background image

Iris Johansen  

 
 
 

WSZYSTKIE 

KŁAMSTWA 

 
 

 
 
 
 
 

background image

 

Rozdział pierwszy 

 

ROZLEWISKO SARAH, LUIZJANA 
01.05 
4 października
 
 
Łódź powoli płynęła przez błotne rozlewisko. 
Zbyt wolno, pomyślał Jules Hebert. Z rozmysłem zdecydował się 

na  zwykłą,  płaskodenną  łódź  zamiast  motorówki,  gdyż  o  tej  porze 
bardziej  zwracałaby  uwagę,  nie  przewidział  jednak,  że  będzie  to  go 
kosztowało tyle nerwów. 

Spokojnie. Kościół jest już niedaleko. 
-  Wszystko  będzie  dobrze,  Jules!  -  zawołał  cicho  Etienne,  nie 

przerywając wiosłowania. - Za bardzo się przejmujesz. 

Jules  pomyślał,  że  jego  brat  Etienne  przejmuje  się  niewystar-

czająco. Od dzieciństwa to Jules był tym poważnym, tym, który brał 
na siebie odpowiedzialność, podczas gdy Etienne płynął przez życie 
z rozbrajającą beztroską. 

- Tamci na pewno będą czekać w kościele? 
- Jasne. 
- Nic im nie powiedziałeś? 
-  Tylko  że  dostaną  sowitą  zapłatę.  I  zacumowałem  motorówkę, 

żeby zawieźć ich tam, gdzie mi kazałeś. 

- W porządku. 
-  Wszystko  pójdzie  jak  z  płatka.  -  Etienne  uśmiechnął  się  do 

brata. - Daję słowo, Jules. Czy kiedykolwiek cię zawiodłem? 

Nigdy  świadomie.  Łączyło  ich  zbyt  silne  uczucie,  wiele  razem 

przeszli. 

- Bez obrazy. Tylko pytałem, braciszku. 
Skręcili.  Jules  zesztywniał,  kiedy  w  słabym  świetle  księżyca 

dostrzegł  majaczącą w oddali  sylwetkę starego, kamiennego kościo-
ła.  Był  opuszczony  już  od  ponad  dekady,  ziało  od  niego  wilgocią  i 
rozkładem. Spojrzenie Jules’a przesunęło się po nielicznych domach 
po obu stronach rozlewiska. 

Pusto. Ani żywej duszy. 

background image

 

-  Mówiłem  ci  -  powiedział  Etienne.  -  Mamy  szczęście.  Jak 

mogłoby być inaczej? Los zawsze sprzyja sprawiedliwym. 

Z doświadczeń Jules’a wynikało coś wręcz przeciwnego, ale nie 

zamierzał wykłócać się z Etienne’em. Nie dzisiaj. 

Gdy  dopłynęli  do  brzegu,  wyskoczył  na  pomost,  a  czterej 

mężczyźni wynajęci przez Etienne’a weszli do łodzi. 

-  Ostrożnie  -  powiedział  Jules.  -  Na  litość  boską,  tylko  jej  nie 

upuśćcie. 

-  Pomogę.  -  Etienne  ruszył  ku  tamtym.  -  Rany, ale to  ciężkie.  - 

Podparł jeden z rogów trumny masywnym ramieniem. - Liczymy do 
trzech. 

Ostrożnie wynieśli na pomost olbrzymią czarną trumnę. 
 
DOM NAD JEZIOREM 
ATLANTA, GEORGIA 
 
T r u m n a. 
Eve Duncan obudziła się nagle, serce waliło jej jak młotem. 
- Co jest? - spytał sennie Joe Quinn. - Coś się stało? 
-  Nie.  -  Opuściła  nogi  na  podłogę.  -  Miałam  zły  sen.  Chyba 

napiję się wody. - Idąc do łazienki, dodała: - Śpij. 

Rany  boskie,  naprawdę  się  trzęsła.  Czyżby  całkiem  oszalała? 

Ochlapała  twarz  wodą  i  wypiła  kilka  łyków,  zanim  wróciła  do 
sypialni. 

Na nocnym stoliku paliła się lampka. Joe siedział na łóżku. 
- Mówiłam, żebyś spał. 
- Nie chcę. Chodź tutaj. 
Przytuliła się do niego. W jego ramionach czuła się bezpieczna i 

kochana. 

- Masz ochotę na seks? 
- Sam  nie wiem. Może później. Teraz chciałbym dowiedzieć się 

czegoś o tym koszmarze. 

- Ludzie miewają koszmary, Joe. To nic nadzwyczajnego. 
-  Ale  tobie  od  dawna  nic  takiego  się  nie  śniło.  Myślałem,  że 

masz to już za sobą. - Przytulił ją mocniej. - Chcę, żebyś miała to już 
za sobą. 

background image

 

Wiedziała,  że  mówił  prawdę,  i  czuła,  że  rozpaczliwie  usiłował 

zapewnić  jej  poczucie  bezpieczeństwa  i  spokój  i  zrobiłby  wszystko 
co  w  jego  mocy,  by  złe  sny  odeszły.  Ale  przecież  Joe  lepiej  od 
innych powinien zdawać sobie sprawę, że koszmary nigdy do końca 
nie mijają. 

- Cicho bądź i śpij. 
- Śniła ci się Bonnie? 
- Nie. 
Miała  wyrzuty  sumienia.  Kiedyś  wreszcie  powinna  mu 

powiedzieć,  czemu  sny  o  Bonnie  już  nie sprawiają  jej  bólu.  Ale  nie 
teraz.  Nawet  po  tym  ostatnim  roku  z  nim  nie  była  gotowa.  Kiedy 
indziej. 

- Nowa czaszka? Ciężko nad nią pracujesz. Może zbyt ciężko? 
-  Już  prawie  skończyłam.  To  Carmelita  Sanchez,  Joe.  Za  jakieś 

dwa  dni  będę  mogła  skontaktować  się  z  jej  rodzicami.  (Sprawa 
zostanie  zakończona,  a  oni  być  może  odzyskają  spokój  ducha). 
Wiesz dobrze, że moja praca daje mi satysfakcję. Nie wiążą się z nią 
żadne  koszmary.  (Tylko  smutek,  współczucie  i  determinacja,  by 
odnaleźć zaginionych). Przestań szukać po omacku. Złe sny nie mu-
szą mieć głębokiego podłoża. To był tylko zwariowany,  bezsensow-
ny... Pewnie coś zjadłam. Pizza Jane była trochę ciężkostrawna... 

- Co ci się przyśniło? 
Joe  nie  dawał  za  wygraną.  Zamierzał  drążyć  tę  sprawę  aż  do 

pełnego wyjaśnienia. 

-  Trumna.  Niech  ci  będzie.  Szłam  ku  tej  trumnie  i  to  mnie 

przeraziło. 

- Kto leżał w trumnie? - Zawiesił głos. - Ja? Jane? 
- Przestań podpowiadać. Trumna była zamknięta. 
- No to czego się bałaś? 
-  To  był  sen.  Na  litość  boską,  codziennie  mam  do  czynienia  ze 

zmarłymi. To całkiem normalne, że od czasu do czasu przyśni mi się 
coś makabrycznego... 

- No to czego się bałaś? 
-  Przestań.  Już  po  wszystkim.  -  Popchnęła  go  na  poduszkę  i 

pocałowała.  -  Strasznie  jesteś  nadopiekuńczy.  Teraz  oczekuję  od 
ciebie czysto fizycznej terapii. 

background image

 

Znieruchomiał; wciąż się opierał. Po chwili rozluźnił mięśnie. 
- Skoro nalegasz. Pewnie powinienem zachować się jak dżentel-

men i dać się uwieść. 

Eve  się  zdumiała.  Joe  potrafił  przecież  wyjątkowo  uparcie 

obstawać przy swoim. Uśmiechnęła się i potargała mu włosy. 

- No pewnie. 
- Później pogadamy o tej trumnie... 
 
ROZLEWISKO SARAH 
 
Trumna stała przy kościelnym ołtarzu. 
Jules  pochylił  się  i  sprawdził  katafalk,  upewniając  się,  czy  wy-

trzyma ciężar wzmocnionej, szczelnej skrzyni. Zbudowano ją według 
jego  projektu,  podobno  miało  się  obyć  bez  problemów,  ale  czuł  się 
za  to  odpowiedzialny,  nie  chciał  zawieść.  Cenna  zawartość  trumny 
nie mogła ulec uszkodzeniu. 

-  Zapłaciłem  im.  Już  wracają  -  odezwał  się  stojący  w  progu 

Etienne. Ruszył ku bratu ze spojrzeniem wbitym w trumnę. - Jakoś tu 
dziwnie... Udało się nam, prawda? 

- Tak. - Jules kiwnął głową. 
Etienne milczał przez chwilę. 
-  Wiem,  że  byłeś  na  mnie  bardzo  zły,  ale  teraz  rozumiesz, 

prawda? 

- Rozumiem. 
-  To  dobrze.  Nareszcie.  Razem  tego  dokonaliśmy.  -  Etienne 

braterskim gestem objął Jules’a. - Dobrze się teraz czuję. Ty też? 

- Nie. - Jules zamknął oczy, czując gwałtowny przypływ bólu. - 

Niedobrze. 

- Bo za dużo się martwisz. Już po wszystkim. 
- Niezupełnie. - Oczy Jules’a zaszły łzami. - Mówiłem ci kiedyś, 

jak  bardzo  cię  kocham,  jakim  dobrym  bratem  dla  mnie  jesteś? 
Etienne wybuchnął śmiechem. 

-  Gdybyś  powiedział  coś  takiego,  dopiero  wtedy  bym  się 

martwił.  Nie  należysz  do  osób,  które...  Co  ty...?  -  Wstrząśnięty, 
wpatrywał się w broń w dłoni brata. 

Jules strzelił mu prosto w serce. 

background image

 

Niedowierzanie  zamarło  na twarzy  Etienne’a,  gdy  osunął  się  na 

ziemię. 

Jules  też  nie  mógł  uwierzyć,  że  to  się  stało.  Dobry  Boże,  niech 

ktoś cofnie tę chwilę. 

Nie, musiałby zrobić to raz jeszcze. 
Padł  na  kolana  obok  Etienne’a  i  wziął  go  w  ramiona.  Łzy 

spływały  mu  po  policzkach,  gdy  kołysał  trupa.  Jego brat,  jego  mały 
braciszek... 

Spokój!  Musi  zrobić  coś  jeszcze,  zanim  pozwoli  sobie  na 

smutek.  Motorówka  z  tamtymi  zapewne  wypłynęła  z  rozlewiska  i 
znajdowała się teraz w najszerszym miejscu rzeki. 

Poszperał  w  kieszeni  i  nacisnął  czerwony  guzik.  Nie  słyszał 

eksplozji,  ale  wiedział,  że  nastąpiła.  Sam  przygotował  ładunek,  a 
nigdy nie pozwalał sobie na błąd. Nikt nie ocalał, żadni świadkowie. 

Było po wszystkim. 
Pochylił  się  nad Etienne’em  i  czule odgarnął  mu  włosy z czoła. 

Śpij, braciszku. Modlił się za spokój jego duszy. Dzięki półmrokowi 
w kościele nie musiał oglądać bólu na obliczu brata. 

Nie było aż tak mroczno. To trumna, olbrzymia i ciężka, rzucała 

cień na obu braci. 

Na cały świat. 
 
-  Nie,  senatorze  Melton  -  powiedziała  stanowczo  Eve.  -  Nie 

jestem  zainteresowana.  Mam  co  robić  aż  do  końca  roku.  Nie  po-
trzeba mi więcej pracy. 

- Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby jednak zmieniła pani zda-

nie.  Sytuacja  jest  niezwykle  delikatna,  potrzebna  nam  pani  pomoc - 
senator  zawiesił  głos.  -  W  końcu,  jako  obywatelka  tego  kraju,  ma 
pani obowiązek... 

-  Proszę  nie  chrzanić  -  przerwała  mu  Eve.  -  Za  każdym  razem, 

gdy  jakiś  biurokrata  chce  coś  załatwić  poza  kolejnością,  zaczyna 
ględzić  o  patriotyzmie.  Nie  powiedział  mi  pan  nawet,  o  co  chodzi. 
Mam  zostawić  rodzinę  i  pojechać  do  Baton  Rouge?  Nie  ma  na  tyle 
ważnej pracy, dla której zrobiłabym coś takiego. 

-  Jak  już  wspomniałem,  to  bardzo  delikatna  sprawa  i  nie  wolno 

mi o tym mówić, dopóki nie wyrazi pani... 

background image

 

- Znajdźcie sobie kogoś innego. Nie jestem  jedynym plastykiem 

sądowym na świecie. 

- Ale najlepszym. 
- Zyskałam sławę. To nie znaczy... 
- Najlepszym. Fałszywa skromność zupełnie do pani nie pasuje. 
-  W  porządku,  jestem  cholernie  dobra.  Ale  zajęta.  Weźcie 

Dupreego albo McGilvana. - Odłożyła słuchawkę. 

- Znowu Melton? - Joe zerknął na nią znad książki. 
- Nie odpuszcza. Boże, chroń mnie od polityków. - Eve podeszła 

do  postumentu  i  zaczęła  wygładzać  glinę  na  czaszce.  -  Ależ  to 
żałosne! 

- Mówią, że Melton to facet, który umie zadbać o swoje interesy. 

Jest popularny. Podobno Demokraci szykują go na prezydenta. 

- Nie wierzę żadnym politykom. W Waszyngtonie są same kliki. 

Ręka rękę myje. 

-  Brzmi  to  dosyć  okropnie.  -  Joe  patrzył  na  nią  uważnie.  -  Ale 

jesteś zaciekawiona. Przecież to widać. 

- Może i jestem.  Melton potrafi rozbudzać ciekawość. - Eve nie 

odrywała spojrzenia od rzeźby. - Ale powiedział mi tylko, że to mój 
patriotyczny obowiązek. Bzdury. 

- Tylko tyle? 
-  Stwierdził,  że  porozmawiamy,  kiedy  się  zgodzę.  -  Wygładziła 

glinę pod oczodołem. - Ciekawe, kogo typują... 

Joe przez chwilę przyglądał się jej bez słowa. 
- W październiku Luizjana jest całkiem przyjemna. Moglibyśmy 

wyskoczyć do  Nowego  Orleanu.  Mam  zaległy urlop,  a  Jane pewnie 
by się tam spodobało. 

-  Was  nie  zapraszali.  -  Wydęła  usta.  -  To  ściśle  tajne  łamane 

przez poufne. 

- No to go olej. -  Zastanowił się nad tym przez chwilę. - Chyba 

nieco  zabrakło  mi  taktu  i  zrozumienia,  prawda?  Nie  powinienem 
wtrącać  się  do  twojej  pracy.  Jeśli  nowe  zlecenie  cię  kusi,  wy-
trzymamy bez ciebie przez parę tygodni. 

-  Niby  czemu  miałoby  mnie  kusić?  -  Wytarła  ręce  w  ścierkę  i 

podeszła  do  okna.  Było  piękne  jesienne  popołudnie.  Jezioro  lśniło 
błękitem.  Jane  bawiła  się  ze  szczeniakiem,  którego  podarowała  jej 

background image

 

przyjaciółka  Eve,  Sarah  Patrick.  Dziewczynka  rzucała  kijek 
Toby’emu,  a  kundelek  biegał  jak  szalony,  aportując  go.  Oboje 
wydawali się zadowoleni i cudownie szczęśliwi. 

Niby dlaczego nie mieliby być szczęśliwi, tu i teraz? 
- Eve? 
Zerknęła  przez  ramię  na  Joego,  swojego  obrońcę,  najlepszego 

przyjaciela, kochanka. Był  jej opoką, chwile z nim  i z Jane należały 
do najszczęśliwszych w jej życiu. Uśmiechnęła się do niego. 

- Nie, do diabła, nie kusi mnie. Chrzanić Meltona. 
 
-  Odmówiła  -  oznajmił  Melton,  kiedy  Jules  Hebert  podniósł 

słuchawkę. - Zaproponowała Dupreego. 

-  Nie  -  odparł  krótko  Hebert.  -  Potrzebna  nam  Eve  Duncan. 

Mówiłem ci to od początku. To musi być ona. 

-  Chyba  będziesz  się  musiał  zadowolić  Dupreem.  Ma  dobrą 

opinię. 

Hebert odetchnął głęboko. Widział próbki pracy Eve Duncan  na 

akademickich  stronach  internetowych  i  mógł  porównać  je  z  doko-
naniami  innych  znanych  sądowych  plastyków.  To tak  jakby  porów-
nywać  obrazy  Leonarda  da  Vinci  z  malowidłami  naskalnymi.  Nie 
mógł  powierzyć  tej  czaszki  neandertalczykowi.  Była  dla  niego  zbyt 
ważna. Dla Meltona i reszty również, ale to w ogóle nie obchodziło 
Jules’a.  Nie  teraz.  Melton  miał  bezpieczną  pracę  w  bezpiecznym 
świecie. Siedział w swoim biurze, podnosił palec, a ludzie w rodzaju 
Heberta nadstawiali za niego karku. 

- Powiedziałeś, że mam znaleźć sposób, żeby to potwierdzić. Daj 

mi Eve Duncan, a to zrobię. 

- Ty popełniłeś błąd i ty musisz go naprawić. 
Dłoń Jules’a zacisnęła się na słuchawce. 
-  Zawsze  można  dostać  to,  czego  się  chce,  jeśli  się  nad  tym 

popracuje. O co chodzi? 

- Zapewne tak spodobało się jej życie rodzinne, że nie widzi nic 

poza swoim małym domkiem w Georgii. Kobiety już takie są. 

-  Nie  doceniasz  kobiet.  Znam  takie,  których  raczej  wolałbym 

unikać.  Eve Duncan  najwyraźniej  ma bardzo silną wolę.  Podszedłeś 
ją tak, jak sugerowałem? 

background image

 

-  Tak,  wydawała  się  zainteresowana,  jednak  nie  przyjęła 

zlecenia. 

- Widać nie naciskaliśmy właściwych guzików. Musi się znaleźć 

jakiś sposób. Opowiedz mi o niej. 

- Wiesz, jaką opinią się cieszy, inaczej byś tak o nią nie zabiegał. 
Jules  spojrzał  na  gazetę  ze  zdjęciem  Eve  Duncan.  Właśnie  po 

przeczytaniu  artykułu  o  niej  zadzwonił  do  Meltona.  Fotografia 
przedstawiała  kobietę  po  trzydziestce,  o  wyrazistej,  inteligentnej 
twarzy  okolonej  rudobrązowymi  włosami.  Miała  druciane  okulary  i 
na świat patrzyła z mieszaniną śmiałości i wrażliwości. 

-  Wiem,  jakie  ma  kwalifikacje  zawodowe.  Muszę  poznać  jej 

przeszłość. Chcę wiedzieć, jak ją podejść. 

-  Była  nieślubnym  dzieckiem,  dorastała  w  slumsach  Atlanty,  z 

matką narkomanką. Matka poszła  na odwyk i zbliżyły  się do siebie. 
Eve zaszła w ciążę,  gdy  miała  szesnaście  lat,  urodziła dziewczynkę. 
Wróciła  do  szkoły  i  zaczynała  wychodzić  na  prostą,  gdy  jej 
siedmioletnią córeczkę Bonnie zamordował szaleniec, który zabił też 
jedenaścioro innych dzieci. Nie mogli znaleźć ciała, i wtedy właśnie 
Duncan  została  plastykiem  sądowym.  Po  studiach  na  uniwersytecie 
w  Georgii  i  stała  się  jednym  z  najlepszych  specjalistów  w  tej 
dziedzinie  w  kraju.  Jest  wolnym  strzelcem,  współpracuje  z  paroma 
wydziałami policji w Stanach. 

- A życie osobiste? 
-  Mieszka  z  Joem  Quinnem,  oficerem  śledczym  z  Wydziału 

Policji  w  Atlancie.  Zaprzyjaźnili  się  po  śmierci  jej  córki  ponad 
dwanaście  lat  temu,  ale  razem  są  dopiero  od  dwóch  lat.  Niedawno 
adoptowała  dwunastoletnią  dziewczynkę,  Jane  MacGuire,  która 
dorastała  na  ulicy,  podobnie  jak  sama  Duncan.  Teraz  mieszkają  w 
domku pod Atlantą. Bonnie pochowano na terenie ich posiadłości. 

- Mówiłeś mi, że ciała nie odnaleziono. 
-  Znaleźli  je  w  zeszłym  roku.  Pojawiły  się  nowe  informacje, 

natrafili  na  szkielet  w  Parku  Narodowym  Chattahoochee.  Badania 
DNA potwierdziły, że to zwłoki Bonnie Duncan. 

Zatem  Eve  Duncan  odzyskała  spokój,  pomyślał  Hebert. 

Wiedział,  jak ważne  jest  zamknięcie sprawy.  Mógł  sobie wyobrazić 
mroczny świat, w jakim przez te wszystkie lata mieszkała Eve. 

background image

 

10 

- Coś jeszcze? - spytał Melton. - Znam wszystkie szczegóły, od a 

do zet. 

Bardzo  rzeczowo.  Jules był  pewien,  że Melton opowiedziałby  o 

tych  szczegółach  równie  obojętnie,  jak  mówił  o  przeszłości  Eve 
Duncan. 

- Nie są mi potrzebne. 
Pomyślał  ze  znużeniem,  że  nie  może  tego  zostawić  Meltonowi. 

Sam będzie musiał rozpracować słabe punkty Eve Duncan. 

T a k  s p o d o b a ł o  s i ę  j e j  ż y c i e  r o d z i n n e, ż e  n i e  

w i d z i  n i c  p o z a  s w o i m  m a ł y m  d o m k i e m  w  G e o r 
g i i. 

Ma  mężczyznę  i  dziecko,  pogrzebała  zmarłą  córkę  na  swojej 

ziemi. Teraz jest zapewne bardzo szczęśliwa. I czemu nie? Zasłużyła 
na spokój ducha. 

Musiał ten spokój zniszczyć, aby  zdobyć to, czego potrzebował. 

Wiedział,  że  to  zrobi,  jak  wszystko,  co  należało  zrobić.  Postanowił 
od razu jechać na lotnisko, by jak najszybciej skłonić ją do wyjazdu z 
Atlanty. 

Jednak przedtem musiał coś jeszcze załatwić. 
- Lecę do Atlanty. 
- Dobrze, że bierzesz się do roboty. Trzeba się z tym uporać jak 

najprędzej. Pamiętaj, nie masz zbyt wiele czasu na uprzątnięcie tego 
bałaganu.  Spotkanie  w  Boca  Raton  wyznaczono  na  dwudziestego 
dziewiątego października. 

- Nie musisz mi przypominać. Zajmę się jednym i drugim. 
-  Długo  ci  ufaliśmy,  ale  po  tej  wpadce  z  Etienne’em 

Sprzysiężenie nie jest tobą zachwycone. 

Melton był jeszcze mniej zachwycony. Pewnie się bał, że będzie 

następny. Śmierdzący tchórz. 

- Musiałem go zastrzelić. W obronie własnej. 
-  Czyżby?  -  Melton  zawiesił  głos.  -  Przyznaję,  że  zacząłem  się 

zastanawiać, czy nie grasz na dwa fronty. 

- Nie masz powodów, by mnie o to oskarżać. 
- No to dopilnuj, żeby twój błąd nie miał jakichś reperkusji. 
- Po to lecę do Atlanty. Znaleźć rozwiązanie. 
- Miejmy nadzieję. - Melton odłożył słuchawkę. 

background image

 

11 

Groźba była zakamuflowana, ale Jules i tak ją wyczuł w słowach 

polityka.  Stłumił  gniew  i  usiłował  się  uspokoić.  Po raz pierwszy  od 
lat  Sprzysiężenie  miało  mu  coś  do  zarzucenia.  Wiernie  służył 
organizacji. Czyżby nie miał prawa do jej zaufania? 

Cóż, zaufali mu w sprawie Etienne’a, musiał swój błąd naprawić. 
Boca Raton. 
Będzie dobrze. Jules poczynił wstępne przygotowania, wszystko 

szło  zgodnie  z  planem.  Mógł  na  razie  zostawić  sprawy  własnemu 
biegowi i skoncentrować się na Eve Duncan. 

Eve Duncan.  Hebert  odchylił  głowę  i  przymknął  oczy.  Wkrótce 

przystąpi do działania, ale przecież nie musi się tak spieszyć. Można 
by  pomyśleć,  że  po  tylu  latach  już  się  uodpornił,  jednak  nadal  było 
mu żal niewinnych ludzi. 

Weź się w garść, pomyślał. 
Zabił  Etienne’a;  w  porównaniu  z  tym  wszystko  inne  będzie 

łatwe. 

Joe  Quinn,  Jane  MacGuire,  i  czy  Melton  nie  wspominał  matce 

Eve? 

Na kogo się zdecydować? 
 
-  Spójrz  tylko!  -  Na  twarzy  Jane  malowała  się  duma,  gdy 

patrzyła  na  szczeniaka.  -  Jest  mądrzejszy  nawet  od  swojego  taty 
Monty’ego, prawda? 

-  Tak...  jest  bardzo  bystry.  Ale  tarzanie  się  to  niezupełnie  to 

samo  co ratowanie życia  po trzęsieniu  ziemi.  -  Eve uśmiechnęła  się 
do  córki,  pakując  zrekonstruowaną  głowę  Carmelity  do  pudełka.  - 
Musi się jeszcze sporo nauczyć. 

-  Ma  tylko  cztery  miesiące.  Wytresuję  go.  -  Jane  strzeliła 

palcami,  a  Toby  natychmiast  wstał.  -  Może  powinnam  pojechać  do 
Kalifornii i poprosić Sarah o pomoc. Założę się, że błyskawicznie go 
wyszkoli. Proponowała mi to. 

Zakładając, że Sarah znajdzie czas, pomyślała ze smutkiem Eve. 

Jej  przyjaciółka  nie  tylko  podróżowała  po  całym  świecie  z  grupą 
psów-ratowników,  ale  też  usiłowała  przywyknąć  do  małżeństwa  i 
uszczęśliwić  swojego  golden  retrievera  Monty’ego  oraz  jego 
towarzyszkę Maggie. Ze względu na Maggie, nieoswojoną wilczycę, 

background image

 

12 

nie było to zbyt proste. 

-  Niezły  pomysł.  Zapytamy  ją,  kiedy  będzie  miała  czas  - 

wskazała  naklejkę  na  przygotowanym  do  zabrania  pudle.  -  Ale 
dopiero podczas przerwy w szkole na Święto Dziękczynienia. 

- Mogłabym nadrobić. I tak wszystkich wyprzedzam. 
Nie tylko w nauce. Życiorys Jane wskazywał, że pod względem 

doświadczenia  i  charakteru  przypomina  raczej  trzydziestoletnią 
kobietę niż dwunastolatkę. Eve cieszył dziki entuzjazm, z jakim Jane 
odnosiła  się  do  szczeniaka.  W  końcu  dziewczynce  odebrano 
normalne dzieciństwo. 

- Może i tak. Jeszcze o tym pogadamy. 
-  Jedziesz  do  biura  FedEx?  Czy  ja  i  Toby  możemy  się  z  tobą 

zabrać? 

-  Jasne.  Ale  najpierw  położę  świeże  kwiaty  na  grobie  Bonnie. 

Nie byłam tam w tym tygodniu. 

-  Chryzantemy?  Te,  które  rosną  obok  domu?  Ja  je  zetnę.  Pój-

dziemy z tobą. Toby musi rozprostować nogi. 

-  O  czym  ty  mówisz?  Przecież  ten  szczeniak  biega  przez  cały 

dzień. 

- Sprint po wzgórzach to co innego. Dobry trening świetnie robi 

na płuca. - Wybiegła z domu. - Do zobaczenia. 

Eve  z  uśmiechem  pokręciła  głową  i  wyszła  na  werandę. 

Wiedziała, że Jane i pies będą na wzgórzu przed nią,  liczyła jednak, 
że Toby nie rozrzuci kwiatów, które Jane położy na grobie. 

Chociaż nie miało to znaczenia. Kwiaty to tylko kwiaty. Bonnie 

cieszyłby  widok  biegającego  psa,  pełnego  radości  i  życia.  Ruszyła 
ścieżką wokół jeziora. 

Ku  jej  zdumieniu  Toby  był  względnie  spokojny,  leżał  na 

grzbiecie, a Jane drapała go po brzuchu. 

- Mówiłam ci, że na wzgórzach jest inaczej - powiedziała dziew-

czynka.  -  Zmęczył  się.  Musi  dojść  do  siebie.  -  Odwróciła  się  i 
zaczęła wyrywać chwasty z grobu. - O tej porze roku nie ma tu dużo 
roboty.  Byłam  przy  grobie  trzy  dni  temu,  wyrosła  tylko  mizerna 
koniczyna. 

- Byłaś tu? 
- Pewnie. Wiem, że to dla ciebie ważne. Kochasz Bonnie. - Jane 

background image

 

13 

rozprostowała  kwiatki.  -  Już.  Miałam  zebrać  te  liście  klonu,  ale 
czerwony kolor ładnie wygląda. Przypomina to miękki kocyk. 

-  Faktycznie.  -  Eve  popatrzyła  na  opadłe  liście.  Kocyk  dla  jej 

Bonnie.  To  słowo  kojarzyło  się  z  domem  i  bezpieczeństwem, 
wszystkim, czego pragnęła dla córki. 

- Może tak zostać? - spytała Jane. 
- Jest pięknie. - Eve przełknęła ślinę. - Mówiłam ci ostatnio, jak 

bardzo cię kocham, Jane? 

-  Nie  musisz  mówić.  -  Jane  odwróciła  wzrok  i  wstała.  -  Ciągle 

myślisz, że mnie zdradzasz czy coś takiego. Nie musi być po równo. 
Wcale tego nie oczekuję. 

- Jest po równo. Tylko po prostu... inaczej. 
- W porządku. Spotkamy się przy samochodzie. Może w mieście 

wypożyczymy  kasetę  wideo,  skoro  już  skończyłaś  z  Carmelitą.  Joe 
mówił,  że  chce  obejrzeć  ten  nowy  film  science  fiction.  - 
Dziewczynka odbiegła ze szczeniakiem plączącym się u jej stóp. 

Nadal  zostało  kilka  problemów  do  rozwiązania,  ale  już  bardzo 

zbliżyły  się  do  siebie.  Przy  tak  solidnych  podstawach  wszystko 
musiało się ułożyć. 

Czas na mnie, pomyślała Eve. Popatrzyła na grób. 
-  Do  widzenia,  Bonnie  -  wyszeptała.  Odwróciła  się  i  ruszyła  za 

Jane. 

Nagle przeszył ją dreszcz. Odwróciła się i spojrzała na wzgórze. 
- Bonnie? 
Nic. Cisza. Żadnego szelestu liści... 
A jednak coś tu się działo. 
Wyobraźnia.  Pewnie  zbyt  ciężko  pracowała  nad  Carmelitą. 

Bonnie nigdy nie budziła w niej poczucia zagrożenia... 

- Eve! - Jane stała na dole i  machała do niej ręką. - Toby złapał 

wiewiórkę. Albo szopa. Sama zobacz. 

Eve przyspieszyła kroku. 
- Już idę. 
 
 
 
 

background image

 

14 

Rozdział drugi 

 

Kluczem mogło być dziecko. 
Kiedy Eve odeszła od grobu, Jules Hebert wycofał  się w krzaki. 

Wyraz twarzy kobiety powiedział mu wszystko. Była matką, biła od 
niej miłość, czułość i ciepło charakterystyczne dla wszystkich matek. 
Po utracie dziecka kobieta może zrobić niemal wszystko. 

Jane MacGuire? 
Zrobiło mu się  niedobrze. Nie cierpiał zabijać dzieci.  Zatrzymał 

się  i  oparł  o  brzozę  u  stóp  wzgórza.  Mógł  to  zrobić.  Mógł  zrobić 
wszystko. Już to udowodnił. 

Może  jednak  nie  będzie  to  konieczne.  Musiał  pomyśleć.  Czy 

trzeba  to  zrobić?  Czy  dzięki  temu  dostanie,  czego  chciał?  Sytuacja 
była krytyczna, ale pozostawało jeszcze zbadanie innych możliwości. 
Każdy ma sekrety. Mógł przecież dokładnie zbadać życie tych ludzi. 
Zawsze był w tym dobry. Kto wie, może zdołałby coś znaleźć. 

Na to trzeba czasu. 
Nie,  jeśli  dobrze  się  przyłoży.  Zaczął  podziwiać  Eve  Duncan. 

Siłą  charakteru  i  inteligencją  przypominała  mu  jego  matkę.  Na 
pewno mógł zaczekać kilka dni. 

Boca Raton. 
Trzy  dni.  Na  więcej  nie  mógł  sobie  pozwolić.  Miał  trzy  dni  na 

znalezienie innej opcji. 

Jeśli to się nie uda, będzie musiał zabić dziecko. 
-  Muszę  z  tobą  porozmawiać.  -  W  głosie  Jane  słychać  było 

wahanie. - Masz chwilę, Eve? 

- Jestem zajęta... - Eve uniosła wzrok znad czaszki. Jane była tak 

blada, że jej piegi wyraźnie odcinały się od skóry. - Co się stało? Coś 
z Tobym? 

-  Toby’emu  nic  nie  jest.  -  Jane zwilżyła zaschnięte wargi. -  Nie 

wiedziałam,  co  robić.  Myślałam,  że  powiem  Joemu,  ale  chodzi  o 
ciebie... Usiłowałam coś z tym zrobić, ale się nie da. Nie chcę, żebyś 
tam poszła i zobaczyła... Muszę ci powiedzieć. 

- O czym ty mówisz, Jane? 
- Pójdziesz ze mną? - Jane ruszyła do drzwi. - Musisz zobaczyć... 

background image

 

15 

- Co? 
- Bonnie... 
- O co ci chodzi... 
Ale Jane  już  nie było,  zbiegła z werandy  i popędziła ścieżką  na 

wzgórze. 

- Jane! 
Eve  pobiegła  za  nią,  ale  zrównała  się  z  dziewczynką  dopiero 

przy grobie. 

- Dlaczego... 
Wtedy to zobaczyła. 
- Nie wiedziałam, co robić. - Głos Jane łamał się. - Usiłowałam 

to wyczyścić. 

Nagrobek był pomazany krwią. 
- Co ty... - Eve drżała na całym ciele. - Co tu się stało? 
- Nie wiem. Przyszłam dziś wyrwać chwasty i tak to wyglądało. 

Nie,  nie  tak.  Ja  to  wszystko  jeszcze  bardziej  rozmazałam.  Prze-
praszam, Eve. 

- Krew? 
-  Nie,  chyba  nie.  Z  początku  tak  myślałam...  Ale  to  farba  albo 

coś takiego. - Podeszła bliżej do Eve. - Nie mogłam tego zmyć. 

- Farba. 
Jane skinęła głową. 
-  Ktoś  namalował  wielkiego  iksa  na  nagrobku,  zamazał  imię 

Bonnie. - Wzięła Eve za rękę. - Kto ci to zrobił? 

Eve  nie  miała  pojęcia,  kto  mógłby  zrobić  coś  tak  okropnego. 

Czuła się... obolała. 

-  Nie  wiem.  -  Trudno  jej  było  myśleć.  -  Może  jakiś  dzieciak 

uznał, że profanowanie grobów jest zabawne. - Ale grób jej Bonnie? 
Jej Bonnie? - Nic nie przychodzi mi do głowy. 

-  Dopadnę  go  -  stwierdziła  stanowczo  Jane.  -  Może  wróci. 

Poczekam tu, a kiedy przyjdzie, dopadnę go. 

Eve pokręciła głową. 
-  To  tylko  pogorszy  sprawę.  -  Odwróciła  się.  -  Wracajmy  do 

domu i poszukajmy czegoś, czym to zmyjemy. 

Jane zrównała z nią krok. 
- Powiemy wszystko Joemu, a on go dopadnie. 

background image

 

16 

- Najpierw wyczyścimy nagrobek. 
-  Boisz  się,  że  wpadnie  we wściekłość  i temu komuś coś zrobi. 

Powinien coś zrobić, ja mu pomogę. 

Boże,  chwilowo  nie  potrafiła  sobie  z  tym  poradzić.  Eve 

wiedziała,  że  reakcja  Joego  będzie  równie  gwałtowna  jak  Jane,  ale 
chwilowo nie była w stanie nikogo uspokajać. I nie chciała. Po szoku 
przyszedł  gniew.  Miała  ochotę  skręcić  kark  temu  choremu  dziecia-
kowi.  Kiepski  przykład  dla  Jane.  A  Joe,  były  komandos,  też  by  się 
długo nie zastanawiał. 

-  Chodźmy  do  szopy,  zobaczymy,  co  tam  jest.  Może  zostało 

trochę  rozpuszczalnika  z  zeszłego  roku,  kiedy  malowaliśmy 
werandę. 

 
- Jakieś kłopoty? 
George  Capel  zerknął  niecierpliwie  na  człowieka  w  niebieskim 

saturnie, który zaparkował za nim na poboczu. Co za głupie pytanie, 
przecież trzymał głowę pod maską mercedesa. 

- Nie, chyba że jest pan mechanikiem. Zgasł. 
-  Przykro  mi,  jestem  sprzedawcą  komputerów  -  skrzywił  się 

mężczyzna. - I też miewałem kłopoty z autami. Pamiętam, jak raz w 
Macon, w środku nocy... - Nagle przerwał. - Ale pana to pewnie nie 
interesuje. Może popchnąć? 

-  Możemy  spróbować.  -  Capel  spojrzał  na  schludną,  błękitną 

koszulę nieznajomego. - Ale ostrożnie. Ja już się poplamiłem. 

- Zawsze jestem ostrożny - uśmiechnął się mężczyzna. 
Dziesięć  minut  później  Capel  klął  na  czym  świat  stoi  -  silnik 

wciąż nie zaskakiwał. 

- Co za szmelc. Rany boskie, przecież to mercedes. Wie pan, ile 

imię kosztował? 

- Niemało. Nowy? 
- Z zeszłego roku. 
-  Przykro  mi,  że  nie  pomogłem.  Niech pan  zadzwoni  po pomoc 

drogową. 

- Wysiadł mi też telefon. Ma pan komórkę? 
-  Chyba  ma  pan  problemy  z  urządzeniami  mechanicznymi.  - 

Nieznajomy  znów  się  uśmiechnął.  -  Pamiętam  książkę  Stephena 

background image

 

17 

Kinga  o  wariujących  maszynach.  Słuchałem  jej  na  taśmie,  jadąc 
przez Iowa. 

Capel usiłował nie okazywać zniecierpliwienia. 
- Ma pan komórkę? - powtórzył. 
-  Pewnie,  ale  ładuje  się  w  motelu.  Wyjechałem  poszukać  re-

stauracji,  żeby  coś  przekąsić.  -  Otarł  chustką  czoło.  -  Zapraszam, 
podwiozę pana do najbliższej stacji. Jestem tu nowy. Wie pan, gdzie 
znajdziemy jakąś stację? 

- Trzy kilometry stąd jest Texaco... - Capel się zawahał, zerkając 

na mercedesa. 

- Chyba nigdzie nie odjedzie. 
-  Na  pewno  nie.  Kupa  złomu.  -  Capel  podszedł  do  saturna  i 

usiadł  na  fotelu  dla  pasażera.  -  Jedźmy.  I  na  co  mi  to?  Wcześniej 
wyszedłem z biura,  bo  mam  na dziś  bilety  na mecz koszykówki. To 
się  musiało  zdarzyć.  Nienawidzę  problemów  z  samochodami.  Im 
szybciej to załatwimy, tym lepiej. 

-  Też  tak uważam.  Nie  lubię kłopotów. -  Jules  Hebert  usiadł  za 

kierownicą. - Miejmy to za sobą. 

 
Joe odwrócił się od grobu. 
- Wymienimy nagrobek - oświadczył. 
- Ale prawie zmyłam farbę. 
-  Będziesz  to  sobie  przypominała  za  każdym  razem,  gdy  na 

niego spojrzysz. Załatwimy  nowy  nagrobek. Dopilnuję tego jutro, w 
drodze do pracy. - Popatrzył na nią. - Nie widziałaś, czy ostatnio ktoś 
się tu kręcił? 

Eve pokręciła przecząco głową. 
- Nie przejmuj się, to się nie powtórzy. 
- Posiadłość jest spora. Trudno odpędzić intruzów. 
-  To  się  nie  powtórzy  -  powiedział  raz  jeszcze.  -  Wracaj  do 

domu, a ja się rozejrzę. 

Popatrzyła na niego nieufnie. 
- Ej, jestem gliną. Pozwól mi pracować. 
Jednak  nie  stał  przed  nią  policjant,  tylko  bliski  jej  człowiek. 

Rozzłoszczony Joe bywał śmiertelnie niebezpieczny. 

- Nie przykładaj się za bardzo do pracy. To zwykły wandal. 

background image

 

18 

-  Zranił  cię  -  powiedział  bezbarwnie  Joe.  -  To  się  więcej  nie 

zdarzy. Już nigdy. 

- A ja nie dopuszczę, żebyś zabił jakiegoś dzieciaka, który uznał 

to za superrozrywkę. 

Przez chwilę Joe milczał. 
-  Jeśli  to  dzieciak,  przyda  mu  się  lekcja  dobrych  manier.  Zado-

wolona? 

-  Nie  do końca.  -  Na  więcej  jednak  nie  mogła  liczyć.  Obawiała 

się, że nigdy nie odkryją, kto to zrobił. - Ale przecież nie wezwiemy 
zespołu dochodzeniowego do chuligańskiego wybryku. 

-  Sam  sobie  poradzę.  -  Joe  odwrócił  się  od  niej.  -  Wracaj  do 

domu. Jane cię potrzebuje. Jest wstrząśnięta. 

-  Już  nie.  Chce  zrobić  to  samo  co  ty.  Powiedziała,  że  go 

dopadnie. 

-  I  bardzo  dobrze.  Bystra  dziewczyna.  Ale  niech  nie  zawraca 

sobie tym głowy. 

Eve patrzyła z rozdrażnieniem, jak Joe znika w krzakach. Ruszył 

w pogoń i nic nie mogła na to poradzić. 

Odwróciła się i powoli zaczęła schodzić ze wzgórza. 
 
Joe niemal od razu znalazł ślady. 
Nie ślady butów do biegania ani traperek, które nosiła większość 

młodzieży  z  okolicy,  tylko  zwykłych  butów,  rozmiar  ósmy  albo 
dziewiąty. Ślad był płytki, co świadczyło o niskiej wadze właściciela 
obuwia. 

Nawet nie próbował ich zatrzeć. Takie głupie zachowanie wska-

zywało na dzieciaka. Joe poszedł tym tropem. 

Ślady opon furgonetki. 
Robiło  się  ciemno.  Joe  zapalił  latarkę,  ukląkł  i  obejrzał  je.  Za 

mało znał się na oponach, żeby je zidentyfikować. Postanowił wrócić 
do domu po gips, żeby zrobić odcisk, a potem przejrzeć bazę danych 
w pracy. 

Nie  podobało  mu  się  to.  Ścisnął  latarkę,  mając  przed  oczami 

twarz Eve, kiedy mówiła mu o zbezczeszczeniu grobu. 

Postanowił dorwać tego sukinsyna. 
 

background image

 

19 

Gdy Hebert wracał do samochodu, zabrzęczał telefon. 
-  Nie  dzwoniłeś  -  powiedział  Melton.  -  Muszę  ci  przypominać, 

że czas to pieniądz? 

- Nie. 
-  Sytuacja  może  się  pogorszyć.  Czy  myślałeś  o  zatrudnieniu 

Dupreego? 

-  Zapomnij  o  Dupreem.  -  Jules  ze  znużeniem  wyciągnął  się  na 

fotelu. - To nie będzie konieczne. 

- Dlaczego? 
-  Bo  jest  lepiej.  Poczekaj  do  jutra,  a  potem  zadzwoń  do  Eve 

Duncan i ponów propozycję. 

- Wydawała się zdecydowana. 
- Zaryzykuj. 
- Jak chcesz. Dobrze, że wszystko jakoś idzie. - Rozłączył się. 
Jules  poczuł  ulgę,  że  ma  to  już  za  sobą.  Noc  była  koszmarna. 

Facet  okazał  się  twardszy,  niż  Jules  przypuszczał,  a  torturować  jest 
trudniej,  niż  zadać  szybko  śmierć.  Kiedy  naciskał  guzik  komórki, 
zauważył  na  niej  krew.  Spojrzał  na  swoje  ręce.  Także  były 
usmarowane krwią. 

Wytarł dłonie,  a potem  aparat.  Zerknął  na kartkę papieru  leżącą 

na  siedzeniu  obok.  Na  szczęście  nie  była  poplamiona.  Nie  chciał 
zostawiać żadnych śladów. 

Spojrzał przez okno na rów melioracyjny biegnący kilka metrów 

od drogi. Woda powinna zmyć wszystkie dowody. 

Żałował, że nie potrafi równie szybko oczyścić umysłu i duszy. 
 
- Wpadłam dziś na jednego z federalnych. - Jane rzuciła podręcz-

niki na stolik do kawy, a list dostarczony przez FedEx na biurko Eve. 

- Od kogo? 
- Nie mam pojęcia. Brak adresu zwrotnego. Gdzie Toby? 
- Nad jeziorem. Rano biegał za kaczkami. 
- To mieszaniec retrievera. 
- Podwinął ogon, kiedy  jedna z kaczek wkurzyła  się i dziobnęła 

go w nos - uśmiechnęła się Eve. - Dzielny retriever. 

-  Biedny Toby.  -  Jane ruszyła ku  schodom.  -  To pewnie ubodło 

jego dumę. Muszę go pocieszyć. 

background image

 

20 

-  Już  zapomniał.  Godzinę  później  biegał  za  motylem.  Może 

uznał, że to mniej niebezpieczne. 

-  Trochę  więcej  szacunku.  -  Jane  zachichotała  i  zbiegła  po 

schodach. - Toby! 

Eve z uśmiechem rozdarła kopertę. Powinna dziękować Bogu za 

Toby’ego,  przy  nim  Jane  całkiem  zapomniała  o  tym  koszmarze 
sprzed dwóch dni. Szkoda, że Joe czymś się nie zajął... 

Mój Boże. 
 
-  Wracaj  do  domu  -  powiedziała  Jane,  gdy  tylko  Joe  podniósł 

słuchawkę. - Musisz przyjść natychmiast. 

- Spokojnie. Co się stało? 
-  Chodzi  o  Eve.  Tylko  siedzi.  Powiedziała,  że  wszystko  w  po-

rządku, ale tylko siedzi. 

- Może nic się nie stało. 
- Za dobrze ją znam. - Jej głos drżał. - Wracaj do domu, Joe. 
- Już jadę. 
 
- Eve? 
To  był  Joe.  Jeszcze  bardziej  skuliła  się  na  kanapie.  Odejdź. 

Odejdź. 

- Co się dzieje, do diabła? 
- Odejdź - zdołała powiedzieć. 
Usiadł obok niej. 
- Przestań! Nigdzie nie odejdę. Co się stało? 
- Nie chcę... teraz o tym mówić. 
- A ja chcę. Na tym polega związek. Na dzieleniu się. 
- Czym? Kłamstwami? 
Zesztywniał. 
- O czym ty mówisz? 
-  Powtarzam,  nie  chcę  o  tym  rozmawiać.  -  Chciała  odejść  i 

zacząć  leczyć  świeżą  ranę.  -  Idź  zobaczyć,  co  z  Jane.  Chyba  ją 
wystraszyłam. 

-  Teraz  mnie  straszysz.  Czy  znowu  coś  się  stało  z  grobem 

Bonnie? 

- Nie wiem - odparła bezbarwnie. - To bez znaczenia. 

background image

 

21 

- Jane mówiła, że dostałaś list. Mogę zobaczyć? 
Wstała z kanapy. 
- Nie teraz. 
Joe przez chwilę milczał. 
- Pozwól sobie pomóc. Jesteś nieuczciwa, Eve. 
Odwróciła się do niego z błyszczącymi oczami. 
-  Ja  jestem  nieuczciwa?  Mój  Boże,  masz  tupet  tak  mówić  po 

tym, co mi zrobiłeś? 

Joe patrzył na nią w osłupieniu. 
- Co ci zrobiłem? 
-  Skłamałeś.  Okłamałeś  mnie,  Joe.  To  okrutne  kłamstwo, 

najokrutniejsza rzecz,  jaką mogłeś  mi  zrobić. -  Westchnęła głęboko, 
z  rozpaczą  wpatrując  się  w  jego  twarz.  -  Nawet  nie  spytasz,  o  co 
chodzi.  Bo  wiesz,  prawda,  Joe?  Nie  byłam do końca pewna,  dopóki 
nie  zobaczyłam  twojej  miny.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Nie 
mogłam uwierzyć, że zrobiłeś mi coś takiego. 

Rozejrzał się po pokoju. 
- Czy chodzi o ten list? 
Podszedł do biurka, podniósł kartkę i przyjrzał się jej.  Widziała, 

jak cały sztywnieje, jakby gotował się na cios. 

- Jest adres zwrotny? 
Patrzyła na niego ze zdumieniem. 
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 
- Nie, ale muszę wiedzieć, kto tak bardzo chciał cię skrzywdzić. I 

mnie. 

-  Wszystko  jedno  kto.  Najważniejsze,  że  mnie  okłamałeś.  - 

Zamknęła oczy, zalała ją nowa fala bólu. - Dziewczynka pochowana 
na wzgórzu nie jest moją Bonnie. Jezu, nie mogę w to uwierzyć! 

- Przecież uwierzyłaś w tę bzdurę. Na pewno sprawdziłaś wiary-

godność tego śmiecia. 

- To nie śmieć. -  W oczach Eve pokazały  się łzy. - To oficjalna 

analiza  z  laboratorium  w  Georgii.  Piszą,  że  DNA  dziewczynki 
znalezionej w Parku Narodowym Chattahoochee nie pasuje do mnie 
Duncan. Podpisane przez doktora George’a Capela. 

- Dzwoniłaś do tego George’a Capela? 
- Próbowałam, ale wyszedł z biura. Rozmawiałam z jego przeło-

background image

 

22 

żonym.  Nie  mógł  znaleźć  dokumentów  końcowych,  ale  odszukał 
jakieś notatki z badań. Mam ci powiedzieć, co napisano? 

- Daruj sobie. 
- Byłam wtedy w Atlancie, ty odebrałeś. Kiedy zadzwoniłam do 

domu, stwierdziłeś, że odnaleziono Bonnie. 

- Tak. 
- Celowo mnie okłamałeś. 
- Tak. 
- Jak mogłeś mi to zrobić? - wyszeptała z rozpaczą. 
- Jak mogłem tego nie zrobić. - Głos Joego był szorstki od bólu. - 

Przez dwanaście lat obserwowałem, jak się męczysz. Widziałem, jak 
szukasz Bonnie w każdej  twarzy,  nad którą  pracowałaś.  Ta  rana nie 
mogła  się  zagoić  aż  do  odnalezienia  Bonnie.  Sarah  Patrick 
przeszukała  cały  park  narodowy,  niemal  straciliśmy  już  nadzieję, 
kiedy nagle znaleźli  szkielet. Szanse  na odkrycie innego szkieletu w 
tym miejscu były niemal równe zeru, więc co noc modliłem się, żeby 
to były zwłoki Bonnie. - Ze złością rzucił raport na biurko. - Jednak 
tak  się  nie  stało.  Wszystko  miało  być  po  staremu.  Chociaż 
niekoniecznie.  Wystarczyło  tylko  skłamać,  żebyś  odzyskała  spokój 
ducha. 

- To straszne kłamstwo. Zdradziłeś mnie. 
-  Chcesz,  żebym  powiedział,  że  jest  mi  przykro?  Wcale  nie  jest 

mi przykro. A właściwie tak. Przykro mi, że się dowiedziałaś i to cię 
boli.  Zrobiłbym  to  jednak  raz  jeszcze,  gdybym  myślał,  że  potrafię 
utrzymać to w tajemnicy. - Mówił szybko, szorstko, z determinacją. - 
Kocham  cię.  Od  dwunastu  lat  jesteś  najważniejsza  w  moim  życiu. 
Zrobiłbym  wszystko, żebyś nie musiała przechodzić przez to piekło. 
Skłamałbym. Zabiłbym. Bylebyś tylko nie cierpiała. 

- Nie udało ci się. 
- Nie. 
Eve pomyślała o czymś jeszcze. Uniosła drżącą dłoń do ust. 
-  Boże,  przecież  dwa  tygodnie  później  dostałam  oficjalne 

oświadczenie, potwierdzone w rozmowie telefonicznej. To też ty? 

-  Przekupiłem  kogoś  w  laboratorium,  żeby  to  zrobił. 

Wiedziałem, że ci na tym zależy. 

- Byłeś bardzo... skrupulatny. 

background image

 

23 

-  Bo  uznałem,  że  to  ważne.  Może  w  całym  życiu  nie  zrobiłem 

niczego ważniejszego. - Przez chwilę milczał. Jego twarz była blada, 
napięta. - I co teraz? 

-  Nie  wiem.  Ufałam  ci,  a  ty  zdradziłeś  mnie  w  najgorszy 

możliwy sposób. Nie mogę teraz myśleć. - Ruszyła ciężkim krokiem 
do sypialni. - Idę do łóżka. Chcę tylko spać. 

- Nie zaśniesz. Po prostu chcesz się ode mnie uwolnić. 
- Nie mogę na ciebie patrzeć. 
- Kochasz mnie, Eve. 
Rzeczywiście go kochała. Wątpiła, czy to kiedykolwiek minie,  i 

właśnie dlatego ból był tak dotkliwy. 

-  Jak  mogłabym  ci  znowu  zaufać?  Nie  kłamie  się  ludziom, 

których się kocha. 

- Akurat. 
Pokręciła głową i zamknęła za sobą drzwi sypialni. Oparła się o 

nie.  Czuła  się  całkiem  pusta,  zupełnie  jakby  wszystko  z  niej  się 
ulotniło.  Czy  Joe  odczuwał  podobną  pustkę?  Nie,  było  mu  jej  żal, 
czuł  złość  i  rozpacz.  Tak  dobrze  go  znała,  jego  umysł,  charakter, 
ciało... 

Jednak  nie  dość  dobrze.  Nie  podejrzewała,  że  może  zrobić  coś 

podobnego. 

Podeszła do łóżka i położyła się, patrząc w ciemność. 
 
- Zaparzyłam ci kawy. - Jane wręczyła Joemu kubek i usiadła na 

schodkach ganku. 

- Dziękuję. - Postawił kubek na schodku. 
- Myślisz, że uda nam się przekonać Eve, żeby coś zjadła? 
Pokręcił głową. 
-  Podsłuchiwałam  -  mówiąc  to,  Jane  nie  patrzyła  na  Joego.  - 

Musiałam się dowiedzieć, dlaczego cierpi. 

- Przeze mnie. 
- Tak. Nie powinieneś był tego robić, Joe. 
Nie odpowiedział. 
- Chyba że miałbyś pewność, że cię nie przyłapią. 
Popatrzył na nią. 
-  Siedziałam  nad  jeziorem  z  Tobym  i  pomyślałam  sobie,  że 

background image

 

24 

pewnie zrobiłabym  to  samo,  gdybym  się nie  bała, że ona się dowie. 
Była  taka  szczęśliwa,  odkąd  sprowadziliśmy  Bonnie  do  domu.  To 
znaczy...  tamtą  dziewczynkę.  Czy  lepiej,  żeby  była  szczęśliwa  czy 
smutna? - zastanawiała się. - Sama nie wiem. 

Powinien  zdawać  sobie  sprawę,  że  dla  Jane  nic  nie  jest  czarno-

białe.  Od  dzieciństwa  ciągle  trafiała  do  rodzin  zastępczych  i  sporo 
przeszła w swoim krótkim życiu. 

- Niech to wyjaśnię. To była zła rzecz, ale w dobrych intencjach. 
- Powiedziałeś, że zrobiłbyś to jeszcze raz. 
- Pewnie bym zrobił. - Wykrzywił usta. - I to nie było kłamstwo. 
- No to następnym razem bądź ostrożniejszy. 
-  Może  nie  będzie  następnego  razu.  Może  nie  będę  już  na  tyle 

blisko  niej,  żeby...  -  Potarł  obolałą  skroń.  -  Myślałem,  że  jestem 
zręczny,  a  przynajmniej  ostrożny.  Przekupiłem  faceta,  który  prowa-
dził testy, żeby wyniki gdzieś się zapodziały. 

- Ale ten człowiek wysłał je Eve. Wściekł się na ciebie? 
-  Nie.  Nawet  nie  próbował  wyciągnąć  ode  mnie  więcej  pie-

niędzy. 

- Co byś zrobił, gdyby próbował? 
-  Śmiertelnie  bym  go  wystraszył.  Capel  jest  pazerny  na 

pieniądze,  ale  nie  głupi.  -  Zreflektował  się: -  Nie  powinienem  tak z 
tobą  rozmawiać.  Ludzie  z  opieki  społecznej  natychmiast  by  cię 
zabrali, gdyby mogli mnie usłyszeć. 

-  Nie  poszłabym.  -  Oparła  się  o  jego  ramię.  -  Pieprzyć  ich 

wszystkich. 

-  Ten  komentarz  również  posłużyłby  za  argument  przeciwko 

mnie. - Objął ją ramieniem. - Chcę, żeby jedno było jasne, Jane. Nie 
stawaj  po  mojej  stronie  przeciwko  Eve.  To  ona  ma  rację. 
Rozumiesz? 

- Pewnie. 
- Może lepiej idź i pogadaj z nią. 
-  Nie  będzie chciała.  Nie w  sprawie Bonnie.  Nie  jestem  pewna, 

czy ja... Boi się zranić mnie, a teraz rani samą siebie. 

Joe zamknął oczy. 
- Masz rację. - Czuł ból Eve jak swój własny. 
Tak, to był jego ból. 

background image

 

25 

Jane wzięła go za rękę. 
-  Może  posiedzę  tu  z  tobą  przez  chwilę  -  zaproponowała.  - 

Dobrze? 

- Dobrze - powiedział Joe i uścisnął jej dłoń. 
 
Eve  wciąż  nie  spała,  kiedy  kilka  godzin  później  Joe  wszedł  do 

sypialni. Ukląkł obok łóżka. 

-  Rozluźnij  się.  Nie zostanę zbyt  długo.  Nawet cię nie dotknę.  - 

Milczał  przez  chwilę.  -  Chcę  tylko,  żebyś  przypomniała  sobie  to  i 
owo, gdy będziesz rozmyślała nad tym, jaki ze mnie sukinsyn. 

- Nie jesteś sukinsynem. 
- Chcę, żebyś pamiętała, co nas łączy. Czym dla siebie jesteśmy. 

-  Zawiesił  głos.  -  Może  pomyślisz,  że  skłamałem,  bo  chciałem 
usunąć  Bonnie  z  naszego  życia.  To  nieprawda.  Gdybym  myślał,  że 
się uspokoisz  i  będziesz prowadzić w miarę normalne życie, szukał-
bym  jej  do  dnia  swojej  śmierci.  Ale  to  wciąż  otwarta  rana.  -  Eve 
widziała w półmroku jego zaciśnięte pięści. - I to mnie boli. Szkoda, 
że  jej  nie  znałem.  Szkoda,  że  nie  była  naszą  córeczką.  Może  wtedy 
byś mi to wybaczyła. Gdybym był ojcem Bonnie, zrobiłbym to samo. 
Wierzysz? 

- Wierzę... że ty w to wierzysz. 
Joe się pochylił i oparł czoło o łóżko, tuż obok dłoni Eve, ale jej 

nie dotknął. 

-  Chyba  na  razie  muszę  się  tym  zadowolić.  Piłka  jest  po  twojej 

stronie,  Eve.  -  Wstał  i  ruszył  ku  drzwiom.  -  Do  zobaczenia  rano. 
Spróbuj się przespać. 

Mało  prawdopodobne.  Każde  słowo,  które  wypowiedział,  kłuło 

jak  nóż,  rozdzierało  ją  na strzępy.  On  rozdzierał  ją na  strzępy.  Była 
rozzłoszczona  i  rozgoryczona,  a  jednak  bardzo  pragnęła  go 
pocieszyć. Wydawało się niemożliwe, aby tak przeciwstawne emocje 
istniały obok siebie. 

Jak miała to wytrzymać? 
Tak bardzo chciałaby się rozpłakać. 
 
Jane zapukała, po czym otworzyła drzwi. 
- Cześć, masz ochotę na śniadanie? - Jej spojrzenie powędrowało 

background image

 

26 

do walizki na łóżku. - Oho! 

- Już po ósmej. Spóźniłaś się na szkolny autobus. 
- Joe powiedział, że mogę dzisiaj zostać w domu. Kazał mi zająć 

się tobą. - Weszła do pokoju. - Dokąd jedziesz? 

- Cieszę się, że zostałaś w domu. - Eve włożyła do walizki kitel i 

dżinsy.  -  Myślałam,  że  pojedziemy  na  tydzień  albo  dwa  do  mojej 
mamy. Może się spakujesz? 

- Zabrać Toby’ego? 
-  Jasne.  Mama  uwielbia  tego  głupiego  kundelka.  -  Wrzuciła  do 

walizki tenisówki i skarpetki. - Możemy robić różne miłe rzeczy. Na 
przykład iść do zoo i obejrzeć nowe pandy. Co ty na to? 

Jane milczała. Eve popatrzyła na nią pytająco. 
-  Wiem,  co  zrobił  Joe.  -  Dziewczynka  zwilżyła  wargi.  -  Pod-

słuchiwałam wczoraj. On się naprawdę kiepsko czuje, Eve. 

-  Wiem.  -  Eve  poszła  do  łazienki  i  przyniosła  stamtąd  szczotkę 

do zębów i kosmetyki. - Wiem, że on źle się czuje, Jane. 

- Wrócisz? 
-  Jeszcze  nie  wiem.  Nie  mogę  się  nad  tym  zastanawiać.  Muszę 

nabrać  trochę  dystansu.  Zrobił...  zrobił  coś  strasznego,  Jane.  -  Za-
mknęła  walizkę.  -  Wiem,  że  kochasz  Joego,  ale  ja  nie  mogłabym 
patrzeć na niego i nie myśleć... - Przełknęła ślinę. - Dlaczego się nie 
pakujesz? 

Jane powoli pokręciła głową. 
- Zostanę tutaj. 
- Co takiego? 
Jane przeszła przez pokój i objęła Eve. 
-  Mówiłaś,  że  musisz  się  zastanowić.  Tylko  bym  ci 

przeszkadzała.  Na  twoim  miejscu  chciałabym  schować  głowę  pod 
koc i  nikogo  ani  niczego  nie oglądać.  -  Cofnęła się.  -  Poza tym  Joe 
mnie potrzebuje. Bardzo mnie potrzebuje. 

- Myślisz, że ja nie? 
-  Teraz  nie.  Może  później.  -  Jane  się  uśmiechnęła.  -  To  nie 

znaczy, że cię nie kocham ani że nie chcę z tobą mieszkać. Wiesz o 
tym? 

- Wiem. 
-  To  dobrze.  -  Odwróciła  się.  -  Przygotuję  ci  śniadanie  przed 

background image

 

27 

wyjazdem. Jajecznica na bekonie? 

- Jasne. 
Eve patrzyła, jak dziewczynka wychodzi z pokoju. Jezu, intuicja 

nie  myliła  tej  małej.  Eve  miała  wyrzuty  sumienia,  że  chce  uciec  i 
odizolować  się  od  kochanka  i  wszystkiego,  co  jej  o  nim 
przypominało.  Miała  swoje  obowiązki,  jednym  z  nich  była  Jane. 
Wyglądało jednak na to, że Jane już podjęła decyzję, i że to nie racje 
Eve zostały wzięte pod uwagę. 

Szła właśnie do garderoby po następne ubrania, kiedy zadzwonił 

telefon. 

-  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  pani  Duncan  -  powiedział 

Melton, gdy podniosła słuchawkę. - Postanowiłem jednak spróbować 
ponownie, to zlecenie jest niezwykle pilne. Może raz jeszcze zechce 
pani przemyśleć swoją decyzję... 

- Nie zmienisz zdania? - spytał Joe. - Niezbyt  mi  się podoba, że 

gdzieś  wyjedziesz,  a  ja  nie  będę  wiedział...  -  urwał  na  widok  miny 
Eve.  -  To  nie  moja  sprawa?  -  Zmarszczył  brwi.  -  A  właśnie  że  tak. 
Zawsze będziesz moją sprawą. 

Eve zignorowała tę uwagę. 
-  Zajmij  się  Jane.  Powiedziałam  jej,  że  będę  się  z  nią  kontak-

towała  co  trzy  dni.  -  Podniosła  walizkę.  -  Zadzwoniłam  do  mamy  i 
poprosiłam, żeby zabierała Jane do siebie, kiedy będziesz w pracy. 

- Bardzo rozsądnie. 
- Starałam się. - Popatrzyła mu w oczy. - Nie jest mi teraz łatwo, 

koncentracja na pracy może pomóc. 

- Nie zadzwonisz do mnie? 
- Pewnie nie. To by się mijało z celem. - Ruszyła do drzwi. - Do 

widzenia, Joe. 

Patrzył, jak wsiada do auta i odjeżdża. Czuł się pusty i samotny... 

i przestraszony. 

-  Cholera!  -  Odwrócił  się,  wyciągnął  telefon  i  wybrał  numer.  - 

Odjechała  -  powiedział,  gdy  tylko  Logan  podniósł  słuchawkę.  - 
Czego dowiedziałeś się o Meltonie? 

-  Żadnych  okropieństw.  Ma  nosa  do  polityki.  Dwa  lata  temu 

wybrany  do  Senatu  z  Luizjany,  nieźle  sobie  radzi.  Ma  wysoko 
postawionych  przyjaciół  i  być  może  za  parę  lat  zostanie  pre-

background image

 

28 

zydentem. 

- Co on może mieć wspólnego z rekonstrukcją jakiejś czaszki? 
- Bo ja wiem... Jeśli chcesz, możesz tutaj przyjechać. 
-  Mówiłem  ci,  co  się  stało.  Ona  teraz  nie  chce  mnie  widzieć. 

Może już nigdy  nie zechce. Potrzebuję mocnego argumentu, żeby  ją 
do siebie przekonać. 

- Na razie ci nie podrzucę dobrego pomysłu. Będę szukał. Może 

powinna trochę pobyć sama. Zastanów się nad tym. 

-  Nie  jestem  teraz  w  nastroju  na  takie  refleksje.  Nie  chcę  rad. 

Myślisz,  że  zadzwoniłbym,  gdyby  nie  to,  że  znasz  wszystkich 
polityków w Waszyngtonie? 

-  Wiem,  nigdy  nie  wybaczyłeś  mi  tego  roku,  który  spędziłem  z 

Eve.  Powinieneś  jednak  pamiętać,  że  to  już  przeszłość.  Teraz 
jesteśmy  tylko  przyjaciółmi...  -  Logan  umilkł.  -  Czego  nie  da  się 
powiedzieć o waszych obecnych relacjach. 

- Skoro już jesteście w takiej przyjaźni, to wymyśl  jakiś sposób, 

aby zapewnić  jej  bezpieczeństwo. Sam widzisz, że ja nie  mogę tego 
zrobić. 

- Może ochrona nie jest jej potrzebna. 
-  Nie  podoba  mi  się  ta  historia  z  profanacją  grobu.  Poza  tym 

Capel nie pojawił się w pracy już od czterech dni. 

- Nie widzę związku między grobem, Capelem i wyjazdem Eve. 
- Ja też nie. Po prostu coś jest tu nie tak, a ja nie  lubię sytuacji, 

kiedy  nie  mam  pewności,  że  niektóre  zdarzenia  są  od  siebie 
niezależne.  -  Po  chwili  wahania  dodał:  -  Wyślij  Galena  do  Baton 
Rouge, dobrze? 

- Władze amerykańskie nie darzą go zaufaniem. 
- Trudno. 
-  Poza  tym  Galen  to  wolny  strzelec.  Podejmuje  się  tylko  tych 

zadań, które mu przypadną do gustu. 

- Przyjaźnicie się. Przekonasz go. 
- To rozkaz? 
- Proszę cię. - Joe zazgrzytał zębami. - Zrób to dla mnie i wyślij 

Galena. 

- To rozumiem. Porozmawiam z nim i zadzwonię do ciebie. 
Joe  wrócił  do  okna,  lecz  nie  dostrzegł  już  samochodu  Eve. 

background image

 

29 

Wkrótce znajdzie się na pokładzie samolotu do Baton Rouge i odleci. 

Jeszcze  kilka  minut  temu  przebywała  w  tym  samym  pokoju  co 

Joe, ale dzielił ich olbrzymi dystans. Nie mogła się doczekać chwili, 
gdy  wreszcie  się  rozstaną.  Wyrósł  między  nimi  niemal  namacalny 
mur, a jej mina... 

Joe  pomyślał,  że  powinien  był  to  przewidzieć.  To  jasne,  że  w 

tych okolicznościach Eve przyjęła nowe zlecenie. Gdy ktoś ją zranił 
lub czuła się samotna, zawsze rzucała się w wir pracy. 

Powinien  pójść  w  jej  ślady.  Zacznie  od  zawiezienia  odlewu 

odcisku opony na policję, a potem poszuka Capela. 

Twarz wychodzącej z domu Eve... 
Jeśli  zajmie  się  sprawami  zawodowymi,  być  może  uda  się  mu 

wymazać z pamięci ten obraz. 

Kto wie. 
 

Rozdział trzeci 

 

Potężny, korpulentny  mężczyzna w granatowym garniturze pod-

szedł do Eve, gdy tylko wysiadła z samolotu. 

-  Witamy  w  Baton  Rouge,  pani  Duncan.  Jestem  Paul  Tanzer  z 

biura  burmistrza.  Senator  Melton  uznał,  że  będzie  się  pani  czuła 
raźniej  z  rodakiem  z  Południa.  Poprosił,  żebym  panią  powitał  i 
zadbał o pani wygodę. Jak lot? 

-  Dobrze.  -  Kłamała.  Lot  był  koszmarny.  Nie  trzęsło,  ale  czuła 

się  pusta,  samotna  i  bardzo  przygnębiona.  -  Myślałam,  że  senator 
Melton zjawi się tu osobiście. 

-  Spotka  się  z  panią  jutro.  Dziś  musiał  wziąć  udział  w  kolacji 

dobroczynnej  w  Nowym  Jorku  -  mówił  Tanzer  i  prowadził  ją  do 
cadillaca  na  parkingu.  -  Ja  się  panią  zajmę.  Proszę  się  nie  bać,  jest 
pani pod moją opieką. 

Eve zazgrzytała zębami, słysząc ten protekcjonalny ton. 
- Nie boję się. Chcę przystąpić do pracy. Wtedy będę spokojna. 
- Godne pochwały. - Tanzer pomógł jej wsiąść do auta. - Chciał-

bym jednak, aby rozejrzała się pani trochę po Baton Rouge. Ma pani 
szczęście,  że  senator  wybrał  mnie  do  opieki  nad  panią.  Wiem  o 

background image

 

30 

wszystkim,  co  się  dzieje  w  tym  mieście.  Czy  jest  tu  pani  po  raz 
pierwszy? 

- Tak. Kiepska ze mnie turystka. 
- Wobec tego musi pani koniecznie rzucić okiem na miasto. 
Najwyraźniej jej nie słuchał. 
- W którym hotelu mam się zatrzymać? 
- Senator Melton uznał, że będzie lepiej, jeśli nie zamieszka pani 

w hotelu. Wynajęliśmy cudowny dom jakąś godzinę drogi od miasta. 
Blisko  kościoła,  w  którym  będzie  pani  pracowała,  wystarczy,  że 
przejdzie  pani  przez  most.  Na  pewno  spodoba  się  pani  to  miejsce. 
Dom jest bardzo stary i elegancki. Oczywiście mamy dużo zabytków 
w Baton Rouge. Atmosferę... 

- Chwileczkę - przerwała mu. - Mam pracować w kościele? 
-  Już  nieczynnym.  Zamknięto  go  dziesięć  lat  temu.  Został  wy-

budowany  w  dziewiętnastym  wieku,  jest  w  złym  stanie.  Zarząd 
miasta  nie  może  się  zdecydować,  czy  go  zburzyć,  czy  też 
odrestaurować,  i  z  chęcią  przyjął  od  senatora  Meltona  propozycję 
wynajęcia budynku. To jakiś problem? 

-  Wszystko  mi  jedno.  Skoro  będę na  miejscu,  mogę zacząć dziś 

po południu. 

- To niemożliwe. Musimy zaczekać  na senatora Meltona. - Tan-

zer  wyraźnie  się  rozpromienił.  -  Powiem  mu,  jak  spieszno  pani  do 
pracy. Będzie pod wrażeniem. 

-  Nie  mam  ochoty  popisywać  się  przed  senatorem  Meltonem.  - 

Eve  usiłowała  zachować  cierpliwość.  W  końcu  facet  robił  tylko  to, 
co  do  niego  należało.  -  Jeśli  da  mi  pan  jego  numer,  sama  mu  to 
przekażę. 

-  Oczywiście.  -  Tanzer  zapisał  numer  na  jednej  z  wizytówek  i 

wręczył  ją Eve. - Może mieć pani trudności ze skontaktowaniem się 
z  nim.  To  bardzo  zajęty  człowiek.  A  teraz  pokażę  pani  kilka 
interesujących miejsc... 

Przez  następną  godzinę  nie  przestawał  mówić  i  pokazywać  jej 

zabytków.  Eve  poczuła  wielką  ulgę,  kiedy  w  końcu  wskazał  głową 
ozdobiony białymi kolumnami dom w oddali. 

-  Jesteśmy  na  miejscu.  Mówiłem  pani,  jak  tu  ładnie.  Dom 

wygląda  jak  Tara  z  Przeminęło  z  wiatrem.  Bardzo  malowniczy,  a 

background image

 

31 

widok  na  rozlewisko  jest  prześliczny.  Zupełnie  jak  w  Wenecji,  tyle 
że o tej porze roku mamy tu lepszą pogodę. 

To  samo  mówił  Joe.  Eve  szybko  odpędziła  od  siebie  tę  myśl. 

Przestań  myśleć  o  Joem,  przykazała  sobie.  Łatwo  powiedzieć.  Był 
tak ważną częścią jej życia, że wszystko jej się z nim kojarzyło. 

Tanzer pomógł jej wysiąść z samochodu. 
-  Większość pomieszczeń  jest  zamknięta,  ale  ma  pani  naprawdę 

uroczy apartament. Pięć pokoi  i  łazienkę w marmurze. Jest tu nawet 
dobrze  zaopatrzona  biblioteka.  Znajdzie  tam  pani  dla  siebie  parę 
romansów.  -  Zapukał  do  drzwi.  -  Kucharka  i gospodyni  nazywa  się 
Marie  Letaux.  To  rodowita  mieszkanka tych  okolic,  świetnie gotuje 
lokalne  potrawy.  Bardzo  nam  ją  polecano.  Mamy  szczęście,  że  ją 
zatrudniliśmy.  -  Drzwi  otworzyła  mała,  ciemnowłosa  kobieta  przed 
czterdziestką.  -  Dzień  dobry,  Marie.  To  pani  Eve  Duncan.  Właśnie 
mówiłem  jej,  jaka z pani wspaniała gospodyni i jak to dobrze, że to 
pani się nią zaopiekuje. 

Kobieta rzuciła mu zimne spojrzenie. 
- Jestem madame Letaux. A ta pani sama się zatroszczy o siebie. 

Ja się zajmuję domem i gotowaniem. 

Gdy  Eve  zerknęła  na  minę  Tanzera,  po  raz  pierwszy  od  dwóch 

dni na jej ustach zagościł uśmiech. 

- Ma pani absolutną rację,  madame Letaux - powiedziała. - Ina-

czej sobie tego nie wyobrażam. 

Gospodyni  popatrzyła  na  nią  z  uznaniem  i  powoli  pokiwała 

głową. 

- Może mi pani mówić po imieniu - oznajmiła. 
- Dziękuję. 
Tanzer z wymuszonym uśmiechem zwrócił się do Eve: 
- Zaniosę pani walizkę do pokoju. Czy nie jest tu tak wspaniale, 

jak pani mówiłem? 

Eve  rozejrzała  się  po  holu.  Lśniąca  dębowa  podłoga  sięgała  aż 

do  schodów,  które  wyglądały  jak  żywcem  wyjęte  z  powieści  wspo-
mnianej przez Tanzera. Wszędzie drewno i freski na ścianach. 

- Bardzo tu ładnie. 
W  sypialni  było  jeszcze  ładniej  -  miała  ponad  pięć  metrów 

wysokości i stało w niej łoże z baldachimem. Eve rzuciła torebkę na 

background image

 

32 

atłasową  narzutę  i  wyszła  na  wykonany  z  kutego  żelaza  balkonik  z 
widokiem na rozlewisko. 

Widok  był  piękny.  Jak  okiem  sięgnąć  meandry  wód,  wijące  się 

wzdłuż  brzegów  zielone  pasma  cyprysów  i  wierzb.  Nad  mroczną 
tonią, która otaczała porośniętą mchem wyspę, wznosił się łukowaty, 
wąski mostek. Przy brzegu piętrzyła się ciemna budowla, którą Eve... 

- Czyż nie wspominałem,  że jest tu fantastycznie? - odezwał  się 

Tanzer zza jej pleców. - Co by pani powiedziała na kolację w pewnej 
miłej  restauracji  specjalizującej  się  w  owocach  morza?  Potem 
zabiorę panią na spacer po mieście. 

Boże, ale się uparł. 
-  Nie  chcę  nigdzie  wychodzić.  Jestem  zmęczona,  mam  ochotę 

wziąć prysznic i odpocząć. Ale dziękuję za propozycję. 

- Widzi pani - pokiwał głową - i tak nie mogłaby pani pracować. 

Może i dobrze, że senator Melton przebywa w Nowym Jorku. 

-  Rzadko bywam  tak zmęczona,  by  nie  móc pracować.  -  Popat-

rzyła na rozlewisko. - Czy to ten kościół? 

-  Tak.  -  Tanzer  wskazał  głową  ozdobne  wejście  olbrzymiego, 

walącego się budynku kilkaset metrów dalej. - To niedaleko. 

- Wydaje się całkiem opuszczony. 
- Może. Nie wiem. 
- To tam jest czaszka? 
Wzruszył ramionami. 
- Tego nie wiem. Tam będzie pani pracowała. 
- Czy powinnam się z kimś skontaktować? 
- Senator Melton o tym panią poinformuje. 
Przypominało  to  rozmowę  dziada  z  obrazem.  Eve  miała  już 

dosyć. 

-  Nie  zatrzymuję  pana.  -  Wyciągnęła  rękę.  -  Dziękuję  za 

wszystko. 

- Na pewno da pani sobie radę? - Tanzer uścisnął jej dłoń. 
- Nic mi nie będzie. Dziękuję. 
- Proszę zadzwonić do biura, jeśli zmieni pani zdanie. Jestem do 

pani dyspozycji. 

- Będę o tym pamiętała. 
Eve poczekała, aż Tanzer wyjdzie z pokoju i podeszła do aparatu 

background image

 

33 

na biurku, by wystukać numer z wizytówki. 

W drzwiach stanęła Marie. 
- Przyniosłam pani ręczniki. 
- Dziękuję. Za moment pani pomogę. 
- Niby dlaczego? To moja praca. 
Marie przeszła przez pokój i zniknęła w łazience. 
Meltona nie było w hotelu, Eve zostawiła wiadomość w poczcie 

głosowej. Wspaniale. Tego wieczoru wcale nie chciała wypoczywać. 
Miała ochotę pracować, aż zmęczy się tak, że będzie w stanie zasnąć. 

Marie wróciła do pokoju. 
- Pomóc pani się rozpakować? 
-  Nie,  dziękuję.  Niewiele rzeczy  przywiozłam -  uśmiechnęła się 

Eve.  -  I  nie  chcę  się  pani  narzucać.  To  nie  należy  do  pani 
obowiązków. 

-  Chyba  że  ja  tak  zdecyduję  -  Marie  odpowiedziała  jej 

uśmiechem.  -  Nie  ma  nic  złego  w  byciu  służącą.  To  ciężka, 
szlachetna  praca.  Nie  lubię  tylko,  jak  taki  trou  du  cul  mnie 
lekceważy.  -  Skierowała  się  ku  wyjściu.  -  Kolacja  będzie  za  pół 
godziny. 

Co  znaczy  to  trou  du  cul?  Eve  postanowiła  to  sprawdzić  we 

francusko-angielskim  słowniku  w  bibliotece,  o  której  wspominał 
Tanzer. 

Wróciła  na  balkon  i  popatrzyła  na  główne  wejście  do  kościoła. 

Ktoś mógł tam być. Może gdyby przeszła się po kolacji... 

A  kolacja  miała  być  za  pół  godziny.  Eve  postanowiła  wziąć 

prysznic.  Musiała  się  spieszyć.  Nie  zdziwiłoby  ją,  gdyby  w  razie 
spóźnienia Marie wyrzucała danie do rozlewiska. 

Co znaczy to trou du cul... 
 
-  Wspaniałe!  -  Eve  zjadła  ostatni  okruszek  z  talerza.  -  Co  to 

takiego? 

Spezzatino di manzo coi fagioli - odparła Marie. 
- Czyli? 
- Gulasz wołowy. 
- To lokalny przepis? 
-  Nie,  włoski.  Znam  też  inne  kuchnie  świata.  -  Skrzywiła  się.  - 

background image

 

34 

Wiem, że Tanzer pewnie mnie zaszufladkował, ale nie jestem aż tak 
przewidywalna, jak by tego chciał. 

- To nie przypomina żadnego z gulaszów, jakie dotąd jadłam. Co 

tam jest? 

-  Wszystko.  Ale  nie  mogę  powiedzieć  co.  To  przepis  mojej 

matki,  wielka  tajemnica.  Gdybym  ją  zdradziła,  musiałabym  panią 
zabić. 

Dziwaczne  poczucie  humoru  tej  kobiety  już  nie  zaskakiwało 

Eve. Uznała, że Marie mówi interesujące rzeczy i sporo wie. Była co 
najmniej niezwykła. 

- Niech Bóg broni. Czy to matka nauczyła panią gotować? 
-  Nie  tylko.  Uczyłam  się  w  szkole  gastronomicznej  w  Nowym 

Orleanie,  kiedy  rzuciłam  studia.  Chciałam  zostać  cudowną,  za-
skakującą pomysłami szefową kuchni, która rzuci świat na kolana. 

- Mnie pani rzuciła. I co, rozmyśliła się pani? 
-  Życie  wszystko  zmieniło.  -  Marie wzruszyła ramionami. -  Za-

szłam w ciążę  i  musiałam  zmienić to  i  owo.  Nie  można ryzykować, 
kiedy ma się małe dziecko. 

- Ma pani dziecko? 
-  Chłopca.  Właściwie  mężczyznę.  Pierre  studiuje  na  Uniwer-

sytecie Tulane w Nowym Orleanie. Jest bardzo bystry i miły. Będzie 
świetnym  lekarzem,  ale to  kosztuje.  -  Popatrzyła  na Eve.  -  Ma pani 
dziecko? 

-  Adoptowaną  córkę,  Jane.  Ma  tylko  dwanaście  lat,  ale  też  jest 

cudowna. 

-  No  to  wie  pani,  co  czuję  -  powiedziała  z  powagą  Marie.  - 

Zrobiłabym  dla  niego  wszystko.  Jest  dla  mnie  najważniejszy  na 
świecie. 

- Rozumiem. 
- To dobrze. - Gospodyni odetchnęła głęboko. - Jeszcze wina? 
Eve przecząco pokręciła głową. 
-  Muszę  mieć  trzeźwą  głowę.  Pomyślałam,  że  przejdę  się  do 

kościoła, może znajdę tam coś do roboty. 

- Czym się pani zajmuje? 
- Jestem plastykiem  sądowym. - Zazwyczaj niewiele to mówiło. 

- Rekonstruuję twarze na podstawie czaszek. 

background image

 

35 

-  Widziałam  w  telewizji  jakiś  program  na  ten  temat.  -  Marie 

powiedziała to z dziwną miną. - Okropność. 

- Zależy,  jak na to spojrzeć. Można przywyknąć.  - Eve wstała. - 

Dziękuję za wspaniały posiłek, Marie. 

-  Kogo  będzie  pani...  -  szukała  właściwego  słowa.  -  Rekon-

struować? 

- Staram się nie wiedzieć. Żeby się nie zasugerować. Zobaczymy 

się po moim powrocie? 

Marie pokręciła głową. 
- Pozmywam i pójdę do domu. 
- Gdzie pani mieszka? 
- Mam własny dom w mieście. Klucz do drzwi wejściowych leży 

na stoliku w holu. Zamknę drzwi z tyłu. Przyjdę o siódmej rano, żeby 
przygotować pani śniadanie. 

- No to do zobaczenia. - Eve miała nadzieję, że o tej porze będzie 

już pracowała. - Do widzenia, Marie. 

Marie uśmiechnęła się i odwróciła. 
Miła  kobieta,  pomyślała  Eve  po  wyjściu  z  domu.  Dzięki  Bogu 

będzie miała przy sobie kogoś, kogo lubiła i rozumiała. Już czuła się 
w tym dziwnym miejscu trochę lepiej. 

Kilka  minut  później  szła  mostem  spinającym  brzegi rozlewiska. 

Pomyślała,  że  stary  kościół  to  dość  dziwne  miejsce  pracy.  A  może 
nie ma racji. Na pewno zapewnia prywatność, a Melton kładł nacisk 
na dyskrecję. 

Dźwięk  mosiężnej  kołatki  na  wielkich  drzwiach  zabrzmiał 

donośnie. 

Bez odpowiedzi. 
Znowu zapukała. 
Cisza,  cholera!  Cóż,  nie  powinna  czuć  się  rozczarowana.  Za-

stukała  jeszcze  raz,  poczekała,  a  następnie  odwróciła  się  i  znowu 
ruszyła  mostem.  Było  jasne,  że  musi  zachować  cierpliwość  i  po-
czekać do jutra. 

