background image

NINA TINSLEY

POWRÓT NA 

WYSPĘ

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Od maja  do listopada codziennie  około godziny szóstej 

wieczorem   Hotel  du  Lac   zapełniał   się   gośćmi.  O  tej  porze 
zawsze   spoglądałam   na   przyjeżdżających   gości,   wypatrując 
znajomych   z   Anglii.   Przerywałam   wtedy   swoją   pracę   w 
recepcji i patrzyłam z nadzieją na ludzi tłoczących się w hallu.

Jednak   kiedy   Mark   Quenton   przekroczył   próg   naszego 

hotelu i skierował się w moją stronę, byłam zbyt zaskoczona, 
by cokolwiek powiedzieć.

 - Romaine! - krzyknął z daleka.
Wszyscy odwrócili głowy w jego stronę, a Olga, druga 

recepcjonistka, zerknęła na mnie zdumiona. Wiedziałam, że 
inne   dziewczyny   ciągle   plotkują   na   temat   mojego   braku 
zainteresowania płcią męską.

Mark   Quenton   przyjechał   z   Anglii,   z   Eastands   na 

południowym   wybrzeżu.   Mężczyzna   stał   teraz   przed 
oddzielającym   nas   lśniącym   kontuarem   i   uśmiechał   się   do 
mnie uroczo. Nie miałam pojęcia, co robi tutaj w Zurychu. 
Prawdę   mówiąc,   nie   interesowało   mnie   to.   Wystarczała   mi 
świadomość, że Mark jest w pobliżu.

 - Dawno się nie widzieliśmy - powiedział, rzucając swoją 

torbę podróżną na podłogę.

  - Trzy lata - odrzekłam. - I żadnego listu. Sądziłam, że 

jesteśmy przyjaciółmi.

Speszony wymamrotał coś pod nosem. W tej samej chwili 

moją uwagę odwrócił ostry głos starej Amerykanki, żądającej 
pokoju   z   widokiem   na   jezioro.   Czując   na   sobie   błagalny 
wzrok Olgi, która nie znosiła natarczywych gości, wyjaśniłam, 
że   nie   mamy   takiego   pokoju.   Spodziewałam   się,   że   Mark 
odejdzie   podczas   załatwiania   przeze   mnie   tej   kłopotliwej 
sprawy.  Nie   ruszył   się   jednak   z   miejsca   i   patrzył   na   mnie 
równie badawczo jak Olga.

background image

 - Czy zostaniesz, Mark? Zarezerwować ci pokój? Skinął 

głową i oparł się o kontuar.

 - Muszę z tobą porozmawiać - powiedział cicho. Unikał 

mojego wzroku.

 - Czy coś się stało w domu? Przytaknął.
  -   Czy   jest   tu   jakieś   spokojne   miejsce,   gdzie   można 

porozmawiać?

Szepnęłam   kilka   słów   do   Olgi   i   opuściłam   recepcję. 

Zaprosiłam Marka do cocktail - baru, wiedząc, że o tej porze 
będzie   niewielu   gości.   Usiadłam   przy   stoliku.   Lustra, 
żyrandole i smukłe kolumny wspierające strop sprawiały, że 
czułam się tam jak w szklanej klatce.

Obserwowałam   Marka,   gdy   stał   przy   barze   i   zamawiał 

drinki. Był świetnie zbudowanym, barczystym i postawnym 
mężczyzną.   Zamyśliłam   się.   Przypomniał   mi   się   list,   który 
otrzymałam od mojej siostry Camilli.

Na   nowo   rozbudziła   się   we   mnie   tęsknota   za   domem. 

Często śniłam po nocach, że siedzę pod drzewem orzechowym 
w ogrodzie ojca i liczę pąki róż. Budziłam się wtedy, czując 
na   wargach   słony   smak.   Marzyłam,   aby   to   była   sól 
przyniesiona przez wiatr wiejący na plaży w Eastands, lecz 
niestety dobrze wiedziałam, że to moje łzy.

Mark usiadł obok mnie.
 - Czy ojciec jest chory? - spytałam.
  - Nie, tylko bardzo niepokoi się o Camillę. - Przerwał, 

wstrząsając whisky w szklance. - Odeszła. Znikła.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
 - Żartujesz. Potrząsnął głową.
 - Ona i Hedley. Oboje.
  -   Na   Boga,   Mark,   powiedz,   co   się   stało?   Spojrzał   mi 

prosto w oczy.

Uznałam, że jest jeszcze przystojniejszy, niż wówczas gdy 

widziałam   go   po   raz   ostatni.   Położył   na   mojej   ręce   silną, 

background image

opaloną dłoń i uśmiechnął się, chcąc jakby podnieść mnie na 
duchu, co, niestety, nie wydało mi się zbyt szczere.

 - Kilka miesięcy temu Hedley kupił nowy jacht. Bardzo 

chciał   go   wypróbować   i   trzy   tygodnie   temu   zdecydował   z 
Camillą, że wybiorą się na ryby na naszą wyspę. - Zamilkł. - 
Chyba ją pamiętasz? - odezwał się po chwili.

 - Oczywiście.
 - Zamierzali tam zostać trzy lub cztery dni, lecz kiedy nie 

zjawili   się   po   tygodniu,   zaczęliśmy   się   niepokoić.   Szalał 
wtedy   sztorm.   Twój   ojciec   odchodził   od   zmysłów. 
Powiadomił straż przybrzeżną. Przeszukali cały obszar wokół 
wyspy   i   nic   nie   znaleźli.   Wtedy   wynajął   helikopter,   by 
rozszerzyć zasięg poszukiwań, lecz nigdzie nie było po nich 
śladu.

 - Nie myślisz chyba...?
 - Nie wiem, Romaine.
Przygnębienie   Marka   powinno   wzbudzić   moje 

współczucie,   jednak   tak   się   nie   stało.   Byłam   na   siebie 
wściekła, że biernie akceptuję tę sytuację.

 - Przecież musimy coś zrobić! - krzyknęłam w końcu.
  -   Naprawdę   cię   to   obchodzi?   -   Zauważyłam   gniewny 

błysk w jego oczach.

 - Oczywiście. Camilla jest moją siostrą...
 - A Hedley?
  -   Los   męża   mojej   siostry   też   nie   jest   mi   obojętny   - 

wymamrotałam wściekła.

Wyraz   twarzy   Marka   zmienił   się.   Nie   był   to   miły, 

przyjazny uśmiech, jaki dobrze znałam, lecz dziwny grymas, 
który   wykrzywił   mu   usta.   Nie   zapomniał,   że   Hedley 
przyczynił się najbardziej do mojego wyjazdu z Eastands.

 - Twój ojciec sądzi, że zdołam przekonać cię, byś wróciła 

do domu.

 - Wróciła do domu! - powtórzyłam.

background image

 - Potrzebujemy cię.
Przygwoździły mnie te słowa. Dokładnie to samo napisała 

Camilla w liście, który tak mnie zaniepokoił.

  - Nie rozumiem - odrzekłam powoli. - Dostałam list od 

Camilli zaledwie tydzień temu.

 - Nie zwróciłaś uwagi na stempel pocztowy?
  -   Eastands,   szósty   maja.   Lotniczy.   Otrzymałam   go   po 

kilku dniach, choć siostra napisała go trzy tygodnie wcześniej.

 - Wyjechali z Eastands dwudziestego siódmego kwietnia - 

powiedział.

 - Niewykluczone, że wysłał go ktoś inny. Znasz Camillę. 

Pewnie poprosiła kogoś, by się tym zajął.

Mark zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.
 - Wolę nie myśleć, kogo...
 - Czy to ważne?
 - Być może. - Przez chwilę patrzył na mnie bez słowa. - 

Była nieszczęśliwa - dodał, przesuwając niepewnie dłonią po 
swych jasnych włosach.

Czego   oczekiwał?   Że   będę   płakać   nad   nieszczęściem 

Camilli   po   trzech   okropnych   latach,   które   spędziłam   na 
wygnaniu?   Jak   mogłam   inaczej   myśleć   o   tych   wszystkich 
tygodniach,   miesiącach,   ba,   nawet   latach,   w   ciągu   których 
przenosiłam się z jednego obcego miasta do drugiego, coraz 
rozpaczliwiej walcząc z tęsknotą za domem.

 - Jeśli Camilla tak cierpiała, to mogę się założyć, że sama 

była temu winna - odrzekłam.

  - Nie starasz się zrozumieć, co czuła, prawda? Musiała 

być w bardzo złej kondycji, skoro do ciebie napisała.

 - Już dawno doszłam do tego samego wniosku.
 - Co było w liście? - zapytał.
 - Prosiła, bym wróciła do domu. Mark zgasił papierosa i 

uśmiechnął się.

 - Ojciec cię potrzebuje.

background image

 - Da sobie radę - powiedziałam.
 - Twoim obowiązkiem jest...
 - Nie bądź taki pompatyczny, Mark.
 - Czy pomyślałaś, co się dzieje z hotelem Hedleya? Chyli 

się ku upadkowi...

 - To nie moje zmartwienie.
  -   Romaine,   chyba   cię   to   jednak   obchodzi?   Powinnaś 

wrócić...

  - Dlaczego tak interesują cię moje sprawy rodzinne? - 

Zaczynał mnie irytować. - Co mają tu do rzeczy uczucia ojca? 
A jeśli chodzi o hotel Hedleya, nie zależy mi...

 - Dwudziestu ludzi straci pracę - przerwał rozgniewany.
 - Niech się tym zajmie menedżer.
 - Gdybyś choć trochę myślała o Camilli i Hedleyu, wtedy 

na pewno chciałabyś przejąć „Ashlings".

  - I pożegnać się z pracą tutaj? Przebyłam długą drogę, 

nim   zostałam   główną   recepcjonistką   i   asystentką   Monsieur 
Clauda.

  -   Mogłabyś   zostać   szefową   hotelu   „Ashlings"   -   rzekł 

Mark.

Popatrzyliśmy na siebie. Być szefową hotelu „Ashlings". 

Ta   myśl   mnie   ożywiła.   Lata   ciężkiej   pracy   nieoczekiwanie 
nabrały   sensu.   Uświadomiłam   sobie,   że   tak   ochoczo 
poznawałam tajniki hotelarstwa, gdyż chciałam w przyszłości 
prowadzić własny hotel. Pragnęłam osiągnąć sukces. Czy było 
coś   lepszego   od   hotelu,   który   należałby   do   mnie,   gdybym 
poślubiła   Hedleya?   Dlaczego   się   wahałam?   Czy   straciłam 
odwagę, by podjąć śmiałą decyzję, kiedy wreszcie nadeszła 
odpowiednia chwila?

Wiedziałam, że Mark chce, bym się zgodziła. To było dla 

mnie   niezrozumiałe.   Wyczuwałam   niebezpieczeństwo. 
Próbowałam przekonać siebie, że zajęłabym się hotelem, aby 
wypróbować   zdobyte   umiejętności.   Camilla   i   Hedley   z 

background image

pewnością wkrótce wrócą i skończy się czas mojej chwały. I 
co dalej?

A może oni nigdy nie wrócą?  I nie dadzą już żadnego 

znaku   życia?   Może   woda   wyrzuciła   ich   ciała   na   jakiś 
zapomniany brzeg i nikt ich nigdy nie znajdzie?

Wzdrygnęłam   się,   przeklinając   w   duchu   wybujałą 

wyobraźnię.

Mark nie dawał za wygraną.
  -   Rozumiesz   chyba,   jakie   to   ważne,   żeby   zarządzanie 

hotelem przejął ktoś z rodziny.

 - Nie.
 - Romaine...
 - Nie chcę zajmować miejsca Camilli.
  -   Nie   będziesz.   Ona   nie   brała   udziału   w   prowadzeniu 

hotelu.

 - Nie to miałam na myśli.
„A właściwie po co?" - pomyślałam.
  -   Nie   będziesz   łatać   dziur.   Mówię   ci,   Romaine,   to 

odpowiedzialna praca. Prawdziwe wyzwanie.

 - Nie chcę wchodzić w ich życie.
  - Głupstwa. Jeżeli nie wrócą... - Spojrzał mi  prosto w 

oczy.

Więc   to   było   sedno   sprawy.   Ogarnął   mnie 

obezwładniający strach. Może Camilla utonęła i nigdy już jej 
nie zobaczę? Rozstałyśmy się przed trzema laty w gniewie i 
nienawiści. Teraz zaczęłam tego żałować. Wzajemna wrogość 
między nami położyła się ponurym cieniem na moim sercu.

Przypomniałam   sobie   fragment   listu.   Czy   siostra 

wybaczyła   mi?   A   może   to   ona   potrzebowała   mojego 
przebaczenia?   Czy   te   nieśmiałe   słowa   były   podyktowane 
pragnieniem   pojednania   i   odnowienia   wzajemnych 
stosunków?

 - Muszą wrócić - powiedziałam stanowczo.

background image

 - Jedź ze mną, Romaine. Potrząsnęłam głową.
Mark był zbyt dumny, by błagać mnie, żebym wróciła do 

domu. Wiedziałam o tym doskonale.

 - Jest jeszcze jeden powód. Najważniejszy ze wszystkich: 

chłopiec. Jest zrozpaczony.

 - Chłopiec? Jaki chłopiec?
 - Ojciec z pewnością wspominał ci o Paulu.
  - A powinien? Kim jest Paul? - Ciekawość wzięła górę 

nad ponurymi myślami, które mnie osaczały.

  -   To   syn   przyjaciela   Camilli   i   Hedleya.   Ojciec   Paula 

mieszka w Paryżu, więc twoja siostra zajmowała się chłopcem 
podczas jego nauki w Randallstown College. Przywiązał się 
bardzo do Cam i nie może uwierzyć, że ona już nigdy nie 
wróci.

  -   Jest   nieodpowiedzialna.   Jak  śmie   igrać   z   uczuciami 

dziecka?

 - Kocha go na swój sposób - przerwał mi Mark. Camilla 

była zaborcza, a jej uczucia płytkie i zmienne.

Ale ludzie uwielbiali moją siostrę, miała wielu przyjaciół i 

znajomych.

 - Myślałem, że poruszy cię los Paula - powiedział Mark 

nieśmiało.

To był jego as atutowy i zagrał nim spokojnie, jak gdyby 

nie zależało mu na wygranej. Domyślał się, że kieruję się w 
życiu uczuciem, nie rozsądkiem, lecz lata wygnania czegoś 
mnie   nauczyły   i   nie   chciałam   uwikłać   się   znowu   w 
niekorzystną dla siebie sytuację.

Na   nic   się   nie   zdały   prośby   Marka.   Irracjonalnie 

odmawiałam powrotu do Anglii następnego dnia.

A gdyby ojciec poprosił mnie, bym wróciła?
Zrobił to. Telefonicznie.
Dźwięk jego głosu rozbudził we mnie tęsknotę za domem 

rodzinnym.

background image

  -   Romaine!   Czy   możesz   wziąć   kilka   tygodni   urlopu? 

Quenton chyba ci powiedział, co się stało? Proszę cię, wróć do 
domu.

Odłożyłam   słuchawkę   i   stanęłam   przy   oknie,   z   którego 

roztaczał   się   widok   na   jezioro.   Uczucie   wdzięczności 
przepełniło moje serce. Prośba ojca pozwoliła mi z honorem 
zakończyć dobrowolne wygnanie.

Przypomniałam sobie rozmowę z siostrą. Było to trzy lata 

temu.  Cam  stała przed lustrem w naszym pokoju i upinała 
ślubny welon.

  -   Myślę,   że   dobrze   by   ci   zrobił   wyjazd  -  powiedziała 

ironicznym tonem.

 - Być może - odparłam. - I nie zamierzam wrócić, nim nie 

poprosi mnie o to rodzina.

Roześmiała   się   i   zrobiła   obrót   przed   lustrem;   jej   uroda 

zapierała dech.

 - To mało prawdopodobne - odrzekła. - Jak wyglądam?
Dławiły mnie łzy.
  - Nie płacz, Romy. Hedley powinien był wybrać ciebie. 

Jesteście bardzo podobni do siebie.

Cóż! Hedley nie mnie wybrał. Wolał ożenić się z moją 

piękną siostrą, a ja uciekłam, by nie patrzeć na ich szczęście.

Monsieur   Claud,   mój   szef,   niechętnie   udzielił   mi 

bezterminowego urlopu. Był człowiekiem interesu, ale okazał 
wiele   zrozumienia   dla   mojej   sytuacji   rodzinnej.   Utwierdzał 
mnie jednocześnie w tym, że dobrze robię, przejmując hotel 
szwagra. Kupił mi bilet i odwiózł mnie na dworzec.

W podróży nie wydarzyło się nic szczególnego. Dopiero 

w   chwili   gdy   pociąg   wjeżdżał   na   stację   w   Randallstown, 
uświadomiłam   sobie,   że   nie   uprzedziłam   ojca  o   swoim 
przyjeździe.   Wsiadłam   do   jedynej   taksówki   stojącej   przed 
dworcem i powiedziałam szoferowi, by zawiózł mnie do domu 
mego ojca, do Eastands.

background image

Samochód   przemknął   jak   strzała   przez   czteromilowy 

odcinek między Randallstown a Eastands, zwalniając tylko na 
podwójnym   zakręcie   w   Harbour   Square.   Nic   się   tu   nie 
zmieniło. Drzwi trzech sklepów były jak zwykle zamknięte, 
chroniąc   ich   wnętrza   przed   wiatrem.   Restauracja   „Pod 
Homarem" eksponowała tę samą co przed laty tandetną sieć 
rybacką,   rozpiętą   w   oknie,   ze   sztucznym   homarem 
uwięzionym   w   niej   jakby   na   całą   wieczność.   Minęliśmy 
tawernę i zatrzymaliśmy się przed domem.

Słońce odbijało się w umieszczonej na bramie mosiężnej 

wizytówce z nazwiskiem ojca. Zapłaciłam za kurs, a kierowca 
zaniósł mój bagaż na ganek. Przypomniałem sobie te radosne 
dni, gdy po zakończeniu semestru przyjeżdżałam z Camillą ze 
szkoły.

„Nareszcie   w   domu!",   wołałyśmy,   biegając   wokoło. 

Ściskałyśmy Tizera, żółtego kundla, którego uwielbiałyśmy. 
Potem wpadałyśmy do gabinetu ojca. Na koniec pędziłyśmy 
do kuchni, by zatańczyć z Hanną Rycraft.

  -   Jesteś   w   samą   porę.   -   Hanna   otworzyła   drzwi, 

przywracając mnie do rzeczywistości.

  -   Przybyło   ci   zmarszczek!   -   Objęłam   ramionami   jej 

kościste ciało i ucałowałam policzki, pomarszczone jak skórka 
starego jabłka.

  - Bardzo schudłaś, Romy. Nic dziwnego, brakowało ci 

porządnej kuchni. - Pociągnęła nosem, a ja nie byłam pewna, 
czy   powstrzymuje   łzy,   czy   wyraża   właściwą   tylko   sobie 
pogardę dla cudzoziemskich potraw. - Ojciec jest w gabinecie 
- dodała.

Przeszłam przez korytarz i otworzyłam drzwi.
  -   Tatusiu!   -   Siedział   zgarbiony   przy   biurku,   ale   kiedy 

usłyszał mój głos, podniósł głowę.

Patrzyłam   na   niego   wstrząśnięta,   wydawało   mi   się,   że 

ujrzałam nieznajomego.

background image

 - Tatusiu - powtórzyłam bezradnie, nie mogąc uwierzyć, 

że tak się postarzał w ciągu ostatnich trzech lat.

Zerwał   się   z   miejsca,   a   ja   podbiegłam   do   niego.   Objął 

mnie   mocno.   Przytuliłam   się   do   jego   piersi,   słuchając   jak 
ojciec cicho szepcze moje imię.

  - Pozwól mi spojrzeć na siebie - powiedział i odsunął 

mnie na odległość wyciągniętej ręki.

Powstrzymując łzy, uśmiechnęłam się.
  -   Przynajmniej   jedna   z   moich   córek   wróciła   -   rzekł 

półgłosem.

  - Camilla  też  wróci  - wymamrotałam.  - Musi. Czy  są 

jakieś wieści o nich?

 - Nie - odrzekł, wypuszczając mnie z objęć. Usiedliśmy. 

Zobaczyłem,   że   zielone   zasłony   są   tylko  częściowo 
zaciągnięte;   nie   wpuszczając   w   pełni   słonecznego   blasku, 
rzucały cień na fotografię Camilli stojącą na biurku.

 - Quenton powiedział, że dostałaś od niej list. Czemu nie 

przyszła do mnie, skoro potrzebowała pomocy?

„Może ojciec nie potrafił jej wtedy w niczym pomóc" - 

pomyślałam.

 - Gdyby potrzebowała pomocy, na pewno zwróciłaby się 

do ciebie. Tato, na miłość boską, to nie twoja wina.

 - Jak mogę myśleć inaczej? Może wszystko lepiej by się 

ułożyło, gdyby wasza matka nie odeszła.

 - Wątpię. Matka opuściła nas, bo zakochała się w innym 

mężczyźnie. - Wiele lat temu pogodziłam się z utratą matki. - 
Zresztą   nic   by   na   to   nie   poradziła,   że   obie   pokochałyśmy 
Hedleya   Peake'a.   Ty   zawsze   byłeś   przy   nas,   gdy   cię 
potrzebowałyśmy.

  - Pozwoliłem ci odejść. Ale myślałem, że tego właśnie 

pragniesz.

Dotknęłam jego ręki i uśmiechnęłam się.
 - Wyszło mi na dobre.

background image

Ścisnął lekko moje palce i zapomniałam na chwilę, że nie 

jestem i nigdy nie byłam jego ulubienicą. Euforia nie mogła 
trwać długo.

 - Zajmiesz się hotelem - rzekł dobitnie.
 - Niczego jeszcze nie postanowiłam. Zmarszczył brwi.
 - Oczywiście, jeżeli uważasz, że nie potrafisz...
 - Och, potrafię - przerwałam mu. - Rzecz w tym, czy tego 

chcę.

Wstałam,   podeszłam   do   okna   i   pociągnęłam   za   sznurki 

wiszące przy zasłonach. Rozsunęły się, a pokój napełnił się 
słońcem.

 - Nie mam żadnych zobowiązań wobec Hedleya Peake'a - 

powiedziałam, spoglądając przez okno na drzewo orzechowe.

  -   Gdyby  twoja   siostra   choć   trochę   cię   obchodziła,   nie 

sprzeciwiałabyś się teraz.

  -   Oczywiście,   że   mnie   obchodzi.   -   Zaczynałam   się 

denerwować.   -   Prowadzenie   hotelu   „Ashlings"   nie   ma   nic 
wspólnego z uczuciem, które żywię do Camilli. To sprawa 
między Hedleyem a mną.

  -   Ale   to   przecież...   -   Wyglądał   na   zdziwionego,   a   ja 

uśmiechnęłam się.

  - To przecież stara historia, o której trzeba zapomnieć - 

dokończyłam za niego.

Czy rzeczywiście? Nie wiedziałam, jak zareagowałabym, 

widząc znowu Hedleya. Może tylko mi się zdawało, że rana 
już się zagoiła.

Nasze   spojrzenia   spotkały   się.   Zawstydzona   spuściłam 

wzrok.

 - Moja mała dziewczynka...
 - Zapomniałam - powiedziałam gniewnie.
  -   Więc   o   co   chodzi?   -   Zaczynał   się   niecierpliwić. 

Psychologia nigdy nie należała do jego mocnych stron. Był 
tylko lekarzem ludzkich ciał.

background image

Nie umiałam wyrazić w słowach przeczucia, jakie mnie 

dręczyło. Wiedziałam jednak, że nie chcę się mieszać w żaden 
sposób we wspólne życie Camilli i Hedleya. Może bałam się, 
że będzie mnie to zbyt wiele kosztowało.

  -   Spróbuj,   Romaine.   Quenton   twierdzi,   że   hotelem 

powinien   zarządzać   ktoś   znający   się   na   rzeczy.   Przecież 
zawsze byłaś osobą, która pomagała kulawym psom...

 - Obcym...
Potrząsnął   głową.   Pomyślałam,   że   muszę   być   czujna. 

Ojciec   był   zbyt   natarczywy,   podobnie   jak   Mark   Quenton. 
Dlaczego?   Ciekawość   powoli   przezwyciężyła   moje 
wcześniejsze   opory.   Wiedziałam   oczywiście,   że   ludzie   nie 
znikają bez powodu, a gdyby owe powody mogły zaszkodzić 
rodzinie, któż mógłby je odkryć i zbadać lepiej niż ja?

 - Spróbuję. Ale tylko przez parę tygodni - powiedziałam.
Odetchnął z ulgą, a mnie nagle ogarnął gniew. Tatuś nie 

dbał o to, w co mnie wplątuje, dopóki nie szkodziło to jego 
ukochanej   Camilli.   Mogłam   jeszcze   zmienić   decyzję,   lecz 
zadzwonił telefon.

Ojciec odczekał kilka sekund i podniósł słuchawkę.
 - Doktor Mortimer - odezwał się.
Wziął   ołówek   i   zanotował   parę   słów   swoim   drobnym 

pismem.   Wydał   przez   telefon   kilka   poleceń   i   odłożył 
słuchawkę.

 - Dzwonili ze szpitala. Muszę jechać. - Jego ręka zastygła 

w powietrzu nad telefonem. - Ty, oczywiście, zostaniesz w 
hotelu. Przekazałem recepcjonistce, aby nikt nie zakłócał ci 
spokoju.

Zakładał, że zaakceptowałam jego plan, mnie zaś znów 

naszła pokusa, by natychmiast wracać do Zurychu.

 - Nie wiem. To zależy od tego, gdzie mieszka Paul.
  -   Nie   rozumiem   -   odrzekł   ojciec.   -   Camilla   zatrudnia 

dziewczynę, która opiekuje się chłopcem i prowadzi dom.

background image

  -   Czy   jest   jakiś   powód,   dla   którego   nie   powinnam 

zamieszkać w domu Camilli?

  - Nie ma po prostu takiej potrzeby. Paul jest pod dobrą 

opieką, zresztą napisałem do jego ojca, informując go o tym, 
co się stało.

  - Ale Mark mówił, że Paul jest zrozpaczony. Podobno 

uwielbia Camillę.

  -   Nonsens.   -   Głos   ojca   był   nieprzyjemny.   -   Jest   w 

trudnym wieku; ma chyba jedenaście lat.

  -   Wolałabym   jednak   zamieszkać   w   domu   Camilli   - 

nalegałam.

 - Myślę, że to nie będzie dla ciebie zbyt wygodne.
  -   Dom   znajduje   się   tak   blisko   hotelu.   Przez   trzy   lata 

mieszkałam w wynajętych pokojach. Teraz chcę zamieszkać 
w domu swojej siostry.

Ojciec   zniecierpliwiony   wzruszył   ramionami.   Dlaczego 

tak się denerwował?

 - Dobrze! Podrzucę cię tam w drodze do szpitala. Tylko 

nie   przejmuj   się   zbytnio   Paulem.   To   dość   skomplikowane 
dziecko.

Choć   niełatwo   było   mi   w   to   uwierzyć,   zaczęłam 

podejrzewać, że ojciec był zazdrosny o Paula. A może istniał 
jakiś inny powód, dla którego tatuś chciał go trzymać z dala 
ode mnie?

Słysząc nadjeżdżający samochód, Paul wybiegł z domu. 

Był   szczupłym   i   drobnym   chłopcem.   Miał   czarne   włosy 
przycięte na pazia. Wielkie, ciemne oczy były ozdobą jego 
delikatnej twarzy.

 - Cześć, Paul - powiedziałam, wysiadając z samochodu.
Spojrzał na mnie ukradkiem.
  - Czy wiesz, kiedy wróci Camilla?  Maisie mówiła, że 

możesz wiedzieć.

background image

Pokręciłam głową i podeszłam do bagażnika, by pomóc 

ojcu wypakować walizki. Paul szedł za nami.

 - Zostaniesz tutaj? - zapytał.
 - Tak. - Dziwne, jak szybko dał mi odczuć, że jestem tutaj 

intruzem. Nawet nie zdążyłam przekroczyć progu tego domu. 
Zdawało mi się, że między nim a moim ojcem istnieje jakieś 
tajemne   porozumienie.   Czy   oni   obaj   nie   chcieli,   abym   tu 
mieszkała? Może obawiali się, że będę próbowała zastąpić im 
Camillę?

Paul zaprowadził nas do domu, wołając Maisie. Wybiegła 

z kuchni i uśmiechnęła się na powitanie.

 - Miło mi panią widzieć, panno Mortimer. Chyba dobrze 

zrobiłam, wysyłając list od pani Peake. Znalazłam go w jej 
pokoju na stoliku.

Uścisnęła   mocno   moją   dłoń.   Była   młoda   i   pulchna. 

Emanowało z niej ciepło.

 - Oczywiście - odrzekłam.
Paul stał w drzwiach, obserwował mnie.
 - Dom bez Camilli jest pusty - powiedział.
Maisie puściła moją rękę; nie ukrywała zdenerwowania.
  -   Teraz   nie   będzie   pusty,   gdyż   przyjechała   panna 

Mortimer.

  - Zostaniesz tylko do powrotu Camilli, prawda? - rzekł 

Paul. - Musieli zboczyć z kursu w czasie burzy. Ona niedługo 
wróci.

Sądziłam, że Maisie powie coś, co wszystkich uspokoi. 

Zaciskając usta, patrzyła na chłopca, który nagle podbiegł do 
niej i przytulił się.

 - Powiedz, że wróci.
Odsunęła go i zwróciła się do mnie.
 - Czy pokazać pani pokój? To ten na parterze, chyba go 

pani zna?

 - Nie. Jestem tutaj po raz pierwszy.

background image

Podniosłam   dwie   walizki.   Maisie   wzięła   resztę   bagażu, 

poprowadziła  mnie  przez  krótki  korytarz  i  otworzyła  drzwi 
znajdujące się na końcu.

 - Z widokiem na morze - powiedziała, stawiając walizki. - 

Chłopiec jest bardzo zmartwiony...

 - Rozumiem.
  -  Łazienka jest za tymi drzwiami. Czy mogę w czymś 

pomóc?

Potrząsnęłam głową. Kobieta wyszła, zamykając drzwi.
Okna   były   otwarte   na   oścież.   Na   stoliku   stał   wazon 

czerwonych róż. Pomyślałam, że ten pokój, mimo kwiatów i 
znajomego szumu morza, jest mi tak samo obcy jak wszystkie 
inne, w których mieszkałam przez ostatnie trzy lata. Stanęłam 
przy oknie, rozglądając się wokół, szukając śladów obecności 
Camilli.   Pomyślałam,   że   nasze   pokrewieństwo   sprawi,   że 
znajdę   się   wreszcie   w   miejscu,   które   będę   mogła   nazwać 
domem. Myliłam się jednak. Pokój okazał się nieprzytulny, 
przeznaczony dla przypadkowych gości.

Zdałam sobie sprawę ze swojej samotności i starałam się 

spojrzeć   na   siebie   obiektywnie.   Przyzwyczaiłam   się 
przebywać w obcych miejscach i pokojach. Dlaczego miało 
być inaczej w domu mojej siostry?

Pukanie   do   drzwi   przerwało   moje   rozmyślania.   Paul 

wszedł do pokoju.

  - Maisie powiedziała, że zaraz poda herbatę. Czy mogę 

wpuścić psy?

Słyszałam   uporczywe   drapanie   w   drzwi,   które   zaraz 

otworzyły się szeroko. Złocisty labrador i biały pudel wpadły 
do   środka,   skacząc   na   mnie.   Podniosłam   pudelka,   który 
radośnie oblizał moją twarz.

Paul położył się na łóżku. Uśmiechał się nieznacznie.
 - To Louis. Camilla twierdzi, że jest on potomkiem pudli 

należących   niegdyś   do   królów   francuskich.   A   to   Jason.   - 

background image

Pogłaskał głowę labradora. - Louis był psem Camilli, ale w 
końcu   podarowała   mi   go.   Jason   należy   do   wujka   Hedleya. 
Zabieram je codziennie na spacer po plaży, mam nadzieję, że 
pierwszy zobaczę powracający jacht.

Psy   wskoczyły   na   łóżko.   Chłopiec   spojrzał   na   mnie 

badawczym wzrokiem. Ale nie zaprotestowałam.

  - Maisie uważa, że psy nie powinny leżeć na łóżku, ale 

tak naprawdę to myślę, że ona ich nie lubi.

Wstał i podbiegł do okna.
 - Czy mam cię nazywać ciocią?
 - Nie.
 - Myślałem, że masz czarne włosy, wielkie złote kolczyki 

w uszach i umiesz wróżyć. Twoja siostra mówi, że z natury 
jesteś cyganką. Czy to prawda, że nigdzie nie zatrzymujesz się 
na dłużej? Ja odwrotnie. Chcę zostać tu na zawsze z Camillą. 
Nie wiem, co zrobię, jeśli nie wróci.

Powiedział te słowa bardzo poważnie. Potem przywołał 

psy i wybiegł z pokoju, nie zamykając za sobą drzwi.

Zamknęłam   je   sama,   zdjęłam   kurtkę,   położyłam   ją   na 

łóżku i otworzyłam jedną z walizek. Postanowiłam, że muszę 
uczynić   ten   pokój   przytulnym,   naznaczyć   go   swoją 
obecnością.   Wyjęłam   szczotkę,   grzebień,   kosmetyki   i 
postawiłam   je   na   toaletce.   Zerknęłam   na   lustro,   próbując 
dojrzeć cygańskie cechy, o których mówiła Camilla.

Zobaczyłam jedynie krótkie, brązowe włosy, orzechowe, 

równe brwi i lekko opaloną twarz. W moim spojrzeniu nie 
było nic cygańskiego. A w duszy? Tułałam się po świecie z 
konieczności   czy   też   wynikało   to   z   mojej   natury?   Czy 
chciałam, jak Paul, pozostać w Eastands na zawsze? Czy tu 
znalazłabym swoje szczęście?

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
W   czasie   mojej   nieobecności   w   „Ashlings"   nic   się   nie 

zmieniło.   Za   zielonymi,   okutymi   mosiądzem   drzwiami 
znajdowała   się   kuchnia,   spiżarnia,   pokój   dla   personelu   i 
toalety. Drzwi kołysały się na dobrze naoliwionych zawiasach. 
Zatrzymałam   się   na   chwilę,   przysłuchując   się   dobiegającej 
rozmowie   z   pokoju   służbowego.   Wybrałam   przerwę   na 
poranną   kawę   jako   odpowiedni   moment   do   zawarcia 
znajomości z pracownikami Hedleya.

Zdenerwowana,   otworzyłam   wreszcie   drzwi.   Siedzący 

odwrócili głowy, głosy ucichły. Niemal  fizycznie odkryłam 
ich niechęć.

  - Dzień dobry. - Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie. 

Nie   było   żadnego   odzewu.   Wiedziałam   już,   że   popełniłam 
pierwszy   błąd.   Powinnam   była   wzywać   ich   pojedynczo   do 
biura   Hedleya.   Za   późno   jednak   było   na   odwrót,   weszłam 
więc do środka.

Zapadła grobowa cisza, lecz ja już zaczynałam oswajać się 

z sytuacją.

 - Większość z was chyba wie, że jestem szwagierką pana 

Peake'a i mam prowadzić hotel w czasie jego nieobecności. - 
Przerwałam, licząc na to, że ktoś skruszy mur wrogości.

  - Chcemy tylko dostać nasze pieniądze. - Otyła kobieta 

zwróciła się do mnie. Jej małe, świńskie oczka zwęziły się. - 
Nie   dostajemy   pieniędzy   od   trzech   tygodni.   Chcemy   też 
wiedzieć, kiedy wróci pan Peake.

  -   Dostaniecie   całą   wypłatę   -   odrzekłam   -   nie   wiem, 

niestety, kiedy wróci mój szwagier.

 - Co z naszą pracą? Dzieje się tutaj coś dziwnego i mamy 

prawo żądać wyjaśnień. - Wstała z krzesła.

Miałam   nadzieję,   że   siadając   z   powrotem,   nie   trafi   na 

siedzenie   obrotowego   krzesła   i   zwali   się   na   podłogę. 
Puszczając   wodze   fantazji   i   wyobrażając   sobie   zamieszanie 

background image

wywołane   tym   wyimaginowanym   zdarzeniem,   nie 
uchwyciłam sensu następnego zdania.

 - Dobrze. Powiedziałaś już swoje, Perkins! - Kuchmistrz 

wystąpił   naprzód.   Przesunął   wysoką,   białą   czapkę   na   tył 
głowy,   jego   blada   twarz   nie   wyrażała   żadnych   emocji.   W 
dłoni trzymał cienkie, czarne cygaro.

 - Mam prawo z nią rozmawiać! - krzyknęła Elsie Perkins i 

spojrzała na kucharza. - Znam ją od dziecka. Zawsze kręciła 
się koło pana Hedleya.

Patrzyłam   na   nią   zdumiona.   Nie   mogłam   sobie 

przypomnieć, bym kiedykolwiek w życiu ją widziała.

 - I nie powiesz mi - ciągnęła - że nie jest wtajemniczona 

w tę sprawę.

  -   Wtajemniczona?!   -   powtórzyłam,   patrząc   na   nią   z 

przerażeniem.

  -   To   zmowa   -   powiedziała,   podnosząc   ręce,   a 

postrzępiona koronka wysunęła się spod fartucha.

Szef kuchni był moją jedyną nadzieją. Patrzył na Elsie z 

nienawiścią. Kobieta parsknęła pogardliwie.

  - Nie gap się tak na mnie, Desmond. Nie ty jesteś teraz 

ważny tylko ona.

Wskazała na mnie palcem. Musiałam teraz podjąć szybką 

decyzję.

 - Chcę was wszystkich poznać. Na razie proszę, abyście 

wrócili do swojej pracy. - Odprawiłam ich ruchem ręki.

Nikt   nie   zareagował.   Pokój   wypełniała   przytłaczająca 

cisza.

 - Ruszcie się! - Od głosu mistrza zadrżały szyby. Zaczęli 

podnosić   się   z   krzeseł   opieszale.   Pokojówki,  kelnerki, 
kelnerzy,   pomoce   kuchenne;   indywidualności,   które   muszą 
zgrać   się   we   wspólnej   pracy,   a   ja   mam   nią   kierować   i 
nadzorować.

background image

  - Uff! - Usiadłam na obrotowym krześle Elsie Perkins. 

Zamknęły się drzwi i zostałam w pokoju z szefem kuchni.

 - Perkins ciągle gada o swoich prawach. Nie jest jednak 

taka zła.

  -   Z   pewnością   ma   destrukcyjny   wpływ   na   personel. 

Chyba pracuje tu dość długo?

  -   Czterdzieści   lat.   Zaczęła   jako   młoda   dziewczyna.   - 

Nieoczekiwanie uśmiechnął się, aż w jego policzkach ukazały 
się dołki.

 - A pan?
 - Wystarczająco długo. - Strzepnął popiół do wypełnionej 

niedopałkami   popielniczki   i   podszedł   do   okna.   Wyjrzał   na 
podwórze. Gdy się odwrócił, miał poważny wyraz twarzy.

  -   Skoczyła   pani   na   głęboką   wodę,   panno   Mortimer. 

Radziłem   panu   Quentonowi,   by   zatrudnił   tymczasowo 
menedżera,   ale   nie   chciał   o   tym   słyszeć.   Pani   rodzina   nie 
cieszy się teraz zbytnią sympatią. - Usiadł. - Właściwie już od 
dłuższego czasu.

