background image

JULIE GARWOOD

CZAS RÓŻ - 

RÓŻOWA

Tytuł oryginału: ONE PINK ROSE

background image

PROLOG

Dawno   temu   żyła   sobie   niezwykła   rodzina.   Nazywali   się 

Clayborne'owie, a łączyły ich więzy silniejsze niż więzy krwi.

Poznali   się,   gdy   będąc   jeszcze   wyrostkami   szlifowali   bruki 

nowojorskich   ulic:   Adam,   zbiegły   niewolnik,   doliniarz   Douglas, 
rewolwerowiec Cole i wydrwigrosz Travis, i przetrwali trzymając się 

razem i  wspólnie  broniąc   przed silniejszymi od  nich.  Gdy  w swoim 
zaułku znaleźli maleńką dziewczynkę - podrzutka, poprzysięgli sobie, że 

zapewnią jej szczęście i ruszyli na Zachód.

Przewędrowali   szmat   kraju,   aż   w   końcu   osiedli   na   niewielkim 

skrawku ziemi w sercu Montany, który nazwali Różanym Wzgórzem.

Jak żyć uczciwie dowiadywali się z listów matki Adama, Róży; jej 

zawierzali   swoje   lęki,   nadzieje   i   marzenia,   a   ona   obdarzała   ich 
najserdeczniejszą miłością.

Z czasem zaczęli ją traktować jak własną matkę i nazywać mamą 

Różą.

Po   długich   dwudziestu   latach   Róża   zamieszkała   wreszcie   ze 

swoimi chłopcami. Jej przyjazd był wielkim świętem, ale i przyczyną 

zamieszania.   Zamężna   już   córka   oczekiwała   pierwszego   dziecka,   a 
synowie wyrośli na porządnych ludzi. Dobrze się im wiodło, ale mamie 

nie podobało się, że ciągle są kawalerami i nie kwapią się do żeniaczki. A 
że   wierzyła,   iż   Bóg   pomaga   tym,   którzy   sami   sobie   pomagają, 

pozostawało jej tylko jedno. Musiała się wtrącić.

background image
background image

Thomas Hood, „Time of Roses”

Nie w zimie z naszych wróżb
Wyczytał los kochanie.

Był czas kwitnienia róż – 
Rwaliśmy je w altanie.

Przeł. Wojciech Usakiewicz

background image

1

Różane Wzgórze,

Montana Valley, 1880

Travis najpoważniej w świecie rozważał możliwość zamordowania 

człowieka.   Najmłodszy   brat   wrócił   właśnie   z   wypadu   na   południe 
Terytorium. Zamierzał przenocować w domu i podjąć pościg na nowo. 

Do tej pory łotr mu się wymykał. Już myślał, że go ma, gdy ten jakby się 
rozpłynął w powietrzu. Travis, wściekły, musiał przyznać, że go frant 

przechytrzył. A jakże, uchyli przed nim kapelusza, że taki zmyślny, a 
potem zastrzeli.

Nie odpuści. Winowajca zwał się Daniel Ryan i popełnił grzech, 

którego wybaczyć nie można. Oszukał słodką, niewinną damę o złotym 

sercu,   a   mówiąc   dokładnie   -   mamę   Różę.   Popełnił   niegodziwość,   za 
którą, w oczach Travisa nawet śmierć nie mogła być zadośćuczynieniem. 

Mściciel powtarzał sobie, że sprawiedliwość jest po jego stronie.

Wieczorem odczekał, aż matka położy się spać, by omówić rzecz z 

braćmi. Siedzieli rzędem na ganku: nogi na poręczy, głowy odchylone 
do tyłu, oczy zamknięte.

W   chwilę   potem   jak   Róża   poszła   na   górę,   dołączył   do   nich 

szwagier,   Harrison.   Miał   im   właśnie   powiedzieć,   że   wyglądają   na 

zadowolonych z życia, gdy Travis obwieścił swoje zamiary. Harrisonem 
aż   zatrzęsło.   Łagodnie   nadmienił,   że   jego   skromnym   zdaniem 

złodziejaszkiem   powinien   się   zająć   wymiar   sprawiedliwości   i   że   ów 
człowiek, jak każdy mężczyzna i kobieta w tym kraju, ma prawo do 

background image

sprawiedliwego wyroku. Jeśli sąd orzeknie winę, szubrawiec trafi do 
więzienia, ale żeby od razu zabijać z zimną krwią?

Namaszczona   oracja   Harrisona   pozostała   bez   odpowiedzi.   Z 

wykształcenia   prawnik,   miał   zwyczaj   rozwodzić   się   nad   każdym 

drobiazgiem.   Rozczulająca   była   dla   braci   ta   wiara   szwagra   w 
sprawiedliwość dla wszystkich. Mąż ich siostrzyczki, człek poczciwy, 

pochodził   wszak   ze   Szkocji   i   miał   bardzo   naiwne   wyobrażenia   o 
prawach Dzikiego Zachodu. Może w doskonałym świecie niewinny jest 

chroniony,   a   złoczyńcę   spotyka   zasłużona   kara,   ale   oni   nie   żyli   w 
doskonałym świecie, tylko w Montanie.

Poza tym, jaki stróż prawa będzie się uganiał za byle zaskrońcem, 

gdy wokół roi się od śmiertelnie kąsających grzechotników?

Harrison ani myślał przychylać się do poglądów Clayborne'ów. 

Oburzony   przypomniał   Travisowi,   że   prawnik   ma   obowiązek 

postępować jak człowiek honoru, zamiast ścigać złodzieja, który okradł 
ich   matkę.   Poradził   nawet   Travisowi,   żeby   raz   jeszcze   przeczytał 

Państwo Platona.

Nic   wszakże   nie   mogło   powstrzymać   Travisa   od   wypełnienia 

świętej dlań powinności. Pochylił się do przodu i spojrzał na Harrisona.

- Syn ma przede wszystkim obowiązki wobec matki - oznajmił.

- Amen - mruknął Douglas.
- To oczywiste, że mama Róża została oszukana i obrabowana - 

ciągnął   Travis.   -   Poprosił,   żeby   mu   pokazała   złote   pudełeczko   z 
kompasem.

- Niepotrzebnie o nim opowiadała - westchnął Adam.

background image

-   Stało   się.   Kiedy   usłyszał,   że   pudełeczko   jest   ze   złota,   zaraz 

zachciało mu się je obejrzeć.

- Od razu pomyślał o kradzieży - wtrącił Cole.
- Sprytnie wykorzystał moment, kiedy tłum ich rozdzielił - dodał 

Adam.

- Mama Róża mówiła, że ten Ryan to kawał chłopa - przypomniał 

Douglas. - Znaczy się, muskularny osiłek. Niepodobna, żeby ludzie tak 
łatwo go odepchnęli. Od początku chciał ukraść.

- Na Boga, Douglasie, nie możesz zakładać... - zaczął Harrison, ale 

Travis mu przerwał:

- Skrzywdził mamę i nie ujdzie mu to na sucho. Nie darujemy 

draniowi. Chyba rozumiesz, co czujemy, Harrison. Też przecież miałeś 

matkę?

-   Nie   byłbym   tego   taki   pewien   -   wycedził   Cole,   rozdrażniając 

jeszcze bardziej Harrisona.

-   Upadliście   na   głowę   -   oświadczył   wojowniczo   usposobiony 

szwagier, odczekał aż przebrzmią ironiczne pomruki i oznajmił, że plan 
Travisa to nic innego, jak morderstwo z premedytacją.

Cole   parsknął   śmiechem   i  klepnął   Harrisona   w  plecy   za  to,  że 

powiedział coś tak zabawnego, po czym poradził mu, by zaczął myśleć 

jak   wyciągnąć   Travisa   z   więzienia,   kiedy   ten   spełni   synowską 
powinność.   W   końcu   stwierdził,   że   najlepiej   będzie,   jeśli   Travis 

sprowadzi złoczyńcę na Różane Wzgórze, by cała rodzina wzięła na nim 
pomstę.

Harrisonowi ręce opadły. Nie sposób było przemówić braciom do 

background image

rozumu. Doprowadzali go do szału. Wiedział jednak, że w głębi serca 
żaden z nich nie byłby zdolny popełnić zbrodnię.

- Skąd wiesz, że człowiek, za którym się uganiasz,  nazywa się 

Daniel Ryan? Może to pseudonim? Może kłamał, że pochodzi z Teksasu?

- Akurat. Przedstawił się mamie Róży, zanim dowiedział się od 

niej, jakie prezenty nam wiezie - zaprotestował Cole.

- Dzięki Bogu nie powiedziała mu o innych, bo ukradłby i mój 

zegarek - westchnął Douglas.

- I moją mapę - dorzucił Adam.
- I moje oprawne w skórę książki - uzupełnił Travis.

- Na pewno był z Teksasu, miał dziwny akcent - powiedział Adam.
- Prawda, mama mówiła, że taki... Jak to ona określiła, Travisie?

- Uroczy? - odparł zagadnięty ponuro.
- Nigdy nie lubiłem imienia Daniel. Tak sobie myślę, że w ogóle nie 

przepadam za Teksańczykami. Nie można im ufać - oznajmił Cole.

Harrison wzniósł oczy do nieba.

- A czy ty w ogóle kogoś lubisz? Wyświadcz mi łaskę i nie odzywaj 

się, póki nie pójdę na górę. Przy tobie przestaję myśleć logicznie.

Cole zaśmiał się.
-   Uparłeś   się   zamieszkać   po   ślubie   na   Różanym   Wzgórzu,   to 

musisz mnie teraz znosić, chcesz czy nie.

- Mary Rose powinna być teraz pod opieką matki. Miałem może 

włóczyć się od miasta do miasta z sędzią Burnsem i zostawić ją samą w 
Blue Belle? A na marginesie, jeśli jeszcze raz powiesz jej, że chodzi jak 

kaczka, to oberwiesz. Słyszałeś? Jest teraz przewrażliwiona i nie musi 

background image

słuchać, że jest gruba jak...

Cole nie pozwolił mu dokończyć.

- W porządku, nie będziemy jej dokuczali. Prawdę mówiąc, bardzo 

ostatnio wyładniała.

- Zawsze była ładna - obruszył się Adam.
- Tak, ale teraz, kiedy nosi moją siostrzenicę albo siostrzeńca, jest 

jeszcze ładniejsza. A spróbuj powtórzyć jej, co powiedziałem. Żyć by mi 
nie   dała.   Moja   siostrzyczka   ciągle   znęca   się   nade   mną,   Bóg   raczy 

wiedzieć dlaczego.

Dostrzegł iskierki w oczach Harrisona, jakby tamten zamierzał mu 

dokuczyć, ale że Cole nie był dzisiaj w nastroju do sprzeczki, szybko 
zmienił   temat   i   zaczął   mówić   o   nicponiu,   który   przywędrował   aż   z 

Teksasu.

- Ruszasz jutro, Travisie?

- Tak.
- Jak to się stało, że ty właśnie uganiasz się za Danielem Ryanem? - 

zapytał Harrison. - Jeśli rzeczywiście ukradł kompas twojego brata, to 
chyba Cole powinien go odszukać?

- Cole nigdzie nie może się ruszyć - wyjaśnił Adam.
-   Musi   siedzieć   w   domu,   dopóki   stary   Shamus   Harrington   nie 

ochłonie - dodał Douglas.

- Co zrobiłeś, Cole? - Prawdę powiedziawszy, Harrison wolałby 

nie znać odpowiedzi.

-   Bronił   się.   Jeden   z   synów   Harringtona   wyciągnął   rewolwer, 

zaczęła się strzelanina.

background image

- I co dalej? - dopytywał się Harrison.
- Ja wygrałem.

- Jasne - prychnął Harrison. - Zabiłeś go?
- Niezupełnie. Lester szukał zwady. Zadał się z bandytami. W Blue 

Belle   gadają,   że   w   najbliższą   sobotę   banda   chce   okraść   bank   w 
Hammond.

-   Lester   udaje   twardziela.   Pewnie   chciał   zaimponować   nowym 

kompanom, to się ciebie czepił - powiedział Douglas.

- Ja słyszałem, że go podbechtali. Dooley mi mówił, że tak się 

zachowywali, jakby wiedzieli kim jesteś, Cole - wtrącił Adam.

-   Dooley   za   długo   trzyma   z   Ghostem.   Nie   można   wierzyć   ani 

jednemu słowu z tego co obaj gadają - mitygował brata Cole.

- Może słyszeli o tobie - podsunął Douglas.
- Szukali guza. Poza tym, każdy wie, że synowie Harringtona to 

bęcwały - powiedział Cole.

- Prawda, ale stary Shamus się wściekł. Ci z gór już tacy są, kiedy 

ktoś strzeli do któregoś z nich. A że stary ma sześciu synów, to lepiej 
uważaj - mruknął Douglas.

- Ja zawsze uważam - oznajmił chełpliwie Cole. - Tak sobie myślę, 

że ja mógłbym szukać Ryana. Bez tego masz już dość, Travisie...

Brat nie dał mu skończyć.
- Nie, zostaniesz tutaj. Poza tym, mam swój plan.

- Prawda, chce ustrzelić trzy ptaszki naraz - powiedział Douglas.
Travis skinął głową.

- Zawiozę swoje papiery do Wellingtona i Smitha, bo chcę zacząć 

background image

aplikację we wrześniu, z Hammond wpadnę do Pritchard, załatwię, o co 
mnie mama Róża prosiła, a potem machnę się do River's Bend, zastrzelę 

Ryana, w Hammond odbiorę prezent i wrócę akurat na urodziny.

- Jesteś nam winien dziesięć dolarów za prezent dla mamy Róży - 

przypomniał Harrisonowi Cole.

- A co kupujemy?

- A taką frymuśną maszynę do szycia, mamie aż się oczy śmiały, 

jak ją zobaczyła w katalogu, co to go Adam jej dał. Wybraliśmy, ma się 

rozumieć, najdroższy model. Mama zasługuje na to, co najlepsze.

Harrison kiwnął głową.

- Czy Golden Crest i River's Best to nie w przeciwnych kierunkach?
- Tak jakby - zgodził się Cole. - Dlatego to ja powinienem ruszyć za 

Ryanem, Travisie. Oszczędziłbym ci...

I tym razem brat nie pozwolił mu dokończyć.

- Ty masz siedzieć w domu i nosa nie wychylać.
Harrison   skinął   głową   i   podsunął   pomysł,   który   powinien 

oszczędzić Travisowi czasu i zachodu.

- Maszynę możesz kupić w Pritchard, wrócisz o kilka dni wcześniej 

do domu.

- Pewnie, że może, ale Ryan kręci się w okolicach River's Bend - 

powiedział Cole.

- A skąd o tym wiesz? - zainteresował się Harrison.

-   Od   życzliwych   ludzi   -   odparł   Adam.   -   Szkoda,   że   musisz 

najpierw wyświadczyć przysługę. Zanim dotrzesz do River's Bend, po 

Ryanie nie będzie tam już śladu.

background image

- Wszystko sobie zaplanowałem. Jeden dzień mi wystarczy, żeby 

zawieźć tę Emily Finnegan do narzeczonego w Golden Crest. Jeśli będzie 

sucho, pojadę wąwozem i następnego popołudnia będę w River's Bend.

- Marzenia - sarknął Adam. - Pada od miesiąca. Nie przejedziesz na 

skróty, droga zabierze ci trzy dni.

- Kim jest Emily Finnegan? - chciał wiedzieć Harrison.

- Przysługą, którą wyświadczam mamie Róży - poinformował go 

Travis.

Harrison zazgrzytał zębami. Wyciągnąć cokolwiek z braci było nie 

lada   sztuką,   ale   on   należał   do   wytrwałych.   Clayborne'owie   lubili 

zasypywać   go   zmyślonymi   faktami   i   czynili   tak   celowo,   solidarnie 
uniemożliwiając mu „węszenie”, jak mówił Cole, co oznaczało, że nie 

życzą sobie, by kwestionował ich sposób życia i kodeks etyczny. Trzech 
ciągle wierzyło, że „wezmą go na przetrzymanie”, tylko Adam wiedział 

swoje. Nie ma bardziej upartych ludzi od Szkotów, a Harrison urodził 
się   w   górach   Szkocji,   można   więc   było   spodziewać   się   po   nim 

najgorszego.

- Jaką przysługą? - nastawał.

- Mama Róża była w zeszłym tygodniu na kolacji u Cohenów, 

usłyszała   o   kobiecie,   która   utknęła   w   Pritchard.   Człowiek,   który 

opiekował się nią w drodze, umarł, a ona nie może znaleźć nikogo, kto 
odwiózłby ją do Golden Crest.

- Dlaczego narzeczony nie przyjedzie po nią?
- Zadałem mamie Róży to samo pytanie. Odpowiedziała, że to nie 

przystoi. Oblubieniec czeka w Golden Crest, a panna Emily Finnegan 

background image

musi sama tam dojechać. Mama Róża zaofiarowała moją pomoc.

- Widocznie myślała, że Golden Crest jest gdzieś blisko Hammond 

- powiedział Douglas.

- Dlaczego nie odwiezie jej ktoś z Pritchard? To spore miasto, na 

pewno znalazłaby tam kogoś chętnego.

- Strasznie ci ludzie w Pritchard przesądni - rzekł Cole.

- To znaczy? - zapytał Harrison.
- To znaczy, że boją się panny Emily.

- Biedna panna Emily niejednego musiała mieć opiekuna w drodze 

- westchnął Douglas.

- Ilu? - dociekał Harrison.
-  Tylu,   że  trudno   zliczyć   -  odparł  Cole,   celowo   przesadzając.   - 

Mówią, że kilku z nich zmarło. Weź lepiej coś od uroku, Travisie - dodał, 
kiwając głową. - Dałbym ci mój szczęśliwy kompas, ale ni to go mam, ni 

to nie mam, a wszystko przez tego podstępnego sukin...

Harrison przerwał mu w pół słowa.

- Skąd wiesz, że to szczęśliwy kompas? Na oczy go nie widziałeś.
- Mama Róża go dla mnie wybrała, nie tak? To znaczy, że musi być 

szczęśliwy.

- Jesteście przesądni niczym ludzie w Pritchard - mruknął i zwrócił 

się do Travisa: - Myślisz, że będziesz miał kłopoty z panną Emily?

- Ja tam nie jestem przesądny i nie wierzę ani w połowę tego, co o 

niej mówią. Czy może być aż taka zła?

background image

2

Okazała się istną zarazą.

Nie wyjechali jeszcze z miasta, a Travis był poturbowany, skopany 

i   ostrzelany.   Nie,   nie   napadł   go   nikt   z   Pritchard.   To   panna   Emily 

Finnegan tak go sponiewierała. Zaklinała się co prawda na wszystkie 
świętości i grób swojej matki, że to straszne nieporozumienie, ale Travis 

nie dał jej wiary. A czemu miałby dawać? Dobrze wiedział od swoich 
przyjaciół, Cohenów, że matka panny Emily żyje i tańczy pewnie w 

Bostonie   irlandzką   gigę   z   panem   Finneganem,   rada   że   pozbyła   się 
niewdzięcznej   córki,   wysyłając   ją   do   Bogu   ducha   winnego   człeka   w 

Golden Crest.

Trzeba   przyznać,   że   panna   Emily   była,   szelma,   urodziwa. 

Kruczoczarne   loki   okalały   twarzyczkę,   a   w   wielkich   orzechowych 
oczach zapalały się złociste blaski. Usta też miała śliczne, póki ich nie 

otworzyła, a otwierała je bez przerwy. Miała swoje zdanie na każdy 
temat   i   uważała   za   swój   obowiązek   dzielić   się   nim   z   Travisem,   na 

wszelki wypadek, by zapobiec przyszłym nieporozumieniom.

Nie była z tych, co to wszystkie rozumy zjadły, ale niewiele jej 

brakowało. Travis wyrobił sobie opinię na jej temat po pierwszych pięciu 
bolesnych minutach znajomości.

Za radą właściciela hotelu, Olsena, mieli się spotkać przy stajniach. 

Travis   dojrzał   ją   już   z   daleka.   Stała   koło   palika   do   wiązania   koni, 

trzymając w jednej dłoni czarną parasolkę, w drugiej białe rękawiczki. 
Na chodniku obok rzędem czekało na załadowanie przynajmniej sześć 

background image

sakwojaży.

Ubrana była od stóp do głów w nieskazitelną biel. Travis pomyślał, 

że nie zdążyła się przebrać po wyjściu z kościoła. Dopiero po chwili 
przypomniał sobie, że to czwartek.

Od   razu   się   poróżnili.   Wyprostowana,   z   wysoko   podniesioną 

głową obserwowała bacznie ulicę. Mimo wczesnej pory w gospodzie u 

Lou   zebrał   się   już   tłum   krzykliwych   gości.   Być   może   dlatego   nie 
usłyszała, gdy podszedł od tyłu.

Popełnił   błąd,   klepiąc   ją   lekko   w   ramię,   by   zwrócić   na   siebie 

uwagę: chciał uchylić kapelusza i przedstawić się. Wtedy wycelowała w 

niego. Uczyniła to tak szybko, że ledwie miał czas się uchylić. Mały 
rewolwer ukryty w dłoni wypalił, gdy obracała się ku niemu. Zdążył 

tylko   dojrzeć   błysk   lufy.   Gdyby   nie   uskoczył   w   ułamku   sekundy, 
dostałby kulkę w pierś.

Był prawie pewien, że jej Derringer ma tylko jedną komorę, ale 

wolał nie ryzykować. Chwycił pannę za nadgarstek i wykręcił jej dłoń, 

kierując broń w górę. Dopiero wtedy postąpił krok ku niej, by wyrazić 
swoją opinię.

Niewiele myśląc, zdzieliła go parasolką przez głowę i kopnęła z 

całych sił w udo. Najwyraźniej mierzyła w pachwinę, a gdy nie trafiła za 

pierwszym razem, z wściekłością ponowiła próbę.

Wiedział już, że ma do czynienia z wariatką.

- Puść mnie, ty jehowo!
- Co za jehowo, do pioruna?

Nie miała bladego pojęcia. Tak ją zaskoczyło pytanie, że omal nie 

background image

wzruszyła   ramionami   w   odpowiedzi.   Nie   wiedziała,   co   oznacza 
„jehowa”, ale słyszała jak jej siostra Barbara używała tego określenia, 

ilekroć   chciała   zbyć   natarczywego   adoratora,   zawsze   z   dobrym 
skutkiem.   Ruszając   z   Bostonu   przyrzekła   sobie   we   wszystkim 

naśladować Barbarę.

- Dość ci wiedzieć, że to obelga - parsknęła. - A teraz puszczaj!

-   Puszczę,   jak   obiecasz,   że   nie   będziesz   próbowała   mnie   zabić. 

Mam cię odwieźć do Golden Crest - powiedział, krzywiąc się. - O ile 

mnie   panna   wcześniej   nie   zastrzeli,   a   wtedy   będzie   podróżowała 
samopas. A niech no tylko spróbuje znowu kopnąć, to klnę się, że...

Przerwała mu, zanim zdążył powiedzieć, że wrzuci ją do koryta z 

wodą.

- Pan jesteś Clayborne? Nie może być - wyjąkała z przerażeniem w 

oczach. - Nie... stary?

- Też nie młody - prychnął. - Jestem Travis Clayborne - dodał, ale 

że   kopnięte   kolano   boleśnie   mrowiło,   nie   pofatygował   się   uchylić 

kapelusza. - Niech panna odda rewolwer.

Bez protestów położyła mu broń na dłoni i posłała kose spojrzenie. 

Nie przeprosiła, co natychmiast zanotował sobie w pamięci.

- Przez tydzień będę kulał. Co masz, panna, w trzewikach, żelazo?

Uśmiechnęła się, a uśmiech miała olśniewający i do tego uroczy 

dołeczek w prawym policzku. Gdyby nie to, że właśnie zdecydował, iż 

jej nie lubi, uznałby, że jest daleko więcej niż ładna. Śliczna. Musiał się 
napomnieć, że wariatka przed chwilą chciała go zabić.

- Co za głupi pomysł. Ma się rozumieć, że nie okuwam trzewików 

background image

żelazem. Nie chciałam pana kopnąć, ale mnie podszedłeś znienacka.

- Nic takiego nie zrobiłem.

- Skoro tak mówisz - zgodziła się łaskawie. - Żartowałeś tylko, że 

jesteś gotów się rozmyślić, prawda? Nie zostawi pan przecież bezbronnej 

damy w potrzebie?

Mała dama ma poczucie  humoru,  stwierdził Travis słysząc,  jak 

nazywa   się   bezbronną.   Powiedziała   to   z   kamienną   twarzą.   Niemal 
zapomniał o bolącym kolanie, na śmiech mu się zbierało. Chciał się jej 

pozbyć jak najszybciej, ale był już w podogniejszym usposobieniu.

Pan   Clayborne   ociągał   się   z   odpowiedzią.   Na   myśl   o   tym,   że 

znowu zostanie sama gdzie diabeł mówi dobranoc, ciarki jej przeszły po 
krzyżu. Z cichym westchnieniem pomyślała, że zostało jej tylko jedno 

wyjście.

Niech   Bóg   ma   ją   w   swojej   opiece,   będzie   się   umizgać   do  tego 

błazna.   Raz   jeszcze   westchnęła,   po   czym   wyciągnęła   biało   -   różowy 
wachlarz, który kupiła w St. Louis, solidnie przepłaciwszy. Otworzyła 

go wytwornym, godzinami ćwiczonym w pociągu ruchem i przesłoniła 
twarz.   Po   co   miał   widzieć,   jak   oblewa   się   rumieńcem,   zażenowana 

swoim absurdalnym zachowaniem.

Nie tylko zamierzała flirtować, ale też i grać pannę nieśmiałą i 

skromną. Zatrzepotała rzęsami, jak zwykła czynić jej siostra. Barbara 
zawsze stroiła skromne minki; Emily nie miała wątpliwości, że robi z 

siebie idiotkę. Bóg świadkiem, że tak też się czuła.

Zła,   że   jej   zdrowy   rozsądek   usiłuje   wziąć   górę,   uciszyła   go   w 

mgnieniu   oka.   Przysięgła   sobie,   że   całkiem   się   odmieni   i   nie   miała 

background image

zamiaru kapitulować, choćby nie wiadomo jak głupio się czuła.

Przez   długą   chwilę   Travis   w   milczeniu   spoglądał,   jak   Emily 

trzepocze rzęsami. Ani słowa, pokręcona panna. Nagle zrobiło mu się jej 
troszeczkę żal. Taka była nie na miejscu na nędznej uliczce Pritchard, 

wystrojona od święta, ze swoimi żałośnie poprawnymi manierami.

Pojął w mig, że próbuje nim manipulować i postanowił podjąć grę.

-   Może   powinnaś   zasięgnąć   rady   doktora   Morgensterna,   zanim 

ruszysz w drogę, madame. Przepisze coś, bo okrutnie powieki ci latają. 

