background image

Andrzej Zimniak

Biały Rój

background image

ROZDZIAŁ 1

Astronom   Benon   Haywick   pierwszy   zaobserwował   na   tle   Mgławicy 

Andromedy   obłok   rozciągnięty   na   miliony   mil,   który   już   po   wstępnym 
badaniu   okazał   się   gigantycznym   rojem   lodowych   brył,   nadlatujących   z 
otwartego   kosmosu.   Nie   było   wątpliwości:   miliardy   trylionów   ton 
krystalicznej   wody,   wychłodzonej   niemal   do   zera   absolutnego, 
nieprzeliczone zastępy śnieżnych rycerzy na białych smokach szarżowały na 
niebieskie światełko, na osobliwe miejsce, w którym tli się życie: na Ziemię. 
Z pospiesznie wykonanych obliczeń wynikało, że nie ma szans, aby rozległy 
rój ominął planetę.

– Cholera – mruknął Haywick, po czym zaczął rozmasowywać powieki, 

poruszane   nerwowym   skurczem.   –   Na   takie   spotkanie   Mateczka   Gaja 
czekała ostatnie sto milionów lat.

Zbyt niecierpliwie odsunął Lśnicę Qmil, czym wywołał jej pełne złości 

parsknięcie. Zręcznie manipulując dżojstikiem, wywindował swój śpiwór do 
poziomu   spektrofotometru,   zawieszonego   w   górnej   części   kopuły,   aby 
dokładniej   przeanalizować   rozkład   i   natężenie   radiacji   w   wybranych 
zakresach widma.

– Dlaczego akurat teraz? Czemu  nie głupi tysiąc lat później? – pytał 

szeptem, aby nie spowodować mikrowibracji urządzeń podwieszonych na 
elastycznych wiązadłach. Przeważnie pracował w samotności i nauczył się 
gadać do siebie. – Za kilkanaście wieków, które dla wszechświata znaczą 
tyle co nic, ludzie byliby trochę sprawniejsi w kosmicznych gierkach.

–   Narzekasz,   łajtmen?   Rzucasz   złe   słowo?   –   zaczepnie   odezwała   się 

Lśnica z głębi śpiwora.

– Ależ skąd, Qmil. Rozmawiam sam ze sobą. I z gwiazdami.
–   Marnuj   słowa,   gdy   masz   wolę,   ale   nie   zlegaj.   Jesteś   winien   Qmil 

trzecie łowy na bażanta.

Benon westchnął. Cóż, praca w Królestwie Mzinga miała także zalety, 

na   przykład   nieograniczony   dostęp   do   nowiutkiego   teleskopu   na   Górze 
Sępa. Mówiąca ze Słońcem dbała o prestiż latyfundium, i chwała jej za to.

– Zgadza się – przyznał. – Więc kończ te łowy, Qmil.
– A może nie gustujesz? Lśnica za ciemna dla bladziucha? Może łajtmen 

ma wolę posłuchać nauki Mówiącego?

background image

– Poskarż się Mówiącemu, że polowałaś tylko dwa razy, wtedy może 

dadzą ci nie malowanego Afromana na Zaklinacza Gwiazd. Wolisz?

– Głupi guziec. Qmil woli tak, jak jest.
Pewnie, że woli, pomyślał. Afroman  mógłby  w każdej chwili dać jej 

kopa i nie byłby to żaden seksualny rasizm.

Na kilkanaście oddechów musiał przerwać odczytywanie danych. Potem 

czarne   dłonie   uchwyciły   brzeg   śpiwora   i   Qmil   wywindowała   się   na 
zewnątrz. Jej drobna twarz błyszczała. Miała ogromne, szeroko rozstawione 
oczy i włosy skręcone w pukle ściśle przylegające do czaszki. Wskazała na 
pierwszy podest, gdzie zostawiła szczotki i kubły, więc Benon zjechał ze 
śpiworem do tego poziomu. Dziewczyna zwinnie wyskoczyła i naciągnęła 
kombinezon na nagie ciało. W kopule było tak zimno, że z ust szła para.

Astronom spieszył się do przyrządów, ale jednocześnie czuł nieodpartą 

potrzebę podzielenia się z kimś ostatnimi rewelacjami. Z kimkolwiek.

–   Czy   wiesz,   co   zobaczyłem   pośród   gwiazd,   Lśnico   Qmil?   –   spytał, 

wysuwając ramiona ze śpiwora. Było mu gorąco.

–   Duchy   przodków   nie   przychodzą   do   bladziuchów.   Nawet   tych   w 

perukach i pomazanych farbą – stwierdziła zaczepnie.

– Nie szukałem duchów!
– Więc powiedz, co innego mogło przyjść do ciebie z nieba, bonobo.
– Wyobraź sobie, Qmil, taką górę jak ta, na której stoi obserwatorium, 

ale całą z lodu, takiego samego, jaki pokrywa teraz Zielony Staw. Jarzysz?

– Nie slanguj, men.
– Dobra, spróbuję. No więc właśnie takie góry widziałem przed chwilą w 

niebie, a jest ich tyle, ile drzew w lesie, ee... więcej: ile igieł na wszystkich 
sosnach w borach Verlee. I to wszystko kiedyś zwali się nam na głowy. 
Możesz sobie wyobrazić, co się będzie działo?

– Wiem,  o czym mówisz.  Kiedyś Qmil widziała, jak lodowe kamyki 

spadały z nieba. Było zimno, ale potem z twardej wody zrobiła się zwykła.

–   Kochana,   będzie   eksplozja   termiczna,   tsunami,   wyrzucenie   pyłu   w 

atmosferę, planetarna noc! Zycie ulegnie zagładzie! – Benon gestykulował 
tak gwałtownie, że spadła mu murzyńska peruka, uwalniając proste jak druty 
płowe włosy. Qmil zręcznie złapała czepek i pogładziła czarne pukle.

–   Nie   mów   do   mnie   „kochana",   to   bzdet.   Szacunek   dla   czarnego 

człowieka należy wyrażać poprzez poprawność i uczynność – wyrecytowała. 
– Gdy tego zechce, Qmil będzie kochać, ale równych sobie. A te włosy 

background image

lepiej znowu przypnij, bonobo.

– Tak, Lśnico Qmil – zgodził się Benon, spoglądając ku szczelinie w 

kopule,   gdzie   kłębił   się   gwiezdny   pył.   –   Czy   okazałem   wystarczające 
poważanie i mogę wrócić do pracy?

– Nie! Chcę wiedzieć, dlaczego kpisz z Qmil. Z wodnych kamieni nie 

ma ognia, to wie każdy, więc czemu kłamiesz, że będzie?

– Przy uwolnieniu wystarczającej energii kinetycznej... no, hmm, jak to 

wytłumaczyć?   –   Mężczyzna   poczochrał   włosy,   zanim   naciągnął   perukę. 
Jego myśl uciekała, zezował gdzieś poza Qmil, poza ściany obserwatorium. 
–   Rzeczywiście,   gdy   okaże   się,   że   lodowe   bryły   są   małe   i   rzadko 
rozlokowane w roju, a ich prędkość względem Ziemi nieduża, unikniemy 
gwałtownego   kataklizmu,   za  to  zrobi  się  ciepło  i  wszędzie   będzie  pełno 
wody.

Dziewczyna   bawiła   się   niklowanym   zegarkiem   wielkości   pięści, 

utrzymującym się na przegubie dzięki opalizującemu światłowodowi.

– Blady Zaklinacz Gwiazd jest dobry, jak mówi rozumnie, ale częściej 

plecie jak nawiedzony zombi – podjęła. – Bledziuchy utoną, bo siedzą po 
klubach i labach, tam ich najwięcej. Czarny człowiek przetrwa, bo umie 
pływać, a Mówiący z Rybami może zrobić, żeby oddychał pod wodą. Idź do 
swoich lupek, men, bo naprawdę znudziłeś Qmil swoim gadaniem. A jutro 
zjedz na obiad kotlet z tryka, porcję kingsajz, wtedy Qmil łatwiej chwyci 
bażanta.

Odwróciła się, zanurzyła mop w kuble i rozpoczęła zmywanie podestu. 

Gdy   przeniosła   się   z   myciem   na   schody,   pogwizdując   ostatnie   przeboje 
modne   w   Królestwie   Mzinga,   Benon   mógł   wreszcie   zająć   się   wyłącznie 
gwiazdami. Wiedział już, co nadciąga ku Ziemi z głębokiego kosmosu zza 
Obłoku Oorta, lecz teraz musiał dokładnie przeliczyć kolizyjne trajektorie, 
aby wyznaczyć datę apokalipsy. Tak naprawdę wciąż nie mógł uwierzyć w 
swoje odkrycie. Może jednak okaże się, że kosmiczny gruz ma niestabilną 
orbitę wokółsłoneczną i minie Ziemię w bezpiecznej odległości?

Haywick   siedział   już   czwartą   godzinę   przed   chatą   Mówiącego   z 

Tablicami i miał ochotę wyć ze złości. Przeczytał od deski do deski oba 
czasopisma, które przezornie zabrał, i teraz usiłował skupić się na jakimś 
problemie   naukowym,   ale   nic   z   tego   nie   wychodziło.   Paradujący   w 
złoconych   mundurach   pomniejsi   Szamani,   Zaklinacze   i   Przyboczni 
okazywali mu  coraz większe  lekceważenie, depcząc  po butach i trącając 

background image

kolanami. Przed opuszczeniem obserwatorium przezornie przypiął do klapy 
marynarki smolistą wstążkę z wyhaftowanym nazwiskiem czarnej kobiety, 
która go sobie upodobała, ale to zaklęcie nie działało zbyt długo. Dwóch 
wyrostków   zaczęło   właśnie   pokazywać   go   sobie   palcami,   śmiejąc   się   i 
klepiąc po udach, gdy wreszcie otworzyły się bierwionowe drzwi i wyszła 
Osobista Przyboczna hierarchy.

–   Wielki   Mówiący   pozwala   wejść   blademu   Zaklinaczowi   Gwiazd   – 

obwieściła uroczyście, ustawiając się bokiem w przejściu.

Benon miał kłopot z przeciśnięciem się koło niej, bo była korpulentna i 

miała wystający brzuch, ale nie ustąpiła ani na cal. Nosiła szary mundur z 
wielością złotych i srebrnych epoletów i rozsiewała zapach zupy grzybowej, 
która dopiero co wykipiała na blachę.

W przedsionku pełno było zasłon z palmowych liści, pniaków, bębnów z 

małpiej skóry i podobnych patriotycznych akcesoriów, ale dalej urządzono 
nowoczesny gabinet. Za biurkiem siedział młody Murzyn w białym luźnym 
burnusie,   usiłujący   zapanować   nad   uśmiechem.   Obaj   mężczyźni   skłonili 
głowy.

–   Ja,   Zaklinacz   Gwiazd,   pozdrawiam   Mówiącego   z   Tablicami.   – 

Haywick starał się nadać powitaniu uroczyste brzmienie.

– Ja, Mówiący z Tablicami, pozdrawiam Zaklinacza Gwiazd – odparł 

Murzyn   w   podobnym   tonie.   –   Mam   wolę   porozmawiać   z   bladym 
człowiekiem   w   cztery   oczy   –   zwrócił   się   do   Przybocznej.   –   Moim 
życzeniem   jest,   aby   nikogo   nie   wpuszczać,   chyba   że   przybędzie   inny 
Mówiący.   Wtedy   anonsować   z   wyprzedzeniem.   Czy   te   słowa   są 
wystarczająco przezroczyste?

– Jak górski strumień – odparła kobieta, krzyżując ręce na piersiach i 

spuszczając wzrok. – Na skórę moich dzieci, stanie się, jak chce Mówiący.

Gdy   tylko   zamknęły   się   dźwiękoszczelne   drzwi,   obaj   mężczyźni 

jednocześnie wybuchnęli rżącym śmiechem i padli sobie w ramiona. Gdy 
już się wyściskali, Murzyn chwycił z podania piłkę i usiłował umieścić ją w 
koszu, w czym na różne sposoby przeszkadzał mu Biały. Potem role się 
odwróciły. Kosz, zlokalizowany nad drzwiami, był wirtualny, podobnie jak 
piłka.   Gdy   po   intensywnej   rozgrywce   padli   zdyszani   na   fotele,   Benon 
wychrypiał:

–   Johnny,   stary   nosorożcu,   dlaczego   trzymasz   mnie   coraz   dłużej   na 

ścieżce do wodopoju?

background image

Czarny   roześmiał   się   tak   szeroko,   że   mógłby   jednym   ruchem   grdyki 

połknąć pytona. Potem palnął otwartą dłonią w stos skoroszytów.

– I tak urwałem kwadrans, bo gówniarze już się szykowali, aby obrzucić 

cię   chrząszczami   kałowymi.   Te   oto   papiery   zawierają   ostatnie   wytyczne 
Mówiącej   ze   Słońcem,   z   których   wynika,   ile   dokładnie   ma   czekać 
Zaklinacz, a ile blady Zaklinacz, zanim zostanie wpuszczony na audiencję 
do Mówiącego. Jak widzisz, mam szansę na dodatkowy tytuł: Mówiącego ze 
Skoroszytami. Znów wybuchnęli śmiechem.

– Jak leci, Johnny?
–   Moszczu   z   tykwy?   –   odpowiedział   pytaniem   i,   nie   czekając   na 

aprobatę,   wydobył   z   lodówki   dwie   litrowe   puszki   piwa   i   oszronione 
szklanki. – Cóż, moja rzeka płynie teraz spokojnym nurtem przez cienisty 
las. Mile wspominam porohy młodości, ale tak naprawdę cieszę się, że mam 
je   za   sobą.   Pojąłem   cztery   nowe   żony,   dwie   rasy   japońskiej,   jedną 
eskimoskiej i jedną ajnińskiej. Trochę podróżowałem, stąd powiew egzotyki 
w   sypialni.  A   propos,  może   masz   chęć   na   degustację,   na   którą   wszak 
zezwala   zwyczajowe   prawo   afrogościnności?   Wierz   mi,   czternaście 
tajfunów kobiecości to dla mnie aż nadto.

Benon poczuł rumieniec na policzkach.
– Nie żartuj... Poza tym nie uwierzysz, ale chyba odczuwam pierwsze 

symptomy   starości.   Qmil   zaleciła   mi   pieczyste   z   tryka,   jakby   to   mogło 
pomóc. A przy okazji, nie mógłbyś dać mi jakiejś innej sprzątaczki? Tej 
tylko jedno w głowie.

–   Tutaj,   mój   drogi,   wchodzimy   w   zakres   kompetencji   twego 

bezpośredniego   przełożonego,   Szamana   Mahuda.   Zresztą,   gdybyś   dostał 
starszą,   pewnie   poczułbyś   dodatkowe   trzysta   lat   na   karku,   a   właściwie, 
hmm, w nieco innym miejscu. A ta mała Lśnica jest całkiem do rzeczy, 
nieprawdaż?  Wellskilled?  –   Czekaj,   Johnny,   wygląda   na   to,   że 
przeprowadziłeś   wstępne   rozpoznanie,   czyli,   jakby   to   powiedzieć... 
maczałeś w tym palce?

Ryknęli śmiechem,  po czym Murzyn uniósł ręce w teatralnym geście 

protestu.

–   Potwierdza   się   hipoteza,   że   socjobiologia   jest   fundamentem 

wszystkiego, także astronomii, bo w końcu uprawiają ją ludzie – stwierdził. 
–   Ale   w   tej   sprawie   proponujesz   teorię   spiskową.   Niezależnie   od 
wszystkiego weź pod uwagę, że czarna wstążka w klapie twojej marynarki 

background image

oznacza   pewien   immunitet,   no,   powiedzmy,   zastępuje   kilku   ochroniarzy. 
Przyznasz,   że   słuszna   afropolityka   naszego   latyfundium   nie   powinna 
pomijać spraw związanych z opieką nad bladymi Zaklinaczami, w których 
inwestujemy krocie i dla których sprowadzamy najkosztowniejszą aparaturę. 
W  takim układzie   studencka   przyjaźń   i  moje   powinności  jako  urzędnika 
świetnie się komponują, co daje radość i poczucie spełnionego obowiązku.

– No wiesz... – bąknął Benon, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.
– Wiem, mój drogi. A teraz opowiadaj, co cię sprowadza, bo chyba nie 

tylko problem lubieżnicy Qmil?

– Tak. – Haywick spoważniał. – Widzisz... odkryłem coś ciekawego. I 

chyba niebezpiecznego.

Mówiący   wstał   i   podszedł   do   ściany,   odsunął   zamaskowaną   płytkę   i 

przekręcił wyłącznik.

– Dobra, wyłączyłem jasny zdrój odpływających wiadomości, możesz 

się   nie   krępować.   Jeśli   sprawa   dotyczy   Królestwa   Mzinga,   jestem 
zainteresowany,   jeśli   innych   latyfundiów,   oficjalnie   nic   mnie   to   nie 
obchodzi – od tego są inni Mówiący – ale prywatnie chętnie wysłucham 
wszystkiego. Pewnie przeszkadzają ci nowe satelity wywiadowcze?

Murzyn   stanął   nad   Benonem,   wysoki   i   chudy,   lekko   przygarbiony. 

Patrzył czujnie spod półprzymkniętych powiek, a na jego górnej wysuniętej 
wardze błyszczały kropelki potu. Astronom bezwiednie zaczął liczyć, ilu 
prawnuków mógłby mieć ten człowiek za sto lat przy założeniu, że teraz bez 
zbytniego   skąpstwa   dogadza   czternastu   żonom?   Ostrożnie   licząc,   co 
najmniej pół tysiąca głów. Jest więcej niż pewne, że żadnego z nich nie 
zdąży zobaczyć, więc po co ma się przejmować ich losem? Wyjął z kieszeni 
minidysk i wręczył go hierarsze.

– Wolałem nie korzystać z sieci – wyjaśnił.
– Wybierasz najlepsze rozwiązania spośród optymalnych, mój drogi.
Mówiący   Johnny   przezornie   odłączył   komputer   od   sieci,   po   czym 

wczytał dane. Bębnił w klawiaturę i skakał spojrzeniem po monitorze ze 
spokojnym wyrazem twarzy. Benon wiercił się i zaglądał mu przez ramię, 
gotów   udzielać   wyjaśnień,   których   tamten   nie   potrzebował.   W   czasie 
studiów   był   uzdolnionym   fizykiem,   lecz   nie   wybrał   kariery   naukowej. 
Bezpośrednio po otrzymaniu dyplomu zgodził się objąć urząd hierarchy w 
murzyńskim państwie.

W końcu uniósł brwi i gwizdnął przez zęby.

background image

– Dobrze to policzyłeś, Benny? Sprawdzimy, nie obrazisz się?
– Sprawdzaj. Wielokrotna weryfikacja jest niezbędna, sprawa wygląda 

naprawdę poważnie.

– Masz jakiś plan, Zaklinaczu?
– Ja mam mieć plan...? – odparł zdziwiony, ale tamten i tak nie słuchał. 

Uruchamiał   kolejne   programy,   wodził   palcem   po   monitorze,   stukał 
paznokciem w obnażone zęby, mruczał do siebie, po czym próbował jeszcze 
raz inną metodą.

– Dobrze – pochwalił po pół godzinie. – Zgadza się. Nabierasz wprawy, 

Big   Benie.   Ale,   cholera,   wolałbym,   żebyś   coś   schrzanił.   Wystarczyłoby 
małe nie wykryte zaburzenie, jakieś pół stopnia na wejściu. A co powiesz na 
możliwy   wpływ   kinetyki   mikrokatastrof   na   nieoznaczoność   złożonych 
trajektorii?

– Robiłem wielokrotne symulacje, wprowadzając statystyczne impulsy. 

Ten układ wygląda na bardzo stabilny, Johnny, i jest cholernie rozległy. Nic, 
co próbowałem przewidzieć, nie chciało wytrącić go z kolizyjnego kursu.

– Co próbowałem przewidzieć... – przedrzeźniał go Murzyn. – A może 

jednak istnieje coś, czego nie udało ci się przewidzieć? Moim zdaniem może 
być tego mnóstwo i jeszcze trochę, mój drogi, jak wynika z historii nauki.

Benon rozłożył ręce.
– Jak zwykle masz rację. Uznajemy więc, że sprawy nie było?
Hierarcha   spacerował,   bawiąc   się   szklanką   i   popijając   piwo   małymi 

łyczkami.   Po   chwili   stanął   przed   gościem   i   usiłował   wyprostować 
permanentnie przygarbione plecy.

–   Załóżmy,   że   się   nie   mylisz,   szanowny   Zaklinaczu,   i   że   Ziemi 

rzeczywiście grozi katastrofa. Przychodzisz z tym do Mówiącego, który jest 
władny   wprost   lub   okrężną   drogą   podwyższyć   ci   pobory,   przydzielić 
fundusze   na   nowy   radioteleskop,   wymienić   sprzątaczkę   na   młodszą   lub 
starszą, dać dodatkowy urlop albo nawet w przyszłym roku budżetowym 
uzyskać środki na wyniesienie satelity pomiarowego na orbitę stacjonarną. 
Cóż   jednak   ten   człowiek   może   zrobić   z   rojem   wściekłych   komet, 
zdążających na  rendez-vous  z naszą planetą, które razem ważą więcej niż 
woda we wszystkich oceanach? Oczywiście mam na myśli tylko te, które 
trafią.

–   Nie   wiem   –   odparł   szczerze   Benon,   wzruszając   ramionami.   – 

Przyszedłem zameldować o ważnym odkryciu. Wszak za to nam płacicie, 

background image

żeby od czasu do czasu zadziwić czy zbulwersować świat. Afroland ponad 
wszyst...

– Csss! – żachnął się Murzyn. – Rozumiem desperację astronoma, który 

dokonał  najważniejszego   w  życiu  odkrycia,  ale  opanuj  się,  men.  W  tym 
kraju ani w żadnej innej nowoczesnej demokracji nie wolno artykułować 
wszystkiego,   co   się   we   łbie   lęgnie,   chyba   że   komuś   spieszno   do 
postrzeczywistości. No. A teraz prywatnie zastanówmy się, jakie mogą być 
skutki kolizji Ziemi z Rojem Hay wieka.

–   No   właśnie.   –   Astronom   się   ożywił.   –   Naprawdę   chcesz   go   tak 

nazwać?

– On już tak się nazywa od chwili, w której go ujrzałeś.
–   Poczekaj...   Nie.   Zlokalizowałem   go   na   tle   Andromedy,   niech   więc 

zostanie Rojem Andromedy.

– Dlaczego? Nie chcesz być sławny?
– Nie o to chodzi. Po co moje nazwisko ma być kojarzone z katastrofą? 

Zwłaszcza tutaj, w Mzinga.

Hierarcha skinął głową.
– Jak chcesz. A więc... gdyby Rój Andromedy naprawdę dostał się w 

rejon   Trzeciej...   Gdyby!   –   Uniósł   palec   i   zrobił   efektowną   przerwę.   – 
Pofantazjujmy.   Do   tego   czasu   formacja   ulegnie   pewnemu   rozproszeniu 
podczas   zawijania   trajektorii   wokół   Słońca,   a   więc,   jak   wyliczyłeś,   w 
końcowym efekcie do atmosfery wniknie niewiele lodowych brył. Ale i tak 
będzie tego o wiele za dużo! Lód jest zimny, chłodny jak kosmiczny pył, 
więc oziębi powietrze, ale równocześnie ogrzeje je dzięki energii tarcia. Gdy 
bolidy dotrą do powierzchni planety, nastąpią eksplozje, huragany, trzęsienia 
ziemi,   tsunami,   wydzielenie   dużych   ilości   ciepła   i   wyrzucenie   pyłów   w 
atmosferę.   Dwa   ostatnie   zjawiska   będą   miały   wzajemnie   kompensujący 
wpływ na finalne zmiany temperatury, ale ich wypadkowa pozostaje obecnie 
niemożliwa do ustalenia. Jak wynika z obserwacji rozmiarów i gęstości roju, 
bombardowanie rozciągnie się w czasie na dziesiątki lat i raczej nie będzie 
intensywne, co ogólnie złagodzi drastyczność katastrofy. Nie ulega jednak 
wątpliwości,   że   niezależnie   od   skali   zniszczeń   globalnych   uformuje   się 
gruba powłoka chmur i pyłowych obłoków, pod którą będzie ciemno, parno 
i   gorąco   lub,   w   razie   ochłodzenia,   śnieżnie   –   być   może   wtedy   nastąpi 
zlodowacenie obejmujące całą planetę. Lecz najgorsze może się okazać to, 
że   dostarczenie   z   zewnątrz   takiej   ilości   wody   mocno   podniesie   poziom 

background image

oceanów. W krańcowym wypadku nawet na tyle, że pod falami lub lodem 
zniknie ostatni skrawek lądu. Wariantowo zapewne da się oszacować, jakim 
modyfikacjom ulegnie orbita Ziemi w wyniku zderzenia z obiektami o dużej 
energii kinetycznej, ale nie będą to precyzyjne obliczenia, bo nie wiadomo, 
jak   duże   masy   znajdą   się   na   kolizyjnym   kursie   ani   jakie   współrzędne 
przyjmie wypadkowy wektor.

W efekcie w najlepszym razie nastąpi kolejne wielkie wymieranie, ale w 

końcu to nic nowego w dziejach naszej planety. Wyższe formy życia albo 
ulegną zagładzie, albo zostaną przetrzebione. Za to nie ulega wątpliwości, że 
cywilizacja zostanie wystawiona na najcięższą próbę. Moja opinia jest taka: 
przeżyją tylko glony, bakterie  Archea,  bytujące głęboko pod powierzchnią 
ziemi, oraz być może kilka gatunków ryb czy innych stworzeń głębinowych. 
Nie krępuj się, jeśli masz odmienne zdanie, Benny.

–   Rzeczywiście,   wiele   będzie   zależało   od   rozciągnięcia   czasowego 

zjawiska. Tego nie rozważałem – przyznał Haywick.

– A to bardzo istotny aspekt. Gdy roczna porcja deszczu spada jednego 

dnia, sprawy zawsze wyglądają kiepsko.

–   Twoja   prognoza   jest   profesjonalna.   Co   sądzisz   o   dalszym   ciągu, 

Mówiący   z   Tablicami?   Konkretnie:   co   powinniśmy   zrobić   już   teraz? 
Przecież jesteś politykiem i dobrze wiesz, że nie wolno czekać z założonymi 
rękami!

Murzyn parsknął nieprzyjemnym śmiechem. Stanął w rozkroku i wbił 

ręce w kieszenie naszyte na burnusie.

– Nic nie sądzę, Zaklinaczu Gwiazdek z nieba. Ten problem mnie nie 

dotyczy, bo nie  wchodzi w zakres  spraw załatwianych  przez  mój  resort. 
Rządzę   tu   i   teraz,   a   futurologia   jest   domeną   wieszczów   i   fantastów. 
Osobiście   nie   czuję  się   zagrożony,  bo  moje   kości  rozsypią   się  w  proch, 
jeszcze   zanim   forpoczty   Roju   Andromedy   dotrą   do   połowy   swojego 
bojowego szlaku. Jasne?

– Ja nie mam dzieci, Johnny.
Tamten machnął ręką.
– Moje dzieci też nie dożyją, a nawet jeśli, to w krytycznych dniach będą 

starcami. A wnuki i prawnuki niech sobie radzą same, na demony wudu! 
Skąd wiesz, czy pod postacią lodowoognistego deszczu nie przybędzie Bóg 
Deszczowych Gór, aby zabrać ich do swojego lepszego świata?

Benon wbił wzrok w posadzkę. Był zawiedziony. Szedł tutaj z nadzieją, 

background image

że   przerzuci   chociaż   część   dźwiganego   ciężaru   na   czyjeś   barki.   Nie 
przypuszczał, że odpowiedzialny urzędnik i zarazem jego dawny kumpel 
schowa głowę w piasek.

– Cóż, przepraszam – stwierdził. – Chyba już pójdę.
– Hola, obrażalski Benonku, uważaj, żebyś nie przeholował! Dotychczas 

nie popełniłeś żadnego grubszego błędu i staraj się tak trzymać. – Hierarcha 
spacerował, stawiając wielkie kroki. – To, co powiedziałem, precyzuje moje 
oficjalne   stanowisko.   Oczywiście   poruszę   problem   na   posiedzeniu   Rady 
Królestwa.   Ty   zaś   powinieneś   go   dyskretnie   przedyskutować   w   Klubie 
Ekspertów. Masz na to moją zgodę, może nawet podeślę ci specjalistów.

* * *

Myśleć i poszukiwać rozwiązań trzeba zawsze, nawet gdy wydaje się, że 

nie ma to sensu. Zwłaszcza wtedy! Natomiast dyskrecja jest niezbędna, bo 
pytanie,   czy   informacja   o   Roju   Andromedy   ma   wyjść   akurat   z   naszego 
latyfundium, zalatuje na milę polityką. Rozumiesz?

– Ależ tak.
Murzyn skrzyżował ramiona, długimi palcami objął własne barki. Przez 

chwilę mruczał coś niezrozumiale.

– No dobrze – odezwał się po chwili. – Ani na chwilę nie zapominaj, 

Benny, że żyjemy w Królestwie Mzinga. No i nie miej do mnie pretensji, bo 
cóż   w   tej   całej   sytuacji   da   rwanie   włosów   z   głowy   i   posypywanie   jej 
popiołem? Jakie wojsko przeciw lodowym zastępom z głębi wszechświata 
może wystawić naga małpa? Odniosłem wrażenie, że uczony astronom też 
nie ma żadnego planu.

–   Myślałem...   Można   zbudować   stację   na   kilkadziesiąt   osób   i 

przeczekać. Albo uciec z Ziemi, żeby przechować życie. Taki pomysł...

– ...jest wzięty wprost z literatury  pulp fiction,  Benonie. Nie potrafimy 

stworzyć sztucznej homeostazy, niezbędnej do podtrzymywania życia, która 
byłaby stabilna przez lata. Nie mamy statków kosmicznych i odpowiednich 
źródeł   energii.   Poza   tym   z   naszych   szacunków   wynika,   że   Rój   ogarnie 
przestrzeń   niemal   całego   Układu   Słonecznego.   Dokąd   więc   uciekać?   Na 
inne gwiazdy?

– Istnieje sposób, który daje pewną szansę – powiedzą! Benon tak cicho, 

że sam ledwie usłyszał swoje słowa, lecz hierarcha Mzinga, który potrafił 

background image

rozpoznać po chodzie gatunek drapieżnika w dżungli, posłał mu pytające 
spojrzenie. – Wymyśliła go Lśnica Qmil – dodał astronom i uśmiechnął się. 
– Cóż, muszę przyznać, że ta czarna kotka może się okazać przydatna nie 
tylko podczas tak zwanych łowów na bażanty.

–   To   straszne,   co   pan   chce   zrobić,   Benonie   Haywicku!   W   naszym 

zwariowanym, wspaniałym, jedynym świecie człowiek powinien pozostać 
sobą, nie uważa pan? Wszystko płynie, wokół erupcje i kolapsy mgławic, 
powstają   nowe   galaktyki   i   wszechświaty,   a   człowiek   niesie   przez   to 
wszystko swoją twarz i człowieczeństwo, i przecież tak powinno pozostać, 
nieprawdaż?   Co   nam   z   tego,   że   wykorzystamy   zwierzęcą   mimikrę, 
zglajchszaltujemy się z obcym bytem, tchórzliwie wybierzemy inne gniazda, 
jeśli   przez   to   przedzierzgniemy   się   w   jakieś   ryby,   płazy,   jaszczurki, 
zhybrydyzujemy   świadomość   z   Marsjanami   czy   innymi   Mgławicowymi 
Szczurami? Co w tych istotach zostanie z człowieka? A jeśli niewiele lub 
nic, to jaki cel panu przyświeca? Produkcja monstrów, które przetrwają w 
kosmicznej pustce lub egzosferach gwiazd?

Genetyk Gloria Herreira była dobrze utrzymaną czterdziestolatką. Miała 

kruczoczarne,   gładko   zaczesane   włosy   z   przedziałkiem   pośrodku   głowy, 
kokieteryjnie   podwinięte   rzęsy,   pociągłą,   nadal   urodziwą   twarz   i   trochę 
przesuszoną figurę tancerki. Właściwie bez przerwy tańczyła, bo tak można 
było określić jej żywiołową gestykulację. Fireball, pomyślał Haywick.

– Droga pani profesor – zaczął, pozostając pod wrażeniem dynamiki i 

urody jej ruchów. – Mamy niewielki wybór: spróbować dostosować się albo 
zginąć. Więc...

– Więc może – weszła mu w słowo – lepiej zginąć człowiekiem, niż 

przeżyć   padalcem?   Nie   sądzi   pan,   Benonie   Haywicku?   Stokroć   lepiej 
terraformować kosmos, niż kosmoformować człowieka!

Haywick   wstał   i   podszedł   do   kamiennej   balustrady.   Nisko,   nad 

wynurzającymi się z mgły górami wisiał księżyc w pełni, przypominający 
gong w kolorze jasnej sepii. Od pobliskiego płaskowyżu wiało chłodem.

– Sęk w tym, że terraformowanie kosmosu na razie możliwe jest tylko w 

fantastyce,   i   to   niezbyt   naukowej   –   zauważył.   –   Natomiast   w   kwestii 
wyborów... mam nieco inne zdanie niż pani. Uważam, że zgoda na śmierć 
jest   najgorszym   wyjściem.   Mówiąc   krótko,   sympatyzuję   z   materią 
ożywioną, jakakolwiek by ona była. Padalec może kiedyś przekształcić się 
w anioła, jeśli damy mu szansę i trochę czasu, a z truchła z pewnością nie 

background image

powstanie nic oprócz garści pyłu.

–   Nie   zgadzam   się!   –   krzyknęła,   wyrzucając   ręce   w   górę   i   kończąc 

przytupem.   Podbiegła   do   balustrady,   oparła   się   o   kamień   koniuszkami 
palców i spojrzała w dół urwiska. – Ależ tu wysoko! I pięknie. Czuje pan, 
jak cała budowla jest jeszcze nagrzana słońcem? Te stare mury, popękane i 
łuszczące się, są tak bardzo autentyczne. Na pewno pamiętają jeszcze czasy 
nie tylko sprzed deglomeracji latyfundialnej, ale nawet sprzed globalizacji. 
Może przeżyją ludzkość?

– A więc nie możemy liczyć na pani współpracę? – Pytanie zabrzmiało 

obcesowo, ale chciał mieć pewność.

Zapatrzyła   się   w   księżyc,   którego   blask   wygładził   jej   zmarszczki, 

stonował barwy i zamienił twarz w starojapońską maskę.

– Tego nie powiedziałam – stwierdziła, stukając w kamień paznokciem. 

– Moje zdanie, hmm, nie jest aż tak ważne. Tyle rzeczy robimy codziennie 
wbrew sobie... A poza tym każdy rozumny człowiek wie, że nie zawsze ma 
rację.   Szanuję   cudze   opinie,   wysłuchuję   ich,   uczę   się.   Wiem,   że   jestem 
impulsywna i nigdy nie zmieniam zdania, więc wprowadziłam na własny 
użytek   poprawkę,   którą   nazywam  w s p ó ł c z y n n i k i e m   poszanowania 
intelektualnego. Specjalnie dla takich intelektualistów jak... na przykład pan, 
doktorze Haywick.

– Jeśli coś z tego rozumiem... – mruknął, urażony.
– Wszystko pan rozumie, tylko nie chce się przyznać – zaśpiewała Gloria 

i wykonała kolejną taneczną figurę z rodzaju flamenco. – A teraz niech pan 
słucha   uważnie,   bo   przechodzimy   do   konkretów.   Istnieją   takie   równania 
różniczkowe, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać w sposób ścisły, lecz 
musimy się uciec do metody prób i błędów. A więc podstawiamy dowolne 
rozwiązania i sprawdzamy zgodność, po czym powtarzamy procedurę szereg 
razy, wciąż udokładniając wynik.

– Wiem, jak to się robi – burknął Haywick.
– Och, przepraszam. Johnny mówił, że jest pan tylko astronomem. A 

więc   ludzki   genom   stanowi   dla   nas   rodzaj   takiego   równania.   Możemy 
zakładać   modyfikacje   genów   lub   nawet   wstawiać   zupełnie   nowe, 
wymyślone,   i   potem   symulować,   oczywiście   z   lepszym   lub   gorszym 
skutkiem,   cechy   kreowanego   organizmu,   lecz   nic   nie   wychodzi   z 
odwrotnego postępowania. A więc, reasumując, na razie nie jest możliwe 
założenie   pożądanych   cech   i   następnie   wydedukowanie   wprost,   jaka 

background image

struktura genomu byłaby odpowiedzialna za ich powstanie. Czy tego rodzaju 
ograniczenie jest dla pana jasne?

– A więc syzyfowa praca!
Gloria uśmiechnęła się, ujęła go za rękę i pociągnęła do kamiennego 

stolika,   stanowiącego   część   tarasu.   Pod   śmieszną   lampką   z   witrażowym 
abażurem stały filiżanki z niedopitą kawą.

– Niekoniecznie – wyjaśniła. – Jeśli chcemy zaprojektować na przykład 

człowieka pokrytego sierścią, szukamy u szympansa genu odpowiedzialnego 
za owłosienie. Nie przeczę, szukanie będzie długie i żmudne, ale od czego 
mamy   komputery?   Najefektywniejsza   jest   metoda   eliminacji:   ujmujemy 
geny, które mogłyby być odpowiedzialne za określoną cechę, i dokonujemy 
symulacji, i tak dalej, aż krąg „podejrzanych" genów się zawęzi. Taki gen 
lub   zespół   genów   wstawiamy   do   testowego   genomu   i   symulujemy 
odpowiadający   mu   fenotyp.   Procedurę   powtarza   się   aż   do   uzyskania 
zadowalającego wyniku.

Haywick   wziął   filiżankę   i   upił   trochę   przestygłej   kawy.   Najchętniej 

wyniósłby   się   pod   byle   jakim   pretekstem,   zanim   ta   strzelająca   iskrami 
kobieta dowiedzie bezmyślnej naiwności jego projektu.

– Widzę... – zaczął.
– Nic jeszcze nie widzisz, młody człowieku. Ani ty, ani ja. Zobaczymy, 

jak zrobimy.

– Słucham? A więc... mogę liczyć na współpracę?
Wykonała gest oznaczający wahanie.
–  Proszę  nie  obiecywać   sobie  zbyt  wiele.   Chcę  tylko  powiedzieć,   że 

możemy spróbować.

– Cieszę się, bardzo jestem wdzięczny. Ale jakie mamy szanse? Chodzi 

o to, jak wyniki genetycznej symulacji przystają do rzeczywistości?

– Problem polega na tym – ciągnęła – że interesujący nas zestaw genów 

potrzebuje do zagnieżdżenia optymalnego genotypu. Nie w każdym chce 
działać,   jak   należy.   Prawdę   mówiąc,   potrzebuje   dosyć   unikatowego 
genotypu.   Mamy   dobre   maszyny   i   ogromne   bazy   danych,   więc   nasze 
symulacje w homologicznych seriach są więcej niż poprawne. Nie miałam 
okazji   nadmienić,   drogi   kolego,   że   w   ciągu   miesiąca,   jaki   upłynął   od 
naszego spotkania w Klubie Ekspertów, gdzie przedstawiłeś mi problem, 
zdążyliśmy   wykonać   kilka   milionów   symulacji   i   przebadaliśmy   około 
miliona typowych jednostek genotypowych, dostępnych w sieci. A więc nie 

background image

próżnowaliśmy, bo już wtedy byłeś naprawdę przekonujący...

– I...?
Gloria   przekrzywiła   głowę   i   posłała   mu   filuterny   uśmiech,   po   czym 

założyła nogę na nogę i rozpoczęła zabawę z papierosem,  delektując się 
zniecierpliwieniem rozmówcy.

–   Znaleźliśmy   jeden   zestaw,   niemal   doskonały   –   poinformowała   w 

końcu. – Ale są z nim, hmm, kłopoty.

–   Jakie?   Jest   stary,   chory?   Alkoholik,   narkoman?   Polityk?   Każdego 

można sklonować!

Zaciągnęła się i wypuściła kłąb dymu.  Skracasz sobie życie, kobieto, 

pomyślał ze złością.

– Kłopoty są poważniejsze, niż myślisz. Ale twój projekt jest na tyle 

szalony, Benonie Haywicku, że ocena szans jego realizacji jest niemożliwa. 
Dziwię się sobie, ale właśnie to mnie pociąga.

background image

ROZDZIAŁ 2

Gwiazdy bladły, a czerń piniowych lasów zyskiwała domieszkę granatu. 

Nadchodziło   przełamanie   nocy,   czas   najmocniejszego   snu   statecznych 
mieszczuchów   i   desperackich   usiłowań   spóźnionych   rzezimieszków.   Od 
jeziora   Tahoe   powiał   wiatr,   który   polujące   orliki   wykorzystały   do 
nieruchomego   zawiśnięcia   nad   gniazdami   ofiar.   W  sieci   nie   było  jednak 
wschodów słońca i jej bywalców niewiele obchodził zbliżający się brzask.

–  Znów  Gloria  –  rzucił  Jerome  znad  klawiatury.  Miał   słaby  wzrok  i 

mocno   pochylał   się   nad   klawiszami,   przybierając   postawę   urągającą 
zasadom ergonomii. – Tym razem chce wziąć całość, he, he.

–   Ta   nawiedzona   genetyczka?   –   spytał   Iwo,   przeciągając   się,   aż 

chrupnęły stawy. Spojrzał za okno na różowo podświetlone obłoki. – Nie 
masz ochoty na śniadanko? Pizza z furą ostrej papryki?

– Pamiętasz, daliśmy jej uproszczony zapis archiwalny. Mam go tutaj, o. 

– Przysunął twarz do tafli monitora i poprawił okulary. – Ale jakoś nie mogę 
trafić na oryginał.

– Bo trafiasz po omacku, brachu – prychnął Iwo. Wstał i wykonał kilka 

energicznych   skłonów.   Był   atletycznie   zbudowanym   wysokim 
młodzieńcem, co tydzień grającym w rugby i zaliczającym dziewczyny we 
wszystkich chwilach wolnych od wpatrywania się w monitor. – Pokaż, zaraz 
trafimy w dziesiątkę.

Iwo   korzystał   z   klawiatury   dotykowej,   grając   na   niej   wszystkimi 

dziesięcioma   palcami   jak   pianista   na   steinwayu.   Zmarszczył   brwi,   które 
zetknęły się, tworząc siodełkowate pasmo. Przeszukiwał zbiory, wynajdywał 
hasła,   przelatywał   przez   bazy   danych   i   nurkował   w   oknach   programów 
wspomagających. Wreszcie pokręcił głową.

–   Nie   ma,   kolego   Jeronie,   znikło,   wydeletowało,   szlag   go   trafił.   Oto 

zdarzyło   się   coś,   co   z   definicji   zdarzyć   się   nie   mogło:   wystąpił   błąd   w 
bazach danych ludności. Pozostało imię, zatarło się nazwisko, ocalała głowa, 
tułów   wyparował.   Żeby   tylko   nas   nie   pociągnęli   do   odpowiedzialności, 
okularniku,   a   wcale   bym   się   nie   zdziwił,   gdyby   zabrali   się   do   sprawy 
właśnie od naszego pokoju. Lepiej wyjaśnijmy to sami, bo zanim wyjaśnimy 
szefowi,   już  innych  dwóch  gości   będzie  wysiadywało  na  tych  fotelach  i 
brało   te   pieniądze,   którymi   dotychczas   akurat   myśmy   szastali   do   woli. 

background image

Popierasz?

–   Poczekaj,   Iwo.   –   Jerome   machnął   ręką,   jakby   próbował   odgonić 

namolną muchę. Zmarszczył czoło pokryte lśniącą warstewką wilgoci. – Daj 
pomyśleć.   Mamy   genowy   zapis   bazowy,   ale   brakuje   linku   do   żywego 
obywatela i skryptu zawierającego pełną mapę genomu. Może facet zmarł i 
nie zadziałał algorytm cmentarny?

– Bzdura – żachnął się Iwo. – Sam pisałem ten program, a działa on tak, 

że   cyklicznie   skanuje   wszystkie   zbiory   i   natychmiast   przerzuca   zapisy 
bazowe umrzyków na cmentarz. Bazy muszą być aktualne! Człowieku, mój 
Czarny Anioł od wczoraj przeleciał nad naszym klientem przynajmniej trzy 
razy! Jak mu tam? Mam tutaj dane: Allan Porter, imiona rodziców Otis i 
Dagmara, urodzony w Jacksonville. Ale na tym koniec, dalej czarna dziura, 
do diabła. Może jeszcze jest data... o rany!

Iwo nagle zamilkł, co było tak niezwykłe, że Jerome najpierw sprawdził, 

czy przyjaciel jeszcze oddycha, a dopiero potem zajrzał mu przez ramię.

–   Niemożliwe   –   mruknął,   poprawiając   okulary.   –   Gość   urodził   się... 

zaraz... ponad sto czterdzieści lat temu. Matuzalem, no, no.

– Bzdura do kwadratu! Do dziesiątej potęgi! – ryknął Iwo, gdy wreszcie 

odzyskał głos. – Taki facet nie istnieje, w ogóle nie może go być! Dane 
wejściowe są przekłamane, dlatego program nie czyta reszty. Schodzę tam, 
natychmiast!

Jerome   wstał   i   wygładził   koszulkę   gęsto   zadrukowaną   pismem 

klinowym.   Był   chuderlawym   młodzieńcem   o   nieforemnej   budowie,   co 
wynikało   z   wady   kręgosłupa.   Kaczym   chodem   przemieścił   się   przez 
niemożliwie   zagracony   pokój   i   wyjrzał   przez   okno,   ale   zapewne   nie 
rejestrował purpurowych smug lodowych cirrusów.

– Masz rację, rozwiązanie problemu za pomocą klawiatury zajęłoby dwa 

miesiące   ogłupiającego   szperania   –   powiedział.   –   Ale   nie   zapominaj,   że 
obowiązuje zasada: nigdy nie nurkuj sam!

–   Więc   zejdziesz   ze   mną,   bracie,   w   ten   mętny   akwen.   Dawno   nie 

byliśmy na wycieczce.

–   Chyba   nie   mam   innego   wyjścia   –   zgodził   się   Jerome,   pocierając 

pięścią brodę. – Czy sprzęt jest w porządku?

– Sprawdzimy komisyjnie. Najpierw jednak muszę coś zjeść, bo inaczej, 

do licha, wydeletuję się w trakcie inspekcji.

Jerome'a otoczył chłód, który nie tylko lizał skórę, ale także wnikał w 

background image

głąb   ciała,   dyfundował   przez   mięśnie,   a   gdy   osiągał   nici   nerwów, 
przyspieszał i gnał wzdłuż nich bolesną falą. Chłopak wyraźnie wyczuwał, 
że   w   mózgu   strumyki   zwalniały   i   –   podobne   do   wychłodzonej   rtęci   – 
przepychały   się   zwężeniami,   rozgałęziały   i   szukały   komplementarnych 
receptorów   dla   niesionej   informacji.   Miał   wrażenie,   że   po   reakcji 
kotwiczenia   uczucie   chłodu   zanikało,   choć   coś   obcego   nadal  tkwiło   pod 
czaszką. Jerome powtarzał sobie w ramach autoterapii, że istnieją jeszcze 
mniej przyjemne doznania i że jest ich niemało, na przykład kochanka rzuci 
cię   szybciej   niż   ty   ją,   bank   wypłaci   ci   dziurawy   pieniądz,   sięgniesz   po 
krakersa i trafisz na kocie wnętrzności. Takie hiperbole trochę pomagały i 
właśnie o to chodziło.

Od   początku   synchronizacji   płynął   przez   mrocznogranatową   toń. 

Wydawało   mu   się,  ba,  był  pewien,   że  początkowo   zanurkował   w  dół,  a 
tymczasem wypływał w kierunku zielonkawych prześwitów, kierując się ku 
powierzchni.   Obok,   sprężystymi   rzutami   ciała,   poruszał   się   Iwo.   Nagle 
zatrzymał się i zbliżył maskę do twarzy Jerome'a, pokazując coś w języku 
migowym.   O   co   mogło   chodzić   temu   wysportowanemu   bawidamkowi? 
Pewnie chce zdać nużącą relację ze swoich bieżących, a może i przeszłych 
podbojów.   Kliniczny   przykład   samca,   który   pragnie   spryskać   spermą 
wszystkie zdatne macice na połowie kontynentu.

Wypuszczaj powietrze, bo rozedma płuc – sygnalizował Iwo.
Jerome dopiero teraz zauważył, że jego piersi są rozdęte jak dwa balony. 

Odchylił ustnik i wypuścił do wody rój pęcherzyków, które powędrowały ku 
górze,   stopniowo   zwiększając   objętość.   W   oddali   z   mgły   rozproszonego 
światła   wyłaniała   się   srebrzysta,   pofałdowana   powierzchnia,   podobna   do 
stopionej cyny – coś, co mogło się kojarzyć z księżycowym morzem.

Płyń szybciej – nadawał Iwo. – Inaczej dekompresja.
Ruszyli. Jerome miał wrażenie, że w jego mózgu uaktywniły się ostatnie 

hiperlinki i szare komórki wreszcie uzyskały możliwość normalnej pracy. 
Oczywiście   przy   założeniu,   że   translacja   adaptacyjna   jest   procesem 
normalnym.   Cechy   przestrzeni   wirtualnej   były   tłumaczone   na   typowe 
ludzkie doznania, aby świat stał się nie tyle zrozumiały dla rozumu, ile w 
ogóle   przezeń   rozpoznawalny.   Jerome   wzmocnił   translację   i   dziwaczne 
iskrzenie  na falujących powierzchniach przeistoczyło się w ławice  ryb o 
brzuchach łyskających srebrem.

Przez   jasną,   ciepłą   warstwę   wody   dotarli   do   powierzchni.   Słońce 

background image

oślepiało, a spore fale utrudniały orientację, zasłaniając brzeg. Iwo wypluł 
ustnik i zarżał z radości.

– Wspaniale! Popatrz, jak intensywny jest błękit tego nieba! W zwykłym 

świecie   niczego   podobnego   nie   uświadczysz.   A   oto   i   nasz   programik 
transportowy drag and drop. Przerobiłem go z maszynowego, wzbogacając 
funkcjonalność wymiarem estetycznym.

W pobliżu kołysała się długa łódź z haczykowato zawiniętymi dziobem i 

rufą, obłożona rzędami tarcz na burtach. Na każdej tarczy widniał inny herb. 
Przy   wiosłach   siedzieli   wojownicy   w   misiurkach   i   spiczastych   hełmach, 
którzy   na   dźwięk   bębna   naparli   na   styliska   i   łódź   zakręciła   w   kierunku 
przybyszów. Gdy Jerome znalazł się w cieniu burty, uczepił się wiosła i 
został sprawnie wciągnięty do środka. Iwo już tam był i zrzucał z pleców 
butle.

–   Popatrz,   bracie,   na   brzeg.   Na   zmianę   pusta   plaża   i   wydzielone 

składowiska, wolne i zapisane klastery. Żeby było łatwiej, za każdym razem 
w odpowiedni dla zbioru sposób wizualizuje się całość odnośnej informacji, 
więc możemy trafiać na podobieństwa będące powtórzeniami. Co widzisz 
tam, za lasem?

Iwo   był   nienaturalnie   podniecony,   gestykulował,   rumienił   się   i   bladł, 

jego oczy błyszczały i wyraźnie wychodziły z orbit. Jerome obniżył stopień 
translacji, w wyniku czego przyjaciel nieco zwolnił, za to obraz jego własnej 
dłoni   uprościł   się,   a   palce   stały   się   półprzezroczyste,   jakby   zrobione   z 
dymnego szkła. Mógł spróbować translacji wybiórczej, ale teraz nie miał 
czasu na zabawy.

– Jakieś dźwigi, taśmy, składy. Zakład produkcyjny?
– Doskonale! Więc wszystko działa jak należy. Mój drogi, masz przed 

sobą   wizualizację   podręcznej   bazy   danych,   profesjonalnego   shareware'u. 
Nie zgadłbyś, że z naszej perspektywy tak właśnie wygląda Goock.

– Nawet bym nie próbował zgadywać. Do licha, te ozdobniki zaczynają 

mi się podobać. Gdzie rozpoczynamy?

– Tam. – Iwo wskazał na rupieciarnię przypominającą złomowisko.
– O rany...
–   Spokojnie,   braciszku.   Mam   programy   przeszukujące   i   sortujące, 

stylizowane na fantastyczne gadżety. Może wyszukamy cycatą wojowniczkę 
na białym smoku? Zabawa w pracy, uwielbiam to! Spodziewaj się także 
wizji   hiperpostmodernistycznych:   tu   baby   noszą   majtki   na   wierzchu,   na 

background image

pancerzach, a podpaski zakładają pod brodą przy jedzeniu.

–   He,   he.   Wolałbym   jednak   znaleźć   tego   gościa   i   dobrze   mu   się 

przyjrzeć. Cała jego sprawa wygląda na artefakt.

– Więc wyskakuj.
Dziób łodzi już szorował po piasku.
Plaża przyjęła go miękko, pozwalając nogom zagłębić się do połowy 

uda,   lecz   po   chwili   łagodnie   wypchnęła   ciało   do   właściwego   poziomu. 
Pobawił   się   translatorem   –   raz   zawisł   jako   bezcielesna   świadomość   w 
zamglonej   przestrzeni,   przez   którą   pomykały   świetlne   impulsy,   a   gdy 
przesterował urządzenie w drugą stronę, znalazł się w świecie kryształów 
kwarcu, miniaturowych krabów w czepkach obsypanych paciorkami, langust 
wielkości nosorożców, ptakoryb o tułowiach pawi i skrzydlastych płetwach 
podobnych   do   falujących   muślinów.   Wyobraźnia   tworzyła   poetyckie 
scenografie, które były interesujące, lecz nie zawsze przydatne, więc wrócił 
do optymalnego ustawienia. Kroczył po ubitym mokrym piasku, ramię w 
ramię z Iwo pogwizdującym wesołą melodię.

Brama   składu   zamknięta   była   na   łańcuch,   którego   ogniwa   spinała 

zardzewiała   kłódka.   Ze   stróżówki   wyszedł   starzec   z   ogromną   czupryną 
mlecznobiałych włosów. Twarz miał spaloną na brąz i pomarszczoną jak 
zeszłoroczne jabłko, a głęboko osadzone oczy były intensywnie niebieskie.

– Hasło! – zażądał skrzeczącym głosem.
– Pokaż notatki – odparł Iwo.
Stary wydobył z kieszeni zmiętą kartkę i rozprostował ją na kolanie. Iwo 

odczytał listę, przekrzywiając głowę.

– Hmm, dobrze. Może...
– Hasło nieprawidłowe.
– Dureń! Musiałem się cholernie spieszyć, kompilując tego strażnika.
–   Hasło   nieprawidłowe.   Ostrzeżenie:   przy   trzeciej   pomyłce   zamykam 

sesję.

– Z drogi! – krzyknął Iwo.
– Hasło prawidłowe, otwieram – stwierdził starzec, skinąwszy głową.
Brama zaskrzypiała, z zawiasów posypała się rdza. Szli wąską alejką 

pośród hałd najdziwniejszych rekwizytów. Były tu ludzkie manekiny – od 
zgrubnie  wykonanych  z przezroczystego  tworzywa  aż  po wycyzelowane, 
odrobione   ze   szczegółami   w   materiale   przypominającym   kość   słoniową. 
Widzieli także bezkształtne bryły z opalizującego metalu, skomplikowane 

background image

mechanizmy   obciągnięte   folią,   spakowane   do   transportu   wyłupiastookie 
ptaszyska, owinięte taśmą,  przezroczyste kufry z perłami  wielkości piłek 
futbolowych, ozdobne skafandry kosmiczne podobne do rycerskich zbroi, 
zestawy czerwonych bosaków cumowniczych i naturalnej wielkości lalki, 
patrzące rozmarzonym wzrokiem.

– Ale bazar – mruknął Jerome.
– Nie przesadzaj, bracie. Dopóki można dotrzeć do plików, jest okay. 

Chociaż przyznam, mała defragmentacja pewnie by się przydała.

– Też tak sądzę. Jak w tym bałaganie znajdziemy faceta?
– Czeka nas trochę pracy – stwierdził Iwo i dał prztyczka w nos płowej 

pumie, która wysunęła się zza stosu pudeł. Zwierz prychnął i cofnął się. – 
Tutaj nic nie wskóramy, za duży bajzel. Jedziemy do muzeum.

–   Iwo,   już   mnie   przekonałeś,   że   napisałeś   świetny   program 

wizualizacyjny. Czy możemy załatwić sprawę i wracać?

– Do licha, tak ci spieszno do fotela i naszego zagraconego pokoju? 

Popatrz   na   ciemny   błękit   tutejszego   nieba,   pozwól,   aby   chłodny   wiatr 
pohulał pod koszulką, dotknij tych dziwnych przedmiotów, z których każdy 
reprezentuje zbiór w megaukładance! Bracie, daj trochę pożyć!

– A któż ci wzbrania, żeglarzu? Mówię tylko, że j a chciałbym rozwiązać 

problem i wrócić na swój zdezelowany fotel.

– Więc dobrze, już jedziemy – mruknął Iwo i opuścił ręce. Nagle schylił 

się,   błyskawicznym   ruchem   chwycił   drzewce   bosaka,   zamachnął   się   i 
uderzył. Jerome nie zdążył zrobić uniku, tylko osłonił twarz ramieniem. Kij 
przemknął   tuż   nad   jego   głową   i   uderzył   w   pierś   wielkiego   kota,   który 
zachodził   ich   od   tyłu,   poruszając   się   na   tylnych   łapach   jak   niedźwiedź. 
Drapieżnik   parsknął   wściekle,   odskoczył   i   zniknął   pomiędzy   stertami 
kartonów.

– Cholera – zaklął Jerome. – Może wyjaśnisz, o co tu chodzi?
– Tamtędy! – Iwo chwycił go za łokieć i pociągnął w stronę zwartej 

grupy   półprzezroczystych   jednakowych   manekinów.   Wbiegli   pomiędzy 
miękkie, przytwierdzone do podłoża i uginające się postacie o temperaturze 
ciała podobnej do ludzkiej. Potrącali je i odpychali, posuwając się naprzód. 
Jerome człapał za swoim przewodnikiem, dysząc z wysiłku. Wydawało mu 
się, że czuje smród nie mytych klatek w ogrodzie zoologicznym.

– Tutaj – odezwał się barytonem jeden z manekinów, wskazując głową 

na prawo za siebie.

background image

– Dzięki – rzucił szeptem Iwo i popchnął matowoszarą postać. Manekin 

przechylił się razem z kwadratem podłoża, odsłaniając podświetlone szklane 
schodki. – Zjeżdżamy, bracie! Ta historia coraz mniej mi się podoba.

Stopnie   schodów   grały   jak   kamertony,   wypełniając   rumorem   całą 

okolicę. Zbiegli na wąski peron metra, przy którym stał skład złożony z 
dwóch wagonów. Gdy wpadli do środka, drzwi zamknęły się z mlaśnięciem 
i pociąg ruszył.

–   Co   to   wszystko   znaczy?   W   co   nas   wpakowałeś?   –   dopytywał   się 

Jerome. Starał się opanować, ale głos mu drżał. Chwycił się poręczy, bo 
pociąg   szarpnął,   gwałtownie   przyspieszając.   –   Przecież   dobrze   wiesz,   że 
odbicie psychosynchroniczne z wirtuala może być w realu szkodliwe, a w 
granicznych przypadkach nawet zabójcze.

Iwo odetchnął głęboko, patrząc w sufit.
– ■ Nie utrudniaj, brachu – sapnął. – Zamiast pomagać, robisz za balast. 

Razem   postanowiliśmy   tu   zejść,   okay?   A   co   do   pierwszego   pytania,   to 
słowo, że nic nie wiem. Nie ja zmajstrowałem tego kotka. Ktoś bruździ, i 
tyle. Nie mam bladego pojęcia kto, ale jakaś menda robi nam koło pióra.

–   Myślisz,   że   weszliśmy   na   utajniony   rewir?   Może   ten   Porter   jest 

rządowy?

Iwo skrzywił się. Przebierając rękami po górnych poręczach, przedostał 

się na tył wagonu i przysunął twarz do szyby. Był trochę zdenerwowany.

–   Eeee,   raczej   nie.   Rządowe   zabezpieczenia   wyglądają   inaczej.   To 

solidne   fortece,   które   dadzą   ci   wstrząs   elektryczny,   jak   podejdziesz   za 
blisko. A ten kotek jest obleśny, fałszywy. Wiesz, istnieją takie robaki, które 
wyglądają jak piękne kobiety – rozkaz destrukcji ukryty jest na głębokim 
poziomie.   Impuls   aktywuje   tylko   program   przestrojenia.   Kolejny   impuls 
uruchamia   inny   program,   który   powstał   w   wyniku   tego   przestrojenia, 
inicjujący następną przebudowę, i tak dalej. Programy skanujące głupieją, 
bo nie zawsze są zdolne odtworzyć inicjację symulacji. Po prostu tego nie 
potrafią. Skąd maszyna ma wiedzieć, że kota trzeba podrapać za uchem, a 
słoniowi podsunąć herbatnik wprost pod trąbę? Kobiecie najlepiej włożyć 
czubek języka w małżowinę uszną, wtedy bez wysiłku wyzwalasz orgazm 
wielokrotny, brachu. Tylko że nie każdy o tym wie.

– Przestań – żachnął się Jerome. – Jesteśmy w niebezpieczeństwie, a ty 

tu sobie...

– Jakoś z tego wyjdziemy, kolego.

background image

Pociąg zatrzymał się na stacji Animal Farm. Na wąskim peronie tłoczyły 

się   wielkie   płowe   kot}'.   Było   ich   tyle,   że   niektóre   wisiały   na   ścianach, 
zahaczone   pazurami   o   krawędzie   tablic   informacyjnych   i   reklamowych. 
Jeden usadowił się na zegarze, a jego ogon wykonywał wahadłowe ruchy 
czającego się grzechotnika. Bestie, którym nie udało się wejść na peron, 
zajmowały pozycje na szklanych schodach.

– Spokój! – zarządził Iwo. – Większość to fałszywki, dla efektu. Może 

nawet wszystkie?

Jerome  jęknął i rzucił się  w kierunku okna od strony przeciwnej  niż 

peron,   ale   nie   dało   się   go   otworzyć.   Awaryjnego   otwierania   drzwi   nie 
przewidziano.

– Stańmy tu – zarządził Iwo i przyciągnął Jerome^. – Trzymaj się mnie i 

nie panikuj, do cholery!

Drzwi   od   strony   peronu   otworzyły   się   i   pumy   zaczęły   napływać   do 

środka   w   złowróżbnej   ciszy.   Najpierw   kłębiły   się   jak   dywan,   ale   potem 
stawały na tylnych łapach, robiąc więcej miejsca następnym. Jerome czuł 
odór   o   stężeniu   trudnym   do   wytrzymania.   Kątem   oka   dostrzegł,   że   Iwo 
powiesił   bosak   na   poręczy,   zamiast   odgrodzić   się   jego   drzewcem   od 
napierających   zwierząt.   Gdy   pociąg   ruszył,   bestie   zafalowały   i   zaczęły 
zamieniać się miejscami.

– Dlaczego nie włączysz skanowania? – szepnął Jerome.
Najbliższy kot prychnął gniewnie, czując woń ludzkiego oddechu.
– Już tłumaczyłem. Obniż translację, sam nie mogę sięgnąć.
Jerome dotknął pokrętła i ciżba zwierząt zmatowiała, po czym zrobiła się 

przezroczysta. Tylko jeden kot pod zewnętrzną powłoką był naładowany 
smolistymi zwojami substancji przypominającej tkankę mózgową. Zwierz 
lawirował i zbliżał się.

– Mam go – powiedział Jerome. – To tamten. – Wskazał go brodą.
–   Jak   podejdzie   na   wyciągnięcie   ręki,   rzuć   czymś   w   niego.   Nie 

wcześniej, bo nie da się sprowokować. I nie później, bo... będzie źle.

Jerome   wymacał   w   kieszeni   staroświecki   zegarek.   Zawahał   się,   ale 

wydobył go i cisnął prosto w paszczę zbliżającego się zwierzęcia. Wtedy 
rozpętało się piekło.

Wszystkie inne koty rozpłynęły się, zanikły. Ich półprzejrzyste powłoki 

opadły na podłogę i spłynęły strumieniem galarety. Pozostał ten jeden, który 
podlegał   dziwnym   metamorfozom   –   coś   zapadało   się   w   jego   brzuchu, 

background image

przemieszczało,   zmieniało   kilkakrotnie   kształt   i   kolor.   W   końcu   pod 
przezroczystą   skórą   zaczęły   się   formować   owalne   twory,   błyszczące 
metaliczną   zielenią.   Zanim   kokon   pękł,   Jerome   rozpoznał   potężne   żuki, 
poruszające żuwaczkami i odnóżami.

Krzyknął i spróbował podciągnąć się na poręczach. Nie udało się, był za 

słaby. Tymczasem robaki biegły już po podłodze, ławkach, ścianach, a z 
kokonu   wysypywała   się   chmara   następnych.   Na   razie   nie   atakowały, 
widocznie nie osiągnęły jeszcze liczby krytycznej.

Wtedy Iwo wkroczył do akcji. Ile sił pociągnął za bosak, który uprzednio 

zaczepił   nie   o   poręcz,   lecz   o   dźwignię   alarmu.   Jęknęła   syrena,   a 
podwieszone   pod   sufitem   pojemniki   otwarły   się   z   trzaskiem,   uwalniając 
setki   skanujących   wiropłatów.   Wnętrze   wagonu   wypełnił   gwizd 
obracających się śmigieł, które rozpoznawały oryginalne infekcyjne pliki i 
kasowały je, co Jerome i Iwo oglądali jako krwawą jatkę. Wściekle wirujące 
miniturbiny   siekły   uciekające   żuki,   a   wokół   pryskały   rozbite   skorupy, 
chitynowe   fragmenty   skrzydeł,   wyrwane   odnóża   i   brunatna   maź.   Gdy 
katalog został naprawiony, program skanujący dokonał samospakowania – 
pojemniki zatrzasnęły się i nagle nastała świdrująca w uszach cisza.

–   Zdążyły   mnie   pokąsać,   cholery   –   poskarżył   się   Jerome,   pokazując 

poprzegryzane nogawki.

Iwo otworzył ścienną apteczkę i podał mu pulweryzator.
– Spróbuj tego. Podróbka, ale działa tak samo jak ubik.
Pociąg z piskiem hamulców wjeżdżał na stację Muzeum.
* * *
Nie niepokojeni, wbiegli szklanymi kręconymi schodami i wydostali się 

na   powierzchnię   w   niewielkim   okrągłym   pomieszczeniu.   Była   to   budka 
policjanta. Mundurowy, starszy człowiek o pobrużdżonej twarzy i obwisłych 
policzkach,   uśmiechnął   się   i   położył   dłoń   na   łbie   szarego   wilczura.   W 
gardzieli   psa   wzbierał   głuchy   warkot,   choć   ruchy   ogona   zdawały   się 
sygnalizować przyjacielskie zamiary.

– Lepiej się nie ruszaj – poradził Iwo, wpychając przyjaciela z powrotem 

do włazu. – Czy ma pan... kaganiec? – zwrócił się do stróża porządku. Jeśli 
to był stróż porządku.

– Nie potrzeba – stwierdził mężczyzna i cofnął rękę.
Pies   skoczył   naprzód   i   zaczął   obwąchiwać   twarz   Jerome'a,   a   potem 

wspiął się na tylne łapy, opierając przednie o pierś Iwa. Chłopak zamknął 

background image

oczy i liczył upływające sekundy, ale nic się nie stało. Wilczur zaspokoił 
ciekawość   i   odszedł   w   kąt,   skąd   czujnie   obserwował   przybyłych.   Jego 
tęczówki świeciły zielonym blaskiem.

– Jesteście swoi, 

W

T

 przeciwnym razie już by was nie było – kontynuował 

policjant. – Wabi się Henry, weźcie go ze sobą.

– Nie... dziękujemy, lepiej nie – jąkał się Jerome, gramoląc się z włazu.
– Jak chcecie. – Policjant wzruszył ramionami. – Do muzeum?
– Tak. Chcemy obejrzeć figury woskowe.
– Tam jest wszystko. Dziś wstęp wolny, trzeba korzystać.
Secesyjny gmach muzeum obłożony był czarnymi owalnymi płytami i 

miał trzy wieże, na których łopotały barwne proporce. Drewniane wrota, 
rzeźbione   w   sceny   biblijne,   konserwowano   zapewne   olejkiem 
eukaliptusowym, bo wokół rozchodził się jego silny aromat.

–   Figury   woskowe?   –   zapiszczała   siedząca   w   recepcji   wymalowana 

staruszka,   wyglądająca  na  emerytowaną  aktorkę  teatralną.  Zatarła  dłonie, 
które byty jeszcze starsze niż twarz: powykręcane, pokryte zwisającą skórą, 
przypominające liniejące węże. – Ach tak, jak to miło, że przychodzicie na 
ślub! Naprawdę niewielu gości przybywa z zewnątrz, a wy chyba jesteście z 
daleka? Nigdy was nie widziałam, jak mi się zdaje.

– Tak, my jesteśmy... mamy do... – plątał się Jerome.
– Turyści – oświadczył Iwo. – Gdzie mieści się ten gabinet?
– Och, dzisiaj zajmują Salę Lustrzaną, na wprost, na pierwszym piętrze. 

W   czwartki  bilety   są   bezpłatne,   ale   proszę   je  wziąć   i   przechować.   Aha, 
jeszcze jedno. Do gmachu nie wolno wprowadzać zwierząt, a więc i psów, 
ale o tym panowie przecież doskonale wiedzą, nieprawdaż?

Jerome obejrzał się, ale hol i zalany słońcem plac przed muzeum były 

puste.

Schody   zakręcały   po   obu   stronach,   a   na   piętrze   widać   było   jasno 

oświetlone   wejście.   Ze   środka   dobiegały   ciche   dźwięki   fletu.   Tęgi 
mężczyzna w przejściu, ubrany w polowy mundur, sprawdzał bilety.

– To generał Schwarzkopf, pierwsza wojna w Zatoce – objaśnił szeptem 

Iwo. – Dalej widzisz Chruszczowa, Nixona i Andreottiego. Do licha, tam, 
pod kolumną! Churchill rozmawia z gościem w todze, który siedzi na czymś 
w rodzaju sofy i trzyma puchar wina. Jeśli to Petroniusz, zaczęli o polityce, 
a skończą na poezji.

–   Nie   zgrywaj   takiego   mądrali   –   przerwał   mu   Jerome.   –   Łatwo 

background image

komentować własny happening.

–   To   nie   tak,   bracie.   Mój   jest   tylko   program   naszej   subiektywnej 

interpretacji tego świata, który istnieje niezależnie. Oczywiście Schwarzkopf 
nie   sprawdza   w   nim   biletów,   a   figury   woskowe   nie   urządzają   balu   w 
dosłownym znaczeniu, ale dane o generale są interaktywne, a pliki innych 
osobistości mają, jak widać, jakieś wzajemne hiperlinki. Myślę, że na to, co 
się tutaj dzieje, wpływają impulsy z zewnątrz, ale poziome interakcje też 
występują.   Po   wzmocnieniu   i   przeinterpretowaniu   przez   mój   program 
widzimy to, co jest wokół.

– W porządku, mistrzu, gadasz jak stary belfer. Czasem myślę, że setki 

takich   programów   interpretacyjnych   dostępnych   w   sieci   tworzą   zręby 
postrzegania świata dla tych istot, które tu żyją. Na swój ułomny sposób.

– Wyluzuj, brachu. Tu istnieją katalogi danych, a my przeszukujemy je 

jedną   z   metod,   stosując   personifikację,   bo   taki   mamy   kaprys.   Podobnie 
astronom mógłby uznać słońce za ognistą kobietę, a księżyc potraktować 
jako świeżego, ale już wystygłego nieboszczyka. Postaci, które widzisz, nie 
mają nic wspólnego z życiem w sieci, które, być może, istnieje na zupełnie 
innym poziomie.

– Może – uciął Jerome. – Zobacz, tam zgromadzili się kompozytorzy: 

Mozart,   Beethoven,   Wagner.   Tamten   rudy   to   pewnie   Vivaldi,   nie 
przypominam sobie jego portretu.

Sala tętniła życiem. Do fletu dołączyła harfa i delikatne dźwięki płynęły 

między  marmurowymi  kolumnami.  Z  boku tańczono menueta  – tancerze 
przebrali się za dziki, kozły, owce i strusie. Przelatujący bażant zawadził 
skrzydłem   o   żyrandol   i   w   wysokich   rejestrach   zabrzmiały   kryształowe 
dzwonki. Dwóch mężczyzn ubranych w zielone liberie i śnieżnobiałe peruki 
niosło świecę wielkości średniokalibrowej haubicy.

– Witam gości spoza naszego klubu – odezwała się z boku kobieta. Była 

zupełnie   naga,   jeśli   nie   liczyć   przejrzystego   welonu,   przypiętego   do 
misternie ułożonej fryzury. Spojrzenia Jerome'a i Iwa odruchowo ześliznęły 
się tam, gdzie każdy chłop by sobie popatrzył, ale w tym miejscu widniała 
tylko gładka skóra o lekko zielonkawym odcieniu. Całe ciało miało takie 
zabarwienie, a skóra nie wykazywała żadnej faktury. – Spójrz lepiej na moją 
twarz,   cudzoziemcze   –   kontynuowała.   –   Jest   lepsza   od   reszty,   bo   nam 
potrzebne   są   same   twarze.   Właśnie   na   nie   zwracacie   uwagę   wy,   którzy 
przychodzicie   nas   oglądać.   Zaraz   wezmę   ślub   z   tym   oto   młodym 

background image

człowiekiem, a wy będziecie naszymi świadkami. Chodź, Xawery, pokaż 
się!

Spomiędzy   tańczących   wysunął   się   człowiek-kot.   Szedł   na   tylnych 

łapach,   zamiatając   podłogę   ogonem   grubości   męskiego   ramienia.   Całą 
głowę zakrywała mu czapa.

Gdy rozległo się głuche warczenie, kot zwolnił, a potem stanął. Powoli 

uniósł ręce i ściągnął czapę, obnażając gładką, błyszczącą twarz młodego 
mężczyzny.   Człowiek-kot   odgarnął   włosy   i   uśmiechnął   się,   po   czym 
odwrócił   się   i   niespiesznie   odszedł.   Jerome   opuścił   rękę   i   drgnął,   bo 
niespodziewanie dotknął łba wilczura, który nie wiadomo kiedy znalazł się 
przy jego nodze.

–   Co   za   głupie   żarty!   –   krzyknęła   kobieta   i   tupnęła.   –   Nie   ciebie 

prosiłam, Flin! Xawery, gdzie jesteś?! Przecież zgodziłeś się na ślub!

Wtedy z drugiego końca sali przepchnął się do nich blady młodzieniec. 

Też był nagi i również nic nie miał w miejscu, które jest, a raczej od czasu 
do czasu bywa męską chlubą.

– Musiałem się przygotować – wyjaśnił.
– Niewiele możemy, ale ślub wziąć jesteśmy w stanie – oznajmiła panna 

młoda,   zwracając   się   do   Iwa.   Wzięła   partnera   za   rękę   i   stanęli   po   obu 
stronach świecy. – Dotknij jej – poprosiła, zwracając się do Jerome'a.

Gdy   to   uczynił,   rozległ   się   trzask   i   świeca   zapłonęła   wysokim, 

pełgającym na boki płomieniem.  Kobieta uśmiechnęła się i odwróciła do 
partnera, łącząc się z nim w długim pocałunku, podczas gdy sploty ognia 
najpierw tylko muskały, a potem coraz ciaśniej obejmowały ich ciała. Welon 
zajął się i znikł w bezgłośnym rozbłysku. Skóra tulących się kochanków 
lśniła, wosk miękł i spływał, ich ciała spajały się w jedno. Usta łączyły się 
na   zawsze,   a   twarze,   które   na   okres   jednego   uderzenia   serca   nabrały 
wyrazistych   i   ostrych   rysów,   zmieniły   się   w   bezkształtne   maski.   Wosk 
płynął   strugami   i   przez   chwilę   uproszczone   zarysy   zespolonych   głów   i 
uwspólnionego ciała przedstawiały surrealistyczną rzeźbę, zanim dzieło nie 
dobiegło końca. Stopione torsy uformowały przezroczystą zielonkawą bryłę, 
która szybko stygła i matowiała. Rozległy się gromkie brawa.

– Coś nie jest tak – mruknął Iwo. – Hej, brachu, obudź się! – Szturchnął 

przyjaciela łokciem.

Jerome   wpatrywał   się   w   zastygłą   rzekę   wosku   i   milczał.   W   końcu 

wykrztusił:

background image

– Co to było? Twój nowy trik?
– Nie, kolego. Coś dzieje się w sieci. Wygląda na to, że jedne pliki 

zapisują się w drugich. Oczywiście błąd da się naprawić dzięki resetowaniu 
sektora, ale takie rzeczy nie powinny się zdarzać.

– Nazywasz to błędem zapisu? – spytał Jerome. Pochylił się i położył 

dłoń na stygnącym korpusie.

– A znasz lepsze określenie? – odparł Iwo i wzruszył ramionami.
Iwo   i   Jerome   oparli   się   o   kolumnę   i   sączyli   pienisty   napój,   który 

zaserwowała   im   miejscowa   hostessa.   Wokół   trwała   zabawa,   a   do   tańca 
przygrywała teraz orkiestra złożona ze skrzypiec, wiolonczeli, harfy i fletu.

– Słuchaj, Iwo, jeden wątek z wypowiedzi panny młodej był naprawdę 

interesujący. Powiedziała, że ich woskowe twarze są lepiej wykonane od 
reszty, czyli bardziej prawdziwe, a bierze się to stąd, że zwiedzający właśnie 
na nie zwracają uwagę. Stąd wniosek, że nasze spojrzenia ich kształtują, a 
obserwacja detalu prowadzi do jego urealnienia. Co o tym sądzisz?

–  Sądzę,  że  ten   świat  nastraja   cię  mistycznie,  Jero.   Trzeba  myśleć   o 

powrocie, dopóki nie jest za późno.

– Czyżbyś chciał zaniechać Allana?
– Nieee, skądże, za dużo pracy poszłoby na marne.
– Ale jak go znaleźć? I gdzie szukać? Miałeś same dobre pomysły, ale 

nic więcej.

– Powoli, bracie, wyluzuj. Właśnie staram się coś powiedzieć. On może 

tu być. Chodzi o twarz, musi mieć jakąś twarz, no nie?

– Z wosku?!
– Nie, nie chwytasz. Allan musi mieć świetnie odrobioną nie tylko twarz, 

wszak stanowi fingerprint całego człowieka.

– Chcesz powiedzieć, że na podstawie genomu dokonano kreacji pełnej 

osobowości wirtualnej? Czy taki twór może mieć świadomość? Jeśli tak, 
byłby to dowód na życie w sieci.

– U nas tego rodzaju próby są zabronione, więc oficjalnie nic się o nich 

nie mówi. Ale tylko czart wie, co dzieje się w różnych latyfundiach.

–  A  Gloria...   –  Jerome   uniósł  brwi.  –  Może   ona  chce  teraz  postąpić 

odwrotnie   i   potrzebuje   pełnego   zapisu   sekwencji,   żeby   po   kawałku,   z 
atomów   złożyć   cały   genom   w   realu,   czyli   reaktywować   biologiczny 
organizm? Dokonać aktu cielesnego zmartwychwstania? Rzecz trzyma się 
kupy,   podobno   można   nanochemicznie   programować   i   składać   enzymy 

background image

chromosomalne, niezbędne do takiej roboty.

Iwo poskrobał się w głowę.
–   Nie   myślałem   w   ten   sposób   –   przyznał.   –   Byłem   przekonany,   że 

kobieta planuje symulacje efektywności genowej. Teraz wszyscy się za to 
łapią,   bo   chcą   projektować   cechy   organizmów,   także   ludzkich.   I  coś   jej 
pasuje w tym Allanie.

Jerome   zdjął   okulary   i   starannie   przetarł   szkła.   Zakładał   je   długo, 

rozmyślając.

– Wiesz co, Iwo? – powiedział cicho, rozglądając się po sali wypełnionej 

przez   rozbawiony   tłum.   –   Proponuję   zmienić   kurs.   O   sto   osiemdziesiąt 
stopni. I to zaraz.

– Co ty, zwiewać, jak już stoimy u celu? Przecież jesteśmy w delegacji 

służbowej i naszym zadaniem jest naprawa pliku, bracie. Najgorsze mamy 
już za sobą.

– Może, ale i tak coś mi tutaj śmierdzi. Ukryty w sieci skrypt genowy, 

niedozwolone   badania,   no   i   te   uporczywe   ataki   maskowanego   robactwa. 
Ktoś próbuje nas załatwić, nie widzisz?

Iwo   wydął   wargi,   ale   nie   odpowiedział.   Rozejrzał   się   i   wzruszył 

ramionami.

–   I   tak   chciałem   wracać.   Więc   zjeżdżamy,   ale   najpierw   muszę   go 

namierzyć. Umówmy się: jak gościa nie ma w tej sali, robimy w tył zwrot. 
Jak jest, najpierw z nim pogadamy. Okay?

– No to się pospiesz, bo... brakuje mi mojego fotela. Poza tym wciąż nie 

wiem, dlaczego mamy szukać go tutaj, na balu woskowych lalek? Został 
zaproszony?

Iwo westchnął.
– Już tłumaczyłem, że aktywowałem wizualizacyjny program grupujący. 

Ponieważ woskowe twarze są wycyzelowane, powinny pojawić się linki do 
innych   uszczegółowionych   twarzy   z   zewnętrznych   katalogów.   Nasza 
obecność   uruchamia   je   i   pokazuje   pliki,   więc   podobne   widzimy   obok 
podobnego.   Rzecz   jasna,   dałem   bufor   i   selekcję,   żebyśmy   nie   wpadli   w 
zakres szumu.

– Dobry jesteś, kolego! – Jerome nie krył podziwu. – Więc skoro twarze 

są najprawdziwsze w krajobrazie, trzeba obniżyć translację!

Iwo wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Świetna myśl, brachu! Opuszczamy jednocześnie o jedną czwartą.

background image

Efekt   był   zadziwiający.   Twarze   balowników   zbladły   i   stały   się   elfie, 

księżycowo delikatne, natomiast reszta ich ciał niemal znikła. Oblicza nadal 
wirowały   w   tańcu,   lecz   całe   postacie   były   szkliste,   ledwo   dostrzegalne, 
podobne do meduz zawieszonych w mroku oceanu. Sala również stała się 
nierealna, stanowiła ledwie zarys pomieszczenia, a posadzka zamieniła się w 
srebrzystą, lekko opalizującą powierzchnię.

– Mam go! – zawołał Iwo i wskazał kierunek.
Rzeczywiście, daleko pod kolumnami, rozparta na kamiennym siedzisku, 

widniała złota postać. Cała postać.

–   Patrz,   Jero,   szukacz   nie   ograniczył   się   do   twarzy,   więc   gość   jest 

prawdziwy   jak   cholera!   To   znaczy,   jest   plikiem   reprezentującym   realną 
postać, podobnie jak nasze fantomy-ikony.

Chłopak ruszył biegiem, ale Jerome złapał go za rękaw.
– Poczekaj! Bądźmy ostrożni, licho wie, co to za jeden. Dlaczego jest 

złoty?

–  Skąd   mam   wiedzieć?   Może   translator   tłumaczy   wartość   na  barwę? 

Puść, musimy podejść bliżej.

Wilczur zachowywał się spokojnie, więc Jerome rozluźnił chwyt. Razem 

zbliżyli się do domniemanego Allana. Mężczyzna przypominał  ulicznego 
mima z twarzą i ubraniem spryskanymi złotą farbą.

– Stop! – odezwał się, zatrzymując ich podniesioną dłonią. Miał głęboki, 

melodyjny głos. – Kim jesteście?

– Iwo, Jerome. Nazwiska nic panu nie powiedzą, panie... Porter?
Mężczyzna wyprostował się i wyciągnął rękę, jakby chciał się przywitać.
– Co to? – zapytał, wskazując na pasek Jerome'a.
–   Słucham?   Ach,   to.   Translator   adaptacyjny.   Reguluje   poziom 

subiektywizmu percepcji.

– Naprawdę? – Wyglądał na poruszonego. – Zrobiony w realu?
–   Owszem,   oryginał   tak.   Stanowimy   ikony   dwóch   gości   stamtąd   – 

wyjaśniał Iwo. – Jeśli pan jest Allanem Porterem, potrzebujemy pańskiego 
zapisu... no, potrzebujemy pana.

– Coś takiego, real mnie potrzebuje! Chyba zacznę krzyczeć i pomaluję 

się na czerwono. Jaki kolor widzicie? – Spojrzał na swoje ramię.

– Złoty.
–   Złoty   cielec,   nadmiar   chciejstwa.   Należ}'   obniżyć   ten   wasz 

subiektywizm. Teraz lepiej?

background image

Złota patyna znikła. Przed nimi siedział podniszczony czterdziestoletni 

mężczyzna. Rzedniejące włosy przylegały do głowy; okrągła twarz i perkaty 
nos wskazywały na dobrodusznego pyknika, ale głęboko osadzone oczy o 
twardym wejrzeniu wymuszały dystans.

– Kto was przysłał? – zapytał ostro.
–   Profesor   Herreira,   genetyk   –   poinformował   Jerome,   który   miał 

wrażenie, że nie powinni przeciągać rozmowy. – Znalazła w sieci pański 
fenopsych bazowy...

Mężczyzna żachnął się.
– A wy, dobre duszki, przyszliście mnie odnaleźć i zabrać z tej bajki? 

Głupota idzie w zawody z naiwnością!

– Przecież przyszliśmy – zaoponował Jerome.
– I co z tego?! – Nieznajomy spojrzał w bok, jakby coś rozważał. W 

końcu polecił: – Podejdź, Jerome. Szybciej, proszę! – Chwycił go za rękę i 
położył jego dłoń na swoim czole.

Chłopak próbował się wyrwać, bo parzyło.
– Spokojnie, to tylko złudzenie, wytrzymaj jeszcze parę sekund. Dobrze, 

wystarczy.   –   Odepchnął   go   i   wstał.   Z   grymasem   zdradzającym   niechęć 
spojrzał ponad ich ramionami na salę.

Zanim zdążyli się obejrzeć, zostali zaatakowani i obezwładnieni. Silne i 

wprawne   dłonie   chwyciły   ich   od   tyłu,   wykręcono   im   ręce   i   obalono   na 
ziemię. Zostali przeszukani, a potem skrępowani i załadowani do policyjnej 
suki, która natychmiast ruszyła z wizgiem opon.

Napastnicy pozostawili z nimi psa – przez pomyłkę lub specjalnie, tego 

nigdy się nie dowiedzieli. Wilczur najpierw wylizał im twarze obrzydliwie 
lepkim   jęzorem,   a   potem   sprawnie   poprzegryzał   plastikowe   pętle,   które 
unieruchamiały   ręce.   Pudło   samochodu   dzwoniło   blachami   i   rzucało   na 
wybojach.

– Aleśmy się wpakowali – jęknął Jerome. – Nie lepiej było siedzieć w 

domu?

– Sam chciałeś, przecież siłą cię nie ciągnąłem. To urządzenie – Iwo 

rozejrzał się po wnętrzu pojazdu – wygląda na policyjne. Również sposób 
ataku wskazuje na siły porządkowe, jak się je ładnie nazywa. Znaleźliśmy 
się pod opieką rządową.

– Czyli zostaliśmy aresztowani. Tylko za co? Nie przypominam sobie, 

żebyśmy popełnili jakieś przestępstwo.

background image

– Rozmawialiśmy z Allanem, tajnym superagentem rezerwy, brachu. Za 

coś takiego grozi co najmniej dożywocie.

Jerome pokręcił głową.
– Ty, Iwo, przestaniesz stroić sobie żarty dopiero wtedy, gdy zazdrośni 

mężowie   wiarołomnych   żon   powieszą   cię   za   jaja   na   trakcji   wysokiego 
napięcia na wprost wejścia do burdelu.

–   Uaa,   patrzcie,   jak   się   Jeruś   rozkręcił!   Może   pod   opieką   władzy 

poczułeś   się   bezpieczny?   A   co   do   mojego   żartowania,   to   mylisz   się, 
prawiczku!   Nawet   w   tak   mało   wygodnej   pozycji,   jaką   opisałeś,   będę 
figlował z ptaszkami płci nadobnej, które przylecą, żeby dać mi buzi.

– Jesteś w dobrym humorze, więc pewnie znasz wyjście z tej idiotycznej 

sytuacji?

– Owszem, zgadza się. Mam ze sobą – zniżył głos do szeptu – awaryjną 

bramkę budzącą. Działa szybko, więc będzie trochę bolało.

– Szkoda, że dopiero teraz. Dawaj ją!
– Poczekaj, wolnego! – Iwo odsunął przyjaciela. – Najpierw przeszukaj 

kieszenie.

– Co takiego?
– Agent Allan wszedł z tobą w bezpośredni kontakt. Mógł podrzucić ci 

materiały kompromitujące lub informacyjne. Po przejściu przez bramkę to 
wszystko zniknie, więc trzeba przeczytać teraz.

Jerome grzebał po kieszeniach, nawet zajrzał do nogawek spodni i zdjął 

koszulę. Nie znalazł nic.

– Psiakrew! – zaklął Iwo. – Cała eskapada na nic, bo ten cholerny Allan 

nie dał nam na siebie żadnych namiarów. Ani nie naprawimy katalogu, ani 
nie   zaspokoimy   profesor   Herreiry.   Cóż,   spadamy,   panie   władzo.   – 
Zasalutował w stronę szoferki.

