background image

 

Grace Green 

 

Przeznaczenie 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 1 

 
Poszukiwania dobiegły końca. 
Była  tak  blisko,  że  niemal  czuł  duszący  zapach  jej  perfum,  tak 

charakterystyczny dla pewnego rodzaju kobiet. 

Prowadził  samochód  wzdłuż  Lakeshore  Boulevard.  Zwolnił,  kiedy  zbliżył  się 

do  czterotysięcznego  osiedla.  Opuścił  szybę  samochodu,  żeby  lepiej  zorientować 
się  w  ciemnościach.  Lodowaty  podmuch  wiatru  znad  zamarzniętego  jeziora  wdarł 
się ze świstem, zagłuszając skrzypienie śniegu pod kołami. 

Boże,  ale  był  zmęczony!  Przetarł  oczy  wierzchem  dłoni  i  –  wypatrując 

właściwego numeru – mijał rzędy domów. 

Czterdzieści-dwa 

trzydzieści-cztery, 

czterdzieści-dwa 

trzydzieści-sześć, 

czterdzieści-dwa trzydzieści-osiem... Serce biło mu głucho, kiedy wreszcie znalazł 
numer, którego szukał. Czterdzieści-dwa czterdzieści. 

Samotna uliczna latarnia oświetlała drewniany, piętrowy budynek, którego dach 

pokrywała gruba warstwa śniegu. Z dachu zwisały lodowe sople. 

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zaparkować gdzieś dalej, ale po 

namyśle wzruszył ramionami i podjechał do krawężnika. Jeśli nawet zobaczy jego 
mercedesa, i tak nie domyśli się, do kogo należy samochód. 

Wyłączył światła i sięgnął do kieszeni marynarki. 
Wyjął  z  portfela  małe  zdjęcie.  W  świetle  ulicznej  latarni  jej  falujące  włosy 

wydawały się jaśniejsze, a twarz nienaturalnie ziemista. 

„Dla Patryka na pamiątkę – Courtenay”. 
Przesunął palcem po  fotografii, wykrzywiając pogardliwie  usta. Courtenay.  Ta 

druga.  Robiła  wrażenie  pięknej,  samolubnej  blondynki.  To  typ  kobiety,  którego 
wystrzegał się jak zarazy. Cóż, kiedy ona miała coś, czego pragnął. A kiedy chciał 
coś mieć, nie dawał za wygraną, dopóki tego nie zdobył. 

Był początek grudnia. Jeżeli wszystko pójdzie tak gładko, jak sobie zaplanował, 

jeszcze przed Nowym Rokiem on i Alanna usłyszą dziecięcy śmiech w samotnych 
pokojach Seacliffe House. 

Kiedy  przekręcił  kluczyk  w  stacyjce,  z  jego  oczu  zniknęło  zmęczenie. 

Spojrzenie stało się twarde i zdecydowane. 

Jutro zacznie realizować swój plan. 
 
„W dzień Bożego Narodzenia aniołowie powiedzieli... „ 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Courtenay  West  śpiewała  cichutko  ulubioną  kolędę,  układając  stosy 

czerwonych i zielonych papierowych serwetek na jutrzejsze przyjęcie w biurze. W 
powietrzu  czuło  się  świąteczny  nastrój,  chociaż  do  świąt  brakowało  jeszcze  paru 
dni. Radosne podniecenie towarzyszyło jej nie tylko w biurze Mom’s Own, ale i w 
domu.  Myślała  o  planach,  które  snuły  z  Vicky  w  związku  ze  świętami  i  o 
uroczystych  chwilach,  jakie  będą  wspólnie  przeżywać.  Czy  dziewięć  lat  temu, 
kiedy  była w ciąży  i  musiała znieść tyle cierpień  i  upokorzeń,  mogła przewidzieć, 
że  później  zazna  tyle  szczęścia?  Przypomniała  sobie  moment,  kiedy  dowiedziała 
się,  że  Patryk  ją  oszukał.  Zdumienie  i  rozpacz.  Rozważała  wtedy  możliwość 
oddania dziecka do adopcji... Jak mogło jej coś podobnego przyjść do głowy! Teraz 
nie wyobrażała sobie życia bez Vicky. 

– Courtenay! 
Drgnęła,  kiedy  usłyszała  swoje  imię.  To  Krystle,  młoda,  pulchna  maszynistka, 

wtoczyła  się  przez  otwarte  drzwi.  Policzki  jej  pałały  rumieńcem,  kiedy  oznajmiła 
zadyszana: 

– Nigdy nie zgadniesz, kto do nas przyszedł! 
– O kim mówisz? – zapytała spokojnie Courtenay, składając ostatnią serwetkę. 
– O nowym właścicielu Mom’s Own! 
–  Co  ty  mówisz,  Krystle!  –  Courtenay  zerknęła  w  stronę  otwartych  drzwi,  a 

następnie półgłosem dodała: 

–  Pan  Ketterton  nigdy  nie  wspominał,  że  chciałby  sprzedać  spółkę.  To  jakaś 

plotka. 

Krystle  uniosła  brzeg  spódnicy  i  usadowiła  swoje  pulchne  pośladki  na  biurku 

Courtenay. 

–  Jeżeli  to  tylko  pogłoska,  to  skąd  pan  Ketterton  wziął  pieniądze  na 

modernizację, zakładu? Wszyscy wiedzą,  że na początku  grudnia był  na krawędzi 
bankructwa, a teraz – w niecałe trzy tygodnie później – stare piece zastąpił nowymi 
z komputerowym sterowaniem... 

–  Czy  widziałaś  tego  człowieka,  czy  to  tylko  twoje  domysły?  –  przerwała 

Courtenay. 

– Och, widziałam go! – jęknęła z zachwytem Krystle. 
–  Szedł  do  biura  pana  Kettertona  we  wspaniałej  skórzanej  kurtce.  Wysoki 

brunet,  tak  przystojny  i  seksowny,  że  po  prostu  zbija  z  nóg!  Włosy  czarne  jak 
węgiel, wspaniała opalenizna z Palm Springs, oczy koloru pawich piór... 

– Pawich piór? – spytała ironicznie Courtenay. 
Ale Krystle nie dała się zbić z tropu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Tak – potwierdziła stanowczo. – Pawich piór. Zaraz przygotuję kawę, bo pan 

Ketterton na pewno o nią poprosi. Tak, Courtenay, ten człowiek jest kimś! 

– Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski, Krystle. 
– Sama zobaczysz. Po prostu emanuje z niego siła I bogactwo... 
Ostry  dźwięk  telefonu  przerwał  entuzjastyczny  potok  słów,  co  Courtenay 

przyjęła jako dar niebios. 

– Courtenay? – usłyszała głos szefa. 
– Słucham, panie Ketterton. 
– Poproszę dwie kawy. 
– Dobrze, Krystle zaraz tam będzie. 
–  Nie,  Courtenay.  Chcę,  żebyś  tyją  nam  przyniosła.  Courtenay  zaskoczona 

odłożyła słuchawkę. Jakie to dziwne! Od kiedy awansowała z posady sekretarki na 
stanowisko zastępcy, Alf nigdy nie prosił, żeby robiła mu kawę. 

– No i co? Czy nie miałam racji? – Krystle polizała wargi koniuszkiem języka, 

jak kotek oczekujący swej porcji śmietanki. 

Courtenay odsunęła krzesło od komputera i wstała. 
–  Obawiam  się,  że  miałaś  rację  tylko  częściowo.  Jego  lordowska  mość  życzy 

sobie kawy, ale to ja dostąpiłam tego zaszczytu... 

–  O  cholera!  Kiedy  spojrzy  na  ciebie,  nie  będzie  już  chciał  patrzeć  na  nikogo 

innego. 

Courtenay uśmiechnęła się. 
– A może on nie lubi blondynek? 
– I na pewno nie cierpi ogromnych zielonych oczu i nóg do samej szyi! 
– Wiesz, że mężczyźni mnie nie interesują. 
–  Możesz  nie  zwracać  uwagi  na  mężczyzn,  ale  to  nie  znaczy,  że  oni  cię  nie 

zauważają.  Sądzisz,  że  kobieta  z  dziewięcioletnim  dzieckiem  nie  ma  szans,  a 
tymczasem wcale tak nie jest. Jedynie stary Alf nie patrzy na ciebie pożądliwie – a 
to tylko dlatego, że on i Flo traktują cię jak córkę, której nie mogli mieć! 

Kiedy  w  kilka  minut  później  Courtenay  szła  korytarzem  do  gabinetu  Alfa, 

doszła  do  wniosku,  że  Krystle  miała  rację.  Mężczyźni  rzeczywiście  byli 
zafascynowani  jej  popielatoblond  włosami  i  pełnym  biustem.  Starała  się,  jak 
mogła,  nie  przyciągać  uwagi  –  upinała  długie  włosy,  nosiła  skromne  bluzki  i 
spódnice,  wyglądała  na  zapracowaną  i  nieprzystępną.  Mimo  to,  wbrew  jej  woli, 
wydawała się wyzywająca i prowokująca... 

Przed  wejściem  do  pokoju  szefa  rzuciła  okiem  na  tacę,  żeby  upewnić  się,  czy 

niczego nie brakuje. Jeżeli Krystle rzeczywiście miała rację i ten nieznajomy okaże 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

się  nowym  właścicielem  Mom’s  Own,  dobrze  byłoby,  żeby  wywarła  na  nim 
korzystne wrażenie. Praca była dla niej najważniejsza. Sama wychowywała córkę i 
nie mogła stracić źródła utrzymania. 

Śmiało zapukała i otworzyła drzwi. 
– O, Courtenay, wejdź. – Alf siedział za biurkiem z poważną miną. Blada twarz 

pokryta była rumieńcem, zniknęła gdzieś zwykła dobroduszność. 

Kątem oka Courtenay zerknęła  na „nowego człowieka”. Stał oparty  niedbale  o 

ścianę  przy  oknie,  z  rękami  w  kieszeniach,  typowy  zadufany  w  sobie 
przedstawiciel męskiego rodu. 

Atmosfera w biurze była na ogół przyjemna i wszyscy zachowywali się w miarę 

swobodnie. Tym razem wprost wyczuwało się w powietrzu napięcie. 

– Kawy, panie Ketterton? – zapytała oficjalnym tonem. 
– Tak, dziękuję, Courtenay. 
Postawiła dzbanek, czując na sobie baczne spojrzenie nieznajomego. Nie może 

mi nic zarzucić, pomyślała, nadal odwrócona. Uświadomiła sobie z zadowoleniem, 
że  ma  na  sobie  najlepszą  popielatą  plisowaną  spódnicę  i  bluzkę,  którą  wczoraj 
wieczorem staranie uprasowała. 

Odwróciła głowę i ich spojrzenia nagle się spotkały. Courtenay znieruchomiała. 

Pawie  pióra...  Krystle  miała  rację,  kiedy  mówiła  o  kolorze  jego  oczu!  Były 
niespotykanej błękitnozielonej barwy, ocienione długimi, czarnymi rzęsami... 

Patrzyły na nią chłodno, niemal z odrazą. 
Wyraźnie nie przypadła do gustu nieznajomemu. Z całą pewnością spotkali się 

po raz pierwszy – skąd więc tyle pogardy  w jego spojrzeniu? Co  u  licha  mogłoby 
usprawiedliwiać taką wrogość? 

Mimo  wyraźnego  zdenerwowania  udało  się  jej  wziąć  w  garść  i  spokojnym 

głosem zapytać: 

– Jaką kawę pan sobie życzy? 
– Poproszę czarną – odpowiedział sucho. 
Serce  Courtenay  zaczęło  walić  jak  młotem.  Taki  niepokój  wzbudziła  w  niej 

wysoka  postać  w  ciemnym  garniturze,  śnieżnobiałej  koszuli  z  pedantycznie 
zawiązanym  krawatem.  Nic  dziwnego,  że  zrobił  na  Krystle  piorunujące  wrażenie. 
Nawet  z  odległości  kilku  kroków  Courtenay  wyczuwała  bijącą  od  niego,  niemal 
magnetyczną  zmysłowość.  Kiedy  podawała  mu  kawę,  ich  palce  na  moment 
zetknęły  się  i  wtedy  początkowe  wrażenie  zwielokrotniło  się.  Nigdy  przedtem  nie 
doświadczyła czegoś podobnego. 

Zauważyła,  że  mężczyzna  zwracał  się  do  niej  per  „pani  West”.  Alf  zawsze 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

mówił do niej po imieniu – dlaczego podał gościowi nazwisko? Z jakiego powodu 
ten  człowiek  chciał  je  poznać?  Czy  rzeczywiście  okaże  się  nowym  właścicielem 
Mom’s Own? 

Nieznajomy  nie  spuszczał  wzroku  z  Courtenay.  Lodowate  spojrzenie  oczu, 

teraz  raczej  błękitnych  niż  zielonych,  było  aroganckie,  drwiące  i  wyzywające. 
Courtenay  wyczuła  instynktownie,  że  ten  człowiek  mógłby  nawet  czytać  w  jej 
myślach. 

Wyszła  na  drżących  nogach,  z  bijącym  sercem.  Zamknęła  drzwi  i  oparła  się  o 

nie. Czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Nie  miała pojęcia, jak długo tak 
stała, nie zwracając uwagi na dobiegającą zza drzwi rozmowę dwóch mężczyzn. W 
końcu  powlokła  się  korytarzem  i  skręciła  najpierw  do  toalety,  żeby  uniknąć 
spotkania z Krystle. Stwierdziwszy z ulgą, że w pobliżu  nie  ma  nikogo, opadła  na 
jedno z krzeseł stojących pod lustrem i próbowała zebrać myśli. 

Niewątpliwie  kawa  posłużyła  szefowi  tylko  za  pretekst.  Najwyraźniej  chciał 

dać  nieznajomemu  okazję  poznania  Courtenay.  Ale  do  czego  mu  to  było 
potrzebne? 

Pracowała  w  Mom’s  Own  od  siedmiu  lat.  Był  to  spokojny  okres  w  jej  życiu. 

Ostatnio  wprawdzie  mówiło  się,  że  zakład  może  zostać  zamknięty,  ponieważ 
wyposażenie było niezbyt  nowoczesne. Brakowało pieniędzy  na  modernizację, ale 
do tej pory wszystko toczyło się utartym trybem. 

Courtenay zrozumiała, że coś wisi w powietrzu. Zorientowała się od razu, kiedy 

weszła do pokoju Alfa. 

O  tej  porze  roku  Millar’s  Lake  było  małym,  prowincjonalnym  miasteczkiem. 

Tętniło  życiem  w  lecie,  kiedy  zjeżdżali  się  turyści,  ale  teraz,  tuż  przed  świętami 
Bożego Narodzenia, niemal zapadło w sen zimowy. 

Dlatego  też  ta  niezwykła  dla  miejscowych  stosunków  wizyta  mogła  oznaczać 

tylko  kłopoty.  A  sposób,  w  jaki  ten  dziwny  nieznajomy  prowokował  Courtenay, 
rodził w jej sercu uzasadnione przypuszczenie, kto popadnie w tarapaty. 

 
Courtenay miała właśnie wychodzić. Porządkowała biurko, kiedy Alf przyniósł 

jej  wypłatę.  Gdy  spojrzała  na  czek,  stwierdziła  zaskoczona,  że  opiewał  na  sumę 
dwa  razy  wyższą  niż  zwykle.  W  kopercie  był  również  jakiś  różowo-biały 
formularz,  jak  się  okazało  –  jej  karta  obiegowa.  Courtenay  nie  wierzyła  własnym 
oczom. 

–  Czy  to  znaczy,  że  jestem...  wyrzucona?  –  chyba  nic  nie  mogło  jej  bardziej 

zaskoczyć. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  Nie  wyrzucona,  Courtenay...  Czasowo  zwolniona.  Zostałem  zmuszony  do 

pewnych  redukcji...  Jak  widzisz,  dałem  ci  dwutygodniową  wypłatę...  – 
Zawstydzony  i  zakłopotany,  unikał  jej  wzroku.  –  Jeżeli  wszystko...  jeżeli  interes 
będzie  się  później  rozwijał,  może...  –  Kiedy  w  końcu  spojrzał  Courtenay  w  oczy, 
oblał się rumieńcem. 

Courtenay  stała  jak  sparaliżowana.  Zwolniona,  wyrzucona  –  co  to  za  różnica? 

Tak czy owak oznacza to brak pracy i pieniędzy... 

– Nie rozumiem – szepnęła wreszcie. – Dlaczego właśnie ja? A może jeszcze są 

inne osoby... 

–  Nie,  tylko  ty,  Courtenay.  Przykro  mi.  Nie  chciałem  tego,  ale  nie  miałem 

wyboru. Mogłem podjąć taką decyzję albo... – przerwał, przygryzając wargę, jakby 
nie chciał dokończyć. 

Courtenay uświadomiła sobie, że cokolwiek kryło się za postanowieniem Alfa, 

wydarzenie było nieprzyjemne dla nich obojga. 

–  Nie  martw  się,  Alf  –  powiedziała  znużonym  głosem.  –  Wiem,  że  nie 

zwolniłbyś mnie, gdybyś nie został do tego zmuszony. Takie sytuacje się zdarzają. 
Tylko  właśnie...  wiem,  że  miałeś  kłopoty  finansowe,  ale  sądziłam...  sądziłam,  że 
sytuacja musi się jakoś wyklarować... teraz, kiedy już mamy nowe wyposażenie... 

Alf podszedł bliżej i otoczył ją ramieniem. 
–  Tak  mi  przykro,  kochanie.  Gdyby  tylko  był  jakiś  inny  sposób...  Życzę  ci 

wszystkiego najlepszego i  mam nadzieję, że nie zerwiesz kontaktu z Flo i ze  mną. 
Bardzo cię kochamy... 

Courtenay objęła go. 
– Och, Alf, oczywiście, odezwę się. – W przypływie wzruszenia wspięła się na 

palce i pocałowała go szybko. – Ja też cię kocham... 

Nagle  do  uszu  Courtenay  dobiegł  jakiś  dźwięk.  Za  plecami  Alfa  dostrzegła 

wysoką  postać  nieznajomego.  Zdenerwowana  i  zajęta  rozmową,  nie  usłyszała 
kroków.  Teraz,  gdy  znajdowała  się  w  objęciach  szefa,  zobaczyła  drwiący  grymas 
na  twarzy  przybysza  i  uświadomiła  sobie  z  przerażeniem  całą  dwuznaczność 
sytuacji. 

Alf oczywiście nic nie zauważył. Poklepał ją delikatnie. 
– No to pa, Courtenay. Może spotkamy się w czasie świąt. – I odszedł. 
Courtenay  machinalnie  wyjęła  dużą  torbę  z  szuflady.  Jak  to  możliwe,  żeby  to, 

co  tak  dobrze  się  zaczęło,  skończyło  się  tak  fatalnie?  Jeszcze  parę  godzin  temu 
myślała z niecierpliwością o przerwie świątecznej. Teraz będzie musiała poświęcić 
ten czas na szukanie nowego zajęcia. A gdzie znajdzie pracę o tej porze roku? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zamyśliła się. Czy  to  możliwe, żeby  Alf skłamał, skorzystał z  okazji, żeby się 

jej pozbyć? Nigdy przedtem jej nie oszukał. 

Zastanawiała  się  nad  przyczyną  jego  postępowania.  Być  może  jej  zwolnienie 

miało  jakiś  związek  z  wizytą  nieznajomego?  Czy  miał  jakiś  wpływ  na  Alfa?  Nie 
ukrywał przecież swojej niechęci do niej. 

Zaciskając wargi, wpychała do torby wszystkie swoje rzeczy. W końcu – czy to 

nie wszystko jedno? Jakikolwiek był powód – straciła pracę. A jeżeli  wiadomość, 
że Alf ją wyrzucił, rozejdzie się – a w takim małym miasteczku to pewne – nie ma 
żadnej  nadziei,  że  ktoś  ją  zatrudni.  Alf  był  nie  tylko  właścicielem  Mom’s  Own. 
Zajmował również stanowisko burmistrza i to bardzo wpływowego. 

Nie  może tu jednak siedzieć bez końca, bo i tak  nie znajdzie odpowiedzi  na te 

wszystkie  pytania.  Musi  wracać  do  domu  –  obiecała  Vicky,  że  zrobią  ostatnie 
przedświąteczne  sprawunki.  Nałożyła  kurtkę  i  po  raz  ostatni  rozejrzała  się  po 
pokoju. 

Wyszła  razem  z  Marge,  recepcjonistką.  Kiedy  schodziły  po  schodach, 

trzymając  się  poręczy,  żeby  nie  pośliznąć  się  na  oblodzonych  i  zaśnieżonych 
stopniach, czarny mercedes ruszył z piskiem opon i zniknął w ciemności. 

–  Wspaniały  samochód  –  powiedziała  Marge  z  tęsknym  westchnieniem.  – 

Nieczęsto można zobaczyć taki wóz w Millar’s Lake. Zwłaszcza poza sezonem. 

Ale  ten  widzę  dzisiaj  już  po  raz  drugi,  czy  to  nie  dziwne?  Alf  miał  dzisiaj 

gościa,  który  przyjechał  czarnym  mercedesem.  Pewnie  go  nie  zauważyłaś  – 
parkował po drugiej stronie. 

Wiatr był lodowaty i Courtenay otuliła się futrzanym kołnierzem, żeby ochronić 

twarz  przed  zimnem.  Kiedy  zobaczyła  ten  samochód,  ogarnął  ją  lęk.  Wystarczyło 
przelotne  spojrzenie,  aby  rozpoznać  w  kierowcy  ciemnowłosego  nieznajomego. 
Dlaczego kręci się ciągle w pobliżu zakładu? 

– Kto to jest, Marge? – zapytała od niechcenia. 
– Czy to tajemnica? 
–  Skądże  –  roześmiała  się  koleżanka.  –  Przedstawił  się,  kiedy  prosił  mnie, 

żebym  powiadomiła  Alfa  o  jego  wizycie.  –  Marge  zamilkła,  kiedy  dostrzegła 
swego przyjaciela. – To Rob, przepraszam, muszę lecieć. Do zobaczenia! 

– Marge! – Courtenay schwyciła ją za ramię. 
– Chwileczkę... Nie zobaczymy się jutro. Alf... mnie zwolnił. 
– Co? – Marge spojrzała zaskoczona. – Dlaczego, do diabła? 
– Myślę, że ma to jakiś związek z mężczyzną, który przyszedł dziś do Alfa. Kto 

to jest, Marge? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  On  się  nazywa  Winter.  Graydon  Winter.  Czy  czytałaś  może  w  zeszłym 

tygodniu artykuł o  nim w  Vancouver Standard! „Bogaty, samotny, bezwzględny”. 
Jest  założycielem  i  prezesem  Ocean-West,  największej  spółki  żeglugowej.  –  Z 
zielonej  ciężarówki  rozległo  się  ochrypłe  trąbienie.  –  Muszę  już  iść,  Courtenay. 
Zadzwoń do mnie, zjemy razem lunch. 

Courtenay  opadła  bez  sił  na  ławkę  na  przystanku.  Gwałtownie  pobladła. 

Graydon Winter, o dobry Boże! 

Co  brat  Patryka  robi  w  Millar’s  Lake?  Czy  on  już  wie,  kim  ona  jest?  Czy 

dowiedział  się  o  jej  związku  z  Patrykiem?  Czy  domyśla  się,  że  urodziła  dziecko 
Patryka? 

Poczuła  nagle  straszliwe,  obezwładniające  przerażenie.  Bała  się  spojrzeć 

prawdzie w oczy. 

Czy Graydon przyjechał do Millar’s Lake, żeby zabrać jej Vicky? 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 2 

 
Kiedy  Courtenay  skręciła  na  drogę  prowadzącą  do  domu,  zauważyła  z  daleka, 

że nad sutereną nie pali się światło. Widocznie w ciągu dnia żarówka się przepaliła. 

Kiedy dotarła na miejsce, weszła od razu do pokoju. Zrzucając kurtkę, podeszła 

do  staromodnego  kominka,  udekorowanego  sosnowymi  szyszkami  i  kartkami 
świątecznymi. Od razu znalazła to, czego szukała. 

Zapadła  w  sofę  i  rozłożyła  na  kolanach  wycinek  z  gazety  z  pozaginanymi 

rogami. Prawdę mówiąc, nie musiała czytać tego nekrologu – znała go na pamięć. 

 
„Patryk  Winter,  wiceprezes  Ocean-West  Shipping  w  Vancouver,  i  jego  żona 

Elżbieta,  zginęli  3  lipca  na  Karaibach.  Przeżyli  w  związku  małżeńskim  17  lat. 
Patryk pozostawił  matkę Alannę i starszego brata Graydona. Pogrzeb odbędzie się 
8 lipca na cmentarzu Cedars, West Vancouver”. 

 
Chociaż od czasu wypadku upłynęło pół roku, Coutenay nadal pamiętała, jakim 

szokiem  była  dla  niej  ta  wiadomość.  Mówi  się,  że  czas  leczy  rany.  Ale  ciągle 
jeszcze odczuwała gorycz sprzed z górą dziewięciu lat. Poznała wtedy całą prawdę 
o  Patryku.  Jak  mógł  tak  ją  oszukać?  Dlaczego  była  taka  zaślepiona,  głupia  i 
naiwna? 

Chociaż wracały te pytania, odpowiedź była zawsze taka sama: uległa urokowi 

Patryka, bo była spragniona miłości. 

Była  jeszcze  małym  dreptusiem,  kiedy  umarła  jej  matka.  Ojciec  zabrał  ją  do 

siebie, ale nie poświęcał jej dużo czasu. Mimo upływu lat ciągle jeszcze czuła ból 
w  sercu,  kiedy  wspominała  desperacką  walkę  o  ojcowskie  uczucie  i  rozpacz,  w 
którą wpadła, gdy odrzucił jej miłość. 

Najtrudniejsze okazały się ostatnie lata szkoły średniej. Ojciec ożenił się, kiedy 

skończyła 14 lat. Oboje z macochą zapowiedzieli, że będą ją utrzymywać tylko do 
końca  nauki.  Nie  ukrywali,  że  nie  mogą  się  doczekać,  kiedy  się  od  nich 
wyprowadzi. 

Po  ukończeniu  szkoły  opuściła  rodzinne  miasto  Kelowna  i  przeniosła  się  do 

Whistler,  gdzie  znalazła  pracę  w  ekskluzywnym  hotelu.  W  niespełna  sześć 
miesięcy  później  Patryk  Winter  –  czarujący,  niebieskooki  mężczyzna  o 
kasztanowatych włosach – zawładnął jej życiem. Z  grupą przyjaciół przyjechał do 
Whistler na narty. Powiedział, że jest komiwojażerem. W ciągu kilku dni zdołał ją 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

przekonać o swojej wielkiej  miłości  i serce Courtenay otworzyło się dla  niego jak 
pączek rozkwitający w słońcu. Nie zanudzał jej opowieściami o swojej rodzinie, a i 
ona nie była skłonna do zwierzeń. 

Pożądał  jej  szaleńczo,  powtarzał  bez  końca,  że  opętało  go  jej  szczupłe  ciało, 

długie, jasne włosy... 

Chociaż  zdarzyło  się  to  tak  dawno,  jeszcze  dziś  pamiętała,  z  jakim 

zażenowaniem  wyznała,  że  i  ona  go  kocha,  ale  nie  jest  zwolenniczką  pożycia 
przedmałżeńskiego. 

W  ciągu  kilku  tygodni  Patryk  często  przyjeżdżał  do  Whistler,  przekonywał  ją, 

prosił, błagał, zapewniał, że może mu zaufać. Ale Courtenay była nieprzejednana. 

Wtedy poślubił ją... 
A może tylko tak się jej wydawało? 
Trzaśniecie drzwi wyrwało ją z rozmyślań. 
– Gdzie jesteś, mamusiu? 
– Tutaj! 
–  Cześć!  –  rozległ  się  wesoły  głos  Vicky.  –  Byłam  na  spacerze  ze  Snoopym 

pani  Albert.  Zobacz,  co  mi  dała!  –  Szczupła  figurka  w  dżinsach  i 
szmaragdowozielonej  kurtce,  z  rozwichrzonymi  lokami  zrzuciła  buty  i  podbiegła 
do matki. 

Courtenay  spostrzegła,  że  Vicky  patrzy  na  nią  wyczekująco.  Dziecko  nic  nie 

mówiąc otworzyło małą dłoń, żeby pokazać brzęczące monety. Courtenay spojrzała 
na zarumienione od wiatru policzki córki, na zadarty nosek i uśmiechniętą, szeroką 
buzię z  nieco wystającymi zębami,  błyszczące niebieskie oczy –  i ogarnęła  ją  fala 
czułości.  Cóż  to  było  za  słodkie  i  drogie  dziecko  –  nie  najpiękniejsze  na  świecie, 
przyznawała  uczciwie,  może  nawet  nie  najinteligentniejsze.  Ale  bez  wątpienia 
najukochańsze. 

I żywe odbicie swego ojca... 
Jak  postąpiłby  Graydon  Winter,  gdyby  ją  ujrzał?  Courtenay  poczuła,  że  serce 

ściska  jej  się  z  lęku  o  dziecko.  To  człowiek,  którego  nic  nie  powstrzyma  przed 
osiągnięciem tego, co zamierzał... 

– Czy chcesz to wpłacić  na swoje konto?  – zapytała. Głos zabrzmiał ochryple, 

chociaż próbowała opanować uczucie ogarniającej ją paniki. 

– Część tego – odpowiedziała Vicky, wsuwając pieniądze do kieszeni. – Resztę 

przeznaczę na sprawunki. 

–  Vicky...  –  Courtenay  zawahała  się.  Nie  chciała  psuć  radosnego  nastroju 

dziecka opowieścią o kłopotach, ale może lepiej byłoby mieć to już za sobą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Co takiego, mamusiu? 
–  Wydarzyło  się  parę  rzeczy,  o  których  powinnaś  wiedzieć  –  powiedziała 

spokojnie. – Przede wszystkim – pogładziła delikatnie piegowaty policzek Vicky – 
straciłam pracę. 

–  Och,  mamusiu!  –  Vicky  usiadła  na  kanapie  i  Courtenay  poczuła,  jak  para 

małych rączek, pachnących jeszcze trochę psem, obejmuje ją za szyję. 

– Nie  martw się. Znajdziesz coś  innego. Do tej pory zawsze sobie  radziłyśmy. 

Mamy przecież pieniądze, które zaczęłyśmy odkładać na mojego ortodontę. 

Courtenay chciałaby podzielać optymizm córki. 
–  Jest  jeszcze  coś  –  mówiła  dalej.  –  Dziś  przyszedł  do  naszego  biura  pewien 

człowiek, który złożył  wizytę panu  Kettertonowi. Dowiedziałam się później, że to 
twój wujek, Graydon Winter. 

–  Mój  wujek?  –  spojrzenie  niebieskich  oczu  prześliznęło  się  na  skrawek 

papieru. – To dlatego patrzyłaś na nekrolog? 

Kiedy  Patryk zginął, Courtenay opowiedziała Vicky o jego śmierci. Pamiętała, 

jak  mała  bardzo  zbladła,  ciągle  jeszcze  słyszała  ten  błagalny  głos:  „Muszę  iść  na 
pogrzeb! Nigdy go nie spotkałam, jakby w ogóle nie istniał. Zupełnie jak postać z 
książki.  Jeżeli  zobaczę  go  choć  martwego,  stanie  się  prawdziwy.  Będę  wiedziała, 
że naprawdę miałam ojca”. 

Serce Courtenay ścisnęło się boleśnie. Vicky wychowywała się bez ojca i nigdy 

nie  dała  odczuć,  że  tęskni  do  niego.  Przygarnęła  córkę  i  trzymała  mocno  w 
objęciach. 

–  Tak  mi  przykro  –  szepnęła,  głaszcząc  kasztanowe  loki.  –  Nie  możemy  tam 

pojechać. Jego matka i brat z pewnością będą na pogrzebie. Jesteś tak podobna do 
ojca, że mogliby się domyślić, kim jesteś, a to sprawiłoby im wielką przykrość. 

Po dłuższej chwili Vicky powiedziała zdławionym głosem: 
– Dobrze, mamusiu, rozumiem. 
Nigdy już nie było o tym mowy, chociaż Courtenay zauważyła, że dziewczynka 

parę razy czytała nekrolog. 

–  Tak,  właśnie  dlatego  przyglądam  się  temu  wycinkowi  –  powiedziała.  –  Ale 

pora  na  obiad.  Zanim  wyjdziemy,  przygotuję  termos  z  gorącą  czekoladą.  Po 
powrocie usiądziemy sobie przy kominku i będziemy pakować prezenty. 

– Świetnie. Mamusiu... – zapytała Vicky – dlaczego wujek Graydon przyjechał 

tutaj, do Millar’s Lake? Czy myślisz, że chce nas odwiedzić? 

Courtenay  odwróciła  głowę,  żeby  dziewczynka  nie  dostrzegła  obawy  w  jej 

oczach, i odpowiedziała: 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Nie wiem, kochanie. Musimy poczekać i przekonamy się same. 
 
Kiedy  wracały  z  zakupów,  Courtenay  ze  zgrozą  dostrzegła  przed  domem 

czarnego mercedesa. W samochodzie nie było nikogo. 

– Pośpiesz się, mamusiu! Na co tak patrzysz? – zawołała Vicky. – Zimno mi w 

nogi! 

Courtenay  podeszła  wolno  do  ruchliwej  figurki,  z  trudem  hamując  niepokój. 

Zatrzasnęła furtkę do ogródka. 

–  Nigdy  nie  zgadniesz,  co  ci  kupiłam  –  szczebiotała  Vicky.  –  Czy  mogę  ci  to 

pokazać dzisiaj? Wiesz, że nienawidzę czekania... 

–  O,  wiem  doskonale,  ale  nie,  dzisiaj  nie  możesz  tego  zrobić.  Ty  nie  znosisz 

czekania, a ja uwielbiam... 

– Czy mogę otworzyć, mamusiu? – przerwała Vicky. – Daj mi klucz, proszę. 
–  Uważaj,  nie  potknij  się.  Powinnam  była  wymienić  żarówkę,  zanim 

wyruszyłyśmy do  miasta. – Courtenay przetrząsała w ciemnościach swoją torbę w 
poszukiwaniu  kluczy.  –  O,  tutaj  są.  Jak  już  mówiłam,  panno  Niecierpliwko, 
najbardziej ze wszystkiego lubię niespodzianki. 

Nagle  zamarła  z  przerażenia.  Ktoś  stał  na  ganku.  Jakiś  mężczyzna.  Widziała 

jego wysoką sylwetkę, słyszała równy,  głęboki oddech, czuła zapach dobrej wody 
kolońskiej.  Odwróciła  się,  żeby  przytrzymać  Vicky,  ale  zanim  zdążyła  krzyknąć, 
silna ręka chwyciła jej ramię, a znajomy, drwiący głos zabrzmiał nieprzyjemnie: 

– A więc lubisz niespodzianki... Mam dla ciebie niespodziankę jak diabli. 
O mało nie zemdlała. Więc Graydon Winter przyjechał do Millar’s Lake, żeby 

ją odnaleźć! Teraz już wiedziała, że obawy były uzasadnione. Modliła się, żeby to 
było  jakieś  nieporozumienie.  Z  nagłym  przypływem  siły  wyszarpnęła  ramię  z 
uścisku. Szukając po omacku Vicky, powiedziała: 

– Daj mi klucz, kochanie. 
Otworzyła  drzwi,  a  Vicky,  zapalając  światło  w  przejściu,  weszła  do  kuchni. 

Oczywiście Graydon Winter nie czekał na zaproszenie, żeby wejść do środka. 

Courtenay cisnęła paczki  na stół kuchenny, odwróciła się ze złością  i  niemal  z 

odrazą. 

Ubrany  był  w  czarną  skórzaną  kurtkę,  która  zrobiła  takie  wrażenie  na  Krystle, 

ale zamiast garnituru  miał teraz czarny sweter i sztruksowe spodnie w tym samym 
kolorze.  Strój  ten  podkreślał  jego  smukłą  sylwetkę  i  muskularne  ciało.  Wiatr 
rozburzył  mu  włosy,  ostry,  zawzięty  profil  rysował  się  wyraźnie.  Courtenay 
wyglądała tak, jakby zobaczyła upiora. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Czego chcesz? – warknęła, ale szybko ogarnął ją strach. Jeżeli oczy człowieka 

są  zwierciadłem  duszy,  to  dusza  Graydona  Wintera  była  pełna  sprzeczności. 
Courtenay  dostrzegła  w  tej  błękitnozielonej  otchłani  nie  tylko  złość,  wrogość  i 
pogardę,  ale  coś  jeszcze.  Nie  po  raz  pierwszy  widziała  pożądanie  w  oczach 
mężczyzny,  ale  to,  co  czaiło  się  w  spojrzeniu  Graydona,  było  czymś  znacznie 
groźniejszym i wyzywającym. To była nieokiełznana żądza... 

Trwało  to  ułamek  sekundy  i  po  chwili  Courtenay  mogłaby  przysiąc,  że  uległa 

złudzeniu. Z ulgą stwierdziła, że Graydon nie patrzy już na nią. Otwarcie lustrował 
teraz zniszczoną kuchnię, a jego  twarz przybrała znowu krytyczny  i zdecydowany 
wyraz. 

–  Czy  powiesz  coś  wreszcie?  –  krzyknęła  –  czy  przyszedłeś  tylko  po  to,  żeby 

napawać się moim ubóstwem? 