Eve  jednak  nie  miała  ochoty  cierpliwie  czekać.  Chciała  się 

zabrać do pracy. Dlaczego Melton nie pojawił się tak, jak obiec... 

C o  t o  b y ł o? 
Znieruchomiała, a jej spojrzenie ponownie powędrowało do wrót 

background image

 

36 

kościoła. 

Czy ktoś podszedł do drzwi i ją zawołał? 
Nadal były zamknięte. 
A  jednak przysięgłaby,  że  ktoś ją  wołał.  To  się  wydawało  takie 

realne... 

Cóż,  wydawało  się.  Pewnie  bardzo  chciała,  aby  drzwi  się 

otworzyły. 

Było  jeszcze  wcześnie,  ale  chciała  się  położyć  i  spróbować 

zasnąć.  Postanowiła,  że  po  przebudzeniu  coś  przekąsi  i  od  razu 
pójdzie do kościoła. 

Zatrzymała się, zanim weszła do domu, i zerknęła na opuszczoną 

budowlę. 

Drzwi nadal były zamknięte. 
Déjà vu. 
Nagle  przypomniał  jej  się  zeszły  tydzień.  Na  wzgórzu  Bonnie 

także odniosła wrażenie, że czuje czyjąś obecność. 

Nie. To nie Bonnie. To tylko urojenie. 
A  może  to  wcale  nie  było  urojenie?  Może  sukinsyn,  który 

sprofanował grób, rzeczywiście krył się wtedy gdzieś na wzgórzu? 

Jednak  teraz  było  to  coś  innego.  Przysięgłaby,  że  usłyszała 

czyjeś wołanie. 

Nonsens.  Po  prostu  miała  napięte  nerwy  i  była  emocjonalnym 

wrakiem. Jeśli coś ją dzisiaj wzywało, to jedynie praca, której chciała 
poświęcić ten wieczór. Odrobina snu dobrze jej zrobi. 

 
Eve  przebudziła  się  trzy  godziny  później  i  ledwie  zdołała 

podnieść głowę, od razu zwymiotowała. 

O Boże. 
Było jej niedobrze, strasznie niedobrze. 
Powlokła  się  korytarzem  do  łazienki,  ale  zanim  zdołała  tam 

dotrzeć, dwukrotnie dopadły ją torsje. 

Żołądek  nie  chciał  się  uspokoić.  Ból.  Mdłości.  Opadła  na 

podłogę obok muszli. Cały czas wymiotowała. 

Gulasz. 
Bolały ją żebra. Nie mogła oddychać. 
Zatrute jedzenie. 

background image

 

37 

Chyba umrze. 
B o n n i e. 
Nie przestawała wymiotować. 
Nikogo  nie  było.  Dom  był  całkiem  pusty,  nikt  nie  mógł  jej 

pomóc. 

Telefon, pomyślała. 
Była  zbyt  słaba,  żeby  iść.  Poczołgała  się  korytarzem  ku 

znajdującej  się  miliony  kilometrów  dalej  sypialni,  kilkakrotnie 
nieruchomiejąc, żeby odpocząć. 

Jej żebra... 
Numer.  Pogotowie.  Brak  sygnału.  Usiłowała  połączyć  się  z 

telefonistką. 

- Pomocy. Błagam, pomocy... 
Słuchawka wypadła jej z ręki. Pomyślała, że zaraz zemdleje. 
Nie tutaj. Tu mogła umrzeć. 
Balkon. Tam ktoś może ją zobaczyć. Może uda się jej zawołać... 
Pomyślała, że nie da rady. 
I  dobrze.  Będzie  z  Bonnie.  Po  co  się  tak  męczyć?  Chyba  lepiej 

dać za wygraną. 

Joe. 
Nadal się czołgała. Była już na balkonie, przyciskała policzek do 

prętów z kutego żelaza. Metal był zimny i lepki. 

Nie  widziała  nikogo  w  pobliżu  rozlewiska,  a  domy  były  zbyt 

daleko,  żeby  ktokolwiek  usłyszał  jej  krzyk.  Kościół  wydawał  się 
olbrzymi, ciemny i cichy. 

-  Pomocy...  -  Sama  ledwie  słyszała  swój  głos.  Nie  przestawała 

wymiotować. - Pomocy... 

Osunęła  się,  teraz  leżała  twarzą  na  kafelkach.  Już  nie  widziała 

rozlewiska, tylko wysokie, ciemne drzwi kościoła. Tylko  je. Czyżby 
miały być ostatnią rzeczą, którą widziała... 

Ciemność. 
 
- Nie. Nie wolno ci spać. Jeszcze nie. 
Otworzyła oczy. 
Ktoś niósł ją po schodach. 
Mężczyzna...  Ciemne  włosy.  Nie  widziała  twarzy  w  mrocznym 

background image

 

38 

korytarzu, ale w jego głosie słyszała desperację. 

Desperację?  Dlaczego,  zastanawiała  się  obojętnie.  Przecież  to 

ona umiera. 

- Zaraz będziemy na miejscu. Trzymaj się. 
Na miejscu, czyli gdzie? 
Znów dostała torsji, ale nie miała już czym wymiotować. 
Boże, tak bardzo bolały ją żebra. 
 
- Jesteś tam? Nadchodzę, Bonnie. 
- Ani mi się waż. To nie twoja pora. - Bonnie pochylała się nad 

nią. - Walcz, mamo. 

- Jestem zbyt zmęczona. Zbyt smutna. 
- Nieważne. Będzie lepiej. 
- Chcę być z tobą. 
- Jesteś. Zawsze. Dlaczego mi nie wierzysz? 
- Jestem zbyt zmęczona... Muszę... się poddać. 
- Nieprawda. Nie pozwolę ci. Słyszysz, mamo? Nie pozwolę ci...
 
 
W  domu  panował  półmrok,  ale  mężczyzna  nie  zapalił  światła. 

Przeszedł szybko przez hol i korytarz. 

Szybko. Musiał działać szybko. Nie wiedział, ile ma czasu. 
W  kuchni  pachniało  cytryną  i  mydłem,  biała  lodówka  lśniła  w 

sączącym się przez okno świetle księżyca. 

Szybciej. 
Otworzył  lodówkę  i  wyjął  z  niej  jedyną  przykrytą,  owiniętą  w 

folię  miskę.  Zdjął  wieko  i  sprawdził  zawartość,  zamknął  drzwi 
lodówki, przetarł jej uchwyt i ruszył ku drzwiom. 

Było już po wszystkim. 
Kiedy znalazł się na ulicy, wbił spojrzenie w drzwi kościoła, jak 

zawsze, gdy obok przechodził. Poczuł ucisk w żołądku, ogarnęło go 
przerażenie. 

Nie, jeszcze nie. 
Szybciej... 
 
Biel. 
Wszędzie biel. Białe ściany, biała pościel na łóżku. 

background image

 

39 

-  Chcesz  trochę  kruszonego  lodu?  Mówili,  że  będziesz  chciała, 

jak tylko się przebudzisz. 

Głęboki głos z leciutko wyczuwalnym angielskim akcentem. 
Spojrzenie  Eve  powędrowało  ku  twarzy  ciemnowłosego 

mężczyzny  siedzącego  obok  łóżka.  Dopiero  po  chwili  zdołała  go 
rozpoznać. 

- Galen? 
Sean Galen skinął głową. 
- Wody? 
Przytaknęła.  Miała  tak  obolałe  gardło,  że  nawet  wymówienie 

jednego słowa je podrażniło. 

Galen przytknął szklankę do jej ust. 
-  Jesteś  podłączona do  kroplówki,  bo  się odwodniłaś.  Wypij,  to 

ci dobrze zrobi. 

Zimny  płyn  powoli  spływający  po  jej  gardle  rzeczywiście 

pomógł, choć samo przełykanie było bardzo bolesne. 

- Co ty... tu robisz? 
-  Bolało,  co?  -  Galen  ponownie  odchylił  się  na  fotelu.  -  Nie 

wszystko  jeszcze  wiem.  Muszę  zadać  ci  kilka  pytań.  Potakuj  albo 
kręć głową. Mów jak najmniej. Jesteś w Szpitalu Świętego Francisz-
ka z Asyżu w Baton Rouge. Pamiętasz, jak tu trafiłaś? 

Pokręciła głową. 
- Miałaś poważne zatrucie pokarmowe. Omal nie umarłaś. Przy-

wieziono  cię  po  północy,  teraz  jest  prawie  czwarta.  Długo  się  tobą 
zajmowali. 

- Zatrucie? 
Skinął głową. 
- Tak mówią. Jadłaś coś wczoraj w restauracji? 
- W domu. Marie... 
- Jaka Marie? 
- Marie Letaux. Zrobiła gulasz. 
- Czy jadł go ktoś jeszcze? 
Pokręciła głową. 
- To dobrze. W którym pomieszczeniu jadłaś? Wiesz, czy reszta 

gulaszu jest w lodówce? Trzeba to wyrzucić. 

-  Jadłam  w  kuchni.  -  Usiłowała  sobie  przypomnieć.  Pamiętała 

background image

 

40 

niejasno, że Marie owijała miskę  folią, ale nie wiedziała, czy potem 
wstawiła ją do lodówki. - Pewnie tak. 

- Sprawdzę. - Dolał wody do szklanki i przytknął do ust kobiety. 

-  Chociaż  nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  zostawiła  miskę  na  wierzchu, 
skoro jest taka niedbała. 

-  Nie  wiń...  jest  miła.  Pewnie  to  nie  jej  wina.  Ktoś  musiał 

sprzedawać na targu nieświeże produkty. 

- Może. 
- Co ty tu robisz? - zapytała ponownie. 
-  Logan  zadzwonił,  kazał  mi  przyjechać  i  sprawdzić,  czy  nie 

masz  kłopotów.  -  Uśmiechnął  się.  -  I  masz  kłopoty:  z  żołądkiem. 
Doszło tu do małego trzęsienia ziemi, co? 

Pokiwała głową. 
- Logan? Skąd wiedział, gdzie... - Znała odpowiedź. - Joe. 
Galen skinął głową. 
-  Logan  mówił,  że  Quinn  poprosił  go,  żeby  sprawdził,  czy 

wszystko u ciebie w porządku. Martwił się, mówił, że nie układa się 
wam  najlepiej.  Ponieważ  Logan  i  Quinn  nadal  są  skłóceni,  Logan 
uznał, że to coś poważnego i zadzwonił do mnie. 

O co mogło chodzić Joemu? Jak dotąd Eve spotkała Galena tylko 

raz,  ale  Logan  opowiadał  jej  o  jego  wyjątkowo wątpliwej  reputacji. 
Był  najemnikiem  i  utrapieniem  wielu  potężnych  firm.  Pokręciła 
głową. 

- Nie jesteś... potrzebny... 
- Cóż, Logan zapłacił mi z góry. Czemu więc nie miałbym się tu 

przez parę dni pokręcić? - Uśmiechnął się. - Bardzo ci się przydam. 
Jestem  wspaniałym  kompanem,  niezwykłym  kucharzem  i  na pewno 
cię nie zabiję. Czego można chcieć więcej? 

- Nie potrzebuję towarzystwa. Będę pracowała. 
-  Dopiero  kiedy  wyzdrowiejesz  po  tym  zatruciu.  Lekarz  nie 

wypuści  cię  do  jutra,  twierdzi,  że  przez  parę  dni  będziesz  słaba  jak 
niemowlę. 

Pewnie  miał  rację.  Chociaż  obudziła  się  zaledwie  kilka  chwil 

wcześniej, z trudem trzymała otwarte oczy. 

Galen spojrzał na nią spod zmrużonych powiek. 
-  Jeśli  nie  przyjmiesz  mojej  oferty,  to  zadzwonię  do  Quinna  i 

background image

 

41 

powiem mu o twoim zatruciu. 

A  Joe  przyleci  tu  najbliższym  samolotem.  Tego  by  teraz  nie 

zniosła. 

- Szantaż. 
Galen radośnie pokiwał głową. 
- Ale skutkuje, nie? 
Co tam, do diabła. Przecież to bez różnicy. 
- Możesz zostać, jeśli obiecasz nic nie mówić Joemu. 
-  Załatwione.  -  Wstał  i  ruszył  ku  drzwiom.  -  Teraz  dam  ci 

odpocząć.  Paul  Tanzer  jest  w  poczekalni.  Nalegał,  żeby  się  z  tobą 
zobaczyć, ale go przepędziłem. Mam go przysłać? 

-  Jestem  zmęczona.  -  Pokręciła  głową.  -  Marie  nazwała  go... 

zaraz, jak brzmiał ten zwrot? - Trou du cul. Co to znaczy? 

- Dupek. - Galen zachichotał. - Coraz bardziej się przekonuję, że 

ta twoja Marie nie jest tak ociężała umysłowo, jak sądziłem. 

- Jest bardzo bystra. Będzie się zastanawiała, gdzie jestem, kiedy 

rano przyjdzie do domu. Powiesz jej? 

Pokiwał głową. Był już przy drzwiach. 
- Zajmę się tym. Wiesz, gdzie mieszka? 
- Nie. 
- Zapytam Tanzera. 
- Galen? 
Popatrzył na nią. 
- To nie ty mnie znalazłeś i przywiozłeś do szpitala? 
Pokręcił głową. 
-  Przyjechałem  do  szpitala  z  Paulem  Tanzerem.  Dowiedziałem 

się  od  Logana,  że  Tanzer  reprezentuje  Meltona  w  Baton  Rouge. 
Musiałem wyciągnąć go z łóżka. 

- No to jak trafiłam do szpitala? 
- Nie pamiętasz? 
-  Pamiętam  tylko,  jak  leżałam  na  balkonie  i  myślałam,  że  zaraz 

umrę. Tam był mężczyzna... z ciemnymi włosami. 

-  To  by  się  zgadzało.  Ludzie  z  izby  przyjęć  twierdzą,  że 

przywiózł  cię  szczupły,  ciemnowłosy  mężczyzna,  który  wręczył  im 
twoją torebkę. Była tam wizytówka z nazwiskiem  i telefonem Paula 
Tanzera.  Ten  nieznajomy  wskazał  na  możliwość  zatrucia.  Wyszedł, 

background image

 

42 

zanim zdołali wyciągnąć od niego jakieś informacje. Kojarzysz go? 

Eve pokręciła głową. 
- Pamiętam tylko, jak mnie niósł i powtarzał, żebym nie zasnęła. 
- Jak się dostał do środka? Dom był otwarty? 
- Sama zamykałam drzwi, a Marie powiedziała, że zamknie tylne 

wejście. Może zapomniała. 

-  Może.  -  Galen  wzruszył  ramionami.  -  A  może  to  był  dobry 

samarytanin, który usłyszał twój krzyk i się włamał. Sprawdzę drzwi. 
Niewykluczone,  że  znowu  się  z  nami  skontaktuje.  Dobrzy 
samarytanie, którzy  nie oczekują wynagrodzenia, to rzadkość w dzi-
siejszych czasach. - Wyciągnął dłoń. - Do zobaczenia. Przyjdę jutro i 
zabiorę cię do domu. 

Zniknął. 
Dobry  samarytanin.  Jeśli Galen  mówił prawdę, tamten człowiek 

najprawdopodobniej uratował jej życie. 

Jak  jednak  dostał  się  do  mieszkania?  Może  Marie  zapomniała 

zamknąć. Jutro ją zapyta. Teraz jest zbyt śpiąca... 

 
 

Rozdział czwarty 

 

Mały  domek  Marie  Letaux  stał  przy  krętej  uliczce  w 

południowej części  Baton Rouge. Jak reszta budynków na ulicy,  był 
stary, ale nieskazitelnie czysty. Obok progu stała donica z różowym 
geranium. 

Nie  zareagowała  na  pierwsze  pukanie.  Ani  na  drugie,  ani  na 

trzecie. 

Poczekał kilka minut i nacisnął klamkę. 
Zamknięte. 
Przyjrzał  się  zamkowi.  Łatwizna.  Już  po  chwili  mógł  uchylić 

drzwi. 

Wszedł  do  salonu,  w  którym  stały  wygodne  meble,  ale  nic 

ostentacyjnego.  Zauważył  następne  doniczki  z  geranium  na  stoliku 
do  kawy.  Kilka  rodzinnych  fotografii  w  klonowych  ramkach  spo-
glądało  na  niego  z  regału  po  drugiej  stronie  pokoju.  Dom  wyglądał 

background image

 

43 

na miłe miejsce zamieszkane przez miłych ludzi. 

Jednak Galen  wiedział  z doświadczenia,  że pozory  często  mylą. 

Podszedł  do  biurka  i  zaczął  je  przeszukiwać.  Listy  z  adresem 
zwrotnym  z  Nowego  Orleanu.  Książeczka  czekowa  i  oszczędnoś-
ciowa,  wystawiony  dwa  dni  temu  rachunek  za  wynajęcie  skrytki 
depozytowej.  Zdjęcia,  bez  ramek,  przedstawiające  młodego  czło-
wieka w zielonym podkoszulku. 

Zamknął  szufladę  i  ruszył  przez  pokój  ku  drzwiom,  które 

musiały  prowadzić  do  kuchni.  Pod  przeciwległą  ścianą  dostrzegł 
białą  lodówkę  z  poprzyczepianymi  magnesami.  Marie  Letaux  z 
pewnością  miała  upodobanie  do  dziwactw  i  przejawiało  się  ono  w 
gromadzeniu rozmaitych drobiazgów. 

Zatrzymał  się  przy  drzwiach  i  wbił  wzrok  w  zwinięte  w  kłębek 

ciało na podłodze obok kuchenki. 

Drobna  kobieta  z  ciemnymi  włosami  zaczesanymi  w  kok  i 

szeroko otwartymi oczami. Jakby się w niego wpatrywała. 

Pewnie Marie Letaux. 
Bez wątpienia martwa. 
 
-  Nie  ma  pani  pojęcia,  jak  mi  przykro,  taki  wypadek,  i  to  już 

pierwszego  wieczoru.  -  Senator  Melton  wydawał  się  szczerze 
zatroskany. 

-  Wątpię,  aby  następnego  wieczoru  czy  też jeszcze później  było 

to choć trochę przyjemniejsze - odparła sucho Eve. 

- Nie, oczywiście, że nie. Jak się pani czuje? 
-  Okropnie.  Mam  tak  obolałą  klatkę  piersiową,  że  ledwie  od-

dycham. - Eve usiadła na łóżku i popatrzyła z uznaniem na senatora. 
Wyglądał  o  wiele  bardziej  światowo  niż  Tanzer.  Miał  szpakowate 
włosy, siwe baki i opaleniznę rodem z West Palm Beach. - Ale lepiej 
niż rano. Jutro pewnie będę mogła zabrać się do pracy. 

- Mam nadzieję. - Podszedł do łóżka. - Czy Paul Tanzer przydał 

się pani? Kazałem mu traktować panią jak bardzo ważnego gościa. 

- Był niezwykle uprzejmy. 
- Naszym zamiarem jest służenie pani całą możliwą pomocą. 
-  Wobec  tego  proszę  mi  powiedzieć,  nad  czym  mam  pracować. 

Zaczyna  mnie  męczyć  cała  ta  tajemnica.  Przyjęłam  pracę,  proszę 

background image

 

44 

mnie zapoznać z warunkami. 

-  Powiem  pani  wszystko,  co  wiem,  ale  obawiam  się,  że  mniej, 

niż  pani  oczekuje.  Sam  nie  wiem  tyle,  ile  bym  chciał.  Proszę,  żeby 
ustaliła  pani  tożsamość  osoby,  której  szkielet  odkryto  niedawno  na 
południowych moczarach. 

-  Kto  go odkrył? Dlaczego  nie przekazano  szkieletu  miejscowej 

policji? 

-  Szeryf  Bouvier  z  okręgu  Jefferson  otrzymał  informacje  na  te-

mat  ewentualnej  tożsamości  szkieletu  i  jego  lokalizacji.  To  on  go 
odnalazł.  Szeryf  to  mój  bliski  przyjaciel,  powiadomił  mnie  o  tym. 
Dostałem  od  niego  pozwolenie  na  dyskretne  wybadanie  tożsamości 
ofiary,  zanim  powstanie  oficjalny  raport.  Wiedział,  że  jeśli  nie 
załatwi się tej sprawy we właściwy sposób, będę miał kłopoty z me-
diami. 

- Czemu? Czyja to ma być czaszka? 
Zawahał się. 
- Senatorze Melton, pozwolę sobie przypomnieć panu o pewnym 

narkotykowym baronie, który poprosił mnie o rekonstrukcję twarzy... 

-  Och,  nie.  Nic  w  tym  rodzaju.  Ukrywamy  to  jedynie  z  tego 

powodu, że nie chcemy wzbudzać fałszywych nadziei. Wierzymy, że 
to  może  być  Harold  Bently  -  zawiesił  głos.  -  Pamięta  pani  to 
zamieszanie wokół Bently’ego? 

Pokręciła głową. 
-  Było  to  ponad  dwa  lata  temu,  wokół  tej  sprawy  wybuchła 

wielka  afera.  Bently  kandydował  na  stanowisko,  które  ja  obecnie 
piastuję.  Wydawał  się  pewniakiem,  ale  zniknął  na  cztery  miesiące 
przed wyborami.  Był  solidnym  obywatelem, człowiekiem, który  nie 
ukryłby  się  przed  światem  z  własnej  woli,  więc  podejrzewano  coś 
nieciekawego.  Niestety,  niczego  nie  udało  się  wyjaśnić.  Jego 
zniknięcie  położyło  się  cieniem  na  mojej  karierze,  chciałbym  uciąć 
wszelkie spekulacje. 

- Żeby ewentualnie kandydować na prezydenta? 
-  To  zależy  od  opatrzności,  ale  rzeczywiście  myślę  o  dalszej 

karierze. Czy to takie dziwne? 

- Nie. 
-  Wobec  tego  proszę  mi  pomóc.  Sprawa  Bently’ego  pozostaje 

background image

 

45 

otwarta,  ale  nie pojawiły  się żadne  nowe  fakty...  aż do odnalezienia 
tego szkieletu. 

- Czy rodzina została już powiadomiona? 
- Jeszcze nie.  Jak wspominałem,  nie chcę wzbudzać fałszywych 

nadziei.  Proszę  mi  wierzyć,  nie  jestem  aż  takim  egoistą.  Jasne,  że 
chcę  chronić  swoją  karierę,  ale  jeśli  to  Bently,  chciałbym  o  tym 
uprzedzić  rodzinę,  zanim  będzie  musiała  stawić  czoło  medialnej 
burzy. I tak dość się nacierpiała. 

- Po co jestem panu potrzeba? A co z DNA? 
Melton się skrzywił. 
- Niestety, szkielet, z wyjątkiem czaszki, najwyraźniej zniknął. 
- Co?! 
- Proszę się nie niepokoić. Jest pani całkowicie bezpieczna. 
-  Jasne.  Tyle  że  ktoś  nie  chce,  aby  zidentyfikowano  zwłoki.  A 

zęby? 

- Nie ma zębów. Czaszka jest nadpalona, ale mieliśmy nadzieję... 

-  Melton  wzruszył  ramionami.  -  Pobranie  DNA  może  być  bardzo 
trudne  i  czasochłonne.  Rzecz  jasna  pójdziemy  tym  tropem,  ale  w 
każdej  chwili  może  nastąpić  przeciek  do  mediów.  Muszę  coś 
wiedzieć wcześniej. 

- Żeby się odpowiednio przygotować. - Eve potrząsnęła głową. - 

Ale ja się z tej sprawy wycofuję. 

- Boi się pani? 
-  Nie  jestem  głupia.  Dlaczego  miałabym  ryzykować  życie  dla 

pana i pańskiej kariery? 

- Czaszkę przetransportowano do kościoła w wielkiej tajemnicy. 

Nikt nie  podejrzewa,  że  tam  jest,  a pani  przez cały czas  będzie pod 
ochroną. 

Eve ponownie pokręciła głową. 
-  Nie  mam  pretensji,  że  nie  obchodzą  pani  moje  problemy,  ale 

Bently  był dobrym człowiekiem. - Melton zamilkł  na chwilę. - Miał 
żonę  i  trójkę  dzieci.  Chyba  nie  muszę  pani  mówić,  przez  co 
przechodzą od dwóch lat. 

Dobre posunięcie, pomyślała z goryczą. Wykalkulowane czy nie, 

te  słowa  poruszyły  w  niej  czułą  strunę.  Wiedziała,  jak  cierpi  czło-
wiek latami czekający na wyjaśnienie takiej sprawy. 

background image

 

46 

- Proszę to przemyśleć. To zaledwie kilka dni,  może tydzień. Ja 

dostanę, czego pragnę, cierpienie pani  Bently i dzieci się skończy,  a 
pani będzie miała satysfakcję wynikającą z zakończenia interesującej 
pracy. Każdy na tym wygra. 

- Dlaczego nie wysłał mi pan czaszki? 
-  Planowaliśmy  to  zrobić,  ale  szkielet  zniknął  i  uznałem,  że 

powinniśmy  wzmóc  ostrożność.  Miałem  też  na  uwadze  media,  w 
pani rodzinnym mieście trudno utrzymać takie sprawy w tajemnicy. - 
Melton znowu się skrzywił. - Nie chcę włączać w to mediów, dopóki 
nie  będę  miał  czegoś konkretnego  do  powiedzenia.  Z  lubością  będą 
grzebać  we  wszystkim,  co  dotyczy  zniknięcia  Bently’ego.  - 
Odetchnął z ulgą. - No, teraz już wszystko pani wyznałem. 

Eve rzuciła mu sceptyczne spojrzenie. 
-  Więc  nie  będzie  pan  miał  nic  przeciwko  temu,  że  pomówię  o 

szkielecie z szeryfem Bouvierem? 

- Martwi mnie brak zaufania, ale zadzwonię do szeryfa i powiem 

mu, żeby był z panią całkiem szczery. - Melton milczał przez chwilę. 
-  Teraz,  gdy  pani  wie,  że  może  w  zupełności  na  nas  polegać,  z 
pewnością nie będzie pani potrzebowała żadnej pomocy z zewnątrz. 

Najwyraźniej do czegoś zmierzał. 
- Czyli? 
- Pewnie nie wie pani, że Sean Galen  jest człowiekiem z krymi-

nalną  przeszłością  i  nie  można  mu  ufać.  Jestem  pewien,  że  teraz 
chętnie go pani odeśle. 

- Naprawdę? Joe Logan mu ufa. 
-  Pan  Logan  to  szanowany  przedsiębiorca  i  nie  mam  zamiaru 

krytykować jego decyzji. Może nie zdaje sobie sprawy, że Galen jest 
aż tak... 

- Logan nie ma klapek na oczach. Wie o Galenie więcej niż pan. 
- Nie będziemy się spierać. Chodzi mi o to, że Galen nie jest pani 

do niczego potrzebny. Chętnie mu to przekażę w pani imieniu. 

-  Nie  tak  łatwo  się  go  pozbyć.  -  Eve  popatrzyła  prosto  w  oczy 

Meltona. - Zresztą nie mam takiego zamiaru. Galen zostaje. 

-  W  jakiej  roli?  Chyba  nie  uważa  pani,  że  z  powodu  tego 

niefortunnego wydarzenia potrzebuje pani ochroniarzy? 

- To „niefortunne wydarzenie” omal mnie nie zabiło. - Niecierp-

background image

 

47 

liwie machnęła ręką. - Ale nie, nie potrzebuję ochroniarza. Proszę nie 
poruszać  tego  tematu  w  obecności  Marie.  To  był  wypadek.  I  tak 
pewnie bardzo przeżyła to moje zatrucie. 

-  No  to  w  jakiej  roli?  -  powtórzył  Melton.  -  Galen  nie  ma 

kwalifikacji do niczego poza... 

- Pan jest Melton? - Galen stał w drzwiach. - Jestem Sean Galen. 

- Zrobił krok do przodu. - Chyba się pan zasiedział. Eve wygląda na 
nieco zmęczoną. 

- Nie jestem zmęczona. 
-  No  to  może  wkurzona?  -  Odwrócił  się  do  polityka.  -  Eve  nie 

lubi, kiedy mówi się jej; co ma robić. Rozumiem, że miał pan dobre 
intencje, ale ona trochę się zdenerwowała. Chyba powinien pan iść. 

-  Nie  ma  pan  prawa...  -  Melton  umilkł,  gdy  spojrzał  w  oczy 

Galena.  Nieświadomie  się  cofnął,  ale  szybko  odzyskał  pewność 
siebie.  -  Pani  Duncan  dobrze  wie,  że  chcę  dla  niej  jak  najlepiej.  - 
Popatrzył na Eve. - Przyjadę po panią jutro rano. 

-  Już  zarezerwowałem  sobie  tę  przyjemność.  -  Galen  machnął 

ręką. - Do widzenia. 

Melton rzucił mu lodowate spojrzenie i wyszedł. 
- A może wcale nie chciałam, żeby odchodził? - zapytała Eve. 
-  Zirytowałaś  się.  Trzeba  nie  mieć  sumienia,  żeby  tak  dener-

wować  chorego  człowieka.  Podsłuchiwałem  trochę,  nie  umknął  mi 
ten  fragment  rozmowy  dotyczący  mojej  osoby.  Czuję  się  za-
szczycony. 

-  A  nie  powinieneś.  Masz  rację:  zirytowałam  się,  bo  usiłował 

mnie pouczać, co powinnam robić. - Zastanawiała się przez chwilę. - 
Ale  nie  cieszy  mnie,  że go  przegoniłeś.  Chciałam  zadać  mu  jeszcze 
kilka pytań na temat tej cholernej rekonstrukcji. 

-  Pozwolę  sobie  zacytować  jednego  z  twoich  ziomków  z 

Południa: „Jutro będzie nowy dzień”. 

- Co za koszmarny południowy akcent. 
- Jestem tylko biedakiem z Liverpoolu. - Usiadł obok jej łóżka. - 

Nic nie wiedziałaś na temat tej pracy, nim się tu znalazłaś? 

- Wiedziałam, że to zlecenie szanowanego członka Senatu. 
- I chciałaś uciec od Quinna. 
Popatrzyła na niego wymownie. 

background image

 

48 

- No dobrze, to nie moja sprawa. 
-  Zgadza  się.  A  Melton  miał  rację.  Nie  jesteś  mi  potrzebny, 

Galen. 

-  Znowu  chrypniesz.  Za  dużo  gadałaś.  -  Wziął  jej  szklankę  i 

napełnił  kruszonym  lodem.  -  Nawet  nie  wspomnę  o  Quinnie.  Ale 
będę  w  pobliżu,  bo  może  się  jednak  okazać,  że  będziesz  mnie 
potrzebowała.  -  Wręczył  jej  szklankę.  -  Właśnie  wracam  z  domu 
Marie Letaux. Nie żyje. 

- Co takiego?! - Była całkiem zszokowana. 
-  Znalazłem  ją  na  podłodze  w  kuchni.  Obok  leżał  talerz  z 

resztkami  gulaszu.  -  Skrzywił  się.  -  I  mnóstwo resztek na podłodze. 
Z pewnością wymiotowała. 

-  Zabrała  gulasz  do  domu?  -  Eve  pokręciła  głową.  -  Boże,  to 

straszne! 

- Mówiłaś, że chyba wstawiła go do lodówki. 
-  Pewnie  zmieniła  zdanie.  Wyszłam  przed  nią.  -  Smutne.  Nie-

wiarygodnie  smutne.  -  Miała  syna.  Studiuje  medycynę  w  Nowym 
Orleanie. 

Galen pokiwał głową. 
-  Porozstawiała  jego  zdjęcia  po  całym  salonie.  Sympatyczny 

chłopak. 

-  Naprawdę  go  uwielbiała.  -  Eve  czuła  łzy  pod  powiekami.  - 

Cholera!  Dopiero ją poznałam,  a  już zdążyłam  polubić.  Chyba  się z 
nią  identyfikowałam.  Była  samotną  kobietą,  która  starała  się 
odnaleźć  swoje  miejsce  w  świecie.  To  na  pewno  zatrucie 
pokarmowe? 

-  Nie  zrobiono  jeszcze  sekcji  zwłok,  ale  podejrzewam,  że  taki 

będzie wynik. Zwłaszcza że tobie przytrafiło się to samo. 

Coś w jego głosie... 
- Podejrzewasz, że to coś innego? 
- Tego nie powiedziałem. Wierzę, że to zatrucie pokarmowe. 
- Galen...? 
- Przykro  mi. Taką  już mam podejrzliwą naturę. Była w koszuli 

nocnej i szenilowym szlafroku, łóżko było rozesłane. To oznacza, że 
wstała  w  środku  nocy  i  zjadła  olbrzymi  talerz  gulaszu.  Trochę 
ciężkostrawna potrawa jak na późną przekąskę. 

background image

 

49 

- Może nie jadła kolacji i poczuła się głodna? 
-  Pewnie  tak.  Ale  kiedy  zaczynasz  wymiotować,  starasz  się 

szukać pomocy,  prawda?  Marie  Letaux  miała telefon,  ale  najwyraź-
niej  nie  mogła  do  nikogo  zadzwonić.  Mieszka  bardzo  blisko  sąsia-
dów,  więc  chyba  zdołałaby  któregoś  skłonić,  żeby  zawiózł  ją  do 
szpitala. 

- To mogło być trudne. Ja tak osłabłam, że ledwie się ruszałam. 
-  Ale  jednak.  Mówiłaś,  że  ta  kobieta  potrafiła  sobie  radzić.  A 

najwyraźniej nie próbowała nawet dojść do zlewu czy ubikacji, żeby 
zwymiotować.  W  twoim  wypadku  był  to  przecież  pierwszy  odruch, 
tak? 

Kiwnęła głową. 
- Do czego zmierzasz, Galen? 
-  Bawiłem  się  tylko,  w  „a  jeśli”.  -  Wziął  od  niej  szklankę  i 

postawił  ją  na  stoliku.  -  A  jeśli  tej  nocy  nie  miała  apetytu?  A  jeśli 
ktoś  usiadł  naprzeciwko  niej  i  zmusił  ją  do  zjedzenia  gulaszu,  a 
potem poczekał na wystąpienie objawów zatrucia? 

Eve szeroko otworzyła oczy. 
-  To  idiotyzm.  U  mnie  pierwsze  objawy  wystąpiły  dopiero  po 

ponad trzech godzinach. 

-  Zgadzam  się.  Wymagałoby  to  od  mordercy  niezwykłej  deter-

minacji  i  żelaznych  nerwów,  żeby  tak  siedzieć  i  patrzeć,  jak  jego 
ofiara umiera. Musiał liczyć się z tym, że w każdej chwili ktoś mógł 
się  tam  pojawić,  wiedząc,  że  Marie  również  jest  narażona  na 
zatrucie. 

Eve była rozdygotana. 
- To zbyt makabryczne. 
- Mówię, co myślę. 
- Dlaczego ktokolwiek miałby to zrobić? 
-  Kiedy  znalazłem  jej  ciało,  przed  telefonem  na  policję  przej-

rzałem szuflady i sprawdziłem stan jej finansów. Jej konta, czekowe 
i  oszczędnościowe,  były  puste,  a  dwa  dni  temu  wynajęła  skrytkę 
bankową. Bardzo wygodnie. Może trzymała tam sporo forsy? 

- Myślisz, że zatruła mnie celowo? 
-  Myślę,  że  warto  zadać  sobie  pytanie,  dlaczego  zatrułaś  się 

posiłkiem przygotowanym przez doświadczoną kucharkę. 

background image

 

50 

Eve pokręciła głową. 
- Nie wierzę. 
- Bo ją lubiłaś. 
- Ale dlaczego ktoś miałby ją zabijać? 
-  Żeby  się  nie wygadała?  -  Galen  wzruszył ramionami.  -  Mogło 

być wiele powodów. 

- Tylko zgadujesz? 
- A jeśli? - uśmiechnął się. 
- Zasugerowałeś to policji? 
-  Oprzytomniej.  Byłbym  pierwszy  na  liście  podejrzanych.  I  tak 

musiałem się tłumaczyć, dlaczego to właśnie ja ją znalazłem. Nawet 
zadzwonili  do  szpitala,  żeby  sprawdzić,  czy  faktycznie  miałaś 
zatrucie  pokarmowe.  -  Zastanawiał  się  przez  chwilę.  -  Mam  w 
Nowym Orleanie kilku przyjaciół z laboratorium policyjnego, którzy 
mogliby się trochę porozglądać i sprawdzić to i owo. 

- Oficjalnie? 
-  Oprzytomniej  -  powtórzył  i  przechylił  głowę.  -  Bierzesz  moją 

teorię na poważnie? 

Eve  powoli  pokiwała  głową.  Musiała  brać  to  na  poważnie.  Nie 

chciała  wierzyć  w  jego  słowa,  ale  przez  całe  życie,  zwłaszcza  w 
pracy,  miała  do  czynienia  z  brutalnością  i  oszustwami.  Cała  się 
trzęsła. 

- Ale żeby tak siedzieć i patrzeć... to się wydaje takie... okrutne. 
- Nie bardziej niż próba zabicia ciebie. 
- Dlaczego ktokolwiek chciałby mnie zabić? 
- Może powinniśmy spytać pana Meltona. 
- Myślisz, że to z powodu czaszki? 
- To logiczny wniosek. Nie bardzo wierzę w teorię Meltona. Nie 

podoba  mi  się  cała  ta  tajemniczość.  Wiedzą,  że  lubisz  pracować  z 
dala  od  świateł  jupiterów;  to  podsunęło  im  pretekst,  żeby  ściągnąć 
cię  tutaj,  zamiast  wysłać  ci  czaszkę.  Nie  sądzisz,  że  rozsądniej 
byłoby się spakować i wrócić do domu? 

Eve natychmiast odrzuciła tę myśl. Za nic nie zamierzała wracać. 
-  Nie  ma dowodów,  że to  nie  było  zwykłe zatrucie pokarmowe. 

Może w skrytce bankowej  nie ma pieniędzy.  A może Marie oszczę-
dzała od lat i dopiero ostatnio ukryła tam oszczędności? 

background image

 

51 

Galen uniósł sceptycznie brwi. 
- Lubiłam ją, Galen. 
-  Niewielu  ludzi  jest  naprawdę  złych.  Niektórzy  po prostu  mają 

jakąś  słabość.  Ale  to  wystarczy,  by  zrobić  komuś  krzywdę.  A  zagi-
nięcie szkieletu? To cię nie niepokoi? 

-  Jasne,  że  tak.  Oznacza,  że  ktoś  nie  chce,  by  Melton  ziden-

tyfikował  tego  człowieka.  Większość  czaszek,  nad  którymi  pracuję, 
to  ofiary  czyjejś  zbrodni,  nie  pierwszy  raz  mam  ten  problem. 
Gdybym rzucała robotę za każdym razem, kiedy  ktoś tego chce,  nie 
dokończyłabym żadnej rekonstrukcji. 

Galen przyglądał się jej uważnie. 
- Ciekawi cię ta czaszka, prawda? Chciałabyś to zrobić. 
Kiwnęła potakująco głową. 
-  Naprawdę.  Harold  Bently  mógłby  być  kimś,  kogo  mogłabym 

podziwiać. Nie chcę myśleć, że skończył na bagnach jak jakiś śmieć. 
Chcę wiedzieć... Poza tym to intrygujące. 

-  Może  aż  zanadto.  -  Galen  wstał.  -  No  dobra,  skoro  chcesz  to 

zrobić,  wiem,  że cię nie przekonam.  Ale  nie  będę krył się w cieniu, 
jak planowałem. 

- Zgoda. 
-  Potrafię  się  nie  narzucać  -  uśmiechnął  się.  -  Ale  to  mniej 

zabawne. - Wstał, patrząc na drzwi. - Codziennie będę chodził z tobą 
do kościoła.  I  zostanę oficjalnym  degustatorem  potraw.  Będę z tobą 
przebywał dniem i nocą. Zgoda? 

- Być może niepotrzebnie. 
- Ale poczujesz się bezpieczniej, prawda? Ze mną u boku? 
Eve jęknęła. 
Był już przy drzwiach, obejrzał się przez ramię. 
-  Bardzo  nieładnie.  Na  pewno  nie  powinienem  mówić  o  tym 

Quinnowi? 

- Na pewno. 
Słysząc jej ton, Galen udał, że wstrząsnął nim dreszcz. 
-  Tylko  pytałem.  Widzę,  że  nie  układa  się  między  wami 

najlepiej. 

-  Co  jest?  -  Popatrzyła  na  niego  wyzywająco.  -  Nie  dasz  sobie 

rady, Galen? 

background image

 

52 

-  Cios  poniżej  pasa.  Twarda  jesteś.  Słyszałem,  że  dorastałaś  na 

ulicy. Jestem gotów w to uwierzyć. 

-  Trzeba  tam  być,  aby  to  zrozumieć.  Wątpię,  żeby  Atlanta  była 

gorsza od Liverpoolu. 

- Nie jest - potwierdził Galen. - No dobra, Quinna nie ma. 
Patrzyła, jak zamyka za sobą drzwi. 
Quinna nie ma. 
Te słowa roznosiły się echem po jej głowie. Joe Quinn tak długo 

był  częścią  jej  życia,  że  ich  znaczenie  praktycznie  do  niej  nie  do-
cierało. Będzie potrzebowała czasu, by się z tym pogodzić. 

Czy  zdoła  pogodzić  się  z  nieobecnością  Joego  w  swoim  życiu? 

Nie  była  pewna,  co  dla  niej  byłoby  bardziej  bolesne:  zerwanie  czy 
też  życie  ze  świadomością  tego,  co  zrobił.  Nie  chciała  teraz  o  tym 
myśleć.  Nie  chciała  koncentrować  się  na  niczym  poza  pracą,  którą 
miała  tu  wykonać.  Zrekonstruuje  czaszkę,  a  potem  może  ściągnie 
Jane i pojadą na pewien czas do Nowego Orleanu. Powinna wyjść ze 
swojej skorupy. Nie musi wracać do domu. 

Pomysł,  że  Marie  Letaux  mogłaby  czyhać  na  jej  życie,  był  dla 

niej  nie  do  przyjęcia,  podobnie  jak  przypuszczenia  Galena  co  do 
okoliczności  śmierci  gospodyni.  Nikt  nie  mógłby  być  aż  tak 
bezlitosny. 

Nieprawda. Zabójca Bonnie był potworem, i wielu takich jak on. 

Po  prostu  nie  chciała  mieć  do  czynienia  z  tego  rodzaju  okropnoś-
ciami  teraz,  gdy  musiała  radzić  sobie  z  własnymi  koszmarami.  Nie 
chciała, aby okazało się to prawdą. 

I  może  nie  było.  Doświadczenie  nauczyło  Galena  podejrzewać 

wszystko i wszystkich. Niech sobie podejrzewa. Niech  ją chroni. To 
z pewnością nie zaszkodzi. 

Jeśli  tylko  nie  będzie  zakłócał  jej  spokoju  i  przeszkadzał  w 

pracy. 

 
-  Wiem,  że  nie  chcesz  żadnych  interwencji  z  zewnątrz,  Jules  - 

powiedział Melton. - Usiłowałem ją skłonić, żeby się go pozbyła, ale 
okropnie  się  uparła.  Jasne,  że  tego  tak  nie  zostawię.  Zadzwonię  do 
paru  osób  i  sprawdzę,  czy  potrafią  go  przekonać,  aby  się  sam 
wycofał. 

background image

 

53 

- Daj mu spokój - odparł Hebert. - Nie stanowi dla nas problemu. 
- Może powinienem ci przesłać jego akta? 
- Już je mam. 
- Nie sądzisz, że może nam zaszkodzić? 
-  Myślę,  że  bardziej  nam  zaszkodzi,  jeśli  spróbujemy  się  go 

pozbyć.  Chcę,  żeby  podczas pracy  nad czaszką  była  spokojna.  Przy 
Galenie będzie się czuła całkowicie bezpieczna. 

-  Tak, to  ważne.  -  Melton  na  moment  zawiesił  głos.  -  Zaniepo-

koiłem się na wieść o zatruciu. Czy to był wypadek? 

- Jasne, że tak. 
Nie  do  końca  mówił  prawdę.  Wypadkiem  było  to,  że  Eve 

Duncan nie umarła. 

-  Właśnie  dowiedziałem  się,  że  znaleziono  ciało  Marie  Letaux. 

Zatruła się kilka godzin temu. 

- Tym bardziej powinieneś uważać to za wypadek. 
-  Czyżby?  A  te  trupy  sprzed  miesiąca?  To  też  miały  być 

wypadki? 

- I pewnie były. Dostajesz paranoi - dodał Hebert. - Zacząłeś się 

już częściej oglądać za siebie, Melton? 

-  Mam  prawo  się  niepokoić,  do  diabła!  Najpierw  Etienne,  teraz 

to.  Kolejny  bardzo  dziwny  wypadek.  Wypadki  krążą  nad  tobą  jak 
ciemne chmury. 

Hebert zignorował tę aluzję. 
- A ona ciągle się waha? - zapytał. 
- Tak, ale sądzę, że nadal się pali do tej pracy. Po prostu musimy 

nacisnąć odpowiednie guziki. 

- Właśnie. Potrzeba nam zapału... i szybkości działania. 
-  Jutro  wyjdzie  ze  szpitala,  sądzę,  że  od  razu  zabierze  się  do 

roboty. 

-  I  dobrze.  Dopilnuję  tego.  Daj  znać,  jeśli  będę  mógł  w  czymś 

pomóc. 

Melton  coś  podejrzewał,  ale  chwilowo  nie  stanowiło  to  dla 

Jules’a problemu. Po Boca Raton Melton nic nie zrobi. Sprzysiężenie 
chciało,  żeby  wszystko  poszło  jak  najsprawniej,  a  przygotowania 
wymagały czasu i wysiłku. Nie chcieliby na tym etapie wprowadzać 
nikogo nowego. 

background image

 

54 

Hebert  odchylił  się  w  fotelu  i  zakrył  oczy  rękami.  Czuł 

narastającą  panikę,  musiał  ją  opanować.  Skłamał  Meltonowi,  ale 
nadal  kontroluje sytuację.  Zdarzenia następowały  zbyt  szybko,  musi 
uważać, żeby nie dać się złapać. Boże, Eve Duncan jest silna. Jakżeż 
ona  walczy  o  życie!  Szkoda  takiej  nadaremnej  determinacji, 
pomyślał ze smutkiem. 

W obecnej sytuacji nie mógł jej oszczędzić. 
 
- Przestraszyłaś mnie, mamo - powiedziała Bonnie. 
Eve  ujrzała  córkę  skuloną  na  stojącym  pod  oknem  fotelu  dla 

odwiedzających.  Pielęgniarka  zgasiła  światło  czterdzieści  minut 
wcześniej,  ale  promienie  księżyca  wpadające  przez  okno  oświetlały 
rudo-brązowe  loki  Bonnie.  Była  ubrana  w  dżinsy  i  koszulkę  z 
Królikiem  Bugsem,  jak  zawsze,  gdy  przychodziła  do  matki.  Eve 
stłumiła przypływ miłości i powiedziała gniewnie: 

- Nie pozwoliłaś mi odejść, cholera. 
-  Mówiłam  ci,  że  nie  czas  na  ciebie.  Tak  naprawdę  wcale  nie 

chciałaś umrzeć. 

- Nie mów mi, czego chcę. Kto tu jest matką? 
- Myślę, że lata duchowania upoważniają mnie do komentarza. - 

Bonnie westchnęła. - Strasznie jesteś wymagająca, mamo. Nadal się 
upierasz, że tylko ci się śnię. 

-  Bo  twoje  nadnaturalne  zdolności  są  dość  ograniczone. 

Duchowanie?  Co  to  za  słowo?  Jeśli  nie  chciałaś,  żebym  umarła, 
dlaczego  pozwoliłaś  mi  zjeść  gulasz?  Oszczędziłabyś  mi  bólu 
żołądka. 

-  Powiedziałam  ci,  że  nie  potrafią  niczemu  zapobiec...  to  działa 

inaczej. 

- Bardzo wygodne. Czyli nie można cię obwiniać, 
- Zgadza się - zachichotała Bonnie. - To miłe w byciu duchem. 
- A jest w tym coś przykrego, dziecinko? 
-  Wystarczy  spojrzeć na ciebie.  Jesteś rozdarta. Tak, przykre są 

starania, abyś przestała być nieszczęśliwa. Myślałam, że może idziesz 
właściwą  drogą,  ale  znowu  masz  depresję,  cierpisz  i  rozstałaś  się  z 
Joem. 

-  Okłamał mnie.  W  twojej sprawie.  W  sprawie grobu. Dlaczego 

background image

 

55 

nie powiedziałaś, że to nie ty? 

- Skoro jestem snem, jak mogłabym to zrobić! - uśmiechnęła się. 

- Mam cię. 

- Dlaczego? - nalegała Eve. 
-  Znasz  odpowiedź.  Nie  ma  znaczenia,  gdzie  leży  moje  ciało. 

Zawsze  jestem  z  tobą.  -  Na  chwilę  umilkła.  -  A  ty  czułaś  się 
szczęśliwsza, myśląc, że to ja. Więc dlaczego miałam ci to odbierać? 

- Mówisz jak Joe. To dla mnie ważne. Chcę, żebyś była w domu, 

Bonnie. 

- Jestem w domu -  westchnęła - ale ty jesteś zbyt uparta, żeby w 

to  uwierzyć.  Bardzo  mi  wszystko  utrudniasz.  Nie  podoba  mi  się  ta 
twoja  depresja.  Jesteś  wojowniczką,  ale  wczoraj  nie  walczyłaś, 
dopóki  cię  do  tego  nie  skłoniłam.  Niech  to  się  nie  powtórzy,  mamo. 
Dziwnie to wszystko wygląda. Być może będziesz musiała walczyć, a 
mnie zabraknie. 

- To ma być pocieszenie? 
-  Zawsze  będę  do  ciebie  przychodziła,  ale  nie  możesz  na  mnie 

polegać,  mamo.  Masz  Joego,  Jane  i  babcię.  To  chyba  dobrze.  - 
Skrzywiła  się.  -  Czułam,  że  zesztywniałaś,  kiedy  wspomniałam  o 
Joem. Daj sobie spokój, mamo. 

- Za cholerę. 
-  Dobrze,  pogadajmy  o  czymś  innym.  Chcę,  żebyś  rano  dobrze 

się czuła. 

Eve  zawsze  czuła  się  lepiej  po  tych  snach.  Zaczęły  się  dwa  lata 

po  śmierci  Bonnie,  Eve  była  pewna,  że  to  dzięki  nim  nie  wariuje. 
Psychiatra pewnie  wysłałby ją  do najbliższego zakładu,  gdyby mu o 
tym powiedziała. Chrzanić to. Sny miały same zalety. 

- Jeśli nadal będą mnie tak bolały żebra, nie mam szans na dobre 

samopoczucie - odparła. 

-  Będzie  trochę  lepiej.  -  Bonnie  pochyliła  się  w  fotelu.  -  Ładnie 

tutaj.  Podobają  mi  się  te  rozlewiska.  Dlaczego  nigdy  tu  nie  przyje-
chałyśmy? 

- Nie wiem. Pewnie jakoś nie przyszło mi to do głowy. 
- W Panamie też było ładnie. Podobała mi się woda. 
- Wiem, kochanie. 
-  Jest  tyle  ślicznych  rzeczy.  Opowiedz  mi  o  szczeniaku  Jane. 

background image

 

56 

Sarah jej go dała? 

-  Tak,  to  straszny  łobuz.  Oczywiście  Jane  uważa,  że  to  najmąd-

rzejsze  zwierzę  pod  słońcem.  Mówiła,  że  pojedzie  na  wybrzeże  i 
poprosi Sarah o pomoc w tresurze... 

 

Rozdział piąty 

 

- Dziś jesteś w lepszym humorze. - Galen wpatrywał się w twarz 

Eve.  Właśnie  przetransportował  ją  ze  szpitala  do  swojego  auta.  -  I 
wyglądasz zdrowiej. Dobrze spałaś? 

- Kiedy nie śniłam. 
- Koszmary? 
Eve pokręciła głową. 
-  Nie,  to  dobre  sny.  -  Popatrzyła  na  jaskrawobłękitne  niebo.  - 

Ładny dzień. 

Galen pokiwał głową. 
-  Pewnie  przyda  ci  się  trochę  wypoczynku.  Może  usiądziesz 

sobie na balkonie i popatrzysz na świat? 

Nie widziała nic prócz kościoła. Był mroczny i potężny. 
-  Chcę  się  zabrać  do  pracy.  Dowiedziałeś  się  czegoś  jeszcze  o 

śmierci Marie? 

- Oficjalnie to zatrucie pokarmowe. Sprawę zamknięto. 
- Rozumiem. 
-  A  ja  nie.  Zapłaciłem  trochę  urzędnikowi  w  biurze  koronera, 

żeby zerknąć na wstępny raport. 

- I co? 
- Zatrucie pokarmowe. - Urwał. - Jedyną podejrzaną rzeczą były 

lekkie otarcia na ramionach. 

- Spowodowane...? 
- Nie wiadomo. Sam się zastanawiałem... Sznury? 
- Ale koroner tego nie stwierdził? 
-  Nie.  -  Galen  wzruszył  ramionami.  -  Tak  czy  owak,  ciało  wy-

dano, jutro pogrzeb. 

- Przyjedzie jej syn? 
-  Przypuszczam,  że  tak.  To  rodzinne  miasto  jego  matki. 

background image

 

57 

Dlaczego pytasz? 

- Chciałabym go poznać i złożyć kondolencje. 
- Co takiego? Składanie kondolencji rodzinie kogoś, kto usiłował 

cię zabić, to chyba wyjątkowo kiepski pomysł. 

- Nie wierzę, że próbowała mnie zabić. Myślę, że jej syn chętnie 

się  dowie,  co  mówiła  o  ich  wzajemnych  relacjach.  To  pomaga  w 
takich chwilach. Chcę iść na pogrzeb. 

-  Dobrze.  Dowiem  się  gdzie  i  kiedy.  Dziwi  mnie  tylko,  że  od-

wlekasz pracę nad czaszką. 

- Pociecha dużo znaczy dla pogrążonych w żałobie. To koszmar. 

Nikt nie wie o tym lepiej niż ja. 

- Słyszałem - powiedział z powagą Galen. - Twoja Bonnie. 
-  Moja  Bonnie.  -  Podjechali  pod  dom,  Eve  wysiadła  z 

samochodu.  -  Melton  zadzwonił  do  szpitala  i umówił  się ze  mną  na 
pierwszą, pójdziemy do kościoła. Idziesz z nami? 

-  Nie  darowałbym  sobie  tego.  -  Galen  patrzył,  jak  Eve  otwiera 

drzwi  frontowe,  a  potem  wszedł  do  holu.  Rozejrzał  się  i  ruszył  po 
schodach, Eve tuż za nim. - Szkielety to moja specjalność. Mogę się 
rozejrzeć po sypialni? Byłem tu wcześniej i trochę posprzątałem, ale 
czułbym się lepiej, gdybym jeszcze raz sprawdził. 

- Sprzątnąłeś cały ten bałagan? 
-  No  cóż,  twoja  gospodyni  nie  mogła  się  tym  zająć.  Nie 

chciałem, żebyś musiała to oglądać. 

- Dziękuję. To bardzo uprzejme z twojej strony. 
-  Jestem  uprzejmy.  -  Otworzył  drzwi  sypialni  i  rozejrzał  się 

wokół.  -  Moja  mama  zawsze  powtarzała,  że  jeśli  chcesz  dobrze 
radzić sobie w świecie, musisz robić innym to, co oni tobie. 

- To przysłowie brzmi chyba trochę inaczej. 
- Ale w wersji mamy ma więcej sensu. - Wyszedł na balkon i się 

rozejrzał.  -  Chyba  wszystko  w  porządku.  Odpocznij.  Sprawdzę 
jeszcze łazienkę i parter, a potem przygotuję ci lekki lunch. 

- Nie jestem kaleką. Sama się tym zajmę. 
-  Chcesz  mnie  pozbawić  pracy?  Jak  mogę  być  degustatorem 

żywności  królowej,  jeśli  sama  będzie  przygotowywała  posiłki?  - 
Ruszył  do  drzwi.  -  Przy  okazji:  wprowadziłem  się  do  sąsiedniej 
sypialni. Sprawdziłem,  że przez te papierowe ściany  słychać  niemal 

background image

 

58 

wszystko. Mam nadzieję, że nie chrapiesz... 

Kilka  minut  później  usłyszała  jego  kroki  na  schodach.  Raz 

jeszcze  zerknęła  na  kościół.  Trudno  jej  było  oderwać  wzrok  od  tej 
budowli. Fakt, że taki stary budynek zwraca na siebie uwagę, uznała 
za  naturalny,  poza  tym  była  to  ostatnia  rzecz,  którą  miała  przed 
oczami,  kiedy  myślała,  że  zaraz  umrze.  W  rezultacie  kościół 
zdominował jej wyobraźnię. 

Zeszła z balkonu. Szerokie  łóżko wydawało się bardzo kuszące. 

Dziwne,  że  była  aż  tak obolała  i  osłabiona.  Wychodząc  ze  szpitala, 
sądziła,  że  szybciej  dojdzie  do  siebie.  Powinna  zignorować 
zmęczenie i wziąć prysznic.  Z pewnością poczuje się wtedy o wiele 
lepiej. 

Może krótka drzemka... 
 
-  Buty  zrobiła  Norton  Shoe  Company.  -  Carol  Dunn  rzuciła 

raport na biurko Joego. - To firma z południowego wschodu, ma filie 
w Alabamie i Luizjanie. 

- Dystrybucja? - spytał Joe. 
-  Rozległa  sieć  w  obu  stanach  i  nieco  mniej  rozbudowana  w 

Georgii. Przez  te liche podeszwy  buty  nie są drogie,  więc nieźle  się 
sprzedają. 

- Cudownie. A ślady opon? 
- Firestone Affinity HP, piętnastki. Standard w nowych saturnach 

L-300. 

-  Dzięki,  Carol.  -  Joe  zerknął  w  raport.  -  Jestem  ci  winien 

przysługę. 

-  A  sobie  solidny  wypoczynek  -  powiedziała.  -  Jane  kazała  mi 

dzisiaj wcześniej zwolnić cię do domu. 

-  Już  idę.  -  Wstał  i  skierował  się  do  drzwi.  -  Czy  mogłabyś  do 

niej  zadzwonić?  Powiedz  jej,  że  przyniosę  chińskie  żarcie,  ale  po 
drodze muszę jeszcze gdzieś wstąpić? 

- Tchórz. 
-  Masz  rację.  To  twardzielka.  -  Zatrzymał  się.  -  Czy  George 

Capel dzwonił, kiedy mnie nie było? 

Carol pokręciła głową. 
- Nie masz zaufania do poczty głosowej? 

background image

 

59 

- Staroświecki ze mnie facet. Nie wierzę w te wymyślne gadżety. 
- I miałeś nadzieję, że się zepsuła. 
-  Od  tygodnia  nie  pokazał  się  w  laboratorium  DNA.  Byłem  u 

niego  w  domu:  poczta  zbiera  się  pod  drzwiami,  a  nie  wstrzymał 
dostawy prasy. 

-  Nie  brzmi  to  najlepiej,  ale  może  zwyczajnie  się  urwał.  To  się 

zdarza. 

- Tak, wiem. Ale chyba czas na rozmowę z sąsiadami. 
-  Dobrze,  zadzwonię  do  Jane  -  powiedziała  Carol.  -  Tylko  nie 

zapomnij o chińskim żarciu. 

Joe  skinął  głową  i  pomachał  jej,  wychodząc  z  biura.  W  drodze 

do auta zadzwonił do Logana. 

- Galen się odzywał? 
-  Zasadniczo nie  składa  mi  raportów,  chyba że  ma powody.  On 

sam sobie jest szefem. 

- A więc nie wiesz, co z nią. 
-  Wiedziałbym,  gdyby  pojawił  się  jakiś  problem.  Jest  przy  niej 

Galen. 

Ale nie on. To doprowadzało Joego do szaleństwa. 
- Możesz go poprosić o stałe raporty? 
- Galen działa w inny sposób. 
- Niech to zmieni, do cholery. 
- Sam prosiłeś o Galena, Quinn. 
Bo  był  najlepszy,  co  nie  oznaczało,  że  niezależność  Galena  nie 

doprowadza Joego do szewskiej pasji. Chciał wiedzieć. 

- Jak ci idzie? - spytał Logan. 
-  Nieźle,  jestem  zajęty.  (Za  mało.  Trzy  dni  od  wyjazdu  Eve 

ciągnęły  się  w  nieskończoność).  -  Usiłuję  dorwać  Capela.  Naj-
wyraźniej zniknął. 

- Myślisz, że zapłacili mu za wysłanie Eve tego raportu i wyjazd 

z miasta? 

- Możliwe. Nie usiłował  naciągnąć mnie na większą sumę, więc 

musi mieć inne źródło. 

- Jakieś sugestie? 
- Ktoś chciał skrzywdzić mnie albo Eve. Zapewne mnie. Ona nie 

ma wrogów, ja dziesiątki. 

background image

 

60 

- Zdumiewające - mruknął Logan. 
- A ty nie masz? 
Logan zignorował pytanie. 
- Dam ci znać, kiedy Galen się odezwie. 
- Może powinienem do niego zadzwonić. Nie, lepiej nie. 
- Właśnie. Nie chciałbyś, żeby Eve wiedziała, że ją sprawdzasz. 

Jak tam Jane? 

- Świetnie. Lepiej niż na to zasługuję. 
- Zgadzam się. Do widzenia, Quinn. 
Joe  rozłączył  się  i  uruchomił  silnik.  Postanowił  wypytać 

sąsiadów  Capela,  a  następnie  pojechać  do  domu,  do  Jane.  I  nie 
myśleć przez cały czas o Eve, znajdującej się setki kilometrów dalej, 
w Baton Rouge. 

Filie w Alabamie i Luizjanie. 
Luizjana... 
Żadnych  pochopnych  wniosków.  Profanacja  grobu  nie  musiała 

mieć nic wspólnego z pracą Eve w Baton Rouge. Nie podobał mu się 
jednak kształt, jaki zaczynało przybierać to śledztwo. 

Żałował, że nie może się skontaktować z Galenem bez powiada-

miania o tym Eve. 

Rób,  co  trzeba,  pomyślał.  Znajdź  Capela  i  człowieka,  który  go 

przekupił.  Sprawdź  jeszcze  opony.  Uszczęśliwiaj  Jane.  Postaraj  się 
nie wskakiwać do samolotu i nie lecieć do Baton Rouge. 

I miej nadzieję, że czas zagoi ranę, którą zadałeś Eve. 
 
-  Zasnęłam.  -  Eve  schodziła  po  schodach,  usiłując  przygładzić 

potargane włosy. - Na litość boską, już piętnaście po piątej. Dlaczego 
mnie nie obudziłeś? 

- To jasne. Musiałaś się wyspać. - Galen uśmiechnął się do niej. - 

A  ja  potrzebowałem  czasu  na  przygotowanie  niezwykle  udanego 
posiłku. 

- Muszę iść do kościoła. Melton się nie pojawił? 
- Był na czas. Spławiłem go. 
- Nie miałeś prawa. 
- Powiedziałem, żeby spotkał się z nami przed kościołem o szós-

tej.  -  Spojrzał  na  zegarek.  -  Masz  czterdzieści  pięć  minut  na  zje-

background image

 

61 

dzenie  mojej  doskonałej  potrawy.  -  Wskazał  ręką  jadalnię.  -  Nie 
lubię  jadać  w  pośpiechu;  człowiek  nie  docenia  posiłku.  Tym  razem 
jednak się zgodzę. 

- Powinieneś był mnie obudzić. 
- Tracisz czas. Przecież nie chcemy, żeby twój szacowny senator 

na nas czekał. 

Ruszyła za nim. 
- Już musiał czekać wiele godzin. 
Galen uśmiechnął się do niej. 
-  Zasłużył  na  to.  -  Posadził  ją  przy  stole,  strząsnął  serwetę  i 

ułożył ją na kolanach Eve. - Spróbuj sałatki ze szpinaku. 

-  Mowy  nie  ma!  -  Aż podskoczyła  na krześle.  -  Galen,  chcę  się 

spotkać  z  Meltonem.  Zresztą  i  tak  nie  dałabym  rady  tego  zjeść. 
Ciągle mnie boli żołądek. 

- Cóż ze mnie za głupek. Jasne, że nie możesz. Dałem się porwać 

swojemu kulinarnemu geniuszowi. No dobrze może zrobię ci trochę 
zupy, kiedy wrócimy z kościoła. 

- Mogę dzisiaj nie wrócić. Często pracuję po nocy. 
- Ale może wrócisz. Nadal jesteś trochę blada. 
- Galen... 
-  Przepraszam,  nie  chcę  ci  się  narzucać.  Czasem  wykorzystuję 

okoliczności,  żeby  przeforsować  swój  punkt  widzenia,  ale  szanuję 
twoją wolną wolę. 

- Naprawdę lubisz gotować? 
-  Jedzenie  to  jedna  z  największych  życiowych  przyjemności. 

Przy dobrej kolacji można zapomnieć o najprzykrzejszych sprawach. 

W  życiu  Galena  było  ich  pewnie  mnóstwo.  Przeniosła  wzrok  z 

białego  obrusa  z  adamaszku  na  jaskrawozielone  świece  i  delikatną 
porcelanę.  Bardzo  się  to  różniło  od  miłego  posiłku  w  kuchni  przed 
dwoma dniami. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  właśnie  o  to  chodziło  Galenowi. 

Nie chciał przypominać jej o Marie Letaux i ostatnim posiłku. 

-  To,  co  przygotowałeś,  z  pewnością  jest  pyszne.  Dziękuję, 

Galen. 

-  Nie  ma  za  co.  Szkoda,  że  muszę  jeszcze  trochę  poczekać,  za-

nim  będziesz  mogła  to  docenić.  -  Ujął  ją  za  ramię.  -  Chodźmy  do 

background image

 

62 

kościoła, przestaniesz się denerwować. 

 
Ku  zdumieniu  Eve  okazało  się,  że  Melton  już  czeka  na  nich 

niecierpliwie przed kościołem. 

-  Przyszli  państwo  wcześniej,  to  dobrze.  Już  pani  lepiej?  Galen 

twierdził, że nie czuje się pani za dobrze. 

-  O  wiele  lepiej.  -  Spojrzała  w  kierunku  wrót  kościoła.  -  Spo-

dziewałam się pana w środku. 

- Nie mam klucza. Czekam  na... O, już jest - wskazał wzrokiem 

zbliżającego się ku nim  jasnowłosego mężczyznę. - To Rick Vadim. 
Będzie pani pomagał. Rick, to pani Duncan. 

Młody człowiek skinął głową i uśmiechnął się do Eve. 
- Miło mi panią poznać. 
-  Witam.  Mnie  także  -  uścisnęła  mu  dłoń.  -  To  Sean  Galen.  - 

Jest... 

- Asystentem pani Duncan - wtrącił Galen. - Ułatwiam jej życie. 
-  No  to  będzie  nas  dwóch  -  oświadczył  z  powagą  Rick.  -  To 

także moje zadanie. 

-  Rick  ma  pomagać  pani  Duncan  we  wszystkim  -  powiedział 

Melton. 

- Jest pan antropologiem sądowym? - spytała Eve. 
-  Nie,  nie  mam  naukowego  przygotowania.  Ale  dobrze  sobie 

radzę w zdobywaniu  tego,  co  potrzebne  i  ułatwianiu  innym  życia.  - 
Otworzył wrota. - Chce pani zobaczyć czaszkę? 

-  Po to tu jestem.  -  Eve zajrzała do  przedsionka.  Podświadomie 

spodziewała  się,  że  wnętrze  kościoła  będzie  zakurzone,  ale  okazało 
się nieskazitelnie czyste. - Gdzie ona jest? 

-  W  głównej  kaplicy  -  Rick  wskazał  łukowate  drzwi.  -  Tędy, 

proszę. 

- W kaplicy? 
-  Z  szacunku  -  odparł  Rick.  -  Czytałem  sporo  o  pani  pracy  i 

wiem, że pani okazuje szacunek tym, którzy odeszli. 

-  Tak,  ma  pan  rację.  Ale  wątpię,  czy  będę  mogła  pracować  w 

pańskiej kaplicy. Potrzebuję stołu, postumentu i dużo światła. 

-  Już  przygotowałem  pracownię.  Myślę,  że  się  pani  spodoba.  - 

Otworzył drzwi. - Tu jest czaszka. 

background image

 

63 

Olbrzymia czarna trumna. 
Eve  zatrzymała  się  w  drzwiach  i  wbiła  spojrzenie  w  skrzynię. 

Trumna zdominowała niewielkie prezbiterium. 

- Zaczekam tutaj - powiedział Melton. 
Eve także nie miała wielkiej ochoty podchodzić bliżej. 
-  Myślałam,  że  czaszka  została  już  wyjęta  z  trumny.  Nie  spo-

dziewałam się... trumna jest bardzo... duża. 

-  Zaprojektowano  ją  tak,  żeby  chroniła  zwłoki  przed  dalszym 

zniszczeniem  i  rozkładem.  Chcieliśmy  mieć  pewność,  że  czaszka 
będzie w doskonałym stanie - odparł z przejęciem Rick. - Naprawdę 
mi  przykro,  że  reszta  szkieletu  trafiła  w  niewłaściwe  miejsce.  Nie 
było mnie tu, kiedy to się stało. 

-  Trafiła  w  niewłaściwe  miejsce?  -  powtórzyła  Eve.  -  Ja  bym 

użyła innego określenia. 

-  Mnie  także  wydaje  się  to  niewiarygodne.  Cała  ta  sprawa  jest 

dziwna. Ale to nie mój interes. Ja mam pilnować, żeby już nic więcej 
się  nie  stało.  -  Rick  zatrzymał  się  przy  trumnie.  -  Mówiono  mi,  że 
czaszka jest w bardzo dobrym stanie. - Otworzył wieko i się cofnął. - 
Co pani o tym sądzi? 

-  Sądzę,  że  potrzebuję  światła.  Ledwie  widzę.  Tu  jest  zbyt 

ciemno. 

- Przepraszam. - Rick w pośpiechu zapalił świecę na ołtarzu. - W 

pracowni, którą dla pani przygotowałem, jest znakomite światło. Nie 
wiedziałem,  że  będzie  pani  chciała  dokładnie  przyjrzeć  się  czaszce 
już tutaj. Mogłem pomyśleć... 

Był tak przygnębiony, że Eve stłumiła zniecierpliwienie. 
-  Nic  się  nie  stało,  Rick.  Jeśli  będzie  jakiś  problem,  zabiorę 

czaszkę do domu. 

- Nie, proszę tego nie robić. Daję słowo, że w pani pracowni jest 

wszystko, czego  potrzeba -  zapewnił  ją.  -  Senator  nalega,  aby prace 
były prowadzone tutaj. 

- Dlaczego? - zapytał Galen. 
-  Bo  jesteśmy  na  wyspie.  Senator  Melton  bardzo  się  przejął 

zaginięciem  szkieletu.  Chce,  aby  pani  Duncan  była  całkiem  bez-
pieczna,  a  ochrona,  którą  wynajął,  twierdzi,  że  o  wiele  łatwiej  jest 
strzec  kościoła  niż  innych  obiektów.  Obiecuję  zrobić  wszystko,  co 

background image

 

64 

się da, żeby pani było tu wygodnie. 

-  To  będzie  wymagało  trochę  wysiłku.  -  Galen  podszedł  do 

trumny  z  kieszonkową  latarką.  -  Strasznie  tu  zimno.  Pewnie 
wszędzie jest wilgoć. 

- W pracowni jest bardzo ciepło. 
- W porządku - mruknęła z roztargnieniem Eve, wpatrując się w 

czaszkę. Nadal niemal nic nie widziała, ale kieszonkowa latarka była 
lepsza  niż  nic.  Choć  czaszka  poczerniała  od  ognia,  wydawała  się 
nietknięta, tyle że brakowało zębów i szczęka była przestawiona. Eve 
nie  dostrzegła  jednak  żadnych  widocznych  ubytków  ani  pęknięć.  I 
dobrze. 

-  To  mężczyzna.  Biały.  Czaszka  jest  w  zdumiewająco  dobrym 

stanie. Będę mogła nad nią popracować. 

-  Trochę  go  poturbowano.  -  Galen  wskazał  na  szczękę.  -  I  bra-

kuje zębów. Musiał dostać niezły wycisk. Przypomina mi się ten film 
o gladiatorze. 

-  Cicho  bądź,  Galen  -  powiedziała  Eve.  -  Nie  mogę  się  niczym 

sugerować  w  swojej  pracy.  Nie  chcę,  żeby  miał  twarz  Russella 
Crowe’a. 

-  Świetny  film.  -  Galen  zerknął  na  Ricka  i  mrugnął.  -  Później, 

kiedy nie będzie jej z nami, powie mi pan, kto to jest, pana zdaniem. 

Rick uśmiechnął się i pokręcił głową. 
-  Wiem  tyle  co  i  pan.  Mogę  się  tylko  domyślać.  -  Popatrzył  na 

Eve. - W pracowni  jest postument  i dwa stoły do pracy. Rozumiem, 
że na końcu będzie pani potrzebowała wideo  i komputera. Jestem  w 
kontakcie  z  wydziałem  medycyny  sądowej  na  Uniwersytecie 
Luizjany,  chyba  to  załatwili.  Kiedy  będzie  pani  gotowa,  przyniosę 
czaszkę. 

Najwyraźniej  chciał  wyciągnąć  ją  z  kaplicy,  aby  jak  najprędzej 

mogła przystąpić do  pracy.  Jego  gorliwość  była  urocza,  ale Eve  nie 
miała jeszcze ochoty odchodzić od czaszki. 

- Galen, może pójdziesz z Rickiem i obejrzysz pracownię, a ja w 

tym czasie bliżej przyjrzę się czaszce? 

-  Jasne.  -  Galen  podał  jej  latarkę.  -  Nie  jest  to  najciekawsze 

zadanie, ale urodziłem się, żeby służyć innym. 

-  Dzięki.  -  Rzuciła  wiązkę  światła  na  czaszkę  i  obejrzała  jamę 

background image

 

65 

nosową. - Z pewnością to biały. 

- Chodźmy, Rick. Nie jesteśmy tu mile widziani. 
Eve ledwie zdawała sobie sprawę z tego, że odeszli,  i że została 

w kaplicy sama. Nie miało to znaczenia. Już nie odczuwała żadnego 
niepokoju. Teraz interesowała ją tylko czaszka. To był jeszcze jeden 
zaginiony.  Nieważne,  czy  Bently,  czy  jakiś  biedny  włóczęga.  Z 
pewnością  czyjaś  ofiara,  jak  choćby  mała  Carmelita,  której 
rekonstrukcję  niedawno  zakończyła.  Sądząc  ze  stanu  czaszki,  zęby 
najprawdopodobniej  wyrwano  po  śmierci.  Był  z  pewnością  ofiarą 
zbrodni. 

Czas się poznać. Eve delikatnie dotknęła kości policzkowej. 
Jak  mam cię nazwać?  Wiedziała, że komuś z zewnątrz mogłoby 

się  to  wydawać  zupełnym  wariactwem,  ale  nadawała  imiona  im 
wszystkim.  Każdy  przecież  miał  jakąś  historię  i  życie.  Wszyscy  się 
śmiali,  wszystkich  ktoś  kochał,  również  tego  biednego  pobitego 
wojownika. Jak widać, nie wygrał ostatniej bitwy, ale miała nadzieję, 
że zdarzało mu się to wcześniej. 

- Victor? Niezłe imię. - Pokiwała głową. - Mnie pasuje. - Ostroż-

nie opuściła ciężkie wieko. - Do zobaczenia jutro, Victorze. Zobaczę, 
czy zdołam sprowadzić cię do domu. 

-  Gotowa?  -  W  progu  stał  Galen.  -  Rick  naprawdę  się  postarał. 

Pracownia jest świetnie wyposażona, ciepła i pełna światła. Czysto i 
lśniąco jak w kwaterach marines. Chcesz zobaczyć? 

Już  miała  tam  iść,  gdy  nagle  zmieniła  zdanie.  Cholera,  energia 

opuszczała ją w zastraszającym tempie! 

- Nie, wierzę ci. Zobaczę ją jutro, kiedy się tam przeniosę. 
- Jutro? 
-  No  dobra,  miałeś  rację,  nie  jestem  jeszcze  w  pełni  zdrowa. 

Sądziłam,  że  zacznę  dzisiaj,  ale  czuję  się  zbyt  zmęczona.  Jestem 
jeszcze  bardzo  słaba.  -  Skrzywiła  się  pod  wpływem  bólu.  -  Mam 
nadzieję,  że do  jutra  wrócą mi  siły.  Mimo  tej długiej drzemki  nadal 
strasznie chce mi się spać. 

- No to idź do łóżka. Cieszę się, że nie zaczniesz pracy dzisiaj. 
-  Już  ją  zaczęłam.  -  Eve  popatrzyła  przez  ramię  na  czarną 

trumnę. - Jednak żeby  móc używać  sprzętu i zrobić pomiary,  muszę 
mieć  wypoczęty  i  otwarty  umysł.  Victor  poczeka  jeszcze  kilka 

background image

 

66 

godzin. 

- Victor? 
- Czaszka. 
-  Och!  -  Galen  nie  patrzył  na  nią,  kiedy  szli  nawą.  -  Nie 

chciałbym być niegrzeczny, ale często gadasz z czaszkami? 

-  Nie.  -  Popatrzyła  na  niego  niewinnie.  -  Jestem  bardzo 

wybredna. 

-  To  mi  nie  przeszkadza.  Tak  tylko  pytałem.  -  Jego  wzrok 

powędrował  do  Ricka  i  Meltona  przy  wejściu.  -  Rick  wydaje  się 
miłym facetem. I bystrym. Chodził do szkoły na Północy. 

- To mnie nie dziwi. Mówi jak jankes. Gdzie się uczył? 
- W Notre Dame. Zagorzały kibic futbolu. 
-  Jak  wszyscy  stamtąd.  Wygląda  jak  typowy  amerykański  chło-

pak,  ma  takie  jasne  włosy  i  różowe  policzki.  -  Zmieniła  temat:  - 
Dowiedziałeś się, o której jest pogrzeb Marie? 

- O jedenastej. Nadal się wybierasz? 
Kiwnęła głową. 
-  Zacznę  wcześnie  rano,  potem  zrobię  sobie  przerwę  i  pójdę  na 

pogrzeb.  -  Kiedy  wyszli  z  kościoła,  wyciągnęła  rękę  do  Ricka.  - 
Dziękuję za wszystko. Do zobaczenia rano, jak sądzę. 

-  Z  przyjemnością.  -  Uścisnął  jej  dłoń.  -  Wszystko  przygotuję. 

Zauważyłem, że czaszka jest trochę brudna, ale jej nie ruszałem. 

- I bardzo dobrze. Nie wolno ryzykować dalszych zniszczeń. 
- Jasne. - Z powagą pokiwał głową. - Mam zrobić coś jeszcze? 
Jezu, był męczący, jednak ta dziecinna gorliwość wydała się Eve 

wręcz słodka. 

- Nie jestem szczególnie wymagająca. Wystarczy, że będę mogła 

w spokoju wykonywać swoją pracę. 

Rick uśmiechnął się do niej. 
- Nikt nie będzie pani przeszkadzał, obiecuję. - Odwrócił się do 

Galena. - Miło mi było pana poznać, szanowny panie. 

Galen wydawał się szczerze zdumiony. 
-  Do  zobaczenia,  Rick  -  odpowiedział.  -  Hm...  „szanowny 

panie”... - mruknął, kiedy wraz z Eve wychodził z kościoła. - Aż tak 
się postarzałem? 

- Rzadko spotyka się dziś takie uprzejmości. Myślę, że to bardzo 

background image

 

67 

miłe. 

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 
- Ile masz lat, Galen? 
- Trzydzieści siedem. 
-  To  już  się  załapujesz.  -  Nagle  odwróciła  się  do  Ricka,  który 

nadal rozmawiał z Meltonem. - Rick? 

Urwał w pół słowa i spojrzał na nią. 
- Potrzebuje pani czegoś? 
-  Zabij  smoka  i  znajdź  świętego  Graala  -  burknął  sarkastycznie 

Galen. 

Eve go zignorowała. 
-  Gdzie pan  był  przedwczoraj  wieczorem,  kiedy  chciałam  wejść 

do kościoła? 

- Pani już tu była? - Rick zmarszczył brwi. 
-  Pierwszego  wieczoru  po  przyjeździe.  Przyszłam  tu  i  stukałam 

do drzwi. Nikt nie odpowiadał. 

-  Bo  nikogo  nie  było.  Pojechałem  na  Uniwersytet  Luizjany 

załatwić  sprzęt  wideo.  Wróciłem  dopiero  wczoraj  rano.  Otworzył-
bym, gdybym był w kościele. 

- Nie było nikogo innego? 
Pokręcił głową. 
- Tylko ochrona na terenie. Pewnie domyślili się, że nie jest pani 

intruzem. Myślała pani, że ktoś naprawdę jest w środku? 

- Nie, właściwie nie. Po prostu wydawało mi się... Nieważne. Do 

zobaczenia  rano.  -  Odwróciła  się  do  Meltona.  -  Do  widzenia, 
senatorze. 

-  Rozumiem,  że  przyjmuje  pani  zlecenie?  Nie  byłem  pewien. 

Jestem ogromnie wdzięczny. 

- Nie robię tego dla pana, tylko dla rodziny tego człowieka. 
-  Mimo  to  jestem  wdzięczny.  -  Uśmiechnął  się.  -  Cieszę się,  że 

wszystko dobrze się skończyło. Ma pani mój numer telefonu, w razie 
jakichkolwiek problemów proszę dzwonić. 

- Tego może być pan pewien. Idziemy, Galen. 
Ruszyli w kierunku mostu. 
-  Czy  masz  powody  sądzić,  że  ktoś  tu  był  tamtego  wieczoru?  - 

spytał Galen. 

background image

 

68 

- Nie, to tylko przeczucie. 
- Może to duch naszego gladiatora - zachichotał. 
- Nie wierzę w duchy. 
- To chyba dobrze. Bo mając do czynienia z tak wieloma szkiele-

tami, pewnie byś zwariowała. 

Spojrzała gdzieś w bok. 
- A ty wierzysz w duchy? 
-  Nie  neguję  ich  istnienia.  Myślę,  że  wszystko  jest  możliwe. 

Trzeba mi tylko to udowodnić. - Uśmiechnął się.  - Jak  na razie nasi 
niematerialni przyjaciele nie raczą mi się ukazywać. 

- Umysł widzi, co chce widzieć. To tylko wyobraźnia... albo sny. 
- Sny? 
- I nie nazywaj go gladiatorem - zmieniła temat. 
- Słusznie. On ma na imię Victor. Tak go nazwałaś? 
Ponownie  popatrzyła  na  kościół.  Melton  i  Rick  musieli  wrócić 

do środka. Drzwi były zamknięte, a wrota otaczała ta sama atmosfera 
tajemniczości, którą wyczuwała już tamtego pierwszego wieczoru. 

Cóż,  sekrety  należy  rozwiązywać,  jutro  zamierzała  się  do  tego 

zabrać. 

- Tak, ma na imię Victor. 
 
- Zrobisz to? - zapytał Joe. - Proszę cię tylko o jedno popołudnie. 

Pojedź ze mną do sąsiadów Capela i niech opiszą ci tego faceta. 

-  Nie  wciskaj  mi  głupot.  Zawsze  tak  się  to  zaczyna.  -  Lenny 

Tyson  dostawił  kreski  obok  rozszerzonych  nozdrzy  kobiety  na 
swoim  szkicu. - Potem wychodzi z tego całe zadanie, a jestem teraz 
zawalony robotą. Wiesz przecież, Joe. 

- Zrób mi tę przysługę, Lenny. 
- Dlaczego? - Tyson spojrzał  na niego znad szkicu. - To seryjny 

zabójca czy co? 

Joe potrząsnął głową. 
-  To  nie  jest  sprawa  wydziału,  tylko  osobista.  Zapłacę  ci  za 

portret dwa razy więcej niż oni. Dwóch sąsiadów widziało George’a 
Capela  na  dwa  dni  przed  zniknięciem.  Wchodził  do  mieszkania  ze 
szczupłym,  czarnowłosym  mężczyzną  około  trzydziestki.  Wyszli 
kilka godzin  później  i  razem  odjechali.  Tego  samego  dnia  widziano 

background image

 

69 

Capela  w  banku,  w  którym  wynajmował  skrytkę  depozytową.  To-
warzyszył mu ten sam człowiek. To było niemal tydzień temu. 

- Chcesz, żebym narysował portret tego mężczyzny? 
- Proszę, Lenny. Ile to zajmie? 
- Zależy od pamięci sąsiadów. - Tyson odchylił się na krześle. - 

Siedem dni to szmat czasu. Dobrze, że pamiętają kolor włosów i jego 
wzrost. Jak podobny ma być? 

- Chcę go porównać ze zdjęciami policyjnymi. 
- O kurczę. Ciężko będzie. 
- Zrobisz to dla mnie? 
- Dwa razy tyle, ile płaci wydział? 
- Trzy razy. 
Lenny westchnął, wstał i złapał szkicownik. 
- Chodźmy. 
 

Rozdział szósty 

 

Kiedy  Eve weszła do  pracowni  o  siódmej  rano,  czaszka Victora 

spoczywała na postumencie. 

- Mówiłem, że wszystko przygotuję. - Rick był rozpromieniony. 

- To pani stoły do pracy, a ten postument pożyczyłem od rzeźbiarza z 
Baton Rouge. Nadaje się? 

- Bardzo ładny. 
- A sprzęt wideo? 
-  Później  sprawdzę.  To  ostatni  etap  pracy.  -  Eve  postawiła 

skrzynkę  na stole.  -  Jeśli  przyniesie  mi  pan kilka ręczników  i  miskę 
wody, będę mogła zacząć. 

