background image

Mary Jo Putney

Anielski hultaj 

(Angel Rogue)

background image

Futrzanemu przyjacielowi za stałą obecność.

Teresie Jemison -

z wyrazami wdzięczności

za zgodę na użycie

indiańskiego imienia

Kanawiosta.

background image

Prolog

Okazały dwór Wolverhampton zdobił Dolinę York niczym królewska korona. Został wzniesiony w końcu 
XVII   wieku   przez   pierwszego   markiza   Wolverton,   którego   wyrafinowany   smak   architektoniczny 

dorównywał wrażliwości na piękno kobiece. Pan na Wolverhampton miał bowiem trzy żony.

W   następnym   stuleciu   dwór   zamieszkiwały   kolejne   generacje   lordów   i ich   dostojnych   małżonek. 

Andreville’owie   byli   pierwszą   rodziną,   która   pochodziła   z północnej   Anglii.   Jej   członkowie   słynęli 
z honoru, powściągliwości i ogromnej dumy, a przynajmniej większość z nich.

Rozsądniej było wziąć bryczkę, ale Robin wolał jechać konno. Tyle lat minęło od jego ostatniej bytności 
w Anglii. Jak na wczesny grudzień było ciepło, choć w cichym powietrzu czuło się nadchodzącą burzę 

śnieżną.

Stary odźwierny poznał go i rzucił się do bramy, omal się przy tym nie przewracając. Robin posłał mu 

powitalny uśmiech, ale się nie zatrzymał.

Do   dworu   prowadziła   porośnięta   wiązami   aleja   dojazdowa.   Wkrótce   oczom   Robina   ukazała   się 

granitowa fasada. Wolverhampton nie sprawiało miłego wrażenia, ale to był jego dom, i tu właśnie 
zamierzał odpocząć po ciężkich obowiązkach w Paryżu.

Pod drzwiami powitał go lokaj. Robin zsiadł z konia, bez słowa oddał wodze służącemu, po czym wspiął 
się po schodach ku masywnym, wysokim na dziesięć stóp drzwiom. Powinien był powiadomić brata 

o swoim   przyjeździe,   ale   postanowił   tego   nie   robić.   Tym   sposobem   nie   usłyszy,   że   nie   jest   mile 
widziany.

Lokaj, który zjawił się w marmurowym holu, był młody i nie znał przybysza. Dopiero kiedy otrzymał 
kartę wizytową, szeroko otworzył oczy i wydukał:

– Lord Robin Andreville?

– We własnej osobie – potwierdził gość. – Czarna owca wróciła. Czy lord Wolverton przyjmuje?

– Zaraz zapytam – odparł służący, przywołując na twarz wyraz obojętności. – Czy jego lordowska 
mość zechce zaczekać w salonie?

–   Znam   drogę   –   powiedział   Robin,   widząc   że   lokaj   zamierza   go   poprowadzić.   –   W końcu   się   tu 
urodziłem. Przysięgam, że niczego nie ukradnę.

Lokaj spłonął rumieńcem, ukłonił się i zniknął w głębi domu.

Robin   wszedł   do   salonu.   Przesadna   nonszalancja   ustąpiła   miejsca   zdenerwowaniu.   Tak   dawno   nie 

widział   starszego   brata.   Zastanawiał   się,   jak   Giles  go   przyjmie.   Pomimo   różnych  temperamentów, 
kiedyś   byli   przecież   przyjaciółmi.   To   Giles   nauczył   go   jeździć   konno,   strzelać   i z niewielkim 

powodzeniem starał się utrzymać zgodę między nim a ich groźnym ojcem. Nawet po wyjeździe Robina 
z Anglii bracia utrzymywali ze sobą kontakt.

Jednak   od   czasów,   kiedy   razem   mieszkali,   minęło   piętnaście   lat,   a trzy   od   ostatniego   spotkania 
w Londynie.   Nie   należało   do   najmilszych   i zakończyło   się   burzliwą   kłótnią.   Giles   rzadko   wpadał 

w gniew, a już nigdy z powodu brata, toteż ich sprzeczka bardzo Robina przygnębiła. Choć udało im się 
pogodzić i rozstać w przyjaźni, nadal czuł niesmak na wspomnienie tamtego dnia.

Rozejrzał się po salonie. Wydał mu się jaśniejszy i przyjemniejszy niż kiedyś. Styl wersalski złagodzono 
nieco   angielską   przytulnością.   To   na   pewno   pomysł   Gilesa.   Starszy   brat   nigdy   nie   przepadał   za 

pompatycznością. A może to dzieło kobiety, która przez krótki okres była jego żoną? Robin nigdy jej 
nie poznał.

Zastanawiał się, czy nie usiąść, ale odpoczynek był niemożliwy. Ożyły bowiem echa dawnych kłótni 

background image

z ojcem. Zaczął nerwowo chodzić po salonie, rozcierając bolącą rękę. Nie zagoiła się jeszcze od czasu 
wypadku sprzed ośmiu miesięcy, kiedy to pewien niezbyt uprzejmy jegomość postanowił ją złamać.

Z wiszących na ścianie portretów patrzyły na niego surowe twarze przodków. Zapewne cele, którym 
służył Robin, nie wzbudziłyby ich sprzeciwu, za to nie poparliby metod, jakimi je osiągał.

Na honorowym miejscu nad rzeźbionym kominkiem wisiał portret braci Andreville, wykonany na dwa 
lata   przed   wyjazdem   Robina   z Wolverhampton.   Ktoś   obcy   nie   poznałby,   że   przedstawieni   na   nim 

młodzieńcy   są   braćmi.   Nawet   ich   oczy   miały   odmienny   odcień   błękitu.   Giles   był   wysoki,   mocno 
zbudowany, o gęstych ciemnych włosach. Już w wieku dwudziestu jeden lat na jego twarzy rysowała 

się powaga, jakby przygniatało go poczucie odpowiedzialności.

Młodszy z braci był średniego wzrostu, o lekkiej budowie ciała i włosach przywodzących na myśl łan 

zboża. Malarzowi udało się uchwycić szelmowski błysk w lazurowych oczach chłopca.

Robin   nie   zmienił   się   od   tego   czasu,   choć   nie   był   już   szesnastolatkiem   z portretu,   lecz 

trzydziestodwuletnim mężczyzną. Zachował jednak młodzieńczy wygląd, mimo że wiele już w życiu 
przeszedł.

Spojrzał przez okno na zielone trawniki, nieskazitelnie równe nawet późną jesienią. Migotały na nich 
pierwsze przezroczyste płatki śniegu.

Co ja tu robię? – pomyślał. Zupełnie nie pasował do Wolverhampton. Ale lord Robert Andreville nie 
pasował do żadnego miejsca.

Usłyszał, że drzwi się otwierają. Odwrócił się i zobaczył markiza Wolverhampton, rozglądającego się po 
salonie   z niedowierzaniem,   jakby   wątpił   w przekazaną   przez   lokaja   wiadomość.   Robin   z trudem 

opanował drżenie rąk. Surowa, acz przystojna twarz brata, przypomniała mu zmarłego ojca. Byli do 
siebie   podobni,   a lata   tylko   pogłębiły   podobieństwo.   Oczy   braci   spotkały   się   na   dłuższą   chwilę. 

Pierwszy odezwał się Robin.

– Powrót syna marnotrawnego – rzucił niedbałym tonem.

Na ustach markiza pojawił się słaby uśmiech i Giles podszedł do młodszego brata z wyciągniętą ręką.

– Wojna skończyła się wiele miesięcy temu. Co cię tak długo zatrzymało?

Robin z ulgą pochwycił dłoń brata.

– Pod Waterloo tak, ale potrzebowali mnie przy rokowaniach pokojowych.

– No tak – stwierdził oschle Giles. – Co zamierzasz teraz robić, kiedy nastał pokój?

Robin wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia. Dlatego pojawiłem się w twoich progach, jak zły szeląg.

– To także twoje progi. Miałem nadzieję, że w końcu przyjedziesz. Po latach zwodzenia Robin czuł 

potrzebę szczerości.

– Nie wiedziałem, czy będę mile widziany – powiedział. Giles uniósł wysoko brwi.

– A niby dlaczego nie?

– Zapomniałeś już o naszej kłótni?

– Nie zapomniałem i cały czas tego żałowałem. Nie powinienem był tak do ciebie mówić, ale martwiłem 
się o ciebie. Sądziłem, że jesteś na granicy załamania i obawiałem się, że twoja decyzja o powrocie na 

kontynent może cię kosztować życie.

Miał rację, to były ciężkie czasy. Robin spojrzał na okaleczoną rękę i pomyślał o Maggie.

background image

– Byłeś bardzo bliski prawdy.

– Cieszę się, że tylko bliski. – Giles położył dłoń na ramieniu brata. – Masz za sobą długą podróż. 

Pewnie chcesz się odświeżyć i odpocząć przed obiadem?

Robin skinął głową.

– Dobrze być znowu w domu – rzucił jakby od niechcenia.

Rozmawiali   przy   obiedzie   i jeszcze   do   późna   w nocy.   Tymczasem   za   oknami   padał   śnieg.   Poziom 

brandy   w karafce   stopniowo   się   obniżał.   Giles   z uwagą   obserwował   brata.   Już   przed   trzema   laty 
dostrzegł na jego twarzy napięcie, ale teraz wzrosło do tego stopnia, iż markiz podejrzewał, że Robin 

jest na skraju wyczerpania nerwowego i fizycznego. Pragnął mu jakoś pomóc, ale nie wiedział, jak się 
do tego zabrać.

– Może zbyt wcześnie  o tym  mówić, ale  czy masz  jakieś  plany  na przyszłość?  – zapytał  w końcu, 
korzystając z przerwy w rozmowie.

– Już próbujesz się mnie pozbyć? – rzucił kpiąco Robin.

–   Nic   podobnego,   tylko   sądzę,   że   Yorkshire   wyda   ci   się   trochę   nudnawe   po   wszystkich   twoich 

przygodach.

Robin odchylił głowę na oparcie bujanego fotela. W migotliwym świetle świec wydawał się bezbronny 

i delikatny.

– Doszedłem do wniosku, że przygody są śmiertelnie nudne. Nie wspominając już o niebezpieczeństwie 

i niewygodach.

– Żałujesz tego, co robiłeś?

– Nie, to było potrzebne. – Zaczął bębnić palcami w poręcz fotela. – Ale nie chcę spędzić na tym reszty 
życia.

–   Jesteś   w tej   dobrej   sytuacji,   że   możesz   robić,   co   zechcesz.   Możesz   zostać   nauczycielem, 
sportowcem, politykiem, dandysem. Niewielu ludzi ma takie perspektywy.

–  Tak  –  przyznał  z westchnieniem   Robin   i zamknął  oczy.   –  Problem  nie   w dowolności   wyboru,  ale 
w tym, co się pragnie robić.

– Ponieważ byłeś na kontynencie, a listy tam nie dochodziły, nie miałem jak cię zawiadomić, że ojciec 
zostawił ci Ruxton.

– Co?! – Oczy Robina zrobiły się okrągłe. – Nie sądziłem, że coś mi się dostanie. Ruxton to najlepsza 
po Wolverhampton posiadłość rodzinna. Co mu strzeliło do głowy, żeby mi je zostawić?

– Ojciec cię podziwiał, ponieważ nigdy nie potrafił cię zmusić do czegoś, czego nie chciałeś robić.

– Podziwiał? – powtórzył Robin. – No to wybrał diabelnie dziwny sposób na okazywanie mi tego. Nie 

potrafiliśmy spędzić nawet dziesięciu minut razem, żeby nie doszło do kłótni. I nie zawsze wybuchała 
ona z mojej winy.

– Niemniej jednak to ty byłeś jego ulubieńcem. – Giles posłał bratu ironiczny uśmiech. – Miał zwyczaj 
mawiać, że w moich żyłach płynie leniwa krew i że żałuje, iż jego spadkobierca jest tak nudny.

Robin zmarszczył brwi.

– Nigdy nie zrozumiem, skąd brałeś cierpliwość do tego starego złośliwca.

Giles wzruszył ramionami.

background image

– Musiałem być cierpliwy albo opuścić Wolverhampton, a tego nigdy bym nie uczynił.

Robin   zaklął,   podszedł   do   kominka   i poruszył   ogień.   Po   powrocie   z Oxfordu   Giles   przejął   ciężar 

administrowania ogromnymi dobrami Andreville’ów. To on był zawsze tym odpowiedzialnym.  Cicho 
wykonywał obowiązki, nie czekając na nagrodę czy słowa pochwały.

– To typowe dla ojca. Obrażał cię, a ty ułatwiałeś mu życie.

– Nie obrażał – zaprzeczył spokojnie Giles. – Jestem po prostu nudny. Zbiory bardziej mnie interesują 

niż hazard. Wolę wieś od Londynu i książki od plotek. Ojciec musiał czerpać pewną satysfakcję z faktu, 
iż jeden z jego synów jest odpowiedzialny, ale to nie oznacza, że za mną przepadał.

Robin patrzył na brata, zastanawiając się, czy rzeczywiście jest tak opanowany, na jakiego wygląda. 
Nie mógł go o to spytać, bo ich przyjaźń miała swoje granice.

– Ludzie są interesujący ze względu na to, kim są, a nie, czym się zajmują – powiedział zamiast tego. 
– Nigdy nie byłeś nudny.

Giles nie wyglądał na przekonanego i wolał zmienić temat.

– Pewnie będziesz chciał odwiedzić Ruxton – powiedział. – Doglądałem go i panuje tam porządek.

– Dziękuję. – Robin patrzył, jak polano rozpada się na pół, wyrzucając w górę snopy iskier. – Z Ruxton 
i spadkiem, który dostałem od wuja Rawsona, mam tyle pieniędzy, że nie wiem, co z nimi robić.

– Ożeń się. Żony wspaniale dają sobie radę z nadwyżkami dochodu. – Po raz pierwszy w jego głosie 
zabrzmiała kpina. – Poza tym Wolverhampton potrzebuje dziedzica – dodał już nieco spokojniej.

– O nie – odparł Robin z błyskiem rozbawienia w oku. – Dziedzic to już twoje zadanie.

– Już raz próbowałem małżeństwa i nie udało się. Może tobie bardziej się poszczęści.

Robin miał ochotę zapytać o jego żonę, ale wyraz twarzy brata nie zachęcał do tego.

– Przykro mi, ale spotkałem dotąd tylko jedną kobietę, z którą mógłbym spędzić życie, lecz miała dość 

zdrowego rozsądku, by odrzucić moje oświadczyny.

– Czy mówisz o nowej księżnej Candover? Robin rzucił mu ostre spojrzenie.

– Najwyraźniej nie tylko ja w tej rodzinie mam talent do szpiegowania.

– Trudno tu mówić o szpiegowaniu. Candover to mój stary przyjaciel, a kiedy wrócił do Anglii, wiedział, 

że będę ciekaw wiadomości o tobie. Domyśliłem się, że nie powiedział mi wszystkiego. – Głos Gilesa 
stał się cieplejszy. – Miałem okazję poznać księżnę. Wspaniała kobieta.

– To prawda – przyznał cicho Robin. Potem westchnął i przesunął dłonią po jasnych włosach. Choć 
nigdy nie był z bratem tak blisko, jakby chciał, wiedział jednak, że może mu ufać. – Skoro poznałeś 

Maggie, z pewnością rozumiesz, dlaczego zupełnie nie pociąga mnie perspektywa ożenienia się z jakąś 
angielską dziewicą.

– Wiem, o czym mówisz. Nie ma takiej drugiej. – Giles uśmiechnął się lekko. – Ponieważ żaden z nas 
nie chce wypełnić naszych powinności rodzinnych, pozostaje kuzyn Gerald. Zdążył się już postarać 

o cały kram małych Andreville’ów.

Robin pomyślał, że dzieci Geralda będą nudne, ale wartościowe.

Natomiast   dzieci   Maggie   tryskałyby   błyskotliwością.   Poczuł   znajomy   ból   w sercu   i natychmiast   go 
stłumił. Przeszłość to cholernie niezdrowe miejsce.

– Jak długo zamierzasz zostać w Wolverhampton? – zapytał nagle Giles.

background image

– No cóż – zaczął z wahaniem, obawiając się, że prosta odpowiedź natychmiast spotka się z odmową. 
– Myślałem o świętach Bożego Narodzenia. Może dłużej, jeśli ci to nie przeszkadza.

– Możesz zostać tu do końca życia – zapewnił Giles.

Lord   Robert   Andreville,   zbuntowany   młodszy   syn,   szpieg   nad   szpiegami,   czarna   owca   i bohater 

w jednej osobie, na krótką chwilę zamknął oczy, chcąc ukryć wrażenie, jakie wywarły na nim słowa 
brata. Potem usiadł w bujanym fotelu, czując, jak spokój Wolverhampton tłumi tkwiące w nim od wielu 

lat   napięcie.   Giles   miał   rację   twierdząc,   że   to   raczej   niemożliwe,   by   spędził   resztę   swoich   dni 
w Yorkshire. Jeden Bóg wie, co będzie robił w przyszłości.

Ale na razie, dobrze było wrócić do domu.

background image

1

Otaczające   Durham   wrzosowiska   różniły   się   od   lasów   i pól   Ameryki,   lecz   odznaczały   się   swoistym 
urokiem.   Od   śmierci   ojca   przed   dwoma   miesiącami   Maxima   Collins   każdego   dnia   spacerowała   po 

wzgórzach,   napawając   się   wiatrem,   słońcem   i deszczem.   Będzie   jej   brakowało   tych   wrzosowisk 
bardziej niż czegokolwiek innego, co spotkała po tej stronie Atlantyku.

Po dwóch godzinach wędrówki usiadła na zboczu wzgórza, bezmyślnie żując źdźbło trawy. Wiosenne 
słońce łagodziło  żal i smutek trawiące ją od śmierci ojca. Zdawała sobie sprawę, że nadszedł czas 

powrotu do Ameryki.

Jej  wuj,   lord   Collingwood,  traktował   ją   z oziębłą   uprzejmością,   a uczucia   reszty   rodziny   można   by 

w najlepszym razie nazwać mieszanymi. Maxie ich rozumiała. Uważano ją za dziwadło, które nigdy nie 
powinno postawić stopy w angielskim dworze. Podejrzewała, że miasto przyjęłoby ją jeszcze gorzej. 

Nie miała jednak zamiaru wchodzić w ten wielki świat. W swoim własnym czuła się o wiele lepiej.

Największą przeszkodą w powrocie do domu był brak pieniędzy. Pocieszała się, że wuj pożyczy jej na 

powrót   do   Ameryki   i doda   coś   na   wydatki   po   przyjeździe.   Początkowo   się   obruszy,   uznając,   że 
porządna angielska panna i jedyne dziecko zmarłego brata nie powinna nawet myśleć o samodzielnym 

życiu. Dobre wychowanie nakazywało korzystać ze szczodrobliwości rodziny. Jednakże Maxie nie była 
ani   porządną,   ani   angielską   panną,   co   jej   nieustannie   wytykano   w trakcie   tych   czterech   miesięcy 

spędzonych w Durham. Nie ona postanowiła zostać rezydentką wuja. Nawet gdyby z niechęcią odniósł 
się   do   jej   planu   wyjazdu,   nie   mógł   jej   tego   zabronić.   Skończyła   dwadzieścia   pięć   lat   i od   dawna 

zajmowała się sobą i ojcem. Jeśli będzie to potrzebne, znajdzie pracę i zarobi na powrót do Ameryki.

Podjąwszy decyzję, wstała z miejsca i otrzepała resztki trawy z czarnej sukni. To żałobne odzienie było 

kompromisem w stosunku do jej angielskich krewnych. Osobiście wolałaby nie obnosić się z żałobą. 
Cóż, nie będzie to już długo trwało.

Po   półgodzinnym,   szybkim   marszu   ujrzała   wyniosłą   budowlę   Chanleigh   Court.   Na   nieszczęście, 
przechodząc  przez   ogród,   natknęła  się  na  dwie   kuzynki   bawiące   się  w strzelanie  z łuku   do  tarczy. 

Starsza z dziewcząt, Portia, wycelowała i nie trafiła do celu z odległości nie większej niż dwanaście 
kroków. Maxie zamierzała się wycofać, lecz w tym momencie Portia uniosła wzrok.

–   Maximo,   jak   dobrze,   że   jesteś!   –   zawołała   z nutą   złośliwości   w głosie.   –   Mogłabyś   pomóc   nam 
udoskonalić nasze umiejętności? A może łucznictwo to jedna z rozrywek, której byłaś pozbawiona?

Osiemnastoletnia Portia od samego początku nie darzyła kuzynki sympatią, a kiedy śmierć Maximusa 
Collinsa odroczyła jej londyński debiut, znienawidziła ją, jakby to ona była odpowiedzialna za zawód, 

który ją spotkał.

Maxie zawahała się, po czym niechętnie podeszła do kuzynek.

– Strzelałam kiedyś z łuku. Jak w każdej dziedzinie, wymaga to ćwiczeń.

– W takim razie powinnaś chyba więcej ćwiczyć układanie fryzury – stwierdziła Portia, patrząc na nią 

wymownie.

Maxie nauczyła się już ignorować takie zaczepki.

– Masz rację – odpowiedziała spokojnie. – Wyglądam rzeczywiście strasznie. Chciałam niepostrzeżenie 
przemknąć się do domu.

Nawet   starannie   uczesane,   włosy   Maxie   były   za   długie,   zbyt   proste   i za   ciemne   jak   na   panującą 
w Anglii   modę,   a na   dodatek   rozrzucił   je   wiatr.   Portia   i Rosalinda   natomiast   wyglądały   tak,   jakby 

właśnie przyjmowały gości. Przewyższały też małą Amerykankę wzrostem. Szesnastoletnia Rosalinda, 
uprzejmiej sza od siostry, popatrzyła na kuzynkę z zakłopotaniem.

background image

– Może spróbujesz mojego łuku, Maximo? – zaproponowała nieśmiało.

Maxie wzięła od niej łuk i kilkakrotnie naciągnęła cięciwę. Dawno nie strzelała, ale nie zapomniała, jak 

to się robi.

– Powinnam była pamiętać, że strzelanie z łuku to dla dzikusów codzienność – mruknęła Portia.

Z jakiegoś powodu ta właśnie uwaga dotknęła Maxie boleśnie. Uniosła głowę i spojrzała tak groźnie na 
kuzynkę, że ta nieświadomie zrobiła krok w tył.

– Masz rację – przyznała Maxie podejrzanie słodkim głosem. – To zajęcie dla dzikusów, więc zejdź mi 
z drogi.

Kiedy kuzynki pospiesznie się odsunęły, sięgnęła po garść strzał, po czym oddaliła się na czterokrotną 
odległość.   Następnie   naciągnęła   cięciwę   i skupiła   się   na   celowaniu.   Najważniejszą   sprawą   było 

wyobrazić sobie siebie jako strzałę lecącą do celu. Puściła cięciwę i w sekundę później strzała utkwiła 
w samym środku tarczy. Jeszcze drżała, kiedy Maxie  posłała  następną.  Po chwili pięć strzał tkwiło 

jedna przy drugiej. Naciągając ostatnią, odwróciła się w stronę starszej z kuzynek, która patrzyła na 
nią z przerażeniem, i strzeliła w drzewko owocowe, pod którym stały siostry. Portia wzdrygnęła się, 

kiedy kilka listów spadło jej na głowę.

Maxie podeszła do kuzynek i oddała łuk Rosalindzie.

– Ponieważ jestem dzikuską, jak byłaś uprzejma zauważyć, mam skłonności do przemocy. Radzę ci 
o tym pamiętać – powiedziała, po czym odwróciła się na pięcie i z dumnie podniesioną głową ruszyła 

w stronę domu. W duchu zganiła się za ten brak opanowania, ale zarazem czuła wielką satysfakcję.

Kiedy weszła do domu, zatrzymała się w holu, zastanawiając się, czy iść od razu do wuja, czy może 

najpierw doprowadzić się do porządku. Zaraz jednak na końcu korytarza pojawił się lokaj, prowadząc 
zarośniętego   jegomościa   o nabrzmiałej   twarzy.   Obaj   skierowali   się   do   gabinetu   wuja.   Żaden 

z mężczyzn jej nie zauważył, toteż Maxie cichutko umknęła do swojej sypialni.

Cudowny   pokój   był   okrasą   przykrego   pobytu   w Chanleigh   Court.   Wiedziała,   że   będzie   tęsknić   za 

luksusową   łazienką   z ciepłą   wodą   i za   bogatą,   rzadko   odwiedzaną   przez   domowników,   biblioteką. 
Z pewnością jednak nie za kuzynką Portią.

W godzinę później usiadła  przy oknie  w odświeżonej sukni  i włosami  ułożonymi  w węzeł na karku. 
Nagle   jej   uwagę   przykuła   postać   wyłaniająca   się   z bocznych   drzwi.   Był   to   ten   sam   podejrzany 

jegomość, którego widziała wchodzącego do gabinetu wuja. Zastanawiała się, z jaką sprawą przybył do 
Chanleigh Court. Nie przypominał innych znajomych wuja.

Nie   zaprzątając   sobie   dalej   tym   głowy,   sprawdziła   w lustrze   swój   wygląd.   Prezentowała   się   teraz 
znacznie   lepiej.   Wyszła   więc   z pokoju   i zeszła   na   dół   po   schodach.   Już   miała   zapukać   do   drzwi 

gabinetu,   kiedy   usłyszała   dochodzący   ze   środka   głos   ciotki   Althei.   Zawahała   się,   lecz   po   namyśle 
uznała,   że   przedstawienie   prośby   w obecności   lady   Collingwood   może   jej   wyjść   na   dobre.   Choć 

wujenka   traktowała   bratanicę   uprzejmie,   nie   było   w niej   ani   ciepła,   ani   prawdziwej   życzliwości. 
Z pewnością poprze prośbę Maxie, wiedząc, że tym sposobem szybciej się jej pozbędzie.

W tym momencie doszedł ją ostry głos ciotki.

– Czy ten straszliwy człowiek wart był tego, co mu zapłaciłeś?

– Tak. Simmonsowi może i brak dobrych manier, ale tą nieprzyjemną sprawą z Maxem zajął się jak 
ekspert. – Po kilku niezrozumiałych słowach dokończył: – ...z pewnością nie możemy dopuścić, by 

wieść o tym, jak zginął mój brat, dostała się do wiadomości publicznej.

Maxie zamarła. Ojciec przeżył już kilka zawałów, więc nie zaskoczyła jej wiadomość, że zmarł nagle 

w Londynie. Jego ciało odesłano do Durham i złożono z wszelkimi honorami w rodzinnym grobowcu. 
Nie było powodu podejrzewać, że umarł śmiercią nienaturalną. Aż do tej pory.

background image

Maxie rozejrzała się na boki czy nikt jej nie widzi, po czym przytknęła ucho do dębowych drzwi.

–   Twój   brat   sprawia   ci   tyle   samo   kłopotów   po   śmierci   co   za   życia.   Wielka   szkoda,   że   nie   został 

w Ameryce – powiedziała ciotka. – Sprawa ze spadkiem idzie bardzo opornie i co będzie, kiedy Maxima 
dowie się, jak naprawdę umarł?

– Wątpliwości co do spadku są już prawie rozwiązane, a Maxie nie pozna prawdy. Zatroszczyłem się 
o to.

– Lepiej, żebyś miał rację, bo inaczej dostaniemy skórkę za wyprawkę – rzuciła zjadliwie wujenka. – 
Ta mała diablica nie jest głupia.

– Czy byłabyś dla niej bardziej miła, gdyby nasze córki dorównywały jej urodą? – zapytał ostrzejszym 
tonem.

– Też pomysł! – prychnęła z oburzeniem. – Myślisz, że chciałabym, żeby nasze córki wyglądały jak 
ona? To dobrze wychowane angielskie panny, a nie jakieś tam ciemnoskóre dzikuski.

– Zgadzam się, że dobrze wychowane, ale nikt nie zwraca na nie uwagi, kiedy w tym samym pokoju 
znajduje się ich kuzynka.

– To oczywiste, że mężczyźni się za nią oglądają, tak jak ogiery reagują na klacz w czasie rui. Żadna 
prawdziwa dama nie życzyłaby sobie tego – odparła lady Collingwood. – Nigdy nie zrozumiem, jak twój 

brat mógł ożenić się z czerwonoskórą. Pytanie, czy w ogóle się z nią ożenił. Miał tupet, żeby przywieźć 
tu ze sobą tę pół-Indiankę!

– Wystarczy, Altheo – warknął jej mąż. – Max może i był nicponiem, ale należał do rodziny, a Maxima 
jest jego córką. Nie widzę żadnych braków ani w jej zachowaniu, ani w rozumowaniu. Traktuje nas jak 

prawdziwa dama, czego nie mogę powiedzieć ani o tobie, ani o Portii.

–   Przed   godziną   wystraszyła   Portię,   celując   do   niej   z łuku!   Cały   czas   umieram   ze   strachu,   że   ta 

dziewczyna   postrada   zmysły   i wymorduje   nas   podczas   snu.   Jeśli   ty   się   jej   nie   pozbędziesz,   ja   to 
uczynię.

– Bądź cierpliwa. Pokażemy ją w Londynie na wiosnę, kiedy skończy się żałoba po ojcu. Rosalinda 
osiągnie już wtedy odpowiedni wiek, będziemy więc mogli wypuścić wszystkie trzy dziewczyny naraz. 

Z jej wyglądem Maxima bez trudu znajdzie sobie odpowiedniego męża.

Na myśl o Londynie Maxie poczuła niechęć, ale to uczucie nie dorównywało reakcji ciotki.

– Nie przypuszczasz chyba, że pokażę nasze córki w towarzystwie Maxie? – sapnęła z oburzeniem. – 
To niedorzeczność.

– Nie ma nic niedorzecznego w pokazaniu kuzynek razem.

– Nie możemy trzymać jej tu przez cały rok – zaprotestowała lady Collingwood. – Wkrótce wraca 

Marcus, a wiesz, jaki on jest wrażliwy. Czy chcesz ryzykować, że twój własny syn zadurzy się w tej, tej 
dzikusce? Takiej właśnie pragniesz synowej?

– Nie takiej partii dla niego pragnę – odparł po dłuższej chwili. Odpowiedzi lady Collingwood Maxie nie 
dosłyszała. Najwyraźniej ciotka odsunęła się od drzwi.

Nie miało to jednak znaczenia, bo i tak wiedziała już więcej, niż pragnęła. Czując mdłości, wróciła do 
swojego pokoju. Po zamknięciu drzwi opadła na łóżko i zwinęła się w małą roztrzęsioną kulkę.

Z rozmowy wynikało, że jej ojciec nie umarł śmiercią naturalną. Czy zginął w wypadku, a może ktoś na 
niego   napadł?   Ale   wtedy   wuj   nie   miałby   powodu,   by   to   przed   nią   ukrywać.   Może   umarł   w łóżku 

prostytutki?   Nie   było   to   niemożliwe,   ale   też   nie   aż   tak   skandaliczne,   by   wymagało   zatuszowania. 
W końcu   uznała,   iż   najprawdopodobniej   jej   ojciec   został   zamordowany.   Ale   dlaczego   ktoś   miałby 

pozbawiać życia czarującego i nieszkodliwego Maxa? Pieniądze i żądza to dwa główne motywy zbrodni. 

background image

Tyle  że  ojciec nie  miał  przy duszy złamanego  pensa.  Jeszcze  mniej  prawdopodobna  wydawała   się 
zbrodnia z afektu. Max nigdy nie był kobieciarzem, poza tym minęło wiele lat, odkąd wyjechał z Anglii.

Lady Collingwood wspomniała coś o spadku. Maximus został wydziedziczony przez własnego ojca, ale 
być   może   otrzymał   spadek   po   jakimś   dalekim   krewnym   i zabito   go,   by   nie   mógł   upomnieć   się 

o schedę. Jeśli tak, to czy ona sama, jako spadkobierczyni ojca, nie znajduje się w niebezpieczeństwie? 
Potrząsnęła   głową   z niedowierzaniem.   Takie   rzeczy   wydarzały   się   tylko   w romansach,   nie 

w prawdziwym życiu.

A może ojciec wplątał się w jakieś podejrzane przedsięwzięcie? Na dzień przed wyjazdem do Londynu 

obwieścił jej wesoło, że ich finansowe problemy wkrótce się skończą. Jego kochana córeczka zostanie 
damą   i będzie   wiodła   dostatnie   życie   ze   wspaniałym   mężem,   na   jakiego   zasługiwała.   Nie   po   raz 

pierwszy ojciec rzucał takie obietnice, więc Maxie roześmiała się tylko stwierdzając, że dobrze jej tak 
jak jest.

Trudno jej było wyobrazić sobie, by ojciec mógł zarobić większe pieniądze w uczciwy sposób. Wcale by 
jej nie zdziwiło, gdyby próbował także nieuczciwych metod. Bardzo kochała ojca, ale znała też jego 

słabości.   Może   zdobył   jakieś   skandaliczne   informacje   na   temat   jednego   ze   szkolnych   kolegów 
i próbował go szantażować? Jeśli tak, ofiara mogła uznać, iż łatwiej pozbyć się szantażysty niż mu 

płacić. Małe ryzyko, by ktoś tęsknił za nędznym hulaką.

Oczywiście prócz córki.

Jeśli   ojciec   próbował   szantażu,   to   czy   wybrał   sobie   na   ofiarę   własnego   brata?   Rodzinne   sekrety 
stanowiły najłatwiejszy kąsek.

Maxie   tak   mocno   zacisnęła   dłonie,   że   paznokcie   wbiły   się   jej   w skórę.   Musiała   wziąć   pod   uwagę 
możliwość,   iż   lord   Collingwood   zamordował   brata,   a ten   podejrzany   typ   z Londynu   był   wynajętym 

mordercą.

Czy wuj zdolny byłby do tak straszliwej zbrodni? Z całego serca pragnęła odrzucić to podejrzenie, ale 

nie mogła. Wydawało się, że wuj lubił brata, jednak w obliczu szantażu ludzie się zmieniają. W ciągu 
ostatnich kilku miesięcy Maxie przekonała się o jednym: Anglicy bardzo dbają o pozory. Max wiele 

ryzykował,   strasząc   kogoś   skandalem.   Wuj   mógł   podjąć   decyzję   o pozbyciu   się   brata   z wielką 
niechęcią, ale Maxie nie wątpiła, iż uczyniłby to, gdyby okoliczności go do tego zmusiły.

Wszystkie   te   przemyślenia   wydały   się   zbyt   daleko   posunięte,   ale   też   morderstwo   było   strasznym 
uczynkiem. Zamknęła oczy, zastanawiając się czy przypadkiem nie postradała zmysłów. Zawsze miała 

bujną wyobraźnię – zdaniem ojca skorą do sensacji – która teraz wyraźnie się buntowała. Może istniało 
też proste wytłumaczenie całej sprawy. Jeśli tak, nie potrafiła go znaleźć. Logika nakazywała zapytać 

wuja, ale nie wydawało się to roztropne. Nie wyjawi tego, co z takim trudem starał się ukryć. Gorzej, 
bo jeśli winien jest zbrodni, mógłby zaszkodzić jej samej. Nie sądziła, żeby chciał ją skrzywdzić, ale 

skoro skazał na śmierć brata, nie zawaha się też z bratanicą.

Zagryzła wargi, czując w głowie zamęt. Tylko dwie rzeczy wydawały się pewne: jej ojciec nie umarł 

naturalnie, a ona sama persona non grata w tym domu. Wiedziała, że lady Collingwood jej nie lubi, ale 
zaskoczyła   ją   wrogość,   ujawniona   w trakcie   podsłuchanej   rozmowy.  Diablica...   ciemnoskóra   mała 

dzikuska... pół-Indianka.

Musi opuścić Chanleigh Court i to jeszcze tej nocy, kiedy wszyscy pójdą spać. Ale nie wróci potulnie do 

Bostonu. Najpierw pojedzie do Londynu i dowie się prawdy o śmierci ojca.

Usiadła. Konieczność zaplanowania ucieczki uspokoiła chaotyczne myśli. Znała adres gospody, w której 

nocował   ojciec,   a także   nazwiska   kilku   jego   starych   znajomych.   To   wystarczało   do   rozpoczęcia 
śledztwa.

Pozostawało tylko pytanie, jak dotrzeć do Londynu. Wprawdzie miała kilka funtów, ale nie opłaci nimi 
podróży do Londynu. Będzie więc musiała dotrzeć tam pieszo. To jakieś dwieście pięćdziesiąt mil, ale 

dla kogoś kto pół życia spędził na wędrówkach po drogach Nowej Anglii, nie stanowiło problemu.

background image

Tym razem jednak nie będzie jej towarzyszył ojciec. A podróżowanie w pojedynkę to wielkie ryzyko, 
zwłaszcza dla kobiety. Nigdy specjalnie nie przebierała się za mężczyznę, ale czasami była do tego 

zmuszona z powodu niebezpieczeństw czyhających na drogach Ameryki. Na szczęście zabrała ze sobą 
męski strój. Z ukrytymi pod bandażem piersiami, włosami pod kapeluszem, w luźnej koszuli, kaftanie 

i pelerynie, będzie wyglądała jak młodzieniec. A jeśli ktoś zechce przyjrzeć się jej z bliska, ma jeszcze 
nóż.

Z pakowaniem poradziła sobie bez większego problemu, bo nie miała wielu rzeczy. Oprócz męskiego 
przebrania,   będzie   jej   potrzebna   suknia   na   Londyn   oraz   peleryna,   która   posłuży   też   za   koc. 

Drogocenna paczuszka z amerykańskimi ziołami także się przyda. Srebrny łańcuszek matki już wisiał 
na szyi. W wewnętrznej kieszeni płaszcza ukryła zegarek po ojcu, złote kolczyki i harmonijkę. Sztućce 

i garnki kupi gdzieś po drodze.

Wszystkie te dobra upchnęła w wysłużonym plecaku. Teraz musiała tylko poczekać, aż wszyscy usną. 

Nie mogąc spojrzeć w twarz ciotce i wujowi przesłała wiadomość, że nie zejdzie na obiad z powodu 
migreny i poprosiła, by posiłek przysłano jej do pokoju.

Najtrudniejszym   zadaniem   okazało   się   napisanie   pożegnalnego   listu.   Była   gościem   Collingwoodów, 
więc nie wypadało opuścić domu bez słowa wyjaśnienia. Dobre wychowanie nakazywało zachować się 

przyzwoicie mimo podejrzeń, jakie żywiła wobec wujostwa. Poza tym nie chciała, by domyślili się, iż 
podsłuchała ich rozmowę.

Przez   długi  czas gryzła  pióro,  aż  wreszcie  wpadła  na odpowiedni  pomysł.  Napisze, że  postanowiła 
wyjechać do Londynu z zamiarem odwiedzenia ciotki.

Desdemona   Ross   była   młodszą   siostrą   Cletusa   i Maximusa,   wdową   i intelektualistką   o otwartych 
poglądach.   Ponieważ   lady   Collingwood   serdecznie   jej   nie   znosiła,   Desdemona   rzadko   odwiedzała 

rodzinne siedlisko. Maxie nigdy nie widziała ciotki, ale korespondowały ze sobą. Jeden z takich listów 
przyszedł właśnie wczoraj, tak więc będzie mogła napisać, że wyjeżdża na zaproszenie ciotki.

Pochyliła się nad papierem listowym. To niegrzecznie opuszczać dwór nocą, bez słowa uprzedzenia, ale 
nikt jej nie będzie gonił, a tylko to się liczyło. Wątpiła, czy ktokolwiek będzie się zastanawiał, jak jej się 

udało wynająć powóz nocą.

Postanowiła,  że odwiedzi  ciotkę, której  listy  zawsze  wydawały   jej się miłe.  Z przyjemnością  pozna 

członka rodziny, do którego czuje sympatię.

Nie miała trudności z opuszczeniem Chanleigh Court. Z radością włożyła chłopięce przebranie po tylu 

miesiącach noszenia sukien. Kobiety z plemienia matki chodziły w spodniach. Maxie czuła się w nich 
równie dobrze jak w sukniach białych kobiet. Pożegnalny liścik zostawiła na toaletce w swojej sypialni. 

Przy odrobinie szczęścia odnajdą go dopiero następnego dnia.

Z  kuchni   zabrała  ser,  chleb,   herbatę   i połeć   szynki,   co   zaoszczędzi   jej   wydatków  przynajmniej   do 

Yorkshire. Po chwili zastanowienia wzięła także z gabinetu wuja starą mapę okolic Londynu i wyszła 
bocznymi drzwiami. Uznała za dobry znak fakt, że po dżdżystym wieczorze niebo się rozpogodziło. 

Nocne   powietrze   było   wilgotne   i chłodne,   lecz   wciągnęła   je   głęboko   w płuca,   czując   się   szczęśliwa 
i wolna.

Szybko zeszła ze wzgórza i zatrzymała się, by ostatni raz spojrzeć na ogromny dwór. Ojciec cieszył się 
z powrotu   do   rodzinnego   domu.   Gdziekolwiek   teraz   jest,   musi   być   szczęśliwy,   że   jego   kości   tu 

spoczywają. Chanleigh Court był domem ojca, ale nie jej, i nic nie wskazywało na to, żeby miała tu 
powrócić. Nie pasowała do tego otoczenia i z pewnością szybko tu o niej zapomną.

Przeszła jakieś pięć czy sześć mil, kiedy wzeszedł księżyc. Zobaczywszy w oddali sylwetkę jakiegoś 
budynku, ruszyła w tę stronę przez mokre od rosy pola. Znalazła w nim resztki zeszłorocznego siana. 

Ułożyła   się   na  nim,   a tobołek   posłużył   jej   za  poduszkę,   peleryna   zaś  za   nakrycie.   Nie   była   to   jej 
pierwsza   noc   spędzona   w przydrożnej   szopie   i pewnie   nie   ostatnia.   Jednak   po   raz   pierwszy   nie 

towarzyszył   jej   ojciec.   Ból   ścisnął   jej   serce.   Ogarnęła   ją   tęsknota   i uczucie   samotności.   Zacisnęła 
w dłoni srebrny krzyżyk matki. Jest półkrwi Indianką, Amerykanką i Collinsówną, więc nie będzie się 

background image

nad sobą użalała.

Czy śmierć ojca oznaczała, że już do końca życia pozostanie sama? – pomyślała, zapadając w sen.

background image

2

Bracia   siedzieli   przy   śniadaniu   w ciszy,   przerywanej   jedynie   szelestem   przekładanych   stron   gazet. 
Prasa nie przynosiła żadnych ciekawych wieści, toteż markiz Wolverton zaczął przyglądać się bratu 

znad „Timesa”.

W młodości dzielące ich pięć lat stanowiło  dużą różnicę. Giles miał nadzieję, że tej zimy staną się 

wreszcie równymi sobie przyjaciółmi. Tak jednak się nie stało. Pierwszego wieczoru Robin odkrył się 
nieco, ale już następnego dnia znowu schował się w swojej skorupie. Był świetnym kompanem, zawsze 

chętnym do pogawędki, wspólnego milczenia czy do uczestnictwa w miejscowych przyjęciach. Jednak 
prawdziwe uczucia i myśli krył za pełną uroku maską grzeczności.

Nie miałoby to znaczenia, gdyby Giles nie przeczuwał, że dzieje się coś złego. Robin utracił chęć do 
życia,   swoją   najbardziej   znaczącą   cechę   charakteru.   Giles   często   spotykał   brata   zamyślonego 

i zapatrzonego w przestrzeń. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest to wina kobiety, która była 
teraz księżną Candover. Może też istniały głębsze i trudniejsze do określenia powody.

Cokolwiek   by  to   było,   czuł  że  Robin   coś  stracił   i to   bezpowrotnie.  Bardzo  go   to   martwiło,   ale  nie 
wiedział, jak pomóc. Z westchnieniem odłożył gazetę na stół.

– Masz jakieś plany na dzisiaj? Robin zawahał się.

– Może przejdę się po zachodnich lasach. Nie odwiedzałem jeszcze tamtych stron.

– Trudno mi uwierzyć, że odpowiada ci tak spokojne życie – stwierdził Giles. – Cały czas zastanawiam 
się, kiedy znikniesz.

Robin uśmiechnął się.

–   Jeśli   to   się   zdarzy,   nie   martw   się   o mnie.   Będzie   to   oznaczało,   że   natknąłem   się   na   coś 

interesującego, na przykład na grupę Cyganów i nie potrafiłem im się oprzeć.

Giles nie miałby nic przeciwko temu, żeby brat znalazł coś interesującego, czym mógłby się zająć.

– Dziś cały dzień spędzę w magistracie – powiedział. – Zobaczymy się przy kolacji, chyba że spotkasz 
Cyganów.

Po   wyjściu   brata   Robin   poszedł   do   kuchni,   by   poprosić   o przygotowanie   prowiantu.   Kucharka 
zapakowała cztery razy więcej jedzenia, niż był w stanie zjeść. Koniecznie chciała go trochę podtuczyć. 

Jak na złość apetyt zupełnie mu nie dopisywał.

Ruszył na wędrówkę po zachodnich lasach pieszo, bo po tak zarośniętej okolicy nie dałoby się jeździć 

konno.   Zresztą   piesza   wędrówka   najbardziej   pasowała   do   jego   nastroju.   Miał   nadzieję,   że   spokój 
Wolverhampton   ukoi   tkwiący   w nim   ból.   Do   pewnego   stopnia   tak   się   stało.   Odzyskał   siły   i coraz 

rzadziej miewał nocne koszmary. Nie miał żadnych celów i zobowiązań, ale właśnie to go niepokoiło. 
Kiedyś   stale   musiał   podejmować   decyzje,   które   z fascynujących   zadań   wybrać.   Teraz   pogrążył   się 

w ponurej melancholii, czego nigdy wcześniej nie doświadczał. Nie licząc krótkich wizyt w Ruxton, całe 
sześć miesięcy spędził na spaniu, konnych przejażdżkach, wędrówkach po okolicy oraz na czytaniu 

i pisaniu listów. Najbardziej aktywnym zajęciem stało się unikanie zakus miejscowych panien. Bracia 
Andreville byli pożądanymi gośćmi zimowych spotkań towarzyskich. Choć to Giles miał tytuł i majątek, 

wątpiono, by zechciał powtórnie się ożenić, tak więc panie zwróciły się ku Robertowi. Jego pociągający 
wygląd, owiana tajemnicą przeszłość oraz fakt, iż być może kiedyś odziedziczy tytuł i majątek, czyniły 

z niego pierwszą partię w okolicy.

Robin westchnął, po czym zarzucił tobołek z prowiantem na ramię. Nie miałby nic przeciwko szalonej 

miłości, ale też nie wyobrażał sobie, że mógłby zakochać się w jednej z tych niewinnych angielskich 
dziewcząt, które spotykał w domach Yorkshire. Nie znał Maggie, kiedy była jeszcze panną na wydaniu, 

background image

ale nawet jako siedemnastolatka nie mogła zachowywać się tak naiwnie.

Dzień był gorący, z przyjemnością więc powitał cień lasu. Miał na sobie stare ubranie, toteż spokojnie 

mógł się teraz przedzierać przez najdziksze chaszcze.

Słońce stało już wysoko, kiedy dotarł do małej polanki przy strumieniu. Uśmiechnął się, widząc przed 

sobą małą kolonię grzybów. W dzieciństwie uważał, że takie miejsca są zaczarowane. Kładł się pod 
drzewem, zamykał oczy i marzył o dalekim, nieznanym świecie i o pojawieniu się wróżki. Może teraz 

zdarzy się jakiś czar. Położył na ziemi torbę i wyciągnął się na trawie. Splótł ręce pod głową i zaczął 
bezmyślnie wpatrywać się w niebo.

Popełnił błąd, pozwalając swobodnie przepływać myślom. Zaraz też ogarnął go smutek. Za dnia nie 
miał  trudności  z odpędzeniem  demonów,  ale  wiedział,  że  powrócą nocą w koszmarach.  Bał się,  że 

dłużej tego nie wytrzyma i w końcu oszaleje.

Zmusił się do myślenia o przyszłości. Pomimo szczodrobliwości brata, nie mógł do końca swoich dni 

pozostać   w Wolverhampton.   Może   zostanie   podróżnikiem.   Znał   Europę,   jak   matka   twarz   swojego 
dziecka, nigdy jednak nie był na Wschodzie ani też w Nowym Świecie.

Tylko, że tak naprawdę, podróże już go znudziły.

Giles   podsuwał   mu   parlament;   wkrótce   zwolni   się   jedno   z miejsc   przynależnych   Andreville’om,   co 

dałoby   mu   możliwość   przedstawienia   swoich   opinii   na   forum   publicznym.   Mógł   też   zająć   się 
dziennikarstwem. Żurnaliści to butna i czupurna wiara. Pasowałby tam, jeśli odzyska energię i chęć do 

życia.

Najwyraźniej polanka nie była zaczarowana, skoro jego umysł krążył wokół tych samych dręczących go 

od miesięcy tematów. Ciepło promieni słonecznych i roztaczająca słodki zapach trawa zachęcały do 
drzemki. Zapadł w nią z nadzieją, że koszmary zaczekają do nocy.

Po wędrówce w popołudniowym słońcu Maxie powitała leśny chłód z wdzięcznością. Wieśniak, który 
podwiózł ją furmanką, wskazał właśnie tę drogę. Omijała główne trakty, a na bocznych drogach nikt 

nie zwracał uwagi na samotnego młodzieńca. Zresztą od kilku godzin nie spotkała żywej duszy. Jedyny 
kłopot to ten, że poprzedniego dnia skończyło się jej jedzenie i żołądek zaczął domagać się swoich 

praw. Z tego co mówił wieśniak, pierwsze domostwa napotka dopiero pod koniec dnia. W Ameryce 
umiałaby sobie poradzić, korzystając z darów natury, ale angielskie prawa własności były tak ostre, że 

bała się je naruszać. Jeśli głód porządnie da się we znaki, z pewnością zapomni o strachu.

Odgłos kopyt i toczących się kół zmusił ją do zatrzymania się i obejrzenia za siebie. Nadjeżdżał ciężki 

wóz. Uznała, że lepiej nie pokazywać się nikomu w takiej głuszy, szybko więc wspięła się na pagórek 
i zniknęła w lesie. W ciągu trzech dni podróży nie miała żadnych kłopotów. Prócz dwukrotnej jazdy 

furmankami   z małomównymi   wieśniakami  z nikim   więcej   nie  rozmawiała.   Wóz  minął   ją   z brzękiem 
i stukotem. Zamierzała wrócić na drogę, kiedy usłyszała słodkie trele.

Zatrzymała   się   i uśmiechnęła   szeroko.   Poznawanie   ptaków,   zwierząt   i roślin   należało   do 
najprzyjemniejszej   strony   tej   wędrówki.   Ten   ptasi   koncert   wykonywał   chyba   najsłynniejszy   słowik 

w Anglii. Już przed miesiącem wydawało jej się, że słyszy tego ptaszka, ale kuzynki nie potrafiły tego 
potwierdzić. Jedyne ptaki, jakie rozpoznawały, to te upieczone i podane na półmisku.

Zaczęła przedzierać się przez zarośla. Poszukiwania doczekały się nagrody, bo przez krótką chwilę 
widziała brązowe piórka. Ruszyła dalej ze wzrokiem utkwionym w gałęziach drzew.

Nagle potknęła się o coś. Zaklęła pod nosem, próbując bezskutecznie utrzymać równowagę. Upadła jak 
kłoda,   lecz   ku   swemu   zaskoczeniu   poczuła,   że   zamiast   na   twardej   ziemi   leży   na   czymś   miękkim 

i ciepłym.

Ciepłym, miękkim i odzianym.

Zorientowała się, że to człowiek. Spał, ale obudził się, instynktownie obejmując ją ramionami.

background image

Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. W niebieskich oczach nieznajomego pojawiły się najpierw 
zdumienie i zaniepokojenie, potem rozbawienie.

– Przepraszam, że znalazłem się na twojej drodze – powiedział w końcu.

– Proszę wybaczyć – mruknęła. Odsunęła się od nieznajomego, ciesząc się w duchu, że przy upadku 

nie spadł jej kapelusz i nadal ocienia twarz. – Nie patrzyłem pod nogi.

Wstała, gotowa odejść. Potem, zupełnie jak żona Lotta, uczyniła błąd i odwróciła się.

Wcześniej nie zdążyła się przyjrzeć nieznajomemu i teraz dostrzegła piękne oczy, jasne włosy, ładnie 
zarysowane,  zmysłowe   usta.   Doszła  do   wniosku,   że   nigdy   wcześniej  nie   widziała   tak  przystojnego 

mężczyzny.   Jego   nieco   przydługie   włosy   mieniły   się   wszystkimi   odcieniami   brązu,   a rysy   twarzy 
zmusiłyby anioła do płaczu z zawiści.

Rozejrzała  się  po polance  i nagle  przyszła   jej  do głowy niedorzeczna myśl,  że  oto  ma przed sobą 
Oberona, legendarnego króla wróżek. Nie, był zbyt młody, a poza tym król elfów nie miałby na sobie 

ziemskiego odzienia.

Jasnowłosy mężczyzna usiadł i oparł się o pień drzewa.

– Może raz albo dwa kobiety rzucały się w moje ramiona, ale nigdy z takim impetem – powiedział, 
a wokół oczu pojawiły mu się zmarszczki. – Jednakże możemy dojść do porozumienia, jeśli grzecznie 

przedstawisz mi swoją prośbę.

Maxie znieruchomiała.

– Chyba się jeszcze nie obudziłeś – powiedziała starając się mówić niskim głosem. – Mam na imię Jack 
i nie jestem kobietą, a już z pewnością nie interesuje mnie wpadanie w twoje ramiona.

Nieznajomy uniósł brwi.

– Z daleka może i wyglądasz na chłopca, ale pamiętaj, że upadłaś na mnie, co rozbudziło mnie na tyle, 

by wiedzieć z kim  mam przyjemność. – Przesunął wzrokiem po jej sylwetce. –  Dam ci radę: jeśli 
chcesz być przekonująca, postaraj się o odpowiednią koszulę i surdut albo wkładaj luźniejsze spodnie. 

Nigdy nie widziałem chłopaka zbudowanego tak jak ty.

Maxie   zarumieniła   się,   po   czym   obciągnęła   wymięty   kaftan.   Chciała   rzucić   się   do   ucieczki,   kiedy 

mężczyzna uspokajająco uniósł dłoń.

–   Nie   uciekaj.   Nie   jestem   niebezpieczny.   Pamiętaj,   że   to   ty   na  mnie   wpadłaś,   a nie   odwrotnie.   – 

Sięgnął do wypchanej torby, leżącej kilka stóp dalej. – Czas na popołudniowy posiłek, a ja mam tu 
o wiele więcej jedzenia niż potrzeba dla jednej osoby. Przyłączysz się?

Wiedziała, że powinna się trzymać z daleka od tego zbyt przystojnego mężczyzny, ale wydawał się 
przyjazny   i niegroźny,   a ona   miała   wielką   ochotę   z kimś   porozmawiać.   Podjęła   decyzję,   kiedy 

nieznajomy wyciągnął z worka mięsne paszteciki. Żołądek nigdy jej nie wybaczy, jeśli nie przyjmie 
zaproszenia.

– Jeśli jesteś pewien, że wystarczy, skorzystam z zaproszenia. Rzuciła  tobołek na ziemię  i usiadła, 
krzyżując nogi, w bezpiecznej odległości, w razie gdyby młody Apollo miał niecne zamiary.

Jasnowłosy podał jej paszteciki, potem ponownie sięgnął do worka, wyjął pieczonego kurczaka, kilka 
bułek i butelkę. Odkorkował ją i postawił na środku.

– Piwem będziemy musieli się podzielić.

– Nie piję piwa.

Za to uwielbiała paszteciki. Z trudem powstrzymała się, żeby nie połknąć wszystkich naraz.

background image

Mężczyzna jadł spokojnie, dokładnie przeżuwając każdy kawałek.

– W większości społeczności uważa się za niegrzeczne siadanie do posiłku w nakryciu głowy.

Z niechęcią pomyślała o pokazaniu twarzy, ale nie wypadało zignorować uwagi o dobrych manierach. 
Przyjęcie zaproszenia obligowało ją do grzeczności. Zdjęła więc kapelusz, uważnie przyglądając się 

towarzyszowi.

Przez   chwilę   patrzył   na   nią   bez   słowa.   Maxie   już   wcześniej   spotkała   się   z podobnymi   reakcjami. 

Opuściła   rękę,   by   móc   swobodnie   sięgnąć   po   nóż,   gdyby   zaszła   taka   potrzeba.   Na   szczęście 
powstrzymał się od głupich czy wulgarnych uwag.

– Masz ochotę na kurczaka? – zapytał z trudem przełykając ślinę. Rozluźniła się i kiwnęła twierdząco 
głową.

– Tak, poproszę.

Sam także wziął kawałek.

– Jak znalazłaś się w lesie markiza Wolvertona?

– Szłam drogą, kiedy usłyszałam, że ktoś nadjeżdża. Uznałam, że mądrzej uczynię, jeśli się schowam, 

a potem zasłuchałam się w śpiew słowika. A ty... jesteś kłusownikiem?

Popatrzył na nią ze smutkiem.

– Czy wyglądam na kłusownika?

–   Nie.   A przynajmniej   nie   na   takiego,   któremu   się   powiodło.   –   Skończyła   jeść,   po   czym   z gracją 

oblizała palce. – Z drugiej strony nie wyglądasz też na markiza.

– Czy uwierzyłabyś, gdybym ci powiedział, że nim jestem?

–   Nie.   –   Obrzuciła   krytycznym   spojrzeniem   jego   ubranie,   wprawdzie   szyte   na   miarę,   ale   bardzo 
wysłużone.

–   Co   za   spostrzegawcza   młoda   kobieta   –   rzucił   z podziwem.   –   Masz   rację.   Taki   ze   mnie   markiz 
Wolverton jak z ciebie Angielka.

– Skąd takie przypuszczenie? – zdziwiła się, dochodząc do wniosku, że jej dobroczyńca jest stanowczo 
zbyt spostrzegawczy.

– Odróżnianie akcentów to moja specjalność. Twój należy do angielskiej szlachty, ale nie do końca. – 
Zmrużył oczy. – Domyślam się, że jesteś Amerykanką, prawdopodobnie z Nowej Anglii.

– Rozsądne rozumowanie – stwierdziła enigmatycznie.

– Nadal masz na imię Jack?

– Zadajesz zbyt wiele pytań.

–   Pytanie,   to   jak   mi   wiadomo,   najłatwiejszy   sposób   zaspokojenia   ciekawości   –   odparł.   –   I bardzo 

skuteczny.

–   Nie   da   się   zaprzeczyć.   –   Zawahała   się,   ale   nie   znalazła   powodu,   dla   którego   miałaby   ukrywać 

prawdę. – Zazwyczaj mówią mi Maxie, ale w rzeczywistości mam na imię Maxima.

– Dla mnie wyglądasz bardziej na Minimę – zauważył mężczyzna, obrzucając ją wzrokiem.

Wybuchnęła śmiechem.

background image

– O tobie też nie da się powiedzieć, że jesteś Herkulesem.

– Tak, ale nie mam na imię Herkules i nie staram się nikogo wywieść w pole.

– Mój ojciec miał na imię Maximus, a mnie nazwano po nim. Nikt wtedy nie zastanawiał się, czy urosnę 
na tyle, by moje imię miało sens, a potem było już za późno. – Skończyła jeść bułkę. – Już wiem, że 

nie nazywasz się Herkules, więc jak?

–   Nie   noszę   wielu   innych   imion.   –   Upił   łyk   piwa,   jakby   rozważał,   co   ma   powiedzieć.   Nie   ulegało 

wątpliwości, że to wędrowny zabijaka, przybierający tak wiele imion, że sam nie pamięta, które jest 
prawdziwe.

– Ostatnio używałem tego: lord Robert Andreville – powiedział w końcu.

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Naprawdę jesteś szlachcicem? – Pomimo starego odzienia, miał w sobie coś dystyngowanego. Zaraz 
jednak zmarszczyła brwi. – Żartujesz ze mnie, co? Ojciec tłumaczył mi kiedyś, jak to jest z tytułami. 

Prawdziwy szlachcic nie używa słowa „lord” z imieniem. Domyślam się, że lord Robert to wymyślony 
tytuł, którym chcesz zaimponować ludziom.

– A ja myślałem, że uda mi się zwieść przybysza z kolonii. – W oczach zabłysł mu łobuzerski ognik. – 
Masz rację. Jestem z pospólstwa, żaden tam szlachcic. Przyjaciele mówią mi Robin.

Bez względu na imię, ten mężczyzna miał niezwykle wyrazistą twarz. Może nie był oszustem, ale raczej 
aktorem. Oczywiście, może być i tym, i tym, pomyślała z rozbawieniem.

– W takim razie powinieneś dać coś swemu imiennikowi na szczęście. – Wskazała dłonią na słowika, 
zwanego po angielsku „robin”, który sfrunął na środek polanki. Był mniejszy i bardziej żywotny od 

słowika amerykańskiego i bardzo przypominał towarzysza Maxie.

– Dobry pomysł. – Wziął kawałek bułki i rzucił ptakowi, który natychmiast porwał zdobycz i odleciał. – 

Należy pamiętać o szczęściu. – Sięgnął ponownie do worka i zapytał: – Masz ochotę na ciasto?

– Wielką. – Przyjęła poczęstunek, starając się nie okazywać zachłanności.

Nieznajomy   miał   uroczy   uśmiech.   Pewnie   niejedną   kobietę   już   nim   zbałamucił.   Wyglądał   na 
wędrownego   handlarza,   który   potrafi   namówić   każdego   na   zakup   tuzina   niepotrzebnych   rzeczy. 

W ciągu rozlicznych podróży spotkali z ojcem mnóstwo podobnych mu naciągaczy. Tak naprawdę to 
ojciec też do nich należał. Prawdopodobnie właśnie dlatego czuła słabość do szelmowskich włóczęgów.

Jadła ciasto, myśląc o tym, że już dawno nie spożywała tak przepysznego posiłku. Kiedy skończyła, 
wstała i poszła do strumienia. Umyła ręce i napiła się chłodnej wody.

Robin   przyglądał   się   z uwagą   tajemniczemu   gościowi.   Choć  ubiór   skrywał   dziewczęce   kształty,   nie 
mógł zapomnieć zgrabnych krągłości.

– Czy mieszkasz gdzieś w okolicy? – zapytał, gdy się odwróciła.

– Nie, zmierzam do Londynu. – Podniosła z ziemi kapelusz i tobołek. – Dziękuję za poczęstunek.

– Do Londynu?! – powtórzył zaskoczony. – I zamierzasz przejść całą tę drogę sama?

– To tylko dwieście mil. Dojdę tam za jakieś dwa tygodnie. Do widzenia. – Naciągnęła kapelusz na 

czoło tak, by osłonił jasnobrązowe oczy.

Z trudem powstrzymał się, by nie krzyknąć, że to zbrodnia zakrywać tak cudowną twarz. Kiedy na 

niego wpadła, myślał, że to jakiś wiejski chłopak w ubraniu po starszym bracie. Kiedy jednak ściągnęła 
kapelusz, zaparło mu dech w piersiach.

Maxima   –   Maxie   –   miała   egzotyczną   urodę,   często   spotykaną   u osób   o mieszanej   krwi.   Delikatna 

background image

budowa   ciała   wskazywała   na   angielskie   pochodzenie,   ale   śniada   karnacja,   lśniące   czarne   włosy 
i kształtne rysy twarzy z pewnością nie były angielskie.

Takiej twarzy nigdy się nie zapomina.

Jednak   nie   uroda   stanowiła   o wyjątkowości   tej   kobiety,   lecz   odwaga,   bezpośredniość,   cięty   język 

i ukryta   siła,   przejawiającą   się   w każdym   słowie   i geście.   Jej   widok   przywołał   całą   falę   dawno 
zapomnianych   emocji,   które   stopiły   serce   Robina   jak   słońce   wiosenne   lody.   Było   to   niepokojące 

uczucie. Jedno wiedział na pewno: nie może pozwolić, by ta niesamowita istota zniknęła z jego życia.

Zebrał resztki pożywienia, wstał, zarzucił tobołek na ramię i ruszył za Maxie.

–   Do   Londynu   może   i nie   jest   daleko   –   powiedział   –   ale   samotnej   kobiecie   grozi   wiele 
niebezpieczeństw.

– Jak dotąd nie miałam kłopotów – odparła. – Nikt prócz ciebie się nie zorientował, że jestem kobietą, 
a w przyszłości będę bardziej uważała, żeby nie wpaść na kogoś tak spostrzegawczego.

– Młodemu chłopcu grożą takie same niebezpieczeństwa. – Patrząc na nią, pomyślał, że jest bardzo 
niska, miała najwyżej pięć stóp wzrostu, ale była tak proporcjonalnie zbudowana, że na pierwszy rzut 

oka się tego nie dostrzegało. – Niektórzy wędrowcy wolą młodych chłopców.

Brązowe oczy spojrzały na niego pytająco. Dobrze wychowana panna nie zrozumiałaby jego uwagi, ale 

nie Maxie. Może nie była tak całkowicie naiwna.

– Tutaj na północy drogi są względnie spokojne, ale im bliżej Londynu, tym gorzej – ciągnął Robin, 

kiedy wychodzili z zarośli na porośniętą trawą ścieżkę, prowadzącą na południe.

– Potrafię całkiem dobrze się bronić – odparła z odcieniem niecierpliwości w głosie.

– Tym nożem, który przy sobie kryjesz? Rzuciła mu ostre spojrzenie.

–   Upadłaś   na   mnie   dość   mocno,   a trudno   pomylić   nóż   z ludzkim   ciałem   –   wyjaśnił.   –   Zwłaszcza 

z miękkimi krągłościami kobiety.

– Tak, mam nóż i wiem, jak go użyć – powiedziała z wyraźną nutą ostrzeżenia.

– Nie wtedy, kiedy napadnie cię kilka osób.

– Nie zamierzam wdawać się w żadne bójki.

– Czasami nie ma wyboru – zauważył sucho.

Szli   dalej   w chłodnym   milczeniu.   Maxie   uparcie   ignorowała   jego   obecność,   Robin   zaś   pogrążył   się 

w myślach.   Choć   znał   tę   dziewczynę   zaledwie   od   godziny,   wiedział,   że   jej   nie   przekona.   Nie   była 
osobą, którą łatwo jest zawrócić z raz wyznaczonego celu. Może uda jej się bezpiecznie dotrzeć do 

Londynu,   a może   i nie.   Nawet   gdyby   nie   był   zafascynowany   Maxie   i tak   nie   pozwoliłby   samotnej 
kobiecie – a zwłaszcza tak drobnej – wyruszyć w taką podróż.

Wniosek nasuwał się sam.

Kiedy przy granicy Wolverhampton lasy zaczęły rzednąć, powiedział:

– Nie ma rady. Jako dżentelmen zmuszony jestem odeskortować cię do Londynu.

– Co?! – zatrzymała się na środku drogi i spojrzała na swego towarzysza. – Oszalałeś?

– Nie. Jesteś samotną młodą kobietą w obcym kraju. Postąpiłbym niehonorowo, zostawiając cię teraz. 
– Także się zatrzymał i posłał dziewczynie jeden ze swych najbardziej pociągających uśmiechów. – 

Poza tym, nie mam nic lepszego do roboty.

background image

Twarz kobiety wyrażała niedowierzanie i rozbawienie.

– Co daje ci prawo twierdzić, że jesteś dżentelmenem?

– Dżentelmen nie pracuje. Skoro więc nie pracuję, to muszę być dżentelmenem.

Wybuchnęła śmiechem.

– Co za absurdalne stwierdzenie. Twoja logika nie przekonałaby nawet dziecka. Zresztą nawet jeśli nie 
pracujesz, nie możesz tak po prostu wyruszyć w podróż.

– Ależ mogę. Tak po prawdzie już to zrobiłem.

Popatrzyła na niego uważnie. Był średniego wzrostu i choć przewyższał ją o głowę, nie nadawał się na 

obrońcę.

– Sądząc po wyglądzie, nie bardzo nadajesz się na opiekuna – rzuciła i podjęła wędrówkę. – Skończy 

się na tym, że to ja będę cię bronić. Większość życia spędziłam w drodze i wiem, jak o siebie zadbać. 
Nie potrzebuję i nie chcę eskorty, bez względu na to jak honorowe są twoje intencje.

W odpowiedzi zobaczyła szeroki uśmiech.

– Jak znam świat, to grozi mi większe niebezpieczeństwo z twojej strony niż ze strony jakiegoś tam 

hipotetycznego wędrowca – dodała buńczucznie.

Cień urazy przemknął po twarzy mężczyzny.

– Ta pani mi nie ufa.

– Nie widzę powodu, dla którego miałabym ci ufać. – Przechyliła głowę na bok. – Jesteś aktorem, 

prawda? Cały czas grasz, a aktorzy często są bez pracy.

– Grałem wiele ról – przyznał. – Ale nigdy na scenie. Powinna się tego domyślić. Gdyby spróbował 

swoich sił w teatrze, odniósłby ogromny sukces, choćby dlatego, że kobiety płaciłyby za możliwość 
patrzenia na jego anielską fizjonomię. – Czy kiedykolwiek zajmowałeś się czymś pożytecznym, czy 

jesteś typowym niebieskim ptakiem?

– Praca mnie fascynuje – odpowiedział. – Mogę godzinami się jej przyglądać.

Z trudem walczyła o zachowanie powagi.

–   Widzę,   że   nie   da   się   z tobą   rozsądnie   porozmawiać.   –   Po   chwili   zaś   dodała:   –   Mogłabym   się 

zastanowić, gdybyś miał pieniądze na dyliżans do Londynu, ale nie stać mnie na wykarmienie dwóch 
osób. Może nie starczyć dla mnie jednej.

Uśmiechnął się i powiedział:

– W tej chwili nie mam przy sobie zbyt wiele, a mój bankier, niestety, jest w Londynie. Jednakże mogę 

wyczarować pieniądze, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Zanim Maxie zdążyła się odsunąć, sięgnął pod jej kapelusz i musnął palcami ucho. Choć uczynił to 

bardzo   delikatnie,  zadrżała   jak od  uszczypnięcia.  Tymczasem  Robin  odsunął się   i pokazał dłoń,  na 
której leżał szyling.

– Nieźle – przyznała. – Ale zręczne palce to nie to samo, co zmienić metal w złoto.

– Zręczne palce? – powtórzył urażonym tonem. – To jest magia, a nie jakieś tam sztuczki. Daj mi 

rękę.

Zaciekawiona i rozbawiona, wyciągnęła dłoń. Robin położył na niej szylinga, po czym zacisnął palce. 

Miał ciepły i mocny uścisk.

background image

– Zwiń dłonie w pięści, a ja sprawię, że szyling przeniesie się do drugiej ręki.

Uczyniła, jak polecił. Robin pomachał rękami, mrucząc coś niezrozumiale, po czym oznajmił:

– Już szyling się przeniósł.

– Musisz jeszcze poćwiczyć, lordzie Robercie, ponieważ szyling nadal znajduje się w tej samej dłoni. – 

Rozwarła palce, chcąc udowodnić, że ma rację, i wciągnęła gwałtownie powietrze, bowiem na dłoni 
leżała niejedna moneta, ale dwie. – Jak to zrobiłeś? Uśmiechnął się z zadowoleniem.

–   Tak   naprawdę   to   sprawa   zręczności,   ale   jestem   całkiem   dobry   w tych   sztuczkach.   Często   je 
wykorzystywałem, żeby zarobić na kawałek chleba i miejsce do spania.

Jej towarzysz z pewnością był włóczęgą, ale za to ogromnie zabawnym. Maxie zwróciła mu monety.

– To było  bardzo ciekawe, lordzie Robercie, ale teraz radziłabym ci wrócić do drzemki pod jakimś 

drzewem.

– Drogi należą do wszystkich. – Schował monety do kieszeni. – Postanowiłem już, że idę do Londynu 

i nie możesz mi tego zabronić.

Otworzyła usta, po czym szybko je zamknęła. Miał rację. Dopóki jej nie krzywdził, na co się zresztą nie 

zapowiadało, mógł korzystać z tej samej drogi co ona. Cóż mogła na to poradzić?

Przypomniały się jej psy, które często wędrowały za nią i za ojcem. Tak jak i one Robin szybko się 

znudzi   i zrezygnuje.   To   charakterystyczne   dla   zabijaków;   ich   determinacja   jest   mocna,   ale 
krótkotrwała. Musi tylko uzbroić się w cierpliwość.

background image

3

Pokój   dzienny   w Chanleigh   Court   pełen   był   najróżniejszych   przedmiotów   i bibelotów,   ale   po 
przejechaniu prawie trzystu mil Desdemona Ross nie traciła czasu na wyrażanie zachwytu.

– Nie rozumiem. Maxima wyjechała do Londynu, żeby mnie odwiedzić? – dopytywała się, unosząc 
w górę gęste kasztanowe brwi. – Przecież ja przyjechałam do Durham. Widzę jednak, że nie wyjdzie 

mi to na zdrowie.

Lady Collingwood posłała siostrze męża lodowate spojrzenie.

– Sama przeczytaj list  od niej. – Podała  Desdemonie złożoną kartkę papieru. – Ta niewdzięcznica 
uciekła przed trzema dniami, w środku nocy.

Desdemona przeczytała liścik ze zmarszczonym czołem.

– Maxima pisze, że zaprosiłam ją na dłuższy czas, co po prostu jest nieprawdą. Przyjechałam  tu, 

zamierzając zabrać ją, ze sobą, gdybyśmy się polubiły, ale nie wspominałam o tym w liście.

– Maxima to nieprzewidywalna osoba, bez wychowania i ogłady.

Lady   Collingwood   wzruszyła   ramionami,   taksując   wzrokiem   ubranie   szwagierki.   Jej   brak   gustu 
graniczył  wręcz  z geniuszem.  Atrakcyjny  wygląd  musiał  się  kłócić  z jej  feministycznymi  poglądami. 

Z drugiej   jednak   strony   może   i słusznie   kryła   się   za   czarnymi   pelerynami   i budkami.   Jej   płonące 
czerwienią   włosy   nie   wyglądały   dobrze,   lepiej   więc   ukryć   je   pod   kapeluszem.   A figura...   to   sama 

rozpacz.

– Ucieczka w środku nocy, by złapać dyliżans pocztowy, to dokładnie to, czego się można spodziewać 

po   tej   dziewczynie   –   oznajmiła   wyniośle,   myśląc   z dumą   o własnej   elegancji.   –   Nie   mówiąc   już 
o oszukiwaniu.   –   Ziewnęła   dyskretnie,   zakrywając   usta   dłonią.   –   Wierz   mi,   Desdemono,   masz 

szczęście, że się rozminęłyście. To zadziwiające, że Maximus odważył się przywieźć ją do Chanleigh 
Court. Jej miejsce jest w dzikich lasach, z tymi jej dzikimi krewnymi, czerwonoskórymi Indianami.

–   A nie   w towarzystwie   dzikich   angielskich   krewnych?   –   rzuciła   Desedemona   z zabójczą   słodyczą 
w głosie. – Jej matka może i była Indianką, ale przynajmniej nie zajmowała się handlem.

Althea Collins zaczerwieniła się na tę uszczypliwość. Całe lata starała się zapomnieć, w jaki sposób jej 
ojciec dorobił się majątku. Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo w tym momencie do pokoju wszedł jej 

mąż.

– Dizzy! – zawołał lord Collingwood, a na jego pociągłej twarzy pojawiło się zaskoczenie i radość. – 

Trzeba było napisać, że zamierzasz nas odwiedzić. Minęło wiele czasu od twojej ostatniej wizyty.

Pomimo dwudziestu lat różnicy oraz całkowitego braku podobieństwa Desdemona i jej brat bardzo się 

lubili. Siostra serdecznie go objęła, choć wiedziała, że jest przeciwny takiej demonstracji uczuć. On zaś 
wiedział, że uczyni to mimo jego sprzeciwów. Zwyczaj ten stał się już rodzinną tradycją.

– Najwyraźniej powinnam się tu zjawić już trzy dni temu, Clete. Brat skrzywił się. Nie lubił, kiedy tak 
się do niego zwracano, tak jak Desdemona nie znosiła zdrobnienia Dizzy.

Mając już formalności powitalne za sobą, siostra popatrzyła na brata z wyrzutem.

– Przyjechałam sprawdzić, jak miewa się moja siostrzenica i dowiaduję się, że uciekła i to podobno do 

mnie.

Zmarszczył brwi, bo wreszcie dotarło do niego znaczenie obecności siostry.

– Dlaczego nie jesteś w Londynie i nie czekasz na Maxime?

background image

– Ponieważ wcale jej nie zapraszałam – warknęła Desdemona. – Najwyraźniej ta biedna dziewczyna 
była tu nieszczęśliwa i postanowiła przenieść się do mnie z nadzieją, że ja potraktuję ją lepiej. Jak ty 

się opiekowałeś jedynym dzieckiem naszego brata?

– Maxima nie jest dzieckiem. To dorosła kobieta,  zaledwie kilka lat młodsza od ciebie – próbował 

bronić się brat. – Nie zapytała mnie przed wyjazdem o zdanie.

– Ciekawe, skąd miała pieniądze na dyliżans – powiedziała Desdemona. – Myślałam, że Max umarł bez 

pensa przy duszy.

Nastąpiła cisza, a państwo Collingwood wymienili między sobą spojrzenia.

–   Masz   rację,   miała   niewiele   pieniędzy   –   przyznała   lady   Collingwood.   –   Musiałam   kupić   jej   strój 
żałobny, kiedy zmarł Maximus. Opiekowaliśmy się nią, choć nie otrzymaliśmy w zamian nawet cienia 

wdzięczności.

– Jeśli oczekiwano od niej wdzięczności, to się nie dziwię, że stąd wyjechała. – Desdemona ponownie 

odwróciła   się   do   brata.   –   Może   i jest   już   dorosła,   ale   nie   zna   Anglii.   Może   ją   spotkać   coś   złego, 
zwłaszcza jeśli udała się do Londynu na piechotę.

–  Wielki   Boże,  z pewnością  nawet  nie  pomyślała  o takim  rozwiązaniu!  –  Twarz   lorda  Collingwooda 
zdradzała   zaniepokojenie.   –   Tamtego   rana   zauważyłem,   że   z biurka   zniknęła   moja   stara   mapa 

Londynu. Uznałem, że ktoś ją pożyczył.

– Najwyraźniej tak się właśnie stało. Ponieważ większość czasu dziewczyna spędzała na wędrówkach 

po drogach Nowej Anglii, podróż do Londynu musiała wydać się jej kusząca. – Desdemona przestała 
panować  nad   gniewem.   –   Powinniście  się  wstydzić!   Max  wierzył,   że   jego   córka   będzie   bezpieczna 

w Chanleigh Court. A przez was musiała uciekać.

Collingwood oblał się rumieńcem.

–   Myślałem,   że   Maxima   jest   tu   szczęśliwa.   Miałem   zamiar   pokazać   ją   w Londynie   razem   z moimi 
córkami, ale nic jej o tym nie wspominałem. Wydawało mi się nie na miejscu mówić o przyszłości, 

dopóki nie upora się z bólem po stracie ojca.

Desdemona spojrzała ostro na szwagierkę.

– Czy ty także miło  ją przyjęłaś, Altheo? Nie było  żadnych podstępnych komentarzy na temat jej 
pochodzenia? Czy zamówiłaś dla niej odpowiednią odzież, zapoznałaś z towarzystwem z sąsiedztwa?

– Jeśli tak się przejmujesz tą małą dzikuską, dlaczego sama czegoś nie zrobiłaś? – zapytała gniewnie 
lady Collingwood. – Mogłaś ją odwiedzić w czasie tych czterech miesięcy, ale ty naskrobałaś tylko kilka 

listów.

– Pracowaliśmy nad ważną ustawą parlamentarną, a ponieważ wreszcie coś ruszyło do przodu, nie 

mogłam opuścić Londynu – wytłumaczyła ze zmieszaniem Desdemona. – Ale masz rację, powinnam 
była bardziej się wysilić. Myślałam jednak, że dziewczyna będzie tu bezpieczna, dopóki nie znajdę 

czasu, żeby ją odwiedzić.

– Nie ma sensu obrzucać się oskarżeniami – wtrącił lord Collingwood z nadzieją, że największą kłótnię 

mają już za sobą. – Najważniejsze teraz to odnaleźć Maxime.

– Jak zamierzasz tego dokonać?

Po chwili zastanowienia pokiwał głową.

– Znam człowieka, który ją odnajdzie. Simmons jest teraz w Newcastle. Poślę po niego i wyjaśnię, co 

ma robić. Przy odrobinie szczęścia Maxima już wkrótce wróci do domu.

–  Posyłaj  po  swojego  człowieka,  jeśli  tak  ci  się  podoba,  ale  ja  również  będę  szukać –  stwierdziła 

background image

Desdemona. – Ktoś z rodziny musi pokazać, że mu na niej zależy. Jak ona wygląda?

Miał  właśnie  powiedzieć, że  to  absurd,  że takie  przedsięwzięcia  należy pozostawić  fachowcom,  ale 

jedno   spojrzenie   na   siostrę   przekonało   go,   że   lepiej   do   niczego   jej   nie   namawiać.   W końcu   jest 
niezależną, znającą świat wdową. Nic jej nie grozi.

Minęło popołudnie, a towarzysz Maxie nie okazywał nawet cienia zmęczenia. Nadal utrzymywał szybkie 
tempo marszu, jakie narzuciła od początku. Co jakiś czas rzucał zabawną uwagę na temat mijanych 

okolic, czasem też gwizdał bardzo zręcznie. Musiała przyznać, że w jego towarzystwie droga tak się nie 
dłuży.

Wyszli   z lasu   na   szeroki   trakt.   Zbliżał   się   czas   kolacji,   kiedy   dotarli   do   cichej   wioski   z domkami 
z szarego kamienia. Robin wskazał na zajazd pod nazwą „Król Ryszard”.

– Czy mogę zaprosić cię na obiad? Wszystko co chcesz, byle tylko nie kosztowało więcej niż dwa 
szylingi.

Maxie obrzuciła go zimnym spojrzeniem.

– Możesz się zatrzymać, jeśli masz ochotę, ale ja zamierzam iść dalej. Przyjemnej podróży, panie 

Anderson.

– Andreville – poprawił Robin. – Anderson na nikim nie zrobiłby wrażenia. Jesteś pewna, że nie chcesz 

się zatrzymać? Mam wystarczająco dużo jedzenia na następny dzień, ale ciepły posiłek pomógłby nam 
przetrwać chłód nocy.

–   Jakie   „nam”,   panie   Andreville?   –   zapytała   Maxie   starając   się   nie   wypaść   z oficjalnego   tonu.   – 
Jesteśmy obcymi, którzy przypadkowo idą w tę samą stronę.

–   Nadal   nie   traktujesz   mnie   poważnie,   prawda?   –   Na   twarzy   mężczyzny   nie   widać   jednak   było 
rozgoryczenia. – Zresztą podobnie jak inni. A więc wybierasz zimne stopy?

– Na litość boską! – mruknęła Maxie, mijając gospodę. Ten człowiek stawał się męczący.

Nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł. Jeśli zgodzi się zatrzymać na obiad, z pewnością nadarzy się 

okazja, żeby się wymknąć niepostrzeżenie. Skręci w którąś z bocznych dróg, a następnego dnia ruszy 
dalej na południe i tak pozbędzie się natręta na zawsze.

– Masz rację, ciepły posiłek może się przydać, ale sama za niego zapłacę.

Niebieskie   oczy   mężczyzny   błysnęły   rozbawieniem   i Maxie   odniosła   niemiłe   wrażenie,   że   została 

przejrzana. Musi się rozluźnić i udawać, że pogodziła się z obecnością eskorty.

Weszli do zajazdu i znaleźli miejsce w rogu zadymionej sali. Było tak ciemno, że nikt nie zauważył, iż 

Maxie nie zdjęła kapelusza. Co do wyboru dań, to takowy nie istniał. Zamówili więc specjalność dnia 
i czekali aż podadzą im potrawę o nazwie „krzyżówka z ziemniakami”. Na pytające spojrzenie Maxie 

Robin wyjaśnił:

– Krzyżówka to mięso z uda świni. Nie jest zła. Wzięła kawałek do ust i zaczęła starannie żuć.

– Masz rację, niezła, ale też nic specjalnego.

– Jednak to ciepły posiłek i smakuje lepiej niż można się było spodziewać.

Ukryła uśmiech za widelcem z kawałkiem mięsa.

– Jadałam gorsze rzeczy. Jeżozwierz na przykład jest zjadliwy tylko wtedy, kiedy się umiera z głodu.

Postanowiła,   że   będzie   uprzejma.   Nie   było   to   takie   trudne,   lecz   okazało   się   zdradliwe.   Atmosfera 
zajazdu, panujący w nim półmrok, miła rozmowa z przystojnym mężczyzną, który poświęcał jej całą 

uwagę, wszystko to tworzyło romantyczny nastrój.

background image

Uzmysłowiwszy to sobie, natychmiast się opanowała. Ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowała, to 
dać się uwieść włóczędze. Skupiła uwagę na talerzu, czekając na okazję, by wymknąć się z gospody.

Robin skończył pierwszy i spojrzał na ścianę, gdzie na gwoździach wisiały metalowe układanki.

– Czy w Ameryce macie takie zagadki? Chodzi o to, żeby rozłączyć części, a potem złożyć je na nowo. 

– Zdjął ze ściany jedną z nich. – Trudno się z tym uporać nawet po trzeźwemu. Pijacy często zabierają 
się do nich z obcęgami.

– Znam te zagadki z zajazdów. Przypuszczam, że można je spotkać wszędzie tam, gdzie są kowale 
i tawerny,   do   których   ludzie   przychodzą   się   rozerwać.   –   Przełknęła   ostatnią   porcję   ziemniaków.   – 

Pewnie z łatwością dajesz sobie z nimi radę.

– Uważasz, że jestem dobry we wszystkim co nieprzydatne? Musiała się uśmiechnąć.

– Tak.

Pochylił się nad układanką. Miała kształt przypominający dzwon, z kilkoma okręgami i trójkątami.

– Chyba ostatnio zbyt rzadko bywałem w tawernach. Nie jestem nawet pewien, która z tych części da 
się odłączyć.

Maxie spojrzała na układankę, dostrzegając jednocześnie zgrubienie na dłoni towarzysza, jakby kości 
były   połamane.   Miał   eleganckie   dłonie,   którymi   często   gestykulował,   bardziej   jak   Europejczyk   niż 

Anglik. Zrobiło jej się go żal, zwłaszcza że był mańkutem.

Z uwagą wpatrywała się w zgrubienia. Wydawały się dziwnie regularne, jakby były efektem umyślnego 

działania.   Tortury?   Dreszcz   przebiegł   jej   po   plecach.   Może   to   dzieło   zazdrosnego   małżonka,   który 
szukał zadośćuczynienia za zraniony honor?

Wzięła do ręki układankę.

–   Przypomina   mi   to   zabawkę   o nazwie   „diabelskie   strzemię”,   tylko   że   ta   wersja   jest   bardziej 

skomplikowana. Chyba trzeba odłączyć te części. – Po minucie  zastanowienia, szybkimi i zwinnymi 
ruchami, rozłożyła układankę na trzy części.

Robin zachichotał.

– Które z nas ma nieprzydatne talenty?

– Rozłożenie układanki to dopiero połowa. Trzeba ją teraz złożyć, co jest tak samo trudne. – Pchnęła 
żelazne części w stronę towarzysza. – Założę się o sześć pensów, że nie uda ci się jej złożyć do czasu 

jak wrócę z pewnego miejsca.

– Zakład stoi – powiedział, zabierając się do roboty.

Nadeszła ta odpowiednia chwila. Żaden mężczyzna nie pogodzi się z tym, że kobieta może go pobić 
w tego   typu   zadaniach.   Zajmie   się   rozwiązywaniem   głupiej   zagadki   i przez   następną   godzinę   nie 

zauważy jej nieobecności.

Wstała od stołu, ściskając w rękach tobołek. Za jedzenie zapłacili w chwili zamawiania, mogła więc 

odejść z czystym sumieniem. Ruszyła w stronę drzwi prowadzących na tylne podwórko. Kiedy znalazła 
się na zewnątrz, rzuciła się biegiem ścieżką za zabudowaniami, równoległą do głównego traktu.

Poczucie satysfakcji trwało jednak krótko. Ścieżka szybko się skończyła i kiedy dziewczyna musiała 
wyjść   na   główną   drogę,   niemal   zderzyła   się   z Robinem   opartym   o parkan,   z rękami   złożonymi   na 

piersi.

– Masz naprawdę niskie pojęcie o mojej inteligencji, jeśli sądziłaś, że tak łatwo mnie zwiedziesz – 

powiedział łagodnie.

background image

Spojrzała na niego ze złością i po raz pierwszy uwierzyła, że ten zwariowany mężczyzna rzeczywiście 
chce towarzyszyć jej do Londynu.

– Problem leży nie w twojej inteligencji, ale w zarozumiałości. Nie chcę, żebyś mi towarzyszył, nie chcę 
twej pomocy ani darmowych posiłków. Zostaw mnie w spokoju!

Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Robin nie odstępował jej na krok.

– Ostrzegałam cię! – warknęła. – Potrafię się bronić. Miała zamiar coś jeszcze dodać, kiedy chwycił ją 

za ramię.

– Idą jacyś ludzie. Jeśli chcesz ciągnąć swoją maskaradę, nie rób scen.

Zbliżało  się kilku wieśniaków, którzy przyglądali się im z ciekawością. Pomimo ich obecności Maxie 
i tak wybuchnęłaby złością gdyby nie to, że w tym momencie spojrzała w oczy swemu towarzyszowi. 

Jego błękitne oczy miały niezmierzoną głębię. Były to oczy człowieka, który widział więcej cieni niż 
słońca.

Początkowo sądziła, że jest mniej więcej w tym samym wieku co ona, ale teraz uznała, że skończył już 
trzydziestkę.   Wpatrywała   się   w niego,   sparaliżowana   przeczuciem,   że   znajduje   się   w towarzystwie 

niebezpiecznego   człowieka.   Zanim   zdążyła   cokolwiek   zrobić,   Robin   złapał   ją   mocno   za   ramię 
i pociągnął za sobą. Kiedy mijali grupę zaciekawionych wieśniaków, odezwała się starsza kobieta:

– Ej, Daisy, czy ten dżentelmen, to nie...

–   Nie   –   przerwał   jej   stanowczym   głosem   Robin   i uśmiechnął   się   tak   wspaniale,   że   kobiety   aż 

westchnęły z zachwytu. Zanim zdążyły cokolwiek z siebie wydusić, Robin pociągnął Maxie za sobą.

Zastanawiała   się,   czy   nie   zawołać   o pomoc,   ale   wtedy   tłumaczeniom   nie   byłoby   końca,   a i tak 

podejrzewała, że Robin by ją przegadał. Poza tym nie czuła się zagrożona. Wręcz przeciwnie, to ona 
stanowiła dla niego zagrożenie.

Odczekała, aż zakręcą za róg i znikną wieśniakom z widoku. Wtedy zatrzymała się i uwolniła z uścisku.

– Jeśli miałam jakieś wątpliwości co do twojego towarzystwa, w tej chwili jestem już pewna – rzuciła 

z furią. – Jesteś aroganckim, egoistycznym...

– Masz rację, jestem zarozumiały – przerwał jej. – Ale lepiej, żebyś się pogodziła z myślą, iż dopilnuję, 

byś dotarła bezpiecznie na miejsce.

Sięgnęła po nóż, ale Robin zdążył chwycić ją za nadgarstek. Choć nie trzymał mocno i tak nie mogła 

mu się wyrwać.

–   Nie   rób   tego,   Maxie   –   powiedział,   a jego   wzrok   unieruchomił   ją   jak   uścisk.   –   Jesteś   wspaniałą 

i odważną kobietą. Wcześniej znałem tylko jedną taką damę, ale jesteś też cudzoziemką podróżującą 
po obcym kraju.  Oprócz zwyczajnych bandytów, są jeszcze wygłodniali  żołnierze zwolnieni z armii, 

zajadli radykałowie, którzy chcą obalić rząd i Bóg wie, kto jeszcze. Może i nie natkniesz się na nikogo 
takiego, ale to raczej mało prawdopodobne. Gwarantuję ci, że ze mną będziesz bezpieczniejsza.