 - Nie rozumiem.
 - Powinna się pani dowiedzieć o wszystkim, co od dawna 

psuje tu atmosferę.

  - O niczym nie słyszałam - powiedziałam impulsywnie, 

dotknięta dezaprobatą mistrza. - Chciałabym też wiedzieć, co 
ma wspólnego z hotelem pan Quenton.

 - Dużo. Jeśli wierzyć krążącym pogłoskom.
 - Jakim pogłoskom?
 - Niech pani sama go spyta.
  -   Zrobię   to   -   odparłam   ostro,   wściekła   na   Marka 

Quentona, że wciągnął mnie w to wszystko.

 - Naprawdę jest pani naiwna. - Uśmiechnął się mistrz. - 

Cóż, mam wobec pana Hedleya dług wdzięczności, więc może 
pani liczyć na moją pomoc. Temu miejscu grozi ruina. Nikt 
nie dba o hotel, a najmniej właściciel. - Pogłaskał nie ogolony 

background image

podbródek.   -   Postawienie   tego   na   nogi   nie   będzie   łatwą 
sprawą.   Zależy   głównie   od   tego,   czy   ma   pani   dość   silną 
motywację.

 - Oczywiście.
 - Ze względu na Hedleya? - Uśmiechnął się pobłażliwie.
Przygryzłam wargę.
 - Co pan ma na myśli?
 - Sądziłem, że tamta historia wciąż może boleć...
 - Moje układy ze szwagrem to nie pana sprawa.
  -   Nie   ma   pani   racji,   panno   Mortimer.   Personel   to 

zamknięta   społeczność,   szczególnie   w   hotelu   rodzinnym, 
takim jak ten. Wszyscy wiedzą, że pan Hedley popełnił błąd, 
żeniąc się z niewłaściwą osobą.

Zabrakło mi tchu.
 - Jak pan śmie! Szwagier kocha moją siostrę.
 - Z pewnością. I to go właśnie niszczy. Wstałam.
 - Nie mam ochoty na takie rozmowy. Roześmiał się.
  -   Była   pani   daleko   i   dużo   wody   upłynęło,   jak   mówi 

przysłowie. Przypuszczam, że ma pani sporo pomysłów i nie 
chce słuchać moich rad. Jednak dam pani jedną. Musi pani 
cieszyć się autorytetem i uważać na każdy swój krok.

Wstał i zdusił w popielniczce niedopałek cygara.
  -   Mam   nadzieję,   że   pani   sobie   poradzi   -   powiedział   i 

wyszedł z pokoju.

„Przeklęty   Mark   Quenton"   -   pomyślałam.   Podeszłam 

niespokojnie   do   okna   i   wyjrzałam   na   podwórze,   patrząc   z 
roztargnieniem na stojące tam śmietniki.

Dlaczego Mark przyleciał do Zurychu i skłonił mnie, bym 

wróciła do domu i zastąpiła Hedleya? Przez chwilę pragnęłam 
znaleźć   się   w   schludnym,   ładnie   umeblowanym   biurze   w 
Hotelu du Lac, lecz moja  uparta natura zwyciężyła. Byłam 
tutaj; zmiana podupadającego hotelu w miejsce atrakcyjne dla 

background image

turystów wydawała się zbyt kuszącym wyzwaniem, by go nie 
podjąć.

Pełna   energii   i   determinacji   wyszłam   z   pokoju, 

otworzyłam  zielone  drzwi  i  przeszłam  korytarzem  do biura 
Hedleya,   małego   pokoiku   za   recepcją.   Usiadłam   przy   jego 
biurku.   Spojrzałam   ponuro   na   stertę   nie   załatwionej 
korespondencji   i   powróciły   wątpliwości   i   podejrzenia. 
Przeglądając listy, zauważyłam, że wiele z nich zawiera tylko 
zgłoszenia rezerwacji. Dlaczego pozostały bez odpowiedzi?

Wezwałam   recepcjonistkę   i   czekałam,   bębniąc 

niecierpliwie palcami po biurku. Po paru minutach otworzyły 
się   drzwi   i   stanęła   w   nich   niepewnie   starsza,   siwowłosa 
kobieta.

  -   Wzywała   mnie   pani?   -   Kobieta   miała   bardzo   jasną 

karnację.

 - Tak, panno...
 - Pani Dawson.
Teraz poznałam ją po głosie. Weszła do pokoju i stanęła 

przy biurku.

 - Chciałabym złożyć wypowiedzenie - rzekła.
Jeśli oczekiwała jakiejś reakcji z mojej strony, zawiodła 

się.

  - Proszę wręczyć mi to na piśmie. Skoro pisze pani na 

maszynie listy pana Peake'a, proszę przepisać parę moich. Czy 
mogłaby pani przynieść terminarz i książkę rezerwacji?

Pani Dawson stała nieruchomo. Nasze spojrzenia spotkały 

się.

 - Pamięta mnie pani? - spytała drżącym głosem. Skinęłam 

głową.

Dawsonowie   prowadzili   w   Harbour   Square   sklep   ze 

słodyczami i tytoniem. On był niskim, okrągłym, jowialnym 
mężczyzną,   który   zawsze   śmiał   się   z   własnych   dowcipów. 
Znał   jedną   iluzjonistyczną   sztuczkę   -   chował   w   dłoni 

background image

szesciopensowkę, która znikała w tajemniczy sposób, po czym 
wyjmował z kieszeni sznur kolorowych chusteczek do nosa. 
Dzieci   uwielbiały   go.   Roztaczał   wokół   siebie   aurę   radości, 
którą pani Dawson umiała gasić jednym słowem. Nigdy nie 
ustalono,   jak   jego   ciało   znalazło   się   w   morzu   i   nikt   nie 
wiedział, czy żona pogodziła się z tą stratą.

Serce   zabiło   mi   szybko.   Czy   pani   Dawson   miała   być 

pierwszą osobą wystawiającą na próbę mój autorytet?

 - Musi pani zrozumieć, że nie mogę tu zostać, gdy nie ma 

pana Peake'a - powiedziała.

 - Skoro pani tak mówi.
 - Nie mogę pracować dla pani!
  -   Myślałam,   że   to   jest   możliwe.   Potrzebna   mi   każda 

pomoc.

Policzki pani Dawson zabarwił rumieniec. Zawahała się 

przez   moment,   po   czym   wyszła   energicznym   krokiem   z 
pokoju. Wróciła po paru sekundach z plikiem papierów pod 
pachą.

Odetchnęłam z ulgą.
 - Czemu te listy pozostały bez odpowiedzi?
  -   Odpisałam   na   kilka   najpilniejszych,   ale   pan   Peake 

powiedział, że zajmie się korespondencją po powrocie.

 - Z pewnością...
  -   Pytałam   pana   Quentona,   co   mam   robić.   Powiedział, 

żeby teraz nie przyjmować nowych zgłoszeń.

 - Dlaczego? Jest mnóstwo wolnych pokoi - stwierdziłam, 

przeglądając książkę rezerwacji.

Kobieta usiadła. Przygryzła wargi tak mocno, że ukazała 

się na nich plamka krwi.

  -   Ponieważ   pan   Hadley   już   nie   wróci.   Czuję   to.   - 

Dramatycznym gestem przycisnęła dłoń do serca. - Znajdą go 
na   jakimś   obcym   brzegu   jak   mojego   Alberta.   Morze   jest 
zawsze żądne ofiar.

background image

„Ona jest obłąkana'' - pomyślałam i przez krótką, straszną 

chwilę przeżywałam jej rozpacz jak swoją własną.

 - Nonsens. Nie wierzę, że moja siostra i jej mąż utonęli. 

Wrócą któregoś dnia i będą się dziwić, że robiono wokół ich 
zniknięcia tyle zamieszania.

 - A jeśli nie?
To pytanie zadał mi wcześniej Mark Quenton. Czy ludzie, 

którzy z Peake'ami mieszkali i rozmawiali na co dzień, wiedzą 
coś, czego ja nawet nie domyślam się?

  -   Dlaczego   pani   w   to   wątpi?   Są   doświadczonymi 

żeglarzami.

Kogo próbowałam przekonać? Chyba samą siebie. Po raz 

pierwszy odczułam wagę brzemienia, które kazano mi wziąć 
na   barki.   Traktowałam   dotąd   pracę   w   „Ashlings"   jako 
tymczasowe zajęcie, któremu poświęcę kilka tygodni swojego 
życia. A jeśli tak nie będzie? Może potrwa to parę miesięcy, a 
nawet lat?

Spojrzałam na panią Dawson. Ściskała nerwowo ołówek 

w dłoni.

 - Czy pani coś wie? - zapytałam podejrzliwie.
 - Nic - odpowiedziała bez przekonania. Chwilę walczyła z 

sobą, jakby ciężar tajemnicy stał się dla niej zbyt trudny do 
udźwignięcia. Wstała energicznie i wyciągając z kieszeni pęk 
kluczy, podeszła do ukrytego w ścianie sejfu. Otworzyła go i 
wyjęła plik papierów.

  -   Proszę   spojrzeć   na   te   nie   zapłacone   rachunki.   Na 

bilanse. - Pochyliła się nade mną, wskazując kolumnę cyfr.

  - Setki funtów zadłużenia wobec dostawców. Jeśli  nie 

zostaną szybko zapłacone, przestaną z nami współpracować.

„Tylko spokojnie" - pomyślałam przerażona.
  -   Zapewne   jest   powód...   -   Starałam   się,   by   mój   głos 

brzmiał pewnie i spokojnie.

background image

  -   Oczywiście.   Wyrzucanie   pieniędzy:   przyjęcia,   nowe 

toalety...

  - Pani Dawson, proszę... - Podniosłam dłoń, by uciszyć 

kobietę, lecz przypominała teraz wulkan buchający jadem i 
nienawiścią.

  -   Pan   Peake   nie   wróci   nie   tylko   z   powodu   tych 

rachunków. Są jeszcze listy.

 - Jakie listy?
 - Takie - powiedziała, rzucając je na biurko.
Były   przewiązane   wstążką   i   zaadresowane   czarnym 

atramentem do pani Camilli Peake. Dwa słowa w rogu były 
napisane atramentem: „Osobiste. Pilne".

 - Cóż - wycedziła pani Dawson.
Siedziałam   wpatrzona   w   listy,  czując   na   czole   kropelki 

potu.   Wytarłam   ukradkiem   wilgotne   ręce   w   spódnicę.   Nie 
wiedziałam, co się ze mną dzieje, czemu tak się boję. Czułam 
tylko, że odbieram fluidy pani Dawson.

 - Co zrobi pani z listami? - zapytała.
 - Nic.
 - Boi się pani je otworzyć, prawda? - zadrwiła. - Lepiej 

nie wiedzieć, do czego posunęła się pani siostra.

Doprowadzona   do   ostateczności,   uderzyłam   pięścią   w 

biurko.

 - Listy do mojej siostry to nie pani sprawa. Oburzają mnie 

te insynuacje.

Zgarnęła listy z biurka, włożyła je z powrotem do sejfu, 

zamknęła go i rzuciła mi klucz. Usiadła. Drżały jej ręce, gdy 
brała terminarz i ołówek.

  - A telefony? - powiedziała. - Codziennie. Zawsze  ten 

sam męski głos. Pyta, kiedy wróci pani Peake. Mówiłam o 
tym panu Quentonowi. Musiałam komuś powiedzieć. - Po raz 
pierwszy zadrżał jej głos.

background image

 - Następnym razem proszę przełączyć do mnie. Czy pan 

Quenton wie o listach i rachunkach?

Potrząsnęła   głową   przecząco.   Rumieńce   znikły   z   jej 

policzków, ożywienie zgasło, a twarz przybrała szary odcień.

  - Dlaczego nie?  Czy kieruje panią spóźnione poczucie 

lojalności wobec pracodawcy?

 - Pan Peake nigdy nie wątpił w moją lojalność - odrzekła 

ostro.   -   A   pan   Quenton   zawsze   cieszył   się   zaufaniem   pani 
Peake. Nie powierzyłabym mu żadnego sekretu. Pani też nie 
powinna.

Schyliłam głowę i zaczęłam przeglądać korespondencję. 

Podsunęłam recepcjonistce stos listów.

 - To musi być załatwione dzisiaj.
 - Naprawdę chce się pani tym zająć...?
 - Oczywiście. Po to tu jestem.
 - Ale myślałam...
  - Nie zniechęcam się łatwo. - Spojrzałam jej prosto w 

oczy. - Oczekuję również lojalności ze strony pracowników. 
Proszę   więc   powiedzieć   wszystkim,   że  nie  życzę  sobie,  by 
ktoś   choć   słowem   wspomniał   przy   gościach   o   zniknięciu 
Peake'ów. A jeśli usłyszę jakieś plotki, natychmiast zwolnię 
tych, którzy je rozgłaszają. Czy to jest jasne?

Skinęła głową.
  - Ale co mam powiedzieć gościom? Wielu pyta o pana 

Hedleya.

  - Proszę pobudzić swoją wyobraźnię. Sądzę, że jej pani 

nie   brakuje.   Zawsze   można   powiedzieć,   że   hotel   zmienił 
właściciela.   To   nie   będzie   kłamstwo.   Teraz   ja   jestem 
właścicielką.

  - Nie będę się tym przejmować. Odchodzę przy końcu 

tygodnia. Jest zbyt wiele...

Czekałam, aż zacznie mówić dalej.

background image

  -   Boi   się   pani   czegoś?   -   zapytałam,   wykazując   się 

cierpliwością.   Gdybym   nie   potrzebowała   jej   pomocy   w 
najbliższych   dniach,   odprawiłabym   ją   natychmiast.   -   Nie 
sądziłam, że pani tak łatwo ustępuje.

  -   Nic   pani   o   mnie   nie   wie.   Jesteśmy   sobie   obce   - 

przerwała, jej wargi drżały. - Chodzi o to - wybuchnęła - że 
nie mogę znieść pani obecności na tym miejscu!

 - Na miejscu Hedleya? - spytałam ironicznie.
  - Tak - wymamrotała. - Był takim poczciwym głupcem. 

Próbowałam go chronić przed ludźmi. Mówił często: „Mil" - 
mam na imię Mildred - „Mil, nie wiem, co bym zrobił, gdybyś 
odeszła".   Nie   rozumiem,   panno   Mortimer,   jak   mógłby 
zniknąć, nie mówiąc mi, że już nie wróci.

 - Na pewno zamierza wrócić i spodziewa się zastać panią 

tutaj.

 - Uważam, że powinnam odejść, nim będzie za późno.
 - Ja natomiast chcę zostać i rozwiązać tę zagadkę.
 - Bez mojej pomocy.
 - Nie potrzebuję pani pomocy i może pani odejść, jeśli nie 

boi się pani zawieść pana Peake'a. - Wstałam z miejsca.

Zerwała się i stanęła przede mną.
  - I zostawić go na pani łasce? Nigdy! Nie miałabyś dla 

niego litości, ty przeklęta kobieto! - wrzasnęła.

Podniosłam rękę, by uderzyć recepcjonistkę w twarz, lecz 

cofnęła   się   szybko   do   drzwi   i   otworzyła   je.   Oddychała 
nerwowo,   jej   twarz   wykrzywiał   straszliwy   grymas. 
„Nienawidzi mnie - przemknęło mi przez myśl. - Ale za co?"

 - Ma pani prawo mnie zwolnić - powiedziała.
„I   narazić   się   Hedleyowi   -   pomyślałam.   -   Jesteś 

mądrzejsza, niż sądziłam, Mildred Dawson".

 - Jeśli mnie pani przeprosi, postaram się zapomnieć o tym 

- zaproponowałam.

background image

Wahała się długo, zaczęłam więc myśleć, że oniemiała. 

Wreszcie   zdobyła   się   na   przeprosiny.   Przyjęłam   je,   choć 
wiedziałam,   że   ta   kobieta   będzie   mi   się   sprzeciwiać   przy 
każdej okazji.

Gdy zostałam sama w biurze Hedleya, zapaliłam papierosa 

i   zastanowiłam   się   nad   swoim   położeniem.   Zaczęłam 
podejrzewać, że Cam i Hedley zaplanowali swoje zniknięcie. 
Najbardziej interesowało mnie jednak, ile wie Mark Quenton. 
I   dlaczego   zwrócił   się   do   mnie?   Dlaczego   dałam   się   w   to 
wciągnąć?   Czy   naiwnie   wierzyłam,   że   mały   Paul   mnie 
potrzebuje? A może skłoniła mnie do tego własna wybujała 
ambicja?

Postanowiłam zadzwonić do Marka. Nie zastałam go, ale 

byłam pewna, że spotkam go w banku. Wcześniej umówiłam 
się z panem Bartonem, menedżerem bankowym, wyliczyłam 
sumę potrzebną na pokrycie zaległych wypłat i rachunków i 
poszłam do Harbour Square.

Pan Barton wprowadził mnie do swego biura. Pomyślałam 

naiwnie, że zostanę potraktowana jak klient, który dysponuje 
pokaźnym kontem.

  -   Proszę   usiąść,   panno   Mortimer.   -   Wskazał   krzesło 

umieszczone  dość  daleko od biurka, stwarzając dystans, by 
klienci zrozumieli swoją pozycję.

Uśmiechnęłam   się,   lecz   Barton   nie   popatrzył   nawet   na 

mnie. Usiadł i nacisnął jakiś przycisk.

  -   Proszę   przynieść   dokumentację   hotelu   „Ashlings"   - 

odezwał się.

Zdziwiłam się, że nie przygotował jej wcześniej, wiedząc, 

że   przyjdę.   Mój   szósty   zmysł   zaczął   wysyłać   do   mózgu 
sygnały ostrzegawcze.

 - Rozumiem - powiedział, sięgając po papier do pisania - 

że   nie   ma   pani   nadal   żadnych   wiadomości   o   siostrze   i 
szwagrze.

background image

 - Żadnych - przyznałam.
  -   Dziwna   sprawa   -   rzekł.   -   Bardzo   dziwna.   Zupełnie 

niewytłumaczalna, prawda?

Pomyślałam   o   pani   Dawson   i   jej   słowach,   że   morze 

zabiera nieszczęśliwych.

  -   Nie   wiem.   Był   wtedy   sztorm.   Mogli   utonąć   albo 

zawinąć do jakiegoś portu.

Możliwości   było   wiele.   Przychodziły   mi   do   głowy 

dziesiątki rozwiązań.

Akta   hotelu   były   pokaźne.   Otworzył   je   ostrożnie, 

wygładzając papiery wewnątrz segregatora.

 - Obawiam się, że nie ma zbyt dużo pieniędzy na koncie. 

Szczerze mówiąc, prawie wcale.

  -   Sezon   dopiero   się   zaczyna.   Przerwał   mi,   unosząc 

pulchną, białą dłoń.

  -   W   ciągu   ostatnich   sześciu   miesięcy   pan   Peake   stale 

podejmował duże kwoty gotówką. Uważam, że zaplanowali 
swoje zniknięcie.

  - To  śmieszne, panie Barton. Gdyby chcieli zacząć od 

nowa, mogli wszystko sprzedać i wyjechać za granicę.

Zrobił   dziwną   minę   i   stukał   lekko   w   akta   srebrnym 

ołówkiem.

 - Jak długo pani tu nie było, panno Mortimer?
 - Trzy lata - mruknęłam.
 - To kawał czasu.
Czułam się jak śpiąca królewna. Życie przepływało obok 

mnie i nawet o tym nie wiedziałam.

  -   Dużo   się   tu   zmieniło,   ale   niestety   nie   na   lepsze   - 

powiedział.

 - Co pan ma na myśli, panie Barton? - Moja cierpliwość 

zaczynała się wyczerpywać.

background image

Barton   był   jednak   człowiekiem   przestrzegającym   reguł, 

przesiąkniętym konwenansami właściwymi dla jego zawodu. 
Nigdy nie odpowiadał wprost.

  -   Jest   jeszcze   jedna   sprawa,   którą   trzeba   przemyśleć   i 

omówić - poinformował.

 - Nie wiem, o czym pan mówi.
 - Zaraz wyjaśnię. Pan Peake wziął pożyczkę. Gwarancją 

w tej transakcji jest hotel.

 - Kto udzielił pożyczki?
 - Nie mogę zdradzić nazwiska bez zgody tej osoby.
 - Proszę nie igrać ze mną, panie Barton. - Nie panowałam 

nad   sobą.   -   Nie   chciałam   mieszać   się   do   spraw   szwagra. 
Miałam dobrą pracę w Zurychu i zostałabym tam, gdyby nie 
Mark Quenton - przerwałam. - To Quenton, prawda?

Nagle wszystko się zmieniło. Czy Barton ma rację? Może 

istnieje   jakiś   ciemny   układ   między   Markiem   a   Peake'ami? 
Splotłam   nerwowo   dłonie,   podniosłam   wzrok   i   napotkałam 
spokojne   spojrzenie   Bartona.   Wstąpiła   we   mnie   otucha. 
Zorientowałam się, że jest po mojej stronie.

 - Może nie powinnam wiedzieć zbyt dużo, panie Barton. 

Chcę   tylko   podźwignąć   hotel   z   ruiny,   a   po   sezonie   wrócę 
prawdopodobnie do Zurychu.

Skinął głową.
  -   Rozumiem,   moja   droga.   -   Uśmiechnął   się   i   zdjął 

okulary.   Jego   jasne,   krótkowzroczne   oczy   były   pełne 
współczucia. - Przepraszam za poufałość, ale pani ojciec jest 
moim bliskim przyjacielem.

 - Czy on wie, co się dzieje?
 - Ode mnie nie.
„I od nikogo innego" - pomyślałam.
 - Wybaczy mi pani, że rozmawiałem z nim o zarządzaniu 

hotelem,   ale   potrzebowałem   jego  opinii.  Ma  o  pani  bardzo 

background image

wysokie mniemanie  i przekazał mi doskonałe referencje od 
poprzedniego pracodawcy.

To   była   niespodzianka.   Dlaczego   ojciec   starał   się 

skontaktować z Monsieur Claudem? Barton włożył okulary.

 - Jeśli ktokolwiek może uratować finanse hotelu, myślę, 

że tylko pani.

  -   Dziękuję,   panie   Barton.   Na   razie   potrzebuję   jednak 

gotówki, by wypłacić pracownikom pensje za ostatni miesiąc i 
uregulować rachunki z dostawcami.

Zacisnął wargi i poprosił, abym wymieniła kwotę.
  -   Aż   tyle!   -   wykrzyknął,   robiąc   obliczenia   na   kartce 

papieru.

Czekałam, pełna entuzjazmu, który zaskoczył mnie samą. 

Jeszcze   przed chwilą  uważałam   prowadzenie   „Ashlings"  za 
zajęcie   tymczasowe.   Teraz   wydało   mi   się   to   największym 
wyzwaniem   w   mojej   zawodowej   karierze.   Czułam   się   jak 
tancerka   przed   solowym   debiutem,   od   którego   zależy   jej 
przyszłość.

Barton wyrwał z bloku kartkę, na której robił obliczenia, 

zgniótł ją i wrzucił do kosza. Podjął już decyzję.

 - Czy ma pani jakieś zgłoszenia? - zapytał.
 - Mnóstwo.
 - Czy pokryją wydatki na bieżący tydzień?
 - Z łatwością.
  -   Myślę   więc,   że   możemy   sobie   pozwolić   na 

przekroczenie konta.

Chciałam go uściskać. Zapewniłam, że jego zaufanie do 

mnie  nie jest bezpodstawne. Nie byłam na tyle naiwna, by 
uwierzyć,   że   liczy   tylko   na   moje   umiejętności;   musi   mieć 
pewność,   że   pokryje   kredyt,   sprzedając   posiadłość,   jeżeli... 
Zapomniałam   o   Marku   Quentonie,   którego   właśnie 
zaanonsowano.

background image

Wpadł do gabinetu. Barton wstał, by uścisnąć mu dłoń. 

Mark roztaczał wokół nieuchwytną aurę sukcesu, czego nie 
zauważyłam wcześniej w Zurychu.

 - Co pan jej powiedział? - Nie skorzystał z krzesła, które 

zaproponował   mu   Barton,   lecz   usiadł   na   solidnym 
orzechowym stole, gdzie piętrzył się stos bankowych pism. 
Miał na sobie granatowy sweter i obracał w ręku  czapkę z 
daszkiem. To był Mark Quenton, jakiego nie znałam,  choć 
wiedziałam, że jego stocznia jachtowa doskonale prosperuje, a 
on wraz ze swym bratem Evanem robi interesy w świecie. 
Barton zaczerwienił się.

 - Wiem, że pożyczyłeś Hedleyowi pieniądze - odrzekłam. 

-   To   wszystko,   co   pan   Barton   mi   powiedział.   Wierzę,   że 
zdołam spłacić tę pożyczkę w terminie.

 - Nieważne - rzekł Mark.
Podniosłam   głowę   i   dostrzegłam   porozumiewawcze 

spojrzenie, jakie wymienili Barton i Mark między sobą. Więc 
chodziło o coś więcej niż zwykłą pożyczkę.

 - To ważne. Hedley chciałby, żebym to spłaciła.
 - Hedley gwiżdże na to - powiedział Mark. - Ma pan tę 

umowę, Barton?

Barton   szperał   przez   chwilę   w   aktach   hotelu,   po   czym 

wyjął jakiś dokument. Mark wziął go i podarł.

 - Panie Quenton! Nie powinien pan tego robić. - Bankier 

oburzył   się.   -   To   oczywiście   tylko   kopia.   Pan   Peake   ma 
oryginał.

 - Dług anulowany - rzekł Mark.
 - Mark... Uśmiechnął się.
  - To nie ma związku z tobą, Romaine. Może któregoś 

dnia załatwię tę sprawę z Hedleyem.

Chciałam   dalej   protestować,   ale   zaczął   rozmawiać   z 

Bartonem   o   poręczeniu   za   przekroczone   konto.   Byłam 

background image

przekonana,   że   chce   mi   udowodnić,   iż   orientuje   się   w 
niepewnej sytuacji finansowej hotelu.

Nie  byłam   z  tego zadowolona. Chciałam,  by  sprawa   ta 

pozostała między Bartonem a mną. Nie życzyłam sobie, by 
Mark miał na nią wpływ.

 - Panie Barton - przerwałam. - Czy zgodził się pan dać mi 

kredyt tylko dlatego, że wiedział, iż pan Quenton będzie mógł 
go spłacić?

Nie zmieszał się. Patrzył mi prosto w oczy.
  - Nie, moja droga. Zrobiłem to z powodów, o których 

pani mówiłem.

 - Dziękuję - powiedziałam. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
  -   Gdyby   potrzebowała   pani   pomocy,   proszę   się   nie 

krępować. - Wyprowadził nas ze swego biura.

 - Zrobiłaś wrażenie na starszym panu. - Mark wziął mnie 

za rękę. - Czy jadłaś już lunch?

Potrząsnęłam głową.
 - Cocker podaje w tawernie niezłe przekąski. Tawerna w 

Harbour Square miała ponad trzysta lat.

Mark musiał schylić głowę, by przejść przez niskie drzwi. 

Wnętrze   było   mroczne,   z   kamienną   podłogą   i   dębowymi 
ścianami. Cocker od lat był właścicielem tego lokalu. Brodaty, 
dobrze   zbudowany   jak   Mark,   wyglądał   na   emerytowanego 
marynarza,   lecz   w   rzeczywistości   nigdy   nie   pływał   nawet 
łódką.   Pozdrowił   wylewnie   Marka,   a   na   mnie   zerknął 
podejrzliwie.   Przedstawiłam   się.   Dość   szybko   przypomniał 
sobie, że jestem młodszą córką doktora. Mark zamówił piwo i 
sandwicze.   Usiedliśmy   przy   oknie   z   widokiem   na   okolicę. 
Quenton od razu przystąpił do rzeczy.

  -   Myślisz   pewnie,   że   ściągnąłem   cię   do   Eastands   ze 

względu na pożyczkę udzieloną Hedleyowi. Zapewniam cię, 
że te fakty nie mają z sobą żadnego związku.

background image

 - Nie ty skłoniłeś mnie do powrotu. Prawdę mówiąc, omal 

mnie od tego nie odwiodłeś. Twój przyjazd wzbudził tylko 
moje podejrzenia.

Zmrużył oczy i sięgnął do kieszeni spodni po papierosy.
 - Droga Romaine!
  -   Myślę,   że   kryjesz   Camillę   i   Hedleya,   i   chciałabym 

wiedzieć, dlaczego.

Poczęstował mnie papierosem.
  - Jeśli myślisz, że wiem coś o ich zniknięciu, jesteś w 

błędzie. Nie sądzisz chyba, że narażałbym Paula i twego ojca 
na niepotrzebne cierpienie.

 - Dlaczego mnie nie bierzesz pod uwagę?
 - Przypuszczam, że nie martwisz się zbytnio o siostrę. Nie 

miałam ochoty rozmawiać na ten temat.

  - Czy wiedziałeś, że Hedley wyczyścił przed wyjazdem 

prawie całe konto?

Zawahał się przez moment.
 - Nie.
Gdybym nie patrzyła mu z bliska w oczy, uwierzyłabym. 

Dlaczego Mark kłamał?

  -   Czy   Hedley   spisywałby   z   tobą   umowę,   gdyby   nie 

zamierzał wrócić?

 - Oczywiście, że nie.
  - Ale - ciągnęłam dalej - Hedley musiał ci powiedzieć, 

dlaczego potrzebuje pieniędzy.

 - Zrobił to. Powiedział, że jest szantażowany. Patrzyłam 

na niego zdumiona.

 - Uwierzyłeś mu?! Mark, nie jesteś chyba tak naiwny?
 - Uwierzyłem, bo znam Camillę.
 - Och!
Poruszył się niespokojnie na krześle i wstał, by przynieść 

sandwicze.

background image

  -   Co   ma   z   tym   wspólnego   Camilla?   -   spytałam,   gdy 

wrócił do stolika.

 - To teraz nieważne. Byłoby lepiej dla ciebie, gdybyś nie 

wiedziała.

  - Ale ja muszę wiedzieć. Nie możesz tego przede mną 

ukrywać.

  - Nie mogę zawieść zaufania Camilli i nie powiem ani 

słowa. Zapomnij o tym.

To zamykało sprawę. Postanowiłam do tego nie wracać. 

Nie mogłam zmusić się, by powiedzieć o listach leżących w 
sejfie, adresowanych do Camilli z adnotacją „Pilne".

Siedziałam, wyglądając przez okno i krusząc sandwicza na 

talerzu. Byłam naprawdę przerażona.

  - Czy jest jakiś powód, dla którego mieliby nie wrócić? 

Czy   nadal   uciekają   przed   jakimś   nędznym   szantażystą? 
Czemu Hedley nie poszedł z tym na policję?

  -   Mówiłem   ci,   że   ta   sprawa   zakończyła   się   przed   ich 

wyjazdem   na   ryby.   Myślałem,   że   wrócą   w   ciągu   dwóch, 
trzech dni.

  -  Chyba   ci  nie  wierzę   -  odrzekłam.   -  Jeśli   mam   choć 

trochę   rozsądku,   spakuję   się   i   wsiądę   w   pierwszy   samolot 
lecący do Zurychu.

Zaskoczyła mnie jego gwałtowna reakcja.
  - Nie możesz. Nie pozwolę ci. Pomyśl o ojcu i Paulu. 

Potrzebują ciebie.

 - Nie sądzę, Mark. Ale zostanę, jeśli mam chronić dobre 

imię   Camilli.   I   muszę   dowiedzieć   się   za   wszelką   cenę,   co 
zrobiła.

Punktem wyjścia były tajemnicze listy. Wróciłam do biura 

i wyjęłam je z sejfu, układając na biurku według dat. Byłam 
pewna, że muszą mieć związek ze zniknięciem mojej siostry. 
Nie wątpiłam również, że Camilla nigdy nie darowałaby mi 
tego, że przeczytałam jej korespondencję.

background image

Włożyłam   listy   do   torebki   i   poszłam   szukać   ojca. 

Skończył   właśnie   przyjmować   pacjentów   i   odpoczywał, 
czytając gazetę.

  -   Sądziłam,   że   to   może   być   ważne   -   powiedziałam, 

wręczając mu listy.

Studiował uważnie koperty.
  - Nie bylibyśmy w porządku, otwierając je - powiedział 

stanowczo, a ja wiedziałam, że oboje boimy się tego, co mogą 
zawierać.

 - W innej sytuacji zgodziłabym się z tobą, ale Camilla i 

Hedley zniknęli...

 - Ale nie mamy prawa - rzekł niecierpliwie. Wzruszyłam 

ramionami.

 - Mark mówił, że Hedleya szantażowano.
 - Szantaż! Bzdura. Kto...?
 - Dał mi do zrozumienia, że to ma związek z Cam. Rzucił 

listy na stół, jak gdyby zaczęły go parzyć.

 - Jeśli twoim zdaniem nie mogą nic wnieść do sprawy, to 

możemy   o   nich   zapomnieć.   Ale   zostają   telefony.   Bardzo 
zaniepokoiły panią Dawson.

  - Romaine, jesteś w domu zaledwie od paru dni, a już 

przychodzisz do mnie z tymi śmiesznymi historiami.

 - To fakty, tato. Camilla napisała do mnie po trzyletnim 

milczeniu, bo była zrozpaczona. Przychodzą tajemnicze listy, 
anonimowy   rozmówca   dzwoni   tu   codziennie.   Hedley   był 
szantażowany,   a   na   koncie   bankowym   hotelu   nie   ma 
pieniędzy, bo Peake systematycznie je podejmował. Co mam 
o tym myśleć?

 - Nie wierzę, żeby Camilla zrobiła coś złego, ale Hedley... 

- rzekł ojciec słabym głosem.

Nie   odpowiedziałam.   Pomysł,   by   wracać   do   Zurychu 

pierwszym samolotem, był na pewno słuszny.

background image

Niewykluczone,  że   listy   nigdy   nie   zostałyby   otwarte, 

gdyby w drzwiach nie ukazała się Hanna wzywająca ojca do 
telefonu.

 - Macie kłopoty? - Jej przenikliwy wzrok przypomniał mi 

lata   dzieciństwa,   gdy   próbowałam   ukryć   przed   nią   jakieś 
przewinienie. Zobaczyła listy i wzięła do ręki jeden z nich.

 - Czemu doktor ich nie otworzył?
 - Ma skrupuły.
 - Teraz nie czas na skrupuły - odrzekła szorstko.
Obejrzała list i zwróciła uwagę na jego grubość. Znałam 

Hannę.   Będzie   tak   długo   dręczyć   ojca,   dopóki   go   nie 
przekona.   Ale   gdy   wrócił,   nie   odezwała   się   ani   słowem. 
Wymienili   tylko   znaczące   spojrzenia.   Ojciec   wziął   list   i 
otworzył go.

Na   podłogę   posypał   się   deszcz   pięciofuntowych 

banknotów. Ojciec schylił się, by je pozbierać.

Miał ponury wyraz twarzy.
 - Camilla będzie miała co wyjaśniać, gdy wróci do domu 

- powiedział.

Otworzenie  listów nic  nam nie dało. Właściwie jeszcze 

bardziej zaciemniło obraz sytuacji.

  - Mówiłam panu - rzekła Hanna, patrząc na ojca - że 

dziewczyna ma coś na sumieniu.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
  - Matka  Marka  jest moją  drugą, po Camilli,  najlepszą 

przyjaciółką - powiedział Paul.

Telefon od pani Quenton, która zapraszała nas na niedzielę 

na   lunch,   bardzo   mnie   ucieszył,   lecz   nie   wiedziałam,   jak 
zareaguje chłopiec.

  - Wspaniale! Czy mam  się  ładnie ubrać?! - zawołał  z 

entuzjazmem.

 - Co zwykle wkładasz?
 - Camilla... - zaczął, ale szybko zmienił temat. - Zwykle 

wkładam dżinsy.

 - Jesteś pewien, Paul?
 - Czasami inne spodnie.
Przebierając   się   w   kwiecistą   nylonową   sukienkę, 

myślałam   o   wesołych   popołudniach,   jakie   spędzałam   z 
Camillą w Quenton Court. Do dziś miałam starą fotografię, 
którą   zrobiliśmy   sobie   we   czwórkę   na   korcie   tenisowym. 
Mark stał uśmiechnięty za Camillą, trzymając dłonie na jej 
barkach, Hedley z poważną miną stał za mną, dotykając lekko 
moich   nagich   ramion.   Evan,   starszy   brat   Marka,   był 
fotografem. Uwiecznił na zdjęciu naszą beztroską młodość.

 - Romaine, jesteś gotowa?! - krzyczał Paul, przywracając 

mnie   do   rzeczywistości.   Chwyciłam   torebkę,   włożyłam 
zielone sandały i dołączyłam do niego przed domem. Chłopiec 
siedział   wygodnie   na   miejscu   pasażera   w   dwuosobowym 
samochodzie Camilli.

Nic   nie   mówił,   nim   nie   minęłam   ostrego   zakrętu   za 

hotelową bramą i wjechałam na wzgórze na zachód od miasta. 
Droga   prowadziła   równolegle   do   linii   wybrzeża.   Po   lewej 
stronie lśniła zatoka, po prawej roztaczał się widok na pola i 
lasy.

background image

  -   Czy   masz   najlepszą   przyjaciółkę?   -   Paul   odwrócił 

głowę. Mrużył oczy przed blaskiem słońca, wiatr rozwiewał 
mu włosy.

 - Nie.
  -   Camilla   mówiła,   że   byłaś   jej   najlepszą   przyjaciółką, 

zanim wyjechałaś. Czemu się pokłóciłyście?

 - Teraz wydaje mi się to głupie - stwierdziłam.
 - Pani Quenton i Camilla nie rozmawiają z sobą. Strasznie 

się kiedyś pokłóciły i pani Quenton przykazała Camilli, by 
więcej do niej nie przyjeżdżała. Mark był wściekły. Obwiniał 
o to Cam, ale ona powiedziała, że pani Quenton nie powinna 
słuchać plotek.

 - To niewiarygodne. Chyba że pani Quenton się zmieniła. 

Przedtem   była   najbardziej   oderwaną   od   świata   osobą,   jaką 
znałam.

  -   Oderwaną   od   świata?   Chcesz   powiedzieć,   że   nie 

dostrzega, co się dzieje wokół niej?

  -   Jej   myśli   zawsze   zdawały   się   obracać   w   innej 

rzeczywistości. Czy nadal tam jeździłeś po tej kłótni?

  -   Camilla   zawoziła   mnie   tam   zwykle   w   niedzielę   i 

zostawiała   przed   bramą.   Spotykała   się   z   przyjacielem,   ale 
wujek Hedley myślał, że jest ze mną w Quenton Court. Nie 
mówiłem mu, że to nieprawda. Bardzo by się gniewał na Cam.

„Przeklęta   Camilla   -   pomyślałam.   -   Jak   mogła 

wykorzystywać Paula jako alibi!"

 - Cam i ja mamy dużo wspólnych sekretów.
  - Ale nie powiedziała ci, kiedy wróci? Wyprostował się 

na siedzeniu.