-  Zupełnie  jakbyś  miała  operować  albo  odbierać  poród.  -  W 

drzwiach stanął Galen. Chichocząc, Rick wyszedł z pracowni. 

-  Bo  to  trochę  przypomina  jedno  i  drugie.  -  Eve  podwinęła 

rękawy  obszernej  białej  koszuli.  -  Zastanawiam  się,  gdzie 
podziewałeś się rano. 

-  Przyglądałem  ci  się  z  balkonu,  kiedy  wychodziłaś  z  domu.  A 

przez większość nocy rozmawiałem przez telefon. 

- Dlaczego tak długo? 

background image

 

70 

-  Sprawdzałem,  co  w  trawie  piszczy.  Melton  jest  jak  dla  mnie 

zbyt  oślizgły.  Zadzwoniłem  do  paru  informatorów.  Wydaje  się, 
jednak  nie  kłamie.  Bently  faktycznie  zniknął  dwa  lata  temu, 
wszystko,  co  ci  o  nim  powiedziano,  ma  potwierdzenie  w  faktach. 
Wzorowy  obywatel,  mąż  i  ojciec.  Wygląda  na  to,  że  faktycznie  był 
miłym  facetem.  Szeryf  Bouvier  to  szanowany  policjant  i 
rzeczywiście przekazał szkielet Meltonowi. 

- Szkielet? 
- Bouvier nic nie wiedział o zaginięciu szkieletu. Melton obiecał 

mu  że  szybko  znajdzie  specjalistę  od  DNA  i  po  cichu  zwróci 
szczątki.  Kiedy  oznajmiłem  Bouvierowi,  że  kilku  części  może 
brakować,  wpadł  w  szał.  To  on  za to odpowiada.  Gdy  się  uspokoił, 
powiedział,  że skontaktuje się  z senatorem  i  że Melton z pewnością 
użyje  swoich  wpływów,  by  szkielet  odnaleziono  i  oddano  jak 
najszybciej. Cały czas wychwalał Meltona pod niebiosa. Jest po jego 
stronie. 

- Wydajesz się rozczarowany prawdomównością Meltona. 
Galen wzruszył ramionami. 
- Mam złe przeczucia. 
- Jeśli będą jakieś kłopoty, zawsze mogę przerwać pracę i jechać 

do domu. 

Ona  jednak  tego  nie  chciała.  Nie  miała  zamiaru  wracać,  bo 

musiałaby stawić czoło sytuacji, od której uciekła. Chciała pracować 
aż do utraty sił albo jeszcze intensywniej. 

-  To  może  jednak...  Mogę  sprawdzić,  czy  uda  mi  się  zarezer-

wować dla nas bilety do Atlanty. 

- Dla nas? 
-  Ja  też  nie  skończyłem  pracy.  Zostanę  z  tobą,  dopóki  się  nie 

upewnię, że nic ci nie grozi. 

- Nie zamierzam zbyt długo chodzić z ochroniarzem, Galen. 
- Będziesz, dopóki się nie upewnię. No to co z tymi biletami? 
Eve zaczęła się zastanawiać. Nie lekceważyła intuicji Galena, ale 

też  nie  miała  szczególnych  powodów,  by  zakładać,  że  nie  zdoła  w 
spokoju  dokończyć  pracy.  Co  prawda  to  zatrucie  należało  uznać  za 
bardzo  niepokojące,  ale  teraz  była  dobrze  strzeżona  przez  Galena  i 
ludzi, których widziała tego ranka na terenie kościoła. 

background image

 

71 

Nie  podobało  jej  się  też,  że  mordercy  -  komuś  takiemu  jak  ten 

zabójca gospodyni z opisu Galena - ujdzie na sucho ta zbrodnia. Nie 
można ukarać sprawcy bez identyfikacji ofiary - i to było jej zadanie. 

-  Na  razie  nie  kupuj,  jeszcze  nie  mam  powodu  do  wyjazdu.  - 

Znowu  popatrzyła  na  czaszkę.  -  Zostaw  mnie  samą  na  jakiś  czas. 
Muszę się wziąć do pracy. 

-  Nieźle  uwalana.  -  Galen  dotknął  błota  na  czole  Victora.  - 

Dziwnie to wygląda, prawda? 

- Zwykła ziemia. - Wzruszyła ramionami. 
- Zdołasz to wszystko zeskrobać? 
-  Większość.  Nie  będę  wydłubywała  ziemi  ze  wszystkich  za-

głębień. Mogłabym uszkodzić czaszkę. - Zniecierpliwiona, machnęła 
ręką.  -  Idź  już.  Chcę  zrobić  jak  najwięcej,  zanim  pojedziemy  na 
pogrzeb Marie. 

- Jednak nie rezygnujesz? 
-  Jasne  że  nie.  Po  pierwsze,  to  mógł  być  wypadek.  Po  drugie, 

nawet  jeśli  nie,  może  ktoś  dorzucił  czegoś  do  składników  przynie-
sionych przez Marie. Jeśli była niewinna, została zabita dlatego, żeby 
nic  nie  powiedzieć  albo  żeby  moje  zatrucie  wydawało  się 
przypadkowe. Przykra myśl, co? 

-  Morderstwo  jest  jeszcze  bardziej  przykre.  -  Galen  uśmiechnął 

się  do  niej.  -  Ale  ty  chcesz  myśleć  o  Marie  jak  najlepiej.  No  to 
pójdziemy na ten pogrzeb. Nic złego się nie stanie. 

Po  wyjściu  Galena  Eve  skupiła  uwagę  na  Victorze  i  zaczęła 

ostrożnie usuwać zanieczyszczenia z czaszki. 

Dziwna, zaschnięta maź, przypominająca błoto. 
Znieruchomiała, wpatrując się w te zabrudzenia. Faktycznie były 

dziwne.  Drobniutkie  białe płatki  tkwiły  w gęstej,  czarnej  substancji, 
która w rezultacie wyglądała na jaśniejszą. 

Wszystko  jedno.  Może  tutejsza  ziemia  ma  właśnie  takie  właś-

ciwości.  Jeśli  nie,  z  pewnością  policja  już  to  zauważyła.  To  nie  jej 
sprawa. Zeskrobać to i do roboty, pomyślała. 

Syn Marie Letaux, Pierre, był wysoki i przystojny. Wydawał się 

wyraźnie  załamany  śmiercią  matki.  Po  ceremonii  żałobnej  w  nie-
wielkim kościele,  kiedy  stał  otoczony  przez krewnych  i znajomych, 
Eve podeszła do niego i wyciągnęła rękę. 

background image

 

72 

-  Jestem  Eve  Duncan.  Chciałabym  złożyć  kondolencje.  Niezbyt 

dobrze znałam pana matkę, ale być może byłam ostatnią osobą, która 
ją widziała. Mówiła panu, że będzie u mnie pracować? 

Pierre skinął głową. 
- Była bardzo przejęta. Wiedziała, że jest pani kimś ważnym. 
- Niezupełnie. 
- Pan Tanzer twierdził, że jest pani sławna. Cieszyło ją, że będzie 

pracowała  dla  kobiety,  która  czegoś  w  życiu  dokonała.  -  Jego  oczy 
napełniły  się  łzami.  -  Nie  mówiłem  jej,  ale  po  skończeniu  studiów, 
kiedy  już  zacznę  pracować,  chciałem  jej  kupić  restaurację. 
Powinienem był jej o tym powiedzieć. - Głos mu się łamał. - Żałuję, 
że tego nie zrobiłem. To miała być niespodzianka. 

- Marie wiedziała, że pan ją kocha. Była z pana bardzo dumna. - 

Eve spojrzała na przystrojoną kwiatami trumnę, którą wstawiano do 
szarego karawanu. - Bardzo pragnęła, żeby ukończył pan studia. 

Pierre pokiwał głową. 
-  Ciągle  się  zastanawiała,  jak  mi  pomóc.  Dzień  przed  śmiercią 

zadzwoniła  do  mnie  i  powiedziała,  żebym  się  nie  martwił,  bo  już 
wie, skąd wziąć pieniądze na czesne. Że wszystko będzie dobrze. 

- Naprawdę? 
Znowu kiwnął głową, a jego spojrzenie powędrowało do trumny. 
- Przepraszam, powinienem już iść. 
- Oczywiście. Życzę panu powodzenia w dalszym życiu. 
- Teraz mogę myśleć tylko o mamie. To dla mnie bardzo trudne. 

O  mało  nie  pękło  mi  serce,  kiedy  wczoraj  przeglądałem  jej  rzeczy. 
Tyle  wspomnień...  -  Usiłował  się  uśmiechnąć.  -  Jutro  wracam  na 
uczelnię,  muszę  ją  ukończyć,  muszę  zostać  kimś,  tak  jak  tego 
pragnęła. Dziękuję pani. - Odwrócił się i zbliżył do karawanu. 

- Miły dzieciak - usłyszała słowa Galena. 
Patrzyła,  jak  karawan  sunął  powoli  przez  cmentarz  w  kierunku 

grobu, w którym miała zostać pochowana Marie. 

- Tak, miły. 
- Gotowa? - Galen ujął ją pod łokieć. 
Skinęła głową, nie odrywając wzroku od karawanu. 
- Słyszałeś, co mówił o telefonie od matki? 
- Tak. 

background image

 

73 

- Nic nie powiesz? 
-  Przecież  ty  sama  wiesz.  Nie  chcę  powtarzać:  „A  nie 

mówiłem?”. 

-  To  nie  musi  o  niczym  świadczyć.  -  Jej  ręce  zacisnęły  się  w 

pięści. - Cholera, nie chciałam w to wierzyć! Nadal nie chcę. 

-  Młody  Letaux  będzie  przyjemnie  zaskoczony,  kiedy  otworzy 

skrytkę depozytową.  -  Galen  delikatnie pociągnął  Eve do  auta.  -  Co 
byś  powiedziała  na  lunch  i  mały  spacer  po  mieście,  zanim  zawiozę 
cię do domu? Chyba musisz się trochę zrelaksować. 

- Dobrze. 
Po  raz  ostatni  spojrzała  przez  ramię  na  karawan  i  syna  Marie, 

który  miał  ostatecznie  pożegnać  się  z  ukochaną  matką.  Marie  także 
bardzo go kochała. 

Czy na tyle, by zrobić dla syna coś naprawdę strasznego? 
-  Przestań  się  zamartwiać  -  powiedział  Galen.  -  Nie  wolno 

zatruwać  dobrego  posiłku  złymi  myślami.  Opowiedz  mi  o  swojej 
córce  Jane.  Słyszałem,  że  w  zeszłym  roku  przejęła  po  mnie 
obowiązki pielęgniarki, kiedy wyjechałem  z domku Sarah Patrick w 
Phoenix. Nie dobijaj  mojego ego, twierdząc, że radziła sobie równie 
dobrze jak ja. 

- No cóż, Sarah najwyraźniej uznała, że nie poszło jej najgorzej, 

skoro Jane dostała od niej szczeniaka. 

- To dobrze czy źle? 
- Dobrze - uśmiechnęła się Eve. - Ten szczeniak to cały  Monty, 

mam nadzieję. Jak dotąd nie widziałam w Tobym nic dzikiego. 

- Niedobrze. Mógłby mieć w sobie odrobinę tygrysa. Mieszanka 

byłaby bardziej interesująca. 

- Nie zgadzam się. 
- Mimo wszystko myślę, że się zgadzasz. Wybrałaś Quinna. 
Tak,  Joe  miał  w  sobie  coś  z  tygrysa,  chociaż  w  zeszłym  roku 

tego nie dostrzegała. Widziała jedynie miłość, bliskość, związek. To 
było jak magia. Nie, lepsze niż magia, bo prawdziwe i uczciwe. 

Przynajmniej tak sądziła. 
Stłumiła  rozpacz.  Czy  kiedykolwiek  będzie  mogła  myśleć  o 

Joem bez tego bólu? Postanowiła zmienić temat. 

- Gdzie zjemy? Byle  nic ciężkiego. Mój żołądek nadal  czuje się 

background image

 

74 

tak, jakby oberwał od Evandera Holyfielda. 

 
Skrytka bankowa. 
Eve usiadła na łóżku, jej serce waliło jak młotem. 
- Galen! 
-  Słyszę!  -  zawołał  Galen  z  sąsiedniego  pokoju.  -  Co  się  stało? 

Widziałaś jakieś... 

- Skrytka bankowa. Spałam, ale kiedy się obudziłam, to było... 
-  Spokojnie.  Oddychaj  powoli.  -  Usiadł  na  łóżku  obok  niej,  a 

rewolwer odłożył na nocny stolik. - Koszmar? 

- Nie. Cały czas  musiałam podświadomie to wiedzieć i... chodzi 

o  skrytkę  bankową  Marie.  Uważasz,  że  prawdopodobnie  są  tam  te 
trefne  pieniądze,  a  ten,  kto  mnie  zatruł,  usiłował  upozorować 
wypadek. Ten ktoś zrobi więc teraz wszystko, żeby nikt nie połączył 
tych pieniędzy ze śmiercią Marie. 

- I co? 
-  Pierre,  jej  syn.  Jutro  rano  miał  wyjechać do Nowego  Orleanu. 

Przedtem  chciał  pozałatwiać  wszystkie  sprawy.  Istnieje  możliwość, 
że po  południu  poszedł  do  banku.  Gdyby  w skrytce była duża suma 
pieniędzy,  chyba  zapaliłoby  mu  się  w  głowie  ostrzegawcze 
światełko, prawda? 

-  Myślisz,  że  ktoś  może  zechcieć  go  powstrzymać  przed  złoże-

niem doniesienia o tych pieniądzach? 

Eve zwilżyła wargi. 
- Boże, mam nadzieję, że nie. - Wstała z łóżka. - Chcę się z nim 

zobaczyć. Ubiorę się. Zadzwonisz do Marie i sprawdzisz, czy Pierre 
tam jest? 

- Znasz numer? 
- Nie. 
- Zadzwonię do informacji. - Galen sięgnął po telefon na nocnym 

stoliku i zapalił światło. 

Zamrugała gwałtownie. 
- Jesteś nagi! 
-  Wrzasnęłaś.  Nie  miałem  czasu  się  ubrać.  Halo?  -  odezwał  się 

do telefonu i zerknął przez ramię. - Pospiesz się. 

Nie  musiał  jej  tego  dwa  razy  powtarzać.  Wybiegła  z  sypialni  i 

background image

 

75 

popędziła do łazienki. 

Kiedy  wróciła  pięć  minut  później,  Galen  wychodził  ze  swojego 

pokoju, wkładając koszulę w spodnie. 

-  Pierre  nie  odbiera.  -  Spojrzał  jej  w  oczy.  -  Może  to  fałszywy 

alarm,  ale kiedy  dotrzemy  na  miejsce,  ja decyduję o każdym  ruchu. 
Rób tylko to, co ci powiem. Zgoda? 

- Słyszałam. Pospieszmy się. 
 
Nikt nie otwierał. 
-  Może  postanowił  wyjechać  wcześniej  -  powiedział  Galen.  - 

Może nie chciał pozostać tu na noc, co byłoby całkiem zrozumiałe? 

- Nie podoba mi się to - mruknęła Eve. - Drzwi są zamknięte na 

klucz? 

- Tak. - Galen pochylił się  nad gałką. - Jeśli jednak dzięki temu 

poczujesz  się  lepiej...  -  Drzwi  się  otworzyły.  -  Wejdę  pierwszy. 
Czekaj  tutaj,  dopóki  cię  nie  zawołam.  Jeśli  cokolwiek  zobaczysz, 
zawołaj mnie. 

- Chcę... - Eve niecierpliwie potrząsnęła głową. - Jeśli Pierre’a tu 

nie ma, muszę go szukać w hotelach. Pospiesz się. 

- Postaram się - rzekł i zniknął w domu. 
Nie  chciała  czekać  na  zewnątrz.  Zerknęła  niespokojnie  przez 

ramię  na  okna  w  budynkach  po  obu  stronach  ulicy.  Ciemne, 
milczące. 

Uważne. 
Co za głupota. Przecież nikt jej nie obserwował. 
- Wchodź. - Galen stał w drzwiach. - Jest bezpiecznie. 
- Znalazłeś Pierre’a? 
-  Tak.  -  Zamknął  drzwi.  -  Ale  pewnie  nie  chciałabyś  go 

zobaczyć. To niezbyt przyjemny widok. Zostało mu pół głowy. 

- Co?! - krzyknęła zaszokowana. 
- Przy biurku, po drugiej stronie pokoju. 
Światło  w  domu  było  zgaszone,  ale  dostrzegła  jakąś  sylwetkę 

opartą o blat biurka. 

- To Pierre? 
- Tak mi się przynajmniej wydaje. 
- Zamordowany? 

background image

 

76 

- Upozorowano to na samobójstwo. Ciągle trzyma pistolet w dło-

ni. Być może sam nacisnął spust. 

- Podobnie jak Marie sama zjadła gulasz... - powiedziała głucho 

Eve. 

- Zgadza się. 
- Chcę go zobaczyć. 
- Na pewno? 
- To nie pierwszy trup, jakiego zobaczę, Galen. 
- Wiem,  ale muszę walczyć ze swoim  instynktem opiekuńczym. 

- Zapalił lampkę obok drzwi. - Tylko niczego nie dotykaj. 

Wszędzie krew  i rozpryśnięty  mózg. Eve przemogła się i doszła 

do  samego  biurka.  Na  blacie  przed  Pierre’m  leżało  kilka  oprawio-
nych zdjęć Marie, a z boku stosik zaplamionych krwią listów. 

-  Wygląda  tak...  -  Przełknęła  ślinę,  żeby  rozluźnić  ściśnięte 

gardło. - ...jakby przeglądał jej rzeczy. 

-  Wpadł  w  rozpacz  i  odebrał  sobie  życie.  Wszyscy  obecni  na 

pogrzebie  widzieli,  jak  bardzo  był  przygnębiony.  Ładnie  zaaran-
żowane. A może wierzysz, że naprawdę to zrobił? 

Eve przecząco pokręciła głową. 
-  Chciał,  żeby  jej  ciężka  praca  nie  poszła  na  mamę.  Nie  zrobił-

by...  -  Musiała  się  stąd  wydostać.  Skierowała  się  ku  drzwiom.  -  To 
nie on, zrobił to ktoś inny. 

- Też tak myślę. - Galen poszedł za nią, zatrzymał się tylko po to, 

żeby  zetrzeć swoje odciski palców z lampy i gałki u drzwi, podczas 
gdy  Eve  czekała  na  zewnątrz.  -  Jednak  zapewne  stwierdzą 
samobójstwo. 

Na  ulicy  Eve  głęboko  wciągnęła  do  płuc  powietrze.  Trzęsła  się 

jak w febrze. 

- Moglibyśmy powiedzieć policji o Marie. 
- Przecież jedyny dowód to siniaki! Ty też nie chciałaś uwierzyć, 

że śmierć Marie Letaux to nie wypadek. 

- Pewnie poszedł dziś do banku - zauważyła. 
-  Wątpię,  żeby  zginął,  gdyby  nie  odkrył  skrytki  depozytowej  z 

pieniędzmi. Na pewno to zrobił, inaczej nie stanowiłby zagrożenia. 

- Był taki młody... 
- Tak, to przykre. - Galen ujął Eve pod  łokieć. -  Chodźmy  stąd. 

background image

 

77 

Jeśli  ktoś  nas  tutaj  zobaczy,  może  uznać,  że  to  my  jesteśmy 
sprawcami zbrodni. Ty możesz być poza podejrzeniem, ale ja nie. 

 
-  Siadaj.  -  Galen  podsunął  Eve  jedno  z  kuchennych  krzeseł  i 

nastawił wodę. - Zrobię ci kawę. 

- Nic mi nie jest. - Skłamała. Nie czuła się dobrze. Mogła myśleć 

tylko  o  tym  pięknym  mężczyźnie,  który  przestał  już  być  piękny.  O 
Pierze, którego życie zostało przerwane w tak brutalny sposób. 

- No to dotrzymaj mi towarzystwa. - Włączył palnik, a następnie 

wyjął  słoik  rozpuszczalnej  kawy.  -  Jestem  bardzo  wrażliwy.  Widok 
krwi zawsze mnie przygnębia. 

- Kłamca - Eve usiłowała się uśmiechnąć. 
- Naprawdę jestem wrażliwy, tylko niełatwo to dostrzec. - Zdjął 

z  półki  dwie  filiżanki  i  wsypał  do  nich  kawę.  -  Krew  jest... 
nieporządna.  Bezwzględnie  należy  tego  unikać.  Istnieje  tyle  bez-
krwawych  sposobów...  -  zerknął  przez  ramię  i  wyszczerzył  zęby.  - 
To cię rąbnęło. Oczekujesz, że zacznę cię pocieszać? Jesteś  na to za 
twarda. 

- Naprawdę? 
-  Jasne.  Oczywiście  Quinn  by  cię  pocieszał.  Ale  chyba  nie 

oczekujesz  tego  ode  mnie.  -  Nalał  wrzątku  do  filiżanek  i  usiadł 
naprzeciwko niej. - Wobec tego lepiej napij się kawy. 

Mimo tych słów najwyraźniej usiłował ją pocieszyć. Wypiła łyk 

kawy. 

-  Dziwne,  że  taki  koneser  jak  ty  zadowala  się  rozpuszczalną 

kawą. 

-  Szybko  się  ją robi.  -  Odchylił  się  na krześle.  -  Zadowalam się 

byle  czym.  Przywykłem  do  radzenia  sobie  w  rozmaitych  okolicz-
nościach. 

-  Smaczna.  -  Wypiła kolejny  łyk.  -  Tego mi  było trzeba.  Chyba 

jestem  trochę  roztrzęsiona.  Nienawidzę  śmierci.  Walczymy  i  wal-
czymy, a tak naprawdę nic nie możemy z tym zrobić. 

-  Czasem  możemy.  Osobiście zamierzam dożyć co  najmniej stu 

pięćdziesięciu  lat.  Przy  obecnym  rozwoju  nauki  mogę  być  jeszcze 
całkiem dziarski w tym wieku. 

- Pierre był taki młody. Najgorzej, kiedy umierają młodzi ludzie. 

background image

 

78 

- Jak twoja Bonnie. 
- Tak. - Eve popatrzyła na kawę w filiżance. - Jak moja córeczka. 
Galen milczał. 
Eve z trudem wciągnęła powietrze do płuc. 
-  Nienawidzę  zwyrodnialców,  którzy  odbierają  życie  młodym 

ludziom.  Mam  ochotę  chwycić  tych  zbrodniarzy  za  gardło.  Chcę 
krzyczeć,  jakie  to  niesprawiedliwe,  że  kradną  im  te  radosne, 
cudowne lata. To okrutne i obrzydliwe... Cholera. - Po jej policzkach 
spływały łzy. - Przepraszam. Nie chciałam... 

Galen ukląkł przy jej krześle. 
- Ej, nie rób  mi tego. - Objął  ją i delikatnie kołysał. - Przy tobie 

zupełnie  się  rozklejam.  -  Poczuł,  jak  zesztywniała,  natychmiast  ją 
puścił  i  się odchylił.  -  Wyjaśnijmy  coś sobie.  Nie  usiłuję wykorzys-
tać chwili twojej słabości. To znowu mój instynkt. Kobieta szlocha, a 
ja reaguję. - I patrząc jej prosto w oczy, powiedział: - Potrafię jednak 
odróżnić  moment  słabości  od  prawdziwego  uczucia.  Lubię  cię, 
podziwiam  i  gdybym  mógł  sobie  na  to  pozwolić,  uznałbym  cię  za 
atrakcyjną. Jednak w tym względzie dla mnie nie  istniejesz. Równie 
dobrze  mogłabyś  nosić  tabliczkę  z  napisem  „Nie  dotykać”.  Jestem 
twoim obrońcą, przyjacielem, czasem możesz wypłakać się na moim 
ramieniu. Zrozumiałaś? 

- Zrozumiałam - uśmiechnęła się z trudem. 
Odwzajemnił jej uśmiech. 
-  Przynajmniej  to  małe  nieporozumienie  miało  jedną  dobrą 

stronę.  Już  nie płaczesz.  -  Odetchnął  teatralnie.  -  Nie radzę sobie ze 
łzami. 

-  Postaram  się  zapamiętać,  może  mi  się  to  przydać.  -  Wstała.  - 

Idę spać. Jutro muszę wcześnie zacząć pracę. 

- Już jest jutro - Galen popatrzył na zegarek. - Lotnisko? 
-  Nie,  do  diabła!  -  Ruszyła do  drzwi.  -  Zabójstwo tego  chłopca; 

nie ujdzie im na sucho. Zapłacą za to. Dam Victorowi twarz. 

 

Rozdział siódmy 

 

- Mogę wejść? - spytał Galen. 

background image

 

79 

Eve spojrzała na niego znad czaszki. 
- Jeśli nie będziesz się do mnie odzywał. 
- Tylko kilka słów. Gdzie Rick? 
-  Gdzieś  w  pobliżu  -  wzruszyła  ramionami.  -  Parę  godzin  temu 

przyniósł mi kawę. Dlaczego pytasz? 

- Tak sobie. Zazwyczaj jest taki gorliwy, że aż się boję, że mogę 

przez niego stracić pracę. 

-  Może  i  jest  gorliwy,  ale  też  cichy  i  się  nie  narzuca.  Ledwie 

zauważam, że w ogóle tu jest. 

-  Wątpię,  żebyś  go  zauważyła,  nawet  gdyby  walił  w  bęben. 

Widzę, że praca całkiem cię pochłonęła. Masz chyba obsesję na tym 
punkcie. 

- Za to mi płacą. - Praca chroniła ją przed rozpaczą i uratowała ją 

od  utraty  zmysłów  po  zabójstwie  Bonnie.  Była  jej  zbawieniem  i 
pasją. 

- Pomyślałem sobie, że podzielę się z tobą paroma informacjami 

o Bentlym. 

- Sądziłam, że powiedziałeś mi już wszystko. 
-  Tylko  oczywiste  fakty.  Postanowiłem  posondować  nieco 

głębiej. Nie lubię opierać się na tym, co oczywiste. 

- I co znalazłeś? 
-  Był  zagorzałym  ekologiem,  miał  bzika  na  punkcie  energii 

słonecznej i czystości rzek. 

- I co? 
-  Przez  to  całkiem  sporo  ludzi  związanych  z  przemysłem  ener-

getycznym  mogło  go  mieć  na  oku.  A  jeśli  zamierzał  pokrzyżować 
szyki komuś ważnemu? 

- Znowu się bawisz w „a jeśli”? 
-  Nic  na  to  nie  poradzę.  Muszę  się  w  to  bawić,  taką  już  mam 

podejrzliwą  naturę  -  uśmiechnął  się  Galen.  -  Ale  powinno  ci  ulżyć, 
że Bently wydaje się taki nieskazitelny. 

- Niby dlaczego? 
-  To  jasne,  że  przywiązałaś  się  emocjonalnie  do  tej  czaszki  i 

odczujesz satysfakcję, jeśli Victor okaże się porządnym facetem. 

- Nawet jeśli nie, to i tak wykonam swoje zadanie. 
Galen przechylił głowę i spojrzał krytycznie na czaszkę. 

background image

 

80 

- Chyba nieprędko. Wygląda jak główka lalki wudu. Po co ci te 

wszystkie patyczki? 

-  To  markery  głębokości  tkanki.  Przycinam  każdy  z  nich  do 

odpowiedniej  wysokości  i  przyklejam  w  określonym  miejscu  na 
twarzy  Victora.  Na  całej  czaszce  znajduje  się  ponad  dwadzieścia 
punktów,  na  podstawie  których  określa  się  głębokość  tkanki.  - 
Ostrożnie  przymocowała  następny  marker.  -  Istnieją  specjalne 
wykresy antropologiczne, które umożliwiają wyznaczenie wysokości 
każdego z tych patyczków. 

-  Innymi  słowy  twoja  praca  sprowadza  się  głównie  do 

mierzenia? 

-  Niezupełnie,  powiedziałabym  raczej,  że to  najnudniejszy  etap. 

Potem  trzeba  wziąć  skrawki  plasteliny  i  umieścić  je  między 
markerami,  w  ten  sposób  zastępując  nieistniejącą  tkankę.  Wreszcie 
całość  należy  wygładzić,  wypełnić  nierówności,  aby  to  należycie 
wyglądało.  Ten  ostatni  etap  jest  najważniejszy.  Właśnie  dlatego  nie 
patrzę  na  zdjęcia  ofiary.  Nie  wolno  mi  doprowadzić  do  sytuacji,  w 
której podświadomie odtwarzam wcześniej widzianą twarz. 

-  Teraz  jesteś  bezpieczna,  ale  zamierzam  iść  do  redakcji  po 

zdjęcie. 

- Zatrzymaj je dla siebie, dopóki nie skończę. 
- Czyli jak długo? 
-  Tyle,  ile  będzie  trzeba.  Pięć,  może  sześć  dni.  -  Popatrzyła  na 

niego. - Jakieś informacje o Pierze? 

-  Na  piątej  stronie  wzmianka  o  samobójstwie  Pierre’a  Letaux, 

który najwyraźniej wpadł w rozpacz po śmierci matki. 

- No tak, mówiłeś, że policja nie będzie miała wątpliwości. 
-  Przyznaję,  że  wolałbym  nie  mieć  racji  w  tej  sprawie.  Czasem 

jednak to ci źli są górą. 

-  Nie tym razem.  -  Umieściła  kolejny  marker.  -  A teraz pozwól 

mi pracować. 

- Już wychodzę. - Zerknął na drzwi. - Moglibyśmy zadzwonić do 

Meltona  i  powiedzieć  mu,  że  do  śmierci  Marie  i  Pierre’a  ktoś  się 
mógł przyczynić. 

-  Myślałam  już  o  tym.  Zapewni  mnie,  że  się  mylę  i  że  policja 

starannie zajęła się tą sprawą. 

background image

 

81 

- To możliwe. 
- Zresztą nie chcę mieć teraz do czynienia z Meltonem. 
- Tak myślałem. Mogłoby to kolidować z pracą nad Victorem, a 

na to byś się nie zgodziła. Rick dobrze cię karmi? 

- Tak, jeśli mam na to ochotę. - Zmarszczyła brwi. - Wygląda na 

to, że mój degustator posiłków uchyla się od obowiązków. 

-  Rick  nie  dopuści  do  tego,  żeby  stała  ci  się  jakaś  krzywda. 

Przynajmniej dopóki nie skończysz Victora. Bardzo się stara ułatwić 
ci pracę. Ale dziś osobiście przygotuję ci coś do zjedzenia. 

- To pocieszające. 
-  Bardziej  niż  pocieszające.  Ta  wiadomość  powinna  ci  zaprzeć 

dech w piersiach. 

- Nie mam na to czasu. 
-  Dobrze,  zapomnijmy  o  zachwytach  nad  moją  wyrafinowaną 

kuchnią.  -  Odwrócił  się.  -  Ja  też  chciałbym  uporać  się  z  tym  jak 
najszybciej. 

Eve  pomyślała,  że  Galen  z  pewnością  nie  jest  aż  tak 

zdeterminowany  jak  ona.  Po  tym  jak  przedwczoraj  zobaczyła  ciało 
Pierre’a, pragnęła jak najszybciej zakończyć pracę nad rekonstrukcją 
czaszki Victora. 

Może  nawet  chciała  tego  już  wcześniej.  Było  tak  niewielu  na-

prawdę porządnych ludzi, Bently mógł do nich należeć. 

Przymocowała jeszcze jeden marker. 
- Powoli docieramy do celu, Victorze - mruknęła. - Galen ma cię 

za  jakiegoś  męczennika,  ale  mnie  nie  wolno  się  tym  przejmować. 
Może  byłeś  żołnierzem,  może  zwykłym  włóczęgą.  To  nie  ma  zna-
czenia. Też zasłużyłeś na powrót do domu... 

 
-  Niezidentyfikowany,  poruczniku.  -  Funkcjonariusz  Kraków 

pokręcił  głową.  -  Nikt  go  zresztą nie rozpozna.  Chłopcy z  laborato-
rium  mówią,  że  nie  żyje  od  co  najmniej  czterech  dni,  przeleżał  w 
wodzie w tej rurze odpływowej. 

-  Cztery  dni?  -  Spojrzenie  Joego  powędrowało  na  dół,  do 

specjalistów z laboratorium,  zebranych przy kratce ściekowej u  stóp 
wzgórza. 

-  Może  dłużej.  Sam  pan  wie,  jak  trudno  to  określić,  jeśli  trup 

background image

 

82 

leżał na świeżym powietrzu. Musimy poczekać na wyniki sekcji. 

- W co jest ubrany? 
-  Elegancka  biała  koszula.  Brak  krawata,  spodnie  na  miarę.  To 

był  jakiś umysłowy.  Na pewno  nie  bezdomny.  -  Kraków z zaintere-
sowaniem spojrzał na Joego. - To nie ten, prawda? Szuka pan kogoś 
szczególnego? 

- Może. Dzięki,  Kraków. - Joe zaczął schodzić ze wzgórza. Wi-

dział  stąd  rozciągnięte  na  ziemi  zwłoki,  wzrost  i  tusza  chyba 
pasowały.  Capel  był  potężnym  mężczyzną  o  rzedniejących  brązo-
wych  włosach,  ale  z  tej  odległości  nie  było  widać  włosów. 
Umysłowy  -  to  też  pasowało,  należy  jeszcze  ustalić  datę  zgonu. 
Rozkład  zależał  od  warunków  pogodowych.  Joe  widział  kiedyś 
kobietę  wyciągniętą  z  bagażnika  auta  po  siedmiu  godzinach; 
przysiągłby, że zginęła parę dni wcześniej. 

-  To  nie  musiał  być  Capel.  Joe  miał  szczerą  nadzieję,  że  to  nie 

on.  Jeśli  były  to  zwłoki  George’a  Capela,  cała  sprawa  zyskiwała 
nowy, niebezpieczny wymiar. 

Sam Rowley kiwnął ręką na Joego. 
- Witam, poruczniku. Zdaje się, że mamy coś dla pana. 
Joe popatrzył na trupa. Włosy jasnobrązowe, ale przy tak spuch-

niętej,  zniekształconej  twarzy  nie  dało  się  powiedzieć,  czy  rzed-
niejące. 

- Zabójstwo? 
- Chyba nożem w plecy. Na ciele jest  mnóstwo innych obrażeń, 

ale trudno  powiedzieć,  czy  zrobiono  je przed śmiercią,  czy  już póź-
niej. Trochę tu poleżał. 

- Muszę wiedzieć, kto to. Odciski palców? 
-  Trudno  będzie,  ręce  ma  spuchnięte.  Pewnie  wykorzystamy 

zęby. 

- Kiedy? 
- Laboratorium jest zapchane. Może za dwa tygodnie. 
- Muszę wiedzieć teraz, Sam. 
Sam przecząco pokręcił głową. 
- Niech pan pogada z technikami. Ja nie mogę pomóc. 
- Pogadam. - Joe się odwrócił i ruszył w górę. 
Rana od noża w plecach. Mnóstwo innych ran. 

background image

 

83 

Gdy dotarł do auta, poczuł ściskanie w żołądku. Nie panikuj. Idź 

do centrali. Naciskaj, żeby od razu zidentyfikowali zwłoki. 

Żeby to tylko nie był Capel. 
 
- Jak ci idzie? - spytał Galen, nalewając Eve kawy. - Wyszłaś już 

poza etap wudu? 

-  Jutro.  Muszę  działać  bardzo  powoli,  żeby  moja  rekonstrukcja 

miała wiarygodne podstawy. - Eve uniosła filiżankę do ust. - Bardzo 
smaczny posiłek, Galen. 

- Cudowny. Po prostu jesteś zbyt zmęczona, żeby to docenić. 
-  Nie,  nie  jestem.  -  Wpatrywała  się  w  niego  z  uwagą.  Był 

niezwykłym  człowiekiem.  Ułożony,  gładki  na  powierzchni,  ale  w 
głębi  mroczny  i  enigmatyczny.  Przy  żadnym  mężczyźnie,  z  wy-
jątkiem  Joego,  nigdy  nie  czuła  się  równie  bezpieczna.  -  Jesteś  dla 
mnie wyjątkowo miły, Galen. 

- To moja praca. 
-  Nie.  Odkąd  przebudziłam  się  w  szpitalu,  dajesz  mi  wszystko, 

czego potrzebuję. 

- Bo to mój obowiązek. Jestem zaopatrzeniowcem. - Odchylił się 

na  krześle.  -  A  ty  nie  jesteś  wymagająca.  Ostatnio  nie  musiałem 
nikogo poturbować ani uśmiercić. 

Żartował. Czyżby? Może jednak nie. To mroczne wnętrze... 
-  Mam  nadzieję,  że  i  w  przyszłości  nie  będziesz  musiał  tego 

robić. - Jej dłoń zacisnęła się na filiżance. - Śmierć jest okropna. 

- Zgadza się. Nikt nie wie tego lepiej od ciebie. 
- Nawet ty. 
- Powiedzmy, że ja mam aktywne, a ty bierne doświadczenia ze 

śmiercią. - Uśmiechnął się. 

-  Dlaczego  przyjąłeś  tę  pracę,  Galen?  Mam  wrażenie,  że  zaj-

mujesz się o wiele bardziej spektakularnymi sprawami. 

-  Podoba  mi  się  Luizjana.  Nawet  mam  dom  w pobliżu Nowego 

Orleanu. 

- Wziąłeś zlecenie, bo podoba ci się okolica? Wątpię. 
-  No  dobrze,  Logan  to  mój  przyjaciel  i  poprosił  mnie  o 

przysługę.  Za dużo podróżuję,  by  mieć wielu przyjaciół, więc dbam 
o każdego. -  I  po  chwili  milczenia dodał:  -  I  chyba podobała  mi  się 

background image

 

84 

perspektywa  zostania  rycerzem  pewnej  damy.  Zazwyczaj  wykonuję 
o  wiele  mniej  szlachetne  zadania.  Wcześniej  tylko  raz  się 
spotkaliśmy, ale nie podobało mi się, że pakujesz się w kłopoty. 

Z pewnością wpakowała się kłopoty, gdy spotkali się w Arizonie 

dwa  lata  temu.  Poza  opieką  nad  Maggie,  rannym  psem  Sarah, 
usiłowała wtedy rozwiązać swoje problemy z Jane. 

- Świetnie poszło ci z Maggie. Sarah była pod wrażeniem. 
- Mamy ze sobą wiele wspólnego. - Wypił trochę kawy. - Quinn 

naprawdę musiał się przejąć tą wyprawą, inaczej nie zadzwoniłby do 
Logana. Nie są chyba najlepszymi przyjaciółmi na świecie. 

Eve zesztywniała. 
- Nie chcę rozmawiać o Joem. - Dokończyła kawę i wstała. - Za 

kilka  dni  żadne  z  nas  nie  będzie  się  musiało  niczym  przejmować. 
Zmyjmy naczynia. Chcę iść na górę i zadzwonić przed snem do Jane. 
Myjesz czy wycierasz? 

- Sam to zrobię. Muszę się pozbyć nagromadzonej energii. Idź  i 

zadzwoń do córeczki. Sprawdziłem piętro, kiedy brałaś prysznic, jest 
bezpiecznie. Tylko nie wychodź na balkon. 

- Myślisz, że ktoś mnie zastrzeli? 
-  To  byłoby  zbyt  oczywiste.  Dotąd  wszystko  aranżowali  tak, 

żeby to wyglądało na wypadek albo samobójstwo. Ale ostrożność nie 
zawadzi. Nie wszystko da się przewidzieć. 

- Mówisz o tym z taką obojętnością.  A  ja się bardzo denerwuję. 

Dla mnie to bardzo stresujące. 

- Z pewnością nie jest mi to obojętne. 
Zaczął znosić naczynia. 
Popatrzyła na niego i pokręciła głową. Kiedy już się jej wydawa-

ło,  że  przedarła  tę  gładką  skorupę,  Galen  ponownie  zamknął  się  w 
sobie. 

- Dobranoc, Galen. 
Nie wychodź na balkon, bo mogą cię zastrzelić. 
Nie  jedz  niczego,  czego  nie  przygotował  Galen,  bo  możesz  się 

otruć. 

Niezbyt odpowiedni materiał na przyjemne sny. 
 
Był już wieczór, gdy Joe wrócił do domu. 

background image

 

85 

Jane  uniosła  wzrok  znad  talerza,  w  którym  grzebała,  usiłując 

zjeść sałatkę. 

- Przed chwilą dzwoniła Eve - powiedziała. 
- Co u niej? 
-  W  porządku.  Jest  zmęczona.  Ciągle  pracuje  nad  czaszką.  Na-

zwała ją Victor. Wyjmiesz steki, Joe? 

Joe wszedł do kuchni i otworzył lodówkę. 
- Kiedy skończy? 
-  Nie  mówiła.  -  Jane  wyciągnęła  minigrill  i  podłączyła  go  do 

prądu. - Wiesz, że Eve nigdy tego nie wie. Ale idzie jej dobrze. 

- Wspominała o Galenie? 
-  Tylko  tyle,  że  nazwał  Victora  gladiatorem,  a  ona  za  nic  nie 

może  wyrzucić  tego  z  pamięci.  I  mówiła,  że  genialnie  gotuje.  - 
Zachichotała. - To dobrze się złożyło. Eve  nie jest w tych  sprawach 
mistrzem. 

- Nie jest. - Podał jej steki. - Jakie to milutkie. 
- Tak. - Jane spojrzała na niego, jej uśmiech znikł. - Joe? Coś się 

stało? 

-  Nie.  Jasne,  że  nie.  -  Odwrócił  się.  -  Muszę  się  obmyć.  Zaraz 

wrócę. 

Kiedy  zamknął  za  sobą  drzwi  łazienki,  ochlapał  wodą  twarz  i 

sięgnął po ręcznik. Nie, nic się nie stało. Ścisnął  miękką tkaninę, aż 
pobielały mu kostki. Tyle że był zazdrosny jak cholera i miał ochotę 
zamordować Seana Galena. 

Miał ochotę zabić każdego, na kogo Eve spojrzała na ulicy  albo 

do  kogo  uśmiechnęła  się  w  restauracji.  Bardzo  to  zdrowe  i  bardzo 
rozsądne. 

Kto jednak twierdził, że Joe był rozsądny w kwestii Eve? Odkąd 

poznali się  lata temu,  była  najważniejsza w  jego życiu,  a tak krótko 
należała do niego. Za krótko. Zawsze będzie za krótko. 

Joe odetchnął  głęboko.  Opanuj  się.  Musiał  wyjść  i  nie dopuścić 

do tego,  by  Jane zobaczyła,  jaki  z niego  walnięty, ogarnięty  obsesją 
sukinsyn.  Od  wyjazdu  Eve  Jane  zachowuje  się  jak  anioł.  Nie  jak 
anioł.  Jest  zbyt  rozsądna  i  konkretna,  by  nazywać  ją  aniołem.  Ma 
podobnie silny charakter jak Eve. I obydwie są wyjątkowo wrażliwe. 

Eve.  Wszystko  mu  się  z  nią  kojarzyło.  A  teraz  jest  w  Baton 

background image

 

86 

Rouge z Galenem, który  jej pomaga robić te cholerne kolacje, dzieli 
z  nią...  Sam  wysłał  do  niej  Galena  i  teraz  zrobiłby  to  samo  ale  to 
wcale nie ułatwiało sprawy. 

- Joe, steki gotowe! - zawołała Jane. 
- Idę. - Odwiesił ręcznik  i otworzył drzwi. Zmusił się do uśmie-

chu. - Umieram z głodu. Zapomniałem dziś zjeść lunch. 

- Za ciężko pracujesz. - Przyniosła steki, o mało nie przewróciw-

szy się po drodze o psa. - Nie plącz  mi  się pod nogami, Toby! I tak 
nie dostaniesz tych steków. 

- Zakład, że dasz mu resztki? 
-  Może  i dam.  Ale  nie  powinnam  tego robić.  Sarah twierdzi,  że 

pies  musi  mieć  zbilansowany  pokarm  i  że  resztki  ze  stołu  mu 
szkodzą. Ale on tak je uwielbia. Nigdy  nie widziałam psa, który tak 
kochałby jeść jak Toby. 

- Co jeszcze mówiła Eve? 
-  Niewiele.  Głównie  pytała,  co  porabiam  i  jak  się  ma  Toby. 

Powiedziałam  jej,  że  wszystko  w  porządku.  -  Usiadła.  -  Powiedzia-
łam, że u ciebie też w porządku. 

- Ale o mnie nie pytała, prawda? 
- Nie, ale uznałam, że pewnie chce wiedzieć. 
- Optymistka. 
-  Pracuje  i  już  wydaje  się  trochę  bardziej  radosna  niż  w  chwili 

wyjazdu. Praca jej zawsze pomaga. 

- Wiem. 
- No to musisz być cierpliwy. A teraz zjedz swój stek. 
- Tak, proszę pani - uśmiechnął się półgębkiem. - Coś jeszcze? 
- Nie pracuj tak ciężko. - Zmarszczyła brwi, gdy pies oparł łeb na 

jej kolanie. - Toby, nie żebrz! To niegrzeczne. 

- Nie wytrwasz do końca kolacji. 
- Wytrwam. Musi się nauczyć... 
Rozległ się sygnał telefonu Joego. Jane westchnęła. 
- Obawiam się, że nie zjesz do końca kolacji. 
- Nie odbiorę. Niech się nagra na pocztę głosową. 
- Ale to ci zaszkodzi na trawienie. Już lepiej odbierz. 
Joe wcisnął przycisk. 
- Quinn, słucham. 

background image

 

87 

- Tu Carol. Przyszły  wyniki  z laboratorium. To George Andrew 

Capel, czterdzieści dwa lata. 

- Chryste. - Joe mocniej ścisnął aparat. - Co wynika z sekcji? 
-  Nie  wiem.  Niech  sprawdzę.  O,  jest.  Właśnie  dostałam  raport. 

Śmierć  od  ciosu  nożem,  doszedł  do  serca  z  tyłu.  Są  i  inne  rany, 
drobniejsze,  niegroźne  dla  życia,  za  to  niesłychanie  bolesne. 
Wygląda na to, że nasz morderca lubi się zabawić z ofiarami. 

- Może. Dzięki, Carol. - Skończył rozmowę. 
- Joe? - wyszeptała Jane. 
Wystraszyła się. 
- To nic, po prostu wynikło coś pilnego i ja muszę się tym zająć. 
- Chodzi o Eve? 
- Nie. Skąd ci to przyszło do głowy? Przecież właśnie z nią roz-

mawiałaś. Dzwoniła Carol z policji. To sprawa służbowa. 

- Nigdy cię tak nie przygnębiają sprawy służbowe. 
Była  zbyt  bystra,  a  on  chwilowo  zbyt  przerażony,  by  ukryć 

strach. 

-  Muszę zadzwonić w kilka  miejsc.  -  Wstał.  -  Ty zjedz kolację. 

Niedługo wrócę. 

Zmarszczyła brwi, nadal była zaniepokojona. 
- Dobrze, ale stek ci wystygnie. 
- To go podgrzeję. 
I tak nie mógłby  nic przełknąć. Jedzenie wydawało mu się teraz 

najmniej  ważne.  Grób  Bonnie.  Raport  wysłany  Eve.  George  Capel. 
Praca  Eve  w  Baton  Rouge.  Wszystkie  fragmenty  układały  się  w 
całość. 

A obraz, który tworzyły, cholernie go przeraził. 
 
-  Nadal  jest  brzydki,  nawet  bez  patyczków.  -  Galen  przechylił 

głowę,  przyglądając  się  czaszce  na  postumencie.  -  Może  przez  te 
puste oczodoły. 

- Idź sobie, Galen. 
-  Mowy  nie  ma,  jest  ósma  wieczór,  a  ty  siedzisz  tu  od  szóstej 

rano.  Czas  zamykać  sklepik.  Odprowadzę  cię  teraz  do  domu  i 
nakarmię. Rick pozwoliłby ci pracować nawet przez całą noc. 

- Muszę jeszcze trochę posiedzieć. 

background image

 

88 

- Zdołasz to dziś skończyć? 
- Mowy nie ma. Zostały mi ze cztery dni pracy, może więcej. 
- No to lepiej trochę odpocznij. Nie ma pośpiechu. 
- Owszem, jest. 
- Ciebie nic nie nagli. A Melton może zaczekać. 
Nie  rozumiał.  Rozpoczynając  pracę  Eve  czuła  na  sobie  presję, 

jakby  właściciel  rekonstruowanej  czaszki  ponaglał  ją  szeptem: 
„Odnajdź mnie. Pomóż mi. Sprowadź mnie do domu”. 

-  Jaki kolor?  -  Galen  ciągle  zaglądał  w  oczodoły.  -  Skąd  wiesz, 

jakiego koloru użyć do oczu? 

- Nie wiem. Zazwyczaj robię brązowe. To najczęściej spotykany 

kolor oczu. Czemu te oczodoły tak cię niepokoją? 

-  Znałem  jednego  faceta  w  Mozambiku,  robił  w  narkotykowym 

biznesie.  Przed  laty  pewien  niemiły  klient  wyłupił  mu  oczy.  Facet 
świetnie  sobie  bez  nich  radził,  ale  ja  na  jego  widok  zawsze  do-
stawałem dreszczy. 

- Rozumiem dlaczego. 
- Można oszaleć. Nienawidzę okaleczeń. Nikt nikomu nie powi-

nien tego robić. 

Eve spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
- Nigdy nie widziałam, żebyś się złościł. 
- I bardzo dobrze. Robię się nieprzyjemny. 
- Jak wtedy wobec tego „niemiłego klienta”? 
Galen nie odpowiedział wprost. 
-  Nikt  nie  powinien  tego  robić  -  powtórzył.  Nagle  się 

uśmiechnął.  -  Udało  ci  się.  Przez  ciebie  zastanawiałem  się  nad 
nieprzyjemnymi sprawami i jestem teraz w depresji. Musisz pójść do 
domu,  żebym  mógł  ci  przygotować  dobry  posiłek  i  o  wszystkim 
zapomnieć. To terapia. 

- To manipulacja. - Zarzuciła ręcznik na czaszkę. - Ale pozwolę 

ci na nią. Może faktycznie jestem trochę zmęczona. 

-  No  właśnie.  Umyj  ręce  i  idziemy.  -  Galen  podszedł  do  okna  i 

popatrzył  na  rozlewisko.  -  Powinnaś  trochę  pozwiedzać  Baton 
Rouge. To piękne miasteczko. 

-  W  dzień  pogrzebu  Marie zjedliśmy  razem  lunch.  Wtedy wiele 

godzin poświęciłam na oglądanie Baton Rouge. Nie przyjechałam tu 

background image

 

89 

zwiedzać. 

-  Ktoś  powinien  się  tobą  zająć.  Życie  to  nie  tylko  czaszki  o 

pustych oczodołach. 

-  Nie  będą  puste,  kiedy  je  wypełnię.  -  Eve  wytarła  dłonie  w 

ręcznik. - Poza tym nie jestem aż taką pracoholiczką. 

- Niewiele ci brakuje. Ja uważam, że człowiek powinien czasem 

przystanąć  i  powąchać  róże.  -  Galen  otworzył  jej  drzwi.  -  Chociaż 
lepiej znam Nowy Orlean niż Baton Rouge. Do domu będziemy szli 
bardzo powoli, opowiem ci albo o dziejach Nowego Orleanu, albo o 
moich pobytach tutaj. 

Historyjki Galena o jego własnych przygodach bardzo ją bawiły, 

więc  ciągnął  te  opowieści  przez  całą  drogę.  Były  rubaszne, 
dowcipne, pełne ciekawych postaci i zdarzeń. 

-  Naprawdę  nazywał  się  Marco  Polo?  -  zapytała  Eve.  -  Chyba 

żartujesz. 

-  Nie.  Twierdził,  że  mama  tak  go  nazwała,  bo  miał  z  niego 

wyrosnąć  wielki  odkrywca.  Szczerze  mówiąc,  pasował  do  innych 
dziwaków  zamieszkujących  francuską  dzielnicę.  W  domu  nosił 
trzynastowieczny  strój  i  miał  wielką  słabość  do  chińskich 
prostytutek.  Nie  sądzę,  żeby  jego  mamie  chodziło  o  takie 
zamiłowanie do Wschodu, ale kim  jestem, by... Cholera! - Zepchnął 
ją na bok i zasłonił sobą. - Kto tam? 

-  Quinn.  -  Joe wyszedł  z cienia obok  drzwi wejściowych.  -  Eve 

to potwierdzi, jeśli ją spytasz. 

- Joe? - Eve wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. 
- Pamiętasz moje imię? Chyba powinienem być wdzięczny. 
- Po co przyjechałeś? Nie chcę cię tutaj widzieć. 
- Dość jasno dałaś mi to do zrozumienia. Co za pech. Przyjecha-

łem i zostanę. 

- A Jane? 
-  Wszystko  w  porządku.  Jest  u  twojej  matki.  Mąż  Sandry 

pojechał  z  małym  Mikiem  do  Oregonu  na  ryby.  Biologiczna  matka 
dziecka  znowu  trafiła  do  aresztu  za  narkotyki,  pomyśleli  więc,  że 
chłopcu dobrze zrobi taki wypad. Twoja matka bardzo się ucieszyła z 
towarzystwa. 

Szok minął, pojawił się gniew. 

background image

 

90 

-  Mówiłam  ci  przed  wyjazdem,  że  nie  chcę  cię  tutaj  widzieć. 

Wracaj do Atlanty, Joe. 

- Przykro mi. - Odwrócił się do Galena. - Co tu się dzieje? 
- Nie twoja sprawa - wtrąciła się Eve. - Wracaj do domu. 
Joe popatrzył na nią i wycedził: 
-  Lepiej  mnie  posłuchaj.  Nie  będę  nachodził  cię  w  twoim 

przytulnym gniazdku. Wiem, że nie chciałabyś mieszkać ze mną pod 
jednym  dachem.  Ale  zostanę.  Nie  możesz  mi  tego  zabronić.  Teraz 
wejdę do  środka  i  powiem  wam  o  paru  sprawach.  A  potem albo  ty, 
albo Galen poinformujecie mnie, co się tu dzieje. 

-  Lepiej go  zaprośmy,  Eve -  mruknął  Galen, otwierając drzwi.  - 

Nienawidzę publicznych awantur. 

- On właśnie wychodzi. Nie będzie żadnej awantury. 
- Będzie. W tym momencie mogę spalić całe to cholerne miasto, 

jeśli nie postawię na swoim. 

-  Tego  byśmy  nie  chcieli  -  oświadczył  Galen.  -  Właśnie 

mówiłem Eve, jakie to przyjemne miasteczko. 

-  O  tym  jej  opowiadałeś?  -  mruknął  Joe.  -  A  ja  pomyślałem 

sobie, że o czymś zupełnie innym. 

- Oho. O to ci chodzi? - Galen szeroko otworzył drzwi. - Wejdź, 

Quinn.  Widzę,  że  zanosi  się  na  interesującą  pogawędkę.  -  I  patrząc 
na Eve, rzekł: - Daj mu dwadzieścia minut. Najwyraźniej wie coś, co 
powinniśmy  usłyszeć.  Sądząc  z  tego,  co  o  nim  mówią,  nie  jest  taki 
głupi, żeby przejechać tyle kilometrów bez powodu. 

-  Nie  chcę...  -  Zresztą  mogła  się  zgodzić.  Znała  tę  minę  Joego, 

nie zamierzał ustąpić. - Dobrze, dwadzieścia minut. 

Minęła go i weszła do domu. 
-  Zaraz  wracam.  -  Galen  już  biegł  po  schodach.  -  Muszę 

sprawdzić  piętro.  Jeśli  chcesz  się  na  coś  przydać,  Quinn,  sprawdź 
parter. 

-  Czyżbyś  mi  ufał?  -  spytał  sarkastycznie  Joe.  -  Twoja  wiara 

jest... - Ale Galen  już go nie słyszał.  Joe wskazał na pierwsze drzwi 
po lewej: - To kuchnia? 

- Jadalnia. Połączona z kuchnią. 
Joe nacisnął klamkę. 
- Ty zostań tutaj. 

background image

 

91 

-  Ani  mi  się  śni.  -  Weszła  za  nim  i  obserwowała,  jak  sprawdza 

spiżarki  i  zagląda pod  stół,  najpierw  w kuchni,  a  potem w  jadalni. - 
Nie masz prawa tego robić. Nie jestem jeszcze gotowa na spotkanie z 
tobą, Joe. 

-  A  kiedykolwiek  będziesz?  -  Minął  ją  i  wyszedł  na  korytarz.  - 

Czy to salon? 

Skinęła głową, a on dokładnie obejrzał pokój. 
-  Wszystko  w porządku?  -  Galen  zbiegł ze  schodów.  -  Skoro to 

już  załatwiliśmy,  pewnie  nie  napiłbyś  się wina  ani  kawy? Nie? Tak 
myślałem.  -  Wszedł  do  salonu  i  usiadł  na  obitej  aksamitem  sofie.  - 
Przepraszam,  że  siadam  w  twojej  obecności,  Eve,  ale  widzę  po 
twojej  pozie,  że  nie  jesteś  w  nastroju  na  relaks.  -  Odwrócił  się  do 
Joego. - Najeżyła się. Lepiej się pospiesz. 

-  Nie  potrzeba  mi  twoich  rad.  Znam  Eve  lepiej  niż  ty.  -  Nie 

spuszczał wzroku z jej twarzy. - Prawda? 

- Czyżby? Ja też myślałam, że znam ciebie. 
- Bo znasz. Po prostu nie akceptujesz tego, co znasz, co zawsze 

znałaś.  Nie  umiem  do  ciebie  dotrzeć.  Pieprzyć  to,  i  tak  nie  ma  to 
teraz znaczenia. Musisz się dowiedzieć o Capelu. 

- Kto to jest? 
-  George  Capel,  lekarz,  którego  przekupiłem,  żeby  wysłał  ci 

sfałszowaną analizę DNA i ukrył prawdziwą. 

- I zarazem człowiek, który wysłał mi prawdziwy raport. 
- To nie był Capel. Byłoby bez sensu, żeby wysyłał ci raport, nie 

żądając wcześniej większej sumy ode mnie, chyba że ktoś mu sporo 
zapłacił.  Zacząłem  węszyć.  Capel  od  paru  dni  nie  pojawiał  się  w 
pracy,  więc  uznałem,  że  uciekł.  -  Joe  zacisnął  usta.  -  Wiedział,  że 
będę  go  szukał.  Ktoś  jednak  musiał  coś  podejrzewać  i  dotarł  do 
Capela.  Poszedłem  do  laboratorium.  Przepytałem  tam  z  tuzin 
urzędników, zanim znalazłem kogoś, kto pamiętał policjanta z okrę-
gu  Forsythe,  który  pytał  o  raport  w  sprawie  Bonnie.  Urzędniczka 
była  zmartwiona,  nie  mogła  go  znaleźć.  Policjant  chciał  wiedzieć, 
kto przeprowadzał badania, więc odparła, że George Capel, i spytała, 
czy  zaaranżować  spotkanie.  Powiedział,  że  wróci,  gdy  będzie  miał 
więcej  czasu.  Tego  samego  dnia  dwoje  sąsiadów  widziało 
szczupłego, ciemnowłosego faceta w towarzystwie Capela. Poszedł z 

background image

 

92 

nim do jego domu, a potem obaj wyszli. Nieco później mężczyzna o 
takim samym wyglądzie był z Capelem w banku. Kasjerka, która od-
prowadziła  go  do  skrytki,  zagadnęła  o  zdrowie,  bo  źle  wyglądał. 
Capel odparł,  że  ma grypę.  Sądzę,  że człowiek,  który pojawił się  w 
laboratorium,  zaczął  podejrzewać  jakieś  przekręty,  gdy  nie  dostał 
raportu, i postanowił  sprawdzić Capela. Trafił  w samo sedno. Capel 
był  dość  przezroczysty,  nietrudny  do  złamania  dla  kogoś 
zdeterminowanego.  Pewnie  tamten  zmusił  Capela,  żeby  go  wpuścił 
do  domu,  bo  chciał  go  przeszukać.  Ale  nie  znalazł  raportu.  Wtedy 
zrobiło się poważnie. Jestem zdania, że facet spędził sporo czasu na 
przekonywaniu  Capela,  żeby  ujawnił,  gdzie  ukrył  dokument.  Potem 
poszli  po  niego  do  banku.  Nic  dziwnego,  że  Capel  wydawał  się 
chory. Pewnie bardzo cierpiał. 

-  I  to  wszystko  ze względu  na  analizę DNA  Bonnie? -  zapytała 

sceptycznie Eve. - Nie widać w tym sensu. 

-  Czy  przekona  cię  informacja,  że  dwa  dni  temu  odnaleźliśmy 

ciało Capela? 

- Co takiego?! - Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. 
- Zamordowany? - zapytał Galen. 
Joe skinął głową. 
- Cios nożem w plecy. Kilka innych ran ciętych. 
- Środki perswazji - mruknął Galen. 
- Tak sądzę. 
- Dlaczego? - oszołomiona Eve potrząsnęła głową. 
- A ty dlaczego tu przyjechałaś? - odpowiedział jej pytaniem Joe. 

- Co cię tu sprowadziło? 

- Wiesz dobrze, dlaczego tu przyjechałam. 
-  Tak, do  diabła!  Wszystko  zostało  starannie zaplanowane.  Naj-

pierw  profanacja grobu,  żeby  wywołać u  ciebie szok. Potem dowia-
dujesz  się  o  wynikach  analizy  DNA.  Cios,  który  oderwał  cię  ode 
mnie. A czyż to tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, że akurat trafiła 
ci się ta robota? 

-  Twierdzisz,  że  zamordowano  tego  człowieka,  żeby  mnie  tu 

ściągnąć? 

- Potrzebujesz dalszych dowodów? Odciski na wzgórzu zostawił 

ktoś w butach zrobionych w fabryce, która ma w tym stanie szeroko 

background image

 

93 

rozbudowaną  sieć  dystrybucji.  Prowadziły  do  śladów  opon 
standardowo  montowanych  w  saturnach.  Mam  portret  pamięciowy 
człowieka, który poszedł  z Capelem do domu  i  banku. Sprawdziłem 
kamery  zamontowane  w  banku,  ale  facet  był  sprytny  i  ich  unikał. 
Jednak zarówno sąsiedzi, jak i urzędniczka w banku rozpoznali twarz 
na  portrecie,  więc  zaryzykowałem  i  pokazałem  go  w  wypoży-
czalniach  aut  na  lotnisku.  Bingo.  Avis wypożyczył saturna niejakie-
mu Karlowi Stolzowi ze Shreveport w Luizjanie.  Płacił kartą kredy-
tową i był bardzo miły dla urzędniczki. Zwrócił auto i zarezerwował 
lot do Baton Rouge w dniu, w którym przyjęłaś zlecenie Meltona. 

- Niezły kawał roboty - przyznał Galen. - Pewnie sprawdziłeś też 

kartę kredytową. 

-  Obciążono  prawdziwego  Karla  Stolza  mieszkającego  w 

Shreveport.  Skradziona.  Od  pół  roku  nie  wyjeżdżał  z  domu.  -  Joe 
zacisnął  dłonie  w  pieści.  -  Uwierz  mi,  Eve.  To  wszystko  miało  cię 
sprowadzić do Baton Rouge. Wynoś się stąd jak najszybciej. 

Brzmiało to niewiarygodnie, jednak mu uwierzyła. 
-  Mówisz,  że  ten  człowiek  usiłował  zrujnować  mi  życie  i  zabił 

kogoś tylko po to, żebym przyjęła tę pracę? - Usiłowała się skupić. - 
Melton? 

-  Zadzwoniłem  dziś  do  niego,  zanim  wsiadłem  do  samolotu. 

Wszystkiemu  zaprzeczył,  rzecz  jasna,  ale  ślady  prowadzą  albo  do 
niego, albo do jego wspólnika. 

- Dziwne, że nie wyciągnąłeś tego z Meltona. 
- Nie miałem czasu. 
- Jedź do domu, Joe. Nie chcę, żebyś się w to mieszał.  Jeśli jest 

jakiś problem, sama go rozwiążę. 

-  Czyli  nie  chcesz  mnie  w  swoim  życiu.  No  cóż,  to  niedobrze. 

Nie jesteś jedyną ofiarą. Ten, kto zabił Capela, nieźle namieszał  i  w 
moim życiu. Może mi powiesz, co się tutaj dzieje? 

- Nie powiem. 
- No to dowiem się tego na własną rękę. - Obrócił się na pięcie. - 

Jeśli zmienisz zdanie, zastaniesz mnie w hotelu Westin. 

-  Czekaj.  -  Galen  wstał  z  sofy.  -  Możemy  pogadać  chwilę  na 

osobności, Quinn? Może pójdziesz na górę i odpoczniesz, Eve? 

- Galen! - warknęła. 

background image

 

94 

-  Nie  chcesz  go  w to  wciągać.  A  ja  tak.  Przyjmę  każdą  pomoc. 

Lepiej  zająć  go  tym,  przynajmniej  nie  będzie  mi  przeszkadzał, 
usiłując  zdobyć  najprostsze  informacje  -  uśmiechnął  się.  -  Możesz 
trzymać się na dystans. Ja będę się z nim zadawał. 

- Ale ja go tu nie chcę widzieć. 
-  A  ja  chcę.  Dopóki  nie  spakujesz  walizek  i  nie  pojedziesz  do 

domu, Quinn zostaje. Będzie nieco z boku, ale będzie. A teraz idź się 
połóż, po wyjściu Quinna przygotuję ci coś do jedzenia. 

-  Przestań traktować  mnie  jak dziecko.  Nie  jestem głodna  i  zro-

bię, co mi się spodoba. - Eve wyszła z pokoju i ruszyła po schodach. 
Cholera, nie spodziewała się, że Galen wystąpi przeciwko niej. To ją 
zaskoczyło  -  ale  nie  tak,  jak  ta  przerażająca  historia  opowiedziana 
przez Joego. Wydawało się niemożliwe, że ktoś mógłby posunąć się 
do  takich  rzeczy  tylko  po  to,  aby  ją  tu  sprowadzić.  Ten  człowiek 
uderzył  w  jej  najbardziej  czuły  punkt  i  posłużył  się  Bonnie,  żeby 
manipulować Eve. 

Ogarnęła  ją  wściekłość.  Sukinsyn.  Co  z  historią,  którą 

opowiedział jej Melton? Ile z tego było prawdą, ile kłamstwem? 

Marie  i  Pierre  Letaux:  zabito  ich,  by  Eve  nie  mogła  rozpocząć 

pracy nad rekonstrukcją. Jaka była ich rola w tym wszystkim? 

Nie  wiedziała.  Nie  mogła  teraz  myśleć.  Była  zagubiona  i  zła, 

szok  i  uraza  wywołane  pojawieniem  się  Joego  nie  poprawiały 
sytuacji. W pierwszej chwili na jego widok o mało nie podskoczyła z 
radości, lecz zaraz przypomniała sobie wszystko i wrócił ból. 

Musiała  zmusić  Joego  do  wyjazdu  z  Baton  Rouge.  Nie  mogła 

żyć w takim zamęcie, a już na pewno nie mogła pracować. 

Pracować? Przeszył  ją dreszcz, gdy uświadomiła sobie, że może 

bardziej niż Victorem powinna przejmować się własnym życiem. 

 

Rozdział ósmy 

 

- Najwyraźniej  nie poznałeś Eve tak dobrze, jak sądziłem - ode-

zwał się Joe, gdy na górze trzasnęły drzwi. - Nie powinieneś odnosić 
się do niej protekcjonalnie. 

-  Wątpię,  żebyś  był  ekspertem  w  tej  kwestii.  Chyba  sam  się  jej 

background image

 

95 

naraziłeś - odparł Galen. 

Joe zesztywniał. 
- Mówiła ci o analizie DNA? 
-  To  cię  niepokoi,  co?  Nie,  Logan  powtórzył  mi  wszystko,  co 

usłyszał  od  ciebie.  Sporo  ryzykowałeś.  -  Zmienił  temat:  -  Chcesz 
wiedzieć, co się tu dzieje, czy nie? 

Joe przez chwilę milczał. 
- Chcę. 
Galen zapoznał Quinna z przebiegiem wydarzeń w Baton Rouge. 
Kiedy skończył, Joe zaklął pod nosem. 
-  Dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłeś?  Dlaczego  nic  mi  nie 

powiedziałeś? 

- Logan wynajął mnie, nie ciebie. Jeśli miała zgodzić się na moją 

obecność,  musiałem  obiecać,  że  nic  ci  nie  powiem.  Czyli  tak  na-
prawdę to twoja wina. 

- Mówienie mi tego sprawia ci radość. 
-  Bo  antagonizmy  wyzwalają  we  mnie  najgorsze  instynkty. 

Zaniosłeś  portret  pamięciowy  do  FBI,  mając  nadzieję,  że  coś  dla 
ciebie znajdą? 

- Ale nie znaleźli. Nic nie pasowało. 
- Chętnie go zobaczę. Człowiek, który tamtej nocy zabrał Eve do 

szpitala,  pasuje  do  opisu.  Możemy  pokazać  portret  personelowi. 
Masz go ze sobą? 

-  Mam  kilka  kopii  w  hotelu.  Dam  ci  jedną.  -  Joe  spojrzał  na 

schody.  -  Ona  mnie  nie  słucha.  Potrafisz  ją  przekonać,  żeby 
wyjechała? 

- Spróbuję. Będzie wściekła na Meltona, jeśli uzna, że ma on coś 

wspólnego ze sprawami, o których mówiłeś. Z drugiej strony bardzo 
się zaangażowała w swoją pracę.  Dziś  musiałem  ją siłą odciągać od 
Victora. 

- Cholera! To jasne, że ten, kto za tym stoi, gra o wielką stawkę. 

Jeden  fałszywy  ruch  i...  -  Umilkł  i  głęboko  odetchnął.  -  Nie  mogę 
znieść  myśli,  że  nie  będzie  mnie  tutaj,  żeby  jej  pomóc.  To  mnie 
doprowadza do szaleństwa. 

-  Nie  ukrywasz  tego  -  zauważył  Galen.  -  Zrobię  co  w  mojej 

mocy.  Tymczasem  daj  mi  numer  swojej  komórki,  będę  ci  przeka-

background image

 

96 

zywał informacje. 

- Chcę czegoś więcej. 
-  Nic  więcej  nie  zrobię.  Jeśli  będziesz  się  tu  kręcił,  Eve 

eksploduje. Wierz mi, dobrze o nią dbałem. Nadal będę to robił. 

-  Nie  ufam  ci  i  nie  chcę,  żebyś...  -  Joe  rzucił  w  Galena 

wizytówką ze swoim nazwiskiem i telefonem, i podszedł do drzwi. - 
Jeśli  nie  będziesz  mi  mówił,  co  się  tutaj  dzieje,  rozerwę  cię  na 
strzępy. 

- Nienawidzę gróźb. Urażają moją wrażliwą naturę. 
- Gówno prawda. 
-  Jak  mam  ci  się  zrewanżować?  Co  cię  zdenerwuje?  -  Galen 

uśmiechnął się złośliwie. - Mam ci powiedzieć, jak dobrze poznałem 
Eve?  Wymieniliśmy  poglądy  i  opowiadaliśmy  sobie  o  przeszłości. 
Razem jedliśmy, dzieliliśmy smutek. Jestem jej obrońcą i trzymałem 
ją w ramionach. 

- Ty sukinsynu! 
-  Tak  myślałem,  to  załatwi  sprawę.  -  Minął  Joego  i  ruszył  do 

kuchni. - Teraz muszę iść i przygotować nam trojgu coś do jedzenia. 

Joe miał ochotę pobiec za nim i go udusić. 
Galen obejrzał się przez ramię i pokręcił głową. 
-  Zapewniam  jej  bezpieczeństwo,  Quinn.  Pozbądź  się  mnie,  a 

będziesz  tkwił  po  uszy  w  szambie.  Joe  stłumił  przekleństwo  i 
szeroko otworzył drzwi wejściowe. 

-  Zapomniałem  o  jednym  drobiazgu  -  dodał  Galen.  -  Parę  dni 

temu byłem w jej sypialni. Nago. - Zniknął w kuchni. 

Joe  ruszył  za  Galenem;  czuł,  jak  pulsują  mu  żyły  na  skroniach. 

Nagle  jednak  zatrzymał  się  i  głęboko  odetchnął.  Spokojnie.  Galen 
chciał go zdenerwować. Mógł kłamać. 

Równie dobrze mógł  mówić prawdę. Trudno, pogódź się z tym. 

Jeśli  nie  kłamał  i  został  kochankiem  Eve,  Joe  nic  nie  mógł  na  to 
poradzić.  Miał  związane  ręce.  Musiał  ocalić  Eve,  a  do  tego  po-
trzebował tego sukinsyna. Nie mógł go tknąć. Jeszcze nie teraz. 

 
- Przyniosłem ci kanapkę - powiedział Galen, gdy w odpowiedzi 

na  jego  pytanie  Eve  otworzyła  drzwi  sypialni.  -  Wiem,  że  podobno 
nie  jesteś  zbyt  głodna,  ale  musisz  mieć  zapas  energii,  jeśli  chcesz 

background image

 

97 

skończyć pracę nad Victorem. 

- Nie lubię, kiedy mi się rozkazuje, Galen - powiedziała zimno. - 

Zwłaszcza w kwestii moich spraw osobistych. 

- Ale nie chodzi o twoje sprawy osobiste. Chodzi o twoje życie, 

wynajęto  mnie,  żebym  je  chronił.  Wobec  tego  rób,  co  chcesz  z 
Quinnem,  ale  jeśli  będę  go  potrzebował,  to  go  wykorzystam.  - 
Postawił  tacę  na  stoliku  obok  łóżka.  -  Logan  mówił,  że  to  były 
komandos, pracował też w FBI i policji. Może się przydać. 

- Joe nie daje się wykorzystywać. 
-  Dzięki  temu  mam  uciechę.  -  Galen  wyjął  sznurek  srebrnych 

dzwoneczków  z  kieszeni  i  ruszył  do  balkonu.  -  Ten  balkon  mnie 
denerwuje, męczy mnie sprawdzanie go po parę razy w nocy. 

- Nie zauważyłam, że to robisz. 
-  Bo  jestem  taki  zręczny.  -  Wyszedł  na  balkon  i  przywiązał 

koniec sznurka do dwóch żelaznych prętów. Natychmiast rozległ się 
delikatny  brzęk.  -  I  już.  To  proste  urządzenie  to  istny  dar  niebios. 
Technika  niezbyt  wyrafinowana,  ale  brzmi  ładnie  i  na  pewno  mnie 
obudzi,  jeśli  pojawi  się  jakiś  kot-włamywacz.  -  Obejrzał  się  przez 
ramię  ze  złośliwym  uśmiechem.  -  Albo  jeśli  Quinn  postanowi 
odegrać scenę balkonową z Romeo, i Julii. „Raz jeszcze skoczmy w 
wyłom...”

1

- To z Henryka V, a nie z Romeo, i Julii. 
- Do diabła ze skrupulatnością, jeśli cytat pasuje. 
- Poza tym Joe jest zbyt pragmatyczny, żeby odgrywać Romea. 
- Nie wydaje mi się szczególnie pragmatyczny. Dziś strasznie się 

wkurzał,  nie  podobało  mu  się,  że  jestem  tak  blisko  ciebie.  Począt-
kowo mnie to bawiło, ale potem włączył się mój mechanizm obronny 
i chyba stałem się nieco nieprzyjemny. 

- Co zrobiłeś? 
- To i tamto. - Galen ponownie poruszył sznurkiem, dzwoneczki 

zadźwięczały.  -  Ładne.  -  Zszedł  z  balkonu  i  zamknął  drzwi.  -  Zjedz 
kanapkę i spróbuj się trochę zdrzemnąć. Wiem, że słowa Quinna cię 
przygnębiły. 

                                                   

1

  William  Shakespeare,  Henryk  V,  tłum.  Maciej  Słomczyński,  Wydawnictwo 

Literackie, Kraków 1984 (przyp. tłum.). 

background image

 

98 

-  Jasne.  -  Głos  jej  drżał.  -  Czuję  się...  zbrukana.  Ten  sukinsyn 

wykorzystał  moje uczucia do  zmarłej  córeczki  i  usiłował  manipulo-
wać moim życiem, żeby osiągnąć swój cel. I ta sprawa z Capelem. 

- Dziwne, że to cię porusza. Capel też nieźle tobą manipulował. 
-  Nie Capel,  tylko  Joe.  Manipulował  Capelem  i  mną.  Kiedy Joe 

podejmuje jakąś decyzję, przeciwstawianie mu się przypomina próbę 
powstrzymania tornada. 

-  Odniosłem  podobne  wrażenie.  -  Galen  ruszył  do  drzwi.  -  Ale 

może jesteś dla niego zbyt szorstka. 

- Nie masz o niczym pojęcia. 
-  Masz  rację,  ale  to  nie  powstrzymuje  mnie  przed  wyrażaniem 

swoich  opinii.  -  Uśmiechnął  się  do  niej,  gdy  otwierał  drzwi.  - 
Dobranoc, Eve. Koniecznie zjedz tę wspaniałą kanapkę z szynką, tak 
żebyś mogła mnie rano pochwalić. 

Pokręciła głową, kiedy wyszedł. Był całkiem niemożliwy. Popat-

rzyła  bez  entuzjazmu  na  kanapkę,  wzięła  ją  do  ręki  i  ugryzła.  Miał 
rację. Potrzebowała siły. Nie tylko do pracy, ale także do przetrwania 
tego  koszmaru,  który  wydawał  się  ciągle  pogłębiać.  Musiała  prze-
myśleć  słowa  Joego  i  zastanowić  się  nad  tym  wszystkim,  co  się 
zdarzyło od jej przyjazdu, i podjąć decyzję. 

Pewnie powinna się spakować i wracać do Atlanty. 
Jednak Victor czekał. Niemal słyszała, jak ją przywołuje. Z każ-

dym dniem była coraz bliższa sprowadzenia go do jego domu. 

Jeśli  miała  trzeźwo  myśleć,  a  było  to  konieczne,  to  musiała 

wytłumić ten nadmiar emocji spowodowany przyjazdem Joego. 

Boże, po co on tu przyjechał! 
 
Dzwoneczki zadzwoniły delikatnie w ciemnościach. 
Eve zesztywniała na łóżku, a jej spojrzenie powędrowało do bal-

konowych drzwi. 

Dzwonki znowu zabrzęczały. 
-  Nie  ruszaj  się.  -  W  drzwiach  jej  sypialni  stał  Galen.  -  Mamy 

gościa.  -  Ruszył  ku  balkonowi.  -  I  chyba  niezbyt  bystrego,  skoro 
próbuje tu wejść po tym pierwszym brzęczeniu. 

-  Ostrożnie  -  wyszeptała.  Ledwie  widziała  go  w  ciemności. 

Galen  błyskawicznie  otworzył  drzwi  i  wyskoczył  na  balkon.  Usły-

background image

 

99 

szała łomot, wyskoczyła z łóżka i popędziła do okna. 

Galen  i  jakiś  nieznajomy  mężczyzna  walczyli  na  posadzce 

balkonu.  Galen  się  zamachnął  i  jego  pięść  wylądowała  na  szczęce 
przeciwnika. Ciało intruza znieruchomiało. 

-  Nieszczególny  z  niego  wojownik  -  stwierdził  Galen,  wstając. 

Wciągnął tamtego do sypialni. - Nie musiałem się zbytnio wysilać. 

Weszła za nim do pokoju. 
-  Przykro  mi,  że  tego  oto  faceta  uznajesz  za  niegodnego  siebie 

przeciwnika, ale moim zdaniem już sam fakt, że ktoś wdrapuje się na 
mój  balkon,  stanowi  dla  mnie  wystarczające  zagrożenie.  -  Obcy, 
najwyraźniej po czterdziestce, miał toporne słowiańskie rysy i ciem-
ne włosy upstrzone siwizną. - Zrobiłeś mu krzywdę? 

- Nie, ledwie go stuknąłem. - Galen przykucnął obok mężczyzny 

i  przeszukał  mu  kieszenie.  -  Ma  wielki  brzuch  od  piwa.  I  jest  w 
kiepskiej formie jak na... 

-  Cholera.  -  Mężczyzna  otworzył  brązowe oczy  i  wpatrywał się 

w Galena.  -  Chyba połamałeś  mi  wszystkie kości. Czemu,  u  diabła, 
tak mnie walnąłeś? 

-  Uznałem  za  stosowne  to  zrobić.  -  Galen  oparł  kolano  o  tors 

nieznajomego.  -  Pani  Duncan  nie  lubi  włamywaczy.  -  Otworzył 
portfel mężczyzny i wyjął prawo jazdy: - Bill Nathan, lat czterdzieści 
siedem. Kolor oczu się zgadza, ale waga już nie. Waży co najmniej z 
osiem kilo więcej. 

-  Bo  trochę  przybrałem  na  wadze,  odkąd  rzuciłem  palenie.  - 

Wzrok  Nathana  powędrował  ku  Eve.  -  Powie  pani  temu... 
sukinsynowi, żeby ze mnie zszedł, i wtedy porozmawiamy. 

- Nazywam się Sean Galen i masz się do mnie zwracać na pan. - 

Galen  skończył  obszukiwać  nieznajomego.  -  Jest  czysty.  -  Wręczył 
jej  wizytówkę.  -  Legitymacja  prasowa.  Jest  z  „Times  Picayunne”... 
podobno. 

- Puścisz mnie? - Nathan zmarszczył brwi. 
Galen spojrzał pytająco na Eve. Skinęła głowa. 
- Może nie powinienem... - Galen wzruszył ramionami. - Zresztą 

nie  stanowi  specjalnego  zagrożenia.  -  Wstał,  postawił  intruza  na 
nogi,  a  następnie  popchnął  go  na  fotel  przy  łóżku.  -  Teraz  poroz-
mawiajmy sobie. Co tu robisz? 

background image

 

100 

- Jestem po to, żeby was ratować, do cholery! I nie podoba mi się 

takie traktowanie. 

- Dlaczego przez balkon? 
- Nie byłem pewien, czy ktoś nie obserwuje drzwi wejściowych. 

Myślisz, że lubię wspinać się po domu jak jakiś trzepnięty superman 
z komiksu? 

- Nie sądzę, żebyś był w tym dobry - przytaknął Galen. 
- Daj  mu  mówić, Galen - odezwała się Eve. - Czego pan od nas 

chce, panie Nathan? 

-  W  skrócie: chcę was  uratować.  Rozwijając temat:  chcę dostać 

nagrodę Pulitzera. 

- Uratować przed czym? 
-  Przed  nieszczęściem,  jakim  byłoby  ukończenie  rekonstrukcji 

czaszki. - Nathan ostrożnie dotknął posiniaczonego policzka. - Boże, 
zapaliłbym sobie. 

-  Mówisz,  że  jeśli zakończymy  rekonstrukcję,  znajdziemy się w 

niebezpieczeństwie? 

- Tak sądzę. Jeśli pani skończy, nie będą już pani potrzebować, a 

być może wie pani za dużo. 

- Tak sądzisz? - Galen uniósł brwi. 
-  Przecież  powiedziałem  -  odparł  ponuro.  -  Nie  mam  krysz-

tałowej kuli ani zdolności jasnowidzenia. Ciągle szukam. Jeszcze nie 
wiem, co się dokładnie dzieje. 

- Z pewnością wie pan więcej od nas - stwierdziła Eve. - Kim są 

„oni”? 

- Sprzysiężenie. 
- Kto się żeni? - zainteresował się Galen. 
-  To  wcale  nie  jest  zabawne.  -  Nathan  rzucił  mu  mordercze 

spojrzenie  i  znowu  popatrzył  na  Eve.  -  Myśli  pani,  że  nie  kusiło 
mnie,  żeby  poczekać  do  czasu,  póki  się  nie  domyśle,  czyja  to 
czaszka? Jeśli pani nie skończy, nie będę miał tej swojej historii. 

- Więc czemu pan to zrobił? 
- Etyka. - Skrzywił się. - Przekleństwo mojego życia. 
- Inspirujące - mruknął Galen. 
- Prawdziwe. 
Odpowiadał niechętnie i z irytacją, niemniej jednak Eve wierzyła 

background image

 

101 

w szczerość jego słów. 

- Skąd pan wiedział, że pracuję nad czaszką? 
- Nie wiedziałem. Śledziłem drogę czaszki i obserwowałem koś-

ciół.  -  Umilkł.  -  Nie  tylko  ja.  Niemal  wpadłem  na  dwóch  facetów, 
którzy się tam kręcili. 

-  Strażnicy.  Czasem  jest  ich  czterech,  czasem  pięciu  -  wyjaśnił 

Galen. - Są o wiele sprytniejsi od ciebie. 

- Jestem dziennikarzem, nie opryszkiem. 
- Od kiedy pan śledził, co się dzieje z czaszką? - spytała Eve. 
-  Właściwie  to  nie  śledziłem.  Etienne  zdradził  mi,  że  mają  ją 

zabrać do kościoła. 

- Etienne? 
- Etienne Hebert. - Odetchnął głęboko. - Skoro nie mogę zapalić, 

to może przynajmniej dacie mi kawy? Potrzebuję kofeiny. 

-  To  nie  jest  spotkanie  towarzyskie  -  powiedział  Galen.  -  Naj-

pierw odpowiesz na pytania. 

-  Na  litość  boską,  gdybym  nie  zamierzał  powiedzieć  wam 

wszystkiego,  co  wiem,  nie  przychodziłbym  tu  dzisiaj.  Jak 
zauważyłeś, niespecjalnie nadaję się do takich rzeczy. 

- Faktycznie. Ale może chcesz nas nabrać. 
Eve podjęła decyzję. 
- Zejdziemy do kuchni i zaparzymy kawy. Chyba mu się przyda. 
Galen wzruszył ramionami. 
-  Jak  chcesz.  -  Odsunął  się,  a  Nathan  wstał  i  skierował  się  do 

drzwi. - Mam nadzieję, że nie będziesz tego żałowała, Eve. 