Zdjął z palca pierścień i w sekundowych odstępach trzykrotnie nacisnął 

ametystowe oko. Po chwili potrzebnej na identyfikację pojawiła się obręcz o 
średnicy trzech stóp, przez którą najpierw przeszedł Jerome, a potem nanizał 
ją na siebie Iwo. Ich ikony stały jeszcze przez moment na chyboczącej się 
podłodze łazika, po czym kolejno znikły.

Gdyby Iwo i Jerome mogli obserwować przez swoje translatory ten rejon 

sieciowych interakcji, stwierdziliby, że do podskakującej obręczy wskoczył 
wilczur i obwąchał zespolony z nią pierścień, ale nigdzie się nie przeniósł, 
bo nie miał odpowiednika w realu. Po kilkunastu sekundach obręcz uległa 

background image

spakowaniu,   a   ikona   pierścienia   dokonała   samoskasowania, 
zaktualizowawszy uprzednio swój pierwowzór w realu.

Wtedy   samochód   zahamował   i   z   szoferki   wyskoczyło   dwóch 

komandosów.   Jeden   otworzył   tylne   drzwi   i   sprawdził   przedział   dla 
aresztantów.   Wypuścił   psa   i   urękawicznioną   dłonią   poczochrał   go   za 
uszami.

– Henry, leć do starego Glena. Dobry piesek. Zmykaj, ale już!
Popchnął   zwierzę,   które   okręciło   się   w   kółko,   machnęło   ogonem,   po 

czym   wyrwało   biegiem   przed   siebie.   Policjanci   zaryglowali   drzwiczki, 
wsiedli i zawrócili z piskiem buksujących kół.

background image

ROZDZIAŁ 3

Jerome był przygotowany na ból, ale nie przypuszczał, że doświadczy 

męczarni. Wydawało mu się, iż druciana szczotka orze mózg, wydzierając z 
niego   nieaktywne   już   hiperlinki.   Zacisnął   zęby,   ale   z   głębi   gardła   i   tak 
wydobywał się skowyt, a spod zamkniętych powiek ciurkiem leciały łzy. To 
narusza godność człowieka, pomyślał, gdy ból już odpływał. Powinniśmy 
wychodzić pod znieczuleniem.

Podniósł się z wysiłkiem i natychmiast opadł na fotel, na czas seansu 

zamieniony   w   leżankę.   Poczekał,   aż   przejdzie   zawrót   głowy,   po   czym 
dźwignął się ponownie i chwiejnym krokiem powlókł się do łazienki. Gdy 
wkładał   głowę   pod   kran,   usłyszał   jęczenie   Iwa,   który   właśnie   kończył 
wyjście, wijąc się w konwulsjach.

Pół   godziny   później,   umyci   i   przebrani,   pochłaniali   ogromne   kęsy 

margherity, popijając heinekenem. Jak zwykle bezpośrednio po seansie byli 
nienaturalnie podnieceni i dyskutowali zdarzenia, w których uczestniczyli 
głęboko pod powierzchnią realu.

– Chyba znielubię koty – użalał się jerome. – Dlaczego akurat one?
– Właśnie dlatego, że są takie milusińskie. – Iwo o mało nie udławił się 

ciastem. – Plu... pluszowe maskotki, które chce się przytulić.

– Wciąż nie rozumiem, kto puścił na nas to robactwo.
– Wyznajesz  teorię spiskową, bracie. Tyle robali grasuje po sieci,  że 

przez czysty przypadek można na jakiegoś trafić prędzej czy później. Jak 
idziesz nocą przez miasto, za każdym rogiem siedzi bandzior, złodziej albo 
kurwa, która wyciągnie ci portfel, jak tylko się trochę zapomnisz.

– Noo... nie wiem. Miałem wrażenie, że ktoś rozpoczął polowanie, a 

zwierzyną był nie kto inny, tylko my. Zdrowie!

Trącili się kuflami. Schłodzone szkło zachodziło mgiełką kondensującej 

wilgoci, a spływające krople pozostawiały za sobą przezroczyste szlaki.

Za oknem na tle wieczornego nieba stroszyły się pióropusze palm. Ponad 

nimi,   wśród   bladych   jeszcze   gwiazd   płynęły   eksplodujące   barwami 
hologramy: „Kupuj wódkę u Strouba", „Dziś MarSisters w Habana Club" 
czy „Wygraj fortunę na wyprzedaży u Hostfriends". Na chwilę wszystkie 
inne przyćmił zielony, podbiegający czerwienią napis: „Chrystus rozliczy 
cię z twoich genów".

background image

Jerome dopił piwo i przeciągnął się. Podjustował kształt fotela, wpisał 

hasło i uaktywnił monitor. Na błękitnym tle zaczęli się przewijać nadawcy 
świeżej poczty.

– Herreira, jakiś Haywick, Seskwit Gold – czytał – potem nasi z firmy, a 

reszta to bzdety. Mimo filtrów zawsze przebija się hałda śmieci.

Iwo wstał, położył rękę na ramieniu Jerome'a i powiedział spokojnie:
– Nie odwracaj się, siedź jak dotychczas. Jesteśmy obserwowani. Zrzuć 

szybko całą pocztę na memchipa i upuść go pod nogi. Pospiesz się.

Jerome'a   zamurowało.   Przez   sekundę   siedział   bez   ruchu,   ale   potem 

sprawnie   skopiował   pliki,   wyjął   kapsułkę   pamięciową   i,   drapiąc   się   w 
krocze, upuścił na podłogę. W tej samej chwili Iwo wypadł z ręki notes, po 
który chłopak natychmiast zanurkował pod biurko.

Teraz   wydarzenia   potoczyły   się   błyskawicznie,   jak   w   gangsterskim 

filmie. Uchylone drzwi otwarły się gwałtownie i do pokoju wpadł Melly, 
pracownik   zajmujący   sąsiednie   pomieszczenie.   Natychmiast   rzucił   się   na 
Jerome'a   i   obezwładnił   go,   uderzając   kantem   dłoni   w   ciemię,   a   potem 
zaatakował osłaniającego się Iwo, profesjonalnie zadając mu cios w szyję. 
Iwo jęknął i zwalił się na podłogę, a napastnik przewrócił go na wznak i 
przeszukał kieszenie. W jednej z nich znalazł memchipa, wytrząsnął go na 
podłogę i starannie rozdeptał na miazgę.

Potem wyrzucił bezwładnego Jerome'a z fotela, usiadł przed monitorem i 

korzystając z opcji głęboko formatującej, skasował pocztę z dysku i serwera. 
Nie   potrzebował   hasła,   bo   skrzynka   była   aktywna.   W   podobny   sposób 
opróżnił kosz, wylogował się i wyłączył komputer.

Iwo usiadł i chwycił się za szyję.
– Ty świnio! – zaczął, ale dopiero wtedy spostrzegł, że facet jest trochę 

zbyt barczysty jak na Melly'ego, a peruka nie do końca przykrywa rudą 
szczecinę na karku.

Napastnik wstał i precyzyjnie kopnął go w twarz, niezbyt mocno i bez 

złości,   po   czym   obciągnął   poły   marynarki,   przygładził   sztuczne   włosy   i 
wyszedł, zamykając drzwi równie cicho, jak je otworzył.

Pierwszy doszedł do siebie Jerome. Doczołgał się do Iwo i klepnął go 

kilka razy po nie uszkodzonym policzku. Gdy tamten ocknął się i jęknął, 
zostawił go i wybiegł na korytarz. Portier oglądał telewizję.

– Czy ktoś tędy przechodził?! – spytał drżącym głosem.
Mężczyzna   poczekał,   aż   skończy   się   ujęcie,   po   czym   odwrócił   się   i 

background image

spojrzał niechętnie.

– Tak, pan Melly. Czy coś się stało?
– Proszę wezwać lekarza, natychmiast! Iwo jest nieprzytomny. I policję. 

Albo nie, sam po nich zadzwonię.

Wyszedł przed dom. Na ulicy trwał normalny ruch, pod oknami nie było 

żywej duszy. Wyjął z kieszeni telefon i wezwał odpowiednie służby. Gdy 
wrócił do pokoju, Iwo zdołał już wstać i próbował ruszać szyją. Na policzku 
miał imponujący krwiak.

– No, jeszcze raz się udało – mruknął. – Dobrze, że ten kretyn celował w 

głowę, a nie w przyrodzenie, bo cóż pozostałoby mi w życiu do roboty?

– Ty wariacie! – prychnął Jerome. – Myślałem, że zrobił ci prawdziwą 

krzywdę, a ty zgrywasz wesołka. Co ci odbiło?

–   Śmieję   się   ze   specjalisty   i   zawodowca,   bo   tacy   we   wszystkich 

dziedzinach oprócz swojej są skończonymi idiotami. Co nie znaczy, że nie 
mogą szkodzić. Jak się czujesz?

– Trochę boli mnie głowa. Nie wiem, co nabroił w kompie, w każdym 

razie widziałem, jak pastwił się nad memchipem. Rozgniótł go obcasem, 
więc szlag trafił pocztę. Myślisz, że było w niej coś ważnego?

Iwo rzucił mu spojrzenie pełne współczucia.
– Chyba jednak masz wstrząs mózgu albo i gorzej. Jeszcze nie jarzysz? 

Zobacz, czy nie ma gapiów za oknem. Albo nie, lepiej stąd wyjdźmy.

Przeszli korytarzem na patio.
–   Słuchaj   uważnie,   Jero.   Nasz   Allan   przekazał   ci   siecią   ważne 

informacje,   tam,   na   dole,   przez   twoją   ikonę,   gdy   chwycił   cię   za   rękę   i 
przyłożył ją do czoła. Jak tego dokonał, czort wie. Niestety, miałeś rację, że 
ktoś   nas   ściga.   W   sieci   wybroniliśmy   się,   ale   tu   już   na   nas   czekali,   a 
właściwie na pocztę od Portera. Cholernie im na niej zależało, brachu.

– I sprzątnęli ją – stwierdził Jerome. – Na nic twoje zabiegi, z memchipa 

pozostał pył.

– Masz rację – uśmiechnął się Iwo. – W zeszłym roku nagrałem na nim 

list   do   kochanki.   Sympatyczny,   ale   zawierał   trochę   błędów   taktycznych. 
Dziś inaczej bym go ułożył.

– Dobrze dedukujesz, koleś, ten właściwy mam tu. – Dotknął brzucha. – 

Muszę kupić po drodze jogurt i śliwki.

– Poczekaj, zaraz... Niech cię licho! – Jerome trzepnął się po udzie. – 

Chyba jednak cię nie doceniam!

background image

–   Obawiam   się,   że   mój   geniusz   zostanie   doceniony   najwcześniej   za 

trzysta lat, a wtedy niewiele mi z tego przyjdzie.

W   korytarzu   pojawili   się   sanitariusze   z   noszami.   Za   nimi   statecznie 

kroczył lekarz.

– Gdzie są poszkodowani?
– To my – oznajmił Iwo. – Jesteśmy ofiarami napadu.
– Macie rany postrzałowe lub kłute?
– Nieee... Napastnikiem był karateka.
– Więc zrobimy prześwietlenia. Proszę z nami.
Odpisz do: Seskwit Gold <unknown(o<unknown.net>
Dla: <Jero(« urban.arch.gov>
Klucz: historia Data: 18 lipca 2203, 18:12:20 – 0500
Drodzy   przybysze   z   walu,   cholernie   się   ucieszyłam,   jak   zobaczyłam 

wasza ikony. Zostały porządnie odrobiona, z masą zbędnych szczegółów, a 
więc od początku byłem pewien, że przybywacie właśnie stamtąd. Mówiąc 
szczerze, mocno mi się znudziło uczestniczenie w siecionych wariantowych  
epizodach,   resetowalnych   i   powtarzających   się   całymi   segmentami,   więc 
przyoblekłem   się   w   stalą   opokę,   w   której   mnie   widzieliście,   i   trwałem, 
mógłbym tak trwać nawet tysiąc lat. Może kiedyś i tutaj, pod powierzchnią 
realu, będzie powstawać historia, ale na razie wszystko, co świeże, dopływa  
stamtąd, od was, ciurka do nas jak strumień nawadniający pustynię. Więc 
chętnie znów włączę się w tworzenie  rzeczywistości,  bo dotychczas  tylko 
przeżuwam dawno zaistniałe zdarzenia.

Pewnie wiecie o mnie sporo, lecz czuję, że powinienem coś dodać. To  

prawda,   że   zostałem   zaprojektowany   przez   geniusza   Woodwortha   do 
wykonania określonego zadania, a potem ten sam człowiek przerobił mnie 
na kod zerojedynkowy  i wraz  z pełną  informacją  genetyczną  wpuścił  do 
sieci.   Chcę   zdecydowanie   oświadczyć,   że   mimo   to   jestem   w   pełni 
człowiekiem,   ze   wszystkimi   ludzkimi   cechami,   takimi   jak   niepewność, 
poszukiwanie, emocje czy potrzeba wiary.

Teraz konkrety. Moja sprawa jest utajniona i jestem dobrze pilnowany, 

więc wydostanie stąd odpowiednich plików będzie trudne. Plik z informacją 
o   moim   genomie   jest   ukryty,   nieprzesuwalny.   Mam   jednak   nadzieję,   że 
właśnie  czytacie  te  słowa.  Jeśli   tak,  to  koniecznie   odnajdźcie  naczelnika  
Francisa   Vegę   z   Ministerstwa   Obrony,   Wydział   Strategii 
Niekonwencjonalnych,   w   skrócie   DUCOS.   Można   powiedzieć,   że   jestem 

background image

nietypową   bronią,   więc   znajduję   się   w   gestii   tego   człowieka   i   bez   jego 
przyzwolenia nie ruszymy naprzód ani o cal. Na podstawie emaili Francisa 
mogę przypuszczać, że jest on w miarę rozgarnięty.

Gdyby wam się zmieniły plany albo gdyby nie o to chodziło, o czym  

piszę, skasujcie ten list, wyrzućcie go z kosza i zapomnijcie o sprawie. Tak 
będzie lepiej i dla was, i dla mnie.
Defragmentacji
 Allan Odpisz do: Gloria Herreira 
<

Gloria@baolauniv.edu

.mz>

Dla: <

Jero@urban.arch.gov

>

Klucz: jestem!
Data: 19 lipca 2203, 12:43:15 – 0700
Kochani chłopcy!
Mam dla was dobrą wiadomość 
– przyjeżdżam! Och, absolutnie nie 
chciałabym robić kłopotu, ale sądzę, że pewne sprawy trzeba omówić na 
miejscu. Grzebanie w genomach to delikatna sprawa, powiedziałabym 
– 
krytyczna, i naprawdę nie powinno się tego robić bez nieodzownej potrzeby. 
Właściwie w ogóle nie powinno się tego robić, bo przecież w tym całym 
śmietniku, jaki bez wątpienia stanowi ludzki zestaw chromosomów, dla nas 
tylko mała cząstka ma jakiekolwiek znaczenie! No właśnie, reszta to 
wysypisko, hałdy wraków, porzucone buble albo mniej udane egzemplarze, 
przeznaczone do kasacji. Powtarzam: tak wyglądają sprawy dla nas i teraz, 
ale naprawdę nie wiemy, jaka była Koncepcja. Koncepcją nazywam nie 
tylko zamysł stwórczy, cokolwiek by to znaczyło, ale także wszelkie możliwe 
przeszłe i przyszłe zastosowania rumowiska nukleotydów i jałowych 
obszarów monotonnie powtarzających się sekwencji. Nic o nich nie wiemy! 
Nie możemy wiedzieć, bo ledwie wystawiliśmy nos z gniazda troglodytów, a 
z tego miejsca naprawdę jeszcze niewiele widać. Jeśli dziś uważamy, że coś 
nie ma znaczenia, już
 jutro może się okazać, że takiej pewności nie ma, a 
pojutrze 
– że jest niezbędne.
Ach, robię wykład, a moi chłopcy pewnie wolą podyskutować o 
małżeństwach tercetowych lub antropoanimalnych. Możemy i o tym 
pogadać, uwielbiam żonglowanie tematami, wszakże głównie przyjadę po to, 
żeby was odwieść od planów zabawy w genomikę. Pozostańmy przy 
Koncepcji, bo ona działa, i to wcale nieźle! Śmierć i cierpienie są wpisane w 
nasz świat, który 
– mocno w to wierzę – jest sensowny i jednak najlepszy z 
możliwych.
Kochani, wstawcie kilka flaszek piwa więcej do lodówki. Jutro porywam 
was na piknik!
Ściskam mocno
 Wasza Gloria Odpisz do: Benon Haywick 

background image

<Benhay(qvultmountastr.sci.mz> Dla: <

Jero@urban.arch.gov

> Klucz: 

prośba Data: 19 lipca 2203, 11:06:49 0700
Iwo Malawsky i Jerome Gunter Drodzy koledzy!
Wydaje się, że astronomiczny projekt dotyczący Roju Andromedy zbliża się 
do finału. Po raz kolejny przeprowadziłem obliczenia i znów otrzymałem 
negatywny wynik. Ów rezultat oznacza, że Rój minie Ziemię w bezpiecznej 
odległości, a w atmosferę wejdą najwyżej dwie lub trzy komety, wywołując 
zjawiska przypominające noworoczne fajerwerki. Chciałbym jednak dla 
pewności zweryfikować uzyskane dane i dlatego proszę wasz renomowany 
ośrodek o współpracę. Ponieważ przesyłanie tak istotnych
 materiałów przez 
sieć raczej nie jest wskazane, przywiozę je osobiście. Będę również pod 
ręką, gdyby pojawiły się pytania lub wątpliwości. Do czasu uzyskania 
potwierdzenia sprawa jest najwyższej wagi, mam więc prośbę: czy mógłbym 
przyjechać jutro i w ciągu jednego czy dwóch dni wykonalibyśmy wspólnie 
stosowne obliczenia?
A więc do miłego zobaczenia. Będę jutro po piętnastej.
Pozdrawiam
 Benon Haywick PS Zdaję sobie sprawę, że rozbijam kolegom 
grafik zajęć, ale jako ekwiwalent przywiozę butelkę oryginalnego rumu z 
kory uszlachetnionego cukrowego baobabu. Wewnątrz pływa mumia osy 
wuaudu długości dwóch cali, której jad znakomicie wzbogaca smakowy 
bukiet trunku.
Jerome odchylił się w fotelu i klepnął dłońmi w uda.

– Co za ludzie! – zrzędził. – Schodź człowieku do wirtuala, narażaj się 

na przykrości i niebezpieczeństwa, a im nagle się odmienia! Ta Gloria to 
kompletny schizol! We wtorek żąda kodu do swoich eksperymentów, a w 
środę przyjeżdża, żeby nas, Bogu ducha winnych miastowych liczyludków, 
odwodzić od zabawy w geny. Rozumiesz coś z tego?

Iwo spacerował z kubkiem kawy w ręku. Podszedł do okna i dwoma 

palcami rozchylił listki zamkniętej żaluzji, lustrując klomby pod oknem.

– Rozumujesz niezwykle logicznie w ten piękny poranek – mruknął. – 

Tylko   wydaje   mi   się,   że   w   zaistniałej   sytuacji   przesyłanie   w   listach 
prawdziwych danych to nie najlepszy pomysł. Aha, czy gliny sprawdziły 
pokój? Nie ma groszków i prymulek?

– Nie wiem – nadął się Jerome. – Jeździli tymi swoimi detektorami po 

biurkach i regałach, włazili pod stoły... Więc myślisz, że te listy to same 
zwody i mistyfikacje?

Iwo ugiął nogi w kolanach jak stary koszykarz, wycelował, mrużąc jedno 

oko, i skierował pusty kubek do kosza. Oczywiście nie trafił.

background image

– Ogólnie mogę  powiedzieć,  bracie  – stwierdził sentencjonalnie  – że 

nasze życie stało się ciekawe. Przyspieszyło, wydostało się z szarzyzny i 
monotonii dnia codziennego, weszliśmy na plan, w światło jupiterów. Nie 
czujesz?

–   Owszem.   –   Jerome   sięgnął   do   czubka   głowy,   ale   nie   dotknął 

stłuczonego   miejsca   –   wykonał   tylko   okrężny   ruch   wokół   niego.   –   Ty 
otrzymałeś podwójną porcję.

Chłopak machnął ręką.
–   Musi   budzić   zdziwienie,   brachu,   że   jednego   dnia   dwoje   ludzi 

zapowiada   odwiedziny,  a   oboje  są   z  kraju  dzikich,   ehm,   przepraszam,   z 
Królestwa Mzinga. Przy tym plotą androny, bo genetyczka opowiada się 
przeciwko genetyce, a astronom odwołuje własną hipotezę i osobiście chce 
przywieźć   dane,   które   można   w   minutę   przesłać   siecią,   nawet   po 
zakodowaniu. Jej może wciąż chodzić o tego złotego, bo to ciekawostka 
naukowa, ale co może mieć do załatwienia szanowny astronom?

Jerome uniósł ręce, odżegnując się od wydarzeń burzących bezpieczny 

porządek.

–   Trzeba   wierzyć,   że   już   jutro   wszystko   się   wyjaśni.   Tak   naprawdę 

niepokoją mnie ataki na nas i w wirtualu, i tutaj. Komuś naprawdę musi 
zależeć na utrudnianiu nam życia. Nie wiem, czy nie powinniśmy...

Drzwi   uchyliły   się   bezszelestnie   i   do   pokoju   wśliznął   się   smagły 

Portorykańczyk. Zanim Iwo i Jerome zdążyli zareagować, ruchem szybszym 
niż myśl wytrząsnął z rękawa pistolet i strzelił w sufit, trafiając ćmę siedzącą 
przy   oknie,   na   którą   przedtem   nikt   nie   zwrócił   uwagi.   Strzał   był   cichy, 
podobny   do   plaśnięcia   packi   na   muchy.   Potem   mężczyzna   podbiegł   do 
fotografii   zawieszonej   na   ścianie,   odchylił   ramkę,   zdjął   ją   i   przesunął 
paznokciem po spodniej stronie listew. Widocznie nie znalazł tego, czego 
szukał, bo odrzucił obrazek i otworzył szufladę biurka, przechylając głowę 
na   boki,   jakby   nasłuchiwał,   a   raczej   lokalizował   źródło   niesłyszalnych 
dźwięków.

Iwo   chrząknął,   ale   nie   odważył   się   odezwać,   bo   w   powietrzu   wciąż 

unosił   się   swąd   spalonego   prochu.   Intruz   gwałtownie   odwrócił   głowę   i 
położył palec na ustach, nakazując im milczenie, i wrócił do poszukiwań – 
chwycił  za  klosz  lampy  i  wygiął  go  do  góry,  po  czym wyciągnął   panel 
oświetleniowy.   Chyba   wreszcie   znalazł,   bo   sięgnął   do   jego   nasady   i 
wydłubał przedmiot wielkości pestki jabłka. Rzucił go z obrzydzeniem na 

background image

blat   i   metodycznie   rozgniatał   kolbą   pistoletu,   aż   pozostała   szczypta 
rozkruszonych mikroobwodów. Znów zaczął nasłuchiwać, lecz widocznie 
test wypadł pomyślnie, bo skinął głową i schował broń pod bluzę.

– Nie pękać, chłopaki, już gotowe – odezwał się falsetem kastrata. – W 

Lepidopterze  była   kamera,   a   w   pestce   mikrofon.  Sorry  za   najście,   ale 
sytuacja wymagała pośpiechu, a ja wolałam pozostać incognito. No właśnie, 
jestem Anita, z BB.

– Skąd? – wykrztusił Jerome, szukając po kieszeniach okularów.
Tymczasem  przybysz chwycił się  z tyłu za włosy i płynnym ruchem 

zdjął perukę. Uszczypnął się w szyję, zbierając fałdę skóry i ciągnąc, aż 
wydłużyła się i zaczęła odklejać. Po minucie spod maski wyłoniła się twarz 
dziewczyny,   nieco   kanciasta,   o   małej,   lecz   silnie   zarysowanej   szczęce. 
Wąski nos nietypowo poszerzał się między brwiami, krótko obcięte włosy 
były   kasztanoworude.   W   zielonych   tęczówkach   migały   wesołe   iskierki. 
Zrzuciła luźny dres, pod którym miała granatowy kostium przypominający 
strój celniczki. Była drobną kobietą o trochę zbyt szerokich ramionach, jak 
Egipcjanki na nagrobnych malowidłach.

– Włóż szkiełka, Jero, i przyjrzyj się dobrze, a ty, Iwo, nie gap się na 

moje nogi, lepiej zapamiętaj twarz. Zresztą, nogi też mam w porządku. Jak 
mówiłam, jestem z Biura Bezpieczeństwa. Wydaje się...

– Biuro Bezpieczeństwa? Coś z nami nie tak? – badał Iwo.
– Nie mamy was w kartotekach podejrzanych, jeśli o to chodzi. Za to 

rozpętaliście niezłe tornado, a ja właśnie próbuję pomóc wam wyjść z tego 
bez większego szwanku.

– Myśmy rozpętali...?
– Tak. Wy również.
Iwo wydął wargi.
– Dlaczego mam wierzyć, że BB bezinteresownie chce nas osłaniać?
– Nie musisz w nic wierzyć. Ważne dla was jest to, że będziemy to robić, 

pewnie nieco lepiej niż poczciwi urzędnicy z policji.

– A dlaczego w ogóle mam wierzyć w to, co mówisz?
– Też nie musisz, ale wtedy będzie mi łatwiej pracować. – Machnęła mu 

przed nosem prostokątem identyfikatora. Schyliła się i zwinęła dres razem z 
peruką i maską. – I jeszcze jedno. Nie rozpoznawajcie mnie, nie witajcie, nie 
zagadujcie. Na zewnątrz będę dla was nieznajomą, której jednak nie musicie 
się obawiać, jasne?

background image

Opuściła pokój tak nagle, że nie zdążyli odpowiedzieć. Ta czarownica 

nie chodziła, lecz biegała, latała i potrafiła znikać.

–   Czego   ona   słuchała,   jak   nic   nie   było   słychać?   –   jęknął   Jerome. 

Podszedł  do  wykrzywionej lampy   i zaczął  ją  prostować.  – I  kto  jeszcze 
dzisiaj wpadnie w odwiedziny?

Iwo wzruszył ramionami i siadł do monitora. Jak zwykł mawiać ich szef 

Melly, oprócz zabawy mieli do robienia spisy ludności.

– Wiesz co, mały? – mruknął. – Mam wrażenie, że gangsterskie gierki 

najlepiej ogląda się w telewizji albo kinie, spokojnie siedząc z butelką w 
fotelu.

Wzięli   kabriolet   Iwo   i   zabrali   się   we   czwórkę,   wioząc   w   bagażniku 

skrzynkę piwa i wszystko, co potrzeba do porządnego grilla. Jechali szosą 
prowadzącą   po   półkach   wyciętych   w   nadmorskich   klifach   i   pokonywali 
mosty o pajęczej konstrukcji. Tego dnia ciemne i głębokie niebo płynnie 
przechodziło   w   mglisty   lazur   oceanu.   Przy   odległych   plażach   woda 
bezgłośnie podbiegała bielą piany, na skalistych wysepkach wylegiwały się 
stada   fok,   a   nad   granatową   głębią   polatywały   płaskonury.   Do   szczytów 
wzgórz ledwie dobiegał pomruk fal napierających na wybrzeże.

– Piękne macie landszafciki – pochwaliła Herreira, przekrzykując szum 

silnika i świst wiatru. – Ale przypuszczam, że dekoncentrują w pracy? O, 
patrzcie, motolotnia!

Rzeczywiście,   daleko   w   dole,   tuż   nad   kamienistą   wstążką   plaży, 

przesuwały się czerwone skrzydła. Z tej odległości urządzenie przypominało 
małą rubinową ważkę.

– W pracy mamy nieco bardziej monotonne krajobrazy – stwierdził Iwo. 

–   Tabele,   wykresy,   statystyka.   A   toto   –   wskazał   na   morze   –   już   mi 
spowszedniało. Trzy razy w tygodniu przywożę na plażę młode foczki żądne 
wrażeń.

–   Chyba   pojedziemy   dalej.   Tutaj   można   by   postawić   elektrownię 

wiatrową – wtrącił Haywick.

– Masz rację – zgodził się Jerome. – Znamy lepsze miejsce.
W   pewnej   chwili   minął   ich   jadący   z   dużą   szybkością   samochód 

terenowy. Na zakręcie przyhamował, a krótko ostrzyżony kierowca obejrzał 
się, zanim dodał gazu.

– W dzień powszedni mało kto tędy jeździ – mruknął iwo i spojrzał na 

background image

Jerome'a. Tamten odpowiedział wzruszeniem ramion.

Po półgodzinie skręcili w boczną, wyboistą drogę gruntową, prowadzącą 

w stronę oceanu. Samochód kołysał się jak łódź na przyboju, resory jęczały. 
Szare   wiewiórki   uciekały   spod   kół,   w   zaroślach   ostrzegawczo   krzyczały 
ptaki. W końcu piniowy las się przerzedził, a pomiędzy drzewami pojawiły 
się kamienne stoły i wysokie ruszty. Wsparte na głazach płyty wyciosane z 
miejscowych łupków były pokruszone i spękane, ale kilka blatów zachowało 
się w dobrym stanie. Dalej zbocze góry łagodnie opadało, a w dole między 
zaroślami prześwitywała pomarszczona powierzchnia oceanu.

–   Doskonale   –   pochwalił   Benon,   wydobywając   z   bagażnika   worek   z 

brykietami. – Wciąż nie mogę się nadziwić, że wszystkie twarze wokół są 
białe.

– U mnie adaptacja była szybsza. – Gloria uśmiechnęła się. – Nie mam 

takich problemów.

Jerome i Iwo zajęli się rozpalaniem ognia i po chwili buchnął wysoki 

płomień. Kubki zostały napełnione piwem i Benon wzniósł toast:

– Za powodzenie naszego przedsięwzięcia!
Iwo zdmuchnął przelewającą się pianę, po czym odstawił naczynie.
– Myślę,  że najlepiej od razu wyjaśnić  pewne sprawy  – rzucił nieco 

obcesowo. – Jesteśmy wdzięczni, doktorze Haywick i profesor Herreira, za 
zaufanie i zaproszenie do wzięcia udziału w projekcie. Odwaliliście kawał 
dobrej   roboty,   wyszukując   w   sieci   Allana   Portera,   a   potem   nas, 
informatyków   od   spisów   ludności   w   LA.   Wyjaśniliście   nam   założenia 
swojego   planu   i   przyznam,   że   jesteśmy   pod   wrażeniem.   Trochę 
skonfundowały   nas   wasze   listy,   ale   okazało   się,   że   musicie   zachować 
ostrożność,   zresztą   domyślaliśmy   się   tego.   Tym   niemniej   –   wykonał 
nieokreślony gest dłońmi – wiecie, jak to jest: nie można podjąć decyzji 
natychmiast, musieliśmy spokojnie przemyśleć całą sprawę. My też chcemy 
zachować ostrożność, ale... to jest tak trudne, że, hmm, niewykonalne. Ktoś 
zaatakował nas w sieci, a potem zrobił bezczelne najście w realu.

Haywick słuchał z rosnącym niedowierzaniem.
– O co chodzi, kolego? Wiem, że próbuje się nas zastraszyć, ale raczej 

nieudolnie.

– Mamy trochę inne zdanie. Przepraszam was, że straciliście cenny czas, 

ale   po   zastanowieniu   postanowiliśmy   z   Jerome'em   nie   brać   udziału   w 
przedsięwzięciu. Krótko mówiąc, wycofujemy się.

background image

Haywick wyprostował się i zesztywniał. Ścisnął plastikowy kubek i piwo 

pociekło mu po palcach.

– Ale... dlaczego? – wyjąkał. – Czego naprawdę się boicie? – Zacisnął 

usta i opuścił głowę. Dalsze losy projektu stanęły pod znakiem zapytania.

Iwo uspokajająco uniósł ręce.
–   Bez   nerwów,   doktorze,   możecie   przecież   pracować   bez   nas.   Dacie 

sobie radę albo rozejrzycie się za innymi programistami, na pewno znajdzie 
się wielu chętnych. My nie znamy się na genetyce, dobrzy jesteśmy tylko w 
jednym: w robieniu spisów ludności.

Benon   oklapł,   ale   także   poczuł   przypływ   złości.   Zaśmiał   się   w 

wymuszony sposób.

–   No   tak   –   stwierdził.   –   Zapomniałem,   że   trudno   liczyć   na   pomoc 

bliźniego, szczególnie w sprawach niedochodowych.

– Uważaj, bo się rozpłaczę – mruknęła Gloria. – Nie rób z siebie ofiary, 

lepiej pomyśl, co dalej.

Wychylił duszkiem resztkę piwa i podrapał się po głowie.
–   Poczekajcie,   chłopaki,   chociaż   pogadajmy   –   zaproponował 

zachrypniętym   głosem.   –   I   tak   zrobicie,   co   będziecie   chcieli,   ale 
przyjechaliśmy   tu   na   piwo,   żeby   porozmawiać.   Kurczak   zaraz   będzie 
gotowy.   Tak   ogólnie   was   rozumiem,   nadstawianie   karku   z   perspektywą 
nagrody dla prawnuków to niewątpliwie mało atrakcyjna propozycja, nie 
każdemu taka robota odpowiada.

–   Powiedz   wprost,   że   trzeba   do   niej   idealistycznych   popaprańców   – 

wtrąciła Gloria. – Wciąż nie rozumiem, jak znalazłam się po jego stronie. 
Wiedzcie, że naprawdę nie cierpię majstrować przy człowieku, och, to jest 
obrzydliwe.

Zapadła pełna napięcia cisza, którą przerwało krakanie i łopot skrzydeł 

gdzieś   nad   drzewami.   W   oddali   denerwująco   brzęczała   motolotnia,   a 
zachodzące   słońce   malowało   krajobraz   pastelowymi   barwami.   Od   strony 
rozgrzanego rusztu sączył się zapach przypiekanego mięsa.

– Nie chcę na was naciskać ani tym bardziej prosić – ciągnął astronom, 

choć ton jego głosu świadczył o czymś przeciwnym. – Są przecież urzędy, 
przewidziane do działania w tego rodzaju przypadkach, istnieją odpowiednie 
służby,   lecz,   niestety,   również   wśród   nich   postawa   „dlaczego   ja?"   jest 
powszechna.   Dlatego   pewniejsi   są   wolontariusze   i   właśnie   na   nich 
stawiamy.

background image

– Decyzja Iwo zupełnie mnie nie dziwi – mruknęła Herreira. – Dlaczego 

bankowcy   mają   tropić   gangsterów,   genetycy   przekonywać   fanatyków,   a 
astronomowie   zajmować   się   przemytem?   „Do   praczki   po   pocztowe 
znaczki", jak pisał poeta z kraju, który dziś leży w latyfundium Preussen. Po 
co   wymyślono   specjalizację,   a   poza   tym   wolontariusze   nie   mają   nawet 
ułamka   środków,   jakimi   dysponuje   machina   państwa.   Już   raczej   my 
zachowujemy   się   nienormalnie,   nie   sądzisz,   Ben?   Natomiast   odruchem 
obronnym urzędników jest ucieczka spod półek ze skoroszytami, aby nie 
zginąć pod ich lawiną. To taka... ludzka reakcja.

–   Na   szczęście   istnieją   też   ludzie   lokomotywy   –   Haywick   toczył 

beznadziejną   walkę   przeciw   wszystkim.   –   To   niespokojne   duchy, 
reformatorzy, realizatorzy nowych pomysłów.

– No, nie wiem – zaoponowała Gloria. – Chyba nigdy nie należałam do 

reformatorów.

–   Ale   poparłaś   projekt.   Cóż,   musimy   wykorzystać   wszystkie   metody 

działania, zwrócimy się zarówno do idealistów, jak i urzędników. Kto wie, 
przy łucie szczęścia może nawet trafimy na urzędnika idealistę?

– Kurczaki się przypalą – zauważył Iwo i wstał. Miał dosyć wyjaśnień i 

tego nie ukrywał.

Na   środku   stołu   umieścili   półmisek   z   chrupiącymi   udkami,   Gloria 

pokrajała   pieczywo,   Jerome   zajął   się   piwem.   Wszyscy   byli   głodni,   więc 
rzucili   się   na   jedzenie.   Wiatr   ustal   i   las   stał   cichy.   Wierzchołki   pinii 
prześwietlone były pomarańczowym światłem, niżej gęstniał mrok. Jękliwie 
uderzając skrzydłami, nieopodal wylądował duży sęp, zwabiony zapachem 
pieczystego.   Podskakując   i   rozkładając   skrzydła,   oddalił   się   trochę,   ale 
wyciągał łysą szyję i nie miał zamiaru odlatywać. Jerome wytarł dłonie i 
usta serwetką.

– Może jeszcze pomyślimy... – zaczął, zwracając się do Iwo.
–   Nie   –   uciął   tamten   ze   złością.   –   Jeśli   o   mnie   chodzi:   nie,   i   tobie 

szczerze radzę to samo. Jak ty się wplączesz, ja też oberwę za niewinność. 
Jakaś cholerna szajka tropi nas jak zające. Wy, naukowcy, też nie jesteście w 
porządku   –   zwrócił   się   do   astronoma,   coraz   bardziej   podniecając   się 
własnym wywodem. – Od dawna nas straszycie: to kometami, to bolidami, 
teraz   lodowymi   asteroidami.   Wszystko   bzdety,   bo   nic   się   nie   dzieje,   po 
prostu potrzebujecie forsy na badania. Najpierw nowotwory, potem efekt 
cieplarniany, a gdy ten okazał się artefaktem, przyszła kolej na planetoidy. 

background image

Tematy pewniaki, granty z NSF murowane, prawda, panie uczony?

Haywick pobladł, ale opanował się. Wzruszył ramionami.
– Cóż, z takim populistycznym nastawieniem spotykam się dość często, 

ale za każdym razem się dziwię. Szkoda czasu na dyskusję. Może chociaż 
przekażecie nam materiały?

– Co konkretnie?
– Miałem nadzieję, że uzyskamy pełen zapis genotypu Allana. Nic nie 

znaleźliście?

– Dostęp jest zablokowany – oświadczył Iwo.
– Jak byliśmy w wirtualu, Złoty przesłał nam... – zaczął Jerome.
–   Tak,   zdążył   przekazać   informację,   że   jego   osłona   jest   absolutnie 

szczelna.   Potem   cybergliny   aresztowały   nas   i   wywiozły   cybersuką,   więc 
musieliśmy   zastosować   awaryjny   wariant   wyjścia.   Przyznam,   że   mało 
przyjemny.

– O-owszem – przytaknął Jerome. Chciał coś dodać, ale Iwo spiorunował 

go wzrokiem.

–   Hmm   –   mruknął   Haywick.   –   Glorio,   gdy   skreślimy   Allana,   mamy 

jakieś wyjście alternatywne?

– Tak, ale kiepskie. Sukces Złotego szacuję na dziewięćdziesiąt siedem 

procent, następny w kolejce sięga dwudziestu czterech, a trzeci – zaledwie 
trzech. Jedyna przewaga dwóch pozostałych polega na tym, że są z krwi i 
kości, a nie z bitów.

–  No   właśnie   –   podchwycił  Iwo.   –  Jeszcze   nie   słyszałem,   żeby   ktoś 

przerobił wirtuala w reala. Przypuszczam, że to niemożliwe, przynajmniej 
na obecnym poziomie wiedzy.

Haywick milczał, a Gloria nie kwapiła się do wyjaśnień. Słońce zaszło i 

las przyoblekł się w odcienie szarości. Sęp odleciał, za to w mroku zarośli 
przesuwały   się   żółte   ślepia   szopów.   Wtedy   usłyszeli   warkot 
samochodowego silnika. Hałas narastał. Spojrzeli po sobie.

– Amatorzy nocnego pikniku? – zapytał Jerome.
Nasłuchiwali.
– To ci skurwiele, lepiej stąd wiejmy – mruknął Iwo, rozglądając się za 

jakąś bronią. Nie znalazł nawet kija.

– Tym razem mogą nas wykończyć – szepnął Jerome. – Las, odludzie...
– Czy prowadzi tu jakaś inna droga? – badał Haywick. Też odczuwał lęk, 

ale szybko przeszedł do analizy sytuacji.

background image

– Nie!
Wtedy   z   boku   niespodziewanie   odezwała   się   motolotnia.   Musiała 

wyskoczyć zza grzbietu wzniesienia, niemal szorując brzuchem kadłuba po 
wierzchołkach pinii, bo brzęczenie silnika rozległo się nagle i od razu było 
głośne. Czerwony kształt mignął nad polaną.

– Na ziemię! – krzyknął Iwo. – Albo pod samochód!
Ale warkot już oddalał się w stronę szosy.
Iwo   nie   tracił   czasu.   Opanował   się   pierwszy   i   skoczył   w   zarośla, 

próbując   odłamać   kij.   Haywick   ruszył   w   kierunku   samochodu,   mając 
nadzieję   na   znalezienie   klucza   francuskiego   czy   podobnego   narzędzia. 
Jerome dał nura pod kamienny blat stołu.

Nagle gruchnął strzał. Haywick był pewien, że dobiegł od strony szosy, z 

kierunku, w jakim poleciała motolotnia i skąd nadjeżdżał samochód. Jeszcze 
nie   przebrzmiało   jego   echo,   gdy   usłyszeli   głośne   plaśnięcie,   jakby 
zwielokrotniony   odgłos   smagnięcia   batem   po   elastycznej   powierzchni. 
Herreira   dojrzała   kątem   oka   słaby   czerwony   rozbłysk   oświetlający 
wierzchołki drzew, ale gdy przetarła oczy, światła już nie było. Nie miała 
pewności,   czy   rzeczywiście   coś   widziała.   Silnik   motolotni   zawył   na 
niebezpiecznie  wysokich  obrotach   i  zwolnił  nagle.  Haywick  oczekiwał   z 
napięciem,   ale   nie   usłyszał   trzasku   uderzenia   ani   zgrzytu   miażdżonej 
metalowej konstrukcji. Silnik wyrównał obroty i warkot oddalił się, aby po 
chwili   zaniknąć.   Ale   zanim   ucichł   na   dobre,   Herreira   dostrzegła   jeszcze 
pośród   gałęzi   drugi,   nieco   słabszy   rozbłysk.   Zapadła   cisza,   silnik 
samochodowy również się nie odzywał.

–   Widziałeś?   –   spytała   szeptem,   ciągnąc   Jerome'a   za   rękaw.   Był 

najbliżej, bo oboje skulili się pod kamiennym blatem.

– Co?
– Ten błysk! Co to było?
– Jaki błysk?
–   Csss!   –   syknął   Iwo   i   przekrzywił   głowę,   nasłuchując.   Ale   wciąż 

panowała   cisza.   –   Jedziemy   –   zarządził.   –   Na   piechotę   po   ciemku 
zabłądzimy   i   pospadamy   z   klifu.   W   razie   niebezpieczeństwa   jednak 
natychmiast   opuszczamy   samochód   i   rozpraszamy   się   po   lesie,   nie 
odchodząc za daleko. Jasne?

– Tak jest, szefie – mruknął Haywick. – Lepiej zgaśmy ognisko.
Szybko zalali ogień nie wypitym piwem. Nagle zrobiło się ciemno, a 

background image

pierścień złotych ślepi wokół nich wyraźnie się zacieśnił. Zauważywszy to, 
Gloria krzyknęła i zaraz przycisnęła dłoń do ust.

–   Nie   bój   się.   –   Jerome   próbował   ją   pocieszać,   nieśmiało   dotykając 

ramienia kobiety. – Przypominają dużego psa, ale są niegroźne. – Chwycił 
szyszkę i rzucił. Świecące plamki odsunęły się.

– Och, jedźmy już! – szepnęła.
Bez zwłoki zajęli miejsca w samochodzie, zostawiając resztę jedzenia 

dla   szopów.   Ruszyli   bez   świateł.   Pylista   droga   prześwitywała   między 
drzewami jako szereg trochę jaśniejszych plam. Kilka razy koła wpadały w 
dołki lub napotykały na wystające korzenie, wtedy musieli cofać. W końcu 
na wprost maski zamajaczył kształt jeepa. Iwo zahamował.

– Wszyscy do lasu, migiem – zarządził szeptem, otwierając drzwi.
Uciekali na oślep, robiąc dużo hałasu, ale nikt ich nie atakował. Iwo 

odczekał   kilka  minut,   a  potem  podkradł  się  do  jeepa.  Nie   było  go  dość 
długo. Jerome szeptał coś do siebie i pojękiwał, a Gloria z trudem panowała 
nad histerią. Haywick chwycił ją za ramiona i chciał przytulić.

– Jak dojedziemy do Camp Wyne, pójdziemy się upić – obiecał.
Odepchnęła go.
– Zwariowałeś? – syknęła. – Bądź cicho!
Ktoś nadchodził drogą.
– Wszystko w porządku – rozległ się męski głos. To był Iwo. – Przecisnę 

się obok tego porzuconego wraka, a wy przejdźcie za chwilę, ale osobno, 
dobrze? Poczekam trochę dalej.

Zapalił   światła   i   ruszył.   W   oślepiającym   blasku   zobaczyli   samochód 

terenowy   z   kilkoma   głębokimi   i   długimi   bruzdami   o   nadtopionych   i 
poskręcanych   brzegach   na   masce.   Przez   otwarte   drzwi  widać   było   puste 
wnętrze. Śmierdziało spalenizną.

Iwo przejechał, ocierając karoserią o pnie drzew. Zatrzymał się trochę 

dalej.

– Idziemy – szepnął Haywick i chwycił Glorię za ramię.
Odepchnęła go.
– Przejdę sama!
Pobiegła pierwsza tanecznym krokiem i szybko wskoczyła do kabrioletu. 

Za nią ruszył Jerome. Haywick powoli podszedł do wraka i położył dłoń na 
masce. Była ciepła. Z wnętrza dobiegał odgłos kapania i czuć było benzyną. 
Dotknął nierównej krawędzi jednego z rozcięć i szybko cofnął dłoń. Parzyło. 

background image

Na ziemi leżał pistolet, rozcięty i częściowo stopiony. Astronom schylił się, 
ale nie dotknął metalu, bo poczuł emanujące od niego ciepło.

Po chwili wszyscy siedzieli w kabriolecie. Iwo zasunął dach, włączył 

szosowe   światła   i   próbował   jak   najszybciej   wydostać   się   z   lasu.   Pudło 
jęczało i łomotało resorami, ale posuwali się szybko, bo ten odcinek drogi 
był lepszy. W końcu ujrzeli upragniony asfalt. Szosa wydawała się pusta.

– Haaa! – krzyknął Iwo. – Wygraliśmy!
– Może najpierw dojedźmy do domu? – zaproponował nieśmiało Jerome, 

który   nie   wyglądał   zbyt   dobrze.   –   I   sprawdźmy,   kto   siedzi   w   fotelu   w 
salonie.

– Wydaje się, że jest po wszystkim – oświadczył Haywick. – Nie do nas 

strzelano, a nasz domniemany prześladowca został zneutralizowany przez 
pilota motolotni, uzbrojonego w działko laserowe. Wygląda na to, że ktoś 
jednak jest po naszej stronie i pilnie nas strzeże, nie sądzisz, Iwo?

– Może. Ale bardziej wygląda to wszystko na gangsterskie porachunki. – 

Chłopak wzruszył ramionami. – Tak czy inaczej, wciąż siedzimy po uszy w 
bagnie,   to  znaczy,   wy   siedzicie.   Bandzior  chyba  uciekł,   nie  było   go  we 
wraku ani w pobliżu. Wydaje mi się, że wtedy po drodze wyprzedził nas 
swoim cholernym jeepem.

– Kim był lotniarz? – zaciekawił się Jerome. – Może... to Anita?
Iwo puścił kierownicę i uniósł dłonie, wydając przeciągły jęk.
– Jero, do licha, połknij lepiej swój długi jęzor!
– Och, przepraszam, ona przecież prosiła, żeby nie mówić.
– Wspaniale, powiedz jeszcze, frajerze, gdzie i kiedy prosiła.
– Przepraszam, Iwo. Ale... to nasi przyjaciele. Też wymagają ochrony.
Iwo rzucił głową.
– Nie!!! Ja już nie mam z tą sprawą nic wspólnego, i proszę się łaskawie 

odczepić!

– No, no, motolotnia z działem laserowym. – Haywick zmienił temat. – 

Jak   widzę,   od   mojej   ostatniej   wizyty   latyfundium   Los   Angeles 
zainwestowało w policję. – Stwierdził ze zdziwieniem, że trudności tylko 
wzmagają   w   nim   determinację.   Intensywnie   zastanawiał   się,   skąd   wziąć 
innych   programistów,   mających   dojście   do   tutejszych   baz   ludności,   ale 
niczego nie wymyślił.

Odetchnęli  z ulgą,  gdy  koła  zabuksowały  na  szosie,   a  przyspieszenie 

wcisnęło ich w fotele.

background image

* * *
Jerome nie mógł zasnąć. Przewracał się do drugiej w nocy w skotłowanej 

pościeli, aż w końcu dał za wygraną i wstał zaparzyć kawę. Do mocnego 
naparu dodał łyżkę brandy i głęboko wciągnął kompozycję aromatu. Potem 
podniósł słuchawkę i zaczął wybierać numer Iwo, ale przy ostatniej cyfrze 
rozmyślił się. Wziął filiżankę i spróbował utrzymać ją prosto, ale nie dał 
rady – dłonie mu drżały. Napił się i sparzył sobie gardło. Znów chwycił za 
słuchawkę.

– Hallo, Morcock? Tu Jero. Zaraz przyjdę do pracy, panie Morcock. Nic 

się tam nie dzieje?

– Nic, panie Jerome – poinformował go portier. – Nikogo nie ma.
– Będę za kwadrans. Mam coś do obliczenia na jutro, czyli na dziś.
– Jak pan sobie życzy, panie Jerome.
Jerome   narzucił   ubranie,   wylał   kawę   do   zlewu   i   wyszedł.   Na   ulicy 

spostrzegł młodego człowieka siedzącego pod drzewem z butelką między 
kolanami. Przyspieszył kroku i wsiadł do swojego wysłużonego chevroleta. 
Zdziwił się, że grat zapali! już przy pierwszej próbie. Jerome ruszył ostro, 
spoglądając w lusterko, ale młodzian interesował się wyłącznie butelką.

W pracy zamknął drzwi pokoju i klapnął na fotel. Monitor zareagował na 

jego obecność i buchnął blaskiem, pokazując fragment erotycznego tańca, a 
z głośników popłynęły entuzjastyczne oklaski.

– Głupi buc – stwierdził Jerome, masując skronie czubkami palców. – 

Zamiast spać w nocy, a w dzień robić swoje, zachciewa ci się atrakcji. Hej, 
Benonie Haywicku, mam do ciebie sprawę! Droga Anito, zrób coś, zanim 
się rozmyślę! – powiedział głośno.

Za pięć minut zadzwonił portier.
– Ktoś do pana, Jerome. Jakaś pani.
– Słucham...? Aha, dobrze, proszę wpuścić.
– W nocy nie wolno mi tego robić, musi pan sprawdzić osobiście.
Anita miała na sobie ciemnoczerwony kostium, który doskonale pasował 

do   jej   włosów.   Ptasia   twarz,   zakończona   ostrym   podbródkiem,   w 
pastelowym nocnym oświetleniu wydawała się prawie ładna. Pomyślał, że 
powoli oswaja się z jej widokiem.

– Ta pani do mnie, służbowo – stwierdził, na co portier kiwnął głową, 

uśmiechając się porozumiewawczo.

– Źle sypiasz, chłopcze? – zagadnęła, gdy drzwi się zatrzasnęły.

background image

– Skąd... wiedziałaś? Przejeżdżałaś tędy? – jąkał się Jerome. – Przecież 

światła pokoju nie widać z drogi.

–   Wiedziałam,   i   tyle.   Nie   spałeś,   robiłeś   kawę,   dzwoniłeś.   Kurde, 

myślisz, że technika służy tylko do robienia wirtualnych seksmaszyn?

–   Ach   tak.   Mam   sprawę...   chciałem   coś   przekazać   Benonowi 

Haywickowi.

– Więc jednak! Powiem ci tak: na służbie powinnam być neutralna, ale 

przecież jestem człowiekiem. Cieszę się, naprawdę!

To mówiąc, podeszła i pocałowała go w usta. Nie tak na odwalankę, 

służbowo,   ale   postarała   się,   pieszcząc   go   wewnątrz   koniuszkiem   języka. 
Jerome stał osłupiały, bo był prawiczkiem i doświadczał czegoś takiego po 
raz pierwszy. Wreszcie oderwała się od niego z cmoknięciem.

– Smakujesz jak dziewiczka...? – bardziej spytała, niż stwierdziła.
– Eee... nie całkiem – bąknął, zarumieniony.
Przytuliła   się   do   niego,   przesunęła   kilka   razy   dłonią   po   plecach   i 

pośladkach, przylgnęła biodrami.

– Radzisz sobie. – Wyczuł, że chciała go pochwalić.
Podniósł jej dłoń i zbliżył do ust. Wtedy zauważył ciemne kropki na 

szczytach   opuszków   palców.   Poprawił   szkła   i   przyjrzał   się   –   okrągłe 
soczewki błyszczały głębokim fioletem jak miniaturowe ametysty.

– No tak. – Ścisnęła dłoń w pięść i rozwinęła raz i drugi. – Fachowo 

nazywają takie rzeczy wspomaganiem bojowym. Ale nie obawiaj się, teraz 
są nieaktywne.

Odsunął się.
– Jak mówisz...?
– Rubinowe lasery femtosekundowe dużej mocy. Kojarzysz? Przydały 

się wczoraj. Jeden gostek chciał z wami... porozmawiać, powiedzmy. Nie 
sądzę, żeby wam to się podobało.

– Zabiłaś go?
Dziewczyna   usiadła   na   fotelu   i   zaczęła   się   bawić   pierścionkiem. 

Przekrzywiła głowę, jakby nasłuchiwała. Po chwili oznajmiła:

– Benon Haywick i Gloria Herreira tańczą w tej chwili flamenco. Ona 

robi to profesjonalnie, on, hmm, daje z siebie wszystko i jeszcze trochę. Nie, 
nie będziemy im przerywać, za to mogę podjąć się pośrednictwa w twojej 
sprawie. Jeszcze dziś rano otrzyma wiadomość.

– Tak, ale... wolałbym... To ważna sprawa.

background image

Jej wzrok stał się twardy.
– Czyżbyś mi nie ufał, chłoptasiu?
– Ależ tak, oczywiście. Ja przepraszam... Zaraz przegram plik. I... mam 

prośbę. Iwo niekoniecznie musi o tym wiedzieć.

– Nikt nic nie wie i nikt się niczego nie dowie. Jesteś taki słodki dzięki 

tej swojej dziewiczej nieporadności, że aż żałuję. Po raz pierwszy.

Stanęła za fotelem,  gdy nagrywał memchipa,  i pomasowała mu  kark, 

sięgając pod koszulę. Odwrócił się i objął ją w talii, przycisnął głowę do 
twardego, płaskiego brzucha, po czym zacisnął szczęki i włożył rękę pod 
spódnicę. Wtedy chwyciła go za przeguby tak mocno, że krzyknął z bólu.

– Przepraszam, mój drogi. Chciałam ci tylko powiedzieć, że nic z tego, 

przynajmniej   jeśli   chodzi   o   klasyczne   podejście.   Mam   w   sobie   trochę 
sprzętu,   a   chyba   nie   chcesz   włożyć   fiuta   do   cewki   wysokiego   napięcia? 
Rozumiesz,   czymś   muszę   zasilać   moje   rubinowe   cacko.   Jedyne,   na   co 
możesz liczyć, to profesjonalne fellacio.

Jerome odsunął się. Był czerwony jak piwonia.
– Co takiego?
– Zobaczysz, cheri. Całkiem fajna sprawa.
Gdy   wychodzili   po   półgodzinie,   portier   puścił   do   nich   oko.   Jerome 

uniósł kciuk i życzył mu dobrej nocy.

background image

ROZDZIAŁ 4

Benon   Haywick   musiał   zaparkować   samochód   pół   mili   od   gmachu 

Ministerstwa   Obrony.   Tam   odpowiednie   służby   wykonały   prześwietlenie 
tomograficznie   wozu   i   przeprowadziły   analizę   molekularną   przy   użyciu 
sztucznego nosa, pobierając za te czynności zryczałtowaną opłatę dziesięciu 
dolarów. Po placu kursowały elektryczne wózki, podwożące interesantów, 
więc   Benon   szybko   i   wygodnie   dotarł   przed   monumentalną   bramę, 
inkrustowaną   ceramicznymi   tarczami   i   skrzyżowanymi   kamiennymi 
mieczami.   Marmurowe   schody   otaczała   następna   bariera   stanowisk 
kontrolnych.

– Już mnie prześwietlano i obwąchiwano – oznajmił z uśmiechem, ale 

strażnik   w   granatowym   mundurze,   błyszczący   od   epoletów,   nie   zmienił 
wyrazu twarzy, na której malowało się rutynowe znudzenie.

– Każdy etap wizyty obywatel może przerwać i zawrócić bez ponoszenia 

konsekwencji – wyrecytował nosowym głosem do groszkowego mikrofonu. 
– Poniesione opłaty nie podlegają zwrotowi.

– Już dobrze, przecież żartowałem. Jestem do dyspozycji.
Ponownie   dokonano   kontroli,   lecz   znacznie   dokładniejszej   niż 

poprzednio.   Na   koniec   przeszedł   rewizję   osobistą   i   badanie 
wielokanałowymi   czujnikami.   Mechaniczne   pchełki   łaziły   po   ubraniu   i 
zapuszczały się głębiej, wplątywały we włosy i infiltrowały uszy – co chwila 
musiał się powstrzymywać, aby nie palnąć się w policzek lub nie podrapać. 
Tutaj opłaty manipulacyjne były odpowiednio wyższe.

Przy wejściu dla interesantów trafił na młodego urzędnika o rumianej, 

zdrowej   cerze.   Nasunięta   na   oczy   symboliczna   czapka   z   granatowym 
daszkiem i białym otokiem dopełniała obrazu strażnika ładu publicznego i 
konstytucji.

– Słucham – powiedział, niemal nie otwierając ust.
Haywick wiercił się przy kontuarze – przeszkadzało mu ostre światło.
–   Przychodzę   z   bardzo   ważną   sprawą   o   wymiarze   nie   tylko 

państwowym, ale światowym – zaczął, jednocześnie zdając sobie sprawę z 
beznadziejności tego entree. Podjął więc desperacką decyzję: postanowił od 
razu  wyłożyć  asa,  czyli  wymienić   nazwisko,   które  Jerome   przekazał   mu 
przez   Anitę.   –   Chciałbym  pilnie   rozmawiać   z   panem   Francisem   Vega   z 

background image

Wydziału Strategii Niekonwencjonalnych.

–   Ach   tak,   obywatel   wybiera   rozmówcę.   Skąd   obywatel   uzyskał 

wymienione dane?

–   Z   Internetu   –   wypalił,   w   tej   samej   chwili   zdając   sobie   sprawę,   że 

właściwie nie minął się z prawdą.

– Proszę własnoręcznie zapisać adres URL – zażądał urzędnik, wsuwając 

w szczelinę pod szybą czystą kartkę.

– Nie znam. Skakałem po linkach, nie zwracałem uwagi na adresy.
– Jaki rodzaj sprawy chce obywatel przedstawić?
– Wolałbym... przekazać ją osobiście.
– Informuję, że w wypadku odmowy poddania się procedurze każdy etap 

wizyty obywatel może przerwać i zawrócić bez ponoszenia konsekwencji. 
Poniesione opłaty nie...

– Wiem, wiem – przerwał mu Haywick, wycierając dłonie o spodnie. – 

Więc... istnieje zagrożenie z zewnątrz, spoza Ziemi.

– Typ zagrożenia? – spytał urzędnik takim samym, lekko znudzonym 

tonem   bez   intonacji,   jakby   dowiadywał   się   o   asortyment   mydła   w 
supermarkecie.

–   To   są...   lodowe   bolidy.   Rój   nadlatujących   bolidów   na   kursie 

kolizyjnym.

– Nie ma takiego punktu. Mam tu... „meteory, asteroidy, komety" albo 

„życie   pozaziemskie",   albo   „supernowe".   Jest   też   rubryka   „inne".   Co 
obywatel wybiera?

Astronom westchnął.
– Mogą być asteroidy.
– Dobrze. Proszę o dowód tożsamości... Dziękuję. – Prostokątna płytka 

zniknęła   w   czytniku.   –   Chwileczkę...   obywatel   pracuje   poza   granicami 
latyfundium Los Angeles? – Po raz pierwszy maska obojętności znikła i 
urzędnik na mgnienie oka wykazał zainteresowanie, choć już po sekundzie 
jego twarz wróciła do zawodowej mimikry.

– Owszem, zostałem oddelegowany z Los Angeles do Królestwa Mzinga 

w ramach współpracy naukowej.

– Czy obywatel osobiście zna kogoś z tamtejszych kręgów rządowych?
– Jaki to ma związek ze sprawą?
Chłopak w mundurze się wyprostował.
– Informuję, że w wypadku odmowy...

background image

– Owszem, znam kogoś. Mówiącego z Tablicami, czyli, po naszemu, 

ministra wiedzy.

– Od jak dawna? Proszę o datę.
– Dokładnie nie pamiętam... Od czasu studiów. Poznałem go tutaj, w Los 

Angeles, ale on przyszedł na uniwersytet trochę później niż ja, rok, może 
dwa. Więc mniej więcej od piętnastu lat.

– Od dawna obywatel ma kłopoty z pamięcią?
– Tak – warknął Haywick. – Od przedszkola!
–   Aha   –   mruknął   chłopak,   pracując   nad   formularzem.   –   Wykonamy 

odpowiednie   badania.   Proszę   o   przejście   do   pokoju   numer   sto   trzy   na 
parterze. Oto karta tranzytowa. Należy przypiąć ją do klapy marynarki i zdać 
dopiero przy wyjściu. Miłego dnia. Proszę następny!

Benon obciągnął marynarkę i poprawił krawat. Nienawykły do kołnierza, 

odczuwał   niemiły   ucisk   na   krtani,   ale   wolał   oficjalnym   strojem   okazać 
szacunek urzędowi. Przypiął kartę i znalazł odpowiednie drzwi. Zapukał, ale 
były dźwiękoszczelne, więc wszedł.

W   pokoju   za   zwalistym   biurkiem   siedziała   mizerna,   lecz   mocno 

wymalowana   dziewczyna   w   sukience   mini,   stanowiącej   część   prostego 
munduru. Uśmiechnął się do niej szeroko.

– Ja do Francisa Vegi, jeśli można.
– Chwileczkę – wysyczała. – Obywatel Benon Haywick ma być poddany 

testom   neurologicznym   i   psychologicznym,   a   następnie   standardowej 
profilaktyce epidemiologicznej. Cena ryczałtowa sto dolarów. Po akceptacji 
przewidziana jest audiencja merytoryczna, która konstytucyjnie przysługuje 
wszystkim pełnoletnim obywatelom LLA. Jeśli tu obecny obywatel Benon 
Haywick   wyraża   zgodę   na   wymienione   warunki,   proszę   o   podejście   do 
czytnika DNA i przelanie odpowiedniej kwoty. – To mówiąc, wskazała fotel 
bankomatyczny w rogu pokoju.

–   A...   ale   ja   nie   przyszedłem   do   lekarza.   Ze   mną   jest   wszystko   w 

porządku!

– Informuję, że w wypadku odmowy poddania się procedurze...

–   Wiem   i   niczego   nie   odmawiam!   Taka   jest   pani   mila,   panno...   nie 

doczytałem na wywieszce...

Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem i nastroszyła rzęsy, wywinięte 

przynajmniej na cal.

background image

–   Pragnę   poinformować   –   parsknęła   –   że   wszelki   seksizm   i 

molestowanie znajdą epilog w sądzie! Pomieszczenia są monitorowane w 
sposób ciągły!

Haywick   rozpiął   kołnierzyk   i   poluzował   krawat.   Może   ten   gest   nie 

zostanie   uznany   za   obleśny,   pomyślał.   Pochylił   się,   żeby   Amazonka   nie 
dostrzegła rozpychającego mu usta uśmiechu.

– Tak – odparł. – Zapłacę. Z przyjemnością.
Podszedł do urządzenia płatniczego i położył dłoń na czujniku. Przez 

skórę przebiegło lekkie mrowienie. Wstukał sumę i zatwierdził.

– Proszę przejść do gabinetu – poleciła urzędniczka. – Tędy.
Znalazł   się   w   pomieszczeniu,   gdzie   wszystko   było   białe:   podłoga, 

ściany, meble, fartuchy personelu. Tylko twarz lekarza odcinała się od tła 
czerstwą karnacją.

– Coś dolega? – spytał pewnie z przyzwyczajenia, bo nie czekając na 

odpowiedź, puknął przybysza gumowanym młotkiem pod kolanem, zajrzał 
do źrenicy, a potem polecił zamknąć oczy i trafiać palcem w czubek nosa. – 
Kiedy się pan urodził? Który mamy rok? Jaki jest numer pokoju, do którego 
pan   ostatnio   wszedł?   Ile   zapłacił   pan   podczas   pierwszej   kontroli   przed 
gmachem ministerstwa? Kto jest prezydentem latyfundium Los Angeles? Ile 
pytań   panu   zadałem?   Hmm,   doskonale,   na   czwórkę   z   minusem.   Piątki 
stawiam   tylko   geniuszom,   przykro   mi.   Teraz   proszę   przejść   do   tamtego 
stolika.

Pani psycholog nie udostępniła leżanki – pewnie cena wizyty była na 

poziomie   organizacji   publicznych.   Podsuwała   mu   rysunki   i   pytała   o 
skojarzenia,   kazała   wybierać   między   leżącymi   a   skaczącymi   ludzikami, 
pytała   o   zachowania   matki   i   relacje   z   ojcem,   a   także   o   to,   którą   ręką 
zdejmuje  okulary przeciwsłoneczne  i czy spłukuje ustęp przed oddaniem 
moczu, czy po.

Potem musiał się rozebrać do naga i zanurkować w wannie wypełnionej 

zielonkawą cieczą. Wydano mu sfatygowany, lecz odprasowany służbowy 
uniform, a znużona szatniarka wyrecytowała, zanim zdążył zaprotestować:

– Wszyscy takie dostają, niczym nie będzie się pan wyróżniał.
W końcu, po wstępnych formalnościach, mógł, jak przypuszczał, stanąć 

przed obliczem Francisa Vegi.

– Pokój 218, pierwsze piętro – poinformowała kolejna urzędniczka, już 

po drugiej stronie bariery epidemiologicznej. – Proszę skorzystać z windy.

background image

Po   kolejnej   rewizji   osobistej   wpuszczono   go   do   pokoju,   gdzie   za 

mahoniowym   biurkiem,   ozdobionym   proporcem   państwowym,   siedział 
szpakowaty mężczyzna o powierzchowności filmowego senatora.

– Witam, obywatelu Benonie Haywicku – zagaił dygnitarz. – Co mogę 

dla pana zrobić?

–   Wydać   zezwolenie   –   wypalił.   –   Na   skopiowanie   genomu   Allana 

Portera.

Mężczyzna uniósł jedną brew i potarł brodę kciukiem. Przechylił głowę 

jak ktoś, kto korzysta ze słuchawki umieszczonej w uchu.

– Proszę, proszę opowiadać. Sądzę, że przyda się więcej szczegółów.
Haywick   wyłuszczył   sprawę,   streszczając   historię,   ale   też   nie 

opuszczając niczego istotnego. Zakończył prośbą:

–   Według   mnie,   a   także   innych   specjalistów,   istnieją   wystarczające 

powody, aby pilnie podjąć akcję na różnych frontach. Jeden z kierunków 
działania, jak sądzę obiecujący, wskazuje nasza grupa. W związku z tym 
będziemy   wdzięczni   za   udostępnienie   zapisu   kodu   Allana   Portera,   co 
pozwoli   na   skonstruowanie   dobrze   rokującego   genomu.   Na   pana,   panie 
Vega, powołał się wirtual Allana. Mówił: „Odnajdźcie naczelnika Francisa 
Vegę". Dlatego tu jestem.

– Proszę zaczekać, w tej chwili przeprowadzam niezbędne konsultacje. – 

Znów przechylił głowę. – Tak, szanowny panie Haywick, kilka problemów 
wymaga wyjaśnienia. Przede wszystkim proszę przyjąć do wiadomości, że 
niewątpliwie panu pomogę, wszak po to tu jestem.

Benon odetchnął. Są jeszcze porządni ludzie w tym tłumie, pomyślał. 

Nawet wśród urzędników na służbie.

– Dziękuję. Także w imieniu współpracowników – powiedział i skłonił 

się.

– Po drugie, nie jestem człowiekiem, za którego mnie pan uważa. Otóż 

naszą   zasadą,   chyba   słuszną,   jest   dobór   najbardziej   kompetentnych 
ekspertów w sprawach, z jakimi przychodzą petenci. Petent doskonale zna 
swój problem, ale my orientujemy się, kto z naszego grona może udzielić 
najbardziej fachowej odpowiedzi. Tak więc nie nazywam się Francis Vega i 
pozwoli pan, że z godnie z tutejszym obyczajem pozostanę incognito. Mimo 
to, proszę mi wierzyć, potrafię panu pomóc.

– Ach tak... – Haywick usiłował ukryć rozczarowanie. – Myślałem...
– Niepotrzebnie, drogi panie. Podkreślam, że nikt nie precyzował, do 

background image

którego eksperta zostanie pan skierowany. Teraz przejdźmy do następnego 
punktu.   Historia   z   Rojem   Andromedy   jest   nad   wyraz   interesująca, 
powiedziałbym: apokaliptyczna, ale meritum pańskiej prośby, skierowanej 
do   nas,   leży   zupełnie   gdzie   indziej.   Mianowicie   chodzi   o   odtajnienie 
dokumentu.

– Słucham?
–   Tak,   o   odtajnienie.   Przecież   plik   komputerowy   jest   dokumentem, 

cokolwiek zawiera. Załóżmy – tylko załóżmy – że istnieje plik pod nazwą 
„Allan   Porter".   Muszę   tylko   zakładać,   ponieważ   nie   znam   sprawy 
bezpośrednio, ale to nic nie szkodzi! Jest oczywiste, że jeśli taki tajny plik 
istnieje,   zgodę   na   jego   upublicznienie   może   wydać   wyłącznie   Senat 
latyfundium   Los   Angeles.   Szanowny   obywatelu,   taka   jest   litera   prawa, 
której przecież wszyscy pragniemy przestrzegać.

–   Senat?   Eeech...   –   Haywick   machnął   ręką.   Nagle   zapragnął 

wylewitować   z   tego   ciasnego   pomieszczenia,   przeniknąć   przez   mury   i 
magicznym sposobem znaleźć się na świeżym powietrzu.

–   Nie,   proszę   nie   rezygnować!   –   Dygnitarz   wstał   i   wysunął   brodę, 

przyjmując   pozę   dominującego   samca   biorącego   pod   opiekę   młodszego 
członka stada. – Czuję, że ma pan rację, że wasza grupa podąża w słusznym 
kierunku.   Abyśmy   jednak   mogli   podjąć   decyzję,   jestem   przekonany,   że 
korzystną,   prosimy   o   przysłanie   pełnej   dokumentacji   sprawy   z   listem 
wiodącym   do   naszej   kancelarii   w   trzech   egzemplarzach.   Po   kolegialnej 
akceptacji   nadamy   urzędowy   bieg   sprawie,   proponując   wpisanie   jej   w 
porządek   obrad   Senatu.   Takie   są   wymogi   proceduralne   i   musimy   ich 
przestrzegać,   ale   nie   ma   wątpliwości,   że   słuszność   i   prawda   zawsze 
triumfują. Obiecuję, że osobiście będę czuwał nad realizacją postępowania. 
Życzę powodzenia panu i pańskim przyjaciołom, obywatelu Haywick! A 
teraz   pożegnam   pana,   oczywiście   jeśli   pan   pozwoli.   Chciałbym   jeszcze 
porozmawiać z innymi interesantami.

Dygnitarz wyszedł zza biurka, jowialnym gestem ujął go pod ramię i 

odprowadził do drzwi. Haywick oczyma wyobraźni ujrzał za drzwiami tłum 
fotoreporterów, pragnących zamieścić poprawnościowe zdjęcie urzędnika z 
petentem na pierwszych stronach swoich lojalnych dzienników.

* * *
– Mam nowiutką pluskwę! – obwieścił triumfalnie Jerome, wpijając się 

wzrokiem w rządki cyfr i liter, pełzające po monitorze. – Raz i dwa, i już 

background image

jest czysto. Uwielbiam takie chwile, bo wydaje mi się, że my, reprezentanci 
lepszej   części   ludzkości,   odnieśliśmy   kolejny   sukces   w   procesie 
porządkowania   wszechświata.   Fakt,   że   mały,   ale   przecież   każda   wielka 
sprawa   składa   się   z   fragmentów,   czyż   nie?   Udało   nam   się   zmniejszyć 
entropię, chaos znów cofnął się o krok.

Iwo   nie   od   razu   odpowiedział.   Siedział   z   opaską   wizualizacyjną   na 

oczach,   kontrolując   poprawność   plików   spisowych,   od   której   zależało 
prawidłowe   funkcjonowanie   banków,   opieki   socjalnej   czy   zakładów 
pogrzebowych. Porządkował, wymiatał, konserwował. Wreszcie mruknął:

– No dobra, chyba już zasłużyłem na kawę. Co prawda nie uratowałem 

ludzkości jak ty, ale za to zarobiłem pół dniówki. Idziemy?

Do   kafeterii   mieli   niedaleko.   Szli   korytarzami   z   ciemnego   szkła,   za 

którym   w   akwariach   leniwie   poruszały   się   brzuchate   ryby   o   obwisłych 
płetwach.

– Wiele razy śniłem, że latam jak ptak – zwierzył się Jerome. – Ale 

nigdy   nie   byłem   rybą.   Nie   wiem,   dlaczego   tak   się   uważa,   ale   podobno 
wszyscy   pochodzimy   od   jakichś   morskich   strzykw   czy   ameb,   a   nie   od 
ptaków czy kosmitów.

– Jeśli tak, bracie, to źle robisz, że odcinasz się od morskich korzeni, ale 

widocznie taki współczesny człowiek jak ty wybiega w przyszłość nie tylko 
myślą,   ale   i   marzeniem.   Ani   chybi,   naturalna   ewolucja   szykuje   nas   do 
swobodnego   fruwania,   może   nawet   w   przestrzeni   kosmicznej.   Nie 
powinniśmy   się   przeciwstawiać,   bo   im   więcej   badań   prowadzimy,   tym 
wyraźniej widać, jak żałośnie mało wiemy.

Zajęli stolik w kącie przy oknie. Z drewnianej pergoli spływały kaskady 

sztucznych kwiatów.

– Mam coś dla ciebie – odezwał się Iwo. – A raczej dla Haywicka.
Jerome  wzruszył ramionami  i w milczeniu  wpatrywał się w szklankę 

soku, którą ogrzewał w dłoniach.

–   Nie   zgrywaj   się,   brachu.   Dobrze   wiem,   że   przekablowałeś   sprawę, 

wkopując nas jeszcze głębiej w całe to szambo.

Chłopak chciał coś powiedzieć, ale język mu się plątał, chciał wstać, ale 

opadł   z   powrotem   na   krzesło.   Iwo   obserwował   ze   współczuciem,   jak 
przyjaciel chwyta spadające mu z nosa okulary.

– Ale może i dobrze się stało – kontynuował tonem sędziego ferującego 

uniewinniający   wyrok.   –   Te   łotry,   kimkolwiek   są,   chciały   zablokować 

background image

przepływ informacji w naszym kierunku, stąd ich bandyckie poczynania. 
Teraz, kiedy dane przekazaliśmy dalej, teoretycznie powinni się odczepić. 
Chyba że w ich klanie obowiązuje wendeta.

Twarz Jerome'a pojaśniała.
– Tak, powinni dać nam spokój – zgodził się. – Przecież niczego więcej 

nie wiemy.

– I tu się mylą. – Iwo konfidencjonalnie zniżył głos. – Powiedz, Jero, czy 

Haywick pobiegł już do ministerstwa?

– Miał iść dzisiaj.
– Durnie! – zaperzył się Iwo. – I ty, i on. Po co tracić czas i przy okazji 

się   odsłaniać?   Teraz   cały   sztab   urzędasów   o   kompetencjach   naszej 
sprzątaczki Diuni zacznie badać sprawę przecieku tajnych informacji, a nas 
dla   dobra   śledztwa   zapuszkują   na   trzy   miesiące.   Jak   ci   się   podoba   taki 
scenariusz?

Jerome rozłożył ręce.
– Ja mu tylko przekazałem nazwisko. Poza tym, co innego mógł zrobić? 

Poszedł na rozmowę do tego Francisa.

–   Co   mógł   zrobić?   Po   pierwsze,   pomyśleć.   Po   drugie   i   trzecie,   też 

pomyśleć, cholera, to taka niepopularna czynność w dzisiejszych czasach! 
Kto   idzie   z   nietypową   rzeczą   do   typowego   urzędu?   W   precedensowej 
sprawie procedura aplikacyjna musi odbiegać od normy równie daleko jak 
sam problem, to chyba jasne.

Jerome wciągnął ramiona i czekał. Wiedział, że Iwo po wyrzuceniu z 

siebie pretensji przejdzie do sedna, jak to zwykle czynił.

– Naukowcy, mądrale. Gloria też nie lepsza, mogła coś mu doradzić. Po 

fundusze   na   badania   też   nie   przychodzi   się   z   ulicy,   sprawy   załatwiają 
znajomi królika. Cóż, może jeszcze nie wszystko stracone. Czy wiesz, co 
robiłem od rana? Pewnie myślisz, że nic tylko czyściłem katalogi spisowe? 
Nie, kochany. Kilka godzin surfowałem i w końcu znalazłem.

– Haka?
– Brawo! Szkoda, że nie pomyśleliście o tym wczoraj razem ze swoim 

przyjacielem Benonkiem. Może to nie od razu hak, ale na pewno haczyk, 
którym spróbujemy wyciągnąć z ukrycia tajemniczego Francisa.

– Spróbujemy...? To znaczy, że ty też?
Iwo pokręcił głową.
– Nie, ja swoją opinię już wypowiedziałem i jej nie zmienię. Cała akcja 

background image

nie  jest   moją   sprawą,  nie  biorę  w  tym udziału,  wypisuję   się  i  tyle!  Nie 
rozumiecie,   że   mam   uczciwą   pracę,   zarabiam  na   swój   wolny   czas,   chcę 
kiedyś założyć rodzinę, mieć dzieci, dom, psa i żaglówkę. W tym wszystkim 
nie ma miejsca na jakieś wariactwa i fajerwerki, na struganie zbawiciela 
ludzkości. Czy ta myśl dociera do twoich szarych komórek, namoczonych w 
idealistycznym gleju?

Jerome uśmiechnął się.
– Mimo wszystko... No dobrze, już w porządku.
Iwo zamachał rękami.
– Co „mimo wszystko"? Chyba mówię wyraźnie?! No. Ale jak widzę cię 

takiego zbolałego, po prostu chcę coś poradzić, przecież pracujemy razem 
od kilku lat i wspólnie wypiliśmy morze piwa. Chyba się nie dziwisz, że nie 
lubię, jak wychodzisz na głupka. Więc... lepiej powiedz temu Haywickowi, 
jak sam grzebałeś trochę w Internecie i znalazłeś, gdzie i z kim ten cały 
Vega   umawia   się   przez   sieć   na   randki.   Ich   czaty   są   naprawdę   kiepsko 
zabezpieczone, deszyfracja nie zajęła mi więcej niż dziesięć minut. Ale ja 
nie chcę występować w tej odsłonie, nie mam zamiaru robić za jakiegoś 
skruszonego   grzesznika,   więc   ceduję   prawa   autorskie   na   niejakiego 
Jerome'a. Rozumiemy się, chłopie?

– Jak sobie życzysz – zgodził się bez wahania. Wstał i nieco teatralnie 

uścisnął mu dłoń. – Jesteś świetny, Iwo. Byłem pewien, że...

– Czego mianowicie?
– Że tego tak całkiem nie zostawisz. W końcu w życiu tak niewiele jest 

sensownych rzeczy do zrobienia...

Iwo się skrzywił.
–   Nie   chcę   przeszkadzać   prorokom,   mesjaszom   i   zbawcom.   Mnie 

wystarczy   skromniejsze,   acz   również   pożyteczne   zajęcie:   komunalnej 
sprzątaczki. No dobrze, a teraz słuchaj uważnie, żebyś potem czegoś nie 
pokręcił.

* * *■
Rozległo się ciche pukanie.
–   Wejść   –   przyzwolił   Haywick.   Głos   miał   schrypnięty,   a   w   głowie 

łomotał   mu   pociąg   towarowy.   Pamiętał,   że   po   bezowocnej   wizycie   w 
ministerstwie poszli z Glorią na piwo, z którego zrobiło się przynajmniej 
dziesięć. Do chwili, w której jeszcze działał świadomie. Nic złego nie robili, 
na stypie też się pije.

background image

Drzwi uchyliły się i weszła drobna pokojówka w hotelowym uniformie. 

Na srebrnej tacy niosła list przewiązany wstążką. Sen czy jawa?

–   Czy   pani   jest   prawdziwa?   –   zapytał,   siadając.   Pokój   zawirował   i 

Haywick ostrożnie wrócił do horyzontalnej pozycji.

– Do pewnego stopnia – poinformowała przybyła. – Mam list od pani 

Herreiry spod piątki.

– Nie mogła sama przyjść?
–   Nie   pytałam,   szanowny   panie   Haywick.   Proszę.   –   Pochyliła   się   i 

podsunęła mu tacę pod nos. Chciała dygnąć, ale pośliznęła się i oparła o 
jego nogę. Benon poczuł dotyk jej czoła na piersi, ale trwało to tylko ułamek 
sekundy. Dziewczyna zerwała się i stanęła wyprostowana, przekrzywiając 
śmiesznie głowę przy poprawianiu fryzury.

– Strasznie przepraszam! Jaka jestem niezgraba!
Haywick zarechotał.
–   To   ja   przepraszam,   dziś   mam   dziwnie   słaby   refleks.   Jak   jutro 

powtórzysz   ten   numer,   przytrzymam   cię   przez   jakieś   pół   godziny,   może 
godzinę. Przyjdziesz?

– Pan... chyba mnie obraża. Naprawdę straciłam równowagę!
– Może – mruknął.
Sięgnął   po   list,   który   razem   z   tacą   leżał   na   łóżku.   Gdy   przeczytał 

pierwsze słowa,  zesztywniał. Odwrócił kartonik, ale z drugiej strony był 
czysty. Przeczytał jeszcze raz:

Haywick,   nic   nie   mów!   Jest   podsłuch.   Włóż   kamizelkę   i   idź   jak 

najszybciej za tą kobietą. Rób, co ci każe. Chcę się z tobą zobaczyć.

Francis  Francis!   Wytrzeszczył   oczy   na   pokojówkę.   Miał   zamiar 

domagać się wyjaśnień, zakląć, ryknąć śmiechem. Już zaczynał, gdy kobieta 
nadspodziewanie silnie chwyciła go za kark, a drugą dłonią zatkała usta. 
Oczy wylazły mu z orbit, ale był tak zaskoczony, że nawet nie próbował 
odepchnąć napastniczki. Puściła go dopiero wtedy, gdy kiwnął głową na 
znak, że się zgadza. Z torebki wyjęła kamizelkę z szarej błyszczącej tkaniny, 
podobnej   do   szklanego   płótna.   Położyła   palec   na   ustach,   a   potem 
gwałtownymi ruchami wciągnęła mu okrycie przez głowę.

Teraz   wszystko   potoczyło   się   błyskawicznie.   Nie   tracąc   czasu   na 

szukanie   klucza,   dziewczyna   przytknęła   palec   do   zamka   drzwi   na   taras. 
Musiała mieć coś w dłoni, bo nagle błysnęło, rozległ się trzask i wionęło 
spalenizną. Pchnęła drzwi, które otworzyły się bez oporu, i wyciągnęła go 

background image

na   zewnątrz.   Jaką   siłę   miała   ta   mała!   Przebiegli   przez   ogród   pełen 
kwitnących   krzewów,   zostawiając   po   lewej   stronie   basen   i   chlapiące   się 
dzieci. Dotarli do parkanu.

Wtedy kobieta machnęła ręką i sztychem rubinowego światła przecięła 

druty. Wydawało się, że laserowy promień tryska z czubków jej palców. 
Siatka rozchyliła się, tworząc przejście.

– Szybko, za chwilę tu będą! – krzyknęła.
Złapała go za rękę i pociągnęła tak gwałtownie, że omal nie upadł. Przez 

żywopłot przedarli się na ulicę, gdzie przy krawężniku stał stary chevrolet. 
Jerome, który siedział za kierownicą, pochylił się i otworzył drzwi. Oboje 
wtłoczyli się do środka i samochód ruszył z piskiem opon. Gdy po pięciu 
minutach   włączyli   się   w   wielkomiejski   ruch,   usłyszeli   z   tylu   warkot 
helikopterów.

–   Ninja   Ministerstwa   Obrony   przystępują   do   akcji   –   prychnęła 

dziewczyna. – Już może pan mówić, Ben – zwróciła się do Haywicka. – 
Nazywam się Anita.

– Możesz jej ufać – wyjaśnił Jerome. – Jest z Biura Bezpieczeństwa.
Haywick pomasował skronie.
– Aha. Właśnie dlatego?
– Nie... Tak. Ona nam bardzo pomaga – informował skwapliwie Jerome. 

Spojrzał   na   dziewczynę,   która   ściągnęła   perukę   i   właśnie   pozbywała   się 
liberii pokojówki, i nagle spiekł raka jak nastolatek. Na szczęście Haywick 
wyglądał przez okno.

– Znanych panu informatyków, Iwo i Jerome'a, zaatakowano – wyjaśniła 

Anita   –   więc   BB   przydzieliło   im   ochronę.   Ja   ją   sprawuję,   a   w   czasie 
wolnym, jeśli trochę go zostaje, jestem z nimi na koleżeńskiej stopie. Poza 
tym pana projekt spodobał mi się, panie Haywick, dlatego po godzinach 
pomogłam i panu, dla czystej przyjemności. Ma pan wyobraźnię, a to jest 
rzadkością. Jeszcze większą rzadkością jest praca dla czystej satysfakcji.

– Dziękuję. Z całych sił staram się uwierzyć, ale chciałbym usłyszeć 

wyjaśnienie,   co   się   tu   właściwie   dzieje.   Po   co   inscenizowałaś   porwanie, 
skoro jesteś, hmm, fanką mojego projektu?

Dziewczyna   roześmiała   się,   czochrając   rude   włosy,   trochę 

przypłaszczone przez perukę. Jej swobodny śmiech nieodparcie kojarzył się 
ze szczekaniem szakala, lecz mimo to miał swoisty urok.

– Bo jest pan... jesteś zbyt naiwny, uczony Haywicku. Pchasz się do 

background image

wojskowych, dając im do zrozumienia, że masz dostęp do tajnych spraw. Aż 
dziwne,   że   natychmiast   cię   nie   zamknęli   i   nie   zaczęli   magla,   tylko 
naszpikowali grochem i puścili. Pewnie mieli nadzieję, że naprowadzisz ich 
na przecieki czy szpiegów.

– Grochem?
–   Jak   cholera!   Jedną   pluskwę   miałeś   we   włosach,   to   ją   wyrwałam   i 

rozgniotłam, ale nanośmiecia z oskrzeli tak łatwo się nie pozbędziesz – stąd 
chrypka. Dlatego nie wolno ci zdejmować kamizelki, nie tylko do snu, ale 
nawet   do   mycia   i   pieprzenia,   bo   inaczej   nie   tylko   cię   podsłuchają,   ale 
natychmiast   namierzą.   Możesz   ją   zanurzać   w   wodzie,   mokra   ekranuje 
równie dobrze.

– Do diabla, takiego czegoś się nie spodziewałem.  Ale efekt jest, bo 

Vega napisał list i chce spotkania.

Jerome i Anita popatrzyli po sobie. Chłopak skinął głową.
–   Niezupełnie   –   oświadczyła   dziewczyna.   –   To   Jero   napisał   ten   list. 

Przecież musiałeś stamtąd wyjść, właściwie uciec. Każda sekunda grała rolę, 
a   jakbyś   zaczął   marudzić,   zostałby   tylko   jeden   sposób:   trzepnąć   cię   po 
głowie i wynieść. Chyba list był lepszy?

Haywick wzruszył ramionami.
– Doskonale, tylko co dalej, moi zbawcy? Szuka mnie policja, nie mogę 

pokazywać   twarzy   ani   przekroczyć   granicy   latyfundium,   a   więc   również 
realizować   swojego   planu.   Chyba   najlepiej   będzie   udać   się   prosto   na 
komisariat i wręczyć im wizytówkę.

Anita westchnęła.
– Wciąż wierzysz, doktorku, w przedustawny  sens  działania machiny 

państwa.   Należy   schronić   się   pod   skrzydła   władzy,   majestatycznej   i 
sprawiedliwej, a później już wszystko będzie dobrze... Istnieje jednak lepsze 
wyjście, zwłaszcza jeśli chcesz nadal robić coś pożytecznego – oznajmiła. – 
Jutro   wieczorem   załatwimy   ci   nieoficjalne   spotkanie   z   Francisem   Vega. 
Cieszysz się czy już zacząłeś robić w gacie?