 - Nawet jeśli tak, to ci nie powiem.
 - Ale nie zrobiła tego, prawda, Paul?
 - Mark myśli, że wiem - westchnął. - Ona wróci któregoś 

dnia. Na pewno. - Nuta rozpaczy w jego głosie upewniła mnie, 
że naprawdę nie wie, gdzie jest Camilla.

background image

 - Dojeżdżamy - powiedział Paul.
Droga biegła wzdłuż wąskiego muru otaczającego teren 

Quenton   Court.   Minąwszy   następny   zakręt,   znaleźliśmy   się 
nagle przed bramą. Zatrzymałam samochód. Paul wyskoczył i 
otworzył mi bramę. Znajdowała się na niej tablica informująca 
przejeżdżających,   że   posiadłość   jest   prywatna   i   strzeżona 
przez psy.

  - Ile psów tu trzymają? - spytałam Paula, gdy wsiadł z 

powrotem do samochodu.

Chłopiec   zachichotał,   a   mnie   zrobiło   się   zaraz   lżej   na 

sercu. Wydawał mi się zbyt poważny jak na jedenastoletniego 
chłopca.

 - Jest tylko stara Deidre, a ona nie skrzywdziłaby nawet 

muchy. Wygląda jednak groźnie jak wszystkie owczarki. Pani 
Quenton  mówi,  że  woli   zwierzęta  od  ludzi,  bo nie   kłamią. 
Myślę, że ta kobieta jest wspaniała. Skończyła właśnie pisać 
książkę   o   Deidre   i   zadedykowała   mi   ją.   „Mojemu 
przyjacielowi   Paulowi   Vardierowi".   Czy   ktoś   kiedyś 
zadedykował ci książkę?

 - Nie, ale bardzo chciałabym.
Droga prowadząca do domu zdawała mi się węższa, niż ją 

zapamiętałam; gałęzie drzew zwisały niżej i były dość grube, 
nie przepuszczały promieni słonecznych. Dom ukazał się, gdy 
dojechaliśmy do końca drogi. Zbudowany z kamienia, stał w 
morzu   zieleni.  Wysokie   okna  lśniły,  nad  gankiem  pięła  się 
wistaria wypuszczająca czerwone kwiaty.

Paul wskazał mi miejsce, gdzie mogłam zaparkować wóz, 

i wyskoczył z niego, kiedy tylko zahamowałam.

 - Nie ma sensu dzwonić. Pani Ellis jest głucha jak pień, a 

pan Ellis będzie teraz z pewnością w szklarni. Wiem, gdzie 
znaleźć panią Quenton.

Poszłam za nim przez ostrzyżony trawnik w stronę lasu. 

Był to znany zakątek nie tylko ze względu na rosnące tam 

background image

rzadkie gatunki drzew, lecz także dlatego, że stanowił rodzaj 
rezerwatu, w którym rośliny i zwierzęta mogły spokojnie żyć i 
rozwijać się. Mówiono w okolicy, że w dniu, w którym zetnie 
się   choć   jedno   drzewo   w   Quenton   Court,   nastąpi   koniec 
świata. Drzewa, osłabione przez wiek i choroby, czy zwalone 
przez wiatr, leżały nietknięte.

Na skraju lasu Paul zatrzymał się i nasłuchiwał.
  -   Tędy   -   powiedział,   wchodząc   na   wąską,   ledwie 

widoczną ścieżkę. - Mark mówi, że jego matka żyje w świecie 
bez czasu. Ludzie w Eastands myślą, że jest stuknięta...

 - Paul!
 - Oczywiście wiem, że nie jest. Zna się na prawdziwych 

rzeczach. - Przerwał nagle i spojrzał na mnie. - Kocham ją 
najbardziej po Camilli.

Nawet   tu,   w   lesie   Quenton   Court,   spotykałam   we 

wspomnieniach   swoją   siostrę.   Bawiłyśmy   się   tutaj   z 
chłopcami  w chowanego. Jej oczy błyszczały i zagryzała  z 
emocji   wargi,   gdy   wciągała   ich   coraz   głębiej   w   gęstwinę 
drzew.

Meriel   Quenton   siedziała   na   zwalonym   pniu   zupełnie 

nieruchomo.   Owczarek   obok   niej   wyglądał,   jakby   strzegł 
opuszczonego pomnika. Suka usłyszała nasze kroki, lecz nie 
poruszyła się.

 - Deidre! - zawołał cicho Paul. Pies czekał na rozkaz swej 

pani.

 - Deidre! - zawołał głośniej.
Pani Quenton pozwoliła psu pobiec do chłopca, choć nie 

usłyszeliśmy   żadnej   komendy.   Paul   podszedł   do   kobiety, 
przytulił się do niej i nadstawił twarz do pocałunku.

Wzięła jego dłonie w swoje i uśmiechnęła się, spoglądając 

na mnie ciekawie.

Chciałam do niej podejść, ale usłyszałam głos Marka:

background image

  -   Jesteś,   Romaine.   Zobaczyłem   samochód   Cam   i 

domyśliłem   się,   że   Paul   przyprowadzi   cię   do   mamy.   - 
Przygryzł wargi, gdy ujrzał matkę i Paula stojących razem i 
trzymających się za ręce.

 - Co o niej sądzisz? - spytał. - Łatwo się męczy. Mówię 

jej, że powinna dać sobie spokój z pisaniem książek, ale nie 
chce mnie słuchać - powiedział, patrząc na nią uważnie.

 - Nie zmieniła się - odrzekłam, nim do niej podeszliśmy.
Jej   szczupłe   ciało   było   jednak   wychudzone,   miała   też 

podkrążone oczy. Puściła Paula i zbliżyła się do mnie.

  -   Cieszę   się,   że   wróciłaś,   Romaine.   Źle   zrobiłaś, 

pozwalając się odprawić swojej siostrze.

 - Zostanie tylko do powrotu Camilli - powiedział Paul.
 - Już nas nie opuści - odrzekła stanowczo.
  - Jest pora lunchu, mamo - odezwał się łagodnie Mark, 

jak gdyby chciał uspokoić dziecko.

 - Ty i Paul oczywiście zostaniecie - powiedziała do mnie.
  - Zaprosiłaś już ich. Nie pamiętasz? - W głosie Marka 

brzmiał niepokój.

 - Pamięta tylko o ważnych rzeczach - rzekł Paul i wziął ją 

za   rękę.   Prowadził   swoją   przyjaciółkę   ścieżką,   którą 
przyszliśmy.

Mark dotknął lekko mojego ramienia. Poczułam, jak krew 

szybciej krąży mi w żyłach. Wstrzymałam z wrażenia oddech.

  -   Mark,   czy   Camilla   często   tu   przychodziła?   Skinął 

głową.

  -   Uwielbiała   ten   las.   Kiedy   pragnęła   samotności, 

przychodziła   tu,   bo   wiedziała,   że   nikt   jej   tu   nie   będzie 
przeszkadzał.

Przyspieszyłam   kroku,   ale   nie   mogłam   pozbyć   się   jego 

ręki   spoczywającej   na   moim   ramieniu.   „Jesteś   głupia   - 
pomyślałam - on należy do niej, zawsze tak było i nie zmieni 
się, choćby nawet umarła".

background image

Gdy   wyszliśmy   z   cienistego   lasu,   oślepiło   nas   słońce. 

Przystanęłam oszołomiona; trawniki, dom i czerwona wistaria 
wyglądały   jak   na   zdjęciu,  które   często  oglądałam   i   znałam 
bardzo dobrze. Poczułam, że Mark ponagla mnie, zaciskając 
palce na moim ramieniu, i spojrzałam na niego. Wpatrywał się 
w matkę i Paula. Wyraźnie wyczułam jego niepokój, lecz nie 
byłam pewna, co było jego powodem.

  - Chodź. - Uśmiechnął się i zerknął na mnie. - Lunch 

gotowy. Pani Ellis ma wielkie serce, ale paskudny charakter. 
Nie znosi spóźniania się na posiłki.

Pani Quenton odwróciła się i skinęła w naszą stronę. Paul 

podbiegł do nas.

 - Pospieszcie się! - zawołał, wpadając między nas, biorąc 

nas za ręce i ciągnąc przez trawnik. Deidre szczekała za nami, 
nie wiedząc, czy to zabawa, czy może walka.

  - Szkoda kortu tenisowego - powiedziała pani Quenton, 

gdy się z nią zrównaliśmy. - Czemu nie założysz siatki, Mark? 
Musi gdzieś być. Moglibyście znów pograć jak dawniej.

 - Nie mogą. Camilla i wujek Hedley jeszcze nie wrócili. 

Wiem, gdzie jest siatka. W domku letnim. Mamy lekcje tenisa 
w szkole, a Camilla często grała ze mną na korcie hotelowym.

  -  „Ashlings"   to   straszne   miejsce,   prawda,   kochanie?   - 

Pani  Quenton uśmiechnęła  się  i  wzięła  mnie  za  rękę. - Te 
wiktoriańskie wieże są zupełnie bez gustu.

  - Mnie się to podoba - rzekł Paul, tańcząc przed nami. 

Jedną ręką przytrzymał Deidrę za obrożę. - Wygląda jak fort i 
jest   tam   punkt   obserwacyjny.   Nie   wiedzieliście   o   tym? 
Znalazłem   kiedyś   teleskop,   a   wujek   Hedley   powiedział,   że 
jego   ojciec   lubił   obserwować   statki.   Ja   pierwszy   zobaczę 
powracającą Camillę.

Weszliśmy   do   domu,   kierując   się   prosto   do   jadalni. 

Niedzielny   lunch   w   Quenton   Courte   nigdy   nie   był 
improwizacją. Pani Ellis doglądała go osobiście. Przez kilka 

background image

pokoleń   Quentonów   utrzymywała   ten   sam   standard. 
Rzeźbiony   mahoniowy   stół   nakryty   był   białym   obrusem,   a 
srebrne sztućce i piękne szkło uzupełniające serwis obiadowy 
„Royal Doulton" lśniły w słońcu.

Pani   Quenton   zwykła   mawiać,   że   tradycje   rodziny,   w 

którą   weszła   przez   małżeństwo,   irytują   ją.   Chętnie   wracała 
myślami do dzieciństwa spędzonego na wsi wśród walijskich 
wzgórz.

  -   Byłam   wtedy   wolna,   chodziłam   z   ojcem   po   górach. 

Mówił, że nikt nie oswoi jego dzikiego ptaka Merri. Był poetą 
i socjalistą. Po niedzielnej mszy braliśmy kanapki z serem i 
szliśmy   na   wycieczkę.   Góry   były   wspaniałe   i   imponujące, 
cieszyliśmy się ciszą, która zdawała się do nas przemawiać.

Trawiła ją tęsknota, lecz nigdy nie powiedziałaby nawet, 

że chce wracać. Kapitan Quenton schwytał ją i oswoił. Poznał 
ją na wycieczce, zakochał się od pierwszego wejrzenia, ożenił 
się z nią i uczynił panią Quenton Court.

  -   Matka   uważała,   że   ludzie   tak   jak   zwierzęta   mają 

instynkt, który każe im wracać do miejsca urodzenia. - Mark 
odłożył grawerowany nóż i rozejrzał się po siedzących przy 
stole.

Paul wyprostował się. Zacisnął w dłoni nóż, którym się 

bawił; wyglądał teraz w jego ręku jak groźna broń.

 - Nigdy nie wrócę do tamtej kobiety. Nienawidzę jej.
 - Kiedyś o niej zapomnisz - rzekła pani Quenton.
  - Nigdy. Złamała mi życie. Chciałbym ją zabić. - Zadał 

nożem parę wyimaginowanych ciosów.

 - Paul! - Pani Quenton wyciągnęła rękę, lecz nie zauważył 

jej. - Musisz zapomnieć o tamtej historii.

 - Nie. I któregoś dnia... - Wzdrygnął się.
Czułam,   że   temat   ten   często   powraca,   i   byłam 

zaintrygowana.   Paul   odłożył   nóż   i   spojrzał   na   mnie 
błyszczącymi oczyma.

background image

 - Nie rozumiem, Paul. Co to za kobieta?
Zapadła głucha cisza. Strach ścisnął mnie za gardło. Jaki 

błąd popełniłam?

  - To  żadna tajemnica - powiedział Mark. - Pan Vardier 

płacił   jej   za   opiekę   nad   Paulem,   gdy   wyjechał   do   Paryża. 
Będąc   dziennikarzem,   uwikłał   się   w   jakiś   lokalny   konflikt 
jako korespondent wojenny i nie wracał przez parę miesięcy. 
Po powrocie okazało się, że kobieta zaniedbywała chłopca, 
więc poprosił Camillę i Hedleya, by się nim zajęli.

Paul jadł w milczeniu. Tylko rumieńce na policzkach były 

śladem niedawnego wybuchu. Pani Quenton też się uspokoiła 
i spytała mnie, czy widziałam już Evana.

 - Ożenił się, wkrótce po Camilli i Hedleyu - powiedziała. 

- Ma dwoje dzieci.

 - Zmienił się? - zapytałam.
 - Utył - odrzekł Mark.
  - Och, nie! Pamiętam, że był chudy jak szczapa i miał 

długie,   kręcone   włosy,  które   zawsze   wpadały   mu   do   oczu. 
Mam nadzieję, że zachował swój śpiewny walijski akcent.

Przypomniałam sobie, jak pocałował mnie kiedyś w czasie 

świątecznego przyjęcia i powiedział, że podoba mu się mój 
styl. Byłam mu wdzięczna za te słowa. Zawsze, gdy je sobie 
przypominałam, wprawiały mnie w miły nastrój.

  - Nie  ma  w nim  teraz  nic  romantycznego - stwierdził 

Mark.   -   Zajmuje   się   handlową   stroną   naszej   działalności   i 
spędza dużo czasu za granicą.

 - Czy jego żona się na to zgadza?
 - Weronika? Dlaczego nie? Evan jest za to bardzo hojny...
 - Ma dzieci i wielu przyjaciół - przerwała pani Quenton.
 - Camilla przestała ją lubić. - Paul położył nóż i widelec 

na   talerzu.   -   Odkąd   ten   człowiek   zaczął   ją   niepokoić, 
słyszałem, jak mówiła  Weronice  przez  telefon, że  nie chce 
więcej widzieć jej ani jej przyjaciół.

background image

 - Jaki człowiek? - zapytał ostro Mark. Paul zawahał się.
  - Nie wiem, jak się nazywa - mruknął. Mark wpatrywał 

się w chłopca uważnie.

 - Kłamiesz, Paul. Albo znów kryjesz Camillę.
Paul   odwzajemnił   jego   spojrzenie,   lekko   się   przy   tym 

uśmiechając. Mark rozgniewany uderzył pięścią w stół.

 - Musisz mi powiedzieć!
 - Daj chłopcu spokój - rzekła stanowczo pani Quenton. - 

Wszyscy   mamy   jakieś   tajemnice,   ty   również.   Nie   dręcz 
dziecka...

 - Mamo, to ważne...
 - Nie, Mark. Zrobisz więcej złego niż dobrego. Powie ci 

we właściwym czasie.

  -   Co   powie?   Może   ty   też   masz   coś   do   powiedzenia, 

mamo?

 - Może... Wiem, że myślisz, iż żyję w wyimaginowanym 

świecie, ale mnie nie doceniasz.

 - Nie rozumiem cię.
Usłyszałam   ból   w   głosie   Marka.   Współczułam   mu. 

Miałam   ochotę   podbiec   do   niego   i   objąć   go.   Nie   mogłam 
patrzeć na jego zmieszanie, więc zerknęłam na Paula.

Wpatrywał   się   w   Marka.   Oblizywał   wargi   czubkiem 

języka, jego oczy płonęły. Wydał mi się nagle przerażająco 
dorosły.   Emocje,   jakie   obaj   wzbudzili,   wytrąciły   mnie   z 
równowagi.

 - Kłopoty zawsze były specjalnością Camilli. Moje słowa 

wywołały natychmiastowy odzew.

 - Nieprawda... - zaczęli jednocześnie.
 - Och, co tam! - Zazdrość i pogarda popchnęły mnie do 

dalszych słów. - Zawsze lubiła wpuszczać wilka do owczarni.

Moje   oczy   napotkały   spojrzenie   pani   Quenton. 

Zarumieniłam się, serce biło mi mocno. Nie mogłam już ukryć 
tłumionych długo uczuć.

background image

 - Można pomyśleć, że patrzyłeś na świat oczami Camilli 

przez   ostatnie   lata.   -   Spojrzałam   na   Marka   lodowatym 
wzrokiem.

  -   W   każdym   razie   miała   rację,   gdy   mówiła,   że   jesteś 

obłąkana z zazdrości i...

  -   Mark!   -   Gniew   w   głosie   pani   Quenton   powstrzymał 

potok inwektyw, jakie Mark prawdopodobnie wypowiedziałby 
pod moim adresem. - Paul, idź do kuchni i powiedz pani Ellis, 
że czekamy na deser. I nie krzycz do niej, kochanie. Układaj 
usta   w   sposób,   jaki   ci   pokazałam.   -   Poczekała,   aż   Paul 
zamknie  za sobą drzwi. - A teraz - powiedziała - przeproś 
naszego gościa, Mark.

Jego   wymuszone   przeprosiny   nie   mogły   uspokoić 

kłębiących   się   w   mojej   głowie   myśli.   Jedna   dręczyła   mnie 
najbardziej - skoro Mark uważa, że jestem zazdrosna, czemu 
chciał, żebym wróciła do Eastands?

Pani   Ellis   przyniosła   nam   kawę   na   taras.   Mark   wypił 

swoją, opierając się o balustradę. Dolał śmietanki i wychylił 
kawę   jednym   haustem.   Odstawił   pustą   filiżankę   na   tacę, 
wymamrotał jakieś usprawiedliwienie i zniknął w głębi domu.

Paul, pochłonięty zabawą z Deidre, pobiegł za nią do lasu. 

Po chwili skrył się w cieniu drzew.

Pani Quenton westchnęła.
 - Wiesz, Romaine, kocham tego chłopca, ale potrafi być 

bardzo   niedobry.   Zawsze   wie,   jak   zdenerwować   biednego 
Marka. - Wypiła łyk kawy. - Szkoda, że pan Vardier nie ożenił 
się   z   jego   matką.   Chłopiec   prowadzi   cygańskie   życie. 
Dostałam parę listów od jego ojca; martwi się bardzo o syna. - 
Przerwała,   by   napełnić   filiżanki.   -   Camilla   i   ja 
powiedziałyśmy sobie parę słów...

 - Wiem. Paul mówił mi o tym. Jest panią zachwycony - 

rzekłam impulsywnie.

Uśmiechnęła się.

background image

  -  „Druga   najlepsza   przyjaciółka",   prawda?   -   Usiadła 

wygodnie na krześle i zamknęła oczy. - Wybacz, kochanie, ale 
łatwo się ostatnio męczę.

Ułożyłam   jej   pod   głowę   poduszki   i   wyniosłam   tacę   do 

kuchni. Pani Ellis nie było, więc sama umyłam i wytarłam 
filiżanki. Czułam się tu jak u siebie - jak gdyby stary dom 
przyjął   mnie,   wiedząc,   że   może   ofiarować   poczucie 
bezpieczeństwa, którego tak potrzebowałam.

Z   któregoś   pokoju   dobiegł   dźwięk   telefonu;   po   chwili 

usłyszałam   wołanie   Marka.   W   jego   głosie   brzmiało 
ponaglenie, więc przefrunęłam przez hall jak na skrzydłach. 
Drzwi gabinetu były szeroko otwarte. Stał przy biurku, wciąż 
trzymając   w ręku  słuchawkę.  Jego  twarz   była   szara,  nawet 
zmysłowe usta straciły kolor.

 - Mark! Co się stało?
  - To nie mogą być oni. Nie mogą. Romy, jedź do ojca, 

potrzebuje   ciebie.   Policja   znalazła   dwa   ciała   na   plaży   w 
Kornwalii.

 - Nie! - krzyknęłam. - Nie! Nie!
Podbiegłam   do   Marka   i   położyłam   mu   dłonie   na 

ramionach.

  -   Nie   wierzę,   że   to   oni.   To   nie   może   być   Camilla. 

Czułabym w głębi serca, gdyby umarła. Nie ma jeszcze żadnej 
pewności, prawda?

Pokręcił głową i wziął mnie w ramiona.
 - Nie, oczywiście, że nie. Ktoś musi zidentyfikować...
Rumieniec   wracał   powoli   na   jego   policzki.   To   mnie 

uspokoiło.   Przytuliłam   się   do   niego.   Poczułam,   jak   gładzi 
mnie lekko po włosach.

 - Och, Mark - szepnęłam. - Tak bardzo ją kocham.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Wracałam  do domu  sama.  Hanna  otworzyła drzwi, gdy 

tylko zaparkowałam samochód przy bramie. Spostrzegłam jej 
twarz   w   oknie   salonu   i   wiedziałam   już,   że   czeka,   by 
poinstruować mnie, co mam powiedzieć ojcu.

  -   Nie   pozwól   mu,   by   pojechał   zidentyfikować   ciała.   - 

Poczułam na ramieniu jej żelazny uścisk.

  -   Dlaczego   nie?   Ktoś   musi   jechać,   a   on   jest 

przyzwyczajony do widoku zwłok.

 - Nie bądź głupia, Romaine. Serce mu pęka z powodu tej 

dziewczyny. Ty pojedziesz.

Wzdrygnęłam się.
 - Nie mogę.
Odwaga wyciekała ze mnie jak woda z dziurawej beczki. 

Domyślałam się, dlaczego Hanna uważa, że to ja powinnam 
pojechać. Troszczyła się o tatusia przez długie lata i uznała, że 
teraz kolej na mnie.

 - Nie mogę. Nie zniosłabym widoku martwej Camilli.
  -   Pojedziesz.   -  Ścisnęła   mocniej   moje   ramię.   Długo 

zostaną mi po tym siniaki, wiedziałam jednak, że Hanna kocha 
mnie na swój sposób. Chciała, bym zdecydowała się na tyle 
odwagi, ile ona zawsze miała za nas obie - moją siostrę i mnie.

  -   Nie   wiesz,  o   co   prosisz.  -   Próbowałam   się   uwolnić. 

Prychnęła pogardliwie i zacisnęła palce. Poczułam, jak  moje 
ramię przeszywa potworny ból.

  -   Puść   mnie,   na   miłość   boską.   -   Wyszarpnęłam   się   i 

zaczęłam rozcierać posiniaczoną skórę. Nienawidziłam Hanny 
w tej chwili.

  - Troszczysz się tylko o ojca. Zawsze myślałaś tylko o 

nim...

Nasze spojrzenia spotkały się w mrocznym korytarzu.

background image

  -   Hanno!   -   Posunęłam   się   za   daleko.   Nigdy   mi   nie 

wybaczy,   że   odkryłam   jej   tajemnicę.   Teraz   zdałam   sobie 
sprawę, że wiedziałam o tym od wielu lat.

Odwróciła   się   sztywno,   jej   kroki   stukały   po   kamiennej 

posadzce. W drzwiach kuchni zatrzymała się i podniosła rękę. 
Był to błagalny gest.

Ojca zastałam w gabinecie. Siedział przy biurku z twarzą 

ukrytą w dłoniach. Podeszłam i pocałowałam go w czoło. Był 
spokojny i otępiały, tłumił swoją rozpacz.

 - Usiądź - powiedział niecierpliwie. - Nie denerwuj się.
  -   Nie   denerwuję   się.   -   Usiadłam   na   krześle.   -   Co 

właściwie powiedziała policja?

  -   Ktoś   powiadomił   ich,   że   widział   ciało   dziewczyny 

unoszące   się   na   wodzie   w   pobliżu   skał   w   Newquay.  Straż 
przybrzeżna odnalazła je. Z opisu wynika, że jest to młoda 
kobieta   w   wieku   około   dwudziestu   sześciu   lat,   ma   długie, 
jasne   włosy   i   obrączkę   na   palcu.   W   parę   godzin   później 
znaleziono ciało mężczyzny wyrzucone na brzeg, jakieś osiem 
czy dziewięć mil dalej.

  - Camilla zawsze nosiła złoty krzyżyk, który dostała od 

matki, prawda?

  - Ostatnio już nie. - Otworzył górną szufladę biurka i 

wyjął krzyżyk, taki sam jak ten, który miałam na szyi. - Pani 
Dawson przyniosła go w zalakowanej kopercie w dzień po ich 
wyjeździe. Camilla napisała na kartce: „Pamiętaj o mnie". Nie 
przejąłem   się   tym,   wiedząc,   że   lubi   tworzyć   dramatyczne 
sytuacje.   Ale   teraz...   -   przerwał   i   westchnął   ciężko.   -   Nie 
wiem, co o tym sądzić. - Włożył krzyżyk do kieszeni i spojrzał 
na mnie. - Powinienem ci powiedzieć, że pokłóciliśmy się w 
przeddzień   jej   wyjazdu.   Rozgniewałem   się   na   nią,   a   ona 
odrzekła, że będę tego żałował...

 - O co wam poszło?
Wziął długopis i zaczął kreślić linie na kartce papieru.

background image

 - Dowiedziałem się, że widziano ją z jakimś mężczyzną w 

nowo otwartej restauracji w Randallstown.

 - To mógł być Mark albo Evans. Potrząsnął głową.
 - Nie mogła zrobić nic złego - powiedziałam.
 - Złego? Oczywiście, na pewno zrobiła coś złego. Peake i 

ja jesteśmy aż nadto drażliwi. Dość było plotek, gdy wasza 
matka postąpiła tak samo. Nie chciałem, by przytrafiło się to 
również   Camilli.   Powiedziała,   bym   zajął   się   swoimi 
sprawami, a przecież rozmawiałem z nią tylko dla jej dobra.

„Biedna Camilla - pomyślałam. - Być może mnie lepiej 

udało się w życiu. Przynajmniej byłam wolna i mogłam robić 
to, co chcę".

Zastanawiałam się, czy Hanna zna imię tego mężczyzny. 

W   tej   samej   chwili   ukazała   się   w   drzwiach,   niosąc   tacę   z 
herbatą.

Unikała mego wzroku.
 - Zdecydowaliście już?
 - O czym? - Ojciec spojrzał na nią zdziwiony.
 - Romaine powinna pojechać zidentyfikować te ciała.
 - Wykluczone. To mój obowiązek.
 - Pan nie pojedzie, doktorze. Przejrzałam terminarz. Jest 

pan jutro zajęty przez cały dzień.

 - Mogę odwołać...
  -   Ludzie   i   tak   zbyt   długo   czekają   na   wizytę.   Jeśli   to 

Camilla leży w kostnicy, nie może pan już nic dla niej zrobić, 
a jeśli nie ona, po co tracić czas na niepotrzebną wyprawę.

Logika jej argumentów odebrała nam mowę. Nie chciałam 

na   nią   patrzeć.   Wyjrzałam   przez   okno.   Spojrzałam   na 
wilgotny zaciek na suficie. Wciąż jednak czułam na sobie jej 
wzrok. Jeżeli była to próba sił, postanowiłam, że nie poddam 
się pierwsza.

Ojciec   wahał   się.   Przeczuwałam   jego   niezdecydowanie, 

choć nie okazywał go. Pamiętałam, że Hanna zawsze potrafiła 

background image

wymusić   na   nim   swoją   wolę,   nawet   w   dniach,   gdy   matka 
chodziła po domu, śpiewając piosenki.

 - Jeśli uważasz... - powiedział.
Hanna posłodziła herbatę i podała mu filiżankę.
 - Tutaj pan jest potrzebny - rzekła.
Postąpiła bardzo mądrze, odwołując się do jego poczucia 

obowiązku.

 - Romaine, kochanie...
Uległ jej wpływowi, a ja nie byłam w stanie walczyć z 

obojgiem. - Nie może pojechać sama - powiedziała Hanna. - 
Pan Quenton był ich najlepszym przyjacielem.

  - Nie. Nie chcę mieszać w to Marka. Nie ma z tym nic 

wspólnego.

  - Naprawdę? - Hanna zmrużyła oczy. - Byli jak trójka 

bliskich przyjaciół. Chciałby znać prawdę tak jak my wszyscy.

Nie wątpiłam w to.
 - Jeśli muszę jechać - odrzekłam - pojadę sama.
 - Nie bądź głupia, Romy. - Powiedziała to głosem, jakim 

przemawiała do mnie w dzieciństwie; było w nim więcej żalu 
niż gniewu, że brak mi zdrowego rozsądku. Camilli nigdy nie 
nazywała głupią. Camilla zawsze się jej przeciwstawiała, nie 
słuchała poleceń, kwestionowała autorytet.

Lecz ja nie byłam już dzieckiem. Miałam dwadzieścia pięć 

lat, żyłam samotnie i prowadziłam od jakiegoś czasu swoją 
własną walkę. Odsunęłam filiżankę, którą Hanna przede mną 
postawiła i wstałam.

 - Pojadę sama.
Hanna pociągnęła nosem.
 - Jesteś uparta - powiedziała. - Uparta...
 - ...jak matka - dokończyłam za nią.
Zmieszała się; rumieniec wypływał powoli na jej policzki. 

Zacisnęła wargi, wzięła filiżankę ojca i napełniła ją ponownie. 
Lekko drżały jej ręce.

background image

  -   Zadzwonię,   gdy   będę   coś   wiedziała,   tato.   Wyjadę 

wczesnym   rankiem.   Muszę   dziś   załatwić   kilka   spraw   w 
hotelu.

Wyszłam, czując, że odparłam naciski Hanny z godnością, 

lecz   nim   dojechałam   do   domu   Camilli,   byłam   chora   ze 
strachu.

Gdybym   tu   wróciła,   nim   Camilla   postanowiła   napisać 

swój rozpaczliwy list, może by nie wyjechała. Zaparkowałam 
pod   domem.   Poszłam   do   salonu   i   usiadłam,   patrząc   na   jej 
portret. Malarz, którego nazwiska nie pamiętam, był w niej 
zakochany.   To   dało   się   łatwo   zauważyć.   W   nieuchwytny 
sposób dodał jej urody, obdarzył wrażliwością, jaka nigdy nie 
leżała w jej naturze.

  -   Czy   to   pani,   panno  Mortimer?!  -   zawołała   z   kuchni 

Maisie. - Zaraz podam herbatę.

Weszła do pokoju, niosąc tacę. Wiedziałam, że ma mi coś 

do powiedzenia.

 - Dzwonił pan Quenton. Przywiezie Paula do domu. Nie 

chce, by chłopiec wiedział o czymkolwiek. - Postawiła tacę. - 
Jeśli to pani Peake, zostanie pani, prawda?

Czy zostanę? Z pewnością śmierć Peake'ów uwolni mnie z 

niezręcznej sytuacji.

  - Proszę - ciągnęła. - Przynajmniej dopóki ojciec Paula 

nie znajdzie mu innej opiekunki.

 - Nie martw się. Zostanę.
Klasnęła w ręce i roześmiała się. W parę minut później 

usłyszałam   samochód   Marka   podjeżdżający   pod   dom.   Paul 
wpadł do pokoju.

 - Czemu pojechałaś beze mnie?
 - Byłam potrzebna w hotelu.
 - Tak mówił zawsze wujek Hedley, gdy nie chciał zgodzić 

się na jakiś pomysł Camilli.

Uśmiechnęłam się, wiedząc, że powtarza jej komentarz.

background image

Psy zaskowytały z radości, słysząc głos Paula. Zagwizdał 

na nie i wybiegł. W chwilę później mignął za oknem w drodze 
na plażę. Psy biegły za nim szczekając.

Mark wszedł do pokoju i usiadł na wolnym krześle.
 - O której wyjeżdżasz z ojcem?
  - Pojadę sama. Ojciec ma pacjentów, których nie może 

odwołać.

Mark zdumiony wyprostował się na krześle.
  -   Romy!  Nie   możesz.  Nie   pozwolę   ci.   -  Zerwał   się   z 

krzesła   i   stanął   za   mną,   kładąc   mi   dłonie   na   ramionach. 
Chciałam   się   uwolnić,  lecz   nie   uczyniłam  tego.  -  Pojadę   z 
tobą.   Wyjeżdżamy   stąd   o   świcie.   Nie   spieraj   się   ze   mną, 
Romaine.

  -   To  miłe   z   twojej   strony,  Mark,  ale   na   pewno  jesteś 

zajęty...

  - Widać nie masz o mnie wysokiego mniemania, skoro 

sądzisz, że pozwoliłbym ci przejść samotnie przez koszmar 
identyfikacji zwłok Camilli.

 - Może to nie ona.
 - Nie rób sobie nadziei, Romy - powiedział. Schylił się i 

pocałował mnie lekko w policzek. Następnego ranka wstałam 
o świcie i ubrałam się przy otwartym oknie. Moją niechęć do 
tej wyprawy łagodziła świadomość, że w razie czego znajdę 
oparcie w Marku, a on zrozumie i uszanuje mój żal.

Nie pamiętam już dokładnie długiej drogi, lecz nigdy nie 

zapomnę   chwili,   gdy   po   wyjściu   z   domu   przeszłam   przez 
zielony trawnik do hotelowej bramy. Czy nigdy nie widziałam 
kropli   rosy   na   trawie,   ani   liści   poruszanych  przez   lekką 
poranną   bryzę   albo   gry   odcieni   błękitu   na   bezchmurnym 
niebie?

Ranek był piękny i pogodny. „Camilla nie mogła umrzeć" 

- powtarzałam w myślach.

background image

Mark   zaparkował   wóz   za   bramą.   Opierał   się   o   maskę 

swojej starej lagondy, lśniącej i zadbanej.

Droga do Newquay minęła w napięciu, które wzmogło się, 

kiedy wjechaliśmy do miasta. Gdy wysiedliśmy z samochodu, 
Mark objął mnie. Gdyby mnie nie podtrzymał, potknęłabym 
się i upadła. Widziałam rozmazane twarze i słyszałam głosy 
wymawiające słowa, których nie rozumiałam.

 - Romy, wszystko w porządku. - Głos Marka zadźwięczał 

mi w uchu. - To nie oni. Romy, kochanie, to nie oni.

Cieszył się jak dziecko. Pociągnął mnie do samochodu. 

Dotknął startera, silnik zawarczał i ruszyliśmy, jak gdyby nas 
ktoś gonił.

Jechaliśmy   przez   wrzosowiska.   Zadawałam   sobie   wciąż 

jedno pytanie. Czemu Mark jest taki odprężony? Czy gnębiły 
go wyrzuty sumienia, choć się do tego nie przyznawał?

Gdy   zjedliśmy   w   przydrożnym   barze   sandwicze   i 

popiliśmy   je   piwem,   euforia   opadła.   Zapewnialiśmy   się 
nawzajem, że wiedzieliśmy w głębi duszy, iż nie mogą to być 
ciała Camilli i Hedleya. Nie powiedzieliśmy jednak głośno, że 
nic   się   nie   zmieniło   i   jesteśmy   równie   dalecy   rozwiązania 
zagadki ich zniknięcia jak poprzednio.

Pojechaliśmy dalej. Gdy patrzyłam na Marka, zdawało mi 

się,   że   widzę   obcego   człowieka.   Ponieważ   łączyło   nas 
wspólne przeżycie, łudziłam się, że staniemy się sobie bliżsi.

Czy odsunął się ode mnie, bo uwierzył, że Camilla żyje? 

Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego. Mrużył oczy przed 
słońcem i zaciskał ręce na kierownicy.

Nagle jakby zdał sobie sprawę z tego, że przyglądam mu 

się uważnie, uśmiechnął się i położył mi rękę na kolanie.

  -   Czy   moglibyśmy   pojechać   przez   Lyme   Regis? 

Chciałbym zamienić kilka słów ze szwagierką.

 - Oczekuje nas?
 - Nie.

background image

 - Więc może jej nie być w domu. Lepiej zadzwonić.
 - Nie sądzę. - Chwycił za kierownicę, jak gdyby od tego 

zależało jego życie.

 - Co się stało, Mark?
 - Nic, co mogłoby cię niepokoić.
 - Coś jest chyba nie w porządku...
Nie odpowiedział, a ja nie sprzeciwiałam się dłużej.
Zjechaliśmy   ze   wzgórza   w wąskie  uliczki  Lyme   Regis. 

Moją   uwagę   przyciągnął   widok   zatoki   lśniącej   między 
budynkami i spojrzałam na Marka, dopiero gdy wyjechaliśmy 
z miasta.

 - Czemu się gniewasz?
Potrząsnął głową i skręcił w drogę, przy której stał szereg 

domków   jednorodzinnych.   Wjechał   w   aleję   prowadzącą   do 
imponującej rezydencji i zatrzymał się przed wejściem.

 - Czy Evan będzie w domu? - zapytałam, instynktownie 

pragnąc być teraz gdziekolwiek, byle nie tutaj.

 - Jest w Nowym Jorku, w interesach.
Mój   niepokój   wzrósł.   Patrzyłam   na   szyby   odbijające 

promienie słońca i zastanawiałam się, jaka tajemnica może się 
kryć za eleganckimi tiulowymi firankami.

Mark   podszedł   do   drzwi   wejściowych   i   pociągnął   za 

gałkę. Były zamknięte na klucz. Zmarszczył brwi i nacisnął 
dzwonek. Przybrał  agresywną  postawę. Początkowo chciało 
mi się śmiać, ale wkrótce nabrałam podejrzeń. Czy spodziewał 
się   przyłapać   bratową   na   jakimś   wykroczeniu?   Po   długim 
czekaniu zadzwonił ponownie i drzwi otworzyły się wreszcie.

Wstrzymałam   oddech.   W   otwartych   drzwiach   stanęła 

smukła, jasnowłosa dziewczyna. Z tej odległości zdawało mi 
się, że patrzę na Camillę, lecz gdy się poruszyła, zrozumiałam, 
że   podobieństwo   do   mojej   siostry   jest   złudne   i   bardzo 
powierzchowne.

background image

  -   O!   To   ty   -   przywitała   Marka.   Otaksowała   mnie 

bezczelnym wzrokiem, po czym spojrzała mi prosto w oczy.

Mark cofnął się, wziął mnie za rękę i popchnął lekko do 

przodu.

  -   Przedstawiam   ci   Romaine,   siostrę   Camilli.   Romaine, 

poznaj Weronikę, żonę Evana.

Weronika zmarszczyła brwi.
  -   Masz   niezbyt   zręczny   sposób   przedstawiania   ludzi, 

Mark.   Nie   sądzę,   by   pragnęła,   aby   ją   uważano   za   siostrę 
Camilli, tak samo jak mnie za żonę Evana.

Mark zaczerwienił się.
 - Twoim zdaniem zawsze postępuję niewłaściwie.
  - To prawda. Domyślam się, że przyjechałeś sprawdzić, 

do czego jestem  zdolna, gdy Evana  nie ma  w domu. Cóż! 
Powodzenia.

W policzku Marka drgał nerwowo mięsień, zacisnął palce 

na   moim   łokciu,   trafiając   na   siniaki.   Myślałam,   że   będę 
świadkiem awantury, lecz zdołał się opanować.

 - Nie zaprosisz nas do środka? - spytał.
 - A muszę?
Uwolniłam ramię z uścisku Marka i skierowałam się w 

stronę samochodu. Zachowanie dziewczyny uznałam za zbyt 
wyzywające,   bym   mogła   je   tolerować.   W   ciągu   sekundy 
zbiegła ze schodów i znalazła się przy mnie, kładąc mi dłoń na 
ramieniu.

 - Przepraszam, Romaine. Mark zawsze wyzwala we mnie 

najgorsze instynkty. Wejdź. Evan wychwala cię pod niebiosa. 
Nigdy   by   mi   nie   wybaczył,   gdyby   się   dowiedział,   że   nie 
przyjęłam cię jak honorowego gościa.

Uśmiechnęłam   się   nieznacznie   i   weszłam   ponownie   do 

domu.