Nie żebym miał być niedelikatny, ale taka przypadłość musi doskwierać.

Z głośnym trzaskiem zamknęła wachlarz i westchnęła głośno.

-  Albo  jest   pan  jak   pień  nieczuły,   albo  to  ja   jestem   jeszcze   nie 

wprawiona.

- Nie wprawiona, w czym niby?
- We flircie, panie Clayborne. Próbuję z tobą flirtować.

Jej szczerość wywarła odpowiednie wrażenie.
- Niby czemu?

- Czemu? Żebyś zrobił, czego chcę, ma się rozumieć. Nie za dobrze 

mi idzie, prawda?

Nie odpowiedział na to dziwaczne pytanie.
- Powieki przestały ci latać - wycedził, wzbudzając natychmiast jej 

gniew.

- Wcale mi nie latały - mruknęła. - Z moimi oczami wszystko w 

porządku, ślicznie dziękuję. Chciałam tylko wypróbować na tobie moje 
sposoby, ot co. Czy moglibyśmy pójść teraz po panią Clayborne i ruszać 

w drogę? Oby była sympatyczniejsza od ciebie. Przestań się tak we mnie 

background image

wgapiać, proszę. Chciałabym dojechać na miejsce przed zmrokiem.

- Nie ma żadnej pani Clayborne.

- Bez tego się nie obejdzie.
- Zechciałabyś powiedzieć wreszcie coś, co trzymałoby się kupy?

Postąpiła krok do tyłu. Ten człowiek jest zbyt przystojny jak na jej 

wrażliwość. Ma cudowne zielone oczy. Zauważyła to, kiedy się złościł 

na nią i zadawał niegrzeczne pytania. A jaki męski!

Travis był wysoki, może trochę za szczupły, ale szeroki w barach. 

Niżej spojrzeć nie śmiała, bo gotów by pomyśleć, że znowu go kopnie, 
ale była pewna, że nogi też ma niczego sobie.

Ani słowa, wyjątkowo przystojny mężczyzna. Kobiety pewnie się 

za   nim   uganiają.   Głupie   niewiasty,   bezbronne   wobec   tych   zielonych 

oczu. Jego uśmiech też mógłby wywołać niezłe zamieszanie. Raz ledwie, 
na moment się do niej uśmiechnął, a serce od razu zabiło gwałtowniej. 

Setki serc pewnie już złamał i nie zamierzała dopisywać swojego do 
długiej listy. Tę bolesną lekcję miała już za sobą. Ślicznie dziękuje.

Panna Finnegan mierzyła go zimnym wzrokiem, a on zachodził w 

głowę, czym to się przyczynił do tak nagłej zmiany.

-  Pytałem  czemu  to  miałbym  być   żonaty,   żeby   odwieźć   cię  do 

Golden Crest.

- Bo to wołająca o pomstę do nieba nieprzyzwoitość wyprawiać się 

w nieznane z takim przystojnym mężczyzną. Co ludzie powiedzą?

- A kto by się tym przejmował? Zna tu pani kogo?
- Nie, ale poznam, kiedy już wyjdę za pana O'Toole'a. Skoro do 

Golden Crest tylko dzień drogi stąd, będę tu przyjeżdżała na zakupy. 

background image

Zapewne rozumiesz moje obawy, sir. Trzeba dbać o obyczajność.

Nasrożył się.

- Skoro nie możesz ze mną jechać, moja rola skończona. Chciałem 

dobrze, przyszedłem, a teraz żegnam, madame.

Już odchodził, obruszyła się serdecznie na takie zachowanie.
-   Czekajże   -   zawołała   biegnąc   za   nim.   -   Nie   zostawisz   mnie 

przecież samej. Dżentelmen nigdy nie opuszcza damy w kłopocie.

-   Widać   nie   jestem   dżentelmenem   -   powiedział,   odchodząc 

szybkim krokiem - a z panny żadna dama w kłopocie.

Chwyciła go za rękę, zaryła obcasami w ziemię i tak pojechała 

kilka kroków.

- A żebyś wiedział, że jestem w kłopocie i niegodziwe to z twojej 

strony mi nie wierzyć.

- Dopiero co byłem przystojny, a teraz jestem niegodziwy?

- Jedno i drugie.
Odwrócił się, by na nią spojrzeć. Wiedział, że nie może zostawić jej 

na lodzie tutaj w Pritchard, jeśli chce spojrzeć w oczy mamie Róży, uznał 
więc, że jeśli ma ją dowieźć do Golden Crest i zachować zdrowe zmysły, 

musi się z nią jakoś dogadać.

- To nie miał być komplement - powiedziała piekąc raka, z czym 

całkiem mu przypadła do gustu.

- Co nie miało być komplementem?

-   Że   jesteś   przystojny.   Randolph   Smythe   też   zdawał   mi   się 

przystojny, a okazało się, że z niego bydlę.

O nic nie pytaj, powiedział sobie.

background image

- Nie wiesz, kim jest Randolph Smythe?
- Nie chcę wiedzieć.

I tak mu powiedziała.
- Miałam za niego wyjść.

Teraz się zainteresował.
- Ale nie wyszłaś.

- Nie wyszłam, chociaż byłam gotowa.
- Jak bardzo?

Spąsowiała jeszcze bardziej.
- Odwieziesz mnie do Golden Crest, czy nie?

Nie   dopuści,   żeby   zmieniała   temat,   kiedy   obudziła   już   jego 

ciekawość.

- Jak bardzo? - zapytał ponownie.
- Czekałam na niego przy ołtarzu, a on nie przyszedł - powiedziała 

szybko.

-   Zwiódł   cię?   Niegodziwie   postąpił.   Nie   rozumiem,   czemu   się 

rozmyślił w ostatnim momencie - oznajmił z niejakim współczuciem.

Kłamał. Był pewien, że dobrze wie, dlaczego poczciwy Randolph 

zmienił zamiary. Musiał przejrzeć na oczy. Travis był ciekaw, czy i jego 
Emily próbowała zastrzelić. Każdy, kto ma choć trochę rozumu, wiałby 

gdzie pieprz rośnie.

- Nie było zatem wesela - rzekł, bo nic lepszego nie przyszło mu do 

głowy.   Wpatrywała   się   w   niego   z   taką   ufnością,   jakby   oczekiwała 
większego współczucia. Zdobył się na wysiłek.

- Niektórzy mężczyźni nie nadają się do życia z jedną kobietą. 

background image

Randolph pewnie do nich należał.

- On nie był taki.

- Staram się być miły, moja panno.
- Nie chcesz wiedzieć, czemu nie przyszedł na ślub?

- Zastrzeliłaś go?
- Skądże.

- No to nie chcę wiedzieć, czym się kierował. Dość, że wesela nie 

było.

- Było wesele, a jakże. Nie mówiłam ci, panie Clayborne, że moja 

siostra też się nie pokazała w kościele?

- Żartujesz.
- Mówię najpoważniej w świecie.

- Twoja siostra i Randolph...
- Są teraz małżeństwem.

Był oburzony.
- W  jakiej  rodzinie się  urodziłaś?  Własna  siostra   coś takiego ci 

zrobiła?

- Nigdy nie byłyśmy blisko.

Popatrzył na nią z ukosa.
- Nie wydajesz się zbytnio zmartwiona.

Travis   pokręcił   głową,   zdziwiony,   że   tak   go   zaintrygowała   ta 

historia. Nie znał Randolpha Smythe'a, ale chętnie by mu przyłożył za 

to, że  tak  okrutnie  obszedł  się  z  Emily.  Jakby  się zastanowić,  Emily 
Finnegan nie znał również. Czemu, do diaska, tak go to obeszło?

Zobaczyła współczucie w jego oczach i zmierzyła go lodowatym 

background image

spojrzeniem.

- Tylko nie próbuj się nade mną litować, panie Clayborne.

Miała   taką   minę,   jakby   znowu   zamierzała   go   kopnąć.   Całe 

rozrzewnienie odeszło w mgnieniu oka.

- Pewnie sama jesteś sobie winna.
Gdyby wzrok mógł zabijać, braliby już z niego miarę na trumnę. 

Travis   wszak   się   nie   stropił,   jeszcze   pokiwał   głową   na   znak,   że   tak 
właśnie myśli.

- A to niby czemu? - zapytała, założyła ręce na piersiach i przy 

okazji trzepnęła go niechcący parasolką.

Uznawszy,  że zrobiła to umyślnie,  chwycił parasolkę,  rzucił na 

bagaże i dopiero odpowiedział.

- Wybrałaś niewłaściwego mężczyznę, człowieka bez skrupułów, 

sama sobie jesteś winna. Jeszcze nie zrozumiałaś, że lepiej ci bez niego?

Zyskał   przebaczenie   w   jej   oczach.   W   tym,   co   mówił,   nie   było 

okrucieństwa, lecz szczerość. Prawdę powiedział, wybrała człowieka bez 

skrupułów.

- Zawieziesz mnie do Golden Crest czy nie?

- Co się stało z tą parą, która ci towarzyszyła?
- Możesz się wyrażać jaśniej?

- Jaśniej?
- O której mówisz?

Nastawił uszu.
- Ile ich było?

- Trzy.

background image

- Trzy osoby czy pary?
- Pary.

Stropiona   wbiła   wzrok   w   ziemię.   Najwyraźniej   poruszył 

niewygodny   temat.   Dopiero   teraz   przypomniał   sobie,   że   Cole 

wspomniał, jak to ludzie w Pritchard boją się panny Emily Finnegan. 
Pożałował po niewczasie, że nie wypytał go o szczegóły. Cóż, przepadło, 

ale nie ruszy z tą kobietą w drogę, póki czegoś więcej się nie dowie.

- Towarzyszyło ci sześć osób?

- To była bardzo długa podróż, panie Clayborne.
- Co się stało z pierwszą parą?

- Z Johnsonami?
- Niech będzie, z Johnsonami - zgodził się, byle mówiła dalej. - Co 

z nimi?

- To dość tragiczna historia.

Czuł, że to powie.
- Ani chybi. Co im zrobiłaś? Zesztywniała.

- Nic im nie zrobiłam. Rozchorowali  się w pociągu. Czymś się 

chyba   struli   i   mieli   nudności.   Inni   pasażerowie   też   -   dodała.   - 

Johnsonowie zostali w Chicago. Pewnie już wyzdrowieli.

- Co się stało z drugą parą?

- Masz na myśli Porterów? To też była dość tragiczna historia. I oni 

się pochorowali. Ryba.

- Ryba?
- Tak, oni też jedli rybę. Musiała być nieświeża. Ostrzegałam pana 

Portera, ale mnie nie posłuchał.

background image

- I?...
- Wyniesiono ich oboje z pociągu w St. Louis.

- Zepsuta ryba potrafi zabić człowieka - zauważył.
Przytaknęła skwapliwie.

- Pana Portera zabiła.
- A co z panią Porter?

- Wszystkich obwiniała  o śmierć  męża,  nawet mnie.  Może  pan 

sobie  to  wyobrazić?  A  ja  ostrzegałam go,  żeby  nie  jadł tej ryby.  Na 

próżno, uparł się.

- Dlaczego więc pani Porter ciebie winiła?

- Bo Johnsowie się otruli. Nie wierzyła, że to jedzenie. Uważała, że 

to ja wszystkich truję. Nie martw się, sir. Jeśli nie będziesz jadł ryby, 

wszystko powinno być dobrze.

- Czy trzecia para też zjadła rybę?

Pokręciła głową.
- Nie, ale to też dość...

- Tragiczna historia? - podsunął.
- Tak, tragiczna - zgodziła się. - Skąd wiesz? Słyszałeś już, co się 

przytrafiło panu Hanesowi?

- Nie. Co mu się przytrafiło?

- Dostał kulkę.
- Wiedziałem, że kogoś zastrzeliłaś.

- Wcale nie - krzyknęła. - Dlaczego posądzasz mnie o taki straszny 

czyn?

- Mnie próbowałaś zastrzelić.

background image

- To był przypadek.
Postanowił ją rozdrażnić.

- W porządku. Zastrzeliłaś zatem pana Hanesa przez przypadek?
- Nie. Grał z jakimś mężczyzną w karty i raptem jeden z nich, nie 

pamiętam   który,   oskarżył   tego   drugiego,   że   oszukuje.   Zaczęła   się 
awantura i pan Hanes został postrzelony, ale nie śmiertelnie. Ten drugi 

też   mógł   oberwać,   bo   obaj   strzelali.   Bardzo   niekulturalnie   się   za-
chowywali. Zniszczyłam sobie najlepszy kapelusz, kiedy z panią Hanes 

schowałyśmy się pod ławkę, żeby nie dosięgła nas zbłąkana kula.

- Co było dalej?

- Konduktor opatrzył panu Hanesowi ranę, zatrzymał pociąg w 

Emmerson   Point   i   zostawił   pana   Hanesa   pod   opieką   miejscowego 

lekarza.

- A ty resztę drogę przebyłaś sama?

- Tak, dojechałabym i do Golden Crest, gdybym znała drogę, ale 

właściciel hotelu powiedział mi, że nie dam rady bez przewodnika, to 

zaczęłam go szukać. I wtedy pan zaofiarował swoje usługi. Odwieziesz 
mnie?

- Odwiozę.
- Och, dziękuję, panie Clayborne - szepnęła i ścisnęła mu dłoń. - 

Nie będzie pan żałował - zapewniła z uśmiechem.

- Możesz mówić mi Travis.

- Dobrze.  To bardzo miło z  twojej  strony,  że  mnie odwieziesz, 

Travisie.

- Nie ma w tym nic miłego. Spadłaś mi na głowę i im szybciej 

background image

ruszymy, tym szybciej się ciebie pozbędę.

Cofnęła dłoń i odwróciła się w stronę bagaży.

-   Gdybym   właśnie   sobie   nie   przypomniała,   że   postanowiłam 

skończyć z otwartością i bezpośredniością, powiedziałabym, że z ciebie 

gbur i człowiek nieużyty.

- Zdawało mi się, że cały czas byłaś otwarta i bezpośrednia, czyż 

nie?

- Ale właśnie sobie przypomniałam, żeby nie być.

- Tym razem nie będę prosił o wyjaśnienia - mruknął. - Zaczekaj 

tutaj, a ja poszukam koni. Aha, w góry możesz wziąć tylko dwie torby, 

resztę zabierze O'Toole. Tymczasem możesz zostawić je w hotelu. Olsen 
dopilnuje, żeby nikt ich nie ukradł.

- Ani myślę. Zabieram wszystkie. Ślicznie dziękuję! - krzyknęła za 

nim na cały głos, ale Travis był już na środku ulicy.

- Nie, nie zabierasz. Bardzo proszę.
Zacisnęła   usta   ze   złości   i   patrzyła   za   odchodzącym   Travisem. 

Postawny mężczyzna. Szkoda, że taki arogant.

Westchnęła   i   z   ociąganiem   odwróciła   wzrok.   Jest   przecież 

zaręczona z panem O'Toolem i nie powinna zwracać uwagi na innych 
mężczyzn.

To Barbara, nie ona, była czarną owcą w rodzinie. Emily jest osobą 

trzeźwą i praktyczną, na której można polegać, niczym na parze starych 

wygodnych butów. Nie, kiedyś taka była, teraz już nie.

Travis przeszedł już na drugą stronę ulicy.

- Powinnam cię ostrzec. Nie można na mnie polegać - zawołała.

background image

- Też tak uważam. Nie masz za grosz rozsądku - odkrzyknął.
Uśmiechnęła się z satysfakcją. Travis na ten widok wrósł w ziemię.

- Uważasz, że nie mam za grosz rozsądku?
Była   najwyraźniej   zachwycona   tą   oceną.   Czy   ta   kobieta   nie 

rozumie, że właśnie ją obraził?

Nie,   nie   obraził,   powiedział   szczerą   prawdę,   poprawił   się   w 

myślał.

- Emily?

- Tak?
- Czy O'Toole wie, że żeni się z pomyloną dziewczyną?

background image

3

Emily dąsała się. Lodowaty wzrok, kamienne milczenie. Travisowi 

zbierało się na śmiech, ale zachowywał grobową powagę. Nie może dać 
jej odczuć, jaka jest zabawna, bo rozpęta piekło.

Późnym popołudniem zarządził postój, by dać wytchnąć koniom. 

Tak przynajmniej powiedział. Chyba uwierzyła w jego kłamstwo. Tak 

naprawdę chciał, by to ona odpoczęła. Nie była na pewno amazonką. 
Cały czas uderzała pupą o siodło, a zbolała mina wyraźnie mówiła, że 

panna dostała w kość.

Kiedy   wreszcie   zsiadła   ze   swojego   wierzchowca,   nie   mogła   się 

wyprostować.   Odrzuciła   pomoc,   a   w   przesadnie   współczującym 
spojrzeniu towarzysza nie dojrzała nic zabawnego.

Byli już dosyć wysoko w górach i w powietrzu czuło się chłód. 

Travis zaczął rozpalać ognisko, by mogła się ogrzać. Zjedli w milczeniu 

skromny posiłek. Właśnie pomyślał, że podróż nie będzie może taka 
straszna, gdy Emily obróciła jego nadzieje w pył.

- Zrobiłeś to specjalnie, Travisie? Przyznaj się i przeproś, może ci 

wybaczę.

-   Nie   zrobiłem   tego   specjalnie.   Zamiast   przełożyć   prawą   nogę 

przez łęk uparłaś się jechać po damsku. Skąd miałem wiedzieć, że nie 

umiesz jeździć inaczej?

- Na Południu damy jeżdżą po damsku - oznajmiła.

Poczuł, że za chwilę rozboli go głowa.
- Nie jesteś przecież z Południa, tylko z Bostonu.

background image

-   Co   ma   piernik   do   wiatraka.   Damy   z   Południa   są   bardzo 

wytworne.   Wszyscy   o   tym   wiedzą,   postanowiłam   więc   być   damą   z 

Południa.

Poczuł rwanie w skroniach.

- Nie możesz być z Południa, bo tak sobie postanowiłaś.
- Ależ oczywiście, że mogę. Mogę być kim zechcę.

- Dlaczego akurat z Południa? - zapytał nieopatrznie.
-   Ten   ich   delikatny   zaśpiew.   Jest   bardzo   kobiecy   i   melodyjny. 

Przestudiowałam   dogłębnie   tę   kwestię   i   zapewniam   cię,   że   wiem,   o 
czym mówię. Opanowałam akcent. Chcesz usłyszeć jak...

- Nie chcę. Nie wszystkie damy z Południa jeżdżą po damsku, 

Emily.

Posłała mu tak kose spojrzenie, iż pożałował, że podniósł znowu 

temat jazdy konnej.

-   Większość   -   rzekła.   -   To,   że   nigdy   jeszcze   nie   jechałam   po 

damsku,   nie   znaczy,   że   nie   dałabym   sobie   rady,   ale   ty   musiałeś   się 

wtrącić. Specjalnie przerzuciłeś mnie przez konia. Mogłam skręcić kark.

Ani trochę nie czuł się winny.

- Pomogłem ci tylko wsiąść. Boli cię jeszcze ramię?
-   Nie.   I   doceniam   fakt,   że   je   rozmasowałeś,   ale   suknia   jest   do 

niczego. Ślicznie dziękuję. Co sobie Clifford O'Toole o mnie pomyśli?

- W rękawiczce masz dziurę od kuli. To będzie pierwsza rzecz, 

którą zauważy. Poza tym, jeśli cię kocha, nie powinien zwracać uwagi na 
wygląd.

Ugryzła kawałek jabłka i dopiero zdecydowała się odpowiedzieć.

background image

- Nie kocha mnie. Niby jak? Nigdy w życiu mnie nie widział.
Przymknął oczy. Rozmowa z Emily okazywała się równie trudna, 

jak próby dyskutowania z Colem.

-   Masz   zamiar   poślubić   mężczyznę,   którego   nie   znasz?   Czy   to 

trochę nie dziwne?

- Nie bardzo. Słyszałeś chyba o listownych narzeczonych?

- Jesteś jedną z nich?
- Poniekąd - bąknęła. Naturalnie była, ale duma nie pozwalała jej 

się przyznać.

- Korespondowaliśmy z panem O'Toolem i chyba całkiem dobrze 

go poznałam. Pisze gładko i potoczyście, a nadto jest poetą.

- Słał ci wierszowane listy? - zapytał, szczerząc zęby.

Zadarła leciutko brodę.
- Co w tym śmiesznego?

- Musi być z niego... pomyleniec.
- Ani trochę. Piękne pisze wiersze i przestań tak szczerzyć zęby. 

Naprawdę są piękne, a on nadzwyczaj inteligentny. To widać. Przeczytaj 
sobie jego listy, kiedy mi nie wierzysz. Mam wszystkie trzy w torbie. 

Poszukać?

- Nie będę czytał jego listów. Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego 

uparłaś się wyjść za nieznajomego?

- Próbowałam za znajomego i widzisz, jak się skończyło.

- Podjęłaś decyzję, kiedy tamten cię zawiódł?
- Powiedzmy, że było to ostatnie rozczarowanie, które zgodziłam 

się ścierpieć.

background image

- Doprawdy? - Ciekaw był jak też zamierzała zapobiec następnym.
Jakby czytała w jego myślach.

- Nie spałam całą noc... poślubną - powiedziała.
- Płakałaś?

-   Nie,   nie   płakałam.   Rozmyślałam   nad   swoim   położeniem   i   w 

końcu   obmyśliłam   plan,   który   wszystko   powinien   odmienić.   Byłam 

zawsze szczera i otwarta. Koniec z tym. Ślicznie dziękuję.

- Jak to się dzieje, że ze mną jesteś szczera?

Wzruszyła ramionami.
- Pewnie nie powinnam, ale nigdy więcej się już nie zobaczymy, 

więc nieważne czy wiesz, że postanowiłam oszukiwać. Nikt inny nie 
wie.

- Udając kogoś, kim nie jesteś, napytasz sobie biedy.
Miała w tej materii odmienne zdanie.

- Byłam, kim jestem, i nie wynikło z tego nic dobrego. Kiedy to 

zrozumiałam, postanowiłam wymyślić siebie na nowo. Dość już miałam 

starań, wysiłków i zdrowego rozsądku.

- Przesadzasz. - I jesteś pomylona, dodał w myślach. - Twoja duma 

została zraniona, ale ból minie.

Zagniewały ją te słowa.

-   Doskonale   wiem,   co   robię.   Moja   duma   nie   ma   z   tym   nic 

wspólnego.   Starania   i   wysiłki   zaprowadziły   mnie   do   nikąd.   Dać   ci 

przykład?

Nie czekając na odpowiedź, wdała się w opowieść.

- Randolph studiował, chciał zostać bankierem. Był na ostatnim 

background image

roku studiów, kiedy się zaręczyliśmy. Miał kiepskie oceny i bał się, że 
wyrzucą go z uniwersytetu. Mówiłam, żeby mniej chodził na przyjęcia, a 

bardziej przyłożył się do nauki, ale mnie nie słuchał. Prosił, żebym mu 
pomogła w zbieraniu materiałów do pracy, a ja głupia chciałam mu się 

przypodobać. Skończyło się tak, że pisałam dla niego całe rozprawy. 
Miały  mu  niby  pomóc   w  układaniu  własnego  tekstu,  tymczasem   on 

umieszczał   na   pierwszej   stronie   swoje   nazwisko   i   dawał   je   swoim 
profesorom. Postąpił nieuczciwie i jaka kara go za to spotkała? Skończył 

studia z wyróżnieniem, dostał pracę w jednym z najbardziej szacownych 
banków w Bostonie, zaczął dobrze zarabiać. Wtedy zainteresowała się 

nim moja siostra. Czyż to nie ironia losu? Gdybym mu nie pomogła, nie 
dostałby łakomej posady i Barbara nie spojrzałaby nawet na niego. Ale 

błędy czegoś mnie nauczyły i dlatego z panem O'Toolem wszystko się 
dobrze ułoży. Randolph złamał dane słowo, panu O'Toole'owi na to nie 

pozwolę.

- Jakim sposobem?

Puściła pytanie mimo uszu.
-   Może   nie   jest   tak   bogaty   jak   Randolph,   ale   prawie,   i   żyje   w 

pięknym, dzikim kraju. Nienawidzę miasta. Nie potrafię tam żyć. Nie 
zrozumiesz tego, bo całe życie przeżyłeś tutaj, ale ja tam usychałam. 

Powietrze zanieczyszczone, pełno ludzi na ulicach, wszędzie gmaszyska 
takie wysokie, że zasłaniają niebo.

- Nie zamierzałaś mieszkać z Randolphem w Bostonie?
- Przyrzekał, że po roku małżeństwa przeniesiemy się na Zachód. 

Ojciec był przerażony. Uważał, że pensja Randolpha jest ważniejsza od 

background image

mojego usychania.

-   Pieniądze   nie   są   ważniejsze.   Pamiętam   jak   to   było,   kiedy 

mieszkałem w Nowym Jorku.

Zrobiła wielkie oczy.

- Mieszkałeś na Wschodzie?
- Gdzieś do dwunastego roku życia.

- Dlaczego się przeniosłeś?
Miał zamiar krótko odpowiedzieć na pytanie, nie rozwodząc się 

nad przeszłością, ale tak swobodnie się z nią rozmawiało, że powiedział 
znacznie   więcej  niż   chciał.   Strawił  dobre   pół   godziny   opisując   braci, 

siostrę, szwagra i mamę Różę. Była zafascynowana jego rodziną, a kiedy 
wspomniał, że ma zamiar zostać prawnikiem, uśmiechnęła się.

- Szczęściarz z ciebie, że masz taką kochającą rodzinę.
Przytaknął.

- A ty?
- Mam siedem sióstr. Może któraś przyjedzie kiedyś odwiedzić 

mnie   i   pana   O'Toole'a.   On   ma   wspaniały   dom   z   krętymi   schodami. 
Opisał go w listach.

Travisa niewiele obchodził jej przyszły dom.
- Będziesz żałowała, że wyszłaś za człowieka, którego nie kochasz.

Nie zareagowała na tę uwagę, przeczesała tylko włosy palcami. 

Choćby   nie   wiem   jak   z   nimi   walczyła,   loki   ciągle   muskały   twarz. 

Mogłaby   podbić   każdego   mężczyznę,   tyle   w   niej   było   kobiecego 
wdzięku. Gdyby tylko nie upierała się być taka pomylona.

Postanowił jej to powiedzieć.

background image

- Wiesz na czym polega twój problem?
- Wiem - odparła z miejsca. - Powinnam była uczyć się od mojej 

siostry.   Barbara   nie   ma   krzty   zdrowego   rozsądku,   jest   zupełnie 
niepraktyczna. Udaje bezradną i potrafi flirtować.

-   Żaden   mężczyzna   nie   chce   bezradnej   kobiety,   a   praktyczna 

zawsze się zda.

