły na taką robotę. Obiad też dla pana zrobię.
― 

A czy nie mogłaby pani odwiedzić Heleny?

― 

Kiedy?

― 

Lekarz powiedział, że można o szóstej. Umieścił ją w szpitalu 

Świętego Jakuba.
― 

Teraz albo w południe mogłabym tam pójść, ale nie 

wieczorem. Na piątą pójdę do ciotki na Sołtaniszki. Jest ona staruszką słabą 
i niedołężną. Pomagam jej od czasu do czasu. Ma własny domek, trochę 

większy jak ten. Teraz zachorowała i leży w łóżku.
Więc zrobię wszystko tutaj, a potem pójdę do niej. Ale przecież Róża może 

to załatwić. Nic nie robi, wyleguje się po dwanaście godzin w łóżku i tylko 
amory jej w głowie. Niech się trochę pofatyguje. Zresztą powinna to zrobić, 

bo z nudów ciągle wizytki pannie Helenie składała i zawracała jej głowę 
swym paplaniem o fasonach, strojach, podróżach...

― 

Przykro mi ją prosić.

― 

Ależ będzie zachwycona! ― spojrzała na drzwi do swego 

pokoju i powiedziała ciszej: ― Ona przecież bzika dostała na pańskim 
punkcie. Już i panna Hela o tym wie. A wczoraj przyszła z wypiekami na 

buzi. Powiedziała, że spotkała pana i że pan jej pomógł wejść na śliską 
górkę.

― 

Wejść? ― uśmiechnął się Józef.

― 

Tak powiedziała. Zachwycała się pańską uprzejmością.

Józef pomyślał, że nie wykazał zbyt dużej uprzejmości dla

background image

Róży.
― 

... Załatwimy tę sprawę razem ― dodała Jadwiga. Otworzyła 

pierwsze drzwi i zawołała głośno: ― Różyczko! Chodź tutaj, aniołku! Jest 
pilna sprawa!

 Za parę minut do kuchni weszła Róża. Była w ciepłym szlafroku i w 
filcowych pantoflach na bosych stopach. Kiedy zobaczyła Józefa, chciała się 

cofnąć, ale Jadwiga zawołała:
― Chodź, chodź, chodź! Pokaż się, jak wyglądasz!

― 

Ale nie jestem ubrana!

― 

Wystarczy. Nawet za dużo.

Jadwiga podsunęła nogą taboret.
― 

Klapnij się, kochanie! ― powiedziała. ― Zakryj lepiej kolanka, 

by nie kusić pana Józefa, i posłuchaj, co ci powiem. Otóż pan Józef 
zmęczony, głodny, niewyspany, zdenerwowany, nieogolony... Rozumiesz?...

― 

Ale co? ― Róża patrzyła ze zdziwieniem to na Jadwigę, to na 

Józefa.

― 

Słuchaj dalej! Ale z początku wyjrzyj oknem... Widzisz!... Na 

ścieżce nie ma śniegu...

 ― Rzeczywiście...
― 

Otóż pan Józef od rana zabrał się do tej potwornej roboty.

Ledwie go oderwałam, by chociaż zjadł śniadanie. Mówił, że musi 
uporządkować ścieżkę, żebyś ty, kiedy pójdziesz do miasta, nie pośliznęła 

się i nie stłukła sobie pewnego miejsca. Byłoby to tragiczne! Widzisz, jak o 
ciebie dba?

― 

Jestem panu bardzo wdzięczna! ― wzruszyła się Róża.

background image

― 

Trzeba tę wdzięczność okazać.

― 

Bardzo chętnie... Ale jak?

― 

Och, jaka ty naiwna! Nie wiesz, jak, piękna kobieta może się 

wywdzięczyć mężczyźnie?!

Róża, zapłoniona, wstała.
― 

Ty ze mnie drwisz!

― 

Ależ nie! Obrażasz się, że nazwałam cię piękną? Przecież jesteś 

piękna! Prawda, panie Józefie?... Siadaj, nastaw uszu i słuchaj! Dzisiaj 

jestem zajęta i nie mogę dopomóc panu Józefowi. A ty wolna, znudzona, 
marzec ci szumi w głowie. Łazisz gdzieś razem z kotami po nocach i szukasz 

przygód...
― 

Wcale...

― 

Daj mi skończyć! Panie Józefie! Nigdy nie mogę z nią dojść do 

słowa!

― 

To ty...

― 

... Otóż uważam, że dzisiaj wieczorem, na godzinę szóstą,, 

mogłabyś pójść do szpitala i odwiedzić pannę Helenę. Powiesz, że jesteś jej 
kuzynką. Zresztą jest to święta prawda, bo wszyscyśmy w jakiś sposób 

spokrewnieni.
Z największą przyjemnością załatwię to! Ja jej kwiatków zaniosę. Może 

jeszcze coś?...
― 

Kwiatów nie trzeba, bo są szalenie drogie ― rzekł Józef. ― Ale 

jeśli pani ją odwiedzi i dowie się, jaki jest jej stan zdrowia, cze. go 
potrzebuje, będę bardzo pani wdzięczny. Ja dzisiaj o szóstej nie będę miał 

czasu. Poza tym, jak pani wie, nie jestem jej mężem ani krewnym. Lepiej 

background image

więc, żeby ją kobieta odwiedziła.
― 

Bardzo chętnie. Mogę i teraz pójść, i wieczorem. ― Tylko 

wieczorem. Lekarz powiedział, że o szóstej.
― 

Ot, widzisz― rzekła Jadwiga ― pan Józef nie wymaga od ciebie

dużych dowodów wdzięczności.
― 

Sprawi mi to prawdziwą przyjemność.

― 

I będzie wstępem do okazania właściwej wdzięczności. Bo ta 

ścieżka okropna!

Do godziny trzeciej Józef skończył najtrudniejszą robotę. Jadwiga zgotowała
dobry obiad, który jedli w pierwszym pokoju jej mieszkania. Róża usiadła do

stołu ładnie wystrojona: Miała przypiętą do bluzki broszkę z szafirami a na 
palcu lewej dłoni pierścionek z rozetką z drobnych brylantów. W powietrzu 

było czuć lekki zapach jej perfum. Przy wejściu Róży panna Jadwiga zrobiła 
oko do Józefa i pokiwała znacząco głową. Ale w trakcie obiadu nie wysilała 

się na dwuznaczne rozmowy. Może chciała dać wytchnąć Róży, z której 
zazwyczaj pokpiwała.

Po obiedzie Józef i Jadwiga udali się razem do miasta. Róża obiecała, że 
wyjdzie z domu o pół do szóstej. Po drodze Jadwiga powiedziała do Józefa:

― Róża jest bardzo sympatyczna. Ma pstro w głowie, bo żyła w dobrobycie i
była rozpieszczona przez rodziców i bandę wielbicieli. Ale ma czułe serce i 

jest bardzo dobra. Nie jest, jakby się zdawało, rozwydrzona. Z jej romansów
zazwyczaj nic nie wychodziło, bo się kończyły kłótnią. Wiem o tym od jej 

serdecznej przyjaciółki, której Róża ze wszystkiego się zwierzała. Sama też 
znam ją dość dobrze. A czy ona panu się podoba? Proszę mówić szczerze.

―Tak. Jest bardzo interesująca. Ale rzeczywiście ma coś w swym 

background image

charakterze, co mnie prowokuje do kłótni z nią.
― Otóż pan jej się podoba. Ma więc sposobność do ciekawego romansu. 

Naprawdę ciekawego, bo zdradzę panu, że Róża jest pięknie zbudowana i 
ma ognisty temperament. Ale z nią nie trzeba za dużo flirtować ani 

wchodzić w dyskusje, tylko trzeba się brać od razu do rzeczy.
― 

Namawia mnie pani do grzechu.

― 

Chcę, żeby ona się uspokoiła i odjechała zadowolona. A panna 

Helena, wiem dobrze o tym, nie jest zazdrosna. Może nawet by była 

zadowolona, że nie ogranicza pańskiej swobody do wyżycia się.
Rozstali się na ulicy Arsenalskiej. Józef poszedł do Andrzeja. Przypuszczał, że

będzie na niego czekać. Ale zastał go w domu. Siedział za stołem 
zawalonym litewskimi pismami i maszynopisami. Robił notatki w brulionie. 

Ucieszył się przyjściem Józefa i powiedział:―

Obawiałem się, że 

pan się spóźni, albo dzisiaj nie przyjdzie..

― 

Uprzedziłbym.

― 

Proszę usiąść. Omówimy bardzo pilną sprawę. Grzmot 

przyjdzie, prawdopodobnie około pół do szóstej. Postaram się opowiedzieć 
panu tę historię przedtem... Przede wszystkim przekonałem się, i to nie raz, 

że tajne sprawy naszej Organizacji przesączają się na zewnątrz. To, co panu 
opowiem, będzie jeszcze jednym dowodem... Przed kilku dniami zwrócił się 

do mnie, za pośrednictwem wspólnego znajomego, pewien publicysta. Że 
potrafił do mnie dotrzeć i że chciał mej pomocy w tej sprawie, świadczy o 

tym, że nie jestem dobrze zakonspirowany i że o pracy mojej, bardzo 
poufnej, wie niepotrzebnie za wielu ludzi. Poza tym jego zwrócenie się do 

mnie jest dowodem, iż wie o mojej dobrej pozycji w Podziemiu i łączności z 

background image

górą. A przecież, ze względu na moją pracę u Litwinów, powinienem być 
ściśle zakonspirowany. Świadczy to, co najmniej, o dezorganizacji w 

Organizacji.
― 

I o tym, że pan jest zdekonspirowany.

― 

Oczywiście! Ale przejdę do sprawy aktualnej. Otóż publicysta 

ów się dowiedział, że jest skazany przez sąd specjalny AK na karę śmierci.

― 

Jeśli był skazany dawnej, powinien być w moim spisie. Jak 

nazwisko?

― 

Jaśkiewicz Jan.

― 

Jest. Rozpoznany dokładnie. Mieszka niedaleko Wilna w małym

domku. Jest z nim narzeczona czy żona. Pracuje jako furman
przy zwózce drzewa. Ale on jest w liczbie tych, na których wykonanie 

wyroku nie jest pilne. Mam wyraźnie to zaznaczone.
― 

Natomiast ja otrzymałem wiadomość, że Drobny już zamierza 

wykonać na nim wyrok śmierci.
― 

Aha! Rozumiem. Zabolało go, a może i jego kumpli, że bez nich 

zorganizowano kilka zamachów. Chcą pokazać, że potrafią działać bez 
niańki. Ale wybrali takiego typa, którego można zlikwidować bez żadnego 

ryzyka, nawet w lesie.
― 

Oczywiście! W tej właśnie sprawie Jaśkiewicz przysłał list do 

mnie wraz z listem otwartym do Komendy AK, który, rzecz jasna, 
potraktujemy jako tajny. Dołączył też swoje duże wypracowanie polityczne. 

Wykazuje ono jego stosunek do okupacji Polski i jego poglądy na wszelkie 
związane z tym sprawy. Już przeczytałem to i dam panu dla zapoznania się. 

Idzie mi o to, by pan również wyrobił sobie własną opinię o tej sprawie. 

background image

Niech pan weźmie to do domu, bo rzecz duża. Ale proszę mi zwrócić za kilka
dni. A jego list otwarty proszę przeczytać teraz. ― Podał Józefowi ćwiartkę 

papieru wypełnioną maszynowym pismem.
Jaśkiewicz pisał, że nie był i nie jest wrogiem Polski ani Polaków i że nie 

popierał okupantów. Nic nigdzie nie opublikował bez swego podpisu, a to, 
co opublikował, nie mogło nikomu zaszkodzić. Nie ciągnął z tego wcale 

dużych zysków, lecz żył biednie, a obecnie jest w ciężkiej sytuacji 
materialnej. W związku z krzywdzącym go wyrokiem nie zamierza się 

ukrywać ani oddawać pod ochronę władz niemieckich... List był spokojny, 
wyrażał szacunek dla pracy AK, ale protestował przeciw wyrokowi.

― 

Ta sprawa mi się nie podoba! ― powiedział Józef. ― Trzeba z 

tym coś zrobić.

― Właśnie chcę, żebyśmy ją wspólnie z Grzmotem omówili... ― spojrzał na 
zegarek a potem na dziedziniec. ― Zdaje mi się, że idzie. On zawsze 

punktualny. Odbywa swoje „kursy" według licznika. Otworzę mu drzwi.
Wyszedł z pokoju. Niezadługo wrócił z Grzmotem, który ciężko opadł na 

krzesło, westchnął i zwiesił ramiona.
― 

Sił już nie mam! To nie na mój wiek i zdrowie! ― powiedział. 

Potem zwrócił się do Józefa: ― Pan wie, o co idzie koledze Andrzejowi?
Józef uśmiechnął się. Podobało mu się, że Grzmot nigdy nie nazywał go 

kolegą. Tworzyło to dystans między nimi.
Wiem ― odparł. ― Sprawa bardzo ciekawa.

― 

Ale przykra, bo rzuca cień na prawomocny wyrok sądu 

specjalnego. Taka prawomocność wymaga u nas skomplikowanej procedury

i w nią są zaangażowane grube ryby. Trzeba więc potraktować tę sprawę 

background image

subtelnie i ostrożnie. Trzeba pamiętać, że wyrok jest wydany na podstawie 
ważnych materiałów, dowodów, zeznań świadków. W sądzie specjalnym 

rozważają je prawnicy. Nie występują tam świadkowie, ale jest prokurator i 
jest obrońca.

 ― Zgadzam się, że sprawa jest przykra ― rzekł Andrzej. ― Ale idzie o życie 
człowieka. Nie możemy więc się wahać przed zadraśnięciem czyjejś ambicji 

albo autorytetu. Sąd specjalny wydaje wyroki na podstawie 
przedstawionych mu materiałów. Ale czy jest absolutna pewność, że 

materiały były bezstronne i właściwie skomentowane? Oskarżony nie miał 
możności, się bronić, a gdy się dowiedział o wyroku, protestuje! To dużo 

znaczy i nie może być zlekceważone!
― 

Ale sprawa jego jest prosta i jasna! ― powiedział chmurząc 

czoło Grzmot. ― Jest zupełnie podobna do sprawy zlikwidowanego 
niedawno redaktora Kancerewicza.

― 

A czy kolega się zgadza, byśmy mówili zupełnie szczerze?

― Nie tylko się zgadzam, ale proszę o to. Uprzedzam jednak,

że mam mało czasu.
― 

Dobrze. Idzie mi o to, by nie popełniono omyłki sądowej, żeby 

nie zlikwidowano człowieka, który nie tylko nie jest dla naszej sprawy 
szkodliwy, lecz może być i pożyteczny. Zgładzenia Jaśkiewicza mogą pragnąć

bolszewicy i ich agenci, bo jest przeciwnikiem komunistów. Może chcieć 
tego również ktokolwiek z jego osobistych wrogów. Już trafiłem na pewne 

podejrzane ślady w tej sprawie. Ale o tym nie będę mówił, bo są to tylko 
wątki, poszlaki i przypuszczenia. Mnie idzie o to, że sprawa Jaśkiewicza nie 

ma wcale analogii ze sprawą redaktora Kancerewicza.

background image

― Obaj byli redaktorami gadzinówki.
― 

Jaśkiewicz był redaktorem w okresie okupacji litewskiej. Ale co 

robił jako redaktor jedynego polskiego pisma? Występował przeciw 
prześladowaniom Polaków przez nacjonalistów litewskich. Jest to przecież 

zasługa! Natomiast Kancerewicz działał zdecydowanie jako agent litewski i 
zachwalał system polityczny nazistów.

― 

Jaśkiewicz publikował artykuły i w „Gońcu", właśnie u 

Kancerewicza.

― 

Opublikował kilka artykułów, podpisanych przez niego i wcale 

nam nie szkodzących.

― 

Ale sam fakt! Drukowanie w piśmie wroga jest uznawaniem go 

i popieraniem!

― 

W takim razie i profesor P. i jego żona, drukujący od czasu do 

czasu artykuły na tematy naukowe i regionalne, popełniają podobną 

zbrodnię! Ale nie zaszkodzili oni ani narodowi polskiemu, ani 
poszczególnym osobom. Dlaczego w podobnych okolicznościach 

Jaśkiewicza skazano na śmierć? Jego list otwarty kolega czytał. Jego poglądy
polityczne są w tym opracowaniu. Nie są one ani nazistowskie, ani 

antypolskie.
― 

Sądzi więc kolega, że materiały, na których podstawie 

Jaśkiewicza skazano na śmierć, nie są dostateczne?
― 

Jestem tego pewien, ale się obawiam czegoś gorszego. 

Obawiam się nawet, czy w naszych szeregach nie ma ludzi, którzy sprytnie 
wykorzystują sposobności do załatwienia osobistych porachunków. Mogą 

być wśród nas nawet wtyczki komunistyczne.

background image

― 

Skazano na śmierć i kilku sługusów bolszewickich.

― 

Którzy są nieosiągalni ― wtrącił Józef.

― 

A pan co myśli o tej sprawie? ― zwrócił się do niego Grzmot.

― 

Jaśkiewicz żywy jest dla nas zupełnie nieszkodliwy. Nie był i nie 

jest konfidentem gestapo. Nikogo nie wsypał. Odwołanie się jego do nas 
jest symptomatyczne. Jeśli go zlikwidujemy, stracimy sposobność 

wyjaśnienia tej sprawy, która może być bardzo ciekawa. Otóż Jaśkiewicz 
żywy nie może nam szkodzić. W czasach normalnych może być postawiony 

przed sąd zwykły i sprawa zostanie wyjaśniona. Ale trup nie będzie mógł ani
się bronić, ani oskarżać. Dlatego zlikwidowanie go teraz byłoby 

niekorzystne, a nawet, przepraszam, po prostu głupie.
― 

A może byłoby poparciem zbrodniarzy ― wtrącił Andrzej. ― 

Powiedziałem, że sprawę tę badam i już mam pewne poszlaki. Może mi się 
uda rozwikłać ją całkowicie.

Grzmot spojrzał na zegarek.
― 

Dobrze ― rzekł. ― W tej sprawie naradzę się z ludźmi z 

Komendy. Trzeba będzie wstrzymać wykonanie wyroku i przekazać sprawę 
do ponownego rozpatrzenia.

― 

Ale wyrok może być wykonany ― rzekł Andrzej. ― 

Otrzymałem informacje, że Drobny się pali do tej sprawy, bo jest łatwa. 

Dlatego naradzałem się nad tym z panem Kondorem.
Grzmot zwrócił się do Józefa:―

Proszę zawiadomić Drobnego, że 

wyrok na Jaśkiewicza został wstrzymany.
― 

Jeśli oni raptem zabrali się do tego, chciałbym mieć odwołanie 

wyroku na piśmie.

background image

― 

Jest to skomplikowana procedura i zabrałaby wiele czasu. 

Sprawa musi być rozważana na odprawie. Ale jest proste wyjście. Niech pan

w wypadku sprzeciwu ze strony Drobnego przejmie ostatecznie 
egzekutywę. Już uważamy pana za jej kierownika, ale pan tego nie chce.

― Nie jestem członkiem AK, bo nie złożyłem przysięgi i nie mogę tego 
uczynić. Wyjaśniłem panu, dlaczego.

― 

Ale pracuje pan dobrowolnie dla AK. Spełnia pan nasze 

rozkazy. Ufamy panu zupełnie. Może więc pan objąć na pewien czas 

właściwe kierownictwo egzekutywy... formalnie. Gdy pan zechce odejść, nie
będziemy pana trzymali. Ale obecnie jest to najprostsze załatwienie tej 

sprawy. Jutro zawiadomimy Drobnego przez Bronkę, że pan jest 
kierownikiem egzekutywy. A dzisiaj proszę go poinformować, że wyrok na 

Jaśkiewicza jest wstrzymany. Jest to po prostu mój rozkaz.
― Czy mogę w razie potrzeby zakomunikować mu, że od jutra obejmę 

kierownictwo egzekutywy? Znam tego typa. Jest złośliwy i zawistny. Może 
się uprzeć przy formalnym załatwieniu sprawy.

― 

Proszę załatwić to jak najlepiej. Już muszę iść. A do kolegi ― 

Grzmot zwrócił się do Andrzeja ― przyjdę jutro w porze obiadowej. 

Pomówimy więcej. Przypuszczam, że będę miał ważne wiadomości.
Po odejściu Grzmota Andrzej powiedział: ― Niech pan weźmie z sionki 

rower. Chodzi o to, aby pan nie tracił dużo czasu na daleką drogę. Drobny 
mieszka gdzieś na krańcu miasta?

― Blisko Zakrętu.
― 

Kawał drogi. A gdy pan załatwi sprawę, proszę rower zwrócić. 

Jeśli nie będzie mnie w domu, zostawi go pan. Aha! Rower jest damski, 

background image

mojej narzeczonej.
― Dobrze.

― 

A jeśli interesuje pana ta praca Jaśkiewicza, weźmie ją pan 142 

na kilka dni. Zostawię maszynopis na stole. Za godzinę wyjdę, a wrócę 

późno. Mam nocną przepustkę.
― 

Może załatwię wszystko prędko i jeszcze dzisiaj się zobaczymy.

― 

Zaczekam nieco dłużej.

Józef pojechał najkrótszą drogą, ale ominął śródmieście. Po drodze przyszło 

mu do głowy, że może nie zastać Drobnego w domu, jeśli w Pałacu 
urządzono kolejną zabawę. Postanowił nadłożyć trochę drogi i skręcić w 

kierunku Wielkiej Pohulanki. Gdy jechał ulicą Słowackiego, zobaczył o 
kilkadziesiąt kroków przed sobą trzech młodych chłopców i trzy dziewczyny.

Po wysokim wzroście i szczupłej sylwetce poznał z dala Kulę. Byli z nim 
Szary i R7. Tworzyli wesołą grupkę, która swobodnie się zachowywała, 

podążając w kie runku Teatru Miejskiego. Józef się zatrzymał i przez jakiś 
czas z dala obserwował ich, dopóki nie skręcili w. lewo.

„Poszli do Pałacu ― pomyślał. ― Drobny na pewno jest jeszcze w domu. A 
może go spotkam po drodze".

Skierował się również na Wielką Pohulankę, ale skręcił na prawo. Trzymał 
się tej trasy, którą szedł ongi z Drobnym, Magiem i Rysiem. Prędko dojechał 

do domku Drobnego. Drzwi z dziedzińca były zamknięte od wewnątrz. 
Zostawiając rower na podwórzu powrócił na ulicę. Targnął za druciany 

uchwyt zwisający obok framugi. Za parę minut drzwi otworzono. Na progu 
stanął Drobny. Miał koszulę rozpiętą na piersi i rozczochrane włosy: 

Nieżyczliwie spojrzał na Józefa.

background image

― 

A, to pan! Dobry wieczór!

― 

Dobry wieczór! Nie spodziewał się pan mojej wizyty?

― 

No, tak... Zwykle przychodzi pan między czwartą a piątą.

 ― Nie zabiorę panu dużo czasu. Jest pilna sprawa do omówienia.

― 

Może pan zaczeka w sionce, a ja wypuszczę innego gościa 

drzwiami od podwórza.

― 

Ale po co? Niech gość pozostanie. Porozmawiamy w kuchni, 

albo pójdziemy do lasu.

Józef łatwo się domyślił z wyglądu Drobnego, jakiego on ma gościa, 
szczególnie gdy dostrzegł na jego twarzy ślady szminki.―

Może więc 

pozwoli pan do kuchni ― rzekł Drobny. ― Stamtąd nic nie słychać w 
mieszkaniu.

Po drodze Drobny pośpiesznie przymknął drzwi do swego pokoju. W kuchni 
usiedli na taboretach przy dużym stole zasłanym ceratą.

― Pan ma w swoim spisie skazanych Jana Jaśkiewicza ― powiedział Józef.
― 

Owszem, mam. To kanalia! Niemiecka ścierka!

― 

Ma pan o nim jakieś specjalne informacje?

― 

Specjalnych nie mam, ale wszyscy wiedzą.

― 

Pan, zdaje mi się, zawiadomił Komendę o tym, że zamierza 

przeprowadzić wykonanie wyroku na nim?

― 

Nie... Właściwie tak... Powiedziałem o tym Bronce... Bo, 

rozumie pan, naradziliśmy się i dobrze go rozpracowali. Mieszka... 

― 

Rozpracowanie mam.

― 

Otóż postanowiliśmy go sprzątnąć, bo to sztuka jadowita! No i 

właściwie zawiadomiłem Bronkę...

background image

― 

Wiem o tym. A przyjechałem tu tylko w tym celu, aby panu 

zakomunikować, że wykonanie tego wyroku jest wstrzymane.

Oczy Drobnego się zmrużyły. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał. Potem
wargi jego wykrzywił uśmiech.

― 

A dlaczego? ― spytał.

― 

Dokładnie tego nie wiem. A tego, co wiem, nie chcę 

powiedzieć, bo jest to kwestia tajna. Grunt, że pana o tym zawiadamiam.
Oczy Drobnego chytrze błysnęły. Prztyknął palcami.

― 

Poproszę czarno na białym... z pieczątką! ― powiedział.

― 

Przekazuję panu rozkaz zastępcy komendanta.

― Tylko na piśmie, inaczej nie przyjmuję do wiadomości! Zresztą nie mogę 
tego cofnąć, bo już wysłałem ludzi, żeby wyrok wykonali!

― Kogo pan wysłał?
―Kulę, Szarego i R7. Sprzątną go, gdy będzie wracał do domu. Może już 

sprzątnęli.
― 

Kiepsko... ― powiedział Józef melancholijnie. ― Bardzo 

kiepsko...
― 

Co zrobić? Taki im wydałem rozkaz ― Drobny rozłożył 

bezradnie dłonie. ― Jeśli im coś przeszkodzi dzisiaj, muszą załatwić to 
rankiem. Więc sprawa jest skończona.

― A wie pan, dlaczego powiedziałem „kiepsko"? ― spytał Józef.
― 

Wiem!... Bo nie pan zamach zorganizował. No i nie życzy pan 

sobie sprzątnięcia Jaśkiewicza.
― Nie, panie Drobny. Dążyłem do tego, żeby pan sam wszystkie zamachy 

pomyślnie organizował. Co się tyczy Jaśkiewicza, to go w ogóle nie znam i 

background image

nigdy go nie widziałem. Więc nie może w tym być moich życzeń. 
Przyjechałem tu, żeby spełnić wydane mi przez zastępcę komendanta 

polecenie, które dla pana jest rozkazem!
― 

Jeśli na piśmie...

― 

Nie będziemy tego dyskutować! Pan mi powiedział, że wysłał 

dla zlikwidowania Jaśkiewicza Kulę, Szarego i R7.

― 

Tak, wysłałem!

― 

Więc oni teraz są na miejscu... daleko za Wilnem?

― 

Oczywiście! A może nawet wykonali wyrok i wracają do miasta.

― 

Otóż, panie Drobny, jest bardzo, bardzo kiepsko! Ma pan,ludzi, 

którzy pana lekceważą i mają gdzieś pańskie rozkazy. Przed kwadransem 
spacerowali ze swymi przyjaciółkami po mieście. A teraz są w Pałacu i 

czekają na pana.
― 

Niemożliwe!

― 

Niech pan tam pójdzie i się przekona. Jeśli pan chce, możemy 

nawet pójść tam razem... Ale, panie Drobny, mam nadzieję, że pan będzie 

wykonywał moje rozkazy. dokładnie.
Drobny stracił tupet i patrzył zdziwionymi Oczami Józefowi w twarz.

― 

Teraz zupełnie pana nie rozumiem ― wybąkał.

― 

Zrozumie pan jutro. Otrzyma pan zawiadomienie, że ja 

przejmuję kierownictwo egzekutywy. Pana włączę do sekcji wykonawczej. 
Sprawa ustnego rozkazu, który panu przekazuję, jest ważna i obowiązuje 

pana dzisiaj, tak jak mnie będzie obowiązywała od jutra. Bo, przypuśćmy, 
pan by rozkazu nie usłuchał i nakazał zlikwidowania Jaśkiewicza. Byłoby to 

nie wykonaniem wyroku śmierci, lecz zabójstwem. Mogłyby z tego być 

background image

dalsze konsekwencje. A czy byłoby mi przyjemnie, gdyby pana, na przykład, 
za taki kawał skazano. na śmierć, a ja, żeby nie tracić dużo czasu na zbędne 

rozpoznanie, przyszedłbym tutaj i pana „w imieniu Rzeczypospolitej 
Polskiej" zastrzelił?

Drobny, oburzony i zdenerwowany, wstał.
― 

To jest nonsens! ― powiedział.

― 

Postaram się, żeby dalsza praca egzekutywy miała sens. Ufam, 

że pan będzie dokładnie spełniał moje rozkazy, bo, jak panu udowodniłem, 

na Kulę, Szarego i R7 nie można liczyć!
― 

Oczywiście... jeśli tak postępują...

― 

Pojutrze i przez kilka następnych dni proszę na mnie czekać 

między czwartą a piątą. Proszę przygotować wszystko, co należy do 

egzekutywy.
Pozostawił zdenerwowanego tą rozmową Drobnego i pojechał prędko do 

Andrzeja. Zastał go jeszcze w domu. Ciężko opadł na krzesło. Wówczas 
sobie przypomniał, że tak samo siadał zazwyczaj, zmęczony chodzeniem po 

mieście, Grzmot."
― 

Nie pamiętam, kiedy tak się zmachałem jak dzisiaj! ― 

powiedział. ― Obudzono mnie o czwartej w nocy. Była denerwująca 
sprawa. Rano musiałem iść na miasto. Potem przez sześć godzin kruszyłem 

ciężkim łomem i odrzucałem łopatą lód i śnieg. Potem przyszedłem tutaj. 
Następnie udałem się do Drobnego. Zirytował mnie okropnie! Potem 

gnałem do pana. A teraz jestem wykończony!
― Może pan coś zje? Może kawy?

― 

Nie. Pójdę do domu i tam wypocznę.

background image

― 

A jak z Drobnym?

― 

Irytujący typ! Chytry jak kot, ale i mądry jak kot! Na krótki 

dystans. Musiałem postawić sprawę ostro i przejmę na jakiś czas 
egzekutywę w swoje ręce. A dla mnie jest to ciężki i trudny problem. I, wie 

pan, przez rozkaz wstrzymania egzekucji Jaśkiewicza moglibyśmy właśnie go
narazić!

― W jaki sposób?―

Drobny i jego paczka zamierzali zlikwidować

Jaśkiewicza, bo mieli zadraśniętą ambicję. I o tym" paplali! Ale od 

zamierzenia do wykonania droga U nich daleka. Natomiast gdy przekazałem
Drobnemu rozkaz wstrzymania egzekucji, mógłbym ich popchnąć do 

wykonania łatwego wyroku dzisiaj albo jutro z rana, żeby stworzyć fakt 
dokonany.

Opowiedział Andrzejowi szczegółowo o swej rozmowie z Drobnym.
― Bardzo panu dziękuję! ― rzekł Andrzej! ― A ja zrobię wszystko, co w 

mojej mocy, żeby tę sprawę wyjaśnić. Może mi się uda jednocześnie rzucić 
światło na kilka innych zagadkowych historii, na trop których już trafiłem, a 

których mechanizmu się domyślam.
Pożegnali się. Józef wziął gruby maszynopis opracowania Jaśkiewicza i 

poszedł do domu. Zastał drzwi zamknięte. Ani Jadwigi, ani Róży w domu nie
było. Uchylił prawą stronę okiennicy i zdjął z gwoździa klucz do sionki. Było 

to umówione miejsce, bo zapasowego klucza nie mieli. Wstąpił do swego 
pokoiku, uporządkował go i wyniósł wiadro na brudy do dużego dołu obok 

składzików na drewna. Potem wrócił i się umył. Chciało mu się jeść, ale był 
tak Zmęczony, że nie zdobył się na przygotowanie posiłku. Zastanowił się, 

czy zamknąć drzwi do sionki na zasuwkę. Ale pomyślał, że jeśli przyjdzie 

background image

Róża, to będzie pukać klamką i go obudzi. Poszedł więc do swego 
mieszkanka, otworzył okno, wylazł na dwór i zamknął drzwi kluczem, który 

powiesił na umówionym miejscu za okiennicą. Tąże drogą wrócił do swego 
pokoiku,, zdjął marynarkę i trzewiki, położył się z ulgą na łóżku i wnet usnął.

Obudził się, gdy było zupełnie ciemno. Wydało mu się w pierwszej chwili, że
jest w mieszkaniu Luby i że samoloty bombardują miasto. Wrażenie to 

pozostawił mu sen, który zniknął z pamięci. Ale wnet się zorientował, gdzie 
jest. Był wypoczęty i czuł się tak rześki, jakby spał nie parę godzin, lecz całą 

noc. Firanki nie były zaciągnięte i Józef z poświaty za oknem wywnioskował,
że jest późny wieczór. Obrócił głowę ku drzwiom do kuchni i zobaczył, że 

przez szpary sączą się wąskie smugi światła. Wtem rozległ się głuchy 
chrobot. blachy i zabrzęczały naczynia.

„Takie to było bombardowanie!" pomyślał, siadając na łóżku:
Znów rozległ się chrobot blachy. Józef poszedł w skarpetkach do

drzwi, pochyli! się i wyjrzał przez szerszą szparę między deskami. Zobaczył 
Różę, która stała nago, tylko w czepku na głowie, w dużej blaszanej balii 

postawionej obok płyty, w której huczał ogień. Lampa karbidowa była 
umieszczona na szafce. Na płycie stał duży rondel gotującej się wody. Na 

taborecie i podłodze były dwa wiadra zimnej wody i emaliowana miednica.
„Więc Róża wróciła do domu, zagotowała wodę i się myje. A ja nic nie 

słyszałem!"
Z zainteresowaniem i przyjemnością obserwował Różę. Nie była w jego 

guście, bo najwięcej go pociągały kobiety mocno zbudowane. Ale uznał, że 
Róża jest wspaniała. Ma zgrabną, giętką kibić i dobrze rozwinięte formy 

ciała. Ale wnet nabrał podejrzenia, że umyślnie urządziła dla niego ten 

background image

pokaz swej urody. Niebawem był już pewien tego. Dobrze rozumiał, jak by 
się zachowywała kobieta, która chce tylko się wykąpać. Róża zaś ustawiła 

balię w miejscu niewygodnym i wcale nie śpieszyła się z kąpielą, lecz jakby 
demonstrowała swe ciało ukrytemu za drzwiami mężczyźnie. Nawet 

karbidówka była umieszczona na brzeżku szafki tak, żeby dobrze oświetlała 
Różę z przodu.

„Albo ekshibicjonistka, albo umyślnie mnie wabi!... Chyba dlatego i 
hałasowała, żeby ściągnąć moją uwagę na siebie... Może wyczuwaj że ją 

teraz obserwuję?"
 Cofnął się w głąb pokoju, wziął rzemienny pasek do spodni, wrócił do 

drzwi, odemknął je i stanął za progiem, bo droga dalej była zastawiona 
naczyniami. Potem powiedział spokojnie, a nawet wesoło, jakby sytuacja 

była zupełnie pospolita:
― 

Dobry wieczór, pani Różo!

― Ach! ― zakryła ramieniem piersi, a dłonią dół brzucha. ― Niech się pani 
nie wstydzi. Teraz za późno. A ja, Właściwie, przyszedłem, żeby sprawić pani

lanie! Tym oto paskiem, jak niegrzecznej, psotnej dziewczynce.
― 

A co ja zawiniłam?

― Obudziła mnie pani. Umyślnie.
― 

Nie wiedziałam, że pan jest w domu. Klucz był za okiennicą, 

wewnątrz cicho. Nawet się bałam. Ale chciałam wykorzystać tę sposobność 
i się wykąpać. A pan strasznie niedobry. Byłam u panny Heleny. Zaniosłam 

jej cukierków, ale nie przyjęli. Kazali przyjść jutro rano, o dziesiątej. No?... A 
pan?...

― 

Zmniejsza to pani winę. Dlatego proponuję albo lanie, bo mam 

background image

ku temu dobrą sposobność i nikt pani nie obroni; panny Jadwigi nie ma 
jeszcze w domu...

― 

W ogóle dzisiaj nie przyjdzie. Jest dawno po godzinie policyjnej.

Będzie siedziała u ciotki.

― 

Świetnie! Więc albo lanie, tym oto paskiem, albo pomogę pani 

dokończyć prędko kąpieli, a potem się pokochamy. Należy mi się to i za 

górkę, i za czyszczenie ścieżki, i za kuszenie. Niech pani wybiera!
Patrzyła ku Józefowi spode łba, nadal osłaniając się rękami. Potem 

powiedziała:
― 

Wybieram lanie!

― 

Dobrze! ― postąpił dwa kroki naprzód i zamachnął się 

paskiem.

― 

O, nie, nie, nie! ― krzyknęła Róża, wyskoczyła z bali i objęła 

Józefa ramionami.

― 

Jest pani rozsądna.

― 

Wcale nie rozsądna! Zwariowałam! Robię same głupstwa!

― 

Ale ja jestem jeszcze rozsądny. Przede wszystkim idzie o to, 

żeby pani się nie zaziębiła. Pomogę pani prędko się wykąpać. Nie dla swojej 

przyjemności, ale dla pani zdrowia.
Józef chodził zawsze do kąpieli publicznych, które nawet w okresie okupacji 

były dobre. Natomiast Helena myła się w domu. Józef jej pomagał, aby 
mogła wykąpać się prędko i dobrze. Miał Więc wprawę i teraz wziął w 

obroty Różę. Wydawał ostro komendy, co ma robić. Potem oblał ją ciepłą 
wodą, z początku kucniętą w balii, a następnie stojącą.

― 

I pan się nie krępuje? ― spytała.

background image

― 

Nie mam na to czasu.

― 

I się mną nie interesuje?

― 

Ależ tak! Mam wspaniałą wystawę kobiecej urody. Ale chcę 

prędzej to skończyć. A pani mi nie ucieknie. Poza tym jestem bardzo głodny.

― 

Ja również.

― 

Potem przyrządzimy coś do jedzenia.

Niebawem Róża była wykąpana. Poszła do sypialni, aby tam się ubrać. Józef 
zabrał się do sprzątania kuchni i wynoszenia wody z wiader i balii. Potem 

wytarł podłogę dużą ścierką i powiesił ją w sionce. Wreszcie wszystko 
uporządkował.

Róża przyszła w szlafroku i pantoflach. Włosy miała uczesane, twarz 
upudrowaną.

― 

Ileż narobiłam panu kłopotów! ― powiedziała. ― Będzie 

jeszcze jeden powód do wdzięczności!

Przygotowali skromną kolację. Jedli w kuchni, na szafce. ,
― 

Jedna sprawa mnie martwi― powiedziała Róża. ― Panna 

Jadwiga.
― 

O co chodzi?

― 

Będzie ze mnie kpiła, bo wszystkiego się domyśli. Ona ciągle mi

dokucza.

― 

Przypuszczam, że się domyśli. Ale ona wcale nie jest przeciwna 

naszemu romansowi. Nawet starała się zainteresować mnie panią. 

Powiedziała, że jest pani pięknie zbudowana i ma duży temperament.
Róża dostała wypieków.

― 

Ach, jaka... świnka!

background image

― 

Z budową ma rację, z temperamentem chyba też... Ale radziła, 

żeby z panią nie flirtować, tylko od razu brać się do rzeczy.

 ― Okropna!
― 

Ale ja jej nie posłuchałem. Natomiast pani właśnie zabrała się 

do rzeczy.
― 

Wycofuję się. Niczego więcej nie będzie. Żadnych deserów.

― 

Teraz za późno. Nie będziemy mogli się cofnąć. Ale 

zastanówmy się nad tym, jak wyprowadzić pannę Jadwigę w pole. Czy pani 

jest dobrą aktorką?
― 

Chyba nie. Zawsze wpadam. Ale co trzeba robić?

― Rozmawiać ze mną w obecności panny Jadwigi dokładnie tak, jak 
rozmawialiśmy poprzednio.

― 

To łatwo.

― 

Nigdzie nie powinno zostać żadnego śladu, że byliśmy razem. 

Poza tym pani dzisiaj się nie kąpała. Rozumie pani?
― 

Tak.

― 

A teraz rzecz najważniejsza: chwyt psychologiczny. Jutro niech 

pani śpi do późna, jak zwykle. Jeśli Jadwiga wróci wcześniej, niech pani uda 

zirytowaną. Może pani wspomnieć coś o bólu głowy. Będzie to dowodem, 
że pani nie wykorzystała dobrej sytuacji i jest zła.

― 

Jestem strasznie zła! ― zmrużyła oczy i ukazała zęby. ― Bo pan

nie wykorzystuje sytuacji!

Chodźmy do mojego pokoju.
― 

To znaczy: zabierzemy się do rzeczy... bez flirtu...

― 

Innego wyjścia nie ma. Wpadliśmy oboje!

background image

― 

W sieci Wenus.

― 

Ja Wpadłem w sieci Nimfy. Tak panią nazywałem od początku.

― 

O, nieszczęśliwy!

Położyła palec na Wargach i poszła, jakby skradając się, w kierunku drzwi do

pokoju Józefa. Otworzyła je i udawała, że nasłuchuje. Potem obróciła twarz 
ku Józefowi, skinęła mu głową, i, gubiąc pantofle, pobiegła w stronę 

łóżka..Zaraz po ostatecznym przejęciu egzekutywy odbył naradę z Klarą i 
Magiem. Dziewczyna była dumna z uznania i zaufania, jakie Józef jej 

okazywał. Mag był pełen zapału i gotów do wykonania nawet szalonej akcji. 
Wierzył w swoje szczęście i doświadczenie Józefa, który tak planował 

zamachy, jakby układał zadania matematyczne.
― 

Teraz jestem kierownikiem egzekutywy ― powiedział Józef. ― 

Drobnego zaś włączyłem do sekcji wykonawczej. Ale w obu sekcjach mam 
tylko dwóch ludzi, którym całkowicie ufam i którzy uzasadniają istnienie 

egzekutywy. To znaczy: was.
― Dlaczego pan nie kopnie tamtych na aut? ― spytał Mag.

― 

Dlatego, że góra chce mieć kompletną egzekutywę. Jest to 

kwestia ich biurokratyzmu. Nie chcę im narzucać swojej koncepcji 

zorganizowania egzekutywy, ale może ją zrealizuje. Teraz idzie mi o pracę w
takich warunkach, jakie istnieją. Ze wszystkich tamtych ludzi mogę 

wykorzystać tylko Rysia do pomocy panu, ale bez uprzedniego 
wtajemniczenia go w sprawę, oraz Kreta i Aktorkę do wywiadu 

pomocniczego, ale również bez orientowania ich w moich zamiarach. Będę 
korzystał z ich roboty, żeby ułatwić pracę pani ― zwrócił się do Klary. ― Ale

o sprawach ważnych będziemy decydowali razem. Stanowimy jakby sztab, 

background image

zakonspirowany dla innych członków egzekutywy i dla góry. Jest to nasza 
sprawa poufna, oparta na wzajemnym zaufaniu.

Omówili dokładnie sprawę łączności. Ustalili, że na razie lokalem 
kontaktowym ich trójki będzie mieszkanko Klary. Natomiast jako „skrzynki 

pocztowej" użyją sklepu komisowego przy ulicy Zamkowej, gdzie pracuje 
starsza koleżanka Klary. Poza tym ustalili system alarmowy i dla mieszkanka 

Klary, i dla sklepu.
― 

Pani mnie prosiła p mocno działającą truciznę ― zwrócił się 

Józef do dziewczyny.
― 

Tak. Może przecież się zdarzyć, że wpadnę w pazury gestapo. 

Doda mi to sił. Będę wiedziała, że mam ucieczkę od katuszy.
― 

Niechętnie dam to pani, ale sam również to mam. Jest to 

cyjanek potasu. Działa pewnie i prędko."
Józef poprzednio rozdzielił kryształ cyjanku na dziesięć części.Przypuszczał 

więc, że dawki będą potężne. Ostrożnie roztarł kryształy na proszek i 
zawinął go w skrawki jedwabiu, który pokrył zwierzchu lakierem. Chciał, by 

pastylki były miękkie i płaskie, trudne do wymacania palcami, gdy zostaną 
schowane w ubraniu. Jednądozę dal Helenie, która ją ukrywała w żakiecie. 

Dwie wziął sobie.Jedną z nich dał teraz Klarze.
― 

Niech pani schowa to przy sobie, ale tak, by można było łatwo 

wyjąć, lecz trudno znaleźć przy rewizji.
― 

A jak to użyć?

― 

Rozdzielić okryty lakierem jedwab i łyknąć proszek, któryjest 

wewnątrz.