-  Kawy?  -  Wyszła  za  nimi  na  korytarz.  -  Nie  sądzę,  żebym 

okazywała  mu  jakąś  wyjątkową  pobłażliwość.  Mam  kilka  pytań, 
równie dobrze może mi na nie odpowiadać w bardziej komfortowych 
warunkach.  I  zapewniam  pana  -  rzuciła  Nathanowi  chłodne  spoj-
rzenie - że pan na nie odpowie. 

 
Dziesięć  minut  później  nalewała  parującą  kawę  do  filiżanki 

Nathana. 

- Kto to jest Etienne Hebert? 
-  Czas  teraźniejszy  nie  jest  najwłaściwszy.  -  Nathan  upił  łyk 

kawy i odetchnął z satysfakcją. - Myślę, że Jules go zabił. - Podniósł 

background image

 

102 

rękę,  bo  Eve  krzyknęła  z  oburzenia.  -  Dobrze,  dobrze.  Zacznę  od 
początku.  Mniej  więcej  miesiąc  temu  do  mojego  biura  zadzwonił 
pewien  człowiek,  niejaki  Etienne Hebert.  Powiedział, że wie,  co  się 
stało  z  Haroldem  Bentlym,  i  że  sprawa  Bently’ego  to  drobiazg  w 
porównaniu  z  tym,  co  chciałby  mi  przekazać.  Chciał  się  ze  mną 
spotkać  pod  Nowym  Orleanem  w  małej  szopie  poławiaczy  krabów 
nad Missisipi. 

- Dlaczego z panem? 
-  A  skąd  mam  wiedzieć,  do  cholery?  Może  dlatego,  że  ja  zaj-

mowałem się sprawą zniknięcia Bently’ego. - Znowu napił się kawy. 
-  W  każdym  razie,  spotkałem  się  z  nim.  Duży  facet,  miał  ze 
dwadzieścia  jeden,  dwadzieścia  dwa  lata,  na  pierwszy  rzut  oka 
prostaczek.  -  Pokiwał  głową.  -  Ale  nie  był  głupi.  Po  krótkiej 
rozmowie przekonałem się, że jest bystrzejszy, niż mi się wydawało. 
Był  zmartwiony  i  czuł  się  winny,  że  rozmawia  ze  mną.  Miał  star-
szego brata,  Jules’a,  nie chciał  pakować  go  w kłopoty.  To  jasne,  że 
Etienne niezwykle go podziwiał, wręcz wielbił. Etienne był zwykłym 
rybakiem,  a  Jules,  ten  bystry  w  rodzinie,  studiował  w  college’u. 
Może lepiej, gdyby nie studiował - stwierdził z westchnieniem. - Był 
na trzecim roku, kiedy Sprzysiężenie go zwerbowało. 

- Co to jest Sprzysiężenie? 
- Tajne stowarzyszenie, które istnieje od początku dwudziestego 

wieku. 

- Tajne stowarzyszenie? - powtórzył Galen. - Oprzytomniej. 
- Mówię jak najbardziej poważnie. 
-  I  dali  mu  nazwę  Sprzysiężenie?  Przecież  to  oznacza  tajne 

stowarzyszenie, na litość boską. Chyba zabrakło im wyobraźni. 

-  Nazwali  je  tak,  bo  jego  członkowie  pochodzą  z  najwyższych 

kręgów  innych  organizacji.  Uważają  się  za  wyjątkowo  tajemnicze 
stowarzyszenie. 

Galen parsknął śmiechem. 
-  Ja  też  tak  reagowałem,  dopóki  nie  odrobiłem  lekcji  - 

powiedział  Nathan.  -  Na  całym  świecie  istnieją  setki  tajnych 
stowarzyszeń,  a  Stany  Zjednoczone  zapewniają  im  doskonałe 
schronienie. Masoni, stowarzyszenia Odd Fellows i Skull and Bones 
-  obserwował  uważnie  twarz  Eve  -  to  wszystko  wydaje  się  nieco 

background image

 

103 

idiotyczne, dopóki  nie przejrzy  się listy członków. Wiedzieliście, że 
George  Bush  i  George  W.  Bush  należą  do  Skull  and  Bones,  a  na 
pytanie  o  członkostwo  w  tej  organizacji  George  W.  odparł,  że  nie 
może o tym mówić? 

- I co z tego? Rozumiem, że nie ma dowodu na to, że stowarzy-

szenie Skull and Bones jest zamieszane w jakieś ciemne sprawki? 

- Nie ma. Ale wielu jego członków zajmuje ważne stanowiska w 

CIA,  na  Wall  Street  i  praktycznie  na  każdym  poziomie  świata 
biznesu.  Nie  chodzi  tylko  o  Skull  and  Bones.  Komisja  Trójstronna 
oraz  Rada  do  Spraw  Stosunków  Międzynarodowych  zawsze  dys-
ponowały rozległymi wpływami. Bilderberg Group podobno wpływa 
na politykę na całym świecie. Kariera Margaret Thatcher gwałtownie 
przyspieszyła  po  tym,  gdy  przyszła  pani  premier  wzięła  udział  w 
zebraniu  tej  organizacji.  Podobnie  stało  się  z  Tonym  Blairem,  gdy 
zaproszono  go  na  zjazd  w  Vauliagméni  w  Grecji.  W  1991  roku 
David  Rockefeller  zaprosił  gubernatora  Arkansas  Billa  Clintona  na 
spotkanie w niemieckim Baden-Baden. 

- Chwileczkę. Szanuję Billa Clintona i Tony’go Blaira... 
- Ja też. Nie oskarżam ich. Usiłuję wam pokazać wpływy tajnych 

organizacji.  Zazwyczaj  większość  członków  tych  stowarzyszeń  nie 
ma  o  niczym  pojęcia,  są  nieświadomi  istnienia  elitarnych  grup  w 
swoich  organizacjach.  Nawet  nie  wiem,  jakie  grupy  wchodzą  do 
Sprzysiężenia. Może żadna z tych przeze mnie wspomnianych. Może 
wszystkie  -  wzruszył  ramionami.  -  Etienne  nie  wiedział,  ile 
organizacji  jest  w  to  zamieszanych.  Wiedział  jedynie  to,  co  powie-
dział  mu  Jules,  czyli  że  Sprzysiężenie  tworzą  ludzie  z  najwyższych 
kręgów  kilku  organizacji,  i  że  ci  elitami  członkowie  wykorzystują 
swoje stowarzyszenia, by wpływać na światową ekonomię. 

- Jak? 
- A skąd mam wiedzieć? - Nathan znowu wzruszył ramionami. - 

Nie wydaje  się wam  jednak dziwne,  że ostatnio ceny  benzyny  ostro 
poszły w górę, mimo że nie zabrakło ropy? 

Eve  równie  mocno  jak  wszyscy  inni  wściekała  się  na  te 

podwyżki. 

- Jak to zrobili? 
- Proszę wysilić wyobraźnię. W Sprzysiężeniu są podobno człon-

background image

 

104 

kowie  OPEC,  rekiny  Wall  Street  i  japońscy  szefowie  firm  kom-
puterowych. 

- Podobno? To nie wystarczy. Poproszę nazwiska. 
-  Czy  gdybym  je  znał,  byłbym  tutaj?  Siedziałbym  w  swoim 

domu w Nowym Orleanie i spisywał tę historię. - Nathan wpatrywał 
się w ich twarze. - Cholera, to prawda. Co jeszcze mam wam powie-
dzieć?  Śledziłem  giełdę przed  i  po  wystąpieniu  Greenspana.  Zamie-
szanie zawsze wybuchało w tych samych kręgach finansowych, a tuż 
po ogłoszeniu komunikatu o wysokości stóp procentowych określone 
osoby  robiły  gigantyczne  fortuny.  Oni  zawczasu  wiedzą,  co  się 
wydarzy.  Tajne  stowarzyszenia  zdominowały  naszą  przeszłość  i  te-
raźniejszość. Wszędzie mają swoich  ludzi. Niemal każdy amerykań-
ski prezydent w XX wieku  był  masonem.  Rany, przecież ceremonia 
objęcia  stanowiska  przez  Jerzego  Waszyngtona  była  utrzymana  w 
stylistyce  wolnomularskiej.  Kiedy  postanowiono  o  eskalacji  działań 
wojennych w Wietnamie, Lyndonowi Johnsonowi doradzali ludzie z 
Komisji Trójstronnej. Pierwszym negocjatorem pokojowym w Bośni 
był  lord  Carrington,  przewodniczący  Bilderberg  Group.  -  Nathan 
westchnął.  -  Nie  musicie  traktować  moich  słów  jak  objawienia,  ale 
potraktujcie  jako  realną  możliwość.  Gdy  zbiorą  się  ludzie  będący  u 
władzy, to  naturalne,  że chcą tę władzę  zwiększyć.  Pracują  nad tym 
po cichu, za kulisami, bo ludzie podnieśliby wrzask, gdyby wiedzieli, 
że  się  nimi  manipuluje.  Tak  się  dzieje  od  czasu  powstania 
pierwszych  tajnych  organizacji  w  Egipcie  i  Samarii,  jeszcze  przed 
Chrystusem.  Sprzysiężenie  od  lat  tworzy  sieć  potężnych  wpływów, 
jej członkowie nie pozwolą, żeby coś im zagroziło. 

Galen wzruszył ramionami. 
-  Ale  przecież  członkowie  takiej  organizacji,  osoby  tak 

wpływowe  i  powszechnie  znane  nie  byłyby  w  stanie  utrzymać  w 
tajemnicy swoich spotkań. 

- Zazwyczaj się nie spotykają. Komunikują się przez posłańców, 

a ostatnio przez Internet. Chyba że wyniknie coś naprawdę ważnego, 
i muszą się zebrać, by podjąć odpowiednią decyzję. Wtedy wybierają 
takie  miejsce  i  porę,  żeby  ich  obecność  wydawała się  naturalna.  Na 
przykład  królewskie  wesele.  Zdaniem  Etienne’a  ostatnie  spotkanie 
odbyło  się  podczas  letniej  olimpiady.  Nikt  nie  podejrzewał,  że 

background image

 

105 

przybyli  tam  w  innym  celu,  niż  żeby  kibicować  swoim  reprezen-
tacjom narodowym. 

- Czy Sprzysiężenie zwerbowało Etienne’a? 
- Nie, jego brat usiłował ich do tego przekonać, ale nie uwierzyli, 

że  się  nadaje.  A  Jules  był  dla  nich  prawdziwym  skarbem.  Etienne 
mówił, że urządzali Jules’owi pranie mózgu, aż uwierzył, że wszyst-
ko, co mówi i robi Sprzysiężenie, jest słuszne, że potrzeba silnej ręki, 
aby zachować pokój i status quo. Stał się ich człowiekiem od brudnej 
roboty. 

- Zabijał? 
Nathan skinął głową. 
-  Przeszedł  szkolenie  w  obozie  terrorystów  w  Libii,  ale 

opracował  też  własne  techniki.  Stał  się  prawdziwym  fachowcem. 
Zaczął  pracować  dla  Sprzysiężenia  na  dziesięć  lat  przed 
zamordowaniem Bently’ego. 

- Zamordowaniem? Jest pan pewien, że to było morderstwo? 
-  Etienne  mówił,  że  był  przy  tym,  nie  mam  powodów  mu  nie 

wierzyć. 

- Wspominał pan, że Sprzysiężenie go odrzuciło. 
-  Ale  Jules  mu  ufał,  często  zabierał  go  na  swoje  wyprawy 

związane  z  wykonywaniem  zleceń.  Etienne  nie  stanowił  problemu 
dla  Jules’a,  aż  pojawił  się  Bently.  Coś  w  tym  zabójstwie  go 
zaniepokoiło. 

- Co? 
- Nie chciał mi powiedzieć. Stwierdził tylko, że to złe, i że to, co 

robi  Sprzysiężenie,  też  jest  złe.  Nie podobało  mu  się to  morderstwo 
ani  wykopanie  szkieletu  dwa  lata  później.  Musiało  go  to  porządnie 
zaniepokoić, skoro zerwał z bratem, za którym wcześniej podążał na 
ślepo. 

- Zerwał z nim, ale najwyraźniej nie do końca. 
-  Wciąż  miał  nadzieję,  że  przekona  Jules’a  w  sprawie 

Sprzysiężenia,  chciał  tylko,  żebym  był  jego  zabezpieczeniem  na 
wypadek,  gdyby  mu  się  to  nie  udało.  Powiedział,  że  ktoś  musi  się 
dowiedzieć  o  organizacji  i  powstrzymać  tych  ludzi.  Twierdził,  że 
musimy  się  spieszyć.  -  Zawiesił  głos.  -  Martwił się  czymś,  co  Jules 
miał  zrobić  w  Boca  Raton.  Wciąż  powtarzał,  że  musimy  ich 

background image

 

106 

powstrzymać przed dwudziestym dziewiątym października. 

- Dlaczego? 
- Tylko tyle mi powiedział. Myślałem, że może to data spotkania 

członków  organizacji,  ale  w  tym  czasie  nie  zaplanowano  żadnego 
ważnego wydarzenia, które dałoby im pretekst do spotkania w Boca. 
Może  ma  to  coś  wspólnego  z  Bentlym.  To  wszystko  domysły. 
Czułem  się  sfrustrowany  jak  diabli.  Powiedział  mi,  że  mają  tu 
sprowadzić  szkielet,  ale  nie  wiedział  kiedy  i  po  co.  Mówił,  że  za-
dzwoni, gdy  tylko  szkielet  znajdzie się w kościele.  - Zrobił  pauzę. - 
Nie zadzwonił. 

- Nie było szkieletu - wtrąciła Eve. - Tylko czaszka. 
-  Poważnie?  -  Nathan  zmarszczył  brwi.  -  Mówił  o  szkielecie. 

Ciekawe, co się stało z... 

-  Szkielet  łatwiej  zidentyfikować  na podstawie DNA -  przerwał 

Galen. - Czaszkę pozbawiono zębów. To robota Etienne’a? 

- Może - odparł Nathan. - Jeśli tak, to Jules,  jak sądzę,  mógł się 

nieco  zdenerwować.  Mówiłem  Etienne’owi,  żeby  był  ostrożny.  A 
kradnąc szkielet, nie wykazał się szczególną ostrożnością. 

- Ale nie próbowałeś go powstrzymać. 
- Jestem reporterem, a to miało wszystkie cechy świetnej historii. 

Nie czuję się winny, robię, co do mnie należy. Etienne nie był czysty 
jak  łza.  -  Uśmiechnął  się  ponuro.  -  Ale,  niestety,  kiedy  w  grę 
wchodzi  życie  niewinnego  człowieka,  muszę  kierować  się 
sumieniem. Dlatego tu jestem. 

-  Długo  to  trwało,  zanim  postanowiłeś  nas  ostrzec  -  zauważył 

Galen. 

- Musiałem to przemyśleć. - Zachmurzył się, gdy Galen zmarsz-

czył  brwi.  -  Mówię  prawdę.  -  Spojrzał  na  Eve.  -  Przeczytałem  o 
śmierci  Marie  Letaux,  artykuł  sugerował,  że  pani  uległa  takiemu 
samemu  zatruciu  pokarmowemu.  Usiłowałem  sobie  wmówić,  że  to 
przypadek. Przecież mogło tak być. Ale kiedy zginął Pierre Letaux... 
Zbyt  wiele  zbiegów  okoliczności,  biorąc  pod  uwagę  to,  co 
powiedział  mi  Etienne.  Przez  jakiś  czas  tym  się  gryzłem,  a  potem 
uznałem,  że  nie  będę  czekał,  aż  pani  skończy  pracę.  Zaryzykuję 
swoją  historię.  Niech  pani  pakuje  rzeczy  i  jak  najszybciej  się  stąd 
wynosi. 

background image

 

107 

Galen popatrzył na Eve. 
- Niezły pomysł. 
- Wierzysz mu? 
- Wystarczająco. Dowody się mnożą, wcale mi się to nie podoba. 

Dochodzi  jeszcze  to,  co  mówił  Quinn.  Tak,  powinniśmy  jak  naj-
szybciej się stąd wynosić. 

Jej  także  to  się  nie  podobało.  Opowieść  Nathana  o  tajnych 

stowarzyszeniach  kontrolujących  codzienne  życie  ludzi,  była  prze-
rażająca  i  dziwaczna.  Podobnie  jak  możliwość,  że Melton  mógł  być 
w zmowie z człowiekiem, który do swoich celów wykorzystał śmierć 
jej córki. Na tę myśl znowu ogarnęła ją wściekłość. 

- Eve? 
- Myślę. 
Galen  miał  rację,  niezależnie  od  tego,  co  Nathan  mówił  o 

Sprzysiężeniu,  pojawiało  się  coraz  więcej  faktów  wskazujących  na 
istnienie  czegoś  w  rodzaju  konspiracji.  Śmierć  Capela  i  obojga 
Letaux  już  by  wystarczyła.  Tyle  że  obsesyjna  chęć  dokończenia 
pracy nad Victorem nie pozwalała jej tego przyznać. 

Victor. 
-  Wynosimy  się  stąd  -  postanowiła.  -  Ale  nie  zostawię  czaszki. 

Victor jedzie z nami. 

- Co takiego? - zdziwił się Nathan. - Czemu? 
-  Bo  ona  tak  chce  -  odparł  Galen.  -  A  ja  z  kolei  chcę,  by  ona 

zrobiła wszystko co możliwe, aby zagrać na nosie tym draniom. Eve, 
nie  możemy  wierzyć  wszystkim  słowom  Nathana,  dopóki  go  nie 
sprawdzę,  ale  jeśli  nie  chcesz  być  narzędziem  w  ich rękach,  musisz 
przejąć inicjatywę. 

-  I  zabrać  Victora  -  dodała  bezbarwnie  Eve.  -  Nie  zostawię  go, 

dopóki nie postanowię, co robić dalej. 

Nathan pokręcił głową. 
- Chce go pani ukraść? 
-  Tylko  pożyczyć  na  pewien  czas.  Na  razie  będzie  mój.  Ode 

mnie zależy, co  się stanie  z Victorem.  Nie od  Heberta,  Meltona ani 
tego  poronionego  tajnego  stowarzyszenia.  Niech  się  nawzajem  po-
zabijają.  Nie  wykorzystają  Victora  do  swoich  planów.  -  Popatrzyła 
na Galena. - O tej porze kościół może być zamknięty. 

background image

 

108 

-  Czyżby  to  była  aluzja,  że  mam  opuścić  dom  i  zająć  się  wła-

mywaniem? 

-  Nieźle sobie poradziłeś w domu  Marie  Letaux.  Czy kościół  to 

jakiś problem? 

Galen przecząco pokręcił głową. 
- Co ci wynieść z pracowni? 
-  Victora.  Moje  narzędzia,  skórzany  kuferek  na  czaszkę, 

szkatułkę  ze  szklanymi  oczami.  Rick  jest  zawsze  w  kościele,  kiedy 
przychodzę tam rano. Jeśli jest tam teraz, nie rób mu krzywdy. 

- Będę o tym pamiętał, ale i on może do nich należeć. 
Nie chciała w to wierzyć. 
-  A  może  nie.  Może  nie  ma  o  tym  żadnego  pojęcia.  Na  razie, 

dopóki nie mamy pewności, zostawmy go w spokoju. 

- Czy ja mam zdecydować, dokąd jedziemy? 
-  Powiedziałeś,  że  masz  mi  zapewniać to,  co  jest mi  potrzebne? 

Więc zapewnij mi teraz schronienie. 

-  Zabranie  czaszki  to  błąd  -  Nathan  mówił  teraz  szorstkim  z 

przejęcia  głosem.  -  Jeśli  się  pani  ukryje,  być  może  w  końcu 
zaprzestaną  poszukiwań.  Jeśli  zabierze  pani  czaszkę,  będą  panią 
ścigać.  Pomyślą,  że  coś  pani  wie,  i  nie  zrezygnują.  Dlaczego  nie 
chcecie mnie posłuchać? 

-  Bo  nie  mamy  żadnego  dowodu,  że  jesteś  kimkolwiek  więcej 

niż  tylko  podrzędnym  dziennikarzyną,  którego  można  znokautować 
jednym ciosem - powiedział Galen. 

Jednak  desperacja  Nathana  była  niezwykle  przekonująca.  Eve 

poczuła nagle, że musi się spieszyć. 

-  Słuchamy  pana...  do  pewnego  stopnia.  Dlatego wyjeżdżamy  z 

Baton Rouge. Spakuję nasze bagaże. Galen, bądź gotów do wyjazdu 
zaraz po powrocie z kościoła. 

Nathan westchnął. 
-  Skoro  nie  chce  pani  słuchać  głosu  rozsądku,  pomogę  pani  się 

pakować. 

- Nie, idziesz ze mną - zażądał Galen. - Nie zostawię cię w domu 

z Eve. 

-  Na  litość  boską,  po  tym  wszystkim,  co  wam  powiedziałem, 

chyba zasługuję na odrobinę zaufania. 

background image

 

109 

-  Słowa  to  nie  wszystko.  Na  zaufanie  trzeba  sobie  zasłużyć. 

Musisz się sprawdzić. 

- Nadstawiając karku w kościele? 
-  Niezły  sposób.  -  Galen  obejrzał  się  przez  ramię  na  Eve.  - 

Wiesz, jak posługiwać się bronią? 

- Tak. 
-  Znajdziesz  ją w  moim  worku.  Weź  ją.  Nie  chcę zostawiać  cię 

samej w domu. 

- No to ja z nią zostanę, do cholery! - krzyknął Nathan. 
-  Idź,  Eve.  -  Galen  go  zignorował.  -  Kiedy  wrócę,  być  może 

będziemy  się  spieszyć.  Wezmę  kilka  rzeczy  z  kuchennej  szafki,  i 
wybywamy. 

 

Rozdział dziewiąty 

 

Gdzie oni są? 
Eve  niespokojnie  spoglądała  w  ciemność,  ale  widziała  jedynie 

zarys sylwetki kościoła. 

Minęło przeszło pół godziny. Z pewnością powinni już wrócić. 
Chyba że coś się stało. 
Odpędziła tę myśl od siebie. Galen był zbyt bystry, żeby dać się 

złapać,  nie  słyszała też żadnych  niepokojących  odgłosów,  kiedy  tak 
stała na balkonie. 

- Idziemy. 
Odwróciła się i ujrzała Galena. Właściwie założyła, że to Galen. 

Był  pokryty  błotem  i  szlamem,  mokre  ubranie  przylgnęło  mu  do 
ciała. 

- Co ci się stało? 
- O wiele mniej, niż powinno - powiedział Nathan, wchodząc za 

Galenem  do  pokoju.  On  także  był  mokry  i  cały  zabłocony.  -  To 
najbardziej  stuknięty  sukinsyn,  jakiego  kiedykolwiek  spotkałem. 
Zmusił mnie do przepłynięcia tego cholernego rozlewiska. 

- Co? 
-  Na  moście  mogliby  nas  zauważyć  -  wyjaśnił  Galen.  -  To  był 

najłatwiejszy sposób obejścia problemu. 

background image

 

110 

-  Najłatwiejszy? -  prychnął  Nathan.  -  Wepchnął  mnie do  wody. 

A gdybym nie umiał pływać? 

- Woda była tak płytka, że mogłeś ją przejść. 
-  Nieprawda  -  wściekał  się  Nathan.  -  A  jadowite  węże,  aligato-

ry... Wszystko mogło pływać w tych brudach. 

-  Przestań  narzekać.  Pogryzły  cię  tylko  komary.  Powinieneś  się 

cieszyć,  że pozwoliłem  ci  zostać na brzegu,  zamiast  kazać wejść  do 
kościoła. - Przeszedł do  łazienki, wziął dwa ręczniki i rzucił jeden z 
nich Nathanowi. - Wysusz się. Nie mamy czasu na prysznic. 

- Masz Victora? - zapytała Eve. 
- Jasne. - Popatrzył na nią ze zdumieniem. - Wszystko, o co pro-

siłaś,  jest na dole, przy tylnych drzwiach. A z Victorem wszystko w 
porządku.  Przed  wejściem  do  wody  włożyłem  go  do  wielkiej  her-
metycznie  zamykanej  torby,  do  której  przywiązałem  parę  nadmu-
chanych  worków  na  śmieci  w  charakterze  pływaków.  Zająłem  się 
nim, a Nathan innymi rzeczami, o których wspominałaś. 

- Nie było problemów? 
Galen pokręcił przecząco głową. 
-  Kłamiesz  -  oświadczył  ponuro  Nathan.  -  Widziałem,  jak  do 

kościoła wchodzi za tobą strażnik. Już nie wyszedł. 

-  Nie  kłamię.  -  Galen  rzucił  mu  zirytowane  spojrzenie.  -  Po 

prostu  ominąłem  epizod,  który  mógłby  zdenerwować  Eve.  Powie-
działem  prawdę.  Strażnik  nie  był  żadnym  problemem.  Załatwiłem 
go, zanim zdążył zaalarmować pozostałych. 

- Załatwiłeś go? 
-  Nie  przejmuj  się,  to  nie  był  Rick.  Idziemy.  Musimy  się  stąd 

wydostać, zanim się zorientują, że czaszka zniknęła. 

-  Jest  nienormalny  -  mruknął  Nathan.  -  Ten  sukinsyn  mógł  nas 

wpędzić  w  kłopoty.  -  Popatrzył  wojowniczo  na  Galena.  -  I  muszę 
wziąć prysznic. 

-  Nie  ma czasu.  Idziesz  w takim  stanie  albo  wcale.  Jakoś się tu 

dostałeś; jak zechcesz, to się jakoś wydostaniesz. 

- Żeby go znalazł ten Jules Hebert? - zapytała Eve. 
-  Musi  się  dostosować  do  okoliczności.  Moja  mama  zawsze 

powtarzała, że co ma wisieć, nie utonie. 

-  Bardzo  mnie  męczy  to,  co  mówiła  twoja  matka.  Myślę,  że  to 

background image

 

111 

sobie  wymyślasz,  kiedy  ci  pasuje.  -  Ruszyła  ku  drzwiom.  - 
Zabieramy go. 

Galen wzruszył ramionami. 
-  Skoro  nalegasz.  Obaj  jednak  śmierdzimy  jak  skunksy,  takich 

dwóch w aucie wywołałoby  wymioty  u  każdego.  -  Minął  ją  i popę-
dził schodami  na dół. - Wyjdziemy przez tylne drzwi i pobiegniemy 
do auta zaparkowanego  przy  cyprysach  kilkaset metrów od domu.  - 
Zatrzymał  się  przy  kuchennych  drzwiach.  -  Czekajcie  chwilę,  zaraz 
wracam. 

- Dokąd idziesz? 
-  Sprawdziłem  teren  przed  domem.  Większość  strażników  roz-

lokowano  po  drugiej  stronie  rozlewiska  pod  kościołem,  ale  jeden 
skurczybyk  siedzi  trochę  dalej,  na  brzegu,  i  obserwuje  dom.  Nie 
miałem  czasu się  nim  zająć,  kiedy  poszedłem  po czaszkę.  -  Zerknął 
na  Nathana.  -  A  poza  tym  Nathan  za  głośno  narzekał.  Mamy 
szczęście, że dotarliśmy do domu niezauważeni. 

- Usiłowałeś utopić... 
-  Bądź  gotowa.  -  Galen  już  sunął  pod  ścianą  budynku.  -  Trzy-

majcie kciuki, żeby nie znaleźli tego strażnika w kościele... 

 
Kilka minut później Galen pojawił się w drzwiach. 
- Chodźcie. Ruszamy. Zaczyna brakować nam czasu. 
- A strażnik? 
-  Zająłem  się  nim.  -  Zaczął  biec,  gdy  zbliżali  się  do  gaju.  - 

Powinniśmy  się  raczej  przejmować  tym  strażnikiem  w  kościele. 
Minęło prawie piętnaście minut. Ktoś zacznie go szukać. 

Eve  nagle  znieruchomiała.  Tam,  gdzie  miał  na  nich  czekać 

brązowy,  wynajęty  samochód  Galena,  znajdował  się  najnowszy 
model lexusa. 

Obok stał Joe Quinn. 
- Co tu się dzieje, do diabła? - Eve odwróciła się do Galena. 
- Ja się dzieję - odparł krótko Joe. - Wsiadaj do auta i zmywamy 

się stąd. 

Eve go zignorowała. 
- Ty go zawiadomiłeś, Galen? 
-  Pewnie.  Zanim  poszedłem  do  kościoła.  Mówiłem,  że  może  mi 

background image

 

112 

się  przydać.  Powiedziałbym,  że  sytuacja  dojrzała  do  tego,  żeby  go 
wezwać. Nie mogę się rozdwoić. Otwórz bagażnik, Quinn. - Wrzucił 
tam  walizki.  -  To  Bill  Nathan.  Siadaj  z tyłu,  Nathan.  -  Odwrócił  się 
do  Eve.  -  Ty  sama  wybierz  miejsce,  ale  Quinn  jedzie  z  nami. 
Zaprosiłem go na przejażdżkę. 

- Galen, zbytnio się przejąłeś swoją pracą. 
-  Taki  mam  zwyczaj.  Jestem  zaopatrzeniowcem.  -  Otworzył  jej 

drzwi z tyłu. - Co oznacza, że będę chronił cię najlepiej, jak potrafię. 

-  Na  litość  boską,  nie  jestem  trujący  -  powiedział  ponuro  Joe.  - 

Wsiadaj do samochodu. 

Zawahała się, a następnie usiadła z tyłu obok Nathana. 
- Nie podoba mi się to, Galen. 
-  Przykro  mi.  -  Obejrzał  się  za  siebie  i  zerknął  na  kościół,  a 

potem usiadł w fotelu dla pasażera. - Nic się jeszcze nie dzieje. Rany, 
mamy szczęście! Jedziemy, Quinn. 

Joe usiadł za kierownicą. 
- Dokąd jedziemy? 
- Na południe. Mam dom trochę na północ od Nowego Orleanu. 

Przez jakiś czas powinno tam być bezpiecznie. 

- Nie będą nas u ciebie szukać? 
-  No  cóż,  w  moim  zawodzie  nie  informuje  się  całego  świata  o 

miejscu  zamieszkania,  a  dokumenty,  na  których  figuruje  ten  adres, 
starannie ukryłem. 

- Nie bądź zbyt pewny siebie - powiedział Nathan. - Za Jules’em 

Hebertem stoi Sprzysiężenie, a to otwiera wiele drzwi. 

-  Jeśli  to  Sprzysiężenie  w  ogóle  istnieje.  A  przy  sprzyjających 

okolicznościach  każdy  może  znaleźć  każdego.  Może  jednak 
będziemy mieć tyle czasu i spokoju, że Eve da radę dokończyć pracę 
nad Victorem. 

- Może. 
- Jedź, Quinn - powiedział Galen. - Ten facet mnie dołuje. 
 
Joe siedział sztywno za kierownicą; przez całą drogę ani razu nie 

spojrzał na Eve. 

Ona  też  starała  się  nie  patrzeć  na  niego.  Wyglądała  przez  okno 

albo  gawędziła z Nathanem,  który  nie  wykazywał  jednak  specjalnej 

background image

 

113 

ochoty  do  rozmowy.  Galen  jej  nie  ułatwiał  sprawy.  W  drodze  był 
nienaturalnie  małomówny,  tylko  czasem  podpowiadał  Joemu  drogę. 
Zatem nie mogła nie patrzeć na Joego ani nie myśleć o nim podczas 
tej całej podróży. 

Nieswojo  się  czuła  tu,  z tyłu,  zawsze  siadała  obok  niego.  Przez 

wszystkie  lata,  kiedy  byli  najlepszymi  przyjaciółmi,  a  potem  ko-
chankami... 

Kochankami. 
Boże,  tak  bardzo  pragnęła,  by  jej  dotknął.  Jej  ciało  było  na  to 

gotowe,  myślała  o  ostatnim  razie,  kiedy  w  nią  wszedł,  głęboko  i 
mocno. Potem było równie dobrze, kiedy tulił ją niczym cenny skarb. 
Zawsze czuła się taka bezpieczna. 

Z  trudem  oderwała  od  niego  spojrzenie.  Życie  nie  sprowadzało 

się tylko do seksu. W życiu liczyło się zaufanie i uczciwość. 

I seks. 
Dzielili łoże, odkąd przyjechali z Arizony przed dwoma laty. To 

naturalne,  że  przywykła  do  jego  ciała,  do  seksu  z  nim.  Co  nie 
oznaczało,  że  nie  potrafi  się  bez  tego  obejść.  Będzie  lepiej,  kiedy 
wreszcie wydostanie się z tego cholernego auta. 

No dobra, zapomnij o nim. Musi postanowić, co robić, kiedy już 

znajdą  się  u  Galena.  Było  bardzo  wiele  ważnych  spraw  do  roz-
wiązania.  Co  będzie  najlepsze  dla  Jane  i  matki?  Lepiej  pomyśleć  o 
nich niż o Joem. Cholera, co by było najlepsze dla niej samej? 

Po  godzinie  Galen  wskazał  na  potężną  bramę  z  kutego  żelaza, 

zamontowaną w równie potężnym ogrodzeniu. 

- Skręć tutaj. Dom leży za tymi cedrami. - Nacisnął guzik pilota, 

brama się otworzyła. - Chwała Bogu, jesteśmy na miejscu. Nie była 
to nazbyt relaksująca podróż. Powietrze można kroić nożem. 

-  To  przez  ciebie.  -  Eve  w  duchu  podziękowała  opatrzności,  że 

podróż się skończyła, i zerknęła na cień ogromnego jednopiętrowego 
domu  wykończonego  żółtobeżowym  stiukiem.  -  Na  litość  boską,  to 
rezydencja! 

- Złożyłem właścicielowi propozycję nie do odrzucenia - powie-

dział  Galen,  gdy  krętym  podjazdem  zbliżali  się  do  rzeźbionych 
trzymetrowych wrót domu. - Uznałem, że ten dom do mnie pasuje. 

- Bylebyśmy nie mieli do czynienia z mafią - powiedziała Eve. - 

background image

 

114 

Tylko tego mi teraz brakowało. 

-  Żartowałem  -  oświadczył  Galen.  -  Mam  dobrze  płatną  pracę, 

Logan inwestował w moim  imieniu. Udało  mi  się zaoszczędzić parę 
groszy. 

- Nie bądź taki skromny - stwierdził sucho Quinn. - Właściwie to 

nawet dziwne, że ty nadal pracujesz. 

-  Kiedy  dorasta się w  slumsach,  żadne pieniądze  na  świecie  nie 

sprawią,  że  poczujesz  się  bezpiecznie.  -  Galen  wysiadł  z  auta  i 
otworzył drzwi z tyłu. - Usiłowałem  skończyć pracę jakiś rok temu, 
ale  nic  z  tego  nie  wyszło.  Śmiertelnie  się  nudziłem.  Zacząłem 
ryzykować.  Cholera,  nawet  wspinałem  się  po  górach.  Kiedy 
skręciłem  kostkę  na  zupełnie  łatwym  wzniesieniu,  uznałem  się  za 
żałosny przypadek i wróciłem do roboty. Doszedłem do wniosku, że 
to  zdrowsze.  -  Pomógł  Eve  wysiąść  z  samochodu.  -  Wszystko  w 
porządku? 

- Nic mi nie jest. 
- A mnie tak - wtrącił Nathan. - Śmierdzę, jestem brudny i chyba 

pogryzły mnie pijawki. 

-  Naprawdę?  -  Galen  uniósł  brwi.  -  W  jakimś  ciekawym 

miejscu? Jeśli zaatakowały cię pijawki, pewnie nadal tam są. Mam ci 
pomóc je oderwać? 

- Chciałbyś, co? - Nathan spojrzał na niego wilkiem. 
- Nie bądź taki ponury. Przeżyjesz. Wątpię w te pijawki. 
- Taki z ciebie ekspert? 
-  Jasne.  Chociaż  lepiej  znam  się  na  przepływaniu  rzek  pełnych 

piranii. 

Nathan parsknął śmiechem. 
- Wątpisz? Trzeba płynąć nocą, kiedy piranie śpią, i trzymać się 

z dala od przystani, gdzie... 

- Nie mani ochoty rozmawiać o piraniach. Otworzysz te cholerne 

drzwi? 

-  Usiłuję  cię  czegoś  nauczyć.  -  Galen  odwrócił  się,  wszedł  po 

czterech schodkach i zapalił światła w przedpokoju. - Nie ma służby, 
Eve.  Raz  w  tygodniu  pewna  osoba  z  miasta  przychodzi  trochę  tu 
posprzątać.  Poza  tym  jesteśmy  sami.  Wszystkie  sypialnie  mieszczą 
się  na  pierwszym  piętrze.  Dziesięć  albo  jedenaście.  Wybierzcie 

background image

 

115 

sobie. 

-  Mnie potrzeba tylko  prysznica.  -  Nathan  minął  go i wszedł  do 

domu. 

- Owiń się prześcieradłem, kiedy wyjdziesz z łazienki! - zawołał 

za nim Galen. - Może uda mi się znaleźć jakieś ubranie, które będzie 
pasowało na twoją olimpijską sylwetkę. 

-  Mam  tylko  parę  kilo  nadwagi  -  mruknął  Nathan  przez  zaciś-

nięte zęby. 

- Przyjemniaczek, nie? - powiedział Galen, gdy Nathan wyszedł. 

-  Choć  z  tym  prysznicem  to  ma  rację.  Ja  się  jednak  poświęcę  i 
pozwolę ci zerknąć na pokój, który, moim zdaniem, świetnie się nada 
do twojej pracy. Chodź. - Wszedł do domu. 

- Idź. Wezmę bagaże. - Joe podszedł do bagażnika. - Nie palę się 

do oglądania chałupy Galena. Na razie mam go dosyć. 

- To trzeba było nie przyjeżdżać. 
- Wiesz, po co przyjechałem - popatrzył jej w oczy. - To nie ma 

nic  wspólnego  z  Galenem.  -  Otworzył  bagażnik.  -  Poza  faktem,  że 
może będę miał okazję skręcić mu kark. 

-  Co  powiesz  na  to?  -  Galen  otworzył  drzwi  pokoju  na  dole.  - 

Mnóstwo tu światła. 

Rozejrzała się po olbrzymim pomieszczeniu o kamiennych pod-

łogach, wyposażonym w archaiczny piekarnik gazowy i kominek tak 
duży, że można by w niego wmaszerować. 

- Kuchnia? 
- W zeszłym stuleciu była to kuchnia z zapleczem. Człowiek, od 

którego kupiłem  ten  dom,  urządził  nową kuchnię  na  piętrze,  wprost 
nad  nami.  Tego  pomieszczenia  nie  dało  się  zmodernizować,  a  on 
lubił  wygody.  Podobnie  jak  ja.  Tu  -  wskazał  na  masywny  stół  do 
rozbierania mięsa - możesz rozłożyć swoje narzędzia. W porządku? 

- Trochę tu chłodno - powiedziała, lekko dygocąc. 
-  Po to  jest  kominek.  Będę  w  nim  dla  ciebie  palił.  Przynieść  tu 

twoje rzeczy? 

Zawahała się, po czym powoli pokręciła głową. 
- Raczej nie. W drodze przemyślałam kilka spraw. 
- Wątpliwości? 
- Tak. 

background image

 

116 

- I co postanowiłaś? - zapytał Joe ze szczytu schodów. 
-  Że  jestem  idealistyczną  idiotką,  skoro  w  ogóle  brałam  pod 

uwagę kontynuowanie tej rekonstrukcji. 

-  To  dobrze.  -  Joe  zszedł  po  schodach.  -  Cały  czas  ci  to  po-

wtarzałem. 

-  Nawet  gdybym  pracowała  przez  całe  życie,  i  tak  nie  zdołam 

zrekonstruować  twarzy  tym  wszystkim,  którym  naprawdę  się  to 
należy. Bently mógł być porządnym człowiekiem, ale na to oczekują 
również inni dobrzy ludzie. Wokół mnie ciągle ktoś ginie. Skąd mam 
wiedzieć,  czy  to  zło  nie  dotknie  mojej  rodziny?  -  Zacisnęła  usta.  - 
Przykro  mi  myśleć,  że  nie  skończę  pracy  nad  Victorem,  ale  nie 
jestem głupia. 

-  Cóż,  najwyraźniej  się  zdecydowałaś  -  powiedział  Galen.  -  Jak 

chcesz to załatwić? 

- Nie wierzę Meltonowi. Okłamał mnie. 
- FBI? - podsunął Joe. 
- Może. 
- Wiem, im też nie ufasz. 
- Kiedyś dla nich pracowałeś. Znasz kogoś, kto cieszy się opinią 

nieprzekupnego? 

-  Nie  tak  łatwo  znaleźć  nieprzekupnych.  Pomyślę  o  tym  i  za-

dzwonię w kilka miejsc. 

-  Skoro  nie  jestem  potrzebny;  pójdę  wziąć  prysznic.  -  Galen 

odwrócił  się  i  ruszył  po  schodach.  -  Jeśli  chcesz,  przyniosę Victora, 
żebyś  jeszcze  nad  nim  popracowała,  zanim  zdecydujesz,  co  z  nim 
zrobić. 

- Nie. 
Zatrzymał się ze zdumieniem. 
- To była tylko sugestia. Myślałem, że zechcesz... 
- Ona się boi - przerwał Joe. - Myśli, że jeśli już zacznie nad nim 

pracować, nie będzie potrafiła przestać. 

Cholera, Joe zawsze umiał przejrzeć mnie na wylot. - Nie jestem 

głupia. Wiem, co ważne. - Jednak Victor także jest ważny. Zaginął, a 
ja  mogłam  go  odnaleźć.  Gdybym  popracowała  nad  nim  jeszcze 
trochę, mogłabym... - Nie ruszaj Victora. 

Galen skinął głową. 

background image

 

117 

- Postaraj się trochę odpocząć, Eve. To była długa noc. 
- Rozkazujesz mi, Galen? 
Podjął wędrówkę po schodach. 
-  Ależ skąd!  Wiem,  że  ci  podpadłem.  Jednak z pomocy  Quinna 

nie zrezygnuję. 

Pobiegła za nim. Za nic nie chciała zostać z Joem sam na sam. 
-  Sprawdzisz  Billa Nathana?  Wydaje się w porządku,  ale odkąd 

wyjechałam z Atlanty, nic nie jest takie, jakie być powinno. 

-  Natychmiast  po  kąpieli.  -  Pokiwał  głową  i  uśmiechnął  się 

chytrze. - Ciekawe, czy naprawdę ma te pijawki... 

 
-  Zniknęła?  -  Melton  mówił  opanowanym  głosem,  ale  w  jego 

tonie Jules wyczuwał tłumiony gniew. - Razem z czaszką? 

- Tak. Nie przejmuj się, znajdę ją. 
-  Nie  powinieneś  był  do  tego  dopuścić,  Hebert.  Miałeś  dopil-

nować, żeby skończyła, a potem się jej pozbyć. Gdzie dziś byłeś, do 
cholery? Jak jej udało się uciec? 

-  Musiałem  zająć  się  naszymi  sprawami  w  Boca  Raton.  Myś-

lałem, że wszystko jest w porządku. Wyglądało na to, że niczego nie 
podejrzewa, i wiedziałem, że chciała skończyć czaszkę. Uznałem, że 
to  odpowiedni  moment  na...  -  Umilkł  z  niesmakiem.  Bełkotał, 
tłumaczył  się  przed  tym  dupkiem  jak  jakiś  pieprzony  amator.  - 
Popełniłem błąd. Naprawię go. 

-  Z  całą  pewnością.  O  ile  nie  jest  za  późno.  A  jeśli  pójdzie  z 

czaszką na policję? 

- Wątpię, czy zrobi to w najbliższym czasie, ale musimy działać 

szybko. Moi ludzie widzieli wcześniej Joego Quinna, wchodził do jej 
domu.  Albo  on,  albo  Galen  musiał  przekonać  ją  do  ucieczki.  Jeśli 
zabrała  czaszkę,  to  dlatego,  że  zapewne  chce  ją  skończyć.  Obaj 
wiemy, jak przejmuje się pracą. To mi daje trochę czasu. Potrzebuję 
twojej pomocy. 

- O ile to mi nie zaszkodzi. 
-  Ona  nie  wróci  do  domu.  Jeśli  cokolwiek  podejrzewa,  to  się 

gdzieś ukrywa. Uruchom swoje źródła i zorientuj się, dokąd ją zabrał 
Galen. I to szybko. 

- To wielki kraj. 

background image

 

118 

Jules usiłował stłumić gniew. 
- Możesz to zrobić? - Wymawiał każde słowo powoli i starannie. 
-  Pozwoliłem  ci  na  takie  postępowanie  z  Duncan,  mimo  że 

schrzaniłeś sprawę z Etienne’em, ale nie możemy dłużej ryzykować. 
To  dla  nas  zbyt  niebezpieczne.  Zdobądź  czaszkę,  a  potem  szybko 
pozbądź  się  Duncan  i  jej  towarzyszy.  Nie  chcę,  żeby  cokolwiek 
przedostało się do mediów. Rozumiesz? 

- Rozumiem. Znajdziesz ją? 
- Spróbuję. 
Melton się rozłączył. 
Jules  pomyślał,  że  Melton  naprawdę  się  postara.  Mógł  zrzucać 

winę  na  Jules’a,  ale  był  odpowiedzialny  za  Boca  Raton  i  chciał 
załatwić  sprawę  Bently’ego,  zanim  będzie  musiał  odpowiadać  na 
kłopotliwe pytania. 

On  też  musi  się  teraz  porządnie  starać.  Miał  kłopoty  z  zapano-

waniem  nad  sytuacją.  Od  nocy;  w  której  zabił  Etienne’a,  musiał 
kłamać,  oszukiwać,  zgadzać  się  na  kompromisy.  Wiedział,  że  jeśli 
nie będzie ostrożny, wszystko runie mu na głowę. 

Nie, do tego nie zamierzał dopuścić. Zbyt wiele poświęcił, żeby 

teraz ponieść klęskę. Nie  będzie tu siedział i  liczył  na to, że Melton 
odnajdzie Eve Duncan. 

Postanowił wziąć sprawy we własne ręce. 
 

Rozdział dziesiąty 

 

Boże, żeby ta kolacja już się skończyła. 
Posiłek  zdawał  się  ciągnąć  w  nieskończoność.  Nastrój  Nathana 

nie  poprawił  się  po  prysznicu.  Joe  prawie  się  nie  odzywał,  a  Eve, 
przygnębiona  jego  obecnością  przy  stole,  z  rzadka  odpowiadała  na 
pytania Galena. 

Chyba  tylko  na  Galenie  ta  atmosfera  nie  robiła  żadnego  wraże-

nia.  Kipiał  energią,  był  podniecony,  odstawiał  jednoosobowe przed-
stawienie. Biegał do kuchni po rozmaite smaczne potrawy, ciągle coś 
opowiadał  i  co  pewien  czas  czepiał  się  Joego  albo  Nathana.  Na 
koniec podał kawę. 

background image

 

119 

- Bardzo mnie rozczarowaliście. - Odchylił się na krześle. - Gdy-

bym  nie  był  taki  gadatliwy,  kolacja  okazałaby  się  katastrofą.  Za-
chowujecie się beznadziejnie. 

-  To  nie  cyrk,  Galen  -  warknął  Joe.  -  A  ty  nie  jesteś  kon-

feransjerem. 

-  Doskonałe skojarzenie,  Quinn.  Najwyraźniej  nie brak  ci  talen-

tów konwersacyjnych. 

- Galen - odezwała się Eve. 
- Eve najwyraźniej chce oczyścić atmosferę. - Galen popatrzył na 

Joego. - Boi się ciebie czy mnie? Jak sądzisz? 

- Sądzę, że mam tego po uszy. 
- Bardzo niegrzecznie. 
- Przed kolacją zadzwoniłem w kilka miejsc - powiedział Joe do 

Eve.  -  Do  paru  informatorów  z  FBI,  wszyscy  się  zgodzili,  że  może 
nam  pomóc  tylko  Bart  Jennings.  Jest  bystry  i  gorliwy,  pracuje  dla 
biura od dwudziestu lat. 

- Znasz go osobiście? 
- Nie, ale sporo o nim słyszałem podczas pracy w FBI. 
- Co tu się dzieje? - spytał Nathan. 
- Eve postanowiła zwrócić czaszkę. 
- Nie kończąc rekonstrukcji? 
Eve skinęła głową. 
- Dzięki Bogu. Rozsądnie. Chociaż trzeba było zostawić czaszkę 

i uciekać. 

-  Nie  oddam  czaszki  Jules’owi  Hebertowi  i  jego  ludziom.  - 

Popatrzyła  na  dziennikarza.  -  Nie  wiem,  ile  w  pańskiej  historii  jest 
prawdy,  a  ile  bzdurnych  spekulacji,  a  nie  chcę  mieć  z  tym  nic 
wspólnego. Przekażę ją odpowiednim władzom. 

- Nie może pani ufać władzom - stwierdził Nathan. - Nikomu nie 

może pani ufać. 

- Mówisz jak bohater kiepskiego filmu sensacyjnego - stwierdził 

Joe. - Eve, rozmawiałem z Jenningsem, obiecał zachować sprawę w 
tajemnicy.  Chciałby  jednak  przyjechać  i  spotkać  się  z  tobą  jutro  o 
dziesiątej rano. 

- Powiedziałeś mu, gdzie jesteśmy? - Eve zmarszczyła brwi. 
- Nie,  nie zrobiłbym tego bez twojej wiedzy. Powiedziałem  mu, 

background image

 

120 

że zadzwonię. 

Zastanawiała się przez chwilę. 
-  Przekaż  Jenningsowi,  że  się  z  nim  spotkam.  Może  wreszcie 

całą sprawę Victora będę miała z głowy. 

-  Będzie  ci  przykro,  kiedy  Victor  zniknie  -  powiedział  Galen  z 

uśmiechem. 

Przykro  to  za  mało  powiedziane.  Zawsze  źle  się  czuła,  gdy  nie 

udawało się jej zidentyfikować ofiary, ale Victor stał się niemalże jej 
obsesją.  Nie  mogła  jednak  nadal  się  nad  tym  zastanawiać.  Już 
wystarczająco długo biła się z myślami. 

-  Powiedziałeś  mu,  że  informacje  o  Sprzysiężeniu  masz  ode 

mnie, Quinn? - zapytał Nathan. 

-  Nie,  uznałem,  że  nie  byłbyś  z  tego  zadowolony.  Chociaż 

mocno  naciskał.  Usłyszał  ode  mnie,  że  te  informacje  pochodzą  z 
poufnego źródła. Zdaje się, że tak właśnie mawiają dziennikarze. 

- I dobrze. Bo popełniłbyś poważny błąd. - Nathan wstał i cisnął 

serwetkę  na  stół.  -  Nie  będzie  mnie  tutaj,  gdy  pojawi  się  Jennings. 
Jeszcze  żyję,  bo  jeżeli  angażuję  się  w  jakąś  sprawę,  postępuję  tak, 
aby nikt się o tym nie dowiedział. I nadal zamierzam tak postępować. 

Galen patrzył,  jak Nathan wychodzi  z pokoju, a potem odwrócił 

się do Eve: 

- Przy okazji sprawdziłem Billa Nathana. Współpracuje z „Times 

Picayunne”,  znany  jest  z  popierania  reform  związanych  z  ochroną 
środowiska.  -  Wyjął  z  kieszeni  taks  i  wręczył  go  Eve.  -  Zdjęcie  w 
gazecie nie jest najlepszej jakości, ale to z pewnością on. 

Zerknęła na fotografię. Galen  miał rację - zdjęcie było kiepskie, 

ale Nathan dawał się rozpoznać. 

- Może powinieneś się od niego odczepić. 
- Dlaczego? - Galen popatrzył na nią ze zdumieniem. - To bardzo 

zabawne. 

- Ja mam dość - rzucił Joe. - Eve, chcę z tobą porozmawiać. 
Zesztywniała. 
- Tak, pogadajcie sobie. - Galen wstał i zaczął zbierać naczynia. - 

Muszę  je  wsadzić  do  zmywarki.  Obowiązki  domowe  nigdy  się  nie 
kończą... 

- Nie potrzebuję twojego pozwolenia, Galen - przerwał mu Joe. 

background image

 

121 

- To mój syndrom konferansjera. - Galen ruszył z naczyniami do 

kuchni. - Poza tym powinieneś być wdzięczny za każdą pomoc. 

Joe patrzył, jak drzwi zamykają się za Galenem. 
-  Przesadza.  Zastanawiam  się,  czy  w  ogóle  rozumie,  jak  blisko 

mi  do...  -  Spojrzał  w  kierunku  drzwi  prowadzących  na  werandę.  - 
Wyjdźmy  stąd.  Nie  odmawiaj  mi,  Eve.  Ten  sukinsyn  doprowadza 
mnie do szału. 

- Galen bardzo się o mnie troszczy. 
- Tak, mówił mi. Idziesz? 
Nie  miała  ochoty  na  konfrontację  z  Joem,  ale  nie  mogła  już 

dłużej znieść tego napięcia. To się musiało wreszcie skończyć. 

- Dobrze - powiedziała, wstając z fotela. 
Jesienna  noc  była  chłodna,  od  jeziora  wiał  zimny  wiatr.  Eve 

zadrżała. 

- Nawet pogoda jest przeciwko mnie. - Joe zdjął kurtkę i zarzucił 

na jej ramiona. 

Kurtka była ciepła i pachniała ulubioną wodą Joego. 
- Nie chcę - burknęła Eve. 
- A ja nie zamierzam dawać ci pretekstu do ucieczki. - Oparł się 

o balustradę i wyjrzał na jezioro. - Nasze bardziej mi się podoba. To 
jest... za ładne. 

Wiedziała,  co  ma  na  myśli.  Brakowało  mu  dzikości  i  surowego 

piękna jeziora przy ich domu. 

- Do Galena też to średnio pasuje, ale mówił... 
- Nie rozmawiamy o Galenie - przerwał jej. - Rozmawiamy o nas 

i naszym wspólnym życiu. Nie ma w nim miejsca dla Galena. 

- Joe, to zbyt szybko, nie mogę... 
- Nie sądzisz, że zdaję sobie z tego sprawę? Zamierzałem dać ci 

czas.  Męczyłbym  się,  ale  jakoś  bym  sobie  poradził.  Nagle  jednak 
wszystko  wzięło  w  łeb.  Niemal  cię  zabili.  Nie  mogłem  cię  tak 
zostawić.  -  Oddychał  nierówno,  nerwowo.  -  I  nie  mogę  dłużej 
patrzeć,  jak  odsuwasz  się  ode  mnie.  Musimy  jakoś  dojść  do 
porozumienia. 

- To znaczy? 
- Pozwól, że zostanę z tobą i będę cię chronił. Nie zapytam o nic 

więcej. Nie będę ci się narzucał. Nie będę prowokował kłopotliwych 

background image

 

122 

sytuacji.  Nie  będę  ci  przypominał,  jak  cudownie  było  nam  razem.  - 
Umilkł  i  dodał  przez  zaciśnięte  zęby:  -  Możesz  sobie  nawet  nadal 
sypiać z Galenem, skoro tego pragniesz. 

- Co?! 
Popatrzył na nią uważnie. 
- Nie sypiasz z Galenem? 
-  Oszalałeś?  Po  tych  wszystkich  latach  naprawdę  wierzysz,  że 

mogłabym tak bez zastanowienia wskoczyć komuś do łóżka? 

Joe powoli wypuścił powietrze z płuc. 
- Z całą pewnością go zamorduję. 
- Powiedział ci, że z nim sypiam? 
- Niezupełnie. - Zmienił temat. - Zgodzisz się na te warunki? Nie 

będę  ci  się  narzucał  ze  swoją  obecnością,  żebyś  mogła  w  spokoju 
roztrząsać  moje  grzechy.  To  tutaj  nie  potrwa  zbyt  długo,  skoro 
zdecydowałaś  się  na  Jenningsa.  Teraz  po  prostu  nie  mogę  cię  zo-
stawić. 

Eve milczała. 
- Posłuchaj mnie. - Złapał  ją za ramiona i potrząsnął. - Zasłuży-

łem  na  to.  Możesz  myśleć,  że  jestem  sukinsynem,  ale  po  tych 
wszystkich latach, po tym, co wspólnie przeszliśmy, nie możesz tak 
po  prostu  mnie  odrzucić.  Jak  byś  się  czuła,  gdybym  to  ja  był  na 
twoim  miejscu?  Zależy  ci  na  mnie.  Nie  możesz  o  tym  wszystkim 
zapomnieć  tylko  dlatego,  że  twoim  zdaniem  zrobiłem  coś 
niewybaczalnego. 

- Zrobiłeś coś strasznego. - Ale straszna była też ta chwila, kiedy 

tak stała tuż obok niego, porażona jego gwałtownością i siłą swoich 
uczuć do niego. - Sama nie wiem, co robić. 

-  Odpowiedz  mi.  Jak  byś  się  czuła,  gdyby  to  chodziło  o  mnie? 

Gdyby to mnie w każdej chwili  jakiś drań  mógł znienacka wbić nóż 
w plecy? 

Świat bez Joego? Ból. Poczucie ogromnej straty. Pustka. 
-  Prawda?  Daj  mi  to,  czego  pragnę.  Bądź sprawiedliwa.  Pozwól 

mi zostać i sobie pomóc. 

Eve przez chwilę milczała, a po chwili skinęła głową. 
- Zgoda. Ale to tylko pogorszy sytuację. 
-  Jestem  na to  przygotowany.  Chociaż  nie wyobrażam  sobie,  że 

background image

 

123 

mogłoby  być  jeszcze gorzej.  -  Zacisnął  palce  na  jej  ramionach,  lecz 
po chwili  ją puścił. - Wiesz, od ilu dni cię nie dotykałem? To boli... 
Ale  nie  wolno  mi  o  tym  mówić.  To  wbrew  cholernym  zasadom.  - 
Odwrócił się na pięcie i wszedł do pokoju. 

Eve  pomyślała,  że  wariuje.  Wciąż  czuła  ciężar  jego  dłoni  na 

ramionach, otaczał ją jego zapach, ciepło jego kurtki i dźwięk głosu, 
przypominała sobie jego słowa. 

A  g d y b y  t o  c h o d z i ł o  o  m n i e? 
Było to jedno z tych pytań, które zdołałyby zburzyć każdy mur, 

jakim  starała  się od  niego  odgrodzić.  Pamiętała,  co czuła,  gdy  kilka 
lat  temu  Joe został  postrzelony;  wtedy  bardzo  się  do siebie zbliżyli. 
Nie  myśl  o  tym,  nakazała  sobie.  W  jego  towarzystwie  nie  daj  się 
powodować uczuciami. Ustąpiła, bo zrozumiała, że jest wobec niego 
niesprawiedliwa,  ale  myślenie o  Joem  i  ich wspólnym życiu  byłoby 
masochizmem. 

Zdjęła  kurtkę  Joego.  Zimno  i  pustka  natychmiast  ją  otrzeźwiły. 

To przecież zwykła kurtka, do cholery.  Weszła do środka i położyła 
kurtkę  na  krześle  w  jadalni.  Joe  weźmie  ją  sobie  później.  Teraz  nie 
mogłaby  stanąć  z  nim  twarzą  w  twarz.  Powiedział,  że  będzie 
schodził  jej  z  drogi,  ale  samo  przebywanie  z  nim  pod  jednym 
dachem  wyprowadzało  ją  z  równowagi.  Postanowiła  iść  na  górę  i 
położyć się. Po drodze zerknęła tęsknie na drzwi starej kuchni. Była 
zbyt poruszona, by zasnąć. Gdyby popracowała trochę nad Victorem, 
mogłaby się odprężyć i zbliżyć do rozwiązania zagadki. Może by tak 
odszukać czaszkę i... 

Nie, nie wolno jej poddać się pokusie. Podjęła już decyzję. Jutro 

pojawi  się  ten  człowiek  z  FBI,  minie  zagrożenie,  a  wraz  z  nim 
emocjonalny zamęt. 

 
-  Dziękuję,  że  zgodziła  się  pani  na  to  spotkanie  -  mówił  Bart 

Jennings  z  uśmiechem.  -  Logan  wyjaśnił  mi,  że  nie  darzy  pani 
agencji rządowych szczególną sympatią. - Jego usta wykrzywił gry-
mas niesmaku. - Sam miewam problemy z biurokratami. 

- Oto sprawiedliwy - mruknął Galen. - Zaczynam go lubić, Eve. 
Wiedziała, co Galen miał na myśli. Od chwili, w której Jennings 

stanął  w  drzwiach,  była  pod  wrażeniem.  Jennings  skończył  czter-

background image

 

124 

dziestkę,  miał  lekko  posiwiałe  włosy  i  niesforną  grzywkę.  Mówił 
wprost, wydawał się szczery i otwarty. 

-  Logan  wspomniał  panu,  że  chcemy  odsunąć  od  tej  sprawy 

senatora Meltona? 

-  Nie  widzę  przeciwwskazań.  Senator  ma  dość  mocne 

powiązania  w  Waszyngtonie,  politycy  przychodzą  i  odchodzą  -  od 
dawna  pracuję  w  FBI  i  wiem,  co  mówię.  Od  tej  chwili  nie  będzie 
miał z tym nic wspólnego. 

- Poważnie? - Joe zmrużył oczy. - Mówisz to bardzo stanowczo. 
- Powiedzmy, że  mu  nie ufam. Może jest uczciwy, a może tkwi 

w tym po uszy. Tak czy owak, powinniśmy zachować ostrożność. 

- Wierzysz w tę teorię spisku? 
- Nie wolno mi jej lekceważyć, dopóki nie udowodnię, że nie jest 

prawdziwa.  -  Jennings  przez  chwilę  milczał.  -  Pojawiają  się  jakieś 
sugestie, że może nie jest to całkiem bezpodstawne. W pewne rzeczy 
trudno uwierzyć, ale jeśli choćby jedna dziesiąta okaże się prawdą, to 
sprawa jest poważna. Mówiła pani, że ten Etienne uważał, że w Boca 
Raton coś się szykuje? 

- Tak, początkowo sądził, że może chodziło o zebranie organiza-

cji,  ale  nie  zapowiada  się  tam  żadne  ważne  wydarzenie,  które 
dostarczyłoby  członkom  Sprzysiężenia  pretekstu  do  przyjazdu.  To 
musi być coś innego. 

- Chciałbym znać nazwisko waszego informatora. 
Joe przecząco pokręcił głową. 
- Mówiłem ci, obiecałem mu dyskrecję. 
- Utrudniasz mi pracę. - Jennings przeniósł wzrok na Eve. - A co 

do pani: Kiedy planuje pani skończyć rekonstrukcję czaszki? 

-  Wystarczyłyby  trzy  albo  cztery  dni...  Ale  nie  zamierzam  jej 

kończyć. Właśnie dlatego pan tu jest. Ma  mnie pan od niej uwolnić. 
Umywam ręce. 

- Doskonale panią rozumiem - pokiwał ze współczuciem głową. 

-  Na  pani  miejscu  też  miałbym  chęć  odrzucić  propozycję,  jaką 
zamierzam  pani  złożyć,  niemniej  proszę  wysłuchać  mojej  prośby. 
Niech  pani  nam  ofiaruje  te  cztery  dni.  Proszę  skończyć 
rekonstrukcję. 

- Akurat posłucha... - mruknął Joe. 

background image

 

125 

- Mowy nie ma - powiedziała Eve. 
-  Proszę  posłuchać.  Hebert  i  Melton  robią  wszystko,  by  pani  to 

skończyła, i z pewnością mają powód. Dlaczego? 

- Bently? 
- Dlaczego jednak muszą mieć dowód, że on nie żyje? Jaki to ma 

związek  z  tym,  co  ma  się  wydarzyć  w  Boca  Raton?  -  Umilkł  na 
chwilę.  -  My  też  musimy  to  wiedzieć.  Prowadzimy  śledztwo  w 
sprawie  zaginięcia  Bently’ego  i  natrafiliśmy  na  parę  intrygujących 
informacji.  Tuż  przed  swoim  zniknięciem  Bently  prowadził  jakieś 
potajemne interesy z pewnym bankiem na Kajmanach. 

- Pranie brudnych pieniędzy? - zapytał Galen. 
-  Niby  dlaczego?  -  Jennings wzruszył ramionami. -  Bently  miał 

olbrzymią  fortunę.  Jego  ojciec  robił  w  ropie  naftowej  -  to  między 
innymi  dlatego  Bently  stał  się  obrońcą  środowiska.  Odkupienie 
grzechów. Jednak w tym  banku  na  Kajmanach dokonywano ogrom-
nych  przelewów.  Współwłaścicielem  rachunku  był  Thomas 
Simmons,  który  mógł  podjąć  dowolną  sumę.  Potem  konto 
zlikwidowano, a pieniądze zniknęły. 

- Kto to jest Thomas Simmons? 
- Wypytywaliśmy o to żonę i wspólników Bently’ego, ale nic nie 

wiedzieli.  Nikt  nie  słyszał  o  Simmonsie  -  zawiesił  głos.  -  Jednak 
pojawił  się  inny  trop.  Przeszukaliśmy  ogólnokrajową  bazę  danych, 
koncentrując  się  na  intelektualistach  i  pracownikach  wyższych 
uczelni,  dzięki  czemu  natrafiliśmy  na  profesora  Thomasa  Randalla 
Simmonsa  z  Kalifornijskiego  Instytutu  Technologicznego.  Wziął 
urlop  naukowy  mniej  więcej  w  czasie,  kiedy  zaginął  Bently.  Nie 
mogliśmy  znaleźć  niczego  więcej,  dopóki  nie  dotarliśmy  do  banku 
na  Kajmanach  i  nie  sprawdziliśmy  próbki  pisma  profesora. 
Pasowało. 

- Oszust? - zasugerował Joe. - Może powinniście nieco staranniej 

szukać  tajemniczego  pana  Simmonsa.  Czyżby  Bently  zorientował 
się, że robi się go w konia, i Simmons postanowił się go pozbyć? 

-  Cholera  jasna,  szukaliśmy  go  -  powiedział  Jennings.  -  Bez 

skutku. Ale Bently to był bardzo inteligentny facet. Mógł go pokonać 
jedynie wyjątkowo bystry przeciwnik. 

-  No  to  wracamy  do  pytania,  czy  Bently  też  był  oszustem. 

background image

 

126 

Niektórym nigdy nie dość pieniędzy. 

Jennings potrząsnął głową. 
- Raczej nie był. To idealista o czystych rękach. Są jednak ślady 

wskazujące na to, że finansował pewien tajny projekt. 

- Jaki projekt? 
-  Coś,  co  jego  zdaniem  było  warte  ryzykowania  osobistej  for-

tuny.  Ten  trop  skłonił  nas  do  spenetrowania  środowiska  intelek-
tualistów  w  poszukiwaniu  Simmonsa.  Tkwił  po  uszy  w  jakichś 
bardzo  interesujących  badaniach.  -  Umilkł.  -  Co wiecie  o  ogniwach 
paliwowych? 

- Niewiele. To podobno alternatywa dla oleju napędowego i ben-

zyny. Niektóre firmy motoryzacyjne eksperymentowały z ogniwami, 
ale nic z tego nie wyszło. Za drogie. 

-  Ich  zastosowanie  znacznie  wykracza  poza  sferę  motoryzacji. 

Mogą  być  użytkowane  w  elektrowniach,  domach,  a  także  stacjach 
kosmicznych.  Można  z  nich  czerpać  energię  za  ułamek  obecnych 
kosztów  i  bez  szkodliwych  dla  środowiska  skutków  ubocznych. 
Właściwie  wszyscy  skorzystaliby  z  upowszechnienia  ogniw 
paliwowych.  Naukowcom  niewiele  brakuje  do  urzeczywistnienia 
tych planów, a jednak mało kto słyszał o tym źródle energii. Czy to 
nie dziwne? 

- Co to ma wspólnego z... - Eve nie dokończyła pytania. - Myśli 

pan,  że  Bently  płacił  za  badania  nad  skonstruowaniem  taniego 
ogniwa? 

Jennings pokiwał głową. 
- Badania nad ogniwami, które prowadził Simmons  były  bardzo 

zaawansowane.  Prześledziliśmy  drogę  pieniędzy  do  Detroit.  Bently 
kupił  kilka  drogich  komponentów  niezbędnych  do  budowy  ogniw. 
Nie  był  jednak głupcem.  Nie  inwestowałby takich  pieniędzy,  gdyby 
nie miał pewności, że to coś poważnego. 

-  Dlaczego  miałby  trzymać  to  w  tajemnicy?  -  zapytała  Eve.  - 

Jeśli  te  ogniwa  paliwowe  to  takie  dobrodziejstwo,  dlaczego  nie 
poszedł  do  ludzi  z  rządu  i  nie  przekonał  ich,  żeby  zainwestowali 
miliard czy dwa na badania? 

-  Może  chciał  zaprezentować  już  gotowy  produkt,  a  może  po 

prostu  nie  wierzył,  że  Kongres  przegłosuje  ustawę,  która  godzi  w 

background image

 

127 

interesy lobby energetycznego w kraju - powiedział Joe. 

-  A  może  Sprzysiężenie  naprawdę  istnieje  -  powoli  powiedział 

Galen. - Może Bently o tym wiedział  i  bał  się, że tamci zmobilizują 
wszystkie swoje siły, by go powstrzymać. 

Jennings pokiwał głową. 
- No i faktycznie ktoś go powstrzymał. Teraz musimy się dowie-

dzieć,  co  się  stało  i  dlaczego  ma  to  takie  znaczenie  dla  Heberta  i 
Meltona. 

Eve popatrzyła na niego z rezygnacją. 
- Czyli nie mogę się wycofać z tej cholernej afery? 
-  Proszę.  Jeszcze  cztery  dni.  -  Jennings  miał  bardzo  poważną 

minę.  -  Nie  będę pani  wciskał  kitu  na  temat obowiązku.  Decyzję  w 
takich  sprawach  każdy  musi  podejmować  sam.  Istnieje  jednak 
możliwość,  że  Bently  zginął,  bo  chciał  zrobić  coś  dobrego  dla  nas 
wszystkich. Coś, co mogłoby zmienić świat. To ważne. 

- Ja i moi ludzie musimy mieć zapewnione bezpieczeństwo. 
-  Przydzielimy  pani  ochronę.  -  I  po  chwili  milczenia  dodał:  - 

Tylko cztery dni. 

- Nie musisz tego robić, Eve - powiedział Joe. 
- Wiem. - Podeszła do okna i wyjrzała na ogród. - Czy jesteśmy 

tu bezpieczni, Galen? 

- Raczej tak. Upewniłem się, że nikt nas nie śledzi. Poza tym ani 

dla mnie, ani dla Quinna nie byłaby to żadna nowość. 

- A mama i Jane? - popatrzyła na Joego. 
-  Jasne.  Wczoraj  dzwoniłem  w  tej  sprawie  do  wydziału.  Kilka 

razy  dziennie  wokół  domu  będą  jeździły  wozy  patrolowe,  prosiłem 
też  paru  niemundurowych,  żeby  mieli  je  na  oku.  Zadzwoniłem  do 
twojej  matki,  powiedziałem  jej  o  ochronie  i  prosiłem,  żeby  ani  na 
krok nie puszczała Jane samej. - Popatrzył na Eve spod zmrużonych 
powiek. - Mimo to cała ta sytuacja bardzo mi się nie podoba. 

Eve podzielała  ten  niepokój.  Do  tego  dochodziła  frustracja spo-

wodowana  niedokończoną  pracą,  Jennings  nie  musiał  podsuwać  jej 
kolejnego  pretekstu.  Była  rozdarta  między  rozpaczliwym  pragnie-
niem  uwolnienia  się  od  brudów  związanych  z  tą  sprawą  a  chęcią 
odtworzenia twarzy Victora. Nie chciała, by Jennings miał wpływ na 
jej decyzje. Powinna odesłać go do diabła. 

background image

 

128 

Ale  czy  to  nie  wisiałoby  jej  nad  głową?  Dopóki  Victor 

pozostawał  nieukończony,  będzie  ją  męczyło pragnienie,  by  się  nim 
zająć,  i  świadomość,  że  Jennings  lub  jakiś  inny  policjant  będzie 
wywierał na nią w tej  sprawie nacisk. Istniał tylko jeden sposób,  by 
położyć temu kres. 

Podniosła głowę i spojrzała w oczy Jenningsowi. 
-  Zgadzam  się.  Ale  chcę  się  od  tej  całej  sprawy  uwolnić 

natychmiast  po  zakończeniu  pracy  nad  Victorem.  Chcę  wreszcie 
mieć to z głowy. 

- Jasne - rzekł Jennings, odetchnąwszy głęboko. - O rany,  co za 

ulga! - Nagle zaczął przemawiać oficjalnym tonem: - Potrzebuje pani 
czegoś? Możemy coś dla pani zrobić? 

- Proszę dopilnować bezpieczeństwa mojej matki i dziecka. Dys-

kretnie. Nie chcę, aby się wystraszyły. 

- Nie ma problemu. 
- Oby. 
-  Przyślę  tu  paru  agentów  z  Nowego  Orleanu,  będą  strzec  pani 

bezpieczeństwa i... 

-  Nie  -  przerwał  mu  Galen.  -  Zgodziłem  się,  by  Quinn  ci 

powiedział, gdzie się ukrywamy, ale pod warunkiem, że zatrzymasz 
to  dla  siebie.  Nikt  inny  nie  może  się  tego  dowiedzieć.  Quinn  i  ja 
zajmiemy się jej ochroną. 

- Ufa im pani? - Jennings zerknął na Eve. 
Skinęła głową. 
-  Proszę  zadzwonić,  jeśli  zmieni  pani  zdanie.  -  Wstał.  - 

Będziemy w kontakcie. Dziękuję, pani Duncan. 

-  Niech  mi  pan  nie  dziękuje.  Wynoszę  się  stąd  w  tej  samej 

chwili, gdy to skończę. 

- Proszę dać mi znać, zjawię się natychmiast. - Znowu obdarzył 

ją uśmiechem. 

Gdy  drzwi  zamknęły  się  za  Jenningsem,  Eve  popatrzyła  na 

Joego. 

- Nie będziesz się kłócił? 
- Nie. Wprawdzie  nie podoba mi  się to wszystko, ale mam dość 

oleju  w  głowie,  żeby  się  z  tobą  nie  sprzeczać,  skoro  już  się  zde-
cydowałaś.  Będę  musiał  zadzwonić  do  wydziału  i  uprzedzić  ich,  że 

background image

 

129 

do akcji włączy się paru agentów FBI. Nie ucieszą się. 

-  Czy  mam  zanieść  Victora  i  twój  sprzęt  do  starej  kuchni?  - 

spytał Galen. 

- Tak. Natychmiast. Jeśli mam znowu zabrać się do tej cholernej 

roboty, postaram się to zrobić najszybciej, jak potrafię. 

- Pewnie - mruknął Joe. - Przyznaj się, czujesz ulgę. Nie możesz 

się doczekać, kiedy znowu dotkniesz Victora swoimi rękami. 

Miał rację. Czuła mrowienie w dłoniach i znajome podniecenie. 
- Co nie oznacza, że nie skończę pracy w odpowiednim czasie. 
- Bez wątpienia. Będziesz pracowała po całych dniach. Ale prze-

cież to nic nowego, prawda? 

- Tym razem jest inaczej. 
-  Za  każdym  razem  jest  inaczej  -  uśmiechnął  się.  -  No  idź. 

Wracaj do pracy. Ja się zajmę resztą świata. 

- Nie chcę, żebyś... 
Ale Joe już zniknął. 
 

Rozdział jedenasty 

 

-  Gdzie  Eve?  -  spytał  Joe,  kiedy  o  dziesiątej  rano  następnego 

dnia zszedł na śniadanie. 

- Spóźniłeś się - odparł Galen. - Szczerze mówiąc, dzięki twojej 

nieobecności atmosfera przy śniadaniu była o wiele mniej napięta. 

-  Rozmawiałem  z  ludźmi  z  wydziału.  Poza  tym  nie  zniósłbym 

kolejnego  żałosnego  przedstawienia  w  twoim  wykonaniu,  jak  to 
sprzed dwóch dni. Gdzie Eve? - powtórzył. 

-  Na dole,  pracuje.  -  Galen  zerknął  na teczkę w rękach Joego. - 

Portret pamięciowy? 

-  Tak.  FBI  przejrzy  akta  i  wyśle  mi  dla  porównania  zdjęcie 

Heberta. Jednak trzeba będzie trochę poczekać. Chwilowo musi  wy-
starczyć to, co mamy. - Joe już schodził do starej kuchni. 

- Pójdę z tobą. 
Joe nie odpowiedział. Zatrzymał się u dołu schodów. Eve praco-

wała  nad  Victorem  przy  oknie,  słońce  padało  na  jej  rudobrązowe 
włosy  i  podświetlało  skupioną  twarz.  Ileż  to  razy  podpatrywał  ją 

background image

 

130 

rankiem, kiedy siedziała tak w ich domu... 

Uniosła wzrok i znieruchomiała. 
Cholera. Natychmiast oderwał od niej wzrok. 
- Potrzebuję twojej pomocy, Eve - powiedział. 
- Czy tak rozumiesz trzymanie się na dystans, Joe? - zapytała. 
-  Oszczędziłem  ci  mojej  obecności  przy  śniadaniu.  Zaraz  stąd 

wyjdę,  ale  muszę  coś  sprawdzić.  -  Przeszedł  przez  pokój  i  wyjął 
portret  z  teczki.  -  Znalazłem  to  w  wydziale,  szukając  czegoś  o 
kryminalnej przeszłości  Heberta. - Czy kiedykolwiek widziałaś tego 
człowieka? 

Wzięła  do  ręki  rysunek  i  zaczęła  się  przyglądać.  Zmarszczyła 

brwi. 

- Jest w nim coś znajomego... Czy to Hebert? Galen, podejdź tu. 
- To jest... - Galen zamilkł i gwizdnął cicho. - Rick. 
- Co takiego? - Eve wstrzymała oddech. 
-  Wyobraź  go  sobie  z  jasnymi  włosami.  -  Galen  wskazał  na 

pociągłą  twarz.  -  Pełniejsze  policzki.  Dodaj  do  tego  miły,  czysty 
wygląd. 

- To człowiek, który pomagał wam w kościele? - zapytał Joe. 
Eve skinęła głową. 
-  Rick  Vadim.  Tyle  że  nie  miał  ciemnych  włosów,  ale 

jasnobrązowe, był okrągły na twarzy i jakby... rumiany. 

- Był niski? 
- Tak, ale bardzo atletycznie zbudowany, więc to się nie rzucało 

w oczy. 

-  Zmiana  wyglądu  to  chleb  powszedni  w  zawodzie  Heberta.  - 

Galen  wpatrywał  się  w  rysunek.  -  Potrzebował  tylko  farby  do 
włosów, odrobiny różu i poduszek do wypchania policzków. 

-  Wydawał  się wręcz chłopięcy  -  stwierdziła Eve. -  Był słodki  i 

wyjątkowo gorliwy. 

- Słodki! - Joe popatrzył na Galena i powiedział sarkastycznie: - 

Brawo. Brawo, Galen! 

Galen się zachmurzył. 
-  Zazwyczaj  intuicja  mnie  nie  zawodzi.  Przysiągłbym,  że  ten 

facet nie chciał jej skrzywdzić. 

- Dlaczego  jednak Hebert uznał, że  musi zmienić wygląd? - Joe 

background image

 

131 

ściągnął  brwi.  -  Jesteś  pewna,  że  nigdy  go  nie  widziałaś,  zanim  się 
wcielił w Ricka? 

-  Nie,  na  pewno.  -  Zastanawiała  się  chwilę.  -  Człowiek,  który 

zabrał  mnie  do  szpitala...  Tak  naprawdę  to  go  nie  widziałam.  Było 
ciemno, wciąż mdlałam, ale im więcej o tym myślę, tym bardziej roi 
się wydaje, że to był on. - Zacisnęła wargi. - Czy to człowiek, który 
zabił Capela i wysłał mi raport? 

Joe skinął głową. 
- To jego portret pamięciowy - wyjaśnił. 
- Sukinsyn. - Potarła skroń. - Co się dzieje, do diabła? Jeśli to nie 

on wynajął Marie, żeby mnie otruła, to kto? 

- Dobre pytanie - mruknął Galen. - Wygląda na to, że Hebertowi 

bardzo zależało na utrzymaniu cię przy życiu. 

-  Co  nie  musi  niczego  oznaczać  -  dodał  Joe.  -  Nie  sądź,  że  to 

dobry  samarytanin.  Uwierz  mi,  to  sadystyczny  skurwiel.  Powinnaś 
zobaczyć, co zrobił Capelowi. 

-  Nie,  dziękuję  -  odparła  Eve.  -  Jestem  pewna,  że  musiał  mieć 

powód, by mnie ratować. A ten powód to Victor. 

-  Lepiej  powiadomię  Jenningsa,  że  znaleźliśmy  Czarnego  Pio-

trusia.  Poza  tym,  jeśli  Hebert  bawi  się  w  przebieranki,  lepiej,  żeby 
Jennings  o  tym  wiedział.  Choć  pewnie  zrezygnował  z  odgrywania 
Ricka Vadima, skoro wie, że zaczęliśmy coś podejrzewać. 

-  Boże,  mam  już  tego  dość!  -  wybuchnęła  Eve.  -  Jak  mam 

skończyć  Victora,  do  cholery?  Nie  chcę  się  zastanawiać,  czy  otruł 
mnie  Hebert,  czy  któryś  z  jego  ludzi.  Nie  chcę  myśleć  o  Hebercie, 
Ricku  ani  Meltonie,  ani  nikim  innym.  Rozumiecie?  Róbcie,  co 
musicie  robić.  -  Odwróciła  się  do  postumentu.  -  Teraz  zjeżdżajcie 
stąd obaj i dajcie mi pracować. 

Joe  się  zawahał,  a  następnie  ruszył  po  schodach.  Galen  dogonił 

go już w holu. 

- Jak dostaniesz to zdjęcie z FBI, to zrób kilka odbitek, dobrze? 

Przekażę je moim informatorom, może oni na coś wpadną. 

Joe skinął głową. 
-  Dostarczę  je  za  dwie  godziny.  To  niezły  pomysł.  Jestem 

pewien,  że  twoi  współpracownicy  mogą  utrzymywać  bardzo  zażyłe 
stosunki z tym sukinsynem. 

background image

 

132 

- Wiem, że trudno ci w to uwierzyć, ale znam paru ludzi, którzy 

nie  są  kryminalistami  -  powiedział  Galen.  -  Spójrz  tylko  na  siebie  i 
na  mnie.  Jesteśmy  świetnymi  kumplami,  a  przecież  nigdy  nie 
zrobiłeś żadnego skoku. 

- Nie wkurzysz mnie, Galen. 
- Hmm... - Galen popatrzył  na niego pytająco. - To powinno cię 

było wkurzyć, ale jesteś spokojny. Zapewne już wiesz od Eve, że do 
niczego między nami nie doszło. Szkoda, świetnie się bawiłem. 

- Niewiele brakowało, a poderżnąłbym ci gardło. 
Galen wyszczerzył zęby. 
- Pomyliłeś Galahada z tym starym lubieżnikiem Lancelotem. 
- Galahada? 
-  Mam  referencje.  Część  podrobiłem,  rzecz  jasna.  Ale  koniec 

zabawy.  -  Galen  przestał  się  śmiać.  -  Musimy  współpracować,  jeśli 
Eve ma wyjść z tego bez szwanku. Pokój? 

Joe wpatrywał się w niego przez chwilę. 
- Pokój - odparł w końcu. 
-  To  dobrze.  Przynieś  mi  zdjęcia,  a  ja  puszczę  je  przez  faks  i 

zabiorę  się  do  roboty.  Chociaż  ukryłem  dokumenty  dotyczące  tego 
miejsca, osoba wyposażona w odpowiednie środki dotrze do nich w 
pięć, sześć dni. Melton da sobie z tym radę bez wątpienia. I chociaż 
Eve  tak  niewiele  brakuje  do  ukończenia  pracy,  wątpię,  żeby  chciał 
czekać  aż  tak  długo.  Znajdzie  jakiś  sposób,  żeby  wcześniej  nas 
dopaść. 

- I pewnie się domyślasz jaki. 
-  Nie,  ale  pracuję  nad  tym.  -  Galen  zerknął  na  portret.  -  Sporo 

wie  o  tobie,  będzie  szukał,  czego  się  da,  o  mnie.  To  nasz  pierwszy 
punkt  zaczepienia.  -  Jego  spojrzenie  pobiegło  ku  drzwiom  prowa-
dzącym  do  starej  kuchni.  -  A  drugi  to  fakt,  że  Eve  nie  ruszy  się  z 
miejsca,  dopóki  nie  skończy  Victora.  Zawsze  jest  taka  skoncent-
rowana na jednym? 

-  Zazwyczaj  nawet  bardziej.  Tu  wciąż  jej  coś  przeszkadza.  Ale 

poradzi sobie z tym i teraz będzie myślała już tylko o swojej pracy. 

- Pewnie ciężko się z nią żyje. Warto? 
- Warto. - I z rozmysłem dodał: - Jeśli  nie wchodzą mi w drogę 

kłopotliwe dupki. Mam wystarczająco dużo problemów, nie potrzeba 

background image

 

133 

mi jeszcze ciebie. 

Galen zachichotał. 
-  Będę  się  powstrzymywał.  Zresztą  już  po  zabawie.  - 

Spoważniał. - Jedynym słabym ogniwem są Jane i jej babcia, ale już 
się tym chyba zająłeś. Jesteś pewien, że to wystarczy? 

-  Policja  w  Atlancie  jest  bardzo  sprawna,  będą  się  podwójnie 

starali, bo Jane to moja rodzina. Zadzwonią,  jeśli pojawi  się choćby 
cień zagrożenia. 

-  To  dobrze,  rozumiem,  że  zrobiłeś  co  należy.  Ale  dziś  mamy 

nowy dzień. - Ruszył po schodach. - Nie wiem jak ty, ale ja zabieram 
się do roboty. 