Vicky patrzyła niepewnie na matkę, po czym przeniosła wzrok na Graydona. 
–  Czy  mam  nalać  czekoladę,  mamusiu?  –  zapytała  pojednawczym  tonem.  – 

Myślę, że wystarczy dla nas trojga. 

–  Twoja  córka  wydaje  się  lepiej  wychowana  niż  ty  –  skomentował  ironicznie 

Graydon.  –  Czy  nie  masz  zwyczaju  proponować  chociaż  gorącej  herbaty  komuś, 
kto przybył w tak zimny wieczór? 

Ośmielona Vicky dodała: 
–  Mama  zaraz  napali  w  kominku  i  usiądziemy  wszyscy  przy  ogniu.  Prawda, 

mamusiu? 

– Nasz gość nie zostanie dłużej, Vicky. Kiedy pójdzie, my... 
–  Nazywasz  mnie  gościem  –  odezwał  się  Graydon.  –  Dlaczego  nie  powiesz 

swojej  córce,  kim  jestem?  A  może  nie  wiesz?  Czy  przeceniam  sprawność  poczty 
pantoflowej w Mom’s Own? 

– O nie, ona działa jak w zegarku – powiedziała szyderczo Courtenay. – Jesteś 

tym  bogatym,  samolubnym,  bezwzględnym  Graydonem  Winterem,  prezesem 
Ocean-West, największej spółki żeglugowej w Vancouver! 

Zanim zdążył odpowiedzieć, Vicky pisnęła: 
– Miałam rację! Ty jesteś moim wujkiem, prawda? Bratem tatusia... 
– Vicky... – ręka Courtenay drżała, kiedy nalewała gorącą czekoladę do kubka. 

–  Chciałabym,  żebyś  poszła  do  swojego  pokoju,  kiedy  będę  rozmawiała  z  panem 
Winterem... 

– Ależ, mamusiu... 
– Bez żadnego ale! – Courtenay była stanowcza. Zobaczyła, jak Vicky wzdycha 

zawiedziona.  W  milczeniu  szła  z  matką  w  kierunku  pokoju.  Dopiero  kiedy  tam 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

dotarły,  zatrzasnęła  drzwi  z  taką  siłą,  że  podmuch  oderwał  kilka  plakatów 
przymocowanych do ściany. 

– Dlaczego nie mogę zostać z wami? Przecież to mój wujek! 
– Przykro  mi, kochanie – powiedziała Courtenay, stawiając kubek z czekoladą 

na  szafce  nocnej.  –  Obiecuję  ci,  że  po  wyjściu  naszego  gościa  wszystko  ci 
opowiem. 

– Dlaczego on jest taki zły na ciebie? Co mu zrobiłaś? 
Courtenay zerknęła w przelocie do lustra i przeciągnęła palcami po włosach, na 

próżno usiłując je przygładzić. Policzki jej pałały, oczy błyszczały jak w gorączce, 
a  wargi  drżały.  Odetchnęła  z  trudem  i  szepnęła  do  Vicky:  –  Kochanie,  muszę  już 
iść. – Myślała, że mała coś jeszcze powie, ale dziewczynka rzuciła się nadąsana na 
łóżko i odwróciła twarzą do ściany. 

Zaczerpnąwszy głęboko powietrza, Courtenay wróciła do kuchni. Dopiero teraz 

uświadomiła  sobie,  jak  małe  jest  to  pomieszczenie.  Postać  Graydona  wypełniła  je 
niemal całkowicie. 

Zacisnęła pięści. 
– Jak śmiałeś wtargnąć w nasze życie? I to jeszcze tak podstępnie! O mało nie 

dostałam ataku serca, kiedy tak nagle wychynąłeś z ciemności! 

Courtenay  obserwowała,  jak  wzrok  Graydona  przesuwa  się  po  jej  sylwetce  i 

żałowała, że nie ma na sobie biurowego uniformu zamiast tej zrobionej na drutach 
sukienki,  która  niepotrzebnie  uwydatniała  jej  kształty  i  była  w  dodatku  w  tym 
samym kolorze, co jej oczy... 

Nie  miała  wątpliwości,  że  jest  przekonany  o  sile  swego  męskiego  wdzięku. 

Czuła  nieznośne  gorąco,  jak  gdyby  Graydon  zaplatał  lśniące  pasma  jej  włosów  i 
pieścił jej ciało... 

– Nie miałem zamiaru cię przestraszyć – rzekł, a jego spojrzenie znów stało się 

chłodne.  –  Zdążyłem  tylko  podejść  i  zadzwonić,  kiedy  właśnie  wyszłaś  zza  rogu. 
Nie mam zwyczaju robić krzywdy bezbronnym kobietom. 

– Powiedz, po co przyszedłeś, i idź sobie. 
– Przyjechałem po Wiktorię. 
Pod Courtenay ugięły się nogi. Ręką poszukała oparcia, żeby nie upaść. 
–  Chyba  oszalałeś!  Wiktoria  jest  moją  córką.  Skąd  ci  do  diabła,  przyszło  do 

głowy, że mógłbyś mi ją zabrać? 

– To jasne. Po prostu zapewnię jej lepsze warunki. 
– Nam jest tu bardzo dobrze – Courtenay zebrała siły i z ulgą stwierdziła, że jej 

głos nie jest już taki drżący i niepewny, jak przed chwilą. – Nie jest tu oczywiście 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

tak  wspaniale  jak  w  Vancouver,  ale  Millar’s  Lake  to  piękne  miasteczko,  a  i  to 
mieszkanie w zupełności nam wystarcza. 

– Może to miejsce jest odpowiednie dla ciebie, ale nie dla mojej bratanicy. Och, 

oczywiście,  rozumiem,  że  kiedy  przeprowadziłaś  się  tutaj  siedem  lat  temu,  byłaś 
zadowolona, że udało ci się wynająć ten kąt... 

Courtenay słuchała oszołomiona. Skąd on tyle o niej wie? 
–  Dwa  lata  temu  zaciągnęłaś  pożyczkę  w  banku,  żeby  opłacić  stałą  opiekunkę 

dla  Wiktorii,  która  przeszła  zapalenie  płuc.  W  jaki  sposób  masz  zamiar  spłacić 
dług? Skąd weźmiesz pieniądze na czynsz? O ile wiem, dzisiaj zostałaś zwolniona 
z biura... 

Drwina  Graydona  potwierdzała  przeczucia  Courtenay.  Podejrzewała,  że  ten 

człowiek ma jakiś związek z jej zwolnieniem. Złość znalazła ujście w wybuchu: 

–  Ty  draniu!  Jakim  prawem  wtrącasz  się  w  moje  życie?  Co  zrobiłeś,  że  Alf 

mnie zwolnił? 

–  Ach,  więc  kojarzysz  te  dwie  sprawy.  Miałem  nadzieję,  że  tak  będzie.  To 

oszczędzi mi wiele wyjaśnień... 

–  To  niczego  nie  wyjaśnia!  Chce  wiedzieć,  w  jaki  sposób  zmusiłeś  Alfa,  żeby 

się mnie pozbył. 

Graydon wzruszył ramionami. 
– Kupiłem waszą spółkę. 
–  Kupiłeś  naszą  spółkę?  –  szepnęła.  Dobry  Boże,  myślała,  że  takie  sytuacje 

zdarzają się tylko w filmach. 

–  Ale  dlaczego?  –  zapytała  zdławionym  głosem.  –  Przecież  nie  z  mojego 

powodu? 

–  To  było  jedyne  wyjście.  Kiedy  zorientowałem  się,  że  Alf  ma  słabość  do 

ciebie,  wiedziałem,  że  nigdy  nie  zwolni  cię  z  własnej  woli.  Nie  było  innej 
możliwości, musiałem go skusić. 

–  Więc  kiedy  przekonałeś  się,  że  Mom’s  Own  stoi  na  krawędzi  bankructwa,  a 

pan Ketterton nie może sobie pozwolić na modernizację zakładu... 

–  Wykupiłem  go.  To  ogromna  korzyść  dla  pana  Kettertona.  Jest  teraz 

dyrektorem,  ma  przyzwoitą  pensję.  W  jego  wieku  to  prawdziwy  dar  losu.  – 
Pochylił się z udanym przepraszającym gestem i mówił dalej: 

– Kiedy stałem się właścicielem, stwierdziłem, że w administracji pracuje zbyt 

wiele osób. Alf musiał przeprowadzić redukcję personelu. 

–  I  oczywiście  zastrzegłeś,  że  ja  mam  być  tą  pierwszą  ofiarą!  –  wybuchnęła 

Courtenay. – Czytałam o ludziach takich jak ty – bezwzględnych, niszczących bez 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

skrupułów każdą przeszkodę – ale nie przypuszczałam, że będę miała kiedykolwiek 
do czynienia z takim człowiekiem. Wstyd mi za ciebie. 

– O,  nie – sprostował  łagodnie. – Ja po prostu zawsze osiągam to,  na co  mam 

ochotę. Nie w ten sposób, to inaczej. Od dawna wiem, że za pieniądze można mieć 
wszystko. Pieniądz, pani West, to siła! 

– Szantażowałeś Alfa! To niewybaczalne, to taki dobry... 
–  Nie  od  razu  dał  się  przekonać,  to  prawda,  kiedy  powiedziałem,  że  musisz 

odejść z Mom’s Own... ale – czy miał możliwość wyboru? 

– Jesteś nikczemny... 
–  Nie,  to  ty  jesteś  podła.  –  Wypił  ostatni  łyk  czekolady  i  odstawił  kubek.  Z 

rękami w kieszeniach okrążył stół  i stanął  przed Courtenay. Przez chwilę  mierzyli 
się  wzrokiem,  a  napięcie  między  nimi  niebezpiecznie  rosło.  –  „Ta  druga”  –  jego 
głos  był  podejrzanie  łagodny.  –  To  nie  jest  najlepsza  wizytówka,  prawda?  Co 
właściwie  przyciąga  do  ciebie  żonatych  mężczyzn?  Czy  mój  brat  był  pierwszy, 
czy... 

–  Milcz!  –  Courtenay  cofnęła  się  trochę.  Czuła  mrowienie  w  całym  ciele, 

chociaż nawet jej nie dotknął. Z trudem zachowywała spokój. 

–  Pan  nie  zna  faktów,  panie  Winter.  Nigdy  nie  byłam  „tą  drugą”.  Nie  miałam 

pojęcia, że twój brat był żonaty. 

–  Czy  nie  wiedziałaś  również,  że  Alf  ma  żonę?  O  nie,  pani  West,  nie 

spodziewaj  się,  że  ci  uwierzę.  Wiem,  że  Flo  Ketterton  była  zawsze  dla  ciebie 
życzliwa,  ale  tobie  wcale  to  nie  przeszkadzało  romansować  z  Alfem  poza  jej 
plecami... 

– Zupełnie opacznie interpretujesz to, co widziałeś dziś po południu. 
–  A  jak  można  to  interpretować?  Zobaczyłem  starszego  człowieka  omotanego 

przez  nikczemną  dziwkę.  Usłyszałem  miękki  głos  szepczący:  „kocham  cię!”.  Po 
prostu zbierało  mi się  na  mdłości! Chcę zabrać Wiktorię do siebie, do rodziny, do 
której i tak należy, zanim zepsujesz ją swoim niemoralnym prowadzeniem się! 

–  Jak  mam  cię  przekonać,  że  nie  miałam  pojęcia  o  istnieniu  żony  Patryka! 

Myślałam,  że...  Przerwała  gwałtownie.  Chciała  powiedzieć:  „Myślałam,  że  ja 
byłam  jego  żoną”,  ale  po  co?  Z  jakiej  racji  ten  mężczyzna  ma  wiedzieć,  że  była 
taka głupia I naiwna? Zresztą i tak nie uwierzyłby... 

– Nie ma sensu przekonywać cię – powiedziała. – I tak ty wiesz swoje, a mnie 

doprawdy jest wszystko jedno, czy mi wierzysz, czy nie. Nie jest mi za to obojętny 
los Vicky. Nigdy mi jej nie zabierzesz – rozumiesz? Nigdy! 

W ciszy, która zaległa, słychać było tylko szczekanie Snoopy’ego na podwórku 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

sąsiadów. Wreszcie Graydon odezwał się szorstko: 

– Wiktoria nosi nazwisko Winterów i należy do rodziny Winterów. Wiem, że w 

świetle prawa ty sprawujesz nad  nią opiekę, ale nie zostawię jej tutaj.  A jeżeli  nie 
zgodzisz się, zabiorę również i ciebie... 

– Gdzie chcesz nas zabrać? 
– Do mojego domu w Vancouver. 
–  Jesteś  szalony!  Jeżeli  nie  wyjdziesz  stąd  w  ciągu  dwóch  minut,  zawołam 

policję. 

Graydon spoważniał. 
–  Od  śmierci  brata  i  bratowej  moja  matka  z  dnia  na  dzień  popada  w  coraz 

większe przygnębienie. 

–  Jestem  pewny,  że  obecność  twojej  córki  mogłaby  być  dla  niej  pociechą. 

Zawsze  marzyła  o  wnukach,  mógłbym  teraz  spełnić  to  marzenie.  Z  twoją  zgodą 
albo bez niej. 

Czy  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę,  czy  to  jakiś  koszmarny  sen?  Od  śmierci 

Patryka  Courtenay  nawet  bała  się  myśleć,  że  jego  rodzina  mogłaby  ją  odnaleźć  i 
próbować odebrać jej Vicky. A jednak Graydon dowiedział się o jej istnieniu. 

–  Nigdy  się  nie  zgodzę,  żeby  moja  córka  była  narzędziem  w  twoich  rękach. 

Może pieniądze są potęgą, ale nawet wszystkie pieniądze świata nie zmienią mojej 
decyzji. Vicky nie jest na sprzedaż! 

Courtenay  odwróciła  się,  słysząc  jakiś  dźwięk  za  plecami.  W  drzwiach  stała 

Vicky w nocnej koszulce. 

– Mamusiu, poczytaj mi... 
– Idź do swojego pokoju. Zaraz tam przyjdę. Pan Winter już wychodzi. 
Spostrzegła,  że  wargi  Vicky  drżą.  Oczy  utkwiła  w  mężczyźnie,  który  też  ją 

obserwował. 

–  Słyszałam,  co  mówiłeś,  wujku  Graydonie  –  odezwała  się.  –  Nie  miałam 

zamiaru podsłuchiwać, ale właśnie szłam  do łazienki, bo rozlała  mi się czekolada. 
Wtedy usłyszałam, że mówisz coś o moim tatusiu. Przepraszam, mamusiu, jeśli cię 
rozgniewam, ale... ja chcę... chcę... 

Courtenay oniemiała. Vicky nigdy nie mówiła w ten sposób! 
–  Słucham,  Wiktorio?  –  Graydon  przeszedł  parę  kroków  i  zbliżył  się  do 

bratanicy. – Co chciałaś powiedzieć? 

Courtenay  zawsze  była  pewna,  że  dobrze  zna  swoje  dziecko.  W  ułamku 

sekundy  zrozumiała,  że  była  w  błędzie.  Jasne,  niebieskie  oczy  Vicky  nie  patrzyły 
na nią, kiedy dziewczynka powiedziała spokojnie: 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Chcę poznać moją babcię. 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 3 

 
Nieśmiałe promienie grudniowego słońca przedzierały się przez zasłony, kiedy 

następnego ranka Courtenay pakowała walizkę. Piękna, zimowa pogoda za oknem 
kontrastowała  z  jej  ponurymi  myślami.  Jakie  to  dziwne,  myślała  –  oparła  się 
Graydonowi, a została pokonana przez wrażliwość własnego dziecka. 

Przyjrzała  się  ubraniom  rozłożonym  na  łóżku.  Były  tanie  i  podniszczone.  Czy 

ona sama nie wyglądała podobnie? Miała na sobie najlepszy sweter i nowe dżinsy, 
ale nawet miękka różowa angora nie zdołała ożywić zmęczonej twarzy. Oczy były 
bardziej szare niż zielone, twarz ziemista i wychudzona. 

Trzasnęły drzwi wejściowe i Courtenay usłyszała jakiś głos nawołujący Vicky z 

drugiej strony ulicy, a następnie dumną odpowiedź córki: 

– Jedziemy do babci w Vancouver na ferie! 
Vicky błyskawicznie zaakceptowała wielką zmianę w swoim życiu, idąc – nie, 

biegnąc  ku  niej  z  podnieceniem,  podczas  gdy  Courtenay  czuła  się  niemal  jak 
sparaliżowana. 

–  Jest  już!  –  radosny  okrzyk  przerwał  jej  rozmyślania.  –  Chodź,  mamusiu, 

czekamy! 

Courtenay zgarnęła ze stołu stos książek wypożyczonych z biblioteki i wyszła, 

zamykając  drzwi.  Na  widok  Graydona,  stojącego  przy  samochodzie,  serce  zabiło 
jej żywiej. Miała nadzieję, że w świetle zimowego poranka będzie wyglądał  mniej 
korzystnie  niż  wczoraj  wieczorem.  Ale  jakże  się  myliła!  Błękitnozielone  oczy  i 
ciemne  włosy  rozwiane  przez  wiatr  sprawiały,  że  wydał  się  jej  jeszcze  bardziej 
interesujący. Otworzył przednie drzwi, pytając szorstko: 

– Gotowa? 
–  Dzień  dobry!  –  odparowała,  unosząc  wyniośle  głowę.  –  Co  za  wspaniały 

dzień na podróż! – Przeszła obok niego i zanim zdążył się zorientować, otworzyła 
tylne drzwi i usadowiła się obok Vicky. 

Obserwowała  z  krzywym  uśmiechem,  jak  zdejmuje  marynarkę.  Był  w 

ciemnoszarym, eleganckim swetrze. Nagle przyszła jej do głowy absurdalna  myśl. 
Czy  ta  wełna  okazałaby  się  tak  kusząco  miękka  pod  palcami,  jak  na  to  wygląda? 
Co  by  się  stało,  gdyby  dotknęła  ramion  Graydona?  Przeszył  ją  dreszcz.  Chwyciła 
książki i nachyliła się do niego. 

–  Czy  moglibyśmy  pojechać  okrężną  drogą?  Muszę  zwrócić  książki  do 

biblioteki. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Chwilę  później  Graydon  zatrzymał  się  przed  niewielkim  budynkiem 

ozdobionym  sztukaterią.  Zanim  Courtenay  zdążyła  otworzyć  drzwi,  podszedł  i 
wyciągnął  rękę  po  książki.  Rzucił  okiem  na  tytuły,  potem  przeczytał  je  na  głos  z 
rosnącym  niedowierzaniem:  „Pochodzenie  człowieka”.  „Życie  człowieka”. 
„Początek ewolucji”. 

– Antropologia? – uniósł ironicznie brwi. 
–  Mama  wybiera  się  na  uniwersytet!  –  wykrzyknęła  Vicky.  –  Każdą  wolną 

chwilę poświęca nauce. 

Courtenay była niezadowolona. Tak bardzo chciała trzymać Graydona z dala od 

swojego życia, a już zdążył odkryć jej najskrytszą tajemnicę. W dodatku wydawał 
się  tym  bardzo  zainteresowany.  Dlaczego?  Od  pewnego  czasu  powzięła 
nieuzasadnione  chyba  podejrzenie,  że  z  jakiegoś  powodu  jej  osoba  bardziej  go 
interesuje niż Vicky. 

Głęboko  westchnęła,  wyjrzała  przez  okno  i  postanowiła  więcej  o  tym  nie 

myśleć. 

 
Około  pierwszej  zatrzymali  się  na  lunch  w  przydrożnej  gospodzie,  a  kiedy 

wrócili  do  samochodu,  Courtenay  musiała  zająć  przednie  siedzenie.  Graydon 
przygotował bowiem pled dla Vicky, która rozłożyła się wygodnie z tyłu ze swoją 
„Małą  encyklopedią  psów”.  Nie  zdążyli  nawet  ujechać  dziesięciu  kilometrów, 
kiedy usnęła. 

Courtenay reagowała wszystkimi zmysłami na siedzącego obok mężczyznę. Do 

tej pory nikt nie działał na nią tak silnie. Było to tak, jak gdyby jego ciało wysyłało 
impulsy,  a  ona  odbierała  je,  niczym  czuła  antena.  W  dodatku  zapach  wykwintnej 
wody po goleniu drażnił jej nozdrza... 

–  Chciałbym  porozmawiać  z  tobą,  zanim  dotrzemy  do  Seacliffe  House  –  głos 

Graydona przywołał ją do rzeczywistości. – Chodzi o moją matkę, Alannę. Patryk i 
Beth  znali  się  od  dzieciństwa  i  matka  szczyciła  się  potem,  że  Patryk  okazał  się 
najlepszym mężem.. 

– Dlaczego mi to mówisz? Cóż mnie obchodzi Patryk i jego żona! 
– Chciałbym cię tylko uprzedzić, żebyś nie zrobiła ani nie powiedziała niczego, 

co  mogłoby  zaniepokoić  Alannę.  Nie  chcę,  żeby  dowiedziała  się  o  waszym 
romansie. 

–  Zabierasz  Vicky,  żeby  twoja  matka  mogła  ją  poznać,  a  jednocześnie  chcesz 

utrzymać w tajemnicy  mój związek z Patrykiem? – zapytała  ironicznie Courtenay. 
– Bardzo jestem ciekawa, jak jej wyjaśnisz, skąd się wzięła Vicky. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Chcę jej powiedzieć prawdę. Nie będzie to ta historyjka, którą opowiedziałaś 

mi zeszłego wieczoru. Opowiem jej, jak uwiodłaś mojego brata i schwytałaś go w 
pułapkę. 

–  W  rzeczywistości  to  Patryk  mnie  uwiódł  –  odrzekła  Courtenay.  –  Nie 

wiedziałam,  że  był  żonaty,  a  kiedy  po  sześciu  tygodniach  znajomości 
zaproponował  mi  małżeństwo,  zgodziłam  się.  Wzięliśmy  cichy  ślub  w  pięknym 
parku w Whistler... 

Courtenay  krzyknęła,  kiedy  Graydon  gwałtownie  zahamował.  Książka  Vicky 

spadła  na  podłogę,  a  ona  sama  wymamrotała  coś  przez  sen.  Courtenay  nigdy 
jeszcze nie widziała oczu tak pełnych nienawiści jak oczy Graydona. 

– Wysiadaj! – rozkazał, a kiedy zawahała się, w obawie, że zostawi ją tutaj, na 

pokrytej śniegiem autostradzie, dodał: – Czy chcesz, żeby twoja córka usłyszała, co 
mam ci do powiedzenia? 

Courtenay  wysiadła  bez  sprzeciwu,  otulając  się  kurtką,  aby  osłonić  się  przed 

lodowatym wiatrem, który wdzierał się pod ubranie i szarpał włosy. 

–  Bigamia?  –  krzyknął  Graydon  ze  złością.  –  Posądzasz  mojego  brata  o 

popełnienie przestępstwa? Masz akt ślubu? Chciałbym go zobaczyć? 

– Nie, nie mam... 
– Och, jakie to przykre! 
–  Poczekaj,  daj  mi  skończyć!  Nie  mam  żadnego  dokumentu,  bo  to  nie  był 

prawdziwy  ślub.  Wtedy  oczywiście  o  tym  nie  wiedziałam.  „Ślubu”  udzielił  nam 
przyjaciel  Patryka,  a  świadkami  była  para,  którą  poznaliśmy  w  kawiarni.  Patryk 
powiedział mi... 

– Patryk mówił mi, że jesteś cwaną dziwką – warknął Graydon ze złością. – Ale 

nawet  on  nie  przypuściłby,  że  wymyślisz  taką  nieprawdopodobną  historię,  żeby 
usprawiedliwić siebie i swoje postępowanie! 

– To nie jest kłamstwo. Och, dlaczego nie chcesz mi uwie... 
Urwała,  bo  Graydon  boleśnie  ścisnął  jej  ramiona.  Nie  mogła  się  ruszyć. 

Przyciągnął ją tak blisko, że miała jego twarz tuż przed sobą. 

–  Jeżeli  odważysz  się  rozpowiadać  te  brednie  –  syknął  –  pozwę  cię  do  sądu, 

oskarżę  o  oszczerstwo  i  zapewniam  cię,  że  pójdziesz  do  więzienia!  Mój  Boże, 
chyba jesteś niespełna rozumu, jeśli sądzisz, że ktokolwiek uwierzy w te kłamstwa! 
Ty mała... 

Na szczęście dalsze słowa zagłuszyła przejeżdżająca obok cysterna. Courtenay 

patrzyła ze zgrozą na złośliwie wykrzywione usta, ciskające zniewagi. 

Wreszcie  Graydon  odepchnął  ją  tak  gwałtownie,  że  się  zachwiała.  Zacisnęła 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

pięści,  żałując,  że  nie  jest  mężczyzną.  Och,  z  jaką  chęcią  uderzyłaby  tę  bezczelną 
gębę. Powiedziała tylko zduszonym głosem: 

– Szkoda czasu na rozmowę z tobą... 
– Dobrze, że w końcu to zrozumiałaś. 
–  Ale  to  wcale  nie  znaczy,  że  zachowam  prawdę  tylko  dla  siebie.  Nie  mam 

zamiaru osłaniać tego drania Patryka... 

– Odniosłem wrażenie, że Wiktoria nie podziela twojej opinii... 
–  Oczywiście,  że  nie!  Nie  chcę,  żeby  Vicky  gardziła  własnym  ojcem.  Każde 

dziecko powinno mieć dwoje kochających się rodziców. Moje zostało pozbawione 
ojca  nie  z  własnej  winy.  Musiałam  zapewniać  ją,  że  Patryk  był  wspaniałym 
człowiekiem,  który  ją  kochał.  I  ona  mi  uwierzyła.  Graydon  odgarnął  włosy 
spadające na czoło. 

– To bardzo wrażliwe dziecko, prawda? 
Courtenay  nie  wierzyła  własnym  uszom.  Jego  głos  stał  się  niemal  czuły. 

Czyżby ten człowiek był zdolny do ludzkich uczuć? 

–  Tak  –  odpowiedziała  ostrożnie.  –  Muszę  ją  ochraniać.  Może  jestem 

nadopiekuńcza, ale chciałabym jak najdłużej oszczędzać jej stresów i rozczarowań. 

–  Rozumiem  to  i  widzę,  że  jesteście  bardzo  ze  sobą  zżyte.  Szkoda  byłoby, 

gdyby coś tę harmonię zepsuło. 

– Nie martw się – mruknęła. – Nic takiego się nie zdarzy. 
– Nawet jeśli Wiktoria odkryje, że nienawidziłaś jej ojca? 
– Mówiłam ci już, że nigdy jej tego nie powiem. 
Ku  swemu  przerażeniu  Courtenay  dostrzegła  w  oczach  Graydona  wyraz 

triumfu. Triumf? Strach chwycił ją za gardło. 

– Czy mógłbyś... – wyjąkała z niedowierzaniem. 
Ton jego głosu był jak smagnięcie mroźnego wiatru. 
–  Chcę  zawieźć  Wiktorię  do  jej  babki,  ale  nie  dopuszczę,  żeby  to  spotkanie 

okazało się bolesne dla Alanny. A ty nie ośmielisz się przeszkodzić mi. 

Courtenay odwróciła się i spojrzała na pokryte śniegiem góry. 
Patryk wykorzystał  ją, a teraz jego brat  usiłuje się  nią posłużyć. Wprawdzie  w 

inny sposób, ale równie nikczemny... 

– Czy chcesz nastawić Vicky przeciwko mnie? 
–  To  już  zależy  od  ciebie.  Jeśli  będziesz  się  upierać  przy  swoich 

niedorzecznych kłamstwach, zapewniam cię, że powtórzę je słowo w słowo twojej 
córce. 

Odwrócił się i ze złością otworzył drzwiczki samochodu. Courtenay wiedziała, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

że spełni groźbę. Wsunęła się na swoje miejsce. Znowu, bez udziału woli, znalazła 
się  w  zasięgu  jego  niezwykłego  oddziaływania.  Jak  mogła  ulegać  magnetycznej 
sile tego mężczyzny, który był przecież pozbawionym skrupułów potworem? 

 
Zapadł  zmierzch,  kiedy  dotarli  do  Vancouver.  Chociaż  była  to  wigilia  Bożego 

Narodzenia,  Courtenay  nie  udzielił  się  świąteczny  nastrój,  który  panował  na 
ulicach.  Vicky  przeciwnie  –  witała  radosnymi  okrzykami  światła  i  dekoracje. 
Kiedy Graydon zajechał na parking, pisnęła: 

– Dlaczego się tu zatrzymujemy? 
– Nie pojedziemy do babci bez prezentu, prawda? Courtenay spojrzała z obawą 

na Graydona. 

– Zabrałyśmy prezenty, które kupiłyśmy dla siebie – powiedziała. – Przykro mi, 

ale  mój  budżet  nie  pozwala  na  nic  więcej.  Zwłaszcza  że  po  powrocie  będę  bez 
pracy – nie zawahała się dodać oskarżycielskim tonem. 

–  Chodźmy  po  sprawunki,  zanim  zamkną  sklepy.  Później  porozmawiamy  o 

pieniądzach. 

Kiedy Vicky ruszyła przodem, Graydon przytrzymał Courtenay za ramię. 
–  Nie  mów  przy  dziecku  o  swoich  kłopotach.  Do  diabła,  wiem  przecież,  że 

masz mało pieniędzy. Zapłacę rachunek. Pomogę ci wybrać upominki. 

–  Kup  matce,  co  chcesz!  Jestem  tu  tylko  dlatego,  żeby  nie  robić  Vicky 

przykrości! 

Odeszła  na  bok  i  zaczęła  przyglądać  się  puszystym  szalom.  Nagle  usłyszała 

głos za sobą: 

– Czy podoba ci się któryś z nich? 
–  Myślę,  że  przydałyby  się  twojej  matce.  Wyglądają  na  bardzo  ciepłe.  Starsi 

ludzie źle znoszą zimno... 

Nie zwracając uwagi na cenę, Graydon zdecydował się na dwa szale, brązowy i 

turkusowy. Poprosił ekspedientkę, by zapakowała je w ozdobny, świąteczny papier. 

Rozejrzał  się,  po  czym  zatrzymał  wzrok  na  czarnej  aksamitnej  sukience 

koktajlowej. Zwrócił się do drugiej ekspedientki: 

– Proszę podać tę sukienkę pani West do zmierzenia. 
– Courtenay zaś rzucił: – Wrócę za dziesięć minut. 
– I zanim zdołała się zorientować, wyszedł, trzymając Vicky za rękę. 
–  Proszę  tędy,  madam  –  ekspedientka  w  różowej,  jedwabnej  sukience, 

pobrzękując bransoletkami, wskazała jej przebieralnię. 

Courtenay zawahała się. Do tej pory nie była w takim eleganckim magazynie – 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

zwykle  korzystała  ze  sprzedaży  wysyłkowej.  Co  ona  tu  robi?  Nigdy  przecież  nie 
pozwoli, żeby Graydon kupował jej sukienkę. 

– Przepraszam – powiedziała. – Nie będę mierzyć tej sukienki. 
Kobieta zdziwiła się. 
– Jestem pewna, że to pani rozmiar. 
– Tak, oczywiście, ale... 
– Czy nie lubi pani czarnego koloru? 
– Ja... lubię. I uważam, że sukienka jest piękna... 
–  widząc  utkwione  w  nią  oczy  ekspedientek,  miała  ochotę  zapaść  się  pod 

ziemię. – Po prostu nie chcę kupować nowej sukienki. 

– Czy jest pani pewna? 
– Najzupełniej. 
–  Och...  Pan  Winter  tu  wróci.  Proszę  poczekać,  żeby  się  pani  z  nim  nie 

rozminęła. Mamy dzisiaj taki duży ruch... Przepraszam, mam klienta. 

Pogrążona w  myślach Courtenay nie zauważyła Vicky, która podbiegła do niej 

z twarzyczką zarumienioną z podniecenia. 

– Wujek kupił mi sukienkę! Zobacz, mamusiu! 
Courtenay ukryła niezadowolenie, żeby nie robić przykrości Vicky. 
– Jakiego koloru, kochanie? 
– Pomarańczową! Powiedział, że moje włosy przypominają mu błędny ognik. A 

wiesz,  mamusiu,  babcia  dostanie  ode  mnie  koronkową  chusteczkę!  Wujek 
powiedział, że ona nie uznaje jednorazowych serwetek, obrusów... 

–  I  małżeństw  –  odezwał  się  w  pobliżu  głos  Graydona.  –  Którą  kreację 

wybrałaś? – zapytał, wyjmując portfel. – Czy ta ci się podoba? 

–  Jest  piękna  –  odpowiedziała.  –  Ale  wiesz,  że  muszę  pilnować  mojego 

budżetu. 

Graydon  wyglądał  tak,  jakby  miał  ochotę  potrząsnąć  nią,  ale  opanował  się  i 

powiedział do ekspedientki: 

– Wezmę tę. Dziękuję. 
W Courtenay wzbierała złość. Nie mogła zrobić tu sceny, ale wiedziała, że nic 

nie  zmusi  jej  do  włożenia  tej  sukienki.  Idąc  przez  obszerny  hol,  chciała  wziąć 
Vicky  za  rękę.  Dziewczynka  nie  zauważyła  jej  gestu.  Podskakiwała  uczepiona 
ramienia Graydona, jakby zupełnie zapomniała o istnieniu matki. 

Courtenay poczuła bolesne ukłucie w sercu. 
 
Marine Drive, główna ulica Vancouver, była teraz – za zalaną deszczem szybą 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

samochodu – plamą różnokolorowych świateł i rozmazanych konturów. Courtenay 
z trudem dostrzegła drogowskaz, kiedy skręcili w boczną drogę. 

Seacliffe House. Kamienne kolumny podtrzymywały jasno oświetlone frontowe 

wejście.  Courtenay  wiedziała,  że  Winterowie  byli  bogaci,  ale  nie  spodziewała  się 
takiego  przepychu.  Nawet  w  ciemności,  w  strugach  ulewnego  deszczu,  dom 
wyglądał  jak  zamek  –  nowoczesny  zamek  z  drewna  cedrowego,  szkła  i  kamienia. 
Zarysy  budowli  biegły  ku  niebu  na  podobieństwo  starych  sosen,  wznoszących  się 
majestatycznie po obu stronach domu. 

Zanim wspięła się na schody, prowadzące do wejścia, zdążyła dostrzec jeszcze 

ogromny krzew rododendronu i poczuła wyraźny powiew znad oceanu. 

Kiedy  znaleźli  się  w  ciepłym  holu,  Graydon  podał  parasol  przyjaźnie 

uśmiechającej się kobiecie w wieku około trzydziestu lat. 

– Pana matka jest w salonie, panie Winter. 
– Dziękuję, Liwy. Powiedz Wheelerowi, żeby wprowadził samochód do garażu 

i przyniósł nasze bagaże. 

Courtenay  rozglądała  się  zdezorientowana.  Spodziewała  się  marmurowej 

posadzki,  rzeźbionych  mebli,  ogromnej  srebrzystej  choinki.  A  tymczasem  hol  był 
pusty, zwinięty dywan odsłaniał podłogę. Jedynym meblem była masywna konsola, 
przykryta  białym  płótnem.  W  rogu  stały  puszki  z  farbą,  pędzle,  rolki  tapety  i 
drabina. 

Vicky spojrzała na wuja. 
– Czy będziesz malował hol? 
Graydon położył rękę na jej ramieniu i poprowadził do drzwi na prawo. 
– Twoja babcia postanowiła w czerwcu, że odnowi część holu. Wkrótce potem, 

jak robotnicy zaczęli, Paddy... – przerwał i chrząknął – twój tatuś umarł. Babcia nie 
życzyła  sobie  obcych  ludzi  w  domu.  Obawiam  się,  że  w  dalszym  ciągu  woli 
samotność i spokój. Może od Nowego Roku zmieni zamiar. 

Zwrócił się do Courtenay z surową miną. 
– Pamiętaj, że matka wiele przeszła. Cokolwiek zrobisz lub powiesz, pamiętaj o 

tym. 

–  Już  ci  to  obiecałam  –  odpowiedziała  chłodno.  –  Nie  mam  zwyczaju  nie 

dotrzymywać słowa. 

Ujął za klamkę, a Courtenay poczuła rączkę Vicky w swojej dłoni. 
– Boję się, mamusiu. 
Courtenay chciała powiedzieć: – Ja też – ale zamiast tego uścisnęła palce Vicky 

i szepnęła: – Nie martw się, kochanie, wszystko będzie dobrze. – I weszła z nią do 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

pokoju. 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 4 

 
Kiedy  Graydon  zamknął  drzwi,  Courtenay  ujrzała  ciemne,  lśniące  drewno, 

chińskie parawaniki z laki, kanapę i fotele obite kremową skórą. W głębi znajdował 
się barek,  ukryty częściowo za dekoracyjną rośliną. Ozdobą pokoju był  wspaniały 
kominek, z którego bił ciepły blask. 

Drobna  postać  tkwiła  w  ogromnym  fotelu,  z  otwartym  czasopismem  na 

kolanach. Graydon zbliżył się do niej. 

– Mamo... – zaczął, całując jej blady policzek. 
Alanna uśmiechnęła się smutno. 
– Jak to dobrze, że wróciłeś. Martwiłam się o ciebie. 
– Mówiłem ci już, żebyś nigdy nie martwiła się o mnie. Jak się czujesz? 
– Dobrze. Jak ci się udała podróż? 
–  Była  bardzo...  owocna.  –  Graydon  skinął  na  Courtenay  i  Vicky,  żeby  się 

zbliżyły. – Mamo, mam dla ciebie niespodziankę. 