  - Czy są jakieś wieści o Camilli i Hedleyu? - spytała, 

kładąc poduszkę na wygodnym krześle. - Usiądź, Romaine.

background image

Opowiedziałam o celu naszej podróży i jej rezultacie. Nie 

robiła, jak się spodziewałam banalnych komentarzy, na jakie 
zwykle silą się ludzie w podobnych okolicznościach. Słuchała 
z uwagą, która mnie zdziwiła; jak gdyby naprawdę obchodził 
ją los Camilli.

Mark krążył po pokoju. Stwierdziłam, że pomieszczenie 

jest urządzone bardzo gustownie.

Quenton   stanął   przed   oszklonymi   drzwiami   do   patio. 

Weronika   nie   potrafiła   ukryć   zdenerwowania.   Jej   twarz 
wykrzywiła nienawiść.

  - Domyślałem się, że się tu ukrywasz - powiedział mój 

towarzysz podróży, uchylając drzwi.

Nie   widziałam   osoby,   do   której   to   mówił.   Weronika 

zesztywniała, jej oczy pociemniały z gniewu.

  - Niech cię szlag trafi, Quenton. - Nie słyszał jej słów, 

lecz wrócił do pokoju i spojrzał jej prosto w oczy.

 - Myślałem, że Evan powiedział temu facetowi, by się tu 

nie pokazywał.

 - Zrobił to. Ja nie.
 - Weronika! Jak możesz...
 - Byłoby lepiej, gdybyś pilnował swego nosa. Nie muszę 

prosić o zgodę ciebie ani Evana, gdy chcę zaprosić przyjaciół.

 - Przyjaciół! - parsknął Mark. - Czy nie obchodzi cię to, 

co zrobił Camilli?

Mark zatrzymał się, unikając mego wzroku. Serce biło mi 

niespokojnie.   Desperacko   chciałam   poznać   prawdę,   a 
jednocześnie wolałam, by nic mi nie mówił.

Weronika   przeszła   przez   pokój   z   podniesioną   głową. 

Otworzyła z trzaskiem drzwi od patio.

  -   Dent!   -   zawołała.   -   Mój   szwagier   jest   jak   zwykle 

podejrzliwy. Zawsze posądza ludzi o najgorsze.

Mężczyzna, który ukazał się w progu, był szczupły i wąski 

w ramionach. Arogancko skinął głową.

background image

  - Wiem - powiedział, wchodząc do pokoju z rękami w 

kieszeniach spodni. Spojrzał na mnie niepewnie.

Żona Evana była wciąż czerwona z gniewu.
 - Przedstaw mnie - zażądał.
Zawahała   się,   a   ja   nie   rozumiałam,   dlaczego.   Było 

oczywiste,   iż   liczyła   na   to,   że   się   nas   pozbędzie,   zanim 
zobaczę   tego   człowieka.   Położyła   mu   dłoń   na   ramieniu 
władczym gestem.

  -   Dent   -   powiedziała   przesadnie   ożywionym   głosem   - 

poznaj   Romaine   Mortimer.   Jest   siostrą   Camilli.   Romaine, 
przedstawiam ci Denta Greene'a.

 - Siostra Cam! Co za niespodzianka. - Wyciągnął do mnie 

rękę, lecz nie podałam mu swojej. - To brzydko z jej strony, że 
nie powiedziała mi o drugiej piękności w rodzinie.

Mark   parsknął   pogardliwie   i   usiadł   na   poręczy   mojego 

fotela. Zachowywał się dziecinnie, lecz cieszyłam się, że jest 
tak blisko mnie.

Dent Greene uśmiechnął się nieznacznie. Jego twarz nie 

zdradzała żadnych emocji. Usiadł wygodnie w fotelu.

 - Pewnie powiesz Evansowi, że tu byłem - zwrócił się do 

Marka.

 - Masz rację.
 - Na twoim miejscu nie robiłbym tego. - Głos Denta był 

spokojny, lecz w słowach czaiła się wyraźna groźba.

Poczułam, jak Mark sztywnieje, i położyłam dłoń na jego 

kolanie.   Spojrzał   na   mnie.   Na   jego   twarzy   malowała   się 
wściekłość.

 - Mark - powiedziałam - na nas chyba już czas.
  -   Musicie   wypić   herbatę.   Evan   nigdy   by   mi   tego   nie 

wybaczył. - Weronika uśmiechnęła się do mnie.

 - Mark! - zawołała - pomóż mi. Przynieś tacę. - Krzątała 

się, przesuwając stoliki. Udawała gościnną gospodynię.

 - Nie chcę herbaty - odrzekł Mark. Przerwała swe zajęcie.

background image

  - Myślę o Romaine. Musi umierać z pragnienia po tak 

długiej podróży.

 - Nie, dziękuję - powiedziałam. - Naprawdę musimy już 

jechać.

 - Bardzo was proszę - nalegała Weronika. - Chodź, Mark.
Wahał się przez chwilę, po czym wstał i wyszedł za nią do 

kuchni.

 - Weronika za dużo gada - powiedział Dent. - Zapalisz? - 

Podsunął mi złotą papierośnicę.

Potrząsnęłam przecząco głową. Zapalił papierosa, rozsiadł 

się w fotelu i zaczął wypuszczać piękne, równe kółka dymu.

  -   Czy   są   jakieś   wiadomości   o   Camilli?   Znów 

potrząsnęłam głową.

 - Musi gdzieś być.
 - Może pan wie, gdzie ona jest.
  -   Szybko   wyciągasz   wnioski,   prawda?   Doceniam 

inteligencję   i   błyskotliwość   u   dziewczyn.   Camilla   też   jest 
błyskotliwa. Zawsze umie znaleźć właściwe słowa...

  -   Myślałam   -   rzekłam   powoli   -   że   równie   starannie 

dobiera sobie przyjaciół.

Zacisnął usta; oczy mu błyszczały. Trafiłam w jego czuły 

punkt i przeżyłam swoje małe zwycięstwo.

 - Niektórzy ludzie są nawet zbyt inteligentni. To dla nich 

niebezpieczne.

 - Chyba mi pan nie grozi, panie Greene?
 - Nie chodzi o ciebie - przynajmniej nie w tej chwili.
 - Dobrze. Jestem skłonna w to uwierzyć.
Weronika   weszła   do   pokoju,   wnosząc   ciasto.   Jej   oczy 

błyszczały podejrzliwie.

 - Zaprzyjaźniacie się?
Dent poczekał, aż żona Evana wróci do kuchni.
  -   Camilla   i   ja   jesteśmy   dobrymi   przyjaciółmi   - 

poinformował mnie.

background image

Dopiero teraz zrozumiałam, że Dent musi być mężczyzną, 

o którego Camilla pokłóciła się z Weroniką.

 - Słyszałam co innego.
Zgasił   papierosa,   pochylił   się   i   stuknął   mnie   lekko   w 

kolano.

 - W takim razie ktoś cię okłamał.
Miałam ochotę uderzyć go w twarz, lecz w tym momencie 

wszedł do pokoju Mark, trzymając tacę z herbatą. Żałowałam, 
że nie uległam pokusie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Zaczęłam spędzać coraz więcej wolnego czasu z Paulem. 

Chłopiec obmyślał różne sposoby wywabiania mnie z hotelu, 
a ja muszę przyznać, byłam zachwycona jego towarzystwem. 
Jeździliśmy   na   wycieczki   samochodem   Cam,   zwiedzając 
okolicę. Kiedy indziej włóczyliśmy się po plaży, zawsze w 
asyście psów. Któregoś wieczora szliśmy brzegiem morza.

 - Czy przemyt jest przestępstwem morza? - zapytał nagle 

Paul. - To znaczy, czy można za to iść do więzienia? - Ścisnął 
mnie za rękę i spojrzał błyszczącymi z podniecenia oczami.

Moim ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju.
 - Do czego zmierzasz, Paul?
 - Myślę, że wujek Hedley jest przemytnikiem.
 - Bzdura.
  -   To   prawda.   Którejś   nocy   przed   ich   wyjazdem 

widziałem, jak nosił na jacht ciężkie skrzynki.

Odetchnęłam z ulgą.
 - Z pewnością znajdowała się w nich żywność.
 - Czemu robił to w nocy, gdy Camilla spała? Pomagałem 

jej się pakować po południu.

  -   Może   postanowił   wybrać   się   dalej   niż   na   Wyspę 

Quentona?

 - Nie powiedział tego Camilli. Obiecała mi, że wrócą w 

ciągu trzech, czterech dni.

  - Hedley mógł wziąć na wyspę jakiś sprzęt dla Marka. 

Paul pokręcił głową.

  -   Dopiero   po   ich   wyjeździe   Mark   dowiedział   się   ode 

mnie,  że  płyną na wyspę. Był wściekły. Nie  lubi, jak ktoś 
jedzie tam bez niego, bo obawia się o ptaki zamieszkujące 
tamte   tereny.   Mówi,   że   morze   chce   odebrać   wyspę.   Gdy 
byliśmy   tam   ostatnio,   przybił   tablice   ostrzegawcze   na 
nabrzeżu i drzwiach chaty.

 - Co powiedział o skrzynkach?

background image

Paul niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
 - Nie mówiłem mu o tym. Tak się złościł... Odetchnęłam 

z ulgą.

Hedley   przemytnikiem?   Może   to   jest   rozwiązanie? 

Wydawało mi się to jednak mało prawdopodobne. Niestety, 
owo   przypuszczenie   męczyło   mnie   tak   bardzo,   że   gdy 
któregoś dnia zostałam w domu sama, poszłam na górę do 
pokoju Paula.

Z jego okna dostrzegłam ścieżkę prowadzącą na przystań. 

Wydała mi się dość szeroka, bez trudu można było przewieźć 
jacht z garażu za domem. Nie rozumiałam jednak, jak Paul 
mógł widzieć Hedleya podczas ciemnej nocy? Miał pokój nad 
kuchnią. Może światło w kuchni było zapalone i oświetlało 
Hedleya?

Chciałam   wypytać   Paula   dokładniej,   ale   doszłam   do 

wniosku,   że   niemądrze   byłoby   dać   mu   do   zrozumienia,   że 
uwierzyłam w historię, którą mi opowiedział.

Zeszłam na dół i skierowałam się w stronę trzech garaży. 

Miałam   klucz   do   tego,   w   którym   stał   samochód   Camilli. 
Pozostałe   dwa   były   zamknięte.   Zajrzałam   przez   okno   do 
środkowego   pomieszczenia   i   zobaczyłam   w   nim   samochód 
Hedleya.   Okno   trzeciego   garażu   było   szczelnie   zasłonięte 
kawałkiem   grubego  materiału.   Przyniosłam   pęk   hotelowych 
kluczy   i   zaczęłam   je   kolejno   wypróbowywać.   Żaden   nie 
pasował.

Dyskretne podpytywanie Maisie nic mi nie dało.
 - Pan Peake nigdy nie otwierał tego garażu - powiedziała. 

- Chciałam tam kiedyś posprzątać, ale mi nie pozwolił.

Tajemnica   zamkniętego   garażu,   ciężkie   skrzynki 

taszczone w nocy do jachtu i anonimowy list znaleziony w 
skrzynce parę dni wcześniej, zaczynały układać się w całość.

background image

List, w którym kazano mi  się  trzymać z  daleka  od nie 

swoich spraw, rozzłościł mnie. Doszłam do wniosku, iż ktoś 
sądzi, że wiem więcej, niż wiedziałam w rzeczywistości.

Nie mogłam uwierzyć, że Hedley para się przemytem; nie 

nadawał się zupełnie do tego. Nie widziałam go, co prawda od 
trzech lat, ale ludzie przecież tak się nie zmieniają.

A   może   zaślepiała   mnie   miłość?   „Na   pewno   nie"   - 

pomyślałam,   wspominając   letnie   popołudnie   niedługo   po 
śmierci ojca Hedleya. Mój ukochany miał roziskrzone oczy, w 
jego głosie dźwięczał entuzjazm, gdy mówił o swoich planach 
na przyszłość.

„Uczynię hotel »Ashlings« tak sławnym jak »Tiffany«" - 

powiedział. „Z twoją pomocą, Romy" dodał po chwili.

W   jego   postawie   widać   było   zdecydowanie.   Pocałował 

mnie namiętnie. Krew pulsowała mi w żyłach, pożądałam go. 
Uwierzyłam w swej naiwnością że Hedley mnie kocha.

Ale to działo się, zanim Peake zainteresował się Camillą.
Teraz chciałam ciągle o nim mówić. Byłam dość bystra, 

by nie zadawać bezpośrednich pytań, lecz często mimowolnie 
kierowałam   rozmowę   na   jego   temat.   Stworzyłam   sobie 
nieprawdziwy   obraz   człowieka,   który   nie   tylko   złamał   mi 
serce, lecz także poróżnił mnie z moją siostrą, być może na 
śmierć i życie.

Kim był naprawdę Hedley? Która z zasłyszanych wersji 

jest   autentyczna?   To   stawało   się   moją   obsesją,   a   przecież 
miałam   wystarczająco   absorbującą   pracę,   by   nie   zaprzątać 
sobie głowy głupstwami.

Ale jedyna osoba, która mogła mi powiedzieć o szwagrze 

wszystko, co chciałabym wiedzieć, unikała tego tematu. Mark 
nie lubił mówić o Hedleyu.

Przyjeżdżał   do   hotelu   prawie   co   wieczór.   Siedział 

cierpliwie w barze i rozmawiał z gośćmi, czekając, aż będę 
wolna. Zaczęłam tęsknić do tej chwili przez cały dzień. To 

background image

było moje światło w tunelu wśród wszystkich kłopotów, które 
mnie osaczały. Gdy zdarzyło się, że nie przyjechał, czułam się 
samotna, nikomu niepotrzebna.

Zastanawiałam się, czy jest coś znaczącego w pragnieniu 

widywania się z Markiem i czy moja potrzeba kontaktu z nim 
nie wykracza poza ramy zwykłej przyjaźni.

  - Mark - zapytałam któregoś wieczoru - czy naprawdę 

byłeś na wyspie po zniknięciu Camilli i Hedleya?

  -   Nie,   ale   teren   został   dokładnie   przeszukany.   Czemu 

pytasz?

  -   Może   przeoczyli   jakiś   ważny   ślad?   -   powiedziałam, 

myśląc o skrzynkach.

 - Można to sprawdzić. - Spojrzał na mnie przenikliwym 

wzrokiem.   -   Zwykle   urządzamy   na   wyspie   piknik   w   dzień 
urodzin Paula. Chłopak sam wpadł na ten pomysł. Pojedziesz 
z nami?

Zawahałam się.
 - Ale czy Paul będzie sobie tego życzył?
  -   Wielkie   nieba!   Pewnie,  że   tak.   -   Uśmiechnął   się   i 

położył mi dłoń na ramieniu. - Obaj tego chcemy.

Musiałam się jednak upewnić, jak zareaguje Paul, więc 

zagadnęłam go następnego ranka.

  - Mark mówił mi, że wybieracie się na wyspę w dniu 

twoich urodzin - powiedziałam. - Czy mogę jechać z wami?

 - Camilla zawsze jeździła.
  - To wymijająca odpowiedź. Chcesz, żebym pojechała? 

Wstrzymałam oddech, czekając na odpowiedź.

 - Nie zapomnij o torcie. Czy mówiłaś szefowi kuchni, by 

umieścił tam dwanaście świeczek?

Wciąż   nie   byłam   pewna,   co   myśli   Paul.   Wiedziałam 

natomiast, że ja bardzo chciałabym z nimi pojechać.

background image

W   urodzinowy   poranek   niebo   było   zachmurzone.   Wiał 

zbyt   silny   wiatr,   więc   nie   mogliśmy   popłynąć   na   wyspę 
żaglówką. Mark zabrał nas z przystani motorówką.

Paul   wstał   wcześnie   i   pobiegł   do   bramy   czatować   na 

listonosza.   Maisie   smażyła   mu   na   śniadanie   ulubioną 
jajecznicę, którą zawsze obficie polewała ketchupem.

 - Panno Mortimer - odezwała się gospodyni - martwię się 

o Paula. Jest przekonany, że dostanie kartkę od pani Peake i 
będzie zrozpaczony, jeśli się zawiedzie.

Gdy chłopiec wrócił, poznałam po jego smutnej minie, że 

nie dostał listu od Cam. Usiadł przy kuchennym stole i położył 
na nim stos korespondencji.

 - Przejrzałeś pocztę, Paul? Otwórz, proszę.
Wyjął z kopert kilkanaście kartek, przeczytał je i odłożył 

na bok. Nie było wśród nich dwóch, na które czekał. Jeśli 
Cam   żyła   i   chciała   się   z   nami   skontaktować,   mogła 
wykorzystać tę okazję. Nie zrobiła tego jednak. Pan Vardier 
też nie pamiętał o urodzinach syna.

Paul   połknął   szybko   śniadanie,   wziął   psy   i   pobiegł   na 

przystań.   Poszłam   za   nim,   niosąc   koszyk   z   jedzeniem. 
Niebawem przypłynął Mark Quenton.

  -   Nie   napisała   -   poinformował   go   chłopiec,   gdy 

siedzieliśmy już w łodzi.

 - Dlaczego myślałeś, że to zrobi?
 - Zawsze pamiętała o moich urodzinach.
 - Teraz jest trochę inna sytuacja, prawda? Skinął głową.
 - Ale ja tak pragnę, żeby do mnie napisała. Nie rozumiesz 

tego.

 - Rozumiem, chłopcze. Wszyscy czekamy na wiadomość 

od niej.

 - Ale ja najbardziej.
Mark objął Paula i przyciągnął go do siebie.
 - Chcesz trzymać ster? - zapytał.

background image

Usiadłam   na   rufie.   Niebo   zaczynało   się   przejaśniać. 

Promienie  słońca  lśniły na mosiężnych okuciach kabinowej 
łódki.   Jej   miarowy   ruch   i   cichy   pomruk   silnika   działały 
usypiająco. Zamknęłam oczy i poddałam się senności.

  -   Hej,   Romy,   zbudź   się!   Co   powiesz   o   kawie?   Mark 

skinął,   przysłaniając   mi   słońce,   które   świeciło   teraz   na 
bezchmurnym niebie.

Wygląd   wyspy   zaskoczył   mnie.   Zupełnie   inaczej   ją 

zapamiętałam.

 - Zmieniła się, Mark. Jest taka mała. Skinął głową.
 - Wiem. To wyspa wulkaniczna. Zapada się i wynurza z 

morza. Cieszę się, że mama nie przyjechała z nami. Często 
wspomina dzień, w którym ojciec pokazał jej wyspę po raz 
pierwszy, chyba ze trzydzieści lat temu.

 - Co się stanie z ptakami? - zapytał Paul.
 - Pewnie znajdą sobie inną wyspę.
 - Jednak to miejsce jest szczególne.
  - Ale tylko dla nas, gdyż należy do nas. Dla ptaków to 

jedynie kolejna wyspa, na której zakładają gniazda.

Kiedy  łódź zbliżyła się do brzegu, pomyślałam, że moje 

pierwsze wrażenie było mylne. Po drugiej stronie piaszczystej 
zatoki,   w   odległości   około   pięćdziesięciu   stóp   od   wody, 
wznosiły   się   skały.   Mewy   zakładały   tam   gniazda   i   gdy 
zbliżyliśmy się, zaczęły głośno krzyczeć. Wiele z nich wzbiło 
się w powietrze i krążyło nad naszymi głowami.

 - Trudno uwierzyć, że Camilla spędziła choć jedną noc na 

wyspie   -   powiedziałam.   -   Pamiętasz   Mark,   jak   bała   się 
ptaków?

Skinął głową, kierując łódź do przystani.
  - Nie było jej tutaj, wiem o tym. Obiecała,  że... -  słowa 

Paula zagłuszył hałas silnika.

  - Romy, rzuć mi cumę! - zawołał Mark, wyskakując na 

pomost,   który   zatrzeszczał   pod   jego   ciężarem.   Chwyciłam 

background image

linę,   czując   tarcie   twardego,   skręconego   włókna,   gdy 
przesuwała   się   przez   moje   ręce.   Paul   zeskoczył   z   łódki,   a 
Mark   wyciągnął   rękę,   by   pomóc   chłopcu   utrzymać 
równowagę. W pomoście brakowało kilku desek: przez dziury 
widać było wodę uderzającą o pale oplecione przez gnijące 
wodorosty.

Podałam kosz, wędki, sieci i nieprzemakalne kurtki. Mark 

złożył   je   na   pomoście   i   wyciągnął   ręce.   Gdy   skoczyłam, 
chwycił mnie i przytrzymał chwilę w ramionach.

Paul pobiegł przed siebie.
  - Spójrz tutaj - powiedział. - Zmieniło się oznakowanie 

poziomu  wody. Jest teraz jakieś dziesięć stóp wyżej niż w 
zeszłym   roku.   Podczas   jesiennych   przypływów   najniższa 
część wyspy zostanie zatopiona.

 - Och, nie bądź takim pesymistą. Wyspa przetrwała przez 

tyle lat.

Usłyszeliśmy wołanie Paula stojącego przed chatą.
  -   Mark,   nie   ma   kłódki!   Drzwi   są   otwarte. 

Rozgorączkowany   spojrzał   na   nas.   Rzuciliśmy   bagaż  i 
podbiegliśmy   do   niego.   Nie   wątpiłam,   że   czeka   nas   jakieś 
straszne odkrycie. Wzięłam Paula za rękę i odciągnęłam go od 
drzwi.

Mark nacisnął klamkę. Potem pchnął drzwi i wszedł do 

środka.

 - Pusto! - zawołał. - Nikogo nie ma. - Odetchnął z ulgą. - 

Hedley jest roztargniony. Zapomniał założyć kłódkę. Zostawił 
ją na stole.

Paul wyrwał się do przodu.
 - Chcę zobaczyć.
Kolana ugięły się pode mną i byłabym upadła, ale Mark 

zaopiekował się mną w samą porę.

 - Uspokój się, kochanie. Nie myślałaś chyba...
 - A ty?

background image

Skinął ze smutkiem głową.
 - Pakt samobójców?
 - Nie, nie Camilla. Och, Mark, to nie w jej stylu.
 - Więc co?
  -   Nie   wiem.   Nie   jestem   nawet   pewna,   czy   tu   byli. 

Mężczyzna przytulił mnie.

 - Już lepiej?
Uśmiechnęłam się do niego, pragnąc przedłużyć tę chwilę. 

Paul wybiegł na zewnątrz.

 - Okropnie tam śmierdzi! I podłoga jest wilgotna. Miałam 

dziwne wrażenie, że historia się powtarza.

Przypomniałam   sobie   inny   dzień,   który   tu   spędziłam: 

wydawał mi się nawet bardziej realny niż dzisiejszy. Miałam 
wtedy   tyle   lat,   co   Paul.   Gospodarzem   przyjęcia   był   Evan, 
wówczas student pierwszego roku Cambridge. Hedley i Mark 
szeptali coś między sobą. Camilla śmiała się prowokująco - 
kusicielka ze złotymi włosami związanymi czerwoną wstążką. 
Duchy   przeszłości   towarzyszyły   mi,   były   ze   mną,   gdy 
zdejmowałam okiennice i otwierałam okna.

We wnętrzu nic się nie zmieniło. Stał tu masywny stół, 

cztery   drewniane   krzesła,   piętrowe   łóżko   i   kredens.   Wiatr 
nawiewał do środka piasek, który osadzał się w szczelinach 
między deskami podłogi i tworzył kopczyki w kątach.

Byłam pewna, że nawet jeśli Camilla i Hedley zjawili się 

tutaj, to nie po to, by spędzić parę nocy w domku bez wygód. 
Czego zatem szukali na małej samotnej wyspie?

Krążyłam   dookoła,   myśląc   niemądrze,   że   jeśli   się   tu 

zatrzymali, Camilla z pewnością napisała na piasku: „Camilla 
była   tutaj".   Zatrzymałam   się   przed   kredensem.   Naraz   czas 
cofnął   się,   wspomnienie   z   przeszłości   stawało   się   coraz 
bardziej   wyraziste.   Dotknęłam   gałki   od   drzwiczek,   ale   nie 
mogłam się zmusić, by ją przekręcić. Mark stanął za mną.

 - Daj spokój, Romy. Nic tu nie znajdziesz.

background image

 - Mam wrażenie...
  -   Zapomnij   o   tym.   Lepiej   nie   odgrzebywać   pewnych 

spraw.

 - Jakich spraw? - Odwróciłam się i spojrzałam na niego.
Pochylił się i pocałował mnie, powoli i z czułością. Gdy 

się wyprostował, miał w oczach dziwny błysk.

 - Długo czekałem na tę chwilę.
  - Co tam robicie?! - zawołał Paul. - Chodźcie! Tracimy 

czas.   Obiecałem   szefowi   kuchni,   że   złapię   największego 
kraba, jakiego w życiu widział.

Wyszliśmy   na   słońce.   Czułam   się   lżejsza   od   obłoków 

płynących po niebie w podmuchach wiatru.

  - Wezmę koszyk - powiedziałam. - W chacie jest zbyt 

ciemno i duszno, by jeść lunch.

  - Najlepsze kraby są w Drakesbay - rzekł Mark, biorąc 

koszyk, i poprowadził nas w stronę zatoki.

Zatoki wszędzie są podobne: piasek i skały, a krajobraz 

dopełniają kępy wodorostów, muszelki, szum i zapach morza. 
Nasza zatoka miała jeszcze coś - nieuchwytną aurę samotnej 
wyspy, którą uważaliśmy za swoją.

  - Jakbym znów był dzieckiem. - Mark uśmiechnął się. 

Stał po kolana w wodzie, trzymając w ręku sieć.

Skinęłam   głową   zamyślona.   Wydawało   mi   się,   że 

przeniosłam się w czasie. Byłam kobietą z innej epoki, której 
szczęście, nie skażone cywilizacją, unosiło się w powietrzu.

 - Romy, obudź się! Spójrz na nią, Paul. Śni na jawie.
Paul wyprostował się i spojrzał, jak gdyby nigdy przedtem 

mnie nie widział.

 - Nienawidzę snów. Straszą mnie w nocy. Odwrócił się i 

odszedł w stronę morza.

  - Nigdy nie zrozumiem tego dziecka. - Mark wyszedł z 

wody   i   usiadł   obok   mnie.   -   Boję   się   o   niego.   Jest   taki 
wrażliwy. A te jego opowieści! Matka uważa, że powinno mu 

background image

przejść wymyślanie takich wstrząsających historii. Dajemy mu 
tyle miłości, chłopiec stał się członkiem rodziny. Zniknięcie 
Camilli tak źle na niego wpłynęło.

 - Ona nie ma serca - rzekłam.
 - Albo ma go zbyt wiele - westchnął.
Zerwałam  się i pobiegłam do Paula;  muszelki  na plaży 

chrzęściły pod bosymi stopami.

  -   Założę   się,   że   pierwsza   złapię   kraba!   -   zawołałam. 

Spojrzał   na   mnie   łobuzerskim   wzrokiem.   Wiedział,   że 
ściągnął na siebie uwagę.

 - O co się założysz?
  -   Ja   dam   nagrodę   zwycięzcy   -   powiedział   Mark, 

dołączając   do   nas.   Gorączkowy   błysk   w   oczach   Paula 
odebrałam jako pragnienie wygranej.

  - Nie możemy stać razem - powiedział. - Romy będzie 

łowić na lewo od tej dużej skały. Mark pośrodku, a ja pójdę na 
prawo.

Usiadłam,   oparłam   się   plecami   o   skałę.   Panowała   tu 

zupełna cisza. Rozkoszowałam się nią, pozwalając, by spokój 
wypełnił każdą cząstkę mojego ja. Błądziłam sennie myślami 
wokół przyjemnych spraw. Po chwili ogarnął mnie niepokój, 
który   przytłumił   wszystkie   wspomnienia,   wszystkie   oprócz 
wydarzenia w domku.

Widziałam   oczami   wyobraźni   siebie   stojącą   przed 

kredensem   i   czułam   cudowną   bliskość   Marka.   Chciałam 
pogrążyć się w rozpamiętywaniu przyjemności, jaką sprawił 
mi jego pocałunek, lecz parę słów tłukło mi się bez przerwy 
po głowie. „Daj spokój, Romy".

Czemu mam dać spokój? „Nie otwieraj kredensu, idiotko" 

-   mówiłam   do   siebie   w   myślach.   Dlaczego   nie?   Co 
niezwykłego wiąże się z kredensem?  Nagle przypomniałam 
sobie. Zerwałam się i wybiegłam zza skały, wołając Marka. 
Przystanęłam zdumiona. Nie było go tam. Zaczęłam szukać 

background image

Paula. Zawołałam go. Nikt nie odpowiedział. Ogarnęła mnie 
panika. Czyżbym została sama na wyspie, która przed chwilą 
wydawała   mi   się   rajem,   a   teraz   napawała   mnie   lękiem? 
Uspokoiłam się szybko. Pewnie się przenieśli, połowić kraby 
w innej zatoce. Spojrzałam na sieć Paula porzuconą beztrosko 
na brzegu w zasięgu fal. Przeniosłam ją w bezpieczne miejsca 
z dala od wody.

Dokąd i dlaczego odeszli? Czy obaj wiedzieli, co znajduje 

się w kredensie? Poszli razem czy osobno?

Nie   zobaczyłam   ich   po   drodze   do   chaty,   lecz   gdy 

podeszłam bliżej, usłyszałam czyjeś głosy. Podkradłam się do 
okna.

 - Co robisz? - Rozpoznałam głos Marka.
 - Czemu za mną poszedłeś? Nie powinieneś był. To nasza 

tajemnica.

Zajrzałam przez okno. Paul przyciągnął stół do kredensu i 

stanął na nim.

 - Jeśli masz na myśli skrytkę na górnej półce... - 
 - Powiedziała mi, że nikt inny o tym nie wie - przerwał 

mu Paul. - To miała być nasza tajemnica.

 - Kłamała. Wiem o tym i inni też. Czy mówiła, że zostawi 

tam dla ciebie wiadomość?

 - Obiecała. - Chłopiec był zrozpaczony.
 - Cóż, zobaczymy.
 - Jest pusta - zaszlochało dziecko.
Usłyszałam westchnienie Marka. Co oznaczało: ulgę czy 

zawód? Czy on też spodziewał się, że Camilla  zostawi mu 
wiadomość w tajnym schowku?

 - Obaj się zawiedliśmy. Nie myślmy o tym więcej.
  -   Wiesz,   gdzie   ona   jest.   -   Paul   zeskoczył   ze   stołu   i 

podbiegł do Marka, bijąc go pięściami.

 - Nie bądź niemądry, Paul.

background image

  - Wiesz, wiesz. Mówiła, że ty zawsze wiesz, gdzie jej 

szukać.

 - Nie to miała na myśli.
 - Właśnie to. A teraz, gdy Romy jest tutaj, nie chcesz, by 

Camilla wróciła.

  - Ty mały głupcze! - krzyknął Mark i chwycił Paula za 

nadgarstki. - Ja też ją kochałem...

Nie chciałam słyszeć nic więcej. Zeszłam na brzeg, nie 

dbając   o   to,   czy   mnie   zauważyli.   Byłam   roztrzęsiona, 
nienawidziłam Quentona za pocałunek, który teraz wydawał 
mi się zdradą. Kochał Camillę i nigdy mu nie wybaczę, że 
mnie oszukał.

Fale   uderzały   o   moje   uda,   gdy   wchodziłam   powoli   w 

wodę, która sięgała mi teraz do pasa. Chciałam pogrążyć się w 
zapomnieniu.

Nagle   zatrzymałam   się.   Czy   oszalałam?   Szukałam 

śmierci? Z tak błahego powodu. Wyszłam na brzeg i zaczęłam 
biec.

Wołałam   ich;   zapomniałam   zupełnie,   że   mój   głos 

przypominał   chwilami   brzmienie   głosu   Camilli.   Paul 
wyskoczył z domku. Wpatrywał się we mnie, pobladły, jakby 
zobaczył ducha. Minęłam go. Mark odstawił właśnie stół na 
miejsce.   Zdawało   mi   się   przez   moment,   że   widzę   na   jego 
twarzy oczekiwanie i nadzieję.

  - Idziemy? - Oparłam się o drzwi, ciężko oddychając. 

Strużki wody spływały po moim ciele, tworząc na podłodze 
małe kałuże. - A może w czymś przeszkodziłam? - Spojrzałam 
znacząco na otwarty kredens. - Chyba nie myśleliście obaj, że 
Camilla   zostawi   wam   w   skrytce   wiadomość?   -   rzekłam 
sarkastycznie.

Mark   poczerwieniał   i   zmarszczył   brwi.   Dobrze   się 

bawiłam.   Naprawdę   cieszyło   mnie   to   małe,   dziecinne 

background image

zwycięstwo.   Nie   mogłam   sobie   darować   tych   złośliwości. 
Byłam zbyt wściekła.

  - Myślałem, że to Camilla do nas wraca - wymamrotał 

Paul.

Jego słowa wyzwoliły płomień, który tłumiłam przez trzy 

lata. Teraz  rozgorzał  w  paroksyzmie  zazdrości. To  Camilla 
mnie do tego doprowadziła.

 - Na pewno nie zadałaby sobie trudu, by zostawić dla was 

wiadomość.   Nie   przyszłoby   jej   to   do   głowy.   Przyjmowała 
waszą adorację jako coś oczywistego. Nie, jeśli cokolwiek tu 
jest, to tylko dla mnie.

 - Tajny schowek jest pusty - rzekł Paul.
  - Schowek w kredensie nie jest tajny. Wszyscy o nim 

wiedzą. Ale jest drugi...

Przeszłam   przez   pokój.   Nie   czułam   już   wilgotnego 

kostiumu oblepiającego moje ciało. Słyszałam w wyobraźni 
podniecony   głos   Camilli:   „To   nasza   skrytka,   Romy,   tylko 
nasza".

Podeszłam do piętrowych łóżek. Nad nimi znajdowała się 

wygięta belka podtrzymująca dach. W rogu utworzonym przez 
belkę i słupek wspierający łóżka była wąska szpara. Stojąc na 
palcach, mogłam do niej sięgnąć.

Byłam   pewna,  że   nic   tam   nie  znajdę,  lecz  Mark  zrobił 

dziwną   minę,   a   Paul,   kładąc   dłonie   na   moich   ramionach, 
zmusił mnie do dokładniejszych poszukiwań. Nie wierzyłam, 
że jest tam jakaś wiadomość. Camilla mogła od dawna nie 
pamiętać o schowku, tak jak ja bym zapomniała, gdyby nie 
dziwny przebłysk świadomości.

 - Nic tu nie ma... - zaczęłam, ale moje palce trafiły nagle 

na mały zwitek. Wstrzymałam oddech ze zdumienia.

 - Co to jest? - Mark podbiegł do mnie. - Wyprostowałam 

palce; na dłoni leżała zawinięta w folię paczuszka.

background image

Mężczyzna chwycił ją, jakby obawiając się, że mu w tym 

przeszkodzę. Paul przysunął się do niego.

  - Co tam jest? Otwórz. Może to wiadomość od Camilli. 

Chciałam   krzyknąć:   „Nie   otwieraj".   Zaczęłam   drżeć.   Mark 
ostrożnie rozwinął opakowanie. Wpatrywałam

się   w   niego   zdenerwowana.   Wiedziałam,   co   jest   w 

paczuszce w chwili, gdy złamał lakową pieczęć i wysypała się 
odrobina proszku. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.

 - Ona by nie mogła... - Z trudem wypowiadałam kolejne 

słowa.

 - Oczywiście, że nie. - Quenton odwrócił się gwałtownie. 

-  Czy  mówiłaś  komukolwiek   o tej  skrytce?  -  Potrząsnęłam 
głową.  -  Więc   Camilla  musiała  o  niej  wspomnieć  lub  ktoś 
znalazł ją przypadkiem - dodał po chwili.

  -   Co   jest   w  środku?   -   dopytywał   się   chłopiec.   Mark 

zawinął starannie paczuszkę i włożył do kieszeni.

 - Nic ważnego. - Dał mi do zrozumienia, bym niczego nie 

wyjaśniała.

  - Camilla nie zapomniałaby o zostawieniu wiadomości. 

Obiecała. Chyba jej tu w ogóle nie było - stwierdził Paul.

 - Myślę, że niestety masz rację - odrzekł Mark. - Lepiej 

poszukajmy koszyka. Nie chcę, by fale porwały twój tort.

Quenton   włożył   butelkę   szampana   do   wypełnionego 

zimną wodą wgłębienia w skale. Pozwolił solenizantowi zdjąć 
korek. Śmialiśmy się głośno. Paul jadł z apetytem i ponaglał, 
byśmy   zapalili   świeczki   na   torcie;   zrobiliśmy   z   ręczników 
osłonę, by nie zdmuchnął ich przedwcześnie wiatr.

Chłopiec pokroił tort, odłożył kawałek i zapakował go w 

papierową serwetkę.

 - To dla Cam. Na pewno zechce spróbować, gdy wróci do 

domu. Założę się, że żałuje, iż nie ma jej teraz z nami, prawda, 
Mark?

background image

Nie byłam pewna, czy pominął mnie świadomie, czy  też 

zapomniał   o   mnie.   Nawet   chwile   spędzone   sam   na   sam   z 
Markiem   nic   dla   mnie   teraz   nie   znaczyły.   Obaj   byli 
niewolnikami   Camilli   i   nie   miałam   wielkiej   nadziei,   że 
kiedykolwiek uda mi się ją zastąpić.

Nawet gdyby umarła, pamięć o niej pozostanie święta.
W   drodze   powrotnej   stłoczyliśmy   się   wszyscy   troje   na 

przedzie   motorówki.   Mark   objął   mnie   ramieniem,   a   Paul 
przytulił się. Mój optymizm powrócił. Doszłam do wniosku, 
że jeśli Cam żyje i przebywa za granicą, to i tak pozostanie 
tylko wspomnieniem.

Będąc tutaj na miejscu, miałam nad nią przewagę.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Tydzień po urodzinach Paula pani Dawson wręczyła mi 

telegram.   Choć   był   adresowany   do   Camilli,   rozerwałam 
kopertę i przeczytałam:

„Z   żalem   zawiadamiamy   o   śmierci   Monsieur   Vardiera. 

Proszę powiedzieć synowi. Szczegóły listownie. Lavoisier i 
Cie."

  - To o ojcu Paula. Nie  żyje. - Patrzyłam tępo na panią 

Dawson.

 - Biedny chłopiec - wymamrotała. - Kto mu o tym powie?
 - Nie wiem. - Głos mi się załamał. Przez chwilę miałam 

niedorzeczną   nadzieję,   że   zrobi   to   mój   ojciec   albo   Mark. 
Przeczuwałam   jednak   w   głębi   ducha,   że   ten   obowiązek 
spadnie na mnie.

  -   Gdzie   jest   jego   matka?   -   Pani   Dawson   zawsze 

interesowała się życiem innych ludzi.

 - Umarła, gdy był małym dzieckiem - powiedziałam, nie 

wiedząc, czy to prawda. - Wierzę, że nie powie pani nikomu o 
śmierci Vardiera, zanim nie porozmawiam z dzieckiem.

 - Ależ, panno Mortimer, jakżebym mogła... „Mogłabyś i 

zrobisz to" - pomyślałam ponuro. Pozostawało mi tylko jak 
najszybciej odnaleźć Paula.

Zadzwoniłam do Maisie.
 - Jest z psami na plaży. Wziął z sobą jedzenie i picie. Czy 

coś się stało?

