background image

Sandra Field

Czekałem na ciebie

(After hours)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszystko przepadło. Ja chyba oszaleję. 
Marcia Barnes spoglądała na Rideau Canal z okna saloniku swego mieszkania. Kilku 

przynaglanych  deszczem rowerzystów  jechało ścieżką rowerową biegnącą wzdłuż krętego 
brzegu kanału. Drzewa okryły się świeżymi liśćmi, tulipany stały w równych grządkach przed 
schludnymi domami. Wszystko było w idealnym porządku. 

Nie tak, jak u niej. 
Przycisnęła twarz do szyby. Jednak próba opanowania przerażenia, które ogarnęło ją po 

zebraniu   w   instytucie   medycznym,   gdzie   pracowała   jako   immunolog,   nie   udawała   się. 
Dyrektor   aksamitnym   głosem   oznajmił   zgromadzonym,   że   cięcia   budżetowe   mogą 
spowodować redukcję personelu nawet o połowę. Mimo siedmioletniego stażu w instytucie, 
Marcia nie zaliczała się do starej kadry. 

A praca była dla niej wszystkim, nie wyobrażała sobie bez niej życia. 
Usiłując się uspokoić, odetchnęła głębiej parę razy. Bogu dzięki, że odrzuciła zaproszenie 

Lucy   i   Troya   na   obiad.   Niestety,   zgodziła   się   pójść   z   nimi   do   galerii   na   wernisaż   ich 
przyjaciela Quentina. 

Quentin.   To   imię   kojarzyło   się   jej   z   tweedowymi   marynarkami   i   fajką,   wyniosłym 

brytyjskim akcentem i sielankowymi krajobrazami w stylu Constable'a, pełnymi kłębiastych 
chmur i poczciwych brązowych krów. Choć szczyciła się swoim opanowaniem, dziś nie miała 
nastroju do oglądania sielanek. Jej starannie ułożone życie rozsypywało się w gruzy. 

Weszła do kuchni i spojrzała na leżące na stole zaproszenie do najbardziej ekskluzywnej 

galerii w mieście. Nie dbała o to. Problem polegał na tym, że trzeba się przebrać i ponownie 
wyjść   z   domu.   Nie   chciała   poznać   Quentina   Ramseya,   którego   prace   nazwano   szumnie 
„Wielokrotne osobowości”. Nie miała również ochoty na spotkanie ze swoją siostrą Lucy ani 
ze szwagrem Troyem, którzy przyjechali wczoraj do Ottawy na wernisaż. 

Pragnęła jedynie wypełnić wannę gorącą wodą, włączyć kojącą muzykę i zanurzyć się w 

pianie, zapominając o całym świecie. Potem położyć się do łóżka. Jak inaczej zakończyć ten 
piekielny dzień?

Westchnęła. Lucy była wystarczająco zaniepokojona faktem, że nie zjedzą razem obiadu. 

Chociaż siostra z mężem mieszkali w Vancouver, dwa najbliższe miesiące mieli spędzić w 
Ottawie, gdzie Troy pracował na oddziale pediatrii w dwóch szpitalach miejskich. Wzięli ze 
sobą dziecko. Jeśli Marcia nie pojawi się na wernisażu, Lucy zacznie podejrzewać, że stało 
się coś strasznego. 

W końcu to nic wielkiego, pomyślała ponuro, rozcierając czoło. Możliwe, że stracę pracę, 

nie jestem już tą kobietą, co przedtem i nie wiem, kim się stanę, a w dodatku nie chcę znać 
własnej siostry. Co się ze mną dzieje?

Wysoka,   piękna   Lucy   o   pełnej   figurze,   perlistym   śmiechu   i   masą   niesfornych 

mahoniowych   loków   na   głowie,   stanowiła   przeciwieństwo   swojej   starszej   siostry   Marcii, 
młodszej Catherine, a nawet ich matki Evelyn. 

background image

Czy jej czegoś zazdroszczę? O to chodzi? Czy zazdrość jest jednym z siedmiu grzechów 

głównych? Jeśli nie, to powinna być. 

Staroświecki   zegar,   niegdyś   należący   do   jej   dziadka,   znanego   neurochirurga,   wybił 

kolejne pół godziny. 

Jestem już spóźniona, pomyślała zrezygnowana. Ominą mnie oficjalne przemówienia, a z 

rodziną spotkam się w tłumie ludzi. Doskonale. 

Marcia   weszła   do   sypialni   rozjaśnionej   światłem   gasnącego   dnia.   Krople   deszczu 

malowały   na   szybach   miniaturowe   wzorki.   Rezygnując   z   gorącej   kąpieli,   przystąpiła   do 
przeszukiwania szafy. Lucy przywiązywała dużą wagę do właściwego stroju, więc Marcia nie 
może jej zawieść. Chłodna i opanowana siostra, umiejąca ułożyć sobie życie. Beznamiętna, 
trzymająca się na uboczu Marcia, która nigdy niczego nie potrzebowała. 

Zdjęła codzienne ubranie i wskoczyła pod prysznic. Wybrała granatową, lnianą sukienkę, 

której  elegancki  krój  wart był  wydanych  na nią pieniędzy.  Do tego granatowe  jedwabne 
pończochy, włoskie lakierki i dyskretna, złota biżuteria. Potem przyszła kolej na makijaż. 
Wyszczotkowała czarne, sięgające karku włosy i przejrzała się w dużym lustrze w sypialni. 

Nie wyglądała na trzydzieści trzy lata, co i tak nie miało znaczenia. 
Pospiesznie sięgnęła po okulary w rogowej oprawce. Mogła użyć szkieł kontaktowych, 

lecz trudno było się za nimi ukryć, a przed spotkaniem z Lucy potrzebowała dodatkowej 
osłony. W przedpokoju włożyła jasnozielony płaszcz przeciwdeszczowy i zabrała parasolkę. 
Wyszła z mieszkania i zjechała windą do podziemia. 

Powinna   udać   się   wprost   do   galerii,   poznać   Quentina   Ramseya,   zachwycić   się   jego 

„Wielokrotnymi  osobowościami”, następnie zaprosić Lucy i Troya  na niedzielny obiad w 
rodzinnym gronie. Dopełniwszy w ten sposób obowiązku, będzie mogła wrócić do domu. 

„Wielokrotne osobowości”, zastanawiała się, ruszając z parkingu. Co to za pretensjonalna 

nazwa dla kilku obrazów? Świadczy to również o nadmiernym egocentryzmie. Quentin jest 
przyjacielem Lucy i Troya, ale to nie znaczy, że muszę go polubić. 

Z pochmurną miną nacisnęła pilota. Otworzyły się drzwi garażu i wyjechała w deszczowy 

zmierzch. 

Przed wyjściem do galerii Quentin sprawdził w lustrze swój wygląd i znowu się zadumał 

nad sumą wydaną na garnitur. Włoży go przecież zaledwie parę razy w roku. Przypominam 
reklamę z ilustrowanego magazynu dla mężczyzn, pomyślał z irytacją, poprawiając krawat. 
Oto   odnoszący   sukcesy   artysta   lat   dziewięćdziesiątych.   Ulubieniec   publiczności,   Quentin 
Ramsey, przed udaniem się na wernisaż swoich najwspanialszych prac, wystawianych pod 
wspólnym tytułem „Wielokrotne osobowości”. 

Co go opętało, żeby dać taki tytuł swoim pracom?
Przeczesał grzebieniem czarne, gęste, kręcone włosy, które natychmiast rozsypały się w 

nieładzie.   Uśmiechnął   się.   Przynajmniej   włosy   nie   dały   się   okiełznać.   Z   całego   serca 
nienawidził wernisaży. 

Malował, by wyrazić siebie. Nie chciał, żeby jego prace zalegały pod ścianami pracowni. 

Nie   mógł   jednak   ścierpieć   ludzi   omawiających   jego   malarstwo.   Analizowali   bezdusznie 

background image

obrazy,  szufladkując je jako „dekonstrukcjonizm”  i „postmodernistyczny  abstrakcjonizm”. 
Przynajmniej krytycy będą musieli użyć nowych etykietek. Czas nimi wstrząsnąć, pomyślał i 
znowu lekko uśmiechnął się. . 

;

, Ktoś poczuje się w obowiązku stwierdzić, że jego nowy styl 

cechuje wyjątkowy komercjalizm. Ktoś inny pochwali go za bezkompromisową szczerość. Z 
pewnych względów tak właśnie nazywano jego szczerość. 

Przez to wszystko zapomniał zjeść coś przed wyjściem. 
Opróżnił barek z orzeszków i precelków. Pogryzając je machinalnie, uświadomił sobie, że 

tęskni do spotkania z Lucy i Troyem. Nie mógł pójść z nimi na obiad, bo musiał wcześnie 
stawić   się   w   galerii.   Jeśli   jednak   wszystko   ułoży   się   pomyślnie,   zakończy   wieczór   w 
wynajętym przez nich mieszkaniu. Ściągnie wreszcie krawat, niewygodne lakierki i napije się 
piwa.   Na   pewno   będzie   podziwiał   ich   dziecko.   Quentin   wiedział,   ile   ono   znaczyło   dla 
przyjaciół. 

Z Ottawy wyrwie się jak najszybciej. To miasto, jak na jego gust, było zbyt układne, zbyt 

ugrzecznione. Pragnął sosen, szmeru strumienia i widoku gór. 

Żaden hotel, nawet elegancki, nie wchodził w grę. 
Otworzył drugą torebkę precelków. Tak naprawdę, to powinien odpocząć od malarstwa i 

zbudować kolejny dom. Piła, wgryzająca się w drewno, zapach świeżych wiórów, satysfakcja 
z widoku odcinającej się od nieba linii dachu – to wszystko pozwoli mu uczestniczyć  w 
rzeczywistości o wiele silniej niż podczas malowania. 

W czasie swoich podróży po świecie Quentin przeplatał okresy wzmożonej twórczości 

bardziej   przyziemnymi   zajęciami,   takimi   jak   choćby   budowanie   domów.   Teraz   jednak 
pragnął postawić dom dla siebie. Mieć własne ściany, własny dach nad głową. 

Zerknął na zegarek i aż krzyknął z przerażenia. Chwycił płaszcz, pobiegł do windy. Przed 

hotelem złapał taksówkę. Gdy jechał lśniącymi od deszczu ulicami, gryząc precelki, wciąż 
myślał o tym samym. Odczuwał potrzebę osiedlenia się. Włóczęgą został w wieku trzech lat, 
gdy   wybiegł   z   rodzinnego   podwórka   za   cysterną   z   mlekiem.   Teraz   jednak   zatęsknił   do 
miejsca, które mógłby nazwać domem. 

Minęło wiele czasu od chwili, gdy jako mały chłopiec potykał się na zakurzonej drodze, 

pomstując,  że mleczarz  nie poczekał  na niego. Miał już trzydzieści  sześć lat. W nagłym 
pragnieniu domu kryło się również coś więcej. Chciał znaleźć kobietę, która zamieszka tam 
razem z nim, będzie dzieliła z nim życie. Musiałaby to być jednak właściwa kobieta. 

Zerknął na grządki tulipanów rosnących wzdłuż ulicy, na schludne budynki, które wcale 

go   nie   pociągały.   Miał   chyba   jedenaście   lat,   kiedy   doszedł   do   wniosku,   że   taką   kobietę 
rozpozna na pierwszy rzut oka. Wiedział dobrze, skąd ta pewność. Jego rodzice tworzyli 
wyjątkową   parę.   Dopiero   w   wieku   dojrzałym   pojął,   że   było   to   naprawdę   niezwykłe 
małżeństwo, pełne miłości, namiętności i radości. 

Choć jako jedenastolatek nie potrafił wyrazić tego słowami, czuł, że między rodzicami 

istniało   coś   wyjątkowo   pięknego.   W   dzieciństwie   często   słuchał   opowieści,   jak   rodzice 
pokochali się od pierwszego wejrzenia. 

Jednak mając dwadzieścia pięć lat, zniecierpliwiony Quentin zlekceważył przeczucia i 

poślubił Helen. Już po sześciu tygodniach zorientował się, że popełnił omyłkę. Gdy wreszcie 

background image

Helen rzuciła go dla dwa razy starszego od niej prezesa banku, odetchnął z ulgą i poprzysiągł 
sobie, że nie powtórzy tego błędu. 

Quentin nie był próżny, nigdy nie przestało go zdumiewać, że kobiety lgną do niego jak 

pszczoły do miodu. Wysokie i niskie, piękne i namiętne. Jednak żadna z nich nie zdołała 
podbić jego serca. 

A   jeśli   nie   znajdzie   tej   wyśnionej?   Czy   można   wierzyć   w   romantyczne   marzenia 

jedenastolatka?

Może kiedy zbuduje dom, ta kobieta pojawi się sama?
A   jeśli   to   dążenie   do   stabilizacji   było   błędem?   Zawsze   szczycił   się   tym,   że   jest 

niezależny, jedzie dokąd chce, kiedy tylko chce i pozostaje tam tak długo, jak mu się podoba. 
Kiedy się ożeni, nie będzie już mógł żyć w ten sposób. 

A czy ta kobieta gdzieś istnieje?
Spróbował odpędzić te bezsensowne pytania. Taksówka ominęła kałużę i zatrzymała się 

przed   galerią.   Czerwone   tulipany,   zdobiące   chodnik,   stały   w   deszczu,   niczym   wyprężeni 
żołnierze na warcie. Jestem samotny, pomyślał nagle Quentin. Pomimo sukcesów, pomimo 
całej wolności, jestem samotny. 

–   Dziesięć,   siedemdziesiąt   pięć   –   powiedział   taksówkarz,   raptownie   przywracając 

Quentina do rzeczywistości. 

Poszukał drobnych, dodał napiwek i pobiegł do galerii. Jednak nie był całkiem wolnym 

człowiekiem. Zamiast włóczyć się po ulicach, musiał iść na wernisaż. 

Właścicielka galerii, kobieta po pięćdziesiątce, żona wyższego urzędnika państwowego, 

była   osobą   niezwykle   przedsiębiorczą.   Quentin   miał   ochotę   nazywać   ją   panią 
HarringtonSmythe.   Imię   Emily   do   niej   nie   pasowało.   Kiedy   zdejmował   płaszcz 
przeciwdeszczowy, Emily zmierzyła go krytycznym spojrzeniem i z aprobatą skinęła głową. 

Quentin przez chwilę żałował, że oderwał metkę z ceną. Pozwolił się oprowadzić po 

galerii. Emily podała mu katalog wystawy i wyrecytowała całą listę zaproszonych ministrów, 
wiceministrów i dyplomatów. 

Nieźle,   jak na  chłopaka  z  małej  mieściny  w  Nowym  Brunszwiku,  pomyślał,  usiłując 

zapamiętać   nazwiska.  Postanowił   w  ciągu  następnych  godzin  trzymać  się  wpojonych   mu 
przez matkę dobrych manier. 

Po trzech kwadransach w salach kłębił się tłum. Sprzedano jedenaście płócien. Barmani 

padali ze zmęczenia, a Quentin starał się być niezwykle uprzejmy dla premiera, który nie 
uznawał niczego namalowanego po 1900 roku i nie krył się ze swymi opiniami na temat prac 
gospodarza. 

Z tyłu ktoś zawołał go po imieniu. Odwrócił się i mocno uściskał Lucy. 
– Tak się cieszę, że cię widzę. 
–   Jesteś   wręcz   nieprawdopodobnie   grzeczny   –   powiedziała   cicho.   –   Czy   to   ten   sam 

Quentin, którego znam?

– Staram się, jak mogę, Lucy. Wyglądasz przepięknie w tej sukni!
Purpurowy   materiał   podkreślał   mahoniowy   kolor   jej   lśniących   włosów,   a   dekolt   był 

wręcz prowokujący. 

background image

– Przypuszczałam, że ci się spodoba – odparła zadowolona. – Troy wybrał ją dla mnie. 
Troy klepnął Quentina w ramię. 
– Wpadnij do nas na pogawędkę, kiedy to wszystko się skończy. 
– Załatwione, ale pod warunkiem, że macie trochę piwa. 
– Po południu kupiłem dwanaście puszek. 
Troy był  o siedem centymetrów  wyższy od mierzącego  metr  osiemdziesiąt  Quentina. 

Miał jasne włosy. Co prawda zajmował się medycyną, nie sztuką, jednak obaj mężczyźni 
zaprzyjaźnili się od chwili, kiedy spotkali się na Shag Island, w pobliżu Nowej Szkocji. Gdy 
Quentin   szkicował   dom,   który   zamierzał   wznieść   dla   siebie,   zawsze   lokował   go   na 
Zachodnim Wybrzeżu w pobliżu Vancouver. 

Nadciągnęła Emily, prowadząc jakiegoś mężczyznę, który wyglądał na ważnego ministra. 

Quentin spojrzał na Lucy, znacząco unosząc brew. 

– Obowiązek mnie wzywa. Pogadamy później. 
– Przed wyjściem podamy ci adres. 
Lucy wzięła męża pod rękę i poszli oglądać obrazy malowane akrylami. Przypominały im 

abstrakcje tworzone przez Quentina na wyspie. 

Minister zadał kilka wnikliwych pytań i z zainteresowaniem słuchał wyjaśnień artysty. 

Potem przyszła kolej na bogatą wdowę. Miała sztuczne rzęsy i śmiały makijaż, ale zupełnie 
nie znała się na malarstwie. Importer zagranicznych samochodów był z kolei biegły w tej 
materii, ale usiłował wygłaszać własne teorie o artystach. Quentin pozbył się go wreszcie i 
poszedł do baru. Po precelkach chciało mu się pić. 

Ledwo zdążył umoczyć usta w winie Cabernet, mając nadzieję, że podniesie go na duchu 

i pomoże przetrzymać dalsze dysputy, kiedy otwarły się drzwi galerii. Odruchowo spojrzał na 
kobietę wchodzącą do holu. Złożyła parasolkę, otrząsnęła ją z deszczu i wyprostowała się. 
Światło padło na jej twarz i włosy, ciemne, połyskujące niczym wypolerowane drewno. 

O, Boże, pomyślał Quentin. To ona, kobieta, na którą czekałem przez całe życie. 
Odstawił kieliszek i zaczął się przepychać przez otaczających go ludzi, nie zważając na 

to,   że   chcieli   z   nim   porozmawiać.   Nieznajoma   powiesiła   płaszcz   przeciwdeszczowy   na 
wieszaku przy drzwiach. Ruchy miała precyzyjne i oszczędne. Chyba nie jest w moim typie, 
przemknęło mu przez głowę. Wystarczy spojrzeć na sukienkę i te okropne okulary. Co się, u 
licha, dzieje?

Dzieliły ich trzy metry.  Odwróciła się, zdjęła okulary i przetarła je wyjętą z kieszeni 

chusteczką. Ze skupieniem na twarzy wypatrywała kogoś w tłumie. Może i nie jest w moim 
typie, lecz i tak jest niezwykle piękna, pomyślał. 

Serce waliło mu w piersiach. Poczuł się bardzo niezręcznie, ale podszedł do niej. 
– Chyba się nie znamy. 
Była drobna, mierzyła nie więcej niż metr sześćdziesiąt pięć i Quentin górował nad nią. 

Oczy   nieco   zaczerwienione,   gęste   ciemne   rzęsy,   lekko   wystające   kości   policzkowe   i 
nienaganny makijaż. Quentin zwrócił uwagę na miękkie, stworzone do pocałunku usta, co 
wzmogło jego niepokój. 

– Jest pan właścicielem galerii? – spytała ze zdziwieniem. – Sądziłam, że... 

background image

– Jestem artystą. 
Zmierzyła go nieprzychylnym spojrzeniem. 
– Quentin Ramsey? 
Skinął głową. 
– A pani?
– Chyba nie wita pan osobiście wszystkich gości?
– Pani jest pierwsza. 
– A czemuż to – zapytała słodkim głosem – zawdzięczam ten zaszczyt?
– Nie pasuje do pani ten styl z dziewiętnastowiecznych książek. 
Ani śladu arystokratycznego brytyjskiego akcentu, pomyślała Marcia. Nie wspominając o 

manierach. 

– A skąd pan może wiedzieć, co do mnie pasuje? Mogłabym być profesorem literatury 

wiktoriańskiej. Czy jest pan zawsze taki nieuprzejmy wobec swoich gości?

Tymczasem Quentin nachmurzył się, gorączkowo szukając czegoś w pamięci. 
– Jestem pewien, że gdzieś już panią widziałem. 
– To takie banalne. 
– Ta uwaga uwłacza nam obojgu. 
– Najmocniej przepraszam. Mężczyźni... 
– Musiałem już gdzieś panią spotkać. 
–  To  pomyłka.   Ja pana  nigdy nie  spotkałam.   Musiałabym  cię   zapamiętać,   pomyślała 

Marcia, usiłując nad sobą zapanować. Choćby z powodu tych twoich błękitnych  oczu, w 
których można się całkiem zatracić. 

– Jak się pani nazywa?
Marcia   wciągnęła   powietrze.   Jej   wyobrażenie   o   Quentinie   Ramseyu   było   błędne.   Z 

pewnością nie był to odziany w tweedy Anglik, malujący sielskie krajobrazy pod wpływem 
wielkich mistrzów. To nieokrzesany indywidualista. Kojarzył się raczej z piłą łańcuchową niż 
z pędzlem. 

– Doktor Marcia Barnes – rzekła chłodno. 
– Co? Jesteś siostrą Lucy?
Był tak zaszokowany, jakby chlusnęła mu w twarz kieliszkiem wina. 
–   Bardzo   się   od   siebie   różnimy   –   powiedziała,   zastanawiając   się,   skąd   w   niej   tyle 

niechęci. 

– Żartujesz. To dlatego wydawało mi się, że skądś cię znam. Lucy ma twoje zdjęcie w 

salonie. Jesteś immunologiem. 

– Tak. 
Popatrzył na nią uważnie. 
– To dlaczego nie odwiedziłaś ich po urodzeniu się dziecka?
– Odwiedziłam! W listopadzie ubiegłego roku. 
– Jasne, urwałaś się na dwie godziny z konferencji. Mówię o odwiedzinach. 
– To nie jest pańska... 
–   Źle   się   dzieje,   kiedy   konferencja   staje   się   ważniejsza   od   własnej   rodziny.   Lucy 

background image

opowiadała mi o tobie. Twierdzi, że jesteś pracoholiczką. 

– Quentin, czy mogę przeprosić cię na momencik? – zapytała Emily Harrington-Smythe. 

– Pani Brace ma parę uwag, zanim kupi największy obraz. – Uśmiechnęła się uprzejmie do 
Marcii. – Wybaczy nam pani?

– Oczywiście – odparła cierpko Marcia. 
Patrzyła,   jak   Quentin   przechodzi   przez   hol   i   znika   w   tłumie.   Czarne,   zawinięte   na 

końcach   włosy   wydawały   się   trochę   za   długie.   Na   szczęście   nie   przeszywał   jej   już 
przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu. Za kogo on się uważa? Jak śmie ją krytykować?

Zręcznie  przecisnęła   się do  baru  po kieliszek   wina.  Lucy  musiała  mu  się  poskarżyć. 

Rzeczywiście, była u nich bardzo krótko. Brała udział w konferencji na temat AIDS i nie 
udało jej się wygospodarować więcej niż tylko jedno popołudnie. 

Coraz mniejszą ochotę miała na spotkanie z siostrą. Zaczęła obchodzić salę, przyglądając 

się obrazom. Przeważały monochromatyczne abstrakcje, ale uderzały też intensywne kolory. 
Zawarty w obrazach ładunek emocjonalny wyzwolił długo skrywane w jej duszy poczucie 
pustki, pogłębiane obawą, że utraci pracę. 

Wreszcie stanęła przed pracą zatytułowaną „Kompozycja numer 8”. Rozedrgane, barwne 

spirale poruszyły ją do żywego. Sama nigdy nie przeżyła tego, co symbolizowały: radości, 
namiętności, gorączkowego chwytania się życia. A teraz może być już za późno. Nie mogę 
się rozpłakać, pomyślała z przerażeniem. Nie tu, w sali pełnej ludzi. 

– Czy dobrze się czujesz?
Ten głos poznałaby na końcu świata. 
– Odejdź – mruknęła, usiłując przezwyciężyć skurcz gardła i ukryć łzy, które zalśniły w 

jej oczach. 

– Przepraszam, że byłem wobec ciebie nieuprzejmy – powiedział Quentin. – Masz rację, 

że to, co dzieje się między tobą a Lucy, nie powinno mnie obchodzić. 

Pomarańcz, żółć i ognista purpura zlały się w załzawionych oczach Marcii w płomień, 

który spopieli ją, gdy tylko on podejdzie bliżej. Quentin, mamrocząc coś nieskładnie, ujął ją 
za ramię i wepchnął do sąsiedniego pokoju. Zatrzasnął drzwi. 

– Teraz możesz płakać – rzekł. – Nikt cię nie widzi. Ty widzisz, pomyślała, wyszarpując 

ramię. 

– Ja nigdy nie płaczę!
– Więc jesteś uczulona na malarstwo. Łzy ci lecą... i cieknie z nosa. Proszę. – Podał jej 

śnieżnobiałą chusteczkę. 

– Nie wyglądasz na mężczyznę, który nosi białe chusteczki. 
– To na kogo, twoim zdaniem, wyglądam?
– Kiedy byłam małą dziewczynką – odparła, połykając łzy, do których wciąż nie chciała 

się przyznać – bawiłam się papierowymi lalkami. Wiesz, takie tekturowe wycinanki, na które 
nakładało się papierowe stroje. Tak właśnie wyglądasz w garniturze. Powinieneś nosić sweter 
i dżinsy, a nie garnitur z czystej wełny i krawat od Gucciego. 

– Muszę wyznać, że kosztował mnie fortunę. 
– Zmarnowane pieniądze – wypaliła bez zastanowienia Quentin odchylił głowę do tyłu i 

background image

roześmiał się. 

– To prawda. 
Marcia   oniemiała   na   widok   muskularnej   szyi   i   lśniących   zębów.   Quentin   emanował 

energią. Tylko on mógł stworzyć taki obraz – tryskające życiem kolory znów stanęły jej przed 
oczami. Cofnęła się, przestraszona bardziej, niż wtedy gdy dyrektor zapowiedział redukcję 
etatów. Coś takiego spotkało ją po raz pierwszy w życiu. 

– Garnitur leży na tobie jak ulał – próbowała zatuszować poprzednią niezręczność. – Nie 

chciałam być nieuprzejma. 

To   prawda,   jednak   wciąż   była   pod   wrażeniem   mięśni,   które   zdawały   się   rozsadzać 

materiał. 

– Inaczej sobie ciebie wyobrażałam. 
– Moje obrazy również – zauważył Quentin. 
Nie chciała rozmawiać o obrazach. Wyjęła z torebki chusteczkę i lusterko, wytarła nos i 

sprawdziła makijaż. 

– Powinniśmy wracać, pewnie cię szukają. 
Nie zamierzał pozwolić jej tak łatwo odejść. 
– Dlaczego się rozpłakałaś, patrząc na ten właśnie obraz?
Ponieważ przedstawia wszystko, co ominęło mnie w życiu. Bo napełnił mnie goryczą i 

żalem. Dlatego, że wydaje się, że wiesz o mnie więcej niż ja sama. 

– Skoro rozmawiałeś o mnie z Lucy – odparła sucho – to wiesz chyba, że jestem bardzo 

skrytą osobą. Moje reakcje są wyłącznie moją sprawą. 

Lucy   opowiadała   mu   o   Marcii.   Nie   za   wiele,   ale   jednak   wystarczająco,   by   Quentin 

zorientował się, że kocha siostrę, lecz nie są sobie bliskie. Odmalowała mu obraz kobiety bez 
reszty pochłoniętej pracą. Chłodnej istoty, kierującej się wyłącznie zasadami, a nie porywem 
serca, starannie unikającej radości i trosk codziennego życia. 

Czy   na   taką   właśnie   kobietę   czekał   przez   ostatnie   dziesięć   –   a   dokładnie   przez 

dwadzieścia pięć – lat? Intuicja podpowiedziała mu to jasno, ale może jednak się myli?

Popełnił błąd, lekceważąc intuicję, gdy brał ślub z Helen. Czy tym razem miał popełnić 

następny? Może to tylko wynik jego samotności?

– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – zdenerwowała się Marcia. 
Quentin z trudem się opanował. 
–   Kobieta,   którą   opisała   mi   Lucy,   nie   pasuje   do   osoby,   która   płacze,   bo   jakiś   facet 

rozmazał na płótnie trochę farby. 

Marcia   nie   wiedziała,   co   rozzłościło   ją   bardziej   –   to,   że   Lucy   rozmawiała   o   niej   z 

Quentinem, czy trafność jego słów. 

– Doprawdy? I co... ?
Rozległo się głośne pukanie do drzwi. 
– Publiczność zaczyna się niecierpliwić – powiedziała z ulgą. – Powinien pan iść, panie 

Ramsey. 

– Quentin. Czy wybierasz się do Lucy i Troya, kiedy ta heca się skończy?
– Nie. 

background image

Emily Harrington-Smythe wsunęła głowę przez drzwi. 
– Quentin? Naprawdę jesteś mi potrzebny. 
– Już idę – rzucił w stronę drzwi, podszedł do Marcii i zdjął okulary. – Masz przepiękne 

oczy. Dlaczego je chowasz?

– Przed ludźmi takimi jak ty. 
Sięgnęła po okulary, a on odsunął się z rozbawieniem w oczach. 
– Oddam ci, ale musisz mi obiecać, że jutro zjesz ze mną lunch. 
– Wiele obecnych na wernisażu kobiet byłoby zachwyconych perspektywą zjedzenia z 

tobą lunchu, ja jednak nie zaliczam się do nich. 

– Włożę dżinsy. 
Miał uśmiech, któremu trudno było się oprzeć. Marcia starała się ze wszystkich sił. 
– Proszę o zwrot okularów. 
– Wezmę od Lucy numer twojego telefonu. 
– Mój aparat wyświetla numer dzwoniącej do mnie osoby. Jeśli zobaczę, że to ty, nie 

podniosę słuchawki. 

– Nie zniechęci mnie nawet najnowsza technologia, pani doktor Marcio Barnes, bo nie 

powiedziała   mi   pani,   dlaczego   płakała   na   widok   mojego   obrazu.   –   Włożył   jej   okulary   i 
pocałował w czubek nosa. – Do zobaczenia. 

Wyszedł z pokoju. Przynajmniej przez pięć minut nie czuł się samotny. Ujął Emily pod 

rękę. 

– Chciałbym, żebyś „Kompozycję numer 8” opatrzyła naklejką „Nie na sprzedaż”. 
– To niemożliwe, przecież figuruje w katalogu. 
– Więc oznacz ją jako sprzedaną. 
– Ale nie jest – zauważyła z niepodważalną logiką pani Harrington-Smythe. 
– Owszem. Jaja kupuję. 
– Quentin, co się z tobą dzieje?
–   Kupuję   „Kompozycję   numer   8”   –   powtórzył   cierpliwie.   –   Nie   ma   w   tym   nic 

niestosownego. 

– Nie możesz kupować własnych obrazów! Zresztą, ten wpadł w oko panu Sorensen, to 

bardzo wpływowy człowiek. 

– Fatalnie. Pan Sorensen nie dostanie tego obrazu. Ja go biorę. 
– Ale... 
– Zrób to, Emily – powiedział z uśmiechem – jeśli za rok chcesz mieć kolejny wernisaż 

Quentina Ramseya. 

Jego wystawy cieszyły się dużym zainteresowaniem, zwykle sprzedawał swoje obrazy. 
– Dobrze – odburknęła Emily. – Ale zapłacisz tak jak wszyscy... bez żadnej ulgi. 
– Myślę, że stać mnie na to. Ten gość wygląda na następnego ministra. Pójdę wypełniać 

obowiązki. 

Usiłując   wyrzucić   z   pamięci   obraz   kobiety   o   zapłakanych,   fiołkowych   oczach, 

zastanawiając się, jak zareaguje, gdy podaruje jej jeden że swoich cenniejszych  obrazów, 
Quentin podszedł do mężczyzny w szarym, prążkowanym garniturze. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy Marcia została sama w pomieszczeniu, które uznała za biuro właścicielki galerii, 

wściekłość wywołana zachowaniem Quentina mieszała się z rozbawieniem. Była pewna, że 
Quentin Ramsey nie przywykł do kobiet, które mówią „nie”. Marcia nie bawiła się z nim w 
żadne   gierki.   Miała   wystarczająco   dużo   kłopotów   w   pracy,   by   zawracać   sobie   głowę 
zadającym wścibskie pytania mężczyzną, który miał w dodatku niebieskie oczy o palącym 
spojrzeniu, i – co sama przyznała – był bardzo atrakcyjny. 

Nie chodziło wyłącznie o muskularne ciało, czego nie zdołał ukryć nawet szyty na miarę 

garnitur. Miał szczupłe, zmysłowe palce, mocne dłonie, a wydatne kości twarzy nadawały mu 
wygląd bardziej męski. Pomyślała, że jest to twarz człowieka, który czerpał z życia pełnymi 
garściami, zarówno z ciemnej, jak i jasnej jego strony. 

W  ciągu  paru   minut   zauważyła   mnóstwo   rzeczy.   Zbyt  wiele,  zważywszy  na   stan  jej 

ducha. Instynkt podpowiadał jej, że powinna włożyć płaszcz i uciekać. Jednak sprawiłaby tym 
przykrość Lucy i Troyowi. Skuliła się i wróciła na salę, nie patrząc w kierunku „Kompozycji 
numer 8”. 

Niemal natychmiast dostrzegła Quentina. Sprawiał wrażenie zagłębionego w rozmowie z 

mężczyzną   w   prążkowanym   garniturze.   Po   chwili,   jakby   wyczuwając   obecność   Marcii, 
pochwycił jej spojrzenie. Zrobił do niej oko. Marcia zadarła głowę, odwróciła się i poszła w 
głąb galerii. 

W kącie Lucy i Troy podziwiali mały obrazek. Troy objął ramieniem Lucy, a reakcja jej 

ciała dobitniej niż słowa świadczyła, że kocha męża. Marcia znów poczuła cisnące się do 
oczu łzy. Muszę z tym skończyć, myślała gorączkowo. Natychmiast. Unikałam małżeństwa 
czy jakiegokolwiek zaangażowania się, jak zarazy. Dlaczego więc przygnębia mnie widok 
szczęścia siostry? Weź się w garść, Marcio!

Z dużym wysiłkiem zebrała się w sobie. W końcu słynęła z opanowania. Uśmiechnęła się, 

wysoko uniosła głowę... 

– Cześć, Lucy... Troy. 
Lucy odwróciła się, wymykając z objęć męża. 
– Marcia, tak się cieszę, że jesteś. 
Marcia  nigdy nie   rzucała  się   jej   w  objęcia,   Lucy  zadowoliła   się  więc   pocałowaniem 

siostry w policzek. Troy musnął ją ustami w drugi. Potem Lucy cofnęła się o krok, mierząc 
Marcie uważnym spojrzeniem. 

– Wyglądasz na zmęczoną. Wszystko w porządku? Quentin pytał ją o to samo. 
– Tak, byłam po prostu bardzo zajęta w pracy. Co sądzicie o wystawie?
– Chciałabym mieć te cztery grafiki na jedwabiu. Prace w akrylu również uważam za 

wspaniałe. – Lucy spojrzała w bok. – Ta, na przykład, to istna perełka. 

Quentin w najdrobniejszych szczegółach namalował trzy małe dziewczynki biegnące po 

łące pełnej kwiatów. Brak taniego sentymentalizmu świadczył o talencie. 

– Wyglądają jak my – bąknęła Marcia. 

background image

– Och... nie pomyślałam o tym. Ty, ja i Cat. Masz rację – roześmiała się Lucy – dwie 

brunetki i ruda. Pewnie widział fotografię naszej trójki. Stoi u mnie na pianinie. 