Mimo protestów Graydona,  Alanna podniosła się, wspierając się o jego  ramię. 

Jej  oczy  –  niebieskie  jak  oczy  Vicky  –  objęły  dwie  postacie.  Courtenay  czuła  na 
sobie badawczy wzrok Graydona, kiedy patrzyła na kobietę, która mogłaby być jej 
teściową,  gdyby  wszystko  ułożyło  się  inaczej.  Siwiejące,  kasztanowate  włosy, 
skóra jak zwiędły płatek róży, usta szerokie jak u Vicky. 

Spojrzenie  starszej  pani  przenosiło  się  z  Courtenay  na  Vicky  i  z  powrotem  na 

Courtenay,  która  czekała  w  napięciu,  co  powie  Alanna.  W  końcu  to  Graydon 
przerwał ciszę. 

–  Zaprosiłem  Courtenay  i  jej  córkę  Wiktorię,  żeby  spędziły  z  nami  święta, 

mamusiu  –  powiedział  tak  czułym  głosem,  iż  .  Courtenay  nie  mogła  wprost 
uwierzyć, że to ten sam  mężczyzna, który  potrafił być tak brutalny. Objął  matkę  i 
poprosił: 

– Usiądź. 
– Pozwól mi popatrzeć na dziecko. 
Courtenay czuła napięcie każdym nerwem. 
–  Nic  nie  powiesz?  –  zwrócił  się  do  niej  Graydon  i  Courtenay  mogła  dostrzec 

mięśnie  drgające  w  jego  twarzy.  Poczuła  jakiś  cień  sympatii,  kiedy  zorientowała 
się, że i jemu udzieliło się napięcie panujące w pokoju. 

Vicky postąpiła krok naprzód. 
– Przywiozłyśmy prezenty dla ciebie, babciu. Cieszę się, że cię poznałam. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Courtenay  próbowała  wyobrazić  sobie  zamęt  w  głowie  tej  kobiety,  która 

właśnie dowiaduje się, że ma wnuczkę. 

Po dłuższej chwili Alanna uścisnęła lekko rękę Vicky. 
– Ja też się cieszę, że cię poznałam, moje dziecko. 
– Mamo, to jest Courtenay West. 
Courtenay poczuła na sobie baczne, ostrożne spojrzenie. – Pani West? 
– To jest panna West – powiedział Graydon miękko. 
–  Panna  West...  Graydon  mówił  mi,  że  przywiezie  kogoś  ze  sobą,  ale  nie 

przypuszczałam,  że  to  będzie  kobieta.  Wiele  lat  upłynęło  od  czasu,  kiedy  ostatni 
raz gościł tu kobietę. 

Dobry  Boże,  wstrząsnęła  się  nagle  Courtenay.  Alanna  myśli,  że  ona  i 

Graydon... że coś ich ze sobą łączy! Czy dojdzie również do wniosku, że Vicky jest 
ich dzieckiem? Odwróciła się bezradnie w stronę Graydona. 

– Usiądźmy – zaproponował. – Sherry, mamo? 
Courtenay  zauważyła  z  ulgą,  że  pierwszy  raz  w  życiu  Vicky  zachowywała  się 

cicho jak myszka. Alanna usiadła w fotelu i odezwała się: 

– A teraz, Graydonie, opowiedz wszystko po kolei. Gdzie poznałeś Courtenay? 
Courtenay  ścisnęła  z  całej  siły  szklankę.  Musi  przerwać!  Nie  może  pozwolić, 

żeby  Vicky  słuchała  tych  kłamstw!  Obejrzała  się  znowu,  ale  spojrzenie  Graydona 
kazało jej milczeć. 

Zadzwonił i po chwili zjawiła się Liwy. 
– Czy pokój przy schodach jest gotowy dla gości? 
– Tak, panie Winter. 
– Liwy, gdzie jest Blackie? 
– W kuchni, panie Winter. 
–  Wiktorio...  –  spojrzał  na  Vicky.  –  Czy  chciałabyś  pójść  z  Liwy?  Poznasz 

Blackie. 

– Kto to jest? 
– Mój pies, lab... 
–  Pies?  Ty  masz  psa?  Och,  wujku!  –  oczy  Vicky  rozbłysły  jak  gwiazdy.  – 

Bardzo chciałabym się z nim pobawić! 

Graydon uśmiechnął się. 
– Na pewno będzie zadowolony, jak cię zobaczy, ale on już nie może się bawić. 

To nasz stary, zreumatyzowany przyjaciel. 

Courtenay musiała przyznać, że Graydon bardzo subtelnie zaproponował Vicky 

wyjście z pokoju. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zauważył,  że  w  czasie  podróży  nie  rozstawała  się  ze  swoją  „Encyklopedią 

psów”. 

– Czy mogę wyjść, mamusiu? 
– Jeśli pani Winter nie ma nic przeciwko temu... 
Alanna  zawahała  się,  jakby  nie  chciała,  żeby  jej  dopiero  co  poznana  wnuczka 

zniknęła  tak  szybko.  Po  chwili  jednak  skinęła  głową.  –  Idź,  moje  dziecko,  tylko 
wracaj prędko. Vicky skoczyła na równe nogi. 

–  Czy  pokaże  mi  pani  –  zwróciła  się  do  Liwy  –  gdzie  jest  wasza  choinka? 

Chciałabym położyć pod nią mój prezent dla mamy. 

Liwy spojrzała z niepokojem na swoich chlebodawców. – Nie mamy choinki w 

tym roku. 

Courtenay  doskonale  rozumiała  Alannę.  Choinka  była  na  pewno  ostatnią 

rzeczą,  o  której  starsza  pani  pomyślałaby  w  czasie  pierwszych  od  śmierci  syna 
świąt Bożego Narodzenia. 

Graydon  chrząknął.  –  Mamo,  nie  wiem,  jak  opowiedzieć  ci  o  tym...  o  tym 

wszystkim. 

Liwy  dorzuciła  do  ognia.  Courtenay  wpatrywała  się  w  strzelające  w  górę 

płomienie.  Graydon  opowiadał  uspokajającym  głosem,  a  do  niej  docierało 
wszystko jak przez mgłę, jakby znajdowała się w transie. Och, wolałaby nie słyszeć 
tego w ogóle, ale słowa natrętnie wciskały się jej do uszu: 

–  Patryk...  dużo  wypił...  Courtenay  w  hotelu...  krótkie  spotkanie...  pomyłka... 

kochał tylko Beth... 

Polano w  kominku obsunęło się  nagle  i snop złotych  iskier  uniósł się do  góry. 

Courtenay  otrząsnęła  się.  Uświadomiła  sobie,  że  Graydon  i  jego  matka  patrzą  na 
nią. Postawiła szklankę i wstała, odwracając głowę, żeby nie dostrzegli łez. 

– Przepraszam – powiedziała. – Pójdę na górę. 
Graydon coś jeszcze mówił, ale nie rozumiała tego. 
Nawet nie chciała słuchać. Gardziła nim tak jak Patrykiem. Jak mogła związać 

się z taką rodziną?  Zanim dotarła  na  miejsce, długo powstrzymywane  łzy oślepiły 
ją tak, że ledwie odnalazła drogę do swego pokoju. 

 
Courtenay  przechadzała  się  po  ogromnej  sypialni  z  wielkim  łożem  i  pięknym 

kominkiem  z  szarego  kamienia.  Odkąd  się  tu  znalazła,  usiłowała  bezskutecznie 
zapanować  nad wszystkimi  nieprzyjemnymi odczuciami. Nawet ściany w ciepłym 
brzoskwiniowym  kolorze,  gruby  dywan  i  wdzięczne  kształty  mebli  z  orzecha 
włoskiego nie były w stanie rozproszyć jej przygnębienia. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Kiedy  usłyszała  energiczne  pukanie  do  drzwi,  wiedziała,  że  to  przyszedł 

Graydon.  Spodziewała  się  go.  Obróciła  się  gwałtownie  i  zacisnęła  wargi,  kiedy 
dostrzegła drwiący wyraz na jego przystojnej, śniadej twarzy. 

– Wygodnie? – zapytał. 
Courtenay zarumieniła się. – Wiesz przecież, że nigdy jeszcze nie  mieszkałam 

w takich luksusach. 

Graydon zrzucił marynarkę i rozsiadł się na wspaniałej, aksamitnej kapie, która 

pokrywała łóżko jak szarosrebrzysty obłok. 

–  Poznałaś  Alannę  –  widzisz,  jaka  jest  wątła  i  słaba.  Źle  się  stało,  że 

dowiedziała się o zdradzie Patryka. Gdybyś dodała do tego swoje wyssane z palca 
opowieści, nie wiem, czy w ogóle by to zniosła. 

Courtenay poczuła zamęt w głowie. 
– To wszystko jest jakąś absurdalną szaradą! 
Gdybym  wcześniej  znała  twoje  plany,  nie  ruszyłabym  się  z  domu.  Nie  znoszę 

kłamstwa! A zwłaszcza tego rodzaju. To stawia mnie w sytuacji nie do zniesienia! 
Ale ciebie i tak nie obchodzą przeżycia innych! 

Graydon  szarpnął  niecierpliwie  węzeł  krawata.  Courtenay  podeszła  do  okna  i 

stanęła tyłem do niego. 

– Nie masz racji – odezwał się – że nie interesuję się innymi ludźmi. Nie zrobię 

nic, czym mógłbym zranić Wiktorię. 

Courtenay  wpatrywała  się  nie  widzącym  wzrokiem  w  dalekie  światła 

błyskające  w  ciemności.  Zastanawiała  się  nad  słowami  Graydona.  Czy  on 
rzeczywiście  troszczył  się  o  Vicky?  W  jaki  sposób?  Przecież  dopiero  niedawno 
zobaczył ją po raz pierwszy! 

Usłyszała, że poruszył się. 
– Czy  nie  moglibyśmy  być dla siebie  uprzejmi? – zaczął. – Dzieci z  łatwością 

wyczuwają  nieżyczliwą  atmosferę  wokół  siebie.  Przez  wzgląd  na  Wiktorię 
powinniśmy ukrywać, że nie znosimy się nawzajem, nie uważasz? 

Courtenay, choć niechętnie, musiała przyznać mu rację. 
–  Tak  –  powiedziała  chłodno.  –  Zgadzam  się.  Ale  to  będzie  możliwe  tylko 

wtedy,  jeżeli  będziemy  poruszać  obojętne  tematy.  –  Patrzyła  na  jego  odbicie  w 
ciemnej szybie okna i spostrzegła blask oczu. – Takie tematy, jak... twój dom. Jest 
naprawdę piękny. 

Graydon  zbliżył  się  do  niej.  Stanął  tak  blisko,  że  jego  oddech  poruszał  jej 

włosy. Odczuła znowu ten niezwykły, magnetyczny urok. 

– Tak – powiedział. – Mamy szczęście. A Alanna ma dar stwarzania rodzinnej 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

atmosfery. 

Nagle chwycił Courtenay za  ramiona  i obrócił do siebie. Palce trzymały ją jak 

kleszcze, kiedy mówił: 

–  W  tym  domu  jest  dość  miejsca  dla  wszystkich.  Dla  Alanny  i  dla  mnie...  dla 

ciebie i Wiktorii. 

Courtenay poczuła wzbierającą złość. To miał był neutralny temat! 
–  Tutaj  żyłoby  ci  się  dużo  lepiej  –  ciągnął  Graydon.  –  Miałabyś  zupełną 

swobodę, mogłabyś prowadzić własne życie towarzyskie. Ludzie twierdzą, że dwie 
kobiety  nie  mogą  się  pomieścić  w  jednej  kuchni,  ale  tu  mogłybyście  mieć  z 
Wiktorią mieszkanie z oddzielnym wejściem. Z czasem ty i Alanna mogłybyście... 

–  Zaprzyjaźnić  się?  –  Courtenay  zaśmiała  się  niedowierzająco.  –  To  chciałeś 

powiedzieć?  Wydaje  mi  się,  że  zrobiłeś  wszystko,  żeby  zaprzepaścić  taką  szansę. 
Zresztą tracimy niepotrzebnie czas, bo i tak nie mam zamiaru zostać tutaj na dłużej. 
Szkoła  zaczyna  się  7  stycznia  i  do  tego  czasu  ja  i  Vicky  wrócimy  już  do  Millar’s 
Lake. 

– Wiktoria jest wyjątkowo żywym dzieckiem – nie dawał za wygraną Graydon. 

– Ty wiesz o tym  najlepiej. Powinna chodzić do dobrej prywatnej szkoły – jest tu 
taka w pobliżu, tylko dziesięć minut drogi samochodem. To byłoby dla niej bardzo 
korzystne. Czym się najbardziej interesuje? Komputery, teatr, pływanie? 

–  Próbujesz  dać  mi  do  zrozumienia,  że  ponieważ  nie  mogę  zapewnić  Vicky 

odpowiedniego poziomu życia, powinieneś mi ją odebrać... 

– Nieprawda. Chcę tylko jej dobra. Przecież ona należy do Winterów, czy tego 

chcesz,  czy  nie,  i  nic  tego  nie  zmieni.  Po  śmierci  Patryka  wydawało  się  nam,  że 
nasz ród się kończy, ale... 

– Ale jest Vicky – Courtenay spojrzała na niego wyzywająco. – Ale Vicky nie 

nazywa się Winter, tylko West. Jeżeli niepokoisz się, że twój ród  może wygasnąć, 
dlaczego sam nie postarasz się o następcę? Jestem pewna, że nie brakuje chętnych 
kobiet! Graydon odwrócił się i zasłonił okno. 

– W przeciwieństwie do ciebie. Nie, nie chcę dzieci pozamałżeńskich, a nie ma 

kobiety,  która  mogłaby  mnie  nakłonić  do  ślubu.  Czy  to  jest  odpowiedź  na  twoje 
pytanie? 

–  Nie  można  namówić  cię  do  małżeństwa?  –  zapytała  szyderczo.  –  Co  za 

problem, Graydon? Czy nie lubisz kobiet? A może wolisz... 

–  Och,  lubię  kobiety.  Dlaczego  śmiejesz  się  tak  pogardliwie?  Czy  mi  nie 

wierzysz? 

Zanim  Courtenay  zdążyła  odpowiedzieć,  chwycił  ją  gwałtownie  za  ramiona.  – 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Pozwól mi udowodnić, że się mylisz. 

Z całej siły szarpnęła się, pragnąc uwolnić się z jego objęć. Ale on wplótł palce 

w  jej  włosy,  zbliżając  jej  twarz  do  swojej.  Courtenay  zobaczyła  tuż  przed  sobą 
ciemne  włosy,  rozszerzone  źrenice...  i  przymknąwszy  oczy  poddała  się 
gwałtownemu pocałunkowi. 

Niezwykły  dreszcz  przeszył  ją,  gdy  Graydon  dotknął  ustami  jej  warg.  Serce 

niemal przestało bić. 

Graydon  znieruchomiał,  jakby  trochę  zaskoczony.  Ale  trwało  to  tylko  chwilę. 

Zanim się zorientowała, była uwięziona w jego ramionach. 

Och, jak bardzo nim pogardzała! Ale nawet gdyby mogła znaleźć słowa w pełni 

wyrażające  jej  odczucia,  to  i  tak  nie  mogłaby  nic  powiedzieć.  Zawładnął  nią  jego 
seksualny  magnetyzm,  niepodobny  do  niczego,  co  przeżyła  do  tej  pory.  Obudził 
zmysły, o których istnieniu dotąd nie wiedziała. Czuła narastającą namiętność... 

Broniła  się  coraz  słabiej.  I  chociaż  nakazywała  sobie  walkę  z  nieznaną  mocą, 

uświadomiła sobie z przerażeniem, że gładzi jego ramiona, kark, jedwabiste włosy. 
Dobry  Boże,  co  się  z  nią  dzieje?  Broń  się!  –  podpowiadał  rozum.  Ale  serce 
szeptało: – Poddaj się... 

Nagle  zaparło  jej  dech  –  poczuła,  że  ręce  Graydona  wsuwają  się  pod  sweter, 

ciepłe  dłonie  muskają  jedwabistą  skórę  nagich  pleców.  Usłyszała  stłumiony  jęk 
Graydona. W odpowiedzi jej piersi nabrzmiały, a serce zabiło jeszcze żywiej. 

Wydawało się, że zrozumiał utajone pragnienie tego pięknego ciała. Sięgnął do 

zapięcia stanika. Courtenay zadrżała i przywarła do niego biodrami. 

Pragnął  jej!  Courtenay  doznała  prawdziwego  wstrząsu,  kiedy  to  sobie 

uświadomiła. Okazało się, że  nie  jest  mu  obojętny  urok drugiej  płci. Odkryła coś, 
czego z pewnością wolałby nie ujawniać – że czuje do niej pociąg fizyczny, że nie 
jest mu obojętna. 

W  chwilę  potem  Graydon  brutalnie  odepchnął  ją  od  siebie.  Twarz  mu  nagle 

pobladła, w oczach, które ciągle jeszcze spoglądały na nią pożądliwie, pojawiła się 
złość. 

Kiedy znowu się zbliżył, uświadomiła sobie z przerażeniem, że jej sutki rysują 

się  wyraźnie  pod  obcisłym  sweterkiem.  Przygryzając  drżące  wargi,  w  popłochu 
zasłoniła piersi złożonymi ramionami. 

Wydawało  jej  się,  że  te  krótkie  chwile  trwają  wiecznie.  Zmierzył  ją  oczami, 

które były znów czyste i zimne. 

–  Czy  to  uzasadnia  mój  punkt  widzenia?  –  zapytał  głosem,  w  którym  słychać 

było pewność siebie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  To  przede  wszystkim  dowodzi  –  odpowiedziała  krótko  Courtenay  –  że  nie 

jesteś dżentelmenem. 

–  Och,  zapewniam  cię,  że  potrafię  być  prawdziwym  dżentelmenem  –  dodał  z 

drwiącym  uśmiechem  –  ale  tylko  wtedy,  kiedy  mam  do  czynienia  z  prawdziwą 
damą. – Wziął marynarkę z łóżka i naciągnął ją na ramiona. – A dama nie reaguje 
w  ten  sposób  na  pocałunek  obcego  człowieka.  Zwłaszcza  jeśli  go  nienawidzi.  Bo 
przecież nienawidzisz mnie, prawda? 

–  Tak,  nie  znoszę  cię.  Ale  jeśli  chodzi  o  pocałunek...  Każda  kobieta 

zareagowałaby  w  ten  sposób,  chyba  że  byłaby  z  kamienia.  Nie  zapominaj  jednak, 
że  i  ty  odczuwałeś  pożądanie  –  stwierdziła  spokojnie.  –  Nienawidzisz  mnie 
również,  ale  jednocześnie  mnie  pożądasz.  Spójrz  na  siebie,  Graydonie  Winter. 
Jestem pewna, że nie jesteś taki, na jakiego wyglądasz. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  przesunęła  się  koło  niego  i  weszła  do  łazienki, 

zamykając za sobą drzwi. 

Oparła  się  o  drewnianą  boazerię,  trzęsąc  się  jak  w  febrze.  Pragnął  jej...  oboje 

wiedzieli o tym. 

Ale ona również go pragnęła. 
Obiecała sobie, że nigdy więcej nie pozwoli mu na zbliżenie, bo wiedziała, że w 

jego rękach mięknie jak wosk. 

A to może doprowadzić tylko do katastrofy. 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 5 

 
Ciężka atmosfera w czasie obiadu była dla Courtenay wprost nie do zniesienia. 
Kiedy zeszła na dół, Alanna powitała ją chłodnym „dobry wieczór” i odwróciła 

się  na  pięcie.  Courtenay  zrobiło  się  jej  żal.  Czy  matka  Patryka  mogła  osądzić  ją 
sprawiedliwie,  nie znając całej prawdy? Czy ta  kobieta w  ogóle przypuszczała, że 
istniała jakaś inna historia? 

Litowała  się  nad  Alanną,  ale  do  Graydona  czuła  jedynie  złość.  To  on  był 

odpowiedzialny za całą sytuację. Zaproponował, żeby okazywali sobie uprzejmość, 
jednak swoim zachowaniem udaremnił wszelkie próby porozumienia. 

Na  szczęście  Vicky  była  w  beztroskim  nastroju  i  kiedy  jedli,  towarzyszył  im 

podekscytowany  głosik.  Liwy  podała  wyśmienitego  łososia  z  pieczonymi 
ziemniakami  i  brokułami  ugotowanymi  na  parze  z  aromatycznym  sosem 
posypanym pietruszką. 

–  Truskawki!  –  Rozległ  się  dziecięcy  okrzyk,  kiedy  wniesiono  deser.  –  Moje 

ulubione owoce! My bardzo rzadko je kupujemy – są takie drogie. 

–  Drogie  są  teraz,  zimą.  –  Graydon  spojrzał  na  matkę,  która  trzymała  srebrny 

dzbanuszek ze śmietanką. – Ale nie latem. 

–  Latem  są  tanie  –  przyznała  Vicky,  wkładając  do  ust  czerwone,  aromatyczne 

owoce.  –  Ale  my  raczej  obchodzimy  się  bez  nich,  ponieważ  musimy  oszczędzać 
pieniądze.  Mamy  z  mamą  specjalne  konto  w  banku  na  ortodontę.  Dentysta  mówi, 
że za dwa lata będę potrzebowała aparatu, „bo mam wystające zęby... 

–  Nieprawidłowy  zgryz,  kochanie.  –  Courtenay  usiłowała  protestować,  kiedy 

Vicky  wzięła  dzbanuszek  z  rąk  Alanny  i  polała  śmietanką  swoją  i  matki  porcję 
truskawek. 

–  Wystające  zęby,  nieprawidłowy  zgryz...  co  za  różnica!  –  Vicky  wzruszyła 

ramionami. – W każdym razie, kiedy idziemy do sklepu, mama zawsze pyta: 

–  Czy  my  tego  potrzebujemy,  czy  tylko  chcemy,  a  kiedy  okazuje  się,  że 

chcemy,  odmawiamy  sobie.  Na  ogół  zamiast  kupować,  odkładamy  pieniądze  na 
nasze specjalne konto. 

Alanna  uniosła  brwi  i  zerknęła  na  Courtenay.  Zamiast  chłodnej  obojętności 

Courtenay  zobaczyła  błysk  zdziwienia.  A  może  było  to  zdziwienie  połączone  z 
aprobatą? Zanim zdążyła się zastanowić, Alanna odezwała się do Vicky: 

– Jesteś na swój wiek bardzo mądrym dzieckiem. 
– O tak, wiem – uśmiechnęła się promiennie Vicky. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  Słyszałam,  jak  pan  Ketterton  mówił  to  samo  mamusi  pewnego  wieczoru. 

Przyszedł do nas na kolację, bo jego żona wyjechała. Prawda, mamusiu? 

Courtenay  napotkała  pogardliwy  wzrok  Graydona.  Starała  się  odpowiedzieć 

możliwie spokojnie: 

– Tak, było tak rzeczywiście. 
– Pewnie nie wiesz, mamo – powiedział Graydon ze złośliwym uśmieszkiem – 

że  pan  Ketterton  był  szefem  Courtenay...  Och,  znacznie  więcej  niż  szefem...  był 
również... jej bardzo bliskim przyjacielem... 

Courtenay  zacisnęła  ręce  aż  do  bólu.  Och,  jakiż  to  drań!  Zaprosiła  wtedy  Alfa 

na  kolację  na  wyraźne  życzenie  Flo,  żeby  mógł  podczas  jej  nieobecności  zjeść 
przynajmniej jeden porządny posiłek. 

Ale zanim zdążyła otworzyć usta, Alanna odsunęła krzesło od stołu i wstała. 
–  Myślę,  że  kawę  wypijemy  w  salonie.  –  Odwróciła  się  tyłem  do  Courtenay, 

mówiąc do syna: – Zadzwonisz na Liwy, kochanie? 

– Babciu, pobiegnę do kuchni i poproszę Liwy, żeby przyniosła kawę. – Vicky 

zerwała się i pobiegła do drzwi. – Chciałabym zobaczyć, co robi Blackie. 

Courtenay stanęła na środku salonu, czekając, aż Graydon pomoże matce usiąść 

w fotelu. Teraz, kiedy nie miał na sobie swetra, widziała jego mięśnie rysujące się 
pod szarą koszulą. Dobrze dopasowane spodnie podkreślały smukłość długich nóg. 
Był bardzo męski i przystojny. 

Dlaczego  brat  Patryka  nie  okazał  się  otyłym,  starszym  panem?  Na  widok  tego 

zmysłowego  mężczyzny  o  zniewalającym  spojrzeniu  krew  zaczynała  jej  szybciej 
krążyć w żyłach. 

Kiedy  spoglądała  na  jego  czarne,  wijące  się  włosy,  przypominała  sobie,  jakie 

były  jedwabiste  i  gładkie  pod  jej  palcami.  Wspomnienie  jego  pieszczot  wywołało 
dreszcz pożądania, który przeszył na wskroś jej ciało. 

Chwyciła powietrze w płuca. Graydon usłyszał to, a może wyczuł – i odwrócił 

się  gwałtownie.  Spojrzenia  ich  zetknęły  się.  Wiedziała,  że  w  jej  oczach  było  tyle 
pożądania, że aż rumieńce wstydu wystąpiły jej na policzki. 

– Usiądź – nakazał ostro, wskazując jej fotel. 
Nie chciała się sprzeciwiać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Wiedziała, że 

gdyby miała zamiar pójść teraz na górę, nie zrobiłaby nawet kilku kroków. 

Drzwi  otworzyły  się  i  Liwy  wniosła  kawę  w  srebrnym  dzbanku  i  filiżanki  z 

porcelany z eleganckim wzorem w złote liście. 

–  Czy  napijesz  się  likieru,  mamo?  –  spytał  Graydon,  kierując  się  w  stronę 

barku. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Nie, dziękuję, kochanie. 
Spojrzał na Courtenay, ale ona również odmówiła. Kiedy Graydon stawiał kawę 

na stole, Alanna zwróciła się do niego: 

– Gray, czy mógłbyś mi przynieść krople miętowe? Są w torebce na stoliku. 
– Czy źle się czujesz, mamo? 
– To tylko mała niestrawność – uśmiechnęła się. 
Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  nim,  uśmiech  zniknął  z  twarzy  Alanny. 

Odetchnąwszy  głęboko,  przesunęła  się  w  fotelu  tak,  żeby  siedzieć  na  wprost 
Courtenay.  Ogromny  pierścień  z  diamentem  i  szafirem  błyszczał  obok  ślubnej 
obrączki na ręce opartej o poręcz fotela. 

–  Chciałabym  skorzystać  z  okazji  i  porozmawiać  z  tobą  na  osobności.  – 

Niebieskie oczy były tak twarde jak klejnoty w pierścieniu. – To  nie zajmie wiele 
czasu. 

Courtenay niepewnie podniosła filiżankę do ust. – Słucham, pani Winter? 
– Panno West, ma pani zamiar spędzić w moim domu dwa tygodnie. Myślę, że 

będzie najlepiej, kiedy od razu wyjaśnimy sobie wszystko. Będę szczera. Graydon 
nie pragnie pani obecności tu, w Seacliffe House... i ja również. 

Courtenay przełknęła odrobinę kawy i ostrożnie postawiła filiżankę. 
–  Pani  i  Graydon  daliście  mi  to  jasno  do  zrozumienia.  Myślę,  że  Graydon 

powiedział pani równie wyraźnie, że nie chciałam tu przyjeżdżać. 

W  spojrzeniu  Alanny  pojawiła  się  wrogość.  –  Zawsze  gardziłam  kobietami, 

które zadają się z żonatymi mężczyznami... 

– A żonaci mężczyźni, którzy pozwalają sobie na to? Co pani o nich sądzi? 
–  Żal  mi  ich.  Większość  z  nich  grzęźnie  w  takich  związkach,  nie  zdając  sobie 

nawet  dobrze  sprawy  z  tego,  co  się  stało.  Kiedy  spotykają  atrakcyjną  kobietę,  nie 
mogą oprzeć się pokusie. Kobieta taka jak pani może zniszczyć wiele małżeństw... 

Courtenay  patrzyła  na  ogień  płonący  na  kominku  i  czuła,  jak  ogarnia  ją  fala 

gniewu.  Czemu  obiecała  Graydonowi,  że  nie  powie  prawdy  Alannie?  Widocznie 
chciał  zniszczyć  zaufanie  Vicky  do  matki,  skoro  złamał  obietnicę...  Na  szczęście 
więź  między  nią  a  córką  jest  tak  silna,  że  te  zniewagi  jej  nie  zerwą.  Kłamała 
wprawdzie,  opowiadając  Vicky  o  Patryku,  ale  robiła  to  tylko  dla  jej  dobra.  Czy 
Vicky to zrozumie? 

Postanowiła zaryzykować. Musi się bronić. 
Alanna  patrzyła  przed  siebie,  a  jej  wyblakłe,  niebieskie  oczy  były  pełne  takiej 

udręki, że Courtenay poczuła litość i wyrzuty sumienia. Tej zasmuconej, zranionej 
kobiecie  powinno  się  mówić  kłamstwa,  żeby  oszczędzić  jej  okrutnej  prawdy.  Nie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

mogła  dowiedzieć  się,  że  jej  syn  był  niewierny  i  nieczuły.  Musi  pozostać  w 
przeświadczeniu, że szczególne okoliczności sprowadziły go na manowce. 

Courtenay wyprostowała się. 
–  Pani  Winter  –  zaczęła  uprzejmie.  –  Przepraszam,  nie  chciałam  sprawić  pani 

przykrości. Przez te dwa tygodnie postaram się pani nie narzucać. 

Alanna  powoli  obróciła  głowę  w  stronę  Courtenay.  Spojrzała  wyraźnie 

zdziwiona, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, do pokoju wszedł Graydon. 

Od razu wyczuł napięcie. Podszedł do matki i położył jej torbę na kolanach. 
–  Dziękuję  ci,  kochanie  –  odezwała  się  Alanna  drżącym  głosem.  – 

Niepotrzebnie cię fatygowałam. Chyba się położę. Miałam dziś zbyt wiele wrażeń. 
Dobranoc. – W oczach miała zakłopotanie, kiedy mijała Courtenay w przejściu. 

Gdy  drzwi  zamknęły  się  za  Alanną,  Graydon  zwrócił  się  z  gniewem  ku 

Courtenay. 

– Co u diabła powiedziałaś jej, że wyszła taka zmartwiona? 
–  Nic,  co  mogłoby  ją  zaniepokoić.  Obiecałam,  że  będę  trzymać  się  z  daleka, 

dopóki  tu  będę  przebywać.  I  mam  zamiar  tego  dotrzymać.  –  Zaczęła  przeglądać 
„Architectural Digest”, mając nadzieję, że Graydon nie zauważy drżenia jej rąk. 

Przez  kilka  minut  słychać  było  tylko  szelest  przewracanych  kartek.  Courtenay 

patrzyła  nie  widzącymi  oczami  na  błyszczące  zdjęcia  –  modernistyczne  krzesło 
obite  jedwabiem,  portret  Coco  Chanel  w  jej  paryskim  apartamencie,  Pheromone, 
najdroższe perfumy świata... 

–  Wigilia  Bożego  Narodzenia.  –  Słowa  Graydona  przerwały  ciszę.  Siedział, 

przypatrując się jej spod długich, czarnych rzęs. – Co robiłybyście teraz z Wiktorią, 
gdybyście były w Millar’s Lake? 

Więc  on  rzeczywiście  pragnie  zachować  pozory  –  pomyślała  Courtenay. 

Spojrzała na zegarek. – Myślę, że o tej porze Vicky byłaby już w łóżku, a ja... 

–  A  ty  zabawiałabyś  się  z  którymś  ze  swoich  przyjaciół?  Może.  ,  z  Alfem?  – 

wąskie,  aroganckie  wargi  skrzywiły  się  cynicznie.  –  A  może  dysponujesz  całym 
zastępem żonatych mężczyzn, którzy przylecą na skrzydłach na każde wezwanie? 

Courtenay cisnęła czasopismo z furią na stół i zerwała się. Jakże się myliła – on 

wcale nie miał zamiaru być uprzejmy! 

Nie  odpowiadając  na  jego  złośliwe  uwagi  wybiegła  z  pokoju,  trzaskając 

drzwiami. Nienawidzi go! 

 
Kiedy Vicky już spała, Courtenay wzięła ciepłą kąpiel, głównie po to, żeby się 

trochę uspokoić. Położyła się do łóżka i zgasiła światło, mając nadzieję, że wkrótce 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

zaśnie,  ale  sen  nie  przychodził.  Dopiero  po  drugiej  poczuła  się  zmęczona  i  już 
prawie  zasypiała,  kiedy  nagle  usłyszała,  że  ktoś  w  pobliżu  otworzył  drzwi.  W 
chwilę później zza ściany dobiegło ją skrzypienie łóżka. Przekręciła się na wznak, 
starając się robić jak najmniej hałasu. Zastanawiała się, czy to nienawiść do niej nie 
pozwalała  zasnąć  Graydonowi?  Nie  było  wątpliwości,  że  to  on  był  jej  sąsiadem. 
Czy też  nie  mógł zapomnieć o  ich pocałunkach? Czy rozważał  – tak jak  ona – co 
zdarzyłoby się, gdyby nie było dzielącej ich ściany? 

 
Następnego  ranka  obudził  ją  dźwięk  otwieranych  drzwi  i  aromat  mocnej, 

gorącej  kawy.  Z  westchnieniem  wtuliła  twarz  głębiej  w  poduszkę  i  próbowała 
znowu zapaść w ten dziwny sen. 

W  jakiś  tajemniczy  sposób  ściana  między  dwiema  sypialniami  zniknęła  i 

Graydon leżał już nie w swoim łóżku, ale w jej własnym. Zdjął jej różową piżamę, 
a  spojrzenie  jego  oczu,  jakim  ogarniał  jej  odsłonięte  ciało,  wywoływało  dreszcz 
podniecenia.  Kiedy  zaczął  ją  namawiać,  by  i  ona  go  rozebrała,  zniknęły  wszelkie 
bariery.  Rozchylone  wargi,  ciało  płonące  z  podniecenia,  wszystko  trwało  w 
oczekiwaniu  na  niego, w dzikim, szalonym pragnieniu. Przylgnął do  niej  i  głosem 
nabrzmiałym uczuciem wyszeptał... 

– Kawa, madam! 
Te  słowa  przerwały  gwałtownie  senne  marzenia.  Uniosła  powieki.  Tuż  obok 

łóżka stał obiekt jej snów – nie nagi, lecz zwyczajnie ubrany w sweter i dżinsy. 

Trzymał  w  rękach  tacę.  W  jego  oczach  dostrzegła  ironię,  jak  gdyby  domyślał 

się, że był bohaterem jej tak podniecającego snu. 

– Wesołych Świąt! 
Boże Narodzenie – a ona zaspała! Courtenay uniosła się na łokciu, owijając się 

prześcieradłem  –  niemal  zaskoczona,  że  ciągle  ma  na  sobie  różową  piżamę. 
Granica między snem a jawą wydawała się zacierać w jej świadomości. Jak mogła 
we  śnie  przeżywać  taką  ekstazę  z  mężczyzną,  z  którym  na  jawie  nie  sposób  było 
dojść do porozumienia? 

Odrzucając włosy do tyłu, zapytała: 
– A cóż ty tu robisz? 
Graydon postawił tacę na stoliku. 
–  To  chyba  oczywiste.  Przyniosłem  ci  kawę.  –  Podszedł  do  okna  i  rozsunął 

zasłony. Światło szarego, zimowego dnia rozjaśniło nieco sypialnię. 

– Nie to miałam na myśli. Dlaczego przyniosłeś mi kawę? 
– Liwy jest zajęta w kuchni – odpowiedział z drwiącym uśmiechem. Białe zęby 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

błysnęły w opalonej twarzy. – Jak będziesz gotowa, zejdź na dół. Będziemy ubierać 
choinkę. 

– Przecież Liwy powiedziała... 
–  Alanna  zmieniła  zdanie  i  z  samego  rana  dostarczono  nam  dwumetrowe 

drzewko. Wiktoria i Bertie właśnie je ubierają. 

– Bertie? 
– To zaprzyjaźniona z nami osoba... Czy chcesz, żebym przysłał tu Wiktorię? 
Przez  moment  Courtenay  zastanawiała  się  nad  słowami  Graydona.  Czemu 

zawahał  się,  zanim  nazwał  Bertie  przyjacielem  rodziny?  Zaraz  jednak  zwróciła 
myśli  ku  córce.  To  było  pierwsze  Boże  Narodzenie,  podczas  którego  Vicky  nie 
wpadła o świcie do pokoju  matki, domagając się rozpakowywania prezentów. Nie 
chciała jednak okazać Graydonowi, jak bardzo ją to zabolało, toteż odpowiedziała 
niedbale: 

– Nie trzeba. Jestem pewna, że dobrze się bawi. 
–  Domyślam  się,  że  zdążyła  już  przywyknąć  do  tego,  iż  musi  sama  zajmować 

się sobą, kiedy ty przebywasz w męskim towarzystwie w zaciszu sypialni. 

Mimo gniewu, jaki ją ogarnął, Courtenay zauważyła, że sweter Graydona był w 

takim samym kolorze jak jego oczy. 

–  Możesz  sobie  wyobrażać,  co  ci  się  podoba  –  odrzekła  gniewnie.  –  Miałam 

nadzieję,  że  nie  będziesz  mi  już  więcej  sprawiać  przykrości  swoimi 
nieuzasadnionymi podejrzeniami. Nie mam zamiaru ich słuchać. 