* * *
Wężor,   odrażający   stwór   z   głębin   oceanu,   niespiesznie   poruszał 

bocznymi płetwami i raz po raz chlastał na boki ogonem uzbrojonym w 
kolce. Przezroczyste wyrostki ościste, zwisające z brzucha, wlokły się po 
dnie, gdy kierował się ku swojej ofierze. Pod wpływem ruchów żuchwy do 
przodu nagle wynicował się pysk pełen zębów. Lecz konik morski, tańczący 

background image

tuż przed potworem, szybko zanurkował pod jego prawą płetwą, znikając z 
pola   widzenia   w   tej   samej   chwili,   w   której   drapieżnik   runął   ku   niemu. 
Gargantuiczna paszcza zatrzasnęła się tam, gdzie nie było już smacznego 
kąska.

Rozległ   się   szczekliwy   śmiech,   który   pod   wodą   mógł   kojarzyć   się   z 

uderzaniem   sztućców   o   talerze.   Konik   pojawił   się   z   lewej   strony   i 
powiedział:

– Nawet nie musisz za bardzo udawać. Jesteście cholernie podobni!
Morski   potwór   wciągnął   pysk,   który   był   hologramem   wyświetlanym 

przez minilasery z głębi zmętniałych oczu, i odparł bulgotliwie:

– Ty też nieźle się dopasowałaś. Szkopuł w tym, że dotychczas niewiele 

wiedziałem o złośliwości ryb.

– Och, jest mnóstwo dziedzin, w których twoja wiedza jest równie nikła, 

wielki naukowcu – trajkotał konik. – Cóż wiesz o SYF-fonie?

–   Niewiele   –   przyznał.   –   „Restauracja   mieszcząca   się   w   systemie 

zatopionych jaskiń. Unikatowe atrakcje. Wstęp od dwudziestu jeden lat, na 
własne   ryzyko.   Szansa   wypadku   –   jeden   procent,   szansa   poważnego 
wypadku – jedna dziesiąta procenta. Ubezpieczenie podstawowe zawarte w 
opłacie za wstęp" – przeczytał na odwrocie biletu.

– Brawo, potworze! Umiesz czytać!
Wężor   zawachlował   szponiastymi   płetwami,   których   haczykowate 

wyrostki wystawały daleko poza krawędź spinającej je przezroczystej błony.

– No dobrze, kucyku, już wiem, że masz giętki jęzor. Robimy coś dalej?
– Po to tu jesteśmy. Poczekaj, jeszcze raz ocenię twoją mimikrę.
Konik wprawił w ruch płetwę grzbietową i opłynął dumnie prężącego się 

wężora.

–  Doskonale!  Wzbudzisz  postrach   w  głębinach.  A  ja?  –  To  mówiąc, 

okręcił   się   wokół   pionowej   osi   w   potrójnym   tulupie.   Jego   skóra 
przypominała naklejony warstwami pergamin o różnych stopniach szarości.

– Świetnie. Zjadłbym cię na przystawkę, gdybyś nie był taki szybki.
– Będzie jeszcze szybszy – odezwał się szatniarz, który cierpliwie unosił 

się w strumieniu cieplejszej wody pod ścianą. Był postawnym mężczyzną, 
ubranym w ciemnogranatowy garnitur i nieskazitelnie białą koszulę. Nosił 
muszkę   w   kolorze   garnituru,   nakrapianą   białymi   grochami.   Jego   ubranie 
wydymało się lekko w zmiennych prądach. – Czy mogę?

Przymocował im do przegubów i kostek inteligentny napęd, z ruchów 

background image

rąk, nóg i rytmów fal mózgowych odczytujący intencje osoby poruszającej 
się, a na szyi zawiesił alarmowe kolie.

– W razie zaburzeń oddechu lub pracy serca natychmiast przybywa ekipa 

ratunkowa   z   gniazdem   powietrznym   i   transportuje   poszkodowanego   do 
groty tlenowej, gdzie udzielana jest pierwsza pomoc medyczna – objaśnił. – 
Oczywiście   nie   życzę   państwu   żadnych   przypadłości.   Proszę   teraz 
przećwiczyć używanie napędu.

Wyciągnięcie   ręki   powodowało   łagodny   ruch   do   przodu,   prostopadłe 

ustawienie dłoni skutkowało wyhamowaniem, wskazanie kciukiem za siebie 
– cofaniem, lecz tylko gdy taka była intencja. Uniesienie kolana i spojrzenie 
w   górę   oznaczało   wznoszenie.   Wężor   zabawiał   się,   zmieniając   płynnie 
kierunek,   robiąc   beczki   i   stając   na   głowie.   Konik   morski   wypróbował 
gwałtowne skręty i zwody.

–   Doskonale   –   pochwalił   szatniarz   i   podał   im   świecące   karty   z 

jadłospisem. – Zapraszam na dół.

Podłoga składała się z barwnego fresku, przedstawiającego wykrzywioną 

twarz   Montezumy.   Ze   źrenic   azteckiego   króla   co   chwila   wysuwały   się 
galaretowate   penisy,   drżące   w   stadium   przedejakulacyjnej   erekcji,   a   ze 
złotych ust, które stanowiły wejście do lokalu, emanował pulsujący szkarłat. 
Ramię przy ramieniu zanurkowali w barwny opar.

Znaleźli   się   w   lesie   naturalnych   wodorostów.   Leniwy   prąd   poruszał 

pióropuszami   liści,   wstęgami   traw,   wachlarzami   paproci.   W   zielonkawej 
toni   baraszkowały   stada   tropikalnych   ryb,   połyskujących   neonowym 
blaskiem.   W   niewielkim   zagłębieniu   delfin   zawzięcie   kopulował   z   nagą 
kobietą o jasnej karnacji. Zewnętrzne skrzela wyrastały jej z kącików ust i 
rozchylały się jak ażurowe skrzydła zgodnie z ruchami ciała, ale w rytmie 
opóźnionym i wytłumionym przez wodę.

– O, cholera – zadudnił wężor, zatrzymując się. – Projekcja?
Podpłynął i dotknął skóry delfina. Morski ssak odwrócił łeb, a potem 

natarł na intruza bokiem, niezbyt mocno, ale wężora i tak odrzuciło o dobre 
trzy stopy.

– Hi, hi – zaskrzeczał konik. – Czyżbyś chciał go zastąpić, kolego?
Wężor   odwrócił   się   i   zanurkował   w   głąb   tunelu.   Niżej   korytarz 

rozszerzał   się,   formując   pieczarę,   której   ściany   inkrustowano 
różnobarwnymi kryształami. Pośrodku odbywał się balet sześciu dziewcząt, 
mających za cały strój przepaski biodrowe ze sznurków. Ich węgorzowe 

background image

ciała   wiły   się   w   zielonych   i   fioletowych   snopach   światła,   naśladując 
rozchylające się płatki kwiatów, zmiennokształtne śnieżynki i symetrycznie 
wirujące   konstelacje   planet.   Długie   włosy   tworzyły   niezależne   figury   w 
strugach   sterowanych   prądów.   Przestrzenny   taniec   wykonywano   przy 
akompaniamencie   dziwnej   orkiestry,   złożonej   z   wiolonczeli,   skrzypiec, 
kontrabasu   i   szczególnego   rodzaju   perkusji.   Dźwięk   brzmiał   pod   wodą 
zupełnie inaczej niż w powietrzu, głośniej i kwadrofonicznie. Wydawało się, 
że przetacza się wewnątrz głowy.

– Chodź, wężu morski  – powiedział konik, pociągając go za sobą. – 

Mamy coś do załatwienia, nieprawdaż?

Od   pieczary   promieniście   rozchodziły   się   poziome   korytarze.   Koń 

wybrał   jeden.   Przepłynęli   przez   fioletowo   opalizującą   świetlną   kurtynę   i 
znaleźli się w wysoko sklepionym pomieszczeniu. Wokół niemal okrągłej 
sali na wykutym w skale gzymsie ustawiono stoliki, przy których siedziało 
rozbawione   towarzystwo.   Na   każdym   stole   płonęła   pochodnia   innego 
koloru, wyrzucając w górę strumień pęcherzy gazu, a przed gośćmi stały 
butelki z wydłużonymi ustnikami. Wężor zauważył także słoje z pokrywami, 
pełne krokietów.

– Przez błonę tlenosorbentu można przepychać, co się chce, jeśli robi się 

to   powoli   –   wyjaśnił   koń.   –   Siły   powierzchniowe   powodują   oblepianie 
przedmiotów przenikających, a po ich przejściu znów zasklepiają błonę. W 
ten sposób możesz się napić albo nawet coś zjeść. Ci goście mają już nieźle 
w czubach, widzisz?

– Nie, koniku. Nie mam w oczach alkomatu. A... co z tym...
– Cssst! – syknął koń. – Przyjdzie czas na żniwa. Tymczasem popatrz, na 

środku   jest   arena.   Na   niej   odbywają   się   walki   ludzi   z   gigakrabami.   Nie 
interesuje cię temat igrzysk?

– Nie wiedziałem, że takie rozrywki są dozwolone.
–   Może   i   nie,   ale   nie   są   też   zakazane.   Ochotników   jest   więcej   niż 

wakatów, a kraby nie są objęte ochroną. Walki byków nie zostały zakazane 
w  latyfundium  Andaluzja,  więc  czemu  nie  urządzać  walk  gigakrabów  w 
LLA?

– Okay, w porządku. Zdziwiłem się tylko, bo dotychczas nie słyszałem o 

takich igraszkach.

Koń uniósł się nieco, szybując w wodnym przestworze.
– Więc popatrz!

background image

* * *
Krata   zamykająca   wylot   niskiego   korytarza   uniosła   się   i   w   ciemnym 

przejściu coś się poruszyło. Najpierw wysunęło się jedno odnóże, po czym 
na arenę wydostał się monstrualny krab. Jego korpus miał przynajmniej trzy 
stopy średnicy, a rozpiętość szczypiec sięgała kilkunastu. Zapewne jednym 
ich ciachnięciem mógłby odciąć ludzką kończynę.

–  Brachyura   monstrualis  –   poinformował   koń,   nachylając   się   do 

towarzysza. – Drapieżny, donoszono o zwycięskich starciach tych stworów z 
rekinami.

Zanim zwierz zdołał wspiąć się ku stolikom, ze szczeliny biegnącej u 

podstawy gzymsu wysunęły się metalowe pręty, które sięgnęły sklepienia 
pieczary.   W   jednym   miejscu   rozchyliły   się   na   czas   jednego   krótkiego 
oddechu, przepuszczając człowieka na środek areny.

Śmiałek   poruszał  się   szybko  –  musiał   mieć   wzmocniony  inteligentny 

napęd.   Ubrany   był   w   strój   toreadora,   lecz   nie   dzierżył   szpady,   tylko   do 
butów   przymocowano   mu   dwie   obosieczne   szable,   a   do   ramion   – 
polerowane stalowe tarcze, tak ukształtowane, że każda stanowiła połowę 
walca. Gdy przycisnął łokcie do boków, pochylił głowę i podkurczył kolana, 
chronił   się   we   wnętrzu   metalowej   rury.   Gdy   zaś   rozpościerał   ramiona, 
upodabniał się do żuka unoszącego pokrywy skrzydeł.

Torrero obracał się w centralnym punkcie areny, stale przodem do kraba, 

który   biegał   wzdłuż   palisady   z   prętów.   Zwierz   albo   był   głodzony,   albo 
przejawiał naturalną agresję,  bo nagle rzucił się na  człowieka i usiłował 
chwycić   go   z   boku   szczypcami.   Torrero   nawet   nie   zamknął   pancerza   – 
sparował cios, optymalizując ustawienie wzdłuż osi podłużnej. Chitynowe 
nożyce uderzyły w pancerną blachę, a po sali poniósł się trzask połączony z 
rezonującym brzękiem metalu. Krab natychmiast uderzył drugim odnóżem, 
lecz skutek był podobny.

Rozległy  się   brawa,  realizowane  stukaniem  sztućców   w  grubościenne 

butelki.   Potem   goście   podnosili   flaszki   i   wciskali   specjalnie   profilowane 
smoczki w błony tlenosorbentu przewodów ustnikowych, wychylając toast.

Sytuacja na arenie przez dłuższy czas się nie zmieniała: krab atakował, 

lecz   ciosy   jego   szczypiec,   pozostawiających   na   powierzchni   tarcz 
krwistoczerwone ślady, za każdym razem były odbijane. Nagle  Brochyura 
zmienił strategię – odbił się od piasku areny i, wiosłując odnóżami, pomknął 
pod sufit pieczary, gdzie przechylił się na bok i runął z góry na przeciwnika.

background image

Torrero nie nosił hełmu, jedynie lekką jedwabną czapkę. Więc nawet 

gdyby szczelnie zamknął rurę, krab mógłby zapuścić szczypce w jej otwarty 
koniec i wyciągnąć go jak ślimaka ze skorupy. Zapadła cisza, ludzie przy 
stolikach w pół słowa przerwali rozmowy.

Człowiek na arenie w ostatniej chwili zdołał odchylić ciało od pionu i 

uniósł prawą tarczę. Cios został sparowany, lecz krab kontynuował natarcie. 
Szczypcami wielkimi jak gilotyna błyskawicznie przypuścił atak z drugiej 
flanki i torrero tym razem nie zdążył się zasłonić. Szczypce trafiły w lewe 
udo   i   zatrzasnęły   się,   wydając   przy   tym   dźwięk   towarzyszący   walce 
zderzających się rogami nosorożców.

Lecz  Brachyura  znajdował się zbyt blisko przeciwnika, aby pochwycić 

w swoje nożyce jego nogę. Zdołał tylko uderzyć wierzchołkiem szczypiec w 
udo,   a   ich   zatrzaśnięcie   nie   uczyniło   toreadorowi   żadnej   krzywdy.   Krab 
natychmiast ponowił cios z tej samej strony, ale człowieka już nie było w 
tym miejscu – uruchomił inteligentny napęd i rzucił się w tył, uderzając 
plecami w pręty palisady.

Ale po ostatnim starciu lewa noga śmiałka, nienaturalnie wykrzywiona, 

zwisała bezwładnie. Olbrzymi krab musiał mieć siłę niedźwiedzia, a skutki 
ciosów tylko nieznacznie były łagodzone przez opór wody. Twarz człowieka 
pobladła,   a   morski   drapieżnik   zbliżał   się   bokiem,   by   zakończyć   walkę. 
Wtedy włączyli się ochroniarze, wciskając między pręty palisady trójzębne 
harpuny   o   ostrzach   płonących   niebieskim   ogniem.   Syczące   płomienie 
odstraszyły stwora, który przyczaił się po przeciwnej stronie areny. Odbicie 
ognia migotało w czerwonych ślepiach, kręcących się na szypułach.

Każdy   torrero   ma   przy   sobie   „coś   dobrego",   więc   i   ten   skorzystał   z 

zapasu. Sięgnął do przegubu i uruchomił aplikator, który wstrzyknął mu do 
krwiobiegu mieszankę narkotyku ze środkiem znieczulającym.

– Chce dalej walczyć – oznajmił koń głosem drżącym z podniecenia. – 

Właśnie walnął sobie koktajl. Po czymś takim ten potwór może go pociąć na 
kawałki, a chłopak będzie się tylko śmiał w jego pieprzone gały!

– Nie – zaprotestował wężor. – Nie! – krzyknął na całą salę. – Trzeba 

przerwać tę jatkę! Natychmiast!

Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Łysy mężczyzna, siedzący z Murzynką 

tuż przy prętach palisady, warknął:

– Koleś, jak coś się nie podoba, wyjście jest zaraz za tobą. Zamknij się 

albo spływaj!

background image

Koń szturchnął kumpla pod żebro.
– Cssst! Jak nie lubisz mocnych scen, odwróć się.
Tymczasem torrero dał znak i ochroniarze cofnęli trójzęby. Wyglądał 

trochę   lepiej   –   twarz   nabrała   barwy,   lecz   oczy   błyszczały   nienaturalnie. 
Poruszał   się   zrywami,   nie   zwracając   uwagi   na   dyndającą   nogę.   Krab 
przemieszczał się raz w jedną, raz w drugą stronę, trąc odwłokiem o pręty. 
Nagle rzucił się naprzód i zadał dwa potężne ciosy, kolejno z obu stron. 
Człowiek zachwiał się, ale sparował je, łomocząc blachami. Z tarcz opadały 
kolejne strzępy srebrnej farby, ukazując spodnią czerwoną warstwę.

Zaraz   po   starciu   torrero   ruszył   naprzód,   po   raz   pierwszy   zmieniając 

taktykę pasywnej obrony. Krab znów uderzył, unosząc nieco tors, a wtedy 
człowiek   wysunął   zdrową   nogę   i   zadał   cios.   Ostrze   szabli   ze   zgrzytem 
ześliznęło   się   po   krawędzi   pancerza,   nie   czyniąc   zwierzęciu   krzywdy. 
Brachyura  odbiegł bokiem, po czym zaraz odwrócił się, gotowy do akcji. 
Torrero opadł na piasek i odpoczywał.

Ludzie przy stolikach przestali rozmawiać i siedzieli bez ruchu, czekając 

na finał. Było jasne, że człowiek, mimo stymulującej dawki narkotyku, tracił 
siły.   Również   on   zdawał   sobie   sprawę   z   tego,   że   jego   czas   się   kończy. 
Podniósł się i niezbornymi zrywami ruszył w stronę drapieżnika.

Gigakrab natychmiast zaatakował. Tym razem uderzył nisko, sięgając 

bezwładnej nogi. Torrero, który posuwał się tuż nad sceną, zdołał ją osłonić, 
wykręcając się naprzód barkiem i opuszczając tarczę. Podniósł się tuman 
piasku,   a  człowiek  przyspieszył,  trochę  desperacko   rzucając  się   naprzód. 
Brachyura uciekał bokiem, zawadzając wyrostkami pancerza o palisadę, co 
spowolniło jego ruch. Torrero to wykorzystał i jeszcze zwiększył prędkość, 
nagłym rzutem tułowia dostając się pod samą paszczę. Wtedy zrobił woltę, 
odbijając się zdrową nogą od dna i jednocześnie odchylając tułów do tyłu. 
Zgięte kolano raptownie wyprostowało się, a długie jak kosa ostrze wbiło się 
w miękką tkankę między otworem gębowym a wierzchnią płytą pancerza 
Brachyura.  Potwór walnął dwa razy ciężkimi odnóżami, młócąc wodę, ale 
tylko trafił nasadą odnóży na blachy tarcz, wzbudzając kościany grzechot i 
nie czyniąc żadnej krzywdy atakującemu. Uniósł przy tym przednią część 
tułowia, co przypieczętowało jego los. Torrero uderzył jeszcze raz, celując 
ostrogą w odsłonięte powłoki brzuszne. Ostrze nie tylko wbiło się aż po 
nasadę, ale w wyniku podłużnego ruchu rozpłatało ciało kraba, ucinając dwa 
ostatnie odnóża. Pojedynek był zakończony.

background image

Człowiek uniósł ręce w geście zwycięstwa, ale zaraz osunął się na piasek 

i już nie usłyszał owacji na sto butelek. Tymczasem pręty palisady zostały 
opuszczone, a na pomoc pospieszyły dwa białe delfiny, które na grzbietach i 
brzuchach miały namalowane czerwone krzyże. Wzięły człowieka między 
siebie   i   podtrzymując   pyskami,   poholowały   ku   wyjściu,   w   stronę   groty 
tlenowej. Dwa inne uprzątnęły truchło gigakraba, ciągnąc szczątki do tunelu 
wyjściowego.

– Niesmaczne – stwierdził wężor, wzruszając upłetwionymi ramionami. 

– Kłóci się z podstawowymi standardami współczesnej cywilizacji.

Koń podpłynął z boku, spoglądając ku stolikom.
– Ten człowiek, z którym rozmawiałeś... To znaczy ten, który przywołał 

cię do porządku... To właśnie on, Francis. Przedstaw mu się. Tylko uważaj, 
bez gwałtownych ruchów, jeśli chcesz, żebyśmy przeżyli tę rozmowę.

Koń mówił cicho, na granicy słyszalności, ale i tak o wiele za głośno. Od 

stolika, przy którym siedział Vega z Murzynką, zerwało się dwóch bysiów i 
natychmiast   wystrzelili   minitorpedy   kawitacyjne.   Z   ich   przedramion 
wytrysnęły kłęby gazu, a z nich jak rapiery wysunęły się szydła pocisków. I 
już byliby martwi – dwa morskie stwory, konik i wężor – przedziurawieni 
rozpryskowymi kulami, gdyby nie Biuro Bezpieczeństwa i jego supersprzęt. 
Z   koniuszków   ościstych   wyrostków   płetwowych   konia   nagle   wytrysnęły 
rubinowe ognie, wyzwalając jeszcze więcej pary, i uderzyły w nadlatujące 
pociski. Wszystko stało się tak szybko, że wężor nie zdążył zrozumieć nic 
ponad to, że właśnie rozegrała się wstępna potyczka, a prawdziwa bitwa wisi 
na włosku.

Koń   chyba   coś   powiedział   przez   groszek,   bo   ochrona   Vegi   nie 

podejmowała dalszych akcji, lecz czekała w pogotowiu.

– Wy, skurwiele – warknął Francis do własnych ochroniarzy – może 

byście mi powiedzieli, o co chodzi?

Koń ubiegł ich i wyjaśnił:
–   Wszystko   w   porządku,   jesteśmy   przyjaciółmi.   Reprezentuję   BB   i 

pilotuję pewnego niegroźnego człowieka. Wasze uważki są trochę nerwowe. 
Proszę, aby wstrzymali się i nie używali broni przed analizą sytuacji.

– Cholera – zaklął Vega. – Odpowiesz za to, bebeku. Strzeliłeś do mnie z 

rubina.

– Nie do ciebie, tylko w obronie własnej zestrzeliłam kawitki. Lecz nie 

będę cię skarżyć.

background image

– Po jakiego fiuta zaczepiasz mnie na prywatnym wyjściu? BB jest mi 

teraz potrzebne jak piasek w dupie!

– On powie. – Koń popchnął wężora. – Nie ma broni.
Vega rzucił głową, na co jeden z ochrony wyciągnął się na baczność i 

trwał przez sekundę w bezruchu. Najpewniej porozumiewał się z koniem, bo 
nikt   nie   chciał   spotkać   się   z   następnym   rubinowym   sztychem.   Dopiero 
potem podpłynął do wężora i zrewidował go.

– Czysty – zameldował.
–   Ja...   to   znaczy...   –   jąkał   się   wężor.   W   końcu   podjął   decyzję   i 

powiedział głośno: – Allan Porter. Nadszedł jego czas, panie Vega.

Francis spojrzał spode łba i wzruszył ramionami.
– Na dzidę mamuta,  nie wiem,  o co ci chodzi, dobry człowieku bez 

broni.   Jeśli   w   ogóle   jesteś   człowiekiem,   bo   spod   tego   idiotycznego 
przebrania niewiele widać. A wy – zwrócił się do towarzystwa przy innych 
stolikach   –   co   tak   siedzicie   jak   mumie?!   Chyba   widać,   że   zdarzył   się 
wypadek,   użyto   broni,   a   odpowiednie   służby   prowadzą   dochodzenie. 
Natychmiast   opuścić   salę!   Kto   zostanie   tu   dłużej   niż   przez   dwadzieścia 
sekund, zostanie przesłuchany w charakterze podejrzanego! Czy wyrażam 
się dostatecznie jasno?

Towarzystwo grzecznie zaczęło przepychać się do wyjścia i po chwili 

zostali sami. Wężor podpłynął do stolika i wtedy zauważył, że domniemana 
Murzynka jest Białą, której ciało pokrywa gęste futro.

–   Biedna   Phyllis   –   wyjaśnił   Francis.   –   Cierpi   na   porfirię,   nie   może 

wychodzić na światło dzienne, dlatego zaprosiłem ją do groty. Zabawiaj ją 
rozmową, rycerzu z BB, a my udamy się do loży. Chcę...

–   To   wbrew   przepisom   –   ośmielił   się   wtrącić   jeden   z   ochroniarzy, 

najprawdopodobniej dowódca.

– Pieprzyć przepisy – warknął Francis. – Chcę wytłumaczyć panu...
– Haywick. Benon Haywick.
– A więc chcę wytłumaczyć panu Haywickowi, że wziął mnie za kogoś 

innego.   Może   będę   mógł   doradzić,   do   kogo   ma   się   zwrócić   ze   swoim 
problemem, ale wasza zgraja rozprasza moją uwagę. Macie mnie zostawić, 
to rozkaz!

– Tak jest – niechętnie potwierdził dowódca ochrony. Wiedział, że jak 

coś się stanie, najpierw pójdzie siedzieć, a po wyjściu dożywotnio straci 
pracę w profesji. Wiedział jednak również i to, że gdyby się teraz uparł, 

background image

byłoby tak samo, z tą różnicą, że posadziliby go na trochę krócej i że miałby 
to jak w banku latyfundium Leman.

Tymczasem Haywick zdążył pozbyć się kostiumu ryby głębinowej. Pod 

spodem miał lekki garnitur z tworzywa piankowego, a nawet fantazyjnie 
zawiązany krawat. Pod marynarką w rytm oddechu falowała kamizelka z 
tlenosorbentu, dostarczająca tlen wprost z wody.

Francis   skinął   mu   głową   i   podniósł   się.   Popłynął   do   czernionych 

dębowych   drzwi   i   uchylił   je,   po   czym   wśliznął   się   do   środka.   Haywick 
ruszył w jego ślady i znalazł się w niewielkim pomieszczeniu wyposażonym 
w wygodne siedziska, podwójne loże i stolik, na którym stały dwie pełne 
butelki. Vega zamknął drzwi i wskazał na fotel.

– Wiem, że nie masz grochu ani prymuli, ale licho nie śpi. Sam też nie 

mam,   bo   rozmawiamy   prywatnie.   Ale   mam   broń   –   to   mówiąc,   pokazał 
pistolet – więc jak będziesz kombinował, koleś, zastrzelę jak psa. Jasne? To 
dobrze. A teraz wal, co leży na wątrobie, tylko krótko. Nie dajmy Phyllis 
czekać,   to   dobra   dziewczyna.   A   jaka   kosmata,   mmm!   Zaczynaj,   a   jak 
chcesz, to se łyknij.

–   Miesiąc   temu   odkryłem   rój   lodowych   asteroid   –   wyrzucił   z   siebie 

Haywick. – Obliczyłem, że za sto lat Ziemia znajdzie się na jego drodze.

– Coś takiego! – mruknął Vega, sięgając po flaszkę. – Będzie fajerwerk 

czy z oceanów zrobi się koktajl marina?

Haywick mówił szybko, próbując używać skrótów, a więc zdając się na 

inteligencję   słuchacza.   Wydawało   się,   że   Vega   słucha   uważnie,   bo   co 
pewien   czas   przerywał   i   żądał   dodatkowych   wyjaśnień.   Gdy   astronom 
skończył, dygnitarz spojrzał pod światło na flaszkę i pociągnął łyk.

–   I   jak   tu   mam   pomóc,   dobry   człowieku,   dobroczyńco   ludzkości? 

Chciałbym tak uczynić, ja, urzędniczyna, którego nazwiska za sto lat nie 
będzie już w żadnej kartotece, natomiast Haywicka ludziska będą odmieniać 
przez wszystkie przypadki. Bardzo mi przykro, ale nic nie wiem o żadnym 
Allanie Porterze, a jeśli taki zapis w ogóle istnieje, to odnośne dokumenty 
leżą na innym biurku, nie moim. Nie mam pojęcia, gdzie go szukać, może w 
Internecie? Spróbuj na stronie rządowej, tam jest facet o pseudonimie Barblo 
Markenlou, postaraj się zapamiętać to nazwisko jak hasło do banku. Poza 
tym,   gdyby   nawet   udało   się   wam   zdobyć   istotny   materiał,   jak   chcesz 
wywieźć go z LLA? Musisz czekać na zgodę najpierw rządu, potem Senatu. 
Potrwa to kilka lat, a muszę ci zdradzić, że czcigodni senatorzy z reguły 

background image

odrzucają takie projekty. Wszystko przeznaczone na eksport jest dokładnie 
kontrolowane, człowieku, a już szczególnie zapisy elektroniczne, łącznie z 
transmisjami   internetowymi.   Podobno   interesowałeś   się   kodowaniem 
genetycznym? Znam się na tym jak świnia na pieprzu, więc czytam tylko 
bzdurne   sensacyjki   z   rodzaju   tych,   że   w   Zakonie   Scjentystów   Bosych 
braciszkowie   zajmują   się   chemicznym   odtwarzaniem   kompletnych 
genomów.   Podobno   nosimy   w   sobie   miliardy   genów,   tysiące   w   każdym 
jądrze komórkowym, więc nikt nie będzie w stanie wszystkich skontrolować 
pod   kątem   budowy,   nieprawdaż?   Wybacz,   człowieku,   że   mówię   jak 
ignorant, ale nic w tym dziwnego, wszak nim jestem i nie wierzę w połowę 
tych   komunikatów.   A   teraz   uciekaj,   astronomku,   i   lepiej   zajmij   się 
patrzeniem w gwiazdy, zamiast wycierać tyłek po urzędach, bo to drugie jest 
znacznie mozolniejsze, nudniejsze, a na dodatek mniej efektywne, no nie?

– Ale... Ja nie bardzo rozumiem... – bąknął Haywick.
– Twoja strata, jajogłowy. Coś mało oleju w tych waszych zbukowatych 

łbach.   Jak   nie   chcesz   spróbować,   jutro   rano   masz   samolot   do   Mzinga. 
Bywaj!

To mówiąc, naparł na drzwi i zawołał:
– Phyllis, moja droga, chodź tutaj! Zrobię ci psychoterapię i odtruwanie 

organizmu, zgodnie z zaleceniami medyków.

Dowódca ochroniarzy stojący w pobliżu rozluźnił się, widząc, że jego 

podopieczny jest zdrów i cały. Anita pomachała ręką i Haywick popłynął w 
jej stronę.

– Idziemy? Wszystko okay? – zagadnęła.
– Tak. Oczywiście. Mam poszukać w Internecie i wstąpić do zakonu. 

Gazetowa gadka połączona z polityczną asekuracją. Straciliśmy czas.

Anita   zamrugała   po   maską.   Jej   oczy   w   tym   otoczeniu   były   trochę 

wyłupiaste i bardzo zielone.

– Ależ nie! Obejrzeliśmy walkę z gigakrabem.
Następnego   dnia   Ben   i   Gloria   zaprosili   Iwa,   Jerome'a   i   Anitę   na 

pożegnalnego szampana. Iwo nie przyszedł.

Zajęli stolik na kiczowatym tarasie plażowej restauracji, pod kolumnadą 

w greckim stylu. Księżyc w pełni wisiał nad morzem, obrysowując srebrną 
krechą   linię   widnokręgu   i   rozrzucając   po   wodzie   ławice   rtęciowych 
rozbłysków.   Nakrapiane   morze   toczyło   wały   fal,   które   z   poszumem 
wdzierały się na piasek i cofały z grzechotem milionów kamyków. Leniwy 

background image

wietrzyk przynosił woń wodorostów. Było przyjemnie ciepło, jak zwykle w 
tych okolicach.

Haywick wstał i uniósł wysmukły kielich.
– Chciałem wznieść toast! Moi drodzy... Moi kochani...
Miał już dobrze w czubie i mówił bełkotliwie. Wszystko przez geny, 

pomyślał. Mojemu ojcu też najpierw upijał się język.

–   Chciałeś   życzyć   nam,   a   zwłaszcza   sobie,   odporności   na   kaca   – 

podpowiedziała   Herreira.   Miała   na   sobie   czarny   obcisły   kostium,   który 
świetnie harmonizował z gładką fryzurą i kontrastował z jasną cerą.

– Nnie. Naszym przyjaciołom, tak, pragnę im podziękować. Serdecznie. 

Bez   ciebie, Anito,  już by  mnie  nie  było, tak.  A  bez ciebie,  Jerome,  nie 
byłoby sprawy. I tak jej nie ma, ale... to nie wasza wina. To wina...

– Przestań, Ben – przerwała mu Gloria. – Trzymaj język za zębami, bo 

nie wiesz,  ile grochu pływa w fali przyboju. Ty, Jero – zwróciła się do 
chłopaka – jesteś dla mnie transparentny. Och tak, to nie przytyk, po prostu 
należysz do fanatyków sieci, więc pomogłeś nam dla czystej przyjemności. 
Ale ty, Anito, stanowisz zagadkę. Dlaczego tak mocno zaangażowałaś się w 
tę   sprawę,   skoro   nie   musisz?   Moja   droga,   przecież   nie   powiesz,   że   nie 
działasz poza zakresem obowiązków służbowych?

Haywick,   któremu   odebrano   głos,   kiwał   się   jeszcze   przez   chwilę,   po 

czym przepił do księżyca i usiadł. Kielich przechylił się i pienisty jęzor 
szampana popłynął po stole. Benon już miał wlać resztę do kałuży, a potem 
poplaskać w pianę otwartą dłonią, lecz dał spokój, bo Gloria spiorunowała 
go spojrzeniem.

Oczy   jak   płonące   węgle,   pomyślał.   Szkoda   takich   genów.   Spłoną, 

pochłonie je potop, ulegną unicestwieniu, podobnie jak wszystkie inne, złe i 
dobre,   brzydkie   i   ładne.   Gdzie   twoja   kontynuacja,   Glorio,   perfekcyjna 
tancerko   flamenco?   I   twoja,   Jerome,   naiwny   okularniku,   fanatyku   i 
marzycielu? Z czego będzie czerpać ewolucja, znów zacznie od bakterii? 
Ale czy coś żywego się ostanie, choćby Archea? Gzy z bakterii powtórnie 
narodzi się taki dziwoląg, jak myślący organizm, tworzący kulturę? Kto wie, 
może gady wreszcie wezmą odwet na ssaczym szczurku, chowającym się po 
norach po zagładzie dinozaurów.

– ...nie przywiązujcie dużej wagi, to tylko słowa, takie sobie frazesy – 

tłumaczyła  Anita. – Każdy  chciałby przedstawić  własne  postępowanie  w 
wyższej   kategorii.   Tak   naprawdę   powodem   jest   Jerome   –   stwierdziła, 

background image

czochrając   chłopcu   czuprynę   swoją   śmiercionośną   dłonią.   –   Gdy   służby 
zainteresowały   się   wami,   poszperałam   w   sieci   i   od   razu   polubiłam   tego 
uroczego   fajtłapę.   No   i   zgłosiłam   się   na   ochotnika.   W   spokojniejszych 
czasach, tak jak teraz, mamy dużą swobodę w realizacji statutowych celów. 
Poza tym musimy coś robić, żeby nie wyjść z wprawy – dodała, szczerząc 
ciasno upakowane ząbki. Ma coś z wydry, pomyślał Haywick. Dobrze, że 
grzeczni   chłopcy   i   drobne   dziewczynki   jeszcze   nie   potrafią   czytać   w 
myślach. Wtedy Anita wyszczerzyła się do niego.

– Bądź grzeczny, Benny. I nie zalewaj robaka. Żałujemy cię, ale nie za 

bardzo, bo oberwałeś w bitwie, ale jeszcze nie przegrałeś wojny.

– Ktoś tu obraża mojego przyjaciela Jerome'a – rozległ się głos z tyłu. Z 

ciemności wyłonił się postawny blondyn w jasnym płóciennym garniturze.

– Iwo? – spytała Gloria z tylko na wpół udawanym zdziwieniem. – Coś 

takiego!   Byłam   przekonana,   że   nie   zechcesz   pokazywać   się   w   naszym 
naelektryzowanym towarzystwie. Słyszałam, że ściągamy pioruny!

– Zainstalowałem indywidualny odgromnik. Czy mogę?
–   Zapraszamy   –   odezwał   się   Haywick,   robiąc   miejsce   przy   stole.   – 

Należy się, tego... karniak.

–   Chętnie.   –   Iwo   przyglądał   się,   jak   trunek   kipi   w   kielichu.   –   Jero 

wspomniał, że jutro wyjeżdżacie. Dlaczego rezygnujecie?

Zapadło niezręczne milczenie, które przerwała Gloria.
– Nie, mój drogi. W takich sprawach nigdy nie rezygnujemy. Jak zabiorą 

nam konia, pojedziemy na ośle, jak osła nie stanie, pójdziemy piechotą. Po 
prostu lubimy mieć świadomość, że nie tracimy czasu.

– Brawo. Jednego nie rozumiem: dlaczego nie bierzecie konia, którego 

już dla was osiodłano?

Haywick wytrzeszczył oczy, a na jego twarz wpełzł pijacki uśmiech.
– Ty... jesteś tym koniem? Może... trojańskim?
Iwo machnął ręką i zwrócił się do Herreiry:
– Nie zrozum mnie źle. Chcę trzymać się z daleka, ale nie mogę patrzeć, 

jak marnujecie szansę. W ogóle nie lubię, jak coś się marnuje, bo to oznacza 
brak   szacunku   dla   pracy.   Jero   powtórzył   mi,   co   opowiedział   mu   Ben. 
Przecież Francis Vega to kompletny świr, jeszcze bardziej zwariowany niż 
wy! Wy nie ryzykujecie niczym, ale on dał w zastaw swój stołek, mało tego, 
własny   tyłek,   i   wszystko   wyśpiewał!   Nie   przypuszczałem,   że   istnieją 
urzędasy idealiści, którzy robią takie kariery jak on.

background image

Haywick czknął i usiłował się skoncentrować.
– Co... wyśpiewał? Przecież kazał mi iść do diabła.
– Nie! – zawołał Iwo. – Nie i jeszcze raz nie! Usłyszałeś, co chciałeś 

usłyszeć, bo właśnie tego się spodziewałeś. Uczeni mają to do siebie, że 
bywają   genialni   w  swojej   wąskiej   dziedzinie,   podczas   gdy   w  innych   są, 
hmm, słabiej wyedukowani. – Uśmiechnął się nie bez odrobiny złośliwości. 
–   A   wypowiadane   słowa   często   mają   inne   znaczenie,   niż   napisano   w 
leksykonach. Chyba nie liczyłeś na to, panie uczony, że facet przedstawi 
łopatologiczną zgodę na piśmie i jeszcze dołączy instrukcję? Po swojemu 
przekazał wszystko: hasło dostępu do Allana, podał miejsce, w którym mogą 
zrobić molekularny genom, i na dokładkę zasugerował, jak go wywieźć za 
granicę. Czego chcesz więcej? Może żeby on sam to wszystko za ciebie 
zrobił?

– Poczekaj – podchwycił Jerome.  – To ma  sens!  Że też sam się nie 

domyśliłem!   Ben   zbyt   mocno   zasugerował   mi   własną   interpretację. 
Rzeczywiście, miał poszukać w Internecie na stronie rządowej... A ja, głupi, 
sprawdzałem, czy jakiś Barblo pracuje w Ministerstwie Obrony!

–   Dobra,   chłopcy   –   wtrąciła   Gloria,   wstając.   –   Z   tego   wynika,   że 

wracamy do was i bierzemy się do pracy. Natychmiast! Należy dotrzeć do 
plików Allana, korzystając z hasła. Kto wie, może się uda.

– Nie – oświadczył Iwo. – Nie chcę, żebyście kręcili się po biurze. Mam 

już tej sprawy po dziurki w nosie! Nawiasem mówiąc, ty, Ben, w ogóle nie 
powinieneś pokazywać się z nami. Jesteś na liście pilnie poszukiwanych!

– Więc po co tu przyszedłeś?  – spytała ostro Herreira. W jej oczach 

zapaliły się iskry.

– Żeby wam to przynieść – wyjaśnił Iwo, wyciągając spod stołu teczkę. 

– Ostatnie trzy godziny spędziłem w terminalu Biblioteki Uniwersyteckiej, 
gdzie   mają   szybkie   łącza   i   niezłe   maszyny.   Ogólnodostępne,   bez   opłat, 
korzystanie anonimowe.

– Co... tam masz? – zainteresował się Haywick, nie bez trudu unosząc 

głowę.

–   Zerojedynkową   wersję   Allana   Portera   –   oświadczył   Iwo.   –   Hasło 

okazało się prawidłowe. Poza tym musiałem złamać kilka kodów dostępu, 
ale to już pestka.

Wtedy   na   podjeździe   zobaczyli   samochody   policyjne   z   wirującymi 

czerwononiebieskimi   światłami.   Było   ich   kilkanaście.   Od   strony   morza 

background image

narastał warkot helikoptera.

– Do diabła! – wyrwało się Glorii. – Ben, bierz teczkę i uciekaj!
– Spokojnie – zarządziła Anita tonem pozbawionym emocji. – Ucieczka 

jest bezcelowa. Dawaj torbę, Ben, mnie nie ruszą. A sam daj się zatrzymać, i 
tak nie wyjedziesz z LLA. Trzymaj, przygotowałam ci kartkę z nazwiskiem i 
telefonem adwokata, który wyciągnie cię zaraz po przesłuchaniu. 1 nie bój 
się, tak naprawdę nic na ciebie nie mają. Wszystko, co wiesz, znalazłeś w 
sieci.

Helikopter   nadlatywał   jak   monstrualny   owad,   błyskając   czerwonymi 

światłami   i   przeganiając   mrok   blaskiem   reflektorów,   umocowanych   na 
czułkach wysięgników. Policja nadawała instrukcje przez megafon.

Haywick dopił szampana i uśmiechnął się, unosząc głowę. Ten uśmiech 

nie był przeznaczony dla gliniarzy wiszących na zewnątrz kabiny samolotu 
na elastycznych szelkach i mierzących do niego z pistoletów maszynowych. 
Kierował go nieco dalej, gdzieś poza Obłok Oorta, do zastępów lodowych 
rycerzy, spieszących mu na spotkanie.

Zwolnili go po dwóch godzinach przesłuchania. Powiedział prawdę, a 

fakt, że wirtual samego  Allana wyjawił nazwisko prominenta  od tajnych 
broni   Wydziału   Strategii   Niekonwencjonalnych,   wywołał   pewną 
konsternację,   ale   policjantom   daleko   było   do   popłochu.   Oczywiście   o 
spotkaniu z Francisem w podwodnym klubie nie puścił pary z ust, natomiast 
zażądał   widzenia   z   adwokatem   w   sprawie   nielegalnej   instalacji 
nanomikrofonów, upośledzających zdrowie.

– O czym pan mówi? – zdziwił się oficer, zdejmując czapkę i wycierając 

spocone czoło. – Nie stosujemy takich metod i w ogóle nic mi o nich nie 
wiadomo.

– Doskonale. Jutro wykonam stosowną ekspertyzę, zapraszając nie tylko 

adwokata, ale i dziennikarzy z „New LA Tribune". Będzie niezły szum, już 
widzę   tytuły   na   pierwszej   stronie   jutrzejszego   wydania:   „Podsłuch   w 
gardle",   „Nanowampiry   administracji",   „Nielegalne   ministerstwo".   Nie 
wiem jak panu, ale mnie się podobają.

–   Skarży   się   pan   na   chrypkę,   panie   Haywick.   Nie   twierdzę,   że 

pomożemy,   ale   także   nie   powiedziałem,   że   nie   spróbujemy.   Zaraz 
przewieziemy pana do rządowego ambulatorium, okay?

Po kwadransie był już w szpitalu wojskowym. Lekarz, ogromny starzec 

z grzywą śnieżnobiałych włosów, robił coś długo w jego krtani, sondując 

background image

oskrzela   endoskopem   i   wpuszczając   do   nich   pchełki   mikrorobotów.   W 
końcu użył nebulizatora z płynem dezynfekującym i odstawił aparaturę.

– W porządku. Jest pan jak nowo narodzony, panie Haywick – oznajmił.
– A więc coś było nie tak?
Lekarz machnął ręką.
–   Drobiazg.   Wie   pan,   im   lepsza   diagnostyka,   tym   mniej   zdrowych. 

Życzę powodzenia.

Policyjnym wozem odwieziono go pod hotel.

background image

ROZDZIAŁ 5

Staroangielskie   baszty,   mury   i   fosy,   umieszczone   w   kalifornijskim 

krajobrazie suchych wzgórz i wyblakłego nieba, wyglądały jak z innej bajki. 
Budynki   o   wąskich   i   wysokich   oknach   oplata!   bluszcz,   a   na   gzymsach 
dachów,   krytych   ceglastoczerwoną   dachówką,   przysiadły   sępy   o   szyjach 
koloru   dupci   niemowlęcia,   jak   pudrem   przyprószonych   białym   puchem. 
Studenci   spieszyli   się,   prawie   biegnąc   alejami,   a   ci,   co   nie   mieli   zajęć, 
odpoczywali na trawnikach, leżąc, pijąc piwo lub od niechcenia uprawiając 
seks.   Zgodnie  z  obowiązującą  modą   w trakcie  publicznego  zbliżenia  nie 
powinno   się   demonstrować   uniesień,   wprost   przeciwnie,   należało 
zaakcentować dystans, popijając soft drinki lub przeglądając gazetę, no i 
wskazane było przeciąganie stosunku na tyle długo, aby widzowie mieli czas 
na kontemplację. Gdyby chłopak doszedł w ciągu pięciu minut, pewnikiem 
zostałby   wygwizdany   przez   kibiców   i   natychmiast   obwołany   królem 
królików.   Lokalnymi   bohaterami   stawali   się   ci,   którzy   w   półwzwodzie, 
zadając pchnięcie pod koniec każdego niespiesznego oddechu, byli w stanie 
kopulować godzinami, pogryzając precelki i czytając thrillery.

– Kiedy ja studiowałem, a było to kilkanaście lat temu, widywało się, jak 

chłopak   rżnie   dziewczynę   w   autobusie,   ale   była   to   raczej   demonstracja 
chamstwa   niż   sprawności   –   skomentował   Haywick.   –   Durny   mięśniak 
pokazywał   w   ten   sposób   innym,   że   ma   ich   gdzieś,   że   są   powietrzem. 
Owszem, nieraz spacerowało się po kampusie gołkiem, obciążając członka 
kolczykami   wkłutymi   w   napletek,   bo   dziewuchy   mówiły,   że   „ozdupki" 
zwiększają przyjemność czterokrotnie. Ale pokazówki jak te tutaj nie były w 
modzie.

– Starzejesz  się, Benny – orzekła Gloria. – Jeśli  twierdzisz, że świat 

wariuje i staje na głowie, wytłumaczenie jest tylko jedno: twoja skleroza 
czyni błyskawiczne postępy. Już na papirusach sprzed czterech tysięcy lat 
odczytano biadolenie, że zbliża się koniec świata, skoro powszechny staje 
się upadek obyczajów wśród młodzieży.

Haywick wzruszył ramionami.
– A może tobie się to podoba?
– Ależ tak, carinio! W całej rozciągłości akceptuję ducha czasu.
Ben machnął ręką i spojrzał na zegarek.

background image

– Zgoda, jest świetnie, ale musimy przerwać zwiedzanie tej menażerii. 

Mamy poważniejsze sprawy na głowie, Anita i Jerome już pewnie czekają.

Herreira miała chęć nadal dowcipkować o „tych sprawach na głowie", 

ale  nagle zatrzymała  się  i złapała  Haywicka  za łokieć. Na turystycznym 
rowerze w ich stronę pedałował wysoki, krótko ostrzyżony mężczyzna. Już 
gdzieś go widziała.

– Uważaj! – krzyknęła. – Na trawnik!
– O co ci chodzi? – burknął Benon, sądząc, że Gloria pozostaje przy 

temacie. – Dokąd mnie ciągniesz, narwana kobieto?

Tymczasem mężczyzna wjechał za nimi na trawę, tracąc równowagę na 

nierównym   gruncie.   Odepchnął   rower,   który   przekoziołkował   i   zarył 
kierownicą w ziemię, a sam skoczył w drugą stronę i cudem uniknął upadku, 
balansując rękami. Natychmiast ruszył w ich kierunku.

Wtedy nadleciał szerszeń.  Owad poruszał się z dużą szybkością, lecz 

nagle zwolnił i zbliżył się do Glorii. Kobieta stanęła nieruchomo, gdy ją 
okrążał. Wyprysnął w górę i zrobił błyskawiczne salto wokół Bena, który 
próbował go odgonić, a w końcu rzucił się na nieznajomego. Mężczyzna 
trzepnął go otwartą dłonią i szerszeń spadł w trawę. Wszystko rozegrało się 
błyskawicznie, w ciągu ułamków sekundy.

Przybysz przestał się spieszyć. Zbliżył się do Glorii, stanął przed nią i 

uniósł głowę, spoglądając z góry.

– Pani Herreira – bardziej stwierdził, niż zapytał. Trochę się jąkał. Na 

ogolonej głowie miał stare blizny po ranach ciętych, a przez lewy policzek i 
skroń   biegła   krecha   głębokiego   oparzenia,   pełna   podbiegłych   limfą 
pęcherzy.   –   Genetyk   –   rzucił   głośniej   takim   tonem,   jakby   przeklinał.   – 
Poważne ostrzeżenie. Zalecenie: zająć się czym innym! Rozumiesz mnie, 
błądząca kobieto?! – Następnie, nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do 
Bena: – Pan Haywick. Szaleniec i degenerat, który zamówił monstrum. Chce 
produkować hybrydy i poczwary, które spowodują koniec ludzkości. Wyrok 
śmierci, bez apelacji, natychmiast!

Intruz   sięgnął   za   kołnierz,   skąd   wydobył   kilkunastocalowy   szpikulec. 

Stal   zamigotała   w   słońcu.   Herreira   krzyknęła,   a   Haywick   stał   jak 
skamieniały, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Ale w chwili, gdy 
napastnik   cofnął   łokieć   do   krótkiego   sztychu,   szerszeń   zawisł   nad   jego 
karkiem, wygiął odwłok i wbił żądło głęboko między kręgi szyjne.

Mężczyzna   powoli,   jak   na   zwolnionym   filmie,   wykonał   niecelne 

background image

pchnięcie, w które jednak musiał włożyć wszystkie siły. Jego ramionami 
wstrząsały konwulsje,

twarz drżała, oczy wychodziły z orbit. Mięśnie tężały, wyginając ciało w 

łuk. Ciężko zwalił się na bok, sztywny jak manekin.

Haywick, który zdążył ocknąć się ze stuporu i cofnąć przed powolnym 

ciosem, objął Glorię i odciągnął na bok. W alejce przystawali ciekawscy.

– Chodź – ponaglił. – Nie mam ochoty na dalszy ciąg zabaw z policją.
Odeszli spokojnym krokiem, nie budząc podejrzeń. Gdy znaleźli się w 

bezpiecznej odległości, Gloria wybuchnęła spazmatycznym płaczem.

– Mam dosyć – wyjąkała, szlochając. – Ile można?
– Uspokój się – powiedział cicho. – Nasze akcje stoją nieźle, dopóki 

przewagę mają ci, którym chce się nas ochraniać. Wygląda na to, że projekt 
Haywicka jest bardziej popularny, niż sądziłem.

Od   pół   godziny   spacerowali   po   pustym   kościele.   Obcasy   stukały   na 

kamiennych   płytach,   wygładzonych   do   połysku   milionami   stąpnięć,   a 
głuchy   pogłos   kroków   zdradzał   miejsca,   gdzie   pod   spodem   były   puste 
przestrzenie,   zapewne   katakumby.   Na   dole   panował   półmrok,   lecz   w 
górnych partiach nawy światło biło od witraży, kreśląc w powietrzu barwne 
smugi.

Przedtem   o   umówionej   godzinie   spotkali   się   przed   kościołem   z 

Jeromeem i Anitą. Anita tłumaczyła Benonowi:

–   Zakon   Scjentystów   Bosych   nie   przyjmuje   zbrojnych   w   gościnę, 

policjanci muszą zostawiać broń w szatni. Masz tutaj swoją teczkę i nie daj 
jej sobie odebrać, dopóki nie złożysz materiałów w powołane do tego ręce.

Po wydarzeniach w kampusie Haywick, oględnie mówiąc, nie czuł się 

pewnie. Odparł:

– Szkoda, bo przywykłem do twego towarzystwa. Poza tym nie mam 

pojęcia, jak rozpoznać powołanego człowieka.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Cóż, chyba dosyć zrobiłam dla twojej idei, szalony astronomie. I wierz 

mi, wszystko w ramach nadgodzin.

Ben   mógł   tylko   przytaknąć,   choć   był   przekonany,   że   Biuro 

Bezpieczeństwa przy okazji prowadzi korzystną dla siebie politykę.

– Bez twojej pomocy – przyznał – wszystko by się posypało, i to już 

dawno.   Zdążyliśmy   przyjąć   sytuację   za   standard,   więc   się   nie   dziw,   że 

background image

badamy, gdzie jest mur. Dziękuję za wszystko.

–   No   jasne   –   westchnął   Jerome.   –   Gwiazdy   zawsze   zbierają   laury, 

scenarzyści pozostają za kulisami.

Ben żachnął się.
–  Przecież   wiadomo,  że  wam  wszystkim  jestem  winien  wdzięczność, 

choćby w imieniu naszych przyszłych krewniaków. Mam wrażenie, że bez 
spontanicznego działania po godzinach tych ludzi, którym się chce i którzy 
wykorzystują   swoje   nieformalne   kontakty,   cywilizacja   już   dawno 
przestałaby   istnieć.   Na   szczęście   zawsze   trafią   się   jelenie,   zajmujący   się 
czymś   więcej   niż   nabijaniem   kabzy   i   zdobywaniem   władzy.   Pamiętacie 
Cervantesa?

–   Ojej,   zaraz   się   rozpłaczę   –   oświadczyła   Anita.   –   Tak   wzruszającą 

mowę mógłby na twoim pogrzebie wygłosić przyjaciel ze szkolnej ławy, 
jakiś siwy profesor lub prezes fundacji charytatywnej. Lepiej już idźcie, póki 
braciszkowie są chętni. Skontaktowałam ich z waszą grupą, ale naprawdę 
nie mam do nich wstępu, tworzą enklawę wtajemniczonych. Pracują również 
dla rządu, dlatego pozwala się im robić ciekawe projekty i żyć w miarę 
spokojnie. – Uderzyła się dłonią w usta. – Za dużo gadasz, mała. No, bye, 
bye.

Herreira podeszła i w milczeniu  uściskała  ich oboje. Potem Haywick 

odebrał swoją teczkę i trzymając ją kurczowo, naparł na pokryte reliefem 
wrota   z   autentycznego   drewna,   które   uchyliły   się   jakby   z   wahaniem, 
skrzypiąc   niemiłosiernie.   W   środku   panował   półmrok   i   unosił   się   słaby 
zapach stęchlizny i kadzidlanego dymu.

Przez   pół   godziny   nikt   nie   wyszedł   im   na   spotkanie.   Zmęczeni, 

przysiedli   w   ławach   i   każde   zatopiło   się   w   swoich   myślach   i 
wspomnieniach.

Narażam się wszystkim po kolei, myślał Haywick, próbując usadowić się 

wygodniej   na   twardych   deskach.   Ludzie   kroczą   sprawdzonymi, 
wydeptanymi ścieżkami, skrzętnie zbierając okruchy, a ja im przeszkadzam, 
rozpycham się, ciągle czegoś chcę, ale – i to jest naprawdę podejrzane – nie 
dla siebie. Jedni mówią, że jestem nawiedzony, inni, że spryciarz nie lada, 
bo stosuję kamuflaż – zamiast przyznać, że ubijam jakiś interes, próbuję 
mydlić oczy, że należy coś poprawiać, ulepszać, rozwijać, popychać sprawy 
do przodu. Wszak wiadomo, że czas można marnować w przyjemniejszy 
sposób!

background image

Co dotychczas zdziałałeś, dobroczyńco ludzkości? Studia ukończyłeś ze 

średnim   wynikiem,   miałeś   dwie   dziewczyny:   pulchną   Klarysę,   która   ze 
śmiechem wprowadziła cię w życie, i wyniosłą Maolyn, dla której każde 
zbliżenie musiało być aktem pełnym artyzmu. Obie chciały konkretów, ale 
ty szukałeś czegoś nieokreślonego, niejasnego nawet dla ciebie samego – 
miłości?   bliskości?   wspólnoty   doznań?   A   może   lękałeś   się   stabilizacji, 
dorabiania się, obowiązków męża i ojca, nudy trywialnej egzystencji? Więc 
skorzystałeś   z   okazji   i   wyjechałeś   na   zagraniczny   kontrakt,   osiągając   za 
jednym zamachem  niezależność  i święty  spokój. Ale czy  naprawdę  o to 
chodziło?   Nie   możesz   awansować,   nie   pracujesz   w   zespole,   w   którym 
mógłbyś się rozwijać, nie masz także szans na normalne życie towarzyskie, 
a o partnerski związek jest bardzo trudno ze względu na pogmatwane zasady 
rasowego seksizmu i polityki. Więc czy rzeczywiście masz, czego chciałeś?

To oczywiste, że chciałeś żyć godnie i zarazem dostatnio. Piękne słowa – 

wyświechtane   i   puste.   Za   to   teraz   masz   konkretne   zadanie,   możesz 
próbować   zrobić   coś   pożytecznego.   Czy   jednak   naprawdę?   A   jeśli   cała 
historia   jest   pomyłką,   a   plany   rozwiązania   problemu   –   mrzonką 
nawiedzonego? Zawsze mogę powiedzieć: przynajmniej próbowałem.

Herreira rozmyślała o czym innym, co powoli stawało się jej obsesją: o 

niespełnionym macierzyństwie. Coraz częściej prowadziła wyimaginowane 
rozmowy z córką, którą mogłaby mieć, gdyby kiedyś nie odtrąciła Rodriga... 
Teraz Rod jest tęgim mężczyzną w średnim wieku, ma żonę i dwójkę dzieci, 
mieszka w latyfundium Algavre, uczy w szkole. Ma oczywiście dom, psa i 
przyjaciół,   wieczorami   siaduje   na   ramblach   i   w   cieniu   platanów   sączy 
cienkie piwo. Ona miała aspiracje, chciała profesury i dopięła swego. Gdyby 
została z Rodem, nic by z tego nie wyszło, ściągnąłby ją do poziomu swoich 
planów   na   życie.   No   i   dzieci...   Jak   można   robić   karierę,   mając   dzieci? 
Zostawić je komuś na wychowanie? To po co w ogóle je mieć?

Lecz teraz znalazłaby w córce powiernicę. Chodziłyby razem wybierać 

sukienki,   kupować   kosmetyki,   przesiadywałyby   w   kawiarniach. 
Wiedziałaby,   że   jest   ktoś,   że   czeka,   że   zawsze   można   zatelefonować   i 
opowiedzieć o zakupach w Jumbo i o wczorajszej chandrze. Cóż, za to ma w 
domu półki pełne książek i wciąż nie przeczytane czasopisma z ostatnich 
tygodni.

Ale...   gdyby   kiedyś   układała   do   snu   ośmioletnią   córeczkę, 

opowiedziałaby jej bajkę.

background image

Kiedyś, bardzo dawno temu, na Wyspie Szczęścia otwarły się rozpadliny  

w ziemi tak głębokie, że sięgnęły krainy ognia, i przez te kratery zaczęły  
wypływać płonące rzeki stopionej skały. Dotychczas nikt z mieszkańców nie 
wiedział, że żyje na Wyspie Szczęścia, wszyscy nazywali swój kraj po prostu 
Wyspą. Teraz nagle okazało się, że nastał czas Wyspy Ognia. Nikt też głośno  
nie  mówił,  co ściągnęło   na kraj  nieszczęście,  choć  niektórzy   szeptali,  że 
mogła to być złość i zawiść.

Mieszkańcy  uciekali przed ognistym potopem, ale potoki lawy łączyły 

się,   tworząc   jeziora,   w   których   stopiona   skała   gotowała   się,   strzelając  
czerwonymi pęcherzami. Te jeziora powiększały się, aż zalały cały kraj i 
zaczęły wlewać się do morza. Ludzie uciekli do wody i popłynęli, niektórzy 
na statkach, inni, biedniejsi, na łódkach lub nawet wpław. Bardowie do dziś  
śpiewają, że tylko nielicznym udało się dotrzeć do innych wysp i lądów.

Książę, władca Wyspy, też wsiadł na swój piękny okręt, ale stanął na 

kotwicy w pobliżu brzegu. Na Wyspie zostawił wszystko, co miał i kochał:  
swój lud, góry i doliny, pola i lasy, rzeki i jeziora. Tam stał jego zamek, w  
którym przyszedł na świat i w którym osiem lat temu przy połogu zmarła 
jego żona. Nie chciał zbytnio oddalać się od niej.

Teraz został na okręcie sam z córeczką Andromedą. Gdy woda w morzu 

stawała   się   coraz   gorętsza,   załoga   i   służba   stopniowo   go   opuszczała,  
uciekając na łodziach ratunkowych, aż ostatni marynarz, wierny bosman, 
odpłynął na tratwie zrobionej z własnego łóżka. Morze w końcu zagotowało 
się, buchając parą, kadłub trzeszczał i zaczął
  przepuszczać  wodę. Wtedy 
książę   wręczył   małej   księżniczce   skrzydła   albatrosa   i   powiedział:   „Leć, 
moja kochana, jesteś lekka, więc te pióra ci wystarczą 
".

Dziewczynka zapłakała i chciała zabrać ojca ze sobą, ale ten powiedział 

jej, że mama chce, aby on z nią pozostał. Jej zaś każe uciekać. Więc dała się  
wyrzucić w powietrze i poszybowała w górę, bo była drobna i prawie tak  
lekka jak pióra w skrzydłach, które przyrosły jej do ramion.

Leciała wiele godzin, aż płonąca jak ognisko Wyspa znikła w oddali.  

Andromeda niewiele widziała, bo oczy miała wciąż pełne łez, ale dostrzegła  
przed sobą wielką chmurę. Wylądowała na niej i odrzuciła skrzydła.

Mieszkańcy   chmury   przybierali   różne   kształty   i   barny,   zależne   od 

kierunku wiatru, lecz zwykle byli przezroczyści i smukli jak szklane kielichy.  
Umyli   i   nakarmili   księżniczkę,   ale   nie   mogli   osuszyć   jej   łez,   bo   wciąż  
napływały nowe. Dziewczynka nie potrafiła przyzwyczaić się do wybrzuszeń, 

background image

rozpadlin i baranków na chmurze, więc pewnego dnia znów wzięła skrzydła  
i odleciała w ciemne niebo.

Po dwóch dniach lotu Andromeda wydostała się w kosmos, więc dalej m  

usiała   żeglować   w   strugach   światła.   Dotarła   do   krainy   asteroid,   które 
przyjęły ją z radością. Były bardzo towarzyskie i często spotykały się na 
pogaduszki,   stykając   się   głowami   lub   bokami.   I   chociaż   dziewczynka 
przykładała   czoło   przynajmniej   do   setki   radosnych   skał,   niczego   nie 
zrozumiała z ich dźwięcznej mony. Coraz słabiej jednak pamiętała Wyspę i 
przestała  już płakać. Kiedyś  zrobiła ze swoich  skrzydeł  świetlny  żagiel i 
pomknęła do gwiazd.

Gwiazdy   miały   piękne   złote   twarze,   całe   były   twarzami.   Poruszały 

złotymi ustami, przekazując sobie mądrość świata, z której mała księżniczka 
nie   rozumiała   ani   słowa.   I   chociaż   gwiazdy   otoczyły   ją   ciepłem   swoich 
złotych   promieni   i   troskliwą   opieką,   Andromeda   nudziła   się   w   ich 
szacownym towarzystwie. Widząc, że nie jest szczęśliwa, wezwały na naradę 
asteroidy i kielichy z chmury.

Ponieważ   nikt   nie   wiedział,   skąd   pochodzi,   bo   mieszkańcy   kosmosu 

wiedzą o ludziach tyle samo, co ludzie o mieszkańcach kosmosu, uradzili, że  
dziewczynka przede wszystkim powinna być szczęśliwa, bo każdemu należy  
się jego porcja szczęścia. Więc zamienili ją w białą niewielką asteroidę. 
Teraz   księżniczka   doskonale   rozumiała   inne   asteroidy,   bolidy,   komety,   a  
nawet   zwykłe   meteory   z   którymi   lubiła   ścigać   się   po   dalekich 
wokółsłonecznych   trajektoriach.   I   była   sobie   szczęśliwą,   gadatliwą   i 
towarzyską asteroidą. Wydawać by się mogło, że nic nie pozostało w niej z 
człowieka, którym była dawno temu.

Kiedyś   pomyślała,   że   przyjemnie   byłoby   pogadać   z   jakąś   większą  

osobistością.   Nie   wiedziała   dlaczego,   ale   najbardziej   ciekawiła   ją   duża, 
niebieska   planeta,   majestatycznie   unosząca   się   w   dali.   Taka   wielka   na 
pewno   miałaby   sporo   do   powiedzenia!   Zawróciła   do   koleżanek,   aby 
namówić je na wycieczkę. Wszystkie uznały, że myśl jest dobra i że kiedyś w  
większym towarzystwie wybiorą się na Niebieską z przyjacielską wizytą. Gdy 
wreszcie   zetkną   się   z   nią   czoło   do   czoła,   naprawdę   będzie   mnóstwo   do 
powiedzenia!

Skrzypnięcie żelaznych wrót w bocznej nawie wyrwało ich z rozmyślań. 

Nadchodził   wysoki  mnich   w  brązowym  habicie.   Jego   strzecha   włosów   i 
zmierzwiona   broda   nie   widziały   fryzjera   od   miesięcy,   a   mięsiste   uszy 

background image

wysuwały   się   spomiędzy   włosów   i   wyglądały   na   doklejone.   Duża   twarz 
robiła wrażenie – siwe oczy, twardy wzrok, głębokie zmarszczki – lecz nie 
było to oblicze starca, raczej człowieka koło pięćdziesiątki.

– Rasputin – wymknęło się Herreirze, która zaraz zasłoniła dłonią usta.
Mnich roześmiał się. Echem powrócił śmiech młodego człowieka.
– Może nie jest aż tak dobrze – stwierdził. – Ale mam kilka podobnych 

genów,   niewątpliwie.   Zakon   Scjentystów   Bosych   jest   zgromadzeniem 
koedukacyjnym, a oprócz miłości do Boga uznajemy także miłość kobiety i 
mężczyzny, braterską i siostrzaną oraz oczywiście rodzicielską. Cała miłość 
pochodzi  z jednego źródła, więc zakładamy,  że jej różnicowanie nie ma 
sensu.

– Więc przyjmujecie kobiety? – zaciekawiła się Gloria.
– Ostatnio nie prowadzimy takiego naboru, choć nie ma również zakazu. 

– Znów się uśmiechnął. – Pytajcie śmiało, bo na zewnątrz niewiele o nas 
wiadomo, nie zabiegamy o popularność.

Nagle rozległo się basowe  buczenie.  Gloria  krzyknęła,  bo nadlatywał 

szerszeń. Owad zatoczył kilka kół pod sufitem, błyskając skrzydłami przy 
przenikaniu przez barwne smugi światła. Mnich zachował spokój. Podniósł 
rękę i pozwolił zsunąć się rękawowi – wtedy zobaczyli, że w jego ramię 
wczepionych   jest   kilka   wrzecionowatych   kształtów,   poruszających 
paskowanymi   odwłokami.   Wkrótce   dołączył   do   nich   przybysz,   zajmując 
miejsce w szeregu, a zakonnik nakrył wszystkie rękawem.

– Tak, musimy się bronić – wyjaśnił. – Chronimy również przyjaciół 

oraz tych, którzy nimi wkrótce zostaną. Należy się wam wyjaśnienie. Na 
zewnątrz,  w parku, zaatakował  was  fanatyk z organizacji  ANMAGEN – 
pełna jej nazwa to Against Manipulation on Genes. Głupcy, choć bywają 
groźni.

–   ANMAGEN?   –   zdumiał   się   Haywick.   –   Byłem   przekonany,   że   są 

nieszkodliwymi maniakami, sektą mistyków. Mają swoich przedstawicieli 
nawet w Mzinga.

– W niektórych latyfundiach takimi jeszcze pozostali – przyznał mnich. 

– Ale nie tutaj, gdzie nastąpiła silna radykalizacja tej formacji.

– Może to oni prześladowali nas od początku, także w sieci?
–   Jeśli   ktoś   próbował   obrzydzić   wam   życie,   to   niewykluczone,   że 

właśnie oni. Ferują nawet wyroki śmierci, ponieważ uważają, że są grupą 

background image

wybraną i muszą wypełnić posłannictwo.

– Powiedziałeś „głupcy"? Jesteście odmiennego zdania niż oni? – badała 

Gloria.

– Owszem, Herreiro. Przy okazji: mówią na mnie brat Anzelm. Ty zaś 

jesteś   Benonem   Haywickiem,   odkrywcą   Roju   Andromedy.   Można 
zaryzykować twierdzenie, że to przez ciebie kłopot wali się nam na głowy. – 
Mnich uśmiechnął się w gęstwinie brody.

– Co macie wspólnego z nauką? – zainteresował się Haywick.
–   Wszystko!   Uważamy,   że   Bóg   stworzył   człowieka   na   własne 

podobieństwo   również   w   aspekcie   kreatywności,   a   Drzewo   Wiadomości 
pokazał nam nie po to, abyśmy stronili od jego owoców. Powinnością ludzi 
jest tworzenie, a On za każdym razem rozważa, czy tchnąć w nasze dzieła 
duszę.

– Bóg jako uczony, dziwna koncepcja – stwierdziła Gloria. – Czytałam 

gdzieś o tym, choć nie interesuję się sektami.

– Nie jesteśmy sektą, stanowimy Kościół. Przejdźmy jednak do rzeczy. 

Moi drodzy, choć wiem już sporo, chciałbym bezpośrednio od was usłyszeć, 
z czym przychodzicie.

Mnich   budził   zaufanie.   Ponadto   umiał   słuchać,   co   jest   rzadkim 

przymiotem, i dlatego Haywick postanowił zagrać w otwarte karty. Po raz 
drugi, ale musiał zaryzykować.

–   Jak   już   wiesz,   Ziemia   jest   zagrożona   –   zaczął   bez   wstępu.   Potem 

krótko   opowiedział   historię   odkrycia   roju   asteroid,   wspomniał   o 
prawdopodobieństwie kursu kolizyjnego i przewidywanej dacie katastrofy. 
W końcu przedstawił swoją koncepcję ratunkową i zaczął objaśniać, kim jest 
Allan   Porter   i   dlaczego   został   wytypowany.   Duchowny   przez   cały   czas 
słuchał uważnie, dopiero pod koniec wywodu przerwał, unosząc rękę.

– Wiemy o nim tyle, ile potrzeba. Wiem również, że pomaga wam Biuro 

Bezpieczeństwa, a Ministerstwo Obrony na razie czeka i chyba jest skłonne 
nie przeszkadzać. Może przeczuwa swoją szansę? Tak czy inaczej, w tej 
instytucji ścierają się koncepcje. Natomiast straż graniczna nie ma żadnych 
wątpliwości,   a   próby   wywierania   nacisku   jej   szefowie   potraktowali 
ambicjonalnie, usztywniając stanowisko. Wynika stąd, że jeśli nic się nie 
zmieni, wywiezienie Allana za granicę będzie stanowić najtrudniejszy etap 
całego   przedsięwzięcia,   oczywiście   abstrahując   od   dalszej   optymalizacji 
genetycznej tego, hmm, konstruktu humanoidalnego.

background image

Haywick nie potrafił ukryć zdziwienia.
– Skąd wiecie aż tyle? I czy wasze informacje są pewne?
–   Mamy   swoje   kanały,   a   front   nauki,   jak   wszędzie,   ma   wyraźne 

odniesienia   do   polityki.   Chcąc   przetrwać,   nie   możemy   zamykać   się   w 
szklanej wieży.

– Więc jakie są wasze propozycje? – weszła mu w słowo Herreira.
– Nasza propozycja jest bardzo konkretna – odparł mnich, akcentując 

ostatnie dwa słowa. – I jest ona skierowana właśnie do ciebie, pani profesor. 
Mówiąc  krótko: najlepiej byłoby przenieść  całe przedsięwzięcie  tutaj, do 
LLA.   Taki   plan   ma   wiele   zalet,   a   głównymi   są:   ominięcie   problemów 
związanych   z   przemytem   Portera   oraz   wsparcie   ze   strony   naszych 
laboratoriów.   Zgodnie   z   moją   wiedzą   mogę   stwierdzić,   nie   popadając   w 
grzech pychy, że są wyposażone najlepiej na świecie.

–   Niemożliwe!!!   –   krzyknęła   impulsywnie   Gloria,   zrywając   się   z 

miejsca. – Tego absolutnie nie da się zrobić! W Mzinga mam pracownię 
nastawioną na fenotypowe badania symulacyjne, doświadczony personel i 
materiały   porównawcze.   Mam   fundusze!   Tutaj   nie   będziemy   w   stanie 
wykonać symulacji matematycznych ani zrobić koniecznych chemicznych 
modyfikacji genowych, a na adaptację w nowym miejscu  czy  wdrożenie 
metodyki nie ma czasu. Nie, absolutnie się nie zgadzam!

Mnich zachował stoicki spokój, pozwalając kobiecie na wyładowanie się 

przez   krzyk.   Potem   przemówił   takim   samym   łagodnym   głosem   jak   na 
początku spotkania.

– Oczywiście decyzja należy do was. Wysunąłem jedynie propozycję do 

przemyślenia, przecież nie trzeba przesądzać spraw natychmiast. Przyjmując 
nasz plan, uniknęlibyśmy pewnych kłopotów, ale możemy próbować stawić 
czoło wszystkim wyzwaniom.

–   Załóżmy,   że   zaaprobuję   wasz   niedorzeczny   projekt   –   stwierdziła 

Herreira   już   nieco   spokojniej.   –   Przeniosę   zespół   tutaj,   przewieziemy 
materiały, dane, urządzimy bibliotekę, a wasz zakon lub rząd LLA w trybie 
natychmiastowym wyasygnuje fundusze na realizację zamierzenia. Zrobicie 
genom, my go zmodyfikujemy i co dalej?

Mnich rozłożył ręce.
– Cóż, myślałem, że wtedy ty przejmiesz inicjatywę.
– Właśnie! Przejmę ją tylko wtedy, gdy będę w stanie zakończyć projekt. 

W tym kraju należałoby skorzystać z usług biologicznej matki, wszczepiając 

background image

do   jej   macicy   przygotowany   zarodek,   a   potem   odczekać   przynajmniej 
kilkanaście   lat,   aż   Allan   II   dojrzeje   do   kontroli   efektów   modyfikacji 
genetycznej i osiągnie wiek prokreacyjny. Czyż nie mam racji?

– Chyba tak, bo na razie nie dysponujemy...
–   Otóż   dysponujemy!   –   weszła   mu   w   słowo.   –   Tak   jest!   Wy   tutaj 

rozważacie problemy moralne, dzielicie włos na czworo, a za granicą, po 
sąsiedzku, wiedza rozwija się, limitowana jedynie możliwościami nauki. Nie 
wolno nam czekać, przyglądając się, jak Allan II bawi się w piasku! Nie 
zapominajmy, że w każdej sekundzie tryliony ton lodowego gruzu pokonują 
w drodze ku Ziemi dziesiątki mil! Kto wie, czy właśnie tych osiemnastu lat 
nie zabraknie w bilansie?

Mnich skinął głową.
– Jeśli w Mzinga znane są i dostępne powtarzalne i bezpieczne sposoby 

przyspieszenia osobniczego dojrzewania, chylę czoła. U nas nie myśleliśmy 
jeszcze o tych sprawach, nie było takiej potrzeby.

–   Właśnie!   –   skwitowała   Herreira,   oskarżycielsko   celując   w   niego 

palcem.  – Za miedzą  może  także nie było naglącej potrzeby, za to była 
ciekawość. Moi koledzy wyszli z założenia, że lepiej wiedzieć więcej, nawet 
–   a   może   właśnie   zwłaszcza   –   gdy   ta   wiedza   przeraża.   Wiedza   tworzy 
obiektywny obraz świata, a po świecie musimy się poruszać, by przeżyć. 
Dlatego   teraz   my,   a   nie   wy,   mamy   do   dyspozycji   potrzebne 
instrumentarium.

–   Brawo!   –   Brat   Anzelm   pochylił   się,   by   ukryć   uśmiech.   –   Oto 

bezkornpromisowość   prawdziwych   uczonych.   Gdyby   profesor   Herreira 
zapragnęła kiedyś uciec od zgiełku i pokus życia świeckiego, niech weźmie 
pod uwagę nasz zakon. Z pewnością wstawię się w kapitule za przyjęciem 
jej kandydatury.

– Och, nie! – Zaperzona Gloria nie zdążyła nabrać dystansu. – Dla mnie 

te mury są zbyt dostojne, odgradzają od świata.

–   Czyż   nie   była   błogosławiona   chwila   wewnętrznej   ciszy,   jaką 

ofiarowałem wam przed tym spotkaniem?

– Tak! – Haywick wpadł mu  w słowo, rad, że może się włączyć do 

rozmowy. – Po raz pierwszy od lat spokojnie zastanowiłem się nad tym, co 
robię. Nad swoim życiem.

– Więc to było celowe spóźnienie – bardziej stwierdziła, niż spytała, 

Gloria.

background image

–   Moi   drodzy,   pora   przejść   do   konkluzji   –   oznajmił   mnich.   –   Jak 

oficjalnie brzmi wasza prośba, skierowana do Zakonu Scjentystów Bosych? 
I co zakon będzie z tego miał? To, co teraz powiemy, zostanie zapisane jako 
dokument mający moc prawną.

Haywick zawahał się, a potem zdecydowanie sięgnął po teczkę. Zdawał 

sobie   sprawę,   że   intuicyjna   weryfikacja   musi   wystarczyć,   a   ten   mnich 
naprawdę wyglądał na pełnomocnika.

–   Mam   prawo   podejmowania   decyzji,   które   jednak   wymagają 

zatwierdzenia przez kapitułę – oznajmił brat Anzelm, jakby czytał w jego 
myślach.

–   Nie   reprezentujemy   nikogo,   działamy   na   własną   rękę,   choć   mamy 

nadzieję, że w przyszłości nasze inicjatywy poprze rząd Królestwa Mzinga – 
oznajmiła Herreira. – Jak już wiadomo, chcemy... prosimy o zbudowanie 
molekularnej   repliki   genomu   obywatela   Allana   Portera   według 
elektronicznego zapisu. Zapis znajduje się tutaj.

Gloria sięgnęła po teczkę, ale Benon już ją wyciągał w kierunku mnicha. 

Ten jednak nie poruszył się, patrząc w nieokreślonym kierunku ponad ich 
głowami.

– Z waszą sprawą pobieżnie zaznajomił mnie agent BB – oświadczył po 

chwili krępującego milczenia. –

Radziliśmy nad nią... Połowa braci była za tym, by wam pomóc, połowa 

była przeciwna. Ja wstrzymałem się od głosu.

Twarz Haywicka pokryła się rumieńcem, który rozlał się aż na szyję. 

Stwierdził zachrypniętym głosem:

– Przecież nie prosimy o pomoc w prywatnych sprawach, pomagacie 

również sobie, wszystkim!

Mnich uniósł dłonie w uspokajającym geście.
– Właśnie dlatego aż połowa składu kapituły zgodziła się na wsparcie 

projektu.   Doktorze   Haywick,   nie   ma   stuprocentowej   pewności,   że   Rój 
uderzy w Ziemię, a tym bardziej nie może być gwarancji, że wasza akcja w 
jakimkolwiek stopniu poprawi bezpieczeństwo ludzkości. Twoja koncepcja 
jest antycypacją o kruchych podstawach, sam musisz to przyznać. To śmiała 
hipoteza   antropologiczna,   nie   mająca   jednak   żadnego   umocowania   w 
doświadczeniu.

–   Więc   najlepiej   nic   nie   robić?!   –   wybuchnął   Haywick.   –   Hodować 

sadło, spijać mszalne wino i bawić się w koedukacyjny zakon!

background image

Gloria szturchnęła Benona w ramię.
– Opanuj się! – syknęła ze złością.
Mnich roześmiał się.
–   Chyba   jesteś   lepszym   astronomem   niż   politykiem,   doktorze   – 

stwierdził,   gdy   już   opanował   wesołość.   –   Szanowna   pani   profesor, 
odniosłem wrażenie, że pragniesz coś dorzucić do waszej propozycji.

Kobieta energicznie pokręciła głową, rozsypując po twarzy czarne pukle. 

Jak zwykle gestykulowała z gracją tancerki.

– To niemożliwe, bracie Anzelmie. Doskonale wiesz, że jako prywatne 

osoby   nie   dysponujemy   funduszami,   które   wchodziłyby   w   rachubę. 
Dotarliśmy tak daleko wyłącznie dzięki ludziom dobrej woli.

– Brawo! – pochwalił Anzelm. – My także wykazujemy dobrą wolę, lecz 

czeka   nas   ogrom   pracy.   Więc...   jeśli   wy   nie   macie   propozycji,   my 
wysuniemy swoją: wykonamy pracę, ale chcemy mieć udział w żniwach.

– To znaczy...? – ostrożnie badała Gloria.
–   Sprawa   jest   prosta   jak   paciorek   na   dobranoc.   Spróbujemy   złożyć 

molekularny genom Allana, mając nadzieję, że Bóg wykreuje go na ludzką 
istotę.   Nie   zażądamy   za   to   niczego   oprócz   twojego   uśmiechu,   Glorio,   i 
oczywiście waszej współpracy w niezbędnym zakresie. Lecz oświadczam na 
samym wstępie, że sklonujemy genom Allana i kopię zachowamy dla siebie. 
Następnie przekażemy wam uzyskany materiał, lecz będziemy oczekiwać od 
was   daru   w   postaci   klonu   ostatecznie   zmodyfikowanej   wersji   genomu 
Allana II. Czy wyrażam się jasno?

Herreira skrzyżowała ramiona i pochyliła głowę.
– Jednak nie mogę dać gwarancji... – zaczęła, ale mnich wszedł jej w 

słowo:

–   Żadna   strona   nie   jest   w   stanie   zagwarantować   sukcesu,   wszak 

prowadzimy działania na samej granicy naukowych możliwości. Chodzi o 
starania bona fide, o wykazanie maksimum dobrej woli.

– Chyba... to jest możliwe. Tak, mogę zaakceptować taką umowę.
– Zgadzam się – oświadczył Haywick pośpiesznie, jakby obawiał się, że 

zakonnik   może   zmienić   zdanie.   Ponownie   podniósł   teczkę,   a   Anzelm 
obejrzał ją z dystansu, lekko odchylając się do tyłu, po czym wyciągnął po 
nią ręce i ostrożnie przejął pakunek.

– Jutro kapituła podejmie ostateczną decyzję – poinformował. – Tym 

razem zagłosuję za przyjęciem wniosku. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, 

background image

bądźcie od tej chwili naszymi gośćmi.

background image

ROZDZIAŁ 6

– Nie – powiedział strażnik. – To niemożliwe. Proszę zawrócić, abym 

nie musiał zastosować perswazji alternatywnej.

Tego dnia  Gloria zbudziła  się późno. Wczoraj wpadła  w studnię snu 

nagle,   gdy   tylko   przyłożyła   głowę   do   poduszki,   i   miała   wyraziste,   lecz 
niemęczące sny. Rano jednak nie potrafiła przypomnieć sobie szczegółów 
żadnego z nich. Gdy wstała i spojrzała za okno, miała wrażenie, że dalej śni.

Część   obszernego   atrium   zajmował   ogród   szklanych   roślin. 

Półprzezroczyste   łodygi   i   liście   sprawiały   wrażenie   powiększonych 
wypustek koralowców lub zastygłych ameb, a niektóre z nich miały ażurową 
konstrukcję   podobną   do   chińskich   wachlarzy.   Egzotyczność   widoku 
potęgował   śnieżny   puch,   rodzaj   drobnokrystalicznej   szreni   oblepiającej 
część gałązek, a szczególnie obficie liście.

– Artystyczna robota – mruknęła z uznaniem.
W tej samej chwili płatek nadtopionych kryształków odpadł i w słońcu 

zalśniła gładka powierzchnia liścia. Śnieg spadł na ziemię i stopniał w ciągu 
ułamka sekundy.

Gloria   przetarła   oczy   i   pokręciła   głową.   Pustynia,   góry,   osobliwości 

klimatyczne?   W   niektórych   rejonach   Sahary   przed   świtem   chwyta 
kilkunastostopniowy   mróz,   ponieważ   brak   tam   chmur   czy   mgły, 
zatrzymujących   ciepło   przy   ziemi.   Zawsze   istnieje   racjonalne 
wytłumaczenie, bo od początku historii cywilizacji magia zmieniała się w 
naukę równolegle do poszerzania wiedzy. Z tą różnicą, że dziś nie mówi się 
o magii, tylko o artefaktach albo zjawiskach wymagających dodatkowych 
wyjaśnień.

Pokój   był   doskonale   wyposażony   i   w   niczym   nie   przypominał 

klasztornej   celi.   Gloria   wzięła   prysznic   i   ubrała   się,   konstatując   z 
przyjemnym zdziwieniem, że jej ubranie zostało w ciągu nocy uprane. Gdy 
kończyła makijaż, rozległo się pukanie do drzwi, po czym weszła siostra 
zakonna ze śniadaniem.

– Myślałam, że zjem z Benem i... – Gloria zawiesiła głos, ze zdumieniem 

przyglądając się przybyłej.

Była niezwykle chuda, a jej twarz miała w sobie coś dziwnego, jakby 

Pan Bóg w akcie kreacji nie mógł się zdecydować, czy uczynić ją kobietą, 

background image

czy   mężczyzną.   Ledwie   zauważalnie   pokręciła   głową   i   w   milczeniu 
postawiła przed nią tacę, po czym skłoniła się i wskazała na usta, drugą 
dłonią wykonując znak przeczenia. Mogło to równie dobrze oznaczać zakaz 
prowadzenia rozmów, jak upośledzenie mowy. Wtedy Glorii nie przyszło do 
głowy pierwsze wyjaśnienie.

Zakonnica znieruchomiała na kilkanaście sekund, jakby oczekiwała na 

polecenia,   po   czym   odwróciła   się   i   cicho   odeszła.   Wydawało   się,   że 
odpłynęła,   tyczkowata,   wysoka   i   pochylona,   stawiając   drobne   kroczki   i 
zamiatając posadzkę skrajem habitu.

Gloria wzruszyła ramionami i wzięła się do jedzenia, bo raptem poczuła 

głód, na co istotny wpływ miał aromat kawy, smużący się spod pokrywy 
dzbanka,   oraz   zapach   świeżej   szynki.   Pałaszowała   z   apetytem,   gdy 
zadzwonił telefon.

– Mówi Ben – odezwał się głos w słuchawce. – Dzięki Bogu, że tam 

jesteś. Go robisz?

–   Jem   śniadanie,   przynieśli   mi   do   pokoju,   jak   w   hotelu 

czterogwiazdkowym. Dlaczegóż miałoby mnie nie być?

– Wychodziłaś? – odpowiedział pytaniem.
– Jeszcze nie. Spałam długo i dobrze.
– Słuchaj... Jest pewien problem. Ja próbowałem i nie udało się. Tylko 

się nie denerwuj.

– Powiedz wreszcie, o co chodzi!
–   Pilnują   nas.   Jesteśmy   w   areszcie   domowym,   to   chyba   najlepsze 

określenie.

– Co takiego?!
Gloria   zerwała   się,   rozlewając   resztkę   kawy,   i   pobiegła   do   drzwi. 

Naparła na nie, ale nie były zamknięte, więc wypadła na zewnątrz i o mało 
się nie przewróciła. Nieco dalej w korytarzu stał wysoki, dobrze zbudowany 
mnich   –   młody   chłopak   o   arystokratycznych   rysach   twarzy.   Włosy   po 
bokach miał podgolone, ale na szczycie czaszki pozostała okrągła jak mycka 
czupryna. Skinął głową w pozdrowieniu.

– Czy ma pani jakąś prośbę, profesor Herreira? – spytał.
–   Prośbę?   –   Rozejrzała   się   po   korytarzach   wyłożonych   granitowymi 

płytami. Przez wąskie szczeliny okien wpadało intensywne światło. – Chcę 
zobaczyć   się   z   Benem,   to   znaczy   Benonem   Haywickiem.   Zaraz, 
natychmiast!

background image

– Żałuję, ale nie mam odpowiednich dyrektyw. Muszę skonsultować się 

z przeorem.

– Więc puść mnie do brata Anzelma! – krzyknęła ze złością i usiłowała 

przejść   obok   niego,   ale   młodzieniec   natychmiast   zagrodził   jej   drogę. 
Właśnie wtedy wspomniał o perswazji alternatywnej.

Gloria westchnęła i uniosła wzrok. Drgnęła i cofnęła się, bo spostrzegła 

kilkanaście szerszeni – powoli przemieszczały się u sufitu wokół otworu 
wentylacyjnego, a ich skrzydła wibrowały, szkliście połyskując w mroku.

– Aleśmy się wpieprzyli – mruknęła. – Z deszczu pod rynnę.
– Słucham? – zapytał mnich.
– Ech, wyłącz się, zapoznany krzyżowcu. Nie dla twoich świątobliwych 

uszu,   a   zresztą   licho   wie,   jaki   slang   obowiązuje   w   klasztorach 
koedukacyjnych.

Młodzian uśmiechnął się krzywo.
– Jeśli   istnieje  zagrożenie,  choćby  niewielkie,  nasi  goście   muszą   być 

odpowiednio   chronieni.   Oto   wyjaśnienie,   które   być   może   powinienem 
przekazać wcześniej.

– Nie wierzę! Pewnie nie uczą was historii, więc streszczę ci jedną z 

konkluzji:  kiedyś  narody  ujarzmiano  dla  ich dobra,  a teraz  robi  się  to z 
każdym obywatelem z osobna. Idę popatrzeć na białe drzewa, to chyba jest 
dozwolone, bo bezpieczne?

Mnich zrozumiał ją dosłownie.
– Szyby są pancerne, a atrium strzeżone. To są bardzo cenne rośliny. 

Informuję, że w szafce jest komputer z dostępem do sieci, a jak profesor 
będzie potrzebowała książek czy czegokolwiek innego, dostarczymy.

– Już dobrze, chłopcze. Myślałam, że stanę przy stole laboratoryjnym i 

wspólnie zrobimy, co trzeba.