– Chciałabyś go mieć? – spytał Troy. 
Wpatrywał się w żonę rozkochanym wzrokiem. 
– Owszem – odparła machinalnie Marcia. 
Lucy spojrzała na nią badawczo, Troy znacząco uniósł brew. 
– Nie, nie mówiłam tego poważnie. Ty powinnaś go mieć, Lucy. 
– Widziałaś się z Quentinem? – zapytała Lucy. 
– Tak. Przelotnie. Lucy, proszę cię, zapomnij, że wspominałam o tym obrazie. Kup go jej, 

Troy. 

– Kupię go dla ciebie, szwagierko – powiedział Troy. – Nie dostałaś ode mnie prezentu 

na zeszłe urodziny. 

– Ależ nigdy nie dawaliśmy sobie takich kosztownych prezentów!
– To będzie wyjątek potwierdzający regułę. Zaraz wracam. 
Po raz trzeci tego wieczora oczy Marcii napełniły się łzami. Lucy zaciągnęła siostrę do 

kąta, zasłaniając ją przed ludźmi. 

– Jesteś dziś nieswoja. Co się stało?
– Nic... Nie wiem. 
– Zjedz ze mną jutro lunch. 
– Nie mogę. Muszę pracować. 
– Do diabła z pracą, Marcie!
Lucy używała imienia z dzieciństwa tylko wtedy, gdy Marcia była przygnębiona. 
– Rano zadzwonię do mamy.  Może wpadlibyście w niedzielę na obiad. Catherine ma 

wolne... 

– Z rozkoszą zapewniła ją Lucy. 
– Przejdźmy się po sali. Wolałabym, żeby Troy nie kupował mi tego obrazu. 
– Szkoda, że nie możemy od razu zawieźć go do ciebie. Pięknie będzie wyglądał w twojej 

sypialni. 

Obraz Quentina Ramseya w mojej sypialni? Nie ma mowy, pomyślała Marcia. Kątem oka 

dostrzegła Emily Harrington-Smythe, przeciskającą się z Troyem w ich stronę. 

–   Doskonały   wybór   –   powiedziała   Emily,   przyklejając   obok   obrazu   mały,   czerwony 

krążek. – Moje gratulacje, panie Donovan. 

– Spóźnione życzenia urodzinowe. – Troy uśmiechnął się do Marcii. 
Obraz należał do niej. Wspięła się na palce i pocałowała Troya w policzek. 
– Dziękuję, Troy. To pięknie z twojej strony – rzekła zawstydzona. 
– Poszukajmy Quentina i opowiedzmy mu o tym – zaproponował. 
–   Naprawdę   muszę   już   iść   –   rzuciła   szybko   przerażona   Marcia.   –   Spotkamy   się   w 

niedzielę. 

Uśmiechnęła się i wybiegła z sali. 
W drugim końcu galerii oblegały Quentina dwie piękne blondynki i ognista brunetka. 

Śmiał się. Marcia włożyła płaszcz, chwyciła parasolkę i wyszła na deszcz. 

background image

Matka Marcii, doktor Evelyn Barnes, była patologiem sądowym, doskonałą gospodynią i 

zapalonym   graczem   w   golfa.   Córka   najwyraźniej   wprawiła   ją   w   zakłopotanie   swoim 
telefonem. 

– Rodzinny obiad? W niedzielę?  Sprawdzę w kalendarzyku... Marcio, czy mogłabym 

przyprowadzić kogoś ze sobą?

– Oczywiście. Czy Lilian jest w mieście?
Lilian, najlepsza przyjaciółka matki, raz w miesiącu zjawiała się w Ottawie. 
– Nie... to nie Lilian. To mężczyzna. 
Evelyn zawsze zabierała ze sobą osobę towarzyszącą na koncerty lub obiady proszone, 

lecz nigdy na spotkania rodzinne nie przyprowadzała ze sobą mężczyzn. 

– Jesteś niezwykle tajemnicza, mamo. Jak mu na imię?
– Henry Woods. Jest maklerem. Chciałabym go wam przedstawić. 
Zaciekawiona Marcia, usiłując zachować taktowną dyskrecję, wydusiła jedynie:
– Świetnie. Zatem o szóstej?
–   Doskonale.   Do   zobaczenia.   –   Evelyn,   spragniona   zazwyczaj   rodzinnych   plotek, 

odłożyła słuchawkę. 

Marcia   zawahała   się.   Gdyby   nie   znała   swojej   matki,   pomyślałaby,   że   jej   chłodna, 

beznamiętna matka, zakochała się. Czy to możliwe?

Obiad zapowiadał się ciekawie. 

W   niedzielę,   za   pięć   szósta,   Marcia   kończyła   makijaż.   Włożyła   czarne   prążkowane 

spodnie,   długi   czarny   sweter   ze   złotym   łbem   lwa   na   piersi   i   czarne   lakierki   ze   złotymi 
ozdóbkami.   Mimo   obecności   pana   Woodsa,   miał   to   być   obiad   w   gronie   rodzinnym, 
pomyślała, malując usta czerwoną szminką. Sięgnęła też po złote kolczyki. 

Zabrzęczał domofon. W słuchawce rozległ się głos Lucy, a później pukanie do drzwi. 

Zanim Marcia zdołała coś powiedzieć, Lucy dała jej do potrzymania  niemowlę  i zaczęła 
zdejmować płaszcz. 

–   Wzięliśmy   ze   sobą   Quentina.   Mam   nadzieję,   że   nie   masz   nic   przeciwko   temu. 

Przyjęcie, na które się wybierał, zostało odwołane z powodu grypy gospodyni. 

Christopher Stephen Donovan pociągnął ją za kolczyk  i zaślinił sweter. Quentin miał 

oczy bardziej niebieskie, niż sądziła. Cofnęła się, by wpuścić gości. 

– Nie ma sprawy – mruknęła nieszczerze. 
Lucy oddała płaszcz mężowi i wytarła chusteczką sweter Marcii. 
–   Znów   ząbkuje.   Mówiłam   Troyowi,   że   powinien   wynaleźć   jakąś   lepszą   metodę   na 

ząbkowanie. Daj, wezmę go od ciebie. 

Ale Christopher mocno objął Marcie za szyję i przytulił się do niej. Pachniał zasypką. 

Uwiesił   się   na   niej   całym   ciężarem.   Przytrzymała   go   mocniej,   dotykając   policzkiem 
delikatnych włosków dziecka. O, Boże, pomyślała z rozpaczą. Znów się zaczyna. Mam łzy w 
oczach. Przecież nigdy nie chciałam mieć dzieci. 

Tymczasem Quentin zdjął płaszcz i zaczął przeczesywać mokre włosy, bardziej by je 

wysuszyć,   niż   uładzić.   Widok   Marcii   ubranej   na   czarno   i   złoto   poraził   go   niczym   prąd. 

background image

Pragnął zarazem patrzeć na nią, jak i rzucić ją na dywan, całując do utraty tchu. Wówczas 
Lucy podała jej dziecko, a Quentin poczuł, że wykładzina zadrżała mu pod stopami. Oczami 
wyobraźni zobaczył Marcie tulącą ich dziecko, dziecko miłości. 

Co ci chodzi po głowie, upomniał się surowo. Nie chciała nawet pójść z tobą na lunch, a 

ty już chcesz mieć z nią dzieci. 

– Marcio – odezwał się – przyniosłem to dla ciebie. Ściskał bukiet bezładnie dobranych 

kwiatów,  w którym  czerwień  sąsiadowała  z różem,  pomarańcz  z fioletem.  Ich spojrzenia 
spotkały się. Marcia nie była w stanie odwrócić wzroku. 

– Dziękuję – powiedziała szybko. – Daj je Lucy, a ona włoży je do wazonu. 
– Garnitur zostawiłem w hotelu – dodał. 
Świetnie wyglądał w szarych sztruksach i granatowym swetrze. 
– Widzę – przyznała Marcia. 
Quentin wręczył bukiet Lucy i podszedł do Marcii. 
– Powyrywa ci wszystkie włosy... Chodź do mnie, Chris. 
Poczuła ciepło jego palców, oddech Quentina poruszył jej włosy. Zadrżała. Naprężyła 

ramiona, bo zabrakło jej tchu. Christopher cichutko zaprotestował, ciągnąc ją za włosy aż 
jęknęła. 

– Spokojnie, Chris... 
Quentin   delikatnie   odgiął   zaciśnięte   paluszki.   Kiedy   brał   od   niej   dziecko,   musnął 

przedramieniem jej piersi. Dreszcz przeszył ciało Marcii. Musiał to poczuć. Rozejrzała się 
przerażona i zobaczyła, że Troy i Lucy przyglądają się jej uważnie. Nie zaczerwienię się, 
postanowiła. Nie ma mowy. 

– Muszę przypilnować obiadu – odezwała się zduszonym głosem. – Zaraz wracam. 
Troy włączył muzykę, Quentin kołysał rozbawionego Chrisa wysoko nad głową, a Lucy 

pospieszyła za Marcia do kuchni. 

– Mama przyjdzie? Mniam, smakowicie pachnie. 
– Przyprowadzi jakiegoś mężczyznę – odparła Marcia, ciesząc się, że Lucy nie pyta o 

Quentina. 

Zaczęła relacjonować rozmowę telefoniczną, lecz zanim skończyła, przyszła Catherine i 

trzeba było zaczynać od początku. 

Doktor Catherine  Barhes była  drobna jak Marcia,  elegancka  jak matka,  a prowadziła 

badania nad rakiem trzustki. 

– Mam teraz wolne trzy tygodnie – oznajmiła. – Od poniedziałku będę się opiekowała 

psami Lydii, więc zażyję ruchu i świeżego powietrza. Tobie, Marcio, przydałoby się trochę 
słońca. Jesteś upiornie blada. 

Cat miała fioła na punkcie ćwiczeń fizycznych i zawsze wygłaszała takie uwagi. 
– Dziękuję – odparła sucho Marcia. – Nie wiem, czy zauważyłaś, że od czterech dni pada 

deszcz. Może przestałabyś mi wiercić dziurę w brzuchu? Poproszę Troya, żeby zrobił drinki. 

Lucy włożyła bukiet do największego wazonu. 
– Gdzie mam go postawić? W progu kuchni stał Quentin. 
– Najlepiej na środku stołu. 

background image

Stała tam kwiatowa kompozycja z jedwabiu, pasująca do porcelany. Marcia patrzyła, jak 

Quentin odstawia ją na bok, na to miejsce stawiając swoją okropną wiązankę. Nie pytał jej 
wcale o zgodę i szarogęsił się jak u siebie. Nie znosiła u mężczyzn tej cechy. Kiedy wrócił do 
kuchni, odezwała się lodowatym tonem:

– W tym bukiecie brakuje tylko chwastów. 
– Następnym razem się poprawię. 
– Następnym razem? Nie wygląda pan na człowieka lubiącego miejski tryb życia. Nie 

wyobrażam sobie, żeby wytrzymał pan długo w Ottawie. 

–   Nie   miałem   takiego   zamiaru,   ale   zmieniłem   plany.   Mój   przyjaciel   ma   domek   w 

Gatineau   Hills,   zabawię   u   niego   przez   jakiś   czas.   Nie   zapomniałaś   chyba,   że   czeka   nas 
wspólny lunch. 

– Jest pan bardzo pewny siebie, panie Ramsey. 
– Pewność siebie daje rezultaty, doktor Barnes. 
– Odtąd zadufanie może przynosić wręcz odwrotne efekty – rzekła słodkim głosem. 
– Czy sugeruje mi pani zmianę taktyki?
– Raczej polecam zmianę planów. 
– Nie sądzę. Jest pani wyraźnie zainteresowana wyzwaniem. 
– Zaczyna pan być niegrzeczny – ucięła krótko. Quentin podszedł bliżej. 
– Ale lubisz, gdy cię dotykam. 
Marcia, zaciskając zęby, pomyślała o górach lodowych, lodowcach i szkockiej z lodem. 

Lekko się zaróżowiła. 

– Zaskoczył mnie pan, to wszystko. Mężczyzna z pańskim doświadczeniem powinien 

umieć odróżniać kobiety nie zainteresowane ód tych, które są gotowe paść panu do stóp. 

Quentin był szczerze ubawiony. 
– Moja droga... kobiety nigdy nie padały mi do nóg. Czy to umniejsza moją wartość jako 

mężczyzny? Chociaż, z drugiej strony... dzięki Troy, wolę piwo. 

Marcia zaniepokoiła się. Czy Troy wszystko słyszał?
– Dzwoni domofon... przepraszam, to na pewno mama. 
Evelyn Barnes w różowym kostiumie i krótko obciętymi, siwymi włosami prezentowała 

się   bardzo   atrakcyjnie.   Na   ogół   towarzyszyli   jej   wysocy,   szczupli   mężczyźni   o 
patrycjuszowskim wyglądzie. Henry Woods był niski, krępy, łysy i miał niezwykle łagodne, 
orzechowe oczy. Marcia polubiła go od razu. Przedstawiła go wszystkim. Troy podał drinki, a 
Marcia usadziła gości przy stole, zasłaniając się przed Quentinem bukietem. 

Dwie   i   pół   godziny   później   Marcia   włączyła   ekspres   do   kawy.   Obiad   smakował 

wszystkim.  Quentin   i  Henry  tryskali   humorem.   Cat  porzuciła   zwykłą  rezerwę,   a  dziecko 
wnosiło ożywienie do rozmowy. Ze swej strony Marcia ograniczyła do minimum wszelkie 
kontakty z Quentinem. Nie mogła się wprost doczekać, kiedy on wyjedzie do Gatineau Hills. 

Sięgnęła do lodówki po śmietankę do kawy. Niestety, pojemnik był pusty. Wróciła do 

salonu. Troy i Quentin grali w szachy, Lucy butelką karmiła dziecko. 

– Muszę wyskoczyć na róg do sklepiku – powiedziała. – Skończyła mi się śmietanka. 

Zaraz wracam. 

background image

– Pójdę z tobą – poderwał się Quentin. – Po sutym obiedzie przyda mi się spacerek. 
Nie mogła powiedzieć, żeby się odczepił, Evelyn skarciłaby ją. Wzięła torebkę, włożyła 

płaszcz przeciwdeszczowy i kalosze. Quentin w trenczu z paskiem wyglądał jak szpieg z 
komiksów. 

– Zejdźmy schodami – zaproponował. – Nie powinienem był dokładać sobie deseru. 
– To tylko bita śmietana z masłem zauważyła Marcia. – Och, i sześć jajek. 
– Tak smacznie podany cholesterol kłóci się z etyką lekarską. 
– To ulubiony deser Catherine. Artykuł, który nam streściła był bardzo ciekawy, prawda?
Ale Quentin nie po to wyszedł na deszcz, żeby rozmawiać o Cat. Otworzył parasolkę i 

wziął Marcie pod rękę. 

– Nareszcie sami. 
– To wielkie miasto. Jesteśmy przerażająco sami – odparła chłodno. 
– Nie wykręcaj się, raz wreszcie powiedz prawdę. 
– Dobrze, jesteśmy sam na sam. I co z tego?
– Dlaczego płakałaś na widok mojego obrazu?
– Quentin, goście czekają!
– Jesteś piękna, inteligentna, robisz wspaniałe desery, a śmiertelnie boisz się własnych 

uczuć. Ciekawa mieszanka. 

Marcia   wypiła   do   obiadu   dwa   kieliszki   wina.   Wyszarpnęła   rękę   i   stanęła   przed   nim 

twarzą w twarz, żałując, że parasolka zmusza ich do bliskości. 

– Chcesz prawdy? Dobrze. Tracisz czas, Quentin. Nie mam piętnastu lat, tylko trzydzieści 

trzy.  Jeśli boję się swoich uczuć, to mam po temu powody.  Jestem również za stara, by 
opowiadać moje życie każdemu napotkanemu mężczyźnie. 

Quentin   nie   chciał   być   „każdym”,   lecz   kimś   wyjątkowym.   Pragnął   nią   wstrząsnąć. 

Odsunął jej mokre włosy z czoła. 

– W tym ubraniu wyglądasz jak egipska bogini – rzekł zduszonym głosem. 
Marcia zaczerwieniła się. 
– Nie włożyłabym tego, gdybym wiedziała, że przyjdziesz – wypaliła, zanim ugryzła się 

w język. 

– Czemu nie chcesz pokazać, jaka jesteś naprawdę?
– Bo nie wiem, jaka jestem! – zawołała, wznosząc oczy do nieba. – Wiem tylko, że leje 

jak z cebra. Chodźmy. 

– Może to zdoła obudzić w tobie prawdziwą Marcie – powiedział cicho i pocałował ją. 
Usta Marcii były ciepłe i miękkie, tak spragnione, że Quentin zapomniał o całym świecie. 

Gdy nagle wyrwała się, odczuł to niemal jak szok. 

– Nie wolno ci było tego robić – zaprotestowała. – Prawie mnie nie znasz. Usta masz całe 

w szmince. 

Wyjął z kieszeni chusteczkę. 
– Więc lepiej ją zetrzyj. 
– To dlatego nosisz chusteczki, mogłam się domyślić – rzekła ze złością, energicznie 

wycierając mu usta. 

background image

Quentin nagle się rozzłościł. Cofnął głowę. 
– Teraz ja ci coś powiem.  Mój ojciec był  drwalem w małym  miasteczku w Nowym 

Brunszwiku.   Holton,   w   dolinie   Kennebecasis,   pewnie   nigdy   o   nim   nie   słyszałaś.   Matka 
sprzątała domy bogatych ludzi. Biała chusteczka kojarzyła się jej z dżentelmenem. Kiedy w 
wieku dwunastu lat zająłem pierwsze miejsce w lokalnym konkursie, kupiła mi sześć pudełek 
chusteczek. Może nie nadaję się na dżentelmena, ale kocham swóją matkę i dlatego zawsze 
noszę białą chusteczkę. 

Marcia stała bez ruchu, chociaż deszcz skąpy wał na nią z parasolki. 
– Przepraszam, nie powinnam była tego mówić. Patrzyła mu prosto w oczy. Przeprosiny 

były szczere. 

– W porządku. Ale nieźle zalazłaś mi za skórę, Marcio Barnes. 
– Wzajemnie – parsknęła, ścierając mu resztki szminki z kącików ust. 
Nos miał lekko zakrzywiony, brwi i rzęsy czarne jak włosy, a usta... Zadrżała. Nie miało 

to   nic   wspólnego   z   chłodem.   Nikt   dotąd   mnie   tak   nie   pocałował   –   krótko,   delikatnie   i 
uwodzicielsko, pomyślała, biorąc go znów pod rękę. Przez kilka minut szli w milczeniu. 

– Zjedz ze mną jutro kolację – zaproponował nagle. 
– Nie mogę. 
– To we wtorek. 
– Będziesz w Gatineau Hills. 
– Mam samochód. To niecała godzina jazdy. 
– Sklep jest w tym domu na parterze. Zaraz wracam – wykrztusiła i pobiegła. 
Ostre światło neonówek przywróciło ją do rzeczywistości. Jeden pocałunek i omal nie 

padłam mu do nóg, pomyślała ponuro, biorąc z lodówki śmietankę. Ruszyła w stronę kasy. 
Nie powinnam iść z nim na kolację tylko dlatego, że hormony trzęsą się we mnie jak osika na 
wietrze. Powinnam go raczej unikać. Mam wystarczająco dużo kłopotów, by dodawać do nich 
Quentina Ramseya. 

Zapłaciła i wyszła. Quentin czekał na nią, wysoki, niebieskooki i obcy w świetle latarni 

ulicznej.   Obudził   we   mnie   moje   prawdziwe   ja,   pomyślała   smutno.   Jeśli   dodać   do   tego 
uczucia, jest to zgubna mieszanka dla kobiety, która usiłowała odgrodzić się od świata. Jak 
ma go przekonać, że nie chce się z nim umówić? Zazwyczaj pozbywała się natrętów bez 
kłopotów. 

– Skoro jesteś zbyt zajęta w przyszłym tygodniu – powiedział, jakby czytał w jej myślach 

– poczekam do następnego weekendu. 

Marcia przygryzła wargę i skierowała się do domu. 
– Quentin, nie chcę się z tobą spotkać. Przepraszam, że mówię to bez ogródek, ale tak 

jest. 

– Ale dlaczego?
– Dlatego – upierała się jak dziecko. – Dlatego i już, dobrze?
– Wcale nie dobrze! Podobasz mi się i założę się, że przy nikim przede mną nie straciłaś 

panowania   nad   sobą.   Mój   obraz   wywołał   u   ciebie   łzy,   a   twoje   ciało   zadrżało,   gdy   cię 
dotknąłem. Im dłużej cię obserwuję, tym lepiej pojmuję, dlaczego Lucy cię nie rozumie. A w 

background image

dodatku powiedziała mi, że bardzo chciałaś mieć obraz z trzema dziewczynkami. Ten, który 
kupił ci Troy. 

– Mogę chcieć mieć obraz – wycedziła – ale to wcale nie znaczy, że muszę iść na kolację 

z malarzem. Nie jesteś głupi, a wyrażam się jasno. Więc dlaczego się z tym nie pogodzisz?

– Bo nie chcę. – Quentin, mimo pozornego spokoju, przeraził się, że wymarzona kobieta 

nie widzi w nim partnera. 

Gdyby Marcia zastanowiła się, zmieniłaby temat. 
– Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo mnie naciskasz?
– Gdybym ci powiedział, roześmiałabyś mi się w twarz. 
– To daj sobie z tym spokój. 
– Nie mogę! – odetchnął głębiej, usiłując pozbierać myśli. – Zamierzam w wakacje często 

odwiedzać Lucy i Troya, więc mam nadzieję znów cię ujrzeć. No, chyba że będziesz ich 
unikała przez dwa miesiące. 

– Najpierw upewnię się, że ciebie tam nie ma. 
– Więc nie jestem ci obojętny. 
– Nie lubię być napastowana. 
– To ostre słowa. 
– Więc przestań. 
Zacisnęła zęby, aż zbielały jej kości policzkowe. Na ten widok Quentina coś ścisnęło w 

środku. 

– Marcio – rzekł w rozpaczy. – Nie przywykłem błagać kobiet, by spędziły ze mną trochę 

czasu. Może dlatego niezbyt mi to wychodzi, ale błagam cię. Nie do końca rozumiem, czemu 
jesteś dla mnie taka ważna, ale to fakt. Daj mi choć cień szansy. 

Marcia z ulgą stwierdziła, że doszli do jej domu. Zebrała się w sobie, by spojrzeć mu 

prosto   w   oczy,   a   cierpienie   i   malujące   się   na   twarzy   Quentina   omal   nie   zmieniło   jej   ! 
postanowienia. 

– Wierz mi, to nie ma sensu – próbowała się uśmiechnąć. – Przykro mi. 
Wiedziała,   że   ma   rację.   Nigdy   nie   uważała   się   za   zdolną   do   osądzania   męskich 

charakterów,   lecz   była   przekonana,   że   jakikolwiek   związek   z   Quentinem   zakończy   się 
porażką. Lepiej przerwać to od razu. 

Idąc po schodach, zdobyła się na wymuszony uśmiech. 
Następne dwie godziny były istną męką. Wreszcie Evelyn i Henry wstali. Pozostali goście 

poszli w ich ślady. 

Quentin   odsunął   krzesło,   próbując   rozprostować   napięte   ramiona.   Nie   mógł 

skoncentrować się na grze i Troy pokonał go w szachach. Myślami błądził gdzieś daleko. 
Powinien za – [ chować się spokojnie, utrzymać wszystko na dystans. Tymczasem pocałował 
Marcie,   gdy   nie   była   jeszcze   na   to   przygotowana.   Jak   na   niegłupiego   –   jej   zdaniem   – 
człowieka, popsuł wszystko. Nie wiedział, co robić dalej. Zgodnie z tym, co mówiła Marcia, 
żadnego „dalej” nie będzie. 

Wychodził ostatni. Marcia odsunęła się od niego. Na jej twarzy zauważył bladoniebieskie 

cienie. Poczuł współczucie i coś, czego wolał nie nazywać strachem. 

background image

– Daj mi znać, jeśli zmienisz zdanie. Jestem w kontakcie z Lucy i Troyem. 
– Tak... oczywiście – odparła, zamykając drzwi. Dała w ten sposób jednoznacznie do 

zrozumienia, że chce się go jak najprędzej pozbyć. Quentin po drodze rozmawiał z Troyem o 
niczym. W hotelu ruszył w stronę baru. Są chwile, kiedy pomóc może jedynie podwójny rum. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

W następną niedzielę Marcia poszła na lunch z Lucy. Kiedy zasiadły przy stoliku w barze 

sałatkowym i przejrzały menu, Lucy pociągnęła łyk wina i powiedziała:

– Nie wyglądasz najlepiej, Marcio. 
Marcia wiedziała o tym, ale nie chcąc rozmawiać o Quentinie, postanowiła powiedzieć 

siostrze o sytuacji w instytucie. 

–   W   zeszły   wtorek   dyrektor   wezwał   mnie   i   powiedział,   że   w   związku   z   cięciami 

budżetowymi młodsi pracownicy muszą pójść na tygodniowy urlop bezpłatny. Tak więc od 
piątku jestem na wakacjach. 

– Jak się to ma do twoich badań? – spytała rzeczowo Lucy. 
– Szczególny rodzaj specyfiku, nad którym pracuję, okazał się nagle zbyt kosztowny. 

Prawie trzy miesiące badań poszły na marne – wyznała Marcia. – To doprowadza mnie do 
szału. 

– A twój etat?
Marcia bawiła się kieliszkiem, nie patrząc na siostrę. 
– Mogę stracić pracę – wydusiła drżącym głosem. 
– Och, Marcie... – Lucy wzięła ją za rękę. Marcia przygryzła wargę. 
– To śmieszne, pracuje tam mnóstwo ludzi o wiele gorszych ode mnie. Naprawdę kocham 

moją pracę. – Napiła się wina. – Oznajmią to nam za jakieś dwa, trzy tygodnie. 

– Zaangażowałaś się w te badania bez reszty. 
– Przestań, Lucy, bo zwymiotuję. Daj mi, proszę, kawałek chleba. 
– To mogłoby być idealne rozwiązanie. 
– Ale nie w zatłoczonej restauracji. 
– Chyba masz rację. – Lucy posmarowała masłem kawałek bułki. – Co zamierzasz robić 

przez ten tydzień?

– Jeszcze nie wiem. 
Za nic nie przyznałaby, że przerażają perspektywa siedmiu samotnych dni. 
– Mam pomysł! Możesz pojechać do domku Quentina w Gatineau Hills. 
– Nie bądź śmieszna – ucięła Marcia. Spłoszyła ją sama wzmianka o Quentinie. 
– Jego tam nie będzie. Wyjechał dziś do Nowego Jorku. Ktoś zniszczył jedną z jego prac 

w galerii w Soho i postanowił sam ocenić szkody. Wróci w piątek lub sobotę. 

Marcia poczuła, że ten pomysł podoba się jej. Będzie mogła wyrwać się z miasta. 
– Nigdy nie przepadałam za wyjazdami w teren. 
–   Troy,   Chris   i   ja   spędziliśmy   w   Gatineau   Hills   cały   wczorajszy   dzień.   Jest   tam 

fantastyczny widok na jezioro, piękne drzewa i kwiaty. A Quentin ma naprawdę luksusowy 
domek, nie taki, jak myślisz. 

– Nie mogę tego zrobić bez porozumienia z nim. A skoro wyjechał, jest już za późno. 
– Biorę wszystko na siebie. Widzisz, Quentin miał nadzieję, że tam zostaniemy. Troy ma 

wolne tylko popołudnia, a ja chcę przebywać z nim, więc jeśli tam pojedziesz, Quentin nie 

background image

będzie miał nic przeciwko temu. 

Marcia wyczuła to, czego Lucy nie powiedziała. Lucy i Troy stracili pierwsze dziecko, 

gdy ukończyło siedem miesięcy. Tragedia zaciążyła na ich małżeństwie i żyli w separacji 
przez rok. Teraz Lucy nie chciała się rozstawać z Troyem nawet na chwilę. Wyznała Marcii, 
że w jego pobliżu czuje się spokojniejsza o Christophera. 

– Chris jest bardzo kochany – powiedziała odruchowo. Oczy Lucy zaszły łzami. 
– Tak, mamy wielkie szczęście. Odkąd ukończył siedem miesięcy, jestem o niego nieco 

spokojniejsza. Głupie, co? – Sięgnęła po kolejną kromkę. – Czy nie chciałabyś mieć dzieci?

– Ja? A cóż to za pytanie? – żachnęła się Marcia. 
– Wyglądałaś tak słodko z Chrisem na ręku. 
– Nie byłam matką, ale z pewnością polega to na czymś więcej, niż tylko na słodkim 

wyglądzie. Jak tam wykłady Troya?

– Świetnie, ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 
– Nie, bo nie znam odpowiedzi. Lucy uważnie popatrzyła na siostrę. 
– Nie posprzeczałaś się chyba z Quentinem? Marcia nachmurzyła się. 
– Czy zaprosiłaś mnie na lunch po to, żeby zadręczać pytaniami?
– Tak – odparła Lucy z tajemniczym uśmiechem. Kelnerka podała Marcii grecką sałatkę, 

a Lucy sałatkę z owoców morza. 

– Czy podać coś jeszcze?
– To wszystko, dziękuję. – Marcia wzięła widelec. 
Obawiała się o pracę, to prawda, ale była też inna przyczyna jej marnego wyglądu. To 

Quentin. Widziała go . zaledwie dwa razy, a jednak zdołał wtargnąć w jej życie. Wydawało 
się jej, że widzi jego twarz, gdy wpatrywała się w ekran komputera. Słyszała jego kroki, gdy 
szła korytarzami instytutu... Dyscyplina w pracy pozwalała jej przywołać się do porządku, 
natomiast w domu zupełnie nie mogła sobie z tym poradzić. 

Przez  cały  tydzień  nie  dosypiała.   Kiedy udawało  się  jej   wreszcie   zasnąć,  śnił  się  jej 

Quentin. Niekiedy sny miały tak erotyczny podtekst, że budziła się rozpalona. Całe ciało 
Marcii skręcało się z pożądania, do którego nie chciała się przyznać nawet w mroku sypialni. 
Czasami dla odmiany dręczyły ją tak straszne koszmary, że budziła się spocona, z bijącym 
sercem. 

Za każdym razem wyglądało to tak samo. Pogrążała się w ogromnym oceanie. Nagle nad 

nią pojawiała się twarz Quentina. Chciała dać mu jakiś znak, lecz był za daleko. Uśmiechał 
się złośliwie, a czarne włosy falowały mu niczym wodorosty. 

– Nie mam ochoty rozmawiać o Quentinie. 
Lucy zajęła się jedzeniem i nic nie mówiła. Marcia spróbowała czarnej oliwki i doszła do 

wniosku, że w sałatce jest za dużo oliwy. Postanowiła przełamać milczenie. 

– Co sądzisz o Henrym?
– Uważam, że jest bardzo sympatyczny. Myślisz, że za niego wyjdzie?
– Mama? Nie!
– Chwilami musi czuć się bardzo samotna. Troy i ja mieszkamy w Vancouver, a ty i Cat 

jesteście wiecznie zajęte. 

background image

– Pracoholiczki – rzekła sucho Marcia. Tak właśnie powiedział Quentin. 
– Chciałam być uprzejma – zachichotała Lucy. – Och, Marcio, jak to dobrze, że Troy i ja 

spędzimy kilka miesięcy w Ottawie. Kocham Vancouver i nie muszę ci mówić, jak bardzo 
kocham Troya i Chrisa, ale tęsknię za rodziną. 

Teraz Marcia powinna powiedzieć, że jej także brakuje Lucy. Tylko czy była to prawda?
– Związki rodzinne bywają skomplikowane. 
– To prawda. Wiesz, może to zabawne, ale naprawdę wydaje mi się, że lubicie się z 

Quentinem. 

– Daj spokój, Lucy. 
– Kiedy go wczoraj widziałam, wyglądał tak samo okropnie jak ty. I również nie chciał o 

tobie mówić. 

– Więc może powinnaś dać mu spokój. 
– Na Shag Island był moim prawdziwym przyjacielem. Poznałam go, jak wiesz, kiedy 

zerwałam z Troyem. – Lucy wzięła krewetkę. – Uważałam go za brata. 

Marcia nie mogła sobie wyobrazić Quentina jako swego brata. 
– Jest dla mnie zbyt żywiołowy, taki silny i drapieżny. Przykro mi, że rozwiewam twoje 

iluzje. Czy teraz możemy pomówić o czymś innym?

– Troy zawsze powtarza, że jestem niepoprawną romantyczką – westchnęła Lucy. – No 

dobrze, zmieńmy temat. Dam ci jednak klucz do domku i opis drogi. Musisz zabrać jedzenie 
na cztery dni. Quentin nie jest zbyt gospodarny. Aha, wyjedź koniecznie w piątek rano, jeśli 
nie chcesz się z nim spotkać. A szkoda. 

Marcia spojrzała na siostrę ze złością. 
– Może wybrałabyś  się do nas w sobotę? – spytała pospiesznie Lucy. – Zjemy coś i 

pójdziemy   do   kina.   Catherine   obiecała   zająć   się   dzieckiem.   Wciąż   czuję   się   niepewnie, 
zostawiając Chrisa z kimś, kto nie ma dyplomu lekarza – uśmiechnęła się z zażenowaniem. – 
Głupie, co?

– Uważam to za całkiem zrozumiałe – powiedziała Marcia, rozlewając resztę wina do 

kieliszków. – Jaki film chcecie zobaczyć?

Kiedy Lucy zaczęła opowiadać o nowościach filmowych, Marcia wspominała ten rok, 

gdy Lucy mieszkała najpierw w Ottawie, potem na Shag Island, a Troy został w Vancouver. 
Nieszczęście, które ich dotknęło, było próbą dla ich miłości. Nie była aż tak zajęta swoimi 
sprawami, by tego nie zauważyć. Nie mogła im w niczym pomóc, a to stanowiło dla niej 
nowe doświadczenie. Lubiła czuć, że panuje nad wszystkim. 

Być może ten rok sprawił, że zaczęła cenić swój ułożony tryb życia. Nagle Quentin zaczął 

ją jeszcze bardziej przerażać. 

– Grają również nowy film o tematyce historycznej – powiedziała. – Jeden z naszych 

techników widział go i bardzo mu się podobał. 

Do końca lunchu nie poruszały spraw rodzinnych. 
Marcia idąc do samochodu, ściskała w dłoni klucz i narysowany przez Lucy plan dojazdu. 

Właściwie   dlaczego   nie?   Jeżeli   spędzi   resztę   tygodnia   w   domu,   zacznie   rozmawiać   z 
kwiatami. Kilka dni nad jeziorem, z książką w ręku i z dala od ludzi na pewno dobrze jej 

background image

zrobi. Musi tylko wyjechać stamtąd w czwartek wieczorem, by mieć pewność, że nie spotka 
się z Quentinem. 

Marcia   wyruszyła   w   poniedziałek   rano   swoim   małym,   szarym   samochodem, 

wyładowanym   jedzeniem,   ubraniami   i   książkami.   Wzięła   również   przenośny   telewizor. 
Jechała wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Gatineau. Kiedy po raz ostatni zdobyła się na coś 
takiego?   Wakacje   planowała   starannie,   włącznie   z   doborem   przyjaciół.   Nie   ryzykowała 
samotnych eskapad. 

Postanowiła odrobić zaległości i przeczytać książki, które kupiła sobie w ciągu ostatnich 

dwóch lat. Nie miała czasu do nich zajrzeć. Wypróbuje nowy przepis na makaron. Obejrzy 
ulubione   programy   telewizyjne,   na   które   nigdy   nie   mogła   zdążyć.   Będzie   się   doskonale 
bawić. 