Graydon  podszedł  bliżej  do  łóżka  i  stanął  tak,  że  widziała  z  dołu  jego 

podbródek  ocieniony  zarostem.  Serce  zabiło  jej  gwałtownie  –  był  bardzo 
przystojny! Wyobraziła go sobie polującego na tygrysy w dżungli – jego szorstka, 
gruboskórna  męskość  lepiej  sprawdzałaby  się  tam,  niż  w  tej  elegancko 
umeblowanej sypialni. Myśląc o tym, zarumieniła się. Był dokładnie taki sam, jak 
w jej śnie! 

Nachyliła się do nocnego stolika i ujęła uszko filiżanki z kawą, nie zauważając, 

że prześcieradło zsunęło jej się z ramion. 

Co zdarzyło się później, nie pamiętała – wypadki potoczyły się błyskawicznie. 

Czy  zawadziła  łokciem  o  róg  poduszki?  Czy  potrąciła  ręką  brzeg  tacy?  Filiżanka 
wysunęła  się  jej  z  palców,  a  gorąca  kawa  popłynęła  po  piersiach.  Krzyknęła  i 
wyprostowała  się,  starając  się  oderwać  przemoczoną  piżamę,  która  przylgnęła  do 
skóry. 

Nie zdążyła nawet mrugnąć okiem, kiedy Graydon był już przy niej. 
– Wstań! – krzyknął, a kiedy siedziała jak sparaliżowana, wyciągnął ją z łóżka i 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

popchnął w kierunku łazienki. 

Courtenay  stała  drżąc  na  marmurowych  płytkach  posadzki,  niezdolna  do 

żadnego ruchu, podczas gdy Graydon ściągnął z wieszaka różowy ręcznik i wcisnął 
pod kran, nasączając grubą tkaninę lodowatą wodą. Ale kiedy próbował ściągnąć z 
niej piżamę, oprzytomniała. 

– Stop! – zawołała. – Nie wolno ci... 
–  To  nie  pora  na  skromność  –  warknął,  zrywając  brutalnie  delikatną  tkaninę  i 

odsłaniając poparzoną skórę na piersiach. 

Wzdrygnęła  się  i  skrzywiła  z  bólu,  kiedy  Graydon  przyłożył  lodowaty  ręcznik 

do  gorącej,  piekącej  skóry.  Mimo  bólu  była  ciągle  świadoma  jego  obecności.  Stał 
tak  blisko,  kiedy  otulał  delikatnie  ręcznikiem  jej  ramiona  i  plecy,  że  mogłaby 
dotknąć  wargami  jego  podbródka.  Chłonęła  zapach  jego  włosów,  słyszała  lekki, 
miarowy  oddech.  Kiedy  ostrożnie  podwijał  ręcznik  między  łopatkami,  widziała 
jego odbicie w lustrze. 

Te  zabiegi  okazały  się  skuteczne.  Przyszło  jej  do  głowy,  że  mógłby  być 

wspaniałym lekarzem. Wszystkie pacjentki szalałyby za nim... 

Wstrząsnęła się nagle. Skąd takie idiotyczne myśli przychodzą jej do głowy? 
– Jak tam? – ostry głos Graydona przywołał ją do rzeczywistości. 
– Och... dużo lepiej. 
Kiedy  ich spojrzenia spotkały się, Courtenay  nie  miała wątpliwości – Graydon 

patrzył  na  nią  nie  jak  na  kobietę,  lecz  jak  na  istotę  potrzebującą  pomocy.  Ona 
tymczasem  snuła  fantastyczne  marzenia  o  Graydonie-lekarzu,  w  którym  mogłaby 
się zakochać... 

–  Jak...  jak  długo  muszę  trzymać  ten  ręcznik?  –  nie  mogła  oderwać  od  niego 

oczu. Była jak zahipnotyzowana. – Zimno mi! 

Graydon  stał  przez  chwilę  nieruchomo,  jak  gdyby  nie  wiedział,  co  ma 

odpowiedzieć. Następnie zdjął swój sweter i owinął go wokół jej ramion. – Proszę. 
Trzeba  potrzymać  ręcznik  przynajmniej  przez  pięć  minut,  dopóki  nie  poczujesz 
ciepła rozchodzącego się po całym ciele. 

– Czy nie przesadzasz trochę? Ta kawa nie była aż tak gorąca... 
–  Nie  powinnaś  ryzykować  –  rzucił  szorstko.  –  O  taką  piękność  jak  ty  trzeba 

specjalnie dbać. 

Courtenay spojrzała z niedowierzaniem. 
–  Jak  miło  to  słyszeć!  Ale  to  przecież  nieprawda.  Wyobrażam  sobie  jak 

wyglądam – na pół rozebrana, z mokrym ręcznikiem wokół ramion, bez makijażu, 
z potarganymi włosami. Jak strach na wróble! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Urwała  gwałtownie,  kiedy  Graydon  wyciągnął  rękę  i  nawinął  sobie  na  palec 

pasmo jej wilgotnych włosów, opadających na ramiona. 

–  Ty  powinnaś  wyglądać  jak  straszydło  –  powiedział  ochryple  –  ale  naprawdę 

jesteś  diabelnie  pociągająca.  Jak  ty  to  robisz?  Skąd  ta  twoja  bezbronność  i 
niewinność? 

Skoro zaliczasz się do kobiet, które... 
Nie  powiedział  tego  głośno,  ale  te  słowa  wisiały  niemal  w  powietrzu. 

Courtenay  próbowała  zareagować,  jakoś  się  bronić,  ale  nie  udało  jej  się  nic 
wykrztusić  przez  ściśnięte  gardło.  Czemu  pogarda  Graydona  sprawia  jej  taki  ból? 
Do tej pory czuła tylko gniew i nienawiść. Co się zmieniło? Patrzyła bezradnie na 
niego, daremnie próbując znaleźć odpowiedź. 

Nagle Graydon zapytał: 
–  Czemu,  u  diabła,  zawsze  patrzysz  na  mnie  tak,  jakbyś  oczekiwała,  że  cię 

pocałuję? 

Courtenay  zadrżała.  Czy  to  pragnienie  rzeczywiście  malowało  się  na  jej 

twarzy? Serce zabiło jej gwałtownie, kiedy przypomniała sobie kuszącą, aksamitną 
gładkość jego ciała w zetknięciu z jej ciałem... 

– Mylisz się – odrzekła, opuszczając powieki z długimi rzęsami. – Wyobrażasz 

sobie rzeczy, które... 

–  Ja  się  mylę?  –  ręce  Graydona  przesunęły  się  po  jej  ramionach.  –  Spójrz  na 

mnie i powiedz, czy nie mam racji. 

Nie,  nie  mylił  się.  Naprawdę  pragnęła,  żeby  ją  pocałował.  Pragnęła  tego 

bardziej niż czegokolwiek do tej pory. W tym zapamiętaniu zapomniała o Vicky! 

Vicky!  Wstrząsnęła  się.  Vicky  to  jedyna  istota,  która  była  dla  niej 

najważniejsza na świecie. 

Nie  miała  najmniejszej  wątpliwości,  że  Graydon  chciał  zbliżyć  się  do  Vicky. 

Znała  go  na  tyle,  że  wiedziała,  iż  nie  ustąpi,  dopóki  nie  zdobędzie  tego,  co 
zamierzył. Wykupił przecież Mom’s Own tylko po to, żeby pozbawić ją pracy. To 
było nikczemne! Czyż teraz też nie próbuje schwytać jej w sidła, aby odwrócić jej 
uwagę  od  walki,  którą  z  taką  determinacją  toczyła  o  niezależność  swoją  i  Vicky? 
Jeżeli tak, już mu się to prawie udało. Dzięki Bogu, że opamiętała się w porę... 

– Nie – powiedziała z wysiłkiem. – Nie chcę, żebyś mnie pocałował. Nie wiem, 

skąd ci to w ogóle przyszło do głowy. A teraz – wyjdź już! 

–  Przyślę  do  twojego  pokoju  Livvy  z  maścią  na  oparzenia.  Przy  okazji 

posprząta trochę. 

Przeszedł  obok  niej,  a  po  chwili  drzwi  za  nim  zamknęły  się  z  trzaskiem.  Och, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

dobry Boże... 

Już  chyba  wystarczająco  cierpiała  skazana  na  towarzystwo  mężczyzny,  który 

tak  ją  fizycznie  pociągał...  Póki  go  nienawidziła  całym  sercem,  mogła  walczyć  z 
tym  uczuciem.  Teraz  będzie  to  trudne.  Ujrzała  jego  drugie  oblicze,  poznała 
niepokój i zgryzotę... 

Spojrzała  na  swoje  odbicie  w  lustrze.  Maleńkie  ziarenko  zakiełkowało  w  jej 

sercu,  ziarenko  troski  o  mężczyznę,  którego  powinna  nienawidzić.  To  było 
ziarenko, które nie może nigdy wzejść. 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 6 

 
Courtenay  poczuła  zapach  pieczonego  indyka,  kiedy  piętnaście  minut  później 

schodziła  po  schodach.  Z  salonu  dobiegł  ją  kobiecy  śmiech.  Stawiając  nogę  na 
ostatnim  stopniu,  zawahała  się.  Graydon  wspomniał  wprawdzie  o  Bertie, 
ubierającym choinkę z Vicky, ale ten głos nie należał przecież do mężczyzny. Czy 
Bertie przyprowadził kogoś ze sobą? Przyjaciółkę? Żonę? 

Spojrzała  niepewnie  na  swoją  wełnianą,  czerwoną  sukienkę.  Wiedziała,  że 

wygląda ładnie, ale... sukienka miała już trzy lata. Czy w dalszym ciągu prezentuje 
się dobrze? 

–  O,  jesteś  –  odezwał  się  Graydon,  który  też  zmierzał  do  salonu.  –  Jak  twoje 

oparzenie? 

– Skóra jest jeszcze podrażniona, ale wygląda już dużo lepiej. 
– To dobrze. 
Kiedy szli obok siebie, Courtenay miała wrażenie, że jest małą i kruchą figurką 

z miśnieńskiej porcelany w cieniu wysokiej i mocno zbudowanej postaci. Tylko że 
figurki  nic  nie  odczuwają,  podczas  gdy  ona  z  trudem  mogła  zapanować  nad 
podnieceniem, wywołanym jego bliskością. 

–  Mamusiu!  –  Vicky  rzuciła  się  ku  niej  z  radosnym  okrzykiem.  –  Wesołych 

Świąt! 

Courtenay chwyciła ją w objęcia. – Wesołych Świąt, kochanie. 
Vicky  wycisnęła  jej  na  policzku  gorący  pocałunek  i  podbiegła  do  pięknie 

udekorowanej choinki stojącej w rogu pokoju. 

Kiedy Courtenay wyprostowała się, Graydon ujął ją za łokieć i podprowadził w 

kierunku  wysokiej,  smukłej  kobiety  o  kremowej  cerze  i  falujących 
płomiennorudych włosach. 

Jeżeli  to  jest  dziewczyna  Bertie’ego,  pomyślała  Courtenay,  ten  człowiek  nie 

powinien  zostawiać  jej  sam  na  sam  z  Graydonem.  Jej  niepokojące  kocie  oczy  ze 
źrenicami  jak  szpileczki  spoglądały  na  niego  tak  pożądliwie,  że  Courtenay 
przeszedł dreszcz. 

– Courtenay, to jest lady Atherton – Roberta. 
Nieznajoma  przyjrzała  się  Courtenay,  krzywiąc  usta  w  ledwo  dostrzegalnym, 

nieprzyjemnym uśmieszku. 

– Och, mów mi Bertie, proszę! Nie używam już „lady” przy nazwisku, od kiedy 

umarł mój mąż. W Kanadzie brzmi to tak pretensjonalnie! Jestem po prostu Bertie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Atherton. 

Courtenay  nigdy  jeszcze  nie  miała  do  czynienia  z  utytułowaną  osobą.  Ale 

chociaż  ta  kobieta  nazwała  siebie  „po  prostu  Bertie  Atherton”,  Courtenay  nie 
spotkała nikogo, kto wydawałby się równie pretensjonalny i nieprzystępny. Ubrana 
była  zwyczajnie,  ale  w  swojej  plisowanej,  wełnianej  spódnicy,  kremowo-białym 
swetrze  i  pięknych  włoskich  lakierkach  wyglądała  jak  postać  z  żurnala  lub  jak  z 
fotografii  w  „Architectural  Digest”,  który  Courtenay  przeglądała  wczoraj 
wieczorem. 

–  A to  mama Wiktorii? – zapytała  Bertie. Spojrzała  na Vicky  i zniżyła  głos.  – 

Wiem,  dlaczego  rodzina  nie  próbuje  robić  z  tego  tajemnicy.  Nigdy  jeszcze  nie 
widziałam  dziecka  bardziej  podobnego  do  ojca.  Alanna  nareszcie  ma  wnuczkę,  o 
której zawsze marzyła. Myślę, że powinniśmy to uczcić. Co powiesz na szampana, 
Graydon? 

– Świetny pomysł – odpowiedział Graydon i wyszedł z pokoju. 
Kiedy Bertie usiadła w jednym z foteli przy kominku, krzyżując z wdziękiem  i 

elegancją  swoje  zgrabne  nogi,  Vicky  spojrzała  znad  pudła  z  zabawkami  i 
powiedziała: 

–  Mamusiu,  Bertie  mieszkała  w  Londynie!  Była  na  obiedzie  u  królowej  i 

widziała dzieci księżnej Di! Och, była w tylu zachwycających miejscach! 

Bertie skorzystała z tego, że Vicky była zajęta wieszaniem bombek na niższych 

gałązkach drzewka, pochyliła się do Courtenay i zapytała cicho: 

– Ty i Patryk znaliście się... dawno temu? – spojrzała znacząco na Vicky. 
Ale  dziewczynka  oczywiście  musiała  usłyszeć.  Zanim  matka  zdążyła 

odpowiedzieć, zapiszczała: 

– Już ponad dziewięć lat temu! Moje dziesiąte urodziny są 5 stycznia! 
Courtenay stwierdziła, że najlepiej będzie zmienić temat. 
– Czy chciałabyś teraz otworzyć swój prezent, kochanie? 
– Och,  nie! – Vicky stanęła  na palcach  i zawiesiła srebrną bombkę  na jednej z 

wyższych  gałązek.  –  Tu,  w  Seacliffe,  zawsze  o  drugiej  jedzą  indyka,  a  prezenty 
rozpakowują potem. A jeśli będą owoce kandyzowane, i tak zjem je z apetytem.  – 
Jasny rumieniec zabarwił policzki dziewczynki. – Czy to nie dobry pomysł? 

Dobry  pomysł?  Courtenay  przypomniała  sobie,  że  kiedy  w  Millar’s  Lake 

usiłowała  wytłumaczyć  Vicky,  że  nie  powinno  się  rozpoczynać  dnia  od 
rozpakowywania  prezentów,  spotykała  się  zawsze  z  ostrym  sprzeciwem. 
Widocznie  Graydon  przekonał  Vicky  do  tutejszej  tradycji,  tak  różnej  od  ich 
własnej, domowej. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Mruknęła niewyraźnie: 
– Mmm... to inaczej... – Starała się, by nikt nie usłyszał w jej głosie zawodu. 
Vicky klasnęła w dłonie. 
–  Och,  byłabym  zapomniała!  Liwy  powiedziała,  że  Blackie  dostał  kość  od 

świętego Mikołaja! Dam mu ją teraz! 

Zaśmiała się i wybiegła z pokoju. 
Courtenay  spoglądała  melancholijnie  na  ogień  w  kominku.  Jak  szybko  Vicky 

przystosowała się do nowego otoczenia... Dla niej to było o wiele trudniejsze. 

Bertie zwróciła się do Courtenay: 
–  Graydon  powiedział  mi  –  wycedziła  –  że  przyjechałyście  tu  z  Wiktorią  na 

ferie. Biedny Graydon! Jakież to musi być dla niego śmiertelnie nudne! O tej porze 
roku  jest  tyle  przyjęć!  Mam  nadzieję,  że  wasz  pobyt  nie  przeszkodzi  mu  udzielać 
się towarzysko. 

Courtenay  patrzyła  przez  chwilę  na  Bertie,  zastanawiając  się,  czy  dobrze 

usłyszała.  To  niemożliwe,  żeby  ta  kobieta  była  tak  arogancka!  Ale  wyraz  twarzy 
Bertie utwierdził ją w przekonaniu, że się nie pomyliła. 

Ogarnęła ją furia. Nie dość, że znosi wrogość Graydona i jego matki – czy teraz 

musi  doznawać  jej  od  obcych?  Czy  niechęć  Winterów  do  jej  osoby  podzielają 
wszyscy ich przyjaciele? 

Jakimś cudem udało jej się podnieść z fotela. 
A kiedy napotkała złośliwe spojrzenie Bertie, stanęła na drżących nogach. 
–  Przepraszam  –  powiedziała.  –  Muszę  iść  na  górę.  Wierz  mi,  że  nigdy  nie 

przyszłoby mi do głowy utrudniać Graydonowi spotkań towarzyskich! 

Otworzyła drzwi, omal nie zderzając się z Graydonem, który właśnie wchodził. 
–  Hej!  –  zawołał,  przytrzymując  mocno  tacę.  –  Uważaj!  Mało  nie  wytrąciłaś 

mi... 

– Przepraszam –  mruknęła Courtenay,  po  czym  minęła  go  i weszła  na schody. 

Czuła  jego  spojrzenie  na  sobie,  ale  nie  odwróciła  się.  Mogą  udławić  się  swoim 
szampanem! Dobrana para! 

Prawie nie zauważyła Alanny, tak była wzburzona. 
– Wesołych Świąt! – wykrztusiła. 
– Dzień  dobry – odpowiedziała sztywno starsza pani. – Cóż to,  nie wypijesz z 

nami szampana? 

Courtenay potrząsnęła tylko  głową w obawie, że jej  głos  mógłby zdradzić, jak 

jest wzburzona. Alanna zawahała się. 

– Źle się czujesz? Jesteś taka blada. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Nic mi nie jest – odrzekła Courtenay, odwracając głowę. 
Zanim  Alanna  zdążyła  coś  powiedzieć,  wślizgnęła  się  do  pokoju  i  zamknęła 

drzwi. Oparła się o nie i zamknęła oczy. Siłą zmusiła się do powstrzymania łez. Nie 
będzie płakać, do diabła! Nie pozwoli, żeby ci ludzie wtrącali się w jej życie! 

Dopiero  po  dłuższej  chwili  usłyszała,  że  Alanna  schodzi  na  dół.  Co  ją 

zatrzymało? O czym myślała? 

Podeszła do okna. Znad oceanu nadchodziła gęsta mgła. Poniżej na dziedzińcu, 

obok  mercedesa,  stał  kremowy  sportowy  jaguar.  Czy  to  był  samochód  Bertie?  O 
czym  teraz  rozmawiała  z  Graydonem  przy  kieliszku  szampana?  Czy  Graydon 
zapewniał  ją,  że  może  liczyć  na  jego  obecność  na  wszystkich  przyjęciach?  Czy 
powiedział  jej  także,  że  przywiózł  Courtenay  tylko  dlatego,  że  nie  zgodziła  się 
przysłać tu samej Vicky? Vicky! 

Gdzie ona jest? 
Prawdopodobnie  ciągle  z  Blackie.  Courtenay  poczuła,  że  ogarnia  ją  rozpacz. 

Nikt nie chciał z nią spędzić tego ranka – nawet jej własna córka wolała świętować 
z psem! 

Z  daleka  dobiegł  ją  odgłos  buczenia  rogu  mgłowego  i  ten  dźwięk  jeszcze 

boleśniej przypomniał jej własną samotność. Paraliżowała jej umysł, sprawiała, że 
czuła się apatyczna, niezdolna do czegokolwiek. 

Jakieś  poruszenie  na  dziedzińcu  zwróciło  jej  uwagę.  Dostrzegła  Bertie  w 

długim  płaszczu,  idącą  przez  żwirowany  podjazd,  odprowadzaną  przez  Graydona. 
Otworzył  drzwi  jaguara,  a  wtedy  ona  odwróciła  głowę,  spojrzała  prowokująco  i 
powiedziała coś do niego. 

Courtenay  nie  widziała  wyrazu  twarzy  Graydona,  kiedy  jej  odpowiadał,  ale 

zauważyła, 

że 

potrząsnął 

głową. 

Bertie 

skrzywiła 

się 

wyraźnym 

niezadowoleniem,  a  kiedy  wykonał  ręką  gest  mówiący  „zrobisz,  jak  zechcesz”, 
zacisnęła  gniewnie wargi. Dłuższą chwilę  stała  nachmurzona, a potem wspięła się 
na  palce  i  oplatając  szczupłymi  palcami  jego  szyję,  przyciągnęła  jego  głowę  do 
siebie i pocałowała prosto w usta. 

Courtenay wiedziała, że powinna się odwrócić, ale nie była w stanie. Nie mogła 

też  powstrzymać  się,  żeby  nie  pomyśleć  –  czy  gęste  włosy  Graydona  wydały  się 
Bertie  tak  samo  jedwabiste  jak  jej?  Czy  Bertie  czuła  na  jego  wargach  słodycz 
szampana? 

Zadrżała.  Ból  przeszył  jej  serce.  Dlaczego  ta  scena  zrobiła  na  niej  takie 

wrażenie? Przecież nie obchodzi ją, z kim Graydon jest związany. 

Czy rzeczywiście? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Kilka  sekund,  które  upłynęły  od  pocałunku,  były  jak  wieczność  dla  zastygłej 

bez ruchu Courtenay. Nie zdawała sobie  nawet sprawy, że wstrzymywała oddech, 
dopóki  Bertie  nie  odsunęła  się  od  Graydona.  Widziała,  jak  skrzywiła  usta  w 
uśmiechu pełnym satysfakcji i wsunęła się do samochodu. 

Graydon  zatrzasnął  drzwiczki  –  tak  mocno,  że  ten  odgłos  doszedł  do  uszu 

Courtenay  nawet  przez  podwójne  szyby  w  oknie  –  i  kiedy  samochód  odjechał, 
zawrócił do domu. 

Zimny  wiatr  wiejący  znad  oceanu  wzburzył  mu  włosy,  a  kiedy  przygładzał  je 

ręką,  wyczuł,  że  ktoś  patrzy  na  niego.  Podniósł  głowę  i  spojrzał  prosto  w  okno 
Courtenay, która szybko się cofnęła. Po chwili jednak zreflektowała się. Do licha! 
Cóż w tym złego, że wyglądała przez okno? Ukryła się za zasłoną, jakby się czegoś 
wstydziła. 

Zagłębiła  się  w  fotelu  i  przymknęła  oczy.  Czuła,  że  policzki  płoną  jej  na 

wspomnienie sceny, której była świadkiem. Co ich łączy? Czy są kochankami? Czy 
była  świadkiem  sprzeczki  kochanków?  Czego  Bertie  domagała  się  od  Graydona? 
Było oczywiste, że jej odmówił i zaproponował coś, na co – niechętnie – przystała. 

Zerwała  się  gwałtownie  z  fotela.  Dlaczego  traci  czas,  roztrząsając  sprawy 

dwojga ludzi, których nawet nie lubi? 

Ale  kiedy  chodziła  tam  i  z  powrotem  po  pokoju,  musiała  przyznać,  że  bardzo 

dobrze  zdaje  sobie  sprawę,  dlaczego  myśli  o  nich  zaprzątają  jej  głowę  –  a 
zwłaszcza  myśli  o  Graydonie.  Intrygował  ją,  chociaż  był  wobec  niej  arogancki  i 
bezwzględny.  Był  najbardziej  atrakcyjnym  mężczyzną,  jakiego  spotkała,  i  powoli 
przyzwyczajała się do myśli, że nie jest jej obojętny. 

Od pewnego  momentu  pociągał ją  nie tylko  fizycznie.  Kiedy pomagał jej przy 

poparzeniu, okazało się, że potrafi być miły i delikatny. 

Teraz  wolałaby  nie  znać  tej  strony  jego  osobowości.  Byłoby  jej  znacznie 

łatwiej. 

 
Kiedy  Courtenay  zeszła  na  dół  tuż  przed  pierwszą,  Graydon  siedział  sam  w 

salonie  przy  kominku,  z  pustą  szklanką  po  whisky  w  ręce.  Był  ogolony,  miał  na 
sobie  szare  spodnie  i  niebieską  koszulę,  a  kiedy  postawił  kieliszek  i  wstał,  żeby 
powitać  ją  z  ironicznym  uśmiechem,  poczuła  znowu  ogarniające  ją  podniecenie. 
Świadomość  jego  obecności  towarzyszyła  jej  podczas  całego  posiłku.  Vicky  i 
Alanna  zajęte  były  rozmową  o  psach.  Graydon  wtrącał  od  czasu  do  czasu 
pojedyncze  słowa.  Courtenay  ledwie  skubnęła  mięso  delikatnego,  wspaniale 
upieczonego  indyka,  spróbowała  pierożek  z  miętą,  a  także  odrobinę  lodów.  Cały 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

czas  czuła  na  sobie  natrętne  spojrzenie  ciemnoniebieskich  oczu.  Kiedy  podano 
kawę i wymieniono prezenty, zmusiła się z trudnością do uśmiechu i udawania, że 
się z nich cieszy. 

Alanna otworzyła paczkę, w której były moherowe szale. 
–  Och,  jakie  piękne!  –  zawołała  z  zachwytem.  –  Dziękuję  ci,  Graydon, 

kochany! 

– To jest prezent od Courtenay – sprostował Graydon. 
–  Nie,  pani  Winter  –  dodała  Courtenay.  –  To  Graydon  je  kupił.  Ja  tylko 

wybrałam... 

–  Przymierz  jeden,  babciu  –  o,  ten!  Vicky  wyjęła  brązowy  szal  i  owinęła  nim 

ostrożnie  szczupłe  ramiona  Alanny.  Starsza  pani  dotknęła  go  i  przez  moment 
Corutenay  wydawało  się,  że  zaraz  ściągnie  i  włoży  z  powrotem  do  pudełka.  Ale 
ona powiedziała tylko nienaturalnym głosem: 

–  Jestem  pewna,  że  bardzo  mi  się  przydadzą.  Dziękuję.  –  A  zwracając  się  do 

Vicky, powiedziała: 

– Idź na górę i nałóż sukienkę, którą dostałaś od wujka. 
Vicky chwyciła piękną pomarańczową sukienkę. 
–  Chodź  ze  mną,  babciu!  Ta  sukienka  ma  zapięcie  z  tyłu.  Nie  będę  mogła 

dosięgnąć guzików. 

– Dobrze, dziecko – uśmiechnęła się Alanna. 
– A zagrasz ze mną później w szachy? 
–  Bardzo  chętnie.  W  moim  pokoju  też  jest  kominek  i  stolik  do  gry.  Twój 

dziadek zwykle tam grywał w szachy. 

Drzwi  zamknęły  się  za  nimi.  Courtenay  nie  zaprotestowała,  kiedy  spostrzegła, 

że  Alanna  podarowała  Vicky  szachy  z  kości  słoniowej.  Były  własnością  ojca 
Patryka.  Uważała,  że  to  za  drogi  prezent,  ale  nie  odezwała  się,  żeby  nie  zmącić 
radości Vicky. 

Graydon  wstał  z  fotela  i  podszedł  do  barku.  Przechyliwszy  się  przez  kontuar 

wyjął płaską paczkę owiniętą w srebrny papier z czerwoną wstążeczką. 

– To dla ciebie – powiedział. 
– Co to jest? 
– Otwórz i zobacz. 
Courtenay potrząsnęła głową. 
– Nie chcę niczego od ciebie. – Patrzyła nie widzącym wzrokiem na płomienie 

w kominku. 

– Jesteśmy zaproszeni na przyjęcie sylwestrowe do Bertie w West Van. Będzie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

wspaniale. Chyba nie masz nic odpowiedniego do włożenia na tę okazję, prawda? 

Courtenay spojrzała z niedowierzaniem. Przyjęcie? U Bertie? Czemuż, u licha, 

Bertie  zaprasza  ją  na  przyjęcie,  skoro  była  dla  niej  tak  niemiła  tego  ranka? 
Przypomniała  sobie  od  razu  scenę  na  dziedzińcu,  którą  widziała  z  okna  pokoju. 
Czyżby  Bertie  zapraszała  Graydona,  a  on...  odmówił  przyjścia,  jeśli  nie  będzie 
mógł zabrać Courtenay? Ale dlaczego jemu miałoby zależeć, żeby ona... 

Graydon  rozwinął  papier.  Jak  się  Courtenay  mogła  spodziewać,  w  paczce 

znajdowała się czarna aksamitna sukienka. 

– Mówiłam ci już – rzekła z naciskiem. – Nie chcę jej! 
Zanim  Graydon  zdążył  coś  odpowiedzieć,  ktoś  głośno  zapukał  i  po  chwili 

weszła Liwy z zatroskaną miną. 

– Przepraszam, panie Winter. Dzwoni Nicolas Tempie. Przeprasza, że niepokoi 

pana  akurat  w  Boże  Narodzenie,  ale  dowiedział  się  właśnie,  że  Ocean-West  Two 
uległ wypadkowi w porcie. 

–  Do  diabła!  –  twarz  Graydona  pociemniała  z  gniewu.  –  Przeklęta  mgła! 

Powiedz  panu  Tempie,  żeby  pojechał  do  biura,  a  ja spotkam  się  tam  z  nim  za...  – 
spojrzał na zegarek – ... piętnaście minut. 

– Tak, proszę pana. 
Courtenay wstała. 
– Co to jest Ocean-West Two? 
– To jeden z moich holowników. 
–  Czy  musisz  teraz  jechać?  Twoja  matka...  Czy  nie  będzie  jej  przykro,  kiedy 

zostawisz ją w świąteczne popołudnie? Czy jakiś mały holownik jest taki ważny? 

–  Chyba  nie  myślisz,  że  ja  chcę  wyjechać.  Ten  „mały  holownik”,  o  którym 

mówisz tak lekceważąco, wart jest cztery miliony dolarów. 

Courtenay  zaniemówiła.  Cztery  miliony  dolarów!  Nie  potrafiła  sobie  nawet 

wyobrazić takiej sumy. Kiedyś  miała na koncie tysiąc dolarów... i to zanim Vicky 
zachorowała na zapalenie płuc i wydatki pochłonęły wszystko, a nawet... więcej! 

Wstała  z  fotela  i  podeszła  do  okna.  Mgła  zgęstniała  tak,  że  widać  było  tylko 

najbliższe drzewa przed domem. Co za ponury dzień! 

– Nie wiem, jak długo tam będę. Dasz sobie sama radę? 
–  Och,  tak  –  odpowiedziała  z  wesołym  uśmiechem.  –  Nauczyłam  się 

samodzielności. Twój brat, gdyby żył, mógłby to potwierdzić! 

Graydon  wyszedł  z  pokoju,  a  po  chwili  słychać  było  silnik  mercedesa.  Serce 

Courtenay  biło  głucho.  Niepotrzebnie  odezwała  się  w  ten  sposób...  zwłaszcza  że 
był  zmartwiony  wiadomością  o  kolizji.  Czy  oni  nie  potrafią  rozmawiać  ze  sobą 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

normalnie? I dlaczego jest jej tak przykro? 

Zakryła  pokrywką  pudełko  z  czarną  sukienką  i  cisnęła  paczkę  jak  najdalej  od 

siebie. Nigdy jej nie nałoży! I nie pójdzie na przyjęcie do Bertie Atherton! 

Graydon wrócił bardzo późno. 
Vicky  i  Alanna  poszły  już  spać,  Liwy  wyszła  na  spotkanie,  a  Courtenay  po 

odświeżającej  kąpieli  postanowiła  zejść  na  dół  i  zrobić  sobie  trochę  gorącej 
czekolady. 

Właśnie  mieszała  z  mlekiem  czekoladowy  proszek,  kiedy  usłyszała  otwieranie 

drzwi wejściowych. Odruchowo spojrzała na swój znoszony szlafrok i postanowiła 
wrócić  do  sypialni  W  pośpiechu  strąciła  pokrywkę  od  puszki  z  czekoladą,  która 
potoczyła  się  z  hałasem  po  podłodze.  Podniosła  ją  szybko  i  zarumieniona 
wyprostowała się, kiedy usłyszała ciężkie kroki Graydona. 

– O, jesteś tu jeszcze... 
–  Mmm  –  spojrzała  kątem  oka,  widząc,  że  nałożył  granatowy  sweter. 

Zauważyła,  że  otwiera  lodówkę  i  wyjmuje  indyka.  Z  kubkiem  czekolady  w  ręce 
wymamrotała  „dobranoc”  i  już  miała  odejść,  kiedy  spostrzegła  z  niepokojem,  że 
jego twarz jest szara z wyczerpania. 

Zawahała, się, a następnie powiedziała: 
–  Wyglądasz,  jakbyś  miał  ciężką  noc.  Ten  holownik...  czy  bardzo  jest 

uszkodzony? 

– Tak. 
– Co się stało? 
– Zderzył się we mgle z frachtowcem. 
Czekała, aż powie coś więcej, ale milczał. Ukroił sobie kilka plastrów indyka. 
– I... ? 
– I co? 
– Czy ten drugi statek też jest zniszczony? Czyja to była wina? Czy nikt nie jest 

ranny? 

Wyjął koszyk z chlebem. 
– Dlaczego, u diabła, tak mnie wypytujesz? 
– A co w tym dziwnego? Jesteś przecież właścicielem tego holownika. Ciekawa 

jestem szczegółów – jak doszło do wypadku. 

–  Chcesz  wiedzieć,  co  się  stało?  –  spytał  tonem  nieprzyjemnym  i 

wyzywającym, ale zarazem trochę sceptycznym. 

– Oczywiście! 
– Trudno w to uwierzyć. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Dlaczego? Któż nie chciałby się dowiedzieć? 
Zaśmiał się. 
– W każdym razie nie takie kobiety, jakie znam. 
Wyjął  z  koszyka  dojrzały  pomidor,  pokroił  go  w  plastry  i  włożył  w  środek 

bułeczki, razem z indykiem, posypując wszystko pieprzem. 

– Kobiet, które znam, nie zajmuje moja praca oraz to, jak robię pieniądze. One 

interesują się samymi pieniędzmi. 

– W takim razie masz do czynienia ze szczególnym rodzajem kobiet. Więc jak, 

opowiesz mi, co się stało? 

– Naprawdę chcesz wiedzieć? 
– Tak, naprawdę chcę wiedzieć. 
–  Dobrze.  W  takim  razie  bądź  gotowa  o  siódmej  rano,  zabiorę  cię  do  suchego 

doku. Zobaczysz na własne oczy, co się wydarzyło. 

– Dobrze, będę gotowa. 
– Tylko weź coś ciepłego na siebie. 
– W porządku. A zatem, do jutra? 
– Dobranoc. – Graydon usadowił się w fotelu z puszką piwa w ręce. 
Courtenay  opuściła  kuchnię,  niosąc  swoją  czekoladę.  Myśli  kłębiły  się  jej  w 

głowie.  Dlaczego  nalegała,  żeby  zobaczyć  ten  statek?  Czy  nie  postanowiła  sobie 
trzymać  się  z  daleka  od  Graydona  i  jego  życia?  Ten  człowiek  był  jej  wrogiem... 
czyż  nie  tak?  Ogarniała  ją  rozpacz,  kiedy  uświadamiała  sobie,  że  nie  potrafi 
odpowiedzieć na te pytania. 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 7 

 
Zimny wiatr rozwiewał włosy Courtenay, kiedy szli z Graydonem od parkingu 

Ocean-West  Shipyards  do  wejścia  na  teren  portu.  Otulała  się  kurtką,  chroniąc  się 
przed  zimnem.  Nie  zwracała  uwagi  na  ostry  zapach  wiórów  i  smaru  niesionego 
przez podmuch wiatru znad oceanu. 

–  Dzień  dobry,  panie  Winter  –  powitał  ich  uśmiechem  stróż.  –  Wcześnie  pan 

przyjechał! 

Courtenay  szła  szybko,  dorównując  długim  krokom  Graydona.  Jego  bliskość 

niezmiennie przyprawiała ją o bicie serca. 

– Pusto tu – zauważyła. 
– Dzisiaj jest tylko dyżurny personel, to przecież przerwa świąteczna. 
–  Mmm  –  mruknęła  Courtenay,  zerkając  na  Graydona,  którego  profil  ciągle 

przyciągał jej wzrok. Wiedziała, że zachowuje się jak zakochana nastolatka, mimo 
że  do  tej  pory  widywała  atrakcyjnych  mężczyzn.  Dlaczego  ten  człowiek  tak  ją 
zafascynował? Skąd u niej to pragnienie, by wodzić palcami wzdłuż linii jego brwi, 
nosa, podbródka... doskonale wykrojonych ust? 

Z  wysiłkiem  odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  potężne,  żółte  dźwigi  i  wysokie, 

szare budynki po drugiej stronie. 

–  Chodźmy  tędy.  –  Graydon  ujął  jej  ramię  i  poprowadził  przejściem  między 

budynkami.  Stąd  Courtenay  mogła  zobaczyć  światła  Vancouver,  migocące  w 
różowoszarym  świetle  poranka.  Na  wprost,  w  odległości  niecałych  dziesięciu 
metrów,  zaczynał  się  suchy  dok.  Holownik  był  potężnym  statkiem  z  napisem 
Ocean-West – z ogromnymi białymi literami „OW” – na czarnym kominie. 

Graydon  uchwycił  mocniej  ramię  Courtenay,  kiedy  zbliżyli  się  do  krawędzi 

doku. 