Wstał,   zanim   zdążyła   wszcząć   sprzeczkę,   rozprostował   mięśnie 

karku i zaczął zbierać kamienie, by zagasić ognisko.

Zaskoczyła go, oferując pomoc. W kilka minut skończyli. Raptem 

zrobiło mu się spieszno ruszać w dalszą drogę. Za długo zmarudził, 

opowiadając o swojej rodzinie. Nie rozumiał, dlaczego powiedział jej tak 
wiele, nie miał przecież w zwyczaju zwierzać się obcym.

Emily nie była obca tylko... inna. Nie bardzo potrafiłby powiedzieć, 

co  go  w  niej pociągało,  cokolwiek  to  było, instynkt  ostrzegał  go,  by 

trzymał   się   od   niej   z   daleka.   Ciało  miało  całkiem   inne   zdanie   w   tej 
materii i podsuwało rojenia, jak to się z nią kocha. Próbował wyobrazić 

sobie Emily bez ubrania, co wymagało pewnego wysiłku, zważywszy 
jak szczelnie była osłonięta.

Czuł, że musi być wspaniała: kształty ukryte pod stanikiem sukni, 

wąska talia i szczupłe biodra powiadały mu, że jest dobrze zbudowana i 

że  nie  doznałby   zawodu.   Ta  kobieta   miała  wszystko  jak  trzeba   i  na 
swoim miejscu.

Co   innego   myśleć,   inna   rzecz   brać   się   do   dzieła.   Ani   myślał 

wprowadzać swoje rojenia w czyn, wszak dawał im folgę bez zbędnych 

skrupułów. Była kobietą ponętną, a on potrafił docenić niewieścią urodę, 

background image

jak każdy mężczyzna żyjący na odludziu.

Nie, nie przejmował się tym, co mówiło ciało. Potrafił z łatwością 

nad nim panować. Martwiło go natomiast, że zaczyna dobrze czuć się w 
jej towarzystwie, chociaż zachodził w głowę, co może mu się podobać w 

osobie o tak cudacznych poglądach. Emily wywoływała uśmiech na jego 
twarzy, prawiąc rzeczy szalone.

Z przyjemnością na nią spoglądał. Nic w tym przecież złego. Ba, 

źle   byłoby   nie   spoglądać.   Jest   przecież   normalnym   mężczyzną,   o 

normalnych skłonnościach, a ona z każdą chwilą stawała się śliczniejsza. 
Co nie znaczy, że się w niej zadurzył.

Przeanalizowawszy   sytuację,   poczuł   się   raźniej   i   przestał 

burmuszyć. Widząc, jak karmi konia resztką jabłka, uznał, że to urocze, a 

przy   tym   praktyczne.   Ciekaw   był   jak   też   uda   się   jej   udawać   istotę 
bezbronną i niezaradną wobec Clifforda O'Toole'a.

Czekał przy koniach, ona tymczasem poszła umyć się w potoku. 

Uczuł uścisk w gardle, gdy patrzył jak wraca biegiem, z zaróżowionymi 

od lodowatej wody policzkami, i woła radośnie, że dzień jest piękny. 
Miał   ochotę   ją   ucałować   i   trzeba   było   nie   lada   dyscypliny,   by   się 

powstrzymał.

- Jestem gotowa do drogi, Travisie.

Natychmiast się ocknął.
-   Czas   najwyższy.   Zmarnowaliśmy   dwie   godziny   -   stwierdził 

rzeczowo.

- Nie zmarnowaliśmy. Było... miło.

Wzruszył ramionami.

background image

- Chcesz, żebym pomógł ci dosiąść konia?
- I przerzucić mnie przez grzbiet? Raczej nie.

Dobrą chwilę trwało, nim trafiła stopą w strzemię, ale w końcu 

siedziała w siodle. Posłała Travisowi zwycięski uśmiech. Zgasł szybko.

-   Bezradna   kobieta   poprosiłaby   o   pomoc   -   powiedział   i   z 

uśmiechem   wskoczył   na   swojego   wierzchowca.   Musi   być   wariatem, 

skoro zaczyna lubić pannę Emily Finnegan.

background image

4

W milczeniu dotarli na skraj wąwozu, przez który Travis chciał się 

przeprawić dla skrócenia podróży, ale był zalany, tak jak przewidział 
Adam.

- Nie zamierzasz chyba przeprawiać się tędy. Gdzieś przecież musi 

być most.

- Nie ma tu żadnych mostów, a to nie rzeka, Emily, tylko wąwóz.
Jej   wierzchowiec   znarowił   się   na   widok   rwącej   wody.   Travis 

przechylił się, chwycił za uzdę i przyciągnął konia do siebie.

- Pewnie myśli, że będzie musiał wejść do wody. Ale nie będzie, 

prawda?

W jej głosie dało się słyszeć lęk.

- Nie, nie będzie musiał. Nie możemy tędy przejechać - zapewnił.
Ich nogi się zetknęły. Poczuła to, ale nie zareagowała. Cieszyła ją ta 

bliskość. Czuła się przy nim bezpiecznie, ale i nieswojo. Co się z nią, na 
Boga, dzieje? Przestawała rozumieć samą siebie.

- Nie możemy tędy przejechać - powtórzyła jak echo i poklepała 

konia gestem, który miał, jak sądził Travis, uspokoić zwierzę.

- I co teraz? - zapytała.
- Twoja podróż właśnie się wydłużyła do dwóch, może trzech dni.

Całą siłą woli powstrzymała okrzyk ulgi. Niech Bóg ją ma w swojej 

opiece.   Jeszcze   najmniej   dwa   dni,   zanim   zobaczy   i   poślubi   pana 

O'Toole'a. Powinno ją to zmartwić, czyż nie? Dlaczego zatem czuje się 
tak, jakby dowiedziała się o odroczeniu egzekucji?

background image

- To strach - szepnęła.
- Co mówisz?

- Nic takiego - odparła, kręcąc głową.
Nie miała zamiaru mówić mu prawdy. Nie śmiała też spojrzeć na 

niego z obawy, by nie dojrzał ulgi w jej oczach. I tak uważał, że jest 
szalona,   chcąc   wyjść   za   zupełnie   obcego   człowieka,   a   ona   zaczynała 

myśleć, że ma rację.

Może   to   tylko   przedślubne   nerwy.   Niektórym   pannom   to   się 

przecież zdarza. Oczywiście, że tak. Powinna jeszcze raz przeczytać listy 
pana O'Toole'a i na pewno od razu lepiej się poczuje. Przecież otworzył 

przed   nią   serce,   pokazał   się   człowiekiem   ponad   wszelką   wątpliwość 
wrażliwym  i  czułym,  który  będzie  kochał   i troszczył   się  o nią,   póki 

śmierć ich nie rozłączy. Czego więcej mogłaby chcieć od męża?

Miłości, pomyślała markotnie. Chciała go kochać tak mocno, jak 

mocno on zapewniał o swojej miłości.

- Nie pochorujesz mi się chyba tutaj, Emily?

- Nigdy nie choruję. Czemu pytasz?
- Strasznie zbladłaś.

-   To   z   zawodu   -   skłamała.   -   Ty   też   musisz   być   zawiedziony. 

Wygląda na to, że będziesz się ze mną męczył jeszcze przez dwa dni. Zły 

jesteś?

- Nie. Dlaczego tak ci pilno do Golden Crest?

- A nie powinno?
- Kochałaś Randolpha? Zagniewało ją to pytanie.

- Skąd ci Randolph przyszedł do głowy?

background image

Wzruszył ramionami.
- Kochałaś?

- Być może.
- A to co za odpowiedź? Lubiłaś, kiedy cię całował?

- Na Boga, nie godzi się, żebyś zadawał mi tak osobiste pytania. 

Zaraz chyba zacznie padać?

- Rzeczywiście - przytaknął. - Odpowiedz na moje pytanie.
Westchnęła głośno nie chcąc dać mu do zrozumienia, jak bardzo 

jest zirytowana, ale w końcu uczyniła zadość jego ciekawości.

- Ani lubiłam, ani nie lubiłam. Całował chyba jak należy.

Zaśmiał się.
- Co tak cię rozśmieszyło?

Tego nie wyjaśnił, ale jej odpowiedź sprawiła mu przyjemność. Nie 

lubiła, kiedy Randolph jej dotykał. Uważa, że całował „jak należy”.

- Gdzie przenocujemy? - zapytała, chcąc uciąć dalsze pytania.
-   Cofniemy   się   kilka   mil   i   zatrzymamy   w   zajeździe   Henry'ego 

Billingsa.   Jedzenia   podłe,   ale   pościel   czysta.   Jeśli   się   pospieszymy, 
zdążymy przed deszczem. Co mi się tak przyglądasz, Emily?

- Twoje oczy - wypaliła bez namysłu i spąsowiała, przyłapana na 

gorącym uczynku. - Są takie zielone. Czy bracia żartowali sobie z ciebie, 

kiedy byłeś mały?

- Z powodu moich oczu?

- Nie, z powodu... - Ugryzła się w język i zaczerwieniła jeszcze 

bardziej na myśl o tym, co zamierzała powiedzieć. Panie w niebiesiech, 

chciała zapytać, czy pokpiwali z niego, że taki urodziwy. Miałaby się z 

background image

pyszna.   Reszta   drogi   upłynęłaby   na   wymianie   zgryźliwych   uwag. 
Zauważyła już, jaki potrafi być arogancki.

- Z jakiej racji mieli ze mnie żartować? - zapytał ponownie.
Wpatrywała się w niego, usiłując wymyślić jakiś prawdopodobny 

powód.

- Że jesteś taki wysoki - powiedziała wreszcie.

Wykończy go ta kobieta.
- Jako dziecko nie byłem wysoki. Byłem mały. Jak większość dzieci.

-   Jak   równie   protekcjonalnym   tonem   będziesz   się   odzywał   w 

sądzie, nie wygrasz żadnej sprawy. To tylko przypuszczenie - dodała, 

kiedy zmierzył ją złym okiem.

- Jeśli nadal będziesz tak na mnie patrzyła, gotów jestem pomyśleć, 

że chcesz, bym cię pocałował.

- Nie chcę.

- To przestań się wpatrywać w moje usta.
- W co się mam wpatrywać?

- W wodę - burknął. - Patrz w wodę. Pewna jesteś, że nie chcesz, 

żebym cię pocałował?

Zaczynały   się   z   nią   dziać   dziwne   rzeczy.   Tchu   jej   brakowało. 

Wiedziała, że kusi złe, ale nie mogła oderwać oczu od Travisa. Cóż 

mogła ją obchodzić woda? Miała nadal ochotę patrzeć na Travisa. Co się 
z nią dzieje?

- Nie wypadałoby, żebyś mnie całował. Wkrótce będę mężatką.
- Nie ma żadnego powodu, byś wychodziła za obcego człowieka, 

Emily.

background image

- Co ciebie może to obchodzić?
Nie był przygotowany na to pytanie.

- Obchodzi mnie, kiedy ktoś robi coś, co wydaje mi się głupie.
- Chcesz powiedzieć, że jestem głupia?

- Ty to powiedziałaś...

background image

5

Aż do zajazdu Bilingsa żadne z nich nie odezwało się już słowem. 

Henry wyszedł im na spotkanie. W średnim wieku, z czaszką łysą jak 
polerowany kamień i jak kamień rozmowny. Powitał Emily, tak się jej 

przynajmniej zdawało, bo nie patrząc nawet na nią wymamrotał coś, z 
czego nie zrozumiała ani słowa, po czym gestem dał znak, by szła za 

nim. Gdy weszli do środka, wskazał na drzwi, za którymi miała spać.

W   głównym   pomieszczeniu   wokół   ścian   znajdowały   się 

opuszczane łóżka na zawiasach. Po obu stronach stały długie stoły i 
ławy, a na samym środku pękaty piecyk.

Travis   zachowywał   się   tak,   jakby   był   w   wielkiej   komitywie   z 

Henrym. W czasie kolacji raczył go najnowszymi wieściami. Emily nie 

odzywała się. Siedziała obok swego towarzysza i usiłowała jeść cuchnącą 
zupę, ale nie mogła przełknąć choćby jednej łyżki. Gospodarzowi było to 

najzupełniej   obojętne,   skubała   więc   ciemny   chleb,   popijając   kozim 
mlekiem, zupę zaś odstawiła.

Gdy   tylko   skończyła,   wstała   od   stołu.   Zatrzymała   się   przy 

drzwiach i zwróciła do Travisa:

- Dojedziemy do Golden Crest jutro?
Pokręcił głową.

- Nie, pojutrze. Jutro przenocujemy u Johna i Millie Perkinsów. 

Wynajmują pokoje.

Emily pożegnała mężczyzn i położyła się spać. Travis zobaczył ją 

dopiero następnego ranka, gdy pojawiła się w izbie z torbą w ręku, w 

background image

różowej sukience i takim też swetrze. Ładnie jej było w różowym. Niech 
to, wyglądała coraz urodziwiej.

Miał   ochotę   ją   pocałować,   ale   nie   uczynił   tego,   tylko   się 

nachmurzył i przyrzekł sobie w duchu trzymać się od niej z dala. Nie 

będzie robił osobistych wycieczek i będzie obojętny na jej prowokacje.

Podróż   okazała   się   bardzo   przyjemna.   Emily   nie   wszczynała 

sprzeczek, toczyli zatem rozmowy natury filozoficznej.

Wyznała, że uwielbia czytać i połyka wprost książki. Poradził jej. 

by przeczytała Państwo.

- To rzecz o sprawiedliwości - pospieszył wyjaśnić. - Powinna ci się 

spodobać. Mnie się spodobała. Mama Róża podarowała mi egzemplarz 
oprawny   w   skórę,   do   tego   dziennik.   To   najcenniejsze   rzeczy,   jakie 

posiadam.

- Po co ci dziennik?

- Mam w nim zapisywać sprawy, w których będę występował jako 

obrońca. Powiedziała, że kiedy odejdę na emeryturę, chciałaby, żebym w 

jedną dłoń wziął  Państwo,  w drugą mój dziennik i żeby oba tomy się 
zrównoważyły.

- Jak waga Temidy - szepnęła Emily pełna uznania dla mądrości 

matki Travisa.

Zaczęła   go   wypytywać   o   Platona   i   przez   całe   popołudnie 

rozprawiali   o   prawie   i   sprawiedliwości.   Z   radością   wymieniał   z   nią 

opinie  i  szczerze  żałował,  gdy  dyskusja  dobiegła  końca.   On zawinił. 
Popełnił błąd i wdał się w sprawy osobiste.

- Pełno w tobie sprzeczności, Emily. Jesteś wykształcona, mądra...

background image

- Ale?
- Robisz coś zwariowanego. Prawdę mówiąc, całkiem głupiego.

Rozzłościła ją ta śmiałość.
- Nie przypominam sobie, żebym pytała cię o zdanie.

-   Ale   je   usłyszałaś   -   odparował.   -   Dopiero   co   tak   żarliwie 

rozprawiałaś   o   uczciwości   i   sprawiedliwości,   tymczasem   zawracasz 

głowę Bogu ducha winnemu człowiekowi. To nieuczciwe.

Tak się sprzeczali, póki nie dojechali do domu Perkinsów.

Mówił   głównie   Travis.   Wyliczył   co   najmniej   dwadzieścia 

powodów, dla których nie powinna wychodzić za O'Toole'a, ale ostatni 

był jego zdaniem najbardziej przekonujący.

- Nie potrafisz udawać delikatnego kwiatuszka, na który trzeba 

bez przerwy chuchać i dmuchać, Emily.

- Do diaska, jestem delikatna.

Parsknął niedowierzająco.
- Jak niedźwiedź.

-   Jeśli   rzucanie   obelg   jest   jedynym   sposobem,   w   jaki   potrafisz 

bronić swojego stanowiska, niech Bóg ma w opiece twoich klientów.

Travis zeskoczył z konia, pomógł zsiąść Emily i znacznie dłużej niż 

trzeba trzymał dłonie na jej biodrach.

-   Udane   małżeństwo   to   trudna   rzecz,   uczciwość   jest   w   nim 

niezbędna.

- A ty skąd wiesz? Nie byłeś nigdy żonaty, prawda?
- To nie ma znaczenia.

- A flirtować to uczciwe?

background image

Zbiła go z tropu tym pytaniem. Musiał chwilę pomyśleć, zanim 

odpowiedział.

-   Czasami   uczciwe.   Flirt   należy   do   zalotów,   ale   ja   osobiście 

uważam,   że   wtedy   jest   uczciwy,   gdy   kobieta   flirtuje   z   mężczyzną, 

którego upatrzyła sobie na męża.

-   Upatrzyła   na   męża?   Chcesz   mi   powiedzieć,   że   kobieta   może 

flirtować tylko z tym, za którego ma wyjść?

- Tak właśnie myślę.

-   To   śmieszne.   Flirt   to   pierwszy   krok   na   długiej   drodze 

poszukiwania   właściwej   osoby.   Mężczyźni   też   flirtują,   masz   pojęcie? 

Tylko inaczej niż kobiety.

- My nie flirtujemy.

Darmo było się z nim sprzeczać.
- To przecież tylko niewinna gra między kobietą i mężczyzną. Poza 

tym, mężczyźni lubią, kiedy kobiety z nimi flirtują. Barbara potrafiła 
owinąć   sobie   wokół   palca   każdego   mężczyznę.   Kręcili   się   koło   niej 

niczym trutnie wokół królowej.

- Wcale nie lubimy, kiedy kobiety z nami flirtują - upierał się. - 

Jesteśmy mądrzejsi niż wam się zdaje i nie lubimy być wodzeni za nos.

- Nie musisz przemawiać do mnie tym wyniosłym tonem. Przez 

ostatnią godzinę cierpliwie słuchałam twoich argumentów. Nie kpiłam z 
ciebie.   Prawda,   miałam   chęć,   ale   wytrzymałam.   Teraz   moja   kolej. 

Dowiodę ci swoich racji.

- Jakich racji?

Wiedziała, że się z nią droczy. Zapatrzyła się w guziki jego koszuli, 

background image

by nie widzieć uśmiechu na twarzy.

-   W   sprzyjających   okolicznościach   dowiodłabym   ci,   że   wątły 

kwiatek większą wzbudza atencję niż ten wybujały.

-   Naprawdę   wierzysz,   że   bezradna   kobietka,   która   trzepocze 

rzęsami i spija z ust mężczyzny każde słowo, wzbudza jego atencję?

- Owszem.

- Jesteś zupełnie postrzelona.
Zignorowała przyganę.

- Przestudiowałam ten problem dogłębnie, Travisie.
- Co to miałyby być za sprzyjające okoliczności - zapytał, wracając 

do jej wcześniejszych słów.

- Boston - odparła. Wskazała w stronę domu Perkinsów i ciągnęła 

dalej: - Nie mam zamiaru dowodzić ci swojej racji w obecności obcych. 
To byłoby nieroztropne, a nawet niebezpieczne. Mężczyźni w Bostonie 

są bardziej cywilizowani i wiedzą, jak należy postępować z damami. 
Przestrzegają   pewnych   zasad.   Nie   mogę   powiedzieć   tego   samego   o 

mieszkańcach Montany, bo ich nie znam.

-   Większość   tutejszych   mężczyzn   to   dżentelmeni,   ale   są   i   tacy, 

którzy   nie   pytając   o   zdanie   uwieźliby   cię   ze   sobą.   Mam   pilnować 
twojego bezpieczeństwa i wolałbym nie wdawać się w burdy, dlatego że 

niemądrze się zachowałaś. Poza tym zaraz coś zjemy, i nie chciałbym 
poczęstować kogoś kulką. Zaraz po posiłku to źle wpływa na trawienie.

Z trudem się powstrzymała, by nie parsknąć śmiechem na taką 

okropność.

- Jedynie niestrawność powstrzymuje cię przed zabijaniem ludzi?

background image

- Tak jest.
-   Nie   wierzę   ci.   Kpisz   sobie   ze   mnie,   dżentelmenowi   to   nie 

przystoi.

-  Mówiliśmy  już   o tym,  Emily.  Chyba   wspominałem  ci,  że  nie 

jestem dżentelmenem. Prawdę powiedziawszy, powinnaś się cieszyć, że 
cię eskortuję.

Tak była zaskoczona tą rzeczową uwagą, że nie przyszło jej do 

głowy odepchnąć jego dłoń.

- Doprawdy? Dlaczego powinnam się cieszyć?
- Bo gdybym cię nie eskortował, byłbym jednym z tych, którzy 

chętnie uwieźliby cię ze sobą.

Uznała, że to bardzo miłe słowa. Nie mówił przecież poważnie. 

Pokręciła głową na znak, że nie jest aż tak naiwna, by dać im wiarę, po 
czym wybuchnęła śmiechem. Przestała, widząc jego poważną minę.

- Obydwoje wiemy, że nie mówisz poważnie. Przestań się nade 

mną znęcać. Przecież tak naprawdę...

- Nie musisz ze mną flirtować.
- Wcale z tobą nie flirtuję - zapewniła. - Dlaczego mnie trzymasz?

- Tak będzie łatwiej.
- Co będzie łatwiej?

- Pocałować cię.
Kiedy poczuła jego usta na swoich, zarzuciła mu ręce na szyję i 

przylgnęła   do   niego.   Zaświtało   jej   jeszcze   w   głowie,   że   gdy   tylko 
przestanie go całować, powie mu, by zostawił ją w spokoju.

W tej chwili liczył się tylko Travis. Pod opuszkami palców czuła 

background image

jego silne muskuły i jednocześnie nie mogła się nadziwić jak bardzo jest 
delikatny.

Wielkie nieba, naprawdę potrafił całować.
Nie pojmował, skąd nagła potrzeba, by ją pocałować, ale ledwie ta 

myśl powstała mu w głowie, nie mógł się jej pozbyć. Nie miał zamiaru 
dać się ponieść namiętności. Odsunął się od Emily, kiedy poczuł, że 

gotów posunąć się za daleko.

Do diaska, jaka ona uwodzicielska.

Emily miała rozbawioną minę, ale szybko spoważniała.
- Nie możesz mnie całować, kiedy ci przyjdzie ochota.

By dowieść jej, że się myli, pocałował ją jeszcze raz. Gdy podniósł 

głowę, westchnęła cicho, wyraźnie zadowolona.

- To ostatni pocałunek, jaki ode mnie dostałeś - oznajmiła i jęknęła 

w duchu, słysząc swój drżący głos. - Mówię poważnie. Nie możesz mnie 

całować.

- Skoro na niego przystałaś. A może to nie twój język czułem w 

swoich ustach?

Oblała się szkarłatem.

- Starałam się być uprzejma.
Roześmiał się w głos.

- Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Gdybym był skory do żeniaczki, 

Randolph musiałby się obejść smakiem.

Wiedziała,   że   powiedział   coś   nie   tak,   ale   chwilę   trwało   zanim 

zrozumiała co.

- Clifford O'Toole - powiedziała w końcu. - Randolph to ten, który 

background image

ożenił się z moją siostrą.

- Prawda, ten, który cię oszukał.

- Musisz używać tego słowa?
- Nie ma się co obruszać.

Stali   dość   daleko   od   stodoły,   ale   Travis   usłyszał   skrzypnięcie 

otwieranych od wewnątrz wrót. Instynktownie przysunął się do Emily, 

by ją osłonić w razie potrzeby. Nie była to przesadna ostrożność, bo 
wiedział z doświadczenia, że u Perkinsów zatrzymują się często dzikusy 

z gór, dla których nie istniały żadne prawa.

Odetchnął   z   ulgą   na   widok   idącego   ku   nim   mężczyzny.   Jack 

Hanrahan, zwany z oczywistych powodów Jednookim Jackiem, straszył 
samym   swym   wyglądem:   długie,   ciemne,   od   lat   nie   myte   kudły, 

wiecznie wykrzywiona twarz, wszystko to sprawiało wrażenie, jakby 
szpetny Jack miał za moment rozerwać człowieka na strzępy. Okropnie 

dumny ze swej odrażającej aparycji nie nosił nawet przepaski na oko, 
uważał, że odjęłaby mu męskości.

Ilekroć Travis widział Jacka, czuł, jak mu się wywraca żołądek. 

Inni byli bardziej otwarci, dawali Jednookiemu wprost do zrozumienia, 

jakie budzi odczucia, co, jeśli wierzyć słowom starego Perkinsa, wbijało 
Jacka w jeszcze większą próżność. Uwielbiał terroryzować ludzi.

Travisowi zaświtał raptem diabelski plan, który miał sprowadzić 

Emily na ziemię i uświadomić jej, jak zwariowane ma wyobrażenie o 

mężczyznach.

- Być może znalazłem sposób, byś dowiodła mi swoich racji.

- Tak?

background image

Próbowała się odwrócić i zobaczyć, w co też wpatruje się Travis, 

ale on położył jej dłonie na ramionach i nie pozwolił się ruszyć.

-   Naprawdę   chcesz   mi   pokazać   jak   bezradność   działa   na 

mężczyznę?

- Gdybym mogła... Przestudiowałam dogłębnie to zagadnienie i 

zapewniam cię, że wiem, o czym mówię.

-   Tak,   z   pewnością.   Przestudiowałaś.   Tylko   mi   jeszcze   tego 

dowiedź przy pierwszej sposobności?

- Uważasz, że mi się nie uda, prawda? Otóż uda się.
- Jesteś pewna?

- Tak. Tyle razy to widziałam. Moja siostra Barbara potrafi sprawić, 

że wszyscy mężczyźni na balu skaczą wokół niej jak pchły koło psa. Ot, 

tak   -   powiedziała,   pstrykając   palcami.   Porównanie   Barbary   do   psa 
rozśmieszyło Travisa.

-   Niech   Bóg   ma   w   swojej   opiece   twojego   przyszłego   męża. 

Potrafisz być pamiętliwa, kiedy ktoś ci się narazi.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nieważne. - W imieniu wszystkich mężczyzn na całym świecie 

napawał   się   już   zasłużonym   zwycięstwem.   -   Może   się   założymy   o 
wynik? Będzie ciekawiej.

Chociaż  hazard nie przystoi dobrze  wychowanej  damie, pewna 

wygranej   nie   mogła   oprzeć   się   pokusie.   Prawda,   sama   nigdy   nie 

próbowała zawrócić mężczyźnie w głowie, ale widziała w pociągu tyle 
pań   otwarcie   flirtujących   z   różnymi   panami,   przyglądała   się   swojej 

mistrzyni, Barbarze, i stąd czerpała ufność, że podoła.

background image

- O ile się założymy?
- O dolara.

- Będzie jeszcze ciekawiej, kiedy się założymy o pięć.
- Niech będzie pięć - zgodził się.

- Chcę żebyś wiedział, że nie zgodziłabym się, gdybym wiedziała, 

że zranię uczucia mężczyzny, na którym wypróbuję swoje sposoby, ale 

to, co zamierzam zrobić jest zupełnie niewinne. Nie sądzisz?