Powiedziałam o telegramie i jej niepokój o chłopca dodał 

mi   otuchy.   Będzie   teraz   potrzebował   naszej   miłości   i 
współczucia.

Plaża   przed   hotelem   była   zatłoczona   wczasowiczami. 

Domyśliłam   się,   że   Paula   nie   ma   wśród   nich   i   poszłam   w 
stronę Sandy Cove, jednego z jego ulubionych miejsc.

Pytałam go parę razy o ojca, lecz wymijające odpowiedzi 

świadczyły o tym, że nie ma między nimi głębszej więzi. Nie 

background image

byłam   jednak   pewna,   jak   zareaguje   na   wiadomość   o   jego 
śmierci.

Nie znalazłam go w Sandy Cove, może dlatego, że parę 

rodzin urządziło tam piknik. Dostrzegłam w końcu chłopca. 
Wyglądał tak dziecinnie i bezradnie, że coś ścisnęło mnie za 
gardło. Chciałam go przytulić, jednak byłam dość rozsądna, 
by nie popełnić tego błędu.

  - Paul! - zawołałam, gdy byłam dość blisko, by mógł 

mnie usłyszeć. Odwrócił się szybko, a ja znów przeklinałam 
podobieństwo   głosu   Camilli   i   mojego,   ujrzawszy   wyraz 
nadziei rozjaśniający mu twarz. Psy rozpoznały mnie od razu. 
Louis   szybko   znalazł   się   obok   mnie.   Schyliłam   się,   a   on 
skoczył   w   moje   objęcia.   Przytuliłam   pieska,   modląc   się   w 
duchu, bym umiała znaleźć właściwe słowa.

Paul   przyjął   moją   obecność   milcząco.   Zawiesił   na   szyi 

swoją ulubioną lornetkę, w ręku trzymał notes i ołówek.

 - Co robisz, Paul?
 - Założę się, że nie zgadniesz, ile ptaków dziś widziałem.
 - Nie zgadnę. Ile?
Wymienił je po kolei. Usiadł na piasku.
  -   Nie   słuchasz   mnie,   Romy   -   powiedział   po   chwili,   z 

pretensją w głosie.

 - Mam dla ciebie złą nowinę, Paul.
Reakcja chłopca była zaskakująca. Zbladł, zaczął drżeć.
 - Camilla? - szepnął.
 - Nie, kochanie, nie Camilla. Twój ojciec... - przerwałam, 

zastanawiając się, czy powiedzieć, że jest ciężko chory, ale 
wyraz oczu chłopca powstrzymał  mnie  od kłamstwa. - Nie 
żyje.

Chciałam objąć go ramieniem, ale odsunął się ode mnie. 

Louis wskoczył mu na kolana, a Paul przytulił policzek do 
jego puszystej sierści.

Czekałam na łzy, które jednak nie popłynęły.

background image

 - Musisz być teraz dzielny - powiedziałam bezsensownie.
 - Chcę, by Camilla wróciła. Tak jej potrzebuję. - Podniósł 

głowę, jego ciemne oczy wypełniły się łzami, które spłynęły 
po policzkach na głowę Louisa. - Nie pozwoliłaby mnie stąd 
zabrać.

 - Ja też nie pozwolę cię stąd zabrać. Obiecuję. - Znów go 

objęłam; tym razem nie opierał się.

 - Ona wróci, prawda? Nie mam nikogo oprócz niej.
 - Wszyscy cię kochamy, Paul.
  -   Mój   ojciec   nie.   Zostawił   mnie,   odchodząc   z   tamtą 

kobietą.   Obiecywał,   że   przyjedzie   tu   i   zostanie,   ale   nie 
dotrzymał słowa.

 - Na pewno cię kochał.
 - Nic nie wiesz! Powiedział, że mu przeszkadzam.
 - Nie myślał tak, kochanie.
 - Myślał. Mógł mnie zabrać od Cam...
Teraz   płakał   naprawdę.   Louis   przytulił   się   do   niego   i 

zaskowyczał.

  - Paul, kochanie, nie płacz. Bądź dzielnym chłopcem i 

chodź do domu.

Po   chwili   przestał   szlochać   i   wytarł   oczy   brudną 

chusteczką. Jego rozpacz była gwałtowna i krótkotrwała jak 
letnia burza. Miała przy tym równie uzdrawiający efekt.

Płakał nie z żalu po ojcu, lecz z tęsknoty za Camillą, którą 

kochał z całego serca.

Wkrótce   zaczął   korzystać   ze   swojej   uprzywilejowanej 

pozycji, przyjmując współczucie ze zdumiewającą godnością. 
Zapowiedziany przez prawników ojca list nadszedł po paru 
dniach.   Był   adresowany   do   Camilli,   lecz   otworzyłam   go   z 
czystym sumieniem. Pan Vardier wyznaczał Camillę i Marka 
Quentona prawnymi opiekunami syna do czasu, gdy osiągnie 
pełnoletność.   Dalsza   część   listu   zawierała   zaskakującą 
wiadomość.   Okazało   się,   że   ojciec   chłopca   zmarł   w 

background image

tajemniczych   okolicznościach   w   Amsterdamie.   I   choć   jego 
radca prawny próbował wyjaśnić tę sprawę, nie miał wielkich 
nadziei, że mu się powiedzie.

Nie byłam pewna, co powinnam powiedzieć Paulowi. W 

końcu postanowiłam pokazać mu list od Lavoisiera.

  -   Czy   myślisz,   że   ojciec   był   szpiegiem?   -   zapytał 

poważnie. - Chciałbym wiedzieć, jak zginął. Myślisz, że go 
zakłuto nożem czy zastrzelono?

Nie   zależało   mu   specjalnie   na   poznaniu   prawdy.   Pan 

Vardier wystąpił teraz w nowej roli. Paul zaczął uważać ojca 
za bohatera, a jego śmierć w amsterdamskim rynsztoku stała 
się   punktem   wyjścia   do   fantastycznych   historii,   w   które   z 
czasem sam uwierzy.

  -   Szkoda,  że   mnie   nie   chciał.   To   znaczy,   nie   chciał 

naprawdę.   Tak   jak   potrzebują   mnie   Louis   czy   Jason.   - 
Zeskoczył na podłogę i przytulił psy, które cierpliwie zniosły 
ten przypływ uczuć.

Nie umiałam znaleźć odpowiedzi ani wtedy, ani teraz, gdy 

szczegóły   śmierci   Vardiera   stawały   się   coraz   bardziej 
tajemnicze, rosła równocześnie jego legenda. Paul tworzył te 
fantazje na podstawie filmów oglądanych w telewizji, a uraza, 
jaką czuł  do ojca przed śmiercią, poszła w zapomnienie  w 
obliczu wspaniałego mitu asa wywiadu. Tak było lepiej, Paul 
zawsze   potrzebował   bohatera,   na   którym   mógłby   się 
wzorować.

Mark   nie   okazał   zdziwienia,   że   został   jednym   z 

opiekunów Paula.

 - Czemu ty, a nie Hedley? - spytałam.
 - Pierre i ja byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Studiowaliśmy 

razem w Oxsfordzie i spędzaliśmy wakacje w Quenton Court. 
Tam poznał Camillę i Hedleya.

Niemniej   wciąż   wydawało   mi   się   to   dziwne,   tak   jakby 

Vardier sądził, że Camilla i Mark będą kiedyś razem.

background image

Paul był zachwycony wyborem ojca, choć ja nie mogłam 

mu   darować,   że   tak   ostentacyjnie   pominął   Hedleya. 
Dowiedziałam   się   potem,   że   Paul   bardzo   się   bał,   iż   ojciec 
sprowadzi go do Paryża. Śmierć Vardiera uwolniła go od tego 
lęku, lecz gdy mijały tygodnie, a Camilla i Hedley nie dawali 
znaku życia, zaczął go znów ogarniać niepokój.

 - Czy myślisz, że Cam wróci przed Karnawałem Letnim? 

-   spytał   któregoś   wieczora,   gdy   spacerowaliśmy   brzegiem 
morza. - Nie mogła o tym zapomnieć, prawda?

 - Powróci któregoś dnia - odrzekłam.
 - Nie wierzysz w to, Romy. Myślisz, że umarła; ale nie, 

wiedziałbym o tym - powiedział i wysunął się do przodu, bym 
nie widziała łez, które wypełniły mu oczy.

Paul na szczęście nigdy długo nie rozpaczał. Ekscytował 

się   teraz   zbliżającym   się   Karnawałem   Letnim.   Uwielbiał 
wszelkie święta, karnawał szczególnie.

Błyszczące,   żółte   plakaty   pojawiły   się   jak   roje   os   na 

płotkach, murach i w oknach wystawowych.

 - W tym roku wezmę w nim udział - rzekł Paul z dumą. - 

Możesz także przypłynąć motorówką z Markiem, jeśli chcesz, 
Romy.

  - Chyba nie będę mogła. Przykro mi, kochanie, jestem 

zbyt zajęta.

Karnawał   w   Eastands   był   skromny   w   porównaniu  z 

odbywającymi się w innych miejscowościach imprezami, lecz 
mieszkańcy uważali go i tak za największe wydarzenie roku. 
Został zainaugurowany przez dziadka Hedleya, któremu nie 
chodziło   o   zapewnienie   rozrywki   wczasowiczom   i 
miejscowym, lecz o lepszą prosperity dla hotelu „Ashlings". 
Zawsze   prowadził  pierwszy   z  wieczornych  tańców,  które   z 
czasem stały się gwoździem programu imprezy w Eastands.

background image

Myślałam   o   balu   jako   rozstrzygającym   teście   moich 

menedżerskich umiejętności. Jeśli nie będzie przynajmniej tak 
dobry, jak w poprzednich latach - przegrałam.

Podczas spotkania z kuchmistrzem i panią Dawson, która 

sprzedawała   bilety,   dowiedziałam   się,   że   wszystko   zostało 
zaplanowane wcześniej, a ja mam to tylko zatwierdzić. Szef 
kuchni   ze   zręcznością   kuglarza   wyjął   sfatygowaną 
zeszłoroczną kartę dań.

 - To nie wystarczy - powiedziałam.
 - Ależ, panno Mortimer, co roku mamy takie menu.
  -   Właśnie   dlatego   nie   wystarczy.   Przedstawiłam   parę 

swoich propozycji.

 - To się nie uda, panno Mortimer. Pan Peake rozumiał, że 

jedzenie   bufetowe   powinno   być   proste,   bo   tego   oczekują 
klienci. - W jego głosie wyczuwało się pogardę, sugerującą, że 
mieszkańcy   Eastands   nie   potrafią   docenić   arcydzieł   sztuki 
kulinarnej.

Musiałam   w   końcu   się   poddać.   Mistrz   pracował   jak 

maszyna. Jego twarz była biała od mąki, a w przerwach ciągle 
popijał wodę sodową.

W   sali   balowej   chciałam   jednak   mieć   większe   pole   do 

popisu.

Przypomniałam sobie, że to pomieszczenie było oczkiem 

w   głowie   Hedleya.   I   to   ja   właśnie   byłam   wdzięczną 
słuchaczką   jego   entuzjastycznych   projektów.   Z   początku 
chciał zrobić tylko jedną salę, lecz podsunęłam mu dyskretnie 
pomysł   wydzielenia   przedpokoju   przystosowanego   do 
podawania posiłków, w którym znajdowałby się osobny bar i 
kuchnia. Ostatecznie, w realizacji projekt przybrał taki właśnie 
kształt, był więc częściowo moim dziełem.

W sobotę zbudziła mnie o świcie dziwna zjawa stojąca w 

drzwiach sypialni w asyście dwóch intrygujących psów.

 - Wstawaj, Romaine!

background image

Patrzyłam oszołomiona na stojącą przede mną postać.
 - Co się stało?
 - Zapomniałaś? Mamy dziś karnawał - rzekł z wyrzutem 

Paul. - Zgadnij, kim jestem.

 - Nie mam pojęcia.
Psy miały już wyraźnie dosyć i wskoczyły na łóżko. Louis 

próbował   wejść   pod   kołdrę,   a   Jason   unieruchomił   mnie, 
kładąc się na moje nogi.

  -   Myślałam,   że   lepiej   znasz   historię.   Jestem 

prochowniczym admirała Nelsona.

Przez chwilę zwątpiłam w wielkiego dowódcę, ale Paul 

wyjaśnił mi wszystko.

  -   Jestem   chłopcem,   który   ładował   proch   do   dział 

„Victory".

 - Kochanie, uciekaj teraz i zabierz psy. Mam przed sobą 

trudny dzień.

Prochowniczy wycofał się niechętnie, biorąc z sobą psy. 

Usłyszałam, jak biegnie na górę, by zbudzić Maisie. Nie był to 
najlepszy początek tak ważnego dla mnie dnia.

  -   Wszystkie   bilety   sprzedane   -   powitała   mnie   pani 

Dawson. - Ludzie są pewnie ciekawi, czy impreza będzie tak 
udana jak w zeszłym roku. - Nie mogła się powstrzymać od tej 
drobnej   złośliwości.   -   Muszę   jeszcze   gdzieś   umieścić 
Weronikę   Quenton   i   jej   towarzystwo.   Zapomniała 
zarezerwować stolik.

Przygotowania   w   sali   balowej   dobiegały   końca.   Wiatr 

wpadający   przez   otwarte   drzwi   roznosił   woń   kwiatów 
ułożonych  we   włoskich   wazonach.   Zielone   pnącza   oplatały 
białe   kolumny   wspierające   sufit.   Ustawione   pod   ścianami 
stoły przykryte były świeżymi obrusami.

 - Ładnie, prawda? - Pani Dawson stanęła obok mnie.
 - Jak w dniu wesela pani siostry. Pamiętam tamte kwiaty - 

róże, goździki i gladiole.

background image

Poczułam   się   niezręcznie.   Dlaczego   ta   kobieta   zawsze 

musiała popsuć mi humor?

  - Pani siostra była piękna tamtego dnia - kontynuowała 

recepcjonistka. - Idealna panna młoda, jak z żurnala.

„Jest   zazdrosna   -   pomyślałam.   -   Zazdrosna   o   urodę 

Camilli. Czy pojawiło się to u niej tamtego dnia - tak jak u 
mnie?   Ja   uciekłam   od   dręczącej   mnie   zazdrości,   lecz   ona 
została,   by   znienawidzić   Camillę   i   z   bliska   oglądać   jej 
szczęście".

Odwróciłam się zniecierpliwiona i skierowałam do baru, 

by sprawdzić nakrycie stołów. Kobieta poszła za mną. Gil, 
szef baru, czyścił właśnie szkło. Miał szerokie bary i jasne 
włosy   spłowiałe   od   słońca.   Latem   pracował   również   jako 
ratownik i spędzał całe dnie na plaży.

  -   Wszystko   kontroluję   -   rzekł   Gil,   mrugając   do   mnie. 

Było   to   bardzo   zmysłowe   i   prowokujące   mrugnięcie. 
Przynajmniej   takie   wrażenie   wywierał   na   młodych 
dziewczynach spędzających noce w barze, a dnie na plaży. 
Mnie jednak traktował z szacunkiem, choć jednocześnie dawał 
odczuć, że chętnie złożyłby mi niestosowną propozycję. „Tak 
czy   inaczej,   można   na   nim   polegać"   -   pomyślałam   z 
wdzięcznością.

Również  w kuchni  nie znalazłam  powodu do narzekań, 

czyniono   już   tam   ostatnie   przygotowania   do   bankietu. 
Odzyskałam   wiarę   w   siebie.   Ten   wieczór   nie   musiał   być 
przecież   katastrofą,   jak   to   sobie   wyobrażałam   w   chwilach 
zwątpienia. Wszystko - jak powiedział Gil - było pod kontrolą. 
A jednak miałam niejasne przeczucie, że moje zadowolenie 
jest przedwczesne.

 - Myślę, że włoży pani jedną ze swoich paryskich sukien. 

- Pani Dawson wciąż dreptała w ślad za mną.

 - Nie sądziłam...
 - Musi się pani ubrać. Oczekują tego.

background image

 - Kto?
  - Wszyscy. Pan Peake zawsze wkładał smoking, a pani 

Peake kupowała w Londynie nową suknię. Nawet ja ubiorę 
dzisiaj długą aksamitną spódnicę.

Nie wiem, czego spodziewałam się tego wieczoru, ale owo 

oczekiwanie   mobilizowało   mnie.   Na   pewno   chciałam,   by 
ludzie w Eastands przekonali się, że prowadzę hotel równie 
dobrze. Pragnęłam, aby mnie doceniono, a nie traktowano jak 
młodszą siostrę Camilli.

  -   Pięknie   pani   wygląda.   -   Maisie,   pełna   entuzjazmu, 

zaciągała zamek błyskawiczny wąskiej, zielonej sukni, którą 
rzeczywiście   kupiłam   w   Paryżu.   -   Do   twarzy   pani   w   tym 
kolorze, ładnie harmonizuje z odcieniem włosów.

Ona   również   kipiała   z   podniecenia.   Miała   zaprowadzić 

Paula na bankiet, a w wolnych chwilach pomagać w kuchni.

Prochowniczy Nelsona  śpiewał radośnie w wannie. Jego 

żywe   usposobienie   pozwoliło   mu   na   chwilę   zapomnieć   o 
smutku. A ja miałam nadzieję, że czas ukoi jego rozpaczliwą 
tęsknotę.

Gdy wróciłam do hotelu, pani Dawson czatowała na mnie 

w recepcji.

  -   Będzie   wspaniale   -   rzekła   wylewnie.   -   Jestem   tego 

pewna.

Zaskoczyła mnie szczerość jej słów. Sądziłam, że chce, by 

wieczór   okazał   się   klęską.   Przecież   tak   gorliwie   strzegła 
reputacji Hedleya - perfekcjonisty. Czemu zmieniła zdanie? 
Czyżby   zaczęła   wątpić,   że   Cam   i   Hedley   powrócą?   Czy 
zaakceptuje   mnie   choć   w   niewielkim   stopniu   jako 
następczynię Hedleya?

Pełna   optymizmu   sprawdziłam   resztę   pomieszczeń, 

kończąc   inspekcję   w   kuchni,   w   której   po   wydaniu   obiadu 
zrobiło się nagle spokojnie.

background image

Mistrz kuchni siedział przy stole, na którym stała szklanka 

wody sodowej. Oparł łokcie na blacie. Nie poruszył się, tylko 
spojrzał na mnie. Był bardzo zmęczony. Przeraziłam się nagle.

  - Co się stało? Czy jest pan chory? Już dawno miał się 

pan zwrócić do mojego ojca.

Zlekceważył mój niepokój.
 - Wszystko idzie dobrze. Szczerze mówiąc, gdy ujrzałem 

panią po raz pierwszy, miałem wątpliwości, czy pani podoła, 
ale teraz już nie. - Podniósł szklankę. - Dobra robota, szefowo.

Poczułam,   jak   się   rumienię.   Jego   pochwała   była 

nieoczekiwana i przez to jeszcze cenniejsza.

  -   Miło   mi   to   słyszeć,   ale   to   wspólny   wysiłek   nas 

wszystkich,   a   pan   pomógł   mi   najwięcej   spośród   całego 
personelu.   W   dniu   mego   przyjazdu   powiedział   pan,   że   ma 
wobec mojego szwagra dług wdzięczności. Myślę, że został 
spłacony z nawiązką.

Wlał do szklanki whisky.
 - Powie mu to pani?
 - Gdy wróci, może mu pan sam powiedzieć.
  - Wątpię, czy jeszcze kiedyś go zobaczę. - Przerwał i 

spojrzał mi w oczy. - Zawsze ciepło panią wspominał. Może 
nadejdzie dzień, gdy...

  - To mało prawdopodobne - przerwałam mu ostro. Nie 

chciałam już widzieć Hedleya.

 - Doprowadziliśmy go do podjęcia desperackich działań. 

Inni i ja...

  -   Jacy   inni?   O   czym   pan   mówi?   -   Przebiegł   mnie 

lodowaty dreszcz, gdy patrzyłam na twarz kuchmistrza. - Pan 
jest chory. Czy mam zawołać ojca?

 - Nie - przerwał, jakby zbierał siły i odwagę, by mówić 

dalej. - Biedny pan Hedley. Nie umiał walczyć jak jego ojciec. 
Łatwo było nim kierować i gdyby nie chodziło o dziewczynę, 
nie przyczyniłbym się do jego kłopotów.

background image

 - Jaką dziewczynę?
  - Moją siostrzenicę. Pracowała tu w zeszłym roku jako 

pokojówka.   Jeden   z   gości   oskarżył   ją   o   kradzież   cennego 
pierścionka. To dobra i uczciwa dziewczyna, panno Mortimer. 
Byłem   przekonany,   że   jest   niewinna.   Postanowiłem   sam 
znaleźć   złodzieja.   -   Mówił   tak   cicho,   że   musiałam   się 
pochylić, by go usłyszeć.

 - I co?
 - Nie znalazłem - przynajmniej tak mi się zdawało. Teraz 

myślę, że byłem w błędzie.

 - Kto? - spytałam, a zimny dreszcz znów wstrząsnął moim 

ciałem.   Nie   chciałam   znać   prawdy,   ale   mężczyzna   był 
zdecydowany ją wyjawić.

  -   Pani   Peake   wydawała   wtedy   dużo   pieniędzy. 

Okłamywała   pana   Hedleya.   Powiedziałem   mu,   iż   mogę 
udowodnić, że jego żona ukradła ten pierścionek. Uwierzył mi 
- Bóg jeden wie, dlaczego. Błagał mnie, bym nie  szedł na 
policję i zgodził się dać mojej siostrzenicy dobre referencje i 
pieniądze na utrzymanie, zanim znajdzie nową pracę. To było 
tylko dla dziewczyny...

  -   Dość!   Nie   chcę   tego   słuchać.   -   Wzdrygnęłam   się   z 

gniewu i obrzydzenia.

Czy kuchmistrz był jedynym szantażystą trzymającym w 

szachu   biednego   Hedleya?   Gdybym   tylko   tu   została...   Czy 
zdołałabym mu pomóc?

  - Musiałem to komuś powiedzieć. - Sięgnął po stojącą 

przed nim whisky i wychylił ją do dna. Szklanka wypadła mu 
z   ręki.   Na   czole   mężczyzny   pojawiły   się   krople   potu. 
Przygryzł wargi i z jękiem zgiął się wpół.

Pobiegłam korytarzem, modląc się w duchu, by ojciec był 

na bankiecie. Zobaczyłam z ulgą, że tatuś siedzi obok Paula.

 - Szybko! - Chwyciłam go za ramię. - Kuchmistrz źle się 

poczuł. Idź do kuchni.

background image

Zerwał się z miejsca.
  -  Weź   moją  torbę  z  samochodu.   -  Rzucił  mi  klucze   i 

wybiegłam   na   dwór.   W   ciągu   paru   minut   znalazłam   jego 
samochód,   otworzyłam   drżącymi   rękami   drzwi   i   zabrałam 
torbę.

 - Połóż ją na stole - powiedział ojciec, gdy wróciłam do 

kuchni. Stał odwrócony plecami, zasłaniając sobą kucharza. - 
Wezwij pogotowie, to wszystko. Nie zostawiaj Paula samego, 
żeby coś nie strzeliło mu do głowy.

Rzeczowe polecenia ojca uspokoiły mnie. Zadzwoniłam z 

biura po karetkę.

Paul   spojrzał   na   mnie   z   ożywieniem,   gdy   wróciłam   na 

salę.

 - Szukałem ciebie - powiedział, gdy usiadłam obok niego. 

- Chyba pamiętasz, że obiecałaś mi taniec.

Trzymając się za ręce, weszliśmy na parkiet. Zaczęliśmy 

tańczyć   w   rytm   muzyki.   Paul   był   urodzonym   tancerzem. 
Trzymaliśmy się za ręce, wirując pośród innych par.

 - No, młody człowieku! - zawołał ojciec, gdy wróciliśmy 

do stolika. - Kto nauczył cię tańczyć?

 - Camilla. Ćwiczę z Maisie, ale ona nie jest tak dobra jak 

Romy.

 - Czy kuchmistrz lepiej się czuje? - zapytałam, dyskretnie 

zmieniając temat.

Ojciec spojrzał na mnie posępnie.
  -   Nie.   Będę   wiedział   coś   więcej   po   jutrzejszych 

badaniach.

Nie wypytywałam go, wiedząc, że nigdy nie rozmawia o 

stanie zdrowia swoich pacjentów.

  - Może coś zjemy, Paul? - zaproponował ojciec. Przez 

cały   wieczór   starałam   się   nie   myśleć   o   towarzystwie 
siedzącym przy stoliku Weroniki. Nie miałam wątpliwości, że 
są tam Evan i Mark, ale był ktoś jeszcze. Wykluczyłam panią 

background image

Quenton. Powiedziała mi kiedyś, że nigdy nie bierze udziału 
w przyjęciach.

Krążyłam   między   stolikami,   uśmiechałam   się   i 

zagadywałam gości. Ujrzałam Evana Quentona. Spojrzał na 
mnie, ale wydawało mi się, że mnie nie poznał. Siedział przy 
stoliku sam.

 - Romaine! Zmieniłaś się! - zawołał po chwili. Podszedł 

do   mnie.   -   Jesteś   piękna   -   powiedział   cicho.   -   Już 
zapomniałem, jak piękna.

 - Dziękuję - odparłam swobodnie.
 - Proszę, usiądź i wypij ze mną lampkę wina.
Evan   też   się   zmienił.   Wprost   niewiarygodnie.   Strasznie 

utył.

  -   Przynajmniej   jedna   korzyść   ze   zniknięcia   Peake'ów. 

Wróciłaś do domu.

Spojrzałam   na   niego   zdziwiona.   Evan   wpatrywał   się 

niespokojnie w wirujących tancerzy, jakby kogoś szukał.

 - Nie zostanę tu długo - powiedziałam.
  -   Czemu   nie?   -   Przyjrzał   mi   się   uważnie.   -   Pewnie 

Eastands  wydaje   ci   się   nudne,  skoro   widziałaś   tyle   dużych 
miast. Ja nie znoszę częstych wyjazdów za granicę. Próbuję 
przekonać   Marka,   by   przejął   handlową   stronę   naszej 
działalności.

 - Czy jest tym zainteresowany?
 - To zależy... - Evan pochylił się i położył swoją pulchną, 

spoconą rękę na mojej dłoni.

Pojawiła się jego żona. Weronika opadła na krzesło obok 

Evana.

 - Musiałam zobaczyć damę, którą zabawia mój maż. Miło 

znów   cię   spotkać,   Romaine.   Nalej   mi   drinka,   kochanie   - 
uśmiechnęła się uroczo.

Spełnił prośbę, nie patrząc na żonę, a ona odwróciła się i 

zmarszczyła lekko brwi. Zdałam sobie sprawę z tego, że stoi 

background image

przy mnie  jakiś mężczyzna. Podniosłam oczy i  napotkałam 
spojrzenie Denta Greene'a.

  - Cześć. Czy mogę prosić cię do tańca? - odezwał się. 

Chciałam   odmówić,   lecz   Weronika   nie   dała   mi   dojść  do 
słowa.

  -   Bardzo   chciał   z   tobą   zatańczyć,   Romaine   - 

zaszczebiotała.

Kłamała. Dlaczego?  Czemu  Weronice  Quenton zależało 

na tym, bym zatańczyła z Dentem Greene'em? Moja niechęć 
do niego z pewnością była widoczna.

Wstałam. Dent Greene wziął mnie za rękę, objął wpół i 

poprowadził   na   parkiet.   Nie   odzywał   się,   bardzo   dobrze 
tańczył.   Przez   chwilę   uległam   czarowi   starego   walca, 
zapominając,   że   nie   lubię   swego   partnera.   Ale   już   jego 
pierwsze słowa wyszeptane mi do ucha rozbudziły we mnie 
nieufność.

  -   Słyszałem,   że   wybrałaś   się   na   wyspę   z   Markiem   i 

chłopcem.

Nie odpowiedziałam.
  - Ludzie tacy jak Quentonowie przyjmują wszystko bez 

zastrzeżeń, twoja siostra również.

Próbowałam się wyrwać, ale przytrzymał mnie mocno w 

talii.

  - Gdzie leży ta wyspa? - spytał. - Nie ma jej na żadnej 

mapie.

  -   Naprawdę?   To   chyba   dobrze,   bo   jest   rezerwatem 

ptaków, a Quentonowie nie lubią, gdy ktoś ją odwiedza.

 - Twoja siostra była tam wiele razy.
 - Skąd pan wie?
 - Powiedziała mi... - zaczął.
Nie   dowiedziałam   się   niestety,   co   Camilla   powiedziała 

Dentowi Greene'owi, gdyż podszedł do nas Mark.

background image

  -   Przepraszam   -   powiedział   i   zaczął   ze   mną   tańczyć. 

Trzymał   mnie   lekko.   Nie   wiem,   jak   to   się   stało,   ale 
znaleźliśmy się na tarasie. Zeszliśmy ze schodów i usiedliśmy 
na   drewnianej   ławce,   z   której   mogliśmy   patrzeć   na   morze. 
Objął   mnie,   przyciągnął   mnie   do   siebie   i   pocałował   w 
policzek.

Spojrzałam na niego; księżyc rzucił na jego twarz złotą 

poświatę.

 - Mark - szepnęłam.
Objął   mnie   mocniej,   a   ja   próbowałam   się   uwolnić. 

Dopiero gdy czule wyszeptał moje imię, poddałam się.

  - Tak mi ciebie brakowało przez te wszystkie lata. Nie 

myślałem, że to możliwe. Chciałem cię odnaleźć, ale...

 - Mark... Mark!
Mężczyzna zaczął całować mnie w usta, aż zabrakło mi 

tchu. Byłam nieprzytomna  z  radości;  w tej  chwili  wolałam 
zapomnieć   o   słowach,   które   wypowiedział   na   wyspie   do 
Paula.   „Też   ją   kochałem".   Czy   kochał   kiedyś   Camillę? 
Powiedział wtedy „kocham" czy „kochałem"? Nie pamiętałam 
i nie dbałam o to. Potrzebował mnie teraz i to mi wystarczało.

Wróciliśmy   do   sali   balowej.   Patrzyłam   jak   we   śnie   na 

wirujących   tancerzy,   a   jednak   zdumiewająco   wyraźnie 
widziałam każdą twarz i sylwetkę.

Mark   znalazł   przy   barze   dwa   wolne   stoliki   i   zamówił 

drinki.

 - Dobrze idzie - powiedział Gil, znów do mnie mrugając.
„Oczywiście, że dobrze" - pomyślałam. To był magiczny 

wieczór:   pierwsza   godzina   mojego   nowego   życia, 
uśmiechnęłam się do Marka. Odpowiedział mi uśmiechem i 
wzruszyła mnie czułość, jaką dostrzegłam w jego oczach.

 - Cześć, Mark! - Obok nas stanął tęgi, opalony chłopak. - 

Szukałem ciebie. Miałem kłopoty z łodzią. Przedziurawiłem ją 

background image

parę mil od Marsylii. Cholerny sztorm. Chciałem załatać, ale 
wolę, żebyś ty zrobił to porządnie.

 - Oczywiście, Johnny. Dostarcz mi ją w poniedziałek.
 - Dzięki, stary. A właśnie. Widziałem w Marsylii twojego 

kumpla. Miał w jachcie wielką dziurę, załataną w tamtejszej 
stoczni.   Powiedział,   że   to   marna   robota,   nie   tak   jak 
Quentonów.

 - Kto to był? - zapytał Mark gwałtownie.
  -   Niech   pomyślę.   Ach,   właściciel   tego   hotelu,   Peake. 

Wyglądał nieszczególnie. Mówił, że dostał jakiejś ameby.

 - Czy rozmawiałeś z jego żoną?
 - Nie miałem szczęścia. Mówią, że to świetna babka.
 - Czy wybierali się do domu?
  -   Nie   wiem,   stary.  -   Zwrócił   się   do   Gila,   by   napełnił 

Markowi   szklankę.   -   Gdy   następnego   ranka   poszedłem   na 
przystań,   nie   było   po   nich   śladu.   Spytałem   bosmana,   ale 
powiedział, że wypłynęli o świcie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Nazajutrz   po  wieczorze   tanecznym  Mark  jak  zwykle  w 

niedzielę zaprosił Paula i mnie na lunch do Quenton Court.

Zaskakująca   wiadomość,  że  parę  dni   temu   ktoś widział 

Hedleya w Marsylii, zmąciła mój dobry nastrój.

Mark nie chciał nic mówić Paulowi.
 - Skrzywdzimy chłopca, robiąc mu nadzieję - powiedział. 

Zgodziłam   się   z   nim.   Ale   gdy   zostaliśmy   po   lunchu   sami, 
żaliłam się na ich nieczułość.

 - Dziękujmy Bogu, że żyją - odrzekł Mark, ucinając moje 

żale.

 - Wiem. Ale i tak ich nie rozumiem. Czemu Hedley nie 

przesłał   wiadomości   przez   twojego   przyjaciela?   Muszą 
wiedzieć, jak bardzo się niepokoimy. Czemu nie wracają do 
domu?

 - Sam chciałbym to wiedzieć.
  -   Naprawdę?   Myślałam,   że   Hedley   zwierza   ci   się   ze 

wszystkiego.

 - Tym razem nie.
Zastanawiałam się, dlaczego. Czyżby Hedley podejrzewał 

zbyt   bliską   zażyłość   między   Markiem   a   Camillą?   Ą   może 
Mark wiedział więcej, niż chciał mi powiedzieć? Kręciło mi 
się   w   głowie   od   pytań,   na   które   nie   potrafiłam   znaleźć 
odpowiedzi.

Mark był przygnębiony. Szliśmy aleją w stronę morza.
  -   Mark!   -   rzekłam,   próbując   przywołać   go   do 

rzeczywistości.

  -   Przepraszam,   kochanie.   -   Wziął   mnie   za   rękę   i 

przyciągnął   do   siebie.   -   Chyba   niepotrzebnie   się   martwię. 
Chciałem ci powiedzieć o wszystkim wczoraj wieczorem, ale 
rozmyśliłem się. - Uśmiechnął się, nasze spojrzenia spotkały 
się i ogarnęła mnie fala szczęścia. Jego pocałunki nie były 

background image

przelotne,   a   namiętny   uścisk   wywołał   rumieniec   na   moich 
policzkach.

  - Wczoraj otrzymałem wyniki analizy znalezionej przez 

nas paczuszki. To heroina.

  - Domyślałam się. Mark, wiedziałeś, że Camilla bierze 

narkotyki, prawda?

 - Nie, myślę, że ona nie brała.
 - Więc skąd wzięła się heroina?
 - Nie wiem. Dzieje się jednak coś dziwnego. W zeszłym 

miesiącu   pewna   spółka   złożyła   matce   poprzez   naszych 
prawników ofertę. Chcieli odkupić wyspę. Usłyszeli, że nie 
jest na sprzedaż. Myśleliśmy więc, że to koniec sprawy. Ale 
parę dni temu powtórzyli swoją dziwną propozycję. Uderzyło 
mnie,   że   chcą   przeznaczyć   tak   dużą   sumę   na   zakup 
opuszczonej   wyspy,  więc   żeby   to   sprawdzić,   wybrałem   się 
tam wczoraj... - przerwał.

 - I co?
  -   Skrytka   nad  łóżkiem   była   wypełniona   pakietami   z 

heroiną.

Zrobiłam idiotyczną minę.
 - Ale dlaczego? Kto? Nie rozumiem.
 - Ja też z początku nie rozumiałem. Ale teraz coś zaczyna 

mi się rozjaśniać. Sądzę, że zorganizowano na wyspie punkt 
przerzutowy. Zabierają stamtąd towar prywatną łodzią, żeby 
uniknąć kontroli celnej, a ktoś na kontynencie odbiera go w 
podobny sposób.

  - Bardzo pomysłowe. Czy myślisz, że owa spółka jest 

przykrywką   dla   tego   procederu?   A   może   to   zbieg 
okoliczności?

 - Nie sądzę, ale muszę to wyjaśnić. Uderzyła mnie nagle 

przerażająca myśl.

  -   Mark,   jeśli   policja   wykryje   tę   aferę,   czy   nie   będzie 

podejrzewać właścicieli wyspy?

background image

 - Na pewno.
 - Czemu więc spółka chce ją kupić?
  - Ponieważ im dłużej należy do nas, tym większe jest 

prawdopodobieństwo,   że   sami   odkryjemy,   co   się   dzieje   i 
pójdziemy na policję.

  - To prawda. Lepiej nikomu o tym nie mówić. To zbyt 

niebezpieczne. I trzymać się z daleka od wyspy.

 - Przesadzasz, Romy.
  -   Być   może.   Ale   ludzie,   którzy   kierują   przemytem 

narkotyków,   są   bezwzględni.   Gdy   zaczną   podejrzewać,   że 
znamy prawdę, będą nas ścigać.

 - Ależ kochanie...
  - Mark, wiem, co mówię. Gdy pracowałam w Zurychu, 

rozbito tam szajkę przemytników. To źli ludzie. Jeśli mamy z 
nimi walczyć, musimy być dość sprytni, by wyprowadzić ich 
w   pole.   Boję   się   tylko...   -   zawahałam   się   i   spojrzałam   na 
niego. - O Camillę.

Zniecierpliwiony odsunął się ode mnie.
 - Jak możesz tak mówić? - Nie powiedział tego jednak z 

przekonaniem. - Przecież teraz jej tu nie ma.

Może   powinnam   była   mu   powiedzieć   o   listach   z 

pięciofuntowymi banknotami, o historii, którą usłyszałam od 
kuchmistrza, i słowach Greene'a, że Cam często odwiedzała 
wyspę. Ale Mark byłby przekonany, że jestem zazdrosna i na 
pewno pomyślałby, że mówię to, by oczernić siostrę.

Podeszliśmy   do   brzegu   klifowego   i   spojrzeliśmy   na 

wirującą   w   dole   wodę.   Groza   tego   widoku   zdawała   się 
zaspokając jakąś moją głęboko ukrytą potrzebę i mimo próśb 
Marka nie cofnęłam się.

Mężczyzna był jednak silniejszy i trzymając mnie mocno, 

poprowadził   wąską   ścieżką   do   wieży   widokowej   kapitana 
Quentona. Otworzył drzwi i weszliśmy po krętych schodach 
na poddasze.

background image

  -   Zawsze   myślę,   że   spotkam   tu   ducha   mego   ojca   - 

powiedział, opierając się o parapet i wyjrzał przez okna na 
zatokę.

 - Dlaczego twój ojciec wybudował tę wieżę?
 - Kochał takie samotne miejsca. Potrzebował tylko jednej 

osoby - matki. Nikogo więcej.

 - Przepraszam, Mark. - Dotknęłam jego ramienia. Zrobiło 

mi się smutno.

 - To już nie ma znaczenia. - Odwrócił się i chwycił mnie 

w   ramiona,   przytulając   tak   mocno,   że   zabrakło   mi   tchu.   - 
Teraz rozumiem, co znaczy pragnąć tylko jednego człowieka, 
Romy.

Próbowałam się uwolnić, ale nie udało mi się.
 - Jesteś jak morski ptak - rzekł - walczący z odwiecznymi 

żywiołami. Poddaj się, kochanie. Przeżyjesz ekstazę.

Zatraciłam się w jego pocałunkach. Było tak, jak mówił - 

przeżywałam ekstazę, o jakiej często marzyłam.