Ostatnie  ukłucie,  pomyślał  Joe,  gdy  patrzył,  jak  Galen  znika  w 

korytarzu  na  piętrze.  Miał  przynajmniej  nadzieję,  że  ostatnie.  Nie 
było  czasu  na  pojedynki.  Logan  darzył  Galena  ogromnym  szacun-
kiem,  ale  Joe  wolał  polegać  na  własnej  opinii.  Galen  balansował 
niebezpiecznie  na  granicy  uczciwości,  a  to  nie  podobało  się  Joemu. 
Bał się o Eve.  Wyglądało  jednak  na to,  że Galen wie,  co robi.  Wy-
dostał ich z Baton Rouge i zapewnił Eve bezpieczne schronienie. 

Teraz on musiał dbać o bezpieczeństwo Eve, a nie mógł się tym 

zająć,  stojąc  tu  i  przejmując  się  Seanem  Galenem.  Poszedł  do 
biblioteki,  by  zadzwonić  do  Jenningsa  z  FBI  i  podzielić  się  z  nim 
nowinami. 

 
CENTRALA FBI 
WASZYNGTON 
 
-  Interesujące.  -  Agent  do  spraw  specjalnych  Robert  Rusk 

odchylił  się  na  krześle  i  z  zadumą  spojrzał  na  Jenningsa.  -  Myślisz, 
że to Sprzysiężenie naprawdę istnieje? 

Jennings wzruszył ramionami. 
- Biorąc pod uwagę informacje z innych źródeł, powiedziałbym, 

że jest taka możliwość. Chyba musimy to sprawdzić. 

Rusk pokiwał głową. 
-  To  ja ryzykuję,  jeśli  nie sprawdzimy  wszystkiego od a do  zet. 

Złap najbliższy samolot do Boca Raton. 

- Nie wiem, od czego zacząć. 

background image

 

134 

- No to rozejrzyj się po mieście, może na coś wpadniesz. Czasem 

pewne rzeczy same pakują się w oczy. 

Jennings nie był tym zachwycony. 
-  Będę  musiał  najpierw  polecieć  do  Atlanty.  Trzeba  zapewnić 

ochronę córce Duncan. 

-  Dobrze,  zorganizuj  ekipę  i  wracaj  jak  najszybciej.  Resztą 

zajmie się McMillan. Boca Raton może być o wiele ważniejsze. 

- Eve Duncan  myśli  inaczej. - I  ma rację, pomyślał. Boca Raton 

to  zapewne ślepa uliczka.  -  Bardziej  się chyba przydam w  Atlancie. 
W Boca Raton będę błądził po omacku. 

-  Niezły  z  ciebie agent,  Jennings -  powiedział Rusk.  -  Masz  też 

świetną  intuicję.  Widywałem  niezwykłe  króliki,  które  jak  magik 
wyciągałeś z kapelusza. Chcę, żebyś leciał do Boca. 

Kwestionowanie poleceń Ruska nie miało sensu. Nie tylko dlate-

go,  że  był  szefem.  Zazwyczaj  miał  rację.  Choć  tym  razem  mogło 
okazać się inaczej. Jennings odwrócił się i ruszył ku drzwiom. 

- Jak sobie chcesz. 
 
ATLANTA 
 
Jules  pomyślał  ze  smutkiem,  że  może  jednak  będzie  musiał 

skrzywdzić dziewczynkę. 

Patrzył, jak Jane MacGuire biega po ścieżce w Piedmont Park za 

swoim  szczeniakiem.  Jej  babcia,  Sandra  Duncan,  śmiała  się  zady-
szana, ścigając oboje. 

Śmierć matki być może wywabiłaby Eve Duncan z kryjówki, ale 

uderzenie w dziecko da z pewnością lepszy rezultat. W wypadku Eve 
Duncan powinno być szczególnie skuteczne. 

Zadzwonił jego telefon. 
-  Zlokalizowaliśmy  jednego  z  informatorów  Galena  w  Nowym 

Orleanie i  facet zaczął gadać - powiedział  Melton po drugiej stronie 
linii. - Twierdzi, że Galen ma dom w pobliżu miasta. 

- Powiedział gdzie? 
-  Tego  nie  wie.  Mówi,  że  Galen  to  skryty  sukinsyn.  Uważa,  że 

dom znajduje się nie dalej niż dwie godziny drogi od miasta. Pracuję 
nad tym. Już wiem, gdzie mam szukać informacji. 

background image

 

135 

-  Weź  do  tego  więcej  ludzi.  Wyślij  zespoły  do  wszystkich 

siedzib administracji okręgów w tym rejonie. Muszę wiedzieć... 

Powoli przejechał wóz patrolowy. 
Jules przerwał połączenie i ukrył się głębiej w cieniu dębu, przy 

którym stał. Auto przetaczało się tędy po raz trzeci w ciągu ostatnich 
trzydziestu  minut,  to  nie  mógł  być  przypadek.  Zauważył  też 
siwowłosego  biegacza  w  zielonej  bluzie  przed  szkołą  dziewczynki. 
Quinn ściągnął swoich dawnych przyjaciół z policji, by obserwowali 
małą. To mu utrudni zadanie. 

Ale go nie uniemożliwi. 
 
NOWY ORLEAN 
 
- Mogę wejść? - Bill Nathan stał niepewnie na dole schodów. 
- Nie, jestem zajęta. - Eve nawet nie podniosła wzroku. 
- To zajmie tylko chwilkę. 
- O co chodzi? - westchnęła zniecierpliwiona. 
- Uznałem, że powinienem pani pomóc. 
- Co takiego? 
-  Jestem  tu  z  wami,  ale  Galen  i  Quinn  uważają,  że  brak  mi 

kwalifikacji. Jedyne,  na co  mi pozwolili, to wypad do supermarketu 
po zakupy. - Skrzywił się. - Pomyślałem, że zostanę tu z panią i będę 
pani strzegł. 

- Strzegł? To niepotrzebne. 
-  Nigdy  nie wiadomo  -  nachmurzył  się  Nathan.  -  Nie  będę pani 

przeszkadzał. 

- Będzie pan gadał. 
- Potrafię milczeć. - I dodał błagalnie: - Proszę. 
-  Dlaczego?  -  Eve  starannie  wygładziła  glinę  na  środkowej 

części  czoła  Victora.  -  Przecież  pan  nie  pochwala  mojej  decyzji  o 
kontynuowaniu pracy nad rekonstrukcją. 

-  To  nie  tak,  że  nie  pochwalam.  Po  prostu  uważam,  że  bardzo 

pani  ryzykuje.  Zadałem  sobie  sporo  trudu,  żeby  panią  ocalić,  nie 
chciałbym,  aby  moje  wysiłki  poszły  na  marne.  -  Jego  spojrzenie 
przesunęło  się  na  Victora.  -  Ale  tak  samo  jak  pani  chciałbym  się 
dowiedzieć, czy to Bently. 

background image

 

136 

- To ta pańska historia? 
- Nie będę za to przepraszał. Taką mam pracę. 
-  Czy  pan  już  wie,  co  mówił  Jennings  na  temat  ogniw  paliwo-

wych? Ciekawa jest ta jego teoria. 

- Tak. To ma sens. - Zastanawiał się przez chwilę. - Jest jeszcze 

jeden  powód,  dla  którego  interesowałem  się  sprawą  Bently’ego  i 
nalegałem,  żeby  jej  nie  zamykać.  Walczył  o  coś,  w  co  wierzę,  i 
wkurzam się jak cholera na myśl, że pewne konkretne grupy interesu 
go  wyeliminowały.  Wie  pani,  że  w  Zatoce  Meksykańskiej  u  ujścia 
Missisipi  istnieje  martwy  obszar,  szeroki  na  osiemdziesiąt 
kilometrów? Nanoszony przez rzekę nawóz pochłania cały tlen  i  nic 
tam  nie  może  żyć.  A  pamięta  pani,  że  dziesięć  lat  temu  zatokę  za-
nieczyszczono ropą naftową? Pisałem o tym w gazecie. Kiedy na to 
patrzyłem, robiło mi się niedobrze. Okropieństwo. Te zdechłe ptaki i 
ryby  pokryte  tłustą  mazią...  W  dzieciństwie  chodziłem  tam  wędko-
wać,  razem  z  dziadkiem...  Sądziłem,  że  nic  nigdy  nie  popsuje  mi 
tego  wspomnienia.  Myliłem  się.  -  Przerwał.  -  Chciałem,  żeby  moje 
dzieci  dorastały w takim świecie, gdzie jest świeże powietrze, gdzie 
wody  są  czyste  i  gdzie  znajdą  piękno,  które  ja  znałem.  Bently  też 
tego  chciał,  walczył  o  to.  To  niesprawiedliwe,  że  skończył  w  taki 
sposób. 

Eve  patrzyła  na  niego  ze  zdumieniem.  Nie  spodziewała  się,  że 

pod  szorstką  powłoką  kryje  się  taka  wrażliwość.  Było  jasne,  iż 
Nathan święcie wierzy w to, co mówi. 

- Co się pani tak gapi? - spytał  zaczepnie. - Takie to dziwne, że 

nie chcę, aby ten świat stał się jeszcze paskudniejszy, niż jest teraz? 

-  Nie,  to  wcale  nie  jest  dziwne  -  odparła  łagodnie.  -  Mieszkam 

nad  pięknym  jeziorem,  jednym  z  najpiękniejszych,  jakie  można 
zobaczyć. Też nie chciałabym, aby cokolwiek zniszczyło to piękno. 

- No to jak widać, pokrewne z nas dusze. - Nathan opadł na fotel 

obok  kominka.  -  Więc  jak,  mogę  tu  zostać  i  trochę  na  panią 
pouważać?  Nudzę  się  jak  cholera,  czekając,  aż  coś  się  wydarzy. 
Chciałbym wreszcie coś robić. 

- Nie potrzeba mi... - A zresztą, co mi tam, pomyślała. Ma dobre 

intencje  i  najwyraźniej  nic  do  roboty.  -  Jeśli  nie  będzie  mi  pan 
przeszkadzał. 

background image

 

137 

-  Nie będę.  -  Z  tylnej  kieszeni  spodni  wyjął książkę w  miękkiej 

okładce.  -  Pani  popracuje,  ja  sobie  poczytam.  -  Otworzył  książkę.  - 
Proszę zapomnieć, że tu jestem. 

- Z pewnością zapomnę. 
Skoncentruj  się.  Zapomnij  o  Nathanie,  Jules’u  i  Joem  oraz  o 

wszystkich kłopotach. 

Myśl tylko o Victorze, o tym, żeby mógł wrócić do domu. 
 
-  Przyniosłem  ci  kawę  i  kanapkę -  Galen postawił  tacę  na stole, 

przy  którym  pracowała.  Zerknął  na  Nathana  pogrążonego  w  głębo-
kim  śnie  na  fotelu  obok  kominka.  -  Gdybym  wiedział,  że  masz 
towarzystwo, przygotowałbym więcej jedzenia. 

-  Pilnuje  mnie  -  Eve  z  uśmiechem  popatrzyła  na  Nathana.  - 

Bardzo nalegał, ale znudził  się po czterech godzinach i zasnął. Miał 
dobre intencje. 

-  Hmm...  -  Galen  odwrócił  się  od  Nathana,  po  czym  nalał  Eve 

kawy. - Jak ci idzie z Victorem? 

- Szłoby mi lepiej, gdyby mi ciągle nie przeszkadzano. 
-  No  wiesz.  Mną  już  nie  musisz  się  przejmować.  Masz  mnie  z 

głowy.  Trochę  się  rozejrzę  i  spróbuję  czegoś  dowiedzieć  o  naszym 
przyjacielu Jules’u. 

- Dokąd się wybierasz? 
- Najpierw do Nowego Orleanu. 
- Kiedy wrócisz? 
- Mam nadzieję, że niedługo. Będziemy w kontakcie. 
- Koniec z degustatorem posiłków. 
-  Ustanowię  Quinna  swoim  tymczasowym  zastępcą.  -  Uniósł 

rękę,  gdy  zobaczył,  że  Eve  znieruchomiała.  -  Wiedziałem,  że  tak 
właśnie  zareagujesz.  Dlatego  postanowiłem  z  tobą  porozmawiać 
przed  wyjazdem.  Powinienem  jechać,  nie  mógłbym  tego  zrobić, 
gdyby  nie  było  tu  Quinna.  Przystałaś  na  jego  obecność,  ale  to  nie 
wystarczy.  -  Zamilkł.  -  Wie,  co  robi,  Eve.  Musisz  współpracować. 
Musisz go słuchać. 

- Muszę? 
- Nie myślisz trzeźwo. Wierzysz, że twojemu życiu coś zagraża? 
- Byłabym idiotką, gdybym nie brała tego pod uwagę. 

background image

 

138 

- Wierzysz w kompetencje Joego Quinna? 
- Oczywiście. 
- No to przestań być taka uparta i zaufaj mu. Nie wykorzysta tej 

sytuacji.  Lepiej  bym  się czuł  podczas wyjazdu,  gdybyś  mi obiecała, 
że będziesz z nim współpracować. 

Nie  chciała,  żeby  Galen  wyjeżdżał.  Był  buforem  między  nią  a 

Joem. Teraz znikał i zostawiał ją bezbronną. 

Bądź dorosła. To krytyczna sytuacja, a w takich okolicznościach 

nie można oczekiwać, że wszystko pójdzie jak z płatka. Postanowiłaś 
zabrać Victora z kościoła. Teraz staw czoło konsekwencjom. 

- Będę współpracowała. 
- To dobrze. Wrócę najszybciej, jak się da. Przy Quinnie nic nie 

powinno ci się stać. - Zerknął  na Nathana. - Ale wątpię, czy Nathan 
na  cokolwiek  się  przyda.  -  Ruszył  ku  schodom.  -  Przed  wyjazdem 
muszę się spotkać z Quinnem. 

-  Dokąd  się  wybierasz?  -  Nathan  nagle  otworzył  oczy,  teraz 

siedział wyprostowany w fotelu. 

-  O,  miło,  że  do  nas  powróciłeś.  Bałem  się,  że  będę  musiał 

znaleźć  jakąś  żabę,  żeby  przebudziła  cię  ze  snu.  Nie  pokręciłem 
bajek? 

- Dokąd jedziesz, do cholery? 
-  Spróbuję wyśledzić Heberta.  Jestem  jednak pewien,  że dopóki 

drzemiesz, Eve nic nie grozi. 

-  Przemądrzały  dupek.  -  Nathan  spojrzał  na  niego  ze  złością.  - 

Przynajmniej nie wskakuję do rozlewisk z aligatorami i... 

Mówił do ściany. Galen już zniknął na schodach. 
Nathan  zmełł  w  ustach  przekleństwo,  a  jego  spojrzenie  powęd-

rowało ku Eve. 

- Quinn zostaje? - spytał. 
-  Tak.  -  Odwróciła  się  do  czaszki.  Pomyślała,  że  przy  tych 

wszystkich  perturbacjach  nigdy  nie  zdoła  skończyć  pracy.  -  Teraz 
muszę zająć się robotą. 

-  Przepraszam.  -  Przez  chwilę  nie  odzywał  się  ani  słowem,  a 

następnie  wymamrotał:  -  Tak  naprawdę  nie  spałem.  Tylko  dałem 
odpocząć oczom... 

 

background image

 

139 

- Przyszło coś z FBI? - spytał Galen od progu biblioteki. 
-  Mam  te  zdjęcia.  Portret  i  fotografia  są  do  siebie  podobne  jak 

dwie krople wody. - Joe wskazał głową  na cztery taksy na biurku. - 
Hebert  musi  być  bardzo  sprytny.  Już  raz  podejrzewano  go  o  mor-
derstwo, ale uniknął procesu. Brak dowodów. 

- Może ma wysoko postawionych znajomych. 
- Nie uwierzę, dopóki nie zdobędę dowodów. 
- To właśnie problem z wami, policjantami. Ja mam tę przewagę, 

że mogę sobie zgadywać,  ile wlezie. - Galen wziął  jedną z odbitek  i 
schował  ją  do  kieszeni  kurtki.  -  To  może  mi  się  przydać.  Jadę  do 
Nowego Orleanu i muszę wziąć samochód. Zatrzymam się po drodze 
i załatwię wam inny. Jakieś życzenia? Znowu lexus? 

- Po co jedziesz do Nowego Orleanu? 
Galen milczał przez chwilę. 
-  Żeby  złapać  samolot  do  Atlanty.  Tu  tak  naprawdę  nie  jestem 

potrzebny,  więc  uznałem,  że  dołączę  do  legionu  pilnującego  Jane  i 
jej babkę. 

Joe spojrzał na niego z niepokojem. 
- Myślisz, że może się coś stać w Atlancie? 
Wzruszył ramionami. 
- Nie wiem. Nie powinno. Mają wystarczającą ochronę. Problem 

w  tym,  że  nigdy  nie  wierzę  nikomu  z  wyjątkiem  samego  siebie. 
Skoro ty  jesteś  tutaj,  ja  mogę rozejrzeć się po tamtej okolicy. -  I  po 
chwili dodał: - Chyba że masz coś przeciwko temu. 

Joe zastanawiał się chwilę i powoli pokręcił głową. 
-  Nie,  jeśli  będziesz  do  mnie  codziennie  dzwonił  i  informował 

mnie  o  wszystkim.  Myślę,  że  się  mylisz,  i  że  to  Eve  będzie  ich 
celem. Ale nigdy nie odrzucę propozycji opieki nad Jane, nawet jeśli 
oferta pomocy pochodzi od ciebie. 

- Wzrusza mnie twoje zaufanie. Będę dzwonił. - Galen odwrócił 

się i ruszył do drzwi. 

Joe poszedł za nim. Galen zatrzymał się przy lexusie. 
- Mówiłeś Eve? 
- Nie o tym, że lecę do Atlanty. Nie chciałem, żeby się martwiła, 

skoro właściwie nie mam podstaw, aby powątpiewać w skuteczność 
ochrony zorganizowanej przez ciebie. - Otworzył drzwi auta. - A ten 

background image

 

140 

samochód,  który  tu  się  pojawi,  nie  jest  z  wypożyczalni.  Jednemu  z 
moich  informatorów  z  Nowego  Orleanu  udało  się  gdzie  indziej 
pożyczyć wóz. 

- Pożyczyć? 
-  Nie  jest  kradziony  -  żachnął  się.  -  Tym  pojadę  do  Mobile  i 

zostawię  go  w  mieście.  To  w  razie  czego  będzie  fałszywy  trop  dla 
Heberta.  -  Uruchomił  silnik.  -  Nathan  z  całą  determinacją  chce 
chronić  Eve.  Może  ci  się  przydać,  ale  nie  polegaj  na  nim.  Nie 
poradziłby sobie z Hebertem. 

- Sam potrafię decydować, do cholery. 
Galen przyglądał się mu uważnie. 
-  Niepokoi  cię  mój  wyjazd.  Pochlebiałoby  mi  to,  gdybym  nie 

wiedział,  że  boisz  się  ewentualnych  kłopotów  z  Eve.  Ulży  ci  na 
wieść, że obiecała z tobą współpracować - uśmiechnął  się chytrze. - 
To cię rąbnęło, prawda? Nie lubisz, kiedy ktoś działa jako pośrednik 
między  tobą  a  Eve.  W  najbliższym  czasie  nie  będziesz  się  musiał 
martwić. Jesteś zdany na siebie, Quinn. - Uniósł dłoń na pożegnanie i 
wcisnął pedał gazu. 

Joe  patrzył,  jak  lexus  toczy  się  po  długim  podjeździe.  Był 

zadowolony, że Galen wyjeżdża i że teraz on przejmuje kontrolę nad 
sytuacją.  Nie  mógł  też  nie  przyznać,  że  trochę  mu  ulżyło,  iż  Galen 
znajdzie się w zespole chroniącym Jane. Tak doświadczony człowiek 
właściwie gwarantował jej bezpieczeństwo. 

On  też  miał  coś  do  zrobienia.  Wyprostował  się,  odwrócił  i 

wszedł do domu. 

 
- Obróciła pani Victora - zauważył Nathan. - Dlaczego? 
- Zbliżam się do ostatniego etapu, nie chcę, żeby widział pan, jak 

nad nim pracuję. 

- Ale dlaczego? 
- Znał pan Bently’ego. Pana mina mogłaby mi coś zasugerować. 

Jeśli  zobaczę  u  pana  aprobatę  albo  dezaprobatę,  może  to  na  mnie 
wpłynąć.  Wystarczy,  że  zrobię  jeden  fałszywy  ruch,  i  wszystko 
zepsuję. 

- Jest pani bardzo ostrożna. 
- Muszę. Victor na to zasłużył. Wszyscy zasłużyli. 

background image

 

141 

-  Bently  na  pewno.  Nie  wiem,  czy  inne  czaszki  także.  Pewnie 

część z nich należałoby wrzucić do ziemi i o nich zapomnieć. 

- Ja tak nie uważam. 
-  Co  by  pani  zrobiła,  gdyby  ta  czaszka  należała  do  człowieka, 

który zabił pani córkę? 

Eve znieruchomiała. 
-  Dokończyłabym  ją.  -  Ponownie  zajęła  się  pracą.  -  A  kiedy 

miałabym  już  pewność,  skoczyłabym  na  nią,  zmiażdżyła,  a  potem 
spaliła.  Może  nawet  zapłaciłabym  kapłanowi  wudu,  żeby  rzucił  na 
nią  klątwę.  -  Popatrzyła  na  Nathana  i  powiedziała:  -  To  chciał  pan 
usłyszeć? 

- Tak. - Uśmiechnął się do niej. - Nie chciałem być brutalny, ale 

trochę mi ulżyło. Wydawała mi się pani o wiele za szlachetna. 

-  Szlachetna?  Nonsens.  Jako  dziecko  nie  miałam  prawdziwego 

domu  i  podejrzewam,  że  dom  stał  się  dla  mnie  czymś  w  rodzaju 
obsesji. Wierzę, że każdy powinien mieć własny kąt, własne miejsce, 
nawet po śmierci.  A  może tym  bardziej po śmierci, bo życie zwykle 
jest pełne zmartwień  i  cierpień.  Kiedy  sprowadzam  ich  do domu, to 
nadaje ważność ich życiu, pokazuję światu, że nie byli śmieciami, że 
mieli swoją wartość. - Znowu na niego zerknęła. - Uważa pan, że to 
ma sens? 

Pokiwał głową. 
-  Świadomość  własnej  wartości  jest  ważna.  Wszyscy  musimy 

wiedzieć, co jest dla nas ważne. 

- A co jest ważne dla pana? 
- Moje dzieci i praca. 
- W jakim wieku są pańskie dzieci? 
-  Henry  ma  dwanaście  lat,  a  Carolyn  siedem.  To  wspaniałe 

dzieciaki.  Szkoda,  że  ja  nie  jestem  wspaniałym  ojcem.  Nie 
widziałem ich od ponad czterech miesięcy. 

- Dlaczego? 
-  Jestem  rozwiedziony,  opiekę  nad  dziećmi  przyznano  byłej 

żonie.  Zresztą  sprawiedliwie.  Nie  mam  etatu  i  specjalizuję  się  w 
ochronie środowiska, więc podróżuję po całym stanie. Nie umiałbym 
im zapewnić stabilnego życia. Moja była żona pozwala mi się z nimi 
widywać, kiedy tylko zechcę. To dobra kobieta. Znosiła mnie dłużej, 

background image

 

142 

niż powinna, wreszcie machnęła ręką - westchnął. - Ja pod pewnymi 
względami przypominam panią. Też mam obsesję na punkcie swojej 
pracy.  A  chciałbym  na  pierwszym  miejscu  stawiać  żonę  i  dzieci. 
Dziennikarze na ogół nie są doceniani. Jednak czasem to właśnie my 
ratujemy ludzi przed złymi facetami. 

-  Moje  doświadczenia  w  tej  kwestii  są  raczej  bolesne,  ale  kilku 

reporterów  szanuję.  -  I  dodała  nagle  zaniepokojona:  -  To,  co  panu 
teraz  powiedziałam,  jest  poufne.  Nie  mam  ochoty  być  cytowana 
przez prasę. 

- Nie będzie pani. Obiecuję. 
Wierzyła mu. 
- Dziękuję panu. 
-  A  ja dziękuję,  że pozwoliła  mi  pani  dotrzymać sobie towarzy-

stwa.  -  Zamilkł.  Myślał  o  czymś  intensywnie.  -  Męczy  mnie  pewna 
sprawa. Widzę, że nie wierzycie w istnienie Sprzysiężenia. 

- Jennings nie do końca. 
- Ale pani nie wierzy. 
- Myślę, że to możliwe. 
-  To  nie  tylko  możliwość;  Sprzysiężenie  naprawdę  istnieje. 

Etienne  nie  kłamał.  Czuję  to  przez  skórę.  Kiedy  tylko  usłyszę  o 
kolejnej  Bośni  czy  Sarajewie,  zaczynam  się  zastanawiać,  czy 
Sprzysiężenie  uznało,  że  potrzebują  wojny  do  załatwienia  jakiejś 
sprawy. 

-  W to  bym  raczej  nie wierzyła.  Rozpętywanie  wojen to  jednak 

coś innego niż manipulacja gospodarką. 

-  Wojna  to  narzędzie  ekonomii.  Proszę  odrzucić  retorykę  i  ide-

alizm,  a  natrafi  pani  na  pieniądze.  Wojna  mnie  przeraża.  Sprzy-
siężenie  mnie  przeraża.  -  Zacisnął  usta  w  ponurym  grymasie.  -  A 
najbardziej  przeraża  mnie  to,  że  nie  wiem,  co  się  wydarzy  w  Boca 
Raton.  Zapewne  coś  okropnego,  skoro  Etienne  tak  się  przestraszył, 
że postanowił nawiązać kontakt ze mną. 

Wierzył  w  swoje  słowa,  więc  i  ona  w  nie  wierzyła.  Czuła 

niepokój.  Tylko  tego  brakowało.  Instynktownie  odsunęła  od  siebie 
nieprzyjemne myśli i skoncentrowała się na czaszce. 

-  Może  Etienne  mówił  prawdę  -  powiedziała.  -  Może 

Sprzysiężenie  rzeczywiście  istnieje.  Jednak  powinno  się  tym  zająć 

background image

 

143 

FBI.  Ja  mam  zrekonstruować  twarz.  Wiem,  że Hebert  zabija  łudzi  i 
że Melton prawdopodobnie siedzi w tym po uszy. Więcej nie muszę 
wiedzieć. 

-  To  chyba  dobrze  tak  się  koncentrować  na  jednym.  -  Nathan 

wstał i się przeciągnął. - Jezu, ale zesztywniałem. Chyba czas, żebym 
się przeszedł po okolicy i rozprostował nogi. - Ruszył ku schodom. - 
Wrócę za pół godziny z kawą. 

Moment później zamknęły się za nim drzwi. 
Dziwny  i  skomplikowany  człowiek,  pomyślała,  wróciwszy  do 

Victora. Początkowo, kiedy Nathan spierał się z Galenem, nie mogła 
się  zdecydować,  czy  ta  sytuacja  ją  bawi,  czy  złości,  ale  odkąd 
zakotwiczył w jej pokoju, zaczęła darzyć go sympatią i  szacunkiem. 
Był  bystry  i  pojętny,  poza  tym  podobała  się  jej  jego  smutna 
uczciwość. 

-  Nathan prosił,  żebym  zszedł  do  ciebie  i dotrzymał ci towarzy-

stwa! - zawołał Joe ze szczytu schodów. - Nie, nie prosił, kazał mi tu 
przyjść. Nie chciał zostawiać cię samej. 

Krew uderzyła jej do głowy. Szybko się opanowała. 
-  Nathan  jest nadopiekuńczy.  Traktuje  mnie  jak  bezradne dziec-

ko, ale ja potrafię zadbać o swoje bezpieczeństwo. 

- Wiem. Nauczyłem cię tego. 
Mówił prawdę.  W pierwszych  latach po śmierci Bonnie nauczył 

ją sztuki samoobrony. Czuła się wtedy słaba i chora z wściekłości, on 
dał jej siłę. Popatrzyła na Victora. 

- Nie powinieneś zwracać uwagi na Nathana - powiedziała. 
-  Daj  spokój.  Ja  też  jestem  nadopiekuńczy.  -  Przez  chwilę 

milczał. - Jeśli nie chcesz, żebym schodził, zostanę tutaj. 

Nie  miała  ochoty,  by  stał  tam  u  szczytu  schodów.  Nie  chciała, 

żeby był gdziekolwiek w jej pobliżu. Kiedy przebywał w tym samym 
pomieszczeniu, jego obecność zbyt ją przytłaczała. Uczucie bliskości 
między  nimi  znikło.  Cóż,  będzie  musiała  się  do  tego  przyzwyczaić. 
Obiecała  Galenowi  współpracę  z  Joem,  bo  miało  to  sens.  Nie  była 
dzieckiem, które chowa głowę pod kołdrę. 

-  To  już  lepiej  zejdź  tu.  -  Nie  spuszczała  wzroku  z  Victora.  - 

Mniej  mnie  będziesz  rozpraszał,  siedząc  przy  kominku  niż  wisząc 
nade mną jak jakiś upiór. 

background image

 

144 

-  Boże broń.  Po takim  porównaniu  na pewno  nie  będę tu dłużej 

wisiał - odparł, schodząc. Usiadł na krześle. - Przyzwyczaiłem się do 
siedzenia przy tobie. 

Tak,  przesiadywał  w  domu  na  kanapie  całymi  godzinami, 

czytając,  wypełniając  dokumenty,  pomagając  Jane  w  pracy 
domowej,  podczas  gdy  Eve  zajmowała  się  rekonstrukcją.  Masował 
jej  szyję  i  barki,  kiedy  czuła  się  znużona  i  sztywna.  Zmuszał  ją  do 
spacerów, kiedy była tak zaabsorbowana pracą, że całymi dniami nie 
wychodziła z domu. 

- Nie było tak źle, prawda? - zapytał cicho Joe. 
Cholera,  wiedział,  jakie  wspomnienia  wywołało  to  ostatnie 

zdanie. 

Nie  odpowiedziała,  kontynuowała  pracę  nad  Victorem.  Jak,  do 

cholery,  miała  się  koncentrować  na  pracy,  kiedy  Joe  znajdował  się 
zaledwie  trzy  metry  dalej,  a  ona  miała  świadomość  każdego  jego 
oddechu? Nie będzie tu długo, powiedziała sobie. Wkrótce przyjdzie 
Nathan z kawą, Joe zniknie. 

Po prostu pracuj. 
 
-  Miło  pana  widzieć,  panie  Galen.  -  Rudowłosy  młodzieniec 

czekał  przy  bramce,  kiedy  Galen  przyleciał  z  Nowego  Orleanu. 
Uścisnęli sobie dłonie. - David Hughes. Witamy w Atlancie. Sporo o 
panu  słyszałem.  Bob  Parks  dał  mi  pańskie  zdjęcie,  kazał  po  pana 
wyjść i zapewnić panu wszechstronną pomoc. Czy to już cały bagaż? 

Galen skinął głową. 
-  Podróżuję  bez  zbędnych  obciążeń.  Czy  dzieciak  jest  pod  ob-

serwacją? 

-  Od  pana  wczorajszego  telefonu.  -  Hughes  szedł  obok  niego 

korytarzem.  -  Wozy  patrolowe  zorganizowane  przez  Quinna  krążą 
bez  przerwy,  poza  tym  dwóch  funkcjonariuszy  w  cywilnych  ubra-
niach.  Policja  i  FBI  chyba  współpracują.  Moi  ludzie  mają  trochę 
problemów z ukrywaniem się przed nimi. 

- Nie są tu po to, żeby przyglądać się wozom patrolowym. Jakieś 

ślady Jules’a Heberta? 

-  Jeszcze  nie.  Odbiłem  przesłane  przez  pana  zdjęcia  i  je 

rozdałem. Może tu go nie ma. 

background image

 

145 

- A może jest. Ja na jego miejscu bym był i zająłbym się właśnie 

córką  Eve  Duncan.  Zawsze  uderza  się  tam,  gdzie  boli  najbardziej. 
Jak wygląda rozkład dnia małej? 

- Babcia każdego dnia odprowadza ją do szkoły i  z niej odbiera. 

Dziewczynka codziennie rano wychodzi z psem. Po południu biegają 
w parku. Później mała już nie opuszcza domu. - Spojrzał na zegarek. 
-  Powinny  zjawić  się  w  parku  za  mniej  więcej  kwadrans.  Chce  pan 
tam iść? 

- Tak. - Zamierzał przyjrzeć się dziecku i babce i upewnić się, że 

w razie czego zdoła je rozpoznać. - Chodźmy. 

- Dziwne, że Quinn nie przyleciał z panem. 
- Ma inne priorytety. - Oględnie powiedziane. Quinn ma obsesję 

na punkcie Eve.  -  Poza tym  uważa,  że dziecko jest  bezpieczne.  Ufa 
swoim kumplom z policji. 

- Ale wie, że pan tu jest? 
Galen skinął głową. 
-  Uważa,  że  tracę  czas.  -  Może  ma  rację,  pomyślał.  Pozornie 

wszystko  było  w  porządku,  jednak  Galen  czuł  niepokój,  a  zawsze 
ufał swojej intuicji. - Pospieszmy się, dobrze? 

 
 

Rozdział

 

dwunasty 

 

Wychodził, dzięki Bogu. 
Eve  patrzyła,  jak  Joe  wspina  się  po  schodach.  Cudownie  się 

poruszał, ze zmysłową gracją, z czujnością tak różną od odprężenia, 
które  go  ogarniało  w  chwilach  wypoczynku.  Nawet  ten  spokój  nie 
był  jednak  bierny.  Zawsze  wyczuwała  inteligencję,  emocje  czające 
się pod twarzą niemal bez wyrazu. 

-  Nie  przyniosłem  śmietanki  -  odezwał  się  Nathan  z  drugiej 

strony pokoju. - Pije pani czarną, prawda? 

- Co? - Szybko uniosła filiżankę, która Nathan postawił na stole. 

- Tak, piję czarną. 

Usłyszała, jak na szczycie schodów zamykają się za Joem drzwi. 
- Dobrze zapamiętałem. 
-  Wszystko  w porządku.  -  I  wszystko  było  w porządku.  Joe  już 

background image

 

146 

sobie poszedł. Teraz mogła pracować. 

Popatrzyła na Victora. Skoncentruj się, do diabła, pomyślała. 
 
-  Proszę  iść  spać  -  powiedziała  Eve  do  Nathana.  -  Już  prawie 

północ, siedzi pan tu przez cały dzień. 

-  Kiedy  pani  pójdzie  spać,  to  ja  także.  Poza  tym,  czy  mogę 

zwracać  się  do  pani  po  imieniu?  Znamy  się  chyba  już  dość  długo. 
Chyba nie przeszkadzałem, prawda? 

-  Niech  będzie,  Nathan.  Nie,  zachowywałeś  się  bardzo  cicho.  - 

Eve zdjęła okulary  i przetarła oczy. - Ale takie pilnowanie mnie jest 
bez  sensu.  Czuję  się  winna  za  każdym  razem,  gdy  na  ciebie 
spoglądam. 

Nathan uśmiechnął się półgębkiem. 
-  Byłaś tak zapracowana,  że od  sześciu  godzin  nie pamiętałaś  o 

mojej obecności. Jak ci idzie? 

-  Dobrze.  -  Eve  znowu  popatrzyła  na  Victora.  -  Już  coś 

wychodzi. 

- Ożywiłaś się. Dziś koniec? 
- Gdybym się postarała, ale jestem zbyt zmęczona. Wystarczy na 

dzisiaj.  -  Czule  musnęła  palcami  policzek  Victora.  -  A  tak  niewiele 
brakuje, cholera. 

- Mogę już popatrzeć? 
-  Nie.  I  tak  zresztą  nie  można  by  go  jeszcze  zidentyfikować. 

Dopiero na ostatnim etapie wszystko staje się jasne. - Wytarła ręce w 
ściereczkę. - Ale jutro wieczorem będzie już gotowy. 

-  To  dobrze.  -  Nathan  wpatrywał  się  w  potylicę  czaszki.  -  Dla-

czego te ostatnie godziny są takie istotne? 

-  Bo  wtedy  decyduje  intuicja.  Czasem  czuję  się  tak,  jakby 

czaszka  mnie  prowadziła,  wskazywała  mi  drogę.  -  Zamyśliła  się.  - 
Dziwne, co? 

-  Słyszałem  o  dziwniejszych  rzeczach.  -  Nathan  patrzył  na 

Victora.  -  Ten  proces  rekonstrukcji  jest  dla  mnie  zagadką.  Nie 
rozumiem, jak ty to robisz. 

- Po pierwsze, trzeba się zaangażować w pracę całą duszą. - Eve 

uśmiechnęła się do swoich myśli. - Reszta to już bułka z masłem. 

- Tak, na pewno. Dlatego tak harujesz. Bo to takie łatwe. 

background image

 

147 

-  Nic  nie  jest  łatwe,  jeśli  chce  się  wykonywać  swoją  pracę  jak 

najlepiej.  Sam  na  to  cierpisz,  inaczej  nie  zależałoby  ci  tak  na  tym 
Pulitzerze. 

-  To  uwieńczenie  dziennikarskiej  kariery.  Zawsze  chciałem  być 

tylko  reporterem  i  nie  miałem  większych  ambicji.  Zamierzam 
napisać kiedyś książkę, a może nawet dwie. 

- Nie wątpię. 
- Ty wybrałaś sobie dziwny zawód. Można powiedzieć, że twoją 

specjalnością jest makabra. 

-  Wszyscy  uważali,  że  po  zaginięciu  Bonnie  powinnam  mieć 

dosyć  kontaktu  ze  śmiercią.  Rzecz  w  tym,  że  człowiek  robi  to,  do 
czego  zmuszają  go  okoliczności.  -  Rzuciła  ostatnie  spojrzenie  na 
Victora  i  odwróciła  się  od  niego.  -  A  teraz  okoliczności  zmuszają 
mnie  do  pójścia  spać,  muszę  być  gotowa  do  pracy  wczesnym 
rankiem. 

-  O  której?  -  Nathan  podniósł  się  z  fotela.  -  Chcę  być  obecny 

przy wielkim odsłonięciu. 

-  O  tej,  o  której  się  obudzę.  Ale  to  i  tak  potrwa  jeszcze  kilka 

godzin. 

-  Będę  na  dole  o  szóstej.  -  Nathan  ruszył  na  schody.  Zatrzymał 

się  na  górze,  by  spojrzeć  na  Victora.  -  Jesteś  pewna,  że  nie  zdo-
łałbym go teraz rozpoznać? 

-  Jestem  pewna.  -  Eve  ruszyła  za  nim.  -  Zapomnij  o  nim  i 

zdrzemnij się. 

- Galen dzwonił? 
Eve pokręciła głową. 
- Minęły dopiero dwa dni. Da nam znać, jeśli na cokolwiek trafi. 

-  Sięgnęła  do  kontaktu  i  zgasiła  światło.  -  Zadzwonimy  do  niego 
jutro, kiedy skończę Victora. 

Po raz ostatni zerknęła na zarys czaszki w półmroku. 
Już prawie koniec, Victorze. Już wkrótce będziesz w domu. 
 
BOCA RATON, FLORYDA 
23 października 
 
-  To  strata  czasu  -  zameldował  Jennings  Ruskowi.  -  Skontakto-

background image

 

148 

wałem się z agentami z naszego biura w Miami, którym podlega ten 
teren. Nic szczególnego się tu nie dzieje, sama codzienność - narko-
tyki, wyłudzenia i pranie brudnych pieniędzy. Chyba nic tu po mnie. 

-  Jeśli  jesteś  pewien...  -  w  głosie  Ruska  pobrzmiewało  rozcza-

rowanie.  -  Miałem  nadzieję,  że będziesz  miał  szczęście.  -  Rozłączył 
się. 

Tu  trzeba  czegoś  więcej  niż  szczęścia,  pomyślał  Jennings. 

Odchylił  się  na  krześle  i  wyjrzał  przez  hotelowe  okno  na 
szaroniebieski  Atlantyk.  Odnosiło  się  wrażenie,  że  w  Boca  Raton 
ludzie  zajmowali  się  wyłącznie  własnymi  sprawami.  Może  tak 
zresztą  było  w  istocie.  To  miasto  paraliżował  strach  przed 
wąglikiem. 

Jak mówił Ruskowi, była to strata czasu. Niczego tu nie zdziałał; 

powinien zacząć szukać gdzie indziej. 

Dlaczego jednak dręczyła go myśl, że coś przegapił. 
A co tam, spróbuję raz jeszcze, pomyślał. 
Otworzył  teczkę  i  przejrzał  notatki  o  Bentlym  i  Sprzysiężeniu, 

które  sporządził  tego  wieczoru,  gdy  Joe  Quinn  skontaktował  się  z 
nim po raz pierwszy. Obok położył notes z zapiskami, które robił od 
chwili przybycia do Boca Raton. 

Po piętnastu minutach aż podskoczył na krześle. 
Niech to szlag. 
 
Dziewczynka  jest  trochę  podobna  do  Eve,  pomyślał  Galen. 

Patrzył,  jak  biegała  po  parku.  Dziwne.  Wiedział,  że  nie  łączy  ich 
pokrewieństwo,  ale  miały  niemal  identyczny,  rudobrązowy  odcień 
włosów. Brak jej jednak było przezorności Eve. Galen obserwował ją 
już drugie popołudnie, a ona podczas zabawy nie zwracała uwagi na 
nic poza psem. 

- Przypomina mi moją córeczkę. Cindy jest w tym samym wieku. 

- Hughes usiadł obok Galena na ławce. - Fajny dzieciak. 

-  Tak.  -  Galen  patrzył,  jak  Jane  podnosi  patyk  i  rzuca  go 

Toby’emu. - Masz coś dla mnie? 

- Nie. Może szukasz nie tam gdzie trzeba. - Nagle zachichotał. - 

Jak  ten  jej  pies.  Chyba  nie  rozumie,  że  podczas  polowania  należy 
krążyć wokół jednego drzewa, a nie biegać po całym parku. 

background image

 

149 

- Może się mylę. - Jednak Galen wcale tak nie myślał. - Nikt nie 

kręci się przy budynku? 

-  Nie.  Sprawdziliśmy  wszystkie  auta  i  przesłuchaliśmy  ludzi, 

którzy  tam  się  szwendali.  Wszyscy  mieszkają  na  tej  ulicy.  - 
Uśmiechnął  się.  -  Znowu  goni  tego  szczeniaka,  biegnie  w  naszą 
stronę. Lepiej niech pan otworzy gazetę. 

Była  już  całkiem  blisko.  Galen  uniósł  egzemplarz  „Atlanta 

Journal Constitution” i zasłonił nim twarz. 

- Kim jesteście? 
Opuścił  nieco  gazetę  i  spojrzał  przed  siebie.  Jane  stała  teraz 

naprzeciwko nich. 

- Słucham? 
- Co tu się dzieje? - Dziecko patrzyło mu wojowniczo w oczy. - 

Dlaczego mnie obserwujecie? 

- Nie wiem, o czym mówisz. 
- Kłamiesz.  Wczoraj też tu byłeś. Jesteś tajniakiem,  jak Joe? Bo 

jeśli tak, to pokaż mi jakiś dowód tożsamości. 

-  Nie,  nie  jestem  policjantem  jak  Quinn.  A  ty  nie  powinnaś 

zaczepiać nieznajomych w parku. 

-  Za chwilę  będzie tędy  przejeżdżał  wóz patrolowy,  a za  babcią 

cały  czas  chodzi  policjant  w  cywilu.  O  nich  też  nie  powinnam  nic 
wiedzieć.  -  Zacisnęła  wargi.  -  W  ogóle  nic  nie powinnam  wiedzieć. 
Jak się nazywasz i co tu robisz? 

A  ja  myślałem,  że  brak  jej  przezorności,  westchnął  w  duchu 

Galen. 

- Nazywam  się Sean Galen. To David Hughes. Jesteśmy tu, aby 

zapewnić ci bezpieczeństwo. 

-  Ty  jesteś  przyjacielem  Logana.  Słyszałam  o tobie.  Powinieneś 

być teraz przy Eve. - Zerknęła na Hughesa. - Ale o nim nie wiem nic. 
Niech on sobie idzie. 

- Już  mnie nie ma. - Hughes wstał pospiesznie. - Do zobaczenia 

później, panie Galen. 

- Pokaż wreszcie ten swój dowód - powiedziała do Galena. 
- Rozkaz, proszę pani. 
Wręczył jej prawo jazdy. Przyjrzała mu się uważnie. 
-  Jeśli  naprawdę  jesteś  Galen,  to  musisz  znać  imię  matki 

background image

 

150 

Toby’ego. 

- Piękna, złośliwa Maggie. Zadowolona? 
Jane wyraźnie się odprężyła. Zerknęła za siebie. 
- Idzie babcia. Musimy się spieszyć. Powiedz, co tu robisz. 
- Zapytaj babcię, ona ci to wszystko wyjaśni. 
- Nie wciskaj mi kitu. Babcia nic mi nie powie. Jeśli o cokolwiek 

ją  zapytam,  skłamie,  żebym  się  tylko  nie  martwiła.  Chodzi  o  Eve, 
prawda? Ma kłopoty? 

- Staramy się, żeby ich nie miała. 
-  Rozmawiałam  z  nią  przez  telefon  parę  dni  temu.  Mówiła,  że 

wszystko w porządku,  i  że  jest  z  nią  Joe,  ale wyczułam,  że coś  jest 
nie tak. 

- To prawda. 
- A ty jesteś tutaj. Co to znaczy? 
- Jane! - zawołała babcia dziewczynki. Szła w ich kierunku. 
Jane odwróciła się i pomachała jej ręką. 
- Pospiesz się - syknęła do Galena. 
Postanowił  być  z  nią  szczery.  Dziewczynce  nie  brakowało 

rozumu, uznał, że przyda się jej ostrzeżenie. 

Widzisz, 

Jane, 

istnieje 

możliwość, 

że 

grozi 

ci 

niebezpieczeństwo.  Ludzie,  którzy  chcą  skrzywdzić  Eve,  mogą 
próbować  ją  dorwać,  uderzając  w  ciebie.  Widziałaś  kogoś 
podejrzanego? 

- Poza tobą? Kiepsko ci to jakoś idzie, nie uważasz? 
-  Mogłoby  lepiej.  Ale  niezbyt  się  starałem.  Nie  sądziłem,  że 

zaczniesz coś podejrzewać, a chciałem zaniepokoić kogoś innego. 

- Kogo? Tego drugiego faceta? 
- Drugiego faceta? - Galen zesztywniał. - Śledzi cię ktoś jeszcze? 
-  Zauważyłam  go  dwa  dni  temu.  Szedł  za  mną  do  szkoły,  a 

potem był tu w parku. Jest w tym znacznie lepszy od ciebie. 

- Dobrze mu się przyjrzałaś? 
-  Bardzo  dobrze.  Już  wcześniej  zauważyłam  wozy  patrolowe. 

Wiedziałam, że coś się święci. 

Wyjął z kieszeni fotografię Heberta. 
- Podobny? 
Uważnie przyjrzała się zdjęciu. 

background image

 

151 

- To on. 
- Dlaczego nie powiedziałaś babci? 
- Nie byłam pewna, czy mnie śledzi. Mógł być jednym z przyja-

ciół  Joego,  tylko  zmartwiłabym  babcię.  Albo  mógł  być  zwykłym 
zboczeńcem. Pełno tu takich. 

- Czyżby? 
-  Od  tamtego  czasu  go  nie  widziałam.  No,  idę  już,  bo  inaczej 

babcia  napuści  na  ciebie  gliny.  -  Znowu  zacisnęła  wargi.  -  Nie 
podoba mi się to, że nie wiem, co się dzieje. Powtórz to Eve i Joemu. 

Galen kiwnął głową. 
- Powtórzę Joemu twoje słowa, ale nie będę mu na razie mówił o 

tym  drugim  facecie.  Wtedy  z  pewnością  rzuciliby  wszystko  i 
pojawili się tutaj. W swojej kryjówce są o wiele bezpieczniejsi. 

-  W  kryjówce?  Eve  nic  o  tym  nie  wspominała.  Dlaczego  się 

ukrywają? 

-  To  skomplikowane.  Eve  chciała  spokojnie  dokończyć  pewną 

pracę. 

-  No  to  co  ty  tu  robisz?  Wracaj  i  pilnuj,  żeby  Joe  i  Eve  byli 

bezpieczni.  Rób,  co  do  ciebie  należy.  Nie  pozwól,  żeby  cokolwiek 
im  się  stało.  Ja  zaopiekuję  się  babcią.  -  Odwróciła  się  i  pobiegła 
alejką. - Wszystko w porządku! - krzyknęła do babci. - Tylko pytał o 
drogę. Jeszcze jeden zagubiony jankes. Ciągle tu błądzą. 

-  Zabroniłam  ci  rozmawiać  z  obcymi.  -  Babcia  objęła  ją  i  za-

wróciła. - Zawołaj swojego głupiego psa i idziemy do domu. 

-  O  rany!  -  powiedział  cicho  Hughes,  wróciwszy  do  Galena.  - 

Poprawka: wcale nie przypomina mojej córki. Gdybym potrzebował 
wykidajły, może bym ją zatrudnił. 

-  Eve  mówiła,  że  dziewczynka  dorastała  na  ulicy.  -  Patrzył,  jak 

Jane i Sandra Duncan oddalają się ścieżką. - Nie powiedziała jednak, 
że ta dwunastolatka zachowuje się jak stary wyga policyjny. 

- Pokazał jej pan zdjęcie? 
-  Tak.  Widziała  go  tutaj.  Hebert  jest  w  Atlancie.  Przynajmniej 

był, dwa dni temu.  -  Wstał.  -  Ale gdzie  jest  teraz,  do  cholery?  Jeśli 
się tu kręcił, powinniście go byli zauważyć. 

- Może się wystraszył. 
To  niezbyt  pasowało  do  obrazu  Jules’a  Heberta,  jaki  stworzył 

background image

 

152 

sobie Galen. 

-  A  może  gdzieś  się  zaszył  i  czeka  na  odpowiednią  okazję.  - 

Ścisnęło  go  w  żołądku  na  myśl,  że  Hebert  mógłby  zrobić  krzywdę 
temu wspaniałemu dzieciakowi, że krąży nad małą niczym drapieżny 
jastrząb. - Nie dostanie jej, Hughes. 

 
Jules  patrzył,  jak  czarny  pikap  powoli  pogrąża  się  w  spokojnej 

toni  jeziora  Lanier.  W  Atlancie  jest  dużo  wody.  Bardzo  z  tym 
wygodnie. 

Wybrał  głęboką  część  jeziora,  żeby  faceta  nie  znaleziono  zbyt 

wcześnie. Miał  spokój  na co  najmniej trzy dni. Leonard Smythe był 
rozwiedziony,  mieszkał w przyczepie, a krótkie dochodzenie Jules’a 
wykazało, że żył samotnie. 

Jules  zerknął  na  skarb,  za  który  zginął  Smythe.  Gdyby  miał 

wybór, oddałby go za życie w mgnieniu oka, ale Jules nie dał mu tej 
szansy. 

Smutne, że człowiek umiera za identyfikator i kilka urzędowych 

świstków. 

 
NOWY ORLEAN 
  
Czaszkę  Victora  oświetlał  jedynie  blask  księżyca  wpadający 

przez okno. 

Nathan  nie zapalił  lampy  nad schodami.  Wiedział, że Joe Quinn 

kilkakrotnie w nocy sprawdza teren, nie miał jednak pojęcia, o jakiej 
porze. 

Powoli,  ostrożnie  schodził  po  schodach.  Chyba  był  bezpieczny. 

Upewnił się, że Eve głęboko śpi. Eve i Joe Quinn wciąż stanowili dla 
niego niewiadomą, a nieznane jest zawsze niebezpieczne. 

Dotarł do stóp schodów i wśliznął się bezszelestnie do pracowni, 

a  następnie  ruszył  przed  siebie  i  posuwając  się  krok  za  krokiem, 
dotarł do postumentu. Tył czaszki oglądał wielokrotnie, ale nigdy nie 
widział  jej  od  przodu.  Widział  natomiast  napięcie  na  twarzy  Eve, 
kiedy usiłowała odtworzyć rysy Victora. 

Wyciągnął  latarkę,  którą  znalazł  w  kuchennej  szafce,  wziął 

głęboki oddech i nacisnął włącznik. 

background image

 

153 

W pomieszczeniu nagle zapaliło się światło. 
-  Może  mi  powiesz,  co  tu  robisz?  -  krzyknął  Joe  Quinn  ze 

szczytu schodów. 

Cholera. To go zupełnie zaskoczyło. 
- Nie zamierzałem tego niszczyć. 
-  Nie  odpowiedziałeś  na  moje  pytanie.  -  Joe  zszedł  na  dół.  - 

Dlaczego skradasz się po schodach w środku nocy? 

- Chciałem ją obejrzeć. 
-  Ale  Eve  nie  pozwoliła  ci  na  to,  dopóki  nie  skończy  pracy. 

Skończyła? 

Nathan przecząco pokręcił głową. 
- Dopiero jutro. Powiedziała, że wcześniej i tak nic mi to nie da. 

Myślałem, że może jednak się domyśle, dokąd zmierza. - Zmarszczył 
brwi. - Chcę zobaczyć czaszkę. 

- Patrz sobie. Nie będę cię powstrzymywał. 
Nathan odwrócił postument i spojrzał na twarz Victora. Ogarnęło 

go  rozczarowanie.  Twarz  miała  formę,  ale  brak  jej  było  cech 
charakterystycznych.  Na  tym  etapie  nikt  nie  mógłby  rozpoznać 
rysów. 

- Powinieneś był jej uwierzyć - zauważył Joe. - Eve nie kłamie. 
-  Nie podejrzewałem  jej  o  kłamstwo.  Pomyślałem,  że może uda 

mi się... - Zacisnął dłonie w pięści. - Cholera, ciężko się czeka. Chcę 
wiedzieć. 

- Nie ufałeś jej. 
-  W  moim  fachu  ufa  się  niewielu  ludziom.  -  Nathan  ruszył  ku 

schodom, potem nagle się zatrzymał i popatrzył na Joego. - Powiesz 
jej, że tu przyszedłem? 

- Powinienem. Eve cię lubi, a ma zwyczaj ufać ludziom, których 

lubi. Niezbyt ceni sobie tych, którzy węszą za jej plecami. 

-  Nie  chciałem  jej  w  żaden  sposób  skrzywdzić.  Jeśli  w  ogóle 

jestem czegokolwiek winien, to chyba zbytniej troski o nią. - Nathan 
znowu  spojrzał  na  Victora.  -  Bardzo  chcę  wiedzieć,  kto  to.  Mam 
nadzieję,  że  nie  Bently.  Mam  nadzieję,  że  on  wciąż  żyje,  że  gdzieś 
się zaszył, a kiedy wyjdzie z kryjówki, potrząśnie tymi sukinsynami. 

Joe przyglądał mu się uważnie. 
-  Wierzę  ci.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Na  razie  się  wstrzymam, 

background image

 

154 

nic się w końcu nie stało. Ale popełniłeś błąd. 

-  Jak  każdy.  W  tym  i  ty,  inaczej  Eve  nie  wściekałaby  się  na 

ciebie.  -  Nathan  zaczął  szybko  wspinać  się  po  schodach,  lecz  po 
chwili znieruchomiał i obejrzał się przez ramię na Joego. - Musiałem 
popełnić jeszcze jeden błąd. Skąd wiedziałeś, że tu zszedłem? 

- Obchodziłem teren  i  zorientowałem się,  że ktoś  jest w kuchni. 

Zobaczyłem,  że  to  ty,  i  że  szperasz  w  szafkach.  Wzbudziło to  moją 
ciekawość, zwłaszcza że posługiwałeś się latarką. 

- Z pewnością powinienem był być ostrożniejszy. 
- Jak sam mówiłeś, wszyscy popełniają błędy. 
Quinn nie zamierzał go za to karać. 
- Dzięki, jestem ci winien przysługę. 
Nathan  szybko  pokonał  resztę  schodów.  Mogło  być  znacznie 

gorzej.  Zrobił  to,  co  zamierzał,  i  nic  strasznego  się  nie  stało.  Miał 
nadzieję, że uda mu się wyciągnąć jakieś wnioski, ale okazało się; że 
musi jeszcze poczekać. 

Cholera, ciężko było czekać. 
 
Piwnica  była  dobrze  oświetlona,  szumiały  lśniące  urządzenia 

grzewcze  i  klimatyzacyjne.  Szczytowe  osiągnięcia  amerykańskiej 
techniki, pomyślał Jules, idąc korytarzem. 

- Ej, co pan tu robi? 
Obejrzał się. Z windy wychodził umundurowany strażnik. 
-  Czy  wy  nigdy  ze  sobą  nie  rozmawiacie?  -  Jules  pomachał 

identyfikatorem.  -  Przed  chwilą  sprawdzał  mnie  strażnik  przy 
głównym  wejściu.  -  Zerknął  na  plakietkę  na  jego  piersi.  -  Panie 
Phillips, jestem z administracji. Mam zrobić coroczny przegląd. 

- Miałem przerwę na kawę... - zaczął się tłumaczyć mężczyzna. 
Jules  o  tym  wiedział.  Nie  spodziewał  się,  że  Phillips  wróci  tak 

szybko.  Musiał  wprowadzić  pewne  modyfikacje  do  swojego  planu. 
Ale był na to przygotowany. 

-  Już  prawie  skończyłem.  Zauważył  pan  jakiś  problem  podczas 

obchodów? Kałuże wody za klimatyzatorami? Więcej pary? 

Phillips przecząco pokręcił głową. 
-  Skoro  już pan  tu  jest,  może pójdzie  pan ze  mną do kotłowni  i 

potrzyma  mi  latarkę? Muszę wcisnąć  się  za  zbiorniki, a tam  prawie 

background image

 

155 

nic nie widać. 

-  Jeśli  nie  potrwa  to  zbyt  długo...  -  Phillips  zastanawiał  się.  - 

Muszę wracać do drzwi wejściowych i zastąpić Charleya. 

-  Jak  mówiłem,  już  prawie  kończę.  -  Jules  podniósł  skrzynkę  z 

narzędziami i ruszył przed siebie. - To potrwa tylko chwilę. 

- Skoro jest pan pewien. 
- Jestem. - Jules uśmiechnął się do niego przez ramię. - Znam się 

na swojej robocie. 

 
- Gotowy? - mruknęła Eve. - Już pora, Victorze. 
-  Mówiłaś  coś,  Eve?  -  zapytał  Nathan,  siedzący  po  drugiej 

stronie pokoju. 

- Cii. Nie odzywaj się ani słowem, dopóki nie skończę. 
Glina  pod  jej  palcami  była  miękka  i  chłodna.  Eve  dotknęła  jej 

ostrożnie, z wahaniem. 

Delikatnie. 
Z wyczuciem. 
Instynktownie. 
Szybko i zwinnie poruszała palcami. 
Kim jesteś, Victorze? Podpowiedz mi, pomóż. 
Wygładzić. Nieco ująć. Trochę dodać. 
Nie miała pojęcia, jaki kształt nadać uszom. Zdecydowała się na 

najbardziej typowy. 

Usta.  O rany,  zawsze  ma  z tym  kłopoty.  Zna  przecież tylko  ich 

szerokość... 

Musi  polegać  na  instynkcie.  Pozwala  dłoniom  rzeźbić  tak,  jak 

chcą. 

Wygładzić. Trochę ująć. Nieco dodać. 
Nie powinna się tak spieszyć. 
Przerwała  modelowanie  twarzy  i  zaczęła  się  przyglądać 

oczodołom Victora. Kąt ustawienia... Łuki brwiowe... Chyba dobrze. 

Można kończyć. 
Wygładzić. Tu dodać. Tam ująć. 
Trzeba  sprawdzić  grubość  wargi...  Dwanaście  milimetrów.  W 

porządku. Długość nosa osiemnaście milimetrów. Powinno być dzie-
więtnaście. Do poprawki. 

background image

 

156 

Wygładzić. Dodać. Ująć. 
Milimetry  są  istotne,  ale  na  tym  etapie  najważniejszy  jest 

instynkt. 

Pomóż, Victorze. Już prawie koniec. 
Jej  dłonie delikatnie przesuwały  się po  rekonstruowanej  twarzy. 

Zdawało  się,  że palce Eve  wymknęły  się  jej  spod kontroli  i zaczęły 
żyć własnym życiem. 

Wygładzić. 
Jeszcze dodać. 
Jeszcze ująć. 
 
Galen  wysiadł  z  auta  i  podszedł  do  Hughesa,  który  stał  pod 

latarnią. 

- Macie coś? 
Hughes pokręcił głową. 
- Wszędzie cisza. Mała weszła do budynku razem z babcią. Wóz 

patrolowy  przejeżdżał  pięć  minut  temu.  Chyba  włączyli  do  akcji 
więcej  policjantów w cywilu.  Jakiś  nieznany  mi  facet  rozmawiał ze 
strażnikiem  przy  drzwiach.  -  Podniósł  rękę,  nim  jeszcze  Galen 
otworzył usta. - Wszystko w porządku, obserwowałem go, wsiadł do 
wozu patrolowego dwadzieścia minut później. Gliny go znały. 

- A w środku? 
-  Mam swojego  człowieka  na  tym  piętrze,  gdzie  jest  ich  miesz-

kanie, nie zauważył nic podejrzanego. A co pan porabiał? 

-  Rozglądałem  się.  Pięć  ulic  stąd  stoi  furgonetka  firmy 

telefonicznej. Co tam robi o tej porze? Sprawdził ją pan? 

Hughes ponownie pokręcił głową. 
- Dlaczego? 
- Nie było jej wcześniej. Zajmę się nią. 
- Natychmiast. 
- Skąd ten pośpiech? Przecież stoi pięć ulic stąd. 
-  To  może  być  samochód  z  urządzeniami  podsłuchowymi.  Eve 

regularnie dzwoni do Jane. 

-  Mówiłem  już,  że  sprawdzaliśmy  już,  czy  istnieje  możliwość 

podsłuchiwania  rozmów.  Mieszkanie  leży  zbyt  wysoko,  sygnał 
telefoniczny jest zbyt zniekształcony. 

background image

 

157 

- Sprawdźcie tę furgonetkę. 
- W porządku. - Hughes sięgnął po telefon. 
Galen obserwował budynek. Cholera, czuł niepokój. 
Hughes skończył rozmowę. 
- Mój człowiek zadzwoni do firmy telefonicznej i zapyta, czy to 

oni wysłali ten wóz. Zadowolony? 

-  Nie.  Coś  się  dzieje.  On  musi  tu  być.  Wie,  że  zostało  mu 

niewiele czasu. 

- Jak to? 
-  Nieważne.  -  Zerknął  na  auta  parkujące  przy  ulicy.  Wszystkie 

były  przez  nich  sprawdzone,  nie  pojawiły  się  żadne  nowe.  -  Po 
prostu coś jest nie tak. 

- Jeśli Hebert gdzieś tu w ogóle jest, to musiał chyba zapaść się 

pod ziemię - zauważył Hughes. 

- Co? - Galen zastygł w bezruchu. 
-  Powiedziałem,  że  Hebert  musiał  zapaść  się  pod  ziemię,  bo 

inaczej... 

Pod ziemię. 
-  Cholera!  -  Galen  ruszył  pod  płócienną  markizę  budynku.  - 

Idziemy. 

Hughes wysiadł z auta i podążył za nim. 
- Dokąd? 
-  Niech pan  czymś  zajmie  ochroniarza  i przy  okazji  go wypyta, 

czy dziś nie zdarzyło się nic niezwykłego. - Otworzył szklane drzwi. 
-  A  ja  sprawdzę,  jak daleko  może  posunąć  się Hebert, żeby  dorwać 
dzieciaka. 

 
W  kotłowni  za  potężnymi  zbiornikami,  z  których  płynęła  woda 

ogrzewająca  budynek,  Galen  znalazł  umundurowanego  strażnika. 
Miał poderżnięte gardło. 

Obok trupa leżała kostka semteksu i zapalnik czasowy. 
Dwadzieścia dwie minuty. 
Cholera. 
To  nie  była  zwykła  bomba,  jej  twórca  z  pewnością  na  wszelki 

wypadek  zainstalował  w  niej  detonator-pułapkę.  Brakowało  czasu, 
by rozbroić ładunek. 

background image

 

158 

Sam już nie zdąży ewakuować Jane. 
Biegnąc  do  windy,  Galen  wyłączył  telefon.  Dzwonek  mógłby 

uruchomić bombę. Włączył go dopiero na ulicy. 

Natychmiast zadzwonił. 
- Nic niezwykłego - zameldował  mu Hughes. - Inspekcja. Jeden 

ze strażników rozchorował się i musiał iść do domu. Czy mam... 

-  Nieważne.  Niech  pan  wyjdzie  z  budynku,  zadzwoni  do  tego 

człowieka  na  jedenastym  piętrze  i  każe  mu  wyprowadzić  Jane 
MacGuire  i  jej  babkę.  Natychmiast.  Ma  na  to  dwadzieścia  minut. 
Potem niech pan dzwoni po saperów. Pewnie nie zdążą, ale mogę się 
mylić. 

- Już się robi. 
Galen spojrzał na zegarek. 
Dziewiętnaście minut. 
Jane MacGuire  znajdowała się  na  jedenastym  piętrze.  Pozostało 

niewiele  czasu  na  ratowanie  jej  i  reszty  lokatorów  budynku.  Sam 
zdołałby dotrzeć tylko do kilku mieszkań. 

Co miał robić, na litość boską? 
 
-  Gotowe.  -  Eve  oparła  się  o  stół  i  przetarła  twarz.  Boże,  była 

całkiem  wyczerpana.  Adrenalina  gdzieś  wyparowała,  czuła  się  jak 
wyżęta ścierka. - Na nic lepszego mnie nie stać. 

- Myślałem, że nigdy nie skończysz. Jest prawie trzecia w nocy. - 

Nathan niecierpliwie kręcił się w fotelu. - Mogę zerknąć? 

- Jeszcze nie. Włożę do oczodołów szklane gałki. - Eve uśmiech-

nęła się z wysiłkiem, patrząc na szkatułkę z oczami. - Galenowi to by 
się spodobało. Ma problem z pustymi oczodołami. 

-  Pospiesz  się!  -  Nathan  zwilżył  wargi.  -  Przepraszam.  Nie 

chciałem... Po prostu się niecierpliwię. 

- Wiem. - Eve otworzyła szkatułkę, wyjęła z niej parę brązowych 

oczu  i  odwróciła  się  do  Victora,  który  powoli  przestawał  być 
Victorem.  Wkrótce  mógł  odzyskać  swoje  prawdziwe  nazwisko.  - 
Jeszcze chwila. 

Po kilku minutach odwróciła się do Nathana. 
- Teraz możesz popatrzeć. 
Nathan zerwał się z fotela i szybko przemierzył pokój. Zatrzymał 

background image

 

159 

się,  wciągnął  powietrze  w  płuca,  a  następnie  obszedł  postument  i 
stanął obok Eve. 

Wpatrywał  się  w  rysy  twarzy  Victora.  Eve  patrzyła  na  niego 

uważnie. 

- Powiedz coś. To Bently? 
- To on. - Nathan zacisnął usta. - To Harold Bently. 
- Na pewno? 
-  Na  pewno.  -  Jego  głos  drżał.  -  Dobrze  się  spisałaś.  To  on.  - 

Odwrócił się i ruszył szybko ku schodom. - Przepraszam. Jestem taki 
wściekły, że  mam ochotę kogoś udusić. Nie mogę na niego patrzeć. 
Miałem nadzieję... 

Wbiegł po schodach, niemal wpadając na Joego. 
- Przepraszam. Nie chciałem... - Przemknął obok niego i zniknął. 
-  Co  mu  się  stało?  -  spytał  Joe,  kiedy  pokonał resztę stopni.  Na 

widok miny Eve dodał: - Czyżby nadeszła chwila prawdy? 

- To Bently. - Eve potarła obolały kark. - Dopóki nie zobaczysz 

dowodu, zawsze masz nadzieję. 

Joe stanął obok Eve i spojrzał na nią uważnie. 
-  Najwyraźniej  odwaliłaś  kawał  dobrej  roboty,  skoro  jest  taki 

pewien. 

-  Miałam taką samą nadzieję  jak  i  on,  że to  nie Bently  -  powie-

działa. - Z tego, co słyszałam, mogłam sądzić, że był bardzo dobrym 
człowiekiem. A zginął w taki sposób... - Jej oczy napełniły się łzami, 
zamrugała.  -  Ale  co  z  tego.  Ginie  o  wiele  więcej  dobrych  ludzi  niż 
złych. Są ufni. Nie potrafią się bronić. Jak Bonnie... 

-  Ciii...  -  Wziął  ją  w  ramiona.  -  Jezu,  jesteś  taka  zmęczona,  że 

ledwie trzymasz  się  na  nogach.  Posłuchaj  mnie,  dobrze się spisałaś. 
Sprowadziłaś tego biedaka do domu. Czy to nie jest najważniejsze? 

-  Tak.  -  Poczuła  się  pokrzepiona.  Zawsze  kiedy  Joe  znajdował 

się blisko niej, znikało uczucie samotności i chłodu. - To ważne. Ale 
nie w tej chwili. 

-  To  przyjdzie  z  czasem.  -  Pomasował  ją  między  łopatkami,  w 

tym  miejscu  zawsze  czuła  największy  ból.  Poczuła  taką  ulgę,  że  aż 
zrobiło jej się słabo. - Masz strasznie napięte mięśnie. Idź do łóżka i 
spróbuj zasnąć. Rozumiem, że nie chcesz, abym ci zrobił masaż. 

-  Nie.  -  Nie powinna  nawet  tak przy  nim  stać.  Istniały  powody, 

background image

 

160 

ważne  powody,  dla  których  powinna  go  odepchnąć,  ale  w  tym 
momencie się nie liczyły. - Zaraz poczuję się dobrze. 

-  Przy  mnie  z  całą  pewnością  poczułabyś  się  lepiej  niż  dobrze. 

Dopilnowałbym tego. Ale trudno. Chodź, zapakuję cię do łóżka. 

- Nic mi nie jest. 
-  Przestań  się  kłócić.  Zaraz  upadniesz.  Wiem,  że  teraz  jesteś 

bezbronna, i chętnie bym cię wykorzystał, ale tego nie zrobię. - Objął 
ją w talii i częściowo poprowadził, częściowo zaciągnął ku schodom. 
-  Czemu  tak  się  opierasz?  To  nic  nowego.  Przecież  wiele  razy 
kładłem cię do łóżka w podobnej sytuacji. 

Rzeczywiście robił to wiele razy. Tak wiele, że straciła rachubę. 

Czasem  wydawało  się  jej,  że  są  razem  od  zawsze.  Ile  to  trwało? 
Dziesięć,  dwanaście  lat?  Nie  mogła  się  skupić,  a  wszystko,  na  co 
patrzyła, zamazywało się, tworzyło niewyraźną plamę. 

- Teraz, kiedy Victor jest  już gotowy,  musimy chyba zadzwonić 

do Jenningsa. FBI powinno... 

- Ja się tym zajmę. 
- Naprawdę nie chciałam, żeby to był Bently, Joe. 
- Wiem. Jest ci ciężko. Rano będzie lepiej. 
Ledwie  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  Joe  prowadzi  ją  do 

pokoju i kładzie na łóżku. Zdjął jej buty i przykrył ją narzutą. 

-  Za  chwilę  wrócę.  -  Poszedł  do  łazienki  i  za  moment  wrócił  z 

wilgotną  szmatką.  Starannie  wytarł  glinę  z  jej  dłoni.  -  Na  razie  to 
musi wystarczyć. Prysznic weźmiesz rano. 

- Dziękuję, Joe. 
-  Zawsze  lubiłem  oddawać  ci  przysługi.  Dzięki  temu  jesteś 

bardziej  moja.  Po  seksie  to  moja  największa  przyjemność.  Nie 
wiedziałaś? 

Nie  powinna  tego  słuchać.  Było  to  zbyt...  intymne,  a  przecież 

między  nimi  przestało  się  układać.  Nie  mogła  sobie  przypomnieć 
dlaczego. Nie chciała. Nie teraz. 

- Nie, nie wiedziałam... 
-  I teraz nie chcesz  o tym  myśleć.  W  porządku. I tak się cieszę, 

że  nie  wzdrygasz  się  na  mój  widok.  -  Usiadł  na  łóżku  i  ujął  ją  za 
rękę. - To mi wystarczy. 

Uścisnęła jego dłoń. 

background image

 

161 

- Nie powinno... 
- Ciii. Idź spać. 
Już prawie spała. Zwinęła się na łóżku i zamknęła oczy. 
- To takie... smutne. Biedak... 

 

Rozdział trzynasty 

 

Eve spała. 
Joe wpatrywał się w jej twarz. Tak bardzo pragnął ukoić jej ból. 

Nic z tego. To cierpienie towarzyszyło jej od lat. Od śmierci Bonnie. 
Po  stracie  dziecka  Eve  poświęciła  się  jednemu:  sprowadzaniu  do 
domu  żywych  i  umarłych.  Wkładała  w  to  całe  swoje  serce  i 
wszystkie swoje umiejętności. Znowu znalazła zaginionego i znowu, 
jak zawsze, Joe był obok niej; i teraz także mógłby jej pomóc, gdyby 
mu na to pozwoliła. 

On także czuł się zagubiony. 
Przestań się nad sobą rozczulać,, pomyślał. Jej też to nie pomoże. 

Puścił dłoń Eve i pochylił się, by złożyć pocałunek na jej czole. 

- Śpij dobrze, kochanie - wyszeptał. 
Nie  chciał  jej  zostawiać,  ale  zmusił  się,  by  wstać  i  podejść  do 

drzwi.  Kiedy  Eve  się obudzi,  pewnie znowu ogarnie  ją złość.  Może 
jednak zdołał zrobić wyłom w murze, którym się otoczyła. Miał taką 
nadzieję. 

Gdy wyszedł na korytarz, zadzwonił telefon. 
 
Zachodni  bok  wieżowca  wyleciał  w  powietrze  w  kuli  ognia  i 

betonu. 

Galen spojrzał na płomienie wydostające się z okien. Mogło być 

gorzej. Bombę podłożono tak, by wysadziła tylko tę stronę budynku, 
gdzie znajdowało się mieszkanie babki Jane MacGuire. 

-  Babcia  jest  przerażona.  Dorwij  tego  drania!  -  Jane  MacGuire 

podeszła  do  Galena.  -  Mnóstwo  ludzi  by  zginęło,  gdyby  te 
spryskiwacze nie zadziałały. Ty je uruchomiłeś? 

- Tylko tyle mogłem zrobić, żeby ratować lokatorów i zmusić ich 

do  natychmiastowego  opuszczenia  mieszkań.  Odciąłem  alarm 

background image

 

162 

pożarowy,  który  mógłby  uruchomić  zapalnik,  i  wysłałem  ludzi 
Hughesa,  żeby  chodzili  od  drzwi  do  drzwi.  Woda  zalewająca 
mieszkania  oszczędziła  wszystkim  niepotrzebnych  dyskusji.  -  Jego 
spojrzenie powędrowało wzdłuż pogrążonej w półmroku ulicy, która 
zapełniała  się  niekompletnie  ubranymi  mężczyznami,  kobietami  i 
dziećmi.  Biegające  wokół  psy  szczekały  na  koty,  które  mocno 
trzymali  w  ramionach  ich  właściciele.  -  Mam  nadzieję,  że  wszyscy 
zdążyli. 

- Ja też. - Jane szarpnęła smyczą, żeby Toby stał grzecznie u  jej 

boku. - Babcia nie chciała wyjść, kiedy przyszedł ten facet. Dopiero 
ta woda ją przekonała. 

W oddali słychać było wycie strażackiej syreny. 
- Gdzie twoja babcia? 
-  O  tam,  próbuje  uspokoić  naszą  sąsiadkę.  Pani  Benson 

niedawno urodziła i chyba jest nieco wstrząśnięta. 

- Dziwne, że babcia pozwala ci ze mną rozmawiać. 
-  Powiedziałam  jej,  kim  jesteś.  Może  powinnam  była  zrobić  to 

wcześniej.  Z  babcią  można  się  dogadać.  -  Jane  popatrzyła  na 
płomienie. - Zrobił to, żeby nas zabić? 

Galen pokiwał głową. 
- Chce w ten sposób wywabić Eve z kryjówki? 
- Tak. 
- No to powiedz jej, żeby  się ukryła. - Zwilżyła wargi. - I to jak 

najszybciej.  Pierwsze,  co  zrobiła  babcia  po  wyjściu  na  ulicę,  to  za-
telefonowała do Joego. 

- Co? 
-  Joe  kazał  jej  dzwonić  w  razie  problemów.  -  Popatrzyła  na 

płonący wieżowiec. - Pewnie uzna, że to poważny problem. 

- Kiedy? - Zamierzał sam zadzwonić do Quinna. 
-  Pięć  minut  temu.  Kazał  jej  pilnować  mnie,  powiedział,  że 

przyśle  radiowóz.  -  Popatrzyła  na  wyjeżdżający  zza  zakrętu  samo-
chód patrolowy. - Już jest. 

-  Możliwe.  -  Policja  miała  wywieźć  gdzieś  Jane  i  jej  babcię? 

Mowy  nie  ma.  Najpierw  musi  to  sprawdzić.  Ruszył  ku  autu.  - 
Poczekaj tutaj. 

 

background image

 

163 

-  Co  się  dzieje,  do  cholery?  -  wybuchnął  Joe,  kiedy  dziesięć 

minut  później  Galen  odebrał  telefon.  -  Przed  chwilą  dzwoniła 
rozhisteryzowana matka Eve, mówiła coś o tobie, wybuchu budynku 
i wodzie lejącej się z sufitu... 

-  Z  Jane  wszystko  w  porządku.  Radiowóz,  który  wysłałeś, 

zawiózł ją w bezpieczne miejsce. 

- Poleciałeś tam, żeby  chronić Jane. Jak ten sukinsyn zdołał tam 

się dostać? 

- Jest bezpieczna. To najważniejsze. - Galen popatrzył na wieżo-

wiec, który wciąż płonął. - Resztę opowiem ci później. 

- Chrzań się. Chcę wiedzieć, co... 
-  Czekaj  chwilę.  -  Hughes  rozpaczliwie  usiłował  zwrócić  na 

siebie uwagę Galena. - Coś się dzieje. 

- Przepraszam - powiedział Hughes. - Właśnie dowiedziałem się 

o tej furgonetce. Ludzie z Bell South twierdzą, że nie wysyłali żadnej 
furgonetki w ten rejon. - Zawiesił głos. - Pojazd zniknął. 

- Jezu. - Galen mocniej ścisnął telefon. 
- Co się dzieje? - spytał Joe. - Czy Jane nic nie jest? 
-  Nic.  -  Galen  zastanawiał  się  nad  rozmaitymi  scenariuszami 

wydarzeń po wybuchu bomby. - Ale Hebert zapewne osiągnął to, na 
czym mu najbardziej zależało. 

- Więc Jane wcale nie jest bezpieczna? 
-  Uspokój  się.  Myślę,  że  Hebert  przygotował  się  na  wszystkie 

ewentualności. Istnieje możliwość, że miał furgonetkę z podsłuchem, 
zaparkowaną  kilka  ulic  dalej.  Nie  mógł  przechwycić  rozmów  z 
telefonu w wieżowcu, ale kiedy matka Eve wyszła z mieszkania, nie 
miał z tym problemu. 

- Od razu do mnie zadzwoniła. 
- Gdyby bomba je zabiła, wyszlibyście z ukrycia. Jeśli by ich nie 

zabiła,  matka  Eve  zadzwoniłaby  do  ciebie,  umożliwiając  mu  na-
mierzenie miejsca waszego pobytu. Zabierajcie się stamtąd, Quinn. 

- To tylko spekulacje. 
-  Wolisz  narażać  siebie  i  Eve?  To,  że  Hebert  lubi  wykonywać 

brudną robotę osobiście,  a  jest  teraz w Atlancie,  wcale  nie oznacza, 
że  możecie  tam  siedzieć  spokojnie.  Jeśli  wyśledził  połączenie,  nie 
macie zbyt wiele czasu. Zabierajcie się stamtąd! - powtórzył. 

background image

 

164 

Milczenie. 
- Dokąd? 
Dzięki Bogu, Quinn słuchał. 
-  Wszystko  jedno.  Zadzwoń,  kiedy  niebezpieczeństwo  minie. 

Postaram się znaleźć wam jakąś bezpieczną kryjówkę. 

- Dobra. - Quinn się rozłączył. 
 
Joe  wahał  się  przez  chwilę,  intensywnie  myśląc.  Eve  była 

wyczerpana.  Postanowił,  że  pozwoli  jej  spać  jak  najdłużej  i  sam 
przygotuje wszystko do wyjazdu. 

Poszedł do pokoju Nathana, otworzył drzwi i zapalił światło. 
- Wstawaj. Potrzebuję twojej pomocy. 
- Co się stało? - Nathan usiadł na łóżku. 
-  Musimy  stąd spadać.  Idź  nad dół,  spakuj czaszkę  i cały  sprzęt 

Eve. Ja podprowadzę samochód pod drzwi. 

- Dlaczego? - Nathan wyskoczył z łóżka i wciągnął spodnie. - Co 

się stało? Dlaczego musimy wyjeżdżać? 

- Galen mówi, że w każdej chwili możemy spodziewać się gości. 
- Heberta? 
-  Nie,  Hebert  jest  w  Atlancie.  Podobnie  jak  Galen.  -  Joe 

skierował się do drzwi. - Ruszaj się. Muszę iść po Eve. 

-  Otwórz  bagażnik,  żebym  mógł  tam  włożyć  sprzęt.  -  Nathan 

wiązał  buty. - Może zapakuj rzeczy Eve, zanim pójdziesz  ją budzić. 
Była bardzo zmęczona. 

- Zajmę się Eve. - Joe już biegł korytarzem. - Pospiesz się. 
 
- Obudź się, Eve. 
Eve z trudem  uświadomiła sobie,  że Joe nią potrząsa.  Była taka 

zmęczona... 

- Obudź się. Musimy wyjeżdżać. 
Usiłowała otworzyć oczy. 
- Chce mi się spać... 
- Przykro mi, prześpisz się w aucie. Możemy mieć gości. 
W  domu  nad  jeziorem?  Rzadko  miewali  gości.  Dom  był  oazą 

ciszy i spokoju. Już Joe o to zadbał. 

Nagle uświadomiła sobie, że wcale nie są u siebie. Nowy Orlean. 

background image

 

165 

Victor. Nie, nie Victor, Bently. Usiadła na łóżku. 

- O czym ty mówisz? 
- Spakowałem twoją torbę. - Joe pomógł  jej wstać. - Nathan  już 

czeka  w  samochodzie.  -  Poprowadził  ją  przez  pokój  i  zniósł  po 
schodach. - Zapakował twój sprzęt. Musimy jechać. 

- Dlaczego? 
- Dzwonił Galen. Mamy problem. - Otworzył drzwi wejściowe. - 

Już nie jesteśmy tu bezpieczni. 

- Dlaczego? 
-  Później  ci  wytłumaczę.  -  Pomógł  jej  wsiąść  do  lexusa 

przysłanego przez Galena i usiadł za kierownicą. - Wszystko wziąłeś, 
Nathan? 

-  Sprzęt  jest  w  bagażniku.  Czaszkę  mam  tu  ze  sobą.  -  Nathan 

wyraźnie  obserwował  drogę  przed  nimi.  -  Widzę  reflektory!  Zaraz 
będą przy bramie! 

- Brama jest zamknięta, prawda? - zapytała Eve. 
- Mają sprzęt, żeby  ją otworzyć - odparł Nathan.  - Zajmie im to 

nie więcej niż kilka minut. 

- No to wykorzystajmy te minuty. 
Joe  nie  zapalił  świateł,  wóz  powoli,  cicho  toczył  się  po 

podjeździe i w pewnej chwili zjechał między drzewa obok domu. 

Przed  bramą  zatrzymało  się  ciemne  volvo.  Wyskoczyli  z  niego 

dwaj  mężczyźni  i  podeszli  do  bramy.  Po  trzech  minutach  otworzyli 
ją i z powrotem wsiedli do samochodu. 

Eve wstrzymała oddech, kiedy auto przemknęło obok nich i wje-

chało  na  podjazd.  Teraz  volvo  jechało  bez  świateł,  błyszczący  w 
mroku  samochód  wydawał  się  jej  jeszcze  bardziej  wrogi  i  niebez-
pieczny niż wcześniej. 

- Już - wyszeptał Nathan. 
- Jeszcze nie. Niech wejdą do środka. - Trzej mężczyźni skiero-

wali  się do  drzwi  wejściowych,  dwóch  pozostałych poszło za róg. - 
Teraz - zwolnił hamulec i nacisnął pedał gazu. 

Hałas silnika nie był wprawdzie tak głośny, jak to się wydawało 

Eve, ale goście go usłyszeli. Jeden z mężczyzn wybiegł zza domu. 

- Do dechy - powiedziała Eve. 
Joe już to zrobił. Z prędkością stu kilometrów na godzinę przeje-

background image

 

166 

chał przez otwartą bramę i wypadł na szosę. 

Niech  szlag  trafi  te  drzewa  koło  domu.  Nic  nie  widziała.  Nagle 

uświadomiła sobie, że to te drzewa być może ich ocaliły. 

Teraz  widziała.  Reflektory  pędziły  po  podjeździe  w  kierunku 

bramy. 

Zniknęły, gdy Joe skręcił i nacisnął mocniej pedał gazu. 
-  Przed  nami  jest  stacja  benzynowa.  Zamknięta,  ale  widzę  dys-

trybutory  -  powiedział  Nathan.  -  Mógłbyś  za  nimi  zaparkować  i 
poczekać, aż przejadą. 