Czy mógłby pan i mnie dać taką pastylkę na sen? ― spytał

background image

Mag.
― 

Oczywiście.

― 

Dziękuję! ― rzekł Mag. ― Jest jeszcze jedna sprawa, która 

może pana zainteresować. Mam znajomego, starszego ode mnie

o piętnaście lat. Pseudo jego Zeks. Poznaliśmy się w bolszewickimwięzieniu.
Wspaniały typ! Spokojny, śmiały, doświadczony. Nie na leży do żadnej 

organizacji, ale sam coś niecoś robi.― Tworzy własną organizację?
― 

Nie. Rozbrajał bolszewików, a teraz rozbroił kilku Niemców. Z 

nim mówię szczerze, bo to człowiek żelazny. Ale nie wtajemniczam go w 
sprawy poufne. On również chce do czegoś należeć, ale pójdzie tylko na 

poważną robotę.
― 

Powiem o nim Bronce i włączymy go do egzekutywy. Będzie 

musiał złożyć przysięgę.
― 

Tego on chyba nie zechce, ale na ochotnika będzie pracował,―

A po co on rozbrajał Niemców?
― 

Sprzedaje broń.

― 

Komu?

― 

Byle komu.

― 

Ciekawy gość. Taki by mi się przydał.

― 

Mogę was zapoznać. Dzisiaj pod wieczór u niego będę. Józef 

zastanowił się nad swym rozkładem dnia. Wieczór miał
wolny.

― 

O której godzinie wasze spotkanie? O piątej u niego w 

mieszkaniu.

― Czy daleko stąd?

background image

― 

Stąd daleko, ale od Drobnego tylko dziesięć minut drogi. Dam 

panu jego adres.

― 

Mogę przyjść nie wcześniej niż o szóstej.

― 

Dobrze. Zaczekamy. Będzie pan miał jeszcze jedną zapasową 

melinę i naprawdę bojowego chłopaka. Może nam się przyda.
Chętnie z nim się zapoznam. Zapamiętał adres Zeksa i pożegnał Klarę i 

Maga. Był zadowolony, że dobrze zorganizowali łączność. Chciał jednak 
mieć zapasowy lokal kontaktowy na wypadek, jeśli inne zawiodą, będą 

niewygodne albo niebezpieczne. Dlatego entuzjastyczna wzmianka Maga o 
Zeksie go zainteresowała. Poza tym przypomniał sobie Wincuka, którego 

dawno nie widział. Jego melina również mogła być pożyteczna. Postanowił, 
że go dzisiaj odwiedzi.

Gdy szedł z Bakszty na Zarzecze, zatrzymał się na moście nad Wilenką. 
Rzeczułka nabrzmiała mętną, wzburzoną wodą i gnata naprzód z ciasnych 

teraz dla niej brzegów ku bliskiej Wilii. Po jej powierzchni krążyły i 
nurkowały, jakby się bawiły, pudełka, gałęzie, deski, bańki, butelki, śmiecie. 

Nie dzwoniła teraz łagodnie po kamieniach, nie szemrała, lecz kipiała, 
szalała.

Kiedy patrzył w wiry wody, przypomniała mu się zeszła noc spędzona z 
Różą. Też szaleli w miłosnych uściskach, a potem zasypiali, zmęczeni, 

uspokojeni. Budzili się, przy ciągle palącej się karbidówce, i patrzyli sobie w 
oczy, jakby zdziwieni tym, że mogą dać sobie aż tyle rozkoszy. Gdy rano 

opuszczał mieszkanie, obejrzał uważnie kuchnię, swój pokój i sypialnię 
Jadwigi, w której spędzili drugą część nocy. Chciał, aby nigdzie nie zostało 

śladów po ich wyczynach. Róża spała. Równo oddychała i miała spokojną, 

background image

zmienioną, tajemniczą twarz. Zamknął wszystkie drzwi, a klucz od sionki 
powiesił za okiennicą ―jak się umówił z Różą. Zastanawiał się nad tym, czy 

ona zdoła wprowadzić w błąd Jadwigę. Nie obawiał się posądzenia o 
romans z Różą, ale nie chciał, żeby jej dokuczała kpinami lub nawet 

aluzjami.
Poszedł dalej. Rozpiął palto, bo dzień był ciepły. Słońce świeciło od rana i 

topiło szare płachty śniegu w ogrodach. Ulicami pędziły wesoło strumyki 
wody.

Obok meliny Wincuka zobaczył Węgorza, który bez marynarki, w koszuli 
tylko, szczepał na grubym klocu drewno na opał. Pozdrowił go i spytał:

― 

Gdzie Wincuk?

Stary wyprostował się i przez jakiś czas patrzył w twarz Józefowi. Starał się 

go sobie przypomnieć. Potem powiedział:
― 

Aha! Toś ty kupił od niego biekieszę. Byłeś tu kiedyś.

― 

Parę razy byłem. Pamiętasz: piliśmy wódkę.

― 

Idź do chaty i poślij Kostka. On zna jego chody.

Drzwi do sionki były otwarte. Gdy Józef wszedł do środka, zobaczył dwoje 
dzieci, które, siedząc okrakiem na ławce, grały w karty

 ― Jak się masz, Kostek? ― zawołał.
― 

Fajnie! W świnię gramy. Ja już trzy razy wygrałem. Świnia! 

świnia! świnia!
― 

A gdzie Wincuk?

― 

Blisko. Pewnie śpi. Ale jak pan potrzebuje, mogę zawołać.

― 

Idź, zawołaj! A ja za ciebie zagram z nim w karty.

― 

Toż baba! ― powiedział Kostek, wskazując ruchem głowy na 

background image

drugie dziecko i wyszedł z izby.
Józef usiadł przy stole, skręcił papierosa, zapalił i spytał dziewczynkę, która 

miała krótko ostrzyżone włosy i była odziana w bluzę i spodenki:
― 

Chcesz zagrać ze mną w karty?

― 

Nie! ―odpowiedziała ostro i wydęła wargi.

― 

Czemuś taka niegrzeczna? Jak ty się nazywasz?

― 

A gówno ci do tego! .― odcięła się.

 ― Oho! To z ciebie dobry numer! ― zdziwił się Józef.

― 

Tak jak i z ciebie! Ty nie czepiaj się, bo ci lepiej powiem! ― 

złożyła karty, wsunęła je do kieszonki u bluzy i wyszła z izby.

Po chwili Józef posłyszał, że dziewczyna rozmawia na zewnątrz z Węgorzem
i pomaga mu składać drewno. Nazywała go dziadkiem. „Ależ i wnuczkę 

ma!" ― pomyślał.
Kostek powrócił dopiero za pół godziny. Powiedział, że tatka był na innej 

melinie i zaraz tutaj przyjdzie.
― 

Co to za dziewczynka? ― spytał go Józef. ―Siostra moja. A co?

― Nie wiedziałem, że masz siostrę. Jak się nazywa?
― 

Maryśka.

Kostek opuścił izbę i dołączył do starego, który, korzystając z dobrej pogody,
szczepał drewno na zapas. Wkrótce przyszedł. Wincuk. Bardzo serdecznie 

się przywitał z Józefem.
― 

Czemu pan nie przychodził? ― spytał. ― Myślałem, że coś 

niedobrego się stało.
― Mieszkałem na wsi. A gdy wróciłem do miasta, mało miałem czasu. Teraz

będziemy częściej się widywać. Wypijesz pan?

background image

― Nie. Mam jeszcze robotę. Chciałem pana zapytać, czy można będzie 
czasem korzystać z tej meliny?

― 

Rzecz jasna: można. I spać tutaj można, i zamieszkać, jeśli 

zechcesz. Teraz tylko stary tutaj żyje, a ja z dziećmi mam lepszą budę. Ale w 

dzień one zawsze przychodzą tu, bo lubią dziada. On im dogadza.
― 

U pana duża rodzina. A dziewczynka ma wilczy charakter.

― 

Co, odgryzła się panu?

― 

Spytałem, jak się nazywa. A ona tak odpowiedziała, że mi w 

pięty poszło.
― 

To Kostek ją wyuczył po polsku mówić... ― Wincuk wstał i 

zamknął drzwi do sionki. Potem wrócił do stołu. ― Powiem panu prawdę, 
co to za dziewczyna. Nawet stary nie wie dobrze. Może się domyśla, ale on 

jak ta ściana! Jest to Żydóweczka. Rozumie pan? Chcę, żeby ocalała. Do 
miasta jej nie puszczam, ale tutaj wszędzie chodzi. Nikt nie wie, co za jedna.

Sam ją ochrzciłem, wyuczyłem modlić się, nosi krzyżyk na szyi. Wyrobiłem 
dla niej metrykę na swoje nazwisko. Moja nieślubna córka i szlus!

― 

Mam dobre oko, ale nie poznałem, że Żydóweczka. Skąd ją pan

wytrzasnął?

― 

Zeszłego roku, jesienią, poszedłem z jeszcze jednym 

chłopakiem do Landwarowa. Tam robota była na kolei. Ale nam się nie 

udało. Wracaliśmy do miasta nocą i koło Ponar, niedaleko szosy, 
dostrzegliśmy litewski patrol. Musieliśmy obejść lasem dobry kawałek drogi.

I tam znaleźliśmy ją w krzakach. Broniła się, drapała, gryzła. Ale ją 
uspokoiłem, bo mówię po żydowsku. Była umazana

w krwi...

background image

― 

Ranna?

― 

Nie. Krew jej matki. Kilkunastu Żydów uciekało, kiedy auta się 

zatrzymały koło bazy ponarskiej. Pan chyba wie, jaką robotę tam Niemcy 
litewskimi rękami odwalają? Matka jej dobiegła do lasu i tam upadła. 

Krzyknęła do dziewczynki, żeby gnała dalej. Tamta zaszyła się w krzaki. 
Siedziała w nich dzień, noc i jeszcze jeden dzień. Nie piła, nie jadła, była 

chora... Przyniosłem ją na melinę do kolegi. Tam ją ostrzygłem, wymyłem, 
spaliłem wszystkie jej łachy, bo miała pełno wszy. Przez cały tydzień leżała 

w łóżku. Odkarmiłem ją i zacząłem uczyć po polsku. Sprytna, mądra'. Teraz 
nie wyciągnie pan z niej ani jednego żydowskiego słowa. Powiedziałem jej, 

że jak powie coś po żydowsku, to zabiją i ją, i mnie, i dziadka, i Kostka.
Józef spędził u Wincuka parę godzin. Dzieci oskrobały kartofle,a Węgorz 

odgrzał w dużym saganie ugotowany wczoraj kapuśniak i z wieprzowiną. 
Józef zjadł z nimi ten skromny obiad, który mu bardzo smakował. Dzieci 

jadły na jednym rogu stołu ze wspólnej mi ski. Z hazardem dmuchały na 
gorący płyn, który czerpały dużymi, drewnianymi łyżkami. Kartofle brały z 

innej miski wprost rękami. Józef niepostrzeżenie obserwował dziewczynkę, 
która była tutaj jakby gościem z innego świata. Miała smagłą twarz, a w 

ładnych, piwnych oczach o sinawych białkach krył się głęboki smutek.
Pod dany mu przez Maga adres przyszedł wcześniej, niż obiecał. Odszukał w

pobliżu ulicy Konarskiego drewniany domek, zagubiony w labiryncie 
zaułków, ścieżek, parkanów. Wszedł przez otwarte drzwi do ciasnej sionki i 

zapukał klamką. W progu stanęła młoda kobieta z obwiązanymi chustką 
włosami i zawiniętymi rękawami bluzki. Właśnie prała w kuchni bieliznę. 

Miała nieładną twarz, ale wnikliwe niebieskie oczy. Józef nie chciał 

background image

wymieniać żadnego pseuda. Powiedział:
― 

Umówiłem się z kolegą, że będę tu około szóstej, ale 

przyszedłem wcześniej. Nie wiem, czy na mnie czeka?
― 

Zaraz się dowiem.

Poszła w głąb kuchni, zostawiając drzwi do sionki otwarte. Ale wnet na 
progu następnego pokoju ukazał się Mag.

― 

Proszę do nas! ― zawołał.

Józef wszedł do małego pokoju, z którego okna było widać za pobliskim 

parkanem wysokie drzewa. Tam się zaczynał zaniedbany las sosnowy, 
własność Uniwersytetu Stefana Batorego.. Wilnianie nazywali go: Zakręt.

― 

To Zeks... ― Mag wskazał dłonią mężczyznę średniego wzrostu,

który przy wejściu Józefa wstał zza stołu i uważnie, spokojnie patrzył mu w 

oczy.
Uścisnęli sobie dłonie i Józef usiadł na krześle obok okna. ― Wie już o panu 

― ciągnął Mag. Do Organizacji wstępować nie chce. Ale jeśli trzeba będzie 
dopomóc nam w robocie, chętnie się dołączy.

― 

Ja lubię wolność! ― powiedział Zeks, oddzielając słowa 

dłuższymi pauzami i w ten sposób jakby je podkreślając.

― 

Rozumiem ― rzekł Józef. ― Ja również. Dobrowolnie zrobię 

wszystko. Pod przymusem nic. Nie lubię też zmuszać innych albo nawet 

długo namawiać. Po prostu proponuję, kiedy trzeba.
Ale dzisiaj my chcemy panu coś zaproponować ― powiedział Mag. ― Taki 

sobie mały skok po broń. Wieczorkiem.
― 

Dokąd?

― 

Niedaleko stąd. Zeks poprowadzi. On zna tutaj chody dookoła.

background image

― 

Chciałbym wrócić do domu przed godziną policyjną. Mieszkam 

daleko stąd.

― Na pewno zdążymy.
― 

I nie chcę, żeby poznano moją twarz na jakiejś trefnej robocie. 

Muszę w dzień dużo chodzić po mieście i mogę być rozpoznany.
― 

Pan nas tylko ubezpieczy, bo nie wiemy, na ilu gości trafimy ― 

dodał Mag. ― A robotę sami wykonamy. Jest dla pana rosyjskie kopyto z 
siedmiu pigułkami. Dopiero co wyczyściliśmy. A tutaj zapasowe naboje. ― 

Podał Józefowi rosyjski nagan.
Gdy zapadł zmierzch, Józef, Mag i Zeks ścieżkami między plątaniną 

parkanów i przez liczne przełazy wyszli do lasu. Wolno posuwali się między 
wysokimi sosnami. Poszycie było rzadkie. W dole, między drzewami, leżały 

wysepki topniejącego śniegu. Piaszczysta ziemia między nimi była prawie 
sucha. W kilku miejscach minęli ciemniejsze, wydeptane ścieżki.

Zbliżyli się do niemieckiego cmentarza wojskowego, położonego na skraju 
lasu w pobliżu urwistego brzegu Wilii.

― 

Zaczekajcie tutaj! ― rzekł Zeks i poszedł w kierunku 

migocących z dala świateł w oknach domów na przedmieściu. ― Co on chce

zrobić? ― spytał Józef, zainteresowany tą tajemniczą wyprawą.
― 

Zasadzkę na Niemców albo na Niemca. Kto się nadarzy. Idzie o 

to, że tam, gdzie są żołnierze, są i dziewki. A dokąd pójdą, żeby się zabawić?
Albo na cmentarz, albo do lasu, albo do parku w krzaki. Tak było za 

bolszewików. Tak jest i teraz. Zeks spenetrował całe miasto. Pojedynczych 
żołnierzy sam rozbrajał. Oni o takich napadach i stratach przeważnie nie 

meldują, bo się ośmieszą. Po polowaniach Zeksa ani razu nie zrobiono 

background image

obławy.
Po kwadransie z gęstych cieni wyłoniła się sylwetka Zeksa. Pospiesznie 

zbliżył się do kolegów.
Idą ― powiedział. ― Tylko dwoje. Skinął dłonią, aby Józef i Mag udali się za 

nim. Zatrzymali się w zaroślach obok ciemnej ścieżki. Zeks, jakby znał z góry 
każdy ruch nadchodzących amantów, wskazał towarzyszom miejsce do 

zasadzki. Sam stanął obok ścieżki za grubym pniem sosny. Pistolet trzymał 
w ręku. Józef przygotował nagan. Mag był bez broni.

Wkrótce usłyszeli głosy ― męski i kobiecy. Potem rozległo się szuranie 
kroków. Następnie obok kępy jodełek, w której się ukrył Józef, przeszedł 

mężczyzna w wojskowym uniformie. Prowadził pod ramię kobietę w 
jasnoszarym palcie i jeszcze jaśniejszej chustce na głowie. Ale zaraz na 

ścieżce przed nimi ukazała się ciemna sylwetka Zeksa.
― 

Ręce do góry! ― powiedział po niemiecku, kierując lufę 

mauzera w pierś mężczyzny.
Józef skoczył na ścieżkę, powtórzył tę komendę Zeksa i stanął za plecami 

żołnierza, który bez ociągania się uniósł ramiona w górę. Mag ukazał się z 
boku i rozpiął wiszący na pasie żołnierza futerał. Wyjął z niego pistolet i 

zapasowy magazynek. Podał wszystko Józefowi. Zeks kazał kobiecie stanąć 
twarzą do sosny. Wówczas Mag dokładnie zrewidował żołnierza. Wyciągnął 

z wewnętrznej kieszeni jego munduru gruby portfel i wyjął z niego 
wszystkie pieniądze, pozostawiając dokumenty, listy i fotografie. Zabrał mu 

też scyzoryk i zegarek na rękę. Wówczas Zeks powiedział do żołnierza po 
niemiecku:

― 

Idź z nią wolno z powrotem! Nie oglądaj się i nie rozmawiajcie! 

background image

― Pchnął ku niemu kobietę i dodał po polsku: ― Jazda Z nim razem do 
miasta!

Oboje zaczęli oddalać się i zaraz znikli w ciemności. Zeks poprowadził 
towarzyszy w kierunku mostu strategicznego przez Wilię. Skierowali się na 

Zwierzyniec. Tam Zeks zatrzymał się w pobliżu kenesy karaimskiej.
― 

Jest pięć tysięcy osiemdziesiąt marek, zegarek i scyzoryk ― 

powiedział. ― Możemy podzielić to teraz.
Józef odmówił się od udziału w tym łupie, ale chętnie wziął parabellum. ― 

Będzie to broń dla mojej grupki ―powiedział.
Pożegnali się przed wejściem na most Zwierzyniecki.

Planując dalsze zamachy nie brał pod uwagę Drobnego ani jego kompanów.
Jednakowoż ustalił łączność i z nimi. „Niech egzekutywa istnieje w 

komplecie, chociażby dla wykazów personalnych Komendy".
Potem zabrał się do rozpoznania kilku skazanych. Ale obecnie prowadził 

wywiad powoli, ostrożnie. Kretowi dał śledzenie Gorzewskiego, aspiranta 
litewskiego gestapo. Klara obserwowała Baronowa, który był kierownikiem 

biura werbunkowego organizacji Todta. Podejrzewano jednak, że on 
jednocześnie prowadzi wywiad wśród białych Rosjan. Zainteresowało to 

Józefa, który zaraz po uporządkowaniu łączności udał się do Stanisława. 
Przypuszczał, że może on mieć więcej wiadomości o Baronowie. Ale 

mieszkanie kościelnego Szymona, u którego Stanisław miał swój lokal, było 
zamknięte. Poszedł tam nazajutrz, nieco wcześniej. Ale i wówczas nie zastał 

nikogo w domu. Nie chciał rozpytywać o nich innych mieszkańców 
kamienicy i tegoż dnia wstąpił do Szymona jeszcze raz. W mieszkaniu był 

nieład. W piecu nie napalono. W kuchni, na stole, w zlewie leżały brudne 

background image

naczynia.. Łóżko było nie zasłane, podłoga zaśmiecona.
― 

Co się stało? ―spytał Józef.

― 

Źle... panie.. ― powiedział Szymon niechętnie i ponuro, chociaż

poprzednio zazwyczaj radośnie witał Józefa.

― 

Byłem u pana wczoraj. A dzisiaj przyszedłem drugi raz.

― 

Umieściłem Wandeczkę u mojej matki, bo tutaj nie ma komu 

jej dopatrzyć. Muszę więc tam chodzić.
― 

A co z żoną? ― zdziwił się Józef.

― 

Uciekła.

― 

Uciekła?!... Dokąd?...

― 

Nie wiem jeszcze... Uciekła ze Stanisławem... Zabrała wszystkie 

swoje rzeczy... Widzi pan, jaka podłość! Toż on ją namówił, a potem rzuci 

jak brudną szmatę!.... Panie drogi, przecież mnie Niemcy, Litwini, 
bolszewicy, razem wzięci, nie sprawili takiej krzywdy, jak on, Polak! Jakże 

tak możną?!... On przecież jest oficerem Organizacji! On ode mnie przysięgę
na wierność AK odebrał. I od żony też! Pan to rozumie?! „W obliczu Boga 

Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny..." Tak brzmi przysięga... 
Dałem mu mieszkanie i utrzymanie. Miał tutaj swoje kontakty. Przychodzili 

różni ludzi i z miasta, i ze wsi. Karmiłem ich, pomagałem, chociaż samemu 
czasem było krucho. I co?... Jak mi wywdzięczył się?.,. Zniszczył polską 

rodzinę! Zabrał mi żonę a dziecku matkę! Czyż nie tak?...
― 

Psiakrew! On mi się nie podobał, ale nie przypuszczałem, że 

jest aż takim łajdakiem! ― zdenerwował się Józef, widząc rozpaczi żal 
Szymona.

― 

Czyż jej czegoś brakowało? Czy mężczyzna był jej potrzebny? 

background image

Czy on jest lepszy ode mnie? Przecież jest zużytym, rozpustnymdziadem, o 
wiele lat starszym ode mnie. Ale zaczął ją urabiać, przekonywać, że jak 

wojna się skończy, to on za swą pracę w Organizacji będzie ważną szyszką, a
ja będę dziadem kościelnym. Zawróciłgłowę głupiej kobiecie, a gdy 

dostrzegli, że zaczynam wszystkiegosię domyślać, to uciekli.
― 

Mnie nawet trudno to zrozumieć! ― rzekł Józef z oburzeniem. 

― Przecież każdy mężczyzna, byle nie potwór, może łatwosobie znaleźć 
wolną kobietę!

 ― Oczywiście! Ale jemu był potrzebny komfort: kobieta namiejscu, na 
zawołanie. Teraz ja rozumiem, dlaczego on tak częstomnie wysyłał 

służbowo na powiat. Ciągle trzeba było czegoś siędowiedzieć, coś 
sprawdzić. A ja czasem myślałem nad jego poleceniami: „Co za bzdury! Po 

co to potrzebne!" Ale złożyłem przysięgę i trzeba było spełniać jego rozkazy.
A jemu szło o usunięciemnie z mieszkania, żeby mógł wygodnie z moją żoną

się bawić. Pojakimś czasie zacząłem się domyślać, że sprawa nie jest 
czysta.A później lokatorka mnie ostrzegła. Ale starałem się nie wierzyć...A w

zeszłym roku on ją przedstawił do odznaczenia Krzyżem Walecznych. 
Rozumie pan?... Gestapo obstawiło tutaj część ulicyi kilka kamienic. Kogoś 

szukali. Wówczas on wyjął z fotela swoje akta w teczce i kazał Jance je 
wynieść. Czyż to nie głupota! Mogłaprzecież wpaść. Ale on się bał, że jak 

zrobią tu rewizję i znajdąakta, to i jego zahaczą. Janka wzięła koszyk na 
zakupy. Akta jego schowała pod palto i wyszła z domu. Nikt jej nie 

zatrzymał, bo obława była skończona. Zabrali kogoś z sąsiedniej kamienicy. 
A on, żeby jej dogodzić, bohaterstwo z tego zrobił... Ale powiedz pan: co 

mam teraz począć? Odnaleźć go i w łeb mu palnąć? Pistolet kupiłem i 

background image

szukam go...
Józef zastanawiał się. Na takie pytanie chciał odpowiedzieć po namyśle. 

Wreszcie rzekł:
― 

Jeśli pan tak postąpi, to, uważam, najwięcej pan skrzywdzi 

siebie.
― 

Ale jakie jest teraz moje życie?

― 

Rozumiem dobrze pańską krzywdę i współczuję mu. Ale mogę 

myśleć o tym spokojniej i chcę, żeby pan nie pogarszał swojej sytuacji. Poza 

tym musi pan się Opiekować dzieckiem.
― 

A pan na moim miejscu jak by postąpił?

― 

Pan się zdziwi, jeśli powiem szczerze.

― 

Bardzo pana proszę.

― 

Uważam, że wina jest nie tylko jego, ale i jej.

― 

Tak. Przecież małżeństwo to sakrament, a ona go zdeptała!.

 ― Otóż żył pan z nią przez wiele lat. Macie dziecko. Uważał ją pan za 
najbliższą sobie istotę na ziemi...

― 

Tak.

― 

... A kiedy nadeszła próba, to się okazało, że żył pan nić z 

najbliższym przyjacielem, ale z wrogiem. Tak to odczuwam i tak rozumiem. 
Jeśli pan potrafi się uspokoić i spojrzeć na tę sprawę jak na obcą, chyba 

będzie pan musiał przyznać, że wraz z nią wyszedł z pańskiego domu wróg, 
zdrajca... A teraz Odpowiem panu na pytanie, jak bym postąpił na pańskim 

miejscu. Podziękowałbym przy sposobności Stanisławowi, że zabrał z mego 
domu brud i fałsz. Jest pan młody, pracowity, zaradny i może pan łatwo 

znaleźć porządną kobietę, która będzie uważała za szczęście, że jej pan da 

background image

oparcie w życiu... Proszę mi wierzyć, że wyrządzona panu krzywda do nich 
powróci. Może jeszcze tak się stać, że ona przyjdzie do pana. Ale nie 

radziłbym jej przyjmować.
Rozmawiał z Szymonem długo. Starał się, aby on się uspokoił. Odczuwał 

przykrość jakby i sam zawinił wobec niego. Był przecież traktowany przez 
Szymona jako ważny członek Organizacji i kolega Stanisława. Wyczuł, że 

obecnie zachwiał się jego patriotyzm i oddanie Sprawie, w którą poprzednio
wierzył bez zastrzeżeń.

Nazajutrz poszedł do Andrzeja. Zastał u niego Grzmota, który, wyczerpany 
całodzienną pracą konspiratora, siedział ponuro przy stole i przeglądał 

jakieś notatki na luźnych kartkach papieru.
― 

Jak idzie praca? ― spytał Józefa Grzmot.

― 

Powoli, ale idzie. Rozpracowuję wszystkich skazanych, którzy 

są w naszym zasięgu. Przygotowuję następną serię zamachów.

― 

Miałem wiadomości, że Gorzewski nieludzko katuje 

aresztowanych.

― 

A czy można robić to w sposób ludzki?

― Tak się mówi. Ale ten jest bestią wyjątkową! Sam się rwie do pastwienia 

się nad aresztowanymi!
― 

Wkrótce postaram się go Uspokoić. Już jest trochę 

rozpracowany. A czy panu wiadomo, co się stało u Szymona, tam, gdzie 
miał melinę Stanisław?

― 

Nic nie wiem ― zaniepokoił się Grzmot. ― Byłem tam przed 

tygodniem. Wszystko było W porządku. Jego komórka pracuje zupełnie 

dobrze.

background image

― 

Otóż Stanisław zniknął stamtąd przed kilku dniami.

― 

Co?Wsypa?

― Gorzej jak wsypa!
― 

A my nic nie wiemy!

― 

Zlikwidował po kryjomu swą placówkę u Szymona, a żeby 

ostudzić jego zapał patriotyczny, zabrał sobie na pamiątkę jego żonę.

Opowiedział pokrótce o swej wczorajszej rozmowie z Szymonem i o 
wrażeniu, jakie z niej odniósł. 

― Więc wsypy nie było ― wywnioskował Grzmot. ― Stanisław gdzieś 
lawiruje. Pewnie wkrótce się odezwie.

― 

Ale jak pan nazwie jego postępek z kolegą, który go traktował 

jak przełożonego?

― 

Sperma mu na. mózg się rzuciła.

― 

A czy nie uważa pan, że jest to poważna zbrodnia?

― Cóż ja na to poradzę?
― 

A jeśli, przypuśćmy, Szymon go odnajdzie i zastrzeli, a sam przy

tym wpadnie? Jeśli gestapowcy zahaczą jego żonę i zaczną ją badać swymi 
metodami, a ona wysypie wszystko, co wie, razem z archiwum Stanisława? 

Przecież może być to groźne!
― 

Czy Szymon .zamierza, porachować się ze Stanisławem?

― 

Tak. Rozmawiałem z nim długo. Starałem się go uspokoić.

Przemawiałem mu do rozumu, aby nie popełnił rzeczy strasznej. Ale on jest 

w rozpaczy. Powiedział, że wszyscy okupanci nie wyrządzili mu takiej 
krzywdy jak as organizacji podziemnej, który od niego przysięgę odebrał. 

Jak on postąpienie wiem.

background image

Grzmot spojrzał na zegarek i wstał.
― 

Znów przykrość! ― powiedział. ― Muszę iść. Może znajdę 

gdzieś ślad Stanisława. Miał do załatwienia ważną i pilną sprawę.
Pośpiesznie opuścił mieszkanie. Po jego odejściu Andrzej, który nie brał 

udziału w rozmowie, lecz z czerwonym ołówkiem w ręce czytał litewski 
dziennik, powiedział twardo:

― 

A ja bym go skazał na śmierć!

Józef spojrzał na niego ze zdziwieniem. Przypuszczał, że Andrzej jest 

chorowity, słaby. Teraz zobaczył w zmęczonej bladej twarzy wyraz potęgi 
duchowej. Andrzej mówił dalej:

― W takich sprawach musimy być bezkompromisowi, bo to się kładzie 
piętnem hańby na nas wszystkich, na ideę walki o wolność. Broniłem 

Jaśkiewicza i będę go bronił wcale nie dlatego, że go znam, ani nawet nie 
dlatego, iż uważam wyrok na niego za szkodliwy dla nas., lecz wyczułem w 

tym podstępną akcję wrogów albo naszych wspólnych, albo jego 
osobistych... A czy pan słyszał o zastrzeleniu pisarza białoruskiego, 

Franciszka Olechnowicza?
― Słyszałem. Z nim bolszewicy mieli dawne porachunki. Siedział u nich w 

koncłagierie na Sołowkach. Potem opisał to. Poza tym należał do Komitetu 
Białoruskiego i pisał w białoruskiej prasie...

― 

Moim zdaniem zlikwidowali go nie dlatego, że był dla nich 

aktualnie szkodliwy, lecz dla terroru. Dla zastraszenia innych. Dla pokazania,

że ich ręce daleko sięgają. W ten sposób przygotowują dla siebie teren. Ale 
wrócę do sprawy Stanisława. Powtarzam, że skazałbym go na śmierć. Jeśli 

kolega, przełożony, rozbija rodzinę kolegi, podwładnego, nie można znaleźć 

background image

na to żadnego usprawiedliwienia!
― 

A jak postąpi w tej sprawie Grzmot?

― 

Czy pan nie wie?

― 

Za mało go znam.

― 

Zaniepokoił się o aparat konspiracyjny. Bo, mówiłem panu, jest

on urzędnikiem, dla którego rzeczą najważniejszą jest ocalenie kółka czy 

śrubki w maszynie biurokratycznej.
― 

Nawet jeśli kółko maszynę psuje?

― 

W ich schemacie istnieje jako dobre. Pan sam mi mówił, że w 

całej egzekutywie jest tylko paru dobrych członków, a inni są dla niej 

uciążliwi. Ale Grzmot chce mieć egzekutywę taką, jaka figuruje w wykazach:
składająca się z kilkunastu ludzi.

― 

Nie mogę tego zrozumieć. Przecież on jest inteligentnym 

człowiekiem.

― 

Tak. I jest całą duszą oddany Sprawie. Ryzykuje bardzo. Pracuje

ponad siły. Ale biurokratyzm wszedł mu w krew. Rzecz najważniejsza: 

papierki, wykazy, schematy, statystyki, raporty, instrukcje, okólniki. I na to 
nie ma rady! Ale szanuję go i mam dla niego duży sentyment.

― 

Jest pewna sprawa ― rzekł Józef. ― Chciałem spytać o to 

Grzmota, ale zapomniałem. Może pan mógłby mi powiedzieć, gdzie dostać 

iperytu?
― 

Iperytu? ― zdziwił się Andrzej.

― 

Tak. Planowałem pewien zamach. Bardzo trudny. Straciłem na 

to sporo czasu. Ale ryzyko dla zamachowca zbyt duże. Gdybym zaś miał 

iperyt, mógłbym unieszkodliwić łajdaka!

background image

― Może w komendzie dywersyjnej? Oni powinni mieć materiały 
wybuchowe, zapalające. Może u nich jest jakiś chemik?

― 

Zdaje mi się, że znam typa, który mnie potrafi w tej sprawie 

zorientować. Zaraz do niego pójdę.

Pożegnał Andrzeja i udał się do miasta. Miał na myśli R7, u którego widział 
małe laboratorium chemiczne i który, jak sobie przypomniał, był 

przydzielony do egzekutywy z grupy dywersyjnej. Poza tym przypuszczał, że 
może uzyskać w tej sprawie jakieś informacje od lokatorów Henryka, Wacka

i Wicka. „Jeśli mają nawet cyjanek potasu, mogą wiedzieć cokolwiek i o 
iperycie!"

Gdy wstąpił do mieszkania R7 zastał u niego Kulę. Wyczuł, że jego wizyta im
przeszkodziła. Ale tym się nie przejął i powiedział, że ma do R7 sprawę 

poufną, która im zabierze tylko trochę czasu. Kula pożegnał ich i odszedł. 
Wówczas Józef powiedział:―

Potrzebny mi jest iperyt. Czy pan nie 

wie, gdzie bym mógł otrzymać dobrą porcję tego specjału?
― 

Wiem. Mogę dać panu jutro z rana, W domu tego nie trzymam.

― 

Doskonale! Będę panu bardzo wdzięczny. Kiedy do pana 

przyjść?

― 

Dzisiaj wieczorem wezmę iperyt, a jutro od rana będę w domu.

Mogę czekać na pana nawet do dwunastej.

 ― Przyjdę między dziesiątą a jedenastą.
― 

Dobrze. Będzie przygotowany.

Nazajutrz R7 wręczył Józefowi tubkę średniego rozmiaru, podobną do tych, 
w których sprzedają farby do malowania.

― 

Jeśli tym nasmaruję na przykład krzesło i ktoś na nim usiądzie? 

background image

― spytał Józef. ― Jaki będzie skutek?
― 

Śmierć! Przecież iperyt przechodzi przez wełnę, przez skórę, 

przez wszelkie materiały, zżera ciało, kości, zatruwa krew. I z tym trzeba 
bardzo ostrożnie się obchodzić, bo najmniejszy odprysk może wywołać 

poważne obrażenia i ranę. Dla kogo to potrzebne? ― zdecydował się 
zapytać R7, którego bardzo interesowała ta sprawa i który już ją omawiał z 

Drobnym i innymi kolegami.
― 

Tylko dla doświadczenia.

Nie ujawnił swego zamiaru nikomu, nawet Grzmotowi i Andrzejowi. Tym 
bardziej nie chciał się zwierzyć R7, do którego dyskrecji nie miał zaufania.

* * *
Uważał Gorzewskiego za najgorszego z pozostałych na liście skazanych na 

śmierć. Słyszał potworne szczegóły o jego znęcaniu się nad więźniami. Gdy 
zaś Grzmot powiedział, że gestapowiec jest „bestią wyjątkową", postanowił 

zlikwidować go jak najprędzej.
Poszedł do Adama i poprosił go o jak najwięcej informacji o Gorzewskim. 

Adam powiedział Józefowi od razu, że z Gorzewskim trzeba być bardzo 
ostrożnym, bo jest sprytny i podejrzliwy. Zna go osobiście i kilka razy z nim 

rozmawiał. Wie o tym, że Gorzewski obawia się zamachu na niego i dlatego 
nigdzie poza sprawami służbowymi nie chodzi, W ogóle jest typem 

nietowarzyskim, ponurym, brutalnym.
Jednocześnie Józef puścił na wywiad Kreta. Polecił mu, żeby jak najprędzej 

przeprowadził rozpoznanie Gorzewskiego. Wynik obserwacji był taki, 
jakiego Józef się spodziewał. Rano, przed dziewiątą, Gorzewski wyjeżdżał na

motocyklu z domu do gestapo. O pierwszej wracał na obiad, a o drugiej 

background image

znów udawał się do gestapo. Tam pozostawał do szóstej albo nawet do 
siódmej. Jeden raź w ciągu trzech dni nie pojechał do domu wieczorem. 

Miał więc nocny dyżur. Nazajutrz rano pojechał do domu około dziewiątej i 
przez cały dzień nigdzie się nie pokazał. Był wolny po dyżurze.

Po Krecie dał śledzenie gestapowca Aktorce, bo nie chciał, aby jeden 
wywiadowca za długo się kręcił na tej samej trudnej trasie. Wynik jej 

rozpoznania był podobny do poprzedniego, z tą różnicą, że drugiego dnia 
Gorzewski nie pojechał wieczorem do domu, lecz wyruszył z jeszcze kilkoma

gestapowcami na motocyklach i ciężarówką pełną uzbrojonych żołnierzy w 
kierunku ulicy Wileńskiej. Pojechali dokądś na obławę albo akcję 

likwidacyjną.
Aktorkę zdjął z roboty po dwóch dniach śledzenia Gorzewskiego. Nie 

spodziewał się nowych informacji, mimo to przekazał wszystkie zebrane 
informacje Klarze, żeby je sprawdziła. Jednocześnie zaczął badać trasę 

gestapowcy, zaczynając od jego mieszkania, które się znajdowało w 
olbrzymiej narożnej kamienicy przy zbiegu ulicy Wielkiej i zaułka 

Literackiego. Jedno wyjście z dziedzińca było naprzeciw poczty głównej. 
Wyglądało jak wąski tunel, przecinający kamienicę od chodnika do dużego 

brukowanego dziedzińca. Brama dla wozów i samochodów znajdowała się 
w zaułku Literackim i była zamknięta od wewnątrz na sztabę i wiszącą 

kłódkę. Lecz była w niej furtka, zazwyczaj otwarta w dzień. Z furtki tej 
mieszkańcy kamienicy mało korzystali. Wychodzili przeważnie tunelem na 

ulicę Wielką. Gorzewski również posługiwał się tym przejściem, chociaż było
wąskie. Mógł jednak przeprowadzić nim motocykl.

Dziedziniec był długi' i miał około trzydziestu metrów szerokości. Tylną jego 

background image

część zajmowały składy i wspólny dla całej kamienicy ustęp. Mieszkanie 
Gorzewskiego było położone z lewej strony na piętrze. Prowadziły do niego 

z dziedzińca szerokie, otwarte, ukośne schody. Gdy gestapowiec przyjeżdżał
na obiad, zostawiał motocykl na dziedzińcu, przed schodami. Mógł więc go 

zobaczyć z okien swego mieszkania. Trasa jego z domu do gestapo była 
krótka: kilkadziesiąt metrów ulicą Wielką, która przechodziła w Zamkową. 

Następnie kilkaset metrów ulicą Zamkową i skręt w lewo, na duży plac 
Katedralny. Wreszcie około kilometra prostą, szeroką ulicą Mickiewicza do 

placu Łukiskiego, z którego lewej strony, w dawnym gmachu sądu, mieściło 
się gestapo. Na tym odcinku drogi nie można było wykonać zamachu. 

Pozostawała do zbadania krótka droga: od kamienicy, w której mieszkał 
Gorzewski, do wjazdu na plac Katedralny.

Z lewej strony ulicy Zamkowej Józef znalazł między kościołem Świętego 
Jana a Muzeum Etnograficznym wąski korytarz o dwóch zakrętach, 

prowadzący do gmachu uniwersytetu. Było to boczne wejście do uczelni. 
Nie można było go zablokować w dzień, nawet na krótko, ale się nadawało 

do odejścia po Zamachu ― jeśli nie będzie pościgu. Józef zwrócił na to 
przejście szczególną uwagę i zaczął badać prawą stronę ulicy: wejścia do 

kamienic, bramy i dziedzińce, wyloty uliczek.
Zwolnił Klarę, kiedy skończyła trzeci dzień śledzenia gestapowca. Ale 

dziewczyna paliła się do roboty.
― 

Kiedy go zlikwidujemy? ― pytała.

― 

Jeszcze nie wiem. Może w ogóle nie znajdę dobrego sposobu.

― Dlaczego? Przecież znamy, każdy jego ruch.

― 

A jak go. zlikwidować?

background image

― 

No, zastrzelić... Chociażby w tamtym korytarzyku, gdy będzie 

prowadził motocykl na dziedziniec.

― 

A co dalej?

― 

Uciec.

 ― Jakie są szanse, że ucieczka się powiedzie?
― 

Są szanse...

― 

Nie mam do nich przekonania. W tym są luki. A ja muszę mieć 

pewność że pościg będzie niemożliwy. Nie zamienię życia, na. przykład 

Maga, za życie nawet dziesięciu takich łajdaków.
― Ja bym go sama zastrzeliła. Wpakowałabym w niego cały magazynek, 

kulę za kulą.
― 

Gdzie pani ojciec?

― 

Umarł.

― 

Mam ochotę go zastąpić i sprawić pani lanie!

― 

Dlaczego nie wolno mi wziąć w tym udziału? Czyż dziewczyna 

jest gorsza od chłopca?

― 

Lepsza. Dlatego. Zresztą i życia chłopca ryzykować nie będę bez

przekonania, że robota jest dobrze uplanowana. Dziękuję bardzo i proszę 

odpocząć.
― 

Ale coś z tego będzie?

― 

Sądzę, że tak. Muszę trafić na dobry pomysł.

Po tej rozmowie Józef starannie „obmacywał" teren w pobliżu mieszkania 

gestapowca. Trafił już na pewien sposób, który mu się nasunął na widok 
motocykla stojącego obok schodów. Zwrócił uwagę na okna. Zbliżył się do 

schodów po drugiej stronie dziedzińca, usiadł na stopniu i rozsznurował 

background image

trzewik. Udawał, że poprawia coś wewnątrz. Później wyjął pudełko tytoniu i
skręcił papierosa. Zapalił. W ciągu dziesięciu minut nikt się nie ukazał w 

oknach mieszkania Gorzewskiego. Chyba byli pewni; że nikt nie ruszy 
motocykla.

„Jedna minuta wystarczyłaby ― pomyślał Józef ― na posmarowanie 
iperytem siodełka i rączek motocykla".

Wydało mu się, że nie znajdzie lepszego sposobu. Zastanowił się, komu 
polecić wykonanie zamachu. Z początku zamierzał dać robotę Magowi, a 

Zeksa i Rysia wyznaczyć na ubezpieczenie. Wszyscy by byli uzbrojeni. Ale 
trzeba było przeprowadzić to w dzień, w południe, bo na noc Gorzewski 

wprowadzał motocykl do dobrze zamykanego składziku. Lecz w dzień na 
dziedzińcu zawsze byli ludzie, którzy szli do miasta lub wracali do domu. 

Kobiety wynosiły z mieszkań śmieci, wieszały na otwartych galeryjkach 
bieliznę. Niektórzy udawali się do ustępu, bo nie wszystkie mieszkania miały

wygódki.
Przechodnie prawdopodobnie nie zwróciliby uwagi na człowieka, który by 

spokojnie zbliżał się do motocykla i coś tam porządkował, wycierał go z 
pyłu, smarów. Ale trzeba było się zachować naturalnie i działać powoli... 

Mag był odważny, ale jego ruchy i spojrzenia cechowała nerwowość, 
ostrość, niecierpliwość. Zeks wydał się Józefowi lepszy, ale go mało znał. 

Rysia w ogóle nie był pewien. Przytym sposobie zamachu musiałby 
postawić ubezpieczenie. Obawiał się jednak, że kręcenie się po dziedzińcu i 

w pobliżu kamienicy kilku nieznanych młodych ludzi mogło ściągnąć czyjąś 
uwagę.

Po rozważeniu tej sprawy zadecydował, że robotę sam wykona. Klarę 

background image

weźmie na obserwację, żeby w wypadku niepomyślnym zawiadomiła 
łącznika.

Wieczorem poszedł do dziewczyny, narysował na papierze dziedziniec, dwa 
wyjścia z niego i dwie, łączące się prawie pod prostym kątem, ulice. 

Powiedział, w jaki sposób będzie dokonany zamach przy pomocy iperytu.
― 

A kto to zrobi? ― spytała.

― 

Ja.

― 

Panu nie wolno! ― powiedziała prawie z oburzeniem.