– Oto on. Ocean-West Two. A raczej to, co z niego zostało. 
Courtenay potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 
–  Nie  przypuszczałam,  że  to  takie  poważne  uszkodzenie.  –  Patrzyła 

rozszerzonymi  ze  zdumienia  oczami  na  wielką  dziurę  w  przedniej  części  statku 
poniżej  linii  wodnej.  Przez  rozdartą  blachę  widać  było  wnętrze.  Po  chwili 
milczenia Courtenay poprosiła: 

– Naprawdę chciałabym wiedzieć, co się stało. Czy opowiesz mi... teraz? 
–  Był  przycumowany  w  Centennial  Dock,  kiedy  frachtowiec  zmierzający  do 

innego  basenu  portowego  zmylił  kierunek  we  mgle  i  zderzył  się  z  nim.  Wstępne 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

dochodzenie wykazało, że był to błąd pilota. 

– Jesteś ubezpieczony? 
–  Oczywiście.  Ale  spodziewam  się,  że  dużo  zachodu  zajmie  mi  procesowanie 

się z towarzystwem ubezpieczeniowym. 

– A nikt nie został ranny? 
– Nie. Przynajmniej tu mieliśmy szczęście. 
Stali  przez  chwilę  w  milczeniu,  aż  nagle  wiatr  dmuchnął  prosto  w  twarz 

Courtenay, która odwróciła się od doku, krzywiąc twarz z zimna. 

–  Dziękuję  ci,  że  mnie  tu  przywiozłeś.  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  czegoś 

podobnego. 

Zbliżyła  się  do  nabrzeża  portu  i  spojrzała  w  dół  na  czarną  jak  atrament  wodę, 

po której prześlizgiwały się światła latarni. 

Odetchnęła głęboko i spojrzała z uśmiechem na Graydona. 
– Uwielbiam zapach oceanu. W moich żyłach płynie krew szkockich rybaków, 

a przecież oni byli potomkami wikingów! 

Graydon wcisnął ręce do kieszeni. 
– Czy twoja matka żyje? 
Courtenay  wyczuła,  że  niełatwo  mu  było  zadać  to  pytanie  –  przekonał  się,  że 

trudno jest prowadzić z nią rozmowę, która nie zakończyłaby się sprzeczką. 

– Umarła, kiedy miałam dwa lata. Wychowywał mnie ojciec. – W słowach tych 

zabrzmiała  gorycz,  mimo  że  bardzo  starała  się  zachować  swobodny  ton.  –  Ożenił 
się, kiedy miałam czternaście lat. 

– A jak ci się układało współżycie z macochą? 
Courtenay wzruszyła ramionami. 
– Im układało się dobrze. Czy to nie najważniejsze? Dopiero po dłuższej chwili 

zapytał: 

– A Wiktoria? – czy lubi ich? 
– Ona ich w ogóle nie zna. 
– Dlaczego, do diabła? – zawołał oskarżycielskim tonem. 
–  Ponieważ  oni  –  podobnie  jak  ty  –  nie  uwierzyli,  kiedy  opowiedziałam  im 

okoliczności  mojego,  jak  się  okazało,  nieprawdziwego  ślubu.  –  Zanim  Graydon 
zdążył coś powiedzieć, ciągnęła dalej: 

– Wróciłam z Whistler do Kelowna, mojego rodzinnego miasta, kiedy byłam w 

ósmym  miesiącu  ciąży.  Wiedziałam,  że  wkrótce  po  urodzeniu  dziecka  moje 
oszczędności  się  wyczerpią,  więc  przełamując  swoją  dumę  pojechałam  do  ojca  i 
poprosiłam  go  o  pożyczkę.  Kazał  mi  się  wynosić.  Orzekł,  że  sama  muszę  wypić 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

piwo, które sobie nawarzyłam. 

– Jak więc, u diabła, poradziłaś sobie? – wybuchnął Graydon. 
– Musiałam zwrócić się do opieki społecznej. 
Posmutniała,  przypominając  sobie  te  dni  pełne  rozpaczy.  Zaczęła  nerwowo 

spacerować po nabrzeżu. 

– Dostałam zapomogę i rentę – kontynuowała. – Poprosiłam o pożyczkę, dzięki 

czemu  mogłam  pójść  na  kurs  dla  sekretarek.  Kiedy  skończyłam,  Vicky  miała  już 
dwa  lata.  Chciałam  zacząć  wszystko  od  nowa,  więc  przeniosłam  się  do  Millar’s 
Lake... 

– I tam poznałaś Alfa. 
Graydon  stał  tyłem  do  światła  i  Courtenay  nie  mogła  dostrzec  wyrazu  jego 

twarzy, doskonale za to słyszała pogardliwy ton głosu. 

–  Alf  zatrudnił  mnie  wtedy,  kiedy  było  bardzo  trudno  o  pracę.  Jesteś  w 

największym  błędzie  sądząc,  że  coś  nas  łączyło.  Mało  kto  wie,  że  on  i  Flo  mieli 
córeczkę,  która  w  wieku  czterech  lat  umarła  na  białaczkę.  Oboje  dawali  mi  wiele 
razy  do  zrozumienia,  że  Vicky  i  ja  pomogłyśmy  im  zapełnić  puste  miejsce  w  ich 
sercach. Możesz w dalszym ciągu mieć o mnie fałszywą opinię, jeśli chcesz, ale nie 
wolno ci myśleć źle o Alfie. Ten człowiek na to nie zasługuje. Nie wierzysz mi? 

– Trudno nie dać ci wiary, kiedy patrzysz na mnie tymi pięknymi oczami koloru 

morskiej  wody.  To,  co  mówisz,  jest  bardzo  przekonywające.  Ale  gdybym  przyjął 
za dobrą monetę to, co mówisz o Alfie, wtedy... 

–  Wtedy  musiałbyś  uznać  za  prawdę  to,  co  opowiadałam  ci  o  Patryku  – 

stwierdziła Courtenay twardo. – A wiem, że nie ma nadziei, żebyś zmienił zdanie. 

– Dlaczego miałbym wierzyć tobie, a nie mojemu rodzonemu bratu? 
Courtenay zatrzymała się i spostrzegła, że patrzy na nią wyzywająco. 
– Dlatego, że mam rację. A poza tym, jeżeli uwierzyłeś mi... 
Przerwała  gwałtownie, przestraszona tym,  czego o  mały  włos  nie powiedziała: 

jeżeli  uwierzyłeś  w  to,  co  ci  przed  chwilą  powiedziałam,  nie  masz  już  żadnego 
powodu,  żeby  mnie  traktować  wrogo.  Czy  właśnie  tego  chciała?  Żeby  przestał  ją 
nienawidzić? 

– Jeżeli uwierzyłem ci... to co? – Graydon domagał się odpowiedzi. 
Courtenay  spojrzała  na  niego  bezradnie.  Jak  mogła  mu  zdradzić  swoje  skryte 

marzenia? Graydon zmarszczył brwi. 

– Zmarzłaś. – Ujął jej łokieć. – Muszę pójść do biura po notatki. Zrobię gorącej 

kawy i rozgrzejesz się. 

Uważał dyskusję za skończoną. Dla niej nie było to takie oczywiste, pomyślała 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ze smutkiem. 

Biuro  mieściło  się  w  nowoczesnym,  dwupiętrowym  budynku.  Courtenay  była 

zadowolona,  że  nie  spotkali  nikogo,  kiedy  szli  długim  korytarzem  do  pokoju 
położonego  na  samym  końcu.  Zanim  zabłysło  światło,  Courtenay  dostrzegła  duże 
okno,  przez  które  widać  było  cały  port,  a  dalej  miasto.  Zaczynało  już  świtać  I 
różowy poblask odbijał się od wysokich biurowców. 

Graydon zdjął marynarkę i podszedł do Courtenay. 
– Daj mi kurtkę. 
Kiedy  pomagał  jej  się  rozebrać,  musnął  palcami  wrażliwe  miejsce  na  karku. 

Przez całe ciało Courtenay przebiegł elektryzujący dreszcz. 

Graydon  powiesił  kurtkę  i  skierował  się  ku  drzwiom  nowocześnie  urządzonej 

kuchenki. 

– Czuj się jak u siebie w domu – powiedział. – Zaraz zrobię kawę. 
Courtenay rozglądała się ciekawie wokół. Umeblowanie pokoju, urządzonego z 

męską  prostotą,  składało  się  z  solidnego  dębowego  biurka,  skórzanych  foteli  i 
niskiego  stolika  do  kawy.  Wspaniały  olejny  obraz  z  widokiem  morza  był  ozdobą 
całej ściany i Courtenay dobrą chwilę przyglądała mu się z podziwem. 

Na  biurku  stał  komputer  IBM  z  drukarką  i  leżał  stos  dokumentów.  Obok  stał 

koszyk  z  kwitnącą  poinsecją.  Między  szkarłatnymi  liśćmi  była  wsunięta  mała 
kartka.  Courtenay  rzuciła  okiem  na  podpis:  „Dużo  radości!  Całuję  cię,  kochanie. 
Bertie”. 

W pierwszej chwili ścisnęło się  jej serce,  ale zaraz skrzywiła się  lekceważąco. 

W końcu to są ludzie stworzeni dla siebie! Oboje bogaci, twardzi, samolubni... 

Usłyszała  jakiś  szmer  za  sobą.  Graydon  wchodził  do  pokoju  z  dwiema 

filiżankami parującej kawy. 

– Dlaczego wtykasz nos w nie swoje sprawy? 
– Złapałeś  mnie  na  gorącym  uczynku! – odpowiedziała ze słabym  uśmiechem. 

– Jak mnie ukarzesz? 

Ujrzała  w  jego  spojrzeniu  błysk  rozbawienia  i  po  raz  pierwszy  te  niezwykłe 

oczy wydały się jej bardziej zielone niż błękitne. 

– Nie martw się, na pewno coś wymyślę. – Podszedł do okna, a potem postawił 

filiżankę z kawą na niskim stoliku i rozsiadł się wygodnie w fotelu. 

– Jak ci się podoba moje biuro? 
Courtenay spróbowała mocnego, aromatycznego płynu. 
–  Mmm,  robisz  dobrą  kawę.  Biuro?  Uważam,  że  jest  tu  naprawdę  pięknie.  To 

musi być prawdziwa przyjemność pracować tutaj. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Byłem pewny, że to powiesz. Powiedz mi... czy chciałabyś tu pracować? 
Nie dając jej czasu, mówił dalej: 
–  Moja  sekretarka  odeszła  na  emeryturę  i  szukam  kogoś  na  jej  miejsce. 

Miałabyś  znacznie  większą  pensję  niż  w  Millar’s  Lake,  a  jeżeli  zgodziłabyś  się, 
mogłabyś przenieść się do Vancouver i zamieszkać w Seacliffe, zachowując swoją 
przeklętą niezależność! 

Courtenay  zacisnęła  zęby.  Nie  mogła  sobie  pozwolić  na  minutę  wytchnienia, 

kiedy on był w pobliżu. Nie przestawał myśleć, jakimi sposobami zatrzymać ją – a 
zatem i Vicky – w swoim pobliżu. 

– To bardzo miło z twojej strony – odezwała się. 
– Ale dziękuję, nie, dziękuję. 
– Przemyśl to. Może niesłusznie odrzucasz tę ofertę bez... 
– Nie muszę się zastanawiać! – przerwała. – Już się zdecydowałam. 
Graydon Winter nie był człowiekiem, który łatwo daje za wygraną. Wiedziała, 

że  nie  ustąpi  bez  walki.  Chociaż  w  pokoju  panowała  cisza,  mogłaby  przysiąc,  że 
słyszy  uderzenie  stali  o  stal,  szpady  o  tarczę.  Nieprzyjemny  grymas  twarzy 
świadczył  o  tym,  że  rozgniewała  go  jej  stanowcza  odmowa.  Wydawało  się,  że 
chwyci  ją  i  potrząśnie,  zmuszając  do  uległości.  Widocznie  upokorzało  go,  że  ktoś 
ośmielił  się  pokrzyżować  jego  plany.  Był  przyzwyczajony  do  tego,  że  bez 
przeszkód realizował swoje zamiary. 

Wypił ostatni łyk kawy i wstał. 
– Już? – zapytał krótko. 
– Tak – odpowiedziała równie lakonicznie. 
Różowa  bluzka  z  angory  podciągnęła  się  trochę  do  góry,  kiedy  Courtenay 

siedziała  w  fotelu,  więc  wstając  obciągnęła  ją  i  wygładziła  palcami  załamania. 
Kiedy  się  wyprostowała,  zobaczyła  ku  swemu  przerażeniu  wzrok  Graydona 
utkwiony  w  jej  piersiach,  których  pełne  kształty  rysowały  się  pod  obcisłym 
sweterkiem.  Serce  zabiło  jej  mocniej.  Obróciła  się  na  pięcie  i  pospieszyła  do 
kuchni. Ale kuchnia okazała się pułapką, z której nie było wyjścia. 

Napięcie, które wyczuwali oboje od rana, nagle się zwielokrotniło. 
Courtenay odstawiła  filiżankę drżącymi  rękami.  Kiedy się odwróciła, Graydon 

był  dużo  bliżej,  niż  się  spodziewała.  Zmysłowe  usta  były  bardziej  kuszące  niż 
kiedykolwiek przedtem. Nie mogła się powstrzymać, żeby nie patrzeć na niego. To 
był błąd. W oczach Graydona dostrzegła ledwo skrywaną namiętność. 

Próbowała przejść obok niego. 
– Przepraszam – powiedziała zduszonym głosem. Graydon objął ją delikatnym, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ale  zdecydowanym  ruchem.  Courtenay  patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi 
oczami – to nie był już Graydon Winter, potentat okrętowy, to był Graydon Winter, 
który jej pragnął... 

– Czego chcesz? – wyszeptała. 
– Już zdecydowałem, w jakiej formie wyznaczę... – mruknął. 
– Jaka forma... co chcesz wyznaczyć? 
– Karę – za twoje szpiegowanie. 
–  Nie  wygłupiaj  się!  Courtenay  próbowała  się  zaśmiać,  ale  zabrzmiało  to 

nieszczerze.  –  Zobaczyłam  tylko  małą  kartkę.  Nie  miałam  zamiaru  grzebać  w 
twoim portfelu ani... 

–  O,  gdybyś  grzebała  w  moim  portfelu  –  stwierdził  na  pół  poważnie  –  kara 

byłaby  dużo  bardziej  surowa.  Zaglądanie  do  poinsecji  jest  tylko...  drobnym 
wykroczeniem. A karą za to wykroczenie jest... pocałunek. 

Chociaż  Graydon  mówił  żartobliwym  tonem,  Courtenay  miała  absolutną 

pewność,  że  jego  obojętność  była  tylko  pozą.  Rysy  twarzy  miał  napięte,  ciało 
naprężone. W pierwszej chwili czuła się zakłopotana tymi sprzecznymi sygnałami, 
przekazywanymi przez jego ciało, ale wkrótce zrozumiała wszystko. To oczywiste! 
Nie mógł zrozumieć, dlaczego mimo pogardy, jaką żywił do niej, pożądał jej. Ona 
również z trudem akceptowała swoje skryte pragnienia. 

Dostosowując się do jego tonu, zapytała: 
– Chyba oskarżonej wolno powiedzieć kilka słów, zanim zostanie skazana? 
Gładził delikatnie jej plecy. – Nie odmówię prośbie – powiedział ochryple. 
Daremnie usiłując uspokoić nerwy Courtenay powiedziała: 
– Wydaje  mi się, że... bardzo mi się podobasz, a jestem pewna, że nie życzysz 

sobie  tego.  Być  może  dla  mężczyzny  jest  rzeczą  zwykłą  ulegać  pociągowi 
fizycznemu,  bez  zaangażowania  uczuciowego...  ale  w  twoim  przypadku  wszystko 
jest  znacznie  bardziej  skomplikowane.  Ty  żywisz  do  mnie  szczególne  uczucie  – 
uczucie  nienawiści,  które  bywa  równie  silne  jak  miłość.  Poza  tym...  widzę,  że 
twoje zachowanie... że traktujesz mnie jak zwierzę... 

Nagle  poczuła  łzy  pod  powiekami.  Patrzyła  na  niego  niezdolna  do  żadnego 

ruchu.  Nieoczekiwanie  dostrzegła  w  jego  oczach  udrękę.  Odezwał  się  bardzo 
cicho: 

– Zrozumiałem. – Wrócił do pokoju po marynarkę. – Chodźmy. 
Courtenay  nie  mogła  uczynić  kroku.  Zastanawiała  się,  kim  naprawdę  jest  ten 

człowiek.  Nienawidziła  go  całym  sercem,  ale  kiedy  ujrzała  taki  smutek  w  tych 
zawsze  pełnych  drwiny  i  pogardy  oczach,  poczuła,  że  nienawiść  słabnie.  W  jej 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

miejsce pojawiło się pragnienie, żeby wziąć go w ramiona i pocieszyć. 

Pocieszyć? Czy on rzeczywiście tego potrzebował? 
Graydonowi  niczego  przecież  nie  brakowało.  Czy  to  możliwe,  że  mógł  być 

nieszczęśliwy? Miał przecież wszystko... 

Czy rzeczywiście? 
– Idziesz? 
Jego głos wyrwał ją z zamyślenia. 
– O, tak. – Unikając jego spojrzenia, wyszła z biura. W czasie powrotnej drogi 

do Seacliffe nie zamienili ze sobą ani słowa, a Courtenay zaczęła boleć głowa. Na 
szczęście nie było nikogo w pobliżu, kiedy weszli do holu. Courtenay zdjęła buty i 
powiedziała uprzejmie: 

– Dziękuję, że zabrałeś mnie z sobą – po czym poszła na górę. 
Zamknęła  się  w  pokoju  i  rzuciła  kurtkę  na  łóżko.  W  lustrze  ujrzała  swoją 

zmienioną twarz. Oczy z rozszerzonymi źrenicami, drżące usta, spłonione policzki. 
Nie może pozwolić, aby Graydon znów wziął ją w ramiona. Gdyby do tego doszło, 
nie wiadomo, czy zdołałaby mu się oprzeć. 

Następnego ranka Courtenay zeszła na śniadanie w obszernej niebieskiej bluzie 

i luźnych spodniach. Graydona nie było przy stole. 

–  Wujek  pojechał  do  biura  –  oznajmiła  Vicky  tonem  dobrze  poinformowanej 

osoby. – Powiedział, że musi zabrać jakieś notatki. 

Alanna spojrzała z dezaprobatą na Courtenay. 
–  Przecież  był  tam  już  wcześniej,  prawda?  Liwy  powiedziała,  że  pojechaliście 

do  portu,  żeby  obejrzeć  uszkodzony  statek.  Czy  nie  mógł  wtedy  wziąć  tych 
notatek? 

– Wiem, że miał taki zamiar. Ale widocznie... zapomniał. 
– Znam dobrze twego wujka, dziecko – Alanna zwróciła się do Vicky – wiem, 

że kiedy znajdzie się w biurze, nie zobaczymy  go przez resztę dnia – chociaż inni 
ludzie dzisiaj świętują! 

Alanna  miała  rację.  Około  pierwszej  weszła  do  salonu  Liwy,  oznajmiając,  że 

właśnie telefonował pan Winter – zostanie w biurze do piątej, a następnie zje obiad 
z lady Atherton. 

Courtenay  wyobraziła  sobie  Graydona  trzymającego  Bertie  w  ramionach  i 

poczuła ostre ukłucie w sercu. To zazdrość, podszepnął jej wewnętrzny głos. 

Po  południu,  kiedy  Alanna  odpoczywała,  Courtenay  zabrała  Vicky  na  spacer. 

Po kolacji Alanna i Vicky grały w szachy, a około dziewiątej poszły spać. 

Courtenay siedziała w salonie przy kominku, obrębiając nową sukienkę Vicky, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

którą musiała nieco skrócić. Nagle dobiegł ją odgłos otwieranych drzwi, a w chwilę 
później kroków Graydona. 

Spojrzała na zegarek. Była prawie jedenasta. Na pewno pójdzie prosto na górę. 
Czekała wstrzymując oddech. Po chwili usłyszała, że drzwi do salonu otwierają 

się. Serce zabiło jej gwałtownie, kiedy stanął przy niej. 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 8 

 
– Napijesz się czegoś? 
–  Nie,  dziękuję  –  odpowiedziała  krótko,  patrząc  na  Graydona.  Był  ubrany  tak 

samo jak rano. A zatem obiad z Bertie nie był chyba zbyt uroczysty? A może zjedli 
obiad u niej w domu? 

Zerknęła kątem oka  na jego szczupłą sylwetkę, kiedy przechodził przez pokój. 

Obserwowała  go  spod  rzęs,  jak  trzymał  w  ręce  piękny  kryształowy  kieliszek  i 
patrzył na płonące w kominku polana. 

Wydawał  się  nie  zwracać  na  nią  uwagi,  dopóki  nie  dokończyła  ostatniego 

ściegu  oraz  nie  schowała  igły  i  nici  do  koszyczka.  Gdy  złożyła  sukienkę, 
wygładzając jedwabny, kremowy kołnierzyk, odezwał się: 

– Teraz pewnie popędzisz na górę? 
– Nie rozumiem. 
Wzruszył ramionami. 
– Zwykle uciekasz do siebie, kiedy tylko wchodzę do pokoju. 
Oczywiście  miał  rację. Właśnie przed chwilą postanowiła, że opuści salon, jak 

tylko skończy szycie. Ale teraz nie da mu tej satysfakcji. 

– Czyżby? Mam inne plany. 
Graydon  podniósł  się  z  fotela  i  zaczął  niespokojnie  spacerować  po  pokoju. 

Podszedł do okna, rozsunął zasłonę i patrzył przez chwilę w ciemną noc. Kiedy na 
koniec odwrócił się do niej, wydawał się jeszcze bardziej zdenerwowany. 

Courtenay zapytała, chcąc choć trochę rozładować atmosferę: • 
– Jak tam obiad? 
– Obiad u Bertie Atherton musi być wspaniały – odparł ironicznie. 
A  zatem  jego  utytułowana  przyjaciółka  była  również  utalentowana!  Courtenay 

niedbałym tonem zapytała: 

– A więc Bertie świetnie gotuje? 
Graydon zaśmiał się, a Courtenay uświadomiła sobie, że słyszy jego śmiech po 

raz pierwszy. 

– Nie – powiedział. – Bertie Atherton w ogóle nie umie gotować. Wątpię, czy ta 

kobieta  potrafi  zagotować  wodę!  Ale  ma  mnóstwo  pieniędzy  i  najbardziej 
ekskluzywnych dostawców w Vancouver! 

Courtenay  ucieszyła  się  w  duchu,  że  ona  umie  robić  coś,  czego  nie  potrafi 

Bertie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Więc... co jedliście? 
– Był wędzony łosoś z Nowej Szkocji, cielęcina z nadzieniem ze szpinaku, a na 

deser  szarlotka  Malakoff.  Bertie  otworzyła  również  butelkę  Dom  Perignon, 
ponieważ  dowiedziała  się  właśnie,  że  jej  brat  wrócił  znad  Amazonki  i  chciała  to 
uczcić. 

– O, to ona ma brata? A czym on się zajmuje? 
– John? Jest antropologiem – odpowiedział Graydon z drwiącym uśmieszkiem. 

Jest  to  dziedzina,  której  pragniesz  się  poświęcić.  Moglibyście  mieć  ze  sobą  wiele 
wspólnego. 

–  Jeżeli  jest  podobny  do  swojej  siostry,  to  chyba  nie  –  te  słowa  wymknęły  się 

Courtenay odruchowo. 

–  Przepraszam,  nie  chciałam  być  niegrzeczna.  Nie  powinnam  krytykować 

twoich przyjaciół, ale Bertie ma tak niewiele wspólnego z kimś takim jak ja, iż nie 
wyobrażam sobie, żeby jej brat.. 

– Z kimś takim jak ty? To znaczy z jakim? 
– Na pewno innym od ciebie! 
– A co nas tak różni? – nalegał. 
–  Choćby  to,  że  nie  wiem,  jak  smakuje  szarlotka  Malajakaśtam.  –  Przerwała  i 

skrzywiła  się.  –  Przepraszam,  pytałeś  serio.  Przede  wszystkim  pochodzimy  z 
innych  rodzin.  Mój  ojciec  wypędził  mnie  z  domu  i  nie  okazywał  żadnego 
zainteresowania wnuczką. Ty jesteś dumny z tego, że w twoich żyłach płynie krew 
Winterów.  Zmusiłeś  mnie  do  przyjazdu  tu  z  Vicky,  dlatego  że  uważasz,  iż  mimo 
wszystko ona należy do rodziny. 

– Mów dalej. 
–  Wykorzystujesz  ludzi  do  realizacji  swoich  celów.  Ja  może  nie  znam  nazw 

wymyślnych  deserów,  może  nigdy  nie  spróbuję  Dom  Perignon  –  ale  jestem 
uczciwa i mam czyste sumienie. Ty traktujesz ludzi jak pionki na szachownicy. Nie 
wiem, jak możesz spać spokojnie! 

– Z trudem panowała nad narastającym wzburzeniem. 
–  Jesteś  taki  jak  twój  brat.  Zaspokoił  zachciankę  i  wykorzystał  mnie.  Był 

zafascynowany moim ciałem, dopóki mu nie spowszedniało... 

– Nieprawda! Nie miał ciebie dość. On ciągle ciebie pragnął, nawet po... 
Przerwał równie gwałtownie, jak zaczął. Odwrócił się i podszedł do kominka. Z 

rękami w kieszeniach wpatrywał się bezmyślnie w płomienie. 

Dopiero  po  chwili  oszołomienia  Courtenay  zaczęła  rozumieć  sens  tych  słów. 

Dobry Boże, co chciał powiedzieć? „On ciągle ciebie pragnął, nawet po... „ 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Nawet po czym? Po tym, jak ją porzucił? 
Krew uderzyła jej do głowy. Graydon ujawnił więcej, niż miał zamiar. Czy on i 

Patryk  rozmawiali  o  niej?  Jeżeli  tak,  dlaczego  Graydon  nie  wspomniał  o  tym 
wcześniej, kiedy przyjechał do Millar’s Lake? 

– Nie  możemy  na tym poprzestać – odezwała się drżącym  głosem. – Dokończ 

to, co zacząłeś. Nawet po... czym? 

Odwrócił się ku niej ze złością. 
– Jesteś taka natrętna! Ale właściwie może powinnaś wiedzieć. 
– Co powinnam wiedzieć? – dopytywała się Courtenay, obawiając się zarazem 

tej odpowiedzi. 

– Powinnaś wiedzieć, ile złego narobiłaś przez swoje nikczemne postępowanie. 

Ciągle nie mogę uwierzyć, że Paddy był taki głupi i pozwolił się opętać. Obiecałem 
mu,  że  nigdy  nie  będę  o  tym  opowiadał,  ale  on  i  Beth  już  nie  żyją,  więc  komu  to 
może  zaszkodzić?  Widzisz  –  tu  zrobił  dramatyczną  pauzę  dla  osiągnięcia 
większego efektu – widzisz, moja droga, to przeze mnie Patryk cię porzucił. 

Courtenay  zamrugała  oczami.  Co  on  mówi?  Przecież  nie  miał  pojęcia  o  jej 

istnieniu? 

– Wiedziałem o tobie wszystko, od lat. 
– Ale jak... 
– Pewnego dnia zobaczyłem, jak Beth płacze. Przyznała, że podejrzewa Patryka 

o jakiś romans. 

– Nie zwracając uwagi na spojrzenie Courtenay, mówił dalej: – Bardzo się tym 

zmartwiłem i chociaż nie wierzyłem, że mój brat byłby do tego zdolny, po pewnym 
czasie zacząłem go obserwować. 

Wziął  do  ręki  przycisk  do  papieru,  sześcian  ze  szkła  z  uwięzioną  wewnątrz 

mewą, i ważył go w rękach. 

– Zauważyłem, że zmienił się w stosunku  do Beth  i często  wyjeżdżał z domu. 

Po  pewnym  czasie  doszedłem  do  wniosku,  że  moja  bratowa  miała  rację. 
Poprosiłem  Patryka  o  szczerą  rozmowę  i  w  końcu  przyznał,  że  ma  inną*  kobietę. 
Byłem  oburzony.  W  końcu  załamał  się  i  zwierzył  mi  się.  W  gruncie  rzeczy 
niewiele  wiedział  o  tej  kobiecie.  Ale  opowiedział  mi,  w  jakich  okolicznościach  ją 
poznał. Otóż pewnego wieczoru wypił dość dużo i wtedy ta mała, tania blondynka 
skłoniła  go  podstępem,  żeby  poszedł  do  jej  pokoju.  Spędzili  razem  noc,  a  potem, 
kiedy chciał się jej pozbyć, okazało się, że przyssała się jak pijawka i nie mógł... 

– Och, co za kłamstwo! – krzyknęła Courtenay. 
– Wcale tak nie było! Poznaliśmy się w parku i... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Postawiłem mu warunek – ciągnął Graydon. 
– Stwierdziłem, że musi z tym skończyć. Nieważne, w jaki sposób. Ostrzegłem, 

że  jeśli  tego  nie  zrobi,  powiem  Beth  prawdę  i  odsunę  go  całkowicie  od  spraw 
rodziny. Zgodził się. Wtedy zapewniłem Beth, że się myliła i wszystko wróciło do 
poprzedniego stanu. 

– Ale jeżeli wszystko wróciło... – Couternay zawahała się, kiedy przypomniała 

sobie, co Graydon powiedział wcześniej: „On ciągle ciebie pragnął, nawet potem... 
„ Jak to możliwe, skoro sytuacja się unormowała? 

Graydon  spoglądał  na  blond  włosy  spływające  z  ramion  Courtenay  i  miękką 

krągłość piersi pod niebieską bluzką. 

– Nie, to nie była prawda, chociaż początkowo w to uwierzyłem – nie było już 

tak  jak  przedtem.  Myliłem  się  co  do  dwóch  spraw.  Paddy  nie  zapomniał  o  tobie. 
Widziałem  to  czasami  w  jego  oczach,  ten  głód...  pragnienie...  –  Twarz  mu 
pociemniała.  –  Betty  również  musiała  to  dostrzec.  Byłem  pewny,  że  uwierzyła, 
kiedy  zapewniłem,  iż  Paddy  nie  jest  uwikłany  w  żaden  romans...  ale  ona  miała 
swoje zdanie. Wyczuwała, że jest inna kobieta... i ta świadomość była dla  niej  nie 
do zniesienia. 

Graydon  podszedł  do  okna.  Courtenay  nie  widziała  jego  twarzy,  kiedy  mówił 

dalej: 

–  Zaczęła  pić.  Nikt  niczego  nie  podejrzewał,  ale  ja  znajdowałem  puste  butelki 

po dżinie w kącie garażu. Biedna Beth, nikogo nie kochała tak bardzo jak Patryka. 
Nie mogła znieść jego zdrady. Ale myślę, że jakoś by to wytrzymała, nie zaczęłaby 
pić... gdyby wiedziała, że jest w ciąży. 

– Jak to? 
– Tak – potwierdził Graydon. – Była w ciąży, której gorąco pragnęła przez całe 

życie.  Dawno  już  straciła  nadzieję,  toteż  żadna  nieregularność,  żadne  zmiany  nie 
budziły  w  niej  podejrzeń.  Nie  wiedziała,  że  nosi  dziecko  Patryka.  Pewnej  nocy 
dostała krwotoku. Zanim Patryk zawiózł ją do szpitala, straciła dziecko. 

Zapadła  cisza.  Courtenay  spojrzała  na  Graydona  oczami  szeroko  otwartymi  z 

przerażenia.  A  oczy  Graydona...  Mogłaby  przysiąc,  że  zalśniły  w  nich  łzy,  kiedy 
odwrócił się gwałtownie i wyszedł z pokoju. Po chwili usłyszała trzaśniecie drzwi 
na dole, a wkrótce potem odgłos silnika mercedesa. 

Courtenay siedziała zgarbiona w fotelu przy kominku jeszcze długo potem, gdy 

mercedes  odjechał  sprzed  domu.  Nigdy  w  życiu  nie  spotkała  Beth,  ale  czuła,  że 
serce  jej  pęka  z  bólu.  Jakże  ta  kobieta  musiała  przeżywać  niewierność  męża,  a 
potem cierpieć, kiedy straciła dziecko... Ona, Courtenay, też była zdradzona przez 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Patryka, ale inaczej... Poza tym miała Vicky... 

Wiedziała,  że  nie  z  własnej  winy  znalazła  się  w  tej  sytuacji,  więc  dlaczego 

odczuwała wyrzuty sumienia? Czy dlatego, że tak ślepo zakochała się w Patryku? 
A może w swojej naiwności nie dopuszczała nawet myśli, że mógłby coś ukrywać? 

Pękała jej  głowa. Oparła się o poręcz  fotela i  musiała się zdrzemnąć, bo kiedy 

się ocknęła, ogień w kominku już zgasł i w pokoju zrobiło się zimno. 

Wydawało się jej, że w ciągu tego wieczoru postarzała się o dziesięć lat. Powoli 

poszła na górę do swojego pokoju. 

Właśnie  wyszła  z  łazienki,  kiedy  usłyszała  kroki  Graydona  na  półpiętrze,  a 

następnie skrzypnięcie deski w podłodze przed drzwiami jej pokoju. 

Serce  skoczyło  jej  do  gardła.  Przebiegła  boso  po  dywanie  do  łóżka,  zgasiła 

światło  i  wsunęła  się  pod  koc.  Kiedy  drzwi  się  otworzyły,  leżała  z  zamkniętymi 
oczami,  udając,  że  śpi.  Zamrugała  gwałtownie  powiekami,  gdy  Graydon  zapalił 
górne światło. 

–  Usiądź  –  poprosił  cichym,  ale  stanowczym  głosem.  –  Chcę  z  tobą 

porozmawiać.  I  tak  dopiero  przed  chwilą  zgasiłaś  światło.  Widziałem  je,  kiedy 
wprowadzałem samochód do garażu. 

Courtenay oparła poduszki o wezgłowie i okręciła się prześcieradłem. 
Graydon stał przy szafce tak, że mogła widzieć jego twarz w lustrze. Starała się 

oddychać spokojnie, żeby  nie zdradzić swego podniecenia. Mimo bruzd wyrytych 
na  twarzy  wydawał  się  taki  młody  i  delikatny.  Pomyślała,  że  chyba  był  gdzieś 
daleko.  Może  spacerował  długo,  żeby  uspokoić  wzburzenie.  Przyniósł  ze  sobą 
tchnienie morza, słony zapach wiatru z dalekiej plaży. 

Courtenay chrząknęła nerwowo. 
– Masz rację, nie spałam jeszcze. Cieszę się, że chcesz ze mną porozmawiać, bo 

i ja mam ci coś do powiedzenia. 

Graydon podniósł głowę i ich spojrzenia spotkały się w lustrze. W jego oczach 

nie było już poprzedniej wrogości, ale nie zauważyła też życzliwości. 

Courtenay zacisnęła palce na prześcieradle. 
– Nie mogę już dłużej tego znieść – odezwała się spokojnie. – Odnosisz się do 

mnie okropnie. Rano zabieram Vicky i wracamy do domu. 

Graydon zbliżył się do łóżka i popatrzył na nią poważnie. 
– Chciałem cię przeprosić. Bardzo mi przykro! 
Nigdy  by  się  tego  nie  spodziewała!  Ale  musi  mieć  jakiś  powód,  jeśli  ją 

przeprasza. 

– Za co chcesz mnie przeprosić? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  Nie  powinienem  opowiadać  ci  o  Beth.  Chociaż  może  ponosisz 

odpowiedzialność... 

Courtenay usiadła prosto i spojrzała na niego ze złością. 
– Posłuchaj! To straszne, że twoja bratowa straciła dziecko, którego tak bardzo 

pragnęła, ale nie możesz mnie za to winić. 

– Może nie bezpośrednio, ale... 
– Nawet nie pośrednio! – wybuchnęła. 
– Och, po co ta gra słów – powiedział znużony. 
– Nigdy co do tego nie będziemy zgodni. Ale nie chciałbym, żebyś odjeżdżała. 

Alanna  jest  w  znacznie  lepszym  nastroju,  od  kiedy  poznała  Vicky.  Muszę  mieć 
jednak pewność, że to nie jest chwilowa poprawa – a na to jest jeszcze za wcześnie. 
Chciałbym,  żebyś  została  na  całe  dwa  tygodnie,  jak  to  przedtem  ustaliliśmy. 
Zapomnijmy o przeszłości i spróbujmy żyć dalej. 

– Trochę będzie trudno, nie uważasz? 
– Nie tak bardzo. Ty i ja możemy się prawie nie widywać. Wjeżdżam do biura 

o siódmej  rano  i  rzadko wracam do  domu  przed ósmą, dziewiątą wieczorem. Ty  i 
Vicky  możecie  spędzać  poranki  z  Alanną,  a  po  południu,  kiedy  ona  odpoczywa, 
będziecie mieć do dyspozycji kierowcę. 

Courtenay  wiedziała,  że  Graydon  miał  rację  –  jego  matka  wydawała  się  teraz 

dużo  spokojniejsza  i  weselsza  niż  na  początku.  Jeśli  teraz  wyjadą,  znów  powróci 
depresja. 

–  Dobrze  –  zgodziła  się  –  zostanę...  przynajmniej  na  dzień  lub  dwa,  żeby 

zobaczyć, jak się sprawy dalej potoczą, ale jeśli nic się nie zmieni, wyjedziemy. 