Na myśl o zranionych uczuciach Jacka Hanrahana Travis o mało 

nie zakrztusił się ze śmiechu.

- Zupełnie niewinne. A więc zakład stoi?

-   O   ile   tylko   nie   ma   w   tym   nic   niebezpiecznego   -   dodała 

pospiesznie.

- Będę cię strzegł.
- Jakie warunki?

- Żadnych, tylko limit czasu. Wystarczy ci dziesięć minut, żeby 

zamienić mężczyznę w skończonego osła, czy trzeba ci więcej?

- Dziesięć minut wystarczy. Jesteś pewien, że nie chcesz postawić 

żadnych innych warunków? Nie chciałabym, żebyś mnie oskarżał, że nie 

grałam fair.

-   Żadnych   innych   warunków.   Masz   tylko   zacząć   flirtować   z 

pierwszym mężczyzną, którego zobaczysz - powiedział, po czym obrócił 
ją powoli.

Słyszał   jak   zatrzymała   oddech,   zdziwił   się,   że   nie   krzyknęła. 

Cofnęła się o krok.

- Chcesz, żebym flirtowała z... nim?

background image

-   Nazywa   się   Jack   Hanrahan.   To   pierwszy   mężczyzna,   którego 

zobaczyłaś, prawda?

- Tak, ale...
- Czy wspomniałem ci, że Jack jest śmiertelnym wrogiem kobiet?

Zamknęła oczy.
- Nie, nie wspomniałeś. Jest niebezpieczny?

- Nie skrzywdzi żadnej kobiety, ale nie będzie też dla ciebie miły. 

Powiadają, że ma naturę grzechotnika, ale moim zdaniem, to ujma dla 

węży. Są znacznie sympatyczniejsze od niego. Chcesz się poddać? Dasz 
mi pięć dolarów i będziemy kwita.

Połączenie arogancji i rozbawienia w jego głosie podziałało niczym 

ostroga.   Wyprostowała   się,   gotowa   podjąć   wyzwanie.   Wóz   albo 

przewóz, dopnie swego i oczaruje Jacka.

- To będzie wspaniałe - oznajmiła. - Stój tu i patrz.

-   Chwileczkę,   skąd   będę   wiedział,   że   wygrałaś?   -   zapytał,   nie 

mogąc powstrzymać chichotu: tak absurdalna zdała mu się myśl, że Jack 

miałby zostać zbałamucony przez kobietę.

- Zaufaj mi, będziesz wiedział, że wygrałam. - Po -  prawiła fałdy 

spódnicy, kołnierzyk bluzki i wzięła głęboki oddech.

Nie   przestając   się   uśmiechać   Travis   obserwował,   jak   Emily   z 

ociąganiem   rusza   ku   swej   ofierze.   Musiało   jej   być   nielekko.   Jack 
wyglądał niczym niedźwiedź, który wyszedł właśnie ze swojej jaskini. 

Zazwyczaj   roztaczał   też   taki   fetor.   Travis   podziwiał   odwagę   Emily, 
chociaż ta szalona i uparta panna nie chciała przyznać, że mężczyźni są 

zbyt inteligentni, by dać się wodzić za nos bezradnym kobietkom.

background image

- Nie zapomnij o oczach - zawołał za nią, niby to służąc dobrą radą.
Odwróciła się.

- O czym?
- No wiesz, o tym trzepotaniu, jak wtedy w Pritchard. Jackowi na 

pewno się spodoba.

Wcale nie ubawiona obróciła się na pięcie i poszła na spotkanie 

mężczyzny,   którego   postanowiła   ujarzmić.   Jeszcze   przed   nim   nie 
stanęła, a już miała serce w gardle.

Próbowała wszystkiego, ale nic nie działało, z twarzy Jacka nie 

schodził   zwykły   grymas.   Travis   gotów   był   przysiąc,   że   słyszał 

nieartykułowane   pomruki   dobywające   się   z   gardła   Jednookiego   za 
każdym razem, kiedy ten kręcił głową.

Chociaż dziesięć minut jeszcze nie minęło, chciał zaproponować 

Emily, żeby zrezygnowała. Podjęła się beznadziejnego zadania. Już miał 

zawołać   ją   z   powrotem,   gdy   Jack   zrobił   najpaskudniejszą   w   świecie 
minę. Uśmiechnął się.

background image

6

Zbladł,   zamrugał,   spojrzał   raz   jeszcze.   Paskudny   uśmiech   nie 

znikał. Patrzył z niedowierzaniem, jak Jack podaje ramię Emily. Przyjęła 
je   bez   wahania   i   ruszyła   w   stronę   domu,   rzucając   na   odchodnym 

uśmiech swojemu przewodnikowi.

Travisa jakby kto zdzielił w głowę, a na dodatek poprawił: kiedy 

dogonił niedobraną parę. jego uszu doszła najkoszmarniejsza imitacja 
południowego zaśpiewu, jaką kiedykolwiek słyszał.

- Powiadam ci, Jack, jesteś urodzonym dżentelmenem.
- Staram się, panno Emily. Pięknie panienka zaciąga, kiedy mówi.

-   Jak   to   miło   z   twojej   strony,   że   tak   mówisz,   Jack   -   odparła, 

trzepocząc rzęsami tak zawzięcie, że Travisowi odjęło apetyt.

- Przedstawiam ci mojego przewodnika, pana Travisa Clayborne'a 

z Blue Belle.

Jack przestał się uśmiechać i wykrzywił swoim zwyczajem.
- Znam cię - oznajmił oskarżycielsko. - Bodaj że strzelałem kiedyś 

do ciebie?

- Nie, nie strzelałeś.

- A jakże, pamiętam, że strzelałem.
Jego mina wskazywała, że zaczyna się srożyć. Emily natychmiast 

interweniowała.

- Padam ze zmęczenia. Pan Clayborne i ja cały dzień spędziliśmy w 

siodle, a ja nie mam tyle sił co ty, Jack. Jestem bardzo delikatna.

Jack złagodniał w oka mgnieniu.

background image

-   Ma   się   rozumieć,   że   panienka   delikatna.   Chucherko   takie. 

Clayborne bez potrzeby panią forsował. Mam go zastrzelić, panienko 

Emily?

- Nie - krzyknęła wstrząśnięta pytaniem.

- Na pewno? Jakby co, niech tylko panienka powie.
-   Jestem   pewna,   Jack,   ale   dziękuję   za   propozycję.   Muszę   tylko 

usiąść i odpocząć.

- Zaraz znajdę wygodne krzesło, panno Emily. Ładnie panienka 

pachnie - dodał nieoczekiwanie.

- Doprawdy, Jack, psujesz mnie komplementami.

Nie musiała już nic mówić ani trzepotać rzęsami. Travis słuchał, 

jak   Jack   przyrzeka   rozpalić   ogień,   by   Emily   mogła   ogrzać   stopy, 

przynieść coś do picia, by przepłukała gardło i przygotować kolację, by 
się posiliła.

Jednooki  okrył wstydem wszystkich mężczyzn Montany. Travis 

miał ochotę go zastrzelić. Nie, to niedostateczna kara, rozmyślał ponuro, 

idąc za nieszczęsną parą w stronę ganku. Powinien zająć się końmi, ale 
najpierw musi sprawdzić, kto nocuje u Perkinsów i czy może zostawić 

Emily na chwilę samą.

Jack otworzył drzwi, przepuścił  Emily, po czym, w zgodzie ze 

swoją naturą, usiłował zatrzasnąć je Travisowi przed nosem. Był to jego 
ulubiony figiel.

John Perkins, człek potężny, z potrójnym podbródkiem, wielkim 

brzuchem   i   usłużnym   uśmiechem,   czekał   już   na   gości.   Z   pozoru 

łagodny,   był   twardy   jak   wszyscy   ludzie   z   gór.   W   swoim   domu   nie 

background image

dopuszczał do żadnych burd. Jeśli ktoś wszczynał awanturę, musiał ją 
dokończyć za progiem. Wnosząc z ilości anonimowych grobów na po-

bliskim wzgórzu, wiele tu toczono sporów.

Johnowi, który zwykle witał swoich gości, odjęło mowę. Całkiem 

zbaraniały wpatrywał się bez słowa w Jednookiego Jacka.

I   on   najwyraźniej   nie   widział   nigdy   uśmiechu   na   twarzy 

Hanrahana.

- Zimno się zrobiło, co John? - zagadnął Travis, kierując się ku 

jadalni.

Żona   Johna,   Millie,   aż   pisnęła   na   widok   uśmiechniętej   twarzy 

Jacka. Travis pomyślał, że to właściwa reakcja.

W jadalni nie było nikogo, pomimo to Travis uparł się, by Emily 

usiadła w kącie, plecami do ściany.

John doszedł do siebie wcześniej niż jego żona. Podszedł do stołu 

ze strzelbą pod pachą, stanął przed Travisem.

- Miło cię znowu widzieć - zagadnął, spoglądając spod oka na 

Hanrahana. - Millie, przestań miętosić fartuch i chodź poznać kobietę 
Travisa. Skończyłeś z kawalerskim stanem?

- Nie, nie ożeniłem się.
Przedstawił Emily gospodarzom i prosił, by usiedli z nimi.

Kiedy już Milly otrząsnęła się z wrażenia, przeniosła całą uwagę na 

Emily. Patrzyła na nią jak zaczarowana, choć wyraźnie speszona. Co 

rusz a to poprawiała włosy, a to wygładzała fartuch.

Za   młodu   była   bardzo   ładna,   co   łagodziło   nieco   zwykłą   jej 

opryskliwość. Z wiekiem rysy stwardniały, ale dawny błysk w oczach 

background image

pozostał.

-   Czemu   by   nie   zjeść   z   gośćmi,   Millie?   Travis   jest   przecież 

przyjacielem. Przestań się wgapiać w jego niewiastę i dajże kolację.

Millie nawet nie drgnęła, spojrzała tylko na męża, jakby chciała dać 

mu do zrozumienia, że później się z nim porachuje.

- Mnie się też włosy kręciły, jak jej. Może kręciłyby się i teraz, jakby 

nie były takie długie - zwróciła się do męża.

- Chcesz je obciąć? - zapytał John.

Millie nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się dalej w Emily.
- Spodziewa się pan kłopotów, panie Perkins? - zagadnęła Emily, 

udając, że nie zauważa utkwionego w niej spojrzenia Millie.

- Zawsze się spodziewam kłopotów. Dlatego nikt nigdy mnie nie 

zaskoczy.

- John zaczął nosić strzelbę, kiedy się ożenił z Millie. Bał się, żeby 

ktoś mu jej nie porwał - dodał Travis.

- Ile to już lat - westchnęła Millie. - Byłam wtedy ładna.

- Teraz jesteś jeszcze ładniejsza - zapewnił Travis - a John ciągle nie 

rozstaje się ze strzelbą.

Millie pokraśniała na ten komplement i wyszła z jadalni.
- Co porabiacie w górach? - zagadnął John, zerkając niespokojnie 

na Jednookiego Jacka.

- Mam odwieźć Emily do Golden Crest. Czekają tam na nią.

Emily była mu wdzięczna, że nie wdawał się w szczegóły.
Travis pomyślał, że nie zniesie szpetnego uśmiechu Jednookiego 

Jacka ani sekundy dłużej.

background image

- Emily, powiedz Jackowi, żeby  przestał się uśmiechać.  Dostaję 

gęsiej skórki.

- Uważam, że ma uroczy uśmiech - odparła, po czym nachyliła się i 

przez stół poklepała dłoń Jacka.

- Nie zwracaj na niego uwagi. Jest wojowniczo usposobiony.
- Mam go zastrzelić, panno Emily?

Tym razem przyjęła jego pytanie z całkowitym spokojem.
- Nie, Jack, ale dziękuję za propozycję.

Postanowiwszy nie zaprzątać sobie głowy obojgiem, Travis zwrócił 

się do Johna:

- Pusto dzisiaj u ciebie.
- Tylko patrzeć jak zaczną zjeżdżać. Zajrzał do nas Ben Corrigan. 

Wracał do domu z River's Bend. Mówił, że pięciu ludzi od Murphy'ego 
tu jedzie. Mają u mnie nocować, ale niech zaczną się awanturować, zaraz 

ich wyrzucę. To złodzieje i opryszki. - Tu zawołał głośno w kierunku 
kuchni: - Millie, a schowaj no dobrze pieniądze, co je trzymasz w kloszu 

z ciastkami. - Ponownie zwrócił się do gości: - Na twoim miejscu nie 
spuszczałbym swojej kobiety z oka, Travisie.

Travis kiwnął głową. Nie próbował wyprowadzać Johna z błędu i 

powtarzać, że Emily nie jest jego kobietą. Prawdę mówiąc, miło mu to 

brzmiało.

Zasmucił się na tę myśl. Emily wkrótce zostanie żoną O'Toole'a i 

pewnie nigdy jej już nie zobaczy.

-   Wygląda   na   to,   że   nie   pośpię   dzisiaj   -   powiedział,   myśląc   o 

swoich obowiązkach i bezpieczeństwie panny Finnegan.

background image

- A to czemu? - zainteresowała się Emily.
Nie   zmrużyłaby   oka,  gdyby  jej  powiedział,  do  czego  zdolni   są 

ludzie Murphy'ego, zmilczał więc jej pytanie i zmienił temat.

- Corrigan przywiózł jeszcze jakieś nowiny?

- Mówił, że człowiek sędziego federalnego przewąchuje w okolicy.
Jack Hanrahan nastawił uszu, nagle niezmiernie zainteresowany 

rozmową.

- Po co? - mruknął. - W naszych stronach prawo na nic się zda.

Jack się mylił, ale ani John, ani Travis, nie zamierzali prostować 

jego opinii.

-   Z   tego,   co   słyszał   Corrigan,   ten   od   sędziego   szuka   jakichś 

łajdaków, co zabili kobietę i dziecko. Mała miała zaledwie trzy latka. 

Sukinsyny powinny wisieć. Ten od sędziego ma ich zawieźć z powrotem 
do Teksasu i postawić przed sądem.

- To on z Teksasu?
- Tak mówił Corrigan.

- Wspomniał jak się nazywa?
- Nie przypominam sobie. Czemu tak cię on ciekawi? Na twoim 

miejscu trzymałbym się od niego z daleka. Corrigan opowiadał, że kiedy 
go   zobaczył,   dziękował   Bogu,   że   wiedzie   prawe   życie.   Tamten 

świdrował go wzrokiem, a oczy ma ponoć niebieskie i zimne jak lód. 
Corrigan mówi, że wolałby się więcej na niego nie napatoczyć.

- Szukam człowieka, który twierdzi, że nazywa się Daniel Ryan. 

Okradł moją matkę i muszę go dopaść. Mama Róża pamięta tylko, że był 

wielki, miał niebieskie oczy i pochodził z Teksasu.

background image

- Nie myślisz chyba, że wysłannik sędziego może być człowiekiem, 

którego szukasz?

Nie czekając na odpowiedź Travisa, John ciągnął dalej:
-   Wielu   ludzi   ma   niebieskie   oczy.   Kto   wie,   czy   któryś   z   tych 

bandytów, co to ich szuka człowiek sędziego, nie ma akurat niebieskich 
oczu.

- Mama Róża mówiła, że ten Ryan miał gładkie maniery. Rozstali 

się na krótko przed końcem podróży. Powiedział, że jedzie na północ.

-   Wątpię,   żeby   ci   poszukiwani   mieli   gładkie   maniery,   co   nie 

znaczy,   że   człowiek   sędziego   miałby   być   złodziejem.   Mało   to 

Teksańczyków kręci się w Montanie? Wiesz, że lubią wypasać u nas 
swoje bydło.

Travis pokręcił głową.
- Żaden nie goniłby stad tak wysoko w góry. Człowiek, którego 

szukam, kręcił się kilka dni temu w River's Bend. Mówisz przecież, że 
Corrigan stamtąd wracał?

- W rzeczy samej. Wygląda na to, że Corrigan rzeczywiście widział 

twojego   człowieka.   Jeśli   zmierza   na   północny   zachód,   będzie   musiał 

jechać   przez   te   okolice.   Może   go  spotkasz.   Co   takiego  ukradł   twojej 
matce, jeśli wolno spytać?

- Kompas, który chciała podarować jednemu z moich braci.
- Rzecz niewiele warta - wtrącił Jack.

- Był przeznaczony dla mojego brata - odparł Travis.
- Może teraz ja go ukradnę Teksańczykowi i zatrzymam sobie - 

przechwalał się Jack. - Który miał go dostać?

background image

- Cole.
Jack spuścił z tonu.

- A, to nie. Lepiej nie wchodzić mu w paradę.
- Jak każdemu Clayborne'owi, jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć - 

powiedział John, tracąc najwyraźniej cierpliwość, po czym zwrócił się 
ponownie do Travisa.

-   Niesłyszana   to   rzecz,   żeby   człowiek   prawa   popełnił 

niegodziwość. Niedobrze mi się robi na samą myśl. Tak być nie może.

-   Nie   wiadomo,   czy   on   jest   tym,   którego   szukam.   Dla   takiej 

błahostki miałby wystawiać swoją reputację na szwank? Nie raz musiał 

mieć   w   przeszłości   do   czynienia   ze   złotem   i   grubymi   pieniędzmi,   a 
połakomiłby się na kompas?

Emily,   która   dotąd   w   milczeniu   przysłuchiwała   się   rozmowie, 

postanowiła wyrazić własne zdanie:

- Jeśli człowiek sędziego ma kompas, na pewno zwróci go twojej 

matce.

Travis nie mógł się powstrzymać od lekkiej kpiny.
-   Mama   Róża   wierzy,   że   tak   się   stanie.   Serce   jej   pęknie,   gdy 

zrozumie wreszcie, że została oszukana. Teksańczyk miał dość czasu, 
żeby   zwrócić   kompas,   ale   nie,   zatrzymał   go.   A   jednak   nie   byłbym 

pewien, czy człowiek sędziego to Daniel Ryan.

- Szkoda, że nie zapytałem Corrigana o jego nazwisko - wtrącił 

John.

Emily zapaliła się do tematu.

- Jeśli człowiek sędziego zabrał kompas przez przypadek, nie myśli 

background image

o tym, że ma go zwrócić. Ma co innego na głowie, ściga bandytów.

- Jeśli zabrał przez przypadek... Co to za argument, Emily? Nikt nie 

kradnie przez przypadek.

- Mogło się zdarzyć. Opierasz wnioski na wątłych podstawach. Na 

pewno mam rację - nie dawała za wygraną.

Powściągnął uśmiech, widząc jak zażarcie Emily broni człowieka, 

którego w życiu nie widziała na oczy. Miała rację, że zbyt pochopnie 
wyciąga wnioski, ale nie miał zamiaru jej tego przyznać. Zakończyłoby 

to  dyskusję,   a  jemu  sprzeczki   z  nią   sprawiały   przyjemność.   Lubił   tę 
iskierkę w jej oczach zapalającą się za każdym razem, gdy powiedział 

coś,   z   czym   nie   miała   zamiaru   się   zgodzić.   Lubił   jak   każde   zdanie 
popierała   żywą   gestykulacją,   chociaż   kilka   razy   oberwał,   gdy 

gwałtownie wymachiwała rękami. Lubił nutę powagi w jej głosie, gdy 
napominała go, by trzeźwo rozumował.

Po zastanowieniu dochodził do wniosku, że właściwie wszystko 

mu się w niej podobało. Ciężko mu przyjdzie zostawić ją w Golden 

Crest, a już to, że ma ją oddać w ręce innego mężczyzny, wydawało mu 
się wręcz niemożliwe. Uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy wyobraził ją 

sobie w ramionach Clifforda O'Toole'a.

Z wysiłkiem odegnał ponure myśli i zagadnął Johna:

- Pytałeś mnie o coś?
John skinął głową.

- Ciekaw byłem czy ten Teksańczyk powiedział twojej matce, że 

jest od sędziego.

- Nie mówił czym się zajmuje.

background image

- Dziwne, prawda?
Zobaczył, że Emily wznosi oczy do nieba i postanowił podbechtać 

ją, zgadzając się z Johnem.

- Ano, dziwne. Zastanawiam się, dlaczego zmilczał to przed nią.

-   Nie   wiesz,   czy   zrobił   to  z   rozmysłem   -  zawołała   gniewnie.   - 

Obydwaj   nie  macie   za  grosz   rozumu.   Może   przestaniecie   upatrywać 

najgorszego i okażecie trochę zaufania człowiekowi.

- Niby dlaczego? - zapytał Travis. - Okradł moją matkę.

- Na to wygląda - zgodził się John.
- My tutaj okazujemy względy naszym matkom - oznajmił Travis.

-   Prawdę   mówisz   -   zawtórował   John.   Nawet   Jack   mruknął 

potakująco.

- Nie ujdzie na sucho temu, kto skrzywdzi matkę - dodał John.
Mężczyźni jeszcze przez kilka minut omawiali sytuację, po czym 

Travis poprosił, by John dotrzymał Emily towarzystwa, gdy on zajmie 
się końmi.

- Nigdzie nie musisz iść. Nająłem pomocnika, chłopaka Clemonta, 

Adama.   Widziałem   przez   okno   jak   prowadził   twoje   konie   do   stajni. 

Zajmie się nimi, a i bagaże przyniesie.

Emily chciała się umyć przed kolacją, a że Travis bał się spuszczać 

ją z oka, poszedł za nią, sam też się umył. Kiedy wrócili na dół, stół był 
już nakryty do kolacji. Millie siedziała u jego szczytu.

Ugościła ich zawiesistym gulaszem, biszkoptami z dżemem, kawą 

i mlekiem.

- Ja to lubię zjeść sam - oznajmił Jack, zwracając się do Emily, po 

background image

czym uważnie się w nią wpatrując dodał: - A przed zmrokiem muszę 
być u Cooperów. Uśmiechnęła się szeroko.

- Byłeś bardzo cierpliwy.
Odwróciła się do Travisa i wyciągnęła ku niemu dłoń.

- Jesteś mi chyba winien pięć dolarów.
Zdziwiony,   że   Emily   chce   odebrać   wygraną   w   obecności 

Hanrahana  i Perkinsa,  zaczął szukać  pieniędzy. Zaintrygowana mina 
Johna   mówiła   mu   wyraźnie,   że   gospodarz   będzie   się   dopytywał, 

dlaczego   winien   jest   pieniądze   swojej   towarzyszce.   Jeśli   powie   choć 
słowo, Jack się dowie, że go podeszła.

I kłopot gotowy.
Wręczył pieniądze i już miał przestrzec Johna, żeby o nic nie pytał, 

gdy Emily oddała wygraną Jackowi.

- Proszę, i bardzo dziękuję za pomoc.

-   Nie   było   najgorzej   -   mruknął   Jack.   -   Mogę   już   przestać   się 

uśmiechać?

- Możesz.
Na   jego   twarzy   odmalowała   się   ulga,   którą   po   chwili   zastąpił 

zwykły grymas. Odsunął krzesło, wstał i zaniósł swój talerz do stołu w 
drugim końcu sali. Jak Travis, lubił siedzieć plecami do ściany, by nikt z 

wchodzących nie zaskoczył go znienacka.

Pochylając się nad talerzem zaczął pałaszować swój gulasz, a tak 

się przy tym zapatrzył na Emily, że dwa razy nie trafił do ust. Jadł 
palcami,   zachowywał   się   jak   w   chlewie.   Travis   pomyślał,   że   nie 

przełknie   kęsa,   jeśli   nadal   będzie   na   niego   patrzył.   Odwrócił   się   do 

background image

Emily.

-   Postawmy   sprawę   jasno.   Powiedziałaś   Jackowi,   o   co   się 

założyliśmy? - zapytał, usiłując nadać swojemu głosowi oburzony ton.

- Powiedziałam.

- Uznałaś więc, że sama nie podołasz.
-   Podołałabym   na   pewno,   ale   nie   chciałam.   To   nie   byłoby   w 

porządku   wykorzystać   Jacka   dla   wygrania   zakładu.   Mężczyźni   w 
Bostonie   oczekują,   że   kobieta   będzie   flirtować.   Jack   nie   zrozumiałby 

tego. Nie, to nie byłoby w porządku - powtórzyła z naciskiem.

- Nie zmieniasz więc zdania?

- Nie.
- Nie w porządku? A czym Jack różni się od Clifforda O'Toole'a?

- Jego w to nie mieszajmy, dobrze?
- Kim jest Clifford O'Toole? - zainteresował się John.

- To przyszły mąż Emily. Przestań mnie kopać - upomniał ją. - 

Nigdy go nie widziała.

- To mi się nie podoba - wtrąciła Millie. - Czemu wychodzisz za 

jakiegoś nieznajomego, kiedy zależy ci na innym.

- Nie zależy mi na żadnym innym - zaprotestowała Emily.
-   Z   daleka   widać,   że   masz   się   ku   Travisowi.   Ślepa   jesteś, 

dziewczyno? - sarknęła Millie.

Emily poczuła, że oblewa się rumieńcem.

-   Mylisz   się,   Millie.   Ledwie   go   znam.   Odwozi   mnie   tylko   do 

Golden Crest.

Millie znowu prychnęła, a Emily czym prędzej zmieniła temat. Nie 

background image

śmiała spojrzeć na Travisa.

- Wygrałam uczciwie - oznajmiła.

- Złamałaś zasady.
Zaśmiała się z przymusem.

- Nie było żadnych zasad, zapomniałeś? To była twoja decyzja, nie 

moja.

- Jaki zakład? - chciał wiedzieć John.
Travis  posłał  Emily  lodowate  spojrzenie,  kiedy  wymierzyła  mu 

kolejnego kopniaka pod stołem. Zignorował ostrzeżenie i opowiedział 
Perkinsom, jak to się pokłócili i jak chciał jej udowodnić, że się myli.

- To był głupi zakład, ale wygrałam go. Sam jesteś sobie winien. 

Powinieneś był określić zasady, jak w tej historii o jednym lichwiarzu, 

którą czytałam, nazywała się Kupiec wenecki. Znasz ją może?

- Tak się składa, że znam.

- Ja nie mogę jej sobie przypomnieć - wtrącił John. - Prawda, nie 

umiem czytać, może dlatego jej nie pamiętam.

-   Ja   też   jej   nie   pamiętam,   ale   chętnie   posłucham   -   powiedziała 

Millie.

-   To   piękna   opowieść   -   zaczęła   Emily.   -   Pewien   dżentelmen 

pożyczył pieniądze i przyrzekł je zwrócić w takim to, a takim czasie. 

Zgodził się też, że jeśli nie będzie mógł zapłacić, da lichwiarzowi funt 
swojego ciała.

John otworzył szeroko oczy.
- Dla chudego to pewna śmierć.