Mogła z nim walczyć, ale jego słowa zmusiły ją do zmiany zdania. Wydawało się, że szczerze pragnie 
ją   chronić.   Prawdopodobnie   kierowały   nim   także   inne,   mniej   honorowe   motywy,   ale   Maxie   miała 

doświadczenie w odrzucaniu zalotów, a nie sądziła, by lord Robert chciał zmusić ją do czegokolwiek 
siłą. Jeśli pragnął kobiety, wystarczyło, żeby uśmiechnął się jednym z tych swoich obezwładniających 

uśmiechów, a kobiety ze wsi poszłyby za nim jak myszy za serem. Potem zastanowi się, jak od niego 
uciec.

– Dobrze, panie Andreville – powiedziała chłodno. – Przystaję na pańskie towarzystwo, przynajmniej 
na jakiś czas. Pamiętaj tylko, żebyś trzymał ręce przy sobie, bo inaczej może się zdarzyć, że pozostaną 

ci tylko nadgarstki.

background image

–   Prędzej   rozdrażniłbym   tygrysicę.   –   Powaga   zniknęła   z twarzy   mężczyzny   i ponownie   stał   się 
ujmującym czarusiem, którego spotkała w lesie.

– Kim jest ta druga wspaniała kobieta? – zapytała, kiedy uwolnił jej rękę.

– Moja stara przyjaciółka. Polubiłabyś ją.

– Wątpię. – Odwróciła się i podjęła wędrówkę. Jeszcze przez godzinę będzie jasno, więc równie dobrze 
mogą przejść jeszcze spory kawałek. – Mam nadzieję, że twoja pseudoarystokratyczna duma pozwoli 

ci spać pod drzewem, jeśli nie znajdziemy stodoły.

– Istnieją gorsze miejsca do spania – rzucił. – Na przykład więzienie.

– Czy byłeś w wielu? – Podejrzewała, że mówi prawdę i miała nadzieję, że znalazł się tam jedynie za 
włóczęgostwo, choć bez wątpienia miał na sumieniu o wiele więcej.

–   W kilku   –   przyznał.   –   Najlepsze   to   zamek   we   Francji   z dość   znośnym   jedzeniem   i winem   oraz 
księciem do towarzystwa.

Uznała, że wymyślił tę historię i że jest świadom, iż ona to wie.

– Brzmi zachęcająco. Jeśli to więzienie było najlepsze, jak wygląda najgorsze?

–   Chyba   więzienie   w Konstantynopolu.   Nie   mówię   po   turecku   i nie   znam   tamtejszych   gier. 
Przygnębiająca sytuacja. Ale spotkałem tam bardzo interesującego Chińczyka...

Szli w kierunku wrzosowisk. Miękki głos Robina tkał nieprawdopodobne i zabawne historie o pojmaniu 
i ucieczkach.   Bez   wątpienia   musiał   być   włóczęgą.   Ale   kiedy   mówił,   mogła   przynajmniej   na   chwilę 

zapomnieć o smutku i tęsknocie za ojcem.

background image

4

Krótko przed zachodem słońca spotkali rodzinę cygańskich druciarzy podróżujących na północ. Robin 
pomachał im dłonią i zawołał coś w języku, którego Maxie nigdy nie słyszała.

– Mówisz po cygańsku? – zapytała zdziwiona.

– Znam tylko kilka słów. – W kącikach oczu pojawiły mu się zmarszczki. – Chcę kupić od nich garnki, 

a kiedy zwracasz się do ludzi w ich własnym języku, nie próbują cię naciągać.

Wóz   zatrzymał   się,   a woźnica   zeskoczył   z kozła.   Choć   Robin   umniejszył   znajomość   cygańskiego, 

posługiwał   się   nim   dość   biegle.   Wdał   się   w dyskusję   z Cyganem,   w czasie   której   ręce   mężczyzn 
wirowały w powietrzu jak wiatraki.

Z  wozu  wyskoczyły   dzieci,  a za  nimi   ładna,  jaskrawo   ubrana  kobieta,   z niemowlęciem  opartym   na 
biodrze. Podeszła do Maxie i powiedziała coś po cygańsku.

Maxie potrząsnęła głową.

– Przykro mi, ale nie mówię twoim językiem.

– Nie? – Kobieta przechyliła głowę na bok i dodała po angielsku: – Myślałam, że jesteś didikois, pół-
Cyganką, i że to ty nauczyłaś Gorgio mówić naszym językiem.

– Nie, pochodzę z Ameryki.

Oczy kobiety otworzyły się szeroko.

– Widziałaś tych krwiożerczych Indian?

Od przyjazdu do Anglii Maxie często spotykała się z podobnie głupimi pytaniami.

– Jestem jedną z tych krwiożerczych Indianek  – stwierdziła sucho. – Podobnie  jak ty należysz do 
złodziejskich Cyganów.

Czarne oczy kobiety zabłysły wściekłością. Po chwili jednak wybuchnęła śmiechem.

– Ludzie często opowiadają głupoty o innych narodach, prawda?

– Tak – przyznała  Maxie.  Zadowolona, że obroniła  swoje  zdanie, pożałowała  jednak,  że słyszał ją 
Robin. Nie była jeszcze gotowa, by dzielić się swoją przeszłością z tym tajemniczym mężczyzną.

Na   szczęście   nadal   zawzięcie   dyskutował   z mężczyzną   i nie   usłyszał   jej.   Przyglądała   mu   się 
z podziwem; jego umiejętność przekonywania nie przyniosłaby wstydu handlarzowi koni.

W krytycznym momencie wyciągnął zza ucha najbliżej stojącego dziecka błyszczącą sześciopensówkę, 
czym   doprowadził  dziewczynkę   do   śmiechu.   Zachwycony   ojciec  rozłożył  ręce   i przystał   na  warunki 

Robina. Podał mu brzytwę, kilka powyginanych garnków, sztućce oraz mały, podarty koc, w zamian za 
co otrzymał królewską zapłatę w postaci dwóch szylingów. Robin przehandlował też swoją zupełnie 

jeszcze porządną torbę na worek na tyle duży, by pomieścił nowy dobytek.

Po przyjaznym pożegnaniu ruszyli w dalszą drogę. Kiedy odeszli na tyle daleko, żeby Cyganie nie mogli 

ich usłyszeć, Maxie zapytała:

– Gdzie nauczyłeś się cygańskiego? Robin wzruszył ramionami.

– Zdarzało mi się z nimi podróżować. Kiedy już cię zaakceptują, są najbardziej gościnnymi ludźmi pod 
słońcem. – Zanim Maxie zdążyła zadać następne pytanie, dodał: – Ten Cygan, Gregor, powiedział, że 

jakąś milę stąd znajdziemy przyzwoite obozowisko.

background image

Rozejrzała się po gołych wrzosowiskach.

– Mam nadzieję, że się nie myli. Przez ostatnią godzinę nie widziałam żadnej stodoły ani chaty.

Szli dalej, aż Robin wskazał na małą piramidę z kamieni po prawej stronie drogi.

– To jest znak Cyganów, a to droga do obozowiska.

Po dziesięciu minutach marszu dotarli do niewidocznej z drogi dziury w ziemi. Małe drzewka osłaniały 
kryjówkę od wiatru, a pobliski strumień dostarczał wody do picia. Pośrodku znajdowało się otoczone 

kamieniami ognisko. Sama nigdy nie odnalazłaby tego miejsca.

Robiło  się  chłodno,  korzystając  więc  z ostatnich   promieni  słońca  zebrali  drewno  na ognisko. Maxie 

rozpaliła ogień, po czym na żelaznej poprzeczce zawiesiła garnek z wodą. Kiedy woda zaczęła wrzeć, 
z cienia wyłonił się Robin z naręczem paproci.

– To orlica – wyjaśnił, kładąc rośliny na ziemi. – Posłużą za wygodne posłanie.

– Rozumiem, że wystarczą na dwa łóżka? – zapytała, zalewając liście herbaty gorącą wodą.

– Oczywiście – potwierdził, ale w jego oczach błysnęło rozbawienie. Jeszcze trzy razy chodził do lasu 
po paprocie, które ułożył po dwóch stronach ogniska.

Tymczasem przestygła herbata. Maxie podała kubek Robinowi.

– Jesteś wariatem, wiesz? Z pewnością poprzednią noc spędziłeś w o wiele wygodniejszym miejscu.

– Zgodne z prawdą, ale nieistotne – odparł. – Już dawno tak dobrze się nie bawiłem.

– Zupełny wariat.

Ale nieszkodliwy, pomyślała. Popijali herbatę w ciszy. Maxie uznała, że sytuacja nie jest aż tak zła, 
w dużej mierze dzięki rzeczowemu podejściu Robina. Pogodziła się z jego towarzystwem i czuła się 

całkiem rozluźniona. Aż trudno uwierzyć, że spotkali się zaledwie kilka godzin temu. Nalała więcej 
wody do garnka, a kiedy skończyli pić herbatę, zaproponowała swój specjał, mieszankę ziołową. Robin 

wykrzywił usta, czując zapach ziół.

– Co tam parzysz?

–   To   herbata   dla   kobiet   –   wyjaśniła   i chcąc   go   zawstydzić,   dodała:   –   Zapobiega   ciąży.   Kiedy 
wyruszałam   w tę   podróż,   zakładałam,   że   mogę   paść   ofiarą   napadu,   za   to   przynajmniej   umiem 

zapobiec konsekwencjom.

Twarz mężczyzny pozostała bez wyrazu.

– Ależ z ciebie zimna i wyrachowana kobieta – powiedział po długiej chwili ciszy.

Upiła łyk gorącego i gorzkiego naparu.

– Niestety, często miałam okazję stykać się z nieprzyjemną rzeczywistością.

– Zostałaś zgwałcona? – cicho zapytał Robin.

– Nie.

Popatrzył na swój kubek.

– Cieszę się. Widziałem skutki takich czynów. Nie życzę tego żadnej kobiecie. – Na jego twarzy pojawił 
się cień smutku, który już wcześniej zauważyła.

Poruszyła   się   niespokojnie.   Chciała   z niego   zażartować,   tymczasem   przywołała   złe   wspomnienia. 

background image

Niemniej jednak te słowa utwierdziły ją w przekonaniu, iż Robin nigdy nie użyje przeciwko niej siły. 
Pragnąc zmienić nastrój, sięgnęła do kaftana i wyjęła harmonijkę. Kiedy zaczęła na niej grać, twarz 

Robina rozpogodziła się. Położył się na liściach paproci i wsunął ręce pod głowę.

Grając   jakąś   amerykańską   hałaśliwą   melodię,   przyglądała   się   swemu   towarzyszowi.   Jego   mowa 

i ogłada wskazywały, że pochodził z bogatej rodziny. Dlaczego wygnano go do świata zwykłych ludzi, 
zmuszonych walczyć o przetrwanie? Grzechami jej ojca były hazard i kobiety, czuła jednak, że upadku 

Robina nie da się prosto wytłumaczyć.

Migocące płomienie ogniska rzucały cienie na blond włosy i nieskazitelny profil mężczyzny. Może nie 

płaci wcale za swoje grzechy, ale kogoś z rodziny? A może jest nieślubnym dzieckiem, wychowanym 
z pewnymi przywilejami, potem wygnanym z domu, by sam o siebie zadbał. Prawdopodobnie nigdy nie 

pozna prawdy.

Grała urywki tradycyjnych ballad i tematy sławnych utworów europejskich kompozytorów. W końcu, 

kiedy ogień zaczął przygasać,  zagrała  pieśń Irokezów. Była  to kołysanka,  którą słyszała  od matki. 
Znała też kilka pieśni obrzędowych Mohawków. Choć nie używali takich instrumentów jak harmonijka, 

nauczyła się wygrywać na niej ich płaczliwe, dziwne wirujące rytmy.

Myślała, że Robin usnął, ale kiedy zmieniła się melodia, odwrócił głowę w jej kierunku i patrzył na nią 

zamglonym   i trudnym   do   odczytania   wzrokiem.   W końcu   odłożyła   harmonijkę   i wyciągnęła   z torby 
pelerynę.

– Dobranoc – powiedział cicho, niczym powiew wiatru tańczącego na wrzosowiskach. – Dziękuję za 
koncert.

– Nie ma za co – odpowiedziała, zawinęła się w pelerynę i wygodnie ułożyła na posłaniu. Pomyślała, że 
jednak dobrze się stało, że ma tej nocy towarzystwo.

Obudziły ją dziwne odgłosy. Usiadła i sięgnęła po nóż. Najpierw myślała, że zduszony jęk wydaje jakieś 
dzikie zwierzę. Kiedy się powtórzył, zorientowała się, że dochodzi z drugiego posłania.

Zastanawiając się, czy Robin przypadkiem nie ma ataku duszności, wstała, podeszła do jego posłania 
i uklękła przy nim. Miał trupiobladą twarz, oddychał urywanie i rzucał się niespokojnie.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

– Robin?

Mięśnie stężały pod jej dotykiem. Robin szeroko otworzył oczy, ale w ciemności nie mogła dostrzec 
jego twarzy.

– Miałem zły sen – powiedział zduszonym głosem.

– Chyba tak. Pamiętasz co ci się śniło?

– Nie bardzo. – Odetchnął głęboko. – To cena za niespokojne sumienie.

– Często męczą cię takie koszmary?

– Dość często. – Przesunął dłonią po twarzy. – Przepraszam, że cię obudziłem.

Chciała   coś   powiedzieć,   ale   w tym   momencie   zauważyła   na   jego   policzkach   wilgotne   ślady.   Nic 

dziwnego, że tak bardzo stara się być nonszalancki. Położyła dłoń na dłoni Robina.

– To nic.  Mam lekki sen. –  Palce  miał  zimne  i chyba nie  od chłodu  nocy. – Lepiej że to ty mnie 

zbudziłeś, a nie wygłodniały wilk.

– W tych okolicach łatwiej spotkać owce niż wilki. – Uścisnął jej dłoń. – Nie żebym nie ufał, iż potrafisz 

obronić moją osobę przed demonami dzikich ostępów.

background image

– Jeśli zaatakuje nas jakiś wilk, jestem pewna, że zagadasz go na śmierć – stwierdziła z rozbawieniem. 
– Dobranoc.

Wróciła na swoje posłanie, zamierzając wykorzystać resztę nocy. Jednak sen nie nadchodził, mimo że 
oddech Robina szybko stał się równy i spokojny. Irokezi bardzo poważnie traktowali sny, uważając je 

za życzenia duszy, które należy spełnić. Matka Maxie twierdziła nawet, że koszmary to rany zadane 
duszy, która wymaga leczenia.

Zapadając w sen, zastanawiała się, co też męczy Robina.

Gdyby   Desdemona   Ross   wiedziała,   jak   trudno   będzie   odnaleźć   zbiega,   pozostawiłaby   to   zadanie 

mężczyźnie, którego chciał wynająć brat. Ponieważ jednak już się tego podjęła, nie chciała przyznać, 
że nie daje sobie rady.

Poszukiwania   wydawały   się   zwykłym   ćwiczeniem   z logiki.   Znając   pochodzenie   bratanicy, 
wykalkulowała, ile mil może pokonać żywotna wędrowniczka. Następnie wytypowała trzy najbardziej 

prawdopodobne   trasy   i zaczęła   rozpytywać   o Maxie   w zajazdach   i stacjach   dyliżansów.   Pytała 
o chłopca, pewna, że bratanica miała na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie wyruszać w drogę jako 

kobieta.

W wielu miejscach widziano różnych chłopców, lecz w gruncie rzeczy niczego się nie dowiedziała. Po 

trzech dniach bezowocnych poszukiwań miała dosyć. Jednak upór nie pozwolił jej się poddać.

Jechała   właśnie   do   Yorkshire,   kiedy   natrafiła   na   zajazd   o nazwie   „Król   Ryszard”.   Był   środek   dnia. 

W ciemnej sali okoliczni mieszkańcy popijali piwo. Podeszła do kobiety stojącej za barem.

– Przepraszam, szukam mojego bratanka. Uciekł ze szkoły i możliwe, że właśnie tędy przechodził.

– Tak? – rzuciła kobieta z całkowitym brakiem zainteresowania.

– Mniej więcej tego wzrostu – pokazała Desdemona – o dość ciemnej karnacji, i pewnie miał kapelusz. 

Ubrany był tak, żeby nie rzucać się w oczy.

– Był tu wczoraj taki chłopak – odezwała się bezzębna starucha, siedząca w głębi sali. Podniosła się 

z trudem i ruszyła w stronę Desdemony. – Ale znalazł przyjaciela.

– Tak? – rzuciła Desdemona zachęcająco.

Podeszła do nich jeszcze jedna kobieta tęgiej budowy. Trzymała w ustach glinianą fajkę.

– Jeśli to pani bratanek, to wszystko w porządku. Był z nim lord Robert Andreville. Może go pani zna. 

Lord Robert pewnie zaprowadził chłopaka do domu.

– Ten mężczyzna mówił, że nie jest lordem Robertem – stwierdziła starucha.

–   Mam   zdrowe   oczy,   Granny.   To   był   lord   Robert,   choć   zaprzeczył   –   upierała   się   tęga   kobieta.   – 
Widziałam go w Yorku przed Bożym Narodzeniem. Ta jasna głowa nie mogła należeć do nikogo innego.

– Co się stało? – zapytała Desdemona, zanim starucha zdążyła ponownie zaprzeczyć.

– Chłopak i lordowska mość zjedli tu obiad – wtrąciła barmanka, okazując zainteresowanie rozmową. – 

Siedzieli w tamtym kącie, dlatego nikt nie rozpoznał jego lordowskiej mości. Jak zjedli, to ten chłopak 
wymknął się tylnym wyjściem.

– Tak, próbował znowu uciec – stwierdziła palaczka fajki. – Dlatego myślę, że to ten, którego pani 
szuka. Lord dopadł go, a potem zmusił, żeby poszli razem.

Desdemona zmarszczyła brwi.

– Chcesz powiedzieć, że użył siły? Kobieta skinęła głową.

background image

– Złapał go za ramię i wyprowadził ze wsi. Pewnie czekał na nich powóz. Nie wydaje się, by jego 
lordowska mość chciał iść piechotą.

Desdemona słyszała o Andreville’ach i wiedziała, że ich rodzinne gniazdo znajduje się niedaleko stąd. 
Ale nikt z tej rodziny nie znał Maximy, która w Anglii była dopiero od kilku miesięcy, nikt też nie mógł 

rozpoznać w zbiegu dziewczyny z dobrej rodziny.

– Opowiedzcie mi o tym lordzie Robercie.

Entuzjastyczny chór głosów wyjaśnił jej, że lord Robert jest młodszym bratem markiza Wolvertona, że 
w czasie wojny dokonywał odważnych i niebezpiecznych czynów, że jest przystojny jak upadły anioł, 

a z kobietami jest jak sam diabeł. Zaangażowanie, z jakim wieśniacy dzielili się wiedzą o ich panu, 
świadczyło o tym, że dumni są ze swego bohatera i czarnej owcy.

Nawet jeśli połowa z tych opowieści była prawdziwa, portret był alarmujący. Lord i lady Collingwood 
przyznawali, że Maxima jest bardzo atrakcyjna, mogła więc przyciągać różnych zabijaków. Możliwe, że 

lord Robert przejrzał maskaradę dziewczyny, po czym zmusił ją, żeby mu towarzyszyła, a jego cele nie 
musiały być najuczciwsze.

– Jak dojechać do Wolverhampton? – zapytała z ponurą miną. Po otrzymaniu wskazówek sięgnęła do 
torebki po złotą gwineę i położyła na ladzie. – Dziękuję za pomoc. Funduję wszystkim piwo.

Wyszła do czekającego na nią powozu, ignorując toasty wznoszone za jej zdrowie. Była zbyt zajęta 
planowaniem, co zrobi zdeprawowanemu arystokracie, jeśli się okaże, że nastawał na cześć niewinnej 

dziewczyny.

background image

5

Na popołudnie markiz Wolverton zaplanował przejrzenie korespondencji. Sekretarz Charles, przeczyta 
list, Giles podyktuje odpowiedź, i tak dalej, i tak dalej. Wszystko w ustalonym porządku i do znudzenia 

normalne.

Ustalony porządek został jednak pogwałcony, kiedy do biblioteki wparowała rozwścieczona Amazonka.

– Nie obchodzi mnie, że lord Wolverton jest zajęty! – krzyknęła. – Życzę sobie, żeby mnie przyjął, i to 
natychmiast.

Tuż za nią ukazał się czerwony na twarzy lokaj.

–   Przepraszam,   jego   lordowską   mość,   ale   lady   Ross   uparła   się,   żeby   pana   zobaczyć   –   wyjaśnił 

przepraszająco. – Przyszła tu w sprawie lorda Roberta.

Giles uniósł głowę. Robin zniknął przed trzema dniami. Choć wcześniej zapowiedział, żeby się o niego 

nie martwić, jednak trudno było się z tym pogodzić.

Patrzył   zaskoczony   na   damę,   która   płynęła   w jego   stronę   jak   statek   z rozwiniętymi   żaglami, 

w pelerynie,   przekrzywionej   budce   i groźnie   uniesionym   parasolem.   Wysoka   i dość   potężnie 
zbudowana, mogła być nawet ładna, gdyby nie malująca się na twarzy wściekłość. Zastanawiając się, 

cóż takiego łączy ją z Robinem, Giles wstał zza biurka.

– Nazywam się Wolverton. Czy przynosi pani wieści o moim bracie?

Lady Ross jęknęła.

– A więc pan także nie wie, gdzie on jest?

– Nie ma go od kilku dni. Nie wiem, kiedy wróci – wyjaśnił Giles, starając się sobie przypomnieć, co 
słyszał   o lady   Ross.   Choć   nazwisko   wydawało   mu   się   znajome,   nie   kojarzył   go   z żadnymi 

okolicznościami. – Jaką sprawę ma pani do brata?

– Nie chodzi o mnie, lecz o moją bratanicę – oznajmiła gniewnie. – Fakty wskazują na to, że pana brat 

ją uprowadził.

– Co też pani opowiada! – wykrzyknął Giles. – Kto roznosi takie niedorzeczne plotki?

Koniec parasola Desdemony drżał jak koniuszek ogona rozzłoszczonego kota.

– Pańscy poddani widzieli, jak lord Robert zmuszał pewną młodą osobę, żeby z nim poszła. Z opisu 

wnioskuję, że była to moja bratanica, Maxima Collins, Amerykanka.

Giles spojrzał na nią ostro.

– W jaki sposób i kiedy ta dziewczyna została uprowadzona? Nie wierzę, że mój brat byłby zdolny 
porwać z rodzinnego domu niewinną dziewczynę.

Lady Ross poruszyła się niespokojnie.

– Nie  jestem  do końca pewna, co  zaszło.  Maxima  mieszkała  z moim bratem, lordem Collingwood, 

w Chanleigh   Court.   Jej   ojciec   zmarł   wkrótce   po   ich   przyjeździe   do   Anglii   i dziewczyna   wpadła 
w rozpacz. Jakiś tydzień temu, pod wpływem impulsu, opuściła  dom Collingwoodów, pozostawiając 

wiadomość, że wybiera się do Londynu z zamiarem odwiedzenia mnie. Tymczasem ja przyjechałam do 
Durham, by się z nią zobaczyć. Szukam jej od czasu, kiedy się zorientowaliśmy, że zaginęła. – Szare 

oczy  kobiety  zwęziły  się.   –  Trzy dni   temu  wieśniacy   widzieli  lorda  Roberta  w towarzystwie   młodej 
osoby.

background image

Twarz   Gilesa   pozostała   bez   wyrazu,   ale   w środku   czuł   zamęt.   Robin   nie   uprowadziłby   niewinnej 
dziewczyny, ale mógł zainteresować się uciekinierką, zwłaszcza miłą i chętną.

– Ile lat ma pani bratanica? Lady Ross zawahała się.

– Dwadzieścia pięć.

– Dwadzieścia pięć? Sposób, w jaki pani o niej mówiła, wskazywał, że nie ma więcej niż piętnaście czy 
szesnaście.   Pani   bratanica   nie   jest   podlotkiem.   W jej   wieku   większość   kobiet   zostaje   żonami 

i matkami. Jeśli poszła z moim bratem, musiała uczynić to z własnej woli.

– Maxima jest w Anglii zaledwie od czterech miesięcy i wkrótce po przyjeździe została sierotą – rzuciła 

lady Ross z błyskiem furii. – Jest niewinną dziewczyną, cudzoziemką w obcym kraju. Mężczyzna, który 
to wykorzystał, jest poniżej krytyki. Giles z trudem się opanował.

– Nie ustaliliśmy jeszcze co, jeśli w ogóle, się wydarzyło.

– Jeśli lord Robert nie  uciekł z moją bratanicą,  to gdzie  jest?  – zapytała  Desdemona. – Sam pan 

powiedział, że nie wie. Według mieszkańców wsi ma reputację rozpustnika, kogoś takiego, kto jest 
w stanie porwać młodą dziewczynę.

– To nonsens – odparował Giles. – Robina nie było w Anglii przez wiele lat. Przyjechał pół roku temu 
i przez ten czas nie zadawał się z żadną kobietą.

– Pańscy poddani wydają się mieć odmienne zdanie.

– Ludzie uwielbiają wymyślać różne bajki. Moja osoba to kiepska pożywka dla plotek, ale lord Robert 

jest atrakcyjną i romantyczną postacią. Wystarczy, że uśmiechnie się do którejś z dziewcząt ze wsi, 
a już mówi się o nim jak o zapamiętałym uwodzicielu. – Giles zastanowił się przez chwilę. – Nawet jeśli 

bratu towarzyszyła jakaś kobieta, skąd pewność, że to pani bratanica? Uciekła i może być wszędzie.

– Jestem pewna, że Maxima jest gdzieś w okolicy. Opis, jaki podali mi wieśniacy, pasuje do niej jak 

ulał – upierała się lady Ross. – Obawiam się najgorszego.

Giles odetchnął głęboko.

– Nie dostarczyła mi pani żadnego dowodu na potwierdzenie niewłaściwego zachowania Robina. Nie 
wiadomo nawet, czy zna on pani bratanicę. Choć rozumiem w pełni pani zatroskanie, radzę, by nie 

obrzucała   pani  mego  brata   nieuzasadnionymi  oskarżeniami.   Żegnam,   lady   Ross.   Lokaj   odprowadzi 
panią do wyjścia.

Powiedziawszy   to   usiadł   i pochylił   się   nad   korespondencją.   Oczekiwał,   że   gość   spokojnie   wyjdzie, 
tymczasem   kątem   oka   dostrzegł   szybki   ruch   oraz   usłyszał   jęk   służącego.   Podniósł   głowę   akurat 

w chwili, gdy parasol zaledwie o cal omijając jego twarz uderzył w biurko, rozrzucając leżące na nim 
listy.

– Niech panu się nie wydaje, że odprawi mnie jak jakąś służącą – wysyczała lady Ross. – Znam pańską 
reputację.   Zamiast   pracować   w Parlamencie,   siedzi   pan   tu   w Yorkshire   jak   jakiś   leń,   zapominając 

o swoich obowiązkach. Przy takim przykładzie trudno się dziwić, że pański brat się stoczył. – Pełne 
usta kobiety wykrzywiły  się  w sarkazmie. – Choć może  dobrze się składa,  że nie  korzysta pan  ze 

swojego miejsca w Izbie Lordów. Przy pańskich poglądach nawet wódz Hunów Attyla wydawałby się 
niewinną owieczką.

Giles nigdy jeszcze żadnej kobiety nie potraktował niegrzecznie, jednak te kilka minut w towarzystwie 
lady Ross bardzo zmieniły jego zasady. Poderwał się na nogi i pochylił ku niej, zaciśniętą dłoń opierając 

na blacie biurka.

–   Pojawiam   się   w Parlamencie,   zawsze   kiedy   rozstrzygana   jest   jakaś   ważna   sprawa,   ale   moim 

głównym obowiązkiem jest opieka nad tym majątkiem. Nie ma lepszego nawozu dla ziemi niż ciężar 
stopy właściciela, a praca na wsi jest pożyteczniejsza od gry w faraona i niszczenia własnej reputacji 

background image

w Londynie. – Zorientował się, że zachowuje się jak dziecko i dalej ciągnął już spokojniejszym tonem. 
– Zresztą to nie pani sprawa.

Parasol zadrżał i przez chwilę Giles myślał, że kobieta zrobi z niego użytek jak z kija do krykieta.

–   Przepraszam   –   wycedziła   zamiast   tego   przez   zaciśnięte   zęby.   –   Pańska   posiadłość   słynie 

z doskonałego zarządzania. Nie powinnam o niej wspominać. – Sprawiała wrażenie, jakby przeprosiny 
przychodziły jej z wielką trudnością, lecz dodała: – Nie wątpię, że nie przyczynił się pan do upadku 

brata.

– Radzę pani wyjść, zanim te bezpodstawne oskarżenia sprawią, że zapomnę, iż jestem mężczyzną – 

powiedział Giles. – Przykro mi, że pani bratanica zaginęła, ale nie mogę nic na to poradzić.

– Byłam naiwna, oczekując współpracy – rzuciła z obrzydzeniem lady Ross. – Bogaci panowie potrafią 

zbezcześcić niewinną dziewczynę z taką samą łatwością, z jaką wyrzucają niemodny fular. Przyszłam 
tu z nadzieją, że lord Robert spotkał moją bratanicę i jako dżentelmen odeskortował ją do rodziny. 

Zamiast tego dowiaduję się, że zmusił ją do towarzyszenia mu, a pan jeszcze go chroni. Jednakże 
Maxima nie jest samotna, ma rodzinę i przysięgam, że jeśli lord Robert ją skrzywdził, zapłaci za to.

– A więc o to chodzi! Pani bratanica chciała uwieść Robina. Potem pani się tu zjawia oświadczając, że 
dziewczyna   jest   niewinna   i że   powinienem   zmusić   brata   do   ożenienia   się   z nią.   To   się   nie   uda, 

madame,   ani   ze   mną,   ani   z moim   bratem.   Jeśli   ta   dziewczyna   z nim   poszła   to   tylko   z własnej 
nieprzymuszonej woli.

Pochylił się w stronę gościa, a jego szerokie ramiona drżały z gniewu.

– Niech mnie pani uważnie wysłucha, lady Ross. Ręczę własnym honorem, że brat nigdy nie ożeni się 

z żadną wywloką, która próbuje zastawić na niego pułapkę.

Gdyby parasol Desdemony był szablą, doszłoby do morderstwa. Jej szare oczy rzucały błyskawice.

–   Niech   mi   pan   wierzy,   że   nie   mam   zamiaru   zmuszać   tej   biednej   dziewczyny   do   ożenku   z takim 
degeneratem, lecz sprzeciwię się każdemu, nawet rodzinie, jeśli będzie chciał ją skrzywdzić. Pański 

brat wyląduje w więzieniu. Proszę pamiętać, że za porwanie grozi kara śmierci. Niech pan nie myśli, że 
wykupi   go   dzięki   swoim   znajomościom.   Ja   także   takowe   posiadam.   Jeśli   doszło   do   przestępstwa, 

dopilnuję, by sprawiedliwości stało się zadość.

Odwróciła się na pięcie i z zaciśniętym w dłoni parasolem ruszyła do drzwi.

– Jeśli pański barbarzyński brat się tu pojawi, proszę mu poradzić, żeby opuścił Anglię, najlepiej na 
zawsze – dodała jeszcze.

Kiedy   była   już   przy   drzwiach,   Giles   przypomniał   sobie   wreszcie,   kim   jest   jego   gość:   feminizującą 
reformatorką, która znajdowała posłuch u najbardziej znaczących polityków obu stron. Giles słyszał 

o niej, lecz myślał, że jest starsza. Okazuje się, że płomienna feministka jest w jego wieku, jeśli nie 
młodsza. Ma chyba niewiele więcej ponad trzydziestkę. Do diabła, była dość wpływowa, by sprawić 

rodzinie Andreville’ów niezłe kłopoty, nawet jeśli Robin nie uczynił nic występnego.

– Lady Ross, proszę zaczekać – powiedział. Odwróciła się i spojrzała na niego złowieszczo.

– Tak?

Podszedł do gościa, zdobywając się na jak najłagodniejszy ton.

– Nie powinniśmy dać ponosić się nerwom. Tb oczywiste, że martwi się pani o bratanicę, ale sądzę, że 
popełnia   pani błąd.   Teraz  liczy się  tylko  odnalezienie  dziewczyny,  lecz  wątpię,  że  znajdzie  ją pani 

w towarzystwie mego brata. Istnieją mężczyźni, którzy wykorzystują słabszą płeć, ale mój brat do nich 
nie należy.

Brwi kobiety uniosły się wysoko.

background image

– Czy jest pan tego absolutnie pewny?

Giles już miał potwierdzić, lecz w ostatniej chwili się zawahał.

– Czy czegokolwiek w życiu możemy być absolutnie pewni?

– Brzmi to niezbyt przekonująco – stwierdziła sucho Desdemona.

–   Nie   mam   żadnych   wątpliwości   co   do   honoru   Robina.   –   Jednak   chorobliwa   uczciwość   kazała   mu 
dodać: – Choć niektóre z jego poczynań można by nazwać niekonwencjonalnymi.

Lady Ross zacisnęła usta.

– Im więcej mówi pan o uczciwości brata, tym większą mam ochotę przeliczyć sztućce.

– Ufam mu jak samemu sobie.

Wyraz   twarzy   lady   Ross   złagodniał   i Giles   ucieszył   się,   że   zdołał   ją   przekonać.   Po   chwili   znowu 

zacisnęła usta.

– Ma pan reputację człowieka uczciwego, a pańska lojalność w stosunku do brata jest godna pochwały. 

Na   nieszczęście   mężczyźni   potrafią   być   uczciwi   w stosunku   do   innych   mężczyzn,   ale   za   nic   mają 
kobiety. Skoro lord Robin tak długo przebywał poza krajem, skąd pan wie, do czego jest zdolny?

Ta przeklęta kobieta ma rację. Giles wierzył w brata, ale był świadom, że Robin nie mógł przetrwać 
dwunastu  lat  szpiegowania,  w samym sercu napoleońskiego  imperium  bez  pewnych twardych cech 

charakteru.

– Charakter  Robina kształtował się  pod wpływem  sił innych niż  angielski  beau monde,  ale jestem 

przekonany, że nigdy nie wyrządziłby krzywdy bezbronnej i niewinnej kobiecie.

Lady Ross wzruszyła ramionami i odwróciła się.

–   Zobaczymy.   Nie   zaprzestanę   poszukiwań,   dopóki   nie   odnajdę   bratanicy.   Jeśli   pański   brat   ją 
skrzywdził, niech Bóg ma go w opiece.

Odeszła. Giles przez dłuższą chwilę wpatrywał się w drzwi, czując się tak, jakby dach runął mu na 
głowę.   Jeszcze   nikt   nigdy   nie   wprawił   go   w taką   wściekłość,   ale   mimo   to   nie   był   zadowolony   ze 

sposobu, w jaki rozmawiał z lady Ross.

Odwrócił się, potrząsając głową.

– Co o tym myślisz, Charles? – zapytał sekretarza, który przyglądał się całej scenie z zafascynowaniem 
i przerażeniem.

Mężczyzna zawahał się.

– Myślę, że wolałbym nie rozgniewać niczym lady Ross – powiedział taktownie.

– I jeśli Robin zabawia się z jej bratanicą, może znaleźć się po uszy w kłopotach?

Charles uśmiechnął się ponuro.

– Obawiam się, że tak, sir.

Giles usiadł w skórzanym fotelu i zamyślił się. Choć to absurdalne, najwyraźniej ta zaginiona Maxima 

wybrała się do Londynu pieszo. W przeciwnym razie lady Ross nie byłaby taka pewna, że dziewczyna 
była   w Yorkshire   w tydzień   po   opuszczeniu   Durham.   Trudno   było   sobie   wyobrazić,   aby   panna 

z dobrego   domu   zdecydowała   się   na   taką   podróż.   Musiała   znaleźć   się   w sytuacji   bez   wyjścia   albo 
oszalała. A może chodziło o to, że jest Amerykanką?

background image

W dniu,  w którym zniknął, Robin wybierał się  do zachodnich  lasów. Droga, która przecinała  tamte 
tereny, prowadziła do Durham. Robin był w stanie zachwiania emocjonalnego. Jeśli spotkał atrakcyjną, 

szaloną dziewczynę, mógł pod wpływem impulsu postanowić jej towarzyszyć. Nie jest złoczyńcą, ale 
też nie jest święty. Skąd jednak mógł wiedzieć, że wybuchnie skandal, jeśli zwiąże się z tą kobietą? 

Poza tym nie miał przy sobie pieniędzy, a jeśli w ogóle, to bardzo mało. Podobnie Maxima Collins, 
inaczej pojechałaby do Londynu dyliżansem. Gilesowi wydawało się mało romantyczne, ale był przecież 

typem krańcowo nudnego konserwatysty.

Czy   Robin   zdecydował   się   eskortować   tę   dziewczynę   do   Londynu?   Takie   niedorzeczne   zachowanie 

pasowało   do   brata.   Jednakże   jeśli   uciekinierka   jest   kobietą   łatwą,   szybko   ich   stosunki   staną   się 
intymne, a tego nie życzyła sobie ciotka dziewczyny.

Lady Ross zdawała się bardziej denerwować całą sprawą, niż na to zasługiwała. Może nie ujawniła całej 
prawdy?   A może   jest   kobietą   wybuchową,   która   lubi   wywoływać   awantury?   Przypomniał   sobie 

oburzenie gościa, gdy zasugerował, iż wraz z bratanicą uknuły spisek przeciw Robinowi, odrzucił więc 
ten   pomysł,   co   nie   znaczyło,   że   sama   dziewczyna   jest   niewiniątkiem.   Robin   ze   swoim   wyglądem 

i majątkiem stanowił bardzo pociągający kąsek. Prawdopodobnie dowiedziała się o tym i postanowiła 
wykorzystać sytuację.

Jeszcze raz przebiegł w myślach wnioski. Pozostawało faktem, że Robin zniknął, panna Collins również, 
i że   widziano   ich   razem.   Najprawdopodobniej   podróżowali   na   południe   w stronę   Londynu.   Jeśli   po 

drodze napotkają jakieś kłopoty, Robin nie da sobie rady bez pieniędzy.

Za uciekinierami podążała pałająca żądzą zemsty lady Ross. Jeśli ich odnajdzie, konsekwencje mogą 

okazać się nieprzyjemne. Skandal dotknie  dziewczynę o wiele bardziej niż Robina, ale oszołomiona 
wściekłością lady Ross może nie brać tego pod uwagę.

Robin może nic nie robić sobie ze skandalu, ale on tak. Stawiłby czoło plotkom, jednak wolałby, aby 
cała sprawa, jeśli to możliwe, nie nabrała rozgłosu. Co oznacza, że sam musi odnaleźć zbiegów. Przy 

odrobinie szczęścia dotrze do nich przed lady Ross i zapobiegnie katastrofie.

Jeśli ta niewinna panna uprze się, że tylko ślub uratuje ją przed upadkiem, to wówczas on będzie miał 

coś do powiedzenia. Żona jego brata zostanie matką przyszłego markiza Wolverton, nie pozwoli więc, 
żeby jego ród splamiła krew wulgarnej i podstępnej dzierlatki.

Z niechęcią myślał o podróży. Długie godziny w trzęsącym się powozie, rozmokłe drogi, niestrawne 
jedzenie. A w tej chwili nie miał nawet dobrego woźnicy, ponieważ ostatni odszedł i jeszcze nie znalazł 

następcy.

W dodatku będzie czuł się jak idiota, wędrując po kraju za zwariowaną Amerykanką, szpiegiem na 

emeryturze i płomienną feministką. Na samą myśl o tym nie mógł powstrzymać uśmiechu.

background image

6

Maxie   zsunęła   kapelusz   na   oczy,   żeby   ochronić   je   przed   słońcem   i ukryć   spojrzenie,   jakie   rzuciła 
towarzyszowi. Znowu naszedł ją jeden z tych momentów, kiedy brakowało jej tchu, a zdarzało się to 

za każdym razem, kiedy patrzyła na Robina. Jest zbyt piękny, zbyt tajemniczy, żeby był prawdziwy.

Rozmowa z nim nie sprawiała jej trudności. Przeciwnie, rozmawiało się z nim równie łatwo jak z ojcem. 

Kiedy   Robin   zmęczył   się   milczeniem,   słowa   płynęły   mu   z ust   jak   szemrzący   strumień.   Wciągał   ją 
w dyskusję   na  temat  mijanych   krajobrazów,  pogody  oraz  godnej   pożałowania   wojny   pomiędzy  ich 

krajami. Nigdy jednak nie powiedział nic o sobie. Nadal nie znała jego prawdziwego nazwiska. Raz na 
zawsze porzuciła przesąd, że tylko ludzie cisi są tajemniczy.

Najdziwniejsze było to, że zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen, tak doskonały, że zaczęła się 
zastanawiać, czy z nią jest coś nie tak. Nie chodziło o to, że chciała, by ją obrażano, ale przynajmniej 

takie zachowanie rozumiała. Tymczasem miała przy sobie czarującego, lecz zagadkowego towarzysza. 
Wszystko to wytrącało ją z równowagi i dość często zapominała, że pomimo osobistego uroku Robin 

jest przede wszystkim włóczęgą.

Kiedy droga przeszła w wąską ścieżkę, Robin przerwał ciszę pytaniem:

– Czy opowiadałem ci o mojej pracy w cyrku w Austrii? Uśmiechnęła się, zastanawiając, cóż takiego 
wymyśli tym razem.

– Jeszcze nie. Twój repertuar zabawnych historii wydaje się niewyczerpany. Opowiedz o tym cyrku. 
Nie wątpię, że byłeś mistrzem w chodzeniu po linie.

– Nie trafiłaś – odpowiedział. – Konie są o wiele łatwiejsze do opanowania, byłem więc woltyżerem.

– Robin, czy kiedykolwiek powiesz mi prawdę? Popatrzył na nią z urazą.

– Każdy głupi mówi prawdę. Trzeba dużego talentu do kłamania.

Śmiała się głośno, kiedy zza krzaków wyłoniło się dwóch jeźdźców. Jeden z nich zatrzymał się przed 

Maxie i Robinem, a drugi za nimi. Obydwaj mieli na twarzach maski, a w dłoniach pistolety.

– Stać i ręce do góry! – krzyknął przywódca. Był to chudy blondyn o błyszczących oczach.

Serce Maxie skurczyło się ze strachu. Choć liczyła się z kłopotami w drodze, nie myślała, że zostanie 
napadnięta. Napastnicy wyglądali na zdenerwowanych i bardzo niebezpiecznych.

Stojący za nią Robin podniósł posłusznie ręce do góry.

– Musicie  być w prawdziwej potrzebie, jeśli napadacie  na takich jak my – stwierdził ze spokojem, 

naśladując   akcent   wieśniaka.   –  Nie   mamy  nic  wartościowego.  Lepiej  się  obłowicie  na  Great  North 
Road, napadając na bogate powozy.

–   Cholerny   tam   tłok   –   mruknął   mężczyzna   z tyłu.   Ciemnowłosy   i przysadzisty,   trzymał   pistolet 
wycelowany w plecy Robina. – Łatwo dostać tam kulkę.

– Ciężkie czasy – dodał drugi. – Może nie macie dużo, ale kilka szylingów to więcej niż nic. Jem, 
sprawdź ich.

Jem zsiadł z konia i zabrał się do przeszukiwania kieszeni Robina. Znalazł w niej garść monet.

– Nie kłamał, nic nie ma – powiedział po przejrzeniu tobołka.

– Przeszukaj chłopaka – polecił blondyn. – To on może nieść coś wartościowego, bo na takiego nie 
wygląda.

background image

Maxie   stała   sztywno,   modląc   się   w duchu,   żeby   przestępca   nie   poczuł   mało   chłopięcych   kształtów 
ukrytych   pod   luźnym   ubraniem.   Choć   brała   pod   uwagę   możliwość   gwałtu,   jednak   w chwili,   gdy 

szorstkie łapy rzezimieszka myszkowały po jej ciele, nie potrafiła zachować obojętności. Na szczęście 
obwiązała biust bandażem i złodziej nie zorientował się, jaka jest płeć jego ofiary. Nie znalazł też noża 

ukrytego w bucie. Szybko jednak odkrył wewnętrzne kieszenie peleryny i wyjął harmonijkę.

– Co to, Ned?

– Coś w rodzaju organków – wyjaśnił zapytany. – Pewnie warte szylinga albo dwa.

Maxie   zagryzła   usta,   żeby   głośno   nie   zaprotestować.   Na   szczęście   złodziej   nie   znalazł   kolczyków, 

ukrytych w tej samej kieszeni, za to natrafił na zegarek ojca.

–   Miałeś   rację   –   stwierdził.   –   Ten   chłopak   rzeczywiście   coś   ma.   To   chyba   złoto   i sporo   za   niego 

dostaniemy.

– Daj mi go. – Po obejrzeniu zegarka, Ned skinął głową z satysfakcją i wsunął zdobycz za pazuchę. – 

A teraz sprawdź szyję chłopaka. Ma tam srebrny łańcuszek.

Maxie skrzywiła się z obrzydzenia, kiedy brudne łapska wsunęły się pod kołnierz i wyłowiły srebrny 

krzyżyk.

– A nich to wszyscy diabli, mamy dzisiaj szczęście! – Otworzył zamek i ściągnął jej łańcuszek z szyi.

– Nie! – zawołała. – Nie zabierajcie tego. Należał do mojej matki. To jedyna rzecz, która mi po niej 
została.

– To źle – stwierdził Jem z obrzydliwym rechotem, po czym zabrał się do przeszukiwania jej tobołka.

Oślepiona wściekłością już sięgała po nóż, kiedy poczuła mocny uścisk na łokciu i usłyszała ostry szept 

Robina:

– Nie jest wart twojego życia. – Kiedy posłała mu wściekłe spojrzenie, dodał: – Pomyśl trochę, do 

diabła! Czy twoja matka chciałaby, żebyś umarła za kawałek metalu?

Te słowa wróciły jej jasność myślenia. Uniosła wzrok i zobaczyła, że lufa pistoletu Neda skierowana 

jest prosto na nią.

– Zrób krok w stronę Jema, a jesteś martwy, chłoptasiu – rzucił ostro. – Zresztą może zabiję was 

oboje, bo inaczej nas wydacie.

Poczuła, że Robin mocniej zaciska dłoń, ale jego głos brzmiał obojętnie.

– Zostawicie na drodze dwa trupy, to zaczną od razu was szukać. Lepiej tego nie róbcie. Nie dotrzemy 
do miasta na tyle szybko, żeby sprawić wam kłopoty.

– Chyba masz rację – powiedział z wyraźnym żalem Ned. Maxie odetchnęła z ulgą. Robin widząc, że 
się uspokoiła, puścił jej rękę.

Jem poklepał się po kieszeni.

– Nieźle się obłowiliśmy. Musimy częściej napadać na wędrowców.

– Zabrałeś wszystko co wartościowe? – zapytał go Ned. – A co z płaszczem tego faceta? Leżałby na 
tobie jak ulał.

Ned przyjrzał się wytartemu, ale dobrze skrojonemu, niebieskiemu płaszczowi Robina.

– Masz rację, pewnie kupił go na wyprzedaży, bo żaden wiejski krawiec by tego nie uszył. Brummel by 

się takiego nie powstydził. – Machnął pistoletem. – Zdejmuj go.

background image

Robin spojrzał na niego z wyrzutem.

– Zdzieranie ostatniej kapoty z człowieka, to nikczemność. Jeśli chcecie mój płaszcz, będziecie musieli 

sami go sobie wziąć.

– Robin, miej rozsądek! – zaprotestowała Maxie.

– Jeśli do mnie strzelą, zniszczą płaszcz – odparł spokojnie.

– Zdejmij go z niego – rozkazał Ned towarzyszowi.

Jem uśmiechnął się i potarł dłonią zaciśniętą pięść, rozkoszując się perspektywą walki. Nagle masywna 
pięść   wylądowała   w brzuchu   Robina,   a potem   trafiła   w szczękę.   Robin   sapnął   z bólu   i upadł   na 

oprawcę.

Jem odepchnął go z obrzydzeniem i ściągnął mu płaszcz. Robin poddał się temu bez sprzeciwu. Miał 

pobladłą   twarz,  a ramiona  drżały   mu  tak,   jakby  nie  mógł  złapać   oddechu.  Maxie   miała   ochotę   go 
uderzyć za to zachowanie.

Jem rzucił płaszcz partnerowi. Ned skinął głową, a potem machnął pistoletem w stronę drogi.

– Ruszajcie, pókim dobry.

Maxie podniosła z ziemi tobołek i pociągnęła za ramię Robina. Nadal kulił się i ciężko oddychał.

– Idiota! – syknęła. – Jak mogłeś kłócić się o płaszcz? Już bardziej wartościowy był krzyżyk mojej 

mamy.

Dochodzili   do   zakrętu,   kiedy   powietrze   przeciął   odgłos   strzału.   Sądząc   po   wybuchu   rechotliwego 

śmiechu miał ich raczej postraszyć niż zabić, lecz Maxie pociągnęła za sobą towarzysza, chcąc zniknąć 
przestępcom z oczu. Kiedy tylko minęli zakręt, Robin wyprostował się, a z twarzy zniknął wyraz bólu.

– Musimy zniknąć, zanim się zorientują, co się stało – rzucił przyciszonym głosem, odbierając od Maxie 
swój tobołek.

– O czym ty mówisz?

Uśmiechnął się i rozwarł dłonie. W lewej trzymał krzyżyk, a w prawej harmonijkę.

Maxie w osłupieniu wpatrywała się w przedmioty.

– Jak ci się udało je odzyskać?

– Wyjąłem z kieszeni tego złodzieja. – Oddał jej krzyżyk i harmonijkę, a monety wrzucił do tobołka. – 
Chodźmy, nie mamy czasu do stracenia. – Ruszył przyspieszonym krokiem.

– Z kieszeni? – powtórzyła ze zdumieniem, wsuwając odzyskane przedmioty do kieszeni kaftana. – 
Robin, jesteś okropny!

Spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Bóg mi wybaczy – powiedział, lecz zaraz spoważniał. – Przykro mi, że nie odzyskałem zegarka, ale 

nie potrafiłem wymyślić sposobu, żeby dostać się w pobliże Neda.

Wielkie nieba! Pozwolił się pobić, żeby odzyskać krzyżyk. A ona uważała go za głupca. Jako złodziej nie 

miał  sobie  równych. Stała  tuż  obok niego  i nic  nie  zauważyła.   Miała   ochotę  zapytać  go, gdzie  też 
zdobył takie umiejętności, lecz zamiast tego powiedziała:

– Nie martw się. Dać się pobić, to wykracza poza twoje obowiązki.

– Jem nie uderzył mnie tak mocno, jak sądził – wyjaśnił, wspinając się na płot.

background image

Maxie poszła za jego przykładem i miękko zeskoczyła na ziemię po drugiej stronie.

– Jak to?

– Istnieją sposoby na bicie i sposoby na odbieranie ciosów – odparł enigmatycznie.

– Ale i tak musiało boleć. Dziękuję, że ryzykowałeś. Ten krzyżyk wiele dla mnie znaczy. – Wydała 

z siebie dźwięk przypominający coś między rozbawieniem a zachwytem. – Masz instynkt prawdziwego 
dżentelmena, tyle że poważnie wypaczonego.

Usta mężczyzny zadrżały.

– Wiele osób by się z tobą zgodziło.

Pożałowała swojej uwagi, ale zanim zdążyła przeprosić, Robin ją ubiegł.

– Dobrze się składa, że ta okolica to labirynt pól i lasów. Z łatwością znikniemy. Myślę, że powinniśmy 

iść na północ. Jeśli będą nas ścigać, pomyślą, że kierujemy się na południe.

W tym momencie usłyszeli ryk wściekłości.

– Czas przestać gadać i zacząć uciekać – powiedziała Maxie. Przez następne dwie godziny kluczyli po 
cichej   wiejskiej   okolicy,   na   zmianę   to   biegnąc,   to   idąc   szybkim   krokiem.   Słońce   chyliło   się   ku 

zachodowi, kiedy po wejściu na szczyt wzgórza, ujrzeli w dole szeroki trakt. Jechały nim dwa wozy 
i mężczyzna na ośle. Szło  również stado  krów, co znaczyło, iż droga ta jest bardziej uczęszczana, 

a tym samym bezpieczniejsza od dróżek, którymi podążali do tej pory.

Maxie   dopiero   teraz   poczuła   zmęczenie.   Opuściła   tobołek   na   ziemię   i objęła   Robina   w talii   dla 

podtrzymania. Kiedy w odpowiedzi otoczył ją ramieniem, pomyślała, że zbyt pochopnie  się na nim 
oparła. Jednak z drugiej strony to naturalne, że ludzie się do siebie zbliżają po wspólnie przeżytym 

niebezpieczeństwie.

– Myślisz, że jesteśmy już bezpieczni? – zapytała po kilku błogosławionych chwilach wytchnienia.

– Wątpię, żeby jechali za nami aż tak daleko – odparł nieco zdyszanym głosem. – Prawdopodobnie 
postanowili zaoszczędzić siły na następnych wędrowców.

Zmarszczyła brwi.

– Powinniśmy ich gdzieś zgłosić.

– I co powiemy? Wszyscy wiedzą, że na drogach grasują złodzieje. Kiedy zdążymy złożyć skargę, Ned 
i Jem będą już daleko stąd. – Zachichotał. – Myślę, że wyszliśmy z tego z około dziesięcioma funtami. 

Gdyby nie zegarek, to spotkanie ze złodziejami wyszłoby nam na dobre.

Oparła mu głowę na ramieniu i wybuchnęła głośnym śmiechem.

– Wyobrażasz sobie minę Jema, kiedy się przekona, że ma puste kieszenie? Zrobiłeś z niego głupca.

– Sam Bóg mnie do tego zmusił.

Zaczęła się śmiać jeszcze głośniej, a Robin jej zawtórował mocniej obejmując ramieniem. W pewnym 
momencie podniosła głowę, by coś powiedzieć, a Robin w tej samej chwili spojrzał w dół. Koszulę miał 

rozpiętą, a włosy w mokrych strąkach przykleiły mu się do głowy. Był pełny energii i piękny. Maxie 
zapragnęła go tak, jak jeszcze nigdy żadnego mężczyzny.

– Twoje poczucie humoru jest bluźniercze – powiedziała chcąc zyskać pewien dystans.

–   Bluźnierstwo   to   jedna   z moich   specjalności.   –   Musnął   lekko   palcami   jej   usta.   Dotknęła   ich 

koniuszkiem języka. Słony smak, jaki poczuła, sprawił, że Robin przestał jej się wydawać tajemniczy 
i stał się jak najbardziej rzeczywisty. W odpowiedzi wciągnął gwałtownie powietrze, chwycił ją za kark 

background image

i pochylił głowę. Miał ciepłe wargi i delikatny język. Maxie nieświadomie otworzyła usta. Pocałunek stał 
się bardziej namiętny, a ona poczuła, że słabnie. Zamknęła oczy, gładząc palcami szyję mężczyzny.

Wymamrotał   jej   imię   i przesunął   dłonią   po   plecach,   przyciągając   ją   mocniej   do   siebie.   Oparła   mu 
dłonie   na   piersi.   Pod   palcami   czuła   muślin   koszuli.   Sądziła,   że   jest   chłodnym   mężczyzną,   ale 

w gorących ustach i płonącym pożądaniem ciele nie było nic chłodnego. Wspięła się na palce i otoczyła 
ramionami jego szyję. Odchyliła głowę do tyłu, zrzucając przy tym kapelusz na ziemię. Poczuła chłodny 

powiew na rozpalonym czole. Dłoń Robina wśliznęła się pod kaftan i objęła kształtne biodro.

Rżenie konia przywołało  Maxie  do rzeczywistości. Uzmysłowiła  sobie  z niedowierzaniem, że właśnie 

całuje złodzieja kieszonkowego, oszusta, który pewnie nie pamięta, jak się nazywa. Trudno to zresztą 
było nazwać pocałunkiem. Raczej pożerała go, jakby był pierwszym po bardzo długiej zimie kawałkiem 

ciasta   polanego   syropem   klonowym.   Otworzyła   oczy   i odsunęła   się,   ciężko   dysząc.   Ich   spojrzenia 
spotkały   się.   W oczach   Robina   dostrzegła   te   same   cienie,   które   już   raz   czy   dwa   zauważyła. 

Wyczuwając niebezpieczeństwo, instynktownie wycofała się na bezpieczniejszy obszar.

– Wyglądasz podejrzanie bez płaszcza. Jak sądzisz, daleko jest od miasta, gdzie kupiłbyś sobie drugi?

Odetchnął głęboko, a twarz mu złagodniała.

–   Myślę,   że   ta   droga   prowadzi   do   Rotherham   –   powiedział   spokojnie.   –   Znajdziemy   tam   sklep 

z używanymi rzeczami.

Podniosła z ziemi tobołek i kapelusz.

– Napad i ucieczka na północ kosztowały nas co najmniej pół dnia. Robin podniósł swój tobołek.

– Mogło to nas kosztować o wiele więcej.

Przypomniała   sobie   pocałunek   i pomyślała,   że   kosztowało.   Nieważne   jak   bardzo   obydwoje   będą 
udawali, że do niczego nie doszło, coś się między nimi zmieniło i wcale nie na lepsze.

Kiedy schodzili ze wzgórza, zastanawiała się, czy powinna dalej podróżować w towarzystwie Robina.

Desdemona ze znudzoną  miną wyglądała  przez  okno powozu.  Zaczynała   mieć  już dość wiejskiego 

krajobrazu,   lecz   na   szczęście   jej   poszukiwania   wkrótce   się   skończą.   W ostatniej   wiosce   otrzymała 
dokładny opis Maximy i jej niegodnego towarzysza. Jeśli wybrali tę drogę, do południa powinna ich 

dogonić. Dobrze, że nie wiedzą, iż są ścigani.

Miała nadzieję, że lord Robert nie zachowa się agresywnie, kiedy będzie mu chciała odebrać Maxime. 

Zresztą nie miało to znaczenia; jej woźnica i pomocnik byli żołnierzami i z pewnością dadzą sobie radę 
z zabijaką, który nigdy w życiu nie zrobił nic pożytecznego.

O tym, że sama Maxima zechce pozostać w szponach tego typa, wolała nawet nie myśleć. Nie może 
przecież zmusić jej siłą, by wróciła do domu. Ale jeśli dziewczyna zdecyduje się zostać, ona będzie 

miała tę satysfakcjonująca świadomość, iż bratanica uczyniła to z własnej nie przymuszonej woli.

Z zamyślenia wyrwał ją tętent kopyt i głośny okrzyk:

– Stać i ręce do góry!

Drzemiąca w kącie powozu pokojówka Sally obudziła się przerażona.

– Na ziemię! – syknęła Desdemona.

Następnie chwyciła jeden z pistoletów, które zawsze zabierała w podróż. Rozległ się wystrzał, po czym 

powóz stanął.

Drżącymi palcami załadowała pistolet. Będzie gotowa, jeśli coś się zdarzy.

Markiz Wolverton kiwał się sennie na siedzeniu powozu. Dobrze, że ten idiotyczny pościg odbywał się 

background image

przy ładnej pogodzie, a drogi były w znośnym stanie. Ziewnął, automatycznie zasłaniając usta dłonią, 
choć nikogo przy nim nie było. Sekretarz został w Wolverhampton.

Giles nie był pewien, czy wybrał dobrą trasę pościgu, ale jedno nie ulegało wątpliwości, jechał tuż za 
lady Ross. O wiele łatwiej śledzić jej żółty powóz, niż dwoje zakurzonych wędrowców. Ciekawe, jak 

lady Ross zareaguje, kiedy się dowie, że bierze udział w poszukiwaniach. Miał nadzieję, że nie będzie 
miała pod ręką żadnych ciężkich przedmiotów.

Zapadał właśnie w drzemkę, kiedy posłyszał huk wystrzałów. W jednej chwili oprzytomniał.

– Czy widzisz, co się dzieje?! – krzyknął do woźnicy.

– To chyba napad, jaśnie panie – odpowiedział woźnica. – Przypuszczam, że nie zechce pan zawrócić, 
żeby uniknąć zamieszania?

– Słusznie przypuszczasz. Przygotuj się do wkroczenia do akcji, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Giles wyciągnął z kabury pistolet. Nagle przyszło mu do głowy, że ofiarą napadu może być lady Ross. 

Z pewnością nie. Jednak jechała przed nim, a taki powóz jak jej stanowił widoczny i pożądany cel. 
Wielki Boże, pewnie zacznie wyklinać złodziei i narazi się na kłopoty.

Jego powóz pokonał zakręt i zahamował z impetem, unikając zderzenia z drugim powozem, stojącym 
w poprzek   drogi.   Giles   otworzył   drzwi   i wyskoczył   na   ziemię.   W chwilę   później   dołączył   do   niego 

służący ze strzelbą. Zobaczyli przed sobą uciekającego w stronę lasu konia bez jeźdźca.

Rzeczywiście mieli przed sobą żółty powóz, ale ich pomoc nie była już potrzebna. Lady Ross stała nad 

jednym rozciągniętym ciałem, a nad drugim jej służący. W powietrzu unosiła się woń krwi i woźnica 
musiał siłą uspokajać podenerwowane konie.

Giles odetchnął  z ulgą,   widząc  iż  lady   Ross  nic   się  nie  stało.   Byłaby  to   ogromna   strata,   gdyby   ta 
ekscentryczna kobieta zginęła w tak bezsensowny sposób.

Podniosła   wzrok   i spojrzała   na   Gilesa.   Pomimo   wrogiej   atmosfery   towarzyszącej   ich   pierwszemu 
spotkaniu, wyglądała na zadowoloną widokiem znajomej twarzy.

Giles opuścił pistolet i podszedł do niej.

– Czy nikomu nic się nie stało? – zapytał z troską. Pokręciła głową, próbując coś powiedzieć, ale nie 

była w stanie.

– Ci złodzieje nie spodziewali się chyba większego oporu – wydusiła z trudem. – Para amatorów. – 

Poprawiła kapelusz, po czym spojrzała na swój pistolet.

– Wielki Boże! – zawołał Giles. – Czy pani sama ich zabiła?

– Na szczęście obeszło się bez tego. Moi ludzie to weterani z Półwyspu. – Uśmiechnęła się niepewnie. – 
Mieli   trudności   ze   znalezieniem   pracy,   po   tym   jak   zwolniono   ich   z armii.   Uznałam,   że   robię   im 

przysługę, przyjmując na służbę. Nie spodziewałam się, że mój dobry uczynek zostanie wynagrodzony 
w tak dramatyczny sposób.

– To dobry powód dla dobroczynności. – Giles spojrzał na leżące obok powozu ciała. – Nie żyją?

– Tak sądzę.

Kiedy pochylił się nad rabusiami, serce mu zamarło. Jeden z rzezimieszków miał jasne, nieco dłuższe 
niż nakazywała moda włosy. To niemożliwe, żeby... Wpatrywał się w ciało z bijącym sercem.

– Ten płaszcz... – zaczął przez zaciśnięte gardło. – Podobny miał na sobie Robin, kiedy zniknął. Włosy 
tego człowieka także są podobne.

Desdemona wstrzymała oddech. To na pewno nie jest lord Robert. Jednak zdarzało się, że panowie 

background image

udawali złodziei, a ci dwaj wydawali się mało doświadczeni w swoim fachu. Z przerażeniem spojrzała 
na drugie ciało. Czyżby to była Maxima?

Jednak to wcale nie znaczy, że drugi złodziej nie jest lordem Robertem. Na myśl o tym, że ten zabijaka 
mógł posunąć się do tak niecnego czynu, poczuła wściekłość. Całkowite przeciwieństwo brata.

Giles ukląkł przy martwym ciele i przekręcił je na plecy. Jęknął głośno i zakrył twarz ręką.

Złość   w jednej   chwili   opuściła   Desdemonę,   a jej   miejsce   zajęło   współczucie.   Spojrzała   na 

zmasakrowaną twarz, przekonana, że od tego dnia będzie ją nawiedzała w snach. Podeszła do Gilesa 
i położyła mu dłoń na ramieniu.

– Przykro mi, Wolverton. Czy to pański brat?

– Nie. – Podniósł głowę, wyraźnie próbując się opanować. – Ale przez chwilę myślałem, że to on.

A   więc   ten   człowiek   bronił   brata   nie   tylko   ze   względu   na   rodzinną   lojalność,   ale   też   z miłości. 
Desdemona zastanawiała się, czym ten zabijaka zasłużył sobie na takie uczucie.

– Uwierzył pan, że brat mógł brać udział w napadzie? Wolverton potrząsnął głową.

– Oczywiście, że nie. To absurdalne. – Dotknął płaszcza trupa. – Ale mogę się założyć, że ten płaszcz 

należy do Robina. Widać po kroju, że jest z Francji. Zastanawiam się, w jaki sposób trafił do tego 
człowieka.

– Może pański brat go sprzedał?

– Jakoś trudno mi uwierzyć w taki zbieg okoliczności. – Z ponurą miną zaczął przeszukiwać kieszenie 

płaszcza. Znalazł kilka monet, nóż kieszonkowy, złoty zegarek, lecz oprócz tego nic, co by mówiło 
o osobie samego złodzieja.

– Proszę  pokazać mi ten zegarek – powiedziała  nagle  Desdemona. Kiedy go jej podał,  podważyła 
paznokciem   wieczko.   W środku   wyryty   był   napis   „Maximus   Benedict   Collins”.   W milczeniu   podała 

zegarek Gilesowi.

Ten cicho zagwizdał.

– To własność pani brata? Skinęła głową.

–   To   był   prezent   na   jego   osiemnaste   urodziny,   o ile   dobrze   pamiętam.   Kiedy   umarł,   dostał   się 

prawdopodobnie Maximie. – Desdemona ze strachem popatrzyła na towarzysza. – To oczywiste, że ci 
złodzieje napadli na pańskiego brata i moją bratanicę. Chyba ich... nie zabili?

Stalowoniebieskie oczy Gilesa stały się niemal czarne.

– Wątpię. Nie mieli powodów, by zabijać parę wędrowców. Zresztą widziano ich w ostatniej wiosce, 

a morderstwo  musiałoby  się  odbyć w tej okolicy.  Przez ostatnie  kilka  mil  niczego  nie  zauważyłem. 
Prawdopodobnie ci złodzieje na nich napadli, a płaszcz i zegarek to część łupu.

Dłoń Desdemony zacisnęła się na zegarku.

– Źli ludzie nie potrzebują specjalnych powodów do zabijania. A ukrycie dwóch ciał nie zajmuje wiele 

czasu.

Giles zmarszczył brwi. Tak jak jego towarzyszka zdawał sobie sprawę z sytuacji, ale wolał nie mówić 

tego głośno.

– Możliwe, ale mało prawdopodobne. Robin doskonale umie sobie radzić w kłopotliwych sytuacjach. 

Nie wierzę, żeby tak łatwo dał się zabić, albo że nie dał należytej ochrony kobiecie, którą wziął pod 
opiekę.

background image

– Ach, więc lord Robert umie sobie radzić. Uczciwi ludzie nie potrzebują takich umiejętności – rzuciła 
oskarżycielsko  Desdemona. – Pieniądze  i wpływy  uratowały  wiele ryb przed ugotowaniem, ale tym 

razem pański brat się nie wywinie.

Tego było już za wiele.

– Jeśli ta pani bratanica bezpiecznie dotrze do Londynu, stanie się to tylko dzięki opiece mojego brata 
– wybuchnął.  – Najwyraźniej brakuje  jej rozumu,  podobnie  jak poczucia  moralności.  Która dobrze 

wychowana dziewczyna wpadłaby na pomysł, by samotnie wędrować do Londynu? Może przynajmniej 
ma tyle rozumu, żeby trzymać się mojego brata.

– Ona wcale się go nie trzyma, lecz została do tego zmuszona! – warknęła Desdemona. – Musi pan się 
przejmować zachowaniem brata, w przeciwnym razie nie pojechałby pan za mną.

–   To   o panią   się   martwiłem,   nie   o brata   –   odparł   Giles  podniesionym   głosem.   –   Po   tym   jak   pani 
wypadła   z mojego   domu,   postanowiłem,   że   muszę   chronić   Robina   przed   najbardziej   postrzeloną 

i żądną zemsty kobietą, jaką spotkałem w życiu. Jak rozumiem, już pani zdecydowała, co zaszło, nie 
mając na to najmniejszego dowodu.

– Kogo pan nazywa postrzeloną i żądną zemsty kobietą?

Dłoń Desdemony zadrżała w instynktownym odruchu, by wytargać Wolvertona za uszy. Zapomniała 

jednak o pistolecie. Kiedy więc zacisnęła palce, broń wystrzeliła, a kula o cal przeleciała obok Gilesa. 
Jeden z woźniców krzyknął, a ludzie lady Ross porzucili swoje zajęcia i rzucili się do swojej pani.

– Jezu Chryste! – Giles uskoczył w bok z poszarzałą twarzą. – Czy pani oszalała?

Desdemona upuściła pistolet i torebkę, po czym przytknęła dłonie do skroni.

– Nie chciałam tego zrobić – wyszeptała czując, że za chwilę zemdleje. – Zapomniałam, że trzymam 
w ręku   pistolet.   –   Spojrzała   na   broń   leżącą   w kurzu   drogi   i na   dymek   unoszący   się   z lufy.   – 

Przysięgam, że to był wypadek.

Wolverton gestem dłoni odwołał służących, potem podał ramię kobiecie i pomógł jej wsiąść do powozu. 

Myślała, że chce ją uderzyć, ale on tylko posadził ją na siedzeniu i nisko opuścił jej głowę.

–   Czy   lady   Ross   wozi   ze   sobą   brandy?   –   zapytał   pokojówkę.   Dziewczyna   przytaknęła.   Po   chwili 

Wolverton wciskał w dłoń Desdemony butelkę.

– Proszę to wypić.

Uniosła głowę, upiła łyk i zakrztusiła się, ale jej pomogło.

– Mam okropny temperament – powiedziała patrząc na Gilesa – i zbyt często mówię rzeczy, których 

później żałuję, ale nigdy, przenigdy, nie chciałabym nikogo zranić.

– Wierzę pani – odparł uspokajająco. – Gdyby rzeczywiście miała pani zamiar mnie zabić, leżałbym już 

tam brocząc krwią.

Zadrżała mimowolnie.

– Proszę tak nie mówić.

– Przepraszam. – Wziął jej z rąk butelkę i sam upił łyk. – Obydwoje jesteśmy zdenerwowani i mamy 

ku temu powody. Lecz jestem przekonany, że nasi zbiegowie są cali i zdrowi.

Uśmiechnęła się słabo.

– Mam nadzieję, że się pan nie myli. Pewnie będę teraz musiała odwieźć ciała złodziei do najbliższego 
miasta i zgłosić wypadek do magistratu. Jeśli dopisze mi szczęście, może spotkam gdzieś po drodze 

Maxime i lorda Roberta. Mają już pewnie dość przygód po tym napadzie.

background image

– Być może. – Wyprostował się. – Ale mogli też pójść na skróty do bardziej uczęszczanej drogi, więc 
tam ich będę szukał.

Skinęła głową, wiedząc, że choć uprzejmie się do siebie odnoszą, nie są sprzymierzeńcami.

– Jeśli ich pan odnajdzie,  czy może pan wysłać  do  mnie  posłańca  z wiadomością,  że Maxima jest 

bezpieczna?

– Dobrze. Byłbym wdzięczny, gdyby uczyniła pani to samo.

–   Oczywiście.   –   Wstała.   –     I...   dziękuję   panu   za   to,   że   zechciał   pomóc   innemu   podróżnemu   i za 
wyrozumiałość wobec czynu, który mógłby skończyć się fatalnie.

Uśmiechnął się, a lady Ross doszła do wniosku, że jest przystojnym mężczyzną.

–   Lady   Ross,   od   dnia   poznania   pani   moje   życie   stało   się   niezmiernie   ekscytujące.   –   Odwrócił   się 

i ruszył do powozu, spojrzeniem przywołując do siebie służących.

Desdemona   odprowadziła   go   wzrokiem,   czując   zamęt   w głowie.   Udział   markiza   w poszukiwaniach 

skomplikował sprawy, ale nie zmartwiłaby się, gdyby ponownie się spotkali.

background image

7

Po półgodzinnym marszu drogą prowadzącą do Rotherham Maxie i Robin spotkali chłopa z furmanką, 
który   zgodził   się   ich   podwieźć.   Robin   mówił   za   oboje,   ponieważ   wcześniej   umówili   się,   że   Maxie 

powinna jak najmniej się odzywać. Ignorując wyciągniętą dłoń towarzysza, sama wskoczyła na wóz, 
przysiadła między workami ze zbożem i naciągnęła kapelusz na oczy.

Robin usadowił się na podłodze, podkładając sobie tobołek pod głowę. Od chwili pocałunku Maxie ani 
razu nie spojrzała mu w oczy. Nie miał jej tego za złe. On też czuł się niepewnie. Zaczęło się od 

impulsywnego, ciepłego uścisku, a skończyło na bólu. Emocje, uśpione od tak dawna, wypłynęły na 
powierzchnię   i wywołały   falę  cierpienia.  Kiedy  ostatnio  tak  prawdziwie  pożądał  kogoś albo  czegoś? 

Bardzo dawno temu.

Zerknął na towarzyszkę. Biedna Maxie. Żadna kobieta, tak zdeterminowana i praktyczna jak ona, nie 

zaakceptowałaby romansu z włóczęgą. A jednak oddała mu pocałunek. Teraz tego żałuje. Wątpił, by 
należała do osób, które na długo pogrążają się w rozpaczy. Martwi się raczej tym, czy będzie się jej 

naprzykrzał. Musi ją jakoś przekonać, że ma uczciwe zamiary.

Uśmiechnął się w duchu. Daleko mu do uczciwości i tylko we własnym, dobrze pojętym interesie nie 

będzie   próbował   uwieść   tej   dziewczyny.   Inaczej   zniszczyłby   atmosferę,   jaka   im   do   tej   pory 
towarzyszyła, a już od dawna nie czuł się tak dobrze.

Oczywiście pożądał Maxie. Fascynowała go od samego początku, a pocałunek sprawił, że uświadomił 
sobie, jak bardzo na niego działa. Przypomniał sobie rytm jej oddechu, kształtne nogi, które tak dobrze 

wyglądały w spodniach, małe, brązowe dłonie, mocne i zarazem kształtne. Pociągała go jej kobiecość, 
ale nie mógł zapomnieć, że dla świata jest teraz chłopcem. Jednak najbardziej pociągała go jej dusza, 

która radosna i pogodna, sprawiała, że czuł się młodszy. Starał się nie myśleć o tym, co się stanie, gdy 
ich podróż dobiegnie końca. Maxie miała jakiś cel, ale nie było w nim miejsca dla niego. Postanowił jak 

najdłużej   odwlekać   rozstanie.   Tylko   co   może   jej   zaoferować?   Uważała   go   za   bezwartościowego 
włóczęgę, a on wolał tego nie prostować, ponieważ prawda była jeszcze gorsza. Jako Amerykanka nie 

złapie się na lep jego wielkopańskiego pochodzenia i zamożności, jak angielska panna. Dobrze, że ma 
o nim takie złe mniemanie. Dzięki temu nie uczyni nic szalonego, gdyby nie wytrzymał i postanowił 

ponownie ją pocałować.

Nagle zdał sobie sprawę, że wpatruje się w piersi Maxie. Jak by wyglądały, gdyby ich nie przewiązała? 

Zmusił   się   do   patrzenia   w innym   kierunku.   Jego   ciało   niebezpiecznie   reagowało   na   te   myślowe 
dywagacje. Choć miło mu było znowu czuć pożądanie, bał się, że jeśli nie zachowa ostrożności, uczucie 

przerodzi się w cierpienie.

Z   westchnieniem   wtulił   się   w worek   z ziarnem   i zaczął   się   zastanawiać,   w jaki   sposób   naprawić 

stosunki między nim a Maxie.

W następnej wsi znaleźli sklep, w którym kupili zupełnie przyzwoity płaszcz i kapelusz dla Robina. Po 

ciepłym posiłku w wiejskiej gospodzie ruszyli dalej na południe.

Krótko po zachodzie słońca Robin wskazał na małą szopę stojąca na środku pola.

– Schronimy się tam na noc? Wygląda na spokojną.

– Dobrze.

Maxie zeskoczyła z wozu i ruszyła przez pole, zastanawiając się z niepokojem, co będzie dalej. Choć 
Robin zachowywał się ze zwykłą sobie bezpośredniością, nie mogła zapomnieć o pocałunku i swojej 

zawstydzającej reakcji.

Szopa okazała się przytulna, z kilkoma snopkami słodko pachnącego siana.

background image

– Zastanawiam się nad napisaniem przewodnika po szopach i nie zamieszkanych chatach, z podaniem 
ich klasy. Sądzisz, że spotka się z zainteresowaniem? – zapytał żartem Robin.

Odłożyła tobołek jak najdalej od miejsca, gdzie on się ulokował.

– Ci, którzy mogliby go potrzebować, nie mieliby na niego pieniędzy.

– Hmm. Wiedziałem, że jest jakiś błąd w moim rozumowaniu. I tym sposobem pada następny pomysł 
na zbicie fortuny.

Już miała się uśmiechnąć, lecz w porę przypomniała sobie, że ma zachować powagę.

– Zbiorę drzewo – oznajmiła sucho.

Robin   poszedł   nad   strumień   po   wodę,   podczas   gdy   Maxie   zebrała   całe   naręcze   suchych   gałęzi, 
o których wiedziała,  że palą się,  prawie nie  wydzielając  dymu.  Następnie  zbudowała  małe  ognisko 

w otoczonym kamieniami dołku blisko szopy.

Kiedy wieczór przeszedł w noc, Robin usiadł obok niej i zaczął zdzierać korę ze znalezionego w lesie 

patyka.

– Nie musisz się obawiać, Maximo, nie będę na ciebie nastawał – powiedział nagle.

Uniosła gwałtownie głowę.

– Na nic przyjdzie nam udawanie, że się nie całowaliśmy – ciągnął. – Stało się. Podobało mi się. Tobie 

chyba także. Ale to nie oznacza, że widzę w tobie ofiarę.

– Jesteś bardzo szczery – przyznała niepewnie.

– Choć szczerość nie jest moją, ale twoją specjalnością,  ja także jestem do niej zdolny. – Zaczął 
wygładzać czubek patyka kieszonkowym nożem. – Postanowiłem ci to powiedzieć, ponieważ nie mam 

ochoty podróżować do Londynu w towarzystwie osoby, która zachowuje się jak przerażony zając.

– Przerażony zając? – wykrzyknęła z oburzeniem. Uśmiechnął się.

– Wiedziałem, że to porównanie cię poruszy. Za bardzo się martwisz tym pocałunkiem. To przypadek, 
do którego doszło, ponieważ odczuliśmy ulgę i byliśmy szczęśliwi.

Teraz i ona powinna zrewanżować się podobną szczerością.

– Może i był to przypadek, ale od pierwszej chwili naszego spotkania, czułam, że... że ci się podobam.

– Oczywiście. Który mężczyzna pozostałby obojętny na twoje wdzięki? Jesteś piękna.

– Nie chodziło mi o wyciąganie z ciebie komplementów – odparła z zakłopotaniem.

– Wiem. Słyszysz je prawdopodobnie tak często, że cię nudzą.

– Zazwyczaj słyszę, że jestem pociągająca, a to nie to samo co piękna – wyjaśniła sucho.

– Nie, to nie to samo – przyznał Robin. – Ale oba określenia są prawdziwe. Nic dziwnego, że nauczyłaś 
się nie ufać zainteresowaniu mężczyzn. – Mówiąc to, cały czas rzeźbił patyk. – Może to tylko sprawa 

mojej wyobraźni, ale odniosłem wrażenie, że ty także uważasz mnie za atrakcyjnego.

Twarz dziewczyny oblała się rumieńcem.

– Która kobieta pozostałaby nieczuła na twoje wdzięki? Jesteś bardzo przystojny – powiedziała, siląc 
się na lekki ton.

Robin wybuchnął śmiechem.

background image

–   Słyszałem   to   często   jako   dziecko   i nienawidziłem.   Chciałem   mieć   czarne   włosy,   wstrętne   blizny 
i piracką zaślepkę na oku.

– Dziękuj Bogu, że wyglądasz jak anioł – stwierdziła Maxie. – Założę się, że wygląd zaoszczędził ci 
wielu zasłużonych batów.

– Zbyt mało. – Odrzucił kilka skrawków drewna. – Wracając do tematu, pociąg seksualny to zupełnie 
naturalne   zjawisko   między   dwojgiem   zdrowych   ludzi.   –   Popatrzył   na   nią   intensywnie   błękitnymi 

oczami. – Ale przecież nie trzeba od razu mu się poddawać. Potraktuj nasz wzajemny pociąg jako 
szczyptę przyprawy, która wzbogaca znajomość.

Spojrzała z uwagą na swego towarzysza. Mówił tak rozsądnie. Jednak wciąż dręczyła ją myśl, że tak 
mało o nim wie.

– Nie wyglądasz na przekonaną. Pozwól, że coś ci pokażę. Odłożył patyk i nóż i przysunął się bliżej. 
Chciała   się   odsunąć,   ale   popełniła   błąd,   patrząc   mu   w oczy.   Ujrzała   w nich   leniwą   zmysłowość. 

Bezwiednie   otworzyła   usta   i zamarła   zupełnie   jak   oszołomiony   zając,   do   którego   ją   wcześniej 
porównał.   Robin   objął   ją   ramieniem   i dotknął   jej   warg   ustami.   Pocałunek   był   lekki   i słodki.   Wargi 

mężczyzny były ciepłe i delikatne. Jednocześnie gładził japo plecach. Napięcie powoli ją opuszczało. 
Zanim nie zniknęło zupełnie, odwróciła głowę, a z jej gardła wyrwało się ciche westchnienie.

– To było miłe, ale co chciałeś mi pokazać?

– Że pocałunek nie musi budzić strachu. – Językiem dotknął jej ucha. W żyłach Maxie zapulsowała 

krew.

– W takim razie odniosłeś sukces – powiedziała oddychając nierówno. – Nie jestem przestraszona. 

Jeszcze nie.

Zachichotał i odsunął się.

– Bardzo dobrze wyglądasz  w bryczesach. – Przesunął palcami po jej kolanie. – Ale chciałbym cię 
kiedyś zobaczyć w jedwabiach.

Oparła mu dłoń na piersi, wyczuwając twarde mięśnie.

– Czy wiesz, że płaszcz, który dzisiaj kupiłeś, wygląda na tobie prawie tak dobrze jak ten, który ci 

ukradziono?

– To dar natury – przyznał bez żenady. – Pewien przyjaciel powiedział mi kiedyś, że jestem w każdym 

calu dżentelmenem.

Kiedy Maxie zanosiła się śmiechem, Robin wyciągnął spinkę z jej włosów. Ciężkie pasma opadły na 

ramiona   i plecy.   Spojrzała   na   niego,   nagle   poważniejąc.   W oczach  Robina   płonął   ogień.   Spinka   za 
spinką uwalniał włosy, a potem oparł głowę Maxie na swoim ramieniu i zaczął palcami przeczesywać 

połyskliwe pasma.

– Czarny jedwab – mruknął. – To najbardziej oczywista z metafor, ale nic bardziej oryginalnego nie 

przychodzi mi w tej chwili do głowy.

Był ciepły, silny i dziwnie bezpieczny, choć wiedziała, że to tylko iluzja. Przymknęła oczy, rozkoszując 

się przyjemnym pulsowaniem ciała. Sprytnie ją podszedł. Pokazał, czego pragnie, jednocześnie łamiąc 
jej opór i udowadniając, że potrafi się kontrolować. Są dorośli, mogą się pieścić, nie musząc spółkować 

jak króliki.

Powinna   się   odsunąć,   ale   nie   miała   na   to   ochoty.   Tak   miło   było   czuć   czyjąś   bliskość.   Nagle 

przypomniała   sobie,  dlaczego powinna  obawiać się  Robina.  Byli tylko  towarzyszami podróży,  która 
wkrótce się skończy. Nie wolno jej ulec urokowi tego mężczyzny.

– Dopiąłeś swego. – Wyprostowała się i odsunęła. – Przestałam się zachowywać jak wystraszony zając.

background image

Wrócił na swoje miejsce przy ognisku. Oddychał szybciej niż zazwyczaj, ale w jego głosie zabrzmiała 
żartobliwa nuta.

– Jeśli w przyszłości znowu zaczniesz się bać, w każdej chwili gotów jestem na następną prezentację.

Złocisty lok opadł mu na oko. Maxie przełknęła ślinę i odwróciła głowę.

–   Ten   raz   wystarczy.   Takie   prezentacje   mogłyby   pobudzić   do   zachowań,   którym   mają   zapobiec, 
zwłaszcza kiedy robi to tak szczwany lis jak ty.

Skrzywił się.

– Nonsens. Z pewnością zauważyłaś, że jestem zbyt leniwy, by zaplanować kampanię uwiedzenia cię.

– Nigdy nie musiałeś uwodzić żadnej kobiety. Wystarczyło, że się uśmiechnąłeś i poczekałeś, aż padnie 
zemdlona u twoich stóp.

Spoważniał.

– Niezupełnie.

Podniósł nóż i ponownie zabrał się do ostrzenia końca patyka.

– Co robisz z tym kawałkiem drewna? – zapytała, by przerwać milczenie.

– Po prostu go wygładzam.

Podał jej kijek. Miał około sześciu cali długości i pół cala grubości. Był naturalnie zakrzywiony, dzięki 

czemu wygodnie się go trzymało w dłoni.

– To taka zabawka dla dorosłych? – zapytała, oddając patyk.

– Tak. Noszę ją w kieszeni i kiedy mi się znudzi, wyciągam i bawię się. – Potarł palcem o zaokrąglony 
czubek. – Prostym ludziom takie przedmioty sprawiają wiele radości.

Maxie dorzuciła drewna do ognia i zawiesiła nad nim garnek z wodą.

– Można cię określić na tysiące sposobów, ale nie można powiedzieć, że jesteś prosty.

Skrzywił się.

– Może nie, ale pracuję nad tym.

– Nie pracuje się nad prostotą. – Pod wpływem impulsu  usiadła  przed nim i wzięła go za rękę. – 
Zamknij oczy. Nic nie mów. Nie myśl. Po prostu bądź.

Pozwolił, by ich dłonie spoczęły na trawie, ale Maxie wyczuwała w jego palcach napięcie.

– Posłuchaj wiatru – powiedziała miękko. – Wsłuchaj się w mowę kamieni, poczuj światło księżyca, 

ducha drzew, kwiatów i zwierząt, które są z nami tej nocy.

Były to słowa jej matki, kiedy w dzieciństwie uczyła ją poznawać świat.

Początkowo Robin się opierał. Był przepełniony energią, pełen przeciwności. Maxie starała się natchnąć 
go spokojem, ale nie zdołała, bo sama nie czuła spokoju. Zdała sobie sprawę, że nie medytowała tak 

od czasu, gdy dowiedziała się o śmierci ojca. Choć spędziła wiele godzin, wędrując i jeżdżąc konno po 
wrzosowiskach Durham, jej zapiekły żal nie pozwolił sięgnąć po jedyne źródło spokoju, które nigdy jej 

nie zawiodło.

Otworzyła swoje zmysły na otaczający świat. W lesie zahukała sowa. Maxie poczuła pod sobą tętniącą 

życiem ziemię. Jej głęboki rytm był taki sam jak w Ameryce. Żyzna gleba, prastare kamienie i małe, 

background image

dzielnie walczące o przetrwanie żyjątka. Wiatr poruszający liśćmi wydał jej się znajomy, choć nigdy nie 
pozna nieba, po którym hulał. Ogarnął ją spokój ziemi, przepłynął przez ciało, aż dotarł do serca. 

Gdyby nie lekcja Robina, która napełniła jej nabrzmiałą żałością i smutkiem duszę zmysłowością, nie 
byłaby   w stanie   znaleźć   spokoju.   Spróbowała   przekazać   mu   ten   spokój.   Robin   był   jednak   spięty 

i gotowy do wybuchu.

– Jesteś częścią natury – szepnęła.

Stopniowo uspokajał się, palce stawały się rozluźnione, oddech coraz powolniejszy. Przez jakiś czas 
oddychał   w harmonii   z Maxie.   Chciała   go   nauczyć   prostoty,   ale   wyczuła,   że   jest   człowiekiem 

wewnętrznie bardzo pogmatwanym. Istniało w nim wiele sprzeczności. Miał jednak błyskotliwy umysł, 
poczucie humoru, ciekawość świata i wiele czułości. Lecz także ciemność, której nie potrafiła sobie 

wyobrazić. Pragnąc złagodzić jego wewnętrzny ból, sięgnęła do jednego z takich cierpiących obszarów. 
Harmonia została zachwiana. Na sekundę przed puszczeniem jego dłoni poczuła, że odrywa się od niej 

emocjonalnie. Odetchnął urywanie i powiedział:

–   Jakie   to   ciekawe.   Nigdy   mi   nie   przyszło   do   głowy,   że   można   słuchać   kamieni.   Czyżbyś   była 

czarownicą, młoda damo?

Ze złośliwą radością uświadomiła sobie, że przestraszyła go tak, jak on przestraszył ją wcześniej tego 

wieczoru. Lepiej jeśli więcej nie będą się do siebie zbliżali.

– Ani czarownicą, ani nawet damą – odparła tym samym tonem. Uśmiechała się, przygotowując dwa 

kubki   herbaty,   normalną   dla   Robina,   ziołową   dla   siebie.   Robin   może   sobie   być   kieszonkowcem, 
włóczęgą i Bóg jeden wie, kim jeszcze, ale dopóki idą tą samą drogą, pozostanie jej przyjacielem.

I to musi wystarczyć.

background image

8

Na   znak   zgody   Maxie   przesunęła   posłanie   bliżej   Robina.   Aby   w przyszłości   zaoszczędzić   sobie 
problemów, wystarczy, że będą unikali pocałunków i wspólnych medytacji.

Noc minęła spokojnie, ale nad ranem obudziło  ją skrzypienie  drzwi. Do mrocznego wnętrza wpadł 
strumień światła, a zaraz potem rozległo się wściekłe ujadanie. Maxie otworzyła oczy i tuż przed sobą 

zobaczyła dwa dogi angielskie szczerzące kły.

Zamarła wiedząc, że jakikolwiek ruch może zachęcić zwierzęta do ataku. Nóż zostawiła w tobołku. Nie 

zdąży   po   niego   sięgnąć.   Nie   poruszając   głową,   przeniosła   wzrok   na   Robina.   Tak   jak   i ona   leżał 
nieruchomo, patrząc chłodno na ujadające histerycznie psy.

– Spokój! – rozległ się czyjś okrzyk.

Psy   przestały   szczekać,   ale   błyszczące   ślepia   i zdyszany   oddech   świadczyły   o wielkiej   ochocie   do 

rozszarpania intruzów na strzępy. W drzwiach stał rozwścieczony gospodarz.

– Przebrzydłe włóczęgi! – warknął. – Powinienem was zgłosić do magistratu.

–   Oczywiście   może   pan   to   uczynić,   ale   nie   zrobiliśmy   nic   złego   –   powiedział   przymilnie   Robin 
z perfekcyjnym akcentem z Yorkshire. Powoli podniósł się z posłania. – Przepraszamy za naruszenie 

mienia, sir. Mieliśmy zniknąć z samego rana, żeby nikogo nie denerwować, ale przeszliśmy wczoraj 
długą drogę, a moja żona jest, hmm, w delikatnym stanie.

Maxie także usiadła, posyłając Robinowi oburzone spojrzenie. Z rozpuszczonymi włosami nie mogła 
udawać chłopca, ale czy musiał z niej robić ciężarną? Uśmiechnął się do niej rozbrajająco, po czym 

wstał i z czułością pomógł jej się podnieść.

–   To   już   nie   moja   sprawa   –   warknął   gospodarz,   niewzruszony   jego   przemową.   –   Ale   włóczędzy 

w mojej stodole tak. Wychodźcie, bo poszczuję psami.

– Jeśli ma pan coś do zrobienia, chętnie pomożemy w ramach zapłaty za nocleg – zaproponował Robin.