Dwukrotnie zgubiła drogę. Lucy nie miała zmysłu orientacji, a jej szkic daleki był od 

doskonałości. Wreszcie wąską boczną dróżką dojechała do rozwidlenia. Skręciła w prawo i 
po trzystu metrach zobaczyła drewnianą bramę z napisem „Richardson”. Tak nazywał się 
zaprzyjaźniony z Quentinem właściciel domku. 

Marcia wysiadła z auta, otworzyła bramę, wjechała do środka i zamknęła ją za sobą. 

Samochód podskakiwał na ścieżce, przy której rosły pokrywające się świeżymi liśćmi buki i 
czerwieniejące klony. Zatrzymała się na podjeździe. 

Pomiędzy drzewami połyskiwało jezioro. Ziemię zaścielał dywan białych dzwoneczków. 

Domek był prześliczny. 

Był to raczej dom niż domek. Wzniesiony z bali cedrowych, z drewnianą dachówką i 

kominem z polnych kamieni, idealnie komponował się z otoczeniem. Marcia, uśmiechając się 
odruchowo, podjechała do wysypanego żwirem podjazdu przed domkiem. 

W głębokiej ciszy słyszała plusk jeziora o brzeg i chór ptaków. Wychodzący na jezioro 

front domu tworzyła sięgająca aż po dach ściana z tafli szklanych. Odbijało się w niej niebo i 
wierzchołki drzew. 

Jak w transie podeszła wyłożoną kamieniami ścieżką do ganku. Klucz gładko przekręcił 

się w zamku. Otworzyła drzwi i jęknęła z przerażenia. 

Jak to określiła Lucy? Że Quentin nie jest zbyt gospodarny?
To, pomyślała Marcia, było nieporozumienie roku. 
Ubrania porozrzucane na meblach. Stoły i podłogę zaścielały książki, gazety i brudne 

naczynia. Jaśniejszą część pokoju zawalały przybory malarskie. Marcia skrzywiła się. Mimo 
woni terpentyny i oleju lnianego czuła jakiś okropny zapach od strony kuchni. Zebrawszy się 
na odwagę, przedarła się przez stosy czasopism artystycznych. Na kuchennym blacie odkryła 
resztki kolacji Quentina. To anchois wydzielały tę okropną woń. 

Może był wielkim artystą, ale i okropnym niechlujem. Lektury trzeba będzie odłożyć na 

później. Marcia nie umiała żyć w takim chlewie. 

Wyszła na zewnątrz, włożyła szorty i podkoszulek, i zabrała się do pracy. 
Z zawartości lodówki wywnioskowała, że Quentin gustuje w importowanym piwie, serze 

gruyere i stekach. Książki kupował bez ładu i składu. Ubrania miał w opłakanym stanie – 

background image

daleko im było do eleganckiego garnituru, w którym wystąpił na wernisażu. 

Na werandzie z tyłu domku znalazła dżinsy i podkoszulek, lepiące się od brudu. Wrzuciła 

je   do   stojącej   w   piwnicy   pralki.   Minęło   południe,   więc   przygotowała   sobie   kanapkę   i 
zaparzyła herbatę. 

Potem wyczyściła odkurzaczem podłogę, a dywaniki wytrzepała przed domem. Parter był 

jako tako wysprzątany. 

Usiadła i rozejrzała się po wnętrzu. Dom był przestronny, wysoki sufit wspierał się na 

grubych belkach. Słońce odbijało się w wypolerowanych deskach podłogi, a z każdego okna 
widać było niebo, drzewa i jezioro. Teraz dopiero mogła docenić styl, zamaszysty i przyjazny. 

Nad   kamiennym   kominkiem   wisiał   jeden   z   obrazów   Quentina.   Zieleń   i   błękit 

harmonizowały   z   widokiem   z   okien.   Gryząc   surową   marchewkę,   doszła   do   wniosku,   że 
sprzątała   głównie   po   to,   by   zatrzeć   ślady   obecności   Quentina.   Układanie   jego   ubrań, 
zmywanie naczyń, których używał, przeszukiwanie kieszeni dżinsów przed wrzuceniem ich 
do pralki, miało bardzo intymny charakter. W ciągu trzech godzin dowiedziała się o nim 
więcej, niż sobie życzyła. 

Jedno było pewne. Quentin nie odziedziczył po swojej matce zamiłowania do czystości i 

porządku. 

Nie  tknęła   jedynie  przyborów   malarskich.   Nie  wpatrywała   się  również   zbyt   długo w 

stojący   na   sztalugach   obraz.   Przedstawiał   mnóstwo   splątanych   zielonych   witek.   Mógł 
wyrażać uczucia Quentina do niej, a tego nie chciała zgłębiać. 

Kiedy wreszcie skończyła,  rozejrzała się z satysfakcją.  Książki i czasopisma  stały na 

półkach, swoje położyła na stoliku do kawy. Odważnie poszła na górę. Kiedy jednak stanęła 
przed drzwiami sypialni, zawahała się, nim weszła do środka. 

Łóżko było nie posłane. Na ten widok zaschło jej w ustach. Ogarnęła wzrokiem cały 

pokój. Był przestronny, dodatkowo rozjaśniały go świetliki w dachu. 

Obrazek nad łóżkiem przypomniał jej ten, który dostała od Troya. Mały chłopiec łowiący 

ryby w rzece. Scenka tchnęła spokojem,  który jej się udzielił. Kiedy jednak podeszła do 
łóżka, by je zaścielić, zaskoczył ją inny obraz, abstrakcyjny. Wydawał się krzyczeć z bólu. 
Cofnęła się, przypominając sobie udrękę malującą się na twarzy Quentina. 

Zabrała się, by pościelić łóżko. Ani śladu piżamy. Może sypia nago?
Przestań, Marcio! Odkąd tu przyjechałaś, bez przerwy myślisz o Quentinie. To, jak śpi i z 

kim, nie powinno cię obchodzić. Odtrąciłaś go, prawda?

Jak Lucy mogła  namawiać ją do wyjazdu, wiedząc, że Marcia nie zdoła uciec przed 

obecnością mężczyzny, którego magnetyzm i talent emanowały z każdego zakątka domu?

Powinnam wrócić do Ottawy, pomyślała, wyjmując z szafy czyste prześcieradło. Ale nie 

chcę. Byłoby to przyznanie się do porażki. 

Gdy skończyła, niemal o nim zapomniała. 
Intuicja podpowiadała jej, że potrzebuje paru dni z dala od domu i codziennych trosk. 

Może   wówczas   zdoła   wszystko   przemyśleć   i   zrozumieć?   Dlaczego   nikogo   nie   kocha   i 
zazdrości Lucy? Dlaczego bez przerwy pracuje?

Dlaczego błękitnooki mężczyzna prześladuje ją w snach?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

W czasie przechadzki przed kolacją Marcia odkryła nad brzegiem jeziora malownicze 

miejsce z rozpiętym między drzewami hamakiem. Przeleżała w nim godzinę, trzymając na 
piersi otwartą książkę. Fale jeziora ukołysały ją, napełniając nieznanym spokojem. Wróciła 
do domu,  włączyła  muzykę  i przygotowała sobie szpinak oraz sałatkę  owocową. Po tym 
posiłku pozwoliła sobie na marcepanowy batonik w czekoladzie. Zmieniła kasetę. 

Słońce   chyliło   się   za   drzewami,   kładąc   w   trawie   długie   cienie.   Ptaki   ucichły.   Kiedy 

włączyła magnetofon, muzyka zabrzmiała zbyt głośno. 

Wzdrygnęła się. W pobliżu nie widać było żadnego domu, a ona nie wiedziała, gdzie 

mieszkają   najbliżsi   sąsiedzi.   Poszła   do   kuchni   sprawdzić,   czy   zaryglowała   tylne   drzwi. 
Pozamykała  okna na parterze. Zmyła  i wytarła naczynia. Włączyła  muzykę  i sięgnęła po 
książkę.   Mimo   zręcznej,   wartkiej   fabuły  książka  zupełnie   jej   nie  wciągała.   Zrobiła   sobie 
czekoladową   leguminę   i   znów   miała   co   zmywać.   Żałowała,   że   nie   wysprzątała   domu 
dokładniej za dnia i że nie zabrała z laboratorium swoich notatek. Na zewnątrz panowała 
kompletna ciemność. Żeby dowieść sobie, że jej to nie przeraża, Marcia wyszła na kamienne 
schodki.   Niebo   usiane   było   gwiazdami,   które   zimno   połyskiwały   w   oddali,   podkreślając 
jeszcze jej samotność. 

Wszyscy jesteśmy samotni, pomyślała z irytacją i weszła do środka. Przy kolejnej książce 

wytrwała do dziewiątej trzydzieści. Potem wzięła prysznic, wyjęła jedwabną piżamę i poszła 
do sypialni. 

Nie zastanawiając się, zdjęła abstrakcyjny obraz, zawinęła go w drugą piżamę i wetknęła 

pomiędzy biurko a ścianę. Stojąc na łóżku, otworzyła świetlik, bo pokój nagrzał się od słońca, 
a nie zanosiło się na deszcz. Wreszcie zgasiła lampę i położyła się. 

Quentin   spał   tu   zaledwie   dwie   noce   temu,   pomyślała,   ale   zaraz   się   skarciła.   Nie 

powinnam myśleć o Quentinie, tylko spać. 

Zasnęła niemal natychmiast. 

Obudziła się w ciemności.  Przetarła  oczy i naciągnęła koc pod brodę, bo zrobiło się 

zimno.   Spojrzała   na   świecący   na   czerwono   zegarek   elektroniczny.   Za   dziesięć   pierwsza. 
Usłyszała odgłos, który ją obudził i gwałtownie usiadła na łóżku. 

Przed domem trzasnęły drzwiczki samochodu. 
Karygodnym   błędem   było   niesprawdzenie,   gdzie   mieszkają   sąsiedzi.   Kto   to? 

Włamywacz? Jedno było pewne, że nie zamierzała się o tym przekonać. 

Cicho   otworzyła   szerzej   świetlik.   Odbiła   się   od   materaca   i   skoczyła   jak   najwyżej, 

przytrzymując się krawędzi okna. Uderzyła boleśnie żebrami o futrynę. Strach dodał jej sił i 
wywindowała się wreszcie na dach. Leżała bez ruchu, uważnie nasłuchując. 

Na parterze zapaliło się światło, odbijając się złotymi prostokątami od trawy. Chroniła ją 

ciemność. Marcia zamknęła oczy, rozumiejąc doskonale, dlaczego strusie chowają głowy w 
piasek. Nagle drgnęła i otworzyła oczy, ponieważ usłyszała, że ktoś wchodzi do sypialni. 

background image

Światło wydostające się na dach odsłoniło ją. Wstrzymała oddech. Odetchnęła z ulgą, kiedy 
usłyszała kroki na schodach. Cisza. 

Marcia zapierała się stopami o dachówki, zastanawiając się, jak długo wytrzyma w tej 

pozycji. Z rozbawieniem pomyślała, że grawitacja może przeważyć. Nie powinna była jeść tej 
leguminy. 

Z dołu jakiś męski głos zawołał jej imię. 
– Marcio! Gdzie, na miłość boską, jesteś? To ja, Quentin. Nie ma się czego bać. Marcia!
Quentin. A więc nie włamywacz.  Odetchnęła  z ulgą i odprężyła  się. Z przerażeniem 

stwierdziła, że zsuwa się z dachu. Złapała się szczytu. 

Na schodach zadudniły kroki. 
– Marcio, gdzie... ?
Ze świetlika wychyliła się głowa. Spojrzały na nią błękitne oczy. 
– Boże wszechmogący, kobieto – powiedział Quentin. – Ale mnie wystraszyłaś. 
– Ja? – wydusiła z trudem Marcia. – Kto kogo bardziej wystraszył?
– Co, u licha, robisz na dachu?
Obecność Quentina podziałała na nią uspokajająco. 
– Spoglądam na gwiazdy,  a może obserwuję sowy?  Jak myślisz, co robię na dachu? 

Chowam   się   przed   włamywaczem,   gwałcicielem   i   mordercą,   który   wtargnął   do   mojej 
sypialni. 

– To nie twoja sypialnia, tylko moja. 
– Nie bądź taki drobiazgowy. 
Niepokój Quentina ustąpił miejsca radości. Marcia jest tutaj. W jego domku. Nie miał 

pojęcia, skąd się wzięła i nie dbał o to. Najważniejsze, że jest. Fiołkowe oczy ściemniały jak 
nocne niebo, a usta wręcz prosiły się o pocałunek. 

– Wyglądasz tak pięknie, że powinienem zaśpiewać ci serenadę. 
Marcie bolały ręce. Musiała chyba postradać rozum, żeby wchodzić na dach. 
– Nikt nie śpiewał mi serenady, kiedy siedziałam na dachu. 
Quentin poczuł przypływ zazdrości. 
– Czy ktoś śpiewał ci serenadę?
– Było to nad brudnym kanałem w Wenecji, a gondolier został sowicie opłacony za ten 

przywilej. Niezbyt romantyczne, prawda?

–   Z   pewnością   byłbym   lepszy   –   powiedział   Quentin.   –   Czy   wszyscy   mężczyźni   w 

Ottawie padają przed tobą plackiem?

– Mężczyźni to dranie. 
– Hu z nich skłoniło cię do wyciągnięcia takich wniosków? – spytał, widząc w wyobraźni 

ciągnącą się przez całe miasto kolejkę. 

– Quentin, nie jestem w nastroju do omawiania mojego życia uczuciowego w sytuacji, 

kiedy zwisam nad pięciometrową przepaścią. 

– Masz rację. Chwyć mnie za rękę, wciągnę cię do pokoju. 
Złapała   go   za   nadgarstek,   próbując   wcisnąć   się   przez   świetlik   do   pokoju.   Dachówki 

drapały jej kostki. Lewym łokciem boleśnie otarła się o futrynę. Wreszcie udało się jej i 

background image

przywarła twarzą do piersi Quentina. Zachwiał się. Oboje wylądowali na łóżku. 

Marcia   była   prawie   naga.   Quentin   miał   na   sobie   bawełnianą   koszulę.   Przez   cienki 

materiał czuła ciepło jego ciała. Przygniótł ją. do materaca. Był ciężki, lecz nie na tyle, by 
sprawiało jej to przykrość. 

Uniósł się na jednej ręce. 
– Nic ci nie jest? – spytał. 
Włosy w nieładzie opadły mu na czoło. To dobrze, że mam przyciśnięte ręce, pomyślała z 

przerażeniem Marcia. W przeciwnym razie przyciągnęłabym  cię do siebie i całowała, nie 
zważając na konsekwencje. Być może wyczytał to z jej twarzy. 

– Gdyby ktoś powiedział mi rano, że w nocy wyląduję z tobą w jednym łóżku, uznałbym 

go za wariata – powiedział Quentin. 

– Nie jesteśmy w... 
– Owszem, jesteśmy – stwierdził i przybrał wygodniejszą pozycję, by przyjrzeć się jej 

zarumienionej twarzy oraz piersiom, rysującym się pod szarym jedwabiem piżamy. – Myślę, 
że poczyniliśmy znaczne postępy, prawda?

Pochylił   się,   by   ją   pocałować.   Słowa   protestu   uwięzły   jej   w   gardle.   Jak   w   transie 

zamknęła oczy, przyjmując pierwsze dotknięcie warg. Ciepłe, delikatne i leniwie zmysłowe 
usta Quentina oszołomiły ją. Leciutko przesuwał nimi  po wargach Marcii, potem wzdłuż 
policzka   aż   do   ucha.   Ciężar   spoczywającego   na   niej   mężczyzny   sprawiał   jej   dziwną 
przyjemność. 

Z lekkim zawstydzeniem oswobodziła ręce i dotknęła jego twarzy. Kiedy wplotła mu 

palce   we   włosy,   Quentin   jęknął   cicho.   Potem   poczuła   pod   palcami   twarde   mięśnie   jego 
pleców. Okrywająca je koszula stanowiła niemiłą barierę i być może to przywołało Marcie do 
rzeczywistości. Poruszyła się niespokojnie i z przerażeniem poczuła twardniejącą męskość 
Quentina. 

– Marcio – szepnął, zbliżając ponownie wargi do jej ust i całując coraz mocniej. 
To jest mój sen, pomyślała zmieszana. Tonę w błękicie jego oczu, oczu mężczyzny, który 

jest mi zupełnie obcy. Odsunęła głowę na bok i wyszeptała:

– Quentin, proszę... nie możemy. 
Pochłonęło   go   pożądanie,   konieczność   połączenia   się   z   kobietą   stanowiącą   jego 

dopełnienie. Znów próbował ją pocałować. Tym razem Marcia odepchnęła go, patrząc mu w 
oczy błagalnym wzrokiem. 

–   Czy   cię   boli?   Nie   chciałem...   –   powiedział   zduszonym   głosem,   niczym   człowiek 

wyrwany z głębokiego transu. 

– Nie, nie, ale musimy przestać. Delikatnie odsunął włosy z jej twarzy. 
– Dlaczego? – spytał. – Nic w moim życiu nie było ważniejsze od ciebie. 
– Jak możesz tak mówić? – zdziwiła się. – Przecież prawie się nie znamy. 
– Mam wrażenie, że znam cię od dawna. 
Gdyby powiedział jej to ktoś inny, roześmiałaby się mu w twarz. Rozumiała jednak, że 

Quentin wcale nie żartuje. 

– Muszę ci przyznać, że masz niezwykłe metody. 

background image

– Czy uważasz, że zwabiłem cię tu, by zaciągnąć do łóżka? – parsknął. – To nie metoda, 

to tylko próba. 

– Skoro to tylko próba kostiumowa, przedstawienia muszą być niezwykłe – odparła bez 

zastanowienia. 

– Wierz mi, będą niezwykłe – odparł, przesuwając dłonie pod piżamą, aż spoczęły na jej 

piersiach. Przeszył ją dreszcz rozkoszy, sutki stwardniały. – Kochajmy się, Marcio. Teraz. 
Może   w   ten   sposób   oboje   zdołamy   się   porozumieć.   Zostawmy   te   wszystkie   towarzyskie 
rozmówki. Wiemy, ile są warte. 

Drażnił palcami jej sutki, obserwując, jak z pożądania ciemnieją jej oczy. 
– Razem w łóżku. O to właśnie chodzi – mówił dalej z narastającą namiętnością w głosie. 

– Będziemy się pieścić, kochać. Resztę zostawmy na potem, mamy na to mnóstwo czasu. 
Teraz pragnę cię tak mocno, że nie potrafię jasno myśleć. 

Czuła,   jak   niespokojnie   bije   mu   serce,   niczym   echo   jej   własnego   gorącego   pulsu. 

Odpłacając szczerością za szczerość, powiedziała:

– Jestem zbyt przerażona. 
– Przysięgam, nie zrobię ci krzywdy. 
– Boję się siebie, nie ciebie. Nigdy dotąd tak się nie zachowywałam. 
Podniósł jej dłoń do ust, całując kolejno wszystkie palce. 
– Jak się nie zachowywałaś? Pokaż mi. 
Dotknięcie ciepłych, wilgotnych warg sprawiło, że zapomniała o nieśmiałości i oporze. 

Dając się ponieść impulsowi, zrobiła dokładnie to, na co miała ochotę. 

Rozsunęła  uda  i   zaczęła  sugestywnie   ocierać   się  o  jego  męskość.  Potem   objęła   go  i 

zaczęła całować z namiętnością, o jaką nigdy się nie posądzała. Quentin wyszeptał jej imię i 
przekręcił się na plecy. Uderzył przy tym golenią o jej kostkę. Jęknęła z bólu. 

– Co się  stało?  – zaniepokoił  się. Usiadł,  trzymając  ją w  objęciach.  – Twoja kostka 

krwawi. 

– Musiałam skaleczyć się na dachu – mruknęła. – Krawędzie dachówek są ostre. 
Nie chciała mówić o dachu i zadrapaniach. Pragnęła być w centrum wszechogarniającego 

pożądania, zapomnieć o samokontroli i ostrożności. Objęła go. 

Quentin ani drgnął. Wstał z łóżka. 
– Poczekaj, zaraz wracam. 
Marcia została w łóżku, bo nie miała siły wstać. Od zimnego powietrza, wpadającego 

przez otwarty świetlik, dostała gęsiej skórki. Czuła, że ogarnia ją smutek. 

Quentin wrócił z ręcznikiem, garnuszkiem z wodą i apteczką pierwszej pomocy. 
– Mam nadzieję, że nie zostały ci tam żadne drzazgi. 
Obejrzała kostkę. 
– Chyba nie. Nie rób sobie kłopotu, to drobiazg. 
– Wiem, że jesteś lekarzem, ale pozwól mi się tym zająć, dobrze?
– Dobrze – zgodziła się potulnie Marcia. 
Gdyby Lucy to usłyszała, na pewno by osłupiała. Poplamiła krwią prześcieradło. Trzeba 

będzie je uprać. 

background image

Quentin podłożył jej ręcznik pod nogę i starannie zmył krew z niewielkiej ranki. Mógł 

bez trudu objąć jej kostkę palcami. Marcia miała gładką skórę, przez którą prześwitywały 
niebieskie żyłki. Zmywał brud, usiłując skoncentrować się na zadaniu. Potem posmarował 
skaleczenie maścią dezynfekującą, przyłożył gazę i zabandażował. 

Odruchowo przeciągnął  dłonią po nodze. Choć piżama  miała  stójkę, długie rękawy i 

nogawki do pół łydki, cienki materiał napinał się, pokazując prawie wszystko, co zakrywał. 
Quentin przypomniał sobie miękkość piersi Marcii i rzekł nienaturalnie głośno:

–   Rokowania   są   pomyślne.   Pacjent   przeżyje.   Marcia   nie   roześmiała   się.   W   oczach 

zakręciły się jej łzy. Quentin oparł dłoń o jej kolano. – Bolało?

Pokręciła głową. 
– Chyba... chyba nie przywykłam, żeby ktoś się mną opiekował. 
– Nikomu na to nie pozwalasz. Uniosła podbródek w znajomy sposób. 
– Lubię być niezależna. 
– To prawda?
– A co w tym złego? Lubię sama podejmować decyzje, mieć własne pieniądze i... 
– Marcio, nie będziemy  dyskutować  o niezależności  o drugiej  nad ranem.  Połóż  się, 

przyniosę ci dodatkowy koc. Wyglądasz na zziębniętą. Czuła, że jest jej zimno. 

– Ale to jest twój pokój. 
– Położę się w drugim – oświadczył. 
Siedziała na łóżku z podkurczonymi nogami, opatulona po samą brodę. To idiotyczne, 

myślał,   wyciągając   dodatkowy   pled.   Jest   przecież   o   wiele   przyjemniejszy   sposób   na   jej 
rozgrzanie. Choć pocałunki Marcii omal nie przyprawiły go o szaleństwo, instynkt ostrzegł 
jednak, że nie powinien  przeciągać  struny.  Samo  to, że zastał  ją w domku,  graniczyło  z 
cudem. Nie popędzaj jej, Quentin. Przecież czekałeś na nią przez całe życie. Rano też tu 
będzie. Warto poczekać. 

– Połóż się, wyglądasz, na zmęczoną. 
Czy już mnie nie chce, pomyślała Marcia. Dlaczego każe mi spać?
Posłusznie położyła się. Quentin poprawił koce. 
– Dobranoc – szepnęła. Musnął ustami jej policzek. 
– Śpij dobrze. 
Zgasił światło i wyszedł z pokoju. 
Nie poznaję siebie. Kochałabym Się z nim, choć go prawie nie znam. Z człowiekiem, 

który mnie przeraża. Ja, Marcia Barnes, chciałam zedrzeć z niego ubranie. Co się ze mną 
dzieje? Muszę stąd wyjechać, zanim zrobię coś, czego będę później żałowała. 

Zamknęła oczy i leżąc pod ciepłymi kocami, zaczęła zastanawiać się, co zje na śniadanie. 

Usnęła, odtwarzając w pamięci zawartość lodówki. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Obudził ją śpiew drozda na gałęzi. Niebo było błękitne. Zegarek obok łóżka pokazywał 

dziesiątą trzydzieści. 

Zamierzała wstać wcześnie i wymknąć się, zanim Quentin wstanie. 
Przeciągnęła się. Ból w nodze przypomniał jej o tym, jak uciekała na dach, i jak z niego 

zeszła. Zasnęła, czując się bezpiecznie, mimo iż Quentin znajdował się z nią pod jednym 
dachem. Wieczorem przekonała się, te nie lubi mieszkać sama w lesie. Rano również czuła 
się bezpieczna. Jak ten sam mężczyzna mógł wywoływać w niej zarazem uczucie spokoju i 
niepokoju? Tego nie umiała sobie wytłumaczyć, Trele wśród drzew brzmiały przepięknie. 
Chętnie poleżałaby w hamaku przez godzinkę. Coś nowego, pomyślała niechętnie. Widocznie 
jakaś część mnie nie chce stąd wyjeżdżać. W końcu mogłam się nie obudzić, kiedy Quentin 
przyjechał tu w środku nocy. Mogłabym tu zostać, czując się nawet trochę niepewnie. Nie 
chcę przesiedzieć w domu reszty tygodnia. 

Do diabła z nim. Dlaczego wrócił z Nowego Jorku? Gdyby tam pozostał, nie wiedziałaby 

nic o nowej Marcii, która narodziła się wczoraj w tym łóżku. Gdy przypomniała sobie, jak 
zachłannie całowała go wczoraj, zarumieniła się ze wstydu: Jak mogła się tak zachować? Im 
prędzej stąd wyjedzie i zapomni o nowej Marcii, tym lepiej. 

Wstała z łóżka. Lekko kulejąc, włożyła koszulę z długim rękawem i spodnie, zakrywające 

bandaż na kostce. Wzięła okulary, spakowała rzeczy i poszła do łazienki. W dziesięć minut 
później, uczesana i umalowana, znosiła bagaż po schodach. 

Quentina nigdzie nie było widać. Szybko przełożyła prowiant z lodówki do plastikowej 

torby.  Zabierała  książki,  kiedy przez wielkie  okno zobaczyła,  że  coś  się  porusza  między 
drzewami. Zamarła, w gardle czuła suchość. 

Quentin szedł w stronę domu w kąpielówkach, z ręcznikiem zarzuconym na ramiona. 

Widocznie pływał w jeziorze. Słońce podkreślało jego muskularną budowę. Ma piękne ciało, 
pomyślała. Wyglądał na beztroskiego i szczęśliwego chłopca. Pasował do krajobrazu. 

Stanął w progu i uśmiechnął się do niej. 
– Nalej mi filiżankę kawy. Woda jest lodowata i... – Zauważył bagaże Marcii. – Co ty, u 

licha, wyprawiasz?

Kropelki wody skapywały mu na owłosiony tors. Marcia odwróciła głowę i siląc się na 

spokój, mruknęła:

– Wyjeżdżam. 
– Wyjeżdżasz? Dlaczego?
– Powód jest bardzo prosty – wróciłeś z Nowego Jorku. Quentin zaczął wycierać tors. 
– Nie mogłem tam wytrzymać. Gorąco, brudno, tłumy ludzi. Załatwiłem, co trzeba w 

galerii i zdążyłem na nocny lot do domu. Podaj mi prawdziwą przyczynę, dla której chcesz 
wyjechać. 

– Bo ty tu jesteś. 
– A cóż we mnie jest takiego okropnego?

background image

To, że przy tobie dziwnie się zachowuję, pomyślała. 
– Przyjechałam tu w przekonaniu, że wrócisz w piątek. Wróciłeś, więc wyjeżdżam – 

wyjaśniła powoli, jakby tłumaczyła mało rozgarniętemu dziecku. 

– Mamy wtorek. Dlaczego nie jesteś w pracy?
– Cięcia budżetowe – wypaliła. – Bezpłatny urlop. 
– Niech żyje rząd! To najlepsza rzecz, jaką dla mnie zrobił od lat. Nie podoba ci się ten 

dom?

– Jest cudowny. 
– A może las i jezioro nie są w twoim guście?
– Quentin, przestań. Oboje wiemy, do czego mogło dojść ubiegłej nocy. I... 
– I co z tego? Stałoby się coś strasznego?
– Tak. Nie uznaję przypadkowych kontaktów seksualnych. 
– Ja również nie. Marcia zaczerwieniła się. 
– Inne twoje kobiety byłyby niepocieszone. 
– Na miłość boską! Mówisz tak, jakbym miał harem. 
– Widziałam cię z paniami w galerii. Z pewnością ich nie zniechęcałeś. 
– Zazdrosna?
– Skądże. 
– Nie wierzę. 
– Zarzucasz mi kłamstwo? – zaperzyła się. 
– Coś ci wyjaśnię. Po pierwsze, nie jestem Don Juanem. Po drugie, mówiłem ci, że jesteś 

dla mnie ważna. Po trzecie, gdybyśmy kochali się ubiegłej nocy, zrobiłbym wszystko, by dać 
ci rozkosz i spełnienie, bo tylko w ten sposób... 

Marcia dramatycznym gestem zatkała uszy. 
– Przestań! – wykrztusiła. – Prawie cię nie znam. Jak mogłabym pójść z tobą do łóżka?
– Może dlatego, że chcesz?
Opuściła ręce. Przypomniała sobie, jak go całowała, i ku swemu przerażeniu zalała się 

łzami. Szlochając rozdzierająco, osunęła się na tapczan i schowała twarz w dłoniach. 

Wzruszony Quentin upuścił ręcznik, przykląkł koło niej, zdjął jej okulary i przytulił do 

piersi. 

– Ja... ja nigdy nie płaczę. Nigdy. Nienawidzę płakać. Nigdy było widocznie ulubionym 

słowem   Marcii.   Quentin   szeptał   jej   do   ucha   słowa   pocieszenia,   zastanawiając   się,   czy 
kiedykolwiek   przedtem   czuł   coś   podobnego   do   innej   kobiety.   Na   pewno   nie,   boby   to 
zapamiętał.   Czułość,   rozgoryczenie,   chęć   ukojenia   mieszały   się   z   pożądaniem.   Jej   włosy 
pięknie pachniały.  Szczupłe ramiona  pociągały i wzruszały go zarazem, budząc instynkty 
opiekuńcze. Znał pożądanie, ale czułość i opiekuńczość? Może to miłość?

Podświadomie unikał tego słowa. Miłość zmieniłaby jego życie, zwłaszcza jeśli obdarzy 

nią kobietę, która go nie kocha. Czy Marcia była tą wymarzoną?

– Nie mam chusteczki – powiedział. 
– Mam papierową w torebce – wydusiła z trudem Marcia. 
Ramię Quentina było teraz mokre od łez. Marcia usiadła i nie patrząc mu w oczy, wytarła 

background image

nos. 

– Nie cierpię płaczliwych kobiet. To taki podstępny sposób na pokonanie mężczyzny. 
– A kto mówi, że wygrałaś?
Zerknęła na niego. Oczy i nos miała zaczerwienione. Widok wilgotnych rzęs rozczulił go 

jeszcze bardziej. 

– Wyjeżdżam – oświadczyła. 
– Po moim trupie. 
– Może kobieta, którą do tej pory byłam, zmieniła się, ale na pewno nie w morderczynię – 

odparła z humorem. 

– Świetnie. – Usiadł obok niej na kanapie. – Więc zostaniesz tu, gdzie twoje miejsce. 
– Naprawdę? To ty tak uważasz. – Z rozbawieniem zauważyła, że nie jest to odpowiedź 

godna wykształconej kobiety. 

– Richardsonowie wyjechali na miesiąc i pilnuję im domu. Mogę więc zaprosić każdego, 

kogo zechcę. 

– Pilnujesz domu? To miejsce przypominało raczej chlew. – Marcia otarła policzki dłonią 

i włożyła okulary. – Nie obrażając świń. 

– Kiedy wszedłem tu wczorajszej nocy, zdawało mi się, że pomyliłem domy – pokornie 

przyznał   Quentin.   –   Tak   czyściutko.   To   dlatego,   że   kiedy   maluję,   zawsze   potwornie 
bałaganię. Poza tym jestem kulturalnym człowiekiem. 

Przymiotnik  „kulturalny”  nie znalazłby się na pierwszym  miejscu listy słów, którymi 

określiłaby Quentina. 

– Nie rozumiem, dlaczego chcesz, żebym została. 
– Powiem ci, jeśli mi najpierw wyjaśnisz, dlaczego płakałaś. 
– To moja prywatna sprawa. 
– Przez całe życie byłaś skryta, ale to przestało odnosić pożądany skutek, prawda?
– Nie chcę, żebyś opowiadał o mnie Lucy. 
–   Wszystko,   co   mi   powiesz,   zostanie   między   nami.   Tym   razem   uwierzyła   mu   bez 

zastrzeżeń. W końcu przyjechała tu po to, by wszystko sobie przemyśleć. 

– Zgoda – odparła niechętnie. 
Quentin nie spodziewał się, że Marcia tak łatwo skapituluje. 
– Kiedy wróciłem wczoraj w nocy – zaczął, starannie dobierając słowa – zastałem obcy 

samochód na podjeździe, a salon wyglądał jak na zdjęciu w magazynie. Nie wiedziałem, co 
się dzieje. Wziąłem do ręki książkę i zobaczyłem twój podpis. Poczułem, że przepełnia mnie 
ogromna   radość.   Spróbuj   mi   to   wyjaśnić.   –   Przeciągnął   ręką   po   mokrych   włosach.   – 
Rozejrzałem  się po domu  i stwierdziłem,  że jest pusty.  Gdzie się  podziałaś?  Przez dwie 
sekundy bałem się, że nie żyjesz, że zostałaś zgwałcona, porwana, zamordowana... Kiedy 
znalazłem   cię   na   dachu,   chciałem   objąć   cię   mocno   i   nie   wypuścić.   –   Wstał   i   zaczął 
przechadzać się po pokoju. – Już ci to mówiłem, że wiele dla mnie znaczysz. Wiesz chyba, co 
czułem,   kiedy   po   obiedzie   powiedziałaś   mi,   że   nie   chcesz   mnie   więcej   widzieć.   Zostań, 
proszę cię. 

A więc ten obraz miał związek z nią. 

background image

– Chyba wiem, co chcesz powiedzieć. 
– Nie cierpię tych wszystkich ludzi. Popatrz na kwiaty, na jezioro w słońcu. Ani krzty 

fałszu. 

Marcia   przypomniała   sobie   poranne   ptasie   trele.   W   milczeniu   spoglądała   na   ręce 

zaciśnięte na podołku. 

Quentin wytarł mokry od ściekającej z włosów wody kark. Pocałunek mógł potwierdzić 

szczerość jego słów, lecz czul, że spłoszyłby Marcie. 

– Chciałbym, żebyś została przez wzgląd na siebie i na mnie. 
Marcia wstała ociężale, odgradzając się tapczanem od krążącego po drugiej części pokoju 

mężczyzny. Teraz kolej na nią. Tylko, co ma powiedzieć?

– Zawsze panowałam nad sobą i swoimi emocjami. Jednak ostatnio... Nie wiem, co się ze 

mną stało. Nie chodzi o ciebie. Nigdy nie płakałam. W tej cholernej galerii trzy razy nie 
potrafiłam powstrzymać łez. – Wbiła paznokcie w obicie tapczanu. – Naprawdę nie lubię o 
sobie mówić. 

– Nieźle ci idzie – rzekł Quentin, powstrzymując się, by nie chwycić jej w ramiona. 
– Seks. To dlatego płakałam. 
– Jak to?
– Wstydziłam się mojego zachowania wczorajszej nocy. 
– Marcio... 
– Chyba potrafię to sobie wytłumaczyć. Przestraszyłam się, kiedy usłyszałam, że ktoś jest 

w domu. Potem spędziłam kilka okropnych chwil na dachu, a wreszcie po prostu zwaliłeś się 
na mnie. Zastanawiam się tylko, dlaczego zachowywałam się tak nienaturalnie. 