  - Mark, Mark! - szeptałam jego imię. Nagle mężczyzna 

odsunął się ode mnie.

  -   Przepraszam,   Romy   -  powiedział,  odwracając   się   do 

okna.

 - Dlaczego?
 - Nie mam prawa...
  - Dlaczego?! Dlaczego?! - krzyknęłam, próbując ukryć 

rozpacz, którą z pewnością było słychać w moim głosie.

Nie odpowiedział. Zresztą po co? I tak wiedziałam.
Czyż nawet teraz, po moim powrocie, nie myśli tylko o 

mojej siostrze?

 - Ona nie wróci - powiedziałam.
  - Ona? - powtórzył. - Och, myślisz pewnie o Camilli. 

Wróci któregoś dnia, bądź tego pewna.

  -   Skąd   wiesz?   Wiedziałeś   przez   cały   czas,   gdzie   są? 

Kłamałeś...

background image

Potrząsnął głową, lecz ja nie mogłam powstrzymać potoku 

słów płynących z moich ust.

 - Przestań! - krzyknął. - Nic nie wiesz. Ale może kiedyś 

zrozumiesz.

  -   Nie   chcesz,   bym   tu   została,   nigdy   nie   chciałeś.   Pan 

Barton i ojciec powiedzieli mi, że to oni wpadli na pomysł, 
byś mnie sprowadził. Udawałeś, że to ze względu na Paula, 
ale on tak jak ty myśli tylko o Camilli.

Patrzyliśmy   na   siebie,   przerażeni   moim   wybuchem, 

którego już teraz z całego serca żałowałam. Zabrakło mi tchu, 
nie   mogłam   wydobyć z   siebie   głosu. Mark chciał  do  mnie 
podejść, lecz powstrzymało go stukanie do drzwi.

 - Mark! Romy! Chodźcie szybko! - Paul był roztrzęsiony. 

Mark wypadł z pokoju i pobiegł na dół, a ja za nim.

 - Paul, na miłość boską, co się stało?
  - Och, Mark, szybko - szlochał  Paul. - Louis. Jest na 

klifie. Spadnie, jeśli go stamtąd nie zabierzesz. Och, chodź! - 
Chwycił mężczyznę za rękę i zaczęli biec.

Ruszyłam za nimi. Znaleźliśmy się po chwili na skraju 

porośniętego trawą klifu. Mark pchnął Paula w moje ramiona. 
Przytuliłam mocno chłopca.

Quenton zaczął schodzić w dół. Nie bałam się o niego, 

tylko o to łkające dziecko, tak mi drogie, jakby było moje 
własne.

Mark   zniknął   za   skałą.   Słychać   było   tylko   szum 

rozszalałego morza, płacz chłopca w moich ramionach oraz 
skowyt Jasona i Deidre. Nie minęła nawet minuta, gdy ukazał 
się nad brzegiem klifu. Po paru sekundach dołączył do nas i 
podał Paulowi drżącego pudelka.

 - Przestań płakać - powiedział. - Nic mu się nie stało. Ale 

chciałbym wiedzieć, co robiliście na samym brzegu? Czy nie 
zabraniałem wam tam podchodzić?

background image

Szloch   Paula   urwał   się   nagle.   Kołysał   w   ramionach 

wystraszonego pieska, okrywając jego mordkę pocałunkami. 
Było coś dzikiego w tym wybuchu uczucia, przerażającego w 
swej intensywności. Uderzyło mnie, że kocha psa bardziej niż 
kogokolwiek, i teraz, gdy wszystko skończyło się szczęśliwie, 
ogarnął mnie gniew. Aż do tej chwili nie uświadomiłam sobie, 
jak bardzo potrzebuję miłości tego dziecka.

Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domu. Mark też 

był   rozgniewany   i   słyszałam,   że   daje   Paulowi   surową 
reprymendę.

  - Nic do niego nie dociera - powiedział, dołączając do 

mnie.   Patrzył   na   chłopca,   który   wyprzedził   nas,   wciąż 
trzymając   Louisa   w   objęciach.   -   A   teraz   pobiegł   poprosić 
panią   Ellis   o   kawałek   kurczaka.   Nagroda   dla   Louisa   za 
głupotę.

  - Nie. Jest szczęśliwy, że uratowałeś psa. Za bardzo go 

kocha.

Mark wziął mnie za ramię.
 - Czy masz mu to za złe?
 - Co? Nie rozumiem.
  -   Uczucie   do   psa.   Psy   odwzajemniają   miłość   Paula 

tysiąckrotnie. Podczas gdy my...

 - Zawiedliśmy go - powiedziałam.
 - Ty nie, Romy. Camilla - i może ja. Potrzebuje poczucia 

bezpieczeństwa, niezmiennego uczucia. Tylko ty możesz mu 
to dać.

 - A gdy wróci Camilla?
 - Jeżeli wróci.
  - Wiesz,  że tak. Sam mi to mówiłeś. Nie pozostanie na 

zawsze z dala od ciebie.

 - Nie, Romy, nie. Nie wierzyłam mu.
  - Nie możesz nas opuścić - powiedział z determinacją, 

która mnie przestraszyła.

background image

  - Zostanę - odrzekłam - przynajmniej dopóki nie wróci 

Camilla.

Nie powiedziałam „jeżeli", bo teraz czułam, że na pewno 

wróci.

Gdy   mijały   dni,  a   wciąż   nie   było  żadnej   wiadomości   i 

żagiel   „Fair   Lady"   nie   ukazywał   się   na   horyzoncie, 
wmawiałam   sobie,   że   moje   obawy   są   bezpodstawne.   Bo 
naprawdę bałam się ich powrotu. Nie miałam wątpliwości, że 
kiedyś   wrócą;   Hedley   znów   przejmie   hotel,   a   Camilla 
uniemożliwi mi pozostanie w Eastands.

Zachowywałam   te   myśli   dla   siebie,   a   całą   energię 

zużywałam   na   pracę   w   hotelu.   Niestety,   nadzieja,   że   hotel 
stanie się kiedyś moją własnością zgasła, zostawiając puste 
miejsce.

Ojciec coraz częściej szukał mojego towarzystwa, ale on 

również czekał niecierpliwie na powrót ukochanej córki. To 
był   jego   główny   temat   rozmów.   „Wierzysz,   że   ona   wróci, 
prawda, Romy?"

Prośby ojca zostały w końcu wysłuchane. Stało się to w 

pewien słoneczny wrześniowy poranek.

  -   Romy!   -   Wpadł   do   mego   biura,   trzymając   w   ręku 

telegram. Nie musiał nic mówić. Jego twarz promieniała ze 
szczęścia.   W   tej   chwili   jednocześnie   kochałam   go   i 
nienawidziłam. Bez słowa wcisnął mi telegram do ręki i nie 
mógł doczekać się, aż go przeczytam.

Słowa   tańczyły   mi   przed   oczami:   „Hedley   poważnie 

chory. Przyjedź do Marsylii. Camilla".

 - Oczywiście pojedziesz - rzekłam.
  - Jak najszybciej. Przekonam ich, by wrócili do domu i 

zaczniemy wszystko od nowa. - Pogłaskał lekko mój policzek. 
- Będziemy znów szczęśliwą rodziną.

Nie   chciałam   niszczyć   jego   radości,   przypominając,   że 

nigdy   nie   byliśmy   szczęśliwą   rodziną,   odkąd   opuściła   nas 

background image

matka, a on zamknął się w swoim samotnym świecie i skupił 
całą miłość na mojej siostrze.

Pocałował mnie w policzek.
 - Będę miał znowu was obie - powiedział. Zarzuciłam mu 

ręce na szyję, przytulając się do niego.

Biedny ojciec, przecież nie mógł mieć nas obu. Wybierze 

Camillę. Nie miałam już żalu, że byłam i zawsze pozostanę na 
drugim miejscu.

Następnego   ranka   o   świcie   wsiadł   w   pociąg   jadący   do 

Londynu.   Zaproponowałam,   że   podwiozę   go   na   Heathrow, 
jednak dał mi do zrozumienia, że nie chce tego. Starałam się 
nie   okazywać   rozczarowania,   jakim   była   dla   mnie   jego 
odmowa.

Zwróciłam się więc do Marka.
 - Nie martw się, kochanie - pocieszał mnie. - Hedley jest 

silny. Przeżyje.

Nie tłumaczyłam mu, że moje obawy nie dotyczą zdrowia 

Hedleya, po prostu bałam się ich powrotu. Ale on i tak nie 
zrozumiałby tego, gdyż patrzył na to z zupełnie innej strony.

Telegram od ojca nadszedł wczesnym rankiem pod koniec 

jednego z najdłuższych tygodni w moim życiu. Otworzyłam 
niechętnie   kopertę,   tak   jakbym   znała   treść   i   bała   się 
potwierdzenia. Przeczytałam:

„Hedley   zmarł   wczoraj.   Zabieram   Camillę   do   domu. 

Ojciec".

Włożyłam   telegram   do   kieszeni   i   pobiegłam   na   plażę. 

Pragnęłam być teraz sama. Stwierdziłam, że nie czuję zupełnie 
nic... Hedley umarł dla mnie już dawno. Nie pamiętałam już 
dnia ani godziny, w której przestałam go kochać.

Wróciłam   do   biura   i   zadzwoniłam   do   Marka.   Gdy 

powiedziałam głośno: - Hedley nie żyje - zaczęły mnie dławić 
łzy.

background image

Po długim milczeniu Mark spytał o Camillę. Odrzekłam, 

że ojciec przywiezie ją do domu. Zdawał się być zaskoczony 
tą wiadomością i wymamrotał, że przyjdzie później.

Czekałam niecierpliwie, lecz zjawił się dopiero w porze 

lunchu.   Patrząc   na   jego   twarz,   wiedziałam,   jak   bardzo   to 
przeżywa.

  -  Śmierć  Hedleya jest dla mnie  trudna do zniesienia - 

powiedział   zrozpaczony,   siadając   na   krześle.   -   Mogłem   go 
uratować.   -   Spojrzał   na   mnie   niepewnie.   -   Gdybym   tylko 
wiedział. - Rozejrzał się niespokojnie po biurze, tak jakby się 
spodziewał, że zobaczy Hedleya kręcącego się w kącie. - Nie 
mogę  tu wytrzymać. Chodźmy  stąd - rzekł, zrywając  się  z 
miejsca.

Chwyciłam   torebkę   i   pobiegłam   za   Markiem   na   plażę. 

Wzięłam   go   za   rękę.   Wydawało   mi   się,   że   mężczyzna 
uspokoił   się.   Poszliśmy   w   milczeniu   do   Harbour   Square   i 
wstąpiliśmy do baru Cockera.

Zamówiliśmy   drinki   i   usiedliśmy   przy   stoliku   w   kącie 

lokalu.   Drżała   mu   ręka,   gdy   podnosił   szklankę.   Nie 
wiedziałam,   jak   go   pocieszyć.   Nie   wiedziałam,   co   go 
dręczyło.

Po chwili opanował się.
 - Rozmawiałem z twoim ojcem przez telefon. Prosił mnie, 

bym przybył na pogrzeb i odebrał z Marsylii swój jacht.

Patrzyłam na niego, nic nie rozumiejąc.
  - Twój jacht? Myślałam, że Hedleya. Czy to znaczy, że 

mu go pożyczyłeś?

Pokręcił głową.
 - Biedny Hedley chciał zapłacić...
  -   Ale   nie   zapłacił.   Czemu   więc   dalej   pożyczałeś   mu 

pieniądze?

background image

  - Był moim przyjacielem i potrzebował ich. - Przerwał, 

drżały   mu   wargi.   -   Skłonił   mnie,   bym   wziął   hotel   jako 
gwarancję.

 - Więc zadbałeś o swój interes. - Poczułam jakąś dziwną 

gorycz.

  - Nie mów głupstw, Romaine. - Zdenerwowałam go. - 

Musiałem coś zrobić, by mu pomóc. Był zrozpaczony. Wiesz, 
Camilla chciała rozwodu. Hedley odmówił.

 - Rozwodu? - Ogarnął mnie lęk. - Czy myślała o drugim 

małżeństwie?

Wzruszył ramionami.
Bałam   się   pytać   dalej   i   nagle   ogarnęła   mnie   fala 

ogromnego współczucia dla męża mojej siostry. Pochyliłam 
głowę, nie chcąc, by Mark zobaczył, że łzy napłynęły mi do 
oczu.

Opłakiwałam miłość, którą kiedyś obdarzyłam Hedley'a. 

Ale   on   odrzucił   mnie,   a   przecież   mogłam   ocalić   go   od 
nieszczęścia i śmierci.

 - Wypij to. - Mark zebrał puste szklanki, by napełnić je 

ponownie przy barze. - Nie chcę jechać do Marsylii - rzekł, 
siadając   ciężko   na   krześle.   -   Myślałem,   że   już   nigdy   nie 
zobaczę Camilli, a teraz...

 - Jest wolna - powiedziałam.
Mówił dalej, jakby nie słyszał moich słów.
  -   Obiecałem   twemu   ojcu,   że   pomogę   mu   sprowadzić 

jacht. Romy, pojedziesz ze mną?

Spojrzałam na niego zdziwiona. Mężczyzna wpatrywał się 

w szklankę. Serce zabiło mi niespokojnie. Czy Mark chciał, 
bym mu towarzyszyła, gdyż mnie potrzebował, czy też myślał, 
że   odwrócę   uwagę   Camilli   od   jego   osoby?   Powinnam 
wyjechać. Wiedziałam, iż Camilla potraktuje moje przybycie z 
Markiem   jako   wyzwanie,   wtargnięcie  na   jej   terytorium   i 
poruszy niebo i ziemię, by pozbyć się mnie z Eastands.

background image

  - Nie mogę - powiedziałam głucho. - Hotel jest pełen 

gości. Kuchmistrz przebywa wciąż w szpitalu, a ja przyuczam 
jego zastępcę. No i przede wszystkim jest Paul.

 - A Paul i „Ashlings" są ważniejsze od...
  -   Nie,   Mark,   nie!  -   Wyciągnęłam   do   niego   rękę,   lecz 

odtrącił   ją.   -   Zrozum,   że   nie   mam   wyboru.   Chcę   z   tobą 
jechać... - urwałam.

 - Przepraszam, kochanie. - Poddał się i położył mi dłoń na 

ramieniu. - Boję się powrotu Camilli. Co stanie się z nami 
wszystkimi?

 - Ja też się tego obawiam.
Gdy powiedziałam Paulowi, że Camilla wraca, zareagował 

entuzjastycznie. Chłopiec naprawdę kochał moją siostrę.

 - Wiedziałem, że do mnie wróci! - krzyknął. Zwróciłam 

uwagę   na   słowa   „do   mnie".   Camilla   była  tak   płytka   i 
lekkomyślna. Nie zasługiwała na miłość Paula.

Śmierć Hedleya nie zrobiła na nim wrażenia.
Następnego   dnia   Mark   zadzwonił,   mówiąc,   że 

zarezerwował nocny lot do Marsylii. Zorientowałam się, że 
mężczyzna   nie   może   się   doczekać,  kiedy   zobaczy   Camillę. 
Paul również. Włóczył się po plaży, nie odrywając od oczu 
lornetki,  i  zamęczał  nas  pytaniami,   na  które  nie   umieliśmy 
odpowiedzieć.

Jak   to   zwykle   bywa   w   małych   miejscowościach,   wieść 

rozprzestrzeniała   się   z   szybkością   pożaru.   Rano   po   odlocie 
Marka do Marsylii pani Dawson czekała na mnie w biurze.

 - Czy to prawda, że pan Peake nie żyje? - Głos jej drżał.
Powiesiłam płaszcz i usiadłam.
 - Tak. Przykro mi.
  -   Nie!   Nie!   -   jęknęła   żałośnie.   Bez   zaproszenia   zajęła 

krzesło   naprzeciw   mnie.   Mięła   w   palcach   koronkową 
chusteczkę.

 - To był nagły zgon - powiedziałam.

background image

 - Nie był nagły. Och, nie! To trwało od miesięcy. Zabijała 

go. Zawsze wiedziałam, że go zniszczy. Ostrzegłam go, ale 
śmiał się ze mnie.

Przerażona patrzyłam na recepcjonistkę.
  -   Nie   wie   pani,   co   tu   się   działo,   panno   Mortimer   - 

kontynuowała   rozgorączkowana.   -   Ciągłe   awantury. 
Upokarzała   pana   Hedleya   swoim   postępowaniem. 
Doprowadziła go do takiego stanu...

 - Dość, nie chcę tego słuchać. - Oprzytomniałam na tyle, 

by jej przerwać.

 - Niech pani lepiej posłucha i zastanowi się nad tym, bo 

pani   Peake   pozbędzie   się   hotelu   wraz   z   panią   i   nami 
wszystkimi.

 - Zakłada pani, że moja siostra wróci. Spojrzała na mnie z 

politowaniem.

 - Pani ojciec postara się o to. Przez te wszystkie tygodnie 

- ciągnęła - modliłam się, by pan Hedley wrócił sam. Często 
schodziłam   wieczorami   na   molo,   pragnąc   zobaczyć   „Fair 
Lady". - Łzy spłynęły jej po policzkach.

Byłam rozdarta między współczuciem a niechęcią, gdyż 

oddanie   tej   kobiety   dla   Hedleya   wzbudziło   w   niej 
równocześnie też wielką nienawiść do mojej siostry.

  - Camilla będzie potrzebowała naszego współczucia... - 

zaczęłam.

Pani Dawson zdjęła okulary i dziecinnym gestem wytarła 

oczy.

  -   To   pani   będzie   potrzebowała   współczucia.   Pani   i 

chłopiec. Zaczną się kłopoty. - Włożyła okulary i energicznym 
krokiem wyszła z pokoju.

Pani   Dawson   nie   musiała   mi   mówić,   że   Camilla 

przysporzy nam kłopotów. Sama dobrze wiedziałam o tym, 
jednak przez dzień czy dwa moje zmysły były przytępione. W 
końcu   musiałam   zebrać   wszystkich   i   powiadomić   cały 

background image

personel o śmierci właściciela hotelu. Było to dla mnie tym 
bardziej przykre i kłopotliwe, gdyż zdawałam sobie sprawę, że 
personel wyraźnie mnie unika.

Wyprawa do pomieszczeń służbowych odebrała mi resztę 

odwagi. Zbyt przypominała dzień mojego przyjazdu.

Choć byłam wobec nich szczera, pozostała między nami 

milcząca wrogość. Twarze ludzi, z którymi rozmawiałam na 
początku lata, były mi już znane. Znałam nazwiska osób, które 
zatrudniłam,   ich   zwyczaje,   jakość   wykonywanej   pracy. 
Patrzyłam na wzajemne przyjaźnie i antagonizmy.

Łudziłam się, że zaakceptowali mnie.
Hedley   przez   cały   czas   był   nieobecnym   szefem.   Ja   go 

tylko   zastępowałam,   lecz   jego   śmierć   wszystko   zmieniła. 
Czułam, że ich wrogość jest skierowana nie tyle przeciw mnie, 
ile wobec losu, który postawił ich w tak niepewnej sytuacji.

Następnego   dnia   pani   Dawson   pokazała   się   w   żałobie. 

Miała   na   sobie   czarną   sukienkę   z   wąskim   białym 
kołnierzykiem. Mówiła ściszonym głosem, jak gdyby Hedley 
leżał w sąsiednim pokoju, a nie setki mil stąd, pochowany w 
obcej ziemi.

Wśród   personelu   wybuchały   kłótnie   i   byłam   zmuszona 

ukrywać   ich   niesnaski   przed   gośćmi.   Na   szczęście   pogoda 
dopisywała   w   tym   tygodniu.   Morze   szumiało,   obmywając 
przybrzeżne kamyki, które mieniły się różnymi barwami.

Pływałam   rano   i   wieczorem.   Wieczorami   zwykle 

towarzyszył   mi   Paul.   Płynęliśmy   blisko   siebie,   znacznie 
oddalając się od brzegu. Czasami chlapał się przy nas Jason, 
lecz   Louis   nie   znosił   wody   i   czekał   zawsze   na   plaży.   Po 
wyjściu Paul wycierał się i brał pudla na ręce; wstrząs, jaki 
przeżył, gdy piesek omal nie spadł z klifu, był wciąż żywy w 
jego pamięci.

background image

Któregoś wieczora ujrzeliśmy „Fair Lady" wpływającą do 

zatoki.   Paul   podał   mi   lornetkę,   wyraz   jego   twarzy   nie 
pozostawiał żadnych wątpliwości.

 - Jesteś pewien, że to ich jacht? - spytałam.
Skinął   głową;   przez   chwilę   miałam   wrażenie,   że 

przytłacza go realność ich przybycia.

  - Mark musi zacumować przy pomoście. Poziom wody 

jest zbyt niski, by przybić do brzegu. Chodź! - Wyciągnął do 
mnie rękę. - Pobiegnijmy do nich.

Ale ja nie pobiegłam. Wolałam iść do domu się przebrać. 

Nie   chciałam   pokazywać   się   w   mokrym   kostiumie 
kąpielowym i z rozczochranymi włosami.

  -   Biegnij   sam,   Paul   -   zaproponowałam.   Chłopiec   nie 

zrobił   tego.   Wrócił   do   domu   i   ponaglał   mnie,   stojąc   pod 
oknem.

 - Romy, pospiesz się!
Włożyłam niebieską sukienkę, którą kupiłam w zeszłym 

roku w Paryżu. Myślałam tylko o chwili, kiedy znów zobaczę 
Marka, i drżała mi ręka, gdy się malowałam.

 - Nie rozumiem, po co się przebierasz - powiedział Paul 

podejrzliwie. - Chodź. Powinni już tu być.

Trzymając się za ręce, zbiegliśmy do Harbour Square: psy 

jak   zwykle   pognały   za   nami.   Przybyliśmy   zdyszani   do 
pomostu, przy którym stały łodzie miejscowych właścicieli. 
„Fair Lady" zbliżała się szybko. Camilla stała na pokładzie, 
nie   robiąc   nic,   by   pomóc   Markowi   i   ojcu.   Nie   wyglądała 
inaczej niż w dniu, gdy widziałam ją po raz ostatni.

 - Paul! - zawołała, machając ręką na powitanie.
  - Cam! - krzyknął chłopiec i puścił moją dłoń. - Cam! 

Cam!

Uśmiechnęła się. Wystarczyło, że kiwnęła palcami, a Paul 

znów należał do niej. Wyszła pierwsza na brzeg, a dziecko 
rzuciło się w jej ramiona.

background image

Po wylewnym powitaniu Camilla odsunęła go i stanęliśmy 

twarzą w twarz.

  - Cześć, Romaine. Słyszałam o tobie wspaniałe rzeczy. 

Uratowałaś hotel „Ashlings" od bankructwa. W oczach tych 
panów jesteś bohaterką.

Była zła. Widziałam to. Nie mogła znieść, że chwali się 

przy niej kogoś innego.

  -   Zrobiłam   to,   o   co   mnie   poproszono,   najlepiej   jak 

umiałam   -   odrzekłam   chłodno.   -   Camillo,   przykro   mi   z 
powodu Hedleya.

 - Tak - powiedziała. - Straciłyśmy go obie. Wyciągnęłam 

do   niej   rękę,   lecz   odwróciła   się   i   znów  wzięła   Paula   w 
ramiona. Wiedziałam już, że między nami nic się nie zmieniło 
i moje dni w Eastands są policzone.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Domem   znów   zaczęła   władać   moja   siostra.   Wszyscy 

domownicy czuli się tak, jakby byli jej niewolnikami.

Maisie w milczeniu poruszała się po kuchni. Miała dziwną 

minę, jakby nie mogła zrozumieć, co się z nami dzieje. Paul, 
mój najdroższy Paul, nie spuszczał z Camilli swych ciemnych 
oczu. Bez słowa znosił zmienne nastroje swojej ulubienicy.

W   parę   tygodni   po   przyjeździe   siostry   wróciłam   po 

południu do domu i zastałam tam kartkę od ojca. Było to tak 
niezwykłe, że zaraz do niego poszłam.

Hanna siedziała w kuchni w starym fotelu na biegunach, 

robiąc coś na drutach. Ostatnio unikałyśmy siebie nawzajem. 
Nie wybaczyła mi, że odkryłam, jak wiele znaczy dla niej mój 
ojciec. Teraz znów mnie zaatakowała w jego obronie.

 - Ta dziewczyna wcale się nie zmieniła. Unieszczęśliwia 

go. - Odłożyła robótkę i wymachiwała groźnie rękami.

 - Co masz na myśli?
 - Dobrze wiesz, Romy. Plotki. Może nie wychodzę często 

z domu, ale wiem, o czym mówią ludzie. Niektórzy nie lubią 
doktora   za   jego   bezceremonialność   i   cieszą   się,   że   Cam 
przysparza mu tyle problemów.

 - Dlaczego mi nie powiesz, co mówią o Camilli?
 - Co mówi pan Quenton?
 - Mark? - Zdziwiłam się. - Nie wiem. Ostatnio rzadko go 

widuję.

 - Czy znów pozwolisz, by odebrała ci męża?
  -   Nie   wiem,   o   czym   mówisz.   -   Poczułam,   jak   się 

czerwienię.

  -   Wiesz   doskonale.   Ale   widziano   ją   również   z 

przyjacielem żony pana Evana, a biedny pan Hedley ledwo 
ostygł w grobie.

 - Hanno!

background image

 - Ostrzegam cię, to wszystko. Ojciec jest w gabinecie. - 

Schyliłam się, by pocałować ją w policzek, a ona chwyciła 
mnie za rękę. - Nie pozwól, by znów złamała mu serce.

Ojciec wyglądał przez okno. Odwrócił się, słysząc moje 

kroki,   podszedł,   objął   mnie   i   pocałował   w   policzek.   Ta 
czułość   tak   do   niego   nie   pasowała,   że   od   razu   nabrałam 
podejrzeń.

 - Romy, wybaczysz mi?
 - Co? - Spojrzałam na niego zdziwiona.
  -   Powinienem   był   powstrzymać   Marka   przed 

sprowadzeniem ciebie do domu. Nie mieliśmy prawa mieszać 
się   w   twoje   życie.   Romy,   czy   możesz   wrócić   do   pracy   w 
Zurychu?

Zaskoczona tym niespodziewanym pytaniem, zawahałam 

się.

 - Sądzę, że Monsieur Claud przyjąłby mnie z powrotem, 

gdybym go poprosiła. Ale dlaczego?

  -   Nie   myśl,   że   chcę,   byś   wyjechała   -   powiedział, 

przytulając mnie. - Twoja obecność tutaj zmieniła moje życie. 
Ale myślę o twoim szczęściu. Camilla chce sprzedać hotel. 
Czy mówiła ci o tym?

Zaprzeczyłam.
 - Myśli też o sprzedaży domu.
 - Co z Paulem?
  -   Chce   wysłać   go   do   internatu,   a   wakacje   chłopiec 

mógłby spędzać tutaj albo z Markiem.

 - Czy Hanna o tym wie?
 - Jeszcze nie.
Byłam wstrząśnięta planem, jaki ojciec i Camilla ułożyli 

za   moimi   plecami.   Rozpacz,   którą   ukrywałam,   odkąd 
dowiedziałam się, że siostra wraca do domu, przerodziła się w 
gniew.

background image

  -   Camilla   nadal   owija   ciebie   i   Marka   wokół   palca!   - 

krzyknęłam. - Czy pomyślałeś choć przez chwilę, co czuję... - 
przerwałam, zdając sobie sprawę z tego, że mówię tylko za 
siebie.   -   Nie   oddam   Paula   -   ciągnęłam.   -   Nie   pojadę   na 
wygnanie do Zurychu, by zniknąć z waszych oczu i myśli. 
Będę   walczyć   o   utrzymanie   hotelu   i   szczęście   Paula   -   to 
wszystko!

Byłam   zbyt   wściekła,   by   płakać,   a   gdy   patrzyłam   na 

zdumioną twarz ojca, zachciało mi się śmiać.

  -   Możesz   jej   to   przekazać   -   dodałam,   wychodząc   z 

pokoju.

Miałam   jednak   okazję   powiedzieć   jej   to   sama,   kiedy 

następnego ranka przyszła do mego biura na kawę.

 - Jak możesz wytrzymać w tej norze? - spytała. - Zawsze 

mówiłam Hedleyowi, żeby zmienił wystrój. - Wlała do kawy 
dużą porcję  śmietanki. - Gdybym nie  postanowiła  sprzedać 
hotelu, coś bym z tym zrobiła. - Przerwała, by wypić kawę.

Milczałam pełna oburzenia.
 - Czy ojciec ci powiedział?
 - Dobrze wykonał za ciebie tę brudną robotę.
 - Romaine!
 - Powinnaś była powiedzieć mi o tym sama.
  -   I   kłócić   się   z   tobą?   Nienawidzę   tego   miejsca.   Im 

szybciej się go pozbędę, tym lepiej.

 - Cóż, nie mogę cię powstrzymać.
Zawahała   się.   Promienny   uśmiech   pojawił   się   na   jej 

twarzy. Tym razem nie dałam się na to nabrać. Postanowiłam, 
że będę twarda.

 - Myślę, że Mark może pokrzyżować moje plany.
 - Och, zrobi to, co zechcesz - powiedziałam.
  - A właśnie, że nie. Mówi, że mam obowiązki wobec 

ciebie,   Paula   i   personelu,   a   najwięcej   o   tym,   że   Hedley 
zatrzymałby hotel dla rodziny.

background image

  - Och, Cam, mnie nic nie jesteś winna, tylko Paulowi i 

pracownikom.   Chłopiec   potrzebuje   domu   rodzinnego,   a   nie 
internatu. Wiem, że Mark zgadza się ze mną.

 - Nie chcę wiązać się z tym miejscem. Mam inne plany - 

odrzekła rozdrażniona.

 - Nie wątpię. A czy wzięłaś w nich pod uwagę szczęście 

Paula? Złamiesz mu serce, znów się z nim rozstając.

Wzruszyła ramionami.
  - Nie wierzę, by miało to dla ciebie znaczenie. Możesz 

zrobić dla mnie tylko jedno. Przekonaj Marka, by pozwolił mi 
sprzedać hotel.

 - Nie.
 - Romaine...
  - Nie próbuj mnie do tego namawiać. Postanowiłam tu 

zostać,   poprowadzić   hotel   tak,   jak   chciałby   tego   Hedley,   i 
zapewnić   Paulowi   prawdziwy   dom.   Pan   Vardier   był   chyba 
niespełna rozumu, ustanawiając ciebie opiekunką jego syna. 
Dlaczego to zrobił?

Popatrzyła   na   mnie   chłodno,   a   ja   odwzajemniłam   jej 

spojrzenie. 

  -   Wiesz,   Romy,   czasami   myślę,   że   udajesz   naiwną   - 

rzekła   ironicznym   tonem.   -   Pierre   Vardier   i   ja   byliśmy 
dobrymi   przyjaciółmi.   Ojciec   Paula   znał   również   Marka. 
Zatrzymał się w Quenton Court jakieś dwa lata temu, gdyż 
został ranny.

 - Rozumiem.
  - Nic nie rozumiesz. Potrzebował bezpiecznego miejsca 

dla Paula.

  - I wybrał  „Ashlings" w Eastands?  - zapytałam  cicho. 

Spojrzała na mnie gniewnie.

  -   To   było   bezpieczne   miejsce,   zanim...   -   przerwała   i 

wzięła nóż do papieru, który podarowałam Hedleyowi wiele 

background image

lat temu. Wbiła go w blat biurka z taką siłą, że ogarnęła mnie 
groza.

 - Camill, powiedz mi, co tu się dzieje?
 - Nic - wymamrotała.
 - Nieprawda.
  -   Wymyślasz   niesamowite   historie,   a   ta   stara   idiotka 

Dawson   inspiruje   cię   do   tego.   Nienawidzi   mnie   z   powodu 
biednego, drogiego Hedleya...

 - A listy do ciebie wypełnione pięciofuntówkami. Jak to 

wyjaśnisz?

  -   Nie   muszę   niczego   wyjaśniać.   Szlag   mnie   trafia,   że 

ojciec, Mark i ty wtrącacie się w moje sprawy. Nienawidzę tej 
zaściankowej mieściny. Gdy sprzedam hotel, wyjadę...

Przeciągnęła   się   z   wdziękiem   kotki.   Nic   nie   mogło 

przyćmić jej urody.

 - I co potem? - zapytałam.
 - Wrócę i wyjdę za Marka Quentona.
Jej bezczelność poraziła mnie. Poczułam się bezradna.
 - Kochasz go? - wyszeptałam drżącym głosem. Wyciągała 

właśnie   nóż   z   blatu   biurka   i   czynność   ta  zdawała   się 
całkowicie ją pochłaniać.

  - Szalejesz za nim, prawda? To niedobrze. I tak będzie 

mój. - Roześmiała się, w jej głosie dźwięczała nuta histerii. 
Nie spojrzała na mnie, tylko rzuciła nóż na biurko i wstała z 
krzesła. - Ojciec powiedział, że chcesz ze mną walczyć. Nie 
próbuj,   siostrzyczko.   Nie   jesteś   dla   mnie   godnym 
przeciwnikiem i nigdy nie byłaś.

Wyszła,   trzaskając   drzwiami.   Siedziałam   i   patrzyłam 

przed siebie, niemal chora ze strachu i gniewu. Nie chciałam 
walczyć z Camillą. Wolałam, żebyśmy zostały przyjaciółkami 
i darzyły się siostrzanym uczuciem. Wiedziałam, że nie jestem 
dość bezwzględna, by pokonać Cam w tej rozgrywce. Zdradzi 
mnie miłość.

background image

Czy nadeszła chwila odwrotu? Może powinnam wyjechać 

i   zostawić   jej   swobodę   działania,   nim   doszczętnie   mnie 
upokorzy?   Mogłam   spytać   Monsieur   Clauda,   czy   przyjmie 
mnie do dawnej pracy. Przyznać się do klęski? Gdybym tylko 
wiedziała, że Mark naprawdę kocha moją siostrę!

Zadzwonił   telefon.   Niechętnie   podniosłam   słuchawkę   i 

usłyszałam głos Marka.

 - Romy, muszę z tobą porozmawiać! Czy znajdziesz czas, 

by do nas przyjechać? Mama jest chora i nie chcę zostawiać 
jej samej.

Quenton spacerował po tarasie, gdy podjechałam hotelową 

furgonetką. Zbiegł ze schodów, otworzył mi bramę i pomógł 
wysiąść.   Przytulił   mnie   na   moment,   lecz   nie   pocałował. 
„Czemu miałby to robić?" - pomyślałam z goryczą. Szliśmy 
po schodach, a on podtrzymywał mnie, jakbym była chora. W 
przedpokoju zdjął mi płaszcz i wprowadził do gabinetu.

  -   Wyjeżdżam   -   powiedziałam,   siadając   w   fotelu.   Nie 

chciałam,   by   zabrzmiało   to   tak   ostro,   lecz   minął   czas 
subtelnych posunięć.

 - Dlaczego? - Mark oparł się o kominek i spojrzał na mnie 

posępnym, zamyślonym wzrokiem.

 - Camilla sprzedaje hotel. To koniec, prawda?
  -   Nie.   Nie   mogę   jej   wytłumaczyć,   że   teraz   ja   jestem 

właścicielem. Hedley scedował hotel na mnie, nim wyjechał. 
Cam myśli, że „Ashlings" należy do niej, skoro mąż zapisał jej 
cały majątek w testamencie.

 - Poprosiła mnie, bym cię przekonała.
  - Nic z tego. Podjąłem już decyzję. Hedley kochał ten 

hotel. Nie sprzedam „Ashlings".

  - Jeżeli ona zorientuje się, że nie ma pieniędzy, może 

zrobić coś nieobliczalnego.

  - Znajdzie wkrótce innego mężczyznę, który będzie ją 

utrzymywał - powiedział, unikając mego wzroku.

background image

 - A jeśli nie? Mark, nie podoba mi się to, co się tu dzieje. 

Camilla   nie   pogodzi   się   łatwo   z   twoją   odmową.   Będzie 
walczyć i nie cofnie się przed niczym. - Przypomniałam sobie, 
jak wprawnie trzymała w ręku nóż do papieru i poczułam, że 
drżę.

Nie odpowiedział. Usiadł na krześle i ciężko westchnął.
 - Czy nadal spotyka się z Greene'em?
 - Nie wiem, gdzie się obraca. Wychodzę wcześnie z domu 

i wracam dopiero, gdy Paul przyjeżdża ze szkoły.

Nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego chodzę co wieczór 

do   Harbour   Square,   by   odebrać   Paula   wysiadającego   z 
autobusu. Wiem tylko, że twarz chłopca rozjaśniała się, gdy 
widział mnie czekającą z psami.

  -   Romy,   nie   zgadniesz!   -   wołał,   witając   się 

entuzjastycznie z Jasonem i Louisem.

Nie  próbuję   zgadywać. Wiem,   że   chce   podzielić   się  ze 

mną przeżyciami z całego dnia. Opowiada mi o wydarzeniach, 
które go poruszyły. Podaje mi teczkę, a sam bierze psy na 
smycz. Idziemy przez Square na plażę.

Nie wiem, ile te spotkania znaczyły dla Paula, lecz dla 

mnie były wystarczającym powodem, by zostać w Eastands.

Spojrzałam na Marka. Wyglądał na zmęczonego; to chyba 

właściwe   słowo.   Byłam   ciekawa,   z   jakimi   uczuciami   się 
zmaga. Może z zazdrością? O Greene'a? Camilla z pewnością 
woli   Marka   od   tego   wstrętnego   typa.   A   może   nastawia 
jednego   przeciw   drugiemu?   Albo   chce   mieć   obu? 
Westchnęłam głośno.

Mark obserwował mnie uważnie.
 - Coś nie w porządku?
 - Wszystko - wymamrotałam - Paul się zmienia. Traci do 

nas zaufanie. Personel jest niespokojny i niechętnie wypełnia 
moje   polecenia.   Pani   Dawson   zadręcza   mnie   insynuacjami, 
których nie rozumiem. A Maisie, dobra, miła Maisie, która 

background image

kocha Paula jak własne dziecko, chodzi i płacze. Wydaje mi 
się, że chce od nas odejść. Mam tego dosyć.

 - A wszystko przez Camillę - powiedział cicho.
 - Właśnie. Poproszę Monsieur Clauda, by przyjął mnie z 

powrotem do pracy.

Mark spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, jakby chciał 

przeniknąć moje myśli.

 - Rozumiem - odezwał się po chwili.
 - Nic nie rozumiesz. Jesteś pod jej urokiem jak inni.
 - Jacy inni?
  - Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Mówię ci tylko, że 

mam tego dosyć.

  -   Nie   możesz   nas   opuścić,   Romy.   Paulowi   zależy   na 

tobie.   Dziecko   potrzebuje   twojej   miłości.   Ona   jest...   - 
westchnął i odwrócił się do okna.

Niespodziewanie rozpętała się ulewa i bębnienie deszczu o 

szyby   zdawało   się   być   w   cichym   pokoju   ogłuszającym 
hałasem.   Chyba   wtedy   zaczęłam   się   naprawdę   bać. 
Gwałtowność   żywiołu   współgrała   z   moimi   ciemnymi, 
splątanymi   myślami,   które   mogły   mnie   doprowadzić   do 
desperackich posunięć.