Zsunęła  się  i  poprawiła  poduszki  pod  głową.  Naciągnąwszy  koc  pod  brodę, 

zamknęła oczy. Uważała, że rozmowa jest zakończona. 

Zaległa cisza. Wreszcie Graydon wyszedł z pokoju. 
 
Przez  kilka  następnych  dni  przebywał  poza  domem  od  wczesnego  ranka  do 

późnego  wieczora.  Courtenay  starała  się  kłaść  Vicky  o  ósmej  i  zamykać  się  w 
swoim  pokoju  przed  powrotem  Graydona.  Wiedziała,  że  tak  będzie  najlepiej  dla 
nich  obojga.  Powstawało  między  nimi  tak  niebezpieczne  napięcie,  że  powinni 
unikać wszelkich kontaktów. 

Mimo to godzinami oczekiwała na jego powrót, z uwagą nasłuchiwała odgłosu 

jego kroków w holu... 

Upłynęły  dwa  dni.  Trzeciego  ranka  zapukała  natarczywie  do  drzwi  jego 

sypialni  o  szóstej  rano.  Wiedziała,  że  już  się  obudził  –  kilka  minut  temu  słyszała, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

jak bierze prysznic – i z duszą na ramieniu czekała, aż się odezwie. 

Kiedy otworzył drzwi, spostrzegła, że miał na sobie tylko biały ręcznik, którym 

owinął  się  po  kąpieli.  Wilgotne  włosy  przylegały  do  czoła,  a  krople  wody 
błyszczały na opalonych ramionach. 

– To ty! Co, do diabła... – zaczął, patrząc na jej różowy szlafrok, który narzuciła 

w pośpiechu. 

–  Chodzi  o  Vicky  –  odezwała  się  Courtenay.  –  Źle  się  czuje.  Boli  ją  gardło  i 

głowa.  Może  przesadzam,  ale  od  ostatniego  zapalenia  płuc  wpadam  prawie  w 
histerię, kiedy... 

– Czy ma gorączkę? 
–  Jest  rozpalona  i  mówi,  że  bolą  ją  wszystkie  kości.  Nie  chcę  niczego  ci 

narzucać,  ale  czy  mógłbyś  zawieźć  nas  na  ostry  dyżur  do  szpitala?  A  może 
zadzwoniłabym po taksówkę... 

– Czy ma trudności z oddychaniem? 
– Nie... To znaczy... 
– Poczekaj tutaj chwilę. – Graydon przytrzymał  drzwi swojej sypialni, a kiedy 

się  zawahała,  przesunął  ją  niecierpliwie  do  środka.  –  Wiem,  że  się  martwisz  i 
rozumiem  twój  niepokój,  ale  nie  przesadzajmy.  Zadzwonię  do  Franka  Scotta, 
naszego domowego lekarza. Mieszka niedaleko stąd. 

–  Cześć,  Frank,  tu  mówi  Graydon  Winter.  Przepraszam,  że  dzwonię  do  ciebie 

tak wcześnie. Moja  dziewięcioletnia bratanica  przyjechała  tutaj  na  ferie zimowe  – 
przerwał,  słuchając  chwilę,  po  czym  odpowiedział:  –  To  dziecko  Patryka,  później 
ci  wszystko wyjaśnię. Ma  obłożone  gardło, gorączkę, boli ją  głowa. Czy  mógłbyś 
zajrzeć na chwilę? Dzięki, do zobaczenia. 

Kiedy odłożył słuchawkę, Courtenay powiedziała: 
– Bardzo ci dziękuję. Nie wyobrażasz sobie, jaka jestem wdzięczna. 
– W porządku. Pozwól, że się ubiorę, zanim Frank tu przyjedzie. 
–  Nie  wiedziałam,  że  istnieją  jeszcze  domowi  lekarze,  do  których  wystarczy 

tylko zatelefonować... 

Graydon spojrzał na nią z ironią. 
– Za pieniądze można mieć wszystko, prawda? 
Nawet  w  takiej  chwili  musiał  jej  dokuczać!  Ale  Courtenay  nie  myślała  o  tym, 

kiedy  śpieszyła  do  pokoju  Vicky.  Nieistotne,  co  Graydon  powiedział... 
przynajmniej  w  tej  chwili.  Teraz  najważniejsza  była  jej  córka.  Courtenay 
zaniepokoiła  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  zobaczyła,  że  dziewczynka  jest  coraz 
bardziej rozpalona. Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Zaraz tu przyjdzie doktor wujka Graydona – powiedziała. 
– To dobrze – wychrypiała Vicky. – Mam nadzieję, że mi pomoże. 
Doktor Scott był młodym, wesołym mężczyzną o błyszczących szarych oczach. 

Graydon wprowadził  go do sypialni Vicky, przedstawił Courtenay  i zszedł  na dół. 
Lekarz zbadał Vicky dokładnie i orzekł: 

–  Obawiam  się,  że  będziesz  musiała  pozostać  przez  kilka  dni  w  łóżku,  młoda 

damo. – Wręczył receptę Courtenay i dodał: – Wpadnę tu jutro, żeby ją zobaczyć. 

Na koniec zwrócił się znów do Vicky: 
– Nie martw się, będziesz miała lekarstwo o wiśniowym smaku! 
Kiedy  Courtenay  odprowadzała  doktora,  właśnie  nadszedł  Graydon.  Doktor 

Scott zwrócił się do nich obojga: 

– To  wyjątkowo złośliwy wirus – ostrzegł. – Z  uwagi  na zapalenie płuc, które 

przeszła  kiedyś,  trzeba  na  nią  bardzo  uważać.  Prawdopodobnie  będzie  musiała 
zostać w domu do końca tygodnia. Nie  można dopuścić, żeby wyszła za wcześnie 
na dwór z uwagi na możliwość nawrotu choroby. 

Po  wyjściu  doktora  Courtenay  zwróciła  się  do  Graydona,  czekając  na  niego 

przy schodach: 

– Będę musiała poprosić cię o jeszcze jedną przysługę. 
– Chcesz, żebym wykupił lekarstwo? 
– Tak. Nie chciałabym cię wykorzystywać, ale... 
–  Do  diabła!  –  wybuchnął,  marszcząc  gniewnie  czoło.  –  Wiktoria  jest  moją 

bratanicą i mogę się tylko cieszyć, że mam okazję zrobić coś dla niej. Czy myślisz, 
że jestem jakimś potworem? 

Do  tej  pory  Courtenay  radziła  sobie  jakoś  z  wrogością  Graydona.  Jego 

niekłamana troska o Vicky rozbroiła ją. Ukryła łzy wzruszenia spuszczając powieki 
i podała mu receptę. 

– Dowiem się, która apteka jest otwarta – wyjaśnił. – Wrócę za pół godziny. 
– Dzięki – szepnęła. Zamierzała odejść. 
Mocne  ręce  chwyciły  ją  za  ramiona.  Graydon  odwrócił  ją  ku  sobie.  Ujął  jej 

podbródek, zmuszając do podniesienia głowy. Zobaczył łzy w oczach. 

–  Może  i  jestem  potworem  –  mruknął  –  bo  krzyczę  na  ciebie,  kiedy  martwisz 

się o Vicky! 

Courtenay  wiedziała,  że  powinna  wyrwać  się  z  jego  uścisku,  ale  nie  była  w 

stanie zrobić żadnego ruchu. Mogła tylko spoglądać bezradnie w jego piękne oczy. 

–  Dobry  Boże,  znowu  to  samo  –  powiedział  głosem,  w  którym  mieszały  się 

rozpacz i pożądanie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Co takiego? – zapytała Courtenay, z trudem utrzymując się na nogach. 
–  Znowu  patrzysz  na  mnie  tak,  jakbyś  chciała,  żebym  cię  pocałował!  –  Puścił 

jej  brodę,  ale  zanim  uświadomiła  sobie,  że  mogłaby  uciec,  ujął  jej  twarz  w  obie 
dłonie.  –  Czy  mam  rację?  –  Stanął  tak  blisko,  że  ich  ciała  omal  się  zetknęły.  – 
Chcesz, żebym cię pocałował? 

– Nie – szepnęła. 
Kłamiesz, powiedział jej wewnętrzny głos. 
–  Kłamiesz  –  odezwał  się  jak  echo  Graydon,  a  w  sekundę  później  jego  usta 

dotknęły jej warg. 

Pachniał  mydłem  i  kremem  do  golenia.  Wargi  były  ciepłe  i  pełne,  a  ich  smak 

cudownie  znajomy.  Ręce,  którymi  Graydon  obejmował  jej  głowę,  przesunęły  się 
teraz po jej włosach. Courtenay zamknęła oczy i oplotła go ramionami. 

Spojrzała w górę i napotkała jego pełen pożądania wzrok. 
– Jesteś taka pociągająca – wymamrotał. – Diabelnie pociągająca. 
Courtenay  poczuła  ogień  w  żyłach.  Graydon  uważa,  że  nie  można  się  jej 

oprzeć... I ona myśli tak samo o nim. 

Przyciągnął  ją  bliżej,  tak  że  mogła  wyraźnie  czuć  jego  ciało,  nawet  przez 

miękką tkaninę szlafroka I piżamy. Zadrżała... 

– Mamusiu! Chciałabym coś zimnego do picia. 
Courtenay  odwróciła  się  gwałtownie  od  Graydona  na  dźwięk  głosu  Vicky. 

Zobaczyła,  że  jej  córka  stoi  na  szczycie  schodów,  z  policzkami  pałającymi 
gorączką. 

– Dobrze, kochanie – odpowiedziała, starając się uśmiechnąć. – Już idę. 
Natomiast  w  głosie  Graydona  brzmiało  rozczarowanie,  kiedy  mówił,  idąc  po 

schodach: 

– Zajrzę do ciebie, jak wrócę z apteki. 
Courtenay  zastanawiała  się  oszołomiona,  jak  długo  Vicky  stała  na  schodach, 

zanim ją zawołała. Czy widziała, jak się całowali? Co mogłoby się zdarzyć między 
nimi,  gdyby  Vicky  im  nie  przeszkodziła?  –  myślała.  Dała  dziewczynce  zimny 
napój, a potem okryła ją troskliwie. 

Jeszcze tak niedawno mówiła Graydonowi, że wyjedzie za dzień lub dwa, jeśli 

sprawy nie ułożą się pomyślnie. Nic się nie zmieniło, ale... 

Courtenay  zamknęła  oczy.  Tak  bardzo  chciała  wyjechać  i  uciec  przed 

Graydonem – ale nie mogła. Vicky była zbyt chora. 

Doktor  Scott  kazał  jej  pozostać  w  domu  co  najmniej  przez  tydzień.  Courtenay 

pamiętała  jej  zapalenie  płuc  i  wiedziała,  że  nie  wolno  jej  narażać  zdrowia  córki. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Nie  może nawet  marzyć o podróży, dopóki Vicky  nie będzie zupełnie zdrowa. To 
znaczy, że będzie tkwić w Seacliffe przynajmniej przez najbliższe siedem dni. 

Wiedziała, że to będzie najdłuższy tydzień w jej życiu. 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 9 

 
Tego  popołudnia  Courtenay  była  w  sypialni  Vicky.  Siedziała  na  brzegu  łóżka, 

śpiewała  cichutko  i  patrzyła,  jak  powieki  dziewczynki  powoli  się  zamykają.  Nie 
usłyszała Graydona, który tego dnia wrócił wcześnie z biura. 

W  pewnej  chwili  poczuła,  że  ktoś  się  jej  przygląda.  Odwróciła  głowę  i 

zobaczyła  Graydona  stojącego  w  drzwiach.  Miał  na  sobie  granatowy  garnitur  i 
białą  koszulę  z  jedwabnym  krawatem.  Serce  Courtenay  zamarło.  Zobaczyła 
zaskoczona, że patrzy na nią wzrokiem pełnym pożądania i poczuła skurcz żołądka. 
Nie  dała  jednak  po  sobie  poznać,  jak  bardzo  oddziałuje  na  nią  jego  obecność. 
Wstała,  wsuwając  w  spodnie  dół  zielonej  bluzki.  Kiedy  mijała  go  w  otwartych 
drzwiach, jego spojrzenie było znowu chłodne, bez śladu poprzedniej gorączki. 

– Jak się czuje Vicky? – zapytał. 
–  Miała  bardzo  niespokojny  dzień  –  odparła.  –  Mam  nadzieję,  że  dobrze  jej 

zrobi, jak się trochę prześpi. 

– Ty też powinnaś odpocząć. Wyglądasz, jakbyś była na ostatnich nogach. 
– Myślę, że dobrze mi zrobi filiżanka kawy. 
– A gdzie jest Alanna? 
– Poszła się zdrzemnąć. A Livvy pojechała z Wheelerem po sprawunki. 
Graydon ujął Courtenay za łokieć. 
– Proponuję, żebyś zeszła do salonu. Zrobię ci kawy. 
W  pierwszym  odruchu  Courtenay  miała  zamiar  odmówić,  ale  propozycja  była 

zbyt  kusząca  –  niepokój  o  Vicky  wyczerpał  ją  zupełnie.  W  dodatku  dziewczynka 
była  nieposłuszna  i  przez  cały  ranek  robiła  dużo  zamieszania,  toteż  Courtenay 
odpowiedziała: 

– Dziękuję. Bardzo chętnie. 
– Będę za pięć minut – rzucił Graydon. 
Salon był pusty, tylko w kominku trzaskał ogień. Courtenay zrzuciła pantofle  i 

usiadła  w  fotelu,  podwijając  stopy  pod  siebie.  Zamknęła  oczy  i  wróciła  myślą  do 
chwili,  gdy  Graydon  patrzył  na  nią  wzrokiem  pełnym  pożądania.  Oparła  głowę  o 
fotel  i  zastanawiała  się,  dlaczego  to  wspomnienie  wywołuje  w  niej  uczucie 
przygnębienia. Po zdradzie Patryka wylała tyle łez, iż była pewna, że nie będzie już 
w stanie więcej płakać – tymczasem jego brat też doprowadzał ją do rozpaczy. 

Odgłos  otwieranych  drzwi  przerwał  jej  niewesołe  rozmyślania.  Ku  swojemu 

zdziwieniu spostrzegła wchodzącą do pokoju Bertie Atherton. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Na widok Courtenay gość zatrzymał się w progu. 
– O... – rzekła kwaśno Bertie – to ty? Spodziewałam się zastać... 
–  Graydon  jest  w  kuchni.  –  Wzrok  Courtenay  prześliznął  się  po  wchodzącej 

kobiecie,  jej  eleganckim  żakiecie  z  miękkiej  skóry,  ściśle  dopasowanych 
spodniach, które opinały szczupłe nogi. – Robi dla mnie kawę. 

W  pierwszej  chwili  na  twarzy  Bertie  widać  było  zaskoczenie.  Zaraz  jednak 

opanowała się  i bawiąc się jednym ze swych złotych kolczyków podeszła bliżej  z 
uśmiechem – jeżeli takie wymuszone skrzywienie warg można nazwać uśmiechem 
– pomyślała drwiąco Courtenay. 

– Przyjechałam, żeby pożyczyć parę kaset na przyjęcie sylwestrowe – zaczęła. 

– Ale cieszę się, że mam okazję porozmawiać z tobą na osobności. Graydon mówił 
mi, że zaprosił cię na to spotkanie. 

– To prawda, ale... 
– Jestem pewna, że domyślasz się,  iż zrobił to tylko przez  grzeczność. Czułby 

się  niezręcznie,  gdyby  wyszedł  i  zostawił  tu  ciebie  samą.  –  Ale  nie  ma  racji  – 
przecież  to  było  planowane  na  długo  przed  twoim  przybyciem  do  Seacliffe.  Poza 
tym,  jestem  pewna,  że  i  tak  byś  nie  przyszła  –  rozumiesz  przecież,  że  żyjemy  w 
zupełnie  odmiennych  środowiskach.  Nie  pasowałabyś  do  nas.  Nie  mówiąc  o  tym, 
że nie znasz tam żywej duszy i raczej nudziłabyś się. 

A więc Graydon  nie powiedział  Bertie, że Courtenay odrzuciła zaproszenie  na 

to przyjęcie! Dobrze, pomyślała chytrze, podrażni się trochę z tą kobietą. 

– Naprawdę tak myślisz? – uniosła brwi patrząc ze zdumieniem na Bertie. – To 

dziwne.  Dlaczego  w  takim  razie,  do  diabła,  zawracasz  sobie  głowę  zapraszaniem 
gości  i  ponosisz  tyle  wydatków,  żeby  zorganizować  przyjęcie,  o  którym  z  góry 
wiesz, że nie będzie udane? 

Twarz Bertie poczerwieniała ze złości. 
– Nie to  miałam  na  myśli. Moi przyjaciele na pewno  nie będą się  tam  nudzili. 

Bo  widzisz,  będzie  tam  cała  nasza  paczka  –  paczka  narciarzy.  To  nasze  pierwsze 
spotkanie  po  moim  powrocie  z  Anglii,  po  śmierci  Aleksa.  Czekamy  z 
niecierpliwością, żeby powspominać stare dzieje – wzruszyła wyniośle ramionami. 
– Od lat jeździliśmy na narty do Whistler. 

Pierwszy weekend zorganizował Patryk i ta wyprawa była tak udana, że... 
Reszta  opowieści  Bertie  nie  dotarła  już  do  Courtenay  –  całą  uwagę  skupiła  na 

słowach „paczka narciarzy”. To było właśnie wtedy, kiedy spotkała Patryka po raz 
pierwszy. A może na przyjęciu będzie jego przyjaciel, ten, który udawał urzędnika 
stanu cywilnego? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Jakieś  wspomnienie  błysnęło  w  jej  umyśle...  mglisty  wizerunek  mężczyzny, 

który  czytał  słowa  małżeńskiej  przysięgi.  Tak  zamazany,  że  trudno  byłoby  jej 
nawet  przypomnieć  sobie,  jak  wyglądał.  Tego  dnia  była  taka  szczęśliwa,  że  nie 
dostrzegała nikogo poza Patrykiem. Ale kiedy ujrzy tego mężczyznę, na pewno go 
rozpozna... 

W  jednej  chwili  podjęła  decyzję.  Pójdzie  na  to  przyjęcie.  Może  będzie  mogła 

wskazać  tego  oszusta  Graydonowi  i  powiedzieć  –  To  jest  ten  człowiek,  który 
udzielił „ślubu” Patrykowi i mnie! 

Nagle uświadomiła sobie, że Bertie ciągle coś do niej mówi. 
–  Więc  –  kończyła  Bertie  –  musisz  po  prostu  powiedzieć  Graydonowi,  że 

wolisz zostać w domu, niż iść na nieciekawe przyjęcie. 

–  Nie,  Bertie  –  odrzekła  Courtenay.  –  Nie  będę  się  nudziła.  –  I  dodała 

prowokującym tonem: – Przecież będę z Graydonem. Jak mogłabym się źle bawić 
w towarzystwie tak ekscytującego i atrakcyjnego mężczyzny? 

Zaległa  cisza.  Courtenay  ujrzała  niespodziewanie  Graydona  stojącego  w 

drzwiach. 

Serce zabiło jej gwałtownie. Jak długo tam tkwił? Czy słyszał, co powiedziała? 

Oczywiście,  że  słyszał  –  drwiące  spojrzenie  błękitnozielonych  oczu  nie 
pozostawiało  żadnej  wątpliwości.  Znowu  narodziło  się  między  nimi  szczególne 
napięcie. Courtenay zapomniała o obecności Bertie. 

– Cześć, Bertie – odezwał się Graydon i napięcie zniknęło. 
Bertie obróciła się na pięcie. W jej oczach wyraźnie malował się niepokój, czy 

Graydon  nie słyszał przypadkiem, co ona  mówiła.  Ale w jego spojrzeniu  nie było 
gniewu i Courtenay usłyszała wyraźne westchnienie ulgi. 

Nie  patrzyła  na  Graydona.  Mruknęła  tylko  „dziękuję”,  kiedy  podawał  jej 

filiżankę z kawą. 

– Przyszłam, kochanie, żeby pożyczyć taśmy, które obiecałeś mi na przyjęcie – 

bursztynowe  oczy  Bertie  błyskały  w  stronę  Graydona.  –  Wiem,  że  miałeś  sam  je 
przynieść, ale właśnie byłam w pobliżu i... 

–  Przepraszam,  Bertie,  nie  przesłuchałem  ich  jeszcze,  ale  nie  martw  się,  nie 

zapomnę ich zabrać. – Graydon zrzucił  marynarkę i zagłębił się w fotelu. Właśnie 
zaparzyłem kawę. Napijesz się? 

Bertie potrząsnęła głową. 
– Nie, nie mam czasu. John będzie tu lada dzień i chciałabym, żeby zastał mnie 

w domu, jak przyjedzie. 

.  –  Odprowadzę  cię  do  samochodu.  Courtenay  spoglądała  ze  smutkiem,  kiedy 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

szli przez pokój ku wyjściu. Stanowili wyjątkowo dobraną parę – oboje atrakcyjni, 
eleganccy.  W  duchu  przyznała,  że  Bertie  miała  rację  –  ona,  Courtenay,  nigdy  nie 
będzie pasowała do ich świata. Wyobraziła sobie jednak jakby to było być Jedną z 
paczki”, przyjaciółką Graydona. 

Zaraz  jednak  powściągnęła  wodze  fantazji.  Nie  miała  zamiaru  zostać  jedną  z 

przyjaciółek  Graydona.  Chciała  jedynie  wyjaśnić  wszystko  przed  wyjazdem  do 
Millar’s Lake. A jeżeli wypadki potoczyłyby się tak, jak sobie zaplanowała, wtedy 
ona i Vicky... 

Vicky!  Ścisnęła  filiżankę,  którą  trzymała  w  ręce,  a  poprzednia  myśl  o 

znalezieniu  człowieka,  który  udzielił  fałszywego  ślubu  rozpłynęła  się  jak  mgła  w 
oślepiającym blasku słońca. Jaka była głupia! Jak mogłaby zostawić chore dziecko 
i  pójść  jutro  wieczorem  na  przyjęcie!  Kąciki  jej  ust  opadły  w  bolesnym 
rozczarowaniu.  Oto  miała  jedyną  może  w  życiu  szansę  udowodnienia,  że  mówiła 
prawdę – i nie mogła z niej skorzystać. 

Ale  w  końcu  nie  powinna  się  tak  przejmować.  Dlaczego  miałoby  jej  zależeć, 

żeby  Graydon  jej  uwierzył?  Przecież  pragnęła  jedynie  wrócić  do  domu  i 
zapomnieć... 

Czy rzeczywiście? 
Odpowiedź  na  to  pytanie  powracała  do  niej  jak  echo,  ale  Courtenay  tego  nie 

słyszała. Nie chciała usłyszeć. 

 
Nazajutrz  Vicky  poczuła  się  lepiej.  Większość  popołudnia  przespała  i  około 

piątej  miała  prawie  normalną  temperaturę.  Courtenay  właśnie  kończyła 
przebieranie  jej  w  czystą  piżamkę,  kiedy  rozległo  się  krótkie  pukanie  do  drzwi  i 
Graydon wszedł do pokoju. 

Przyniósł  ze  sobą  jakieś  pudło.  A  kiedy  wyjął  z  niego  przenośny  telewizor  i 

postawił na stoliku obok Vicky, dziewczynka spojrzała nań z niedowierzaniem. 

–  Och,  dziękuję,  wujku!  –  głos  Vicky,  jeszcze  słaby  i  zachrypnięty,  drżał  z 

podniecenia. – Mój własny telewizor! Muszę go pokazać mojej przyjaciółce Amy! 

–  Ale  my  nie  zabierzemy  go  do  Millar’s  Lake,  kochanie  –  sprostowała 

Courtenay,  czując,  że  rumieńce  występują  jej  na  policzki.  –  Wujek  pozwala  ci 
korzystać z niego tutaj. 

–  Nie,  to  jest  dla  Wiktorii  –  powiedział  Graydon,  włączając  telewizor.  – 

Spóźniony prezent gwiazdkowy. 

–  Spójrz,  mamusiu  –  Vicky  oparła  się  na  łokciach  i  patrzyła  z  rozjaśnioną 

twarzą, jak na ekranie pojawia się obraz. – Jest mój! Hurra! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Przykro mi, Vicky, ale nie mogę się zgodzić... 
–  Dlaczego  nie?  –  zapytała  Vicky  i  łzy  momentalnie  pojawiły  się  w  jej 

błękitnych oczach. – Czy dlatego, że tak krótko znamy wujka Graydona? 

Courtenay zawahała się. 
– Tak, przyznaję, że to przede wszystkim... 
–  Ale  przecież  całowaliście  się!  –  Vicky  spojrzała  na  matkę  z  oburzeniem, 

ocierając  łzy.  –  Widziałam  wczoraj  rano!  Wiem,  zawsze  mówiłaś  mi,  żeby  nie 
przyjmować  prezentów  od  nieznajomych,  ale  wujek  nie  jest  przecież  obcy,  skoro 
pozwalałaś mu się całować! 

Courtenay  czuła  na  sobie  wyzywający  wzrok  Graydona.  Nabrała  głęboko 

powietrza i zwróciła się do niego: 

– Czy możemy wyjść na chwilę? 
– Oczywiście. – Graydon zwrócił się do Vicky: 
–  Liwy  przyniesie  ci  program  telewizyjny.  Twoja  mama  i  ja  idziemy  dzisiaj 

wieczorem na przyjęcie – może wybierzesz sobie jakąś ciekawą audycję. 

Courtenay  ze  złością  opuściła  pokój.  Nie  chciała,  żeby  Vicky  była  świadkiem 

rozmowy z Graydonem. 

Zeszła  na  dół  do  salonu  i  przyjęła  wojowniczą  postawę.  Graydon  zamknął 

drzwi za sobą. 

– Chciałam omówić z tobą dwie sprawy – zaczęła. – Po pierwsze, nie pozwolę 

Vicky przyjmować tak kosztownych prezentów, a po drugie... 

– Załatwmy najpierw sprawę telewizora. Jak wiesz, mogę sobie pozwolić... 
– Nie o to chodzi – przerwała Courtenay. – Vicky jest dzieckiem, które chętnie 

poprzestaje  na  tym,  co  ma...  przynajmniej  tak  było  do  tej  pory.  Nie  chciałabym, 
żeby  to  się  zmieniło,  kiedy  wrócimy  do  Millar’s  Lake.  Nie  chcę,  żeby  zaczęła 
pragnąć  rzeczy,  na  które  nie  możemy  sobie  pozwolić.  Mogę  być  samotną  matką, 
ale nigdy nie przyjmę jałmużny! 

–  Jałmużny?  Do  licha,  Courtenay,  przecież  mówimy  o  mojej  bratanicy!  Czy 

pomyślałaś kiedykolwiek o majątku Patryka? 

– Majątku Patryka? Czy masz na myśli... komu zostawił pieniądze? 
– Dokładnie to. 
– Nie, nie pomyślałam. Ale co to może mieć wspólnego ze mną? 
–  Nie  z  tobą.  Z  Wiktorią.  Jako  jego  córka,  jego  jedyne  dziecko  dziedziczy 

wszystko, co pozostawił. 

– Nie życzę sobie... 
– Patryk nie sporządził żadnego testamentu, więc problem, co ty o tym sądzisz, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

w ogóle  nie  istnieje. W czasie ostatniej recesji  nie stracił ani centa, więc Wiktoria 
będzie spadkobierczynią znacznej sumy. No I co ty na to? 

Nie,  Courtenay  nigdy  nie  myślała  o  majątku  Patryka.  Była  zbyt  dumna  z  tak 

ciężko zdobytej niezależności. 

Vicky  miałaby  odziedziczyć  pieniądze  po  człowieku,  którym  ona  sama  tak 

pogardzała? 

– Mylisz się, kiedy twierdzisz, że Patryk nic mi nie zostawił. Zostawił mi coś, a 

raczej – kogoś. Vicky. Spadek po Winterach. Mój spadek, Graydon. I tylko ja będę 
decydować o przyszłości Vicky. Jeśli chodzi o ten telewizor, ona może go używać, 
dopóki  tu  będziemy  i  jestem  ci  naprawdę  wdzięczna,  że  pomyślałeś  o  tym.  Ale 
kiedy wyjedziemy z Seacliffe, nie weźmiemy go ze sobą. 

I  jeszcze  jedna  kwestia  –  ciągnęła  chłodno,  nie  zwracając  uwagi  na  jego 

protesty. – Nie pójdę na przyjęcie. 

–  Dlaczego  zmieniłaś  zamiar?  Czy  nie  mówiłaś  Bertie,  że  spodziewasz  się 

dobrej zabawy w towarzystwie „atrakcyjnego i ekscytującego mężczyzny”? 

– Dobrze wiesz, iż powiedziałam to tylko po to, żeby rozzłościć Bertie. Zresztą 

i  tak  nie  mogłabym  pójść,  nawet  gdybym  miała  ochotę.  Byłabym  niespokojna, 
zostawiając Vicky. Ona nie czuję się jeszcze najlepiej. 

– Pomyślałem o tym. Siostra Liwy jest pielęgniarką. Obiecała przyjść tu na noc. 

Obie z Liwy chętnie zaopiekują się dzieckiem. 

– Ale... 
– Nawet matka nie jest niezastąpiona, Courtenay. Wiktoria zniesie to, nie martw 

się. 

Courtenay  zawahała  się.  Chciała  dalej  przekonywać  go,  że  nie  będzie  mu 

towarzyszyć, ale przypomniała sobie przyjaciela Patryka, który udzielił im „ślubu”. 
A  jeśli  on  będzie  na  przyjęciu?  To  była  niewielka,  ale  może  jedyna  szansa,  żeby 
przekonać Graydona. Zanim zdążyła coś powiedzieć, Graydon dodał: 

– I nie próbuj wymawiać się, że nie masz się w co ubrać. Jest przecież ta czarna 

sukienka. Och, wiem, co czujesz na samą myśl o nałożeniu czegoś, co ja kupiłem, 
więc poproszę cię o to. Zrób mi tę przyjemność, specjalnie dla mnie. 

To zdarzyło się pierwszy raz: Graydon o coś prosi! Trudno zresztą i tak byłoby 

nie  uczynić  zadość  tej  prośbie  bo,  prawdę  mówiąc,  ona  rzeczywiście  nie  ma 
innego, odpowiedniego stroju na tę okazję. 

–  Dobrze  –  zgodziła  się.  –  Pójdę  na  przyjęcie.  Włożę  czarną  sukienkę.  Ale 

stawiam  warunek:  zwrócę  ci  pieniądze,  choćby  to  miało  trwać  dziesięć  lat  i 
choćbym nigdy więcej jej nie nałożyła! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Już  otwierał  usta  w  odpowiedzi,  ale  powstrzymał  się,  widząc  nieugięty  wyraz 

jej  twarzy.  Wzruszył  ramionami,  a  ona  wiedziała,  że  sprawa  jest  załatwiona.  Ale 
pozostało jeszcze jedno pytanie... 

– Dlaczego tak ci zależy, żebym poszła z tobą? 
– Mam swoje powody. 
– Jakie? 
Milczenie było jedyną odpowiedzią. 
– W porządku – odezwała się. – Ale ja też  mam swój powód. I  mam  nadzieję, 

że zanim ta noc dobiegnie końca, będę ci mogła powiedzieć, o co chodzi. 

W  oczach  Graydona  błysnęło  zaciekawienie,  kiedy  patrzył  na  Courtenay, 

wychodzącą z pokoju. 

 
Courtenay  westchnęła  zirytowana.  Pochylając  się  w  kierunku  lustra,  szarpała 

niecierpliwie  stanik,  ale  bezskutecznie  próbowała  ukryć  białe  ramiączka,  które 
ciągle  wysuwały  się  spod  głęboko  wyciętej  sukni.  Gdyby  stanik  był  czarny, 
ramiączka nie byłyby tak widoczne, ale niestety, nie miała takiego. Nie było innego 
wyjścia, tylko zdjąć go. 

Rozpięła  zamek  błyskawiczny,  zsunęła  sukienkę  i  przewiesiła  przez  stojące 

obok krzesło. Uwolniła się od stanika i rzuciła go na toaletkę. Zajęta przebieraniem 
nie  usłyszała  zupełnie  odgłosu  otwieranych  drzwi.  Dotarł  do  niej  dopiero 
niecierpliwy głos Graydona: 

– Do licha, Courtenay, co tak długo... ? 
Urwał gwałtownie. Courtenay zobaczyła w lustrze dwie postacie. 
Swoją  z  włosami  opadającymi  gładkimi  pasmami  na  ramiona,  wargami 

pomalowanymi  różową  pomadką  i  okrągłymi  ze  zdziwienia  i  przerażenia  oczami. 
Doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  trudno  o  bardziej  prowokujący  widok  niż  jej 
obnażone  piersi,  smukłe  nogi  w  czarnych  rajstopach  i  pantoflach  na  wysokich 
obcasach. 

Graydon  też był  tego samego zdania. Zamknął drzwi za sobą  i oparł się o  nie. 

Patrzył jak ogłuszony nie wierząc własnym oczom. 

Wygląda  porywająco  –  myślała  oszołomiona  Courtenay,  przyglądając  się  z 

kolei  drugiej  postaci  w  lustrze.  Ubrany  w  czarny  smoking,  białą  koszulę  ze 
srebrnymi spinkami do mankietów i czerwoną muszką... 

W ciągu ułamka sekundy uświadomiła sobie, co się stało. Krew odpłynęła jej z 

twarzy, gwałtownym ruchem skrzyżowała ręce na obnażonych piersiach. 

–  Przepraszam...  przepraszam,  że  musiałeś  czekać...  –  szepnęła,  nie  poznając 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

własnego głosu. 

–  Nie  musisz  przepraszać  –  każde  jego  słowo  brzmiało  jak  zmysłowa 

pieszczota. Zbliżał się wolno, nie spuszczając z niej wzroku. – Nie mogłem przyjść 
bardziej w porę – ty rzeczywiście potrzebujesz pomocy, żeby się przygotować. 

Podszedł  tak  blisko,  że  Courtenay  czuła  zapach  jego  wody  kolońskiej.  Nogi 

miała jak z waty. 

–  Podaj  mi  sukienkę  –  wyciągnęła  jedną  drżącą  rękę,  drugą  usiłując  zasłonić 

piersi. – Nie potrzebuję żadnej pomocy. 

– Powiedz czarodziejskie słowo – poprosił miękko. 
–  Proszę...  –  Odsunęła  się,  kiedy  ręką  pogładził  jej  włosy  i  palcami  musnął 

policzek. – Po co przyszedłeś? 

–  Nie  wiedziałem,  że  jeszcze  się  ubierasz.  Byłaś  gotowa  dziesięć  minut  temu, 

kiedy Liwy zeszła na dół. Powiedziała mi... 

–  Wtedy  byłam  gotowa...  a  raczej  wydawało  mi  się,  że  jestem  gotowa,  ale 

zobaczyłam,  że  ramiączka  od  stanika  wystają  spod  sukienki  i  musiałam  go  zdjąć. 
Nie miałam czarnego... Muszę iść bez niego... a może w ogóle powinnam zostać w 
domu... 

Dlaczego mówiła szeptem? 
– Idź już teraz – poprosiła. – Za minutę będę na dole. 
– Nigdzie nie pójdę – odparł Graydon. – Przynajmniej dopóki nie ubierzesz się. 

Obiecałem  Bertie,  że  przyjdę  wcześniej  z  kasetami,  a  i  tak  jesteśmy  spóźnieni. 
Będę tu stać, żeby się upewnić, że nie tracisz czasu... Myślę, że najlepiej będzie – 
rzekł, ignorując jej protesty – jeśli sam cię ubiorę. 

Courtenay  zrozumiała,  co  miał  na  myśli.  Wiedziała  również,  że  nie  będzie  w 

stanie mu się oprzeć. 

– Dobrze – zgodziła się. 
–  Będziesz  musiała  ze  mną  współpracować  –  uśmiechnął  się  z  lekką  ironią.  – 

Wyciągnij ręce. 

Courtenay  spojrzała  na  niego.  Czuła,  że  nie  może  już  dłużej  trwać  w  złości  i 

niechęci,  że  ulega  urokowi  pięknych  błękitnozielonych  oczu...  Zaciskając  mocno 
powieki,  starała  się  myśleć  o  czymś  innym...  czymkolwiek...  Ale  nawet  z 
zamkniętymi oczami wiedziała, że Graydon pieści wzrokiem jej nagie ciało. Kiedy 
wciągnęła wreszcie sukienkę, otworzyła oczy i odrzuciła włosy z twarzy. 

–  Sama  zapnę  suwak!  –  odepchnęła  ręce  Graydona,  kiedy  położył  je 

zdecydowanym ruchem na jej ramionach. 

– Nie, ja to zrobię. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Jak zahipnotyzowana patrzyła na odbicie w lustrze. 
–  Graydon  pochylił  głowę  i  marszcząc  czoło  usiłował  ostrożnie  podciągnąć 

suwak  do  góry.  Jego  palce  przesunęły  się  delikatnie  po  jej  plecach.  Wstrzymując 
oddech czekała, kiedy odsunie się od niej. 

Ale  nie  zrobił  tego.  Obrócił  ją  przodem  do  siebie  i  przyciągnął  mocno. 

Przesunął ręką po jej włosach, ale gdy zbliżył wargi do jej ust, odwróciła głowę. 

– Wiesz przecież, że jest późno. A ja chciałabym jeszcze zajrzeć do Vicky. 
– Vicky czuje się zupełnie dobrze – ledwo słyszała jego słowa, kiedy zanurzył 

twarz  w  jej  pachnących  włosach.  –  Ogląda  telewizję.  Zajrzysz  do  niej  za  chwilę, 
ale najpierw... 