Tymczasem  Maxie  zajęła   się   psami,   mrucząc  coś  cicho  w języku  Irokezów.  Na  początku   zwierzęta 
powarkiwały, ale Maxie umiała obłaskawić psy. Wkrótce ogon większego zaczął się kiwać. Wyciągnęła 

rękę. Pies podszedł i nieufnie ją powąchał, a potem polizał. Maxie uśmiechnęła się i zaczęła drapać 
psisko   za   uszami.   Podziękował   jej   głupkowatym   psim   uśmiechem.   Drugi   prychnął   zazdrośnie, 

przepchnął się przed towarzysza, także domagając się pieszczot.

Gospodarz   właśnie   kończył   następną   tyradę   o złodziejach   i włóczęgach,   ale   zamilkł   w pół   słowa, 

widząc, jak psy ocierają się o nogi Maxie, prawie przewracając ją na ziemię.

– Co to, do diabła...

– Zwierzęta lubią moją żonę – wyjaśnił Robin.

– To widać – przyznał gospodarz z niechętnym podziwem. – Każdy z nich waży więcej od niej. To 

pańska żona, mówi pan? A gdzie jej obrączka?

Maxie podniosła wzrok i zaniemówiła na widok zmiany, jaka zaszła w Robinie. Niedawny światowiec 

i arystokrata   zmienił   się   teraz   w pospolitego   szaraczka,   przeżywającego   ciężkie   czasy.   Doszła   do 
wniosku, że będzie skończoną idiotką, jeśli kiedykolwiek uwierzy w jedno jego słowo.

– Musiałem ją sprzedać – wyznał ze smutkiem Robin. – Wojna się skończyła, nastały ciężkie czasy. 
Idziemy do Londynu. Mam nadzieję znaleźć tam pracę.

–   Byłeś   żołnierzem?   –   zapytał   gospodarz.   –   Mój   najmłodszy   był   w pięćdziesiątym   drugim   pułku 

background image

piechoty.

Robin pokiwał głową z powagą.

– Jeden z najlepszych. Też byłem na Półwyspie. Miałem szczęście spotkać tam sir Johna Moora, kilka 
miesięcy przedtem, jak został zabity w Corunnie.

Wąskie usta gospodarza zadrżały.

– Mój chłopak zginął pod Vittoria. Mówił, że Moor to świetny żołnierz. – Jego wrogość gdzieś zniknęła. 

W przeciwieństwie do Maxie nie zwrócił uwagi, że Robin nie powiedział, iż służył w armii.

– Śmierć generała to był straszliwy cios – przyznał Robin. Gospodarz zdjął kapelusz i przeciągnął ręką 

po przerzedzonych włosach.

– Nazywam się Harrison – powiedział. – Macie przed sobą długą drogę. Jeśli jesteście głodni, możecie 

zjeść coś u mnie.

Po   piętnastu   minutach   marszu   dotarli   do   domu   wieśniaka.   Przywitała   ich   żona,   która   po   jednym 

uśmiechu Robina stała się jego oddaną wielbicielką. Przy obfitym śniadaniu składającym się z jajek, 
kiełbasek,   gorących   bułeczek   i konfitur   truskawkowych   Robin   rozprawiał   o kampanii   na   Półwyspie 

i żołnierskim   losie.   Opowiadał   tak   przekonująco.   Gdyby   nie   fakt,   że   Maxie   go   znała,   sama   by   mu 
uwierzyła. Jego notowania jeszcze wzrosły, gdy udało mu się naprawić zegar ścienny, który od lat nie 

działał.

Maxie   także   nie   żałowano   pochwał   i musiała   przy   okazji   wysłuchać   przygnębiających   historii 

o nieudanych porodach, zwłaszcza u tak drobnych kobiet jak ona. Na drogę dostała cały kosz jedzenia 
z przykazaniem, żeby o siebie dbała ze względu na dziecko. Gospodyni pomachała im na pożegnanie, 

a dwa psy odprowadziły ich aż do granic posiadłości, gdzie niechętnie się zatrzymały.

Maxie odczekała, aż znajdą się na tyle daleko, żeby nikt jej nie usłyszał.

– Nie wstyd panu, lordzie Robercie? – zapytała lodowatym głosem.

– A niby czego? – zdziwił się. Popatrzyła na niego z rezygnacją.

– Nie masz cienia szacunku dla prawdy.

– Przeciwnie, bardzo ją sobie cenię. Z tego też powodu używam jej bardzo ostrożnie.

– Robin! – wykrzyknęła Maxie ostrzegawczo.

– Daliśmy naszemu gospodarzowi okazję do spełnienia dobrego uczynku, zjedliśmy wspaniały posiłek, 

psy znalazły przyjaciela, a zegar pani Harrison znowu działa. Widzisz w tym coś złego?

– Ale te wszystkie kłamstwa! – krzyknęła.

–   Tylko   kilka.   Rzeczywiście   byłem   na   Półwyspie   i rzeczywiście   spotkałem   sir   Johna   Moora.   Nie 
twierdziłem,   że   byłem   jego   żołnierzem   czy   jego   bliskim   znajomym.   –   Spojrzał   na   nią   z udanym 

przerażeniem. – Wiem, dlaczego jesteś podenerwowana: to z powodu twojego stanu.

– Ty, ty... Jesteś niemożliwy! – wykrzyknęła na wpół z irytacją, na wpół z rozbawieniem. – Jak śmiałeś 

im powiedzieć, że jestem twoją żoną i na dodatek ciężarną!

– Jeśli tak cię mierzi kłamstwo, możemy to naprawić, przynajmniej w części.

Prychnęła z oburzeniem, schodząc z drogi przejeżdżającej furmance.

– W swoim czasie otrzymałam wiele niemoralnych ofert, ale ta jest najmniej pochlebna. Nawet gdyby 

mi odpowiadała, to byłoby skrajną głupotą włóczyć się po Anglii w błogosławionym stanie.

background image

– Myślałem o drugiej części. Musielibyśmy jednak skręcić na północ do Gretna Green, ponieważ tutaj 
nie otrzymamy zezwolenia.

Nawet Amerykanka wiedziała, że mowa jest o małżeństwie.

– Twoje żarty robią się coraz gorsze, lordzie Robercie – rzuciła hardo. – Dobrze by ci zrobiło, gdybym 

przyjęła propozycję i uwięziła cię do końca życia.

– Wyobrażam sobie gorszy los.

Zatrzymała się i spojrzała na niego z uwagą. Iluzoryczna bliskość dawno zniknęła i teraz miała przed 
sobą zagadkowego Robina. Jednak w jego niebieskich oczach czaiła się powaga. Nagle zdała sobie 

sprawę, że gdyby się zgodziła, naprawdę zaprowadziłby ją do Gretna Green i wziął z nią ślub.

– Dlaczego mi to proponujesz? – zapytała cicho.

– Nie mam pojęcia – odparł ze złością. – Po prostu wydaje mi się, że to dobry pomysł.

Ostatnią rzeczą, jaka była jej potrzebna, to czarujący włóczęga. Zaszokowało ją jednak, że propozycja 

wcale nie wydała jej się odrażająca. Ze swoim zamiłowaniem do włóczęgostwa Robin nigdy nie zajmie 
się niczym pożytecznym, nigdy też nie będzie można zaufać ani jego słowom, ani uczynkom. Był za to 

miły, zabawny i tak przystojny, że kiedy pozwoliłaby sobie dłużej o tym myśleć, owinąłby sobie ją 
wokół małego palca. Ale to zabijaka. Jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, wybierze mężczyznę, który 

będzie w stanie zapewnić jej dach nad głową. Oderwała wzrok od oczu towarzysza i podjęła przerwany 
marsz.

– Podejrzewam, że masz już kilka żon w całej Europie i następna to dla ciebie pestka. Tak się składa, 
że nie lubię tłoku, muszę więc odrzucić twoją propozycję.

–   Nie   jestem   żonaty.   Jak   sama   zauważyłaś,   nie   umiem   się   oświadczać.   Kiedy   pierwszy   raz   to 
uczyniłem... – Urwał.

– Co się stało? – ponagliła go.

– Ta dama oczywiście odmówiła. To osoba o wielkim rozumie. Podobna do ciebie. – Uśmiechnął się. – 

Nie jestem pewien, czy chciałbym ożenić się z kobietą, która zgodziłaby się przyjąć moje oświadczyny.

Wrócił do kpiarskiego tonu, choć Maxie domyślała się, że w słowach towarzysza kryje się jakaś bolesna 

prawda. Chyba nigdy go nie zrozumie.

Wyśledzenie bratanicy lorda Collingwooda nie stanowiło dla Simmonsa większego problemu. Ponieważ 

nie wie, że jej poszukują, będzie pewnie trzymała się jednej drogi, czekając, by wpaść w jego sidła.

Niestety, jej ubranie mało rzucało się w oczy, toteż nikt nie zwracał uwagi na niewysokiego chłopaka 

w dużym kapeluszu. Kiedy jednak do dziewczyny dołączył nieznajomy blondyn, poszukiwania stały się 
łatwiejsze. Zapamiętały go wszystkie nagabywane po drodze kobiety.

Ciekawe, co powie lord Collingwood, kiedy się dowie, że jego bratanica to niezłe ziółko, pomyślał ze 
złośliwym   rozbawieniem.   Może   nic   go   to   nie   obejdzie?   Najbardziej   zależało   mu   na   tym,   żeby 

dziewczyna nie dotarła do Londynu, bo tam mogłaby się dowiedzieć prawdy o ojcu.

Zgubił   zbiegów,   kiedy   zmienili   trasę,   lecz   ponownie   odnalazł   ich   ślad   na   południe   od   Sheffield. 

Znajdowali   się   najwyżej   kilka   godzin   drogi   przed   nim.   Za   jakąś   milę   czy   dwie   zatrzymają   się 
w przydrożnej szopie na odpoczynek, a wtedy, przy odrobinie szczęścia, znajdzie ich jeszcze tej nocy.

Wybuchnął rechotliwym śmiechem. Ta dziewucha może nie mieć ochoty opuścić swojego chłopaczka 
i wrócić do Durham, ale to bez znaczenia. Poradzi sobie z nimi.

background image

9

Szczęśliwa,   że   znaleźli   dogodne   miejsce   na   obóz,   Maxie   rzuciła   tobołek   na   ziemię   i poszła   zebrać 
chrust. W tym czasie Robin ułożył kopczyk pod ognisko i starał się je rozpalić. Podniósł głowę, słysząc 

kroki Maxie.

– Kiedy już uda mi się rozpalić, przypilnuj ognia, a ja pójdę po wodę na herbatę.

Dziewczyna rzuciła chrust na ziemię i roztarła obolałe ramiona.

– Ja pójdę.

–   Czy   uznasz   to   za   obrazę,   jeśli   zasugeruję,   żebyś   usiadła   na   chwilę   i odpoczęła?   Wyglądasz   na 
zmęczoną, a do strumienia jest spory kawałek.

Perspektywa odpoczynku wydała jej się kusząca.

– Nie potrzebuję specjalnego traktowania.

–   Wiem   o tym.   –   Wreszcie   udało   mu   się   skrzesać   iskrę   i zaczął   rozdmuchiwać   mały   ognik,   który 
wkrótce zmienił się w wesoły płomień. – Jednakże zważywszy na różnicę długości naszych kroków, 

zrobiłaś   ich   o jedną   trzecią   więcej   niż   ja   –   dodał.   –   Skoro   więc   to   ja   miałem   lżejszy   dzień,   ja 
powinienem przynieść wodę.

Roześmiała się.

– Argument nie do podważenia. Potrafiłbyś sprzedać sznur wisielcowi. – Usiadła na trawie i ściągnęła 

buty. – Gdyby nie to, że brzydzisz się pracą, mógłbyś zostać prawnikiem.

Zdjęła   kapelusz   i rozpuściła   włosy,   wzdychając   z ulgą,   kiedy   rozsypały   się   na   ramionach.   Wysokie 

botki, upięte włosy i skrępowany biust, zaczynało ją to już męczyć. Na myśl o gorącej kąpieli chciało 
jej się płakać.

– Właśnie miałam cię zapytać, czy nie zajmowałeś się kiedyś prawem? Czasami mówisz jak adwokat.

Robin posłał jej przerażone spojrzenie.

– Wielki Boże, nie. Robiłem w życiu wiele dziwnych i obrzydliwych rzeczy, ale wiem, w którym miejscu 
się zatrzymać.

Krztusząc się ze śmiechu położyła się na trawie, podkładając pod głowę dłonie.

– Czy ty nigdy nie mówisz poważnie?

Długi czas nie otrzymywała odpowiedzi, podniosła więc wzrok i ze zdziwieniem stwierdziła, że Robin 
dziwnie się jej przygląda. Kiedy uświadomił sobie, że na niego patrzy, uśmiechnął się.

– Tak rzadko jak to tylko możliwe – odparł, po czym wziął garnek na wodę i ruszył do strumienia.

Maxie przymknęła oczy. Od czasu napadu zapanowały między nimi przyjacielskie stosunki. Robin już 

więcej nie próbował jej pocałować, a ona nie namawiała go do słuchania wiatru. Był to bezpieczny 
układ bez konfliktów, ale też bez prawdziwej bliskości. Wsłuchała się w otaczający las, ptasie trele, 

szelest liści, delektując słodkim zapachem igliwia. Spełnienie i zadowolenie.

W końcu zasnęła.

Robin dotarł do strumienia i postanowił się wykąpać. Opryskując się zimną wodą, myślał o Maxie. Od 
samego początku zwrócił uwagę na jej egzotyczną urodę i bystry umysł. Zaskakiwało go jednak to, że 

miała też w sobie coś z wiedźmy. A może należało ją nazwać świętą? Jak inaczej wytłumaczyć ten 

background image

dziwny wypadek, kiedy próbowała nauczyć go prostoty. Poddał się jej przewodnictwu i ze zdumieniem 
stwierdził, że może odczuwać otaczający go świat w inny niż dotychczas sposób. Zarazem ogarniał go 

dziwny spokój i miał wrażenie ogromnego zbliżenia z Maxie. Pomyślał nawet o tym, żeby ją znowu 
pocałować, ale tak na poważnie. Potem nagle  coś wyrwało  go z tego błogostanu,  wpadł w panikę, 

jakby  obudziły  się  wszystkie  koszmary.  Może nie  jest stworzony do  prostoty.  Było  to  interesujące 
doświadczenie,   ale   wolałby   go   nie   powtarzać.   Łatwiej   już   żyć   z godziny   na   godzinę,   ciesząc   się 

towarzystwem Maxie. Już od wielu miesięcy tak dobrze się nie czuł.

Osuszył   się,   napełnił   garnek   wodą   i ruszył   w drogę   powrotną   do   obozowiska.   Na   granicy   polany 

zatrzymał się, kryjąc się za krzakami. Śpiąca Maxie stanowiła uroczy widok. Leżała na plecach, z głową 
opartą na ramieniu i włosami zasłaniającymi twarz. Jej drobna postać wywołała w nim niepokojącą 

mieszankę   czułości   i pożądania.   Miał   ochotę   chronić   tą   dziewczynę   przed   całym   światem.   Oprócz 
oczywiście siebie samego.

Znajomość życia i zioła  zapobiegające  ciąży świadczyły  o doświadczeniu,  ale miała  też  w sobie  coś 
niewinnego. To wrażenie brało się prawdopodobnie z jej naturalnej otwartości. Jakakolwiek by była jej 

przeszłość, niebezpiecznie myśleć o niej jako o dziewicy. Musiał więc trzymać się od Maxie z daleka, co 
nie było proste.

Z zamyślenia wyrwał go odgłos ciężkich kroków i trzask gałęzi. Z drugiej strony polany wyłonił się 
wysoki i przysadzisty mężczyzna. Na widok Maxie jego twarz rozpromieniła się szerokim uśmiechem.

– Tu jesteś, panienko Collins. Czas do domu. – Nieznajomy miał ciężki londyński akcent, a za radością 
kryła się złośliwość.

Maxie drgnęła i szybko usiadła.

– Widziałam cię u mojego wuja – odezwała się ostro. – Kim jesteś?

–   Nazywam   się   Ned   Simmons.   Twój   wuj   wysłał   mnie   po   ciebie.   Robin   spokojnie   odstawił   garnek 
z wodą i cicho okrążył polankę, tak żeby znaleźć się za plecami londyńczyka. Nie spuszczając z niego 

wzroku, wyciągnął z kieszeni drewniany kijek, który niedawno wyrzeźbił.

Maxie wstała i z przestrachem patrzyła na Simmonsa. Wyglądali jak terier i byk.

– Nie masz prawa zmuszać mnie do powrotu – oświadczyła, cofając się w stronę lasu. – Wuj nie jest 
moim opiekunem, a ja nie popełniłam żadnego przestępstwa.

– Chodźmy, panienko – powiedział spokojnie Simmons. – Proszę nie robić kłopotów, bo zaprowadzę 
panienkę do magistratu i opowiem, jak ukradła panienka mapę i żywność. W Anglii za takie rzeczy się 

wiesza.   Oczywiście,   jeśli   będzie   panienka   grzeczna   i wróci   do   wuja,   on   nic   panience   nie   zrobi.   – 
Wyciągnął   rękę   z zamiarem   pochwycenia   dłoni   dziewczyny.   –   A gdzie   panny   zabawny   towarzysz? 

Zostawił cię samą?

Popełnił   błąd   chwytając   Maxie   za   rękę,   bo   dziewczyna   zrobiła   unik,   wyrzucając   z impetem   nogę 

w przód. Robin skrzywił się. Simmons miał szczęście, że Maxie nie miała butów, bo kopnięcie było 
doskonale wycelowane i potężne.

Mężczyzna uskoczył, ale nie uniknął ciosu.

– Ty mała... – wrzasnął.

Przekleństwo,   które   padło,   było   tak   obrzydliwe,   że   Robin   ucieszył   się,   iż   oprych   wypowiedział   je 
w złodziejskiej gwarze, przez co Maxie nie mogła go zrozumieć. Nadal złorzecząc londyńczyk wyciągnął 

zza pazuchy pistolet. W odpowiedzi Maxie natychmiast wytrąciła mu go z ręki, po czym przeturlała się 
po trawie. Szybko jednak poderwała się na nogi, podczas gdy Simmons stał oniemiały z zaskoczenia.

– Wolałabym tego nie używać, panie Simmons – powiedziała, odciągając kurek. – Ale nie zawaham 
się, jeśli będzie mnie pan zmuszał. A teraz proszę odejść.

background image

Simmons wpatrywał się w dziewczynę z rozdziawionymi ustami.

– Odłóż to, ty mała dziwko, bo pożałujesz, że się urodziłaś.

Popełnił   następny   błąd.   Domyślając   się,   iż   jeśli   się   nie   wtrąci,   dziewczyna   zabije   oprycha,   Robin 
wyskoczył z krzaków na polankę. Maxie właśnie podnosiła broń.

Robin znajdował się tuż za plecami londyńczyka i nie wiedział, czy Maxie go zauważyła. Z nadzieją, że 
będzie strzelała w górę, rzucił się w przód, chwytając Simmonsa za nogi. Kiedy padali na murawę, tuż 

obok przeleciała kula.

– Ty podstępny, strachliwy sukinsynu! Nauczę cię, co znaczy atakować kogoś od tyłu! – wrzasnął 

Simmons, niezdarnie podnosząc się z ziemi.

Walczył   z brutalnością   i doświadczeniem,   ale   Robin   korzystał   z zaskoczenia.   Miał   również   w dłoni 

drewniany kijek, który dodawał mocy uderzeniom. Simmons zatoczył się w tył pod wpływem silnego 
ciosu w szczękę, ale zaraz wbił pięść w ramię Robina i złapał go za brzeg koszuli próbując przyciągnąć 

do siebie przeciwnika. Robin szarpnął się, a koszula pękła mu aż do pasa. Udał, że zamierza uderzyć 
Simmonsa z prawej, a kiedy ten instynktownie się osłonił, wbił mu pięść w splot słoneczny. Simmons 

padł na ziemię. Robin przewrócił go na twarz i wykręcił rękę na plecy.

– Zabawny towarzysz wciąż tu jest – wy dyszał. – Powinieneś bardziej uważać.

Simmons umiał znosić ból. Zaczął się wyrywać z taką szaleńczą determinacją, że o mały włos by się 
wyswobodził. Robin wyszukał więc punkt tuż pod szczęką londyńczyka i nacisnął silnie palcem. Dopływ 

krwi do mózgu został odcięty. Simmons wydał z siebie zduszony kwik i opadł zemdlony.

Maxie opuściła pistolet.

– Imponująca sztuczka – stwierdziła. – Pokażesz mi, jak to się robi?

– Oczywiście, że nie. Jest niebezpieczna, ponieważ może spowodować śmierć lub trwałe kalectwo, jeśli 

trzyma się zbyt długo. – Przewrócił Simmonsa na plecy, po czym chustką, którą wyjął mu z kieszeni, 
związał ręce. – Nie wspominając już o tym, że mogłabyś użyć jej przeciwko mnie, gdybym cię czymś 

zirytował.

– Może i masz słuszność – przyznała. – Kiedy tracę nad sobą panowanie, wszystko się może zdarzyć.

– Zauważyłem – sucho stwierdził Robin. – Chciałaś go zastrzelić?

– Nie, choć bardzo mnie kusiło. – Wciągnęła buty na nogi. – Celowałam w ramię, z nadzieją, że tym go 

powstrzymam. Gdyby tak się nie stało, miałam jeszcze jedną kulę. – Zaczęła zasypywać ognisko. – 
Chyba się zgodzisz, iż powinniśmy natychmiast stąd zniknąć.

– Zgodzę. – Robin przeszukał kieszenie Simmonsa. – Wkrótce się obudzi. Nie związałem go mocno, 
więc szybko się uwolni.

Wyjął z kieszeni londyńczyka zapas amunicji i schował do kieszeni płaszcza. Stwierdził, że Simmons 
nie ma przy sobie żadnych dokumentów, za to dobrze wypchany portfel. Tych pieniędzy wystarczyłoby 

na dwa bilety do Londynu, ale nie miał ochoty tak szybko odstawić Maxie do celu podróży.

– Zamierzasz go okraść? – zapytała z niesmakiem.

– Tylko broń. – Wsadził portfel z powrotem do kieszeni Simmonsa. – I tak kiedy się ocknie, będzie 
nieźle rozzłoszczony.

– A więc twoja uczciwość jest raczej rezultatem pragmatyzmu niż moralnych skrupułów? – Zaczęła 
upinać włosy.

– Tak. Moralne skrupuły to luksus – stwierdził Robin.

background image

W odpowiedzi prychnęła tylko, komentując w ten sposób jego pokrętną logikę.

Uśmiechnął się.

– Kradzież to nic w porównaniu z zabójstwem. To ty chciałaś odstrzelić mu głowę.

–   Tylko   w razie   konieczności.   –   Włożyła   na  głowę   pomięty   kapelusz.   –   Skąd   miałam   wiedzieć,   że 

przyjdziesz mi z pomocą?

Posłał jej karcące spojrzenie.

– Naprawdę sądziłaś, że zostawię cię samą?

Ich oczy spotkały się. Maxie szybko odwróciła wzrok.

– Nie miałam czasu się zastanawiać.

Nie była typem kobiety, która bezczynnie czeka na pomoc. Robin odszukał garnek, który pozostawił 

w lesie.   Zaproponował   wodę   Maxie,   a ona   przyjęła   ją   z wdzięcznością.   Nadal   wyglądała   na 
roztrzęsioną.   Robin   również   się   napił,   a potem   wylał   resztę   i schował   garnek   do   tobołka.   Kiedy 

opuszczali polankę, jedynym śladem ich bytności był Simmons, leżący na plecach, z przewiązanymi 
rękami.

– Ten twój patyk to broń, prawda? – zapytała Maxie, kiedy wrócili na szlak.

– Tak. Po spotkaniu ze złodziejami uznałem, że potrzebujemy jakiejś broni. – Odsunął zagradzającą im 

drogę gałąź. – Taki patyk dodaje siły uderzeniu.

– Wciąż czymś mnie zaskakujesz – stwierdziła, tym razem z mniejszym sarkazmem.

– Korzystam z nich tylko dla dobra sprawy – rzucił z rozbawieniem.

Uśmiechnęła się słabo. Nadal wyglądała na przygnębioną. Domyślił się, że nie chodzi o sam atak, lecz 

o jego przyczynę. Spróbuje namówić ją do kilku wyjaśnień na temat przeszłości i tajemniczej misji 
w Londynie.

Przy drodze natknęli się na szczypiącego trawę konia. Robin zatrzymał się i przyjrzał zwierzęciu.

– Przypuszczam, że należy do twego przyjaciela?

– To nie jest mój przyjaciel, ale chyba ten koń rzeczywiście jest jego. Widziałam go w... Już go kiedyś 
widziałam.

Robin odwiązał wodze i wskoczył na siodło.

– Chyba nie zamierzasz go ukraść?! – wykrzyknęła Maxie. – Co z twoim pragmatyzmem?

– I tak musiałbym go puścić wolno, żeby opóźnić pościg, więc równie dobrze możemy na nim pojechać 
i zwiększyć odległość między nami i Simmonsem. – Wyciągnął dłoń. – To biedaczysko nie będzie miało 

sił zawieźć nas daleko, ale dobre i to.

– Jesteś królem praktyczności, lordzie Robercie.

Podała mu chłodną dłoń i pozwoliła się wciągnąć na konia. Pochwyciła go w pasie trochę zbyt mocno, 
niżby to nakazywał powolny krok konia. Robin postanowił zaczekać z pytaniami do czasu, aż Maxie 

odzyska równowagę.

Zatrzymali się kilka mil dalej, kiedy z nieba znikały ostatnie promienie słońca.

– Czas odesłać naszego ognistego rumaka do jego właściciela. Zsiedli, po czym Robin klepnął konia po 
zadzie.

background image

– Jeśli skręcimy teraz na zachód, może uda nam się zmylić Simmonsa. Nie wygląda na kogoś, kto 
z łatwością się poddaje. Oddaj mi pistolet.

Maxie wręczyła mu broń, po czym krzyknęła z przerażenia, ponieważ Robin wystrzelił ostatnią kulę 
w kępę krzaków, a potem rzucił w nie pistolet.

– Po co to zrobiłeś? Pistolet mógł się nam przydać.

– Broń to diabelskie urządzenie. Giną przez nią ludzie.

– Może Simmonsa należy zabić.

– Czy zabiłaś już kogoś?

– Nie.

– A ja tak i nie jest to doświadczenie, które chciałbym powtórzyć. Maxie zarumieniła się, słysząc jego 

chłodny ton. Większość jego opowieści to zwykłe bajki, ale teraz na pewno nie kłamał.

– Tak naprawdę to wcale tak nie myślałam. To znaczy o zastrzeleniu.

–  Wiem,  że  nie  myślałaś  – powiedział łagodniejszym  tonem.  Objął  dziewczynę  ramieniem  i ruszyli 
w dalszą drogę.

Markiz  Wolverton zastanawiał  się  właśnie,  czy powinien zatrzymać  się w Blyth,  kiedy  nagle  powóz 
znieruchomiał.   Wyjrzał   przez   okno   i zobaczył,   że   woźnica   rozmawia   z przysadzistym   jegomościem 

w brudnym ubraniu.

– Jakieś kłopoty?! – zawołał.

–   Obrabowali   mnie   i zabrali   mi   konia   –   odpowiedział   nieznajomy.   –   Czy   jego   lordowska   mość 
zechciałby  podwieźć mnie  do  najbliższego  miasta?  – zapytał  spojrzawszy na herb wymalowany  na 

drzwiach powozu.

–   Oczywiście.   –   Giles   gestem   zaprosił   go   do   środka,   myśląc   zarazem,   że   drogi   są   bardziej 

niebezpieczne   niż   przypuszczał.   Zapalił   dwie   wewnętrzne   lampki   i wyciągnął   ze   schowka   butelkę 
brandy. – Ma pan nieźle podbite oko – dodał, nalewając sporą porcję dla gościa.

– Nie pierwszy raz.

Giles przyjrzał się rozmówcy.

– Nie dziwię się. Jest pan chyba bokserem?

– Byłem. Nazywam się Ned Simmons, ale walczyłem jako Cockney Killer. – Przełknął z zadowoleniem 

łyk brandy. – Widział pan może którąś z moich walk?

– Przykro mi, nie interesuję się boksem, ale jeden z moich przyjaciół wygrał dzięki panu sporą sumkę. 

Zdaje się za zwycięstwo nad Game Chicken w dziewiętnastej rundzie – dodał po chwili.

– W dwudziestej pierwszej. Tak, to była najlepsza walka w moim życiu.

– Dzisiaj musiało pana pobić kilka osób.

Ta uwaga była błędem. Simmons zaczął się gęsto tłumaczyć, a chodziło  mu o to, że pokonano go 

w nieuczciwej walce. Giles przysłuchiwał się temu bez większego zainteresowania, dopóki nie padły 
słowa „ten żółtowłosy facet”.

– Ten blondyn musiał być wielki? – zapytał, starając się ukryć zainteresowanie.

Simmons zawahał się, najwyraźniej zastanawiając się, czy wyznać niezbyt chlubną prawdę.

background image

– Raczej chudzielec i gadał jak szlachcic – powiedział zgrzytając zębami. – Nawet bym nie pomyślał, że 
potrafi tak walczyć. Tak czy owak nie dostałby mnie, gdyby nie zaatakował mnie od tyłu i gdyby ta 

zdzira nie mierzyła we mnie pistoletem.

Giles   pohamował   uśmiech.   Robin   i jego   niewinna   panna   muszą   znajdować   się   gdzieś   niedaleko, 

i wygląda na to, że panienka ma podobny charakter do swojej ciotki.

– Jak to się stało, że pana zaatakowali? Twarz Simmonsa stała się nieodgadniona.

– Nie mogę nic więcej powiedzieć. Sprawa poufna.

Giles zaczął się zastanawiać, czy nie przekupić boksera i nie wyciągnąć z niego dalszych informacji, 

kiedy dobiegło ich rżenie konia. Simmons wyjrzał przez okno.

– To mój koń! Ten sukinsyn pewnie nie umiał na nim jeździć. Mam nadzieję, że skręcił sobie kark.

Giles nie widział jeszcze konia, który zrzuciłby brata, a tym bardziej taka zmęczona szkapina. Robin 
musiał puścić ją wolno. Dzięki Bogu, że do innych występków nie dołączył kradzieży koni. W co on się, 

do diabła, wplątał?

Złapali   konia,   przywiązali   do   tyłu   powozu,   po   czym   ruszyli   do   najbliższego   miasta.   Simmons   nie 

odzywał się, pozostawiając Gilesa z domysłami. Ten zaś był pewien, że jego towarzysz musi być tym 
mężczyzną, którego lord Collingwood wysłał na poszukiwanie bratanicy. Nie bardzo nadawał się do 

eskortowania porządnej panny, choć im więcej Giles słyszał na temat Maximy Collins, tym bardziej 
wątpił   w jej   delikatność.   To   oznaczało   również,   że   lady   Ross   nie   odnalazła   jeszcze   zbiegów.   Jeśli 

dopisze mu szczęście, on pierwszy ich spotka. Kiedy już to nastąpi, będzie miał wiele pytań do swojego 
niesfornego młodszego brata.

Na prośbę Simmonsa Giles zostawił go w zajeździe, który nie wydawał się lepszy od spelunki. On sam 
zatrzymał   się   w najlepszym   zajeździe   w Worksop.   Oczywiście   to   miejsce   nie   mogło   się   równać 

z Wolverhampton, ale przynajmniej pościel była czysta.

Kiedy   zasnął,   śnił   nie   o zbiegach   i potencjalnym   skandalu,   ale   o lady   Ross.   Była   z niej   prawdziwa 

Amazonka.

Tymczasem   Simmons   w ciągu   godziny   zdążył   nabyć   nowy   pistolet   i wynająć   kilku   mężczyzn   do 

pomocy.

Później, kiedy trzymał przy podbitym oku kawałek świeżej wołowiny i wypił kilka kufli piwa, zaczął 

rozmyślać o jasnowłosym paniczu, który zaatakował go od tyłu. Collingwood nie byłby zachwycony, 
gdyby jego drogocennej bratanicy  stała się krzywda, ale nic go nie  powstrzyma przed skręceniem 

karku temu dandysowi.

background image

10

Prawie   godzinę   szukali   ustronnej   szopy.   Gdyby   zostali   w poprzednim   miejscu,   Maxie   ugotowałaby 
potrawkę z szynki i warzyw, a tak musieli zadowolić chlebem i serem.

Po posiłku Robin oparł się o snopek siana. Światło księżyca wpływające przez okienko w suficie złociło 
mu włosy.

– Uważam, że nadszedł czas, byś wyjaśniła, o co właściwie chodzi. Czy przez całą drogę do Londynu 
będziemy natykali się na czyhających na ciebie olbrzymów?

Nie przywykła do zwierzeń, jednak winna była Robinowi wyjaśnienie. Był kłamcą i złodziejaszkiem, 
nawet nie znała jego prawdziwego imienia, ale pomógł jej w potrzebie. Po raz drugi tego wieczora 

rozpuściła włosy.

– Sama nie jestem pewna, co się dzieje. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Co chcesz wiedzieć?

– Cokolwiek zechcesz mi wyjaśnić – odparł miękko.

Nagle poczuła, że ma ochotę powiedzieć mu wszystko, o swoim nietypowym pochodzeniu i o tym, jak 

obco czuje się w Anglii.

– Mój ojciec, Maximus Collins, był młodszym z braci z tak zwanej dobrej rodziny. Nie był bogaty, a to 

co miał, szybko roztrwonił na hazard i rozpustę. – Uśmiechnęła się gorzko. – Dziadek doszedł w końcu 
do wniosku, że jego syn nie jest nic wart, a przy okazji drogo kosztuje, co prawdopodobnie nie mijało 

się z prawdą. Przyrzekł, że spłaci długi syna, jeśli ten wyjedzie z Anglii. Ojciec nie miał wyboru i musiał 
się zgodzić. Podejrzewam, że ścigali go dłużnicy. Postanowił wyjechać do Ameryki.

O dach zaczęły uderzać pierwsze krople deszczu. Maxie wbiła się głębiej w siano i szczelniej otuliła 
peleryną, żałując, że jest taka cienka.

– Ojciec nie był złym człowiekiem, tylko że nie przejmował się takimi sprawami, jak pieniądze czy 
przedmioty materialne. Nowy Świat nawet mu się spodobał, bo pod wieloma względami panowały tam 

luźniejsze zasady. Zatrzymał się na jakiś czas w Wirginii, a potem powędrował na północ.

Jakiś czas mieszkał w Nowym Jorku, a następnie, na swoje nieszczęście, podjął błędną decyzję odbycia 

zimą   podróży   z Albany   do   Montrealu.   Omal   nie   umarł   w zawiei   śnieżnej,   ale   uratował   go   Indianin 
z plemienia Mohawk. Ojciec całą zimę spędził w jego chacie. Tam właśnie poznał moją matkę.

Zamilkła, ciekawa reakcji Robina na wieść o tym, że jest pół-Indianką.

–   Mohawkowie   to   jedno   z sześciu   plemion   konfederacji   Irokezów,   prawda?   –   zapytał   głosem 

wyrażającym wyłącznie zainteresowanie.

– Tak – potwierdziła zdziwiona i zarazem zadowolona, że tyle wie. – Byli „Strażnikami Wschodnich 

Drzwi”, broniącymi Irokezów przed zalewem Algonkinów z Nowej Anglii. Cztery z tych plemion żyją 
teraz   w Kanadzie,   ponieważ   pozostali   lojalni   Brytyjczykom   w czasie   rewolucji.   Ale   dzięki   temu   lud 

mojej   matki   ocalił   własną   dumę   i tradycję,   w przeciwieństwie   do   Indian   z Nowej   Anglii,   których 
wyniszczyły choroby i wojny.

– Nie jest to najprzyjemniejsza historia – cicho stwierdził Robin. – Z tego co słyszałem, kiedy zjawili 
się Europejczycy, Indianie byli ludźmi silnymi, zdrowymi i szczodrymi. Dali nam kukurydzę, lekarstwa 

i ziemię. My odpłaciliśmy się im odrą, tyfusem, cholerą i Bóg jeden wie czym jeszcze. – Zawahał się, 
po czym zapytał: – Czy bardzo nas nienawidzisz?

Nikt jej o to jeszcze nie pytał i nikt też nie podejrzewał, jaki gniew kryje w sobie za cierpienia ludu 
matki. Zainteresowanie Robina sprawiło, że jej gniew nieco zelżał.

background image

– Musiałabym zarazem nienawidzić samej siebie. W końcu jestem też pół-Angielką. Więcej niż pół, bo 
większość   życia   spędziłam   z Anglikami.   Jednak   to   Mohawkowie   mnie   akceptowali   i okazali   więcej 

ciepła.

Zadrżała z zimna, bo wiatr wdarł się do szopy. Ale nawet wśród ludu matki nie czuła się jak u siebie.

Słysząc, że Maxie szczęka zębami, Robin przysunął się do niej i objął ramieniem. Zdrętwiała, nie mając 
ochoty na karesy, ale rozluźniła się, kiedy stwierdziła, że towarzysz oferuje jej tylko wsparcie.

– Rodzina może być prawdziwym utrapieniem – powiedział gładząc ją po plecach.

– To prawda.

Oparła głowę na ramieniu towarzysza, czując, jak powoli jego ciepło i bliskość ją rozgrzewają. Było jej 
dobrze w objęciach Robina. Zbyt dobrze. Przypominając sobie, że ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, to 

mężczyzna tak czarujący i nieodpowiedzialny jak jej ojciec, wyprostowała się i wróciła do opowieści.

– Moja matka była młoda i niespokojna. Chciała poznać świat. Pomimo dzielących ich różnic ojciec 

i matka zakochali się w sobie.

– Obydwoje buntowali się przeciwko stylowi życia, w jakim zostali wychowani – domyślił się Robin. – 

To bardzo do siebie zbliża.

– Chyba masz rację. Nie przeszkadzało im, że matka była bardzo piękna, a ojciec raczej brzydki. Kiedy 

nadeszła   wiosna,   poprosił   ją,   by   z nim   odeszła,   i matka   się   zgodziła.   Urodziłam   się   rok   później. 
Mieszkaliśmy   w Massachusetts,   ale   każdego   lata   odwiedzaliśmy   wioskę.   Matka   chciała,   bym   znała 

zwyczaje i język jej ludu.

– Czy ojciec też z wami jeździł?

– Tak. Zaprzyjaźnił się bardzo z rodziną matki. Indianie są z natury romantyczni i kochają opowieści, 
gry  i śmiech.   Ojciec  znał  mnóstwo   wierszy  po  angielsku,   francusku   i grecku.  Mówił  też   dobrze   ich 

językiem. – Roześmiała się. – Boże, ależ on potrafił gadać. Pamiętam, jak oczarował całe obozowisko 
recytując  Odyseję.  Przeczytałam   ją   później   i wiem,   że   jego   tłumaczenie   było   raczej   dowolne,   ale 

urzekające. – Spoważniała. – Rodzice mieli jeszcze dwójkę dzieci, ale zmarły przy porodzie. Matka 
umarła,  kiedy  miałam   dziesięć  lat.  Jej  rodzina  zaproponowała,  że mnie  weźmie,  ale  ojciec  się  nie 

zgodził.   Nie   mógł   znaleźć   żadnej   stałej   pracy,   która   by   mu   odpowiadała,   więc   został   domokrążcą 
sprzedającym książki i zabierał mnie w podróże.

– A więc wychowałaś się w drodze. Czy podobał ci się taki styl życia?

– Raczej tak. – Oparła się plecami o pierś Robina. – Amerykanie pragną się kształcić i kochają książki, 

a ponieważ   wiele   farm   i wsi   jest   odizolowanych,   zawsze   byliśmy   witani   z radością.   Czasami   zbyt 
radośnie – dodała. – Indianie mają inne zwyczaje niż Europejczycy i panny cieszą się u nich większą 

wolnością, co przez białych często odbierane jest jako rozwiązłość. Zawsze zdarzali się tacy, którzy 
chcieli sprawdzić dziewictwo takiej pół-Indianki jak ja.

Robin objął ją mocniej na znak współczucia.

– Nic dziwnego, że nauczyłaś się być ostrożna.

– Musiałam. Gdybym choć słówko szepnęła ojcu, zabiłby winnego. A co bardziej prawdopodobne sam 
dałby się zabić. Większy był z niego gaduła niż wojownik. – Do dzisiejszego dnia mogłaby to samo 

powiedzieć o Robinie. – Nie wstydzę się zwyczajów ludu mojej matki – ciągnęła. – Dlaczego kobiety 
nie  mogą mieć takiej wolności  jak mężczyźni?  To do  mnie  musi  należeć wybór,  a nie  do  jakiegoś 

spitego drwala, który sobie uroił, że ze mnie łatwa sztuka.

– Tylko idiota może tak myśleć – powiedział miękko Robin.

– Mieliśmy stałą trasę: Nowa Anglia i północna część stanu Nowy Jork – mówiła dalej, zadowolona, że 

background image

ją zrozumiał. – Oprócz popularnych książek rozwoziliśmy także te na zamówienie.

– Fascynujące. – Robin otoczył jej kibić ramionami. – Jakie książki zazwyczaj woziliście?

– Głównie  Nowy Testament,  kazania i pieśni, pirackie  wydania  angielskich  książek. Ale także inne. 
Pewien   farmer   z Vermont   każdego   roku   zamawiał   jakąś   pozycję   z filozofii.   Podczas   wizyt   u niego 

dyskutowaliśmy z nim o książce, którą zakupił w zeszłym roku. Zatrzymywaliśmy się tam na dwa dni. 
Myślę, że były to dla niego najważniejsze dni w roku. – Uśmiechnęła się. – Domokrążcy, tacy jak mój 

ojciec, wykonywali dobrą robotę i wielu wydawców drukowało specjalnie na ich potrzeby. Na przykład 
Marnotrawną córę, krytykującą niemoralne prowadzenie się.

– Z wszystkimi szczegółami – z rozbawieniem dodał Robin.

– Tak. Skąd ludzie braliby pomysły na złe uczynki, gdyby nie zostały opisane? – Maxie zachichotała. – 

Sprzedaliśmy mnóstwo egzemplarzy tej pozycji.

Opowieść   Maxie   pozwoliła   Robinowi   zrozumieć,   skąd   u tej   dziewczyny   ta   wspaniała   mieszanka 

dojrzałości i niewinności. Wiodła ciekawe życie, wychowywała się pod wpływem dwóch kultur, lecz nie 
związała się z żadną z nich i nie miała stałego domu. To jasne, że jej ojciec musiał być wykształcony 

i czarujący, a ona go ubóstwiała. Musiał też być niezgułą, i to córka zarządzała jego interesami. Mimo, 
a może   dzięki   temu   dziwacznemu   pochodzeniu,   wyrosła   na   niezależną   młodą   kobietę,   którą   teraz 

trzymał w ramionach. Sprawiało mu to wielką przyjemność. Ciało miał rozpalone i to nie od chłodnego 
wieczornego powietrza. Skarcił się w myśli, domyślając, że Maxie na pewno w tej chwili nie ma ochoty 

na amory.

– Interesujące życie, ale bardzo nieustabilizowane – powiedział.

– Zawsze mi się wydawało, że niczego bardziej nie pragnę jak prawdziwego domu – wyznała. – Zimę 
spędzaliśmy   w Bostonie   u pewnej   wdowy,   której   dzieci   już   dorosły.   Cieszyłam   się,   kiedy   tam 

wracaliśmy, bo wiedziałam, że przez następne kilka miesięcy będziemy spali pod tym samym dachem. 
Ale ogólnie to moje życie było dobre. Nigdy nie brakowało nam jedzenia, mieliśmy książki do czytania 

i ludzi, z którymi mogliśmy porozmawiać. Zawód domokrążcy odpowiadał ojcu. Nie potrafił wysiedzieć 
w jednym miejscu.

Nie   zdziwiło   go,   że   Maxie   chwali   przeszłość.  Z opowieści   wynikało,   że   Maximus   Collins   był   czułym 
ojcem, czulszym niż świętej pamięci wyniosły markiz Wolverton. Choć świat by się z nim nie zgodził, 

Robin uważał, że Maxie doznała więcej rodzinnego szczęścia niż on.

– Co cię sprowadziło do Anglii?

– Ojciec chciał się spotkać z rodziną. Chciał także, żebym i ja ją poznała.

Poczuł, że ciało dziewczyny sztywnieje. Już wcześniej wspominała o tym, iż rodzina ojca potraktowała 

ją niezbyt uprzejmie. Znając angielską szlachtę, nie wątpił w jej słowa.

– Twój ojciec zmarł tutaj, w Anglii?

– W Londynie,  dwa miesiące  temu.  Nie  czuł się najlepiej.  Myślę  zresztą,  że właśnie  słabe  zdrowie 
zmusiło go do powrotu. Chciał przed śmiercią jeszcze raz zobaczyć Anglię. – Głos jej się załamał. – 

Pochowaliśmy   go   w rodzinnym   grobie   w Durham.   Potem,   akurat   kiedy   podjęłam   decyzję,   że   czas 
wracać do Ameryki, podsłuchałam rozmowę wuja z wujenką.

Pokrótce streściła tę przypadkowo usłyszaną wymianę zdań i opowiedziała, jak potem uznała, iż musi 
pojechać do Londynu i czegoś się dowiedzieć. Wspomniała też o swoich obawach, iż ojciec mógł kogoś 

szantażować.

– I tak dochodzimy do dnia dzisiejszego – zakończyła. – Nadal trudno mi uwierzyć, że śmierć ojca nie 

była   naturalna.   Jednak   fakt,   że   wuj   posłał   za   mną   kogoś   takiego   jak   Simmons,   potwierdza   moje 
podejrzenia. Może jest to wyraz troski, ale mnie się wydaje, że bardziej chodzi o to, żeby przeszkodzić 

mi w poznaniu prawdy. A ty jak sądzisz?

background image

– To oczywiste, że twój wuj coś ukrywa – przyznał Robin. Przyszło mu do głowy, że wiąże się to 
z czynem przestępczym, ale wolał nie roztrząsać tego z Maxie. – Zgadzam się, że najszybciej dowiesz 

się prawdy w Londynie. Ale to niebezpieczne, a poza tym żadna prawda nie zwróci ci ojca. Czy warto 
ryzykować?

– Muszę poznać prawdę – odparła twardo. – Nawet nie próbuj mnie od tego odwodzić.

– Nie mam zamiaru – zapewnił. – Ale póki co, jest późno i oboje jesteśmy zmęczeni. Z samego rana 

zadecydujemy, jak wymknąć się Simmonsowi i bez przeszkód dotrzeć do Londynu.

– Pomożesz mi? – zapytała niepewnie.

– Tak. Czy będziesz tego chciała, czy nie. Nie mam nic lepszego do roboty, a ta przygoda wydaje się 
warta zachodu. – Położył się na sianie, pociągając Maxie za sobą.

Próbowała się odsunąć.

– To był męczący dzień i nie mam ochoty kończyć go na walce z tobą.

– Nadal nie doceniasz mojej inteligencji – powiedział uspokajająco. – Nie wspominając już o moim 
instynkcie samozachowawczym. Przecież wiem, że gdybym czegoś próbował, wbijesz mi nóż w którąś 

z części mego ciała. Ale zwróć uwagę, że noc jest zimna i jeśli się do siebie przytulimy, będzie nam 
cieplej. Zgoda?

Przestała się bronić.

– Zgoda. Przepraszam, że jestem taka podejrzliwa.

– Teraz przynajmniej rozumiem dlaczego. – Cmoknął ją w czoło i nakrył kocem.

Snopek siana pachniał przyjemnie i był wygodny. Maxie odwróciła się tyłem i wtuliła w Robina.

– Jak zwykła mawiać pani Harrison, taka z ciebie maleńka kobietka. – Objął ją ramieniem i przyciągnął 
do siebie. – Myślałem, że Indianie są wysocy.

– Wszędzie zdarzają się wyjątki. Moja matka była niska, a ja jestem najniższą osobą w obu rodzinach.

–   Ale   bardzo   starasz   się   to   nadrobić.   –   W głosie   Robina   brzmiał   ciepły   uśmiech.   –   Czy   masz   też 

indiańskie imię?

– Dla rodziny mojej matki jestem Kanawiosta – odpowiedziała po chwili wahania.

– Kanawiosta. – Z trudnością wymówił dziwne słowo. – Czy to coś znaczy?

– Nic, co da się łatwo wytłumaczyć. Wiąże się z płynącą wodą, rozwojem, robieniem czegoś lepiej.

– Płynąca woda – powtórzył Robin. – To do ciebie pasuje. Roześmiała się.

–   Nie   ma  w tym   nic   romantycznego.   Równie   dobrze   można   by   je   przetłumaczyć   jako   „upiększacz 

bagna”. Czy Anglicy znają znaczenie swoich imion?

– Robert znaczy „błyszcząca sława” – wyjaśnił.

– Ale ty wolisz kojarzyć je z Robin Hoodem?

Czy fakt, iż wiedział, co znaczy jego imię, dowodzi, że jest prawdziwe? Pewnie nie świadczy o niczym. 

Poczuła, jak ciepło Robina ogrzewa jej kości. Wspaniale zastępował kołdrę.

– To mi przypomina gody – powiedziała sennie.

– Gody?

background image

– Taki zwyczaj dla narzeczonych – wyjaśniła. – Ze względu na duże odległości czasami zdarza się, że 
narzeczony zostaje na noc w domu narzeczonej. Rzadko są tam pokoje gościnne, a więc młodzi śpią 

w jednym łóżku,  ale obydwoje są ubrani,  żeby sprawy nie  wymknęły  się  spod kontroli.  Zazwyczaj 
pośrodku łóżka znajduje się deska zakończona kolcami.

–   Taki   zwyczaj   bardzo   by   się   przydał   w Anglii.   Zdarza   się,   że   pocałunek   skradziony   ukradkiem 
dziewczynie   kończy   się   dla   zalotnika   szybkim   i nieodwołalnym   ślubem.   –   Robin   uśmiechnął   się 

w ciemności. – Mam nadzieję, że twój naród rozumie, iż żadna deska ani ubranie nie przeszkodzą 
zdeterminowanym kochankom.

– Często pary omijają dzielącą ich deskę – przyznała. – Istnieje wiele ballad na ten temat, na przykład 
Niegrzeczne konie przewracają płot.

Robin   wybuchnął   śmiechem,   a Maxie   mu   zawtórowała.   Jego   śmiech   rozgrzewał   równie   mocno   jak 
uścisk.

– Czasami ślub odbywa się wcześniej. – Ziewnęła głośno. – Ale gospodarstwa potrzebują dzieci, więc 
nikt nie uważa tego za wielki grzech.

Powiedziawszy to odpłynęła w spokojny sen, kołysana śpiewem wiatru, piosenką deszczu i miarowym 
biciem serca Robina.

background image

11

Maxie obudziła się, czując przyjemne ciepło. Nozdrza wypełniał jej słodki zapach siana, a ciało Robina 
chroniło ją przed chłodem poranka. Jedną dłoń trzymał na jej piersi. Miłe – nawet bardzo – ale nic 

dobrego   z tego   nie   wyniknie.   Delikatnie   odsunęła   ją   na   bok.   Przebudziła   go   tym   ruchem.   Leniwie 
przekręcił   się   na   plecy   i przeciągnął.   Miał   sprężyste   mięśnie.   Oparła   się   na   łokciu,   podziwiając 

zmierzwione złote włosy.

Musiał tak wyglądać, kiedy był małym chłopcem marzącym o pirackiej przepasce na oku i bliznach na 

twarzy.

– Dzień dobry – powiedziała. – Ja spałam dobrze, a ty? Uśmiechnął się, co stanowiło tak wspaniały 

widok, że Maxie zapragnęła oglądać go każdego ranka do końca życia.

– Bardzo dobrze – powiedział schrypniętym głosem.

Położył dłoń na jej ramieniu. Ich oczy się spotkały i przez długie i niebezpieczne sekundy trwali tak, 
świadomi swej bliskości.

Powoli,   jakby   wbrew   woli,   przesunął   dłoń   w dół.   Maxie   czuła,   jak   cierpnie   jej   skóra   na   ramieniu. 
Uświadamiając   sobie,   że   zaczyna   szybciej   oddychać,   pomyślała   o pieśni   narzeczonych   i o tym,   że 

ubrania nie stanowią granic dla zakochanych. Oczy Robina pociemniały, a jego dłoń zatrzymała się 
przy łokciu, który zaczął gładzić kciukiem. Maxie wstrzymała oddech, zaskoczona reakcją ciała na tę 

pieszczotę. Zsunął teraz dłoń do nadgarstka i wyczuł przyspieszone tętno.

Maxie   nie   mogła   oderwać   wzroku   od   jego   szyi,   widocznej   spod   naderwanej   koszuli.   Miała   ochotę 

dotknąć jej ustami. Pragnęła rozerwać mu koszulę, by móc zobaczyć to szczupłe i muskularne ciało, do 
którego   tuliła   się   w nocy.   Zapragnęła   być   teraz   Indianką,   która   oddaje   się   mężczyźnie   bez 

zawstydzenia i wątpliwości.

Jednak właśnie  wątpliwości ją przed tym powstrzymały. Jej twarz musiała zdradzać tę wewnętrzną 

walkę, bo Robin westchnął ciężko i szybko się odwrócił.

– Wspaniały sposób na spędzenie nocy – rzucił zduszonym głosem wstając. – Z wyjątkiem tej części, 

kiedy musimy się rozdzielić.

Drżącą ręką poprawiła włosy.

– Może to błąd, że tak spaliśmy. Spojrzał na nią z urazą.

– Nigdy w życiu nie popełniłem żadnego błędu. Przynajmniej takiego, którego potem nie umiałbym 

wyjaśnić.

Wybuchnęła śmiechem i nagle wszystko znowu było jak dawniej.

– Następnym razem postaram się wstać, kiedy tylko się obudzę.

– Cieszę się, że będzie następny raz. Potrzeba nam praktyki. Nadal chichocząc wstała i zaczęła krzątać 

się po szopie. Na zewnątrz było szaro i chłodno, ale deszcz przestał padać. Poprzedniego wieczoru 
Robin przyniósł chrust, mieli więc opał, z którego przed wejściem zbudowali ognisko. Maxie przyniosła 

z kamiennego koryta czystą wodę na herbatę, a w tym czasie Robin upiekł nad ogniem chleb. Mieli do 
niego resztki szynki od pani Harrison.

– Nie będziesz miała nic przeciwko temu, żebym dzisiaj ogolił się tutaj? – zapytał Robin, kiedy Maxie 
sączyła swoją ziołową herbatkę. – Na dworze jest trochę nieprzyjemnie.

– Proszę bardzo. – Spojrzała na jego poszarpaną koszulę, starając się nie dostrzegać gołej piersi. – 
Będziemy musieli ci znaleźć nową koszulę. Tej chyba nie da się już naprawić.

background image

Skrzywił się.

– Tak czy inaczej już mi się opatrzyła. – Wyjął brzytwę i kawałek mydła, po czym ukląkł nad garnkiem, 

w którym pozostała resztka ciepłej wody.

Podchodził   do   golenia   z tą   samą   pieczołowitością,   co   Maxie   do   przyrządzania   herbatki,   ale   nigdy 

jeszcze nie golił się w jej obecności.

– Myślałeś o tym, żeby się nie golić? – zapytała. – Ja wyglądam niepozornie, ale ty rzucasz się w oczy. 

Broda by cię odmieniła, przez co Simmons miałby utrudnione zadanie.

Robin namydlił dłonie, po czym posmarował policzki i szczękę.

–   Mam  rudą   brodę,   a to   wygląda   jeszcze   bardziej  podejrzanie.   Masz   jednak   rację,  że   powinniśmy 
zmienić nasz wygląd. Napadli nas złodzieje, Simmons jest na naszym tropie, czas na zmianę strategii.

Maxie przyglądała się mu znad kubka. Było coś intymnego w patrzeniu na golącego się mężczyznę. 
Choć wiele razy widziała przy tej czynności ojca, nigdy nie przyszło jej do głowy, że zarost jest taki 

męski.

– Co masz na myśli? Nadal brakuje nam pieniędzy na przejazd dyliżansem. Chyba że uda ci się je 

zarobić magicznymi sztuczkami.

–   Mam   pewien   pomysł.   Nie   będzie   to   najszybsza   droga,   ale   przynajmniej   nas   nie   wyśledzą.   Czy 

słyszałaś   o poganiaczach   bydła?   –   Przesunął   brzytwą   po   krótkim   pasku,   po   czym   naciągnął   skórę 
policzka, by zgolić rudawy zarost.

To on łaskotał ją w nocy. Z trudem przełknęła ślinę.

– Mówisz o ludziach, którzy pędzą bydło do miast?

– Tak. Miasta potrzebują żywności, a Londyn jest tak wielki, że zaopatruje go cała Anglia. – Wytarł 
brzytwę   wiązką   słomy,   po   czym   zabrał   się   do   drugiego   policzka.   –   Większość   bydła   zjadanego 

w Londynie pochodzi z Walii i Szkocji.

– Aż ze Szkocji? – Maxie uniosła brwi. – Zwierzęta muszą być wychudzone, kiedy docierają na miejsce.

– Przed sprzedażą są wypasane na południowych pastwiskach – wyjaśnił. – Zresztą poganiacze nie 
pędzą tylko bydła, ale też owce, gęsi, świnie a nawet indyki, choć nie na tak duże odległości.

– Jak się pędzi indyki? – zapytała ze zdziwieniem Maxie.

–   To   bardzo   skomplikowane   przedsięwzięcie   –   odparł   Robin   z błyskiem   rozbawienia   w oku.   –   Ale 

ciekawy widok. Pod koniec dnia indyki usadawiają się na drzewach, całe tysiące.

– Ale co to ma wspólnego z nami?

– Poganiacze starają się unikać  płatnych dróg. Czasami towarzyszą im podróżni, dla towarzystwa, 
bezpieczeństwa, a czasami z czystej chęci przeżycia przygody.

Skończywszy golenie policzków, naciągnął skórę na szyi. Z zafascynowaniem patrzyła, jak błyszczące 
krople wody spływają mu na grdykę, a potem na pierś.

Dostrzegł jej wbity w siebie wzrok.

– Czy coś się stało? – zapytał.

– To tylko kobiece nerwy – odpowiedziała pospiesznie. – Kiedy widzę brzytwę przytkniętą do gardła, 
zaczynam się denerwować.

Uśmiechnął się.

background image

– Nie zrobiłem sobie jak dotąd żadnej poważnej krzywdy. Trzema zręcznymi ruchami zakończył pracę, 
potem wytarł brzytwę i wsunął z powrotem do rogowego pojemnika.

Może i nie, ale w jej głowie wywołał niezły zamęt.

– Czy niedaleko stąd przebiega jakiś szlak poganiaczy? – zapytała, odpychając od siebie zdradzieckie 

myśli.

– Jeden biegnie na zachód od Nottingham, kilka dni marszu stąd. O tej porze roku możemy znaleźć 

poganiaczy za dzień lub dwa.

– Czy wędrowałeś już z nimi?

– Tak. Stąd znam ten szlak. – Zamoczył ręcznik w ciepłej wodzie i wytarł nim do czysta twarz i szyję. – 
Podróżowałem z nimi, kiedy uciekłem z domu.

– Musiałeś przysparzać matce wielu zmartwień. Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.

– Wcale nie. Wystarczyło, że tylko raz spojrzała na mnie po porodzie i natychmiast wyzionęła ducha.

Ani kpina, ani cynizm nie potrafiły ukryć bólu kryjącego się za tymi słowami.

– Przykro mi – rzuciła cicho.

–  Bardziej  przykro   było  mojemu  ojcu.   –  Podszedł  do   drzwi  szopy,   otworzył  je,  po   czym  wylał  na 
zewnątrz wodę po goleniu. – Jeśli wierzyć portretom, bardzo jestem do niej podobny. Ojciec nie mógł 

na mnie patrzeć, żeby nie odczuwać bólu.

Poczuła, że za chwilę się rozpłacze.

– Dlaczego mi to opowiadasz? – zapytała cicho. Milczał przez chwilę.

– Nie wiem, Kanawiosta. Może dlatego, że czasami męczy mnie mój obskurantyzm.

Na dźwięk tego imienia dreszcz przeszedł jej po plecach. Po raz pierwszy Robin wyjawił coś, co tkwiło 
za tą jego wypolerowaną i nieodgadniona maską. Może to dlatego, że poprzedniego wieczoru tyle mu 

powiedziała o sobie? A może wspólnie spędzona noc usunęła jakąś barierę, która ich dzieliła.

Przypomniała sobie uczucia, jakie ją ogarnęły, kiedy chciała go nauczyć, jak słuchać wiatru oraz kiedy 

opowiadał   o kobiecie,   którą  chciał   poślubić,   lecz   mu  odmówiła.   Tkwiło   w nim   wiele   splątanych  nici 
wesołości i smutku, mądrości i przebiegłości, współczucia i dystansu. Teraz podawał jej koniec jednej 

z nich proponując, by ją rozplatała. Jeśli to uczyni, co znajdzie na drugim końcu? I natychmiast sobie 
odpowiedziała: Na dnie tego sprytu i czarującego zachowania leżała samotność.

Desdemona poczuła ulgę, kiedy otrzymała od lorda Wolvertona wiadomość, iż zbiegów widziano na 
drodze do Rotherham. Przynajmniej nic im się nie stało. Jednak markiz nie napisał nic więcej. Dalej 

musi radzić sobie sama.

Z   ciężkim   westchnieniem   wysiadła   z powozu   na   zakurzoną   wiejską   drogę.   Miała   wrażenie,   że   od 

wieków podróżuje, a poszukiwania bratanicy i towarzyszącego jej niepoprawnego włóczęgi nigdy się 
nie skończą. Fakt, że nadal szli piechotą, utwierdził ją tylko w złej opinii o lordzie Robercie Andreville’u. 

Najwyraźniej skąpił na przejazd dyliżansem. Ten człowiek nie ma klasy.

Nauczyła się zadawać pytania i wiedziała, że najwięcej informacji uzyska w małych wioskach, gdzie 

zwracano uwagę na każdą obcą twarz. Wypytywała zwłaszcza starszych mieszkańców, przesiadujących 
w lokalnej gospodzie, a także właścicieli sklepików.

Już trzeci raz tego dnia przekraczała próg jednego z takich sklepów. Jak wszędzie było tu wszystko: 
igły,   nici,   role   tanich   materiałów   i wstążki,   gliniane   garnki,   sól,   cukier   oraz   słoiki   z cukierkami   dla 

dzieci. Brunatny kot, wylegujący się na stercie używanej odzieży, na widok Desdemony prychnął cicho 
i przykrył nos ogonem. Właścicielka sklepu, postawna kobieta, z błyskiem chciwości w oczach rzuciła 

background image

się do wejścia, by przywitać bogato ubraną klientkę.

– Czym mogę pani służyć?

– Chciałabym się dowiedzieć, czy przypadkiem nie widziała pani mojej bratanicy i jej męża w ciągu 
ostatnich kilku dni – odparła Desdemona. – Bratanica ma ciemną karnację i jest dość niska, około 

pięciu stóp, i ubrana jak chłopiec. Jej mąż jest średniego wzrostu. To przystojny blondyn.

– Tak, tak, byli tu wczoraj. – W oczach sprzedawczyni nadal czaiła się przebiegłość. – Ten pan podarł 

sobie koszulę i potrzebował nowej. – Zakaszlała znacząco. – Kupił też kapelusz i bieliznę. Nie mam 
w sklepie nic tak ekskluzywnego jak to, co miał na sobie, ale zdaje się że i tak był zadowolony.

Desdemona   już   wcześniej   obmyśliła   sobie   odpowiednią   historyjkę,   więc   teraz   szybko   zaczęła 
tłumaczyć:

–   To   największy   nonsens.   Mąż   mojej   bratanicy   założył   się,   że   dotrze   pieszo   do   Londynu,   a ona 
postanowiła mu towarzyszyć. Są małżeństwem od niedawna i taka wyprawa wydała się jej wspaniałą 

przygodą. Oczywiście nie pochwalałam tego pomysłu, ale nie miałam nic do powiedzenia. – Westchnęła 
żałośnie. – Zresztą nic by w tym nie było złego, gdyby nie fakt, że ojciec dziewczyny bardzo poważnie 

się rozchorował. Chcę ich dogonić, żeby bratanica zdążyła zobaczyć ojca, zanim nie będzie za późno. – 
Głos Desdemony zadrżał leciutko. Jeszcze kilka razy, a sama uwierzy w tę historię. – Czy bratanica 

albo jej mąż wspominali coś o tym, którędy zamierzają iść?

Właścicielka uniosła brwi, a wyraz jej twarzy wskazywał na to, że opowieść budzi jej wątpliwości, ale 

nie śmie nazwać swego dystyngowanego gościa kłamcą.

Następny   ruch   należał   do   Desdemony.   Zaproponowanie   łapówki   mogłoby   obrazić   sprzedawczynię, 

należało więc zastosować subtelniejszą metodę przekupstwa. Rozejrzała się po sklepie i po chwili jej 
wzrok spoczął na odpowiednim obiekcie.

– Och, co za wspaniała wstążka! Od wieków szukam takiego odcienia błękitu. – Zdjęła szpulkę z półki. 
– Czy zechciałaby pani sprzedać mi to za, powiedzmy, pięć funtów?

– Pięć gwinei i należy do pani. – Błysk ironii w oku sprzedawczyni wskazywał, że doskonale zdaje sobie 
sprawę, czego dotyczy ich transakcja.

– Wspaniale – powiedziała Desdemona, jakby nie wiedziała, że wstążka nie jest warta nawet funta.

Sprzedawczyni zapakowała towar.

– Tak się złożyło, że usłyszałam rozmowę młodej pary. Wspominali coś o poganiaczach.

– Poganiaczach? – powtórzyła ze zdziwieniem Desdemona.

– Tak, na zachód stąd biegnie ich szlak. Może zamierzali do nich dołączyć. Bogaci panowie często to 
robią, traktując jak przygodę.

Desdemona   wydęła   wargi.   To,   co   usłyszała,   miało   sens,   tyle   że   jej   poszukiwania   strasznie   się 
skomplikują.

– Czy może mi pani dokładnie powiedzieć, jak dotrzeć do tego szlaku?

Oczy właścicielki sklepu powędrowały do dłoni klientki. Desdemona położyła pieniądze i zaraz usłyszała 

szczegółową instrukcję.

– Czy bratanica i jej mąż nie kłócili się? – zapytała na koniec. Sprzedawczyni wzruszyła ramionami.

– Nie wyglądali na bardzo zażyłych, ale dużo się śmiali. Desdemona uśmiechnęła się uprzejmie.

– Miło mi to słyszeć. Obawiałam się, że trud drogi i prymitywne warunki mogą doprowadzić do kłótni 

między nimi. Byłaby to wielka szkoda, bo tak krótko są małżeństwem.

background image

Kiedy powóz lady Ross odjechał z turkotem w tumanie kurzu, sprzedawczyni pozwoliła sobie na szeroki 
uśmiech,   odsłaniający   braki   w uzębieniu.   Ta   młoda   para   to   jej   najlepsi   klienci.   Po   nich   zjawił   się 

londyńczyk,   który   twierdził,   że   ściga   dwójkę   złodziei,   potem   szlachcic   ze   znakiem   herbowym   na 
drzwiach   powozu.   Dał   jej   tak   wielki   napiwek,   że   cała   sprawa   zaczęła   jej   się   wydawać   bardzo 

podejrzana.  Szukał  dwójki  kuzynów,   którzy  podobno   uciekli  z domu.   Mówił,   że  musi  ich  odnaleźć, 
ponieważ umiera ich babcia. A teraz ta dama szukała bratanicy i jej męża. Zarobiła na tej sprawie 

dziesięć funtów.

background image

12

Zanim zobaczyli samotnie stojący budynek, usłyszeli ryczenie bydła. Był to „Zajazd Poganiaczy”, stał 
na szczycie wzgórza, a u jego stóp rozciągały się zielone doliny. Wkrótce podeszli na tyle blisko, że 

mogli dostrzec stado pasących się na łące krów.

– Mamy szczęście – ucieszył się Robin. – Dobrze się składa, że to niedziela.

Maxie spojrzała na niego pytająco.

– Dlaczego?

– To bydło  z Welsh. Metodyści z Welsh nie podróżują w niedzielę, dlatego  też zastaliśmy ich tutaj, 
a nie gdzieś w drodze.

Dziewczyna z tęsknotą spojrzała na gospodę.

– Jak sądzisz, czy nasz budżet zniesie wynajęcie pokoju na noc i gorącą kąpiel?

– Pomyślałem o tym samym. Za prawdziwą kąpiel zgodziłbym się zmierzyć z Simmonsem z jedną ręką 
przywiązaną do pleców. – Spojrzał na nią z powagą. – Chyba nadszedł czas na magiczne sztuczki. 

W niedzielny wieczór ludzie spragnieni są rozrywki.

Zatrzymał się, wyjął chustkę i monety, które poutykał w różnych miejscach. Następnie pochylił się, 

zerwał stokrotkę i owinął ją w chustkę.

Przed   zajazdem   spotkali   kilku   mężczyzn   wygrzewających   się   w popołudniowym   słońcu.   Pogrążeni 

w rozmowie i paleniu papierosów, nie zwrócili uwagi na nowo przybyłych.

Maxie   i Robin   weszli   do   gospody.   Przy   barze   stał   właściciel   i jego   żona.   Maxie   ze   zdziwieniem 

zauważyła błyskawiczną zmianę w zachowaniu Robina. Niby wygląd pozostał ten sam, ale miała teraz 
przy sobie człowieka o innej osobowości.

Robin przedstawił się jako lord Robert, po czym zaczął pokazywać sztuczki z pieniędzmi, które znikały 
i pojawiały   się   w najmniej   spodziewanych   miejscach.   Popis   nagrodzono   salwami   śmiechu.   Widząc 

zainteresowanie,   Robin   wyciągnął   talię   kart   i okraszając   pokaz   dowcipnymi   żartami,   oczarował 
publiczność   nowymi   sztuczkami.   Na   koniec   wyjął   z chusteczki   stokrotkę   i składając   głęboki   ukłon, 

podarował kwiatek żonie właściciela.

Maxie przyglądała się przedstawieniu nieco zasmuconym wzrokiem. Robin znowu stał się daleki. Po 

tym jak opowiedziała mu historię swojego życia, zbliżyli się do siebie, ale zaraz po wyruszeniu w drogę 
ta bliskość zniknęła. Na szczęście podróż przebiegała spokojnie, mieli więc czas na śmiech i żarty. Noc 

spędzili przytuleni do siebie, ale bez większych emocji. Uznała, że taki związek jej odpowiada, bo jest 
bezpieczny, niemniej jednak pragnęła poznać prawdziwą twarz Robina, usłyszeć jego historię życia.

Po skończonym przedstawieniu Robin podszedł do stołu, gdzie na niego czekała.

–   Pełny   sukces   –   oświadczył.   –   Dostaniemy   dwuosobowy   pokój   na   poddaszu.   Oprócz   tego   obiad, 

śniadanie i ciepłą kąpiel, wszystko za książęcą sumę czterech pensów.

– Wspaniale. Co musisz zrobić w zamian?

– Dać jeszcze dwa przedstawienia. A potem kąpiel – dodał z westchnieniem.

– Życie jest wspaniałe – stwierdziła Maxie.

– Tak. – Przez chwilę w oczach Robina błysnęła szczerość, ale zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. – 
Teraz   pozostaje   nam   tylko   odnaleźć   szefa   poganiaczy   i zapytać,   czy   zgodzi   się,   byśmy   do   nich 

background image

dołączyli. Wyruszają jutro o siódmej rano.

Maxie skrzywiła się.

– A więc mamy niewiele czasu, żeby nacieszyć się cywilizowanym życiem.

Uśmiechnął się.

– Toczący się kamień może nie obrasta mchem, ale z pewnością nabiera połysku.

Śmiejąc się, wyszła za nim na podwórze.

Maxie   z rozkoszą   zanurzyła   się   w gorącej   wodzie.   Gdyby   jakiś   purytański   pastor   wiedział,   o czym 
myśli,   posłałby   ją   prosto   do   piekieł.   Po   wielu   dniach   prowizorycznych   toalet,   w lodowatych 

strumieniach, prawdziwa kąpiel wydawała jej się błogosławieństwem.

Wyszła   z wanny,   kiedy   zobaczyła,   że   skóra   zaczyna   się   kurczyć.   Zresztą   wolała   to   zrobić   przed 

powrotem   Robina.   Nagle   wyobraziła   go   sobie   w wannie   i jej   policzki   się   zaróżowiły.   Ze   zdwojoną 
energią zaczęła wycierać się ręcznikiem. To nie Robinowi, ale samej sobie powinna wbić nóż w plecy.

Widziała jego pierwszy występ i doskonale się bawiła. Nie czekała jednak na drugi, tylko wymknęła się 
do pokoju. Musiała jeszcze wyprać ich odzież, wcześniej odrzucając tę, która nie nadawała się już do 

noszenia. Rozwiesiła pranie na krześle przed kominkiem. Za węgiel dopłacili dodatkowe dwa pensy, ale 
rano, kiedy włożą czyste i suche ubrania, nie będą tego żałowali.

Z lubością założyła miękką koszulę, szczęśliwa, że wreszcie jej ruchów nie krępuje ciasny chłopięcy 
strój. Tę jedną noc spędzi jak kobieta, choć rano będzie musiała wdziać botki i bryczesy.

Wytarła włosy, po czym usiadła ze skrzyżowanymi nogami przed kominkiem i zabrała się do żmudnego 
rozczesywania   czarnej   gęstwiny.   Oprócz   dochodzących   co   jakiś   czas   z dołu   wybuchów   śmiechu 

i porykiwań bydła panowała cisza. Od dawna już Maxie nie była sama, więc teraz rozkoszowała się 
spokojem. Uzmysłowiła  sobie  z irytacją,  że nie byłaby taka zadowolona, gdyby nie świadomość, iż 

wkrótce wróci Robin.

Pomyślała   o Londynie   i o tym,   czego   może   się   tam   dowiedzieć.   Jej   determinacja,   by   wyjaśnić 

tajemnicę śmierci ojca i dopilnować, by sprawiedliwości stało się zadość, nie osłabła w trakcie podróży. 
Jednak   zaczęła   obawiać   się   prawdy.   Kochała   ojca,   ale   nie   chciała   poznać   nowych   faktów, 

potwierdzających jego słaby charakter. Z niechęcią będzie się domagała wyciągnięcia konsekwencji, 
jeśli   przestępstwa   dopuścił   się   jej   wuj,   lord   Collingwood,   niemniej   jednak   nie   cofnie   się   przed 

działaniem. Łatwiej już było żyć chwilą teraźniejszą, tą zaczarowaną i trochę nierealną podróżą, bo 
przeszłość kojarzyła z żałobą i podejmowaniem ważnych decyzji. Dotyczyły nie tylko śmierci ojca, ale 

także jej przyszłego życia.

Jej  myśli   powędrowały   teraz   do  Robina.   Choć  z początku   sprzeciwiała   się   jego   towarzystwu,   teraz 

musiała przyznać, że okazał się bardzo pomocny. Sumienie podpowiadało jej, że należy mu się jakaś 
rekompensata.

Najbardziej   oczywistą   nagrodą   wydawało   się   ofiarowanie   mu   samej   siebie.   Miałaby   z tego 
przyjemność, a ziołowa herbatka ochroniłaby ją przed niepożądanymi konsekwencjami. Obawiała się 

jednak, że jej obecne uczucia do Robina w chwili intymnego zbliżenia przerodziłyby się w miłość. Nie 
potrzebowała takiego bólu, który tylko powiększyłby cierpienie spowodowane śmiercią ojca.

Istniała   też   możliwość,   że   jej   dar   nie   zostałby   przyjęty.   Podobała   się   Robinowi,   to   oczywiste,   ale 
podejrzewała, że podobnie jak ona, on także nie jest pewny, czy dobrze by się stało, gdyby zostali 

kochankami.

Uśmiechnęła się smutno i wróciła do rozczesywania włosów. Nigdy nie lubiła być obiektem pożądania, 

teraz jednak przekonała się, że nie sprawia jej też radości platoniczny związek z Robinem.

Dla kogoś, kto wypił sporo piwa, wspinaczka po stromych schodach, z ciężkim miedzianym garnkiem 

background image

wypełnionym   wrzątkiem,   to   ryzykowne   zadanie.   A tak   się   rzecz   miała   z Robinem.   Jednak   bez 
uszczerbku dotarł na górę. Zastukał do drzwi pokoju, odczekał kilka sekund, a potem wszedł.

Siedziała   ze   skrzyżowanymi   nogami   przed   kominkiem,   rozczesując   włosy,   które   czarną   kaskadą 
opadały jej na plecy.

– Jak się udał drugi pokaz? – zapytała z uśmiechem.

Robin znieruchomiał. Wiedział, że Maxie jest piękna, jednak po raz pierwszy zobaczył w niej kobiecość. 

Migotliwe płomienie ognia otulały ją ciepłym światłem sprawiając, że cienki materiał koszuli stawał się 
przezroczysty.

Naturalnie   zdawał   sobie   sprawę   z tego,   że   pod   chłopięcym   ubraniem   kryje   kobiece   kształty,   ale 
rzeczywistość przekroczyła najśmielsze wyobrażenia. Miała cudownie proporcjonalne ciało, z krągłymi 

biodrami,  wąską talią  i piersiami,  które  doskonale  pasowałyby  do  jego  dłoni.  Czuł,  że zasycha  mu 
w gardle i traci panowanie nad sobą.

Z trudem  opanował  się, by  nie  spoglądać  na dekolt  sukni,  gdzie  srebrny łańcuszek  odbijał   się  od 
śniadej skóry. Jeszcze trudniej było mu przezwyciężyć pragnienie, by nie pochwycić Maxie w ramiona. 

Na szczęście przypomniał sobie, że zadała mu pytanie.

– Wszystko poszło dobrze. Niestety, na koniec każdy chciał mi postawić drinka i nie mogłem odmówić.

Uśmiech na twarzy Maxie zbladł. Spojrzała na niego z lekką obawą.

– Zdaje się, że jesteś pijany.

–   Nie   tak   bardzo.   Przy   odrobinie   szczęścia   nie   czeka   mnie   jutro   kac,   ale   z pewnością   zasnę   jak 
niedźwiedź i będę miał kłopoty z obudzeniem. Musisz mi jutro oblać twarz zimną wodą.

Zachichotała.

– To mi się podoba. Musimy wstać około szóstej, skoro mamy wyruszyć o siódmej.

– Obawiam się, że tak.

Opanował się i podszedł do parawanu zasłaniającego wannę i nalał do niej gorącej wody. Potem zdjął 

surdut i przewiesił przez parawan.

– To będzie długi dzień. Poganiacze podróżują wolno, ale za to bez przerwy przez jakieś dwanaście 

godzin.

Wstała i zaczęła zaplatać włosy w warkocz.

– W takim razie czas położyć się do łóżka.

Wyglądała na zmieszaną. Domyślając się przyczyny, rzucił od niechcenia:

– To zaskakujące, jak inaczej czuję się w tej sypialni.

– Masz  rację. Przez ostatnie  kilka  nocy spaliśmy  razem,  ale  dzielenie  jednego łóżka w prawdziwej 

sypialni   to   coś   innego.   –   Zagryzła   pełną,   zmysłową   wargę.   –   Mam   wrażenie,   że   robimy   coś 
niestosownego. Wcześniej tego nie czułam.

Tymi słowami dała mu do zrozumienia, że nie ma na co liczyć tej nocy.

– Szkoda, że nie mamy żadnej przegrody. – Zdjął koszulę i rzucił ją na parawan. – Prześpię się na 

podłodze.

Kątem oka zerknęła na jego gołe ramiona i część klatki piersiowej, i szybko odwróciła wzrok.

background image

– To niedorzeczność. Dostaliśmy ten pokój dzięki twoim zdolnościom, nie skażę cię więc na twardą 
podłogę, udając pensjonarkę. Do tej pory zachowywałeś się nienagannie, sądzę, że nadal tak będzie. 

Poza tym to duże łóżko – dodała.

Nie ufałaby mu, gdyby znała jego myśli. Na całe nieszczęście kobiety mu ufały, a ich wiara krępowała 

go bardziej niż żelazna opończa.

– Nie wyobrażam sobie ciebie jako pensjonarki. Wśliznęła się pod wytartą narzutę i zamknęła oczy.

– Myślę, że udawanie niewiniątka to błogosławieństwo dla zamożnych panien. Kobieta, która sama 
musi torować sobie drogę, nie ma na to czasu.

Robin rozebrał się do końca i z westchnieniem ulgi usiadł w cynowej wannie. Im stawał się starszy, 
tym bardziej doceniał proste przyjemności.

Umył   się,   wyszedł   z wanny,   wytarł   się   i włożył   wyprane   i wysuszone   przez   Maxie   kalesony.   Jego 
towarzyszka   już   spała.   Oddychała   cicho   i równomiernie.   W świetle   płonącego   na   kominku   ognia 

wyglądała bardzo młodo. Twarz miała gładka i niewinną. Jednak nawet we śnie rysowała się na niej 
niezależność.

Poświęcił jeszcze kilka minut na wypranie reszty swoich ubrań i rozwieszenie ich przed ogniem, potem 
położył się do łóżka uważając, żeby nie znaleźć się na stronie Maxie. Trudno sobie wyobrazić, jak 

amerykańscy   narzeczeni   znoszą   spanie   w jednym   łożu.   Gdyby   nie   fakt,   że   Maxie   mu   zaufała,   nie 
uchroniłyby jej przed nim nawet grube futra Eskimosów. Miał ochotę przysunąć się do niej i objąć 

ramieniem, jak czynił to przez kilka ostatnich nocy. Maxie miała rację: leżenie w prawdziwym łóżku 
różniło się od spania na sianie. Było bardziej niebezpieczne.  Łóżka  sapo to, żeby się w nich kochać, 

choć z pewnością figle na sianie również należą do wielkich przyjemności.

Starał się zapomnieć, że tuż przy nim leży ponętne kobiece ciało. W gruncie rzeczy łatwiej byłoby mu 

zasnąć w towarzystwie skorpiona.

background image

13

Maxie obudziła się wtulona w Robina. Zupełnie jej to nie zdziwiło. W pokoju było zimno, więc ciepłe 
ciało towarzysza przyciągało jak magnes.

W   trakcie   podróży   z ojcem   po   Nowej   Anglii   niejednokrotnie   dzieliła   łóżko   z innymi   dziećmi   lub 
niezamężnymi pannami. Nocne walki z łokciami,  kolanami i zabieranie sobie kołdry nauczyło  ją, że 

z niektórymi ludźmi trudno jest spać. Dlatego zaskoczyło ją, że ona i Robin tak doskonale dopasowali 
się   w łóżku,  w najbardziej   dosłownym  znaczeniu.  Jednocześnie   zmieniali   pozycje,   bez   agresywnych 

ruchów. Co więcej Maxie zawsze budziła się przy nim w dobrym nastroju i wypoczęta, nawet po nocy, 
którą spędzili na twardej i zimnej ziemi. Robin chyba także dobrze przy niej spał.

Dzień dopiero się zaczynał, słońce stało jeszcze nisko nad horyzontem. Wkrótce będą musieli ruszać, 
ale mogła jeszcze przez kilka minut poleżeć z głową na ramieniu Robina i ręką przełożoną przez jego 

pierś. Miał na sobie kalesony, co stanowiło minimum, żeby zachować przyzwoitość. To jednak za mało, 
pomyślała sennie.

Przesunęła dłonią po piersi Robina. Pod palcami czuła miękkie włosy. Choć wydawał się szczupły, miał 
zaskakująco   dobrze   wyrobione   muskuły.   A może   wcale   nie   zaskakująco?   Przypomniała   sobie,   jak 

zręcznie walczył z Simmonsem.

Nieco niżej po lewej stronie wyczuła zgrubienie po starej bliźnie. Sądząc po kształcie była to blizna po 

kuli. Z jakiegoś powodu ktoś strzelał do Robina. Pomyślała z obawą, że chodziło o coś nikczemnego. 
Miał szczęście, że przeżył. Pewnie jak kot ma dwanaście żyć. Dzięki Bogu.

Czuła pod dłonią równomierne bicie jego serca. W pokoju było już na tyle jasno, że mogła zobaczyć 
doskonały profil i spokojną, niemal chłopięcą twarz. Przywodziła na myśl anioła, istotę z innego świata, 

przepełnioną światłem i przerażającą swą pięknością. Ciekawe, czy w gronie aniołów jest miejsce dla 
kilku   buntowników?   Nie   tych   złych,   jak   Lucyfer,   ale   takich,   którzy   sapo   prostu   inni,   zbyt   żywi 

i niekonwencjonalni, by zadowalało ich śpiewanie w niebieskim chórze. Może jeden z nich spojrzał na 
ziemię i zobaczył, że ziemska kobieta potrzebuje ochrony w długiej i niebezpiecznej podróży, zszedł 

więc na dół, by jej pomóc.

Uśmiechnęła się, zastanawiając się, co takiego Robin ma w sobie, że budzi w niej takie skojarzenia. 

Kiedy spotkali się na polanie, pomyślała o Oberonie. A przecież to prawdziwy człowiek z krwi i kości, 
wyjątkowo smakowity kąsek. Działając pod wpływem emocji, uniosła się i lekko musnęła wargami jego 

usta.

Poruszył   się   i obrócił   w jej   stronę,   oddając   delikatną   pieszczotę.   Sprawdziło   się   przewidywanie,   że 

wypite piwo podziała na niego usypiająco. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Ucieszyło ją to, bo 
mogła go do woli całować i udawać przed sobą, że to się nie liczy, bo Robin i tak nie będzie niczego 

pamiętał.

Kiedy poczuła jego język na wargach, rozchyliła je lekko. Pocałunek się pogłębił,  przypominał różę 

rozkładającą   płatki   do   słońca.   Ręka  Robina   zsunęła   się  po   plecach   Maxie  i zatrzymała   na  biodrze. 
Cienki  materiał  koszuli  nie  stanowił  żadnej przeszkody.  Czuła  zmysłowy   nacisk  wszystkich  palców. 

Miała   ochotę   zamruczeć   jak   kot.   Objęła   szyję   Robina,   wiedząc,   że   najwyższy   czas   się   zatrzymać. 
Niewinne   uczucie   przyjemności,   które   czerpała   ze   zbliżenia,   zmieniało   się   w silne   pragnienie 

kontynuowania  tego, co zaczęli.  Robin zaraz rozbudzi  się  na  dobre, a wtedy nie  będzie  już mogła 
przerwać, udając pruderyjność.

Postanowiła   się   odsunąć.   Zanim   jednak   zebrała   siły   potrzebne   do   wykonania   ruchu,   dłoń   Robina 
spoczęła na jej «biuście. Sapnęła, czując jakby rozgrzana do czerwoności stal popłynęła jej w żyłach. 

Z trudem   chwytała   powietrze,   ale   nie   mogła   się   zdobyć   na   przerwanie   tego   hipnotyzującego 
pocałunku.

– Jesteś taka piękna – wymamrotał Robin odrywając od niej usta.

background image

Już wcześniej o tym mówił,  ale wtedy w jego głosie  nie brzmiało  zmysłowe  pożądanie. Odetchnęła 
głęboko. Poczuła na szyi jego rozgrzane usta. Miękki oddech, aksamitny język i ostry zarost stanowiły 

podniecającą mieszankę.

Powoli przesuwał językiem wzdłuż szyi, zbliżając się do piersi. Był jak słońce, gorący i silny, ożywiający 

wszystko, czego dotykał.

Zatopiona w zmysłowych emocjach, nie zauważyła, że zsunął jej z ramienia koszulę i odsłonił pierś. 

Wilgotne usta spoczęły na jej sutku. Pieścił go językiem w rytm mocnych uderzeń jej serca.

– Robin, Robin... – Urwała nagle, bo zapomniała, czemu miała się sprzeciwiać. Leżał blisko niej, czuła 

na udzie nabrzmiałą męskość. Poruszyła nogą, rozmyślnie ją podniecając.

Z   gardła   Robina   wydarł   się   zduszony   jęk.   Złapał   za   koszulę   i zadarł   powyżej   bioder.   Powolnymi 

i długimi ruchami zaczął gładzić wnętrze jej ud. Potem delikatnie musnął rozgrzane łono. Przez ciało 
Maxie przebiegł dreszcz rozkoszy.

– Och, Boże, Maggie. Tak długo, tak straszliwie długo, na to czekałem – wyszeptał tuż przy jej uchu.

Zesztywniała. Pożądanie gdzieś się ulotniło. Wahała się jeszcze sądząc, że się przesłyszała, ale nie 

mogła się oszukiwać.

– Nie Maggie – powiedziała zimno. – Maxie. Otworzył oczy i spojrzał na nią z przerażeniem.

Po   chwili   paraliżującego   milczenia   odrzucił   narzutę   i wstał   z łóżka.   Drżał   na   całym   ciele,   z trudem 
próbując utrzymać się na nogach. W końcu usiadł niezręcznie na brzegu łóżka i ukrył twarz w dłoniach.

– Chryste, przepraszam – wydusił ochryple. – To nie powinno się zdarzyć.

Trząsł się cały. Bóg jeden wie, jakie katusze przechodził w tej chwili, ale wykraczały one daleko poza 

frustrację pożądania.

Usiadła   na   łóżku   starając   się   odnaleźć   jakiś   porządek   w chaotycznej   mieszaninie   skrępowania 

i stłumionego gwałtownie podniecenia. Dobry Boże, ale zrobiła z siebie idiotkę. W końcu opanowała 
irracjonalną wściekłość.

– To nie twoja wina, tylko tego łóżka – powiedziała nienawidząc siebie za toczące jej serce uczucie 
zazdrości, po czym dodała zgryźliwie: – Chciałbyś, żebym była tą Maggie?

Mięśnie   na   karku   Robina   stężały.   Po   chwili   ciężkiego   milczenia,   nie   odejmując   dłoni   od   twarzy, 
powiedział:

– Niektórych pytań nie należy zadawać. A jeśli już padną, nie należy na nie odpowiadać.

Policzki   Maxie   oblał   krwisty   rumieniec.   Zrozumiała,   że   znowu   się   wygłupiła.   Jednak   nie   mogła   się 

powstrzymać, by nie zapytać:

– Nie należy, czy się nie da?

Robin uniósł głowę. Na jego twarzy malował się głęboki ból.

– Przypuszczam, że się nie da.

Wstał i podszedł do okna. Był szczupłej budowy, ale kiedy patrzyło się na twarde mięśnie, napinające 
się przy każdym ruchu, przypominał lwa. Gdyby go obudziła, wiedziałby, że to ona przy nim leży. 

Gdyby   była   tą   osobą,   której   pragnie,   leżałaby   w jego   ramionach   i kochaliby   się   nadzy   w świetle 
poranka.

– Czy Maggie jest tą kobietą, z którą chciałeś się ożenić? – zapytała cicho, próbując stłumić uczucie 
zawodu.

background image

–   Tak.   –   Westchnął   ciężko.   –   Przez   wiele   lat   byliśmy   przyjaciółmi,   kochankami   i partnerami 
w przestępstwie.

Partnerami w przestępstwie? Nie chciała teraz się nad tym zastanawiać.

– Czy ona umarła? Potrząsnął przecząco głową.

– Wprost przeciwnie. Jest szczęśliwą mężatką, a jej mąż może jej dać o wiele więcej niż ja byłem 
w stanie.

Ogarnęła ją niechęć do tej nieznanej Maggie. Kobieta, która porzuciła takiego człowieka jak Robin dla 
kogoś bogatszego, nie jest warta cierpienia.

Podzieliłaby się z towarzyszem tym wnioskiem, gdyby słowa mogły ulżyć jego smutkowi, ale logika 
podpowiadała, żeby nie poruszać teraz spraw sercowych. Poza tym ta Maggie mogła wybrać innego nie 

ze względu na majątek, ale w trosce o bezpieczeństwo. Ona sama pragnęła stabilizacji, potrafiła więc 
zrozumieć takie stanowisko. Życie przy Robinie mogło dostarczać wielu wrażeń, ale brakowało w nim 

spokoju.