-  Zrobiliśmy  to  już  raz.  -  Joe  zjechał  z  drogi  i  zatrzymał  się  za 

stacją.  -  Może  więc  się  nie  spodziewają  tego  po  raz  drugi. 
Przekonamy się... 

Zgasił światła. 
A  może  się  spodziewają,  pomyślała  Eve.  Joe  wsunął  rękę  za 

kurtkę. Znała ten gest, poprawiał broń w kaburze. 

- Wysiadajcie - powiedział Joe. - Natychmiast. 
- Co? 
- Bez dyskusji. Wysiadajcie oboje - warknął. 
Eve posłuchała instynktownie, obok niej stanął Nathan. 
- Zajmij się nią, Nathan. 
Lexus przemknął obok nich i wyjechał na drogę. 
Cholera!  Eve  zacisnęła  pięści,  patrząc  na  tylne  światła  auta 

znikające za rogiem. Wszystko działo się tak szybko, że w ogóle nie 
zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  co  knuje  Joe.  Powinna  była  się  do-
myślić. Przecież go znała, do cholery! 

Volvo z piskiem opon skręciło i podjechało ku nim. 
Jeszcze bliżej. 
Niemal na nich wjechało. 
I pomknęło dalej, chwilę później znikając z zasięgu ich wzroku. 
- Udało się - powiedział Nathan. - Musimy stąd odejść. 
- Jak to odejść? Przecież oni jadą za Joem. 
-  Tego  właśnie  chciał.  Nie  mamy  jak  mu  pomóc.  Zadzwonimy, 

kiedy będziemy dalej od tego miejsca. Taki był jego plan. Jeśli  ich  i 
zgubi, mogą tu wrócić, żeby sprawdzić teren. 

- Damy mu  jeszcze trochę czasu, a potem zadzwonisz i poinfor-

mujesz go, że nie ruszamy się stąd. Oświadczam, że będę tu siedzieć, 

background image

 

167 

dopóki Joe nie wróci. 

Nathan popatrzył na nią i wzruszył ramionami. 
- Dobra, ale to kiepska taktyka. 
- Mam gdzieś taktykę. - Oparła się o ścianę stacji  i wbiła wzrok 

w zakręt, za którym zniknął Joe. Naprawdę się bała. 

-  Pewnie  da  sobie  radę  -  usiłował  pocieszyć  ją  Nathan.  -  Ma 

dobre przeszkolenie, prawda? 

-  To,  że był  w komandosach  i  służył  w Fokach, nie oznacza,  że 

jeździ jak kierowca wyścigowy. Nie powinien był nas tak zostawiać, 
niech go szlag trafi. 

-  To  była  dobra  takty...  -  zamilkł  na  widok  spojrzenia  Eve.  - 

Przepraszam.  -  Sięgnął  po  telefon  i  chwilę  później  rozmawiał  już  z 
Joem.  -  Nie  jest  zbyt  zadowolony  -  powiedział,  gdy  się  z  nim 
rozłączył. 

-  Bardzo  mi  przykro.  Nie  miał  prawa  tak  nas  zostawiać.  Nie 

decyduje tu o wszystkim. 

- Nie było zbyt wiele czasu na dyskusję. 
Wiedziała o tym,  ale wcale  nie  czuła się przez to  ani  mniej  zła, 

ani mniej bezradna i przerażona. 

- Chyba nieźle prowadzi - odezwał się Nathan. 
Eve nagle uświadomiła sobie, że usiłuje ją pocieszyć. 
- Tak. 
- I lexus to chyba szybsze auto niż volvo... 
- Nie mówmy o tym, dobra? - wybuchła. 
Nathan skinął głową i zamilkł. 
Minęło dziesięć minut. 
Gdzie on jest, do cholery? 
Piętnaście minut. 
Dopiero  po  czterdziestu  pięciu  minutach  Joe  wyjechał  zza 

zakrętu i skręcił na stację benzynową. Podjechał i otworzył drzwi po 
strome pasażera. 

- Wskakujcie. Chyba zgubiłem ich jakieś osiem kilometrów stąd, 

ale znikajmy z tego miejsca jak najszybciej. 

Nathan wgramolił się na tylne siedzenie. 
- Nieźle ci poszło, Quinn. 
-  Dziękuję  -  odparł  ironicznie,  wyjeżdżając  na  szosę.  -  Cieszy 

background image

 

168 

mnie twoje uznanie. 

- Usiłowałem skłonić ją do odejścia, ale się o ciebie martwiła. 
- Czyżby? - Joe rzucił ukradkowe spojrzenie na Eve. 
-  Wcale  się  nie  martwiłam.  Głupio  zrobiłeś.  Mogłeś  z  nami 

zostać  i  wspólnie  byśmy  im  umknęli,  ale  ty  wolałeś  się  bawić  w 
policjanta z Miami. - Twarz miała zaciętą, jej głos drżał. - To było... 
głupie. 

- Wydawało się najrozsądniejszym... 
- Dobra taktyka, tak? No to się zamknij i wydostań nas stąd. 
- Rozkaz, proszę pani. - Joe gwizdnął cicho. - Już się robi, proszę 

pani. 

Ruszył w kierunku Nowego Orleanu. 
- Dokąd jedziemy? 
-  Nie  mam  pojęcia.  Zacznę  się  tym  przejmować,  kiedy  się 

upewnię, że nikt nas nie śledzi. 

 
Joe  zatrzymał  się  dopiero  osiemdziesiąt  kilometrów  za  domem 

Galena,  wcześniej  dwukrotnie  zmieniał  drogę  i  kierunek  jazdy.  W 
końcu  zaparkował  na  parkingu  supermarketu  gdzieś  na  wschodnich 
przedmieściach Nowego Orleanu.  Wyciągnął telefon i  zadzwonił do 
Galena. 

- Wszystko jest w porządku - powiedział. - Faktycznie mieliśmy 

gości. 

- Tego się obawiałem. Nikt nie został ranny? 
-  Nie,  ale  siedzimy  na  kompletnym  zadupiu.  Znajdź  jakąś  kry-

jówkę dla Eve. 

- Pracuję nad tym - powiedział Galen. - Oddzwonię. - Rozłączył 

się. 

-  Mogę  się  wreszcie  dowiedzieć,  o  co  chodzi,  do  diabła?  -  za-

pytała Eve. 

Joe wysiadł z auta. 
- Chodź, przejdziemy się. 
- Ja też biorę w tym udział, wiesz - odezwał się Nathan. 
- Później - odparł Joe. - Zostań i popilnuj czaszki. 
Było chłodno, Eve schowała dłonie do kieszeni kurtki. 
- Porozmawiaj ze mną - poprosiła. 

background image

 

169 

- Nie spodoba ci się to, co usłyszysz. 
- Nic nowego. Od początku tej pracy nad Victorem nic mi się nie 

podobało - stwierdziła. 

- Ale to dotyczy domu. 
- Jane? - wstrzymała oddech. 
- Nie panikuj. Nic się jej nie stało. Twojej matce też nie. 
Szybko zapoznał ją ze szczegółami opowieści Galena. 
- I mówisz, że nic jej nie jest? - Eve zacisnęła dłonie. - Na litość 

boską, ten wariat wysadził cały budynek. To cud, że żyją. 

- Ale żyją. 
- Nie powinnam była jej zostawiać. Ty też nie powinieneś. 
-  Powtarzam  to  sobie  od  chwili,  w  której  zadzwoniła  do  mnie 

twoja matka. Byłem przekonany, że Hebert skoncentruje się na tobie, 
ale mimo to usiłowałem zapewnić im solidną ochronę. 

- Nie udało ci  się. Omal  nie zginęła. Powinieneś... - Przerwała  i 

pokręciła  głową.  -  Dlaczego  zwalam  wszystko  na  ciebie?  To  także 
moja wina. Przecież to ja podjęłam się tej pracy. To ja postanowiłam 
ukraść  tę  cholerną  czaszkę.  Też  sądziłam,  że  będzie  chciał  uderzyć 
we mnie. To wszystko moja wina. 

- Cicho. Uspokój się. Nic się nie stało. 
-  Jak  to  nic?  Coś  się  stało.  O  mało  nie  zginęły.  A  ja  tak  się 

przejmowałam Victorem i tak chciałam dać popalić Hebertowi, że... 

- Cicho. - Objął  ją i przycisnął  jej głowę do swojego ramienia. - 

Jane i twojej matce nic się nie stało, teraz są już bezpieczne. 

Boże,  naprawdę  go  potrzebowała.  Był  jej  kotwicą  na 

wzburzonym morzu. Opoką. 

-  Joe...  -  bez  zastanowienia  go  objęła.  -  Jane  nigdy  nie  miała 

pewności,  że  ją  kocham.  Zawsze  uważała,  że  Bonnie  jest  dla  mnie 
najważniejsza. A ja naprawdę ją kocham. Tylko... w inny sposób. 

- Ona wie, że ją kochasz. 
-  Nie  jest  pewna.  Chcę  to  jej  powiedzieć  jeszcze  raz.  A  gdyby 

zginęła  i  nie  miałabym  już  okazji  jej  powiedzieć,  ile  dla  mnie 
znaczy? 

- Nie zginęła. 
-  Tylu  rzeczy  nie  zdążyłam  powiedzieć  Bonnie,  bo  mi  ją 

odebrano.  Nie  wolno  mi  popełniać  tych  samych  błędów.  -  Łzy 

background image

 

170 

spływały po jej policzkach. - Przecież niewiele brakowało... 

-  Zgoda,  nie  jesteś  doskonała.  A  kto  jest?  Jednak  Jane  to  nie 

jedno z tych zagubionych dzieci. Jane żyje i nic już jej nie grozi. Jest 
silna i bystra, poradzi sobie. Uczy się od ciebie. Mamy szczęście, że 
dopuściła  nas  do  siebie  tak  blisko.  -  Ujął  w  dłonie  jej  twarz  i 
popatrzył w oczy. - Słuchasz mnie, Eve? Jane nie chce mieć w tobie 
matki. Kocha cię, ale spotkałyście się zbyt późno, aby połączyła was 
tego rodzaju więź. Ona tego wcale nie oczekuje.  Jesteś  jej najlepszą 
przyjaciółką, i na tym jej właśnie zależy. 

- Poważnie? - Eve uśmiechnęła się niepewnie. - Nie sądziłam, że 

przeprowadziłeś tak wnikliwą analizę mojego związku z Jane. 

- Musiałem. Wszystkie twoje sprawy są też moimi sprawami. 
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego oczy... 
Ręce Joego opadły, zrobił krok w tył. 
-  Zawsze  tak  było;  nadal  tak  jest.  Mam  szczęście,  że  także 

kocham Jane. 

Eve odetchnęła głęboko. 
-  Oboje  ją  kochamy,  ale  za  mało  się  o  nią  troszczyliśmy.  Nie 

potrafiliśmy  nawet  zadbać o  jej  bezpieczeństwo. -  Odwróciła się do 
auta. - Na szczęście nie jest za późno. Nadszedł czas, żebym zaczęła 
myśleć o Jane i matce zamiast o tej cholernej pracy. 

- Co planujesz? 
- Wracam do Atlanty. Życie Jane i mojej matki jest zagrożone, ja 

jestem  tego  powodem  i  przebywam  setki  kilometrów  dalej.  Jestem 
im teraz potrzebna. 

-  Galen  powiedział,  że  tak  się  właśnie  zachowasz.  Uważa,  że 

wpadniesz wprost w łapy Heberta. 

- Pieprzyć Galena. Jane mnie potrzebuje. 
- Potrzebuje nas obojga. - Joe uśmiechnął się półgębkiem i skinął 

głową. - Pieprzyć Galena. 

 
Gdy Eve dotarła do samochodu, usłyszała dzwonek telefonu. Był 

to Bart Jennings. 

- Muszę pani powiedzieć, że.... 
- Niech pana szlag trafi - głos Eve drżał od gniewu. - Obiecał mi 

pan, że będą bezpieczne. Tylko o to prosiłam, a pan zawiódł na całej 

background image

 

171 

linii. 

- Ma pani prawo się wściekać. Galen dzwonił? Moi ludzie byliby 

wdzięczni,  gdyby  zdecydował  się  na współpracę  z nami.  Raczył  się 
przedstawić, dopiero kiedy zabierali stamtąd pani córkę. 

- I dobrze, że tam był. Pan wszystko schrzanił. 
-  Nie próbuję  się usprawiedliwiać.  Jeśli  dzięki  temu poczuje się 

pani lepiej, to powiem, że pracujemy ręka w rękę z policją z Atlanty, 
bardzo starannie pilnujemy jej kryjówki. 

- To mieszkanie też było strzeżone. 
-  Hebert  wylegitymował  się  wiarygodnymi  dokumentami  i  był 

świetnie  ucharakteryzowany.  Dziś  faktycznie  miała  tam  być  in-
spekcja  -  strażnik  przy  drzwiach  potwierdził  to  w  administracji 
budynku. Nie możemy znaleźć Leonarda Smythe’a, człowieka, który 
miał przeprowadzić inspekcję. Prawdopodobnie Herbert go załatwił. 

- Nie chcę tego słuchać. 
-  Naprawdę  mi  przykro.  Powiedziałem,  że  nie  będę  się 

usprawiedliwiał. Wyślę dwóch agentów, żeby panią przywieźli do... 

-  Za  późno.  Schrzanił  pan  to.  -  Przerwała  połączenie.  -  Prze-

prasza.  Ma  czelność  przepraszać.  Matka  i  Jane  niemal  wyleciały  w 
powietrze, a on... 

- Spokojnie. To porządny  facet. Co niby  miał powiedzieć? - Joe 

zacisnął  wargi.  -  Chociaż  w  tej  chwili  sam  bym  mu  chętnie 
przyłożył.  Powinien...  -  Zadzwonił  telefon,  Joe  odebrał  i  nie  cze-
kając, aż Galen zacznie, powiedział: - Wracamy do Atlanty. Nie kłóć 
się  ze  mną,  Galen.  Powiedz  nam,  jak  mamy  dotrzeć  na  miejsce.  - 
Wyciągnął  długopis  i  zapisał  jakieś  nazwisko  i  numer  telefonu.  - 
Dobrze, do zobaczenia w Georgii. - Rozłączył się i odwrócił do Eve: 
- Powiedział, że tego właśnie się spodziewał. Dał mi numer telefonu 
Philipa Jordana. Mamy do niego zadzwonić, facet przyjedzie i zawie-
zie nas na pewne prywatne lotnisko w Metairie w Luizjanie. 

- Byle szybko. 
- Wracacie do Atlanty? - spytał Nathan. 
- Tak. 
- Chcę jechać z wami. 
-  Co  za  niespodzianka  -  mruknął  Joe.  -  Czy  nie  ma  to  nic 

wspólnego z faktem, że tam pewnie jest Hebert? A może on właśnie 

background image

 

172 

zmierza tutaj? 

Nathan pokręcił głową. 
- Nie, jeśli się dowie, że nie dorwali nas w domu u Galena. Jules 

Hebert jest bystry. Zabierzcie mnie ze sobą. 

- Stajesz się dla nas prawdziwym utrapieniem, Nathan. 
-  Chcę  jechać.  -  Nathan  spojrzał  na  Eve.  -  Razem  w  tym 

siedzimy. 

Eve przypatrywała mu się przez chwilę i w końcu skinęła głową. 
-  Tak  właśnie  myślałem.  -  Joe  zaczął  wystukiwać  numer.  -  Po-

wiem Jordanowi, że przybył nam dodatkowy pasażer. 

 
Wylądowali  o  świcie  na  małym  lotnisku  gdzieś  na  północ  od 

Gainesville  w  stanie  Georgia.  Galen  powitał  ich  tuż  po  tym,  gdy 
samolot zatrzymał się przed hangarem. 

- Witajcie w domu. - Jego brwi podskoczyły, gdy ujrzał Nathana. 

- Widzę, że wzięliście ze sobą ochroniarza. 

-  Cicho  bądź,  Galen.  -  Eve  ruszyła  w  kierunku  auta  zapar-

kowanego  na  płycie  lotniska.  -  I  tak  jestem  na  ciebie  wściekła.  Nie 
powiedziałeś mi, że Hebert chce skrzywdzić Jane. 

- Ależ jesteś niewdzięczna. 
- Jestem wdzięczna. Szkoda tylko, że... - Odwróciła się i spojrza-

ła  na  niego:  -  Świnia  ze  mnie.  Ocaliłeś  je.  Będę  ci  wdzięczna  do 
końca życia. 

-  Już  lepiej.  -  Popatrzył  znacząco  na  Joego:  -  Masz  mi  coś  do 

powiedzenia? 

-  Tak.  -  Joe  popchnął  ku  niemu  skórzany  kuferek,  w  którym 

znajdowała się czaszka. - Przestań się zgrywać i włóż Bently’ego do 
bagażnika. 

- Nie zgrywam się. Usiłuję zebrać niezbędne informacje. - Popat-

rzył na kuferek. - To naprawdę Bently? 

Eve skinęła głową. 
-  Nathan  jest  pewien,  ale  muszę  to  jeszcze  porównać  ze 

zdjęciami  i  nagraniami  wideo.  Zabiorę  się  do  tego,  jak  tylko  się 
rozpakujemy. - Wsiadła do samochodu. - Gdzie Jane? 

- Jest z babcią w Gwinnett. 
- Chcę po nie jechać. 

background image

 

173 

-  Jakoś  mnie  to  nie  dziwi.  -  Odwrócił  się  do  Joego:  - 

Rozmieściłem  ludzi  wokół  waszego  domu  nad  jeziorem. 
Pomyślałem, że pewnie tam pojedziecie. Zatrudniłem Billa Jacksona 
i  jego  ekipę  do  patrolowania  terenu  wokół  domu.  Już  kiedyś 
korzystałem z jego usług, jest niezły. 

Joe popatrzył na Eve. Ze znużeniem skinęła głową. 
- Chcę zabrać Jane do domu. Najwyższa pora. 
-  Nie  będzie  zadowolona  -  powiedział  Galen.  -  Nie  chce,  żebyś 

ryzykowała. Kazała mi przekazać, żebyś nie była głupia i nie wracała 
do domu. 

- To do niej podobne - uśmiechnęła się Eve. 
- A ty zamierzasz zignorować jej obawy. - Galen włożył kuferek 

z czaszką do bagażnika. - Zapewnię wam  bezpieczeństwo w domu  i 
w  najbliższej  okolicy,  ale  wzgórza  i  jeziora  sprzyjają  napastnikom. 
Zapomnijcie  o  tym,  że  macie  kawał  ziemi,  nie  wysuwajcie  nosa  za 
próg,  choć wiem  o  tym,  że siedzenie  non  stop w domu  z  tym  psem 
może okazać się gorsze niż konfrontacja z Hebertem. 

- Zmierzymy się z tym problemem, kiedy przed nim staniemy. 
-  Mógłbym  coś  zasugerować?  Hebert  postawił  na  swoim. 

Wyszłaś z kryjówki. I masz czaszkę. Teraz ty jesteś celem, nie Jane. 
Im  bliżej  ciebie  będzie,  na  tym  większe  niebezpieczeństwo  będzie 
narażona. Możemy zmienić lokalizację kryjówki i przenieść Jane do 
Markum,  miasteczka  oddalonego  o  pięć  minut  jazdy  od  domku  nad 
jeziorem, ale ona nie powinna przebywać tam gdzie ty. 

- Nie gadaj tyle. Chcę, żeby  była blisko  mnie. Nie zniosę myśli, 

że... 

- On ma rację, Eve - przerwał Joe. 
Wiedziała, że Galen ma rację. Ale to oznaczało kolejną rozłąkę z 

Jane i matką. Wzięła głęboki oddech. 

-  Dobrze.  Ale  dopilnuj,  żeby  naprawdę  były  bezpieczne,  do 

cholery. 

-  Dopilnuję.  Przy  pomocy  przyjaciół  Quinna  i  czterech  bardzo 

dyskretnych agentów FBI. Nigdy nie ryzykuję. Jednak już mówiłem, 
że Hebert nie ma już powodu uganiać się za Jane. Teraz interesujesz 
go tylko ty. Bo ty masz czaszkę. 

-  Dobrze,  dobrze,  już  zrozumiałam.  -  Eve  usiadła  na  fotelu  dla 

background image

 

174 

pasażera. - Mimo to chcę, żebyś teraz zawiózł mnie do Jane. Co ona 
by sobie pomyślała, gdyby wiedziała, że jestem tak blisko i trzymam 
się od niej z dala. Później zawieziesz mnie i Joego do domu. 

- Nie spodoba się jej to - westchnął Galen. - Ale zawiozę was. 
Nathan wykrzywił usta. 
- Podrzucisz mnie do wypożyczalni samochodów? Męczę się bez 

czterech  kółek  i  nie  chcę  przeszkadzać  w  czułym  rodzinnym 
spotkaniu. Potem pojadę do waszego domku nad jeziorem. 

- Ależ Nathan, co za wrażliwość - powiedział Galen. - Wzruszy-

łem się. 

- A ja niespecjalnie - stwierdził sucho Nathan, wsiadając do auta. 

- Mówiłem ci, jak fajnie upłynął nam ten czas bez ciebie? 

- Nic nie może trwać wiecznie. 
Kiedy samochód ruszył, Eve utkwiła nieprzytomny wzrok w szy-

bie okna. 

-  Cholera!  Dłużej  tego  nie  zniosę!  Musi  być  przecież  jakieś 

wyjście  z  tej  sytuacji.  Muszę  tylko  dobrze  się  nad  tym  zastanowić. 
Już wiem! 

- O czym myślisz? - spytał Joe. 
-  Wściekam  się  na  Jenningsa,  ale  chyba  jednak  przekażę  mu  tę 

czaszkę. Powinnam była zrobić to już wtedy. 

- Czy to znaczy, że naprawdę mogłabyś jej się pozbyć? 
- Nie wiem  jeszcze, co zrobię. Zastanowię się. Chcę tylko, żeby 

mama i Jane były bezpieczne. 

 

Rozdział czternasty 

 

Dom w Gwinnett okazał się małym, murowanym bungalowem z 

szerokim gankiem. Jane wyszła na dwór, widząc wysiadającą z auta 
Eve. 

-  Co  ty  tu  robisz?  -  Popatrzyła  oskarżycielsko  na  Galena.  -  Ni-

czego nie potrafisz zrobić jak należy?  Mówiłam ci, żebyś trzymał  ją 
z dala od tego miejsca. 

-  Próbowałem.  Musiałem  zgodzić  się  na  kompromis  -  odparł 

Galen. - Jest niemal równie twarda jak ty. 

background image

 

175 

-  To  prawda.  -  Jane  cały  czas  marszczyła  brwi.  -  Joe,  wiesz 

przecież,  że to kiepski  pomysł...  A  co  tam.  -  Zbiegła ze schodków  i 
wpadła  w  ramiona  Eve.  -  Tak  bardzo  się  martwiłam  -  wyszeptała, 
ściskając ją mocno. - Tęskniłam za tobą. 

Eve zamrugała, usiłując ukryć łzy. 
- Ja też. Tak mi przykro, że naraziłam cię na to wszystko. 
-  Nic  się  nie  stało.  Ale  nie  powinnaś  była  tutaj  przyjeżdżać.  - 

Puściła Eve i uścisnęła Joego. - Powiedz jej, Joe. 

- Nie zostaniemy długo. Za kilka godzin wyjeżdżamy - wyjaśnił 

jej Joe. - Gdzie Sandra? 

- W środku, karmi Toby’ego. Chciałabym wreszcie wyrwać go z 

jej rąk. Daje mu jeść za każdym razem, kiedy zaczyna żebrać. Będzie 
tłusty jak niedźwiedź polarny. 

- A gdzie są detektywi, którzy mają was pilnować? 
-  Grają  w  karty.  -  Jane  zmarszczyła  nos.  -  Wolę  ich  od  tych 

dwóch  agentów  FBI  po  drugiej  stronie  ulicy.  Bez  przerwy  za  mną 
łażą. 

- I dobrze. Ale nie powinni pozwalać ci wychodzić na ganek. 
-  Wyglądali  przez  okno,  więc  wiedzieli,  kto  przyjechał. 

Detektyw  Brady  powiedział,  że  cię  zna.  No,  wejdźcie  do  środka.  - 
Jane  odwróciła  się  od  nich.  -  Pójdę  do  babci,  żeby  przerwać  to 
tuczenie Toby’ego. 

- A ja się zajmę tuczeniem nas - stwierdził Galen. - Macie chyba 

dobrze zaopatrzoną kuchnię. 

- Mrożonkami. Babcia to marna kucharka. 
-  Mrożonki?  -  Galen  aż  się  skrzywił.  -  Spróbuję  coś  naprędce 

zaimprowizować. Na pewno przygotuję wspaniały lunch. 

Jane  otworzyła  drzwi  wejściowe,  zaopatrzone  w  siatkę  przeciw 

owadom. 

- Mam nadzieję, że uda ci się zrobić coś jadalnego. 
Dźwięk,  który  wydał  z  siebie  Joe,  nieco  przypominał  chichot. 

Galen rzucił Joemu ostrzegawcze spojrzenie. 

- Ani słowa - warknął. 
- Ani mru-mru - Joe popatrzył na niego z miną niewiniątka. 
Sandra,  matka  Eve,  uniosła  wzrok  znad  psiej  miski,  którą 

właśnie myła. 

background image

 

176 

-  Dobrze,  że  przyjechałaś.  -  Uścisnęła  Eve.  -  Tylko  Toby  nie 

uskarża się na moją kuchnię. 

-  Babcia  karmi  go  rano  naleśnikami  -  poinformowała  ją  Jane.  - 

Chodź, Toby. Pójdziemy na podwórze, żebyś spalił kalorie. 

Eve  oderwała  wzrok  od  wychodzącej  dziewczynki.  Było  jasne, 

że Jane zostawia  je same,  aby  miały  okazję szczerze ze sobą poroz-
mawiać  i  wylać zaległe  żale.  Okazało  się,  że  nie  było  to konieczne. 
Relacje  Eve  z  matką  były  skomplikowane,  ale  rozumiały  się,  a  ich 
uczuciowa więź ani trochę nie osłabła. 

- Przepraszam za to wszystko. Bardzo było źle? 
- Wiesz, ta bomba... - Sandra uśmiechnęła się na widok grymasu 

Eve. - Naprawdę. Wszystko w porządku, Eve. 

- Wcale nie. Przerzuciłam na ciebie swoje obowiązki. 
-  Zdarza  się.  -  Sandra  pokiwała  głową.  -  Czujesz  się  winna. 

Może  i  słusznie.  A  może  nadeszła  moja  kolej,  by  wykazać  się 
odpowiedzialnością. Niezbyt się spisałam, kiedy dorastałaś. Dziwne, 
że nie wylądowałaś wwiezieniu. Czas, żebym odkupiła swoje winy. 

- Ale trujesz. 
- No dobra, może lubię opiekować się Jane i tym psem. Daje mi 

to  dużo  radości,  dodaje  energii.  -  Sandra  wyjrzała  przez  okno  na 
Jane.  -  Mówi  do  mnie  babciu.  Nikt  mnie  tak  nie  nazywał,  odkąd 
Bonnie...  Myślałam,  że  to  dziwne,  skoro  tobie  i  Joemu  mówi  po 
imieniu.  Potem uświadomiłam  sobie,  że  zwraca  się tak do  mnie,  bo 
wyczuła, że to lubię. Bystra dziewczynka. Całkiem jak ty, Eve. 

- Pewnie o wiele bardziej. 
- Mowy nie ma. Przebrnęłaś przez dzieciństwo z taką matką jak 

ja.  To  cię  wynosi  na  poziom  Einsteina.  -  Wzięła  Eve  za  rękę.  -  A 
teraz zamknij się i chodźmy do Jane. Nie wróci tu, dopóki nie uzna, 
że dość już się nagadałyśmy we dwie. 

Eve spojrzała na matkę z pewną irytacją. 
- Może przynajmniej pozwolisz sobie podziękować? 
- Już dziękowałaś. Tak jakby. Zaczynasz mnie nudzić. 
- Boże broń. - Eve uśmiechnęła się do niej. - Masz rację, chodź-

my do Jane. 

 
- Pozmywać musi ktoś inny - oznajmił Galen po lunchu. - Zają-

background image

 

177 

łem  się  twórczą  częścią  posiłku  i  dostarczyłem  wam  przeżyć  naj-
wyższych  lotów.  Żeby  było  sprawiedliwie,  wy  musicie  zająć  się 
przyziemnym sprzątaniem. 

-  Ja  zmyję  -  zaoferowała  Jane.  -  Galen  pewnie  wszystko  by 

potłukł. 

-  Znowu cios  w  moje ego.  -  Westchnął.  -  Ta  mała celnie trafia, 

Eve.  -  Ruszył  do  salonu.  -  Muszę  iść  na  werandę  i  poinformować 
naszych przyjaciół z policji o szczegółach przeprowadzki. 

- Pomogę Jane - powiedziała Sandra. - Po tylu latach jestem  już 

w  tym  specjalistką.  Ludzie  zawsze  wolą,  żebym  sprzątała,  niż 
gotowała. 

Eve wstała i zaczęła zbierać talerze, ale Jane pokręciła głową. 
- Usiądź z Joem w salonie, wypij kawę i pozwól nam zająć się tą 

robotą. Tylko byś przeszkadzała. 

Eve się zawahała. 
-  No  idź  -  ponagliła  ją  Sandra.  -  Kiedy  skończę,  zabiorę 

Toby’ego na dłuższą przechadzkę koło domu. Dziś się trochę lenił. 

- Bo go przekarmiasz,  babciu -  stwierdziła Jane,  podchodząc do 

zlewu.  -  Jak  mam  z  niego  zrobić  psa  tropiącego,  jeśli  będzie  ważył 
dwieście kilo? 

- Przesadzasz... 
- Wyeksmitowano nas stąd. - Joe wziął obie filiżanki. 
Eve  posłusznie  podążyła  za  nim  do  salonu  i  opadła  na  kanapę. 

Boże,  była  strasznie  zmęczona,  a  po  posiłku  przygotowanym  przez 
Galena zrobiła się jeszcze bardziej ociężała. 

Joe podał Eve filiżankę i usiadł obok. 
- Cieszę się, że ją odwiedziliśmy. Tęskniłem za nią jak diabli. 
- Ja też. - Miała stąd doskonały widok na kuchnię i obserwowała 

Sandrę i Jane przy zlewie. - Masz rację, jest zupełnie wyjątkowa. 

- Chyba jest ktoś, kto ją przypomina. - Spojrzenie Joego również 

podążyło w tym samym kierunku. - Ty. 

Eve przecząco pokręciła głową. 
-  To,  że obie dorastałyśmy  na ulicy,  jeszcze  nie znaczy,  że  mu-

simy być bliźniaczo podobne. 

- Dla mnie właściwie jesteście. 
- Już wcześniej mówiłeś coś podobnego. 

background image

 

178 

-  Nie  twierdzę,  że  ją  kocham,  bo  przypomina  ciebie.  Zasługuje 

na  coś  więcej.  Ale  co  pewien  czas  widzę  w  niej  coś,  co  kojarzy  mi 
się z tobą. - Uśmiechnął się. - I wtedy mięknę. 

- Miękniesz? - Eve szybko spuściła wzrok na filiżankę z kawą. - 

To do ciebie niepodobne, Joe. 

-  Owszem.  „Mięknę”  to  dobre  słowo.  -  Skończył  pić  i  wstał.  - 

Chyba  wyjdę  na  werandę  i  porozmawiam  z  Galenem.  Może  trzeba 
mu w czymś pomóc. Nasz dom musi być absolutnie bezpieczny. 

Patrzyła,  jak zamykają się za  nim drzwi. Przez tych kilka minut 

było  tak  przyjemnie,  że  niemal  zapomniała  o  dystansie,  jaki  ich 
dzielił. 

A może ten dystans się zmniejszał? 
Tego nie wiedziała, ale czuła bliskość, która była zarówno znajo-

ma,  jak  i  niebezpiecznie  słodka.  Wydarzenia  ostatnich  dni  zbliżyły 
ich do siebie i złagodziły ból. Ale rany jeszcze się nie zabliźniły... 

Przestań się tak na niego gapić. To cię tylko rozprasza. 
On ją rozpraszał. 
Zerwała się na równe nogi i poszła do kuchni, żeby pomóc matce 

i Jane przy zmywaniu naczyń. 

 
- Nie powinnaś była przyjeżdżać. Ale cieszę się, że to zrobiłaś. - 

Jane uścisnęła Eve na pożegnanie. - Teraz wiesz, że nic mi nie jest  i 
że zajmę się babcią. 

- Wiem, że to zrobisz. Przykro mi, że cię w to wszystko wpląta-

łam, Jane. 

- Może Toby potrzebował kilku dodatkowych kilogramów. 
- Nie żartuj sobie. 
-  W  porządku.  Przestań  się  martwić.  -  Jane  przez  chwilę 

milczała. - Co zrobisz z tym facetem, który wysadził budynek? 

- Nie przejmuj się. Więcej się do ciebie nie zbliży. 
-  Nie  o  to  pytam.  Nie  pozwolisz,  żeby  mu  to  uszło  na  sucho, 

prawda? Zamierzasz go dopaść? 

Eve spojrzała jej w oczy. 
- Zrobię to, co najlepsze dla ciebie i mojej matki. 
- Wiedziałam, że będzie z tym problem. - Jane zmarszczyła brwi. 

- To do ciebie nie pasuje, nie możesz siedzieć w ukryciu i pozwalać, 

background image

 

179 

żeby  ten  drań  robił  takie  rzeczy.  Mógł  zabić  wielu  ludzi  w  tym 
budynku. 

- Choćby ciebie. 
- Ale  nie zabił,  a ty wciąż martwisz się o moje bezpieczeństwo. 

Chciałabyś  zaszyć  się  wraz  z  nami  w  jakiejś  dziurze  i  nie  robić  nic 
więcej. Tak nie można, Eve. 

- A co mam robić? 
-  Myślałam  o  tym.  Chcę,  żebyś  była  bezpieczna.  Ale  nie  wolno 

uciekać od takich facetów. Trzeba im odpłacać pięknym za nadobne. 
Więc wytrop go i dopadnij. 

- To niezbyt mądra... 
-  Na  litość  boską,  tu  się  mysz  nie  przeciśnie.  Nie  waż  się 

wykorzystywać obawy  o  moje  bezpieczeństwo  jako pretekstu.  Gdy-
bym mogła, sama bym go dorwała. Niełatwo być dzieckiem. 

-  To  nie  pretekst.  Twoje  bezpieczeństwo  jest  naprawdę  najważ-

niejsze. 

Jane pokręciła głową. 
- Ukrywanie się do ciebie nie pasuje. Może zapomniałaś już, kim 

jesteś,  co  robisz.  To  częściowo  moja  wina,  i  wcale  mi  się  to  nie 
podoba. Obiecaj, że to przemyślisz. 

- Obiecuję... - Eve się zawahała. - Bardzo cię kocham, Jane. 
Dziewczynka pokiwała głową. 
- Tylko się nie rozczulaj. 
- Chciałam się upewnić, że wiesz. 
-  Wiem.  Tylko  dorwij  skurczybyka!  I  uważaj  na  siebie.  -  Jane 

cofnęła  się  o  krok  i  patrzyła,  jak  Eve  wsiada  do  auta.  Po  chwili 
nachyliła  się  do  niej  i  szepnęła:  -  I  troszcz  się  o  Joego.  Potrzebuje 
więcej opieki, niż gotów jest się do tego przyznać. 

Jak miała na to zareagować? 
- Zadzwonię do ciebie wieczorem, Jane - odparła w końcu. 
 
Nathan wyszedł im na powitanie przed dom. 
- Wszystko w porządku? 
Eve wysiadła z auta i skinęła głową. 
- W porządku, ale nie doskonale. 
-  Mało  co  jest  doskonałe.  -  Spojrzeniem  wskazał  na  jezioro.  - 

background image

 

180 

Jednak to miejsce jest niemal idealne. Miałaś rację: twoje jezioro jest 
piękne, Eve. Koi duszę. 

- Nam też się podoba. 
- Przypomina mi, że o pewne rzeczy warto się bić. 
-  Galen  mówił,  że  prawdziwy  z  ciebie  krzyżowiec  -  zauważył 

Joe. 

-  Staram  się.  Ale  zazwyczaj  przegrywam.  Męczą  mnie  już 

krucjaty  przeciwko  wielkim  firmom,  które  zatruwają  nasze  rzeki  i 
jeziora. Oni mają pieniądze, ja tylko słowa. 

- Czegoś tu nie rozumiem. Jak człowiek, który tak kocha rzeki  i 

jeziora,  może do tego stopnia  nie znosić aligatorów  i  węży.  -  Galen 
zaczął  wyjmować  bagaże.  -  Zastanów  się,  może  jednak  warto 
zatroszczyć  się  także  o  naszych  dzikich  przyjaciół.  Idę  o  zakład,  że 
nigdy nie napisałeś artykułu o konieczności ocalenia pijawek. 

- Żadnych zakładów - odparł Nathan. - Wpadłem tu na Hughesa, 

szefa ochrony. Powiedział, że chce się z tobą spotkać. 

Galen kiwnął głową. 
-  Ja  też  chętnie  się  z  nim  zobaczę.  -  Wręczył  Nathanowi  dwie 

walizki.  -  A  teraz  zabaw  się  w  tragarza  i  zanieś  to  do  domu.  - 
Wyciągnął telefon i ruszył ścieżką przed siebie. 

Nathan przez dłuższą chwilę patrzył za nim. 
- Któregoś dnia... - Odwrócił się i wziął bagaże. 
Eve podniosła skórzany kuferek, ale zawahała się, zanim ruszyła 

za Nathanem. Skierowała wzrok na jezioro. 

Koi duszę. 
Tak, piękno koi duszę. 
Czuła, jak spływa z niej napięcie i przygnębienie ostatnich dni. 
- Dom... - powiedział cicho Joe. 
Zerknęła na  niego,  po  czym  szybko  odwróciła wzrok  i podeszła 

schodami do drzwi. To słowo cały czas dźwięczało jej w uszach. 

Dom. 
 
- Gdzie Galen? - zapytała Eve Joego, kiedy wyszła z sypialni po 

wieczornej rozmowie telefonicznej z Jane. 

-  W  terenie,  rozmawia  z  ochroną.  Narzeka,  że  strasznie  trudno 

pilnować tej okolicy. Nathan siedzi na ganku i brata się z naturą. Co 

background image

 

181 

u Jane? 

- Niezadowolona. - Skrzywiła się. - I bardzo to demonstruje. 
- Co to znaczy? 
- Chce, żebyśmy dopadli Heberta. 
-  To  mi  pasuje do  Jane -  uśmiechnął  się.  -  Niezły  pomysł.  Taki 

sam przyszedł mi do głowy. 

- Mnie również - westchnęła. - Tak się wkurzam, kiedy  myślę o 

tej  bombie,  że  mam  ochotę  zamordować  sukinsyna.  Ale  nawet  nie 
myślmy o tym, kiedy Jane... 

- Myślmy,  myślmy! To może najrozsądniejsze,  co możemy  zro-

bić.  Trzeba  pozbyć  się  drania,  zanim  wyrządzi  więcej  szkód.  Może 
gdybyśmy mieli jakiś trop... 

Przez chwilę milczała. 
- Może i mamy. 
Spojrzał na nią pytająco. Pokręciła głową. 
- Nie chcę nawet o tym myśleć. To nie... 
-  Dobrze,  dobrze.  Porozmawiamy  o  tym, kiedy trochę się uspo-

koisz.  -  I  dodał:  -  Jennings  dzwonił  do  mnie  na  komórkę,  kiedy 
rozmawiałaś z Jane. Chce przyjechać po czaszkę. 

- Dostanie ją, kiedy ja tak zdecyduję. Nadal mnie wkurza. 
- Bardzo nalegał. A ja tylko przekazuję ci tę informację. - Wstał i 

podszedł do okna. - Zachodzi słońce. Piękny widok. Zawsze lubiłem 
jesienne zachody słońca. Są ostre i wyraziste. 

Joe  też  był  ostry  i  wyrazisty.  Jego  sylwetka  rysowała  się  w 

łagodnym świetle sączącym  się przez okno. Wydawał  się stworzony 
z kątów i krawędzi. Ile razy obserwowała go w tym oknie? Przeszła 
przez pokój i stanęła obok niego. 

 
-  To  piękne  miejsce.  -  Jej  spojrzenie  powędrowało  do  jeziora 

migoczącego  złociście w  świetle zachodzącego  słońca.  -  Zawsze  mi 
się tu podobało. 

-  Wiem.  -  Popatrzył  na  nią.  -  Jednak  zdumiewa  mnie,  że  przy-

znajesz to teraz. Jeszcze niedawno nie mogłaś się doczekać, kiedy się 
stąd wyrwiesz. 

-  Czułam  się  zraniona.  -  Zerknęła  na  wzgórze,  gdzie,  jak  dotąd 

sądziła,  pochowała  swoją  córeczkę.  -  Wszystko  przypominało  mi  o 

background image

 

182 

tym, co zrobiłeś. 

- Przypominało? 
Nie zdawała sobie sprawy, że użyła czasu przeszłego. 
-  Sama  nie wiem,  Joe.  Ciągle  czuję...  to  nie  minęło.  Nie  jestem 

pewna, czy kiedykolwiek minie. 

- Wcale nie wiem, czybym tego chciał. 
- Co takiego? 
- To cię dziwi? - Znowu wbił wzrok w jezioro. - Czy chcę być z 

tobą  przez  resztę  swojego  życia?  Tak,  do  cholery.  Czy  jest  mi 
przykro,  że  cię  skrzywdziłem?  Wiesz,  że  tak.  Czy  chcę,  żeby  było 
tak jak wcześniej? Pewnie, ale myślę, że może być lepiej. 

- Naprawdę? 
- Dwa lata temu poprosiłem cię, żebyś za mnie wyszła. Mówiłaś, 

że mnie kochasz. Dlaczego się nie zgodziłaś? 

- Oboje byliśmy zajęci. Jakoś się nie składało. 
Joe oderwał wzrok od jeziora i popatrzył na nią uważnie. 
- Nigdy nie nalegałeś, Joe. 
- Bo się bałem. To zawsze ja przejawiałem inicjatywę w naszym 

związku. 

- Akurat. 
- Dziesięć lat zajęło mi wyciągnięcie z ciebie, że mnie kochasz i 

chcesz ze mną być. Za dużo bym ryzykował, usiłując zmusić cię do 
czegoś, czego nie chcesz. 

- Naprawdę chciałam za ciebie wyjść. 
- No to dlaczego nie wyszłaś? 
- O co ci chodzi? 
- O to, że Bonnie nadal jest dla ciebie ważniejsza ode mnie. 
- I pewnie dlatego mnie oszukałeś? 
- Ależ skąd. Postąpiłbym tak samo, nawet gdybym był dla ciebie 

numerem jeden. Chciałem, żebyś wreszcie przestała jej szukać. 

- I dlatego mnie okłamałeś? 
-  To  był  błąd.  Nic  by  się  jednak  nie stało,  gdybyś powróciła do 

krainy żywych. 

- Nie wiesz, o czym mówisz - powiedziała drżącym głosem. 
-  Nikt  nie  wie  lepiej  ode  mnie,  jak  daleką  drogę  przeszłaś. 

Obserwowałem  twoją  walkę  o  powrót  ze  świata  bólu,  depresji  i 

background image

 

183 

szaleństwa.  Jak  myślisz,  dlaczego  tak  bardzo  cię  kocham?  -  Deli-
katnie dotknął jej policzka. - Musisz zrobić jeszcze kilka kroków. 

- Czuję się... zagubiona. Odwracasz wszystko do góry nogami. - 

Zamrugała  oczami,  próbując  ukryć  łzy.  -  I  nie  zawsze  do  diabła 
przejawiałeś inicjatywę. 

-  Owszem,  zawsze.  Teraz  też  cię  proszę,  żebyś  pozwoliła  mi 

zostać. Daj  sobie pomóc przy tych ostatnich krokach. Wszystko  jest 
już jasne. Możemy zacząć od początku. 

- Joe... 
- Kochasz mnie. Byłaś tu szczęśliwa. Znowu możesz być. 
Patrzyła na niego bezradnie. 
Cofnął się o krok. 
-  W  porządku,  nie  będę  nalegał.  -  Zbliżył  się  i  ją  pocałował.  - 

Właśnie  że  będę.  Mam  dosyć  okazywania  cierpliwości.  Potrzebuje-
my  się  nawzajem,  nie  pozwolę  ci  tego  schrzanić.  Do  zobaczenia 
rano. 

Drgnęła,  gdy  trzasnęły  za  nim  drzwi.  Powietrze  zdawało  się 

wibrować  od  namiętności,  która  emanowała  od  Joego.  Nią  także 
targała burza uczuć. Mury, które między nimi wzniosła, najwyraźniej 
się waliły. Uniosła dłoń do ust. Nadal czuła ciepło warg Joego. 

- Joe... 
D l a c z e g o  z a  m n i e  n i e  w y s z ł a ś? 
Dlaczego?  Dlaczego  nie  zdecydowała  się  za  niego  wyjść,  choć 

przecież  tego  chciała?  Joe  myślał,  że  wie  dlaczego,  i  gotów  był 
pogodzić się z tym, że nie będzie najważniejszą osobą w jej życiu. 

Nieprawda. Zawsze był i będzie najważniejszy. 
Uświadomiła  sobie,  że  zachowuje  się  asekurancko,  usiłując  go 

bronić.  Jednak  tylko  ona  mogła  go  zranić.  Jak  bardzo  go  raniła  w 
ciągu tych ostatnich dwóch lat? 

Szedł  teraz  ścieżką,  a  każdy  jego  ruch  wskazywał,  że  lada 

moment  może  eksplodować.  Zachowywał  się  zupełnie  inaczej  niż 
zaledwie przed kilkoma tygodniami, gdy obserwowała z okna jego  i 
Jane. 

Jednak wszystko się zmieniło. 
Odeszła  od  okna.  Była  zbyt  przygnębiona  i  zagubiona,  by  teraz 

zastanawiać się nad swoimi uczuciami. 

background image

 

184 

Przestań się gapić na Joego i pomyśl o czymś innym, przykazała 

sobie. 

Łatwo powiedzieć. 
-  Jennings  tu  jedzie.  -  Joe  wszedł  do  pokoju.  -  Galen  właśnie 

dzwonił  ze  stanowiska  przy  drodze.  Jennings  jest  sam  w  swoim 
samochodzie, ale towarzyszy mu auto policyjne. 

- Co takiego? 
- Nie mam pojęcia, co się dzieje - wzruszył ramionami. - To nie 

w stylu Jenningsa. 

Eve wyminęła go i wyszła na werandę. Reflektory zbliżały się do 

domu. 

-  Co  się  dzieje?  -  Nathan  podniósł  się  z  bujanej  kanapy  na 

werandzie. 

- Jennings. Pewnie po Victora. 
- Ale po co ten wóz policyjny? - Nathan zmarszczył brwi. 
Joe zastanawiał się chwilę. 
-  Jeśli  nie  chcesz,  żeby  ktokolwiek  cię tu zobaczył, to lepiej  się 

stąd zmyj, Nathan. 

Nathan się zawahał, a następnie powoli pokręcił głową. 
-  Mam tego  dosyć!  Wy  się  już  nie  ukrywacie.  Czas,  żebym  i  ja 

się ujawnił. 

- Jak chcesz. 
Kilka minut później Jennings podjechał pod ich dom. Wysiadł  z 

samochodu i ruszył po schodkach do drzwi. 

-  Przepraszam,  że  robię  to  w  taki  sposób  -  powiedział  cicho.  - 

Muszę jednak dostać czaszkę, pani Duncan. 

-  Nie  lubię,  kiedy  się  mnie  do  czegoś  zmusza,  panie  Jennings  - 

warknęła Eve. - Dostanie ją pan, gdy zechcę ją panu oddać. 

-  Wiem,  że  wciąż  się  pani  na  mnie  wścieka,  ale  niech  to  nie 

przysłoni  pani  zdrowego  rozsądku.  Wykonała  pani  swoje  zadanie; 
teraz czas na nas. 

- Chce się pan włamać i zabrać czaszkę? - zerknęła na radiowóz. 

- Ma pan nakaz? 

- Oczywiście. - Wyciągnął dokument z kieszeni i wręczył Joemu. 

-  Nie  mogłem  ryzykować,  że  znowu  mnie  pani  spławi.  Od  tego 
wybuchu agent Rusk, mój przełożony, nie daje mi spokoju w sprawie 

background image

 

185 

Heberta. 

-  Jeszcze  nie  teraz.  Skończyłam  rekonstrukcję,  ale  nie  przepro-

wadziłam porównania ze zdjęciami i nagraniami wideo. 

- Ja się tym zajmę. Mam zdjęcia Bently’ego w aucie. Rusk chce, 

żebym  je  od  razu  porównał  z  czaszką.  Muszę  zadzwonić  do  niego, 
gdy tylko stąd wyjadę. 

-  To  nie  to  samo.  Chcę  się  tym  zająć  osobiście  -  Eve  zacisnęła 

usta.  -  Przyszło  panu  do  głowy,  że  Hebert  może  zechcieć  zabrać 
czaszkę? Dlaczego nie zaczai się pan na niego pod domem, tylko siłą 
odbiera ją mnie? 

Boże, właśnie zaproponowała, żeby użył jej w charakterze przy-

nęty. Co się z nią działo, do diabła? 

-  Być  może  zaaranżujemy  coś  w  tym  stylu,  by  zwabić  Heberta. 

Między innymi właśnie dlatego musimy mieć tę czaszkę. 

- Ale bez mojego udziału? 
Jennings skinął głową. 
- Nie rozumiem, dlaczego się pani  sprzeciwia. Przecież podczas 

naszego  pierwszego  spotkania  wyrażała  pani  zdecydowaną  wolę 
pozbycia się tej czaszki najszybciej jak się da. 

-  Nie  lubię,  kiedy  odbiera  mi  się  coś  siłą.  Gdyby  pan  zaczekał, 

pewnie bym do pana zadzwoniła z taką propozycją. 

- Nie mamy czasu - zawiesił głos. - Właśnie przyleciałem z Boca 

Raton. Rozglądałem się tam przez kilka dni. 

- I co ciekawego pan znalazł? 
-  Nic  konkretnego,  ale  przyszła  mi  do  głowy  pewna  myśl.  Za-

stanawiałem  się  nad tym,  co  mówiliście,  i  to  nasunęło  mi  się  samo. 
Cały  czas  miałem  to  przed nosem,  ale tego nie dostrzegałem.  Mogę 
się  mylić,  ale  mam  przeczucie...  -  Pokręcił  głową.  -  Omówię  z 
Ruskiem,  może nie potraktuje mnie jak wariata. Jeśli uzna, że mogę 
mieć rację, musimy działać szybko. 

W  zachowaniu  Jenningsa  Eve  wyczuwała  silne  napięcie  i  chęć 

działania. 

- Jakie ma pan przeczucie? - zapytała. 
Jennings pokręcił głową. 
-  Przyniesie  mi  pani  czaszkę?  Proszę  mnie  nie  zmuszać,  bym 

sam po nią poszedł. 

background image

 

186 

- Mowy nie ma! - Joe zrobił krok do przodu. 
-  No,  no, takie  najście  to  świetny  temat  dla prasy -  odezwał  się 

cicho Nathan. 

Jennings  zerknął  na  ukrytego  w  półmroku  cienia  werandy  męż-

czyznę. 

- Kim pan jest, do diabła? 
- To przyjaciel - odparł Joe. 
- Quinn jest policjantem - powiedział Jennings, patrząc na Eve. - 

Chce  pani,  aby  odmówił  wykonania  rozkazu  w  obecności  ludzi  ze 
swojego wydziału? Mam nakaz sądowy! 

Po  to  był  mu  potrzebny  wóz  patrolowy.  Niegłupie.  Bardzo 

niegłupie. 

-  Mam  gdzieś  ten  twój  nakaz.  -  Joe  nie  odrywał  wzroku  od 

agenta. - Eve? 

-  Nie,  Joe.  -  Obróciła  się  na  pięcie.  -  I  tak  bym  mu  ją  oddała. 

Tyle że nie lubię, kiedy  używa się wobec mnie siły, poza tym  sama 
chciałam  wykonać  końcowe  prace  porównawcze.  Nie  warto  robić 
sobie kłopotów. 

- Dam sobie radę z ewentualnymi kłopotami - burknął Joe. 
-  Nie  zgadzam  się,  Joe.  -  Weszła  do  domu  i  zabrała  z  sypialni 

skórzany  kuferek  z  czaszką.  Wyniosła  go  na  werandę,  postawiła  na 
podłodze i energicznie popchnęła w kierunku Jenningsa. 

- Dziękuję. - Otworzył kuferek i  zajrzał do środka, następnie go 

zamknął.  Spojrzał  na  nich  znad  kuferka  i  powiedział  poważnie:  - 
Przepraszam  za  to  zamieszanie.  Przykro  mi,  że  to  tak  wyszło. 
Chętnie dałbym pani więcej czasu, ale sprawa jest bardzo pilna. 

-  Nie  sądzi  pan,  że  zdaję  sobie  z  tego  sprawę?  Przecież  w 

tamtym budynku omal nie zginęła moja córka! 

- Teraz może pani przekazać sprawy w nasze ręce. 
-  Oddałam  córkę  w  wasze  ręce  i  co  z  tego?  Niby  dlaczego 

miałabym wierzyć, że lepiej wam pójdzie z wytropieniem Heberta? 

Jennings wykrzywił usta. 
-  Zasłużyłem  na  to.  -  Odwrócił  się  i  zszedł.  -  Będę  panią  o 

wszystkim informował. 

- Wątpię - mruknął Joe. - Byłem agentem FBI. Znam zasady. 
-  Zrobię,  co  w  mojej  mocy.  -  Jennings  wsiadł  do  auta.  -  Tyle 

background image

 

187 

mogę obiecać. 

Eve patrzyła, jak oba samochody znikają za zakrętem. Powinnam 

czuć  ulgę,  pomyślała.  Miała  z  głowy  Victora,  teraz  już  nie  od-
powiadała za niego. Nie ulżyło jej jednak. Czuła się dziwnie pusta i... 
oszukana. 

- Ciężko ci było rozstać się z Victorem - zauważył Nathan. 
-  Nie  dokończyłam  pracy.  Powinnam  jeszcze  nałożyć  obrazy 

wideo i dokonać ostatecznego porównania. 

- Zajmie się tym FBI. 
- Victor był mój. 
- Nie musiałaś go oddawać - powiedział Joe. - Wsparłbym cię. 
- Tak, walczyłbyś ze wszystkimi i zapewne stracił pracę. 
- Możliwe. 
- Przecież ją uwielbiasz. 
- Tak, ale jest niżej na mojej  liście priorytetów. Mam ci przypo-

mnieć, co jest na szczycie? 

- Nie... - odparła niepewnie. 
- Tak myślałem. - Ruszył schodami. - Spróbuję znaleźć Galena i 

powiedzieć mu, co się stało. 

- Przepraszam, Eve - odezwał się Nathan. - Próbowałem pomóc. 
- Wiem. Powinieneś był  milczeć. Jennings był teraz zbyt zajęty, 

żeby  się  nad  tym  zastanawiać,  ale  potem  sobie  przypomni,  że  tu 
byłeś. 

- No i co z tego? Przecież mnie nie zabije - uśmiechnął się lekko. 

- Mam nadzieję. 

Eve przeszył dreszcz. 
- Ej, żartowałem. 
- Jasne. - Energicznie pokiwała głową i weszła do domu. 
 
 

Rozdział piętnasty 

 

Jennings  pomachał  do  odjeżdżającego  radiowozu  i  zjechał  na 

pobocze. Po chwili zadzwonił do Roberta Ruska w Waszyngtonie. 

- Mam ją. Nie było to miłe. Lubię tę kobietę i gdybyśmy dali jej 

background image

 

188 

jeszcze  jeden  dzień,  pewnie  zwróciłaby  czaszkę  bez  żadnego 
sprzeciwu. 

-  Nie  było  czasu  na  dyplomację  -  powiedział  Rusk.  -  Musimy 

wiedzieć, czy to Harold Bently. Masz ze sobą jego zdjęcia? 

- Jasne. - Jennings zapalił lampkę nad głową, a następnie wyjął z 

aktówki  trzy  fotografie  i  rozłożył  je  na  fotelu  dla  pasażera.  Potem 
otworzył  kuferek  i  ostrożnie  wydobył  z  niego  czaszkę.  -  Właśnie 
przeprowadzam porównanie. 

- I...? 
Przyjrzał się czaszce, a potem zdjęciom. Gwizdnął cicho. 
- Duncan jest naprawdę dobra. 
- Czy to Bently? 
-  Bez  wątpienia.  -  Jennings  ponownie  wbił  wzrok  w  czaszkę.  - 

To zdecydowanie Harold Bently. 

- Na pewno? 
- Tak. 
- To dobrze. 
-  Mam  ją od  razu przywieźć  do  biura? Muszę z tobą pogadać  o 

Boca Raton. Być może znalazłem... 

Nie dokończył zdania. 
Eve pierwsza usłyszała wybuch. Był tak donośny, że wstrząsnął 

całym domem. Wybiegła na werandę. 

Nathan już zbiegał po schodach. 
- Co jest, do cholery? 
Nocne niebo rozjaśniała łuna nad lasem. 
-  Nie  wiem...  -  Eve  wpatrywała  się  z  przerażeniem  w  czubki 

sosen płonących  na  horyzoncie.  Wbiegła  na ścieżkę,  mając Nathana 
tuż za swoimi plecami. 

- Chodźcie, pojedziemy autem - Joe złapał ją za rękę i pociągnął 

ku jeepowi. - To chyba na drodze, ale dobrych parę kilometrów stąd. 

Eve  i  Nathan  wskoczyli  do  wozu,  a  Joe  usiadł  za  kierownicą  i 

nacisnął pedał gazu. Po chwili już pędzili szosą. 

- Co to może być? - Eve zwilżyła zaschnięte wargi. 
Joe milczał. 
Niebo nadal rozświetlała złowieszcza czerwona poświata. 
Pożar. 

background image

 

189 

Tylko co go spowodowało? 
Kiedy  skręcili  za  róg;  ujrzeli  kłęby  czarnego  dymu  i  ścianę 

ognia. W pierwszej chwili nie mogli się zorientować, co płonęło. 

Joe zatrzymał auto. Głęboko wciągnął powietrze do płuc. 
- Jezu Chryste. 
Auto, szczątki auta. 
- Mój Boże. 
- Jennings? 
- Tak sądzę. 
- Myślisz, że jeszcze żyje? 
Znała odpowiedź, zanim Joe otworzył usta. 
-  Mowy  nie  ma.  To  był  piekielnie  silny  wybuch.  Niewiele 

zostało z samochodu. 

A przecież ludzkie ciało nie jest z metalu... 
- Bomba? Jaka? 
- Ustalenie tego w laboratorium może potrwać wiele dni. Komuś 

zależało, żeby nie można było tego pozbierać do kupy? 

-  To  Hebert  -  powiedziała  głucho  Eve.  -  Dobrze  sobie  radzi  z 

materiałami wybuchowymi. Tamten budynek był... 

- Ja stąd pryskam. - Galen biegł w ich kierunku. - Mój człowiek 

na drodze zadzwonił  i  powiedział,  że  auto  policji  zawróciło  i  już tu 
jedzie. Musieli usłyszeć eksplozję. 

- Pogadam z nimi - powiedział Joe. 
-  Świetnie,  ale to  mnie  nie uchroni  od  kłopotów. Was  może  nie 

będą  o  nic podejrzewać,  ale  mnie  tak.  -  Galen  popatrzył  na płonące 
auto.  -  Zresztą  i  -  wy  będziecie  musieli  się  tłumaczyć.  Najpierw 
odnosisz  się  wrogo  do  Jenningsa,  a  po  paru  chwilach  jego  auto 
wylatuje  w  powietrze.  Jennings  był  agentem  FBI.  W  najlepszym 
wypadku  zostaniecie  dokładnie  przesłuchani  w  charakterze  świad-
ków. Zadzwonię, kiedy to wszystko się trochę uspokoi. 

- Idę z tobą - powiedział Nathan. 
- To się pospiesz. 
Galen odwrócił się i zniknął wśród drzew. 
Nathan zmełł w ustach przekleństwo i ruszył za nim. 
- Nie leć tak, do cholery, muszę dźwigać więcej kilogramów niż 

ty. 

background image

 

190 

Eve raz jeszcze spojrzała na płonące auto. Jennings... 
-  Posłuchaj,  Galen  ma  rację  -  powiedział  Joe.  -  Będą  nam 

zadawali rozmaite pytania. Wezmę na siebie, ile zdołam, ale nie uda 
mi się całkowicie cię przed tym uchronić. 

Oszołomiona,  pokiwała głową.  Ledwie  mogła  myśleć o tym,  co 

robić.  Nie  chciała  wylądować  na  posterunku  ani  w  siedzibie  FBI, 
odpowiadając na niekończące  się pytania.  Z drugiej  strony  ucieczka 
również nie wchodziła w grę. 

-  Nie  oczekuję,  że  mnie  przed  tym  uchronisz  -  stwierdziła.  - 

Świetnie radzę sobie sama. 

-  Powiedz  mi  to  jutro  rano,  kiedy  będziemy po przesłuchaniu! - 

Wziął  do  ręki  komórkę.  -  Dzwonię  do  szefa.  Powiem  mu,  żeby  jak 
najszybciej  przysłał  tu  ludzi  z  laboratorium.  Chcę,  żeby  wszelkie 
dowody  najpierw  trafiły  do  naszych  techników.  Nie  mamy  żadnej 
gwarancji,  że  FBI  nie  wkroczy  do  akcji,  w  końcu  Jennings  to  ich 
człowiek. Jeżeli jednak przejmą śledztwo, przynajmniej będą musieli 
podzielić się jego wynikami z Wydziałem Policji w Atlancie. 

- Twój szef ugnie się pod presją? 
- Pewnie tak. Jak  już powiedziałem,  jeśli  FBI wkroczy do akcji, 

szef będzie miał prawo żądać udostępnienia pewnych informacji. Ci 
z FBI zawsze podkreślają, że ich współpraca z lokalną policją układa 
się  rewelacyjnie,  niemniej  wiadomo,  iż  pewnych  antagonizmów  nie 
da  się  wyeliminować.  Opinia  publiczna  nieprzychylnie  przyjęłaby 
fakt, że FBI i miejscowi stróże porządku nie doszli do porozumienia. 

Gdy  Joe  rozmawiał  przez  telefon,  Eve  wpatrywała  się  w 

płomienie.  Ściskało  ją w  żołądku.  Cały  czas  czuła smród  benzyny  i 
palących się drzew, ale teraz doszedł jakiś inny zapach... 

- Wszystko w porządku? - Joe wpatrywał się w jej twarz. 
Odetchnęła głęboko i kiwnęła głową. 
- Wracajmy do domu. 
-  Przykro  mi.  -  Nie  spuszczał  wzroku  z  drogi.  -  Jedzie  wóz 

patrolowy. Zabiorę cię stąd najszybciej jak się da. 

 
Ale zanim mogli wrócić do domu, musieli czekać na techników z 

laboratorium, którzy pojawili się na miejscu tragedii piętnaście minut 
po  wozie  patrolowym.  Po  godzinie  przyjechał  agent  specjalny  Hal 

background image

 

191 

Lindman  z  biura  FBI  w  Atlancie,  a  tuż  po  nim  dwaj  detektywi  z 
rejonu Joego. Kilka kolejnych godzin zajęło przesłuchanie i spisanie 
ostatecznych zeznań. 

-  To  jeszcze  nie  wszystko  -  zauważył  Joe,  kiedy  patrzyli  na 

odjeżdżające  auta  policyjne.  -  Wkrótce  dotrze  tu  człowiek  wysłany 
przez  Ruska  i  FBI  na  dobre  zabierze  się  do  roboty.  Przejmą 
dochodzenie  i  najpóźniej  jutro  rano  zjawią  się  pod  naszymi 
drzwiami. 

- Nie będzie nas. 
- Co? 
-  Zadzwoń  do  Galena  i  każ  jemu  i  Nathanowi  natychmiast 

wracać. Chcę z nimi porozmawiać. 

Joe wpatrywał się uważnie w twarz Eve, a potem skinął głową. 
- Dzwonię. 
Skrzyżowała ręce  na piersi  i  spojrzała  na odległy  las.  Niebo  nie 

było już czerwone, ale sosny spłonęły niemal doszczętnie. 

Jennings  nie  żył.  Rozerwało  go  na  kawałki.  Zamknęła  oczy  i 

zrobiło się jej niedobrze na wspomnienie płonącego auta. Była zła na 
agenta za zabranie czaszki, ale lubiła go jako człowieka. Nie zasłużył 
na śmierć z rąk tego potwora. 

-  Będą  tu  najdalej  za  godzinę  -  oznajmił  Joe.  -  Muszą  załatwić 

motorówkę,  przypłyną  z  tamtej  strony  jeziora,  żeby  uniknąć  straży 
wokół miejsca zbrodni. 

Miejsce zbrodni. Okropna nazwa okropnego czynu. 
- Eve? 
Przerażenie ustąpiło miejsca wściekłości. 
-  Jestem  zła  jak  diabli,  Joe.  Hebert  zabił  go  z  powodu  Victora. 

Kiedy uznał, że najprawdopodobniej nigdy się nie przekona, kim był 
Victor,  postanowił  dopilnować,  by  nikt  inny  także  się  tego  nie 
dowiedział. Figę go obchodziło, że zabił porządnego człowieka. 

-  To  może być coś poważniejszego  -  powiedział  Joe. -  Jennings 

wpadł na jakiś ślad w Boca Raton. 

Tak,  Jennings  był  wyraźnie  podekscytowany.  Zaraz,  co  to  on 

powiedział? 

„To nasunęło mi się samo. Cały czas miałem to przed nosem, ale 

tego nie dostrzegałem”. 

background image

 

192 

Co Jennings mógł mieć cały czas przed nosem? 
Potarła  obolałe  skronie.  Nie  mogła  myśleć.  Była  zbyt  wściekła, 

by posługiwać się zdrowym rozsądkiem. Chciała walić pięściami  na 
oślep. 

„Trzeba im odpłacać pięknym za nadobne”. 
To  słowa  Jane.  Eve  usłyszała  je  wtedy,  kiedy  postanowiła  się 

wycofać.  Teraz  kolejna  zbrodnia,  i  znowu  Hebertowi  ujdzie  to  na 
sucho. 

Niech go diabli. 
Nie zamierzała ponownie chować głowy w piasek. 
 
Galen dotarł do pomostu i wyłączył silnik motorówki. 
- Wzywałaś nas, więc jesteśmy. 
-  Wejdźcie  do  domu.  -  Eve  zeszła  z pomostu.  - Mamy  niewiele 

czasu. Joe sądzi, że wkrótce zjawi się tu FBI. 

-  Rozkaz,  proszę  pani.  -  Galen  gwizdnął  cicho,  wysiadając  z 

łodzi i poszedł za Eve do domu. - Do usług. 

Joe siedział w fotelu przy oknie. 
- Mieliście jakieś kłopoty w drodze? 
-  Żadnych.  Boże,  muszę  się  napić  kawy!  -  Ruszył  do  kuchni.  - 

Rozmawiajcie, ja posłucham, kiedy będę ją parzył. 

Eve zauważyła, że Nathan ma bladą i ściągniętą twarz. 
- Kiepsko wyglądasz. 
- Nic mi  nie będzie. Nie przywykłem do takich sytuacji.  Kiedyś 

chciałem być reporterem policyjnym, ale miałem dość po pierwszych 
relacjach  z  porachunków  gangów.  -  Nalał  wody  do  ekspresu.  - 
Nienawidzę przemocy. Niedobrze mi się od niej robi. 

-  Witamy  w  klubie  -  Eve  zadrżała  na  wspomnienie  stosu  po-

grzebowego  Jenningsa.  -  To  się  nie powinno wydarzyć.  Nie powin-
niśmy do tego dopuszczać. 

-  A  czy  przemoc  można  powstrzymać?  -  Joe  patrzył  na  nią  ze 

zdziwieniem. 

- Musimy próbować. - Zacisnęła pięści. - Nie możemy pozwolić, 

żeby  on  dalej  to  robił.  Chciał  zabić  Jane  i  moją  matkę.  Zabił 
Jenningsa,  Capela  i...  -  urwała,  z  trudem  chwytając  powietrze.  - 
Nawet  Jane  mówiła  mi,  żebym  mu  odpłaciła  pięknym  za  nadobne, 

background image

 

193 

ale za bardzo bałam się tego, co on mógłby nam zrobić. To był błąd. 
Nikt  z  nas  nie  jest  bezpieczny,  dopóki  on  żyje  i  przebywa  na 
wolności. Muszę go powstrzymać. 

- Żeby go powstrzymać, musimy go znaleźć - zauważył Joe. 
Przez chwilę milczała. 
- Albo możemy mu pozwolić, żeby on znalazł mnie. 
- Zniszczył czaszkę - powiedział Nathan. - Ciebie mógł sobie już 

odpuścić. Zwłaszcza jeśli ma coś do zrobienia w Boca Raton. 

-  Myślę,  że  mi  nie  odpuści.  Za  dużo  wiem,  a  on  najwyraźniej 

stara się załatwić wszystkie sprawy do końca - zawiesiła głos. -  Ale 
na  pewno  zdopinguję  go  do  szybszego  działania,  jeśli  uwierzy,  że 
szukam dowodów. 

- Czyli? 
-  Grobu  Bently’ego.  Szkielet  nie  jest  mi  potrzebny.  Przy  tak 

zaawansowanych technikach badania DNA, jeśli odkryję włos, kość, 
choćby  ząb,  mam  szansę  pokrzyżować  szyki  Hebertowi  i 
Sprzysiężeniu. 

- W jaki sposób? 
-  Jeszcze  nie  wiem.  Ale  nie  chcą,  żeby  go  zidentyfikowano, 

inaczej nie zabiliby Jenningsa. 

- Jak zamierzasz odnaleźć grób? 
- Może mi się to nie udać. Ale jeśli Hebert pomyśli, że zmierzam 

w  dobrym  kierunku,  złapie  się  na  haczyk.  -  Rozpięła  torebkę.  -  A 
może uda mi się go odnaleźć. - Wyjęła szarą kopertę i ją otworzyła. - 
Jeśli się dowiem, skąd to może pochodzić. 

Joe wziął od niej kopertę i zajrzał do środka. 
- Ziemia? 
- Galen stwierdził, że jest dziwna - powiedziała Eve. - Ma jasny 

kolor,  dużo  w  niej  drobnych  kości  albo  okruchów  muszli.  Victor 
miał takie zaschnięte błoto we wszystkich otworach. 

- Jak miło. - Nathan się skrzywił, wlewając kawę do filiżanki. 
-  Dobrze,  że  jestem  taki  spostrzegawczy,  prawda?  -  uśmiechnął 

się  Galen.  -  Interesował  cię  tylko  Victor,  nie  sądziłem,  że  słuchasz, 
kiedy to mówiłem. 

- Nie zamierzałam. Twoje sugestie mogły niekorzystnie wpłynąć 

na  moją  pracę.  Kiedy  wyszedłeś,  zaczęło  mnie  to  dręczyć. 

background image

 

194 

Zdrapałam trochę tego błota do koperty i wsunęłam ją do torebki. 

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - zapytał Joe. 
- Zapomniałam. 
- Zapomniałaś? - uniósł brwi. 
-  Dobrze,  wyrzuciłam  to  z  pamięci  -  odparła  buntowniczo.  - 

Mówiłam ci, nie chciałam, by cokolwiek wpływało na moją pracę. 

- Obsesja - skomentował Galen. 
- Co zrobisz z tym błotem? - spytał Nathan 
-  Pokażę  je  na  Uniwersytecie  Luizjany.  Mają  tam  najlepszych 

geologów na całym Południu. Może mi podpowiedzą, gdzie znaleźć 
taką ziemię. 

- A potem? 
- Pojadę tam, a Hebert za mną. 
- Nie - stwierdził bezbarwnie Joe. 
- Tak. - Eve spojrzała mu prosto w oczy. - Pięknym za nadobne, 

Joe. Dopadnę tego sukinsyna. 

Przez chwilę Joe milczał. 
-  Nie  temu  się  sprzeciwiłem.  Powiedziałaś  „ja”  zamiast  „my”. 

Jadę z tobą. 

Otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale zreflektowała się i poki-

wała głową. To nie był odpowiedni moment na przejmowanie się ich 
osobistym sporem. Już wcześniej pracowali razem, nikomu nie ufała 
tak jak jemu. 

Zaufanie... 
- Jadę z wami - oświadczył Galen. 
- Nie - zaprotestowała Eve. - Chcę, żebyś został i pilnował Jane. 

Jesteś potrzebny tutaj. 

- Nie po to mnie zatrudniono. 
- Chcę, żeby była bezpieczna. 
- Dobrze, ale Jane urwie mi głowę, jeśli się dowie, że nie depczę 

ci po piętach. - Galen skrzywił się. 

- Dasz sobie radę - uśmiechnęła się. 
- Nie jestem pewien. Twarda z niej dziewczyna. 
- Wybierasz się z nami? - Eve odwróciła się do Nathana. 
-  Nie,  jadę do  Boca Raton.  Jeśli  Jennings coś tam  znalazł,  mnie 

też może się udać. Będziemy w kontakcie. - Dolał sobie kawy. - Nie 

background image

 

195 

mam  zbyt  wiele czasu.  Dziś  jest  dwudziesty  piąty, a Etienne  mówił 
coś o dwudziestym dziewiątym. 

 
Zegar tykał.  Eve  nie chciała o tym  myśleć.  Powinna działać  jak 

najszybciej, ale bez paniki. 

-  Musimy  się  zbierać.  -  Spojrzała  na  Joego:  -  Czy  możesz 

zadzwonić  do  swojego  szefa  i  powiedzieć  mu,  żeby  na  parę  dni 
trzymał FBI z dala od nas? 

Pokręcił przecząco głową. 
-  Mogę  jednak  przekonać  szefa,  żeby  nic  nikomu  nie  mówił  na 

temat miejsca naszego pobytu. 

-  Dobrze.  -  Odwróciła  się  do  Galena:  -  Ale  Hebert  powinien 

wiedzieć, co planujemy. 

- I tak wie zawsze o wiele za dużo. 
- Muszę mieć pewność. 
- Masz jakiś pomysł? 
-  Myślę,  że  Melton  dzieli  się  swoją  wiedzą  z  Hebertem.  - 

Zamyśliła się. - Tanzer. Chwalił się, że w Baton Rouge nic nie dzieje 
się  bez  jego  wiedzy.  Mógłbyś  to  jakoś  sprytnie  załatwić  na 
uniwersytecie,  żeby  po  naszym  wyjeździe  stosowna  wiadomość 
przeciekła do Tanzera? 

Galen pokiwał głową. 
-  A  Tanzer  zadzwoni  do  Meltona.  Może  jeden  z  moich  infor-

matorów nad tym popracuje. - Uśmiechnął się. - W końcu Tanzer to 
trou du cul. 

Mój Boże - pomyślała Eve - ile czasu minęło, odkąd usłyszała te 

słowa Marie Letaux. Tyle się zdarzyło, tyle zabójstw... 

-  Bądźcie  ostrożni  -  powiedział  z  powagą  Nathan.  -  Nie  chcę, 

żebyście  sami  wpadli  w  pułapkę,  którą  zastawiacie  na  Heberta. 
Kiedy pomyślę o tym facecie, przeszywa mnie dreszcz grozy. 

Eve  przypomniała  sobie,  że  ją  też  ogarnęło  przerażenie,  kiedy 

wieczorem rozmawiała z Nathanem o Hebercie. 

- Ty też bądź ostrożny. 
-  Zawsze  jestem.  -  Dopił  kawę.  -  Muszę  żyć,  jeśli  chcę  zdobyć 

Pulitzera.  -  Ruszył  do  drzwi.  -  Chodź,  Galen.  Rusz  tyłek  i  zawieź 
mnie na lotnisko. 

background image

 

196 

Rozdział szesnasty 

 

UNIWERSYTET LUIZJANY 
11.45 
25 października
 
 
-  To  okręg  Terrebonne.  -  Profesor  Gerald  Cassidy  poprawił 

dwuogniskowe  okulary  na  nosie  i  popatrzył  na  Eve  i  Joego.  -  Nie 
mam wątpliwości. 

- Nawet jej pan nie zbadał - zauważył Joe. - Skąd ta pewność? 
- Zabiorę ją do laboratorium i przeprowadzę kilka badań, ale już 

widziałem  tę  ziemię.  Jest  niezwykła.  Pisałem  doktorat  o  tamtym 
rejonie. 

Pewnie niedawno, pomyślała Eve. Cassidy wyglądał na najwyżej 

dwadzieścia pięć lat. 

- Dlaczego jest niezwykła? 
-  Wysokie  stężenie  wapnia.  -  Cassidy  wskazał  na  drobne  białe 

okruchy w  ziemi.  -  Muszle.  Setki  lat  temu  cały ten teren znajdował 
się pod wodą, muszle są wszędzie. - Zmarszczył brwi, zastanawiając 
się.  -  Nigdy  jednak  w  próbkach  badanej  gleby  nie  natrafiłem  aż  na 
tak potężne ich skupisko. Chętnie dowiedziałbym się, gdzie... 

- Musimy mieć absolutną pewność, że to chodzi  o Terrebonne - 

przerwał Joe. - Przeprowadzi pan badania? 

- Oczywiście. Wróćcie po południu. Co chcecie wiedzieć? Czego 

szukacie? 

Eve się zawahała. 
- Grobu. 
- Powodzenia. - Skrzywił  się. - To rozlewisko. Setki kanałów, a 

Cajuni  nie  są  zbyt  rozmowni.  Nie  lubią  obcych.  Informacje  do 
doktoratu musiałem zbierać przez całe miesiące. 

- Z pewnością ma pan tam jakieś kontakty. Mógłby pan umówić 

nas z kimś, kto potrafiłby wskazać nam teren, gdzie mamy szukać? 

-  Jacques  Dufour.  Zna  rozlewiska  lepiej  niż  ktokolwiek.  Może 

akurat  potrzebuje  pieniędzy  i  zgodzi  się  wam  pomóc.  Dam  wam 
numer  jego  telefonu  w  Houma.  -  Otworzył  szufladę,  wyjął  z  niej 

background image

 

197 

oprawiony  w  czarną  skórę  notes  i  zaczął  przerzucać  kartki.  -  Nie 
powołujcie  się  na  mnie.  Nie  ukrywał  wtedy  pogardy  wobec  mojej 
osoby. 

- Dlaczego? 
-  Miałem  dwadzieścia  cztery  lata,  byłem  molem  książkowym  i 

nie  należałem  do  Cajunów.  W  jego  oczach  to  same  grzechy.  - 
Przyjrzał się Joemu. - Pan chyba nie będzie miał z nim kłopotów. 

-  Ja  też  nie.  -  Eve  zapisała  numer  i  wstała.  -  Kiedy  będzie  pan 

wiedział na pewno? 

-  Wyniki  powinny  być  około  czwartej  po  południu.  Wróci  tu 

pani? 

Pokręciła głową. 
-  Joe  da  panu  numer  mojej  komórki.  Od  razu  jedziemy  do 

Houma. 

 
-  Jadą  do  okręgu  Terrebonne  -  powiedział  Melton,  gdy  Hebert 

odebrał  połączenie.  -  Szukają  grobu.  Na  litość  boską,  ależ  ty  to 
wszystko spieprzyłeś! 

Hebert stłumił gniew. 
- Niczego nie znajdą. 
- Nie jestem taki pewien. Od początku wszystko chrzanisz. 
-  Będzie  dobrze.  Może  nawet  lepiej.  Znam  te  bagna  i  ludzi, 

którzy tam mieszkają. Etienne i ja dorastaliśmy wśród rozlewisk. 

- Posłuchaj, nie chcę żadnych kłopotów. Pozbądź się ich szybko i 

po  cichu,  a  potem  rusz  tyłek  i  pojedź  do  Boca  Raton.  Boże,  nie 
wierzę,  że  tamte  sprawy  przybrały  tak  fatalny  obrót.  Jesteś  pewien, 
że wszystko inne idzie zgodnie z naszym planem? 

- Wszystko jest okej. Na pewno twoi informatorzy już ci powie-

dzieli, że plan rozwija się jak trzeba. 

- Tak, dziś rano był artykuł w gazecie. Ochrona? 
-  W  porządku.  Jak  tylko  skończę,  wrócę  i  załatwię  wszystkie 

sprawy. 

- No to załatwiaj, do cholery. 
Melton się rozłączył. 
Arogancki sukinsyn. Hebertowi  nie trzeba było przypominać, że 

czas  ucieka.  Ściskał  mu  się  żołądek  za  każdym  razem,  gdy  o  tym 

background image

 

198 

myślał.  Ostatnio  wszystko,  co  robił,  było  utrudniane  lub  wręcz 
blokowane.  Zupełnie  jakby  jakaś  tajemna  siła  nie  pozwalała  mu 
osiągnąć zamierzonego celu. 

E t i e n n e. 
Zamknął oczy. Idiotyczne przesądy. Nie może wpadać w panikę. 

Musi  tylko  usunąć  Eve  Duncan  i  Quinna  i  będzie  mógł  się  skon-
centrować  na  zadaniu  w  Boca  Raton.  Nie  powinien  napotkać 
trudności. 

Chyba że to pułapka. 
Ale  nawet  w  takiej  sytuacji  będzie  miał  przewagę.  Co  roku 

ludzie  giną  na  tych  bagnach  i  nigdy  się  nie  odnajdują.  Za  każdym 
zakrętem  rozlewiska  czyha  śmierć.  Miał  wystarczająco  duże 
doświadczenie, by unikać pułapek - albo samemu je zastawiać. 

Dwie godziny lotu i będzie w Nowym Orleanie. 
A godzinę później na bagnach. 
Będzie czekał. 
 
HOUMA 
16.05 
25 października
 
 
-  Muszle?  -  Jacques  Dufour  wzruszył  ramionami.  -  Muszle  są 

wszędzie. 

-  Ale w  jednym  miejscu  jest  ich  wyjątkowo  dużo -  powiedziała 

Eve. - Profesor Cassidy twierdzi, że pan może wiedzieć, gdzie to jest. 

- Mogę wiedzieć. Muszę się zastanowić. 
Eve  zazgrzytała  zębami.  Facet  był  tak  arogancki,  jak  uprzedzał 

Cassidy. 

- No to proszę się zastanawiać. 
- A może się po prostu rozejrzymy. Jestem najlepszym przewod-

nikiem po bagnach. 

- Nie chcę wycieczki. Chcę znaleźć miejsce, gdzie... 
- Ile? - wtrącił grzecznie Joe. 
-  Nie  powiedziałem...  -  Dufour  urwał  wystraszony  spojrzeniem 

Joego.  -  Mam  pewne  pojęcie,  gdzie  to  może  być.  Mój  kuzyn  Jean 
mieszka w okolicy obfitującej w muszle. 

background image

 

199 

- To proszę dać mi jego numer, a ja z nim pogadam. 
-  Nie  ma  telefonu  -  uśmiechnął  się  Dufour.  -  Tutejsi  ludzie  są 

bardzo biedni. Możecie go odwiedzić. Pięćset. 

-  Trzysta.  I  oby  się  pan  nie  mylił  w  sprawie  muszli.  Szkoda  by 

było marnować pański czas. I mój - dodał łagodnie. 

- Za mało. To w głębi rozlewiska, mógłbym... 
- Może niezbyt jasno się wyrażam. - Joe zrobił krok do przodu. - 

Trzysta  i  być  może  powróci  pan  z  tego  rozlewiska  nietknięty.  Jeśli 
wkurzę się jeszcze trochę, to aligatory będą miały uciechę. 

Dufour zacisnął usta. 
-  Powinien  pan  pamiętać,  że  rozlewiska  bywają  niebezpieczne 

dla ludzi, którzy nie są z nimi zaznajomieni. 

- Trzysta. 
Dufour zawahał się, po czym wzruszył ramionami. 
- Trzysta. Wyruszymy jutro rano. 
- Teraz. 
-  Za  czterdzieści  minut  mam  wycieczkę  po  bagnach,  a  potem 

zrobi się zbyt ciemno. - Uśmiechnął się złośliwie. - Będziemy płynąć 
tuż  przy  drzewach.  A  pewnie  wolałby  pan  dostrzec  jadowitego 
arlekina, zanim spadnie pani na kolana? 

Joe zdławił przekleństwo, a Dufour oddalił się demonstracyjnie. 
-  Może  poszłoby  nieco  lepiej,  gdybyś  wykazał  więcej 

cierpliwości i nie straszył go aligatorami - zauważyła Eve. 

- Męczy mnie cierpliwość. 
Nie  miała  wątpliwości.  Od  przybycia  do  Houma  Joe  był  w 

wojowniczym nastroju. Odkąd się znali, tylko kilka razy widziała go 
w takim  stanie.  Zawsze  starał  się trzymać  ją z dala od wszystkiego, 
co miało związek z przemocą. A teraz był napięty, podekscytowany, 
widziała, że z trudem kontroluje energię. Był przeładowany energią, 
chciał się wyrwać na wolność, uderzyć. Nic dziwnego, że Dufour się 
wycofał. 

- Może uda nam się znaleźć jakiś nocleg - powiedziała. - Muszę 

zadzwonić do Galena i upewnić się, że Jane jest bezpieczna. 

 
-  To  oczywiste,  że  jest  bezpieczna  -  powiedział  Galen.  -  Ob-

rażasz mnie. 

background image

 

200 

-  Obrażam?  Mam  ci  przypomnieć,  że omal  nie wyleciała  w po-

wietrze razem z moją matką? 

-  Słuszna uwaga.  Teraz  jednak otacza je tylu agentów Hughesa, 

że  chyba  tylko  cała  armia  wojska  mogłaby  się  do  nich  dostać.  A 
gdyby  nawet  Hebertowi  udało  się  przechytrzyć  FBI  i  policję,  to...  - 
urwał.  -  Ale  Hebert  będzie  zbyt  zajęty  czym  innym,  prawda? 
Trafiliście na niego? 