– Niczego nie będzie najpierw! – Courtenay próbowała się uwolnić, ale trzymał 

ją mocno w uścisku. Dotknął wargami wrażliwego miejsca za uchem. 

– Twoje perfumy... Spodziewałem się, że użyjesz czegoś bardziej... duszącego. 

Nie poznaję tego zapachu... 

– To są nowe perfumy – powiedziała Courtenay. 
–  Nazywają  się  „Odczep  się”.  Pewnie  nigdy  jeszcze  nie  miałeś  z  nimi  do 

czynienia. 

Zachichotał  cicho.  Zirytowana,  zrobiła  następną  próbę  uwolnienia  się  z  jego 

ramion, ale jego ręce przesunęły się już wzdłuż szyi, palce zawładnęły miejscem za 
uszami. Czuła znajomy dreszcz wywołany dotknięciem tych rąk... 

–  Jesteś  bardzo  blada  –  szepnął  niepokojąco  miękkim  głosem.  –  Nie  możemy 

iść na przyjęcie, jeśli będziesz wyglądała jak zjawa. Potrzebny ci pocałunek... 

– Nie dręcz mnie! Wolę już wyglądać jak duch! 
– Nie chcę zrobić ci krzywdy, mam tylko zamiar... Wargi Graydona zbliżyły się 

do ust Courtenay. 

Ledwie mogła się utrzymać na nogach. Objęła go. Wtedy Graydon przycisnął ją 

bliżej tak, że jej ramiona znalazły się w pułapce. Trzymał ją tak mocno, że ledwie 
mogła oddychać. 

– Proszę, nie... – patrzyła błagalnie. 
Spojrzenia  ich  zwarły  się  z  taką  mocą,  że  Courtenay  zakręciło  się  w  głowie. 

Och,  te  oczy  –  wydawały  się  wciągać  ją  w  głąb  jego  duszy.  Po  raz  pierwszy 
zauważyła żółtą plamkę na tęczówce, błyszczącą jak ziarenko złotego piasku na tle 
błękitnawej zieleni. 

I wtedy nagle jego usta zawładnęły jej wargami. Dobry Boże, nigdy jeszcze nie 

odczuwała  czegoś  podobnego!  Fala  pożądania  przeszyła  jej  ciało,  sprawiając 
niemal ból. Każde miejsce, którego dotknął, niemal ją paliło. Ciepłe dłonie pieściły 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

rozgorączkowane policzki, gorące uda przywierały do jej aksamitnej skóry. 

Wargi Graydona zwykle zaciśnięte z dezaprobatą i pogardą, teraz wydawały się 

pełne, wyzwolone przez jakąś zmysłową  magię. Courtenay także poddała się woli 
zmysłów. Przylgnęła do niego jakby chciała stać się częścią jego ciała... 

Na  pół  świadomie  rozumiała,  że  nigdy  nie  zapomni  tej  chwili...  nie  zapomni 

smaku  –  słodyczy  i  namiętności  zarazem  –  i  tej  niezwykle  agresywnej  męskości, 
która wyzwoliła w niej pragnienie uległości. 

Graydon  posadził  ją  delikatnie  na  łóżku.  Nie  miała  siły  protestować,  gdy 

ściągnął zamek, nie opierała się, kiedy rozsunął aksamitne fałdy sukienki i ułożył ją 
na poduszkach. Jakby z oddali usłyszała dzwonek telefonu. 

Graydon pochylił się nad nią i całował, aż wargi jej nabrzmiały. Przesunął usta 

po szyi aż do wypukłości piersi. 

Courtenay  czuła  pulsowanie  krwi  i  czekała  bez  tchu,  kiedy  niecierpliwe  wargi 

osiągną cel swych poszukiwań. Najpierw  zawładnęły jednym  różowym pączkiem, 
potem  drugim.  Chłonął  je,  jakby  były  maleńkimi  cudownymi  różami  i  jak  gdyby 
tylko  on  jeden  niesłychanie  delikatną  pieszczotą  potrafił  zmusić  je  do 
rozkwitnięcia... 

–  Dobry  Boże...  –  udało  się  jej  odezwać  zduszonym  głosem  –  nie  rób  tego! 

Przestań! Powinniśmy już iść... 

– Wiem – odpowiedział bez przekonania. 
– Moja sukienka... Pogniecie się... 
– Nie martw się. 
– Pozwól mi wstać. 
– Zaraz... 
– Teraz! 
– Potem... 
Potem?  Po  czym?  Jak  już  będzie  po  wszystkim?  Czy  nie  przysięgła  sobie,  że 

nigdy  już  nie  straci  głowy?  Czy  przykre  doświadczenia  niczego  jej  nie  nauczyły? 
Jeśli  nie,  zasłużyła  sobie  na  to,  co  się  wydarzyło.  Jeszcze  raz  przeżyłaby  ból  i 
poniżenie, gdyby uległa szalonemu, lekkomyślnemu pragnieniu. 

Z  desperacką  siłą  wyrwała  się  z  jego  objęć  i  stanęła  na  środku  pokoju. 

Podnosząc drżącymi palcami sukienkę, spoglądała na Graydona z bijącym sercem. 

Nagle ktoś zapukał do drzwi sypialni. 
W  pierwszej  chwili  oboje  zastygli  bez  ruchu.  Następnie  Graydon  powiedział 

szorstko: 

– Tak? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Dzwoni lady Atherton – odezwała się Liwy. 
– Czeka na taśmy, które jej pan obiecał. 
Graydon zacisnął pięści. 
– Powiedz jej, że jestem w drodze. 
Courtenay usłyszała lekkie kroki Liwy zbiegające po schodach. Trzęsącymi się 

palcami podciągnęła zamek błyskawiczny. 

– Idziemy? – zapytała, starając się nadać swemu głosowi naturalne brzmienie. 
– Courtenay... – Graydon postąpił krok naprzód. 
– Poczekaj! 
–  Po  co?  –  Courtenay  przesunęła  się  obok  niego,  podeszła  do  lustra  i 

przeczesała  włosy.  –  Spójrz  na  mnie...  Mówiłeś,  że  jestem  blada...  Teraz  jestem 
rozpalona, prawda? 

Obróciła twarz ku niemu. 
–  Zrobiłeś  dobrą  robotę,  Graydon.  Udało  ci  się  nadzwyczajnie.  Nikt  mnie  już 

tego  wieczoru  nie  weźmie  za  ducha!  A  teraz...  zajrzę  na  chwilę  do  Vicky,  zanim 
wyjdziemy. 

 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 10 

 
Zabawa  była  w  pełnym  toku,  kiedy  Courtenay  i  Graydon  przybyli  do  Bertie. 

Gdy  weszli  do  środka,  Courtenay  odniosła  wrażenie,  że  znalazła  się  w 
ekskluzywnym nocnym klubie. Ogromny, jasno oświetlony hol był pełen wspaniale 
ubranych  kobiet  w  mieniących  się  barwami  i  wzorami  strojach,  mężczyzn  w 
eleganckich  garniturach;  wszyscy  popijali  koktajle  i  nawoływali  się  starając  się 
przekrzyczeć ogłuszającą muzykę. 

Tak pachnie pieniądz, pomyślała Courtenay, francuskimi perfumami, modnymi 

wodami kolońskimi, doskonałymi importowanymi winami. 

Graydon zdjął z ramion Courtenay etolę z norek, którą Alanna pożyczyła jej na 

dzisiejszy wieczór i podał służącemu. Courtenay dostrzegła Bertie wynurzającą się 
z tłumu gości. Szła w ich kierunku. 

Odetchnęła  głęboko.  Jeżeli  tamta  kobieta  miała  zamiar  drwić  z  jej  wyglądu, 

musiała doznać srogiego rozczarowania. Courtenay wiedziała, że nigdy jeszcze nie 
wyglądała piękniej – czarna tkanina jej aksamitnej sukni wspaniale kontrastowała z 
jasnymi włosami, bielą ramion i piersi odsłoniętych przez głęboko wycięty dekolt. 
W dodatku pocałunki Graydona osiągnęły zamierzony przez niego efekt, a nawet... 
przeszły  jego  oczekiwania!  Policzki  miały  kolor  płatków  róży,  a  oczy  lśniły  jak 
gwiazdy. 

W  kocich  oczach  Bertie  błysnęła  złość.  Zazdrość  i  mściwość  wykrzywiły  jej 

usta.  Ale  kiedy  Graydon  zwrócił  się  do  niej,  przybrała  maskę  życzliwości  i 
gościnności. 

–  Kochanie,  jesteś  niepoprawny!  Wszyscy  już  są,  a  przecież  wiedziałeś,  jak 

bardzo  mi  zależało,  żebyś  przyszedł  wcześniej...  –  wspięła  się  na  palce  i 
pocałowała go. – Całe szczęście, że nie zapomniałeś o kasetach. Brad czeka na nie 
–  on  jest  dzisiaj  odpowiedzialny  za  muzykę.  Znasz  tu  wszystkich,  prawda?  No  to 
na razie, zobaczymy się wkrótce. 

– Dziwka – szepnęła Courtenay. 
– Coś ty powiedziała? – Graydon zmarszczył z gniewem brwi. 
Courtenay  zastanawiała  się  przez  chwilę,  czy  nie  udać,  że  powiedziała  coś 

innego, ale w końcu wzruszyła ramionami. 

– Powiedziałam, że to dziwka. Ma obrzydliwy sposób bycia. 
Graydon  ujął  ją  za  łokieć  i  poprowadził  w  kierunku  baru.  –  Nie  lubisz  Bertie, 

prawda? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Nie – odrzekła zdecydowanie. – Nie lubię. 
Kiedy podeszli do baru, Graydon zapytał: 
– Czego się napijesz? 
– Napiłabym się perriera. 
– Perriera i szkocką poproszę – zwrócił się Graydon do barmana. 
Nie  miał  oczywiście  ochoty  dyskutować  o  Bertie.  Ona  zresztą  też  nie. 

Rozejrzała  się  wokół,  czując  nerwowe  podniecenie.  Gdzie  on  jest,  ten  przyjaciel 
Patryka? 

Niedaleko  od  niej  przy  fortepianie,  stała  grupka  pięciu  mężczyzn.  Courtenay 

przyglądała  się  im  uważnie.  Jednego  z  nich  od  razu  wyeliminowała  –  był  dużo 
wyższy  od  mężczyzny,  którego  szukała.  Drugi  też  nie  wchodził  w  rachubę.  Był 
uderzająco podobny do Paula Newmana. Ze zmarszczonym czołem przyglądała się 
trzeciemu.  Miał  ciemne  włosy  i  regularne  rysy  twarzy.  Ze  swojego  miejsca 
widziała  tylko  jego  profil.  Może...  Ale  za  chwilę  nieznajomy  odwrócił  się,  żeby 
zawołać  przechodzącego  kelnera  i  Cortenay  westchnęła  rozczarowana.  Miał 
wyraźne znamię na prawym policzku. 

–  Taksujesz  gości?  –  odezwał  się  Graydon  zimno,  aż  podskoczyła 

przestraszona. 

– Słucham? – zwróciła twarz ku  niemu. Co on takiego  powiedział? Że  taksuje 

gości? 

–  Nie  możesz  się  już  doczekać,  tak?  –  spytał,  krzywiąc  usta  w  pogardliwym 

uśmiechu.  –  Który  ci  się  podoba?  Ten  jest  podobny  do  Paula  Newmana,  prawda? 
Czy  chciałabyś,  żebym  ci  go  przedstawił?  A  może  sama  uczynisz  pierwszy  krok? 
Nazywa się Dirk Mason. Jego żona, Penny, jest w szpitalu, właśnie urodziła trzecie 
dziecko... Ale ciebie to oczywiście nie powstrzyma! 

Courtenay  poczuła  skurcz  w  gardle.  Chociaż  odepchnęła  go  od  siebie  w 

sypialni, nie mogła o nim zapomnieć. Czuła jego bliskość każdym nerwem. Kiedy 
wsiadali do windy, ujrzała w jego oczach tlącą się namiętność i niemal zabrakło jej 
tchu. 

Wzięła szklankę perriera z jego ręki, potrząsając głową. 
– Mylisz się – rzuciła zimno. – Wcale nie taksuję nikogo, chociaż tak uważasz. 
– Obserwowałem cię w lustrze – powiedział niskim, nieprzyjemnym głosem. – 

Jeżeli to  nieprawda, to dlaczego przyglądałaś się tym  mężczyznom w taki sposób, 
jakbyś chciała ocenić, czy... wchodzą w rachubę? 

Courtenay ścisnęła mocniej szklankę w ręce. 
– Nie zaprzeczam, że się  im przyglądałam – odrzekła. –  Ale jeżeli powiem ci, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

dlaczego to robiłam, i tak nie uwierzysz, więc... 

– Spróbuj – przerwał. Courtenay westchnęła. 
– Nie będziesz zadowolony z tego, co mam zamiar... 
– Do diabła, o co chodzi? 
Nabrawszy  powietrza  głęboko  w  płuca,  Courtenay  wyznała:  –  Kiedy  Bertie 

powiedziała mi, że będzie tu dziś grupa znajomych – paczka, z którą Patryk jeździł 
na narty – pomyślałam... – zawahała się. 

– Co pomyślałaś? 
– Pomyślałam, że jeśli pójdę na to przyjęcie, może spotkam przyjaciela Patryka 

– tego, który udawał urzędnika stanu cywilnego. – Zobaczyła błysk gniewu w jego 
oczach, ale nie czekając, aż coś powie, ciągnęła dalej: – Na pewno się dziwiłeś, że 
nagle zgodziłam się przyjść tutaj – wiesz, że nie znoszę Bertie... 

Spojrzała  na  niego,  spodziewając  się  wybuchu  gniewu,  ale  nic  takiego  nie 

nastąpiło. Zamiast tego zapytał łagodnie: 

– A jeżeli znajdziesz tego... przyjaciela mojego brata? Co wtedy? 
– Wtedy zmuszę go, żeby powiedział ci prawdę! 
– I? 
Courtenay potrząsnęła głową. 
– To wszystko. Chcę tylko, żebyś wiedział, iż mylisz się co do mnie. Nie należę 

do kobiet, które polują na żonatych mężczyzn. 

Graydon długo patrzył na Courtenay. Następnie spytał szorstko: 
– Jak wygląda ten... oszust? 
–  Bardzo  słabo  go  pamiętam  –  to  było  tyle  lat  temu.  Był  przeciętnej  tuszy, 

gładko ogolony, robił wrażenie zwyczajnego... 

Spojrzenie Graydona było zdecydowane i twarde, kiedy ujął ramię Courtenay. 
–  To  nie  powinno  być  trudne.  Przedstawię  ci  każdego  mężczyznę  w  tym 

pomieszczeniu, dopóki nie znajdziesz tego, którego szukasz. A kiedy już trafisz na 
niego  –  dodał  drwiąco  –  powiedz,  że  masz  ochotę  na  następnego  perriera.  To 
będzie znak, że osiągnęłaś cel; resztę zostaw mnie. 

 
Nie ma go tutaj. 
Courtenay  stwierdziła  to,  kiedy  wreszcie  poznała  już  wszystkich  mężczyzn 

obecnych na przyjęciu. Myślała o tym nadal w parę godzin później, gdy w pokoju 
Bertie  wpatrywała  się  nie  widzącym  wzrokiem  w  swoje  odbicie  w  lustrze.  Czuła 
niemal  obecność  Graydona  w  pobliżu,  pamiętała,  jak  mocno  schwycił  ją  za  ramię 
po zakończeniu ich wędrówki po pokojach. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Nie masz już ochoty na perriera, moje kochanie? Słowa te były jak pchnięcie 

sztyletem w serce. Nie  mógł jej zranić boleśniej,  nawet  gdyby powiedział wprost: 
„Teraz już przekonaliśmy się, jaką jesteś kłamczucha”. 

Podniosła  głowę,  spodziewając  się  zobaczyć  triumf  w  jego  oczach.  Ze 

zdziwieniem dostrzegła rozczarowanie. Czy Graydon miał nadzieję, że spotka tego, 
kogo szukała? 

Ze złością wyjęła szczotkę z torebki i gwałtownymi ruchami przeczesała włosy. 

Musiała  wtedy  ulec  złudzeniu.  Przymknęła  oczy,  a  kiedy  je  znowu  otworzyła, 
ujrzała  w  spojrzeniu  Graydona  dobrze  jej  znaną  drwinę.  Chętnie  ukarałaby  siebie 
za swoją łatwowierność i głupotę. Z jakiego powodu miałby być rozczarowany? Że 
nie była w stanie udowodnić, że miała rację? 

Wepchnęła z pasją szczotkę do torebki i wyszła z pokoju. Zbliżała się północ i 

wszędzie czuło się  gorączkowe podniecenie. Kilka par  tańczyło w  fogu w pobliżu 
baru.  Courtenay  rozejrzała  się  wokół,  szukając  znajomej  sylwetki  Graydona,  i 
wtedy zobaczyła go właśnie tam, z Bertie. 

Nie  tańczyli,  tylko  kołysali  się  w  takt  muzyki.  Courtenay  nie  widziała  twarzy 

Graydona, lecz mogła patrzeć wprost na Bertie. Przytuliła policzek do piersi swego 
partnera,  kocie  oczy  przymknęła  w  zachwycie,  uśmiechała  się  jak  pogrążona  w 
transie. 

Courtenay  odwróciła  się  gwałtownie  i  wyszła.  Dlaczego  ten  widok  sprawił  jej 

taką  przykrość?  Przecież  jej  również  Graydon  proponował  taniec,  ale  odmówiła. 
Tu  chodziło  o  coś  innego.  Nigdy  jeszcze,  wobec  żadnego  mężczyzny,  nie 
odczuwała  tak  silnego,  tak  wszechogarniającego  ją  pożądania.  Uczucie  to 
napełniało ją prawdziwym przerażeniem. 

Wkrótce  po  tym,  jak  przybyli  na  przyjęcie,  Graydon  pokazał  jej  cały 

apartament.  Szczególnie  przypadł  jej  do  gustu  przytulny  salonik  z  telewizorem  i 
przylegająca  do  niego  oranżeria  z  widokiem  na  ocean.  Była  wtedy  pusta  i 
Courtenay  modliła  się,  żeby  teraz  również  nie  było  tam  nikogo  –  mogłaby  się 
zaszyć, żeby lizać swoje rany. 

Pokój z telewizorem pogrążony był w ciemnościach. 
Courtenay  zorientowała  się,  że  nikogo  w  nim  nie  ma.  Nie  zapalając  światła 

przeszła  przez  pokój  i  otworzyła  rozsuwane  drzwi  prowadzące  do  oranżerii.  Tu 
również panowała ciemność. Wielkie palmy i paprocie w donicach, wiszące kosze 
z  pnącymi  roślinami  i  kwiatami  wypełniały  pomieszczenie.  Pachnie  tu  jak  w 
kwiaciarni, pomyślała Courtenay, zapadając w  głęboki, pleciony  fotel, wyściełany 
miękkimi  poduszkami.  Jednostajny  szum  oceanu  dochodził  z  otwartego  okna. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Wydał  się  oszołomionej  Courtenay  cudowną  kołysanką  dla  jej  wzburzonych 
zmysłów. 

Uszczypliwe  pytanie  Graydona  „Nie  chcesz  już  perriera,  moje  kochanie?” 

sprawiło  jej  taką  przykrość,  że  odpowiedziała  wówczas  szorstko:  –  Nie,  perriera 
nie. Poproszę o szkocką, chociaż... Niech będzie podwójna. 

Co za głupota! Przecież miała słabą głowę i zawsze czuła senność po alkoholu. 

Miała tylko nadzieję, że Graydon nie będzie tu jej szukać. 

Graydon... 
– Między nami wszystko skończone – usłyszała nagle głos Graydona – po tym, 

co się wydarzyło. 

Courtenay  zerwała  się  z  fotela.  Rozglądała  się  wokół  szeroko  otwartymi 

oczami,  ale  nigdzie  nie  widziała  barczystej,  wysokiej  postaci.  Ale  przecież  tak 
wyraźnie usłyszała ten głos! Mój Boże, musiała się zdrzemnąć, może jeszcze śnić. 
Ale głos był tak blisko... 

– Ale ja cię przecież kocham! Wiesz o tym. Nigdy nie kochałam nikogo prócz 

ciebie. I wiem, że ty też mnie kochasz. 

Courtenay  gwałtownie  otrzeźwiała.  Nie,  nie  śniła.  To  był  głos  Bertie... 

dochodził  z  saloniku.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  oranżeria  nie  jest  już,  jak 
przedtem,  pogrążona  w  ciemnościach,  lecz  przenika  do  niej  światło  z  przyległego 
pokoju. Zrozumiała, że słyszała rozmowę... bardzo osobistą rozmowę. 

W  pierwszej  chwili  chciała  wbiec  tam  i  tym  samym  ujawnić  swoją  obecność. 

Ale  po  namyśle  zdecydowała,  że  nie  może  tego  zrobić.  W  jakie  zakłopotanie 
wprawiłaby  tę  kobietę,  dając  jej  do  zrozumienia,  że  ktoś  słyszał  jej  miłosne 
wyznanie! Zacisnęła ręce na poręczy fotela, nie wiedząc, co robić, kiedy usłyszała 
ostry głos Graydona: 

–  Do  diabla,  wiesz  doskonale,  że  cię  kochałem.  Kiedy  przyjęłaś  moje 

oświadczyny, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Chciałem krzyczeć 
o  tym  ze  szczytu  Grouse  Mountain!  Tylko  ty  upierałaś  się,  żeby  utrzymać  w 
tajemnicy nasze zaręczyny... 

–  Graydon,  znasz  moich  rodziców.  Wiesz,  jaki  to  byłby  dla  nich  cios,  gdyby 

dowiedzieli  się  o  tobie,  o  naszym  związku...  Nie  miałeś  pieniędzy,  dopiero 
zaczynałeś... 

–  Och,  nie  musiałaś  wcale  mówić  im  o  tym  –  domyślili  się  sami!  To  dlatego 

zabrali cię na wakacje do Anglii – chcieli nas rozdzielić... i udało im się to. Twoja 
matka musiała być w siódmym niebie, kiedy sir Aleks Atherton wybrał cię. Wcale 
jej nie przeszkadzało, że był trzy razy od ciebie starszy i miał ptasi móżdżek... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Byłam szalona ulegając mu! Ale tak lubię mieć ładne rzeczy, a on olśnił mnie 

swoimi diamentami... 

– Ja też mogłem olśnić cię diamentami – przerwał Graydon – i otulić cię futrem 

z norek, gdybyś poczekała na mnie, skoro mi to obiecałaś! Ale był Aleks ze swoim 
wielkim zamkiem, ze swymi milionami... 

– Nie patrz na mnie takim wzrokiem, kochanie. Nie mogę tego znieść! 
Graydon  mówił  dalej,  jakby  tego  nie  słyszał.  –  Muszę  ci  podziękować,  Bertie, 

udzieliłaś mi ważnej lekcji. 

– Lekcji? Jakiej lekcji? 
– Że pieniądz to siła. Kiedy zorientowałem się, że Aleks Atherton po prostu cię 

kupił, przysiągłem sobie, że zgromadzę fortunę, żebym mógł  mieć siłę, która idzie 
w parze z... 

– Dobry Boże, Graydon, jak ty się zmieniłeś! Dawniej nie byłeś taki twardy... 
– Ty też się zmieniłaś – powiedział szorstko. – A może zawsze byłaś taka, tylko 

ja tego nie zauważałem. 

–  To  przez  tę  kobietę,  prawda?  –  głos  Bertie  nagle  stał  się  zjadliwy.  –  To  ona 

stanęła między nami, ona wszystko zepsuła. Ta dziwka Patryka! 

Przez  chwilę  Courtenay  była  jak  ogłuszona.  Nie  mogła  uwierzyć  w  to,  co 

usłyszała.  Potem  ogarnęła  ją  taka  furia,  że  zerwała  się  z  fotela.  Nie  będzie 
tolerować zniewag Roberty Atherton! I nie myśli dalej chować się w tej kryjówce, 
tylko po to, żeby nie sprawić przykrości tej kobiecie! 

Stanęła  w  drzwiach  pokoju  i  spojrzała  przed  siebie.  Krew  pulsowała  jej  w 

skroniach, a serce biło tak głośno, że zastanawiała się, czy ci dwoje tego nie słyszą. 

Graydon  trzymał  Bertie  w  ramionach,  spojrzenie  jego  ciskało  gromy. 

Pomalowane wargi kobiety rozchyliły się... 

Courtenay nabrała powietrza w płuca i zrobiła krok naprzód. 
– Przepraszam... 
Bertie  obejrzała  się  zaskoczona,  ale  zaraz  wściekłość  zabłysła  w  jej  kocich 

oczach. Graydon zastygł bez ruchu, następnie puścił Bertie i skierował całą uwagę 
na Courtenay. 

–  Zastanawiałem  się,  gdzie  się  podziałaś.  Nie  miałem  pojęcia,  że  ktoś  jest  w 

oranżerii. – Zrobił krok ku niej z nachmurzoną miną. – Dlaczego nie pokazałaś się 
wcześniej? 

–  Zdrzemnęłam  się  –  za  mało  było  perriera,  za  dużo  whisky  –  stwierdziła 

ironicznie.  Następnie,  kierując  na  Bertie  lodowate  spojrzenie,  powiedziała:  – 
Chciałabym  od  razu  sprostować  pewną  rzecz.  Nigdy  nie  byłam  i  nie  będę  niczyją 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

dziwką. Jeśli ktokolwiek zasłużył sobie na takie określenie – to ty! Mój jedyny błąd 
polegał  na  tym,  że  dałam  się  złapać  na  lep  czułych  słówek  i  obietnic,  ty  zaś,  jak 
słyszałam przed chwilą, sprzedałaś się za diamenty! 

Kiedy  to  mówiła,  gniew  dodawał  jej  sił.  Wkrótce  jednak  nastąpiła  reakcja  po 

niezwykłym  napięciu.  Zaczęło  jej  się  kręcić  w  głowie  i  zachwiała  się.  Graydon 
natychmiast znalazł się przy niej i podtrzymał ją. 

– Czy dobrze się czujesz? 
Troska  w  jego  głosie  przypomniała  ten  dzień,  kiedy  wylała  na  siebie  gorącą 

kawę...  Kiedy  ogarnął  ją  ramieniem  i  przyciągnął  blisko  do  siebie  –  bliżej  niż  to 
było  potrzebne,  tak,  iż  czuła  uderzenia  jego  serca  na  swych  odsłoniętych 
ramionach... co wpłynęło na zmianę jego nastawienia do niej? Zachowywał się tak, 
jakby byli kochankami... 

– Tak – westchnęła. – Czuję się dobrze. Ale chciałabym już iść do domu. 
Dom.  Kiedy  zaczęła  myśleć  o  Seacliffe  jak  o  domu?  Czy  zauważył  to? 

Odruchowo podniosła głowę i zobaczyła w jego oczach niezwykłą moc. Courtenay 
czuła,  że  wargi  jej  drżą.  Bardziej  niż  kiedykolwiek  przedtem  miała  świadomość 
jego bliskości, odurzającego zapachu jego włosów i skóry... 

– Znowu to samo – szepnął, a Courtenay zarumieniła się. Wiedziała, co miał na 

myśli. Patrzyła na niego tak, jakby czekała, że ją pocałuje... 

Grubiański śmiech Bertie przerwał tę nić porozumienia. Courtenay wzdrygnęła 

się i przeniosła wzrok z Graydona na kobietę. Twarz Bertie skrzywiła się ze złości. 

– Och, Graydon, jakiś ty beznadziejnie głupi! 
–  zawołała  piskliwym,  histerycznym  głosem.  –  Czy  jesteś  ślepy?  Czy  nie 

widzisz  nic  poza  tą  słodką,  niewinną  pozą?  Czy  nie  dostrzegasz,  jaka  to  tania 
dziewczynka? Patryk był zbyt sprytny, żeby złapać się w pułapkę – wziął, co chciał 
i... 

–  Wychodzimy  –  powiedział  Graydon  ostrym  tonem  –  zanim  uczynię  coś, 

czego będę się potem wstydził. 

– Ależ nie możesz wyjść tak wcześnie! Co sobie wszyscy pomyślą? 
Graydon objął Courtenay i pociągnął ją ku wyjściu, tak że musiała niemal biec, 

żeby  nadążyć  za  jego  długimi  krokami.  Czuła  na  sobie  spojrzenia  ludzi,  których 
mijali, kiedy szli przez hol. 

Prawie  nie  zauważyła,  gdy  Graydon  narzucił  jej  etolę  na  ramiona.  Przez  cały 

czas  miała  wrażenie,  że  porusza  się  jak  we  mgle  i  nie  wie,  dokąd  iść.  Wyszli  na 
parking.  Wstrząsnęła  się,  nie  tyle  z  powodu  chłodu  na  dworze,  ile  pod  wpływem 
niepokojącej bliskości Graydona. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Świeże powietrze napełniło jej płuca i łudziła się, że może również rozjaśni jej 

myśli, kłębiące się w głowie. Kilka metrów od nich przy krawężniku zatrzymała się 
taksówka.  Courtenay  nie  zwróciła  zupełnie  uwagi  na  mężczyznę,  który  z  niej 
wysiadł, dopóki Graydon nie powiedział tonem pełnym rozczarowania: 

– Do licha, przecież to brat Bertie! – Mruknął coś niezrozumiale, kiedy brodacz 

rozglądał się wokół. 

–  Graydon  Winter!  –  nieznajomy  błysnął  zielonymi  oczami,  rozpoznając 

Graydona. Stanął koło nich i potrząsnął jego ręką. – Kopę lat, stary. – Spojrzał na 
Courtenay.  –  Przedstaw  mnie  swojej  znajomej.  To  pierwsza  przyzwoicie 
wyglądająca kobieta, którą widzę, od kiedy wyszedłem z dżungli! 

– Courtenay – odezwał się Graydon głosem, w którym wyczuwało się napięcie 

–  to  jest  John  Andrews,  brat  Bertie  –  antropolog,  o  którym  ci  mówiłem.  Przez 
ostatnich sześć miesięcy przebywał nad Amazonką, z dala od cywilizacji. 

Słowa  Graydona  ledwo  docierały  do  Courtenay.  Patrzyła  na  Johna  Andrewsa, 

na  jego  zielone  oczy,  proste,  ciemne  włosy,  usta  ukryte  w  gęstej  brodzie.  Serce 
waliło jej jak młotem. 

–  Kiedy  zapuściłeś  brodę?  –  zapytała  słabym  głosem.  Spojrzał  na  nią 

zaciekawiony. 

– Brodę? Mam ją od... teraz będzie już dziewięć lat, Courtenay poczuła, że nogi 

ugięły się pod nią. 

Przeniosła wzrok z brata Bertie na wysoką postać stojącą obok niej. W świetle 

ulicznej lampy widać było, że twarz Graydona pobladła. 

–  Graydon  –  powiedziała  nieswoim  głosem.  –  Jestem  gotowa  wypić  drugą 

szklankę perriera. 

 
Courtenay  siedziała  w  taksówce,  która  wiozła  ją  wzdłuż  Marine  Drive  w 

kierunku  Seacliffe.  Nie  bardzo  wiedziała,  jak  się  tu  znalazła  –  na  pewno  nie  z 
własnej  woli,  ale  była  zbyt  roztrzęsiona,  żeby  o  tym  myśleć.  Graydon  przywołał 
taksówkę  i  wepchnąwszy  ją  do  środka,  wcisnął  jej  do  ręki  banknot 
dwudziestodolarowy. 

– Zobaczymy się w domu. Poczekaj na mnie, to nie potrwa długo. 
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, była furia w jego oczach, kiedy zwracał się do 

brata Bertie. 

– Czy tutaj pani chciała przyjechać? 
Głos  taksówkarza  wyrwał  ją  z  odrętwienia.  Wyjrzawszy  przez  okno, 

powiedziała niezdecydowanie: 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  O,  tak...  Dziękuję  panu.  –  Wręczając  kierowcy  banknot,  powiedziała:  – 

Proszę zatrzymać resztę... i... szczęśliwego Nowego Roku. 

Liwy i jej siostra Jan właśnie schodziły z góry, kiedy Courtenay weszła do holu. 

Zanim zdążyła się odezwać, Jan powiedziała uspokajająco: 

– Właśnie byłyśmy u niej. Śpi jak suseł. 
Liwy uśmiechnęła się. 
– Wheeler zaprosił nas na drinka. Pani Winter powiedziała, że będziemy mogły 

wyjść, kiedy pani wróci. W salonie znajdzie pani świeżo zaparzoną kawę. 

– Dziękuję, Liwy. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawiły u Wheelera. 
– Dobranoc pani i szczęśliwego Nowego Roku! – zawołały obie siostry. 
Courtenay  zsunęła  pantofle  i  trzymając  je  w  ręku  przeszła  na  palcach  na  górę. 

Cicho  otworzyła  drzwi  pokoju  Vicky  i  serce  ścisnęło  się  jej  boleśnie,  kiedy 
zobaczyła  wątłe  ciało  córki  pogrążonej  we  śnie.  Oparłszy  się  o  framugę,  patrzyła 
bezmyślnie w głąb pokoju oświetlonego przyćmioną lampą. 

Dlaczego  jej  życie  tak  się  pogmatwało,  stało  się  takie  trudne?  Niecałe  dwa 

tygodnie temu była przecież zupełnie szczęśliwa i zadowolona. Miały z Vicky swój 
własny świat, za który sama była odpowiedzialna. 

Od kiedy Graydon Winter wtargnął gwałtownie w ich życie, miała wrażenie, że 

zburzył  całą  stabilizację.  Odkrył  przed  nią  siłę  pożądania.  Chroniło  ją  do  tej  pory 
przekonanie, że Graydon nią pogardza. Ale to się ostatnio zmieniło. 

Nie  miała  wątpliwości,  że  dowiedział  się  już  wszystkiego  od  Johna.  Jak  się 

zachowa, kiedy wróci do Seacliffe? Jak będzie ją traktował, kiedy dowie się, że nie 
miał racji, uważając ją za inną kobietę, niż w istocie była? 

Odetchnęła  głęboko.  Powiedział,  że  rozmowa  nie  zajmie  wiele  czasu.  Zejdzie 

więc na dół i poczeka na niego. 

Dobrze wiedziała, że te chwile będą dla niej jak wieczność. 
 
Graydon  przyjechał  o  północy.  Courtenay  nie  usłyszała  samochodu,  ani 

otwierania frontowych drzwi. Dobiegający zza okna huk sztucznych ogni zagłuszał 
wszystkie  inne dźwięki. Podeszła do okna  i  rozsunęła zasłony. Niebo  rozświetlały 
czerwone, zielone i żółte rakiety. 

Gdzieś  w  pobliżu  skrzypnęła  podłoga  i  Courtenay  odwróciła  głowę  od 

barwnego  widowiska  za  oknem.  Serce  zabiło  jej  niespokojnie  na  widok  stojącego 
w  drzwiach  Graydona.  Zobaczyła,  że  ma  bladą  i  zmęczoną  twarz;  czarne  włosy 
były  potargane,  jak  gdyby  ciągle  przeczesywał  je  palcami,  oczy  pociemniałe  od 
rozpaczy, usta boleśnie skrzywione. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

W  końcu  zamknął  powoli  drzwi  i  podszedł  nieco  bliżej,  zatrzymując  się  w 

odległości kilku kroków od niej. 

–  John  opowiedział  mi  całą  historię.  Najwidoczniej  chciał  wyświadczyć 

przysługę  Patrykowi.  Mój  brat  wyznał  mu,  że  poznał  bardzo  atrakcyjną  młodą 
blondynkę,  że  nie  może  jej  zdobyć,  że  wprost  odchodzi  od  zmysłów.  Wtedy  John 
zgodził się na... 

Przetarł  ręką  oczy  i  potrząsając  głową  odwrócił  się  od  niej  i  podszedł  do 

kominka. Spięta twarz świadczyła dobitnie o cierpieniu, jakie przeżywał. 

– Nie musisz mówić nic więcej – powiedziała cicho Courtenay. – Nie chcę tego 

słuchać. To wszystko już  minęło – dodała  pocierając  nerwowo  ręką  lewe ramię.  – 
Przepraszam. 

– Ty mnie przepraszasz? – spojrzał na nią z takim bólem, że poczuła ukłucie w 

sercu. – A za cóż byś miała przepraszać? 

–  Wierzyłeś  swojemu  bratu.  To  musi  być...  bardzo  trudne  dla  ciebie... 

dowiedziałeś się, że nie był takim człowiekiem, za jakiego zawsze go uważałeś. 

Graydon  długo  nic  nie  mówił.  A  kiedy  znowu  się  odezwał,  Courtenay  ledwie 

usłyszała jego cichy głos. 

–  Tak,  to  ciężko  znieść.  Ale  o  wiele  gorsza  jest  dla  mnie  świadomość,  że  tak 

niesprawiedliwie  cię  potraktowałem.  Dobry  Boże!  Nic  dziwnego,  że  nie  chciałaś 
przyjechać  ze  mną  do  Seacliffe  i  że  nie  chciałaś  mieć  nic  wspólnego  z  rodziną 
Winterów!  Zachowaliśmy  się  obrzydliwie,  nie  do  wybaczenia!  Alanna  będzie 
zdruzgotana... 

– O,  nie!  – Courtenay podeszła do  niego.  – Nie wolno ci jej tego  mówić. Ona 

nie powinna nawet dowiedzieć się... 