W   sypialni   robiło   się   coraz   jaśniej.   Maxie   spojrzała   na   plecy   Robina   i ze   zdumieniem   zauważyła 

niewyraźne linie blizn, które wyglądały jak ślady po biczowaniu. Serce jej się skurczyło na myśl o tym, 
co mogły  kryć te straszliwe  znaki.  Nie  potrafiła  nic zaradzić na stare blizny,  ale mogła  zrobić coś 

z gęsią skórką, która pojawiła się na ciele Robina. Wzięła schnącą na oparciu krzesła koszulę i okryła 
nią jego ramiona.

– Ta twoja Maggie jest skończoną idiotką – rzuciła ze złością. Spojrzał na nią i uśmiechnął się słabo. 
W bladym świetle poranka jego jasne włosy wydawały się bardziej srebrne niż złote. Włożył koszulę, 

a potem objął Maxie ramieniem i przyciągnął do siebie.

– Nie jest idiotką, ale dziękuję ci za współczucie.

Było jej zimno, przylgnęła więc mocno do Robina, obejmując go w pasie. Zawsze kiedy się dotykali, 
ogarniało ich ciepło. Niedawne pożądanie zniknęło, ale nadal byli świadomi swoich ciał. Pomyślała, że 

tak pozostanie na zawsze, nawet jeśli nie będą się specjalnie o to starać.

W tej ich bliskości było coś jeszcze: uczucie, jakie dzielą żołnierze, którzy wspólnie przetrwali bitwę.

– Jaka jest ta Maggie? – zapytała, sądząc, że dobrze mu zrobi, jeśli się jej zwierzy.

Zawahał się.

– Silna, inteligentna, odważna. Umie nad sobą panować. Jest do ciebie podobna, Kanawiosta, choć 
różnicie się urodą. – Zacieśnił uścisk. – Ale obydwie jesteście piękne.

Zamilkli,   wpatrzeni   we   wschodzące   słońce.   Maxie   domyślała   się,   że   to   porównanie   miało   być 
komplementem, nadal jednak czuła ból na myśl o tym, iż jego niedawne pieszczoty były przeznaczone 

dla innej.

Przypomniała  sobie  jego   pogmatwane   myśli,  kiedy  próbowała   nauczyć go  słuchać  wiatru.  Niektóre 

miejsca w jego duszy wciąż krwawiły po stracie. Taki ból noszą w sobie osoby, które rzadko kogoś 
obdarzają   miłością,   a kiedy   już   to   uczynią,   nie   ma   ona   granic.   Przypomniała   sobie   jego   zasady 

dotyczące   honoru.   Kochał   inną   kobietę,   lecz   ona   także   mu   się   podobała.   Mimo   to   potrafił   się 
powstrzymać. To tłumaczyło jego dystans; nic dobrego nie wynikłoby z ich związku, skoro jego serce 

było zajęte.

Te   przemyślenia   nie   pomogły   jednak   Maxie   opanować   zamętu   w głowie.   Nagle   poczuła   złość   na 

sytuację w której znalazła się przez swoje pochodzenie. Tkwiła na granicy dwóch kultur, lecz do żadnej 
z nich   nie   należała.   W świecie   jej   matki   niezamężna   kobieta   mogła   kochać   się   z mężczyzną   bez 

żadnych   konsekwencji.   Gdyby   była   prawdziwą   córką   sześciu   narodów,   fakt   posiadania   kochanka 
stanowiłby   wręcz   powód   do   dumy.   Ale   nie   jest   przecież   Indianką.   Nie   jest   też   angielską   panną, 

background image

wychowaną w wierności dla jednego mężczyzny, który małżeństwem płaci za przywilej kochania się 
z nią. Znała obyczaje kraju ojca na tyle, by nie wyrażać głośno swoich pragnień. Gdyby zgodziła się na 

pozamałżeński seks, zyskałaby opinię kobiety lekkich obyczajów.

Ślub z Robinem nie wchodził w grę. Jej własny ojciec stanowił niezbity dowód, iż nie da się zmusić 

urodzonego włóczęgi do osiadłego życia. Nawet gdyby powodowany trawiącą go samotnością Robin 
ponownie złożył jej małżeńską propozycję, to wywodzili się z tak różnych środowisk, że ich związek nie 

miałby szans na przetrwanie. Byłoby naiwnością z jej strony wierzyć w wieczną miłość, lecz nie mogła 
też godzić się na mniej. To jednak nie oznaczało, że między nimi nie może istnieć coś prawdziwego, 

gdyby jednak uległa pożądaniu, złamałaby sobie serce i zaprzepaściła przyszłość.

Powstrzymując łzy, wtuliła twarz w ramię Robina. Objął ją mocniej.

–   Pewnie   żałujesz,   że   się   spotkaliśmy   –   powiedział.   –   Zdaje   się,   że   zamiast   służyć   ci   pomocą, 
sprawiam tylko kłopoty.

– Nie żałuję, jeśli ty nie żałujesz – odpowiedziała. Przytulił policzek do jej włosów.

– Nie, Kanawiosta, nie żałuję.

Poczuła   ucisk   w gardle.   Między   nimi   działo   się   coś   ważnego,   ale   to   nigdy   nie   będzie   miłość. 
Postanowiła, że od tej chwili aż do Londynu będzie słuchać jedynie rozumu. Nie dopuści, by powtórzyło 

się to, co dzisiaj. Jednak w głębi duszy wiedziała, że za tę rozumową postawę przyjdzie jej zapłacić, 
kiedy już rozstanie się z Robinem. Nie będzie nawet miała co wspominać.

background image

14

Powóz trząsł się i kołysał na wyboistej drodze. Desdemona starała się nie patrzeć w twarz pokojówki 
wyrażającą skrajne cierpienie. Modliła się w duchu, by powóz nie rozpadł się na kawałki, zanim dotrą 

do zajazdu, w którym mieli zwyczaj zatrzymywać się poganiacze bydła.

W   końcu   powóz   stanął.   Desdemona   wysiadła,   nie   czekając   na   otwarcie   drzwi.   Przez   chwilę   stała 

nieruchomo, rozkoszując się twardym podłożem pod stopami. Wiatr hulał po nagim wzgórzu, pędząc 
chmury po niebie. Silny zapach bydła w powietrzu wskazywał na to, że zupełnie  niedawno ruszyło 

w drogę.

Mimo że poinstruowani, jak dotrzeć na miejsce, z trudem odnaleźli drogę. Ciekawe, czy dowie się tu 

czegoś o Maxie i lordzie Robercie. Ruszyła w stronę zajazdu.

Obchodząc powóz, zauważyła drugi ze znajomym herbem na drzwiach. Uśmiechnęła się z satysfakcją. 

Najwyraźniej nadrobiła przewagę dzielącą ją od markiza Wolverton po incydencie z rabusiami.

W tym momencie drzwi zajazdu otworzyły się i stanął w nich Giles. Na jej widok uśmiechnął się tak 

promiennie, że przez chwilę nie wiedziała, co ma robić. Natychmiast jednak przypomniała sobie, iż są 
przeciwnikami a nie przyjaciółmi.

–   Dzień   dobry,   lordzie   Wolverton   –   powiedziała.   –   Domyślam   się,   że   nie   odnalazł   pan   naszych 
uciekinierów.

– Jeszcze nie. Chce pani, żebym podzielił się z nią wieściami, które do tej pory zebrałem?

Zawahała   się,   zerknęła   na   gospodę,   a potem   z powrotem   na   markiza.   Odczytał   jej   wahanie   jako 

odmowę.

– Później będzie pani mogła przepytać właściciela zajazdu i sprawdzić, czy czegoś nie ukryłem, ale 

sądzę, że dobrze się stanie, jeśli porozmawiamy – powiedział.

Dobry   Boże,   czy   z jej   twarzy   tak   łatwo   jest   wszystko   wyczytać?   Westchnęła.   Nikt   nigdy   nie   miał 

kłopotu z odczytaniem jej myśli, a to wielka przeszkoda dla kobiety-polityka.

– Doskonale – odparła, zdając sobie sprawę, że jej ton nie należy do najbardziej uprzejmych.

Giles   podał   jej   ramię,   jakby   byli   na   przechadzce   w parku.   Choć   nie   należała   do   niskich   i tak 
przewyższał ją wzrostem.

– Mam nadzieję, że nie ucierpiała pani przez ten napad?

– Nie. – Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie. Jest naprawdę przystojny. – To raczej pana należałoby o to 

zapytać. Przecież omal pana nie zastrzeliłam.

Oczy markiza zamigotały.

– Wprost przeciwnie – odparł z błyskiem w oku. – Moje cudowne ocalenie kazało mi na nowo docenić 
życie.

– W takim razie jestem do usług, jeśli kiedyś będzie pan potrzebować zachęty do życia.

Zachichotał.

– Nie wiem, czy mogę mieć do pani tyle zaufania, by wierzyć, że uda się pani spudłować po raz drugi. 
– Kiedy znaleźli się poza zasięgiem uszu służby, odezwał się poważniejszym głosem: – Dwa dni temu 

przeszła tędy grupa poganiaczy z Welsh. Mój brat i panna niewinna dołączyli do nich.

– Pański brat i kto?

background image

– O przepraszam, przyzwyczaiłem się nazywać tak w myślach pannę Collins – wyjaśnił bez odrobiny 
skruchy.

Zmrużyła gniewnie oczy, ale powstrzymała się od komentarza. Najpierw musi wysłuchać, co ma jej do 
powiedzenia.

– Teraz pewnie dotarli gdzieś w okolice Leicester – ciągnął.  – Nie jestem przekonany, czy była tu 
panna   Collins,   bo   nadal   udaje   jej   się   pozostać   osobą   anonimową,   ale   ktoś   zabawiał   gości 

czarodziejskimi   sztuczkami   i żonglerką   w zamian   za   jedzenie   i pokój.   To   musiał   być   Robin.   Jako 
chłopiec pasjonował się kuglarstwem i doszedł do niezłej wprawy.

To dobrze świadczyło o lordzie Robercie.

– Gdzie była moja bratanica, kiedy lord Robert robił z siebie głupka? – zapytała Desdemona tłumiąc 

cieplejsze uczucia dla włóczęgi.

– W sypialni, kąpała się. – Zmierzył wzrokiem Desdemonę. – Panna Collins najwyraźniej nie miała 

ochoty wykorzystać doskonałej sposobności do ucieczki, co tylko potwierdza moje przypuszczenie, że 
podróżuje z Robinem z własnej, nie przymuszonej woli.

Desdemona chrząknęła znacząco.

Usta Gilesa zadrżały, jakby starał się pohamować śmiech.

– Myślę, że brat zaproponował pannie Collins opiekę w drodze do Londynu. Taki dziwaczny i honorowy 
czyn bardzo do niego pasuje. To także oznacza, że pani bratanicy nic nie grozi. Wręcz przeciwnie. Jak 

również, że panna wcale nie zamierza uciec od mojego brata.

Choć Desdemona skłonna była przyznać mu rację, nie miała ochoty mówić tego głośno.

– Ma pan bujną wyobraźnię, ja jednak nadal nie jestem przekonana.

Dotarli w pobliże wielkiego głazu. Dalej zaczynało się strome zbocze, więc musieli się tu zatrzymać. 

Desdemona przysiadła na kamieniu, sprawdzając przedtem, czy jej obszerna peleryna dokładnie ją 
otula.

– Może Maxime zamknięto w sypialni. Poza tym, prawdopodobnie jest już tak wystraszona, że nie 
myśli nawet o ucieczce. Nie uspokoję się, dopóki sama z nianie porozmawiam.

– Jakoś wcale nie jestem zaskoczony – mruknął Giles siadając obok. Popatrzyła na niego lodowato.

–   Co   pan   zamierza,   kiedy   znajdzie   ich   pan   przede   mną?   Zapłaci   pan   każdą   cenę,   żeby   uniknąć 

rodzinnego skandalu?

–   To   jedna   z możliwości   –   przyznał.   –   Jednak   sprawa   jest   otwarta.   Zdecyduję,   kiedy   nadejdzie 

odpowiedni moment.

– Gdyby miał pan wybierać między sprawiedliwością a bratem, co by pan wybrał?

Westchnął i spojrzał na wznoszące się przed nimi wzgórza.

– Mam szczerą nadzieję, że nie dojdzie do takich wyborów. Lady Ross, zna pani tę dziewczynę. Jeśli 

jest taka porządna i uczciwa, to czy mogłaby się zachować poniżej swojej godności? Pani bratanica nie 
jest naiwna. Słyszałem, że amerykańskie dziewczęta mają swobodniejsze zasady niż angielskie.

Zapędził ją w kozi róg tym pytaniem. Poczuła, jak krew napływa jej do policzków. Giles patrzył na nią 
przez chwilę z uwagą, po czym zapytał:

– Jak dobrze ją pani zna? Panna Collins jest w Anglii dopiero od kliku miesięcy, a wcześniej mówiła 
pani, że jechała do Durham, żeby ją odwiedzić.

background image

Desdemona utkwiła wzrok w parasolce.

– Nigdy się nie widziałyśmy – przyznała cicho. – Niemniej jednak dużo ze sobą korespondowałyśmy 

i mam wrażenie, że dobrze ją znam. Jest wykształcona i zdaje się rozsądna. Nie zauważyłam śladów 
powierzchowności i braku moralności.

– Dobry Boże, nigdy jej pani nie widziała? – Z heroiczną wręcz siłą zmusił się do spokojnego tonu. – 
Być może zbytnio się pani o nią martwi. Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, jest to osoba niezależna 

i energiczna.   Jeśli   jest   też   uczciwa,   nic   jej   nie   grozi   ze   strony   mojego   brata.   Może   powinna   pani 
zaczekać na nią w Londynie. Jestem pewien, że wkrótce tam dotrze, a pani oszczędzi sobie męczącej 

pogoni.

Lady Ross wstała i rzuciła mu gniewne spojrzenie.

–   Może   ma   pan   rację   i Maxima   dotrze   bezpiecznie   do   Londynu.   Brakuje   mi   jednak   pańskiego 
wzruszającego   zaufania   do   osoby   brata,   tak   więc   będę   kontynuowała   pościg,   aż   osobiście   się   nie 

przekonam, że mojej bratanicy nic nie grozi.

Byłby   zawiedziony,   gdyby   udało   mu   się   odwieść   lady   Ross   od   dalszego   pościgu.   On   także   wstał 

i zapatrzył się w twarz kobiety, która interesowała go bardziej niż bezpieczeństwo panny niewinnej. 
Twarz ocieniona słomkowym kapeluszem miała ostre rysy, była jednak regularna i pociągająca.

– Jakie włosy kryją się pod tym dekoracyjnym kapeluszem? – zapytał.

Desdemona   wytrzeszczyła   oczy.   Choć   zazwyczaj   Giles   postępował   jak   wzorowy   dżentelmen,   nagle 

naszła go ochota do figlów. Przysunął się i jednym ruchem rozwiązał wstążkę kapelusza i zdjął go z jej 
głowy. Wstrzymał oddech na widok gorejącej burzy czerwoności. Kilka pasemek uwolniło się z koka 

i zsunęło na szyję. Nie wyglądała już jak dumna feministka. Gdyby rozpuściła włosy, wyglądałaby jak 
pogańska bogini.

– Sam pan rozumie, dlaczego je chowam – rzuciła niepewnie. – To nie są włosy porządnej kobiety. 
Mężczyźni nas kochają lub nienawidzą, ale nigdy  szanują. Moja ciotka była  zrozpaczona, kiedy się 

urodziłam. Powiedziała, że mój wygląd bardziej pasuje do kurtyzany niż do damy.

Giles   nigdy   nie   myślał   na   temat   rudych   włosów,   ale   teraz   ogarnęło   go   gwałtowne   pragnienie,   by 

rozpuścić  te pasma  i zanurzyć w nich  dłonie.  Chciał,  by te  błyszczące,  skręcone pukle  przepływały 
między jego palcami i owinęły się wokół dłoni. Chciał zanurzyć w nich twarz, żeby czuć te płonące 

sploty.

Dobry   Boże,   o czym   on   myśli?   Dobiegał   czterdziestki,   był   wzorem   trzeźwo   myślącego, 

odpowiedzialnego   mężczyzny.   Z pewnością   przekroczył   już   wiek,   w którym   pożądanie   potrafi 
pomieszać zmysły. Odetchnął głęboko.

– W samych włosach nie ma niczego niemoralnego lub moralnego – powiedział lekkim tonem.

Dotknął jednego z loków, zaskoczony, że nie spalił mu palców.

– Pani włosy są bardzo piękne i nie ma w nich nic nieprzyzwoitego.

– Nie jestem tego taka pewna – odparła sucho. – Przekonałam się już, że gdy pragnę, by traktowano 

mnie poważnie, muszę je kryć.

– Od początku uważałem, że martwi się pani o bratanicę bardziej niż wymagają tego okoliczności – 

powiedział. – Dlaczego nie ufa pani mężczyznom?

Odwróciła wzrok. Miała mleczną, typową dla rudowłosych cerę.

– Nie wszystkim. Ojcowie i bracia są w porządku i kilku innych także.

To wiele tłumaczyło.

background image

– Obiło mi się o uszy, że pani świętej pamięci mąż, sir Gilbert, nie należał do statecznych mężczyzn.

Uniosła dumnie głowę.

– Jest pan arogancki, lordzie Wolverton. Jeśli ktoś taki jak pan, szczycący się prawością, posuwa się do 
takiej impertynencji, nic dziwnego, iż pański brat jest zwykłym włóczęgą.

Wyrwała   mu   z rąk  kapelusz   i włożyła   na  głowę,  zakrywając   płomienne   włosy,  a wraz   z nimi  swoją 
bezbronność. Potem odeszła dumnym krokiem, ze sztywno wyprostowanymi plecami.

Uświadomił   sobie,   że   nigdy   nie   widział   jej   ubranej   inaczej   niż   Eskimos.   Jak   wyglądała   w bardziej 
zwiewnych szatkach?  Nie należała do szczupłych, lecz z pewnością miała się czym pochwalić. Lubił 

kobiety o pełnych kształtach. Żałował, że jego żona była taka filigranowa.

Desdemona nie mogła odejść tak szybko, jak by sobie tego życzyła, bo miała na nogach lekkie trzewiki 

i musiała torować sobie drogę przez wysoką trawę. Dogonił ją więc bez kłopotu.

– Za dwa dni poganiacze będą przechodzili przez Market Harborough. Zdąży pani tam dotrzeć, żeby ich 

zatrzymać.

– Czy pan także tam będzie? – Jej głos był chłodny, a twarz schowana w cieniu kapelusza.

– Naturalnie. Uważam, że to najlepsze miejsce na spotkanie naszych zbiegów.

Pomimo optymistycznych słów wątpił, że uda mu się pochwycić Robina, jeśli brat nie będzie sobie tego 

życzył.   Każdy   szpieg   musiał   umieć   znikać,   a Robin   był   w tym   ekspertem,   w przeciwnym   razie   nie 
przetrwałby tylu lat na kontynencie.

Uznał jednak, że nie należy ujawniać tej ważnej informacji. Jeśli Robin zamierza dalej podążać tą samą 
trasą, niedługo znajdzie się w pobliżu swojej posiadłości Ruxton. Możliwe, że wraz z panną niewinną 

zatrzymają się tam na jakiś czas, zwłaszcza jeśli odkryją, że są śledzeni.

Jeśli nie znajdzie ich wcześniej, to na pewno w Ruxton. Biorąc pod uwagę podejrzliwą naturę lady 

Ross, będzie lepiej, gdy dotrze tam przed nią.

background image

15

Maxie   ugryzła   swoją   kanapkę   złożoną   z plasterka   szynki   obłożonego   dwiema   kromkami   świeżego 
chleba i z zadowoleniem oparła się o nagrzany słońcem kamień.

– Podróż z poganiaczami ma dwie wady. Robin przełknął kanapkę i popił piwem.

– Jakie?

– Ryk kilku tysięcy sztuk bydła, krzyki ludzi i ujadanie psów. No i ten zapach. Zwłaszcza on.

Robin zachichotał.

– Za jakiś czas przestaniesz zwracać na to uwagę.

– Nie tracę nadziei. – Przełknęła ostatni kęs. – Ale sami poganiacze mi się podobają. Przypominają 

farmerów z Nowej Anglii. Mają w sobie twardość i prostotę ludzi, którzy żyją blisko ziemi.

– Ich sąsiedzi powierzyli im pieniądze, więc muszą być zgrani. Przypuszczam, że aby dostać licencję 

poganiacza, muszą mieć powyżej trzydziestki, być żonaci, a więc godni zaufania.

Maxie skrzywiła się.

– Zbyt wiele rzeczy w Anglii wymaga licencji i specjalnych przyzwoleń.

– To cena cywilizacji. – Oczy Robina zabłysły  szelmowsko. – Anglik, kiedy się już zmęczy, zawsze 

może wyjechać do Ameryki, aby tam odnaleźć prawdziwe życie, wolność i szczęście.

– Ludzie rzeczywiście są wolniejsi w Ameryce – stwierdziła z powagą Maxie. – Ale szczęście można 

znaleźć wszędzie. Niestety, żadne prawo nie daje pewności, że je naprawdę znajdziemy.

Robin kiwnął głową na znak potwierdzenia, potem wrócił do kanapki. Stado szykowało się do nocnego 

odpoczynku,   a poganiacze   raczyli   się   wieczornym   posiłkiem   w gospodzie.   Maxie   i Robin   zostali   na 
dworze, raz z powodu ładnej pogody, dwa, żeby nikt się nie zorientował, kim jest Maxie. Miała już 

szczerze dość tego przeklętego kapelusza.

Nagle jej uwagę przykuło nasionko klonu, wolno spływające na ziemię. W tym powolnym locie złapał je 

słoneczny promień, więc przez chwilę stało się niemal przezroczyste. Powiał lekki wiatr i płatek opadł 
prawie przy dłoni dziewczyny. Maxie uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Nie zdawała sobie sprawy, że jest obserwowana, dopóki nie usłyszała cichego głosu Robina.

– Kiedy patrzyłaś na to opadające nasienie klonu, miałaś na twarzy wprost religijne uniesienie.

Zamierzała pokryć jego uwagę śmiechem, ale zmieniła zdanie. Może Robin jej nie zrozumie, ale na 
pewno nie wykpi.

– Bo też po części tak się czułam. Naród mojej matki postrzega naturę jako jedną wielką całość. Liść 
jest tak samo uduchowiony jak chmura, wiatr czy ludzka dusza.

Robin słuchał jej w skupieniu.

– W Anglii podchodzi się do przyrody jak do wroga, którego trzeba okiełznać albo jak do służącego, 

który winien nam służyć. Indiański sposób myślenia jest lepszy i zdrowszy. – Umilkła, zastanawiając 
się, jak przetłumaczyć na angielski ulotne pojęcia. – Moja matka potrafiła dostrzec jedność natury. 

Widziała   to,   kiedy   patrzyła   na   kwiat   albo   na   obłok.   Kiedy   w takich   chwilach   ją   obserwowałam, 
rozumiałam, co to znaczy czerpać z życia radość.

– Czy to była jakaś forma medytacji? Wzruszyła ramionami.

background image

– To chyba najodpowiedniejsze angielskie słowo. Ja bym powiedziała, że sama stawała się częścią 
przyrody jak kropla deszczu w rzece.

– Czy ty też to potrafisz?

– Kiedy byłam małą dziewczynką, potrafiłam się tak skupić, choć tylko do pewnego stopnia. Myślę, że 

wszystkie dzieci to potrafią. O tym przecież mówi poezja Wordswortha. – Zamilkła, znowu szukając 
właściwego słowa. – Nawet teraz, od czasu do czasu, kiedy podziwiam świat, czuję się tak, jakby... 

jakby energia ziemi spływała na mnie. Gdyby tak się stało, stałabym się częścią natury. – Westchnęła. 
– Jednak nigdy do tego nie dochodzi. Przypuszczam, że mam za sobą zbyt dużo przeczytanych książek 

i spędziłam zbyt wiele czasu z Białymi. Nie potrafię już całkowicie złączyć się z naturą. To frustrujące 
uczucie mieć to niemal w garści, a jednak nigdy do końca.

– Harmonia to dla mnie ogromnie tajemnicze pojęcie. – Twarz Robina spoważniała. – Prawdopodobnie 
dlatego, że sam jestem z natury bardzo pogmatwany.

– To nie do końca prawda. Myślisz tak, ponieważ za bardzo kierujesz się umysłem. Patrz i wyobraź 
sobie, że nagle stajesz się liściem. Użyj duszy, nie rozumu.

Zamierzała pochwycić rękę Robina, ale na wspomnienie niedawnych przeżyć cofnęła się. Zamiast tego 
podniosła nasionko klonu i podrzuciła je w powietrze. Złapał je wiatr i uniósł w górę.

Dusza   Maxie   pofrunęła   za   nim,   radując   się   wolnością   szybowania   i przyjemnością   ślizgania   się   na 
słonecznym   promieniu.   Gdzieś   w dole   znajdowało   się   odpowiednie   miejsce,   na   które   ziarno   mogło 

upaść i zakorzenić się, dając początek nowemu życiu. Kiedy ponownie opadło na ziemię, nie wiedziała, 
czy   tęsknota,   którą   czuła   za   domem,   za   swoimi   korzeniami,   to   jej   tęsknota   czy   nasionka. 

Prawdopodobnie   obydwojga,   inaczej   jego   duch   nie   znalazłby   w niej   takiego   odzewu.   Z zamyślenia 
wyrwało ją mamrotanie Robina.

– Myślę, że trochę to rozumiem, Kanawiosta. Próba połączenia się z naturą to nie jest akt religijny, to 
sposób na życie.

– Twój przypadek nie jest jeszcze beznadziejny, lordzie Robercie. – Była zadowolona, że ją zrozumiał, 
lecz nie miała ochoty nic więcej mówić. Gestem dłoni wskazała na dziwne zamieszanie przed nimi. – 

Co robi Dafydd Jones?

Robin spojrzał w stronę barczystego, rumianego poganiacza.

– Rozkłada przenośną kuźnię. Bydło jest podkute, żeby nie okulało w drodze. A taka kuźnia oszczędza 
poszukiwań kowala.

– Jak się podkuwa rozszczepione kopyto?

– Podkowa składa się z dwóch części. Zdaje się, że kowal zawczasu je przygotował, dzięki czemu nie 

musi ich teraz wykuwać. W ten sposób uniknie pracy z rozgrzanym żelazem.

Maxie wstała zaintrygowana.

– Chyba pójdę popatrzeć.

Dafydd   Jones  jako   jeden  z niewielu  poganiaczy  mówił   płynnie   po   angielsku,   więc  mogła   się  z nim 

porozumieć   i już   kilkakrotnie   z nim   rozmawiała.   Jego   walijski   akcent   był   tak   silny,   że   nie   zawsze 
dobrze go rozumiała, ale uwielbiała słuchać jego melodyjnego barytonu.

– Masz ochotę mi pomóc, chłopcze? – zapytał.

Z powątpiewaniem popatrzyła na tuzin pasących się byków.

– Nie wiem, czy się na coś przydam. Nigdy nie pracowałem u kowala ani nie podkuwałem bydła.

–   Wystarczy,  że  będziesz   podawał   mi   podkowy  i narzędzia,  o które  poproszę.   –   Jones  wskazał  na 

background image

narzędzia, potem podniósł zwinięty sznur i rzucił go na pierwszego z brzegu byka, którego oddzielił od 
reszty pies pilnujący stada. Kiedy lina opadała na ziemię, Walijczyk zaciągnął ją mocno wokół nóg 

zwierzęcia i pociągnął. Byk upadł z rykiem na ziemię, bardziej zaskoczony niż zły.

Maxie podała podkowę poganiaczowi, a ten szybko przybił ją do brzegów kopyta, cały czas kontrolując 

wierzgającego  byczka. Ten  akurat potrzebował wymiany  tylko  jednej  podkowy, szybko  więc został 
uwolniony i zaczął się niezgrabnie podnosić, nerwowo machając ogonem.

Reszta stada została załatwiona równie zręcznie. Z gospody dochodziły podniesione głosy i walijskie 
pieśni. Maxie nie przestawała podawać podków i gwoździ, zastanawiając się, jak to jest, że w tej części 

Anglii dzień trwa tak długo.

Robin skończył jeść kolację i także podszedł popatrzeć. Natychmiast wyczuła jego obecność. Będzie za 

nim tęskniła, kiedy się rozstaną, to pewne.

Trzynaste zwierzę nie miało tyle szczęścia co poprzednie, być może ze względu na feralną liczbę. Nie 

uciekło tylko dlatego, że bało się wyszczerzonych kłów pilnujących go psów. Jones zarzucił linę, a kiedy 
rozwścieczony   byk   upadł,   podszedł   do   niego   z przygotowaną   podkową.   W tej   samej   chwili,   nie 

wiadomo jakim cudem, byk uwolnił się i stanął na nogi, potrząsając potężną głową i rycząc wściekle. 
Ostrym rogiem trafił Walijczyka w żebro, rozpruwając mu ubranie i rzucając go na ziemię wprost pod 

swoje okute kopyta.

Maxie zamarła, nie mając pojęcia, co robić. Inni poganiacze siedzieli w gospodzie. Zresztą jej krzyk 

zginąłby w hałasie rozśpiewanych głosów. Mogła spróbować sama wyciągnąć Jonesa, ale wtedy i ją byk 
powaliłby na ziemię.

Nagle zza jej pleców wyskoczył Robin i chwycił rozwścieczone zwierzę za rogi. Wytężając wszystkie 
siły, próbował przekręcić głowę byka na bok i powalić go na ziemię.

Kiedy zwierzę zaczęło tracić równowagę, zawołał do Maxie:

– Odciągnij Jonesa na bok!

Dziewczyna pochyliła się nad Walijczykiem. W tej samej chwili kopyto strząsnęło jej z głowy kapelusz 
i przejechało   po   plecach.   Poganiacz   był   od   niej   dwa   razy   większy,   ale   strach   dodał   Maxie   sił. 

Zatrzymała się dopiero za przenośną kuźnią.

Podniosła   głowę   i zobaczyła,   że   Robin   trzyma   byka   za   rogi,   przygniatając   jego   głowę   do   ziemi, 

a zwierzę ryczy przeraźliwie, jednak nie może się uwolnić. Z podziwem patrzyła na muskularne ciało 
Robina. Był taki silny i zręczny. Jednak jego przewaga mogła okazać się krótkotrwała. To tak jakby 

trzymał tygrysa za ogon. Bóg jeden wie, jak mu się uda uciec bez uszczerbku. Chciała już biec do 
gospody po pomoc, kiedy Robin zdołał wydać z siebie serię gwizdnięć. Natychmiast przybiegło kilka 

psów. Wówczas puścił byka. Człowiek i zwierzę opadli na kolana. Po sekundzie byk poderwał się na 
nogi i zaatakował człowieka, który zadał mu tyle bólu. Robin zdążył się jednak uchylić. Ostry róg minął 

jego pierś zaledwie o cal. Zanim byk zdołał znowu zaszarżować, otoczyły go psy i podgryzając pęciny 
zwierzęcia, zmusiły do dołączenia do reszty stada.

Dysząc i ociekając potem, Robin podszedł do klęczącej nad zranionym poganiaczem Maxie.

– Jak on się czuje?

Już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale w tej samej chwili Walijczyk usiadł, klnąc pod nosem po 
walijsku. Na jego spodniach widniały mokre ślady kopyt.

– Nie będę płakał, kiedy zrobią z niego pieczyste – rzucił po angielsku. – W przyszłości będę chyba 
podkuwał gęsi.

Z pomocą Maxie i Robina udało mu się stanąć na nogi. Wykrzywił usta z bólu i uważnie obmacał żebra.

– Dzięki wam wszystko jest na miejscu – oznajmił.

background image

Robin   zabrał   się   do   zwijania   lassa.   Przez   chwilę   mu   się   przyglądał,   a potem   podniósł   poszarpany 
koniec.

– Lina była naderwana i pękła, kiedy byk zaczął wierzgać. Jones uważnie obejrzał sznur.

– Taak, łatwo być nieostrożnym, ale jeden taki błąd może człowieka zabić. Jestem wam winien kolejkę 

piwa. – Spojrzał na Maxie i szeroko otworzył oczy. – Lepiej załóż kapelusz, panienko – dodał po chwili 
z uśmiechem.

Maxie   poczerwieniała   i pospiesznie   naciągnęła   kapelusz   na   głowę.   Dłonie   jeszcze   jej   drżały   po 
mrożącym krew w żyłach widowisku.

– Uznałam, że bezpieczniej podróżować w przebraniu chłopca.

– Nie zdradzę twojej tajemnicy – zapewnił poganiacz. – Mogę wam teraz postawić piwo?

– Może Robinowi. – Strzepnęła trawę z kolan. – Ja nie odmówię kubka herbaty.

–   Z ochotą   napiję   się   kufelek   –   powiedział   Robin.   –   Ale   obydwoje   wolelibyśmy,   żeby   nikt   się   nie 

dowiedział o wypadku. Zresztą nic takiego się nie stało.

– Stałoby się, gdyby ta bestia mnie zabiła – sucho rzucił Jones. – Ale jeśli nie chcecie ściągać na siebie 

uwagi, nikomu nic nie powiem. – Wsunął rękę do kieszeni i wyjął z niej dwie monety, które podał 
Maxie.

Chciała mu je oddać, ale Walijczyk wybuchnął śmiechem.

– To nie za uratowanie życia. Za takie rzeczy nie można zapłacić, a jeśli nawet, to moje życie warte 

jest więcej niż dwa szylingi. To daję ci za pomoc przy podkuwaniu.

– W takim razie dziękuję. To było... bardzo pouczające zajęcie.

Robin i Maxie odeszli pod żywopłot, a poganiacz zniknął w hałaśliwej gospodzie. Kilka minut później 
wyłonił   się   z niej   właściciel,   niosąc   dzban   piwa   i drugi   z parującą   herbatą.   Postawił   przed   nimi 

naczynia, po czym życzył im dobrej nocy i odszedł.

Maxie   usiadła   na   kocu   i spróbowała   gorącego   napoju.   Herbata   była   mocno   doprawiona   mlekiem 

i cukrem.

– Czy kiedyś już walczyłeś z bykami?

– Nie, ale widziałem, jak robią to inni – wyjaśnił Robin. – Już w młodości przekonałem się, że nigdy nie 
osiągnę   takiego   wzrostu,   żeby   pokonać   innych   posturą,   więc   nauczyłem   się   wygrywać   sprytem. 

Sztuczka polega na tym, żeby nie pozwolić wrogowi wykorzystać całego potencjału jego siły. Trzeba 
wytrącić go z równowagi i, jeśli to możliwe, wykorzystać jego własną siłę przeciwko niemu.

– Innymi słowy, zastosowałeś tę samą technikę co w przypadku Simmonsa?

– Między nimi  istnieje  więcej niż  powierzchowne podobieństwo.  Przypomniała  sobie  masywny kark 

i szerokie ramiona Simmonsa i musiała przyznać mu rację.

– Kiedy Jones wspomniał o podkuwaniu gęsi, to mówił poważnie, czy żartował?

Robin uśmiechnął się. Choć zrobiło się już prawie ciemno, jego jasna czupryna odznaczała się na tle 
nieba.

– Możesz nie wierzyć, ale mówił poważnie. Kiedy pędzi się gęsi, najpierw przechodzą przez smołę, 
a potem przez trociny albo potłuczone muszle. To zabezpiecza ich łapy przed zranieniem.

– To zajęcie wydaje się bezpieczniejsze niż podkuwanie byków. – Upiła łyk herbaty. – Jesteś kopalnią 
nikomu niepotrzebnych informacji. Jak udaje ci się je wszystkie zapamiętać?

background image

– Ależ one nie są niepotrzebne – zaprotestował. – Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie mi podkuwać 
gęsi.

–   Albo   przywoływać   gwizdem   stado   psów.   –   Postawiła   dzban   na   kolanie.   Jeśli   Robin   brał   udział 
w jakichś   kryminalnych   aferach,   to   przetrwał   tylko   dzięki   sztuce   obserwacji.   –   Przypuszczam,   że 

nauczyłeś się tak gwizdać na wypadek, gdybyś znalazł się w potrzebie.

– To „kiedyś” zdarzyło się bardzo szybko – stwierdził, unosząc do ust dzban z piwem. – Czy pijasz 

czasami napoje, które zawierają w sobie alkohol?

– Nigdy. – Odpowiedź zabrzmiała ostro, więc Maxie dodała szybko: – Kiedy miałam dwanaście lat, 

uznałam, że picie alkoholu to przyzwyczajenie, bez którego da się żyć. Ludzie mojej matki mieli często 
kłopoty z alkoholem. Jest jednak faktem, że pewien pijak zainicjował powstanie nowego religijnego 

ruchu u Irokezów.

– Jak do tego doszło?

– Ganeodiyo, czyli Piękne Jezioro był starym człowiekiem, kiedy dostąpił wizji. Duchy powiedziały mu, 
że   ognista   woda   została   stworzona   dla   Białych   i że   nie   wolno   jej   pić   czerwonoskórym.   Ganeodiyo 

przeklął alkohol i w kilka dni został uleczony. Zaczął głosić kazania o wierności w małżeństwie, miłości 
rodzinnej, posłuszeństwie dzieci rodzicom. Są w tym elementy chrześcijańskie, ale rdzeń jest indiański.

Zamilkła, bo w pamięci odżyły głosy matki i jej współplemieńców.

– Ganeodiyo mówił, że życie jest niepewne, dlatego też powinniśmy się kochać, mieć współczucie dla 

cierpiących i potrzebujących i cieszyć się zawsze z tymi, którzy są weseli. Umarł w zeszłym roku.

Gardło   dziewczyny   ścisnęło   się   na   to   wspomnienie.   Nigdy   nie   mówiła   o tym   żadnemu   Białemu. 

Z drugiej strony nigdy nie przypuszczała, że pozna takiego człowieka jak Robin.

– Najwyraźniej Ganeodiyo szedł tą samą ścieżką co inni wielcy duchowi prorocy – powiedział cicho. – 

Mówiłaś, że krzyżyk dostałaś od matki.

– Była  chrześcijanką, ale to  nie oznaczało,  że nie wierzyła w rzeczy, w które wierzyli jej bracia. – 

Dotknęła   krzyżyka   skrytego   pod   zniszczoną   koszulą.   –   Mówiła,   że   przetrwanie   leży   w połączeniu 
najmądrzejszych myśli Indian i Białych. Nazywała to drogą środka.

– Musiała być mądrą i wspaniałą kobietą.

– Była. – Głos Maxie zmiękł. – Papa zawsze twierdził, że nie ożeni się ponownie, bo nigdy nie znajdzie 

drugiej równie dobrej słuchaczki jak moja matka. Zazwyczaj powtarzał to, kiedy wygrywałam z nim 
słowną potyczkę.

–   Przynajmniej   z tobą   rozmawiał   –   sucho   skomentował   Robin.   –   Mój   ojciec   ograniczał   się   do 
wydawania poleceń.

– A ty wszystkie ignorowałeś.

– Obawiam się, że tak. – Westchnął teatralnie. – Cechuje mnie wrodzona odraza do wysłuchiwania 

rozkazów.

Z uśmiechem na ustach odstawiła dzbanek i okryła się kocem.

– Wielka szkoda, że nie poznałeś mojego ojca. Jesteś jedyną osobą, która zrozumiałaby jego zawiły 
sposób myślenia.

–   Zawiły?   –   Robin   także   się   położył.   –   To   obraźliwe.   Będę   musiał   wyrzucić   wszystkie   te   cenne 
kamienie, które dla ciebie zbierałem.

Zachichotała, podkładając sobie pod głowę tobołek. Musieli zachować przyzwoitą odległość, bo nie byli 
sami, ale tęskniła za spaniem w ramionach Robina.

background image

Robin   obudził   się   wcześnie.   Był   zimny   i mglisty   poranek.   Z rozbawieniem,   ale   bez   zaskoczenia 
stwierdził,   że   w nocy   on   i Maxie   przytulili   się   do   siebie.   Spała   z głową   opartą   na   jego   ramieniu. 

Uwielbiał jej egzotyczną urodę. Inne kobiety wydawały się przy niej blade i pozbawione życia. Nogę 
wsunęła mu między kolana, a jego dłoń spoczywała na krągłym biodrze. Pomimo ubrania poczuł, że 

wzbiera w nim pożądanie. Ale Maxie wzbudzała w nim coś więcej niż zwykłe pożądanie. Cechowała ją 
niewinna zmysłowość, całkowite zadowolenie z własnego ciała, czego nigdy nie spotkał u Europejek. 

Była także inteligentna, dowcipna i odważna. Jednej rzeczy jej brakowało: nie szukała partnera. Jej 
początkowa nieufność zmieniła się w sympatię, a nawet czasami w coś więcej, podejrzewał jednak, że 

po wyjaśnieniu zagadki śmierci ojca, odejdzie jak kot, nie oglądając się za siebie.

Objął ją mocniej ramieniem, uzmysławiając sobie, jak niechętnie się z nią rozstanie. Pobudziła go do 

życia, czuł się tak, jakby zostawił za sobą jakiś ogromny ciężar. Po raz pierwszy otwarcie zapytał sam 
siebie, czego chce od tej dziewczyny. Nie interesował go flirt, a platoniczna przyjaźń wydawała mu się 

zbyt ograniczona. I choć pociągało go jej drobne piękne ciało, krótki romans by mu nie wystarczył. 
Potrzebował towarzyszki, z którą mógłby się śmiać, bawić i kochać. Taki związek łączył go z Maggie, 

dopóki nie odsunęła się od niego.

To   nieuczciwe   porównywać   Maggie   z tą,   która   leżała   teraz   w jego   ramionach.   Nawet   niemożliwe. 

Jednak obydwie miały szczere i żywe natury i może z czasem zbliży się do Maxie, tak jak to miało 
miejsce z Maggie. Zajmie to trochę czasu, zanim sobie zaufają, ponieważ oboje kryli przed światem 

swoje   prawdziwe   oblicza.   Jednak   z każdym   dniem   odsłaniali   coraz   więcej.   Maxie   opowiedziała 
o zwyczajach ludu jej matki, a on nie raz już powiedział coś, czego wcale nie zamierzał wyjawić, przez 

co czuł się bezbronny.

Uśmiechnął się. Z chęcią zniósłby takie niewygody, gdyby z tego związku powstało coś trwałego, ale 

obawiał się, że Maxie wcale nie jest tym zainteresowana. Pragnęła prawdziwego domu i mężczyzny, 
którego mogłaby szanować. Mógł jej zapewnić dom, ale niewiele uczynił w życiu, co byłoby godne 

szacunku.

Pochylił   się   i pocałował   Maxie   w czubek   zgrabnego,   maleńkiego   noska.   Długie   czarne   rzęsy 

zatrzepotały i spojrzały na niego orzechowe oczy.

– Które z nas przesunęło się w nocy?

– Myślę, że oboje.

– Wkrótce zaczną się budzić inni. Musimy wstać, a przynajmniej trochę się od siebie odsunąć.

Nadal jednak tuliła się do Robina. Dobrze, że byli ubrani, bo zapomniałby, że znajdują się w miejscu 
publicznym. Na szczęście odezwały się zaspane głosy poganiaczy i Robin niechętnie cofnął rękę.

– Jeśli się zorientują, że jesteś kobietą, ucierpi na tym twoja reputacja.

Uśmiechnęła się i usiadła.

– Oboje za to zapłacimy.

Wybuchnął śmiechem, wstał i przeciągnął się. Będzie się martwił przyszłością, kiedy dotrą do Londynu. 

Póki co, dawno nie czuł się tak dobrze.

background image

16

Desdemona nie zdawała sobie sprawy, że w Anglii jest tyle bydła. Przyglądała się zatłoczonym ulicom 
Market   Harborough,   sącząc   trzecią   filiżankę   herbaty.   Frontowy   pokój   w gospodzie   „Pod   Trzema 

Łabędziami”, w której się zatrzymała, był już przez kogoś zarezerwowany, ale złoto i ostry ton zrobiły 
swoje.

Kiedy bydło zaczęło przetaczać się pod jej oknem, obserwowała je z napięciem. Teraz jednak czuła 
znudzenie i obawę, że jej plan znowu zawiódł.

Obejrzała   całe   mnóstwo   krów,   dziesiątki   walijskich   poganiaczy,   hordę   psów   z absurdalnie   krótkimi 
nogami oraz wieśniaków podróżujących z poganiaczami. Zauważyła też dwóch mężczyzn stojących po 

drugiej stronie ulicy, którzy podobnie jak ona uważnie przyglądali się przechodzącemu stadu. Może 
jeden   z nich   to   ten   osobnik,   którego   Cletus   wysłał   za   Maxie?   Nie   dostrzegła   jednak   nikogo,   kto 

przypominałby Maxime Collins ani też tego nieodpowiedzialnego lorda Robina.

Odstawiając filiżankę, zastanawiała się, gdzie też może być markiz Wolverton. To pewne, że gdzieś 

w pobliżu i tak jak ona obserwuje ulicę. Oczywiście, jeśli jeszcze nie dotarł do zbiegów. Nieobecność 
Wolvertona   budziła   w niej   mieszane   uczucia.   Ten   człowiek   potrafił   jej   zajść   za   skórę,   a wówczas 

zachowywała się jak idiotka. Ale cieszyła się z ich spotkań.

Za stadem szła trójka zakurzonych postaci w towarzystwie dwóch psów. Desdemona pochyliła się do 

przodu, żeby lepiej widzieć. Jeden z wędrowców był poganiaczem, drugi mężczyzną średniego wzrostu, 
lekkiej budowy, a trzeci niskim, ubranym po wiejsku chłopak z przekrzywionym kapeluszem na głowie. 

Mężczyzna w środku powiedział coś, co pobudziło pozostałą dwójkę do śmiechu. Desdemona biegiem 
rzuciła się do schodów.

Przemarszowi bydła towarzyszył straszliwy hałas, który w mieście, gdzie ryk i szczekanie psów odbijały 
się   echem   od   budynków,   stawał   się   nie   do   zniesienia.   Maxie   i Robin   podążali   za   rzeką   krów 

w towarzystwie Dafydda Jonesa i kilku byków, które zgubiwszy podkowy, nie wytrzymywały tempa. 
Jones miał pilnować maruderów, a dwa psy nadzorowały, żeby zwierzęta nie rozbiegły się na boki. 

Mieszkańcy miasteczka pochowali się po domach, czekając aż stado przejdzie, co trwało cały ranek 
i pozostawiło ulice w takim stanie, że nadawały się jedynie do natychmiastowego sprzątnięcia. Trasy 

poganiaczy   zazwyczaj   omijały   miasta,   ale   ta   droga   prowadziła   do   jednego   z największych   targów 
bydła.   Maxie   czuła   się   w mieście   niepewnie,   choć   nigdzie   nie   dostrzegła   Simmonsa.   Pewnie 

zrezygnował z pościgu, pomyślała. Kiedy jednak dochodzili do targu, usłyszała znajomy głos.

– Tam są!

Po chwili tuż przy nich pojawił się Simmons z wyrazem dzikiej radości na twarzy. Towarzyszył mu drugi 
zbir, taki sam olbrzym, o jeszcze bardziej odpychającym obliczu.

– Niech to diabli! – zaklął pod nosem Robin.

Odwrócił się, ale tam także pojawiło się dwóch zbirów. Byli w pułapce.

Nagle   powietrze   przeszył   ogłuszający   gwizd.   To   Dafydd   Jones   przejął   inicjatywę   w swoje   ręce 
z szybkością, której nikt by się po tym ospałym mężczyźnie nie spodziewał. Gwizdem nakazał psom 

zawrócić ostatnią partię byków. Posłuszne zwierzęta wykonały dziwaczny rozkaz. W kilka sekund ulica 
została zablokowana przez zdezorientowane bydło. Popędzane przez psy, które podgryzały im pęciny, 

byki   zawróciły   i zaczęły   galopować   po   kamiennej   ulicy.   Inne   ryczały   i kręciły   się   w miejscu 
zdezorientowane.

Robin pochwycił Maxie za ramię.

– Wielkie dzięki!

background image

– Życzę szczęścia! – zawołał Jones.

Maxie   zdążyła   jeszcze   zobaczyć   rozwścieczoną   twarz   Simmonsa,   który   bez   powodzenia   próbował 

utorować sobie drogę między ryczącymi bykami. Skoncentrowała się na ucieczce. Pobiegła za Robinem 
w stronę   następnego   zaułka.   Byki   zajęły   środek,   pozostawiając   jedynie   wąskie   przejście   wzdłuż 

murów. W końcu udało im się dotrzeć do wąskiej uliczki. Tu Robin zatrzymał się na chwilę.

– W porządku?

– W porządku – odparła, przesuwając dłonią po czole. – Czy znasz Market Harborough?

– Nie, ale poznam – odparł z uśmiechem.

Poczuła przypływ irracjonalnej czułości. Robin może i jest huncwotem, ale w tej chwili nie wyobrażała 
sobie   lepszego   towarzystwa.   Tak   po   prawdzie   to   w ogóle   nie   potrafiła   sobie   wyobrazić   lepszego 

towarzystwa.

Desdemona otworzyła drzwi gospody w chwili, gdy płynące jednym strumieniem byki wpadły w chaos. 

Wpatrywała   się   z przerażeniem   w ryczącą   i wierzgającą   masę.   Przez   hałas   przebijały   się   wściekłe 
pokrzykiwania.   Spojrzała   w głąb   ulicy   i zobaczyła   kilku   podejrzanie   wyglądających   mężczyzn, 

torujących sobie drogę przez stado. Uznała, że jeśli tamci to potrafią, jej także się uda i dała krok na 
ulicę. Zza pleców dobiegł ją przerażony krzyk właściciela zajazdu. Ignorując go, przycisnęła się do 

ściany gospody i zaczęła przesuwać się do przodu. Żałowała, że nie zabrała ze sobą woźnicy, a raczej 
jednego z byłych żołnierzy. Tylko że z pewnością nie zgodziłby się na coś tak głupiego.

Zamierzała dotrzeć do miejsca, w którym ostatnio widziała Maxie. Spostrzegła, że w uliczce obok znika 
dwóch zbirów. Trochę dalej stało dwóch następnych, ale bratanica zniknęła. Wściekła i przerażona, 

stanęła na palcach i przysłoniła oczy dłonią, starając się dojrzeć, co dzieje się na ulicy. Okazało się to 
olbrzymim błędem. Przebiegający obok byk zaczepił rogiem o rękaw jej peleryny i pociągnął za sobą. 

Kiedy   próbowała   utrzymać   równowagę,   nogi   zaplątały   się   jej   w fałdy   spódnicy.   Peleryna   pękła, 
a Desdemona upadła na bruk. Zobaczyła nad sobą podkute kopyto i zrozumiała, że to koniec.

Maxie i Robin dotarli do następnej uliczki. Kiedy w nią skręcali, usłyszeli za sobą okrzyk, który odbił się 
echem od ścian. Simmons ze swoimi ludźmi byli tuż tuż.

Na ulicy panował tłok, bo cały ruch przeniósł się teraz do tego zaułka. Musieli więc lawirować między 
przechodniami.   W końcu   drogę   zagrodził   im   stojący   przed   sklepem   wóz,   z którego   wyładowywano 

towar. Maxie padła na ziemię i zaczęła się czołgać pod spodem, a za nią Robin. Kiedy wyszli z drugiej 
strony,   im   oczom   ukazał   się   sklep   tekstylny.   Otrzepali   ubrania,   po   czym   weszli   do   środka.   Robin 

uśmiechnął się zniewalająco do sprzedawczyni.

– Przepraszamy, że przeszkadzamy, ale potrzebujemy pilnie tylnych drzwi.

Wąski korytarz prowadził do kuchni na tyłach budynku. Robin posłał zaskoczonej kucharce następny 
zniewalający uśmiech i wybiegli do przydomowego ogródka. Żelazna furtka wychodziła na następną 

ulicę.

Jak wiele starych miast, tak i Market Harborough zbudowano na średniowiecznym planie. Przez zwykły 

pech zatoczyli koło i znaleźli się twarzą twarz z jednym ze zbirów Simmonsa. Mężczyzna krzyknął na 
kompanów. Nawet huk kopyt biegnącego bydła nie zagłuszył dudnienia stóp ścigających.

Maxie i Robin zrobili w tył zwrot i rzucili się pędem w następną uliczkę. Gdyby była noc, z łatwością 
zmyliliby   pościg,   ale   za   dnia   przewagę   miał   Simmons,   a wybór   tras   ucieczki   był   ograniczony.   Za 

zakrętem zobaczyli stromo biegnący zaułek i tawernę. Piętrzyły się przed nią puste drewniane beczki 
po piwie. Maxie nagle wpadł do głowy pomysł.

– Zaczekaj! – krzyknęła do Robina.

Przekręciła   jedną   z beczek   na   bok,   czekając   na   pojawienie   się   ścigających.   Wówczas   z radosnym 

uśmiechem pchnęła ją w ich stronę i sięgnęła po następną. Robin podjął jej pomysł i posłali w dół co 

background image

najmniej pół tuzina beczek, które odbijając się od ścian domów z hukiem stoczyły się po kamiennej 
ulicy. Odpowiedziały im paskudne przekleństwa i jęki bólu.

Pomimo chwili odpoczynku Maxie czuła, że płuca jej płoną. Nie przestawała jednak biec, wdzięczna za 
aktywny tryb życia, jaki dotąd wiodła, dzięki któremu miała tyle sił.

Uliczka ostro skręcała w prawo. Niestety kończyła się wysoką, murowaną ścianą.

Przebiegający   byk   pchnął   Desdemonę   na   bok,   a ostre   kopyto   pozbawiło   ją   tchu.   Próbowała   się 

podnieść, ale bez rezultatu. Za chwilę nic jej już nie będzie obchodziło.

Nagle pochwyciły ją czyjeś mocne ręce i przyciągnęły do wąskich drzwi. Desdemona ukryła twarz na 

czyimś szorstkim ramieniu. Nie spojrzała na twarz wybawcy, bo wiedziała, że to Wolverton. Oparł ją 
plecami o drzwi i własnym ciałem ochraniał przed bykami. Desdemona zaniosła się spazmatycznym 

kaszlem. Pomyślała, że kobieta nie może wyglądać gorzej niż ona w tej chwili. Po raz pierwszy od 
czasu kiedy skończyła osiemnaście lat, zależało jej na tym, żeby podobać się mężczyźnie. Ta myśl ją 

zaskoczyła i rozgniewała, jednak musiała przyznać, że w objęciach Wolvertona jest jej bardzo dobrze.

– Czy ktoś już pani powiedział, że pani odwaga przekracza zdrowy rozsądek? – usłyszała jego miły 

baryton.

Nie potrafiła powstrzymać chichotu.

– Tak. Wielokrotnie.

Huk  wywołany   kopytami  byków   zaczął  ucichać.   Z żalem  odsunęła   się  od  swojego  wybawcy.   Zaraz 

jednak zachwiała się, ale nim zdążyła upaść, Wolverton ponownie pochwycił ją w ramiona.

– Trzęsę się jak galareta – rzuciła drżącym głosem.

– Zupełnie  typowa reakcja. Cudem uniknęła  pani  śmierci.  Oparła  się o ścianę,  modląc się,  by siły 
ponownie jej nie zawiodły.

– Jestem pana dłużniczką. Sam mógł pan zostać stratowany. Wzruszył ramionami.

– Sporo czasu spędziłem przy bydle, więc wiem, jak się z nim obchodzić.

Choć większość fortun brytyjskich arystokratów pochodziło właśnie z ziemi, tylko nieliczni przyznawali 
się   tak   otwarcie,   iż   są   zwykłymi   farmerami.   Być   może   zbyt   wiele   czasu   spędzała   w Londynie. 

Przesunęła drżącą dłonią po rozwichrzonych włosach. Jej suknia i pelisa były zniszczone, a kapelusz 
leżał na środku ulicy.

– Gdybym wiedziała, że wezmę udział w walce z bykami, założyłabym na siebie coś innego.

Stado wróciło już do porządku i spokojnie podążało na plac targowy. Do Desdemony i Gilesa podszedł 

zaniepokojony poganiacz.

– Mam nadzieję, że nic się pani nie stało – powiedział z walijskim akcentem. – Nie wybaczyłbym sobie, 

gdyby została pani zraniona.

– Nic mi nie jest. – Dla potwierdzenia swoich słów Desdemona zrobiła ostrożny krok w stronę drzwi. 

Tym razem kolana jej nie zawiodły. – Postąpiłam głupio, wychodząc na ulicę.

Poganiacz zamierzał się już oddalić, ale Wolverton zatrzymał go pytaniem.

– Dlaczego pozwoliliście stadu tak się wzburzyć? To było niebezpieczne.

Poganiacz spojrzał na niego obojętnie.

– To był błąd, sir. Psy źle zrozumiały rozkaz.

background image

– Słyszałem, że kiedy spęd się kończy, psy same wracają do domu aż do Walii. Trudno uwierzyć, że 
takie inteligentne zwierzęta nie zrozumiały rozkazu – nie ustępował Giles.

– Przyłapał mnie pan – powiedział z szacunkiem Walijczyk. – To nie psy się pomyliły, lecz ja. To ja 
podałem zły sygnał, a psy posłuchały. Szczęście, że nic złego się nie zdarzyło.

–   Teraz   pewnie   mi   pan   powie,   że   błędny   sygnał   nie   miał   nic   wspólnego   z dwójką,   która   z wami 
podróżowała i z tymi czterema typami, którzy ich ścigali – sucho rzucił Wolverton.

– Zupełnie nic. – Poganiacz dotknął ronda kapelusza dwoma palcami. – Muszę iść za moimi potworami. 
Życzę wszystkiego najlepszego panu i tej damie.

Desdemona utkwiła wzrok w szerokich plecach oddalającego się poganiacza.

– Sądzi pan, że zrobił to specjalnie, żeby pomóc w ucieczce Maxie i lordowi Robertowi?

– Niewątpliwie. To był z pewnością Robin, ale nie dostrzegłem twarzy jego towarzysza, bo miał na 
głowie ten koszmarny kapelusz. – Uśmiechnął się lekko. – Mój brat ma talent do kaptowania sobie 

sprzymierzeńców.

– Dlaczego tych czterech zbirów ich ściga? – zapytała marszcząc brwi.

W odpowiedzi wziął ją pod rękę i poprowadził do gospody „Pod Trzema Łabędziami”.

– Możemy to przedyskutować przy obiedzie.

Zamierzała zaprotestować, ale szybko zamknęła usta. Tak naprawdę wcale nie chciała odmówić.

background image

17

Poczekaj tutaj – powiedział Robin, nie zniechęcony widokiem muru.

Rozpędził się i przed samym murem odbił mocno od ziemi na tyle wysoko, by zaczepić rękami o brzeg, 

po czym lekko podciągnął się w górę. Siedząc na murze, zdjął plecak i opuścił w dół jeden z pasków.

Maxie pochwyciła go. Zatrzeszczało pod jej ciężarem, ale wytrzymało. Robin zaczął ciągnąć w górę, 

a ona pomagała, odpychając się stopami od muru. Z uśmiechem na twarzy podał jej dłoń.

– To oczywiste, że nie spędziłaś dzieciństwa na tak nieprzydatnych zajęciach jak haftowanie.

Odwdzięczyła mu się uśmiechem.

– Za punkt honoru postawiłam sobie prześcignąć moich indiańskich kuzynów w pływaniu, wspinaniu się 

i bieganiu.

Goniący ich mężczyźni stanęli pod murem. Robin pomachał im na pożegnanie, po czym zeskoczył na 

drugą stronę. Następnie przytrzymując Maxie za biodra pomógł jej zejść na dół. Nie potrafiła oprzeć 
się wrażeniu, jakie wywarł na niej dotyk jego mocnych dłoni. Dobrze, że uciekali przed śmiertelnym 

zagrożeniem.

Znajdowali się w dobrze utrzymanym ogrodzie, a przed sobą mieli sporej wielkości dom. Tuż przed 

nimi stała tarcza strzelnicza, a obok na ziemi leżał łuk i strzały, jakby ktoś przed chwilą je zostawił.

– Zaczekaj chwilę – powiedziała Maxie do Robina. Podniosła łuk i naciągnęła kilka razy cięciwę. Potem 

wzięła strzałę i zastygła w oczekiwaniu.

Zza muru dochodziły wściekłe pomrukiwania, a po chwili ukazała się chwiejna sylwetka jednego ze 

zbirów.   Wówczas   Maxie   podniosła   łuk,   wycelowała   i posłała   strzałę   prosto   w kapelusz   delikwenta. 
Zawył jak zarzynana owca i zniknął za murem.

– Doskonała robota! – zawołał Robin z podziwem.

Odłożyła łuk na trawę, a na jej twarzy rysowała się duma. Bycie dzikuską ma swoje dobre strony.

Wielki Boże, widziałeś, co zrobiła ta mała suka? – zapytał towarzysz Simmonsa z twarzą wykrzywioną 
wściekłością. – Mogła mnie zabić!

– Gdyby chciała cię zabić, zrobiłaby to – rzucił opryskliwie Simmons, lecz w duchu przyznał, że mają 
godnych przeciwników.

– Nie idę przez ten mur za nimi – sarknął drugi z jego ludzi.

–   Nie   musimy   tego   robić   –   powiedział   Simmons.   –   Znam   okrężną   drogę.   Jeśli   się   pospieszymy, 

złapiemy ich.

Kiedy Maxie i Robin przebiegali przez ogród, z okna domu doszedł ich gniewny okrzyk.

– Staraj się nie podeptać kwiatów – ostrzegł Robin. – Nawet diabeł jest mniej straszny od angielskiego 
ogrodnika, kiedy ktoś zniszczy mu ukochaną różę.

Zbliżyli się  do  muru, przy którym rosły  drzewa owocowe. Na jednym  widać  było  maleńkie  zielone 
brzoskwinie.

– Czy wolno nam zniszczyć drzewko owocowe? – zapytała Maxie zdyszanym głosem.

– To także straszliwa zbrodnia, ale nie tak poważna jak zdeptanie róży – zapewnił Robin, wspinając się 

po gałęziach.

background image

Wspaniale zastępowały drabinę. Zanim ktokolwiek z domowników zdążył wybiec z domu, oni byli już 
po drugiej stronie muru.

– Te zbiry są diablo uparte – powiedział Robin, kiedy zatrzymali się dla odzyskania oddechu. – To 
oczywiste, że twój wuj bardzo pragnie, żebyś wróciła do domu.

–   Na   to   wygląda   –   przyznała   Maxie   niechętnie.   Co   takiego   jej   wuj   tak   zawzięcie   próbuje   ukryć? 
Spojrzała na towarzysza. – Przepraszam, że cię w to wciągnęłam. To o wiele więcej niż mogłeś się 

spodziewać, kiedy na początku podróży proponowałeś mi pomoc – powiedziała cicho.

Robin uśmiechnął się, a jego niebieskie oczy spojrzały na nią ciepło.

– Nie proponowałem ci pomocy, zmusiłem cię, żebyś ją przyjęła. I wcale tego nie żałuję. – Machnął 
ręką   w lewo.   –   Tamtędy   na   północ   biegnie   kanał   z Market   Harborough   do   Leicester.   Myślę,   że 

powinniśmy pójść wzdłuż niego. Będziemy mniej widoczni, niż gdybyśmy wybrali którąś z dróg.

– Naprawdę sądzisz, że obserwują wszystkie drogi? – zapytała Maxie z przerażeniem. – Simmonsowi 

potrzebna by była do tego mała armia.

Robin wzruszył ramionami.

– Może i nie, ale skoro mamy wątpliwości, powinniśmy spodziewać się najgorszego.

To nie było pozbawione sensu. On na pewno ma większe od niej doświadczenie w uciekaniu.

Ta   część   miasta   nie   należała   do   ruchliwych,   ale   przed   sobą   mieli   kilka   dużych   budynków, 
wyglądających jak spichlerze. Prawdopodobnie kanał znajdował się po ich drugiej stronie. Nim jednak 

zdążyli   dojść   do   budynków   z bocznej   uliczki   wypadł   Simmons   z uśmiechem   dzikiej   satysfakcji   na 
ustach. Towarzyszył mu jeden ze zbirów. Maxie obejrzała się za siebie i zobaczyła, jak z drugiej uliczki 

wypada dwóch następnych. Znowu znaleźli się w pułapce, ale tym razem nie było przy nich Dafydda 
Jonesa ze stadem byków.

Tymczasem Simmons machnął ręką na swoich ludzi.

– Tym razem nie uda wam się wywinąć. Ta panieneczka wraca do wuja, a ty, pięknisiu, dostaniesz 

nauczkę za zaatakowanie mnie od tyłu.

– Powinieneś być mi wdzięczny. Dzięki temu masz wytłumaczenie za przegraną. – Robin spokojnie 

podał Maxie swój tobołek.

– Chyba nie zamierzasz z nim walczyć – zapytała z przerażeniem w głosie. – Jest dwa razy taki jak ty.

Uśmiechnął się i ściągnął surdut.

–   Można   odmówić   zaproszenia   na   obiad,   gry   w karty,   ale   jeśli   ktoś   wyzywa   cię   do   walki,   jesteś 

zobowiązany przyjąć wyzwanie.

– Masz cholerną rację – burknął londyńczyk. – I nic mnie nie obchodzi, jak jesteś dobry. Wielki chłop 

zawsze pokona małego.

– To zależy od tego jak dobry jest ten mały, nie sądzisz? – zapytał Robin uśmiechając się szeroko, po 

czym szepnął do Maxie: – Ludzie Simmonsa będą zajęci walką. Wykorzystaj okazję i uciekaj. – Widząc, 
że dziewczyna zamierza zaprotestować, dodał: – Nie upieraj się. Nie martw się, nie zabije mnie. Będzie 

miał więcej kłopotów niż jest tego wart.

Nie   zdążył   powiedzieć  więcej,  bo   Simmons   podszedł  i zaczął   go   przeszukiwać.   Jego   wielkie   łapska 

obmacywały kieszenie i buty Robina.

– Szukasz ukrytej broni, czy nie możesz się powstrzymać, żeby mnie nie pomacać? – zapytał słodko 

Robin.

background image

– Parszywy zboczeniec! – zawołał z oburzeniem Simmons i jego wielka pięść poleciała w stronę szczęki 
przeciwnika.

Robin zręcznie uskoczył w bok, złapał go za ramię, wykręcił je, jednocześnie podcinając londyńczyka. 
Simmons  padł  na  ziemię. Przez  chwilę  leżał  nieruchomo,  po czym wstał  i spojrzał  na  niego   spod 

przymrużonych powiek.

– Nie nauczyłeś się tego w salonie.

– Nie – przyznał Robin.

Sprawiał wrażenie rozluźnionego i spokojnego. Jednak cały czas uważnie śledził ruchy przeciwnika. – 

Chodziłem do twardszej szkoły, gdzie stawki były wyższe.

– Tak jak ja, chłoptasiu – odparł Simmons.

Obaj   mężczyźni   zaczęli   krążyć   wokół   siebie,   co   jakiś   czas   zbliżając   się   i wymierzając   cios.   Robin 
trzymał   się   na   dystans,   przysuwając   się   tylko   na   czas   uderzenia,   potem   szybko   odskakiwał.   Był 

szybszy, ale jego przeciwnik silniejszy. Maxie dostrzegła, że Simmons dobrze się bawi.

– Jesteś dobry, zwłaszcza jak na arystokratę – powiedział z nutą podziwu po jednym z ataków Robina.

Po tych słowach nastąpiła seria morderczych uderzeń w głowę i ramiona. Robin zrobił unik, ale kilka 
ciosów   pozbawiło   go   tchu   i równowagi.   Simmons   natychmiast   wykorzystał   okazję,   waląc   Robina 

potężną   pięścią   w żebra.   Ten   przewrócił   się   na   ziemię.   Londyńczyk   zawył   z radości   i podszedł,   by 
dokończyć dzieło.

Mimo   że   wyglądał   na   pokonanego,   Robin   wcale   nie   był   w tak   złym   stanie.   Natychmiast   podciął 
Simmonsa  i rzucił się  na niego. Nim  Maxie  zorientowała  się, co  się dzieje, siedział już  na  plecach 

przeciwnika i wbijał mu twarz w ziemię.

– Poddaj się! – krzyknął, wykręcając mu ramię.

Simmons   z niechęcią   podniósł   dłoń   na   znak   poddania.   Niestety   jego   ludzie   nie   uznali   tego   gestu. 
Z przekleństwami na ustach i bez żadnego szacunku dla zasad sportowych rzucili się na człowieka, 

który pokonał ich chlebodawcę.

– Robin! – krzyknęła Maxie ostrzegawczo, cisnęła jego surdut, nabrała w garść piasku i sypnęła nim 

w oczy zbirów. Rozległ się ryk bólu.

Robin wykorzystał ten moment i przyszedł jej z pomocą. Dokładnie wycelowany kopniak zwalił jednego 

z pomagierów na ziemię. Nie tracąc czasu kopnął drugiego w ramię. Choć jego ruchy przypominały 
płynnością tancerza, obaj przeciwnicy jęczeli z bólu.

Trzeci z pomocników podniósł z ziemi kamień z zamiarem rzucenia w Robina. Maxie skoczyła w jego 
stronę i złapała za rękę. Kiedy usiłował się wyrwać, uderzyła go pięścią z ukrytym w niej patykiem 

prosto w pierś. Stęknął, ale mimo to cisnął kamieniem w Robina. Ten osunął się na ziemię.

Wówczas Maxie rzuciła się z rozczapierzonymi palcami do oczu mężczyzny. Kiedy próbował zasłonić 

twarz, kopnęła go z całej siły w krocze i jeszcze raz wymierzyła cios w pierś. Zbir wydał z siebie dziwny 
kwik, po czym padł na ziemię jak sterta zużytych ubrań.

W tym momencie Simmons podniósł się z ziemi i unieruchomił Maxie w mocnym uścisku. Szamotała 
się zaciekle, ale nie mogła się uwolnić, choć drapała i gryzła napastnika.

– Przestań, ty mała diablico! – ryknął, wykręcając jej ręce do tyłu. Wyrwał jej z dłoni patyk i odrzucił. 
– Moi chłopcy nie powinni włączać się do uczciwej walki, ale, na Boga, jeśli nie przestaniesz wierzgać, 

to pożałujesz.

Uznając, że czas zmienić taktykę, przestała walczyć i spojrzała z przestrachem na leżącego Robina. Był 

background image

nieprzytomny, włosy miał pomazane krwią.

Nie wypuszczając jej z uścisku, Simmons rzucił w stronę gramolących się pomocników:

– Walczycie jak dziewuchy. Nawet gorzej, bo ta mała jest zręczniejsza i sprytniejsza od was trzech.

Jeden ze zbirów z mściwym uśmiechem kopnął Robina w bok.

– Dotknij go jeszcze raz, a przysięgam, że skręcę ci kark! – ryknął Simmons. – Idź i przyprowadź tu 
powóz.

Mrucząc coś pod nosem dwaj mężczyźni odeszli. Trzeci nadal leżał na ziemi nieprzytomny.

Maxie zastanawiała się ze złością, gdzie się podziali mieszkańcy Market Harborough. W pobliżu nie było 

jednak domów mieszkalnych tylko magazyny, nic więc dziwnego, że nikt nie przyszedł z pomocą.

– Pozwól mi sprawdzić, co z Robinem – poprosiła. – Może być poważnie ranny.

– Przeżyje, choć mogło być źle, gdybyś nie wskoczyła na Wilby’ego. – Pokręcił głową. – Wiłby nie 
powinien tego robić. Trudno jest znaleźć pomoc, na której można polegać.

Nie zrobiło to na niej wrażenia, ale wolała się z tym nie zdradzać.

– Co z nami zrobisz? – zapytała z udaną rezygnacją w głosie.

– Ty wracasz do Durham, jeśli trzeba, związana jak świąteczna gęś. A co do twojego przyjaciela, sam 
jeszcze nie wiem. – Simmons zmarszczył brwi.  – Mógłbym  go tu zostawić,  ale  może  mnie  potem 

ścigać. Chyba odstawię go do konstabla i powiem, że ukradł mi konia. – Zachichotał. – Tak, to jest 
myśl. Do czasu aż go tam odtransportują, my będziemy już w Durham, a potem to już problem lorda 

Collingwooda. – Potarł policzek, na którym widniała szeroka szrama. – Cieszę się, że jego a nie mój.

Mówiąc to, zwolnił trochę uścisk. Uznając, że lepsza okazja może się nie trafić, zaczęła się wyrywać. 

Na chwilę jej się to udało, ale nim zdążyła umknąć, Simmons złapał ją za nadgarstek. Nie poddawała 
się, choć wiedziała, że nie ma szans. Zdołała tylko podrapać Simmonsa w twarz, rozrywając mu ranę.

– Ostrzegałem cię, ty diablico! – ryknął, chwycił Maxie w pół i przeniósł pod ścianę magazynu. Tu 
przyklęknął, przełożył dziewczynę przez kolano i wymierzył kilka silnych klapsów.

Przez chwilę Maxie nie mogła wydobyć z siebie głosu ze zdumienia i wstydu. Irokezi nie uznają bicia 
dzieci,   jej   ojciec   także   wolał   tłumaczyć   zamiast   bić.   Wcześniej   walczyła   z energią,   ale   bez 

przeświadczenia,   że   chodzi   o życie.   Teraz   resztki   jej   angielskiego   wychowania   rozpłynęły   się   we 
wściekłości. Nabrała powietrza w płuca i wydała z siebie indiański okrzyk, od którego zadrżały szyby 

w budynku.   Tak   dzikiego   wrzasku   żaden   Anglik   nigdy   nie   słyszał.   Simmons   znieruchomiał   z ręką 
w górze. Wówczas Maxie wyciągnęła z buta nóż.

background image

18

Robin nie do końca stracił przytomność, ale przez długi czas nie bardzo wiedział, gdzie się znajduje. 
Odzyskał świadomość akurat w chwili, gdy Simmons przekładał Maxie przez kolano. Chciał przestrzec 

londyńczyka,   że   to   nierozsądny   pomysł,   ale   głos   odmówił   mu   posłuszeństwa.   Czując   wirowanie 
w głowie, zaczął się podnosić na kolana.

Reakcja   Maxie   podziałała   na   niego   jak   rażenie   piorunem.   Podniósł   głowę   i zobaczył,   jak   jego 
towarzyszka wywija nożem przed szyją Simmonsa. Ten klnąc, odskoczył do tyłu. Pobłyskujące ostrze 

minęło jego gardło o milimetry, trafiając za to w ramię.

– Zatrzymaj się, Maxie – wy dyszał Robin, zanim jego żądna krwi towarzyszka wykonała następny 

ruch.

Dziewczyna zawahała się, i widać było, że rozsądek walczy w niej z wściekłością. W tym momencie 

Robin kuśtykając, zaszedł Simmonsa od tyłu i nacisnął szyję w odpowiednim miejscu. Simmons padł 
zemdlony.   Było   to  niebezpieczne,  ale  londyńczyk  miał  większe  szanse   przeżycia  w ten  sposób, niż 

gdyby walkę zakończyła Maxie.

– Powinieneś mi go zostawić – warknęła. Robin ciężko dysząc, oparł się o ścianę.

– Wybacz – powiedział. – Ale nie lubię patrzeć, jak giną ludzie. Prychnęła pogardliwie, lecz po chwili 
zapytała:

– Możesz chodzić? Zaraz przyjdą tamci.

Robin zanurzył twarz w dłoniach, próbując zebrać myśli mimo rozdzierającego bólu w czaszce.

– Będziesz musiała mi pomóc.

Nie   tracąc   czasu   schowała   nóż   do   buta,   po   czym   pomogła   Robinowi   założyć   surdut.   Następnie 

odnalazła patyk, złapała oba tobołki, podciągnęła Robina na nogi i objęła go w pasie. Opierając się na 
niej, nie mógł się nadziwić, ile siły jest w tym małym kobiecym ciele. Na szczęście kanał znajdował się 

zaraz po drugiej stronie spichlerzy.

Pozostawało pytanie, co zrobią, kiedy tam dotrą?

Po wejściu do gospody Giles poprosił o ustronny stolik, brandy i posiłek. Desdemona nadal nie mogła 
się pozbierać po przygodzie z bykiem. Giles podprowadził ją do stolika, posadził na krześle, a potem 

obejrzał zranione przez byka ramię. Rana nie była głęboka i nawet bardzo nie krwawiła.

– Nic poważnego, choć jest pani nieźle poobijana.

Służąca przyniosła im brandy. Giles nalał i podał towarzyszce. Zakrztusiła się przy pierwszym łyku, ale 
kolor powrócił jej na policzki.

– Mam też siniaki na mniej godnych wspomnienia miejscach – dodała z kwaśnym uśmiechem. – Proszę 
mi dać kilka  minut.  Pójdę do pokoju i trochę się ogarnę. Potem chciałabym  dowiedzieć się czegoś 

o człowieku, który ściga Maxime i lorda Roberta.

Bardzo szybko przywróciła swojemu wyglądowi szacowne pozory. Kiedy wróciła, włosy miała utknięte 

pod   czepkiem,   przebrała   się   też   w inną   suknię,   którą   osłoniła   szalem.   Giles   wolał   ją   w mniej 
uporządkowanym stanie, niemniej skromny wygląd towarzyszki nie zwolnił bicia jego serca.

Podano   jedzenie.   Obydwoje   zgodnie   uznali,   że   najpierw   się   pożywią,   a dopiero   potem   przejdą   do 
omawiania poważnych tematów. Przy kawie Desdemona uniosła pytająco brew.

– A więc co z tymi mężczyznami?

background image

–   Jednego   z nich   rozpoznałem   i podejrzewam,   że   to   człowiek,   którego   pani   brat   wysłał   za   panną 
Collins. – Opowiedział jej, jak kilka dni wcześniej pomógł Simmonsowi. – Z tego wynika, że nie tylko 

my ścigamy uciekinierów, ale także Simmons i jego pomocnicy.

–   W całej   tej   historii   dostrzegam   parę   komediowych   wątków.   –   Usta   Desdemony   zadrgały 

w mimowolnym uśmiechu. – Ale choć mało z tego rozumiem, to z pewnością nie spodobał mi się ten 
Simmons i reszta.

– Ludzie wynajmowani  do takich zadań nie pochodzą z wyższych sfer – rzucił sucho  Giles. – Jeśli 
zostali wynajęci, żeby odprowadzić pannę Collins do Durham, to nie spodziewam się, by chcieli zrobić 

jej krzywdę, natomiast jestem niespokojny o brata.

– Z tego co pan opowiadał, lord Robert zdołał jak dotąd wygrać wszystkie rundy. – Upiła spory łyk 

gorzkiej czarnej kawy. – Mówił pan, że nie był w Anglii przez kilka lat. Był dyplomatą czy żołnierzem?

Giles westchnął, wyraźnie zwlekając z odpowiedzią.

– Powiem pani, pod warunkiem, że zatrzymasz to dla siebie.

– Czy aż tak źle się prowadził? Spojrzał na nią zimno.

– Wręcz przeciwnie. Ale to, co robił, jest objęte ścisłą tajemnicą. Nie do mnie też należy opowiadanie 
jego historii.

–   Pański   brat   był   szpiegiem?   Nie   było   to   trudne   do   odgadnięcia.   Teraz   już   wiem,   gdzie   uczył  się 
honorowego postępowania – dodała z sarkazmem.

Wolverton zmrużył oczy, słysząc jej ton.

– Tak, był szpiegiem. Zajmował się najniebezpieczniejszymi i najmniej przyjemnymi zadaniami, za to 

bardzo ważnymi dla naszego kraju. Był jeszcze młodzieńcem, kiedy po traktacie pokojowym w Amiens 
podróżował po kontynencie i natknął się na coś, o czym postanowił zawiadomić Ministerstwo Spraw 

Zagranicznych.   Poproszono   go   o współpracę   i przez   dwanaście   lat   wielokrotnie   ryzykował   życie 
i zdrowie, żeby ochronić swój kraj i doprowadzić do szybszego zakończenia wojny. Dzięki jego pracy 

tacy ludzie jak pani mogą tu siedzieć spokojnie i z zarozumialstwem go osądzać – dodał ostrzejszym 
tonem.

Czerwienienie   się   to   przekleństwo   rudowłosych,   a Desdemona   nie   stanowiła   wyjątku.   Krwisty 
rumieniec zalał jej twarz, szyję i dekolt.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Bez względu na to, jak byłam zła, nie powinnam tak o nim 
mówić.

– Pani reakcja nie jest aż tak niespotykana – wyjaśnił już spokojniej. – Szpiegostwo wymaga nerwów 
ze stali i umiejętności, których zwykły dżentelmen nie posiada. Robin był w tym bardzo, bardzo dobry, 

inaczej by nie przeżył. Wykorzystywano go na różne sposoby, których przeciętny człowiek z pewnością 
by nie wytrzymał i przez to znalazł się na granicy załamania.

– Dlatego tak się pan o niego martwi? – zapytała cicho.

– Tak czy inaczej bym się o niego martwił. Jest jedyną bliską mi osobą i choć wiem, że zna się na 

swoim fachu, zawsze pozostanie moim młodszym bratem. – Westchnął. – Wiem o jego pracy bardzo 
niewiele, tylko tyle, ile sam mi zechciał powiedzieć po powrocie do Anglii i jestem mu wdzięczny, że 

wcześniej nic nie wiedziałem. Cały czas obawiałem się, czy jeszcze go zobaczę, czy gdzieś nie zginął, 
a ja nigdy się nie dowiem jak i gdzie. – Urwał i zamyślił się. – Żeby pani przybliżyć jego karygodną 

karierę powiem, że w zeszłym roku pomógł przeszkodzić w planach wysadzenia brytyjskiej ambasady 
w czasie paryskiej konferencji pokojowej.

Desdemona aż  sapnęła,  kiedy pomyślała,  ile  osób mogło  zginąć podczas takiego  wybuchu.  Bardzo 
prawdopodobne, że Castelereagh, minister spraw zagranicznych, może nawet Wellington. Polityczne 

background image

konsekwencje byłyby ogromne, nie tylko dla Anglii, ale dla całej Europy.

– Rozumie pani teraz, dlaczego chcę, żeby to pozostało tajemnicą. To tylko próbka tego, co Robin 

dokonał. Mówiono mi, że rząd zamierza nadać mu tytuł szlachecki za zasługi, tylko nie wiedzą, co 
mogą wyjawić.

– To chyba pierwsza osoba, która zostanie odznaczona szlachectwem za szpiegostwo.

– Robin całe życie łamał konwenanse. Nie był zły jako dziecko, ale potrafił być zaskakująco sprytny 

i pomysłowy. – Twarz Gilesa pojaśniała. – Jako jedyny został wyrzucony z Eton już pierwszego dnia 
szkoły.

Desdemona zachichotała.

– Wątpliwa zasługa. Jak tego dokonał?

–   Wprowadził   do   gabinetu   dyrektora   sześć   owiec.   Nie   mam   pojęcia,   jak   mu   się   to   udało.   Był   to 
przemyślany   plan,   ponieważ   nie   chciał   iść   do   Eton   tylko   do   Winchester.   –   Uśmiechnął   się   na   to 

wspomnienie. – Nawet jeśli zaproponują mu tytuł, wcale nie jestem pewien, czy go przyjmie. Kiedyś, 
jako mali chłopcy, kąpaliśmy się w jeziorze Wolverton. Złapał mnie straszliwy skurcz i zacząłem tonąć. 

Robin wyciągnął mnie z wody, a nie było to dla niego łatwe, bo byłem dwa razy większy od niego 
i rzucałem   się   jak   wariat.   Kiedy   doszedłem   do   siebie,   powiedziałem   mu,   że   przecież   mógł   mnie 

zostawić w wodzie, a wtedy to on zostałby następnym markizem Wolverton.

– I? – ponagliła go Desdemona. Oczy Gilesa zamigotały.

– Robin stwierdził, że to najlepszy powód, żeby mnie z tej wody wyciągnąć.

Zagryzła usta.

– Im więcej słucham o pańskim bracie, tym wydaje mi się bardziej sympatyczny.

– Robin nosi w sobie cały czar i urok rodziny. I jest honorowy, wbrew temu co pani myśli.

Popatrzyła na Gilesa, na jego lekki uśmiech, błądzący mu po twarzy.

– Wydaje się, że pan także odziedziczył te trzy cechy.

Spojrzał na nią i zaczerwienił się. Zaraz też wstał i podszedł do okna. Po raz pierwszy Desdemona 
widziała go zakłopotanym.

Dobrze   mu   tak,   pomyślała   z satysfakcją.   On   wprawia   ją   w zakłopotanie   od   pierwszego   spotkania. 
Uznała jednak, że czas porzucić osobiste tematy.

– Czy myśli pan, że Simmons i jego ludzie pochwycili naszych zbiegów? – zapytała.

Markiz przyglądał się widokowi za oknem.

– Być może – odpowiedział. – Ulicą idzie dwóch podejrzanych typków. Są nieźle poobijani. Zdaje się, 
że byli z Simmonsem. Próbowali pewnie pojmać Robina i pani bratanicę, ale chyba im się nie udało.

Desdemona podeszła do okna i z zaciekawieniem przyjrzała się dwóm zbirom.

– Pana brat tego dokonał?

– Prawdopodobnie. Jako dziecko był niski i miał dziewczęce rysy. Nasze angielskie szkoły zmuszają 
dzieci do podjęcia decyzji: walczyć, czy się poddać. Gdyby został w Eton, mógłbym się nim zająć, ale 

ponieważ... – Nie dokończył.

– To oczywiste, że pana brat nie lubi się poddawać. – Nagle uświadomiła sobie, że stoi zbyt blisko 

Wolvertona i szybko się cofnęła. – Co teraz, milordzie? Wątpię, by wrócili do poganiaczy.

background image

Zmarszczył brwi.

–   Zgadzam   się.   Teraz   nasi   uciekinierzy   będą   mieli   się   na   baczności,   więc   nie   odnajdziemy   ich 

w drodze. Sądzę, że czas, aby wróciła pani do Londynu i tam na nich czekała.

Popatrzyła na niego podejrzliwie. Poczucie, że są sprzymierzeńcami, natychmiast się ulotniło.

– Ma pan jakiś pomysł?

– Tak. Jeśli zgaduję właściwie, namówię dwójkę uciekinierów, żeby odwiedzili panią w Londynie.

Postanowiła nie pytać, czy powinna zaniechać poszukiwań.

– A jeśli się nie zgodzą?

– Przemówię im do rozsądku. – Uśmiechnął się półgębkiem. – Oczywiście, nie będę niczego robił na 
siłę, bo to nigdy nie skutkowało.

Przypominając sobie poobijanych zbirów, Desdemona musiała przyznać mu rację.

Giles wziął kapelusz z zamiarem odejścia, ale nagle się zatrzymał.

– Dlaczego dano pani na imię Desdemona?

–   To   rodzinna   tradycja.   Chłopcom   nadaje   się   imiona   łacińskie,   dziewczynkom   szekspirowskie   – 

wyjaśniła.

– Ale pani bratanica ma łacińskie imię?

– Wyjątkowo. Mój brat Maximus został tak nazwany po naszej ciotce Maximie, więc przekazał to imię 
córce. Ciotka Maxima umarła kilka miesięcy temu. Będzie mi jej brakowało.

– Mówi pani o lady Clendennon? To jedyna Maxima, jaką znam. – Kiedy Desdemona kiwnęła głową 
twierdząco, dodał: – Silne kobiety to z pewnością następna tradycja Collinsów. Coraz mniej wierzę 

w to, że pani bratanica zostałaby z moim bratem wbrew woli.

– To się jeszcze okaże – odparła Desdemona, po czym przypomniawszy sobie cel swojej misji, otuliła 

się szalem i wzięła torebkę.

Markiz usunął się na bok, ale nim otworzył drzwi, zatrzymał się i spojrzał jej w oczy z napięciem. Jak 

zahipnotyzowany podniósł dłoń i dotknął palcami jej czoła, ucha, szyi, jakby starał się zapamiętać rysy 
twarzy kobiety.

Desdemona stała jak zamurowana, walcząc z oddechem. Każde miejsce, którego dotknął, płonęło jak 
od ognia. W trakcie małżeństwa nigdy nie doznała delikatności i teraz uzmysłowiła sobie, że staje się 

bezbronna, kiedy ktoś ją tak traktuje. Podniosła wzrok na Wolvertona i natychmiast tego pożałowała. 
Ciepło,   jakie   ujrzała   w jego   oczach,   było   bardziej   niebezpieczne   od   uderzenia.   Wydał   jej   się   taki 

potężny,   nie   tylko   fizycznie,   ale   i z charakteru.   Za   chwilę   pochyli   się   i pocałuje   ją,   a kiedy   to   się 
stanie...

Odsunęła się i sama otworzyła drzwi.

– Mam nadzieję zobaczyć pana i pańskiego brata w Londynie – powiedziała i wybiegła.

Giles   patrzył   na   drzwi,   które   zamknęły   mu   się   tuż   przed   nosem.   Dlaczego   ta   światowa   kobieta 
zachowuje się jak dziewica orleańska? Prosta odpowiedź: bo jej nie odpowiada. Jednak coś mu mówiło, 

że prosta odpowiedź nie wchodzi tu w grę. W oczach Desdemony nie dostrzegł niechęci, raczej strach.

Miał   reputację   człowieka   spokojnego   i ustępliwego,   ale   kiedy   coś   sobie   postanowił,   nic   nie   mogło 

odwieść go od celu. Przysłuchując się pospiesznym krokom Desdemony zdecydował, że się dowie, co 
leży u podstaw strachu tej kobiety.

background image

Potem może uda mu się coś na to zaradzić.

background image

19

Robin pomagał jak mógł, ale Maxie i tak prawie go niosła. Miała wrażenie, że do kanału jest straszliwie 
daleko i że czuje na plecach oddech Simmonsa lub jego ludzi. Z dwojga złego wolała już Simmonsa. 

Miał choć trochę skrupułów, tym zbirom ufała tyle co wygłodniałym wilkom u rzeźnika.

Łudziła się, że może natkną się na jakichś przechodniów, ale okolica wyglądała na opuszczoną. Była 

pora obiadu,  więc mieszkańcy pewnie siedzieli przy stołach. Kiedy weszli w uliczkę  między dwoma 
spichlerzami, zaczęła się modlić o cud. Dalej nie mogą tak iść.

Dotarli na oblane słońcem nabrzeże, przy którym stała barka. Na pokładzie krzątali się mężczyzna 
i chłopiec,   szykując   się   do   odpłynięcia.   Mężczyzna   był   niskim   człowiekiem   o krępej   muskularnej 

posturze   i siwych   włosach.   Spojrzał   z zaciekawieniem   na   nowo   przybyłych.   Nic   dziwnego,   przecież 
prawie niosła Robina. Bezpośrednia prośba o pomoc wydała się jej najlepszym rozwiązaniem.

– Czy mógłby nam pan pomóc? – odezwała się z desperacją w głosie. – Napadnięto na nas i mój mąż 
jest ranny.

Zdumienie   na   twarzy   kapitana   przypomniało   jej,   w co   jest   ubrana.   Wolną   ręką   zerwała   kapelusz. 
Mężczyzna zamrugał ze zdziwienia powiekami.

Maxie była pewna, że Robin jest nieprzytomny, tymczasem szepnął jej prosto do ucha:

– Wytoczyłaś najcięższe działo. Biedaczysko nie ma szans.

– Uspokój się! – syknęła.

Kapitan wyskoczył na brzeg i podszedł do nieznajomych.

– Zostaliście napadnięci przez złodziei w środku dnia? – zapytał z wyraźnym niedowierzaniem.

Jaka historyjka poruszy tego flisaka? Kiedy nie wiadomo co mówić, trzeba łączyć prawdę z kłamstwem.

– To nie byli złodzieje tylko mój kuzyn z kompanami. Chce nam przeszkodzić dotrzeć do Londynu. – 
Zerknęła za siebie z udanym przestrachem. – Czy możemy się z wami zabrać? Wszystko wyjaśnię, ale 

oni zaraz tu będą.

Spojrzała   błagająco   na   kapitana,   starając   się   wyglądać   jak   kobieta,   którą   mężczyźni   chętnie   się 

opiekują. Powinna była częściej obserwować kuzynkę Portię.

– Może oni tylko próbują przejechać się za darmo, tato – odezwał się chłopak o piegowatej twarzy.

Kapitan popatrzył na chwiejącego się na nogach Robina.