 ― A dlaczego?
― 

Bo pan jest od organizowania wielu zamachów. A jeśli pan się 

wsypie?!...
― 

Na to, żebym się wsypał, jest pięć procent. Na to, żeby Mag się 

wsypał, jest dwadzieścia pięć.
― 

No, a ja?

― 

Pięćdziesiąt. Samo podejście dziewczyny do motocykla i 

grzebanie przy nim jest podejrzane.

― nie weźmie pan nikogo na ubezpieczenie?
― 

Nie. Bo nikt mnie nie pomoże. Zamiast jednego, zginie kilku 

ludzi. A sam może wybrnę, nawet jeśli na mnie zwrócą uwagę.
― 

Ja się nie zgadzam! powiedziała Klara stanowczo.

Józef roześmiał się.
― 

Mogę z panią się naradzać, ale pani nie może niczego mnie 

zabronić. Po prostu pani będzie musiała potraktować to jako mój rozkaz.
― 

A jeśli się nie zgodzę na takie... szaleństwo?

― 

Robotę wykonam bez pani pomocy i będę pamiętał, że pani 

background image

wprowadziła do niej zamieszanie.
― 

Ale czemu pan nie zostawi sobie szansy ocalenia, bronienia 

się?
― 

Prawdopodobnie nie będzie to potrzebne. Jestem jednak 

bardzo wzruszony pani troską o mnie. Dlatego zostawię taką szansę.
Właśnie pani mnie ubezpieczy. Ale pani mi da słowo, że wykona wszystko 

dokładnie. Bo jeśli z naszej strony będzie ofiara, to tylko jedna. Poza tym 
musi ocaleć świadek roboty. Zgoda?

― 

Tak.

― 

Więc będziemy działać, jak wyjaśniłem poprzednio: pani na 

obserwacji, ale będzie pani miała broń. Jeśli w trakcie roboty nastąpi wsypa,
proszę uważnie na mnie patrzeć. Gdy przesunę dłoń po włosach, od czoła 

do karku, pani prędko się cofnie w kierunku ulicy i kiedy wbiegnę w 
korytarz, poda mi pani parabellum z kulą w lufie i zapasowy magazynek. 

Dam to pani jutro, przed robotą. Następnie wyjdzie pani na ulicę i wstąpi na
pocztę...

― 

A pan?

― 

Ja się cofnę prędko korytarzykiem, zastrzelę tego czy tych, 

którzy będą mnie ścigali, i wydostanę przez cały dziedziniec i furtkę w 
bramie w zaułek Literacki. Są duże szanse, że się wymknę, bo wytworzę 

panikę.
Skinęła głową z aprobatą.

― To już lepiej.
Nazajutrz, niedługo przed pierwszą w południe, Klara; skromniutko, a nawet

biednie, lecz schludnie ubrana, spacerowała wolnym krokiem po prawej 

background image

stronie ulicy Wielkiej. Minę miała spokojną, naiwną, prawie głupiutką. Ale 
na piersi, pod żakiecikiem, umieściła zdobyczny pistolet Józefa z kulą 

wprowadzą w lufę. Zapasowy magazynek, osłonięty z góry chusteczką do 
nosa, trzymała w lewej kieszeni.

Tego dnia rano Józef uporządkował wszystko w domu, żeby nigdzie nie 
pozostało nic podejrzanego. Znalazł w składziku na drewno wytartą 

szczotkę do ubrania, na której ocalała rzadka wysepka włosia. Poza tym 
wziął z kuchni miękki, barchanowy gałgan, którym Helena czyściła szyby w 

oknach.
Z Klarą spotkał się w jej mieszkaniu. Dał dziewczynie pistolet i jeszcze raz 

omówili akcję. Potem poszli osobno w kierunku poczty.
Na dziesięć minut przed pierwszą Józef wstąpił, przez furtkę do zaułka 

Literackiego, na dziedziniec kamienicy. Zobaczył z prawej strony otwarte 
drzwi do pracowni stolarskiej. Dolatywały stamtąd zgrzyty piły i syczenia 

hebla. Dziedziniec o tej porze był prawie pusty. Józef wszedł do ustępu z 
lewa. Wewnątrz nie było nikogo. Wstąpił do jednego z przedziałów, wyjął z 

kieszeni szczotkę do ubrania i tubkę iperytu. Otworzył zakrętkę i ostrożnie 
wycisnął trzecią część zawartości w kępkę włosia na końcu szczotki. Położył 

tubkę wysoko na listwie przybitej do ściany i drewnianym patykiem wcisnął 
galaretową maść we włosie. Patyk wrzucił w głąb dołu kloacznego.

Spojrzał na zegarek: kilka minut po pierwszej. „Zaraz powinien przyjechać". 
Zbliżył się do drzwi ustępu i nieco je uchylił. Zobaczył prawą stronę 

dziedzińca, schody do mieszkań na piętrze i część kamienicy. Po dwóch 
minutach w polu jego widzenia ukazał się wysoki tęgi mężczyzna w siwym 

mundurze, spiętym pasem koalicyjnym, na którym wisiała kabura pistoletu. 

background image

Miał na nogach wysokie, ciężkie buty, na głowie czapkę z dużym znaczkiem 
trupiej głowy. Obiema rękami prowadził za rączki motocykl, który się toczył 

po lekkiej pochyłości dziedzińca w kierunku schodów. Zatrzymał go, ustawił 
na podpórce i zdejmując z rąk duże, skórzane rękawice, poszedł ciężko i 

sztywno, jak żelazny automat, schodami na górę.
Józef opuścił ustęp. Zobaczył na drugim końcu dziedzińca obok wejścia do 

korytarza Klarę; siedziała na niskiej skrzynce do piasku i coś przeglądała w 
torebce, którą trzymała na kolanach. W pobliżu schodów do mieszkania 

gestapowca były inne podobne schody na piętro. Przy nich niemłoda, lekko 
ubrana kobieta w nocnych pantoflach na bosych stopach rozstawiła 

doniczki z kwiatami i nożycami podcinała gałązki. Była to niespodzianka dla 
Józefa. Przez kilka sekund obserwował kobietę, ale ona była zajęta swoją 

robotą i na nic nie zwracała uwagi.
Położył szczotkę z iperytem na dwóch krótkich, związanych razem 

drabinach, które leżały obok drzwi do składu. Potem zdjął marynarkę i 
cyklistówkę i położył je również na drabinach. Wyjął z kieszeni barchanowy 

gałgan i poszedł w kierunku motocykla, trzymając szczotkę z iperytem w 
lewej ręce. Po drodze rzucił spojrzenie na okna w mieszkaniu gestapowca. 

Nie było w nich nikogo. Natomiast z korytarza, od strony Klary, szła młoda 
kobieta,która prowadziła za ramię kilkuletniego chłopca. Chłopiec się 

opierał, wyrywał jej i płakał.
― 

Czego on tak się drze? ― spytała kobieta, obcinająca gałązki u 

kwiatów.
― 

Chciał na ulicy wleźć na samochód. Nie pozwoliłam mu.

― 

Strzęp mu skórę!

background image

Józef wycierał gałganem błotniki u motocykla, a jednocześnie smarował 
szczotką siodełko i rączki obciągnięte karbowaną gumą. „Źle zrobiłem ― 

pomyślał ― że zostawiłem dokumenty w kieszeni marynarki". Rozprowadził
maść równo i cienko po całej powierzchni siodełka i rączek. Spojrzał w okna 

u góry. I teraz nikogo w nich nie było. Kobieta przy kwiatach rozmawiała 
nadal z tą inną, trzymającą za ramię chłopca. Józef poszedł wolno w stronę 

ustępu. Wstąpił do środka. Wrzucił szmatę i szczotkę przez otwór do kloaki. 
Wziął z listwy tubkę z pozostałym w niej iperytem, wrócił na dziedziniec, 

włożył marynarkę i czapkę i skierował się do wyjścia na zaułek Literacki. 
Dostrzegł z dala, że Klara wstała i zapina torebkę.

Poszedł, jak się umówił z dziewczyną, do jej mieszkania. Otworzył drzwi 
kluczem, który wziął z półki w szafce ściennej. Wymył w kuchennym zlewie 

ręce, mydląc je kilka razy. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że jest na nich 
lepki, żrący osad.

Klara przyszła do domu po godzinie. Była rozpromieniona. ― Ależ świetnie 
się udało! Podeszłam do tamtej kobiety z kwiatkami, obok mieszkania 

Gorzewskiego. Poprosiłam ją o flancę pelargonii i trochę z nią rozmawiałam 
o hodowli kwiatów doniczkowych. Doczekałam się, aż on wyszedł z domu, 

wyprowadził motocykl na ulicę i odjechał.
― 

Nic nie dostrzegł?

― 

Na pewno nie dostrzegł. Zachowywał się jak zawsze. A kiedy 

iperyt zacznie działać?

― 

Może już działa.

― Nie będzie już ludzi katować! ― powiedziała z mściwym błyskiem w 

oczach.

background image

Tegoż dnia pod wieczór Józef poszedł do Adama i poprosił go, aby zwrócił 
uwagę na Gorzewskiego i, jeśli to możliwe, porozmawiał z nim. Nie wyjaśnił 

mu, o co idzie, ale dał do zrozumienia, że użyto pewnego środka, który 
powinien mu zaszkodzić. Adam obiecał, że załatwi to nazajutrz. Umówili 

spotkanie na wieczór następnego dnia. Józef przeczekał dobę i znowu 
poszedł do Adama. Był pewien, że Gorzewski albo skonał, albo zabrano go 

do szpitala. Okazało się jednak, że nic mu się nie stało. Gdy Adam z nim 
rozmawiał, Gorzewski w pewnej chwili powiedział, że jacyś łajdacy 

wysmarowali mu łajnem rączki u motocykla. Józef był zaskoczony tą 
wiadomością. Był pewien, że użył dostatecznej dozy iperytu, żeby 

poskutkował.
Nazajutrz postanowił wypróbować zabójczą maść. Panna Jadwiga poszła na 

rynek, a Róża udała się do szpitala, by odwiedzić Helenę. Józef wyjął ze 
skrytki w składziku tubkę, w której zostało jeszcze dwie trzecie zawartości. 

Zawołał bezpańskiego kundla, który tułał się po dzielnicy i obchodził 
podwórka szukając odpadków jedzenia. Panna Jadwiga zawsze zostawiała 

dla niego kości. Józef nazywał psa biezprizornym.
Gdy kundel przyszedł, Józef dał mu do zjedzenia skórkę chleba, potem go 

przytrzymał i posmarował mu iperytem brzeg wewnętrznej strony ucha i 
łapkę pod spodem. „Biezprizornyj" zaraz zlizał ciecz z łapki. Gdy Józef 

ponowił zabieg, pies znów oblizał ze smakiem łapkę. Wówczas Józef sam 
dotknął małym palcem lewej ręki iperytu, lecz ani od razu, ani później nie 

odczuł .żadnego działania. „Więc to taki iperyt".
― 

Czekaj, sobako! ― powiedział. ― Wypróbujemy i cyjanek. 

Może jest taką samą lipą jak iperyt. Jeśli zginiesz, to bez bólu. A życie twoje 

background image

jest marne. Poświęcę ciebie dla dobra nauki!
Dał kundlowi porcję cyjanku w gałce chleba. Kundel ochoczo łyknął ją i 

przymilną miną oraz merdaniem ogona upominał się o więcej. Józef wsypał 
dwie dozy proszku na miękisz chleba. Pies chętnie łyknął jeszcze dwie 

porcje piorunującej trucizny i zachęcał Józefa do dalszego ciągu tak 
przyjemnej zabawy.

― 

Masz szczęście, sobako― rzekł Józef ―że wśród moich 

kolegów z konspiracji są świnie!

Po tej próbie poszedł do Klary. Przywitał się z nią, usiadł na krześle przy 
oknie i jakby się zamyślił, patrząc w głąb pokoiku. Dziewczyna była 

zdziwiona jego milczeniem.
― 

I co się z nim stało? ― spytała po jakimś czasie.

― 

A pani co przypuszcza?

― 

Pewnie w szpitalu.

― 

Nie. Zdrów jak ryba. Iperyt to lipa. Ordynarne oszustwo! ― 

położył tubkę na stole.

― 

Ależ to podłość! Przecież pan ryzykował życie!

― 

Mało tego!... Cyjanek, który dałem pani i Magowi i który sam 

schowałem w ubraniu w dwóch miejscach, nie jest cyjankiem!... Dobrze, że 
chociaż sprawdziłem to. Może wystaram się o coś innego.

Klara była oburzona. Nie mogła zrozumieć tego, jak nędzne zdarzają się 
dusze ludzkie. Józef również z całkowitym zaufaniem odniósł się do 

„cyjanku" i do „iperytu".
Od Klary poszedł do Tomasza. Opowiedział mu historię zamachu na 

Gorzewskiego.

background image

― 

Czy pan wysłał o tym meldunek do Komendy? ― spytał 

Tomasz.

― 

Jeszcze nie.

― 

Niech się pan z tym wstrzyma. Proszę opowiedzieć o tym 

Grzmotowi. I ja pomówię z nim, bo to... ciekawa sprawa. Wygląda bardzo 
podejrzanie. Oczywiście mogła to być małpia złośliwość, ale mogło być i coś 

gorszego. Szkoda, że nie udało się sprzątnąć tamtego zwierza.
― 

Czy pan nie wie, gdzie mógłbym dostać zaczepny granat? Taki, 

co nie razi odłamkami, lecz siłą wybuchu. Chodzi mi o zamach na ulicy. Nie 
chciałbym pozabijać przechodniów.

― 

Wiem ― rzekł Tomasz. ― I to nie lipę, ale dobry.

― Gdzie?

― 

Tutaj. U mnie.

― 

Byłoby wspaniałe!

― 

Co pan zamierza zrobić?

― 

Chcę jednak wykończyć Gorzewskiego. On wali ulicami jak 

wariat. Zamach pistoletem jest bardzo trudny i ryzykowny. Gdybym zaś 
rzucił granat z takim obliczeniem, aby wybuchł przy Gorzewskim albo pod 

motocyklem, to przy dużym pędzie na pewno by się zabił.
― Skomplikowana robota. Kto jej dokona?

―Sam to zrobię. ― Może się uda. Nie będę panu odmawiał. Czy pan wie, że
on niedawno wziął udział na ochotnika w potwornej masakrze Żydów na 

Ponarach. Zamordowano w jednym dniu około pięciu tysięcy ludzi. Brał w 
tym udział nie dlatego, że musiał wykonać rozkaz, lecz dla przyjemności. 

Innych gestapowców i szaulisów zazwyczaj przed takimi akcjami poją 

background image

wódką. On zaś może mordować ludzi i na trzeźwo.
― 

I ja jego też na trzeźwo zamorduję!

― 

Zlikwiduje go pan... jak wściekłego wilka.

Tomasz wstał i wyszedł z gabinetu drzwiami do łazienki. Powrócił po 

kwadransie. Położył na biurku dwa francuskie granaty. Były wykonane z 
matowej blachy. Miały z boku łyżeczki do przytrzymywania przed rzutem, 

które u góry były zabezpieczone zawleczkami z pierścieniami:
― 

Czy pan wie, jak z nimi się obchodzić?

― 

Wiem dobrze.

Wziął granat i zważył go w ręce.

― 

Obawia się pan, że wewnątrz marmolada ―zażartował 

Tomasz. ― Naciął się pan na iperycie i cyjanku i nie wierzy pan nikomu.

― 

Panu zawsze wierzę.

Daję panu dwa. Drugi może się przydać, jeśli będzie pościg. Pistolet pan ma.

― 

Mam kilka. Z nich dwa własne, jeden wspólny, a jeden 

egzekutywy.

― Życzę powodzenia. I proszę mnie odwiedzić. Mam ochotę doradzić panu 
ostrożność, ale wierzę w pański spryt, wyczucie i doświadczenie.

Józef postanowił dokonać zamachu na Gorzewskiego na ulicy Zamkowej i 
wykorzystać do Nadejścia korytarz prowadzący do gmachu uniwersytetu. 

Ulica w tym miejscu była wąska, wygodna dla akcji. Ale panował tam duży 
ruch ― nie tylko na jezdni, lecz i na chodnikach. Obawiał się więc, że prócz 

Gorzewskiego mogą ucierpieć i niewinni ludzie. Co prawda granat zaczepny 
nie raził odłamkami, ale podmuch mógł kontuzjować przechodniów. Nie. 

orientował Się w tym dokładnie, chociaż miał do czynienia z granatami w 

background image

wojsku. Postanowił wybrać taką sytuację, żeby nikomu prócz Gorżewskiego
177

nie zaszkodzić. Za najlepszą porę uznał południe, bo na ulicy było mniej 
ludzi, a gestapowiec przejeżdżał ją dwa razy w ciągu jednej godziny.

Nie zapoznał nikogo ze swym planem zamachu. Wiedział o nim tylko 
Tomasz, ale nie znał szczegółów. Nie chciał wtajemniczać w to nawet Klary, 

chociaż uważał, że byłaby potrzebna jako obserwatorką... po akcji. Ale się 
obawiał, że jeśli będzie się kręciła w pobliżu, może się narazić na 

aresztowanie, bo miejsce zamachu na pewno otoczą policjanci z niedaleko 
położonej przy ulicy Dominikańskiej komendy policji.

Nazajutrz udał się przed dwunastą na ulicę Zamkową. Miał pod pachą lewej 
ręki parabellum umieszczone w futerale, który sam uszył z brezentu. 

Zapasowy magazynek trzymał w kieszeni marynarki. Granaty wsadził 
łyżeczkami za pas spodni ― z prawa i z lewa. Chociaż dzień był ciepły, 

włożył starą jesionkę, żeby go luźno okryła. Prawa kieszeń w niej była 
wycięta i mógł tędy łatwo wyjąć granat albo trzymać go w ręce pod połą 

jesionki.
Zaraz po pierwszej Gorzewski przejechał motocyklem w górę ulicy, od 

strony placu Kajedralnego. Józef go dostrzegł z dużej odległości, ale sytuacja
była niepomyślna dla dokonania zamachu. Chodnikami po obu stronach 

ulicy szło dużo ludzi: studenci, żołnierze niemieccy, cywile, kobiety, nawet 
dzieci.

Starał się zorientować, jak rzucić granat, żeby wybuchnął w powietrzu tuż 
przed jadącym motocyklem gestapowcem albo pod nim na jezdni. Trzeba 

było uprzednio wyjąć z granatu pierścień z zawleczką, a potem trzymać go 

background image

pod połą jesionki, przyciskając dłonią łyżeczkę. Następnie ― jeśli sytuacja 
będzie odpowiednia ― zrzucić łyżeczkę jeszcze przed zrównaniem się z nim 

Gorzewskiego, potem cisnąć granat naprzód, przed motocykl. Mógł zrobić 
to w trzeciej lub czwartej sekundzie po zwolnieniu łyżeczki. Wówczas, 

przypuszczał, wybuch nastąpi w tym miejscu, w którym się znajdzie jadący 
prędko motocykl.

Gdy Gorzewski minął go, Józef wszedł do korytarza i zabezpieczył granat. 
Potem skierował się przez główną bramę uniwersytetu na plac Napoleona. 

Tam usiadł na ławeczce na małym skwerze, wyjął z kieszeni miejscową 
gadzinówkę i zaczął ją przeglądać. Wrócił na Zamkową wkrótce przed 

drugą. W korytarzu odbezpieczył granat i trzymając go przez wycięcie w 
kieszeni pod połą je. sionki zajął stanowisko. Nie odchodził daleko. Musiał 

jednak „spacerować" w obie strony ulicy. Czasem się zatrzymał w wejściach 
frontowych i udawał, że na kogoś czeka. Gdy Gorzewski ukazał się na jezdni,

sytuacja znów była niepomyślna. Oboma chodnikami szło wielu ludzi.
Dopiero na trzeci dzień trafiła mu się dobra sposobność. Gdy Gorzewski, 

niedługo przed drugą, jechał z domu do gestapo, oba chodniki były puste na
dłuższym odcinku. Tylko od placu Katedralnego pędziła wojskowa 

półciężarówka.
Józef stanął obok wejścia do korytarzyka. Gdy motocykl był w odległości 

około trzydziestu metrów od niego, zwolnił łyżeczkę i trzymał w dłoni 
odbezpieczony granat, który musiał rzucić, bo wybuchu nie mógłby już 

wstrzymać. Liczył sekundy. Gestapowiec zrównał się z nim pędząc prawą 
stroną wąskiej ulicy. Wówczas Józef silnym ruchem cisnął granat, nieco 

skośnie, w przód i w górę jednocześnie. Zrobił to zupełnie spokojnie, jakby 

background image

automatycznie, bo właśnie tak zamach uplanował. Wszystko, co się odbyło 
w ciągu ostatnich sekund, utrwaliło się w jego pamięci ― jakby oglądał to 

na filmie zwolnionym. Pusta ulica i jadąca nią z lewa półciężarówka z 
niemieckimi żołnierzami. Pędzący z prawa motocykl, na którym tkwi 

masywna postać gestapowca. Granat zakreślający łuk w powietrzu, 
opadający tuż przed motocyklem na bruk i nagle znikający... w wirze 

podmuchu. Hałas dwóch motorów złączył się z wybuchem, którego Józef, 
wtulony we wnękę u drzwi, nie odróżnił może dlatego, że nie odrywał 

spojrzenia od pędzącego motocyklem gestapowca. Raptem motocykl 
pośliznął się na jezdni, a siedzący na nim człowiek wyrzucił ramiona w boki i 

dał nura głową w dół. W powietrzu mignęły jego nogi. Rozległ się 
gwałtowny, ostry zgrzyt hamulców półciężarówki wojskowej. Józef skoczy! 

w pół ciemny korytarz i poszedł w kierunku zakrętu na prawo. Rozminął się 
ze studentem i studentką, którzy głośno się śmiali. Przeszedł obok 

oszklonego wejścia do dyżurki woźnego i wnet znalazł się na dużym 
dziedzińcu uniwersytetu. Skierował się, nieco wolniej, ku bramie.

„Chyba nie ocalał" ― pomyślał o Gorzewskim, ale nie czuł zadowolenia, lecz
raczej wstręt. A tamta scena, która mu utkwiła w pamięci, wydawała się 

nierealna jak przypomnienie koszmarnego snu. i
Po dwóch dniach dowiedział się od Adama, że Gorzewski miał wypadek 

podczas jazdy motocyklem. Jest obecnie w szpitalu, w ciężkim stanie. Ma 
złamaną rękę i rozbitą głowę. Długo był nieprzytomny i jeszcze nie odzyskał 

mowy.
― 

Jak to się stało? ― spytał Józef z udanym zdziwieniem.

― 

Potrąciła go ciężarówka niemiecka. Motocykl wpadł pod koła 

background image

auta, a Gorzewski wyleciał na chodnik.
― 

Dziwna historia! ― powiedział Józef. ― Przecież on doskonale 

jeździ!
― 

Jeździł jak szatan! A może to wina Niemców, bo po wypadku 

umknęli i nie wiadomo, jak tam było. Ja również mam motocykl, ale jeżdżę 
ostrożnie.

Chociaż Józef miał do Adama całkowite zaufanie, nie wyjaśnił mu tej 
sprawy. Uważał za zbędne obciążanie go, bez koniecznej potrzeby, takimi 

wiadomościami.
― 

Pan Józef miał rację! ― powiedział Andrzej do Grzmota. ― 

Jaśkiewicz żywy już nam się przyda.
― 

Tak. Nie wiadomo, co w tej sprawie tkwi. Bolszewicy ogłosili 

zaprzeczenie. Zwalają winę morderstw na Niemców.
― 

A pan w to wierzy? ― spytał Józef.

 ― Nie mamy żadnych danych na obiektywne wyjaśnienie tej sprawy. 
Dlatego właśnie uznaliśmy wysłanie Jaśkiewicza do Katynia za bardzo 

ważne. On nie chciał przyjąć zaproszenia Niemców. Oba wiał się, że jemu z 
tego względu zarzucają kolaboracjonizm. Więc zwrócił się do nas z 

zapytaniem. Przyrzekł, że zbada sprawę uczciwie, rzeczowo i zbierze jak 
najwięcej materiałów. Potem złoży nam szczegółowe sprawozdanie.

― 

W moim przekonaniu ― wtrącił Andrzej ― sprawa jest 

zupełnie jasna. Hitlerowcy są zdolni do popełnienia każdej zbrodni, ale 

tamtej nie mogli dokonać. Natomiast bolszewikom się nadarzyła 
sposobność zniszczenia ogromnej ilości oficerów polskich. Przecież gdy byli 

tutaj, najstaranniej wyłapywali i wywozili, oczywiście na zagładę, właśnie 

background image

oficerów i inteligencję. Chcieli pozbawić naród tych,
którzy umieją prowadzić walkę i tych, którzy potrafią życie organizować. 

Słowem: chcieli nam urwać ręce i głowę!
― 

A teraz powiem wam nowinę, o której chyba jeszcze nie 

słyszeliście ― rzekł Grzmot. ― Getto warszawskie rozpoczęło walkę z 
Niemcami, którzy chcieli je zlikwidować w łatwy sposób.

― 

To mi się podoba! ― powiedział. Józef.

― 

Sprawa beznadziejna ― skomentował Andrzej.

― 

Ale lepiej, jeśli zginą w walce! ― dodał Józef. ― Może przy tym

część ich ocaleje. Poza tym zwrócą uwagę świata na to, co się dzieje.

― 

Dużo świat o to dba! ― wzruszył ramionami Andrzej. ― A ja 

bym zachęcił naszych Żydów, żeby walczyli.

― 

Czym? ―1spytał Grzmot. ― Gołymi rękami przeciw karabinom 

maszynowym.
― 

Czy nie moglibyśmy dać im broni?

― 

Skąd wziąć? Skupujemy po jednym pistolecie, gdzie się da. 

Zamierzamy tworzyć oddziały leśne, a nie ma z czym zaczynać.

― 

Można zacząć z jednym pistoletem, a zdobyć karabiny. Można 

rozbrajać posterunki policji litewskiej w gminach, odbierać broń Niemcom 

na drogach. Można zorganizować specjalne akcje dla zdobywania broni.
― 

Tak się będzie robiło. W lasach operuje partyzantka 

bolszewicka. Napadają na plebanie, na zamożniejszych chłopów, na 
folwarki. Po prostu rabują! Musimy przeciwdziałać . Trzeba opanować , 

lasy! ― Spojrzał na zegarek i zwrócił się do Józefa: ― Czy nie mógłby pan 
dopomóc mi w ważnej i pilnej sprawie? W żaden sposób nie zdążę tego 

background image

załatwić.
― 

Oczywiście pomogę. O co idzie?

― 

Trzeba zaraz pójść do Adama, wziąć od niego legitymację 

oficera Sicherheitspolizei i zanieść ją do naszego biura legalizacji. Tam ją 

sfotografują i wykonają podobne legitymacje. Dla pewnej sprawy są nam 
potrzebne teraz i mogą się przydać w przyszłości.

― Chętnie to zrobię.
― 

Ale trzeba bardzo się wystrzegać, żeby nie wpaść z legitymacją 

gestapowca.
― 

Akurat mam przy sobie pistolet. Jest czym się bronić.― A jeśli 

pana pochwycą rannego? Nie jest to nieprawdopodobne:
― 

Legitymację znalazłem.

― 

Chodzi o to, żeby Adam był zabezpieczony.

― 

Powie, że legitymację zgubił, albo że skradziono mu ją z 

kieszeni. Mnie zaś nie zna i nigdy nawet nie widział. Wielka szkoda, że nie 
mam trucizny. Najlepsze zabezpieczenie.

Grzmot odchylił połę marynarki i wyjął dobrze ukrytą tam gumową kapsułę,
wielkości małej monety, nieco grubszą pośrodku.

― 

Weź pan to ― powiedział. ― Trzeba rozdzielić paznokciem 

dwie warstwy gumy i łyknąć zawartość. Mam w domu jeszcze taką porcję 

dla siebie.
― 

Czy jest pewna?

― 

Angielska, ze zrzutu.

― 

Jeśli angielska, to. niezawodna! ― wtrącił Andrzej. ― Oni 

trucizny nam nie pożałują... szczególnie gdy wygramy wojnę i nie będziemy 

background image

im potrzebni!
― 

Dziękuję! ― Józef wziął kapsułę i zaraz ją ukrył pod podszewką 

marynarki, obok guzika, w tym miejscu, gdzie poprzednio chował „cyjanek".
― 

A teraz objaśnię panu, gdzie jest nasze techniczne biuro 

legalizacji ― Grzmot wymienił nazwę ulicy.
Józef zaraz mu przerwał:

― 

Tam na piętrze jest duży pokój z widokiem na ogród od strony 

ulicy. Pracuje tam trzech ludzi, a czwarty spec przychodzi dorywczo...

― Skąd pan wie?! ― zdumiał się Grzmot. ― Uważałem, że ten lokal jest 
szczególnie dobrze zakonspirowany!

― 

Mniejsza o to i rzekł Józef. ― Grunt, że wiem, od kogo wziąć 

legitymację i komu ją doręczyć.

― 

Dzisiaj też trzeba ją zabrać z powrotem. I muszą przed 

sfotografowaniem zakryć dobrze tekst wpisany. Zostawić tylko druk. A 

negatyw, po wykonaniu kliszy, musi być zniszczony. Jest to konieczne.
― 

Dobrze. Powiem to dokładnie. Czy Adam jest uprzedzony?

― 

Tak. Już powinien czekać w domu.

― 

Czy mogę wziąć rower? ― spytał Józef Andrzeja. ― 

Przyśpieszyłoby to sprawę.
― 

Proszę wziąć, ale dzisiaj trzeba go zwrócić.

― 

Dobrze. Więc z panem jeszcze się zobaczymy. A pana ―rzekł 

do Grzmota ― pożegnam do następnego spotkania.

W sionce sprawdził pistolet, który miał zawieszony pod lewą pachą. Potem 
wyprowadził rower na ulicę i pojechał do Adama. Wziął od niego 

legitymację i przyrzekł, że dzisiaj ją zwróci. Następnie omijając śródmieście 

background image

podążył w stronę Zakrętu.
Z ulicy dostrzegł, że na małym, drewnianym balkonie suszy się na sznurze 

kilka par skarpet: umowny znak, że wszystko w porządku. Wjechał na 
dziedziniec i zobaczył Henryka, który naprawiał przy wejściu na ganek 

dzwonek elektryczny. Bardzo serdecznie przywitał Józefa, ale minę miał 
skwaszoną.

― 

Stało się coś przykrego? ― spytał go Józef.

― 

Nie lubię świństw u siebie w domu! ― wybuchnął Henryk.

― 

Tylko poza domem ― rzekł Józef takim tonem, aby brzmiało to 

jak dowcip. ― No, opowiadaj?

― 

Rozumiesz! ― zaczął Henryk głosem pełnym oburzenia. ― 

Przychodzę wczoraj wieczorem do domu i widzę, że pani Skórska leży na 

tapczanie w pracowni. Nogi ma rozłożone ot tak! ― pokazał dwa 
rozstawione palce. ― I się śmieje! A Wacek, rozpromieniony, na nią 

patrzy...
― 

Nic nie rozumiem! ― przerwał Henrykowi Józef. ― Skąd tam 

się zjawiła pani Skórska?
― 

No, przyszła, kiedy mnie nie było w domu! Ha!...

― 

Skąd przyszła? Z ulicy? I kto ona jest?

― 

Ależ moja żona...

― 

Ach, twoja żona!

― Tak. Przed kilku dniami było to samo. Zwróciłem jej uwagę i 

powiedziałem, że nie życzę sobie, aby tak się zachowywała!
― 

Czy zastałeś ich w drastycznej sytuacji?

― 

Oczywiście! Leżała na tapczanie!

background image

― 

I co?

― 

Co i co?

― 

Co robili?―

Rozmawiali.

― 

Więc co w tym tak bardzo złego?

― 

Ale ja sobie nie życzę, żeby moja żona składała wizyty 

mężczyznom!

Józef od razu wywnioskował, że Henryk, który żył z żoną na stopie 
wojennej, pokłócił się i z lokatorami, a następnie zaczął szukać przyczyny do

wykazania, że go spotykają wielkie krzywdy.
― 

Wiesz dobrze ― powiedział spokojnie ― że twojej żony nie 

łączy z nimi nic niemoralnego. Wstępuje czasem do nich, by pomówić, 
posłuchać radia, dowiedzieć się nowin, bo ty przecież z nią nie rozmawiasz. 

Jest zmęczona, bo przez cały dzień pracuje, więc się położyła. Pewnego razu
ze mną w ten sposób rozmawiała.

― Co innego z tobą, a co innego z nimi!
― Dochodzę do wniosku, że z nimi pokłóciłeś się.

― Tak. Bo są bydlaki! Żeby nie praca dla Organizacji, to bymich na zbity 
pysk stąd wywalił! Grają na lutni patriotyzmu, a kalkulują, ile na tym 

zarobią! Gdy byliśmy na Wilii, z jeszcze paru gośćmiz Organizacji, to Wacek 
powiedział: „Chciałbym złożyć swą pracę 

na ołtarzu Polski i w nagrodę za to umrzeć!". Rozumiesz, jaka toblaga! Ale 
już się dowiadują, kiedy w Komendzie będą przedstawiać do awansów, do 

odznaczeń. Już celują na oficerów, chociaż o wojsku pojęcia nie mają. 
Deklamują: „Rodacy, bracia!" A myślą:„Barany do strzyżenia!" Krzyczą: „O, 

Polsko, matko nasza kochana!" A myślą o stanowiskach, forsie, zaszczytach!

background image

― 

Jeśli nie możesz z nimi współżyć i współpracować, to, moim 

zdaniem, powinieneś jakoś to zakończyć.

― 

I skończę! Mam dość tych świństw! Ja ryzykuję sobą, dziećmi, 

majątkiem! A oni w razie wsypy drapną w krzaki i cały ten wulkan mnie 

zostawią!
Józef poprzednio zamierzał powiedzieć Henrykowi, jaki cyjanek potasu dał 

mu Wacek. Ale teraz zrozumiał, że w ten sposób włączyłby się do obozu 
Henryka i wywołałby dalsze zaognienie jego stosunków z kolegami. 

Postanowił więc nie poruszać tej sprawy.
― 

Może pomówimy o twoich krzywdach innym razem I― 

powiedział. ― Dzisiaj mam do Was bardzo pilną sprawę i trzeba ją zaraz 
załatwić.

Pokazał Henrykowi legitymację Adama i wyjaśnił, co trzeba z nią zrobić. 
Dodał, że klisza musi być zrobiona bardzo prędko, a dalsze instrukcje w tej 

sprawie otrzyma przez łącznika z Komendy.
― 

Więc i ty należysz do AK! ― wykrzyknął Henryk.

― 

Prawie każdy Polak w jakiś sposób należy do AK ― odparł 

Józef. ― Ale ja nie należę. Po prostu załatwiam przez grzeczność sprawę, o 

którą mnie proszono.
― 

Ale to jest wbrew zasadom konspiracji!

― 

Podaj ich do sądu. A teraz idź i załatw to, bo zaraz muszę 

wracać. Trzeba przed godziną policyjną zwrócić tę legitymację i pożyczony 

rower. I pamiętaj: numer legitymacji i nazwisko mają być zakryte, a 
negatyw, po zrobieniu kliszy, zniszczony. Takie jest polecenie.

― 

Dobra jest. Mieliśmy podobne roboty. Chodź do pracowni... ― 

background image

splunął na stronę i dodał: ― Do tamtych chamów!
― 

Nie. Załatw to sam. Wiesz, o co idzie. A ja zaczekam tutaj. I 

radzę tobie pogodzić się z nimi.
Tegoż wieczora Józef zwrócił legitymację Adamowi i pojechał do Andrzeja. 

Ale nie zastał go w mieszkaniu. Postawił rower w sionce, zamknął drzwi i 
pośpiesznie poszedł do domu.

Za parę dni musiał jednak powtórzyć tę operację, bo się okazało, że zdjęcie 
zrobiono licho. Grzmot był zirytowany. Pokazał Józefowi fałszywy blankiet 

legitymacji, formatu złożonej pocztówki, na błękitnawoszarej tekturce.
― 

Niech pan sam porówna to z oryginałem. Przecież to skandal!

― 

Może nie mogli lepiej tego wykonać?

― 

Ależ gdzież tam! Robili trudniejsze rzeczy. Legitymacje 

Arbeitsamtu są zupełnie dobre. A tutaj po prostu niedbalstwo. Proszę im 
powiedzieć, że robota musi być wykonana jak najlepiej i jak najprędzej. 

Przepraszam, że drugi raz pana tym obciążam, ale naprawdę jestem 
zmęczony. Ile czasu zabiera każda taka głupia historia! A teraz inna sprawa. 

Nasz kontakt u Andrzeja jest prywatny. Mnie chodziło o to, aby w trakcie 
uzdrawiania egzekutywy mogliśmy prędko się porozumiewać. Ale pański 

formalny kontakt z Komendą powinien się odbywać przez łącznika.
― 

Wiem. Przez Bronkę.―

Otóż Bronka jest zlikwidowany.

― 

Jak?! Przez kogo?

 ― Jest ranny, a po wyleczeniu skierujemy go do partyzantki. W mieście jest

zbyt dobrze znany.
― 

Co się z nim stało?

Grzmot opowiedział krótko taką historię: Bronka w ostatnim miesiącu miał 

background image

melinę przy ulicy Nowogrodzkiej. Mieszkał tam z jeszcze jednym kolegą i 
obaj przypuszczali, że są dobrze zakonspirowani. Pewnego wieczora jednak,

przed kilku dniami, przyjechało auto i do domu się wdarli gestapowcy 
litewscy. O co chodziło, dotychczas nie wiadomo. Adam się dowiedział tylko

tyle, że była to obława na spekulantów. Rzeczywiście kolega Bronki trochę 
handlował, żeby lepiej się zalegalizować. Gdy gestapowcy weszli do domu, 

zaczął strzelać i zranił dwóch z nich, a sam został zabity. Bronka wykorzystał 
zamieszanie i wyskoczył oknem na dziedziniec. Tam jednak czuwał 

gestapowiec, który zaczął do niego strzelać. Bronka odpowiedział strzałami i
gestapowiec się schował za narożnik domu. Wówczas Bronka, który dobrze 

znał wszystkie drogi w pobliżu, wydostał się na inną ulicę. Doszedł do 
meliny, niezbyt stamtąd odległej. Nazajutrz przewieziono go na Zarzecze w 

bardzo dobre miejsce. Ma przestrzeloną pierś, ale rana nie jest 
niebezpieczna.

― 

Teraz będzie pan miał innego łącznika, Żubra ― powiedział 

Grzmot. ― Zapozna się pan z nim pojutrze, o piątej wieczorem, u pani 

Anny.
― 

Jaki to człowiek?

― 

Zupełnie oddany Sprawie.

― 

Dobrze.

Józef powtórzył procedurę z legitymacją Adama, chociaż go irytowała, bo 
tracił drogi mu czas.

Na umówiony termin poszedł do pani Anny, aby się poznać z nowym 
łącznikiem. Lokal ten uważano za dobrze zakonspirowany, ponieważ na 

parterze we frontowym pokoju mieszkał niemiecki oficer sztabowy. W 

background image

domu on tylko nocował, a dnie spędzał na mieście. Pani Anna mówiła 
dobrze po niemiecku i starała się, by lokator czuł się u niej jak najlepiej. 

Chodziło o to, że w jej mieszkaniu odbywały się komplety tajnej szkoły, na 
które uczęszczało grupkami kilkudziesięciu uczniów. Poza tym miał u niej 

swój lokal kontaktowy Bronka, a po nim przejął go Żubr. Ta okoliczność, że 
mieszkał u niej oficer niemiecki, którego wizytówka była umocowana na 

drzwiach, stanowiła dodatkowe ubezpieczenie lokalu.
Gdy Józef przyszedł do pani Anny, w stołowym pokoju odbywała się lekcja. 

Kobieta zaprowadziła go do kuchni.
― 

Bardzo przepraszam ― powiedziała. ― Nie mam gdzie pana 

przyjąć, nawet sypialnia zajęta.
― 

A gdzie jest Żubr?

― 

W pokoiku mojej córki. Ale ma jakiegoś gościa.

― 

Proszę mu powiedzieć, że jestem tutaj i czekam. Mogę jednak 

przyjść o innej porze, która dla niego będzie wygodniejsza.
― 

Zaraz załatwię to.

Po kilku minutach do kuchni wszedł w towarzystwie pani Anny mężczyzna 
lat około dwudziestu pięciu, szczupły, średniego wzrostu.

― 

Poznajcie się, panowie! ― powiedziała kobieta. ― Pan Kondor,

pan Żubr. I proszę mi wybaczyć, że was zostawiam. Muszę iść do uczniów.

― 

Bardzo mi przyjemnie! ― rzekł Żubr, ściskając dłoń Józefa. ― 

Dużo o koledze słyszałem i cieszę się, że będziemy współpracowali.

― 

Jeśli pan teraz zajęty, mogę przyjść kiedy indziej ― powiedział 

Józef, akcentując wyraz „pan".

Żubr w lot zrozumiał to i po jego twarzy przemknął wyraz niezadowolenia.

background image

― 

Chwilkę się zastanowię ― powiedział. ― Najwygodniej jednak 

byłoby mi teraz ― dodał po krótkim namyśle. ― A wie pan co? Przed 

panem nie warto tak drobnej sprawy konspirować. A mój gość przecież nie 
wie, kim pan jest. Chodźmy do pokoiku, skończę rozprawę z nim, a potem 

omówimy nasze sprawy.
― 

Dobrze.

Udali się do pokoju na piętrze od strony dziedzińca. Przy stoliku obok 
jedynego okna siedział chłopiec lat chyba osiemnastu. Miał smutną, bladą 

twarz, łagodne, szare oczy i wysokie czoło.
Żubr zaproponował Józefowi, żeby usiadł na łóżku, bo w pokoju

były tylko dwa krzesła. Potem usiadł przy stoliku naprzeciw młodzieńca i 
powiedział oschłym tonem przełożonego:

― 

Mnie idzie o dokładne wyjaśnienie tej sprawy. Robię to z 

polecenia góry A wiadomość o niej dotarła tam bocznymi drogami.

― 

Po prostu koleżanka moja, która zajście widziała, zameldowała 

o nim ― powiedział młodzieniec.

― 

Mniejsza z tym, kto zameldował. Chcę wiedzieć, czy informacja 

jest zgodna z prawdą! Więc kolega miał wówczas przy sobie pięćdziesiąt 

numerów „Niepodległości"?
― 

Miałem. Odebrałem je z punktu kolportażowego i niosłem do 

domu, bo chciałem rozdać pisma wieczorem. Paczuszka była włożona w 
okładkę książki i wyglądała jak książka. Jest to mój sposób noszenia pism.

― 

Ale kolegę mogli zatrzymać! Co wówczas z prasą?

― 

Zostawiłbym na ziemi. Nie przyznałbym się do książki. A może 

ktoś z Polaków by ją wziął.

background image

Chodzi o taką rzecz ― zwrócił się Żubr do Józefa. ― Ten oto kolega ― skinął
lekceważąco dłonią w kierunku młodzieńca ― odebrał z tajnego punktu 

kolportażowego pisemka. Po drodze do domu, przy ulicy Zygmuntowskiej...
― 

Było to naprzeciw Arsenalskiej ― sprostował młodzieniec. 

― 

Aha! To znaczy, obok Zygmuntowskiej zobaczył, że łódka, którą

przejeżdżali rzekę dwaj Niemcy, wywróciła się. Jeden z nich dopłynął z 

prądem do brzegu, a drugi zaczął tonąć. Wówczas kolega właśnie ― znów 
gest w stronę młodzieńca ― zdjął marynarkę i trzewiki, skoczył do wody i 

wyciągnął Niemca na brzeg. Tak było?
― 

Tak. Ale książkę położyłem pod marynarkę i uważałem, że jest 

bezpieczna.
 Ale po co kolega go ratował?

― 

Bo on tonął.

― 

Ale kolega przecież widział, że to Niemiec!

― 

Widziałem.

― 

Więc dlaczego kolega to zrobił?

― 

Bo widziałem, że człowiek tonie.

― 

Ale to był przecież Niemiec! Miał na sobie mundur! To nasz 

wróg! Tak?―

Tak. Ale ja nad tym się nie zastanawiałem. 