– Nie mam żadnych dyspozycji w tej kwestii.
Gloria się żachnęła.
– Albo strugasz głupa, albo naprawdę nim jesteś! Och – westchnęła i 

zamachała rękami – chyba jednak nie zasłużyłeś na takie słowa, chłopcze, 
więc przepraszam. Wracam do siebie.

Gdy zamknęła za sobą drzwi, dostrzegła szklane kwiaty, zaróżowione w 

słońcu, które zaglądały do pokoju przez pancerną szybę. Liście, łodygi i 
płatki pokrywały kryształki świeżego szronu. Ponad nimi,  w bezpiecznej 
odległości, polatywały żółte motyle.

background image

Rzuciła się na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę.
Gdy otworzyła oczy, już zmierzchało. Obudziły ją podniesione głosy. Ze 

snu   zapamiętała   tylko,   że   dwóch   mężczyzn   kłóciło   się,   gwałtownie 
gestykulując i krzycząc w jakimś egzotycznym języku. Gdy w końcu jeden 
sięgnął po broń, obudziła się z krzykiem i natychmiast odczuła ulgę, że tylko 
śniła.   Marzenia  senne  miały  tę  istotną   przewagę  nad  rzeczywistością,   że 
zawsze kończyły się w ostatnim momencie przed katastrofą.

Tymczasem za drzwiami naprawdę trwała sprzeczka. Rozpoznała głos 

strażnika, a ten drugi... może Ben usiłuje dostać się do niej? Zerwała się z 
łóżka i przekrzywiła głowę, nasłuchując. Nie, drugi głos był zupełnie obcy – 
niski i chrapliwy. Cóż, niech się kłócą, co ją to obchodzi.

Stanęła przed lustrem, poprawiła włosy i wygładziła sukienkę. Ponieważ 

teraz znalazła się bliżej drzwi, dobiegły ją dudniące słowa:

– ...wojskowy dryl, zamordyzm, psia mać. Przynieśli gotowca, więc w 

nagrodę   ich   zapuszkować,   na   wszelki   wypadek,   wy   gnojki!   Spieprzaj, 
Narcuś, zanim zrobię z ciebie dwóch... yyych...

Rozległ się rumor, najwyraźniej doszło do rękoczynów. Dopiero wtedy 

Gloria   zdała   sobie   sprawę   z   niebezpieczeństwa.   Anzelm   wspomniał   o 
prześladującej   ich   organizacji.   Czyżby   ANMAGEN   szykował   kolejne 
uderzenie? Rozejrzała się, nie dostrzegła jednak niczego, co nadawałoby się 
na broń. Skoczyła w stronę łazienki, ale w tej samej chwili drzwi otworzyły 
się gwałtownie, z hukiem uderzając o ścianę. Dlaczego nie zamknęła ich na 
klucz?

–   Nic   by   nie   dało,   kochaniutka!   –   zadudnił   głos   mężczyzny,   który 

wtoczył   się   do   środka.   Był   wielki,   zwalisty   i   ryczał   jak   grizzly,   nawet 
poruszał   się   podobnie,   czyli   nadspodziewanie   zwinnie,   a   śmierdział 
naprawdę   obrzydliwie.   –   Chodź,   złotko,   pójdziemy   do   twojego   kumpla. 
Mam wam obojgu to i owo do powiedzenia. No, ruszże kufer i przestań się 
gapić, bo przewiercisz mnie gałami na wylot, he, he. Cóż to, w życiu nie 
widziałaś   osobnika  Homo   prospectiws?  Więc   właśnie   masz   okazję, 
dziecino!

Przybysz chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą jak szmacianą lalkę. 

Krzyknęła z bólu, gdy dwoma palcami ścisnął jej łokieć jak imadłem.

– Już dobrze, będę uważał – mamrotał, wywlekając ją na korytarz.
Pod   ścianą   stał   strażnik,   ale   nie   próbował   ich   zatrzymywać,   a   intruz 

jakby go nie dostrzegał.

background image

– Tutaj – oświadczył, forsując sąsiednie drzwi. – Oto sławny Benny od 

asteroid, zgadłem?

Haywick stał na środku pokoju, niezbyt dobrze udając opanowanie.
–   Proszę   ją   puścić   –   zażądał.   –   Przecież   i   tak   nie   będzie   z   panem 

walczyć.

– To racja, Beniaminku! – zaryczał przybysz i popchnął Glorię na łóżko.
Upadła na nie i zaraz usiadła, nie spuszczając wzroku z prześladowcy. 

Tymczasem mężczyzna zbliżył się do Haywicka i zamierzył się, jakby chciał 
go klepnąć w plecy, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się, opuścił rękę i 
ciężko siadł w fotelu. Sprzęt zaskrzypiał niepokojąco.

–   No   dobrze,   dość   tych   wygłupów   –   mruknął.   –   Zademonstrowałem 

wam  człowieka   prospektywnego,   czyli   siebie.   –   To   mówiąc,   uderzył   się 
prawą   pięścią   w   pierś,   zawadzając   przy   tym   o   lewą   rękę,   którą   miał 
zabandażowaną od dłoni po łokieć. Syknął z bólu i zaklął. – Nazywam się... 
tutaj   mówią   na   mnie   krótko:   Uniman.   Jestem   genetyczny,   wiecie,   o   co 
chodzi? Nie? Profesorka powinna, a jak nie, to powiem: podrasowali mnie, 
wyrychtowali   na   nobilitkę.   Nie,   nie   wbrew   mojej   woli,   zgodziłem   się, 
podpisałem,   co   trzeba,   wziąłem   pieniądz   i   zapewniłem   byt   rodzicom   i 
rodzeństwu.   Mogą   do   końca   życia   jeździć   z   Hawajów   na   Kanary   i   z 
powrotem i jeszcze im zostanie na porządny pochówek i na testament dla 
siostrzyczki. A we mnie za to nastrzykali tej galarety aż miło, ale nie wiem, 
czy mi tak znowu z tym dobrze. Fakt, przedtem byłem pokurczem, w spadku 
po flaszeczce ojczulka, a i matka nie za bardzo, cięgiem na coś choruje... Po 
tym trochę podrosłem, nabrałem ciała, każdego załatwię, jak mi Bóg miły, 
chyba że przedtem zdąży z armaty do mnie wygarnąć, he, he! No, ale nie 
wszystko wolno mi wygadać, tylko tyle, żeby ojciec Anzelm jeszcze nie 
kazał pakować manatek.

– Pan... należy do zakonu? – wykrztusiła wreszcie Herreira.
– He, he, jaki tam pan! Nikt w życiu tak mi nie mówił. Uniman jestem, 

szanowna   profesorko.   Formalnie   nie   należę,   kiepsko   nadaję   się   na 
zakonnika. Ale wygląda na to, że dla nich pracuję.

– Dlaczego pan, to znaczy dlaczego tak nas traktujesz?
– Niby jak? Przecież to ci twardogłowcy z kapituły kazali was zamknąć, 

a ja was wypuściłem. Chcę wam pokazać szklany ogród i marsjańską grotę. 
O co ci idzie, kobieto?

–   Poczekaj,   Glorio   –   wtrącił   Haywick.   –   Uniman   chce   nam   coś 

background image

powiedzieć i robi to na swój interesujący sposób. Wysłuchajmy go z uwagą 
do końca.

– W porządku, masz rację – zgodziła się, rozmasowując ramię.
– No to chodźmy, póki ci starcy z kapituły znowu czegoś nie zmajstrują.
Uniman podźwignął się. Wydawał się wyższy niż przed chwilą, twarz 

mu wyraźnie pociemniała, przybierając ceglaste zabarwienie.

–   Tak,   kochaniutka,   uważnie   się   przyglądaj,   badaj,   bo   trochę   się 

zmieniam, bez przerwy idzie konwersja.

Spojrzał na obandażowane lewe ramię. Było grube, spuchnięte.
– Co takiego? – spytała, zaintrygowana.
Mężczyzna pokręcił głową.
–   Jestem   zwykłym   człowiekiem,   umysłowym   normalem.   Nigdy   nie 

ciągnęło   mnie   do   mędrkowania,   od   tego   są   jajogłowcy.   Ale   ci   mądrale 
musieli mnie nauczyć, jak sterować genową przemianą. To proste, coś jak 
nauka chodzenia po wylewie.

– Niesamowite! – Gloria wpatrywała się w Unimana, jakby był stworem 

z innego świata. – Chcesz powiedzieć, że potrafisz sterować somatycznymi 
procesami genetycznymi... z poziomu świadomości?

Tamten powoli skinął głową.
–   Myślę,   że   to   coś   w   tym   stylu.   Nauczyli   mnie,   jak   osobno   stroić 

instrumenty, ale orkiestra robi się z tego cosik jak jazzmani na odpuście w 
Koziedujach.   Bywa,   że   muszę   szybko   wracać,   bo   robi   się   śmierdząco. 
Działam przeważnie na wyczucie, a przy tym muszę się cholernie skupić, 
jeśli mam coś powtórzyć, rozumie się jakiś efekt. Niełatwa sprawa, wierzcie. 
Na okrągło próbuję szukać całkiem nowych efektów, ale to niebezpieczna 
zabawa, diablo groźna, bo można innym dać do wiwatu i samemu wyprawić 
sobie szybki pogrzeb. Anzelm każe próbować, ale ja wolę przerzucać ten 
przełącznik w znany sobie sposób.

Herreira przez chwilę z wrażenia nie mogła złapać powietrza.
– Jezus, Maria! – wykrztusiła. – To przecież rewolucja! Wiadomo, że za 

pomocą   świadomości   można   sterować   niektórymi   procesami 
fizjologicznymi,   ale...   ekspresja?   Ben,   słyszałeś?   Na   naszych   oczach 
powstaje człowiek przyszłości!

– Nazwali mnie Homo prospectivus – stwierdził Uniman. – Ale czuję się 

kiepsko, mam cholerne ataki bólu, takie, że muszę je wyciszać w mózgu. Na 
szczęście tego dobrze się nauczyłem. Bez przerwy mam wrażenie, że jestem 

background image

opuchnięty,   a   na   to   jeszcze   nie   znalazłem   sposobu.   –   Spojrzał   na 
obandażowane przedramię. – Patrzcie, jaka lala, szykuję ją specjalnie dla 
was, przybysze. Wiem, że śmierdzi, mnie też chce się rzygać, ale tak to jest, 
że   przy   tej   cholernej   konwersji   trochę   mięśnia   się   psuje,   a   po   tym   trza 
posprzątać. Pomagają bakterie, gnilne, rzecz jasna.

– To są rośliny szykowane na Marsa – powiedział Anzelm, wyciągając 

dłoń w stronę szklistych liści. – Ale nie wolno ich dotykać, bo są zimne, tak 
zimne, że skóra przymarza do nich w ułamku sekundy. Są stałocieplne i 
mają minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza.

Stali po kostki w piasku koloru rdzy w grocie oświetlonej słabą sodową 

latarnią. Na skrawku pustyni bielały kępy śnieżnych krzewów.

– Generatory zimna  – zauważył Haywick. – A więc terraformowania 

także nie zaniedbujecie. Pewnie i na Ziemi mogłyby się utrzymać, zwłaszcza 
w okolicach podbiegunowych.

– Już rosną, chociaż w naturalnym środowisku są wypierane przez lepiej 

przystosowane gatunki. Ale nie na północy, bo tam nie mają konkurencji i 
dają sobie świetnie radę.

– Czy są jadalne? – dociekał astronom.
Anzelm uśmiechnął się w gęstwie brody.
– Owszem, choć warto jeszcze popracować nad kompozycją smakową. 

Mogłyby doskonale prosperować podczas ogólnoplanetarnej zimy, ale nie 
nocy, bo potrzebują energii świetlnej. Badamy także organizmy beztlenowe, 
odżywiające się prostymi węglowodorami jak metan albo wykorzystujące 
związki żelaza i siarki, bo takie rośliny obyłyby się bez słońca. Zycie jest w 
stanie doskonale dostosowywać się do drastycznych warunków na drodze 
autoewolucji. Chodzi o to, że w sytuacji ciężkiego stresu środowiskowego 
uruchamiają się alternatywne ekspresje genowe, nowe albo zakodowane w 
śmieciowym DNA i RNA. To proces naturalny, a my próbujemy trochę nim 
sterować. Oczywiście mówię o życiu białkowym, bo innego nie znam.

– Po co to wszystko? – wypaliła Herreira. – Czy nie lepiej wspomagać 

życie, jakie jest, zamiast produkować dziwaczne substytuty?

–   Glorio,   moja   droga,   już   o   tym   dyskutowaliśmy   –   mitygował   ją 

Haywick.

–   Ależ   chętnie   odpowiem,   wszak   pytanie   dotyczy   sedna   naszej 

działalności   –   podjął   zakonnik.   –   Nie   robimy   niczego   innego   niż 
przygotowanie życia do wyjścia w kosmos. To przecież nieunikniony etap, 

background image

nieprawdaż? Kiedyś organizmy wyszły z morza na ląd, potem opanowały 
powietrze, teraz więc pora wznieść się nieco wyżej, poza kolebkę Ziemię.

– Mało mnie to obchodzi. Teraz mój dom jest tutaj i nigdzie się nie 

wybieram – ripostowała Gloria.

– Podobnie  jak ja,  Glorio.  Ale  mówimy   o trendach,  o procesach,   do 

których zawczasu warto się przygotować.

– Zaraz – wtrącił Haywick. – Przecież w razie globalnej katastrofy takie 

formy   życia,   zdolne   do   przetrzymania   ekstremalnych   warunków,   byłyby 
nieocenione. Na przykład kolega Uniman...

Uniman zabawiał się na uboczu puszczaniem płomieni z miotacza ognia. 

Co   chwila   ich   pióropusz   rozświetlał   pieczarę,   wydobywając   z   mroku 
inkrustowane   miką   granity   i   strzelające   odblaskami   górskie   kamienie.   Z 
kątów ust aż na pierś spływały mu nitki śliny.

– No, wreszcie ktoś raczył sobie przypomnieć, że tu jestem – burknął.
Jego twarz miała kolor sepii i lśniła od potu. Nagłym ruchem skierował 

miotacz w ich stronę i puścił strugę ognia tuż nad ich głowami. Poruszał 
urządzeniem   na   boki,   w   wyniku   czego   płomień   uformował   nad   nimi 
gorejący   łuk.   Wreszcie   wprowadził   wyrzutnię   w   ruch   po   elipsie,   chcąc 
obramować ich ogniem, a płonący gaz uderzył w podłoże i sypnął w ludzi 
gorącym piaskiem.

– Dosyć! – krzyknął Anzelm. – Nie dopełniasz warunków umowy, Uni – 

dodał   już   spokojniejszym,   karcącym   głosem   szefa.   –   Poza   tym   chyba 
orientujesz się, że to ty jesteś  najważniejszy spośród nas, bo właśnie do 
takich należy przyszłość.

– Gadaj zdrów – warknął Uniman, ale wyłączył miotacz. – Masz mnie za 

świnkę   morską,   za   szczura   do   doświadczeń.   Tylko   dlatego   nie   wziąłeś 
jajogłowca, bo żaden nie był taki głupi, żeby się zgłosić, co?

Anzelm podszedł do wielkiego mężczyzny, wyraźnie słaniającego się na 

nogach. Bandaż zwisał z jego przedramienia, które miało ciemniejszy odcień 
i było wyraźnie grubsze niż drugie.

–   Byłeś   najodpowiedniejszym   kandydatem   i   taka   jest   cała   prawda   – 

powiedział łagodnie. – Nikt cię przecież nie zmuszał, sam uznałeś warunki 
umowy za korzystne, czyż nie? I nadal, jak sądzę, chcesz zachować całą 
kwotę, przelaną na twoje konto?

Olbrzym nie odpowiadał. Opuścił głowę i skubał twardą skórę ręki.
Haywick   objął   Herreirę   i   powoli   odciągnął   ją   w   kierunku   wyjścia. 

background image

Hermetyczna   śluza   była   zamknięta,   ale   znajdowała   się   we   wnęce,   która 
mogła stanowić jakąś osłonę.

W końcu Uniman skinął głową.
– Chyba jasne, że forsa moja, ale umowę sam podpisywałem i nic tam 

nie było o fajerwerkach, ani na tak, ani na nie. Nie czujesz, Anzelmie, że 
powietrze w tej grocie cuchnie i warto coś z tym zrobić?

Zakonnik   uśmiechnął   się   i   poklepał   mężczyznę   po   ramieniu.   Gloria 

miała   wrażenie,   że   treser   tygrysów   demonstruje   sztuczkę   czochrania   za 
uszami olbrzymiego kota.

– Nie, nic nie czuję. Mógłbyś zademonstrować nam teraz swój numer z 

ogniem?

– Nie ma sprawy, szefie!
Uniman poszedł pod ścianę i oparł się o nią plecami, po czym znów 

włączył miotacz. Jęzory ognia uniosły się aż pod sklepienie jaskini, ale zaraz 
opadły, formując dwustopowy płomień. Mężczyzna skierował go na swoje 
zmienione przedramię.

– Czego on znowu próbuje? – jęknęła Gloria, chwytając Bena za rękę.
Tymczasem   Uniman   uśmiechał   się,   nie   spuszczając   wzroku   z   ognia. 

Jęzory płonącego gazu lizały skórę, która nie zwęglała się, lecz stawała się 
połyskliwa, miejscami  srebrzystobiała. Najwyraźniej nie sprawiało  mu  to 
bólu. Wyżej, nad kłębem ognia, w zimnym powietrzu kondensowała się para 
wodna, tworząc obłoczek mgły.

– Nie ma w tym nic niezwykłego – wyjaśnił zakonnik. – Jego tkanka 

skórna   jest   genetycznie   zmodyfikowana   w   taki   sposób,   że   dynamicznie 
reaguje   na   ekstremalnie   wysoką   temperaturę,   wytwarzając   ochronną 
warstwę   wilgoci.   Rozprężająca   się   para   skutecznie   broni   przed 
przegrzaniem,  oczywiście  przez  pewien   czas.   Analogiczne  zjawisko   było 
znane   od   dawna:   wytapiacze   stali   potrafili   nabrać   w   zagłębienie   dłoni 
odrobinę płynnej surówki i utrzymać ją przez moment bez zagrożenia dla 
zdrowia. Przypomnę, że temperatura topnienia żelaza wynosi tysiąc pięćset 
czterdzieści   stopni   Celsjusza.   Nasz   kolega   potrafi   wytrzymać   znacznie 
dłużej niż  tamci,  bo zmodyfikowana  skóra wydziela wodę,  a dodatkowo 
inicjowane są inne endotermiczne reakcje, lokalnie pochłaniające ciepło.

–   Po   co   to   wszystko?   –   szepnęła   Herreira.   Nie   potrafiła   opanować 

narastającego lęku.

– Pytanie jest filozoficzne, ale odpowiem jak inżynier lub lekarz. Przy 

background image

ekspozycji   na   promieniowanie   termiczne   o   dużym   natężeniu   zwykły 
człowiek doznałby śmiertelnych poparzeń, a nasz bohater odczuje jedynie 
lekkie mrowienie. Na przykład w przestrzeni kosmicznej oświetlona przez 
Słońce   powierzchnia   ciała   może   w   próżni   ogrzewać   się   do   temperatury 
znacznie przekraczającej sto stopni.

– W próżni chyba nosi się skafandry? – zauważył Haywick.
Gloria czuła, że lodowata dłoń ściska jej żołądek. Wydawało jej się, że 

coś porusza się w uchylonych drzwiach bunkra, wpuszczonego do połowy w 
ścianę pieczary, a może ktoś, czyżby podobny do Rodriga?, pokazuje jej 
płachtę   przypominającą   sukienkę,   gestykuluje   gwałtownie,   przyzywa   ją. 
Mimo lęku musiała zrobić krok w tamtym kierunku, ale gdy przetarła oczy i 
spojrzała na drzwi bunkra, te były już zamknięte.

Potem wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund.
Uniman zakręcił gaz i miotacz zgasł. Mężczyzna odwrócił się i sięgnął w 

zagłębienie w skale – może otworzył jakąś klapę czy zerwał plombę. Ważny 
był   efekt   –   basowo   zadudniły   silniki,   wprawiając   podłoże   w   wibracje. 
Herreira poczuła ból w uszach, który nasilił się gwałtownie i ustąpił dopiero 
wtedy, gdy z cmoknięciem przetkały się kanaliki ucha wewnętrznego. Potem 
płuca   zaczęły   nabrzmiewać   i   rosnąć,   i   wtedy   kobieta   odruchowo 
zareagowała tak jak przy wielokrotnie ćwiczonym awaryjnym wynurzaniu 
się z głębokiej wody – ustami stopniowo wypuszczała nadmiar powietrza. 
Tępy ból za oczami i wrażenie rozsadzania czaszki dopełniły symptomów i 
już wiedziała: w grocie raptownie spadało ciśnienie.

Uniman   uśmiechał   się.   Stał   oparty   o   ścianę   i   obserwował   ich   spod 

zmrużonych powiek. Nie wypuszczał powietrza i nie oddychał, widocznie 
mógł   gromadzić   gaz   w   zmodyfikowanych   płucach   pod   ciśnieniem,   aby 
potem dłużej wykorzystywać zawarty w nim tlen.

Wtedy Herreira rzuciła się w kierunku bunkra. Była pewna, że właśnie 

stamtąd należy spodziewać się ratunku, przecież Rod by jej nie oszukał! 
Dobiegła i naparła na wahadłowe drzwi, wpadając do środka. Natychmiast 
zapłonęły białoniebieskie lampy, ale nigdzie nie było śladu Rodriga – tylko 
równe zastawione półki, wieszaki, ubrania. Magazyn?

Wypuściła już nadmiar powietrza i brakowało jej oddechu. Zaczynała się 

dusić, ból rozsadzał głowę. Spostrzegła, że obok drzwi wisiały na wieszaku 
workowate, cienkie kombinezony, przypominające to, co wzięła za sukienkę 
w   rękach   Roda.   Bez   namysłu   chwyciła   pierwszą   z   brzegu   i   usiłowała 

background image

włożyć. I wtedy stała się rzecz zupełnie niezrozumiała.

Sukienka jak żywe zwierzę rzuciła się na nią, oplotła głowę i ramiona, 

łapczywie przylgnęła do odsłoniętej skóry i błyskawicznie rozpełzła się po 
reszcie   ciała.   Zakleiła   twarz,   usta   i  oczy.  Kobieta   próbowała  ją   zedrzeć, 
uchwyciwszy   za   fałdy   na   czubku   głowy,   ale   powierzchnia   agresywnej 
tkaniny   wygładziła   się,   nie   dając   punktu   zaczepienia.   Rozpaczliwie 
spróbowała złapać oddech, lecz sztywna błona szczelnie zaklejała nos i usta. 
Niespodziewanie   stwierdziła,   że   skądś   sączy   się   strumyk   chłodnego 
powietrza. Pociągnęła mocniej i strumień się zwiększył. Ból głowy zaczął 
ustępować.

Dopiero teraz zarejestrowała ruch obok siebie. To Haywick i Anzelm w 

podobny jak ona sposób wkładali ubrania ochronne.

– W porządku? – spytał zakonnik, gdy przezroczysta błona zamknęła go 

w   szczelnym   kokonie.   Jego   głos   słabo   przenikał   przez   rozrzedzone 
powietrze.

Benon skinął głową, próbując poruszać ramionami. Wychodziło mu to 

nieźle.

–   Chyba...   tak   –   odpowiedziała   Gloria   stłumionym   głosem.   Mogła 

mówić,  bo błona w  pobliżu  ust odchylała się  nieco. Przez przezroczystą 
warstwę widziała niemal tak dobrze jak przez optyczne szkła.

– Te skafandry przypominają mi ubiory z podwodnego Klubu SY-fon. – 

Głos Haywicka płynął z bardzo daleka. – Co w ogóle się  stało? Rodzaj 
ćwiczeń?

– Brawo, astronomku! – basowo zadudnił Uniman. Wydawało się, że 

mówi do nich zza ściany. – Było lepiej, niż myślałem. Gloria dala popis 
sprawności, jak w oddziałach specjalnych! Dobra dziewczynka, chwyta w 
lot każdy przekaz. Tylko szef nie wykazał się dobrym refleksem, do licha.

– Przekaz...? – szepnęła Gloria, ale nikt jej nie słyszał.
Anzelm   wyszedł   z   magazynu   i   szybkim,   choć   spokojnym   krokiem 

podszedł   do   pulpitu   sterowniczego,   zainstalowanego   w   ścianie   groty. 
Zatrzymał pompy i uchylił kanały wlotowe. Do jaskini zaczęło z szumem 
napływać powietrze. Zręcznym ruchem wydostał komunikator bezpośrednio 
przez błonę kombinezonu, która najpierw w przedziwny sposób zamknęła 
urządzenie w odciętym wybrzuszeniu, tworząc śluzę. Haywick widział, jak 
dwukrotnie wybrał szyfr i zatwierdził realizację jakiegoś programu.

– Na dziś wystarczy – oznajmił, wróciwszy do magazynu.

background image

Gdy ciśnienie i temperatura osiągnęły zwykłe parametry, kombinezony 

straciły   sztywność   i   rozchyliły   się.   Nad   podziw   łatwo   dały   się   zdjąć   i 
zawiesić na dwudzielnych wieszakach, podłączonych do akumulatorów.

– Spisałyście się na medal – pochwalił Anzelm, głaszcząc śliską materię. 

– A was, drodzy goście, przepraszam za niedogodności – zwrócił się do 
Glorii i Benona. – Tym niemniej pokaz się udał i myślę, że zapamiętacie go 
na jakiś czas, nieprawdaż?

* * *
Glorię męczyły koszmary. Dotychczas rzadko miewała kłopoty ze snem, 

więc   swój   niepokój   przypisywała   denerwującemu   pokazowi   z   udziałem 
Unimana.   Do   czego   ten   idiota   zmierzał?   Może   chciał   dowieść,   jaki   jest 
wspaniały, albo może naprawdę miał zamiar ich unicestwić? Przecież mogło 
stać się coś złego, tak mało brakowało.

Wciąż   nie   miała   pojęcia,   w   jaki   sposób   została   ostrzeżona   i 

poinstruowana,   jak   używać   żywego   kombinezonu.   Czyżby   Uniman   był 
jakimś nadczłowiekiem i miał możliwość zdalnej projekcji wrażeń?

Odrzuciła kołdrę i rozchyliła kołnierzyk nocnej koszuli. Poczłapała do 

łazienki,   gdzie   w   minilodówce   miała   butelkę   wody   mineralnej.   Piła 
łapczywie, resztę wylała na twarz i rozprowadziła po pulsujących skroniach. 
Wróciła do pokoju i podeszła do szyby, za którą w mroku stały szkliste 
rośliny, zaglądając do jej pokoju. Gibkie ciała ich łodyg i rozłożone dłonie 
mięsistych liści emanowały słabą poświatę, a może tylko chwytały odległy 
blask księżyca? Drgnęła, gdy z liścia osypał się śnieżny puch, powstały z 
wymrożonej   z   powietrza   wilgoci.   Odwróciła   się   i   pomyślała   o   grubych 
zamszowych zasłonach, którymi mogłaby szczelnie odgrodzić się od tych 
dziwacznych   tworów.   Wtedy   spostrzegła,   że   monitor   przygląda   się   jej 
uważnie z biurka, połyskując przydymioną szarością. Ścisnęła piersi, bo pod 
nimi rozrastał się strach.

Wyjrzała na korytarz. Strażnik spał, siedząc pod ścianą. Głowę odchylił 

do   tyłu,   a   z   jego   otwartych   ust   wydobywał   się   chrapliwy,   równomierny 
oddech.

Gloria zamykała drzwi przez pół minuty, ale była przekonana, że zrobiła 

to bezszmerowo. Boso biegła granitowym czarnym korytarzem, w mdłym 
blasku innych fosforyzujących roślin, umieszczonych na gzymsie w połowie 
wysokości   ścian.   Przyspieszyła,   bo   wydawało   jej   się,   że   słyszy   za   sobą 
odgłos kroków. Wtuliła się w boczną niszę i skrzyżowała ramiona, próbując 

background image

uciszyć rozkołatane serce. Świszczący oddech powoli się uspokajał. Jeśli 
ktoś   za   nią   biegł,   też   przystanął,   bo   trwała   cisza,   wypełniona   tylko 
łomotaniem jej własnego pulsu.

Odetchnęła i oparła głowę o ścianę. Wtedy drzwi znajdujące się za jej 

plecami ustąpiły i otwarły się z cichym skrzypnięciem. Gloria zasłoniła usta, 
aby nie zdradzić się krzykiem, ale w przedsionku nikogo nie było. Dalej 
prowadziły   schody   o   szerokich   stopniach,   wyłożone   dywanem   o 
staromodnym wschodnim wzorze. Klatkę schodową oświetlały kinkiety, a 
ich blask wydał się Glorii ciepły i przyjazny.

Nie wiadomo dlaczego, właśnie teraz przypomniała sobie mały hotelik w 

Lizbonie,   gdzie   przed   wielu   laty   widziała   podobne   kinkiety.   Żarówki 
świeciły jeszcze słabiej niż tutaj, a ściany były oklejone tapetą w kwiaty. 
Tysiące   kwiatów,   złotych,   karminowych   i   białych,   rozsypanych   na 
fioletowym   tle,   kicz   i   szmira,   ale   cudowna,   najpiękniejsza   na   świecie! 
Stąpali wtedy po podobnie wzorzystym dywanie, ich obcasy tonęły w nim, 
brodzili jak w sprężystym mchu, prowadzili się wzajemnie, dłonie szukały 
dłoni. Szampan, który przed chwilą wypili, szumiał w głowach, a oni szli ku 
spełnieniu,   niecierpliwi   i   zarazem   pełni   spokoju,   bo   świadomi   bliskości 
szczęścia, które już żadną miarą nie może im uciec.

Teraz krok po kroku szła zakręcającą klatką schodową, wodząc palcami 

po ścianie. Była w transie, wędrowała w innym czasie i po innej przestrzeni. 
Gdzie jest Rodrigo?

Nagle krzyknęła wysokim, ostrym głosem. Przed nią stał Uniman.
– Nie bój się, złotko – powiedział chrapliwie, wyciągając rękę w jej 

stronę. – Nie zrobię ci nic złego, no bo co złego może  zrobić człowiek 
człowiekowi? Skrócić jego mękę na tym padole? He, he, i to ma być zły 
uczynek?

Mężczyzna   wyglądał   odrażająco.   Kłakowaty   zarost   miał   wymazany 

śliną,   jego   oczy   łzawiły,   a   obnażona   pierś   sprawiała   wrażenie,   jakby 
niedawno zdarto z niej skórę.

– Tak – stwierdził, dotykając posiniałej tkanki. – Masz rację, ładniutka. 

Goś się pokręciło w mojej biochemiczej fabryczce i zupełnie nie wiem, jak 
się z tego wykaraskać. Chyba nadszedł czas, żebym raz na zawsze zamknął 
interes. Albo samo nie wyszło, albo ta klika mędrków – wskazał kciukiem w 
górę – tak sprytnie zrobiła, żeby nie wyszło. Przestraszyli się mnie, takie 
syny, ale dalej będą majstrować, wiem na pewno. Więc uważaj, dzierlatko, 

background image

bo i z tobą zatańczą, aż się nie pozbierasz. Wyglądasz na samolubną, ale 
pewnie nie odmówisz i zechcesz podać skazańcowi ostatni kieliszek wina?

Gloria odwróciła się i zaczęła wbiegać po schodach, ale olbrzym był już 

przy  niej. Chwycił ją w talii jak lalkę, wziął pod pachę i, wierzgającą i 
krzyczącą, zniósł z powrotem, a potem rzucił na kanapę.

– Nie próbuj tego po raz drugi – warknął – bo przez nieuwagę mogę 

skręcić ci kark.

Usiadł koło niej. Cuchnął rozkładającym się mięsem i wielodniowym 

potem. Pogłaskał ją po policzku. Miał skórę suchą i szorstką jak papier.

–   Jeszcze   nigdy   nie...   całowałem   takiej   kobiety   –   mamrotał   ledwie 

dosłyszalnie tuż przy jej uchu.

Wstrzymała oddech i zacisnęła usta.
–  Wychuchane   cacuszko.   Przez   czterdzieści   lat  pewnie  z  tonę  kremu 

zdążyła   wklepać   w   swoje   gładziuchne   policzki.   Trochę   przechodzona 
profesorka,   ale   odpicowana   jak   się   patrzy,   pewnikiem   po   kuracjach 
sunshine, lipomaster i turbo girl, he, he. Poza tym cholernie dobrze odbiera, 
byłaby supermedium. Kto wie, czy Anzelmo sam by nie zorganizował kilku 
seansików... Ale on, ciężki frajer, pozwala mi umrzeć. Słyszysz, kobieto? 
Umieram. Więc muszę coś zorganizować, żeby nie było tak smutno.

– Dlaczego... dlaczego mi to robisz?
– Tylko dlatego, że właśnie ty jesteś pod ręką. No i tak pięknie potrafisz 

słuchać.

Dostrzegła   jakiś   ruch   koło   siebie.   Tak,   Uniman   odszedł,   a   obok   niej 

przysiadł Rodrigo. Dotknęła jego ręki – był rzeczywisty! Chciała wierzyć, 
bardzo chciała, że on jest tu naprawdę.

Zmienił się trochę, przytył, zwłaszcza na brzuchu i w talii, twarz miał 

jakby większą, a na czubku głowy utworzyła się niewielka łysina. Mimo 
wszystko   był   taki   jak   dawniej:   życzliwy   uśmiech,   nieobecne   spojrzenie 
wielkich wolich oczu, stale poruszające się dłonie o krótkich palcach.

– Uważaj, Rod – szepnęła, zbliżając się tak, że poczuła ciepło bijące od 

jego policzków. Roztaczał kwaskowosłodki zapach wody po goleniu. – Tu 
nie jest bezpiecznie. Powinieneś odejść, chcesz, żebym cię odprowadziła?

– Eeeeh. – Wykonał nieokreślony gest, który miał wzmocnić znaczenie 

słów. – Przyszedłem do ciebie i chcę tu zostać. Przez jakiś czas.

– Przez jakiś czas – powtórzyła. – Dobre i to. Jak czuje się Juana? – 

Pomyślała,   że   obecność   Roda   budzi   sentymentalne   wspomnienia,   ale 

background image

miałaby problem, gdyby jej dawny chłopak zechciał wmeldować się do niej 
na stałe.

–   Dziękuję,   wszystko   w   porządku.   –   Uśmiechnął   się   zdawkowo.   – 

Wspominam cię ciepło, to były moje najlepsze lata.

– Idealizujesz mnie i tamten okres. Podobnie jak ja ciebie.
– Nie muszę. – Nachylił się tak, że ich głowy się zetknęły. Wyciągnął 

dłoń i dotknął jej policzka. – Masz taką delikatną skórę.

Dłoń Rodriga była sucha, a pieszczota bolesna. Wzdrygnęła się, ale nie 

odsunęła.

– Nie jestem pewna, czy to naprawdę ty. Tyle lat minęło.
– Nie zmieniłem się aż tak bardzo. Ty za to zyskałaś, twoja uroda stała 

się bardziej wyrazista. Wciąż cię kocham, carinio – dodał szeptem.

Wspomnienia były bolesne. Czemu nie można wejść dwa razy do tej 

samej rzeki?

– Dlaczego rozdrapujesz stare rany? Po co tu przyszedłeś?
– Chcę się pożegnać. Odchodzę.
_?
–   Kiedyś   ty   odeszłaś   do   swojej   nauki,   teraz   na   mnie   kolej.   Lecz   ja 

odchodzę,   żeby   nigdy   nie   wrócić.   Mam   szczególnie   złośliwy   rodzaj 
białaczki,   właśnie   jestem   po   wymianie   krwi.   To   był   ostatni   zabieg,   bo 
pomagają na coraz krócej.

–   Rod,   kochany.   –   Gloria   przysunęła   się   i   objęła   go   za   szyję.   Coś 

krzyczało w niej ostrzegawczo, ale zepchnęła ten głos na dno świadomości, 
wszechogarniający   żal   był   silniejszy.   Zresztą   dlaczego   nie   przeżyć 
wzruszającej   iluzji,   snu   na   jawie,   choćby   powstałej   w   imaginacji   tego 
gnijącego, na pół sztucznego prostaka? Historia była zrobiona bezbłędnie, o 
niebo lepiej niż popularne filmy interaktywne, więc kobieta gładko weszła w 
rolę, tym chętniej, że taki rodzaj gwałtu był łatwiejszy do zaakceptowania. – 
Nie zrobisz mi tego, nie wolno ci! Rozumiesz?

Uśmiechnął  się samymi  ustami,  bo oczy pozostały  wpatrzone w inne 

światy. Zawsze je obserwował, nawet gdy jeszcze byli razem.

– Każdy musi w końcu przejść przez Wrota, moja droga. I mało kto ma 

tyle szczęścia, żeby nie wstydzić się swojej degrengolady przed bliskimi.

– Ach tak, twoi bliscy pozostali w Algavre. Kim więc ja jestem? – Gdy 

milczał, mówiła dalej: – Nie, nie wolno ci rujnować mojego świata. Gdzieś 
zawsze w nim byłeś, nie szkodzi, że daleko, ale wiedziałam, że w odległym 

background image

kraju budzisz się rano, pijesz kawę z kożuchem śmietanki, kupujesz gazetę. 
Że jeździsz zawsze ostrożnie, lubisz piwo, spoglądasz na księżyc, czasami 
wspominasz i przeglądasz stare listy Byłeś ukrytą, ale niezbędną podporą 
budowli, która jest moim światem, i musisz nią pozostać!

– Przykro mi, Glorio.
– Przykro mu! Wiesz, co ci powiem? Jesteś beznadziejny, piwo wyżarło 

ci   mózg,   dopasowałeś   się   poziomem   do   szkolnych   bachorów,   których 
uczysz.   Nawet   w   takiej   chwili   nie   potrafisz...   stać   się   naprawdę   sobą. 
Uroczym, tkliwym, pełnym fantazji mężczyzną.

Rodrigo pobladł.
– Mylisz się, kobieto, ja nie próbuję być kim innym. W takiej chwili 

wracam do najprostszych spraw, a te nazywane są tak często, że już dawno 
stały   się   ogólnoludzkim   banałem.   Początek   i   koniec   są   poza   naszymi 
wyborami, nam pozostawiono tylko jeden wybór: ile kwiatów zerwać, idąc 
przez łąkę. No, nie gniewaj się już, kocico.

Przysunął się i musnął wargami jej czoło. Zawsze miał twardy zarost, 

więc i teraz czuła ukłucia na twarzy. Objęła go za szyję i przyciągnęła. 
Gładził   ją   po   głowie,   pieścił   szyję,   potem   zaczął   sunąć   dłońmi   w   dół. 
Drgnęła,   gdy   jego   sucha   skóra   boleśnie   podrażniła   twardy   sutek.   Wtem 
poczuła, że drgnął, jakby się skurczył. Potem zwinął się, chwycił za brzuch, 
przetoczył po kanapie i runął na podłogę – Teraz boli – mruknął chrapliwie.

Gloria   odskoczyła,   tłumiąc   krzyk.   Olbrzymim   ciałem   Unimana 

wstrząsały drgawki. Po chwili jednak mężczyzna przemógł się, podźwignął 
na   rękach,   usiadł   i  oparł   o   kanapę.   Twarz   miał   siną,   z   oczu   kapały   łzy 
zmieszane z krwią. Mówił z trudem, co chwila przerywając.

– Nie kłamałem... dziewczyno. Tam, na tym stoliku, stoi... butelka wina. 

Otwarta!   I   kielichy.   Nalej   i   wypij   ze   mną...   proszę.   Skazańcowi   się   nie 
odmawia.

Herreira walczyła z sobą. Teraz była dogodna chwila, aby spróbować 

ucieczki. Ominęła Unimana szerokim łukiem i wbiegła na schody. U ich 
szczytu przystanęła i odwróciła się. Mężczyzna nadal siedział w tym samym 
miejscu. Kobieta powoli zeszła, zbliżyła się do stolika i sięgnęła po butelkę.

–   Tym   razem   sama   podjęłaś   decyzję   –   oświadczył   Uniman.   –   Tak 

właśnie miało być.

Ostrożnie   rozlała   trunek   i   wręczyła   mu   kielich.   Niepewnym   ruchem 

uniósł go i spojrzał pod światło na rubinowy płyn.

background image

– Twoje zdrowie, profesorko. Mniej cierpień, więcej radości.
Gloria ujęła szkło w obie dłonie, ale i tak nie mogła opanować drżenia. 

Powiedziała cicho:

– Jeśli naprawdę odchodzisz, odejdź bez lęku i bólu. Ale jeśli kłamiesz, 

niech cię piekło pochłonie.

–   Dzięki   za   dobre   słowo.   Gdzieś   czytałem...   bo   próbowano   mnie 

dokształcać,   he,   he...   żebym   tylko   nie   przekręcił...   że   historia   nauki   to 
cmentarzysko porzuconych idei, ewolucja to cmentarz nieprzystosowanych 
gatunków, a antropogenetyka... zostanie nekropolią nieudanych projektów 
człowieka. Czy naprawdę musisz się w to bawić, uczona kobieto?

Gloria nie zdołała utrzymać kielicha. Szkło brzęknęło i rozprysło się na 

okruchy.

–   Tak   –   odparła   po   chwili,   a   potem   dodała   pewniejszym   głosem:   – 

Oczywiście,   że   tak!   Powiem   krótko:   będę   nadal   pracowała   nad   swoimi 
projektami, choćby po to, żeby twoi następcy mniej cierpieli. Świat rozwija 
się   poprzez   doskonalenie,   od   form   gorszych   do   lepszych   w   rozumieniu 
przystosowania,   co   można   interpretować   jako   okrucieństwo,   choć   takie 
określenie stanowi silną antropomorfizację praw natury. Cóż, nie musimy 
żałować   poprzednich   wersji,   patrzmy   przed   siebie.   Poruszając   się   po 
krawędzi, człowiek nie może zatrzymać się w pół kroku, bo spadnie i skręci 
kark.

– Dziękuję... za toast. Pomogłaś mi, kobieto, bo nie miałem czasu się 

bać. – Wyciągnął rękę i powiódł nią wokół. – Wszystko robi się jasne i 
srebrzyste.   Jaka   dziwaczna   jest   twoja   twarz,   podobna   do   maski   z 
polerowanej stali. Moje ciało wygląda jak worek, a ty kulisz się przy nim ze 
strachu. Głowa do góry, Herreiro, pomacham ci na pożegnanie! Aha, gdybyś 
kiedyś rozmawiała z moją matką, powiedz jej, że nie cierpiałem. Nie mów, 
że dzięki tobie, bo pomyśli, że ją naciągasz.

Herreira   była   wściekła.   Przeczytała   już   wszystkie   książki   z   półki, 

obejrzała   w   sieci   kilkanaście   filmów,   które   od   dawna   chciała   zobaczyć, 
codziennie wychodziła na spacer do ogrodu szklanych roślin i kilka razy 
pozwolono jej spotkać się z Haywickiem. Poza tym nic się nie działo, a 
jałowy rytm posiłków i brak swobody poruszania się wzmagały frustrację. 
Było   oczywiste,   że   zostali   zamknięci   w   areszcie   domowym,   tyle   że   o 
podwyższonym standardzie. Coraz częściej myślała, że ogólnie wpakowali 
się w mocno nieciekawą sytuację. Ale kto mógł to przewidzieć? Może jedna 

background image

Anita z BB – ona sporo musiała wiedzieć o zakonie. Mała ździra, pewnie 
współdziałała z Anzelmem! Ale co będzie dalej? Może najwygodniej dla 
rządu i zakonu będzie usunąć ich z drogi, pozbyć się w podobny sposób jak 
Unimana,   aby   zachować   tajemnicę?  Allana  oczywiście  zatrzymają,   może 
nawet   postanowią   kontynuować   projekt   bez   nich?   Rozwój   wydarzeń   nie 
nastrajał pozytywnie.

Miała   zły   dzień,   więc   nie   nad   wszystkimi   odruchami   panowała.   W 

pewnej chwili fala gorąca uderzyła jej do głowy i miała wrażenie, że zaraz 
udusi się w czterech ścianach. Wybiegła na korytarz, a ponieważ wyrósł 
przed nią strażnik, bez chwili namysłu zamachnęła się i spoliczkowała go. 
Odskoczyła i ukryła twarz w dłoniach.

– Przepraszam – bąknęła. – Przecież... nie ty jesteś temu winien.
–   Słucham?   –   wyjąkał   zakonnik,   odstępując   o   krok   i   odruchowo 

rozcierając   policzek.   Był   chyba   bardziej   zawstydzony   niż   atakująca   go 
kobieta.

– Chcę się widzieć z bratem Anzelmem. Natychmiast! – wybuchnęła.
– Nie mam pełnomoc... – zaczął strażnik, ryzykując cios z drugiej strony, 

ale   przerwał   w   pół   zdania,   przechylając   głowę   –   pewnie   zadziałała 
groszkowa słuchawka.

Herreira czekała, wyłamując palce.
– Proszę się udać do parku – poinformował zakonnik oficjalnym tonem. 

– Brat Anzelm ma życzenie przybyć na spotkanie z wami.

Gloria odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła na zewnątrz. Po chwili 

nadszedł Haywick i uścisnął ją serdecznie.

– Och, Ben – westchnęła, a po policzkach popłynęły jej łzy. Przycisnęła 

twarz do jego piersi i bezskutecznie próbowała się opanować. – Trzymają 
nas w więzieniu jak kryminalistów. Naprawdę mam tego całego zakonu po 
dziurki w nosie! Chcę natychmiast stąd wyjść i wrócić do pracy. Afromani z 
Mzinga   to   uosobienie   naiwnej   niewinności   w   porównaniu   z   tutejszą 
autokracją!

–   Uspokój   się,   wszystko   będzie   dobrze,   wszak   mnisi   zawsze   żyli   w 

celach.   –   Haywick   był   w   dobrym   humorze.   –   Jestem   przekonany,   że 
intensywnie   pracują   nad   naszym   projektem,   a   jeśli   się   uda,   szanse   na 
powodzenie przedsięwzięcia wzrosną wielokrotnie. Sama tak twierdziłaś!

– Gadasz,  żeby  coś  gadać – fuknęła  i odsunęła  się. – Sam w to nie 

wierzysz.

background image

Odwrócili się na odgłos kroków. Nadchodził Anzelm.
– Niech będzie pochwalony. Witam serdecznie naszych drogich gości! – 

Uśmiechnął się szeroko.

Herreira zacisnęła dłonie w pięści.
– Jakim prawem trzymacie nas w zamknięciu bez wyroku sądowego?! – 

wypaliła. – Dlaczego zginął Uniman? Co tu się dzieje?! – Nie była w stanie 
zapanować nad sobą. Nie dzisiaj.

Uśmiech zakonnika stracił na spontaniczności, choć nadal wykrzywiał 

mu twarz. Anzelm uniósł dłonie.

– Zaraz wszystko wytłumaczę, szanowna Herreiro. Proszę się uspokoić, 

bo problemy, za które się bierzemy, są poważne i musimy podejść do nich w 
wyważony sposób.

– Nic nie musimy, mam dosyć tej sytuacji! Nie wiem, jakie są wyniki i 

czy w ogóle coś robicie. Czuję się ubezwłasnowolniona. Nie chcę, wycofuję 
się!

Anzelm przestał się uśmiechać i skinął głową.
–   Według   reguł   zakonu   nie   uchybiamy   w   niczym   naszym   gościom, 

przydzielając   im   osobne   pomieszczenia   i   zapewniając   bezpieczeństwo,   a 
nadto   oferując   czas   na   kontemplację.   Co   do   udziału   w   projekcie,   to   w 
umowie był punkt o waszym współdziałaniu bez precyzowania, na czym 
ono ma polegać. Otóż polegało ono, zgodnie z naszą interpretacją, na pełnej 
nieingerencji na etapie, za który wyłącznie my jesteśmy odpowiedzialni, i 
ten paragraf został dotrzymany. Oczywiście masz prawo do wypowiedzenia 
umowy, profesor Herreiro, ale doktor Haywick też musi się podpisać pod 
tym wnioskiem jako jeden z sygnatariuszy. Wątpię jednak, czy warto, bo... 
właśnie chciałem z przyjemnością donieść, że projekt zakończył się pełnym 
sukcesem.   Mamy   cały   genom   tego   człowieka,   razem   z   sekwencjami 
pustynnymi i czynnikami epigenetycznymi. Jest nasz!

– Co...?
Anzelm ujął Herreirę za ramiona.
–   To   pewna   wiadomość   –   oświadczył.   –   Sklonowaliśmy   materiał   i 

dysponujemy   pięcioma   kopiami:   trzy   są   dla   was,   dwie   dla   nas.   Czy 
pamiętasz,   że   obiecaliście   nam   w   umowie   zmodyfikowaną   przez   was 
postać?

– Och... To naprawdę... wspaniale. Nie mogę uwierzyć!
– Dziękujemy – wtrącił się Haywick. – Chwilami miałem wątpliwości, 

background image

czy się uda. Jasne, że pamiętamy o dostarczeniu wam zoptymalizowanego 
genomu, jeśli tylko go otrzymamy.

–   Będziemy   oczekiwać   na   jakikolwiek   zmodyfikowany   przez   was 

materiał,   nawet   jeśli   uznacie   go   za   nieudany   –   stwierdził   z   naciskiem 
zakonnik.   –   Musimy   mieć   to   samo,   co   wy,   albo   uznajemy   umowę   za 
niebyłą.

–   Oczywiście!   –   obiecała   Herreira.   –   Otrzymacie   klony   wszystkich 

przetestowanych konstruktów, przecież to jest w umowie. Tak się cieszę! – 
dodała,   bo   dopiero   teraz   w   pełni   dotarł   do   niej   sens   wiadomości.   – 
Dokonaliście syntezy pełnego genomu na podstawie elektronicznego zapisu. 
Brawo! Wspaniała rzecz!

Anzelm skłonił się.
– Dziękuję za uznanie w imieniu naszych naukowców. Szanse były duże, 

przecież mamy status najlepszej grupy od totalnej gensyntezy. Nie wolno 
było zawieść!

–   Ach   tak,   rzeczywiście   –   mruknęła   Herreira.   –   Teraz   trzeba   będzie 

zamrozić materiał i dyskretnie przewieźć go do Mzinga. Może w termosie z 
lodami?

Anzelm uśmiechnął się pobłażliwie.
–   Nie   doceniasz   latyfundialnych   służb   celnych.   Pozwól,   że   sami 

zadbamy o bezpieczeństwo transportu.

– Jak?
– Przykro mi, ale nie mogę nic więcej powiedzieć. Urzędnicy na granicy 

przepuszczą was przez magiel, a wtedy łatwo o wpadkę. Dowiecie się na 
miejscu, u siebie.

Herreira odwróciła się ze złością, mową ciała wyrażając swoją opinię.
– Czy czasem nie próbujecie zrobić z nas idiotów, szanowni mnisi? Po 

przekroczeniu   granicy   będziemy   mogli   słać   wam   grzeczne   emaile,   nic 
więcej!

– Cóż, musimy sobie nawzajem zaufać. Przecież na obecnym etapie i tak 

nie uzyskasz pewności, czy dysponujemy pełnowartościowym materiałem 
genetycznym.   Skoro   jednak   będziemy   oczekiwać   na   ostatecznie 
zmodyfikowany genom, musimy dać wam dobry system natywny. Czy to 
nie brzmi logicznie?

Kobieta wzruszyła ramionami i pokręciła głową, rozsypując na ramiona 

pukle czarnych włosów.

background image

– Z pozycji logiki możliwe są także inne wytłumaczenia.
– Dobrze – uciął Haywick. – Zaufamy wam, wszak nie mamy innego 

wyjścia, prawda, Glorio? W jaki sposób przekażecie nam instrukcje?

– Już na was czekają, znajdują się w laboratorium drogiej profesor. Jeden 

z   moich   uniwersyteckich   kolegów   przesłał   je   papierową   pocztą   w   pliku 
artykułów, które w komorze celnej zapewne skanowano strona po stronie w 
poszukiwaniu utrwalonego DNA, ale na razie nikt nie wczytywał się w ich 
treść. Tam, w jednej z prac o myszach, znajdziecie potrzebne informacje.

–   Aha   –   mruknęła   Herreira   i   zastygła   w   jednej   z   pozycji   swojego 

permanentnego tańca, bo doszła do wniosku, że nic więcej nie wskóra. – 
Rozumiem,   że   wreszcie   skończył   się   przydzielony   nam   tak   zwany   czas 
kontemplacji?

– Zgadza się. Jutro o świcie pożegnamy was, dostojni i drodzy goście.
Haywicka   ogarnęła   senność,   gdy   tylko   zobaczył   łóżko.   Wyspać   się, 

porządnie   się   wyspać   –   pomyślał.   Jutro   zerwą   nas   skoro   świt   albo   i 
wcześniej.

Zdawało   mu   się,   że  pachnie   rumianek,   a  może   suche   jesienne   liście, 

wygrzane w bladym, ale jeszcze ciepłym słońcu? W łazience zapach był 
silniejszy, widocznie sprzątaczka niedawno pucowała niklowane poręcze i 
misy umywalki i wanny. Jakie dziwaczne kształty mają te błyszczące niecki 
i metalowe węże, pomyślał. Nie, nie będę się dziś mył, jest za późno. Musiał 
uchwycić się drzwi, bo dopadł go nagły zawrót głowy. Z trudem dowlókł się 
do łóżka i padł na nie w ubraniu. Jeszcze zanim dotknął poduszki, zaczął 
śnić.

Został uprowadzony. Przewoził furgonetką suszony rumianek. Paczki z 

kwiatostanami piętrzyły się na fotelach, leżały na podłodze, niektóre trzymał 
na kolanach, poskręcane płatki i żółte środki kwiatów walały się po desce 
rozdzielczej,   miał   je   na   spodniach   i   we   włosach.   Intensywny   zapach 
wypełniał   zamkniętą   szoferkę,   wpływał   do   płuc   jak   gorące   powietrze, 
obezwładniał. Próbował opuścić szybę, ale wszystkie mechanizmy zostały 
zablokowane, więc jechał dalej, uważnie wypatrując drogi i wierzchem dłoni 
ocierając łzawiące oczy. Wtedy na zakręcie z góry opuściły się oślepiające 
światła,   klasycznie,   niczym   w   filmach   o   UFO,   więc   ostro   zahamował. 
Wysokie postacie krążyły wokół samochodu, jak w wodzie zanurzając ręce 
w pojeździe. Jeden obcy sięgnął w kierunku twarzy Haywicka, świecąc mu 
ołówkową latarką prosto w oczy, jakby wykonywał badanie okulistyczne. 

background image

Potem dwóch chwyciło go za nogi i ramiona i wywlekło na zewnątrz przez 
przednią   szybę,   która   miała   konsystencję   bańki   mydlanej.   Zabrali   go   do 
swojego   dziwacznego   pojazdu   i   położyli   na   stole   operacyjnym   pod 
bezcieniową   lampą.   Bezceremonialnie   ściągnięto   mu   spodnie,   po   czym 
jeden z oprawców uderzył w jądra. Tępy ból przewiercił się przez trzewia, 
pełzł   dołem   brzucha   niby   węgorz   wyjadający   wnętrzności,   a   za   nim 
podążało coś metalicznie zimnego. Obcy cofnął rękę i Haywick zobaczył w 
jego dłoni stożkowy przedmiot, oblepiony śluzem i krwią. Poczuł mdłości, 
ale nie zwymiotował, bo intruz chwycił go za gardło i ścisnął. Na koniec 
inny obcy przyniósł naczynie z galaretowatą substancją, wydzielającą woń 
nadpsutej ryby, po czym łuskowatą dłonią chwycił jego członek, uniósł go i 
chlusnął nań zawartością kwaterki. Haywick zrozumiał to na swój sposób: 
od   tej   chwili   jest   nieczysty,   jak   kobieta   naznaczona   stygmatem   krwi 
menstruacyjnej.

W końcu obcy stracili zainteresowanie jego osobą. Odwrócili się, stanęli 

blisko siebie i coś oglądali, a ich rozmowy zlewały się w jeden pomruk, o 
wznoszącym się i opadającym natężeniu. Potem śmiali się, co przypominało 
cienkie szczeknięcia, aż wreszcie odwrócili się, pomogli Haywickowi zejść 
ze stołu, kazali mu się ubrać i wyprowadzili z pojazdu. Na poboczu drogi 
stała furgonetka, szyby w szoferce były opuszczone, drobne płatki śniegu 
kołowały, wpadały do środka i osiadały na fotelach. Po paczkach ziół nie 
zostało śladu, w przewietrzonym wnętrzu nie wyczuł żadnego zapachu. Było 
zimno, potwornie zimno.

Haywick   dygotał.   Zdziwił   się,   że   leży   na   łóżku   w   ubraniu.   Usiadł, 

czubkami   palców   rozmasował   skronie,   przeciągnął   się.   Dopiero   wtedy 
stwierdził, co go zbudziło – budzik monotonnie wygrywał swoją melodyjkę. 
Wstał, wyłączył go i poczłapał do łazienki.

Na   lotnisko   dowieziono   ich   zakonnym   helikopterem,   brązowym   jak 

habity mnichów. Przeszklony gmach, pamiętający jeszcze czasy Północnych 
Stanów   Ameryki   i   Kanady,   straszył   pustką,   bo   mało   kto   udawał   się   do 
innych latyfundiów, a loty wewnętrzne były za drogie i nie wytrzymywały 
konkurencji z transportem kołowym.

–   Tędy   –   zakomenderował   jeden   z   dwóch   wojskowych,   którzy 

niespodziewanie pojawili się w przejściu. Pistolety automatyczne trzymali w 
pogotowiu na paskach przewieszonych przez szyje.

– Oni są gośćmi zakonu – nieśmiało poinformował odprowadzający ich 

background image

brat.

– Nie wolno ci przekroczyć tej żółtej linii, klecho – warknął żołnierz. – 

Dalej wchodzą tylko podróżni.

Herreirę   i   Haywicka   zaprowadzono   do   poczekalni,   przegrodzonej   na 

środku czerwoną taśmą. Jedną część remontowano; na drabinach pracowało 
kilku   ludzi   w   niebieskich   kombinezonach.   Na   okrytych   folią   fotelach 
przysiedli   nieliczni   pasażerowie:   kobieta   z   dwojgiem   dzieci,   szpakowaty 
mężczyzna o zmęczonej twarzy, para w średnim wieku, wyrostek z włosami 
zaplecionymi w warkoczyki. Także tutaj, tak jak i w korytarzach, posadzka 
była brudna, a w kątach walały się śmieci. Cały budynek pilnie wymagał 
remontu.

–   Schyłkowość   i   dekadencja   –   skonstatował   półgłosem   Haywick. 

Zaczynał   odzyskiwać   dobry   humor.   Nawet   przyłapywał   się   na 
rozmyślaniach o Lśnicy Qmil. Co ona robi podczas jego nieobecności? Czy 
zajmuje   się   jedynie   sprzątaniem   klatki   schodowej?   –   Wydaje   mi   się,   że 
nieodzowna jest kolejna zawierucha, która odnowi i oczyści cywilizację – 
dodał.

–   Boże,   chroń   nas   przed   odnowicielami   –   zaprotestowała   Herreira, 

podkreślając każde słowo ruchem dłoni.

Jej figurom z aprobatą przyglądała się para pasażerów, którzy zajmowali 

miejsca   naprzeciwko.   Ona,   okrągła   blondynka   z   dołkami   w   policzkach, 
pochyliła   się   do   partnera   i   coś   szeptała,   on   poważnie   przytakiwał.   Był 
przysadzistym   brunetem   o   rzadkich   włosach,   sztywnych   jak   pęk   drutu. 
Haywick pomyślał, że w żyłach tego faceta musi płynąć sporo indiańskiej 
krwi, którą rozcieńczy, biorąc sobie Kaukazkę za partnerkę.

Z sapnięciem otworzyły się pneumatyczne drzwi, w których stanął oficer 

w polowym mundurze.

– Brian O'Hara proszony do kontroli – stwierdził monotonnym głosem, 

patrząc na przeciwległą ścianę, po czym wrócił do gabinetu.

Chłopak z warkoczykami  posłusznie poderwał się i szybkim krokiem 

podążył za nim. Nie minęły jednak dwie minuty, jak wyszedł z gabinetu, 
usiadł   na   swoim   miejscu   i   pogrążył   się   w   lekturze   paperbackowej 
książeczki. Oficer wywołał następnych: Herreirę i Haywicka.

–   Proszę   siadać.   –   Wskazał   krzesła.   –   Trzeba   po   urlopie   wracać   do 

pracy? Jak udała się wizyta w rodzinnych stronach?

Gloria rzuciła szybkie spojrzenie Benonowi i zatrzepotała rzęsami.

background image

– Tak, w porządku, lubię podtrzymywać kontakty.
Wojskowy przerzucał jakieś papiery.
– Pani pochodzi z latyfundium Algavre, nieprawdaż?
– Owszem... tam się urodziłam. Ale studiowałam w LLA, dlatego mam 

tu przyjaciół.

– Jasne, oczywiście. A pan, Haywick? Też wycieczka do przyjaciół?
Benon przytaknął.
– Jestem stąd.
–   Ale   zamiast   przesiadywać   u   rodziny   i   popijać   piwo   z   kumplami, 

aplikował pan w ministerstwie, a potem miał zatargi z policją. Nieprawdaż? 
No dobra, niech pan się nie tłumaczy, każdy może wykorzystać urlop tak, 
jak  lubi. Proszę  teraz popatrzeć  na  tego dużego  chłopca  za  mną   i  przez 
chwilę   siedzieć   spokojnie.   –   Oficer   wskazał   piórem   do   tyłu   ponad 
ramieniem,   gdzie   na   ścianie   wisiał   portret   sir   MacConleya,   pierwszego 
prezydenta LLA.

Wtedy z sufitu na stalowej lince opuścił się robot śledczy i wykonał 

procedury zapisu odcisków palców, wzoru tęczówki, mikroskładników potu, 
sekwencji DNA z próbki naskórka i oporności elektrycznej paznokci.

–   Proszę   powtórzyć   za   mną   zdanie,   które   właśnie   wypowiadam   – 

poleciło   urządzenie.   –   W   porządku,   tonacja   głosu   zapisana.   –   Dziękuję. 
Teraz proszę wstać i przejść się po pokoju.

Robot przemieszczał się ruchem wirowym wokół Haywicka, skanując 

szczegóły jego wyglądu i obliczając osobniczy algorytm poruszania się.

–   Dziękuję,   koniec   procedury   –   zarządził,   podciągnął   się   na   lince   i 

znieruchomiał pod sklepieniem.

– Kolej na panią. – Oficer wskazał Herreirę. – Widzi pani, że to nie boli. 

– Odsłonił zęby w uśmiechu bez uśmiechu i postukał w nie końcem pióra.

Gdy oboje zostali sprawdzeni, wojskowy wydobył staromodną pieczęć i 

uniósł ją, lecz niespodziewanie zatrzymał rękę w połowie drogi do stołu.

– Macie mnie za idiotę, co? – warknął. – Uczeni, psie krwie! Myślicie 

sobie:   najemnik,   nie   ma   pojęcia,   co   to   Rój   Andromedy   albo   kryptonim 
„Allan Porter", i nic nie wie o tym, że chcecie przemycić niedozwolony 
materiał   DNA?   Otóż   dowiedzcie   się,   cwaniaczki,   że   już   rozpoczęła   się 
stosowna procedura dezaktywacyjna, która za kilka minut przyniesie efekty. 
A   teraz  wynocha,   żebym  was   więcej   nie   oglądał!  Aha,   jeszcze   jedno.  – 
Wstał i kopnięciem odsunął krzesło. – Powtarzajcie sobie przynajmniej raz 

background image

dziennie, że zostaliście potraktowani przez oficera służb granicznych Los 
Angeles sto razy lepiej, niż na to zasługiwaliście. I że wy i wasze gówniane 
życie nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia.

Był   naprawdę   zły,   jego   niestarannie   ogolona   twarz   poczerwieniała. 

Haywick oniemiał. Spodziewał się drobiazgowego wypytywania i rewizji 
osobistej, ale nie inwektyw. Więc już do tego doszło?

–   Chodźmy   –   rzuciła   ostro   Herreira,   wstając.   –   My   też   nie   mamy 

ochoty... zajmować panu cennego czasu.

Musieli wyglądać nieszczególnie, bo gdy zajęli miejsca w poczekalni, 

blondynka   i   Indianin   spojrzeli   na   nich   ze   współczuciem.   Kobieta   miała 
zamiar coś powiedzieć, ale nie zdążyła, bo teraz przyszła ich kolej.

W   powietrzu   unosił   się   pył,   robotnicy   przeklinali,   mocując   płyty 

podsufitowe. Haywick otarł pot z czoła i zmusił się do uśmiechu.

– Już niedługo – spojrzał na zegarek – będziemy w powietrzu, a dwie 

godziny później wylądujemy w Garvey. Więc ciesz się, kobieto, bo wreszcie 
wracamy do swoich Murzynów!

–   Żeby   Afromani   mogli   walić   w   nas   jak   w   obrzędowe   bębny   – 

westchnęła Gloria, która nie miała chęci nadrabiać miną. – Ale, dzięki Bogu, 
nie muszę zbyt często opuszczać laboratorium.

Zapadła cisza, którą zakłócały tylko dzieci bawiące się znalezionymi na 

podłodze   skórkami   pomarańczy.   Wtedy   otworzyły   się   drzwi   i   wyszła 
przesłuchiwana para. Oboje byli uśmiechnięci – widocznie dla nich oficer 
śledczy   okazał   się   bardziej   łaskawy.   Dalsze   wydarzenia   potoczyły   się 
błyskawicznie.

Rozległ się ostry trzask, jakby pękającego metalu, i zaraz potem jeden z 

monterów zaklął ordynarnie na cały głos. Drugi krzyknął ostrzegawczo, ale 
było   już   za   późno.   Haywick   kątem   oka   spostrzegł,   jak   blaszana   płyta 
oderwała się od wysokiego sklepienia i spada, koszącym lotem przemykając 
nad   taśmą   odgradzającą   część   remontowanego   pomieszczenia.   Herreira 
zarejestrowała   rozmazany   kształt,   pędzący  w  jej  stronę  niby  gigantyczna 
płaszczka, i usłyszała wibrujący gwizd ciętego powietrza.

Nie   mieli   żadnych   szans,   nie   zdążyli   wykonać   najmniejszego   ruchu, 

czasu nie starczyło nawet na mrugnięcie. Mężczyzna o wyglądzie Indianina 
zaczął krzyczeć, ale głos zamarł mu w krtani, bo w tej samej chwili otrzymał 
miażdżący   cios   w   poprzek   piersi.   Krawędź   ukośnie   szybującej   gilotyny 
dosięgła kobiety ułamek sekundy później, druzgocąc jej miednicę i dolną 

background image

część kręgosłupa. Płyta uderzyła o podłogę, przewałkowała po niej ofiary, 
rozmazując krew po posadzce, po czym z głuchym łomotem zderzyła się ze 
ścianą i tam się zatrzymała. W powietrze buchnął tuman kurzu.

Najpierw   zaczęły   krzyczeć   dzieci   –   ich   wrzask   świdrował   w   uszach. 

Matka jęczała, próbując jak kwoka wziąć je pod siebie i osłonić ciałem. 
Młodzieniec zakrył usta dłonią i zwymiotował.

– Wymknęła mi się jak żywa, próbowałem utrzymać cholerę – krzyczał 

robotnik, kurczowo czepiając się drabiny. – Nie wiem, naprawdę nie wiem, 
co się stało – powtarzał płaczliwie.

Gdy Haywick wreszcie odzyskał zdolność ruchu, chwycił Herreirę za 

ramię i poderwał się z fotela.

– Chodź stąd – wychrypiał. Szarpnął ją niezdarnie, omal nie przewrócił. 

– Uciekajmy!

Wybiegli na korytarz, gdzie natknęli się na straże.
– Stać!
– Ale tam... zdarzył się wypadek! Sufit się wali! – krzyknął Haywick.
– Sprawdź, Ken, co się stało. Wam nie wolno się oddalać ani na krok, 

jasne? – Starszy rangą odbezpieczył broń.

–   Ależ   tak   –   westchnęła   Herreira.   –   Nigdzie   się   nie   wybieramy.   – 

Drżącymi palcami, nie wykonując gwałtownych ruchów, wyjęła z torebki 
płaską jegerkę i upiła dwa łyki mocnej wódki.

– Zostaw trochę – poprosił Haywick.
Kadłubem maszyny rzucało, gdy przechodzili przez chmury, ale silniki 

grały równo i już po chwili rozbłysło słońce, zalewając kabinę jaskrawym 
światłem. Refleksy od skrzydeł potęgowały feerię blasku.

– Och – westchnęła Gloria. – Chyba nie mogłabym grać w thrillerach.
Stewardesa   wspinała   się   w   stronę   dziobu   nabierającej   wysokości 

maszyny,   uważnie   lustrując   pasażerów.   Szczególną   uwagę   poświęcała 
pasom   bezpieczeństwa   albo   może   dłoniom,   jak   przypuszczał   Haywick. 
Rozpiął klamrę, aby na wszelki wypadek mieć więcej swobody, a dopiero 
sekundę później zgasły napisy ostrzegawcze. Dziewczyna zatrzymała się i 
obserwowała   go   bez   skrępowania.   Białka   jej  oczu   miały   lekko  niebieski 
odcień   i   błyszczały   w   czarnej   twarzy   jak   szkiełka.   Samolot   należał   do 
państwowych linii Mzinga i cała załoga składała się z Afromanów.

–   Słucham?   –   spytał   i   posłał   jej   grzecznościowy   uśmiech,   po   czym 

natychmiast   zdał   sobie   sprawę   z   niestosowności   takiego   zachowania. 

background image

Uśmiechy   skierowane   do   Czarnych   były   odbierane   jako   obraźliwa 
propozycja albo wyrażanie politowania, za co w najlepszym razie można 
było zarobić po twarzy lub nawet wylądować na przesłuchaniu u lokalnych 
Szamanów od Oszczepów, a potem spędzić kilka dni w areszcie. Znajdował 
się   już   poza   LLA  i   musiał   bezzwłocznie   przestawić   się   na   styl   życia   w 
Mzinga.

Stewardesa nie zaszczyciła go choćby drgnieniem powieki. Odwróciła 

nieruchomą   jak   maska   twarz   i   kontynuowała   patrolowanie   kabiny, 
szeleszcząc  zwojami  wściekle kolorowego kretonu. Pozostawiała  za sobą 
smugę zapachu hibiskusa i umytego, choć zgrzanego ciała. Nie mógł nie 
pomyśleć o Qmil.

–   Już   nigdy   nie   pojadę   do   Los   Angeles   –   oświadczyła   Herreira, 

wysuwając się z pasów i prostując ramiona. – Moja noga tam nie postanie!

Haywick skinął głową.
– Rzeczywiście, pożegnano nas bez specjalnych honorów, ale w każdym 

kraju znajdą się kreatury. Chyba nie zapomniałaś ludzi, którzy nam pomogli: 
Iwo,   Jerome'a,   Francisa,   no   i   Anity.   Musisz   przyznać,   że   i   na   końcu 
mieliśmy niebywałe szczęście, przecież niewiele brakowało, a zginęlibyśmy 
w tym idiotycznym wypadku.

Herreira zamachała dłońmi.
– Bądź tak dobry i zmień temat. Lepiej kup mi drinka, może być martini 

z lodem.

– Ekstra dry?
– Uhm. Dobry chłopczyk, pamięta, co trzeba.
Stewardesa nie spieszyła się, lecz w końcu nadeszła.
Patrzyła na nich w taki sposób, jakby fotele były puste, a dopiero na 

wyimaginowanym dalszym planie rozgrywały się zdarzenia warte uwagi. 
Nie   było   jasne,   czy   zrozumiała   i   przyjęła   zamówienie,   ale   po   chwili 
nadpłynęła   w   swoim   sięgającym   ziemi   zawoju,   niosąc   na   srebrnej   tacy 
profesjonalnie przyrządzonego drinka.

Ledwie   Gloria   umoczyła   usta,   gdy   kretony   znów   zaszeleściły. 

Afromanka wręczyła jej aparat telefoniczny.

– Odebrać? – spytała Herreira, nerwowo splatając palce.
Haywick wzruszył ramionami.
– Słucham? – rzuciła do mikrofonu.
Po   drugiej   stronie   ktoś   mamrotał   tak   niewyraźnie,   że   w   pierwszym 

background image

odruchu   Gloria   chciała   wyłączyć   aparat,   lecz   gdy   wytężyła   słuch, 
przyciskając dłoń do drugiego ucha, zdołała zrozumieć słowa. Mówiła stara 
kobieta, często przerywając i gubiąc głoski.

– Ty... jesteś Gloria. Znałaś go, rozmawiałaś. Przysłał pieniądze, ten pan 

mówił, że dużo. Przyniósł list...

– Hallo, hallo! Kto mówi?
– ...list od niego, w nim napisał, żeby u ciebie, u Glorii... że będziesz 

wiedziała. Tak?

–   Nic   nie   rozumiem   –   stwierdziła   bezradnie   Herreira.   –   Czy   to   nie 

pomyłka?

– O nie, to ty, wiem. Powiedział ci, żebyś powiedziała mi. Gdzie on jest? 

Czy mój Bill... umarł?

Herreira zamknęła aparat w dłoni. Głęboko nabrała powietrza.
– Uniman? O niego chodzi?
– Bill... mój syn. Pracował dla zakonu. Bill – podkreśliła stara kobieta.
– Tak, wiem. Spotkałam go, mówił mi o pani. On...
– Nie żyje...?
Herreira spojrzała na Haywicka, ale ów nie kwapił się z pomocą. Mocno 

przycisnęła słuchawkę do ucha.

– Proszę pani... On wyjechał. Pracuje teraz gdzie indziej, daleko stąd. 

Poza   Ziemią,   to   znaczy   jeszcze   dalej,   niż   latają   samoloty.   Nie   może 
telefonować, jest za daleko. Rozumie mnie pani?

Kobieta   nie   odpowiadała,   Gloria   słyszała   tylko   trzaski   wyładowań 

elektrostatycznych, zawsze powstających podczas lotu. Dopiero po dłuższej 
chwili znów odezwał się stary, zmęczony głos:

– To już nie wróci. Coś mu zrobili... Ja tylko chciałam, żeby mnie... 

odprowadził.

– Nie! – prawie krzyknęła Herreira. – To nie tak. On pracuje dla nas, dla 

mnie i dla pani, i wróci, żeby nam pomóc. Słyszy mnie pani? Hallo!

Cisza tym razem była aksamitna, gładka jak morze przy bezwietrznej 

pogodzie. Stewardesa podeszła i bez słowa wyciągnęła rękę po aparat.

– Co... co miałam jej powiedzieć? – wyjąkała Herreira.
Haywick znów wzruszył ramionami.
– Prawdę – stwierdził. – I tak się dowie.
– Och, jesteś taki wygodny, jak zresztą wszyscy mężczyźni! A jakbyś ty 

sam z nią rozmawiał?

background image

– Na szczęście nie musiałem – przyznał. – Mnie ludzie nie wybierają na 

powiernika, i dobrze.

Herreira   żachnęła   się.   Zacisnęła   dłonie   i   zabębniła   nimi   w   kolana. 

Chwilę   milczała,   więc   Haywick   wyciągnął   zza   siatki   fotela   folder 
miejscowej linii lotniczej i zaczął go przeglądać.

– A nie sądzisz – dodała już spokojniej – że w tym, co mówiłam, też była 

odrobina prawdy?

– Nie, moja droga. Albo jest prawda, albo jej nie ma. Relatywizowanie 

wartości już nieraz doprowadzało do tragedii.

– Bzdura – mruknęła. – Inne prawdy obowiązywały kiedyś, a inne są 

dziś.   Każdy   wyznaje   własną   prawdę,   korzystniejszą   dla   siebie.   Istnieją 
prawdy, których nie chciałabym poznać, nigdy, za żadną cenę. Czy tak nie 
jest?

Haywick odłożył folder i zamknął oczy, uznając kwestię za zamkniętą. 

Nie   lubił   zadrażnień,   zwłaszcza   jeśli   nie   stanowiły   niezbędnej   ofiary   w 
drodze do szczytnego celu.

– Zapewne masz rację – zgodził się. – Nie jestem filozofem.
– To niewątpliwie prawda, Benny. – Poklepała go po grubym ramieniu. 

– Spij, niedźwiadku.

Dalszą podróż przedrzemali, ocknęli się dopiero, gdy maszyną zaczęło 

rzucać   przy   przechodzeniu   przez   chmury.   W   dole   majaczyły   już   smukłe 
stożki   miejskich   budowli,   imitujące   chaty   w   mitycznej   afrykańskiej 
ojczyźnie, oraz cała reszta stołecznej dżungli, dumnie zwanej Garvey.

background image

ROZDZIAŁ 7

Taksówka   klekotała   blachami,   a   silnik   przy   dodawaniu   gazu   jęczał 

ochryple, ale pracował i posuwali się naprzód. Kierowca, dobrze zbudowany 
typ malajski, rzucał im w lusterku kpiące spojrzenia. Rzeczywiście, chyba 
nie   prezentowali   się   najlepiej   w   darmowych   standardowych   perukach, 
których polietylenowe pukle wyglądały jak zużyte zmywaki do garnków. 
Podobnie   czarna   farba,   pospiesznie   naniesiona   na   twarze   za   pomocą 
nebulizera, stanowiła dość kiepską mimikrę, ale za to przepisom stało się 
zadość:   łajtmeni   publicznie   wyrazili   wolę   asymilacji   z   rdzennym 
społeczeństwem   gatunku   ludzkiego,   wywodzącym   się   w   prostej   linii   od 
afrykańskiej Matki Ewy.

– Nareszcie w domu – westchnęła Gloria.
Przekrzywiła głowę, żeby przez okno spojrzeć w górę na szare zigguraty 

budynków biurowych i mieszkalnych, zwieńczonych ogrodami założonymi 
na   rozległych   tarasach.   Z   sympatią   obserwowała   gmachy   instytucji 
rządowych w kształcie słupów rzeźbionych w pierścienie, które na szczycie, 
wokół lądowiska dla helikopterów, udekorowano wrzecionowatymi liśćmi z 
włókna węglowego. Ulicą paradował tłum Czarnych, ubranych w krzykliwie 
ubarwione   perkale   albo   w   nieskazitelnie   białe   burnusy.   Ci   ostatni   mieli 
zawsze   eskortę,   przeważnie   uzbrojoną.   Dzieci   biegały   nago   albo   nosiły 
przepaski biodrowe. Co śmielsze zbliżały się do powoli sunącej taksówki i 
pokazywały   pasażerom   jasnoróżowe   języki,   dziwnie   kontrastujące   z 
węglistą czernią skóry. Do tego Gloria nigdy nie mogła się przyzwyczaić: że 
język i wnętrze ust stanowiły jasną plamę na tle twarzy.

–   Od   frontu   czy   na   parking?   –   spytał   kierowca.   Nie   spieszył   się, 

oszczędzając   benzynę,   często   używając   klaksonu   i   z   upodobaniem 
wymuszając   pierwszeństwo   przejazdu.   Na   szczęście   to   ostatnie   robił   z 
wyczuciem.

– Na parking, proszę – zdecydowała Herreira. – Zobaczymy, jak miewa 

się   mój   stary   buick   –   zwróciła   się   do   Haywicka,   który   na   widok   jej 
afromańskiej mimikry nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Zamiast suszyć 
zęby, pilnuj swego usmolonego nosa! – Zachichotała i wyskoczyła z wozu.

W powietrzu wisiał ciężki, duszny upał. Trawnik wyrósł i zrudział. O tej 

porze   roku   przypominał   zaniedbane   włosy   podstarzałego   Irlandczyka. 

background image

Ledwie   spojrzeli   na   zakurzony   samochód   Glorii   i   przemknęli   do 
klimatyzowanej wieży, stylizowanej na monstrualną palmę.

W   mroku   foyer   błyszczały   białka   portiera,   a   obok,   na   błonie 

telewizyjnego   ekranu,   trzepotały   rozmazane   barwne   plamy.   Potem   obraz 
wyostrzył  się,  ukazując  lśniącą  od  potu twarz  spikera.  Jedno  ramię  miał 
nagie, na drugie narzucił koniec czerwonej płachty modnego malajskiego 
sarongu. Spoglądał w dół, poza kadr, szykując się do przeczytania kolejnego 
komunikatu.

Portier poznał Glorię i skinął głową na znak, że mogą przejść.
– Dzień dobry, Mhalimha – pozdrowiła go. – Czy wszystko w porządku?
– Zaklinaczka Herreira – odezwał się i pochylił głowę, pozostając w tej 

pozycji jednakże nie dłużej niż na czas połowy oddechu. – Jest poczta, dużo 
papieru, zagraniczne stemple. – Pochylił się i konfidencjonalnie ściszył głos: 
– Przynieśli ludzie Szamana od Oszczepów.

– Och, dziękuję. – Herreira uniosła dłonie. – Chodźmy już, Ben.
– Poczekaj. – Haywick łagodnie odsunął jej rękę, podchodząc do ekranu. 

– Słyszysz?

– Niby co? Relacja z festiwalu gry na blaszanych beczkach?
Portier   rzucił   jej   spojrzenie,   w   którym   była   taka   dawka   nieudolnie 

skrywanej nienawiści, że kobieta się wzdrygnęła. W następnej sekundzie 
demonstrował już zwykłą maskę znudzenia i obojętności. Dobry Mhalimha, 
posłuszny   Mhalimha,   pomyślała,   wykonując   ramionami   taki   ruch,   jakby 
strzelała z bata. Uzmysłowiła sobie z całą ostrością, po jak wąskiej kładce 
stąpa, pracując i żyjąc w tym kraju. Ale za to była jedyna, niemalże nie do 
zastąpienia.

Spiker   mówił   o   karze   śmierci,   wykonanej   według   procedury 

nadzwyczajnej natychmiast po wydaniu wyroku przez Trybunał Wojskowy. 
Potem   pokazano   twarz   białego   mężczyzny   w   rozpiętym   mundurze, 
prowadzonego pod ręce przez dwóch białych żandarmów.

– O co ci chodzi... – podjęła Gloria i wstrzymała oddech. – Przecież to 

ten oficer...

Ekran   wypełniła   pomarszczona   twarz   miejscowego   komentatora, 

jednego z uniwersyteckich Zaklinaczy Słów, który podawał w wątpliwość 
oficjalne   tłumaczenie   władz   latyfundium   Los   Angeles.   Potem   znów 
pokazano aresztowanego i straconego oficera, tym razem w zbliżeniu na 
stopklatce. Uśmiechnięta młoda twarz, kadr wycięty z rodzinnego zdjęcia, 

background image

zrobionego w ogródku na tle oplecionej różami pergoli.

–   To   ten,   który   nas   przesłuchiwał   na   lotnisku!   –   krzyknęła   i   zaraz 

zasłoniła  dłonią usta, rozglądając się dokoła. Ale portier nie zareagował, 
udając, że nie słucha. Ostentacyjnie kartkował księgę wejść.

Nadawano   inne   wiadomości.   Na   ekranie   pokazały   się   migawki   z   pól 

ryżowych, położonych w centralnych prowincjach. Haywick wziął Herreirę 
pod ramię i pociągnął w stronę windy.

– Ciekawa jestem... – zaczęła, lecz mężczyzna położył palec na ustach, 

wskazując ściany. – Eh – machnęła ręką – wiadoma sprawa, ale przecież 
mówimy o oficjalnych wiadomościach telewizyjnych. Co o tym myślisz?

Haywick   jednak   milczał,   dopóki   nie   opuścili   kabiny.   Wyszedłszy   z 

windy, zapadli się po kostki w płowej futrzastej wykładzinie.

–   Pewnie   był   odpowiedzialny   za   to,   co   działo   się   w   sali   odpraw   – 

stwierdził, wzruszając ramionami. – Może został kozłem ofiarnym? Przecież 
zginęły dwie osoby. W końcu to nie nasz interes.

–   Doprawdy?   Nawet   tutaj   nie   wierzą   w   oficjalny   komunikat   LLA. 

Chcesz powiedzieć, że nie wiesz, o co chodzi?

Haywick zatrzymał się i spojrzał z niedowierzaniem.
– Chcesz powiedzieć, że to był... zamach?
Gloria westchnęła.
– Przecież takie wypadki się nie zdarzają. Płyta przelatuje nad głowami 

wszystkich pasażerów i trafia wybraną parkę, skutecznie rozsmarowując ją 
po   posadzce   i   nie   czyniąc   żadnych   innych   zniszczeń.   Ten   element 
konstrukcyjny   zapewne   miał   więcej   chipów   niż   zwykły,   więc   dał   się 
odpowiednio   programować,   i   to   wszystko.   Nasz   oficer   zebrał   dane 
pasażerów, umieścił je w programie i uruchomił go w odpowiedniej chwili.

– Więc wykonano na nich wyrok? Tak to się teraz załatwia w LLA? – 

Haywick wyglądał na mocno zbulwersowanego.

– Ty duży, naiwny chłopczyku. – Gloria poklepała go po policzku. – 

Kraj   opuszcza   dwoje   podejrzanych,   którzy   przyjechali   po   utajnione 
dokumenty, mieli zatargi z policją, dużo czasu spędzili w scjentystycznym 
zakonie   i   było   niemal   pewne,   że   będą   szmuglować   zakazany   materiał. 
Natomiast   służby   graniczne,   dodatkowo   wrogo   nastawione   z   powodu 
ambicjonalnych   rozgrywek,   spuszczają   kawał   ściany   tuż   obok   nich, 
wykonując wyrok na jakimś Indianinie i jego lolitce. Nieźle pasuje, prawda?

Haywick nabrał powietrza.

background image

– Niemożliwe! Naprawdę myślisz, że ta ściana była przeznaczona dla 

nas, a facet po prostu się pomylił?

– Ani chybi. Omyłkowa egzekucja, doktorze Watsonie – syknęła Gloria. 

– W klasztornej celi odzwyczaiłeś się od myślenia.

– Czego się wściekasz?
–   Bo   są   pierwsze   ofiary   twojego   projektu.   Właściwie   już   naszego   – 

stwierdziła, przykładając kciuk do płytki skanującej. – Skończyła się zabawa 
w hipotezy, rozpoczęła się brutalna gra.

Stalowe drzwi odsunęły się z cichym pomrukiem.
W   laboratorium   panował   twórczy   rozgardiasz.   Na   stołach,   a   także   w 

wielu   miejscach   na   podłodze   piętrzyły   się   stosy   papierowych   wersji 
artykułów, książek, wycinków z prasy, zdjęć. Blado świeciły porozpinane w 
przypadkowych   miejscach   monitory,   inne,   zrolowane,   stały   po   kątach. 
Podwójne drzwi do pracowni genetycznej były zamknięte, lecz po chwili ze 
śluzy wyszła kobieta o dziewczęcej sylwetce, ubrana w biały fartuch. Była 
podstarzałą panienką wiążącą włosy w mysie ogonki, a jej bladą, mocno 
umalowaną twarz pokrywała chmara piegów, które uparcie przebijały nawet 
spod najgrubszej warstwy pudru. Haywick nie miał wątpliwości, że jest starą 
panną i hoduje koty.

–   Cześć,   Jolly!   –   przywitała   ją   Gloria.   –   Co   słychać?   Podobno   jest 

papierowa poczta.

– Dzień dobry. – Kobieta w zdawkowym uśmiechu na moment odsłoniła 

pożółkłe zęby. – Wszystko w normie. Poczta jest tam, przynieśli z policji, 
eee,   chciałam   powiedzieć,   że   dostarczył   ją   Przyboczny   Szamana   od 
Oszczepów.

–   Świetnie.   Jutro   zrobimy   robocze   spotkanie   zespołu,   a   teraz   chcę 

przejrzeć papiery. To jest doktor Benon Haywick, astronom.

–   Och,   zawsze   chciałam   polecieć   na   Księżyc!   –   Jolly   westchnęła   i 

przymknęła oczy. – W towarzystwie astronautów czuję się trochę... lżejsza.

–   Miło   mi.   Jestem   tylko   astronomem   –   wystękał   Haywick.   Zaczynał 

wątpić, czy Jolly rzeczywiście jest starą panną, tym bardziej że rzucała mu 
szybkie drapieżne spojrzenia.

– Ben to mój dobry znajomy, razem robiliśmy rozeznanie tematu w LLA 

– oświadczyła Herreira. – Jest kawa? Umieram z pragnienia.

– Zrobię wam, angelańska paro dobrych znajomych – zgodziła się Jolly. 

– Nie wiem tylko, czy astronauci... eee... astronomowie lubią śmietankę?

background image

– Pewnie! – Haywick spróbował dostroić się do jej stylu. – Podobnie jak 

spacery po Drodze Mlecznej.

Ustawili  parujące  filiżanki   na podściółce   z papierów,  podzielili stertę 

nadesłanych   artykułów   na   dwa   stosy   zbliżonej   wielkości   i   rozpoczęli 
przeglądanie.

– Ben, szukamy prac o myszach – zarządziła Herreira. – Pamiętasz, że 

taką wskazówkę raczył nam dać świątobliwy Anzelm?

Haywick szybko przebiegał wzrokiem tytuły, a gdy uznał, że tekst może 

zawierać   coś  z   obszaru  ich  zainteresowań,   rzucał  okiem  na  streszczenie. 
Potem upuszczał pracę na podłogę i sięgał po następną.

– Kompleksy ferrocenu z białkami u ekstremofilów, toksyczne działanie 

azyn na Passiflora,  detoksyfikacja przez glukuronidowanie u skorupiaków, 
rola   glutationu   w   stresie   oksydacyjnym   u   nadseniorów,   modyfikowane 
szczepy  Bacillus   thuringensis  do   produkcji   insektycydów   w   Afryce 
równikowej, rozwój  biolayers  na zębach trzonowych tygrysa bengalskiego 
w   porze   deszczowej...   groch   z   kapustą!   –   zawołała   Herreira   i   odrzuciła 
ostatnią pracę, jakby papier sparzył ją w palce. – Warstwy biologiczne u 
tygrysa! Właśnie to najbardziej interesuje podatnika finansującego badania 
naukowe!