– Ta krew wygląda na prawdziwą. W porządku – dodał po chwili. – Zabiorę was na pokład.

Zarzucił sobie Robina na plecy, jakby ten nie ważył więcej niż jego syn.

– Chodźmy.

Maxie weszła na pokład barki. Piętrzyły się na nim nakryte brezentem pakunki, wydzielające mocny 
zapach wełny. Pewnie przewozili dywany, które, jak mówił Dafydd Jones, wyrabia się w tej okolicy.

– Pewnie wolelibyście nie być na widoku, kiedy zjawi się tu wasz kuzyn – stwierdził kapitan. – Zdejmij 
przykrywę przedniego luku, Jamie.

Chłopiec   pospiesznie   otworzył   luk,   pod   którym   znajdowało   się   pomieszczenie   również   wypełnione 
dywanami. Wszedł do środka, żeby zrobić miejsce dla nieprzytomnego Robina.

background image

– Tylko nie pobrudźcie krwią ładunku.

–  Postaramy się  – obiecała  Maxie.  –  Znajdzie  pan  może  jakieś  czyste  szmaty  i wodę  do  obmycia 

i opatrzenia rany?

Jamie natychmiast pobiegł spełnić jej prośbę.

Maxie  uklękła  przy Robinie,  odsuwając  złote  włosy,  żeby obejrzeć ranę. Guz nabrał już  znacznych 
rozmiarów, ale stwierdziła z zadowoleniem, że rozcięcie nie jest głębokie i krwawienie prawie ustało.

Chwilę   później   pojawił   się   Jamie   z opatrunkami   i sproszkowaną   bazylią   na   ranę.   Maxie   zajęła   się 
opatrywaniem   skaleczenia.   Robin   przyjmował   te   zabiegi   ze   stoickim   spokojem,   choć   widziała,   jak 

zaciska dłoń na brzegu dywanu.

– Najlepiej będzie, jeśli zamkniemy luk – powiedział kapitan, kiedy skończyła.

– Ma pan rację – zgodziła się Maxie. – Mój kuzyn mógł nas śledzić. To... to strasznie pogmatwana 
historia.

W oczach kapitana błysnęła kpina.

– Nie wątpię.

Nasunął przykrywę i w pomieszczeniu zrobiło się zupełnie ciemno. Potem przykrył otwór dywanami. 
Maxie   błogosławiła   go   za   tę   przezorność.   Nawet   gdyby   Simmons   znalazł   barkę,   nie   znajdzie   ich 

kryjówki.

Pomieszczenie, w którym się znajdowali, miało sześć stóp długości, cztery szerokości, trzy wysokości 

i całe   było   wypełnione   dywanami.   Jak   przytulna   trumna.   Maxie   starała   się   o tym   nie   myśleć. 
Najważniejsze, że uciekli Simmonsowi, a kapitan był ich sprzymierzeńcem. Usłyszała jego stłumiony 

okrzyk   nakazujący   Jamie’emu   odcumować   i barka   ruszyła.   Nie   mając   nic   lepszego   do   roboty, 
wyciągnęła się obok Robina.

– Jesteś tam?

–   Przez   ostatnie   pół   godziny   byłem   przytomny,   choć   musiałaś   mnie   taszczyć   jak   jakiś   wór 

z odpadkami.

Uśmiechnęła się z ulgą.

– Wygląda na to, że kamień nie zaszkodził twojemu poczuciu humoru.

– Oczywiście, że nie. Głowa to najbardziej wytrzymała część mojego ciała. Zostało ci jeszcze trochę 

wody? – zapytał z lekkim napięciem w głosie.  Uniosła go lekko i przytknęła butelkę  do ust. Potem 
zakorkowała ją i spytała: – Czy doznałeś jeszcze jakichś obrażeń?

– Nic godnego uwagi – odpowiedział.

– W takim razie może pomyślisz o przekonujących powodach, dla których mój kuzyn i jego kompani 

nas ściągają.

– Jesteś taka dobra w wymyślaniu historyjek, że szkoda byłoby się wtrącać – odpowiedział.

– Ty jesteś mistrzem, ja tylko amatorką.

– Możliwe, ale wspaniale odegrałaś swoją rolę. Gdybym cię lepiej nie znał, przysiągłbym, że jesteś 

przerażona i bezbronna.

– Skąd pewność, że tak nie było? – zapytała, nie wiedząc, czy ma się czuć obrażona, czy raczej dumna 

z pochwały.

background image

– Ponieważ kobieta, która zaatakowała profesjonalnego boksera trzy razy od niej wyższego, musi być 
albo   odważna,   albo   jest   samobójczynią   –   rzucił   z nutą   rozbawienia   i podziwu   w głosie.   Po   czym 

przygarnął ją do siebie i wyszeptał: – Jesteś wspaniałą opiekunką.

Uśmiechnęła się i wygodnie oparła o Robina. Choć wiedziała, że to irracjonalne, czuła się bezpiecznie 

w jego ramionach, jakby zewnętrzny świat nie mógł jej zranić.

Oddech Robina wkrótce stał się wolniejszy. Zasnął. Ona także chętnie by się przespała, ale oparła się 

pokusie. Zamiast tego wsłuchała się w plusk wody, uderzającej o burtę, i myślała nad historią, którą 
opowie kapitanowi.

Barka zbliżała się właśnie do pierwszej śluzy przy Foxton, kiedy nagle pojawiło się dwóch zdyszanych 
mężczyzn.

– Ej, wy tam! – zawołał większy z londyńskim akcentem. – Zaczekajcie, chcę was o coś zapytać.

Kapitan wyjął z ust fajkę i zmierzył wzrokiem wołającego. Mężczyzna wyglądał tak, jakby przed chwilą 

skończył się z kimś bić.

– Barka nie może się zatrzymać, przepływając przez śluzę – odparł, potem zawołał do syna. – Otwórz 

śluzę.

Jamie zakręcił kołem i woda zaczęła zalewać niższy poziom.

– Do diabła, mówiłem do ciebie! – warknął nieznajomy. Kapitanowi nie spodobał się jego ton.

– A ja mam robotę do wykonania – odburknął. – Lepiej pomóż przy otwieraniu wrót. Porozmawiamy po 

drugiej stronie.

Poziom wody wyrównał się i Jamie otworzył przegrody. Koń pociągnął barkę, wrota zamknęły się za nią 

i otworzyły następne, tak żeby woda mogła spłynąć niżej.

Nieznajomy patrzył przez chwilę niezdecydowany, po czym machnął ręką na kompana i obaj rzucili się 

do pomocy.

W końcu barka dotarła do dołu śluzy, siedemdziesiąt pięć stóp poniżej miejsca, w którym rozpoczęła 

swoją drogę.

Wówczas nieznajomy wskoczył na pokład.

– A teraz odpowiesz na kilka pytań? – zapytał z przesadną uprzejmością.

Kapitan napełnił glinianą fajkę świeżym tytoniem, skrzesał zapałkę.

– Co chcesz wiedzieć?

– Szukam dwójki przestępców, blondyna i młodej kobiety. Są bardzo niebezpieczni.

– Tak? – Kapitan zrobił znudzoną minę.

Nieznajomy omiótł wzrokiem pokład, wypatrując jakichś śladów uciekinierów, jednocześnie opisując 

ich wygląd i wyliczając przestępstwa.

Miała wrażenie, że tkwią w tej gęstej ciemności od wieków, choć z pewnością minęła zaledwie godzina, 

góra dwie. Otrząsnęła się z drzemki, kiedy pokład nad jej głową zaczął trzeszczeć. Poprzez chlupot 
wody usłyszała czyjeś głosy.

Rozmawiało dwóch mężczyzn. Choć mocno wytężała słuch, nie potrafiła rozróżnić słów. Robin nadal 
spał. Usiadła, zbyt zdenerwowana, by leżeć. Przestała oddychać, kiedy usłyszała skrzypienie desek nad 

głową. Simmons w każdej chwili może zrzucić dywany z przykrywy albo usłyszeć bicie jej serca. Kroki 
zatrzymały się tuż nad jej głową. Czuła, że za chwilę zacznie krzyczeć albo walić pięściami w deski, 

background image

byle tylko przerwać to napięcie.

Robin poruszył się i nabrał powietrza, jakby zamierzał coś powiedzieć. Maxie natychmiast poszukała 

jego ust i przymknęła je dłonią.

Nagle usłyszała wyraźny głos Simmonsa.

– Każdy, kto pomaga przestępcom, łamie królewskie prawo i może zostać ukarany.

Sapnęła gniewnie, oburzona słowami prześladowcy, który tak dumnie odwoływał się do prawa. Ten 

drań zacytowałby Pismo Święte, gdyby musiał.

Robin początkowo spięty, teraz rozluźnił się i pokiwał głową. Kiedy kroki zaczęły się oddalać, Maxie 

cofnęła dłoń, lecz Robin pochwycił ją i złożył na niej gorący pocałunek.

Dziewczyna wstrzymała oddech. Zaskakujące, jak podziałał na nią ten pocałunek. Dlaczego akurat ta 

szybka i ulotna pieszczota tak ją poruszyła, skoro przed chwilą trzymała rękę na ustach Robina i nic 
nie czuła?

Otaczająca   ich   ciemność   przestała   nagle   przerażać   i nabrała   intymności.   Dotknęła   dłonią   włosów 
Robina,   wyczuwając   pod   palcami   bandaż,   a potem   pogłaskała   twarz.   Wyczuła   różnicę   między 

policzkiem a miejscem, gdzie zaczynał się zarost. Przypomniała sobie, co czuła, kiedy obserwowała 
Robina w trakcie golenia. Zaczerwieniła się.

Przesunęła delikatnie palcami po jego ustach, a on dotknął ich końcem języka. Przeszedł ją dreszcz. 
Kiedy   Robin   przyciągnął   ją   do   siebie,   nie   opierała   się.   Przysunęła   wargi   na   spotkanie   jego   ust. 

Zapomniała   o strachu,   o ścigających   ich   zbójach.   Nic   nie   istniało   prócz   tego   mężczyzny,   jego 
atłasowego języka i siły bijącej od niego. Ogarniał ją coraz większy żar.

Dłoń Robina wsunęła się między ich ciała, aż dotarła do czułego miejsca między udami kobiety. Maxie 
westchnęła i mocniej przywarła do partnera. Wezbrało w niej pożądanie, prowadząc do odwiecznego 

tańca miłości i odnowy. Przesunęła dłonią po torsie Robina. Czuła jego napięte mięśnie. Pieściła go, 
zarazem zła na ubrania, które ich dzieliły. Robin wsunął jej dłoń pod koszulę i zaczął pieścić plecy. 

Rozkoszowała się dotykiem jego gorących palców.

W   tym   momencie   pokład   znowu   zaskrzypiał   pod   ciężkimi   krokami.   Obydwoje   zamarli   w bezruchu. 

Bliżej, coraz bliżej... Posłyszeli głos Simmonsa. Mamrotał coś niezrozumiale, ale sądząc z tonu, można 
było wywnioskować, że jest zły.

Wraz z nagłym powrotem do rzeczywistości Maxie poczuła złość na siebie samą. Przecież postanowiła 
nie dopuścić do zbliżenia z Robinem. Nie ma więcej rozumu niż pospolita wiewiórka. Odsunęła się. 

Robin   złapał   ją   za   nadgarstek.   Maxie   zdrętwiała.   Puścił   ją,   ale   wcześniej   pogładził   jej   rękę   wolno 
i zmysłowo.   Nie   wiedział,   jaki   płomień   w niej   rozpalił   tym   ulotnym   dotknięciem.   Czuła   pożądanie 

zmieszane z tkliwością. Nawet gdyby teraz leżeli obok siebie nadzy, nie byłaby bardziej świadoma jego 
ciała.

Żałując, że ich kryjówka jest tak mała, odsunęła się najdalej jak mogła i oparła o stertę dywanów. 
Serce biło jej tak głośno, że niemal zagłuszało chrapliwy oddech Robina.

Deski   ponownie  zatrzeszczały   pod  czyimiś  krokami.   Posłyszeli   szelest  jakby  ktoś  odsuwał   dywany. 
Wielki Boże, czy Simmons wie, że pod dywanami znajduje się luk?

Z przodu barki dobiegł czyjś głos i Simmons ruszył w tamtą stronę. Potem nastąpiła długa cisza. Maxie 
cały czas modliła się, żeby londyńczyk już nie wrócił. Kiedy barka ruszyła, odetchnęła, choć nadal 

drżała.

–   Przepraszam.   Może   to   tak   wyglądało,   ale   nie   zamierzałam   doprowadzić   cię   do   szaleństwa   – 

wyszeptała.

– Wiem.  To moja wina – odpowiedział Robin,  jednak  w jego głosie  brzmiał gniew.  –  Najwyraźniej 

background image

uderzenie kamieniem źle wpłynęło na mój rozsądek.

Zadrżała na wspomnienie jego uścisku. Postanowiła, że trzeba wziąć byka za rogi.

– Odnoszę wrażenie, że ciąży nad nami jakaś klątwa i przez to nie potrafimy oprzeć się wspólnemu 
fizycznemu pociągowi. To bardzo uciążliwe, nie sądzisz?

Robin zakrztusił się śmiechem.

–   Cały   świat   opiera   się   na   wzajemnym   pociągu.   Ponieważ   stale   jesteśmy   razem,   ta   sytuacja 

rzeczywiście czasami wydaje się dziwna, ale nie chciałbym, by cokolwiek się zmieniło. A ty?

Przypomniał jej się rozkoszny ból w ciele, czysta i tajemnicza radość, jaką czuła, kiedy ją obejmował 

i pustka, jaka nastąpi, kiedy nadejdzie czas rozstania.

– Nie, raczej nie – odpowiedziała ku swemu zaskoczeniu.

– Cieszę się – powiedział cicho Robin.

Atmosfera   zmieniła   się,   opadło   napięcie   wywołane   pożądaniem.   Robin   przyciągnął   Maxie   do   siebie 

w ciepłym i przyjacielskim uścisku. Rozluźniła się i znowu poczuła spokój.

– Jesteś przygotowana na pytania kapitana, kiedy już nas stąd wypuści? – zapytał szeptem Robin.

– Tak – odparła krótko.

Dłoń Robina zsunęła się na jej plecy.

– Czy powinienem coś wiedzieć, żeby cię w razie czego wesprzeć?

– Nie. Może to cię zaszokuje, ale postanowiłam powiedzieć prawdę.

– Prawdę? – powtórzył ze zdziwieniem. – Takie rozwiązanie rzeczywiście nigdy nie przyszło mi do 
głowy.

– Akurat w to jestem skłonna uwierzyć bez zastrzeżeń. Roześmiał się.

– Przysięgam, że mówię prawdę o wiele częściej, niż kłamię. Ciągłe oszukiwanie i pilnowanie się, żeby 

się nie pogubić, jest bardzo męczące.

– Doprawdy? – zapytała niewinnie. Poczuła, że Robin trzęsie się ze śmiechu.

– Nadal pozostaniesz moją żoną, czy może zaprzeczysz swoim wcześniejszym słowom?

– Sądzę, że powinniśmy nadal uchodzić za małżeństwo – uznała. – Wolałabym nie wyjaśniać, co nas 

naprawdę łączy. Trudno by mi było to opisać.

Znowu poczuła, że Robin trzęsie się ze śmiechu, ale nic nie powiedziała. Mogła teraz odpocząć. Oparła 

głowę na ramieniu towarzysza. Już wkrótce znowu będą musieli stawić czoło światu.

Obudziła się, gdy do środka wpadły promienie słoneczne. Uniosła głowę z przestrachem, ale zobaczyła 

tylko twarz kapitana.

– Jak się czujecie?

–   Dobrze   i bardzo   panu   dziękujemy!   –   odkrzyknął   Robin.   Wstał,   wspiął   się   na   pokład,   następnie 
pomógł wyjść Maxie.

– Przy okazji nazywam się Robin Anderson, a to moja żona Maxima.

Natychmiast   zauważyła,   że   teraz   jest   Andersonem   a nie   Andrevillem.   Dzięki   Bogu,   że   miał   tyle 

zdrowego rozsądku, żeby nie użyć swojego szlacheckiego tytułu. I bez tego budzili podejrzenia.

background image

Rozejrzała się dokoła i stwierdziła, że barka stoi na dnie wielkiej śluzy. Niedaleko stała mała kamienna 
stajnia i domek śluzowego z maleńkim ogródkiem.

Kapitan wyjął fajkę z ust.

– Ja nazywam się John Blaine. Mój chłopak, Jamie, jest w stajni. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

– Mam nadzieję, że Simmons nie był dla pana zbyt niegrzeczny – odezwał się Robin.

– Tak się składa, że był. – Za dymem z fajki pojawił się złośliwy uśmiech. – Obawiam się, że mieliśmy 

mały   wypadek.   Potknął   się   o linę   i wpadł   do   kanału.   Stracił   zainteresowanie   barkami   i pokuśtykał 
w dal.

Maxie uśmiechnęła się. Ciekawe jak kapitanowi udało się doprowadzić do tego wypadku.

– Zjecie z nami kolację? – zapytał kapitan.

W tej chwili przypomniała sobie, że ostatni posiłek mieli w ustach wcześnie rano. Czy to naprawdę tego 
ranka pili herbatę i jedli chleb w towarzystwie Dafydda Jonesa?

– Z wielką ochotą, kapitanie.

Gestem nakazał im iść za sobą do prostej kabiny stojącej na środku barki. Stół zastawiony był zimnym 

jedzeniem, przygotowanym przez żonę Blaine’a jeszcze w Market Harborough. Bardzo dbała o to, żeby 
jej mężczyźni nie zginęli z głodu, tak więc mieli i pasztet, i chleb, i ser, i marynowane cebulki. Cała 

czwórka zasiadła przy stole, ale drzwi zostawili otwarte, żeby wpuścić do środka trochę wiatru.

– Mówiła pani, pani Anderson, że potrafi wszystko wyjaśnić – odezwał się po skończonym posiłku. – 

Pani kuzyn twierdził, że jesteście złodziejami i zbrodniarzami.

Postanowiła nie owijać niczego w bawełnę.

– Simmons nie jest moim kuzynem. Powiedziałam tak, ponieważ było to prostsze niż prawda.

– Nie zauważyłem żadnych śladów rodzinnego podobieństwa – przyznał kapitan. – A więc jaka jest 

prawda?

Maxie opowiedziała o śmierci ojca w Londynie, o swoich podejrzeniach i o wuju, który za wszelką cenę 

chce ją powstrzymać przed dotarciem do Londynu. Starała się jak najmniej mówić o Robinie.

– Przysięgam, kapitanie, że nie jesteśmy bandytami – dodała na zakończenie. Przynajmniej nie ona, 

pomyślała. – Nigdy nic nie ukradłam prócz starej mapy wuja. Nikomu też nie wyrządziliśmy krzywdy, 
a tylko broniliśmy się przed Simmonsem i jego ludźmi.

Kapitan nabił fajkę.

– Czy wuj był pani opiekunem, zanim wyszła pani za mąż? Maxie pokręciła głową.

– Nie. Nawet gdybym nie była mężatką, to niedawno skończyłam dwadzieścia pięć lat, tak więc nie 
potrzebuję opiekuna. Wuj nie ma żadnego prawa wtrącać się do moich spraw.

Nie tylko Blaine, ale także Robin popatrzyli na nią ze zdumieniem. Ze względu na jej niewielki wzrost 
ludzie brali ją za młodszą.

– Brzmi to sensownie, choć może to nie cała prawda. Żałuję, że nie byłem świadkiem waszej bójki 
z Simmonsem   i jego   kompanami.   –   Blaine   zaciągnął   się   mocno   fajką.   –   Podejrzewam,   że   jutro 

wyruszycie dalej do Londynu, ale jeśli chcecie spędzić tu noc, zapraszam.

Maxie pochyliła się nad stołem i ucałowała szorstki policzek kapitana.

– Niech pana Bóg błogosławi. Pan i Jamie jesteście wspaniali. Kapitan omal nie upuścił fajki.

background image

– Jeśli będziesz opowiadał o tym matce, nie zapomnij dodać, że pocałunek nie był moim pomysłem – 
zwrócił się do syna, próbując ukryć uśmiech zadowolenia.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Potem nastąpił bardzo miły towarzyski wieczór. Z zaparzoną herbatą 
wyszli na pokład. Wkrótce dołączyli do nich śluzowy z rodziną, przynosząc ciepłe bułeczki.

Zapalili latarnie, a wtedy Robin pokazał kilka swoich magicznych sztuczek. Potem namówił Maxie, żeby 
zagrała   na   harmonijce.   Ten   wieczór   bardzo   przypominał   jej   sąsiedzkie   spotkania   w Nowej   Anglii. 

W końcu odeszli z Robinem do swojej kryjówki. Leżąc w objęciach towarzysza, dziękowała Bogu za tę 
dziwną podróż. Odkrywała inną Anglię od tej arystokratycznej i, jak do tej pory, była ona cieplejsza 

i milsza.

Najbardziej jednak była wdzięczna Robinowi.

Simmons z furią szukał uciekinierów, ale zapadli  się jak kamień w wodę. Ten ospały  kapitan  barki 
wspominał coś o dwójce ludzi przejeżdżających na furmance, ale ten ślad nigdzie go nie zaprowadził.

Przeklinając samego siebie, Simmons wysłał list do lorda Collingwooda z informacją, że zgubił ślad 
dziewczyny   i że   nie   może   zagwarantować,   iż   nie   dotrze   do   Londynu.   Kończył   sugestią,   by   jego 

lordowska mość wymyślił inny sposób na to, by bratanica nie dowiedziała się, jak naprawdę zginął jej 
ojciec. Będzie jednak kontynuował poszukiwania.

background image

20

Robin bez entuzjazmu przyglądał się ciemnemu niebu. Do tej pory, dzięki Bogu, mieli dobrą pogodę, 
ale   to   miało   się   zmienić.   W najlepszym   razie   czeka   ich   ulewa,   a w najgorszym   potężna   burza 

z piorunami. Pomogło mu to podjąć decyzję.

– Masz ochotę spędzić dzisiejszą noc w wielkim stylu? – zapytał.

– Jeśli to oznacza kąpiel, to tak.

Temu oświadczeniu towarzyszył promienny uśmiech, który sprawiał, że Robin czuł się dziwnie, a jego 

serce   chyba   zapominało,   że   ma   bić.   Ta   dziewczyna   była   najodważniejszą   kobietą,   jaką   spotkał. 
Z radością przyjmowała wszystko, co przytrafiało jej się w drodze. Wiedział, że czasami był dla niej 

męczący, ale nigdy nie płakała ani się nie użalała. Maggie też była taka. Z zaskoczeniem uzmysłowił 
sobie, że od wielu już dni nie myślał o Maggie. Czarujące towarzystwo Maxie sprawiało, że przeszłość 

wydawała mu się bardzo odległa. I tak też powinno być.

Przeszli szmat drogi od opuszczenia barki. Dotarli w pobliże Northampton, leżące zaledwie kilka dni 

drogi od Londynu. Ich podróż barką, z zachowaniem szczególnej ostrożności, chyba zmyliła Simmonsa. 
Nie spotkała ich bowiem żadna nowa przygoda. Robinowi to wystarczało. Pragnął być z Maxie, dlatego 

starał się trzymać z daleka od jej wspaniałego ciała. Udało mu się okiełznać pożądanie, wmawiając 
sobie, iż dziewczyna jest nieosiągalna, tak jak mężatka albo młoda dziewica czy też ktoś z rodziny. 

Jakoś  mu   się  to   udawało,   dzięki  czemu  nie   musiał  przepraszać  za  swoje   zachowanie.  Nieustannie 
jednak   towarzyszyła   mu   świadomość,   że   dziewczyna   bardzo   go   pociąga.   Tak   naprawdę 

powstrzymywało   go   przeświadczenie,   iż   jeśli   jeszcze   raz   się   zapomni,   Maxie   go   odtrąci,   a nawet 
zniknie. Bardzo prawdopodobne, że ona także go pożądała, ale wyraźnie pokazywała, iż to ona rządzi 

swoim ciałem a nie odwrotnie.

Z zamyślenia wyrwała go błyskawica, za którą niemal natychmiast odezwał się grzmot. Lunął deszcz, 

który w sekundę przemoczył ich do suchej nitki.

– Jak daleko jest do tego miejsca, o którym mówiłeś? – zapytała Maxie, przekrzykując szum ulewy.

– Niedaleko. – Przyspieszył kroku. – Ale ten deszcz to jeszcze nic. Żałuj, że nie widziałaś odwrotu 
Napolena spod Moskwy.

Roześmiała się, jak zawsze zdumiona jego pomysłowością.

– Chcesz mi powiedzieć, że tam byłeś? Następna błyskawica przeszyła niebo.

– Krótko – rzucił lekkim tonem. – Ale nie bawiłem się tam dobrze, więc ukradłem konia i wróciłem do 
Prus.

Zasypała go serią podchwytliwych pytań, na które odpowiadał bez namysłu.

– Już prawie jesteśmy na miejscu – powiedział w pewnej chwili. Skręcili z wąskiej drogi ku prześwitowi 

w żywopłocie. Za nim rozciągał się wysoki, kamienny mur.

– Być może mózg odmawia mi posłuszeństwa, ale nie widzę tu nigdzie żadnego schronienia – rzuciła 

skonsternowana.

– Musimy przejść przez mur.

Podskoczył, chwycił się ściany i lekko podciągnął w górę. Następnie spuścił pasek od tobołka dla Maxie.

–   Wielki   Boże,   Robin,   co   robisz?!   –   zawołała   z przerażeniem.   –   Ten   mur   otacza   zapewne   czyjąś 

posiadłość.

background image

– Tak, ale właściciel jest nieobecny, a dom stoi pusty – wyjaśnił. Ponieważ nadal się wahała, dodał: – 
Uwierz mi, nie będzie żadnych kłopotów.

Popatrzyła na niego niepewnie. Jak zawsze wyglądał na kryształowo uczciwego. Przypomniała sobie, co 
pomyślała o nim, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy: że ma twarz człowieka, który potrafi wcisnąć 

kupującemu tysiące niepotrzebnych szpargałów. Anielski hultaj, szelma, łobuz. Jednak jak do tej pory 
nie zawiodła się na nim. Chwyciła za pasek i wspięła się po murze.

Zeskoczyli na drugą stronę. Znaleźli się pod wielkimi drzewami, które osłaniały ich nieco od ulewy. 
Robin   prowadził   słabo   widoczną   ścieżką.   Ziemia   była   mokra,   bagnista.   W końcu   doszli   do   lasu. 

Scenerię oświetliła błyskawica. Maxie stanęła jak wryta na widok majestatycznego budynku rysującego 
się na tle granatowego nieba. Przy takiej pogodzie pałace  robiły upiorne wrażenie, jak z gotyckich 

romansów,   ale   nie   ten.   Budowla   z okresu   Jakuba   I stała   na   lekkim   wzniesieniu,   otoczona   dobrze 
utrzymanymi trawnikami i ogrodami. Nie była zadziwiająco duża, ani też ostentacyjna. Miała doskonałe 

proporcje i wspaniale komponowała się z otoczeniem. Nawet przy burzy emanowała spokojem.

– Robin, nie powinniśmy tu przychodzić – stwierdziła Maxie.

– Służba jest u siebie. Dom stoi pusty, uwierz mi – uspokajał. – Nikt nie zauważy, że tu jesteśmy.

Nadal się opierała.

– Skąd możesz wiedzieć, że jest pusty?

– To dla mnie punkt honoru wiedzieć takie rzeczy – wyjaśnił enigmatycznie. – Chodź. Nie wiem jak ty, 

ale ja jestem zamarznięty na kość.

Rozejrzała się na boki i ruszyła za Robinem.

– Jak nazywa się ta posiadłość i do kogo należy?

– Ruxton. Przez wiele lat stanowiła drugą posiadłość jednej z największych rodzin w Anglii. Doskonale 

utrzymana, ale rzadko używana – wyjaśnił, prowadząc ją do tylnych drzwi.

–   Jaka   szkoda.   –   Popatrzyła   na   ładną   fasadę.   –   Ten   dom   powinien   być   zamieszkany.   Angielscy 

szlachcice są beznadziejnie rozrzutni.

– Nie zaprzeczam.

Zatrzymali  się  przy  drzwiach  prowadzących  do  kuchni.  Robin  przekręcił gałkę,  przekonując   się, że 
drzwi   są   zamknięte.   Nie   zastanawiając   się   długo,   ściągnął   prawy   but,   odsunął   obcas   i wyciągnął 

komplet wytrychów. Włożył but i wetknął jeden z drucików w dziurkę od klucza.

– Co ty wyprawiasz, do diabła? – prawie krzyknęła.

– Chyba to oczywiste. Teraz bądź cicho – dodał, uprzedzając jej protest. – Wyszedłem z wprawy, więc 
muszę się skoncentrować.

Chyba jednak nie wyszedł z wprawy. Zmienił wytrychy i już po minucie drzwi stały otworem.

– Masz przerażające talenty – rzuciła gniewnie.

–   Ale   użyteczne   –   odparł   z niewinną   minką.   –   Chyba   wolisz   znaleźć   się   w środku,   przy   gorącym 
kominku, niż sterczeć tu na deszczu?

– To niebezpieczne – mruknęła, przekraczając próg.

Przez zamknięte okiennice wpadało dość światła, by zobaczyć, iż kuchnia jest czysta i pusta. Na ścianie 

wisiały świecące garnki, ale nigdzie nie było śladu ludzi. Najwyraźniej Robin miał dobre informacje. 
Niemniej   jednak,   nie   czuła   się   pewnie,   kiedy   odkładała   na   podłogę   tobołek   i ściągała   z siebie 

przemoczoną pelerynę i kapelusz.

background image

Robin otworzył drzwi do spiżarni.

– Rozpalę ogień. W tej burzy nikt nie zauważy małego dymu z komina.

To oczywiste, że był tu już wcześniej. Może jako żebrak, proszący o jedzenie, w czasach kiedy dom był 
jeszcze zamieszkany. A może jako  gość? Odnalezienie latarni zajęło  mu tylko  kilka sekund.  Potem 

rozpalił   ogień   w kominku   i wstawił   wodę   na   kąpiel.   Przemoczona   do   suchej   nitki   i drżąca   z zimna, 
z wdzięcznością zbliżyła się do gorących płomieni.

Robin zniknął na chwilę i pojawił się z grubym szalem, którym okrył jej ramiona.

– Znalazłem garderobę z mnóstwem starych ubrań – oznajmił. – Może wybierzemy pokoje do spania, 

zanim zagotuje się woda na kąpiel?

– Szczerze mówiąc, wołałabym zostać tutaj – odparła. – Czuję się niezręcznie, wdzierając się do tego 

domu, nawet jeśli nikt tu nie mieszka.

– Ale ten dom stoi pusty od wielu lat. – Robin zapalił kilka świec, po czym uśmiechnął się i poklepał 

japo dłoni. – Chodź, zobacz. Nikomu nie robimy nic złego.

Poszła za nim z przeświadczeniem, że kiedy uśmiecha się w ten sposób, zrobiłaby wszystko, co powie.

Oglądała dom, który był ładny i przytulny, czego brakowało Chanleigh Court. Choć większość mebli 
zakrywały   narzuty,   mogła   dostrzec   ich   eleganckie   kształty.   Stoły   z satynowego   drzewa   wymagały 

jedynie odkurzenia. Wysokie okna czekały na wpuszczenie światła, a grube orientalne dywany tłumiły 
ich kroki.

W pokoju muzycznym podniosła pokrywę klawikordu i zagrała gamę.

– To smutne, że nie ma nikogo, kto by się tym wszystkim cieszył.

– Ten dwór jest stary jak świat – zauważył melancholijnie Robin. – Dekada czy dwie to dla niego 
niezauważalna przerwa. Ruxton miało swojego gospodarza i tak też będzie w przyszłości.

Miała   nadzieję,   że   tak   się   stanie.   Poszli   na   górę.   Na   szczycie   schodów   znajdowało   się   małe,   nie 
zasłonięte okiennicami okienko. Zatrzymała się przy nim, by podziwiać malownicze wzgórza. Krajobraz 

był tu łagodniejszy niż w Durhamshire, ale równie piękny.

Zacisnęła wargi. Jak to możliwe, że właściciele nie chcą tu mieszkać? Czy nie mają biednych krewnych, 

którzy   potrzebują   schronienia?   Kręcąc   głową   ruszyła   za   towarzyszem.   Robin   otworzył   jakieś   drzwi 
i zajrzał do środka. Pokój był duży, z olbrzymim łożem o czterech kolumnach i różowym dywanem na 

podłodze.

– Czy ten ci odpowiada? Zdaje się, że to pokój pani domu. Sypialnia pana musi się znajdować za tymi 

drzwiami.

Popatrzyła na Robina, przypominając sobie zajazd poganiaczy.

– Innymi słowy łóżko jest bardziej niebezpieczne niż siano, krzaki czy sterta dywanów?

Spojrzał jej w oczy z powagą.

– Już się o tym przekonaliśmy. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli prześpię się w drugim pokoju.

Oczywiście miał rację.

Po raz kolejny podciągnęła opadające rękawy eleganckiego szlafroka. Nie chciała, żeby ubazgrały się 
w talerzu zjedzeniem. W ciągu ostatnich trzech godzin humor znacznie się jej poprawił. W czasie gdy 

Robin   się  kąpał,   udusiła   szynkę   z warzywami,  które   ze   sobą  przynieśli.   Choć  nie  piła   alkoholu,  to 
używała go do gotowania. Szynka z dodatkiem sporej ilości białego wina i ziół była prawdziwą ucztą 

dla podniebienia.

background image

W   czasie   kiedy   ona   zażywała   kąpieli   –   zachwycającej,   pachnącej   lawendą   kąpieli   –   Robin   zbierał 
domowe skarby, by wykreować wspaniały nastrój do posiłku. Salon jadalny był za duży, by stworzyć 

intymną   atmosferę,   rozstawił   więc   stół   w mniejszym   pokoju.   Kryształowe   kielichy,   srebrne   sztućce 
i delikatna porcelana lśniły w świetle świec. Znalazł też dwa aksamitne szlafroki, w które się przebrali, 

podczas gdy ich ubrania schły przy ogniu. Maxie czuła się jak prawdziwa księżniczka.

Przełknęła ostatni kęs jedzenia i odchyliła się na oparcie z westchnieniem zadowolenia, po raz kolejny 

podciągając rękawy. Szlafrok był na nią za duży, ale doskonale pasował na tę niecodzienną okazję. Na 
stopach miała grube wełniane skarpety i jak dziecko rozpuściła włosy.

Postanowiła się odprężyć i cieszyć oko bogatym wnętrzem. Odnosiła dziwne wrażenie, że dom jest jej 
przyjazny. Być może cieszył się, że ma mieszkańców, choć tylko przypadkowych. Ukradkiem spojrzała 

na Robina.  Szlafrok doskonale  na nim leżał i pasował kolorem do  jego oczu. Podkreślał też  płowy 
odcień włosów. Robin wyglądał w nim niebezpiecznie przystojnie. Kiedy sięgał po kieliszek, szlafrok 

rozchylił się na piersi. Maxie zauważyła rudawe włosy. Przypomniała sobie, że tego samego koloru jest 
broda Robina.

– W takich chwilach przyjemnie byłoby pohuśtać się w bujanym fotelu z kieliszkiem brandy w dłoni – 
powiedziała, nalewając sobie wody ze srebrnego dzbanka.

– A więc zrób to. Nie szkodzi, że pijesz tylko wodę. – Uniósł kielich z resztkami wina, którego użyła do 
przyprawienia szynki. – Wypijemy za przyszłość?

Roześmiała się i uniosła kieliszek.

– Czy można spełniać toast wodą?

– Liczy się intencja, a nie rekwizyty – zapewnił ją Robin.

Nagle ogarnęła ją dziwna tęsknota. Coraz częściej myślała o rozstaniu z Robinem, z jego niedbałym 

wdziękiem, inteligentnym poczuciem humoru i niewiadomym pochodzeniem. Jednak przyszłość z nim 
pozostawała   raczej   w sferze   marzeń   niż   rzeczywistości.   Próba   zatrzymania   go   to   jak   próba 

pochwycenia wiatru.

Uśmiechnęła   się   smutno,   uniosła   kielich   i opróżniła   go   jednym   haustem.   Jest   Amerykanką,   a to 

oznaczało, że dla niej nic nie jest niemożliwe. Nalała sobie ponownie wody i sięgnęła po ciasteczko.

– Zdaje  się, że  kiedyś byłeś  kelnerem.  – Wskazała  na elegancko  zastawiony  stół.  – Wspaniale  to 

zaaranżowałeś.

– Tak się składa, że byłem. Raz czy dwa usługiwałem jako kelner, byłem też woźnicą i odźwiernym.

Szeroko otworzyła oczy.

– Mówisz poważnie, czy znowu sobie ze mnie żartujesz?

– Całkiem poważnie. – Uśmiechnął się. – Tak trudno ci wyobrazić sobie, że wykonywałem prawdziwą 
pracę?

– To niełatwe. – Podparła się pod brodę i utkwiła wzrok w arystokratycznym profilu mężczyzny. Nie 
powinna   się   dziwić.   Nawet   włóczący   się   dżentelmeni   z wrodzoną   odrazą   do   uczciwej   pracy   muszą 

czasami coś robić, żeby nie umrzeć z głodu.

– Na pewno byłeś bardzo zręcznym służącym. Potrafisz jak kameleon przystosować się do każdego 

otoczenia. – W tym krótkim zdaniu próbowała przekazać wszystko to, czego dowiedziała się o Robinie 
w trakcie podróży. – Jednak choć bez kłopotu dogadujesz się ze wszystkimi, zawsze wydajesz się jakiś 

obcy, na boku.

Dłoń trzymająca kielich znieruchomiała.

background image

– Bardzo wnikliwa uwaga. – Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, dodał: – Wkrótce dotrzemy do Londynu. 
Gdzie zamierzasz rozpocząć śledztwo w sprawie śmierci ojca?

– W zajeździe, w którym zmarł. Jestem pewna, że tam się wszystkiego dowiem. Mam też listę starych 
znajomych ojca, których zamierzał odwiedzić.

–   A potem?   –   W niebieskich   oczach   Robina   pojawiło   się   napięcie.   Potrząsnęła   głową,   bawiąc   się 
srebrnymi sztućcami, bez skutku próbując odcyfrować wyryte na nich inicjały.

–   Pewnie   wrócę   do   Ameryki   i znajdę   pracę   w sklepie   z książkami.   Jeszcze   się   nad   tym   nie 
zastanawiałam. Przyszłość wydaje mi się taka odległa. – Wrzuciła kostkę cukru do herbaty. – Nie, to 

nie   tak.   Zazwyczaj   mam   pewne   pojęcie   o tym,   co   przyniesie   przyszłość.   To   żadne   wizje,   ale 
przeczucie,   że   wszystko   się   jakoś   ułoży.   Na   przykład,   kiedy   podróżowałam   z ojcem,   zawsze 

wiedziałam, kiedy dotrzemy do celu, a kiedy nie. Kiedy płynęliśmy do Anglii, nie miałam wątpliwości, 
że   dotrzemy   bezpiecznie   na   miejsce   i wiedziałam,   że   spotkam   rodzinę   ojca.   Tak   przy   okazji, 

opuszczając dom wuja, wiedziałam, że dotrę do Londynu.

– Czy przeczuwałaś także, że po drodze spotka cię tyle przygód? – zapytał zaintrygowany.

– Nie i nawet przez myśl mi nie przeszło, że spotkam kogoś takiego jak ty. – Uśmiechnęła się. – Ale 
teraz, kiedy patrzę przed siebie, nie umiem przewidzieć, co się wydarzy. Podobnie było pewnego lata, 

kiedy postanowiliśmy dotrzeć do Albany. Nie istniał żaden powód, dla którego miało nam się to nie 
udać,   a jednak   nie   widziałam   nas   tam.   Potem   się   okazało,   że   ojciec   zachorował.   Kilka   tygodni 

spędziliśmy   w małej   wiosce   w Vermont   i tego   roku   już   nie   wyruszyliśmy   do   Albany.   Podobnie   jest 
teraz.

Robin zmarszczył brwi.

– Co teraz czujesz?

– Jakąś ciemną plamę. Być może nie potrafię odczytać przyszłości, ponieważ zdarzy się coś bardzo 
niespodziewanego   –   powiedziała   powoli.   –   Zawsze   wiedziałam,   że   nie   spędzę   całego   życia   jako 

roznosicielka książek, choć nie wiedziałam, jak ta część mojego życia się zakończy. Jednak kiedy tylko 
ojciec powiedział, że jedziemy do Anglii, wiedziałam, że nigdy już nie wrócę do roznoszenia książek.

– Wielokrotnie miałem do czynienia z intuicją i nauczyłem się jej nie lekceważyć – powiedział z powagą 
Robin.   –   Gdybyś   się   skoncentrowała,   to   myślisz,   że   potrafiłabyś   wyraźniej   zobaczyć,   co   cię   czeka 

w Londynie? Jeśli czyha na nas jakieś niebezpieczeństwo, lepiej żebyśmy byli na nie przygotowani.

– Nie wiem, czy to możliwe, ale spróbuję – odparła z powątpiewaniem w głosie.

Zamknęła oczy, rozluźniła się i wyobraziła sobie mapę Anglii. Srebrzysta nitka na południe od Durham 
rozświetlała się przy Yorkshire, gdzie spotkała Robina. Co z Londynem, pogmatwanym, pulsującym 

sercem Anglii?

Czerń, chaos, ból.

Z   przerażeniem   podskoczyła   w krześle,   przy   okazji   strącając   ze   stołu   filiżankę   ze   spodkiem. 
Wpatrywała się w potłuczone kawałki, a serce biło jej jak oszalałe.

– Stłukłam filiżankę – powiedziała głupio.

– Do diabła z filiżanką. – W jednej chwili znalazł się przy niej i objął ramieniem. Kiedy schowała mu 

twarz na piersi, dodał cicho: – Czy poczułaś, że zdarzy się tam coś strasznego?

Próbowała   patrzeć  na  czarny,   przerażający   wir,   który  omal  jej  nie  wciągnął,   ale   umysł   przed  nim 

uciekał.

– To... to przekracza moje wyobrażenie. To coś tak strasznego, że nie potrafię tego zrozumieć.

background image

– Czy to może być twoja własna śmierć? – zapytał cicho Robin. – Jeśli tak, wracamy, nawet gdybym 
musiał przywiązać cię do konia.

Potrząsnęła głową.

– Nigdy nie bałam się śmierci, więc chyba nie o nią chodzi. Nagle przyszła jej do głowy przerażająca 

myśl. Czy przypadkiem nie wyczuwała instynktownie zagrożenia życia Robina? Zaraz jednak odrzuciła 
tę myśl. Strach nie miał nic wspólnego z Robinem.

– Nie chodzi też o twoją śmierć. Chyba... chyba wiąże się to ze śmiercią taty. – Przełknęła głośno ślinę. 
– Chociaż pogodziłam się już z podejrzeniem, że wuj mógł zamordować ojca, to w głębi serca w to nie 

wierzę. Jeśli jednak jest za nią odpowiedzialny, to już wiem, dlaczego myślenie o przyszłości sprawia 
mi tyle bólu. Proces o morderstwo przyniesie tragiczne skutki dla całej rodziny. Zostaną skrzywdzeni 

niewinni ludzie.

– A ty tego nie chcesz, chociaż twoi krewni nie byli dla ciebie szczególnie mili. – Podparł jej brodę 

palcem   i zmusił,   by   na   niego   spojrzała.   –   Przypuszczam,   że   to   głupota   pytać,   czy   pragnęłabyś 
o wszystkim zapomnieć.

– To nie wchodzi w grę. Może nie uda mi się odkryć prawdy, ale jeśli nie spróbuję, nigdy sobie nie 
wybaczę.

Wcale nie zaskoczony jej słowami.

– Masz rację – powiedział. – Prawda rzadko jest tak straszna, jak się tego obawiamy. – Odsunął jej 

włosy   z czoła   i wstał.   –   Zrobię   jeszcze   jeden   dzbanek   herbaty.   Potem   opowiem   ci   najbardziej 
niedorzeczne historie, żebyś mogła spokojnie zasnąć. – Uśmiechnął się. – A znam ich mnóstwo.

– Dziękuję, Robin – rzuciła za nim, kiedy szedł do kuchni z dzbankiem w ręce.

Nie wiedziała, jak długo jeszcze ze sobą będą, ale dopóki miała Robina był przy sobie, gotowa była 

znieść najtragiczniejszą prawdę.

background image

21

Giles Wolverton obliczył, że jeśli Robin i panna niewinna zamierzali zatrzymać się w Ruxton, dotarcie 
tam z Market Harborough zajmie im jakieś trzy do czterech dni. Ruszył więc na południe, rozpytując 

wszędzie o uciekinierów, ale bezowocnie. Wyparowali jak letnia mgła.

Zamierzał   trzecią   noc   spędzić   w Ruxton,   ale   nagła   burza   zamieniła   drogi   w bagnisko,   więc   powóz 

straszliwie się wlókł. Giles, poirytowany, ganił samego siebie za tę niepotrzebną stratę czasu. Czekała 
go   kolejna   noc   w jakimś   zajeździe.   Powędrował   myślami   ku   Desdemonie   Ross.   Z niepokojem 

stwierdził, że myśli o tej kobiecie nawiedzają go zarówno na jawie jak i we śnie. Musiał coś z tym 
zrobić, tylko nie wiedział co.

Z   przyjemnych   marzeń   wyrwał   go   nagły   zgrzyt.   Karoca   zakołysała   się   podejrzanie.   Giles 
z westchnieniem wyszedł na ulewę. Defekt powozu to wspaniałe zakończenie dnia.

– Wickes, sprawdźmy jak to poważne! – zawołał do woźnicy. Wickes oddał lejce Millerowi, młodemu 
stangretowi, zeskoczył z kozła i wspólnie ze swoim panem poszli po błocie obejrzeć szkody.

– Oś pękła, milordzie – ponuro oświadczył Wickes. – Będziemy musieli posłać Millera po kowala.

– Jesteśmy jakąś milę lub dwie od Daventry. Tam znajdziemy kowala. – W tym momencie usłyszał 

turkot kół.

– Mamy szczęście – powiedział Wickes, wychodząc na środek drogi i machając do nadjeżdżającego 

pojazdu.

Nie był to wóz farmerski, lecz powóz z charakterystyczną żółtą obwódką. Na twarzy Gilesa rozkwitł 

szeroki uśmiech. Ktokolwiek powiedział, że nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre, miał rację. 
Burza  też   miała   swoje   dobre   strony.   Kiedy   szedł   w stronę   powozu,   wyszła   z niego   wysoka   postać 

kobieca.

– Niech pani wraca, lady Ross! – zawołał do niej Giles. – Nie ma potrzeby, żeby pani mokła.

–   Niech   się   pan   nie   obawia,   nie   rozpuszczę   się.   –   Desdemona   uśmiechnęła   się   złośliwie.   Z ronda 
kapelusza   spływała   woda.   –   Teraz   ja   mam   szansę   na   wybawienie   pana   z opresji.   Jak   mogłabym 

przepuścić taką okazję? Przypuszczam, że złamało wam się koło albo oś.

Giles skinął głową twierdząco.

– Byłbym wdzięczny, gdyby przysłała pani kogoś z Daventry z pomocą.

– Dlaczego nie pojedzie pan ze mną? Pańscy służący potrafią przypilnować powozu, a ja zamierzałam 

zatrzymać   się   w zajeździe   „Pod   Pszenicznym   Snopem”.   Znajdzie   się   tam   pokój   także   dla   pana.   – 
Szczelniej otuliła się peleryną. – To nie jest pogoda na podróż.

Perspektywa spędzeniu czasu z tą wspaniałą kobietą była tak pociągająca, że nie mógł jej się oprzeć. 
Polecił ludziom czekać w powozie na pomoc, zabrał torbę z ubraniami na zmianę oraz kilka innych 

niezbędnych przedmiotów i wsiadł za lady Ross do powozu. Stwierdził wówczas, że są sami.

– Co się stało z pani pokojówką? – zapytał.

– Ta głupia dziewucha się rozchorowała, więc odesłałam ją do domu. – Odchyliła głowę na bok. – To 
oczywiste, że nie zastosowałam się do pańskiej rady i nie wróciłam potulnie do Londynu. Dwa razy 

natknęłam się na ślad naszych zbiegów, ale ich nie znalazłam. A jak z pańskim szczęściem?

– Podobnie. – Uznał, że nie sensu dłużej milczeć na temat Ruxton. – Robin ma posiadłość w pobliżu 

Daventry. Chcę sprawdzić, czy się tam nie zatrzymali na dzień lub dwa. Może zechce pani mi jutro 
towarzyszyć?

background image

– Naturalnie. Nawet dobrze się stanie, jeśli odnajdziemy ich we dwójkę – dodała.

We dwójkę. Gilesowi bardzo się to spodobało.

Po dojechaniu do Daventry najpierw odnaleźli kowala, który za sowitą opłatą zgodził się natychmiast 
pojechać do powozu, potem udali się do zajazdu. Giles poprosił zaraz o gorącą herbatę. Właściciel 

skłonił się gościom głęboko i zaprowadził do oddzielnego saloniku.

Giles zajął się ściąganiem przemokniętego płaszcza, a jego towarzyszka stanęła przy kominku.

– To dziwnie znajoma sceneria – zauważyła. – Bez przerwy spotykamy się w zajazdach.

Zdjęła ociekający wodą kapelusz i wstrząsnęła głową. Czerwona kaskada wilgotnych loków opadła jej 

na   ramiona.   Giles   z przyjemnością   przyglądał   się   Desdemonie,   która   nie   wiedząc,   że   jest 
obserwowana,   rozczesywała   palcami   płomieniste   sploty.   Doszedł   do   wniosku,   że   bardzo   mu   się 

podobają rude kobiety.

Właśnie zamierzał rzucić jakąś żartobliwą uwagę na temat ich spotkań w gospodach i następstwach, 

jakie te spotkania mogą mieć dla ich reputacji, kiedy jego towarzyszka zdjęła z siebie przemoczoną 
pelerynę.

Już wcześniej zastanawiał się, jak lady Ross wygląda bez tych grubych bezkształtnych okryć. Na jej 
widok krew zaczęła mu szybciej krążyć w żyłach. Uważał Desdemonę za kobietę o pełnych kształtach, 

tymczasem   miała   wspaniałą   sylwetkę,   długie   i zgrabne   nogi,   szczupłą   talię,   w szczególności   zaś 
posiadała przecudowną parę...

Giles pospiesznie zmienił wyraz twarzy. Dżentelmen powiedziałby w takiej chwili, że ma przepiękną 
szyję i to była prawda, lecz także cała reszta była piękna.

W tym momencie Desdemona spojrzała na towarzysza.

– Pan się we mnie wpatruje – powiedziała oskarżycielsko. Giles utkwił w niej zachwycony wzrok.

– Lady Collingwood miała rację. Twarz Desdemony oblała się rumieńcem.

– Nie chciałem pani obrazić – pospiesznie wytłumaczył Giles. – Pani jest oszałamiająco piękną kobietą. 

Trudno tego nie zauważyć.

– To oznacza, iż zgadza się pan z moją bratową, która twierdzi, że wyglądam jak kobieta łatwa – 

warknęła. – Obydwoje się nie mylicie, bo wielu mężczyzn uważa mnie za taką. – Sięgnęła po pelerynę, 
zamierzając się okryć.

Jej   gorzkie   słowa   uświadomiły   Gilesowi,   dlaczego   Desdemonę   tak   bardzo   krępują   męskie 
komplementy. Zdjął z siebie wełniany płaszcz, który nosił pod płaszczem od deszczu.

– Niech pani to włoży. Ten przynajmniej jest suchy. – Ponieważ się wahała, dodał najłagodniej jak 
potrafił: – Przykro mi za to, co powiedziałem. To dlatego, że byłem zaskoczony. Tak wspaniale się pani 

maskuje.

Przyjęła nakrycie z ociąganiem, jakby się spodziewała, że markiz na nią napadnie. Zarzuciła płaszcz na 

ramiona. Ku żalowi Gilesa znowu wyglądała bardzo porządnie.

Dostali herbatę wraz z talerzem ciasteczek. Początkowo Desdemona siedziała spięta na brzegu krzesła, 

ale kiedy gorący napój zaczął ją rozgrzewać, a Giles trzymał się na dystans, zaczęła się rozluźniać. 
Wówczas uznał, że nadszedł czas, aby się dowiedzieć, dlaczego jest taka strachliwa.

–   Musiała   mieć   pani   ciężki   pierwszy   sezon.   Panny   z twarzami   aniołków   zazwyczaj   wzbudzają 
opiekuńcze instynkty, ale przy kobiecie z pani urodą mężczyźni mogą się zapomnieć, zwłaszcza młodzi, 

niezrównoważeni emocjonalnie i niecierpliwi.

Desdemona wpatrywała się w swój talerzyk z ciasteczkami.

background image

– Kiedy po raz pierwszy pewien młody mężczyzna odciągnął mnie od przyzwoitki, czułam się ogromnie 
winna   i zastanawiałam   się,   czym   go   zachęciłam.   W końcu   zrozumiałam,   że   błąd   nie   leży   w moim 

zachowaniu. – Zacisnęła usta. – Dla obrony zaczęłam nosić we włosach długą, ostrą szpilę.

– Teraz rozumiem, dlaczego ma pani tak niskie mniemanie o mężczyznach – stwierdził Giles. – A to był 

dopiero początek, prawda?

– Dlaczego pan o to pyta, milordzie? – Desdemona spojrzała wyzywająco na swego rozmówcę. – Jeśli 

stara się pan w uprzejmej formie ukryć niecne intencje, to powiem otwarcie, że nic panu do mojej 
przeszłości.

Giles odetchnął głęboko.

– Moje intencje nie są niecne, tylko uczciwe.

Desdemona szeroko otworzyła usta i z głośnym stuknięciem odstawiła filiżankę na spodek. Ich oczy 
spotkały  się   na  krótką  chwilę,   która   wszystko   zmienia.   Na  lepsze   albo  na   gorsze,  ale  nie   ma  już 

powrotu. Kiedy Desdemona odezwała się, jej głos brzmiał niedbale, ale Giles wiedział, że udaje.

– Spotkałam raz pana żonę, w trakcie jej pierwszego sezonu. Była wspaniała, jak porcelanowa figurka.

Odstawił   filiżankę,   pilnując,   żeby   uczynić   to   bezgłośnie.   Takie   odwrócenie   ról   było   sprawiedliwe. 
Najpierw on ją wypytywał, teraz jej kolej.

– Tak, Dianthe była bardzo piękna.

– Nie istnieją dwie bardziej różniące się od siebie kobiety, jak ona i ja.

– Mam nadzieję, że to prawda – odparł, nie potrafiąc ukryć goryczy w głosie. – Inaczej popełniłbym 
drugi błąd mojego życia.

Desdemona nie czuła się pewnie w trakcie tej rozmowy, ale po tych słowach uspokoiła się. Stwierdziła 
z radością, że Giles jest tak samo wrażliwy jak ona.

– Co poszło źle?

Wstał i zaczął niespokojnie chodzić po pokoju.

– To nie jest jakaś wielka historia. Kiedy się pobieraliśmy, byłem zauroczony. Nie mogłem uwierzyć, że 
spośród tylu mężczyzn wybrała właśnie mnie. – Wzruszył ramionami. – Wielki ze mnie głupiec, że się 

wtedy nie domyśliłem, dlaczego to uczyniła. Tego roku byłem najlepszą partią. Ale ona bardzo zręcznie 
udawała słodką i kochającą. Łatwo dałem się zwieść.

–   Ale   przecież   musiał   się   jej   pan   podobać.   Żadna   kobieta   o zdrowych   zmysłach   nie   wyjdzie   za 
mężczyznę, którego nie kocha, zwłaszcza jeśli może wybierać.

– Nie twierdzę, że mnie nienawidziła, ale w trakcie jednej z naszych urzekających rozmów wyjawiła mi, 
że zanim skończył się nasz miodowy miesiąc, była już mną znudzona. Spodziewała się nudy, ale nie 

tak wielkiej i nie tak szybko.

Desdemona zamrugała powiekami. Ta historia bardzo przypominała jej własne małżeństwo.

– Dianthe była małą filozofką. Nudziłem ją, ale akceptowała mnie ze względu na majątek i pozycję. 
Miała talent do wydawania pieniędzy i pragnęła zostać markizą.

–   Umarła   przy   porodzie,   prawda,   razem   z dzieckiem?   Desdemona   przypominała   sobie,   że   gdzieś 
czytała o tych przykrych wydarzeniach. Pamiętała, że żal jej było tej piękności, która tak wcześnie 

odeszła.

–   Tak.   –   Oparł   dłoń   na   gzymsie   kominka   i przez   dłuższą   chwilę   wpatrywał   się   w ogień.   –   Kiedy 

umierała, i wyglądało na to, że dziecko przeżyje, wyznała, iż jest prawie pewna, że nie jest moje. To 

background image

żenujące.   Kobiety   jej   pokroju   starają   się   najpierw   wydać   na   świat   prawowitego   dziedzica,   żeby 
zabezpieczyć sobie kartę przetargową, dopiero później idą własną drogą. Jednak pomyłki się zdarzają.

Desdemonie zrobiło się żal Gilesa. Po raz pierwszy w życiu zapragnęła objąć mężczyznę, nie obawiając 
się zarazem jego reakcji. Położyła mu rękę na ramieniu.

– Tak mi przykro. Nie była pana warta.

– Tego nie wiem, ale jestem pewien, że mieliśmy całkowicie różne pojęcie o tym, czego pragniemy od 

małżeństwa. Tak bardzo się pomyliłem. Najgorsze, że po jej śmierci nie odczuwałem żadnego żalu – 
dodał prawie niedosłyszalnie.

– Rozumiem – powiedziała cicho. – Kiedy umarł mój mąż, czułam ulgę, wyrzuty sumienia i smutek 
z powodu tej bezsensownej śmierci. To było... skomplikowane.

Teraz Giles dotknął jej dłoni.

– Nie znałem sir Gilberta Rossa, ale miał reputację nałogowego karciarza.

– To prawda. Uczynił też wiele innych złych rzeczy.

Teraz   Desdemona   zapatrzyła   się   w ogień.   Nigdy   z nikim   nie   rozmawiała   o swoim   małżeństwie,   ale 

wyznanie Gilesa zasługiwało na podobną szczerość.

– Utopił się pewnej nocy. Był pijany. Raz w życiu postąpił wielkodusznie, bo zginął akurat wtedy, kiedy 

poszczęściło   mu   się   w grze,   miałam   więc   czym   spłacić   jego   długi   i jeszcze   trochę   zostało.   To 
i pieniądze od ciotki pozwoliły mi pozostać niezależną. Odkryłam, że stan wdowieński pasuje mi o wiele 

bardziej niż małżeństwo.

Westchnął.

– W naszych czasach zaręczyny to wielkie oszustwo. Nic dziwnego, że pani i ja wybraliśmy partnerów, 
którzy okazali się zupełnie inni niż sądziliśmy.

– To prawda, choć w gruncie rzeczy to nie ja wybrałam męża.

– A więc ślub zaaranżowała pani rodzina?

– Nie, mój brat z pewnością nie wybrałby Gilberta, choć był jednym z poważniejszych kandydatów. – 
Uśmiechnęła się kwaśno. – Nie miałam majątku, który mógłby równać się pańskiemu, lecz mój posag 

był spory, a poza tym podobałam się mężczyznom, nawet jeśli nie darzyli mnie szacunkiem. Gilbert 
bardzo zabiegał o moje względy, ale wiedział, że brat odrzuci jego ofertę. Pewnego dnia zabrał mnie 

na przejażdżkę do parku i odwiózł do domu dopiero następnego dnia.

Giles zmarszczył brwi.

– Czy on...

Ponownie spojrzała w ogień.

– Nie, zachował się bardzo przyzwoicie. Zabrał mnie do domu na wsi i przysięgał, że mnie kocha i nie 
może   żyć   beze   mnie.   Oczywiście   byłam   wściekła,   ale   także   trochę   dumna.   Gilbert   był   bardzo 

przystojny, a ja bardzo młoda. Uznałam, że to takie romantyczne: sławny pożeracz serc jest we mnie 
śmiertelnie zakochany.

– Rozumiem. Nie musiał pani nawet tknąć. Wystarczyło, że spędziliście razem noc.

– Właśnie. Wszyscy uznali, że nie mam wyboru i muszę za niego wyjść. – Zacisnęła usta. – Byłam zbyt 

młoda, by zdawać sobie sprawę, iż zawsze istnieje jakieś wyjście, tak więc zaakceptowałam swój los.

– Z tego powodu z taką determinacją chce pani uzmysłowić bratanicy, że ma wybór bez względu na to, 

background image

co się wydarzy.

–   Tak.   Nie   pozwolę   nikomu   zmusić   jej   do   małżeństwa.   –   Wzięła   pogrzebacz   i poruszyła   węgle.   – 

Powinnam była się sprzeciwić, ale jak powiedziałam, trochę się cieszyłam, że Gilbert tak mnie pragnie. 
Lubiłam go. Był bardzo zabawny i myślałam, że szczerze mnie kocha. Na nieszczęście była to taka 

sama miłość, jaką żywiła do pana Dianthe.

– Interesował go tylko pani spadek?

– Przede wszystkim. Ale oprócz tego... – Z trudem przełknęła ślinę, niepewna, czy powinna mówić 
dalej. Giles objął ją ramieniem, a ona trochę się rozluźniła. – Pewnego razu, kiedy Gilbert był pijany, 

powiedział mi, że kiedyś zrobił listę dziewcząt z odpowiednim posagiem, z którymi mógłby się ożenić. 
Wybrał mnie, ponieważ podobał mu się mój... mój biust.

Powiedziała to szybko, zaskoczona, że wreszcie wyjawiła to, co tyle lat raniło jej duszę.

Giles bez słowa przyciągnął ją od siebie. Wyczuła, że rozumie, jak poniżające było dla niej wyznanie 

męża. Jego przeżycia były równie poniżające.

– Podstawą małżeństwa jest seks za pieniądze – stwierdził. – Mężczyzna utrzymuje i ochrania kobietę 

w zamian   za   seksualne   usługi.   Nie   jest   to   pochlebne   dla   żadnej   ze   stron.   Oczywiście,   nie   byłem 
zadowolony,   że   przekonałem   się   o tym   w tak   bolesny   sposób.   –   Zacisnął   palce   na   ramieniu 

Desdemony. – Pani miała to nieszczęście, że została zmuszona do małżeństwa ze względu na seks i na 
pieniądze. To podwójnie niesprawiedliwe.

– Boże, jakimi głupcami są ludzie! – roześmiała się gorzko. – Czy do tego właśnie sprowadzają się 
słowa powtarzane w każdym romansie: mężczyzna wybiera tę kobietę, która najbardziej go podnieca, 

a kobieta akceptuje tego, kto najlepiej potrafi ją obronić?

–   Może   jest   to   podstawa,   ale   to   tylko   początek.   Ludzie   to   skomplikowane   stworzenia,   a dobre 

małżeństwo   musi   zaspokajać   wiele   różnych   potrzeb   i pragnień.   –   Jego   niebieskie   oczy   zalśniły 
rozbawieniem.  –   Jednak  obok  uczucia,   przyjaźni   i zaufania  dobrze   jest,   kiedy  partner   pociąga  nas 

także fizycznie.

Odwróciła wzrok, ponownie zawstydzona, ale zadowolona, że nadal znajduje się w objęciach Gilesa.

– Czy znowu wracamy do tego, iż wyglądam jak ladacznica?

– Niezupełnie. Tego typu kobiety nigdy mnie nie interesowały, przynajmniej nie dłużej niż godzinę lub 

dwie. Pani natomiast jest ogromnie interesującą osobą. Podziwiam idealizm, z jakim odnosi się pani do 
swojej politycznej działalności i to, co czyni dla swojej bratanicy, której nigdy w życiu nie widziała. – 

Zakaszlał, dusząc się ze śmiechu. – Podoba mi się także to, że się pani rumieni i że wtedy wiadomo, co 
pani myśli.

Fala   gorąca   przepływająca   przez   policzki   Desdemony   potwierdziła   jego   słowa.   Czuła,   że   za   chwilę 
zacznie wiercić stopą w podłodze jak mała dziewczynka.

– Lubię panią i szanuję – dokończył swoją wyliczankę Giles – co wcale nie kłóci się z faktem, iż urzeka 
mnie pani wygląd tancerki operowej.

Wybuchnęła śmiechem, słysząc to absurdalne porównanie. Chyba po raz pierwszy komplement z ust 
mężczyzny sprawił jej przyjemność, a nie wprawił w zakłopotanie.

Podniosła wzrok i uśmiech zamarł jej na twarzy. W oczach Gilesa dostrzegła bowiem pożądanie, ale 
także czułość i delikatność. Pochylił się ku niej, a ona nie próbowała usunąć się od pocałunku. Był jak 

lekka   pieszczota,   zupełnie   różna   od   zaczepek   młodzieńców,   których   doświadczała   jako   młoda 
dziewczyna.   Jej   mąż   rzadko   kiedy   zawracał   sobie   głowę   pocałunkami,   od   razu   zabierał   się   do 

zaspokojenia chuci.

Giles nie lubił się spieszyć. Jego usta pieściły ją wolno i delikatnie, budząc w niej uczucia, których 

background image

nigdy   wcześniej   nie   doświadczała.   Początkowo   po   prostu   przyjmowała   tę   pieszczotę,   ale   wkrótce 
zapragnęła na nią odpowiedzieć. Objęła markiza za szyję i przytuliła się do niego. Ich ciała doskonale 

do siebie pasowały. Przy nim nie czuła się jak wulgarna Amazonka, lecz jak kobieta, która odnalazła 
swoją połowę, swojego partnera.

Giles zaczął pieścić jej plecy. Czuła ciepło jego dłoni na muślinie sukni. Nie zdawała sobie sprawy, jak 
wiele wysiłku kosztuje go panowanie nad sobą, dopóki nie dotknęła koniuszkiem języka jego warg. 

Jęknął   i przyciągnął   ją   do   siebie,   tak   że   poczuła   jego   napiętą   męskość.   Zdrętwiała.   Natychmiast 
przerwał pocałunek i odsunął się. Oddychał ciężko.

– Przepraszam. Tak łatwo jest się przy pani zapomnieć. Nie chciałem pani przestraszyć.

– Nie przestraszył mnie pan. Przynajmniej nie bardzo. – Sama niepewnie trzymała się na nogach. – 

Dokąd to nas zaprowadzi, Wolverton?

Posłał jej ciepły uśmiech.

– Może do bliższej przyjaźni? Spędzimy ze sobą więcej czasu, poznamy się lepiej. Zdecydujemy, czy 
pasujemy do siebie.

– To mi odpowiada. – Zaraz po wypowiedzeniu tych słów przestała nerwowo drżeć. – Ale to potrwa. 
Jak mówiłam, lubię niezależność.

– Czy lubi pani także samotność? – zapytał cicho. Popatrzyła na swoje zrujnowane trzewiki i pokręciła 
głową.

–   Ale   jeśli   mamy   się   zaprzyjaźnić,   bądźmy   uczciwi.   Jeśli   zdecyduję,   że   nie   zniosę   ponownego 
małżeństwa, powiem to. A jeśli pan dojdzie do podobnego wniosku, też nie będzie tego krył. Żadnych 

nonsensownych zobowiązań, biorących się z przekonania, iż musi się pan ze mną ożenić, ponieważ 
wzbudziłeś   moje   oczekiwania.   Podobno   Wellington   wziął   z tego   powodu   ślub   i wszyscy   wiemy,   jak 

katastrofalnie to się dla niego skończyło.

– Zgoda. Bardzo mi się podoba takie podejście. A tak przy okazji, czy zechciałaby pani mówić do mnie 

Giles? Dianthe zawsze używała mojego tytułu, co zresztą było w porządku, ponieważ wyszła za lorda – 
dodał z uśmiechem.

– Głupia kobieta. Dobrze, Giles. – Przyjrzała mu się z uwagą. – Jak sądzisz, czy będziesz mógł zwracać 
się do mnie „Desdemona” bez wybuchania śmiechem?

– Prawdopodobnie nie. – Jego oczy błyszczały rozbawieniem. – Kiedy wpadłaś rozwścieczona do mojej 
biblioteki,   przyszło   mi   na   myśl,   że   być   może   Otello   miał   trochę   racji,   dusząc   Desdemonę.   Potem 

jeszcze raz albo dwa o tym pomyślałem.

– To poniżająca uwaga. – Starała się zachować srogą minę, ale nie potrafiła ukryć wesołości. Co za 

głupia gęś z tej Dianthe. Jak mogła uważać, że Giles jest nudziarzem.

– To prawda – przyznał wesoło. – Dlatego chichoczesz?

– Jestem dojrzałą i poważną wdową – przypomniała mu. – Ja nie chichoczę. – Potem jednak schowała 
mu twarz na ramieniu, żeby stłumić dźwięki, które wyraźnie przeczyły jej słowom.

background image

22

Robin nie mylił się co liczby zabawnych historyjek, które znał. Kiedy doszli do wniosku, że czas na 
spoczynek, Maxie była tak rozbawiona, że prawie nie pamiętała swojego niedawnego uczucia niepokoju 

wywołanego niepewną wizją przyszłości. Ramię przy ramieniu weszli po schodach; Robin niósł świecę, 
Maxie rąbek sukni.

Odprowadził ją do pokoju, zapalił świecę przy łóżku, potem odwrócił się do drzwi prowadzących do 
sąsiedniej sypialni. Światło świecy rzucało mu na twarz długie cienie. W niebieskim szlafroku wyglądał 

jak   jakiś   średniowieczny   pan.   Żadnego   innego   mężczyzny   do   tej   pory   tak   nie   pragnęła.   Chciała 
rozsunąć mu szlafrok, odsłonić jego anielskie ciało i pociągnąć na łóżko. Bez zastanowienia położyła 

dłoń   na   odkrytym   trójkącie   jego   piersi.   Czuła   pod   palcami   mocno   bijące   serce,   a także   seksualne 
napięcie między nimi.

– Czyja teraz kolej na bycie rozsądnym? – zapytała.

– Moja, jak sądzę. – Dotknął jej włosów, pozwalając, by złociste, błyszczące pukle oplotły się wokół 

palców. Potem uniósł jej dłoń i pocałował. – Pamiętaj, jestem obok za drzwiami. Jeśli będą cię męczyły 
koszmary, zawołaj, a zaraz przyjdę.

–   Wiem.   –   Powstrzymując   się   przed   pocałunkiem   na   pożegnanie,   cofnęła   się   i zajęła   splataniem 
włosów. – Miłych snów.

Robin zniknął za drzwiami. Zdjęła szlafrok i wsunęła się pod kołdrę. Jednak mimo wygodnego łóżka 
sen nie nadchodził. I to nie z powodu czarnych wizji przyszłości. To wielkie łoże było dla niej zbyt duże, 

zimne i zbyt puste.

Przekręciła się na brzuch. Rozsądek kazał jej unikać intymnych kontaktów z Robinem, ale rozsądek to 

kiepski kompan w nocy.

Po godzinie nadal nie mogła zasnąć. Jęknęła z wściekłości i usiadła. Może jeśli otworzy drzwi łączące 

ich sypialnie, poczuje się bliżej Robina i będzie mniej samotna.

Wysunęła się z łoża i na palcach podeszła do drzwi, drżąc w cienkiej koszuli. Padało, a powietrze było 

chłodne i przypominało jej październikowe noce w Nowej Anglii. Cichutko otworzyła drzwi z nadzieją, 
że mimo głośnych uderzeń deszczu o szyby usłyszy miarowy oddech Robina. Usłyszała, ale to jej nie 

uspokoiło. Oddychał płytko, urywanie, tak jak pierwszej nocy, kiedy spali na wrzosowiskach. Męczył go 
wtedy koszmar. Poruszył się i łóżko zaskrzypiało. Nagle zaczął coś gniewnie mówić w obcym języku. 

Zmarszczyła   brwi   i weszła   do   pokoju.   To   był   niemiecki.   Choć   nie   znała   tego   języka,   rozpoznała 
poszczególne słowa: das Blut das Mord. Krew i morderstwo.

– Nein! Nein! – krzyknął nagle głośno i zadrżał gwałtownie. Przestraszona, wskoczyła na szerokie łóżko 
i potrząsnęła Robina za ramię, chcąc wyrwać go z koszmaru. Poderwał się, błyskawicznie rzucił na nią 

i przyszpilił   do   materaca.   Był   mokry   od   potu,   oddychał   urywanie.   Przygniatał   ją   całym   ciałem, 
ramieniem naciskając na gardło. Teraz dopiero odczuła, jaki jest silny. Gdyby zaczęła walczyć, mógł jej 

skręcić kark albo udusić. Starając się nie ruszać, wycharczała przez zaciśnięte gardło:

– Robin, obudź się! Robin!

Przez krótki przerażający moment ucisk na gardle zwiększył się, odbierając jej mowę. Potem zelżał.

– Maxie? – zapytał Robin zaspanym głosem.

– Tak, to ja – wy dyszała.

Odsunął się od niej gwałtownie i przewrócił na plecy. Jego twarz miała trupią bladość.

– Jezu, przepraszam – wychrypiał. – Nic ci nie zrobiłem? Odetchnęła głęboko.

background image

– Nic.

Usiadła,   zapaliła   świecę,   potem   odwróciła   się   do   Robina.   Z przerażeniem   stwierdziła,   że   cały   się 

trzęsie. Objęła go ramionami w instynktownej chęci pocieszenia. Przytulił się do niej tak mocno, że 
omal nie połamał jej żeber. Przyciągnęła mu głowę do piersi, jakby był dzieckiem.

– Czy masz atak gorączki? – zapytała.

– Nie. – Głos mu drżał, choć starał się mówić spokojnie. – To tylko koszmar.

Pogłaskała go po głowie.

– Nie  ma  czegoś takiego  jak tylko   koszmar. Irokezi to  rozumieją i mówią, że koszmary pochodzą 

z duszy. Co ci się śniło?

Nastąpiła długa chwila ciszy, po której wydawało się, że nigdy nie odpowie.

– To co zwykle, przemoc, zdrada, śmierć ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby być moimi 
przyjaciółmi.

Od jego posępnego głosu wiało grozą. Przypomniała sobie farmera, który zaskoczył ich w szopie. Robin 
rozmawiał wtedy o wojnie na Półwyspie, choć nie powiedział wtedy, że był żołnierzem. Teraz jednak 

uprzytomniła sobie, że nie powiedział też, że nim nie był.

– Ty naprawdę służyłeś w armii?

– Nigdy nie byłem żołnierzem – stwierdził z gorzkim uśmiechem. – Nic aż tak czystego.

– Jeśli nie żołnierzem, to kim?

–   Szpiegiem.   –   Oparł   się   o poduszki   i otarł   drżącą   dłonią   twarz.   –   Przez   dwanaście   lat,   od   kiedy 
skończyłem dwadzieścia lat. Kłamałem, kradłem, czasami mordowałem. Byłem w tym bardzo, bardzo 

dobry.

Zaniemówiła z wrażenia.

– To wiele wyjaśnia – odezwała się wreszcie. – Myślałam, że jesteś pospolitym, choć bardzo zręcznym, 
szulerem i włóczęgą.

– Byłoby lepiej, gdybym był zwykłym przestępcą. Miałbym mniej na sumieniu. – Wydało mu się nagle, 
że otaczają go powykrzywiane twarze tych, których znał oraz cały niewyraźny legion tych, których nie 

znał,   a którzy   zginęli   przez   to,   że   jemu   udało   się   przekazać   informację.   Miał   wrażenie,   że   zaraz 
rozpadnie się na kawałki. To był jak do tej pory najgorszy atak paniki. Żałował, że Maxie jest tego 

świadkiem, ale nie mógł się powstrzymać, by się do niej nie tulić jak do koła ratunkowego.

– Złodziej pracuje dla zysku – odezwała się, nim koszmarne zjawy zdążyły go pożreć w całości. – Nie 

uwierzę, że zostałeś szpiegiem z czystej chciwości.

– To prawda, że szpiegowanie nie jest zajęciem dla kogoś, kto chce się wzbogacić. Zająłem się tym, 

ponieważ   uważałem,   że   pokonanie   Napoleona   to   dobry   powód,   a mogłem   się   przydać   tylko   jako 
szpieg. Jednak z upływem czasu coraz bardziej byłem świadomy krwi plamiącej mi dłonie...

Maxie potrząsnęła głową, a jej czarne włosy spłynęły mu na twarz lawendową kaskadą.

– Opowiedz mi, jak zacząłeś. Z pewnością nie studiowałeś szpiegowania w Oxfordzie.

–   W Cambridge.   –   Poczuł   się   trochę   rozbawiony   tym,   jak   łatwo   zdołała   go   oszacować.   –   Kiedy 
skończyłem   pierwszy   rok,   na   kontynencie   akurat   podpisano   rozejm.   Postanowiłem   wybrać   się   na 

wakacje   do   Francji.   Wkrótce   zrozumiałem,   że   ponowny   wybuch   wojny   to   tylko   kwestia   czasu. 
Przypadkowo  dowiedziałem się czegoś, co mogło  zainteresować Ministerstwo Spraw  Zagranicznych, 

przekazałem więc wiadomość mojemu dalekiemu kuzynowi, który tam pracował. Lucien natychmiast 

background image

przyjechał   do   Paryża,   by   ze   mną   porozmawiać.   Był   pod   wrażeniem   tego,   co   udało   mi   się   odkryć 
i zaproponował, żebym pozostał we Francji do zakończenia rozejmu. Oprócz wrodzonego mi sprytu, 

miałem również tę zaletę, że moja matka była Szkotką. Dawało mi to wstęp do szkockiej społeczności 
osiadłej   w Paryżu   po   upadku   powstania   Jakobitów   w 1745.   Nienawidzili   Napoleona,   byli   więc 

doskonałymi sprzymierzeńcami.

Zawsze   podziwiał   swego   kuzyna   i bardzo   pragnął   zasłużyć   na   jego   pochwałę.   W rodzinnym   domu 

rzadko go chwalono. Łatwo więc przekonał siebie, że będzie robił coś odważnego i wartościowego.

– Na początku traktowałem to jak zabawę. Byłem zbyt młody i głupi, by zdać sobie sprawę, że... że 

zaprzedaję duszę. – Poczuł znów strach. – Kiedy to sobie uzmysłowiłem, po mojej duszy nic już prawie 
nie zostało.

– Interesująca metafora – miękko skomentowała Maxie. – Ale nieprawdziwa. Można nie wiedzieć jak 
odnaleźć duszę, ale nie można jej zgubić, sprzedać czy oddać.

Roześmiał się smutno.

– Jesteś tego pewna?

– Całkowicie. – Wzięła jego ręce w swoje, a wtedy strach się cofnął. – Gdybyś nie miał duszy, nie 
cierpiałbyś teraz z powodu wyrzutów sumienia. Z doświadczenia wiem, że prawdziwi dranie śpią snem 

niewinnego dziecka.

– W takim razie jestem święty – stwierdził.

– Powiedziałeś kiedyś, że w przestępstwie towarzyszyła ci twoja przyjaciółka Maggie. Ciekawa jestem, 
co miałeś na myśli? Ona także była szpiegiem?

– Tak. Jej ojca zabił francuski motłoch. Pomagałem jej w ucieczce. Nie miała po co wracać do Anglii, 
więc została moim partnerem. Większość czasu podróżowałem po kontynencie, ale dom był tam, gdzie 

Maggie, najczęściej w Paryżu.

–   Towarzysze   i kochankowie   –   mruknęła   Maxie.   –   Ona   była   zatyczką,   lontem.   Kiedy   cię   opuściła, 

wszystko się rozsypało.

Pokiwał głową.

– Kiedy byliśmy razem, potrafiłem utrzymać demony z daleka. Koszmary zaczęły mnie męczyć później. 
Skąd wiedziałaś?

– Kobieca intuicja – wyjaśniła sucho. – Przypuszczam, że szlify służącego nabyłeś przy okazji zbierania 
informacji?

– Tak. Ludzie nie zwracają uwagi na służbę. Odźwierny czy parobek może wiedzieć o wszystkim, co się 
dzieje w domu.

Przykryła   ich   kocem.   Robin   przyjął   to   z wdzięcznością.   Dotąd   nie   zdawał   sobie   sprawy,   jak   jest 
przemarznięty. Ale prawdziwe ciepło płynęło od Maxie. Była samą słodyczą, miała miękkie piersi, a jej 

delikatne dłonie sprowadzały na niego spokój.

–   Właśnie   sobie   uzmysłowiłam,   że   wiele   z twoich   absurdalnych   historii   mogło   być   prawdziwych   – 

powiedziała. – Czy naprawdę siedziałeś w jednej celi z chińskim marynarzem w Konstantynopolu?

Uśmiechnął się słabo.

– Święta prawda. Li Kwan nauczył mnie kilku technik walki, dzięki którym kilkakrotnie udało mi się 
ujść z życiem. Uciekliśmy wtedy razem.

– A co z odwrotem Napoleona spod Moskwy?

background image

Zakaszlał i znowu zaczął drżeć, jakby syberyjskie wiatry nadal owiewały jego ciało. Wzmocniła uścisk.

– To oczywiste, dlaczego takie wspomnienia przynoszą tyle bólu. Ale twoja praca z pewnością pomogła 

ojczyźnie, być może uratowała wiele istnień. Dzięki tobie wojna wcześniej się skończyła.

– Być może, choć wielokrotnie moje zadania były trywialne. – Skrzywił się. – Do moich tryumfów 

można zaliczyć to, że odkryłem, iż Bonaparte zamierza napaść na Rosję. A to przez to, że zauważyłem 
na jego półkach w bibliotece mnóstwo książek o Rosji.

Maxie zagwizdała cicho.

– Taki wniosek to nic zaskakującego, ale jak, do licha, udało  ci się dostać do prywatnej biblioteki 

imperatora?

– Lepiej żebyś nie wiedziała.

Odsunęła  z jego  mokrego czoła  kosmyk włosów. Miał głębokie  cienie pod oczami.  Po  raz pierwszy 
wyglądał na swój wiek, a nawet starzej.

– Była wojna – powiedziała ze współczuciem. – Zabicie człowieka, żeby gdzieś się dostać, musi być 
straszne, ale to przecież jak zabicie żołnierza na polu bitwy.

–   W tym   przypadku   nie   chodziło   o morderstwo,   ale   o uwiedzenie   –   wyznał   z pogardą   w głosie.   – 
Pokojówka,   prosta   i wstydliwa,   ale   słodka.   Jeanne   była   taka   wdzięczna   za   okazaną   jej   uwagę. 

Udawałem   lojalnego   francuskiego   żołnierza,   który   leczył   się   z ran   i który   bardzo   pragnął   zobaczyć 
miejsce pracy ukochanego imperatora. Bez trudu namówiłem ją, żeby mnie tam zaprowadziła. – Palce 

Robina   wbiły   się   w ramię   Maxie.   –   Nienawidzę   wykorzystywać   w ten   sposób   kobiety,   brać   to,   co 
powinno być najszczersze i najlepsze między kobietą i mężczyzną, i zniszczyć. Ale to zrobiłem.

–   Niektórzy   mężczyźni   niszczą   kobiety   dla   sportu.   Ty   przynajmniej   miałeś   ku   temu   powód   – 
powiedziała cicho. – Czy Jeanne dowiedziała się, że ją wykorzystałeś?

– Nie. Powiedziałem jej, że mój regiment został odwołany  do Austrii  i pożegnałem się  z nią czule. 
Ona... ona płakała i modliła się za mnie. Nadal widzę jej twarz... – Głos Robina załamał się.

Maxie współczuła słodkiej Jeanne i współczuła Robinowi, który musiał złamać własne zasady moralne. 
Mimo to istniał w tej historii pozytywny aspekt.

– Jeanne płakała  po tobie, ale na pewno wzrosło  jej poczucie wartości, bo spodobała  się takiemu 
mężczyźnie jak ty.

Chciał coś odpowiedzieć, ale położyła mu palec na ustach.

– Nie mów, że ją zdradziłeś, rozumiem to. Ale podarowałeś jej też odrobinę szczęścia i pozostawiłeś, 

nie odzierając z dumy i godności, a przecież mogłeś.

– Fakt, że unikałem zbędnego okrucieństwa, nie czyni moich działań dobrymi – odparł szczerze.

Zmarszczyła brwi, próbując wyobrazić sobie siebie na miejscu Robina.

– Brak moralności byłby bardzo pomocny dla szpiega. Dla kogoś takiego jak ty, uczciwego do szpiku 

kości, to tragedia. Jak ci się udało przetrwać tyle lat?

Westchnął ciężko.

– Starałem się zapomnieć o swoich najgorszych czynach. Udawało mi się to przez długi czas, ale po 
zakończeniu wojny, kiedy nie było już nic do roboty, ściany zaczęły się chwiać.

– I stąd te koszmary.

– Właśnie.

background image

Delikatnie gładziła go po karku, wspominając chwilę, gdy próbowała nauczyć Robina słuchać mowy 
wiatru. Ponownie wyczuła pogmatwaną sieć jego uczuć, tylko tym razem rozumiała, dlaczego tak wiele 

nici obleczonych jest w czarny ponury ból. Jego dusza była bezbronna. Choć jeszcze jej nie stracił, 
znajdował się na pograniczu załamania nerwowego. To dziwne, ale ten cień czaił się nawet w jego 

śmiechu.

Poczuła nagle wielkie zmęczenie. Najłatwiej było teraz zostawić wszystko, jak jest. Już następnego 

dnia Robin odbudowałby ściany, które chroniły go przed popadnięciem w szaleństwo. Ale nie na długo. 
Matka nauczyła ją, że należy uwalniać się od koszmarów. Żeby uzdrowić Robina, należało dotrzeć ze 

światłem do najciemniejszych zakamarków jego duszy. Poczuła się nagle bezsilna. Robin potrzebował 
kogoś silniejszego i mądrzejszego, ale póki co, miał tylko ją. Zagłębienie się w jego cierpienie będzie 

bolesne i dla niego, i dla niej. Jednak musi spróbować, nawet jeśli on ją potem znienawidzi. Pozwoliła, 
by   jej   dusza   odpłynęła   w deszczową   noc.   Potem   kiedy   wchłonęła   w siebie   moc   wiatru   i deszczu, 

rozpoczęła uzdrawiającą terapię.

background image

23

Opowiedz mi o wszystkich swoich lękach – poprosiła cicho. Westchnął ciężko.

– Już i tak za dużo powiedziałem.

–   Myślisz,   że   jestem   zbyt   słaba,   żeby   cię   wysłuchać?   Nie   zapominaj,   że   nie   masz   do   czynienia 
z niewinną   angielską   panną   prosto   z pensji.   Widziałam   niejedno   i wiem,   co   to   znaczy   dokonywać 

trudnych wyborów.

– Ale zarazem jesteś uczciwa jak samo słońce. Jak mogłabyś mną potem nie pogardzać? – zapytał 

z rozpaczą w głosie.

Bo cię kocham, pomyślała. Z trudem powstrzymała się przed wypowiedzeniem tego na głos. Ale w tej 

chwili Robin najmniej potrzebował miłosnych deklaracji.

– Mam słabość do zabijaków, zwłaszcza honorowych. Przez cały ten czas, który spędziliśmy razem, nie 

uczyniłeś niczego złego, a raczej samo dobro. Uratowałeś Dafydda Jonesa przed stratowaniem. Nie 
pozwoliłeś mi zabić Simmonsa, za co byłam ci wdzięczna, kiedy tylko ochłonęłam ze wściekłości. – 

Ucałowała go w skroń, czując w niej silne pulsowanie. – Opowiedz mi, co zrobiłeś. Ciężar będzie lżejszy 
do zniesienia, kiedy się nim z kimś podzielisz.

– Jest tego tyle – wyszeptał. – Kłamstwa, informatorzy, którzy ze mną współpracowali i którzy zginęli 
straszliwą śmiercią, francuski major, którego  zamordowałem,  ponieważ był doskonałym  żołnierzem 

i dzięki jego talentom hiszpańskie miasto, którego bronił, nigdy nie zostałoby zdobyte.

– Jestem pewna, że twoi informatorzy zdawali sobie sprawę z ryzyka tak samo jak ty. Jeśli chodzi 

o morderstwo... – Zawahała się, szukając odpowiednich słów. – Żaden uczciwy człowiek nie cieszyłby 
się takim postępkiem, ale w czasie oblężenia dochodzi do prawdziwych rzezi. Czy obyło się bez tego po 

tym, co zrobiłeś?

– Ponieważ ich dowódca zginął, żołnierze wycofali się bez walki. Zostało uratowanych wiele istnień 

ludzkich. Ale nic nie tłumaczy zamordowania człowieka, który po prostu uczciwie wykonywał swoje 
obowiązki. Poznałem go i lubiłem. – Nerwowo zaciskał i rozwierał dłoń, wbijając  palce  w pościel. – 

Mimo to wpakowałem mu kulę w plecy.

– Ach, Robinie – szepnęła cicho, przygnieciona cierpieniem towarzysza. – Rozumiem już, dlaczego 

powiedziałeś, że wojna jest bardziej czysta. Sytuacja żołnierza jest jasna, on tylko wykonuje rozkazy. 
Twoje   zadanie   było   bardziej   skomplikowane.   Musiałeś   wybierać   między   jednym   a drugim   złem, 

uwięziony w świecie szarości, bez czerni i bieli, niepewny, na co się zdecydować. Dwanaście lat to zbyt 
wiele dla każdego.

– Dla mnie z pewnością.

W oddali rozległ się odgłos grzmotu, a deszcz mocniej zabębnił o szyby. Czuła się, jakby błądziła po 

bagnisku, gdzie każdy krok groził utonięciem.

– Czy morderstwo to najgorsza rzecz, o jaką się oskarżasz? – zapytała.

Zadrżał, ale nie odpowiedział. Ponaglającym tonem poprosiła:

– Odpowiedz mi, Robinie. Może ból się zmniejszy, kiedy to z siebie wyrzucisz.

– Nie!

Spróbował wyswobodzić się z jej objęć. Trzymała go jednak mocno, nie pozwalając odejść.

– To było w Prusach – zaczął niechętnie. – Zdobyłem kopię rozejmu bardzo niekorzystnego dla Anglii.

background image

Zaczęła sobie przypominać, co wie na ten temat.

– Pokój w Tylży. Francja i Rosja zawarły tajną umowę, planując rzucić Anglię na kolana.

Spojrzał na nią z podziwem.

– Jak na Amerykankę dużo wiesz o sprawach Europy.

– Ojciec interesował się polityką, więc razem śledziliśmy wiadomości – wyjaśniła. – Czy rzeczywiście 
wiedziałeś, co zawierała ta umowa?

– W kilka godzin po jej podpisaniu. – Uśmiechnął się gorzko. – Mówiłem już, że byłem dobry. Ale 
uzyskanie   tego   dokumentu   stanowiło   łatwiejszą   część   zadania.   Należało   go   jeszcze   dostarczyć   do 

Anglii.   Francuzi   bardzo   szybko   odkryli,   co   się   stało   i rzucili   się   w pościg.   Musiałem   jechać   do 
Kopenhagi, więc przez wiele dni podróżowałem na zachód, wykorzystując wszystkie  sztuczki,  jakie 

znałem, żeby zwieść pogoń. W końcu, kiedy już byłem pewny, że wywiodłem ich pole, mogłem się 
wreszcie zatrzymać i odpocząć. Mój koń ledwo żył, podobnie jak ja. Znałem w okolicy pewną rodzinę 

bogatego   farmera.   Nienawidzili   Francuzów   i już   wcześniej   mi   pomogli.   –   Głos   mu   się   załamał.   – 
Powitali mnie jak dawno nie widzianego syna. Powiedziałem, że udało mi się uciec przed pościgiem i że 

już nic mi nie grozi. Myliłem się – dodał cicho.

– Francuzi cię znaleźli? Skinął głową.

– Spałem przez dwanaście godzin. Herr Werner obudził mnie następnego dnia, kiedy się dowiedział, że 
francuscy   żołnierze   przeszukują   okolicę.   Powiedziałem,   że   natychmiast   odjeżdżam   i poszedłem   do 

stajni, ale mój koń zniknął.