– Naprawdę w to wierzysz? – spytał ostro. 
– Nie jestem taka zmysłowa jak Lucy. 
– Oczywiście, że nie. Jesteś zmysłowa jak Marcia. 
– Ale wolałbyś, żebym była taka jak ona. 
Quentin zawahał się, przypominając sobie chwilę, gdy po raz pierwszy ujrzał Marcie – 

elegancką,   odgradzającą   się   od   świata   okularami.   Teraz   też   je   miała.   Przypomniał   sobie 
również uczucie rozczarowania. 

Marcia zbladła. 
– Kochasz się w Lucy. 
– Na miłość boską. 
– Wiem, że tak! Spędzałeś z nią czas na wyspie, gdy rozstała się z Troyem. Jest taka 

piękna, że musiałeś się w niej zakochać. 

– Marcio – rzekł z naciskiem Quentin. – Nie zakochałem się w Lucy. 
– Ma taką wspaniałą figurę – ciągnęła Marcia. – Co powiedziałeś?
–   Że   nigdy   nie   kochałem   się   w   Lucy.   Kiedy   przyjechała   na   wyspę,   przypominała 

zagubionego  kotka. Traktowałem  ją jak siostrę.  Byłem  szczęśliwy,  kiedy pogodziła  się z 
mężem. Są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Lucy jest piękna. Jednak nigdy nie pragnąłem 
mieć jej w łóżku. Ciebie tak. 

– Ale... 

background image

Quentin usiadł na poręczy krzesła i uśmiechnął się do niej. 
– Pożądałbym cię, nawet gdybyś miała na sobie piżamę, która pasowałaby najzacniejszej 

matronie. Nie mówiąc o tym, co by było, gdybym zobaczył cię w szortach. 

– Zazdrościłam Lucy od lat – powiedziała cicho. – Dopiero teraz zdałam sobie z tego 

sprawę. Zawsze była w kimś zakochana. Zawsze robiła to, co chciała, nawet wbrew woli 
rodziny... 

– Lucy miała to szczęście, że zawsze wiedziała, czego chce i nie wahała się do tego 

dążyć. Tobie zajęło to trochę więcej czasu. Nie musisz się wstydzić ubiegłej nocy. Obudziła 
się w tobie kobieta. 

– Nie kocham cię – odparła, choć nie chciała tego powiedzieć. 
– Za wcześnie jeszcze mówić o miłości. 
– Ale chcesz się ze mną kochać. Tak przynajmniej powiedziałeś. 
Zbielały jej knykcie dłoni zaciśniętych na tapczanie. Jest jak dzikie zwierzę schwytane w 

pułapkę, gotowe kąsać każdego, kto się zbliży, pomyślał Quentin. 

– Jeśli zostaniesz tu przez parę dni, przysięgam, że cię nie tknę. 
Tylko jak długo to wytrzymam?
– Nawet jeśli włożę szorty? – spytała z uśmiechem. 
– Tak. Zostaniesz?
– Tak, chyba tak. 
Trzy słowa, które znaczyły dla niego tak wiele. 
– W takim razie rozpakuj się, a ja przygotuję śniadanie. 
– Powinniśmy zamienić sypialnie. Quentin uniósł brew. 
– Na razie lepiej tu zostań. Pójdę się ubrać. Zaraz wracam. 
Następne   dziesięć   minut   Marcia   spędziła   na   układaniu   prowiantu   w   lodówce. 

Zastanawiała się, czy nie jest kompletną idiotką, zostając pod jednym dachem z Quentinem. 

Dwa dni później była o tym niemal przekonana. Quentin tak skrupulatnie przestrzegał 

danej obietnicy, że zastanawiała się, czy nie przesłyszała się, że jej pragnie. Wczoraj włożyła 
szorty, a on ledwie zerknął na jej zgrabne nogi. Nie narzucał się jej. Co najmniej dwa razy 
dziennie   kąpał   się   w   lodowatym   jeziorze   i   znikał   na   długie   godziny   w   lesie.   Zarzucił 
malowanie. 

Smażył steki i kurczaki, a Marcia gotowała makaron i przyrządzała sałatki. Drażniły ją 

rozmowy o niczym. Dowiedziała się jedynie, że choruje po zjedzeniu krewetek. To niewiele 
jak na dwa dni, zwłaszcza jeśli ten ktoś twierdzi, że mu na niej zależy. 

Usiłowała   wypocząć.   Kładła   się   na   leżaku   z   książką   w   ręku,   lecz   przez   cały   czas 

zastanawiała się, co porabia Quentin. Kiedy siedział w domu nad książką, zdenerwowana 
włóczyła   się   nad   jeziorem.   Próbowała   zająć   się   pracą,   więc   sprzątała,   piekła   ciasteczka, 
strzygła trawnik i wyrywała chwasty. Kładła się wcześnie i późno wstawała. 

Nic nie pomagało. Przez cały czas odczuwała obecność Quentina. Dotrzymywał słowa, 

więc dlaczego była na niego zła?

W środę po południu ślęczał nad jakimiś szkicami w salonie i coś podpowiedziało Marcii, 

że nie należy mu przeszkadzać. Wyszła na dwór i opędzając się od much, ruszyła nad jezioro. 

background image

Usiadła na kamieniu, jakieś dziesięć minut drogi od domku, gapiąc się ponuro na wodę. Jedno 
musiała przyznać. Nie tęskniła za laboratorium. Bez przerwy brakowało jej Quentina. 

Jak mogło jej brakować kogoś, z kim mieszkała?
Piżmoszczur wyjrzał ostrożnie przez szczelinę miedzy głazami. Zanurzył się w wodzie. 

Marcia   siedziała   nieruchomo,   zafascynowana   zwierzątkiem.   Za   chwilę   pojawił   się   drugi. 
Pierwszy zapiszczał z dezaprobatą, nerwowo wymachując ogonkiem. Potem oba uciekły. 

Marcia uśmiechnęła się do siebie i wróciła do domku. Quentin wciąż przeglądał szkice. 
– Widziałam dwa piżmoszczury – oznajmiła. 
– Tak? – spytał, nie odrywając wzroku. Przeszła przez salon i usiadła naprzeciwko niego. 
– Quentin, mówię do ciebie. 
– Chwileczkę. 
Marcia straciła cierpliwość. 
– Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak ci zależało, żebym została. Nie zwracasz na mnie 

uwagi, a ja nie znoszę być ignorowana. 

– Co cię opętało?
– Nie cierpię, gdy ktoś traktuje mnie jak przedmiot! Dziś włożyła krótsze szorty, fiołkowe 

oczy lśniły jej niczym ametysty. 

– Tak się umawialiśmy – warknął Quentin. – Że cię nie tknę. 
– Umowa nie obejmowała lekceważenia mojej obecności. 
– Trudno cię nie zauważyć, skoro bez przerwy sprzątasz. 
– Bo jesteś bałaganiarzem!
– Wiesz, na czym polega twój problem? Nie rozumiesz znaczenia słowa „wakacje”. 
Wiedział dobrze, gdzie wsadzić szpilkę. 
– Żałuję, że przyjechałeś z Nowego Jorku! – rzekła mściwie. 
– Nie tak bardzo jak ja. 
Złość minęła Marcii równie szybko, jak się pojawiła. Poczuła niepokój. 
– To prawda?
Quentin wsadził ręce do kieszeni. 
– Nie. 
Szybko zmieniła temat, starając się ukryć uczucie ulgi. 
– Mówisz o wakacjach, a sam przez cały czas malujesz albo kreślisz. – Zerknęła na 

szkice. – To wygląda jak plan domu. – Przyjrzała się bliżej. – Taki sam jak ten. 

– Dokładnie taki – zniecierpliwił się. 
– Skoro chcesz mieć taki sam, poproś architekta o plany. 
– Marcio, to ja go zaprojektowałem. Popatrzyła na niego zdumiona. 
– Zbudowałeś ten dom?
– Lucy ci o tym nie wspominała?
– Nie. – Rozejrzała się wkoło uważnie. – Jest piękny. Gdzie się tego nauczyłeś?
– Od ojca. – Quentin wciąż trzymał ręce w kieszeniach. – Rysowałem od chwili, gdy 

mogłem utrzymać ołówek. Wiedział, że zostanę artystą, zwłaszcza gdy mając pięć lat, na 
tapetach w kuchni narysowałem nasze siedem kurcząt. Nie zniechęcał mnie. Lubił chwalić się 

background image

moimi rysunkami przed kolegami. Wątpił jednak, czy zarobię na życie jako artysta, więc 
nauczył mnie wszystkiego o ciesielce. 

Uśmiechał się lekko, wzrok miał rozmarzony. Widać było, że bardzo kochał ojca. Ona 

straciła swego, gdy miała pięć lat. Przeżywała to boleśnie. 

– Czy ojciec również budował domy?
– Głównie zajmował się drobnymi naprawami. To krewni ze strony mojej matki wznosili 

drewniane   domy   dla   kontrahentów   w   całych   Stanach.   Wtedy   właśnie   pokochałem   takie 
konstrukcje. 

– Quentin, rozmawiamy ze sobą po raz pierwszy od trzech dni. 
– Cóż – uśmiechnął się kwaśno – przeceniłem moją zdolność do trzymania rąk z dala od 

ciebie. 

– Myślałam, że już mnie nie chcesz. 
– No pewnie – roześmiał się, wcale tym nie ubawiony. 
– Powiedziałam ci – zaczęła szybko, bojąc się, że nie starczy jej odwagi – że mężczyźni 

to   dranie,   bo   ci,   z   którymi   spałam,   oszukali   mnie.   A   potem   zjawiłeś   się   ty.   Najpierw 
opowiadałeś   mi,   jaka   jestem   dla   ciebie   ważna,   jaka   ponętna   i   pełna   seksapilu.   Potem 
uzgodniliśmy, że mnie nie tkniesz i przestałeś o tym mówić. Doszłam do wniosku, że chciałeś 
po prostu zwabić mnie do łóżka. Nie poskutkowało, więc zrezygnowałeś. – Zrobiła głęboki 
wdech. – Innymi słowy, okłamałeś mnie. 

– Naprawdę tak uważasz?
– Wiesz, że nie znoszę mówić o sobie. Oczywiście, że tak uważam. 
Quentin znał tylko  jeden sposób na wyprowadzenie  jej z błędu. Szybko  podszedł do 

Marcii, objął ją i pocałował, usiłując udowodnić, jak bardzo jej pożąda. Gładkość jej nagich 
ramion, dotknięcie bioder i gorąco odwzajemniony pocałunek sprawiły, że omal nie stracił 
panowania nad sobą. 

W chwilę później odskoczyli od siebie, przyglądając się sobie nawzajem, jakby widzieli 

się po raz pierwszy w życiu. Quentin dyszał, jakby wbiegł na górę. Pod Marcia uginały się 
nogi. 

– Lepiej pojedźmy po lody do najbliższego sklepu. W przeciwnym razie przerzucę cię 

przez ramię i zaniosę do najbliższego łóżka – wysapał Quentin. 

– Lubię tylko waniliowe – szepnęła. 
– Wymagająca. 
– Bardzo – uśmiechnęła się do niego. 
Serce mocniej zabiło mu w piersi, bo po raz pierwszy zrobiła to szczerze. 
– Marcio – rzekł zduszonym głosem. – Nie wiem, jak mam to wyrazić... Obiecuję, że 

nigdy cię nie okłamię. 

Przypomniała sobie obrazek z trzema dziewczynkami biegnącymi po łące i rozejrzała się 

po salonie. Przełknęła ślinę, bo wiedziała, że brnie coraz głębiej. 

– Wierzę ci – powiedziała głucho. 
– Zaufanie jest bardzo ważne. 
– Najważniejsze. 

background image

–   Jeśli   w   miejscowym   sklepiku   nie   będzie   lodów   waniliowych   –   uśmiechnął   się 

promiennie Quentin – będziemy jeździli tak długo, aż je znajdziemy. 

Wyciągnął do niej rękę. Marcia dotknęła jej, czując, że robi coś ważnego. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

– Możemy wziąć mój samochód. 
Quentin spojrzał z dezaprobatą na jej poobijane, szare auto. 
–   Myślałem,   że   lekarze   zarabiają   mnóstwo   pieniędzy.   W   porównaniu   z   jego   żółtym, 

sportowym wozem, samochód Marcii wyglądał żałośniej niż zwykle. 

A Samochody nic dla mnie nie znaczą. Jeżdżę nimi aż się rozsypią i kupuję następny. 
– Więc na co wydajesz pieniądze?
Wsiadła do samochodu Quentina. Wdychając zapach skóry, podziwiała wskaźniki i różne 

urządzenia. 

– Zupełnie zwyczajnie: ciuchy, jedzenie, kredyty. 
– I to wszystko? Żadnych akcji, obligacji czy nieruchomości?
– Jesteś okropnie wścibski. 
– Pieniądze odgrywają wielką rolę w naszym społeczeństwie i zawsze ciekawiło mnie, na 

co też ludzie je wydają. 

– Pięć lat temu pojechałam do Indii – mruknęła Marcia, sięgając do torebki po ciemne 

okulary. – Wspieram wiejski szpital niedaleko Delhi. 

Ręka Quentina zamarła na dźwigni biegów. 
– Odkąd wróciłem przed czterema laty z Peru, wspomagam tamtejszy sierociniec. Im 

lepiej cię poznaję, tym bardziej przekonuję się, że kamienna twarz, którą pokazujesz światu, 
jest tylko maską. Opowiedz mi o tym szpitalu. 

Nie   wspomniała   o   tym   nawet   Lucy   i   Troyowi.   Najpierw   niechętnie,   potem   z   coraz 

większym   entuzjazmem   opisała   mu   klinikę   okulistyczną   i   oddział   profilaktyczny.   Kiedy 
skończyła, Quentin powiedział krótko:

– Jesteś bardzo dobrym człowiekiem, Marcio. 
– Mierząc tą samą miarką, ty również – odparła i poczuła się tak zażenowana, jakby się 

przed nim rozebrała. 

– Wzajemny podziw? – Uśmiechnął się do niej, zawracając na podjeździe. – Z mniej 

wzniosłych moralnie spraw, opowiedz mi o tych dwóch mężczyznach. Już ich nie lubię. 

– Muszę? – skrzywiła się. 
– Tak. I nie spiesz się. Chcę jak najwięcej pikantnych szczegółów. Zacznij od pana numer 

jeden. Imię, wiek, zawód. 

– To będzie cię kosztowało potrójną porcję lodów. Z orzechami. Dobrze, zaczynam. Paul 

Epson. Trzeci rok medycyny. Dwadzieścia jeden lat. Miałam zaledwie osiemnaście lat i po 
raz pierwszy znalazłam się poza domem. Zakochaliśmy się i przez pół roku wierzyłam we 
wszystkie książki o miłości. Potem Paul miał coraz mniej czasu dla mnie, ale niczego nie 
podejrzewałam. Mówił, że zbliża się sesja i ma mnóstwo pracy. Ja również byłam bardzo 
zajęta. Wszystko wydało się, kiedy w innym akademiku zobaczyłam go z pewną dziewczyną 
w...   bardzo   intymnej   sytuacji.   Zakochał   się   w   nas   obu,   tylko   zapomniał   mnie   o   tym 
poinformować. 

background image

Quentin najpierw wyraził się bardzo niecenzuralnie, a potem dodał:
–   Łajdak.   Drań.   Bydlak.   Mam   mówić   dalej?   Marcia   była   usatysfakcjonowana   jego 

komentarzem. 

– Załamałam się. Pracę pisałam jak w malignie, potem zachorowałam na grypę i długo 

nie mogłam dojść do siebie. W lecie pracowałam w laboratorium biochemicznym. 

Nie chciałam wracać do domu, sypiałam po cztery godziny na dobę. 
– A co na to twoja matka i Lucy?
– Nic nie wiedziały! Matce na pewno nie podobałoby się, że sypiam z Paulem, a Lucy 

była   jak   zwykle   zajęta.   –   Z   przyjemnością   odetchnęła   wpadającym   przez   okno   świeżym 
powietrzem. – Historia z Paulem zniechęciła mnie do dalszych prób, zresztą postanowiłam 
zdobyć   dobre   stopnie   i   zrobić   specjalizację.   Numer   dwa   pojawił   się,   kiedy   miałam 
dwadzieścia   pięć   lat.   Lester,   lat   trzydzieści   jeden,   neurolog,   mieszkał   w   Toronto.   Był 
przystojny,   lecz   cichy   i   nieśmiały   –   tak   mi   się   przynajmniej   zdawało.   Polubiliśmy   się   i 
spędzaliśmy   razem   wiele   czasu.   Wreszcie   wyznał   mi,   że   jest   żonaty,   ale   nie   może   się 
rozwieść, bo żona przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Podziwiałam go za to. W tydzień 
\później zostaliśmy kochankami. 

Ożywiła się nagłe. 
– To mi odpowiadało, Quentin. Dyskrecja, żadnych zobowiązań. W pracy trzymałam się 

od   mężczyzn   na   dystans.   Trwało   to   cztery   lata.   Wreszcie   pojechałam   przypadkowo   na 
konferencję, w której on uczestniczył. Zgadnij, kogo spotkałam? Jego żonę, równie zdrową na 
umyśle, jak ja. Była bardzo bogata, więc nie mógł się z nią rozwieść. 

Quentin znów wyraził się niecenzuralnie. 
– Wiesz, to mi posłużyło. Lester był żonaty i nie powinnam była się z nim wiązać. Ale 

dlaczego oszukiwał mnie tak długo? – Westchnęła. – Doszłam do wniosku, że chociaż jestem 
bardzo mądrą kobietą w laboratorium, to w świecie mężczyzn nie mam za grosz instynktu. 

Quentin zaczął rozumieć nieufność Marcii. 
– Obaj zranili cię głęboko. 
– Tak. Nie jestem łatwa, ale kiedy się angażuję, to bezgranicznie. 
– Nie wiem, jak mam cię przekonać, że jestem inny niż tamci dwaj – powiedział, zwolnił 

i włączył kierunkowskaz. – Oto i sklep. Może lody czekoladowe rozjaśnią mi umysł... Ale, co 
się tu dzieje?

Jakaś kobieta przykucnęła obok schodków przy małym chłopcu, który krzyczał z bólu. 

Kiedy tylko Quentin zatrzymał samochód, Marcia wyskoczyła i podbiegła do dziecka. 

– Jestem lekarzem – powiedziała, klękając na gołej ziemi. – Co się stało?
– Spadł ze schodków – wyjaśniła zdenerwowana kobieta. 
Marcia uśmiechnęła się do chłopca i ostrożnie zbadała mu kostkę. 
– Skręcona – orzekła i obejrzała się. – Quentin, sprawdź, czy w sklepie nie mają lodu. Nie 

martw się, mały, zimny okład trochę uśmierzy ból. Jak masz na imię?

– Jason – powiedziała jego matka. – Wybiegł ze sklepu, zanim zdążyłam go złapać. 
Wrócił   Quentin   z   zawiniętymi   w   chusteczkę   kostkami   lodu.   Marcia   okręciła   nią 

zwichniętą kostkę. 

background image

– To ci pomoże, Jason. Obawiam się jednak, że przez parę dni będziesz musiał siedzieć w 

domu. 

Uśmiechnęła się do matki. 
– Powinna pani pojechać do lekarza. Zapisze małemu środki znieczulające. Na szczęście, 

chyba noga nie jest złamana. Macie samochód?

– Tak, stoi obok. 
– Zaniosę go – zaoferował się Quentin. 
Jason, który wyglądał na cztery lata, przestał płakać. 
– Pobrudził mi się lizak. 
Czerwona kulka na patyku była całą zakurzona. 
– Przyniosę ci inny, a mój przyjaciel Quentin zaniesie cię tymczasem do samochodu – 

powiedziała Marcia. 

Szła do sklepu, mając przed oczami Quentina delikatnie podnoszącego chłopca. Jedynym 

powodem, dla którego zazdroszczę Lucy, jest Chris. Bardzo niechętnie uzmysłowiła sobie tę 
prawdę. Nic dziwnego, że jej unikałam. Przez cały czas oszukiwałam się, że nie chcę mieć 
dziecka. 

Czy Quentin chce mieć dzieci?
Pospieszyła w stronę lodówki. Zagalopowałaś się, Marcio Barnes. Boisz się pójść z nim 

do łóżka, a już myślisz o dzieciach?

Kiedy wróciła, Jason siedział w samochodzie. Przyjął z uśmiechem lizaka. Jego matka 

podziękowała wylewnie Marcii i odjechała. 

– Dobrze sobie radzisz z dziećmi – rzekł z uśmiechem Quentin. 
– Lody, Quentin. Zasłużyliśmy na nie. 
– Chciałbym mieć kiedyś własne dzieci. A ty? – spytał. 
–  Jesteś  urocza,  kiedy się  rumienisz,   a  jeszcze  cudowniejsza,  gdy  trzymasz  język   na 

wodzy. 

–   Dziwi   mnie,   że   żadna   kobieta   jeszcze   cię   nie   udusiła   –   odcięła   się   Marcia, 

podświadomie prowokując Quentina do zwierzeń. 

–   Nie   było   ich   znów   tak   wiele.   Ożeniłem   się,   mając   dwadzieścia   pięć   lat,   a   Helen 

rozwiodła się ze mną dwa lata później. Wybrała dwa razy starszego od niej prezesa banku o 
dochodach trzykrotnie większych od moich. Powiedziała mi, że życie z artystą jest tylko z 
pozoru romantyczne. 

Marcia nigdy nie lubiła imienia Helen, ale chyba głupio być zazdrosną o kogoś, kogo się 

nie zna. 

– Skrzywdziła cię. 
– Skrzywdziliśmy się nawzajem. Powinienem był słuchać mojej intuicji. Kiedy szliśmy 

do ołtarza, podpowiadała mi, że ze zwykłej niecierpliwości żenię się z niewłaściwą kobietą. – 
Przeczesał dłonią włosy. – Kupmy wreszcie te lody. 

Gotowa   była   przysiąc,   że   chciał   coś   jeszcze   dodać.   Weszli   do   chłodnego   wnętrza 

sklepiku,   gdzie   sprzedawano   wszystko,   od   zup   w   puszkach   poczynając,   na   narzędziach 
ogrodniczych   kończąc.   Gdy   stanęła   przed   lodówką,   czuła   na   plecach   oddech   Quentina. 

background image

Przysunął się do niej, obejmując ją w talii. 

– Są waniliowe i czekoladowe – powiedział. – Mamy szczęście. 
Przytuliła   się   do   niego.   Dłońmi   objęła   jego   ręce.   Quentin   przesunął   policzkiem   po 

włosach Marcii. 

–   Czy   mówiłem   ci   już   dzisiaj,   że   jesteś   wspaniała?   Czuła,   jak   w   gardle   narasta   mu 

śmiech. Wsparła się o niego, zamknęła oczy. 

– W tej chwili jestem nieprawdopodobnie szczęśliwa. 
– Och, Marcio! – Przycisnął ją mocniej do siebie. – Aż mnie zatkało. Przysięgam, że nie 

jestem taki jak Paul i Lester. – Pochylił się, przywierając twarzą do jej karku. Odurzyła go jej 
miękka skóra i zapach włosów. Słyszał, jak mocniej zabiło jej serce. – Jestem też prawie 
gotów kochać się z tobą na tej lodówce. 

– To akurat wiem – odparła złośliwie. 
Szybko rozejrzała się, czy nikt ich nie widzi i zaczęła zmysłowo poruszać biodrami. 
– Przestań! – syknął. 
– Ty pierwszy zacząłeś – stwierdziła z nieodpartą logiką. 
– Będziemy musieli  kupić kilka pojemników  lodów. Odwróciła się i spojrzała mu  w 

twarz. Oczy miała rozbiegane. 

– Wolę cię takiego, niż kiedy jesteś okropnie układny. 
– Myślisz, że kąpałem się w zimnym jeziorze dla przyjemności – odparł, obserwując, jak 

Marcia się rumieni. 

Podszedł do nich właściciel sklepu. 
– Czym mogę służyć?
– Dwie podwójne porcje – powiedziała Marcia. – Jedna waniliowa, druga czekoladowa. 
Quentin zapłacił i usiedli przy stoliku przed sklepem. Lody nigdy mi tak nie smakowały, 

pomyślała zachwycona świeżą zielenią olch i refleksami przebijającymi  od strony jeziora. 
Wszystko wydawało się takie niewinne, jakby świeżo narodzone. Czy Quentin przez cały 
czas w ten sposób odbierał świat? Czy ona też się tego nauczy z czasem?

Kiedy skończyli, Quentin poszedł znów do sklepu i wrócił stamtąd z wielkim melonem 

pod pachą. 

– Uwielbiam je – usprawiedliwiał się. – Urządzimy zawody: kto dalej wypluje pestkę. 
– Jaka jest nagroda główna?
– Premia dla przegranego. 
– Nie będę pływała w jeziorze. Pochylił się i wytarł resztki lodów z jej ust. 
– Nie to miałem na myśli. – Schylił się jeszcze bardziej i pocałował ją w otwarte usta. 
– Takie zawody mogą być niebezpieczne – powiedziała cicho. 
– Jedźmy do domu – rzekł nagle. Dom – słowo, które ujęło ją za serce. 
– Gdzie jest twój dom, Quentinie? A może wciąż mieszkasz w Nowym Brunszwiku?
Jest tam, gdzie i ty, pomyślał. 
–   Od   lat   nie   mam   własnego   domu.   Włóczyłem   się   po  całym   świecie:   Azja,  Afryka, 

Ameryka Południowa. Jednak każdego lata przyjeżdżam na Shag Island. Dzierżawię tam małą 
chatkę.   Chciałbym,   żeby   następny   dom,   który   zbuduję,   należał   do   mnie.   Gdzieś   na 

background image

Zachodnim Wybrzeżu. 

Marcia pracowała w Ottawie. 
– Jestem pewna, że będzie prześliczny. Idziemy? Dziesięć minut później otwierała drzwi 

w domku nad jeziorem. Weszła do środka i odniosła wrażenie, jakby ściany i belki stropowe 
obdarzyły ją serdecznym uśmiechem. 

– Wszystko, co robisz – powiedziała,  sama nie wiedząc dlaczego – jest takie realne. 

Obrazy, domy. Możesz widzieć efekt swojej pracy, nawet w nim zamieszkać. Nie to, co ja. 

– Matka Jasona nie zgodziłaby się z tym. 
– Quentin, całe dnie spędzam przed ekranem komputera czy chromatografu gazowego. 

Piszę bardzo skomplikowane prace, które zrozumieć może tylko immunolog. Tak, wiem, że w 
końcu wyniki badań trafiają w postaci leków do społeczeństwa, ale to wszystko jest takie... 
bezosobowe. Kocham moją pracę, zawsze ją kochałam... 

Przerwał jej telefon w kuchni. Quentin uniósł brwi ze zdziwienia i poszedł odebrać. 
– Halo... Cześć, Lucy, jak się masz?... Nie, wróciłem wcześniej... Tak, jest tu jeszcze, 

chcesz z nią porozmawiać?

Marcia   nie   chciała,   żeby   jej   siostra   dowiedziała   się,   że   mieszkała   przez   trzy   dni   z 

Quentinem. 

– Cześć, Lucy – powiedziała chłodno. 
– Nie będę ci zawracać głowy. Po prostu chciałam sprawdzić, czy u ciebie wszystko w 

porządku. Nie miałam pojęcia, że Quentin wcześniej wróci. Jest bardzo fajny, prawda?

– Nie, tu wcale nie padało – odparła Marcia. – A jak tam u was, w mieście?
– Zrozumiałam aluzję – burknęła Lucy. – Tylko nie zapominaj, że był moim najlepszym 

przyjacielem na Shag Island. A swoją drogą, Cat zostawiła mi wiadomość, że szuka twojego 
numeru w Gatineau Hills. Nagrałam go jej na sekretarkę. Jak dawniej radziłyśmy sobie bez 
tych urządzeń?. Pewnie zaraz do ciebie zadzwoni. Kiedy wracasz do Ottawy?

– Jeszcze nie wiem. 
– Zostań do końca tygodnia. Troy i ja możemy sami wybrać się do kina. Cieszę się, że się 

dobrze bawisz. Pa. 

Marcia odłożyła słuchawkę. Lucy, gdyby tylko mogła, wyswatałaby ich natychmiast. Z 

ponurą   miną   wpatrywała   się   w   telefon.   Zadzwonił   znowu.   Odebrała   go   z   dziwnym 
przeczuciem. 

–   Marcia,   tu   Cat.   Jestem   w   kropce,   a   Lucy   powiedziała   mi,   że   masz   wolne   aż   do 

poniedziałku. Czy mogłabyś wrócić do miasta i do soboty przypilnować psów Lydii?

Catherine rzadko marnowała czas na przyjemności, ale równie rzadko prosiła o jakąś 

przysługę. 

– Co się stało?
– Dostałam bilet powrotny na lot do Nowego Jorku, opłacony pokój w hotelu i bilety na 

trzy spektakle. Miała lecieć moja przyjaciółka, Lois, ale skończyła się jej ważność paszportu. 
Tym gorzej dla niej. Mogę polecieć jedynie pod warunkiem, że znajdę kogoś do opieki nad 
psami. 

– Kiedy mam przyjechać?

background image

– Dziś wieczorem. 
To znaczy, że musi zaraz wyruszyć. Zostawić Quentina. To nawet miałoby sens. Z każdą 

chwilą   zbliżała   się   do   niego   i   chwila   oddechu   nie   zaszkodzi.   Usiłując   zapanować   nad 
mieszanymi   emocjami,   które   wywoływała   perspektywa   rozstania   się   z   Quentinem, 
powiedziała:

– Dobrze. 
– Jesteś aniołem – ucieszyła się Cat. – Mama ma zapasowe klucze. Zostawię ci dokładne 

informacje odnośnie psów. Duża przekarmiona suka wabi się Tansy i przysięgam, że urodziła 
się bez większej części mózgu. Za to Artie jest uroczy. Dziękuję, Marcio. Wracam w sobotę 
koło piątej. 

– Baw się dobrze – powiedziała Marcia, ale Cat już się wyłączyła. 
Odłożyła słuchawkę na widełki i spojrzała na Quentina. Przyglądał się jej bacznie. 
– Co się stało?
– Cat chce, żebym do soboty opiekowała się w jej zastępstwie psami przyjaciółki. Muszę 

natychmiast wyjechać. 

Domyślał się tego. 
– Nie mogła kogoś wynająć? – rzekł, tłumiąc wściekłość. 
– Ta sprawa wynikła w ostatniej chwili. W dodatku Cat bardzo rzadko prosi mnie o 

przysługę. 

– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. 
– Wydaje mi się, że to nie najgorszy pomysł – powiedziała ostrożnie. – Powinniśmy nieco 

ochłonąć... 

– Mów za siebie. 
– A więc dobrze. Chcę od ciebie odpocząć. Wszystko dzieje się zbyt  szybko. Muszę 

usiąść spokojnie i przemyśleć to. 

– Przez całe życie analizowałaś, zamiast przeżywać. Myślenie jest ostatnią rzeczą, jakiej 

ci teraz potrzeba. 

– A więc ja nie mam prawa mówić ci, co masz robić, a ty masz? Wielkie dzięki. 
Miała   minę,   jakby   chciała   cisnąć   w   niego   telefonem.   Quentin   odchrząknął   i   zaczął 

bardziej pojednawczym tonem:

– Spróbujmy od początku. Może pojechałbym razem z tobą do Catherine? Pomógłbym ci 

przy psach. 

Mogła mieszkać z nim pod jednym dachem na wsi, ale nie w mieście, z rodziną na karku. 
– Dziękuję. Naprawdę potrzebuję trochę czasu. 
– Tak mówi dawna Marcia, a nie kobieta z krwi i kości. 
– Nie stawiaj mi diagnozy!
– Chcesz uciec od wszystkiego, co się tu stało. Zapracowujesz się, żeby nie stanąć ze sobą 

twarzą w twarz. 

– Różnimy się od siebie! – krzyknęła. – Ty jesteś bałaganiarzem, ja lubię porządek. Ja 

jestem z miasta, ty z prowincji. Ja lubię makaron, ty steki. Nie widzisz, ile nas dzieli?

– A może przyjmiesz inną wersję? Ty wspierasz szpital, ja sierociniec. Ty kochasz swoją 

background image

pracę, ja swoją. Ja chcę pójść z tobą do łóżka i ty też tego chcesz. Nie różnimy się aż tak 
bardzo. 

– Wcale nie chcę iść u tobą. 
– Nie podobało ci się, że Lester i Paul cię okłamywali. Więc mnie nie okłamuj. 
Miał na wszystko gotową odpowiedź. 
– Kiedy się tylko spakuję, wracam do miasta – powiedziała rozwścieczona, jak nigdy w 

życiu. – Nie chcę się z tobą kłócić. 

– Mieszkamy samotnie i przyzwyczailiśmy się samodzielnie podejmować decyzje. To 

dlatego się kłócimy i jest to kolejna rzecz, która nas łączy – uśmiechnął się ponuro. 

– To kolejny dowód na to, że powinniśmy przestać się widywać. 
–   Coś   ci   powiem!   Możesz   chować   moje   obrazy   –   zauważyłem,   że   jeden   zniknął   z 

sypialni. Kryje w sobie zbyt wiele emocji, prawda? Nie myśl jednak, że tak łatwo się mnie 
pozbędziesz. Walczę nie tylko o siebie, lecz również o ciebie. 

– Nikt cię o to nie prosi. 
– Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinienem współczuć Lesterowi i Paulowi. Rób, 

co chcesz. Idę narąbać drewna. 

Jedyną   dobrą   stroną   jest   to,   że   jestem   tak   wściekła,   że   się   nie   rozpłaczę,   pomyślała 

Marcia. Poszła na górę i spakowała się w rekordowym tempie. Powiesiła obraz z powrotem 
na   ścianie   i   w   dziecinnym   geście   pokazała   mu   język.   Książki   włożyła   do   pojemnika   na 
jedzenie. Postanowiła zostawić mu zapasy. Będzie miał jakąś odmianę od steków. Zniosła 
wszystko na dół. Zapchała bagażnik i tylne siedzenie. 

Zza domu dobiegły ją odgłosy rąbanego drewna. Powinna się pożegnać, ale nie chciała. 

Wsiadła do samochodu i przekręciła kluczyk w stacyjce. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Rozrusznik   zawarczał   cichutko   i   natychmiast   umilkł.   Marcia   spróbowała   ponownie. 

Motor nie zaskoczył. Z zaciśniętymi zębami odczekała dwie minuty. Miała nadzieję, że to 
tylko zalane świece. Niby jak, skoro nawet nie drgnął? Parę razy nacisnęła energicznie pedał 
gazu, wcisnęła sprzęgło i spróbowała ponownie. Niestety, bez rezultatu. 

–   Czy   musisz   zawieść   mnie   akurat   teraz?   –   westchnęła.   –   Nie   mogłeś   poczekać,   aż 

znajdziemy się w mieście, blisko dobrego warsztatu? No i co mam teraz zrobić?

– Jakieś kłopoty, Marcio? – spytał Quentin. 
– Nie mogę uruchomić samochodu – odparła, nie podnosząc wzroku. 
– A gdybyś wysiadła i kopnęła go mocno?
– Pewnie rozleciałby się na kawałki. Mnie by jednak na pewno ulżyło. 
– Wygląda na to, że będę musiał odwieźć cię do miasta. Popełniła błąd, spoglądając na 

niego.   Podkoszulek   miał   upstrzony   drzazgami,   ręce   i   dżinsy   brudne.   Patrzył   na   nią   z 
rozbawieniem. Za nic w świecie nie chciała się do niego uśmiechnąć. 

– Masz wióry we włosach – zauważyła zgryźliwie. 
– Bo nie mam kobiety, która by o mnie zadbała. 
– Miałaby cerować ci skarpetki i prasować koszule? Żyjesz w niewłaściwym stuleciu. 
– Raczej kogoś, kto ogrzeje mnie w chłodne zimowe noce. Otwórz bagażnik, przeniosę 

rzeczy do mojego samochodu. 