- Jeszcze nie. Ale jesteśmy bliscy odnalezienia grobu. Zatrzyma-

liśmy się w Houma, jutro wybieramy się na bagna. 

-  Świetnie  znam  się  na  bagnach.  Myślę,  że  się  wam  przydam. 

Hughes mógłby przejąć moje obowiązki i... 

-  Poradzimy  sobie  bez  ciebie.  Zostań  z  Jane.  Nathan  się 

odzywał? 

-  Nie,  ale  prawdopodobnie  skontaktuje  się  z  tobą.  Z  jakiegoś 

powodu ja go irytuję. 

- Ciekawe dlaczego. Zadzwonię jutro. 
Po  rozmowie  z  Galenem  czuła  ulgę.  Wprawdzie  możliwość,  że 

Hebert  znowu  będzie  próbował  zabić  Jane,  była  mało  prawdopo-
dobna,  jednak  Eve  nie  przestawała  się  martwić.  Galen  mógł  się 
wydawać  beztroski,  ale  znała  go  na  tyle  dobrze,  by  wiedzieć,  że 
śmiertelnie poważnie traktuje swoją pracę.  W jego rękach Jane  była 
bezpieczna. 

Wstała  i  podeszła  do  okna.  W  szarości  wczesnego  zmierzchu 

bagna wydawały się ponure i niepokojące. Zaczęło padać. 

- Rozmawiałaś z Galenem? 
Eve odwróciła się i ujrzała na progu Joego. 
-  Tak,  z  Jane  wszystko  w  porządku.  Chciał  przylecieć  i  nam 

pomóc.  Mówi,  że  zna  się  na  bagnach.  Powiedziałam  mu,  że 
poradzimy sobie bez niego. 

-  Dzięki  Bogu.  Teraz  chyba  nie  zniósłbym  specyficznego  po-

czucia  humoru  Galena.  I  tak  pewnie  utopię  Dufoura,  zanim  to  się 
skończy. 

- Dowiedziałeś się w wydziale czegoś o Jenningsie? 
-  Jeszcze  nie.  FBI  zajęło  się  badaniami  laboratoryjnymi,  a  mój 

szef  robi  wszystko,  żeby  raporty  techników  wpływały  niezwłocznie 
do jego biura. Poprosiłem Carol, żeby zadzwoniła do mnie, jak tylko 

background image

 

201 

te  raporty  pojawią  się  u  nas.  Ale  Rusk  nie  jest  zachwycony,  że 
wynieśliśmy  się  stamtąd,  zanim  jego  ludzie  pojawili  się  w  Georgii. 
Wścieka się. 

- Przykro mi. 
-  Też  tak  powiedziałem.  -  Na  chwilę  zamilkł.  -  Pewnie  się  nie 

zgodzisz, żebym sam się wybrał do tego kuzyna Dufoura? 

- Nie. 
- Ja także znam  się na bagnach. Sporo nauczyłem się w Nikara-

gui, kiedy byłem komandosem. 

- Z pewnością. I nie możesz się doczekać okazji, żeby zaprezen-

tować swoje umiejętności. 

- Nie. - Intensywnie wpatrywał się w jej oczy, wiedząc, że ją to 

niepokoi.  -  Nie  ty  jedna  szalejesz  z  wściekłości.  Niemal  cię 
straciłem. On za to zapłaci. 

Jezu. 
W końcu zdołała oderwać od niego wzrok. 
- Idę. 
- Pomyślałem, że chociaż spróbuję. - Spojrzał w kierunku drzwi. 

- Do zobaczenia rano. Mam pokój obok. W razie potrzeby wołaj. 

Drzwi zamknęły się za Joem. Eve wróciła do okna. 
W  r a z i e  p o t r z e b y  w o ł a j. 
Zacisnęła dłoń na zasłonie. Nie potrzebowała go. 
Ale, mój Boże, bardzo go pragnęła. 
 

Rozdział siedemnasty 

 

13.10 
26 października
 
 
- Daleko jeszcze? - spytała Eve. - Mam wrażenie, że płyniemy tą 

motorówką już od wielu dni. 

-  Dopiero  cztery  godziny.  -  Dufour  okrążył  wielką,  wystającą  z 

wody  gałąź  mangrowca.  -  Te  rozlewiska  wiją  się  jak  węgorze.  Na 
szczęście  macie  znakomitego  przewodnika.  -  Zerknął  na  Joego.  - 
Może zapłacicie mi więcej, żebym zabrał was z powrotem. 

background image

 

202 

Joe nawet na niego nie spojrzał. 
- Niech pan nie przegina. 
- Strasznie jest zagubić się na bagnach. 
-  Nie  zagubię  się.  -  Joe  wbił  w  niego  wzrok.  -  Zapamiętałem 

każdy skręt od chwili, gdy opuściliśmy przystań. Mam je wymienić? 

Dufour zamrugał oczami. 
-  Nie.  -  Szybko  przesunął  wzrok  na  mętną  wodę  przed  nimi.  - 

Nie zna się pan na żartach? Umowa to umowa. 

- Też tak sądzę - powiedział Joe bez cienia uśmiechu. 
Eve nie wątpiła, że Joe mówi prawdę, twierdząc, że orientuje się, 

gdzie się znajdują, choć nie miała pojęcia, jakim cudem to wie. Było 
chłodno  i  wilgotno,  a  odkąd  opuścili  przystań,  czuła  się  tak,  jakby 
trafiła  do  obcego  świata.  Mizerne  cyprysy  tworzyły  ciemny 
baldachim  nad  wąskim,  błotnistym  kanałem.  Co  pewien  czas  obok 
łodzi  przepływały  czarno-brązowe  węże;  szkieletowate  drzewa  de-
speracko  czepiały  się  dna,  tocząc  bój  o  życie  w  tym  wrogim  oto-
czeniu. Ale tu o przetrwanie walczyła nie tylko roślinność. 

- Co to za chałupy na tych wysepkach? Czy naprawdę mieszkają 

tu ludzie? - spytała. 

-  Mój  kuzyn  Jean  nie  byłby  zachwycony,  gdyby  usłyszał,  że 

nazywa  pani  jego  dom  chałupą.  Jest  bardzo  podobny  do  tych  tutaj. 
Chociaż większość służy tylko za obozowiska myśliwym i rybakom - 
odparł  Dufour.  -  Jeśli  jednak  wpłynie  pani  głębiej,  znajdzie  pani 
Cajunów,  którzy  nie  tylko  polują  na  okolicznych  bagnach  i 
błotniskach,  ale  także  tu  mieszkają.  Mówiłem,  że  tutejsi  ludzie  są 
biedni: nie mają odwagi pójść stąd i zarabiać prawdziwych pieniędzy 
jak ja. Cieszą się, że mają dach nad głową. 

- Czasem wyjście z biedy nie zależy od odwagi. 
-  Albo  człowiek  jest  odważny,  albo  głupi  -  stwierdził  z powagą 

Dufour. 

-  Dlaczego  te  domy  zbudowano  na  palach?  Ziemia  sięga  do 

drzwi frontowych. 

-  To  nie  ziemia,  ale  błoto.  Jesteśmy  blisko  oceanu,  kiedy  przy-

chodzi  przypływ,  przynosi  ze  sobą  błoto.  Podczas  odpływu  domy 
znalazłyby się pod wodą gdyby nie pale. 

-  Co  za  niepewny  los  -  mruknęła  Eve.  Niepewny  i  smutny, 

background image

 

203 

pomyślała. - Jak głębokie jest to błoto? 

-  Czasem  na  niemal  dwa  metry.  -  Dufour  wyszczerzył  zęby.  - 

Kiepska sprawa dla lunatyków. Spadnie taki z werandy i już siedzi w 
błocie po uszy. - Wskazał najbliższą chałupę. - To dom Jeana. 

Była to nieróżniąca się od innych niewielka chata z cyprysowego 

drewna,  zbudowana  na  palach,  połączona  wąskim  pomostem  z  roz-
lewiskiem.  Na  ganek  wyszła  kobieta  i  przypatrywała  się  im  bez 
uśmiechu. Była mała i chuda, w zaawansowanej ciąży. Dwa maluchy 
ubrane w brudne podkoszulki i majtki przywarły do jej spódnicy. 

-  Nie  gap  się  tak  na  nas,  Marguerite  -  powiedział  Dufour, 

podprowadzając  łódź  do  prowizorycznego  pomostu.  -  Powiedz 
Jeanowi, że ma gości. 

- Nie chcemy takich gości, jakich nam przywozisz. Nie jesteśmy 

do  oglądania  przez  turystów.  -  I  dodała,  patrząc  na  Eve:  -  Jeśli 
chcecie  wiedzieć,  jak  żyją  Cajuni,  płyńcie  gdzie  indziej.  Zostawcie 
nas w spokoju. 

- Co za nieuprzejmość. - Dufour zacmokał z wyrzutem. - Muszę 

wspomnieć  Jeanowi,  żeby  częściej  cię  bił.  -  Przywiązał  łódź  i  wy-
skoczył na pomost. - Jest w domu? 

Kiwnęła głową. 
- Nie zechce się z tobą zobaczyć. 
-  Zechce.  Można  zarobić.  -  Zerknął  na  nabrzmiały  brzuch 

kobiety. - A obecnie na pewno przydadzą się wam pieniądze. Dwoje 
maleńkich dzieci i jeszcze jedna gęba do wykarmienia w drodze. 

Zawahała się, a potem odwróciła się na pięcie. 
- Niech wejdą. 
-  Zostań  tu,  Eve.  -  Joe  wyskoczył  z  łodzi  i  ruszył  ku  chacie.  - 

Najpierw trochę się rozejrzę. 

Nie  podobało  jej  się  to.  Joe  był  najwyraźniej  w  zbyt 

opiekuńczym nastroju. Za nic nie zamierzała siedzieć w łodzi. 

Była już w połowie drogi do drzwi, kiedy pojawił się w nich Joe 

i dał jej znak ręką, żeby weszła do środka. Odetchnęła z ulgą. 

Byli bezpieczni. 
Na razie. 
 
- Może i znam takie miejsce - powiedział powoli Jean. - Ile? 

background image

 

204 

- Pięćset, jeśli pan nas tam zawiezie - powiedział Joe. - I jeszcze 

pięćset, jeśli dowiemy się o tym miejscu czegoś interesującego. 

Jean popatrzył na niego obojętnie. 
- Nic nie wiem o muszlach. 
- A co pan wie o grobach? - spytała Eve. 
-  Nie  interesują  nas  nieznajomi  -  odparł,  nie zmieniając wyrazu 

twarzy. 

-  Co  nie  oznacza,  że  nie  wiesz,  co  się  tutaj  dzieje  -  wtrącił 

Dufour. - Słyszałem plotki, że parę lat temu pojawili się tu obcy. Nie 
zależy  nam  na obcych,  Jean.  Dlaczego  nie zgarnąć trochę pieniędzy 
dla siebie? 

-  Są  nam  potrzebne,  Jean  -  powiedziała  cicho  Marguerite.  -  On 

ma rację, nie zależy nam na obcych. 

-  Nie  wtrącaj  się,  Marguerite.  -  Jean  przez  chwilę  milczał,  a 

potem powoli pokiwał głową. - Tysiąc. 

-  Widzę,  że  jest  pan kuzynem  Dufoura  -  stwierdził  sucho  Joe.  - 

Siedemset. 

- Daj mu tysiąc, Joe. - Eve nie spuszczała wzroku z Marguerite i 

dwóch maluchów. 

Joe uśmiechnął się półgębkiem. 
- Dobrze. - Popatrzył na Jeana. - Gdzie to jest? 
- Pieniądze. 
Joe sięgnął do portfela i odliczył tysiąc dolarów. 
- Zadowolony? 
Jean kiwnął głową i wepchnął pieniądze do kieszeni. 
- Jakieś  sześć kilometrów stąd są  na bagnach dwie wyspy. Leżą 

w  takiej  małej,  naturalnej  zatoczce.  Właśnie  na  nich  gromadzi  się 
większość  muszli  nanoszonych  przez okresowe zalewy. Może właś-
nie tego szukacie. 

- To takie same błotniste wysepki jak ta? - spytała Eve. 
Jean skinął głową. 
-  Mieszkam  tu  od  urodzenia  i  nigdy  nie  widziałem  żadnego  in-

nego miejsca, gdzie byłoby tyle muszli. 

- Czy wyspy położone są blisko siebie? 
-  Tak. -  Zastanowił  się  nad  czymś.  -  Ale was  zainteresuje tylko 

druga. Na tej pierwszej nic nie ma. 

background image

 

205 

- A co jest na drugiej? - Joe wstrzymał oddech. 
- Nie znajdziecie swojego grobu. Już go tam nie ma. 
- A był? 
- Weź od nich więcej pieniędzy. 
Jean rzucił żonie wściekłe spojrzenie. 
- Zamierzałem to zrobić. 
Joe odliczył następnych pięć studolarowych banknotów. 
- Był tam grób? 
Jean kiwnął głową. 
-  Dwa.  Nieoznaczone.  Ale  były.  Widziałem,  jak  Etienne  tam 

kopał.  Ciężko  mu  szło.  Mówił,  że  musi  przymocować ciała do pali, 
żeby ich woda nie wypłukała i nikt ich nie znalazł. 

- Etienne Hebert? Znał go pan? 
Jean znowu potaknął. 
-  Pojawił  się  mniej  więcej  w  tym  samym  czasie,  co  ci  dwaj 

pozostali. Ale on był inny. Był Cajunem, jak my. 

- Co z tymi dwoma? Kiedy to było? 
-  Jakieś  dwa  lata  temu.  Przypłynęli  tutaj  dwaj  mężczyźni  i  za-

trudnili niektórych z nas, żebyśmy wybudowali im dom na wyspie, a 
następnie  zapomnieli  o  ich  istnieniu.  -  Wzruszył  ramionami.  - 
Dobrze  płacili.  Co  nas  obchodziło,  czym  się  tam  zajmują?  Dopóki 
nie  sprzedawali  swoich  narkotyków  naszym  dzieciom,  mogli  sobie 
robić wszystkie proszki świata. To nie nasza sprawa. 

- Myśli pan, że zajmowali się narkotykami? 
-  Wiemy,  że  tak.  Etienne  nam  mówił.  Przyszedł  tu,  przyniósł 

butelkę  wina,  usiadł  na  tym  krześle  i  opowiedział  nam  o  tych 
wszystkich rzeczach, które przewoził z Houma do nich na wyspę. 

-  To  miły  człowiek  -  powiedziała  Marguerite.  -  Nie  ściągniecie 

na niego kłopotów? To nie jego wina. 

- Nie, obiecuję, że Etienne nie będzie miał kłopotów - zapewniła 

ją Eve. 

- Zawsze mówił, że ci szaleńcy wysadzą się w powietrze chemi-

kaliami,  które  musiał  im  przywozić  -  dodała  Marguerite.  -  Był 
smutny. Chyba ich lubił. 

- I co się z nimi stało? 
-  To,  co  przewidział  Etienne.  Pewnej  nocy  był  wielki  wybuch. 

background image

 

206 

Kiedy  poszliśmy  zobaczyć,  co  się  stało,  zobaczyliśmy,  jak  Etienne 
kopie dwa groby. Kazał nam odejść i zapomnieć o tym, co widzieli-
śmy.  Powiedział,  że  policja  nie  może  się  dowiedzieć,  bo  i  nas 
weźmie za kryminalistów. 

- I tak zrobiliście? 
-  Nie  jesteśmy  głupi.  Policja  uważa  nas  za  hołotę.  Etienne  miał 

rację. 

- A jak się nazywali ci dwaj? - spytał Joe. 
-  A  jak  pan  myśli?  -  W  głosie  Jeana  słychać  było  sarkazm.  - 

Smith i Jones? Myśli pan, że wyjawiliby nam prawdziwe nazwisko? 

- Jak długo przebywali na wyspie, nim nastąpił wybuch? - dopy-

tywała się Eve. 

- Ze cztery miesiące. Przyjechali do nas już dwa miesiące wcześ-

niej,  ale  straciliśmy  trochę  czasu,  bo  najpierw  budowaliśmy  na 
pierwszej wyspie. Potem uznali, że to zbyt  na widoku,  i  musieliśmy 
zacząć od początku na drugiej. 

- W jakiej odległości od siebie leżą te wyspy? 
-  Mniej  więcej  półtora  kilometra.  Ale  na  bagnie  to  duża 

odległość. 

- Mówił pan, że podobno nie ma już tam grobu. Skąd pan wie? 
-  Etienne  wrócił.  Powiedział  nam,  że  policja  zadaje  pytania  i 

musi  się pozbyć  szkieletów.  -  Jean  się  skrzywił.  - Policja  na pewno 
zainteresowałaby  się  czymś  takim  i  mielibyśmy  kłopoty.  To  nie 
nasza wina, że się wysadzili w powietrze. 

- Co wiecie o bracie Etienne’a? 
- Ma brata? - Jean ściągnął brwi. 
- Nie wspominał? 
Jean przecząco pokręcił głową. 
- Wystarczy - stwierdził Dufour. - Nie mów im nic więcej, chyba 

że  dadzą  ci  jeszcze  jakieś  pieniądze,  Jean.  -  Uśmiechnął  się.  -  I 
premię dla mnie za to, że ich tu dowiozłem. 

-  Pewnie  wyciągnąłeś  od  nich  wystarczająco  dużo  bez  mojej 

pomocy  -  powiedział  Jean.  -  Pieniądze  będą  mi  potrzebne,  jeśli  ja  i 
moja rodzina mamy na jakiś czas zniknąć. 

- Dlaczego? 
-  Myślisz,  że  wierzę  tobie  albo  tym  ludziom?  -  Popatrzył  na 

background image

 

207 

Joego.  -  Nic  nie zrobiliśmy.  Nie  jesteśmy  odpowiedzialni  za  śmierć 
tych głupców. Sami to sobie zrobili. 

- Nie oskarżamy was - zapewniła go Eve. - Nie musicie uciekać. 
Jean ją zignorował. 
- Pakuj się, Marguerite. 
- Musi nas pan zawieźć na tę wyspę - stwierdził Joe. 
- Po co? Mówiłem, że tam nic nie ma. 
- Może jest więcej, niż pan sądzi. 
Jean żachnął się z irytacją. 
-  Strata  czasu.  -  Wstał  i  skierował  się  do  drzwi.  -  Chce  pan 

zobaczyć wyspę? Ma pan przewodnika. Ja mam dość. - Kiwnął ręką 
na  Dufoura.  -  Chodź,  Jacques.  Odprowadzę  cię  do  łodzi  i  pokażę, 
gdzie to jest. 

Joe ruszył za nimi. 
- Chyba też pójdę i posłucham. Chcę mieć pewność, że zmierza-

my we właściwym kierunku. 

Eve  już  miała  wyjść  za  Joem,  ale  zatrzymała  się  obok 

Marguerite, która wyciągała ubrania z odrapanej komody z sosny. 

- Gdzie się przeniesiecie? 
- Nie pani sprawa. 
- Nie chcemy zrobić wam krzywdy. 
- Odejdź. 
Eve ruszyła do drzwi. 
-  Chwileczkę.  -  Marguerite  przez  moment  milczała.  -  Nic  nam 

nie  będzie.  Zamieszkamy  u  przyjaciół,  dopóki  nie  będziemy  pewni, 
że możemy bezpiecznie wracać. Nikt nas nie znajdzie na tym bagnie, 
jeśli sami tego nie zechcemy. 

-  Skoro  wiedzieliście,  że  będziecie  musieli  uciekać,  to  dlaczego 

wzięliście od nas pieniądze? 

Marguerite popatrzyła na nią ze zdumieniem. 
-  Bo  są  nam  potrzebne.  Dla  ciebie  to  pewnie  niewiele,  a  nam 

przez wiele miesięcy nie zabraknie na jedzenie dla dzieci. - Wyciąg-
nęła spod łóżka spłowiały worek marynarski. - Warto zaryzykować. 

- Eve! - zawołał ją Joe. 
- Idę. 
Popatrzył na nią uważnie, gdy weszła na pomost. 

background image

 

208 

- Przekonałaś ją, że z naszej strony nic im nie grozi? 
-  Nie,  ona  nam  nie  wierzy.  Ale  twierdzi,  że  pieniądze  warte  są 

ryzyka. Ci dwaj chłopcy... Zastanawiam się, czy mają co jeść. Bieda 
jest koszmarna, Joe. 

Joe skierował wzrok w stronę Jeana. 
- Coś mi się tu nie podoba. 
- Co masz na myśli? - zapytała z niepokojem. 
- Coś za łatwo to poszło. Powinien  nieco mniej chętnie udzielać 

informacji. 

- Trochę to dziwne, że nie wiedzą nic o bracie Etienne’a. Z tego, 

co  słyszałam,  Etienne  nie  był  najdyskretniejszym  człowiekiem  na 
świecie. 

-  Myślałam,  że  tak  się  przejęłaś  tymi  dzieciakami,  że  nie 

słuchasz - uśmiechnął się. 

- Współczuję, ale nie  jestem  ślepa. Myślisz, że Hebert dotarł do 

Jeana i zastawił na nas pułapkę? 

- Całkiem możliwe. 
- Czyli cała ta opowieść to kłamstwo? 
- Niekoniecznie. Najlepsze kłamstwa są zbudowane na prawdzie. 

-  Popatrzył  na rozlewisko.  - Etienne zapewne sprzedał  im  historię o 
laboratorium  narkotyków,  a  okoliczni  mieszkańcy  udawali,  że 
niczego  nie  widzą.  Co  nie  znaczy,  że  Jules  Hebert  nie  wpadł  tu 
wczoraj  i  nie  zaproponował  im  sumy,  przy  której  nasza  łapówka  to 
drobniała. 

Przeszył ją dreszcz. 
- A więc będzie czekał na wyspie. 
- Tak sądzę. 
- Dobrze. - Wzięła głęboki oddech. - Jak się dowiemy... 
- Później. - Odwrócił się i pomógł jej wsiąść na łódź. - Zostaw to 

mnie. 

Tak  jak  wtedy,  kiedy  wyrzucił  ją  przy  drodze  za  Nowym  Or-

leanem? 

Mowy nie ma. 
 
 

background image

 

209 

Rozdział osiemnasty 

 

-  To  pierwsza wyspa -  Dufour  wskazał  górę  błota  majaczącą  na 

horyzoncie.  -  Ta,  którą  wasi  przedsiębiorczy  przyjaciele  uznali  za 
zbyt  widoczną  i  którą  opuścili.  Mój  kuzyn  niewiele  na  niej  zbudo-
wał,  prawda?  -  Wąski  pomost  zniszczony  przez  żywioły  i  czas 
prowadził  na  równie  zniszczoną  platformę,  zapewne  były  to  fun-
damenty  laboratorium.  -  Zdaniem  Jeana  to  na  następnej  wyspie 
znajdziecie  swój  grób.  -  Wyszczerzył  zęby.  -  Albo  go  nie 
znajdziecie. Na pewno chcecie płynąć dalej? 

-  Chcemy  -  odparł  Joe.  -  Ale  proszę  zatrzymać  się  przy  tej 

wyspie.  Muszę  się  upewnić,  że  kuzyn  Jean  nie  kłamał  co  do  ilości 
muszli w glebie. 

Eve popatrzyła na niego ze zdumieniem. 
Dufour wzruszył ramionami. 
- Może poczekamy z tym, aż dotrzemy na właściwą wyspę? 
- Nie. Proszę zatrzymać się tutaj. 
Dufour się zawahał, ale skierował łódź ku pomostowi. 
- Tracicie czas. 
-  To  nasz  czas,  a  pan  dostał  za  to  pieniądze.  -  Joe  wyskoczył  z 

łodzi, a potem pomógł Eve. - Zaraz wracamy, Dufour. 

-  Co ty  wyprawiasz,  do  cholery?  -  spytała cicho Eve,  wchodząc 

za nim na platformę. 

-  Zanim  pokonaliśmy  ostatni  zakręt,  widziałem,  jak  Dufour 

naciska guzik telefonu komórkowego. To pewnie sygnał dla Heberta. 
Jestem pewien, że czeka na nas na tamtej wyspie. 

- To po co się tu zatrzymujemy? 
-  Zamierzam  pozbyć  się  zbędnego  balastu.  -  Joe  popatrzył  na 

rozlewisko. - Ciebie. 

- Zbędnego balastu? - Eve zesztywniała. 
-  Nie podoba ci  się to  słowo.  Ale  nie zamierzam  być uprzejmy. 

Będziesz mi przeszkadzała. Zostaniesz tutaj. 

-  Jeszcze  czego!  Wypchnąłeś  mnie  z  samochodu  pod  Nowym 

Orleanem. Nie zrobisz tego raz jeszcze. 

- Zrobię. -  Jego wzrok  ją zaskoczył. Tak  zimnego  i zdecydowa-

background image

 

210 

nego wyrazu twarzy jeszcze u niego nie widziała. - Nie pozwolę, aby 
któreś z nas zginęło, bo ty nie chcesz czuć się wykluczona. To moje 
zadanie, nie twoje. Nie wtrącam się, kiedy pracujesz nad czaszkami. 
Ty nie wtrącaj się teraz. 

- Mam się zgodzić, żebyś popłynął i ewentualnie dał się zabić? 
- Trudniej  będzie mnie zabić,  jeśli nie będę musiał troszczyć się 

o ciebie. Zostajesz tutaj! 

- Niby jak mnie powstrzymasz? 
- Ułożę cię do krótkiej drzemki. Nie zmuszaj mnie do tego, Eve. 
Zrobiłby  to.  Widziała  to  w  jego  twarzy.  Joe  przygotowywał  się 

na  taką  ewentualność  od  chwili,  gdy  znaleźli  się  na  bagnach.  To 
tłumione  podniecenie,  które  wyczuwała,  dziś  wyrwało  się  na  wol-
ność.  Eve  nie  pamiętała,  aby  kiedykolwiek  był  tak  agresywny  i  tak 
niebezpieczny. Był myśliwym, tropicielem, wojownikiem. 

- Nie możesz się doczekać, żeby na niego zapolować. 
Joe skinął głową. 
- Różnię się od ciebie. Ty chcesz wyeliminować Heberta, bo jest 

zagrożeniem, bo trzeba to zrobić. 

- A ty zrobisz to z radością. 
-  Dowiadujesz  się  o  mnie  sporo  rzeczy,  których  nie  wiedziałaś 

wcześniej  -  uśmiechnął  się  krzywo.  -  Na  przykład  nigdy  ci  nie 
mówiłem,  czemu  opuściłem  Foki.  Nie  chciałaś  nic  wiedzieć  o  tej 
części mojego życia. Była dla ciebie zbyt brutalna. 

- Więc dlaczego zrezygnowałeś ze służby w Fokach? 
-  Bo za bardzo  mi  się to  podobało  -  powiedział.  - Zbliżałem  się 

do  granicy,  której  nigdy  nie  powinno  się  przekraczać.  Byłem  ma-
szyną do zabijania. 

- To nieprawda. Ty taki nie jesteś. 
- Byłem. Mógłbym znów się nią stać. Na przykład teraz. 
- Mowy nie ma. Nie mógłbyś. 
- Ej, Quinn! - wrzasnął Dufour. - Będziecie tam tkwili przez cały 

dzień? 

-  Niecierpliwi  się  -  stwierdził  Joe.  -  Może  to  Hebert  się 

niecierpliwi.  Nie  może  na  nas  zbyt  długo  czekać.  -  Sięgnął  do 
kieszeni kurtki i wyjął swój pistolet. - Weź go na wszelki wypadek. 

- Zwariowałeś? Chcesz załatwić Heberta bez broni? 

background image

 

211 

-  Nie  będzie  mi  potrzebna.  -  Zerknął  na  maczetę  u  pasa.  -  Na 

bagnach  posługuję  się  inną  bronią.  -  Odwrócił  się  i  przeszedł  przez 
platformę. - Nie zamartwiaj się i czekaj tu na mnie. 

- Joe, cholera jasna! 
Zerknął na nią przez ramię. 
-  Wiesz,  że  mam  rację.  Wiesz,  że  tylko  byś  mi  przeszkadzała. 

Narażałabyś  nas  oboje.  I  wiesz,  że  aby  mnie  teraz  powstrzymać, 
musiałabyś mnie zastrzelić. 

- Może to zrobię. 
Przechylił głowę, wskakując na łódź. 
- W drogę, Dufour. 
- Joe! 
- Nie powinien pan tak zostawiać damy - stwierdził Dufour. - A 

jeśli jakiś wąż... 

- Płyniemy! - przerwał mu Joe. 
Eve zacisnęła palce na rękojeści pistoletu, kiedy  łódź odpływała 

od brzegu. Joe trzymał uniesioną głowę, jakby węsząc wiatr. Może i 
to  robił.  Nic  by  jej  nie  zaskoczyło  w  tym  dziwnym,  porywczym 
człowieku. 

Nie powinna była mu  na to pozwolić. Trzeba było znaleźć  jakiś 

sposób, by go powstrzymać. 

Jednak  miał  rację.  Joe  wiedział,  co  robi,  bo  ona  faktycznie 

mogłaby  narazić  go  na  straszliwe  niebezpieczeństwo.  Choć  tak 
bardzo pragnęła mu pomóc, logika podpowiadała jej, że popełniłaby 
okropny błąd, gdyby z nim popłynęła. 

Pieprzyć logikę. Nienawidziła takiej bezradności. 
Stanęła  na  skraju  platformy,  chcąc  jeszcze  choć  raz  spojrzeć  na 

Joego.  Za  późno.  Łódź  już  minęła  zakręt  i  zniknęła  z  pola  jej 
widzenia. 

Wróć. 
Uważaj na siebie, Joe. 
Wróć. 
 
-  Powinna  być tuż za zakrętem,  Quinn  -  powiedział  Dufour,  nie 

odwracając głowy. - Jeszcze parę minut. Nie więcej. 

Gdzie  się  podział  ten  sukinsyn  Hebert?  Dufour  nie  chciał  sam 

background image

 

212 

zabijać  Quinna.  Nie  podobały  mu  się  fluidy,  jakie  wysyłał  ten 
człowiek. 

Hebert  obiecał  mu,  że  wszystko  łatwo  pójdzie,  a  jednak  Quinn 

zdołał  już  zapewnić  bezpieczeństwo  kobiecie.  Dufour  postanowił 
powiedzieć Hebertowi, że nic nie mógł na to poradzić, że to nie jego 
wina. 

Minęła kolejna chwila. 
Ani śladu Heberta. 
Będzie musiał to zrobić. 
- Pana wyspa. Po lewej  strome. - Zgasił  silnik  i machnął ręką, a 

drugą  wsunął  do  chlebaka.  -  Niewiele  tu  miejsca.  Dom  spłonął, 
proszę spojrzeć na... 

Odwrócił się z pistoletem w ręce i wypalił. 
- Co jest... 
Nikogo tam nie było. Kurtka i buty Quinna leżały na dnie łodzi, 

ale nigdzie nie dostrzegał ich właściciela. 

Nagle go zobaczył. Pod wodą, po lewej stronie łodzi. 
Cholera. Mknął jak torpeda. I to ku łodzi. 
Dufour starannie wycelował i wystrzelił. 
 
Eve spojrzała na zegarek. Boże, minęło dopiero piętnaście minut. 

Wydawało  się  jej,  że godzina.  Nie  mogła tego dłużej  znieść. Ale co 
mam robić? Popłynąć bez łódki przez bagno? Nie powinna była mu... 

Wystrzał. 
Serce  podskoczyło  jej  ze  strachu.  Joe  nie  miał  broni.  Jego 

pistolet tkwił w jej ręce. 

Jeszcze jeden wystrzał. I jeszcze jeden. 
Boże. 
- Wszystko wskazuje na to, że on już nie żyje, Eve. 
Odwróciła się w kierunku, z którego dobiegł ją ten głos, i uniosła 

pistolet. 

Kula roztrzaskała lufę, a siła uderzenia wytrąciła broń z ręki Eve. 

Padając  na  ziemię,  kątem  oka  ujrzała  sylwetkę  Heberta.  Siedział  w 
kajaku, celując w nią ze strzelby. 

-  Taki  akt  przemocy.  Nigdy  bym  się  tego  po  tobie  nie 

spodziewał.  -  Przycisnął  do  piersi  strzelbę,  podpływając  bliżej  do 

background image

 

213 

pomostu.  -  I  to  kiedy  chciałem  okazać  łaskę  i  podarować  ci  trochę 
czasu. Mogłem cię zabić, zanim w ogóle byś się  zorientowała, że tu 
jestem. Nie słyszałaś mnie, prawda? 

- Nie. 
-  To  dlatego,  że  według  mnie  motorówka  nie  sprawdza  się  na 

bagnach.  Wiosło  bywa  ciche  niczym  szept,  pod  warunkiem  że 
trzyma je wprawna ręka. Teraz wyjdę z łodzi. Nie ruszaj się, bo będę 
zmuszony odstrzelić ci głowę. - Hebert wstał i wyskoczył na pomost. 
- No już. Teraz możesz się podnieść z ziemi. 

Eve wstała powoli. 
- Gdzie Joe, Rick? 
-  Rozpoznałaś  mnie?  Cóż,  charakteryzacja  nie  była  szczególnie 

wymyślna. Myślałem, że tamtej nocy byłaś zbyt chora, żeby zwrócić 
na  mnie  uwagę.  Jednak  Rick  Vadim  był  sympatycznym  facetem, 
prawda? 

- Gdzie jest Joe? 
-  Kiedy  ostatnio  go  widziałem,  był  z  Dufourem,  znajdowali  się 

nieopodal tej wyspy ze szczątkami laboratorium. Chciałem go wtedy 
sprzątnąć,  ale  był  za  daleko,  a  nie  mogłem  czekać,  aż  zbliży  się  na 
tyle, żeby mnie zauważył. 

- Myśleliśmy, że będziesz czekał na wyspie. 
- Trudno się tam ukryć. - Pokręcił głową. - Szukałem odpowied-

niego  miejsca  nieco  dalej  od  brzegu.  Zobaczyłem  jednak,  że  ciebie 
nie  ma  w  łodzi,  i  zrozumiałem,  że  Quinn  gdzieś  cię  wysadził. 
Postanowiłem  więc  zostawić  go  Dufourowi,  wrócić  i  poszukać 
ciebie. 

- Znalazłeś mnie. Co teraz? 
- Słyszałaś strzały. Poczekamy, aż wróci Dufour. 
- Albo aż wróci Joe. 
- Istnieje taka możliwość. Słyszałem, że Quinn jest bardzo dobry. 
- Lepszy od ciebie. Od każdego. - Eve wbiła paznokcie w dłonie. 

- I żyje. 

- No to wróci po ciebie. A ja poczekam. Nie powinniście byli tu 

przypływać.  To  niepotrzebne.  Naprawdę  myśleliście,  że  nie wrócę  i 
nie dopilnuję, żeby wszystkie dowody zostały zniszczone? 

-  Nie  jesteś  nieomylny.  Popełniałeś  już  błędy.  Teraz  najwy-

background image

 

214 

raźniej też. 

- Nie tylko ja popełniam błędy. Quinn też: zostawił cię tutaj. 
- Myślał, że będę bezpieczna. Chciał mnie chronić. 
- I bardzo pragnie wrócić do twoich łask. Chciał zabić złego po-

twora i rzucić jego zwłoki u twoich stóp - uśmiechnął się złośliwie. - 
Przykro  mi,  że  musiałem  wciągnąć  cię  w  tę  robotę  z rekonstrukcją, 
wykorzystując śmierć twojej córki, ale sprawa była tego warta. 

- Przykro ci? 
- Nie jestem z kamienia. 
- Jesteś mordercą. 
-  Podobnie  jak  człowiek,  który  zabija  wroga  w  bitwie  i  jeszcze 

zostaje odznaczony medalem. To kwestia celu i środków. 

- Nie jesteś bohaterem. 
-  Nigdy  tak nie  twierdziłem.  Po  prostu  walczę  o  to, co uważam 

za słuszne. 

- I chcesz mnie zabić, bo uważasz to za słuszne. 
-  Uważam  to  za  konieczne.  Ale  trochę  mi  przykro.  Podziwiam 

twoją siłę. Dam ci jak najwięcej czasu, zanim z tobą skończę. Wiem, 
jak  cenna  jest  każda  chwila.  -  Jego  spojrzenie  powędrowało  na 
rozlewisko,  skrył  się w cieniu  z boku  platformy.  -  Stań tutaj,  Quinn 
cię zobaczy, kiedy wypłynie zza zakrętu. 

- A ty go zastrzelisz? 
-  Jeśli  Dufour  nie  zrobił  tego  za  mnie.  Dostał  sporo  pieniędzy, 

ale nie wiem, czy starczyło mu jaj, żeby stawić czoło Quinnowi. 

Eve wzięła głęboki oddech. 
- Joe nie musi umierać. 
-  Oczywiście,  że  musi.  Wiesz  to  równie  dobrze  jak  ja.  Za  dużo 

wie. Muszę chronić Sprzysiężenie. 

- FBI już wie o jego istnieniu. 
- Podejrzewa. - Hebert powiedział to z lekkim uśmiechem. - To 

pewna  różnica.  Mamy  swoich  ludzi  niemal  w każdym oddziale  FBI 
na  terenie  kraju.  Giną  dowody,  informacja  nie  trafia  we  właściwe 
ręce, agenci, którzy wiedzą zbyt dużo, mają wypadki. 

- Jak twój brat. Zabiłeś go, prawda? 
Uśmiech zniknął z jego twarzy. 
- Zdradził mnie. Zdradził Sprzysiężenie. 

background image

 

215 

- Jak? 
- Popełniłem błąd. Kiedy ich namierzyłem i odkryłem, że Bently 

i Simmons prowadzą badania nad ogniwami paliwowymi, wysłałem 
go  na  wyspę.  Zatrudnił  się  u  nich,  miał  im  przywozić  z  miasta 
wszystko,  czego  potrzebowali.  Pomyślałem  sobie,  że  przebywając 
tak  blisko  nich,  będzie  miał  okazję  ich  zlikwidować  i  zniszczyć 
prototypy.  Ufali  mu.  Wszyscy  ufali  Etienne’owi.  Wzbudzał 
przyjazne uczucia. 

- Kiedy nie zabijał? 
- Nigdy  nikogo nie zabił.  Wciągnąłem go do roboty,  bo  miałem 

nadzieję,  że  ci  ze  Sprzysiężenia  przekonają  się,  że  jest  lojalny, 
zaakceptują go. Nauczyłem go wszystkiego co potrzeba, ale nie miał 
do tego serca. Mimo to chciałem go mieć przy sobie. Byłem samotny 
- westchnął. - Przygotowałem  ładunek i wysadziłem  laboratorium,  a 
Etienne  tam  popłynął,  żeby  sprawdzić,  czy  obaj  zginęli.  Często  się 
przeprawiał  na wyspę, więc nie wzbudzał podejrzeń. Powiedział  mi, 
że znalazł ciała i je zakopał. 

- Kłamał? 
- Lubił Bently’ego i Simmonsa. - Hebert zacisnął usta. - Wszyst-

kich  lubił.  Był  młody,  niedoświadczony,  nietrudno  było  go  wyko-
rzystać, zwłaszcza komuś sprytnemu.  Myślałem, że wszystko jest w 
porządku.  Jednak  cztery  miesiące  temu  nasze  źródła  w  Detroit 
przekazały Sprzysiężeniu, że ktoś robi takie same zakupy jak Bently 
dwa lata temu. Zamówienie przyszło z Luizjany. 

- Może ktoś przeprowadzał podobne eksperymenty z ogniwami. 
-  To  nie  wszystko.  W  ostatnich  dwóch  miesiącach  trzej  człon-

kowie  Sprzysiężenia  z  Luizjany  zginęli  w  nieco  podejrzanych 
okolicznościach.  To  mogły  być  wypadki,  ale  wszyscy  trzej 
przeciwstawiali  się  restrykcjom,  związanym  z  ochroną  środowiska. 
Sprzysiężenie  nie  lubi  zbiegów  okoliczności.  I  nie  lubi,  gdy  uderza 
się w jego członków. 

- Zemsta? 
-  Istnieje  taka  możliwość.  -  Hebert  uśmiechnął  się  ponuro.  - 

Wystarczyło,  żeby  Melton  cholernie  się  wystraszył.  Bał  się,  że 
będzie następny. 

-  Skąd  jednak  Bently  i  Simmons  wiedzieli,  kto  jest  członkiem 

background image

 

216 

Sprzysiężenia? 

-  To  jeszcze  się  nie  domyśliłaś?  Bently  od  ponad  czterech  lat 

należał do organizacji. Wierzył, jak ja, że potęga Sprzysiężenia może 
zdziałać cuda. To on zwrócił  naszą uwagę na wynalazek Simmonsa. 
Liczył  na  pomoc.  Kiedy  zdecydowano,  że  ogniwo  paliwowe  musi 
zniknąć, straciliśmy go z oczu, podobnie jak Simmonsa. 

- Wysłali cię za nimi. 
- I ich znalazłem. Mnie nikt nie ucieknie. 
-  Tym  razem  jednak  dałeś  plamę,  co?  Zawiodłeś  swoją  or-

ganizację. 

-  Nie  zawiodłem  jej  -  obruszył  się.  -  Popełniłem  błąd,  to 

wszystko.  Błąd,  który  naprawiłem.  Po  tej  wiadomości  z  Detroit 
musieli  ponad  wszelką  wątpliwość  ustalić,  czy  zlikwidowano  labo-
ratorium  i  ludzi, którzy  w nim  pracowali.  Melton  spytał,  czy  jestem 
pewny, że Bently i Simmons nie żyją. Jasne, że byłem pewien. Czyż 
człowiek  mi  najbliższy,  jedyny  człowiek,  któremu  ufałem,  nie 
powiedział  mi,  że  nie żyją?  Zapytali  jednak,  czy  widziałem  ciała  na 
własne oczy.  Co miałem  odpowiedzieć?  Kazali  mi  poddać szkielety 
testom  DNA.  Byłem  wtedy  w  Barcelonie,  więc  zadzwoniłem  do 
Etienne’a  i  kazałem  mu  wydobyć  szkielety  i  przywieźć  je  na 
umówione  miejsce  na  rozlewisku  Sarah  w  pobliżu  Baton  Rouge, 
gdzie  miał  się  spotkać  ze  mną.  Melton  już  ściągnął  antropologa  i 
specjalistę od DNA, którzy mieli na nas czekać w kościele. - Herbert 
zamilkł  na  chwilę.  -  Kiedy  Etienne  pojawił  się  z  trumną,  od  razu 
wiedziałem, że coś jest nie tak. 

- Nie miał szkieletów? 
-  Nie,  żadnego.  Tylko  tę cholerną  czaszkę.  Najpierw  stwierdził, 

że  szkielety  ktoś  ukradł.  Kiedy  zobaczył,  że  mu  nie  wierzę,  powie-
dział, że zniszczył oba, ale przywiózł czaszkę Harolda Bently’ego. 

- Dlaczego to wszystko zrobił? 
- Pomyślał, że po tym, co zrobił, Sprzysiężenie da mu już spokój. 

Zadbał o to, aby czaszki praktycznie nie dało się zidentyfikować, ale 
nie chciał, żebym miał przez niego kłopoty. Rozpierała go duma, bo 
sądził,  że  jednocześnie  uratował  mi  skórę  i  wyprowadził  w  pole 
Sprzysiężenie. 

- Ale sam się przez to naraził. 

background image

 

217 

Nie 

potrafił 

tego 

zrozumieć. 

Przez 

wiele 

godzin 

przekonywałem go, aby wyjawił mi całą prawdę, chciałem wiedzieć, 
czy  tamci  dwaj  mężczyźni  na  pewno  zginęli,  czyja  to  czaszka. 
Nadaremnie.  Powtarzał  tylko,  że  Sprzysiężenie  postępuje  źle,  a  my 
powinniśmy  zachowywać  się  przyzwoicie.  Namawiał  mnie  do 
zerwania  z organizacją.  -  Hebert  pokiwał  głową.  -  Nic do niego  nie 
docierało.  Na  świecie  zapanowałby  chaos,  gdyby  Sprzysiężenie  nie 
dbało o porządek. Ludzie powinni się nawzajem kontrolować, a ktoś 
musi wyznaczać im właściwą drogę. 

Dobry Boże, on naprawdę wierzył w to, co mówił. 
-  Wróćmy  do  Etienne’a.  Prawdę  mówiąc,  ja  też  nie  rozumiem 

sensu  twoich  słów.  To  brzmi  jak  propagandowy  bełkot.  Więc  po-
stanowiłeś go zabić? 

-  Tak  łatwo  to  powiedzieć  -  stwierdził  z  goryczą  Hebert.  -  Nie 

chciałem  tego  zrobić.  Kochałem  go.  Zrobiłbym  wszystko,  aby  go 
uratować. Rzecz w tym, że nic się nie dało zrobić. 

- Zawsze istnieje możliwość wyboru. 
-  Musiałem  donieść  Sprzysiężeniu  o  tym,  jak  postąpił.  Miałem 

taki obowiązek. Zdradził organizację. 

- I wtedy poinformowano cię, co masz zrobić. 
-  Zgadza  się.  Melton  kazał  mi  zwabić  go  do  kościoła.  Kościół 

leży na uboczu, więc dobrze się nadawał do tego, co zaplanowałem. - 
Urwał.  -  Powiedziałem  Etienne’owi,  że  znalazłem  sposób  na 
przechytrzenie Sprzysiężenia: ukradnę szkielet ze starego  cmentarza 
za  miastem  i  umieszczę  go  w  trumnie,  po  czym  dostarczymy  ją  do 
kościoła, gdzie już będą czekali na nią specjaliści. - Przełknął ślinę. - 
Łatwo  poszło.  Etienne  uznał,  że  to  świetny  pomysł.  Wierzył  mi. 
Wierzył mi przez całe życie. 

- Aż do śmierci? 
-  Aż  do  śmierci.  -  Oczy  Heberta  wypełniły  się  łzami.  -  Umarł 

szybko. Był szczęśliwy do ostatniej chwili. 

- Wątpię, czy umierający są szczęśliwi. 
- Mogło być gorzej. Melton chciał, żebym wyciągnął z Etienne’a 

jak  najwięcej  informacji.  To  dlatego  nakazał  mi  zabrać  go  do 
kościoła - tam nikt by mi nie przeszkadzał. Potrafię skłonić ludzi do 
mówienia.  Znam  rozmaite  metody  wyciągania  informacji.  W  wy-

background image

 

218 

padku  Etienne’a  musiałbym  zastosować  te  najbardziej  okrutne.  Był 
silny  i  uparty.  Mogłem  go  złamać,  ale  zajęłoby  mi  to  dużo  czasu,  a 
potem  i  tak  musiałbym  go  zabić.  Dlatego  zignorowałem  polecenie 
Meltona i od razu zabiłem Etienne’a. - Skrzywił się. - Melton nie był 
zadowolony.  Postanowiłem  w  inny  sposób  zdobyć  dla  niego 
informacje. 

- Znalazłeś mnie. 
- Tak jest. 
-  Ale  przecież  nie  mogłeś  wiedzieć,  czy  Etienne  nie  kłamie  w 

sprawie czaszki Bently’ego. 

Hebert pokręcił głową. 
-  Uznałem,  że  zbyt  dobrze  go  znam,  aby  mógł  mnie  okłamać  - 

chociaż dawałem się zwodzić dwa lata. Zawierzyłem swojej intuicji. 
-  Przerwał.  -  Ale  po  tym  twoim  zatruciu,  zyskałem  pewność,  że 
któryś  z  nich,  Bently  lub  Simmons,  nie  zginął.  I  pragnie  twojej 
śmierci,  aby  nikt  się  nie  dowiedział,  że  wciąż  żyje  i  pracuje  nad 
ogniwami paliwowymi.  Rozmawiałem  z  Marie  Letaux  tuż przed  jej 
zgonem, ale nie miała pojęcia, kto jej to zlecił. Po prostu umówiła się 
z  tym  kimś  przez  telefon,  a  potem  w  skrytce  pocztowej  znalazła 
pieniądze  wraz  z  informacją,  że  ostateczne  rozliczenie  nastąpi  po 
wykonaniu  pracy.  Wciąż  powtarzała,  że  miałaś  się  tylko 
rozchorować,  że  to  nie  jej  wina.  -  Zamyślił  się.  -  Nie  pomogła  mi. 
Musiałem  zaczekać,  aż  zakończysz  rekonstrukcję  czaszki.  Dopiero 
wtedy przekonałbym się, który z nich opłacił Marie Letaux. 

- Jak się dowiedziałeś, że to czaszka Bently’ego? 
-  Mam  wtyczkę  w  biurze  Ruska.  Jennings  tuż  przed  śmiercią 

poinformował  Ruska,  że  rekonstruowana  przez  ciebie  twarz  z  całą 
pewnością  przedstawia  Bently’ego.  Po  śmierci  Jenningsa  rozpętało 
się  piekło:  w  takiej  sytuacji  bez  trudu  można  znaleźć  wszystkie 
potrzebne wiadomości. 

- I wtedy twój  informator dowiedział się, co takiego odkrył Jen-

nings, będąc w Boca Raton. Co to było? 

Hebert roześmiał się i potrząsnął przecząco głową. 
-  Wybierasz  się  do  Boca  Raton?  Wciąż  nie  tracisz  wiary,  że 

wyjdziesz  z  tego  cało?  Za  każdym  razem  przekonuję  się,  że  do 
samego  końca  nikt  nie  wierzy  w  możliwość  własnej  śmierci. 

background image

 

219 

Zapewniam  cię,  Eve,  nawet  jeśli  ci  powiem,  co  się  niedługo 
wydarzy,  i  tak nie uratujesz  starego tygrysa.  Tryby  maszyny  już  się 
kręcą  i  wszystko  jest  zaplanowane  w  najdrobniejszych  szczegółach, 
do ostatniego oddechu. 

- Wobec tego możesz mi powiedzieć. 
- Niestety, nie. Czym byłoby życie bez tajemnicy? Zresztą niepo-

trzebnie  byś się tym  przejęła,  a w ostatnich  chwilach  swojego życia 
nie powinnaś się niczym martwić. 

- Za to ty będziesz się miał czym przejmować. Nawet jeśli mnie 

zabijesz, i tak będziesz musiał zmierzyć się z Simmonsem. 

-  Znajdę  go.  Teraz  już  wiem,  kogo  szukać.  W  dzisiejszym 

świecie  bardzo  trudno  się  ukryć,  zwłaszcza  jeśli  tropi  kogoś 
Sprzysiężenie.  -  Hebert  ponownie  popatrzył  na  rozlewisko  i 
przesunął się na skraj pomostu. - Quinn długo nie wraca. Zaczynam 
się zastanawiać, czy powinienem... 

Nagle ryknął z bólu. 
Maczeta  niemal  odcięła  mu  rękę,  w  której  trzymał  strzelbę, 

poważnie uszkadzając kość i ścięgno. Broń upadła na pomost, a Eve 
rzuciła się w jej kierunku. 

-  Nie!  -  Joe  wypluł  kawałek  trzciny,  który  trzymał  między 

zębami. - Trzymaj  się od  niego z daleka. -  Wynurzył  się z  błota tuż 
przy  pomoście,  złapał  Heberta  za  kolana  i  wciągnął  go  do  rzadkiej 
mazi. 

Hebert  rozpaczliwie  usiłował  się  bronić.  Eve  dostrzegła  w  jego 

lewej dłoni błysk metalu. 

Dobry Boże, przecież on ma nóż, a Joe już nie mógł się posłużyć 

swoją maczetą! 

Eve sięgnęła po strzelbę, ale nie dała rady wziąć Heberta na cel. 

Mężczyźni  walczyli  zażarcie,  sczepieni  ze  sobą,  ledwie  widoczni  w 
tej mazi i niemal w niej zanurzeni. Mogła trafić Joego. 

Zeskoczyła z pomostu i zrobiła kilka kroków w ich kierunku. 
- Joe, odsuń się od niego choć na chwilę! Nie mogę... 
W pewnym momencie ujrzała, jak Joe uderza krawędzią dłoni w 

rękę Heberta, a nóż, wirując, wpada w błoto. 

Potem Joe się uniósł i skoczył na Heberta, zacisnął mu dłonie na 

gardle  i  wepchnął  jego  głowę  w  błoto.  Zaatakowany  rozpaczliwie 

background image

 

220 

wymachiwał  rękami  i  nogami,  usiłując  się  wynurzyć  i  zaczerpnąć 
powietrza. Dusił się. 

- Joe - szepnęła Eve. 
Przez  chwilę  nie  miała  pewności,  czy  ją  usłyszał,  lecz  gdy 

zerknął na nią z ukosa, zorientowała się, że stracił nad sobą kontrolę. 

Joe zaczerpnął  powietrza  i  jeszcze  mocniej  zacisnął dłonie.  Eve 

usłyszała trzask łamanego karku Heberta. 

Zwolnił uścisk, wstał i cofnął się. 
- Spodziewałem się, że będzie gorzej - sapnął. 
-  Czemu?  -  Eve  nie  mogła  uspokoić  oddechu.  -  Rzucając 

maczetą, niemal odrąbałeś mu dłoń. 

- Celował do ciebie. 
Zadrżała,  spojrzawszy  na  Jules’a  Heberta.  Leżał  w  błocie,  z 

twarzą zanurzoną w brunatnej mazi. 

- Zrobił ci krzywdę? - zapytał Joe. 
Eve odwróciła się ku niemu. Był cały pokryty błotem. Wyglądał 

jak  przerażający  potwór  z  bagien,  który  wynurzył  się  z  topieli,  aby 
nieść śmierć, krew i przemoc. 

- Cholera, jesteś ranna? - dopytywał się. 
- Nawet mnie nie dotknął. A ty? Wszystko w porządku? 
-  Tylko  kilka  siniaków.  Nawet  ich  nie  widać  pod  tym  brudem. 

Uwalałaś się niemal tak jak ja. Dlaczego u licha nie trzymałaś się od 
tego z daleka? 

Bo nie mogła bezczynnie patrzeć, jak Joe walczy o życie. 
- Miał nóż. 
- A ja wyglądałem na bezbronnego? 
Skąd, wyglądał przerażająco. Usiłowała się uśmiechnąć. 
- Przypominasz potwora z bagien. 
- I tak się czuję. - Chwycił Eve za ramiona i spojrzał jej w oczy. - 

Posłuchaj,  to  się  już  nie  powtórzy.  Nigdy  więcej  nie  pozwolę,  abyś 
nadstawiała karku. Nigdy więcej. I mam gdzieś równouprawnienie. - 
Odwrócił  się  i  ruszył  ku  łodzi  Heberta.  Chwycił  się  burty  i wtoczył 
do  środka.  -  Zaraz  wracam.  Zostawię  łódź  za  zakrętem,  tam  gdzie 
przycumowałem  motorówkę.  Potem  wrócimy  do  miasta  i 
doprowadzimy się do porządku. 

- Co z Dufourem? 

background image

 

221 

- Już nas nie będzie prześladował. 
B y ł e m  m a s z y n ą  d o  z a b i j a n i a. M ó g ł b y m  z n ó 

w  s i ę  n i ą  s t a ć. 

Zadrżała, patrząc na ciało Heberta. 
- Co z nim? 
-  Niech  gnije  -  skrzywił  się  Joe.  -  No  dobrze,  wiem.  Jestem 

nieczułym  sukinsynem.  Zupełnie  nie  dbam  o  godność  zmarłych. 
Powiemy policji w Houma, gdzie zostawiliśmy zwłoki. 

- Jeszcze nie. 
- Nie? A to niespodzianka. 
- Sprzysiężenie nie wie, że on zginął, a my żyjemy. Dzięki temu 

mamy  nad  nimi  przewagę.  Musimy  z  niej  korzystać,  dopóki  nie 
napuszczą na nas następnego mordercy. 

- Dowiedziałaś się od niego, co ma się zdarzyć w Boca Raton? 
-  Niewiele.  Chociaż  przecież  powiedział...  -  Musi  się  nad  tym 

zastanowić...  Tak,  chyba  tak.  Wspomniał  coś  o  tygrysie,  że  tryby 
maszyny  już  się  kręcą  i  wszystko  jest  zaplanowane  do  ostatniego 
oddechu.  -  Potarła  skronie.  -  Sama  nie  wiem.  Powinnam  się 
zastanowić. 

Joe nie spuszczał z niej wzroku. 
- Cała drżysz. To niepokojące. 
- Trochę zmarzłam. 
-  Jesteś  wychłodzona  i  masz  za  sobą  ciężkie  przejścia. 

Październik to kiepski miesiąc na błotne kąpiele. 

- Tobie to nie przeszkadza. 
- Bo ja nie mam wrażliwego układu nerwowego. 
- Chrzanisz. 
-  Naprawdę  musisz  czuć  się  źle,  skoro  przyznajesz,  że  jestem 

wrażliwy.  Musimy  wracać  do  hotelu  i  wziąć  gorący  prysznic  -  Joe 
zanurzył wiosło w wodzie. - Siedź i nie ruszaj się. 

Łatwo  powiedzieć.  Eve  odnosiła  wrażenie,  że  wszystkie  jej 

mięśnie  drżą z  zimna  i  ze  zmęczenia.  Powinna  intensywnie  myśleć, 
lecz jej umysł był równie wyczerpany, jak ciało. 

Wiedziała,  że  nie  pora  na  słabość.  Myśl  intensywnie,  zastanów 

się, o co chodzi Hebertowi. 

Tygrys.  Tryby  maszyny  już  się  kręcą  i  wszystko  jest 

background image

 

222 

zaplanowane  do  ostatniego  oddechu.  To  może  oznaczać  śmierć, 
zabijanie. Co on wtedy dokładnie powiedział? 

Musiała  sobie  to  przypomnieć.  Sama  śmierć  Heberta to  nie  jest 

żaden sukces. Nadal będzie górą, a zbrodnie będą się powtarzały. 

Mieli mało czasu. 
 
Joe  odkręcił  prysznic  i  puścił  strumień  ciepłej  wody  na  nagie 

ciało Eve.  Po  chwili  stanął  obok  niej  i  rozprowadził  szampon  po  jej 
włosach. 

- Sama to zrobię. Lepiej zajmij się sobą. 
-  Cicho.  -  Namydlił  ją  od  ramion  do  stóp  i  skierował  pod 

prysznic.  -  Stój  spokojnie,  gorąca  woda  cię  rozgrzeje,  a  ja  w  tym 
czasie zmyję błoto z siebie. 

- Nie mam czasu. Muszę pomyśleć. Komuś grozi śmierć, Joe. 
- Wiem. Już mi to mówiłaś w łodzi. Powtarzałaś to kilka razy. 
- Naprawdę? Nienawidzę śmierci. Nienawidzę. 
- Wiem. 
-  Nie  rozumiem  morderców  takich  jak  Hebert.  Jego  nie  ob-

chodziła  niczyja  śmierć.  Przejął  się  tylko  losem  brata.  Miał  gdzieś 
innych ludzi, ich ojców, braci, córeczki... 

- Cii. Cieplej ci? 
- Chciał zabić Jane i moją matkę. Pozbawić życia dwie cudowne 

osoby... 

- Cieplej ci? 
Drugi raz zadał jej to samo pytanie. To ją zastanowiło. Dreszcze 

minęły, podobnie jak uczucie chłodu. 

- Tak. 
- To dobrze. - Joe wyszedł spod prysznica i sięgnął po ręcznik. - 

Wobec tego teraz się osuszysz i położysz do łóżka. 

- Mogę... 
- Cicho. 
-  Wiesz  co?  Tak  naprawdę  to  nie  wierzyłam  w  istnienie 

Sprzysiężenia,  dopóki  nie  usłyszałam  słów  Heberta.  Wydawało  mi 
się  to  nierealne.  Teraz  już  wiem,  że  to  prawda.  To  oni  napuścili 
Heberta na Jane i  mamę, to oni kazali  mu odebrać im  życie. Trzeba 
ich powstrzymać. Tyle zła... 

background image

 

223 

- Tak. 
-  Jennings twierdził,  że  miał  to  cały  czas przed  nosem, ale  tego 

nie dostrzegał. Czego on nie dostrzegał? O co mu chodziło, Joe? 

- Później o tym porozmawiamy. - Owinął ją suchym ręcznikiem i 

delikatnie  podprowadził  do  sypialni.  -  Wskakuj  do  łóżka,  a  ja  się 
osuszę. 

- Jeśli miał to przed nosem, to my też byliśmy blisko. 
- Jedyne, co masz przed nosem, to łóżko. 
- Nie mogę spać. Muszę wszystko rozważyć. 
-  Niczego  nie  będziesz  rozważała,  dopóki  nie  wypoczniesz.  - 

Wziął  ją  za  rękę.  -  Chodź,  przytulę  cię  i  ogrzeję,  a  ty  się 
pozastanawiasz. - Wsunął się pod kołdrę, przyciągnął Eve do siebie i 
objął. - Lepiej? 

Lepiej?  Ciepło  i  bezpieczeństwo  z  jednej  strony,  nieuchronność 

śmierci z drugiej. 

- Nie pozwól mi spać. 
- Zrobisz, co zechcesz. To zależy tylko od ciebie. Mogę ci tylko 

przyrzec, że zawsze będę przy tobie, aby cię zbudzić o poranku. 

Cudowna obietnica, piękna obietnica... 
Słodko-gorzka obietnica. 
-  Jesteś  spięta  -  zauważył  Joe.  -  Spróbuj  się  odprężyć. 

Wykorzystaj tę chwilę, Eve. Chcę ci ją ofiarować. 

A ona chciała ją przyjąć. Odprężyła się w jego ramionach. 
- Otóż to. 
- Popełniamy błąd. 
-  Ćśś.  -  Pogłaskał  ją  po  włosach.  -  Nigdy  nie  dyskutuj  z  po-

tworem z bagien. 

Uśmiechała się. A może płakała? Pewnie i jedno, i drugie. 
-  Nie przeszło  mi  to  przez  myśl.  Jeśli potwór  z bagien  teraz się 

zamknie, spróbuję pomyśleć. 

- Dojdziemy do porozumienia. - Ucałował ją w skroń. - Zamknij 

oczy: łatwiej się skoncentrujesz. 

Chciał, aby zasnęła. 
Bała  się,  że  spełni  jego  życzenie.  Powieki  tak  bardzo  jej 

ciążyły... 

Nie, musi wziąć się w garść i zastanowić nad słowami Nathana i 

background image

 

224 

Jenningsa.  Pora  oczyścić  umysł,  przypomnieć  sobie  to,  czego  się 
dowiedziała od Heberta, zanim Joe odebrał mu życie. 

Nie mogła zamykać oczu, do cholery. 
 
HOUMA 
3.35 
27 października
 
 
Cały czas miałem odpowiedź przed nosem... 
I tak nie uratujesz starego tygrysa... 
Wszystko jest zaplanowane, do ostatniego oddechu. 
Królewskie wesela... Igrzyska olimpijskie... 
-  O  Boże.  -  Eve  gwałtownie  usiadła  na  łóżku.  -  Joe,  chodzi  o 

pogrzeb. 

- Co takiego? - Joe podniósł głowę i oparł się na łokciu. - Co ty 

wygadujesz? 

- Oni rzeczywiście się spotkają w Boca Raton. Znaleźli pretekst. 

W  grę  nie  wchodzą  ani  igrzyska,  ani  wesele.  To  pogrzeb.  W  Boca 
Raton  odbędzie  się  pogrzeb  tak  ważny,  że  pojawią  się  na  nim 
osobistości z całego świata. 

Joe skinął powoli głową. 
- To brzmi prawdopodobnie. 
-  No  bo  po  co  wysyłają  do  Boca  swojego  najlepszego 

skrytobójcę? - Eve zrobiło się niedobrze. - Jezu, zastanawiam się, ile 
ważnych  osobistości 

straciło 

już  życie, 

żeby 

członkowie 

Sprzysiężenia mogli mieć pretekst do spotkania. 

- Zaraz, zaraz. Nie mamy jeszcze pewności, że się nie mylisz. 
-  Nie  mamy  pewności,  że  się  mylę.  -  Eve  spuściła  nogi  na 

podłogę.  -  Hebert  mówił  tak,  jakby  człowiek,  którego  kazano  mu 
zabić,  jeszcze  żył.  Stwierdził,  że  go  nie  powstrzymam,  co  oznacza, 
że  dotąd  nie  wykonał  swojego  zadania.  Może  znajdziemy  sposób, 
aby go ocalić. 

- Pod warunkiem, że się dowiemy, o kogo chodzi. 
-  Z  pewnością  jest  na  tyle  znany,  że  jego  śmierć  zwróciłaby 

uwagę  całego  świata.  -  Eve  intensywnie  myślała.  -  Zapewne  nie 
chodzi  o  artystę  estradowego  lub  gwiazdę  filmową.  Ten  człowiek 

background image

 

225 

mieszka w Boca Raton i pragnie tam spocząć po śmierci. W przeciw-
nym  wypadku  zebranie  zorganizowano  by  gdzie  indziej.  -  Sięgnęła 
po telefon. - Jaki jest numer komórki Nathana? 

Joe wsunął dłoń do kieszeni i wyciągnął notes z numerami. 
-  Racja,  Nathan  to  dziennikarz.  Z  pewnością  potrafi  wskazać 

potencjalną ofiarę. 

-  Poza tym w tej  chwili  znajduje  się w Boca.  -  Eve pospiesznie 

wystukiwała numer telefonu Nathana. - My też powinniśmy tam być. 
Zarezerwuj  nam  bilety  z  Nowego  Orleanu,  a  ja  porozmawiam  z 
Nathanem. 

 

Rozdział dziewiętnasty 

 

-  Chryste.  -  Nathan  wysłuchał  Eve  i  przez  chwilę  nie  potrafił 

wykrztusić ani słowa. - To z pewnością Franklin Copeland. 

Eve przeszył dreszcz. 
- Co takiego?! 
- Dziwne, że się nie domyśliliście. Od kilku dni wiele się o nim 

pisze  w  gazetach  i  mówi  w  telewizji.  Stary  Tygrys  to  schorowany 
człowiek. 

- Nie interesowaliśmy się najświeższymi wiadomościami. 
- To zrozumiałe. Mieliście co innego na głowie. 
- Stary Tygrys - powtórzyła. - Właśnie takich słów użył Hebert. 
-  To  przezwisko  Copelanda  z  czasów,  kiedy  służył  w  randze 

pułkownika  w  Wietnamie.  Potem  wybrano  go  na  prezydenta.  Bo-
hater  wojenny,  były  prezydent  Stanów Zjednoczonych,  od  piętnastu 
lat  udziela  się  w  UNESCO.  Śmiem  twierdzić,  że  jego  pogrzeb 
ściągnąłby najznamienitszych gości z całego świata. 

- Nie wiesz, czy chce, by po śmierci pochowano go w Boca? 
-  Nie,  ale się dowiem.  -  Zapadła cisza.  -  Miałem  okazję  poznać 

Copelanda podczas jego wykładu w Nowym Orleanie. Polubiłem go. 
To świetny gość. 

Eve  nie  miała  okazji  poznać  byłego  prezydenta,  lecz  wiedziała, 

że opinia Nathana nie była przesadzona. Copeland sprawiał wrażenie 
sympatycznego,  inteligentnego  mężczyzny, któremu obca jest pycha 

background image

 

226 

i pretensjonalność. 

-  Mówimy  o  nim  tak,  jakby  już  nie  żył  -  spostrzegł  Nathan.  - 

Wąglik? - Co można zrobić, aby uratować mu życie? 

- Co mu dolega? - Wzięła głęboki oddech. 
- Nie. 
Przyszło  jej  to  do  głowy  w  pierwszej  kolejności,  gdyż  kilka  lat 

wcześniej  panika  ogarnęła  Boca  Raton  w  związku  z  pogłoskami  o 
epidemii wąglika. 

- Wobec tego co mu jest? 
-  Nic  nadzwyczajnego.  Ma  problemy  z  sercem,  dodatkowo 

pogłębione  ciężką  astmą.  Od  kilku  lat  jego  stan  jest  niezły,  lecz  w 
ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  przeszedł  kilka  ataków.  Trzykrotnie 
trafił do szpitala - ostatni napad astmy doprowadził do ataku serca. 

- Astma... Co mogło wywołać napad? Może trucizna? 
-  Diabli  wiedzą.  Powinniśmy  zwrócić  się  do  służb  specjalnych, 

oni sobie z tym poradzą. Wybieracie się tutaj? 

-  Najbliższym  samolotem.  Postaraj  się  znaleźć  dla  nas  nocleg 

poza  miastem.  Musimy  zachować  anonimowość.  Nikt  nie  może 
wiedzieć, że Hebert nie żyje. 

-  Sprytne.  Wobec  tego  zapewne  powinienem  natychmiast  skon-

taktować  się  z  ochroną  Copelanda  i  powiedzieć  im  o  naszych 
podejrzeniach. 

- Zgadza się. 
-  Już  jadę.  Może  uda  się  im  ocalić  życie  staruszkowi.  Dajcie 

znać, o której przylatujecie, to wyjdę po was. 

- Mam nadzieję, że nie będzie za późno. - Zakończyła rozmowę i 

spojrzała na Joego. - Franklin Copeland. 

Gwizdnął cicho. 
- To by się zgadzało. Powszechnie znany i w dodatku ceniony. 
-  Pomyśleć,  że  chcą  go  zabić  tylko  po  to,  aby  mieć  pretekst  do 

cholernego  zebrania.  -  Eve  poczuła  pod  powiekami  piekące  łzy.  - 
Powinni się smażyć w piekle. 

- Ten zjazd musi być dla nich ważny - zamyślił się Joe. - Etienne 

powiedział  Nathanowi,  że  członkowie  Sprzysiężenia  spotykają  się 
tylko w wyjątkowych sytuacjach. Chciałbym wiedzieć, o czym  będą 
radzić teraz. 

background image

 

227 

-  Ja  też.  Dowiemy  się.  -  Z  trudem  przełknęła  ślinę.  -  Ale  w  tej 

chwili najważniejszy jest Copeland. O której ruszamy w drogę? 

-  Najbliższy  samolot  do  Fort  Lauderdale,  skąd  jest  czterdzieści 

minut  drogi  do  Boca,  odlatuje  o  dziesiątej  rano.  Nie  ma  połączeń 
bezpośrednich. 

Eve ruszyła do łazienki. 
- Wobec tego pora na nas. 
 
Nathan  czekał  na  nich  przed  bramką.  Eve  nie  musiała  nawet 

pytać. Od razu się domyśliła. 

- Przykro mi. Copeland zmarł dwie godziny temu. 
Trudno  jej  było  się  z  tym  pogodzić.  Irracjonalnie  wierzyła,  że 

zdołają go ocalić. Znowu łzy napłynęły jej do oczu. 

- Naprawdę miałam nadzieję... 
- Chodźmy stąd. - Joe wziął ją za rękę i poprowadził korytarzem. 

- A co ze służbami specjalnymi? Udało ci się do nich dotrzeć? 

Nathan kiwnął głową. 
-  Tak,  ale  to  nic  nie  dało.  Straciłem  mnóstwo  czasu  na  przeko-

nywanie ich, że warto potraktować mnie poważnie. Uznali, że jestem 
jakimś  zwariowanym  dziennikarzem,  usiłującym  rozdmuchać 
wydumaną  historię.  Zadzwonili  nawet  do  Ruska  z  FBI,  by 
sprawdzić, czy w sprawie Sprzysiężenia toczy się śledztwo. 

- I co, pomogło? 
Pokręcił głową. 
- Wczoraj po południu Rusk zginął w wypadku samochodowym. 

Wracał do domu z biura. 

Eve osłupiała. 
- Co ty mówisz? 
- Został potrącony na ulicy, kiedy szedł do supermarketu. 
Kolejna  śmierć.  Nie,  kolejne  morderstwo.  Czy  to  się  kiedyś 

skończy? 

- Sprzysiężenie? 
-  Tak  podejrzewam.  Najpierw  Jennings,  teraz  Rusk.  Ktoś 

uszczelnia wszystkie możliwe źródła przecieku. 

- Rozumiem, że sprawcy nie udało się złapać? 
Nathan pokręcił głową. 

background image

 

228 

-  Świadek  zdarzenia  stwierdził,  że  to  był  stary,  sfatygowany 

buick. Kierowca prawdopodobnie pochodził z Ameryki Południowej. 

-  Ale  ludziom  ze  służb  specjalnych  śmierć  Ruska  akurat  w tym 

momencie powinna chyba wydawać się podejrzana? 

- Wypadek nie musi wiązać się ze sprawą.  W biurze Ruska nikt 

nic nie wiedział o Copelandzie ani o niczym, co się tutaj dzieje. 

Giną  dowody...  agenci  mają  wypadki...  -  przypomniała  sobie 

słowa Heberta. 

- I w rezultacie nikt cię nie słuchał - dokończyła. 
-  Tego  nie  powiedziałem.  Kiedy  uznali,  że  istnieje  choć  nikłe 

prawdopodobieństwo,  że  groźba  zamachu  na  Copelanda  jest  realna, 
podjęli pewne działania. Było jednak za późno. Copeland już nie żył. 
-  Nathan  ciężko  westchnął.  -  Nie  potrafię  uwolnić  się  od  myśli,  że 
gdybym  ich  przekonał,  iż  muszą  działać  natychmiast,  ocaliłbym 
człowiekowi życie. 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  udałoby  się  osiągnąć  coś  więcej  - 

westchnęła  Eve.  -  Nie  mamy  przecież  dowodów  na  to,  że 
Sprzysiężenie  wzięło  Copelanda  na  cel.  Czy  policja  zamierza 
przeprowadzić sekcję zwłok? 

Nathan pokiwał głową. 
- Mam nadzieję. Sądzę, że przekonałem agenta Wilsona ze służb 

specjalnych,  aby  przyjrzał  się  bliżej  okolicznościom  śmierci 
Copelanda.  Dochodzenie  będzie  jednak  prowadzone  niezwykle 
dyskretnie.  Gdyby  się  okazało,  że  cała  ta  historia  jest  wyssana  z 
palca,  rodzina  Copelanda  i  jego  wysoko  postawieni  przyjaciele  nie 
puściliby  tego  płazem.  Śmierć  Copelanda  powinna  być  równie 
godna, jak jego życie. 

- Zatem pogrzeb odbędzie się zgodnie z planem. 
- Wszystko na to wskazuje - potwierdził Nathan. 
- I nic nie zakłóci planów Sprzysiężenia. 
-  Przynajmniej  dzięki  nam  służby  specjalne  wiedzą  o 

zbliżającym  się  zebraniu.  -  Nathan  otworzył  drzwi  szarego 
chevroleta z wypożyczalni. - Może coś z tego wyniknie. 

-  Pamiętaj,  że oni  nie wiedzą,  kogo  mają  szukać.  -  Eve wsiadła 

do samochodu.  -  Jeśli  nie  będą  mieli  dowodów na to,  że Copelanda 
zamordowano, śledztwo utknie w martwym punkcie. 

background image

 

229 

-  Przecież  my  znamy  jednego  z  członków  Sprzysiężenia,  który 

się zjawi na zebraniu - zauważył Joe. - Meltona. 

Eve z powątpiewaniem pokręciła głową. 
-  To  wcale  nie  jest  przesądzone.  Hebert  mówił,  że  Melton 

potwornie  się  boi,  iż  Thomas  Simmons  go  wyśledzi.  Poza  tym 
Melton podejrzewa, że śmierć trzech członków Sprzysiężenia z jego 
stanu bynajmniej nie była przypadkowa i obawia się, że on może być 
następny. 

- Zebrania członków Sprzysiężenia odbywają się bardzo rzadko: 

każde  jest  wielkim  wydarzeniem  -  zauważył  Joe.  -  Aby  usprawied-
liwić  swoją  nieobecność,  Melton  musiałby  dysponować  niezbitymi 
dowodami na to, że jego życie jest zagrożone. 

-  Mnie też to  przyszło  do  głowy.  -  Nathan  wycofał  samochód z 

miejsca  parkingowego.  -  A  zatem  piłka  wciąż  jest  w  grze.  Musimy 
tropić  Meltona  tak  długo,  aż  się  dowiemy,  gdzie  się  odbędzie 
zebranie. Resztą zajmie się FBI. 

Eve znowu pokręciła głową. 
-  I  co  nam  to  da?  Mamy  do  czynienia  z  wysoko  postawionymi 

osobistościami,  ludźmi  odgrywającymi  wielką  rolę  w  swoich  pań-
stwach.  Jak  możemy  udowodnić,  że  postępują  wbrew  prawu?  Poza 
tym  skąd  pewność,  że  FBI  zdecyduje  się  wkroczyć  do  akcji? 
Najpierw muszą nam uwierzyć. 

Nathan przygryzł usta. 
- Nie dam za wygraną. Zbyt długo tropiłem Sprzysiężenie i zbyt 

długo  szukałem  Simmonsa,  żeby  teraz  rezygnować.  Wreszcie  mam 
ślad. Faktycznie, jesteśmy zdani na własne siły, ale możemy ujawnić 
prawdę  o  tej  cholernej  tajnej  organizacji.  Na  pewno  uda  się  nam 
poznać nazwiska i twarze jej członków. 

-  Kto  wie,  może  dowiemy  się  też  czegoś  więcej  -  zamyślił  się 

Joe.  -  Dzięki  mikrofonom  kierunkowym  zarejestrujemy  ich 
rozmowy. Nagramy ich na taśmy wideo. Zrobimy zdjęcia. 

-  Na  pewno  są  dobrze  chronieni  -  zwróciła  uwagę  Eve.  - 

Zbliżenie się do nich nie będzie łatwe. 

- Ich najlepszy fachowiec od mokrej roboty, Hebert, już nam nie 

zagrozi. To nam stwarza pewne szanse. 

-  Nie  sądzę.  Z  pewnością  mają  innych.  Poza  tym  już  po  kilku 

background image

 

230 

bezskutecznych  próbach  nawiązania  z  nim  kontaktu  nabiorą  po-
dejrzeń. Staną się jeszcze ostrożniejsi. 

Nathan bacznie spojrzał na Eve. 
- Chcesz przez to powiedzieć, że mamy się wycofać? 
- Skąd. Po prostu tak widzę całą sytuację. Pewnie nie osiągniemy 

wszystkiego, co byśmy chcieli, ale zadowolę się choćby częściowym 
sukcesem. 

Nathan się rozpogodził. 
-  Jak  powiedział  Quinn,  możemy  uzyskać  więcej,  niż  nam  się 

wydaje. Chyba mam jeszcze szansę na nagrodę Pulitzera. 

 
Mały,  biały  domek  na  plaży,  do  którego  zawiózł  ich  Nathan, 

znajdował się zaledwie kilka kilometrów od miasta. 

-  W  tak  krótkim  czasie  nie  zdołałem  znaleźć  nic  lepszego. 

Sprawę wynajmu załatwiłem telefonicznie przez pośrednika. 

- Może być. - Eve wysiadła z samochodu. - Najważniejsze, żeby 

nikt się tutaj nie kręcił. 

-  Pójdę  się  rozejrzeć  po  okolicy.  Wracam  za  chwilę  -  oznajmił 

Joe; obszedł dookoła dom i ruszył nad morze. 

-  Klucz  powinien  leżeć  pod  palmą,  w  skrytce...  -  Nathan 

odszukał  schowek,  wystukał  odpowiednią  kombinację  w  zamku 
szyfrowym,  wyciągnął  klucz  i  otworzył  drzwi.  -  Wejdź.  Sprawdzę, 
czy Quinn nie potrzebuje pomocy. 

- Da sobie radę. 
-  I  tak  wyjdę.  Powinienem  się  bardziej  starać,  skoro  nie  ma  tu 

Galena. Dobrze, że się stąd zabrał - mruknął z niechęcią. 

Eve  z  irytacją  pokręciła  głową  i  zamknęła  za  sobą  drzwi. 

Denerwowała ją ta cała troska o jej  bezpieczeństwo. Czemu  nikt nie 
zatroszczył  się  o  tamtego  starego  człowieka.  Zawiodła  nawet  jego 
osobista  ochrona  z  rządowych  służb  specjalnych.  Jak  Hebert  zdołał 
go zamordować? 

Przeszła przez pokój, włączyła telewizor i zaczęła oglądać CNN. 
Na 

ekranie 

pojawiła 

się 

twarz 

Franclina 

Copelanda. 

Wspomnienie  pośmiertne.  Eve  opadła  na  kanapę,  uważnie 
wsłuchując  się  w  każde  słowo.  Zobaczyła  żonę  zmarłego,  Lily. 
Pokazano  ją  podczas  odwiedzin  w  szpitalu,  kiedy  Copeland  kilka 

background image

 

231 

tygodni  temu  doznał  ataku  serca.  Lily  była  szczupłą,  elegancką 
kobietą  po  siedemdziesiątce.  Rzucało  się  w  oczy,  że  małżeństwo  to 
łączyły  wyjątkowo  trwałe  więzi.  Autorzy  programu  wymienili  na 
koniec  liczne  zasługi  byłego  prezydenta  z  uwzględnieniem  jego 
działalności  charytatywnej.  Zmarły  zrobił  w  życiu  wiele  dobrego. 
Eve  nie  miała  pojęcia,  że  pracował  dla  chrześcijańskiej  organizacji 
dobroczynnej  Habitat  for  Humanity.  Wcześniej  nie  zwracała  uwagi 
na  dokonania  Copelanda.  Zainteresowała  się  nim  dopiero  teraz,  a 
najbardziej obchodziły ją okoliczności jego śmierci. 

Kilka minut później do domu weszli Nathan  i Joe. Joe usiadł na 

kanapie obok Eve. 

- Coś istotnego? - spytał. 
-  Uroczystości  pogrzebowe  odbędą  się  pojutrze  w  katedrze 

Świętej Katarzyny. 

-  Dwudziestego  dziewiątego  października  -  uzupełnił  Joe.  Był 

zamyślony. 

-  Tak  jest  -  Eve  ruchem  głowy  wskazała  na  telewizor:  Kim 

Basinger wsiadała do samolotu w Los Angeles. - Kiedyś poleciała z 
Copelandem  do  Afryki,  by  wspierać  akcję  charytatywną  UNESCO. 
Jest w drodze na pogrzeb. 

- Wątpię, czy jest członkinią Sprzysiężenia - skomentował sucho 

Nathan. 

-  Wcześniej  pokazywali  Jamesa  Tarranta,  brytyjskiego  magnata 

prasowego,  który  wprost  z  jakiegoś  zebrania  spieszył  na  lotnisko  w 
Londynie.  Komentator  przytoczył  jego  słowa.  Tarrant  podobno 
stwierdził, że świat stracił wielkiego człowieka i on zamierza złożyć 
mu hołd. 

- Wzruszające - burknął Joe. 
Nathan przytaknął mu skinieniem głowy. 
- Trudno jest odróżniać ziarno od plew. Melton może nam w tym 

pomóc. - Odwrócił się ku drzwiom. - Idę do redakcji lokalnej gazety. 
Spróbuję się dowiedzieć,  kiedy  Melton  ma się zjawić w Boca.  Dam 
wam znać, gdy tylko wpadnę na jakiś trop. 

-  Potrzebujemy  zdjęć  Thomasa  Simmonsa.  Spróbujesz  zdobyć 

kilka? 

- Ach, tego człowieka z mroku? 

background image

 

232 

Dobrze  powiedziane,  pomyślała  Eve.  Simmons  cały  czas 

skrywał się w mroku, uciekając przed ścigającym go Hebertem. 

-  Ten  „człowiek  z  mroku”  usiłował  mnie  zabić,  i  ma  na  swoim 

sumieniu co najmniej trzech członków Sprzysiężenia. Chcę znać jego 
twarz. 

-  Ja  już  wiem,  jak  wygląda.  Tuż  po  przyjeździe  do  Boca 

wszedłem  na  strony  internetowe  Kalifornijskiego  Instytutu 
Technologicznego  i  ściągnąłem  zdjęcie  personelu.  Dodatkowo 
odnalazłem fotografię z gazetki studenckiej. Zrobię kilka odbitek dla 
ciebie i dla Quinna. 

-  Jak  się  nazywa  ten  agent  ze  służb  specjalnych,  z  którym 

rozmawiałeś w sprawie Copelanda? Wilson? - zainteresował się Joe. 
- Jest pewnie jeszcze za wcześnie, ale sprawdzę, czy już pojawiły się 
wyniki sekcji zwłok. 

- Tak, Pete Wilson - twarz mu się zachmurzyła. - Mam nadzieję, 

że będziesz miał więcej szczęścia ode mnie. - Wyszedł, zamykając za 
sobą drzwi. 

Eve wbiła wzrok w Joego. 
- Co dalej? 
- Potrzebny  nam  samochód. Poza tym  musimy zdobyć sprzęt do 

podsłuchu  i  prowadzenia  obserwacji.  Wprawdzie  zbyt  mało  wiemy, 
ale  może  Nathanowi  tym  razem  się  poszczęści  i  zdobędzie  jakieś 
informacje. Resztą zajmę się sam. 

- Zaraz. - Zawahała się. - Zadzwońmy do Galena. - Uniosła dłoń, 

widząc,  że  Joe  otwiera  usta,  by  zaprotestować.  -  Galen  to  między 
innymi  nasz  zaopatrzeniowiec,  potrafi  zdobyć  niemal  wszystko.  Ma 
rozległe  kontakty.  Idę  o  zakład,  że  wystarczy  jeden  jego  telefon,  a 
dostaniemy  wszystko,  czego  sobie  zażyczymy,  od  kombinezonu 
astronauty do bomby atomowej. Joe, potrzebujemy go. 

-  Wcale  nie.  -  Lekko  się krzywiąc,  po  chwili  zastanowienia po-

wiedział: - Ale możemy skorzystać z jego pomocy. 