– Potem uprzytomniłem sobie, że nie ma Willego, najmłodszego syna gospodarzy. Miał szesnaście lat, 

był prawie mojego wzrostu i miał jasne włosy. Czcił mnie jak jakiegoś bohatera. Kiedy stwierdziłem, że 
zniknął mój koń, domyśliłem się, że chłopak jest w niebezpieczeństwie. Pobiegłem przez las do głównej 

drogi, by zapobiec temu, co mogło się wydarzyć. – Zacisnął powieki. – Spóźniłem się.

Wyczuwała jego ból, ale musiała go zmusić do skończenia opowieści.

– Co się stało?

– Willi  postanowił,  że odciągnie  żołnierzy od farmy. Patrzyłem  ze wzgórza, jak pozwolił,  by patrol 

Francuzów go zauważył. Miał mojego konia, podobny płaszcz i jasne włosy. Rzucili się za nim w pogoń. 
Mój koń był szybki, chłopakowi udałoby się uciec, gdyby nie to, że nagle pojawił się drugi oddział. 

Kiedy zdał sobie sprawę, że jest w pułapce, rzucił się w las, ale miał za małą przewagę. Dopadli go. Nie 
dali mu szansy, tylko zastrzelili na miejscu. Trafiło go co najmniej dwanaście kul. – Robin zadrżał, 

twarz miał mokrą od potu. – Willi był sprytnym chłopakiem i udało mu się wywieść ich w pole. Przez 
las przepływała mała rzeczka. Chłopak dotarł do niej i rzucił się z wysokiej skarpy do wody.

Robin ukrył twarz na piersi Maxie. Trząsł się jak człowiek, który znalazł się u granic wytrzymałości. 
Maxie   nie   pytała   o nic   więcej,   tylko   gładziła   go   po   głowie,   szepcząc   jakieś   słowa   w języku   matki. 

Mówiła,   że   wszystko   będzie   dobrze,   że   był   żołnierzem   i że   kocha   go,   pomimo   tego,   co   uczynił   – 
wszystko to, czego nie mogła powiedzieć po angielsku. Domyślała się, że dla Robina śmierć chłopaka 

symbolizowała   utratę   niewinności,   uczciwości   i całe   zło   świata.   Pokój   w Tylży   podpisano   przed 
dziewięciu laty. W tamtym czasie Robin sam był jeszcze chłopcem. Nic dziwnego, że jest na pograniczu 

załamania nerwowego. Cud, że w ogóle przetrwał z takim obciążeniem.

Przez chwilę słychać było tylko uderzenia deszczu i odległe grzmoty. Robin stopniowo się uspokajał, 

choć nadal kurczowo trzymał się Maxie, jakby była jedyną nadzieją na wyzwolenie. Po chwili znowu 
zaczął mówić schrypniętym głosem.

– Francuzi chcieli odzyskać dokument, ale ponieważ rzeka była głęboka, uznali, że dokończyła za nich 
dzieło, więc się wycofali. Pomogłem Wernerom odnaleźć ciało Willego. Nie powiedzieli mi ani jednego 

złego słowa. To było najgorsze ze wszystkiego. Nawet mnie przepraszali, bo Willi zamęczył mi konia 
i nastawali, żebym wziął ich najlepszego rumaka.

background image

– Brzmi to tak, jakby Willi sam sprowadził na siebie nieszczęście – stwierdziła Maxie. – Gdyby się nie 
wtrącił, uciekłbyś i nikomu nic by się nie stało.

– Może tak, może nie. Ale prawdą też jest, że gdybym nie zatrzymał się u Wernerów, Willi nadal by 
żył.

– Tylko Bóg to wie, Robinie. Może Willemu pisana była śmierć i nawet gdybyś się nie pojawił, mógł się 
na przykład potknąć na schodach i skręcić kark. Może zaciągnąłby się do wojska i zginął w bitwie. To 

naturalne, że odczuwasz smutek i żal, ale zamęczanie się wyrzutami sumienia nie wyjdzie ci na dobre.

Przesunęła dłonią po jego czole, pragnąc, by ten ruch zmył z niego cierpienie.

– Zawsze starałem się robić to, co należy – powiedział niewyraźnie. – Ale często nie wiedziałem, co 
jest dobre, a co złe.

Westchnęła.

– Wydaje mi się, że większość z nas ma podobne dylematy. Nic więcej tak naprawdę nie da się zrobić.

– Ale ja niewystarczająco się starałem.

Cierpienie   w głosie  Robina  świadczyło   o tym,  że  Maxie   nie   dokonała  jeszcze   wszystkiego.   Sięgnęła 

pamięcią do własnej przeszłości.

– Po śmierci matki uczestniczyłam w ceremonii pogrzebowej zorganizowanej przez członków plemienia. 

To bardzo mi pomogło.

Modląc się o to, by niczego nie zapomniała, przyłożyła dłonie do uszu Robina i wyrecytowała:

– Kiedy człowiek jest w żałobie, nic nie słyszy. Niech te słowa sprawią, żebyś ponownie mógł słyszeć. – 
Przykryła   dłońmi   jego   oczy.   –   Przestałeś   dostrzegać   słońce   i pogrążyłeś   się   w ciemności.   Teraz 

zwracam ci jasność. – Uniosła dłonie i zobaczyła, że Robin przygląda się jej ponuro. Położyła mu dłonie 
na piersi. – Pozwoliłeś, by rozpacz zawładnęła twoim umysłem. Musisz oddalić rozpacz i pozwolić jej 

umrzeć. – Czuła pod palcami ruchy jego klatki piersiowej. – Twoje łoże stało  się niewygodne, nie 
możesz   spać.   Pozwól   mi   usunąć   niepokój   z twojego   miejsca   spoczynku.   –   Przesunęła   dłońmi   po 

ramionach i plecach mężczyzny, potem dodała ciszej: – Willi odszedł na spoczynek, Robinie. Czy ty też 
nie powinieneś już odpocząć?

Zamknął  oczy  i przyciągnął  ją  do   siebie.   Początkowo   jego  serce   biło   tak  mocno,  jakby   chciało  się 
wydrzeć z piersi, lecz stopniowo zaczęło się uspokajać. Maxie czuła, że ciemność w jego duszy powoli 

się rozjaśnia. Choć proces zdrowienia nie został zakończony, nastąpił jego początek.

Robin wsunął dłoń w jej włosy.

– Skąd zdobyłaś tę mądrość, Kanawiosta?

– Oczywiście ucząc się na błędach – odparła. Czuła się tak zmęczona, że oczy same jej się zamykały.

– Jesteś bardzo mądra. – Dłoń Robina przesunęła się na jej biodro. – Zbyt mądra, by zgodzić się za 
mnie wyjść.

To   zdanie   podziałało   na   nią   jak   kubeł   lodowatej   wody.   Natychmiast   oprzytomniała.   Przez   chwilę 
odtwarzała   w myślach   jego   słowa,   niepewna,   czy   dobrze   usłyszała,   potem   usiadła   i popatrzyła   na 

towarzysza.

Leżał na poduszkach, spokojny i zmęczony. Płomienie świec rzucały cienie na twarz i tors, ale było zbyt 

ciemno, by dostrzec wyraz jego oczu. Zaskoczenie mieszało się w niej z rozbawieniem i pożądaniem.

– Czy to propozycja, czy też tylko wytwór twojego pokrętnego poczucia humoru? – zapytała.

Westchnął i spojrzał na sufit.

background image

– To nie miał być żart. Zdaje się, że nie potrafię otwarcie złożyć ci takiej oferty. Gdybyśmy się pobrali, 
tylko   ja   bym   na   tym   zyskał.   Postąpiłabyś   niemądrze,   przyjmując   moją   ofertę,   a jesteś   zbyt 

inteligentna, żeby tego nie wiedzieć.

Nie wiedziała, czy ma się śmiać, płakać, czy krzyczeć. Tego wieczoru zdała sobie sprawę, że kocha 

Robina, choć nie była pewna, czy go rozumie, a nawet czy do końca mu ufa. Ale nie oznaczało to, że 
mu nie ufała. Nie wątpiła, że wypełniłby każde przyrzeczenie, jakie by złożył. Zresztą po tej godzinnej 

rozmowie rozumiała go o wiele lepiej. Mimo to...

–   Małżeństwo   z tobą   to  bardzo   pociągająca   propozycja,  ale   nie   wyobrażam   sobie   wspólnego  życia 

z tobą. Nasze korzenie są tak różne. I choć w przeszłości wiele podróżowałam, nie zamierzam tego 
robić w przyszłości.

– Ja także nie. Potrafię zapewnić ci dach nad głową. – Skrzywił się ironicznie. – Nie jestem takim 
niebieskim ptakiem, na jakiego wyglądam.

– Robinie, popatrz na mnie. – Kiedy odwrócił ku niej wzrok, zapytała: – Dlaczego chcesz się ze mną 
ożenić? Nie mówiłeś ani słowa o miłości.

Zacisnął powieki.

–   Mogę   ci   przyrzec   wiele,   Kanawiosta.   Bezpieczeństwo,   wierność,   to,   że   będę   się   starał   dać   ci 

szczęście. Ale miłość? Nie sądzę, abym był w tym dobry. To jedyne, czego wolałbym nie przyrzekać.

Nawet po śmierci ojca Maxie nie odczuwała takiego bólu jak teraz. Poczuła, że za chwilę się rozpłacze. 

Zamiast tego uniosła jego dłoń do ust i ucałowała, a potem przytknęła do policzka.

– Czy pragniesz mnie dlatego, że nie ma tu Maggie?

– Nie. – Otworzył oczy i zacisnął palce na jej dłoni. – To, co do ciebie czuję, nie ma nic wspólnego 
z Maggie.   Zależało   mi   na   niej   i nadal   bardzo   zależy.   Tak   będzie   zawsze,   ale   ty   nie   masz   mi   jej 

zastępować. – Przez jego przystojną twarz przebiegł cień rozbawienia. – Jesteś tak bardzo sobą, że nie 
da się ciebie z nikim pomylić.

Nie bardzo wiedziała, jak ma zareagować.

– Opieka i lojalność są bardzo potrzebne, ale czy wystarczą?

– Nie zapominaj o pożądaniu. – Przyciągnął ją do siebie. – Ja nie zapomniałem nawet przez sekundę, 
odkąd cię poznałem.

Przekręcił się na bok i przywarł do jej ust. Maxie miała wrażenie, że za chwilę roztopi się w gorącym 
pocałunku. Do tej pory pieszczotom zawsze towarzyszyły wątpliwości. Tym razem Robin był dla niej 

i tylko dla niej.

Odpowiedziała   z żarliwą   namiętnością.   Dramatyczna   noc   sprawiła,   że   wszystkie   jej   obronne 

mechanizmy przestały działać i uczucia obydwojga zespoliły się tak mocno jak ich ciała. Przez dziką 
i słodką   chwilę   nie   dzieliło   ich   nic.   Maxie   nie   myślała   o tragicznej   przeszłości   Robina,   o jego 

cierpieniach i niepewnej przyszłości, wiedziała tylko, że go kocha.

Całował   japo   szyi,   potem   zsunął   jej   z ramion   koszulę,   odsłaniając   piersi.   Przykrył   je   dłońmi 

i wyszeptał:

– Piękne, skończenie piękne.

Przyglądała się jego ciału zdziwiona, że mimo jasnych włosów ma taką ciemną karnację. Potem kiedy 
dotknął językiem sutek, zapomniała o tym. Został tylko płomień pożądania. Przesunęła mu dłońmi po 

plecach,   wyczuwając   blizny   po   biczowaniu.   Kiedyś   go   o nie   zapyta,   a także   o ranę   po   kuli 
i o zniekształconą dłoń, o wszystkie niebezpieczne zdarzenia, które mogły zakończyć jego życie, zanim 

go poznała. Ale nie teraz, nie tej nocy.

background image

Nagle Robin uniósł głowę i ukrył twarz w poduszce.

–   To   zbyt   proste   –   powiedział   urywanym   głosem.   –   Żadne   z nas   nie   jest   w tej   chwili   w stanie 

podejmować decyzji.

Maxie oddychała spazmatycznie. Zacisnęła dłonie na pościeli i próbowała pozbierać myśli. Dlaczego, do 

diabła, nie poznała mężczyzny, którego interesowałoby jedynie zaspokojenie własnej przyjemności? 
Ponieważ takiego nie mogłaby pokochać.

– Rozumiem, że znowu ogarnęły cię wyrzuty sumienia – powiedziała.

– Właśnie – odparł z półuśmiechem.

Delikatnie  naciągnął  jej koszulę na ramiona.  Przez  chwilę  jego dłonie  spoczywały  na jej piersiach, 
potem cofnął rękę.

– Jesteś wspaniała. Po tym wszystkim, co ci powiedziałem, powinnaś wpaść w histerię.

–   To   rzeczywiście   kuszące.   –   Nadal   drżąc   z emocji,   obróciła   się   na   bok   i oparłszy   się   na   łokciu, 

popatrzyła na Robina. – Jak poważna jest twoja propozycja małżeństwa?

– Bardzo – odparł.

Przymknęła powieki, żeby móc zebrać myśli. Chciała powiedzieć, że go kocha, ale nie śmiała, nie po 
tym,   jak   wyznał,   iż   wątpi,   czy   sam   potrafi   kochać.   Nie   chciała   też   dać   mu   nowego   powodu   do 

wyrzutów   sumienia   ani,   żeby   jutro   zmienił   zdanie   co   do   swojej   propozycji.   Czy   właśnie   ślubu 
z Robinem nie potrafiła dostrzec w przyszłości? Pomyślała o Londynie i natychmiast ogarnął ją strach. 

Nie miał on jednak nic wspólnego z Robinem. To było raczej jak ściana ognia, przez którą musiała 
przejść, żeby poznać przyszłość.

–  Masz   rację   – powiedziała.   – Nie  czas teraz  na podejmowanie  decyzji.  Muszę  się  dowiedzieć, co 
przytrafiło się ojcu, a ty także masz wiele do ułożenia w życiu.

Pochylił się i ucałował ją w czoło.

– Poukładam tak szybko jak tylko się da. Cieszę się jednak, że nie powiedziałaś nie. – Owinął sobie 

wokół palca jej ciemny lok. – Chyba zachowuję się jak wariat, ale przysięgam, że nigdy nie czułem się 
szczęśliwszy niż przez te ostatnie kilka dni. Chciałbym, żeby ta podróż nigdy się nie skończyła. No, ale 

skoro ostateczną odpowiedź mam otrzymać dopiero po wyjaśnieniu twoich spraw w Londynie, musimy 
tam dotrzeć jak najszybciej. Tylko że... – Urwał i odwrócił wzrok. – Nie wiem, czy to rozsądne, iż 

pragnę ożenić się z kobietą, której tak bardzo pożądam. To może się okazać zwodnicze dla nas obojga.

Spojrzała   na   niego   z uwagą.   Przestał   już   udawać   obojętnego,   więc   rozkoszowała   się   uczuciem 

bliskości. Tylko tak trudno było myśleć, kiedy krew buzowała w żyłach. Nadal trawiło ją pożądanie oraz 
głębokie przeświadczenie, że razem tworzą całość.

Z nagłym niesmakiem uzmysłowiła sobie, że zachowuje się zupełnie jak kuzynki Collins. Od pierwszego 
spotkania z Robinem broniła dziewictwa, martwiąc się o przyszłość i chroniąc serce przed zranieniem, 

zamiast żyć teraźniejszością.

Jednak   udawanie   wstydliwej   angielskiej   panny   nie   uchroni   jej   przed   bólem,   zagłuszy   jedynie   zew 

serca. Najwyższy czas porzucić moralność Białych i wypróbować zwyczaje Irokezów. Pragnęła Robina. 
Pragnęła   dać   i otrzymywać,   stać   się   pełną,   mądrą,   zmysłową   kobietą   jak   jej   matka,   nawet   jeśli 

miałoby to trwać godzinę. W tej chwili chciała być wolna jak deszcz. Czuła, że czyniąc tak, uczyni 
dobrze.

Uśmiechnęła się do Robina z miłością.

– Twoim największym problemem jest to, że za dużo myślisz. Potem pochyliła się i pocałowała go.

background image

24

Nie potrafił się jej oprzeć, ale kiedy pomyślał o wszystkich ludziach, których skrzywdził, musiał się 
upewnić.

– Jesteś pewna, że tego chcesz? Uśmiechnęła się i uniosła na łokciu.

– Całkowicie pewna.

Fale hebanowych włosów opływały jej egzotyczną twarz, która zauroczyła go od samego początku. To 
jest Kanawiosta, córka innej ziemi, innej rasy. Z tymi włosami opadającymi na piersi wyglądała jak 

jakaś pogańska bogini, zbyt tajemnicza dla zwykłego śmiertelnika, by ją do końca poznać czy posiąść, 
tak kobieca, że zmysły przy niej szalały. Jednak kiedy się nad nim pochyliła, jej usta były gorące 

i prawdziwe, a małe, zręczne dłonie chętne do pieszczot. Poddał się i rozchylił wargi, delektując się 
upajającym pocałunkiem.

Pragnął wchłonąć ją w siebie, żeby wyleczyła ziejące w jego wnętrzu bolesne rany. Pragnął zapaść się 
w nią, ukryć przed sztormami, które rozrywały mu duszę. Ciepłe dłonie Maxie błądziły po ramionach 

i torsie. Czuł, jak ich ciepło przenika do wnętrza i łagodzi cierpienia. W końcu oderwała się od niego 
i oparła na łokciu. Jej oczy płonęły pożądaniem. Oddychała spazmatycznie.

– Cieszę się, że zmieniłeś zdanie.

– To tyje za mnie zmieniłaś.

Objął   dłońmi   jej   piersi,   kciukami   masując   sutki.   Stwardniały   pod  koszulą.   Dziewczyna   przymknęła 
powieki i zamruczała jak kotka. Zsunął z niej koszulę, odsłonił piersi i przez chwilę wpatrywał się w ich 

cudowne kształty. Były wspaniałe, doskonałe, nie za duże i nie za małe.

– Powinnaś żyć w raju, gdzie ubrania są niepotrzebne – wychrypiał.

– W raju jest cieplej niż w Anglii – odparła, po czym spojrzała na jego kalesony i rysujące się pod nimi 
wybrzuszenie.

– Jeśli mamy udawać, że jesteśmy w raju, to musisz je zdjąć. Pociągnęła za sznurek w pasie. Gdyby 
nie   pomagała,   trwałoby   to   sekundę,   ale   gładziła   go   przy   tym   pieszczotliwie,   doprowadzając   do 

szaleństwa.

Kiedy obydwoje byli już nadzy, Robin pociągnął Maxie na siebie i przywarł do jej ust. Nie mógł się 

nasycić ich słodyczą. Przesunął dłońmi wzdłuż jej pleców, zatrzymał się na krągłych pośladkach. Płonąc 
z pożądania zacisnął palce na sprężystych wzgórkach. Maxie wstrzymała oddech, poruszyła biodrami 

i rozchyliła nogi, a wtedy pomiędzy udami poczuła naprężony członek. Jęknęła i zacisnęła zęby. Robin 
chciał, by wszystko odbywało się wolno, ale Maxie na to nie pozwalała. Złapał ją więc za ramiona 

i przekręcił na plecy.

– Nie tak szybko, Kanawiosta. – Przytrzymał jej ręce po obu stronach głowy. – Sprawiedliwości musi 

stać się zadość: mnie także należy się szansa doprowadzenia cię do szaleństwa.

– Bardzo sobie cenię sprawiedliwość – odpowiedziała z urzekającym uśmiechem.

Nie spiesząc się, otarł się podbródkiem o jej piersi, aż ciało dziewczyny zaczęło pulsować pożądaniem. 
Pochylił się i wziął jeden sutek w usta i ssał tak długo, aż stwardniał. Potem zrobił to samo z drugim. 

Kiedy  Maxie  westchnęła   i zaczęła  się   pod  nim   wić,  zniżył  usta  do   jej  brzucha.  Zatrzymał  się   przy 
pępku, łaskocząc go językiem. Maxie napięła się jak struna.

– Twoje życzenie się spełniło, za sekundę oszaleję.

– Wspaniale.

background image

Wyprostował się i powrócił do ust. Przestał udawać, że się kontroluje. Puścił ręce Maxie i objął ją za 
szyję. Druga ręka powędrowała tą samą trasą, którą przed chwilą sunęły jego usta, aż dotarła do łona. 

Maxie zadrżała pod tym dotykiem. Była wilgotna i rozgrzana. Zanurzył głębiej palce w poszukiwaniu 
czułego  punktu.   Odnalazł   go  i począł   delikatnie   pieścić.   Maxie   z trudem  łapała   powietrze.  Zamknął 

oczy,   by   nie   patrzeć   na   jej   urzekające   ciało,   by   nic   nie   przeszkadzało   mu   w dawaniu   rozkoszy. 
Powietrze przesycał zapach zmysłowości. Robin dawno nie kochał się w ten sposób z kobietą i nigdy 

przedtem nie czuł takiej namiętności.

Napięcie rosło, rozjarzony płomień stawał coraz jaśniejszy. Kiedy poczuła, że więcej już nie zniesie, 

krzyknęła i zacisnęła uda. Tylko dzięki mocnemu uściskowi Robina nie odpłynęła w przestworza.

Powróciła na ziemię, oszołomiona i drżąca. Robin leżał obok, przesuwając dłońmi po jej ciele. Spojrzała 

mu w oczy i zobaczyła w nich satysfakcję, która napełniła ją dumą. Wiedziała jednak, że pod tą maską 
spokoju kryje się płonąca namiętność.

– Teraz twoja kolej – szepnęła.

Wystarczyło jedno powolne poruszenie biodrami, by zburzyć jego opanowanie. Rozchylił kolanem jej 

uda,   delikatnie   sprawdził,   czy   jest   gotowa.   Była   wilgotna   i gorąca.   Wszedł   w nią   jednym   szybkim 
ruchem. Poczuła krótki, intensywny ból, który jednak zaraz ustąpił. Pozostało uczucie zadowolenia, że 

oto obydwoje uczestniczą w odwiecznym tańcu życia.

To co działo się z Robinem, było o wiele gorsze. Zamarł, a jego twarz wyrażała całkowite zdumienie.

– Wielki Boże, Maxie! Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Uśmiechnęła się i przycisnęła do bioder jego 
twarde pośladki.

–   Ponieważ   wiedziałam,   że   wtedy   sprowokuję   jeden   z tych   twoich   zwariowanych   ataków 
dżentelmeństwa. Nic na to nie poradzisz, jesteś Anglikiem. – Uniosła biodra, wchłaniając go głębiej. – 

Znowu za dużo myślisz, Robinie.

Nie mógł się oprzeć. Zaczął się w niej poruszać, szybciej, coraz szybciej. Oddychał ciężko i urywanie. 

Choć nigdy wcześniej się nie kochała, wyczuwała intuicyjnie, jak ma reagować, jak dopasować się do 
jego rytmu, do jego podniecenia. Nagle ciało Robina wygięło się w łuk.

– Och, Boże... – jęknął ochryple. Maxie także osiągnęła spełnienie, choć już nie tak ekscytujące jak 
poprzednie.

Kiedy   Robin   opadł   na   nią,   przesunęła   mu   dłonią   po   plecach   i dotknęła   językiem   słonego   od   potu 
ramienia. Potarł policzkiem o jej policzek, potem przekręcił się i zsunął z łóżka. Zbyt wyczerpana, by 

czuć   choćby   zaciekawienie,   po   prostu   go   obserwowała.   Cudowny   widok.   Robin   z pewnością 
przyzwyczajony był do pokazywania się nago, ale dla niej była to nowość i to nowość sprawiająca 

największą przyjemność. Wyglądał jak lew, zwinny, szczupły i na wskroś męski. Na wspomnienie jego 
ciała, zaczęła szybciej oddychać.

Robin tymczasem podszedł do umywalni i otworzył szufladę. Po chwili wrócił do Maxie i podał starannie 
złożony ręcznik. Wytarła się nim, z zadowoleniem stwierdzając, że pozostało na nim tylko kilka kropli 

krwi. Nie chciałaby zniszczyć czyjegoś łóżka. Kiedy skończyła, Robin wyciągnął się obok niej i wziął ją 
w ramiona.

–   Czy   jestem   dla   ciebie   aż   tak   patetycznie   nieszczęśliwy,   że   postanowiłaś   za   wszelką   cenę   mnie 
pocieszyć? – zapytał z lekkim rozbawieniem.

Uśmiechnęła się.

– Przypuszczam, że w tym, co mówisz, jest ziarnko prawdy, ale to nie do końca sprawiedliwe dla nas 

obojga. Pożądałam cię od pierwszej chwili. Dzisiejszej nocy postanowiłam przestać zachowywać się jak 
pruderyjna angielska dziewica i stać się Indianką. – Wykrzywiła twarz dramatycznie i uszczypnęła go 

w ramię. – Jesteśmy znane z płomienności, biały człowieku. Same bierzemy to, co chcemy.

background image

Robin delikatnie masował jej plecy.

– Zrobiłaś mi nie lada niespodziankę. Biorąc pod uwagę twój wiek, tajemną herbatkę antykoncepcyjną 

i brak pruderii, sądziłem, że nie jesteś dziewicą.

– U Irokezów pod jednym dachem żyją całe rodziny. Dzieci szybko uczą się naturalnych zachowań 

między mężczyzną a kobietą.

– Wspominałaś też, że kobiety z plemienia twojej matki mają większą swobodę w zaspokajaniu swoich 

pragnień. Muszę przyznać, że jesteś pewniejsza siebie niż wiele kobiet, które znałem. Tym bardziej nie 
rozumiem, jak to się stało, że jestem pierwszy. Czy Amerykanie to idioci?

Skrzywiła się.

– Jak ci już wcześniej tłumaczyłam, mężczyźni nie traktowali mnie z szacunkiem, ponieważ jestem 

mieszańcem. Ja zaś postanowiłam, że nie pozwolę się tak traktować. Z drugiej strony, ciągle byliśmy 
z ojcem w drodze i nie miałam czasu się przekonać czy zalotnik traktuje mnie poważnie.

Nie dodała, że łatwo jej było odrzucać zaloty, ponieważ nigdy wcześniej nikt jej tak nie pociągał jak 
Robin. Pocałował ją w czoło.

– Bez względu na powody, jestem zaszczycony, że mnie wybrałaś. Popatrzyła na niego z namysłem.

– Mam nadzieję, że nie powiesz teraz, iż po tym co się stało, czujesz się zobowiązany ożenić się ze 

mną.

–   Mógłbym,   gdybym   uważał,   że   mam   jakiekolwiek   szanse   na   powodzenie,   ale   wiem,   że   takie 

argumenty na ciebie nie działają. – Przesunął dłonią wzdłuż jej boku. – Poza tym nie wyglądasz na 
zrozpaczoną, raczej na bardzo zadowoloną.

Zachichotała.

– Ty również. Warto było poczekać. Pocałował ją w ucho.

– Dobranoc, Kanawiosta – wymruczał. – Jestem pewien, że tej nocy obydwoje będziemy spokojnie 
spali.

Przytuliła   się   do   niego.   Po   fizycznym   i emocjonalnym   zbliżeniu   bez   trudu   potrafiła   wyczuć   nastrój 
partnera. Wyznanie grzechów oraz namiętny stosunek rozjaśniły jego wewnętrzną ciemność. Nawet 

jeśli nie czekała ich wspólna przyszłość, przez następne dni i tygodnie proces leczenia nie ustanie. 
Czuła zadowolenie, że mogła pomóc, choć domyślała się, że wiele w tej sytuacji zdziałał fakt, iż jest 

cudzoziemką. Czasami łatwiej jest opowiedzieć o swoich kłopotach komuś, kto pozostaje poza kręgiem 
naszego codziennego życia.

Westchnęła cichutko. Pomimo propozycji Robina nadal nie wyobrażała sobie, że mogliby być razem. 
Nie musiał się obawiać, iż odkrył przed nią swoje sekrety, ponieważ w przyszłości nie będzie przy nim, 

żeby wytknąć mu dzisiejszą słabość. Teraz to ona za dużo myśli. Liczyło się jedynie to, że proces 
zdrowienia   Robina   się   rozpoczął,   a ona   doświadczyła   słodyczy   i uniesienia,   o których   nigdy   nie 

zapomni.

background image

25

Kiedy Maxie się obudziła, przemyte burzą niebo było jasne i czyste. Nadchodził czas letniego przełomu 
i słońce wstawało bardzo wcześnie, co oznaczało, że spała nie więcej niż dwie, trzy godziny. Mimo to 

czuła się zadziwiająco wypoczęta.

Robin jeszcze spał, ze złocistą głową opartą na jej ramieniu, z ręką spoczywającą na jej kibici. Twarz 

miał spokojną i bardzo młodą. Aż trudno uwierzyć, że tej nocy tak cierpiał, a potem zrobił to, co zrobił. 
Młodzieńczy wizerunek psuła blizna na boku. Maxie przyjrzała się jej uważnie. To cud, że kula nie 

naruszyła jakiegoś ważnego narządu. Przytuliła się mocniej do Robina. Powinna go obudzić, ale nie 
miała sumienia. Miniona noc należała do szczególnych. Może już nigdy nie będą sobie tak bliscy. Nie 

chciała   niszczyć   tego   czaru.   Dotknęła   ustami   włosów   kochanka.   Śmiesznie   długie   rzęsy   zadrgały 
i uniosły się w górę. Z takiej bliskości spojrzenie lazurowych oczu porażało jak kula armatnia. Gdyby 

już go nie kochała, straciłaby głowę po tym leniwym, zmysłowym spojrzeniu.

– Zawsze dobrze przy tobie śpię – wymruczał.

– Podobnie ja. – Dotknęła blizny po kuli. – Podejrzewam, że zdobyłeś ją w czasie służby.

Skinął głową.

– W Hiszpanii.

– A co ze znakami na plecach? Wykrzywił ironicznie usta.

– Nie zrobiłem tego, za co mnie wybatożono, ale ponieważ za moje prawdziwe przewinienie należał się 
stryczek, wolałem się nie bronić.

– Areka?

– Pewien bardzo zdeterminowany dżentelmen upierał się, żebym napisał list, który zagroziłby mojemu 

przyjacielowi. Nie miałem na to ochoty, więc połamał mi kilka kości. Dopiero wtedy wyjawiłem, że 
jestem leworęczny i że już niczego nie mogę napisać.

Zadrżała, słuchając tych okrutnych relacji.

– To musiało straszliwie boleć.

Na potwierdzenie wydał z siebie niezrozumiały dźwięk.

– Kości złożono mi dopiero po kilku dniach, dlatego też nierówno się zrosły. Szczęście, że nie wdała się 

infekcja, i że w ogóle ręka do czegoś się nadaje.

– Prowadziłeś bardzo ekscytujące życie, powiedziałabym, że zbyt ekscytujące.

Pochyliła się i z czułością dotknęła ustami blizny po kuli. Tuż obok znajdował się sutek. Ogarnięta nagłą 
ciekawością objęła go wargami. Ucieszyła się, kiedy zaczął twardnieć. Nic dziwnego, że Robin tak lubił 

całować jej piersi.

Kiedy przesunęła się do drugiego sutka, Robin wstrzymał oddech.

– Ostrożnie, Maximo, bo dostaniesz więcej niż chcesz. Spojrzała na niego z miną niewiniątka.

– Ile więcej? – Jej dłoń wolno zsunęła się po brzuchu mężczyzny. Zacisnął dłonie na pościeli.

– Nie boli cię po zeszłej nocy? – zapytał.

– Nie bardzo. To chyba dzięki latom spędzonym w siodle. – Zaczęła łagodnie pieścić jego męskość. – 

Nie jestem pewna, czy pojęłam, na czym polega sztuka miłości. Myślę, że przyda mi się następna 

background image

lekcja.

Wybuchnął śmiechem.

– Wygrałaś, czarownico.

Poderwał się szybko błyskawica, podobnie  jak poprzedniego wieczora, kiedy starała się obudzić go 

z koszmaru i nim zdążyła mrugnąć, leżał już na niej, tylko tym razem był przytomny, w oczach płonęła 
radość, a dłonie i usta zapowiadały rozkoszne pieszczoty. Pamiętał, co poprzedniej nocy sprawiło jej 

przyjemność i znalazł też tuzin nowych sposobów, żeby ją zadowolić.

Kiedy   drżała   z pożądania,   wszedł   w nią   delikatnie.   Przekonał   się   jednak,   że   nie   sprawia   jej   bólu, 

przyspieszył więc, wypełniając ją szybką, słodką, gorącą rozkoszą. W chwili gdy jej ciałem wstrząsnął 
dreszcz zapowiadający spełnienie, przewrócił się na plecy, pociągając ją za sobą. Przywarła do niego, 

bo czuła się tak, jakby zaraz miała wznieść się do nieba. Uniosła ich fala ekstazy.

Opadła  bez  tchu na pierś Robina.  Nie  mylił się, ostrzegając,  iż  da jej więcej, niż  prosiła.  Za taką 

rozkosz niejedna kobieta sprzedałaby duszę. Na szczęście duszy nie da się sprzedać, inaczej byłaby 
przeklęta   na   wieki.   Robin   głaskał   japo   plecach   z czułością,   rozgrzewającą   podobnie   jak   niedawna 

zmysłowość.

– Nie pozwolę, by dalej przypadek rządził naszą podróżą – odezwał się, kiedy doszli do siebie. – Dzisiaj 

jedziemy do Londynu.

– Jak? – zapytała. – Nie mamy pieniędzy na dyliżans. Uśmiechnął się promiennie.

– Później ci wyjaśnię. Teraz musimy wstać i zmykać, nim służba się obudzi.

W ciągu godziny uprzątnęli wszelkie ślady swojej bytności. Zjedli szybkie śniadanie, zabrali tobołki 

i opuścili kuchnię. Poszli ścieżką w stronę stajni. Zamiast ją minąć, Robin skręcił do drzwi. Zaskoczona 
pospieszyła za nim. W boksach stały drzemiące jeszcze konie.

– Co my tu robimy? – zapytała z przestrachem Maxie.

– Szukamy środków transportu. – Rozglądając się na boki, ruszył głównym korytarzem. Większość 

koni służyła do pracy w polu, ale było też kilka wierzchowców.

Kiedy wyprowadzał jednego z przegrody, Maxie zastąpiła mu drogę.

– Do diabła, Robinie, nie mam ochoty zostać koniokradem. A może zamierzasz puścić je wolno po kilku 
milach, tak jak to uczyniłeś z koniem Simmonsa?

Wyminął ją i osiodłał konia. Potem poszedł po następnego.

– Nie tym razem. Potrzebujemy tych zwierząt do końca podróży.

– Robin!

– Nie martw się. Napisałem list z wyjaśnieniem. – Wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę papieru, którą 

wbił na sterczący z żerdzi gwóźdź.

– Twierdzisz, że nie jesteś ani złodziejem ani oszustem – powiedziała. – Nie jesteś już też szpiegiem. 

Wojna się skończyła. Więc co ty, do diabła, wyrabiasz?

– Nie będzie żadnych kłopotów. – Podniósł siodło ze stojaka. – Znam właściciela dworu.

Wpatrywała   się   w niego   z zaciśniętymi   dłońmi.   Wrażenie   bliskości   i zaufania   rozwiało   się.   Zostało 
zdumienie i zmieszanie.

– Dlaczego, na Boga, mam ci wierzyć? Zbladł.

background image

– Przykro mi, że o to pytasz.

Wciągnęła głęboko powietrze, uświadamiając sobie, że za chwilę wybuchnie  i powie coś przykrego. 

Opanowała się z trudem.

– Wierzę, że zeszłej nocy byliśmy wobec siebie szczerzy. Ale dzisiaj jest nowy dzień, a ja nadal wiem 

o tobie bardzo mało.

– Odpowiem na każde twoje pytanie – odparł. – Ale... wolałbym to odłożyć na później.

Miała ochotę krzyczeć z bezsilności. Może Robin rzeczywiście znał właściciela posiadłości, ale wcale nie 
była tego pewna. Dla kogoś, kto zabijał, uwodził i zdradzał, uprowadzenie dwóch koni może wydawać 

się nic nie znaczącą błahostką.

Robin oparł siodło na biodrze i musnął palcami jej policzek.

– Zaufaj mi jeszcze trochę, Kanawiosta.

Kiedy mówił w taki sposób, nie pozostawiał jej wyboru. Westchnęła ciężko.

– Dobrze, ale nie możesz w nieskończoność odkładać dnia obrachunku.

Robin także westchnął.

– Wiem. Ale ta podróż to dla mnie bardzo ważne przeżycie. Nie chodzi tylko o to, że poznałem ciebie, 
ale w pewnym sensie odnalazłem  też samego siebie. Nie jestem jeszcze gotów na stawienie  czoła 

rzeczywistości.

Uśmiechnęła się trochę krzywo, ale szczerze.

– Pewnie cieszysz się, że potrafisz zrobić ze mnie bezwolną idiotkę. A może nic cię to nie obchodzi, bo 
działasz tak na wszystkie kobiety?

– Przeceniasz mój urok. – Pochylił się i pocałował ją szybko. – Jednak cieszę się, że jesteś podejrzliwa. 
To utrzymuje nas w pewnej równowadze.

Ruszył w stronę koni.

– Cóż ty opowiadasz? – wykrzyknęła. – Od samego początku wodzisz mnie za nos.

Robin zapiął popręg, potem się odwrócił.

– Jestem pewien, że wiesz, iż gdybyś mi kazała czołgać się na kolanach po rozgrzanych węglach, 

zrobiłbym to.

– A nie chciałbyś najpierw poznać powodu, dla którego prosiłabym cię o coś takiego?

Uśmiechnął się.

– Tak, i założyłbym przy okazji spodnie z azbestu. Niemniej jednak wykonałbym o co prosisz.

Popatrzyła na niego, ogarnięta jakimś dziwnym i obezwładniającym uczuciem. Albo mówi serio, albo 
jest   najlepszym   kłamcą   na   świecie.   Może   też   być   szalony.   Nie   wolno   jej   zapomnieć   o takiej 

ewentualności. Z westchnieniem rezygnacji wzięła drugie siodło – najstarsze i najbardziej zniszczone – 
i założyła na drugiego konia.

Robin wyprowadził zwierzęta ze stajni i cicho przeszli do małej bramy. Była zamknięta, więc Robin 
wyważył zamek, a w tym czasie Maxie z uwagą oglądała czubki swoich butów.

– Czy dzisiaj dotrzemy do Londynu? – zapytała, kiedy znaleźli się w bezpiecznej odległości od Ruxton.

background image

– Tak, choć dopiero wieczorem.

Zmarszczyła brwi, przeliczając w myśli ich wspólny majątek.

– Czy będzie nas stać na wynajęcie pokoju?

– Raczej nie. Wystarczy nam na rogatkowe i na jedzenie, ale to wszystko. Mam jednak przyjaciół, 

którzy nas przenocują.

– Nie będą zadawać pytań?

– Nie oni. – Westchnął. – Będziemy musieli zachowywać się bardziej oficjalnie, między innymi dlatego 
nie chciałem, żeby nasza podróż dobiegła końca. Gdyby ktoś się o nas dowiedział, twoja reputacja 

ległaby w gruzach. W Londynie zaczyna się prawdziwy świat. Pewnie będziesz chciała odwiedzić ciotkę. 
Musimy zachować pozory i zadbać, aby nasze kłamstwa pasowały do siebie.

Skrzywiła się.

– To pewnie oznacza oddzielne łóżka.

– Obawiam się, że tak. Jeśli twoja lub moja rodzina dowie się, że podróżowaliśmy razem, dojdzie do 
skandalu. Będą się domagali, żebyśmy natychmiast wzięli ślub.

– Dlaczego tak cię to martwi? – zapytała oschle. – Myślałam, że tego pragniesz.

Zachichotał.

– Uciekłabyś, gdyby kazano ci wyjść za mnie.

– Potrafię oprzeć się społecznemu naciskowi, zwłaszcza osób, których nie znam – odparowała.

– Ja także, ale już dawno się przekonałem, że udawanie konformizmu bardzo ułatwia życie.

– Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one?

–   Właśnie.   A to   dotyczy   zwłaszcza   Londynu.   –   Zerknął   na   Maxie.   –   Na   szczęście   jutro   dostanę 
pieniądze, więc nie będzie problemu.

– Czy wolno mi zapytać, skąd je weźmiesz, milordzie?

– Od bankiera, bardzo nudnego i oficjalnego. – Spojrzał na nią z rozbawieniem. – Czy zdajesz sobie 

sprawę, że nazywasz mnie milordem zawsze wtedy, kiedy masz mi coś za złe?

Pomyślała przez chwilę, po czym się uśmiechnęła niechętnie.

– Przypuszczam, że ten śmieszny feudalny tytuł symbolizuje wszystko, czego o tobie nie wiem i czego 
się obawiam.

– Naprawdę mi nie ufasz? – zapytał cicho.

Nie zdziwiła się, że to pytanie  wreszcie padło. Leżało  zawsze u podstaw  ich związku. Na szczęście 

dojeżdżali do wioski, co dało  jej czas na zastanowienie się nad odpowiedzią. Minęli  wąską główną 
drogę wioski i znowu wyjechali na trakt.

– Podejrzewam, że nie świadczy to dobrze o moim rozsądku, ale ufam ci, przynajmniej do jakiegoś 
stopnia – powiedziała, kiedy minęli zabudowania.

– To znaczy do jakiego?

Zadając pytanie, nie patrzył na nią, a jego twarz była chłodna i obca.

– Wiem, że świadomie nie wyrządziłbyś mi krzywdy i wiem, że zawsze starałbyś się dotrzymać danego 

background image

słowa. – Westchnęła ciężko. – Ale może się mylę. Pewna mądra kobieta powiedziała mi kiedyś, że 
miłość ogłupia ludzi i zakłóca możliwość uczciwego osądu. – Zatrzymała się zmieszana, uzmysławiając 

sobie, co właśnie powiedziała.

Robin odwrócił się ku niej, złapał za wodze jej konia i zatrzymał go. Potem przysunął się do niej, 

pochylił i pocałował długo i namiętnie. W odpowiedzi zarzuciła mu ramiona na szyję, zaskoczona głębią 
uczucia, jakie wzbudziła w nim jej deklaracja. Nie potrafił mówić o miłości, ale wyglądało na to, że jej 

wyznanie sprawiło mu ogromną radość.

Ruszyli w dalszą drogę, pogodzeni, i na nowo w przyjaźni.

Przy ubieraniu pomagała Desdemonie specjalnie wyznaczona do tego zadania pokojówka. Niestety, 
suknia, którą zamierzała założyć, była równie ponura jak ta, którą miała na sobie poprzedniego dnia. 

Postanowiła, że w przyszłości odświeży swoją garderobę.

W czasie  gdy pokojówka układała  jej  włosy,  wróciła   myślami  do  poprzedniego  wieczoru. Zaraz  po 

namiętnym wybuchu zarówno ona, jak i Giles zachowywali się oficjalnie, i przy obiedzie rozmawiali już 
tylko o rzeczach ogólnych. Musiała przyznać, że choć Giles należał do bogatych właścicieli ziemskich, 

przeciwko   którym   wielokrotnie   występowała   w parlamencie,   to   zdołał   ją   zaskoczyć   swoimi 
humanitarnymi   i tolerancyjnymi   poglądami.   Chyba   nawet   bardziej   tolerancyjnymi   niż   jej   własne. 

Obawiała   się,   że   na   zakończenie   wieczoru   zacznie   jej   składać   niemoralne   propozycje,   jednak 
potraktował   ją   z nieskazitelną   elegancją,   nie   licząc   jednego   gorącego   pocałunku   na   dobranoc,   na 

wspomnienie którego usta układały się do uśmiechu.

Pospiesznie   zmieniła   wyraz   twarzy,   dała   pokojówce   napiwek,   po   czym   zeszła   na   dół   do   jadalni. 

Przygotowała się, że na widok Gilesa ogarnie ją zmieszanie, ale okazało się, że jeszcze go nie ma. 
Z nadzieją, że za chwilę się pokaże, kazała podać posiłek na dwie osoby. Wkrótce pojawił się Giles.

– Mogę się przyłączyć?

Fakt, że był tak samo skrępowany jak ona, pomógł jej opanować zdenerwowanie.

– Proszę – odparła. – Nie wiem jak wątróbka, ale jajecznica i parówki są wspaniałe.

Zajął miejsce naprzeciwko.

– Byłem u kowala. Mój powóz będzie gotowy najwcześniej jutro.

– Nic nie szkodzi. – Jak dobra żona nalała mu herbaty, dodając mleka, bo już poprzedniego dnia 

zauważyła,   że   je   lubi.   –   Możemy   pojechać   moim   powozem.   Potem   odwiozę   cię   do   Daventry   albo 
zabiorę ze sobą do Londynu, jeśli nie będziesz chciał czekać na naprawę powozu.

– To miło  z twojej strony. – Nałożył sobie jajecznicy i parówkę. – Nie uśmiecha mi się spędzać tu 
jeszcze jednego dnia.

– Sądzisz, że spotkamy uciekinierów w Ruxton?

– Wątpię. Zaczynam o nich myśleć jak o jakichś ulotnych zjawach – stwierdził sucho. – Czy twoja 

bratanica odwiedzi cię po przyjeździe do Londynu?

Wzruszyła ramionami.

– Mam nadzieję, choć nie założyłabym się o to. A twój brat przyjedzie do Wolverton House?

Potrząsnął głową.

–   Dom   jest   pusty.   Myślałem   o sprzedaniu   go,   ale   jeszcze   nie   podjąłem   decyzji.   –   Spojrzał 
z zastanowieniem na towarzyszkę. – Być może w przyszłości będę spędzał więcej czasu w mieście.

Desdemonie   spodobało   się   to,   co   usłyszała.   Uświadomiła   sobie,   że   znowu   się   uśmiecha.   Boże, 
zachowuje się jak jakaś zadurzona uczennica. Nie, to nieprawda. Smarując kromkę chleba marmoladą, 

background image

doszła do wniosku, że nigdy wcześniej nie kochała. Była nieśmiałą dziewczyną, na dodatek molem 
książkowym i nie interesowała ją płeć przeciwna. Później cierpiała z powodu uciążliwych zalotów, a za 

mąż wyszła bez miłości. Należało się jej więc trochę szaleństwa.

– Jak zamierzasz odnaleźć lorda Roberta? – zapytała, podnosząc wzrok.

–   Pewnie   brakuje   mu   pieniędzy,   więc   zostawię   wiadomość   u jego   bankiera   –   odparł   Giles.   – 
Skontaktuję się też z kilkoma znajomymi Robina i uprzedzę ich, że go szukam.

Drogi   były   rozmokłe   i błotniste,   dotarli   więc   do   Ruxton   dopiero   koło   południa.   Stróż   przy   bramie 
z radością   powitał   Gilesa,   ale   nic   nie   wiedział   o wizycie   lorda   Roberta.   Ruszyli   do   budynku 

administracyjnego. Zastali tam Haslipa, zarządcę majątku, pogrążonego w lekturze. Uśmiechnął się na 
widok człowieka, który od lat go zatrudniał i zapewniał utrzymanie.

– Lord Wolverton! – Wstał pospiesznie. – Cóż za niespodziewana przyjemność, milordzie. Przyjechał 
pan tu na dłużej?

Giles pokręcił przecząco głową.

– Przyjechałem tylko po to, żeby zapytać, czy był tu mój brat. Haslip zawahał się.

– Chyba tak, choć nie jestem pewien.

Kiedy Giles pytająco uniósł brew, Haslip wytłumaczył:

– Nikt go nie widział, ale tego ranka zniknęły dwa wierzchowce i znaleziono tę notatkę w stajni. – 
Podał kartkę markizowi. – Nie wiem, czy to pismo pańskiego brata. Jeśli tak, to wszystko w porządku, 

ale może list napisał sprytny złodziej. Tak czy inaczej, ten ktoś zabrał dwa najlepsze konie.

Giles przeczytał list. Znalazł tam tylko krótkie zdanie:  Potrzebowałem koni, Lord Robert Andreville. 

Rozpoznał jednak charakter brata.

–   To   jego   pismo.   –   Podał   kartkę   Desdemonie.   –   A więc   był   tu   zeszłej   nocy.   O której   godzinie 

zauważono, że konie zniknęły?

– Około dziewiątej.

– Obejrzę dom i sprawdzę, czy spędził tu noc. Jeśli przyjechał późno, z pewnością nie chciał nikogo 
budzić – zręcznie wyjaśnił. Lepiej nie wspominać o pannie niewinnej. Im mniej się o niej mówi, tym 

lepiej.

Haslip   miał   ochotę   zapytać,   jak   jego   nowy   pracodawca   dostał   się   na   teren   otoczonej   murem 

posiadłości, dlaczego opuścił ją nic nikomu nie mówiąc i na co mu dwa konie, ale powstrzymał się.

– Dobrze, milordzie. Przyniosę klucze – powiedział.

Kiedy znaleźli się we dworze, Giles odesłał służącego, po czym wraz z Desdemoną przeszukali dom, 
kończąc na kuchni.

– Byli tu, to pewne – orzekła lady Ross, obejrzawszy spiżarnię, szafki z zastawą stołową i cynową 
wannę, w której na dnie lśniło kilka kropel wody. Podniosła do góry świeżo wyczyszczony kryształowy 

kielich. – Wygląda na to, że posilali się w wielkim stylu.

– Robin zawsze dbał o nastrój – stwierdził Giles. – Sprawdziłem szafę z bielizną. Sądząc po liczbie 

zużytych prześcieradeł,  a potem starannie  złożonych,  spali  w oddzielnych łóżkach.  Być może nasze 
obawy nie mają podstaw.

– Może – odparła.

Teraz już mniej upierała się przy tezie, że to niemożliwe, aby mężczyzna, podróżujący sam na sam 

z kobietą,   nie   próbował   nastawać   na   jej   godność.   Jeszcze   dzień   wcześniej   nie   żywiła   co   do   tego 

background image

żadnych   wątpliwości,   jednak   towarzystwo   Gilesa   przekonało   ją,   że   dojrzały   mężczyzna   nie   musi 
koniecznie   zachowywać   się   jak   opętany   pożądaniem   samiec.   Być   może   lord   Robert   rzeczywiście 

zaoferował pomoc Maximie, kierując się wyłącznie czystym altruizmem. Ale nawet jeśli nie doszło do 
niczego zdrożnego i tak reputacja bratanicy pozostawała zagrożona.

– Mają konie, więc mogą dotrzeć do Londynu już dziś wieczorem.

Opuszczając dwór, Desdemoną pomyślała, że sprawa Maximy powoli dobiega końca, jednak na jej 

drodze pojawiło się nowe wyzwanie, markiz Wolverton.

background image

26

Po   długim   i monotonnym   dniu,   spędzonym   w siodle,   Londyn   tak   pobudził   zmysły   Maxie,   że 
w porównaniu  z nim Boston wydał jej się  małym  jarmarcznym miasteczkiem.  Ogromnie  zmęczona, 

jechała za Robinem przez ciemne uliczki, pragnąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Zdziwiła się, 
kiedy jej towarzysz zatrzymał się przed okazałą kamienicą.

–   Tu   się   zatrzymamy?   –   zapytała   zaskoczona.   Zeskakując   z konia,   Robin   uśmiechnął   się   do   niej 
zachęcająco.

– Kołatka jest podniesiona, co znaczy, że moi przyjaciele są w domu.

– Z naszym wyglądem nie wpuszczą nas nawet do kuchni, a co dopiero mówić o salonie – mruknęła 

Maxie, z trudem schodząc z konia.

Robin zachichotał.

– Nie martw się, widywali mnie w gorszym stanie.

Maxie   obrzuciła   wzrokiem   masywną   fasadę   i natychmiast   poczuła   się   jak   biedna   prowincjuszka. 

Przywołała na pomoc dumę. Niech sczeźnie, jeśli teraz stchórzy. Jakie to ma znaczenie, co angielscy 
arystokraci sobie o niej pomyślą? Jeśli Robin uznał za słuszne ją tu przywieźć, nie będzie się kuliła jak 

jakiś bezpański pies.

Przytrzymała konie, a Robin uderzył kołatką w drzwi. Otworzył je lokaj w liberii i peruce. Zlustrował 

gości z pogardą, a twarz wykrzywił mu grymas, jakby na schodach znalazł beczkę starych ryb. Zanim 
jednak zdołał otworzyć usta, Robin rzucił rozkazująco:

– Zawołaj kogoś, kto zajmie się naszymi końmi. – Znowu się zmienił, tym razem w stuprocentowego 
arystokratę.

Odźwierny   cofnął   się   niepewnie   pod   groźnym   wzrokiem   przybysza.   W ciągu   minuty   zjawił   się 
kamerdyner.

Maxie   z trudem   powstrzymała   się,   by   nie   kulić   ramion,   wchodząc   do   marmurowego   holu,   tak 
olbrzymiego, że pułk kawalerii mógłby tu spokojnie odbyć musztrę. Sufit znajdował się na wysokości 

dwóch pięter, w rogach na podwyższeniach stały posągi, wierne kopie greckich rzeźb. Środek holu 
zajmowały podwójnej szerokości schody. Nie bywała wcześniej w tak znakomitych domach, toteż ten 

wydał jej się królewskim pałacem. O ile się nie myliła, znajdowali się w Carlton House, w rezydencji 
samego księcia regenta. Robin zachowywał się z taką swobodą, jakby był tu częstym gościem.

– Czy księżna jest w domu? – zapytał kamerdynera.

– Jej wysokość nie przyjmuje – odparł służący dumnie.

– Nie  o to pytałem  –  rzucił Robin cicho, ale  zdecydowanie. – Księżna mnie  przyjmie.  Powiedz, że 
przyjechał lord Robert.

Twarz służącego zdradzała pospieszną kalkulację. Nieznajomy miał arystokratyczny akcent i maniery 
światowca, ale był biednie odziany. Na wszelki wypadek skłonił się i odszedł.

Księżna? Maxie zaczęła się zastanawiać, czy ta dostojna dama nie okaże się babką Robina, a on sam 
czarną owcą albo kimś równie kontrowersyjnym. Od początku domyślała się, że Robin jest dobrze 

urodzony, ale jak dobrze? Najwidoczniej bardzo dobrze. Zdrętwiała ze zmieszania i dzielnie nadrabiała 
miną, kryjąc strach przed nie znanym jej i wrogim światem. Każdy mięsień miała napięty. Chodziła po 

holu jak kot obwąchujący nowe miejsce.

Znajdowała   się   akurat   w najodleglejszym   kącie,   kiedy   doszedł   ją   odgłos   pospiesznych   kroków. 

background image

Odwróciła się i ujrzała, jak po schodach spływa wspaniała złocista istota. Tajemnicza nieznajoma nie 
zauważyła Maxie i rzuciła się w ramiona Robina, nie przejmując się jego brudnym ubraniem.

– Robin, ty wstręciuchu! Dlaczego nie zawiadomiłeś mnie o przyjeździe?

Z uśmiechem objął ją ramionami.

– Opamiętaj się, Maggie! Pomyśl o przyszłym markizie Wilton, jeśli nie o sobie.

– Jesteś nieznośny jak Rafe – rzuciła z grymasem. – To może być dziewczynka.

– Nonsens. Ty z pewnością urodzisz syna i dasz mężowi spadkobiercę.

Przez chwilę trwali w czułym uścisku. Nie ulegało wątpliwości, że długo i dobrze się znają. Księżna 

wzrostem dorównywała Robinowi, a jej włosy były tak samo jasne jak jego.

Ukryta   w rogu   Maxie   przeżywała   katusze,   od   których   aż   jej   pociemniało   w oczach.   Sądziła,   że 

przygotowała się na wszystko, co mogło ją spotkać w tym domu, ale nie na to! Wielki Boże, nie na to! 
Jak on mógł przyprowadzić ją do domu swojej kochanki? W trakcie ich długiej podróży Robin nigdy nie 

wydawał   się   jej   tak   odległy   jak   teraz.   Jego   złote   włosy   lśniły   w blasku   kandelabrów   i nawet 
w zniszczonym i brudnym odzieniu każdy rozpoznałby w nim prawdziwego arystokratę. Nigdy w całym 

swoim   życiu,   nawet   wtedy   gdy   dokuczały   jej   białe   dzieci,   nie   czuła   się   bardziej   mieszańcem 
i odmieńcem jak w tej chwili.

– Chcę, byś poznała kogoś wyjątkowego – powiedział Robin wypuszczając księżnę z objęć.

Kiedy   prowadził   Maggie   w jej   stronę,   Maxie   targały   wściekłość   i zmieszanie.   Jak   ma   się   zachować 

w obecności   tej   kobiety,   zwłaszcza   że   występuje   w męskim   stroju?   Przypomniała   sobie   odpowiedź 
pewnej dystyngowanej damy z Bostonu: Amerykanin nie kłania się żadnemu śmiertelnikowi tylko Bogu 

i tylko wtedy, gdy poczuje wezwanie. Tym samym kochanka Robina nie zasługiwała na ukłon. Skoro 
jednak była przebrana za chłopca, należało zdjąć kapelusz. Uczyniła tak, ale nic nie zdołała zrobić 

z wyrazem twarzy, na której rysowała się płomienna wrogość.

Księżna zatrzymała się zdumiona.

– Maggie, to jest panna Maxima Collins. Maxie, oto księżna Candover. – Położył dłoń na ramieniu 
Maxie. – Próbuję namówić Maxie, żeby za mnie wyszła.

W szarozielonych  oczach księżnej zamigotało  zaskoczenie, lecz  zaraz  za nim  przyszło  rozbawienie. 
Rysom księżnej brakowało symetrii, ale promieniował z niej czar, którego pozazdrościłaby niejedna 

piękność. Nic dziwnego, że Robin o niej śnił.

Widząc rozbawienie księżnej, wściekłość Maxie sięgnęła zenitu. To oczywiste, że Maggie wzięła za żart 

wyznanie   Robina.   Gniew   jej   zelżał   nieco,   kiedy   księżna   odezwała   się   głosem   brzmiącym   szczerą 
życzliwością.

– Moja droga, to cudownie, że mogę cię poznać. – Uśmiechnęła się konspiracyjnie. – Mam nadzieję, że 
przyjmiesz   oświadczyny   Robina.   Ma   kilka   wspaniałych   zalet,   choć   podejrzewam,   że   w tej   chwili 

marzysz o tym, żeby udusić go gołymi rękami, prawda?

Uwaga ta była tak zgodna z rzeczywistością, że zbiła Maxie z tropu.

– Szczerze mówiąc,  zastanawiam   się nad  najlepszym sposobem zamordowania  go. – Choć wprost 
zgrzytała zębami, postanowiła dorównać księżnej w poczuciu humoru. – Utopienie we wrzącym oleju 

wydaje mi się zbyt szybkie.

Maggie parsknęła śmiechem.

– Domyślam się, że przywiózł cię tu bez słowa uprzedzenia?

– Dokładnie tak, wasza wysokość. – Maxie zerknęła na Robina, który nawet wcale nie wyglądał na 

background image

zawstydzonego. Jego dłoń nadal spoczywała na jej ramieniu, co zresztą podtrzymywało ją na duchu, 
choć miała ochotę skręcić mu kark. – Robin wspominał tylko o odwiedzinach u przyjaciół, nic więcej.

– To rezultat wielu lat pracy w charakterze szpiega. Im mniej się mówi tym lepiej. – Maggie wskazała 
na hol. – Ja także doznałam szoku, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to mauzoleum. – Przechyliła 

głowę na bok. – Jesteś Amerykanką?

To oczywiste, że podobnie jak Robin miała wyczulony słuch. Zresztą wiele rzeczy ich łączyło. Ta myśl 

jednak nie poprawiła Maxie nastroju.

– Tak. Ale ojciec był Anglikiem, młodszym synem szóstego wicehrabiego Colingwooda. – Natychmiast 

zawstydziła się, że wspomina o swoich szlacheckich krewnych, ale było już za późno.

Księżna zmarszczyła brwi.

– Collingwood? Z Durham?

– Tak. – Zabrzmiało to szorstko, więc dodała: – Spędziłam u wujostwa wiosnę.

Robin popatrzył na nią ze zdziwieniem, ale nic nie powiedział.

– Przyjechaliśmy do Londynu bez grosza – wyjaśnił. – Mamy nadzieję, że Candover House ugości nas 

przez dzień lub dwa.

– Jestem pewna, że znajdzie się dla was miejsce. – Księżna odwróciła się do Maxie. – Pokażę ci pokój, 

w którym będziesz się mogła odświeżyć i odpocząć.

– Jeśli wasza wysokość pozwoli, najpierw chciałabym zamienić słówko z Robinem.

– Oczywiście. – Księżna wskazała jakieś drzwi. – W saloniku nikt wam nie będzie przeszkadzał.

Robin poszedł za Maxie z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Spodziewał się, że towarzyszka będzie 

zaskoczona, kiedy się dowie, iż znalazła się w domu Maggie, ale jej wściekłość, okazała się większa niż 
przypuszczał.

Kiedy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Maxie okręciła się na pięcie, a każdy kawałek jej drobnego 
ciała drżał z furii.

– Jak śmiałeś sprowadzić mnie do domu swojej kochanki?

– Maggie nie jest moją kochanką już od wielu lat – powiedział uspokajająco. – Pozostała jednak moją 

przyjaciółką   i obydwoje   mamy   zwyczaj   pomagać   sobie   w potrzebie.   Ponieważ   ty   i ja   potrzebujemy 
noclegu, wydawało mi się naturalne, żeby tu przyjść. – Podszedł do kominka i oparł się o marmurowy 

blat. – Wiedziałem, że Maggie i jej mąż przyjmą dwoje obdartusów bez zbędnych pytań i sensacji. 
Tutaj możesz bez przeszkód przekształcić się w szanowaną młodą damę.

–   Kamerdynerowi   przedstawiłeś   się   jako   lord   Robert,   a księżna   zwracała   się   do   ciebie   w ten   sam 
sposób. Mówiłeś, że twój tytuł nie jest prawdziwy.

– To ty tak twierdziłaś. Ja tylko niczego nie prostowałem – zauważył Robin. – Najwyraźniej ojciec nie 
wytłumaczył ci, na czym polega angielski system tytularny. Na przykład użycie tytułu lord z imieniem 

wskazuje na młodszego syna księcia lub markiza, więc lord Robert Andreville to poprawny tytuł.

Oczy Maxie zwęziły się, jakby przyswajała sobie słowa towarzysza. W tej chwili wyglądała  bardziej 

egzotycznie i niebezpiecznie niż kiedykolwiek.

– Mówiłeś, że nie jesteś szlachcicem.

– Nie jestem. Lord Robert to tytuł grzecznościowy. Jestem tak jak ty zwykłym obywatelem. Gdyby mój 
brat zmarł,  niech Bóg broni,  wtedy szlachectwo   przeszłoby  na mnie.  – Wzruszył ramionami.   – To 

wszystko nie ma sensu.

background image

– Twój ojciec był księciem? Pokręcił głową.

– Markizem. Jeden szczebel niżej.

– A więc, kiedy się spotkaliśmy, znajdowałeś się na terenie rodzinnej posiadłości? – Wpatrywała się 
w niego, jakby po raz pierwszy go widziała. – Co z ciebie za człowiek? Od samego początku świadomie 

mnie zwodziłeś, pozwalając sądzić, że jesteś bezdomnym włóczęgą, może złodziejem albo kimś jeszcze 
gorszym. W czym jeszcze mnie oszukałeś?

– Zawsze mówiłem ci prawdę. – Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, unikając wzroku Maxie. 
Zaczynał się robić się oziębły, jak zawsze, kiedy czuł się winny albo zdenerwowany. Mimo że zdawał 

sobie sprawę, że to błąd, nie potrafił usunąć chłodu z głosu. – Choć przyznaję się do kilku kłamstw, 
które w twojej obecności powiedziałem innym.

Złość   Maxie   przeszła   w niepohamowaną   furię.   Sięgnęła   po   porcelanową   figurkę   stojącą   na   stole 
i cisnęła nią w Robina. Statuetka roztrzaskała się o marmurowy kominek, o kilka cali od dłoni Robina. 

Nie poruszył się nawet, gdy uderzyły w niego odłamki. Zacisnął tylko palce na gzymsie.

– Nic mnie nie obchodzi, że za prawdziwość każdego twojego słowa może poręczyć sam pan Bóg! 

Musieli   cię   wychowywać   prawnicy   albo   Jezuici!   –   krzyknęła   pogardliwie.   –   Chciałeś   mnie   oszukać, 
nawet jeśli twierdzisz, że tylko manipulowałeś prawdą. – Załamał jej się głos. – Jaka byłam głupia, że 

ci uwierzyłam.

Ból w głosie Maxie przeszył go jak błyskawica. Odetchnął głęboko.

–   Masz   rację.   Wykorzystywałem   prawdę,   żeby   wywołać   złudne   wrażenie.   Ale   przysięgam,   że   nie 
miałem zamiaru kpić z ciebie.

– W takim razie, po co te kłamstwa?

Wpatrywała się w niego ze skurczoną twarzą. Ganił się w duchu za to, że nieumyślnie sprawił jej tyle 

bólu.  Co  gorsza, akurat w tym  momencie  przypomniał sobie, jak  się  kochali,  jej słodycz,  hojność, 
zmysłowość i pasję. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, czuł, że pragnie Maxie  z całej  siły,  fizycznie 

i emocjonalnie. Pragnął jej od chwili, kiedy ujrzał nad sobą urzekającą, pełną czaru leśną nimfę. Nie 
rozumiał,   dlaczego   w takim   razie   postępował   tak   idiotycznie?   Jak   mężczyzna,   ceniący   subtelność 

i uczciwość,   może   zachować   się   jak   skończony   głupiec?   Kiedy   się   głębiej   nad   tym   zastanawiał, 
odpowiedź wydała mu się oczywista.

– Nie bardzo przepadam za lordem Robertem Andreville – wyrzucił z siebie. – Jeśli ja go nie lubiłem, 
nie spodziewałem się, żebyś ty go zechciała polubić. A od chwili, kiedy cię poznałem, pragnąłem, żebyś 

mnie polubiła.

Pomyślała, że trochę się spóźnił z tą szczerością. Czuła jednak, że się uspokaja, a złość mija. Patrzyli 

na siebie  przez  chwilę.  Złość zniknęła,  jednak smutek  pozostał.  Przeszła  przez salonik  i oparła  się 
o gzyms kominka, krzyżując ramiona na piersi.

– Czy sprowadziłeś mnie tutaj, żeby uzyskać aprobatę Maggie? – zapytała chłodnym głosem. – Czy 
tylko chciałeś ją zaszokować pokazując, jak nisko upadłeś, odkąd cię opuściła? Trudno spotkać drugą 

tak szacowną i piękną kobietę, przypuszczam więc, że postanowiłeś wybrać przeciwny kierunek.

–  Wielki   Boże,  chyba   nie   wierzysz   w ani  jedną   z tych   rzeczy,  które   powiedziałaś!  –   Zrozumiawszy 

powód   jej   wściekłości   Robin   poczuł   się   nieswojo.   –   Jesteś   kobietą   mądrą   i z charakterem,   chlubą 
każdego mężczyzny, którego zechciałabyś obdarzyć zaufaniem. I nawet umazana błotem nadal jesteś 

piękna.

Zacisnęła usta.

– Zawsze potrafisz znaleźć odpowiednie słowa. Tylko że czasami słowa nie wystarczą.

Zasłużył sobie na to, niemniej jednak czuł się tak, jakby walnęła go pięścią prosto w splot słoneczny.

background image

– Wybacz mi. Przyznaję, że zachowałem się jak niewrażliwy dureń. To nieprawda, że przyprowadziłem 
cię tutaj, żeby uzyskać aprobatę Maggie, chciałem tylko, żebyś ją poznała. Jesteście dwiema kobietami 

mojego życia i sądziłem, że mogłybyście się zaprzyjaźnić.

Oparła dłoń o gzyms kominka.

– A jeśli jej się nie spodobam, co z pewnością się stanie, co wtedy?

– Spodobasz się jej. – Przykrył jej dłoń swoją. Poruszyła palcami, ale nie cofnęła ręki. – Przypuszczam, 

że tak naprawdę obawiasz się, którą z was dwóch wybiorę. – Zacisnął dłoń. – Nawet gdyby Maggie 
miała na tyle mało rozumu, żeby czynić w moim kierunku jakieś kroki, i tak wybrałbym ciebie. Jesteś 

jedyną osobą, która ma moc nas rozdzielić.

Zamknęła   oczy,   wzruszona   tym,   co   powiedział.   Nie   potrafiąc   się   dłużej   powstrzymywać,   objął   ją 

ramionami.   Wtuliła   się   w niego,   jakby   zrezygnowała   z dalszej   walki.   Mimo   kłótni,   fizycznie   zawsze 
między nimi panowała harmonia. Robert trzymał ją w ramionach z nadzieją, że uspokoi jato tak samo 

jak koiła jego nerwy. Silny charakter Maxie sprawiał, że ciągle zapominał, jaka jest niska. Poczuł nagłą 
potrzebę bronienia jej. Głową ledwie sięgała mu do podbródka, a sam przecież nie był wysoki.

– Twoja głowa jest na wysokości mojego  serca. –  Jedną ręką wyjął z włosów  spinki,  żeby opadły 
hebanową masą na plecy. – Jestem skończonym idiotą, Kanawiosta. Chciałem zablokować przeszłość 

i przyszłość, bo po raz pierwszy od wielu lat czułem się szczęśliwy.

Delikatnie pogładził japo plecach.

–   Wiedziałem,   że   wcześniej   czy   później   będę   musiał   wszystko   wyjaśnić,   ale   bałem   się   i wolałem 
odwlekać   tę   chwilę,   jak   długo   się   da.   Nie   przyszło   mi   do   głowy,   że   traktuję   cię   niesprawiedliwie. 

Przypominałaś mi ziemię, mądrą i nieskończenie silną. Zapomniałem, że ty także możesz mieć własne 
strachy.

– Jakie jeszcze niespodzianki kryjesz w rękawie? – zapytała, nie podnosząc głowy.

– Jestem dość bogaty. Między innymi jestem właścicielem Ruxton. Słysząc to, podniosła głowę, a w jej 

oczach błysnęło rozbawienie.

– Chcesz powiedzieć, że ukradłeś własne konie? – Kiedy skinął głową, dodała: – A ja tak się bałam.

– Mówiłem ci, że nie ma takiej potrzeby.

– Księżna ma rację. – Ton jej głosu był surowy, ale usta drżały ze śmiechu. – Jesteś draniem.

– Tak. – Westchnął z powagą. – Dlatego pomysł, by stać się kimś innym, tak mi się spodobał.

Popatrzyła mu w oczy.

– Musimy o tym jeszcze porozmawiać, ale chyba już nie tej nocy.

– Dobrze. Teraz nie miałbym na to sił. Podobnie jak ty nie masz prawdopodobnie sił na podejmowanie 

decyzji,   czy   za   mnie   wyjdziesz.   –   Wypowiedział   to   zdanie   lekkim   tonem,   ale   zarazem   wstrzymał 
oddech, czekając na odpowiedź Maxie.

Potrząsnęła głową ze smutkiem.

– Nie wiem, Robinie. Jesteśmy sobie jeszcze dalsi niż sądziłam. – Chwyciła za klapy jego surduta. – 

Nie wiem, czy potrafię dostosować się do twojego angielskiego świata, a nawet czy zechcę spróbować.

– Jesteśmy sobie bliżsi niż podejrzewasz, a ten świat to nie jest jedyna możliwość. – Musnął ustami jej 

włosy. – Ale teraz nie czas o tym rozmawiać. Najważniejsze, że nie powiedziałaś nie. – Uśmiechnął się 
lekko. – Dziękuję, że nie trafiłaś mnie tą porcelanową figurką. Choć może powinnaś. Moje zachowanie 

było całkowicie nie na miejscu.

background image

– Chciałam podkreślić swoją wypowiedź, a nie zrobić ci krzywdę. Jednak powinnam była nad sobą 
panować. – Skrzywiła się. – Mam nadzieję, że ta figurka nie jest rodzinną pamiątką. – Spojrzała na 

jego poszarpaną koszulę. – Kiedy jestem zła, mówię do ciebie „lord Robert”, a ty co czujesz, kiedy 
nazywasz mnie Kanawiosta?

Nie spieszył się z odpowiedzią.

– Przypuszczam, że to oznacza, iż mówię od serca i z nadzieją, że mnie wysłuchasz.

– To wcale niezły powód. – Po chwili milczenia popatrzyła na towarzysza z iskierką przekory w oczach. 
– Jeśli za ciebie wyjdę, to jaki zyskam tytuł?

–   Będziesz   się   nazywała   lady   Robertowa   Andreville.   W skrócie   lady   Robertowa   a być   może   lady 
Robinowa.

Oczy Maxie stały się okrągłe jak talerze.

– Mówisz poważnie? Nie żartujesz sobie znowu?

– Nie, na Boga. Wybuchnęła śmiechem.

– Co za absurd! Nic dziwnego, że Amerykanie odrzucili ten system.

Otworzyły   się   drzwi   i stanęła   w nich   księżna   Candover.   Na   widok   przytulonej   pary   chciała   się 
pospiesznie wycofać.

– Przepraszam, zapewne nie słyszeliście mojego pukania.

– Nie uciekaj. – Robert bez pośpiechu wypuścił Maxie z objęć. – Zawarliśmy pokój.

Była zbyt rozsądna, by komentować tę wypowiedź.

–   Rafe   właśnie   przysłał   wiadomość,   że   wyjeżdża   z Westminster   wcześniej   niż   się   spodziewał   – 

powiedziała. – Czy zechcecie zjeść z nami kolację za godzinę lub dwie? Bardzo bym tego pragnęła, ale 
jeśli jesteście zbyt zmęczeni, możecie zjeść w swoich pokojach.

Maxie zerknęła na Robina.

– Z przyjemnością przyjmuję  zaproszenie, wasza wysokość, ale ostrzegam, że mam ze sobą tylko 

jedną suknię, a na podróż wybrałam najgorszą.

– Moja pokojówka może ją odświeżyć. – Wzrok księżnej spoczął na odłamkach porcelany. Jej twarz się 

rozjaśniła.

– Wspaniale! Stłukliście tę koszmarną replikę grupy Laokoona. Twarz Maxie spłonęła czerwienią.

– Przepraszam. To moja wina. Postaram się odkupić ją jak najszybciej.

–   Nawet   się   nie   waż.   –   Księżna   uśmiechnęła   się   złośliwie.   –   To   był   ślubny   prezent   od   jednego 

z kuzynów, który nie aprobował mojego małżeństwa z Rafe’em. Troje ludzi zjadanych przez węża to 
raczej mało sympatyczny prezent, nie sądzicie? Stawiałam ją na brzegu stołu z nadzieją, że któraś ze 

służących przypadkowo ją strąci.

Maxie zachichotała. Tylko prawdziwa dama potrafi sprawić, żeby gość czuł się dobrze, mimo że coś 

zniszczył.

– Jeśli ma pani coś jeszcze do stłuczenia, służę pomocą.

– Umowa stoi! – Księżna obróciła się. – Zaprowadzę was teraz do waszych pokoi. Macie jeszcze czas 
na kąpiel i drzemkę.

background image

Maxie   podążyła   za   gospodynią.   Myślała   po   drodze   o przyszłości   z Robinem   i problemach,   jakie 
musieliby rozwiązać. Znalazła się w obcym świecie, gdzie niewiele osób będzie ją życzliwie witało. Im 

szybciej się przekona, czy potrafi żyć w tym świecie, tym lepiej.

background image

27

Po kąpieli w pokoju Maxie zjawiła się Lavalle, francuska pokojówka księżnej. Służąca nie zdradziła się 
słowem, że jest niezadowolona z pojawienia się niespodziewanego gościa, ale na jej twarzy malował 

się ból, kiedy podawała nowej pani świeżo wyprasowaną suknię. Maxie znała język francuski, choć 
pobrzmiewał w nim lekki akcent kanadyjski, czym szybko zdobyła sobie sympatię służącej.

Założyła prostą białą suknię, po czym usiadła, a Lavalle zajęła się upinaniem jej ciemnych włosów 
w elegancki węzeł. Rezultat był zadowalający, kiedy jednak pojawił się lokaj wzywający ją na kolację, 

Maxie z niepokojem zerknęła w lustro. Potem wysoko uniosła głowę i zeszła na dół do małego salonu.

Robin i księżna pogrążeni byli w rozmowie, ich złote głowy pochylały się ku sobie. Robin miał na sobie 

nową   koszulę   i halsztuk,   prawdopodobnie   prosto   z szafy   samego   księcia.   Wydawał   się   rozluźniony 
i obawy Maxie powróciły. On pasuje do tego otoczenia, ale co, u diabła, ona tu robi? W tym momencie 

uniósł wzrok i jego oczy rozszerzył zachwyt. Podszedł do Maxie.

– Wyglądasz cudownie – powiedział.

Poczerwieniała, czując jak jego gorące spojrzenie rozgrzewa ją aż po palce u stóp.

– Miło  mi,  że to mówisz, ale ta suknia  nie jest już modna nawet w Bostonie, a co dopiero mówić 

o Londynie.

– Uwierz mi, mężczyzn nie interesuje moda tylko ogólny efekt. A twój widok zwala z nóg. – Wziął ją 

pod rękę i poprowadził do krzesła stojącego między jego a księżnej. – Przypomnij sobie też, że po raz 
pierwszy widzę cię w prawdziwej sukni.

Zachwyt Robina rozluźnił Maxie na tyle, że bez skrępowania usiadła przy stole. Księżna miała na sobie 
suknię tak samo prostą jak jej, co było kolejnym przykładem wielkiego taktu gospodyni. Robin musiał 

wcześniej  uprzedzić  o stosunku  Maxie  do  alkoholu,  bo   poczęstowano  ją  lemoniadą,  choć  pozostała 
dwójka piła sherry.

W pewnej chwili księżna spojrzała na zegar, ale w tym samym momencie otworzyły się drzwi i Maxie 
nie   miała   cienia   wątpliwości,   że   nieznajomy,   który   się   pojawił,   to   książę   Candover.   Robin   był   jak 

kameleon, potrafił ciągle się zmieniać, ale książę, dystyngowany do szpiku kości, nie mógłby odgrywać 
nikogo prócz siebie. Był też wyjątkowo przystojny – doskonały partner dla Maggie.

–  Przepraszam  za  spóźnienie,  kochanie  –   powiedział  –  ale   akurat  kiedy   wychodziłem,   złapał   mnie 
Castelereagh. – Zauważywszy gości przystanął, a na twarzy wykwitł mu szeroki uśmiech. – Robin, ty 

hultaju, co cię sprowadza do Londynu?

Mężczyźni   wymienili   ciepły   uścisk   dłoni,   potem   Robin   przedstawił   księciu   Maxie.   Kiedy   Candover 

pochylił się nad jej dłonią, zobaczyła, że jego włosy i cera są tak samo ciemne jak jej, tylko oczy miał 
zimnoszare, ale pełne humoru i życzliwości.

– Collins – powtórzył, prostując się. – Czy jest pani spokrewniona z Collinsami z Chanleigh?

– Obecny lord Collingwood jest moim wujem, wasza wysokość.

– W takim razie jesteśmy w pewnym sensie kuzynami, w drugiej albo trzeciej linii. – Uśmiechnął się do 
Maxie. Jego uśmiech był równie zniewalający jak Robina. – Zawsze z wielką radością poznaję nowe 

kuzynostwo,   zwłaszcza   tak   atrakcyjne.   –   Podając   jej   ramię,   dodał:   –   Ponieważ   jestem   wprost 
nieludzko głodny, proponuję, żebyśmy od razu udali się do jadalni. Jestem o wiele milszy, kiedy mam 

pełny żołądek.

Uśmiechnęła   się   i przyjęła   ramię,   myśląc   jednocześnie,   że   w przeciwieństwie   do   Robina   książę   to 

ucieleśnienie szczerości. Być może Robin słusznie postąpił, sprowadzając ją tutaj.

background image

Zgodnie   z przyrzeczeniem   księżnej   kolacja   była   prosta,   choć   jedzenie   gustowne   i doskonale 
doprawione. Maxie z wdzięcznością przyjęła fakt, iż nie praktykowano tu długich i nudnych zwyczajów 

stołowych uznawanych w Chanleigh Court za obowiązkowe. Obawiała się, że w Londynie panują jakieś 
wyrafinowane formy zachowania przy stole, a ona wyjdzie na nieokrzesaną prowincjuszkę. Jej strach 

okazał się bezpodstawny. Widywała więcej łyżek i widelców w Bostonie.

Przy   kolacji   toczyła   się   lekka   rozmowa,   prowadzona   w taki   sposób,   żeby   Maxie,   jako   jedyna 

Amerykanka   w towarzystwie,   nie   czuła   się   z niej   wyłączona.   Wzruszyła   ją   ta   delikatność,   a także 
trochę   rozbawiła.   Czy   aż   tak   wyraźnie   pokazywała   po   sobie,   że   Candover   House   ją   onieśmiela 

i przytłacza? Najwyraźniej tak, choć z pewnością księżna mylnie odczytywała powody jej skrępowania.

Panowie pragnąc towarzyszyć damom przy kawie, postanowili nie wychodzić na kieliszek porto. Maxie 

była z tego zadowolona. Choć księżna traktowała ją miło i uprzejmie, nie czuła się jeszcze na siłach, 
żeby przebywać sam na sam z kochanką Robina. Byłą kochanką.

Kiedy gospodarze wdali się w dyskusję na temat zbliżającej się podróży na wieś, goście z filiżankami 
kawy w dłoniach odeszli pod drzwi balkonowe. Za nimi znajdował się ogród tak obszerny, że trudno 

było uwierzyć, iż znajdują się w jednym z największych miast świata.

Maxie obserwowała gospodarzy. Między księciem i księżną istniała tak mocna więź, że aż zauważalna.

– Nawet jeśli wyszła za niego dla pieniędzy, łączy ich o wiele więcej – mruknęła.

Robin popatrzył na nią ze zdziwieniem.

– Skąd ci przyszło do głowy, że Maggie wyszła za Rafe’a dla pieniędzy?

– Ty tak powiedziałeś, tego ranka w zajeździe w Drover. Powiedziałeś, że Maggie poślubiła mężczyznę, 

który mógł jej dać więcej niż ty. – Zatoczyła ręką szeroki łuk. – To wszystko plus tytuł. To dużo. 
Jednak wcale nie jestem przekonana. Księżna nie wygląda na osobę wyrachowaną, a ty sam też nie 

jesteś biedakiem.

– Następny przykład, jak cię zwiodłem. Instynkt cię nie zawodzi. Maggie nie jest kobietą, którą można 

kupić,   jedynie   zdobyć.   –   Odwrócił   się   i popatrzył   na   ogród.   –   Kiedy   powiedziałem,   że   odeszła   do 
mężczyzny, który mógł jej dać więcej, myślałem o uczuciach nie finansach. Pieniądze i pozycja nigdy 

nie stanowiły w tym wypadku celu.

– Czy nadal to cię tak boli, Robinie? – zapytała cicho. – Teraz kiedy ją poznałam, rozumiem, dlaczego 

tak trudno jest ci o niej zapomnieć.

– Ból pozostaje w przeszłości. – Spojrzał na nią znacząco. – W tej chwili myślę o przyszłości.

Teraz Maxie spojrzała na ogród. Wydawało się, że tańczą coś w rodzaju emocjonalnego kontredansa. 
Jedno   odkrywało   swoje   uczucia,   potem   się   rozdzielali,   by   przemyśleć   to,   co   zostało   powiedziane. 

Potem następne wyznanie i znowu odwrót. Ale za każdym razem kroczyli razem i powoli się do siebie 
zbliżali.  Być może   tak musiało  być,  że  mieli  się  poznawać  małymi  kroczkami.  Maxie  nie  wiedziała 

jeszcze, jak ma skomentować ostatnią wypowiedź Robina. Zbyt wiele się zdarzyło. Spojrzała na swoje 
odbicie w oknie. W prostej sukni, wykwintnie uczesana, przypominała elegancką bostońską damę. Usta 

jej zadrżały.

– Utytłana w błocie, tak?

–   Mało   poetyczny   komplement,   ale   szczery   –   przyznał.   –   Pierwszą,   a raczej   drugą   rzeczą,   którą 
zobaczyłem wtedy w Wolverhampton, kiedy na mnie wskoczyłaś, to to, że jesteś bardzo piękna.

– Wcale na ciebie nie wskoczyłam, tylko potknęłam się – poprawiła z naciskiem. – Gdybyś nie skradał 
się tam jak wąż w raju...

Uśmiechnął się, potem dopił kawę i odstawił filiżankę na stolik przy oknie.

background image

– Jak na kogoś, kto obawia się londyńskiej socjety, wyglądasz na całkiem pewną siebie – powiedział.

– Chyba nie zaczniesz mnie przekonywać, że wszyscy w towarzystwie są tacy jak Candoverowie.

– Oni są wyjątkowi – zgodził się Robin. – Ale towarzystwo składa się z różnych jednostek. Można 
znaleźć kółko osób o pokrewnym charakterze i nie przejmować się innymi. Zresztą nie trzeba w ogóle 

przebywać w Londynie.

– Moje  doświadczenia związane ze śmietanką  towarzyską nie  zawsze  były  szczęśliwe – stwierdziła 

z goryczą w głosie. Pomyślała, że w tym miejscu powinna przerwać, ale mówiła dalej.

– Choć Ameryka jest republiką, żyją w niej ludzie zafascynowani szlachectwem. Jako syn lorda, osoba 

mądra i inteligentna, ojciec był przyjmowany w domach należących do tak zwanych lepszych rodzin. 
Oczywiście   uważano   go   za   ekscentryka,   dlatego   że   zajmował   się   dystrybucją   książek   i nie   miał 

złamanego   grosza   przy   duszy.   Ale   mimo   tego   zapraszano   go   na   uroczyste   obiady   dwa,   trzy   razy 
w tygodniu, kiedy mieszkaliśmy w Bostonie. Klerycy, profesorowie, zamożni kupcy, wszyscy z radością 

witali w swych progach szacownego Maximusa Collinsa.

Skończyła kawę i odstawiła filiżankę na bok, po czym spojrzała w okno.

– W trakcie jednego z takich  wieczorów, miałam wtedy chyba dwadzieścia lat, podsłuchałam  panią 
Lodge rozmawiającą z przyjaciółką. To wtedy się dowiedziałam, że ojciec nie przyjmował zaproszeń, 

jeśli ja nie byłam zapraszana. Pani Lodge tolerowała moją obecność, żeby tylko móc gościć uroczego 
i szlachetnie urodzonego pana Collinsa, ale twierdziła, że jeśli ta mała dzikuska, jak o mnie mówiła, 

rzuci urok na któregoś z mężczyzn z rodziny, gotowa jest zerwać znajomość. Dziwiła się też, że taki 
dżentelmen   jak   pan   Collins   ożenił   się   z dzikuską,   ale   tłumaczyła   to   faktem,   iż   mężczyźni   niestety 

często  padają  ofiarą własnego  pożądania.  – Spojrzała  na Robina przeciągle.  – Oczywiście  wszyscy 
wiedzieli, jakie są te lubieżne, rozwiązłe Indianki.

Robert zaklął pod nosem.

– Nic dziwnego, że masz złe zdanie o osobach z towarzystwa. Dotknął delikatnie jej ramienia. Ciepło 

płynące od jego ręki podniosło Maxie na duchu.

– Nie wszyscy byli tacy. W niektórych domach nie traktowano mnie jak niewygodnej konieczności. 

Nigdy nie powiedziałam ojcu o podsłuchanej rozmowie. On tak bardzo lubił te wieczory. Szkoda mi 
było odbierać mu tę przyjemność.

Palce Robina zacisnęły się mocniej.

–   Pani   Lodge   to   zwykła   bigotka,   ale   też   jej   stosunek   mógł   się   brać   z zazdrości,   jaka   się   budzi 

w starszych kobietach w obecności młodej, atrakcyjnej dziewczyny.

– Naprawdę tak sądzisz?

– Wątpię, żeby bostońskie megiery różniły się od londyńskich. Odejmij rasowe uprzedzenie, a to co 
pozostanie, to zazdrosna matrona.

– Może masz rację. Pani Lodge miała trzy córki, brzydkie i pulchne. – Uśmiechnęła się złośliwie, nagle 
rozbawiona incydentem, który przez lata sprawiał jej tyle bólu. – Dlaczego łatwiej jest nam zrozumieć 

problemy innych, a nie własne?

– To prawo natury, jak to, że słońce wschodzi na wschodzie, a jabłko spada z drzewa na dół, a nie 

w górę. – Widząc, że odzyskała humor, zdjął dłoń z jej ramienia. – Jutro, jak sądzę, wybierzemy się do 
zajazdu, w którym umarł twój ojciec?

Chciała kiwnąć głową, ale nagle ogarnęła ją panika. Przeszła taki szmat drogi, żeby poznać odpowiedź, 
a teraz zaczęła się bać. Czy bała się prawdy, czy faktu, że kiedy będzie już po wszystkim, stanie przed 

koniecznością podjęcia decyzji co do Robina? Kochała go, on chciał się z nią ożenić, to powinno być 
proste, ale nie było.

background image

– Najpierw chyba powinnam odwiedzić ciotkę Desdemonę. Spotkała się z ojcem kilkakrotnie przed jego 
śmiercią. Może powie mi coś na jego temat.

Robin skinął głową.

– Mam ci towarzyszyć, czy wolisz, żeby poszła z tobą pokojówka Maggie?

Skrzywiła się.

– Zachowanie dobrego imienia jest tak uciążliwe. Skoro nie mogę poruszać się samotnie powozem po 

mieście, wolę już, żebyś to ty mi towarzyszył. Poza tym, jeśli ciotka Desdemona okaże się  osobą 
niebezpieczną, bardzo mi się przydasz.

– Dziękuję za tę oznakę zaufania – rzucił. – Prosiłbym tylko, żebyś poczekała do południa. Najpierw 
chciałbym odwiedzić bankiera i krawca. Już wcześniej zamówiłem nowe ubrania i mam nadzieję, że nie 

zostało jeszcze wysłane do Yorkshire. – Spojrzał z niesmakiem na wytarty rękaw surduta. – Nie będę 
go żałował.

– Czy mogę go wziąć? Wiążę z nim bardzo miłe wspomnienia.

– Bierz wraz z moim błogosławieństwem. – Zawahał się. – Czy zgodzisz się, żebym zamówił dla ciebie 

jedną lub dwie suknie? Z tą jednanie dasz sobie rady w Londynie.

– Chyba masz rację – przyznała bez entuzjazmu. – Ale nie chcę tracić czasu na przymiarki.

– Nie ma takiej potrzeby. Pokojówka Maggie weźmie miarę z tej sukni. – Spojrzał z podziwem na jej 
figurę. – Wydaje się prosta, ale ma doskonały krój i jest wspaniale dopasowana.

– Dziękuję. Sama ją uszyłam. Brak funduszy sprawia, że człowiek staje się wszechstronny. – Podniosła 
dłoń, żeby ukryć ziewnięcie. – Jestem gotowa do spoczynku. To był bardzo długi dzień.

–   Tej   nocy   będę   bardzo   samotny   –   wyznał   ściszonym   głosem.   Ich   spojrzenia   się   spotkały.   Boże, 
przecież to dopiero zeszłej nocy zostali kochankami. Powitali ranek jak pogańscy bogowie płodności, 

nadzy i pozbawieni wstydu. Na to wspomnienie zrobiło jej się gorąco. Robin też to wyczuł.

– Pocałowałbym cię na dobranoc – powiedział napiętym głosem. – Obawiam się jednak, że porwałbym 

cię w ramiona, zaniósł do sypialni i nie wypuścił do rana.

Spróbowała się uśmiechnąć.

– Nie wolno nam posunąć się tak daleko i nadużywać gościnności gospodarzy.

– Nikt tu nie czatuje na korytarzach. – Dotknął jej dłoni. – Moglibyśmy spędzić razem noc i nikt by 

tego nie zauważył.

Zaczął   wolno   pieścić   wewnętrzną   stronę   jej   dłoni.   Spojrzała   na   ich   złączone   dłonie.   Nawet 

najzagorzalszy moralista nie zobaczyłby niczego zdrożnego w tym dotyku, jednak czuła się tak, jakby 
stała bez sukni, zupełnie naga. Palce Robina przesunęły się na delikatną skórę nadgarstka. Błądziły 

w górę i w dół, a Maxie czuła, że krew w żyłach osiągnie zaraz punkt wrzenia. Przełknęła z trudem 
ślinę, gotowa zgodzić się na wszystko.