Widziałem, że człowiek tonie i postąpiłem odruchowo. To znaczy 

instynktownie.
― 

Ładny instynkt! Narażać życie, zaniedbywać obowiązki, aby 

uratować naszego wroga! Może pan to zrozumieć? ― zwrócił się do Józefa,
― 

Mogę ― odparł Józef. ― I zastanawiam się, czy nie 

postąpiłbym „instynktownie" tak samo? Chyba bałbym się zimnej wody 

background image

albo, że nie zdołam go wyciągnąć.
Młodzieniec spojrzał na Józefa z wdzięcznością. Natomiast Żubr zerknął ku 

niemu ze zdziwieniem i złością.
„Będę miał skrytego wroga!" ― pomyślał Józef, który już się zorientował, z 

jakiego rodzaju „gorliwcem" ma do czynienia i pożałował, że stracił kontakt 
z wesołym, serdecznym Bronką.

Żubr wnet zakończył rozprawę z młodzieńcem. Poradził mu, aby na 
przyszłość był ostrożny przy kolportowaniu prasy podziemnej. Potem go 

pożegnał.
Później rozmawiał z Józefem przesadnie grzecznie i tylko służbowo. Było 

widać, że nie wie, jaką wobec niego przyjąć postawę. Ale Józef spokojnie, 
swobodnie omówił sposób swej łączności, za jego pośrednictwem, z górą. 

Nie poruszali żadnych ubocznych tematów i wnet się pożegnali.
 Helena wróciła ze szpitala. Wyglądała marnie. Cerę miała bladą, oczy jej 

głęboko zapadły. Zachowywała się nieśmiało, jakby się poczuwała do jakiejś 
winy wobec Józefa. On przez parę dni nie zwracał na to uwagi, potem 

spytał:
― 

Dlaczego tak się zmieniłaś?

― 

Nie wiem... Trudno mi o tym mówić...

― 

Wyczuwam, że ciebie coś trapi. Trzeba pomówić o tym 

szczerze.
― 

Boję się, że nie wypowiem swych myśli i uczuć tak, byś mnie 

właściwie zrozumiał.
― 

Spróbuj!

― W szpitalu dużo myślałam o mnie, o tobie, o życiu w ogóle...

background image

Doszłam do przekonania, że nikomu nie jestem potrzebna. Właściwie nikt 
nigdy mnie nie tylko nie kochał, ale nawet nie lubił. Ty pierwszy byłeś dla 

mnie zupełnie dobry. Ale twoja dobroć powstała z litości...
― 

Ze zrozumienia. Wytworzyła się u nas solidarność, sympatia...

― 

Tak. Zgadzam się. Ale jestem dla ciebie ciężarem. Nic ci nie 

mogę dopomóc i tylko zawadzam! Ot, na przykład, była tu Nimfa. 

Odwiedzała mnie często. Wiele razy rozmawiałyśmy...
― 

Czy twój nastrój jest skutkiem rozmów z nią?

― 

Nie. Nie poruszałyśmy spraw poufnych. Ale z jej troski o mnie, 

sposobu mówienia, zachowania się, zrozumiałam... jak to powiedzieć?

― 

Jak najprościej i tak jak myślisz.

― 

Że ona tobą bardzo się interesuje. Po prostu stała się twoją 

kochanką. Ona o tym, oczywiście, nie powiedziała ani słówka. Ale nie 
umiała sfałszować swych spojrzeń, głosu, zachowania się ze mną. Słowem, 

miała poczucie winy wobec mnie. To mi się nawet podobało, bo dobrze o 
niej świadczy...

― 

A czy twoje myśli, odczuwania nie wynikają z zazdrości?

― Nie. Może ci sprawi przykrość takie zapewnienie? Ale wcale

nie byłam i nie jestem zazdrosna o ciebie w sensie... no, erotycznym. 
Mogłabym być zazdrosna o miejsce przy tobie, ale nie o ciebie samego, nie 

o mężczyznę, nie o twoje zabawy miłosne lub flirty...
― 

Już jest lepiej! Chwyciłem oddech. Proszę o dalszy ciąg.

― 

Gdy wróciłam do domu, do swej psiej budy, Nimfa odjechała. 

Nawet dobrze uzasadniła to wobec ciebie, mnie i panny Jadwigi. Ale jestem 

pewna, że jeślibym nie wróciła, byłaby tu nadal.

background image

― 

Może. Więc robisz sobie wyrzuty, że przerwałaś nasz romans?

― 

Robię sobie większy wyrzut. Dopóki będę z tobą, będę ci 

ciężarem w ogóle. A ja tego nie chcę. Dlatego postanowiłam, w szpitalu 
jeszcze, że muszę tę sytuację zmienić.

― 

Jak?

― 

Nie wiem.

― 

Wróć do rodziny.

― 

Za nic! Ale może znajdę jakąś pracę, chociażby służąceju 

dobrych ludzi. Właśnie chcę z tobą nad tym się naradzić.―

Dobrze. Ale powiedz mi zupełnie szczerze, czy ci u mnie jest źle?

― 

Ależ jest wspaniale! Czytam całe dni, myślę. Nikt mnie nie 

denerwuje...

― 

Więc ci u mnie jest dobrze. 

― 

Ale tobie ze mną źle.

― 

Nawet nie pomyślałem o tym. Ale się zastanowię. Nieco 

później, bo dzisiaj miałem trudny dzień. Wydaje mi się czasem, że trafiłem 

w bagno, które jest degradacją moich uczuć i godności.
― 

Bardzo się cieszę.

― 

Czym? ― zdziwił się Józef.

― 

Twymi słowami o bagnie. A teraz chcę dowieść panu, że jego 

pies jest inteligentny.
Wyszła z pokoju. Powróciła z butelką wódki, którą przyniosła z letniego 

mieszkania. Prędko przygotowała przekąskę i uroczyście nalała pół szklanki 
wódki. Uniosła ją w górę i powiedziała:

― 

Zdrowie i szczęście mego pana! ― Odpiła parę kropel i 

background image

postawiła szklankę na stoliku. ― Proszę!
― 

Dziękuję! Właśnie to jest mi potrzebne.

― 

Oczywiście potrzebne. Musisz odmrozić duszę i wyzwolić 

umysł.

Położyła się na łóżku, okryła nogi kocem i wzięła książkę. Udawała, że czyta. 
Nie chciała zakłócać spokoju Józefa ani słowem, ani nawet spojrzeniem.

Po tej rozmowie dostrzegł, że Helena stała się weselsza. A gdy nazajutrz 
wieczorem wrócił do domu, ich zimowy pokoik był zlikwidowany, a letnie 

mieszkanko uporządkowane. Podłoga była wyszorowana, okna 
wyczyszczone, nieliczne sprzęty wygodnie rozmieszczone.

― 

Pięknie tutaj gospodarzysz! ― powiedział zadowolony. ― 

Należy ci się nagroda, ale na razie nic nie mam.

― 

Więc jestem trochę pożyteczna?

― 

Bardzo pożyteczna.

― 

Od jutra zabiorę się do ogrodu. Pokażę tobie i Jadwidze, jak się 

to robi.

W tym czasie Józef opracowywał zamach na Kłobowskiego.
Wreszcie uznał, że może być wykonany. Kłobowski mieszkał u sąsiadki 

swych rodziców, ale od czasu do czasu wstępował w dzień do domu, gdzie 
był zameldowany. Do miasta nie chodził, ale w dzielnicy zwierzynieckiej 

odwiedzał znajomych. Wieczorem przed godziną policyjną szedł na ulicę 
Dębową, położoną na krańcu przedmieścia. Tam go łatwo było zlikwidować 

nawet i rankiem, lecz Józef uważał, że wieczorem zamachowcy będą 
zupełnie bezpieczni. Po zgładzeniu Kłobowskiego będą mogli przejść w 

zmierzchu mostem strategicznym na Zakręt.Tam przenocują u Zeksa. 

background image

Wystarczy im czasu i na to, by trochę pokluczyć zaułkami w pobliżu ulicy 
Konarskiego. Rozleją za sobą flaszeczkę karbolu, dla zmylenia psów 

policyjnych, jeśli gestapowcy zajmą się tą sprawą tego wieczora.
Ta okoliczność, że Kłobowski nigdy nie nocuje w domu, nasunęła Józefowi 

podejrzenie, iż on wie o wydanym na niego wyroku. Mógł więc być 
ostrożny, a nawet uzbrojony. Dlatego wybrał wygodne miejsce do zamachu 

i postanowił, że da na ubezpieczenie Maga i Zeksa. Wyrok zaś musiał 
wykonać Ryś. Chciał go wypróbować i mocniej związać ze swoją grupką.

Gdy ustalił plan zamachu, odbył naradę z Zeksem i Magiem. Wyjaśnił im 
wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Potem spytał:

― 

Czy są jakieś pytania?

― 

Wszystko jest jasne i proste ― rzekł Mag. ― Ale po co 

wyznaczać na tę robotę Rysia, który nie ma o niej pojęcia i którego trzeba za
rączkę prowadzić i wszystko mu klarować? A potem trzeba go ubezpieczać i 

pilnować, żeby nie wpadł.
― 

Chcę, żeby wsiąkł w tę robotę i był z wami zgrany.

― 

Kiedy on nam w ogóle nie jest potrzebny.

― 

Może się przydać w przyszłości.

Lepiej dać mu inną robotę.
― 

Pan ma coś na myśli ― powiedział Józef. Może mój plan się nie

podoba? Proszę mówić szczerze. Nie jestem zarozumiały i nie uważam swej 
koncepcji za najlepszą.

― 

Pański plan jest dobry. Aż za dobry! Ale po co budować 

rusztowanie dla zdjęcia z drzewa jednego jabłka, jeśli wystarczy drabina 

albo i drąg?

background image

― Rzeczywiście, moje opracowanie jest zbyt obszerne. Dla siebie nie 
robiłbym tego. Lecz jeśli wy robotę przeprowadzacie, chcę mieć pewność, 

że niczego nie zaniedbałem.
― 

A ja mam taki sposób wykonania zamachu ― rzekł Mag ― że 

będę miał do wyboru i czas, i miejsce. Poza tym nie potrzebuję żadnego 
ubezpieczenia.

― 

Pan dopiero dzisiaj dowiedział się ode mnie o tej sprawie!

― 

Tak. Ale znam osobiście Kłobowskiego. Jestem jego kolegą z 

gimnazjum. Byłem w młodszej klasie a on w starszej. Wiem, gdzie on 
mieszka, i przed paru tygodniami rozmawiałem z nim na ulicy. Ma do mnie 

zaufanie i mogę zawsze do niego przyjść, wybrać wygodny moment i go 
sprzątnąć.

― 

Kolegę? ― spytał Józef z uśmiechem.

― 

Takiego kolegę!... ― wzruszył pogardliwie ramionami Mag. ― 

Gdyby on ― skinął głową w kierunku Zeksa ― zaczął pracować dla gestapo, 
to i jego bym zlikwidował!

― 

A ja ciebie! ― zrewanżował się Zeks.

― 

Otóż ― ciągnął Mag ― mogę załatwić to bez żadnego ryzyka. 

Pójdę do Ryżego. Tak nazywaliśmy go w szkole. Pogadam z nim. A potem 
postąpię tak, jak będzie najwygodniej. Uliczka tamta zawsze pusta, miejsce 

dobre. Po co zabijać pchłę siekierą, kiedy paznokieć wystarczy. Czy nie tak?
― 

Zgoda. Kiedy pan chce zrobić próbę?

― 

Dzisiaj wieczorem. Ale nie będzie to próba. Na pewno go 

sprzątnę!

― Dam panu parabellum.

background image

― 

Zdaje mi się, że ma pan browning siódemkę.

― 

Mam własny.

― 

Wolałbym browning. Łatwiej ukryć przy sobie. A że mały 

kaliber, nie ma znaczenia. Jeśli dwóch kuł będzie za mało, wpakuję mu 

cztery.
― Broń mam daleko stąd. Musimy iść na Antokol.

― 

Drobiazg. Stamtąd pójdę w śródmieście. Mam melinę na 

Mostowej. Zjem obiad, wypocznę, a wieczorem pójdę do Ryżego.

Pożegnali Zeksa i udali się w drogę. Kiedy się zbliżyli do śródmieścia, poszli 
osobno. Ale za mostem przez Wilenkę znów się połączyli. Józef zaprowadził 

Maga na wzgórze obok cmentarza wojskowego na Antokolu. Do siebie nie 
chciał go zapraszać, chociaż mu ufał zupełnie. Lecz ścisłą konspirację swego 

mieszkania uważał za sprawę zasadniczą. Dlatego nikt ze znajomych nie 
wiedział, gdzie on ma swoją stałą bazę.

Wyjął browning ze skrytki w składziku na drewno i powrócił do Maga. Na 
cmentarzu panowała cisza. W wielu miejscach rosły wysokie grupy sosen. 

Na wzgórzach stał w zadumie stary las. Południowe słońce grzało mocno i 
powietrze było nasycone wonią żywicy, podobną do kadzidła. Do niej się 

dołączył ostry zapach dzikich ziół.
Józef położył się na trawie obok Maga i wyjął z kieszeni pistolet oraz 

zapasowy magazynek. Położył je na rozesłanej na trawie chustce do nosa.
― 

Ten browning ― powiedział ― ma tajemniczą historię. Do 

moich rąk trafił w sposób niezwykły. Jest w doskonałym stanie.
Mag ujął dłonią karbowaną rączkę browninga i oglądał go. Było widać, że 

lubi broń.

background image

― 

Zabezpieczony. Kula w lufie ― dodał Józef. ― Gdy mam przy 

sobie podobne zabawki, są zawsze gotowe do strzału. Może się zdarzyć, że 

nie będzie czasu na ładowanie.
― 

Jutro będzie w nim o kilka kul mniej ― rzekł Mag.

― 

Nie szkodzi. Do siódemki belgijskiej można łatwo się wystarać o

naboje.

― 

Chyba już pójdę.

― 

Dobrze.

― 

Dzisiaj wieczorem zrobię porządek z Ryżym. Można mu tam ― 

wskazał ramieniem na kwatery pobliskich mogiłek ― również dół wykopać.

― 

Jeśli będzie miał dokumenty przy sobie, proszę mu zabrać. Jest 

to ważne.

― 

Pamiętam. A gdzie się spotkamy?

― 

Może jutro tutaj?

― 

Doskonale! Podoba mi się to miejsce. O której porze?

― 

Też w południe. Tutaj zupełnie bezpiecznie i można przyjśćz 

kilku stron. Chodźmy teraz inną drogą. Wspięli się na wzgórze, przekroczyli 
zarośnięty chwastami rów i poszli wąską ścieżką prowadzącą między 

starymi drzewami. Przed nimi migotały cienie poszycia, przetkane ostrymi 
smugami promieni słonecznych. Cicho się poruszali, jakby płynęli w głębi 

morza wśród tajemniczych wodorostów.
Wydostali się na długą, piaszczystą, rzadko zabudowaną ulicę Sióstr 

Miłosierdzia. Józef wskazał ręką w prawo.
― 

Tam jest szpital wojskowy i ulica Sapieżyńska. A dalej 

Antokolska.

background image

― 

Wiem już. Widzę kopułę kościoła Piotra i Pawła.

Pożegnali się mocnym, szczerym uściskiem dłoni. Mag odszedł

lekkim, elastycznym krokiem. Józef patrzył za nim. Potem usiadł przy drodze
na zarośniętym trawą zboczu i zapalił papierosa. Wydało mu się, że nie 

powinien był się zgodzić na wykonanie zamachu przez Maga... nawet bez 
obserwatora.

„Może się wklepać w głupią historię!... Ale... sam chciał... naciskał!" ― 
uspokoił swe sumienie.

Nazajutrz udał się o umówionej porze na cmentarz wojskowy. Mag już 
czekał tam na niego.

„Zawsze jest punktualny!" ― pomyślał Józef z uznaniem.
Położył się obok niego na trawie. Wyczuł, że Mag jest zakłopotany.

― 

Nie udało się? ― spytał.

― 

Nic nie wyszło ― odparł Mag. Wyjął z kieszeni browning i 

zapasowy magazynek i podał je Józefowi.
― 

Była przeszkoda, czy nie mógł pan go znaleźć?

― 

Znalazłem go. Razem nocowaliśmy. Mogłem go zastrzelić wiele

razy. Ale... jak zabić niewinnego człowieka?... Pan może złożyć o tym raport.

Zgadzam się zrehabilitować, dokonać każdego zamachu, nawet w 
najtrudniejszych warunkach, ale nie mogę zastrzelić Kłobowskiego. I 

przypuszczam, że z bokserem Klędzinem jest podobna historia... ― zamilkł i 
ponuro, jak dziecko, które zawiniło, patrzył w bok. Potem wyciągnął ramię 

w kierunku grupy krzyżów na mogiłach.
― 

Nie mogę wbić krzyża w ciało żywego człowieka, Polaka, 

dawnego kolegi, gdy mam pewność, że jest zupełnie niewinny.―

background image

Więc uważa pan, że wyrok na niego wydano niesprawiedliwie?

― 

Kto go skazał, na jakiej podstawie, tego nie wiem. Ale mam 

zupełnie przekonanie, że jest niewinny.
― 

Czy Kłobowski wie, że go skazano na śmierć?

― 

Nie wie. Nie przychodzi mu to nawet do głowy, może dlatego, 

że poprzednio się ukrywał przed bolszewikami, a teraz się chowa przed 

gestapo.
― Dziwna historia! ― powiedział Józef. Przypomniała mu,się sprawa. 

Jaśkiewicza. Ale w tamtej sprawie był jakiś punkt oparcia dla wyroku. A o tej
nic nie wiedział.

― 

A może mi pan opowie w skrócie o swej rozmowie z 

Kłobowskim? Idzie mi o to, z czego pan wywnioskował, że on jest niewinny?

― Przede wszystkim z tego, że on się obawia gestapo i policji.
 ― Może poprzednio działał w porozumieniu z gestapo? ― Nigdy nie był na 

usługach gestapo ani NKWD. Kiedy bolszewicy weszli do Wilna, zaczął się 
ukrywać, bo nie zarejestrował się jako były oficer polski. Pracował na wsi. 

Kopał torf. Potem znalazł pracę przy budowie drogi. Ale przed rokiem został
zatrzymany w trakcie łapanki w pobliżu dworca. Znaleziono przy nim 

dokumenty. W paszporcie miał zaznaczone, że jest oficerem rezerwy. 
Zabrano go do gestapo i tam siedział kilka dni. Badano go, ale nie bito. 

Tłumaczył się, że się ukrywał przed bolszewikami i musiał nadal się ukrywać,
bo nie miał żadnych dowodów rejestracji. Zwolniono go, ale dokumenty 

zatrzymano. Kazano mu się zgłosić za tydzień. Poszedł tam, ale 
dokumentów nie otrzymał. Wydano mu zaświadczenie zastępujące 

dokumenty i kazano przyjść znowu za tydzień. Ale po paru dniach do jego 

background image

domu przyjechali nocą gestapowcy. Zdołał uciec ogrodami. Od tego czasu 
wstępuje do domu tylko w dzień i tylko wówczas, gdy to jest konieczne.

― Czy ma on osobistych wrogów?
― 

Każdy z nas ma jakichś wrogów. A czy Drobny i jego paczka nie 

sprzątnęliby pana rękami członków Organizacji? Oni się naradzali nad 
zorganizowaniem jakiejś afery, by potem oskarżyć pana, że używa 

egzekutywy dla celów osobistych. Słyszałem o tym.
I ― Owszem., były rozmowy o ekspropriacji dla zdobycia pieniędzy na zakup

broni.―

Wiem od Rysia, co oni kombinowali.

― 

Czy rozpoznanie, które panu dałem, było dobre?

― 

Tak. Spotkałem Ryżego niedługo przed godziną policyjną. Szedł 

właśnie na nocleg. Zdziwił się, że tam się kręcę. Powiedziałem mu, że 

wracałem ze wsi i się spóźniłem. Nie zdążę dojść do śródmieścia przed 
godziną policyjną. Zamierzam wracać na wieś i tam przenocować. Ale on 

zaraz poprowadził mnie do swej kryjówki, którą ma w domu jakiejś 
przekupki. Pozwoliła mu nocować u niej na strychu. Trzeba tam włazić po 

drabinie od tyłu i wciągać ją za sobą. A uciec w razie potrzeby można łatwo. 
Tam spałem. Ale gadaliśmy do północy. Widzi pan: mogłem go sprzątnąć 

bez żadnego ryzyka.
― 

Pan wspomniał, że z bokserem Klędzinem jest podobna 

historia.
― Niezupełnie podobna i nie znam jej dobrze. Ale słyszałem, że na Klędzina 

robiono donosy do Organizacji. On ma pełno wrogów. Bokser. Specjalista 
od rozbijania szczęk. Ale Klędzin wie, że na niego wydano wyrok. 

Powiedział, że ma wszystkich w „de", że chodzi z maszyną i że będzie 

background image

pierwszy walił w łeb każdego, kto do niego się zbliży, a będzie podejrzany. 
On również był aresztowany przez gestapo, ale wypuszczono go.

Józef usiadł i oparł się dłońmi o śliską, soczystą trawę. Patrzył w zadumie na
płynące niebem lekkie chmury. Potem przeniósł wzrok na szeregi krzyżów 

na żołnierskich mogiłach. „Muszę pójść do Andrzeja i opowiedzieć mu to 
wszystko".

Mag leżał nieruchomo twarzą w dół i wdychał woń rozgrzanej ziemi. Po 
jakimś czasie, gdy milczenie się przedłużało, spytał:

― 

Może pan nie ma zaufania do tego, co opowiedziałem?

― 

W zupełności panu ufam. Zastanawiam się nad tą sprawą.

― 

Właściwie nie wykonałem rozkazu. Gdybym się nie wyrwał na 

ochotnika, Ryżego by sprzątnięto i sprawa byłaby zlikwidowana. A tak...

― Proszę pana, nie było żadnego rozkazu!... W ogóle nie spełniam niczyich 
rozkazów i nikomu nie rozkazuję!... U nas była tylko narada!

Nie zamelduje pan o tym?
― 

Nie... Ale omówię tę sprawę dokładnie z uczciwym i 

odpowiedzialnym człowiekiem. Pańską wczorajszą dobrowolną wycieczkę 
do Ryżego uważam Za wywiad. Materia! pan mi dał interesujący...

― 

Jeśli pan zechce, to w każdym czasie wykonam zamach na 

Kozłowa albo Baronowa czy jeszcze kogoś. Bo się czuję niemile... Ale gorzej 

bym się czuł, gdybym tamtą sprawę załatwił pozytywnie.
― 

Na pańskim miejscu postąpiłbym tak samo. Zamachów na 

Kłobowskiego i Klędzina organizować nie będę, dopóki nie nabiorę 
przekonania, że wyroki są słuszne.

Umówili spotkanie za dwa dni u Klary.

background image

Mag odszedł ścieżką z tyłu cmentarza. Józef skierował się ku głównemu 
wyjściu. Lekki browning włożył do prawej kieszeni marynarki, magazynek do

lewej. Przypuszczał, że o tej porze zastanie Andrzeja w domu. Chciał 
omówić z nim sprawę Kłobowskiego, która go zdenerwowała.

Przeprawił się łódką przez Wilię i długą ulicą Pióromont wyszedł na 
Kalwaryjską. Tam panował duży ruch. Ciągnęły kolumny żołnierzy 

niemieckich, jechały auta wojskowe. Po ciszy cmentarza i pustce bocznych 
ulic ten zgiełk sprawił na Józefie przykre wrażenie. Zbliżył się do znanej mu 

dobrze bramy prowadzącej na dziedziniec kamienicy, w której mieszkał 
Andrzej. Roztargniony nie zwracał uwagi na otoczenie i chciał do niej 

wstąpić, ale w ostatniej chwili spojrzał przelotnie na mur obok bramy i 
raptem skręcił w lewo. Poszedł dalej chodnikiem. Oddalił się aż do rogu 

ulicy i poszedł wolno z powrotem, za grupką ludzi, jakby do niej należał. Gdy
się zbliżył znów do bramy, zobaczył i z drugiej strony na murze znak 

ostrzegawczy: „Z".
„Zasadzka! pomyślał. ― Dobrze, że dostrzegłem ..Może wewnątrz jest 

kocioł?"
Zastanawiał się, co począć. Nie miał bezpośredniego kontaktu z Grzmotem i

nie wiedział, gdzie szukać łączniczki Andrzeja. Zresztą i ona mogła wpaść. „A
może i Grzmot?"

Poszedł na Małą Pohulankę do pani Anny. Przypuszczał, że Żubr może mieć 
dla niego wiadomości... jeśli Grzmot ocalał i jeśli w Komendzie wiedzą o 

wsypie. Ale pani Anna nie miała dla niego żadnych nowin. Udał się do 
„Nory", lecz firanka na oknie gabinetu Tomasza była nieco odsunięta od 

framugi.

background image

„Jest zajęty albo i tutaj wsypa!" pomyślał ponuro.
Wreszcie poszedł do Antoniego, który mieszkał blisko stamtąd. Zastał go w 

mieszkaniu.
― 

Czy u Tomasza wszystko w porządku? ― spytał.

― 

Widziałem go dzisiaj o dziewiątej. Zaniosłem mu komplet 

dokumentów.

― 

Teraz firanka na oknie jest trochę odsłonięta.

― 

Może ma kogoś ze swoich ludzi albo klienta. On przecież bierze

tłumaczenia i od Niemców, i od Litwinów. Nie obawiaj się. On się nie 
wsypie. Cwany ptak!

Józef postanowił, że pójdzie do Adama. Grzmot utrzymywał z nim kontakt. 
Poza tym Adam sam mógł mieć wiadomości. Jeśli Andrzeja aresztowano, 

sprawa jest ważna i głośna. W gestapo na pewno wielu o niej wie.
Po drodze do Adama przeszedł jeszcze raz obok mieszkania Tomasza. 

Firanka była nadal nieco odsłonięta. Gdy zaś szedł ulicą Kalwaryjską, 
zatrzymał się po przeciwległej stronie i przez jakiś czas obserwował bramę 

domu, w którym mieszkał Andrzej. Ale nikt stamtąd się nie ukazał. 
Kamienica jakby wymarła.

Poszedł dalej. Przed wejściem frontowym do domu Adama stał zakurzony 
motocykl, ale podwórko było puste. „Jest w domu ― pomyślał Józef. ― Ale 

czy sam?"
Przemierzył podwórko i wszedł z tyłu do kuchni. Zobaczył żonę Adama, 

która coś robiła przy płycie. Pozdrowił ją i spytał:
― 

Czy pani mąż jest w domu?

― 

Tak. Ale ma gościa. Zaraz się dowiem.

background image

Wyszła drzwiami do jadalni. Wkrótce z tychże drzwi wszedł do kuchni 
Adam. Miał na sobie mundur gestapowca, który wkładał bardzo rzadko. 

Przywitał się z Józefem i powiedział:
― 

Dobrze, że pan przyszedł. Pan Witold jest u mnie. Naradzaliśmy

się, jak pana ostrzec. Proszę ze mną.
W sypialni Adama Józef zobaczył Grzmota, który przy jego wejściu wstał z 

krzesła obok komody i ciężkim krokiem zbliżył się do niego.
― 

Bardzo się cieszę, że pana widzę! ― powiedział. ― U nas 

panika. Z Andrzejem przykra historia. Właściwie... tragiczna! Bardzo panu 
dziękuję! ― zwrócił się do Adama. ― Wstąpię do pana jeszcze raz, przed 

godziną policyjną. Może będą nowiny. A teraz chcę pomówić z panem 
Kondorem.

― 

Dobrze ― Adam wyszedł z sypialni i przymknął drzwi.

― 

Co się stało? ― spytał Józef.

― 

Przedwczoraj wieczorem Andrzej był na małym, prywatnym 

zebraniu przy ulicy Ludwisarskiej. Coś jakby wieczorek artystyczny. Gdy 

poszedł do domu, zatrzymali go na ulicy dwaj agenci sipo. Zaprowadzono go
do gestapo i tam został odizolowany.

― 

Skąd ta wiadomość?

― 

Widziała to narzeczona Andrzeja, która szła osobno. Właśnie 

ona zaalarmowała łączniczkę Andrzeja a tamta mnie. Tejże nocy zrobiono w
mieszkaniu Andrzeja rewizję. Ale jaką! Zdarto nawet obicia z foteli. 

Wyrwano wiele desek z podłogi. Uszkodzono piec. Ale skrytki nie 
znaleziono. Gestapowcy był tam przez całą noc i odjechali następnego dnia, 

to znaczy wczoraj w południe.

background image

― 

Więc kotła tam nie ma.

― 

Dzisiaj nie ma, ale mogą tam powrócić... Teraz sprawa 

najgorsza... Do Andrzeja zabrano się poważnie. Zbito go strasznie. 
Prawdopodobnie wiedzą, że miał w Organizacji ważną funkcję i chcą, aby 

zaczął sypać.
― 

Czy znaleziono przy nim jakieś kompromitujące materiały?

― 

Przypuszczam, że nie, bo nie poszedłby z nimi na wieczorek 

towarzyski. Mogły być przy nim jakieś drobiazgi, ale nic ważnego. Zresztą, 

kto to wie? Ale skrytka w jego mieszkaniu ocalała. Ostatniej nocy sam ją 
zlikwidowałem. Dozorca, który udaje głupiego czy wariata, mi dopomógł. 

Był na obserwacji. Zabrałem ze skrytki wszystkie materiały, bardzo ważne 
dla nas, a niebezpieczne dla Andrzeja. Ale, rzecz najgorsza, stwierdziłem, że 

brak tych materiałów, które Jaśkiewicz przywiózł z Katynia i nam doręczył. 
Nie było ich w skrytce Andrzeja.

― 

Więc gestapowcy je znaleźli.

― 

Otóż nie. I wiem, gdzie one teraz są! ― Grzmot wstał z krzesła i

zaczął, zdenerwowany, chodzić ciężkim krokiem od drzwi do łóżka, na 
krótkiej przestrzeni... jak więzień po celi. Po jakimś czasie się zatrzymał i 

powiedział:―

Jest to kwestia życia Andrzeja. Przy nim, 

prawdopodobnie, nic ważnego nie było. Ze skrytki w jego mieszkaniu 

wszystko zabrałem. Ale w jego biurku w urzędzie na pewno są materiały 
katyńskie a może i inne. On przecież załatwiał dla nas wiele spraw. Przez 

jego ręce przechodziło mnóstwo ważnych i tajnych rzeczy!
― 

Jakże on mógł trzymać to w litewskim urzędzie?!

Grzmot zatrzymał się naprzeciw Józefa. Położył mu dłoń na ramieniu i 

background image

powiedział ze smutkiem:
― 

Drogi panie! Nie będziemy tego roztrząsać. Ja wymagam ścisłej

konspiracji i od siebie, i od innych! Ale nie można przy tak dużej robocie 
wszystkiego dopilnować! A on?... Cóż? Był zapracowany, przemęczony. 

Poza tym uważał swą pozycję za absolutnie pewną! Potrafił nawet mnie 
wyznaczać spotkania u siebie w apylince. Byłem tam dwa razy. Wiem 

doskonale, że tego nie wolno, ale trzeba ciągnąć robotę. Więc zostawmy to 
i nie mówmy o tych błędach. Teraz jest inna rzecz. Chce pan nam pomóc 

uratować Andrzeja?
― 

Oczywiście!

― 

Otóż mieszkanie jego jest czyste. Przy nim chyba nic nie 

znaleziono. Ale jego biurko w apylince może być naładowane dynamitem.

― 

Czyż gestapo nie zrobiło tam jeszcze rewizji?

― 

Nie, bo Adam by wiedział o tym. Po prostu nie przyszło im do 

głowy, że Andrzej mógł trzymać w urzędzie rzeczy trefne. Ale za kilka dni, 
gdy pracę Andrzeja przejmie inny urzędnik, wszystko się wysypie na 

wierzch. W ogóle okropna historia! Zmobilizowaliśmy już sporo pieniędzy 
na wykupienie Andrzeja. Pewna jego przyjaciółka dała na ten cel dużą 

sumę. Ale idzie o to, żeby było jak najmniej materiałów obciążających. 
Dlatego biurko Andrzeja w apylince jest teraz sprawą zasadniczą.

― Byle on się nie przyznał!
― Byłoby kiepsko i dla niego, i dla nas. Za dużo wie. Ale przypuszczam, że 

potrafi wiele wytrzymać. Ciało ma słabe, ale potężną wolę i ambicję. Poza 
tym wie dobrze, że sypanie mu tylko zaszkodzi.

,

― 

Więc co mógłbym dla was w tej sprawie zrobić?―

background image

Chodzi mi o zbadanie jego biurka w apylince. Ale ― uniósł palec do 

góry ― musi to być zrobione tak ostrożnie, żeby nie pozostało śladów 

cudzego gospodarzenia tam. Nie może być włamania, pozostawienia 
nieporządku. Niech pan nad tym się zastanowi. Teraz będą dwa dni świąt, 

niedziela i poniedziałek. Urząd będzie zamknięty. Czy nie potrafiłby pan tam
się dostać i zrewidować biurko Andrzeja? Pan tak świetnie przeprowadził 

kilka spraw, że może i ta się uda. Już mówiłem o tym z Tomaszem. Jest to 
również i jego zdanie.

― 

Tyle pochwał!

― 

Po prostu uznanie.

― 

Dla Andrzeja zrobię wszystko, co będę mógł. Ale muszę się 

zastanowić nad warunkami tej roboty.

― 

Niech pan dysponuje wszystkimi ludźmi jako ubezpieczeniem. 

Będę mógł pożyczyć panu dobry pistolet.

― 

Tam będą potrzebne raczej narzędzia złodziejskie. Pan mówił, 

że był w apylince?

― Dwa razy. Jest w dużej kamienicy na rogu Wileńskiej i Gdańskiej, na 
górnym piętrze, z klatki schodowej na prawo. Wewnątrz jest szeroki 

korytarz, a z niego dwoje drzwi na lewo, do dużych sal. Sala Andrzeja jest 
ostatnia, narożna, jasna i wysoka. Są w niej dwa biurka...

― 

Może mi pan to narysuje. Idzie o to, bym wiedział dokładnie, 

gdzie jest biurko Andrzeja.

Grzmot wyszedł z sypialni i poprosił Adama o papier i ołówek. Wrócił do 
Józefa i wprawnie narysował szkic budynku, potem górnego piętra i 

korytarza, wreszcie sali, w której pracował Andrzej. Biurka zaznaczył 

background image

prostokątami. Miał dobrą pamięć i podał na szkicu wymiary sali, zaznaczył 
drzwi i okna, a nawet stojącą w prawym rogu kanapę.

Gdy wszystko było wyjaśnione, Józef powiedział:
― 

Poproszę, aby nikt nie wiedział o tym, że będzie zrobiona próba

zrewidowania biurka Andrzeja. Adamowi również proszę o tym nie mówić.
Kiedy pan spróbuje załatwić to?

― 

Dzisiaj sam zrobię wywiad i zacznę przygotowania do roboty. 

Mam nadzieję, że w ciągu dwóch dni Zielonych Świąt sprawę tę załatwię. 

Chyba znajdę jakiś sposób. A jeśli będzie to absolutnie niemożliwe, 
proponuję sposób najprostszy, który na pewno się uda. Dokumenty 

wówczas w ogóle zginą, lecz nie dostaną się do rąk gestapowców.
― 

Jaki sposób?

― 

Podpalenie górnego piętra apylinki.

Nie przyszło mi to do głowy.

― 

A ja pomyślałem o tym od razu. Uratowanie życia Andrzeja jest 

dla nas ważniejsze niż urząd litewskoniemiecki.

― 

Na tymże piętrze mieszka woźny z rodziną. Wiem o tym od 

Andrzeja.

― 

Polak?

― 

Nie mam pojęcia. Mają osobne wejście, ale chyba są tam 

drzwi, łączące ich mieszkanie z urzędem, który sprzątają.
― 

Zbadam wszystko, co będę mógł.

― 

Kiedy się zobaczymy?

― 

Możemy wyznaczyć wtorek, o każdej godzinie. Ale gdzie?

― 

Tutaj, o czwartej po południu. Proszę działać ostrożnie i 

background image

mądrze.
Józef od razu poszedł na ulicę Wileńską. Chciał zobaczyć gmach, w którym 

była apylinka. Już się zastanawiał nad tą robotą. Starał się nie myśleć o 
innych problemach, które go dręczyły. „Co. było powodem aresztowania 

Andrzeja? Przecież był on wspaniale zakonspirowany i dobrze 
Zalegalizowany!... Oczywiście zdrada, donos, i to ze strony kogoś, kto 

dobrze wiedział o pracy Andrzeja w organizacji podziemnej... Czy nie miało 
to łączności z dochodzeniami, które rozpoczął Andrzej?... Jak daleko on 

tamte zagadkowe sprawy rozszyfrował?... Kto mógł o tym wiedzieć?"
Na pytania te nie znajdował odpowiedzi, ale wyczuwał, że sprawa jest 

zagmatwana, brudna i podła.
7

 W drugim dniu Zielonych Świąt, w poniedziałek rano, zostawił w skrytce w 
składziku na drewno wszystkie dokumenty i pieniądze. „Jeśli wpadnę, 

Helena będzie miała na jakiś czas na przeżycie". Potem przygotował i 
sprawdził broń. Zamierzał wziąć ze sobą parabellum w miękkim futerale 

pod lewą pachę, browning siódemkę do kieszeni, fiński nóż za pas z tyłu i 
granat. Musiał jeszcze umieścić wygodnie szaber ― ciężki łomik z zagiętym 

pazurem, cztery podwójne wytrychy i wiązkę kluczy od różnych szaf i 
szuflad. Wincuk go zapewnił, że tymi wytrychami i kluczykami można 

wszystkie drzwi i biurka w mieście pootwierać. Szabrem mógł się posłużyć 
dlarozszerzenia szpary u drzwi, aby potem odsunąć nożem zatrzask u zamka

yale. Przewidziano, że drzwi mogą być zamknięte od wewnątrz na klucz, 

background image

który pozostanie w zamku. Była i na to rada ― bardzo prosta. Józef zrobił 
kilka „złodziejskich" prób u Wincuka a potem u Klary, która jedna tylko 

brała udział w rozpracowaniu tej sprawy. Dziewczyna prosiła go, aby wziął 
ją na ubezpieczenie. Zapewniała Józefa, że jeśli on się wsypie, to go odbije. 

Wzruszyła go, ale się nie zgodził. Wówczas nalegała, żeby ją wziął na 
obserwację.

― 

Jeśli pan wpadnie, trzeba przecież zawiadomić o tym Komendę.

― 

Dziecko! ― powiedział. ― Nie upieraj się. Nic z tego nie 204 

wyjdzie. Żywego mnie nie wezmą, nawet jeśli tam zawita całe gestapo. 
Mam dobrą broń, mam i truciznę. Jeśli zaś wywiąże się walka, będzie o tym 

wiedziała i Komenda, i może całe miasto. Zrozum, że jeśli się będziesz 
szwendać po ulicy, mnie będzie to denerwowało. Nie jesteś niewidzialna. 

Na ciebie mogą zwrócić uwagę. A ja chcę mieć czyste pole do pracy i 
zupełny spokój. Dlatego nie wezmę nikogo na ubezpieczenie, nawet Maga. 

A może sprawa tak się ułoży,że będę musiał spędzić wewnątrz cały dzień i 
całą noc.

Klara posmutniała. Straciła zapał.
Od Wincuka Józef pożyczył stary, wypłowiały kurzowiec i cyklistówkę, w 

której otoku wycięto otwory na oczy. Wystarczało pociągnąć w dół za 
szeroki daszek, aby cyklistówka się przemieniła w maskę, szczelnie 

okrywającą całą twarz.
A wczoraj, w niedzielę, na zmianę z Klarą spędził cały dzień na obserwacji 

gmachu na ulicy Wileńskiej. Zaczął swój dyżur od dziewiątej rano. O 
dwunastej zastąpiła go Klara, a Józef poszedł do domu. Powrócił o trzeciej. 

Klara wolniutko spacerowała w pobliżu ulicy Mickiewicza. Po jej mince 

background image

zrozumiał, że coś zaszło. Zbliżył się do dziewczyny, przywitał się z nią jak z 
przypadkowo spotkaną znajomą i poszli lewą stroną Wileńskiej w kierunku 

Gdańskiej.
― 

Nikt z gmachu nie wychodził, ani wchodził ― powiedziała 

Klara. ― Ale dokładnie o pierwszej ukazali się z frontowych drzwi woźny, 
jego żona i dwoje dzieci, chłopczyk i dziewczynka. Mieli z sobą koszyk, 

zapewne z produktami i naczyniami. Poszłam za nimi.
― 

Rozmawiali?

― Tak. Ale nie słyszałam, o czym. Nie zbliżałam się za bardzo, żeby nie 
podpaść ich uwadze.

― 

W jakim języku rozmawiali?

― 

Po polsku. Kobieta beształa chłopca, bo coś spsocił. ― Dokąd 

poszli?
― 

Na przystań. Pojechali statkiem w górę rzeki. Pewnie do 

Wołokumpii albo do Jerozolimki. Może nawet do Werek. Statek był 
przepełniony. Gdy odjechali, wróciłam. Znów obserwowałam drzwi 

frontowe.
― 

Nikt nie, wszedł?

― 

Nikt nie wszedł, nikt nie wyszedł.

― Dobrze. Proszę iść na obiad i wrócić o szóstej, a jeśli będzie trudno, to o 

siódmej. Jestem ciekaw, kiedy wrócą. Jeśli zaś nie powrócą, to skąd 
pewność, że był to woźny z rodziną? Mogli być u niego goście.

― 

Już idę.

Starał się jak najmniej wałęsać się po chodniku. Znalazł zaciemnione 

miejsce u wejścia do dużej kamienicy. Mógł stamtąd widzieć dużą część 

background image

ulicy. Usiadł na betonowym stopniu, zdjął marynarkę, zawinął rękawy 
koszuli, by mieć wygląd mieszkańca domu, skręcił papierosa i zapalił. 

Leniwie, bez zainteresowania patrzył na przechodniów, których dzisiaj było 
bardzo mało. Kto mógł, starał się wydostać z miasta nad wodę albo do lasu.

Klara powróciła dokładnie o szóstej. Minęła Józefa i poszła wolnym krokiem 
w stronę ulicy Mickiewicza. Józef włożył marynarkę i udał się za nią. Znów 

się spotkali, przywitali i poszli razem.
― 

Nic nie było ani wte, ani wewte. Wydaje mi się, że jestem zbyt 

ostrożny. Mógłbym załatwić wszystko dzisiaj.
― 

Nie wiedział pan, że oni wyjdą.

― 

Tak. I czy był to woźny?... Czy wrócą?...

― 

Może spędzą gdzieś noc i jutrzejszy dzień.

― 

Jeśli dzisiaj nie powrócą, zacznę robotę jutro od rana.

― 

A jeśli wrócą?

― 

Będę czekał do południa. W taką pogodę mało kto siedzi w 

domu, jeśli nie musi.

Zostawił Klarę na obserwacji i poszedł nad rzekę. Od wody ciągnął, wilgotny
powiew. Nasycał powietrze wonią mułu i wodorostów, które okryły 

wyschnięte brzegi. Skierował się w lewo ku tar takom i składom desek. 
Znalazł ustronne miejsce, rozebrał sięi wszedł do wody, która z początku 

przyjemnie chłodziła ciało, a później wydała mu się ciepła. Potem długo 
siedział na brzegu, zanim skóra obeschła.

O pół do dziewiątej wrócił do Klary. Dziewczyna szła wolniutko jemu na 
spotkanie. ― I co? ― spytał.

― 

Dopiero co wrócili. Gdyby pan przyszedł o dziesięć minut 

background image

wcześniej, zobaczyłby ich pan.―

Chyba i jutro nie będą siedzieli 

w domu.

― 

Jeśli pogoda się nie zepsuje.

― 

Nie wygląda na to. Niebo jasne, przejrzyste...

Wszystko było gotowe do roboty, którą Józef traktował prawie uroczyście, 
bo mogła zaważyć na losie Andrzeja, którego polubił i którego zmęczoną, 

subtelną twarz miał ciągle w pamięci. „Co on teraz przeżywa?"
Postanowił, że nazajutrz pójdzie na obserwację przed godziną dwunastą. 

Mogło się zdarzyć, że woźny z rodziną wyruszy z domu wcześniej. „A jeśli 
wcale nie wyjdą?... Też będę działał... Nie wiem jak, ale muszę to załatwić!"