–  Czy  naprawdę  masz  mnie  za  takiego  drania?  Sądzisz,  że  zgodzę  się,  żeby 

moja matka nadal uważała cię za jakąś... 

– Jakąś dziwkę? – oczy ich spotkały się. – Wolałabym raczej, żeby tak o mnie 

myślała, niż żebyś ją zranił. Ona i tak już wiele wycierpiała... 

– Prawda musi wyjść na jaw – Graydon potrząsnął głową, jakby nadal nie mógł 

uwierzyć w to, co usłyszał. – Naprawdę byłabyś gotowa poświęcić się? 

Wymowne spojrzenie Courtenay było jedyną odpowiedzią. 
Graydon, zupełnie wyczerpany, potarł ręką czoło. 
– Och, Boże, jak mogłem być taki niesprawiedliwy? 
– Słowa te brzmiały jak przyznanie się do winy. 
– Tak, to bardzo zmartwi Alannę, ale nie ma innego wyjścia. 
Zaczerpnąwszy głęboko powietrza, wskazał Courtenay jeden z foteli. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

–  Usiądziesz?  Chciałbym  dowiedzieć  się  prawdy  z  twoich  ust  –  jeżeli 

oczywiście  jeszcze  masz  ochotę  ze  mną  rozmawiać.  Nie  będę  ci  miał  za  złe, 
jeżeli... 

– Nie – powiedziała Courtenay. – Opowiem ci, jak to było. 
Usiadła. On stał naprzeciw niej, obok kominka, nie zajmując miejsca w fotelu. 

Patrzył wyczekująco. 

– Po skończeniu szkoły – zaczęła spokojnie – znalazłam pracę w biurze hotelu 

Snowpeak w Whistler. Kiedy była ładna pogoda, często w czasie przerwy na lunch 
siadywałam  na  ławce  w  pobliskim  parku.  Pewnego  dnia,  kiedy  tam  się  opalałam, 
usłyszałam jakiś dźwięk. Zobaczyłam, że nieznajomy mężczyzna robi mi zdjęcie. 

Spostrzegła, że policzek Graydona zadrgał nerwowo i dziwny wyraz pojawił się 

w jego spojrzeniu. Courtenay mówiła dalej: 

–  To  właśnie  wtedy  poznałam  Patryka,  a  nie  w  żadnym  barze.  Miałam  wtedy 

tylko siedemnaście lat, więc nie mogłam przebywać w barze. 

–  Siedemnaście?  –  W  głosie  Graydona  słychać  było  niemal  przerażenie.  – 

Miałaś  zaledwie  siedemnaście  lat?  Mój  Boże,  to  znaczy,  że  Patryk  zrobił  coś 
jeszcze bardziej nikczemnego. 

Zamilkł na chwilę, ale w oczach miał gniew. W końcu powiedział: 
– To znaczy, że masz teraz dwadzieścia siedem lat? 
– Dwadzieścia osiem. 
– Jesteś bardzo dojrzała jak na dwadzieścia osiem lat. 
–  Wydoroślałam  w  przyspieszonym  tempie.  Patryk  poinformował  mnie,  że 

między  nami  wszystko  skończone  tego  ranka,  kiedy  lekarz  powiedział  mi,  że 
jestem w ciąży. Czekałam, aż Patryk przyjdzie do domu, żeby podzielić się z nim tą 
radosną nowiną... 

– Do domu? 
–  Wynajmowałam  pokój  w  jednym  z  domów  należących  do  naszej  spółki 

hotelowej. Patryk zawiadomił  mnie, że chce  mi coś zakomunikować, zachowałam 
więc swoje rewelacje na potem, czekając najpierw na to, co on mi powie. Ale kiedy 
dowiedziałam  się  wreszcie,  że  nasz  ślub  i  wesele  były  żartem  i  że  nie  chce  mnie 
więcej widzieć... 

– Wtedy postanowiłaś, że nie powiadomisz go o ciąży. 
W  pełnej  napięcia  ciszy  słychać  było  tylko  trzaskanie  płonących  w  kominku 

polan. W końcu Courtenay wstała z fotela. 

– To był bardzo długi wieczór – powiedziała, wygładzając aksamit sukienki. – 

Idę spać. – Zawahała się. – Och, jest jeszcze jedna sprawa... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

– Co takiego? 
– Dowiedziałeś się już, dlaczego postanowiłam pójść na przyjęcie do Bertie, ale 

ty też mówiłeś, że z jakiegoś powodu zależy ci, żebym tam poszła. Czy możesz mi 
teraz powiedzieć, co to był za powód? Chciałabym wiedzieć. 

Graydon  szarpnął  węzeł  krawata  i  rozluźnił  go,  rozpinając  kołnierzyk  koszuli, 

jakby zabrakło mu powietrza. 

–  Miałem  nadzieję,  że  zapomnisz  o  tym.  Ale  skoro  jesteśmy  wobec  siebie 

szczerzy, dobrze, powiem ci, dlaczego chciałem zabrać cię do Bertie. 

Courtenay  skurczyła  się  w  sobie.  Domyśliła  się,  że  nic  nie  zostanie  jej 

oszczędzone. 

– Zaprosiłem cię – ciągnął Graydon – ponieważ chciałem, żeby Bertie myślała, 

iż  coś  nas  łączy.  Po  śmierci  męża  ciągle  daje  mi  do  zrozumienia,  że  powinniśmy 
znowu  być  razem.  Uważałem,  że  najlepszym  sposobem  uświadomienia  jej,  że  nie 
ma szans, będzie... 

–  ...  będzie  wykorzystanie  mnie  –  dokończyła  Courtenay  posępnie.  Poczuła 

pieczenie pod powiekami, a gardło ścisnęło się jej tak, że z trudem mogła przełknąć 
ślinę. – Powinnam była się domyślić – powiedziała głosem stłumionym przez łzy. – 
To pomysł w guście Winterów. 

Odwróciła się i potykając podeszła do drzwi. Ale Graydon dogonił ją. Schwycił 

ją za ramiona i zawrócił. 

– Na Boga – rzekł głosem pełnym udręki. – Tak mi przykro, Courtenay. 
Nie  była w stanie wykrztusić ani jednego  słowa, wysunęła się z jego  uścisku  i 

podeszła do drzwi. 

Tym razem nie próbował jej zatrzymać. 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rozdział 11 

 
Courtenay  stwierdziła  z  ulgą,  że  Graydon  wyjechał  do  biura,  zanim  jeszcze 

wstała. Zaniosła na tacy śniadanie dla Vicky, a potem wróciła się jeszcze do kuchni 
po  kubek  kawy.  Jedyną  pociechą  dla  niej  tego  ranka  było  coraz  lepsze 
samopoczucie Vicky. Widać było wyraźną poprawę. 

Kilka  minut  gawędziła  z  Liwy,  a  kiedy  szła  z  powrotem  przez  hol  z  kubkiem 

gorącej  kawy,  spostrzegła  Alannę  krzątającą  się  między  puszkami  farby  i  rolkami 
tapety. 

Courtenay chrząknęła. 
– Szczęśliwego Nowego Roku, pani Winter. 
– A... dzień dobry. Tobie również życzę szczęśliwego Nowego Roku. – Starsza 

pani  wydawała  się  zakłopotana.  –  Ja...  czekałam  na  ciebie.  Chciałabym  z  tobą 
porozmawiać. Czy masz teraz chwilę czasu? 

Courtenay  poczuła  się  nieswojo,  kiedy  zauważyła,  że  Alanna  ma 

zaczerwienione oczy; było oczywiste, że płakała. 

– Miałam właśnie posiedzieć trochę z Vicky – odpowiedziała spokojnie – ale... 

dobrze, oczywiście. 

Przeszły do salonu i Alanna wskazała Courtenay jeden z foteli. Ogień już palił 

się w kominku i płomienie strzelały w górę. 

Courtenay  czekała,  ale  cisza  przeciągała  się.  Wypiła  parę  łyków  kawy  i  już 

miała rozpocząć rozmowę, kiedy Alanna odezwała się: 

–  Graydon  opowiedział  mi  wszystko.  Całą  tę  obrzydliwą  historię,  jak  Patryk 

uwiódł cię i oszukał. Z całego serca pragnę cię przeprosić za to, że traktowałam cię 
do tej pory tak okropnie. Nigdy w życiu nie byłam taka zawstydzona. Byłaś moim 
gościem, a moje zachowanie wobec ciebie było co najmniej nietaktowne. 

–  Do  niedawna  znała  pani  przecież  tylko  wersję  Graydona  –  powiedziała 

Courtenay łagodnie. – Skąd mogła pani przypuszczać, że to nieprawda? 

– Powinnam była! Powinnam była wierzyć mojej intuicji. Zawsze byłam dumna 

z  tego,  że  umiem  właściwie  oceniać  ludzkie  charaktery.  Im  lepiej  ciebie 
poznawałam,  tym  bardziej  byłam  zaintrygowana  –  nie  pasowałaś  zupełnie  do 
wizerunku,  jaki  stworzył  Graydon.  A  w  ten  poranek  Bożego  Narodzenia,  kiedy 
pobiegłaś  na  górę,  wyglądałaś  na  tak  zdenerwowaną,  że  chciałam  zapukać  do 
twojej sypialni  i zapytać, co się stało. Domyśliłam się, że  Bertie  Atherton  była co 
najmniej  niegrzeczna  wobec  ciebie.  –  Westchnęła.  –  Nie  mogłam  zapomnieć 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

twoich oczu. To  twoje zrozpaczone spojrzenie ciągle  mnie później prześladowało. 
Teraz gorzko żałuję, że wtedy nie zareagowałam. 

Serce  Courtenay  ścisnęło  się  boleśnie  –  ale  zabłysła  również  iskierka  nadziei. 

Czy  mogłaby  się  zaprzyjaźnić  z  Alanną?  Przedtem  wydawało  się  to  zupełnie 
niemożliwe. 

– Nie mówmy o przeszłości... 
Alanna potrząsnęła głową. 
–  Jeszcze  coś.  Graydon  powiedział,  że  prosiłaś  go,  żeby  oszczędził  mi  całej 

prawdy. Obawiałaś się, że to  mogłoby  mnie zranić. – Courtenay wydawało się, że 
w wyblakłych niebieskich oczach pojawiły się łzy. 

– Miałaś rację, było to dla mnie wyjątkowo bolesne – dowiedzieć się, do czego 

Patryk był zdolny. Ale ten ból złagodziła świadomość, że zatroszczyłaś się o mnie. 
Jak  to  miło  z  twojej  strony,  że  zadbałaś  o  mnie  w  ten  sposób.  Nie  myślałam,  że 
spotkam  kogoś,  kto  ma  takie  dobre  serce.  Czy  mogę  mieć  nadzieję,  że  po  tym 
wszystkim  pozwolisz  mi  traktować  cię  jak  członka  rodziny?  Czy  zechciałabyś 
zamieszkać z nami w Seacliffe? 

Członek  rodziny.  Courtenay  przypomniała  sobie  pogardliwe  słowa  własnego 

ojca,  kiedy  dał  jej  do  zrozumienia,  żeby  nie  pokazywała  się  mu  więcej  na  oczy. 
Teraz  proponują  jej  coś  zupełnie  przeciwnego  –  żeby  stała  się  częścią  nowej 
rodziny. O tym nie śmiała marzyć. Poczuła do Alanny taką sympatię, jaką mogłaby 
obdarzyć rodzoną matkę. 

– Pani Winter... 
–  Nazywaj  mnie  Alanną,  kochanie.  Wszyscy  moi  przyjaciele  tak  do  mnie 

mówią. 

Courtenay uśmiechnęła się. 
–  Alanno,  jesteś  przecież  babcią  Vicky.  Bardzo  chciałabym,  żebyśmy  obie 

należały  do  waszej  rodziny.  Ale  obawiam  się,  że  za  kilka  dni  będziemy  musiały 
wracać  do  Millar’s  Lake.  Tam  jest  nasz  dom  –  mój  i  Vicky.  Bardzo  mi  zależy  na 
tym, żeby być samodzielną i niezależną. 

Urwała  nagle,  kiedy  zobaczyła,  że  Alanna  posmutniała,  a  następnie  podjęła 

szybko: 

– Może uda mi się znaleźć jakieś większe mieszkanie i wtedy Wheeler mógłby 

kiedyś  przywieźć  cię  do  nas  z  wizytą.  A  jeżeli  Vicky  będzie  chciała  odwiedzić 
ciebie  w  czasie  wakacji  –  a  ja  jestem  pewna,  że  będzie  chciała  –  wtedy  Wheeler 
będzie mógł po nią przyjechać. Oczywiście nie będę miała nic przeciw temu. 

– Wheeler... – mruknęła Alanna, jakby myślała o czymś innym. Długo patrzyła 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

na  Courtenay  w  milczeniu,  a  jej  oczy  wydawały  się  nabierać  blasku.  Courtenay 
skurczyła  się  pod  tym  ostrym,  badawczym  spojrzeniem,  które  wydawało  się 
przewiercać ją na wskroś i czytać w jej najskrytszych myślach. 

Nagle Alanna odezwała się: 
–  Och,  jakże  mogłam  być  tak  ślepa!  Chodzi  o  Graydona,  prawda?  To  z  jego 

powodu  nie  chcesz  tu  zostać,  to  dlatego  tak  chcesz  koniecznie  wracać  do  domu. 
Zakochałaś się w nim! 

Courtenay zerwała się gwałtownie. 
– Och, nie – powiedziała stłumionym głosem. – Mylisz się. 
– Czyżby? – Alanna podniosła się z fotela i zapytała spokojnie: – To dlaczego 

tak wszystko zaplanowałaś, żeby go już więcej nie zobaczyć? Dlaczego to Wheeler 
musi  mnie  przywieźć  do  Millar’s  Lake,  dlaczego  to  Wheeler  ma  tam  pojechać  po 
Vicky? Dlaczego nie... Graydon? 

Courtenay wyprostowała się niechętnie. 
–  Bo...  bo  on  jest  bardzo  zajęty,  ma  tyle  pracy,  nie  chciałabym  sprawiać  mu 

kłopotu... – zaczęła, ale kiedy  napotkała wzrok  Alanny, sama przestała wierzyć  w 
swoje tłumaczenie. Teraz dopiero dotarło do niej w pełni znaczenie słów Alanny  i 
ogarnęło  ją  przerażenie.  Czy  to  możliwe?  Czy  rzeczywiście  zakochała  się  w 
Graydonie?  Czy  była  tak  zaślepiona,  że  nie  uświadamiała  sobie,  co  się  naprawdę 
stało? 

Pokój  nagle  zawirował  jej  przed  oczami  i  musiała  chwycić  się  obramowania 

kominka. Tak, Alanna miała rację. Była zakochana. 

Ale mężczyzna, któremu oddała swoje serce, wcale tego nie chciał. 
Och, Boże... on nigdy nie może dowiedzieć się o tym. 
– Proszę mu o tym nie mówić – poprosiła błagalnie przez łzy. – Nie mogłabym 

mu spojrzeć w oczy, gdyby się dowiedział. 

– Oczywiście, że nie powiem. – Głos Alanny przepełniony był współczuciem. – 

Wiem, że to byłoby dla ciebie bardzo krępujące. Widzisz, Graydon przeżył zdradę 
kobiety,  kiedy  był  młodszy.  Nigdy  nie  wyznał  mi,  kim  ona  była,  ale  wiem,  że  to 
podważyło jego zaufanie do wszystkich kobiet. Przysiągł, że nigdy się nie ożeni. 

Potrząsnęła głową ze smutkiem. 
– A kiedy mój syn coś sobie postanowi, nic nie może zmienić jego decyzji. 
Ujęła w swoje dłonie zimne ręce Courtenay i przytrzymała je. – Nie martw się, 

moje dziecko, będę dobrze chronić twojej tajemnicy. 

Tak,  Courtenay  wiedziała  o  tym.  Ta  świadomość  łagodziła  trochę  ból,  który 

rozdzierał jej serce. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 
Reszta poranka ciągnęła się w żółwim tempie. Courtenay z Vicky zajęły się grą, 

którą  mała  dostała  na  gwiazdkę,  ale  myślami  była  daleko.  Zastanawiała  się,  jak 
zdoła przeżyć pod jednym dachem z Graydonem dni, które dzielą ją od wyjazdu z 
Seacliffe. 

Około  wpół  do  drugiej  Vicky  zasnęła.  Alanna,  w  drodze  na  popołudniową 

drzemkę, zatrzymała się obok Courtenay. 

–  Powinnaś  się  przejść  –  zaproponowała.  –  Wyglądasz  na  bardzo  zmęczoną,  a 

na dworze jest tak ładnie. Powiedziałam Liwy, żeby zajrzała do Vicky, jeśli obudzi 
się przed twoim powrotem. 

Alanna  miała  rację,  pomyślała  Courtenay,  kiedy  w  kilka  minut  później 

przyjrzała  się  swemu  odbiciu  w  lustrze.  Rzeczywiście  wyglądała  okropnie  i  nic 
dziwnego,  nie  spała  prawie  całą  noc.  Podobnie  zresztą  jak  Graydon:  słyszała,  jak 
przechadzał się po sypialni, jakby miał do rozwiązania jakiś poważny problem. 

Westchnęła  ciężko,  związała  włosy  białą  wstążką  w  koński  ogon.  Zmieniła 

spódnicę  na  dżinsy,  na  białą  bawełnianą  bluzkę  nałożyła  granatowy  sweter. 
Stwierdziła,  że  wygląda  niemal  jak  beztroska  nastolatka  –  ale  tylko  na  pierwszy 
rzut oka. Wiedziała, że każdy, kto spojrzałby jej głębiej w oczy, zobaczyłby w nich 
ból. 

Kiedy  zamknęła  frontowe  drzwi  za  sobą,  z  dziedzińca  poderwał  się  rudzik  i 

usiadł na gałązce najbliższego klonu. Zatrzymała się i unosząc rękę do czoła, żeby 
osłonić oczy przed słońcem, obserwowała jego żwawe podskoki. 

Było cudowne popołudnie. Ciepła bryza przyniosła ze sobą balsamiczny zapach 

lasu  i  oceanu.  Zamknęła  oczy,  żeby  lepiej  smakować  urodę  tego  dnia,  ale  jego 
doskonałość  potęgowało  jeszcze  bardziej  uczucie  pustki  w  jej  życiu  –  życiu  bez 
Graydona. Trudno było wprost uwierzyć, że jeszcze tydzień temu czy dwa myślała, 
że nie potrzebuje nikogo prócz Vicky. Jak bardzo się myliła! 

Otworzyła  oczy  na  odgłos  zbliżającego  się  samochodu  i  ku  swojemu 

przerażeniu  dostrzegła  mercedesa  zbliżającego  się  do  podjazdu.  Koła  zachrzęściły 
na żwirze, kiedy zatrzymał się parę metrów od niej. 

Courtenay wydawało się, że czarna chmura zasłoniła nagle słońce. Boże, spraw, 

żeby to był Wheeler, błagała. 

Ale jej modlitwa nie została wysłuchana. 
Kiedy  Graydon  wysiadł  z  samochodu,  Courtenay  ogarnęło  nagle  bezsensowne 

pragnienie, żeby schować się za krzakiem rododendronu. Zamiast tego westchnęła 
głęboko i wsunąwszy ręce do kieszeni czekała, kiedy Graydon podejdzie do niej. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Graydon  był  w  ciemnym  garniturze  i  szarej  koszuli.  Wiatr  rozwiał  mu  poły 

marynarki  i  odsłoniła  się  jego  muskularna  klatka  piersiowa.  Courtenay 
przypomniała sobie słowa Krystle: „Wysoki, ciemny, absolutnie zniewalający. Ma 
wyjątkowo  seksowne,  chmurne  spojrzenie,  włosy  czarne  jak  węgiel,  opaleniznę  z 
Palm Springs, oczy koloru pawich piór... „ 

Courtenay doskonale pamiętała swoją odpowiedź: – Wiesz, że mężczyźni mnie 

nie interesują. 

– Gdzie idziesz? – pytanie Graydona sprowadziło ją na ziemię. 
Chrząknęła i podnosząc ku niemu głowę, wskazała wybrzeże. 
–  Twoja  matka  powiedziała,  że  można  kilometrami  spacerować  wzdłuż  plaży. 

Pomyślałam, że zaczerpnę trochę świeżego powietrza, póki Vicky się nie obudzi. 

– Zajrzałem do niej rano przed wyjściem. Wygląda dużo lepiej. 
– Tak, wraca do zdrowia. 
Nastała kłopotliwa cisza. Courtenay odezwała się pierwsza: 
– Alanna powiedziała, że pojechałeś do biura. Czy ty w ogóle nie masz żadnej 

przerwy? W końcu są przecież święta. 

–  Pojechałem  do  biura,  ale  nie  pracowałem  –  Graydon  spojrzał  poza  nią,  tam, 

gdzie morze lśniło w zimowym słońcu. – Musiałem przemyśleć pewne sprawy. 

–  Słyszałam,  jak  po  północy  chodziłeś  po  pokoju...  Courtenay  nagle  zamilkła. 

Po  co  to  powiedziała?  Nie  chciała  przecież  dawać  mu  do  zrozumienia,  że  go 
słyszała, że zwróciła nań uwagę. 

– Czy przeszkadzałem ci? 
–  Nie,  ja  też  nie  spałam.  Mam  nadzieję,  że...  że  znalazłeś  odpowiedzi  na 

pytania, które cię nurtowały. 

– Tak – mruknął. – Rzeczywiście znalazłem. 
Kiedy spoglądał w kierunku morza, uświadomiła sobie, ile determinacji było w 

tej twarzy. Silny mężczyzna, który wie, czego chce. 

Jak to powiedziała  Alanna? „Kiedy  mój syn coś postanowi,  nic  na świecie  nie 

zmieni jego decyzji”. Ogarnęła ją rozpacz. 

– ... jeżeli nie masz nic przeciw temu. 
Courtenay spojrzała na niego, mrugając oczami. 
– Przepraszam – bąknęła. – Nie słyszałam, co mówiłeś. 
Spojrzał  na  nią  pytająco,  a  w  jego  oczach  odbijał  się  błękit  nieba.  – 

Powiedziałem,  że  spacer  też  by  mi  się  przydał.  Czy  nie  masz  nic  przeciw  temu, 
żebym się przyłączył? 

– Och... oczywiście. – Courtenay wzruszyła ramionami udając obojętność. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Piasek  na  plaży  był  wilgotny  i  można  było  wygodnie  spacerować.  Ogromne 

pnie leżały na brzegu wzdłuż linii wybrzeża. Na całej plaży nie widać było nikogo 
oprócz jakiejś dziewczynki, która bawiła się z psem. 

–  Telefonowałem  po  lunchu  do  Alanny.  Wspomniała,  że  rozmawiałyście.  Nie 

wiem,  jakim cudem to osiągnęłaś, ale powiedziała  mi, że  ma zamiar w przyszłym 
tygodniu zamówić malarzy, żeby odnowili główny hol. 

– Och, to wspaniale! – Courtenay ucieszyła się. 
– To dobry znak. 
– Ja też tak uważam. 
– Więc mogę wrócić do Millar’s Lake od razu, jak tylko Vicky wyzdrowieje. 
– W dalszym ciągu masz zamiar wyjechać? 
– Tak – odpowiedziała spokojnie Courtenay. 
– W dalszym ciągu mam zamiar wyjechać. 
Graydon kopnął jakiś kamyk. – W takim razie odwiozę cię. 
–  Och,  nie  musisz!  –  Courtenay  nie  mogła  nawet  znieść  myśli,  że  musiałaby 

przez  wiele  godzin  siedzieć  w  samochodzie  blisko  Graydona.  –  Pojedziemy 
autobusem. 

–  W  takim  razie  Wheeler  was  zawiezie  –  zadecydował  tonem  nie  znoszącym 

sprzeciwu. 

Spacerowali  przez  kilka  minut  w  milczeniu,  po  czym  Graydon  odezwał  się 

znowu: 

–  Jutro  spotkam  się  z  Kettertonem.  Przywróci  cię  na  twoje  dawne  stanowisko. 

Porozmawiam z nim o odszkodowaniu... 

–  Nie  –  powiedziała  twardo  Courtenay.  –  Nie  wezmę  od  ciebie  żadnych 

pieniędzy.  –  Więc  proszę,  nie  rób  tego.  Chcę  tylko  wrócić  do  domu  i  mieć 
wszystko to, co przedtem. Och, wiem, że to niezupełnie możliwe, ale... 

– Ty mnie wciąż nienawidzisz, prawda? 
Courtenay  otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  szybko  się  powstrzymała. 

Czy  nie  byłoby  lepiej,  gdyby  tak  myślał?  Żeby  uwierzył,  że  ona  nie  może  znieść 
jego  widoku?  Wtedy  nigdy  już  nie  będzie  musiała  spotykać  go.  Wheeler  będzie 
mógł zabierać Vicky, ile razy będzie chciała przyjechać na wakacje do Seacliffe. 

Zwolnili  kroku.  Courtenay  odwróciła  się,  żeby  nie  zobaczył  łez  w  jej  oczach. 

Do tej pory sądziła, że to Patryk złamał jej serce. Teraz wiedziała, że uczucie, jakie 
żywiła  wobec  niego,  było  tylko  zauroczeniem  nastolatki,  namiastką  prawdziwego 
uczucia. To, co czuła wobec Graydona, to była prawdziwa miłość, to mężczyzna jej 
życia. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Ale on jej nie kochał i ona nie spodziewała się po nim niczego więcej niż dotąd. 
Nagle  chwycił  ją  za  ramiona  i  obrócił  ku  sobie.  Patrzyła  na  niego  mrugając 

rozpaczliwie oczami, żeby nie zauważył jej łez. Z trudem powstrzymywała łkanie. 

Puścił jej ręce i cofnął się trochę, tak że się już nie dotykali. 
– Nigdy nie zapytałaś mnie, skąd wiedziałem o dziecku Patryka. 
Spojrzała zaskoczona. 
–  Nie  –  powiedziała  wolno.  –  Nie  pytałam.  Myślałam...  To  znaczy, 

spodziewałam się, że po śmierci Patryka przyjdzie ci na myśl, że z romansu mogło 
narodzić  się  dziecko...  Że  nie  chciałeś  już  bardziej  ranić  Beth  i  wynająłeś 
prywatnego detektywa, żeby to sprawdzić. 

Graydon popatrzył na morze, na dziewczynkę z psem. W końcu odezwał się: 
– Usiądźmy na chwilę. 
Przysiadł na pniu, w pewnej odległości od Courtenay. 
– Nie – zaprzeczył. – Istnienie dziecka nigdy nie przyszło mi do głowy. 
Courtenay spojrzała na niego zdumiona. 
–  Więc  czemu  mnie  poszukiwałeś?  –  Nagle  przyszło  jej  na  myśl  przerażające 

przypuszczenie. – Czy... chciałeś się zemścić? 

–  Zemścić?  –  Graydon  zapatrzył  się  w  morze.  Courtenay  zaczęła  się 

zastanawiać,  czy  jeszcze  coś  powie.  Ale  w  końcu  odezwał  się  tonem  pełnym 
goryczy: 

– Nie, nie  myślałem o zemście. – Zamilkł  znowu  i westchnął  głęboko. Sięgnął 

do kieszeni spodni i wyjął portfel. 

–  Odpowiedź  jest  tu  –  powiedział  wolno,  jakby  słowa  przychodziły  mu  z 

wielkim trudem. – Nie spodziewałem się, że pokażę to komukolwiek... a najmniej – 
że tobie. Ale nie chcę, żeby między nami były jakieś tajemnice. 

Courtenay wstrząsnęła się, kiedy podmuch wiatru uderzył jej prosto w twarz. – 

Co to takiego? Podał jej portfel. 

– Otwórz sama i zobacz. 
Courtenay zaczęła rozcierać ręce, żeby trochę je rozgrzać, i patrzyła na niego z 

niedowierzaniem. 

– Otwórz – powtórzył Graydon. 
Courtenay  pogładziła  dobrze  wyprawioną  skórę  portfela,  starając  się  odwlec 

chwilę,  kiedy  będzie  musiała  zajrzeć  do  środka.  Co  tam  mogło  być?  Co  zmusiło 
Graydona do poszukiwania jej? Właśnie jej – nie Vicky. 

Powoli  otworzyła  portfel.  Pierwszą  rzeczą,  którą  zobaczyła,  była  fotografia  w 

plastikowej ramce. Stare zdjęcie, z pozaginanymi rogami, trochę wyblakłe... 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Poczuła nagły skurcz żołądka. To było jej zdjęcie – to samo, które Patryk zrobił 

tego dnia, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Przypomniała sobie pierwsze słowa, 
jakie wtedy powiedział: 

– Przepraszam... ale nie mogłem się powstrzymać – uśmiechnął się czarująco. – 

Pani jest najbardziej atrakcyjną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem! 

Spojrzała na Graydona. 
– Skąd to masz? – szepnęła. 
– Znalazłem w szufladzie Patryka, kiedy robiłem porządki po jego śmierci. 
–  Ale  po  co  je  przechowujesz?  –  zapytała.  Odpowiedź  przemknęła  jej  przez 

myśl. Gorąco pragnęła, żeby to nie była ta odpowiedź. 

Ale on odrzekł: 
– Zachowałem je, ponieważ uważałem, że jesteś najbardziej atrakcyjną kobietą, 

jaką kiedykolwiek spotkałem. 

Courtenay  spojrzała  z  niedowierzaniem.  Miała  wrażenie,  że  cały  świat  wiruje 

wokół  niej.  Poczuła  się  dziwnie  lekka.  A  kiedy  uczucie  to  minęło,  wstała  i 
podbiegła  do  brzegu,  nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  portfel  upadł  na  piasek. 
Patrzyła  na  horyzont,  nie  widząc  nic  przez  łzy.  Nie  usłyszała,  kiedy  Graydon 
podszedł do niej, ale nagle poczuła ciepły oddech tuż przy karku. Ale i tym razem 
jej nie dotknął. 

Potrząsnęła głową w rozpaczliwym geście. 
–  Pragniesz  mnie...  pragniesz  mojego  ciała  –  dokładnie  tak  jak  Patryk.  Jesteś 

taki jak on... Och, nie zniosę tego dłużej! 

– Spójrz na mnie, Courtenay. 
Nie  mogła  już  dłużej  ukrywać  przed  nim  łez.  Przyciskając  dłonie  do  skroni, 

daremnie usiłując złagodzić nagłe, bolesne pulsowanie, odwróciła się. Słowa pełne 
gniewu zamarły jej na ustach, gdy dostrzegła w jego oczach prawdziwą udrękę. 

–  Miałem  obsesję  na  twoim  punkcie  –  mówił  głosem  pełnym  bólu.  –  Nie 

mogłem  myśleć  o  niczym  innym,  dzień  i  noc.  Rzeczywiście  wynająłem 
prywatnego detektywa, ale nie dlatego, że przypuszczałem, iż mogłaś mieć dziecko 
z  Patrykiem,  ale  dlatego,  że  tak  bardzo  ciebie  pragnąłem.  Tak,  masz  rację... 
Pożądałem cię tak jak Patryk. 

Courtenay czuła się tak, jakby Graydon złamał jej serce. 
–  Kiedy  detektyw  w  końcu  znalazł  ciebie  i  dowiedział  się,  że  masz  dziecko, 

prosiłem,  żeby  wysłał  mi  fotografię.  Kiedy  zobaczyłem,  jak  wygląda  córka 
Patryka...  –  potrząsnął  głową  bezradnie.  –  Sprowadziłem  cię  tutaj,  do  mojego 
domu.  Udawałem,  że  robię  to  dla  dobra  Alanny,  ponieważ  była  w  depresji  po 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

śmierci syna, a zawsze marzyła o wnukach. Poszedłem na całego, udając, że to był 
mój jedyny cel. Ale oczywiście chodziło mi o coś innego. Chciałem  mieć ciebie. I 
w dalszym ciągu tego chcę. 

Courtenay  opuściła  ręce  i  łkając  cichutko  odeszła  na  bok.  Nie  chciała  tego 

słuchać. 

–  Ale  teraz  pragnę  czegoś  więcej...  –  Graydon  stanął  naprzeciw  niej,  ale  nie 

próbował  jej  dotykać.  –  Nie  wystarczy  mi  piękna,  atrakcyjna  blondynka  z 
fotografii.  Chcę  mieć  prawdziwą  Courtenay  –  ciepłą,  wrażliwą,  bezinteresowną 
kobietę,  którą  pokochałem.  Chcę  ją  poślubić,  chcę  spędzić  z  nią  resztę  mojego 
życia... 

Courtenay  przystanęła  oszołomiona.  Ale  nie  mogła  się  odwrócić.  Bała  się,  że 

jeśli to zrobi, okaże się, że z tyłu  nie  ma  nikogo, że ulega złudzeniu, że wyobraża 
sobie to, co naprawdę chciałaby usłyszeć i zobaczyć. 

– Courtenay... 
Oddychając  głęboko,  zdołała  w  końcu  zwrócić  ku  niemu  twarz  i  spojrzała  z 

wahaniem, czekając, czy coś jeszcze powie. 

–  Wiem,  że  Patryk  podważył  twoje  zaufanie  do  mężczyzn.  –  Oczy  Graydona, 

obramowane  ciemnymi  rzęsami,  patrzyły  na  nią  z  bólem  i  żalem.  –  Ale  mam 
nadzieję, że nie zniszczył go całkowicie. Sądzę, że można je odbudować. Nie mogę 
się spodziewać, że to nastąpi z dnia na dzień – i może to nawet lepiej, bo chciałbym 
zasłużyć  na  to  zaufanie.  Muszę  na  nie  zasłużyć...  i...  mam  zamiar  to  zrobić,  bez 
względu na to, jak długo to będzie trwało. Nawet jeśli zajmie mi całe życie. 

Courtenay  próbowała  zapytać,  jaką  drogą  chciałby  to  osiągnąć,  ale  słowa  nie 

mogły jej przejść przez gardło. Graydon jednak sam odpowiedział na to pytanie: 

– Mam zamiar zdobywać cię w taki sposób, jak na to zasługujesz, tak, jak nikt 

jeszcze  tego  do  tej  pory  nie  robił.  Zaczniemy  wszystko  jeszcze  raz.  Będziemy 
udawać,  że  jesteśmy  obcymi  ludźmi,  mężczyzną  i  kobietą,  którzy  spotkali  się 
pierwszy raz w życiu. 

Rozprostował  ramiona  i  powiedział  z  przekonaniem,  które  sprawiło,  że  serce 

Courtenay zadrżało: 

– Zmuszę cię, żebyś mnie pokochała. 
Nie musisz tego robić, szepnęła do siebie cichutko, ja już ciebie kocham. 
Musiał  wyczytać  odpowiedź  z  jej  oczu,  bo  uśmiechnął  się.  Courtenay 

uświadomiła sobie, że pierwszy raz uśmiechnął się w taki sposób. 

–  Wydaje  mi  się  –  rzekł  Graydon  –  że  to  najlepszy  czas  i  miejsce,  żeby 

rozpocząć nowe życie – teraz i tutaj. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Courtenay  uśmiechnęła  się  do  Graydona  i  wtedy  usłyszała  głębokie 

westchnienie. Mogłaby przysiąc, że zobaczyła, jak drży. 

Ale ręka, którą wyciągnął ku niej, była mocna i ciepła. 
–  Cześć  –  przedstawił  się.  –  Nazywam  się  Graydon  Winter.  Mieszkam  w  tym 

domu  wśród  sosen.  Jestem  dobrze  sytuowany,  a  moja  matka  uważa,  że  jestem 
porządnym człowiekiem. 

Courtenay  pomyślała,  że  chyba  nie  będzie  w  stanie  odpowiedzieć  –  szczęście 

ścisnęło jej gardło. Ale w końcu udało się jej wykrztusić: 

– Courtenay West – powiedziała drżącym głosem. 
– Samotna matka z dziewięcioletnią córką. Nie jestem niezależna materialnie, a 

miejscem,  które  nazywam  swoim  domem,  jest  dość  nędzna  suterena  w  Millar’s 
Lake. 

– Millar’s Lake? Czy to ładna miejscowość? 
– Nie najgorsza. 
– A czy są tam jakieś hotele? 
– Jest kilka. O tej porze roku są prawie puste. 
–  Więc  nie  będzie  problemu  z  wynajęciem  pokoju,  gdybym  wybrał  się  tam, 

żeby odwiedzić... przyjaciółkę? 

Serce Courtenay mało nie wyskoczyło z piersi. 
– Nie będzie żadnego kłopotu. 
– To dobrze. Mam zamiar wybrać się tam wkrótce. I przyjeżdżać bardzo często. 

– Słowa były wypowiedziane zwyczajnie, ale zabrzmiały jak uroczysta obietnica. – 
Prawda, że piękny dzień? 

– Rzeczywiście... wspaniały dzień! 
– Chciałbym przejść się trochę wzdłuż plaży. 
–  Graydon  odgarnął  włosy  z  czoła  i  dodał  uroczystym  tonem:  –  Courtenay 

West, czy chciałaby pani pójść ze mną na spacer? 

– Tak – odrzekła Courtenay. Doskonale wiedziała, o co pytał naprawdę. 
Szli  obok  siebie  wzdłuż  brzegu.  Courtenay  zauważyła,  że  ani  jej  nie  dotknął, 

ani  nie  objął  ramieniem.  Wiedziała  dlaczego.  Serce  mówiło  jej,  że  nadejdzie  taki 
dzień, kiedy to zrobi. 

Na razie cieszyli się, że są razem, i to im wystarczało. 
 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)