– Mam do ciebie później przyjść? – zapytał ochryple Robin. Byli kochankami, znali swoje ciała, a on ze 
zręcznością złodzieja wyłamywał zamek jej oporu. To skojarzenie sprawiło, że Maxie zebrało się na 

chichot. Tym samym czar prysł.

– Wybacz – powiedziała. – Ale to niestosowne, żebyśmy kochali się w tym domu.

Miała   na   myśli   dom   Maggie,   oczywiście.   Robin   zamknął   oczy,   a jego   twarz   się   zmieniła,   stężała 
i stwardniała. Kiedy ponownie spojrzał na Maxie, widać było, że wrócił mu rozsądek.

– Rozumiem, dlaczego tak się czujesz, choć wolałbym, żeby było inaczej.

background image

– Nie będziesz miał koszmarów śpiąc sam? – zapytała.

– Jeśli nawet, to nie będą tak straszne jak w przeszłości. – Uśmiechnął z czułością. – Miałaś rację, lżej 

jest nieść ciężar, kiedy się nim z kimś podzieli.

Odchodząc, by pożegnać się z gospodarzami, zdała sobie sprawę, jak łatwo Robin mógł wykorzystać 

jej współczucie i namówić ją do spędzenia razem nocy. Pod niebezpiecznym urokiem i niebezpiecznymi 
umiejętnościami krył się prawdziwie uczciwy człowiek. Z tą ciepłą myślą łatwiej jej się szło do pustej 

sypialni.

Książę   Candover   rozczesywał   długie   włosy   żony.   Margot   oparła   się   wygodnie,   przymykając   oczy 

z zadowolenia.

– Co myślisz o przyjaciółce Robina? Uśmiechnął się.

– Polubiłem ją. Czy Robin mówił ci, jak się u nas znaleźli?

– Ani słowa. – Po chwili dodała: – Chce się z nią ożenić.

– Naprawdę? – Dłoń Rafe’a zamarła. – Przecież nie zna jej długo.

– Co to ma za znaczenie? Ja chciałam za ciebie wyjść tej nocy, kiedy cię poznałam.

– Nigdy przedtem mi tego nie mówiłaś. – Poczuł absurdalne zadowolenie.

–   I tak   jesteś   wystarczająco   zarozumiały   –   stwierdziła   i podskoczyła   z piskiem,   bo   połaskotał   ją 

w żebra.

– Nie jest pospolita – zauważył Rafe. – Jest inteligentna, niekonwencjonalna i wszechstronna. Podobna 

do Robina. I bardzo piękna, w oryginalny sposób.

– Wiedziałam, że to zauważysz – stwierdziła. Uśmiechnął się.

– Ja wolę blondynki. – Odłożył szczotkę i zaczął masować żonie kark i plecy. – Czy ci to przeszkadza, 
że widzisz go z inną kobietą? Trochę mnie zaskoczyło, że ją tu przyprowadził.

– A mnie nie. Czułabym się wręcz urażona, gdyby uważał, że nie może zwrócić się do mnie o pomoc. – 
Uśmiechnęła się. – Podejrzewam, że każda kobieta chciałaby, żeby jej były kochanek na zawsze miał 

złamane serce i powtarzał: „To była wspaniała kobieta. Gdyby tylko sprawy ułożyły się inaczej”.

– Tak jak ja myślałem o tobie przez dwanaście lat.

– Dokładnie tak – przyznała z chichotem. – Jednak naprawdę zależy mi na szczęściu Robina i nie chcę, 
by zadręczał się przeszłością albo łapał pierwszą lepszą pannę, powodowany samotnością i brakiem 

kogoś lepszego na podorędziu.

– Nie wyobrażam sobie, żeby był zdolny do czegoś tak idiotycznego.

– Nie jestem pewna. – Na jej czole pojawiła się zmarszczka. – Martwiłam się o niego od czasu, kiedy 
wyjechaliśmy z Paryża. Choć pisał pełne humoru listy, coś mi w nich nie pasowało, tak jakby nie mówił 

prawdy   o tym,   jak   się   czuje.   Ale   dzisiaj,   kiedy   go   zobaczyłam,   był   taki   jak   niegdyś.   –   Po   chwili 
zastanowienia dodała: – Nie, lepszy niż niegdyś.

– A więc akceptujesz tę małą Maxime?

– Tak. – Zachichotała. – Biedaczka prychała jak rozzłoszczona kotka, kiedy nas sobie przedstawiono, 

ponieważ   Robin   nie   uprzedził   jej,   dokąd   ją   zabiera,   ale   koniec   końców   potrafiła   się   opanować. 
W świecie pełnym nijakich ludzi to wyjątkowy okaz.

–   Uważaj   na   swoje   zachowanie   względem   Robina   –   ostrzegł   Rafe.   –   Panna   Collins   może   nie   być 
zachwycona waszą przyjaźnią.

background image

Domyślając się ukrytego znaczenia, uniosła głowę i popatrzyła na męża.

– Mam nadzieję, że wiesz, iż nie musisz być zazdrosny o Robina. Myślałam, że jesteście przyjaciółmi.

Przesunął pieszczotliwie  dłonią  po jej szyi. Choć nauczył się akceptować związek istniejący między 
żoną a Robinem, to jednak dojście do takiego stanu sprawiło mu wiele trudności.

– Nie jestem zazdrosny. Może tylko trochę o te lata, przez które miał ciebie, a ja nie.

Potrząsnęła głową, patrząc na niego szczerymi szarymi oczami.

– On miał Maggie, szpiega, ale okoliczności, które ją stworzyły, przestały istnieć, tak jak i ona.

– Wiem. Teraz jesteś Margot. – Pochylił się i pocałował żonę wolno i namiętnie. – I ta Margot należy do 

mnie.

Porwał ją na ręce, zaniósł do łóżka, dając dowody swej miłości w sposób najwspanialszy i najbardziej 

satysfakcjonujący.

Było bardzo późno kiedy lord Collingwood dotarł do hotelu Clarendon, ale pomimo zmęczenia nie mógł 

usnąć. Po półgodzinnym przekręcaniu się z boku na bok, usiadł i sięgnął po butelkę z alkoholem, którą 
zostawił   na   stoliku   nocnym.   Nie   zapalając   światła   popijał   z butelki,   rozmyślając   nad   swoją   misją. 

Maxima może już być w Londynie. Może, niech Bóg broni, odkryła już prawdę o śmierci ojca. Na tę 
myśl zrobiło mu się słabo.

Sytuacja i tak groziła skandalem, a pozostawał jeszcze ten blondyn, z którym Maxima podróżowała. 
Jeśli nadal jej towarzyszy, może przysporzyć wielu kłopotów. Trzeba go będzie usunąć.

Jakby   na  to  nie  patrzeć,  sprawy  nie   układały  się  dobrze.  Co   gorsza,  lord  Collingwood  raczej  lubił 
Maxime, pomimo jej nietypowego pochodzenia i wychowania. Właśnie dlatego tak się starał. Gdyby 

zawiódł, Althea uznałaby, że to jego wina, bo nie był wystarczająco okrutny.

Powstrzymując jęk, ponownie przytulił głowę do poduszki. Rodzina to piekło.

background image

28

Desdemona weszła do słonecznego salonu ciesząc się, że znowu jest we własnym domu. Wszystko 
wydawało  się  takie  normalne. Prawie  uwierzyła,  iż ostatnie  zwariowane  tygodnie  były  tylko   ułudą, 

rezultatem przejedzenia się homarami albo zbyt wielu politycznych przyjęć.

Wyjrzała przez okno na dźwięk powozu zatrzymującego się przed domem. Uśmiechnęła się. Nie było 

nic złudnego w szerokich ramionach i atletycznej figurze markiza Wolvertona, który właśnie wspinał się 
po schodach. Zapowiedział, że odwiedzi ją tego ranka o niezbyt wytwornej porze, bo o jedenastej. 

Kiedy wchodził, zegar wybijał pełną godzinę. Desdemona lubiła mężczyzn, na których słowie można 
polegać. Czekając na gościa, zadzwoniła po kawę.

– Mój brat jest w Londynie. Był dziś rano w banku – powiedział po powitaniu.

– Wspaniale! Czy wiedzą może, gdzie się zatrzymał?

– Niestety nie, ale przynajmniej wiadomo, że jest w Londynie, i że się nie ukrywa. Znajdę go za dzień 
lub dwa, a on już z pewnością będzie wiedział, gdzie jest twoja bratanica.

Chciała już odpowiedzieć, ale do salonu weszła pokojówka.

– Przepraszam, jaśnie pani, ale przyszli panna Maxima Collins i lord Robert Andreville. – Skrzywiła się 

z dezaprobatą. – Żadne z nich nie ma karty wizytowej.

Desdemona mimowolnie otworzyła usta.

– Wprowadź ich, Alice – rzuciła bez tchu.

Chwilę później do saloniku wszedł obiekt długich poszukiwań lady Ross.

Mówiono   jej,   że   bratanica   jest   mała,   ciemna   i niezwykle   atrakcyjna,   ale   opis   nie   oddawał 
rzeczywistości.   Młoda   kobieta   o hebanowych   włosach   była   drobniutka,   o zachwycającej   twarzy 

i wspaniale proporcjonalnym ciele. Miała na sobie skromny ubiór, ale i tak robiła ogromne wrażenie. 
Nie wyglądała na kogoś, kto łatwo poddaje się przeciwnościom losu.

Maxima przyglądała się ze zdumieniem wysokiej kobiecie o płomienno  rudych włosach. Desdemona 
pomyślała z rozbawieniem, że muszą przypominać dwa obwąchujące się koty.

Pierwsza odezwała się Maxima.

– Mam nadzieję, że wybaczysz nam tę nie zapowiedzianą wizytę, ciociu Desdemono. – Wskazała na 

towarzysza. – To mój przyjaciel, lord Robert Andreville. Robinie, lady Ross.

Desdemona   rzuciła   wzrokiem   w stronę   mężczyzny   i już   nie   mogła   oderwać   od   niego   oczu. 

Złocistowłosy  towarzysz bratanicy   wyglądał  jak dżentelmen,  a nie  żaden  hultaj,   i był przy tym  tak 
przystojny, że mógłby zawrócić w głowie każdej kobiecie. Nic dziwnego, że Maxima z nim uciekła.

Skłonił się elegancko gospodyni.

– Lady Ross.

Potem wyprostował się z uśmiechem, który bardziej wrażliwą kobietę przyprawiłby o palpitację serca.

Nieskłonna do uniesień, przynajmniej nie w tej chwili, Desdemona powitała go chmurnym spojrzeniem 

i krótkim skinieniem głowy.

– Moja droga – zwróciła się do bratanicy – jestem taka szczęśliwa, że w końcu cię spotkałam. Bardzo 

się martwiłam o twoje bezpieczeństwo.

background image

– Z jakiego powodu? – zapytała Maxima ze zdziwieniem.

Desdemona usłyszała zduszony śmiech markiza. Najwyraźniej bawiła go ta sytuacja.

Robin nie zauważył brata, ale słysząc śmiech, spojrzał w tamtą stronę.

– Giles! Cóż za niespodzianka. Nie wiedziałem, że planujesz wyjazd do Londynu, ani że znasz lady 

Ross.

– Nie znałem tej pani i nie planowałem żadnej podróży – odparł markiz Wolverton. – To ty jesteś 

odpowiedzialny za obydwie okoliczności.

– Naprawdę?

–   Przez   ostatnie   dwa   tygodnie   lady   Ross   i ja   przemierzaliśmy   osobno,   a czasami   razem,   Anglię, 
starając się was dogonić – wyjaśnił. – A wy wchodzicie tu tak po prostu, jakbyście składali zwykłą 

poranną wizytę starszej pani.

– Ciocia Desdemona nie jest starszą panią – zauważyła Maxima.

– Dziękuję – mruknęła Desdemona, czując, że sytuacja wymyka się jej spod kontroli. Choć, oddając 
sprawiedliwość, nigdy nie była pod kontrolą.

– To była metafora. – Giles zerknął na Desdemonę z zalotnym uśmiechem. – Sam już zdążyłem to 
zauważyć. Panno Collins, ponieważ nastąpiło lekkie zamieszanie, pozwoli pani, że sam się przedstawię. 

Nazywam się Wolverton, jestem starszym bratem pani eskorty.

– Ach tak – powiedziała z zastanowieniem Maxima. – To ten, po którego śmierci, niech Bóg broni, 

Robin odziedziczy szlachectwo.

Wolverton zamrugał powiekami, po chwili jednak skinął głową.

– Dokładnie.

– Myślę, że powinniśmy wszyscy usiąść i napić się kawy – zaproponowała Desdemona, powstrzymując 

wybuch histerii, i potrząsnęła dzwonkiem.

Maxima usiadła naprzeciwko ciotki.

– Dlaczego się o mnie martwiłaś, ciociu Desdemono? Czy wuj Cletus do ciebie napisał?

– Przyjechałam do Chanleigh Court zaraz po twoim wyjeździe. Cletus i Althea przyznali, że wyjechałaś 

niespodziewanie i prawdopodobnie nie masz przy sobie pieniędzy. Doszłam do wniosku, że jeśli udałaś 
się do Londynu, to czeka cię ciężka przeprawa.

Służąca wniosła tacę. Lady Ross nalała gościom kawy, po czym kontynuowała swą wypowiedź.

– Samotna młoda kobieta, przemierzająca samotnie setki mil, w obcym kraju, gdzie pełno jest zbirów, 

złodziei i Bóg wie kogo jeszcze nie może być bezpieczna. Postanowiłam więc udać się za tobą.

– To bardzo miło z twojej strony, ale niepotrzebnie się martwiłaś. – Brązowe oczy Maximy wyrażały 

zaskoczenie, że ktokolwiek się o nią bał. – To była przyjemna i interesująca podróż i nic złego się nie 
zdarzyło.

Robin  nie   mógł powstrzymać  chichotu.   Maxima  spojrzała  ostro  na  towarzysza. Wyglądał  jak  sama 
niewinność.

– A jak ty się w to wplątałeś, Giles? – zapytał brata.

–   Lady   Ross   dowiedziała   się,   że   jej   bratanica   została   porwana   przez   mojego   brata,   pożeracza 

kobiecych serc – wyjaśnił.

background image

Robin uniósł brwi.

–   Pożeracza   serc?   –   powtórzył.   –   Cóż   takiego   uczyniłem   podczas   tych   niewinnych   miesięcy 

w Yorkshire, żeby zasłużyć sobie na takie miano?

– To są słowa okolicznych wieśniaków – wyjaśniła Desdemona. – Pojechałam więc do Wolverton, żeby 

to sprawdzić.

– Lady Ross zbyt łagodnie  przedstawia  wydarzenia –  skorygował wesoło  Giles. –  W rzeczywistości 

wparowała   do   mojej   biblioteki   jak   żądna   zemsty   furia,   walnęła   parasolem   w biurko,   oskarżyła   cię 
o wszelkie możliwe zbrodnie, zagroziła więzieniem i jak wpadła, tak wypadła.

Desdemona rzuciła markizowi wściekłe spojrzenie. Tamtego dnia była nieco podenerwowana, postąpił 
więc nie po dżentelmeńsku, napomykając o jej mało dystyngowanym zachowaniu.

–   Pożeracz   niewieścich   serc   i przestępca?   –   Robin   popatrzył   współczująco   na   gospodynię.   –   Nie 
pozostało więc pani nic innego, jak próbować ratować bezbronną bratanicę.

Na te słowa Maxima aż sarknęła.

– Ciociu, lord Robert uparł się, żeby mi towarzyszyć wyłącznie ze względu na moje bezpieczeństwo. – 

W głosie  dziewczyny pojawiło  się lekkie zmęczenie. – Podobnie jak ty uznał,  że jestem bezbronna 
i zbyt słaba, by przetrwać samotnie tę podróż.

Robin uśmiechnął się ciepło do dziewczyny.

– To błędne przeświadczenie nie trwało długo, Maxie.

– Maxie? – powtórzyła Desdemona. – Cóż za wulgarne przezwisko.

Maxie aż podskoczyła.

– Tak nazywał mnie ojciec, ciociu Desdemono.

– Twój ojciec mówił do mnie Dizzy, ale ja za tym nie przepadałam – sucho odparła Desdemona.

– Dizzy? – powtórzył z zainteresowaniem Giles. Lady Ross udała, że tego nie słyszy.

–   Ale   jeśli   wolisz  Maxie,  spróbuję   się   przyzwyczaić   do   tego   zdrobnienia   –  powiedziała,   obrzucając 

wzrokiem małą, zgrabną figurę bratanicy. – Chyba powinnaś przestać nazywać mnie ciotką. Dzieli nas 
tylko   kilka   lat,   a ja,   zdaje   się,   nie   najlepiej   wykonałam   ciotczyne   obowiązki.   Może   więc 

spróbowałybyśmy się zaprzyjaźnić.

Maxie uśmiechnęła się nieśmiało.

– Bardzo tego pragnę.

Desdemona upiła kawy, potem westchnęła.

–   To   niezręczny   temat,   ale   nie   mogę   się   powstrzymać,   by   nie   wspomnieć   o twojej   reputacji.   – 
Spojrzała na Robina. – To oczywiste, że w Ameryce niektóre sprawy mają się inaczej, ale z pewnością 

znasz angielskie zwyczaje? – Miała nadzieję, że nie będzie musiała szczegółowo zagłębiać się w temat.

– Jeśli chodzi ci o to, o czym myślę – odezwała się Maxima lodowatym głosem – to zapewniam cię, że 

lord Robert zachował się jak prawdziwy dżentelmen. – Po czym już ciszej dodała: – To raczej mnie 
należy obwiniać za brak manier.

Desdemona wpatrywała się w bratanicę, przekonana, że się przesłyszała. Giles, który siedział bliżej 
dziewczyny, dostał nagłego ataku kaszlu. Uznała, że mądrzej zrobi, jeśli zmieni temat.

– Gdzie się zatrzymałaś? Z wielką przyjemnością będę cię gościć u siebie.

background image

– To bardzo miłe, ale zatrzymaliśmy się w Candover House. Książę i księżna byli ogromnie gościnni.

Markiz wyprostował się, wyraźnie zaskoczony.

– Mieszkacie u Candovera i jego żony?

– Tak – odezwał się Robert, a w jego głosie zabrzmiało wyzwanie. – Dlaczego nie?

– Właśnie, dlaczego nie? – mruknął Giles.

Desdemona spojrzała na niego z zaciekawieniem. Poprosi o wyjaśnienia, kiedy będą sami.

– Czy tak nagle opuściłaś Chanleigh Court, ponieważ Althea ci dokuczała? – zwróciła się z pytaniem do 
bratanicy. – Nigdy nie potrafiła zaakceptować kogoś, kto się z nią nie zgadza.

Maxie zawahała się.

–   To   jeden   z powodów   –   przyznała   w końcu.   –   Chciałam   także   poznać   ciebie   przed   powrotem   do 

Ameryki.

– Opuszczasz Anglię? – Ta możliwość nigdy nie przyszła Desdemonie do głowy.

W oczach dziewczyny pojawił się dziwny wyraz.

– Nie mam jeszcze do końca sprecyzowanych planów.

W pewnym sensie wieść, że Maxima zamierza wrócić do Ameryki, ucieszyła lady Ross. Tym sposobem 
może unikną skandalu. Potem jednak pomyślała ponuro, że przecież przyszłość może przynieść inne, 

nie mniej przykre rewelacje.

Maxie odstawiła filiżankę, pochyliła się do przodu i zacisnęła dłonie.

– Jeśli ci to nie sprawi kłopotu, Desdemono, czy... czy mogłabyś mi powiedzieć coś o pobycie ojca 
w Londynie przed jego śmiercią?

Patrząc   na   wyraz   twarzy   bratanicy,   lady   Ross   domyśliła   się   prawdziwej   przyczyny   przyjazdu 
dziewczyny   do   Londynu.   Max   bardzo   kochał   córkę   i najwyraźniej   ona   darzyła   go   równie   mocnym 

uczuciem. Musi jej być ciężko ze świadomością, iż ojciec zmarł samotnie i w oddaleniu.

– Oczywiście – odparła z nostalgicznym uśmiechem. – Ucieszyłam się bardzo, kiedy go zobaczyłam. 

Byłam dzieckiem, kiedy wyjeżdżał do Ameryki, ale pisał do mnie wspaniałe listy. – Uśmiechnęła się. – 
Przypadkowo jestem w posiadaniu jego złotego zegarka. Znaleźliśmy go przy ciele zmarłego złodzieja.

Po   tym   zdaniu   zapanowało   niezwykłe   ożywienie.   Każdy   miał   coś   do   powiedzenia.   W końcu,   kiedy 
wszystko już wyjaśnili, Giles wstał z fotela.

– Panie mają sobie wiele do powiedzenia. Jeśli chcesz, Robinie, możesz zostawić swój powóz pannie 
Collins, a ja podwiozę cię, dokądkolwiek zechcesz.

Robin   wymienił   spojrzenie   z Maxie,   a ta   skinęła   przyzwalająco   głową.   Po   pożegnaniach   panowie 
opuścili dom i wsiedli do powozu.

– Dokąd cię zawieźć? – zapytał Giles.

– Do Whitehall. Skoro mam wolne popołudnie, odwiedzę dawnych kolegów. – Robin spojrzał na brata. 

– Jak słyszałem, lady Ross dała ci popalić.

–   Nie   bardziej   niż   jej   bratanica   tobie.   Ponieważ   ta   dama   straszyła,   że   zniszczy   wszystkich 

Andreville’ów,   uznałem,   że   muszę   cię   pierwszy   odnaleźć   i zapobiec   skandalowi.   –   Giles   położył 
kapelusz na siedzeniu. – Czy Simmons was w końcu dopadł? Robin uniósł brwi.

background image

– Tak, w Market Harborougłi. Skąd o nim wiesz?

–   Spotkałem   go   w okolicy   Blyth.   Podwiozłem   go.   Wylizywał   się   z ran   i knuł   zemstę   na   jakiegoś 

jasnowłosego paniczyka, który zaatakował go od tyłu.

– To oczywiste, że skoczyłem na niego od tyłu. Ten gość jest dwa razy większy ode mnie – stwierdził 

Robin z niezaprzeczalną  logiką.  – Przez  te  wszystkie  lata  nauczyłem  się  jednego, a mianowicie,  że 
uczciwa walka to niebezpieczny luksus.

– Zakładam, że jest to jegomość, którego lord Collingwood wysłał za panną Collins?

– Zgadza się. – Robin wzruszył ramionami. – Nie chciała z nim pójść.

– Najwyraźniej. Simmons mówił, że celowała do niego z pistoletu.

– Życie w Nowym Świecie różni się nieco od londyńskich salonów, więc i Maxima w swoisty i otwarty 

sposób rozwiązuje problemy. Na przykład w Market Harborough musiałem ją powstrzymywać, żeby nie 
wbiła   noża   w żebra   Simmonsa.   Na   początku   miałem   trudności   z przekonaniem   jej,   iż   powinna 

zaakceptować moją eskortę, ponieważ uważała, że jestem słabeuszem i na nic się jej nie przydam.

Markiz uśmiechnął się na jakieś wspomnienie.

– Panna Collins jest zupełnie inna, niż sądziłem. W pewnym momencie zbiłem oskarżenie lady Ross, iż 
jesteś uwodzicielem, sugestią, że ona i jej bratanica umyślnie zaplanowały pochwycenie cię w sidła.

Robin wybuchnął śmiechem.

– Nikt, kto zna Maxie, nigdy by czegoś podobnego nie pomyślał. W niej nie ma odrobiny oszustwa. Jej 

styl to otwarty atak w świetle dnia a nie podstępne knowania. – Spojrzał bystro na brata. – Poprosiłem 
ją o rękę. Czy będziesz miał jakieś obiekcje, jeśli się zgodzi?

Giles uniósł brwi.

– Czy to ma znaczenie? Obydwoje jesteście pełnoletni.

– Jeśli masz na myśli, że twój sprzeciw by mnie powstrzymał, to odpowiedź brzmi nie. Ale bardzo bym 
pragnął, byś ją zaakceptował. Nie zawsze bywała przyjmowana, tak jak na to zasługuje. – Robin utkwił 

wzrok   w elegancko   skrojonym   rękawie   surduta.   –   Pomyślałem   sobie,   że   najwyższy   czas   się 
ustatkować.

Giles roześmiał się.

– Nie jestem przekonany, czy ślub z małą awanturnicą, która ma odwagę przemierzać Anglię pieszo, 

zaatakować profesjonalnego boksera i siadać do posiłków z księciem, można nazwać ustatkowaniem, 
ale masz moje błogosławieństwo. Pasujecie do siebie. Czy ta dama ci się opiera?

– Ma pewne wątpliwości – mruknął Robin. – Ale używam całego swojego legendarnego czaru, żeby ją 
przekonać.

Po   rozstaniu  przed  Whitehall   Giles  odmówił   w myśli  gorączkową   modlitwę,   by   dziewczyna   przyjęła 
oświadczyny brata. Kiedy tylko on i jego towarzyszka pojawili się w salonie lady Ross, było oczywiste, 

że Robin wyleczył się z choroby duszy, która mu dotąd doskwierała. Ta mała ciemnooka Amerykanka 
sprawiła, że brat znowu się śmiał. Z wielką ochotą przyjmie ją do rodziny.

background image

29

Kiedy Maxie wróciła do Candover House, z ulgą stwierdziła, że Robina jeszcze nie ma. To oznaczało, że 
wizyta w gospodzie, w której zmarł ojciec, musi zostać odłożona do następnego dnia. Coraz bardziej 

obawiała się tego, czego miała się dowiedzieć. Zdaniem Desdemony, w czasie pobytu w Londynie Max 
wydawał się spięty. Słuchając ciotki, Maxie czuła, że ogarnia ją niepokój. Bardzo możliwe, że ojciec 

wplątał się w jakiś podejrzany interes, który sprowadził na niego nieszczęście.

Sama Desdemona okazała się wspaniała. W końcu odnalazła krewną, z którą znalazła wspólny język. 

Ojciec   wielokrotnie   powtarzał,   że   przypomina   mu   jego   siostrzyczkę.   Teraz   go   rozumiała.   Mimo 
powierzchownych   różnic   obie   panie   bardzo   były   do   siebie   podobne.   W oczach   angielskiej   socjety 

Desdemona mogła uchodzić za ekscentryczkę, ale Maxie była pewna, że ciotka doskonale dawałaby 
sobie radę w Ameryce.

Mile zaskoczył ją też brat Robina. Choć z wyglądu nie  byli do siebie  podobni, ujął ją urzekającym 
uśmiechem i tolerancyjnym podejściem. Traktował ją życzliwie, mimo jej nietypowego pochodzenia. 

Może nie będzie się sprzeciwiał, żeby weszła do arystokratycznej rodziny.

Po   wejściu   do   swojej   sypialni   Maxie   skierowała   się   do   szafy,   z zamiarem   odwieszenia   peleryny. 

Otworzyła drzwi i aż sapnęła ze zdumienia. Podczas tych kilku godzin, które minęły od chwili, kiedy 
Robin   zasugerował   wzbogacenie   jej   garderoby,   w szafie   pojawiły   się   cztery   nowe   suknie 

z dopasowanymi   kolorem   trzewikami.   Znalazły   się   również   wszystkie   potrzebne   dodatki,   jak 
rękawiczki, pończochy i szale.

Maxie   odwiesiła   kapelusz   i wyjęła   z szafy   najbardziej   wykwintną   suknię.   Była   uszyta   z jedwabiu 
w odcieniu   szkarłatu,   który   doskonale   pasował   do   jej   karnacji.   Nie   traciła   czasu   na   przymierzanie 

sukien. Biorąc pod uwagę połączone talenty Robina i Maggie, nie wątpiła, że będą na niej leżały jak 
ulał. Zamykając drzwi szafy, uśmiechnęła się nieco zmęczonym uśmiechem.

Wiedziała, że oferta małżeństwa jest bardzo pociągająca i powinna ją przyjąć, zanim Robin nie zmieni 
zdania. Ale nie potrafiła pozbyć się natrętnej myśli, że oto ona jest wolna, podczas gdy kobieta, którą 

Robin  wybrał  jako  pierwszą, nie  jest.  Gdyby  go  nie  kochała,  mogliby  stworzyć  dość układną  parę 
małżeńską, znajdując przyjemność we wspólnym życiu bez większych konfliktów. Może nie docieraliby 

na wyżyny miłości, ale nie groziłyby im też niziny. Ponieważ jednak go kochała, huśtawki uczuć mogły 
okazać się tragiczne w skutkach. Życie z Robinem byłoby jak zażywanie trucizny w małych dawkach, 

bowiem nie byłaby w stanie przestać myśleć, że wybrał ją, ponieważ była przy nim, gdy dręczyły go 
nocne koszmary.

Przetarła czoło. Dopóki Robin nie przekona jej, że naprawdę chce się z nią ożenić, Maxima Collins, pół-
Amerykanka,   w żadnym   wypadku   nie   dama,   postąpiłaby   głupio,   przyjmując   oświadczyny.   Gdyby 

wróciła do Ameryki, Robin szybko by o niej zapomniał.

Westchnęła  i postanowiła  szybko  się  czymś zająć,  bo  z niepokoju  zacznie  gryźć meble. Zamierzała 

odmówić Robinowi, zachowując rozsądek i uczciwość, ale spokój to zbyt wiele.

Postanowiła zejść do biblioteki. Kiedy była tam wczoraj, książę Candover zauważył, jaką przyjemność 

sprawiają jej książki, i zaproponował, by zaglądała do biblioteki, kiedy tylko zechce.

Ogromny pokój był pusty, nie licząc puszystej czarnej kuli na jednym z krzeseł. Przyglądała się jej 

przez chwilę, po czym uznała, że jest to zostawiona tu przez przypadek czyjaś futrzana mufka lub 
ogromny śpiący kot.

Zaczęła przechadzać się wzdłuż półek, co jakiś czas wyciągając jakąś książkę. Wiele z nich zawsze 
pragnęła   przeczytać,   ale   nigdy   nie   miała  ku   temu   okazji.   Były   tu   tomiki  poezji,   eseje  historyczne 

i filozoficzne,   które   stanowiły   wyzwanie   i rozkosz   dla   umysłu.   Decydując   się   na   metodyczność, 
przesunęła drabinę na koniec regałów i wspięła się na górę. Nie zważając na przyzwoitość, podciągnęła 

suknię,   przycisnęła   ją   kolanami   i sięgnęła   po   jeden   z tomów.   Doszła   do   wniosku,   że   przeglądanie 

background image

zbiorów zakończy gdzieś koło roku 1850.

Pochłonięta   powieścią   Monteskiusza,   zapomniała,   gdzie   się   znajduje.   Z lektury   wyrwała   ją   czyjaś 

obecność w pokoju. Uniosła wzrok znad książki i ujrzała księżną, która weszła, zamknęła za sobą drzwi 
i ciężko się o nie  oparła. Nie patrzyła w górę, sądziła więc, że jest sama. Maxie zmarszczyła  brwi, 

zastanawiając  się,  czy powinna  zawiadomić  o swojej obecności.  Zanim  zdążyła  to  uczynić,  księżna 
zachwiała się i szybko usiadła na sofie. Zaalarmowana Maxie pospiesznie zeszła z drabiny.

– Czy dobrze się wasza wysokość czuje? Mam kogoś wezwać? Twarz księżnej przybrała szary odcień.

– Proszę tego nie robić – uśmiechnęła się z trudem. – Ukryłam się tu przed wszystkimi. I tak już Rafe 

każe mnie śledzić wszystkim służącym, a on sam jest najgorszy.

Odchyliła się na oparcie sofy i przymknęła oczy.

– Nic mi nie jest, tyle tylko, że w przeciwieństwie do innych kobiet, które mają mdłości z rana, ja 
dostaję ich po południu.

– Rozumiem – rzuciła  ze współczuciem  Maxie.  Sądząc po  wąskiej talii  księżnej, ciąża była  bardzo 
wczesna. – Proszę się położyć i unieść wyżej stopy.

Księżna posłusznie wykonała polecenie, a w tym czasie Maxie znalazła koc i okryła nim kobietę. – Może 
powinna pani coś zjeść. Księżna zadrżała, więc Maxie szybko ją uspokoiła.

– Wiele ciężarnych kobiet się przekonało, że mdłości ustępują, kiedy je się mało, ale za to często. Nic 
wyszukanego, herbata z ciasteczkiem.

– Mogę spróbować – zgodziła się księżna po zastanowieniu. Kiedy przyszła matka z trudem zjadła dwie 
bułeczki i wypiła filiżankę herbaty, na jej twarz powrócił naturalny kolor.

– Dziękuję za radę – powiedziała, moszcząc się w rogu sofy. – Czuję się o wiele lepiej. – Skrzywiła się. 
– Przynajmniej do następnego razu.

–   Proszę   się   nie   martwić,   wasza   wysokość,   nudności   znikną   jak   za   dotknięciem   około   trzeciego 
miesiąca.

– Mówisz tak, jakbyś się znała na położnictwie – powiedziała księżna ze zdziwieniem.

– Nie jestem położną, ale mam bogatą przeszłość. – Maxie przełknęła ostatni kęs bułeczki. – Czy Robin 

mówił o moim pochodzeniu?

–   Oczywiście,   że   nie.   –   Gospodyni   spojrzała   na   nią   z powagą.   –   Jest   ostatnią   osobą,   która 

opowiadałaby o czyimś prywatnym życiu. Czasami trudno wyciągnąć od niego cokolwiek. I wolałabym, 
żebyś mówiła mi Margot.

– Nie Maggie?

– Moje prawdziwe imię brzmi Margot i takiego teraz używam. Maggie to przezwisko, które nadał mi 

Robin i przestałam go używać wraz z zakończeniem pracy szpiega. Dla niego na zawsze pozostanę 
Maggie, tak jak ja nigdy nie przestanę o nim myśleć jak o lordzie Robercie. – Przechyliła głowę na bok, 

jakby się zastanawiała, czy powinna powiedzieć więcej. Po chwili dodała: – Wiem, że czujesz się przy 
mnie   niezręcznie,   ale   nie   stanowię   dla   ciebie   zagrożenia.   Wręcz   przeciwnie,   chciałabym,   żebyśmy 

zostały przyjaciółkami.

Maxie musiała przyznać, że księżna we wspaniały sposób potrafi wszystko wywrócić do góry nogami.

– Nie chciałabym okazać się niewdzięczna, jestem tu tak wspaniale goszczona, przyznam jednak, że 
nie rozumiem tego, co łączy ciebie i Robina.

– Nie jesteś niewdzięczna i uważam, że zachowałaś się wspaniale w sytuacji, w której inne kobiety 
prawdopodobnie wpadłyby w histerię. – Margot upiła łyk herbaty. – Poznałam Robina w dość przykrych 

background image

dla   mnie   okolicznościach.   Uratował   mi   życie,   narażając   własne.   Pragnęłam   walczyć   przeciw 
Napoleonowi   w każdy   możliwy   sposób,   zdecydowaliśmy   więc   pracować   razem.   Byliśmy   młodzi 

i mogliśmy zaufać tylko sobie. Troszczyliśmy się o siebie nawzajem. Zostaliśmy kochankami, to było 
jakby logicznym następstwem. Niemniej jednak, choć znałam Robina przez dwanaście lat, nie miałam 

pojęcia, jak naprawdę ma na imię, jaką ma pozycję w życiu czy narodowość.

Odstawiła filiżankę i nieświadomie zaczęła okręcać obrączkę wokół palca.

–   Może   trudno   jest   zrozumieć   nasz   związek   bez   wojny.   Zdarzało   się,   że   Robin   znikał   na   długie 
miesiące, ryzykował życiem na różne sposoby, o których wolę nie myśleć. Potem pojawiał się, radosny 

i pogodny, tak jakby wyszedł tylko po zakupy. Myślę, że wielu rzeczy nie mówił, żeby oszczędzić mi 
zmartwienia.   Pod   wieloma   względami   byliśmy   sobie   bardzo   bliscy.   Jednak   istniały   dziedziny   życia, 

w których zupełnie nic nas nie łączyło. Ostatecznie okazało się, że decyzja o zostaniu kochankami była 
błędna i to się skończyło. Ale pozostała przyjaźń i zaufanie i tak będzie zawsze. – Szare oczy księżnej 

zapatrzyły się w dal. – Może wszystko zakończyłoby się inaczej, gdybym nie pokochała Rafe’a, jeszcze 
zanim   spotkałam   Robina,   trudno   osądzić.   Ale   podejrzewam,   że   ja   i Robin   jesteśmy   zbyt   podobni, 

żebyśmy stanowili dobraną parę. Może teraz zrozumiesz, dlaczego szczerze pragnę szczęścia Robina.

Maxie poczuła ucisk w gardle. Niełatwo było księżnej otworzyć się przed drugą kobietą, w dodatku 

prawie obcą.

– Doceniam twoją szczerość, Margot.

– W moim interesie jest zawrzeć z tobą pokój. Gdybyś mnie nie polubiła, odbiłoby się to na naszej 
przyjaźni z Robinem, a tego bym nie chciała. – Uśmiechnęła się zawadiacko. – Mogłabyś spróbować 

myśleć o mnie i Robinie jak o siostrze i bracie. Rafe’owi to pomogło.

Żeby ukryć uczucia, Maxie pochyliła się nad dzbankiem z herbatą. Robinowi i Rafe’owi nie było łatwo 

zaprzyjaźnić się ze sobą skoro kochali jedną kobietę, ale wyglądało na to, że im się udało. Postanowiła 
zrobić, co się da, żeby dorównać im w dojrzałej postawie. Poza tym już polubiła Margot. Zerkając na 

gospodynię, powiedziała:

– To, co robisz, jest więcej niż wspaniałomyślne, zarówno w stosunku do Robina, jak i do mnie  – 

powiedziała. – Nietrudno zrozumieć, dlaczego Robin cię kocha.

– Robin nigdy mnie nie kochał. Ani wtedy, ani teraz – oświadczyła stanowczo Margot. Chciała jeszcze 

coś dodać, ale się powstrzymała. – Nie powiem nic więcej. Chyba i tak powiedziałam za dużo.

Przekonała Maxie, że nie kocha Robina, ale czy on jej nie kochał? Jednak musiała docenić mądrość 

i wyrozumiałość księżnej, postanowiła więc to wykorzystać.

– Robin poprosił mnie o rękę – zaczęła z wahaniem. – Ale trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś z takim 

rodowodem jak mój został zaakceptowany przez towarzystwo.

– Nonsens. Masz odpowiednie maniery, jesteś wykształcona i piękna. Z tym oraz z odrobiną arogancji 

będziesz przyjmowana z otwartymi rękami. Sztuka polega na tym, żeby nigdy nie przepraszać za to, 
kim się jest.

Maxie uśmiechnęła się.

– Mówisz tak, jakbyś sama się tego nauczyła. Ale przecież z pewnością bez trudu zdobyłaś miejsce 

w towarzystwie.

– Kiedy wychodziłam za Rafe’a, moja pozycja nie różniła się od twojej – stwierdziła księżna. – Obydwie 

jesteśmy córkami młodszych synów szlacheckich rodzin. Szlachetnie urodzone, ale nie do końca. Ty 
masz   swoje   pochodzenie,   ja   znów   miałam   ciemną   przeszłość.   Znalazło   się   wielu   chętnych   do 

plotkowania, a i rodzina Rafe’a wymarzyła sobie lepszą partię dla głowy rodziny.

Maxie zmarszczyła brwi.

background image

– Wszyscy wiedzą o tobie i Robinie?

– Tylko niewielu i są dyskretni. Ale nie mogłam ukryć mojej kariery szpiegowskiej. Zbyt wiele osób 

znało mnie w czasach, kiedy odgrywałam rolę ekscentrycznej węgierskiej księżniczki.

– A mimo to towarzystwo cię zaakceptowało? – zapytała ze zdumieniem Maxie.

Księżna uśmiechnęła się przebiegle.

–   Szczęśliwie   wśród   przodków   Rafe’a   znajdowała   się   mitologiczna   Meduza.   Kiedy   ktoś   mu   się 

przeciwstawia, potrafi jednym spojrzeniem zamienić go w kamień. Od samego początku dał jasno do 
zrozumienia, że każdy kto będzie dla mnie niemiły, zostanie przeklęty.

Maxie wybuchnęła śmiechem.

– Czy tak się stało z tym krewnym, który podarował wam grupę Laokoona?

–   Niezupełnie,   ale   ich   drogi   spotkały   się   wkrótce   na   jakimś   balu   i od   tamtego   czasu   ta   osoba 
zachowuje się zaskakująco grzecznie.

– Z twoich słów wynika, że życie tu może być nawet znośne – stwierdziła Maxie.

– Jeśli masz ochotę to sprawdzić, proszę bardzo. – Księżna spojrzała na nią z uwagą. – Gotowa jesteś 

podjąć   wyzwanie?   Dziś   wieczór   wydaję   małe   przyjęcie.   Nie   będzie   to   jedno   z politycznych   przyjęć 
Rafe’a,   po   prostu   przyjdzie   kilku   bliskich   przyjaciół   i bardzo   miłych   osób.   Nie   musisz   w nim 

uczestniczyć, ale jeśli masz ochotę spróbować, mogę zaprosić twoją ciotkę i brata Robina, żebyś miała 
koło siebie kilka znajomych twarzy.

Zdusiła w sobie panikę.

– Dzisiejszy wieczór jest dobry jak każdy inny.

– Wspaniale. Jestem przekonana, że będziesz się doskonale bawiła.

Być może, ale nawet miłe przyjęcie nie rozwieje ponurych chmur wiszących nad jej przyszłością. Ta 

myśl wystarczyła, by przyćmić radość z nadchodzącego wieczoru. Tłumiąc w sobie strach wskazała na 
czarną futrzaną kulę na krześle.

– Czy to kot, czy mufka?

– Kot, Rex.

– Jest chory? Odkąd tu jestem, nawet się nie poruszył.

– Nie przejmuj się, nie jest chory tylko leniwy. – Margot zachichotała. – Bardzo leniwy.

Jakby czując, że o nim mówią, Rex przeciągnął się niedbale, potem przekręcił się na drugi bok i usnął.

Obie panie wybuchnęły śmiechem i w tej chwili zniknęło napięcie między nimi. Maxie uznała, że bez 

względu na to, co przyniesie jej przyszłość, powinna się cieszyć, że poznała Margot.

Spotkanie   z bratanicą   sprawiło   Desdemonie   wielką   radość.   Na   poszukiwanie   nieznanej   bratanicy 

wyruszała   z obowiązku.   Teraz   cieszyła   się,   że   ją   poznała,   bo   dziewczyna   okazała   się   ogromnie 
interesująca.   Desdemona   przekonała   się,   że   jej   brat   był   szczęśliwy   w życiu,   jakie   wybrał.   Ta 

świadomość sprawiła jej radość. Być może to pobyt w Londynie sprawił, że wydawał się taki spięty. 
Dostrzegła   też   podobieństwo   zarówno   psychiczne,   jak   i fizyczne   między   Maxem   a jego   córką. 

Dziewczyna   miała   poczucie   humoru,   była   oczytana,   inteligentna   i bystra.   Niektórzy   uważali,   że 
Maximus Collins zmarnował życie, ale córka, którą wychował, była ze wszech miar godna uznania.

Lord   Robert   także   ją   mile   zaskoczył.   Odnosił   się   do   Maximy   z niezwykłą   kurtuazją,   a dziewczyna 
wyraźnie   go   lubiła.   Byłaby   z nich   doskonała  para.   Desdemona  ułożyła  się   na  sofie   i utkwiła   wzrok 

background image

w suficie, ganiąc się za te staromodne myśli. Jest nowoczesną, niezależną kobietą i pomoże bratanicy, 
jeśli ta nie zechce wyjść za mężczyznę, który ją skompromitował. Ale to oczywiste, że taka pomoc nie 

będzie potrzebna, nie tylko dlatego, że Maxima doskonale poradzi sobie sama. Ostatnio Desdemona 
doszła do wniosku, że małżeństwo nie musi być takim złem, przynajmniej nie wtedy, kiedy opiera się 

na wzajemnym szacunku i uczuciu.

Uśmiechnęła   się   szerzej,   bo   przyszła   jej   do   głowy   następna   myśl.   Lord   Robert   jest   bogaty, 

inteligentny,   przystojny.   To   prawda,   że   jest   ekscentryczny,   ale   za   to   godny   zaufania   i dobrze 
urodzony. Althea dostanie zawału serca, jeśli znienawidzona bratanica wyjdzie za takiego arystokratę. 

To kusząca perspektywa.

Lady Ross pozwoliła sobie na chwilę marzeń, po czym poszła do gabinetu, zająć się korespondencją, 

której sporo się zebrało w czasie jej nieobecności. Uderzyło ją, że większość listów związanych jest 
z jej pracą. Kiedy przestała mieć czas dla znajomych? Musi coś z tym zrobić.

Po południu do gabinetu weszła pokojówka z listem na tacy.

– Właśnie go przyniesiono, jaśnie pani. Posłaniec czeka na odpowiedź.

Desdemona   zerknęła   na   nadawcę.   Księżna   Candover   zapraszała   ją   na   przyjęcie   dziś   wieczorem. 
Ponieważ panna Collins mogłaby się czuć skrępowana w towarzystwie nie znanych jej osób, księżna 

wyrażała nadzieję, że lady Ross zaszczyci ich swoją obecnością. Dodawała też, że na przyjęciu będzie 
obecny markiz Wolverton.

Czarujący liścik. Desdemona znała księcia z politycznych kręgów, nie miała jednak okazji poznać jego 
żony. To miłe, że księżna tak się przejmowała dobrym samopoczuciem swojego gościa. Odpisała więc, 

że przyjmuje zaproszenie i przekazała odpowiedź pokojówce, która oddała go posłańcowi.

Wtedy ogarnęła ją panika. Wielkie nieba, co ona na siebie włoży? Natychmiast zadzwoniła po służącą. 

Wyleczona już z grypy Sally Griffin weszła do gabinetu z zaciekawieniem w oczach.

– Czy coś się stało, jaśnie pani?

–   Dziś   wieczór   idę   na   przyjęcie   do   Candover   House,   Sally.   Zatrzymała   się   tam   moja   bratanica, 
a księżna była tak uprzejma, że mnie także zaprosiła. – Desdemona zawahała się, po czym dodała: – 

Mamy tylko  kilka godzin. Czy uważasz, że da się przerobić którąś z moich sukien, żeby wyglądała 
bardziej... bardziej... modnie?

Oczy Sally zapłonęły.

–   Czy   to   oznacza,   że   w końcu   wykorzysta   pani   to,   czym   obdarowała   panią   natura?   Zawsze 

powtarzałam, że żadna dama w Londynie nie ma takiej figury jak pani.

Desdemona poczerwieniała, ale służąca nie przestała trajkotać.

– Zawsze uważałam, że po kilku poprawkach ta brązowa suknia z Devonshire będzie wspaniała. Ale nie 
mamy   czasu   do   stracenia.   –   Nim   jej   pani   zdążyła   zmienić   zdanie,   dziewczyna   złapała   ją   za   rękę 

i pociągnęła   na   schody.   –   Gdyby   wtedy,   kiedy   przyszłam   tu   bez   referencji,   odrzuciła   mnie   pani, 
głodowałabym   teraz   albo   musiałabym   iść   na   ulicę.   Od   dawna   pragnęłam   czymś   się   odwdzięczyć. 

Dzisiaj wieczór będzie pani piękna jak nikt albo nie nazywam się Sally Griffin.

Pozwolenie   Sally   na   popuszczenie   wodzy   fantazji   mogło   okazać   się   tragiczne   w skutkach,   ale 

z pewnością rezultat jej pracy nie będzie nudny. A lady Ross nie chciała okazać się nudną ze względu 
na Gilesa.

background image

30

Po ubraniu i uczesaniu Maxie Lavalle, francuska pokojówka, poszła do swojej pani, by teraz jej pomóc 
w toalecie. Maxie nie pozostawało nic innego, jak czekać cierpliwie na rozpoczęcie przyjęcia. Bardzo się 

denerwowała.  To  idiotyczne  martwić  się  na  zapas,  tym  bardziej  że  miała   poważniejsze  sprawy na 
głowie – tajemniczą śmierć ojca i związek z Robinem. Obawiała się jednak, że może ośmieszyć siebie 

i Robina. Chodząc niespokojnie po pokoju od czasu do czasu mruczała pod nosem:

– Najważniejsze nie przepraszać za to, kim się jest.

Z ulgą przywitała pukanie do drzwi. Pewnie Lavalle przyszła dokonać ostatnich poprawek.

– Proszę! – zawołała.

Do pokoju wkroczył Robin. Miał na sobie wieczorowy strój, w którym wyglądał tak wspaniale, że Maxie 
przełknęła ślinę. Podniósł brwi, udając zdumienie.

–   Przepraszam,   panienko,   szukam   pewnej   utytłanej   w błocie   osóbki,   ale   zdaje   się,   że   pomyliłem 
pokoje.

Maxie wybuchnęła śmiechem, podeszła do niego i gorąco go uścisnęła.

– Mam wrażenie, że od naszego ostatniego spotkania minęły dni, a nie godziny.

Jak na prawdziwego dżentelmena przystało, Robin uściskał dziewczynę, uważając, żeby nie pognieść 
jej sukni i starannie ułożonych włosów.

– Wspaniale. Moim celem jest doprowadzić cię do takiego stanu, żebyś nie mogła znieść rozstania ze 
mną na dłużej niż dziesięć minut.

Pomyślała, że to już się stało, ale nie powiedziała tego głośno. Cofnęła się i okręciła na palcach, aż 
karmazynowa suknia zawirowała jej wokół kostek.

– Nigdy w życiu nie miałam na sobie czegoś tak wspaniałego. Czy naprawdę dobrze w niej wyglądam?

– Zachwycająco. – Powoli przesunął wzrokiem po jej sylwetce, od wysoko upiętych włosów, po wciętą 

talię. – Egzotycznie, dojrzale i zmysłowo. Niebezpiecznie zachęcająco. – Nabrał głęboko powietrza. – 
Lepiej się tu zatrzymam, bo jeszcze krok, a zedrę z ciebie tę kreację. Dodam tylko, że wyglądasz także 

inteligentnie, elegancko i jak pewna siebie osoba.

– To oszałamiająca lista. – Skrzywiła usta. – Cieszę się, że wyglądam na pewną siebie, bo to oznacza, 

że przejęłam od ciebie trochę twych aktorskich talentów.

– Z chęcią oddam ci cały mój talent.

Ponownie   wybuchnęła   śmiechem.   To   oczywiste,   że   przyszedł   ją   rozweselić   i uspokoić,   co   mu   się 
zresztą doskonale udawało. Wzięła do ręki długie rękawiczki.

– Czy istnieją jakieś angielskie zwyczaje, które powinnam poznać, zanim ośmieszę się do tego stopnia, 
że do końca moich dni nie będę mogła spojrzeć ludziom w oczy?

Robin pokręcił głową.

– Wychowanie rodziców i maniery, których nabyłaś na bostońskich salonach, w zupełności wystarczą.

– Mówiąc o manierach, to chciałam zauważyć, że nie wypada, abyś przebywał sam na sam w sypialni 
z niewinną panienką.

– Prawda. – Uśmiechnął się zawadiacko. – Ale obydwoje wiemy, jak bardzo złudne jest to określenie 

background image

w twoim przypadku.

Próbując zachować powagę, chwyciła towarzysza za ramię i odprowadziła do drzwi.

– Winniśmy poczekać na gości w bardziej neutralnym miejscu, na przykład w bibliotece.

–   Zanim   tam   się   udamy,   chciałbym   ci   coś   podarować.   –   Wyciągnął   wąskie,   wyłożone   aksamitem 

pudełko. – Wspomniałaś kiedyś, że większość mężczyzn jest jak sroki, które zbierają błyskotki, żeby 
podarować je wybrankom swoich serc. To na potwierdzenie twojej tezy.

– Chyba wiesz, że panny, nawet te tylko z nazwy, nie przyjmują drogich prezentów od dżentelmenów 
– odparła z karcącym wzrokiem.

– Jakie to szczęście, że nie jestem dżentelmenem. – Po chwili dodał z powagą w głosie. – Nie wiem, co 
przyniesie przyszłość, Kanawiosta. Wierzę, że będziemy razem, ale nawet gdybyś wybrała inną drogę, 

chciałbym, żebyś miała coś ode mnie.

Spojrzała na niego krytycznym wzrokiem.

– Pragniesz także, żebym miała coś, co zabezpieczy mnie przed przyszłymi kłopotami finansowymi.

Kąciki ust Robina zadrgały.

– Szkoda, że cię nie znałem, kiedy byłem szpiegiem. To niepokojące, jak potrafisz czytać w myślach.

– Nie we wszystkich. – Otworzyła pudełko i aż wstrzymała oddech. Na białym jedwabiu leżał naszyjnik 

i kolczyki.   Wspaniałe   rubiny   i malutkie   błyszczące   brylanty   osadzone   w misternej   roboty   złotych 
medalionach. – Och, Robinie, jakie to piękne. Nie robisz niczego połowicznie, prawda?

– W tym przypadku chyba tak – odparł. – Gdybym wiedział, że je przyjmiesz, kupiłbym cały zestaw, 
od grzebienia po diadem do włosów i pasek.

Otworzyła szeroko oczy.

– Żartujesz, prawda?

– Nie tym razem.

Spuściła   wzrok,   nie   mogąc   wytrzymać   jego   gorącego   spojrzenia.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   jej 

pragnął. Bardzo chciała, by pożądanie płynęło z właściwych przesłanek.

– Będą doskonale pasowały do tej sukni.

Podeszła do lustra, zdjęła proste złote kolczyki, a w to miejsce włożyła rubinowe. Kiedy obróciła głowę, 
w błyszczących   klejnotach   zamigotało   światło.   Robin   podszedł,   by   zapiąć   jej   naszyjnik.   Potem 

przesunął   dłonią  wzdłuż   szyi,  ramion  i zatrzymał   się  na  talii.   Nie   mogła   wyjść  z podziwu,  jak   tym 
jednym dotknięciem potrafił wzbudzić w niej podniecenie.

Odetchnęła głęboko i spojrzała w lustro. Jeszcze nigdy nie wyglądała tak pięknie. Miała cerę wprost 
wymarzoną   do   rubinów.   Nie   przypominała   już   niegdysiejszej   roznosicielki   książek.   Wyglądała   jak 

prawdziwa dama.  Nawet jeśli  czuła  się jak oszustka,  nie  dała  tego  po  sobie  poznać.  Spojrzała  na 
Robina. Był prawdziwym arystokratą: swobodny, opanowany, elegancki. A jednak tulił ją do siebie, 

jakby była najdroższą rzeczą na świecie.

–   Mówisz   tak,   jakbyśmy   mieli   do   wyboru   tylko   Anglię,   ale   to   nieprawda.   Jeśli   chcesz,   możemy 

zamieszkać w Ameryce – powiedział cicho.

Podniosła na niego zdumione oczy.

– Zrobiłbyś to dla mnie?

background image

Pocałował ją poniżej ucha.

– Bez chwili wahania. Zamożność ma to do siebie, że czyni człowieka wolnym. Możemy wybrać takie 

życie,   jakiego   zapragniemy.   Nawet   gdybyś   postanowiła   zostać   w Anglii   i tak   bardzo   bym   chciał 
odwiedzić Amerykę, poznać rodzinę twojej matki, kraj, który cię ukształtował.

– Ale przecież ty chcesz zostać tutaj. Zawahał się, po czym skinął głową.

–   To   dziwne.   Prawie   całe   moje   dorosłe   życie   spędziłem   w obcych   krajach.   Mówię   tuzinem   obcych 

języków   i znam   wielu   ludzi,   którzy   przyjęliby   mnie   z otwartymi   rękami.   Jednak   gdy   zeszłej   zimy 
wróciłem do Anglii, poczułem się jak w domu, nawet bardziej niż wtedy, kiedy tu mieszkałem.

Przytrzymała jego dłoń, spoczywającą na talii.

– Wyjeżdżałeś stąd jako chłopiec, wróciłeś jako mężczyzna. To duża różnica.

– Masz rację, nie czuję już tej młodzieńczej potrzeby buntowania się przeciw wszystkiemu. – Pochylił 
się i pocałował Maxie w zagłębienie szyi.

Zaczęła szybciej oddychać. Ze zdwojoną siłą czuła zniewalającą męskość Robina. W lustrze zobaczyła 
rozjarzone oczy i nabrzmiałe wargi. On także to spostrzegł. Uścisk jego dłoni wzmocnił się.

– Dobrze się składa, że większość mężczyzn, którzy zjawią się tu dzisiaj, to szczęśliwi mężowie, inaczej 
bałbym się, że ktoś cię porwie. Jesteś zachwycająca, Kanawiosta.

W tym momencie postanowiła, że nieważne, co się wydarzy, ale przynajmniej jeszcze raz musi kochać 
się z Robinem. Gdyby nie to przyrzeczenie, nie miałaby sił opuścić pokoju, tylko rzuciłaby się na niego.

– Lepiej zejdźmy na dół – powiedziała drżącym głosem. Robin odetchnął ciężko.

– Bo inaczej nie opuścimy tego pokoju przez następne dwie godziny. – Cofnął się i podał jej ramię. – 

Gotowa zmierzyć się z lwami?

Gdyby opuścili Anglię, Robin bardzo by cierpiał, o wiele bardziej, niż gdyby ona zdecydowała się tu 

zostać. Musi dołożyć wszelkich starań, żeby się przekonać, czy znajdzie tu dla siebie miejsce.

– Lwy nie mogą mieć ostrzejszych pazurów niż niektóre damy z Bostonu – powiedziała, biorąc go pod 

ramię.

Mając go u swego boku potrafi stawić czoło wszystkiemu.

Wolverton   przysłał   list   z propozycją,   że   zawiezie   Desdemonę   na   wieczorne   przyjęcie.   Zgodziła   się, 
a teraz było już za późno na wycofanie się. Przerażona wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze.

– Sally, nie mogę nigdzie wyjść w tej sukni. Kiedy mówiłaś, że ją przerobisz, nie przypuszczałam, że 
zamierzasz wyciąć ją do pępka.

– No, no, jaśnie pani, to już przesada – stwierdziła służąca. – Dekolt jest stylowy i wcale nie za duży.

– Suknia  może nie jest przesadzona, ale moja figura na pewno. – Rzuciła  służącej pełne  wyrzutu 

spojrzenie. – Umyślnie nie pozwalałaś mi spojrzeć w lustro, a teraz za późno już na przerobienie sukni 
i zmianę uczesania.

–   To   prawda   –   wyznała   Sally   bez   cienia   skruchy.   –   Proszę   mi   uwierzyć,   że   wygląda   pani   ładnie 
i modnie, a ten przystojny markiz będzie skamlał u pani stóp.

Twarz Desdemony spłonęła rumieńcem.

– Czy ja już nie mam prawa do prywatności?

– Oczywiście, że tak, jaśnie pani – odparła spokojnie pokojówka. – Ale tylko głupiec nie widzi, co ma 

background image

przed nosem.

Innymi słowy pewnie wgapiam się w markiza jak cielna krowa, pomyślała ponuro Desdemona. Równie 

dobrze mogłaby powiesić sobie tabliczkę z odpowiednim napisem na szyi, w dodatku tak obnażonej.

– Powinna pani założyć perły, zamiast kamei – powiedziała Sally, najwyraźniej czytając w jej myślach. 

– Sprawią, że nie będzie się pani czuła taka naga.

Potrójny   sznur   pereł   nieco   zakrył   dekolt,   mimo   to   Desdemona   nadal   czuła   się   jak   uczestniczka 

najgorszego koszmaru, kiedy to śnimy, że znaleźliśmy się w tłumie tylko w nocnej koszuli. Ponownie 
spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Koszula nocna nie byłaby nawet w połowie tak obnażająca.

– Wyglądam jak dziwka.

– Ale za to bardzo droga – zauważyła Sally z miną rozradowanego dziecka.

Desdemona zaśmiała się.

– Zachowuję się absurdalnie, prawda? – Znowu odwróciła się do lustra, próbując popatrzeć na siebie 

obiektywnie.   Brąz   sukni   miał   ciemny   odcień   z odrobiną   czerwieni.   Taki   kolor   pasował   niewielu 
kobietom, ale Desdemona musiała przyznać, że przy jej płomiennych włosach i jasnej karnacji tworzył 

wspaniałą całość. Sally zmieniła też fryzurę pani i na jej głowie pojawiła się burza loków przetykanych 
złotym łańcuszkiem. Udało jej się nawet namówić lady Ross, żeby lekko się umalowała. Desdemona 

uświadomiła sobie, że gdyby odbicie w lustrze należało do innej kobiety, uznałaby ją za zachwycającą 
i atrakcyjną.

Rozległ   się   stuk   kołatki.   Przyjechał   markiz   i teraz   już   na   pewno   za   późno   było   na   zmiany. 
Wyprostowała się. Na nieszczęście ten ruch wyeksponował tę część ciała, która i tak już mocno rzucała 

się w oczy, jednak jedynym rozwiązaniem było udawać, że jest zadowolona ze swego wyglądu.

Giles czekał u stóp schodów. Na widok Desdemony odebrało  mu mowę. Ona zaś wpadła w panikę 

i przytrzymała się poręczy. Czuła się jak stara i zużyta sowa przebrana za papugę. Zrobiła z siebie 
kompletną idiotkę. Sięgnęła po szal, zamierzając się nim osłonić. Markiz szybko wspiął się po schodach 

i pochwycił jej rękę.

– Wybacz mi moje głupie zachowanie, Desdemono. Wiedziałem, że jesteś piękna, ale dzisiaj na twój 

widok po prostu zabrakło mi tchu. – Podniósł jej dłoń do ust i pocałował.

Desdemona wypuściła powietrze, które nieświadomie wstrzymywała. Jego podziw był szczery, a ciepło 

bijące z jego oczu sprawiło, że nie czuła się już zawstydzona. Wręcz przeciwnie, czuła się... czuła się 
zadowolona. Uśmiechnęła się do markiza i przyjęła jego ramię.

– Idziemy.

To będzie wspaniały wieczór.

Maxie i Robin rozmawiali tak długo, że kiedy zeszli na dół, goście zaczęli się już schodzić. W małym 
saloniku   witała   ich   Margot.   Znajdowało   się   tam   sześć   albo   osiem   osób   pogrążonych   w swobodnej 

i przyjacielskiej rozmowie.

Księżna uśmiechnęła się z aprobatą do młodej pary.

– Maxie, wyglądasz wspaniale – powiedziała. – Dzięki niebiosom, że Rafe woli blondynki. Pozwól, że 
przedstawię   cię   pozostałym   gościom.   –   Odwagi!   –   szepnęła.   –   Większość   osób   w tym   pokoju   ma 

równie niekonwencjonalne pochodzenie jak twoje.

W   tym   momencie   podeszła   do   nich   młoda   para:   wysoki   blondyn   i szczupła   brunetka   o spokojnej 

urodzie. Mężczyzna powitał ich szerokim uśmiechem i wyciągnął dłoń do Robina.

– Robin, żałuję, że nie spotkałem cię w Whitehall dziś po południu. Wyglądasz o wiele lepiej niż kiedy 

background image

cię ostatnio widziałem w Paryżu.

– Miałem wiele czasu na poprawę. – Robin przyciągnął do siebie Maxie. – Panna Maxima Collins, Lucien 

Fairchild, earl Strathmore. Ta dama, jak sądzę, to jego żona, ale nie miałem przyjemności poznać 
pani.

Młoda kobieta uśmiechnęła się.

– Zgadza się. Jestem Kit Fairchild. Miło mi panią poznać, panno Collins.

Imię Luciena coś Maxie przypominało.

– Pan zdaje się jest dalekim krewnym Robina pracującym w Ministerstwie Spraw Zagranicznych?

Lord Strathmore zakaszlał.

– Drugim kuzynem – sprostował.

– Luce zawsze był lepszy w szczegółach ode mnie – rzucił Robin. A więc to jest mężczyzna, który 
namówił Robina do szpiegowania.

Nie wyglądał niebezpiecznie, ale Robin przecież także nie.

– Być może jest pan dalekim kuzynem, ale jest pan bardziej podobny do Robina niż jego rodzony brat 

– stwierdziła Maxie po namyśle.

– Gdyby byli końmi, warto by było hodować ich potomków, nie sądzi pani – odezwała się Kit z powagą, 

ale z rozbawieniem w oczach.

Maxie uznała, że polubi żonę Luciena. Już po kilku minutach mówiły sobie po imieniu. Nie martwiąc się 

więcej o swojego amerykańskiego gościa, Margot odeszła do innych.

Do Maxie i Robina podeszła następna para. Na ich widok Robin przerwał rozmowę. Maxie nie widziała 

go jeszcze tak zdumionego. Pospiesznie wyciągnął dłoń do nowo przybyłego, ciemnego i przystojnego 
mężczyzny.

– Ostatnim razem kiedy się widzieliśmy, nazywałeś się Nikki i oszukiwałeś austriackiego porucznika na 
targu końskim pod Wiedniem.

–   Zasługiwał   na   to   –   odparł   mężczyzna   ściskając   dłoń   Robina.   –   Ten   srokaty,   którego   ode   mnie 
dostałeś, był dobry, prawda?

– Pierwsza klasa. Miał ogromną siłę, co bardzo pasowało do takiego ciemnego charakteru jak mój. – 
Robin potrząsnął głową. – Przez cały ten czas, kiedy przekazywaliśmy informacje, nie przyszło mi do 

głowy, że nie jesteś cygańskim handlarzem koni. Ale ponieważ tu jesteś, przypuszczam, że mam do 
czynienia z lordem Aberdare, niesławnym cygańskim hrabią.

Aberdare zachichotał.

– Nie dręcz się, że nie domyśliłeś się, kim jestem naprawdę. Nie każdy w siatce Luciena należał do 

jego starych szkolnych kolegów.

–   Nie   wynikało   to   z barku   starań   –   sucho   dorzucił   Strathmore.   Wszyscy   się   roześmieli.   Potem 

towarzystwo rozbiło się na dwie grupy, kobiet i mężczyzn. Panowie chcieli podzielić się najświeższymi 
wiadomościami. Przejmując na siebie rolę przedstawienia Maxie Kit dopełniła prezentacji.

– Maxie, to jest Clare Davies, hrabina Aberdare.

Lady Aberdare nie była wiele wyższa od Maximy, miała ciemne włosy i żywe niebieskie oczy.

–   Jestem   zachwycona,   że   mogę   panią   poznać.   –   Przyjrzała   się   Maxie,   a potem   uśmiechnęła 

background image

z satysfakcją. – Ta suknia leży na pani o wiele lepiej niż na mnie.

Maxie dopiero po chwili zrozumiała, co to oznacza.

– Wielkie nieba! – wykrzyknęła. – Czy Robin i Margot splądrowali pani szafę?

– Niezupełnie. Kazałam sobie uszyć kilka sukien. Ponieważ jesteśmy prawie tego samego wzrostu, 

Margot   zapytała,   czy   nie   zechciałabym   sprzedać   którejś   z nich.   –   Uśmiechnęła   się.   –   Najbardziej 
żałowałam  właśnie  tej.  Materiał jest cudowny,  ale  córka pastora nie  może  pokazywać się  w takim 

kolorze. Pani jednak wygląda w niej przepięknie.

– Spodziewałam się, że zostanę tu rozdarta na kawałki, tymczasem wszyscy są dla mnie tacy mili – 

stwierdziła niepewnie Maxie.

Panie roześmiały się.

–   Śmietanka   londyńska   ma   swoich   ludożerców,   ale   tu   ich   nie   spotkasz.   –   Kit   wskazała   dłonią 
zebranych. – Muszę powiedzieć, że jak na grupę starych Etończyków nasi chłopcy wyszli na ludzi.

Rozmowa   zeszła   na   politykę   i wszystkie   panie   zgodnie   uznały,   że   wojna   między   Anglią   a Stanami 
Zjednoczonymi była całkowitym nonsensem i że nigdy by do niej nie doszło, gdyby w rządzie zasiadały 

kobiety. W trakcie rozmowy podszedł do nich lokaj z sherry i lemoniadą dla Maxie. Dziewczyna czuła 
się rozpieszczana i nigdy wcześniej nie bawiła się tak dobrze na żadnym przyjęciu.

Desdemona   i Giles   przyjechali   razem   i zachowywali   się,   jakby   byli   parą.   Ciotka   wyglądała 
oszałamiająco. Giles z trudem odrywał od niej wzrok. Po przywitaniu się z nimi Maxie rozejrzała się za 

Robinem, ale nigdzie go nie widziała. W pobliżu stała lady Strathmore, więc Maxie zwróciła się do niej 
z pytaniem.

– Kit, czy widziałaś... – Zamilkła, bo kiedy kobieta odwróciła się do niej, okazała się, że to nie Kit.

– Pani nie jest lady Strathmore, prawda? – stwierdziła zaskoczona Maxie.

Kobieta zachłysnęła się śmiechem.

–   Ma   pani   rację,   nie   jestem   Kit,   lecz   jej   siostrą.   Kira   Travers,   do   usług.   Jest   pani   bardzo 

spostrzegawcza.   Niektórzy   ludzie   nie   potrafią   nas   odróżnić.   I oczywiście   nie   planowałyśmy   założyć 
takich samych toalet. To po prostu nam się zdarza. Zeszłego roku obie urodziłyśmy córki. Jedna jest 

starsza od drugiej tylko o dwadzieścia cztery godziny.

Maxie uśmiechnęła się.

– Cieszę się, bo już myślałam, że mam przywidzenia.

– Pani jest panną Collins, Amerykanką, prawda? Mój mąż także pochodzi z tamtej strony Atlantyku. – 

Kira rozejrzała się po salonie i wskazała ręką na męża.

Maxie zesztywniała, kiedy podszedł do nich wysoki blondyn. Z pewnością pozna, że jest pół-Indianką 

i jak większość Brytyjczyków odwróci się od niej.

– Panno Collins, mój mąż, Jason Travers, earl Markland – przedstawiła ich sobie Kira.

Mężczyzna   ukłonił   się   uprzejmie.   Przez   chwilę   Maxie   sądziła,   że   współczucie   rysujące   się   na   jego 
twarzy zarezerwowane jest dla niej. Szybko jednak rozwiał jej przypuszczenie.

–   Żona  uwielbia   używać   mojego   tytułu,  mimo   iż  wie,   jak  bardzo  rani   to   moje   jankeskie   serce.   – 
Obrzucił ją czułym spojrzeniem, po czym dodał: – Ma pani domieszkę indiańskiej krwi?

Maxie wyprostowała się dumnie.

– Moja matka była z plemienia Mohawk – rzuciła buntowniczo. Może ją obrażać, jeśli chce, ale jeśli 

background image

powie coś obraźliwego na temat jej matki, pójdzie na górę po nóż.

Musiał się chyba domyślić, co dzieje się w jej głowie.

– Mam nadzieję, że nie pielęgnuje pani starych uraz – powiedział z błyskiem w oku. – Mój pradziad był 
Huronem, a to czyni z nas wrogów.

Musiała się roześmiać. To tyle, jeśli chodzi o antyindiańską bigoterię.

– Czy jest pan tym Jasonem Traversem, właścicielem towarzystwa usług żeglugowych z Bostonu?

Twarz mężczyzny rozświetliła się.

– Pani pochodzi z Bostonu?

Zajęło im tylko kilka minut, by ustalić, iż mają wspólnych znajomych. Mogliby o nich rozmawiać do 
końca wieczoru.

Robin pojawił się u boku Maxie, kiedy zabrzmiał gong wzywający na posiłek.

– Jak ty to robisz? Jesteś jak kot, który materializuje się w miejscu, które jeszcze przed sekundą było 

puste – stwierdziła z rozbawieniem.

– Najważniejsze lekcje przydatne przy szpiegowaniu brałem właśnie od kotów. Ciche stąpanie, spanie 

z jednym   okiem   otwartym   i ciągła   gotowość   do   ucieczki,   jeśli   sytuacja   zmienia   się   na   gorsze.   – 
Uśmiechnął się ciepło do towarzyszki. – Wchodzisz do mrocznej i żarłocznej socjety londyńskiej jak 

zdobywca.

– Wspaniale się bawię. Margot słusznie powiedziała, że jej goście to bardzo mili ludzie.

Widząc, jak bardzo cieszy to Robina, poczuła się jeszcze lepiej. Być może w Londynie istnieje gwardia 
rekinów-ludożerców, ale z tą grupą przyjaciół, których właśnie poznała, nie musiała się ich obawiać.

background image

31

W   połowie   wieczoru   Giles   postanowił,   że   będzie   spędzał   więcej   czasu   w Londynie.   Lubił   swoich 
sąsiadów z Yorkshire, ale rozmowy z nimi nie były tak zajmujące jak tutaj.

Po krótkiej przerwie na porto panowie ruszyli na poszukiwanie swoich dam. Wzrok Gilesa natychmiast 
powędrował do Desdemony. Jego poważna i surowa reformatorka jaśniała jak uczennica, choć w jej 

wyglądzie nie było nic dziewczęcego. Kiedy siedział obok niej podczas kolacji, czuł się jak rozpalony 
młodzik. Starał się jak mógł nie wgapiać się w jej piękny... ną szyję. Za każdym razem, kiedy się 

śmiała albo unosiła kieliszek, miał ochotę porwać ją i wywieźć do bardziej ustronnego miejsca. I ona to 
wiedziała, ta rudowłosa czarownica.

To byłoby nawet zabawne, gdyby nie fakt, że czuł ukłucia zazdrości za każdym razem, kiedy inny 
mężczyzna patrzył na Desdemonę. Ona i Candover znali się od wielu lat, ale Giles założyłby się, że 

książę nigdy jeszcze nie patrzył na nią z takim podziwem jak tego wieczoru.

Gdyby od lat nie przyjaźnił się z Candoverem i nie wiedział, że jest całkowicie oddany żonie, wyzwałby 

go na pojedynek.

Uśmiechnął się na tę absurdalną myśl i z rozmysłem odwrócił do innych gości. Przyjęcie toczyło się 

swobodnie,   a Maxima   Collins   bez   kłopotów   dopasowała   się   do   reszty.   Inteligencją   i prezencją 
dorównywała innym paniom. Będzie wspaniałą żoną dla Robina.

Po   ożywionej   dyskusji   na   temat   szkół   z lady   Aberdare   postanowił,   że   najwyższy   czas   odnaleźć 
Desdemonę.   Zobaczył,   że   rozmawia   z Robinem.   Tym   razem   trudniej   mu   było   opanować   zazdrość. 

Dlaczego   ona   wygląda   tak   pociągająco?   Głupie   pytanie,   to   Robin   wywierał   taki   wpływ   na   każdą 
kobietę. Nienawidząc się za odrazę, którą czuł do własnego brata, ruszył w ich stronę. Robin właśnie 

strzelił   z palców   i wyczarował   stokrotkę,   którą   musiał   zwędzić   z jednego   z bukietów.   Desdemona 
przyjęła kwiat z uśmiechem zachwytu. Irytacja Gilesa sięgnęła zenitu, a dobry humor gdzieś pierzchł. 

Do diabła z urokiem Robina, z jego elokwencją i kamiennym sercem, które pozwalało mu tak okrutnie 
używać swoich talentów!

Nie widząc nadchodzącego  markiza, Desdemona odeszła  do  bratanicy.   Zamiast  pójść za  nią, Giles 
zatrzymał się przy bracie.

– Wyjdźmy na świeże powietrze – rzucił opryskliwie. Robin zdziwił się, ale usłuchał.

– Jak sobie życzysz – powiedział uprzejmie.

Zawsze był uprzejmy. To następna jego irytująca cecha. Walcząc z rozdrażnieniem, Giles wyszedł na 
obszerne kamienne patio. Nie miał pojęcia, co chce powiedzieć bratu, ale, do diabła, coś z pewnością 

wymyśli.

Podeszli do muru otaczającego patio. Sławne ogrody Candover House były rzeczywiście przepiękne, ale 

Giles nie zwracał na nie uwagi. Robin z niepokojem obserwował pochmurną twarz brata, zastanawiając 
się, co się stało. Szczęście, że Giles wpadał w zły nastrój bardzo rzadko, bo Robin zawsze ciężko to 

przeżywał.

– Lady Ross jest zachwycająca – stwierdził, pragnąc rozładować napiętą atmosferę. – Żałuję, że nie 

było mnie przy tym, jak wparowała do twojego gabinetu ze swoim sławetnym parasolem.

Giles oparł się o ścianę i zagapił w niebo.

– Gdybyś tam był, uniknęlibyśmy mnóstwa kłopotów. Zastanawiam się, co cię naszło?

– Chyba się o mnie nie martwiłeś? – zdziwił się Robin. – Jeszcze tego samego ranka powiedziałem, że 

mogę zniknąć, jeśli coś, albo ktoś, mnie zainteresuje. Może to było przeczucie.

background image

– Pamiętam – odrzekł Giles z oschłością. – Ale czułbym się lepiej, gdybyś wysłał do mnie list albo 
zostawił wiadomość we wsi.

– Przepraszam. Przyznaję, że nawet o tym nie pomyślałem.

– To oczywiste. – Giles zacisnął dłonie, aż pobielały mu kostki. – Zawsze myślisz tylko o sobie.

Robin zesztywniał.

– Co to ma znaczyć?

Oczy Gilesa były lodowato zimne.

– Przez te wszystkie lata, kiedy zabawiałeś się w bohatera, czy choć raz pomyślałeś o ludziach, którym 

na tobie zależy? Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, jakie to uczucie czekać na ciebie miesiącami, 
zastanawiając się, czy żyjesz, a jeśli nie to jak zginąłeś? Oczywiście, że nie. Twoja głowa zajęta była 

przecież ciekawszymi i poważniejszymi sprawami.

Robin wpatrywał się w brata, czując, jakby między nimi otwierała się głęboka przepaść. Istniał między 

nimi   pewien   dystans,   ale   obydwaj   woleli   go   nie   zauważać.   Udało   im   się   pozostać   przyjaciółmi, 
ponieważ nigdy nie rozmawiali o tym, co ich bolało.

Teraz, nie wiadomo z jakich powodów, Giles chciał przerwać milczenie i wciągnąć ich obu w zasadzkę. 
Jeśli to się stanie, łącząca ich więź może zostać nieodwracalnie zerwana. Modląc się w duchu, by brat 

zechciał powrócić na bezpieczne terytorium, spróbował załagodzić jego gniew.

– Większość moich zajęć była straszliwie nudna, nie miała w sobie nic z heroizmu. Oczywiście cały czas 

ryzykowałem, ale starałem się zawsze, by jeśli cokolwiek mi się przytrafi, wiadomość o tym dotarła do 
Wolverton, tak szybko jak to możliwe.

–   Jakie   to   wzruszające   –   sarknął   Giles.   –   Jestem   pewien,   że   gdybym   o tym   wiedział,   byłbym 
spokojniejszy.

Robin poczuł przypływ buntu.

– Czy chodzi ci o fakt, iż niedostatecznie cię szanuję? Nie znosiłem tego u ojca i nie chcę słuchać tego 

od ciebie.

– Mówię o zwykłej grzeczności – odparował Giles. – Nieustannie słałeś informacje do Anglii, ale do 

rodziny potrafiłeś wysłać tylko jeden list rocznie.

Robin zmrużył oczy.

– A co miałem pisać? Że oszukuję, kradnę i od czasu do czasu zabijam? Że kiedy nie kradnę, żyję 
z kobietą zbyt rozsądną, by zgodziła się za mnie wyjść? Że jeszcze nie umarłem, że mam nadzieję, że 

czujesz się dobrze, a tegoroczne zbiory są pomyślne? Z szacunkiem, Robert, tak?

Tego było już za wiele. Giles obrócił się i spojrzał z wściekłością na Robina.

–   Chcesz   powiedzieć,   że   jestem   tchórzem?   Przecież   nie   z własnego   wyboru   zostałem 
w Wolverhampton. Oddałbym wszystko, żeby pójść do wojska, kiedy skończyłem Oxford.

Jego gwałtowna reakcja była dla Robina szokująca. Uświadomił sobie, że niechcący dotknął czułego 
punktu, żalu od lat trawiącego brata.

–   Wiem   doskonale,   że   nie   jesteś   tchórzem   –   odparł.   –   Mówiąc   szczerze,   pozostanie   pod   jednym 
dachem z ojcem wymagało o wiele więcej odwagi niż to, co robiłem.

Giles nie dał się jednak udobruchać.

– Ktoś musiał zająć się rodzinnym majątkiem. Z pewnością nie mogłeś to być ty. Byłeś zbyt zajęty 

background image

poznawaniem świata i ryzykowaniem życia.

Robin poczuł, że i jego ogarnia gniew.

– Nie miałem żadnych rodzinnych obowiązków – odparował. – Ledwo dostałem miejsce przy stole. Nie 
byłem ukochanym synkiem i moja obecność czy nieobecność nie sprawiały nikomu różnicy. Uważałem, 

że trzymanie się jak najdalej od Anglii to najlepsze, co mogę zrobić dla zacnej rodziny Andreville’ów.

– Nie bądź dzieckiem – warknął Giles. – Byłem dziedzicem, więc ojciec spędzał ze mną więcej czasu, 

ale   traktował   nas   na   równi.   Był   jednak   hojny,   biorąc   pod   uwagę   twoje   zachowanie,   które   nawet 
świętego wytrąciłoby z równowagi.

– Tak, mój hojny, sprawiedliwy ojciec – rzucił z goryczą Robin. – Nie byłeś nigdy przy tym, jak łapał 
mnie  za ramię  i patrzył prosto  w oczy z takim  wyrazem, jakby  nie  mógł uwierzyć, że jestem jego 

synem. Raz wyrwało mu się, że to ja jestem winny śmierci matki, że wolałby, żeby to ona przeżyła, nie 
ja. Tę myśl zawsze widziałem w jego oczach.

– Ojciec naprawdę tak powiedział? – zapytał z niedowierzaniem i zdumieniem Giles.

– Tak. – Robin popatrzył gniewnie na brata, wściekły, że wymknęło mu się to, o czym nawet nie chciał 

myśleć. – Ty nigdy nie powiedziałeś tego głośno, ale wiedziałem, że czujesz to samo.

Zaległa cisza.

– Skąd ten pomysł? – zapytał w końcu Giles.

– Czy muszę to mówić? – wyrzucił przez zaciśnięte zęby Robin. – Była twoją matką, jego żoną. Miałeś 

pięć lat i uwielbiałeś ją, a ona ciebie. Każdego wieczoru przychodziła do twojego pokoju, czytała ci 
bajki, śpiewała kołysanki, uczyła cię czytać.

– Skąd o tym wiesz? – zapytał z poszarzałą twarzą Giles.

– Służba mi opowiadała. Nigdy nie miałem matki, więc to oczywiste, że chciałem się dowiedzieć, jak to 

jest, kiedy się ją ma. To były moje pierwsze ćwiczenia w zbieraniu informacji. Służba ją uwielbiała, bo 
zachowywała   się,   nie   jak   przystało   na   wielką   panią.   –   Robin   przymknął   oczy,   walcząc   z uczuciem 

osamotnienia, które nieodłącznie towarzyszyło mu w dzieciństwie. – Boże, jak ja ci zazdrościłem, że ją 
miałeś, nawet jeśli trwało to tylko pięć lat. Na twoim miejscu zaaranżowałbym śmiertelny wypadek 

brata, który zabił ci matkę.

– Do diabła, Robin, ja nigdy tak nie myślałem, ani nie czułem! – wykrzyknął Giles. – To jasne, że 

rozpaczałem po jej stracie, bo było to najgorsze wydarzenie w moim życiu. Ale nigdy nie winiłem ciebie 
za jej śmierć.

– Ojciec tak. I nigdy nie pozwolił mi o tym zapomnieć. Giles odwrócił się w stronę ogrodu.

– Kiedy kobieta umiera przy porodzie, większość rodzin traktuje to jako wolę bożą – powiedział. – 

Tylko nieliczni, tacy jak ojciec, winią za to dziecko. Inni, tacy jak ja, cieszą się i kochają rodzeństwo, 
bo jest... wszystkim, co im zostało po matce.

– Dobrze ci to wychodziło – odparł już nieco łagodniej Robin. – Zmniejszałeś moje poczucie winy. 
Byłem odpowiedzialny za śmierć matki, ty jednak miałeś dla mnie tyle cierpliwości.

Giles machnął dłonią z irytacją.

– Przestań mówić tak, jakbyś popełnił morderstwo. Mama kochała dzieci. Wiem, że przynajmniej dwa 

razy   poroniła,   być   może   więcej.   Była   zachwycona,   kiedy   wyglądało   na   to,   że   tym   razem   urodzi. 
Opowiadała   mi   o braciszku   albo   siostrzyczce,   która   niedługo   się   pojawi,   i że   będę   musiał   na   nią 

uważać. – Głos uwiązł mu w gardle. – Zastanawiam się, czy przeczuwała, że umrze. Zawsze była 
delikatnego   zdrowia   i z pewnością   wiedziała,   że   ciąża   jest   dla   niej   niebezpieczna.   A mimo   to   bez 

wątpliwości podjęła to ryzyko. Czy twoi informatorzy powiedzieli ci o tym?

background image

–   Nigdy   nie   pytałem   o okoliczności   związane   z jej   śmiercią.   Nie   chciałem...   nie   chciałem   wiedzieć 
więcej.

Giles westchnął i przesunął dłonią po włosach.

– Urodziłeś się kilka tygodni za wcześnie i nie spodziewano się, że przeżyjesz. Po śmierci matki ojciec 

zamknął się w sobie i nie chciał z nikim rozmawiać. Służba była zagubiona. Usłyszałem, jak jedna ze 
służących mówiła, że umrzesz bez mamki, więc wsiadłem na swojego kucyka i pojechałem do wsi. 

Żona młynarza właśnie straciła dziecko, więc poszedłem do niej i praktycznie zmusiłem do przyjazdu 
do Wolverhampton. Uparłem się, żeby twoja kołyska stała w moim pokoju, żebym mógł czuwać nad 

tobą w nocy i sprawdzać, czy oddychasz.

Robin wpatrywał się w brata ze ściśniętym sercem.

– Nie wiedziałem o tym.

– Trudno się dziwić. Byłeś wtedy malutki. – Giles poruszył się niespokojnie, jakby walczył z wybuchem 

emocji. – Byłeś taki podobny do mamy. Nie chodzi nawet o wygląd, tylko o język i urok. Twoja energia 
zachwycała każdego, kto cię poznał, choć często zachowywałeś się jak dziecko diabła. Oburzałem się, 

kiedy uchodziły ci figle, za które ja dostałbym porządne rózgi.

– Ponieważ ojciec mnie nienawidził, postanowiłem dać mu powód – sucho wyznał Robin. – Był ze mnie 

lepszy rozrabiaka niż posłuszny syn.

Giles wzruszył ramionami.

– Przeceniasz kwestię posłuszeństwa. Moje zdolności były ojcu przydatne, ale nigdy nie byłem dość 
dobry, choć bardzo się starałem.

– Dlaczego mówisz o tym po tylu latach? – zdziwił się Robin. – Czego ode mnie oczekujesz?

Giles popatrzył na swoją dużą dłoń. Wyglądał przy tym dziwnie bezbronnie. Odezwał się po bardzo 

długiej przerwie.

– To może zabrzmi dziecinnie, przypuszczam jednak, że chciałem się przekonać, że... że naprawdę coś 

dla ciebie znaczę. Jesteś jedyną bliską mi osobą. Próbowałem być dobrym bratem, ale ponieważ ty 
zawsze   wybierałeś   własną   drogę,   niewiele   mogłem   ci   pomóc.   Ani   z ojcem,   ani   ze   szkołą,   ani, 

oczywiście, wtedy, kiedy podjąłeś tę niedorzeczną decyzję, żeby w tak młodym wieku zająć się jednym 
z najniebezpieczniejszych fachów na ziemi.

Robin zmarszczył brwi.

– Oczywiście, że wiele dla mnie znaczysz. Powinieneś o tym wiedzieć. Na pewno pamiętasz, jak za 

tobą łaziłem, kiedy tylko wracałeś ze szkoły. Byłeś taki cierpliwy. Pragnąłem desperacko być taki jak 
ty. To było frustrujące, kiedy w końcu się przekonałem, że to niemożliwe. Po prostu jesteśmy inni.

– To prawda – przyznał Giles, nadal wpatrując się w dłoń.

– Ale to nie oznacza, że mi na tobie nie zależy – dodał Robin. – Byłeś dla mnie ojcem bardziej niż nasz 

szacowny rodzic. To co wiem o honorze, dyscyplinie i szacunku, nauczyłem się od ciebie. – Westchnął. 
– Myślę, że jeden z powodów, dla których zostałem szpiegiem, to to, iż chciałem, żebyś był ze mnie 

dumny. To prawda, że ta praca jest poniżająca, ale walka przeciw takiemu potworowi jak Bonaparte 
była ważną sprawą. Bardzo mnie bolał twój brak akceptacji dla tego co robię, ale nie mogłem się 

wycofać.

Giles podniósł na brata oczy.

– Nigdy nie pogardzałem tym, co robisz. W rzeczywistości byłem ogromnie dumny z twojej odwagi 
i sprytu.

background image

Robin uniósł brwi w zdziwieniu.

– Naprawdę? Kiedy się kłóciliśmy, zawsze dotyczyło to mojej pracy. To czuło się w twoich listach, a do 

wybuchu doszło w czasie naszej ostatniej kłótni cztery lata temu.

Giles odwrócił wzrok.

–   Przepraszam   za   tamtą   noc,   ale   martwiłem   się   o ciebie.   Wyglądałeś,   jakbyś   był   bliski   załamania 
nerwowego. Pomyślałem, że czas, żeby Anglia walczyła bez ciebie.

–   Nie   byłem   wtedy   w najlepszej   formie   –   przyznał   Robin.   –   Ale   powrót   do   spokojnego   życia 
w Wolverhampton   doprowadziłby   mnie   do   szaleństwa.   Wtedy   lepiej   dla   mnie   było   zająć   się   pracą 

i ryzykować.

–   Jak   powiedziałeś,   bardzo   się   różniliśmy.   Dla   mnie   Wolverhampton   było   zawsze   schronieniem 

i miejscem odpoczynku.

Znowu zapadła długa cisza.

– Po śmierci matki w Wolverhampton nie było zbyt wiele miłości – odezwał się w końcu Robin. – Ojciec 
rozpaczał, a gniew zatruwał nas wszystkich. Nie śmiałem cię o nic prosić, bo się bałem, że zabraknie ci 

cierpliwości.

Giles uśmiechnął się smutno.

– Czułem się bardzo podobnie. Wiedziałem, że jeśli uczynię coś, co mogłoby bardziej napiąć nasze 
stosunki, odlecisz jak motyl i nigdy nie wrócisz.

Robin z trudem przełknął ślinę. W tej chwili był bardziej bezbronny niż gdy przeszukiwał bibliotekę 
Napoleona.

– Byłeś zbawieniem mojego dzieciństwa, Giles. Jesteś jednym z dwojga, nie, z trojga ludzi, za których 
oddałbym życie. Żałuję, że nie powiedziałem ci tego wcześniej. Tak mi przykro, że choć przez sekundę 

myślałeś, że mi na tobie nie zależy.

Giles ukrył twarz w dłoniach. Kiedy opuścił ręce, w oczach lśniły mu łzy.

– Bracia winni się kochać, ale sądziłem, że w naszym przypadku większość tych uczuć żywię ja.

Giles miał rację, bracia powinni się kochać i oni się kochali. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę, 

prawie po trzydziestu trzech latach. To było takie proste. Bez słowa wyciągnął dłoń do Gilesa. Ten 
pochwycił ją skwapliwie. Teraz wreszcie Robin poczuł, że wrócił do domu.

Puścił dłoń brata i powiedział:

– Ta rozmowa powinna się odbyć już wiele lat temu – powiedział. – Mimo to dziwię się, dlaczego 

akurat teraz, w samym środku przyjęcia?

Giles roześmiał się z zakłopotaniem.

–   Kiedy   zauważyłem,   jak   zauroczyłeś   Desdemonę,   na   powierzchnię   wyszły   wszystkie   braterskie 
uprzedzenia. Nie przeszkadza mi, kiedy uwodzisz inne kobiety, ale ona jest dla mnie ważna.