- Dla każdego - zapewnił go Travis.

background image

Kątem oka dostrzegł, że Jack podniósł się i chyłkiem kieruje się w 

ich  stronę,   chłonąc   każde   słowo   Emily.   Travis   ogromnym   wysiłkiem 

woli powstrzymał się, by nie wybuchnąć śmiechem, tak komiczny był 
widok   stąpającego   na   paluszkach   nieokrzesańca.   Bracia   nie   uwierzą, 

kiedy im o tym opowie.

-   Nie   trzymaj   mojego   Johna   dłużej   w   niepewności   -   ponagliła 

Millie, jak zwykle opryskliwa. - Tylko głupiec składa takie pochopne 
obietnice, prawda, John?

- Oj, głupiec, Millie. Ale gdyby tak lichwiarz dał mu czas, żeby 

nabrał sadełka, to może by się wywinął. Dał mu lichwiarz trochę czasu? - 

dociekał John.

Emily pokręciła głową, zachowując poważną minę.

- Nie, John, nie dał mu czasu.
- Nie powinien był obiecywać - powtórzyła Millie, kręcąc głową. - 

Widać, że nie był z naszych stron. Tutejsi ludzie nie są tacy pomyleni.

- Ale on musiał mieć te pieniądze. Był pewien, że zwróci je na czas. 

Nie wiedział, że nie będzie miał z czego spłacić długu.

- Już czuję, co się stało. Dał sobie uciąć ciała? - zapytał John.

- I potem umarł? - wtórowała mu Millie.
- Ani jedno, ani drugie - uspokoiła ich Emily.

- Już wiem - oznajmił John. - Uciekł. Tak się nie godzi. Danego 

słowa trzeba dotrzymywać. Słowo rzecz święta. Czy nie tak, Millie?

- Tak, John, a co człowiek ma poza słowem. Co było dalej? - Millie 

zwróciła się do Emily: - Ukrył się przed lichwiarzem?

-   Nie   -   odparła   Emily   rada   entuzjazmowi   Perkinsów   dla   jej 

background image

opowieści.

Travis też się uśmiechał. Przeczytał co prawda sztukę Szekspira za 

namową Adama, ale wersja Emily podobała mu się znacznie bardziej. W 
jej wydaniu postacie ożywały, stawały się realne.

Spojrzał   na   Jednookiego   Jacka   i   dojrzał   na   jego   twarzy   coś,   co 

sprawiało   wrażenie   najprawdziwszego   uśmiechu.   Emily   uczciwie 

wygrała zakład. Hanrahan łowił każde jej słowo, podbiła go zupełnie.

- Jeśli nie dał drapaka, to co się z nim stało? - dopytywała się Millie.

- On nie chciał dać funta ciała, a lichwiarz nie chciał zwolnić go z 

obietnicy. Urządzono więc sąd, by rozstrzygnąć spór.

John uderzył dłonią w stół.
- I obejdź się człowieku bez prawa.

-   Obrońca   uratował   tego   człowieka,   ma   się   rozumieć   -   wtrącił 

Travis.

- A była nim niewiasta o imieniu Porcja - przypomniała mu Emily.
Obie panie wymieniły porozumiewawcze uśmiechy.

- Niech to, muszę wiedzieć, co się stało z tym nieszczęśnikiem. Co 

powiedział sędzia?

- Że kontrakt jest wiążący i lichwiarz ma prawo do „swojego” 

funta ciała.

-   Wiedziałem,   Millie,   a   nie   mówiłem,   że   dane   słowo   to   rzecz 

święta?

- Mówiłeś, John.
- Ale - wtrąciła pospiesznie Emily, lękając się, że znowu jej przerwą 

- zostało postanowione, że lichwiarz może wziąć swój funt ciała i ani 

background image

kropli krwi.

John rozważał werdykt, pocierając w zamyśleniu brodę.

- Niepodobna wziąć mięso bez krwi.
- Rzeczywiście - przytaknęła Emily. - Gdyby lichwiarz dokładniej 

określił warunki - tu rzuciła Travisowi wymowne spojrzenie - werdykt 
mógłby   brzmieć   inaczej,   ale   nie   określił,   całkiem   jak   ty   w   naszym 

zakładzie, Travisie. Wygrałam uczciwie.

Uznał swoją porażkę, zapewnił, że nie chowa urazy, oddaje jej 

honor i prawo do triumfu.

- Chcesz, to cię pocałuję na dowód, że nie jestem wściekły.

Ledwie to powiedział, zrozumiał, że wprawił ją w zakłopotanie. 

Gdy spuściła wzrok i pokręciła głową, dotknął jej dłoni.

- Masz wiele wspólnego z Porcją - szepnął - ale ona na pewno nie 

oblała   się   pąsem,   gdy   wygrała   sprawę.   Jest   w   tobie   ta   sama   pasja   i 

namiętność.

Ucieszył   ją   ten   komplement,   ale   zanim   zdążyła   podziękować, 

rozległ się łoskot.

Ktoś dobijał się do drzwi frontowych. John zerwał się z krzesła i 

pobiegł do sieni, Travis za nim.

- Czy to ludzie z rancza Murhy'ego, Millie? - zapytała Emily.

- Wnosząc z tego walenia w drzwi, pewnie oni. - Podeszła szybko 

do Emily i chwyciła ją za łokieć. - Możesz skończyć kolację w kuchni. 

Tam będziesz bezpieczniejsza. Travis już dopilnuje, żeby ludzie z rancza 
nie wychodzili z jadalni. Nie wiem tylko, jak się potem przemkniesz na 

górę, ale o to niech się John martwi. Chodź, dziewczyno, nie ma żartów. 

background image

Żeby tylko nie mieli w czubie. Nie ma nic gorszego jak pijacy - dodała, 
otrząsając   się.   -   A   niech   któryś   ukradnie   mi   co,   przysięgam,   że 

własnoręcznie zastrzelę. Oby tylko nie byli pijani.

Millie   wystraszyła   się   nie   żarty.   Emily   wolała   nie   ryzykować. 

Wzięła swój talerz, poszła za Millie do kuchni, tu zaoferowała jej swoją 
pomoc w przygotowaniu kolacji dla parobków.

-   Siadaj   za   stołem   i   jedz,   sama   wszystkiego   dopilnuję.   Jak 

skończysz, możesz wyszorować patelnię, kiedyś taka dobra. Moczy się 

w cebrzyku.

Emily ucieszyła się, że ma coś do roboty. Zjadła szybko, po czym 

zakasała rękawy i z impetem zaatakowała patelnię, uśmiechając się na 
myśl, co też powiedziałaby matka, gdyby ją teraz zobaczyła. Najpewniej 

dostałaby palpitacji, jako że żadna z córek pani Finnegan nigdy nie była 
dopuszczana do pospolitych prac domowych - te należały do służby - ale 

wróciwszy do siebie byłaby chyba dumna ze swojej pociechy.

- Masz kogoś do pomocy, Millie? - zagadnęła.

- Nie, ale coraz częściej myślę, żeby nająć. Mój John burczy, że za 

dużo pracuję, a dom ostatnio ciągle pełen gości. Po całym dniu prania, 

sprzątania, gotowania i podawania do stołu jestem tak zmęczona, że 
ledwie mam siłę położyć się do łóżka.

- Myślałaś kiedyś, żeby przenieść się do miasta?
-   Nie,   nigdy.   Pełno   u  nas   podróżnych,   co   jadą   na   północ   i   na 

zachód, chyba że jest sucha pora i mogą przeprawić się przez wąwóz. Na 
brak   towarzystwa   nie   możemy   narzekać,   a   czujemy   się   wolni.   Nie 

zniosłabym chyba, gdyby sąsiedzi zaglądali mi do garnków, John też 

background image

nie.

Emily   zaczęła   właśnie   wycierać   wymytą   patelnię,   gdy 

uświadomiła sobie, że hałasy ustały. Zauważyła, że Millie drżą ręce.

- Myślisz, że ludzie Murphy'ego odjechali?

- Zbytek szczęścia. Tacy nigdy nie dają za wygraną.
- To znaczy jacy?

- Nieokrzesane opoje, skradną cokolwiek, byle zdobyć dolara na 

flaszkę, a resztę zniszczą. Pijanemu nie przemówisz do rozumu, Emily, 

ale bądź spokojna. Twój Travis nie da cię skrzywdzić.

- Tak samo, jak i ciebie. Poza tym on nie jest mój.

- Ale chciałabyś, żeby był, prawda?
Emily uśmiechnęła się na tę bezceremonialność.

- Dlaczego tak myślisz? Jadę poślubić innego - przypomniała jej.
-   To   nie   w   porządku   -   mruknęła   Millie.   zamknęła   drzwiczki 

piekarnika i odwróciła się do Emily, nie kryjąc zatroskanej miny. - Jesteś 
bystra, dziewczyno. Zapomnij o swojej dumie i powiedz mu, co chowasz 

w sercu, zanim nie będzie za późno.

- Ale, Millie...

- Nie sprzeczaj się ze mną. Między wami aż iskry skaczą, nawet 

półgłówek  odgadłby,  co  się  święci.  Powiedz  mu,  niech  się  do  ciebie 

zaleca.

Emily pokręciła głową.

- Nawet  gdybym chciała,  żeby  się  do  mnie zalecał,  nic  z tego. 

Powiedział mi, że nie chce się żenić.

Millie prychnęła na te słowa.

background image

-   Żaden   nie   chce   się   żenić.   Do   ślubu.   Nie   wierz   w   te   bzdury, 

dziewczyno. Widziałam, jak blisko ciebie siedział przy stole. Bok w bok. 

Widziałam, jak brał cię za rękę, ale nie widziałam, żebyś ją odpychała. 
Wcale mu tego nie miałaś za złe, prawda?

Emily opuściła ramiona, przygarbiła się.
- Nie miałam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Listy pana O’Toole'a 

były bardzo miłe i kiedy zaproponował...

- Niech to, masz zamiar zmarnować sobie życie z powodu jakichś 

tam listów? - burknęła Millie.

- Nie przewidywałam komplikacji. Postanowiłam, że wezmę swój 

los we własne ręce, a teraz myślę, że może Travis ma rację. Mówi, że to 
zraniona duma pchnęła mnie do nierozważnego kroku. Nie wiem, co 

robić,   Millie,   lubię   Travisa,   ale   na   pewno   go   nie   kocham.   Znam   go 
ledwie   od   dwóch   dni   i   większość   tego   czasu   spędziliśmy   na 

sprzeczkach.

- Miłość potrafi przyjść z nagła. Raz spojrzałam na mężczyznę i już 

wiedziałam, że muszę go zdobyć.

Emily nie miała zamiaru nikogo zdobywać. Rozmowa zaczynała ją 

denerwować.   Millie   zmuszała   ją   do   myślenia   o   rzeczach,   o   których 
wolałaby raczej nie myśleć. Powtarzała sobie, że się po prostu boi, ale 

wiedziała, że to kłamstwo. Dobry Boże, co się z nią dzieje? Przestawała 
rozumieć samą siebie.

- Masz szczęście, że spotkałaś Johna. Jak się poznaliście? - zapytała, 

chcąc odwrócić uwagę Millie od swojej osoby i sprzecznych uczuć wobec 

Travisa.

background image

Millie   już   miała   odpowiedzieć,   gdy   z   impetem   otworzyły   się 

kuchenne drzwi. Obie kobiety podskoczyły przestraszone. Do środka 

wkroczyły dwie kreatury o przeraźliwym wyglądzie. Millie zaklęła jak 
szewc, wprawiając Emily w zdumienie.

- Nikt nie będzie trzymał nas pod drzwiami - oznajmił jeden z 

obwiesi i czknął głośno. - No nie, Carter?

Drugi   z   intruzów,   wpatrzony   w   Emily,   zignorował   pytanie 

kompana.

- Patrz, co tu mamy. Stoi sobie przy szafce z alkoholami, Smiley.
Emily z całego serca pragnęła przeniknąć przez ścianę. Mężczyźni 

cuchnęli whisky, ledwie mogli ustać. Wyglądało, że jeszcze chwila, a 
zwalą się z nóg. Postanowiła więc zabawiać ich do tego czasu, chyba, że 

wcześniej John i Travis przyjdą jej z odsieczą. Ukryła patelnię za plecami, 
nie   spuszczała   przy   tym   z   oczu   pijaków,   niepewna   który   z   nich 

szpetniejszy. Smiley szczerzył w paskudnym uśmiechu czarne pieńki 
zębów. Carter był niewiele piękniejszy, z cuchnącym oddechem i wielką 

głową osadzoną na chudym ciele.

W porównaniu z nimi Jednooki Jack wydawał się wręcz urodziwy.

Wulgarne   przywitanie   Millie   nie   zrobiło   na   nich   żadnego 

wrażenia. Nie zaszczycili jej nawet spojrzeniem.

- Posmakowałbym tej whisky - wymamrotał Smiley.
- Ja też - zawtórował mu Carter oblizując wargi, po czym mlasnął, 

co Smileyowi wydało się tak komiczne, że zaczął rechotać, a po brodzie 
pociekła mu ślina.

Emily miała już dość, gotowała się z wściekłości, ale powiedziała 

background image

sobie, że musi postępować rozważnie i nie dać się ponieść emocjom. Nie 
prowokować   pijanych.   Co   prawda   nigdy   z   żadnym   nie   miała   do 

czynienia,   ale   słyszała,   że   są   nieobliczalni,   a   Millie   dopiero   co   jej 
powiedziała, że pijanemu nie sposób przemówić do rozsądku.

Pożałowała,   że   nie   ma   pod   ręką   broni,   po  czym   przypomniała 

sobie, że chowa za plecami patelnię i poczuła się pewniej, zdecydowana 

użyć jej, jeśli ruszą cokolwiek w kuchni.

- Wyjdźcie. Przestraszyliście Millie.

- Wyjdziemy, jak się nam zechce - wybełkotał Carter.
- Muszę się napić. Odsuń tę kobietę, bo nie mogę się dostać do 

mojej whisky - mruknął Smiley.

Carter   skwapliwie   przytaknął,   ale   zamiast   wykonać   jakiś 

zdecydowany ruch, zaczął się kręcić w kółko.

-   Gdzie   ten   szklany   słój   z   pieniędzmi?   -   wymamrotał,   tocząc 

maślanym wzrokiem po kuchni. - Millie go gdzieś schowała.

- Rozwalimy tę budę i znajdziemy forsę.

Carter prychnął. Millie wyprostowała się, ale ciągle niespokojnie 

mięła fartuch w dłoniach.

- Wynocha stąd, bo zawołam zaraz Johna.
Carter dobył zza pasa nóż myśliwski i zaczął nim wymachiwać, a 

był tak pijany, że Emily nie mogła się nadziwić, iż go nie upuścił.

- Zamknij jadaczkę, bo ci brzuch rozpruję - syknął.

Millie zrobiła się blada jak płótno, co jeszcze bardziej rozwścieczyło 

Emily.   Jak   tych   dwóch   opojów   śmie   nachodzić   jej   dom   i   straszyć 

nieszczęsną kobietę? Och, gdyby tak miała teraz strzelbę Johna pod ręką, 

background image

potraktowałaby nią intruzów. Nie, nie zabiłaby ich, ale długo płakaliby z 
bólu przy każdym kroku.

-   Usuńmy   najpierw   tę   jałówkę   z   drogi   -   zawołał   Smiley   do 

kompana.

W jednej sekundzie gniew Emily zamienił się w furię.
- Jak mnie nazwałeś? - zapytała szeptem.

- Jałówką - odparł Smiley.
Spiorunowała   wzrokiem   obydwu   mężczyzn   i   zapomniała   o 

przezorności.

- Millie, jak myślisz, który z nich paskudniejszy? Ten z czarnymi 

zębami, czy ten z wielką głową? Nie mogę się zdecydować.

Millie wytrzeszczyła oczy.

- Chcesz ich rozwścieczyć, dziewczyno?
Smiley postąpił krok ku Emily.

- To kobieta Travisa Clayborne'a. Jeśli jej dotkniecie, on was zabije - 

krzyknęła Millie.

- Nie zdąży - mruknął Smiley. - Jest przy drzwiach frontowych. 

Zanim   przyjdzie,   będziemy   daleko.   Z   pieniędzmi   i   whisky.   Dobrze 

mówię, Carter?

- A jakże. Szybcy jesteśmy - przytaknął kompan buńczucznie. - 

Zamknij tę jałówkę w jadalni.

Millie zaczęła wzywać Johna i cofać się w stronę stołu, zamierzając 

szukać   pod   nim   schronienia   przed   nożem   Cartera.   Kątem   oka 
dostrzegła, że Emily nie zamierza ustąpić przed napastnikiem.

- Uciekaj - zawołała.

background image

Emily pokręciła głową.
- Nie, najpierw pozbędziemy się tych śmieci.

Smiley zatrzymał się na te słowa, zatoczył i zagadnął do Cartera:
- Ona mówi o nas?

- Co cię napadło? - szepnęła Millie.
- Złość. Nie lubię jak nazywają mnie jałówką. Nie będą nas straszyć 

i wygrażać nam - odparła Emily, nie spuszczając wzroku z pijaków. - 
Millie powiedziała, żebyście wyszli. Zróbcie, jak prosiła.

Smiley parsknął, próbował dosięgnąć Emily, znowu się zatoczył i 

uderzył o blat kuchenny.

- Schowaj się za mnie - krzyknęła Millie.
Emily nie miała teraz czasu tłumaczyć, że byłoby to tchórzostwo, a 

liczyła   się   każda   sekunda.   Odczekała,   aż   Smiley   zbliży   się   na   krok, 
wzięła szeroki zamach i zdzieliła go patelnią w głowę. Smiley zatoczył 

się do tyłu, zaskrzeczał niczym ranny kogut i zwalił się na ziemię.

Zaskoczony Carter upuścił nóż.

- Ogłuszyłaś go - jęknął.
Emily z bijącym sercem przekroczyła rozciągniętego na podłodze 

delikwenta: chciała dopaść jego kompana, dopóki ten nie przypomni 
sobie o nożu.

Carter nie był aż tak pijany jak sądziła. Schylił się błyskawicznie i 

chwycił nóż, powarkując jak wściekły pies.

Emily cofnęła się o krok. Millie usiłowała przyjść jej z pomocą, 

rzucając w Cartera wszystkim, co się jej nawinęło pod rękę. Uchylił się 

przed kubkiem i salaterką, dopiero miedziany imbryk trafił go w ramię.

background image

Zaskowyczał   z   bólu,   tocząc   wzrokiem   od   jednej   do   drugiej 

napastniczki,   jakby   nie   mógł   zdecydować,   z   którą   wpierw   zrobić 

porządek.   Kiedy   Millie   zaczęła   w   głos   wzywać   Johna,   Emily 
wykorzystała chwilę nieuwagi Cartera i zdzieliła go patelnią w łokieć. 

Jęknęła zawiedziona, bo celowała w dłoń, chcąc wytrącić przeciwnikowi 
nóż.

Carter wydał wściekły pomruk, w jego oczach dojrzała mord.

background image

7

Nie   zdążył   jej   nawet   dotknąć.   Jak   spod   ziemi,   między   nią   i 

napastnikiem   wyrósł   nagle   Travis,   zasłaniając   ją   sobą.   Niepomiernie 
rada, teraz już bezpieczna wychyliła głowę zza jego szerokich barów, by 

zobaczyć, jak jego pięść ląduje na szczęce Cartera. Potężnie zdzielony 
Carter wyleciał przez drzwi i padł na trawę z nogami w maselnicy.

Travis aż trząsł się z wściekłości. Kiedy Jack mu powiedział, że w 

kuchni dwóch pijaków napastuje Emily, rzucił się natychmiast w tamtą 

stronę, przerażony i tym więcej rozwścieczony. Na widok szubrawca 
wywijającego nożem coś w nim pękło. Rozerwałby łotra na strzępy.

Ciągle   jeszcze   miał   ochotę   to   uczynić.   Wpatrywał   się   długo   w 

nieprzytomnego   pijaka,   jakby   liczył,   że   ocuci   go   wzrokiem,   by   mu 

jeszcze przyłożyć, ale że opój nie reagował, Travis musiał pogodzić się z 
faktem, że to koniec lania.

Odwrócił się do Emily, położył jej dłonie na ramionach i poprosił, 

żeby spojrzała mu w oczy.

- Nic ci nie jest? Nic ci nie zrobił? - zapytał schrypniętym głosem.
- Nie, nic mi nie zrobił - powiedziała słabo.

Wyjął jej z dłoni patelnię i odłożył na stół.
Emily  poczuła,   że  musi   natychmiast  usiąść.   Dopiero   teraz,  gdy 

niebezpieczeństwo minęło, ugięły się pod nią kolana, zaczęła drżeć na 
całym ciele. Przysunęła sobie krzesło i opadła na nie bez sił.

Do kuchni wpadł John. Spojrzał na żonę, upewnił się, że nic jej nie 

jest   i   dopiero   wtedy   przeniósł   wzrok   na   resztki   drzwi   do   ogrodu   i 

background image

rozciągniętego na podłodze obwiesia.

Widząc jak przytula Millie, Emily zapragnęła, by i ją Travis wziął 

w ramiona, utulił i pocieszył. Czy Perkinsowie zdawali sobie sprawę, jak 
są szczęśliwi, że mają siebie?

John   pocałował   Millie   w   czoło   i   ponownie   spojrzał   na 

nieprzytomnego pijaka.

- A tego co trafiło?
-   Ona   go   trafiła   -   oznajmiła   Millie   z   głośnym   westchnieniem, 

siadając   obok   Emily   i   wskazując   na   dziewczynę.   -   Nie   wiem,   co   ją 
napadło, John. Niby to struchlała, raptem jak nie huknie go w łeb moją 

najlepsza patelnią. Jakby w nią diabeł wstąpił.

Travis oparty o blat, z założonymi na piersi rękami przyglądał się 

Emily. Zaczerwieniła się, spuściła wzrok.

Nie mógł zrozumieć tego przypływu skromności.

- Czemu jesteś taka zakłopotana?
Za całą odpowiedź wzruszyła nieznacznie ramionami. Nie miał 

zielonego   pojęcia   co   chciała   przez   to   powiedzieć.   Przed   chwilą 
zachowała się jak dzika kocica, wywijając bez opamiętania patelnią i 

ciskając   groźne   błyski   z   oczu,   a   teraz   sprawiała   wrażenie   gotowej 
zemdleć na najlżejszy szmer.

John położył dłoń na ramieniu Millie.
- Zanim pójdziemy spać, założę solidną zasuwę na te drzwi. Nie 

wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało.

-   Nie   jestem   zakłopotana,   tylko   mi   wstyd,   bo   ich   rozmyślnie 

sprowokowałam.

background image

Nikt poza Travisem nie usłyszał cichego szeptu Emily.
- Jakim sposobem?

-   Zezłościłam   się.   a   powinnam   siedzieć   cicho,   bo   wystawiłam 

Millie na szwank.

- Jakże to? - zdziwił się John.
- Nieprawda - zapewniła Millie.

- A właśnie, że prawda, tylko ich podbechtałam, bo powiedziałam 

jacy są szpetni - sprzeczała się Emily.

Travis nachylił się nad nią, ujął jej dłonie w swoje.
- Spójrz na mnie - poprosił.

Podniosła wzrok.
- Powinnam była jakoś ich ułagodzić, ale się zezłościłam, kiedy 

jeden z nich nazwał mnie jałówką.

Po twarzy Travisa przemknął cień uśmiechu.

- Jałówką?
- Tak właśnie powiedział - wtrąciła Millie. - Strasznie się nasrożyła, 

kiedy ten Carter nazwał ją „małą jałówką”.

Emily wyprostowała się.

- Żadna kobieta nie zniesie, by nazywać ją jałówką - oznajmiła 

pełnym godności tonem.

Travis   i   John   z   trudem   powściągnęli   uśmiech.   Millie   pokręciła 

głową.

- To miał być pewnie komplement. Nie nazwał cię krową, Emily, 

tylko jałóweczką.

-   Popraw   mnie,   jeśli   się   mylę,   ale   czy   to  nie   jedno   i  to  samo? 

background image

Czyżbym   powiedziała   coś   zabawnego,   Travisie?   Dlaczego   się 
uśmiechasz?

- Że jesteś taka oburzona.
John domagał się szczegółowej relacji z zajścia i Millie ochoczo 

zadośćuczyniła   jego   prośbie.   Przysłuchując   się   opowieści,   Travis 
wyciągnął Smileya z kuchni, ułożył na trawie obok kompana, po czym 

wsparłszy się o framugę drzwi, zapatrzył się na Emily.

Dopiero   co   wstrząsana   zimnymi   dreszczami,   teraz   poczuła,   jak 

oblewa ją fala gorąca. Peszyło ją to natarczywe spojrzenie, nie pozwalało 
swobodnie oddychać.

Przeniosła wzrok na Johna. Obserwowała, jak siada koło żony i 

kładzie dłoń na jej dłoni. Widząc ten prosty, serdeczny gest, rozczuliła 

się   nad   samą   sobą.   Nagle   ogarnęła   ją   tak   przemożna   tęsknota   za 
bliskością Travisa, że miała ochotę płakać. Nie mogła pojąć, co się z nią 

dzieje. Nigdy przedtem nie miała nieczystych, cielesnych myśli, a teraz 
ciągle ją nachodzą. Jak to możliwe? Dlaczego tęskno jej za czymś, czego 

nigdy nie doświadczyła?

Zrobiła błąd, spojrzała na sprawcę swoich rozterek i ogarnęły ją 

myśli jeszcze bardziej lubieżne. Czym prędzej odwróciła wzrok.

Ale nie dość szybko. Nie dość, że go pragnęła, to jeszcze dała mu to 

odczuć. Jego oczy mówiły, że ją przejrzał.

Zerwała się na równe nogi, o mało nie przewracając krzesła. Musi 

się czymś zająć, skończyć z haniebnymi rojeniami na jawie. Postanowiła 
posprzątać, ale Millie, przerywając swoje opowiadanie, kazała jej usiąść.

Zbyt   poruszona,   by   spokojnie   usiąść,   stanęła   w   drzwiach   do 

background image

jadalni,   starając   się   trzymać   jak   najdalej   od   Travisa.   Nie   śmiała   już 
spoglądać w jego stronę, udawała, że pilnie wsłuchuje się w każde słowo 

Millie.

Jakże gorąco w tej kuchni.

-   Czemu   tak   marudziliście,   John,   zamiast   przyjść   tu  od   razu  z 

Travisem? - zapytała Millie.

- Mieliśmy huk roboty, dlatego tyle to trwało. Corrigan mówił, że 

jedzie do nas pięciu ludzi, ale się mylił. Przyjechało ośmiu, usiłowali 

wejść od frontu, nie wiedziałem, że jeszcze dwóch zaszło od kuchni. 
Zastrzeliłbym drani.

- Co was zatrzymało? - dociekała Millie.
-   Czterech   hurmem   napadło   na   Travisa,   obskoczyli   go   ze 

wszystkich stron i zaczęła się kotłowanina.