– Może się okazać, że podobne biofilmy ma nadsenior w Bengalu i że 

właśnie w nich lęgną się Chlamydia, a te z kolei, jak wiadomo, przyczyniają 
się do miażdżycy – zauważył Haywick.

– Pleciesz, astronomie. Wydaje mi się, że zupełnie nieźle znasz się na 

gwiazdach.

–   Zapewne.   Lecz   wiadomo,   że   tylko   dziesięć   procent   wyników 

wszystkich badań podstawowych ma szanse na wykorzystanie w praktyce. 
Ale   najpierw   musi   powstać   owe   dziewięćdziesiąt   procent   pozornie 
bezwartościowych   prac.   Pozornie,   bo   trwa   cywilizacyjna   loteria   i   nie 
wiadomo, które z wyników kiedyś się przydadzą. Cokolwiek o tym myślisz, 
Glorio.

Herreira wzięła filiżankę i skrzywiła się, upiwszy łyk przestygłej kawy.
–   Albo   nic   nie   ma   w   tym   stosie,   albo   coś   znajdziemy   dopiero   przy 

drugim czytaniu – stwierdziła. – Tym razem musimy przejrzeć całe prace, 
nie tylko tytuły.

– Za jakie grzechy? – jęknął Haywick, ale sięgnął po plik leżący na 

podłodze.

background image

Ktoś   poruszył   się   w   sąsiednim   pomieszczeniu.   Haywick   drgnął,   bo 

zapomniał o Jolly. Jej śmieszne kucyki zalśniły złotem, gdy wstawała od 
biurka. Wciąż ma figurę nastolaty – pomyślał. Niezła pula genowa.

– Jeśli mogę w czymś pomóc... – zaczęła. – Widzę, że czegoś usilnie 

szukacie, amigos. Chyba że to sekret.

–   Też   coś!   –   parsknęła   Herreira.   –   Tym   sekretem   od   jutra   będzie 

zajmowało   się   całe   laboratorium,   wykorzystując   dotychczasowe   wyniki. 
Myślałam, że już dawno poszłaś, jest późno.

– Och, wczoraj zerwałam z Johnem. Mam wolny wieczór.
– Więc siadaj. Ben, daj jej trochę prac.
– Słyszałam, że szukamy rozprawy o myszach? – spytała, wysuwając 

ostro zarysowany podbródek, wieńczący długą, choć wąską szczękę.

Haywick pomyślał, że ta kobieta byłaby dobra w miłości francuskiej, i 

poczuł w podbrzuszu unoszącą się falę ciepła. Jednocześnie  przypomniał 
sobie,   że   jest   nieczysty,   naznaczony   przez   obcych   podczas   niezwykle 
sugestywnego snu, jaki miał w nocy poprzedzającej wyjazd z LLA.

–   Widzisz,   Jolly,   zdobyliśmy   ten   genom   i   wymaga   on   tylko 

nieznacznych   modyfikacji.   Mamy   go   w   garści!   Ale   trzeba   było   go 
przeszmuglować przez granicę, więc jest ukryty w bezpiecznym miejscu, a 
to   miejsce   podobno   opisane   jest   w   którymś   artykule   na   temat   myszy. 
Chwytasz?

– Próbuję, Glorio. Macie towar przy sobie, ale dla bezpieczeństwa nie 

powiedziano wam gdzie?

– Towar? Ładnie powiedziane – wtrącił Haywick. – Coś w tym rodzaju, 

Jolly, lecz wcale nie musimy mieć go ze sobą. Może został przesłany pocztą 
kurierską   i   spokojnie   leży   w   ambasadzie   LLA,   skąd   dopiero   trzeba   go 
wydostać?   Albo   dostarczono   go   do   naszej   ambasady   w   LLA   i   został 
przesłany do któregoś z Mówiących w Mzinga? Kto wie, czy teraz nie leży, 
ciśnięty pod biurko, w jednym z urzędów.

– Eeee – skrzywiła się Herreira. – Musi być przechowywany w termosie 

z suchym lodem, a to daje duży pakunek, więc robiłby sporo kłopotu. Nie, 
nie   sądzę.   Wydaje   mi   się,   że   Anzelm   wpadł   na   bardziej   wyrafinowany 
pomysł.

– Podejrzewasz coś? – zaciekawił się Haywick.
Herreira wzruszyła ramionami.
– Bierzmy się lepiej do pracy. Tym razem działamy precyzyjnie, prawda, 

background image

Jolly?

– Taki miałam zamiar od samego początku, pani profesor.
Zajęli   się   uważnym   przeglądaniem   artykułów.   Mijały   godziny,   za 

oknami   zapadła   noc.   Mimo   miejskich   świateł   i   smogu   widać   było 
pojedyncze gwiazdy. Jolly wstała, przeciągnęła się i podeszła do szklanej 
tafli.

– Naprawdę myślisz, Ben, że coś stamtąd może zlecieć nam na głowy? – 

spytała.

– Odpowiem jak Stalin: ja nie myślę, ja wiem – zacytował Haywick.
– Brawo! Stalin to jakiś filozof?
– Hmm, chyba tak bym tego nie ujął.
Herreira podniosła głowę znad stosu odbitek.
– Widzę, że zbiera się wam na pogaduszki. Jeśli przewieziony materiał 

ma być aktywny, trzeba znaleźć go szybko, najlepiej jeszcze dziś.

– Przepraszam. – Jolly odwróciła się od okna, złożyła piąstki na podołku 

i dygnęła.

Haywick nie mógł powstrzymać uśmiechu.
–   Właśnie   przed   chwilą   znalazłam   to,   czego   szukamy.   Z   wrażenia 

natychmiast musiałam wstać, aby rozprostować nogi. Zawsze tak robię, gdy 
jestem   podekscytowana.   –   Przeniosła   spojrzenie   na   Haywicka   i 
odwzajemniła uśmiech.

* * *
–   „Fluorymetryczne   oznaczanie   dehydrogenazy   alkoholowej   u   ludzi   i 

szczurów" – przeczytała Herreira. – Tutaj miałoby być coś o myszach?

– Owszem. – Jolly skinęła głową, wysuwając wargi, jakby chciała jej 

przesłać pocałunek. – W akapicie o szczurach jest odnośnik, a w przypisie 
cytuje się porównawcze dane dla myszy. Właściwie w tej pracy to wtręt nie 
na temat, ale właśnie dlatego, w kontekście naszych poszukiwań, wydał mi 
się godny uwagi. Posłuchajcie:

Podobny eksperyment dotyczący fluorescencyjnych znaczników  in vivo 

przeprowadzono  uprzednio   (Wroczynsky   et al.,  2180)  na samcach   myszy  
(linia   klonalna   C824/18,   źródło:   Aldrich).   Do   pęcherzyków   nasiennych  
pięciu   sztuk   zwierząt   iniekcyjnie   wprowadzono   po   10   (±1)   plemników 
superior,   zmodyfikowanych   przez   wymianę   materiału   genetycznego   na 
uzyskany   z   somatycznych   komórek   po   haploidyzacji.   Otoczkę   tych 
plemników   standardowo   znakowano   białkiem   K24C,   którego 

background image

derywatyzowany   antygen   (1   ppm   wag.)   podawano   myszom   w   pokarmie 
(3fig/g   masy   ciała).   Ponieważ   zastosowane   białko   po   połączeniu   z 
antygenem   wykazuje   fluorescencję   (maks.   512   nm),   zastosowano   prostą 
metodę mikroskopii fluorescencyjnej (powiększenie 500x) do mechanicznego 
selekcjonowania plemników superior. Okazało się, że po 6 godzinach od 
podania   antygenu   pojawia   się   wybiórczo   na   powierzchni   plemników 
superior wyraźna fluorescencja, która osiąga maksimum po 15 godzinach, 
natomiast po 36 godzinach addukt ulega całkowitemu rozpadowi. Sposób 
Wroczynsky'ego   z   powodzeniem   zastosowano   w   niniejszej   pracy   do 
ilościowego   wyodrębnienia   zmodyfikowanych   plemników   u   szczurów. 
Modyfikację przeprowadzano 
in vivo metodą nanoenzymatyczną...

– Wystarczy – przerwała jej Herreira. – Chyba... znaleźliśmy wskazówki. 

To znaczy wiadomo, gdzie jest materiał.

– Iw jaki sposób go odzyskać – dodała Jolly.
Obie   kobiety   spojrzały   na   Haywicka,   po   czym   jak   na   komendę 

wybuchnęły śmiechem. Jemu nie było aż tak wesoło, lecz po chwili dołączył 
do   nich   z   grzeczności.   Herreira   śmiała   się   spazmatycznie,   chwytając 
powietrze   krótkimi   haustami   i   kręcąc   głową   po   zagłówku   fotela.   Po 
policzkach ciekły jej łzy, czarne od makijażu. Śmiech Jolly był głęboki i 
dźwięczny, nie pasujący do małej ptasiej głowy z nosem przypominającym 
dziób drapieżcy. W końcu umilkły, dysząc jak po ostrym biegu.

– Musisz to załatwić ilościowo – oświadczyła Jolly, zwracając się do 

Haywicka.   –   Chociaż...   nie   jestem   przekonana,   czy   mężczyźnie   można 
powierzyć tak odpowiedzialne zadanie, zwłaszcza jeśli w sprawę wplątany 
jest jego, ehm, narząd rozrodczy. W tych przypadkach zwykle głowa traci 
kontrolę na resztą.

– Antygen! – przypomniała Herreira. – Przede wszystkim potrzebujemy 

derywatyzowanego antygenu białka K24C. Następny etap przedsięwzięcia 
jutro   rano,   po   piętnastu   godzinach.   Wysyłaj   hiperpilne   zamówienie,   bez 
względu na koszty!

Jolly wstała i zdjęła fartuch.
– Wychodzę – oświadczyła. – Jadę po prezerwatywy, które trzeba będzie 

wysterylizować i sprawdzić ich szczelność. Za godzinę jestem z powrotem. 
Co do antygenu, to mamy zapas, używam tego markera standardowo.

– Pojadę z tobą – zaoferował się Haywick. Czuł się nieswojo.
– O nie – zdecydowanie zaprotestowała Herreira. – Stałeś się zbyt cenny. 

background image

Nie ruszysz się stąd, dopóki nie uzyskamy materiału. Będziesz spał w moim 
gabinecie.   Kto   by   pomyślał,   że   twoje   nasieniowody   stanowią   rezerwuar 
najkosztowniejszych genów na świecie?

Haywick się zaczerwienił.
–   Niemądre   żarty   –   burknął.   –   Każdy   sposób   był   dobry,   tobie   także 

można było wszczepić jakieś jajo superior.

–   Już   dobrze,   Benny.   –   Podniosła   dłoń   w   pojednawczym   geście.   – 

Wyluzuj   się,   myśl   o   przyjemnych   sprawach.   Ja   lubię   wyobrażać   sobie 
morskie pejzaże i bezludne plaże.

Jolly   wzięła   torebkę   i   poprawiła   włosy.   Przy   drzwiach   przystanęła   i 

odwróciła się.

– Jeszcze jedno – powiedziała. – Istnieje pojęcie znaleźnego, to znaczy, 

że...

– Chcesz wyższą premię? – spytała Herreira z nutką lekceważenia.
–   Ponieważ   to   ja   odnalazłam   artykuł   lokalizujący   plemniki   superior, 

chciałabym ponieść odpowiedzialność za bezpieczne uzyskanie materiału. 
Nie zapominaj także, że niedawno obwołałaś mnie najlepszym gentechem w 
grupie. Po trzecie, jak już mówiłam, nie wolno zdać się tylko na chłopa, bo 
orgazm każdemu z nich stuprocentowo hamuje wyższe funkcje korowe. Co 
będzie, jak zmarnuje próbkę? Albo choćby tę część, w której znajdują się 
drogocenne plemniki?

Herreira wzruszyła ramionami. Doznawała niecodziennego pomieszania 

emocji:   uraza   walczyła   w   niej   z   rozbawieniem.   W   końcu   negatywne 
odczucia wzięły górę i oświadczyła chłodno:

– Chcę tylko mieć aktywny materiał, reszta nie jest istotna. Jeśli doktor 

Haywick   nie   potrafi...   –   pochyliła   twarz,   by   ukryć   uśmiech,   gwałtem 
przebijający skorupę niechęci – albo nie chce sam załatwić sprawy, nikt nie 
może   ci   zabronić   asystowania.   Jak   on   się   zgodzi,   rzecz   jasna.   W  końcu 
wszyscy tutaj wyglądają na dorosłych – zakończyła oficjalnym tonem.

Haywick po raz pierwszy w życiu modlił się. Zacisnął powieki i prosił 

Boga,   żeby   nastąpiło   nagłe   trzęsienie   ziemi   albo   żeby   gdzieś   niedaleko 
uderzył pierwszy lodowy bolid. W ostateczności mogłaby chociaż zdarzyć 
się poważna awaria zasilania. Wszystko po to, żeby ludzie przestali się nim 
interesować, chociaż na chwilę, wtedy może zdąży dojść do siebie.

Obnażony stał przed kobietą i czuł na sobie lodową obręcz. Nic i jeszcze 

raz nic! Nie przypuszczał, że w życiu może mu się coś takiego przydarzyć.

background image

– Spokojnie, tylko spokojnie – powtarzała Jolly. – Zrelaksuj się, przecież 

nie chcę zrobić ci krzywdy.

– Odejdź – wystękał. – To nie ma sensu. – Sięgnął po ubranie.
– Dobrze, zróbmy przerwę. A może masz ochotę na drinka?
– Nie wygłupiaj się. Lepiej zaparz kawy, muszę się zastanowić.
–   Aha.   Nie   mam   pewności,   czy   zastanawianie   się   jest   najlepszym 

wyjściem...

– Przestań! – wybuchnął. – Wam łatwo gadać, wystarczy rozłożyć nogi i 

zaaplikować środkowym palcem sexygel!

– Hola, doktorku! Wolnego! Lepiej policz do dziesięciu, zanim znowu 

coś palniesz. Chyba nie masz powodu, żeby akurat mnie obrażać?

– Przepraszam, uniosłem się. Co z kawą?
– Już prawie gotowa.
Po chwili siedzieli nad parującymi filiżankami, a wokół rozchodził się 

aromat kolumbijskiej plantacji.

– Mogę o coś spytać? – Jolly przerwała milczenie. – Chodzi mi o to... 

czy często reagujesz w ten sposób? U nadwrażliwców to naturalne, a stres 
dodatkowo hamuje te... reakcje.

Haywick pokręcił głową.
– Nie, Jolly, coś jest nie tak. Nie rozumiem. Zaraz, poczekaj...
Przywołał   z   pamięci   koszmary,   które   męczyły   go   poprzedniej   nocy. 

Chirurg obcych, penetrujący jego brzuch chłodnym ostrzem, a potem ten 
upokarzający chwyt i smarowanie członka obrzydliwą mazią. Nadal miał 
wrażenie, że jest brudny, skażony menstruacyjną wydzieliną.

– Czuję się nieczysty – powiedział do siebie. – Warunkowanie? Taaa, 

może właśnie o to chodzi?

– O co chodzi, Ben? Opowiedz nam, może coś poradzimy. – W drzwiach 

stała Gloria. Nie było jej do śmiechu.

– Podsłuchiwałaś – mruknął Haywick. – Dobra, wejdź i siadaj.
Opowiedział   im   o   śnie,   porwaniu,   zabiegach   dokonywanych   na   nim 

przez obcych. Nie pomijał drastycznych szczegółów. Nagle Herreira zerwała 
się i uniosła ręce w swoim nieustającym tańcu.

– To jest po prostu genialne! Anzelm i jego zespół zabezpieczyli materiał 

w   sposób   niemal   doskonały,   to   znaczy   zapobiegli   możliwej   utracie 
plemników! Wykazujesz teraz niechęć do kobiet, do wszystkiego, co jest 
związane z seksem. Potrzebny nam dobry psychiatra, i to natychmiast! Nie 

background image

obraź się, Ben, ale tylko specjalista może zdjąć z ciebie odium, uwierz mi! – 
Przysiadła i położyła mu  dłonie na kolanach. Jej oddech pachniał miętą, 
miała wielkie ciemnobrązowe tęczówki. W sumie jest ładna, ale nie w moim 
typie – pomyślał obojętnie.

– Nie mamy wiele czasu – wtrąciła Jolly, spoglądając na zegarek. – Po 

podaniu   antygenu   natężenie   fluorescencji   właśnie   osiągnęło   maksimum   i 
zaczyna maleć. Pozostaje jeszcze wariant zabiegu chirurgicznego, w końcu 
powinniśmy jakoś wydostać ten genom...

– Zwariowałaś?! – krzyknęła Herreira, unosząc zakrzywione palce. – Nie 

pozwolę, aby dla hipotez znów narażano ludzkie zdrowie! Dosyć ofiar!

Jolly zaczepnie uniosła brodę.
– O ile wiem, taki laparoskopowy zabieg jest prostszy niż resekcja zęba. 

I równie bezpieczny.

Sprzeczkę przerwało stukanie do drzwi. Do pokoju pospiesznie weszła 

sekretarka Herreiry, błyskając białkami oczu w czarnej jak węgiel twarzy. 
Stanęła na baczność i wyrecytowała:

–   Mówiący   z   Tablicami   ma   wolę   rozmawiać   z   bladym   Zaklinaczem 

Gwiazd!

Truchtem podbiegła do Haywicka i wcisnęła mu w rękę słuchawkę.
– Czy mój głos spływa na bladego Zaklinacza Gwiazd z Góry Sępa? – 

padło pytanie ministerialnej asystentki, która kontynuowała, nie czekając na 
odpowiedź:   –   Jeśli   tak,   to   Zaklinacz   zaraz   usłyszy   słowa   Mówiącego   z 
Tablicami.

– Halo!
– Witaj, Benny – rozległ się znajomy głos Johnny'ego. – Pozwolisz, że 

pominę   formalności,   bo   nie   mamy   zbyt   wiele   czasu.   Twoje   proroctwo 
zaczyna się spełniać, niestety. Byłeś odcięty od świata, więc nie wiesz: jutro 
po południu w rejonie Manejho spadnie lodowa bryła o średnicy trzystu 
stóp.   To   jakiś   zabłąkany   harcownik   twojego   roju,   ściągnięty   o   dwa 
okrążenia Słońca wcześniej siłami grawitacyjnymi Jowisza. Poza tym zdaje 
się, że to odprysk większego kawałka, który został trafiony głowicą jądrową, 
wystrzeloną z latyfundium Syberia Wschodnia. Gdyby nie ten strzał, całe 
paskudztwo minęłoby Ziemię w odległości większej niż orbita Księżyca, a 
tak mamy pasztet, i to pechowo akurat u nas. Tak czy owak, chcę, żebyś tam 
był. Nazwijmy to zadanie specjalistyczną inspekcją na miejscu. Jak widzisz, 
sprawa urasta do rangi państwowej, chyba nie muszę nic więcej tłumaczyć. 

background image

Od dziś otrzymujesz pełnomocnictwa Mówiącego Akredytowanego. Wiesz, 
co to oznacza?

– Domyślam się – wybąkał Haywick.
– To dobrze. Szykuj się, jutro rano przyślę helikopter. Dziś powinieneś 

załatwić   wszystkie   swoje   sprawy.   Pomoże   ci   w   tym  Zaklinacz   Duchów, 
który   przybędzie   za   godzinę.   Bądź   z   nim   szczery,   to   naprawdę   dobry 
fachowiec. Jestem na bieżąco, Herreira na moją prośbę ustanowiła ciągłą 
łączność. Chyba nie masz mi za złe? Jakieś pytania, Mówiący Ak?

– Nie... Tak... To znaczy, nic nie rozumiem...
–   Czyli   wszystko   jasne   albo   wkrótce   takie   będzie.   Zdasz   relację   po 

powrocie z Manejho. Powodzenia.

Łączność została przerwana. Haywick rzucił słuchawkę na stół i ścisnął 

dłońmi skronie.

– Cholera! Chcę do swoich teleskopów i ciszy nocnego nieba! – wyjąkał.
Herreira położyła mu dłoń na ramieniu.
–   Weź   się   w   garść,   Benny.   Razem   damy   radę...   mój   ty   angelański 

kumplu. Pamiętaj, że nikt inny tylko ty rozpętałeś tę burzę, więc musisz być 
konsekwentny do końca.

Haywick   przykrył   jej   dłoń   swoją.   Próbował   się   uśmiechnąć,   ale   nie 

wyszło mu to najlepiej.

Grota Duchów znajdowała się na siódmym piętrze i pilnowało jej zawsze 

dwóch   półnagich   wojowników   w   tradycyjnych   strojach   Zulusów.   Ich 
umięśnione   ciała   błyszczały   od   olejków,   na   ramionach   i   czołach   nosili 
barwne płócienne opaski. Patrząc na nich, miało się wrażenie, że bojowe 
włócznie i wrzecionowate tarcze trzymali w gotowości nie tylko na pokaz. U 
pasa zawiesili długie noże w pochwach z roślinnej plecionki.

– Byłam raz w środku – szepnęła  Herreira, trzymając  Haywicka pod 

ramię. – Tam jest... tak dziwnie.

– Należy poczekać przed wejściem. – Szaman Chaty, który osobiście 

pofatygował się po nich do laboratorium, zwrócił się do Herreiry: – W razie 
potrzeby zostaniesz wezwana, Zaklinaczko Pisma Krwi.

Haywick został wpuszczony przez uchylone drzwi. Wewnątrz panował 

półmrok,   w   którym   pełgały   płomyki   lamp   oliwnych.   Ściany   wyłożono 
bazaltowymi  skałami  i inkrustowano górskimi kamieniami,  załamującymi 
światło.

Z   mroku   wyłonił   się   zasuszony   Mulat.   Miał   wysokie   czoło   ze   stale 

background image

uniesionymi   brwiami,   co   implikowało   wyraz   permanentnego   zdziwienia. 
Spowijał go czerwononiebieski sarong. Z powodu niskiego wzrostu stale 
spoglądał w górę, więc ledwie pochylił głowę w powitaniu, nie spuszczając 
wzroku z przybysza.

– Moje serce raduje się na widok Zaklinacza Gwiazd, który niebawem 

stanie   się   Mówiącym   Ak'.   Przybyszu,   czy   odczuwasz   w   tym   miejscu 
emanację mocy?

– Nie. – Haywick nie silił się na etykietę. Przyszedł tu wyłącznie na 

prośbę Johnny'ego. – Wyczuwam tylko dym.

–   Doskonale   –   pochwalił   go   człowieczek,   gdy   już   zamknęły   się 

dźwiękoszczelne drzwi. – Więc przynajmniej jeden zmysł masz w porządku, 
blady Zaklinaczu. Co z resztą?

–   Nic.   Normalnie   –   burknął,   bo   żadna   sensowna   odpowiedź   nie 

przychodziła mu do głowy.

–   Normalnie?   –   Wydawało   się,   że   brwi   tamtego   uniosły   się   jeszcze 

bardziej. – Więc zawsze byłeś impotentem?

Haywick poczuł, że się czerwieni. Do licha, nie dość, że bierze udział w 

idiotycznych   obrzędach,   to   jeszcze   ma   znosić   upokorzenia?   Przybrał 
protekcjonalną postawę.

– Czy możemy skończyć tę bezsensowną rozmowę? Naprawdę szkoda 

mojego czasu.

Mulat   uśmiechnął   się   i   podszedł   tak   blisko,   że   naruszył   prywatną 

przestrzeń Haywicka. Sięgał mu ledwie do szyi.

– Nie, kolego, nie możemy teraz skończyć, bo mam zamiar cię rozplatać 

i usunąć blokadę. Po to zostałem wezwany. Jestem doktorem psychiatrii i 
uporałem się z dużą liczbą podobnych przypadków w czasie swojej długiej 
praktyki.

Haywick spojrzał zdziwiony, po czym wzruszył ramionami.
– Tak, mój drogi – kontynuował tamten. Wspiął się na palce i obmacał 

mu   głowę,   potem   kciukami   ucisnął   zagłębienia   pod   uszami.   – 
Nieskomplikowany   pyknik,   lekka   neurastenia,   introwertyk,   stonowany 
desperat... dobrze... A co z kosmitami? Wmówili ci banał, kolego, ale nie 
miałeś wyboru. Ej! – Przejechał mu dłonią po brzuchu, musnął genitalia. – 
Nie obawiaj się, mam prawidłową orientację. Zrobili z ciebie babę w drugim 
dniu okresu, do licha! Dobra, coś poradzimy.

– Zaraz... Skąd pan wie? Podsłuch...?

background image

Zamiast   odpowiedzi   karzeł   błyskawicznym   ruchem   uniósł   ręce   jak 

skrzydła i złożył je raptownie, niezbyt mocno uderzając Haywicka w skronie 
wewnętrznymi   kantami   dłoni.   Na   moment   zastygł   w   pozycji,   w   której 
przypominał olbrzymiego pająka: mały kadłubek z doklejoną głową, za dużą 
o trzy  rozmiary, nienaturalnie zadartą, i wzniesione  pałąkowate  ramiona. 
Stojącego sztywno Haywicka ogarnęła niespodziewana fala gorąca, płynąca 
od góry, od pulsujących uderzonych miejsc. Lała się parzącym strumieniem 
po   żebrach,   biodrach,   brzuchu,   aż   dotarła   do   krocza.   Miał   wrażenie,   że 
siedzi zanurzony po pas w mocno podgrzanej wodzie, w jacuzzi ze słabym 
prądem.   Właściwie   czuł   się   dobrze,   bo   wszelkie   nieczystości,   których 
obecności   był   przedtem   świadomy,   rozpuszczały   się   i   były   stopniowo 
wypłukiwane   przez   tę   cyrkulującą   wodę.   Ceremonialne   ablucje, 
mistrzowskie uwarunkowanie katharsis! Należało to docenić, niezależnie od 
okoliczności.

Woda opadła, uciekła gdzieś bokiem. Mulat stał przed nim z założonymi 

rękami.

–   Jesteś   zdrów,   blady   człowieku   –   oświadczył.   Podszedł   do   drzwi   i 

otworzył   je   z   rozmachem,   wpuszczając   kaskady   ostrego   światła.   – 
Zaklinaczko Pisma Krwi, przyzywam cię, abyś zajęła się ozdrowieńcem.

Haywick   ruszył   szybko   do   wyjścia,   potykając   się   o   próg,   ale   Mulat 

zatrzymał go, łapiąc za ramię. Okazało się, że ma szponiaste, ptasie palce, 
które potrafią zacisnąć się nadspodziewanie mocno.

–   Tak   –   mruknął,   przewiercając   pacjenta   spojrzeniem,   skierowanym 

jednak trochę w bok, jakby na inny plan. Miał bladoniebieskie, wodniste 
tęczówki. – Jeszcze się spotkamy, chłopcze. Zwą mnie Azrael, zapamiętaj to 
imię. Twój duch jest miękki jak plaster miodu pszczół Bonghilha.

Haywick zdołał się wyswobodzić dopiero wtedy, gdy Azrael mu na to 

pozwolił.   Przepchnął   się   przez   drzwi,   wpadając   prosto   w   objęcia 
nadbiegającej Herreiry.

– Nie zrobili ci nic złego? – spytała z matczyną troską.
– Skądże, nie... nie wiem – westchnął. – Ten facet... – Pokręcił głową.
– Masz rację, jest niesamowity, ale wierzę, że ci pomógł. Chodźmy już 

na   górę.   –   Pociągnęła   go   za   rękaw,   ale   zaraz   odwróciła   się   i   dodała   z 
naciskiem:  – Ale tym razem wybij sobie z głowy eksperymenty  z Jolly. 
Osobiście dopilnuję, aby wszystko było tak, jak trzeba.

Po   prostu   podeszła   i   zwyczajnie   rozpięła   mu   spodnie,   a   potem   bez 

background image

zbędnej zwłoki zrobiła  fellatio,  krótko, ale porządnie. Zgodnie z regułami 
ars amandi nawet znalazł się czas na coś w rodzaju okrojonej gry wstępnej. 
W tym akcie było znacznie mniej spontaniczności niż naukowej precyzji, 
potem   jednak   wszyscy   uczestnicy   wyglądali   jeśli   nie   na   spełnionych,   to 
przynajmniej usatysfakcjonowanych. Haywick głównie dlatego, że miał to 
już za sobą, Herreira, bo pozyskała cenny materiał, a Jolly... No tak, Jolly 
stanowiła zagadkę, ale ona także się uśmiechała, zapinając fartuch.

Gdy Herreira weszła do gabinetu, prowadząc Haywicka, Jolly już tam 

była. Rozchyliła fartuch laboratoryjny, pod którym nie miała nic, i Haywick 
musiał przyznać, że jej ciało było bardzo młode, zwłaszcza w porównaniu z 
twarzą.   Wąska   i   płaska,   mocno   wcięta   w   talii,   mogła   ekscytować. 
Gruszkowate   piersi   wieńczyły   wydłużone   sutki   o   bladoróżowym 
zabarwieniu,   pępek   jak   cięcie   noża   idealnie   dzielił   krągłość   brzucha, 
nastroszona gęstwa płomiennych kędziorów zapowiadała skarby ukryte w 
gąszczu   ostępów   eldorado.   W   jednej   krótkiej   chwili   Haywick   zyskał 
pewność,   że   znów   jest   mężczyzną.   Wystraszył   się,   że   może   zmarnować 
materiał, i odwrócił wzrok.

–   Poczekaj!   –   krzyknęła   Herreira   i   zasłoniła   sobą   Jolly,   po   czym 

metodycznie   wzięła   się   za   Haywicka.   Kilkoma   ruchami   dostała   się   do 
środka, po czym założyła mu dwie prezerwatywy, jedną na drugą. Mogła z 
tym zaczekać, aż oparcie stanie się silniejsze, lecz wolała nie ryzykować. 
Potem ujęła go pewną dłonią, przykucnęła i rozpoczęła fellatio, mrużąc oczy 
i mrucząc jak kotka. Nie musiała długo czekać, właściwie nie czekała nawet 
trzech cyklów. Mruknęła głośno i pracowała dalej.

Jolly natychmiast zeskoczyła ze stołka i zbliżyła się. Czekała, kołysząc 

biodrami,   bo   miała   świadomość,   że   przy   takiej   asyście   proces   transferu 
materiału powinien być zbliżony do ilościowego. Gdy emocje już opadły, 
odebrała od Herreiry prezerwatywy i wręczyła jej nowe.

–   Nie   możemy   pozwolić   sobie   na   żadne   straty,   dopóki   nie   policzę 

fluoryzujących obiektów. Gdy zlokalizuję dziesięć, będziesz wolny, Benny, 
ale jak któregoś zabraknie, powtarzamy zabieg, prawda, szefowo? Daj znać, 
proszę, gdybyś potrzebowała zastępstwa.

Znaleziono   i   wyizolowano  osiem  fluoryzujących   plemników   superior. 

Pozostałych dwóch albo od początku nie było w materiale, albo zmarnowały 
się,   czy  to  na  samym   początku,  podczas  wprowadzania   do  pęcherzyków 
nasiennych, czy obumarły lub zgubiły się później. Mimo kilku kolejnych 

background image

prób, które trwały aż do rana, nie udało się ich odzyskać. I tak wydajność 
równa   osiemdziesięciu   procentom   do   dobry   rezultat,   uznała   Herreira   i 
wreszcie  dała znak  do zaprzestania  wysiłków. Jolly pokręciła głową, ale 
ustrzegła   się   komentarza.   Obniżyła   temperaturę   zamrażalnika   i   poszła 
parzyć kawę.

–   Nie   sądzisz,   że   nasze   laboratorium   dysponuje   znakomitymi 

fachowcami? – spytała Herreira, rozczesując włosy.

– Wierzę, że kiedyś wyekstrahujecie żywe komórki z księżycowej skały 

– stwierdził Haywick. Nie powinien specjalnie narzekać, ale odczuł coś w 
rodzaju ulgi, gdy usłyszał warkot helikoptera podchodzącego do lądowania 
na dachu budynku.

background image

ROZDZIAŁ 8

Lecieli   nisko,   w   szyku   bojowym,   łoskot   silników   rozsadzał   głowę. 

Niemal muskali podwoziem wierzchołki świerków, a wyższe drzewa musieli 
wymijać gwałtownymi skrętami. W kabinie hulał wiatr, bo okna strzelnicze 
były szeroko otwarte.

–   Dlaczego   nie   wzniesiemy   się   wyżej?!   –   Haywick   usiłował 

przekrzyczeć hałas.

Siedzący   obok   Szaman   od   Włóczni   wskazał   na   uszy   i   rozłożył   ręce. 

Nosił   paradny   ciemnozielony   mundur   ozdobiony   złotymi   epoletami, 
plecionymi wstążkami i mnóstwem orderów. Jeden z pilotów odwrócił się i 
podał Haywickowi słuchawki, a ten powtórzył pytanie.

– Rozkaz Mówiącego z Włóczniami – brzmiała odpowiedź. – W kraju 

obowiązuje stan podwyższonej gotowości bojowej, Mówiący Ak'.

– Z powodu bolidu?
–   Nie   wiadomo,   co   wydarzy   się   po   uderzeniu   demona   niebios.   Nie 

wiemy, jakie będą straty ani kto zechce na tym skorzystać.

Haywickowi   przeciąg   świstał   w   uszach,   było   mu   niedobrze   od 

gwałtownych przeciążeń. Po obu stronach, na nieco wysuniętych pozycjach 
widział   inne   maszyny,   podobne   do   wielkich   drapieżnych   owadów, 
przechylających   się   w   locie,   aby   lepiej   wyśledzić   ofiarę.   Choć   był 
agnostykiem,   prosił   Pana   o   szczęśliwy   i   szybki   koniec   tej   szaleńczej 
podróży.

Nagle las został za nimi. Gnali teraz nad wodą, od której oślepiająco 

odbijało   się   słońce.   Potem   przemknęli   tuż   nad   dachami   okrągłych   chat, 
krytych   trzciną.   Zaskoczeni   ludzie   rozbiegali   się,   przestraszeni,   a   ci 
znajdujący się nieco dalej wiwatowali, podskakując lub machając rękami.

–   Jesteśmy   na   miejscu,   Mówiący   Ak'   –   usłyszał   w   słuchawkach.   – 

Zgodnie z wolą Mówiącej ze Słońcem od tej chwili otrzymujesz  władzę 
Wodza Wojny w tym okręgu, ale tylko na czas bitwy.

– Bitwy...?
– Tak, Mówiący Ak'. – Szaman skłonił się. – Bitwa z demonem niebios 

zaczęła się w chwili, w której stawiliśmy się na spotkanie, a skończy się 
godzinę po głównym starciu. Taka jest wola Mówiącej ze Słońcem.

Haywick poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Był przekonany, że mają 

background image

zamiar   zatrudnić   go   jako   doradcę,   że   z   pozycji   eksperta   udzieli   kilku 
wskazówek, a tutaj... pełnia władzy i odpowiedzialności. Może wystawili go 
na kozła ofiarnego? Parszywego bladziucha najlepiej załatwić właśnie w taki 
sposób. Ale nie, to niemożliwe, bo Johnny jest, co prawda, sybarytą, ale nie 
świnią. Ściślej: dotychczas nie był świnią.

– Wznosimy się! – nakazał. – Wyżej! – Pomógł sobie gestem, wskazując 

do góry.

Szaman od Włóczni zawahał się.
– Czy to jest rozkaz Wodza Wojny? – spytał.
– Tak! I pozamykajcie te okna!
Zrobiło   się   ciszej,   gdy   wiatr   przestał   wyć   w   szczelinach,   karabiny 

maszynowe zostały wciągnięte. Eskadra z rykiem silników poderwała się na 
większą wysokość.

– Wystarczy. – Haywick rozejrzał się po okolicy. Niestety, teren był 

zupełnie   płaski,   miejscami   podmokły,   pełen   jezior   i   strumieni.   Widział 
okrągłe   chaty   pogrupowane   po   kilkanaście,   tworzące   osady,   pomiędzy 
którymi   rozciągała   się   koślawa   szachownica   pól   uprawnych.   Na   polach 
spokojnie pracowali ludzie, przy chatach bawiły się nagie dzieci. – Kiedy 
upadnie bolid?

Murzyn spojrzał na zegarek.
– Według ostatniej informacji za... sześćdziesiąt trzy minuty. Zaraz. – 

Przekrzywił   głowę,   odbierając   komunikat   przez   groszkową   słuchawkę.   – 
Jest korekta. Za pięćdziesiąt osiem minut.

– Dlaczego ci ludzie nie zostali ewakuowani?!
Mężczyzna zwrócił do niego szeroką, mięsistą twarz.
Białka jego oczu były żółte, pełne galaretowatych narośli.
– Dokładne miejsce  uderzenia demona  niebios nie było znane, wciąż 

wiemy tylko tyle, że powinien spaść gdzieś tutaj. – Zatoczył ręką koło. – 
Trzeba   byłoby   ewakuować   pół   prowincji,   a   w   tych   okolicach   nie   ma 
dobrych dróg. Za mało czasu, Mówiący Ak'.

Haywick   poczuł,   że   dla   odmiany   ma   teraz   zimne   policzki   i   dłonie. 

Spojrzał   w   górę,   ale   słońce   świeciło   wesoło   i   nic   nie   zapowiadało 
kataklizmu.

– Czy mamy głośniki? Megafony?!
Murzyn patrzył przez chwilę, nie rozumiejąc, ale nagle uśmiechnął się i 

skinął głową.

background image

– Tak, Mówiący Ak'. Trzy samoloty są wyposażone w ryki żelaznych 

bawołów.

– Dobre i to. Czy chaty są podpiwniczone?
– To tylko proste szałasy z trzciny.
– No a jakieś podkopy, magazyny? Gdzie trzyma się zapasy?
Szaman skinął głową.
– Tak, Wodzu Wojny. Mają silosy, po jednym na wioskę, zabezpieczone 

przed deszczem. W nich przechowują kukurydzę i ryż.

–  Więc   każ   natychmiast   przeczesać   cały   teren   i  nadaj   przez   głośniki 

polecenie,   żeby   wszyscy,   bez   wyjątków,   bezzwłocznie   pochowali   się   w 
silosach,   położyli   się   na   ziemi,   jak   najgłębiej   i   jak   najdalej   od   wejścia. 
Jasne? – Otarł pot z czoła.

– Rozkaz Wodza Wojny!
Murzyn chwycił inny mikrofon i zaczął szybko mówić w miejscowym 

dialekcie, stanowiącym zbitkę dawnego amerykańskiego miejskiego slangu i 
słów zapożyczonych z kilku afrykańskich języków. Gdy skończył, rozwinął 
mapę i położył ją sobie na kolanach.

– Jesteśmy tutaj. – Wskazał miejsce. – demon niebios według ostatnich 

prognoz ma uderzyć tu, jakieś dwadzieścia mil na zachód. Czas: czterdzieści 
dwie minuty. Powinniśmy już kierować się do schronu, Mówiący Ak'.

– Silos na ryż?
Szaman od Włóczni rozciągnął twarz w uśmiechu.
– Bardzo specjalny. Mamy tutaj schron na wypadek konfliktu jądrowego, 

przeznaczony dla sił dowodzenia. Więc dla nas. – Wyszczerzył żółte zęby.

– Najpierw chcę skontrolować samoloty z głośnikami.
– Wedle rozkazu. Mamy pierwszy na fonii.
W   słuchawkach   rozległ   się   przytłumiony   łoskot   silnika   innego 

śmigłowca i skrzeczący głos, płynący z megafonu. Po chwili przełączono 
podsłuch kolejno na pozostałe dwie maszyny.

– Będą nadawać jeszcze około dwudziestu minut, a potem dołączą do 

nas.   Samoloty   trzeba   zabezpieczyć   w   podziemnym   hangarze,   a   piloci 
schronią   się   na   niższych   poziomach.   Mamy   niewielu   dobrych   pilotów   i 
jeszcze mniej maszyn, Mówiący Ak'.

– Więc lećmy – zgodził się Ben. Nie mógł zrobić nic więcej.
Eskadra   zmieniła   kierunek   lotu,   pozostawiając   nad   okolicą   trzy 

śmigłowce   nadające   komunikat.   Haywick   spostrzegł   z   góry,   że   kobiety 

background image

zaganiają dzieci do otwartych spichlerzy i same szukają w nich schronienia, 
natomiast   mężczyźni,   wsparci   na   kijach   i   widłach,   stoją   na   otwartej 
przestrzeni i spoglądają w niebo.

– Każ nadać – zażądał Haywick – że ci, którzy nie podporządkują się 

rozkazowi, będą wygnani, a ich majątek zostanie skonfiskowany! Pospiesz 
się!

– Jestem posłuszny.
Szaman od Włóczni ujął mikrofon i ponownie przemówił slangiem, więc 

Haywick   rozumiał   tylko   pojedyncze   słowa.   Zauważył,   że   większość 
mężczyzn  z ociąganiem skierowała się ku silosom.  Czuł, jak po plecach 
spływają mu zimne krople.

– Są skorygowane dane – odezwał się Murzyn. – Trzydzieści minut bez 

kilku sekund. Punkt zero leży w kwadracie AB47, to jest... tutaj.

Jego gruby, krótki palec o wygryzionym paznokciu spoczął na mapie. W 

tym   miejscu   widniało   niewielkie   jezioro,   nad   którym   przed   chwilą 
przelatywali. Na brzegach zaznaczono kilka osad.

– Cholera – zaklął Haywick. – Niech ludzie stamtąd uciekają i schronią 

się w innych wioskach!

– Za późno, nie zdążą, eksplozja powali ich na otwartym terenie. Nie 

zdążymy także nadać instrukcji, bo wszystkie samoloty już kierują się do 
bazy. Nie mamy żadnej rezerwy czasowej. Tak mi przykro, Mówiący Ak'.

–   Słuchaj.   –   Haywick   uniósł   się   na   tyle,   na   ile   pozwalały   mu   pasy. 

Dygotał, tracił panowanie nad sobą. –

Nie ja będę odpowiadał za ich śmierć, nie myślcie, że ja!!!
– Och, nie ty, Mówiący Ak'. Ludzie rodzą się, żeby umrzeć, a demon 

niebios   pokazuje   tylko   jeden  ze   sposobów,   w  jaki   mogą   to   zrobić.   Jeśli 
demon będzie wystarczająco silny, dosięgnie nas nawet pod ziemią.

Haywick   opadł   na   fotel   i   ścisnął   kciukami   skronie.   Nawet   nie   znał 

prędkości bolidu, która w przypadku bryły o średnicy trzystu stóp będzie 
miała decydujące znaczenie. W najgorszym razie po gwałtownym zderzeniu 
powstanie plazma o olbrzymiej energii. Eksplozja wyrwie niemal milowy 
krater, a podziemne wstrząsy skruszą najgłębiej rozmieszczone bunkry w 
okolicy. Nie mówiąc już o wioskach, silosach, lasach i zewnętrznej warstwie 
gleby,   bo   to   wszystko   zostanie   zmiecione   i   wyrzucone   w   atmosferę   w 
postaci gazów, pary i pyłu. Cóż, został królikiem doświadczalnym, żywym 
próbnikiem, wystawionym na zainkasowanie pierwszego ciosu. Tylko kto 

background image

potem poprowadzi jego projekt? Oczywiście Herreira, on na tym etapie nie 
jest   potrzebny,   i   dlatego   Johnny   nie   zawahał   się,   proponując   mu   tę 
zaszczytną funkcję.

Samoloty kolejno wlatywały nad teren ogrodzony drutem kolczastym i 

pospiesznie siadały na zagłębionej płycie lądowiska. Płyta była ruchoma i 
maszyny zostały przetransportowane w głąb podziemnego hangaru sprawnie 
jak na taśmie montażowej. Pootwierano drzwiczki i rośli żołnierze pomogli 
im   wydostać   się   ze   śmigłowców,   wskazując   zejście.   Kręconą   klatką 
schodową szybko zbiegali na niższe poziomy, zatrzymując się na podestach 
i czekając na otwarcie kolejnych śluz.

– Korekta: sześć minut – informował Szaman od Włóczni. – Punkt zero 

przesunięty o pięćset stóp na zachód, na sam brzeg wody.

Znaleźli   się   w   ogromnej,   słabo   oświetlonej   naturalnej   grocie. 

Pomieszczenie to zostało poszerzone, o czym świadczyły żłobienia o innym 
odcieniu widoczne na ścianach. W górze, w centralnym punkcie pieczary, 
utrzymywana   z   sześciu   stron   potężnymi   stalowymi   sprężynami,   zawisła 
przypominająca batyskaf elipsoida z jasnego metalu. Obiekt ten połączono z 
galerią za pomocą trapu, obwieszonego pękami przewodów. Okrągła klapa 
była otwarta.

– Szybko, na górę! – krzyknął Szaman i ruszył pierwszy. Po stopniach 

wykutych w skale wbiegli na galerię i uginającym się pod stopami mostkiem 
przedostawali się kolejno do wiszącego bunkra.

– Na trapie mogą jednocześnie przebywać tylko dwie osoby! – krzyknął 

żołnierz, dyżurujący przy wejściu.

Gdy   przebiegli   wszyscy,   zamknął   klapę   i   uszczelnił   właz,   ręcznie 

dokręcając koło.

– Trzydzieści sekund – stwierdził Murzyn. Zamknął oczy i mówił coś 

szeptem, zbyt cicho, aby można było zrozumieć słowa.

Haywick usiadł na jednym z wolnych foteli, opuścił oparcie i przypiął 

się. Zacisnął kurczowo palce na poręczach.

Wtedy usłyszał jęk. Nie był to ludzki jęk, lecz przeciągłe westchnienie 

pancernych blach, dźwigarów, stalowych konstrukcji, warstw ziemi i skały. 
Jęk zanikał i powracał, cichł i wzmagał się, raz był brzęczącym szeptem, raz 
głębokim dudnieniem na granicy słyszalności. Dopiero potem nastał szum w 
postaci   wibracji.   Blachy   zadźwięczały   w   wysokich   rejestrach,   a   cała 
konstrukcja zakołysała się jak statek na martwej fali. Nagle zabrzmiał ostry 

background image

dzwonek.   Szaman   od   Włóczni   chwycił   mikrofon   i   przycisnął   do   ucha 
słuchawkę.

– Tak, tu AlnLimha. Raczej wszystko w porządku. Nie, w pobliżu nie 

ma rannych. Tak jest, łączę!

W słuchawkach Haywicka rozległy się trzaski, a potem głos Johnny'ego:
–   Hej,   Benny.   Właśnie   przyjąłeś   pierwszego   ze   swoich   lodowych 

rycerzy.   Ze   zdjęć   satelitarnych   wynika,   że   ilość   wydzielonej   energii   jest 
niewielka,   znacznie   mniejsza   niż   w   kolizji   tunguskiej,   a   pożarów   lasów 
dotychczas nie zarejestrowano. Dziwne, bo nie widać też pyłów, natomiast 
unosi się wielki obłok czegoś... poczekaj, spojrzę na spektrum. Woda! Nie 
ma wątpliwości, to chmura pary – największy gejzer na świecie. Słyszysz 
mnie, Ben? Już po apokalipsie! Dlaczego milczysz?!

Haywick przeżuwał przekleństwa, ale zdał sobie sprawę, że publiczne 

ich wypowiadanie w trakcie rozmowy z hierarchą może mieć przykre skutki. 
Poza tym powoli brała górę ciekawość badacza, na co przecież musiał liczyć 
ten cwaniak Johnny.

– Wiesz o wszystkim, więc o czym mam mówić? O tych, których nie 

ewakuowano? Poczekaj... czy powstał krater?

– Nie wiem – odparł spokojnie Johnny. – Wszystko zasłania chmura 

mgły, która rozprzestrzenia się zgodnie z kierunkiem wiatru. W dole musi 
być wrzący kocioł, z którego bez przerwy wydostaje się para.

– Zginęło wielu ludzi, Johnny. Tam, w tym kotle.
Cisza nie trwała dłużej niż jeden oddech.
–   Ja   na   to   patrzę   globalnie,   Ben,   nie   wolno   mi   inaczej.   Oczywiście 

współczuję   im,   ale   na   razie   straty   są   wielokrotnie   mniejsze,   niż 
zakładaliśmy.   I   żadnych   pożarów!   Las   też   nie   został   powalony,   jeśli 
prawidłowo odczytuję zdjęcia. Twoje kosmiczne wojsko potraktowało nas 
delikatnie, przyjacielu. Teraz muszę kończyć, a ty zajmij się wizją lokalną.

Haywick  przymknął   oczy  i  oddychał  głęboko,   próbując  się   uspokoić. 

Najwyraźniej   rząd   Mzinga   zakwalifikował   upadek   bolidu   do   ćwiczeń 
poligonowych, po których miał powstać raport statystyczny, a więc było 
istotne, aby zdarzenie przebiegało z minimalną ingerencją. Bolid musiał być 
z   rodzaju   powolnych,   skoro   w   bunkrze   nie   stwierdzono   większych 
zniszczeń. Haywick nie mógł się skupić i nie do końca zdawał sobie sprawę 
z tego, że żyje i jest w dobrej fizycznej formie.

– Czy możemy już wyjść? – spytał Szamana od Włóczni.

background image

Murzyn rozmawiał przez radio.
– Za kwadrans, taka jest procedura – odpowiedział, stając na baczność. – 

Zameldowano,   że   winda   nie   działa,   lecz   mamy   cztery   drożne   klatki 
schodowe. Centralne zasilanie jest uszkodzone, ale funkcjonuje awaryjne, 
które wystarczy na godzinę pracy przy pełnym obciążeniu. Zaraz... właśnie 
ruszyło   centralne!   Nikt   z   obsługi   nie   ucierpiał,   wszystkie   samoloty   są 
sprawne. Melduję, że wygraliśmy bitwę z demonem niebios, Wodzu Wojny!

– Niestety, nie wszyscy – mruknął Haywick. Odpiął klamry i wstał z 

fotela.

Określenie „ulewny deszcz" było z pewnością nieadekwatne do opisu 

zjawiska, jakie zaistniało na zewnątrz. Strumienie gorącej wody lały się z 
nieba,   wypadały   jak   wodospady   z   burej   mgły   i   rozbryzgiwały   się   na 
schodach,   talerzach   radarów,   wysypanych   żwirem   ścieżkach.   Każde 
zagłębienie   gruntu   było   wypełnione,   woda   zdawała   się   wrzeć,   na   jej 
powierzchni   tworzyły   się   żółte   pęcherze   piany.   Mgła   otulała   wszystko, 
krzewy   znajdujące   się   na   wyciągnięcie   ręki   przypominały   widma.   Było 
duszno i gorąco jak w cieplarni.

Haywick próbował unieść twarz, ale woda natychmiast zalała mu usta, a 

ciężkie pecyny połączonych kropel boleśnie uderzyły w powieki. Szybko ją 
więc opuścił i wodospad ulewy runął na ciemię i kark, tłukł po ramionach. 
Czuł,   jak   bystry   strumień   wpada   za   kołnierz,   rwie   po   plecach   i   ucieka 
nogawkami.

Przez wodną zaporę przedzierał się w jego stronę Szaman od Włóczni.
–   Tło   promieniowania   nie   odbiega   od   normy!   –   Murzyn   z   trudem 

przekrzykiwał szum. – Popatrz, Wodzu Wojny.

Haywick próbował dojrzeć skalę trzymanego przez niego miernika, ale 

przybyły drugą ręką wskazał przed siebie. Mgła nieco zrzedła i można było 
dostrzec   rosnący   w   pobliżu   dorodny   buk.   Jego   cieńsze   konary   zostały 
odłamane, a te, które pozostały, były całkowicie ogołocone z liści.

Nagle   uderzył   wiatr,   tak   silny   i   niespodziewany,   że   obaj   mężczyźni 

ledwie utrzymali się na nogach. Powietrze wciąż było gorące jak w fińskiej 
łaźni,   ale   w   szybkich   szkwałach   wyczuwało   się   trochę   chłodniejsze 
strumienie. Mgłę rozświetliła błyskawica i niemal natychmiast zagrzmiało. 
Łoskot gromu przetoczył się głuchym echem i wsiąkł we mgłę, długo dudnił 
w oddali, narastając i cichnąc, a potem powrócił niespodziewanie silnym 
crescendo,   wprawiając   w   drżenie   przedmioty   i   rezonując   w   klatce 

background image

piersiowej.   Haywick   dał   znak,   żeby   zeszli   do   schronu.   Gdy   zamknęli   i 
uszczelnili właz, za którym szalał żywioł, spytał:

– Czy wejścia są wodoszczelne? Za chwilę możemy mieć powódź.
–   Tak.   Jednak   będą   kłopoty   z   opuszczeniem   schronu,   bo   nie   mamy 

sprzętu dla nurków. Za to w samolotach są pontony ratunkowe, więc... – 
Oficer otarł pot z czoła. Nie potrafił podjąć decyzji. – Wodzu Wojny, hangar 
nie jest hermetyczny i zostanie zatopiony. Czy przenieść pontony do śluz 
wyjściowych?

– Tak, pospieszcie się.
Murzyn spojrzał na zegarek.
– Ja wydam ten rozkaz, Zaklinaczu Gwiazd. Upłynęła godzina od ataku 

demona   i   od   tej   chwili   już   nie   sprawujesz   funkcji   Wodza   Wojny,   choć 
twoim zadaniem pozostaje ocena następstw bitwy. Przejmuję dowodzenie, 
lecz nadal mam cię wspomagać jako eksperta.

Haywick   poczuł   ulgę,   chociaż   wciąż   podejrzewał,   że   w   jego 

dwugodzinnej   nominacji   krył   się   podstęp.   Na   pierwszy   rzut   oka   jednak 
wszystko wyglądało logicznie, któż bowiem lepiej niż on mógł przewidzieć 
skutki upadku lodowego bolidu? Na razie wydawało się, że bezpośrednie 
szkody wynikłe ze zderzenia nie były wielkie, dopiero gwałtowna powódź 
mogła spowodować lokalną katastrofę.

– Doskonale, Szamanie od Włóczni. Wydaj ten rozkaz, a ja cieszę się, że 

wracam na swoje miejsce.

Gdy Murzyn przekazywał polecenia, dał się słyszeć grzmot dobiegający 

z   zewnątrz.   Łoskot   przypominał   pracę   setki   świdrów   pneumatycznych   i 
zbliżał   się,   jakby   za   ich   pomocą   ktoś   torował   sobie   drogę   do   wnętrza 
schronu. Z sufitu posypał się kurz i tynk. Wojskowy pociągnął Haywicka do 
zejścia, w stronę kolejnej śluzy w dole, ale zatrzymali się, bo hałas począł 
słabnąć. Murzyn spojrzał pytająco.

– To nie demon.  – Haywick nie potrafił  odmówić  sobie ironii. – To 

burzowe   tornado.   Upadek   bolidu   wyzwolił   dostateczną   ilość   ciepła,   by 
powstał   front   atmosferyczny.   Wydaje   się,   że   główne   szkody   dopiero 
powstaną, generale.

–   Mam   stopień   Szamana   od   Włóczni,   Zaklinaczu,   i   proszę   tak   mnie 

tytułować. – Murzyn wyprostował się. W jego spojrzeniu na okamgnienie 
pojawiła się wrogość, której nie potrafił lub może nie chciał ukryć.

– Oczywiście. Czy można stąd wyjrzeć na zewnątrz?

background image

– Chodźmy.
Osłonięte   przezroczystymi   szybkami,   na   ścianie   umocowane   były 

końcówki   peryskopu.   Haywick   otworzył   gablotę   i   spojrzał   w   binokular. 
Przetarł oczy i spojrzał po raz drugi.

–   Szamanie   od   Włóczni,   czy   obraz   przekazywany   jest   w   czasie 

rzeczywistym?

–   Ten   przyrząd   składa   się   z   prostego   układu   luster   i   nie   zawiera 

podzespołów elektronicznych.

– No to otwierajmy! Eh... czy mogę prosić o pozwolenie otwarcia włazu?
– Poczekaj, Zaklinaczu. – Oficer popatrzył w peryskop, po czym skinął 

głową.

Lecz   dźwignia   rozhermetyzowująca   wyjście   ani   drgnęła;   widocznie 

mechanizm został uszkodzony przez tornado. Pobiegli do innej śluzy, której 
również nie udało się otworzyć.

– Włazy mogła przywalić ziemia – stwierdził Haywick. – Czy są wyjścia 

awaryjne?

– Istnieją procedury awaryjne.
Nie  minęło   dziesięć   minut,   jak  właz   został   wysadzony   dynamitem,   a 

żołnierze łopatami przekopali się przez warstwę gleby i kamieni.

Na zewnątrz było wyraźnie chłodniej. Trąba powietrzna rozorała ziemię, 

w   połowie   wysokości   złamała   wiekowy   buk,   powyrywała   z   korzeniami 
krzewy   i   zabrała   je   nie   wiadomo   dokąd.   Pobojowisko   skąpane   było   w 
jaskrawych   promieniach   słońca,   które   stało   wysoko   na   czystym,   jakby 
świeżo umytym niebie. Skotłowana ściana mgły i deszczu, sięgająca chmur, 
została   odepchnięta   o   milę,   ale   wciąż   wyglądała   groźnie,   co   chwila 
podświetlana   blaskiem   błyskawic.   Na   jej   skraju   widać   było   czarny   lej 
oddalającego się tornada. Płaskie wzgórze, na którego szczycie znajdowały 
się wejścia do schronu, omywała ze wszystkich stron bezkresna toń wód. 
Tam,   gdzie   kończyła   się   strefa   mgły,   w   jednym   miejscu   woda   wciąż 
parowała, wyrzucając w górę białe kłęby jak w źródle geotermalnym. Po 
lewej   stronie   na   horyzoncie   widniały   wzgórza   o   zboczach 
zaniebieszczonych   od   odległości,   i   był   to   jedyny   punkt   orientacyjny, 
świadczący o istnieniu stałego lądu.

– Do diabła – mruknął Haywick. – Dużo tej wody.
Szaman od Włóczni podszedł i dotknął jego ramienia.
– Zaklinaczu, musimy przeprowadzić szybką akcję ratunkową. Zdjęcia 

background image

powodzian ocalonych przez armię Królestwa Mzinga powinny niezwłocznie 
obiec   świat.   Czy   przydzielić   ci   jedną   maszynę   w   celu   równoczesnego 
przeprowadzenia zwiadu?

Haywick się wzdrygnął.
–   Nie,   nie   potrzeba,   użyjcie   wszystkich   śmigłowców.   Polecę,   jak 

skończycie.

Murzyn pokręcił głową.
–  Pozostawiam  samolot   z   załogą   w   celu  przeprowadzenia   inspekcji   i 

nalegam na niezwłoczne wykonanie zadania. Mówiący z Tablicami wkrótce 
zażąda raportu.

* * *
Telefonowała Gloria.
– Tak się cieszę, mój drogi, że nic ci się nie stało, och, jak się cieszę! Nie 

powinni, naprawdę nie powinni cię tam wysyłać, przecież mogły dziać się 
rzeczy niewyobrażal...

Fonia   zanikła   nagłe,   jakby   ktoś   przeciął   kabel.   Haywick   popukał   w 

słuchawkę, a potem ją obejrzał, jakby to mogło cokolwiek pomóc. Odłożył 
ją   i   sięgnął   po   kawę.   Przed   chwilą   wrócił   ze   zwiadu   i   chciał   wszystko 
jeszcze   raz   przeanalizować.   Lecz   gdy   tylko   otworzył   chipnotes,   ekran 
telewizora   stojącego   w   kącie   rozjarzył   się   na   niebiesko.   Haywick   był 
pewien, że niczego nie włączał.

– Cześć, Benny, dzielny oldboyu – rozległ się donośny głos, a dopiero 

potem pojawił się obraz. Najpierw zęby, białe jak porcelana, zajmujące cały 
ekran, potem ciemne usta z różowym wnętrzem, odjazd i dopiero ukazała się 
cała twarz: błyszcząca twarz Johnny'ego. – Spisałeś się na medal, którym 
będę miał przyjemność udekorować cię osobiście. Hej, czy mnie słyszysz?

– Aż za dobrze.
–   Doskonale,   więc   możemy   chwilę   pogadać,   kolego.   Dysponuję 

kompletem danych i chodzi mi wyłącznie o twoją ekspercką opinię na temat 
kolizji. Skrótowo, w kilku słowach.

Haywick przysunął się do ekranu.
– Upadek był zaskakująco miękki, żadnej wielkiej eksplozji.
– To wiem. Skąd wzięła się powódź?
–   Energia   upadku   stopiła   bryłę   lodu   i   odparowała   wodę.   Myślę,   że 

wytworzyła się silnie przegrzana para, od niej ogrzały się masy powietrza, 
które uniosły się w chłodne warstwy atmosfery. Ten proces zapoczątkował 

background image

trwającą nadal ulewę.

– Skąd aż tyle wody, Ben?
– Pełno tu podmokłych łąk, jezior i strumieni. Ilość wyzwolonego ciepła 

była   naprawdę   duża,   choć   według   definicji   astronomicznych   zasadniczo 
obyło się nawet bez regionalnej katastrofy.

–   Rozumiem.   Wilgoć   znad   bagien,   ogrzane   jeziora.   Czy   to   zjawisko 

może zapoczątkować trwałą zmianę klimatu w regionie?

– Nie... raczej nie. Za mała skala.
– Powiedz jeszcze naszym politykom, dlaczego kometa tunguska zrobiła 

więcej szkody, choć rozmiary obu ciał niebieskich były podobne.

–   Kwestia   prędkości,   oczywiście.   Ten   bolid   leciał   o   wiele   wolniej 

względem Ziemi, więc wyzwolił mniej energii.

–  Czyli,  uczony   kolego,   wniosek  jest   taki,  że  Rój  Andromedy,  który 

osobiście wolę nazywać Rojem Haywicka, nie spali naszej planety, najwyżej 
ją zatopi?

Astronom pokręcił głową.
– Nie wiem, czy wniosek nie jest zbyt śmiały. Poszczególne składniki 

roju   mogą   mieć   różną   prędkość,   poza   tym   upadek   wielu   komet   na 
niewielkim obszarze spowoduje silniejsze lokalne przegrzanie, a więc, być 
może,   wysuszenie   terenu   i   zapalenie   substancji   organicznych,   z   których 
wszak składają się rośliny.

Powiększona twarz Johnny'ego lśniła, jakby była zrobiona z czarnego 

szkła. Nad wywiniętą górną wargą zebrał się perlisty sznur kropelek.

– Jednak można twierdzić ze sporym prawdopodobieństwem, że spadnie 

deszcz   –   tym   silniejszy,   im   więcej   będzie   kosmicznego   lodu?   Według 
jednego ze scenariuszy, rzecz jasna.

–   Taaak...   –   Haywick   się   zawahał.   –   Oczywiście   istnieją   warunki 

brzegowe. Jeśli wyższe warstwy atmosfery ulegną silnemu ogrzaniu, deszcz 
nie   spadnie,   za   to   uformuje   się   gigantyczna   warstwa   chmur,   blokująca 
dostęp światła słonecznego. Trzeba by zrobić symulację.

–   Chwileczkę.   –   Mówiący   uniósł   dłoń,   pokazując   liczne   kościane 

pierścienie. – Z twoich obserwacji, Zaklinaczu Gwiazd, wynikało, że rój jest 
mocno rozciągnięty w przestrzeni, więc względnie rzadki. Z tego wniosek, 
iż skomasowane bombardowanie raczej nie nastąpi, czyż nie?

–   Można   jedynie   założyć,   że   taki   scenariusz   jest   najbardziej 

prawdopodobny, Johnny.

background image

–   Czy   mógłbyś   powtórzyć   swoją   ocenę   w   formie   bardziej   oficjalnej, 

Zaklinaczu Gwiazd?

–   Tak,   Mówiący   z   Tablicami.   Bardzo   ostrożnie   można   sformułować 

pogląd,   że   jeśli   komety   Roju   Andromedy   będą   stopniowo   wchodziły   w 
ziemską atmosferę z prędkością podobną do bolidu Manejho, nie nastąpi 
zniszczenie powierzchni planety w serii eksplozji, lecz konsekwencją będzie 
zmiana klimatu na zdecydowanie cieplejszy i wilgotniejszy. Należy wziąć 
też pod uwagę powodzie na wielką skalę.

– Doskonale! – Dygnitarz uniósł ręce i zaklaskał nad głową. – Potrzebna 

nam była profesjonalna ekspertyza i właśnie jej dostarczyłeś. Potwierdziłeś 
w niej w całej rozciągłości nasze spostrzeżenia i obawy. Czy zdajesz sobie 
sprawę,   przyjacielu,   co   wynika   z   końcowych   wniosków?   –   Murzyn 
przysunął się tak, że jego oczy zajęły cały ekran. – Przyspieszenie! Twój 
projekt   stał   się   ważny.   Szkoda,   że   Zaklinaczka   Pisma   Krwi   nie   może 
pracować   szybciej,   ale   robimy   wszystko,   by   jej   pomóc.   Nie   zapominaj, 
Zaklinaczu Gwiazd, że jesteś nie tylko odkrywcą zjawiska, lecz właśnie na 
tobie spoczywa istotna część odpowiedzialności za właściwe przygotowanie 
ludzkości na spotkanie z kosmicznym najeźdźcą.

background image

ROZDZIAŁ 9

Dziennikarka czekała w kawiarni w foyer hotelu Bristol, usadowiwszy 

się   tuż   za   szybą   od   strony   ulicy.   Haywick   miał   wrażenie,   że   za   taflą 
akwaryjnego szkła unosi się krągła tropikalna ryba z barwnymi welonami 
płetw.   Kobieta   nosiła   mini   i   była   właścicielką   długachnych,   typowo 
murzyńskich nóg, zbyt wąskich w pęcinach i o wiele za szerokich powyżej 
kolan,   oraz   całkiem   ładnej   owalnej   twarzy.   Konchy   uszne   zostały 
rozciągnięte do granic wytrzymałości kościanymi klipsami wielkości pięści 
niemowlęcia. Rozpoznał ją po trójbarwnym identyfikatorze, przypiętym do 
szyfonowej bluzki na strzelistym szczycie piersi.

–   Niech   twoja   droga   będzie   zawsze   ocieniona,   Zaklinaczu   Gwiazd   – 

przywitała   go   nieco   pretensjonalnie,   szczerząc   końskie   zęby.   Podała   mu 
dłoń,   unosząc   ją   tak   wysoko,   że   nie   miał   wyjścia   i   musiał   musnąć   ją 
wargami.   Gdyby   tego   nie   zrobił,   zapewne   zostałby   oskarżony   o 
protekcjonalne   traktowanie   rdzennych   Afromanów.   Poczuł   mieszaninę 
zapachów   kwaśnego   potu,   anyżku   i   drogich   perfum   o   zaskakująco 
wyrafinowanym bukiecie.

–   Uszanowanie   dla   Belindy,   Tropicielki   Wiadomości.   Może 

przeniesiemy się w wygodniejsze miejsce?

– Nie – stwierdziła miłym, lecz zdecydowanym głosem, nie wygaszając 

uśmiechu. – Tutaj jest wystarczająco dobrze.

To   mówiąc,   ze   zwinnością   pumy   na   powrót   wspięła   się   na   stołek   i 

pomachała ręką, klekocząc bransoletami. Kelner musiał stać w pobliżu, bo 
pojawił się w ciągu sekundy.

– Kawę Victoria Lakę dla bladego Zaklinacza – złożyła zamówienie. – 

Na pewno lubisz jej aromat, a jak nie, to polubisz, uczony mężu. Czy nie 
mam racji?

Pochyliła się w jego stronę i napłynęła jeszcze bogatsza fala zapachów. 

Haywick boleśnie zapragnął Lśnicy Qmil – od miesięcy nie miał kobiety, 
nie   licząc   krępującej   procedury   odzyskiwania   plemników   superior   przez 
zespół Herreiry.

–   Stokrotne   dzięki   –   wykrztusił,   uciekając   spojrzeniem.   –   Na   pewno 

będzie dobra.

Belinda zaśmiała się w głos, uniosła przedramiona i znów zagrzechotała 

background image

bransoletami.  Kręciła się na stołku w rytm samby, dyskretnie płynącej z 
zaciemnionych kuluarów, a jej oczy zdawały się sypać iskrami. Przez głowę 
przemknęła mu myśl, że jest naćpana, ale nie potrafił oderwać wzroku od jej 
ciała, nasyconego hormonami do granicy fizjologicznej patologii. Nie mógł 
nie zauważyć, że jest diabelnie wąska w talii, za to brzuch, uda i pośladki 
miała   takich   rozmiarów,   że   urodzenie   sześcioraczków   byłoby   dla   niej   z 
pewnością łatwiejsze niż wyciśnięcie pestki z przejrzałej śliwki.

Nagle   opuściła   ręce,   a   uśmiech   w   okamgnieniu   rozszedł   się   po   jej 

twarzy, która zastygła w grymasie niechęci. Haywick zarejestrował ruch za 
szybą i zauważył rosłego mężczyznę w białym garniturze, spacerującego 
powolnym krokiem. Nieznajomy skinął im głową i oddalił się niespiesznie.

– Jeśli dobrze pamiętam, chciała pani zrobić wywiad do „La Habanera"? 

– zagadnął Haywick.

– Tak, pamięć  ci dopisuje, biały człowieku, niewątpliwie jesteśmy  tu 

służbowo.   Proszę,   niczemu   się   nie   dziw   i   pozostań   spokojny,   wtedy 
wszystko będzie dobrze. To także zapamiętasz?

Wzruszył ramionami.
– Nie wiem, Belindo, ale obiecuję, że się postaram.
– Dobry chłopiec, chociaż łajtmen. Czy masz przy sobie broń?
– Hmm... czy tak zaczyna się wywiad dla prasy?
–   Owszem,   to   jest   wywiad,   ale   nie   dla   prasy   –   odparła,   akcentując 

pierwsze sylaby słów. Zmrużyła oczy. – Proszę, nie utrudniaj mi roboty, a 
sobie życia.

Chłód wędrował mu po plecach.
– Nie jesteś dziennikarką z „La Habanera"?
Westchnęła, jakby traciła cierpliwość.
– Więc cóż z tego, nawet jeśli jestem? Podpowiem ci jedno, blady mężu: 

masz do czynienia z Urzędem Ochrony Królestwa. Musisz teraz przez to 
przejść jak dziecko przez świnkę, nie ma innego wyjścia.

Haywick ześliznął się ze stołka i odstąpił o krok, niemal wpadając na 

kelnera z kawą.

– Chciałbym zatelefonować.
– Mówiący z Tablicami niczego innego ci nie doradzi, Zaklinaczu. On 

jest o piętro niżej w tej układance.

– Cholera – zaklął po cichu. Albo sięga po niego obcy wywiad czy jakaś 

organizacja przestępcza, albo rzeczywiście Urząd... Nie wiadomo, co lepsze. 

background image

Ale   dlaczego   Urząd?   Jakieś   niedorzeczne   podejrzenia?   Na   ulicy   znów 
zauważył mężczyznę w białym garniturze, idącego teraz w przeciwną stronę 
– ten facet nie wyglądał na sprzedawcę lodów.

Kelner postawił przed nim parującą kawę i nie odchodził. Lewe ramię 

trzymał nieco odsunięte od ciała, jakby miał tam kaburę z wielkokalibrową 
spluwą.

Haywick westchnął i usadowił się z powrotem na stołku.
–   Brawo   –   powiedziała   Belinda.   –   Naukowcy   przeważnie   są   ludźmi 

rozsądnymi. Więc?

– Nie, nie noszę broni.
– Nic ostrego, metalowego?
– Scyzoryk z wykałaczką.
– Dobrze. Oddaj mi go na przechowanie, Zaklinaczu.
– Po co...? Mam być przesłuchiwany? – żachnął się.
Tropicielka   Belinda   wyciągnęła   rękę,   powoli,   aby   go   nie   spłoszyć,   a 

potem pogłaskała po twarzy, dotknęła czoła, powiek, nosa, musnęła usta. 
Przy   pierwszym   zetknięciu   przeskoczyła   między   nimi   kłująca   iskra.   W 
sumie nie było to wszystko przykre, wręcz przeciwnie. Wprawnym ruchem 
odpięła scyzoryk z breloczka u pasa. Milczał z zakłopotaniem.

– A teraz skosztuj doskonałej kawy, Zaklinaczu Gwiazd – powiedziała, 

odsuwając się. – To miejscowa specjalność.

Napar był wyborny, z dodatkiem cynamonu i czekolady oraz z garnirką 

ze skórki limony, coś w stylu barraąuito. Na pewno doprawiono go kapką 
rumu. Sparzył sobie usta, ale nie mógł przestać, aż wychylił naczynie do 
dna.

Zakręciło mu się w głowie, a potem nie chciał wierzyć własnym oczom – 

opróżniona filiżanka poruszyła się, a potem przesunęła w lewo, wykonując 
częściowy obrót. Sięgnął i przycisnął ją z góry dłonią, jakby chciał złapać 
umykające stworzenie. Brzęknęła upuszczona łyżeczka.

– Nie zwracaj na to uwagi – poradziła Belinda, zapalając papierosa. – 

Pamiętaj:   obiecałeś,   że   będziesz   reagował   tak,   jakby   wszystko   było   w 
porządku.

– Czy ja... czy coś było w lej... tej... kawie?
Kobieta wydęła pełne wargi.
– Było dużo dobrych rzeczy, na przykład wyciągi z ziół. Taka już jest 

background image

kawa   Victoria   Lakę,   Zaklinaczu.   Nic   ci   nie   będzie,   złotko   –   poufale 
chuchnęła mu dymem w twarz – oczywiście pod warunkiem że zachowasz 
spokój, tak jak ci radziłam.

Przedmioty wokół stały się pastelowe, jasne, miały barwy dziecięcego 

pokoju, a ich kontury się zaokrągliły. Benon, unosząc się w tym infantylnym 
świecie, nagle zapragnął rozłożyć skrzydła i poszybować nad łąką. Prawie 
mu   się   to   udało,   w   każdym   razie   zaczął   zsuwać   się   ze   stołka.   Belinda 
podeszła od tyłu i ujęła go pod ramiona.

– Dałaś mi... narkotyk – oświadczył z trudem. – Dureń... ze mnie.
Skrzywiła się.
– Używasz brzydkich słów, Zaklinaczu. Niektórzy spośród bladziuchów 

tak reagują na Victorię, nic na to nie poradzę. Zaraz będzie lepiej, nie martw 
się. Nic nie trwa wiecznie, ani miłość, ani młodość, ani nawet Victoria.

– Ma... masz na myśli... waszą państwową wiktorię? – Język plątał mu 

się coraz bardziej, w ustach czuł kluski.

– Głupiś, łajtmenie. Nie jestem filozofem, lecz urzędnikiem. No, teraz 

przyszedł czas, abyś szczerze powiedział mi wszystko. Masz broń?

– Nie. Scyz... od... dałem.
– Masz zamiar kogoś zabić?
– Ja?! Nnn... nnie potrafię...
– Kim jesteś?
– Astronomem. Odkryłem Rój...
– Tak, wiem, słynny Rój Andromedy. Z kim utrzymujesz stosunki?
– Qmil.
– Szpiegujesz na rzecz obcego kraju?
– Nie!
– W porządku. Chodź.
Szli przez ciemne foyer jak przez atłasową noc. W górze, zanurzone w 

bezkresnej czerni, błyszczały fioletowe oczy, po bokach specjalnie dla nich 
rozjarzały   się   niebieskie   ogniki   i   gasły,   gdy   przechodzili.   Błękitne   lance 
nakłuwały przestrzeń, wybuchając kulami blasku i wydobywając z mroku 
kamienną   posadzkę,   na   której   na   mgnienie   ożywały   smoki   inkrustowane 
górskimi kryształami. W ich jaspisowych ślepiach światło przelewało się jak 
roztopione złoto.

Gdy doszli do szklanych wrót, Haywickowi wydało się, że zamiast nóg 

ciągnie za sobą drewniane kłody. Chciał spytać, czy wolno mu usiąść, ale w 

background image

ustach nie miał języka tylko płat sosnowej kory. Belinda nie dała mu jednak 
odpocząć.

– Jeszcze tylko kilka oddechów, Ben. Pracuj i nie dziw się, bo wszystko, 

nawet upiory i duchy, to część naszej jedynej wspaniałej rzeczywistości.

Sprawność wracała nadspodziewanie szybko, a może tylko świadomość 

upływu czasu uległa zniekształceniu. Siła wlewała się w jego nogi i ramiona 
jak ogrzana woda, przez chwilę czuł nienaturalne pobudzenie. Wyobraził 
sobie, że jego zwoje mózgowe stały się nadprzewodzące, i uśmiechnął się.

Na dużej twarzy Belindy także gościł uśmiech.
– Dalej pójdziesz sam, Zaklinaczu Gwiazd. Poczekam tutaj na ciebie. – 

Obnażyła zęby aż do dziąseł, lecz w tym uśmiechu nie było ani radości, ani 
ciepła.   Popchnęła   go   w   kierunku   szklanych   wrót,   które   uchyliły   się 
bezgłośnie. Za nimi rozciągał się park.

* * *
Drobny żwir chrzęścił pod butami. Gdy astronom uniósł głowę, zobaczył 

przystrzyżone   żywopłoty,   wznoszące   się   wysoko   jak   zielone   mury   pełne 
okien, krużganków i gzymsów. Z wielu kierunków dobiegał szmer wody, 
rozpylanej w fontannach i płynącej kamiennymi rynnami.

Od ściany liści oderwał się żołnierz w mundurze polowym, z gotowym 

do strzału pistoletem. Haywick zatrzymał się, lecz tamten tylko kazał mu iść 
za sobą. Po chwili kluczenia po zacienionych alejkach dotarli do pawilonu z 
dymnego szkła, w którym mieściła się sala konferencyjna. Mahoniowy stół 
w kształcie podkowy otaczał podium, gdzie zajęła miejsce stara Murzynka w 
dziwacznym rytualnym stroju. Kryształowa kopuła, stanowiąca część sufitu, 
chwytała światło w układy pryzmatów i świeciła jak słońce.

„Masz   zaszczyt   zobaczyć   Mówiącą   ze   Słońcem",   wyszeptał   ktoś   tuż 

obok jego ucha. Obejrzał się szybko, ale nie dostrzegł koło siebie nikogo. 
„Musisz przestrzegać etykiety. Idź, zatrzymaj się przed podium i oddaj pełen 
uszanowania pokłon".

Uczynił,   co   mu   polecono.   Mówiąca   nosiła   maskę,   więc   nie   mógł 

zobaczyć jej twarzy. Odwróciła się ku niemu i długo obserwowała przez 
ukośne   szczeliny,   wycięte   w   środku   namalowanych   ptasich   oczu.   Potem 
przemówiła   chropowatym,   donośnym,   elektronicznie   modyfikowanym 
głosem:

–   Więc   ty   jesteś   tym,   który   ściągnął   na   nas   nieszczęście,   zaklinając 

gwiazdy. Pierwszy demon niebios już przybył, następne są w drodze. Czy po 

background image

to   zamieszkałeś   w   naszym  Królestwie,   aby   sprowadzać   zło   i   niedolę   na 
czarnego człowieka?

Haywick, kompletnie zaskoczony, nie mógł wykrztusić słowa. Nawykł 

do zbierania pochwał za odkrycie Roju i nie spodziewał się ataku. Wtedy 
znów przyszedł z pomocą bezcielesny głos:

„Wolno   ci   polemizować   z   Mówiącą,   ale   musisz   zachować   respekt. 

Częściej  zgadzaj się i przytakuj, niż dyskutuj – to także jest wymogiem 
etykiety".

Odczekał chwilę, dochodząc do siebie. Dopiero wtedy dostrzegł ukryte 

w głębokim w mroku ludzkie postacie, pochylone nad stołem. Przemówił 
lekko drżącym głosem:

– Nie dysponuję wystarczającą mocą, aby przyciągać demony niebios, 

nawet   gdybym   chciał   to   robić,   o   Mówiąca   ze   Słońcem   –   odparł.   – 
Uczyniłem   tylko   tyle,   że   daleko   w   niebie   odkryłem   złe   zaklęcia   i 
próbowałem im przeciwdziałać, ale okazały się dla mnie zbyt potężne.

– Zły czar można odwrócić, ale tylko gdy jest się dobrym Zaklinaczem.
Najwyraźniej postanowiono go zdyskredytować, a może nawet usunąć. 

Bladziuch   zrobił   swoje,   bladziuch   może   odejść.   Postanowił   bronić   się, 
zachowując godność.

– Z pewnością,  ale nie z każdym czarem mogę  to zrobić ja, zwykły 

Czytający w Niebie. Mimo wszystko chcę z nim walczyć.

Mówiąca   zwróciła   maskę   w   stronę   ciemnego   stołu.   Snop   światła   z 

kryształowej   kopuły   płynnie   przesunął   się   po   blacie,   ukazując   drobną 
fakturę   powierzchni   i   tombakowe   intarsje   przedstawiające   sceny   z   życia 
łowców   lwów.   Kolumna   blasku   zatrzymała   się,   wydobywając   z   mroku 
wysoką sylwetkę.

– Do ciebie teraz się zwracam, Mówiący z Tablicami. Czy stojący przed 

nami człowiek jest dobrym Zaklinaczem Gwiazd? I czy nie zaprzedał się 
demonom wudu, aby pogrążyć w nieszczęściu kraj czarnego człowieka?

Wywołany hierarcha wstał i skłonił się tak nisko, że czołem musnął blat. 

Pozostał w tej pozycji.

–   Oddaję   ci   należną   cześć,   Mówiąca   ze   Słońcem   –   wyrecytował, 

odczekał stosowną chwilę i dopiero wtedy się wyprostował. – Według mojej 
najlepszej wiedzy ten blady człowiek jest najbardziej uczonym Zaklinaczem 
Gwiazd w Królestwie Mzinga. Cóż – rozłożył ręce – bladoskórzy przybysze 
nie   bywają   wszakże   mocnymi   czarownikami,   bo   jest   to   niezbywalny 

background image

przywilej Afromanów. Natomiast co do zaprzedania duszy, to któż z nas, 
śmiertelnych, może wydać nieomylny osąd? Proponuję zdać się na próbę 
żądła, Mówiąca.

Szmer   przebiegł   nad   stołem,   nieruchome   dotychczas   postacie   ożyły, 

zaczęły pochylać się ku sobie, dały się słyszeć szepty. Władczyni uniosła 
rękę i znów zapadła cisza.

–   Niech   tak   się   stanie,   jak   chce   Mówiący   z   Tablicami.   Dostarczyć 

gniazdo!

W ciszy słychać było szmer pryzmatów obracających się w sufitowej 

kopule. Kolumna blasku zbliżyła się i ogarnęła Haywicka złocistą poświatą. 
Głos znów zabrzęczał w pobliżu, podobny do basowania owadzich skrzydeł:

„Wszystkie tarantule mają nieaktywne żądła. Wystarczy, jeśli wmówisz 

sobie,   że   są   sztuczne.   Patrz   na   nie,   wtedy   wyobraźnia   nie   wywoła 
demonów".

W   przyniesionej   klatce   kłębiły   się   olbrzymie   włochate   pająki.   Były 

ruchliwe,   nienaturalnie   podniecone,   głodne.   Haywick   poczuł,   że   żołądek 
podjeżdża mu do gardła, a po plecach spływa zimny pot.

„Powinieneś   obnażyć   prawe   ramię   i   wsunąć   je   do   uszczelniającego 

rękawa.   Lepiej   zrób   to   samodzielnie,   w   ten   sposób   pokażesz,   że   nie 
obawiasz się próby" – pouczał go dalej głos.

Zacisnął zęby i zaczął rozpinać mankiet koszuli. Skąd ta wrogość? – 

zastanawiał się. Złamał tutejsze prawo czy może jakieś tabu? Nie jest to 
trudne, bo mzingańskie zwyczaje są dziwacznym zlepkiem zarówno tradycji 
afrykańskiej,   jak   i   wielkomiejskich   murzyńskich   subkultur.   Chociaż   nikt 
logicznie myślący nie może obarczać go winą za to, że odkrył zbliżający się 
kataklizm i próbuje znaleźć środki zaradcze. Czy polityka zawsze zwycięży 
w starciu z logiką? O co chodzi Johnny'emu,  że nadgorliwie wysunął tę 
propozycję? Cholera, kawał karierowicza i skurwysyna!

Zacisnął zęby i desperackim ruchem wepchnął rękę do klatki. Podwójna 

śluza stawiła opór, ale nacisnął mocniej i ramię weszło do wnętrza aż po 
pachę. Miał wrażenie, że klatka napełniona jest motkami wełny, w które 
powtykano cienkie druty. A potem to wszystko zaczęło się roić, atakować, 
kąsać... Nieee!!!

„Wytrwaj! Jeśli teraz się załamiesz, stracisz wszystko. Te robale nic ci 

nie zrobią, są przecież spreparowane, sztuczne!" – krzyczał głos blisko, tuż 
koło ucha.

background image

Spróbował rozluźnić mięśnie napięte do granic możliwości, ale nie udało 

się. No jasne, że są sztuczne, zabawki napędzane serwomechanizmami. Tak 
przecież jest taniej – nie trzeba ich karmić, mnożyć, leczyć. Istnieją gorsze 
sposoby; mogli się zabawiać w rozrywanie końmi albo obcinanie członków 
maczetami – tłumaczył sobie. A może mówił to głos?

Musiał użyć całej siły woli, aby odwrócić głowę i spojrzeć przez szklane 

wieko na rojące się paskudztwo. Wytrzymał, chociaż graniczyło to z cudem.

Minęła wieczność, na końcu której Mówiąca ze Słońcem powoli skinęła 

głową. Natychmiast odezwał się wierny głos:

„Udało się, już po wszystkim. Wydobywaj rękę powoli, obracając ją raz 

w jedną, raz w drugą stronę. Spróbuj strząsać pająki w trakcie tej czynności, 
wtedy unikniesz zaklinowania w śluzie uszczelniającej".

Stopniowo wyciągnął ramię z klatki. Dopiero teraz poczuł ból, bo skóra 

jednak   została   pokąsana.   Ale   opuchlizna   się   nie   pojawiła,   bo   nie   było 
użądleń.   Mimo   wszystko   zrobiło   mu   się   słabo,   stracił   równowagę.   Ktoś 
chwycił   go   za   zdrowe   ramię   i   podtrzymał.   Dyszał   ciężko   i   walczył   z 
mdłościami,   lecz   jednocześnie   wzbierała   w   nim   wściekłość.   Co   za 
kretyńskie przedstawienie dla wtórnie zdziczałych buszmenów!

Zauważył,   że   podtrzymywała   go   szczupła   Mulatka,   tak   wątła,   że   w 

normalnych   warunkach   można   byłoby   nazwać   ją   anorektycznie 
wychudzoną.   Ale   pasowała   do   tego   surrealistycznego   przedstawienia:   na 
piszczelach ledwie obciągniętych skórą pobrzękiwały mosiężne bransolety, 
kibić wąską jak u nastolatki ściskała spódniczka z nie wyprawionego futra 
lamparta, obojczyki przywodziły na myśl wygięte gałęzie, żebra dało się 
policzyć, a piersi nie zostały zasłonięte, bo na dobrą sprawę nie było czego 
zasłaniać   –   z   płaskiego   torsu   wyrastały   sutki,   podobne   do   owoców 
czerwonej   morwy.   Ich   wierzchołki   przekłuto   i   ozdobiono   złotymi 
kolczykami. Na ramieniu kobiety siedziało stworzenie o szerokim pysku, 
przypominające karłowatego pawiana. W głębi gardzieli zwierzęcia wzbierał 
warkot.

„Musisz   bezzwłocznie   poddać   się   dezynfekcji"   –   to   znów   przemówił 

głos. „Jest absolutnie niezbędna, bo pająki były prawdziwe".

Mulatka   wykonała   szybki,   płynny   ruch   z   lekkim   ugięciem   kolan, 

przypominający figurę wyczynowego tanga, i znalazła się po jego drugiej 
stronie. Uchwyciła pokaleczoną rękę i uniosła ją. W tym momencie małpa 
skoczyła i zaczęła balansować na jego ramieniu, harcując po nim niczym po 

background image

gałęzi i jednocześnie wylizując skórę szorstkim jęzorem. Wszystko działo 
się   tak   szybko,  że   zanim   zdążył   pomyśleć,   jak  zareagować,   było   już  po 
zabiegu. Kobieta zabrała zwierzę i oddaliła się, wysoko trzymając misternie 
ufryzowaną głowę.

Mówiąca ze Słońcem uniosła dłonie i klasnęła.
– Okazało się, że nie jesteś w zmowie z demonami wudu, Zaklinaczu 

Gwiazd – orzekła. – Uznaję twoją dobrą wolę i pragnienie walki z czarami, 
które odkryłeś w głębinie nieba. Co zamierzasz zrobić, aby nie dopuścić 
demonów niebios do Królestwa Mzinga?

Haywick zaczął opuszczać rękaw koszuli, aby zyskać na czasie. Trząsł 

się jak w febrze.

–   Nniebezpieczeństwo   grozi   wszystkim   latyfundiom,   całej   Ziemi   – 

wyjąkał. – Nie można mu zapobiec...

–   Jakich   czarów   chcesz   użyć?   –   przerwała,   uparcie   wracając   do 

konwencji   równorzędnego   z   rzeczywistością   traktowania   świata 
nadprzyrodzonego.

Zebrał się w sobie i kilkakrotnie powtórzył wyciszającą mantrę.
– Chciałbym jedynie prosić o pozwolenie dodania do waszych potężnych 

czarów   mojego   małego   zaklęcia,   czcigodna   Mówiąca   ze   Słońcem.   Mam 
nadzieję, że choć trochę przyczynię się do zwycięstwa.

„Dobrze, świetnie", pochwalił go głos. „Robisz postępy". Władczyni też 

była zadowolona – z aprobatą skinęła głową.