  -   Nie   mogę   zostać   -   powiedziałam   ostro.   Wstałam   z 

krzesła i podeszłam  do okna. Przybliżyłam  się do chłodnej 
szyby, pragnąc poczuć na twarzy strugi prawdziwego deszczu, 
który zmyłby ze mnie nienawiść.

Odwróciłam się, słysząc za sobą kroki Marka. Błyskawica 

oświetliła   mu   twarz   -   przez   chwilę   zdawało   mi   się,   że 
dostrzegłam w jego oczach miłość. Czy do mnie? Wziął mnie 
w objęcia tak mocno, że musiałam się poddać. Dlaczego nie? 
Potrzebowałam Marka tak bardzo, że nie wyobrażałam sobie 
życia bez niego.

  - Nie pozwolę ci znów odejść. Wcześniej nie zdawałem 

sobie   z   tego   sprawy.   Romy,   musisz   ze   mną   zostać.   - 

background image

Pocałował mnie czule. - Nie opuszczaj mnie - szepnął. A ja i 
tak   wiedziałam,   że   tak   naprawdę   zależy   mu   na   Camilli. 
Chciałam   uwolnić   się   z   jego   objęć,   lecz   był   silniejszy. 
Zatraciłam się w pocałunkach.

 - Mark, proszę - wyszeptałam. Odsunęłam się od niego i 

usiadłam w fotelu.

Burza przechodziła. Błyskawice coraz rzadziej rozjaśniały 

pokój,   grzmoty   przetaczały   się   w   bezpiecznej   odległości; 
deszcz dzwoniący o szyby stracił na sile.

Mężczyzna zapalił papierosa.
Po chwili milczenia opanowałam się na tyle, by spytać 

Marka, kiedy powie Camilli, że nie może sprzedać hotelu.

  - Jutro - odrzekł. - Obiecałem, że wybiorę się z nią do 

radcy prawnego Hedleya w Dorchester.

 - Czy jesteś pewien, że dobrze robisz?
  -   Tak.   Rozmawiałam   kiedyś   z   Hedleyem   o   zaistniałej 

sytuacji. Wiesz  pewnie, że chciał, by „Ashlings" prowadził 
ktoś z rodziny. Pragnął mieć syna. Z początku miał nadzieję, 
że Paul wypełni to puste miejsce, lecz nie dano mu żadnej 
szansy, by pozyskał choćby małą cząstkę uczuć chłopca.

  - Moglibyśmy razem doprowadzić hotel do świetności - 

rzekłam   powoli.   Byłam   skłonna   zrezygnować   z   wyjazdu, 
skoro Mark tak bardzo chciał, bym została. - Ale Cam zrobi 
wszystko, by przeszkodzić nam w pracy.

Teraz, gdy Hedley nie żył, jeszcze bardziej zależało mi na 

tym,   by   urzeczywistnić   jego   marzenia   i   czekałam 
niecierpliwie na wynik rozmowy Marka z prawnikiem.

Spotkałam Quentona następnego dnia w barze. Wewnątrz 

panował tłok, więc przenieśliśmy się na taras, gdzie byliśmy 
sami.   Wiał   chłodny   wiatr,   pierwszy   zwiastun   nadchodzącej 
zimy.   Staliśmy   oparci   o   białą   balustradę.   W   oddali   morze 
gwałtownie uderzało o skały.

 - Jak poszło? - spytałam.

background image

Widziałam   jego   twarz,   ale   nie   mogłam   nic   z   niej 

wyczytać. Mark zachowywał się dziwnie, niepewnie. Nawet 
nie wziął mnie za rękę.

  -   Cam   szalała   z   wściekłości   -   wymamrotał.   -   Radca 

próbował jej wyjaśnić sytuację, ale nie chciała słuchać.

Miałam wrażenie, że ukrywa przede mną coś ważnego.
 - Chcę znać prawdę, Mark.
  -   Dobrze.   Powiedziałem   im   wyraźnie,   że   moje   plany 

dotyczące przyszłości hotelu są uzależnione od ciebie.

Spojrzałam na niego przerażona.
  -   To   nieuczciwe.   Przerzucasz   na   mnie   całą 

odpowiedzialność. Camilla nigdy mi tego nie wybaczy.

  -   Tak   wygląda   sytuacja.   Jeżeli   wyjedziesz   teraz   z 

Eastands, to koniec.

Potworność tego, co zrobił, zupełnie mnie poraziła. Złożył 

na   moje   barki   nie   tylko   szczęście   Paula,   lecz   również 
przyszłość dwudziestoosobowego personelu. A jednocześnie 
mogłam urzeczywistnić marzenia Hedleya.

  - Romy, zdaję sobie sprawę, o co cię proszę, a ty masz 

prawo odmówić. Ale nie zrobisz tego, prawda?

Po raz pierwszy od dnia przyjazdu spojrzałam realnie na 

swoją   przyszłość.   Przed   powrotem   Camilli   miałam   jakieś 
nieokreślone   marzenia,   wizje   szczęśliwego   życia   u   boku 
Marka.   Prysnęły   teraz   jak   bańka   mydlana.   Co   zatem   mnie 
czekało? Jeżeli wrócę do Zurychu, być może lata samotności. 
Jeśli zostanę tutaj, podjęcie wyzwania, by uczynić „Ashlings" 
znakomicie prosperującym hotelem oraz walka o miłość nie 
tylko Paula, lecz również Marka.

Podjęłam decyzję w ciągu dwóch sekund.
 - Zostaję - oświadczyłam.
Mark   pogłaskał   mnie   delikatnie   po   policzku.   Nie 

poruszyłam się, wiedząc, że jeszcze jedna pieszczota, jedno 
słowo sprawi, że zapomnę o dumie i rzucę się mu w ramiona.

background image

 - Cieszę się - odrzekł.
Wróciliśmy do baru, ale byłam zbyt poruszona, by usiąść 

przy stoliku. Dokończyłam swego drinka.

 - Idę do domu. Trzeba porozmawiać z Camillą. Mark nie 

wahał się długo.

 - Dobrze. Chodźmy razem.
Przyjęłam jego towarzystwo z wdzięcznością. Wiele razy 

cierpiałam   z   powodu   nieporozumień   z   Camillą,   lecz   teraz 
wiedziałam   na   pewno,   że   już   nigdy   nie   będziemy 
przyjaciółkami. Sądziłam, że nienawiść, jaką do mnie żywi, 
ma swe źródło w poczuciu winy. Jednak Cam nie była na tyle 
wrażliwa, by mogła w pełni to zrozumieć, choć musiała mieć 
świadomość, jak bardzo skrzywdziła Hedleya i mnie. On był 
już poza jej zasięgiem. Ja niestety nie.

W   domu   paliły   się   światła.   Szliśmy   w   milczeniu   przez 

trawnik, a ja zastanawiałam się, czemu Maisie nie zaciągnęła 
zasłon.   Potem   przypomniałam   sobie,   że   ma   dziś   wolny 
wieczór.

Czułam, że gdybym mogła spojrzeć z ukrycia na Camillę, 

potrafiłabym   określić   jej   nastrój.   Na   grządki   pod   oknem 
salonu padał snop światła. Mark wziął mnie za rękę i wskazał 
bez   słowa   samochód   zaparkowany   w   ciemności   na   tyłach 
domu.

 - Czyj to? - zapytał.
Wzruszyłam ramionami. Zatrzymałam się i zajrzałam do 

pokoju. Musiałam chyba głośno westchnąć, bo Mark ścisnął 
moją rękę. Staliśmy obok siebie, zaglądając przez okno.

Camillą siedziała na krześle i trzymała szklankę w ręku. 

Patrzyła na mężczyznę opartego o kominek. Zorientowałam 
się, że moja siostra jest wściekła.

Nie rozpoznałam go z początku, bo stał tyłem do mnie, 

lecz gdy się odwrócił, zobaczyłam, że to Dent Greene. Mark 
zdenerwował się.

background image

 - Zaczekaj - szepnęłam.
Nie   chciałam   szpiegować   Camilli,   ale   wiedziałam,   że 

oboje   się   kłócą.   Nie   słyszeliśmy   głosów.   Tak   jakbyśmy 
oglądali   stary   niemy   film,   który   zmierza   do   punktu 
kulminacyjnego.   Mężczyzna   gestykulował   gwałtownie, 
przerażający w swej agresji. Camilla rzuciła szklankę w ogień 
i zerwała się, stając przed Greene'em. Przez długą, straszną 
chwilę wpatrywali się w siebie złowrogo. Potem Cam uniosła 
rękę i uderzyła Denta Greene'a w twarz.

Mark   nie   czekał   dłużej.   Szybkim   krokiem   udał   się   do 

domu. Po paru sekundach wszedł do pokoju. Camilla i Dent 
nie   kryli   zdziwienia.   Zawahałam   się,   po   czym   zawróciłam, 
zamiast iść za Markiem.

Zawstydzona swym tchórzostwem, szłam powoli w stronę 

morza. Awantury urządzane przez Camillę przyprawiały mnie 
o   mdłości.   Cokolwiek   wyniknie   ze   starcia   tych   trojga, 
wiedziałam i tak już wystarczająco dużo.

Cicha noc uspokajała mnie. Stałam pogrążona w myślach. 

Nagle dotarł do mnie czyjś głos. Ktoś rozpaczliwie wołał moje 
imię. Po chwili ujrzałam Paula.

 - Paul! Co się stało? Co tu robisz o tej porze?
Jego szczupłe ciało drżało od łkań i minęło kilka minut, 

nim zaczął mówić. Tuliłam go mocno, bojąc się o niego. Psy 
biegły za nim. Teraz przysiadły na zadach i wywiesiły języki.

Chłopiec objął mnie mocno. Zobaczyłam na jego twarzy 

ślady łez.

  -   Szukałem   cię   w   hotelu,   ale   nie   znalazłem.   Nie 

wiedziałem,   co   robić,   Romy.   Camilla   powiedziała,   że 
wyjeżdżasz.   Mówi,   że   nie   ma   tu   dla   ciebie   miejsca.   Nie 
wyjedziesz, prawda? Tutaj jest twoje miejsce. Tutaj.

Jego osamotnienie i rozpacz były odpowiedzią na pytanie 

Marka.

 - Zostanę z tobą, Paul. Na zawsze. Obiecuję ci.

background image

  - Ale Cam powiedziała, że sprzeda hotel i dom i wyśle 

mnie do internatu. I odprawi ciebie, Maisie i psy.

Odwróciłam   głowę,   by   Paul   nie   dostrzegł   ogarniającej 

mnie furii. Powinnam była się domyślić. Czyż nie mówiłam 
Markowi, że Camilla zrobi wszystko, by nas zranić?

 - Paul - powiedziałam, gdy uspokoiłam się trochę - jeśli 

mnie   stąd   odprawią,   zabiorę   z   sobą   ciebie,   Maisie   i   psy. 
Przyrzekam.

 - Wiedziałem, że mnie nie zostawisz - wyszeptał. - Och, 

Romy, tak cię kocham.

Miałam przez chwilę wrażenie, że śnię.
 - Ja też cię kocham - odparłam wzruszona.
 - A Maisie, Jasona i Louisa?
 - Oczywiście.
Odetchnął. Zło, które Camilla wywołała z mroków swej 

zawiści, zostało zażegnane. Może kiedyś powróci. Następnym 
razem będę jednak przygotowana, by je odeprzeć.

  -   Kochanie,   połóż   się.   Nie   wstaniesz   jutro   do   szkoły. 

Weszliśmy do domu. Z salonu dochodziły odgłosy rozmowy. 
Wyczułam, że chłopiec boi się.

 - Czy chcesz, by Jason i Louis spały z tobą w pokoju?
  -   Byłoby   wspaniale.   Z   nimi   czuję   się   bezpiecznie. 

Wśliznęliśmy się do kuchni, wzięliśmy posłania dla

psów i zanieśliśmy je na górę.
 - Rozbierz się, a ja ci zrobię gorącą czekoladę.
Gdy wróciłam, był już w łóżku. Louis leżał obok chłopca, 

a Jason wyciągnął się u jego nóg. Nie miałam serca wypędzić 
ich do koszyków.

Paul powoli popijał czekoladę.
 - Czy zostawisz zapalone  światło? - zapytał, podając mi 

pusty kubek.

 - Zostanę z tobą, dopóki nie zaśniesz.

background image

Długo siedziałam  na  twardym  krześle   obok łóżka. Paul 

zasnął   prawie   natychmiast.   Ale   ja   musiałam   ochłonąć   i 
uporządkować myśli, nim zeszłam na dół na spotkanie z moją 
siostrą.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Camilla była sama. Siedziała skulona na krześle w kręgu 

światła   padającego   z   bocznej   lampy.   Podniosła   głowę,   gdy 
zamknęłam za sobą drzwi, i patrzyła, jak podchodzę do barku. 
Nalałam sobie campari i usiadłam.

  - Jak mogłaś okłamać  Paula i tak go zdenerwować?  - 

zapytałam.

  -   Okłamać?   Ach,   chodzi   o   twój   wyjazd.   To   nie   było 

kłamstwo. Im szybciej wyjedziesz, tym lepiej.

 - Nie zamierzam opuścić Eastands.
 - To mój dom... - zaczęła.
 - Dobrze - przerwałam jej. - Mogę przenieść się do ojca. 

Ale wezmę z sobą Paula.

 - Paula? O nie, jest pod moją opieką.
 - I Marka - przypomniałam jej.
Sączyłam   campari   i   obserwowałam   siostrę.   Była 

roztrzęsiona.

  -   Co   mam   robić?   -   spytała,   przerywając   wreszcie 

milczenie. Cam bezradnie rozłożyła ręce.

  -   Robić?   Nie   wiem.   Czemu   nie   możesz   tu   zostać? 

Mogłybyśmy pracować razem w hotelu. Tak jak z pewnością 
chciałby tego Hedley.

 - Hedley! - Wyprostowała się na krześle. - Czy myślisz, 

że dbam o jego nędzny, stary hotel? Zniszczył mi życie przez 
swoją zazdrość.

 - Dałaś mu powody.
  - Kto ci to powiedział? Ojciec? Mark? Pewnie wszyscy 

wokół. Kłamią.

 - Nie sądzę.
  - Oczywiście wierzysz im. Nie wiesz, jak było. Hedley 

przez cały czas mnie kontrolował.

  - Nie rozumiem, Cam. Mogłaś być szczęśliwa, gdybyś 

tylko chciała.

background image

 - Nie praw mi morałów, Romy. Powiedz, o co ci chodzi, i 

odejdź.

Znów skuliła się na krześle, kryjąc twarz w dłoniach.
 - Zachowujesz się dziecinnie. Zawsze tak robiłaś, gdy coś 

nie   układało   się   po   twojej   myśli.   Już   czas,   byś   dorosła   - 
przerwałam. - Kiedy Paul i ja mamy się stąd wyprowadzić?

Popatrzyła na mnie.
 - Zapomnij o tym. Jestem potworem. Jak możesz ze mną 

wytrzymać?

Jeśli   myślała,   że   powiem   o   głębokim,   siostrzanym 

uczuciu, jakie musiało między nami pozostać, rozczarowałam 
ją.

  - Ze  względu na Paula  - powiedziałam  wstając. - Nie 

pozwolę, byś go skrzywdziła.

Roześmiała się.
  - Paul jest silny. Jak jego ojciec. Nie potrzebuje twojej 

czułej   opieki.   Każdy   widzi,   jaka   stajesz   się   przy   nim 
promienna. Czy chcesz zaimponować Markowi?

Doszłyśmy wreszcie do sedna sprawy. Podeszłam do okna 

i zaciągnęłam zasłony, po czym odwróciłam się do niej.

 - Kim jest dla ciebie Dent Greene? Czemu się kłóciliście? 

Z pewnością wiesz, co to za człowiek.

 - Czemu nie pilnujesz swoich spraw?
 - To moja sprawa.
  - To prawda. Kłóciliśmy  się o ciebie. - Zerwała się  z 

krzesła i zaczęła krążyć po pokoju. - Sądzi, że masz na panią 
Quenton   wystarczająco   duży   wpływ,   by   skłonić   ją   do 
sprzedaży wyspy.

 - Wyspy? - Przez chwilę nie wiedziałam, o czym mówi. - 

Czy masz na myśli Wyspę Quentona?

 - A jaką inną? - Spojrzała na mnie zdziwiona.
 - Czy to Greene ukrywa się za spółką, która złożyła ofertę 

pani Quenton?

background image

  -   Nie   wiem.   Możliwe.   Romy,   musisz   mi   pomóc.   Nie 

mogę się zwrócić do nikogo innego. - Do oczu napłynęły jej 
łzy. Ale wiedziałam, że jest doskonałą aktorką.

 - Pomóc ci? Jak?
 - Przekonaj panią Quenton, by sprzedała Dentowi wyspę.
 - Nie.
 - Romy...
  -   Słuchaj,   Cam!   Powiedz   mi   szczerze.   Czy   wiesz, 

dlaczego Greene chce kupić wyspę?

Zawahała się. Nie zauważyłabym tego, gdybym nie była 

pewna, że jest z Greene'em w zmowie. Łzy spłynęły po jej 
policzkach.

  -   Oczywiście,   że   wiem.   Chce   tam   urządzić   obóz 

naturystów.

  - To  śmieszne, Cam. Po pierwsze, nie ma tam słodkiej 

wody, po drugie, jest rezerwat ptaków.

Przestała   płakać.   Zagryzła   wargi   i   spojrzała   na   mnie 

podejrzliwie.

 - Nie musisz mi tego mówić. Powiedz Dentowi.
 - To niepotrzebne. Nie mam zamiaru do tego się mieszać.
 - Jesteś głupia, Romaine - rzekła ze złością - jeśli myślisz, 

że wygrasz z człowiekiem takim jak Dent. Dotąd rozgrywał to 
spokojnie, lecz gdy się dowie, co o tym myślisz, lepiej uważaj. 
To nie zabawa, to prawdziwe życie.

Przy   pierwszej   sposobności   powtórzyłam   tę   rozmowę 

Markowi.

  -   Tak   myślałem,   że   Greene   kryje   się   za   tą   ofertą   - 

powiedział. - Czy sądzisz, że Camilla wie o narkotykach?

 - Nie jestem pewna, więc nie pytałam jej o to wprost. Tak 

czy inaczej, kłamała.

Nie bronił Camilli, jak się spodziewałam.

background image

 - Radziłem matce, by sprzedała wyspę, ale obawiam się, 

że nie posłucha. Nie mogę naciskać zbyt mocno, nie mówiąc 
prawdy o narkotykach - poinformował mnie.

 - I pozwolisz Greene'owi uciec?
  - Złapią go prędzej czy później, ale nie chciałbym, by 

stało się to na naszym terenie.

To   brzmi   rozsądnie,   lecz   nie   byłam   pewna,   czy   Mark 

dobrze robi. Teraz rozumiem, że instynktownie próbowałam 
chronić   Camillę.   Sprzedaż   wyspy   Greene'owi   oznaczała 
skazanie mojej siostry na łaskę i niełaskę tego potwora.

 - Czy myślisz, że Cam mówi poważnie?
  -   Być   może.   Uważaj   na   siebie,   kochanie   i   strzeż   się 

Greene'a.

Greene   nie   odstępował   Cam   ani   na   krok.   Ostrzeżenie 

Marka miało sens, lecz zupełnie przypadkowo dowiedziałam 
się o czymś jeszcze.

  -   Myślałem,   że   Jean   McKenzie,   przyjaciółka   Cam, 

wychodzi za mąż za Vica Allena - powiedział Paul któregoś 
dnia.

 - Dobrze wiesz, że tak. Wesele odbędzie się w hotelu.
  - To dlaczego spotyka się z panem Greene'em. Bardzo 

tajemnicza sprawa, Romy. Spotyka się z nim na przystani, a 
potem wypływa z zatoki motorówką swego ojca. Czasami nie 
ma jej bardzo długo.

 - Skąd wiesz?
Policzki chłopca zarumieniły się z zakłopotania.
 - Paul!
 - Poprosiłem ją któregoś razu, by wzięła mnie z sobą. To 

świetna motorówka. Dużo szybsza niż Marka.

 - I co?
  -   Powiedziała,   że   jest   zbyt   zajęta,   by   zawracać   sobie 

głowę małymi chłopcami.

background image

Duma Paula została zraniona, więc nie zdziwiłam się, gdy 

wyjął notes, w którym miał zapisane daty i godziny spotkań 
Jean z Dentem Greene'em.

  - Czy uważasz, że powinniśmy o tym powiedzieć panu 

Allenowi? To bardzo porządny facet. Gra w krykieta w klubie 
„County".

Nie  starałam  się  zagłębić  w  to, jak  Paul   interpretuje   te 

spotkania,   lecz   sądziłam,   że   po   prostu   czuje   się   urażony 
lekceważącymi słowami Jean i pragnie zemsty.

  - Oczywiście, że nie. To nie nasza sprawa, Paul. Jego 

spojrzenie mówiło mi jednak, że chce odpłacić za  zniewagę, 
toteż w odpowiednim czasie wspomniałam o tym Camilli. Jej 
reakcja była gwałtowna.

  -   Jaki   sprytny...   -   zaczęła,   lecz   zreflektowała   się,   że 

rozmawia ze mną.

 - To ciekawe - powiedziałam.
 - Paul na zbyt wiele sobie pozwala - odrzekła ostro. - Nie 

możesz go powstrzymać?

  -   Jeśli   nawet   on   zauważył,   co   się   dzieje,   możesz   być 

pewna,   że   tak   wścibska   osoba   jak   pani   Dawson   również 
zorientuje się.

Cam   musiała   rozmawiać   z   przyjaciółką,   bo   w   parę   dni 

później Jean przyszła do mojego biura omówić przygotowania 
do   wesela.   Patrzyła   na   mnie   uważnie   pięknymi,   szarymi 
oczami, ale nawet nie wspomniała o Dencie. Zanim wyszła, 
wręczyła mi prezent dla Paula.

  -   Słyszałam,   że   chłopiec   uwielbia   obserwować   ptaki   - 

powiedziała. Nasze spojrzenia spotkały się, uśmiechnęła się, a 
ja nieoczekiwanie poczułam do niej sympatię.

Paul   był   zachwycony   ilustrowanym   atlasem   ptaków, 

zanim nie dowiedział się, kto jest ofiarodawcą.

 - Nie przekupi mnie - oświadczył.
 - Na pewno tak nie myślała.

background image

 - Och, Romy. - Przytulił się do mnie. - Muszę na ciebie 

uważać. Zbyt dobrze myślisz o ludziach.

  - Oni często dają mi do zrozumienia, że się mylę. Ślub 

Jean ustalono na ostatnią sobotę października. Jej

ojciec, bogaty fabrykant z północy, chciał urządzić córce 

wspaniałe   wesele.   Po   raz   pierwszy   zaangażowałam   się 
uczuciowo w przyjęcie, które nie powinno było mieć dla mnie 
większego   znaczenia   niż   dziesiątki   innych   imprez,   które 
pomagałam organizować. Ale Jean niespodziewanie stała się 
moją przyjaciółką.

Jak   zwykle   zaplanowałam   wszystko   starannie.   Byłam 

profesjonalistką,   chociaż   Cam   nie   bardzo   mogła   w   to 
uwierzyć.

Jeżeli Jean miała nieczyste sumienie, to nie dała tego po 

sobie poznać. Stała dumnie przy boku męża, przyjmując gości. 
Gdy mnie zobaczyła, podeszła do mnie.

 - Dziękuję, Romy. Wszystko będzie dobrze, przyrzekam 

ci.

Odwróciła się, a ja poczułam się niepewnie. Szukałam w 

tłumie Camilli, lecz najpierw dostrzegłam Marka. Stał sam i 
nawet z tej odległości widziałam, że jest wściekły. Wpatrywał 
się w Camillę i Denta Greene'a. Cam wyglądała pięknie. Miała 
na   sobie   długą   suknię   koloru   malwy,   delikatny   makijaż 
dodawał jej uroku. Uśmiechała się do Greene'a, lecz on patrzył 
nie na nią, tylko na pannę młodą.

Zaniepokoiłam się. Czy Greene nie  narobi  kłopotu?  Co 

łączyło go z Jean McKenzie?

 - Odpręż się, szefowo. Jest świetnie. - Gil napełnił moją 

szklankę   szampanem.   Uśmiechał   się,   podtrzymując   moją 
słabnącą pewność siebie.

  - Dziękuję, Gil. - Spojrzałam na niego. Mężczyzna był 

poważny.   W   jego   głosie   brzmiała   troska,   gdy   spytał,   czy 
miałam czas coś zjeść.

background image

Obserwowałam   Greene'a.   Mężczyzna   skradał   się 

niepostrzeżenie   do   panny   młodej.   Postanowiłam   z   nim 
porozmawiać.

 - Panie Greene. - Dotknęłam jego ramienia, a on odwrócił 

się zirytowany.

 - Czego chcesz? - zapytał niegrzecznie.
 - Chcę, by trzymał się pan z dala od Camilli.
 - Spróbuj mnie do tego zmusić.
 - Dobrze pan wie, że nie mogę. Ale ma pan zły wpływ na 

moją siostrę.

 - Jest głupia - rzekł agresywnie.
 - Nie. Ale z pewnością naiwna. Popatrzyłam mu prosto w 

oczy.

  - Ty jesteś mądra, lecz nie  dość, by wiedzieć, co jest 

dobre dla ciebie i twojej rodziny.

 - Rodziny? - powtórzyłam.
 - Tak. Na przykład ten osierocony chłopak. Słyszałem, że 

trzęsiesz się nad nim jak kwoka.

„Przeklęta Camilla - pomyślałam. - Na pewno nie była tak 

naiwna, jak sądziłam, i musiała mu powiedzieć, że nie chcę, 
by Dent kupił wyspę".

  -   I   ta   starsza   pani   -   ciągnął   Dent.   -   Wiem,   że   nie 

stanowicie jeszcze rodziny. - Uśmiechnął się złośliwie. - Ale 
Cam mówi, że żywisz jakieś nadzieje.

Musiał dostrzec złość na mojej twarzy, gdyż odwrócił się 

do mnie plecami. Staliśmy nadal tak blisko, że czułam jego 
zapach, no i oczywiście odór alkoholu.

  -   Jeżeli   coś   im   się   stanie...   -   Nie   poznawałam   swego 

głosu.

  - To co pani zrobi, mądra panno Mortimer? Pójdzie na 

policję? - Drwiącym tonem głosu dał mi do zrozumienia, że 
nie wierzy, bym to zrobiła.

background image

Rozejrzałam   się   i   ujrzałam   pannę   młodą   stojącą   w 

drzwiach. Po chwili znikła. Już prawie zapomniałam, dlaczego 
szukałam Denta Greene'a, lecz teraz przypomniałam sobie.

„Przynajmniej  - pomyślałam - nic przykrego nie spotka 

Jean w dniu ślubu". Nadzieja okazała się przedwczesna: gdy 
odwróciłam się do Greene'a, zobaczyłam go idącego w stronę 
drzwi prowadzących na taras. Poszłam za nim, bojąc się, że 
mężczyzna spotka się z panną młodą.

Rozmawiał   z   kierowcą   samochodu   nowożeńców,   który 

czekał, by zawieźć ich na lotnisko. Zobaczyłam, że wręcza mu 
list: potem, nie oglądając się, poszedł na parking, wsiadł do 
samochodu i odjechał.

Postanowiłam zdobyć ten list.
Podeszłam do kierowcy.
  - Sądzę, że pan Greene dał panu list do panny młodej. 

Wezmę   go   do   jej   pokoju.   Przebiera   się,   więc   pewnie   już 
niedługo pojedziecie.

Dał   mi   kopertę,   nie   patrząc   na   nią.   Otworzyłam   ją   w 

zaciszu   swego   biura.   Treść   listu   bynajmniej   mnie   nie 
zaskoczyła.

„Jean - pisał - małżeństwo nic nie zmienia. Bądź dalej w 

kontakcie, albo..."

Oburzona   bezczelnością   Greene'a,   zmięłam   kartkę   i 

chciałam wrzucić ją do kosza, lecz szybko rozmyśliłam się. 
Nie musiałam przekonywać Marka, że Greene jest łajdakiem, 
lecz   potrzebowałam   dowodu,   który   mogłabym   przedstawić 
Camilli. Teraz miałam go w ręku. Starannie wygładziłam list i 
włożyłam go do sejfu.

Pogróżki   Greene'a   dotyczące   Paula   i   pani   Quenton 

zaniepokoiły   mnie   bardziej,   niż   przypuszczałam,   więc 
postanowiłam   przy   pierwszej   okazji   opowiedzieć   o   tym 
Markowi.   Niestety,   następnego   ranka   zadzwonił,   że   pilne 

background image

interesy wzywają go do Nowego Jorku i wsiada w pierwszy 
samolot, by dołączyć tam do Evana.

Zmartwiłam się tym i zaczęłam rozważać, czy powiedzieć 

ojcu o kłopotach Camilli. Bałam się jednak, iż pomyśli, że to 
moja wyobraźnia albo zazdrość podsuwają mi zarzuty przeciw 
siostrze.

Kiedy   wracałam   po   południu   z   Paulem,   nigdy   nie 

zastawaliśmy Camilli w domu. Nie lubiłam być sama w domu. 
Denerwowałam   się.   Osaczały   mnie   niepokojące   myśli. 
Tłumaczyłam   sobie,   że   to   niemądre,   jednak   czułam   się 
nieswojo i wtedy pomyślałam, że już czas przenieść się do 
ojca.

W parę dni po wyjeździe Marka przyszłam do domu pięć 

minut   wcześniej   niż   zwykle.   Chciałam   wziąć   dokumenty   z 
biurka Hedleya w salonie.

Dzień   zbliżał   się   ku   końcowi,   niebo   mieniło   się   feerią 

barw, jakby ktoś rzucił na nie garść drogich kamieni. Słońce 
chowało   się   za   horyzont,   w   powietrzu   unosił   się   zapach 
palonych liści.

Od   maja   do   listopada   wydeptywałam   ścieżkę   między 

domem   a   hotelem.   Stała   się   jakby   drogą   moich   marzeń. 
Przechodząc te parę metrów, pozbywałam się trosk, układałam 
swoje myśli i nadzieje w jedwabną nić, która wiązała mnie z 
tym miasteczkiem i mieszkającymi w nim ludźmi. Weszłam 
do   domu   Camilli   w   pogodnym   nastroju   i   skierowałam   się 
prosto do salonu.

Był tam. Uśmiechał się leniwie, rozparty w fotelu, jakby 

znajdował się u siebie.

 - Czekałem na ciebie - powiedział mężczyzna. Zadrżałam. 

Nie potrafiłam ukryć przerażenia.

  - Nie mógł pan wiedzieć, że wrócę o tej porze, panie 

Greene - rzekłam.

background image

  - Zazwyczaj wracasz o tej godzinie. Czasami spotykasz 

Paula   sama,   innym   razem   wysyłasz   dziewczynę,   lecz 
codziennie jesteś tu o tej porze, by wypić z nim herbatę.

 - Skąd pan wie?
  -  Śledzę   twoje   posunięcia.   Nie   krzycz   -   ostrzegł.   - 

Jesteśmy w domu sami.

Podeszłam spokojnie do biurka Hedleya i otworzyłam je. 

Wyjęłam   potrzebne   mi   papiery,   po   czym   opuściłam   blat   i 
zamknęłam biurko na klucz.

Mężczyzna podszedł do drzwi.
 - Usiądź - rozkazał. - Dokończymy rozmowę rozpoczętą 

w dniu wesela Jean.

 - Nie mam czasu. Proszę mnie przepuścić. - Układałam w 

myślach plan. Jeśli pobiegnę na przystanek autobusowy, zdążę 
powiedzieć Paulowi i Maisie, by poszli do domu ojca.

 - Siadaj! - wrzasnął. Zrobiło mi się zimno. Poczekał, aż 

usiądę, i zaczął mówić.

 - Muszę mieć Wyspę Quentona i będę ją miał prędzej czy 

później.   Jeśli   nie   zechcesz   mi   pomóc,   namawiając   starszą 
panią do sprzedaży, wszyscy poniesiecie konsekwencje.

 - Czemu panu tak na niej zależy? - spytałam. Zbliżył się 

do mnie, a ja odruchowo skuliłam się na krześle.

  - Myślę, że  wiesz, dlaczego wyspa jest  dla  mnie  taka 

ważna. Czy Cam ci nie mówiła?

 - O czym?
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
 - To nie twój interes, lecz jeśli Cam mnie okłamała, tym 

gorzej dla niej i was wszystkich, zwłaszcza dla chłopca.

  -   Jest   pan   zbyt   wielkim   tchórzem,   by   stawić   czoło 

Markowi czy Evanowi. Straszy pan jedynie kobiety i dzieci.

Był   wściekły,   wiedziałam,   że   trafiłam   w   dziesiątkę. 

Nabrałam odwagi.

background image

 - Mnie pan nie zastraszy. Może pan myśleć, że nie pójdę 

na policję, ale zrobię wszystko, by wydostać Camillę z pana 
szponów.

Pochylił się nade mną.
 - Co właściwie powiesz policji?
Zawahałam   się.   Nie   mogę   zdradzić,   że   wiem   o 

narkotykach.

 - Nic szczególnego. Może jednak warto zainteresować się 

pana działalnością. Nikt nie grozi kobietom i dzieciom, jeśli 
nie ma czegoś do ukrycia.

  -   Jesteś   inteligentną   dziewczyną,   więc   ostrzegam   cię 

jeszcze raz. Jeśli umożliwisz mi kupno wyspy, wyniosę się 
stąd bez Cam.

  - Nie wierzę panu, więc niech lepiej wyniesie się pan 

teraz.

  -   Masz   silne   nerwy,   Romaine.   -   Nie   potrafił   ukryć 

podziwu. - Szkoda, że Cam nie jest podobna do ciebie. Ma 
tylko urodę, a to nie trwa wiecznie.

 - Czyżby?
Camilla stała w drzwiach z twarzą płonącą z gniewu. Nie 

miałam   pojęcia,   jak   długo   tu   jest   i   ile   słyszała   z   naszej 
rozmowy.   Wstałam.   Dent   chciał   mnie   powstrzymać,   lecz 
Camilla rozdzieliła nas.

  -   Daj   jej   spokój,   Dent.   Mówiłam   ci,   że   nie   warto   jej 

straszyć.

W   nagłej   ciszy,  jaka   nastąpiła,   usłyszałam   głos  Paula   i 

szczekanie psów.

  - Niech pan się dobrze zastanowi, nim podejmie jakieś 

działania, panie Greene. Mam za sobą prawo.

Weszłam  do  kuchni   z   podniesioną  głową.  Paul,  widząc 

mnie, rzucił się w moje objęcia.

 - Wiesz co?! - zawołał. - Jestem najlepszy w klasie. Czy 

myślisz, że pójdę na uniwersytet jak mój ojciec?

background image

 - Na pewno, kochanie.
Dostrzegłam   czujne   spojrzenie   Maisie.   Dałam   jej   do 

zrozumienia, że nie jesteśmy sami.

 - Zasłużyłeś na nagrodę, Paul. Zastanówmy się, co by to 

mogło być? Może wyjazd w czasie ferii zimowych?

 - Wspaniale. Dokąd pojedziemy?
  -   Wypijemy   herbatę   i   poszukamy   na   mapie   jakiegoś 

ciekawego miejsca.

Gdy   tylko   usłyszałam,   że   Camilla   i   Greene   wychodzą, 

posłałam Paula po mapę, a sama zamknęłam frontowe drzwi 
na łańcuch.

  -   Maisie,   pilnuj   tylnego   wejścia,   gdy   wyjdę,   i   nie 

wpuszczaj   nikogo,   nawet   mojej   siostry.   Jeśli   wróci   przede 
mną, przyślij ją do hotelu.

Ale Camilla nie wróciła do domu ani tej, ani następnej 

nocy.   Nie   wiedziałam,   czy   cieszyć   się,   czy   martwić   jej 
nieobecnością. Dlatego w piątek rano z radością usłyszałam w 
słuchawce głos Marka.

 - Wracamy jutro, kochanie. Spotkamy się wieczorem na 

zebraniu w Rugger Club.

Następnego  wieczoru  Mark przybył wcześnie  do  hotelu 

pod pretekstem załatwienia spraw związanych z zebraniem. 
Był   prezesem   klubu   i   traktował   swoje   obowiązki   bardzo 
poważnie. Wszedł do biura i wziął mnie w ramiona.

  -   Tęskniłem   za   tobą,   Romy   -   rzekł,   całując   mnie   na 

powitanie.

 - Muszę z tobą porozmawiać, Mark, to bardzo ważne. Czy 

zaczekasz na mnie w domu?

Chciałam dołączyć do Quentona na zebraniu, lecz niestety 

drugi barman nie zjawił się w pracy, musiałam więc pomóc 
Gilowi i dziewczynom. Skończyliśmy podawanie drinków tuż 
przed północą i wkrótce ludzie zaczęli się rozchodzić. Kiedy 

background image

wreszcie   policzyliśmy   pieniądze   w   kasie,   poczułam   się 
śmiertelnie zmęczona.

Gil   odprowadził   mnie   do   domu.   Wzruszyła   mnie   jego 

rycerskość.

W salonie paliły się światła, a przed domem zobaczyłam 

zaparkowane samochody Marka i Evana.

 - Goście - powiedział Gil. - Czy da pani jeszcze radę?
 - Spróbuję. Wejdź na kawę - zaproponowałam.
 - Nie, dziękuję, szefowo - odrzekł.
Otworzyłam   drzwi.   Mijając   salon,   powiedziałam: 

„Dobranoc" i poszłam do kuchni po filiżankę mocnej herbaty. 
Nastawiłam czajnik. Po chwili Mark wszedł do kuchni i usiadł 
na krześle.

  - Chcesz herbaty? - zapytałam. - Jestem wyczerpana, ty 

też zresztą, wyglądasz na zmęczonego.

  -   O   Boże!   Co   za   historia   -   powiedział.   Zaparzyłam 

herbatę.

 - Co się stało?
  - Inspektor policji dzwonił wczoraj do Quenton Court i 

pytał   o   mnie.   Skontaktowałem   się   z   nim   dzisiaj   -   chce 
dowiedzieć się czegoś o wyspie. Nikomu jeszcze o tym nie 
mówiłem.

 - No więc, zaczyna się - stwierdziłam - Greene znów nam 

groził. Boję się o Paula i twoją matkę..

Mark posmutniał.
 - Camilla wie o narkotykach, ale ani ona, ani Greene nie 

domyślają się, że je znaleźliśmy.

Mężczyzna spojrzał na mnie niedowierzająco.
 - Jesteś pewna?
Skinęłam głową. Sięgnął po imbryk, a ja podeszłam do 

lodówki, by wyjąć mleko. W tej samej chwili uświadomiłam 
sobie, że drzwi do kuchni, które Mark zamknął za sobą, są 

background image

teraz lekko uchylone. Byłam przekonana, że ktoś stał w hallu i 
słyszał naszą rozmowę.

Musiałam sprawdzić, kto to jest. Niestety potknęłam się o 

jeden z psich koszyków. Gdy się pozbierałam i otworzyłam 
drzwi na oścież, hall był pusty.

 - Czy coś się stało? - Mark stał przy mnie zaniepokojony.
  - Ktoś podsłuchiwał nas w hallu - poinformowałam  go. 

Mark przytulił mnie mocno.

 - Popłynę o świcie na wyspę - szepnął.
 - Weź mnie z sobą.
 - Nie, to może być niebezpieczne.
  - No to spróbuj mnie powstrzymać. To nasza wspólna 

sprawa.