Marcia wysiadła, podkręciła szyby i wzięła z tylnego siedzenia pojemnik na żywność. Po 

kilku   minutach   Quentin,   w   czystych   dżinsach   i   koszuli   z   wykładanym   kołnierzykiem, 
wyjeżdżał na główną drogę. W milczeniu jechali przez parę kilometrów. Wreszcie Marcia 
odezwała się oficjalnym tonem:

– Dziękuję, że mnie odwozisz. Doceniam to. 
– Rzeczywiście powinnaś to docenić, bo postępuję wbrew własnym interesom. 
Marcia zdążyła już ochłonąć. Musnęła dłonią kolano Quentina. 
–   Przepraszam,   że   byłam   taka   nieuprzejma.   Czasami   nie   potrafię   się   powstrzymać. 

Mówiąc szczerze, wszystko potoczyło się zbyt szybko. Potrzebuję trochę czasu. 

– Mogę zadzwonić do ciebie w czasie weekendu?
– Chyba... tak. 
– Tylko mnie nie odtrącaj. 
– Wolałabym, żebyś nie był taki natarczywy. 
– Jestem, jaki jestem. Założyłbym  się o ostatniego dolara, że tak naprawdę boisz się 

własnych uczuć, a jeśli się mylę, możesz śmiać się ze mnie przez całą drogę. 

Marcia nie znalazła na to odpowiedzi. Złożyła dłonie na podołku i wyglądała przez okno. 

Odezwała się tylko, by podać adres matki. Zatrzymali się za czarnym mercedesem. 

– Poczekaj tu. 
Bała się, że będzie chciał pójść z nią. Podbiegła do drzwi i zadzwoniła. Nikt nie otwierał, 

więc zadzwoniła ponownie. Zamierzała zrobić to po raz trzeci, gdy w drzwiach pojawiła się 

background image

Evelyn Barnes. 

– Marcio! – zawołała. – Co... ? Och, mój Boże! Klucze! Zupełnie o nich zapomniałam. – 

Obejrzała się. – Wejdź. 

Evelyn   miała   na   sobie   długi   jedwabny   szlafrok,   zaróżowione   policzki,   a   zaproszenie 

brzmiało dość chłodno. 

– Przepraszam, mamo. Powinnam była zadzwonić przed przyjazdem. Wychodzisz?
Evelyn zaczerwieniła się jeszcze bardziej. 
– Nie, wcale nie. Niezupełnie – odparła, nerwowo rozglądając się wkoło. 
– Czy coś się stało? – Marcia próbowała wziąć matkę za rękę. 
Evelyn cofnęła się gwałtownie. 
– Nie! Po prostu jestem... Gdzie ja zapodziałam te klucze? – wykrzyknęła i pospieszyła w 

głąb mieszkania. 

Evelyn zawsze była samolubna. Mocno zaintrygowana i nieco urażona Marcia czekała w 

przedpokoju. Z miejsca, w którym stała, widziała fragment salonu. Lekkim wstrząsem był dla 
niej   widok   wiszącej   na   krześle   marynarki   i   wielki   bukiet   tulipanów   w   ulubionym 
kryształowym wazonie mamy, stojącym na stoliku do kawy. Jest u niej Henry, pomyślała. 
Ten mercedes przed domem należy do niego. 

Jest na górze. W łóżku matki.  To dlatego nie otwierała  mi  tak długo i ma  na sobie 

szlafrok. 

Wreszcie wróciła Evelyn. 
–   Zostawiłam   je   w   kuchni   –   powiedziała,   wciskając   klucze   do   ręki   córki.   –   Nie 

zatrzymuję cię, pewnie spieszysz się do Cat. 

Nie było to zbyt subtelne postępowanie, jak na kobietę słynącą z gościnności. Jednak 

Marcia nie chciała tego komentować. 

– Dziękuję – mruknęła i zbiegła po schodkach. 
Quentin o przenikliwym wzroku artysty, który na pewno niczego nie przeoczy, czekał na 

nią. Opanowała się i spokojnie podeszła do samochodu. 

– Prosto – wyjaśniła wsiadając – i w lewo na drugich światłach. 
– Czy coś się stało? Nie było cię bardzo długo. 
– Mama przygotowywała się do wyjścia. 
Marcia nie znosiła kłamstwa, ale nie mogła powiedzieć prawdy. „Zastałam matkę w łóżku 

z kochankiem”. Jak by to zabrzmiało? W dodatku w biały dzień. 

Gdyby Quentin znał prawdę, powiedziałby pewnie, że nie tyle  wstydzi  się matki,  co 

siebie. Jednak myliłby się bardzo. Jakże pragnęła wrócić do domu. Dotąd nie zdawała sobie 
sprawy,   że   uczucia   mogą   być   takie   męczące.   Strach,   namiętność,   szczęście,   wściekłość, 
zazdrość.  Doświadczyła  tego  wszystkiego   w  ciągu  kilku   dni i  potrzebowała  wytchnienia. 
Najchętniej wypożyczyłaby kasetę z jakimś głupim filmem i zapomniała o wszystkich. O 
matce, Henrym, Lucy, Troyu i o Quentinie. Zwłaszcza o nim. 

– Na skrzyżowaniu w lewo – dodała pospiesznie. Dom Cat stał przy cichej, wysadzanej 

drzewami ulicy i był w doskonałym stanie. Gdy zbliżała się do wejścia, usłyszała szczekanie. 
Bas i sopran. Była ciekawa, czy sąsiedzi zaczęli się już skarżyć na zakłócające spokój hałasy. 

background image

Otworzyła drzwi i weszła, trzymając przed sobą walizkę. Wielki pies w białe i brązowe łaty 
podbiegł   do  niej   radośnie  i   oparł  się  o  nią   przednimi  łapami,   usiłując  polizać   ją  w   nos. 
Zachwiała się. 

– Siad! – rzuciła ostrym tonem. Pies wylizał jej policzki. 
– Ty – powiedziała Marcia – musisz być Tansy. 
Odstawiła walizkę i odepchnęła psa. Tansy złapała rączkę walizki i radośnie powarkując, 

próbowała zaciągnąć ją do kuchni. 

– Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym został? – spytał Quentin. 
Obejrzała się. Przyniósł z samochodu pojemnik na żywność i jej kurtkę. Będzie mi ciebie 

brakowało, pomyślała ze smutkiem. 

–   Mam   lepszy   pomysł.   Mógłbyś   zabrać   Tansy   i...   Walizka   uderzyła   o   stojący   w 

przedpokoju mały stolik. 

Marcia w ostatniej chwili złapała spadający z niego wazon. Stolik z hałasem runął na 

podłogę. Tansy zapiszczała z przerażenia i dała nurka pod kuchenny stół. Artie, stary szkocki 
owczarek, zaszczekał z oburzeniem. To on miał głęboki bas. Marcia postawiła wazon na 
podłodze. 

– Jestem tego samego zdania, Artie. 
Artie   pomachał   ogonem   i   podszedł,   by  powąchać   wyciągniętą   rękę.   Quentin   położył 

rzeczy Marcii na granatowym dywanie i wszedł do kuchni. Tansy rzuciła się na niego. 

– Stój! – rozkazał Quentin. 
Ku   zdumieniu   Marcii,   Tansy   zamarła   w   miejscu,   z   uwielbieniem   wpatrując   się   w 

Quentina. 

– Potrafisz poradzić sobie z kobietami. 
– Tak, ale dlaczego nie sprawdza się to w twoim przypadku? – Wyjął z kieszeni skrawek 

papieru i zanotował sobie numer telefonu Cat. 

Nic nie ujdzie jego uwagi, pomyślała. Ciekawe, kiedy zacznie mnie nękać telefonami. 
Zegar w holu wydzwonił godzinę. Marcia przysiadła na najbliższym krześle, dziwiąc się, 

że jest już tak późno. 

– Chyba powinnam zaprosić cię na kolację – powiedziała. – Zwłaszcza, że wyświadczyłeś 

mi przysługę i mnie tu przywiozłeś. Wiem, że powinnam. 

– Ale nie masz zamiaru. – Ku swemu zdumieniu Quentin walnął pięścią w stół. Artie 

zaczął szczekać, a Tansy znowu dała nura pod stół. – Za mocno cię naciskam, wiem, ale nic 
na to nie mogę poradzić. Tak naprawdę to boję się, że jeśli cię teraz opuszczę, to już więcej 
cię nie zobaczę. Pójdź ze mną w sobotę na obiad. 

Marcia przytrzymała się krawędzi krzesła. 
–   Quentin,   nie   chcę   cię   widzieć   do   końca   tygodnia.   Potrzebuję   czasu,   przerwy, 

wytchnienia, nazwij to jak ci wygodnie. 

– W poniedziałek wracasz do pracy. Oboje wiemy, co to oznacza. 
– To może w przyszły weekend. 
– Czy potrafisz się zdobyć jedynie na „może”? W niej również wezbrała złość. 
– Tak. 

background image

– Świetnie, będę w pobliżu. Zadzwonię. Jeśli nie, przyślę ci kartkę. Z Peru, Australii lub z 

bieguna północnego. – Podniósł się, gniewnie ją pocałował i wyszedł z kuchni. 

Trzasnęły frontowe drzwi. Marcia usiadła. Tansy uniosła swój arystokratyczny nos do 

góry i zawyła jak kojot. 

– Nie rozpłaczę się – powiedziała  Marcia. – Nie wolno mi.  Z ogromnym  wysiłkiem 

powstrzymała łzy. Quentin chyba nie zamierza wyjechać do Peru?

Wieczorem Marcia napiła się ziołowej herbaty i pogrążyła w rozmyślaniach. Po dłuższej 

kontemplacji doszła do wniosku, że matka obawiała się wyznać najstarszej córce prawdę o 
Henrym. Boi się mnie i nie chce szczerze ze mną porozmawiać, pomyślała rozgoryczona. 
Wszystko dlatego, że od lat daję wszystkim do zrozumienia, żeby mi nie przeszkadzali, bo 
zajmuję się ważniejszymi sprawami niż rodzina... Nie byłam dobrą córką. 

Szybko sięgnęła po telefon i wykręciła numer matki. 
– Evelyn Barnes – odezwała się energicznie matka. 
– Mamo, tu Marcia. – Oblizała nerwowo wargi. – Jak się masz? Nie, nie dzwonię po to, 

by cię pytać o zdrowie – dodała pospiesznie. – Chciałam ci powiedzieć, że zdawało mi się, że 
Henry jest u ciebie i... 

– Powinnam ci o tym powiedzieć, ale jakoś nie potrafiłam. 
–   Mamo,   wszystko   w   porządku,   naprawdę.   Chciałabym,   żebyś   była   szczęśliwa.   To 

wszystko. 

Zapadła chwila ciszy. Marcia z niepokojem ściskała słuchawkę, czując, jak serce bije jej 

coraz prędzej. 

– Cóż, Marcio – powiedziała powoli Evelyn. – To bardzo miło z twojej strony. 
– Henry wydaje mi się uroczy, więc bardzo się cieszę. Przykro mi tylko, że przez te 

wszystkie lata tak odsunęłam się od ciebie, że trudno było ci o tym mówić. 

Evelyn niespodziewanie zachichotała. 
– To dla mnie również coś nowego. Zakochać się w moim wieku! Chwilami czuję się jak 

szesnastolatka. To cudowne... – Zawahała się. – Nie będziesz miała nic przeciwko temu, że 
ogłosimy nasze zaręczyny?

– Ja? Będę wprost zachwycona – ucieszyła się Marcia. 
– Och, Marcie, tak się cieszę, że zatelefonowałaś – załkała Evelyn. – Płaczę ze szczęścia. 

Tak   się   bałam,   źe   nie   zaaprobujesz   naszego   związku,   powiesz,   że   jestem   za   stara.   .. 
Zamierzamy się pobrać, zanim Troy i Lucy wrócą do Vancouver. Co ty na to? Początkowo 
planowałam cichy ślub, ale Henry jest taki dumny ze mnie, że chce, aby byli obecni wszyscy 
jego krewni i przyjaciele. 

– Henry ma rację. Pomogę ci w przygotowaniach. Uwielbiam to – dodała, sama się sobie 

dziwiąc. 

– Dam ci znać, gdy tylko ustalimy datę ślubu. 
– Kocham cię, mamo, pozdrowienia dla Henry’ego. 
– Dziękuję, kochanie. Na razie. Pa. 
Zaraz znowu się popłaczę, pomyślała Marcia. Niełatwo się zmienić. Ale zdecydowanie 

background image

warto. 

W piątek Marcia wybrała się z psami na spacer. Tansy nie miała za grosz orientacji, a w 

dodatku   usiłowała   przywitać   się   serdecznie   z   każdym   napotkanym   mężczyzną,   kobietą, 
dzieckiem, psem czy kotem. Okazała się przy tym wyjątkowo silna. 

Wyprowadzała   psy cztery  razy  dziennie   z nadzieją,   że  je  zmęczy,   ale  energia   Tansy 

wydawała się niewyczerpana. Za to Artie nie nadążał za nimi na swoich krótkich łapkach. 

Rano   załatwiła   odholowanie   samochodu   do   warsztatu.   Po   południu   wybrała   się   po 

zakupy.   Doszła   do   wniosku,   że   konserwatywny   sposób   ubierania   się   wpływa   na   jej 
zachowanie. W sklepie na Sparks Street znalazła solejkę i wspaniałą poziomkową sukienkę z 
kapturem.   W   modnym   butiku   kupiła   białą   jedwabną   bluzkę,   sprane   dżinsy,   meksykański 
srebrny pas i trochę biżuterii z turkusami. 

Potem doszła do wniosku, że powinna także kupić coś nowego pod spód i trzy kwadranse 

spędziła w sklepie z bielizną, gdzie również wydała mnóstwo pieniędzy. Nie miała pojęcia, że 
figi i biustonosze mogą być  takie śliczne, koronkowe, kwieciste, we wszystkich kolorach 
tęczy. Dużo czasu minęło, odkąd tak buszowała po sklepach. Stanowczo za dużo. 

Obładowana paczkami wróciła do domu i zadzwoniła do Lucy, żeby powiedzieć jej, że w 

sobotę może przypilnować im dziecka. 

– Przyjdź na kolację – odparła Lucy. – W sobotę na ogół zamawiamy coś do domu, 

obędzie się więc bez kłopotów. Jak tam Quentin?

– Mam nadzieję, że dobrze. 
– Masz nadzieję! – parsknęła Lucy. – Gdybym wiedziała, że Cat chce cię ściągnąć do 

miasta, nie dałabym jej tego telefonu. Wiesz, co? A może mama i Henry popilnują małego? 
Wtedy mogłabyś dołączyć do nas z Quentinem. 

– Nie. 
– Marcie, pewnego dnia obudzisz się i stwierdzisz, że życie ci uciekło. Żal nie ogrzeje cię 

w łóżku. Odkryłam to, kiedy rozstałam się z Troyem. Do jutra – powiedziała szybko i rzuciła 
słuchawkę. 

Quentin trzasnął drzwiami, a Lucy słuchawką. Byłoby o wiele milej, pomyślała Marcia, 

gdyby niektórzy ludzie nie sądzili, że wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre. 

Jeśli   jednak   Lucy   chce   zaprosić   Quentina,   to   chyba   nie   wyjechał   jeszcze   do   Peru. 

Przynajmniej na razie. 

Zaparzyła   sobie   herbatę   ziołową   i   usiadła   w   wąskiej   smudze   światła   słonecznego   na 

tarasie za domem Cat. Artie położył się u jej stóp, a Tansy biegała wkoło, szukając dziury w 
płocie, aż wreszcie również się położyła. 

Nie chcąc myśleć o czym innym, Marcia skupiła się na Jasonie i jego matce, wspominała 

piżmoszczura, spacery po łące pełnej kwiatów. Rozmyślała o szpitalu w Indiach, o matce i 
Henrym, który wkrótce zostanie jej ojczymem. Nie chciała myśleć o Quentinie. 

Ubiegłej nocy znów śnił się jej ten sam koszmar. Obudziła się z bijącym sercem. Boję się 

Quentina, pomyślała z przerażeniem. To dlatego nie chciała o nim myśleć. Jeśli pozwolę mu 
wkroczyć w moje życie, obawiam się, że się zatracę, zniknę. 

background image

Zgodnie z tym, co twierdzili Quentin i Lucy, odnalazła się wreszcie. Czy to prawda? A 

jeśli pójdę z nim do łóżka, co wtedy? Czy będę po tym taka jak dawniej?

Gdybym się z nim znalazła w łóżku teraz, do czego by mnie to doprowadziło? Ciało 

Marcii ożywiło się, a wyobraźnia podsuwała jej śmiałe obrazy. Westchnęła, zeszła na dół i 
zrobiła sobie kanapkę z masłem orzechowym, potem zaczęła oglądać głupi film w telewizji. 

Obudziła się rano w fotelu, ze sztywnym karkiem. Telewizor wciąż grał. Wyłączyła go. 

Mężczyźni,   pomyślała   niechętnie.   Właściwie   to   jeden   szczególny   mężczyzna.   Ten,   który 
buduje domy i wnosi do nich mnóstwo światła. Ten, który maluje obrazy wyrażające ludzkie 
uczucia, który pocałował ją, jakby jutro miało nigdy nie nastąpić. Quentin wiedział, czego 
chce. 

Chciał jej, Marcii. Nie krył się z tym. A jednak nie zadzwonił, odkąd zamieszkała u Cat. 
Ostrożnie przeciągnęła się, kręcąc obolałą szyją. 
Dziś wybierała się, by kupić sobie nowy samochód. 

Jej   stary   samochód   wyglądał   żałośnie   obok   wystawionych   na   sprzedaż   błyszczących 

modeli. Marcia była w bojowym nastroju i negocjacje ze sprzedawcą przeciągnęły się aż do 
południa.   Wyjechała   dumnie   swym   nowym,   czerwonym   pojazdem,   który   może   nie   był 
większy od poprzedniego, lecz na pewno bardziej rzucał się w oczy. Kiedy zaparkowała na 
podjeździe   domu   Cat,   przeszła   się   parę   razy   wokół   samochodu,   podziwiając   błyszczące 
chromy. Potem zabrała psy na spacer. 

Późnym   popołudniem   pojechała   do   Lucy   i   Troya.   Kolor   samochodu   skłonił   ją   do 

włożenia poziomkowej sukienki. Nie była zbyt odpowiednia do zajmowania się dzieckiem, za 
to stanowiła pewien symbol, którego znaczenia nie potrafiła jeszcze wyrazić słowami. 

– Auu! – krzyknęła Lucy, otwierając drzwi. – Odjazdowy ciuch! Jesteś najlepiej ubraną 

opiekunką do dziecka w całej Ottawie. Właśnie zamówiliśmy pizzę. Mam nadzieję, że jesteś 
głodna. 

Kiedy zjedli pizzę, Lucy nakarmiła Christophera. Mały marudził i bez przerwy wkładał 

palce do ust. 

–   Znowu   ząbkuje   –   poskarżyła   się   Lucy,   gdy   Troy   zdejmował   malca   z   dziecięcego 

wysokiego stołka. – Jesteś pewien, że możemy wyjść? Boję się zostawiać go w takim stanie. 

– Oczywiście, że możecie – zapewniła ich Marcia. – W końcu jestem lekarzem. 
–   Zapominam   o   tym   czasami   –   roześmiała   się   Lucy.   –   Twoja   praca   ma   tak   mało 

wspólnego z ząbkującymi dziećmi i nadopiekuńczymi matkami... 

– To zapiszcie mi numer telefonu do kina. Gdyby mały źle się poczuł, dam wam znać. 
Lucy wciąż się wahała. 
– Włóż płaszcz, kochanie, bo się spóźnimy – powiedział Troy, oddając dziecko Marcii. – 

W łazience znajdziesz maść na dziąsła. Dzięki, siostrzyczko. 

W   trzy   minuty   później   zamknęli   za   sobą   drzwi.   Chris   zaczął   rozpaczliwie   płakać. 

Nastawiła lekką muzykę w radiu i poszła z dzieckiem do łazienki posmarować mu dziąsła. 
Potem, czule przemawiając do Chrisa, zaczęła krążyć po pokoju w takt muzyki. 

Po półgodzinie usnął. Był ciężki. Właśnie miała zamiar położyć go do łóżeczka, gdy ktoś 

background image

donośnie zapukał do drzwi. Marcia podskoczyła. Mały rozpłakał się natychmiast. Zła, poszła 
zobaczyć, kto to. 

Przez wizjer w drzwiach ujrzała Quentina. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Serce jej zamarło. Zasłaniając się Chrisem niczym tarczą, otworzyła drzwi. Quentin w 

pierwszej chwili zbladł ze zdumienia, potem uśmiechnął się radośnie. 

– Marcia! Ciebie też zaprosili? To cudownie. 
Pod   pachą   trzymał   butelkę   wina.   W   brązowej,   skórzanej   lotniczej   kurtce   i   spranych 

dżinsach wyglądał niezwykle przystojnie. Marcia cofnęła się, by go wpuścić. 

– Nie wiedziałaś, że przyjdę? Gdzie jest Lucy?
–   Lucy   i   Troy   poszli   do   kina.   Ja   opiekuję   się   dzieckiem.   Zamorduję   moją   słodką 

siostrzyczkę, gdy tylko wróci do domu... Cicho, maleństwo, już w porządku. 

Quentin zamknął drzwi wejściowe. 
– A co z kolacją we troje o siódmej trzydzieści?
–   Nie   było   żadnej   kolacji.   Zamówiliśmy   pizzę   i   zjedliśmy   wszystko   do   ostatniego 

okruszka. 

–   Cóż   –   odparł   pogodnie.   –   Przynajmniej   mamy   butelkę   niezłego   wina.   Możemy   ją 

napocząć. 

– Opiekunkom do dzieci nie wolno się upijać. 
– Wyglądasz przepięknie. – Uniósł brew. – Lubię kolor poziomkowy,  a tobie w nim 

bardzo do twarzy. Co się dzieje z Chrisem?

– Ząbkuje. Już zasypiał, kiedy zastukałeś. 
–   Szczęściem   nie   całkiem   się   rozbudził   –   zauważył   Quentin,   zdejmując   kurtkę.   Pod 

spodem miał rozpiętą dżinsową koszulę. – Daj mi go na chwilę, bo zaślini ci całą sukienkę. 
Nowa?

– Przedwczoraj wydałam mnóstwo pieniędzy – wyznała. 
Wziął dziecko i przyjrzał się jej bacznie. 
– Mały ma mokro. Śmiało, doktor Barnes, to pani zadanie. 
– Nie zauważyłam – zarumieniła się. – Trzeba go przewinąć. 
Pokój Chrisa oświetlała delikatnie nocna lampka. Kiedy Marcia myła go i przewijała, 

malec   rozpłakał   się   na   dobre.   Quentin   przyglądał   się,   jak   Marcia   miota   się   z   olejkiem, 
zasypką i pieluszkami. 

– Założę się, że nie robiłaś tego od czasu studiów. 
– Nalej mi kieliszek wina. To będzie bardzo długi wieczór. 
Quentin przygasił światła w salonie, a na stoliku postawił dwa kieliszki i okazałe kanapki 

z   tuńczykiem.   Zdaniem   Marcii   nie   pasowały   do  zalotów,   podobnie   jak   i   rozwrzeszczane 
dziecko. Quentin nie zamierzał jej uwodzić. 

– Zjedz, ja potrzymam Chrisa. 
Mały zaczął ssać kciuk i przycichł. Marcia pokołysała go w takt muzyki, aż się zmęczyła. 

Usiadła na fotelu, w bezpiecznej odległości od Quentina. On zaś zjadł kanapkę i wziął od niej 
dziecko. 

– Napij się teraz wina i opowiedz mi o zakupach. Marcia spróbowała wina i odstawiła 

background image

kieliszek. 

–   Kupiłam   trochę   ciuchów   i   czerwony   samochód,   nie   jakiś   tam   szary,   brązowy   czy 

granatowy. 

– Niczego nie załatwiasz połowicznie – roześmiał się Quentin. 
Pod spodem miała nową bieliznę w kolorze poziomkowym. 
– Nie – przyznała niechętnie. 
– To zachęcające. Cicho, Chris, już dobrze. 
Malec znów zajął się kciukiem. Quentin przysiadł wygodnie na poręczy fotela. 
– Przysuń się bliżej – powiedział zachęcająco. 
Marcia zerknęła na niego podejrzliwie i pociągnęła drugi łyk wina, przyznając w duchu, 

że jest dobre. Wyglądała przepięknie w swojej nowej sukience. 

– Pożądam cię jak marynarz, który zszedł na brzeg po półrocznym rejsie, lub jak artysta, 

który   od  dłuższego   czasu   nie   zbliżył   się   do   żadnej   kobiety.   Jednak  dziesięciomiesięczny 
ząbkujący bobas jest doskonałą przyzwoitką. Lucy nie wzięła tego pod uwagę. Jesteś więc 
całkiem bezpieczna. A szkoda. 

– Kiedy jesteś w pobliżu, wcale nie czuję się bezpieczna, – To mi się podoba. Powiedz 

coś więcej na ten temat. 

– Bardzo się cieszę, że nie pojechałeś do Peru. 
– Ja również. 
Czuła się jakoś dziwnie. Nie miało to nic wspólnego z ostrą pizzą i czerwonym winem, a 

raczej z widokiem Quentina trzymającego  jej siostrzeńca.  Silne ręce tworzyły  bezpieczne 
schronienie   dla   malca.   Wtulił   główkę   pod   brodę   Quentina.   Jakże   łatwo   mogła   sobie 
wyobrazić, że niczym zwyczajne małżeństwo siedzą w domu z dzieckiem w cichy, sobotni 
wieczór... 

– Matka ponownie wychodzi za mąż – wypaliła. – Za Henry’ego. 
– Skąd to skojarzenie? – zapytał cicho. 
– Masz wyjątkową zdolność do zadawania trudnych pytań. Lubisz Henry’ego?
– Bardzo. Moja lewa ręka potrzebuje przeciwwagi. Przysuń się bliżej. 
Marcia wypiła kolejny łyk wina. 
– To niezbyt romantyczne brać kobietę w ramiona, nazywając ją przeciwwagą. 
– Chodzi o jedno ramię. – Objął ją wolną ręką. Palcami zaczął delikatnie pieścić jej skórę. 

– Odpręż się. Chciałbym ci coś opowiedzieć. 

Akurat, pomyślała Marcia, i podwinąwszy nogi, oparła mu głowę na ramieniu. Zamknęła 

oczy, koncentrując się na dotyku muskularnego ciała Quentina. 

– Nie jestem pewna, czy potrafię się skupić – mruknęła. 
– Marcio... 
Ton jego głosu sprawił, że podniosła wzrok. Oczy miał nieprawdopodobnie błękitne i 

przez   chwilę   ogarnął   ją   lęk.   Jednak,   gdy   ich   usta   zetknęły   się,   lęk   gdzieś   się   rozpłynął. 
Uczucie cudownego niepokoju przeszyło jej ciało. Usta Quentina niosły w sobie żar letniego 
dnia. 

Mały zasnął, pomyślał Quentin, pragnąc, by Christopher Stephen Donovan znalazł się 

background image

gdzieś daleko, a przynajmniej w swoim łóżeczku. Wchłaniał drażniący zmysły słodki zapach 
Marcii.   Czuł,   jak   jej   palce   przesuwają   się   wzdłuż   ramienia   i   wplatają   we   włosy.   Miał 
nadzieję, że Lucy dobrze się bawi w kinie, bo jemu zafundowała w ten sposób cudowny 
wieczór. 

Chris załkał i znów zajął się kciukiem. Marcia, nie przerywając pocałunku, wyszeptała:
–   Chyba   opiekunowie   do   dziecka   nie   powinni   zabawiać   się   ze   sobą.   Miałeś   mi   coś 

opowiedzieć. 

– Owszem. 
Odsunął   jej   włosy   z   twarzy.   Marcia   zauważyła,   że   drżą   mu   palce.   To   przeze   mnie, 

pomyślała. 

– Dlaczego ja? – wybuchnęła. – Tego właśnie nie pojmuję. 
Czy była to właściwa chwila, by wyjaśnić jej, dlaczego nie może bez niej żyć? A może po 

prostu boi się ją utracić?

– O tym właśnie jest moja opowieść – zaczął. – Dawno temu w miasteczku Holton żył 

sobie chłopiec, który miał na imię Quentin. Nie miał sióstr ani braci, lecz nie tęsknił do nich, 
bo biegał po lasach i polach, obserwował jelenie i ptaki i od zawsze wiedział, że zostanie 
malarzem. Drugim powodem, dla którego nie brakowało mu rodzeństwa, byli jego rodzice. 
Solidni i niewzruszeni niczym opoka, kochali się jak para dzikich gęsi, które zostają ze sobą 
na zawsze. 

Marcia poczuła nagle ból. Straciła ojca, mając pięć lat. 
– I co dalej?
– Zawsze wiedziałem – Quentin niepostrzeżenie zaczął mówić w pierwszej osobie – że 

moich rodziców łączyło coś niezwykłego. Kochali się bardzo mocno. Im byłem starszy, tym 
bardziej wierzyłem, że ludzi przede wszystkim powinna łączyć prawdziwa miłość. Lucy i 
Troy potrafili to osiągnąć, choć niemałym kosztem. Chyba dlatego zaprzyjaźniłem się z nimi. 

Popatrzył na przytuloną do niego Marcie. 
– Kiedy miałem dziesięć czy jedenaście lat, byłem pewien, że spotkam kobietę, która 

będzie zarazem moim przyjacielem. Błąd polegał na tym, że zlekceważyłem to, żeniąc się z 
Helen. Kiedy stanęłaś w drzwiach galerii, wiedziałem, że to ty, że to na ciebie czekałem przez 
całe życie. To już koniec całej historii. A może dopiero początek?

Marcia wyprostowała się. 
– Zakochałeś się we mnie. Czy to właśnie chciałeś mi powiedzieć?
– Chyba tak, choć te słowa są tak wyświechtane, że ledwo przechodzą mi przez gardło. 

Coś nas jeszcze łączy, Marcio, coś ciągnie ku sobie. Niech to licho, nie umiem tego wyrazić. 
Zajmuję   się   obrazami,   nie   słowami...   –   Zastanawiał   się   przez   chwilę.   –   Twój   obraz 
wymalowany jest w moim sercu... 

– A więc naprawdę ci na mnie zależy – powiedziała wstrząśnięta. 
–   Tak.   –   Pogładził   policzek.   Oczy   miała   niespokojne,   niczym   jelonek,   który   wyczuł 

zagrożenie. – Starałem się to zwalczyć. Nie byłaś w moim typie. Opanowanie i ostrożność nie 
należały do najbardziej cenionych przeze mnie zalet. 

Quentin miał już dość słów. Delikatnie przesunął dłoń z karku Marcii na kołnierzyk i 

background image

dalej, ku stromiźnie piersi, aż wreszcie położył ją na udzie, gniotąc miękki materiał sukienki. 

Słyszał, jak przyspiesza jej oddech, widział, jak rozszerzają się jej źrenice, lecz Marcia 

nie powiedziała ani słowa. 

– Czerwień jest kolorem namiętności – odezwał się cicho. – Wiesz o tym, Marcio?
– Po prostu żadne z nas od dawna z nikim się nie kochało. To wszystko. 
– Chodzi o coś więcej. Wiedziała. 
– Czy chcesz przez to powiedzieć, że jestem kobietą, z którą chciałbyś spędzić resztę 

życia?

– Tak. Właśnie to miałem na myśli. 
– Spotkaliśmy się zaledwie dwa tygodnie temu. 
– Spędzaj ze mną więcej czasu, to poznamy się lepiej. Popatrzyła na rękę spoczywającą 

na jej nodze. Zdążyła już poznać kryjącą się w niej siłę i zmysłowość. Sięgnęła po kieliszek 
wina. 

– Dlaczego nie powiedziałeś mi tego przedtem?
– Bo nie byłaś na to przygotowana. 
– Okłamałeś mnie!
– Nie! Po prostu nie powiedziałem całej prawdy. 
– Usiłujesz odwrócić kota ogonem. 
– Przestań na mnie napadać! – krzyknął. – Jesteś najbardziej irytującą kobietą, jaką znam, 

i nie pytaj mnie, dlaczego zakochałem się w tobie, bo sam tego nie pojmuję. Oskarżasz mnie 
o kłamstwo, a tego nie zniosę. 

Chris podniósł główkę. Otworzył buzię i przypatrywał się im ze zdumieniem. 
– Cześć, koleś – powiedział nieco spokojniej Quentin. Chris uśmiechnął się do niego 

promiennie. 

– Znów mi się to przytrafiło – powiedziała bezradnie Marcia. – Straciłam panowanie nad 

sobą. 

– Abstynencja seksualna, w tym tkwi problem. Roześmiała się. 
– Punkt dla ciebie. W tym jesteśmy zgodni, Quentinie Ramseyu. Ogłaszam publicznie, że 

podstawowym efektem twojego oddziaływania jest nerwica seksualna. 

– I co jeszcze? – zainteresował się Quentin. 
– Wściekłość, strach, pożądanie, szczęście, zazdrość – wyliczała na palcach. – Jak mi 

idzie?

– Wyszłaś wreszcie z ukrycia. 
Chris wyciągnął do niej rączki, odsłaniając w uśmiechu różowe dziąsła z trzema ząbkami. 

Marcia wzięła go na ręce, a malec czknął. 

– Gdy tak na ciebie patrzę, wydaje mi się, że Chris jest naszym dzieckiem. Czy widzisz 

się w roli matki mojego dziecka?

– Kiedy z tobą przebywam – wyznała szczerze – myślę głównie o tym, co poprzedza 

poczęcie dziecka. Gdy jednak widzę, jak trzymasz Chrisa, nie kryję, że chciałabym, aby to 
było   nasze   dziecko.   –   Skrzywiła   się.   –   To   jest   najbardziej   zwariowana   rozmowa,   jaką 
kiedykolwiek prowadziłam. Nigdy nie mieszkałam z mężczyzną. Przerażają mnie codzienne 

background image

obowiązki. Kto pozmywa po obiedzie? Kto umyje wannę? Jestem pewna, że w ciągu miesiąca 
doprowadzilibyśmy się nawzajem do szału. 

– Łatwo się przekonać. Przeprowadź się do domku. 
– Żartujesz!
– W. cale nie. – Zaschło mu w gardle. Popatrzyła na niego zdumiona. 
– Wiesz, co jest tu najbardziej szalone? Że w ogóle się nad tym zastanawiam. 
– Wystarczy powiedzieć „tak”. To proste słowo. Chris zaczął ssać włosy Marcii. 
– Chyba powinniśmy nakarmić go i położyć do łóżeczka – powiedziała niepewnie. – 

Lucy nie pochwali nas za to, że siedział z nami przez pół nocy. 

– Nie zmieniaj tematu. Powiedz „tak”. 
– Potrzymaj go, a ja podgrzeję butelkę. Obiecuję, że odpowiem ci pod koniec tygodnia. 

Nie popędzaj mnie, proszę. 

Wiedział, że ją pogania, ale nic nie mógł na to poradzić. Wstał i jednym haustem opróżnił 

kieliszek wina. Potem wziął dziecko, uważając, by przy tym nie dotknąć Marcii. 

Marcia dotknęła ręki Quentina. 
– Jest mi przykro, kiedy masz taką smutną minę. Wiem, że to bez sensu, żebyś czekał 

cały tydzień, ale muszę się upewnić, że postępuję właściwie. To poważna decyzja i przeraża 
mnie. Postaraj się mnie zrozumieć. 

– Wiesz, co najbardziej mnie w tym drażni? – spytał. – To, że nie mam wyboru. Będę 

czekał, bo muszę, ponieważ jesteś jedyną kobietą, której pragnę. – Roześmiał się gorzko. – 
Kiedy miałem jedenaście lat, nie przypuszczałem, że miłość może być taką pułapką. 