– Powiedz nam, jak zwie się twoje zaklęcie.
– Brzmi ono: zielone królestwo. Chcę, aby twój lud pokonał demona 

niebios i zamieszkał w bezpiecznej krainie, w której niestraszne są rzeki, 
jeziora i morza.

– Dokonujesz trafnych wyborów, Mówiący z Tablicami. – Władczyni 

zwróciła się w kierunku pogrążonego w mroku stołu, dokąd natychmiast 
powędrowała   kolumna   żółtego   blasku.   –   Chcę,   aby   misteria   odprawiane 
przez tego Zaklinacza Gwiazd, a także Zaklinaczkę Pisma Krwi oraz ich 
pomocników od dziś zyskały status Wielkich Łowów. Czy któryś z was, 
waleczni Mówiący, ma wolę zabrać głos w tej sprawie?

– Tak – odezwał się starzec, siedzący z brzegu. – Mam wolę przemówić.
– Więc słuchamy cię z całym szacunkiem, Mówiący z Ziemią.
– Powiem wprost: dlaczego my, gospodarze tej ziemi, mamy – jak tutaj 

się   mówi   –   opuścić   swoje   pastwiska,   łąki,   doliny   rzek   i   góry?   Pytam, 

background image

dlaczego   mamy   zostawić   to   wszystko   demonom   niebios?   Już   raz   blade 
demony pozbawiły nas naszego kraju, wspaniałej ziemi,  z której wyrośli 
nasi   pradziadowie,   mężni   wojownicy.   Czy   dopuścimy,   aby   historia   się 
powtórzyła? Jakim prawem ten bladziuch – oskarżycielsko wycelował palec 
–   może   kazać   czarnemu   ludowi   wyruszyć   na   nową   tułaczkę   do   zielonej 
krainy, gdzie wojownik nie jest w stanie napiąć łuku, a potwory czyhają 
zakopane w piasku? Pytam raz jeszcze: czy to jest właściwe i sprawiedliwe? 
Czy   nie   lepiej   rozprawić   się   z   demonami   tutaj,   pod   słońcem   Królestwa 
Mzinga?

Zapanowało   poruszenie,   Mówiący   zaczęli   szeptać,   niektórzy   nawet 

wstali. Władczyni siedziała nieruchomo. Sprawy przybierały niekorzystny 
obrót. Haywick poczuł, że coś dzieje się w jego mózgu – udrożniają się 
dotychczas nieczynne kanały.

– Chciałbym coś wyjaśnić – powiedział głośniej, niż zamierzał. – Czy 

będzie mi wolno, czcigodna?

–   Udzielam   głosu   Zaklinaczowi   Gwiazd   –   oznajmiła   Mówiąca   ze 

Słońcem. Uważnie obserwowała go przez szczeliny jaskrawej maski.

–   To   wszystko,   co   powiedział   Mówiący   z   Ziemią,   jest   prawdą!   – 

zagrzmiał,   nie   poznając   własnego   głosu,   który   odbijał   się   echem   od 
odległych ścian. – Każde jego słowo zawiera mądrość, albowiem nikt nie ma 
prawa   radzić   czarnemu   człowiekowi,   aby   opuścił   własną   ziemię,   a   już 
szczególnie ja, blady Zaklinacz. Należy jednak przypomnieć, że dotychczas 
nikt nie mówił o opuszczaniu tego kraju! Odczytałem ze znaków na niebie, 
iż za sto lat w wasze pastwiska, łąki i lasy uderzą zastępy demonów niebios. 
Nam   już   nie   zaszkodzą,   ale   nasze   wnuki   będą   zmuszone   podjąć   z   nimi 
walkę. Moją rolą jest, aby swoim zaklęciem wesprzeć wysiłki mające na 
celu  przygotowanie  wojowników do tego spotkania, do wojny, która nie 
rozegra się gdzie indziej, tylko właśnie tu, na tej ziemi! Moje wspierające 
zaklęcie   –   zawiesił   głos,   a   potem   kontynuował   nieco   ciszej   –   niech   to 
zaklęcie   stanowi   cząstkę   odkupienia   dawnych   win   białych   ludzi,   pośród 
których, być może, byli także moi przodkowie.

Przez chwilę panowała cisza, w której jednak wyczuwało się postępujące 

odprężenie.   Potem   władczyni   zaklaskała,   trzymając   dłonie   nad   głową,   a 
niektórzy z Mówiących poszli w jej ślady. Wkrótce, z pewnym ociąganiem, 
dołączyli do nich pozostali, wśród nich Mówiący z Ziemią. Haywick nie był 
pewien,   czy   rząd   Królestwa   Mzinga   urządził   mu   owację,   czy   klaskanie 

background image

stanowiło zakończenie ceremonii. Tak czy inaczej, odetchnął z ulgą.

– Czy ktoś spośród walecznych Mówiących pragnie jeszcze wzbogacić 

naszą wiedzę? – zapytała władczyni. – Jeśli nie, uznaję, że wszyscy aprobują 
moje   propozycje.   Niezwłocznie   udam   się   do   Królowej,   aby   uzyskać   jej 
przyzwolenie.

Sześciu wojowników przybyło z lektyką, do której wsiadła Mówiąca ze 

Słońcem, inni Mówiący też opuszczali salę. Mówiący z Tablicami wyszedł z 
nimi,   nie   oglądając   się.   Do   Haywicka   ponownie   podeszła   tyczkowata 
Mulatka   i   poprowadziła   go   do   bocznych   drzwi,   pilnowanych   przez 
żołnierzy.

„Do licha, byłeś naprawdę dobry", pochwalił go głos. „Zaskakująco, jak 

na swój mentalny profil".

– Chodzi o ostatnią przemowę? – odpowiedział półgłosem z krzywym 

uśmiechem.   –   To   drobiazg.   Bywa,   że   nagle   wstępuje   we   mnie   demon, 
najpewniej jeden z waszej bogatej kolekcji.

Mulatka dała znak żołnierzom, a Haywick zasalutował i wkroczył do 

śluzy znajdującej się przed sanktuarium.

* * *
Sanktuarium   było   ogrodem   przykrytym   gigantycznym   kloszem   z 

mlecznego   szkła.   Było   też   mauzoleum,   bo   pośrodku   na   marmurowym 
cokole stał posąg Królowej, składający się z jej zmumifikowanych zwłok, 
zatopionych w bryle organicznej żywicy. Ponadto było komnatą kąpielową, 
ponieważ pod baldachimem azalii umieszczono złotą wannę, pełną parującej 
pienistej   wody.   Dwie   łaziebne   rozbierały   Mówiącą   ze   Słońcem   z 
tradycyjnego stroju, zdejmując kolejno sztywne pasy haftowanej tkaniny.

„Wolno ci patrzeć", tuż przy uchu rozległ się znajomy głos. Te słowa 

wypowiadała władczyni, której ładna, młoda twarz ukazała się po zdjęciu 
maski. Nie była już podlotkiem, ale także sporo brakowało jej do kobiety w 
kwiecie   wieku.   „W   klipsach   mam   mikrofony,   a   w   tym   kompleksie 
pomieszczeń wszędzie znajdują się głośniki kierunkowe. Mogę używać tylu 
głosów, ilu zechcę".

Haywick nie miał czasu, aby się zdziwić. Skinął tylko głową i odwrócił 

spojrzenie, bo pod ceremonialną szatą kobieta była naga.

„Podejdź bliżej i patrz! Nie wstydzę się swojego ciała. Tylko nie próbuj 

mnie dotknąć, bo wtedy cząstka naszych dusz stanie się wspólna. Wiedz, że 
każda   próba   duchowej   implantacji   poprzez   zbliżenie   do   władczyni 

background image

natychmiast karana jest śmiercią".

Podszedł i podniósł wzrok, ale tylko na tyle, żeby nie patrzeć jej w oczy. 

Skórę miała matową, podobną do grafitowego zamszu. Była nienaturalnie 
wąska w talii, jakby została przełamana na pół i na powrót złożona w jeden 
organizm. Broda włosów łonowych, węglistoczarnych i druciastych, zwisała 
z podbrzusza jak gniazdo os.

„Już wystarczy. Pewnie myślisz o nimfomanii, ale naprawdę chodzi o to, 

że twoje zachłanne spojrzenie przenosi energię, a ona przyda się władczyni. 
Czasem, gdy tego potrzebuję, pokazuję się tłumowi tylko w masce. Tobie 
wolno oglądać moją twarz, i tak nie masz pojęcia, co możesz na tym zyskać, 
a ja ci tego nie wyjawię".

Wtedy uniósł głowę, prześliznął się spojrzeniem po piersiach o ostrych 

sutkach i spojrzał jej w oczy. Uśmiechnęła się – miała naprawdę ujmujący 
uśmiech i dołeczki w policzkach – i weszła do wanny. Łaziebne zaczęły 
nacierać ją gąbkami.

„No dobrze. Mam na imię Cleo. W sanktuarium, ale wyłącznie tutaj, nie 

musisz   stosować   się   do   etykiety,   przynajmniej   nie   do   wszystkich   jej 
wymogów. Zwracaj się do mnie po imieniu, ale z należnym dystansem, na 
przykład... jak do menedżerki w swoim rodzimym Los Angeles. Pewnie, że 
tam   byłam,   studiowałam   prawo,   potem   długo   przygotowywano   mnie   do 
stanowiska, które jest zasadniczo reprezentacyjne, bo decyzje podejmowane 
są   w   zespole   podczas   zamkniętych   posiedzeń.   Siostry,   dajcie   nam   dwa 
martini z lodem i cytryną! Siadaj, człowieku, przystaw sobie ten stolik i 
rozluźnij się trochę".

Haywick czuł się głupio, jak na maskaradzie. Gdy przyniesiono trunek, 

wziął szklankę i sączył zimny płyn. Na razie nie musiał nic mówić i był z 
tego zadowolony.

„Znalazłeś   się   tu   dlatego,   że   chciałam   na   własne   oczy   zobaczyć 

astronoma, który wpakował nas w tarapaty. Tak, tak to wygląda, bo przed 
twoim odkryciem jednak było spokojniej. Teraz porozmawiajmy prywatnie. 
Naprawdę sądzisz, że to nieuniknione? Mam na myśli zderzenie Ziemi z 
Rojem Andromedy".

– Staraliśmy się wziąć pod uwagę wszystkie czynniki. Niestety, tak to 

wygląda   –   przyznał.   –   I   nie   ma   w   tym   absolutnie   żadnej   gry,   więc 
stanowiska oficjalne i prywatne pozostają identyczne. Przykro mi, ale nigdy 
nie miałem zadatków na polityka i nie potrafiłem ich rozdzielać.

background image

„Cóż,   rzeczywiście   brak   ci   tego   talentu   albo   niezwykle   sprytnie   się 

maskujesz. Wróćmy do waszego pomysłu, twojego i Herreiry. Jak oceniasz 
szanse powodzenia projektu?"

– Praca jest pionierska, więc nie mamy punktu odniesienia. Cel jest taki, 

żeby dodatkowo się zabezpieczyć, to nigdy nie zaszkodzi.

„A inne sposoby?" Haywick rozłożył ręce.
– Nie wiem, ale to nie mój kłopot, niech inni też mają swój wkład do 

sprawy.   Przypuszczam,   że   prowadzone   są   tajne   prace   w   zespołach 
równoległych, ale nic mi o nich nie wiadomo. O ile wiem, informacja o Roju 
nie została jeszcze podana do publicznej wiadomości.

„No tak, wasz projekt polega na hodowli mutantów. Paskudna sprawa. 

Ale w końcu dzięki mutacjom istniejemy my, ludzie, ha, ha. Co zamierzacie 
zrobić?"

– Otrzymać zmodyfikowanego człowieka. I powielić go. Nowe cechy w 

pełni powinny pokazać się w drugim, trzecim pokoleniu. Lecz nie jesteśmy 
pewni, może coś ujawni się wcześniej.

„Otrzymać człowieka, zupełnie jak nowy rodzaj tworzywa do produkcji 

rajstop. Otrzymać i powielić, ładnie brzmi. Jak macie zamiar zrealizować 
powielanie?"

– Och, z tym będzie najmniej kłopotu. Jak już go uzyskamy, zastosujemy 

naturalną prokreację, wykorzystamy banki spermy, zamieścimy ogłoszenia i 
zaproponujemy   zachęty   finansowe.   Nie   myśleliśmy   o   tym   zbyt   wiele, 
ponieważ zatrudnimy profesjonalnych konsultantów.

„Zwróćcie uwagę, że nieraz trywialne problemy decydują o powodzeniu 

drobiazgowo   zaplanowanego   przedsięwzięcia.   Przyspieszcie   prace,   skoro 
macie   rządowe   wsparcie.   We   wszystkich   sprawach   kontaktujcie   się 
bezpośrednio   z   Johnnym.   Na   koniec,   blady   Zaklinaczu,   winna   ci   jestem 
przeprosiny   za   ceremonię   –   typową   dla   nas,   ale   dla   obcych   posiedzenie 
rządu stanowi czasami traumatyczne przeżycie. Nasze tradycje wydają ci się 
egzotyczne, ale weź pod uwagę, że właśnie one utrzymują kraj w obecnym 
kształcie.   Gdyby   nie   tradycja,   nie   stanowilibyśmy   niczego   więcej   ponad 
zbiorowisko bandyckich, zwalczających się hord i okopanych po wioskach 
klanów. Zobacz, co dziś dzieje się w Czarnej Afryce. My mieliśmy łatwiej, 
bo przed ustanowieniem niepodległości doświadczaliśmy na własnej skórze 
samotności człowieka w bezimiennym, pozbawionym wizji tłumie. Wróćmy 
do obrad – w ich trakcie nieodzowny był pokaz tradycyjnej próby na białym 

background image

człowieku.   Właśnie   teraz   emitujemy   migawki   z   tego   spektaklu   w 
cogodzinnych   telewizyjnych   wiadomościach.   Musisz   przyznać,   że 
najlepszym kandydatem do zgłoszenia propozycji był Mówiący z Tablicami, 
alias Johnny, twój przyjaciel ze studiów, bo takie zagranie ucięło w zarodku 
wszelkie dyskusje na temat kumoterstwa. Chociaż rozmawiamy o polityce, 
której,   jak   twierdzisz,   nie   potrafisz   uprawiać,   chyba   uznasz   logikę 
wywodu?"

Haywick wzruszył ramionami, lecz nie pozostawało mu nic innego, jak 

skinąć głową.

background image

ROZDZIAŁ 10

Gdy   Gloria   weszła   do   laboratorium,   Jolly   przywitała   ją   uśmiechem, 

drapieżnie szczerząc zęby. Dziś bardziej niż zwykle przypominała białego 
szczura,   lecz   Gloria,   jak   zwykle,   odpowiedziała   uprzejmym   skinieniem 
głowy.

– Cześć, Jol. Coś nowego?
– Owszem – odpowiedziała Jolly konfidencjonalnie. Wstała i pochyliła 

się w jej stronę nad biurkiem, na którym poniewierały się notatki, płytki 
chromatograficzne i lateksowe rękawiczki. – Dyro cię wzywa.

– Co? Masz pewnie na myśli Starszego Zaklinacza naszej grupy?
Jolly   potrząsnęła   mysimi   ogonkami.   Swoją   drogą   dosyć   infantylna 

fryzura, pomyślała Gloria.

–   Nie,   szefowo.   Zaprasza   cię   nasza   władza   centralna,   Szaman   Pisma 

Krwi.

Gloria   wzruszyła   ramionami   i   poszła   przypudrować   nos.   Właściwie 

spodziewała się wezwania, bo niedawno zakończyła prace nad modyfikacją 
otrzymanych genomów.  Dotychczas rozmawiała z naczelnym dyrektorem 
instytutu tylko raz, przy podpisywaniu angażu. Po chwili jechała już windą 
na najwyższe piętro, do przeszklonych gabinetów dyrekcji. Poziom wyżej 
było już tylko lądowisko dla helikopterów.

– Zostałam wezwana – zaanonsowała się Przybocznej dyrektora.
Postawna kobieta o dosyć jasnej karnacji i ogromnych oczach zaprosiła 

ją do sekretariatu. Na szyi i przegubach nosiła kolorowe bransolety, a wargi 
i powieki pomalowała świecącą seledynową farbką. Dodatkowe źrenice i 
tęczówki,   wyrysowane  na  powiekach,   pojawiały  się   przy  mruganiu.  Gdy 
zatrzymywała na chwilę powieki w dolnym położeniu, wydawało się, że jej 
dusza spogląda na intruza wielkimi posępnymi oczami sowy.

– Proszę usiąść. – Przyboczna wskazała fotel obciągnięty czarną imitacją 

skóry.

Wystrój wnętrza wyjątkowo nie odwoływał się do tradycji, a wrażenie to 

jeszcze   potęgowały   gadżety:   plakaty   reklamowe   firm   biochemicznych   i 
farmaceutycznych   oraz   muzealna   aparatura   laboratoryjna   –   jak   zestawy 
destylacyjne,   ręczne   dozowniki   czy   stare   wirówki   –   wyłożona   w 
podświetlonych gablotach.

background image

– Coś do picia? Nie? Zaklinaczka Pisma Krwi Gloria Herreira... Tak, 

Szaman już za chwilę będzie dysponował czasem.

Musiała otworzyć moje akta, pomyślała Gloria. Nie znamy się przecież, 

nie   widujemy,   dyrekcja   jest   tylko   zwieńczeniem,   fasadą.   Aż   dziwne,   że 
bosonodzy   podatnicy   nastarczają   z   finansowaniem   tego   rodzaju 
reprezentacji, widocznych na każdym kroku. Może to także jest przejawem 
tradycji,   która   cementuje   Królestwo,   i   wtedy   koszty   mają   drugorzędne 
znaczenie?

Pancerne drzwi rozsunęły się z cmoknięciem i stary, zasuszony Murzyn 

zaprosił Herreirę do środka. Nosił popielaty garnitur perfekcyjnie dobrany 
do lekko szpakowatej, kędzierzawej czupryny.

– Witam panią profesor – zagaił, ignorując wszechwładną nomenklaturę. 

–   Nie   będziemy   się   bawić   w   ceregiele,   czasu   jest   mało.   Kawę   z   kapką 
koniaku?

Herreira przytaknęła. Dyrekcja musiała się zmienić, bo nie przypominała 

sobie   tego   człowieka.   Ale   od   razu   ją   zafascynował.   Wyrafinowane 
słownictwo,   rzutkość,   inteligencja   w   wyrazistym   spojrzeniu   –   to   rzadkie 
cechy wśród członków tego dosyć jednolitego społeczeństwa.

– Pozwoli pani, że koniaku dodam osobiście? – zadał retoryczne pytanie, 

dolewając po trochu złocistego płynu do parujących filiżanek.

Gloria   bezwiednie   stwierdziła,   że   głęboka   barwa   kawy   dobrze 

harmonizuje z czarnobiałym popartowym wystrojem gabinetu.

– Pewnie pani się dziwi, skąd ta wizyta? Wasze badania mają rządowy 

priorytet, więc chciałem zaoferować dodatkową pomoc, w razie gdyby była 
potrzebna. – Zawiesił głos.

– Nie, panie... dyrektorze – oświadczyła, pokonując chrypkę. – Na razie 

wszystko   przebiega   zgodnie   z   planem.   Jestem   jednak   wdzięczna   i   z 
pewnością skorzystam, jeśli pojawią się nowe okoliczności.

– Nie musi pani być wdzięczna, ma pani prawo wręcz żądać wsparcia. 

Teraz   poproszę   o   zwięzłą   charakterystykę   stanu   projektu   na   dziś.   Znam 
pisemne raporty, ale chciałbym uzyskać informację u źródła.

Odstawiła   filiżankę.   Napar   był   piekący,   gorzki,   aromatyczny.   Chce 

wyłapać rozbieżności, pomyślała.

–   Dokonaliśmy   optymalizacji   ośmiu   uzyskanych   zestawów 

chromosomalnych...

–   Zaraz   –   przerwał.   –   Co   według   pani   oznacza   określenie 

background image

„optymalizacja"?

– Jeśli ma się organiczny genom, pełne określenie jego budowy metodą 

neutronowego skanowania Henderpiche'a, a następnie wykonanie wiernego 
cyfrowego   obrazu   nie   stanowi   problemu.   Wychodząc   z   konkretnego 
genomu,   dokonaliśmy   wielokrotnej   symulacji   oczekiwanych   cech, 
ekstrapolując je do dorosłego organizmu, i dopiero po wybraniu najlepszego 
wariantu wprowadziliśmy molekularne poprawki do posiadanego materiału 
biologicznego wolnego zarodka, bo tak należy nazwać materiał gotowy do 
wszczepienia w ścianę macicy. Taki schemat postępowania zastosowaliśmy 
w odniesieniu do każdego z ośmiu genomów.

–   Po   co   poprawki?   Zakon   Scjentystów   Bosych   wykonał   bardzo 

przyzwoitą replikę nukleotydową Allana Portera, prawda? Mówiono mi, że 
jego genowy garnitur znakomicie nadawał się właśnie do tego zadania.

Nerwowym ruchem wygładziła spódnicę.
–   Owszem,   stanowił   zdecydowanie   najlepszy   fundament,   jaki 

znaleźliśmy. Lecz surowiec nie jest produktem finalnym, stanowi jedynie 
bazę, na której należy zaszczepić oczekiwane cechy docelowe. To właśnie 
zrobiliśmy.

– I...?
–   Odpowiednie   poprawki   nanieśliśmy   na   materiał   biologiczny   za 

pomocą   wąsko   wyspecjalizowanych   sztucznych   enzymów, 
zaprojektowanych   do   wykonania   tego   jednego   zadania.   To   nasza 
specjalność.

– Jeśli umiecie nanosić chemiczne poprawki, dlaczego nie wykonaliście 

syntezy całego genomu, tylko zleciliście tę robotę?

–   Przykro   mi.   Potrafimy   zrobić   dużo,   ale   nie   wszystko,   specjalizacja 

istnieje   także   wśród   geninżynierów.   Różnica   między   syntezą   totalną   a 
subtelną modyfikacją cech jest mniej więcej taka, jak między postawieniem 
budynku   a   wykończeniem   wnętrz.   Każdy   etap   pracy   wymaga 
specjalistycznej wiedzy i odpowiednich procedur doświadczalnych.

Mężczyzna potarł brodę kciukiem.
–   Uhm.   Jednak   wasza   strategia   wciąż   nie   jest   dla   mnie   jasna. 

Początkowo dostaliście z sieci cyfrowy zapis genomu Allana Portera, więc 
przecież od razu na nim mogliście dokonać poprawek, czyli – używając pani 
terminologii – cyfrowego wykończenia budynku, a dopiero na koniec brać 
się   do   syntezy   gotowego   produktu.   Byłoby   mniej   pracy   laboratoryjnej, 

background image

wszystko trwałoby krócej, czyż nie?

– Nie! – rzuciła impulsywnie, nie mogąc powstrzymać się od uniesienia 

ramion w jednej ze swoich tanecznych figur. – To nie tak, panie dyrektorze. 
Głównym problemem jest to, że ani syntezy totalnej, ani potem klonowania 
genomu   nie   da   się   przeprowadzić   całkowicie   wiernie   wobec   matrycy 
cyfrowej. Przy takich dużych projektach gra już rolę probabilistyka typu 
kwantowego.   Wynika   stąd,   że   każdy   z   dostarczonych   ośmiu   plemników 
superior był nieco inny od pozostałych. Odchylenia wyniosły od tysięcznej 
do milionowej części procenta, głównie w sekwencjach niekodujących, ale 
były!   Po   pełnej   analizie   strukturalnej   zrobiliśmy   i   przetestowaliśmy   dla 
każdego   symulacyjne   poprawki   „na   miarę",   indywidualnie,   po   czym 
chemicznie   wprowadziliśmy   je   do   posiadanych   genomów.   Następnie 
arbitralnie   wybraliśmy   trzy   najlepiej,   według   naszej   wiedzy,   rokujące 
egzemplarze.   Reasumując,   sensownych   poprawek   można   dokonać   tylko 
bazując   na   rzeczywistym   materiale,   więc   najpierw   trzeba   go   mieć   w 
probówce.

–   Jeśli   dobrze   rozumiem,   chce   pani   powiedzieć,   że   po   ewentualnej 

początkowej modyfikacji materiału cyfrowego i późniejszej syntezie i tak 
kolejne modyfikacje okazałyby się niezbędne?

– Dokładnie tak. Wyliczyliśmy, że byłoby ich więcej niż w wypadku 

wybranej przez nas metody, a niepewność okazałaby się większa.

Mężczyzna powoli skinął głową.
– To wytłumaczenie do mnie przemawia – stwierdził. – Jeszcze jedno 

merytoryczne pytanie. Plemnik superior zawiera, jak każdy plemnik, tylko 
połowę   ludzkiego   materiału   genetycznego,   i   zapewne   właśnie   w   nim 
zakodowane są ważne dla nas cechy. Czy nie staną się one recesywne po 
mejozie   i  po   wymieszaniu   z   genami   matek?   Jaka   jest   gwarancja,   że  nie 
znikną po kilku pokoleniach?

–   Poruszył   pan   istotną   kwestię,   dyrektorze.   W   niekodujących 

sekwencjach   zawarliśmy   polecenia   chroniące   wybrane   geny   przed 
recesywnością.   Geny   dla   nas   ważne   pozostaną   więc   dominujące,   mamy 
nadzieję, że przez kilka pokoleń. Po pewnym czasie ich przewaga zostanie 
usunięta   w   wyniku   procesów   naprawczych,   ale   wtedy   nie   będzie   to   już 
miało   znaczenia,   bo   cechy   korzystne   w   nowym   środowisku   utrwalą   się 
ewolucyjnie.

–   Aha.   No   i   jeszcze   jedno.   Posiadam   informacje,   że   w   Zakonie 

background image

Scjentystów   Bosych   opracowano   technikę   somatycznych   modyfikacji 
genetycznych   w   czasie   rzeczywistym,   czyli   natychmiastowych, 
energetycznie bazujących na procesach analogicznych do ruchów w obrębie 
narządów,   na   przykład   mięśni.   Czy   nie   byłaby   to   opcja   korzystna   dla 
waszego projektu?

–   Och,   nie.   To   są   właśnie   tylko   zmiany   somatyczne,   chwilowe, 

niepowtarzalne. Jedni robiliby to dobrze, inni kiepsko, jeszcze inni wcale. 
Kto wie, może kiedyś... Ale dziś te prace są w powijakach, nie wiadomo 
nawet,   czy   ci   „yogeni"   zachowują   zdolności   prokreacyjne.   Natomiast 
naszym   celem   jest   stworzenie   nowej   stabilnej   rasy,   zdolnej   do   w   pełni 
samodzielnego   bytu.   Nie   da   się   tego   urzeczywistnić   inaczej   niż   drogą 
subtelnych, celowych modyfikacji genomu, które będą w naturalny sposób 
dziedziczone.

– No dobrze, co dalej z waszym projektem?
–   Nie   klonowaliśmy   zarodków,   bo   nie   chcieliśmy   wprowadzać 

dodatkowych   zmian   fluktuacyjnych.   Trzy   najlepsze   egzemplarze   już 
dziesięć   dni   temu   zdeponowaliśmy   w   sejfie   instytutu.   Zastrzegłam   na 
piśmie,   że   materiał   musi   być   przechowywany   w   temperaturze   ciekłego 
azotu. Trzy kolejne zarodki, w aspekcie oczekiwanych cech – według naszej 
skali – bardzo niewiele odbiegające od założonego poziomu, przekazaliśmy 
Mówiącemu z Narodami. Zgodnie z zawartą umową są one przeznaczone 
dla   Zakonu   Scjentystów   Bosych.   Konkretnie   mają   być   przekazane   bratu 
Anzelmowi.

Dyrektor rozparł się wygodnie w fotelu i sięgnął po kawę. Uśmiechnął 

się.

– Dobra robota – stwierdził. – Zrobiliśmy tyle, ile było można, i zstępni 

nie będą mogli zarzucić nam braku dbałości o ich los.

– Nie powinno się jednak zaniedbywać badań nad innymi sposobami 

zapobieżenia   katastrofie   –   oświadczyła   Herreira.   –   Ludzkość   stoi 
prawdopodobnie   na   progu   zagłady,   nie   wolno   bać   się   takiego 
sformułowania.

Mężczyzna wstał. Uśmiech pozostał jego nieodłącznym towarzyszem.
–   Pani   zrobiła   już   dostatecznie   dużo   dla   potomności,   Herreiro, 

pozostawmy   trochę   dla   innych.   Chciałbym   na   koniec   naszego   miłego 
spotkania   zakomunikować,   że   trzy   zarodki   otrzymane   przez   pani   zespół 
zostały   niezwłocznie   po   zdeponowaniu   przewiezione   do   Wioski   Matek   i 

background image

wszczepione do macic nosicielek. Dwa rozwijają się prawidłowo.

Herreira zerwała się, rozlewając resztki kawy.
–   Och...   dlaczego...   –   sięgnęła   do   włosów,   przeciągnęła   dłońmi   po 

twarzy – dopiero teraz się o tym dowiaduję?!

– Chcieliśmy mieć pewność, że wszystko przebiega, jak należy.
– A... trzeci płód?
– Niestety, obumarł w piątym miesiącu ciąży. Jego bracia bliźniacy są w 

początkach ósmego i mają się doskonale.

– Jasne, przyspieszone dojrzewanie. Świetny, rewelacyjny współczynnik 

akceleracji! – Gloria uniosła ramiona i wykonała kolejną figurę, tym razem 
radosnego flamenco.

– Zgadza się. – Mężczyzna skinął głową. – Synergizm wspomagania 

genetycznego i kompozycji sztucznych hormonów wzrostu daje efekt blisko 
trzydziestokrotnego skrócenia ciąży.

– Jeśli mogę spytać... jakie będzie przyspieszenie rozwoju noworodka?
–   Współczynnik   sto,   zarówno   dla   rozwoju   fizycznego,   jak   i 

intelektualnego.   Samoczynne   wyłączenie   akceleracji   nastąpi   w 
biologicznym wieku osiemnastu lat.

– Wspaniale! Czy... ja mogłabym...?
– Owszem. Między innymi po to panią wezwałem, żeby zaproponować 

wizję lokalną. Do Wioski Matek może pani jechać w dowolnym terminie, 
choćby dziś. Trzeba pomyśleć nad imionami dla chłopców, którzy urodzą 
się...

– To będzie... za dwa dni, czyli pojutrze! – krzyknęła Herreira. – Jadę 

natychmiast!

* * *
Zjechała na pobocze, wyłączyła silnik i otarła pot z czoła. Spokojnie, 

tylko   spokojnie,   powtarzała   w   kółko.   Po   raz   kolejny   rozłożyła   mapę   i 
sprawdziła drogi dojazdowe, po czym uaktywniła radiolokator satelitarny.

Urządzenie było tanie i kiepskie, ale pokazywało pozycję z dokładnością 

do   około   trzystu   stóp.   Według   informacji   widocznych   na   monitorze 
znajdowała się właśnie tam, gdzie powinna, lecz Wioski Matek nie było 
widać.

– Cholera! – zaklęła, uderzając dłonią w kierownicę. Rozległ się niski 

dźwięk klaksonu. Przed wyjazdem zrezygnowała z obstawy mimo nalegań 

background image

Szamana od Włóczni. Uważała, że sama będzie miała więcej swobody w 
kontakcie z Matkami. Teraz, samotna na odludziu, była bliska paniki.

Słońce   wisiało   już   nisko,   szosę   spowijał   gęstniejący   mrok.   Na   tej 

szerokości   geograficznej   nie   ma   długich   i   jasnych   wieczorów;   ciemność 
zapada szybko, natychmiast po krótkim zachodzie. Chwyciła za telefon, ale 
zaraz odrzuciła go ze złością. Nie chciała poczekać na Bena, spieszyła się do 
„swoich"   nienarodzonych   dzieci,   a   teraz   co   mu   powie?   Że   niecierpliwa 
dziewczynka zabłądziła w lesie? A Benny poradzi, żeby trochę lepiej się 
rozejrzała, i będzie miał swoją cholerną rację!

Cykady grały jak wściekłe, cały las pełen był dziwnych odgłosów. Z tej 

kakofonii wyłowiła obcy dźwięk. Kroki?

Obejrzała się raptownie, sięgając do torebki. Nie, nie wzięła pistoletu, 

nigdy   go   nie   nosiła,   mimo   że   miała   zezwolenie.   Wolała   elektryczny 
paralizer, ale w pośpiechu zapomniała go zabrać – przecież nie wybierała się 
daleko, miała przed sobą zaledwie dwie godziny jazdy.

Poboczem nadchodził stary Murzyn z psem. Gdy była zdenerwowana, 

zawsze bulwersował ją widok Murzynów, tak naprawdę nigdy się do nich 
nie przyzwyczaiła. Mężczyzna musiał wyjść z lasu, bo jeszcze przed chwilą 
droga była pusta. Zatrzymał  się obok wozu i lustrował ją nieruchomym, 
rybim   wzrokiem.   Spostrzegła,   że   prawie   nie   mrugał.   Po   długiej   chwili 
zaśmiał się skrzekliwie.

–   Biała   kobieta   sama,   dlaczego?   Nie   rozumiemy,   prawda,   pies?   – 

Poczochrał   zwierzę   za   uchem.   Z   gardzieli   wielkiego   jak   dzik   bojowego 
bulteriera wydobył się głuchy warkot.

– Ja... służbowo – wyjąkała. Przemknęło jej przez głowę, że pozostali 

członkowie   bandy   przyczaili   się   w   zaroślach   i   że   powinna   spróbować 
natychmiast włączyć silnik i odjechać, dając gazu do dechy. Nie zrobiła 
jednak  najmniejszego  ruchu,  ręce  miała   jak z  ołowiu. –  Szukam  Wioski 
Matek – dodała, starając się opanować drżenie głosu.

Mężczyzna obserwował ją w milczeniu. Właściwie nie był stary, lecz w 

wieku   trudnym   do   określenia.   Szeroka   czaszka   tkwiła   bezpośrednio   na 
tułowiu,   prawie   nie   miał   szyi,   zapadnięta   pierś   kontrastowała   z   grubymi 
ramionami. Nosił tylko przepaskę na biodrach.

Sięgnęła do  kluczyka.  Wtedy   bulterier warknął  głucho i  ruszył w  jej 

stronę, pokazując kły. Cofnęła dłoń.

– W tych stronach bladziuchy nie jeżdżą bez pozwolenia – poinformował 

background image

Murzyn. Nie starał się powstrzymywać psa, który nie zbliżał się bardziej, ale 
wargi miał ściągnięte i nie przestawał warczeć.

–   Mam   pozwolenie!   –   krzyknęła   zdesperowana.   –   Jestem   służbowo, 

mam rządowy priorytet, zaraz przyjedzie moja obstawa! – Nie zważając na 
bestię   tuż   za   otwartym  oknem,   wyszarpnęła   z   torebki   polecający   list   od 
dyrektora instytutu. – Tu, zobacz sobie!

Gdyby bandyci świadomie zaatakowali urzędnika na służbie, mogliby 

mieć kłopoty. Herreira wierzyła, że Murzyn zdaje sobie z tego sprawę.

Mężczyzna patrzył jej w oczy, nie zwracając najmniejszej uwagi na list, 

którym wymachiwała. Pies, o dziwo, przestał warczeć i odsunął się, a potem 
usiadł i zaczął dyszeć, wywiesiwszy jęzor.

–   Było   tak   od   razu   –   mruknął.   –   Jestem   M'ghwng,   Szaman   Wioski 

Matek.

Gloria odetchnęła.
– Herreira, Zaklinaczka Pisma Krwi.
– Cofnij trochę, Zaklinaczko, wjazd jest zaraz za tobą.
Przymknęła   oczy   i  potarła   skronie  czubkami   palców.   Potem  szybkim 

ruchem   uruchomiła   silnik,   zawróciła   i   podjechała   do   miejsca,   w   którym 
mężczyzna już czekał. W mroku błyszczały białka jego nieruchomych oczu.

Walcząc ze strachem, skręciła w boczną zarośniętą drogę. Nie do końca 

wierzyła nieznajomemu, coś jej się w tym wszystkim nie podobało, jednak 
wioska nie mogła być daleko. Rzeczywiście, po chwili zobaczyła drewnianą 
bramę w murze z cegły. Mężczyzna sięgnął przez szparę, podniósł skobel i 
odepchnął jedno skrzydło na tyle, że wóz akurat się zmieścił. Wjechała na 
wybrukowany   plac,   otoczony   przez   wysokie   baraki.   Gdy   wychodziła   z 
samochodu, bulterier, teraz łagodny jak domowy psiak, obwąchiwał jej buty. 
Starała się nie zwracać na niego uwagi.

– Chcę zobaczyć Matki – stwierdziła bez wstępu.
Znów   odczuła   ciężar   z   pozoru   bezmyślnego,   nieruchomego   wzroku. 

Oczekiwanie na odpowiedzi tego mężczyzny było naprawdę denerwujące. 
Za   każdym   razem   zaczynał   mówić   dopiero   w   chwili,   kiedy   milczenie 
stawało się obraźliwe.

–   Pośpiech   nie   jest   wskazany   –   wycedził.   –   Nic   o   nich   nie   wiesz, 

Zaklinaczko. List, chcę go zobaczyć.

Podała   mu   pismo.   Nawet   na   nie   nie   spojrzał,   tylko   zmiął   papier   i 

wepchnął pod poplamioną przepaskę.

background image

– Idziemy do gabinetu.
Zaprowadził   ją   do   klitki   mieszczącej   się   w   jednym   z   baraków.   Pod 

wąskim,  wysokim oknem stał zdezelowany stolik, zawalony urzędowymi 
pismami   i   resztkami   jedzenia.   Na   ścianie   wisiał   rulon   monitora,   a   po 
ścianach pięły się luminescencyjne rośliny, dające słabe zielonkawe światło.

Murzyn wskazał Glorii wyszmelcowany fotel i zapalił punktową lampkę, 

pod   którą   rozłożył   jej   list   polecający.   Wygładził   papier   i   zaczął   wodzić 
palcem wzdłuż linijek, poruszając zaślinionymi wargami.

–   „Gloria   Herreira,   Zaklinaczka   Pisma   Krwi,   matka   tubiczna   płodów 

męskich  All  i A12".  Ach,  chodzi  o tych  nowych, skatalogowanych  jako 
Allan Sinistra i Allan Volyan – mruknął, kiwając głową. – Okaż paszport, 
Zaklinaczko. Taka jest procedura.

Cielakowaty   bulterier   leżał   koło  niej   na  podłodze.   Sprawiał   wrażenie 

spokojnego,   lecz   lustrował   otoczenie   spod   półprzymkniętych   powiek. 
Podała M'ghwngowi dokument.

– Kto nadał chłopcom imiona? – spytała od niechcenia. Była urażona, że 

nie zaczekano na nią, ale starała się tego nie okazać.

– W kartotekach musi być porządek – pouczył ją Murzyn, odpowiadając 

na właściwe pytanie. Dokładnie obejrzał jej zdjęcie i zwrócił paszport. – Co 
wiesz o Matkach, Glorio Herreiro, Zaklinaczko Pisma Krwi?

–   Nic   –   odparła   opryskliwie.   –   Wiem,   że   procesy   ciążowe   zostały 

przyspieszone zgodnie z planem. I bardzo dobrze, bo...

– Powód mnie nie interesuje. Więcej, nie powinien interesować, to nie 

jest zakres moich obowiązków. Czy znasz status Matek?

Wzruszyła ramionami.
– Skąd niby mam znać? Wszak mamy inne zakresy obowiązków.

Znów przerwa na uważną obserwację, męcząca konfrontacja z maską 

jego twarzy. Wytrzymała to spojrzenie.

–   Przeznaczone   zostały   wyłącznie   do   rodzenia.   Centralnym   organem 

tych   istot   jest   brzuch,   macica   –   powiedział   w   końcu.   –   Są 
sfunkcjonalizowane.

Gloria stała się czujna.
– To oznacza... A nogi, ręce? Głowa? Czegoś im brakuje?
Zarządca pokręcił głową.
–   Tak   bym   nie   powiedział.   Wszystkie   funkcje   istnieją, 

background image

podporządkowane, bez nadmiarowości.

– Są więc jak rozpłodowe bydło! – krzyknęła.
Pies   uniósł   łeb,   w   jego   piersiach   wezbrał   dźwięk   przypominający 

dudnienie podziemnego potoku. Zaklinacz Wioski skrzywił się.

–   Niedobre   porównanie.   Zostały   zaprojektowane   w   jednym   celu,   w 

końcu   nie   oczekujesz   od   nich   niczego   więcej   niż   urodzenia   twojego 
Volyana. Tylko on jest dla ciebie, Sinistry nawet nie zobaczysz.

Herreira   wstała.   Była   spięta.   Wiedziała   przecież,   czego   może   się 

spodziewać, lecz mimo to reagowała zbyt emocjonalnie. Nie panowała nad 
sobą   w   takim   stopniu,   w   jakim   by   chciała,   i   to   jeszcze   wzmagało   jej 
rozdrażnienie.

– Chcę tam pójść – oświadczyła, z trudem opanowując drżenie głosu.
Murzyn sięgnął do szafki i wyjął klucz.
Po otwarciu masywnych wrót poczuła zapach moczu i odchodów, słaby, 

ale nie do pomylenia z inną wonią. Wewnątrz zainstalowano boksy z siatki, 
przypominające  więzienne  cele,  które  zajmowały  białe   olbrzymki  –  były 
różnego wzrostu, ale żadna nie liczyła mniej niż dziesięć stóp. Większość 
chodziła nago, niektóre miały biodrowe przepaski, a kilka ubrano w luźne 
sukienki nieokreślonego koloru i wątpliwej czystości. Jedne były szczupłe, 
inne tęższe, ale wszystkie nosiły płody w nabrzmiałych brzuchach.

Każdy boks miał podłogę wyłożoną białymi ceramicznymi płytkami, w 

głębi   natrysk   i   urządzenia   sanitarne,   a   nieco   z   boku   –   metalowy   stół   z 
drucianym krzesłem. Na stołach leżały miski i walały się resztki posiłku.

Gdy   weszli,   większość   kobiet   podbiegła   do   zakratowanych   drzwi, 

krzycząc  i  wysuwając  ręce  na zewnątrz.  Zapanował  straszliwy   harmider. 
Szaman Wioski, który mimo słusznej postury przy swoich podopiecznych 
wyglądał jak karzeł, zastukał metalowym prętem w najbliższe drzwi. Efekt 
był niewielki, lecz gwar nieco przycichł.

Herreira   stanęła   jak   wryta.   Choć   przygotowała   się   na   niespodzianki, 

zasadniczo   wyobrażała   sobie   różne   warianty   sal   szpitalnych   –   od 
położniczych   poprzez   reanimacyjne   aż   do   psychiatrycznych,   ewentualnie 
wyposażonych w pasy i kaftany bezpieczeństwa. Nie przyszło jej do głowy, 
że pomieszczenie może być rodzajem obory.

Chwyciły ją mdłości, wycofała się na dwór. Niebo roiło się od gwiazd, 

powietrze   było   przyjemnie   chłodne.   Oddychała   głęboko,   opanowując 
odruchy wymiotne.

background image

–   Nie   jest,   jak   myślisz,   Zaklinaczko   –   powiedział   Murzyn,   który 

podszedł   cicho   z   tyłu.   Położył   jej   dłoń   na   ramieniu,   ale   strząsnęła   ją   z 
obrzydzeniem. Cofnął się o krok – nie zareagował gniewnie, jak uczyniłaby 
większość tutejszych mężczyzn. Wiedziała, że mógłby oskarżyć ją o rasizm, 
choć jej odruch miał zupełnie inne przyczyny. Zapewne to rozumiał i była 
mu za to wdzięczna. – One potrzebują mieć swoje terytoria – kontynuował 
spokojnie. – Bywają agresywne, więc nie powinny zbyt często kontaktować 
się w sposób bezpośredni. Uwierz...

Herreira powoli przychodziła do siebie.
– Zbyt często...? – spytała.
– Mają świetlicę, tam je zabieram, ale nie więcej niż po kilka naraz. 

Noszą   naprawdę   cenne   płody,   którym   należy   zapewnić   maksymalnie 
bezpieczeństwo. Rozrywka nie jest najważniejsza, choć w małych dawkach 
konieczna dla utrzymania zadowalającego stanu psychicznego.

Usiłowała zebrać myśli. Te olbrzymki nie są ludźmi, tłumaczyła sobie. 

Jak mogą nimi być bez normalnego mózgu?

– Skąd agresja? – spytała. – Są... kobietami. W każdym razie samicami.
–   Nie   mają   samców,   więc   są   zmuszone   same   pilnować   terytoriów. 

Atawizm.

– Nie do usunięcia na drodze modyfikacji genomicznej?
– A po co? – Wyszczerzył żółte zęby  w pierwszym uśmiechu.  – To 

kosztuje,   a   nie   jest   do   niczego   potrzebne.   Nie   prowadzimy   niedzielnej 
szkółki dla grzecznych panienek.

– Nie ma wątpliwości – stwierdziła i odetchnęła głęboko. – Już czuję się 

lepiej, chciałabym do nich wrócić.

Bez słowa ruszył przodem i pchnął uchylone wrota. Znów był zmuszony 

uciszać   hałas.   Brzemienne   olbrzymki   uspokoiły   się,   z   wyjątkiem   jednej 
potężnej   kobiety   o   grubaśnych   udach   i   muskularnych   ramionach,   która, 
jęcząc, wepchnęła rękę pomiędzy pręty i wyciągnęła ją w kierunku Glorii. 
Jej ogromny brzuch napierał na drzwi z taką siłą, że żelazna konstrukcja 
wygięła się niebezpiecznie. Płód odczuwał ucisk, a może i zdenerwowanie 
matki, bo jego kopnięcia wyraźnie odkształcały powłoki skórne łona.

– Nie!!! – krzyknął Murzyn, ale było już za późno.
Gloria   postąpiła   do   przodu   i   nieśmiało   wyciągnęła   dłoń,   a   potem 

dotknęła   ręki   kobiety.   Olbrzymka   przestała   jęczeć,   wykrzywiła   twarz   i 
wyszczerzyła zęby. Łzy płynęły jej z oczu i kapały  z policzków. Gloria 

background image

nadal poruszała się jak w transie. Podeszła do samej furty i włożyła rękę do 
środka,  a wtedy  kobieta się  pochyliła. Herreira ostrożnie, a potem coraz 
śmielej głaskała ją po twarzy. Tamta odprężyła się, jej rysy złagodniały i 
stały się bardziej regularne, Gloria dostrzegła w nich nawet pewien rodzaj 
pierwotnego piękna.

–   Miałaś   szczęście,   Zaklinaczko   Herreiro,   że   Mateczka   Betty   nie 

zobaczyła w tobie rywalki – stwierdził mężczyzna. – Instynkt cię prowadził, 
bo to właśnie ona nosi tubiczne dziecko, które zwie się Allan Volyan. Teraz 
jednak powoli oddal się od prętów, tak będzie lepiej.

Gloria nie słuchała go. Sięgnęła do włosów kobiety, a tamta pochyliła się 

jeszcze bardziej, poddając się pieszczocie. Herreira uśmiechnęła się do niej, 
a potem powoli wycofała rękę i zrobiła krok w tył. Olbrzymka westchnęła, 
ale pozostała spokojna.

– Są jak dzieci – stwierdziła Gloria.
– Nie sądzę – sprzeciwił się zarządca. – Na kiedy planujesz wyjazd, 

Zaklinaczko?

Zaskoczona,   rzuciła   mu   gniewne   spojrzenie,   ale   nie   dała   się 

sprowokować.

– Wkrótce, chociaż wolałabym poczekać do rozwiązania. Czy mogę się 

dowiedzieć, która z tych kobiet nosi płód Sinistry?

Murzyn pokręcił głową.
–   Przykro   mi,   ale   nie   jestem   upoważniony   do   udzielania   takich 

informacji,   dopóki   nie   otrzymam   polecenia   na   piśmie.   Chodźmy,   pokój 
gościnny jest przygotowany.

Herreira   naciągnęła   kołdrę   na   głowę,   lecz   dźwięki   muzyki   wciąż 

docierały do jej uszu. Mimo że były słabe, odbierała je całą głową i klatką 
piersiową, bo głębokie dudnienie na granicy infradźwięków wprawiało w 
rezonans   kości.   Czy   ten   dozorca   modyfikowanych   półgłówków   musi   po 
nocy słuchać koncertu na beczkach po benzynie?

Odganiała myśli, próbując wyciszyć się wewnętrznie, ale na przekór tym 

wysiłkom rozdrażnienie rosło. Wciąż powracał obraz płaczącej Betty i jej 
potężnych   ramion,   rozpychających   pręty   klatki.   Czy   wolno   trzymać 
sfunkcjonalizowane Matki w klatkach? Czy olbrzymka rzeczywiście płakała 
w ludzkim rozumieniu tego pojęcia, czy było to tylko łzawienie oczu? Ile w 
tym tworze jest z człowieka i czy tę ilość da się oszacować? Do licha, może 
w procentach? Do ilu miejsc po przecinku?

background image

Usiadła na łóżku, odrzuciła kołdrę. Sen odszedł na dobre, więc zaczęła 

się ubierać. Trzeba stąd wyjechać, natychmiast, choćby w nocy. Skąd wziął 
się   idiotyczny   pomysł  wizji  lokalnej?   Przyjechała,   żeby   obejrzeć  ludzkie 
kadłuby w ciąży, chodzące  macice,  dla których skarlały  mózg  jest  tylko 
średnio sprawnym przekaźnikiem impulsów sterujących?

Pomyślała,   że   nauka   doszła   do   kolejnej   granicy.   Nawet   dla 

zatwardziałych   libertynów   i   zwolenników   totalnego   oskubania   Drzewa 
Wiadomości nastał czas, kiedy muszą zatrzymać się i pomyśleć. Nie było 
żadnego problemu, kiedy hodowano kolonie komórek, na przykład skórę na 
przeszczep. Po odkryciu białkowego sterowania Eppendorfera możliwa stała 
się hodowla całych organów, w laboratorium w szkle lub in vivo, wewnątrz 
organizmu, gdzie nowa nerka mogła spokojnie rosnąć koło tej zniszczonej i 
w stosownym czasie przejąć jej zadania. Kolejnym etapem było odtwarzanie 
całych organizmów, pozbawionych wyższych funkcji mózgowych, a więc 
hodowla ludzi-roślin. Nie uznawano takiego postępowania za przestępstwo, 
bo tak sterowano wzrostem, że prawdziwa kora mózgowa nie powstawała na 
żadnym   etapie   rozwoju.   Uzyskany   kadłubowy   człowiek   mógł   służyć   za 
źródło narządów dla pierwowzoru albo nawet stanowić ziszczenie marzenia 
o   wiecznej   młodości   –   w   to   odmłodzone   ciało   wszczepiano   podstarzały 
mózg   protoplasty.   Wprawdzie   taki   zabieg   był   ryzykowny,   ale 
przeprowadzano go coraz częściej.  Proces Eppendorfera nie mógł  jednak 
całkowicie wyeliminować mózgu, bo wyhodowany w taki sposób organizm 
nie byłby zdolny do egzystencji. Więc ile świadomości było w człowieku-
roślinie? Niektórzy twierdzili, że nic, inni, że w każdym organizmie stopień 
funkcjonalizacji   jest   odmienny   i   niczego   nie   można   wykluczyć.   Co 
naprawdę odczuwały kobiety-Matki?

Gloria zapięła ostatni guzik, wrzuciła do neseseru kosmetyki i rzeczy 

osobiste, po czym otworzyła drzwi. Odwróciła się, aby poprawić włosy, a 
gdy ponownie skierowała się ku wyjściu, poczuła, że nogi wrastają jej w 
ziemię.   Próbowała   krzyknąć,   ale   przez   ściśniętą   krtań   nie   przedostał   się 
nawet najcichszy dźwięk.

Drogę   zagradzało   monstrum.   Posiniaczona,   umorusana   i   w   naddartej 

sukience, za drzwiami stała Matka Betty, wyciągając do niej grube ramiona. 
Grymas na jej twarzy można by było uważać za uśmiech, gdyby nie łzy 
wciąż spływające z kącików oczu i kapiące z brody. Wargi błyszczały od 
śliny.

background image

Nie było wątpliwości – olbrzymka ją przyzywała. Gloria cofnęła się, ale 

wtedy ciężarna Matka pochyliła się jeszcze bardziej i siłą wcisnęła w drzwi, 
nadłamując futrynę. Posypał się tynk. Betty z niespodziewaną zwinnością 
podbiegła i chwyciła Herreirę w pasie, uniosła z czułością jak dziecko, po 
czym przytuliła do piersi ruchem doskonale znanym wszystkim kobietom. 
Poruszała ustami, wydając bełkotliwe dźwięki, i ściskała Glorię tak mocno, 
że ta z trudem łapała powietrze. Na twarzy czuła ciepłą wilgoć – to były łzy 
olbrzymki.

Betty   przecisnęła   się   z   powrotem   przez   futrynę,   nie   puszczając 

zdobyczy.   Ciężko   stąpając,   przebiegła   korytarz,   kolanem   pchnęła   drzwi, 
które   rozwarły   się   z   hukiem,   i   Gloria   zobaczyła   pogodne   nocne   niebo. 
Olbrzymka   pędziła   dalej,   w   kierunku   źródła   muzyki.   Herreira   leżała   na 
falujących   piersiach   jak   na   wodnym   łożu,   a   biodrem   wyczuwała,   że   w 
brzuchu Matki rozpycha się i kopie płód. Jest trochę mój, pomyślała. Wciąż 
się bała, ale górę brało przekonanie, że Betty nie zrobi jej krzywdy.

Wpadły do świetlicy. Głucho dudniła muzyka, było gorąco i duszno, w 

powietrzu unosił się cierpki zapach potu i jeszcze inny, słabszy. Alkohol? 
Herreira niewiele mogła dojrzeć, bo trzymająca ją kobieta-Matka obnosiła 
swoją zdobycz po sali, przyciskając do piersi tak mocno, że jakikolwiek ruch 
był niemożliwy. Słyszała tylko przebijające przez muzykę bełkotliwe głosy 
innych   Matek.   Wtem   ponad   to   tło   wybił   się   ochrypły   krzyk   Szamana 
M'ghwnga:

– Glorio Herreiro! Pani nie wolno tu przebywać! Proszę  natychmiast 

opuścić pomieszczenie!

Wtedy   chwyt   zelżał   i   Gloria   zaczęła   zsuwać   się   po   nodze   Matki. 

Obejmując udo jak pień, zjechała po nim i bezpiecznie stanęła na podłodze. 
Stłumiła krzyk, zasłaniając dłonią usta.

Rozchełstane   Matki   wykonywały   groteskowy   taniec,   poruszając 

obrzmiałymi brzuchami, kołysząc biodrami i unosząc dłonie. W kącie stała 
waza,   z   której   co   raz   czerpały   kubkiem   i   wypijały   zawartość   duszkiem, 
krzywiąc się i parskając, po czym ruszały do dalszego gwałtownego tańca. Z 
rąk do rąk podawały sobie młodą Murzynkę, którą tuliły do potężnych piersi 
i kołysały jak niemowlaka. Przy nich dziewczyna wyglądała na karlicę, choć 
była normalnego wzrostu.

Betty   ruszyła   w   kierunku   wazy,   a   tymczasem   do   Glorii   zbliżyła   się 

czarnowłosa kobieta o bardzo jasnej karnacji i krwistoczerwonych ustach. 

background image

Jej   twarz   miała   regularne   rysy   i   była   niemal   ładna,   lecz   wykrzywiał   ją 
uśmiech   bez   radości,   przypominający   nieagresywne   szczerzenie   zębów 
przez małpę.  Nie nosiła na sobie nic, a węże nienaturalnie wydłużonych 
sutków miały taki sam ostry kolor jak wargi. Pochyliła się – zaleciało od niej 
alkoholem i przetrawionym kwasem. Chwyciła Glorię za ramiona i uniosła 
jak piórko na wysokość twarzy. Zaczęła bełkotać, parskać, wypuszczać z 
sykiem powietrze, a w końcu wyszczerzyła zęby i pochyliła głowę, lekko 
gryząc   zdobycz   w   ramię.   Herreira   krzyknęła   piskliwie,   a   czarnowłosa 
odsunęła ją na odległość wyciągniętych rąk, chichocząc z szeroko otwartymi 
ustami. Nagle otrzymała cios i zatoczyła się.

To Betty nadbiegła upomnieć się o swoją własność. Czarnowłosa była 

zdecydowanie   największa   ze   wszystkich   pensjonariuszek,   ale   nie 
odpowiedziała   atakiem.   Przyjęła   pozycję   obronną,   wygięła   grzbiet   jak 
pantera i przeraźliwie wrzasnęła, pokazując zęby i napinając mięśnie, które 
nabrzmiały   pod   mlecznobiałą   skórą.   Betty   uniosła   potężne   ramiona, 
zamarkowała cios prawą, na co czarna rzuciła głową i zasyczała, lecz także 
nie zaatakowała. Wtedy do akcji wkroczył bulterier gospodarza.

Pojawił   się   nie   wiadomo   skąd   i   rzucił   z   głuchym   warkotem   na 

czarnowłosą.   Wyskoczył   wysoko   i   kłapnął   zębami   tuż   przed   jej   twarzą. 
Kobieta osłoniła się ramieniem,  ale bestia znalazła się przy jej nogach i 
chwyciła zębami za łydkę. Czarnowłosa pochyliła się i wymierzyła cios, ale 
psa już nie było w tym miejscu, bo zdążył uskoczyć i oddalić się na kilka 
kroków.   Stał   z   obnażonymi   kłami,   warcząc,   ale   nie   atakował.   W   takiej 
sytuacji czarnowłosa wolała się wycofać, wciąż parskając i sycząc. Nikt za 
nią nie szedł, więc w końcu odwróciła się i odeszła.

Herreirze   zdawało   się,   że   ogląda   groteskowe   przedstawienie   jakiegoś 

teatru uczestniczącego, w którym nie ma podziału na widzów i aktorów. 
Betty znów pochwyciła ją i świat zawirował. Uderzyła głową o jej ramię i 
zobaczyła spadające gwiazdy. Matka przystawiła ją sobie do piersi, wydając 
pomruki, które zapewne miały uspokajać oseska. Jeszcze chwila, a stracę 
przytomność, pomyślała, dusząc się.

W pewnej chwili muzyka zmieniła rytm. Wtedy Betty postawiła ją na 

podłodze pod ścianą i podeszła do ściennego monitora, na którym pojawiły 
się kolorowe wzory. Trójwymiarowe wstęgi wiły się, przeplatały, wibrowały 
w   takt  muzyki.   Potem  pokazała   się   nabrzmiała   twarz,  rozchylone   wargi, 
łzawiące oczy. To była Betty. Inne Matki też tłoczyły się pod monitorem i 

background image

wydawały głośne okrzyki, gdy udało się im rozpoznać na ekranie własną 
twarz.

Ktoś   szarpnął   Herreirę   za   ramię.   Szaman   Wioski   M'ghwng   stał   tak 

blisko, że dotykał jej biodra wystającym brzuchem.

– Wyjdź stąd natychmiast, Zaklinaczko! – zażądał. – Radzę, potraktuj 

bardzo poważnie to polecenie.

Wysadzone   z   orbit   oczy   i   niezborność   ruchów   musiały   być   efektem 

działania narkotyku. Herreira rozejrzała się, szukając drzwi, ale nie mogła 
ich znaleźć. Wtedy Murzyn chwycił ją za rękę i bezceremonialnie pociągnął 
za   sobą.   Przemierzyli   salę,   rozdeptując   kawałki   owoców   i   przeskakując 
lepkie kałuże. Nadzorca kopnął skrzydło wrót i wypchnął kobietę na dwór.

–   Polecenie   –   wychrypiał,   z   trudem   łapiąc   oddech.   –   Wyjedź   stąd 

natychmiast. Czy nie rozumiesz, że sprawy się komplikują?!

–   Sama   chciałam...   Byłam   gotowa,   gdy   ona...   Betty.   –   Wskazała   na 

barak. – Zabrała mnie siłą. Co się tu dzieje?

– Idź już! – wysyczał wściekle.
Wyprostowała się. Tak cię traktują, jak na to zasługujesz.
–   Jestem   inspektorem   instytutu   –   stwierdziła   chłodno.   –   Wyjadę 

natychmiast po wypełnieniu obowiązków.

– Czego jeszcze chcesz, łajtmenie? Większych kłopotów?
– Chcę wiedzieć...
– Przecież tłumaczyłem! Upust energii jest konieczny, bo rozniosłyby 

klatki lub wpadły w melancholię. Robimy wszystko, co trzeba, aby urodziły 
zdrowe dzieci! To jest cel nadrzędny!

– Dlatego poicie ciężarne alkoholem?
Murzyn jęknął.
– Małe dawki nie szkodzą, Zaklinaczka powinna wiedzieć takie rzeczy. 

Jeśli teraz nie pójdziesz, będzie za późno.

Już było za późno. Wrota rozwarły się z takim impetem, że wyłamały się 

i   zawisły   na   jednym   zawiasie.   W   smudze   światła   pojawiła   się   naga 
olbrzymka, pokrwawiona i posiniaczona. Była to Betty. Murzyn zostawił 
Herreirę i zawrócił. Dobiegł do wejścia i zaczął przyzywać Matkę. Chce 
mnie osłaniać, pomyślała Gloria i puściła się biegiem przez łąkę, w stronę 
samochodu. Brama powinna być zamknięta tylko na skobel.

Nie udało się. Od stąpnięć olbrzymki drżała ziemia, jakby galopował 

nosorożec. Potężna dłoń chwyciła Herreirę za kark. Przewróciła się, poczuła 

background image

w   zębach   smak   trawy.   Chwyt   został   wzmocniony,   Matka   złapała   ją   za 
ubranie i uniosła jedną ręką bez żadnego wysiłku. Wydała przy tym dziwny 
odgłos, przypominający rżenie, przyciągnęła ją do siebie i przycisnęła jej 
twarz do swojej. Mógł to być rodzaj pieszczoty, gdyby Gloria nie poczuła 
bólu rozpłaszczanego nosa. Krzyknęła, ale Matka nie przerwała zabawy, dla 
odmiany liżąc ją jak psiaka szerokim językiem. Potem przystawiła kobietę 
do piersi i ciężkim kłusem ruszyła z powrotem.

W   świetlicy   dopadła   Szamana   Wioski   w   chwili,   gdy   ten   usiłował 

przecisnąć   się   wąskim   przejściem   na   zaplecze.   Złapała   go   za   ucho   i 
wywlekła z drzwi, w które nie miałaby szans się zmieścić. Nie wypuszczając 
Glorii, którą przetaczała z boku na bok po poduszkach piersi, drugą ręką 
objęła Murzyna w pasie i uniosła, strząsając z niego opaskę biodrową. Był 
nagi   i   śmieszny   –   z   podrygującym,   na   wpół   wzwiedzionym   członkiem 
przypominał przedwcześnie posiwiałego satyra. Postękując, przystawiła go 
sobie do łona. Efekt chyba nie był zadowalający, bo uniosła mężczyznę nad 
głowę i poszukała wargami tego, co ją interesowało.

Gloria była zbyt zszokowana, aby poczuć odrazę czy mdłości. Przedtem 

panicznie   się   bała,   ale   teraz   w   jej   mózgu   zadziałał   jakiś   zawór 
bezpieczeństwa – wszystko wokół kwalifikowała jako fantastyczny horror 
lub   senny   koszmar.   Koktajl-party   sfunkcjonalizowanych   brzemiennych 
olbrzymek?   Czemu   nie?   Miłość   francuska   odmóżdżonej   Matki,   noszącej 
bezcenny dla ludzkości płód, i satyra najętego do jej pilnowania? Proszę 
bardzo,   przecież   hormony   płciowe   Matek   musiały   z   założenia   osiągać 
stężenia krytyczne! Koncert na troje, rozpisany na szeroką gamę odczuć, od 
dominacji w seksualnym akcie aż po czułość do karmionego piersią oseska? 
Oczywiście   w   przypadku   sfunkcjonalizowanych   Matek   to   wszystko 
zapewne było normalne.

Gloria zacisnęła powieki tak mocno, że zawirowały pod nimi świecące 

śnieżynki. Nie mogła się jednak obronić przed falą zapachów, bo usta miała 
zakneblowane piersią Matki. Przyjęła je jako coś naturalnego, dalszy ciąg 
wizji, bo spektakl musiał trwać. Szła za akcją jak pies po tropie, widziała 
węchem, a także wyczuwała ruch.

Olbrzymka przemieściła się, oparła łopatkami o ścianę, stanęła mocno na 

rozsuniętych nogach. Satyr znalazł się teraz niżej. Jego charczący oddech 
owiewał plecy Glorii, a twarz przesuwała się po jej bluzce w dół i w górę, 
szorując   ostrym   zarostem.   Betty   pracowała   miednicą   i   wszystkimi 

background image

mięśniami, przyciskając kobietę do piersi i kołysząc, a drugą ręką sterując 
ruchami   mężczyzny.   Gloria   leżała   teraz   na   jej   wysuniętym   brzuchu, 
odbierając kopnięcia zaniepokojonego płodu. Gdy jej tubiczny syn Allan 
Volyan   zafundował   laboratoryjnej   mamuśce   kolejnego   kuksańca   przez 
powłoki   skórne   swej   biologicznej   matki,   akurat   konsumującej   erotyczny 
happening, Herreira nie wytrzymała i zaniosła się histerycznym śmiechem.

Straciła poczucie miejsca i czasu. Bolał ją żołądek, gdy spazmatycznie 

wyrzucała z siebie powietrze, a łzy płynęły nieprzerwanymi strumykami. 
Początkowo piskliwy śmiech przeszedł w sapanie, a w końcu w jęk. Nie 
mogła złapać oddechu, dusiła się. Wtedy została odrzucona, w przenośni i 
jak najbardziej dosłownie.

Leciała   tak   szybko,   że   czuła   napór   powietrza   i   słyszała   jego   świst. 

Otrzeźwiała w okamgnieniu i zdążyła pomyśleć, że za chwilę rozbije się o 
podłogę, połamie ręce i nogi albo uderzy w coś głową i zginie na miejscu. W 
taki   idiotyczny   sposób   skończy   się   jej   niepotrzebna   inspekcja,   a 
jednocześnie kariera i życie. Przypadek jest panem naszego bytu i czai się na 
najmniej spodziewanych zakrętach.

Miała jednak szczęście, a może Betty okazała się wspaniałomyślna, bo z 

impetem   uderzyła   w   miękkie   ciało.   Przejęła   ją   inna   Matka;   po   prostu 
przerzuciły ją sobie z rąk do rąk. Wciągnęła ostry, odmienny zapach potu, 
ale nie traciła czasu na porównania, tylko gwałtownym saltem wywinęła się 
z trzymających ją dłoni i niezgrabnie upadła. Ostry ból przewiercił jej staw 
biodrowy, lecz nie bacząc na to, rzuciła się do drzwi i wybiegła na zewnątrz. 
Przez gwar pijanych głosów przebił się wysoki krzyk M'ghwnga, ale nikt jej 
nie ścigał. Utykając, biegła po wilgotnej od rosy trawie w stronę majaczącej 
przy bramie sylwetki samochodu. Potknęła się o coś i upadła.

Noga pulsowała rwącym bólem, poobcierana skóra piekła. Wytarła nos 

dłonią   i   rozmazała   krew.   Spróbowała   się   podnieść,   ale   znów   upadła. 
Spróbowała kolejny raz – udało się, ale stała dość chwiejnie. Obejrzała się – 
wyglądało   na   to,   że   przestano   się   nią   interesować.   Ze   świetlicy   ciągle 
dobiegała   dudniąca   muzyka,   przez   szparę   w   uchylonych   drzwiach   padał 
snop światła, ale nikt nie wychodził na zewnątrz. Pokuśtykała do wozu. Gdy 
wsiadła,   spłynęło   na   nią   całe   zmęczenie   ostatnich   godzin.   Chwyciła   za 
kierownicę, położyła czoło na dłoniach i próbowała powstrzymać szloch. 
Nie udało się.

Siedziała przez chwilę nieruchomo jak manekin, a każdy mięsień ważył 

background image

kilogramy. Nagle ocknęła się z letargu, rozglądając się z lękiem. Spojrzała w 
kierunku świetlicy, ale tam ciągle trwała terapia relaksacyjna we własnym 
gronie. Przekręciła kluczyk i silnik zapalił od razu. Gwałtownym zrywem 
podjechała do bramy i zahamowała. Wyszła, wyciągnęła skobel i pchnęła 
skrzydło,   które   odchyliło   się   ze   skrzypnięciem   przypominającym 
najwspanialszą muzykę. W świetle reflektorów oczy człowieka błyszczały 
biało,   a   zwierzęcia   –   zielono.   Na   drodze   stał   M'ghwng   z   dłonią   na   łbie 
bulteriera.

Herreira zdusiła krzyk w głębi gardła. Po kilku głuchych uderzeniach 

serca zdołała przemówić. Bardzo się starała, żeby jej głos nie drżał.

– Och... Zbytek uprzejmości, Szamanie Wioski, ach, nie musisz mnie 

odprowadzać. Wiem, że czekają cię obowiązki. Wyjeżdżam... jak chciałeś.

M'ghwng nawet nie drgnął. Nie mrugał, jak zwykle. Po denerwującej 

zwłoce powiedział:

– Tak mi przykro, dziecko. Spodobałaś się dziewczynom, o tak, byłaś 

świetna. Szkoda.

Gloria zaśmiała się sztucznie.
– Cieszę się, pożegnaj je ode mnie. Dowiedziałam się... wszystkiego, 

czego chciałam. Nie będę sprawiać dłużej kłopotu. Betty urodzi bez mojej 
asysty.

Znów przerwa. Człowiek i pies stali w jaskrawym świetle bez ruchu, jak 

rzeźby. Mężczyzna miał teraz na sobie długą białą tunikę, wokół której jak 
iskry trzepotały ćmy. Gloria czuła krople potu spływające po plecach.

– Nie. Twoje oczy, twoje uszy, twój nos. Dużo widziały, słyszały, czuły. 

Za dużo, więc muszą pozostać tutaj.

Jej   oddech   stawał   się   zimny,   widziała   coraz   bardziej   kontrastowo. 

Zmusiła kark do skinięcia głową.

– To oczywiste.  Są sprawy  między   mną,  tobą  a  Matkami,   wyłącznie 

między nami. Zobaczyłam Matkę Volyana i tylko o to mi chodziło. Dziękuję 
ci, Szamanie Wioski.

– Wypadek. Zawsze może się zdarzyć. Zawsze.
– Owszem – odparła, z całych sił próbując zachować spokój. – Wiem i 

dlatego zapomnę. Tym bardziej że przyczyną były... Matki, prawda?

– Prawda, ich sprawa jest najważniejsza – przytaknął. Uśmiechnął się i 

spojrzał  na  psa,  który  siedział  bez  ruchu, napięty  jak struna.  –  Zabij  ją, 
piesku. Bierz ją!

background image

Rzuciła się do wozu, ale bestia już tam była, blokując dostęp. Zwierz 

pchnął ją pyskiem z taką siłą, że zatoczyła się, oddalając od zbawczych 
drzwi. Potem skoczył i uderzył ją całym cielskiem w pierś, powalając na 
ziemię.   Padając,   zobaczyła   Szamana   M'ghwnga   oddalającego   się   tak 
spokojnie, jakby właśnie załatwił jeszcze jedną urzędową sprawę.

Herreira przeturlała się na pobocze i wcisnęła guzik sonicznego alarmu. 

Miała go w breloczku z kluczykami i nie przypuszczała, że kiedykolwiek 
będzie przydatny. Rozległ się ledwie słyszalny pisk, którego niemal cała 
energia   wyzwalała   się   w   zakresie   ultradźwięków.   Gdyby   w   promieniu 
tysiąca   stóp   znajdował   się   policjant,   jego   telefon   przetworzyłby   impuls 
nieuchwytny dla ludzkiego ucha w sygnał alarmowy i dodatkowo wskazałby 
kierunek, skąd nadeszło wołanie o pomoc. Niestety, prawdopodobieństwo 
znalezienia się patrolu w nocy tutaj, w leśnej głuszy, tak naprawdę wynosiło 
zero. Ale nie było to zero teoretyczne, więc musiała wykorzystać wszystkie 
szanse.

Czuła na karku gorący oddech, ale bestia nagle skuliła się, zaskowyczała 

i odskoczyła. Herreira usiadła, wyciągnęła rękę z breloczkiem i ponownie 
uruchomiła alarm. Pies znów się cofnął, przypadł do ziemi i obnażył kły, 
warcząc. Musiał słyszeć przerażający ultradźwiękowy gwizd! Miała swoją 
szansę, może jedną na tysiąc, ale zawsze trochę większą od zera.

Trzymając   palec   na   guziku,   podniosła   się   i   zbliżyła   do   drzwiczek 

samochodu.   Jak   wejdzie   do   środka   i   zatrzaśnie   je,   będzie   bezpieczna. 
Jeszcze tylko kilka kroków.

Lecz bulterier, tresowany do polowania na ludzi, nie dał za wygraną. 

Widać było, że walczy z bólem, ale skoczył do przodu i własnym cielskiem 
zablokował   przejście.   Potem,   krok   po   kroku,   zaczął   przybliżać   się   do 
Herreiry,   która   z   przerażeniem   stwierdziła,   że   dioda   alarmu   przygasa. 
Najwyraźniej gadżet należał do tanich reklamówek jednorazowego użytku.

Nagle ziemia zadrżała od ciężkich kroków i w bramie pojawiła się postać 

biegnącej olbrzymki. Gdy Matka znalazła się w snopach światła, rzucanych 
przez   reflektory,   jej   skóra   o   jasnej   karnacji   zalśniła   i   Gloria   rozpoznała 
czarnowłosą. Pies cofnął się, a potem rzucił z głuchym pomrukiem w jej 
stronę.   Kobieta   schyliła   się   i   wyrwała   z   bruku   kamień,   po   czym   wzięła 
szeroki zamach. Szkolony bulterier wykonał zgrabny unik, lecz wzrok miał 
słaby i nie mógł zobaczyć, że atakująca Matka wypuściła pocisk dopiero za 
drugim zamachem. Spory brykiet trafił bestię prosto między oczy i ogłuszył, 

background image

więc olbrzymka miała dosyć czasu, aby podbiec, chwycić zwierzę za tylne 
łapy i uderzyć nim o ziemię. Rozległ się przeraźliwy skowyt, ale Matka 
wpadła w furię i tłukła psem raz w jedną, raz w drugą stronę, aż wreszcie z 
rozmachem   łupnęła   nim   o   zderzak   terenowego   samochodu   Glorii.   Krew 
bryznęła na przednią szybę, wóz zakołysał się, a zwierz przestał zdradzać 
jakiekolwiek   oznaki   życia.   Z   wpółotwartego   pyska   spływała 
ciemnoczerwona ślina. Olbrzymka wzięła ostatni zamach i cisnęła ścierwo 
w las.

Gloria   nie   była   w   stanie   się   poruszyć,   łykała   łzy,   jej   kolana   drżały. 

Paraliżujący lęk nie ustępował i tylko dlatego nie wpadła w histerię. Limit 
wrażeń, jaki jej psychika mogła wytrzymać, został dawno przekroczony.

Natomiast czarna uspokoiła się, jak tylko pozbyła się ciała psa. Podeszła, 

pochyliła   się   i   ostrożnie   dotknęła   głowy   Glorii.   Wodziła   palcami   po   jej 
czole, nosie, wargach.

Potem ukucnęła, pokazała na swój brzuch i usiłowała coś powiedzieć, 

ale spomiędzy jej warg wydobyły się tylko niezrozumiałe syczące dźwięki. 
Herreira rozłożyła dłonie w geście bezradności. Czuła nieprzyjemne drżenie 
łokci.

– Nie rozumiem – powiedziała cicho. Wskazała na samochód. – Muszę 

jechać, dopóki nie wróci M'ghwng, aby dokończyć robotę. – Pomagała sobie 
gestykulacją,   pokazując   na   bramę   i   baraki.   –   On...   mnie   zabije.   –   Nie 
potrafiła powstrzymać łkania.

Matka olbrzymka okazała zniecierpliwienie. Ujęła Glorię za przeguby i 

potrząsnęła,   przyciągnęła   ją   i   położyła   jej   dłonie   na   swoim   brzuchu. 
Nachyliła   się,   wiśniowe   wargi   nieporadnie   układały   się   do   mówienia. 
Pachniała ostro, ale Gloria nie czuła obrzydzenia.

– Sszisn...ar – wysyczała, przyciskając dłonie Glorii z taką siłą, że ta 

krzyknęła. W jej spojrzeniu była wyraźna prośba.

– Ach – westchnęła Gloria, domyślając się. – Chcesz mi powiedzieć, że 

właśnie ty nosisz Sinistrę?

Napięte   rysy   czarnej   rozluźniły   się.   Wstała,   podniosła   Herreirę   i 

przycisnęła jej twarz do swojej. Trudno to było nazwać pocałunkiem, ale 
lepsze określenie nie istniało. Potem zaniosła ją do samochodu i ostrożnie 
usadziła za kierownicą.

Gloria   nie   traciła   czasu.   Niezbornymi   ruchami   włączyła   silnik   i 

zatrzasnęła drzwi, po czym wdusiła gaz, aż spod kół trysnęły strumienie 

background image

żwiru. Gdy wydostała się na szosę, wcisnęła pedał do oporu, nie bacząc na 
wycie opon buksujących na asfalcie. Korciło ją, żeby spojrzeć w lusterko, 
lecz zmusiła się do skupienia całej uwagi na drodze. Była wyczerpana do 
granic   wytrzymałości,   oddychała   głęboko   i   napinała   mięśnie,   żeby   nie 
zasnąć. W stożkach halogenowego światła przemykające ćmy rozpalały się 
jak ciskane z ciemności żagwie.

Światło kaganka załamywało się w górskich kryształach, które zgodnie z 

rytmem ruchów płomienia rzucały barwne refleksy. Na granicie ścian Groty 
Duchów   kondensowała   wilgoć.   Z   głębi   pomieszczenia   dochodził   szmer 
wody,   a   w   powietrzu   czuć   było   woń   kadzidła,   przynoszoną   przez   lekki 
przeciąg. Na ścianie chwiał się wydłużony cień głowy Azraela.

– Przypomnij  sobie, Zaklinaczu Gwiazd – Benonie Haywicku, że się 

zgodziłeś. W obecności Mówiącego z Tablicami Mhanhwa wyraziłeś zgodę 
na wyprawienie swojego ducha w wędrówkę. Czy tak nie było? – pytał stary 
Mulat. Uniósł brodę i wbił w rozmówcę spojrzenie bladoniebieskich oczu, 
nie pasujących do małej, pociętej zmarszczkami twarzy, ściśniętej jak pięść. 
Mężczyzna wystroił się w rytualny strój, złożony z samych czerwonych i 
sepiowych koralików, nanizanych na lniane włókna.

Owszem, Haywick pamiętał. Zaraz po powrocie Herreiry z niefortunnej 

wycieczki do Wioski Matek – była śmiertelnie wystraszona, ale fizycznie 
cała – zadzwonił do niego Johnny – Mówiący z Tablicami i zaprosił na 
spotkanie. Długo w noc siedzieli na jego prywatnym ranczu i wspominali 
dawne czasy, sącząc piwo, a potem ten stary spryciarz zaproponował mu 
opiekę nad Volyanem. Uspokajał, że jedynie duchową, i to na odległość. 
Dowodził,   że   uzyskany   egzemplarz   –   tak,   użył   dokładnie   takiego 
sformułowania   –   jest   zbyt   cenny,   żeby   puszczać   go   w   świat   zupełnie 
samopas, przynajmniej do czasu, aż spełni pokładane w nim nadzieje. Jego 
bliźniakiem   Sinistrą   zajmie   się   kto   inny,   ale   Volyan   należy   do   niego, 
Benona. Haywick był ciekaw, jak można sprawować opiekę na dystans – 
czy   nadzór   ma   polegać   na   kontaktach   telefonicznych?   Nie,   stwierdził 
Johnny, ale nie chciał powiedzieć nic więcej ponad to, że raczej nawiążą 
kontakt   duchowy,   mentalny.   Śmiał   się,   dowodząc,   że   na   wiele   realnie 
występujących, a do tego powszechnych zjawisk nie istnieją określenia nie 
tylko w języku angielskim, ale także w terminologii całej zachodniej nauki. 
A tak w ogóle to nie jego działka, tylko Zaklinacza Duchów, który może 
wszystko  objaśnić  czy  raczej  przede  wszystkim  zbudować  ową  duchową 

background image

bliskość. Na pożegnanie Johnny uściskał go serdecznie.

– Będzie mi ciebie brakowało – stwierdził, spoglądając poważnie przez 

okrągłe   szkła   w   oprawie   ze   złotego   drutu.   –   Ale   –   dodał,   uciekając 
spojrzeniem w bok – przede wszystkim musisz poświęcić się dokończeniu 
sprawy, którą rozpocząłeś. Teraz już nikt nie ma wątpliwości, jak bardzo jest 
ważna.

– Pamiętam – przyznał Haywick niechętnie, siedząc w Grocie Duchów 

naprzeciw   Azraela.   –  Obiecałem,   że   będę   czymś   w   rodzaju   mentora   dla 
Volyana. Czy planujesz kolejne misterium?

Mulat wyszczerzył w uśmiechu pożółkłe zęby.
– Czyżby tamto nie pomogło, doktorze? Urodzili się dwaj chłopcy, a ty 

jesteś w pewnym stopniu ich biologicznym ojcem. W końcu to z twojego 
organizmu   wydobyto   te   plemniki.   Jeśli   się   nie   mylę,   odzysk   nastąpił   na 
drodze, hmm, nieoperacyjnej, zasadniczo naturalnej, zgadza się?

Haywick zaczerwienił się i milczał, ale Mulat nie oczekiwał odpowiedzi.
– No dobrze – stwierdził i rozpostarł nad stolikiem palce podobne do 

szponów.   Rozsuwał   dłonie   powoli   do   chwili,   kiedy   między   kciukami 
zatańczyło   blade   wyładowanie.   Światło   opadło   i   ukształtowało   się   w 
holograficzny obraz. Azrael cofnął ręce i strzepnął nimi, jakby chciał pozbyć 
się z palców zabłąkanych fotonów.

– Na razie zero magii – skomentował zjadliwie Haywick. – Inteligentne 

czujniki reagujące na gest i włączające holo.

Starzec wzruszył ramionami.
– Dla mnie nic nie jest magią albo wszystko nią jest – odparował. – 

Świat jest jeden, a jak ktoś zaczyna go szatkować, nie tylko popełnia błąd, 
ale  wchodzi w ślepy  zaułek. Proszę  jednak uważnie  popatrzeć na obraz. 
Rozpoznajesz to dziecko, Benonie Haywicku?

–  Nie,   bo  nigdy   nie  widziałem  Allana   Volyana.   Również   jego   klona 

Sinistry.

– Tutaj mamy Volyana, twojego podopiecznego. Jego rzeczywisty wiek: 

tydzień,   biologiczny:   dwa   lata,   a   więc   współczynnik   przyspieszenia 
dojrzewania wynosi około stu. Taka akceleracja została osiągnięta dzięki 
aplikowaniu modyfikowanych hormonów wzrostu.

Tuż   nad   blatem   stolika   wisiał   ruchomy   obraz   dziecka,   które   kolejno 

układało klocki, grało w piłkę, rozmawiało. Po prostu normalny chłopiec w 
krótkich   spodenkach,   z   pyzatą   buzią.   Nie   był   jednak   normalny,   bo   jego 

background image

anatomiczny czas biegł inaczej niż wszystkich.

– W jaki sposób odbywa się edukacja? – zainteresował się Haywick.
Mulat machnął ręką.
– Mają intensywne programy, w zasadzie szkolą go permanentnie. Nie 

zapominaj,   że   mózg   również   jest   pobudzony,   w   tym   samym   stopniu   co 
reszta ciała. Ale mnie interesuje co innego. Popatrz!

Do dziecka zbliżał się M'ghwng, Szaman Wioski Matek. Nie mogło być 

mowy o pomyłce, Herreira opisała go dokładnie, wypłakując się Benonowi 
na   piersi.   Trzymał   przed   sobą   rytualny   nóż   o   mosiężnej   rękojeści   i 
błękitnym, lekko zakrzywionym ostrzu. Nachylił się i chwycił chłopca za 
rękę.

Haywick zerwał się z fotela, lecz Azrael położył mu dłonie na ramionach 

i lekko popchnął z powrotem.

–   Transmisja   nie   przebiega   w   czasie   rzeczywistym   –   przypomniał.   – 

Teraz uważaj!

M'ghwng unieruchomił rękę dziecka w uścisku i precyzyjnie naciął mu 

skórę na ramieniu. Ponownie błysnęło ostrze i Murzyn poprawił, kreśląc 
miniaturową literę V. Do rany, z której już płynęła krew, szybko przystawił 
naczynie i napełnił je poprzez zasysanie  plastikową gruszką,  a następnie 
szczelnie   zamknął   pojemnik.   Na   rankę   przykleił   plaster   tamujący 
krwawienie. Chłopczyk przyglądał się  z zaciekawieniem tej operacji, nie 
protestując, a potem spojrzał na mężczyznę. Twarz dziecka nie wyrażała 
nawet śladu strachu. Obraz zamigotał, wybarwił się na zielono i zgasł.

–   Oto   ono   –   powiedział   Azrael,   rozwijając   pięść.   Na   jego   dłoni 

spoczywało   plastikowe   naczynie,   takie   samo   jak   pokazane   na   holo, 
wypełnione w trzech czwartych ciemnoczerwoną cieczą. – Zawiera płynną 
krew, do której dodano specyfiki stabilizujące, dzięki czemu przez tydzień 
zachowuje świeżość. Obejrzyj sobie. – Podał mu pojemnik.

Haywick wyciągnął rękę, ale zawahał się i cofnął ją.
– Po co? – spytał podejrzliwie.
– Weź ją i przeczytaj certyfikat pobrania materiału. Zależy mi na tym, 

byś  przekonał   się,   że   próbka   jest   oryginalna   –   tłumaczył   starzec.   Widać 
było, że stara się nie okazywać zniecierpliwienia. – Ja tymczasem przyniosę 
mikroskop i coś ci pokażę.

Haywick   ponownie   sięgnął   po   pojemnik,   który   nagle   ożył   pod   jego 

dotknięciem.   Wszystko   stało   się   błyskawicznie:   analizująca   folia   pobrała 

background image

DNA z naskórka mężczyzny i porównała z wzorcem, po czym uruchomiony 
został inteligentny chip lokacyjny. Haywick usiłował odrzucić fiolkę, ale 
zrobił   to   ułamek   sekundy   za   późno   –   urządzenie   zdążyło   wyemitować 
impulsy   elektryczne   małej   mocy,   zaburzające   mechanizmy   nerwowego 
przewodzenia odkorowego w całej ręce. Potem również stracił czucie w szyi 
i mógł już tylko biernie obserwować, jak miniaturowa dysza namierza go z 
cyfrową   precyzją.   Nie   zarejestrował   momentu   wytrysku,   lecz   boleśnie 
odczuł, jak ostry strumień obrysowuje mu brwi, a ciecz spływa do oczu, 
których   nie   potrafi   osłonić   zesztywniałymi   powiekami.   Wszystko   trwało 
najwyżej   dwie   sekundy   –   po   ich   upływie   powróciło   normalne   czucie   w 
całym ciele. Dopiero wtedy cisnął fiolkę gdziekolwiek, byle dalej od siebie, 
poderwał się i zaczął trzeć rękawem sklejone powieki.

– Weź to, wędrujący duchu – odezwał się Azrael, wkładając mu do ręki 

wilgotny   tampon.   –   Pomóż   sobie,   Zaklinaczu   Gwiazd.   Przetrzyj   oczy   i 
przejrzyj, spójrz szerzej i dalej, wniknij głębiej. Nie bądź jak ci, co patrzą a 
nie widzą,  słuchają  a nie słyszą,  odczuwają  a nie czują. Popatrz oczami 
swojego   fratera,   gdziekolwiek   by   był,   i   zawsze   mu   pomóż,   jeśli   takiej 
pomocy będzie potrzebował. Zrób to bez przymusu, ponaglania czy zachęty, 
po prostu dlatego, że jest twoim fraterem...

Monotonny   głos   uspokajał,   słowa   spływały   jak   krople   –   ciepłe, 

jednostajne, przenikające coraz dalej do jaźni. Haywick odbierał je niemal 
jak   twory   fizyczne,   jak   rtęciowe   kulki,   przenikające   koralikowymi 
strumykami  do najgłębszych zakamarków mózgu.  Był świadomy,  że jest 
poddawany jakiemuś rodzajowi hipnozy, ale nie miał siły, a nawet chęci do 
obrony. Bezwładnie opadł na fotel, rozluźnił się, czuł się dobrze, odpływał 
w rejony psychodelicznej nirwany. Jednak zawrócił go ostry głos mentora:

–   Nie   uciekaj   tak   daleko,   łowco   gwiazd,   zatrzymaj   się!   Nie   po   to 

wszedłeś   do  krainy  Rhesos,  żeby  pławić   się  w  przyjemnościach.   Musisz 
wykonać   pracę,   wszyscy   musimy   wykonać   prace   nam   przeznaczone. 
Zostałeś   wybrany   i   już   płyniesz   w   kierunku   życiowego   spełnienia. 
Powierzchnia rzeczywistości znajduje się tuż nad twoją głową, wynurz się, 
do ciebie mówię, Benonie Haywicku! Wypłyń, zanim wciągnie cię otchłań 
ciemnej rozkoszy!