W poniedziałek dzień od rana był cichy, gorący. Na ulicach panował zaduch.
Kiedy Józef przechodził obok przystani statków rzecznych na Wilii, zobaczył 

długą kolejkę ludzi z paczkami, koszykami, teczkami, którzy czekali na 
powrót parostatku z góry rzeki. Kolejka ta ciągle się zwiększała. Kto mógł, 

starał się wyrwać z upalnych murów miasta.
O dwunastej przyszedł na Wileńską. Znalazł wygodne miejsce, z którego 

mógł obserwować narożną kamienicę. Przechodniów było mało, ale 
niemieckie auta wojskowe przejeżdżały często i zatruwały powietrze 

wyziewami gazów spalinowych.
Około godziny pół do pierwszej zwrócił uwagę na idącą przeciwległym 

chodnikiem parę: mężczyznę lat około pięćdziesięciu i młodą dziewczynę. 
On był średniego wzrostu, tęgi; miał na sobie lekki, szary garnitur, żółte 

trzewiki i słomkowy kapelusz z płaskim denkiem. Dziewczyna była nieco od 
niego wyższa, bardzo ładna i zgrabna. Była ubrana w lekką, wzorzystą 

sukienkę, spiętą w talii wąskim, skórzanym paskiem. W ręce niosła torebkę.

background image

„Trochę podobna do Róży ― pomyślał. ― Pewnie jego córka",.
Jakże był zdumiony, kiedy oboje weszli do frontowych drzwi gmachu, w 

którym mieściła się apylinka.
„Może ona chce coś poprawić?"

Lecz przez dłuższy czas nie wyszli na ulicę.
„A może tam mieszkają na parterze albo na pierwszym piętrze?... On chyba 

jest jakimś dygnitarzem litewskim... Ale poprzednio nie dostrzegliśmy tam 
żadnych lokatorów... Tylko woźny z rodziną".

Prawie dokładnie o pierwszej z frontowych drzwi wyszedł biednie ubrany 
mężczyzna, który niósł mocno wypchany koszyk. Za nim podążała kobieta. 

Prowadziła za ręce dwoje dzieci. Józef głębiej się wtulił do swej kryjówki. 
Ale rodzina woźnego wyminęła go, idąc przeciwległym chodnikiem i nie 

zwracając uwagi na nic dokoła.
Poszedł z dala za nimi. Przekonał się, że skręcili w ulicę Zygmuntowską. 

Więc na pewno poszli w kierunku przystani. Dalej nie warto było ich śledzić,
żeby nie marnować czasu. Poza tym upał jeszcze się zwiększył i Józef, 

obładowany bronią, pragnął jak najprędzej się znaleźć pod dachem.
Otworzył duże, ciężkie drzwi frontowego wejścia a potem drugie, nieco 

lżejsze. Znalazł się na obszernej klatce schodowej. Tutaj było chłodniej i z 
ulgą odetchnął. Przez jakiś czas nasłuchiwał, a potem poszedł szerokimi 

schodami na górę.
Zatrzymał się u dużych, podwójnych drzwi, prowadzących do apylinki. Na 

podeście naprzeciw były inne drzwi, które, przypuszczał, prowadzą do 
mieszkania woźnego. Wszędzie panowała zupełna, dzwoniąca cisza. Nie 

dochodziły tu nawet odgłosy z ulicy, bo tłumiły je drzwi na dole.

background image

Zdjął kurzowiec i powiesił go na poręczy schodów. Wyjął z kieszeni wytrychy
i wziął taki, który jego zdaniem będzie pasował do wewnętrznego zamka u 

drzwi. Wprowadził go w szparę i zrobił próbę przesunięcia rygla. Trafił na 
opór i zrozumiał, że zamek jest otwarty. Wówczas wyjął szaber i wsunął 

koniec pazura w szparę między skrzydłami drzwi, o dłoń wyżej od zamka 
yale. Gdy potem nacisnął koniec szabra w bok, szpara nieco się zwiększyła. 

Włożył w nią ostrze grubego, fińskiego noża i wprowadził pazur szabra 
jeszcze głębiej. Po kilku takich manipulacjach mógł dostrzec lśniący zatrzask 

automatycznego zamka. Przytrzymał lewą dłonią koniec szabra, żeby szpara
się nie zwęziła, wprowadził ostrze fińskiego noża jeszcze głębiej i oparł je o 

ukośną stronę zatrzasku. Łatwo go odsunął i. drzwi się otwarły.
Wziął z poręczy kurzowiec i wszedł do apylinki. Zamknął drzwi i zablokował 

zatrzask. Był teraz odizolowany od klatki schodowej. Po krótkim namyśle 
włożył gałkę łańcucha zabezpieczającego w wycięcie suwaka. „Nikt nie 

będzie mógł wejść, nawet jeśli ma klucze!"
Znajdował się w długim i szerokim jakby przedpokoju, w którym, wydawało 

mu się z początku, jest prawie ciemno. Okien tam nie było i tylko przez 
oszklone części drzwi w górze wpadało światło. Zobaczył jedne drzwi z lewa,

niedaleko od siebie, a drugie po tej samej stronie, ale w odległości około 
dziesięciu kroków.

„Będą tamte... ostatnie..." ― przypomniał sobie szkic Grzmota.
Ale z prawej strony było dwoje mniejszych drzwi, o których Grzmot nic mu 

nie powiedział. Postanowił je zbadać. Wyjął spod pachy parabellum i 
poszedł ku pierwszym drzwiom z prawa. Przez cały czas stąpał bardzo cicho,

bo nie był pewien, czy na piętrze pod nim ktoś nie mieszka.

background image

Otworzył pierwsze drzwi. Za nimi była ciemność. Wyjął z kieszeni zapałki. 
Gdy błysnęło światło, zobaczył mały składzik, w którym stało jedna na 

drugiej kilka skrzyń. Za następnymi drzwiami był ustęp. Tam. było jaśniej niż
w korytarzu, bo światło wchodziło przez okienko w górze.

Gdy zamykał drzwi do ustępu, wydawało mu się, że słyszy głosy. Zaczął 
nasłuchiwać. Przez jakiś czas było znów cicho, a później doleciały jego uszu 

dźwięki rozmowy, stłumionej odległością albo zamkniętymi drzwiami. 

Wkrótce nabrał pewności, że w sali za ostatnimi drzwiami ―: tej właśnie, o 

którą mu szło ― ktoś jest.
„Wszystko jedno, załatwię to! ― postanowił. ― Udam bandytę. Tyle 

wysiłku nie pójdzie na marne! Nie będę się wycofywał!"
Wdział kurzowiec i zapiął go z przodu. Odbezpieczył parabellum i poszedł, 

jak mógł najciszej, obok lewej ściany korytarza. Drzwi, u których się 
zatrzymał, były grube. Za nimi panowała cisza. Ale po jakimś czasie rozległ 

się niewyraźny głos.
„Może tam są otwarte okna i słychać dźwięki z ulicy?"

Pociągnął w dół daszek cyklistówki i sprawdził, palcem, czy otwory na oczy 
są na dobrej wysokości. Potem nacisnął klamkę u drzwi i zaczął powoli je 

otwierać. Następnie wśliznął się bokiem do dużej i, jak mu się wydało, 
bardzo jasnej sali. Zobaczył dwa biurka stojące w pobliżu okien. Przeniósł 

wzrok w prawo i zastygł w zdumieniu. Na dużej, obitej ciemną skórą 
kanapie, leżała młoda kobieta. Prawe jej ramię zwisało w dół. Kolana miała 

podciągnięte do góry. Obok niej leżał gruby mężczyzna. Miał na sobie tylko 
ko

209szulkę, która mu zsunęła się na plecy, ukazując pośladki i mocno 

background image

owłosione nogi. Była to para, którą Józef poprzednio widział na ulicy.
„Ależ znaleźli sobie miejsce!" ― pomyślał ze złością.

Kobieta, jakby raptem odczuła obecność kogoś obcego w sali, obróciła 
twarz w prawo. Oczy jej, zdawało się, w jednej sekundzie zmieniły barwę i 

kształt. Rozszerzyło je przerażenie. Wargi zdeformował grymas podobny do 
płaczu. Józef wycelował w jej twarz lufę pistoletu, a wskazującym palcem 

lewej dłoni dał ostrzegawczy znak, nakazujący milczenie. Potem powiedział 
po rosyjsku, spokojnie, głośno, twardo.

― 

Ani słowa bez pytania! Nie ruszać się bez rozkazu!.

Oboje zrozumieli, że sytuacja ich jest niebezpieczna. Zastygli w miejscu. 

Zwisająca ku podłodze dłoń kobiety dygotała. Przymknęła oczy. Józef zbliżył 
się do kanapy i tknął lufą pistoletu w szyję mężczyzny.

― 

Usiądź! ― powiedział.

Tamten niezgrabnie umieścił się na brzegu kanapy i spozierając na lufę 

pistoletu i maskę na twarzy Józefa, bez rozkazu uniósł w górę ramiona.
― 

Znasz rosyjski? ― spytał go Józef.

― 

Tak.

― 

A ona?

― 

Tylko trochę.

― 

No, to słuchaj! Jeśli będziecie grzeczni i spokojni, to wszystko 

będzie dobrze. Jeśli nie, to was zastrzelę. Zrozumiałeś?
― 

Zrozumiałem.

― 

Powiedz jej.

Mężczyzna powiedział prędko po litewsku kilkanaście słów do kobiety. Ona 

kilka razy kiwnęła głową, bo chyba nie mogła mówić.

background image

„Nie jest tchórz! ― pomyślał Józef o mężczyźnie. ― Wpadliśmy w głupią 
sytuację... i oni, i ja... Ale ja muszę ją grać do końca!"

Wziął z krzesła sukienkę kobiety i narzucił ją na głowę swego jeńca. Potem 
podjął z podłogi koszulkę i okrył nią twarz leżącej kobiety. Następnie uniósł 

w górę daszek cyklistówki, który mu przeszkadzał w oddychaniu.
― 

Czy ty tutaj pracujesz? ― spytał.

― 

Nie.

― 

A ona?

― 

Też nie.

― 

Jakżeś tutaj wlazł?

― 

Kolega dał mi klucz. On tutaj pracuje.

― 

Chciałeś z nią się pobawić? ― Tak.

― 

Gdzie jest kasa?

― Kasy tutaj nie ma.

― 

A gdzie trzymają pieniądze?

― 

Chyba i pieniędzy tutaj nie ma.

― 

A w szufladach?

― 

Może gdzieś są. Nie wiem.

― 

Jeśli są, to znajdę. A ty masz pieniądze?

― 

Mam.

― 

Dużo?

― 

Trzydzieści pięć tysięcy.

― 

A ona ile ma?

― 

A ona nie ma nic. Ale mamy dobre zegarki, pierścionki.

― 

Mnie są potrzebne tylko pieniądze.

background image

Zastanowił się, czy nie wygląda to podejrzanie. Zależało mu jednak na tym, 
żeby amanci mieli jak najmniej strat. Przypuszczał, że nie zameldują w 

policji o swej przygodzie. Dziewczyna mogła dla zysku puszczać się z 
Zamożnym mężczyzną. Może nawet była od niego zależna.

„Tak dobrze wszystko się układało ― myślał Józef. ― A teraz idiotyczna 
komplikacja!"

Wziął wiszącą na oparciu krzesła marynarkę i przeszukał jej kieszenie. Wyjął 
z portfela wszystkie pieniądze i wcisnął je do swej kieszeni u spodni. 

Otworzył torebkę dziewczyny. Wewnątrz była portmonetka z drobnymi 
pieniędzmi. Poza tym lusterko, grzebień, chusteczka do nosa, puderniczka i 

legitymacja urzędnicza. Otworzył ją. Nazwisko kobiety się kończyło na 
„ciute ". Więc panna. On zaś miał obrączkę na palcu. Żonaty.

Józef naciągnął daszek cyklistówki na twarz. Potem powiedział do swych 
jeńców:

― 

Odkryjcie głowy i ubierzcie się!

Mężczyzna odsłonił twarz i powiedział kilka słów po litewsku do dziewczyny.

Józef stanął przy biurku Andrzeja i obserwował ich. Mimo przykrej sytuacji z
uznaniem patrzył na pięknie zbudowaną dziewczynę, która była bardzo 

przestraszona. Twarz mężczyzny była czerwona i lśniła od potu. Oboje 
pośpiesznie, ale niesprawnie się ubierali. Przeszkadzali sobie. Starali się nie 

odwracać przodem do Józefa.
Gdy mężczyzna i kobieta się ubrali, Józef otworzył drzwi na korytarz i 

wskazał lufą:
― 

Idźcie!

Potem otworzył drzwi do ciemnego składzika.

background image

― 

Właźcie do środka!

Mężczyzna posłusznie zniknął w ciemności, ale dziewczyna klapnęła na 

kolana i wyciągnęła ku Józefowi dłonie, złożone jak do modlitwy. Po jej 
policzkach prędko toczyły się łzy. Mówiła coś pośpiesznie po litewsku.

― Co ona chce? ― spytał Józef, patrząc w ciemności składzika.
― 

Boi się, że pan ją skrzywdzi... I boi się, że ją ktoś zobaczy.. J 

Prosi bardzo, żeby ją pan wypuścił...
― 

Powiedz jej, żeby się wcale nie bała. Wypuszczę was, kiedy 

obszukam wszystkie pokoje. Mnie potrzebne są tylko pieniądze. A teraz 
siedźcie tam cicho.

Mężczyzna zaczął mówić uspokajająco do dziewczyny. Józef ujął ją za ramię 
i popchnął do składzika. Zamknął drzwi. Potem przyniósł krzesło i 

zablokował nim klamkę.
Wrócił do sali. Zdjął kurzowiec, czapkę i marynarkę. Położył wszystko na 

kanapie. Szaber i wiązkę kluczy zostawił na biurku Andrzeja. Tamże umieścił
granat. Potem z pistoletem w ręku poszedł do następnej, dużo większej, 

gdzie były dwa biurka, dwa stoły i stolik z maszyną do pisania nakrytą 
blaszanym futerałem. W końcu sali zobaczył jeszcze jedne drzwi. Spróbował

je otworzyć. Były zamknięte. Zajrzał w szparę u zamka i zobaczył główkę od 
klucza, włożonego z drugiej strony. Zrozumiał, że za tymi drzwiami znajduje 

się mieszkanie woźnego.
Pozostawiając wszystkie drzwi otwarte, wrócił do ostatniej sali. Zaczął 

oglądać biurko Andrzeja. Miało trzy górne szuflady i dwie szafki po bokach. 
Uklęknął, zajrzał w szparę u zamka górnej lewej szuflady, na którą Grzmot 

mu radził zwrócić szczególną uwagę. Zaczął dobierać do niej klucz. Ale 

background image

żaden nie .otwierał zamka. Po jakimś czasie zaczął się denerwować.
„Chyba będę musiał otworzyć szabrem... Ale mogę uszkodzić zamek i 

pozostaną ślady włamania!"
Spróbował otworzyć inne szuflady. Prędko i łatwo dobrał do nich klucze. 

Wówczas wrócił do pierwszej. Raptem, przy jakimś ruchu, szuflada się 
wysunęła. Poprzednio nie mógł otworzyć jej zamka po prostu dlatego, że 

nie był zamknięty.
„Tracisz głowę! ― przemawiał do siebie. ― Nerwy ci nie dopisują! 

Spokojnie! Wszystko idzie świetnie! Masz dużo czasu! Spokojnie!"
Zaczął uważnie przeglądać zawartość szuflady. Znalazł w niej uczniowski 

zeszyt w sinych okładkach, w którym były wpisywane dzień po dniu 
informacje dotyczące ruchów wojsk niemieckich i transportów kolejowych. 

W środku zeszytu zobaczył kilka niewypełnionych blankietów z litewskimi i 
niemieckimi drukami. Między nimi dostrzegł ze zdumieniem ćwiartkę 

papieru z małą czerwoną pieczątką Komendy AK w Wilnie. Tekst był polski: 
nakaz wstrzymania wykonania wyroku na Jaśkiewicza i przekazania sprawy 

sądowi specjalnemu do ponownego rozpatrzenia.
„Psiakrew! Takie rzeczy trzymał w otwartej szufladzie!"

W lewej szafce znalazł trzy owinięte w papier paczuszki. W jednej była 
drewniana papierośnica, używana, brudna, prymitywnej roboty. Kiedy 

zaczął rozwijać drugą paczuszkę, poczuł, po zdjęciu kilku warstw papieru, 
przykry, ckliwy fetor. „Aha! Jest to na pewno z grobów katyńskich!" Nie 

rozwijał drugiej i trzeciej paczuszki. Położył wszystkie na podłodze obok 
biurka. Potem przeglądnął uważnie zawartość innych szuflad i prawej szafki.

Wszystko, co, jak uważał, nie należało do spraw urzędowych, kładł na 

background image

biurku.
W lewej szufladzie znalazł lornetkę polową Zeissa, ale futerału do niej 

nigdzie nie było. Położył ją również na biurku. Po ukończeniu dokładnej 
rewizji spojrzał na zegarek: pół do trzeciej. „Mam dużo czasu" ― pomyślał. 

Zamknął dobrze szafki i wszystkie szuflady, nawet i tę, która była 
poprzednio otwarta. Wytarł chustką donosa politurowane brzegi biurka i 

szuflad z zewnątrz. Popatrzył, czynie zostawił jakichś śladów swego 
gospodarzenia tutaj. Potem zawinął wszystko, co zabrał z szuflad i szafek, w 

litewską gazetę, którą poprzednio wyjął z biurka. Przeniósł rzeczy na 
kanapkę. Gdy zamierzał się ubrać, wydało mu się, że słyszy na schodach 

hałasy.Wziął parabellum i granat i wyszedł na korytarz. Zbliżył się do "drzwi 
wejściowych. Posłyszał kroki i głosy idących schodami ludzi. 

„Może woźny wraca?... Dobrze, że skończyłem robotę". Nie zdejmując 
łańcucha uchyli! trochę drzwi. Usłyszał rozmowę w języku litewskim. Głosy 

były męskie.
„To nie woźny. Ale dokąd oni idą?"

Kroki zadudniły na ostatnim zakręcie schodów! Przymknął drzwi i zbliżył się 
do składzika, w którym zamknął jeńców.

― 

Siedźcie tam zupełnie spokojnie! ― powiedział.

Kroki człapały w górę. Zatrzymały się na podeście u wejścia do apylinki. Było

słychać niewyraźnie rozmowę. Potem rozległ się ostry dźwięk dzwonka 
obrotowego u drzwi. Józef rozpiął kołnierz koszuli. Parabellum wsunął za 

pas u spodni, z tylu, tam, gdzie trzymał fiński nóż. Granat wcisnął do prawej 
kieszeni. Potem, gdy dzwonek u wejścia się powtórzył, trzasnął mocno 

drzwiami do pierwszej sali i, umyślnie ciężko tupiąc, poszedł ku wejściu. 

background image

Otworzył zatrzask u yale i nie zdejmując łańcucha uchylił drzwi. Zobaczył 
dwóch policjantów litewskich. Jeden z nich, który stal bliżej, trzymał w ręku 

tekturową teczkę.
― Czego trzeba? ― spytał Józef po litewsku złym, niby zasapanym głosem.

Policjant uderzył kostką zgiętego palca w teczkę i zaczął mówić prędko po 
litewsku. Ale Józef mało z tego zrozumiał. Przerwał mu po rosyjsku, 

wtrącając wyrazy litewskie:
― 

Jestem woźny i nic nie mogę ci załatwić! Naczelnik apylinki 

kazał nikogo nie wpuszczać! Rozumiesz?
Policjant, gestykulując teczką i wolną rękę, zaczął również mówić po 

rosyjsku, ale bardzo kiepsko:
― 

To ważna sprawa! Musi być dzisiaj załatwiona!

Józef przerwał mu grubiańsko:―

Czyś ty zwariował?! Dzisiaj 

święto i nikogo tutaj nie ma! Przyjdź jutro! I nie zawracaj mi teraz głowy! ― 

trzasnął drzwiami i odszedł, głośno tupiąc, w kierunku składzika, w którym 
siedzieli „jeńcy". Tam się zatrzymał i nasłuchiwał. Wewnątrz było zupełnie 

cicho.
Na schodach rozmawiano po litewsku zirytowanymi głosami. Józef usłyszał 

parę znanych mu przekleństw, łącznie z popularną „ropuchą". Potem 
rozległy się kroki w dół. Józef zbliżył się do drzwi i je uchylił. Kroki się 

oddalały. Potem trzasnęły drzwi frontowe.
„Czego oni chcieli? ― zastanawiał się Józef. ― Może coś się stało w którymś

z domów pod zarządem apylinki i chcieli złożyć meldunek? Może przyjechali
do miasta i idzie im o mieszkanie dla siebie? A może nie wiedzieli że i dzisiaj,

w poniedziałek, jest święto?"

background image

Poszedł do ostatniej sali i zaczął się ubierać. Zawiesił lornetkę Andrzeja 
przez ramię. Wdział marynarkę i rozmieścił wszystkie rzeczy i broń po 

kieszeniach i za pasem u spodni. Potem kurzowiec. Paczuszkę z 
materiałami, zabranymi z biurka Andrzeja, położył na podłodze u wyjścia z 

apylinki. Następnie wyjął parabellum, ściągnął daszek cyklistówki na twarz i 
zbliżył się do składziku. Przezorność mu nakazywała, by nie zwalniał 

„jeńców". Ale chciał załatwić sprawę w ten sposób, żeby nie pozostało tutaj 
śladów jego wizyty. Było prawdopodobne, że „jeńcy" nikomu nie powiedzą 

o tym, co tutaj zaszło. Będą chcieli uniknąć kompromitacji. Policjanci na 
pewno nic nie zrozumieli i jeśli przyjdą tutaj nazajutrz, to albo wcale nie 

wspomną o swej wczorajszej wizycie, którą woźny nazwał wariacką, albo, 
jeśli o tym coś powiedzą, urzędnik nie zrozumie, o co poszło. Śladów 

włamania do urzędu ani rewizji w biurku Andrzeja nie pozostało żadnych. 
Trzeba było więc dać i jeńcom sposobność do wybrnięcia z przykrej 

sytuacji... we wspólnym interesie. Otworzył składzik.
― 

Wychodźcie! ― powiedział. ― Do tamtego pokoju! ― wskazał 

lufą pistoletu na otwarte drzwi sali.
Zamknął składzik i zaniósł na miejsce krzesło, którym była zablokowana 

klamka. Potem wskazał „jeńcom" miejsce obok kanapy.
― 

Stańcie tam i rozbierzcie się!

Przypuszczał, że „jeńcy" po jego odejściu nie podniosą alarmu. Chciał 
jednak lepiej się zabezpieczyć. Uważał, że nago nie pobiegną za nim po 

schodach na ulicę ani nie będą krzyczeć przez okno. A na włożenie ubrań 
trzeba trochę czasu.

― 

Pd co? ― spytała przerażona dziewczyna, kiedy jej amant 

background image

powtórzył rozkaz Józefa po litewsku.
― 

Chcę na ciebie popatrzyć ― rzekł Józef, który zrozumiał jej 

pytanie.
Mężczyzna powiedział do niej coś uspokajająco i oboje zaczęli się rozbierać. 

Twarz dziewczyny była blada, zgaszona. Mężczyzna był spokojniejszy. Chyba
nabrał pewności, że bandyta nie zamierza ich krzywdzić. Może nawet 

zrozumiał, że chce on zabezpieczyć się przed pościgiem. Gdy oboje stanęli 
nago, Józef kazał im położyć się na kanapie i powiedział:

Nie wolno wam wyjść stąd wcześniej niż za piętnaście minut. Pieniędzy 
nigdzie tutaj nie znalazłem i nic nie wziąłem. Wszystko pozostawiłem w 

porządku. Czy zrozumiałeś mnie?
― 

Tak ― odparł mężczyzna.― Przyjemnej zabawy!

Wyszedł z sali na korytarz i przymknął drzwi. Odczekał trochę, posłuchał i 
znów je otworzył. „Niech myślą, że nie śpieszę do wyjścia stąd". Spojrzał na 

jeńców. Leżeli w takiej pozie, w jakiej ich zostawił. „Może nie ruszą się 
długo?"

,

Poszedł cicho w kierunku wyjścia. Wziął z podłogi paczuszkę i otworzył 
drzwi. Przez kilka sekund nasłuchiwał. W klatce schodowej panowała cisza. 

Wyszedł na podest i przymknął drzwi. Usłyszał suche klaśnięcie zatrzasku. 
Wówczas zbiegł cicho schodami w dół. Włożył pistolet do futerału pod 

marynarkę. Otworzył drzwi na ulicę i wydało mu się, że wszedł do pieca. 
Upał trwał. Skierował się w prawo do najbliższej przecznicy i wszedł w ulicę 

Gdańską. Potem skręcił znów na prawo, w Jagiellońską. Dalej poszedł wolno
i rozpiął kurzowiec.

Chociaż był pewien, że pościgu nie będzie, pokluczył trochę ulicami, zmienił 

background image

parę razy kierunek drogi i znalazł się w dzielnicy Antokolskiej.
„Dość prędko mi poszło! ― pomyślał. ― I dość czysto wszystko zrobiłem. 

Ale jakie niespodzianki! Jeślibym wziął chłopców na ubezpieczenie, byłoby 
kiepsko! Może zostawilibyśmy parę trupów?"

Wszedł na górkę i od razu udał się do składziku na drewno. Na ogrodach ani
w pobliżu domu nie dostrzegł nikogo. Włożył do skrytki broń, pieniądze, 

lornetkę i materiały zabrane z biurka Andrzeja. Wziął z niej komplet 
dokumentów na nazwisko Makareviciusa. Kurzowiec, czapkę, klucze i 

szaber Wincuka wsunął za stos polan. Zamierzał zwrócić mu wszystko jak 
najprędzej, może nawet dzisiaj wieczorem.

Nazajutrz, dokładnie o czwartej po południu, wszedł do kuchni przy 
mieszkaniu Adama, którego nie było jeszcze w domu. Ale żona jego 

powiedziała:
― 

Pan Witold jest u nas w sypialni. Czeka na pana. Proszę tam 

wejść.
Józef udał się do znanego mu już pokoju. Odemknął drzwi i zobaczył 

Grzmota, który siedział na krześle obok komody. Wyraz twarzy miał 
smutny. Przywitał się z Józefem i powiedział:

― 

I nic...'

― 

Dlaczego nic?! ― zdziwił się Józef.

― 

Tak wyczuwam... Same niepowodzenia...

― 

Otóż wczoraj zrobiłem wszystko, co pan chciał. Zrewidowałem 

dokładnie biurko Andrzeja.
― 

I nic pan tam nie znalazł.

― 

Znalazłem dużo. W ogóle zabrałem stamtąd wszystko, co się 

background image

nie łączyło z jego pracą w apylince. ― Wyjął z kieszeni spodni i marynarki 
trzy paczuszki i zeszyt. Następnie wydostał zza pasa lornetkę. Położył 

wszystko na komodzie. ― Na pewno niczego nie przeoczyłem ― dodał ― 
bo zrobiłem dokładną rewizję. Nie zostawiłem żadnych śladów po mojej 

gospodarce. Wszystkie szuflady dobrze zamknąłem.
― 

Czy panu łatwo poszło?

― 

Trudno. Wziąłem jeńców, z którymi miałem sporo kłopotu. 

Udawałem złodzieja... ― opowiedział krótko o swych przygodach w 

apylince, potem dodał: ― Gdybym wziął chłopców na ubezpieczenie, 
historia ta by się skończyła paskudnie i dla policjantów, i dla tej roboty, i 

może dla nas wszystkich.
― 

Wyobrażam sobie! Ale czy komuś nie może przyjść do głowy, 

że do apylinki było włamanie i jaki był jego cel?.― Na pewno nie. Drzwi 
pozostały w porządku. Śladów po rewizji w biurku też nie zostawiłem. 

Tamta para amantów będzie milczeć, żeby się nie skompromitować. Poza 
tym tak postępowałem, aby nabrali przekonania, że mnie szło tylko o 

pieniądze. A policjanci nic nie zrozumieli. Przepędzono ich i już. Chyba nie 
będą o tym mówić. Gdyby nawet przyszli do apylinki i wspomnieli o 

wczorajszym zajściu, trudno by było zrozumieć, o co poszło, kto ich 
wypędził, jaki woźny? Zresztą nikt nie będzie tego badał.

Grzmot rozwijał paczuszki i przeglądał ich zawartość.
― 

Wariat!... Naprawdę wariat!... Po jakiego diabła trzymał to w 

biurku?... Przecież tutaj są rzeczy przywiezione z Katynia!... A to są notatki o
ruchach wojsk niemieckich... No i to!... Odwołanie wyroku na Jaśkiewicza! 

Potworność!... On chyba przypuszcza teraz, że wszystko się dostało w ręce 

background image

gestapowców!... Zupełnie straci otuchę!.,
― A ja wciąż myślę nad inną sprawą, moim zdaniem bardzo ważną.

― 

Nad czym?

― 

Ta okoliczność, że Andrzej trzymał wszystko w biurku, świadczy

o tym, iż był absolutnie pewien swojej dobrej pozycji w urzędzie. Nie 
obawiał się ani rewizji, ani aresztowania.

― 

No tak...

― Jeśli więc go aresztowano i z miejsca zaczęto katować, aby wydobyć 

zeznania, to ktoś z naszych ludzi, znających dobrze, jaką Andrzej prowadzi 
robotę w konspiracji, go wsypał!... Wystarczyło przesłać anonim do 

gestapo... Czy pan ma jakieś wiadomości o przyczynie aresztowania 
Andrzeja? '

Żadnych. Adam również niczego nie mógł się dowiedzieć. Gestapo 
potraktowało tę sprawę jako ściśle tajną.

― 

To się zgadza z moim rozumowaniem. Był więc donos na niego 

od osobnika, który znał funkcje Andrzeja w Podziemiu.

― 

Ale jaki powód donosu?

― Może chęć usunięcia go? Może próba zniszczenia w ten sposób jakichś 

śladów, na które Andrzej trafił? Może zemsta? Może strach?...
Grzmot nerwowo bębnił palcami w zeszyt Andrzeja, który trzymaj na 

kolanach. Wzrok miał posępny. Nad czymś się zastanawiał. Potem 
powiedział:

― 

Wszystko to zagadkowe, podejrzane, trudne do zbadania. 

Wszystko mi się nie podoba. A utrata Andrzeja jest dla mnie okropna! Tyle 

roboty zmarnowano, urwano!... A czy pan jest dobrze zakonspirowany?

background image

― 

Uważam, że tak, bo się konspiruję nawet przed 

konspiratorami.

― 

Chcę z panem od czasu do czasu się spotkać.

― 

Chętnie.

― 

Gdzie?

― 

Może tutaj... jeśli miejsce jest pewne.

― 

Wiedział o nim Andrzej, wiedział Stanisław. Może lepiej u brata

Adama, u Zygmunta? Pomówię z nim o tym. Następnym razem spotkamy 

się jeszcze tutaj, za tydzień o tej samej porze. Czy będzie to panu wygodne?
― 

Tak. Czy trzeba przesłać przez Żubra raport do Komendy o 

wyratowaniu depozytu Andrzeja?
― Nie. Nie łączyło się to z pańską funkcją. Poza tym sprawa ta jest ściśle 

tajna. Wystarczy, że ja o tym wiem. Omówię ją w Komendzie. Czy pan ma 
jeszcze coś do powiedzenia? Może w sprawie egzekutywy? 

Mam, ale zabierze to dużo czasu. Chyba następnym razem.
― 

Dobrze. Bardzo dziękuję. Może uda się jeszcze uratować 

Andrzeja. Dużo nad tym. pracujemy kilkoma drogami. Poszukam sposobu 
zawiadomienia go, że skrytki w jego mieszkaniu nie znaleziono i że z apylinki

wszystko zabrano.
Pożegnali się.

„Jednak nie jest on tylko suchym urzędnikiem" pomyślał Józef.
Później się dowiedział, że zabiegi wielu ludzi dla wyrwania Andrzeja z 

pazurów gestapo zostały zmarnowane. Ostatni cios zadał sobie sam: 
powiesił się na strzępach swoich skarpetek w areszcie gestapo.

Pewnego dnia poszedł na Zwierzyniec, żeby zobaczyć biurowerbunkowe 

background image

pułkownika Baronowa. Miał go w spisie skazanych na śmierć. Na 
Zwierzyńcu również mieszkał agent gestapo, Kozłow. Obaj byli już dobrze 

rozpracowani, lecz Grzmotowi nie zależało na prędkim wykonaniu tych 
wyroków. Pozostawił tę sprawę Józefowi. Powiedział, że obu skazanych 

trzeba zlikwidować, ale nie ma w tympośpiechu. Wyraził życzenie, aby, 
wpierw zlikwidowano Kłobowskiego. Wówczas Józef powiedział mu 

(poufnie), że miał już dobrą sposobność sprzątnięcia Kłobowskiego, lecz na 
podstawie dobrze j sprawdzonych wiadomości doszedł do wniosku, że 

wyrok na Kłobowskiego wydano niesłusznie lub lekkomyślnie i że, 
prawdopodobnie, w podobnej sytuacji się znalazł bokser Klędzin.

Przedyskutowano tę sprawę szczerze i Grzmot zgodził się na pozostawienie 
tych wyroków w Zawieszeniu, bo obecnie nie mógł się zająć zbadaniem tych

spraw.
Józef doszedł do wniosku, że w jego zasięgu pozostali z całego spisu 

skazanych tylko trzej, na których wykonanie wyroków nie budziło 
zastrzeżeń: Baronow, Kozłow i Dorota, która jednak gdzieś znikła.

Gdy około południa wracał ze Zwierzyńca ulicą Mickiewicza, usłyszał z boku 
znajomy głos:

― Panie Józefie! Bardzo się cieszę, że pana spotkałem!Zobaczył wesołą 
twarz profesora W., który serdecznie uścisnął jego dłoń.

― 

Dzisiaj właśnie przyjechałem do Wilna ― ciągnął profesor ― i 

myślałem o panu. Zamierzałem wstąpić jutro do Jadzi i porozmawiać z 

wami.
― 

Również bardzo się cieszę! ― odparł Józef, chociaż hałaśliwe 

przywitanie go na ulicy wcale mu się nie podobało.

background image

― 

Mam dla pana miłą wiadomość i w ogóle chcę z panem 

porozmawiać. Czy ma pan godzinkę wolnego czasu?

― 

Tak. Będzie mi bardzo przyjemnie.

Chodźmy więc do mnie, do Komitetu! ― ujął Józefa pod ramię i razem 

poszli dalej.
― 

Co za wiadomość? ― spytał Józef.

Wiadomość później. A na razie pozdrowienie. I to jakie! Zgadnij pan, od 
kogo?

― 

Chyba od pańskiego brata.

― 

Et, tam... ―skrzywił się profesor. ― Od osoby dużo, dużo 

ciekawszej! ― Zrobił pauzę, a potem dodał ściszonym głosem:.― Od Róży...
― 

Od pani Róży?!

― 

Zdziwił się pan?... Opowiem panu o niej więcej, ale muszę 

załatwić tu, po drodze, jedną pilną sprawę. Potem będziemy mieli więcej 

wolnego czasu na rozmowę.
Skręcił za róg szarego gmachu sądów, w ulicę 3go Maja. Było tam boczne 

wejście dla personelu niemieckiego gestapo. Profesor właśnie tam się 
skierował. Józef się zatrzymał. ― Ależ to gestapo! ― powiedział.

― 

No, tak. A o co chodzi? Ja tutaj lawiruję jak na Własnym 

podwórku. A pan ze mną. Zaczeka pan trochę na korytarzu, a ja załatwię 

swoją sprawę i pójdziemy do Komitetu. Po co pan ma się kręcić po ulicy? 
Pomyślą jeszcze, że pan jest szpiegiem.

„Żeby ciebie diabli wzięli!"― zaklął w duchu Józef. Miał przy sobie 
browning, ale uważał, że to pogarsza sprawę. Poza tym wyszedł z domu z 

dokumentami na nazwisko Kowalski, na które był zameldowany u Luby. 

background image

Natomiast profesor przypuszczał, że jego nazwisko jest Makarewicz. 
Przyszło mu jednak do głowy, że jeśli stanowczo odmówi wstąpienia do 

gmachu razem z profesorem, nasunie mu myśl, że ma powody do obawy.
― 

Rozumiem, że instytucja nie jest przyjemną ― rzekł profesor. 

― Ale takie się czasy. NKWD była jeszcze gorsza.
Wstąpili do małego westybulu, gdzie z lewej strony była oszklona separatka 

żandarma, który sprawdzał legitymacje i przepustki rzadko wchodzących tu 
osób. Profesor podał przez okienko żandarmowi jakiś blankiet, który ten 

prędko obejrzał i zasalutował.
Ten pan idzie ze mną ― rzekł profesor po niemiecku wskazując dłonią na 

Józefa.
W porządku ― odparł żandarm. A gdy profesor i Józef poszli schodami na 

górę, zatelefonował.
Józef uważał swoją sytuację nie tylko za przykrą, ale i za niebezpieczną. 

Udawał jednak, że jest spokojny i nawet próbował żartować. „W wypadku 
próby zatrzymania mnie zastrzelę tylu ludzi, ilu będę mógł i siebie również. 

Dobrze, że mam przy sobie truciznę, ale szkoda, że nie wziąłem parabellum.
W tym właśnie gmachu zginął Andrzej".

Zatrzymali się na korytarzu przed drzwiami numer 110.
Chce pan wstąpić ze mną do środka, czy woli zaczekać tutaj?

spytał profesor.
 ― Lepiej zaczekam, bo po niemiecku mówię bardzo marnie. ― Dobrze! ― 

profesor klepnął przyjaźnie Józefa po ramieniu i wszedł do pokoju.
Józef usiadł na parapecie najbliższego okna, skąd mógł widzieć drzwi. Był zły

na profesora.

background image

„Co za wstrętna historia! I trzeba było go spotkać!"
Mijały minuty, lecz profesor nie wychodził z pokoju. Korytarzem 

przechodzili kilka razy niemieccy oficerowie i podoficerowie. Byli ubrani w 
dobrze dopasowane mundury. Wyglądali jak wyprasowani i wylakierowani. 

Na Józefa nie zwracano uwagi. Ale, po dziesięciu minutach, gdy jeden z nich
szedł korytarzem drugi raz, niosąc w ręku kilka sinych teczek, zatrzymał się i 

spytał po niemiecku. ― Czy pan czeka na kogoś?
― 

Czekam na profesora... ― Wymienił nazwisko i wskazał dłonią 

na drzwi do pokoju numer 110.
Oficer skinął głową i oddalił się. Minęło jeszcze dziesięć minut, lecz profesor

nie ukazał się.
„Może zapomniał o mnie? A może tam jest inne wyjście?"

Wreszcie zupełnie zniecierpliwiony zapukał do drzwi pokoju 110. Nie 
usłyszał odpowiedzi. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Z przerażeniem 

zobaczył, że pokój jest pusty. Stało w nim, bokiem do okna, duże biurko, 
było kilka krzeseł i szafka. Zamknął drzwi za sobą i zdecydował się czekać 

tutaj, bo korytarz uważał za miejsce niebezpieczne. Zwrócił uwagę na 
mniejsze drzwi, z lewa obok szafki.

„A może on tam... w następnym pokoju?"
Podszedł bliżej i odróżnił głosy kilku ludzi. Potem rozległ się wybuch 

śmiechu. Józef zapukał do drzwi. Posłyszał głos: „Wejść!" Wstąpił do środka 
i zobaczył za dużym biurkiem starszego oficera SS z czarną opaską na oku i z

wielu odznaczeniami na piersi. Z prawej strony biurka siedział inny oficer, a 
profesor był odwrócony plecami do Józefa. Oficer SS przybrał surową minę i

spytał ostro po niemiecku:

background image

― O co chodzi?
― 

Chcę pomówić z panem profesorem.

Profesor obrócił się na krześle ku Józefowi, klepnął się dłońmi po udach i 
powiedział po polsku:

― 

Bardzo przepraszam! Trochę za długo. Ale rozmowa była tak 

interesująca... ― potem rzekł do oficerów po niemiecku: ― Ten pan jest 

przyjacielem naszej rodziny. Czekał na mnie.
Oficer SS skinął głową.

― 

O, tak, rozumiem.

Profesor powiedział po niemiecku jeszcze kilka zdań do oficerów i pożegnał 

ich. Potem razem z Józefem wyszedł z gabinetu. Na korytarzu mówił głośno 
po polsku, zupełnie nie zwracając uwagi na spotykanych po drodze ludzi.

― 

Pan wie: wśród nich są wspaniałe chłopy! Jaką anegdotę 

opowiedzieli mi o Himlerze, a potem o Mussolinim! Ha!

Wreszcie znaleźli się na ulicy. Józef lżej odetchnął i miał ochotę się obejrzeć.
„No i typ! ― myślał o profesorze. ― Kawał wariata! Nie rozumie, w jakim 

świecie żyjemy!"A profesor swobodnie z nim gwarzył. Opowiedział o swej 
podróży do Berlina, o rozmowach z dygnitarzami hitlerowskimi. Wreszcie 

zbliżyli się do Komitetu Białoruskiego, który mieścił się po prawej stronie 
ulicy Mickiewicza, niedaleko placu Katedralnego. Weszli na pierwsze piętro.

Minęli dużą jak salon poczekalnię, potem małą bibliotekę z kilku oszklonymi
szafami i wstąpili do gabinetu profesora. Dał on Józefowi do przeglądania 

plik białoruskich pism, przeprosił go i wyszedł „tylko na parę minut". Wrócił,
otwierając drzwi kobiecie, która niosła na tacy dwie szklanki herbaty i talerz

biszkoptów.

background image

― 

Napijemy się herbaty. No i pogadamy. Rzecz pierwsza: Róża 

jest panem oczarowana! Zawstydził się pan, co?

― 

Nie. Ale jestem zdziwiony. Nie stosowałem żadnych czarów,

Profesor potrząsnął dłonią w powietrzu.

― 

Wiem, wiem, jakie to były czary. Mnie ona oczywiście nie 

opowiadała, ale mojej córuchnie się zwierzyła dokładnie. A u córy wobec 

mnie sekretów nie ma. Rozumie pan teraz? No i jestem bardzo zadowolony,
bo mnie na niej zależy. Dług dawnej przyjaźni dla jej rodziców. Otóż Róża 

prosiła mnie, żebym panu dopomógł. Chętnie zrobię to, bo również żywię 
sympatię dla pana. Pomógł pan tak szlachetnie Jadzi w ciągu całej zimy i w 

pracy domowej. No i w ogóle lubię ludzi solidnych, mądrych, nie bawiących 
się w konspirację, w marzenia ściętej głowy o Polsce od Smoleńska do 

Berlina...
Józef miał ochotę parsknąć śmiechem, bo nie uważał siebie ani za 

„mądrego", ani za obojętnego na sprawy dotyczące losów Polski, Ale się 
powstrzymał. Natomiast profesor mówił dalej, z całkowitą wiarą w trafność 

swoich wniosków i opinii. Wreszcie doszedł do sprawy:
― 

Chcę panu dać dobrą posadę, którą właściwie po drodze z 

Mińska tutaj wykombinowałem. Będzie pan kierownikiem biblioteki w 
naszym Komitecie.

― Ależ ja bardzo licho znam język białoruski!
― 

Kto zna polski i rosyjski, ten zna i białoruski. Ta sama rodzina 

języków. Zresztą pracy tutaj prawie nie będzie. Jest parę setek książek i 
trochę pism. Kilka razy w tygodniu przyjdzie pan tutaj i zobaczy, co jest 

nowego. Kiedy trzeba będzie załatwić korespondencję albo jakieś sprawy 

background image

formalne, to jest moja sekretarka. We wszystkim panu dopomoże, wszystko
objaśni. Ale pan będzie miał mieszkanie służbowe, odpowiednie 

uposażenie, przepustkę, dokumenty. A gdy wojna się skończy, zatroszczę 
się o dobrą pozycję dla pana...

― 

Nie wiem, co panu odpowiedzieć...

― 

Niech się pan namyśli. Jest czas. Będę w Wilnie dwa tygodnie. 

Potem wrócę do Mińska. Ale, jeśli pan się zgodzi, trzeba będzie przyjąć 
obywatelstwo białoruskie.

― 

Panie profesorze, jaki ze mnie Białorusin?

― 

Taki jak i ze mnie. Urodził się na tych ziemiach i wyrósł z 

białoruskich korzeni. Niech pan pozna te sprawy i może inaczej je pan 
odczuje. Mało kto z inteligencji polskiej wie o bogatej i pięknej historii 

narodu białoruskiego. A przecież dawniej nawet magnaci polscy pisali i 
mówili po białorusku. Ale teraz nie warto o tym mówić. Idzie o to, że mam 

dla pana sympatię i chcę panu dopomóc. Róża przecież wcale nie ma 
pojęcia o sprawach białoruskich. A jednak pracuje u nas. Czy nie lepiej żyć 

wygodnie, bezpiecznie, niżeli cierpieć biedę?
Po godzinnej rozmowie z profesorem, Józef go pożegnał. Powiedział, że się 

zastanowi nad tą sprawą, i jeśli przyjmie propozycję, wstąpi do Komitetu 
przed upływem dwóch tygodni. Otrzymał kilka białoruskich broszur, jedną 

książkę o historii Białorusi i plik pism. Tegoż dnia wieczorem miał umówione
spotkanie z Grzmotem. Opowiedział mu o swej przygodzie w gestapo i o 

propozycji profesora.
― 

Świetnie się składa! ― rzekł Grzmot. ― Będzie pan doskonale 

zalegalizowany, a my będziemy mieli wszelkie informacje o działalności 

background image

Komitetu Białoruskiego. Niech pan wykorzysta sposobność i jak najprędzej 
to załatwi.