Chris,   przerażony   tonem   ich   głosów,   zaczął   znowu   szlochać.   Quentin   wzruszył 

ramionami. 

–   Chyba   lepiej   sobie   pójdę.   Nie   powinniśmy   straszyć   Chrisa.   I   tak   do   niczego   nie 

dojdziemy. 

– Nie chcę, żebyś wyszedł. 
– Zatem oboje zostaliśmy schwytani – oświadczył grobowym głosem. 
– Może miłość jest piękna i łatwa tylko wtedy, gdy się nie jest zakochanym – stwierdziła 

bez sensu Marcia. 

– Nie ma nic za darmo, wiem o tym. Zawsze byłem włóczęgą podążającym, gdzie mnie 

oczy poniosą. Kochać cię, to znaczy wyrzec się tej wolności, choć nie jestem pewien, czy nie 
zyskam w ten sposób innej. 

– Ja również stracę swą niezależność – powiedziała cicho. – Przez wiele lat robiłam, co 

chciałam, nie pytając nikogo o zdanie. Przez ciebie to się zmieni. 

– Zyskamy więcej, niż stracimy – rzekł z naciskiem. 
Marcia zaczęła się przechadzać po salonie. Sukienka wirowała wokół jej nóg, rajstopy 

szeleściły po wykładzinie. 

– Wiesz, kiedy mój bezpieczny świat zaczął się zawalać? Kiedy umarł Michael, pierwsze 

dziecko Lucy i Troya. Zazdrościłam im szczęścia i tego dziecka. Ale Michael umarł, a ich 
małżeństwo się rozpadło. Oboje byli  wówczas  tacy nieszczęśliwi, Chyba wtedy zaczęłam 
dorastać. 

background image

Pochyliła   się,   ręce   włożyła   w   kieszenie   sukienki.   Quentin   stał   nieruchomo.   Każde 

wypowiedziane przez nią słowo utwierdzało go w przekonaniu, że w jej sercu płonie wielka 
namiętność. Kolor sukienki nie był przypadkowy. 

– Kocham cię, Marcio. Zatrzymała się. 
– Jeszcze za wcześnie, Quentin. Staram się ze wszystkich sił, ale jeszcze za wcześnie. 
Niecierpliwość walczyła w nim z rozsądkiem i ten ostatni zwyciężył o włos. 
– Połóżmy Chrisa spać i pójdę już. Może za parę dni umówimy się. Normalna randka – 

uśmiechnął się – pizza i kino. 

Marcia uśmiechnęła się niewyraźnie. 
– Niezły pomysł – powiedziała. 
Wkrótce   Chris   leżał   już   w   łóżeczku.   Quentin   wkładał   kurtkę.   W   ostrym   świetle 

przedpokoju na jej twarzy mógł dostrzec całą gamę uczuć. 

–   Myślę...   –   zaczęła   i   nagle   podbiegła   do   niego,   przytulając   się   tak   mocno,   jakby 

wyjeżdżał na drugi koniec świata. 

Serce zabiło mu gwałtownie.  Uniósł ją i pocałował czule, a zarazem namiętnie.  Gdy 

zanurzyła mu palce we włosach, przywierając doń z całej siły, wiedział już, że odnalazł ten 
nowy wymiar wolności, o którym jej opowiadał. 

W zamku zazgrzytał klucz. Quentin natychmiast postawił Marcie na podłodze, lecz Lucy 

zdążyła jeszcze dostrzec, że się obejmowali. 

– Quentin, jak to miło, że wpadłeś – powiedziała z udanym zdziwieniem. 
Zaczerwieniona Marcia cofnęła się o krok. 
– Właśnie wychodził. 
– Film był beznadziejny, więc nie wysiedzieliśmy do końca – oznajmiła Lucy. 
Troy popatrywał na nich z rozbawieniem. 
– Ściągaj kurtkę i posiedź jeszcze z nami. Jak tam Chris?
– Położyliśmy go przed paroma minutami – wybąkała Marcia. – Dałam mu jeszcze jedną 

butelkę. Był chyba głodny. Mam nadzieję, że postąpiłam właściwie. 

– Najważniejsze, że pomogło – odparł Troy. 
Quentin   nie   miał   zamiaru   rozmawiać   o   filmie,   ząbkowaniu   Chrisa   ani   zaspokajać 

ciekawości Lucy na temat tego, co zaszło pomiędzy nim a jej siostrą. 

– Chyba wrócę na wieś – powiedział. – Zadzwonię jutro do Cat. Trzymaj się, Marcia. 
Bez pośpiechu pocałował ją w usta, uśmiechnął się do całej trójki i wyszedł. Zbiegał po 

schodach, wesoło pogwizdując. Kochał Marcie. Nie wiedział tylko, czy ona odwzajemnia 
jego uczucie. Miał jednak więcej pewności i nadziei niż dwadzieścia cztery godziny temu. 

Dobre i to. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Kiedy w niedzielę  rano Marcia  wróciła  ze spaceru z psami,  automatyczna  sekretarka 

sygnalizowała jakieś zgłoszenie. Wcisnęła guzik i w kuchni rozległ się głos Quentina:

– Marcia, nie znoszę tych cholernych urządzeń. Zawsze boję się, że przerwą mi, zanim 

skończę.   Idę   popływać   kajakiem.   Miałem   takie   sny,   że   potrzebuję   dużo   zimnej   wody. 
Zadzwonię później. Może wybierzemy się razem na obiad? Kocham cię. 

Maszyna zapiszczała. Marcia podniosła Artiego i przytuliła go mocno. 
– Czy się w nim zakochałam? Niczego takiego nie czułam w stosunku do Lestera ani 

Paula. 

Artie zaszczekał. Tansy zawyła. Marcia nastawiła płytę kompaktową z ariami operowymi 

i   wyśpiewywała,   sprzątając   mieszkanie   i   pakując   się.   Włożyła   nowe   dżinsy   i   jedwabną 
bluzkę,   meksykański   pas   i   srebrne   kolczyki   z   turkusami.   Do   tego   zrobiła   ostrzejszy   niż 
zazwyczaj  makijaż. Nieźle, pomyślała, przeglądając się w lustrze. W sam raz na obiad z 
Quentinem. 

Lucy   zaproponowała,   żeby   wyszli   gdzieś   razem   w   czwartek,   bo   Evelyn   obiecała,   że 

zostanie z wnukiem, żeby Henry mógł go poznać. 

Quentin nie dzwonił, widocznie popłynął gdzieś daleko. 
Zniecierpliwiona  czekaniem  postanowiła  jeszcze  wyjść  z psami.  Nie przebierając  się, 

zdjęła smycze z wieszaka. 

Tansy jak zwykle wpadła w szał radości. Po krótkich zmaganiach Marcia zwyciężyła i 

poszli na spacer. 

Świeciło słońce i Marcia czuła się niezwykle szczęśliwa. Co chwila musiała przystawać, 

by   wyplątać   smycz   Tansy   z   różnych   przeszkód.   Artie   dreptał   flegmatycznie   u   jej   boku. 
Będzie go jej brakowało. 

Po półgodzinie zawróciła w stronę domu. Myślała znów o Quentinie, więc nie zauważyła 

wielkiego psa, stojącego obok swej eleganckiej pani po drugiej stronie ulicy. Tansy jednak nie 
przegapiła okazji. 

Jednym susem wyskoczyła na jezdnię. Marcia, gwałtownie wyrwana z marzeń, straciła 

równowagę. Smycz wysunęła się jej z ręki. 

– Tansy! – krzyknęła. – Tansy, wróć!
Z piskiem opon czarne auto zahamowało gwałtownie przed pasami. Za późno. Niczym w 

upiornym śnie Marcia zobaczyła, jak Tansy zatacza łuk w powietrzu i z głuchym łoskotem 
uderza o krawężnik. Rozejrzawszy się na wszystkie strony, Marcia przebiegła na drugą stronę 
ulicy, ciągnąc za sobą Artiego. 

Tansy leżała z zamkniętymi ślepiami. Z rozciętego boku sączyła się krew. Marcia złapała 

ją na ręce. 

– Najmocniej przepraszam, ale naprawdę nie mogłem wyhamować – usprawiedliwiał się 

kierowca. 

Z fajką, w tweedowej marynarce i z brytyjskim akcentem wyglądał tak, jak wyobrażała 

background image

sobie niegdyś Quentina. 

– Proszę mi pozwolić zawieźć się do weterynarza. Klinika jest o dwie przecznice stąd. 
Wsiadła do czarnego jaguara. 
– Dziękuję – wykrztusiła. – Postaram się nie pobrudzić samochodu. 
Dziesięć   minut   później   dyżurny   weterynarz   otwierał   przed   nią   drzwi.   Mężczyzna   w 

tweedowej marynarce odjechał. Marcia siedziała więc w poczekalni sama, tuląc Artiego. Po 
kolejnych dziesięciu minutach z sali zabiegowej wyłoniła się młoda, ładna pani doktor. 

– Z psem wszystko w porządku – oznajmiła. – Wstrząs mózgu, więc zatrzymam ją do 

jutra na obserwacji. Oprócz tego dziesięć szwów. Miała szczęście, nie ma żadnych złamań ani 
wewnętrznych obrażeń. 

Marcia, z trudem panując nad sobą, zapłaciła, zostawiła adres i telefon Cat, a potem 

wróciła do domu taksówką. 

Przed domem stał charakterystyczny,  żółty samochód. Na schodkach siedział Quentin. 

Widząc Marcie, wstał i ruszył ku niej. Nagle zatrzymał się i spytał zmienionym głosem:

– Co się stało? Całą bluzkę masz we krwi. 
– To Tansy, wybiegła na jezdnię – wyjaśniła wciąż zdenerwowana Marcia. 
– Kochanie – powiedział dziwnym głosem. – Daj mi klucze i Artiego. 
Obejmując   ją,   otworzył   drzwi   i   wpuścił   psa   do   środka.   Wewnątrz   wisiało   wielkie, 

zabytkowe lustro. 

– Kupiłam tę bluzkę tego samego dnia, co poziomkową sukienkę. Jest do wyrzucenia – 

jęknęła Marcia. 

– Przecież to tylko bluzka! Przez chwilę myślałem, że to twoja krew – odparł pobladły 

Quentin. 

– Co ja powiem Cat? – Załamała ręce. – To moja wina. Zamyśliłam się i Tansy wypadła 

na jezdnię wprost pod koła. 

– Jest ciężko ranną?
– Nie, nic wielkiego. Ale to ja byłam za nią odpowiedzialna, rozumiesz. 
– Tansy to kompletna idiotka, a ty musiałabyś mieć nadzwyczajną siłę, żeby ją utrzymać. 
– Nie dopilnowałam jej. 
Quentin położył dłoń na jej ramieniu. Cofnęła się. 
– Marcia, o co ci chodzi? Wypadki się zdarzają, wszyscy popełniamy błędy, więc ty też, 

bo   jesteś   tylko   człowiekiem.   A   co   z   odpowiedzialnością   właścicielki   Tansy,   która   nie 
wyszkoliła jej jak należy? A Cat, czy uprzedziła cię, w co się pakujesz?

Marcia oparła się o ścianę, patrząc na Quentina jak na wroga. 
– To ja jestem odpowiedzialna – powtórzyła i rozpłakała się. 
Cuientin nie mógł na to patrzeć. Wziął ją na ręce i poszedł w stronę schodów. 
– Co robisz? – zapytała zdziwiona. 
– Zabieram cię na górę. Przygotuję ci kąpiel, a potem wypiorę bluzkę w kuchni. 
Zaczęła okładać go pięściami. 
– Nie chcę, żebyś wtrącał się w moje życie i bez przerwy mówił mi, co mam robić. 

Postaw mnie w tej chwili. 

background image

– Nie. Przestań mnie bić. 
– To mnie postaw. 
– Raz przynajmniej zrobisz to, co ja chcę. Dobrze ci zrobi kolejne doświadczenie. To 

boli! – powiedział zniecierpliwiony, gdy uderzyła go w mostek. 

– Bardzo dobrze – syknęła, gdy stawiał ją na podłodze w łazience. – Idź do domu. Nie 

chcę cię tutaj. 

– Wcale tak nie myślisz – odparł lodowatym tonem. 
– Owszem. Umiałam troszczyć się o siebie przez ponad trzydzieści lat. Nic od ciebie nie 

potrzebuję. 

– Jeśli naprawdę tego chcesz – powiedział przez zaciśnięte zęby – to sobie pójdę. Na 

zawsze. 

Marcia osłupiała. Quentin zabrnął jednak za daleko, żeby się wycofać. 
–   Miłość   to   nie   tylko   szczęśliwe   chwile,   opieka   nad   dzieckiem,   rodzinne   obiadki   i 

wypady do kina. To również kryzysy, wypadki i straty. Jeśli znosimy to wspólnie, stajemy się 
silniejsi. Ja pomagam tobie, ty mnie. Ale jeżeli nie pozwalasz mi na to, wszystko traci sens. 

– Szantażujesz mnie. 
– Jeśli tak to widzisz, odejdę. 
Marcia przysiadła ciężko na krawędzi wanny. 
– Nic nie rozumiesz. Byłam za nią odpowiedzialna, a ona omal nie zginęła. Nie mogę się 

z tym pogodzić. 

Quentin uklęknął obok niej. Marcia zalała się łzami i był przekonany, że chodzi tu o coś 

więcej niż Tansy. 

– Z czym nie możesz się pogodzić?
Z rezygnacją wsparła głowę na jego ramieniu. 
– Mój ojciec zmarł, kiedy miałam pięć lat – wyszeptała ledwo dosłyszalnie. – W mojej 

klasie był rudzielec, Kevin Meade. Nie znosiłam go. Ciągnął mnie za włosy, a w deszczowe 
dni wrzucał mi książki do kałuży. Powiedział mi, że ojciec umarł dlatego, że wracając do 
domu, ukradłam kilka jabłek z drzewa pana Batesa. Wiedziałam, że kradzież to grzech, więc 
mu uwierzyłam. Mój ojciec umarł, bo byłam złą dziewczynką. 

Oczami wyobraźni ujrzał małą dziewczynkę z warkoczykiem, jak wspina się na płot i 

zrywa jabłka z drzewa. 

– Dlaczego nie powiedziałaś o tym mamie?
– Oddaliła się od nas po śmierci ojca. Była  załamana, jakby nieobecna duchem. Też 

myślałam, że to moja wina. – Podniosła zapłakane oczy. – Wiem, że to głupie, ale miałam 
tylko pięć lat. 

– W ten sposób straciłaś oboje rodziców. Zastanowiła się. 
– W pewnym sensie masz rację. Nie mogłam porozmawiać z Lucy, miała dopiero trzy 

latka, a Cat była jeszcze niemowlakiem. Z całej siły starałam się być dobra, żeby znów nie 
przydarzyło się jakieś nieszczęście. Zawsze byłam najlepsza w klasie i nie złamałam żadnej 
zasady. 

Quentin poczuł wdzięczność dla głupiej Tansy, bo dzięki niej znalazł wreszcie klucz do 

background image

psychiki Marcii. 

–   Oczywiście,   skończyłam   medycynę.   Wszyscy   w   naszej   rodzinie   są   lekarzami,   z 

wyjątkiem Lucy, ale ona wyszła za mąż za doktora. Wszystko robiłam najlepiej. Dostawałam 
pochwały i wyróżnienia, moje badania wzbudzały zainteresowanie, brałam udział w ważnych 
konferencjach.   Trwało   to   do   chwili,   gdy   umarł   Michael.   Potem   spotkałam   ciebie   i 
zrozumiałam, jaka byłam nieszczęśliwa. Pusta wewnętrznie. Ten obraz był wszystkim, czego 
sobie w życiu odmawiałam. 

– Nic dziwnego, że wtedy płakałaś. 
–  Wyglądałam  jak deszczowy dzień.   – Przeciągnęła  policzkiem  po  jego  torsie.  – To 

śmieszne, ale kiedy ci wszystko opowiedziałam, zrobiło mi się jakoś lżej. 

– To dobrze – rzekł Quentin, dotykając ramieniem miękkiej piersi Marcii. 
– Potrzebuję cię, ale nie wiem, co zrobię, gdy znów będę cię potrzebowała, a ciebie przy 

mnie nie będzie?

– Marcio – powiedział uroczystym tonem. – Przyrzekam ci, że zawsze będę obok ciebie. 
– Chyba znów się rozpłaczę – mruknęła i uśmiechnęła się do niego przez łzy. – Cat wróci 

za jakąś godzinę. A swoją drogą, co tu robisz? Miałeś pływać kajakiem po jeziorze. 

– Kiedy odezwała się ta cholerna automatyczna sekretarka, postanowiłem pojechać do 

miasta. Wolę rozmawiać z żywymi ludźmi. 

Quentin wstał, włożył korek do wanny i odkręcił kurki. Potem przejrzał kolekcję butelek 

stojących na półeczce nad umywalką. Wybrał jedną, otworzył i hojnie nalał bladoniebieskiego 
płynu do wanny. 

Marcia jęknęła z przerażenia. 
– To ulubiony płyn do kąpieli Cat. Jest niesamowicie drogi. 
– Zasłużyłaś sobie – oświadczył i dolał jeszcze trochę. 
– Nie znajdziesz mnie wśród piany – zachichotała Marcia. 
– To się okaże – odparł Quentin i sięgnął do guzika jej bluzki. 
Po raz pierwszy, od chwili gdy spotkał ją przed domem, wróciły jej kolory. Siedziała 

nieruchomo, a on rozpinał kolejne guziki. Palce miał jakieś niezdarne, serce waliło mu, jakby 
przepłynął rzekę. Wyciągnął bluzkę z dżinsów, potem zsunął jej z ramion. Na tle białej piany, 
skóra Marcii wyglądała jak kość słoniowa. Biustonosz skrywał jej piersi, lecz przez koronki 
prześwitywały ciemne brodawki. 

– Chciałbym cię namalować taką, jaka jesteś w tej chwili, bo inaczej nie potrafiłbym 

wyrazić, jaka jesteś piękna. 

Marcia   instynktownie   uniosła   twarz   do   pocałunku.   Quentin   objął   ją,   potem   pochylił 

głowę ku jej piersiom. Przytuliła ją do siebie, bawiąc się jego ciemnymi włosami. Ogarnęło ją 
zupełnie nieznane uczucie. Prawdziwe, pomyślała, niekłamane. 

Coś chłodnego i mokrego dotknęło jej pleców. Obejrzała się i zaśmiała. 
– Jeszcze chwila, a zalejemy mieszkanie. 
Piana wylewała się przez brzeg wanny. Quentin zaklął i zakręcił kurki. Marcia wstała. Jej 

widok w biustonoszu i w dżinsach wzbudził w nim falę pożądania i czułości. 

– Lepiej stąd wyjdę, bo za chwilę będę się z tobą kochał na dywaniku przed wanną. 

background image

Kiedy stał już w drzwiach łazienki dobiegł go jej głos:
– Dziękuję, Quentin. 
W kłębach pary stała drobna, szczupła kobieta, która była dla niego najważniejszą istotą 

na świecie. Skinął głową i przeszedł do kuchni. Zakrwawioną bluzkę włożył pod zimną wodę. 
Mnie też by się to przydało, pomyślał, spoglądając na schludny ogródek przed domem Cat. 

Był   zadowolony,   że   Troy   kupił   Marcii   obrazek   przedstawiający   trzy   dziewczynki   na 

trawie. Zbyt wcześnie utraciła tę naturalną swobodę i potrzeba było wielu lat, by to wreszcie 
pojęła. A może sam się oszukiwał, sądząc, że Marcia odnajdzie samą siebie, gdy znajdą się 
razem w łóżku?

Cat przyjechała w pół godziny później. Artie zaszczekał na przywitanie. Cat uściskała 

siostrę i spytała:

– Czyżbyś oduczyła Tansy tratowania gości na powitanie?
– Tansy jest u weterynarza – odparła Marcia i opowiedziała, co się stało. 
Quentin słyszał drżenie w jej głosie. 
– Wcale nie jestem zdziwiona – stwierdziła spokojnie Cat. – Tansy brak piątej klepki. Nie 

rozumiem, jak Lydia sobie z nią radzi. 

– Nie uprzedziłaś mnie, że jest taka nieznośna. 
– Nie rób z tego afery, Marcio. Cieszę się, że nic się jej nie stało, ale nie obwiniaj się za 

to. Daj mi rachunek od weterynarza. Nie mogę cię tym obciążać. 

Nie miała zielonego pojęcia, ile nerwów ten incydent kosztował jej siostrę. Wyraźnie jej 

to nie obchodziło. 

– Jak było w Nowym Jorku?
Cat z entuzjazmem opowiedziała im o sztukach, które widziała i o wystawie w Met. 
– Muszę już iść, Cat – powiedziała w końcu Marcia. – Jestem zmęczona. Cieszę się, że 

się dobrze bawiłaś. 

– Dziękuję za wszystko. Zapraszam cię na obiad do nowego lokalu, o którym głośno w 

mieście. Cześć, Quentin. 

Quentin niósł walizkę Marcii. Drażniła go niefrasobliwość Cat i bawiło odkrycie, że trzy 

siostry są tak różne. 

Włożył walizkę do czerwonego samochodu. Wyprostował się i popatrzył jej w oczy. Były 

lekko podkrążone. Rozsądek podpowiadał mu, że powinien teraz się pożegnać, lecz z drugiej 
strony chciał z nią zostać, właśnie teraz, gdy była wyczerpana i słaba. Pora zrobić kolejny 
krok. 

– Dasz sobie radę? – spytał. – Ja chyba wrócę nad jezioro. 
Wzruszyła ramionami. Czy kiedykolwiek nadejdzie dzień, w którym powie mu, że chce 

zostać z nim na zawsze? Może jest po prostu głupi, że na to liczy?

– Lucy i Troy zapraszają nas we wtorek na obiad. Przyjdziesz?
Zobaczy ją dopiero za dwa dni. 
– Jeśli to wszystko, co masz mi do zaoferowania... 
– Obiecuję, że w piątek powiem ci, czy przeniosę się do ciebie na wieś – powiedziała, 

background image

siląc się na odwagę. – Słowo. 

Nagle dotknęła jego twarzy. Przesuwała po niej palcami, jakby chciała nauczyć się go na 

pamięć. 

To tak, pomyślał, jakby dopiero teraz zobaczyła mnie po raz pierwszy. 
– Nigdzie nie wyjeżdżam – wyszeptał. Przytrzymała go i musnęła ustami jego wargi. 

Potem cofnęła się zmieszana. 

– Do zobaczenia we wtorek. Spotykamy się u Troya o siódmej. 
– Przyjadę po ciebie za dziesięć siódma. 
Mały czerwony samochód ruszył od krawężnika. Quentin patrzył w ślad za nim, póki nie 

zniknął.   Potem   wrócił   na   wieś   do   domku,   który   wydał   mu   się   naraz   bardzo   pusty.   Nie 
smakował mu nawet ulubiony stek. 

Nie chciał już pływać kajakiem, wybrał się na długi spacer. Po powrocie nie mógł skupić 

się nad książką, rozłożył więc szkicownik i zabrał się do pracy. 

Następnego   ranka   umieścił   na   sztalugach   nowe   płótno   i   gorączkowo   starał   się 

przypomnieć sobie zdjęcie z salonu Lucy w Vancouver. We wtorek po południu słaniał się na 
nogach, był nie ogolony, ale wiedział, że obraz jest skończony. Zabrał go ze sobą, jadąc do 
miasta. Trzymał go ostrożnie, dzwoniąc do drzwi Marcii. Obraz był jeszcze mokry. 

Miała na sobie poziomkową sukienkę i złote kolczyki. Quentin przełknął ślinę. 
– Namalowałem go dla ciebie. Marcia rozpromieniła się jak dziecko. 
– Namalowałeś dla mnie obraz?
– Jest jeszcze wilgotny. Gdzie mogę go powiesić? Zaprowadziła go do salonu. Zdjęła 

jakąś ozdóbkę ze ściany. Quentin powiesił obraz i cofnął się. Marcia w milczeniu spoglądała 
na dzieło. 

Kobieca postać w czerwonej sukience – to ona. Z ciemnego tła wyłaniały się twarze 

matki i ojca, a gdzieś w mroku krył się rudy chłopiec. Marcia otworzyła szerzej oczy, widząc 
w   samym   kącie   wizerunek   małej   dziewczynki.   To   również   była   ona.   Z   postaci   kobiety 
tryskała energia, Quentin podkreślił jej piękno i wdzięk. 

– Czy kiedykolwiek stanę się tą kobietą? – zadumała się Marcia. 
– Chyba już nią jesteś. Nieświadomie wyprostowała się. 
– To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. Ofiarowałeś mi nie tylko mnie, 

lecz również siebie. 

Natychmiast zauważyła, że malarz kochał się w swojej modelce. Odwróciła się w jego 

stronę. Promienny uśmiech Marcii zaparł mu dech w piersiach. 

– Wiesz co? Kiedy jestem z dala od ciebie, nie mogę wprost uwierzyć, że można mieć tak 

niebieskie oczy. Bardzo namiętne... 

– Marcio – spytał Quentin – chyba nie masz zamiaru mnie uwodzić, co?
– Wyszłam z wprawy – spłoniła się. – Zresztą, po co się oszukiwać? Nigdy nie miałam w 

tym wprawy, ale może cię uwodzę... 

– Uwielbiam twoją technikę, ale czas cię ogranicza. Mamy być u Lucy za pięć minut. 
Popatrzyła jeszcze raz na obraz. 
– Chyba jednak kochasz mnie naprawdę. 

background image

– Usiłuję cię o tym przekonać od chwili, gdy po raz pierwszy cię spotkałem. 
– Nie czuję się godna takiego daru. Brak mi słów i nie rozpłaczę się, bo mi się makijaż 

rozmaże – powiedziała cicho. 

–   Spójrz   sama,   jak   bardzo   zmieniłaś   się   w   ciągu   tych   trzech   tygodni.   Odwaga, 

namiętność,  radość  –  zyskałaś   to  wszystko.   Po  prostu  zepchnęłaś   to  w   głąb  siebie.  Tak, 
kocham cię i będę kochał nawet wtedy, gdy ze starości nie zdołam już utrzymać pędzla. 

– Kiedy tak na mnie spoglądasz, mam ochotę zerwać z ciebie ten wytworny garnitur, o 

koszuli i krawacie nie wspominając, i zaciągnąć cię do najbliższego łóżka. 

– Nie krępuj się – odparł, ujmując ją pod ręce. Podniósł ją wysoko i roześmiał się. – 

Zaczyna mi się to podobać, doktor Marcio Barnes. 

– Spóźnimy się. 
– Pocałuj mnie – rozkazał, stawiając ją z powrotem na podłodze. 
Posłuchała go skwapliwie. 
– Zadzwoń do Lucy i powiedz jej, że nie interesuje nas jedzenie. 
– Może zabrzmi to mało romantycznie – zatrzepotała rzęsami. – ale od rana nie miałam 

nic w ustach. Może najpierw coś zjemy?

– Zmieniłaś się. Co zaszło od niedzieli?
–   Zrobiło   mi   się   niedobrze   od   tej   całej   przezorności   –   powiedziała   z   pełnym 

przekonaniem. – Zima się skończyła, a ja mam dość zamykania się w sobie. Chcę, jak te 
tulipany nad kanałem, wystawiać twarz do słońca i wydaje mi się, że ma to związek z tym, że 
opowiedziałam ci o moim ojcu. Naprawdę musimy już wychodzić. Znasz Lucy... zaraz będzie 
spodziewała się najgorszego. 

Kiedy   dojechali   na   miejsce,   Evelyn   niańczyła   Chrisa,   Henry   podgrzewał   butelkę   z 

mlekiem,   a   Lucy   i   Troy   czekali   na   nich.   Lucy   włożyła   swoją   czerwoną   suknię,   Troy 
prezentował się niezwykle elegancko w ciemnym garniturze. 

– Weźmiemy jeden samochód? – spytał. 
– Dwa. Odwiozę Marcie do domu – odparł Quentin. Lucy popatrzyła znacząco na siostrę. 

Marcia zaczerwieniła się. 

– Chodźmy. – rzekł Troy. 
Restauracja była nieduża, a menu wprawiło Marcie w zakłopotanie. 
–  Najchętniej  spróbowałabym   wszystkiego  po  trochu.   Do  wędzonego   brie  mogłabym 

zamówić pieczonego łososia, a do wędzonego łososia cielęcinę. Co wybrałeś, Quentin?

– Sałatkę rybną, pod warunkiem, że bez krewetek. Muszę uzgodnić to z kelnerem. Potem 

wieprzowina z mango. 

Zamówili koktajle. Marcia doczekała się wreszcie brie i łososia. Potem Quentin poprosił 

ją do tańca. Objął ją zachłannie w talii. Nie potrafiłaby określić, jakim jest tancerzem, bo 
rozpraszała   ją   bliskość   jego   ciała   i   prowokujące   muśnięcia   kryjących   się   pod   ubraniem 
mięśni.   Pragnęła   zakończyć   ten   wieczór   w   łóżku   z   mężczyzną,   którego   niebieskie   oczy 
mówiły jej o miłości i pożądaniu. Jednak chwilami ogarniał ją niewytłumaczalny lęk. 

Muzyka skończyła się, wrócili więc do stolika. Po chwili Troy poprosił szwagierkę do 

background image

tańca. 

– Powiedz mi – odezwała się Marcia, gdy wirowali w walcu – czy kiedy zobaczyłeś 

Lucy, wiedziałeś, że jest to kobieta, której pragniesz?

– Tak. Chociaż bardzo mi się opierała. Prawie tak samo jak ty Quentinowi. 
– Zamierzam skapitulować. 
– I to cię przeraża, co?
– Jesteś bardzo miły. Cieszę się, że jesteś moim szwagrem. Masz rację. 
– Quentin jest uczciwy, Marcio. Jest naszym serdecznym przyjacielem, czemu nie możesz 

zaprzeczyć.  Jeśli  pytasz  mnie  o zdanie,  powiem  krótko:  nie wahaj  się. – Zakręcił  nią w 
skomplikowanej figurze tanecznej. – Miłość ożywia świat. Lucy i Chris nadają sens mojemu 
życiu. Śmiało, siostrzyczko. A tak nawiasem mówiąc, dobrze ci w czerwonym. 

Marcia jednak jeszcze nie skończyła. 
– Ty i Lucy znacie się od sześciu lat i kochacie się coraz bardziej. Czy tak już zostanie, 

Troy? Czy można kochać jedną osobę przez całe życie?

– Zadajesz trudne pytania – roześmiał się Troy. – Quentin najwyraźniej cię rozruszał. 
Nadepnęła mu na palec. 
– Quentin i hormony. 
Troy zastanawiał się przez chwilę, przesuwając się pomiędzy innymi parami tancerzy. 
– Gdybyśmy z Lucy nie kochali się miłością, która ma w sobie sporo wytrwałości, chęci 

pozostania   ze   sobą   na   dobre   i   złe,   to   rozwiedlibyśmy   się   –   rzekł   wreszcie.   –   Niewiele 
brakowało. Jednak łączyło nas coś, co z braku lepszego określenia można nazwać miłością. 
Wiem, że będę kochał Lucy aż do śmierci, ale nie potrafię wyjaśnić tego w sensowny sposób. 

–   Być   może   wcale   nie   potrzebujesz.   –   Marcia   przygryzła   dolną   wargę.   –   Kiedy 

rozstaliście się po śmierci Michaela, zrozumiałam, jak puste jest moje życie. Lepiej, żeby to 
się nie stało, ale w pewien sposób wyszło wam to na dobre. 

Troy,  wytrawny tancerz,  zmylił  krok. Przez chwilę Marcia dostrzegła  na jego twarzy 

grymas cierpienia. 

– Przepraszam, nie powinnam była wspominać... Troy złapał rytm i powiedział spokojnie:
–   Jeśli   ze   zła   nie   rodzi   się   dobro,   to   świat   nie   miałby   sensu.   Nie   chciałbym   się 

zachowywać, jakby Michael nigdy nie istniał. Dziękuję, że mi to uświadomiłaś. 

Zatem uzyskałam odpowiedź, pomyślała. Troy i Lucy wierzyli w trwałą miłość. Gotowa 

była uznać, że i Quentin w nią wierzył. A ona sama? Czy była zdolna do takiej miłości?

Wale skończył się i Troy odprowadził ją do stolika. Zanim jednak dołączyli do reszty, 

dodał:

– Powodzenia, siostrzyczko, życzę ci wszystkiego najlepszego. 
Jedli, pili i rozmawiali o wszystkim, śmiejąc się wesoło. Marcia bawiła się wspaniale. Jej 

obawy znikły,   wyparte   przez  erotyczną   atmosferę  wymienianych  z  Quentinem   spojrzeń  i 
przelotnych   dotknięć.   Kiedy   pochylał   się,   by   podnieść   „upuszczoną   przez   nią   serwetkę, 
powiedział tak, by inni nie słyszeli:

– Wyglądasz jak kobieta, którą namalowałem. 
Bo też w istocie tak się czuła: pełna wdzięku, energii i życia. 

background image

Kiedy   czekali   na   deser,   Marcia   przeprosiła   towarzystwo   i   poszła   do   toalety.   Lucy 

pospieszyła za nią. Łazienka była bardzo elegancka. Marcia, widząc w lustrze lśniące oczy i 
zaróżowione policzki, z trudem poznawała samą siebie. 

– Wyglądasz fantastycznie – zauważyła Lucy, sięgając po szminkę. – Powinnaś częściej 

nosić jaskrawe kolory. 

– Może tak zrobię. – Marcia sprawdziła, czy są same w łazience i zebrała się na odwagę. 

– Lucy, czy mogę zadać ci intymne pytanie?

Lucy kończyła poprawiać dolną wargę. 
– Śmiało. 
– Sama nie wiem... Chciałam spytać... To znaczy, czy wciąż lubisz seks? Jesteście ze 

sobą ponad sześć lat i... ?

– Zbyt zawstydzona, by spojrzeć siostrze w oczy, zaczęła szukać szminki w torebce. 
Lucy przysiadła na marmurowym  blacie, w jednej ręce trzymając szminkę, w drugiej 

oprawkę. 

–  Niecodziennie  jest to  szał  uniesień,   o jakim  czytałaś   w  książkach.  Ale  nie  zawsze 

chciałabyś  słuchać koncertu symfonicznego na cały regulator. Czasem może to być miłe i 
zabawne,   tak   czułe,   że   umierasz   ze   szczęścia.   Kiedy   indziej   to   stara,   dzika   żądza   – 
zachichotała.   –   W   zeszłym   tygodniu   kochaliśmy   się   w   kuchni.   Gotowałam   kolację. 
Przypaliłam marchewkę i tak przesoliłam brokuły, że musieliśmy zamówić chińskie jedzenie 
przez telefon. Czasami – ciągnęła rozmarzona – kiedy Troy jest bardzo zajęty, umawiamy się 
jak  na   randkę  i   przez  cały  dzień   cieszymy  się  na   to,  co  będziemy   robić  wieczorem.  To 
cudowne chwile. – Schowała szminkę. – Rozgadałam się. Czy to ci pomogło?

– Chyba... tak. 
– Czasem trzeba rzucić się na głęboką wodę, zaryzykować. Nauczyłam się tego, kiedy 

rozstaliśmy się z Troyem. Nie odpychaj Quentina tylko dlatego, że się go boisz. To najgorsze, 
co mogłabyś zrobić. Już nie powiem ani słowa. Troy wciąż powtarza mi, że za bardzo się 
wtrącam. Mam okropne włosy. Będę musiała je przyciąć. Wracamy. 

Przy stoliku siedział tylko Troy. 
–  Nieoczekiwanie  zmienił  się  szef  kuchni,  więc  kelner  nie  wiedział,  że  w  sałatce  są 

krewetki – wyjaśnił. – Quentin właśnie wyszedł. Źle się poczuł. Bardzo przeprasza i prosi, 
żebym odwiózł Marcie do domu. 