Emily zrobiła wielkie oczy. W końcu jednak spojrzała na Travisa.

- Biłeś się? Wyszedłeś bez jednego zadrapania.
- Wymłócił ich, nim go tknęli. Ja czterech trzymałem na muszce, 

żeby i im nie zachciało się głupot.

- Powiadam wam, awantura na sto fajerek. Jednooki Jack pysznie 

się   bawił.   Siedział,   wyobraźcie   sobie,   na   stopniu   ganku,   niczym   w 
teatrze. Wtem przypomniał sobie, że widział, jak dwóch idzie na tył 

domu. Przybieglibyśmy wcześniej, gdyby się nie zagapił.

Emily spodobała się opowieść Johna. Oczyma wyobraźni ujrzała, 

jak   Jack   klepie   się   po  udach,   kibicując   bójce   i   omal   nie   wybuchnęła 
śmiechem. Nigdy jeszcze nie spotkała takiego dziwadła.

- Dobrze, że w końcu się ocknął - westchnęła.

background image

- Nie słyszałeś, jak cię wołałam, John?
- Jak mogłem coś słyszeć w tym harmidrze, Millie?

-   Gdybyście   nie   przyszli   na   czas,   nie   wiem   co   by   się   stało   - 

powiedziała Emily.

- Dzielnie się sprawiłaś - odparł John.
- Przepraszam, że cię przestraszyłam, Millie.

- Nie przestraszyłaś mnie, ale zaskoczyłaś. Całkiem zapomniałam o 

tej patelni, aż raptem zobaczyłam, jak się nią zamierzasz.

-   Powinniśmy   umieścić   ją   w   narożnym   pokoju,   jak   myślisz, 

Travisie? - zapytał John. - Nikt tam nie wejdzie przez okno, a jakby kto 

chciał   przemknąć   przez   sień,   usłyszysz.   Ci   dwaj,   co   leżą   na   trawie, 
stracili już ochotę do brewerii, ale trzeba uważać.

- Pozwolisz nocować tutaj ludziom Murphy'ego? - zapytała Emily.
-   Tylko   tym   dwóm,   którzy   są   trzeźwi   -   powiedział   John.   - 

Umieszczę ich w drugim końcu domu, nie musisz się bać Travis będzie 
nocował w pokoju obok twojego.

Ostatnie   słowa   wcale   jej   nie   uspokoiły.   Mieć   za   ścianą   Travisa 

wydawało się równie niebezpieczne, jak sąsiedztwo Smiley'a. Travis jej 

nie skrzywdzi, nie będzie się też narzucał, ale czy musi? Na samą myśl, 
że   będzie   w   pobliżu,   jej   serce   wyczyniało  dziwne   rzeczy.   W   głowie 

rozdzwoniły się dzwonki alarmowe.

Travis odszedł od drzwi.

-   Pokażę   jej   pokój.   -   Nie   zwracając   uwagi   na   to,   że   Emily 

gwałtownie   kręci   głową   pociągnął   ją   w   stronę   jadalni.   Próbowała 

uwolnić rękę, ale wzmocnił tylko uścisk.

background image

Jack kręcił się koło drzwi frontowych, czekając na Emily.
- Zaraz idę - oznajmił.

Emily posłała mu uśmiech.
- Raz jeszcze dziękuję, że przystałeś na tę grę, Jack.

- Chciałbym uścisnąć ci dłoń, zanim sobie pójdę. Puść ją Clayborne, 

przecież ci jej nie ukradnę.

Travis patrzył, jak się żegnają dziwni przyjaciele. Nie mógł nie 

dostrzec zdumienia malującego się na twarzy Emily.

Jack nachylił się i szepnął jej coś do ucha.
-   Niedługo   się   spotkamy   -   przepowiedział.   Włożył   kapelusz, 

odwrócił się i zniknął za drzwiami.

Emily,   ująwszy   kraj   sukni,   ruszyła   szybko   ku   schodom,   zanim 

zdążył na powrót wziąć ją za rękę. Szedł teraz krok za nią.

- Co on ci powiedział?

Na podeście pierwszego piętra odwróciła się do niego i pokazała 

pięciodolarówkę. Travis wybuchnął śmiechem.

- Wiedziałem, że zbałamuciłaś Jacka, ale nie myślałem, że odda ci 

pieniądze.

- Kochany człowiek.
Travisowi ręce opadły.

- Nieprawda. Stary, paskudny cap. Śmierdzi jak cap. Ale cię lubi.
- I ja go polubiłam.

Travis   stał   o   stopień   niżej.   Emily   nagle   zapragnęła   objąć   go   i 

pocałować. Zdała sobie sprawę, że wpatruje się w jego usta. Dobry Boże, 

na pewno odgadł, o czym ona myśli. To wszystko jego wina. Gdyby, 

background image

łotr, nie był taki przystojny, nie nachodziłyby jej takie zwariowane myśli.

- Jestem zmęczona - wyrzuciła z siebie bez tchu.

- Nic dziwnego. Po takiej przygodzie.
- Bałam się.

- Strachu nie trzeba się wstydzić. Poradziłaś sobie, nie straciłaś 

głowy.

Pomyślała, że traci ją teraz. Przy Travisie głupiała ze szczętem. 

Powinna czym prędzej iść do swojego pokoju, inaczej nie ręczy za siebie.

Odwróciła się szybko.
- Nie musisz mnie odprowadzać. Znajdę drogę.

Nawet jeśli zauważył, że głos jej drży, nie dał nic po sobie poznać. 

Ujął jej dłoń i poprowadził ku drzwiom na końcu korytarza.

- Twoje bagaże już tu pewnie są - powiedział, przepuszczając ją 

przodem.

- Pewnie tak - bąknęła z braku lepszej odpowiedzi.
Travis zerknął do środka.

- W kącie pod oknem.
- Twoje bagaże - dodał, widząc jej zdziwione spojrzenie.

Potrząsnęła głową jak obudzona ze snu i weszła do pokoju. Travis 

stał na progu. Wiedział, że powinien zamknąć teraz drzwi i odejść, ale 

nie mógł się ruszyć ani oderwać od niej oczu.

Stała   zbyt   blisko   łóżka,   a   jemu   przemykały   przez   głowę 

najróżniejsze myśli.

- Powiedz, jeśli czegoś jeszcze ci trzeba - powiedział szeptem.

- Dziękuję.

background image

- Dobranoc, Emily.
- Dobranoc, Travisie - odszepnęła.

Nadal tkwił w progu. Zrobiła krok w jego kierunku.
- Gorąco tu, prawda?

- Gorąco ci?
- Tak.

- Mnie też.
- Gdzie śpisz?

- Obok. Usłyszę, jeśli zawołasz.
- Nie będę cię wołać.

- Ale gdyby...
- To mnie usłyszysz.

- Tak.
- Postaram się nie zawracać ci głowy.

Miał taki zabójczy uśmiech.
- Już mam zawrócone  w głowie, a wnosząc z twojej strapionej 

miny, ty też.

Nie próbowała udawać, że nie wie o czym mówi. Zrobiła kolejny 

krok w jego kierunku,  on postąpił ku niej i raptem była już w jego 
ramionach i całowała go namiętnie.

Jeden   pocałunek   nie   wystarczył.   Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i 

przywarła do niego.

I on nie mógł się nią nacieszyć. Uniósł ją i przytulił do piersi. Zły, 

że   dzielą   ich   ubrania,   mruknął   i   nie   przerywając   pocałunku,   zaczął 

rozpinać   jej  bluzkę.  Tak  bardzo  jej pragnął,  jak jeszcze  nigdy żadnej 

background image

kobiety.

Zamknął   drzwi   kopnięciem,   wypuścił   ją   na   chwilę   z   objęć   i 

niezdarnie wyłuszczył, czego pragnie.

- Tak, czy nie, Emily? - zapytał, gdy zapadło milczenie.

Nie   miała   ochoty   decydować.   Zmuszał   ją,   by   wzięła 

odpowiedzialność za własne postępowanie, a ona wolałaby raczej dać 

się ponieść biegowi rzeczy.

Otrzeźwiała na tę myśl, cofnęła się i pokręciła głową.

-   Nie,   nie   możemy.   Chciałabym,   Travisie,   ale   to   nie   byłoby   w 

porządku.

Dyszała   jeszcze,   z   trudem   łapiąc   oddech.   Zgnębiona,   nerwowo 

przeczesała palcami włosy.

- O'Toole stoi na przeszkodzie? - zapytał gniewnie.
- Kto?

Zacisnął zęby.
- Człowiek, za którego masz zamiar wyjść.

Gorączkowo zaczęła zapinać bluzkę.
- Zanim cię poznałam, miałam swój kodeks moralny, Travisie. Nie 

wiem, co się ze mną dzieje.

- Pożądanie, ot co, Emily.

- Nie gniewaj się na mnie.
- Nie gniewam się na ciebie. Nie powinienem posuwać  się tak 

daleko. - Otworzył drzwi i odwrócił się jeszcze w progu. - Pragnęłaś 
mnie, prawda?

- Wiesz, że tak.

background image

Zobaczył łzy w jej oczach, ale nie wzruszył go ten widok.
- Wiesz, co myślę? Wspomnisz mnie, kiedy będziesz w łóżku z 

O'Toolem.

Co przepowiedziawszy, trzasnął drzwiami.

background image

8

Nienawidziła   go   za   to,   że   miał   rację.   Nigdy   nie   zdoła   o   nim 

zapomnieć. Jeśli wyjdzie za O'Toole'a, ilekroć mąż jej dotknie, ona będzie 
myślała o Travisie.

Ich małżeństwo obróci się w farsę. Nieszczęsna przyszłość przed 

panem   O'Toolem,   nieszczęsna   przyszłość   przed   nią,   chociaż   dzień 

dzisiejszy nie lepszy.

Przez   wiele   godzin   przewracała   się   z   boku   na   bok   w   wielkim 

łóżku,   rozmyślając   jaki   zamęt   zrobiła   w   swoim   życiu.   Najchętniej 
zrzuciłaby   całą   winę   na   Travisa,   ale   uczciwość   na   to  nie   pozwalała. 

Emily musiała przyznać, że napytała sobie biedy wiedziona zranioną 
dumą. Kiedy Randolph zostawił ją jak niepyszną przed ołtarzem, rzuciła 

się na oślep w kolejne narzeczeństwo. Nie rozpaczała po Randolphie, 
nigdy   go   nie   kochała,   ale   sama   przed   sobą   nie   chciała   się   do   tego 

przyznać.

Jakaż była głupia. Z jakim przekonaniem zapewniała rodziców, że 

tylko   ona   jest   odpowiedzialna   za   własną   przyszłość,   nikt   inny. 
Naprawdę wierzyła, że potrafi decydować o swoim losie, no i wpadła w 

kabałę. W ciągu zaledwie tygodnia wszystko się całkiem pogmatwało, a 
to przez Travisa.

Los   oszalał   i   spłatał   jej   figla,   zakochała   się   w   niewłaściwym 

mężczyźnie.   Możliwe,   by   stało   się   to   tak   szybko?   Czyż   miłość   nie 

krzepnie z czasem? Człowiek tak naprawdę nie zakochuje się przecież 
od pierwszego wejrzenia. Dlaczego z nią miałoby być inaczej? Mówiła 

background image

sobie, że to tylko zauroczenie, nic więcej. Travis mówił o pożądaniu, 
przypomniała sobie, i poczuła niepohamowaną ochotę, by zdzielić go 

przez   głowę   patelnią   Millie,   że   wierzy   w   takie   bzdury.   Być   może, 
zrozumiałby wtedy jaki ból jej zadaje.

Zgrozą napełniały ją własne bezwstydne myśli. Dawniej nigdy nie 

nachodziły   jej   takie   nieposkromione   fantazje,   ale   dawniej   nie   znała 

Travisa. To wszystko jego wina: mało, że chce ukraść jej serce, to czyni z 
niej   sekutnicę   o   przestępczych   skłonnościach.   Kiedy   wychodził   tego 

wieczoru z jej sypialni, miała ochotę wpakować mu kulkę w tyłek.

Odrzuciła kołdrę, wstała i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. Co, 

na Boga, ma począć z panem O’Toolem? Nie może, oczywiście, wyjść za 
niego, ale jak ma mu to powiedzieć? Rozważała, czy nie napisać do 

niego   i   wyjaśnić,   że   jej   uczucia   uległy   zmianie,   ale   uznała,   że   to 
tchórzliwe   rozwiązanie.   Na   pewno   nie   chciałaby   otrzymać   listu   od 

Barbary i Randolpha, pan O'Toole też zapewne by nie chciał. Będzie 
musiała spojrzeć mu w twarz i znaleźć właściwe słowa, by nie poczuł się 

zdradzony.

Te   rozmyślania   przerwały   szepty   dochodzące   z   korytarza. 

Podeszła na palcach do drzwi, nastawiła uszu i usłyszała coś jak dźwięk 
odwodzonego kurka strzelby. Zdawało się jej, że rozróżnia dwa, nawet 

trzy   głosy,   wśród   nich   Travisa.   Ten,   do   kogo   mówił,   odszedł 
pospiesznie,   głośno   stąpając.   Trzasnęły   drzwi.   Chwilę   walczyła   z 

ciekawością, w końcu postanowiła sprawdzić, co się dzieje.

Ostrożnie   nacisnęła   klamkę   i   w   tej   samej   chwili   usłyszała   głos 

Travisa.

background image

- Wracaj do łóżka, Emily.
Krzyknęła, podskoczyła i uchyliła drzwi, zapominając, że jest w 

samej koszuli nocnej. Cofnęła się na widok Travisa.

Siedział  wygodnie   na   krześle   pod   jej   drzwiami.  Głowę  oparł   o 

framugę, nogi wyciągnął przed siebie, stopy skrzyżował.

Nie musiała go pytać co tutaj robi. I jakże miała go nie kochać? 

Czuwał całą noc, żeby ona mogła spać spokojnie.

-   Moje   drzwi   zamykają   się   na   zasuwę.   Nie   musisz   się   o   mnie 

martwić.

- Wracaj do łóżka.

- Możesz się odwrócić i spojrzeć na mnie, z łaski swojej? Chcę ci 

wytłumaczyć, że...

Nie dał jej skończyć.
- Jesteś w koszuli?

Milczała przez chwilę.
- Tak.

-   Nie   zostaniesz   w   niej   długo,   jeśli   odwrócę   głowę.   Mam   się 

wyrażać jaśniej?

- Nie. Dobranoc, Travisie.
- Wiedziałem, że zrozumiesz.

Zamknęła   drzwi,   oparła   się   o   nie,   łzy   napłynęły   jej   do   oczu. 

Powiedziała   sobie,   że   nie   może   płakać.   Travis   usłyszy   i   domyśli   się 

okropnej prawdy.

Zakochała się w nim.

background image

Rano zeszła na dół wypoczęta. Niewiele co prawda spała tej nocy, 

ale podjęła kilka ważnych decyzji. Po raz pierwszy od dawna miała 

poczucie,   że   panuje   nad   sytuacją.   Po   tym,   jak   zawiodła   się   na 
Randolphie. popełniła mnóstwo nierozważnych kroków. Teraz wreszcie 

się ocknęła.

Uświadomiła   sobie   w   porę,   jakim   strasznym   błędem   byłoby 

małżeństwo z panem O'Toolem. Nie wyjdzie za niego, ale z Travisem też 
będzie musiała się pożegnać.

Clayborne   nigdy   się   nie   dowie,   co   do   niego   czuje.   Powiedział 

przecież, że nie zamierza się żenić, gdyby zwierzyła mu się, że go kocha, 

postawiłaby go w niezręcznej sytuacji. Zanadto przerażała ją myśl, że 
mógłby się nad nią litować.

Niech się dzieje, co chce, nie okaże przy nim jak jej ciężko na sercu. 

Wypłacze się w dyliżansie, w drodze powrotnej do domu, ale Travis nie 

zobaczy w jej oczach jednej łzy.

- Piękny mamy dziś dzień, prawda, Millie? - zawołała, wchodząc 

do kuchni. - Dzień dobry, Travisie - dodała, widząc go w drzwiach do 
ogrodu.

Skrzywił   się   na   jej   widok   i   wymamrotał   coś,   co   miało   być 

przywitaniem. Był najwyraźniej w złym nastroju, ale postanowiła nie 

zwracać uwagi na jego humory.

Millie   postawiła   przed   nią   talerz   z   płatkami   owsianymi,   które 

Emily zmiotła do czysta, popijając dwiema szklankami mleka.

Millie, też czegoś posępna, spoglądała to na Emily to na Travisa, 

pomrukiwała coś pod nosem i kręciła głową.

background image

Ledwie Travis wyszedł, by osiodłać konie, usiadła koło Emily.
- Ciągle chcesz jechać do Golden Crest?

- Tak, ale...
- Na Boga Wszechmogącego, nie bądźże taka uparta. Życie sobie 

złamiesz nierozważnym małżeństwem.

Emily poklepała ją po dłoni, ujęta troską Millie.

- Nie wyjdę za Clifforda O'Toole'a.
Millie gwałtownie podniosła głowę.

- Nie?
- Nie, ale zasługuje na to, żebym mu to powiedziała osobiście.

- Banialuki.
- Tak należy postąpić - upierała się Emily.

- Travis wie o tym?
Pokręciła głową.

- Powiem mu później, jak będzie w lepszym nastroju. Poza tym, 

gdyby dowiedział się teraz, może nie chciałby jechać ze mną do Golden 

Crest, a ja winna jestem wyjaśnienia panu O'Toole'owi.

Do kuchni wszedł John objuczony sakwojażami Emily.

- Zaniosę je Travisowi - rzucił w przejściu i zniknął za drzwiami.
Emily   zobaczyła   przez   okno,   jak   Travis   wyprowadza   konie   ze 

stajni. Wstała zza stołu.

- Dziękuję za twoją troskę, Millie.

- Po to są przyjaciele, prawda?
Emily łzy napłynęły do oczu.

- Tak.

background image

- A zatrzymasz się u nas wracając?
- Postaram się - obiecała.

Millie poklepała ją po ramieniu.
- Dobre masz serce, dziewczyno. Nie daj się wodzić ludziom za 

nos.

Emily miała uczucie, że żegna się z najlepszą przyjaciółką. Wyszła, 

zanim zdążyłaby się popłakać, pożegnała Johna i ruszyła ku Travisowi, 
który czekał przy koniach.

Perkinsowie długo jeszcze patrzyli, jak młodzi znikają w oddali.

Jechali już godzinę, gdy Emily zdecydowała się wreszcie przerwać 

milczenie.

- Jak daleko jeszcze do Golden Crest?
- Będzie kawałek. Spieszno ci?

- Tak - zaczęła. Chciała mu powiedzieć, że im prędzej dotrą do 

celu, tym prędzej będą mogli wyjechać, gdy Travis zaklął ni stąd ni 

zowąd.

- Psiakrew.

- Przepraszam?
- Psiakrew - mruknął raz jeszcze.

Nastrój, widać, nie poprawił mu się ani o jotę. Odczekała kilka 

minut i zagadnęła ponownie.

- Chciałabym prosić cię o przysługę.
- Nie.

Puściła mimo uszu jego odpowiedź.

background image

- Byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś się nie kłócił ze mną, kiedy 

dojedziemy już do Golden Crest. Milcz, bez względu na to, co powiem 

panu O'Toole'owi, dobrze?

- Masz zamiar znowu odgrywać bezradną kobietkę, tak? Musiałby 

być kompletnym idiotą, w co wątpię, gdyby cię nie przejrzał.

Westchnęła głośno.

- Spróbujesz trzymać język za zębami? I nie mów mi znowu, że 

jestem   pomylona   -   dodała,   gdy   odwrócił   się   w   siodle   i   posłał   jej 

spojrzenie, które miało oznaczać „brak - ci - piątej - klepki”.

- Rób jak uważasz, Emily...

- I przy nim nie zwracaj się do mnie po imieniu.
- Wszystko, co każesz.

Nie miała ochoty się kłócić. Zamierzała opowiedzieć mu o swoich 

planach,   ale   rozmyśliła   się,   widząc   w   jak   paskudnym   jest   humorze. 

Będzie musiał poczekać. Bała się poza tym, że jeśli teraz mu powie, 
nadąsany gotów z miejsca zawrócić konia i puścić się w drogę powrotną 

do Pritchard. Nie zrozumiałby, jakie to dla niej ważne, by spotkać się 
twarzą w twarz z O'Toolem, zamiast wykpić się listem.

Resztę   podróży   spędziła   na   niewesołych   rozmyślaniach.   Miała 

nadzieję, że pan O'Toole nie wpadnie we wściekłość. Na samą myśl o 

tym czuła ucisk w żołądku, a dłonie zaczynały drżeć.

Gdy   wyjechali   zza   ostatniego   zakrętu,   Travis   dojrzał   między 

drzewami wycelowaną w nich lufę strzelby.

Emily   zobaczyła   zaś   chylącą   się   ku   ziemi   chałupę   na   środku 

brudnego   podwórza   i   zachmurzyła   się.   Gdzie   wspaniały   dom   pana 

background image

O'Toole'a?

Pisał w listach, że to skryte w chmurach orle gniazdo na reglach. 

Dotarli na sam szczyt, dalej wspinać się już nie mogli, nasuwał się zatem 
jeden wniosek. Travis musiał zbłądzić, dom pana O'Toole'a znajduje się 

po drugiej stronie szczytu.

-   Zbliż   się,   do   mnie   Emily,   szybko   -   usłyszała   naglący   szept. 

Podjechała, niczego nie przeczuwając, zaalarmowała ją dopiero napięta 
twarz Travisa.

- Coś nie tak? - zapytała szeptem.
- Zdaje się.

Wpatrywał się czujnie w pobliską kępę drzew. Emily nachyliła się 

w siodle i powiodła wokół wzrokiem. Niczego nie dostrzegłszy uznała, 

że Travis okazuje przesadną ostrożność.

W   tej   samej   chwili   głośno   skrzypnęły   drzwi   chałupy   i   na 

podwórzu pojawił się  cudacznie  odziany  mężczyzna.  Zrobiła   wielkie 
oczy,   nigdy   jeszcze   nie   widziała   takiego   dziwadła.   Wysoki,   chudy, 

potwornie brudny, nosił czarny cylinder, czerwone szelki, poplamiony 
podkoszulek i brązowe spodnie.

- Dobry Boże - szepnęła, patrząc jak energicznie kroczy ku nim.
Travis odczekał, aż mężczyzna znajdzie się na środku podwórza, 

wtedy kazał mu się zatrzymać.

-   Powiedz   swojemu   przyjacielowi,   żeby   rzucił   strzelbę,   bo   go 

zastrzelę.

Nieznajomemu nie spodobał się rozkazujący ton. Zmrużył oczy, 

długą chwilę wpatrywał się w Travisa, wreszcie skapitulował.

background image

- Zostaw, Roscoe - zawołał, po czym zainteresował się Emily.
- Ty jesteś ta Finnegan?

Travis nie dał jej czasu na odpowiedź.
- A ty kto?

Obcy popatrywał to na jedno, to na drugie z przybyszów, jakby 

rozważał czy skłamać, czy powiedzieć prawdę. Przypominał szczura. 

Emily robiło się niedobrze za każdym razem, gdy na nią spoglądał.

- O'Toole, Clifford O'Toole. To nasza narzeczona?

Emily   zabrakło   powietrza.   Dobry   Boże,   szczur   okazał   się 

Cliffordem O'Toolem.

- Nie, nie jestem waszą narzeczoną - wypaliła bez namysłu.
- „Naszą” narzeczoną? - zapytał Travis w tej samej sekundzie.

- Podzielimy się nią, jak to bracia - wyjaśnił rzeczowo Clifford, 

wzruszając   ramionami.   Emily   mogłaby   przysiąc,   że   dojrzała   wesz 

wyskakującą spod jego cylindra.

- Ilu tych braci? - Travis mówił tym samym spokojnym tonem, 

którym przemawiał O'Toole.

- Tylko Roscoe i ja - odparł zagadnięty i utkwił wzrok w Emily. - 

To ty?

Pokręciła gwałtownie głową.

- Nie.
Natychmiast   pojęła,   że   nie   była   to   właściwa   odpowiedź.   Dłoń 

O'Toole'a powędrowała ku zatkniętemu za pas rewolwerowi; zerknął na 
Travisa i rozmyślił się, dłoń opadła.

- Ktoście?

background image

Wyprostowała się, spojrzała na niego ze wzgardą i powiedziała:
- Pani Travisowa Clayborne.

Jeśli Travisa zdumiała jej odpowiedź, nie dał tego po sobie poznać. 

Wpatrywał się w biegnącego ku nim Roscoe.

Emily   też   wstrząsnął   jego   widok.   Dotarło   do   niej   wreszcie 

znaczenie   słów   Clifforda.   Bracia   mieli   zamiar   dzielić   się   kobietą.   Na 

samą myśl o tym zbierało się jej na mdłości. Najchętniej obatożyłaby 
stojącego przed nią szczura, że tak ją okłamał w swoich listach.

Pokręciła głową. Nie, to niemożliwe, żeby był ich autorem. Listy 

pisał   dżentelmen,   a   Clifford   nie   miał   w   sobie   nic   z   dżentelmena. 

Zdziwiłaby się, gdyby potrafił napisać własne nazwisko.

W co ona, na Boga, wdepnęła?

Widok Roscoe dopełnił miary. Był równie brudny jak brat, tyle, że 

zamiast   paradować   w   cylindrze,   głowę   owiązał   czerwoną   chustką 

niczym turbanem. Sądząc z tego, jak szczerzył zęby, musiał być bardzo 
dumny ze swojego wyglądu.

Emily miała ochotę czym prędzej stąd odjechać. Roscoe napawał ją 

obrzydzeniem, Clifford był chyba jeszcze wstrętniejszy. Bała się go. W 

jego spojrzeniu czaiło się coś niegodziwego.

Travis   też   wolałby   już   wracać,   ale   wiedział,   że   gdzieś   czai   się 

jeszcze trzeci mężczyzna. Usiłował go wypatrzeć, nie tracąc przy tym z 
oka obu braci.

- Co tu robisz, kiedyś nie nasz? - zapytał Clifford.
- Zabłądziliśmy - skłamała. - Powinniśmy już jechać, Travisie.

- Nie ma pośpiechu - zapewnił Clifford.

background image

- To gdzie nasza? - zwrócił się Roscoe do brata.
- Nie widzieliście kobiety, co się nazywa Finnegan? - dopytywał 

Clifford.

Już chciała powiedzieć nie, ale zmieniła zdanie. Jeśli usłyszą, że ich 

narzeczona do nich jedzie, może zostawią w spokoju ją i Travisa.

Wnosząc   z   min   braci,   niewielkie   miała   szanse,   ale   postanowiła 

spróbować.

-   W   rzeczy   samej   spotkaliśmy   z   mężem   damę   o   nazwisku 

Finnegan. Jakżesz ona miała na imię? Barbara? Nie, Emily - powiedziała 
i kiwnęła głową.