― 

Jakoś mi przykro...

― 

Dla dobra Sprawy.

― 

Jeszcze się namyślę.

― 

Ale niezbyt długo.

Nazajutrz przed południem poszedł do Komitetu. Czuł rozterkę wewnętrzną
i nie mógł się zdecydować na stanowczy krok. Chciał pomówić jeszcze z 

profesorem. W dużej poczekalni zobaczył jedne

225 go tylko mężczyznę, który siedząc przy okrągłym stole wypełniał 

duży formularz.
― Czy prezes jest w gabinecie? ― spytał go Józef.

― 

Był niedawno, ale wyszedł. Sekretarka mi powiedziała, że wróci

za godzinę. A pan chciał wypełnić deklarację ― raczej stwierdził, niźli 

zapytał,
― 

Zastanawiam się nad tym. Właściwie nie uważam siebie za 

Białorusina, chociaż urodziłem się w Nowogródzkiem.
― 

Mówi pan po białorusku?

― 

Mówię niezbyt dobrze, ale rozumiem i czytam swobodnie.

― 

Zabawny z pana człowiek! ― aplikant na Białorusina wetknął 

pióro w kałamarz, złożył dłonie i z zainteresowaniem spojrzał na Józefa.
― 

A cóż w tym zabawnego?,― zdziwił się Józef.

― 

Co?... Wszystko!... Takie patriotyczne skrupuliki w piekle!... Ja 

pochodzę z Poznańskiego. Białoruskiego dawniej nawet nie słyszałem. Sam 

po białorusku ani be, ani me. A jednak złożę deklarację. Prawdopodobnie 

background image

babka moja wywodziła się z tych stron. Powód dostateczny. Trzeba przecież
jakoś żyć, lawirować. Co?

― 

Obiecano panu pracę? '

― 

Na razie jeszcze nie. Ale otrzymam dobre zaświadczenie i zaraz 

poproszę o zapomogę. Kolega mi doradził to. On pochodzi z Warszawy, a 
już dobrze się tutaj urządził. Po prostu przystosował się do okoliczności.

Rozmowa ta wywarła na Józefie niemiłe wrażenie. Zorientował się, że ma 
do czynienia z człowiekiem inteligentnym, ale oportunistą... nawet 

cynikiem.
„Może tutaj jest dużo takich! ― pomyślał. ― A może wszyscy są tacy... 

nawet i profesor! Ale profesor chyba traktuje tę sprawę ideowo jako swoje 
powołanie. Lecz inni?!"

Nie chciał czekać w Komitecie i poszedł do Tomasza. On właśnie skierował 
go dawniej do kuzynki profesora, aby u niej zamieszkał. On również go 

prosił, by zbierał wiadomości o profesorze. Dlatego Józefowi przyszło do 
głowy, że sprawa ta może być dla niego interesująca. „Chyba, tak jak i 

Grzmot, uzna ją za wspaniałą".
Tomasz siedział za biurkiem, zawalonym maszynopisami.―

Może 

przeszkadzam? ― spytał Józef.
― 

Nie. Chcę wypocząć trochę od tych tłumaczeń. Co u pana 

nowego?
― 

Bardzo dużo...

― 

Aktualnie. Bo o wszystkich nowinach musielibyśmy kilka dni 

mówić.

― 

Wczoraj spotkałem na ulicy profesora W. Przyjechał z Mińska 

background image

do Wilna na dwa tygodnie.
― 

To ciekawe.

Opowiedział Tomaszowi o swej wczorajszej przygodzie w gestapo i o 
propozycji profesora. Następnie wspomniał o poleceniu Grzmota, aby 

wstąpił do Komitetu, i o dzisiejszej rozmowie z innym Polakiem, który 
wypełniał deklarację.

― 

Sprawiło to na mnie tak przykre wrażenie ― dodał ― że nie 

czekałem na powrót profesora. Wiem, że pan nim się interesuje, więc 

przyszedłem tutaj, aby z panem pomówić.
― 

Owszem, profesor i jego akcja bardzo mnie interesują, 

chociażby jako objaw fenomenalnej głupoty wykształconego człowieka. 
Przepraszam za szczerość, ale tak właśnie oceniam jego budowanie zamków

na piasku albo z piasku. Pan jednak interesuje mnie o wiele więcej. 
Stwierdzam, że zaczyna pan robić błędy i czuję się również za nie 

odpowiedzialny. Właściwie to ja się przyczyniłem do poznania pana z 
profesorem i współpracy z Grzmotem. Teraz robię sobie wyczuty. Grzmot 

na pańskiej pracy zyskał dużo, Ja trochę. Pan, zaś wiele stracił. To, czego od 
nich potrzebowałem, mogłem zdobyć inną drogą. Niestety, uwikłałem pana 

w ciężkie historie. Nie będę mówił o tamtych robotach. Ale wczorajsza 
pańska wizytka z owym mądrym profesorem w gestapo bardzo mi się nie 

podobała. A teraz mądry konspirator zawodowy z entuzjazmem polecił 
panu wstąpienie do Komitetu Białoruskiego! A czemu, proszę ja pana, on 

sam nie wstąpi? Miałby autentyczne dokumenty, mieszkanie, przywileje, 
wyposażenie i byłby świetnie zalegalizowany! Co?

― 

On nie może, bo ma ważne stanowisko w Organizacji. A ja 

background image

przecież działam na marginesie ich akcji i niczym nie ryzykuję.
Niczym?! ― spytał Tomasz ze zdziwieniem. ― Nie, panie, ryzykuje pan 

dużo. Według mojej opinii wstąpienie do Komitetu
Białoruskiego, w takich warunkach, w jakich on egzystuje, jest po prostu 

kolaboracją z hitlerowcami!
― 

Ale przecież sprawa jest uzgodniona z Organizacją.

― 

Myli się pan. Sprawa jest uzgodniona z Grzmotem. Może On 

omówi ją z kimś z góry. Ale pan zacznie żyć i pracować w Komitecie 

oficjalnie. O pańskiej pracy będą wiedziały dziesiątki i setki ludzi. I 
wyobraźmy sobie to, co dla mnie obecnie już jest niewątpliwe, że Niemcy 

wojnę przegrali. W tym wypadku całą białoruską szopkę profesora diabli 
wezmą. Jeśli zaś Polska wyjdzie z tego bałaganujako państwo wolne, pan 

będzie zdrajcą.
― 

Powołam się na Grzmota, na pana.

― 

Ależ jesteśmy śmiertelni, a złość i podłość ludzka są 

nieśmiertelne i nieograniczone! Czy pan chce dla małych, 

wątpliwychzysków odegrać rolę wtyczki? Może pan w ten sposób podważyć
swoją dobrą pozycję i zmarnować lata poniewierki i wyrzeczeń!

― 

Właśnie nie mogłem na to się zdecydować. Na zyskach i 

przywilejach mnie wcale nie zależało. Ale sądziłem, że mogę wam 

sięprzydać na jeszcze jednym polu.
― 

W obecnej sytuacji nic pan dla nas nie zrobi. A marzenia 

profesora o niepodległej Białorusi są pozbawione sensu. Białoruś Stalin 
uważa za sowiecką republikę. Wybory się odbyły w trzydziestym 

dziewiątym roku. Profesor zaś, ze swą koncepcją Białorusi nacjonalistycznej,

background image

jest całkowicie zdany na laskę hitlerowców, którzy stoją w obliczu, klęski. Z 
nami też marnie. Stalin już tworzy w Rosji polską dywizję imienia Tadeusza 

Kościuszki, oczywiście całkowicie zależną od dyrektyw Kremla. Jest to 
zalążek siły zbrojnej dla bolszewickiego rządu przyszłej Polski, który już jest 

obrany. Niedawno odbył sięw Moskwie zjazd Związku Patriotów Polskich. 
Jednego z tych patriotów ma pan w swoim wykazie skazanych na śmierć za 

zdradę narodu i współprace z MGB. Po prostu za to, że był szpiclem 
bolszewickim i denuncjował Polaków. A żona jego teraz, tutaj w Wilnie, 

paraduje z krzyżykiem na piersi. Tak wyglądają te sprawy! I czymże w takich 
okolicznościach jest cała akcja profesora? Zaślepieniem!

― 

Nie może się cofnąć.

― 

Tak. Już za późno. Ale pan nie powinien w tę beznadziejną 

sprawę w żadnym charakterze włazić!
― 

Może pan uważa, że powinienem wycofać się i z egzekutywy?

― Na razie nie. O tym pomówimy osobno.
― 

A co powiedzieć Grzmotowi w sprawie Komitetu?

― 

Niech mu pan powie, że nie chce' pan się kompromitować. 

Albo, że nie wystarczy panu czasu na sprawy egzekutywy i tamte 

jednocześnie. Bo jednak w Komitecie trzeba by było czymś się zająć.
― 

Dobrze. A jak postąpić z profesorem? On przecież wie, gdzie 

mieszkam. Zniknąć nie ma jak. Byłoby to nawet podejrzane.
― 

Niech pan zagra na zwłokę. Po prostu niech pan nie idzie do 

Komitetu. A jeśli profesor do was zawita, niech się pan czymś wykpi. Powie 
pan, na przykład, że traktuje jego propozycję jako żart. Bo jakiż z pana 

Białorusin? Jeśli szczenię się urodzi w stajni, nie stanie się przez to koniem.

background image

― 

Dobrze, że do pana wstąpiłem.

― 

Oczywiście. I proszę zwracać się do mnie w każdej ważnej 

sprawie. Wyczuwam, że zbliża się dzień, kiedy trzeba będzie zejść w 
dziesiąte podziemie. Weźmiemy tam naszą sprawę. Czasy mogą nadejść 

bardzo trudne, gorsze niźli wszystko, co dotychczas przeżyliśmy. Wkrótce 
zaczniemy do tego się przygotowywać. Pójdzie pan ze mną?

― 

Tak.

― 

Może pan ma do mnie trochę żalu za zdekonspirowanie przed 

asami obcej organizacji. Ale było to pożyteczne. Natomiast o naszej grupie, 
jej organizacji i zamiarach, nikt nie wie. Przypuszczają, że mam stosunki z 

wpływowymi ludźmi z różnych sfer. I na tym kropka. I to jest naszą siłą. 
Będziemy więc pracować dalej nad zdobywaniem i przechowywaniem 

prawdy o tym, co się dzieje w tej potwornej wieży Babel. A może nadejdzie 
pora, kiedy będziemy mogli spełnić wielkie zadanie... Takie, jakie spełnia 

ziarnko pszenicy, rzucone w ziemię!
Pożegnali się mocnym uściskiem dłoni.

* *' *
Z Grzmotem spotykał się regularnie, raz w tygodniu, w mieszkaniu 

Zygmunta. Prócz tego zorganizowali „skrzynkę pocztową" w sklepie 
komisowym przy ulicy Wileńskiej. W oknie wystawowym umieszczono 

anioła z brązu. Ustalono z właścicielką sklepu, że gdy będzie poczta, obróci 
anioła twarzą do szyby wystawowej. Od tego czasu Józef przechodził 

chociaż raz dziennie obok sklepu. Wystarczyło rzucić spojrzenie na 
wystawę, by dostrzec, w jakiej pozie stoi anioł. Dotychczas tkwił w kąciku, 

przy wewnętrznej szybie, bokiem do ulicy.

background image

Pewnego dnia Józef dostrzegł, że brązowa figurka jest obrócona twarzą do 
szyby zewnętrznej i nawet wysunięta nieco naprzód. Wszedł do sklepu, a 

ponieważ byli tam klienci, spytał sprzedawczynię, udając, że się nie znają, o 
cenę figurki. Ona odsunęła wewnętrzną ramę wystawy, obróciła anioła 

bokiem do ulicy i wzięła spod niego małą kartkę. Podała ją Józefowi.
― Tam jest cena ― powiedziała.

Podziękował i wyszedł na ulicę. Udał się na skwer, usiadł na ławeczce i 
rozwinął kartkę. Były na niej daty: wczorajsza, dzisiejsza i jutrzejsza.

„Muszę pójść tam na szóstą ― pomyślał. ― A on zobaczy anioła w zwykłej 
pozie i będzie wiedział, że kartkę otrzymałem".

Wieczorem poszedł do Zygmunta. Wchodził nie przez furtkę z ulicy, 
prowadzącą również do mieszkania Adama, lecz przez wyłom w parkanie, z 

sąsiedniego zaułka. Grzmot i Józef starali się zabezpieczyć Adama, który 
nadal pracował w gestapo, od wszelkich niespodzianek. Poza tym sami się 

czuli lepiej w mieszkaniu Zygmunta, zwykłego robotnika, który trochę 
spekulował i do którego zawsze można było wstąpić, chociażby pod 

pretekstem kupna karbidu albo lampy karbidowej.
Grzmot był zawsze punktualny, lecz dzisiaj Józef nie zastał go u Zygmunta i 

czekał prawie pół godziny. Wreszcie zobaczył go przez okno. Szedł nieco 
utykając na lewą nogę. Minął wyłom w parkanie, pochylił się i poprawił 

sznurowadło u trzewika. Potem wrócił i wszedł na podwórko.
„Doskonale manewruje" ― pomyślał Józef, który zrozumiał, że Grzmot 

poprawił sznurowadło tylko, po to, by zobaczyć zaułek za sobą.
― Przepraszam, że się spóźniłem ― powiedział Grzmot. ― Ale wiedziałem, 

że pan czeka w mieszkaniu, więc nie przyśpieszałem zakończenia innej, 

background image

ważnej sprawy.
― 

Widział pan anioła w sklepie?

 ― Tak. Ucieszyłem się, że skrzynka nasza dobrze działa. Mam dla pana 
dużą niespodziankę.

Dobrą?
― 

No, nie... Raczej kłopotliwą... Dorota jest w Wilnie...

Rzeczywiście duża niespodzianka!
― 

To nie wszystko. Została ranna i leży w szpitalu Świętego 

Jakuba.
― 

W jaki sposób została ranna?

― 

Myślałem, że może pan cokolwiek o tym wie.

― 

Nic nie wiem.

― 

Otóż są informacje wprost ze szpitala. Mamy tam swoich ludzi. 

Dorotę raniono przedwczoraj wieczorem, gdy zapadł zmierzch, na skraju 

placu Łukiskiego. Strzelano do niej z pistoletu, z dużej odległości. Kula trafiła
w bok głowy. Rana nie jest ciężka.

― 

Kto do niej strzelał?

― 

Nie wiemy. Dorota też nie wie. Przypuszcza jednak, że była to 

nasza akcja, że próbowano wykonać na niej wyrok śmierci.
― 

Skąd ona wie o wydanym na nią wyroku śmierci?

― Wie o tym wielu ludzi. Drobny i jego kamraci roznieśli to wszędzie na 
językach. Przecież oni paprali się tą sprawą od połowy zeszłego roku. 

Składali raporty o nieudanych zamachach na nią.Mówili o tym łącznikom. 
Proponowali kelnerom, by ją otruli. 

― 

O tym wiem. Ale kto mógł do niej strzelać przedwczoraj? Co za 

background image

idiotyczny kawał! Przecież byłoby to samo ryzyko, gdyby do niej strzelał z 
bliska.

― 

Może jakiś odtrącony kochanek. Ona przecież często zmieniała.

amantów. A teraz nam idzie o to, że ona zamierza sypać na całą parę. Tak 

się wyraziła w szpitalu. Jest wściekła i się odgraża, że dopiero teraz nam 
pokaże, co potrafi! Że dopiero teraz zapoluje na tych, którzy na nią polują!

― 

Kogo miała na myśli?.

― Oczywiście nas, ludzi z AK. I ona może mieć sporo materiałów. 

Dotychczas mogła sypać umiarkowanie, raczej załatwiając swoje 
porachunki. Teraz zacznie operować wszystkim, co wie.

― 

Skąd te wiadomości?―

Mówiłem panu, że mamy w 

szpitalu swych ludzi. Jedna osoba absolutnie pewna. Dużo nam pomagała. 

Wiemy od niej, że Dorotę odwiedzali w szpitalu oficerowie gestapo. 
Wszyscy przypuszczają, że zranienie jej jest naszą robotą.

― 

Czy Dorota ma zaufanie do pańskiej informatorki?

― 

Tak. Tamta ją widuje służbowo, podczas pracy i dyżurów w 

szpitalu.
― 

Czy ona by mogła nam dopomóc?

― 

Owszem. Ale trzeba ostrożnie, żeby jej nie narazić. Pan 

machyba na myśli zamach na Dorotę w szpitalu? Byłoby to dobrze, boona 

musi być zlikwidowana!
― 

Czy pan może mnie skontaktować z waszą informatorką ze : 

szpitala?
Grzmot zmarszczył czoło i tarł je palcami. Przez jakiś czas się zastanawiał. 

Prawdopodobnie obliczał terminy innych swoich kontaktów. Wreszcie 

background image

powiedział:
― 

Zamierzam właśnie iść stąd do niej. Jeśli tam pójdę i się , 

umówię, to trzeba będzie znowu się spotkać z panem. Potem was zapoznać.
Długa historia. Wobec tego decyduję się na załatwienie tego od ręki. Zaraz 

pójdziemy wprost do niej. Uproszczę sobie tę sprawę. Ale pan potraktuje 
ten kontakt jako ściśle tajny.

― Zgoda.
― 

Więc chodźmy tam.

Niedługo potem Grzmot poznał Józefa z siostrą R. Z miejsca zaczęli 
rozmowę o wykonaniu zamachu na Dorotę. Siostra R. narysowała plan 

gmachu, korytarzy i separatki, w której umieszczono ranną.
Józef zaczął wypytywać siostrę o rozkład dnia pracy w szpitalu. Wreszcie 

spytał:
― Czy mogłaby pani załatwić dla mnie dwie sprawy? Pierwsza:pożyczyć 

jakiś fartuch szpitalny, na przykład taki, w jakich chodząsanitariusze. Druga: 
czy mogłaby pani zostawić otwarte okno na parterze, w pierwszym budynku

od strony rzeki? Właśnie to, którejest tutaj na planie.
― 

Ale w dzień pan tamtędy nie wlezie. Dostrzegą pana.

― 

Wlezę wieczorem, zaraz po godzinie ósmej.

― 

Pan sam chce załatwić to? ― spytał Grzmot.

― 

Tak. Nie będzie żadnych niespodzianek. Nie będzie też straty 

czasu na kontakty z M. i wyjaśnianie mu całej sprawy. Nikt inny nie potrafi 

tego załatwić.
Siostra R. podeszła do komody i wyjęła Z dolnej szuflady biały fartuch. 

Podała go Józefowi.

background image

― 

Niech pap zmierzy. Został u mnie po jednym z lekarzy, którego 

bolszewicy wywieźli latem czterdziestego pierwszego roku.

Józef wdział fartuch.
― 

Dobrze ― powiedziała siostra R. ― Gdyby jeszcze okulary...

― 

Mam i okulary, ale włożę je jutro na robotę.

― 

W takim stroju, jeśli pana nawet ktoś zobaczy na korytarzu, nie

zwróci uwagi.
Siostra. R. obiecała, że nazajutrz przedłuży swą pracę w szpitalu. Potem 

otworzy rygiel u okna pozostawiając je tylko przymknięte. Józef zaś będzie 
na nią czekał, od godziny pól do ósmej, niedaleko wejścia do kościoła 

Świętego Jakuba. Siostra R. przyjdzie do niego i powie, jaka jest sytuacja w 
szpitalu. Następnie uda się do domu.

Pożegnali siostrę. Józef wziął od niej fartuch, zawinięty w papier do 
pakowania. Na schodach Grzmot spytał:

― 

Jak pan zamierza zlikwidować Dorotę?

― Kolbą pistoletu. Nigdy w życiu nawet nie uderzyłem kobiety, ale w tym 

wypadku, prawdopodobnie, nie będzie innego sposobu. Strzelać tam 
przecież nie można.

― 

No tak... Ale boję się o pana. Czy nie lepiej jednak, żeby Mag?

―? Mag jest gorący, trochę narwany. Jeśli trafi w nieprzewidzianą sytuację, 

może tam narobić wielkiego bałaganu. Będzie strzelał do każdego, kogo 
napotka. A mnie go szkoda. Ja również jestem nerwowy, ale w trakcie akcji 

potrafię zachować spokój.
Obaj zamilkli. Byli jakby przygnieceni ciężarem zamierzonej na jutro akcji. 

Pożegnali się za Zielonym Mostem. Józef poszedł w prawo, żeby na 

background image

Antokolu przejechać łódką Wilię. Grzmot skierował się pośpiesznie w górę 
ulicy Kalwaryjskiej, bo się zbliżała godzina policyjna.

Nazajutrz Józef przygotował w składziku parabellum, fiński nóż, okulary, 
latarkę elektryczną i fartuch lekarski. O siódmej wieczorem wyszedł z domu.

Przez jakiś czas spacerował obok szpitala, porównując w pamięci rozkład 
korytarzy i sal z planem, który wczoraj siostra R. narysowała. Potem poszedł

w kierunku położonego w głębi placu Łukiskiego kościoła Świętego Jakuba. 
Usiadł na dużym wrośniętym w ziemię głazie, w pobliżu starych, 

rozłożystych drzew. Widział stamtąd, po drugiej stronie dużego placu, 
czworokątny masyw dawnego gmachu sądów ― obecnie gestapo.

„Mają oczy dookoła ― pomyślał o oknach budynku ― a uszy w mieście. A 
jednak nie zduszą ludzkiego pędu do wolności. Zawsze się znajdzie jakiś 

Tomasz, który, jeśli trzeba będzie, zejdzie w dziesiąte podziemie i będzie 
czekał na sposobność porwania wszystkich do czynu i chwycenia wroga za 

gardło!"
Spojrzał na zegarek: kwadrans do ósmej. „Muszę czekać jeszcze kwadrans". 

Spojrzał w stronę szpitala i zobaczył siostrę R., idącą pośpiesznie w kierunku
kościoła. Mijając Józefa powiedziała:

― 

Proszę iść w stronę ulicy Kasztanowej.

Skierowała się dalej. Józef wstał i powoli przemierzył plac na drugą stronę. 

Potem poszedł na prawo. „Coś się zmieniło ― pomyślał z uczuciem ulgi, ale 
i zawodu. ― Może postawiono ochronę? Ta Dorota ma fantastyczne 

szczęście!"
Przed ulicą Kasztanową udał, że się zainteresował jadącym jezdnią wozem z 

pustymi beczkami. Przy tej sposobności obejrzał plac i ulicę za sobą. Siostra 

background image

R. szła z dala w jego kierunku.
Skręcił w ulicę Kasztanową, która nie miała przejścia. Wiedział, że siostra R. 

ma coś ważnego mu do powiedzenia i chce zrobić to w swym mieszkaniu. 
Poszedł jeszcze wolniej i zatrzymał się przed wejściem frontowym do 

kamienicy.
Gdy się znaleźli w pokoju, w którym wczoraj się naradzali z Grzmotem, Józef

spytał:
― 

Czy się stało coś nieprzewidzianego?

― Tak. Doroty nié ma w szpitalu.
― 

Dlaczego?

― 

Wypisano ją. Przyszła po nią matka i odjechały dorożką.

― 

Dokąd?

― 

Oczywiście do domu jej rodziców. Znam ich adres: ulica

Ostrobramska 19. Będzie chodziła na opatrunki do Pierwszej Polikliniki przy 

ulicy Wielkiej, To blisko od nich, po tejże stronie.
― 

A dlaczego opuściła szpital? Może się obawiała zamachu na 

nią?
― 

Nie. Ale nie jest ciężko chora. Musi tylko zmieniać opatrunki. 

Może się nudziła w szpitalu? Może rodzice chcieli wykorzystać tę 
sposobność, otoczyć ją swoją opieką i jakoś na nią wpłynąć. Ona przecież 

pochodzi z bardzo dobrej rodziny. Dla nich to wszystko jest potwornym 
ciosem.

― Dziękuję pani za wszystko. Muszę iść, bo jest późno.
― 

Czy pan sam zawiadomi pana Michała o tej zmianie?

Zrozumiał, że mówi o Grzmocie, który miał kilka pseudonimów.

background image

― 

Załatwię to jutro.

Pożegnał siostrę R. i udał się wprost do domu.

Nazajutrz od samego rana anioł w oknie sklepu komisowego przy ulicy 
Wileńskiej stał twarzą do szyby wystawowej. Pod figurką leżała kilkakrotnie 

złożona kartka papieru: „Mamusia zabrała wczoraj chore jeszcze dziecko ze 
szpitala do domu. Będę się dowiadywał o jego zdrowie".

Był pewien, że Grzmot łatwo zrozumie, co się stało. Postanowił działać bez 
zwłoki. Ze sklepu komisowego udał się do Klary. Spodziewał się, że 

wczesnym rankiem zastanie ją w domu. Drzwi z korytarza do kuchni były 
lekko uchylone. Wszedł spodziewając się, że zobaczy matkę Klary. Ale w 

kuchni jej nie było. Jadalnia również była pusta. Zajrzał przez uchylone 
drzwi do następnego pokoju, gdzie zazwyczaj odbywał narady z Klarą. 

Zobaczył dziewczynę, która tylko w dziennej koszulce i majtkach stała przed 
lustrzanymi drzwiami szafy i oglądała swe odbicie. Wyglądała jeszcze 

młodziej, jak podlotek. Chciał się cofnąć, ale Klara dostrzegła w lustrze jego 
obecność i skoczyła w bok. Kucnęła za stolikiem, jakby tam chciała się 

schować. Józef przymknął drzwi i usiadł w jadalni, na krześle obok okna. 
„Cóż, i ta jest kobietą!" ― pomyślał.

Wkrótce Klara wyszła do niego. Była ubrana. Policzki miała zaróżowione.
― 

Ach, jaki wstyd! ― powiedziała. ― Myślałam, że mama jest w 

kuchni i nie zamknęłam drzwi.―

Moja wina ― rzekł Józef. ― 

Powinienem był zawołać. Ale myślałem, że w ogóle nie ma nikogo w domu. 

Drzwi na korytarz były wpół otwarte.
― Wczoraj był dzień moich urodzin i w prezencie od mamy otrzymałam 

tamtą bieliznę. Chciałam sprawdzić, czy jest dla mnie dobra.

background image

― 

Doskonała! Wygląda pani jak sylf. Gdyby jeszcze skrzydełka, 

mogłaby pani fruwać. A szkoda, że nie wiedziałem wcześniej o dacie pani 

urodzin. Postarałbym się też zdobyć na jakiś prezent. 
Teraz będę się wstydziła pana.

― 

Co za głupstwo! Proszę wcale o tym nie myśleć.

― 

Jest coś ważnego?

― Jest. Bardzo ważne. Czy pani ma dzisiaj wolny czas?
― Oczywiście. Na naszą pracę zawsze mam czas.

― 

Niech więc pani słucha!

Opowiedział Klarze o zranieniu Doroty, o jej krótkim pobycie w szpitalu i o 

tym, że wczoraj matka zabrała ją do domu przy ulicy Ostrobramskiej pod 
numerem 19. Wyraził przypuszczenie, że dzisiaj Dorota pójdzie na 

opatrunek do Pierwszej Polikliniki przy ulicy Wielkiej. Trzeba więc 
obserwować dom przy ulicy Ostrobramskiej, szczególnie w godzinach pracy 

Polikliniki. Sprawa ta jest bardzo pilna.
Klara spojrzała na zegarek.

― 

Teraz pół do dziewiątej. Przyjęcia w Poliklinice są od dziesiątej 

do dwunastej i wieczorem od czwartej do szóstej. Zaraz tam pójdę.

― Nie chcę wciągać do tej roboty ani Kreta, ani Aktorki. Pani zna dobrze 
Dorotę.

― 

Tak. Tyle czasu na nią straciłam. Ta robota będzie łatwa, bo 

blisko mego mieszkania. I miejsce dobre. Na tych ulicach zawsze jest dużo 

przechodniów.
― 

Więc pójdę dalej. Mam dużo spraw do załatwienia. Zostawię 

Dorotę na pani wyłącznej opiece.

background image

― Kiedy pan przyjdzie?
― 

Jutro o tejże porze. Ale będę tak hałasował, że pani mniez 

daleka posłyszy.
― 

Więcej mnie pan nie zaskoczy!

― 

Szkoda, bo obrazek był śliczny! I nie trzeba tym się 

przejmować. Jestem przyzwyczajony do podobnych widoków.

― 

Ale ja nie jestem przyzwyczajona do podobnych wystąpień!

Po wyjściu z mieszkania Klary zaczął kluczyć w okolicy Ostrej

Bramy i ulicy Wielkiej. Otworzył furtkę w dużej, drewnianej bramie domu 
numer 19. Zobaczył szerokie, puste wnętrze. W głębi, z prawa, była klatka 

schodowa.
„Więc tylko przez tę bramę może wyjść i wejść!"

 Udał się na położony w pobliżu duży dziedziniec przy cerkwi Świętego 
Ducha. Znalazł na nim z tyłu bramę, która wychodziła na wąską ulicę 

Cerkiewną, ale była zamknięta i nie miała furtki do przejścia. Z prawej 
strony zobaczył duży budynek mieszkalny, jakby klasztor albo seminarium.

Gdy zbadał prawą stronę ulicy Ostrobramskiej, przeszedł na lewą. 
Zainteresował się zakamarkami w pobliżu Muzeum Białoruskiego i cerkwi 

Świętej Trójcy. Później wydostał się na ulicę Wielką. Zobaczył z dala Klarę, 
która szła wolniutko w kierunku Polikliniki. Miała w ręku koszyk na zakupy.

„Już jest na obserwacji". 
W skrzynce kontaktowej przy ulicy Zamkowej zostawił kartkę dla Maga. 

Wyznaczył mu spotkanie nazajutrz wieczorem, w punkcie „C" ― cmentarz 
wojskowy na Antokolu. Prócz tego mieli punkt „K" ― mieszkanko Klary i 

punkt „Z" ― domek Zeksa.

background image

Po południu poszedł znów na ulicę Wileńską. Chciał się dowiedzieć, czy 
Grzmot otrzymał zawiadomienie o wyjściu Doroty ze szpitala. Anioł stał w 

oknie wystawowym twarzą do ulicy.
„Chyba jeszcze nie wziął mojej kartki ― pomyślał. ― A może wziął i zostawił

coś dla mnie?"
Wstąpił do sklepu. Sprzedawczyni otworzyła okno wystawowe i obróciła 

anioła bokiem do ulicy. Potem podała Józefowi kartkę Grzmota, który 
wyznaczył mu spotkanie dzisiaj wieczorem u Zygmunta. Kiedy po kilku 

godzinach się zobaczyli, Józef opowiedział I mu, co usłyszał od siostry R. 
Grzmot zdenerwował się.

― Psiakrew! Ta paskudna Dorota jest sprytniejsza od nas wszystkich! 
Przypuszczałem, że wczoraj zostanie zlikwidowana. I co teraz?

I― Nie wiem.
― 

Czyż nie ma żadnego sposobu sprzątnięcia jej? Przecież pół 

miasta wie o tej zabawie w chowanego. To trwa blisko rok czasu.
― 

Proszę pana! ― rzekł Józef chłodno. ― Mnie wcale nie zależy 

na wykonaniu tego dla prestiżu. To przecież nie są zawody sportowe. 
Zorganizowałem doskonały zamach, niezawodny, ale egzekutywa, którą pan

chciał koniecznie zachować, go zmarnowała!
― 

Ale idzie o to, że ona teraz zacznie szkodzić nam z całych sił. 

Będzie sypała nawet znajomych. Przecież obracała się wśród Polaków i dużo
rzeczy słyszała. Może pan spróbuje zbadać nową sytuację?

― 

Robię to od samego rana. Dorota jest już pod obserwacją. 

Zbadałem teren dokoła jej domu i ulicy. Już szukam sposobu zlikwidowania 

jej.

background image

― I jak to wygląda?
― 

Jeśli będzie wychodzić tylko do Polikliniki, to bardzo źle. Czy 

pójdzie gdzie indziej, na razie nie wiem. Wynik dzisiejszej obserwacji będzie 
mi wiadomy jutro rano. A na odcinku od jej domu do Polikliniki nie ma 

żadnego miejsca, gdzie byłyby szanse na ocalenie zamachowca. Za każdą 
cenę organizować zamachu nie będę.

― 

Więc nie widzi pan sposobu zlikwidowania Doroty?

― 

Jeszcze nie. Przecież dopiero dzisiaj zaczęliśmy rozpoznanie 

nowych okoliczności.
― 

Ale niech pan zrobi wszystko, co jest możliwe, żeby wreszcie tę

sprawę skończyć.
― 

Już robię to. A w niedalekiej przyszłości zaproponuję panu 

nowy system wykonawczy wyroków śmierci.
― 

Dobrze. Pomówimy i o tym. Aha! Jeszcze jedna rzecz. Szymon 

chce pana widzieć. Powiedział, że ma do pana pilną sprawę.
― 

Odwiedzę go jeszcze dzisiaj, na zakończenie dnia, bo jutro 

chyba nie znajdę na to czasu. A jak Stanisław? Nie porzucił jeszczejego 
żony?

― 

Nie... ― skrzywił się z niesmakiem Grzmot. ― W ogóle plugawa

sprawa. Szymon odmówił dalszego udziału w pracy. Powiedział, że nie 

uważa siebie za członka Organizacji i że przysięga jego nie jest ważna. 
Dałem mu spokój, chociaż jest mi bardzo potrzebny. Miał doskonały punkt 

kontaktowy.―

Zaraz do niego pójdę.

Pożegnał Grzmota i udał się pośpiesznie na Zawalną. Drzwi do kuchni w 

mieszkaniu kościelnego znalazł wpół otwarte. Wszedł bez pukania. Szymon 

background image

leżał w pokoju na tapczanie. Przy wejściu Józefa wstał pośpiesznie, 
przywitał się z nim i powiedział:

― 

Dobrze, że pan przyszedł. Chciałem uporządkować jedną 

sprawę i podziękować panu.

― 

Za co?! 

― No, za tamtą rozmowę. Pamięta pan... wieczorem? Zrozumiałem, że pan 

mówił ze mną szczerze i uczciwie jak brat. Jak Polak, który, chce dopomóc 
innemu Polakowi w biedzie. Przyznam się panu, że szukałem Stanisława po 

mieście, aby go zastrzelić. Ale po naszej rozmowie ostygłem. Zacząłem nad 
tym myśleć i zrozumiałem, że pan ma rację. Że głupio ukarałbym siebie i 

zostawiłbym dziecko bez opieki.
― 

Czy on z nią żyje?

― 

Chyba tak. Ale ona już próbowała się dowiedzieć, czy przyjmę 

ją z powrotem. Przysłała tu swoją matkę, która chce załagodzić tę sprawę.

― 

Co pan jej odpowiedział?

― Że nie chcę mieć brudu w domu ani złych wpływów na dziecko.

― A gdzie jest teraz Wandeczka?
― U mojej matki. Ma tam dobrą opiekę. A pan Witold chciał urządzić u 

mnie inną swoją placówkę. Powiedział, że to dla Polski. Ale ja jemu 
wygarnąłem otwarcie, że nie chcę mieć nic wspólnego z Polakami, którzy 

mają wśród siebie takich łajdaków jak Stanisław!
― 

Dobrze pana rozumiem ― rzekł Józef. ― J cieszę się, że 

wyrzucił pan z głowy zamiar zemsty. Tę sprawę powinna była załatwić sama
Organizacja i załatwić ją surowo. Już o tym rozmawiałem. Ale cóż? 

Stanisław jest im potrzebny...

background image

― 

Zostawię pana na chwilę ― powiedział Szymon i wyszedł z 

pokoju Wrócił za kilka minut i podał Józefowi jedną ciężką paczuszkę a 

drugą lżejszą. ― Daję to panu ― rzekł. ― Wiem, że w pańskich rękach to się
nie zmarnuje.―

Co to jest?

― 

Pistolet rosyjski ufi. Bardzo dobry. Duży kaliber. I 120 nabojów 

do niego. Niech pan to weźmie.

― 

Bardzo chętnie. Ale chcę zwrócić panu koszt tych rzeczy. 

― 

Już mi pan zapłacił. Tamta rozmowa mnie uratowała, bo byłem

zdecydowany go zabić. A teraz wiem, gdzie jest jego melina,go nie ruszę.
― 

Bardzo się cieszę. Ta krzywda powróci do niego inną drogą. Tak

w życiu bywa. Ale muszę iść, bo do godziny policyjnej czterdzieści minut, a 
mieszkam daleko stąd.

― 

Życzę panu wszystkie najlepszego. A wraz z tym pistoletem 

żegnam swoje złudzenia. Pan wie, jakie?...

― Patriotyczne...
― 

W ogóle wszystkie!

Józef poszedł pośpiesznie do domu. Ucieszył się pistoletem, który uważał za
bardzo dobry, i dużym zapasem nabojów do niego.

..Mam teraz własne: Hiszpan, browning i ufo. Wspólnie z Magiem i Zeksem 
parabellum. Służbowy browning dziewiątkę, jeden granat, fiński sztylet i 

nóż myśliwski. Zupełnie dobrze. Malutki arsenał broni!"O godzinie dziesiątej
rano wszyscy bylina stanowiskach, z których musieli, gdy Józef dał znak. 

przystąpićdo akcji. Klara klęczała przed wejściemw uliczkę, przy której 
końcu,nad łukiembramy. było widać cudowny obraz Matki 

BoskiejOstrobramskiej. Stamtąd mogła widzieć bramę domu numer19. Na 

background image

piersimiała załadowany i zabezpieczony browning siódemkę. Józef, 
gdyomawiał z nią i Magiem plan zamachu na Dorotę, nie chciał jejdać broni.

Ale spojrzała na niego z takim wyrzutem i prawie rozpaczą, że zmiękł.
― No, dobrze! ― powiedział. ― Ale strzelać można tylko w wypadku 

ostatecznym ― gdy się wytworzy taka sytuacja, której przewidzieć nie 
potrafię.

Oczy dziewczyny rozbłysły, a na twarzy ukazał się lekkiuśmiech. „A jednak 
nie jesteś zbyt twardy!" Dostrzegł to i sposępniał.

Stanowisko Rysia było przy wejściu do Ostrej Bramy z ulicy Bazyliańskiej. 
Miał on browning dziewiątkę i granat zaczepny.Józef omówił z nim akcję 

niedługoprzed jejrozpoczęciem. Rola jego była ważna, bo mógł wtrudnej 
sytuacjiocalić Maga.Chodziło o to, żeby Ryś. jeśli za Magiembędzie pościg, 

rzuciłgranat w kierunku małouczęszczanej ulicy Cerkiewnej i cofnął siędo 
Ostrej Bramy. Wybuchgranatu wywołałby panikę i utrudnił pościg.Ryś 

dobrze zrozumiałswoje zadanie iJózef zostawił go na stanowisku. Mag 
musiał czekać na ławeczce w dziedzińcu obok cerkwi Świętego Ducha. Gdy 

Dorota wyjdzie z domu i Klara uda się za nią w kierunku Polikliniki, Mag 
zmieni stanowisko ― wyjdzie na ulicę Ostrobramską. Następnie, na znak 

Józefa, skieruje się do bramy numer 19, otworzy furtkę, wstąpi do środka i 
będzie czekał na wejście Doroty. Łatwo ją pozna po obandażowanej głowie. 

Wystrzeli do niej dwa razy i wyjdzie na ulicę. Jeśli go nikt nie będzie ścigał, 
skieruje się szybkim krokiem ku Ostrej Bramie, wyjdzie na Bazyliańską, 

skręci w lewo i tuż przed ulicą Piwną wstąpi w Cerkiewną. Jeśli zaś będzie 
ścigany, wyjmie pistolet i fiński nóż, i przemierzy ten odcinek biegiem. 

Gdyby ucieczka przez Ostrą Bramę okazała się niemożliwa, pobiegnie w 

background image

kierunku przeciwnym (gdzie będą Klara i Józef), skręci w prawo, na 
dziedziniec cerkwi Świętego Ducha. Tam, niedaleko drugiej bramy, są 

ułożone puste skrzynie, które ułatwią przesadzenie parkanu od ulicy 
Cerkiewnej. 

Rano Mag wdział granatową robotniczą bluzę i drelichowe spodnie. Na 
głowę włożył starą cyklistówkę. Stopy obuł w lekkie, tenisowe pantofle. 

Ubrudził sobie nieco twarz sadzami. Do wykonania za machu Józef 
zaproponował mu parabellum albo ufo ― automatyczny pistolet rosyjski. 

Mag wziął ufo, bo uważał go za niezawodny. Umieścił go na brzuchu, za 
paskiem. Mógł go łatwo wyjąć, a szeroka bluza dobrze okrywała broń z 

wierzchu. Fiński nóż, z ostrzem owiniętym chustką do nosa, wsunął za pas z 
tyłu, nieco ukośnie, 

Gdy przygotowania były ukończone, Józef powiedział:
― 

Uważam organizację akcji za marną... dziecinną... nawet 

głupią... Jeszcze nie jest za późno i będę zadowolony, jeśli pan zechce z tego
się wycofać.

― 

Rozumiem. Chce mnie pan oszczędzić.

 ― Uważam, że ryzyko za duże. Możemy wstrzymać akcję i zaczekamy na 

lepszą sposobność. Na pewno będzie.
― 

Ale wczoraj wieczorem, na naszej naradzie z Klarą, powiedział 

pan, że są dobre szanse na wykonanie zamachu i na ucieczkę.
 ― A mimo to nie podoba mi się ten sposób wykonania zamachu. Jeśli nie 

jest pan siebie pewien, odłóżmy robotę.
― 

Mam przeczucie, że wszystko pójdzie wspaniale. Ucieczka na 

Cerkiewną jest bardzo dobra. Tamta ulica jest prawie zawsze pusta aż do 

background image

Bakszty. Znam ją dobrze, każdy krok, każdy skręt. Zresztą ryzyko jest 
zawsze.

― 

W zamachu na Kancerewicza ryzyka nie było.

― 

No tak. Wyjątkowa historia.

― 

W zamachu na Dorotę, który zimą zorganizowałem dla 

Drobnego, również nie było ryzyka. Ale oni spaskudzili łatwą robotę. A teraz

trzeba ją podejmować w najgorszych warunkach.
― 

Panie Józefie! A tamta pańska sprawa z iperytem i motocyklem

Gorzewskiego, czy była bez ryzyka? Opowiadała mi o niej Klara. Więc panu 
wolno ryzykować, a mnie nie wolno!

― 

I tamta sprawa była głupia, i ta głupia!

― 

I tamta skończyła się dobrze, i ta dobrze się skończy. A Dorotę 

musimy wreszcie zlikwidować, bo ona narobi nam dużego kłopotu, a potem
znowu zniknie.

― 

Dobrze.

― 

Będzie to moja rehabilitacja za sprawę Kłobowskiego. Pan 

obliczył wszystko, jak mógł najlepiej. Wybrał pan, w tych warunkach, 
najlepszy sposób zamachu. Ale... popełnił pan jeden błąd.

― 

Tylko jeden?

― 

Tak, ale duży. Dał pan browning Klarze. Otóż jej broni dawać 

nie wolno. Pan jest śmiały, ale ostrożny. Ja jestem śmiały. Ale ona jest 
bezczelnie śmiała. Jestem przekonany, że jeśli ja albo pan znajdziemy się w 

niebezpieczeństwie, podejdzie i zacznie strzelać. Dlatego będę uciekał w 
ulicę Wielką tylko w ostatecznym wypadku, jeśli do Ostrej Bramy nie będę 

mógł się przebić.

background image

Józef się zmartwił. Przypomniał sobie, że Klara prosiła go, żeby wziął ją na 
ubezpieczenie i podczas zamachu na Gorzewskiego, i podczas pracy w 

apylince. Odgrażała się, że w wypadku jego wsypy zastrzeli Dobroviciusa, 
aby pomścić jego i Andrzeja.

― 

Ma pan rację! ― powiedział. ― Z nią trzeba ostrożnie. Takie to 

subtelne chuchro a zadzierzysta jak pantera. Będę ją miał na oku. Józef 

opracował plan zamachu na podstawie obserwacji Klary. Nazajutrz po 
wyjściu że szpitala Dorota udała się za kwadrans jedenasta do Pierwszej 

Polikliniki. Wyszła stamtąd o wpół do dwunastej i skierowała się wprost do 
domu. Przez cały czas trzymała się lewej strony ulicy i szła najkrótszą drogą. 