–   Uwierz   mi,   że   nie   masz   się   czego   obawiać.   Cała   nasza   rozmowa   dotyczyła   ciebie.   Ta   kobieta 
wyobraża sobie, że potrafisz chodzić po wodzie. Nie wyprowadzałem jej z błędu. Domyślałem się, że 

masz w stosunku do niej jakieś plany i nadzieje.

– To prawda – uśmiechnął się Giles. – Chyba pójdę teraz jej poszukać. Jestem szczęśliwszy, kiedy jest 

przy mnie.

Robin doskonale go rozumiał. Rozmowa z bratem była bardzo cenna, choć bardzo spóźniona, ale czuł 

background image

się,   jakby   przepuszczono   go   przez   maszynę   oczyszczającą.   Bardziej   niż   czegokolwiek   na   świecie 
potrzebował teraz Maxie.

background image

32

Robin znalazł Maxie rozmawiającą z lordem Michelem Kenyonem, wysokim mężczyzną o orzechowych 
włosach   i twardych   rysach   doświadczonego   wojownika.   Maxie   spojrzała   na   Robina   ze   złośliwym 

błyskiem w oku.

– Lord Michael opowiadał mi, że spotkał cię w Hiszpanii. Kiedy trochę go nacisnęłam, wspomniał, że 

udawałeś tam irlandzkiego księdza.

Robin przewrócił oczami.

– Niestety, to prawda. W czasie wojny na Półwyspie pracowało wielu księży szpiegów z irlandzkiego 
Uniwersytetu Salamanca. Tak się zdarzyło, że musiałem się za takiego przebrać. – Skrzywił wargi. – 

Udało mi się także dać się postrzelić. Jestem pewien, że lord Michael nie wspominał, iż znalazł mnie 
broczącego   krwią   i że   miał   tyle   zdrowego   rozsądku,   żeby   zaciągnąć   mnie   do   centrum   dowodzenia 

Wellingtona.

A więc to w takich okolicznościach Robin nabawił się tej straszliwej szramy po kuli. Nie przejmując się, 

że zgorszy gości, wspięła się na palce i cmoknęła lorda Michaela w policzek.

– Dziękuję. O życie Robina musiała się troszczyć cała gwardia aniołów stróżów.

Lord Michael spojrzał na nią zdumiony, ale zadowolony.

– Słyszałem, że Amerykanki są zachwycająco bezpośrednie, ale nigdy nie miałem szczęścia osobiście 

się o tym przekonać. Czy w Bostonie jest więcej takich kobiet jak pani?

– Maxima jest wyjątkowa – stwierdził Robin.

– Tego się obawiałem.

Po wymienieniu jeszcze kilku zdań, ich rozmówca odszedł. Maxie odprowadziła go wzrokiem.

– Czy istnieje lady Michael?

– On nie jest żonaty. Interesuje cię miejsce przy jego boku? – zapytał sucho Robin.

– To absurdalne pytanie, nawet jak na ciebie – prychnęła gniewnie. – Po prostu byłam ciekawa. Ten 
pan wspaniale flirtuje, ale jego serce nie jest wolne.

–   Interesujące.   Według   Margot   spędza   czas   w towarzystwie   Luciena   i Kit,   szukając   odpowiedniej 
kandydatki   na   żonę.   Może   już   ją   znalazł.   –   Porzucając   ten   temat   powiedział:   –   Przyszedłem   cię 

zapytać, czy nie masz ochoty zaczerpnąć świeżego powietrza. Ogrody Candover w nocy to niezwykły 
widok.

Maxie była zachwycona gośćmi, lecz bardzo chętnie przystała na propozycję spędzenia chwili sam na 
sam z Robinem. Zanim jednak wyszli na zewnątrz, Robin rozejrzał się po salonie.

– Jest trochę chłodno. Jak znam Maggie, położyła tu gdzieś szale dla dam, w razie gdyby zechciały 
wyjść do ogrodu.

I rzeczywiście na stoliku przy drzwiach na taras znalazł kilka miękkich narzutek.

–   Maggie   myśli   o wszystkim   –   z podziwem   skomentowała   Maxie.   Robin   pieczołowicie   otulił   szalem 

ramiona towarzyszki. Wyszli na kamienne patio i zeszli po schodach na ścieżkę, przy której stały małe 
lampiony,   wysyłające   delikatne   światło.   Obszerny   szal   sięgał   Maxie   do   kolan,   ochraniając   przed 

chłodnym   wieczornym   powietrzem.   Jeszcze   cieplejsze   było   ramię   Robina,   którym   ją   objął,   kiedy 
zniknęli z widoku gości. Szli o wiele za blisko siebie niż wymagała tego przyzwoitość. Jednak Maxie to 

background image

nie przeszkadzało. Wręcz odwrotnie. Byli sobie tak bliscy, że z trudem pamiętała o dobrych manierach. 
Podniosła oczy, chcąc coś powiedzieć, ale zamiast tego zmarszczyła brwi, bo z twarzy Robina zniknął 

pogodny wyraz, ustępując miejsca zmęczeniu.

– Czy coś się stało? – zapytała. Rzucił jej przelotne spojrzenie.

– Powinienem wiedzieć, że to zauważysz. Właśnie miałem z Gilesem najpoważniejszą kłótnię w życiu.

Maxie zatrzymała się gwałtownie.

– To okropne. Nic dziwnego, że masz taką poszarzałą twarz. Myślałam, że dobrze się rozumiecie.

–   Bo   tak   jest,   ale   istniało   wiele   zadawnionych   problemów.   –   Westchnął.   –   Dzisiaj   wyrzuciliśmy 

wszystkie nasze żale.

– Z tego co zauważyłam, siostrom łatwiej jest się ze sobą przyjaźnić niż braciom – stwierdziła Maxie. – 

Bracia   często   ze   sobą   rywalizują.   Musi   być   jeszcze   trudniej,   kiedy   starszy   jest   dziedzicem 
i spadkobiercą wielkiej fortuny.

–   Masz   rację.   Też   to   zauważyłem.   Całe   szczęście,   że   my   z Gilesem   jesteśmy   pod   tym   względem 
odmienni.   – Uścisnął  Maxie  i ruszył  dalej.  –  Ustaliliśmy,  że podłożem naszej dzisiejszej  kłótni  jest 

śmierć naszej matki. Ojciec mnie za nią obwiniał, co rzutowało na całą rodzinę. Giles stał się nad wiek 
poważny   i odpowiedzialny,   opiekował   się   wszystkimi,   czego   nie   powinno   robić   żadne   dziecko,   a ja 

znowu zostałem buntownikiem. W rezultacie nie umieliśmy pokazać, ile dla siebie znaczymy. Kiedy 
wróciłem z Francji zeszłej jesieni, nie byłem pewien, czy Giles przyjmie mnie do Wolverhampton. Nie 

zdawałem sobie sprawy, że jest urażony, iż wyjechałem tak daleko i na tak długo.

– Czy zdołaliście rozwiązać wasze konflikty? Uśmiechnął się.

– Tak, dzięki Bogu. Jesteśmy sobie teraz bliżsi niż dawniej.

– Cieszę się – powiedziała, nie potrafiąc ukryć rozdrażnienia. – Twojemu ojcu należałyby się baty. Jak 

można zrzucać własne poczucie winy za śmierć żony na bezbronne niemowlę?

– Poczucie winy? Nie rozumiem.

–   Twoja   matka   nie   zaszła   w ciążę   bez   pomocy   –   zauważyła.   –   Miała   może   już   jakieś   kłopoty 
z porodami?

– Giles mówił, że była słabego zdrowia i poroniła kilkakrotnie. Wcale jej to nie zaskoczyło.

– Gdyby twój ojciec bardziej się pilnował, nie nadszarpnąłby jej zdrowia.

– Nigdy o tym nie pomyślałem – powiedział po długiej chwili milczenia.

– Każda kobieta pomyślałaby o tym na pierwszym miejscu. Uśmiechnął się gorzko.

– Szkoda, że w Wolverhampton nie mieliśmy tak wrażliwej kobiety jak ty. Ona by nas poustawiała.

Doszli  do  niewielkiej   greckiej  świątyni.  Była   tak proporcjonalna,   że  wyglądała  na prawdziwą.  Kilka 

schodów   prowadziło   do   zacisznego   miejsca   z wygiętymi   ławeczkami   i kamiennym   ołtarzykiem, 
schowanym trochę w tyle. Pasował raczej na piknik niż na ofiarnego barana. Widok był zachwycający.

Robin popatrzył na towarzyszkę. Światło księżyca oświetlało jej kształtną figurę. Nie mogąc się oprzeć, 
uniósł jej podbródek i pocałował. Chciał, by pocałunek był delikatny i czuły, ale kiedy tylko dotknął jej 

ust, stracił panowanie nad sobą. W ciągu ostatnich dni prześladowały go wspomnienia z przeszłości 
i nie  przetrwałby, gdyby  nie ta kobieta w jego ramionach. Potrzebował jej jak wędrowiec wody na 

pustyni.

Wciągnął   ich   powolny   taniec   pożądania,   który   zaczął   się,   kiedy   Robin   przyszedł   do   sypialni   Maxie 

i trwał przez cały wieczór. Ale to co czuł w tej chwili, wykraczało  poza namiętność, to była czysta 

background image

potrzeba   doświadczenia   jej   ciepła   i czarujących   tajemnic   jej   ciała.   Wsunął   dłonie   pod   miękki   szal, 
pragnąc   czuć   cudowne   krągłości.   Kiedy   Maxie   jęknęła,   chwycił   palcami   jej   sutek.   Natychmiast 

stwardniał. Jednak on, pragnął więcej, o wiele więcej. Objął Maxie w talii i posadził na kamiennym 
ołtarzu. Zdumiona wciągnęła głęboko powietrze, lecz zaraz się rozluźniła, opierając dłonie na brzegu 

ołtarza.

Robin oparł dłonie na jej rękach, pochylił się i potarł policzkiem o jej policzek. Miała skórę delikatną jak 

płatek kwiatu, chłodną na powierzchni, z pulsującym pod skórą życiem. Lekko dmuchnął jej w ucho 
i czubkiem języka obrysował jego kształt. Maxie westchnęła z rozkoszy, wyciągając szyję jak kotka. 

Zsunął brodą szal z jej ramion. Spłynął w dół na ich dłonie oparte o ołtarz. Robin pochylił się i dotknął 
jej szyi. Całe jego ciało domagało się połączenia w jedno z tą mądrą i namiętną kobietą. Niechcący 

dotknął naszyjnika i szybko przesunął usta niżej. Ta błyskotka kosztowała go małą fortunę, ale rubiny 
i brylanty   wydały   mu   się   bryłą   lodu   w porównaniu   z gorącym   ciałem   Maxie.   Z żarliwą   czułością 

przywarł   do   jej   piersi,   wdychając   kobiecy   zapach.   Próbując   hamować   pożądanie,   wolno   przesunął 
dłonie na pośladki Maxie, potem na brzuch i niżej do wrażliwego miejsca między nogami.

– Czas się zatrzymać – sapnęła.

– Jeszcze nie. – Rozsunął szerzej jej uda i stanął między nimi, żeby nie mogła ich złączyć. Ponownie 

odnalazł usta kochanki, pragnąc,  żeby mu się całkowicie  oddała,  żeby o nic nie pytała. Podciągnął 
brzeg sukni i oparł dłonie na kolanach, nie przerywając pocałunku. Potem jego dłonie powędrowały 

wyżej, w poszukiwaniu kobiecej esencji.

Maxie poddawała się tym pieszczotom, ale była zbyt mądra, by dać się zwieść. Kiedy poczuła dotyk 

jego rąk na wewnętrznej stronie ud, spróbowała złączyć nogi. Nie pozwolił na to, a nacisk jej kolan na 
jego biodra tylko bardziej go rozpalił. Złapana w pułapkę, zamarła.

– Robin – odezwała się zdyszanym głosem. – Musimy wracać. To nie jest odpowiednie miejsce ani 
czas.

Nie   bała   się,   jeszcze   nie.   Nie   wybaczyłby   sobie,   gdyby   ją   przestraszył,   ale   nie   mógł   się   od   niej 
oderwać. Oddychał z trudem. Wyprostował się i otoczył Maxie ramieniem. W skroniach mu pulsowało, 

lecz   jeszcze  mocniej   w lędźwiach.  Była  taka   drobna,   tak  bezbronna,  a jednak   miała   nad  nim   taką 
władzę.

– Przepraszam – wyszeptał. – Masz rację, ale, Chryste, mam wrażenie, że jeśli cię teraz nie wezmę, to 
umrę.

Chciał, żeby zabrzmiało to żartobliwie, nie chciał, by usłyszała w jego słowach melodramatyczną nutę, 
ale tym razem głos go zawiódł. Ciało domagało się spełnienia. W uszach dźwięczały mu własne słowa. 

Jeśli cię teraz nie wezmę, to umrę. Jeśli cię teraz nie wezmę, to umrę.

Nie chodziło tylko o zaspokojenie fizycznej potrzeby. Pragnął jej na zawsze, jako kochanki, partnerki, 

żony. Ale musiał się z nią kochać, teraz i w tym miejscu. Nie potrafiąc oprzeć się pragnieniu, chwycił 
się ostatniej deski ratunku.

– Nie chciałaś kochać się ze mną w domu Maggie, ale teraz nie jesteśmy w domu.

–   Och,  Robinie,   Robinie,   ty  zdradziecki,   srebrnousty  diable.  –   Westchnęła,  wyrażając  tym  niechęć 

i rozbawienie. – Co ja mam z tobą zrobić?

Zamknął   oczy,   zawstydzony,   że   tak   dobrze   go   znała,   ale   wdzięczny,   że   nadal   mówiła   do   niego 

z czułością.

Przesunęła dłonią po jego włosach, potem po twarzy. Ostudziła chłodnymi palcami rozgorączkowane 

skronie. Dotknęła kciukiem rozwartych ust, potem objęła jego głowę rękami i pocałowała. Kiedy ich 
usta się złączyły, zsunęła dłoń w dół i dotknęła wypukłości w spodniach.

Robin zesztywniał, przez ciało przeszedł mu dreszcz.

background image

– Mam nadzieję, że nikt nie zdecyduje się na spacer po ogrodzie – wymamrotała i sięgnęła do górnego 
guzika rozporka.

Po chwili zaskoczenia sam rozpiął guziki i uwolnił rozpaloną męskość. Wsunął palce między jej uda. 
Była gorąca i wilgotna.

Maxie   westchnęła   namiętnie,   doprowadzając   go   tym   do   szału.   Uniósł   jej   prawą   nogę   i otoczył   nią 
biodro,   potem   to   samo   zrobił   z drugą.   Była   teraz   otwarta   i gotowa.   Wszedł   w nią   jednym   silnym 

pchnięciem. Jęknęła z rozkoszy i bólu i ukryła twarz na jego ramieniu. Już samo zagłębienie się w niej 
przyprawiało go o ekstazę. Ciało pulsowało mu jak szalone. Czuł się tak, jakby dobił do bezpiecznego 

portu, jednak wciąż szalała w nim burza. Wokół nich unosił się zapach namiętności, tak intymny jak ich 
złączone   ciała.   Robin   prawą   ręką   podtrzymał   plecy   Maxie,   a prawą   wsunął   między   nogi   i odnalazł 

wrażliwy punkt. Jęknęła i zaczęła poruszać biodrami, aż przeszedł ją konwulsyjny dreszcz. W tej chwili 
i nim   wstrząsnęła   seria   spazmów,   jednak   w centrum   obezwładniającego,   szalonego   orgazmu   był 

spokój. Dysząc przytulił czoło do czoła Maxie.

– O Boże! Chciałbym... chciałbym dać ci coś, co sprawiłoby ci tyle rozkoszy, ile ty mi dajesz.

Rozkoszy. Była zadowolona, że nie mógł widzieć jej twarzy. Kiedy zobaczyła, jak bardzo jej potrzebuje, 
oddała mu się bez zahamowań. W zamian otrzymała oszałamiające przeżycie. Jednak pragnęła być 

czymś więcej niż tylko źródłem seksualnego spełnienia. Nieprawda.

Robin dawał jej wszystko, co mógł. Nie jego wina, że jej nie kochał. Z nadzieją, że mięśnie jej nie 

zawiodą i się nie przewróci, odsunęła się od kochanka.

– Chyba pogniotłam ci halsztuk.

– Zachowam go na pamiątkę do końca swoich dni.

To romantyczne wyznanie przypieczętował pocałunkiem. Maxie zadrżała. Wcześniej przyrzekła sobie, 

że   musi  oddać  się   Robinowi  jeszcze  jeden  raz.  Czy  to  szybkie  i zwariowane   przeżycie  to   było  to? 
Próbowała spojrzeć w przyszłość z wiarą, że mają przed sobą całe życie na uprawianie miłości, ale nie 

widziała nic prócz ciemnej mgły rozpaczy.

– Zimno ci? – zapytał z troską, kiedy ponownie zadrżała. – Czas poprawić ubrania i wrócić do domu. – 

Pochwycił   ją   w pasie   i postawił   na   ziemi.   Wyciągnął   chusteczkę,   by   mogła   się   wytrzeć   i dodał:   – 
Wystarczy, że będziemy wyglądać godnie. W niewinność nikt nie uwierzy.

– Nie mamy szans, żeby ukryć to, co się między nami zdarzyło. – Wygładziła suknię. – Mam nadzieję, 
że wszyscy pomyślą, że poprzestaliśmy tylko na kilku pocałunkach.

– Naturalnie, że tylko tyle się wydarzyło – stwierdził z powagą. – W końcu ty jesteś niewinną panną, 
a ja dżentelmenem.

– W naszym przypadku to bardzo złudne pojęcia.

Włosy   jej   się   rozpadły,   więc   je   poprawiła,   wsuwając   spinki   na   miejsce.   Robin   objął   ją   ramieniem 

i ruszyli w stronę domu.

– Zabrałem cię do Ruxton między innymi po to, żeby sprawdzić, czy ci się tam spodoba – powiedział 

z wahaniem.  – Zawsze lubiłem  to  miejsce,  choć byłem  tam  może  ze dwanaście  razy w życiu.  Czy 
myślisz, że mogłabyś być szczęśliwa w Ruxton?

Przypomniała   sobie   ciepłe   mury,   zielone   wzgórza   i miłą,   zachęcającą   atmosferę   domu.   Ruxton 
pragnęło być domem, a ona jest kobietą, która pragnie stałego miejsca.

– Tak, jeśli... jeśli między nami się ułoży, mogłabym być tam szczęśliwa – odparła cicho.

Pozostawało to – jeśli.

background image

33

W   drodze   powrotnej   do   domu   Desdemona   i Giles   rozmawiali   o nieistotnych   sprawach.   Duża   dłoń 
markiza spoczywająca na jej ręce sprawiała, że Desdemona czuła się absurdalnie szczęśliwa.

Giles   odprowadził   ją   pod   drzwi,   przytrzymał   za   ramiona   i spojrzał   w oczy.   Zastanawiała   się,   czy 
zamierza   ją   pocałować   na   samym   środku   Mount   Street.   W tej   chwili   pokojówka   otworzyła   drzwi 

i markiz cofnął ręce.

– Dobranoc, Desdemono. To był wspaniały wieczór. Tak i zbyt szybko się skończył.

– Jeszcze nie jest późno. Może wejdziesz na kilka minut, na kieliszek brandy?

Zawahał się, jakby zamierzał odmówić. Zaskoczona własną natarczywością, uśmiechnęła się do niego.

– Dobrze?

– W takim razie na kilka minut – odparł po zawstydzająco długiej chwili.

Desdemona odesłała służbę do łóżek, wprowadziła gościa do saloniku i nalała im po kieliszku brandy. 
Usiedli   naprzeciwko   siebie   i rozpoczęli   zdawkową   rozmowę.   Wcześniejsza   swobodna   atmosfera 

zniknęła. Giles przyglądał się gospodyni z chmurą w oczach. Przez cały wieczór myślała, że mu się 
podoba, teraz nie miała już tej pewności. Być może jego zainteresowanie było chwilowe, a teraz nie 

wie, jak się wycofać.

Skończył swoje brandy i wstał.

– Chyba już pójdę.

Popatrzyła na niego, przekonana, że popełniła jakiś błąd.

– Nie patrz tak na mnie, jakbym właśnie oddał głos przeciw jednemu z twoich projektów ustaw – 
powiedział z rozbawieniem.

Odwróciła wzrok, starając się zapanować nad wyrazem twarzy. Kobieta powinna od najmłodszych lat 
uczyć się ukrywać uczucia. A ona, grubo po trzydziestce, zachowuje się jak naiwny podlotek.

Giles zaklął pod nosem.

– Nie chodzi o ciebie, Desdemono, ale o mnie – powiedział otwarcie. – Jeśli zostanę, nie powstrzymam 

się,   żeby   trzymać   ręce   z dala   od   ciebie,   co   prawdopodobnie   nie   bardzo   by   ci   się   spodobało.   Nie 
zgadzałoby się to również z moimi planami subtelnych zalotów.

Zalotów? Desdemona odetchnęła z ulgą.

– Nie przypuszczam, żebyś zaczął się zachować jak ogarnięty żądzą potwór. A nawet jeśli, jestem 

gotowa zaryzykować – dodała ze wstydliwym uśmiechem.

Uśmiechnął się i potrząsnął przecząco głową.

– Może i udałoby mi się zachować jak dżentelmen, ale nie mogę ci tego zagwarantować.

– Dobrze – odparła bez zastanowienia. Wybuchnął śmiechem.

– Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo się zmieniłaś przez ostatnie dwa tygodnie?

– Mam nadzieję, że na lepsze.

– Naturalnie. – Oparł się o gzyms kominka i założył ręce na piersi. – Może za wcześnie na oficjalne 

background image

oświadczyny, ale chciałbym, żebyś przemyślała taką możliwość.

Desdemona   popatrzyła   na   niego   z przestrachem.   Do   tej   pory   cieszyło   ją   towarzystwo   Gilesa 

i okazywany jej podziw, ale rzeczywistość zawisła nad nią jak ciemna chmura.

Widząc zaniepokojenie na jej twarzy, Giles uniósł brwi.

– Chyba nie jesteś zaskoczona. Już mówiliśmy o tym w Daventry.

– Sądziłam, że kiedy to sobie przemyślisz, nie oświadczysz się – odrzekła cicho.

Uśmiechnął się krzywo. Uwielbiała ten jego uśmiech.

– Nie jestem pewien, czy mam twą odpowiedź odebrać jako brak wiary we mnie, czy w samą siebie. – 

Spoważniał. – Stanowisz żywy dowód, że kobiecie niepotrzebny jest mąż, by wieść wartościowe życie. 
Pewnie wolałabyś też kogoś bardziej obiecującego. Powiedz mi... powiedz mi to teraz, a nigdy więcej 

nie poruszę tego tematu.

To zdanie uzmysłowiło Desdemonie, że nie tylko ona może się czuć niepewnie.

– Jestem przekonana, że byłbyś doskonałym mężem. Problem w tym – z trudem przełknęła ślinę – że 
nie wiem, czy ja byłabym odpowiednią żoną.

Giles spojrzał jej w oczy.

–   Jesteś   szczera,   piękna,   masz   dobre   serce   i nie   znosisz   głupców.   Jak   dla   mnie   to   wspaniałe 

kwalifikacje na żonę.

Uśmiechnęła się, ale unikała jego wzroku.

– Nie wiem, czy będę w stanie dać ci dziedzica. To prawda, że niedługo dzieliłam łoże z moim mężem, 
więc może nie jestem bezpłodna, ale skończyłam już trzydzieści lat...

– To nieistotne – wszedł jej w słowo. – Oświadczam ci się, bo pragnę, żebyś została moją żoną, a nie 
cielną krową. Nie przeszkadza mi myśl, że Robin albo jego syn odziedziczą Wolverhampton. – Przez 

jego twarz przemknął cień bólu. – Moja matka i moja pierwsza żona umarły w połogu. Nie chciałbym 
tego powtórnie przeżywać.

Desdemona   popatrzyła   na   swoje   dłonie   złożone   na   kolanach.   Wiedział,   że   problem   leży   w czymś 
innym. Zmusiła się, by spojrzeć na markiza.

– Jest jeszcze jedna rzecz, z powodu której obawiam się, że nie będę dla ciebie odpowiednią żoną. 
Jesteś ciepłym, zmysłowym mężczyzną. Z pewnością pragniesz  też takiej żony, a ja nie  wiem, czy 

potrafię być taka.

Miała nadzieję, że zrozumie, o co jej chodzi, ale liczyła na zbyt wiele.

– Czy mogłabyś mi to bliżej wyjaśnić? – zapytał cicho. Spuściła głowę i głos jej się załamał.

– Mój mąż... on zawsze powtarzał, że dzielenie ze mną łoża to jak mieć obok sopel lodu, że pierwsza 

lepsza dziwka z ulicy byłaby cieplejsza ode mnie.

Giles przeszedł pokój, usiadł na poręczy fotela i objął ją ramieniem.

– Ciii, kochanie – szepnął, kołysząc ją lekko i opierając policzek na jej głowie. – Niewiele kobiet potrafi 
okazać namiętność w nieudanym związku. Nie bierz do siebie słów tego egoistycznego brutala.

Drżąc przywarła do Gilesa. To, co powiedział, podniosło ją na duchu.

Pogładził japo włosach.

background image

–   Jesteś   tak   niewiarygodnie   szczera.   Chyba   nie   ma   w Londynie   drugiej   kobiety,   która   świadomie 
uczyniłaby podobne wyznanie w sytuacji, gdy oświadcza się jej sam markiz.

Odchyliła się i spojrzała mu w oczy.

–   Nie   chcę   wyjść   za   markiza,   lecz   za   Gilesa   Andreville’a,   najmilszego,   najzabawniejszego 

i najprzystojniejszego mężczyznę w Anglii.

Na twarz Gilesa powoli wypływał uśmiech.

– Wygląda na to, że obydwoje uważamy małżeństwo za dobry pomysł, a więc na kiedy ustalamy datę 
ślubu?

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo pochylił się i przycisnął usta do jej ust. Pożądanie stłumiło jej niedawne 
obawy. Z zapałem oddała pocałunek żałując, że nie ma większego doświadczenia.

Giles uniósł głowę i uśmiechnął się.

– Nie całujesz jak oziębła kobieta.

Wstał pociągając ją za sobą i mocno przytulił.

Uwielbiała   jego   muskularne   ciało.   Był   jedynym   mężczyzną,   który   sprawiał,   że   czuła   się   delikatna 

i kobieca. Przywarła do niego, zatracając się w pocałunku.

Oderwał się od niej, ciężko oddychając.

– Sądzę, że dojdziemy do porozumienia, prawda? Może miał rację, ale nie chciała ryzykować.

– Małżeństwo jest na zawsze, Giles – powiedziała. – Będzie lepiej, byśmy później nie musieli niczego 

żałować. Powinnam mieć pewność, że... że potrafię wypełnić moją cześć umowy.

– Nigdy nie uzyskamy takiej gwarancji, Desdemono – odparł Giles. – Myślę, że wystarczy wierzyć, iż 

miłość pomoże nam przetrwać. – Dotknął czule jej policzka. – A ja cię kocham.

– Ja też cię  kocham –  wyszeptała.  – Ale  nie  mam  tyle  wiary co  ty.  Myślę, że będzie  lepiej, jeśli 

najpierw... spróbujemy.

Popatrzył na nią ze zdumieniem.

– Desdemono, czyżbyś składała mi propozycję? Skinęła głową, czerwieniąc się i spuszczając oczy.

Objął ją ramieniem i wybuchnął śmiechem. Zawstydzona i upokorzona próbowała wyrwać się z objęć. 

Przytrzymał ją mocno i nie pozwolił odejść.

– Czy zdajesz sobie sprawę, jakie to paraliżujące dla mężczyzny, kiedy się dowiaduje, iż całe jego 

życie zależy od jednej nocy?

Kiedy zrozumiała, że śmiał się nie z niej, lecz z siebie oraz z absurdalności ludzkiej natury, również 

zaczęła się śmiać.

– To nie musi być wcale jedna noc. – Uśmiechnęła się figlarnie i wtuliła mocniej w jego ramiona. – 

I choć już bardzo dawno nie byłam z mężczyzną, nie odnoszę wrażenia, żebyś był sparaliżowany.

Giles wciągnął gwałtownie powietrze i przycisnął ją do siebie.

– Sprawdzimy, czy zdołam cię przekonać, iż będziesz najlepszą z żon? – Pochylił się i przywarł do jej 
ust w pocałunku, który odebrał im dech w piersiach.

Bez   słowa   poprowadziła   go   do   pokoju   na   górze.   Z głową   opartą   na   jego   ramieniu   czuła   się 
niewymownie szczęśliwa. W czasie pocałunku nagle zrozumiała, że Giles miał rację, że to tajemnicze 

background image

przyciąganie,   które   do   niego   czuła,   sprawi,   iż   będzie   ciepłą   i namiętną   żoną.   Ale   szkoda   było 
zaprzepaścić taką okazję.

– Pozwól mi na siebie popatrzeć – powiedział Giles po zamknięciu drzwi sypialni.

Pokojówka   zostawiła   zapaloną   lampkę   na   nocnym   stoliku.   W jej   świetle   Desdemona   dostrzegła 

namiętność płonącą w oczach Gilesa. Stała na środku pokoju, a Giles obszedł ją dokoła. Odpiął perły 
z szyi, dotykając karku ustami, a potem rozpuścił jej włosy i zanurzył w nich twarz.

– Już dawno pragnąłem to uczynić. Twoje włosy są jak jedwabisty ogień, jak zresztą ty cała.

Jego oddech rozpalił w niej krew, a zachwyt w głosie rozgrzewał serce.

– Ja także chcę cię widzieć, Giles – powiedziała z budzącą się pewnością siebie.

Odwiązała mu halsztuk, potem rozpięła guziki koszuli i dotknęła dłonią jego szerokiej piersi. Czuła, jak 

mocno bije mu serce.

Powoli   rozbierali   się   nawzajem,   rozbudzając   płomień   pożądania   gorącymi   słowami   i pieszczotliwym 

dotykiem.

– Jesteś piękna – wyszeptał Giles, kiedy zsunął jej z ramion koszulę. – Tak wspaniale piękna. Tak 

musiała   wyglądać   Boedicea,   brytyjska   królowa-wojownik,   o złocistorudych   włosach   i kobiecych 
kształtach. – Uśmiechnął się. – Od Daventry nieustannie miałem w oczach twoją cudowną szyję.

Zarumieniła się.

– Czy to w nią się wpatrywałeś przez cały wieczór?

–   Oczywiście.   Jestem   przecież   dżentelmenem.   –   Wsunął   ręce   pod   obfity   biust,   obejmując   go 
i pieszcząc. – Marzyłem o tym. – Zanurzył twarz w miękkich, ciepłych krągłościach i zaczął ssać jej 

sutki.

Desdemona westchnęła i odchyliła głowę. Po raz pierwszy w życiu cieszyła się z posiadania takiego 

ciała,   bo   dawało   Gilesowi   tyle   przyjemności,   a najbardziej   na   świecie   pragnęła   go   zadowolić 
i zrewanżować za uczucie, które dzięki niemu w niej rozkwitało.

Kiedy położyli się obok siebie, byli jak partnerzy. Desdemona nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie 
staną się jednym. Nawet spełnienie przeżywali razem, z okrzykiem uniesienia na ustach.

To   była   noc   odkrywania,   zmysłowości   i radości,   zbyt   cenna,   by   marnować   ją   na   sen.   Desdemona 
przekonała się, że nie jest oziębła, wręcz odwrotnie. Udało jej się też przekonać Gilesa, że tylko idiotka 

mogła go uważać za nudziarza. Kiedy się nie kochali, leżeli w swoich objęciach i rozmawiali, dzieląc się 
myślami równie intymnie jak ciałami.

– O tej porze roku słońce wstaje stanowczo za wcześnie – stwierdził z niechęcią Giles. – Nie chcę 
odchodzić, ale już czas.

Oparła mu podbródek na piersi. Zniknęła gdzieś zagniewana, agresywna kobieta, która wpadła do jego 
biblioteki i spokojnego życia. Teraz była samą łagodnością.

– Po co masz wychodzić? Służba i tak się już wszystkiego domyśla.

–   No   może   prócz   mojego   woźnicy   –   uśmiechnął   się.   –   Przyznaję,   że   dla   osób   w naszym   wieku, 

przyzwoitość nie stanowi najistotniejszej kwestii, ale nie chcę, by wokół twojej osoby krążyły plotki.

Uśmiechnęła   się   uwodzicielsko   i wygięła   ciało.   Nie   mógł   się   powstrzymać,   by   jej   nie   pocałować. 

Oderwał od niej usta dopiero, kiedy zabrakło mu tchu.

– Jesteś bezwstydną kobietą, a ja szczęściarzem. Desdemona spłonęła rumieńcem.

background image

– Te zachwycające rumieńce sięgają dalej niż przypuszczałem – zauważył z zainteresowaniem.

Desdemona zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Giles doszedł do wniosku, że musi sprawdzić jak daleko 

sięga rumieniec. Tym sposobem upłynęło następne pół godziny.

– Nie wiedziałam, że może tak być – wyznała, przytulając się do niego.

– Ja też nie.

Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

– Naprawdę?

– Naprawdę. – Pogłaskał japo nagim ramieniu. – Sądziłem, że mam w tym doświadczenie, ale nigdy 

wcześniej nie spałem z kimś, kogo kocham. Nic się z tym nie może równać. – Znowu ją pocałował. – 
Czy jesteś gotowa podjąć decyzję co do małżeństwa, czy potrzebujesz więcej czasu?

Roześmiała się i objęła go za szyję.

– Czy sądzisz, że jestem aż tak głupia, by wypuścić cię z rąk?

background image

34

Zajazd   „Abingdon”   stał   przy   Long   Acre   blisko   Covent   Garden.  Kiedy   powóz   zatrzymał   się   przed 
wejściem, Maxie czuła, że ciało drętwieje jej od napięcia. Od rana miała wrażenie, że zawisła nad nią 

czarna chmura strachu. Przeczucie mówiło jej, że kroczy drogą, która wstrząśnie jej życiem. Jednak 
nie miała wyboru, jak tylko iść dalej. Uzgodnili z Robinem, że najlepiej będzie, jeśli po prostu odwiedzą 

zajazd   i na   miejscu   zadadzą   kilka   pytań.   Z pewnością   ktoś   pamiętał   śmierć   jednego   z gości.   Jeśli 
odpowiedzi okażą się wykrętne, to również naświetli im sytuację.

Robin pomógł Maxie wysiąść z powozu. Zatrzymała się na chwilę, by przyjrzeć się budynkowi. Był mały 
i schludny. Ojciec nie miał pieniędzy na kosztowniejsze miejsca.

Wzięła Robina pod ramię, uniosła głowę i ruszyli do drzwi.

Kiedy   młoda   para   wchodziła   do   zajazdu,   właściciel   sklepu   tytoniowego   po   drugiej   stronie   ulicy 

obserwował ich z uwagą. To muszą być oni, pomyślał. Blondyn o arystokratycznym wyglądzie i ciemna 
mała Wenus. Pokiwał głową. Tak, to na pewno oni. Odwrócił się do młodego asystenta.

– Idź i powiedz Simmonsowi, że ludzie, o których pytał, weszli do Abingdon. Pospiesz się, a jak go tam 
nie znajdziesz, to go poszukaj. Dostaniesz pół korony, jeśli się dobrze spiszesz.

Był ogromnie zadowolony, bo sam miał dostać trzy gwinee.

Wcześniej   umówili   się,   że   mówić   będzie   Robin,   bo   mężczyźni   są   zazwyczaj   traktowani   poważniej. 

Podeszli do młodego krostowatego recepcjonisty.

–   Czy   możemy   rozmawiać   z właścicielem?   –   zapytał   Robin.   Chłopak   uniósł   głowę   i obrzucił   Maxie 

taksującym spojrzeniem.

– Mogę wam wynająć pokój, ale zapłacicie za cały dzień, nawet jeśli potrzebujecie go tylko na godzinę 

– powiedział.

–   Nie   chodzi   nam   o pokój   –   odparł   Robin   głosem   twardym   jak   stal.   –   Chcemy   rozmawiać 

z właścicielem. Natychmiast.

Recepcjonista chciał coś odburknąć, lecz w porę zrezygnował.

– Dowiem się, czy Watson was przyjmie.

Maxie nerwowo zaciskała dłonie. Gdyby nie obecność Robina, chodziłaby po ścianach. Była wdzięczna, 

że   nie   wdał   się   w niepotrzebną   dyskusję,   bo   jeszcze   mogłaby   temu   młodemu   chłopakowi   odgryźć 
głowę.   Pomyślała,   że   powinna   się   opanować.   Zamknęła   oczy,   zmuszając   się   do   wolniejszego 

oddychania. Prawda jest lepsza niż zadręczanie się strachem.

Wrócił recepcjonista i wskazał kciukiem za siebie.

–   Przyjmie   was.   Tym   korytarzem,   ostatnie   drzwi   po   lewej.   Właściciel   był   chudy   i łysy   z wyrazem 
chronicznej irytacji na twarzy. Nie trudząc się podnoszeniem, warknął zza biurka:

– Mówcie szybko, o co chodzi. Jestem zajętym człowiekiem.

–   Nazywam   się   lord   Robert   Andreville   –   odparł   sucho   Robin.   –   Jakieś   trzy   miesiące   temu   jeden 

z pańskich gości, pan Collins, zmarł nagle w tym zajeździe.

– Ach, ten Amerykanin. – Twarz Watsona przybrała nieodgadniony wyraz. – Tak, mieszkał tu.

– Czy mógłby pan coś powiedzieć na temat okoliczności jego śmierci? – Ponieważ Watson milczał 
Robin   dodał:   –   Kto   go   znalazł   i o której?   Czy   pan   Collins   żył   jeszcze,   kiedy   go   znaleziono?   Czy 

background image

wezwano lekarza?

Twarz właściciela spurpurowiała.

– A co to was obchodzi?

– To był mój ojciec! – wybuchnęła Maxie. – Mam prawo wiedzieć, jak wyglądały jego ostatnie godziny.

Watson spojrzał na nią nerwowo.

– Przykro mi, panienko – odparł, odwracając wzrok, po czym dodał: – Znalazła go pokojówka. Nie żył 

już. Lekarz powiedział, że to musiało być serce. Zmarł nagle.

– Jak nazywał się lekarz? – zapytał Robin. Watson wstał.

– Zajęliście mi już i tak dużo czasu. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Collins umarł i to wszystko. 
Mogło się to zdarzyć gdziekolwiek i szkoda, że zdarzyło się tutaj. A teraz do widzenia. Jestem zajęty.

Maxie otworzyła usta, by zaprotestować, ale Robin pochwycił ją za ramię.

– Dziękujemy za pański czas, panie Watson.

– Chcę z niego więcej wyciągnąć – syknęła Maxie, kiedy wyszli z biura.

– Ale on nic więcej nie powie, chyba że go zmusimy, a na to jest jeszcze za wcześnie. Istnieją inne 

sposoby zdobycia informacji, których potrzebujemy. – Zamiast skierować się do wyjścia, Robin ruszył 
w głąb zajazdu. – Służący zawsze wiedzą, co się dzieje i może nikt im nie kazał trzymać języka za 

zębami.

Drzwi na końcu korytarza wychodziły na kamienne podwórko, z trzech stron otoczone stajniami. Maxie 

poszła   za   Robinem   w stronę   otwartych   drzwi   jednej   z nich.   W środku   stajenny   oliwił   uprząż, 
pogwizdując fałszywie przez zęby.

– Dzień dobry – rzucił wesoło Robin. Służący spojrzał na niego zaskoczony.

– Dobry dobry. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Bob Andreville. – Robin wyciągnął dłoń. Jego akcent stał się amerykański. – Ciekawe, 
jak długo pan tu pracuje?

– Dziewięć czy dziesięć lat. – Mężczyzna wytarł tłustą dłoń w spodnie i potrząsnął ręką Robina. – Will 
Jenkins. Pan z Ameryki?

–   Zgadza   się,  ale  ojciec   urodził  się   w Yorkshire.   To  moja   pierwsza   wizyta   w Anglii.   Przyjechałbym 
wcześniej, ale ta wojna. – Pokręcił głową. – Ohydna sprawa. Amerykanie i Brytyjczycy powinni się 

przyjaźnić.

– To prawda – zgodził się służący. – Mam kuzyna w Wirginii. Pan może stamtąd?

Rozmawiali tak jakiś czas, a Maxie stała obok niespokojna, ale domyślała się, że Robin wie, co robi. Od 
tego służącego dowiedzą się o wiele więcej niż od wrogo nastawionego właściciela zajazdu.

W końcu Robin przeszedł do sedna sprawy.

–   Mój   przyjaciel,   Max   Collins,   przyjechał   tu   z wizytą   kilka   miesięcy   temu,   niedługo   przed   moim 

wypłynięciem. Słyszałem, że umarł, ale nikt nie wie, co się dokładnie wydarzyło. Pamiętam, że mówił, 
że się zatrzyma w zajeździe „Abingdon”, więc skoro już jestem w mieście, pomyślałem, że wpadnę tu 

i dowiem się o nim czegoś. Podobno Londyn jest niebezpieczny. Czy może napadli go złodzieje?

–   Nic   podobnego.   Pan   Collins   zmarł   w swoim   łóżku.   –   Jenkins   potrząsnął   rozczochraną   głową.   – 

Przykra sprawa. To był miły człowiek, uprzejmy dla wszystkich, nawet dla tego robaka Watsona. To był 

background image

szok, kiedy okazało się, że się zabił.

Słowa starca uderzyły Maxie jak pocisk. Poczuła straszliwy ból. Zabił się. Zabił się.

– Nie, Max by tego nie zrobił – powiedziała.

– Przykro, że to mówię, bo widzę, że to jakiś panienki przyjaciel, ale to prawda – powiedział Jenkins ze 

współczuciem. – Starał się to tak urządzić, żeby nikt się nie dowiedział, ale nie był ostrożny. Musiało 
go coś przygnębić i pewnie nie mógł tego dłużej znosić. Każdy czasami ma takie chwile. Z tym że pan 

Collins należał do tych, którzy coś z tym zrobili.

Jako   dziecko   Maxie   topiła   się   w pokrytym   lodem   jeziorze.   Nawet   teraz   nie   mogła   zapomnieć,   co 

przeżyła, kiedy lód się pod nią załamał. Próbowała desperacko dotrzeć do brzegu, ale lód dalej pękał. 
Utonęłaby, gdyby ojciec nie usłyszał jej krzyku i nie uratował. Teraz czuła się podobnie jak wtedy. To, 

co powiedział Jenkins, wydawało się niemożliwe. Tym razem jednak to nie woda ją pochłaniała, lecz 
nieznośny strach.

–   Nie   –   powtórzyła,   chowając   twarz   w dłoniach.   –   Papa   nigdy   by   się   nie   zabił.   Nigdy!   –   Jednak 
wszystkie   części   łamigłówki   ułożyły   się   ze   straszliwą   precyzją.   To   wyjaśniało   wszystko,   czego   nie 

rozumiała. Jak we śnie ruszyła w stronę ulicy. Słyszała, jak Robin ją woła, ale głos dochodził jakby 
z bardzo daleka.

Wypadła na Long Acre i zderzyła się z mężczyzną cuchnącym cebulą. Kapelusz spadł jej z głowy i omal 
się   nie   przewróciła,   ale   zdołała   utrzymać   równowagę.   Jak   nieprzytomna   wybiegła   na   ulicę,   nie 

zważając na ruch. W uszach zagrzmiał  jej głośny  krzyk. Ktoś złapał  ją za ramię, wyciągając  spod 
konia, który wierzgnął przednimi kopytami, a podkowy zalśniły nad jej głową. Nie patrząc na wybawcę 

rzuciła się do biegu, tak jakby gdzieś przed nią znajdowało się miejsce, w którym przeszłość wygląda 
inaczej,  gdzie   nie   musiałaby   uwierzyć,  iż   jej  ojciec  popełnił   samobójstwo.   Potknęła   się   i jak  długa 

runęła na zabłocony chodnik. Kolana i łokcie uderzyły o twardy bruk. Wstała i chciała biec dalej, lecz 
zatrzymały ją silne ręce.

– Stój! – krzyknął Robin. – Na Boga, zatrzymaj się, zanim się zabijesz.

Wyrywała się, ale jej nie puszczał. Odsunął ją w bezpieczniejsze miejsce, a ona zaczęła go okładać 

pięściami.

– Ojciec nigdy by się nie zabił, nie zostawiłby mnie! – krzyknęła, a z oczu popłynęły łzy. – Kochał życie 

i mnie. Nigdy by tego nie zrobił!

Robin domyślił się, że próbuje przekonać samą siebie. Trzymał ją mocno za ramiona, choć nadal się 

wyrywała. W końcu łokciem trafiła go w żołądek, aż stęknął. Nie było łatwo ją powstrzymać, ale nie 
odważył się potraktować jej brutalnie.

– Nie wiemy na pewno, co się zdarzyło, Kanawiosta – powiedział ostro, próbując ją uspokoić. – Może 
Jenkins się myli. Musimy dowiedzieć się więcej.

Dziewczyna przestała się wyrywać, ale jej drobnym ciałem wstrząsały dreszcze. Robin zrozumiał, że 
swoimi   słowami   wywołał   odwrotny   skutek   do   zamierzonego.   Zamiast   ją   przekonać,   że   służący   się 

mylił, sprawił, że nie była w stanie dalej zaprzeczać prawdzie. Współczuł jej wiedząc, że znalazła się 
w swoim  prywatnym   piekle,   do   którego  on   nie   ma  dostępu,   chyba   że   sama   go   wpuści.  Ignorując 

zaciekawione spojrzenia przechodniów, szeptał jej do ucha uspokajające słowa.

Nagle instynkt, który wyćwiczył w ciężkich dniach walki na kontynencie, kazał mu unieść głowę. Ulicę 

dalej, za toczącymi się pojazdami, zobaczył Simmonsa. Olbrzym wpatrywał się w nich z ponurą miną. 
Chryste, czy ten sukinsyn musiał pojawić się właśnie teraz? Robin machnął na przejeżdżającą dorożkę, 

złapał Maxie i odpychając jakiegoś jegomościa otworzył drzwi i wepchnął dziewczynę do środka.

– May fair, tak szybko jak tylko się da! – krzyknął do woźnicy. – Dodam coś ekstra, jeśli uda ci się 

pokonać tę trasę w krótszym czasie.

background image

Konie ruszyły z kopyta, a Robin usiadł i mocno objął Maxie. Potem zaczął się modlić o mądrość, która 
pozwoli pomóc przyjaciółce, tak jak ona jemu.

Simmons patrzył z wściekłością za oddalającym się pojazdem. To jasne, że dziewczyna dowiedziała się 
prawdy i przyjęła ją gorzej, niż się tego spodziewał jej wuj. Londyńczyk odwrócił się do chłopaka, który 

dla niego pracował.

– Dowiedz się, dokąd pojechali.

Chłopak rzucił się za pojazdem, dogonił go i wskoczył na tył. Simmons miał nadzieję, że przynajmniej 
będzie mógł powiedzieć Collingwoodowi, gdzie zatrzymała się jego bratanica. To niewiele, ale może 

choć tyle uda mu się wykonać z zadania, które od początku okazało się katastrofą.

Maxie znajdowała się w głębokim szoku. Drżała na całym ciele i zdawało się, że nie dostrzega Robina. 

Trzymał ją w objęciach przez całą drogę do Candover House, próbując bez skutku ogrzać ją własnym 
ciałem.

Kiedy po raz pierwszy powiedziała mu o śmierci ojca, przyszła mu do głowy możliwość samobójstwa, 
co tłumaczyłoby dziwne zachowanie Collingwooda. W Ruxton Maxie mówiła coś o przyszłości, że nie 

może   jej   sobie   wyobrazić.   Widocznie   przeczuwała   coś,   choć  nie   wiedziała,   co   to   może   być.   Znała 
swojego ojca jak nikt inny i nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że mógłby odebrać sobie życie. A jednak 

to zrobił.

Kiedy   dojechali   do   Candover   House,   Robin   wniósł   Maxie   do   środka,   a zdziwionej   służbie   nakazał 

przynieść do jej sypialni gorącą wodę, ręczniki i bandaże. Kiedy już ułożył Maxie na łóżku, pospiesznie 
ściągnął   z niej   porwaną   suknię.   Potem   delikatnie   obmył   z krwi   i żwiru   poranione   kolana   i dłonie. 

Skaleczenia nie  były   poważne, ale  musiało   ją mocno szczypać,  kiedy  je dezynfekował.  Jednak  nie 
protestowała. Leżała nieruchomo, nie patrząc na Robina. Kiedy skończył, podwinęła nogi i ukryła twarz 

w poduszce. Ze zdumieniem stwierdził, że bardzo boli go jej reakcja. Pomyślał, że to może indiański 
zwyczaj,   niemniej   było   mu   przykro.   Okrył   dziewczynę   pledem,   potem   dotknął   jej   dłoni   zwiniętej 

w pięść.

– Czy potrzebujesz czegoś? Potrząsnęła głową.

– Kanawiosta, kiedy pogrążyłem się w rozpaczy, powiedziałaś mi, że łatwiej jest znosić ból, gdy się 
nim z kimś podzielimy – przypomniał łagodnie. – Dlaczego nie chcesz, abym ci pomógł?

– Nie teraz – odparła zduszonym głosem. – Przepraszam.

– Chcesz, żebym wyszedł? Pokiwała głową.

Wstał z ciężkim sercem. Mimo niskiego wzrostu Maxie nigdy nie sprawiała wrażenia bezbronnej, ale 
teraz   zarys   drobnej   sylwetki   pod   kocem   obudził   w nim   falę   głębokiego   współczucia.   Nie   próbował 

określić swoich uczuć, wiedział tylko, że bardzo pragnie uczynić coś, co przyniesie ulgę jej cierpieniu. 
Pogładził czule krucze włosy i wyszedł z sypialni.

Na korytarzu czekała na niego Maggie, zaalarmowana przez służbę.

– Co się stało? – zapytała cicho. Westchnął i przeciągnął ręką po włosach.

– Zdaje się, że ojciec Maxie popełnił samobójstwo.

– O dobry Boże! – Twarz Maggie zbladła. Sama straciła ojca w tragicznych okolicznościach, rozumiała 

więc cierpienie Maxie.

– Tak bardzo chciałbym jej pomóc, ale ona chce być sama.

–   Daj   jej   czas   na   oswojenie   się   z tą   wiadomością   –   powiedziała   Maggie.   –   Żal   trzeba   przeżyć 
w samotności. Czasami musimy wejść wewnątrz siebie i najpierw pogodzić się ze smutkiem, zanim 

przyjmiemy pomoc innych.

background image

– Na pewno masz rację – Robin spróbował się uśmiechnąć. – Ale tak ciężko mi na nią patrzeć.

– Miłość boli, Robinie. – Starając się poprawić mu nastrój dodała: – Tak jak uczucie głodu, a ja często 

jestem głodna. Chodź, napij się ze mną herbaty. – I biorąc go pod ramię, poprowadziła do salonu.

Herbata to niewiele, ale więcej niż nic.

background image

35

Kończyli pić herbatę, kiedy pojawił się kamerdyner z kartą wizytową. Margot uniosła brwi.

– Przyszedł lord Collingwood.

Z zaniepokojeniem w oczach Robin zapytał:

– Czy mógłbym zostać? Bardzo jestem ciekaw, co ma do powiedzenia.

– Naturalnie.

Służący wprowadził gościa. Lord Collingwood był wysokim mężczyzną o szczupłej, zmęczonej twarzy. 

Ukłonił się księżnej.

–   Proszę   wybaczyć   najście,   księżno,   ale   mam   podstawy   przypuszczać,   że   moja   bratanica,   panna 

Maxima Collins, jest pani gościem. Chciałbym się z nią zobaczyć.

– To prawda – przyznała Margot – ale nie czuje się dobrze i nie przyjmuje gości. Czy chciałby pan 

zostawić dla niej jakąś wiadomość?

Collingwood   zawahał   się.   Jego   wzrok   padł   na   Robina,   który   siedział   cicho   w rogu   pokoju.   Oczy 

wicehrabiego zwęziły się.

– Moja bratanica podróżowała w towarzystwie mężczyzny o pana wyglądzie.

– Nazywam się lord Robert Andreville – odpowiedział Robin.

– Jest pan bratem Wolvertona? – zapytał ze zdziwieniem gość.

– Tak.

Collingwood pokręcił głową z niedowierzaniem.

– A ja się martwiłem, że dziewczyna została porwana przez jakiegoś zabijakę.

– Szlachetne urodzenie nie zapewnia bezpieczeństwa – sucho odparł Robin. – Jednakże moje intencje 

w stosunku do panny Collins były uczciwe. Spotkaliśmy się przez przypadek. Wiedząc, czym ryzykuje, 
zaproponowałem, że będę jej towarzyszył do Londynu.

Mówiąc   to   przyglądał   się   uważnie   Collingwoodowi.   Dostrzegał   podobieństwo   do   siostry,   choć   rysy 
mężczyzny   były   surowsze   i bardziej   pospolite   niż   lady   Ross.   Jednak   wyglądał   na   prawdziwego 

angielskiego  dżentelmena. Nie pasował na osobę, która kazałaby zamordować własnego  brata. Nic 
dziwnego, że Maxie nie mogła w to uwierzyć.

– Na pewno udało  się panu ochronić ją przed prywatnym detektywem, którego za nią posłałem – 
powiedział Collingwood z nutą wesołości w głosie.

–  Wielki   Boże,  Simmons   to   detektyw?  –   Po  chwili  Robin  również   się   roześmiał.  –   Powinienem   się 
domyślić. Myśleliśmy, że to pospolity zbir.

– Detektywi często na takich wyglądają – przyznał Collingwood. – Ale Simmons jest najlepszy w swoim 
fachu. Wynająłem go, żeby dowiedział się, jak umarł mój brat i utrzymał całą sprawę w tajemnicy. 

Oprócz uniknięcia skandalu zależało mi także, by bez kłopotów pochowano brata w poświęconej ziemi. 
Simmons   był   akurat   na   północy,   kiedy   bratanica   uciekła,   więc   wynająłem   go,   żeby   sprowadził   ją 

z powrotem.

Margot ruchem dłoni zaprosiła gościa, by usiadł.

background image

– Z relacji Simmonsa wiem, że bratanica bardzo się zdenerwowała po wizycie w zajeździe „Abingdon” 
– powiedział po chwili.

Robin skinął głową.

–   Dowiedziała   się,   że   jej   ojciec   popełnił   samobójstwo.   Właściciel   nie   chciał   nic   powiedzieć. 

Podejrzewam, że pan albo  Simmons  zapłaciliście  mu za milczenie.  Ale  jeden ze służących  wyjawił 
prawdę. Maxie bardzo źle ją przyjęła.

Collingwood westchnął ciężko.

– Obawiałem się tego. Bardzo kochała Maxa. Zazdrościłem bratu córki. Moje własne... – Urwał, ale 

zaraz   znowu   zaczął   mówić.   –   Pragnąłem   zaoszczędzić   jej   przykrości.   Dlatego   nie   chciałem,   żeby 
dotarła do Londynu.

– Właśnie fakt ukrywania przed nią prawdy zmusił ją do tej wyprawy – kwaśno zauważył Robin. – 
Podsłuchała pańską rozmowę z żoną, z której wynikało, że śmierć ojca nie była naturalna.

– A więc to dlatego. Na początku myślałem, że postanowiła odwiedzić moją siostrę, lady Ross. Dopiero 
kiedy   siostra   pojawiła   się   w Durham,   zrozumiałem,   że   coś   jest   nie   tak.   Z każdą   wiadomością   od 

Simmonsa coraz bardziej się denerwowałem. Jestem wdzięczny, że nie spotkała jej żadna krzywda. 
Teraz kiedy już nie muszę martwić się o jej życie, mogę zacząć martwić się o jej reputację – dodał.

–   Nikt   nie   musi   wiedzieć,   jak   dotarła   do   Londynu,   więc   jej   reputacja   pozostanie   nienaruszona   – 
zauważyła księżna. – Rzeczywisty problem to czy przyjdzie do siebie po szoku, jaki przeżyła.

– Mam dla niej dobre wiadomości. – Collingwood przyglądał się Robinowi. – Jak rozumiem, ustanowił 
się pan jej opiekunem?

– Słusznie pan rozumie.

– W takim razie mogę panu wyjawić, że Maxima została kimś w rodzaju dziedziczki. To tylko pięćset 

funtów rocznie, ale pozwoli na wygodne życie tu albo w Ameryce.

Robin uniósł brwi. Suma wcale nie była mała.

– Po kim ten spadek? Mówiła, że ojciec nic nie miał.

– Nasza ciotka, lady Clendennon, była matką chrzestną Maxa. Zawsze go lubiła. Mówiła o nim, że jest 

nicponiem, ale darzyła go sympatią. Uwielbiała czytać jego listy. – Collingwood westchnął. – Gdyby 
rozwaga   Maxa   równała   się   jego   urokowi,   zostałby   premierem.   Ciotka   Maxima   wiedziała,   że 

pozostawienie Maxowi pieniędzy byłoby absurdem, więc postanowiła przekazać je jego córce albo jej 
dzieciom. Zmarła zeszłej zimy, a jej notariusz napisał do brata do Bostonu, dlatego Max zjawił się 

w Anglii.   Ponieważ   notariusz   opieszale   zajmował   się   egzekucją   woli   zmarłej,   Max   wybrał   się   do 
Londynu, żeby osobiście z nim porozmawiać.

– Dlaczego pański brat nie powiedział o tym Maxie? Odniosłem wrażenie, że to ona zajmowała się ich 
finansami.

– Max zabronił mi o tym mówić, dopóki nie załatwi wszystkiego pomyślnie. Nie chciał sprawić córce 
zawodu, gdyby okazało się, że nic z tego nie wyjdzie – wyjaśnił Collingwood. – Jak się okazało, ciotka 

zarządziła,   że   Maxima   ma   po   niej   dziedziczyć,   dopiero   kiedy   skończy  dwadzieścia   pięć   lat.   Potem 
pieniądze miały pozostać w zarządzie powierniczym, aż do śmierci Maxa. Ciotka nie chciała dopuścić do 

tego, żeby brat zmarnował spadek córki. Po śmierci Maxa, ta część testamentu nie miała już racji bytu, 
ale   lord   Clendennon   robił   wszystko,   żeby   obalić   spadek.   Niestety,   mój   kuzyn   to   chciwy   diabeł. 

Dziedziczyłby po matce, gdyby nie istnienie Maximy. Dowiedział się gdzieś, że jest półkrwi Indianką 
i wysunął wniosek, iż prawdopodobnie jest nieślubnym dzieckiem, wynikiem romansu, a może nawet 

wcale nie jest córką Maxa. Robin zagwizdał cicho.

– Nic dziwnego, że nic nie mówił pan Maxie. Byłaby oburzona.

background image

– I słusznie. Kiedy Clendennon wystąpił ze swoimi sugestiami, kazałem adwokatowi napisać do kolegi 
w Bostonie. W zeszłym tygodniu otrzymałem kopię aktu małżeństwa mojego brata. Max i jego żona 

otrzymali ślub z rąk anglikańskiego księdza. – Uśmiechnął się z lekką satysfakcją. – Nawet gdyby nie 
było   chrześcijańskiego   ślubu   i tak   zamierzałem   dowieść,   że   małżeństwo   jej   rodziców   było   zgodne 

z prawem   ludu   matki   Maxie.   Wtedy   kwestia   nieślubnego   dziecka   nie   wchodziłaby   w grę,   jednak 
Clendennon mógł zaskarżyć ważność roszczeń, a to przeciągnęłoby sprawę. Tak jest o wiele prościej.

– Dołożył pan wielu starań, żeby pomóc bratanicy.

– Przecież należy do rodziny. Poza tym lubię tę dziewczynę. Pragnąłbym, by moje córki były choć 

trochę do niej podobne. – Po raz pierwszy uśmiechnął się szeroko. – Ale tylko trochę. Niełatwo jest 
wychować taką osobę jak Maxima i mój ekscentryczny brat z pewnością był dla niej lepszym ojcem. – 

Wstał. – Zatrzymałem się w hotelu Clarendon. Przed wyjazdem chciałbym się zobaczyć z Maxima. Czy 
przekażą jej państwo, że tu byłem?

– Naturalnie – powiedział Robin. – Czy chce pan osobiście wszystko jej wyjaśnić?

Wicehrabia wzruszył ramionami.

– Proszę samemu zadecydować. Jeśli uzna pan, że ta wiadomość ją pocieszy, proszę jej o wszystkim 
powiedzieć. Obawiam się, że trochę powikłałem całą sprawę.

– To szczęście, że Maxie ma tak troskliwego wuja – zauważył Robin. – Biorąc pod uwagę okoliczności, 
prawdopodobnie nie dałoby się uniknąć całego tego zamieszania.

– Dziękuję. – Twarz Collingwooda się rozjaśniła. – Żegnam państwa.

– Jestem pewien, że po opowieści Colingwooda domyślasz się, jakie mnie czeka zadanie – powiedział 

Robin, kiedy zostali sami.

Margot   pokiwała   głową   z zastanowieniem.   Wyciąganie   wniosków   ze   skąpych   danych   to   podstawa 

szpiegostwa, a oni byli w tym bardzo dobrzy.

– Ale czy istnieje jakiś sposób, żeby to udowodnić?

– Jeszcze nie, ale jeśli zbiorę więcej informacji, sprawa stanie się jasna. Absolutne dowody nie będą 
w tym wypadku konieczne. – Zadowolony, że jest coś, co może zrobić dla Maxie, Robin ruszył do 

drzwi. – Od razu biorę się do roboty. Bóg wie, kiedy wrócę.

– Dam ci klucz od domu. To bardziej eleganckie niż włamywanie się, jeśli wrócisz późno – stwierdziła. 

– Zaopiekuję się Maxie i postaram się, by nie zrobiła czegoś nierozsądnego. Daj znać, jeśli będziesz 
jeszcze czegoś ode mnie potrzebował.

– Dziękuję. – Robin uśmiechnął się lekko. – Tak się składa, że doskonale wiem, gdzie znajdę pomoc.

Drzwi były otwarte, więc Robin tylko lekko w nie zastukał. Lord Strathmore uniósł głowę znad biurka.

– Cieszę się, że wróciłeś do Whitehall, Robinie – powiedział wstając. – Wczorajszy wieczór był bardzo 
przyjemny, ale nie mieliśmy czasu na prawdziwą rozmowę.

–   Dzisiaj   będzie   podobnie.   –   Po   przywitaniu   Robin   usiadł   naprzeciwko   niego.   –   To   krótka   wizyta 
z prośbą o pomoc.

– Wszystko, czego potrzebujesz – odrzekł Lucien. – O co chodzi?

– Chcę dowiedzieć się czegoś na temat samobójstwa, które miało miejsce niedaleko Covent Garden, 

dwa, nie, prawie trzy miesiące temu.

Lucien zmarszczył brwi.

– Ojciec twojej przyjaciółki Maxie?

background image

Robin skinął głową twierdząco. Kuzyn był mistrzem w łączeniu faktów w całość.

– Jest ogromnie przygnębiona. Bardzo kochała ojca. Pragnę dowiedzieć się jak najwięcej, żeby śmierć 

ojca stała się dla niej łatwiejsza do zniesienia. Chcę porozmawiać z pokojówką, która znalazła jego 
ciało, z lekarzem, który stwierdził zgon i z każdym, z kim spotkał się w Londynie. I to wszystko muszę 

zrobić dzisiaj.

Lucian uniósł wysoko brwi.

– Chcesz, żebym ci towarzyszył? We dwójkę pójdzie nam szybciej.

Robin zerknął na dokumenty leżące na biurku.

– Nie jesteś zajęty?

– To może poczekać.

–  Dobrze.  Nie  znam Londynu,  więc przyda  mi  się  pomoc. –  Robin zmarszczył  czoło.  –  Żałuję,  że 
wcześniej o tym nie pomyślałem, ale tak zwykle bywa, kiedy jesteśmy osobiście w coś zaangażowani. 

Rodzina Collinsów wynajęła detektywa, by wyciszył całą sprawę. Nazywa się Ned Simmons. Jeśli bym 
go odnalazł, może powiedziałby mi większość tego, czego chcę się dowiedzieć. Lucien skinął głową.

– Znam Simmonsa. Jest bardzo wszechstronny. Często bywa w zajeździe przy Covent Garden. Przy 
odrobinie szczęścia znajdziemy go tam teraz.

Robin wstał, zadowolony, że cała sprawa może okazać się prostsza, niż się spodziewał.

Lucien wziął laskę z rogu pokoju i zatrzymał się przy biurku.

– Chciałbym ci coś powiedzieć.

– Tak?

– To dziwne – zaczął po chwili. – Od lat dręczy mnie sumienie. Chodzi mi o ciebie, ale nie wiem, jak to 
ująć w słowa. – Spojrzał z powagą na Robina. – Chciałbym cię zapytać, jak bardzo mnie nienawidzisz 

za to, że wciągnąłem cię do wywiadu.

Robin zrobił zdumioną minę.

– Nie trzymałeś mi noża przy gardle, Luce. Sam podjąłem decyzję.

– Tak, ale nie zdawałem sobie sprawy, o co cię proszę. – Lucien westchnął. – Wtedy wyglądało to na 

przeznaczenie.   Byłeś   sprytny   i miałeś   zdolności   do   obcych   języków.   Oczywiście   mogłeś   zostać   na 
kontynencie i organizować siatkę wywiadowczą na połowę Europy. Mówiąc między nami, złamalibyśmy 

Bonapartego. Któż jednak mógł przypuszczać, że wojna będzie trwała dwanaście lat?

– Nie obwiniaj się za to, że mnie wciągnąłeś – powiedział Robin. – Jesteś tylko dwa lata starszy ode 

mnie. To oczywiste, że nie mogłeś wiedzieć, w co się pakujemy. Sam zdecydowałem o podjęciu ryzyka 
i o swoim życiu.

– Giles tak nie uważał – stwierdził Lucien. – Nie sądzę, żeby kiedykolwiek mi wybaczył mój udział 
w twojej karierze. Jednak ryzykowanie życiem to relatywnie prosta sprawa. Najgorsza część tego fachu 

to duchowa cena, jaką ponosimy za prowadzenie podziemnej wojny. – Niespokojnie kręcił w palcach 
gałkę laski. – Sam tego doświadczyłem, ale większość czasu spędziłem w cywilizowanych warunkach 

w Anglii. Działałem na odległość, ktoś inny wykonywał moje polecenia. To co ty robiłeś, było o wiele 
trudniejsze. Z czasem zacząłeś wyglądać jak rozgrzane żelazo, tak samo roztrzęsiony.

–   Czy   żałujesz,   że   zwerbowałeś   mnie   do   pracy   w Ministerstwie   Spraw   Zagranicznych,   czy   że   się 
zgodziłem? – zapytał Robin wzruszony troską kuzyna.

– To właśnie najgorsze – uśmiechnął się Lucien. – Jestem okrutnym szefem i nie potrafię żałować tego, 

background image

co zrobiłeś. Twoje zasługi są nieocenione. Podejrzewam, że najbardziej czuję się winny za to, co ci 
zrobiłem.

Robin wybuchnął śmiechem. Doskonale rozumiał, co to są wyrzuty sumienia.

– Jeśli potrzebujesz rozgrzeszenia, Lucien, to je masz. Przyznaję, że byłem na granicy załamania, ale 

już   pogodziłem   się   z moją   odrażającą   przeszłością.   Nigdy   nie   będę   dumny   z niektórych   moich 
uczynków, ale nie zamierzam dłużej się katować. – Mówiąc to słyszał głos Maxie.

Lucien obserwował twarz towarzysza.

– Właściwa kobieta potrafi sprawić cuda.

– To prawda. A teraz czas, żebym oddał dług wdzięczności tej właśnie kobiecie. Idziemy?

Z pomocą Luciena nie będzie trudno dowiedzieć się, jak wyglądały ostatnie dni Maxa Collinsa. Robin 

modlił się w duchu, żeby to, czego się dowie, coś dało.

background image

36

Maxie  czuła  się  tak,  jakby  śniła  najczarniejszy  koszmar,  z którego  nie  miała  się  nigdy  przebudzić. 
Ojciec popełnił samobójstwo. Świadomość tego faktu bolała ją bardziej, niż mogła sobie wyobrazić.

Zakopana w poduszki, jak leśne stworzonko szukające  kryjówki, straciła poczucie czasu. Promienie 
słońca powoli przesuwały się po podłodze, aż zniknęły, kiedy niebo zasłoniły  ciemne chmury. Ktoś 

wszedł   i postawił   na   szafce   tacę   z jedzeniem,   potem   w milczeniu   opuścił   pokój.   Robiło   się   coraz 
ciemniej, odgłosy domu cichły.

Kiedy gdzieś w oddali  zegar  wybił północ,  Maxie  przełamała  się  i usiadła.  Nie  może spędzić reszty 
życia, chowając się w sypialni. Ile czasu minie, zanim Margot uzna, że należy ją wyrwać z tego stanu? 

Dwadzieścia cztery godziny? Trzy dni? Tydzień? A może pozwoli jej zostać tu na zawsze i będą jej 
usługiwały   milczące   pokojówki?   Nawet   jeśli   księżna   by   na   to   przystała,   zaprotestuje   Robin.   Maxie 

zakryła twarz dłońmi, zastanawiając się ponuro, co dalej robić. W końcu się wyjaśniło, dlaczego nie 
potrafiła   zobaczyć   przyszłości.   To   niewiarygodne   zdarzyło   się,   a teraz   trwała   w zawieszeniu,   nie 

potrafiąc zrobić kroku do przodu, nie widząc możliwości odwrotu, zbyt przygnębiona, by wrócić do 
normalnego życia.

Zsunęła się z łóżka i wyjęła szlafrok, który w cudowny sposób znalazł się w jej szafie dzień wcześniej. 
Czy   naprawdę   jest   w Londynie   tylko   dwa   dni?   Miała   wrażenie,   że   minęły   wieki   od   czasu,   kiedy 

przyjechała, poznała Margot, ciotkę i pozwoliła sobie na występny uczynek w ogrodzie.

Zasznurowała   pasek   szlafroka,   zapaliła   świecę   i zeszła   do   biblioteki.   Książki   zawsze   poprawiały   jej 

nastrój. Być może w ich otoczeniu odzyska jasność myślenia.

Na końcu pokoju stało biurko. Zasiadła w wyłożonym skórą fotelu. Było chłodno, a w okna biły krople 

deszczu. Tysiące książek piętrzyły się na półkach, ich złote tytuły odbijały się w świetle świecy. Kiedy 
wchłonęła w nozdrza zapach skóry i mebli, zmieszany z nikłym zapachem dymu z cygar, ucisk w sercu 

nieco zelżał.

Na brzegu biurka stało orzechowe pudełko z tytoniem do fajki. Otworzyła je, wzięła szczyptę tytoniu 

i wysypała   go   na   płytką   miseczkę,   służącą   za   popielniczkę   i podpaliła.   Mocny   zapach   przeniósł   ją 
w czasy dzieciństwa, kiedy często uczestniczyła w ceremonii palenia fajki. Tytoń uważany był wśród 

Indian za świętą roślinę i palono go przy odprawianiu modlitw. Jednak przyglądając się wąskiej strużce 
dymu, Maxie nie wiedziała nawet, o co ma się modlić.

Po długim dniu, późną nocą, Robin wrócił wreszcie do Candover House. Przy znaczącej pomocy Luciena 
i zaskoczonego Simmonsa udało mu się zebrać informacje, których potrzebował. Być może jutro Maxie 

zechce go wysłuchać.

Wszedł   do   domu,   używając   klucza,   który   dała   mu   Maggie   i natychmiast   zamarł   w bezruchu. 

Zorientował  się,  że  coś jest   nie  tak.  Mimo  późnej  pory,  w holu   czuł  zapach  tytoniu.   Być  może  to 
służący zamykał drzwi i palił fajkę albo Rafe pracował do późna. Robin poszedł za zapachem do drzwi 

biblioteki, spod których sączyło się światło. Wszedł cicho do środka. Przy biurku siedziała Maxie. Jej 
czarne jak heban włosy spływały kaskadą na plecy. Nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w unoszący 

się  dym. Ucieszył się,  że wstała,  ale  zmartwił go  nieobecny wyraz  jej twarzy. Może to,  czego się 
dowiedział, rozpali na nowo wewnętrzny płomień. Podniosła wzrok.

– Dobry wieczór. Wymknąłeś się do miasta?

– Właśnie. – Przeszedł przez pokój i usiadł obok Maxie. Miała bose stopy i tylko lekki szlafroczek, zdjął 

więc surdut, wyjął z wewnętrznej kieszeni kilka kartek papieru i podał Maxie. – Zmarzniesz. Załóż to.

Przyjęła płaszcz i okryła nim ramiona. Wydawała się w nim taka drobna.

– Dowiedziałem się kilku rzeczy, które mogą cię zainteresować – powiedział. – Możesz mnie teraz 

background image

wysłuchać, czy mam zaczekać?

Machnęła dłonią.

– Możesz mówić teraz, jeśli chcesz.

–   Był   tu   dzisiaj   lord   Collingwood.   Okazuje   się,   że   wbrew   pozorom   miał   dobre   intencje,   kiedy 

wynajmował Simmonsa, żeby przeszkodził ci dotrzeć do Londynu. Simmons jest detektywem.

Skinęła głową bez zainteresowania.

– Collingwood powiedział także, że twoja ciotka Maxima zostawiła ci w spadku pięćset funtów rocznie, 
ale   z zastrzeżeniem,   że   nie   otrzymasz   tych   pieniędzy,   zanim   nie   skończysz   dwudziestu   pięciu   lat 

i dopiero po śmierci ojca. Najwyraźniej nie wierzyła w jego finansowe zdolności.

Słaby uśmiech rozświetlił twarz Maxie.

– I słusznie. Ojciec nie umiał gospodarować pieniędzmi.

– Ukrywał to przed tobą, ale już od dłuższego czasu niedomagał – ciągnął Robin. – Po przyjeździe do 

Londynu nie tylko odwiedził adwokata ciotki, ale też udał się do dwóch lekarzy. Obydwaj stwierdzili, że 
ma   chore   serce.   Żyłby,   ale   jako   inwalida,   cierpiąc   bóle   i nie   mogąc   wieść   życia,   do   którego   był 

przyzwyczajony.

Na   te   słowa   Maxie   uniosła   głowę.   Jej   brązowe   oczy   spotkały   się   ze   wzrokiem   Robina.   Prawie   nie 

oddychała.

–   Rozmawiałem   z kilkoma   osobami,   które   widziały   twojego   ojca   w dniach   poprzedzających   jego 

śmierć.   –   Wziął   papiery,   które   wyjął   z kieszeni   surduta   i położył   je   na   biurku.   –   Opierając   się   na 
spisanych tu zeznaniach, chętnie przysięgnę nawet w sądzie, że twój ojciec odebrał sobie życie po to, 

byś   mogła   odziedziczyć   spadek   i żebyś   nie   musiała   patrzeć   na   jego   długie,   bolesne   umieranie. 
Przypuszczam,   że   nie   chciał   czekać   na   taką   śmierć.   Wiedział,   że   wuj   się   tobą   zajmie,   a więc   nie 

zostawiał cię samej.

Maxie zwilżyła wyschnięte usta.

– Jak... jak on to zrobił?

– Zażył zwiększoną dawkę lekarstwa. Przepisali mu je lekarze ostrzegając, że przedawkowanie grozi 

śmiercią. Wygląda na to, że sądził, iż przed śmiercią uda mu się jeszcze pozbyć butelek po lekarstwie, 
ale podziałało szybciej, niż przypuszczał. Gdyby miał trochę więcej czasu, nikt by się nie domyślił, że 

nie umarł śmiercią naturalną.

Umilkł dając Maxie czas na oswojenie się z wiadomością.

– Ojciec nie zostawił cię bez zastanowienia, ale właśnie dlatego, że tak bardzo mu na tobie zależało. 
Myślę, że zabił się, by zapewnić ci bezpieczeństwo, którego nie mógłby ci dać za życia. Mylił się, bo nie 

wiedział, że wolałabyś być z nim w chorobie, ale jego czyn płynął z miłości.

Maxie ukryła twarz w dłoniach.

– Nie wiem dlaczego, ale to wszystko zmienia.

– Byliście dla siebie wszystkim – powiedział cicho Robin. – Nieważne ile osób cię obrażało, nieważne 

jak bardzo gardzono tobą za domieszkę indiańskiej krwi, ty wiedziałaś, że jedno się nie zmieni: miłość 
ojca do ciebie. Przez chwilę mogłaś uwierzyć, że zabił się nie myśląc o tobie, ale to by oznaczało, że 

całe twoje życie opierało się na kłamstwie.

Otarła wierzchem dłoni mokre od łez oczy.

– Skąd to wiesz, skoro ja tego nie wiedziałam?

background image

–   Zagłębiłem   się   w najciemniejsze   zakamarki   mojego   umysłu,   które   ty   przede   mną   otworzyłaś.   – 
Podszedł i przykrył dłońmi jej uszy. – Kiedy kobieta jest w żałobie, nic nie słyszy – zacytował. – Niech 

te słowa sprawią, byś znowu mogła słyszeć. –  Położył dłonie na jej oczach. –  Przestałaś dostrzegać 
słońce   i pogrążyłaś   się   w ciemności.   Teraz   zwracam   ci   jasność.   –  
Ukląkł   przed   nią,   żeby   ich   oczy 

znajdowały   się   na   tej   samej   wysokości   i położył   dłonie   na   piersi.   Czuł   mocne   uderzenia   serca.   – 
Pozwoliłaś, by rozpacz zawładnęła twoim umysłem. Musisz oddalić rozpacz i pozwolić jej umrzeć. – 

Wziął ją za rękę. –  Twoje łoże stało się niewygodne i nie możesz spać. Pozwól mi usunąć niepokój  
z twojego miejsca spoczynku. – 
Uniósł dłonie Maxie do ust. – Twojemu ojcu bardzo zależało na twoim 

szczęściu. To dla niego musisz odszukać drogę prowadzącą z ciemności.

Maxie przymknęła powieki, spod których spływały łzy.

– Jak ci się udało to wszystko zapamiętać, Robinie?

– Te słowa są wyrzeźbione w moim sercu, Kanawiosta. Otworzyła oczy.

–   Nigdy   nie   rozmawiałam   z ojcem   o zdrowiu.   Nienawidził   słabości.   Odebrał   sobie   życie,   przez   co 
zabezpieczał moją przyszłość, a sobie oszczędzał cierpienia. To do niego podobne. A ja egoistycznie 

pogrążyłam  się  w rozpaczy i niczego  nie  widziałam.   – Zaśmiała  się  przez  łzy.  –  Ojciec nie  potrafił 
nawet porządnie ze sobą skończyć. Zawsze był niezorganizowany.

– Najtrudniej jest zobaczyć te najważniejsze rzeczy. – Ciesząc się, że Maxie znowu może się śmiać, 
wstał i oparł się o biurko. Wraz z ulgą poczuł przypływ pożądania. Szukając czegoś, co zmusi go do 

zmiany toru myślenia, spojrzał na palący się tytoń. – Czy to ma jakieś specjalne znaczenie?

– Tytoń jest dla ludu mojej matki świętą rośliną. Palą go, kiedy modlą się do duchów.

Wziął w palce szczyptę tytoniu i rzucił ją na popielniczkę.

– O co prosisz? – zapytała Maxie.

– Czy jeśli ci powiem, życzenie się nie spełni? Uśmiechnęła się.

– Nie sądzę, żeby to coś zmieniło.

Jeszcze   przed   chwilą   przekonywał   siebie,   że   nie   czas   teraz   na   rozmowę,   ale   widząc   zniewalający 
uśmiech Maxie, porzucił obawy.

– Prosiłem o to, żebyś zgodziła się za mnie wyjść.

Wesołość   znikła   z jej   twarzy.   Odchyliła   się   na   oparcie   krzesła   i mocniej   otuliła   surdutem.   Pachniał 

Robinem.   Chciała   mieć   go   na   pamiątkę,   żeby   w przyszłości,   kiedy   będzie   sama,   wspominać,   jak 
trzymał ją w ramionach.

– Masz niebezpieczny zwyczaj ciągle się oświadczać. Jeśli nie będziesz uważał, mogę się zgodzić.

– Niczego bardziej nie pragnę – zapewnił.

Westchnęła i spojrzała na swoje splecione dłonie. Robin stał od niej na wyciągnięcie ręki, jednak ten 
pewny siebie przystojny arystokrata wydawał jej się nieosiągalny.

– Myślę, że za bardzo się różnimy, Robinie. Jestem córką hulaki, roznosiciela książek, kobietą, którą 
w twoim kraju uważa się za dzikuskę. Ty pochodzisz ze starej i szanowanej rodziny. – Chciała, by jej 

argumenty brzmiały jasno i logicznie. – Teraz chcesz się żenić, ale później byś tego żałował.

– A ty żałowałabyś? – zapytał ciepło.

– Naturalnie, że tak, gdybyś ty żałował – odparła szczerze wiedząc, że to zdanie wyraża całą esencję 
dylematu. Kochała go i nie mogłaby znieść jego cierpienia. Choćby nie wiadomo jak próbował ukryć 

rozczarowanie i tak by je rozpoznała.

background image

– Bardzo się mylisz. Różnimy się jedynie powierzchownie – stwierdził stanowczo. – Obydwoje jesteśmy 
urodzonymi samotnikami. Ty z powodu mieszanej krwi nie czułaś się na swoim miejscu ani wśród ludu 

matki,   ani   z krewnymi   ojca.   Wiem   coś   na   ten   temat,   bo   pomimo   mojego   szlachetnego   urodzenia 
i czcigodnych przodków, nie pasowałem do nich i nigdy nie czułem się w domu jak u siebie. Być może 

stałoby się inaczej, gdybym miał matkę, a ojciec nie odwracał się na mój widok. – Uśmiechnął się 
ironicznie. – Ale i tak pewnie zostałbym nieudacznikiem, nawet gdyby matka żyła. W każdej generacji 

Andreville’ów rodzi się czarna owca, a moi opiekunowie byli przekonani, że to ja nią jestem, jeszcze 
zanim nauczyłem się chodzić. Wystarczy mi czegoś zabronić, a już przyciąga mnie to ze zdwojoną siłą. 

Wszystko co robiłem, było złe, a to dowodzi, jak złą z gruntu mam naturę. Podważałem rzeczy, których 
nie należało podważać, nie słuchałem poleceń, sprzeczałem się, wymyślałem historie, które brano za 

złośliwe kłamstwa. – Wyciągnął pokiereszowaną dłoń. – Byłem mańkutem. Wiadomo, jaki jest do nich 
stosunek. Guwerner, który mnie uczył, zanim poszedłem do szkoły, uważał, że używam lewej ręki, 

żeby zrobić mu na złość. Czasami przywiązywał mija do pleców, kiedy indziej bił metalową linijką aż do 
krwi. – Uśmiechnął się gorzko. – Zdaje się, że byłem jedynym chłopcem w Anglii, który uważał pójście 

do szkoły publicznej za polepszenie losu.

Wreszcie zrozumiała, jak samotne było  dzieciństwo Robina. Nic dziwnego, że myślał, iż nie potrafi 

kochać. Jak mu się udało przetrwać i pozostać wesołym, zdrowym na umyśle i dobrym? Z bólem serca 
myślała o nim i Gilesie, dwóch samotnych chłopcach, którzy zasługiwali na więcej, niż otrzymali. Dzięki 

Bogu, że przynajmniej mieli siebie.

–   To   pewne,   że   obydwoje   rośliśmy   z poczuciem   wyizolowania   –   powiedziała   wolno.   –   Ale   czy   to 

wystarczy? Czy mają nas łączyć słabości?

–   Nie   słabości,   tylko   zaufanie.   –   Oparty   o biurko,   w białej   koszuli,   wyglądał   czysto,   silnie 

i niesamowicie atrakcyjnie. – Ujawniamy nasze słabości tylko tym, którzy, jak sądzimy, rozumieją nas 
i akceptują mimo naszych wad. Nie znam cię długo, a mimo to powiedziałem ci o rzeczach, o których 

nigdy nikomu nie mówiłem. Nawet przed sobą się do nich nie przyznawałem.

– To właśnie mnie martwi, Robinie – odparła szczerze. – Zastanawiam się, czy nie chcesz się ze mną 

ożenić,   bo   byłam   przy   tobie,   kiedy   cierpiałeś.   Czy   nie   uznałeś   mnie   za   kogoś   wyjątkowego,   bo 
potrzebowałeś się zwierzyć, a ja słuchałam? Czy inna kobieta nie zrobiłaby tego samego?

– Czy tak nisko mnie cenisz? – Uśmiechnął się ze słodyczą i intymnością, które roztopiły jej serce. – 
Żadna inna kobieta nie może się z tobą równać. Przy tobie czuję, że żyję pełnią życia. – Widząc, że 

nadal się waha, dodał czule: – Nauczyłaś mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim nauczyłaś mnie 
kochać. – Nabrał głęboko powietrza w płuca. – Kocham cię, Kanawiosta.

Wstrzymała oddech słysząc słowa, o których myślała, że nigdy nie padną.

– Mówiłeś, że nie jesteś najlepszy w miłości.

– Bo tak myślałem, ale ty i Giles daliście mi cenną lekcję – odparł. – Wierzyłem, że kocham Maggie 
i że porzuciła mnie, bo czegoś mi brakuje, bo jest we mnie coś złego. Teraz wiem, że nie chodziło o to, 

iż nie potrafię kochać, ale że po prostu nie spotkałem kobiety, którą mógłbym prawdziwie pokochać. 
Maggie próbowała mi to kiedyś wyjaśnić, ale wtedy tego nie rozumiałem.

Umilkł, szukając właściwych słów.

– Przy Maggie zawsze czułem, że istnieje jakaś emocjonalna granica. Przy tobie, Kanawiosta, nie ma 

żadnych granic. – Tak mocno zacisnął dłonie na brzegu biurka, że aż pobladły mu kostki u palców. – 
Tego ranka, kiedy wyjeżdżaliśmy z Ruxton, powiedziałaś, że mnie kochasz. Czy mi się wydawało?

Jego słowa były dla niej jak radosne promienie słońca.

–   Boże,   Robin,   oczywiście,   że   cię   kocham   –   wyszeptała.   –   Cała   ta   gadanina   o różnicach, 

o wątpliwościach związanych z pozostaniem w Anglii, to tylko dym. Tak naprawdę to bałam się, że 
ponieważ tak bardzo cię kocham, nie zniosę życia z tobą, jeśli ty nie będziesz mnie kochał.

Wstała   i wyciągnęła   ku   niemu   ręce.   Ich   ciała   od   samego   początku   wiedziały,   że   są   dla   siebie 

background image

stworzone. Tym razem nie było już żadnych wątpliwości, jedynie paląca namiętność. Leżeli na perskim 
dywanie, prawie nadzy, kiedy nagle Robin uniósł głowę.

– Do diabła, znowu to zrobiłem. – Oparł czoło na nagich piersiach Maxie. – Zapominam, że nie chcesz 
się ze mną kochać w tym domu. Przepraszam. – Uśmiechnął się. – Szkoda, że jest za zimno i za 

mokro, żeby wyjść do ogrodu.

Chciał się podnieść, ale Maxie objęła go za szyję i przyciągnęła.

– Nie musisz być taki szlachetny. Teraz kiedy wiem, że mnie kochasz, wcale mi to nie przeszkadza.

Twarz Robina zapłonęła radością.

– Bardzo się cieszę.

Pochylił się ku jej piersiom. Wygięła się w łuk w odpowiedzi na pieszczotę jego ust i dłoni. Przeszył ją 

ogień zmysłowości zmieszanej z czułością i radością bycia razem. Ich ciała osiągnęły idealną harmonię, 
serca biły wspólnym rytmem. Zniknęły nękające ich strachy i niepewność. Razem stanowili całość.

Po wybuchu namiętności Maxie, jeszcze drżąc, osunęła się na jego pierś. Czule odgarnął jej włosy, by 
móc widzieć jej twarz.

– Musimy zacząć robić to w łóżku. Kamienne ołtarze i podłoga biblioteki oczywiście są od czasu do 
czasu uzasadnione, ale z pewnością niezbyt wygodne.

Wyciągnęła się na nim, czując smukłe i silne ciało.

– Mnie jest wygodnie. Uśmiechnął się.

– A ty jesteś wspaniałym pledem.

Skrzyżowała ręce na jego piersiach i oparła na nich podbródek.

– Samotność w dzieciństwie to okropne uczucie – powiedziała z namysłem. – Ale jak się przekonałam, 
wiele interesujących osób tak zaczyna.

–   Zauważyłem   to.   –   Musnął   wargami   jej   szyję.   –   Zauważyłem   także,   że   nikt   nie   musi   pozostać 
nieudacznikiem.

Uśmiechnęła się.

– Doskonale do siebie pasujemy.

– Naprawdę nie przeszkadza ci, że się tu kochamy? – zapytał po chwili milczenia.

– Naprawdę – odparła leniwie.

Objął ją i przewrócił na plecy. Krucze włosy rozsypały się w hebanowe wzory na wzorzystym dywanie, 
otaczając egzotycznie piękną twarz dziewczyny.

– W takim razie zróbmy to jeszcze raz.

background image

Epilog

Dzień był wymarzony na ślubną ceremonię, a Ruxton wspaniale się do tego nadawało. Lista gości nie 
była   długa   i w większości   składała   się   z osób,   które   Maxie   poznała   na   swoim   pierwszym   przyjęciu 

w Londynie. Za parą młodą kroczyli Giles i Desdemona. Za dwa tygodnie Maxie i Robin odwzajemnią 
się starszej parze, kiedy oni będą brali ślub.

Po uroczystym śniadaniu i wielu toastach, Robin nachylił się do żony.

– Przejdziemy się? – zapytał. – Nasi goście dadzą sobie bez nas radę przez chwilę.

– Z chęcią.

Poszli   przez   ogród   mieniący   się   kolorami   letnich   kwiatów   i przepełniony   ich   wonią.   W ciągu   kilku 

krótkich tygodni Ruxton stało się dla Maxie prawdziwym domem.

– Czy mówiłem ci już, jak bardzo podoba mi się twoja suknia? – zapytał Robin, kiedy weszli w las. – 

Nigdy nie widziałem czegoś takiego, ale wspaniale w niej wyglądasz.

Z zadowoleniem spojrzała na ślubną suknię, bogato zdobioną koralikami i frędzlami. Był to prezent 

ślubny od Margot.

–   Jest   wzorowana   na   ślubnych   strojach   Mohawków.   Sama   ją   zaprojektowałam,   a Margot   znalazła 

krawcową, która zechciała ją uszyć.

Przez gałęzie przebijały promienie słońca, a tysiące ptaków napełniały powietrze wdzięczną muzyką.

– Posłuchaj ich śpiewu, Robinie. Jakby wiedziały, że mamy święto.

Robin uśmiechnął się pod nosem.

Ogarnięta podejrzliwością, uważniej przyjrzała się trawie.

– Boże, Robin, kazałeś ogrodnikowi wysypać ziarno, żeby przyciągnąć ptaki?

Roześmiał się głośno.

–   Cóż   złego   w małym   czarowaniu.   Kiedy   cię   pierwszy   raz   ujrzałem   na   polanie   w Wolverhampton, 

przypominałaś mi Tytanie, królową wróżek.

– A ja pomyślałam o Oberonie. Nasze wyobraźnie biegną podobnym torem.

– Jak i inne rzeczy. – Po chwili wahania dodał: – Chyba nie powinienem pytać, ale czy teraz, kiedy 
myślisz o przyszłości, widzisz już, jaka będzie?

Skinęła głową.

– Czeka nas wiele wspólnych lat w szczęściu. Uniósł jej dłoń do ust.

– Taką miałem nadzieję.

Dróżka   zaprowadziła   ich   na   polankę,   której   Maxie   wcześniej   nie   widziała.   Przypominała   tę 

w Wolverhampton. Dziewczyna stanęła oniemiała. Poczuła się niewymownie szczęśliwa.

Robin wziął ją w ramiona i pocałował z wręcz bolesną słodyczą.

– A teraz, Kanawiosta, pokaż mi jeszcze raz, jak się słucha wiatru – wyszeptał.


Document Outline