- Ładna? - zainteresował się Roscoe.
- O, tak. Bardzo.

- Gdzieście ją spotkali? - zapytał Clifford.
- Wyjeżdżaliśmy właśnie od Perkinsów, kiedy tam przyjechała. Jej 

przewodnik pewnie ją tu jutro przywiezie.

- Jeden tylko z nią podróżuje? - upewniał się Clifford.

Emily skinęła głową.
-   Tak,   pamiętam   nawet   jak   się   nazywa.   Daniel   Ryan.   Może 

słyszeliście o nim?

- Nie. A niby dlaczego mielibyśmy? - zapytał Roscoe.

- Bo ludzie wiele o nim mówią - wyjaśniła Emily. Głos jej drżał i 

błagała w duchu, by tego nie zauważyli. Jeśli zorientują się jak bardzo 

jest wystraszona, gotowi odgadnąć, że kłamie i gra skończona.

- To wysłannik sędziego federalnego.

Clifford skrzywił się, Roscoe splunął.

background image

- Człowiek sędziego? To mi się nie podoba - mruknął.
- Ani mnie - dodał Clifford.

Travis   nie   słuchał   rozmowy.   Rozglądał   się   wokół,   szukając 

przeciwnika.

- Może weźmiemy sobie dwie narzeczone? - szepnął Roscoe na tyle 

głośno, że jego pytanie doszło uszu Emily i Travisa.

Clifford skinął głową i spojrzał na Travisa tak, jakby podjął już 

decyzję.

Wśród drzew błysnęła lufa strzelby, w tej samej chwili Clifford 

krzyknął:

- Strzelaj, Giddy!
Nie zamknął jeszcze ust, a już wypalił rewolwer Travisa. Trzasnęła 

gałąź i na ziemię runął kompan braci O'Toole.

Clifford   i   Roscoe   byli   dość   rozważni,   by   nie   chwytać   za   broń. 

Roscoe rzucił strzelbę na ziemię i podniósł ręce, Clifford natomiast stał 
nieporuszony, z opuszczonymi, zaciśniętymi w pięści dłońmi.

- Zabił Giddy'ego - mruknął Roscoe.
Bracia wymienili spojrzenia i zaczęli się cofać.

Zatrzymali się na dźwięk odwodzonego spustu.
- Ruszaj pierwsza - zakomenderował Travis.

Nie musiał powtarzać dwa razy. Emily była tak przerażona, że bez 

słowa spięła konia i ruszyła w dół zbocza. Travis nie spojrzał na nią od 

chwili, kiedy zauważył ukrytego wśród drzew łotra ze strzelbą. Teraz 
też   nie   zwracał   na   nią   uwagi,   wypatrując   następnych   zasadzek.   Do 

diaska, nie widać nikogo, a czas płynie.

background image

Kazał, by Roscoe i Clifford wrzucili strzelby do rowu z wodą; w 

ślad za bronią powędrowały buty obydwóch braci. Odjeżdżał z głową 

odwróconą   do   tyłu,   nie   spuszczając   wzroku   z   leżących   na   ziemi,   z 
rękami na karku O'Toole'ów. Dopiero, gdy zniknęli mu z pola widzenia, 

usadowił się w siodle normalnie i spiął konia do pełnego galopu. Po 
chwili   dogonił   Emily,   tnąc   jej   konia   po   zadzie.   Teraz   obydwa 

wierzchowce galopowały na złamanie karku. Travis trzymał się o jedną 
długość z tyłu, tak by osłaniać swoją towarzyszkę, sam będąc łatwym 

celem. A jednak strzał go zaskoczył. Kula trafiła w plecy. Poczuł, że 
zsuwa się z siodła, podciągnął się resztkami sił, chwycił lewą dłonią 

konia za grzywę i próbował odwrócić się, ściskając w prawej gotowy do 
strzału rewolwer.

Nie   miał   siły   unieść   broni.   Emily   zatrzymała   się.   Chciał 

powiedzieć, że musi jechać  dalej, ale zdołał wykrztusić jedno jedyne 

słowo:

- Nie.

Była już przy nim, wyjmowała rewolwer z ręki. Zrobiło mu się 

ciemno przed oczami. Wiedział, że jeszcze moment, a straci przytomność 

i rozpaczliwie chciał jej najpierw zapewnić bezpieczeństwo.

- Uciekaj stąd - wyszeptał.

-   Trzymaj   się!   -   zawołała,   chwyciła   cugle   jego   wierzchowca   i 

ruszyła   ku   najbliższym   drzewom.   Wśród   odgłosu   strzałów   wjechali 

między sosny. Konie zatrzymały się na skraju urwiska.

Travis próbował usiąść i bez sił osunął się z siodła. Słyszał jeszcze, 

jak Emily woła jego imię i zapadł się w ciemną otchłań.

background image

Emily zeskoczyła z konia.
-   Wstań,   Travisie.   Boże   miłosierny,   nie   pozwól   mu   umrzeć   - 

błagała, nachylając się nad rannym.

Spadając,   uderzył   głową   o   kamień,   wokół   pełno   było   krwi. 

Przyklękła, odwróciła go, a kiedy zobaczyła ranę na plecach, z jej gardła 
wyrwał się rozpaczliwy krzyk. Coś w niej eksplodowało. Ból, gniew 

uniemożliwiający myślenie.

Ocknęła   się   na   świst   kuli.   Włożyła   rewolwer   Travisa   w   olster, 

chwyciła   rannego   pod   pachy   i   zaczęła   przeciągać   w   bezpieczniejsze 
miejsce, jak najdalej między drzewa. Opodal dojrzała skalną szczelinę, w 

sam raz nadającą się na schronienie. Nikt ich tam nie mógł zajść od tyłu, 
ani przypuścić ataku z boku. Ktokolwiek próbowałby się zbliżyć, będzie 

go miała na widoku i zastrzeli jak wściekłego psa.

Nie  miała  pojęcia,  skąd  czerpie  siły,  najpewniej  z  łaski  boskiej. 

Ułożyła Travisa w szczelinie i sięgnęła po jego rewolwer.

Pierwszy pojawił się Roscoe. Dostał kulkę w udo, wrzasnął z bólu i 

zniknął jej z oczu.

- Trafiła mnie, suka! Zabiję ją, Clifford! - ryczał w głos.

- Mocno oberwałeś? - odkrzyknął Clifford.
- Krwawię niby wieprz, ale to tylko postrzał. Zabiję, jak amen w 

pacierzu.

- Najpierw sobie dogodzimy. Będzie miała za swoje, Roscoe.

Bracia   przekrzykiwali   się   tak   przez   dobrą   chwilę.   Chcieli   ją 

wystraszyć, opisując w szczegółach, co zamierzają z nią zrobić, ale Emily 

była już tak przerażona, że pogróżki przestały na nią działać.

background image

Dopóki   krzyki   dochodziły   z   oddali,   wiedziała,   że   obydwoje   są 

bezpieczni. Odłożyła rewolwer i oderwała pas materiału ze spódnicy, 

zrobiła   szarpie,   po   czym   rozpięła   zakrwawioną   koszulę   Travisa, 
zobaczyła na piersi małą ranę: kula musiała przejść na wylot. Oderwała 

jeszcze jeden kawałek płótna i założyła opatrunek.

Krzyki   raptem   ustały.   Chwyciła   broń   i   wyczekiwała.   Miała 

wrażenie, że sekundy wloką się jak godziny, gdy Roscoe wysunął głowę 
zza drzewa i cofnął się, zanim zdążyła strzelić.

- Jest między skałami. Możemy ją zajść tylko od przodu, ale nas 

zabije - krzyknął do brata.

- Dostaniemy ją - odkrzyknął Clifford.
- Weźmiemy ją głodem, hę? - zawołał Roscoe.

- Nie, podejdziemy ją w nocy. Po ciemku nas nie wypatrzy.
Nieprzytomna   z   przerażenia   zaczęła   się   modlić.   Wiedziała,   że 

oboje właściwie nie mają żadnych szans na ratunek, ale gdyby tak Bóg 
zechciał zesłać pomoc, przyjęłaby ją z wdzięcznością. Jeśli chce wziąć do 

siebie któreś z nich, niechże to będzie ona. To wszystko jej wina, nie 
Travisa, niczym sobie nie zasłużył, żeby umierać w taki sposób.

Bóg długo nie odpowiadał na jej modlitwy, z oddali dochodziły 

tylko złowróżbne pokrzykiwania Clifforda i Roscoe.

W końcu jednak odpowiedział, a wtedy pomyślała, że powinna 

była dokładniej sformułować swoje błagania.

Przysłał Jednookiego Jacka.
- Panno Emily, nic panience nie jest? - usłyszała szept dochodzący 

zza skalnego występu.

background image

- Kto tam? - odszepnęła.
Odpowiedział dopiero, gdy powtórzyła pytanie.

- To ja, Jack.
- Jack? To naprawdę ty?

- Przecież mówię.
- Gdzie jesteś?

-   Na   skalnym   występie.   Jakby   kto   tu   chciał   wleźć,   runie   do 

kanionu.

- Bracia O'Toole chcą nas zabić.
- Tak pomyślałem, jak tylko usłyszałem strzały. Nie mogę do was 

zejść, panno Emily.

- Sprowadź pomoc. Travis jest ranny.

- To już po nim - szepnął Jack.
- Nie - zawołała ze zgrozą.

- Nie krzyczcie na mnie, panienko.
Usłyszała urazę w głosie Jacka. Boże, nie będzie się z nim teraz 

sprzeczać. Czy on nie rozumie, w jakim są niebezpieczeństwie?

-   Przepraszam   -   szepnęła.   -   Och,   Jack,   tak   się   boję.   Dzięki,   że 

ruszyłeś za nami.

- Nie dla niego to zrobiłem, tylko dla panienki. Spodobaliście mi 

się, panno Emily, to przyjechałem powiedzieć, co mi leży na sercu.

- Nie czas teraz na to. Proszę, sprowadź pomoc.

-   To   będzie   kosztowało.   Oddacie   mi   tego   piątaka   i   dołożycie 

jeszcze pięć, żebym mógł się wystroić jak zalotnikowi przystało. Tylko 

nie myślcie, że się chce z wami żenić. Co innego obmyśliłem.

background image

Zacisnęła powieki, zła, że Jack marnuje czas na próżne gadanie, ale 

znała go już i wiedziała, że nie może go poganiać. Pojedzie po pomoc, 

kiedy sam zdecyduje, ponaglenia na nic się nie zdadzą.

- Nie chcecie wiedzieć, co obmyśliłem?

- Tak, powiedz mi, czego chcesz - powiedziała niecierpliwie.
- Żebyście zjedli ze mną kolację w hotelu w Pritchard. Wejdziecie 

ze mną pod ramię i nie wstaniecie od stołu, póki ja nie wstanę. Zgoda?

- Zgoda.

- No to jadę.
- Spiesz się, Jack, i uważaj na siebie.

Travis jęknął, ale Emily nie mogła nawet sprawdzić, czy otworzył 

oczy, cały czas wypatrywała czy nikt nie zbliża się do ich kryjówki.

-   Wszystko   będzie   dobrze,   Travisie   -   szepnęła.   Nagle   dojrzała 

Clifforda, przebiegł między skałami.

Dłonie tak jej drżały, że musiała chwycić rewolwer oburącz, po 

policzkach płynęły łzy, których nawet nie próbowała ocierać. Musi się 

skoncentrować i modlić o ratunek.

Travis otworzył oczy. Widział Emily, widział broń w jej dłoniach, 

słyszał łkania. Nie mógł się poruszyć, czuł piekący ból w plecach, jakby 
ktoś je przekłuł.

Usiłował   zrozumieć,   co   się   dzieje.   Emily   siedzi   obok   niego,   na 

ziemi   są   głębokie   ślady:   ktoś   musiał   ciągnąć   coś   ciężkiego.   Nagle 

wszystko pojął. Dobry Boże, zaciągnęła go w bezpieczne miejsce. Jest 
ranny, a ona go broni.  Gdzieś w pobliżu muszą być bracia  O'Toole. 

Emily ma zamiar stawić im czoło.

background image

Powinna czym prędzej stąd uciekać.
Wyszeptał   jej   imię,   starając   się   ze   wszystkich   sił   zachować 

świadomość.

- Co robisz, Emily? Musisz się stąd wydostać.

Nie odwróciła się do niego.
- Wszystko w porządku, mój kochany. Spij. Będę cię strzegła.

A kto będzie jej strzegł. Nie, tak być nie może. To on powinien ją 

chronić. Nie będzie spał. Powinien odebrać jej rewolwer i ubić łotrów, 

którzy ją o płacz przyprawiali. Na powrót zapadł w ciemność.

Nie miała pojęcia, jak długo tak siedziała, modląc się i hołubiąc 

nadzieję. Sytuacja stawała się coraz bardziej beznadziejna. Zmierzchało 
się.   Emily   nie   wierzyła   już,   że   pomoc   nadejdzie   przed   nocą. 

Przypomniawszy   Bogu,   że   beznadziejne   sytuacje   nie   są   dla   Niego 
problemem,   gotowała   się   na   najgorsze.   Jedna   tylko   myśl   nią   teraz 

powodowała. Umrze, ale będzie strzec ukochanego.

background image

9

Travisa  obudził odgłos strzału.  Długo zbierał  siły, by  otworzyć 

oczy, a kiedy wreszcie mu się to udało, zobaczył nad sobą błękitne niebo. 
Niebo po chwili drgnęło. Nie rozumiał, co się dzieje. Zamknął powieki i 

próbował   wsłuchać   się   w   dochodzące   szepty,   spojrzał   ponownie   i 
zobaczył nachylającego się nad nim mężczyznę..., z błękitnymi oczyma. 

Cole? Nie, to ktoś inny, nie jego brat.

Obcy go przesunął. Głowa opadła Travisowi na pierś, ale oczy miał 

nadal otwarte. Patrzył zdumiony na złocisty przedmiot połyskujący na 
kamizelce nieznajomego. Zapewne zegarek.

Usłyszał   szept   Emily.   Pytała   nieznajomego,   czy   zdążą   dotrzeć 

przed   zmrokiem   do   domu   Perkinsów.   Kiedy   nazwała   go   Ryanem, 

Travisowi wszystko ułożyło się w głowie. Złote pudełeczko, błękitne 
oczy. To nie zegarek, lecz kompas.

Łobuz, który go tak szarpie, ma przy sobie kompas Cole'a. Travis 

wydał   gniewny   pomruk,   chciał   zerwać   skradziony   prezent   z   szyi 

nieznajomego, ale był tak słaby, że nie mógł unieść ręki.

Ostatni   wysiłek   zupełnie   go   wyczerpał.   Miał   wrażenie,   że   ktoś 

kładzie mu dłoń na głowie i wpycha pod wodę.

Znowu zasnął.

Kiedy się obudził, zobaczył nachyloną nad nim Millie z brzytwą w 

dłoni.   Instynktownie   wytrącił   jej   groźny   przedmiot   z   dłoni;   brzytwa 
przeleciała przez cały pokój, odbiła się od komody i wylądowała na 

background image

podłodze.

Przestraszona Millie odskoczyła z głośnym krzykiem.

- Jezu, ale jesteś popędliwy! Wreszcie postanowiłeś do nas wrócić.
- Jak długo spałem?

- Cztery dni, z przerwami. Trzeba ci było snu dla nabrania sił. Tak 

powiedział   doktor.   Mówił   prawdę,   bo   bystrzejsze   masz   już   oko. 

Chciałam cię ogolić. Przydałoby się, wyglądasz już jak niedźwiedź.

Travis potarł zarośnięty podbródek.

- Sam to zrobię. - Ziewnął, przeciągnął się i poczuł piekący ból.
- Postrzelili mnie.

-   A   jakże   -   przytaknęła.   -   W   plecy   dostałeś,   ale   bokiem.   Kula 

przeszła   na   wylot.   Doktor   powiada,   że   szybko   się   wykurujesz.   Nie 

wdało się zakażenie, nie gorączkujesz. Miałeś szczęście. Sam anioł cię 
strzegł.

- Zapewne - przytaknął Travis z uśmiechem i powiódł wzrokiem 

po   pokoju.   Wnętrze   wydało   mu   się   znajome,   dopiero   po   chwili 

zrozumiał dlaczego. Tutaj spała przecież Emily.

- Gdzie ona?

Millie jakby się wahała przez moment.
-   Domyślam   się,   że   pytasz   o   Emily.   Pamiętasz   coś   z   ostatnich 

czterech   dni?   Pewnie   nic.   Emily   nie   odchodziła   od   twojego   łóżka, 
zamartwiała   się,   modliła.   Wczoraj   spałeś   już   dużo   spokojniej.   Kiedy 

doktor Stanley zajrzał tu do ciebie, powiedział, że najgorsze minęło i że 
szybko dojdziesz do siebie.

-   Gdzie   ona?   -   zapytał   ponownie.   Widząc   jak   Millie   nerwowo 

background image

wygładza fartuch i unika jego wzroku, domyślił się, że coś jest nie w 
porządku. Czuł, że nie spodoba mu się odpowiedź.

Millie cofnęła się o krok.
- Wyjechała.

Odrzucił natychmiast kołdrę i spuścił nogi z łóżka. Millie zasłoniła 

oczy   dłonią   i   odwróciła   się   tak   gwałtownie,   że   omal   nie   straciła 

równowagi. Dopiero teraz uświadomił sobie, że jest całkiem nagi. Zaklął 
pod nosem, naciągnął na powrót kołdrę, oparł się o zagłówek.

- Ale jestem słaby - powiedział cicho.
- I nic dziwnego. Straciłeś trochę krwi, choć doktor Stanley mówi, 

że nie za dużo. A spałeś tak długo, bo uderzyłeś głową o kamień, kiedy 
spadłeś z konia.

- Spadłem z konia? - zapytał z przerażeniem w głosie. Jeśli Cole i 

reszta braci dowiedzą się o tym, będą go wyśmiewać do końca swoich 

dni.

- Możesz się już odwrócić, Millie.

Spłoniona   niczym   stara   panna,   zajęta   ciągle   wygładzaniem 

fartucha, usłuchała jego prośby.

- Emily mówiła, że spadłeś. Anioł nie dziewczyna. Jak ona się tobą 

opiekowała.   Przeciągnęła   cię   kawał   drogi   w   bezpieczne   miejsce.   Za 

pozwoleniem, ta kobieta kocha cię, jak nie pokocha cię już żadna inna. 
Głupcem będziesz, jak nie pojedziesz za nią.

Travis pokręcił głową.
-   Chciała   koniecznie   wyjść   za   O'Toole'a,   zapomniałaś?   A  wiesz 

dlaczego? Bo wbiła sobie do głowy, że musi mieć bogatego męża i wielki 

background image

dom z kręconymi schodami.

Im   więcej   o   tym   myślał,   tym   większa   wściekłość   go   ogarniała. 

Jakaż   kobieta   wyjeżdża,   nie   powiedziawszy   nawet   do   widzenia? 
Nieczuła kobieta, ot co.

Millie gwałtownie machnęła ręką.
- Wcale nie chciała wyjść za O'Toole'a. Powiedziała mi to, zanim 

ruszyliście w drogę.

- Nieprawda, rozmyśliła się dopiero jak zobaczyła jego chałupę.

Millie prychnęła gniewnie.
- I cóżeś się tak rozindyczył? Na twoim miejscu wstałabym z łóżka 

i ruszyła za nią, póki nie jest za późno.

- A jakże, powinienem, chociażby po to, żeby usłyszała kilka słów 

prawdy. Co to za wymykanie się cichaczem. Wyjechała po nocy?

-   Gdzie   tam,   za   dnia,   niby   do   Bostonu.   Mówiłam   Johnowi,   że 

prędzej czy później zbałamuci ją jakiś mężczyzna, ale ona powiada, że 
nigdy nie wyjdzie za mąż po tym, co się stało. A ja mówię, że znajdzie 

się taki, co zawróci jej jeszcze w głowie gładkimi słówkami. Tobie, ma się 
rozumieć, nie będzie przeszkadzać, że urodzi dzieci innemu?

Travis uznał, że nie będzie odpowiadał na takie pytania.
- Dlaczego mi nie powiedziała, że się rozmyśliła, zanim ruszyliśmy 

w drogę?

- Bo wiedziała, że wtedy jej tam nie zawieziesz. Dlatego. A ona 

uparła się, że powie temu szczurowi prosto w oczy, że zmieniła plany.

- Szczurowi?

- Tak go nazwała. No, zanim go zobaczyła, to nie wiedziała jaki z 

background image

niego szczur. Myślała, że człowiek poczciwy i że winna mu wyjaśnienie.

- Więc to tak. Uważała, że jest coś winna temu sukinsynowi, ale nie 

mogła poczekać, aż się obudzę?

- Mówiła, że to z głupiej dumy wpakowała się w kabałę i że dostała 

nauczkę, ale czemu wyjeżdża, tego mi nie powiedziała. Wiedziała, że 
dyliżans zatrzymuje się w Pritchard w niedzielę, ale chciała wyjechać 

wcześniej. Chyba musisz jechać za nią i sam ją zapytać. Ja nie odpowiem 
na twoje pytania.

- Najpierw pojadę do Golden Crest i zabiję tych łotrów, potem 

mogę zająć się czym innym.

-   O'Toole'owie   już   nie   żyją.   Zastrzelił   ich   pewien   dżentelmen. 

Musiał, inaczej oni zabiliby was. Prawo jest po jego stronie, to pewne - 

dodała z chichotem.

Nie rozumiał, co w tym zabawnego.

- Powinienem mu podziękować. Jest tu jeszcze?
- Tyle, że  cię tu  przywiózł i  zaraz  odjechał.  Wczoraj  zajrzał  tu 

znowu, w drodze do Pritchard. Emily zabrała się razem z nim.

- Pozwoliliście jej odjechać z obcym?

- Dla nas on już nie obcy. John miał z nim długą rozmowę. Chciał 

odwieźć Emily, ale nie widziało mu się zostawiać mnie samą. W górach 

siedzą   bandyci.   Pamiętasz,   John   opowiadał   ci   o   nich?   Rabusie   i 
mordercy. Zabili kobietę i jej córeczkę.

Travis zamknął oczy.
- Ten człowiek to Daniel Ryan, tak?

- Tak.

background image

Przypomniał   sobie   wszystko...   zimne,   przenikliwe   spojrzenie 

niebieskich oczu... złoty, błyszczący kompas...

- On miał kompas mojego brata.
- A jakże. Emily prosiła, żeby dał go jej, ale nie chciał. Pokazał 

tylko, jak otwierać wieczko i jak patrzeć na tarczę. Powiedział, że musi 
zwrócić   go   właścicielce,   to   Emily   nie   nalegała.   Co   się   tak   na   mnie 

patrzysz? Ten człowiek uratował wam życie, rozprawił się z O'Toole'ami 
aż miło. Wiesz, co by się stało, gdyby nie on?

Na myśl o niebezpieczeństwie grożącym jeszcze niedawno Emily 

ogarnęło go przerażenie. I furia. Gdyby tylko powiedziała mu wcześniej, 

co sobie zaplanowała, nigdy nie zawiózłby jej w góry i nie wpadłaby w 
ręce niegodziwców.

- Bóg nie dał tej kobiecie za grosz rozumu.
- To zadbaj, żeby go nabrała.

Puścił mimo uszu tę uwagę.
- Do diaska, nie będę się przecież strzelał z Ryanem.

Millie stała już drzwiach.
- Pewnie, że nie możesz go zabić. Może ci ulży, kiedy usłyszysz, że 

Emily do niego strzelała. Myślała, że to jeden z O'Toole'ów. Ryan mówił, 
że go zadziwiła.

- Mnie ani trochę. Ona strzela do każdego napotkanego mężczyzny 

- oznajmił z pewną przesadą.

Millie głośno westchnęła.
-   Uparty   z   ciebie   człowiek,   Travisie   Clayborne.   Pojedziesz   do 

Pritchard, czy nie?

background image

Nie lubił być ponaglany.
- Jestem golusieńki i zamierzam wstać, żeby zamknąć drzwi.

Millie z głośnym krzykiem zniknęła w korytarzu, a on zatrzasnął 

za nią drzwi.

W kwaśnym nastroju umył się i ubrał. Zaciął się przy goleniu, bo 

nie zwracał uwagi, co robi, zajęty myślami o Emily.

Do   kuchni   zszedł   z   gotowym   planem   w   głowie.   Pojedzie   do 

Pritchard,   powie   tej   niewdzięcznej   kobiecie,   co   czuje.   Zmusi   ją,   by 

pożegnała się jak należy.

O niczym więcej nie pozwolił sobie myśleć.

background image

10

Całe   miasteczko   o   nich   mówiło.   Ludzie   zaczęli   się   zbierać 

wczesnym popołudniem; po godzinie hotel był wypełniony po brzegi, 
zgromadzeni   tłoczyli   się   na   chodniku,   zablokowali   całą   ulicę,   ruch 

zamarł, kupcy wcześniej zamknęli sklepy. Wszyscy zapomnieli o swoich 
codziennych zajęciach. Nikt nie chciał przepuścić tej jedynej w swoim 

rodzaju okazji.

Zegar w recepcji zaczął wybijać godzinę. Punkt szósta, w sobotni 

wieczór do hotelu wkroczył wystrojony jak na bal Jednooki Jack.

Z ręki do ręki zaczęły wędrować pieniądze. Od kilku dni robiono 

w   mieście   zakłady,   i   ci,   którzy   twierdzili,   że   Jack   się   nie   pojawi, 
przegrali.

Olsen,   właściciel   hotelu,   od   hazardu   stronił,   ale   zarobił   krocie, 

sprzedając   bilety   wstępu   do   sali   restauracyjnej.   Zamówił   wymyślne 

zaproszenia i każdy, kto chciał zjeść kolację w towarzystwie Emily i 
Jacka, musiał słono zapłacić za ten przywilej. Na wypadek, gdyby panna 

Finnegan   nie   dotrzymała   słowa   -   a   która   kobieta   przy   zdrowych 
zmysłach dotrzymałaby? - Olsen umieścił na kontuarze recepcji kartkę, 

że nie zwraca pieniędzy.

Nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia, że oskubał  swoich 

przyjaciół i znajomych. W końcu nastąpiło historyczne wydarzenie: Jack 
wziął kąpiel.

Ludziska  i o to się zakładali. Gdy o piątej po południu wśród 

tłumu rozeszła  się wiadomość,  że Jack Hanrahan właśnie wszedł do 

background image

łaźni, przegrani psioczyli pod nosem.

Widok dzikusa, wysztafirowanego i pachnącego, zatykał dech w 

piersiach   i   wart   był   każdego   wydanego   grosza.   Bo   też   pięknie   Jack 
wyglądał   w   nakrochmalonej   koszuli,   sztuczkowych   na   kant 

zaprasowanych   spodniach,   pod   jasnobłękitnym   krawatem   bez   jednej 
plamki.   Lśniły   trzewiki,   błyszczały   pociągnięte   brylantyną   włosy. 