Eve szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. 
- Mogę z nim współpracować. Zapoznał mnie z sytuacją w Baton 

Rouge,  zapominając  o  osobistych  animozjach,  kiedy  chodziło  o  za-
pewnienie  ci  bezpieczeństwa.  Ja  też  mogę  teraz  o  nich  zapomnieć. 
Zatelefonujesz do niego sama czy ja mam to zrobić? 

background image

 

233 

- Ja się z nim skontaktuję. 
-  Świetnie.  -  Joe  ruszył  do  kuchni.  -  Zaparzę  kawę,  a  potem 

zadzwonię do  Wilsona  i  mojej  jednostki,  żeby  sprawdzić,  czy  Carol 
dostała już raporty z laboratorium. 

Eve z zadumą pokiwała głową i wystukała numer Galena. 
- Hebert nie żyje! Hip, hip, hura! - wykrzyknął Galen, kiedy Eve 

przekazała  mu  nowiny.  -  Trzeba  przyznać,  że  Quinn  załatwił  go 
bardzo efektownie. Moje gratulacje. 

-  Z  pewnością  się  ucieszy.  Zdobędziesz  dla  nas  ten  sprzęt? 

Lepiej,  żeby  nikt  ze  Sprzysiężenia  nie  wiedział,  że  Joe  i  ja  jeszcze 
żyjemy. 

- Drobiazg. Daj mi adres i telefon. 
- Właściwie nie znam... - Dostrzegła numer na aparacie i szybko 

wyrecytowała go do słuchawki, następnie wyszła przed dom, spisała 
adres ze skrzynki na listy i podyktowała go Galenowi. 

-  W  porządku  -  oświadczył  Galen.  -  Ruszam  w  drogę.  Jonas 

Faber nadal powinien być w Orlando. Pomoże nam. 

- Kto to jest Jonas Faber? 
-  Nie zadawaj  pytań,  nie usłyszysz kłamstw.  Po prostu przyjmij 

do  wiadomości,  że  będzie  nam  służył  pomocą.  Poza  tym  postaram 
się dowiedzieć, gdzie odbędzie się spotkanie. 

- Nathan jest już na tropie Meltona. 
-  Do męskiej  roboty  nie wysyła  się chłopców.  Zacznę od  spraw 

technicznych. - Rozłączył się. 

Joe stanął w drzwiach do kuchni. 
- I co ci powiedział? 
- Że bierze się do roboty. Dowiedziałeś się czegoś od Wilsona? 
Joe pokręcił głową. 
- Nie będzie sekcji. 
- Co takiego? 
-  Lekarz  prowadzący  stwierdził,  że  doskonale  zna  przyczyny 

zgonu Copelanda i wie, że są one naturalne. Zmarły był uczulony na 
pleśń, a ostatnio jego alergia znacznie się pogłębiła. W szpitalu kilka 
razy  przeprowadzano  mu  testy,  wynik  był  zawsze  ten  sam.  Lekarze 
robili  wszystko,  co  w  ich  mocy,  aby  utrzymać  sterylne  warunki 
wokół  Copelanda  i  nie  narażać  go  na  kontakt  z  zarodnikami  pleśni, 

background image

 

234 

lecz  on  odmawiał  opuszczenia  domu  na  Florydzie,  nie  chciał  też 
mieszkać w plastikowej komorze. Tutaj wszędzie aż roi się od pleśni. 

- Sekcja zwłok mogłaby wykazać inną przyczynę zgonu. 
Joe ponownie pokręcił głową. 
-  Lekarz stwierdził,  że  nie  będzie pogłębiał  smutku  rodziny  bez 

uzasadnionego  powodu.  Zresztą  ciało  zawsze  można  ekshumować, 
jeśli śledztwo wykaże, że doszło do morderstwa. 

 
Dwie  godziny  później  przed  drzwiami  domku  stanął  czarny, 

wynajęty chevrolet. 

Po  kolacji  zadzwonił  Jonas  Faber,  a  nieco  później  zjawił  się 

osobiście. Ich gość okazał się niskim, pogodnym człowiekiem, który 
niezwykle  uprzejmie  poprosił  Joego,  by  ten  poszedł  z  nim  do 
furgonetki. 

Joe wrócił po dwudziestu minutach, kręcąc głową. 
- Coś nie tak? 
-  Skąd,  wszystko  w  porządku,  pod  warunkiem  że  chcesz 

otworzyć  sklep  dla  szpiegów  lub  zająć  się  handlem  bronią  ręczną. 
Nawet 

FBI 

nie 

dysponuje 

tak 

wyrafinowanym 

sprzętem 

wywiadowczym  jak ten,  który  sprowadził  Faber.  Jego furgonetka,  a 
właściwie  wóz  techniczny,  stoi  na  naszym  podwórku  -  uśmiechnął 
się Joe. - Ten człowiek zadbał o wszystko, także o szkolenie. Nie da 
mi  spokoju,  dopóki  nie opanuję obsługi  kamer  i  całej reszty.  Chciał 
mnie  nawet  nauczyć  strzelać  z  AK  47.  Poinformowałem  go,  że 
trudno  mnie  nazwać  amatorem  w  sprawach  związanych  z 
używaniem broni palnej. 

Wóz  techniczny?  Eve  poprosiła  przecież  tylko  o  sprzęt  wywia-

dowczy. 

-  Zdaje  się,  że  Galen  nie  kłamał,  twierdząc,  że  zabiera  się  do 

roboty. 

 
Nathan zadzwonił godzinę później. 
- Melton zjawił się w Boca. Przybył dwie godziny temu i udał się 

bezpośrednio do domu Copelanda, żeby złożyć wdowie kondolencje. 
Drań. 

- Śledzisz go? 

background image

 

235 

- Każdy krok. 
- Bądź ostrożny. 
- Daj spokój, jeszcze mi życie miłe. 
- Mam do ciebie prośbę. Pojutrze wybieram  się na nabożeństwo 

żałobne. 

- Dlaczego? 
-  Chcę  tam  być.  Chcę  przyjrzeć  się  wszystkim  ludziom  wcho-

dzącym  do  kościoła,  aby  później  móc  ich  rozpoznać.  Zdobędziesz 
dla mnie czarny kapelusz z ciemną woalką? 

-  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  twoja  obecność  na  pogrzebie  w 

niczym nam nie pomoże? 

Wiedziała o tym, lecz mimo to chciała osobiście pożegnać Cope-

landa. Był wielkim człowiekiem. Żałowała, że umarł, w jakiś sposób 
czuła się z nim związana. 

-  Ale  też  nie  zaszkodzi.  Nie  chcę  tu  siedzieć  z  założonymi 

rękami.  Joe  i  tak  będzie  zajęty  nauką  obsługi  sprzętu 
wywiadowczego. 

-  Będziesz  musiała  stać  w  tłumie  na  ulicy.  Aby  wejść  do 

kościoła, trzeba mieć specjalne zaproszenie. 

- I tak tam pojadę. 
-  Niech  będzie.  Podrzucę  wara  do  domu  kapelusz  i  zdjęcia 

Simmonsa, gdy tylko się upewnię, że Melton dotarł na noc do hotelu. 

 
- Oto twój kapelusz - Nathan wręczył Eve plastikową torbę. - Nie 

poszło  łatwo.  Zwykłe  sklepy  już  pozamykano,  więc  poszedłem  do 
całodobowej  drogerii  i  kupiłem  czarny  kapelusz słomkowy  na plażę 
oraz czarny, przejrzysty szal. Zrobisz z niego woalkę... 

- Poradzę sobie. Dzięki, Nathan. 
-  Drobiazg.  -  Sięgnął  do  kieszeni  i  wyciągnął  kopertę.  - 

Simmons. 

Eve  wysypała  zdjęcia.  Na  jednym  Simmons  stoi  przed  jakimś 

budynkiem.  Drugie,  portretowe,  pochodziło  z  gazetki  studenckiej. 
Zrobiono  je  w  czasie,  gdy  Simmons  rozpoczynał  pracę  dla  Kalifor-
nijskiego  Instytutu  Technologicznego.  Profesor  Thomas  Simmons 
dobiega  czterdziestki,  ma  regularne  rysy  twarzy  i  lekko  wysuniętą 
dolną wargę. Nosi okulary w rogowej oprawce i śmiałym wzrokiem 

background image

 

236 

spogląda w obiektyw. 

- Wygląda sympatycznie. Trudno uwierzyć, że to morderca. 
-  Może  się  zmienił,  kiedy  Sprzysiężenie  podjęło  próbę 

wysadzenia  go  w  powietrze.  -  Nathan  rozejrzał  się  po  pokoju.  - 
Gdzie Quinn? 

-  Z  tyłu  domu,  w  furgonetce.  Fascynuje  go  cały  zgromadzony 

tam sprzęt. Postanowił zrobić ze mnie dźwiękowca. 

- Skomplikowana sprawa. 
-  Nieszczególnie.  Faber  zadbał  o  to,  by  sprzęt  był  łatwy  w  ob-

słudze. 

- Wobec tego chyba wrócę do hotelu, żeby mieć oko na Meltona. 

W  ten  sposób  zapewnię  ci  materiał  do  nagrywania.  Będę  w 
kontakcie,  ale  pamiętaj,  że  teraz  już  przyczepię  się  do  Meltona  jak 
rzep.  Spotkamy  się  pojutrze,  przed  kościołem.  -  Skierował  się  ku 
drzwiom wejściowym. 

- Jasne. 
Gdy  zamknął  za  sobą  drzwi;  Eve  sięgnęła  po  kapelusz  i  szal. 

Obydwie rzeczy  były tandetne, ale nie miało to znaczenia. Chodziło 
o to, by nikt jej nie rozpoznał i by mogła wtopić się w tłum. 

- Czy Nathan przyniósł zdjęcie? 
Odwróciła się i ujrzała Joego. 
- Nawet dwa. - Wręczyła mu kopertę. - Na dzisiaj koniec? 
W zamyśleniu pokręcił głową i wpatrywał się w fotografie. 
-  Powiedziałam  Nathanowi,  że  trudno  uwierzyć,  aby  to  był 

morderca. 

-  Ja  nie  mam  z  tym  trudności,  ale  w  końcu  widziałem  więcej 

morderców niż ty. 

-  Może  po  prostu  mam  już  mętlik  w  głowie  -  odparła  z 

rezygnacją  Eve.  -  Thomas  Simmons  był  zapewne  kiedyś  bardzo 
dobrym,  świetnie  się  zapowiadającym  uczonym.  Jego  życie 
potoczyło  się  jednak  złymi  torami  i  został  mordercą.  Trudno  to 
pojąć. 

- Jak komu. Zabijanie to sprawa wyboru. Podejmujesz decyzję, a 

potem  ponosisz  jej  konsekwencje.  Jestem  gliniarzem,  ale  bez  trudu 
przychodzi mi oczyszczanie ulic z  brudów, które na nich zalegają. - 
Wepchnął  zdjęcia  do  kieszeni  i  ruszył  do  wyjścia.  -  Simmons 

background image

 

237 

popełnił błąd, nastając na twoje życie. 

 
BOCA RATON 
29 października 
 
Na  odgrodzonych  linami  ulicach  przed  katedrą  Świętej 

Katarzyny  było  tłoczno,  ludzie  stali  w  sześciu  rzędach.  Po  kilku 
minutach  intensywnego  wypatrywania  Eve  dostrzegła  wreszcie 
Nathana. Natychmiast do niego podeszła. 

-  Eve?  -  Nathan  usiłował  rozpoznać  twarz  ukrytą  pod  ciemnym 

welonem. 

Skinęła głową. 
- Melton jest w środku? 
-  Wszedł  tam  pół  godziny  temu.  Pewnie  chciał  zrobić  entrée 

przed przybyciem prezydenta. 

- Prezydent przyjechał? 
- Dziesięć minut temu - ruchem głowy  Nathan wskazał czterech 

mężczyzn  w  ciemnych  garniturach  i  okularach  przeciwsłonecznych, 
którzy stali na schodach prowadzących do kościoła. - Tajne służby. 

-  Mam  nadzieję,  że  potrafią  zadbać  o  bezpieczeństwo  głowy 

państwa.  Copelanda  nie  udało  im  się  ochronić.  -  Wpatrywała  się  w 
drzwi świątyni. - Dobrze, że prezydent Andreas tu przybył. Copeland 
zasługuje na to, żeby go pochowano z najwyższymi honorami. 

- Bardzo się przejęłaś jego śmiercią. 
Wzruszyła ramionami. 
-  Pewnie  dlatego,  że  mam  poczucie  winy.  Gdybym  wcześniej 

domyśliła  się  sensu  słów  Heberta,  może  udałoby  się  ocalić  życie 
Copelandowi. 

- A może nie. Nie wiedziałaś, że Hebert zamierza zabić Copelan-

da, a potem było już za późno, by cokolwiek zmienić. 

- Każda minuta mogła mieć tu znaczenie. - Obojętnie patrzyła na 

kolejne limuzyny, które zatrzymywały się przed kościołem i wypusz-
czały pasażerów. - Nie wiem, czy... Chryste Panie! - złapała Nathana 
za rękę. - Niemożliwe, chyba oszalałam. Czy to Thomas Simmons? 

Nathan znieruchomiał. 
- Gdzie? 

background image

 

238 

-  Po  drugiej  stronie  ulicy.  W  zielonej  koszulce  polo.  Zaraz,  on 

stoi  nie  dalej  niż  trzy  metry  od  agenta  służb  specjalnych.  -  Eve  nie 
odrywała  wzroku  od  jakiegoś  mężczyzny  uważnie  przypatrującego 
się zebranym. Te same wydęte usta, te same rogowe oprawki... - To 
on, z całą pewnością. 

- Jeśli to nie on, to znaczy, że ma sobowtóra. - Nathan zaczął się 

przepychać przez zbity tłum. - Może uda się nam podejść bliżej. 

Eve podążyła za nim. 
Simmons. Dobry Boże, Simmons... 
Thomas  Simmons  nagle  podniósł  wzrok  i  spojrzał  prosto  na 

Nathana, oddalonego od niego zaledwie o kilka metrów. 

Nathan się uśmiechnął. 
- Dzień dobry, czy moglibyśmy zamienić kilka... 
Simmons błyskawicznie się odwrócił i zanurkował między zgro-

madzonych  ludzi,  gwałtownie roztrącając  ich  na  boki.  Gdy  tłum  się 
przerzedził, zaczął biec. 

- Cholera! - zaklął Nathan i rzucił się w pościg. 
Eve  również  usiłowała  biec,  lecz  tłok  na  ulicy  znacznie  jej  to 

utrudniał.  Gdy  dotarła  do  pierwszej  przecznicy,  przystanęła  zdezo-
rientowana.  Nie  wiedziała,  czy  mężczyźni  skręcili  czy  pobiegli 
prosto. 

Nagle ujrzała Nathana i ruszyła za nim. 
Przy  następnej  przecznicy  Simmons  wskoczył  do  beżowej 

toyoty. 

Nathan przyspieszył kroku. 
- Stać! Niech pan nie odjeżdża! Proszę mi pozwolić... 
Toyota zjechała z krawężnika i wkrótce zniknęła w oddali. 
Nathan  się  zatrzymał.  Klnąc,  na  czym  świat  stoi,  patrzył  na 

odjeżdżający samochód. 

- To był on, prawda? - Eve zatrzymała się obok. - Simmons? 
-  Tak  sądzę.  -  Nathan  sięgnął  do  kieszeni  i  wyjął  z niej  notes. - 

Mam  nadzieję,  że  dobrze  zapamiętałem  numer  rejestracyjny.  -  Za-
pisał go na skrawku papieru. - Jeśli auto jest z wypożyczalni, niczego 
się nie dowiemy. Jak myślisz, czy Quinn może to szybko sprawdzić? 

Skinęła głową, biorąc kartkę do ręki. 
- Co on tutaj robił? 

background image

 

239 

-  Kto  to  wie?  Jeśli  to  on  zabił  tamtych  trzech  członków 

Sprzysiężenia,  niewykluczone,  że  tym  razem  wybierał  sobie 
następny  cel.  A  może  śledził  Meltona,  tak  jak  ja.  A  jeśli  jest 
kompletnie  walnięty,  znalazł  sobie  jeszcze  inny  powód.  -  Nathan 
oparł  się  o  ścianę  domu  i  z  trudem  łapał  powietrze.  -  Chryste,  pora 
schudnąć. Ten sprint niemal mnie wykończył. 

- Przynajmniej wiemy, że Simmons jest w okolicy. 
- Fakt, z pewnością nie ścigaliśmy cienia. - Gniewnie zmarszczył 

nos.  -  Poza  tym  ma  znacznie  lepszą  kondycję  ode  mnie.  Muszę 
wracać.  Zaczekam,  aż  Meltonowi  obeschną  te  jego  krokodyle  łzy  i 
wyniesie się z kościoła. - Oderwał się od ściany. - Idziesz? 

Pokręciła głową. 
- Wracam do domu. Najpierw jednak przedyktuję numer Joemu. 
 
DOM NAD JEZIOREM 
ATLANTA, GEORGIA 
15.05 
29 października 
 
Pogrzeb  już  trwał,  kiedy  Galen  włączył  telewizor.  Jonathan 

Andreas,  prezydent  Stanów  Zjednoczonych,  stał  na  podium  i 
wygłaszał mowę pożegnalną. 

Gdy  realizator  programu  pokazał  wnętrze  kościoła,  Galen 

zwrócił  uwagę,  że  wszystkie  miejsca  są  zajęte.  W  pogrzebie 
uczestniczyło  co  najmniej  półtora  tysiąca  ludzi.  Rozpoznał  kilka 
osobistości:  Tony’ego  Blaira,  Normana  Schwarzkopfa,  Colina 
Powella. Przy gościach takiej rangi najrozsądniej byłoby... 

W drzwiach stał David Hughes. 
- Mogę pana na chwilę prosić? 
- Jakiś problem? 
-  Trudno  powiedzieć.  -  Był  czymś  zaniepokojony.  -  Czegoś  nie 

rozumiem. Coś tu jest nie tak. Niech pan sam zobaczy. 

 
 
 

background image

 

240 

Rozdział dwudziesty 

 

- To nie jest samochód z miejscowej wypożyczalni. - Joe odłożył 

słuchawkę.  -  W  tej  chwili  trwa  przeszukiwanie  komputerowej  bazy 
danych. Wkrótce się czegoś dowiemy. 

Eve zmarszczyła brwi. 
-  Mam  nadzieję.  Czuję  niepokój  na  myśl,  że Simmons  kręci  się 

gdzieś w pobliżu. 

-  Jeśli  się  dowiemy,  gdzie  dokładnie  przebywa,  gwarantuję,  że 

już nigdy nie poczujesz niepokoju na myśl o nim. 

Niespodziewanie  przypomniała  sobie  tę  przerażającą  chwilę, 

kiedy Joe i Hebert walczyli w błocie. 

- Zawsze musisz mieć... 
W tej samej chwili zadzwonił telefon komórkowy. 
-  Mało  brakowało  -  mruknął  do  siebie  Joe,  gdy  Eve  naciskała 

guzik na klawiaturze aparatu. 

-  Mam!  -  głos  Nathana  drżał  z  podniecenia.  -  Po  pogrzebie 

Melton spotkał się przed hotelem z jakimś mężczyzną. Ich rozmowa 
trwała  tylko  kilka  minut,  a  odbyła  się  przy  stoisku  z  gazetami. 
Wiedziałem,  że  Meltona  będą  otaczali  dziennikarze,  więc  postano-
wiłem śledzić tamtego. 

- Dokąd za nim pojechałeś? 
- Na lotnisko w Fort Lauderdale. 
- Co takiego? 
-  Właściwie  niezupełnie  na  lotnisko.  W  tamtych  okolicach 

znajduje  się  opuszczona  baza  lotnictwa  morskiego.  Toczy  się  o  nią 
spór  między  miejscowym  towarzystwem  historycznym  i  zarządem 
lotniska. Właśnie stamtąd w 1945 roku wystartowały samoloty, które 
zaginęły  w  rejonie  Trójkąta  Bermudzkiego.  W  bazie  stoi  wielki 
betonowy  budynek,  i  to  bez  wątpienia  on  posłuży  jako  miejsce 
zebrania.  Otacza  go  ogrodzenie  z  siatki  drucianej,  nikt  się  tam  nie 
kręci.  Jest  strzeżony  przez  co  najmniej  pięciu  mężczyzn,  nie  licząc 
tego, który rozmawiał z Meltonem. 

- Lotnisko - mruknęła Eve. 
-  To  wymarzony  punkt.  Po  pewnym  czasie  od  zakończenia 

background image

 

241 

pogrzebu członkowie organizacji  pojedynczo opuszczą Boca, rzeko-
mo z  zamiarem  powrotu  do  domu.  Następnie  przyjadą  na  spotkanie 
do  bazy  morskiej,  a  po  zebraniu  niespiesznie  pojadą  na  lotnisko  i 
wsiądą do swoich samolotów. Świetnie pomyślane. 

- Kiedy odbędzie się to zebranie? 
-  Zapewne  w  środku  nocy.  Nie  chcą,  żeby  ktoś  kręcił  się  po 

okolicy. Kiedy zobaczę, że Melton opuszcza hotel, dam wam znać. A 
teraz chciałem porozmawiać z Quinnem, 

Eve przekazała telefon Joemu. 
Dyskutowali tylko przez kilka minut. 
-  Już  jadę -  oznajmił  Joe,  rozłączył się  i oddał  aparat Eve.  -  On 

chce, żebym wziął sprzęt wywiadowczy, pojechał do bazy morskiej i 
rozstawił  urządzenia  przed  ogrodzeniem.  Jego  zdaniem  nie  ma 
możliwości  podejścia  do  budynku,  bo  strażników  jest  zbyt  wielu, 
lecz  można  się  ukryć  w  pobliżu  rowu  melioracyjnego  nieopodal 
bazy.  Nie  spodziewam  się  żadnych  trudności.  Kamera  i  sprzęt 
podsłuchowy działają na odległość ponad półtora kilometra. 

Skinęła głową. 
- W drogę. 
- Eve... 
- Ani słowa. Od kiedy tu przyleciałam, nie robię nic, tylko siedzę 

przed  telewizorem  i  oglądam  bandę  hipokrytów,  która  opowiada 
światu o wspaniałym, niedawno zmarłym człowieku. 

- Część z nich mówi całkiem szczerze. 
-  Tylko  którzy?  Chciałabym  to  wiedzieć.  -  Eve  podeszła  do 

drzwi. - Cały cholerny świat powinien się tego dowiedzieć. - I zerk-
nąwszy  na  Joego  przez  ramię,  dodała:  -  Tym  razem  nie  zostawisz 
mnie  na  poboczu  ani  na  bezludnej  wyspie.  Działamy  razem. 
Zrozumiano? 

- Niech będzie, tylko musimy... - Przerwał, bo zadzwonił telefon. 

Joe wcisnął guzik. - Quinn. - Przez chwilę nasłuchiwał. - Co takiego? 
- Zaniemówił. - Semtex? 

 
BAZA LOTNICTWA MORSKIEGO W FORT LAUDERDALE 
2.45 
30 października
 

background image

 

242 

 
Okna  białego  budynku  z  betonu  starannie  zasłonięte,  aby  na 

zewnątrz  nie  przedostała  się  ani  odrobina  światła.  Okolicę  pat-
rolowali ubrani na czarno ochroniarze z dobermanami. 

-  Następny  -  mruknął  Joe,  ustawiając ostrość w kamerze wideo. 

Wycelował  ją  na ciemnego  sedana  i  czekał. Po  chwili  z  samochodu 
wysiadł  jakiś  mężczyzna.  -  Tego  też  poznaję.  Ciekawie  się  zapo-
wiada. To szejk Hasan Ibn Abar. 

Eve pokiwała głową. 
- OPEC. 
Przez  ostatnią  godzinę  Eve  i  Joe  byli  świadkami  niespotykanej 

parady znanych oraz niesłychanie bogatych  i  barwnych postaci. Eve 
odsunęła od ucha słuchawkę. 

-  W  tej  chwili  niewiele  słychać.  Sygnał  zanika.  Przy  każdym 

starcie samolotu pojawia się szum i słychać tylko trzaski. 

- Powiedzieli coś ciekawego? 
-  Niewykluczone.  Ci  ludzie  z  całą  pewnością  nie  zebrali  się  po 

to,  aby  gawędzić  o  pogodzie,  ale  nie  jestem  wielojęzyczna.  Muszę 
się  koncentrować  na  rozmowach  prowadzonych  po  angielsku.  O, 
może na tej... - Poprawiła słuchawkę i  przekręciła gałkę urządzenia, 
które  przed  nią  stało.  -  Teraz  lepiej.  -  Przez  chwilę  nasłuchiwała.  - 
Mówią  coś  o  przełomie.  Potrzebna  im  wyraźna  większość  ze 
względu  na  wysokie  ryzyko...  Czego  dotyczy  to  cholerne  ryzyko? 
Powiedzcie  coś  o  tym!  -  skierowała  urządzenie  na  inną  część 
budynku. - Tarrant, brytyjski magnat prasowy. Mówi o pieniądzach i 
jakichś  konsekwencjach  dla  Banku  Światowego. Nie  wie,  co  zrobią 
ze spłatami w razie upadku reżimu. 

- Jakiego reżimu? 
- Cii... - uniosła rękę, nasłuchując. Nagle zmieniła się na twarzy. 

- Dobry Boże. 

- Eve? 
Pokręciła  głową.  Nie  mogła  uwierzyć  w  to,  co  usłyszała. 

Powinna  opanować  drżenie  i  słuchać  dalej.  To,  co  mówili  teraz, 
należało  dokładnie  zarejestrować.  Zerknęła  na  wskaźniki.  Tak, 
wszystko się nagrywało. 

Joe patrzył na nią z niepokojem. 

background image

 

243 

- Jesteś blada jak ściana. Co u licha... - Umilkł, widząc minę Eve. 
Po dziesięciu minutach zsunęła z ucha słuchawkę. 
-  Chodzi  o  Tamę  Trzech  Przełomów  w  Chinach.  Pamiętasz  ten 

program PBS sprzed roku? Mówiono w nim o tamie wznoszonej na 
rzece Jangcy. 

-  Pamiętam.  To  największy  projekt  budowlany  na  świecie  od 

czasu  Wielkiego  Muru.  Inżynierowie  szacują,  że  dzięki  tej  zaporze 
uzyska  się  osiemnaście  tysięcy  megawatów  prądu  i  rozwiąże 
problem powodzi. 

Eve pokiwała głową. 
-  Na  terenach  zalewowych  Jangcy  zginęło  w  ostatnim  stuleciu 

trzysta tysięcy  ludzi.  To  krwawa rzeka.  -  Westchnęła  ciężko.  -  Tak, 
Sprzysiężenie  zaatakuje  tamę  na  Jangcy.  Jego  członkowie 
postanowili  działać szybko,  zanim  zakończy  się pierwszy  etap prac. 
Na  budowie  wciąż  panuje  chaos,  więc  nie  powinni  mieć  większych 
trudności.  Muszą  się  jednak  spieszyć,  bo  chiński  rząd  zwiększa 
nadzór i wzmacnia ochronę budowy. 

- Sabotaż? 
Przytaknęła ruchem głowy. 
-  Akcję  chcą  przeprowadzić  przed  trzecim  listopada,  gdyż  tego 

dnia  ma  nastąpić  uszczelnienie  systemu  bezpieczeństwa.  Właśnie 
dlatego  Sprzysiężenie  musiało  się  zebrać  przed  dwudziestym  dzie-
wiątym października.  Innymi  słowy,  zaatakują w  ciągu  najbliższych 
dni.  Jeśli  zwolennicy  sabotażu  nie  uzyskają  większości  i  sprawa 
zacznie  się  przeciągać,  będą  musieli  zaczekać  z  akcją  do  chwili 
zakończenia budowy, a wówczas sprawa znacznie się skomplikuje. - 
Eve  zwilżyła  językiem  wyschnięte  wargi.  -  Wyobrażasz  sobie  ten 
ogrom zniszczeń...? 

- Aż za dobrze. Dlaczego oni to robią? 
-  Energia  produkowana  przez  elektrownię  wodną  będzie  gigan-

tycznym  stymulatorem  chińskiej  gospodarki,  która  i  tak  bardzo 
szybko się rozwija pod rządami obecnego reżimu i Sprzysiężenie ma 
trudności  ze  sprawowaniem  nad  nią  kontroli.  -  Z  goryczą  zacisnęła 
usta. - Członkowie Sprzysiężenia najwyraźniej chcą zachować pełną 
władzę nad światem. 

-  Kiedy  tama  legnie  w  gruzach,  razem  z  nią  zawali  się  reżim, 

background image

 

244 

zgadza się? 

-  Na  tym  założeniu  opiera  się  ich  plan.  W  nowym  rządzie  po-

winni zasiąść członkowie Sprzysiężenia. To gra o władzę. 

- Makabra. 
-  Koszmar.  -  Eve  zamknęła  oczy.  -  Bóg  jeden  wie,  ilu  ludzi 

zginie  w  wyniku  sabotażu...  -  Po  chwili  uniosła  powieki,  wypros-
towała się i ponownie nasunęła słuchawkę na ucho. - Ciekawe, jakie 
jeszcze  niegodziwości  planują.  Nie  powstrzymamy  ich,  jeśli  nie 
będziemy wiedzieli... 

-  Niegodziwości?  -  spytał  Nathan,  zamykając  za  sobą  drzwi 

furgonetki. - Co się dzieje? 

-  Mają  zamiar  wysadzić  Tamę  Trzech  Przełomów  w  Chinach  - 

wyjaśnił Joe. 

Nathan cicho gwizdnął. 
- Więc o to chodzi. 
-  Zdaje  się,  że  wszyscy  rozmawiają  tylko  o  sabotażu.  -  Eve 

przekręciła gałkę. - Może dzieje się tam jeszcze coś ciekawego. 

- Idę o zakład, że na tym nie koniec - oświadczył Nathan. - Zaraz 

dołączy  do  nich  Melton.  Śledziłem  go  aż  do  wjazdu  na  teren  bazy. 
Liczyliście obecnych? 

-  Pięćdziesięciu  dwóch  -  odparła  Eve.  -  Joe  zrobił  każdemu 

zdjęcie. 

- Koniecznie sfotografujcie Meltona. - Nathan przyłożył lornetkę 

do oczu. - Oto on... 

- Załatwione - poinformował  Joe, gdy Melton zniknął w  budyn-

ku. - Nasz poczciwy senator został uwieczniony dla potomności. 

- Twoje wysiłki nie idą na marne. Dzięki tobie prawda triumfuje, 

Nathan - powiedziała Eve. 

-  Prawda  to  piękne  słowo.  -  Nathan  nie  odrywał  wzroku  od 

betonowej konstrukcji. - Takie czyste i proste. 

-  Co  racja,  to  racja.  -  Joe  wstał  i  ruszył  do  drzwi.  -  Idę  się 

rozejrzeć. Nigdzie nie jest powiedziane, że ochrona cały czas będzie 
się trzymała terenu bazy. Nie chcę, by ktoś nas tutaj zaskoczył. 

-  Dobra  myśl  -  pochwaliła go  Eve  i  obróciła  jedno  z pokręteł.  - 

Zwłaszcza  że  zaczęła  się  oficjalna  część  zebrania.  Melton  wygłasza 
przemówienie powitalne. 

background image

 

245 

-  Najwyraźniej  wszyscy  już  dotarli  na  miejsce.  Pójdę  zatele-

fonować  do  FBI,  a  potem  sprawdzę,  czy  mogę  się  na  coś  przydać 
Quinnowi - powiedział Nathan i skierował się do drzwi. 

- Nathan, zaczekaj - zawołała Eve. 
-  Musimy  się  pospieszyć,  bo  inaczej  cała  impreza...  -  urwał, 

ujrzawszy pistolet w jej dłoni. - Eve? Co ty u licha wyprawiasz? 

- Franklin Copeland był bardzo dobrym człowiekiem. Nie miałeś 

ani krztyny wyrzutów sumienia, gdy zmarł? 

Nathan wpatrywał się w nią z osłupieniem. 
- Niby czemu? Przecież to nie ja go zabiłem. 
- Zgadza się, nie ty odebrałeś mu życie. Ty tylko pozwoliłeś mu 

umrzeć. 

Znieruchomiał. 
-  Co  ty  wygadujesz?  Przecież  poinformowałem  o  wszystkim 

służby specjalne. Nikt nie chciał mi uwierzyć. 

- Tego samego popołudnia Joe skontaktował się z nimi i dowie-

dział  się  kilku  interesujących  faktów.  Informacje  o  Sprzysiężeniu 
przekazałeś im cztery godziny po rozmowie ze mną. Cztery godziny 
to mnóstwo czasu, Nathan. 

- Dotarcie do odpowiednich osób musiało trochę potrwać. Rozu-

miesz,  biurokracja.  Zresztą  te  cztery  godziny  w  niczym  nie  zmie-
niłyby sytuacji. 

- Owszem, zmieniłyby, ale ty celowo zachowywałeś się tak, aby 

służby  specjalne  uznały  cię  za  niezrównoważonego.  Agent  Wilson 
oświadczył,  że  ich  zdaniem  dostałeś  ataku  szału.  Nic  dziwnego,  że 
nikt ci nie uwierzył. 

- Cholera, po prostu się niepokoiłem. Nie potrafiłem  ich  skłonić 

do  wysłuchania  mnie.  Zresztą  i  tak  nie  natrafiliby  na  nic  podej-
rzanego. Hebert nas przechytrzył. 

-  Prawdę  mówiąc,  coś  jednak  znaleźli,  kiedy  Joe  przekonał  ich, 

żeby  poszli  wraz z  nim  przeszukać dom  Copelanda.  Okazało  się,  że 
filtr instalacji wentylacyjnej w sypialni był pokryty substancją, która 
przenika  do  płuc  i  wywołuje  w  nich  reakcje  zbliżone  do tych,  jakie 
się  pojawiają  w  zetknięciu  z  zarodnikami  pleśni.  Z  każdym 
oddechem  Copeland coraz bardziej osłabiał płuca. Nic dziwnego, że 
nękały go gwałtowne ataki astmy. 

background image

 

246 

- Okropne. 
-  Hebert  wspomniał,  że  wszystko  jest  zaplanowane  „do 

ostatniego  oddechu”.  Jestem  przekonana,  że  ich  lekarze  dokładnie 
wymierzyli  ilość  toksycznej  substancji,  tak  aby  zgon  nastąpił  nie 
później  niż  dwudziestego  siódmego.  Przewidywali,  że  pogrzeb 
odbędzie  się  dwa  dni  później  i  nikogo  nie  powinien  zdziwić  ich 
przyjazd  przed  dwudziestym  dziewiątym.  -  Przerwała  i  powtórzyła 
po  chwili:  -  Copeland  był  dobrym  człowiekiem.  Nie  trzeba  było 
pozwolić mu umrzeć. 

- Już ci powiedziałem... - Nathan patrzył  jej prosto w oczy. - Po 

raz  drugi  użyłaś  tych  samych  słów.  To  niedorzeczne.  Dlaczego 
miałbym pozwolić mu umrzeć? 

- Bo nie chciałeś, żeby zebranie Sprzysiężenia zostało odwołane. 

Cieszyłeś  się  na  myśl,  że  wszyscy  najważniejsi  jego  członkowie  tu 
przyjadą.  Zaplanowałeś  sobie  przebieg  wypadków  od  chwili,  kiedy 
Etienne  poinformował  cię  o  spotkaniu  członków  Sprzysiężenia  w 
Boca Raton. 

- Wcale mi tego nie powiedział. 
-  Ależ  tak,  jak  najbardziej.  Dlaczego  miałby  to  przemilczeć? 

Lubił cię i wierzył ci. Urabiałeś go przez dwa lata i doskonale znałeś 
jego uczucia. 

- Dwa lata? 
- Od czasu, gdy podjął pracę w laboratorium. 
- Co? 
-  Na  litość  boską,  przestań  udawać  idiotę!  To  już  koniec!  Nie 

nazywasz się Bill Nathan! 

Uniósł brwi. 
- Nie? - Z  niedowierzaniem potrząsnął  głową. -  Wobec tego jak 

się nazywam? Niech pomyślę. Dobry dziennikarz powinien zgadnąć, 
do czego zmierzasz. Wierzysz, że jestem Thomasem Simmonsem? 

Pokręciła głową. 
- Kolejna  bujda. Sądziłeś, że uda ci  się w  nieskończoność ukry-

wać, iż Harold Bently to ty? 

Otworzył usta ze zdumienia. 
- Co ty wygadujesz? Straciłaś rozum? 
-  Koledzy  Joego  poinformowali  go  o  szczegółach  wybuchu, 

background image

 

247 

podczas  którego  zginął  Jennings.  Ładunku  nie  umieszczono  w 
samym  samochodzie.  On  znajdował  się  w  czaszce,  a  odpalony  był 
drogą  radiową.  -  Eve  na  chwilę  zamilkła.  -  To  nie  była  ta  czaszka, 
nad  którą  ja  pracowałam.  Zresztą  wcale  nie  należała  do  człowieka. 
Świetna  imitacja,  plastik  pokryty  gliną.  Rzecz  jasna,  ktoś  musiał 
czaszkę podmienić. Zadałam sobie pytanie, kto miał okazję to zrobić 
i  po  co  to  uczynił.  Potem  zatelefonował  Galen  i  powiedział  mi,  że 
Hughes  dostrzegł  jakiś  metalowy  przedmiot  pod  werandą  w  domu 
nad  jeziorem.  Okazało  się,  że  jest  to  bardzo  małe,  wysokiej  klasy 
urządzenie  podsłuchowe,  o  dużym  zasięgu.  Intensywne  deszcze 
wypłukały  aparat  ze  sterty  liści.  Ktoś  chciał  dokładnie  wiedzieć,  co 
się dzieje w naszym domu, a Hebert z pewnością nie podszedłby tak 
blisko.  Rzecz  w  tym,  że  ty  spędziłeś  większość  wieczoru  na 
werandzie,  i pamiętam, że stałeś na schodach, kiedy  wychodziłam  z 
domu  po  wybuchu  samochodu  Jenningsa.  Mogłeś  podsłuchać 
rozmowę  Jenningsa  z  Ruskiem,  a  następnie  wysadzić  auto  w 
powietrze.  Wszystko  do  siebie  pasuje.  Poprosiłam  Galena  o 
odszukanie  kilku  zdjęć  Simmonsa  i  przeskanowanie  ich  do 
komputera. Uwaga, uwaga: Victor wcale nie był Haroldem Bentlym, 
tylko Thomasem Simmonsem. 

Bently milczał przez chwilę. 
-  Niedobrze  -  stwierdził  w  końcu.  -  Zdaje  się,  że  wszystkie 

elementy układanki są już na swoich miejscach. 

-  Ostatniego  wieczoru  znowu  usiłowałeś  wszystko  pogmatwać, 

wręczając nam zdjęcia rzekomego Simmonsa. Były to komputerowo 
obrobione  fotografie z  Kalifornijskiego  Instytutu Technologicznego, 
a  w  miejsce  Simmonsa  wstawiłeś  kogoś  innego.  Takie  sztuczki  to 
teraz  łatwizna,  wystarczy  odpowiedni  program,  prawda?  Kim  był 
tamten mężczyzna pod kościołem? 

-  Jakiś  przypadkowy  gość,  którego  znalazłem  w  miejscowych 

slumsach. Dałem mu za to parę groszy. Nieźle się spisał, prawda? 

- Dlaczego zadałeś sobie tyle trudu? 
-  Przyszło  mi  do  głowy,  że  nabierzecie  podejrzeń,  jeśli  nie 

przedstawię jakiegoś namacalnego dowodu. 

- A kiedy podmieniłeś czaszki? 
- Gdy pakowałem twój sprzęt, w chwili wyjazdu z domu Galena. 

background image

 

248 

Właśnie  dlatego  musiałem  wtedy  pojechać  z  wami.  Nie  mogłem 
dopuścić, żebyś wyjęła czaszkę z kuferka z zamiarem definitywnego 
zakończenia pracy. 

-  Bo  ta  podmieniona  przez  ciebie  czaszka  miała  twoją  twarz,  a 

Victor to był Simmons. Sporo ryzykowałeś. 

- Niespecjalnie. Tak bardzo przejmowałaś się życiem i zdrowiem 

swojej  córki,  że  nie  myślałaś  o  Victorze.  Poza  tym  nigdy  nie  oglą-
dasz  zdjęć  ludzi,  których  czaszki  rekonstruujesz.  Wiedziałem,  że  w 
końcu  zorientujesz  się  w  tym  wszystkim,  lecz  miałem  nadzieję,  iż 
niezbyt szybko. 

-  Innymi  słowy  miałeś  nadzieję,  że  Hebert  mnie  zabije,  zanim 

porównam zdjęcia i zrekonstruowaną czaszkę, tak? 

- Nadzieja to niedobre słowo. Po prostu musiałem tak postąpić w 

tej  fatalnej  sytuacji.  Od  chwili,  gdy  Hebert  wciągnął  cię  do  gry, 
wiedziałem,  że  musisz  umrzeć.  Wcale  nie  chciałem  pozbawiać  cię 
życia. Szanuję cię i podziwiam. 

- Pewnie dlatego przekupiłeś Marie, żeby mnie otruła. 
-  Starałem  się  zyskać  na  czasie.  Gdybyś  umarła,  musieliby 

znaleźć  innego  plastyka  sądowego.  Grałem  na  zwłokę.  Opóźnienie 
było mi potrzebne. 

-  Tymczasem  Hebert  postanowił  zabić  Marie,  abym  nie  podej-

rzewała,  że  ktoś  wziął  mnie  na  cel.  Przecież  mogłabym  się  prze-
straszyć i zrezygnować z dalszej pracy. 

- Zgadza się, niech go wszyscy diabli. Zajęłaś się rekonstrukcją, 

a  ja  miałem  kłopoty  z  czasem.  Gdyby  członkowie  Sprzysiężenia 
dowiedzieli  się,  że  żyję,  puściliby  za  mną  wszystkie  gończe  psy. 
Doskonale  wiem,  jak  wielka  jest  władza  tych  ludzi.  Nie  minąłby 
tydzień,  a  wpadliby  na  mój  trop.  Nie  mogłem  do  tego  dopuścić.  A 
musiałem  czekać  jeszcze  pół  miesiąca,  żeby  Sprzysiężenie  się  tutaj 
zebrało. 

- I dlatego zabiłeś Jenningsa? 
-  Nie  planowałem  tego,  jego  działania  były  mi  na  rękę.  Gdyby 

zidentyfikował  czaszkę,  Sprzysiężenie  zajęłoby  się  Simmonsem. 
Chciałem  czaszkę  zniszczyć,  dlatego  umieściłem  w  niej  ładunek 
wybuchowy,  i  zwalić  winę  na  Heberta.  Jennings  jednak  zaczął  się 
domyślać,  co  Hebert  planuje  w  Boca  Raton,  i  musiałem  go  po-

background image

 

249 

wstrzymać. 

-  Zginęło  tylu  ludzi...  -  Eve  pokręciła  głową.  -  Dlaczego  nie 

zabrałeś tego swojego ogniwa paliwowego i nie wyjechałeś z kraju? 
Przecież mogłeś kontynuować pracę gdzie indziej. 

-  Wiedziałem,  że  Sprzysiężenie  nigdy  nie  przestanie  na  mnie 

polować. Znaleźliby sposób na całkowite wyeliminowanie mnie, po-
dobnie jak to uczynili z Simmonsem  i  jego wynalazkiem. - Zacisnął 
gniewnie  usta.  -  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  rewolucyjnym  dziełem 
jest  ogniwo  paliwowe?  Ilu  milionom  ludzi  pomogłoby  w  życiu? 
Dzięki  niemu  udałoby  się  oczyścić  naszą  planetę.  Organizacja  nie 
chciała  na  to  pozwolić.  Zagrażaliśmy  jej  zyskom,  jej  władzy. 
Zniszczyli  nas,  bo  niszczą  wszystkich  ludzi,  których  osiągnięcia 
uznają  za  niebezpieczne  dla  siebie.  -  Bently  uśmiechnął  się  z 
goryczą.  -  Pomyśl  sama.  Przypomnij  sobie,  ile  razy  czytałaś  o 
doskonałych  rozwiązaniach  technicznych,  po  których  wkrótce  ginął 
słuch?  Pamiętasz  skonstruowany  w  Dayton  samochód  z  niezwykle 
wydajnym silnikiem elektrycznym, który spełniał wszystkie wymogi 
obrońców  środowiska?  Wynalazcy  są  zawsze  przekupywani  lub 
zastraszani  -  albo  wykpiwani  przez  środki  masowego  przekazu, 
organizacje  konsumenckie  oraz  rząd.  Znikają,  jakby  nigdy  nie 
istnieli.  No  więc  wraz  z  Simmonsem  postanowiliśmy,  że  my  nie 
znikniemy.  Ja  miałem  pieniądze,  a  on  ogniwo  paliwowe. 
Zamierzaliśmy  dokończyć  prace  nad  ostateczną  jego  wersją,  potem 
poszukać potężnych sponsorów i ruszyć do walki. 

-  Rzecz  w  tym,  że  Hebert  podłożył  bombę  pod  wasze  labo-

ratorium. 

Bently skinął głową. 
-  Simmons  zginął  na  miejscu.  Moje  ubranie  stanęło  w  płomie-

niach,  ale  udało  mi  się  wczołgać  do  błota  i  ugasić  ogień.  Potem 
znalazł mnie Etienne. 

- Pomógł ci? 
-  Zabrał  mnie  do  domku  w  Houma  i  pielęgnował  przez  kilka 

miesięcy.  W  sejfie  na wyspie przechowywałem  mnóstwo pieniędzy, 
lecz Etienne bał się wezwać lekarza. Kilka razy śmierć zaglądała mi 
w  oczy.  Rurowałem  się  i  zastanawiałem,  co  robić.  Chciałem  kon-
tynuować  pracę  Simmonsa,  lecz  samotna  walka  ze  Sprzysiężeniem 

background image

 

250 

równała  się  samobójstwu.  W  pewnej  chwili  uświadomiłem  sobie, 
jakie  jest  najlepsze  wyjście:  media.  Czego  najbardziej  obawia  się 
tajna  organizacja?  Ujawnienia,  rzecz  jasna.  Namówiłem  Etienne’a, 
aby  zatelefonował  do  Billa  Nathana  i  poprosił  go  o  dyskretne 
spotkanie ze mną. Uznałem, że mogę liczyć na jego poparcie. 

- I co, przeliczyłeś się? 
-  Traktował  mnie  życzliwie,  dopóki  nie  dowiedział  się,  że 

sprawa  jest  ryzykowna.  To  był  żałosny  tchórz.  Wiedziałem,  że  po 
spotkaniu ze mną natychmiast uda się do Meltona. Nie mogłem na to 
pozwolić. Nie po tym wszystkim, co przeszedłem. 

- Zabiłeś go i zacząłeś się za niego podawać. 
-  Łatwo  poszło.  Był  rozwiedziony  i  pracował  jako  wolny 

strzelec,  więc dużo  podróżował  po  całym  stanie.  Miałem poparzoną 
twarz,  więc  i  tak  musiałem  się  poddać  operacji  plastycznej. 
Poprosiłem  Etienne’a  o  kupienie  mi  fałszywego  prawa  jazdy  i 
paszportu,  a  następnie  wyjechałem  na  Antiguę,  gdzie  wykonałem 
trochę  roboty.  Z  wyglądu  przypominałem  Nathana,  więc  należało 
tylko  poprawić  kilka  elementów  twarzy,  żebym  upodobnił  się  do 
niego jeszcze bardziej. 

- Czy właśnie wtedy wykonałeś tę plastikową czaszkę? 
- Nie, zrobiłem to później. Pomyślałem, że  może mi  się przyda, 

gdy moje próby wyeliminowania ciebie z gry spełzną na niczym. 

- Może? Jakoś nie wyobrażam sobie, żebyś zdawał się na żywioł. 

Mogę  się  założyć,  że  wszystko  zaplanowałeś  w  najdrobniejszych 
szczegółach. 

-  Wiedziałem,  że  kupowanie  komponentów  do  ogniwa  paliwo-

wego może zwrócić uwagę pewnych osób. Znałem szczegóły wyna-
lazku  Simmonsa  i  potrafiłem  odtworzyć  całość,  ale  organizacja 
mogła  nabrać wątpliwości  co  do  mojej  śmierci.  Musiałem  się odpo-
wiednio przygotować. 

- Przygotować do zamachu na moje życie? 
-  Bomba  mogła  być  dla  ciebie,  ale  mogłaby  też  być 

sympatycznym  podarunkiem  dla  Sprzysiężenia  na  jego  następnym 
zebraniu. Stało się jednak inaczej: Jennings. Przeznaczenie. 

- Morderstwo. 
-  Jakkolwiek  to  nazwać,  robiłem  tylko  to,  co  musiałem,  aby 

background image

 

251 

przetrwać. Poza tym chciałem ofiarować światu coś wartościowego - 
dodał  z  lekkim  wzruszeniem  ramion.  -  Skuteczności  działania 
nauczyłem  się  od  Sprzysiężenia.  Jeśli  chce  się  czegoś  dokonać,  nie 
wolno cofać się przed niczym. 

- Innymi słowy stałeś się taki jak oni. 
-  Nieprawda!  -  Bently  z  trudem  usiłował  zapanować  nad 

agresywnym  tonem.  -  Zrezygnowałem  z  żony,  dzieci  i  życia,  które 
uwielbiałem,  bo  moim  celem  stało  się  naprawianie  świata. 
Organizacja  wydała  na  mnie wyrok  śmierci  i  zmusiła do ukrywania 
się niczym ranne zwierzę. Nie mogłem nawet pojechać do domu, bo 
miałem  świadomość,  że  naraziłbym  rodzinę.  To  organizacja  jest 
winna całej tej przemocy, jakiej się dopuściłem. 

Eve pokręciła przecząco głową. 
- Morderstwo to morderstwo. 
- Łatwo ci mówić. Niekiedy warto coś poświęcić dla szczytnego 

celu. 

-  Jakbym  słyszała  Heberta.  Na  swój  sposób  masz  podobnie 

wykoślawioną  psychikę.  A  Etienne’owi  zrobiłeś  tak  gruntowne 
pranie mózgu, że był gotów spełnić każde twoje żądanie. 

-  Nie  każde.  Nie  potrafiłem  go  przekonać,  aby  nie  zawoził 

czaszki  Simmonsa  na  spotkanie  z  Jules’em.  To  był  prostoduszny 
chłopak, chciał zadowolić wszystkich. 

- Wiedziałeś, że Jules go zabije. 
- Gdyby go nie zabił, musiałbym sam to zrobić. Dlatego udałem 

się  za  Etienne’em  do  Baton  Rouge.  Nie  chciałem  ryzykować,  że 
zacznie mówić. 

Eve z niedowierzaniem potrząsnęła głową. 
-  To  niewiarygodne.  On  ocalił  ci  życie.  Skoro  byłeś  wtedy  na 

miejscu, mogłeś mu pomóc. 

Zacisnął usta. 
- Potrzebowałem czasu. Gdy Etienne powiedział mi,  co się tutaj 

wydarzy,  zrozumiałem,  że  nie  mogę  zmarnować  takiej  okazji. 
Jedynym  sposobem  uzyskania  pewności,  że  Sprzysiężenie  nie  za-
blokuje dalszych  badań  nad  ogniwami  było zebranie  jego członków 
w jednym miejscu. Zlecieli się tutaj jak sępy do padliny - wbił wzrok 
w  betonowy  budynek.  -  I  teraz są  tu  wszyscy. Pięćdziesięciu  trzech 

background image

 

252 

najpotężniejszych  i  najbardziej  egocentrycznych  sukinsynów,  jacy 
stąpają po ziemi. 

-  Długo  tutaj  nie  zabawią.  Joe  właśnie  dzwoni  do  agenta  służb 

specjalnych Pete’a Wilsona, z którym rozmawiał dzisiaj po południu. 
Poprosił go, by był w pogotowiu. 

- To zdumiewające, że przed tak ważną konfrontacją zostawił cię 

tutaj samą ze mną. 

- Nie miał pojęcia, że to będzie konfrontacja. Uznał, że po prostu 

spędzę z tobą czas aż do przybycia służb specjalnych. 

Bently się uśmiechnął. 
-  Sęk  w  tym,  że  chciałaś  zdobyć  inne  dowody,  niezwiązane  ze 

Sprzysiężeniem. Nagrywałaś tę naszą pogawędkę, przyznaj się. 

- Skoro się tego domyśliłeś, to czemu ze mną rozmawiałeś? 
-  Bo  to  i  tak  bez  znaczenia.  Nieopodal  cumuje  łódź.  Wkrótce 

wsiądę  do  niej  i  popłynę  na  Karałby,  gdzie  mam  laboratorium. 
Uważnie  obserwowałem  każdą  czynność  Simmonsa,  gdy  konstruo-
wał  ogniwo  paliwowe.  Potrafię  odtworzyć  jego  wynalazek.  Zresztą 
zasłużyłaś na moje wyjaśnienia. Sporo się napracowałaś. 

-  Chryste,  do  ciebie  w  ogóle  nie  dociera,  że  trzymam  cię  na 

muszce. Musisz mieć nie po kolei w głowie... 

- Eve. - Drzwi się otworzyły i na progu stanął Joe. Nie wydawał 

się zaskoczony całą sytuacją. - Obawiałem się tego, co tu może zajść. 

-  Więc  pospieszyłeś  na  pomoc  damie  -  uzupełnił  Bently.  -  Czy 

służby specjalne już są w drodze? 

Joe kiwnął głową. 
- Będą tu najpóźniej za dziesięć minut. 
-  Naprawdę  sądzicie,  że  ci  agenci  zrobią  cokolwiek  w  tej 

sprawie? Skądże. Członkowie Sprzysiężenia po prostu oświadczą, że 
zebrali  się  na  wieczór  wspomnieniowy  ku  czci  Copelanda.  Zostaną 
przesłuchani  z  najwyższym  szacunkiem,  a  następnie  odjadą, 
prześcigając się w przeprosinach. 

-  Ale  będą  wiedzieli,  kto  się  tu  zjawił.  Mamy  taśmy  magneto-

fonowe,  nagrania  wideo.  Wszystko  zostanie  ujawnione.  Tajne  sto-
warzyszenie  przestanie  być  tajne.  Członkom  Sprzysiężenia  trudno 
będzie utrzymać dotychczasowy styl działania, kiedy ludzie będą im 
patrzeć na ręce. W końcu staną w świetle jupiterów. 

background image

 

253 

- Tylko na pewien czas. 
- Wystarczy - zdecydowanie stwierdziła Eve. 
-  Mylisz  się.  Jest  tylko  jeden  sposób,  żeby  zniknęli  na  dobre.  - 

Bently  spojrzał  na  betonowy  budynek.  -  Podczas  rekonwalescencji 
nabrałem  wprawy  w  obchodzeniu  się  z  materiałami  wybuchowymi. 
Etienne okazał się wyśmienitym  nauczycielem. On sam uczył  się od 
mistrza.  Wiedział,  jak  bombę zmontować  i tak  ją podłożyć,  by  była 
nie  do  wykrycia.  Mieliście  pojęcie,  że  istnieją  sposoby  na  zmylenie 
psów tropiących? - Etienne był dumny z wiedzy, którą dysponował. 

Eve w tym  momencie uświadomiła sobie, że Bently nie mówi o 

bombie ukrytej w czaszce. 

- Blefujesz. Budynek jest zbyt dobrze strzeżony, nie miałeś szans 

dostać się do środka. 

- Trzy tygodnie temu nie było tu ani jednego strażnika. 
Rany boskie, te wszystkie półkłamstwa i półprawdy. 
- Etienne dokładnie ci wyjaśnił, gdzie się odbędzie spotkanie? 
Bently przytaknął głową. 
-  Czyżbym  o  tym  nie wspomniał? Skoro  domyśliłaś się wszyst-

kiego innego, powinnaś wpaść także na to... 

Eve ruszyła do drzwi. 
- Na litość boską, zamierzasz... 
Furgonetka  zakołysała  się  gwałtownie,  a  pogrążoną  w  ciemno-

ściach okolicę rozświetlił potężny wybuch. 

Eve  zatoczyła  się  na  ścianę,  pistolet  wyleciał  jej  z  dłoni, 

samochód zakołysał się i przechylił. Potężny podmuch cisnął Joem o 
podłogę, tak że niemal stracił przytomność. 

Gdy  Eve  się  wyprostowała,  Bently  stał  już  przy  drzwiach. 

Zerknął  za 

siebie  przez  ramię.  Jego  twarz  promieniała 

zadowoleniem. 

- Śmierć jest wieczna, Eve. Nie ma nic bardziej trwałego. Koniec 

ze Sprzysiężeniem. 

Zniknął. 
Chwyciła pistolet i rzuciła się ku drzwiom samochodu. 
-  Nie!  Zostań  tu!  -  krzyknął  Joe,  otrząsając  się  po  upadku  i 

dźwigając się z ziemi. - Dopadnę go. 

-  Chryste.  -  Eve  cofnęła  się  ze  zgrozą.  Wszędzie  leżały 

background image

 

254 

rozrzucone  wokół  bryły  betonu.  Ocalałe  resztki  budynku  stały  w 
płomieniach. 

Powoli odwróciła głowę. Bently. 
Pędził w kierunku rowu melioracyjnego. Ruszyła w tamtą stronę. 

Joe biegł przed nią ile sił w nogach, powoli zbliżając się do zbiega. 

Bently  przebrnął  przez  wodę,  wyskoczył  z  rowu  i  dał  nura  w 

krzaki. 

Joe spojrzał na Eve. 
-  Cholera,  kazałem  ci  zostać  w  samochodzie!  Mógł  podłożyć 

jeszcze jedną... 

Ziemia  zadrżała  od  ponownej  eksplozji.  Kawały  gruzu  fruwały 

we wszystkich kierunkach niczym szrapnele. 

- Padnij! - ryknął Joe. 
Eve rzuciła się na ziemię, tuż nad jej głową przeleciały betonowe 

pociski.  Miała  wrażenie,  że  trafiła  do  wybuchającego  wulkanu. 
Uniosła głowę i poczuła na twarzy deszcz drobnych okruchów. 

- Joe, nic ci się... Joe! 
 

Rozdział dwudziesty pierwszy 

 

Joe leżał zwinięty na ziemi. Nie ruszał się. 
Eve podbiegła do niego i opadła na kolana. 
- Joe? 
Był blady, miał zamknięte oczy. Z jego skroni sączyła się krew. 
- Joe. Mów do mnie! Słyszysz? Mów do mnie! 
Nie otwierał oczu. 
Boże, nie daj mu umrzeć, modliła się. 
Sięgnęła do kieszeni, żeby wyciągnąć komórkę. 
Dzwoń pod 911! 
Reflektory. 
Rząd  samochodów  właśnie  zajeżdżał  pod  bazę  lotnictwa  mor-

skiego. Służby specjalne. 

Nie myśl o nich, dzwoń pod 911. 
 
- Cześć! - Joe otworzył oczy. - Nic ci nie jest? 

background image

 

255 

Eve pokręciła głową. 
-  Tobie  też  nie.  Lekkie  wstrząśnienie  mózgu.  -  Próbowała  się 

uśmiechnąć.  -  Przeraziłeś  mnie.  Nie  chciałeś  się  obudzić.  Minęły 
dwa dni. 

Ujął jej dłoń. 
- Przepraszam. 
- I słusznie. 
- To się nie powtórzy. - Powieki zaczęły mu opadać. - Spać... 
- No to śpij. 
- Zostaniesz tu? 
- Żebyś wiedział. 
- Bently? - Ponownie otworzył oczy. - Uciekł? 
- Dostał się na swoją łódź i wypłynął na ocean. Kiedy powiedzia-

łam  służbom specjalnym, że zamierza uciec w ten sposób, dali  znać 
straży przybrzeżnej. Natrafili na niego później. 

- I... ? - Joe uważnie wpatrywał się w Eve. 
- Łódź wyleciała w powietrze, zanim do niej dopłynęli. 
- Samobójstwo? 
Skinęła głową. 
-  I  dobrze.  Służby  specjalne  nie  muszą  zawracać  sobie  nim 

głowy.  I  tak  mają  kłopot  z  wyjaśnieniem  okoliczności  śmierci  tych 
wszystkich grubych ryb. 

- Wszyscy zginęli? 
- Nie mieli szans. Są trudności z identyfikacją większości. 
- Miałaś jakieś kłopoty? 
-  Kpisz  sobie?  To  gigantyczne śledztwo. Służby  specjalne prze-

słuchiwały  mnie bite pięć godzin. FBI przez kolejne trzy. Ciebie też 
to nie ominie. Dzięki Bogu, że mieliśmy nagrania tych rozmów. 

Joe ziewnął. 
-  Kiedy  się  wyśpię,  porozmawiam  z  nimi,  dopilnuję,  żeby  cię 

więcej nie męczyli. 

- Joe, daję sobie radę. 
- Niewielka pomoc nie zaszkodzi. 
- Idź już spać. 
- Coś jest nie tak. - Nadal się w nią wpatrywał. - Coś ukrywasz. 
- Powiedziałam ci wszystko. 

background image

 

256 

- Nie, coś jest nie tak z tobą. Czymś się przejmujesz. Czym? 
- Nie przejmuję się... - Eve spojrzała  mu w oczy. - Chodzi o to, 

co  mówił  Bently.  Zastanawiał  się,  dlaczego  nie  odgadliśmy,  że 
kłaniał,  kiedy  twierdził,  że  Etienne  nie  powiedział  mu,  gdzie 
odbędzie  się  spotkanie.  A  może  jednak  gdzieś  w  podświadomości 
wpadłam  na to, tylko chciałam tę myśl odrzucić. - Popatrzyła na ich 
złączone  dłonie.  -  Sprzysiężenie  zasługiwało  na  zniszczenie,  nie 
mogliśmy  mieć  pewności,  że  wystawienie  go  policji  wystarczy. 
Czyżbym zamknęła oczy i pozwoliła Bently’emu ich wysadzić? 

- Bzdury. 
- Tak czy nie, Joe? 
- Nie. Znam cię. - Mówił już bardzo pewnym tonem. - W natłoku 

tych  wszystkich  oszustw,  tematów  zastępczych,  półprawd  to  jedno 
kłamstwo więcej  ci umknęło. Nawet  jeśli chciałaś, żeby Sprzysięże-
nie  zniknęło  z  powierzchni  ziemi,  nie  pozwoliłabyś  Bently’emu 
wysadzić go w powietrze. Śmierć jest twoim wrogiem. Codziennie z 
nią walczysz. - Ucałował jej dłoń. - Nie myśl o tym, dobrze? 

- Dobrze - odrzekła. Zwilżyła wargi. 
-  W  porządku.  -  Joe  zamknął  oczy.  -  Pozwól  mi  teraz  spać, 

żebym miał siłę stawić czoło tym dupkom ze służb specjalnych... 

- To nie są dupki. Robią, co... 
Joe już spał. 
Eve siedziała, trzymając go za rękę i patrzyła na niego. 
Znowu była spokojna. I znowu dzięki Joemu. 
Nagle uświadomiła sobie, że mówił tylko o jej  niewinności. Nie 

powiedział,  że  on  się  nie  domyślił  tego,  że  Bently  może  zastawić 
śmiertelną  pułapkę.  Joe  był  jednym  z  najbystrzejszych  ludzi,  jakich 
znała,  miał  znakomitą  pamięć.  Czy  domyślał  się,  że  Sprzysiężenie 
może nie przetrwać tej nocy? 

Mocnej uścisnęła rękę Joego. 
Wiedziała, że nigdy nie zada mu tego pytania. 
 
-  Czyli  Bently  nie  żyje  -  powtórzył  powoli  Galen.  -  „Ci,  którzy 

na statkach ruszyli na morze...”

2

                                                   

2

 Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 1991 (przyp. tłum.). 

background image

 

257 

- Wracamy jutro do domu - powiedziała Eve. - Przesłuchanie się 

nie skończyło, ale my możemy jechać. 

- Jane będzie skakać z radości. Jak tam Quinn? 
- Boli go głowa. Trudno się dziwić. 
- Nie doszłoby do tego, gdybym był na miejscu. Potraktuj to jako 

nauczkę. 

- Potraktuję to jako kolejny dowód twojej próżności. 
- Może i tak - zachichotał. - Zadzwonisz do Jane, czy ja mam to 

zrobić? 

- Zadzwonię. 
-  Do  diabła,  chciałem  jakoś  wkraść  się  w  jej  łaski.  Ucieszyłaby 

się i zapomniała, że ma mnie za dupka. 

- Jane nigdy nie myli się w ocenie - uśmiechnęła się Eve. 
- Okrucieństwo, imię twe Eve. 
 
-  Muszę  natychmiast  iść do  biura.  Moi  szefowie  czują  się oszu-

kani, że wiedzą mniej od federalnych. - Joe wstawił bagaże do domu. 
- Dasz sobie radę? 

- Jasne. 
- Spróbuj odpocząć. 
-  To  nie  ja  oberwałam  w  głowę.  -  Jej  spojrzenie  powędrowało 

ponad  jeziorem  do  spalonych  drzew,  gdzie  zginął  Jennings,  i  od-
ruchowo do wzgórza Bonnie. 

-  Cholera.  -  Joe  też  tam  popatrzył.  -  Wiem,  do  diabła.  Nic  już 

nam nie grozi, nie wisi  nad nami  żadne  nieszczęście, a wszystko do 
ciebie  wróciło.  Wiedziałem,  że  tak  będzie.  Zawsze  będziesz  tym 
żyła. 

- Co mam robić? Nie potrafię o tym zapomnieć, Joe. 
-  Nie  jestem  idiotą.  Trzeba  się  z  tym  zmierzyć.  Zrób  mi 

przysługę  -  powiedział.  -  Nie  myśl.  Nie  podejmuj  żadnych  decyzji. 
Jesteś  zmęczona.  Postaraj  się  żyć  teraźniejszością,  za  kilka  dni  te 
wszystkie  biurokratyczne  formalności  będziemy  mieć  z  głowy  i 
wtedy porozmawiamy. 

- Spróbuję. 
-  Wracając  do  domu,  zabiorę  Jane,  twoją  mamę  i  Toby’ego.  - 

Ruszył  po  schodkach.  -  Zajmą  cię  tak,  że  będziesz  mogła  myśleć 

background image

 

258 

tylko o nich. 

Kiedy  odjechał,  Eve  znowu  popatrzyła  na  -  wzgórze.  Miała 

nadzieję,  że  ból  minie,  ale  nadal  w  niej  był.  Dotrzymaj  obietnicy, 
powiedziała do siebie, wchodząc do domu. Nie myśl. Żyj chwilą. To 
najlepsza rada, jaką... 

Zauważyła na stoliku kartkę. 
 
Eve,
 
Mam  kilka  spraw  do  załatwienia.  Zadzwonię.  Powiedz  Jane,  że 

nie uciekłem ze strachu przed jej groźbami. Nie boję się jej... prawie. 

Galen. 
 
Uśmiechnęła  się  i  odłożyła  kartkę.  Kilka  spraw  do  załatwienia? 

Co ten wariat planuje, do diabła... 

 
Dwa dni później Galen zadzwonił do Eve. 
- Gdzie jesteś, do cholery? 
-  Byłem  zajęty.  Pomyślałem,  że  cię  poinformuję,  co  się  dzieje. 

Dzwoniłem do Hughesa i kazałem mu dyskretnie pilnować was aż do 
końca tygodnia.  To  powinno  powstrzymać  media.  Przywiozłaś  Jane 
do domu? 

-  Tak.  Mamę  też.  -  Eve  popatrzyła  na  Jane  i  Toby’ego,  ba-

wiących  się  nad  jeziorem.  -  Nie  mogłaby  być  szczęśliwsza.  Gdzie 
jesteś, Galen? 

- Na Barbadosie. Musiałem zrobić sobie wakacje. 
- Tak znienacka? 
-  Ostatnie zadanie  bardzo  mnie wyczerpało.  Niełatwo  się z tobą 

pracuje, Eve. 

- Dlaczego jesteś na Barbadosie? 
-  Ze  względu  na  słońce.  Nad  twoim  jeziorem  przemarzłem  na 

kość. 

- Galen. 
Przez chwilę milczał. 
-  To  przez  moją  podejrzliwą  naturę.  Nie  sądzę,  by  Bently  był 

typem  samobójcy.  I  jakie  to  wygodne,  że  zginął  na  środku  oceanu, 
gdzie nie da się odnaleźć jego szczątków. 

background image

 

259 

- Myślisz, że to ukartował? 
- Jest bystry, bardzo bystry. Musi być, skoro udało mu się nabrać 

mnie na tyle, że uznałem go za dupka. 

- Zranił twoją dumę. A to zraniło twoją ambicję. 
-  No,  może  i  tak.  Teraz  biorę  pod  uwagę  różne  możliwości. 

Pozbył  się Sprzysiężenia,  największego  zagrożenia.  Miał obsesję  na 
punkcie  ogniwa  paliwowego  i  mówił  ci,  że  wie  dość  dużo,  by 
samemu  je  odtworzyć.  Może  sfingował  swoją  śmierć,  żeby  w 
spokoju pracować. 

- Wierzysz, że ogniwo paliwowe Simmonsa nie jest mrzonką? 
-  Będziemy  musieli  się  przekonać,  prawda?  W  każdym  razie 

wątpię, by Bently ci zagrażał. Jesteś już poza kręgiem jego zaintere-
sowań. Trochę się tu porozglądam, może czegoś się dowiem. 

- A jeśli go znajdziesz? 
- Wtedy się będę zastanawiał. Nie sądzę, aby jakiekolwiek środki 

były zbyt drastyczne. 

- Kiedy wrócisz? 
- Za jakiś czas. Teraz jesteś zdana na siebie. Nie tylko na siebie. 

Zawsze masz Quinna. Co u niego? 

- Chyba w porządku. Ostatnio właściwie go nie widuję. Od rana 

do nocy rozmawia ze służbami specjalnymi i FBI. 

-  Koszmarne.  Nie  zazdroszczę  mu.  Lubię  łatwe  życie.  Jeśli  nie 

znajdę  Bently’ego,  wyjadę  na prawdziwe  wakacje. Potem zajmę  się 
własnym życiem. Szczerze polecam. Może zrobisz to samo? 

Irytujący  sukinsyn,  pomyślała  ze  złością  Eve,  wciskając  guzik 

zakończenia  rozmowy.  A  ona  była  tak  głupia,  że  od  paru  dni 
martwiła się o niego. Powinna była się domyślić, że znowu z czymś 
wyskoczy. 

Jego wątpliwości co do śmierci Bently’ego nie były tak do końca 

nieuzasadnione.  Bently  wspominał  jej  przecież  o  łodzi  i  swoich 
przygotowaniach  do  ucieczki.  Może  po  to,  aby  poinformowała 
władze, może to była część jego planu. 

Ale  teraz  to  tylko  sprawa  Galena.  Ona  i  jej  rodzina  byli 

bezpieczni,  nie  chciała  myśleć  o  Bentlym.  Zgadzała  się  z  Galenem, 
że nawet jeśli Bently żyje, nie ma powodu atakować jej ani Joego. 

Wyszła  na  werandę  i  zapatrzyła  się  na  jezioro.  Dziś  woda  wy-

background image

 

260 

glądała  pięknie  i  spokojnie.  Gdyby  Eve  nie  wiedziała,  że  Hughes  i 
jego  ludzie  krążą  dyskretnie  po  terenie,  wszystko  byłoby  tak  jak 
wtedy, zanim dostała tę analizę DNA. 

Jej  wzrok  powędrował  z  jeziora  na  wzgórze.  Czy  kiedykolwiek 

będzie  mogła  spoglądać  na  ten  grób,  nie  wspominając  jednocześnie 
Jules’a  Heberta  i  jego  śmierci  na  bagnach?  I  nagrobka  z  przekreś-
lonym imieniem Bonnie, wysmarowanego okropną czerwoną farbą? 

Zajmij się własnym życiem, powiedział Galen. 
Czasem człowiek zapomina, kim jest i co robi, usłyszała od Jane. 
Dlaczego  te  słowa  Jane  nagle  przyszły  jej  do  głowy? 

Dziewczynka  wypowiedziała  je,  gdy  usiłowała  przekonać  Eve  do 
pogoni za Hebertem, nie miało to nic wspólnego z... 

Znieruchomiała. 
- Boże drogi... - wyszeptała. 
Powoli zeszła po schodkach. 
 
Kiedy  Joe  wrócił  do  domu  z  biura,  Jane  siedziała  na  bujanej 

kanapie na werandzie. Toby leżał u jej stóp. 

-  Musiałaś  go  zmęczyć.  -  Joe  pochylił  się  i  poklepał  zwierzę. 

Pies uniósł głowę i leniwie polizał jego dłoń. - Nigdy nie widziałem, 
żeby był aż tak spokojny. 

- Tak. Biega do upadłego, a potem pada. Przestań, Toby. Pomo-

czysz mu całą rękę. - Zmarszczyła brwi. - Czekałam na ciebie. 

- Problemy? Dlaczego nie zadzwoniłaś? 
- Eve nie chciała. 
-  Eve?  -  Joe  spojrzał  niespokojnie  w  kierunku  drzwi 

wejściowych do domu. - Co się stało? Wyjechała? 

Jane pokręciła głową. 
- Kazała przekazać ci wiadomość. Chce, żebyś poszedł na grób. 
- Co takiego? 
-  Tak  powiedziała.  Wyszła  z  domu  ponad  godzinę  temu. 

Pytałam, czy mam iść z nią, ale nie chciała. 

- Jesteś pewna, że poszła właśnie tam? - Popatrzył na wzgórze. - 

Powiedziała dlaczego? 

Jane pokręciła głową. 
- Jak wyglądała? 

background image

 

261 

Dziewczynka wzruszyła ramionami. 
-  Czasem  trudno  się  domyślić,  co  Eve  myśli.  Nie  wyglądała  na 

wściekłą, ale się nie uśmiechała. Nie wiem, Joe. 

-  No  to  lepiej  sam  sprawdzę.  -  Odwrócił  się  i  zszedł  na  dół  po 

schodkach. 

Za sobą usłyszał głos Jane: 
- Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku, Joe. 
- Ja też. - Ruszył ścieżką wokół jeziora. - Ja też... 
 
Eve wpatrywała się w nagrobek. 
- Eve? 
Nie spojrzała na niego. 
- Ciągle są tu resztki farby. Myślałam, że wszystko zmyliśmy. 
- Zrobię to jutro. 
Milczenie. 
- Dlaczego tu przyszłaś, Eve? 
-  Musiałam  zebrać  myśli.  Pomyślałam,  że  to  najwłaściwsze 

miejsce. 

- Widok tego nagrobka sprawia ci ból. 
- To oczywiste. 
- I czujesz jeszcze większy żal do mnie. 
- Tylko ciut większy. 
- Na pewno? 
Ich spojrzenia się spotkały. 
-  Próbuję  być  z  tobą  szczera.  Dziś  dzwonił  Galen.  Jest  na  Bar-

badosie. 

- Co tam robi? 
-  Myśli,  że  Bently  mógł  sfingować  swoją  śmierć.  Węszy.  - 

Popatrzyła na Joego. - Nie jesteś zaskoczony? 

-  Brałem  pod  uwagę  taką  możliwość,  też  mnie  kusiło,  żeby  to 

jakoś sprawdzić. Uznałem jednak, że muszę zostać tutaj. 

- Galen twierdzi, że nawet jeśli Bently żyje, nie interesuje się już 

nami. - Zamyśliła się. - I kazał mi żyć własnym życiem. 

- Co mu odpowiedziałaś? 
-  Nie  zdążyłam  mu  nic  odpowiedzieć.  -  Znowu  spojrzała  na 

nagrobek - Ale to mi dało do myślenia. Potem przypomniałam sobie, 

background image

 

262 

co  mówiła  Jane,  kiedy  usiłowała  wyciągnąć  mnie  z  kryjówki.  Że 
ukrywanie się do mnie nie pasuje i że zapomniałam, kim jestem i co 
robię. Jane miała rację.  Miotałam  się bezradnie, zraniona i zła,  i tak 
bardzo  przejęta  swoim  cierpieniem,  że  zamykałam  się  na  wszystko 
inne. 

- Nikt nie miał ci tego za złe. 
-  Ja  mam  to  sobie  za  złe  -  powiedziała  z  naciskiem,  patrząc  na 

nagrobek.  -  Tak  bardzo  czułam  się  ofiarą,  że  faktycznie  zapo-
mniałam, kim naprawdę jestem i co robię. Myślałam tylko o Bonnie. 
Nie pomyślałam o tej małej dziewczynce, którą tu pochowaliśmy. To 
jedna z zaginionych, a ja w ogóle o niej nie pomyślałam. 

- Trudno od ciebie oczekiwać, żebyś... 
- Bzdura. Lata temu uznałam, że skoro nie mogę pomóc Bonnie, 

pomogę  rodzicom  innych  zaginionych  i  zamordowanych  dzieci. 
Robiłam  to  całymi  latami,  a  jednak wpadłam w  ślepy  zaułek,  bo za 
bardzo  się  rozczulałam  nad  sobą.  Dziewczynka  w  tym  grobie  była 
mniej więcej w tym samym wieku co Bonnie. Miała przed sobą całe 
życie...  i  to  jej zabrano.  -  Nerwowo  zacisnęła ręce.  -  A  ja o  niej  nie 
pomyślałam. Nie miałam prawa być taka samolubna tylko dlatego, że 
cierpiałam. 

-  Nie  byłaś  samolubna.  Jeśli  musisz  kogoś  obwiniać,  obwiniaj 

mnie. 

- Zmęczyłam się obwinianiem ciebie. 
-  No  to  nie  będę  cię  zmuszał  -  powiedział,  uśmiechając  się.  - 

Wiem,  kiedy  się  wycofać.  -  Popatrzył  na  nagrobek.  -  Dlaczego 
chciałaś, żebym tu przyszedł? 

-  Bo  chciałam  wiedzieć,  jak  się  poczuję,  kiedy  będę  tu  stała  z 

tobą. 

Joe zastygł w oczekiwaniu na jej dalsze słowa. 
- I co czujesz? 
- Smutek. Żal. Ból. 
- Co to znaczy? 
-  To  znaczy,  że popełniłeś błąd,  i  że to mnie  bardzo  zraniło.  To 

znaczy, że sama pewnie też popełniłam kilka błędów. To znaczy, że 
muszę  wyleczyć  rany,  i  że  to  zajmie  trochę  czasu.  -  Popatrzyła  na 
niego.  -  Ale  nie  chcę  robić  tego  sama.  Chcę,  żebyś  był  ze  mną.  Na 

background image

 

263 

dobre i na złe, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. 

- Alleluja - wyszeptał. 
-  Nie  obiecuję,  że  wszystko  będzie  takie  samo.  Ale  ty  też 

mówiłeś, że nie wiesz, czy tego chcesz. 

- Tak naprawdę to wiedziałem. - Joe przysunął się do Eve, ale jej 

nie dotknął. - Powiesz, czego ode mnie oczekujesz? 

- Chcę, żebyś doprowadził do ekshumacji zwłok tej dziewczynki. 

Zamierzam odtworzyć jej twarz. I chcę, żebyś pomógł mi się dowie-
dzieć, kim ona jest. 

- Załatwione. 
- I chcę odszukać moją Bonnie. Pomożesz mi? 
-  Na  litość  boską,  jasne że tak.  -  Umilkł  na chwilę. -  Nigdy  nie 

przestałem jej szukać. Oglądałem każdy raport, każdy ślad, nawet po 
tamtej sprawie z fałszywą analizą DNA, którą ci wysłano. 

Eve spojrzała na niego z zaskoczeniem. 
- Nie mówiłeś mi tego. 
- Uznałem, że mi nie uwierzysz, będąc w takim nastroju. 
- Pewnie miałeś rację. Powiedziałbyś mi, gdybyś ja znalazł? 
-  Tysiące  razy  zadawałem  sobie  to  pytanie.  -  Uśmiechnął  się 

niepewnie. - Myślę, że tak. Mam nadzieję. Ale nie dam głowy. 

- Ja też mam nadzieję. Bo chcę ci znowu zaufać, Joe. 
-  Już  mi  ufasz.  Tylko  musisz  się  o  tym  przekonać.  Bo  inaczej 

dlaczego zgodziłabyś się, żebyśmy zaczęli wszystko od nowa? 

- Bo kocham cię tak bardzo, że życie bez ciebie nie jest nic warte 

-  odparła.  -  Mimo  wszystkiego,  co  się  stało,  pora  już  wrócić  do 
normalności. 

Joe wziął głęboki oddech i wyciągnął do niej rękę. 
- Tak, pora wrócić do normalności. 
Eve zawahała się, a następnie ujęła jego dłoń. 
Siła. Pociecha. Miłość. Jego dotyk był znajomy, jednak pojawiło 

się w nim coś nieśmiałego i zupełnie nowego. 

Przemiana wewnętrzna? Może. 
Cokolwiek to było, zamierzała to zaakceptować. 
Uścisnęła mocniej jego rękę i odwróciła się od grobu. 
- Lepiej wracajmy do Jane. Chyba się niepokoi. 
-  Na  pewno.  -  Joe  szedł  ścieżką  obok  niej.  -  Boi  się,  że 

background image

 

264 

zamierzasz  mnie  rzucić.  Pewnie  martwi  się  tym,  komu  przypadnie 
Toby. 

-  Nie  bądź  głupi.  Jane  nikomu  by  go  nie  oddała,  byłaby  nawet 

gotowa uciec z domu z tym psem. - Nagle przystanęła i obejrzała się 
przez  ramię  na  grób,  który  przez  wiele  miesięcy  nazywała  grobem 
Bonnie. 

- W porządku? - spytał cicho Joe. 
Zaczynała  myśleć,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Nadzieja  to 

cudowna rzecz. Tak, nadchodzi pora powrotu do normalności. 

-  Myślałam  właśnie  o  tej  dziewczynce.  Od razu chcę  się zabrać 

do pracy. - Ruszyła przed siebie. - Chyba nazwę ją Sally... 

 
 

Epilog 

 

- Podoba mi się imię Sally - powiedziała Bonnie. - Jedna z moich 

koleżanek w szkole nazywała się Sally Meters. Pamiętasz ją, mamo? 

Eve  spojrzała  w  kierunku  głosu  i  zobaczyła  Bonnie  zwinięta  w 

kłębek na kanapie pod oknem. 

- Miałaś mnóstwo przyjaciółek. - Wróciła do oznaczania czaszki 

markerami.  -  A  gdybym  ją  pamiętała,  z  pewnością  nie  nazwałabym 
tego biednego dziecka jej imieniem. 

-  Dlaczego? -  Bonnie zachichotała. -  Jesteś przesądna. Myślisz, 

że to przynosi pecha. 

- Nie jestem przesądna. 
- Tak, jesteś. 
- Po prostu nauczyłam się nie ryzykować, ty wstrętny bachorze. 
- Sally nic nie jest. Dostała od swojego taty samochód i omal nie 

zginęła w zeszłym roku w wypadku. Ale dobrze sobie radzi. 

- Chyba nie aż tak dobrze. 
- No tak, nie jest jej źle, ale szczęśliwsza byłaby po tej strome. 
- W to także trudno mi uwierzyć. 
- Wiem. To poza zasięgiem twoich możliwości. Dlatego tak bar-

dzo chcesz mnie znaleźć. 

- Nie bądź protekcjonalna. Nadal jestem twoją matką. 

background image

 

265 

-  Tak,  jesteś  -  Bonnie  uśmiechnęła  się  czule.  -  I  rozumiem, 

dlaczego chcesz mnie sprowadzić do domu.  Ale nie chcę, żebyś zro-
biła sobie przy tym krzywdę. Omal nie straciłaś Joego. 

- Jakoś doszliśmy do porozumienia. 
- Tak. - Bonnie oparła się o okno. - Czuję to w tobie. 
- Co? 
- Jakby blask, spokój... 
- Przestań. 
-  Zawstydziłam  cię?  Należało  ci  się  za  ten  cynizm.  -  Bonnie 

popatrzyła  na  Sally.  -  Mam  nadzieję,  że  sprowadzisz  ja  do  domu. 
Zgubiła się dawno temu. 

- Jak dawno? 
- Przede mną. Galen się odzywał? 
- Nie, a do ciebie? 
- Chodzi ci o to, czy zginął? Chyba nie. 
-  Nie  powinnam  pytać.  Nawet  nie  wiem,  dlaczego  mnie  to  inte-

resuje. Goleń chadza  własnymi ścieżkami.  Nie  chcę i  nie będę  się o 
niego martwiła. 

Bonnie zachichotała. 
-  Będziesz,  będziesz...  -  Przez  chwilę  milczała.  -  Muszę  już  iść. 

Jane i Toby za kilka minut  wejdą na ganek. Jane pokaże ci sztuczkę, 
której go nauczyła. 

-  Czy  chcesz  udowodnić,  że  masz  dar  przewidywania

!

  Ona  co-

dziennie uczy go nowych sztuczek. 

-  Pomyślałam,  że  spróbuję.  Trudno  cię  przekonać.  Za  chwilę  tu 

wejdą,  a  ty  uznasz,  że  właśnie  obudziłaś  się  z  drzemki,  i  znowu 
zaczniesz pracować nad Sally. 

-  Tak  się  pewnie  stanie.  -  Słyszała,  jak  Toby  wdrapuje  się  po 

schodkach  na  ganek  i  otrząsa.  -  Chyba  pływał.  Ciągle  jest  mokry. 
Ciągle wchodzi do jeziora. Ten łobuz ma w sobie diabła. 

- Nie, ma w sobie życie. Mogłabyś się od niego uczyć. Daj życiu 

szansę, mamo. 

Drzwi  się otworzyły, a Eve  wiedziała, że jeśli spojrzy na kanapę 

pod oknem, nie dostrzeże tam Bonnie. 

 
Eve, musisz to zobaczyć! 

background image

 

266 

Bonnie  zniknęła,  ale  było  tu  życie,  wpadło  do  pokoju  wraz  z 

Jane i Tobym. 

- Nie mogę się doczekać. 
Eve otarła glinę z rąk i wyszła życiu na spotkanie.