Można było przypuszczać, żei dzisiaj postąpi tak samo.
Minęła godzina dziesiąta. Słońce pięło się w górę. Niebo zatraciło błękit, 

jakby zblakło od żaru. Bruki i kamienice, które wystygływ ciągu nocy, 
zaczęły znów ziać spiekotą. W kościele Świętej Teresy, tuż przy ulicy 

Ostrobramskiej, odprawiano mszę. Coraz więcej ludzi klękało na ulicy i w 
arkadach z lewa, bliżej bramy. Rozległ się dźwięk sygnaturki i śpiew.

Józef przeszedł na prawą stronę uliczki. Znalazł miejsce w cieniu. Klara 
klęczała w słońcu, przy rozgrzanym murze.

„Modli się, czy nie? ― pomyślał Józef. ― Może się modli o powodzenie 
naszej akcji?... Ale jakże można o to prosić?... Toż prawie w obliczu Matki 

Boskiej!... I zamachu na Kancerewicza dokonano w kruchcie kościelnej... 
Krew zalała świątynię..."

Rozpiął kołnierz koszuli, która zwilgotniała pod lewą pachą, tam gdzie ukrył 
pistolet. Oddalił się powoli w kierunku ulicy Wielkiej. 

Spojrzał na zegarek: dwadzieścia minut po dziesiątej. Prawie jednocześnie 

background image

wyczuł za sobą obecność Klary. Jeszcze nic nie powiedziała, a już się do niej 
obrócił. Zobaczył przemienione, pełne wewnętrznego ognia oczy, zbladłe 

policzki i kropelki potu na skroniach i u skrzydeł nosa.
― 

Idzie... ― rzekły cicho. ― Ale... razem z matką...

― 

Razem z matką?! ―spytał zaskoczony.

― 

Tak. Ale to nic. Jeszcze lepiej. Większe zamieszanie.

― 

Ależ... niespodzianka!...

― 

Pójdę za nimi. Kiedy będą wracały z Polikliniki, wyprzedzę je i 

powiem panu.
Położyła dłoń na piersi. Józefowi się wydawało, że chciała stłumię głośne 

bicie serca. Lecz ona tylko poprawiła browning. Potem zgrabnie, napięta jak
do lotu, skierowała się w stronę Polikliniki. Po drodze wstąpiła do 

frontowych drzwi kamienicy, usiadła na wyższym stopniu i pochylając się w 
dół zaczęła poprawiać pantofelek. Widziała zalaną słońcem ulicę.

„Przepuszczę je i pójdę z tyłu".
Józef nie chciał, żeby kobiety go dostrzegły. Przemierzył jezdnię i wszedł na 

dziedziniec cerkiewny. Mag siedział na skraju ławeczki,
w cieniu drzewa. Spokojnie patrzył na Józefa, który w milczeniu usiadł obok 

niego. ,
― 

Już poszła... ― domyślił się.

― 

Tak... Ale... razem z matką...

―Aha! ― zmrużył oczy. ― Ma ubezpieczenie!

― 

Chyba pomoc... Do niej nie strzelać... Jeśli po ataku na Dorotę 

rzuci się na pana, to kopnąć lub zdzielić pistoletem w szyję... A najlepiej 

odepchnąć na bok...

background image

― 

Chyba zemdleje?

― 

A może Dorota będzie wracała sama... Mamy najmniej pół 

godziny...
― 

Kiedy na stanowisko?

,

― 

Niech pan za kwadrans uda się na Ostrobramską i usiądzie na 

którymś ganku. Gdy ona wyjdzie z Polikliniki, Klara mnie uprzedzi. Wówczas 

przyjdę do pana. Potem zawiadomię Rysia i wrócę do Ostrej Bramy. Będę 
od pana w odległości około dwudziestu kroków.

― 

Dobrze.

Józef odszedł. Skierował się w stronę ulicy Wielkiej. Minął muzeum, skąd 

niedawno zabrał dwie księgi. Miał w głowie zamęt. Nie podobało mu się, że 
Dorocie towarzyszy jej matka. Ale wspomnienie o księgach, wykradzionych 

z wystawy antysemickiej, nasunęło mu inne myśli: o potwornych 
morderstwach Żydów w Ponarach. „Wysługiwała się tym, którzy zabijali 

niewinnych, bezbronnych, słabych, chorych! Niechże i ona zginie!"
Dostrzegł Klarę z daleka, chociaż niczym się nie wyróżniała. Miała ruchy 

naturalne, uzasadnione, związane z daną czynnością albo 
zainteresowaniem. „Ma spryt ― pomyślał. ― Ale co z nią będzie dalej? Przy

takim pędzie do czynów prędko się spali!"
Z lewa od Polikliniki usadowiła się wprost na chodniku przy murze 

kamienicy kobieta z dwoma koszami. Sprzedawała truskawki. Józef 
przemierzył jezdnię, minął Poliklinikę i zbliżył się do sprzedawczyni.

― 

Po czemu truskawki? ― spytał.

― 

Po dwadzieścia marek. A co, może to drogo? A po czemu 

chleb? A ona truskawka, fruchta delikatna. Ma swoje zapotrzebowanie...

background image

Józef wyjął sześćdziesiąt marek, wsadził je w dłoń rozgadanej babinie i wziął
z kosza trzy zrobione z kory brzozowej i wysłane liśćmi pudełeczka dużych, 

dojrzałych truskawek. Poszedł w kierunku Klary, ukrytej w załomie muru na 
prawo od Polikliniki. Skinął jej głową. Klara, ubawiona, zrobiła zabójcze oko i

łobuzerską minę. Wstąpili do pobliskiej bramy.

― 

Proszę wziąć! ― powiedział. ― Będzie pani miała trochę 

zajęcia.

Podał dziewczynie pudełeczko truskawek.
― 

Ach, dziękuję! A można pobzikować? ― spytała wesoła.

Spojrzał na nią ze zdziwieniem.
― 

Można.

Złożyła wargi jak do pocałunku i głośno cmoknęła.
― 

Głupio!

― 

Rzecz jasna! Ale ja wcale nie jestem mądra.

― 

Mamy jeszcze ze trzydzieści minut.

― 

Najmniej.

― 

Pójdę w górę ulicy. Będę się trzymał lewej strony.

― 

Dobrze ― cięła białymi Zębami miąższ jagody, a oczy miała 

pełne śmiechu. ― Aha! ― dodała. ― Gdyby wam kolana zasłabły to ja... 

mogę zastąpić...
Patrzyła szyderczo, bezczelnie.

― 

Żeby nie taka sytuacja, zrobiłbym coś, aby i pani kolana za 

słabły.

― 

A co? A jak? ― przybrała minkę zaciekawionego dziecka.

― 

Paskiem.

background image

― 

Oj! To bym się śmiała. Ale pan nie potrafi.

Pogroził jej pięścią i wyszedł z bramy. Znów parówka, a na niebie żółta 

plama słońca, które straciło kształt i pięło się w górę lejąc ogień na ziemię.
Poszedł lewą stroną ulicy w kierunku Ostrej Bramy. Jadł truskawki, które 

przyjemnie odświeżały wyschnięte usta. Zatrzymał się w pobliżu wylotu z 
ulicy Subocz. Poszukał wzrokiem Klary. Siedziała na betonowym, pochyłym 

słupku, chroniącym narożnik bramy od osi wozów. Jadła truskawki.
„Gdybym jej pozwolił, dokonałaby zamachu!"Mag uplasował się wygodnie 

w cieniu, u wejścia do drzwi dużej kamienicy. Wyglądał jak zmęczony 
robotnik tragarz, który wypoczywa albo na kogoś czeka. Spokojnie patrzył w

twarz Józefowi, który miał ochotę powiedzieć mu coś przyjemnego. Ale 
byłoby to podobne do dodawania otuchy lub bagatelizowania poważnej 

sytuacji. Podał Magowi pudełeczko truskawek.
Dobre są na upał.

Mag wziął i skinął głową.
Józef poszedł powoli z powrotem. Udawał zainteresowanie nędznymi 

wystawami sklepów. Po dziesięciu minutach zobaczył Klarę, która prędko 
szła mu naprzeciw. Zawrócił i jeszcze wolniej skierował się ku Ostrej Bramie.

Klara zrównała się z nim. Poszła obok.
― Opuściła Poliklinikę... Idą powoli razem... Ona ma obandażowaną 

głowę... Ja będę na stanowisku... ― wyprzedziła go.
Józef zatrzymał się. Z dala zobaczył dwie kobiety. Jedna miała jakby biały 

czepek na głowie.
Poszedł również w górę ulicy. Zbliżył się do Maga.

― 

Już idą ― powiedział. ― Może pan ruszyć bez pośpiechu do 

background image

tamtej bramy. Ja uprzedzę Rysia.
Poszedł nieco prędzej. Gdy znalazł się na Bazyliańskiej, zobaczył Rysia 

niedaleko od bramy. Kroczył wolno, leniwie w jego kierunku. Poszli razem. 
Minęli wejście do Ostrej Bramy. Józef się zatrzymał.

― 

Proszę czekać tutaj! ― powiedział. ― Za jakieś dziesięć minut 

ukaże się z bramy Mag. Jeśli będzie szedł, nawet prędko, wszystko w 

porządku. Proszę go tylko obserwować, dopóki nie wejdzie w Cerkiewną. 
Jeśli zaś będzie biegł, to jak tylko skręci w Cerkiewną, rzuci pan w tamtym 

kierunku granat i cofnie się w Ostrą Bramę.
― 

A jeśli go będą ścigali?

― 

Rzuci pan granat za nimi czy wśród nich. Potem prędko w tył. 

Na pana nikt nie zwróci uwagi, bo będzie panika. Zresztą może pan się 

wycofać w moim kierunku. Czy wszystko to jasne?
― Tak. '

― 

Trzymaj się pan jeszcze bliżej bramy i cala uwaga w prawo!

― 

Dobrze.

Józef znowu przeszedł chłodnawą, długą Ostrą Bramę. Potem posuwał się 
wolniej między klęczącymi wszędzie ludźmi. Wiele twarzy kierowało się z 

nadzieją i błaganiem w górę, ku cudownemu obrazowi. Z daleka dostrzegł 
Maga idącego wolno prawą stroną uliczki. Zbliżył się do furtki w bramie, 

otworzył ją i wszedł do środka. Zdążyli wymienić spojrzenia.
Klara znowu klęczała na ulicy, w poprzednim miejscu. Dostrzegła Józefa. 

Miała teraz bladą, skupioną twarz. Józef minął ją. Zarazzobaczył Dorotę, 

która powolnie, spokojnie szła w kierunku swego : domu. Spod bandaży na 
jej głowie było widać pasma włosów i okrągłą, czerstwą, opaloną twarz. 

background image

Była średniego wzrostu, mocno zbudowana. Miała na sobie lekką sukienkę z
taniego materiału. Obok niej, od strony ulicy, szła matka. Miała smutną, 

zniszczoną twarz. Była ubrana w ciemną wełnianą suknię.
Nie przyglądając się im zbyt uważnie, poszedł dalej. Ale wnet zawrócił i 

patrzył, jak dwie kobiety idą powoli w kierunku bramy swego domu, gdzie 
na jedną z nich czeka śmierć.

„Koło się zamyka... Zostają sekundy..."
Wrócił lewą stroną uliczki i uklęknął na jednym kolanie, tuż za Klarą. Widział

z lewa i z prawa liczne postacie modlących się ludzi, prawie wszystkie 
klęczące. Z rzadka ktoś szedł wolno, ostrożnie, bez nakrycia głowy, w 

kierunku bramy pod obrazem Matki Boskiej, za którą majaczył zalany 
słońcem wylot na ulicę Bazyliańską.

Znowu dzwoni sygnaturka. Słychać stłumiony murami śpiew w kościele 
Świętej Teresy. Dwie kobiety zbliżają się do bramy domu numer 19. Jedna, z

obandażowaną głową, otwiera furtkę i wchodzi do środka. Druga się 
zatrzymuje i patrzy w kierunku cudownegoobrazu. Może odmawia pacierz. 

Oczy Klary i Józefa są wlepione w furtkę odległą od nich około dwudziestu 
metrów. Kobieta w ciemnej sukni wciąż stoi nieruchomo przy wejściu. 

Potem jej ramię sięporusza. Kładzie na piersi znak krzyża.
„Ale co tam się dzieje?!" ― myśli Józef w napięciu. Dostrzega,że głowa i 

barki Klary pochylają się do przodu.
Rozległ się stłumiony trzask... jakby uderzenie deską w deskę.Kobieca 

postać przy bramie uchyliła furtkę i rzuciła się do środka. Wówczas rozległ 
się huk drugiego wystrzału. Potem powietrzem targnął rozpaczliwy krzyk. 

Modlący się w pobliżu bramy ludzie porwali się na nogi. Niektórzy zaczęli 

background image

biec w stronę Józefa, inni w kierunku Ostrej Bramy. Józef i Klara powstali z 
miejsc. Uchylając się z drogi biegnącym ludziom poszli naprzód. Krzyk 

kobiety urwał się na chwilę, potem znów wybuchnął długim, szarpiącym 
powietrze, rozpaczliwym jękiem. Józef dostrzegł migocącą między 

biegnącymi ludźmi sylwetkę człowieka w granatowym ubraniu. „Mag" ― 
pomyślał. Klara rzuciła się naprzód, ale Józef ją pochwycił za przegub u 

dłoni.
― 

Dokąd?!

― 

Puść!

Wyrywała mu ramię. Zobaczył jej złe oczy, wściekłą minę i biel drobnych 

zębów.
― 

Chodź, bo jak trzepnę w mordę! Ty gówniaro!

Puść, bo to boli!
Rozluźnił trochę uchwyt dłoni i poszedł prędko w kierunku ulicy Wielkiej, 

Wyprzedzali ich biegnący ludzie. Idący naprzeciw pytali:
― 

Co się stało?

― Czy obława?
― Łapanka? Co?...

Józef szedł prędko. Klara ledwie nadążała za nim.
― 

Psiakrew! Psiakrew! ― klął w marszu.

― 

A co, proszę pana? ― spytała Klara.

A to, proszę pani, że Ryś nie rzucił granatu! Comprenezvous, mademoiselle?

Świństwo!
― Może nie trzeba było?

― Za Magiem pobiegli dwaj szaulisi. Widziałem ich dobrze. Stali z lewa, pod

background image

arkadami. Potem rozległy się pojedyncze wystrzały, ale nie Maga... Teraz 
chodźmy wolniej...

Na Zamkowej posłał Klarę do sklepu komisowego (ich „skrzynki 
pocztowej"), gdzie rano, po przebraniu Maga, zostawiono jego rzeczy. 

Dziewczyna wróciła ze sklepu z dużą torbą ceratową, nakrytą z wierzchu 
papierem do pakowania.

Przez Cielętnik skierowali się ku ustronnej ławeczce u podnóża Góry 
Zamkowej. Z lewa były gęste szpalery zarośli i się zaczynało szerokie, 

strome wejście na szczyt góry. Z prawa, za zakrętem, mieścił się w ładnie 
położonym pałacyku niemiecki urząd: GebietsKommissariat WilnaStadt. 

Miejsce było mało uczęszczane i tutaj umówili spotkanie z Magiem... po 
zamachu. Józef śpieszył się, bo przypuszczał, że Mag ich wyprzedzi. Ale go 

nie było.
Usiedli na ławeczce. Józef co minutę spoglądał na zegarek.

― 

Nigdy nie dopuszczę do roboty w takich warunkach! ― 

powiedział. ― Jeśli Mag wpadnie, będzie to moja wina!

― 

On sam chciał.

― 

Pani również. Ale ja powinienem działać trzeźwo.

― 

Przekona się pan, że wszystko się skończy dobrze.

― 

A po co pani chciała tam biec... w Ostrej Bramie?

― Chciałam zobaczyć, czy Dorota zlikwidowana.
― Też pomysł! Wkrótce całe miasto będzie wiedziało.

― 

Mam za to pamiątkę od pana! ― pokazała mu rękę, na której 

wystąpiły sińce.

― 

Przepraszam.

background image

― I usłyszałam ładny epitet i obiecankę...
― Bo pani jest niemożliwa!

― 

A poprzednio pan tak bardzo mną się zachwycał!

― 

Pani robotą! ― spojrzał w twarz Klarze i zobaczył, że ona się 

śmieje zupełnie swobodne. ― tym, co widziałem w lustrze! ― dodał, aby ją 
pognębić. ―Ale z Magiem jest marnie!

― 

Na pewno dobrze... A jednak tamta osóbka w lustrze panu się 

spodobała. Nie może pan zapomnieć.

― 

Próbuje pani flirtu ze mną?

― 

Czyżbym się ośmieliła? Z tak ważną i poważną personą? ? Chcę 

pana zabawić. O!... Przyszedł! ― wyciągnęła ramię w lewo., ― Co ma 
wisieć, nie utonie!

Mag wyłonił się zza zakrętu od strony rzeczułki. Józef zbliżył się ku niemu i 
podał torbę z ubraniem.

― 

Idź pan w zarośla i przebierz się. Będziemy czekać na 

ławeczce. .

 Wkrótce Mag dołączył do Józefa i Klary. Miał na sobie lekki, szary garnitur.
Czy mogę zatrzymać na parę dni pistolet? ― spytał. ― Dopóki wszystko Się 

uspokoi.―

Dobrze. Czemu pana tak długo nie było?

― 

Zrobiłem kawał drogi... W bramie matka Doroty rzuciła się na 

mnie. Ledwie jej się wyrwałem.
A Dorota?

― 

Runęła za drugim wystrzałem. Gdy wybiegłem z bramy, ludzie 

się rozstępowali. Ale jacyś żołnierze litewscy i jakiś Niemiec, też żołnierz, 

biegli za mną. Za bramą zaczęli strzelać. Ale się nie oglądałem. Gnałem 

background image

zygzakami. Na Cerkiewnej jakaś babina rozstawiła ręce, żeby mnie 
zatrzymać. Wsadziłem jej w biegu pistolet w nos i odrzuciłem na bok. Z 

Bakszty skoczyłem w Sofianiszki, schowałem pistolet za pas i poszedłem 
szybkim krokiem przez most za Zarzecze, potem na Popowszczyznę. Dalej 

trzymałem się w pobliżu Wilenki. Obok Klubu Szlacheckiego przeszedłem 
mostem rzeczułkę, no i jestem. A Ryś granatu nie rzucił?

― Nie.
― 

Dlaczego?... Przecież musiał!...

― 

Nie wiem jeszcze. Zbadam go. A teraz niech pan jedzie do 

Wołokumpii. Klara da panu klucz od ich letniska w lesie.

― 

Wiem. Byłem tam dwa razy.

Dziewczyna podała Magowi klucz na rzemyku.

― 

Ale uważaj! ― powiedziała. ― Tam mogą być myszy!

― 

No to co?

― 

Ach, zapomniałam, że masz pistolet do obrony!

Małpa!

― 

Goryl!

― 

Dajcie spokój! ― rzekł Józef. ― Pani pójdzie zaraz do domu, ale

nie przez Ostrą Bramę, lecz naokoło. A o czwartej spotkamy się tutaj, na tej 
ławeczce, i pojedziemy również do Wołokumpii. Tam trochę pogadamy. 

Wezmę dla Maga coś do jedzenia. Niech tam posiedzi parę dni.
― 

Oczywiście ― zgodziła się podstępnie Klara. ― Odsapnie, 

uspokoi się. A ja mu przywiozę walerianki i bromu.
― 

Ależ zaraza! ― oburzył się Mag.

Klara zamierzała dodać coś zjadliwego, lecz raptem czule przytuliła się do 

background image

Józefa i wzięła go za rękę. On się zmieszał. Potem zrozumiał jej manewr, bo 
dostrzegł, że ścieżką idzie kilku niemieckich wojskowych. Gdy oddalili się, 

Klara wstała, odkaszlnęła i przybrała postawę na baczność.
― 

Więc o czwartej, szefie! ― zasalutowała i wykonała zwrot w 

tył.
― 

Czekaj, czekaj! Usiądź tu, mała! ― Józef klapnął dłonią po 

ławce.
― 

A o co idzie? ― uniosła w górę brwi.― Browning! ― pokiwał 

palcem.
" Pamięta pan nawet o takiej drobnostce! ― Obejrzała się na wszystkie 

strony, wyjęła pistolet i podała Józefowi. ― Razem z sercem!
― Tam, gdzie serce, u niej sopel lodu! ― rzekł Mag.

― 

Au ciebie ropucha! Cześć! Już mnie nie ma!

Prędko odeszła, Józef i Mag wstali. Skierowali się w lewo, cienistą aleją 

Syrokomli obok płynącej z prawa Wilenki.
― 

Co panu przywieźć? ― spytał Józef.

― 

Trochę jedzenia. I jestem ciekaw nowin... Strzelałem w 

niewygodnej sytuacji... Tamta matka...

― 

Klara na pewno się dowie. Dziwna dziewczyna!

― 

Wychowała się bez ojca. Z matką jak koleżanka. No i rozpuściła 

się. Ale pewna i śmiała.
― 

A jak się prowadzi?

― 

Romansów żadnych. Dokuczliwa i cięta jak osa. A jaka 

patriotka! „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy!" Można jej 

zaufać całkowicie.

background image

Wyszli na przystań. Statek był prawie pusty.
― 

Pan chyba nie ma pieniędzy? ― spytał Józef.

― 

Mam mało, ale na bilet wystarczy.

Józef dał mu pięćset marek i pożegnali się. Poszedł prędko do domu. Helena

i Jadwiga pracowały w ogrodzie. Nie dostrzegły jego przyjścia.
Wstąpił do kuchenki i starannie się ogolił. Potem umył się, zmienił bieliznę i 

włożył lekkie ubranie. Wydawało mu się że odświeżył nerwy i mózg. Położył 
się na łóżku i przymknął oczy. Starał się nie myśleć o przeżyciach 

dzisiejszego dnia. Ale w uszach brzmiał mu ciągle, zdławiony murami Ostrej 
Bramy, rozpaczliwy krzyk kobiety.

j „Mag był zdenerwowany... Ale Klara!... Leci w niebezpieczeństwa jak ćma 
w ogień!" Zapadł w mocny sen.

Dokładnie o czwartej zbliżył się do ławeczki u stóp Góry Zamkowej. Klara 
siedziała i czytała książkę. Twarz miała, spokojną, smutną. I ona była ubrana

inaczej niż rano podczas ich akcji.
― 

Chodźmy na przystań ― powiedział Józef. ― Za kwadrans 

statek odpłynie,
Przez jakiś czas szli w milczeniu. Potem Józef spytał:

― 

Czy są jakieś nowiny?

― 

Gestapo zrobiło obławę w całej tamtej dzielnicy. Jeździli autami

w okolicznych ulicach. Zabrali kilku mężczyzn w robotniczych ubraniach.
― 

A Dorota?

― Zabita... Jej matka...―urwała.
― 

Co?

― 

Ach, nic!... Ja przecież nic nie widziałam... Nie będziemy o tym 

background image

mówić... ― Zamilkła, a po jakimś czasie spytała: ― Czy odzyskamy wolność 
dla Polski?

Był zaskoczony tym pytaniem. Zastanawiał się nad nim. Potem powiedział:
― 

Powinniśmy... jeśli mamy takie dziewczęta jak pani i takich 

chłopców jak Mag...
― 

I takich mężczyzn jak pan ― dodała.

― 

Przykro mi, że panią rozczaruję... Ale...― przerwał, jakby się 

zastanawiał, czy wolno mu mówić szczerze z wierzącą w jego zapał 

patriotyczny dziewczyną.
― 

Ale... panie Józefie? ― Patrzyła z boku w jego twarz.

― 

Chodzi o to, że się czuję bardzo, bardzo starym... Starym 

psychiczne, emocjonalnie... Może dlatego, że doznałem wielu 

niezasłużonych krzywd... Kiedyś byłem taki jak pani... Potem zacząłem tracić
wiarę... Teraz zostało jej bardzo mało... prawie nic... a może nic... Czasem 

udaję, że w coś wierzę. Czasem oszukuję innych i siebie też. Czasem 
czepiam się cudzej wiary, albo tworzę sobie złudzenia. Ale naprawdę w nic 

nie wierzę. Nie wierzę i w to, że ci, którzy mają naszą sprawę w rękach... i 
swoi, i obcy, mają i siłę moralną, taką, na przykład, jaką ma pani...

― 

Jakże pan może pracować z nami, narażać życie?

― 

To... automatyczne... Jest w tym trochę ambicji i dużo złości... 

Ale nie wierzę, że jest to pożyteczne czy nawet potrzebne. Czasem myślę, 
że to wszystko głupie i szkodliwe...

― 

I co panu zostało?

― 

To, co ma oswojony wilk, który musi żyć razem z psami, zależny

od woli i kaprysu ludzi, ich panów.

background image

― 

Co?

― 

Wstręt do merdających ogonami psów i pogarda dla ludzi. Ale 

dla pani, Klaro, dla Maga i jeszcze dla kilku ludzi mam zrozumienie i 
uznanie.

― 

Pójdę dalej ścieżką, na której jestem...

 ― Niech pani idzie. Chciałbym, żeby się przemieniła w piękną drogę, która 

doprowadzi panią, Maga i innych, takich jak wy, do celu, o którym marzycie.
* * *

Józef, Mag i Klara siedzieli na trawie w ustronnym zakątku cmentarza 
antokolskiego, gdzie poprzednio Józef i Mag kilka razy się spotykali. 

Naradzali się nad zorganizowaniem Samodzielnej Sekcji Specjalnej, która by 
stanowiła malutką, dobrze zakonspirowaną grupkę bojową.

― 

Chcę skończyć komedię z egzekutywą! ― powiedział Józef. ― 

Nabrałem do niej obrzydzenia. Nie chcę jednak pozostawiać Komendy bez 

środka do odwetu. Dlatego zorganizuję dla nich SSS. A egzekutywę przekażę
im uroczyście, wraz z jej nowym kierownikiem, którego już obrałem.

― 

Kogo? ― spytał Mag. ― Rysia.

― 

Za to, że stchórzył i nie rzucił granatu?

― 

Oczywiście stchórzył, a jego usprawiedliwianie się to zwykły 

wykręt. Ale wśród tamtych ludzi nie widzę nikogo lepszego.― Drobny 

będzie wściekły.
― 

Niech się wścieka. Mam ich dość i nie chcę mieć z nimi żadnego

kontaktu. A nasza SSS potrafi wykonać każde zadanie. Klara poprowadzi 
wywiad. Może znajdziemy dla niej kogoś do pomocy. A pan, Zeks i Wincuk 

będziecie mieli stronę bojową. Ja zaś, dopóki to potrzebne, będę waszym 

background image

instruktorem. Dam wam dwa pistolety, granat i nóż. Zeks ma swój pistolet. 
Wincuk też coś ma. Z tym można zacząć. A pan będzie formalnie 

kierownikiem SSS.
― 

Taka małpa! ― wtrąciła Klara.

― 

Nie widziałem obrzydliwszej małpy jak ty!

― 

Spojrzyj w lustro,zobaczysz!

― 

Dajcie spokój! Chcę omówić z wami tę sprawę ostatecznie.

― 

Ja na to się zgodziłem ― rzekł Mag. ― Zeks również się zgadza.

A Wincuk bardzo mi się podoba. Na pewno będziemy dobrymi kolegami. 
Może pan zapewnić Grzmota, że Komenda na tym tylko zyska.

― 

Właśnie dzisiaj będę z nim rozmawiał. Przedstawię mu tę 

sprawę w formie ultimatum. Jeśli się nie zgodzi, to porzucę tę zabawę.

― Proszę mu powiedzieć ― dodał Mag ― że jeśli on nie przyjmie pańskiej 
propozycji, ja nie będę pracował w egzekutywie. Pójdę do partyzantki. 

Łupaszko już się, organizuje niedaleko Niemenczyna. Wspaniały dowódca. 
Na pewno mnie przyjmie.

― 

A ja nie będę pracowała w wywiadzie egzekutywy ― rzekła 

Klara. ― Niech mnie przydzielą gdzieś na łączniczkę.

― 

Uważamy, że SSS już istnieje. Jutro zbierzemy się u Wincuka. 

Powiem wam o swej rozmowie z Grzmotem. Omówimy zamachy na 

Baronowa i Kozłowa. Są już dobrze rozpoznani. Można ich robić. Baronowa 
sprzątnie Zeks, a pan i Wincuk będziecie na ubezpieczeniu. A Kozłowa 

machnie Wincuk. Od razu pokażemy pracę SSS.
― 

A jak statut? ―spytał Mag.

― Opracujemy. Główna zasada: SSS jest samodzielną sekcją bojową, której 

background image

kierownik będzie utrzymywał łączność z Komendą. SSS będzie wykonywała 
zlecenia Komendy, jeśli to dla niej będzie możliwe i jeśli nie będzie ważnych 

zastrzeżeń.
― 

Na przykład ustalimy, że skazano niewinnego ― wtrącił Mag.

― 

Tak ― zgodził się Józef. ― Podlegając Komendzie musimy 

wykonywać rozkazy. Będąc samodzielnymi, możemy je rozważać. I właśnie 

dlatego SSS nie będzie przyjmowała od Komendy ani broni, ani pieniędzy.
― 

Czy damy sobie rady? ― spytała Klara.

― 

Tak ― odparł Józef. ― Broni mamy już więcej jak cała 

egzekutywa. A gaża? Wincuk mi powiedział, że od razu ofiaruje dla naszej 

grupki dziesięć tysięcy marek. Ja dam pięć tysięcy.
― 

No a Zeks jest specem od rozbrajania ― rzekł Mag. ― Planuje 

wypad po broń aż do Oran. Może zdobędziemy nawet skrzynkę granatów.
Rozmawiali jeszcze jakiś czas i umówili spotkanie nazajutrz o godzinie 

piątej, u Wincuka.
Tegoż dnia Józef czekał na Grzmota w mieszkaniu Zygmunta. Przypuszczał, 

że rozmowa z nim może być ostra. Wiedział, iż Grzmotowi zależy na 
utrzymaniu pozorów, że egzekutywa jest sprawnie działającą jednostką 

bojową.
Grzmot przyszedł z opóźnieniem, zmęczony po całym dniu pracy.

― 

Nareszcie odsapnę!― powiedział. ― Bo stąd idę wprost do 

domu. A do pana mam sprawę specjalną.

― 

I ja mam do pana sprawę specjalną ― położył nacisk na 

ostatnim słocie. ― Ale poruszę ją później.

― 

Dobrze. Kogo ze swych ludzi chce pan przedstawić do awansu 

background image

lub odznaczenia? Nie mamy dużo odznaczeń, chcemy więc wybrać 
najwięcej zasłużonych.

― 

Maga i Klarę ― rzekł Józef od razu. ― Mag dokonał kilku j 

zamachów. A praca Klary była naprawdę wspaniała! Bez niej niczego bym 

nie zrobił. Nawet brała udział w zamachach.
― 

A jak inni?

― 

Mówiliśmy o tym. Beznadziejnie. Poruszę tę sprawę, gdy 

skończymy z tym, co pan ma do omówienia.

― 

Jaka była pańska szarża w wojsku?

― 

Czy chodzi o awans?

― 

Tak.

― 

Może zrobi mi pan wielką uprzejmość i zwolni od tego 

zaszczytu.
― 

Panu to się należy.

― 

Więc będę mówił szczerze, ale proszę o to się nie gniewać.

―Dobrze.

― 

Jeśli Komenda da mi awans, stanę się członkiem AK. A ja 

przecież nie jestem zaprzysiężony i chcę zachować swą niezależność. Chcę 

być wolny w każdej chwili. Chcę wam pomóc uczciwie, szczerze, ale nie 
chcę być zobowiązany do spełniania rozkazów.

― 

Pan je spełniał.

― 

Dobrowolnie. Wskutek prośby pana Tomasza i pana. Była to 

moja pomoc wam.
― 

Czy pan należy do organizacji Tomasza?

Józef był od dawna przygotowany na to pytanie, które obecnie potraktował 

background image

jak podstęp, bo dawniej Grzmot go już o to pytał.
― 

A czy Tomasz ma jakąś organizację? ― spytał, udając szczere 

zdziwienie.
― No, coś tam ma. Potrzebne mu są różne blankiety. Daję mu. On mi 

również pomaga.
― 

I mnie dopomógł, bo nie miałem żadnych dokumentów. Ale nic

mi nie mówił o organizacji.
― Myślałem, że pan nie chce należeć do AK, bo należy pan do innej grupy 

konspiracyjnej.
― 

Należałem do grupek konspiracyjnych, do ZWZ również, ale z 

żadną nie byłem związany przysięgą. Chodzi o to, że jestem zatwardziałym 
indywidualistą. Chcę mieć swobodę w ocenie cudzych decyzji. Chcę mieć 

prawo wyboru, a nawet krytyki i protestu.
― 

Trudno. Muszę uszanować pańskie poglądy i życzenia. A teraz 

poproszę pana o zrobienie w ciągu tygodnia wykazu swych ludzi i ich 
stosunku do służby wojskowej, jakie mieli szarże i odznaczenia.

Józef westchnął.
― 

Od razu trudności! ― powiedział. ― Klara, oczywiście, nigdzie 

nie służyła. Gdy zaczęła się wojna, miała chyba czternaście lat. Może 
należała do harcerstwa. Spytam ją. Mag był podchorążym. Mówił mi o tym, 

ale spytam go o szczegóły. A inni... ― przerwał i położył obie dłonie na 
stole, jakby się przygotowywał do skoku ―należą do sprawy, o której chcę z

panem pomówić. Przykra i trudna sprawa, ale trzeba ją załatwić. Nie będę 
kierował dalej egzekutywą, która jest fikcją!

― 

Jakże fikcją?! ― oburzył się Grzmot. ― Pan sam składał raporty

background image

jako jej kierownik. Wykonaliście kilka bojowych akcji.
― 

Ale nie egzekutywa, lecz tylko paru wybranych ludzi. 

Egzekutywa robotę tylko marnowała i była dla mnie ciężarem.
― 

Więc zamierza pan porzucić egzekutywę?

― 

Tak.

― 

A czy pana nie zraziła ta okoliczność, że niektóre wyroki uważał

pan za wydane niesprawiedliwie?
― 

Owszem. Ale najwięcej mnie zraziła niechlujna, nieideowa 

praca, plotkarstwo, intrygi, brak koleżeństwa. Taki iperyt! Przecież grubo 
ryzykowałem! A dał mi go członek egzekutywy, to znaczy tamtej sitwy. Czy 

im chodziło o zmarnowanie mego wysiłku? A ileż
było innych, powiem łagodnie: przykrości!

― 

Szkoda, że to tak niespodziewanie. Nie wiem teraz, jak sprawą 

pokierować, bo egzekutywa jest dla nas niezbędna.

― Czy egzekutywa niezbędna, czy praca egzekutywy? ― Oczywiście praca! 
Organ represyjny!

― 

Otóż chcę dać wam dwa prezenty. Jeden: niezależną 

egzekutywę, która po doświadczeniach ze mną będzie się starała pokazać, 

że potrafi sama pracować. Drugi: dobrze zorganizowaną, malutką grupkę 
bojową, która potrafi wykonać każde zadanie tego rodzaju, jakie dawano 

egzekutywie.
Opowiedział Grzmotowi o zasadach zorganizowania SSS. Wyjaśnił mu zalety

takiej grupki: dyskrecję, koleżeństwo, bezinteresowność jej członków. 
Grzmot uważnie słuchał i zrozumiał dokładnie, o co Józefowi idzie. Ale było 

widać, że jest w rozterce, że ma wiele zastrzeżeń.

background image

― 

Czy nie można ich jakoś scalić? ― spytał.

― Powtórzy się ta sama historia. Poza tym ani Mag, ani Klara nie będą z 

tamtymi ludźmi pracowali. Dziwię się, że pan się odnosi do tego niechętnie 
albo nieufnie.

― Nie niechętnie. Po prostu nie mieści się to w ramach Organizacji. Narusza
jej strukturę.

― 

Mag i Klara pozostaną członkami AK, ale będą wydzieleni do 

specjalnych zadań. Mag będzie utrzymywał kontakt z panem, albo z kimś 

solidnym, kogo pan wyznaczy. A egzekutywa, ponieważ panu zależy na jej 
istnieniu, będzie miała łącznika z wami, Żubra, który zamiast ze mną, będzie

utrzymywał kontakt z Rysiem, który jest z całej tamtej paczki 
najsolidniejszy. W ten sposób nie wy będziecie zależni od pracy egzekutywy 

jako grupy niezbędnej, lecz ona będzie musiała się zastosować do waszych 
wymagań, bo będziecie mogli zawsze ją zastąpić, a jeśli was znudzi, to ją 

rozwiązać bez uszczerbku dla siebie. Jeśli pan przyjmie moją propozycję, to 
w ciągu tygodnia SSS zlikwiduje pułkownika Baronowa i agenta gestapo, 

Kozłowa.
― 

A pan co zamierza?

― 

Przekażę egzekutywę Rysiowi. Skontaktuję go z Żubrem. Przez 

jakiś czas poprowadzę SSS. Uzbroję grupkę. Nawiążę łączność Maga z 

wami...
― 

Muszę na to się zgodzić ― rzekł Grzmot. ― Wiem, że panu 

idzie o nasze dobro. Zrobimy więc próbę. Niech pan zorganizuje wszystko 
jak najlepiej, a za tydzień pomówimy o tym. Zapoznam pana z łącznikiem, 

którego pan skontaktuje z Magiem.

background image

Gdy Józef szedł do domu, zastanawiał się z goryczą nad tym, z jakim trudem
mógł przekonać Grzmota, aby się zgodził na przyjęcie prezentu w formie 

SSS, który mu jak z nieba spadał i mógł być bardzo pożyteczny dla 
Organizacji.

„Miał rację Andrzej ― pomyślał ― że jest on czynownikiem dla którego 
formularze, procedury urzędowe i wszelkie formalności są ważniejsze niż 

cele, dla których Organizację stworzono.
Nazajutrz w ciągu dnia skontaktował Rysia z Żubrem. On widocznie się 

ucieszył, że będzie miał do czynienia nie z Józefem, lecz z młodzieńcem, 
który w stosunku do niego wykazał duży respekt. Stanął na baczność. Usiadł

dopiero na zaproszenie. Usłużnie odpowiadał na pytania.
Następnie poszedł do Drobnego i sucho go zawiadomił, że ich współpraca 

jest skończona. Wkrótce otrzyma instrukcje od nowego kierownika 
egzekutywy.

― 

Kto taki? ―; zaniepokoił się Drobny.

― 

Ryś.

― 

Ryś!... ― twarz jego wyraziła największe zdumienie. Potem 

ledwie mógł się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

― 

Tak. Komenda go wyznaczyła na moje miejsce.

― 

Szkoda, że pan nas opuszcza ― udał żal Drobny. ― Znał się pan

na robocie.
― 

Ryś będzie jeszcze lepszy. Do widzenia!

Odszedł nie podając dłoni Drobnemu.
„Ucieszył się, że mnie nie będzie. A Rysia oni prędko urobią na swoim 

kopycie!"10

background image

O godzinie piątej Józef i Klara przyszli na Zarzecze, gdzie była główna melina
Wincuka. Przed wejściem do domu Węgorza czekała na nich Maryśka, 

Żydówka, którą złodziej przygarnął i przy pomocy Kostka i Węgorza tak 
urobił, że nikt by się nie domyślił jej narodowości. Mówiła i klęła jak urwis z 

przedmieścia. Chodziła jak chłopak w krótkich spodenkach i podartej bluzie.
Włosy miała krótko ostrzyżone maszynką.

Grzecznie przywitała się z Józefem, którego już dobrze znała. Ale 
podejrzliwie zerkała ku Klarze.

― 

Gdzie tatuś? ― spytał Józef.

― 

Na kirkucie. Czeka tam na was.

― 

Nie ma nikogo w chałupie?

― 

Jest dziadek.

― 

A gdzie brat?

― 

Kostek też na kirkucie.

― 

Prowadź nas tam.

Maryśka, wymachując kijem jak szablą i ścinając nim badyle przy parkanach,

udała się najkrótszą drogą w kierunku żydowskiego cmentarza. Zatrzymała 
się przy zaniedbanym ogrodzeniu i powiedziała:

― 

Muszę tutaj wartować. Tatuś kazał. Wy idźcie tam ― 

wyciągnęła ramię w stronę szerokiej ścieżki między kamiennymi 

nagrobkami. ― Zobaczycie ich z prawa.
Wszędzie były ślady zniszczeń. Płyty powywracane, porozbijane. Na 

niektórych nagrobkach wymalowano swastyki i ordynarne wyrazy.
― Nawet umarłym nie dali spokoju! ― rzekła Klara.

Wincuk, Mag i Zeks siedzieli wygodnie, w cieniu, między kilku dużymi 

background image

nagrobkami. Trawa tam była bujna, soczysta. Józef przywitał się z 
wszystkimi, zaczynając od Wincuka, który z nieufnym zdziwieniem 

przyglądał się dobrze ubranej, smukłej dziewczynie. Swym wyglądem nie 
pasowała ani do miejsca, ani do towarzystwa. Józef wnet dostrzegł to i 

powiedział do Wincuka:
― 

A ta sziksa i mnie, i tobie, i nam wszystkim da for na robocie. 

Żeby nie ona, nic z naszych planów by nie wyszło. Mogłaby dowodzić wami 
jak ataman ale ma za gorącą głowę!

Wincuk rzekł: „Oho!" ― i z uznaniem skinął głową. Natomiast na policzkach 
Klary wystąpiły kolory. Posłyszała z ust szefa tak gorącą, chociaż lapidarnie 

wyrażoną pochwałę, w obecności innych osób, których Józef uważał za 
wyjątkowo dzielnych.

― Czy stary się zgodził na zatwierdzenie naszej sekcji? ― spytał Mag.
― 

Tak. Dzisiaj przekazałem egzekutywę Rysiowi. Skontaktowałem

go z łącznikiem. Byłem też u Drobnego, bo on ma kontakty z Kretem i 
innymi ludźmi.

― 

Aktorka nie zgodzi się z nimi pracować ― rzekła Klara.

― 

Wiem. Ale nie będziemy tym się martwić. Może i Kret im się 

zbuntuje.
― 

Drobny był chyba wściekły, bo użerał się z Rysiem? ― zapytał 

Mag.
― 

Ze mną był słodki jak patoka. A z Rysiem oni się dogadają.

― 

Teraz będą się starali czegoś dokonać. A jak u nich z bronią?

― 

Zostawiłem im to, co mieli z Komendy. Wam dam ufi i 120 

nabojów, granat i fiński nóż. A Klarze specjalnie browning siódemkę. Sobie 

background image

zostawię parabellum.
― 

Ja mam nagan ― rzekł Zeks. ― A za parę tygodni będę miał coś

więcej.
― 

Broni wam wystarczy. O mojej rozmowie ze Starym opowiem 

panu później ― powiedział Józef do Maga. ― Teraz nie będę tracił na to 
czasu. Jest pan kierownikiem SSS, a za tydzień nawiąże pan łączność z 

Komendą. Byłoby dobrze, gdybyście w ciągu tego tygodnia zlikwidowali 
Baronowa i Kozłowa. Są już dobrze rozpoznani. Udowodnicie, że wasza SSS 

ma ostre zęby...
Omówił pokrótce zasady działania i organizacji ich grupki, aby Zeks i Wincuk

również w tym się orientowali. Potem zwrócił się do wszystkich:
― 

Czy macie pytania?

― 

Teraz Stary się zgodził ― rzekł Mag. A co zrobimy, jeśli później 

się rozmyśli i zechce nas przekreślić?

― 

Przestaniecie dla nich pracować.

― 

Zechcą włączyć nas do egzekutywy ― dodała Klara.

― 

Będzie to zależało tylko od was. Stary wie o pani i o Magu.

O

nikim więcej. Nie ma pojęcia, jak będziecie działać, gdzie macie

meliny...
― 

A jeśli ich puścić kantem i pracować na swoją rękę? ― spytał 

Wincuk.
― 

Niemożliwe. Wam przecież idzie o legalną robotę, o walkę z 

okupantami. Musicie utrzymywać łączność z Komendą. Będziecie 
otrzymywali stamtąd wyroki, instrukcje... A może w niedalekim czasie 

zacznie się otwarta walka. Wówczas trzeba do niej się włączyć.

background image

― 

Oczywiście! ― zaaprobował Mag.