Czarny   surdut   przerzucił   przez   ramię,   jak   czyni   każdy   wytworny 
dżentelmen w upalny dzień.

Na widok odmienionego Jacka, z przepaską na oku, tłum zaczął 

wiwatować, ale jedno spojrzenie Jednookiego wystarczyło, by ukrócić 

brewerie. Oj, potrafił on trzymać fason. Miał też w sobie nerw godny 
człowieka z Montany. Zdenerwowany Olsen czekał za kontuarem, Jack 

tymczasem   torował   sobie   swobodnie   drogę   pośród   tłumu.   Wcześniej 
dotarłby do właściciela hotelu, ale dwa razy musiał się zatrzymać, by 

usadzić   w   miejscu   śmiałków,   którzy   zbyt   się   doń   zbliżyli.   Ludzie, 
ściśnięci tak, że ledwie mogli oddychać, a co dopiero poruszać się, w 

cudowny sposób rozstępowali się przed nim niczym Morze Czerwone 
przed Mojżeszem. Nikt nie śmiał go dotknąć, żeby go nie rozwścieczyć i 

nie narazić się na Bóg wie jakie skutki.

Olsen trząsł się jak galareta. Wolał nie widzieć co się stanie, kiedy 

Jack odkryje, że panna Finnegan się rozmyśliła - gdyby rzeczywiście się 
rozmyśliła.   Czmychnąć   na   górę,   tam   się   ukryć   i   nie   wracać   na   dół. 

Myśląc tylko o tym, jak uratować własną skórę, mruknął do Jacka, że 
idzie po pannę Finnegan i już miał zniknąć, gdy zobaczył ją na schodach.

Tym   razem   nikt   nawet   nie   myślał   o  płaceniu   zakładów.   Mimo 

background image

wielkiej ciżby zapadła cisza jak makiem zasiał. Wszyscy spoglądali z 
zachwytem, zdumieniem... i ulgą na piękną damę.

A było na co patrzeć. Ubrana była w suknię balową ze złocistej 

materii, z niewielkim dekoltem, który przyciągał wzrok mężczyzn nie 

budząc   oburzenia   pań,   z   bufiastymi   rękawami   i   dopasowanym 
stanikiem podkreślającym doskonałą figurę. Kiedy uczyniła krok, suknia 

zalśniła, rozjarzyła się w blasku świec.

Travis stał za ladą recepcji, przy wejściu do kantorku. Gdy tłum 

podziwiał   suknię,   on   dojrzał   ciepły   uśmiech   na   widok   stojącego   w 
tłumie Jacka.

Clayborne skrył się, zanim zdążyłaby go zobaczyć. Przyjechał tylko 

po to, żeby się upewnić, czy nie napytała sobie kłopotów, miał zamiar 

trzymać się z boku i nie wtrącać bez potrzeby. Ten wieczór należał do 
Jacka Hanrahana, ale jutrzejszy dzień do niego.

Zdumiony potrząsnął głową, widząc jak Jack podaje dłoń Emily, a 

ona przyjmuje z uśmiechem pełen galanterii gest. Raptem poczuł, że 

brak mu tchu. Im bliżej podchodziła, tym gwałtowniej waliło mu serce. 
Powiedział   sobie,   że   pewnie   to   upał   tak   na   niego   działa   i   rozluźnił 

kołnierzyk koszuli. Dziwne, ale to nie pomogło.

Emily wyglądała jak księżniczka. Schodziła ze schodów z wysoko 

podniesioną   głową,   wzrok   utkwiła   w   Jacku,   nikogo   poza   nim   nie 
zaszczyciła   spojrzeniem.   U   podnóża   schodów   przyjęła   jego   ramię   i 

razem weszli do sali restauracyjnej.

Od   tej   chwili   wszystko   w   Pritchard   odmieniło   się   na   lepsze. 

Mieszkańcy miasteczka przeżyli iście magiczny wieczór. Mało, że Jack 

background image

jadł,   posługując   się   sztućcami,   to   cierpliwie   odczekawszy,   aż   służba 
przestawi stoły po skończonej kolacji, ruszył z Emily w tany. Zaskoczeni 

ludzie patrzyli, jak lekko, z gracją porusza się na parkiecie.

Wieczór   zakończył   się   o   pierwszej   po   północy.   Gdy   zmęczona 

orkiestra Joego Boya zaczęła pakować instrumenty, Jack odprowadził 
Emily do schodów. Tu ujął jej dłoń, złożył pełen galanterii pocałunek, po 

czym szepnął pannie coś do ucha, na co wybuchnęła śmiechem. Jack 
wyszczerzył   zęby,   a   kiedy   pocałowała   go   w   policzek,   naprawdę   się 

uśmiechnął.

Odczekał, aż Emily wejdzie na górę, po czym wymaszerował z 

hotelu   kontent,   jak   nigdy   w   życiu.   Ledwie   znalazł   się   za   drzwiami, 
przepaska   na   oko   wylądowała   na   chodniku,   krawat   w   rynsztoku,   a 

czarny surdut zawisł na pachołku do wiązania koni. Jack znowu był 
sobą, Jednookim, którego wszyscy się bali.

Emily leżała już w łóżku, gdy usłyszała, że ktoś w korytarzu szura 

krzesłem,   a   może   skrzynią.   Odrzuciła   kołdrę   i   pobiegła   do   drzwi, 
sprawdzić czy zamknęła zasuwę. Przez chwilę nasłuchiwała, ale hałas 

ucichł, uznała więc, że jego sprawca już sobie poszedł.

Wróciła do łóżka i oddała się ważniejszym zajęciom. Koniecznie 

musiała   się   wypłakać.   Miała   nadzieję,   że   wylawszy   łzy   zapomni 
wreszcie o Travisie.

Płacz nic a nic nie pomógł.
Pora wracać do domu.

background image

11

Zaspała. Jeśli się nie pospieszy, gotowa spóźnić się na dyliżans. Nie 

miała już czasu jeść śniadania, ale i tak niczego by nie przełknęła, była 
zbyt przygnębiona. Ubrała się szybko, spakowała swoje rzeczy i zbiegła 

na dół prosić, by ktoś ze służby zaniósł jej bagaże na stację.

Bagaże dotarły tam przed nią. Ulica była na szczęście wyludniona, 

nie musiała się więc obawiać, że ktoś ją zaczepi. Nie miała nastroju do 
rozmów.

Nie miała też ochoty wracać do domu, ale już postanowiła, że 

wyjedzie. Mówiła sobie, że powinna się cieszyć na spotkanie z rodziną. I 

wcale się nie cieszyła. Powrót do Bostonu nie był jedynym wyjściem, ale 
na pewno najbezpieczniejszym. Wiedziała, że jeśli zostanie, padnie w 

ramiona Travisa i zmarnuje sobie życie. Rodzice nie byliby zadowoleni.

Z niecierpliwością wyglądała dyliżansu. Usłyszała wreszcie turkot 

i rozklekotany pojazd wjechał na stację, wzbijając tuman kurzu. Emily 
cofnęła się o kilka kroków. Chudy, wysoki woźnica zeskoczył z kozła, 

poprawił niebieską chustkę na szyi i uchylił kapelusza.

- Jestem spóźniony, madame. Proszę wsiadać, ja tym -   czasem 

zaczerpnę wody, a jak wrócę to wam powiem, jak będziecie jechać.

Otworzył przed nią drzwiczki dyliżansu i poszedł na stację. Po 

powrocie zaczął ładować jej torby na dach pojazdu, trajkocząc przy tym 
jak najęty.

- Jak usłyszycie strzały, kładźcie się od razu na podłogę, najlepiej 

pod siedzenie. Przez okno proszę nie wyglądać pod żadnym pozorem. 

background image

Nawet nie wiecie, jakie to ważne, więc lepiej sobie zapamiętajcie. Nie 
żebym   się   spodziewał   kłopotów,   ale   lepiej   być   przygotowanym.   Jak 

będziecie chcieli, żebym się na chwilkę zatrzymał, wychylcie się przez 
okno i krzyknijcie. Chyba, że wpierw usłyszycie strzały, wtedy się nie 

wychylajcie. I lepiej, żebym się nie musiał dla was zatrzymywać, bo już 
jestem dość spóźniony.

- Nie będziemy się musieli zatrzymywać - obiecała.
Wdrapał się na dach dyliżansu, przywiązał bagaże, zeskoczył i 

ponownie otworzył drzwiczki.

- Macie bilet?

- Tak - podała mu bilet i rozsiadła się wygodnie na obitej skórą 

ławce.

Spojrzał na nią uważnie.
- Coś nie tak, madame? Macie łzy w oczach. Nie moja sprawa, 

chyba, że wam słabo, to musicie mi powiedzieć.

- Nie, sir, nie jestem chora. To od tego kurzu oczy mi łzawią.

- Żaden ze mnie sir, nazywam się Kelley. Gdyby zrobiło się wam 

słabo,   wystarczy   krzyknąć   przez   okno,   chyba   że   wpierw   usłyszycie 

strzały, wtedy się nie wychylajcie. Zapamiętajcie sobie, bo to bardzo 
ważne.

Zamknął drzwiczki i siadł na koźle, zanim zdążyła mu powiedzieć, 

jak się nazywa i zapewnić go, że nie będzie wyglądała przez okno.

Dyliżans ruszył, nabierając powoli rozpędu i po chwili pędzili już 

galopem. Emily złożyła dłonie w małdrzyk i zamknęła oczy. Podjęła 

decyzję, że wyjeżdża, nie było odwrotu, będzie musiała pogodzić się z 

background image

myślą, że nigdy już nie zobaczy Travisa. Z bożą pomocą może zazna 
spokoju.

Wtem rozległ się strzał. Kelley zaklął, pociągnął za lejce, osadził 

konie w miejscu, Emily wylądowała na podłodze. Gdy się pozbierała, 

zobaczyła   ludzi   wychodzących   z   hotelu.   Nikt   nie   wydawał   się 
zaniepokojony.

Nie rozumiejąc co się dzieje, wyjrzała przez okno. Na nieszczęście 

Kelley to zauważył.

- Toż mówiłem wam, że nie wolno!
- Co się stało, panie Kelley?

- Travis Clayborne, ot co, madame.
Nie zdążyła nawet pomyśleć, kiedy ryk Travisa wypełnił dyliżans.

- Wysiadaj, Emily Finnegan, mam do ciebie słowo.
Zaskoczona poleceniem, podskoczyła, uderzając głową o oparcie. 

Dopiero po chwili wyjrzała przez okno i ujrzała idącego ku niej Travisa. 
Miała   wrażenie,   że   jeszcze   chwila,   a   zemdleje.   Taki   był   wspaniały, 

cudowny... i wściekły.

Kroczył zamaszyście, najwyraźniej doszedł już do siebie: cud, gdy 

pomyśleć jak blisko otarł się o śmierć. Westchnęła głośno. Będzie jednak 
musiała się z nim pożegnać, chociaż  tak się bała tej chwili. Nie, nie 

będzie płakała, za nic. Szybko się pożegna i ruszy w drogę.

Otworzyła drzwiczki, ale na widok rozsierdzonej miny Travisa i 

groźnego błysku w oku, natychmiast je zamknęła. Wiedziała, czemu się 
pojawił. Wstał z łóżka i przejechał taki szmat drogi, żeby powtórzyć jej, 

że jest pomylona. Mogła się tego po nim spodziewać.

background image

- Panie Kelley, niech mu pan powie, żeby sobie poszedł.
- Za pozwoleniem, madame, nikt nie śmie mówić Clayborne'om, co 

mają robić. Lepiej niech pani wysiądzie i zapyta, czego chce.

- Emily! - wrzasnął ponownie Travis.

Wysiadła z dyliżansu, zamknęła za sobą drzwiczki i ruszyła w jego 

stronę.

- Niech pan tylko nie odjedzie beze mnie, panie Kelley.
- A to już zależy od Clayborne'a, madame.

Pokręciła głową na znak, że się z nim nie zgadza. Szła, mrucząc 

pod nosem:

- Jeśli doprowadzi mnie do płaczu, to wyrwę mu rewolwer zza 

pasa i zastrzelę go. Tak zrobię.

Kelly usłyszał jej pogróżki.
- To się panience z Claybornem nie uda.

Emily puściła mimo uszu komentarz woźnicy.
Zatrzymała   się   pięć   metrów   od   niego   i   dała   mu   znak,   by   nie 

podchodził bliżej. 

Zignorował jej gest.

- Naprawdę miałaś zamiar to zrobić?
- Co zrobić?

- Wyjechać bez pożegnania.
- Mów ciszej, proszę. Wywołujesz zbiegowisko.

Odwróciła się w stronę chodnika, gdzie stała grupka gapiów.
- Proszę przechodzić, nie ma na co patrzeć.

Nikt jej nie usłuchał.

background image

- Owszem, miałam zamiar się pożegnać.
- Czyżby? Chciałaś krzyknąć „do widzenia” z okna dyliżansu?

- Nie. Chciałam napisać do ciebie.
Nasrożył się jeszcze bardziej, jakby usłyszał obelgę.

- Chciałaś napisać?
Stała bez ruchu, Travis natomiast szedł w jej stronę. Przez moment 

miała   wrażenie,   że   przejdzie   po   niej,   zdepcze   ją,   ale   na   szczęście 
zatrzymał się o kilka kroków od niej. Chciała się cofnąć, ale rozmyśliła 

się.   Próbował   ją   speszyć.   Jego   niedoczekanie.   W   końcu   to   ona   ma 
złamane serce, a on tylko został postrzelony.

-   Mówmy   otwarcie.   Uparłaś   się   jechać   do   Golden   Crest   i 

powiedzieć O'Toole'owi prosto w oczy, że się rozmyśliłaś i że za niego 

nie wyjdziesz, ale ja nie zasługiwałem już na podobne względy?

- Millie ci powiedziała.

- A jakże, powiedziała. Gdybyś nieco wcześniej zdradziła się ze 

swoimi planami...

- To byś mnie tam nie zawiózł.
- Nie zawiózłbym i nie oberwałbym kulki, a ty nie znalazłabyś się 

w niebezpieczeństwie. I już nigdy nie mogłabyś się spotkać z żadnym 
mężczyzną, nawet z Jackiem Hanrahanem. Rozumiesz?

- Pełno w tych stronach morderców, panie Clayborne.
- Pomyślałaś co by było, gdyby te zbiry cię dopadły?

- Tak - krzyknęła. - Doskonale wiem, co by się stało. Wiem też, że 

przeze   mnie   o   mało   nie   zginąłeś.   Nigdy   sobie   tego   nie   wybaczę. 

Tłumaczy  mnie  tylko  to,  że  chciałam  postąpić  przyzwoicie.   Gdybym 

background image

wiedziała, że O'Toole'wie to szczury, na pewno bym tam nie pojechała. 
No, proszę, śmiało, powiedz mi, że jestem pomylona. Wiem, że masz 

ochotę.

- W porządku. Jesteś pomylona. Nie masz za grosz rozumu.

- To nie ja zerwałam się chora z łóżka, żeby przejechać szmat drogi 

i powiedzieć komuś, że jest pomylony.

- Nie dlatego przyjechałem.
- A dlaczego?

Widziała, że z trudem przychodzi mu odpowiedzieć na jej pytanie. 

Zauważyła też, że wokół nich zgromadził się pokaźny tłum ciekawskich, 

a gapiów ciągle przybywało.

-   Nie   macie,   ludzie,   nic   lepszego   do   roboty?   -   zapytała   z 

oburzeniem. - To prywatna rozmowa. Rozejdźcie się, ale już!

Nikt   nawet   nie   drgnął.   Kątem   oka   dostrzegła   dżentelmena 

opartego o pachołek, z plikiem pieniędzy w dłoni. Każdy nowo przybyły 
wręczał mu kolejny banknot.

- A więc, Travisie? Dlaczego przyjechałeś?
- Pomyślałem, że powiem ci, co o tobie myślę... - zaczął.

Przerwała mu.
- Na twoim miejscu nie robiłabym tego. A teraz, za pozwoleniem, 

chciałabym wrócić do dyliżansu i ruszać w drogę. Woźnica się spieszy. 
Gdzie   pan   idzie,   panie   Kelley?   -   zawołała   widząc,   jak   podąża   ku 

mężczyźnie z pieniędzmi.

- Maleńki zakład, madame.

- Do diaska, Emily, mną się zajmij!

background image

Poczuła się tak nieszczęśliwa, że miała ochotę krzyczeć.
- Niby dlaczego? To twoja wina, że się w tobie zakochałam, a teraz 

nie mogę myśleć, jeść, spać.

Uświadomiła sobie co mówi dopiero, kiedy jakaś kobieta za jej 

plecami westchnęła z rozrzewnieniem:

- Ona go kocha.

Travis zdawał się nieprzyzwoicie rozradowany. Wyciągnęła dłoń, 

żeby się, broń Boże, nie zbliżał.

- Wyleczę się z tej choroby - oznajmiła. - Poza tym fakt, że cię 

kocham niczego nie zmienia, więc niech ci się nie roją żadne głupie myśli 

w głowie. Wracam do Bostonu.

- Nie!

- Owszem i cokolwiek powiesz, nie zmienię zamiarów.
-   Nagadaj   mu,   dziewczyno.   Nie   daj   się   żadnemu   mężczyźnie 

wodzić za nos - zawołała jakaś kobieta.

- Jeśli go kocha, powinna zostać - odezwał się ktoś inny.

Zebrani   mężczyźni   przychylili  się  do  tej  opinii.  Emily  dość  już 

miała publiczności. Odwróciła się do kobiety, która radziła jej zostać i 

szepnęła:

- Pani nie rozumie. Gdybym została, okryłabym hańbą rodziców 

jak ladacznica.

Kobieta zrobiła wielkie oczy.

- Chcesz powiedzieć, że...
Emily skinęła głową.

- To właśnie chcę powiedzieć.

background image

- Powinnaś więc wracać do domu.
Travis miał nietęgą minę. Przerażała go myśl o wyjeździe Emily, a 

nie wiedział jak ją zatrzymać.

Boże, co za uparta kobieta.

- Kochasz mnie, ale wyjeżdżasz. Dobrze zrozumiałem?
-   Tak.   Kocham   cię   i   wyjeżdżam.   Według   mnie   to   sensowne 

posunięcie.

- Najzupełniej - parsknął gniewnie.

Nie podjęła sprzeczki. Odwróciła się, dała gapiom znak ręką, by się 

rozstąpili   i   ruszyła   z   powrotem   do   dyliżansu.   Niemal   biegła,   Travis 

dotrzymywał jej kroku.

Ciżba posuwała za nimi.

- Przysięgłam sobie, że już nigdy w życiu nie powezmę żadnej 

pochopnej decyzji, a zostać tutaj byłoby nie tylko rzeczą nierozważną, 

ale i grzeszną. Wracam do domu.

W   Travisie   z   sekundy   na   sekundę   wzbierała   coraz   większa 

wściekłość,   a   jednocześnie   ogarniała   go   panika.   Nie   może   przecież 
pozwolić jej wyjechać. Czyż ona nie rozumie, ile dla niego znaczy? Bez 

niej życie nie będzie miało sensu.

Nie chciał takiego życia.

Nagle objawiła mu się cała prawda. Stanął jak wryty.
- Do kroćset, ja ją kocham - szepnął.

Emily, słodka, dobra, czuła Emily. Chce z nią przepędzić resztę 

swoich   dni.   Najpierw   jednak   musi   coś   zrobić,   by   nie   wsiadła   do 

dyliżansu.

background image

Dogonił   ją.   Dalej   mamrotała   coś   o   pochopności,   wyczekał   więc 

cierpliwie, aż skończy swój bezładny monolog.

Skończyła i spojrzała na niego wyczekująco.
- Nie sądzisz, że mam rację? - zapytała, zastanawiając się, skąd 

uśmiech na jego twarzy.

- Masz rację.

- Ona wyjeżdża - zawołał ktoś z tłumu.
-   Zrujnowałaby   sobie   życie,   gdyby   została   -   oznajmiła   dobrze 

poinformowana kobieta.

- Amen - krzyknął ktoś inny.

Travis otworzył przed nią drzwiczki dyliżansu.
Emily wyciągnęła dłoń.

- Do widzenia, Travisie.
- Mam ci podać rękę?

- Byłoby grzecznie. Dlaczego się uśmiechasz?
- Jestem szczęśliwym człowiekiem.

Oszołomiła ją ta gwałtowna zmiana stanowiska. Opuściła dłoń.
- Napiszę do ciebie.

- To miło z twojej strony.
- Odpiszesz?

- Na pewno.
Wszystko   zostało   już   powiedziane.   Odwróciła   się   i   wsiadła   do 

dyliżansu.

- Jeszcze jedno - powiedział.

- Tak?

background image

- Pocałuj mnie na do widzenia.

background image

12

Poślubiła   ukochanego   człowieka.   Z   jej   twarzy   nie   schodził 

uśmiech, tak była szczęśliwa. W kąpieli roześmiała się nawet kilka razy 
w głos, nie wiedząc jak inaczej dać upust przepełniającej ją radości i 

miłości.

Czekała   teraz   na   męża.   Stała   w   oknie   sypialni   nad   bawialnią 

Perkinsów,   patrzyła   w   niebo   i   rozczesywała   włosy.   Świecił   księżyc, 
iskrzyły się setki gwiazd, świerszcze wygrywały swoje nocne melodie, 

powietrze przenikał zapach sosen, wszystko spowijała magia.

W   wazonie   stała   różowa   róża,   którą   dostała   od   Travisa   przed 

ceremonią ślubną. Wyjęła kwiat i przytuliła do serca.

Wszedł Travis. Zaryglował drzwi. Spojrzał na Emily i dech zaparło 

mu w piersiach, taka była piękna ta jego oblubienica, kobieta, którą w 
końcu udało mu się zdobyć.

Miała   na   sobie   bieluteńką   koszulę   nocną,   która   okrywała   ją 

szczelnie od szyi po stopy.

- Dobry wieczór, pani Clayborne.
Wybuchnęła śmiechem, a jemu ciepło zrobiło się na sercu. Oparł 

się o drzwi i wyszczerzył zęby.

- Nie denerwuj się.

- Myślisz, że jestem zdenerwowana?
- Wyrzuciłaś właśnie szczotkę do włosów za okno.

- Chciałam ładnie wyglądać.
- Pięknie wyglądasz.

background image

Nie   mogła   usłyszeć   nic   milszego.   Tak   bardzo   kocha   tego 

człowieka.

Zdjął   koszulę,   rzucił   na   oparcie   krzesła,   zdjął   buty,   skarpetki   i 

podszedł do niej.

- Nie denerwujesz się, kochanie?
- Odrobinę - przyznała. - Wiem, co się ma zdarzyć, ale nie wiem, 

jak to jest.

- Chcesz powiedzieć, że nie przestudiowałaś zagadnienia w sposób 

dogłębny?

- Nie, ale mam nadzieję, że ty tak.

Wyjął   kwiat   z   dłoni   żony   i   musnął   nim   jej   policzek.   Napięcie 

ustąpiło.

- Kocham cię, Emily. Tylko ciebie.
Wstawił  różę  do wazonu,  wziął  Emily  w  ramiona  i  zaniósł   do 

łóżka.

- Chcesz, żebym ci wyjaśnił, co zamierzam zrobić?

Dosłyszała w jego głosie kpinę.
-   Nie,   bardzo   dziękuję,   doceniam   ofertę,   ale   wolałabym   raczej, 

żebyś mi pokazał.

Ułożył ją delikatnie na środku łóżka, spoglądając w przepełnione 

miłością oczy.

- Mam zamiar dogłębnie cię przestudiować, pani Clayborne i mam 

szczerą nadzieję, że ślicznie mi podziękujesz, kiedy skończę - oznajmił, 
używając jej ulubionego określenia.

Gdyby nie bała się, że głos ją zawiedzie, powiedziałaby mu, że nie 

background image

musi już przejmować się jej zdenerwowaniem, tyle miłości i pożądania 
widziała w jego oczach. Była gotowa być jego żoną i poznać go, jak żonie 

godzi się poznać męża.

On   ze   swej   strony   postanowił   sobie,   że   tej   nocy   ona   będzie 

dyktowała rytm kochania się.

Długo   potem   dochodzili   do   siebie.   Leżeli   spleceni,   a   jego 

przepełniało   takie   szczęście,   jakby   znalazł   się   w   niebie.   I   ona   nie 

posiadała się ze szczęścia, miała ochotę płakać i śmiać się na przemian. 
Komiczna zdała się jej pełna satysfakcji mina Travisa, dopóki nie po-

myślała, że ona ma pewnie taką samą.

Przewrócił   się   na   plecy   i   pociągnął   ją   ze   sobą.   Wyciągnęła   się 

wygodnie, z ręką na jego piersi.

- Nie jest ci przykro, że kazałaś mi tak długo czekać?

- Tylko dwa tygodnie - skorygowała łagodnie. - Wiedziałeś, że 

dyliżans odjedzie, kiedy będziesz mnie całował, prawda?

- Oczywiście. Naprawdę myślałaś, że pozwolę ci odjechać?
- Naprawdę myślę jakie to szczęście, że mi nie pozwoliłeś.

Roześmiał   się.   Taki   był   szczęśliwy,   że   musiał   ją   jeszcze   raz 

pocałować, po czym opadł na poduszki z głośnym ziewnięciem.

-   Męki   piekielne   przeżywałem,   że   nie   mogę   cię   dotknąć. 

Przesadzał, ma się rozumieć, przynajmniej ona tak uważała. Za żadne 

skarby nie oddałaby ostatnich dwóch tygodni, kiedy to miała okazję 
przekonać się, że Travis jest najbardziej romantycznym człowiekiem w 

świecie. Zalecał się do niej, jak to określał, zawzięcie, nie pozostawiając 

background image

jej żadnego wyboru - o czym ją ostrzegł - a ona zwodziła go, chcąc, by się 
upewnił, że z nią właśnie pragnie spędzić resztę życia.

A wszystko z lęku, że to z jego strony tylko zauroczenie, które każe 

mu   widzieć   w   niej   same   dobre   strony.   Wyprowadził   ją   z   błędu, 

wyliczając skrupulatnie któregoś dnia przy kolacji wszystkie jej wady. 
Niemało czasu mu to zajęło, a znalazł takie, o których nie miała pojęcia. 

Wysłuchawszy go zaciekle dowodziła, że nie jest uparta.

-   I   pomyśleć,   Travisie,   że   to   wszystko   za   sprawą   jednego 

pocałunku na do widzenia.

- Dlatego się go domagałem. Kocham cię.

- I ja cię kocham.
- Emily?

- Tak?
- Pocałuj mnie raz jeszcze na do widzenia.