Obudził   się   nie   bez   trudu,   posłuszny   wezwaniu.   To   było   gorsze   niż 

zimny prysznic na rozgrzane ciało – zaczął szczękać zębami, głowa latała 
mu jak w ataku febry. Stary Mulat przypadł do niego, chwycił za klapy 

background image

marynarki i potrząsnął, a potem walnął w twarz otwartą dłonią i poprawił 
jeszcze   mocniej   z   drugiej   strony.   Skóra   piekła   jak   oparzona,   ale   krew 
zaczynała krążyć, dreszcze zanikały.

– Doskonale! – ucieszył się starzec, pokazując krzywe zęby i różowe 

dziąsła. – Plaster miodu Bonghilha, miękka glina dla rzeźbiarza duchów. Co 
widzisz, łajtmenie?

Haywick rozejrzał się po grocie, jakby w jej ciemnych kątach kryło się 

coś, czego dotychczas nie zauważył. Czuł się źle; miał mgliste wrażenie, że 
nie dopełnił jakiegoś obowiązku. Chciał o to zapytać Azraela, ale słowa nie 
przechodziły mu przez gardło. Ten Mulat go oszukał, wręczając inteligentną 
fiolkę, ale... w sumie to była gra, od samego początku. Okazał się gorszy, 
mniej inteligentny od cholernej fiolki, niech to szlag. Azrael był stale w 
ofensywie, jak atakujący żbik. Zdawał sobie sprawę, że jakoś powinien to 
przerwać...

Nie zdążył nic powiedzieć. Mulat był diabelnie szybki, a może to on, 

Haywick, żył teraz w zwolnionym tempie. Stary rzucił się naprzód, chwycił 
go jedną ręką za szyję, a drugą za włosy i gwałtownie pociągnął głowę do 
tyłu, jakby chciał mu złamać kręgosłup. Kto by się spodziewał, że w tym 
cherlawym   ciele   jest   tyle   siły?   Astronom   widział   teraz   tonący   w 
ciemnościach strop groty, na którego tle pojawiły się rozbłyski. Zaczynało 
mu brakować powietrza, czuł szponiaste palce na gardle, ale nie miał siły ich 
strząsnąć. Zapragnął wynieść się stąd, uciec, gdzie pieprz rośnie, na dwór, 
dokądkolwiek,   gdzie   można   by   było   odetchnąć   pełną   piersią.   I   w   tym 
samym momencie przeskoczył.

To   było   takie   łatwe!   Był   jak   noworodek,   wyślizgujący   się   z 

doświadczonego w rodzeniu łona w inny, przeraźliwie jasny świat. W jednej 
chwili dotarł tam i patrzył czyimiś oczami: jaskrawa zieleń traw, kłująca 
przebarwionym   grynszpanem,   dalekie   blade   niebo,   korony   drzew 
wypiętrzone   po   bokach   jak   góry.   Trawy   wielkie   jak   las,   przysłaniające 
śmiesznie wysokie baraki, jakby zrobione dla wielkoludów, kryte czerwoną 
dachówką.   Brodząc   w   trawie,   zbliża   się   ogromnego   wzrostu   kobieta. 
Niewątpliwie miał przed sobą obraz Wioski Matek z opowieści Glorii. Świat 
jest prawdziwy, boleśnie realistyczny.

„Wzywałeś mnie?" – pyta Haywick swojego fratera, który jest gdzieś 

obok, bardzo blisko. Nie słychać słów, ale wiadomo, jakie pada pytanie.

Nie ma odpowiedzi, tylko rosnące zdziwienie, jakieś nieporadne, naiwne. 

background image

To   zadziwienie   jest   wyczuwalne,   emanuje   od   kogoś,   kto   jest   bliżej   niż 
blisko.   Nie   może   być   inaczej   –   Haywick   widzi   teraz   oczami   małego 
Volyana, do którego jaźni przeniknął. Chyba zadał za trudne pytanie dla 
dwulatka.

„Zawołaj mnie zawsze, kiedy będziesz się bał" – mówi dalej.
Zdziwienie malucha ustępuje miejsca akceptacji. Zadzierzgnięta zostaje 

nić porozumienia, wspólnej tajemnicy z kimś, kto jest duchem. Musi być 
duchem, bo porusza się i mówi w jego głowie.

Haywick   czuje,   że   ktoś   go   przyzywa,   nie   Volyan,   lecz   z   daleka,   z 

przeciwnej   strony.   Wołanie   staje   się   natarczywe,   więc   wycofuje   się, 
przepycha przez śluzę kojarzącą mu się nieodparcie z kobiecym sromem, 
dlatego po przejściu sprawdza, czy ramiona pozostały czyste. Znów jest w 
Grocie Duchów naprzeciw swojego mentora Azraela, którego oczy świecą 
tak, jakby zapuścił sobie podwójną amfę.

– Dobrze, łajtmenie, Zaklinaczu, Benonie Haywicku! – krzyczy, a w tym 

wrzasku więcej jest dumy z siebie niż pochwały dla medium. – Zrobiłeś to, 
pokazałeś, że potrafisz. Nasłuchuj wołania fratera, a i bez tego odwiedzaj go, 
kiedy odczujesz taką potrzebę. Oswajaj się z nowymi możliwościami, trenuj, 
ale   przede   wszystkim   pamiętaj   o   odpowiedzialności.   Własnej 
odpowiedzialności, podglądaczu nieba!

Haywick   oparł   się   o   wilgotną   ścianę   i   zamrugał,   mocno   zaciskając 

powieki. Stary czarownik nieźle się po nim przejechał, ale wydawało się, że 
zdarzenia układają się w logiczny ciąg. Wciąż jednak nie rozumiał, w jaki 
sposób ma pomóc Volyanowi, istocie, której był współarchitektem i która 
stanowiła główną figurę w grze.

– Kiedyś trudniłem się podglądaniem gwiazd – stwierdził. – Ale to było 

dawno. Teraz zajmuję się wszystkim innym, tylko nie tym, co naprawdę 
potrafię.

Mulat pokręcił głową.
– To nie tak, men. Jesteśmy tworami o tak wielu stopniach swobody, że 

nie wiadomo, co potrafimy najlepiej i kiedy te ukryte umiejętności wyjdą na 
jaw. Nie wiadomo również do samego końca, jaka rola przypada nam do 
zagrania i jakie zadania zostaną przy tym wypełnione.

Wszystko dzieje się po coś i kiedyś zostanie wykorzystane, nawet tak 

zwane ślepe przypadki.

Dał znak,  że  uważa  seans  za  zakończony, i otworzył  drzwi.  Chociaż 

background image

Haywick   nie   stracił   poczucia   czasu   ani   miejsca,   uderzyła   go   inność 
zewnętrznego   świata   –   powiało   klimatyzowanym   powietrzem,   po 
wykładzinie korytarza chodzili ludzie w białych fartuchach lub garniturach, 
świeciły jarzeniowe lampy. Nie wiedział, czy pośród zgiełku ulicy będzie w 
stanie skupić się i dotrzeć do swojego fratera. Czy  wywiąże się z danej 
obietnicy?

Gloria zaciągnęła Haywicka do Harlemu, najbardziej, jak powszechnie 

twierdzono,   skansenowej   dzielnicy   Garvey.   Niektórzy   mieli   wątpliwości, 
czy   nie   jest   to   eufemistyczne   określenie   kwartałów   zwykłych   slumsów, 
poprzedzielanych połaciami chaszczy lub zdziczałych ogrodów, ale bywalcy 
wiedzieli swoje. Dzielnica miała klanowego kacyka, dzięki czemu panował 
w   niej   względny   porządek,   lecz   przed   wycieczką   należało   obowiązkowo 
zasięgnąć informacji, które kwartały są złe, a które warto odwiedzić. Godząc 
się   na   ryzyko   eskapady,   należało   wiedzieć,   jak   trafić   do   piętrowych 
drewnianych willi z oryginalnymi lub doskonale podrobionymi antykami na 
sprzedaż   albo   jak   w   kępie   palmowolianowej   dżungli   oznakowane   jest 
wejście   do   stylowej   knajpki,   gdzie   serwują   homary   zapiekane   w 
migdałowym   cieście,   płaty   surowego   mięsa   małp   bonobo   z   cytryną   i 
pikantnym cynamonem lub owoce mhonoo nadziewane jądrami guźca.

– To tutaj – stwierdziła Gloria, idąc wprost na ścianę lasu.
Za pniem butelkowca otworzyło się sekretne przejście – tunel okolony 

grubą   warstwą   pnączy,   oświetlony   lampionami.   Ścieżkę   wyłożono 
drewnianymi krążkami z pociętych pni.

– Nieźle – pochwalił Haywick, nurkując za Glorią pod nawisami zielska. 

– Podobno w takich miejscach mrówki skaczą z drzew prosto za kołnierz.

–   Ale   tylko   klientom   bez   grosza   przy   duszy.   W   lesie   mężczyzna 

powinien iść pierwszy!

Haywick przepchnął się do przodu, przypadkowo muskając ją biodrem. 

Straciła równowagę i aby nie wpaść w ścianę lian, chwyciła go w pasie. 
Trwali w takiej pozie tylko przez chwilę, ale to wystarczyło, aby Gloria 
poczuła falę ciepła. Ben wyswobodził się niezgrabnie, choć starał się być 
uprzejmy, podtrzymując ją za łokcie do chwili, aż odzyskała równowagę.

– Przepraszam – bąknął, ruszając naprzód.
Dlaczego on tak naprawdę nie jest mężczyzną? – pomyślała ze złością. 

Wyraźnie   unikał   sytuacji,   które   mogłyby   prowadzić   do   jakiejkolwiek 
intymności.   Od   „naukowego"   seansu   w   laboratorium,   kiedy   obie   z   Jolly 

background image

odzyskiwały przeszmuglowane plemniki superior, stronił od niej, a nawet 
chyba się jej obawiał. Nie rozumiała dlaczego – chyba sprawiła się dobrze?

Wieczorami,   przed   zaśnięciem,   często   wspominała,   jak   było   z 

Rodrigiem. Zdawało jej się, że pamięta każde zbliżenie, każdą noc, była 
pewna, że ocaliła od zapomnienia wszystko, co było cenne. Nie współżyli 
zbyt   często,   Rod   nie   miał   silnego   libido,   był   typem   łagodnego   pyknika, 
który „tych rzeczy" nie traktował priorytetowo. Za to Gloria była gorąca i 
intymne   sytuacje   wyzwalały   w   niej   namiętność,   której   Rod   trochę   się 
obawiał.   Podczas   zbliżenia   krzyczała,   a   nawet   bezwiednie   klęła,   tocząc 
słodkie zmagania zarówno ze swoim partnerem, jak i z dzikimi wytworami 
własnej wyobraźni. Po rozstaniu z Rodrigiem, które przyjęła z ulgą, była 
jednak na swój sposób nieszczęśliwa, więc zamknęła się w bibliotekach i 
laboratoriach i następny flirt przeżyła dopiero po kilku latach. Tak, potem 
miała już tylko przelotne, w sumie mało znaczące znajomości, choć nieraz 
gwałtowne   czy   nawet   skandalizujące.   Było   ich   wiele,   ale   potrafiła 
pokierować żądzą, okiełznać wulkan namiętności w taki sposób, aby miłość 
nie   szkodziła   karierze.   Postanowiła,   że   musi   w   życiu   coś   osiągnąć,   a 
zdobywanie   kolejnych   tytułów   i   stanowisk   wymagało   ukierunkowania 
wysiłków i dużego zaangażowania.

Ale   teraz   mogłaby   sobie   pozwolić   na   stały   związek.   Jej   sytuacja 

zawodowa była ustabilizowana, miała odpowiednią pozycję w środowisku 
naukowym, więc może nawet – kto wie? – pomyślałaby o dziecku. Trochę 
późno, ale jeszcze można. Ma już czterdziestkę i choć Ben jest o kilka lat 
młodszy,   to   tęgawy   i  raczej   niezbyt  urodziwy.   Nie,  nic   mu   nie   brakuje, 
tylko... gorzej u niego z tymi sprawami, po prostu z „ikrą". Chociaż może i 
lepiej, bo nie będzie oglądał się za dziewczynami. Prawdę mówiąc, nie czas 
na grymaszenie, kandydaci już nie chcą ustawiać się w kolejce i walczyć o 
względy.

Tylko   że   Ben   ją   ignorował.   Na   dodatek   ostatnio   był   jakiś   dziwny, 

zamyślony, chwilami zapadał w marzenia i poruszał się jak w letargu.

– Zakochałeś się? – wypaliła, gdy usiedli przy bambusowym stoliku. Z 

półek   i   wykuszów   zwieszały   się   kaskady   bluszczu,   pod   dywanami   liści 
szemrały fontanny i strumyki. Wydawało się, że siedzą pod gołym niebem, 
tyle   było   tu   naturalnego   światła,   wpadającego   przez   sufit   z   matowego 
tworzywa.

–   No   wiesz...?   –   odburknął   obrażonym   tonem.   –   Po   co?   Zresztą   nie 

background image

mogę,   przecież   mam   Qmil.   –   Wskazał   na   smoliście   czarną   wstążkę   z 
wyhaftowanym nazwiskiem, którą stale nosił przypiętą do koszuli.

Prychnęła śmiechem, w którym jednak przeważała złość.
– Nie rozmawiamy o amuletach. Spróbuję zgadnąć... Jolly?
Pochylił się i spojrzał jej w oczy. Też był zły.
– Nie w głowie mi bzdety! Realizujemy poważny program, jeśli o to 

chodzi. Wszystko było jemu podporządkowane i nadal jest!

– Nieprawda! – syknęła. – Bądź dokładny: już zrealizowaliśmy swoją 

część programu. Chyba należy nam się odpoczynek, nie sądzisz? Weźmy 
urlop,   Benny   –   poprosiła   nagle   zmienionym,   aksamitnym   głosem   –   i 
wybierzmy się w góry, chyba że wolisz morze?

Westchnął i rozsiadł się wygodniej.
– Właśnie chciałem o tym z tobą porozmawiać, wcześniej jakoś nie było 

okazji.  Nic  nie skończyliśmy,   musimy   robotę  doprowadzić  do  końca.  W 
końcu projekt był i jest nasz, prawda?

–   Projekt   tak,   realizacja   tylko   w   pewnym   stopniu.   Mają   dwóch 

chłopaków, którzy aż rwą się do zapładniania. Niech ich puszczą do kobiet. 
My im przecież w tej radosnej kreacji nie będziemy pomagać!

Haywick pokręcił głową.
– Pójdzie taki gówniarz do złej knajpy i dostanie po głowie albo i nożem 

pod żebro. I nie chodzi o to, że szkoda dzieciaka ani że tyle pracy na nic, 
tylko że takie wydarzenie kładzie cały projekt! Inny scenariusz: zakochuje 
się romantycznie, żeni, jest wierny i płodzi jednego jedynego potomka, no, 
góra dwóch. Glorio, przecież doskonale wiesz, że to tyle, co nic, znacznie 
poniżej progu efektywności prokreacyjnej! Robiliśmy  wstępne symulacje, 
już zapomniałaś?

– Nie! – krzyknęła i zaraz zakryła dłonią usta.
Dwóch   Murzynów   oglądających   telewizję   przy   sąsiednim   stoliku, 

oddzielonym prześwitującym parawanem stepowych traw, spojrzało na nich 
z niechęcią, a jeden rzucił slangowym przekleństwem.

– Nie – dodała ciszej, wykonując relaksujące ćwiczenie oddechowe. – 

Niech Mówiący czy inny Szaman prowadzi ich za rączkę albo za coś innego 
na   targ,   do   szpitala,   do   młodych   wdów   czy   dzielnych   ochotniczek,   do 
punktów   pobierania   spermy.   Nie   wiem   dokąd   jeszcze,   bo   to   nie   nasza 
sprawa.   My   z   pewnością   organizacyjnie   nie   podołamy   takiemu 
przedsięwzięciu,   nasze   zadanie   zostało   zakończone   z   chwilą   przekazania 

background image

plemników. Mamy wolne!

Haywick   uśmiechnął   się   wyrozumiale,   jakby   wybaczał   krnąbrnemu 

dziecku.

– Mam fratera, jeśli wiesz, co to znaczy – oznajmił. – Jest nim Volyan. 

Najprościej rzecz ujmując...

– Co?! – Oczy  Herreiry rozszerzyły  się, zacisnęła  palce  na krawędzi 

stołu. – Ach tak... – powiedziała zduszonym głosem, spoglądając gdzieś w 
bok. Nagle szarpnęła głową. – Na jakim jesteś etapie?

–   Znasz   się   –   stwierdził   ze   zdziwieniem.   –   Wiesz   wszystko   o   tym 

poplątanym kraju.

– Mów!
–   Spokojnie,   moja   droga,   i   tak   tego   nie   odkręcisz.   Zresztą   nie   chcę 

niczego zmieniać. Jestem już po trzecim ingresie.

–   Po   trzecim.   –   Jej   gniew   pozornie   znikł   bez   śladu,   wyglądała   na 

doskonale   opanowaną.   –   Opowiedz   mi   o   tym.   –   Położyła   na   jego   dłoni 
swoją i uśmiechnęła się zdawkowo. Takie uśmiechy stanowiły nieodłączny 
atrybut prezencji na jej stanowisku i organicznie do niego przynależały, ale 
Ben,   laik   w   środowisku   wyższej   kadry   naukowej   i   konferencyjnych 
bywalców, nic o tym nie wiedział, dlatego przyjął go za objaw życzliwej 
solidarności. Był rad, że może się przed kimś otworzyć.

– Jeśli chcesz. Namówił mnie Johnny. Uprzejmie pytał o zdanie, ale tak 

naprawdę nie dał mi specjalnego wyboru. Umówił mnie z Azraelem, tym 
Zaklinaczem Duchów, pamiętasz, doktorem psychiatrii...

– Wiem. Mów dalej.
– Więc... zdaję sobie sprawę, że to zabrzmi śmiesznie, nawet idiotycznie. 

Tamten   odprawił   trzy   misteria,   które   robiły   wrażenie.   Facet   naprawdę 
potrafi   stworzyć   atmosferę   mistycznego   obrzędu.   Za   pierwszym   razem 
spryskał   mnie   krwią   Volyana,   który   wtedy   pod   względem   biologicznym 
miał dwa lata.

– Gdzie dostała się krew?
–   Zakleiła   mi   oczy.   Po   trzech   tygodniach   czarownik   zaprosił   mnie 

znowu, wtedy chłopiec miał osiem lat i właśnie tracił mleczne zęby. Stary 
miał jeden z tych zębów, wyciągnął go i usiłował wpasować mi w dziąsło, 
zrobić z niego coś w rodzaju wszczepu. Stuprocentowy idiotyzm, prawda? 
Rozranił mi śluzówkę, a ząb wypadł pięć minut po opuszczeniu przeze mnie 
jego jaskini, czyli szamańskiego gabinetu. Tylko...

background image

– No?
–   Chyba   można   powiedzieć,   że   nastąpiła...   hmm,   fizyk   pewnie   by 

stwierdził,  że  fluktuacja  probabilistyczna,  a  lekarz nazwałby  to  anomalią 
fizjologiczną, oczywiście nie związaną z obrzędem. Coś takiego zdarza się 
raz   na   milion   przypadków.   Wyobraź   sobie,   że   po   tym   misterium   mój 
organizm   potraktował   wcześniejsze   braki   w   uzębieniu   jako   miejsca   po 
mlecznych zębach i odrosły mi nowe! A potem wymianie uległy pozostałe, 
co do jednego.

–   Interesujące   –   odpowiedziała   powoli   Herreira,   konfrontując   te 

informacje ze swoim stanem wiedzy. Jej oczy błyszczały. – Więc jednak 
istnieje   sposób   na   aktywowanie   autokreacji   genetycznej.   Nic   nie   trzeba 
modyfikować, nosimy to w sobie!

Haywick także przestawił się na myślenie naukowe.
– Czyżby więc cały nasz projekt był niepotrzebny? Bo wystarczyło tylko 

uruchomić ukryte możliwości?

– Nie – odparła zasadniczym tonem. – W projekcie skonstruowaliśmy 

coś, czego przedtem nie było, nawet potencjalnie. Natomiast  zęby raz w 
życiu odrastają każdemu, wystarczy ponownie uaktywnić ten mechanizm i 
powtórzyć proces. Więc skorzystałeś na eksperymencie i nie narzekaj. Jak 
przebiegło trzecie misterium?

– Było obrzydliwe. Volyan miał już osiemnaście lat i wyobraź sobie, że 

ten stary idiota spryskał mnie jego spermą. Plułem potem przez pół godziny.

Gloria zachichotała.
– Nie widać jednak, żebyś dzięki temu odzyskał wigor osiemnastolatka.
Ben zaczerwienił się po uszy i nic na to nie mógł poradzić.
– Nie jest mi potrzebny – burknął. – Mówiąc poważnie, nie mam pojęcia, 

czy pierwszy i trzeci seans wprowadziły jakieś modyfikacje organiczne, ale 
jeśli   coś   się   zmieniło,   to   na   poziomie   fizjologii,   zmysłowo 
niewyczuwalnym, przynajmniej w tym momencie. Natomiast niezależnie od 
tego   po  każdym  misterium  wnikałem  w   umysł   Volyana,  widziałem  jego 
oczami,   słyszałem   to,   co   on,   a   nawet   mogłem   nawiązać   z   nim   pewien 
kontakt,   zupełnie   jakby   dwie   świadomości   niezależnie   rezydowały   w 
jednym mózgu. Sklasyfikowałbym to jako rodzaj schizofrenicznej telepatii. I 
tyle.

– Ach tak? – Gloria uniosła brwi. – I tyle? Więc wierzysz w telepatię?
– Może wypada uwierzyć. Albo w sterowane halucynacje. Masz lepszą 

background image

koncepcję?

– Nie wiem – przyznała po chwili, wpatrując się w trzonek łyżeczki, 

jakby miała zamiar wygiąć go siłą psychokinezy. – Słyszałam o różnych 
tutejszych obrzędach i zagadkowych zjawiskach, ale nie podjęto poważnych 
prób ich zbadania. Nie ma się co dziwić, Murzynom Mzinga nie zależy na 
merytorycznych wyjaśnieniach, dopóki wszystko bezkolizyjnie funkcjonuje 
w przestrzeniach określonych zwyczajowo.

Po chwili na ścieżce zachrzęściły kroki, usłyszeli chrapliwy oddech. Nad 

ich stolikiem pochylił się zwalisty Czarny w rozpiętej koszuli, jeden z tych, 
którzy po sąsiedzku oglądali telewizję. Jego twarz była zniekształcona od 
licznych blizn, a wzrok nie wyrażał niczego więcej niż upór i przebiegłość.

– Kłopoty – syknęła Herreira. – Chodź, szybko!
Ale Haywick nie zdołał się ruszyć, bo przybyły popchnął go, gdy zaczął 

wstawać. Wydawało się, że zrobił tylko nieznaczny ruch ramieniem, lecz w 
efekcie   Benon   runął   z   powrotem   na   krzesło,   które   wygięło   się   i 
zatrzeszczało.

– Ta biała suka mówiła źle o Afromanach Mzinga – stwierdził Murzyn. – 

Jak bladziuchy obrażają Czarnych, ponoszą karę, zawsze. Tak jest, jakby jej 
facjata już była wymalowana juchą, na zicher, ale ona jest twoja, tłusta biała 
larwo, gnojku, więc najprzód tobie skręcę kark. Tym pewniej to zrobię, że 
należysz do porządnej czarnej kobiety, a na boku kręcisz z białą suką.

– Nieprawda! – usiłował protestować Haywick, ale Herreira chwyciła go 

za rękę.

–   Zapłacę   –   zwróciła   się   do   intruza.   –   I   przykro   mi...   przepraszam. 

Zapewniam, że cokolwiek powiedziałam, obrażanie Czarnych nie było moją 
intencją.

Murzyn   wziął   plik   banknotów,   który   wyjęła   z   torebki,   i   przeliczył, 

śliniąc przy każdym palec, po czym zmiął je w kulę i wcisnął do kieszeni.

– Przyda się trochę moniaków, he. A teraz zabawimy się we flekowanie 

larwy. – To mówiąc, rzucił na stół kosmyk płowego włosia spięty metalową 
sprzączką.

– Cholera – zaklęła Herreira. – Wyzwał cię na  liphunga.  Może cię nie 

zabije – szepnęła.

– Dziękuję. Dlaczego nie wezwiesz glin?
–   Nie   zaryzykują   wejścia   do   Harlemu,   tu   rządzi   lokalny   watażka   – 

szeptała nerwowo, nachylając się w jego stronę. – Nie prowokuj tego osiłka, 

background image

przykro mi, ale musisz dać się zbić, ponieść karę. Nie wolno ci odmówić 
wyzwaniu na liphunga. Zaraz potem się zmywamy.

Intruz podszedł i chwycił Herreirę za kok. Pociągnął ją w górę i odchylił, 

tak że wpółleżała na jego grubym jak belka ramieniu.

– Dosyć mielenia ozorem! – nakazał, szczerząc zęby tuż nad jej twarzą, 

jakby miał zamiar wgryźć się w jej policzki. – Suką zajmę się potem, jak 
sprawię tamtą górę tłuszczu. I niech mnie porwie wudu, jak nie będziesz 
wyć jak przypiekana małpiatka!

Pchnął   ją   na   stół   i   zwrócił   się   do   Haywicka.   Wtedy   z   głębi   lokalu 

nadszedł młody, szczupły Murzyn w białym garniturze.

– Jestem właścicielem restauracji – przedstawił się. – Moim przywilejem 

i obowiązkiem jest pośredniczenie przy liphunga. Ciebie zapytuję, Szamanie 
–   zwrócił   się   do   tęgiego   Murzyna   –   czy   nie   zechcesz   poniechać   tych 
bladziuchów, jeśli wyrażą skruchę i się ukorzą?

– Nie – uciął tamten.
–   Was   informuję,   Biali   –   odwrócił   się   do   Glorii   i   Bena   –   że   każdy 

obywatel Harlemu, gdy czuje się obrażony, ma prawo wyzwać na liphunga 
każdego innego na tym terytorium,  pod warunkiem że wyzwany nie jest 
chory, chromy lub nie jest młodszym od niego dzieckiem.  Liphunga  musi 
się   odbyć,   chyba   że   sam   wyzywający   odstąpi   od   zamiaru.   Czy   mam 
przynieść broń? – spytał tęgiego Czarnego.

– Nie – zaśmiał się tamten. – To wystarczy, żeby rozgnieść te pluskwy. – 

Podniósł wielką pięść, błyszczącą od potu.

Był potężny i zwalisty, ale także zwinny jak niedźwiedź. W jednej chwili 

znalazł się przy Haywicku, chwycił go za koszulę na piersiach i uniósł z 
krzesła,   jednocześnie   odpychając   nogą   stół.   Nie   biorąc   zamachu, 
wydawałoby się lekko, zadał pierwszy cios wierzchem dłoni.

Haywick zobaczył gejzer jasności, z którego wybuchły oślepiające race, 

pozostawiające   za   sobą   powoli   gasnące   powidoki.   Dopiero   po   chwili 
stwierdził, że leży na ziemi. W prawej części twarzy odczuwał piekący ból.

– Proszę go zostawić! – krzyczała Herreira, stając osiłkowi na drodze. – 

On już poniósł karę!

– Zjeżdżaj, suko – warknął Murzyn, prąc naprzód. – Przetrącę mu kręgi 

szyjne, a potem trochę dłużej pobawię się z tobą. Żadne z was nie dożyje do 
rana, a ja nie zrobię niczego niezgodnego z prawem.

Dopiero   wtedy   Haywick   naprawdę   zaczął   się   bać.   Dotychczas   atak 

background image

Czarnego uważał za farsę, rodzaj skeczu, który oglądał z boku. Gramolił się 
do   wstawania,   ale   intruz   pochylił   się   i   chwycił   go   za   podartą   koszulę. 
Astronom poczuł zapach starego potu i taniego tytoniu.

Atakujący wyprowadził cios kantem dłoni, biorąc błyskawiczny zamach. 

Do Bena dotarło, że nie przeżyje zderzenia z sękatą łapą osiłka, i wyobraził 
sobie,   jak   jego   głowa   odskakuje   w   bok   z   suchym   trzaskiem   pękających 
kręgów. Ale nic takiego się nie wydarzyło – oto stał się cud i Haywick 
pochylił się na czas, przepuszczając śmiercionośny cios nad głową. Usłyszał 
złowrogi świst rozcinanego powietrza.

„Jestem z tobą, frater" – niespodziewanie rozlega się cichy głos w głębi 

jego czaszki. „Posuń się trochę, strasznie tu ciasno".

„Dlaczego... Jak?" – pyta Haywick, wciąż nie rozumiejąc, co się stało.
„Nieważne,   frater.   Po   prostu   tym   razem   ty   mnie   zawołałeś,   więc 

przyszedłem. Widzę, że w samą porę".

„Nie wiem. Przecież jesteś dzieckiem".
Milczenie jest dziwne, ciemne jak woda na bagnach, ciche jak ruch łodzi 

po   czarnym   stawisku   pośród   umarłych   pni,   kiedy   odkłada   się   wiosła   i 
nasłuchuje, wstrzymując oddech. Haywick czuje zaskoczenie i mija chwila, 
zanim dociera do niego, że emocje nie należą do niego, lecz do Volyana.

Tymczasem   Murzyn   nawraca   do   ponownego   ataku.   Potężny   cios   w 

próżnię wytrącił go z równowagi i okręcił. Oparł się o niski murek, po czym 
odwrócił się i zlustrował swoją ofiarę wzrokiem, który nagle stał się bystry. 
Nie spodziewał się oporu ze strony tłustego bladziucha, lecz mimo wszystko 
chyba uznał, że frajer wywinął się przez przypadek. Rusza więc jak czołg, 
żeby dokonać ostatecznej poprawki.

„Spokojnie,   frater"   –   nadaje   Volyan,   który   jest   bardzo   blisko,   bo   w 

głowie Haywicka. „Gość jest ciężki, więc lepiej zejdźmy mu z drogi. Szkolą 
nas tutaj ostro, mnie i braciszka, także do walki, i potrafimy robić niezłe 
sztuczki, słowo daję".

Volyan przejmuje całkowitą kontrolę, a Haywick z ochotą pozwala mu 

na to. Korpus Haywicka odchyla się do tyłu, gdy napastnik z rozmachem 
wyprowadza   prawy   sierpowy.   Ben   przeżywa   lękowy   paraliż,   szczęśliwie 
tylko umysłowy, gdy olbrzymia pięść nadlatuje jak pocisk, a on nie ucieka, 
lecz jedynie trochę zgina się w pasie. Ale unik przynosi pożądany efekt i 
prawica atakującego ponownie z sykiem tnie powietrze o cal od jego twarzy.

„Dobrze"   –  cieszy   się   daleki  i   jednocześnie   bliski   frater.   „Pracujemy 

background image

dalej".

Murzyn leci w bok, ale zatrzymuje się szybciej niż poprzednio i mierzy 

przeciwnika   rozwścieczonym   wzrokiem.   Mięśnie   szczęk   napinają   się,   a 
potem napastnik wyrzuca z siebie stek wulgarnych przekleństw. Bezczelny 
biały pomiot zakpił sobie z niego, więc musi umrzeć w męczarniach. Nie od 
jednego   ciosu,   ale   będzie   konał   godzinami,   leżąc   w   kałuży   własnych 
wnętrzności   i   błagając   o   dobicie.   Duch   tej   gnidy,   jeśli   w   ogóle   ma   ona 
ducha, na wieczne czasy popamięta walecznego Szamana z Harlemu.

Czarny rzuca się naprzód, dążąc do zwarcia, ale Haywick tańczy jak 

baletnica – nigdy nie podejrzewał, że jego ciało jest zdolne do tak szybkich i 
zwinnych ruchów. Co prawda co jakiś czas płomień bólu przebiega przez 
nadmiernie forsowane ścięgna i sztywnieją nie wyćwiczone mięśnie, ale nie 
w   pełni   zdaje   sobie   z   tego   sprawę,   będąc   w   ferworze   walki.   Cofa   się, 
nurkuje pod ciosami, robi uniki, markuje wypady, aby rzucić się w inną 
stronę.   W   końcu   opiera   się   plecami   o   mur   –   coraz   mocniej   pali   go   ból 
naciągniętych ścięgien, ledwie stoi na trzęsących się nogach.

Murzyn podchodzi tak blisko, że Haywick czuje jego stęchły oddech. 

Dyszy ciężko, z warg kapie mu spieniona ślina, na białka oczu nakłada się 
siatka wybroczyn.

– Teraz zginiesz – mówi bełkotliwie, chwytając powietrze jak wyjęta z 

wody ryba.

Na   prawą   dłoń   naciąga   kastet   inkrustowany   stożkowatymi   bryłkami 

żelaza, po czym zadaje błyskawiczny cios. Z dołu, bez uniesienia ręki, jak 
sztych nożem, który ma tylko musnąć brzuch i zatrzymać się na szczęce, 
tnąc i miażdżąc ją od dołu.

Lecz   Volyan   czuwa.   Szarpie   odrętwiałym   ciałem   w   bok   w   krótkim 

półobrocie i robi to na czas. Prawie.

Haywick nie czuje bólu, wydaje mu się, że atakujący zdzielił go kijem. 

Ostrza kastetu zahaczają o bok, rozszarpują ubranie i przecinają skórę, po 
czym   uzbrojona   ręka   tnie   powietrze.   Murzyn   traci   równowagę   i   leci   do 
przodu,   a   rozpędzone   ramię   z   impetem   uderza   łokciem   o   ostrą   krawędź 
muru. Cios jest tak silny, że kość pęka z dobrze słyszalnym trzaskiem.

Napastnik wali się na kolana, ale opiera zdrową ręką o mur i dźwiga 

powoli.   Lewą   ręką   sięga   za   pas   i   wyciąga   wąskie   ostrze.   Krzyczy   coś 
niezrozumiale i na to wołanie jego kompan obtłukuje butelkę o brzeg stołu.

Gloria   wrzeszczy,   ale   Haywick   nie   rozumie   jej   słów.   Właściciel 

background image

restauracji   znika,   widocznie   uznał,   że   jego   rola   już   się   skończyła,   bo 
wydarzenia, które mają nastąpić, nie należą do rytuału liphunga. Lepiej nie 
być świadkiem przestępstwa, zwłaszcza w wykonaniu Afromanów. Haywick 
jest   odrętwiały,   psychicznie   znieczulony.   Czy   jest   to   efekt   adaptacji   do 
sytuacji ostatecznych, zwanych przez odratowanych alpinistów błogostanem 
ostatnich sekund?

„Zaskoczyli nas, frater" – przypomina się Volyan. „Cholerne bandziory, 

właściwie powinniśmy to przewidzieć. Ale nie sprzedamy się tanio".

Chłopak   szarpie   zbolałym   ciałem   Haywicka.   Znów   podrywa   je   do 

wariackiego tańca. Tym razem role się odwracają – to astronom atakuje, 
markując cios w głowę. Murzyn zasłania się nożem, a wtedy kopnięcie w 
nadgarstek   wytrąca   mu   broń,   która   wysokim   łukiem   szybuje   nad 
żywopłotem. Drugie kopnięcie, wymierzone w podbrzusze, też sięga celu, a 
cios kolanem w pochyloną twarz stanowi dopełnienie akcji. Czarny Szaman 
pada powoli, jakby bezwładność ciała nie pozwalała na szybszy ruch.

„Szybciej" – ponagla  go frater, więc Ben odskakuje  w bok, unikając 

ciosu stłuczoną butelką.

Napastnik porusza się powoli, cofa uzbrojoną rękę, aby obejrzeć się i 

ponownie   zamierzyć.   Volyan   potrafi   wykonywać   swoje   sztuczki   z 
niepojmowalną   szybkością   i   chwała   mu   za   to   –   teraz   dziecinnie   proste 
wydaje   się   uchwycenie   przegubu   przeciwnika,   wytrząśnięcie   mu   z   ręki 
szkła, a potem odpowiednie ustawienie ciała i wykonanie klasycznego rzutu 
przez   biodro.   Skąd   ci   wiadomo,   Benny,   że   ta   operacja,   prowadząca   u 
rzucanego   do   zwichnięcia   stawu   biodrowego,   tak   właśnie   się   nazywa? 
Wystarczy, że twój frater wie, wtedy wiesz i ty.

Nagle wali się  na niego góra, przygniata  do ziemi,  ścięgna  zdają się 

pękać, a mięśnie palą, jakby były polewane wrzątkiem. Potem ból odpływa, 
więc Haywick może wstać i podejść do skulonej Herreiry.

„Frater,   tym   razem   się   udało"   –   mówi   Volyan.   „Dodałem   ci   trochę 

czadu, ale od jutra weź się za siebie. Biegaj, ćwicz w siłowni, bo następnym 
razem   przepadniemy.   Za   dziesięć   minut,   jak   dopalacz   się   wyczerpie, 
padniesz, więc lepiej siedź już w taksówce. Ale w ogóle było świetnie, choć 
wolę, jak ty do mnie  przychodzisz. Mam lepsze  ciało niż ty, więc bądź 
fraterem przychodzącym, zgoda?"

Haywick wiedział, w którym momencie tamten odłączył się i odszedł, 

pozostawiając ciszę, niezmierzone morze ciszy. W tę ciszę coraz wyraźniej 

background image

przenikało szlochanie Glorii.

– Nic ci nie zrobili? – spytał, ujmując ją za ramiona. – Zabierajmy się 

stąd.   Jestem   przekonany,   że   istnieją   lepsze   miejsca   na   lunch.   Zamówisz 
taksówkę?

Haywick najpierw odczuł lekki niepokój, a potem mrowienie w czubku 

głowy. Dobrze znał te objawy i wiedział, że Volyan go wzywa. Skręcił z 
chodnika   na   przystanek   autobusowy,   usadowił   się   na   ławce   i   bez   trudu 
dokonał transferu.

Z oparów mgły wyłoniło się wzburzone morze. Grzywy fal przewalały 

się przez kadłub statku, którego relingi lśniły w jaskrawym, choć miękkim 
świetle, załamującym się  w miliardach  wodnych kropli. Chłopak był tuż 
obok, równie wzburzony jak szalejący wokół ocean.

„Co się stało?" – zapytał zaniepokojony Haywick.
„O nie, mój semiojcze, tak nie będziemy rozmawiać. Znajdź sobie w 

swoim świecie jakiś spokojny kąt z łóżkiem i obsługą, to znaczy mają dawać 
jeść   i   sprzątać.   Rozumiesz,   potrzebuję   cię   na   jakiś   czas,   i   to   szybko. 
Załatwisz sprawę?"

W   przekazie   Volyana   wyczuwało   się   podniecenie   z   domieszką 

zniecierpliwienia.   Było   jasne,   że   nie   chce   lub   nie   może   czekać,   ale 
interwencja nie musiała być natychmiastowa.

„Przyjdę jak najszybciej" – obiecał Haywick i wycofał się.
Dziś mijał równy miesiąc od liphunga w Harlemie. Przez ten czas Ben 

pod czujnym okiem Glorii zdołał wydobrzeć i szykował się do wyjazdu do 
swojego górskiego obserwatorium. Dosyć miał zgiełku Garvey i zaczynał 
się nudzić, a poza tym tęsknił do samotności w mroźnej kopule, do otchłani 
nieba pełnej gwiazd, a także do Qmil. Bywało, że wieczorem, gdy przebierał 
się do snu, przytrzymywał między palcami czarną wstążkę i miał wrażenie, 
że płynęło od niej ciepło. Na pewno zwyczajnie brak mu było kobiety, ale 
zaczynał przyznawać sam przed sobą, iż brak mu właśnie tej kobiety. Nie 
potrafiłby   powiedzieć,   czego   od   niej   oczekuje   oprócz   zaspokojenia 
pożądania   –   może   pełnej   skupienia   bliskości,   zapachu,   spojrzenia 
węglistoczamych   oczu,   naiwnych   pytań?   Bo   przecież   nie   partnerstwa 
intelektualnego. To ostatnie zapewniała mu Gloria, i cóż z tego? Musiało 
istnieć   coś   jeszcze,   jakieś   pasmo   porozumienia   lokujące   się   pomiędzy 
seksem   a   intelektem,   jak   reagowanie   wzrokiem,   sposób   stawiania   stóp, 
uśmiech wtedy, kiedy był oczekiwany lub kiedy mile zaskakiwał. Interior 

background image

emocjonalny, odmienny dla każdej pary i zawsze różnie ważący.

Podniósł   się   z   ławki   i   spojrzał   na   ulicę   pełną   bawiących   się, 

rozwrzeszczanych   murzyńskich   dzieci.   Te,   które   były   bliżej,   milkły, 
podkradały się i pozorowały rzucanie kamieniami. Sięgnął do kieszeni, ale 
przypomniał  sobie,  że telefon  ma  rozładowany  akumulator.  Komunikator 
przystankowy był zdewastowany, a taksówki tędy nie jeździły. Wzruszył 
ramionami   i   zwrócił   się   w   stronę   szeregu   niskobudżetowych   szarych 
budynków z plastobetonu, których tutaj nikt nawet nie próbował stylizować 
na afrykańskie chaty.

Miał szczęście, bo niemal naprzeciw przystanku znajdowało się wejście 

do restauracji – archaiczne drewniane drzwi w mosiężnej ramie, z mozaiką 
kolorowych   szybek,   oprawionych   również   w   mosiądz,   w   stylu   sprzed 
dobrych   trzystu   lat.   Tam   od   biedy   mógłby   przedrzemać   seans   w   fotelu 
gdzieś   w   kącie   sali.   Spojrzał   na   szyld,   ale   w   ramie   pozostały   tylko 
potrzaskane   fragmenty   barwionego   szkła   i   krzywo   sterczące   oprawki   od 
żarówek.   Pchnął   drzwi,   które   ustąpiły   z   cichym   skrzypnięciem, 
uruchamiając staroświecki mechaniczny gong.

Wewnątrz panował mrok,  rozpraszany  tylko przez jedną żółtą  lampę, 

więc   zatrzymał   się   w   progu,   aby   oczy   zdążyły   się   przyzwyczaić.   Zza 
kontuaru   usłużnie   podniósł   się   siwy   Murzyn   w   czarnym   garniturze, 
doskonale pasujący do skansenowego wnętrza. Lśniąca biel koszuli ostro 
kontrastowała z muszką o barwie sadzy. Skinął głową i odezwał się lekko 
schrypniętym głosem:

– Witam, sir. Zapewniam, że czegokolwiek pan szuka, znajdzie pan to u 

Charliego, czyli tutaj.

– Och... to nie jest restauracja? – rzucił zdezorientowany. Przyjrzał się 

portierowi, czy aby nie kpi, używając wobec Białego określenia „sir". Lecz 
człowiek za kontuarem uśmiechnął się życzliwie.

– Oczywiście, że jest. Mamy  też kawiarnię, pokoje gościnne, saunę i 

bilard, a także wiele innych atrakcji. – Lekko zmrużył oczy.

Haywick nie był pewien znaczenia jego spojrzenia.
– Potrzebuję pokój, jak najmniejszy, natychmiast. Na... kilka godzin.
–   Większy   będzie   wygodniejszy,   sir.   Nie   wypuszczamy   pokoi   na 

godziny, najkrótszym okresem u Charliego jest doba.

– W porządku – rzucił niecierpliwie. – Więc na dobę. Może być większy, 

ale jestem i będę sam.

background image

Recepcjonista uniósł bezwłose brwi.
– Jak pan sobie życzy.
– Mogę zatelefonować?
Gdy   Murzyn   wręczył   mu   słuchawkę,   wybrał   numer   Glorii.   Krótko 

objaśnił, gdzie jest i dlaczego. Adres hotelu odczytał z wizytówki. Ostatnio 
spotykali   się   codziennie,   więc   wolał,   żeby   kobieta   nie   wszczynała 
poszukiwań, gdyby seans się przeciągnął.

–   Dlaczego   wybrałeś   akurat   to   miejsce?   –   zapytała,   jakby   to   miało 

znaczenie.

–  Nie   wybierałem  –   odparł,  odchodząc   od   kontuaru   i  osłaniając   usta 

dłonią. – Przypadkowo tędy przechodziłem, zwiedzając nieznane dzielnice. 
O co chodzi?

–   Nie   wiesz?   Zamieszkałeś   w   luksusowym   burdelu!   Powiedzmy,   w 

domu dyskretnego relaksu dla możnych tego miasta.

– Wygląda rzeczywiście  okazale – przyznał, nie mogąc  powstrzymać 

uśmiechu. – Nie mam czasu, zaraz muszę się z nim połączyć. To potrwa 
pięć minut albo godzinę, nie wiem, czego chce. Wieczorem zapraszam cię 
na burritos, okay?

W słuchawce zapadła cisza. Już myślał, że przerwała połączenie, gdy 

odezwała się cicho:

– Jesteś dużym chłopcem, Benny, ale nie przejmuj się, zawsze to w tobie 

lubiłam. Chyba nie do końca zdajesz sobie sprawę... No dobrze, będę tam za 
pół godziny. Poczekaj na mnie.

– Ależ nie mogę! On mnie potrzebuje, a jest moim fraterem.
– Musisz! Dobrze, postaram się być szybciej. Do licha, rzucam wszystko 

i przyjadę za kwadrans. Zgoda?

– Jeśli nalegasz.
Portier zaprowadził go do pokoju na piętrze. Długi, wyklejony tapetą 

korytarz   oświetlały   kuliste,   nisko   umocowane   kinkiety.   Drzwi   do   pokoi 
otoczone   były   szerokimi   framugami,   wykonanymi,   podobnie   jak   same 
drzwi, z hebanowego drewna. W pokoju zainstalowano imitację wysokiego 
okna   i  ogromne   łoże   z   metalowymi   poręczami.   Łazienka   była  wyłożona 
czarną glazurą ze złotym żyłkowaniem.

– Czy pan sobie czegoś życzy, sir?
–   Tylko   spokoju,   mam   pracę   do   wykonania.   Czy   ściany   są 

dźwiękoszczelne?

background image

– Jakby pan zmienił zdanie, telefon łączy z recepcją po pięciu sekundach 

od podniesienia słuchawki. Jak wspominałem...

– Wiem, ale dziękuję. Chciałbym zostać sam.
Murzyn skłonił głowę.
– Jak pan sobie życzy. Czy przyjmuje pan gości, sir?
– Nie! To znaczy, zaraz przyjdzie biała kobieta, proszę ją wpuścić.
Portier uśmiechnął się porozumiewawczo i mrugnął, bo w końcu także 

ten nietypowy klient dał się sprowadzić do uniwersalnego mianownika.

– Oczywiście. Szampan serwuje się na koszt firmy.
Gdy drzwi się zamknęły, natychmiast nawiązał kontakt z Volyanem.
„Potrzebuję cię, frater. Oni mnie sprzedali!"
„Jacy   oni?   Co   takiego   zrobili?!"   –   Haywick   po   omacku   dotarł   do 

środkowej   części   łóżka  i   usiadł.   Przed   nim  ponownie   pojawił   się   widok 
morskich grzywaczy, walących się na dolny pokład. W pobliżu dziobu mgła 
się   rozwiała   i   słońce   do   białości   rozpaliło   relingi   i   niklowane   części 
osprzętu.   W   głębi   zielonej   toni   bielały   smugi   pęcherzyków   powietrza   i 
wydawało się, że morska kipiel wrze.

„Czy   nie   wszystko   jedno   kto?   Nauczyciele,   dyrektorka,   docenci, 

minister? Przepraszam: Wiodący Dusze, Szamani, Zaklinacze, Mówiący, a 
może sama Mówiąca ze Słońcem? Ważne jest to, że jestem w drodze na 
archipelag Santa Cruz. Więcej: kupili mi obywatelstwo tego państewka!"

„Kupili?"
„Frater, jak będziesz  bezmyślnie  powtarzał moje  słowa, wezmę  sobie 

innego. Psiakrew, ktoś musi mi pomóc!"

„Uspokój się, Volyan, przecież po to jestem z tobą. Podróżujesz sam czy 

masz opiekuna?"

„Mam, a jakże, chodźmy, bo już ogłuchłem od wiatru".
Na   morski   pejzaż   nałożyła   się   twarz   Glorii.   Przez   chwilę   Haywick 

przeżywał kakofonię barw i doznań. Na coś musiał się zdecydować, więc 
wycofał się z transferu.

Stwierdził,   że   polową   ciała   leży   na   łóżku,   a   nad   nim   pochyla   się 

Herreira. W jej oczach zobaczył smutek.

–   Odciągnęłaś   mnie   –   stwierdził   mało   precyzyjnie.   –   Zaraz   muszę 

wracać.

– Wiem. Przebierz się i ułóż wygodnie, zajmiemy się tobą na zmianę z 

Jolly. – Podając mu dres, wykonała zwykłą porcję tanecznej gestykulacji. – 

background image

No, gdybyś chciał się napić albo coś takiego, ktoś tu będzie przez cały czas.

–   Myślisz,   że   naprawdę   potrzebuję   asysty?   –   powiedział   szybko,   bo 

spieszył się z powrotem na statek.

– Kto wie. Ten twój frater może cię zatrzymać na dłużej. On penetruje 

obcy świat, w każdym razie obcy dla niego. Dotychczas edukował się w 
stukrotnie przyspieszonym tempie, ale weź pod uwagę, że faszerowali go 
niemal wyłącznie teorią. •

– No dobra – mruknął, wciągając bawełnianą bluzę. – Skąd to masz?
– Charlie ma na podorędziu nie tylko erotyczną bieliznę. On zresztą ma 

wszystko. Jak zechcesz kupić zabytkową lokomotywę, dostarczy ci ją w pół 
godziny.

–   Znasz   go?   –   zapytał   z   grzeczności,   bo   odpowiedź   mato   go 

interesowała. Ułożył się wygodnie i natychmiast zaczęły napływać obrazy.

– Ze słyszenia. Któż go nie zna? – Uśmiechnęła się, spuszczając głowę.
Pomyślał, że powinien wziąć ją pod brodę i spojrzeć w oczy, ale właśnie 

nastąpił   ponowny   transfer   i   znalazł   się   we   wnętrzu   statku.   Siedział 
naprzeciw łysego mężczyzny, który patrzył nieprzyjaźnie jak urzędnik na 
uciążliwego petenta.

„Nareszcie jesteś, tak długo to trwało". To był Volyan. Haywick miał 

wrażenie, że chłopak opiera się o niego. Trochę mu to przeszkadzało, więc 
delikatnie go odepchnął, a tamten odsunął się bez oporu.

Do jaźni Haywicka ponownie przebiła się Gloria, jej powiększona twarz 

była tuż-tuż, mówiła z przejęciem, ale nie rozumiał ani słowa. Nie chciał 
rozumieć i nie chciał wracać, ale zatrzymała go jeszcze przez chwilę. Jej 
oczy były czarne i głębokie jak studnie, z bliska trochę podobne do oczu 
Qmil. Miał ciepłą wilgoć na wargach, czyżby go pocałowała?

Nie zdążył nawet poczuć żalu, bo ostatecznie zerwał kontakt, dokonując 

pełnego   transferu   na   statek.   On,   najbardziej   obawiający   się   ostatecznych 
decyzji i nieodwracalnych działań, właśnie wykonał krok, którego nie mógł 
cofnąć.   Ten   Benon   Haywick,   człowiek   raczej   nieśmiały   i   odludek,   w 
niecodziennych   okolicznościach   zdolny   do   czynów,   o   które   nigdy   nie 
podejrzewałby ani siebie, ani nikogo innego, już nigdy nie wrócił.

background image

ROZDZIAŁ 11

– Gdzie się kręcisz, smarkaczu?! Ile razy mam powtarzać, że właśnie ja 

za ciebie odpowiadam?

Łysy   biały   mężczyzna   spoglądał   bez   złości,   raczej   z   niechęcią   i 

znużeniem. Wyczuwało się u niego rutynę w traktowaniu innych, polegającą 
na   doskonałym   oddzieleniu   emocji   od   dobranego   do   sytuacji   sposobu 
przekazu. Haywick skoncentrował się.

–   Chciałem   zauważyć,   że   jestem   już   pełnoletni,   panie...   mecenasie. 

Mecenasie Barney – dodał to, co mu podpowiadał Volyan. Strach chłopaka 
wibrował jak wysoki, piskliwy dźwięk.

Tamten jakby się ocknął. Jego nieforemna twarz, przedtem nieruchoma 

jak maska, ożyła, oczy się rozszerzyły. Walnął pięścią w oddzielający ich 
barowy stolik, aż jękliwie zadźwięczały szklanki.

– Kurwa, będziesz się stawiał?! Każę zamknąć! Policja!
Haywick   skoncentrował   się   jeszcze   bardziej.   Naprawdę   był   tutaj 

potrzebny. Przestał zwracać uwagę na jęki Volyana i przystąpił do natarcia.

– Po pierwsze, nie życzę sobie, aby pan nadal mówił mi po imieniu. Po 

drugie, proszę nie przeklinać w mojej obecności. Po trzecie, chciałbym, aby 
dalsza rozmowa odbyła się w obecności adwokata. W kontaktach z władzą, 
a   pan   reprezentuje   władzę   jako   ustanowiony   opiekun,   takie   żądanie 
przysługuje każdemu obywatelowi.

Mężczyzna zbladł. Wyszarpnął telefon z kieszeni i rzeczywiście wezwał 

policję.

– Zapuszkuję smarkacza i będzie siedział do końca rejsu, psiakrew. Na 

przykład ze względu na bezpieczeństwo!

– Chłopak ma rację – odezwała się młoda kobieta stojąca z boku.
Haywick obejrzał się, kręcąc głową Volyana. Była jeszcze młodsza, niż 

ocenił po głosie – drobne dziewczątko, mocno umalowane w celu dodania 
sobie powagi.

„Moja nauczycielka Grannie" – nadał Volyan.
– A ty się nie wtrącaj, panienko, bo zaraz odeślę na pensję dla dziewcząt 

– warknął grubas. To już nie była udawana złość.

–   Pan   mecenas   do   mnie   też   zwraca   się...   nieodpowiednio   – 

odpowiedziała wysokim, trochę piskliwym głosem. – A poza tym dokonuje 

background image

pan deformacji młodej psychiki, generuje neurozy...

–   Dosyć!   –   krzyknął   mężczyzna.   –   Nie   mam   zamiaru   słuchać 

pseudouczonego bełkotu. Zaprowadzić tego młodego człowieka do aresztu! 
Zakłócał porządek.

Ostatnie słowa skierowane były do czarnego policjanta, który pojawił się 

w drzwiach.

– Protestuję! – oświadczyła nauczycielka. – Nie zrobił nic złego. Poza 

tym jest moim uczniem, więc także sprawuję nad nim opiekę.

– Ja jestem jedynym opiekunem tego dziecka i żadna przedszkolanka nie 

będzie mi mówić, co mam robić – warknął grubas. – Wykonać polecenie, 
szeregowy!

–   Dobrze   –   oświadczył   Haywick   i   podniósł   ciało   Volyana.   Było 

rozkosznie sprężyste, silne, młode. – Proszę zaprowadzić mnie do aresztu, a 
zaraz   potem   przysłać   do   mnie   prawnika,   tylko   nie   tego   –   wskazał   na 
mecenasa Barneya. – Jestem pełnoletni i opiekę nade mną – według kodeksu 
prawnego, z którego chcę zrobić teraz użytek – sprawuje tylko Mówiąca ze 
Słońcem. Oskarżę tego człowieka o świadome działanie na szkodę projektu 
Haywicka, mającego priorytet rządowy. Ponadto poproszę panią – zwrócił 
się   do   nauczycielki   –   o   skontaktowanie   się   z   gabinetem   Mówiącego   z 
Tablicami   i   zreferowanie   sprawy.   Jestem   przekonany   –   spojrzał   z 
uśmiechem na mecenasa – że będzie pan miał przesrane już dziś wieczorem.

–   Oskarżę   młokosa   o   obrazę!   –   wrzasnął   grubas   i   poderwał   się,   ale 

natychmiast opadł z powrotem na kanapę. Machnął obiema rękami naraz. – 
A   niech   sobie   zdycha,   niech   fala   zmiecie   go   z   pokładu.   Ty,   kolego   – 
wycelował   palec   w   stronę   skonfundowanego   młodzieńca   w   policyjnym 
mundurze,   którego   dotychczasowa   służba   polegała   głównie   na 
fotografowaniu się z pasażerkami – jesteś świadkiem, że tych dwoje siłą, 
szantażem i groźbą uniemożliwiło mi skuteczne wypełnianie zadań, czyli 
ochronę tego nastolata. A teraz już idź, generale, przecież widzisz, że nic się 
nikomu nie stało.

„Brawo!" – nadał Volyan. „Frater, jesteś wspaniały". Policjant odsapnął, 

zasalutował i pospiesznie opuścił pomieszczenie.

– Nie myśl, że ujdzie ci to płazem – wysyczał grubas. – Zamelduję, 

gdzie trzeba...

– Grzeczniej, człowieku – przerwał mu Haywick. – Czy wciąż do ciebie 

nie dotarło, że rozmawiasz z kim innym niż przed godziną? Tłumacz to 

background image

sobie, jak chcesz, ale wiedz, że masz do czynienia z układem o wysokiej 
zmienności...

– Znowu te bzdety!
–   Powiem   tak:   u   mnie   zmiany   zachodzą   szybciej,   niż   możesz 

przypuszczać. Przed godziną sytuacja dojrzała do tego, żebyś zrezygnował i 
zostawił  mnie   w  spokoju. Twoja  rola  jest  skończona,  możesz   sam  sobie 
odgwizdać fajrant i iść na piwo. Allan Volyan nie potrzebuje już opieki. Co 
więcej, ona zaczęła być szkodliwa dla projektu. Jasne?

Twarz mężczyzny znów stała się maską.
– Nie, kochany. Mam bezpiecznie dostarczyć cię do portu Santa Cruz i 

tak się stanie, nawet jeśli będę musiał cię ogłuszyć i przywiązać do koi. Na 
to podpisałem umowę i za to wziąłem pieniądze, więc wobec prawa, którym 
mnie ciągle straszysz, jestem w porządku.

–   Człowieku,   za   najmniejszy   uszczerbek   w   kondycji   Volyana, 

psychiczny czy fizyczny, poniesiesz konsekwencje prawne i finansowe, to 
też   zapisano   w   umowie.   Jestem   –   wyszczerzył   zęby   –   jednym   z 
najkosztowniejszych egzemplarzy człowieka na całej ziemi!

Grubas   uniósł   ręce   jak   do   modlitwy.   Gest   pochodził   z   zawodowego 

arsenału,   bo   twarz   pozostała   kompletnie   bez   wyrazu.   Już   wiem,   czego 
brakuje   mu   do   osiągnięcia   perfekcji,   pomyślał   Haywick.   Symulowania 
emocji!

– Przecież po to tu jestem, żeby chronić złote jajo! Jeśli pan tak nagle 

dojrzał, panie Volyan, możemy  zmienić  taktykę. Czy wolno mi  zaprosić 
dorosłego Allana na kielonka?

Haywick o mało nie parsknął śmiechem. Gdzieś w pobliżu wyczuwał 

także wesołość Volyana, ale nie dał młodzieńcowi dojść do głosu.

–   Pod   jednym   warunkiem   –   oświadczył.   –   Że   zaproszenie   będzie 

dotyczyło także panny Grannie.

* * *
Kołysanie raptownie ustało, gdy statek wpłynął za falochron. Grzywacze 

z głuchymi tąpnięciami rozbijały się o skalne bloki, ponad które wykwitały 
fontanny   piany.  Po  lazurze  zamglonego  nieba   szybowały  mewy,   a  przez 
warstwę   chmur   przebijała   się   grań   olbrzymiej   kaldery,   górującej   nad 
okolicą.

– Nie gap się teraz na landszafty, tylko zbieraj manatki. Za chwilę rzucą 

trap! – warknął Barney.

background image

– Czy mógłbyś być uprzejmiejszy, opiekunie?
– Mógłbym, gdyby to było potrzebne. Za dziesięć minut kończę robotę.
– Ucieszymy się obaj, opiekunie.
Haywick skądś wiedział, gdzie jest kajuta Allana. Teraz w tajemniczy 

sposób   osobowości   mężczyzny   i   chłopca   się   zlały,   utworzyły 
współpracujący   tandem,   w   którym   nie   było   miejsca   na   wcześniejsze 
przepychanki.   Haywick   czuł,   że   nadal   jest   sobą,   lecz   wyłapywał   drobne 
modyfikacje   myśli   i   emocji,   a   także   dysponował   znacznie   większym 
zasobem   informacji.   Nie   próbował   dociekać,   czy   nastąpiła   hybrydyzacja 
osobowości, czy może Allan usunął się rozmyślnie, pozostawiając mu pełną 
inicjatywę.   Mógł   się   przyczaić,   lecz   w   tej   chwili   Haywicka   mało   to 
obchodziło.

Zgarnął do worka kilka drobiazgów, przybory toaletowe, z półki zdjął 

wymiętoszoną książkę. Imię róży Umberta Eco. Romans? Volyan nie raczył 
nic  podpowiedzieć   –  więc  jednak   się  przyczaił.  A  może   księgę  zostawił 
poprzedni podróżny?

Młode   nogi   wyniosły   go   na   pokład   z   zadziwiającą   szybkością. 

Pasażerowie już schodzili na nabrzeże. Haywick nie mógł się nadziwić, ilu 
było wśród nich Białych. Właściwie wszyscy!

Kontrola dokumentów stanowiła formalność, wielu pasażerów, zapewne 

osobiście   znanych   urzędnikom,   odprawiano   skinieniem   głowy.   Turystów 
obwieszonych   sprzętem   do   filmowania   i   torbami   z   zakupami,   którzy 
wymachiwali   kolorowymi   blankietami   wielokrotnych   biletów, 
przepuszczano   osobnym   przejściem.   Ale   paszport   Haywicka   został 
obejrzany   dokładnie,   a   funkcjonariusz,   niebieskooki   blondyn   o   końskiej 
twarzy, zapewne potomek rdzennych Guanczów, rozciągnął usta w szerokim 
uśmiechu.

– Oooo, pan młody dotarł wreszcie do celu! Oblubienica nie może się 

doczekać, a tobie się nie spieszy, młody człowieku. Powiedz w sekrecie – 
urzędnik nachylił się, z ust zapachniało mu tytoniem – czy po wieczorze 
kawalerskim wciąż jeszcze boli cię głowa?

Nagle rozbłysły flesze. Wśród oczekujących było wielu fotoreporterów.
„To twoja sprawka, frater" – burknął Volyan. Boczył się, był wyraźnie 

rozdrażniony.

„Nie mam z tym cyrkiem nic wspólnego. Sądziłem, że raczej ty... W 

końcu powinieneś zacząć myśleć o swoim głównym zadaniu, młodzieńcze".

background image

„Dobra, graj za mnie, jak uważasz. Po to tu jesteś". Wycofał się, zniknął. 

Cwaniak!

Przez tłum przepchnęła się ubrana na biało kobieta. Gdy podeszła bliżej, 

zwolniła.   Zbliżała   się   ostrożnie,   stąpając   na   czubkach   palców,   jakby 
podchodziła zdobycz na polowaniu.

– Spływaj – warknęła, wskazując brodą drzwi.
Haywick stwierdził, że w ten sposób  pozbyła się fotoreportera, który 

zbliżał się z mikrofonem, ale i tak poczuł ciepło na policzkach, jakby i jemu 
dostał się jakiś odprysk, Miał wrażenie, że skądś zna tę delikatnie owalną 
twarz o zdecydowanym kształcie szczęki, szerokich nozdrzach i ciemnych, 
wilgotnych oczach. Była Mulatką o tak jasnej karnacji, że mogłaby uchodzić 
za Białą, gdyby nie negroidalne cechy anatomiczne.

– Matrymonialna Inteligencja to wielka pani – powiedziała, podchodząc 

tak   blisko,   że   poczuł   jej   ciepły   oddech.   –   Jak   inaczej   moglibyśmy   się 
odnaleźć pośród miliardów? Nazywaj mnie po prostu Hostinią, a... jak mam 
zwracać się do ciebie, mój dobrze znany nieznajomy?

Pachniała mlekiem i wanilią. Była ładna i na swój sposób zgrabna – 

może   Czarny   spłodził   ją   z   Japonką?   Nie   pamiętał,   jak   nazywa   się   taki 
mieszaniec. Cóż, scenariusz ich spotkania powstał w jakimś celu: albo żeby 
wskazać drogę, albo zamaskować pułapkę. Tak czy inaczej, trzeba było grać 
dalej.

Zastanawiał się nad właściwą odpowiedzią, gdy przepchnął się do nich 

mecenas Barney.

– O mało nie zginąłeś mi w tym tłumie, chłopcze. Szanowna obywatelko 

Manwa   –   zwrócił   się   do   Mulatki.   –   Chciałbym   formalnie   dokonać 
przekazania   tego   młodego   człowieka,   który   nazywa   się   Allan   Volyan. 
Proszę   podpisać   oświadczenie,   że   dostarczyłem   go   zdrowego   na   ciele   i 
umyśle. Oto odpowiedni dokument.

Kobieta skrzywiła się z niesmakiem.
– Co za maniery! Przecież to mój narzeczony, mam na niego podpisać 

fakturę? Poza tym nic nie wiem o kondycji, w jakiej się znajduje.

– Pani Hostinio, proszę... – zaczął Haywick, ale przerwała mu:
– Jaka znów „pani"?! Wydaje mi się, carinio, że narzeczeni mówią sobie 

po imieniu w każdym kraju!

–   Przepraszam.   Zapewniam,   że   jestem   w   pełni   sił   fizycznych   i 

umysłowych, więc podpisz ten papier, bo tylko w ten sposób uwolnisz nas 

background image

od   towarzystwa   przemiłego   mecenasa.   Allan   Volyan,   tak,   zgadza   się, 
ksywa... Hayyan.

Dziewczyna uniosła kolano, położyła na nim złożony wpół dokument i 

podpisała się piórem, które usłużnie podał jej Barney.

–   Doskonale!   Chłopcze   –   mecenas   wziął   Hayyana   pod   ramię   i 

odprowadził   na   bok   –   po   tych   formalnościach   jestem   ci   winien   małe 
wyjaśnienie. Podczas podróży byłem, hmm, nieco szorstki, jak mi się zdaje, 
nawet  trochę przesadziłem.   Ale, widzisz,   ten warunek  został  zapisany  w 
umowie. Nie myśl, że robota była łatwa. Barney jest zawodowcem, ot co. 
Patrzysz jak cielę, nie chce ci się pomyśleć, hę?

– Zimny wychów, drogi mecenasie?
Tamten skrzywił się.
–   Określenie   z   dziedziny   hodowli   trzody,   ale   niech   będzie.   Nie 

powinieneś rozpoczynać samodzielnej wędrówki jako dziewiczka, z wbitym 
do głowy katalogiem pozłacanych ideałów. Nie uchybiając pannie Grannie – 
trochę praktyki nie zaszkodzi.

Hayyan westchnął.
–   W   porządku,   opiekunie,   umowy   nie   będę   sprawdzał.   Ile   robiłeś   z 

obowiązku, a ile z przyjemności, już nie ma znaczenia, bo ważna jest tylko 
dalsza droga. – Spojrzał na Hostinię i uśmiechnął się. Musieli pokazywać 
mu   jej   zdjęcie,   ale   nawet   nie   próbował   zapamiętać   twarzy   dziewczyny, 
wszak szykował się na pracę z setkami kobiet.

– Dzięki – mruknął Barney. – Nie myśl, że nie mam pojęcia o fraterach i 

nie wiem, co się dzieje. Jest dobrze, i tyle. Chyba trafiłeś z tym Hayyanem, 
krzyżując Haywicka z Volyanem. Powodzenia! – Walnął go w plecy, aż 
zadudniło, skinął głową i odwrócił się.

– Allanie! – To była Grannie. – Gdybyś mnie potrzebował... będę na 

wyspie jeszcze przez miesiąc. Telefonuj, kiedy tylko chcesz.

– Urlop czy kontrakt? – przygryzł jej i zaraz pożałował. Grannie przecież 

zawsze była w porządku.

– Jestem nauczycielką – stwierdziła profesjonalnie życzliwym tonem. – 

Chyba wiesz, co to oznacza: połączenie obowiązku z powołaniem.

– Oczywiście, panno Grannie. Jestem wdzięczny za wszystko.
–   Faro   Norte   –   powiedziała   Hostinia,   zwalniając   koło   punktu 

widokowego, ale nie zatrzymała pojazdu.

Nad błękitną zatoką rozlokowało się miasto ze zwykłą plątaniną ulic i 

background image

zaułków,   kwadratami   placów,   zielonymi   wyspami   parków   i   wieżami 
kościołów. Łupiny jachtów tuliły się do siebie w długich rzędach, kadłuby 
tankowców raziły szpetotą, a pełne gracji promy pasażerskie jaśniały na tle 
ciemnego morza jak olbrzymie łabędzie.

Jechali przez piniowe lasy, rosnące na zboczach z wulkanicznego żużla. 

Niskie słońce rozpalało do białego lśnienia mgły, w których daleko w dole 
widniały zarysy sąsiedniej wyspy. Morze błyszczało jak płynne srebro.

– Czuję się podle – stwierdził Hayyan.
– Zatrzymać się?
– Nie, nie... Mam na myśli całą tę sytuację... Głupia sprawa. Napisano 

dla nas role: mamy mnożyć się jak króliki.

Hostinia   zaśmiała   się.   Głos   miała   piskliwy,   wibrujący   w   górnych 

rejestrach; reagowała szczerze, spontanicznie. Przynajmniej takie sprawiała 
wrażenie.

– Jako Allan jesteś do tej akcji przygotowany, fizycznie i psychicznie. 

Natomiast   siedzący   również   w   tobie   Benny   jest   jej   autorem,   czyli 
sprawujesz   kontrolę   na   wszystkich   odcinkach,   od   początku   do   końca.   – 
Roześmiała się jeszcze głośniej. – Na dodatek spełniasz misję, mając przy 
tym przyjemność. Czy to nie najlepsza fucha pod słońcem?

Skrzywił się. Co za trzpiotka. Pogłaskała go po wierzchu dłoni.
– Już dobrze, nie martw  się. Robisz coś ważnego, niedostępnego dla 

innych. To powinno być naprawdę ekstra. Zastanów się, co ludzie mogą 
zostawić po sobie? Książki, których za kilka lat nikt już nie będzie czytał, bo 
powstaną sterty nowych? Myśli, które o wiele za szybko zostaną uznane za 
anachroniczne,   a   potem   zupełnie   zapomniane?   Datki   dla   ubogich,   które 
przepadną jak kropla deszczu na pustyni? Chyba najlepiej zostawić geny, bo 
właśnie one uczynią cię nieśmiertelnym, nawet jeśli nie dosłownie ciebie, to 
twoje   cechy.   Pod   warunkiem   że   są   przydatne,   bo   mądra   natura   śmieci 
pozbędzie się bardzo szybko. Słyszałam, że o jakość swojego wyposażenia 
możesz być spokojny. – Pochyliła się i z boku spojrzała mu w twarz.

Wzruszył ramionami.
– Nie noszę na czole znaku jakości, dobra kobieto. Ale oczywiście masz 

rację.   Setka   obywateli   dała   kiedyś   Allanowi   to,   co   mieli   najlepszego,   a 
miksturę doprawiła po swojemu mamuśka Herreira. Biologiczną matką była 
bezmózga   olbrzymka,   a   potem   dorastałem   w   stokrotnie   przyspieszonym 
tempie. Teraz program się wyłączył i żyję normalnie, przynajmniej z pozoru.

background image

– Fantastycznie! – Dziewczyna klepnęła w kierownicę. – A na ostatnim 

etapie Matrymonialna Inteligencja wybrała mnie dla ciebie albo odwrotnie, i 
oto   jesteś.   Ale   –   spoważniała   –   przecież   niczego   nie   musimy,   to   jest 
zaledwie sugestia maszyny sortującej cechy i liczącej prawdopodobieństwo 
posiadania zdrowego potomstwa. Rozejrzyj się, na tej wyspie jest sto tysięcy 
dziewcząt do wzięcia, na sąsiedniej drugie tyle, a pierwsze wrażenie jest 
najważniejsze.  Ja też muszę się przyjrzeć, czy czasem nie masz  nosa na 
czubku głowy, Al. Czy Ben?

– Widzisz Allana, rozmawiasz z Benem. No, z grubsza.
Zamruczał   telefon   i   Hostinia   sięgnęła   do   spinki   za   uchem.   Mówiła 

niemal bezgłośnie, ale potrafił czytać z ruchu warg. Tego także nauczono 
Allana Volyana.

– Tak, słucham. W porządku, jest ze mną. El Paso Alto. Zrozumiałam.
Uśmiechnęła   się,   co   przyszło   jej   z   pewnym   trudem,   jakby   musiała 

przezwyciężać   sztywność   policzków.   Jej   trochę   zbyt   grube   rysy   nabrały 
wdzięku.

– Zabieram cię na kawę do sympatycznej knajpki po drodze. Poznasz 

Alejandra.

– Zaczyna się? – badał.
– Co?
– Kłopoty.
Była speszona.
– Dlaczego?!
– Panna Grannie, zawodowy belfer, nauczyła mnie wróżyć. Na przykład 

z mimiki.

* * *
Alejandro   Toledo   był   zwalistym   mężczyzną   o   ogromnej,   z   grubsza 

ciosanej twarzy, zupełnie jakby Panu Bogu właśnie przy nim wyczerpał się 
zapał   do   ukończenia   dzieła.   Jego   mimika   i   spojrzenie   nie   wyrażały 
absolutnie   niczego.   Wyglądał   jak   lita   skała,   wygładzona   przez   fale. 
Nazwisko   nazbyt   ostentacyjnie   stanowiło   kamuflaż   i   mówiło:   macie   do 
czynienia z doskonałą imitacją, więc nigdy nie dojdziecie, ile jest w niej 
prawdy.

Podniósł   wzrok   znad   szklaneczki   z   grubego   szkła,   w   której   mieszał 

odrobinę barraquito.

– Nie – powiedział dudniącym,  lekko  zniekształconym głosem,  który 

background image

mógłby płynąć z głębi studni. Trochę seplenił. – Eksperyment odwołany. 
Wracacie do domu.

Hayyan nie od razu zrozumiał, o jaki eksperyment chodzi, ale Hostinia 

miała, jak większość kobiet, szybki refleks. Wytrzeszczyła oczy i teatralnym 
gestem uniosła dłonie do włosów.

– Jezus, Maria – jęknęła. – Co ty wygadujesz, Alejandro?
Wielki   mężczyzna   nie   odpowiedział.   Ledwie   dostrzegalnym   ruchem 

głowy   wskazał   scenę   dla   orkiestry.   Lokal   został   zamknięty   dla   gości   i 
obstawiony   przez   funkcjonariuszy   służby   bezpieczeństwa.   Zza   kurtyny 
właśnie wychodziło dwóch młodych mężczyzn. Hayyan zerwał się z krzesła.

– Wy... tutaj?! A może mam przywidzenia?
–   Nie,   Benny,   to   rzeczywiście   my   –   stwierdził   Iwo,   a   stojący   obok 

Jerome przytaknął. – Wydaje się, że zmieniłeś fizys, ale i tak wiemy, że pod 
tą łysą czachą nastolata czai się nie kto inny, tylko stary Ben.

Gdzieś w głębi jaźni Hayyana Allan żachnął się, ale zaraz odpuścił i 

znów wycofał się na pasywną pozycję. Od ostatniej transmisji pełnił funkcję 
idealnej omegi w tandemie, w którym alfą był Ben – wykonywał wszystko, 
czego   od   niego   oczekiwano,   nie   roszcząc   sobie   żadnych   praw   do 
przywództwa.   Zaakceptował   tłumaczenie,   że   dwie   konkurujące 
umysłowości oznaczają dla postronnych schizofrenię, ponieważ większość 
ludzi nic nie wie o możliwej mobilności jaźni.

Tymczasem Hayyan doszedł do siebie i uściskał przybyłych.
– Miło was widzieć, chłopcy. Przypuszczam, że ściągnięto was w trybie 

natychmiastowym. Może wiecie, o co chodzi temu człowiekowi, zwanemu 
Alejandro?

Wymienili zakłopotane spojrzenia i Benon dopiero teraz zaczął się bać. 

Poczuł chłód wokół siebie i w sobie, jakby pomieszczenie wypełniało się 
wodą wypływającą spod lodowca.

Iwo przeczesał palcami jasną czuprynę.
– No właśnie – mruknął. – Wydaje się... wszystko wskazuje... Jerome, 

może ty mu powiesz? Hm, więc obliczyliśmy prawdopodobieństwo, a raczej 
zrobiliśmy symulację rozprzestrzeniania się oczekiwanych cech w populacji 
w okresie stu lat. Trzeba to było porządnie zrobić na początku, ale wtedy na 
tapecie były inne sprawy, które wydawały się znacznie ważniejsze. Co tam, 
były ważniejsze. No i nie znaliśmy wag poszczególnych cech, a nawet ich 
liczby.

background image

– Wag...?
–   Powiedzmy,   istotności.   Mówiąc   krótko:   w   przypadku   naszego 

projektu,   biorąc   pod   uwagę   położenie   maksimum   krzywej   Gaussa   w 
przestrzeni   Hellwalda,   dla   populacji   latyfundium   Santa   Cruz   minimalna 
liczba   efektywnych   zapłodnień   musi   wynieść   czterdzieści   tysięcy.   Jeśli 
będzie   mniejsza,   pożądane   cechy   nie   ulegną   wzmocnieniu   i   po   kilku 
pokoleniach   zanikną.   W   ciągu   ostatniego   roku   na   wyspach   urodziło   się 
dwieście   tysięcy  żywych  dzieci,  a więc  proste  dzielenie  wykazuje,  że  w 
nadchodzących dwunastu miesiącach co piąta donoszona ciąża powinna być 
efektem   twojej   działalności,   Benonie   Allanie,   a   więc   przez   dobę   musisz 
średnio sprostać stu dziesięciu kobietom. Przy założeniu, że co drugi raz 
trafisz w dziesiątkę i urodzi się zdrowe dziecko, liczba ta wzrasta do dwustu 
dwudziestu. Nie wiem, czy dasz radę, nawet jeśli włączymy do akcji jedyny 
działający   na   tym   terenie   bank   spermy,   niestety,   wykorzystywany   przez 
mieszkanki latyfundium dość sporadycznie.

– Czekaj, Iwo – westchnął Benon, siadając. – Chcesz powiedzieć, że cały 

projekt   padnie,   bo   nie   uda   się   zapłodnić   dostatecznej   liczby   kobiet?   Że 
majstersztyk   inżynierii   genetycznej   nie   był   wąskim   gardłem   całego 
przedsięwzięcia,   tylko   trywialna   proporcja   liczby   dostępnych   osobników 
płci żeńskiej do liczby zapłodnień w jednostce czasu?

–   Niestety,   takie   są   fakty,   Ben   –   wtrącił   Jerome.   –   Nawet 

najszczytniejsza ideologia musi ustąpić wobec eksperymentu. Versuch uber 
alles\

– Dobra, więc zróbmy ten twój Versuch, ale nie w komputerze, tylko na 

żywym ludzkim materiale! Może znów coś przeoczyliśmy...?

– Nie, Benny – tłumaczył Iwo łagodnie. – Jeśli tak, to rzeczywistość 

musi się okazać jeszcze gorsza dla projektu. Liczyliśmy wieloma metodami 
w   różnych   wariantach   i   ten   wynik   jest   najkorzystniejszy.   Akurat   w 
operacjach na zbiorach ludności jesteśmy dobrzy.

–   Może   więc   zróbcie   symulację   dla   mniejszej   populacji,   choćby   dla 

jednego z tych miasteczek? – Hayyan wykonał niezborny gest, wskazując w 
bok za siebie. Czuł w gardle rosnącą kluchę. Naprawdę wszystko na nic?

–   Też   to   sprawdzaliśmy.   Cechy   będą   ewoluować   we   właściwym 

kierunku   mniej   więcej   przez   pięćdziesiąt   lat,   a   potem   nastąpi   regres   i 
rozmycie,   głównie   w   wyniku   migracji   ludności.   Poza   tym   tak   mała 
populacja   ludzi   podrasowanych   genetycznie   nie   będzie   miała   żadnego 

background image

wpływu na globalne wydarzenia po kolizji Ziemi z Rojem Andromedy.

–   Więc   co   proponujecie?   Zrezygnować?   Uznać,   że   wykonywaliśmy 

ćwiczenia umysłu, a lodowe rumowisko na niebie jest wymysłem fantasty? 
– Benon podniósł głos, ale jednocześnie czuł, jak ucieka z niego energia. Ma 
wrócić do swojego naskalnego obserwatorium, znów zaszyć się w głuszy i 
czekać, czekać...? Cóż, sam nie dożyje, a dzieci mieć nie zamierza. Chyba że 
Qmil... Nie, to niedorzeczny pomysł. Murzyni w Mzinga robili wszystko, 
żeby nie rodziło się mieszane potomstwo.

– Dziś wracacie do domu – włączył się Toledo. Wyciągnął z kieszeni 

plik biletów. – Na koszt rządu, naszego rządu, żeby było jasne.

Spojrzeli po sobie. Zapanowało niezręczne milczenie, które przerwała 

Hostinia.

–   Zaraz,   chwileczkę.   Ten   młody   człowiek,   Allan   Volyan,   oficjalnie 

przybył na wyspy jako mój narzeczony, więc nigdzie nie pojedzie. To chyba 
oczywiste!

– Wszyscy jadą – autorytatywnie stwierdził Toledo, nawet nie siląc się 

na zmianę tonu.

Iwo wtrącił się, próbując łagodzić:
– Może  lepiej się teraz wycofać, ale tylko żeby przegrupować szyki. 

Przecież   nikt   nie   mówi   o   zamknięciu   projektu!   –   tłumaczył.   –   Materiał 
genetyczny mamy, należy tylko ponownie przemyśleć strategię. Zrobimy to 
w domu, w pracowni, w spokoju. Coś wymyślimy, to więcej niż pewne.

– Nie ma  czasu – jęknął Benon. – Lodowy gruz leci nam prosto na 

głowy.

– Pilna wiadomość!
Ten głos dobiegł od strony sceny. Do stolika sprężystym krokiem zbliżał 

się   młody   policjant.   Podszedł   do   Alejandra   i   lekko   pochylił   się   w   jego 
stronę.

– Projekt będzie kontynuowany i doprowadzony do końca – powiedział 

półgłosem,   ale   tak,   żeby   wszyscy   słyszeli.   –   To   najnowsza   informacja, 
majorze Alejandro. Proszę zachować spokój, zaraz wszystko wyjaśnię.

– He? Alvin, ty gówniarzu, jak śmiesz... – warknął Toledo, podrywając 

się   z  krzesła,   ale  urwał,   zapominając  zamknąć   usta.  Powoli  z  powrotem 
usiadł.

Z  młodym  policjantem  działo  się   coś   dziwnego.  Stojący   przy   stoliku 

mężczyzna rozpływał się, topniał – najpierw ciemną strugą spłynęły włosy, 

background image

potem   skóra   twarzy   zaczęła   tracić   spoistość.   Oczy   w   jednej   chwili 
zmętniały,   zamieniły   się   w   substancję   o   konsystencji   galarety   i   zaczęły 
skapywać jak wosk, a nos został porwany przez cieknący strumień i spłynął 
w   jego   nurcie   niby   grudka   lodu.   Mundur   jeszcze   szybciej   zmienił   stan 
skupienia i opadł gęstą i brudną falą, z mlaśnięciem rozbryzgując się na 
podłodze.

Wszyscy   obecni   osłupieli   z   wrażenia.   Gdyby   ktoś   chciał   ich 

powystrzelać,   teraz   mógłby   to   zrobić   bez   najmniejszego   trudu.   Po 
policjancie   Alvinie   pozostała   tylko   połyskliwa   żywa   kałuża,   która   w 
dalszym ciągu błyskawicznie zmieniała kształty. Po kilku sekundach była 
już wrzecionowatym tworem podobnym do jaszczurki i chyżo zaczęła się 
wspinać po nodze osoby stojącej obok stolika. Dziwne, ale dopiero teraz ją 
spostrzegli – była drobną, rudą kobietą o prostym nosie i ostro zarysowanej 
szczęce. Ruchem szybszym niż myśl kopnęła pistolet, który nie wiadomo 
kiedy pojawił się w dłoni Alejandra. Broń poleciała wysokim łukiem i z 
trzaskiem   wpadła   za   bufet.   Napastniczka   odstąpiła,   trzymając   w   ręku 
niewielki przedmiot.

– Straż! – krzyknął Toledo.
Niemal   natychmiast   w   drzwiach   stanął   policjant.   Był   to   Alvin, 

identyczny jak ten, który przed kilkoma sekundami był mimikrą kobiety.

–   Pan   mnie   wzywał,   szefie?   –   zapytał   z   przylepionym   do   warg 

uśmiechem. Uważnym spojrzeniem lustrował nowo przybyłą.

Zapadło milczenie, więc nieznajoma miała czas unieść błękitną odznakę 

i głośno obwieścić:

–   Biuro   Bezpieczeństwa   sojuszniczego   latyfundium   Los   Angeles, 

poruczniku. Omawiamy ważne sprawy, więc nadal pilnuj wejścia. Alejandro 
chce zarządzić, abyś zamknął  drzwi i nikogo nie wpuszczał, także przez 
scenę. Okay?

Skonsternowany policjant spojrzał na szefa, który przez chwilę siedział 

nieruchomo, a potem niecierpliwie machnął dłonią, jakby chciał przegnać 
muchę. Drzwi zamknęły się z cichym skrzypnięciem.

– Och, Toledo, nie rób trudności – powiedziała przybyła, podsuwając mu 

pod nos odznakę. – To naprawdę ja, Wydział Operacji Specjalnych. Nie 
cieszysz   się,   kolego,   że   przybyliśmy   udzielić   wsparcia   projektowi 
Haywicka?

Olbrzymi mężczyzna odwrócił się, nie raczywszy nawet rzucić okiem na 

background image

odznakę,   i   od   stóp   do   głów   obejrzał   intruza,   po   czym   powstał   z   gracją 
niedźwiedzia i udał się za bufet po pistolet. Przez chwilę ważył broń w 
dłoni, zanim schował ją do kabury pod pachą.

–   Anita!   –   westchnął   z   ulgą   Jerome.   Uśmiechał   się   anielsko,   jak 

nastolatek na pierwszej randce.

– Idiota – warknął Iwo, szturchając przyjaciela łokciem.
– Nie szkodzi, Jero – powiedziała agentka. – Anita to mój  jedenasty 

pseudonim, który nadaje się także na tę okoliczność.

– Nie macie prawa – po raz pierwszy odezwał się Toledo. – Znajdujesz 

się   na   terytorium   suwerennego   latyfundium   Santa   Cruz,   agentko   obcego 
państwa.

– Och, jak dobrze być doinformowanym gościem. Gościem sojusznika, 

bo   przypominam,   że   wasz   rząd   podpisał   umowę   o   współpracy   nad 
międzypaństwowymi projektami. Właśnie mamy do czynienia z jednym z 
nich.

– A ja mam swoje wyraźne instrukcje. Nasz kraj nie będzie waszym 

poletkiem doświadczalnym!

Kobieta zaśmiała się złośliwie.
–   Intencja   jak   na   dłoni,   wyłożona   zgoła   niepolitycznie.   Pozwolisz, 

kolego, a odpowiem tym samym tonem: nie do mnie należy uzasadnianie 
projektu, bo to już dawno zostało zrobione. Wspomnę jedynie, iż wasz kraj 
nic nie traci, natomiast  zdecydowanie  rosną  szanse  przeżycia  kataklizmu 
przez  mieszkańców  wysp.  W kwestii  formalnej:   wiem,  że  w  tej sprawie 
jeszcze nie było decyzji rządowej. Twoje rewelacje są tylko wytycznymi 
jednego z klubów parlamentarnych.

– Dużo wiesz, sojuszniczko – sapnął Toledo. – Ciekawe skąd?
–   Od   senatora   Ortiza   i   innych   z   opozycji.   Nie   ulega   kwestii,   że 

przekraczasz   kompetencje.   Można   nawet   zaryzykować   twierdzenie,   iż 
działasz bezprawnie, majorze Toledo.

– To już zbyt wiele! – warknął. Na jego wielką twarz wypełzł rumieniec.
Anita odsunęła się. Na końcach palców jej prawej dłoni lekko pojaśniały 

rubinowe punkty.

–   Zaraz   –   wtrącił   Hayyan,   wstając.   –   Jeśli   zachodzi   taka   potrzeba, 

możemy   wyjechać,   choćby   zaraz.   Wrócimy,   gdy   zostaniemy   oficjalnie 
zaproszeni przez tutejsze władze.

– Nie ma takiej potrzeby – stwierdziła autorytatywnie Anita. – Toledo 

background image

właśnie został odwołany ze stanowiska.

Gdy tylko skończyła, drzwi otworzyły się i wkroczył porucznik Alvin.
–   Majorze   Toledo,   nadszedł   pilny   rozkaz   –   zameldował,   trzaskając 

obcasami.   Wyciągnął   rękę   z   memchipem   wyświetlającym   hologram 
dokumentu. Alejandro podszedł i przeczytał go. Pobladł i mruknął niby do 
siebie, ale tak, żeby wszyscy słyszeli:

–   Na   razie   punkt   dla   ciebie,   suko.   –   Potem   dodał   głośniej:   – 

Obwieszczam,   że   tymczasowo   jestem   zmuszony   zdać   dowództwo   grupy 
operacyjnej   agentce   LLA,   pułkownikowi   Vejimeer.   –   Ostatnie   słowa 
wymówił z wysiłkiem, blednąc.

Kobieta energicznie skinęła głową.
– Dziękuję, majorze. Proszę mi wierzyć, że była to jedyna możliwość i 

że działam w słusznej sprawie. Poruczniku?

– Słucham!
–   Wydaję   polecenie   podstawienia   pojazdów.   Oddział   bezzwłocznie 

przemieszcza się do Aridane.

– Aridane...?
– Niewielki park technologiczny przy drodze do Abades, poruczniku. 