– Czy pojechał na wieś? – zapytała Marcia. 
– Tak. Usiłowałem go przekonać, żeby został u nas, ale bez skutku. 
– Jak dawno wyszedł?
– Kilka minut temu. Powiedział, że krewetki zawsze zwalają go z nóg. Co robisz?
Marcia chwyciła torebkę i zerwała się na równe nogi. 
– Może jeszcze złapię go na parkingu. Powinien pojechać do mnie, a nie taki kawał nad 

jezioro. Jeśli się spóźniłam, zaraz wrócę. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Quentin zostawił samochód w podziemnym  parkingu po drugiej stronie ulicy.  Marcia 

rozejrzała się i przebiegła przez jezdnię. W budce parkingowego siedział młodzieniec z kozią 
bródką. 

– Przepraszam – wysapała  – czy przed chwilą  wyjeżdżał  tędy mężczyzna  w żółtym, 

sportowym samochodzie?

– Nie, proszę pani. Nikt nie wyjeżdżał w ciągu ostatnich piętnastu minut. 
– Czy to jedyny wyjazd?
– Tak, proszę pani. 
Stanęła obok budki, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia młodzieńca. Wkrótce 

usłyszała odgłos silnika. Po chwili poznała wóz Quentina. Kiedy zatrzymał się przed barierką 
i opuścił szybę, wzięła od niego bilet parkingowy i wręczyła młodzieńcowi pięć dolarów. 

– Przesiądź się, Quentin, jedziemy do mnie. Wyglądał upiornie, był blady, twarz miał 

zlaną potem. 

– Nie zamierzam... 
– W takim razie pojadę z tobą do domku. Parkingowy oddał jej resztę. 
– Więc jak będzie? – spytała niecierpliwie. 
Quentin zacisnął palce na kierownicy. Twarz wykrzywił mu skurcz bólu. 
– Wolałbym zostać sam. 
– Potrzebujesz mnie. 
– Nie pozwalam nikomu... 
–   Jeśli   wszystko   między   nami   ma   się   zmienić   –   krzyknęła,   sama   nie   wiedząc,   skąd 

przyszło jej to do głowy – to ty też musisz się zmienić! Oboje musimy nad tym popracować – 
uśmiechnęła się. – Nie zapominaj, że jestem lekarzem. 

Quentin z ponurą miną otarł pot z czoła. 
– Nie ustąpisz?
– Nie. 
– To wsiadaj, na miłość boską – jęknął, przesuwając się na siedzenie pasażera. 
Marcia   uśmiechnęła   się do  parkingowego,  otworzyła  drzwi,  wsiadła  i  szybko  zapięła 

pasy. 

– Wygrałaś, jak się czujesz? – zapytał posępnie Quentin. 
– Jeśli nie możesz tego znieść, oboje przegraliśmy. 
– Bardzo sprytnie – parsknął. 
Marcia uruchomiła samochód i gładko ruszyła. 
– Jesteś tak samo uparty jak ja. Nikomu nie pozwalasz zbliżyć się do siebie. 
– To co innego. Jestem mężczyzną. 
– No tak. Ciekawe, jakie ty z kolei kryjesz tajemnice? Quentin gwałtownie złapał się za 

brzuch i skulił na fotelu. 

– Zawieź mnie po prostu do siebie, dobrze?

background image

Marcia wybrała najkrótszą drogę. Prowadziła szybko, dwukrotnie przemknęła przez żółte 

światła. Mimo iż zdawała sobie sprawę, że Quentin wolałby być u siebie, czuła, że postępuje 
właściwie. Koniec z brakiem zaangażowania, pomyślała. 

Zamknął oczy i osunął się na fotel. Jedną ręką przytrzymywał się pasów, drugą kurczowo 

zaciskał. 

–   Jeszcze   tylko   dwie   przecznice   –   powiedziała   spokojnym   tonem.   –   Powiedz,   co   ci 

dolega?

– Zjadłem te cholerne  krewetki – mruknął.  – Większą część nocy spędzę, zwracając 

wszystko, co zjadłem w ciągu ostatnich czterech dni. Nic wesołego. 

Zaparkowała przed budynkiem. Wysiadła, zamknęła drzwi i obeszła samochód, by pomoc 

Quentinowi wyjść i wyprostować się. Wzięła go pod rękę, wiedząc, że jeśli się przewróci, nie 
będzie miała dość sił, by go podnieść. 

– Przepraszam, pani doktor – rzekł. – Zapomniałem wspomnieć o zawrotach głowy. 
– Idziemy. 
Na szczęście mieli do pokonania tylko trzy stopnie i znaleźli się na wprost windy. Zanim 

dotarli do drzwi mieszkania Marcii, Quentin opierał się na niej całym ciężarem. Otworzyła 
drzwi   i   wepchnęła   go   do   środka.   Poszedł   wprost   do   łazienki,   zamykając   za   sobą   drzwi. 
Marcia przebrała się w sypialni w legginsy i podkoszulek. Szybko zmieniła pościel na czystą i 
poszła w stronę łazienki. 

Przez drzwi słyszała wymiotującego Quentina. Oparła się o futrynę, ponieważ czuła się 

tak nieszczęśliwa i bezradna, jakby to ona była chora. Przez piętnaście minut przechadzała się 
po   przedpokoju,   potem   zrobiła   kawę,   którą   wylała   do   zlewu,   bo   nie   była   w   stanie   nic 
przełknąć. Wróciła pod drzwi łazienki, zza których nie dobiegał żaden dźwięk. Przerażająca 
martwa cisza. , Zawołała Quentina. 

–   Nie   martw   się   –   odezwał   się   głosem,   który   zdawał   się   dobiegać   z   sąsiedniego 

mieszkania. – Nic mi nie jest. 

Marcia złapała za klamkę. 
– Wpuść mnie, Quentin. 
– Przesiedzę tu parę godzin i w niczym nie możesz mi pomóc. Równie dobrze mogłabyś 

wrócić do restauracji. 

– I zostawić cię samego?
– Potrafię o siebie zadbać. 
Zabrzmiało   to   jak   echo   jej   własnych   słów   sprzed   dwóch   dni.   Wtedy   powiedziała 

Quentinowi, że sama troszczy się o siebie od trzydziestu paru lat, a on zagroził jej, że odejdzie 
na zawsze. To działa w obie strony, stwierdziła niechętnie. 

– Zdejmij maskę supermana i otwórz. – Potrząsnęła klamką. 
Ku jej zdumieniu drzwi ustąpiły. Blady jak śmierć Quentin wspierał się o ścianę. 
– Odejdź, Marcio, nie mam siły kłócić się z tobą. Wyglądał tak okropnie, że złość jej 

minęła. 

– Jestem lekarzem – stwierdziła krótko. – Nie zamierzam się wycofać tylko dlatego, że 

nie wyglądasz najlepiej. Oprócz tego jestem kobietą, z którą podobno zamierzasz spędzić 

background image

resztę życia. Czy tylko same pogodne dni? Życie składa się też i z takich, kiedy czujesz się 
jak zbity pies. 

– W niczym nie możesz mi pomóc. 
Mimo że przeraziła ją wściekłość w jego głosie, nie ustąpiła. 
– Mogę posiedzieć przy tobie. 
Paliło   go   gardło,   bolał   brzuch,   było   mu   niedobrze.   Zauważył   jednak,   że   Marcia   ma 

zaciętą minę. 

– Nie wiesz, kiedy się wycofać, co? Rozumiała, że to nie jest komplement. 
– A chciałbyś tego?
– To bardzo trudne pytanie – odparł z wysiłkiem. Nagle zmienił się na twarzy. – Wyjdź. 
Usłuchała. Kiedy ustały charakterystyczne odgłosy, wróciła do łazienki. Quentin siedział 

na brzegu wanny, kryjąc twarz w dłoniach. Włosy miał mokre od potu. Drżał. Pobiegła do 
sypialni po gruby, moherowy sweter, który zrobiła kilka lat temu i zarzuciła mu na ramiona. 

Wtulił twarz w miękką wełnę. 
– Pachnie twoimi perfumami. Zrobiłaś taki sam dla Lucy, prawda? Miała go na Shag 

Island. 

Skinęła   głową   i   usiadła   obok.   Objęła   go,   próbując   rozgrzać   własnym   ciałem.   Nie 

odepchnął jej, lecz i nie przytulił. 

– Trafił się nam wyjątkowo romantyczny wieczór – mruknął z ironią. 
– Quentin – powiedziała z naciskiem. – Jeśli nadal masz ochotę, możemy się kochać. 

Oczywiście, nie dzisiaj, ale wkrótce. Przykro mi, że się tak źle czujesz. Wiedz jednak, że nie 
ma to na nic wpływu. 

Podniósł głowę. 
– Czy wciąż mam ochotę? Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wielką. Nie mogłoby być 

inaczej, skoro tak bardzo cię kocham. 

Wiedziała, że w takim stanie nie może skłamać. A więc obdarza ją taką miłością, o jakiej 

mówił Troy. 

– Dlaczego nasze najbardziej intymne chwile zdarzają się w łazience?
– Niech no tylko odzyskam siły, coś z tym zrobię. 
– Sypialnia wydawałaby się o wiele bardziej stosowna – kusiła. – Teraz chciałabym, 

żebyś się czegoś napił, bo się całkiem odwodnisz. Zaraz wracam. 

Noc mijała, ustępowały też objawy zatrucia. Wreszcie usłyszała, jak Quentin myje twarz i 

przepłukuje usta. Wyszedł z łazienki, przytrzymując się ściany. 

– Ryzykuję, że stracę w twoich oczach, ale nie jestem w stanie pojechać do domu. Czy 

mogę przespać się na kanapie?

– Nie – uśmiechnęła się, szczęśliwa, że choroba ustąpiła. – Położysz się w moim łóżku. Ja 

prześpię się na kanapie. 

– Marcio... – Wyglądał na wykończonego, dochodziła trzecia nad ranem i wiedział, że 

ona również nie zmrużyła oka. – Dziękuję. To wspaniale z twojej strony, że tak się o mnie 
troszczysz. 

– Wypełniam po prostu przysięgę Hipokratesa. 

background image

Cień przemknął po twarzy Quentina i Marcia zrozumiała, co miał zamiar odpowiedzieć. 
–   Przepraszam,   to   mówiła   stara   Marcia,   ta,   która   wszystkich   trzymała   na   dystans. 

Hipokrates   zganiłby   mnie   dzisiejszej   nocy.   Nie   zachowałam   dystansu   emocjonalnego   w 
stosunku do pacjenta. Połóż się, zanim się rozwidni. 

W   sypialni   stało   mahoniowe   łóżko,   spadek   po   pradziadku   chirurgu.   Ściany   były 

pomalowane na kolor kości słoniowej, a zasłony i kapa miały delikatne kwiatowe wzory. 
Przytulny pokój oświetlała nocna lampka. Quentin rozejrzał się po sypialni. Spodziewał się, 
że będzie bardziej surowa. Ku swemu zadowoleniu, ujrzał nad biurkiem portret kobiety w 
czerwieni. 

–   Jesteś   pierwszym   mężczyzną,   którego   goszczę   w   swojej   sypialni   –   powiedziała 

nerwowo Marcia. 

Quentin opadł na łóżko. 
– Mam nadzieję, że ostatnim. – Popatrzył, jak skromnie spuszcza oczy. – Śpij ze mną – 

dodał bez ceregieli. 

– Nie chciałabym ci przeszkadzać, kiedy wstanę rano – spłoszyła się. 
– Po takiej sesji nie obudzą mnie nawet strzały z armat – uśmiechnął się lekko. – To nie 

żadna propozycja erotyczna. Będę spał jak dziecko. 

–   Chyba   tak   –   zaczerwieniła   się.   –   Skoro   tego   pragniesz.   Uwielbiał,   kiedy   traciła 

panowanie nad sobą. 

– To, czego pragnę, jest chwilowo niemożliwe. Złapały go dreszcze, było mu zimno. 
– Och, Quentin, marny ze mnie lekarz – zawołała i pospiesznie zaczęła rozpinać mu 

koszulę. 

– Nie tak wyobrażałem sobie wizytę w twojej sypialni. Zamarła. Z uroczym uśmiechem, 

który poruszał go do głębi, powiedziała:

– Ja też nie. Ale nie chciałabym, żebyś był teraz gdzie indziej. 
Kiedy ściągnęła mu skarpetki i rozpięła pasek, Quentin wstał. Marcia, przygryzając język, 

szamotała się z zamkiem błyskawicznym. 

– Jesteś pierwszą kobietą, której pozwoliłem się sobą zajmować. 
– Nietrudno w to uwierzyć – odparła z uśmieszkiem. 
– Inaczej to sobie zaplanowałem. 
– Czy dlatego byłeś zły, kiedy zobaczyłeś mnie na parkingu?
– Przepraszam. Wcześnie zacząłem się sam o siebie troszczyć. 
Spodnie wreszcie opadły na podłogę. 
–   Chociaż   masz   podstawy,   by   zdyskwalifikować   mnie   jako   lekarza,   to   chyba   nie 

zrezygnujesz ze mnie jako kobiety?

– Gwarantuję zatrudnienie w pełnym wymiarze – Z wyraźną ulgą opadł na łóżko i otulił 

się kocem. – Z której strony śpisz?

Popatrzyła tęsknym wzrokiem na jego wąskie biodra i długie, muskularne nogi. 
– Prawdę mówiąc, to pośrodku. Przetoczył się na środek łóżka. 
– Pospiesz się, bo pościel jest zimna. 
Pomyślała, że powiedział to jak mąż po paru latach małżeństwa. Tymczasem ona czuła 

background image

się jak bojaźliwa dziewica. Wyciągnęła spod poduszki koszulę nocną i uciekła do łazienki. 
Kiedy wróciła po paru minutach, Quentin jeszcze nie spał. 

Niedawno kupiona koszula była z kwiecistego jedwabiu, miała wąskie ramiączka, a luźno 

zebrana góra odsłaniała zagłębienie między piersiami. Materiał owijał się wokół bioder i ud. 
Marcia przez chwilę zawahała się, stojąc w progu, bo miała nadzieję, że już usnął. Jednak, 
gdy zobaczyła, z jakim zachwytem się w nią wpatruje, ucieszyła się nagle, że jeszcze nie śpi. 

Odwiesiła czerwoną sukienkę do szafy, potem usiadła przy toaletce, żeby zdjąć kolczyki i 

bransoletkę. Niespiesznie zmyła makijaż i wyszczotkowała włosy. 

Quentin leżał bez ruchu. Był tak wyczerpany, że nie miał siły się podnieść. Czuł się nagi i 

bezbronny.  Kiedy Marcia pochyliła  się, by zgasić nocną lampkę, a prześwitująca koszula 
nocna odsłoniła zarys jej ciała, wiedział, że jest z nią związany na zawsze. 

Przyciągnął ją do siebie. 
– Jesteś lodowaty – syknęła. 
– Kocham cię – powiedział, szczękając zębami. Marcia położyła głowę na jego ramieniu i 

objęła go jedną ręką. 

– Jeszcze nie dojrzałam do tego słowa – szepnęła – ale do nikogo nie czułam tego, co 

czuję do ciebie. 

Przytuliła się do niego, usiłując go rozgrzać. 
– To dziwne – zachichotała. – Jakbyśmy byli starym małżeństwem. 
– To po prostu cudowne – odparł Quentin i zamknął oczy. 
Po paru sekundach zaczął głęboko oddychać i zasnął. Marcia, pragnąc rozkoszować się 

bliskością jego ciała, zamknęła oczy... 

Kiedy je otworzyła i zerknęła na zegarek stwierdziła, że spóźniła się do pracy pięćdziesiąt 

minut. 

Quentin   spał   przytulony   do   niej.   Nie   chciało   jej   się   wstawać.   Pragnęła   zostać   z 

Quentinem w łóżku i zobaczyć, co się stanie, gdy się zbudzi. Delikatnie odsunęła się od 
niego. Ułożył się na wznak, zajmując prawie całe łóżko. Przyda się nam większe, pomyślała i 
ze zdumieniem stwierdziła, że już podjęła decyzję. 

Pół godziny później, umyta  i ubrana, kończąc kanapkę,  zmierzała  w  kierunku drzwi. 

Niechętnie opuszczała Quentina, choć to określenie słabo oddawało jej zdenerwowanie, gdy 
zamykała drzwi za sobą. Równie niechętnie jechała do laboratorium. Do tej pory swoją pracę 
uważała za najważniejszą, jednak od dwóch dni po instytucie krążyły raz po raz dementowane 
plotki   o   zwolnieniach.   Wszyscy   chodzili   podminowani,   a   dyrekcja   unikała   kontaktów   z 
pracownikami.   Wychodząc   z   domu,   postanowiła,   że   zamknie   się   w   §woim   pokoju   i 
przygotuje referat, który miała wygłosić we wrześniu w Brukseli. 

Niestety,   nie   mogła   odciąć   się   od   świata.   Jej   sekretarka   słyszała,   że   szykuje   się 

pięćdziesięcioprocentowa   redukcja   młodszego   personelu.   Atmosfera   nie   była   dobra,   ale 
Marcia zabrała się do pracy. 

O trzeciej  po południu wpatrywała  się w okno. Przygotowała  dopiero połowę tekstu. 

Pięćdziesiąt procent młodszego personelu mogło również dotyczyć jej. 

Praca była dla niej wszystkim, nie mogła jej stracić. 

background image

Quentin. Wrócę do domu, do Quentina. Nie powiem mu, co się święci. Kiedy będę z nim, 

przestanę o tym myśleć. 

Kiedy podjęła decyzję, uspokoiła się nagle. Włożyła papiery do szuflady, zdjęła biały 

fartuch, otuliła  się swetrem i udając, że ma  coś  niesłychanie  ważnego do załatwienia  na 
mieście, pobiegła do samochodu. Po piętnastu minutach stała przed drzwiami. 

Quentin wyśpiewywał coś w łazience, niemiłosiernie fałszując. Marcia zamknęła drzwi i 

zawołała go. Nie usłyszał. Otworzyła drzwi do łazienki. Zobaczył jej odbicie w lustrze i urwał 
w pół taktu. Był nagi, owinięty w pasie różowym ręcznikiem. Właśnie kończył się golić. 

– Chyba śnię – odparł z taką radością w oczach, że serce zabiło jej mocniej. – Wróciłaś 

wcześniej do domu. 

– Jesteś zupełnie przytomny i znów spotykamy się w łazience. 
– Owszem. – Dotknął skaleczonego policzka. – Twoja maszynka do golenia zupełnie się 

dla mnie nie nadaje. Nie mam też świeżej bielizny. 

– Może powinieneś wrócić do łóżka?
– Tylko pod warunkiem, że się do mnie przyłączysz. W końcu też zarwałaś noc. 
Wydęła wargi. 
– Czy chcesz przez to powiedzieć, że wyglądam mało pociągająco?
– Wyglądasz prześlicznie, chociaż spódniczkę i bluzkę powinnaś schować do szafy. 
Spódniczka była brązowa, bluzka kremowa. 
– Wydałam wystarczająco dużo pieniędzy na odnowienie garderoby, Quentinie Ramseyu. 

Musisz czuć się o wiele lepiej, skoro zacząłeś grymasić. 

Quentin opłukał różową maszynkę do golenia Marcii i odłożył na półeczkę. 
– Przespałem pół dnia i czuję się wspaniale. Spodziewałem się ciebie dopiero za trzy 

godziny. 

– Nie mogłam się skupić na pracy. 
– Ze zmęczenia?
– Z innych powodów. 
– Bo nadeszła wiosna i słońce mocniej przygrzewa? Lucy radziła jej zaryzykować, więc... 
– Ponieważ chciałam być z tobą. 
Podszedł do niej, objął ją i pocałował. Zetknięcie się z jego nagim ciałem poruszyło w 

niej wszystkie zmysły. Odwzajemniła pocałunek, zamykając w nim huśtawkę emocjonalną 
ostatniej doby: strach, namiętność, czułość i tęsknotę. 

– Ładnie pachniesz – powiedziała, gdy pokrywał jej twarz delikatnymi pocałunkami. 
– Twoje mydło było zbyt damskie dla mnie – roześmiał się – dlatego skorzystałem z 

szamponu ziołowego. 

Otarła się delikatnie o jego skórę. 
– Efekty są oszałamiające. 
– Potrafisz cudownie dobierać słowa – rzekł zduszonym głosem. – Jednak wciąż masz na 

sobie za dużo ubrania. 

Zsunął   jej   sweter   z   ramion,   a   potem   ściągnął   bluzkę   przez   głowę.   Gdy   rozpięta 

spódniczka opadła na podłogę, Marcia szybko zdjęła rajstopy.  Pod codziennym  ubraniem 

background image

miała poziomkową bieliznę. 

– Jesteś pełna niespodzianek. – Uniósł brew. 
Gdy przez cienką koronkę zaczął pieścić jej piersi, oczy pociemniały mu z zachwytu. 
Przywarła   do   niego,   nadstawiając   usta   do   pocałunku.   Przyciągnął   ją   bliżej   i   poczuła 

nabrzmiewającą   męskość.   Ręcznik   osunął   się   na   podłogę.   Marcia   przesunęła   dłońmi   po 
tężejących mięśniach na plecach Quentina. Namiętność ogarnęła ją jak płomień. Odrzuciła 
głowę w tył, pragnąc się z nim połączyć. Rozpiął jej stanik. Delikatny materiał sfrunął na 
podłogę jak motyl. Usta Quentina na jej sutkach przyprawiły ją o dreszcze. 

Nagle Quentin uniósł głowę i przez chwilę studiował rozpłomienioną twarz Marcii. 
– Nie sądzisz, że czas najwyższy przenieść nasze działania z łazienki do sypialni?
Marcia zmysłowo przesunęła dłonie wyżej, do ramion Quentina i odparła z rozbrajającą 

szczerością:

– Nie wiem, czy zdołam zajść tak daleko. 
– Łatwo temu zaradzić – zauważył, biorąc ją na ręce. Otoczyła mu ramionami szyję. 
–   Musimy   ci   kupić   lepszą   maszynkę   do   golenia   –   powiedziała,   dotykając   palcem 

skaleczenia na policzku. 

–   Dwie.   Chyba   zniszczyłem   twoją.   Ale   to   potem,   teraz   mam   ważniejsze   rzeczy   na 

uwadze. 

Marcia przesunęła palcami po nosie Quentina. 
– Masz nos z charakterem. 
– Przetrącili mi go w bójce, gdy miałem trzynaście lat. Nie dał się już wyprostować. – 

Popatrzył na nią takim wzrokiem, że zapomniała o nosie. – Chyba nie zamierzasz znowu 
odwracać mojej uwagi?

– Ależ skąd – zapewniła go pospiesznie. 
Śmiejąc się, położył ją na łóżku i przykrył swym gorącym ciałem. Jedną ręką sięgnął do 

ostatniej części garderoby Marcii. Uniosła się, by mu w tym pomóc. Twarz mu stężała, gdy 
wolnym, zmysłowym ruchem zaczęła rozsuwać uda. 

– Doprowadzasz mnie do szaleństwa – mruknął. 
– To dobrze – odparła, wspierając się na łokciu. Pochylił głowę i zaczął całować jej 

miękkie, pachnące ciało. Marcia wyprężyła się z rozkoszy. Ciemne włosy rozsypały się po 
poduszce. Spoglądała na czarną czuprynę Quentina, przesuwającą się po jej białej skórze. 
Czas jakby stanął w miejscu. Nigdy nie zapomni tej chwili ani tego mężczyzny, który obudził 
w niej tak niespodziewanie silną namiętność. 

Quentin delikatnie drażnił wewnętrzną stronę jej ud. Marcia zaczęły wstrząsać kolejne 

fale   dreszczy,   aż   wreszcie   wyszeptała   jego   imię.   Natychmiast   przestał,   co   wywołało   jęk 
protestu. Zdusił go płomiennym pocałunkiem i przesunął się pod nią. 

Marcia powoli uniosła głowę. Błękit oczu Quentina, którego tak się obawiała, nie był już 

straszny.   Ten   czuły   i   namiętny   mężczyzna   wyzwolił   w   niej   głęboko   skrywane   pokłady 
uniesienia. 

Uklękła obok niego, dotykiem poznając jego ciało. 
– Quentin, chcę, żebyś mnie wziął, natychmiast! Pocałował ją czule, dźwignął i przesunął 

background image

pod siebie. 

Zaczęli   się   kochać   w   gorączkowym   rytmie.   Gdy   wreszcie   doszli   do   zenitu,   Quentin 

wykrzyczał jej imię i opadł na nią. Przytuliła go mocno, przepełniona niewypowiedzianym 
szczęściem. 

Quentin   stracił   poczucie   czasu.   Podniósł   wreszcie   głowę,   nie   wiedząc,   czy   minęły 

godziny, czy sekundy. Odgarnął jej włosy z twarzy. 

– Kiedy spotkałem cię po raz pierwszy – powiedział drżącym głosem – wiedziałem, że 

jesteś bardzo namiętną kobietą. Dowiodłaś tego, pragnęłaś mnie równie gorąco, jak ja ciebie. 
Czy masz pojęcie, jakie to cudowne uczucie?

– Nawet w połowie nie czujesz się tak cudownie jak ja – mruknęła Marcia, przeciągając 

się lubieżnie. 

– Uważaj, napytasz sobie biedy. 
– Czyżbym nie spełniła twoich oczekiwań? – zapytała, szeroko otwierając oczy. 
– Wiesz dobrze, że tak, co wcale nie znaczy, że nie chciałbym spróbować od początku. 
Policzki miała zaróżowione, oczy błyszczące, lecz w głębi serca Quentin nie był do końca 

przekonany, że ją zdobył. Brakowało mu czegoś w tym burzliwym akcie miłosnym. Miał 
nadzieję, że w uniesieniu Marcia powie mu, że go kocha. Owszem, kochała się z nim z 
namiętnością,   która   przeszła   jego   najśmielsze   oczekiwania,   lecz   zabrakło   dwóch   słów: 
kocham cię. Więc on również ich nie wypowiedział. 

Odsunął się na bok, pochłaniając łapczywie wzrokiem, linie ciała, którym tak szczodrze 

został obdarowany. Kobiece ciało potrafiło kryć w sobie tyle uniesienia i obietnicy... 

– Chciałbym cię taką namalować... Zaczerwieniła się. 
– Kolejny obraz! Chyba nie dla żadnej galerii. 
– Nie, dla nas. Powiesilibyśmy  go w naszej  sypialni.  Mogła odpowiedzieć:  W jakiej 

sypialni? Nie rób sobie nadziei. Mogła odpowiedzieć: Nie jestem pewna, czy kocham cię tak 
jak Lucy Troya. Zamiast tego powiedziała:

– Wiesz, co bym chciała? Rogalika z migdałami z małej cukierni na rogu ulicy. 
Nie masz się czego obawiać, powiedział sobie Quentin. Trzy tygodnie temu wcale jej nie 

znałeś, a nie każdy zakochuje się od pierwszego wejrzenia. 

– Rogalik mi nie wystarczy. Nic nie jadłem przez cały dzień. 
Poderwała się z zatroskaną miną. 
– Och, Quentin, musisz umierać z głodu. Zobaczę, co mam w lodówce. 
– Zabieram cię na obiad. 
– Pod warunkiem, że zamówisz stek. 
– A ty, że włożysz czerwoną sukienkę. 
– Będę znów musiała coś sobie kupić, bo ta w końcu ci się opatrzy. 
– Mało prawdopodobne – powiedział i pocałował ją. Trzymając się za ręce; poszli do 

cukierni, gdzie zjedli rogaliki, popijając gorącą czekoladą. Następnie przeszli do drogerii, 
gdzie   Quentin   kupił   sobie   mydło   i   maszynkę   do   golenia,   a   w   innym   sklepie   zwyczajne 
ubranie. 

Wrócili do domu, żeby przebrać się przed obiadem, lecz nagle zaczęli się gorączkowo 

background image

kochać   w   całkowitym   milczeniu.   Potem   Marcia   usnęła.   Gdy   się   obudziła,   usłyszała,   że 
Quentin krząta się w kuchni, skąd dobiegał smakowity zapach curry. 

Leżała nieruchomo. Była sama i mogła zastanawiać się nad szczęściem, którego tak się 

obawiała. To dziwne, lecz miała wrażenie, że dopiero dzisiaj utraciła dziewictwo. Nic, co 
przeżyła   do   tej   pory,   nie   przygotowało   jej   na   spotkanie   tak   silnej   namiętności.   Nie   ma 
odwrotu, pomyślała, nigdy nie będę już taka jak przedtem. 

Quentin zmienił mnie, niezależnie od tego, czy byłam na taką zmianę przygotowana. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Następnego   dnia   Marcia   spóźniła   się   do   pracy   tylko   pół   godziny.   Wślizgnęła   się   do 

budynku bocznym wejściem, bojąc się, że współpracownicy na pierwszy rzut oka z wyrazu 
jej twarzy zorientują się, co robiła od wczoraj. 

Jednak   personel   interesował   się   zupełnie   czym   innym.   Zarząd   odbył   wczoraj 

czterogodzinne posiedzenie, więc wszędzie krążyły plotki. Marcia zamknęła się w swoim 
pokoju, tak że nikt nie widział jej głupich min i nie słyszał chichotu, kiedy przypominała 
sobie różne pikantne szczegóły. 

O czwartej wprowadziła ostatnie poprawki do komputera, a pół godziny później wspinała 

się   po   schodach   prowadzących   do   mieszkania.   Zostawiła   Quentinowi   klucz,   więc   mógł 
swobodnie poruszać się po mieście. Otworzyła drzwi, mając nadzieję, że go zastanie. Kiedy 
weszła do przedpokoju, oniemiała. 

Przedpokój   był   wytapetowany   arkuszami   papieru,   na   których   Quentin   węglem 

naszkicował kochającą się parę. Ją i siebie. 

Marcia, uważnie się rozglądając, przeszła w stronę kuchni. Zaczerwieniła się, bo Quentin, 

swobodnie operując kreską, nie szczędził żadnych szczegółów. Kiedy weszła do salonu, nie 
mogła powstrzymać śmiechu. 

–   A   gdybym   przyprowadziła   ze   sobą   komendanta   policji?   –   chichotała.   –   Całą   noc 

przesiedzielibyśmy w areszcie. 

– Byłem na tyle zarozumiały, że pomyślałem, że chcesz mnie tylko dla siebie – roześmiał 

się Quentin. 

– Bo chcę. Jednak mogła przyjść Lucy albo matka ż Henrym. 
– Nie otworzyłbym drzwi. 
Marcia   rozglądała   się   wokół.   Kolejny   szkic   przedstawiał   ją   leżącą   na   łóżku.   Linie 

podkreślały wdzięk kobiecego ciała. 

– Nie jestem aż taka ładna. 
– Od dawna nie spoglądałaś w lustro. 
Odwróciła się. Na przeciwległej ścianie widniała W śmiałej erotycznej pozycji. 
– O, mój Boże, czy naprawdę to robiłam? – zawołała, łapiąc się za głowę. – Owszem, tak 

–   odpowiedziała   samej   sobie   –   i   było   mi   cudownie.   Jeśli   kiedykolwiek   znudzi   ci   się 
malarstwo, powinieneś zająć się projektowaniem tapet. Podbijesz rynek. I co ja mam z tobą 
zrobić?

– Wyjdź za mnie. 
– Co?
– To, co słyszałaś. Wyjdź za mnie. 
– Ostatnim razem proponowałeś mi, żebym przeprowadziła się do ciebie. Nad jezioro. 
– Jeśli tak, oszukiwałem nas oboje. Pragnę byśmy byli razem. Tu, nad jeziorem czy w 

Vancouver, obojętnie gdzie, byle z tobą jako moją żoną. 

Uśmiech zniknął jej z twarzy. 

background image

– Powiedziałam, że odpowiem ci w piątek. Quentin usiłował zapanować nad sobą. 
– Mamy czwartek. Co to za różnica?
–   Skąd   mogę   wiedzieć?   Przy   tobie   wszystko   wciąż   się   zmienia.   Nie   wiadomo,   co 

wydarzy się jutro. 

– Kochasz mnie. Wiem o tym. 
Jego pewność siebie rozwścieczyła ją. 
– Więc wiesz więcej ode mnie – rzekła chłodno i natychmiast pożałowała swych słów. – 

Nie chcę się z tobą kłócić, tylko pójść do łóżka. 

– Kocham cię – powiedział Quentin. – I nie zamierzam udawać, że jest inaczej. 
Niespodziewanie Marcia uśmiechnęła się. Rozejrzała się wokół i zachichotała:
– Dobrze, że mi o tym powiedziałeś, bo inaczej nigdy bym się nie domyśliła. 
Jej śmiech rozbroił go. Quentin pocałował Marcie i poprowadził w stronę łazienki. 
– Kupiłem ci taki sam płyn do kąpieli, jaki miała Cat. Chcesz spróbować?
– Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony. 
Quentin   umieścił   w   rogu   łazienki   wielki   odświeżacz   powietrza   o   zapachu   ostróżek   i 

nasturcji,   a   obok   wanny   ułożył   stos   czerwonych   ręczników.   Odkręcił   wodę   i   zaczął   ją 
rozbierać. 

– Jak ci dziś poszło w pracy? Znowu wcześnie wróciłaś. Jak tak dalej pójdzie, stracisz 

opinię pracoholiczki. 

Nie chcąc zdradzać mu napiętej sytuacji w instytucie, wybrała półprawdę. 
– Skończyłam referat na konferencję w Brukseli. Mogłabym co prawda zacząć robić coś 

innego, ale pomyślałam, że odłożę to do jutra. Przez cały czas chciałam być z tobą, lecz nie 
jestem pewna, czy zmieścimy siew wannie. 

– Jakoś sobie poradzimy – powiedział głosem, od którego serce zabiło jej mocniej. 
Rozebrał się i wszedł pierwszy do wanny.  Gdy Marcia zanurzyła  się w ślad za nim, 

poziom wody podniósł się niebezpiecznie. 

– Spokojnie, tu jest syfon przelewowy – zapewnił ją i zaczął gładzić jej mokre piersi. 
Czuł, jak gorączkowo bije jej serce i przyspiesza oddech. Całował ją za uchem, szepcząc 

miłosne słówka. 

– Za każdym razem, kiedy jestem z tobą, wydaje mi się, że kocham się po raz pierwszy w 

życiu – wyszeptała. 

Woda zaczęła powoli stygnąć. 
– Lepiej wyjdźmy stąd, zanim się przeziębimy – powiedział. 
Wyskoczyła z wanny i podała mu rękę. Gdy się już wytarli, poszli do sypialni, trzymając 

się za ręce. W progu Marcia stanęła jak wryta. Cały pokój tonął w kwiatach. Chryzantemy, 
róże, stokrotki, lilie i tulipany zapełniały wszystkie wazony, a nawet plastikowe wiaderka po 
lodach. 

Popatrzyła na niego uszczęśliwiona. 
– Jesteś cudownie szalony. 
– Jako dziecko mieszkałem  w Nowym  Brunszwiku. W czerwcu i wrześniu mieliśmy 

przymrozki. Dlatego, kiedy widzę kwiaty, chcę ich kupić jak najwięcej. 

background image

Rozejrzała się po sypialni. 
– Mógłbyś oprócz tapet zajmować się dekoracją wnętrz. – Objęła go ramionami w talii. – 

Dajesz mi tyle radości. Jesteś taki przystojny, muskularny, uwielbiam zapach twego ciała. 
Weź mnie. Teraz. 

Jej drżące ciało rozbudziło go. 
– Nagość, jak odkryłem, nie ma nic wspólnego z brakiem ubrania – stwierdził, kładąc ją 

na łóżku. 