― 

Jesteście niezależni organizacyjnie i materialnie, ale musicie 

działać w ten sposób, żeby was nie posądzono o uboczne cele, na przykład 
o napady dla zysku albo załatwianie osobistych porachunków. Musicie o 

wszystkim decydować po wspólnej naradzie i przemyśleniu każdej sprawy.
― A pan? ― spytała Klara.

Ja wam pomogę i będę przyjacielem waszej grupki. Jeśli Wincuk i Zeks 
zechcą wstąpić do Organizacji, nie ma żadnych przeszkód. Od was to zależy.

―Tak jak jest― rzekł Wincuk twardo ― dobrze jest. Ja mam swój rozum i 
nie chcę, żeby mną jakiś szpagat kręcił jak pies ogonem. Jak będziemy 

pracować po kamracku, to mam dla was meliny

i

będzie co jeść. A tamte ważne szyszki z waszej góry niech 

innych frajerów bujają!
― 

To samo myślimy wszyscy ― powiedział Józef ― tylko trochę 

inaczej to wyrażamy.
Zza dużego grobowca wysunęła się Maryśka.― Tatko! ― powiedziała 

zdyszana. ― Szaulis dziewkę poprowadził na kirkut.
― 

Z miasta?

― 

Nie, ze Złotego Rogu.

― 

Czy on ma spluwę?

― 

Nie. Położyli się, ona zadarła spódnicę i...

― 

A gdzie oni są? ― przerwał Wincuk zbyt szczegółowe 

sprawozdanie dziewczynki.
― 

Na drugim końcu kirkutu. Tam, pod górką. Niech sobie tam 

grzeją się. Idź na swoje miejsce. Jeśli ktoś

background image

podejdzie bliżej, wyprzedź i powiedz nam! ― Dobrze. Dziewczynka znikła.
― 

Dobra wartownica!.― rzekł Mag.

― 

Aż za dobra! ― dodał Józef. ― A teraz pomówimy o dwóch 

robotach. Jedną, pułkownika z biura werbunkowego, można załatwić w 

sobotę wieczorem. Drugą, agenta, w poniedziałek albo we wtorek. Obie na 
Zwierzyńcu. Jedna na Witoldowej, druga na Moniuszki. Są już dobrze 

rozpoznane...
Opowiedział obszernie o wynikach wywiadów, swoich obserwacjach i 

sposobach wykonania akcji. Gdy skończył, Mag spytał:
― 

Czy pan się zgadza, żebyśmy sami wszystko wykonali? ― 

Oczywiście! Będą to wasze pierwsze samodzielne występy.
Ale kto chce zlikwidować Baronowa?

― 

Ja! ― odezwała się pośpiesznie Klara.

― 

To nie dla pani robota! ― odciął ostro Józef. Pani swoje 

zadanie już spełniła.
― 

Ja! ― rzekł Zeks. ― Znam stamtąd dobre przejście na Zakręt.

― 

Dobrze. A inni na ubezpieczenie.

― 

A ja machnę tamtego agenciaka! ― powiedział Wincuk. ― Na 

psów to ja zawsze miałem chrapkę!
Rozmawiali jeszcze długo. Ustalili szczegóły ich przyszłej działalności. Mag, 

Zeks, Wincuk i Klara byli pewni, że ich mata grupka dokona wielkich 
czynów. Józef również wierzył w ich spryt i odwagę. Ale nie miał ich 

zapału... Często nawiedzała go myśl: „Czy to wszystko jest sprawiedliwe?" I 
często odżywał w jego wspomnieniu ów rozpaczliwy krzyk, który rozległ się 

w murach Ostrej Bramy... krzyk matki, w której oczach zabito jej dziecko. 

background image

„Aby chociaż tamto było słuszne!"
* * *

W sobotę "pod wieczór w rzadkim lesie za kenesą karaimską, niedaleko 
ulicy Kraszewskiego, siedziało trzech ludzi. Grali w karty. Byli ubrani jak 

robotnicy i wyglądali na robotników, którzy po pracy wypoczywali na 
powietrzu, w cicho pełznących ziemią cieniach wysokich sosen. Z rzadka 

idący w pobliżu ludzie nie zwracali na nich uwagi, bo w upalny wieczór 
scenka taka była pospolita.

― 

Za wcześnieśmy przyszli ― powiedział Zeks.

― 

Jaka różnica: tutaj czekać, czy gdzie indziej? ― rzekł Wincuk 

tasując karty.
― 

Ja stanę na pierwszym ubezpieczeniu na rogu Grodzkiej ― 

powiedział Mag. ― Jeśli za Zeksem pobiegnie kilku ludzi, rzucę granat. Ty ―
zwrócił się do Wincuka ― staniesz o dwadzieścia kroków dalej. Jeśli po 

wybuchu będą szli dalej, wal do nich z pistoletu. My się dołączymy.
― 

Łatwa robota! ― wtrącił Zeks. ― Wyrwiemy na Fabryczną, 

potem nad rzekę. Jeśli będzie spokojnie, ujdziemy mostem strategicznym. 
Jeśli nie, to przez rzekę. Znam dobre miejsca.

W tym czasie Klara siedziała na stosie płyt cementowych niedaleko ulicy 
Zana. Czytała książkę. W pobliżu bawiło się kilkoro dzieci. Wypełniały 

powietrze krzykiem i śmiechem. Po drugiej stronie ulicy Witoldowej było 
wejście na ganek małego domu, w którym mieściło się biuro werbunkowe 

pułkownika Baronowa. Klara udawała, że jest pochłonięta treścią książki, 
ale istotną jej. uwagę ściągał ruch na ulicy, szczególnie w pobliżu biura W 

pewnej chwili dostrzegła, że na ganek wszedł ksiądz prawosławny. 

background image

Wyciągnął ramię
w prawo: prawdopodobnie zadzwonił. Po kilkunastu sekundach drzwi 

otwarto i pop wstąpił do środka.
„Coś nowego!" ― pomyślała Klara.

Słońce opadło w dół i cienie domów znikły z ulicy. Od rzeki pociągnął lekki 
wiatr. Na wieży cerkiewnej zaczął uderzać dzwon. Dźwięki płynęły nisko, 

wolno wibrując, jakby z trudem pokonywały przestrzeń.
Po kwadransie drzwi domu, w którym mieściło się biuro werbunkowe, 

otwarto i na ganku ukazał się pop w długiej, czarnej sutannie i w czarnym 
kapeluszu z wąskim, nieco wygiętym do góry rondem. Za nim wyszedł 

starszy mężczyzna średniego wzrostu. Miał na sobie dobrze skrojony szary 
garnitur a na głowie nieco jaśniejszy kapelusz. Klara pochyliła głowę i 

jeszcze uważniej zagłębiła się w lekturze.
Pop i Baronow, rozmawiając po rosyjsku, poszli wolno lewym chodnikiem 

ulicy Witoldowej. Przemierzyli skrzyżowanie jej z ulicą Zana i wstąpili na 
dziedziniec cerkiewny. Tamże wchodzili, grupkami i pojedynczo, inni ludzie. 

Pop skierował się ścieżką dookoła cerkwi. Baronow wstąpił do świątyni.
Klara również weszła do cerkwi. Zatrzymała się z lewej strony, obok grupki 

kobiet. W pobliżu ikonostasu, w dużych lichtarzach, płonęły świece. 
Baronow stał na przedzie z prawej strony, tuż przed ikonostasem. Klara 

wkrótce opuściła cerkiew i udała się w stronę kenesy. Zatrzymała się obok 
grających w karty kolegów.

― 

Nabożeństwo już się zaczęło ― powiedziała ― Baronow jest w 

cerkwi. Ma na sobie szary garnitur i szary kapelusz. Łatwo go poznacie, bo 

gdy idzie, trochę kuleje. Udał się do cerkwi razem z popem.

background image

― 

A czy będzie razem z nim wracał? ― spytał Mag.

― 

Nie wiem. Zeszłej soboty sam poszedł i sam wracał.

― 

Wszystko jedno, będę go rąbał! ― powiedział Zeks.

― 

Dodaj i popa! ― wtrącił Wincuk. ― Przeprowadzi go do raju! '

― 

Pop umrze ze strachu.

― 

Za trzy kwadranse zajmijcie stanowiska ― rzekła Klara. ― 

Kiedy on opuści cerkiew, pójdę za nim do rogu Zana i trochę Witoldową. 
Będę wycierała twarz chusteczką. Potem się cofnę na most.―

Staraj 

się wymknąć prędko ― powiedział Mag. ― Gestapo na pewno zrobi 
obławę. Za parę minut będą tutaj. To blisko.

― 

Zdążę. Za mostem skręcę w Tartaki.

― 

Dobrze.

Klara odeszła.
Zapadł cichy, ciemny wieczór. W niebo strzeliły jasne kolumny świateł 

reflektorów ustawionych na stoku góry Bouffalowej. Zaraz dołączyły się do 
nich skośne smugi innych reflektorów ― z Werek i Hrybiszek. Pełzały po 

ciemnym tle nieba, jakby próbowały wymieść z niego gwiazdy.
Nabożeństwo się skończyło. Ludzie wychodzili z cerkwi. Niektórzy udawali 

się ulicą Witoldową w prawo. Inni skręcali w ulicę Zana. Wielu skierowało 
się na most ― w stronę śródmieścia. Pułkownik Baronow pożegnał się na 

rogu ulicy Zana ze starszym mężczyzną i młodą kobietą.
Klara czatowała na niego po drugiej stronie ulicy. Gdy Baronow przemierzył 

jezdnię, poszła za nim w bliskiej odległości. Wyjęła zza paska spódniczki 
chusteczkę i zaczęła wycierać nią twarz. Dostrzegła o pięćdziesiąt kroków na

przedzie dwie męskie sylwetki. Jedna przemierzyła jezdnię w kierunku biura

background image

werbunkowego. Druga cofnęła się w głąb ulicy. Klara stanęła na skraju 
chodnika i jeszcze staranniej wycierała twarz białą chusteczką. Potem 

zawróciła i poszła w stronę ulicy Zana. Tam się zatrzymała.
„Pójdę na most, gdy usłyszę wystrzał!"

Wtem z głębi ulicy Witoldowej rozległ się hałas motoru auta ciężarowego. 
Nadjechało z łoskotem i skręciło w lewo. W tymże czasie Klara usłyszała, w 

odstępie sekundy, dwa wystrzały. Dźwięk ich wydał się dziewczynie nie 
głośniejszy niźli hałas auta. Ale zaraz w pobliżu rozległ się krzyk:

― 

Człowieka zabili!... Człowieka zabili!...

Ktoś biegł od strony biura werbunkowego. Klara udała się w kierunku 

mostu. Z początku szła niezbyt prędko. Potem, gdy wstąpiła na most, 
przyśpieszyła kroku. Wkrótce skręciła na prawo, w ulicę Tartaki, .a 

następnie na lewo, w ulicę Jakuba Jasińskiego. Przypuszczała, że gestapo 
zaraz zacznie swe rajdy autami i będą zatrzymywali podejrzanych 

osobników. Mogli pochwycić nawet i skromnie wyglądającą panienkę. 
Starała się więc wymknąć jak najprędzej z narażonych na obławę ulic.

1

* *

Po dwóch dniach, we wtorek, w upalne południe, właścicielka domu, w 
którym mieszkał agent gestapo Kozłow, zapukała do drzwi swego lokatora.

― 

O co chodzi? ― odezwał się ze środka niezadowolony głos.

― 

Listonosz przyniósł paczkę dla was.

― 

Proszę wziąć!

― 

Polecona. Trzeba podpisać.

Dobrze. Zaraz idę.
Kozłow rzucił na łóżko niemiecką gazetę, którą leżąc czytał. Nasunął na 

background image

szerokie barki spuszczone szelki, wzuł na bose stopy nocne pantofle i 
wyszedł do małego przedpokoju. Zobaczył mężczyznę średniego wzrostu w 

kurtce ze świecącymi guzikami, ściągniętej w talii paskiem z metalową 
klamrą. Na otoku jego czapki było widać wycięty z blachy znaczek: trąbkę 

pocztową. Na oczach miał okulary. W lewej ręce trzymał paczkę owiniętą w 
brunatny papier, przewiązaną sznurkiem i mającą pieczęcie w kilku 

miejscach.
― 

Polecona! ― powiedział Wincuk i położył na stoliku mały 

blankiet. ― Tutaj trzeba podpisać!... Fu! Jaki dzisiaj gorąc paskudny!
― 

Czym podpisać? ― spytał Kozłow.

― 

No, jakimś piórem albo ołówkiem. Ja nie mam. Urząd nie daje.

― 

Zaraz.

Kozłow poszedł do swego pokoju, wyjął z szuflady nocnego stolika wieczne 
pióro i wrócił do przedpokoju.

― 

O, tutaj! ― Wincuk wskazał palcem lewej dłoni i na dół 

blankietu.

Kozłow pochylił się i nieco zdziwiony zobaczył, że blankiet ma polski nadruk.
Chciał o coś spytać, ale w tym momencie Wincuk wystrzelił mu z boku w 

skroń prawie dotykając głowy lufą pistoletu. Kozłow zrobił wymach obu 
ramionami, jakby chciał skoczyć z trampoliny do wody. Potem zaczął 

osuwać się w dół, na kolana i runął w bok. Wincuk pochylił się i wystrzelił 
mu w pierś, na wysokości serca. W tym czasie otwarły się drzwi z boku i 

stanęła w, nich gospodyni domu.
― 

A cóż to za listonosz! ― zawołała przerażonym głosem.

Wincuk tknął jej lufą pistoletu w nos i powiedział:

background image

― 

Z gestapo jestem! Nie listonosz! Jazda do jego pokoju!

― 

O, Boże! O, Boże! ― wolała kobieta, idąc w otwarte drzwi.

― 

Kładź się na łóżku, nosem w dół i bądź cicho!

Przeszukał kieszenie marynarki Kozłowa. Wyjął z nich portfel,

bloczek, list i drobne świstki papieru. Potem otulił marynarką głowę leżącej 
na łóżku kobiety. Wysunął szufladę nocnego stolika. Wziął z niej pistolet 

walter małego kalibru, zapasowy magazynek i plik papierów. Zajrzał do 
szafy i do szuflad komody, ale nie znalazł nic, co by go zainteresowało. 

Wreszcie uchylił marynarkę z głowy kobiety i powiedział:
― 

Zaraz przyjedziemy tutaj po trupa. Leż i nie ruszaj się, bo 

będzie z tobą tak jak z nim!
Wyszedł do przedpokoju, wziął paczuszkę ze stolika i zamknął drzwi za sobą.

Przekroczył ciało leżącego na podłodze człowieka i skierował się ku wyjściu. 
Otworzył zatrzask i wyszedł na ganek. Zobaczył Maga i Zeksa, którzy stojąc 

na skraju chodnika udawali, że są zajęci interesującą rozmową. Wincuk 
skinął im głową na znak, że wszystko w porządku.

Poszli razem w kierunku ulicy Fabrycznej. Potem skręcili w Dzielną i tą samą 
drogą, którą wycofali się w sobotę po zamachu na Baronowa, udali się do 

Zakrętu.
― 

Jak ci poszło? ― spytał po drodze Mag.

― 

Pierwsza klasa! ― odparł Wincuk zdejmując kurtkę listonosza i 

znaczek z czapki. ―Dwie kule mu wpakowałem. Zabrałem portfel z 

pieniędzmi i dokumentami, wszystkie szpargały, jakieś listy i dobry pistolet. 
Aha! Zegarek też. No bo co, ma się zmarnować? Gestapowcy by zabrali.

― 

A co baba?

background image

― 

Leży na łóżku. Czeka, kiedy gestapo przyjedzie po jej lokatora. 

A gdzie Klara?

― 

Śledziła nas z rogu Witoldowej. Potem odeszła.

― 

Niech żyje SSS! ― powiedział Zeks. ― W cztery dni dwie dobre 

roboty. Kondor będzie zadowolony.
― Ale gestapo teraz przetrzęsie Zwierzyniec!

― 

Na pewno puszczą psy po tropie.

Idąc przez las rozrzucili w kilku miejscach starty na proszek tytoń. A gdy się 

zbliżyli do ulicy Konarskiego, Zeks rozlał z flaszeczki trochę karbolu.
― 

Czy to pomoże? ― spytał Mag.

― Powinno pomóc. Po karbolu psy naszego śladu nie wyczują.
Mimo to nie poszli na bliską stamtąd melinę Zeksa, lecz rozdzielili się i 

różnymi drogami skierowali się ku odległej o blisko pięć kilometrów 
kryjówce Wincuka.

Wieczorem siedzieli wszyscy w ustronnym zakątku na cmentarzu 
żydowskim. Kostek i Maryśka byli, jak zwykle, na warcie. Józef wysłuchał 

opowiadań Maga, Zeksa, Wincuka i Klary o dokonanych zamachach.
― 

Szkoda, że nie zabrał pan dokumentów Baronowa! ― 

powiedział do Zeksa.
― Nie mogłem. Jakiś drab wyskoczył z domu i rzucił się na mnie. Walnąłem 

go pistoletem w pysk. Ale ludzie zaczęli się zbliżać. Nie chciałem więcej do 
nikogo strzelać i musiałem prędko odejść.

― 

A co z tym wszystkim? ― spytał Mag, wskazując na leżące na 

trawie rzeczy.

― Pistolet oczywiście dla waszej grupki. Zegarek damy Klarze, bo jej 

background image

niedokładny. Kilka razy był w reperacji.
― 

Może ktoś inny potrzebuje? ― spytała Klara.

― 

Ty jesteś najważniejsza!― odezwał się Mag z przekąsem.

― 

Nareszcie zrozumiałeś to, smarkaczu!

― 

Zastanawiam się nad sprawą pieniędzy ― rzekł Józef. ― 

Dokumenty doręczę Staremu. O pieniądzach, broni i zegarku muszę mu 

powiedzieć. Broń dla grupy. Jest to w porządku. Zegarek dla członka grupy, 
który go nie ma. Ale pieniądze, chociaż ich mało, są sprawą śliską.

 ― Dlaczego? ― spytał Mag. ― Nie był to rabunek. Zresztą mógłby się 
zdarzyć i rabunek upozorowany.

― 

Podobną sprawę miałem ― rzekł Józef. ― Ale w tym wypadku 

Stary może mieć zastrzeżenia.

― 

Niech mu pan odda wszystko i powie, że pieniądze są nam 

potrzebne. Oni mają pieniądze dla siebie na wszystkie wydatki. Wiem o tym

dobrze. Właśnie dlatego Drobny użerał się z nimi o pieniądze dla 
egzekutywy. Mamy tu dwanaście tysięcy. Co to jest? Gaża dla sześciu ludzi. 

A jeśli zrzekamy się gaży, to niech nam chociaż to zostanie. Czyż nas 
złodzieje mają utrzymywać?

― 

Panowie złodzieje! ― poprawił go Wincuk i zwrócił się do 

Józefa: ― Jak jemu nie będzie coś się podobało, to niech mu pan powie, że 

ja, Wincuk z Łąki, potrafię mu wytłumaczyć, jakie teraz są prawa! Jak nie 
zrozumie gadania, to mu ręcznie wyłożę!

― 

To mądry i dobry chłop! ― rzekł Józef, który chciał, żeby nie 

obniżano prestiżu Grzmota.

― 

Więc w porządku! ― zgodził, się Wincuk. ― Bo zdarzają się i 

background image

tacy, którym trzeba wszystko klarować jak Maciek krowie na granicy, żeby 
do sąsiada w koniczynę nie szła. A krowa jak głodna to, wiadomo, pójdzie.

― 

Mam nadzieję, że „koniczyna" wam zostanie ― powiedział 

Józef, zbierając wszystkie papiery.

W czwartek wieczorem rozmawiał z Grzmotem w mieszkaniu Zygmunta. 
Opowiedział mu obszernie o wykonanych zamachach i wręczył zabrane 

Kozłowowi dokumenty i papiery.
― 

Był tam jeszcze pistolet, zegarek i trochę pieniędzy ― dodał 

Józef niedbale. ― Ale oddałem wszystko grupce. Chyba pan nie ma 
zastrzeżeń?

― 

To drobiazg. Mnie idzie o sprawę ważną. Istnienie takiej grupki 

na marginesie Organizacji wytwarza stan anarchii.

― 

Dlaczego? Przecież w mieście istnieją inne grupki podziemne, 

które nie uznają AK. A ta grupka się zgadza utrzymywać łączność z wami i 

spełniać wasze polecenia. Już się wykazała robotą, i to jaką!
― 

Ale egzekutywa rozbita. Powstały tam kłótnie. Jest już dwóch 

kierowników. Słowem, bałagan!
― 

Jeśli SSS zniknie, nie uzdrowi to egzekutywy. Wydawało mi się, 

że zorganizowałem dla was coś bardzo pożytecznego: sprawny aparat 
represyjny. Poza tym nic was nie kosztuje i odpada łańcuch upomnień a z 

ich strony wykrętów i wymagań.
― 

Dyskutowaliśmy tę sprawę i postanowiliśmy na razie tolerować

tę komórkę. Ale nie uważamy tego za stan normalny. Będę chciał pomówić 
o tym z Magiem. Ale nie tutaj... Zaraz... ― przez jakiś czas się zastanawiał, 

potem powiedział: ― Niech przyjdzie w niedzielę

background image

 o godzinie piątej na rynek Kalwaryjski. Będę z laską, a on niech trzyma 
czapkę w ręku. Podejdzie do mnie i spyta, która godzina. Odpowiem: „Taka,

jaka była wczoraj o tej porze". Wezmę go na inny punkt kontaktowy; tam 
porozmawiamy i zapoznam go z łącznikiem.

― 

Dobrze.

― 

A z panem chciałbym nadal się widywać. Może jeszcze sobie 

się przydamy.
― 

Bardzo chętnie.

― 

Pozostawmy nadal to mieszkanie, ale nie ustalajmy terminów 

spotkań. Proszę wstępować tutaj co parę tygodni. Można zostawić dla mnie

kartkę. Ja również tak postąpię.
Rozmawiali jeszcze jakiś czas na różne tematy, potem się pożegnali. Po 

załatwieniu tej sprawy Józef lżej odetchnął. Poczuł się wolny. A nazajutrz, w 
piątek, zawiadomił Maga, że Grzmot mu wyznaczył spotkanie w niedzielę.

„Teraz będę żył dla siebie! ― pomyślał z ulgą. ― A kontakty z Tomaszem są 
raczej przyjemne. Zachowam je do końca".

W domu poszedł do składzika i obejrzał swą skrytkę. Uważał, że jest 
doskonała. Miał w niej teraz dokumenty, parabellum, browning hiszpański i 

niemiecki nóż myśliwski. Trzymał w niej także lornetkę Andrzeja, tubkę z 
resztą „iperytu" i „cyjankali" ― dowody podłości przypadkowych kolegów.

W następnym tygodniu, we wtorek, poszedł do Antoniego. Zamierzał 
częściej odwiedzać zaniedbywanych w okresie pracy w egzekutywie 

znajomych. Ale nie zastał przyjaciela w domu. Zona Antoniego powiedziała, 
że on wróci do domu za godzinę. Józef nie chciał czekać w mieszkaniu i udał

się znów na miasto. Teraz, idąc ulicami, mniej zwracał uwagi na otoczenie, 

background image

bo się czuł nie konspiratorem, lecz zwykłym obywatelem. Ale w pewnym 
momencie dostrzegł w pobliżu cywila, w którym wyczuł szpicla. Zwrócił 

uwagę na to, że ów cywil wyminął go już drugi raz i z ukosa mu się 
przyglądał.

„Chyba jestem śledzony! ― pomyślał. Ale nie zmienił kierunku ani 
przyśpieszył kroku. ― Trzeba iść na rynek Drzewny. Tam łatwiej się 

zorientuję, czy mam psa na tropie".
Rynek był blisko, ale dzisiaj ludzi na nim było mało. Chłopi woleli 

przyjeżdżać na inne rynki, położone na krańcach miasta. Józef udał 
zainteresowanie jarzynami, które przekupki sprzedawały z koszy i worków. 

W pewnym miejscu kobieta miała skrzynię pełną dużych brukwi. Józef 
zaczął wybierać jedną, a jednocześnie zerknął kilka razy po stronach. 

Dostrzegł szpicla w pobliżu. Byli z nim dwaj inni, również wyglądający na 
agentów. Posłyszał litewskie słowa:

― 

Na pewno ten!

― 

Może mieć broń.

Udając spokój stargował się z przekupką o cenę dużej brukwi. Potem 
zapłacił i chciał iść w głąb rynku. Ale wówczas obskoczyli go trzej agenci. 

Jeden powiedział po polsku:
― 

Nie ruszaj się!

Drugi obmacał boki i kieszenie Józefa szukając broni.
― 

O co wam idzie? ― spytał udając zdziwienie.

― 

O nic... Trochę pogadamy... Chodź z nami! ― Agent ujął go pod

ramię i skierował chodnikiem w stronę ulicy Mickiewicza.

„Dobrze, że uporządkowałem i egzekutywę, i SSS... Jakbym przeczuwał... W 

background image

domu również wszystko schowane ― myślał Józef. ― Czy poprowadzą do 
gestapo, czy do komendy policji?" ― zastanawiał się i odnawiał w pamięci 

szczegóły ulic w dobrze mu znanej dzielnicy.
Chodziło mu o przejścia i zakamarki, które by ułatwiły ucieczkę. Wiedział, że

szanse ocalenia są małe, ale był pewien, że jeśli go zaprowadzą do gestapo 
albo do komendy policji, nie będzie miał żadnej szansy.

„Jeśli poprowadzą Jagiellońską, będę uciekał w przejściu na Wileńską. Jeśli 
przez Portową, będę wiał na górę Bouffalową".

Lecz agenci skręcili z Zawalnej w prawo, na najbliższą ulicę Trocką, tamtędy 
było blisko do komendy policji na Dominikańskiej.

„Chyba wiedzą z rysopisu, kim jestem, i Chcą mnie jak najprędzej zamknąć, 
a następnie przewieźć do gestapo" ― wywnioskował.

Szli lewym chodnikiem. Dwaj agenci po bokach Józefa, trzeci z tyłu. Wszyscy
trzymali prawe ręce w kieszeniach.

„Mają pistolety ― pomyślał. ― Ale będą strzelać w takich warunkach, które
ja wybiorę!"

Uważnie patrzył w ulicę przed sobą. Udawał, że trochę kuleje i szedł wolno. 
Agenci go nie przyśpieszali. Zresztą często się mijali z idącymi chodnikiem 

ludźmi, którzy nie orientowali się, jaką czwórkę wymijają.
W tej dzielnicy Józef znal bardzo dobre przejście prowadzące z Trockiej, 

ukośnie przez długi dziedziniec, na ulicę Wileńską. Gdy w marcu 
opracowywał zamach na Kancerewicza, zbadał to przejście kilka razy. Ale 

później obrał inny plan zamachu. Teraz postanowił koniecznie wyzyskać to 
przejście dla ucieczki. Trzeba było z daleka dostrzec duże drzwi frontowe 

niedaleko narożnika. Pamiętał dobrze wygląd kamienicy i sklepów 

background image

naprzeciwko. Mógł więc łatwo się zorientować, że jest w pobliżu tamtego 
miejsca. Wiedział, że będzie miał tylko jedną sekundę do wykonania 

ucieczki ― kiedy się znajdą naprzeciw drzwi frontowych.
Ulicą jechały często wojskowe ciężarówki. Trzymały się prawej strony, którą

szli w przeciwnym kierunku Józef i agenci, zajmując prawie całą szerokość 
chodnika. Zza rogu ulicy Wileńskiej ukazała się grupka żołnierzy 

niemieckich. Zbliżali się ku nim. Głośno rozmawiali. Józef zaczął kuleć 
jeszcze mocniej i poszedł wolniej. W prawej ręce niósł nadal brukiew. Agent

z lewa trzymał go dłonią za ramię w pobliżu łokcia.
Grupka Niemców zbliżała się do drzwi frontowych. Jezdnią turkotały po 

kocich łbach ciężarówki. Józef zaczął kuleć jeszcze mocniej, żeby Niemcy 
więcej się zbliżyli ku nim. Dokładnie oceniał trzy ważne dla niego czynniki: 

auta na jezdni ― grupkę żołnierzy na przodzie ― drzwi frontowe kamienicy.
Był napięty psychicznie jak sprężyna.

Nadeszła decydująca chwila. Z lewa ukazały się drzwi. Niemcy niechętnie 
ustąpili trochę miejsca do przejścia cywilom. W tym momencie Józef pchnął

barkiem na jezdnię pod motor auta ciężarowego agenta z prawa i, prawie 
jednocześnie, uderzył brukwią w twarz agenta z lewa, który go trzymał pod 

rękę i odsuwał się w tył, aby przepuścić Niemców. Józef skoczył między 
żołnierzy i pchnął mocno obu dłońmi drzwi frontowe. Rzutem oka w lewo 

dostrzegł pięść żołnierza niemieckiego, lądującą na twarzy agenta. Wśliznął 
się przez półotwarte drzwi i zatrzasnął je za sobą. Skoczył na podest 

parteru. Kilku susami przebiegł odległość do prowadzących, na piętro 
szerokich schodów, ale skręcił w lewo. Otworzył małe, wąskie, malowane 

brunatną farbą drzwi. Wstąpił w ciemność. Macając dłońmi ściany starał się 

background image

przebyć jak najprędzej zupełnie ciemny składzik o jednym zakręcie w 
prawo. Stały w nim przy ścianach beczki, miotły, łopaty, skrzynie i taczka. 

Dość prędko dotarł do następnych drzwi, otworzył je i wyszedł na długi, 
wybrukowany kocimi łbami dziedziniec, który był zupełnie pusty. Poszedł 

nim do końca i otworzył furtkę w dużej, drewnianej bramie. Znalazł się na 
gwarnej, pełnej ludzi, wozów i aut ulicy Wileńskiej, prawie naprzeciw 

dawnego mieszkania redaktora Kancerewicza. Poszedł prędko w lewo, ale 
starał się tak zachować, żeby jego pośpiech nie wyglądał podejrzanie. 

Skręcił w przecznicę w lewo, potem w prawo, na Zawalną, potem znów na 
lewo, w Portową. Wówczas poszedł wolniej.

Niezadługo się zbliżył do mieszkania Tomasza. Zadzwonił. Pani Katarzyna 
otworzyła drzwi i zmierzyła go surowym spojrzeniem.

― 

Dzień dobry pani!

― 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

― 

Niech będzie.

― 

Też chrześcijanin! ― oburzyła się. ― Na wieki wieków się 

odpowiada!
― 

Rzeczywiście... i amen! Tak?

― 

Tak! No i co? 

― 

Chcę widzieć pana Tomasza.

― 

Czekamy na kogoś innego.

― Pilna sprawa.

― 

Zaraz.

Zostawiła drzwi w pół otwarte i odeszła. Wróciła niezadługo i powiedziała: 

„Można!" Otwarła szeroko drzwi. Józef wstąpił do gabinetu. Tomasz siedział

background image

przy biurku zawalonym papierami. Z boku stała maszyna do pisania. 
Spojrzał na Józefa.

― 

Dzień dobry! Coś ważnego? ― spytał.

― 

Nic specjalnie ważnego, ale, pomyślałem, że warto panu to 

powiedzieć... Akurat byłem w pobliżu...
Tomasz spojrzał na zegarek. | i ― Zaraz przyjdzie tutaj Niemiec. Ważna 

figura. Robię dla niego to wszystko! ― wskazał dłonią na biurko. ― Więc 
jeśli nic ważnego, to może przyjdzie pan jutro? Dobrze. O której godzinie?

― 

Ale z grubsza: o co idzie?

― 

Uciekłem agentom na Trockiej. Zatrzymali mnie na rynku 

Drewnianym.
― 

Co?!... Usiądź pan!... Proszę mówić możliwie krótko. Józef 

opowiedział, niezbyt logicznie, o swej ucieczce. Historia ta
mu się wydawała nieco przykra, a nawet kompromitująca, bo, uważał, 

lekkomyślnie wpadł w łapy szpiclów.
― 

I pan się uśmiecha! ― powiedział Tomasz po wysłuchaniu go.

― 

A co mam robić? Stało się.

― 

Przecież pan jest przez nich dobrze rozpracowany i wiedzą

o

panu wszyscy agenci!

― 

Możliwe. Więc chyba już pójdę.

― 

Dokąd?

― 

Do domu.

Tomasz wstał i otworzył drzwi do łazienki.
― 

Chodź pan tutaj! Oto jest brzytew, pędzel i mydło. Zgoli pan 

wąsiki. Potem, dopóki będę miał gościa, posiedzi pan tutaj. Potrwa to z pół 

background image

godziny. Następnie ubiorę pana inaczej i skończymy rozmowę. A panią 
Katarzynę poślę zaraz na Trocką. Ma tam znajomych

i się dowie, co tam się stało.

Tomasz wyszedł drugimi drzwiami na korytarz. Józef namydlił twarz i zaczął 

się golić. Potem starannie się umył i uporządkował przybory do golenia. W 
tym czasie usłyszał dzwonek w przedsionku. W gabinecie rozległy się kroki 

Tomasza. Poszedł, by otworzyć drzwi swemu klientowi.
Później Józef słyszał niewyraźne głosy. Rozmawiano po niemiecku i z 

trudem mógł odróżnić znane mu słowa. Ale się zorientował, że sprawa 
dotyczy kwestii handlowych.

Po pół godzinie Niemiec opuścił mieszkanie. Tomasz wszedł do łazienki.
― 

Ale pan wygląda! ― rzekł ze zdumieniem. ― Na ulicy nie 

poznałbym pana z twarzy. Chyba po figurze. Chodźmy do gabinetu.
Zaczęli omawiać przygodę Józefa. Niezadługo wróciła pani Katarzyna.

― Proszę zaczekać ― rzekł Tomasz. ― Może dowiemy się czegoś nowego.
Wyszedł z gabinetu. Gdy powrócił po jakimś czasie, powiedział:

― 

Dwie ostatnie kamienice na Trockiej są obstawione przez 

policję. Wewnątrz rewizje. Kogoś tam aresztowano. Szpicle łażą po dachach

bloku domów. Niemieccy żołnierze zbili jakichś cywilów...
― 

Może tych, którzy mnie prowadzili, jeśli wyjęli broń, żeby za 

mną strzelać. Mogli pomyśleć, że to atak na nich.
― 

Może być. Kogoś tam zabrano do szpitala. Chyba tamtego, 

którego pan zepchnął pod auto. Ale w naszej dzielnicy zupełny spokój. 
Jednak nie wolno panu wyjść na miasto w tym ubraniu.

― Jestem beż. wąsików. ― Owszem. Ale na pewno jest dokładny opis i 

background image

pańskiej postaci i ubrania. Był donos, może donosy. Może nawet od dawna 
pan jest poszukiwany. Pan wie przecież, że poznajemy ludzi nawet z dala, 

po postaci tylko. Tego nie można lekceważyć. W ogóle musi pan zniknąć z 
miasta, i to na długo. A potem będzie pan tutaj przychodził. Ale ostrożnie. 

Szczęście, że nie zabrali panu dokumentów.
Byli pewni, że mają mnie na haku.

― 

A taka ucieczka to cud!

― 

Nie jestem zbyt przestraszony rzeki Józef, by nie stwarzać 

Tomaszowi kłopotów z przebieraniem go.
― Ale ja jestem! ― przerwał Tomasz. ― Nie chcę pana stracić, bo się zbliża 

czas, kiedy pan będzie mi potrzebny.
― 

Czyż nasza sprawa tak paskudnie wygląda?―

Bardzo paskudnie! ― patrzył w oczy Józefowi tak, jakby spozierał w 

daleką przyszłość. ― Obecnie i my, i nasi bezmyślni sojusznicy walczymy o 

to, żeby bolszewicy mogli zagarnąć pół Europy... Może całą Europę... 
Zresztą oni otwarcie o tym mówią. Mało tego... działają!... Dla Polski rząd 

jest już sformowany w Moskwie...
― 

Czyż nie ma żadnej nadziei?

― 

Jest. Zdarzają się rzeczy cudowne jak pańska ucieczka albo 

wydarcie tamtych dokumentów z apylinki.

i Pan i o tym wie!
― 

Wiem... Ale mniejsza z tym... Jest rzecz ogromnej wagi! Pan się 

domyśla, o co idzie? ― Wyciągnął ramię w prawo, w kierunku łazienki.
― 

Tak. Archiwum.

― 

O to właśnie idzie. Włożyłem w to cztery lata wytrwałej pracy. 

background image

Jest tam prawda, której nie wolno zagubić w chaosie zdarzeń podłego życia.
Jeśli ja zginę, ktoś z was musi to ocalić!

― 

Przyrzekłem panu...

― Katarzyna dopomoże. Wspaniała kobieta! Żelazny charakter. Do pana ma

sympatię.
― 

Prędzej pan ocaleje niż ja. Ja zawsze w coś się uwikłam.

― 

Ale pan ze wszystkiego się wygrzebuje. A ja, jeśli raz się 

uwikłam, będzie koniec. Ale dość o tym. Wiem od Grzmota, że pan się 

zrzekł dalszego prowadzenia egzekutywy. Uskarżał się na pana.
― 

Mają swoją egzekutywę. Niech się nią bawią. I zostawiłem im 

doskonałą grupkę bojową SSS. Dokonała dwóch zamachów w ciągu jednego
tygodnia.

Wiem. Cieszę się z tego, że jest pan zupełnie wolny. A nasz związek nie jest 
kwestią obowiązku, lecz wzajemnego zrozumienia i swobodnych zamierzeń,

trochę jakby marzeń. Obecnie chcę, aby pan na długo zniknął z Wilna. 
Skieruję pana w pewne miejsce w odległości piętnastu kilometrów stąd. Czy

pan lubi przyrodę?
― 

Bardzo lubię.

― 

Otóż jest tam folwark, pięknie położony na skraju dużego lasu, 

niedaleko od Wilii. Jest on własnością mojej przyjaciółki, bardzo milej 

staruszki, gorącej, ale mądrej patriotki, która mieszka w Wilnie. Osadziła w 
folwarku swoją kuzynkę, osobę dość oryginalną. Mieszkają tam również 

dwie rodziny uchodźcze z nią zaprzyjaźnione. Żyją komuną jak jedna 
rodzina. Miejsca tam dużo. Właścicielka folwarku proponowała mi, żebym 

posyłał tam ludzi wartościowych, którzy nie mogą ukrywać się w mieście. 

background image

Więc jest dobra sposobność. Dzisiaj wieczorem powiem jej o tym, a ona 
zawiadomi swoją kuzynkę, że pojutrze przyjdzie do nich... kto?

― 

Józef, uchodźca z Warszawy.

― 

Uda się pan tam w czwartek, dobrze wypocznie i odżywi się. 

Można tam mieszkać chociażby i przez rok, bez żadnych zobowiązań.
― 

Muszę jednak przychodzić do miasta.

― 

Oczywiście. Niech pan wpada tu na krótki czas, raz na parę 

tygodni. W razie nagłej potrzeby wiem, gdzie pana znaleźć. A pan będzie 

mnie odwiedzał, ale nie tutaj, lecz w moim mieszkaniu na Zwierzyńcu.
― 

Na Zwierzyńcu? Jaka ulica?

― 

Moniuszki. Niedaleko tamtego domu, gdzie w zeszły wtorek 

zlikwidowaliście agenta. Ale proszę przychodzić nie wcześniej jak o godzinie 

szóstej wieczorem. W dzień jestem tutaj albo na mieście.
― 

Dobrze.

― 

A teraz dam panu adres folwarku. Nie trzeba nic zapisywać. 

Wszystko w pamięci. Rzeszę pan zna?

― 

Tak.

― Czy pan dobrze chodzi?

― 

Jak wilk.

― 

Więc najlepsza droga będzie dla pana ta, która prowadzi do 

Nowych Werek. Stamtąd trzeba skręcić w lewo, w kierunku na słynne 
Zielone Jezioro. Prowadzi tam polna droga. A następnie około czterech 

kilometrów do folwarku. Jest w pobliżu lasu. Zobaczy go pan z prawa od 
drogi. Można tam trafić bez pytania.

― 

Jak się nazywa?

background image

― 

Marzenie.

― 

Dziwna nazwa!

― 

To się zgadza. Wymarzone miejsce dla wypoczynku. A teraz 

postaram się o garnitur dla pana.

― 

Tyle kłopotów.

― 

Bez kłopotu nie można nawet trzewików wzuć.

Wyszedł z gabinetu. Wrócił po kwadransie. Przyniósł dobrze skrojony szary 
garnitur, zawieszony na ramiączku, i walizeczkę, którą postawił na krześle."

― 

Pan musi wziąć to wszystko i używać. Ale jeden warunek: nie 

trzeba nigdy dziękować za to pani Katarzynie. Są to galowe rzeczy jej syna, 

który zginął w 39 roku. Nie chciała tego sprzedać, ale z radością oddaje 
panu. Dobrze, że się pozbędzie tak smutnej dla niej pamiątki. Ucieszyła się 

nawet, że panu będzie to pożyteczne. Zaraz pan się przebierze, a swoje 
rzeczy zostawi tutaj w walizce. Później, po kilku tygodniach, zabierze pan 

wszystko. Żadnych protestów ani podziękowań. Wszystko to załatwia życie. 
Przypadek. Raczej serie przypadków.

Wkrótce Józef opuścił mieszkanie Tomasza. Miał na sobie zupełnie dobrze 
pasujący na niego garnitur, prawie nowe trzewiki i szary kapelusz.

„Teraz żaden szpicel mnie nie rozpozna!" ― myślał idąc w kierunku 
Antokolu. Wybierał jednak trasę, którą uważał za bezpieczną i bacznie 

obserwował ulice przed sobą.
Gdy otworzył furtkę i poszedł ścieżką na górkę, zobaczył z prawa pannę 

Jadwigę, która, przykucnięta, pełła grzędę. Spojrzała ku niemu. Potem się 
wyprostowała. A gdy Józef szedł dalej, zawołała:― Pan do kogo?

Zatrzymał się i patrzył ku niej nic nie mówiąc.

background image

― 

Pan w jakiej sprawie? ― spytała znów i po jej twarzy 

przemknął cień niepokoju,

Wskazał dłonią sobie na usta i zrobił gest, tłumaczący, że jest niemową. Zza 
zarośli bzów wyszła Helena, która wieszała tam bieliznę na sznurze.

― 

Proszę pani! ― zwróciła się do niej Jadwiga. ― Jakiś niemy 

przyszedł i tak dziwnie się zachowuje!

Józef ruszył ku niej i wyciągnął ramię. Jadwiga zaczęła się cofać, widocznie 
przestraszona.

 ― Z jakiej racji ― zawołał ― zatrzymuje mnie pani na drodze do własnego 
mieszkania?!

― 

Toż Józef! ― powiedziała Helena, zmieszana.

― 

To fantastyczne! ― krzyknęła Jadwiga. ― Jak się pan zmienił!

Po prostu zgoliłem wąsiki, żeby lepiej się zaprezentować. 

Zależało mi na otrzymaniu dobrej pracy na wsi i chciałem wyglądać 

młodziej. Młodemu chłopcu będą lepiej płacić jak staremu dziadowi. Prosta 
historia.

― 

Ależ pan wyprzystojniał! Pani Róża byłaby olśniona!

Gdy później pozostał w mieszkaniu sam na sam z Heleną, spytała go:

― 

Co będzie dalej?

― 

Będzie dobrze ― odpowiedział. ― Zamieszkam przez jakiś czas 

za miastem. Nareszcie skończyłem z tym wszystkim! ― Wyciągnął rękę w 
kierunku śródmieścia.

― 

A moja buda?...

― 

 Będziesz tutaj żyła jak poprzednio. Żądnych zmian. Będę do ciebie 

przychodził co parę tygodni. Pieniądze na wydatki są w pudełku w składziku.

background image

Bierz, kiedy i ile ci trzeba. Cóż więcej?...
― 

Ale z tobą się stało coś bardzo złego!

― 

Uważam, że coś bardzo dobrego... Nie będziesz więcej 

narażona z mego powodu na żadne niebezpieczeństwa... Poprzednio mogło

to się zdarzyć... Rewizja na przykład... A teraz spokój...
― 

Lecz... nie wiem, co to jest... Odczuwam strach...

― 

Jaki?... Dlaczego?... ― rzekł zirytowany.

― 

Ciebie się boję! Żyłam z człowiekiem, którego wcale nie 

znałam. I nagle on zniknął, przekształcił się w kogoś obcego. Tylko głos 
pozostał. To przecież... niepokojące...

Jeszcze coś zostało: dusza! Postaraj się zrozumieć to i odczuć!
Patrzyli sobie w oczy ― jakby dopiero teraz się spotkali. I Józefowi się 

wydawało, że widzi zupełnie obcą sobie osobę. Pomyślał:
„Właściwie wcale jej nie znam!"