Proszę   się   nie   obawiać,   pojadę   przodem.   Zapoznałam   się   z   topografią 
waszych wysp, są urocze.

* * *
Gloria   zwykle   czytała   do   późna   w   nocy,   ale   tym   razem   wcześnie 

ogarnęła   ją   senność.   Uwielbiała   tę   chwilę,   kiedy   po   wyłączeniu   światła 
nagle waliła się na nią fala ciemności, czerń spowijała ją jak niebyt, jak 
śmierć. Przez jedno krótkie uderzenie serca świadomość istniała tylko po to, 
aby doświadczyć nieskończonej wolności od życia: od sieci codziennych 
zależności,   od   ciała,   od   myśli   wreszcie.   Szybowała   swobodnie   przez 
bezkres, odcięta od zmysłów i poczucia czasu.

Potem pojawiał się pierwszy kształt, materialne piętno rzeczywistości, i 

czar pryskał. Zarys mebla w mroku, gra świateł na ścianie, jarzące się cyfry 
zegarka. Albo obejmująca ją ręka Rodriga.

Rod uznawał zgaśniecie światła za sygnał. Wolał kochać się po ciemku. 

Nie lubił takich zabaw, jak oglądanie pozycji miłosnych w lustrze, do czego 
nieraz   go   zmuszała.   Bo   w   przeciwieństwie   do   swego   partnera   Gloria 
uwielbiała urozmaicenie poprzez finezyjne wyuzdanie, uważała, że jest ono 
esencją  ars   amandi.  I   taki   dodatek,   serwowany   w   rozsądnej   dawce,   jest 

background image

jeszcze bardziej potrzebny w miłości niż przyprawa w jedzeniu.

Teraz   naprawdę   brakowało   jej   czyjejś   fizycznej   bliskości.   Sprawy 

codzienne poukładała i wolała, żeby nikt się do nich nie mieszał, jednak w 
przestronnym łóżku czuła dojmującą samotność. Do licha, kiedyś śmiała się 
ze starszych kobiet, płacących za miłość, a teraz coraz częściej nachodziły ją 
myśli, żeby kupić sobie jakieś młode ciało. Sprawne, jędrne, aksamitne w 
dotyku.

Odwróciła się na bok, zwiesiła rękę, aż dłoń opadła na podłogę. Przez 

okno wlewał się blask księżyca tak intensywny, że można byłoby przy nim 
czytać gazetę. Wtem coś się poruszyło. Drgnęła i odruchowo przewróciła się 
na brzuch, wlepiając wzrok w kałużę srebrzystego światła.

Coś   nadal  się   ruszało   –  ciemny  kształt   przemieszczał   się  po  obrzeżu 

strefy księżycowego blasku. Była pewna, że ktoś jest w jej pokoju i właśnie 
zbliża   się   do   łóżka.   Poczuła   dławiący   strach,   rzuciła   się,   aby   włączyć 
światło, chciała przeraźliwie krzyknąć, ale nadal leżała, walcząc z dziwnym 
paraliżem. Niektóre jej mięśnie zwiotczały, inne zaś napięły się do granic 
możliwości,   tworząc   gorset   krępujący   wszelki   ruch.   Gardło   spęczniało, 
płuca nie mogły złapać powietrza. To nie były urojenia – zaczęła się dusić, 
lecz po kilku sekundach ucisk nieco zelżał i znów mogła oddychać. Poczuła, 
że puszcza zwornik pęcherza i po jej udach rozlewa się ciepło.

Widziała   czyjeś   nogi.   Nagie   łydki   przesuwały   się   na   tle   plamy 

księżycowego blasku. Czarne, więc należące do Murzyna. Czy przyszedł 
zabić?

Nogi zniknęły, a po chwili zaczęło rozpalać się górne światło. Okazało 

się, że Murzyn był wielki, muskularny i zupełnie nagi, a jego wysmarowany 
tors   błyszczał   tak,   jakby   wyszykował   się   na   pokazy   kulturystyczne. 
Słusznych rozmiarów członek nabierał życia.

Gloria wciąż się bała, ale przez lęk zaczęła przebijać świadomość, że coś 

w tym wszystkim jest nie tak. Prawdopodobnie przeżywała hiperboliczną 
projekcję   wywołaną   przez   własne   popędy.   Bo   czy   typowy   przestępca 
wyglądałby   jak   aktor   lub   kulturysta   w   trakcie   pokazu?   I   po   co   zapalił 
światło? Jeśli natomiast gość nie jest przywidzeniem, ma trochę nie po kolei 
w głowie, bo przyszedł zgwałcić, a swoją akcję chce podziwiać w lustrze?!

Przybysz   zdawał   się   czytać   w   jej   myślach.   Odezwał   się   nosowym 

głosem, z zaśpiewem charakterystycznym dla tutejszego dialektu:

– Mógłbym teraz cię zerżnąć i nawet byś nie odczuła różnicy. Popatrz, 

background image

jak ładnie mi stanął.

Gloria już mogła odwrócić głowę, pod warunkiem że włożyła w ten ruch 

całą swoją siłę. Przez gardło wciąż nie chciał się przedostać żaden dźwięk. 
Murzyn stał nad nią i prezentował się naprawdę dobrze. Przekręcił do końca 
regulator światła i pokój zalał blask. Wtedy go poznała – był portierem i 
strażnikiem w budynku, w którym mieszkała.

– Ale tego nie zrobię – kontynuował – bo nie gustuję w homoseksie. Tak 

naprawdę nie jestem tym, za kogo mnie uważasz. Myślisz, że twój cherlawy 
portier ma takie bicepsy?

Tego nie wiedziała, ale portier rzeczywiście był skromniejszej postury, 

na  pewno   niższy  i  drobniejszy.  Co  tu  jest  grane?   Odkaszlnęła   i  usiadła, 
masując szyję. Nareszcie mogła się poruszać.

Intruz   niespodziewanie   spokorniał,   przygarbił   się   i   opuścił   ramiona. 

Odezwał się falsetem:

– Muszę cię przeprosić, profesor Herreiro. Chciałam dostać się do ciebie 

jak najszybciej, bo zostało niewiele czasu. Projekt Haywicka jest zagrożony.

– Kim jesteś? – wykrztusiła Gloria. – Dlaczego?
– Przez trywialne niedopatrzenie. Powód jest prosty: w zespole wielkich 

naukowców zabrakło jednego zwyczajnego praktyka. Natomiast w wielkiej 
polityce wyszły na jaw ambicje i uprzedzenia, więc w sumie mamy niezłe 
bagienko.

– Kim jesteś?! – krzyknęła.
Murzyn zaśmiał się w sposób przypominający szczeknięcie. Zaraz potem 

rozpoczęła się przemiana.

Najpierw wypłynęły oczy. Gdy zamieniły się w sople galaretowatego 

śluzu, mężczyzna otarł twarz ramieniem, strząsając breję na podłogę. Potem 
zaczęły   puchnąć   wargi,   skóra   wybrzuszała   się   i   zmieniała   konsystencję, 
mięśnie rozrzedzały się i zaczęły przypominać wrzący kisiel z pękającymi 
na powierzchni pęcherzami. Przybysz sięgnął do własnych warg i oderwał je 
od reszty twarzy, ciskając ochłap o ścianę. Przez powstały otwór z sykiem 
wciągnął powietrze. Teraz już całe ciało atlety topniało, zamieniając się w 
kadłubek podobny do wypalonej świecy. Skóra i wierzchnia warstwa mięśni 
spływały   gęstym,   pofałdowanym   potokiem,   czemu   towarzyszyły   dźwięki 
podobne do mlaśnięć. Na podłodze maź nie przestawała się poruszać, łącząc 
się w bajoro. Powierzchnia substancji kipiała i kurczyła się, aż w końcu 
uformowała   rodzaj   węża   z   amebowatymi   chwytnikami.   Ów   twór, 

background image

przypominający dużą jaszczurkę, wspiął się po nodze osoby ukrywającej się 
pod przebraniem i wpełzł do niewielkiego pokrowca zawieszonego  u jej 
pasa.

Gloria,   która   jak   urzeczona   obserwowała   przemianę,   dopiero   teraz 

podniosła wzrok i stwierdziła, że stoi przed nią młoda kobieta w pasowanej 
szarozielonej   sukience.   Jej   szczupłą   twarz   okalała   ruda   rozwichrzona 
fryzura.   Obserwowała   Glorię   uważnie,   choć   nie   bez   rozbawienia,   które 
czaiło się w kącikach kocich oczu.

– Anita...? – bardziej stwierdziła, niż spytała Herreira. – To ty?!
–   Jak   widzisz,   mam   nową   wersję   operacyjnego   ekwipunku.   Teraz 

naprawdę mogę łączyć pracę z zabawą.

Gloria usiadła i owinęła się kołdrą.
– Każdy bawi się, jak potrafi – mruknęła i zaraz ugryzła się w język. Ale 

Anita nie traciła dobrego humoru.

–   Moja   droga,   ćwiczę   z   tym   biopartnerem   od   niedawna,   więc   nie 

wszystko jeszcze wychodzi, jak należy. Już cię przepraszałam, co jeszcze 
muszę zrobić? Przybrać postać złotowłosej dziewicy i sama złożyć się w 
ofierze? Obiecuję, że wszystko potrafię oprócz sprokurowania dziewictwa, 
bo w tej materii nie mam żadnego doświadczenia.

Gloria parsknęła śmiechem.
– Daj mi się umyć. Posikałam się ze strachu, ty rozbójnico.
–   Och,   tak   mi   przykro!   Przy   wybiórczym   blokowaniu   impulsów 

nerwowych nieraz występują efekty uboczne.

Herreira zdumiała się. Znów była naukowcem.
– Selektywna blokada na odległość?
– Cóż, wchodzą do użytku nowe generacje broni. To działa na zasadzie 

precyzyjnej interferencji impulsów z kilku źródeł. Wybacz, nie mogę nic 
więcej powiedzieć, i tak nieźle chlapię jęzorem. Wybacz także to najście, nie 
miałam  czasu  na załatwianie  pozwoleń, wiz  i innych dokumentów,  więc 
przybyłam w przebraniu. Umyj się i ogarnij, moja droga, nie zapominając, 
że za półtorej godziny odlatuje samolot do Santa Cruz. Musimy być na jego 
pokładzie.

– Jak to „musimy"?
– No tak, jeśli chcemy uratować projekt Haywicka.
– Nie rozumiem.
– Na wyspach są już Allan z Benem, Iwo i Jerome. Mają problem, a 

background image

tamtejsza  administracja dodatkowo robi trudności. Zresztą nie mogłabym 
wyjść z podziwu, gdyby było inaczej. A problem jest raczej poważny.

Gloria pokręciła głową.
–   Nie   widzę   dalszej   roli   dla   siebie   w   tym   przedsięwzięciu,   Anito. 

Zrobiłam,   co   się   dało.   Wiem,   że   traktujesz   sprawę   ambicjonalnie,   ale 
biochemiczny etap pracy jest definitywnie zamknięty.

– Otóż mylisz się, moja droga – odparła agentka. – Trzeba spróbować 

zapłodnić plemnikami superior sto tysięcy kobiet w ciągu jednego dnia. Jest 
dla mnie zupełnie jasne, że nie da się tego dokonać bez udziału informatyka, 
żołnierza i genetyka. Ty, Herreiro, będziesz tym genetykiem, ja spróbuję 
zagrać rolę żołnierza. Przecież wiesz, iż projekt jest ważny, co ja mówię: 
stanowi   stawkę   w   grze   o   ludzkość.   Obie   robimy   coś   sensownego, 
zostawiając ambicje gdzieś na boku. Czy chcesz, aby nasz plan doszedł do 
skutku?

– Ja? To chyba oczywiste...
– Więc masz kwadrans na toaletę i spakowanie torby.
* * *
Jeep   zakręcił   prawie   w   miejscu,   koła   zabuksowały,   wyrzucając   w 

powietrze   fontanny   drobnego   żwiru.   Anita   oparła   się   na   kierownicy   i 
pchnęła drzwi. Do wnętrza dostało się rześkie powietrze.

–   Weź   moją   kurtkę,   w   górach   wieczorami   bywa   chłodno   – 

zaproponowała. – Zaczekasz tutaj, aż wrócę, dobrze?

– Tutaj?
Herreira   jeszcze   raz   zlustrowała   krajobraz.   Dostrzegła   silosy   ze 

srebrzystego,   pewnie   duralowego   stopu,   osnute   parą   zbiorniki   z   gazem, 
baseny   retencyjne   i   wiązki   równolegle   ułożonych   rur,   pomalowanych   na 
różne   kolory.   W   sporej   odległości   pracowali   ludzie   w   jaskrawożółtych 
kaskach.

–   Moja   droga,   nie   mam   teraz   czasu   na   organizowanie   ci   atrakcji.   – 

Agentka, zawsze opanowana, teraz była wyraźnie zniecierpliwiona. – Zapal, 
przejdź się, znajdź sobie chłopa. Wrócę jak najprędzej, obiecuję.

– To znaczy?
Anita westchnęła, unosząc wzrok.
– Chciałabym za godzinę. Ale mogą upłynąć trzy albo pięć. Jeśli coś 

pójdzie nie tak, nie wrócę wcale. To normalka w naszej profesji, czujesz 
bluesa?

background image

– Aa... ach tak. Czuję. Pospaceruję trochę. Znajdziesz mnie?
– Bez pudła. A teraz rusz się, oni naprawdę mnie potrzebują!
Niemal wypchnęła ją z wozu. Silnik zawył, spod kół prysnęły kamienie. 

Jeep szarpnął i zaraz zahamował. Anita uchyliła drzwi i wyrzuciła kurtkę, po 
czym ostro ruszyła, a po chwili samochód, tańcząc na wybojach, zniknął w 
chmurze kurzu.

Kula słońca wisiała tuż nad linią morskiego widnokręgu, ale zachód był 

blady, wyprany z barw, błękit nieba wydawał się rozcieńczony, wodnisty. 
Za to góry po drugiej stronie stały majestatyczne, wyraziste, pociągnięte 
złotą   patyną.   W   rozpadlinach  barrancos  czaił   się   cień,   a   lasy   piniowe 
wyglądały   jak   zielony   puch   na   skórze   smoka.   Znad   płaskowyżu   ciągnął 
chłodny powiew. Gloria narzuciła kurtkę.

– Oni się myją, ale i tak cały czas pachną potem. Mówię ci, to taki 

cholernie męski zapach. Niektórzy są całkiem rozgarnięci, bo tutaj się nieźle 
zarabia. – Głos rozległ się tuż obok, a może wydobywał się spod ziemi. 
Drgnęła,   przestraszona,   a   potem   przypomniało   jej   się,   co   o   rozmowie   z 
Królową Mzinga opowiadał Ben. – Nie bój się, to ja, Anita – kontynuował 
ukryty rozmówca.  – Wyłączam się, bo właśnie wchodzę do akcji. Pilnuj 
mojej kurtki, jest tam kilka fajnych gadżetów, również ten groszek, przez 
który gadam. No to cześć!

– Wariatka – mruknęła Gloria i uśmiechnęła się.
Z boku dobiegł warkot silnika – to jeden z robotników zbliżał się na 

motocyklu.

– Witamy  w kompleksie  przemysłowym Aridane. Czy  pani inspektor 

zechce sprecyzować zakres wizytacji? – zagadnął, hamując ostrożnie, bez 
popisów.

Rzuciła   mu   zdziwione   spojrzenie,   ale   natychmiast   opanowała   się   i 

gładko weszła w rolę. Ułożyła usta w pryncypialnym uśmiechu.

– Nie zechce – stwierdziła. – Mam na imię Gloria.
Był   zwyczajnym,   trochę   misiowatym   facetem   w   średnim   wieku,   w 

rozchełstanej   flanelowej   koszuli   i   przekrzywionym   kasku.   Jego   twarz 
wydawała się pospolita, ale rysy cechowała jakaś regularność, którą można 
było nazwać szlachetnością. Przyglądał jej się uważnie, a Gloria natychmiast 
zaklasyfikowała go jako marzyciela. Oczywiście takiego, który marzy tylko 
o jednym. Co mnie ten gość obchodzi? – pomyślała, ale jednocześnie uległa 
odruchowi.

background image

–   Jeśli   polujesz   na   łatwą   dupę,   jedź   dalej,   bo   tracisz   czas   –   syknęła 

tonem,   jakiego   nie   powstydziłaby   się   wojująca   feministka.   –   Jest   drugie 
wyjście: fuckyourself. 

Jednocześnie   górną   częścią   tułowia   wykonała   swój   improwizowany 

taniec, zdradzający przestrach.

Typową męską reakcją powinno być osłupienie przechodzące w gniew, 

lecz   zamiast   tego   nieznajomy   się   uśmiechnął.   Teraz   miał   twarz 
wyrośniętego chłopca.

– To ty polujesz, a wtedy twoje oczy płoną – odparł niemal wesoło. – 

Czy ktoś ci o tym mówił?

Prychnęła ze złością, ale odczuła ulgę. Miała wrażenie, że ziemia drży.
– Tuziny chłopów, małych, dużych i średnich, mądrych i głupich. To 

straszliwy banał!

Skinął głową.
– Zapewne, ale w banałach tkwi siła, w przeciwnym razie by ich nie 

powtarzano. Cieszę się, że przyjechałaś... Glorio.

Żachnęła się.
– O co ci chodzi,  hombrel  – Gaspar, do usług. Nie lubię pokręconych 

metafor, wolę mówić  wprost. To chyba zrozumiałe,  że stosuję  czerwoną 
farbę,   jak   chcę   namalować   usta,   a   czarną,   jak   oczy.   Na   przykład   oczy 
tancerki flamenco.

– Ech, znowu...
– Wiem i nic na to nie poradzę. A może nie tańczysz?
– Ach, robię trochę co innego. Zresztą, co to ma do rzeczy? Nie ma tu 

jakiejś kantyny, gdzie ludziom w drelichach nalewają z kadzi zbożową kawę 
do wyszczerbionych kubków?

– Nie ma  Hiltona i restauracji w wiedeńskim stylu, gdzie pianista w 

fioletowym   fraku   gra   Mozarta,   jeśli   czegoś   takiego   szukasz.   Jest   za   to 
całkiem fajna knajpa o rustykalnym wystroju, gdzie można napić się kawy 
po europejsku i gdzie nikt nie ocenia cię po drelichach, jak to ciekawie 
ujęłaś.

– Przepraszam... Gaspar – powiedziała, przechodząc z angielskiego na 

hiszpański.   –   Zapomniałam,   że   Santa   Cruz   nie   jest   krajem   afrykańskim, 
chociaż, jak mówią, widać stąd Saharę.

– Masz andaluzyjski akcent.
–   Nie   baw   się   w   śledczego,   człowieku,   tylko   pokaż   drogę   do   tej 

background image

europejskiej knajpy. Umieram z pragnienia.

– Więc uratuję ci życie. Siadaj za mną i trzymaj się mocno, tutaj teren 

składa się z samych wybojów.

Komandosi wyrośli w kantynie jak spod ziemi, w jednej chwili wokół 

poczerniało   od   trykotowych   uniformów.   Herreira   drgnęła   i   przewróciła 
filiżankę. Bała się ruszyć, a ciemna struga kawy popłynęła do brzegu stolika 
i   płyn   zaczął   kapać   na   podłogę.   Barmanka   krzyknęła   przeraźliwie   i 
dziecinnym gestem zasłoniła sobie oczy, gdy dwóch żołnierzy przeskoczyło 
kontuar.

– Wszystko zgodnie z planem, zmieniam alarm bojowy na gotowość – 

komenderowała ruda kobieta, w której Herreira ze zdumieniem rozpoznała 
Anitę. – Majorze Alejandro, proszę eskortować nas do szybu zjazdowego.

– Nie wiem, o czym... – zaczął zwalisty wojskowy.
– Wie pan doskonale, kolego – przerwała mu ostro. – Proszę doczytać 

tekst   rozkazu,   według   którego   ma   pan   udzielić   mi   wszelkiej   możliwej 
pomocy. Chce pan odpowiadać za niesubordynację?

Mężczyzna   wyprostował   się   i   pobladł.   Przedtem   też   nie   wyglądał 

najlepiej. Anita odwróciła się, dając mu kilka sekund do namysłu, i podeszła 
do ich stolika.

– Widać światło w tunelu – zwróciła się do Glorii, po czym spojrzała na 

jej towarzysza. – Okay, Gaspar, jesteś wolny.

– Słucham? – odezwała się Herreira. Poczuła, jak jej policzki oblewa 

rumieniec. – Ten facet... był tu służbowo?

Anita   wydęła   policzki   w   dziecięcym   grymasie.   Nachyliła   się   i 

powiedziała szeptem:

– Może wyglądam jak trzpiotka, ale powinnaś traktować to jako rodzaj 

mimikry.   Na  obecnym etapie  nie  mamy  innego   wyjścia,  jak  postępować 
rozważnie. Gdybyś przez przypadek wypadła z akcji, możemy  naprawdę 
pakować manatki, więc wszelkie przypadki trzeba eliminować. Nie jesteś 
więźniem, tylko królową na szachownicy, rozumiesz?

Herreira zacisnęła dłonie w pięści, a potem gwałtownie podniosła głowę.
–   Glorio,   to   niczego   nie   zmienia...   –   zaczął   Gaspar.   Miał   minę 

niewinnego chłopca, dokładnie taką jak wszyscy mężczyźni przeznaczeni do 
roli dożywotnich konsumentów. Cholera!

– Zjeżdżaj – warknęła w jego stronę. – I nie pokazuj się więcej. – Wstała 

i zwróciła się do Anity: – Może zdradzisz, do czego jestem aż tak niezbędna, 

background image

że zasłużyłam na pachołka?

Agentka odgarnęła włosy z czoła.
–   Zdaje   się,   że   jednak   coś   schrzaniłam   –   stwierdziła,   nieznacznie 

wzruszając ramionami. – No, ale teraz mamy ważniejsze sprawy na tapecie. 
Ten człowiek – wskazała majora – poprowadzi nas do windy.

–   Chętnie   pomogę,   majorze   –   zaoferował   się   porucznik   Alvin, 

występując przed szereg komandosów. Wciąż trzymał w ręku pistolet, który 
zapomniał schować po szturmie. – Jestem do usług.

– To jest zamach stanu! – oburzył się wojskowy. – Wszyscy odpowiecie 

przed sądem wojennym! Bóg świadkiem, że zostałem zmuszony.

– Został pan – potwierdziła Anita. – Chodźmy!
Alejandro   nie   spieszył   się   zbytnio,   ale   też   nie   stawiał   oporu.   Powoli 

ruszył przodem.

Przeszli na zaplecze, gdzie znajdowały się trzy szafy sejfów wmurowane 

w ścianę. Wojskowy podszedł do środkowej, wstukał kod, po czym dokonał 
identyfikacji na podstawie linii papilarnych i wzoru tęczówki. Lecz pancerne 
drzwi pozostały zamknięte.

–  Pan  blefuje,   majorze?   –  spytała  Anita  ze   złowrogim spokojem.   Jej 

normalnie   blada   twarz   stała   się   kredowa.   Na   tym   tle   piegi   utworzyły 
konstelację ciemnych punktów.

– Czy... – wtrąciła ugodowo Herreira, pokonując nerwową chrypkę – 

właściwie, dokąd mamy jechać?

Nikt   nie   zwrócił   na   nią   uwagi.   Alejandro   westchnął   i   odezwał   się 

zmęczonym głosem:

–   Koleżanko   agentko,   jesteśmy   zmuszeni   do   czekania.   Po   pierwsze, 

winda   nie   jest   szybkobieżna,   a   po   drugie,   urządzenie   ma   do   pokonania 
prawdziwie górniczy szyb. Myślałem, że koleżanka zna te szczegóły równie 
dobrze jak pozostałe.

Upływające   minuty   dłużyły   się   niemiłosiernie,   ale   wreszcie   blokady 

puściły i pancerne drzwi otworzyły się z jękiem metalowych wsporników. 
W kabinie jarzył się niebieski punkt.

– Nie patrzcie prosto w światło, to dezynfekcyjny ultrafiolet – ostrzegła 

Herreira. Dobrze znała tę barwę.

– Doskonale, pani profesor – pochwaliła ją Anita. – A teraz wchodzimy. 

Ben, Gloria, Iwo, Jerome, Alejandro. Reszta zostaje, najstarszy stopniem 
przejmuje   dowodzenie   oddziałem   i   kieruje   powrotem   do   macierzystej 

background image

jednostki. Pan, poruczniku Alvin, też idzie z nami. Ach, Hostinia... dobrze, 
chodź   i   ty.   Jeśli   się   nie   mylę,   poruczniku,   posiada   pan   licencję   pilota 
helikopterów?

– Pani informacje  są  ścisłe,  Anito – potwierdził Alvin z  uśmiechem, 

salutując.

Nie bez trudu przecisnęli się przez niskie i wąskie drzwi, lecz kabina w 

głębi okazała się nadspodziewanie duża. Widocznie przystosowana została 
do przewożenia ładunków o sporych gabarytach. A więc gdzieś muszą być 
jeszcze inne, obszerniejsze wejścia, pomyślała Herreira.

Hermetyczna klapa zamknęła się z cmoknięciem, ruszył wentylator. Gdy 

Alejandro   uruchomił   dźwig,   przyspieszenie   okazało   się   niemal 
niewyczuwalne. Fioletowa lampka migała, jakby za chwilę miała zgasnąć.

Herreira   obawiała   się   dalszych   incydentów,   w   ogóle   miała   duszę   na 

ramieniu,   jednak   jazda   upłynęła   spokojnie   i   w   milczeniu.   Po   kilkunastu 
minutach,   w   trakcie   których   wyraźnie   zmieniało   się   ciśnienie,   zapłonęło 
zielone światło i skrzydła drzwi się rozsunęły. Tym razem mogli przejść bez 
schylania się.

Zaraz na progu przejęli ich w celu identyfikacji pełniący wartę żołnierze. 

Na   pajęczych   wysięgnikach   przemykały   miniaturowe   kamery,   błyskało 
impulsowe promieniowanie, wyczuwali ciepło lidarowej radiacji.

–   Major   Alejandro,   dowódca   oddziału   –   przedstawił   się   wojskowy, 

występując przed grupę. – Przejmuję dowództwo bazy.

Tyczkowaty   sierżant,   który   w   bojowym   kombinezonie   przypominał 

monstrualnego owada, obrzucił go badawczym spojrzeniem i niespiesznie 
zasalutował.

–   Mam   inne   rozkazy   –   stwierdził.   Jego   głos,   wydobywający   się   z 

kierunkowych megafonów skafandra, brzmiał metalicznie i bezosobowo. – 
Komendantem bazy jest od tej chwili najstarsza stopniem pułkownik Anita 
Vejimeer. – Odwrócił się do agentki i stanął na baczność, a przynajmniej 
spróbował   na   tyle,   na   ile   umożliwiał   to   rynsztunek.   –   Melduję,   że 
identyfikacja grupy została zakończona, przejście jest wolne. Czy są nowe 
rozkazy?

Major usunął się i od tej chwili nie robił już trudności.
–   Idziemy   –   zakomenderowała   dziewczyna,   wchodząc   w   betonowy 

korytarz.   –   Proszę   wskazać   nam   drogę   do   laboratorium   biologicznego, 
sierżancie.

background image

– Dario! Prowadzić do B8. – Rozkaz dowódcy oddziału zabrzmiał jak 

szczeknięcie.

Jeden z żołnierzy wystąpił i ruszył przodem,  kołysząc się na boki w 

niezgrabnym skafandrze.

– To niemożliwe! Jak zamierza pani tego dokonać? – stwierdził nieco 

bezceremonialnie jeden z techników, potężny mężczyzna nazywany Guido. 
Nosił luźny podkoszulek i miał zwyczaj drapania się po owłosionej piersi, 
co   bez   żenady   czynił   i   teraz.   Jego   gargantuicznych   rozmiarów   głowa 
dźwigała szopę spłowiałych, kręconych włosów.

Anita opanowała się i wyjaśniła z lodowatym spokojem:
– Użyjemy broni biologicznej.
Nastała   cisza   tak   doskonała,   że   słychać   było   miarowy   odgłos   wody 

kapiącej   w   sąsiednim   laboratorium.   Nikt   się   nie   poruszył,   tylko   Guido 
wytrzeszczył   bladoniebieskie,   przekrwione   oczy,   a   potem   opuścił   dłonie, 
które z głośnym klaśnięciem uderzyły w uda.

– O, nie – wychrypiał. – Konwencja zabrania, nawet w czasie wojny, a 

teraz przecież mamy pokój! Nie ma mowy, ja w tym nie wezmę udziału! – 
krzyknął   tak   donośnie,   że   jego   głos   zarezonował   pod   sufitem.   –   Nie 
pozwolę,   zawiadomię   związki   zawodowe.   Na   szczęście   w   tym   grajdole 
jestem wciąż pracownikiem cywilnym!

Pułkownik Anita Vejimeer podeszła do oponenta i z bliska spojrzała mu 

w twarz. Ich głowy były na jednym poziomie, chociaż on siedział, a ona 
stała.   Uśmiechnęła   się,   jeśli   skrzywienie   zaciśniętych   ust   można   było 
nazwać uśmiechem.

–   Chciałam   wyjaśnić   –   cyzelowała   słowa   –   że   użyjemy   broni 

biologicznej   wyłącznie   jako   bazy,   na   której   przedtem   dokonamy 
wielostopniowych modyfikacji. Coś, co z niej otrzymamy, można nazwać 
różnie:   translatorem,   transmiterem,   najlepiej   wektorem   czy   nośnikiem. 
Samolot   jest   bronią,   jeśli   przenosi   bomby,   ale   staje   się   sprzętem 
gospodarskim, gdy załadować go środkami ochrony roślin, prawda?

– Nie ma to tamto – warknął Guido. – Jest jasne jak słońce, że w okresie 

pokoju   chcecie   zaatakować   nasz   kraj   i   to   przy   użyciu   broni   masowego 
rażenia. Na to nie ma naszej zgody i nigdy nie będzie!

Major Toledo wyprostował się na krześle, ale się nie odezwał. Żołnierze 

stojący   w   drzwiach   zbliżyli   się   o   krok,   lecz   zostali   zatrzymani   ledwie 
dostrzegalnym gestem dowodzącego sierżanta. Anita zachowywała spokój, 

background image

w którym było coś złowieszczego. W razie problemów liczyła na wsparcie 
sierżanta Alvina, ale nie była pewna żołnierzy.

– Sytuacja nie dla wszystkich jest jasna, więc tłumaczę po raz kolejny: 

czasowo   jestem   dowódcą   tej   bazy   z   bezpośredniego   rozkazu   prezydenta 
latyfundium   Santa   Cruz   –   oświadczyła,   cedząc   głoski.   –   W   tej   chwili 
ogłaszam   czerwony   alert,   co   oznacza   najwyższy   poziom   gotowości   do 
działań   bojowych,   równoznaczny   ze   stanem   wojny,   a   więc   wszelka 
niesubordynacja   będzie   karana   zgodnie   z   kodeksem   wojennym.   Tyle   w 
kwestiach formalnych. Natomiast z dobrej woli po raz ostatni wyjaśniam, że 
nie   działamy   przeciwko   komukolwiek,   przeciwnie,   próbujemy   stworzyć 
szansę   ocalenia   tutejszej   społeczności,   a   więc   postępujemy   w   imię 
najwyższych   racji.   W   wyniku   tych   działań   w   waszym   kraju   w   sposób 
przypadkowy   narodzi   się   więcej   dzieci,   ale   nie   powinno   być   z   tym 
większych   problemów   typu   bytowego,   bo   otrzymacie   wyrównujące 
subwencje od organizacji międzynarodowych. Za to obywatele wysp będą 
lepiej   chronieni   przed   wydarzeniami,   które   w   innych   miejscach,   jak 
przewidujemy, mogą spowodować katastrofę na niespotykaną skalę.

– Bzdury! – oświadczył Guido i wstał. – Ja umywam ręce, wychodzę, a 

przy okazji wymawiam pracę. I mam nadzieję, że nie pozostanę jedynym 
normalnym człowiekiem w  tej grupie. Ty, Alfonso,  jak  zwykle trzęsiesz 
portkami?   –   zwrócił   się   do   chudego   laboranta   w   średnim   wieku   o 
przeciętnym, nie rzucającym się w oczy wyglądzie.

Wtedy Anita podeszła i zagrodziła mu drogę. Wyglądała nieporadnie, 

mała i drobna przy wielkim jak góra mężczyźnie.

– Nigdzie nie pójdziesz, techniku Guido! – krzyknęła wysokim altem. 

Zabrzmiało to teatralnie, ale przyniosło skutek: mężczyzna zatrzymał się. 
Ben poczuł lodowaty dotyk lęku, ale gdy później analizował tę sytuację, 
stwierdził,   że   agentka   niczego   nie   pozostawiła   przypadkowi.   –   Ty 
półgłówku, w swoim wielkim łbie masz nie więcej rozumu niż krowa! – 
jeszcze podniosła głos.

Wielki mężczyzna sapnął ze złością, wyciągnął niedźwiedzie łapska i 

odepchnął   kobietę   zagradzającą   mu   drogę.   Zrobił   to   odruchowo,   ale 
formalna   kwalifikacja   czynu   była   jednoznaczna:   przymus   fizyczny, 
zastosowanie   przemocy,   napaść.   Napadnięty   ma   prawo   do   obrony 
adekwatnej   do   stopnia   zagrożenia,   a   akcja   rozpoczęta   przez   Guido   była 
jednoznaczna, zwłaszcza niepokojąca przy jego sile fizycznej. A więc zanim 

background image

żołnierze   zdążyli   podbiec,   agentka   Vejimeer   skorzystała   ze   swoich 
uprawnień.

Popchnięta,   poleciała   do   tyłu,   ale   błyskawicznym   ruchem   zdążyła 

uchwycić napastnika  jedną ręką za skołtunione  włosy  tuż nad czołem,  a 
drugą za lewy przegub. W rezultacie pociągnęła intruza na siebie w taki 
sposób,   że   stracił   równowagę.   Wzmocniła   chwyt   i,   wykorzystując 
bezwładność   pochylonego   nad   sobą   ciała,   gwałtownie   uderzyła   prawym 
kolanem,   odbijając   się   drugą   nogą   od   podłogi.   W   czasie   krótszym   niż 
mrugnięcie   symetrycznie   powtórzyła   akcję   lewym   kolanem.   W   efekcie 
intruz przyjął na twarz dwa potężne ciosy, z których jeden trafił w nos, a 
drugi w wargi. Kolejne kopnięcie skierowała na krocze, a potem wywinęła 
się bokiem spod padającego ciała.

Guido runął jak kłoda, ale był twardą sztuką, więc zaraz próbował wstać, 

windując się na rękach. Wtedy trafił go w tył głowy precyzyjny cios kantem 
dłoni, twardym jak stal. Wielkie ciało opadło na podłogę i znieruchomiało. 
Spod grzywy włosów wypływała stróżka krwi, sącząca się z rozbitego nosa.

Agentka   podniosła   się   i   otrzepała   spodnie.   Wysunęła   brodę   w   stronę 

żołnierzy.

– Sierżancie, proszę zamknąć buntownika w areszcie. Niech obejrzy go 

lekarz,   ale   w   asyście   dwóch   uzbrojonych   wartowników.   Proszę   nie 
zapominać o alercie bojowym, który obowiązuje wszystkich.

–   Tak   jest!   –   oficer   zasalutował.   –   Pani   akcja,   pułkowniku,   była... 

instruktażowa. – Jego uśmiech,  jeśli mężczyzna w ogóle się uśmiechnął, 
ukryła bojowa maska.

–   Nie   mamy   czasu   na   komentarze,   sierżancie   –   odparła   pułkownik 

Vejimeer   i   wyszła   na   środek.   –   Przyjmuję,   że   po   tym   rozpoznaniu 
możliwości zespół jest gotowy do pracy, to znaczy od tej chwili wszyscy 
będą realizować ten sam plan – stwierdziła. – Czy ktoś ma uwagi? Jeśli nie, 
czas rozpisać role. Profesor Herreira przybyła do nas z dalekiego Królestwa 
Mzinga   specjalnie   po   to,   aby   objąć   kierownictwo   zespołu   naukowego. 
Glorio, liczę na twoje opinie na każdym etapie przedsięwzięcia, ale tej nocy 
będzie do wykonania bardzo konkretna robota. Niestety, masz do dyspozycji 
tylko jednego wykwalifikowanego laboranta, pana Alfonsa, ponieważ pan 
Guido chwilowo jest niedysponowany. W razie konieczności każdy z nas 
stanie przy aparaturze.

– Niewielki byłby z was pożytek – mruknęła Herreira, kręcąc głową. – 

background image

Co mamy robić?

–   Rozbroić   myśliwce.   Jak   wspomniałam   na   wstępie,   jutro   musimy 

zapłodnić   sto   tysięcy   kobiet,   pracując   w   grupie   inicjatywnej   złożonej 
zaledwie z czterech panów i trzech pomagających im pań. To pierwszy taki 
wyczyn w dziejach Ziemi.

– Nie do końca rozumiem powody twojego wybornego humoru, Anito – 

prychnęła Gloria. – Myśliwce...?

–   Chodzi   o   zmodyfikowanie   nośników   broni   biologicznej,   którą 

dysponujemy,   wspominałam   o   tym.   W   wielkim   skrócie,   czynnikiem 
przenoszącym   broń   są   muszki   owocowe,   właściwie   ich   miniaturowa 
odmiana,   genetycznie   uwarunkowana   na   owuloaldoksozę,   żeński   ludzki 
feromon. Ten feromon, obecny w wydychanym powietrzu, jest wytwarzany 
przez   organizm   tylko   przez   kilka   dni   owulacji.   W   warunkach   bojowych 
muszki   rozpyla   się   nad  gęsto   zaludnionymi   obszarami,   a   owady   te   dążą 
wybiórczo   do   akurat   płodnych   kobiet,   ponieważ   przyciąga   je   zapach 
hormonu.  Wraz z powietrzem zostają  wciągnięte do ust,  nosa lub nawet 
oskrzeli.   Oczywiście   giną   i   wtedy   uwalnia   się   z   nich   wektor   roboczo 
nazwany  voolwie,  który   jest   zmodyfikowanym   pasożytem.   Ów 
mikroskopijny  robaczek przedostaje  się do żył i wędruje z  krwią, a gdy 
znajdzie się w pobliżu narządu rodnego, przewierca się do ściany macicy i 
uwalnia specyficzne czynniki, wywołując trwałą bezpłodność.

– Obrzydliwość – mruknęła Herreira. – Ale... broń nie jest doskonała, bo 

kobiety w innych fazach cyklu pozostają bezpieczne. Do nich te muchy nie 
lecą.

– Na tym polega finezja pomysłu, moja droga. Sporadyczne naloty tylko 

obniżają   siłę   prokreacyjną   populacji,   nie   wywołując   podejrzeń   na   arenie 
międzynarodowej.   W   razie   wojny   totalnej   dziesięć   kolejnych   rajdów   w 
odstępach   trzydniowych   obniża   ją   do   zera,   a   coroczne   powtórki   w 
kontrolowany   sposób   unieszkodliwiają   dziewczęta   wchodzące   właśnie   w 
okres   dojrzewania.   Ogromną   zaletą   tej   koncepcji   jest   możliwość 
elastycznego   reagowania,   zgodnego   z   bieżącymi   potrzebami.   Nie   jest   to 
więc   broń   masowej   zagłady,   niszcząca   totalnie,   lecz   raczej   precyzyjne 
wojenne  narzędzie,  skalpel  w rękach  generałów i polityków, oczywiście. 
Zgoda, że to broń okrutna, ale czy istnieją inne?

– Chyba... delektujesz się tą ideą – stwierdził Iwo. – Nie ma wątpliwości, 

że jesteś perfidna, Anito.

background image

–  Taki  mam  zawód.   Gdy   byłam  perfidna  dla  waszych  bezpośrednich 

wrogów, jakoś nie miałeś mi tego za złe. Za to ty myślisz sloganami, a 
mówisz banałami – odparowała. – Chyba nie tak trudno zrozumieć, że lepiej 
zastosować środek antykoncepcyjny, niż zabijać, powodować nieobliczalne 
tragedie, totalnie niszczyć cywilizacyjną infrastrukturę.

–   Myślałem,   że   wojna   zawsze   ma   na   celu   zniszczenie   jakiejś 

cywilizacji... – odparł Iwo.

– Wystarczy tych sporów – wtrącił się Hayyan. – Nie wszystko się nam 

podoba, ale jesteśmy tu po to, aby sfinalizować projekt Haywicka, a Anita 
proponuje   jedyne   rozwiązanie,   możliwe   do   urzeczywistnienia   tu   i   teraz. 
Chyba nie chcemy  zrezygnować? – Zawiesił głos, ale odpowiedziała mu 
cisza. – Więc konkretnie co mamy robić?

Herreira ukryła twarz w dłoniach. Opuściła je powoli, jakby zdejmowała 

maskę.

–  Czyli  chcesz...   jak  rozumiem...   –  zaczęła.   Patrzyła   w  jakiś   odległy 

punkt,   jak   zwykle   podczas   logicznego   rozumowania.   Znów   była   tylko 
naukowcem, roztrząsającym problem.

Anita skinęła głową.
– Mów dalej – stwierdziła. – Na pewno wyjaśnisz to lepiej niż ja.
–   Wydaje   mi   się   –   podjęła   Herreira   –   że   w   tej   biologicznej 

wieloskładnikowej broni należy zmienić tylko ostatni czynnik destrukcyjny, 
jakim   są   zapewne   wirulentne   wirusy   lub   bakterie,   uwalniające   się 
selektywnie w ścianie macicy i powodujące jej degenerację. Zamiast nich w 
voolwie umieścimy, a jakże, plemniki superior! Wtedy po dotarciu wektora 
do celu nastąpi zapłodnienie, ale nie tradycyjnie, od strony pochwy, lecz 
plemniki   wydostaną   się   z   naczyń   krwionośnych.   Do   licha,   ten   proces 
właściwie   należałoby   nazwać   ejakulacją   płucną   albo   zapłodnieniem 
pulmonologicznym! Myśl jest perfidnie genialna! – Herreira zerwała się i 
wyrzuciła ręce w górę. – Kim ty właściwie jesteś, Anito?

–   Golemem,   dobrym   duszkiem,   wróżką,   czarownicą,   perfidną 

militarystką – do wyboru. Przewiduję przyszłość, kochana, i dlatego jestem 
teraz z wami. Na dodatek mam odpowiednie wyszkolenie i dano mi zielone 
światło.   Ale   do   rzeczy,   Glorio.   Skoro   wydedukowałaś   wszystko,   należy 
bezzwłocznie   pozyskać   najcenniejszy   materiał,   czyli   plemniki   superior. 
Potem musisz wszczepić je do  voolwie,  a następnie uzbroić nimi czynnik 
przenoszący, czyli uwarunkowane muszki owocowe.

background image

–   To   drobiazg,   chwila,   u   młodzika   sprawa   jest   szybka.   Mamy   tutaj 

Hostinię,   to   ona   zajmie   się   Hayyanem,   wszak   ma   zostać   jego   żoną.   Są 
poważniejsze   sprawy,   muszę   wiedzieć,   z   jakiego   organizmu   uzyskano 
voolwie  i   co  w   ostrej   broni   jest   końcowym  patogenem.   Plemniki   należy 
odpowiednio przysposobić, żeby gładko zastąpiły te patogeny.

– Proszę. – Anita rzuciła na stół pokrowiec z dyskiem. – Doktor Castens, 

kierownik laboratorium, przygotował to dla ciebie. Jeśli chcesz, osobiście 
może pomóc przy aparaturze.

– Pewnie, że chcę, czeka nas huk roboty! Potrzebuję dużo kawy i jak 

najwięcej wykwalifikowanego personelu.

–   Doskonale.   Iwo   i   Jerome,   wasze   zadanie   będzie   polegało   na 

komputerowym   wysymulowaniu   optymalnego   sposobu   rozprzestrzenienia 
muszek. Owady zawieszone zostaną w stanie uśpienia w roztworze, który po 
rozpyleniu wyparuje, a żyjątka obudzą się i po upływie kilku sekund będą 
zdolne   do   samodzielnego   lotu.   Dokonamy   zrzutu   ze   śmigłowca.   Oto 
szczegółowe   mapy,   wyliczycie   wszystkie   parametry   lotu,   czyli   pułap, 
szybkość, trasę, czas. Jasne? Majorze Alejandro!

– Słucham, pułkowniku.
–   Proszę   o   bezzwłoczne   sprowadzenie   bojowego   śmigłowca, 

wyposażonego   w   odpowiednie   agregaty.   Pan   deklaruje   współpracę,   jak 
sądzę?

– Wykonuję rozkazy przełożonych. Śmigłowiec będzie gotowy za pół 

godziny.

–   Poruczniku   Alvin,   pan   będzie   pilotował   maszynę.   Proszę   uzgodnić 

sprawy   techniczne   z   majorem   Alejandrem,   a   parametry   lotu   z 
informatykami.   Wyrzutnie   bojowe   uzbroją   osobiście   profesor   Herreira   i 
doktor Castens, a za kwestie techniczne w całości odpowiedzialny jest pan, 
poruczniku.   Majorze   Alejandro,   załogę   śmigłowca   ma   stanowić   dwóch 
pilotów – techników, którzy znają każdą śrubkę w swojej maszynie. Na tym 
etapie realizacji projektu nie możemy sobie pozwolić na żadne dodatkowe 
ryzyko.

background image

ROZDZIAŁ 12

Ines zaciągała się głęboko, tak mocno, że aż trzeszczały płuca. Pragnęła, 

żeby  jasna  fala   podpłynęła pod  nią jak  najszybciej, natychmiast,   i miała 
nadzieję uciec tym razem na jej żółtym grzbiecie. Zawsze miała nadzieję, ale 
to nigdy się nie udało. Niektórzy twierdzili, że potrafią surfować na niej 
dowolnie długo, ale coraz częściej odnosiła wrażenie, iż tych biednych ludzi 
stać jedynie na pielęgnowanie własnych mitów. Nie robiła postępów i na 
dodatek ciemna fala, w której codziennie tonęła w paskudny sposób i która 
wciągała ją jak góra rozgrzanego mazutu, była coraz szybsza i nadciągała 
zaraz   za   żółtą   tak   gwałtownie,   że   błysk   trwał   tylko   chwilę,   byt   ledwie 
muśnięciem   rozkoszy.   Bardziej   wyczuwała   ją,   niż   widziała,   jasny   język 
wysunięty   spod   brunatnej   chmury,   zupełnie   jak   złota   wstążka   plaży 
uwięziona   między   szarym   oceanem   codzienności   a   piekłem   cierpienia, 
którym trzeba było okupić kilka sekund psychodelicznego orgazmu.  Czy 
było warto? Nie zadawała sobie tego pytania, było bez sensu, jak pytanie o 
słońce lub chmury na niebie.

Telefon brzęczał natrętnie. Właśnie teraz!
– Czy ty też słyszysz to skrzeczenie, Mundo? – spytała, cedząc głoski. W 

ich   grupie   zwykli   używać   stylizowanego   języka,   a   przekleństwa   były 
rzadkością. Byli przecież los artistas.

Edmundo   nie   mógł   odpowiedzieć,   bo   już   znajdował   się   głęboko   pod 

czarną falą, niedostępny dla zewnętrznego świata. Przez jego brudną twarz 
przebiegały bolesne skurcze, jęczał i rzucał się, raz po raz uderzając głową o 
kamienne płyty trotuaru.

Ines   potrafiła   długo   powstrzymywać   orgazm.   Nie   miała   władzy   nad 

piekielną chmurą, ale mogła samą siłą woli na pewien czas zatrzymać całą 
nawałnicę albo przynajmniej bardzo zwolnić jej ruch, dryfując po obszarze 
bylejakości.   Powtarzała   Sobie,   że   to   akurat   nie   jest   wielką   sztuką   i   że 
ucieczkę do trwania codziennie praktykują miliony, a może i miliardy ludzi, 
więc i jej powinno się udać. I udawało się.

Włączyła telefon.
Papcio, twoja sobacza mać  – specjalnie dla niego przeszła na slang. – 

Jasny   szlag,   będzie   już   sto   lat   od   last   czatu,   ale   masz   dobrą   pamięć,  
borsucze ucho! Co? Właśnie ćpam jak cholera, zaraz mnie ruchnie, więc się 

background image

streszczaj, misiaku. Radzisz czy każesz, generałku? Ach tak, ciu ciu dobry 
papcio, prosi... Żebym zeszła? Ręcznik? Santa Magdalena, co ty pierniczysz  
oldboyu, już potasowało się pod sufitem? Niee, kochasiu, tu wszyscy siedzą 
na dworze, księżyc jak mandaryn, zostawia na morzu drogę ze srebrnych  
perełek.  Nie   ma  wojny,  a  jak   będzie,  wszyscy   zginiemy,  razem,   jesteśmy  
gotowi,   od   dawna.   Pa,   staruszku,   czas   mi   się   kończy,   nieodwołalnie. 
Cmoknij   mamcię...   no,   chociaż   przez   nagrobną   płytę.   I   żyj   dalej   bez  
grzechu!

Cisnęła telefon w krzaki i wyciągnęła ręce do swojej plaży, ale znów 

ktoś jej przeszkodził. Parsknęła, zła jak drażniona kotka.

– Czego? – Patrzyła rozszerzonymi źrenicami, tęczówki niemal znikły. 

Miała oczy trolla, głębokie jak noc.

To był Felipe. Chwiał się jak kukła na obluzowanym drucie, zarośnięty, 

z zapadłą klatką piersiową. Chciał koniecznie wiedzieć, o co chodziło.

– Odwal się – fuknęła i podniosła dłonie, rozcapierzając palce.
– Nnie. Ja proszę. Nigdy nie mówiłem, ale... mam żonę. – Spuścił wzrok, 

odwrócił się bokiem. – Bardzo ją kocham – dodał cicho, niemal szeptem.

Ines jeszcze raz zdusiła w sobie theta. Była naprawdę poruszona, nawet 

poczuła zazdrość.

–   Ty   chuderlaku   –   powiedziała   niemal   czule   i   pogłaskała   go   po 

czuprynie. – Ja... kocham tylko swoją małą, wielką, złotą plażę. Nie mam 
nikogo, kto by się nadawał. Szczęściarz...

– Powiedz, In. Ja chcę... ja powinienem. Muszę! Jeśli to takie ważne.
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Może. Papcio  generalissimus. 

Jak zniżył się do poziomu córki degeneratki, to coś w tym musi być. Ale nie, 
niemożliwe. Przecież nic się nie dzieje, ludzie tańczą, piją, spacerują. Nie 
słychać   syren,   nie   widać   karetek,   nie   ma   wojska...   Znowu   jakiś   fortel, 
sposób na niegrzeczną córeczkę.

– Ale o co chodzi, zmiłuj się!
Spojrzała samymi źrenicami.
– Coś mówił o wypadku w trakcie ćwiczeń z bronią biologiczną. Kazał... 

nie,   grzeczny   papcio   prosił,   żebym   przed   świtem   zeszła   do   piwnicy   i 
oddychała   przez   mokry   ręcznik.   Do   południa.   Grzecznemu   tatuńciowi 
odbiło,   bo   skąd   może   wiedzieć,   że   akurat   przed   świtem   zdarzy   się 
wypadek?! Napił się, tylko na taki nałóg stać starego tryka!

– Może już wie, że coś poszło bokiem? In, pożyczysz...?

background image

– Bokiem poszło nasze życie, żonkosiu. Poszukaj w krzakach, gdzieś 

tam go ciepnęłam. A teraz dajcie mi wszyscy spokój, do jasnej anielki! Idę 
na plażę, sama i samotna. I dobrze mi z tym!

* * *
Juanita   Quintin   zbudziła   się   przed   świtem.   Chórem   grały   cykady,   z 

pobliskich   zbiorników   nawadniających   plantacje   bananowe   gromkim 
tenorem odzywały się żaby olbrzymy. Za oknem wisiał księżyc płaski jak 
cynowa misa, ogromny, otoczony rdzawą obwódką. Wiatr szeptał w liściach 
za oknem,  a czasem mocniej targał gałęziami, jakby ktoś chciał po nich 
dostać się do mieszkania.

Dziewczyna wtuliła głowę w poduszkę, naciągnęła na nią prześcieradło. 

Znów   osunęła   się   w   płytki,   nerwowy   sen,   pełen   zjaw   i   strachów. 
Koncertowała w nim orkiestra jazzowa, złożona z wilkołaków, południc i 
demonów, nieudolnie poprzebieranych za anioły. Śpiewał Louis Armstrong 
–   rzeczywiście   dostrzegała   go   w   głębi   sceny,   jak   machał   w   jej   stronę 
mikrofonem.  Był świetny, wykorzystując walory swojego spatynowanego 
głosu   w   sposób   wirtuozerski,   wynikający   nie   tylko   z   talentu,   ale   i 
doświadczenia.   Ten   sen   nie   był   przyjemny   i   bardzo   chciała   się   z   niego 
wydostać. Wreszcie udało się.

Znów   słyszała   cykady,   ale   Louis   nadal   śpiewał,   śmiejąc   się   i   nucąc, 

wciąż jednak w zgodzie z melodią. To już nie był sen.

Niebo   różowiło   się   na   wschodzie.   Wiatr   ucichł,   nawet   cykady   grały 

spokojniej,   w   tle,   tylko   ten   Armstrong...   Juanita   wsparła   się   na   łokciu   i 
zaczęła   grzebać   na   drugiej   połowie   podwójnego   łóżka,   pośród 
porozrzucanych   sukienek,   bielizny   i   torebek.   Wreszcie   namacała 
elipsoidalny kształt i ścisnęła go. Armstrong grzecznie przeprosił i umilkł, a 
w słuchawce zabrzmiał głos Felipe. Juanita najpierw odetchnęła, ale zaraz 
wezbrała w niej złość.

–   Myślałam,   że   dzwonią   z   kliniki   –   mruknęła.   –   Czy   wiesz,   która 

godzina?   A   w   ogóle   to   nie   mam   pieniędzy,   ty   cholerny   ćpunie!   Miałeś 
zostawić mnie w spokoju, taka była umowa, już zapomniałeś?!

Fełipe nie odpowiadał, ale wciąż słyszała jego płytki, nierówny oddech.
– O co chodzi? Umierasz czy jak?
– Juanita – wyjąkał wreszcie. – Nie, nie chcę pieniędzy. Jakoś idzie, 

trochę   dają   nam   geje   i   lesbijki,   wiesz,   oni   walczą   o   równouprawnienie 
słomek. Przecież wszystko bierze się z genów, nie ze złej woli, no nie?

background image

Dziewczyna się zjeżyła.
– Słyszałam już te bzdury! Czy dzwonisz w środku nocy, żeby robić mi 

pseudonaukowy wykład?! Odczep się raz na zawsze!

Usłyszała   jęk   pełen   bólu   i   tylko   dlatego   nie   przerwała   połączenia. 

Poczuła ukłucie żalu. Fełipe nadal próbował coś powiedzieć.

– Nie... poczekaj, to nie tak miało być. Dzwonię, bo... kocham cię, Jua. 

Ja... nigdy nie przestałem cię kochać.

– Słyszałeś ten łomot? To kamień spadł mi z serca. A teraz rozłącz się i 

idź ćpać, a ja zjem śniadanie i pójdę do pracy. Ktoś musi pracować, żeby z 
podatków   utrzymywać   mniejszości   o   odmiennej   orientacji 
psychosomatycznej, jak to napisali w gazecie.

– Nie! Nigdzie nie idź! Namocz ręcznik i okręć nim głowę. Zejdź do 

piwnicy i tam czekaj na mnie. Chcę cię bronić!

Juanitę zatkało.
– Co ty bredzisz? – warknęła po chwili. – Jak spróbujesz tu przyjść, 

wezwę policję. Ale najpierw rozwalę ci czerep.

– Jua, będzie atak biologiczny, o świcie, zaraz, już. Wąglik, może coś 

gorszego. Wiem na pewno, uwierz mi. Chcę cię ratować!

W głosie Felipe była taka determinacja, że Juanita powstrzymała cisnące 

się na usta przekleństwo. Przypomniała sobie, jaki był jeszcze rok temu: 
postawny, roześmiany, decydujący za nich dwoje. Mądry i wykształcony, na 
rządowej   posadzie.   Uwielbiała   go.   Stoczył   się   tak   szybko,   jakby   został 
naznaczony; do dziś nie potrafiła tego zrozumieć. Spróbował raz, jedyny raz, 
na przyjęciu u ich wspólnej znajomej. To jasne, że musiał być naznaczony, 
genetycznie czy palcem bożym, wszystko jedno.

– Skąd wiesz?  – mruknęła  i zaraz pożałowała pytania. Teraz nie tak 

trzeba z nim gadać.

– Wiem i już! – Podniósł głos, wykorzystując jej zainteresowanie. – Nie 

ma czasu na tłumaczenia, po prostu w naszym środowisku są także ludzie 
dobrze poinformowani. Jadę do ciebie.

– Nie! Zrozumiałam, atak gazowy czy jakiś tam wąglik. Dobrze, Felipe, 

schodzę do piwnicy, ale pod warunkiem że nie będziesz więcej wydzwaniał, 
a wizyty wybij sobie z głowy na zawsze! Chcę wykorzystać ten czas na 
czytanie, muszę przygotować plan opieki nad lekko chorymi, rozumiesz? 
Dziękuję za dobre chęci, cześć!

– Zaraz, poczekaj. – Chłopak nie ustępował, a w jego głosie brzmiała 

background image

nieufność.   Nie   był   ani   taki   głupi,   ani   taki   naćpany.   –   Nie   zapomnij   o 
wilgotnym ręczniku.

– Dobrze.
– Pamiętaj, ostrzegałem cię.
– Tak! – krzyknęła i przerwała połączenie.
Doskonale,   pięknie,   rozczulająco!   Dzwoni   kochający   mąż!   Odrzuciła 

telefon i przez chwilę szlochała w poduszkę. Potem zeskoczyła z łóżka i 
pobiegła pod prysznic. Złość dodawała jej siły.

– Gnida, skurwysyn, śmieć, świnia – powtarzała przez zaciśnięte zęby, 

gdy gorący bicz spłukiwał z niej resztki złych snów.

Zrobiła   sobie   szybkie   śniadanie:   grzanki,   marmolada,   kawa,   sok 

grejpfrutowy. Gdy była z Felipe, celebrowali posiłki, przyrządzali sałatki, 
szykowali drewniane talerze z wyborem serów, doprawiali sosy i dressingi. 
Teraz zawartość szafy rozrzuciła na jego łóżku, a jadała zwykle na stojąco, 
chwytając, co było najbliżej. Spieszyła się, chociaż nie miała do czego. Stała 
się nerwowa.

Filiżanka   zadzwoniła   o   spodek.   Myślała,   że   drżą   jej   ręce,   ale   przez 

syczenie ekspresu przebił się głuchy łoskot silnika. Śmigłowiec leciał nisko, 
chyba tuż nad wierzchołkami pinii. Zahuczał basem i ucichł, a w kredensie z 
opóźnieniem zadzwoniły kieliszki. Po chwili warkot znów był słyszalny, ale 
cichszy i zniekształcony – pewnie maszyna posuwała się w głębi barranco 
w stronę miasteczka.

– Turystyczna szarańcza – mruknęła do siebie. – Zachciało się oglądać 

wschód słońca nad Santa Cruz.

Lubiła mówić głośno, gdy była sama. A sama była od roku.
Nalała mleka, przepuściła parę. Dodała mleka do kawy. Wsypała cukier. 

Potem wyprostowała   dłonie,   wyciągnęła  palce.   Miała  długie  palce,   które 
odginały się lekko do góry, jak je tak wyprężała. Była spokojna, zupełnie 
spokojna. Ale końce palców drżały i nic na to nie mogła poradzić.

Przez   okno   wpadł   powiew   porannego   wiatru.   Wciągnęła   powietrze   – 

pachniało rosą, ziemią, porankiem. Hibiskus? Nigdy nie zastanawiała się, 
czy do jej okna dochodzi zapach hibiskusów. Chyba grzanka drapnęła ją w 
gardle,   odkaszlnęła.   Odpędziła   komara.   Nie,   zdawało   jej   się.   Komary 
pojawiają   się   tylko   wieczorem,   zawsze   regularnie   między   dziesiątą   a 
jedenastą. Dlaczego tylko wtedy? Świat jest pełen zagadek.

Śmigłowiec   z   kompletem   turystów.   „Proszę,   nie   wszyscy   na   jedną 

background image

stronę,   zaraz   zawrócimy,   każdy   będzie   mógł   obejrzeć   wschód   słońca". 
„Mamo, to jest ten wschód? Tylko dlatego wstawaliśmy w środku nocy?" 
„Tak,   ale  popatrz   na  mgły   ścielące   się   w   dolinach,   w  dzień   już   ich  nie 
będzie".   „Mamo,   dlaczego   lecimy   tak   nisko?   Ta   góra   zasłania   mi   cały 
widok". „Nie wiem, synku. Spytaj pana pilota".

Juanita   cisnęła   serwetkę   na   tacę   i   wybiegła   z   domu.   Lubiła   układać 

dialogi,   ale   nie   takie,   wolała   rozmowy   zazdrosnych   kochanków.   Na 
zewnątrz niebo było czyste, jakby świeżo umyte, pinie poruszały się lekko 
na wietrze. Zza gór właśnie wynurzyło się słońce, wzniecając feerię blasku. 
Świat był wesoły i w porządku.

Wskoczyła   do   samochodu   i   rozpoczęła   karkołomny   zjazd   gruntową 

górską drogą, zupełnie nie zdając sobie sprawy, jakiego wyczynu dokonuje, 
i   to   przynajmniej   dwa   razy   dziennie.   Bo   dla   niej   była   to   najzwyklejsza 
droga,   którą   przemierzała   machinalnie:   rano,   ignorując   rozpaczliwe   jęki 
resorów, poddawanych niemalże niszczącej próbie, i wieczorem, wspinając 
się po halogenowym promieniu, przeszukującym trawers górskiego zbocza.

* * *
W roztworze unosiły się truchła. Oleista, opalizująca ciecz otaczała je, 

ochraniała,   otulała   poduszkami   molekularnych   klasterów,   absorbujących 
obce molekuły i agresywne jony.  Drosophila castensis,  czyli genetycznie 
zmodyfikowane karłowate muszki owocowe, wyglądały pokracznie: falujące 
odnóża,   zmięte   skrzydła,   zwisające   żuwaczki.   Nie   stykały   się   z   sobą, 
ekranowane   chmurami   organicznego   pseudożelu,   organizującego   się   pod 
działaniem   śladowych   ilości   feromonowych   enzymów,   obecnych   wokół 
owadów. Były martwe, nie przejawiały żadnych funkcji życiowych. Mimo 
to znajdowały się po stronie życia, bo jedną z ich cech była pełna gotowość 
do   podjęcia   tych   funkcji   w   każdej   chwili,   na   molekularny   znak.   Ich 
metabolizm został wyłączony, chemiczny sterownik przestawiony na zero, 
jednakże anabioza nie powinna trwać zbyt długo, bo każda broń bio miała 
swój okres przydatności do użycia. W tym wypadku jednak przekroczenie 
daty ważności nie wchodziło w rachubę.

Gdyby   truchła   muszek   owocowych   mogły   słyszeć,   dobiegłby   je 

narastający,   basowy   grzmot.   To   dysze   bojowych   wyrzutni   zostały 
odbezpieczone i otwarte, a wzrastające ciśnienie zaczęło wypychać ciecz na 
zewnątrz,   w   chłodne   powietrze   nad   wyspą   Santa   Paloma.   Owady   były 
porywane i pojedynczo, z zawrotną szybkością, przemykały przez kapilarny 

background image

kanał, za którym organiczna ciecz ulegała rozpyleniu. Miękkie i elastyczne 
kropelki,   majestatycznie   szybujące   w   przestworzach,   prześwietlone 
wschodzącym słońcem, opalizujące i rozszczepiające światło na barwy tęczy 
– od głębokiej czerwieni do fioletu – mogłyby przypominać bańki mydlane, 
choć były tak małe, że do podziwiania ich urody należałoby użyć silnego 
szkła   powiększającego.   W   każdej   kropli   podróżowały   mikroskopijne 
muszki. Inteligentna ciecz organiczna była lotna jak eter. Na jej powierzchni 
pod wpływem tlenu z powietrza zachodziły reakcje, lokalnie zwiększające 
szybkość molekularnych ruchów translacyjnych, w wyniku czego cząsteczki 
bez   trudu   odrywały   się   od   kropli   i   szybowały   dalej   jako   para.   Kropla 
kurczyła się i zmniejszała, wirowała i zmieniała raptownie kierunek lotu, 
popychana zmiennymi siłami odrzutu uciekającej materii. Wreszcie muszki, 
odarte   z   ochronnej   otoczki   swojej   cieczy   płodowej,   były   wyrzucane   w 
turbulencje   atmosferyczne,   które   dla   nich   oznaczały   huragan.   Wicher 
wydmuchiwał z ich wnętrza resztki płynów, więc szybowały w powietrzu 
jak chmury kurzu.

Przemiana   mogła   się   rozpocząć.   Tlen   i   jego   wolne   rodniki,   a   także 

agresywne rodniki hydroksylowe rozpoczęły zmasowany atak. Pod gradem 
aktywujących   uderzeń   makromolekuły   enzymów   rozwinęły   krzaczaste 
łańcuchy   boczne,   odsłaniając   wysokoenergetyczne   centra   aktywne. 
Natychmiast   przysunęły   się   proteiny   regulacyjne,   włączyły   się   kwasy 
nukleinowe, ruszyły metaboliczne szlaki. Truchła ożyły. Najpierw przez ich 
korpusy przebiegło niespokojne drżenie, później nastąpiły fazy prostowania 
skrzydeł,   poruszania   odnóżami,   kręcenia   głową.   W   końcu,   po   kilku 
gwałtownych   skurczach,   owady   rozpoczęły   lot   o   własnych   siłach. 
Przyspieszały, lawirowały między wierzchołkami pinii, przelatywały przez 
chmury cząstek o niepokojących zapachach. Po pewnym czasie większość 
natrafiła   na   potoki   woni,   która,   jak   klasyczny   feromon,   nakazywała   im 
maksymalny   i   celowy   wysiłek.   Muszki   owocowe  Drosophila   castensis 
rzucały się do szaleńczego, ostatniego lotu, aby wypełnić jedyne zadanie w 
swym krótkim życiu. Tropiły woń zawiadującą ich zachowaniem, pędziły 
wzdłuż strumyków, potoków, a potem całych rzek tego zapachu, który był 
ich fatum, bo na niego zostały uwarunkowane. W pobliżu jajeczkujących 
kobiet,   które   wydychały   choćby   ślady   owuloaldoksozy,   dostawały   szału, 
wciskając się w nos i usta, bo tam stężenie feromonu było największe. Część 
z nich osiągała cel i dostawała się do środka.

background image

Kilkanaście   muszek,   wyrzuconych   do   atmosfery   na   samym   początku 

akcji, rewitalizowało się wewnątrz gęstego obłoku feromonu. Nie musiały 
marnować sił na poszukiwania, bo od razu znalazły się na ciepłym tropie. 
Źródłem atraktanta był domek wtulony w pinie, przylepiony do zbocza jak 
jaskółcze gniazdo, z miniaturowym ogródkiem zawieszonym nad urwiskiem 
jakby   na   przekór   sile   ciążenia.   Owadom   nie   było   jednak   dane 
kontemplowanie urody miejsca, za to były one w stanie działać perfekcyjnie, 
zgodnie z chemicznym paradygmatem. Posuwały się pozornie bezładnym 
lotem,   wykonując   beczki   i   gnając   zakosami,   lecz   w   ten   sposób   ustalały 
gradient woni, a więc leciały w kierunku wzrastającego stężenia, coraz bliżej 
źródła.   Jasność   budzącego   się   dnia   nagle   została   zastąpiona   półmrokiem 
wnętrza, ale to nie miało znaczenia, ważna była tylko pobudzająca do szału, 
gęsta i soczysta struga atraktanta. Lot stał się szybki, nerwowy, gwałtowny. 
Cel znajdował się tuż przed nimi.

Pierwszy owad został odepchnięty przez huczący wydech, ale walcząc z 

prądem, dzielnie próbował przeć do przodu. Kolejny szumiący wdech przez 
usta porwał go ze sobą, ale kąt nalotu był zbyt ostry i muszka,  zamiast 
dostać się do wnętrza, uderzyła w wargę. Jej skrzydło przylepiło się do śliny 
zmieszanej   z   lepką   kawą,   ale   owad   nie   kapitulował,   odpychając   się 
odnóżami i pracując drugim skrzydełkiem. W końcu udało się – poderwał 
się do lotu i został wciągnięty w szybką strugę wdechu, tym razem przez 
nos.

Teraz   jego   życie   liczyło   się   w   ułamkach   sekund.   Wilgotna   czeluść, 

ciemnoczerwona   poświata,   gwizd   powietrza   opływającego   belki   włosów. 
Muszka ugrzęzła w stalaktycie śluzu i próbowała wyswobodzić się, ostro 
pracując   skrzydłami.   To   przyspieszyło   jej   koniec   –   została   natychmiast 
zmiażdżona. Juanita, czując w nosie nieprzyjemne swędzenie, odruchowo 
ścisnęła go palcami.

Z rozgniecionej muszki sprawnie wydostał się voolwie. Był tak mały, że 

do jego obserwacji człowiek potrzebowałby mikroskopu, ale dostatecznie 
duży,   żeby   nie   atakowały   go   żadne   przeciwciała   ani   komórki   tuczne. 
Wyprężył smukłe ciało, wygiął się w jedną, a potem w przeciwną stronę, 
jakby przeciągał się po przebudzeniu. Stanowił miniaturę raka, uzbrojonego 
w   jedne   szczypce   o   krawędziach   ostrych   jak   skalpele.   Kilkoma   rzutami 
opancerzonego tułowia przebił się przez nawis śluzu i dotarł do nabłonka, po 
czym ciął tkankę i wwiercił się w jej miąższ. Szukał wejścia, nie zważając 

background image

na gwałtowny wzrost ciśnienia – to Juanita znów pacnęła się w nos. Szukał, 
robiąc lokalne szkody, aż wreszcie dotarł do pierwszego celu. Zlokalizował 
go za pomocą szczątkowego cyklopowego oka, umieszczonego na czubku 
głowotułowia, które w wystarczającym stopniu rozróżniało kształty i barwy. 
Jego oko było czułe na bliską i średnią podczerwień, a promieniowanie w 
tych   zakresach   dobrze   przenika   przez   tkanki.   Błonę   śluzową   przerastała 
gęsta   sieć   włosowatych   naczynek   krwionośnych,   naprawdę   cienkich   jak 
włos,   ale   to   w   zupełności   wystarczyło.   Dla  voolwie  każda   z   nich   była 
przestronnym   korytarzem,   rodzajem   podłużnego   pęcherza,   pulsującym 
ciągiem różowych galaretowatych ciał.

Natychmiast   uderzył   szczypcami   i   zanurkował   w   powstałe   rozdarcie, 

posuwając   się   pod   prąd   w   strumieniu   wyciekającej   krwi.   Szybkimi 
uderzeniami ogona oddalił się na bezpieczną odległość od formującego się 
skrzepu,   a   potem   dał   się   nieść   prądowi,   omijając   naroślą   i   złogi.   Teraz 
musiał   dostać   się   do   większych   żył,   potem   przeżyć   przeprawę   przez 
grzmiące   porohy   przedsionków   i   komór   serca,   aby   w   końcu   odnaleźć 
właściwe tętnice i dotrzeć na sam dół brzucha, do macicy. Robił to wszystko 
bezrozumnie, ale fenomenalnie celowo, a więc działał w taki sam sposób, w 
jaki funkcjonuje cała ożywiona przyroda. Voolwie kierował się odruchami, a 
także   subtelnymi   gradientami   stężeń   substancji,   stanowiącymi   dla   niego 
rodzaj drogowskazów.

Po osiągnięciu ściany macicy opuścił bezpieczne naczynia włosowate i 

zginął. Zabiła go owuloaldoksoza, osiągająca w tym miejscu tak wysoką, że 
toksyczną koncentrację, przynajmniej dla takich istot jak on. Ale nie dla 
plemników, które czuły się w tej okolicy jak ryby w wodzie. Voolwie pękł i 
zaczął się rozpuszczać, a z jego brzucha wydostał się plemnik superior z 
genetyczną informacją człowieka przyszłości.

Plemnik   pomknął   w   kierunku   ujścia   jajowodu,   na   spotkanie   z   jajem, 

którego obecność wyczuwał wszystkimi chemicznymi zmysłami. Plemniki 
zawsze polują w stadzie, więc prawdopodobieństwo wejścia któregoś z nich 
w bliski kontakt z oblubienicą jest wysokie. Plemnik superior był sam, ale 
został tak zaprojektowany, żeby wykonać zadanie. Można powiedzieć, że 
jego męskość i jurność musiały sprostać ograniczeniom ilościowym.

Jajo   było   ogromne,   śliskie   i   elastyczne,   z   pękami   faryzeuszowych 

wyrostków   w   górnej   części.   Przebicie   grubych   boków   było   niemożliwe. 
Plemnik superior pomknął w kierunku włochatej głowy i dźgnął wicią w 

background image

gąszcz   faryzeuszy,   które   zafalowały   i   próbowały   go   odepchnąć.   Męski 
element   wycofał   wić   i   wniknął   pomiędzy   nie   swoim   drugim   końcem. 
Wyrostki   otoczyły   go   miękkim   całunem,   odchylając   się   i   ukazując 
zamknięte   błonami   studnie.   Zanurkował   w   jedną,   wgłębiając   się   w 
protoplazmatyczną   substancję.   Niby   był   już   w   jaju,   ale   wciąż 
przytrzymywała   go   elastyczna   miękkość.   Ejakulował   więc   enzym 
rozpuszczający błonę. Wniknął do środka i otoczyło go drażniące ciepło. 
Gdyby plemnik mógł przeżywać orgazm, z pewnością odczułby go właśnie 
w tej chwili.

Juanita   poczuła   bolesne   swędzenie   sutków.   Znów   marnuje   się   jedno 

wspaniałe jajeczko, pomyślała. A przecież ich liczba nie jest nieskończona. 
Pochyliła się i spojrzała w górę, na blade niebo. Gdyby teraz nade mną 
przeleciał   albatros   i   gdybym   poczęła,   za   nic   nie   usunęłabym   dziecka.   Z 
mężem czy sama, na pewno wychowałabym je na piękną kobietę lub na 
dzielnego   mężczyznę.   Oczywiście   z   małym   zastrzeżeniem:   że   ptaszek 
dostarczyłby odpowiedni garnitur genowy.

„Daj mi buzi, moja Susi" – wyło radio, napełniając puszkę samochodu 

kakofonią dźwięków. Jeszcze bardziej podkręciła regulator i wcisnęła gaz, 
bo właśnie zjechała z górskiej drogi na asfalt.

Hayyan   skierował   się   ku   morzu.   Pragnął   zagłębić   stopy   w   grającym 

piasku, chciał poczuć napór wody na kolana, wciągnąć w płuca powietrze 
przesycone solą i zapachem wodorostów.

Przedtem pożegnał się kilkoma zdawkowymi słowami.
Zadowoleni   Iwo   i   Jerome   pili   sznapsa   z   zamglonych   od   zimna 

kieliszków.   Czerwoni   na   twarzach,   co   chwila   wybuchali   śmiechem, 
świętując sukces. Zdawali sobie sprawę, że to sukces domniemany, ale tak 
czy owak wart był kilku toastów. Herreira rozmawiała z Anitą – twarz przy 
twarzy, poważne miny, przyciszone głosy. Mimo sińców pod oczami Gloria 
była szczęśliwa. Doprowadzili projekt do końca, więc chciała zrobić sobie 
przerwę   i   w   związku   z   tym   pytała,   czy   mogłaby   przez   pewien   czas 
popracować   na   tutejszym   uniwersytecie,   zafundować   sobie,   powiedzmy, 
półroczny  sabbatical.  Tutejszy klimat, nowe doświadczenia, zmiana i tak 
dalej. Rozmawiając, obie kobiety myślały o Casparze, choć jego imię ani 
razu nie zostało wymienione – czy okaże się tym mężczyzną i czy dwoje 
ludzi w średnim wieku potrafi żyć razem, rezygnując z błogosławieństwa i 
brzemienia   wolnego   stanu?   Anita   wprost   tryskała   energią,   jakby   jej 

background image

akumulatory   doładowały   się   podczas   finalizowania   projektu.   Tęsknie 
spoglądał na nią porucznik Alvin, lecz ona uśmiechała się trochę łobuzersko 
i   trochę   kpiąco,   starając   się   przy   tym   nie   urazić   oficera.   Tylko   major 
Alejandro   siedział   nieporuszony   nad   szklaneczką   barraquito,   posępny   i 
wielki jak góra po zachodzie słońca. Hostinia kręciła się niespokojnie, ale 
gdy Hayyan obdarzył ją długim, poważnym spojrzeniem, uśmiechnęła się, 
demonstrując   biel   trochę   przerażających   zębów.   Teraz   była   już   pewna 
swego.

Hayyan   poszedł   piechotą;   propozycję   podwiezienia   skwitował 

machnięciem ręki. Chciał... musiał być sam. Schodził w kierunku oceanu, 
który daleko w dole w dostojnej ciszy rozpościerał po płyciznach białe fale. 
Gdy znalazł się niżej, usłyszał ich szept, a znad plaż podniósł się wiatr. W 
głębi jego jaźni poruszył się Haywick. Volyan odezwał się do niego:

– Byłeś nieoceniony, frater. Kocham cię bardziej, niż kochałbym brata, 

ale dobrze wiesz, że nie możemy być razem.

„Tak", odpowiedział Haywick. „Byliśmy dobrym rodzeństwem i razem 

dokonaliśmy tego, czemu osobno nigdy nie dalibyśmy rady. Odprowadzę 
cię jeszcze kawałek".

– Jak chcesz, frater. Niebawem będziemy musieli się pożegnać.
Górską   ścieżką   zszedł   do   maleńkiej   wioski.   Ostre   podmuchy   wiatru 

targały   rozwieszoną   na   sznurach   bielizną,   mewy   przysiadły   na   dachach 
chatynek,   koguty   piały,   zaniepokojone.   Wszędobylska   sól   osiadała   na 
wargach.

W drewnianej chacie z sinych, rozchwierutanych desek mieścił się sklep. 

W   półmroku   błyskały   białka   starej,   grubej   Metyski,   która   ociężale 
przyczłapała z zaplecza.

–   Chciałbym   zatelefonować   –   oznajmił   Haywick,   używając   strun 

głosowych Volyana.

Sprzedawczyni   wydęła   wargi   i   bez   słowa   wskazała   kąt,   gdzie   wisiał 

aparat. Chłopak ujął słuchawkę, przyciskając palec do wizjera fiskalnego. 
Zawahał się, ale potem szybko wybrał numer. Czekał długo.

– Tak? – Głos młodej kobiety trudno było określić jako przyjazny.
Haywick nabrał powietrza, potem chciał odwiesić słuchawkę, ale znów 

przycisnął ją do ucha.

– Nie wiem... Czy to Lśnica Qmil?
– Melduje się. Jest awaria i trzeba przyjść?

background image

– Nie, Qmil. Mówi Haywick, Zaklinacz Gwiazd.
–   Co?   –   W   słuchawce   słychać   było   świszczący   oddech.   –   Blady 

Zaklinacz?

– Tak.
Haywick nie wiedział, po co telefonuje do Qmil, tej obcej, rasistowskiej 

czarnej   dziewczyny,   wiecznie   pachnącej   czosnkiem   i   wanilią.   Zrobił   to 
odruchowo i teraz żałował. Tak naprawdę nie miał pojęcia, czym była dla 
niego, na pewno lubił uprawiać z nią seks. Ale wbrew temu, co podpowiadał 
mu rozum, mówił dalej:

–   Wracam.   Będę   pracował   w   obserwatorium,   znów   jako   Zaklinacz 

Gwiazd. Nie zmieniłem się... wiele. Chcę... zostaniesz ze mną, Qmil?

Jej szybki oddech syczał mu w uchu.
– Bladziuch wie, która godzina? Jest środek nocy! Chce wrócić po pół 

roku?   Bez   prezentów?   No   nie,   musi   zapłacić   za   to   i   potem   starać   się 
codziennie, tak jak wyższy samiec bonobo.

Haywick   westchnął   i   uśmiechnął   się,   wciąż   wykorzystując   twarz 

cierpliwie oczekującego Allana Volyana.

– Przywiozę dużo kolorowych bransolet z zegarkami. A teraz idź już 

spać, Lśnico Qmil.

Odwiesił słuchawkę i chciał podziękować sprzedawczyni, ale za ladą nie 

było nikogo. Klepnął blat otwartą dłonią i wyszedł.

Krętą ścieżyną strawersował zbocze i znalazł się na plaży.
Allan Volyan odzyskał pełną władzę nad swoim ciałem. Przemożna siła 

gnała   go   do   morza.   Ruszył   biegiem,   a   przy   każdym   kroku   rozgniatany 
piasek wydawał ciche miauknięcie. Ocean przyzywał go, dudniąc odległym 
grzmotem fal. Daleko od brzegu, pod nawisem opadającego wodnego wału 
mignęła wydłużona trójkątna twarz. Rzucił się w tamtym kierunku, skacząc 
głową naprzód w nadciągającą górę wody.

Ogarnął   go   zielony   przestwór.   Płynął   przy   samym   dnie,   ocierając 

brzuchem   o   karbowany   piasek,   w   którym   żerowały   tysiące   krabów 
pustelników. Chóralne skrobanie ich szczypiec było głośniejsze i bardziej 
natarczywe niż szum przyboju. Dno opadało, więc posuwając się nad nim, 
dostał   się   w   chłodną   strefę,   gdzie   dominowała   głęboka   zieleń.   Wtedy 
gwałtownie odczuł brak powietrza i rzucił się ku górze.

Usłyszał   chichot.   Tak   mogły   śmiać   się   syreny,   delfiny,   wieloryby, 

zmutowani mieszkańcy wiosek na palach, topielice. Odwrócił się, wściekły, 

background image

lecz znów dochodził do niego tylko chrobot tysięcy szczypiec karłowatych 
krabów. Poczuł, że zaczyna wciągać wodę do płuc, więc jednym rzutem 
ciała wyprysnął ponad fale. Zakrztusił się, z zaciśniętego gardła wydobył się 
charkot, przed oczyma  zawirowały  palety barwnych plam.  Zanim jednak 
osunął  się  w  ciemność,  zdołał  chwycić  haust  powietrza  i znów  w górze 
rozpalił się błękit nieba.

Leżał na plecach, odpoczywając. Oddech wyrównał się, fala kołysała 

łagodnie, pierzaste chmury zmieniały położenie, co świadczyło o tym, że 
prąd okręca go wokół osi. Miękka dłoń łagodnie pogłaskała pływaka po 
ramieniu.

Odwrócił   się   gwałtownie,   ale   wokół   była   tylko   zielona   toń, 

prześwietlona ciepłymi promieniami słońca. Nad głębią szkliste pagóry fal 
unosiły się leniwie, dźwigając go na swoich grzbietach, a potem ostrożnie 
opuszczając w zasnute pianą doliny.

Przewentylował   płuca   i   znów   zanurkował.   Ciśnienie   w   uszach 

wyrównało   się   z   trzaskiem,   który   słyszał   wewnątrz   głowy,   gdy   schodził 
pionowo w dół, w granatowy przestwór. Jakiś smukły kształt pomykał przed 
nim, uciekał tym szybciej, im bardziej on przyspieszał. Nie miał szans, by 
go doścignąć, ale parł naprzód, prosto w ciemniejącą otchłań.

„Frater, co robisz?!"
– Jeszcze tu jesteś? Odejdź wreszcie!
Nagle   przejaśniało,   atramentowy   przestwór   stał   się   połyskliwy,   z 

perłowymi   polanami   i  obszarami   cienia,   w   których   uwijały   się   świecące 
stworzenia. Zobaczył, ale tylko na mgnienie, daleki krajobraz, miejscami 
zamglony, miejscami wyrysowany ostrymi sztychami jak rzeźba. Wydawało 
mu się, że może oddychać, ale to też trwało tylko przez jedno uderzenie 
serca. Potem ocean zwalił się na niego całym ciężarem tysięcy ton wody. 
Gdy   przestał   się   bronić,   resztki   powietrza   uszły   z   płuc,   potężna   siła 
rozerwała błony śluzowe, wypatroszyła żyły, wypchnęła gałki oczne. To był 
koniec   –   śmiałek,   który   naruszył   granice   obcego   królestwa,   płacił   za 
zuchwałość.

Wtedy, w ostatniej chwili, Benon Haywick zdołał opuścić ciało Volyana, 

wygięte w przedśmiertnym skurczu. Jego jaźń, odmłodzona koegzystencją z 
Allanem, po zwrotnej transmisji powróciła do człowieka rośliny, ludzkiego 
kadłubka pielęgnowanego przez pokojówki w pewnym hotelu w Garvey. 
Ten kadłubek stanowił oryginalne ciało Haywicka, odchudzone, cierpiące na 

background image

częściowy zanik mięśni i pokryte odleżynami, ale wciąż nieźle nadające się 
na siedlisko duszy. To ciało po miesiącu wegetacji nagle otworzyło oczy i 
zażądało piwa do obiadu. Allan Volyan, który pozostał w głębinie, został 
odciążony, ale nic to nie dało, bo procesy destrukcji jego ciała postępowały 
lawinowo.

Pewien   stary   rybak,   który   wypłynął   na   połów   tuńczyka   na   północny 

akwen   Santa   Paloma,   podczas   wyciągania   pustej   sieci   dojrzał   pod   wodą 
dziwny kształt. Uklęknął i wychylił się za burtę. Nie było wątpliwości – 
głęboko pod wodą znajdował się topielec. Rybak chwycił za bosak, ale nie 
mógł dosięgnąć ciała, więc ponownie zapuścił sieć, tak aby pochwycić w nią 
nieszczęśnika.   Po   kilku   próbach   udało   się.   Mężczyzna   zaczął   się 
zastanawiać, czy nie lepiej poholować ciało do portu, niż wyciągać je na 
pokład,   ale   gdy   ponownie   spojrzał   za   burtę,   stwierdził,   że   nieboszczyk 
podniósł   się   już   pod   samą   powierzchnię.   Ani   chybi   brzuch   się   nadyma, 
pomyślał i znów sięgnął po bosak. Gdy jednak zbliżył go do trupa, ręka 
tamtego  oparła się o drzewce  i rybakowi zdawało się, że je odepchnęła. 
Ciarki   przeszły   mu   po   grzbiecie,   ale   też   obudziła   się   ciekawość,   słyszał 
bowiem o przypadkach uratowania topielców, którzy całe godziny spędzili 
w zimnych głębinach. Gołymi rękami przyciągnął do łodzi poharatane ciało.

Topielec wyślizgiwał się jak węgorz. Cały pokryty był krwią i śluzem, 

ale w końcu staremu udało się przerzucić górną część ciała przez burtę. Łódź 
przechyliła   się   niebezpiecznie,   więc   rybak,   nie   puszczając   ręki 
nieszczęśnika,   rzucił   się   ku   drugiej   burcie,   aby   ją   obciążyć.   Gdy   się 
odwrócił, całe ciało spoczywało już na dnie łodzi.

– Ma się jeszcze krzepę – mruknął starzec do siebie i poszedł włączyć 

silnik. Gdy nawijał linkę na koło zamachowe, usłyszał hałas.

Najwyraźniej topielec nie był do końca trupem, bo zaczął tłuc piętami o 

dno   łodzi.   Wyrzucił   z   ust   strumień   wody   i   wypluł   jakąś   błonę,   którą   z 
powrotem wciągnął z nabieranym powietrzem. Wyprostował ręce i poruszył 
palcami,   a   potem   usiadł   i   usiłował   otworzyć   oczy.   Nie   bardzo   mu   to 
wychodziło, więc potarł pięściami powieki, nabrał dłonią wody i chlusnął 
sobie w twarz. Próbował coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się tylko 
charkot. Przy okazji wypluł trochę wody i piasku.

Rybak nie był praktykującym chrześcijaninem, ale na wszelki wypadek 

uczynił znak krzyża. Niedoszły topielec wybuchnął skrzekliwym śmiechem.

– Nie bój się, dziadku – powiedział, lekko sepleniąc. – Nie zrobię ci 

background image

krzywdy. Umyję się trochę – dodał.

Jeszcze nie skończył mówić, a już był w wodzie. Wybił się mocno i 

skoczył za burtę w to samo miejsce, skąd przed chwilą starzec wydobywał 
jego   pokrwawione   zwłoki.   W   locie   zalśnił   jak   ryba,   po   czym   plasnął   o 
powierzchnię i pomknął w głębinę. Rybak widział, jak śmiga w zielonej toni 
po jednej, a potem po drugiej stronie łodzi. Pomyślał, że dwoi mu się w 
oczach od upału.

Nieznajomy wynurzył się do połowy ciała nad powierzchnię, wsparł się 

o krawędź burty i zręcznie wskoczył do łodzi. Parsknął i otrząsnął się. Teraz, 
gdy spłukał z siebie nieczystości, wyglądał zupełnie inaczej – był rosłym 
młodzieńcem o złocistej karnacji, a płowe włosy opadały mu aż na kark. 
Lekkim krokiem przestąpił sieci i potrząsnął głową, otaczając się chmurą 
lśniących kropel.

– Co się gapisz?! – rugnął rybaka, który obserwował go z otwartymi 

ustami. – Bądź zadowolony, wszak wypełniłeś swoje zadanie: odnalazłeś 
pływaka. Zawracaj więc i wieź mnie do brzegu, bo tam jestem oczekiwany. 
Ja także będę przemierzał do końca przeznaczoną  mi  drogę, i wierz mi, 
znajdę przy tym dość czasu, żeby być na co dzień szczęśliwym.