Marcia przytuliła się do niego. 
– Jak to się dzieje, że zespolenie ciał może poruszyć duszę?
– Ponieważ łączy nas duchowe pokrewieństwo. 
– Moje życie nie będzie już takie jak przedtem. 
– Moje również. 
Spuściła oczy, bojąc się zabrnąć za daleko. Pogładziła palcami włoski na jego piersi. 
– Kocham twoje ciało. 
Kocham cię, chciał powiedzieć Quentin, ale się rozmyślił. 
– Ciało i dusza są nierozłączne. Rozdęła nozdrza. 
– Nie dasz mi spokoju, prawda?
– Nie potrafię przestać cię kochać, Marcio. Nie mam siły z tobą walczyć. – Popatrzył na 

ramię, gdzie widniały lekkie ślady paznokci Marcii. Przywołał w pamięci chwilę, kiedy to 
zrobiła. – Wyglądam, jakbym kochał się z tygrysem. 

Zaczerwieniła się. 
– Nie chciałam sprawić ci bólu. 
– Nie skarżę się. 
– Mam nadzieję – odparła zawstydzona. Quentin roześmiał się. 
W godzinę później elegancko ubrani poszli na obiad do drogiej francuskiej restauracji. 

Szef osobiście zapewnił Quentina, że w jego zamówieniu nie ma nawet śladu krewetki. Do 
domu wrócili piechotą i kochali się do samego rana. Marcia znów spóźniła się do pracy. 

– Dyrektor oczekuje cię o drugiej – oznajmiła jej sekretarka Rosemary ze źle skrywanym 

zaciekawieniem. 

Marcia poczuła chłód strachu. 
– Dziękuję, Rosemary. Są dla mnie jakieś listy? Poszła do pokoju i włączyła komputer. 

Czego może chcieć od niej dyrektor w piątkowe popołudnie?

W porze lunchu zorientowała się, że po niej mają spotkania trzej inni młodsi pracownicy. 

Nie poprawiło to jej nastroju. Powinna była zadzwonić do Quentina, ale tego nie zrobiła. 

Dokładnie   o   drugiej   stanęła   przed   drzwiami   gabinetu   dyrektora   –   doktora   Wayne'a 

Martella. Marcia szanowała go za wiedzę, chociaż nie darzyła szczególną sympatią. 

– Marcio – powiedział, zamykając za nią drzwi. – Siadaj, proszę. 
Usiadła sztywno, trzymając ręce na kolanach. Dyrektor ciężko opadł na obrotowy fotel. 
– Zapewne słyszałaś już plotki o cięciach finansowych – zaczął. – Niestety, to prawda. 

Nasz budżet został drastycznie okrojony i wraz z radą nadzorczą doszliśmy do wniosku, że 
musimy zwolnić pewną liczbę pracowników. Zdajesz sobie sprawę, że dołączyłaś  do nas 

background image

przed siedmiu laty,  co stawia cię w rzędzie  młodszych  pracowników, a ta właśnie grupa 
zostaje zredukowana. Brakować nam będzie twojego cennego wkładu w prowadzone przez 
instytut badania. 

Przyjrzał się jej, jakby oczekiwał poklasku. Świetna robota, doktorze Martell. Powinien 

pan częściej zwalniać ludzi. 

– Czy to znaczy, że już tu dłużej nie pracuję? – zapytała ze sztuczną obojętnością. 
– Od połowy miesiąca. Otrzymasz oczywiście pełną odprawę. 
Wielkie dzięki, pomyślała, usiłując zachować resztki godności. 
– Nie masz pojęcia, jak mi przykro, Marcio – dodał. 
– Tak. Czy to już wszystko?
Dyrektor wstał i wyciągnął na pożegnanie rękę. W porównaniu z Quentinem dłoń miał 

tłustą i wiotką. Marcia nie miała nic do dodania. Ukłoniła się i z kamienną twarzą wyszła na 
korytarz.   Rosemary   na   szczęście   poszła   na   kawę.   Nie   fatygując   się,   by   zostawić   jej 
jakąkolwiek wiadomość, Marcia wyszła z gmachu. 

Wsiadając do samochodu, stwierdziła, że uginają się pod nią kolana. Dopiero za drugim 

razem   zdołała   trafić   kluczykiem   do   stacyjki.   Jak   zahipnotyzowana   pojechała   w   kierunku 
Queensway.  Tam skręciła w drogę numer 17. Słońce przygrzewało,  więc opuściła szybę, 
wiatr   rozwiewał   jej   włosy.   Ruch   był   spory,   bo   wielu   kierowców   w   pogodne   piątkowe 
popołudnie udawało się za miasto. 

Domek... Quentin. 
Wyrzuciła  z pamięci  te dwa słowa, podobnie jak wszystko,  co powiedział  jej  doktor 

Martell. Jechała prosto przez dwie godziny, aż dotarła do granicy Quebecu. Kończyła się jej 
benzyna, więc zatrzymała się na najbliższej stacji. Zatankowała do pełna i odświeżyła się w 
toalecie. Kupiła butelkę bezalkoholowego piwa i torebkę chipsów. Ruszyła dalej. 

Słońce zaczęło się chylić ku zachodowi. Poczuła głód, chipsy tylko wzmogły jej apetyt. 

Za piętnaście szósta pojechała do przydrożnej restauracji, obok której stało kilka wielkich 
ciężarówek. Ich kierowcy zawsze wiedzieli, gdzie można dobrze zjeść. 

Wewnątrz pełno było dymu papierosowego i hałaśliwej muzyki. Różni się to od miejsca, 

gdzie jedliśmy wczoraj, pomyślała. Spojrzała na zegarek. Quentin pewnie już na nią czeka. 

Nie mogę do niego zadzwonić. Wyrzucono mnie z pracy. Jestem bezrobotna. 
Wiedziona instynktem, podeszła do telefonu i wybrała numer do Lucy. Odebrał Troy. 
– Troy, tu Marcia. Coś się wydarzyło i muszę przez pewien czas pobyć sama. Zadzwoń 

do Quentina i powiedz mu, żeby się nie martwił. 

– Co się stało?
– Przekaż mu po prostu, że wszystko w porządku. Nie wiem dokładnie, kiedy wrócę i... 
– Marcio, masz zmieniony głos! Co się stało? – Troy, zrób to dla mnie, proszę cię. Pa! – 

Odłożyła słuchawkę i wróciła do restauracji. 

Muzyka   grała   jeszcze   głośniej.   Zamówiła   pieczone   udko   indyka   i   popiła   dwiema 

filiżankami wyśmienitej kawy. Potem wsiadła do samochodu i ruszyła dalej na wschód. 

Tymczasem   Quentin,   zajęty   szkicowaniem   dziwnych,   surrealistycznych   figur,   zatracił 

background image

poczucie czasu. Kiedy zegar dziadka Marcii wybił piątą, ocknął się i pozbierał porozrzucane 
szkice. Marcia powinna lada chwila wrócić. 

Przeszedł do kuchni i doprowadził ją do porządku. Potem posłał łóżko i pozbierał płatki, 

które opadły z kwiatów. Poprzednie szkice zostawił na razie na miejscu. 

Wyszorował łazienkę, wrócił do kuchni i otworzył butelkę czerwonego wina. 
Dziś jest piątek. Marcia obiecała dać mu odpowiedź, czy za niego wyjdzie. Machinalnie 

upił łyk wina i przeglądając rysunki, nasłuchiwał zgrzytu klucza w zamku. 

Chciał, żeby już była w domu. 
O szóstej dwadzieścia pięć zadzwonił telefon. 
– Wino otwarte, łóżko gotowe i tylko ciebie tu brak – powiedział Quentin. 
Cisza. 
– Mówi Troy. Zadzwoniła do mnie Marcia, prosząc, żebym się z tobą, skontaktował. 
Quentin poczuł się jak uderzony obuchem. 
– Tak?
– Powiedziała, że coś się stało i musi trochę pobyć sama. Wszystko jest w porządku, więc 

nie masz się o co martwić. 

– Jak to? Co się stało? Gdzie ona jest?
– Tego nie powiedziała. Wiem tylko, że dzwoniła z jakiejś restauracji. Słyszałem głośną 

muzykę i przejeżdżające samochody. 

– Cholera, to może być dowolna restauracja w całym wielkim kraju – zdenerwował się 

Quentin. 

– Powiedziała, żebyś się nie martwił – podkreślił Troy. 
– Przepraszam, nie wini się posłańca, ale co się, do cholery, mogło stać?
– Od trzech tygodni łączy was płomienny romans. Może potrzebuje chwili wytchnienia?
Odpowiedź, pomyślał Quentin. Nie chce dać konkretnej odpowiedzi, bo wie, że to mi się 

nie spodoba. Więc uciekła. 

– Gdyby się odezwała, daj mi znać. 
– Jasne. – Troy rozłączył się. 
Quentin popatrzył nagle na swoje rysunki i wydały mu się wytworem czystej fantazji. 

Napił się wina i przez godzinę warował przy telefonie. Potem podszedł do okna, otworzył je i 
spojrzał w niebo. 

Nie mógł wyjść, bo czekał na telefon od Marcii. Został uwięziony w środku miasta, bo 

pragnął kobiety o hebanowych włosach. Pragnął jej goręcej niż czegokolwiek na świecie. 

Utracił dla niej swoją wolność. 
Czy stracił również Marcie?

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

O wpół do dziewiątej Marcia przystanęła przed małym sklepikiem, gdzie kupiła sobie 

trochę kosmetyków,  koszulę nocną i bieliznę.  W godzinę później, poczuła  się zmęczona, 
wynajęła więc pokój w motelu. Włączyła telewizor i obejrzała wiadomości. Pewien wielki 
koncern naftowy przeprowadził redukcję pracowników. 

Ją   też   zwolniono.   Straciła   pracę,   która   od   siedmiu   lat   stanowiła   sens   jej   życia.   Nie 

przytrafiło się to nikomu z jej rodziny, od pradziadka chirurga poczynając. 

Wstydzę się samej siebie, pomyślała. Zawiodłam. Łzy potoczyły się jej po policzkach. 

Płakała długo, potem rzuciła się na łóżko i natychmiast zasnęła. 

Kiedy się obudziła, sięgnęła ręką, szukając Quentina. Spędziła z nim zaledwie dwie noce, 

a już przyzwyczaiła  się do jego obecności.  Quentin  chciał  się z nią ożenić.  Czy poślubi 
bezrobotną? Będzie zmuszona do wsparcia się na nim, korzystania z jego pieniędzy. Nigdy do 
tego nie dopuści. Zawsze była niezależna. 

Wczoraj, przypomniała sobie z bolesnym skurczem żołądka, miała dać mu odpowiedź. W 

czwartek, leżąc z nim w łóżku, zastanawiała się, czy jeden dzień może coś zmienić. Teraz już 
wiedziała. Nie może za niego wyjść. Byłoby to nieuczciwe. 

Żal,   który   czuła   wczorajszego   wieczoru,   był   niczym   w   porównaniu   z   obecnym 

cierpieniem. Zmusiła się, by wstać, umyć się i zjeść śniadanie. Potem wsiadła do samochodu. 
W nocy pojęła wreszcie cel swej podróży.  Pojedzie do Holton, tam,  gdzie wychował  się 
Quentin. 

Nie wiedziała, dlaczego to robi, i nie znajdowała żadnego racjonalnego wytłumaczenia, 

ale coś pchało ją w tym kierunku. 

Czerwony   samochód   połykał   kilometr   za   kilometrem.   Wjechała   na   teren   Nowego 

Brunszwiku, zjadła lunch w przydrożnej restauracji i pod wieczór skręciła z głównej szosy w 
dolinę. 

Wioska   Holton   to   zaledwie   parę   domków,   kilka   okolicznych   farm,   poczta,   stacja 

benzynowa i sklep. Marcia nie wiedziała, co począć, weszła więc do sklepu, kupiła tabliczkę 
czekolady i spytała młodą ekspedientkę, czy wie, gdzie mieszkał Quentin Ramsey. 

– Nie mam pojęcia – odparła, malując paznokcie. 
– Przejechałam kawał drogi. Czy jest ktoś, kto potrafiłby mi coś powiedzieć?
–   Zadzwonię   do   Margie   –   powiedziała   niechętnie   dziewczyna.   –   Margie   zna   tu 

wszystkich. 

Po dłuższej rozmowie ekspedientka odłożyła słuchawkę. 
– Proszę pojechać w prawo, aż zobaczy pani żółty dom. Ed i Kaye Millerowie powiedzą 

pani wszystko. 

–   Dziękuję!   –   Marcia   pospiesznie   wybiegła   ze   sklepu.   Kiedy   była   już   blisko   celu, 

ogarnęła ją niecierpliwość. Wkrótce znalazła się obok żółtego domu. Zapukała do frontowych 
drzwi. 

Otworzył jej starszy siwy pan o nieprawdopodobnie krzaczastych brwiach. 

background image

– Chciałabym się dowiedzieć, gdzie mieszkał Quentin Ramsey, panie Miller – odezwała 

się niepewnym głosem. – Ekspedientka ze sklepu zadzwoniła do Margie, a ta skierowała mnie 
tu.  

t

 – Nie wierzyłbym w ani jedno jej słowo – warknął. – To największa plotkarka w okolicy. 

– Więc pan mi nie pomoże? – Cofnęła się o krok. 
– Tego nie powiedziałem. Wchodź szybko, bo nawpuszczasz mi komarów do chałupy. 

Mów mi Ed. Kaye! – zawołał. – Mamy gościa. Kaye źle się czuje. Skaleczyła się w palec, 
który nie chce się jej zagoić. Przez cały tydzień wyganiam ją do lekarza, i co, poszła? Figę. 

Marcia podążyła za nim do kuchni, która stanowiła centralne miejsce domu. Po chwili 

dały   się   słyszeć   kroki   i   weszła   Kaye   Miller,   siwa   pani   o   niebieskich   oczach   i   ciepłym 
uśmiechu. 

– Nazywam się Marcia Barnes, pani Miller. Przyjechałam z Ottawy. Przepraszam, że 

panią niepokoję, zwłaszcza że nie najlepiej się pani czuje, ale chciałam odnaleźć dom, w 
którym wychował się Quentin Ramsey i skierowano mnie do państwa. 

Kaye usiadła na bujanym fotelu, przytrzymując prawą rękę. Twarz rozjaśnił jej uśmiech. 
– No proszę, skąd znasz Quentina?
– Jesteśmy, e... przyjaciółmi. 
– To był taki kochany chłopiec. 
– Tyle że miał diabła za skórą – warknął Ed. 
– Wszyscy chłopcy są psotnikami. Ale on się wybił, maluje obrazy. 
– Nie powiesiłbym ich nawet w stodole. 
– Edward – syknęła Kaye. – Czego byś się chciała dowiedzieć, kochanie? Edward, wstaw 

herbatę. 

Marcia z rozbawieniem zauważyła, że Edward posłusznie podreptał do kuchenki. 
– Ciekawa jestem, czy jego rodzice nadal żyją i gdzie mieszkają – powiedziała Marcia. 
– Niestety, nie. Wypadli z drogi podczas zadymki śnieżnej, gdy Quentin miał dwanaście 

łat.   To   ja   powiedziałam   mu   o   tym.   Jedyni   krewni   mieszkali   w   St.   John,   więc   musiał 
przeprowadzić się do miasta. Okropne miejsce dla chłopca kochającego przestrzeń. 

– Biegał po okolicy, odkąd nauczył się chodzić – dodał Ed, stawiając na stole trzy kubki. 
– Nie było pieniędzy na pogrzeb, więc krewni sprzedali dom. Spłonął doszczętnie w jakiś 

rok później i Quentin nie miał już do czego wracać. 

– Jego wujek był draniem – warknął Ed. 
– Wystarczy – uciszyła męża Kaye. – Słyszeliśmy, że Quentin ciągle wdawał się w bójki. 

Chłopcy z miasta zawsze dokuczają tym ze wsi. Złamali mu nos i nadgarstek. Odwiedza nas 
raz do roku. Jest przemiły, prawda? – Uśmiechnęła się, widząc, jak Ed nalewa herbatę. 

– Tak, owszem – wybełkotała Marcia i Zaczerwieniła się. 
Wstyd jej było, że nigdy nie spytała Quentina o rodziców, o złamany nos, o wioskę, w 

której   się   wychował.   Zbyt   pochłaniała   ją   własna   praca.   Jak   mogła   zachować   się   tak 
samolubnie, tak bezdusznie?

– Odbyłaś długą drogę, by o to spytać – rzekł Ed. – Zamierzasz wyjść za niego?
Wprawił ją tym w zakłopotanie. Jednak nie była w stanie okłamać starszego pana. 
– Poprosił mnie o rękę. 

background image

– Mogłaś trafić gorzej. 
– Ed, nie wtrącaj  się. Przynieś  stare albumy.  Może panna Barnes  chciałaby obejrzeć 

zdjęcia z dzieciństwa Quentina. 

Kiedy Ed wręczył żonie gruby, oprawny w skórę album, ten wysunął się jej z ręki i upadł 

na ziemię. Kaye skrzywiła się z bólu. 

– Co się stało? Jestem lekarzem, proszę pokazać mi palec. 
Był opuchnięty i zaczerwieniony. 
–   Trzeba   go   natychmiast   zoperować.   Niestety,   nie   prowadzę   praktyki.   Gdzie   jest 

najbliższy lekarz?

– Stary Meade mieszka po drugiej stronie doliny. 
– Zawiozę was tam. 
– Nie chcemy sprawiać kłopotu. 
– Przyjaciele Quentina są również moimi przyjaciółmi – oświadczyła Marcia, czując że 

ten wyświechtany zwrot nabrał nagle nowego znaczenia. 

Musiała przyjechać aż do Holton, żeby to zrozumieć. 

Od telefonu  Troya,  Quentin  przeżył  najdłuższe  dwadzieścia  cztery godziny w swoim 

życiu.   Zegar   dziadka   Marcii   bardzo   wolno   odmierzał   każdą   minutę.   Quentin   krążył 
niespokojnie po mieszkaniu. Od czasu do czasu robił sobie kanapkę z tuńczykiem i usiłował 
nie zwariować ze zdenerwowania. 

Umysł podsuwał mu straszne wizje. Co, na miłość boską, opętało Marcie? Kochała się z 

nim, a potem zniknęła bez słowa wyjaśnienia. Czyżby ją przerażał?

O   drugiej   nad   ranem   przysnął   w   fotelu,   bo   bał   się   położyć   do   łóżka.   Śniły   mu   się 

koszmary,  które budziły go co chwila. Nastał dzień, wlokący się w ślimaczym tempie. O 
czwartej po południu nie mógł już dłużej wytrzymać napięcia i samotności. 

Postawił całe swoje szczęście na jedną kartę, wybrał kobietę, która zdawała się być mu 

bratnią duszą, i przegrał. Kochał Marcie, lecz ona go nie kochała i zabrakło jej odwagi, by mu 
o tym powiedzieć. 

Powoli pozbierał swoje rzeczy. W sypialni ze smętnym uśmiechem spojrzał na łóżko. 

Pomyślał,  że   tym   razem   zawiodła   go  intuicja,   a  był  przecież   pewien,  że   spotkał  kobietę 
swojego życia. Wiedział dobrze, co musi zrobić. 

Przeszedł do kuchni, podniósł słuchawkę i zaczął wykręcać numer. 

Do lekarza pojechali we trójkę. Ed siedział z tyłu. 
– Jak to się stało, że jesteś lekarzem bez praktyki?
– Po ukończeniu medycyny zajęłam się pracami badawczymi. 
– No, no – rzekł Ed. – Zwyczajni ludzie to za mało?
Marcia   przypomniała   sobie,   jak   Jason   spadł   ze   schodków,   jak   Quentin   zatruł   się 

krewetkami, wreszcie opuchnięty palec Kaye. Za każdym razem mówiła, że jest lekarzem, ale 
nie potrafiła pomóc. Znowu coś się we mnie zmienia, pomyślała z dreszczykiem emocji. 
Tylko co?

background image

– Wczoraj wyrzucono mnie z pracy – oznajmiła i sama się zdziwiła, że poszło jej to tak 

gładko. 

– Takie prowincjonalne dziury jak Holton potrzebują lekarzy. Kiedy stary Meade umrze, 

będziemy musieli jeździć do miasta. 

– Nie powiedziałam Quentinowi, że straciłam pracę. Ed roześmiał się donośnie. 
– Wyrzucano go z każdej roboty. Pierwszego cieplejszego dnia wyjeżdżał do lasu. Żaden 

szef nie mógł tego tolerować. 

– Więc to nie ma dla niego znaczenia?
– Najmniejszego. 
– Wstydziłam się mu przyznać. Dlatego wyjechałam z miasta – wyznała i zrozumiała, że 

pułapka, w której się znalazła, przestała istnieć. – A więc niepotrzebnie uciekłam – jęknęła. 

– Słusznie – zauważył Ed. 
– Myślicie, że mi wybaczy?
– Oczywiście, kochanie – zapewniła ją Kaye. 
– Coś ci powiem – wtrącił Ed. – Założę się, że Quentin byłby bardzo szczęśliwy, gdybyś 

została prawdziwym lekarzem. Zawsze opiekował się rannymi zwierzętami, jak na przykład 
tą sową, którą postrzelił jeden z jego kuzynów. Te całe badania są dobre dla ludzi, którzy nie 
mają odwagi żyć naprawdę. 

Doktor Martell byłby przeciwnego zdania, ale Marcia już u niego nie pracowała. Po raz 

pierwszy od piątkowej rozmowy z dyrektorem pomyślała, że być może otwierają się przed nią 
nowe perspektywy. 

– Już dojeżdżamy – oznajmił Ed. – Następny podjazd. Doktor Meade miał swój gabinet w 

piwnicy.   Marcia   została   w   poczekalni.   Zrozumiała   wreszcie,   dlaczego   uciekła.   To   tamta 
Marcia na chwilę wzięła górę, Marcia, która nikomu nie chciała okazywać swych uczuć, 
zwłaszcza słabości. 

Kiedy poprzednio tak się stało, Quentin zagroził, że odejdzie na zawsze. 
Rozejrzała   się   wokół,   ale   nie   dostrzegła   telefonu.   Muszę   się   z   nim   skontaktować, 

powiedzieć mu, że zaszło straszne nieporozumienie i bardzo go przepraszam. 

Kocham go, tak jak Lucy kocha Troya, na dobre i złe, do końca życia. 
Twarz jej się rozjaśniła w uśmiechu. Jak mogła być taka ślepa, tak nieświadoma własnych 

uczuć? Oczywiście, że go kocha. 

Quentin nie dbał ani o jej zarobki, ani o pozycję społeczną. Pokochał ją dla niej samej. 

Równie   dobrze   mogła   być   wiejską   lekarką.   A   jeśli   jej   przodkowie   przewrócą   się   z  tego 
powodu w grobie, tym gorzej dla nich. Lucy to zaakceptuje, Troy również. Przede wszystkim 
ucieszy się z tego Quentin. 

Zapragnęła  śmiać  się i tańczyć  w tej maleńkiej  poczekalni. Przede wszystkim jednak 

chciała powiedzieć Quentinowi, że go kocha, usłyszeć jego głos, rzucić mu się w ramiona, ale 
od Ottawy dzieliły ją dwadzieścia cztery godziny jazdy. 

Nie mogła się doczekać Eda i Kaye. Razem z nimi wyszedł z gabinetu doktor Meade, 

który   nie   podzielał   pogardliwej   opinii   Eda   na   temat   immunologów   i   chciał   usłyszeć   o 
ostatnich osiągnięciach naukowych w tej dziedzinie. Marcia rozmawiała z nim tak krótko, jak 

background image

pozwalały na to zasady dobrego wychowania. 

– Muszę odwieźć Kaye do domu. Miała bardzo męczący dzień. Miło było pana poznać, 

doktorze Meade. Do widzenia – powiedziała wreszcie. 

Gdy tylko znaleźli się w domu, Kaye usiadła w bujanym fotelu, a Ed znów nastawił 

czajnik. Marcia nie wiedziała, czy zdoła wypić kolejną herbatę. 

– Mogę skorzystać z telefonu? Muszę porozmawiać z Quentinem. 
– Też chętnie zamienimy z nim słówko – odparła Kaye. – Powiemy mu, jaka byłaś dla 

nas miła. 

Telefon wsiał na kuchennej ścianie. Najpierw Marcia zadzwoniła do siebie. Odczekała 

pięć sygnałów, potem włączyła się sekretarka. Nie ma go, pomyślała z rozpaczą. 

–   Quentin,   jestem   u   Eda   i   Kaye.   Wrócę   w   niedzielę.   Kocham   cię.   Przepraszam,   że 

uciekłam. 

Potem spróbowała połączyć  się z domkiem na wsi. Telefon dzwonił, ale nikt się nie 

zgłaszał. 

Zagryzła   wargi.   Kątem   oka   spostrzegła,   że   Ed   zmywa   kubki,   hałasując   przy   tym 

ostentacyjnie. Zadzwoniła do Lucy. Zgłosił się Troy. 

– Jest tam Quentin? Mówi Marcia. 
– Nie – odparł dziwnym tonem Troy. – Gdzie jesteś?
– W Nowym Brunszwiku, w rodzinnej wiosce Quentina. Gdzie on teraz jest? Muszę z 

nim pomówić. 

– Spóźniłaś się. Przeszył ją chłód. 
– Spóźniłam się? – wyszeptała. 
– Przykro mi, siostrzyczko. Wyjechał dwie, trzy godziny temu. Wrócił na wieś po swoje 

rzeczy, a potem miał odlecieć na wyspę Baffina. 

– Wyspa Baffina? – powtórzyła bezmyślnie. 
– Tak, ma przyjaciela w Clyde River i postanowił go odwiedzić. 
– Nie poczekał na mnie – jęknęła. 
– Nie był w nastroju do przyjmowania dobrych rad. Ubzdurał sobie, że nie chcesz za 

niego wyjść i postanowił wyjechać gdzieś na koniec świata. Od czekania na twoją odpowiedź 
omal nie zwariował. Był wściekły na ciebie. 

– Założę się, że bardzo. 
– Próbowaliśmy przemówić mu do rozumu... Znasz Lucy, straciła w końcu panowanie 

nad   sobą   i   zwymyślała   go,   ale   odniosło   to   wręcz   przeciwny   skutek.   W   każdym   razie, 
wyjechał. 

– O, Boże – powiedziała  Marcia. – Kocham go, chociaż  nie zdawałam  sobie z tego 

sprawy aż do dziś. Nie pytaj mnie, dlaczego. Wiesz, jak nazywa się jego przyjaciel?

– Nie, ale spróbuj złapać go na lotnisku. Podam ci numer lotu. Samolot do Iqaluit może 

jeszcze nie wystartował. 

– Dziękuję, Troy. 
Wybrała szybko numery. Kiedy usłyszała męski głos, poprosiła o wywołanie Quentina 

Ramseya. 

background image

– To bardzo ważne, proszę się pospieszyć. 
Minuty płynęły, a Quentin się nie zgłaszał. Marcia podziękowała urzędnikowi i odwiesiła 

słuchawkę. 

Odszedł, bo nie starczyło jej odwagi, by powiedzieć mu, że zwolniono ją z pracy. 
Pewnie myśli, że ona go nie kocha. Jest przekonany, że odpowie mu „nie”. 
– Dobrze się czujesz, Marcio? – spytała troskliwie Kaye. 
Marcia uprzytomniła sobie nagle, gdzie się znajduje. Kaye przypatrywała się jej z uwagą. 

Ed tym razem milczał. 

– Quentin wyjechał – powiedziała łamiącym się głosem. – Na wyspę Baffina... 
– Albo mu się wszystko pokręciło, albo jesteś doskonałą aktorką – parsknął Ed. – Lepiej 

jedź za nim. 

– To wielka wyspa – wykrztusiła. 
–  Znajdziesz  go  – uśmiechnął   się  Ed.  – Nie  musisz   nawet   brać  urlopu, przecież  cię 

wyrzucili. 

Marcia nagle również się uśmiechnęła. 
– Quentin ma przyjaciela w Clyde River. 
– To już coś, jak na początek. Tylko nie kręć i od razu powiedz mu, że go kochasz. 
– Masz rację. Skoro go naprawdę pragnę,  muszę  go odnaleźć.  Arktyka  nie  jest zbyt 

zaludniona. 

– Przenocujesz dziś u nas – wtrąciła rzeczowo Kaye. – Nierozsądnie byłoby wyruszać po 

nocy. Ed wstaje z kurami, więc cię obudzi. 

Tak   więc   resztę   wieczoru   Marcia   spędziła   na   przeglądaniu   fotografii   Quentina   z 

dzieciństwa. Serce jej się ściskało na widok ciemnowłosego chłopca o roześmianych oczach, 
który stracił rodziców i wbrew swej naturze został przeniesiony do miasta. Nic dziwnego, że 
pędził żywot włóczęgi. 

Spała doskonale, a o wpół do siódmej była już gotowa do drogi. 
– Nie zapomnij przysłać nam zaproszenia na ślub – powiedział Ed. 
– Jeśli się odbędzie. 
– Przestań ciągle mówić Jeśli” – zdenerwował się. 
– Dobrze, Ed – uśmiechnęła się. – Skontaktuję się z wami, na pewno!
Przez resztę dnia nie była tak optymistycznie nastrojona, jak życzyłby sobie tego Ed. Im 

bliżej znajdowała się domu, tym bardziej obawiała się, że teraz Quentin już jej nie zechce. 
Nie płakała tylko dlatego, że musiała prowadzić samochód. Kiedy dojeżdżała do przedmieść 
Ottawy, była półżywa ze strachu. 

Zobaczyła znaki wskazujące zjazd na lotnisko. Bez wahania skręciła z drogi numer 17. 

Tam kupi sobie jakąś książkę i bilet na pierwszy lot na wyspę Baffina. Nie chciała ani chwili 
spędzić w pustym mieszkaniu. 

Co jednak będzie, gdy dotrze do Clyde River, a Quentin powie, że już jej nie chce? Co 

wtedy pocznie?

Na lotnisku zaparkowała auto i sięgnęła po grzebień. Wyglądam okropnie, pomyślała. 

Miała na sobie kurtkę, w której poszła w piątek do pracy oraz dżinsy i bluzę, którą kupiła po 

background image

drodze do Holton. Bluza była czerwona, podobnie jak jej zapłakane oczy. 

Zamknęła samochód i poszła w kierunku dworca lotniczego. Po długiej jeździe bolało ją 

całe ciało, umysł miała mętny. 

Idąc w kierunku kas biletowych, zerknęła na tablicę informującą o przylotach i odlotach. 

Samolot   Iqaluit   wylądował   przed   dwudziestoma   minutami.   Podbiegła   pod   karuzelę   z 
bagażami i zaczęła przyglądać się twarzom podróżnych. Po chwili tłum przerzedził się. Nie 
dostrzegła w nim Quentina. 

Jaka ja jestem głupia, przecież on dopiero co tam poleciał. Po co miałby natychmiast 

wracać?

Zwłaszcza że już pewnie mnie nie kocha. 
Dobrze, że nie ma tu Eda. Zwymyślałby mnie za takie nastawienie. 
Zawróciła do kas, gdy nagle ujrzała przed sobą mężczyznę stojącego przy telefonie. Był 

odwrócony do niej plecami, ale poznała go natychmiast. Właśnie wystukał numer i czekał na 
połączenie. Miał na sobie ciemnogranatowy sweter, dżinsy i wysokie buty. Serce jej zamarło i 
stanęła jak wryta. 

Odwiesił słuchawkę i dłonią przeczesał włosy. Przerzucił torbę przez ramię i ruszył w 

stronę wyjścia. Wyglądał na bardziej wymizerowanego od niej. 

Nie widział jej. 
– Quentin! – krzyknęła przez ściśnięte gardło. – Quentin! Powoli odwrócił głowę. Marcia, 

miotana   sprzecznymi   uczuciami,   nie   była   w   stanie   zrobić   jednego   kroku.   Ich   spojrzenia 
spotkały się. Quentin również na chwilę zamarł, potem z kamienną twarzą zaczął iść ku niej. 

Zbliżył się, postawił torbę na podłodze i zmęczonym głosem powiedział:
– Właśnie do ciebie dzwoniłem. 
– Nie ma mnie w domu. 
Przez twarz Quentina przemknął cień uśmiechu. 
– Właśnie widzę. Co tu robisz?
– Przyjechałam kupić bilet do Clyde River, chociaż nie mam pojęcia, gdzie to jest. 
– Na wschodnim wybrzeżu wyspy Baffina – wyjaśnił. – Po co się tam wybierasz?
– Nie za bardzo chcesz mi pomóc. Wyglądasz jeszcze gorzej niż ja. 
– Przeżyłem dwa najgorsze dni w swoim życiu. Ty też nie wyglądasz kwitnąco. Tę bluzę 

powinnaś natychmiast wyrzucić. 

– Chyba ją zatrzymam, zważywszy, że wyrzucono mnie z pracy. 
– Za trzy kolejne spóźnienia?
– Nie, Quentin. Redukcja etatów. 
– Więc dlatego ukrywałaś się w instytucie przez cały weekend? Telefony też oczywiście 

nie działały. 

Wiedziała, że będzie zły, ale nie przypuszczała, że aż tak. 
– Nocowałam wczoraj u Eda i Kaye. 
– O, a to czemu? – spytał z podejrzanym spokojem. Marcia zaczerwieniła się. 
– Czy mnie jeszcze kochasz?
– Sądzisz, że przeleciałem się do Iqaluit i z powrotem dla zabawy? Oczywiście, że cię 

background image

kocham i będę cię kochał do końca moich dni. 

– To dobrze – powiedziała cicho. – Bo ja też cię kocham. 
– Słuchaj no, Marcio Barnes. Jestem zmęczony, zły i nie ogolony, więc nie baw się ze 

mną w żadne sztuczki. 

–   W   nic   się   nie   bawię.   Po   prostu   cię   kocham.   Wreszcie   to   zrozumiałam.   –   Ze 

zdenerwowania zaczęła mówić coraz głośniej, przekrzykując skrzypiącą karuzelę z bagażami. 
– Kocham cię, Quentinie Ramseyu! Kocham cię, będę kochała jutro, za tydzień i zawsze!

Któryś z przechodzących obok pasażerów roześmiał się. 
– Zobaczymy – rzekł Quentin. – Wyjdziesz za mnie?
– A poślubisz mnie w tej bluzie?
– Z boską pomocą, tak. 
– Świetnie. 
Napięcie zniknęło z twarzy Quentina. 
–  To  wszystko   jest  bardzo  zabawne,  ale  nie  cierpię  dworców  lotniczych.   Jedźmy  do 

domu. 

– Tylko, gdzie jest nasz dom?
– Chyba nie damy rady pojechać nad jezioro. Może do ciebie?
– Mój samochód stoi przed lotniskiem. 
– Mój również. 
– Quentin, pocałuj mnie. 
Objął ją mocno i wycisnął na jej ustach pocałunek, w którym namiętność mieszała się z 

wściekłością.   Potem   wziął   torbę   i   poszedł   w   stronę   wyjścia.   Marcia   podreptała   za   nim, 
niczym posłuszna żona. 

Po dwudziestu minutach znaleźli się w windzie. 
– Kto pierwszy idzie pod prysznic? – zapytał Quentin. 
– Ja. Ty się będziesz golił. 
Potem zadzwonili do Lucy, Evelyn, Cat oraz do Kaye i Eda, by zawiadomić ich o swoich 

zaręczynach i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku... zajęli się sobą. 

W   dwa   miesiące   później,   gdy   wrócili   z   podróży   poślubnej   do   Nowego   Brunszwiku, 

zapakowali   swoje   rzeczy   do   furgonetki   i   pojechali   na   północ.   Marcia   przyjęła   posadę 
wiejskiej lekarki, a Quentin postanowił zbudować dla nich dom. Nie zapomnieli też zabrać ze 
sobą trzech obrazów: kobiety w czerwonej sukni, trzech małych  dziewczynek biegnących 
przez łąkę, oraz wielkiego płótna z barwnymi spiralami, dzięki którym Marcia poznała siebie 
i mężczyznę swojego życia. 


Document Outline