Pocałował mnie lekko w policzek.
Camilla   zawołała   Marka.   Nie   odpowiedział.   Otworzyła 

więc   drzwi.   Zaczerwieniła   się,   a   w   jej   oczach   pojawił   się 
gniewny błysk.

 - Co to za spisek? - zapytała.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Następnego   ranka   poszłam   o   świcie   na   przystań.   Był 

smutny   listopadowy   dzień.   Padał   deszcz,   a   w   powietrzu 
unosiła się gęsta mgła.

Motorówka   Quentona   wynurzyła   się   z   półmroku,   silnik 

pracował regularnie. Cieszyłam się, że widzę Marka. Wziął 
mnie za rękę, a jego uśmiech dodał mi odwagi.

Duży   wolny   obszar,   na   którym   nie   było   widać   innych 

łodzi,   uspokajał   mnie.   Przysunęłam   się   jednak   bliżej   do 
Marka.

 - Nie bój się, kochanie - rzekł, odczytując mój gest jako 

oznakę lęku. - Nic nie jest naprawdę tak straszne, jak nam się 
wydaje.

Wyspa,   która   nagle   zamajaczyła   we   mgle,   wyglądała 

inaczej niż zwykle. Nigdy nie myślałam, że skały mogą być 
tak okrutne i nieprzystępne.

  -   Nie   przypomina   naszej   ukochanej   wyspy   - 

powiedziałam. Poczułam, jakbym coś utraciła.

Mark przybił do pomostu.
 - Taką ją lubię - odpychającą, zamkniętą, tajemniczą.
  -   Zeskoczył   na   pomost   i   przycumował   łódź,   po   czym 

wyciągnął rękę, by pomóc mi wysiąść.

  -   Nigdy   nie   wybaczę   tym   łotrom,   że   wykorzystali   to 

miejsce do swoich ciemnych spraw. Ale nie doceniają nas  - 
stwierdził.

A ja wiedziałam, że Cam ma rację. Mark i ja nie byliśmy 

przeciwnikami   dla   tak   bezwzględnych   przestępców   jak 
handlarze   narkotyków.   Gdy   szliśmy   plażą,   rozglądałam   się 
dokoła   wystraszona.   W   powietrzu   krążyło   kilka   ptaków, 
próbując   zniechęcić   intruzów   przeszkadzających   im   w 
przygotowaniach do zimy.

background image

W domku pozornie nic się nie zmieniło, a jednak czułam, 

że przebywali w nim obcy. Kim byli ci mężczyźni i kobiety 
ogarnięci chciwością, przychodzący tu pod osłoną nocy?

To na pewno nie Camilla. Moja siostra kochała światło, 

ludzi, taniec i muzykę, ładne ubrania i nieustanną adorację. 
Moja siostra - motyl nie pasowała do tej ponurej scenerii. A 
jednak kto inny przysłał pięciofuntowe banknoty jak nie Dent 
Greene?   Za   co   jej   płacił?   Wzdrygnęłam   się   i   weszłam   z 
Markiem do środka.

Od razu podszedł do łóżek. Wyraz jego twarzy mówił mi, 

że   nie   przyjechaliśmy   tu   na   darmo.   Napełniliśmy   torbę 
paczuszkami. Mark szukał dalej, ale kredens i skrytka były 
puste.

  - To wszystko - powiedział. - Chodźmy stąd. Podniósł 

torbę   i   zamknął   domek   na   kłódkę.   Miał   ponurą   minę,   gdy 
schodziliśmy do motorówki.

  -   Inspektor   nic   teraz   nie   znajdzie,   wątpię   zresztą,   że 

przypłynąłby tutaj w taką pogodę - rzekł.

Mgła   gęstniała.   Nadciągała   z   południa.   Wsiedliśmy   do 

motorówki. Mark włączył silnik.

  - Gdy przyjedziemy tu następnym razem - powiedział - 

będzie już wiosna i wyklują się pisklęta. Zapomnimy  o tej 
okropnej wyprawie, kochanie.

Odpłynął   od   pomostu.   Moje   serce   wypełniła   nadzieja. 

Powiedział przecież, że będziemy mieć następną wiosnę.

W   połowie   drogi   między   wyspą   a   lądem   zatrzymał 

motorówkę   i   wyrzucił   torbę   za   burtę.   Uśmiechnął   się   i 
zaproponował,   żebyśmy   zrobili   kawę.   Zaparzyliśmy   ją   w 
blaszanym czajniczku i od razu poprawił nam się nastrój.

Wykonaliśmy nasze zadanie. Mark poweselał, gdy zjadł 

lunch i wypił mocną kawę.

Warkot   zbliżającej   się   motorówki   zaskoczył   nas. 

Wybiegliśmy   na   pokład,   by   zobaczyć   co   się   dzieje.   Fala 

background image

zakołysała   naszą   łodzią,   lecz   mgła   była   zbyt   gęsta,   by 
cokolwiek dojrzeć.

 - Oni też z pewnością nas nie widzieli - powiedział Mark 

- a my nie będziemy zdradzać naszej pozycji.

 - Czy to mogła być Cam? Musimy ją jakoś zatrzymać.
  - Próbowałem. To nie ma  sensu, nie posłucha nikogo. 

Tym razem moglibyśmy ją uratować, lecz następnym nic jej 
nie powstrzyma.

Jego troska o Camillę zaniepokoiła mnie. Jak głęboka była 

więź między nimi?

 - Przyrzekłem kiedyś Hedleyowi, że jeśli umrze pierwszy, 

zawsze będę się opiekował Cam - wyjaśnił Mark.

Ogarnął mnie lęk. Przecież zawsze wiedziałam, że Mark 

należy do Camilli. Jaka głupia byłam, wyobrażając sobie, że 
mnie kocha. Zadrżałam i odsunęłam się od niego.

 - Romy, co się stało? Gniewasz się na mnie?
 - Nie.
Nasze   spojrzenia   spotkały   się,   w   jego   oczach   nie   było 

miłości   ani   czułości.   Dzieliło   nas   przyrzeczenie   złożone 
Hedleyowi.

  -   Zdaję   sobie   sprawę   z   twojego   niepokoju   o   Cam. 

Gdybyśmy tylko mogli  ją  z  tego wydostać. - Zamyślił  się. 
Zapadło kłopotliwe milczenie. - W przyszłym tygodniu muszę 
pojechać  do Amsterdamu  i  zastanawiałem  się, czy  wziąć  z 
sobą Paula - odezwał się po chwili. - Bardzo chce zobaczyć 
miasto, w którym ojciec prowadził, jego zdaniem, działalność 
szpiegowską.   To   oczywiście   bzdura.   Pierre   był   dobrym 
dziennikarzem   i   często   ryzykował   życie.   Gdybym 
zaproponował Camilli, też by pojechała...

  -   Czemu   nie?   -   rzekłam   lodowato.   -   Oboje   jesteście 

opiekunami Paula.

 - Jednak on kocha ciebie.

background image

Pomyślałam, że mówi tak, by sprawić mi przyjemność i 

nie uwierzyłam mu.

  -   Chcesz,   bym   spróbował   wydobyć   Cam   z   tych 

tarapatów? - zapytał.

  - Oczywiście. Jest moją siostrą. Wracajmy. Milczeliśmy 

przez resztę drogi. Mark zdawał się być

pogrążony w myślach, a ja popadłam w przygnębienie.
Wysiadłam na przystani, poszłam prosto do swego biura i 

zadzwoniłam   do   pani   Dawson.   Weszła,   niosąc   stos 
korespondencji.

  - Telefon urywał się przez cały ranek - powiedziała. - 

Nikt nie wiedział, gdzie pani jest. Siostra dzwoniła pięć razy 
w ciągu pół godziny i była niezbyt uprzejma - narzekała.

 - O której to było?
 - Przed ósmą. A potem dzwonił kilka razy pan Greene.
Patrzyła   na   mnie   z   rosnącym   zainteresowaniem. 

Zaskoczyłam ją swoim zachowaniem, niezgodnym z regułami, 
do których, jak sądziła, zawsze się stosowałam.

  - Pani Dawson, proszę wybaczyć, czy moja siostra jest 

teraz   w   domu?   -   Nie   oczekiwałam   odpowiedzi,   ale 
przynajmniej pozbyłam się recepcjonistki na jakiś czas.

Przez resztę dnia czekałam na powrót Camilli, dzwoniąc 

co chwila do domu. Mniej bym się niepokoiła, gdyby była tam 
Maisie.   Wiedziałam   jednak,   że   pojechała   na   zakupy   do 
Randallstown i wróci w tym samym czasie, co Paul ze szkoły.

O piątej poszłam na przystanek autobusowy na spotkanie 

Paula. Pogoda zmieniła się raptownie. Zerwał się silny wiatr i 
rozpędził   mgłę.   Niebo   pokryło   się   ciężkimi,   czarnymi 
chmurami. Robiło się już ciemno.

Autobus spóźnił się. Paul wyskoczył w biegu, lecz byłam 

zbyt   zaprzątnięta   innymi   myślami,   by   zwrócić   mu   na   to 
uwagę.

background image

  - Czemu nie wzięłaś z sobą psów? - zapytał, zarzucając 

torbę na ramię.

 - Przyszłam prosto z hotelu.
  - Cam była wściekła rano, gdy odkryła, że cię nie ma. 

Gdzie byłaś?

 - Interesy - odrzekłam.
  -   Mówiła,   że   popłynęłaś   na   wyspę   i   narazisz   się   na 

kłopoty. Co miała na myśli?

Paul wziął mnie pod rękę i walcząc z wiatrem, weszliśmy 

na wzgórze.

 - Czy jeszcze coś mówiła?
 - Właściwie nie...
 - Powiedz mi. - Przystanęłam zdenerwowana.
  -   Czasami   Cam   mówi   głupstwa.   Powiedziała,   że 

przegrywają najsłabsi. Nie chciała mi tego wyjaśnić - rzekł z 
odcieniem pogardy w głosie. - Męczą mnie jej głupie uwagi.

Maisie stała w drzwiach wejściowych, trzymając psy na 

smyczy. Ujrzawszy nas, odetchnęła z ulgą. Puściła psy, które 
rzuciły się w stronę Paula.

 - Długo was nie było! - zawołała karcąco.
 - Czy moja siostra już wróciła?
  -   Nie.   Pan   Greene   pytał   o   nią   około   dziesiątej   rano. 

Przedtem   dzwoniła   do   pani.   Sprawiała   wrażenie   bardzo 
przygnębionej. Kiedy pan Greene przyszedł, nie mogłam nie 
słyszeć ich kłótni.

  - Maisie, to bardzo ważne. Czy mówili coś o Paulu? Z 

wyrazu jej twarzy wyczytałam, że tak.

  - Nie podsłuchiwałam, panno Mortimer, ale mężczyzna 

krzyczał   i   usłyszałam,   co   powiedział   o   Paulu   -   rzekła 
niechętnie.

 - Co?
 - To właściwie nie miało sensu. Myślałam nad tym przez 

cały dzień. Powiedział, że „możemy ją złamać, wykorzystując 

background image

chłopca", a wtedy pani Peake krzyknęła, że nie chce jej łamać, 
a on ją uderzył.

 - O Boże! - krzyknęłam.
  - Przepraszam, panno Mortimer, ale bałam się wejść do 

pokoju. Nie chciałam, by wiedzieli, że słyszę ich rozmowę, 
więc zamknęłam drzwi do kuchni i włączyłam radio.

 - Dobrze zrobiłaś, Maisie - powiedziałam.
 - Czy jest już herbata? - zapytał Paul, wpadając z psami 

do hallu.

  - Czeka od dwudziestu minut. Pospieszcie się i umyjcie 

ręce.

Byłam   teraz   pewna,   że   muszę   jak   najszybciej   umieścić 

Paula w bezpiecznym miejscu, a jedynym, jakie przychodziło 
mi na myśl, było Quenton Court. Zadzwoniłam do Marka, lecz 
nie zastałam go ani w pracy, ani w domu, więc postanowiłam 
wziąć samochód służbowy, by zawieźć Paula, Maisie i psy do 
Court.

Gdy otworzyłam drzwi garażu, przypomniałam sobie, że 

dałam   wóz   Gilowi,   by   przywiózł   trochę   prowiantu. 
Samochodu   Camilli   również   nie   było,   co   bardzo   mnie 
zdziwiło, bo myślałam, że siostra jest gdzieś z Greene'em.

Pobiegłam z powrotem do domu. Paul i Maisie śmiali się 

wesoło. Spojrzeli na mnie i śmiech zamarł im na ustach. Nie 
wiedziałam, że byłam tak przerażająco blada.

 - Co się stało? - Maisie zerwała się z krzesła.
  - Maisie, proszę, spakuj jak najszybciej rzeczy swoje i 

Paula. A ty, Paul, weź koce i miski dla psów. Pójdziemy do 
domu mojego ojca.

 - Nie chcę iść - zbuntował się Paul.
 - Zrób natychmiast, co ci każę.
 - Dlaczego? A co z Camillą? Co tu się dzieje?
  - Później ci wytłumaczę. Proszę cię, Paul, nie utrudniaj 

mi tego jeszcze bardziej.

background image

Maisie wróciła po chwili z bagażem, trzymając Paula za 

rękę.

  - Chodźmy, Paul. Załóż Jasonowi smycz. - Wzięłam na 

ręce Louisa i wyprowadziłam ich tylnymi drzwiami.

Gdy doszliśmy do domu ojca, ucieszyłam się, widząc jego 

samochód. Nie wiedziałam, czy uwierzy w moje opowiadania. 
Pewnie znowu pomyśli, że zachowuję się nierozsądnie. Tatuś 
siedział w gabinecie. Poprosił, bym usiadła. Widocznie wziął 
mnie za jedną z pacjentek.

 - Tato!
Spojrzał na mnie zaskoczony i zerwał się z miejsca.
 - Dziecko drogie, co się stało? Wypij to. - Wcisnął mi do 

ręki kieliszek. Wypiłam brandy i rozpłakałam się.

Nie wiedziałam, że potrafi być taki miły, a może po prostu 

zapomniałam o tym. Dzieliło nas tyle niepotrzebnych sporów. 
Gdy   doszłam   do   siebie,   opowiedziałam   mu   o   wszystkim. 
Ciężar odpowiedzialności, zbyt wielki, bym mogła udźwignąć 
go sama, zmniejszył się o połowę.

Słuchał, zmarszczka na jego czole pogłębiła się, lecz nie 

powiedział ani słowa. Gdy skończyłam, sięgnął po słuchawkę 
i   wykręcił   numer   Quenton   Court.   Tym   razem   Mark 
odpowiedział.

Nagle znalazłam się poza tym wszystkim. Zrobiłam swoje, 

a reszta należała do innych. „To nieprawda - pomyślałam. - 
Odpowiedzialność nadal ciąży na mnie. To ja muszę stanąć 
twarzą w twarz z Camillą. To była sprawa pomiędzy nami 
dwiema''.

Widziałam   minę   ojca,   kiedy   rozmawiał   z   Markiem. 

Odłożył słuchawkę i popatrzył na mnie.

 - Mam złe wieści - powiedział. - Pani Quenton miała atak 

serca. Zabrano ją do szpitala. Mark proponuje, bym zawiózł 
was do niego, a on zwerbuje kilku strażników ze stoczni do 

background image

pilnowania domu na wypadek, gdyby wezwano go do szpitala. 
Jutro spróbujemy jakoś to rozwiązać. Gdzie jest Camilla?

 - Nie wiem.
 - Trudno. Jedźmy.
  - Muszę wracać do hotelu. Mamy wieczorem przyjęcie 

bufetowe.

 - Wolałbym, żebyś była w Court.
  -   Nic   mi   się   nie   stanie.   Zostanę   w   hotelu   na   noc. 

Stłoczyliśmy   Paula,   Maisie   i   psy   na   tylnym   siedzeniu 
samochodu   ojca.   Najpierw   odwiózł   mnie   do   hotelu.   Na 
parkingu stało już parę samochodów i zaczęłam się niepokoić, 
czy wydałam personelowi odpowiednie polecenia.

  -   Pracuję   dziś   od   wpół   do   ósmej,   panno   Mortimer   - 

powiedziała z wyrzutem pani Dawson.

  -   Bardzo   panią   przepraszam,   ale   wypadło   mi   coś 

nieprzewidzianego i wierzę, że dopilnowała pani wszystkiego 
podczas mojej nieobecności. Jutro ma pani dzień wolny.

W   recepcji   zadzwonił   telefon.   Podniosłam   słuchawkę. 

Denerwowałam   się,   widząc,   że   pani   Dawson   nadal   stoi   w 
płaszczu i kapeluszu.

 - Pan Hedley też zawsze tak mówił, ale on miał do mnie 

zaufanie.

 - Ja też mam - odrzekłam.
„Biedny   Hedley   -   pomyślałam   -   należy   mu   współczuć, 

jeśli pani Dawson była jego jedyną powiernicą".

Czekałam w recepcji na przyjście nocnego recepcjonisty. 

Musiałam   też   nadzorować   przyjęcie,   co   pozwoliło   mi   na 
chwilę   zapomnieć   o   kłopotach   rodzinnych.   Wciąż   jednak 
dręczyła mnie perspektywa spotkania z Camillą.

Siostra zjawiła się w hotelu parę minut po północy.
Byłam właśnie w biurze i wkładałam do sejfu pieniądze 

zarobione   na   przyjęciu.   Wtargnęła   do   pokoju   z 

background image

zaczerwienioną   twarzą,   a   jej   włosy,   zwykle   starannie 
uczesane, opadały w nieładzie na ramiona.

 - Gdzie jest Paul? Gdzie go ukryłaś?
 - Czemu miałabym go ukrywać? - odrzekłam, zamykając 

sejf. Cieszyłam się, że stoję odwrócona do niej plecami i Cam 
nie widzi, jak drżą mi ręce.

Zatrzasnęła   drzwi,   podeszła   do   biurka   i   otworzyła 

szufladę, w której Hedley zawsze trzymał butelkę.

 - Muszę się napić - powiedziała.
  -   Może   kawy?   -   Podniosłam   słuchawkę   i   poprosiłam 

portiera, by przyniósł imbryk.

Usiadła na krześle.
 - Nawet nie wiesz, jaką szkodę dziś wyrządziłaś. Romy, 

dlaczego? - Mówiła tak cicho, że musiałam się wsłuchać, by 
rozróżnić   słowa.   Przez   chwilę   uwierzyłam,   że   jest   moją 
siostrą,   którą   kochałam   i   opiekowałam   się,   siostrą,   którą 
pocieszałam, gdy odeszła od nas matka. Starszą siostrą, która 
miała we mnie oparcie.

Ale teraz chodziło o Paula. Stał się dla mnie tak drogi, że 

nie mogłam o nim myśleć bez wzruszenia. To z jego powodu 
nie uległam sentymentom.

 - Camillo, wiesz, dlaczego ukryłam Paula w bezpiecznym 

miejscu. Nie mogę pozwolić, by stała mu się krzywda.

  - Ale nie rozumiesz, co zrobiłaś. Będzie ci teraz kazał 

płacić i płacić... - W jej oczach pojawiły się łzy i stoczyły się 
po policzkach. - Jest na ciebie wściekły.

 - Jeśli masz na myśli tego łajdaka Greene'a, nie boję się 

go.

  - A powinnaś. Nie znosi, gdy ktoś krzyżuje jego plany. 

Jest bezwzględny. Czy tego nie rozumiesz?

Usłyszałam   pukanie   do   drzwi.   Portier   wniósł   tacę,   na 

której stał imbryk z kawą. Spojrzał na nas z zaciekawieniem

background image

 - Proszę zostać w recepcji - powiedziałam. - Mogę pana 

potrzebować.

  - Po czyjej stronie teraz jesteś, Camillo? - Nalałam jej 

kawy, posłodziłam i dodałam śmietanki.

Patrzyła apatycznie na filiżankę.
 - Nie mam wyboru - odrzekła.
 - Na miłość boską! Gdzie się podziała twoja silna wola? 

Powiedz mu, że z nim kończysz. Wyjedź dokądkolwiek.

  - Nie ucieknę po raz drugi. Wtedy zmusił mnie do tego 

Hedley. Wiesz, Romy, on nie umarłby, gdybyśmy tu zostali. 
To moja wina.

Gdybym nadal kochała Hedleya, znienawidziłabym ją. W 

istocie to ona ponosi winę za jego śmierć.

 - Nie mógł tu zostać - powiedziałam. - Uniemożliwiliście 

mu   to,   zwłaszcza   Greene.   Przypuszczam,   że   listy   z 
banknotami były od niego. Płacił ci za pomoc w przewożeniu 
narkotyków na Wyspę Quentona.

Siostra splotła nerwowo dłonie, lecz nie zaprzeczyła, co 

uświadomiło mi bezmiar jej rozpaczy.

 - Chyba oszalałaś, Cam. Jak mogłaś być taka głupia, by 

związać się z człowiekiem pokroju Greene'a? Wyzwól się z 
tego, nim będzie za późno.

 - Już jest za późno - szepnęła.
 - Czy Hedley i Mark wiedzieli, co robisz? Czekałam na 

odpowiedź. Nie rozumiałam, czemu tak  bardzo zależy mi na 
tym, by wiedzieć, że Mark nie znał prawdy.

  - Hedley miał przynajmniej dość rozumu, by nikomu o 

tym nie mówić, nawet Markowi - wyznała. - Zmusił mnie, 
bym   z   nim   wyjechała.   Groził   mi.   Byłam   jego   więźniem. 
Miałaś szczęście, że za niego nie wyszłaś. Nie wiesz, do czego 
był zdolny.

background image

Nie skomentowałam tego; mówienie, że z pewnością nie 

doszłoby   do   takiej   sytuacji,   gdybym   to   ja   została   żoną 
Hedleya, byłoby bez sensu.

Jej   policzki   zarumieniły   się,   oczy   błyszczały   z   gniewu. 

Oparła się o biurko.

  -   Hedley   mówił,   że   zabije   mnie,   nim   Greene   mnie 

dostanie. Był szalony - przerwała, przyglądając mi się, jakby 
chciała się upewnić, że zrozumiałam, jak bardzo zaślepiony 
namiętnością był jej mąż. - Powiedział, że jestem więźniem 
jego miłości i zniszczy nas oboje, gdybym chciała odejść. Nie 
zdawałam   sobie   sprawy   z   jego   desperacji,   zanim   nie 
popłynęliśmy na wyspę.

  -   Więc   byliście   tam.   Czemu   nie   zostawiłaś   żadnej 

wiadomości dla Paula? Czy zatrzymaliście się tam na długo?

 - Nie. Hedley chciał się upewnić, że na wyspie nie znajdą 

nic, co mogłoby mnie obciążyć. Dopiero wtedy zorientowałam 
się,   jakie   ma   plany.   Odkryłam   na   jachcie   skrzynki   z 
dodatkowym zaopatrzeniem i zrozumiałam, że nie zamierza 
wracać   do   domu.   Napisałam   parę   słów   do   Paula.   Nie 
chciałam,   by   myślał,   że   o   nim   zapomniałam.   Może   źle 
zrobiłam pisząc: „Zawsze będę cię kochać". - Jej wargi drżały. 
- Hedley znalazł kartkę i zniszczył ją. Nie uwierzył, że to dla 
Paula.

„Czy naprawdę dla niego? - pomyślałam. - Równie dobrze 

mogła być dla Marka lub Denta Greene'a".

 - Opuściliśmy wyspę tego samego dnia i popłynęliśmy do 

Francji.   Zawijaliśmy   do   małych   portów,   kiedy 
potrzebowaliśmy   świeżej   wody.   Gdy   Hedley   wychodził   na 
brzeg,  zamykał   mnie   w  kabinie.  Nienawidziłam   go,  Romy. 
Nigdy mu tego nie wybaczę.

„Biedny  Hedley  - pomyślałam   - jak bardzo musiał   być 

nieszczęśliwy".

background image

  - Camillo, mówisz, że kochasz Paula. A przecież wiesz, 

że Greene chce go skrzywdzić...

Przymknęła powieki, a długie rzęsy ocieniły jej policzki.
  -   Nie   zrobimy   mu   nic   złego,   chcemy   tylko,   by 

Quentonowie   zrozumieli,   że   nasze   żądania   są   zupełnie 
poważne. Musimy mieć wyspę. Paul jest w Quenton Court, 
prawda? Cóż, lepiej, by Mark tym razem się nie mieszał. Dent 
Greene nie jest takim mięczakiem jak Hedley. Twój ukochany 
jest   winien   śmierci   mojego   męża   tak   samo   jak   ja.   To   on 
zorganizował nam wyprawę na ryby.

 - Nie wierzę ci, Cam. Myślał, że będziecie przez parę dni 

żeglować po zatoce i łowić ryby. Dopiero od Paula dowiedział 
się,   że   popłynęliście   na   wyspę,   a   już   z   pewnością   się   nie 
domyślał, że Hedley nie zamierzał tu wracać.

Znów rozległo się pukanie. Do pokoju wszedł portier.
  -   Panno   Mortimer,   zmienił   się   kierunek   wiatru.   Wieje 

teraz wprost od morza. Za parę godzin zacznie się przypływ i 
jeśli nie umocnimy zabezpieczeń, będziemy mieć kłopoty.

 - Czy potrzebuje pan pomocy?
 - Myślę, że dam sobie radę. Czy pani wkrótce wychodzi?
 - Nie, zostanę tu na noc.
 - Wiedziałam! - zawołała, ledwo portier zamknął za sobą 

drzwi. - Boisz się Denta. Nie starczy ci odwagi, by pójść do 
domu.   -   Roześmiała   się   histerycznie   i   pochyliła   ku   mnie 
poufale. - Ja też się boję, ale to cię nie obchodzi. Zrobiłaś 
swoje. Mark jest tobie posłuszny. Ale dla ciebie to za mało. 
Musiałaś jeszcze odebrać mi miłość Paula.

Zachowywała   się   jak   szalona.   Nie   czekała   na   moją 

odpowiedź.

 - Paul jest mój. Tak zdecydował jego ojciec.
  -  Nie   dramatyzuj,  Cam.  Ojciec  Paula  tylko  wyznaczył 

ciebie i Marka na opiekunów do czasu, gdy chłopiec osiągnie 
pełnoletność. Powinnaś dbać  o jego rozwój  i  zapewnić  mu 

background image

dobre   warunki,   lecz   on   sam   może   wybierać   ludzi,   których 
chce kochać.

 - Pewnie myślisz, że bardziej zasługujesz na jego miłość 

niż ja?

„Ona mnie nienawidzi - pomyślałam z niedowierzaniem. - 

Dlaczego?"

 - To twoja zemsta, prawda?! - krzyknęła.
 - Zemsta! Cam, nie wiem, o czym mówisz!
 - Wiesz dobrze. Nigdy mi nie wybaczyłaś małżeństwa z 

Hedleyem.   Nie   udawaj.   Już   w   dniu   ślubu   zdawałam   sobie 
sprawę z tego, że prędzej czy później się zemścisz.

Zdziwiłam   się.   Czy   naprawdę   dałam   jej   podstawy   do 

przypuszczeń,   że   czekam   na   okazję,   by   się   odegrać?   To 
Camilla   wypowiedziała   mi   wojnę,   jedynie   rozpacz   i 
osamotnienie   skłoniły   ją   do   napisania   do   mnie   listu   kilka 
miesięcy temu.

Czemu nie rozumiałam, że to wzrastające poczucie winy 

rozbudziło   w   niej   nienawiść   i   podejrzliwość?   Była   winna 
śmierci Hedleya. Wiedziałyśmy o tym obie, lecz ona broniła 
się przed tym i moje słowa nie mogły zmienić jej przekonania. 
Musiałam jednak spróbować.

 - Nie masz racji, Cam. Nigdy nie zamierzałam się mścić. 

Przyznaję, że szalałam z zazdrości, gdy Hedley ożenił się z 
tobą. Uciekając postąpiłam jak tchórz. Nie mogłam jednak tu 
zostać i widzieć was na co dzień razem, więc musiałam ułożyć 
sobie   życie   sama.   Nigdy   nie   czułam   do   ciebie   nienawiści. 
Pogodziłam się z tym, że Hedley cię pokochał.

„Czy mówię prawdę?" - pomyślałam, patrząc na siostrę. 

Sprawiała wrażenie, jakby po tylu latach nadal potrzebowała 
opieki. Byłam jednak pewna, że nigdy nie kochała Hedleya 
ani   nikogo   innego.   Domagała   się   stałego   zainteresowania   i 
adoracji, lecz sama nie miała nic do ofiarowania.

background image

Targały mną mieszane uczucia litości i gniewu. Patrzyłam 

na nią jak na ciężar, który będę musiała dźwigać przez resztę 
życia,

  -   Cam,   kochanie,   proszę   cię,   uwolnij   się   od   tego 

strasznego człowieka. Niszczy twoje życie.

  - Ty je niszczysz. Odebrałaś mi Marka i Paula. Gdybyś 

znów wyjechała, Romy... - przerwała, w jej oczach błysnęło 
podniecenie - zapomnieliby o tobie i wrócili do mnie. Mark i 
tak mnie kocha, a Paula mogłabym łatwo odzyskać.

Jej bezczelność odebrała mi mowę.
 - Tylko udajesz, że się o mnie troszczysz. Dobrze, pójdę 

sobie, do diabła, swoją własną drogą.

Nienawidziłam   siebie   za   to,   że   nie   kocham   jej   dość 

mocno,   by   zrezygnować   ze   swoich   marzeń.   Jej   błyszczące 
oczy rzucały mi wyzwanie. Tym razem stawka była jednak 
zbyt wysoka.

Widziała, że nie zamierzam ustąpić.
  - Nie myśl, że w końcu wygrasz. Nigdy nie byłaś dla 

mnie   godnym   przeciwnikiem.   -   Sięgnęła   po   słuchawkę   i 
wykręciła numer do domu. - Dent - powiedziała - nie mogę jej 
przekonać, kochanie. Ale wiem, gdzie jest Paul.

Ogarnęła mnie taka wściekłość, że zacisnęłam dłonie w 

pięści, by się opanować.

Słuchała poleceń Greene'a, obserwując mnie uważnie.
 - To będzie łatwe, Dent. Mark zrobi, co zechcę.
Odłożyła   słuchawkę.   Popatrzyłyśmy   na   siebie.   Nie 

powinnam   była   dopuścić   do   tego,   by   litość   i   poczucie 
rodzinnej więzi osłabiły mój osąd. Była moim wrogiem.

Camilla wstała.
  -   Nie   mów,   że   cię   nie   ostrzegałam,   Romaine.   Jeśli 

Paulowi coś się stanie, będzie to twoja wina.

Trzasnęła szklanymi drzwiami i wyszła.

background image

Przez chwilę siedziałam zupełnie ogłuszona. Zrozumiałam 

wreszcie grozę sytuacji. Czy Paul jest bezpieczny w Quenton 
Court? Co Camilla miała na myśli? I co stanie się ze mną, jeśli 
ich plan się powiedzie?

Chwyciłam   słuchawkę   i   wykręciłam   numer   Quenton 

\Court.   Usłyszałam   przeciągły   sygnał,   po   którym   nastąpiła 
cisza. Zadzwoniłam do centrali, ale nie uzyskałam połączenia. 
Pobiegłam   do   recepcji   i   sprawdziłam   numery   na   łącznicy. 
Wszystkie linie zewnętrzne milczały.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i pomyślałam ze 

strachem,   że   to   Camilla   wraca   z   obstawą.   Rozpoznałam 
jednak od razu masywną postać portiera.

  -   Chyba   mamy   kłopoty,   szefowo   -   powiedział.   - 

Umocniłem   zabezpieczenia,   ale   nie   wiem,   czy   wytrzymają. 
Poziom wody podniósł się o jakieś trzydzieści lub czterdzieści 
stóp i plaża jest już zalana.

  - Proszę obudzić Gila - odrzekłam, dziękując Bogu, że 

barman mieszka w hotelu. Mogłam mu zaufać, że zajmie się 
wszystkim,   a   ja   miałam   tak   mało   czasu.   Jeśli   przypływ 
dosięgnie klifu, nadbrzeżna droga będzie nieprzejezdna.

  -   Prędzej!   -   zawołałam,   widząc   wahanie   portiera.   Gil 

zjawił się po kilku minutach.

  -   Czy   zajmie   się   pan   hotelem?   Linie   telefoniczne   są 

zerwane, a ja muszę przekazać pilną wiadomość do Quenton 
Court. Portier umocnił zabezpieczenia, ale trzeba je sprawdzić 
w czasie przypływu. Proszę zebrać resztę personelu i ustawić 
patrole lub coś w tym rodzaju.

Wydawało się, że mężczyzna mnie nie słucha, wiedziałam 

jednak dobrze, że uważnie odbiera każde moje słowo.

  - Nie może pani jechać do Court sama w czasie burzy, 

szefowo. Pojadę z panią.

background image

  - Dziękuję, Gil. - Spojrzałam na niego i zdziwiła mnie 

jego   szczera   troska.   -   Nic   mi   się   nie   stanie,   a   pan   jest 
potrzebny tutaj.

Włożyłam anorak, zawiązałam kaptur i wyszłam w noc. 

Wiatr omal zwalił mnie z nóg. Dziedziniec był zalany wodą. 
Pochylona przedzierałam się do garażu. Gdy wyprowadziłam 
samochód, nie mogłam zamknąć za sobą drzwi. Udało mi się 
je wreszcie zaryglować i usiadłam za kierownicą.

Silnik   na   szczęście   zaczął   pracować   od   pierwszego 

pociągnięcia   startera.   Rozgrzałam   go,   nim   wrzuciłam 
wsteczny bieg. Z piskiem opon pomknęłam w stronę miasta.

Za Randallstown szosa wiła się jak rzeka, dopasowując do 

kształtu doliny, a pasmo niskich wzgórz hamowało siłę wiatru. 
Zwiększyłam prędkość, nim droga zaczęła piąć się pod górę. 
Na szczycie wóz z trudem trzymał się szosy.

W   strumieniu   długich   świateł   samochodu   ukazał   się 

fantastyczny   widok.   Drzewa   kołysały   się   i   uginały,   jakby 
tańczyły   szaleńczą   tarantellę.   Wiatr   zdawał   się   zmiatać 
wszystko z ziemi i zostawiać ją taką czystą i dziewiczą, jaka 
musiała być na początku świata.

Na parę mil przed Quenton Court zaczęło padać. Ulewa 

zredukowała   widoczność   prawie   do   zera.   Potem   ustała   tak 
gwałtownie, jak się zaczęła, i ujrzałam bramę Court.

Zwolniłam   i   skręciłam   w   czarny   tunel   alei   wjazdowej. 

Zdawało   się,   że   ożył;   gałęzie   drzew   tworzyły   w   zasięgu 
świateł samochodu niesamowity widok.

Zdjęłam nogę z gazu zupełnie oszołomiona.
Wtedy ujrzałam drugi samochód wciśnięty pod drzewo tak 

głęboko, że zdawał się być pod nim pogrzebany.

  -   O   Boże!   Nie!   Tylko   nie   Mark   -   modliłam   się. 

Zatrzymałam się i wyskoczyłam z wozu. Mark podbiegł do 
mnie.

background image

  - Cam? - spytałam. - To Cam, prawda? Skinął głową i 

objął mnie ramieniem.

 - Wydobyliśmy ją, ale...
 - Czy nic jej się nie stało?
 - Kochanie, przykro mi. Ona nie żyje.
  - Och, nie! - krzyknęłam, wtulając się w jego objęcia. - 

Zaprowadź mnie do niej.

  - Lepiej nie. Teraz już nic nie możemy dla niej zrobić. 

Posłałem po twojego ojca i karetkę.

Upłynęła długa chwila, nim znów zaczęłam mówić.
 - Jak to się stało?
 - Jeden z wiązów zwalił się na drogę. Nie wiedzieliśmy, 

że   jest   spróchniały.   Przypuszczam,   że   Greene   jechał   zbyt 
szybko i nie zdążył zahamować. On też nie żyje. Przyjechali 
tu, żeby porwać Paula, prawda?

 - Mark, próbowałam ją powstrzymać, ale nie chciała mnie 

słuchać.   -   Ktoś   zawołał   Quentona,   a   on   niechętnie   uwolnił 
mnie ze swych objęć.

 - Zaczekaj tu na mnie - powiedział.
Karetka i wóz policyjny nadjechały, migając niebieskimi 

światłami.   Rozjaśniły   mrok   i   zobaczyłam   wrak   jaguara 
Greene'a.   Słyszałam   głosy,   widziałam   poruszające   się 
sylwetki, a moja siostra leżała martwa na trawniku.

Cofnęłam się i ukryłam w cieniu drzew. Nie docierało do 

mnie,   że   Paul   jest   już   bezpieczny.   Powinnam   była   odczuć 
ulgę, lecz nie czułam nic. Nie mogłam nawet płakać. Nogi 
uginały się pode mną, potykając się doszłam do samochodu i 
usiadłam na przednim siedzeniu.

  -   Dlaczego   nie   zdołałam   jej   uratować?   -   powtarzałam 

bezgłośnie. Wzięłam latarkę i wysiadłam z wozu. Odeszłam z 
miejsca wypadku, kierując się w stronę morza.

Wiatr   szarpał   moje   włosy   i   ubranie,   a   ja   szłam   dalej. 

Zmaganie   się   z   żywiołem   pomagało   mi,   łagodziło   grozę 

background image

śmierci   Camilli,   chociaż   wiedziałam,   że   będzie   mnie 
prześladować do końca życia.

Szłam   ścieżką   prowadzącą   skrajem   klifu,   ignorując 

niebezpieczeństwo.   Pochyliłam   się   i   zmusiłam   się,   by   iść, 
słysząc łoskot fal rozbijających się o skałę.

Gdy w świetle latarki ujrzałam wieżę kapitana Quentona, 

byłam   tak   wyczerpana,   że   omal   nie   upadłam.   Z   trudem 
otworzyłam drzwi, weszłam na górę i zapaliłam światło.

Usiadłam   na   drewnianym   krześle   kapitana,   by   się 

wypłakać w spokoju. Czas mijał niepostrzeżenie. Nagle wśród 
wycia wiatru usłyszałam piskliwy głos Paula.

Wbiegł po schodach i rzucił się w moje ramiona.
 - Romy! Ale napędziłaś mi strachu. Myśleliśmy, że coś ci 

się stało - mówił gorączkowo, obejmując mnie mocno.

 - Chciałam tylko być sama - powiedziałam i zerknęłam na 

stojącego w progu Marka. Oparł się o futrynę, jakby był zbyt 
zmęczony, by podejść do mnie te parę kroków.

  - Wiatr mógł strącić cię ze skały - rzekł zachrypniętym 

głosem. - Nie zniósłbym, gdyby coś ci się stało.

  - Ani ja. Potrzebujemy ciebie. - Paul pocałował mnie w 

policzek.

Spojrzałam na Marka, szukając potwierdzenia. Uśmiech 

rozjaśnił mu twarz.

  - Zawsze byłaś tylko ty, Romy. Od początku - rzekł z 

przekonaniem.

Podszedł wreszcie i objął nas. Pocałował mnie w czoło.
 - Wiem, że teraz trudno ci się z tym pogodzić, kochanie, 

ale lepiej dla niej, że tak się stało. Policja miała ją aresztować. 
Inspektor   powiedział,   że   dostali   informację,   iż   przewozi 
narkotyki dla Greene'a.

 - Kto...?
  -   Kilku   członków   gangu   aresztowano   już   we   Francji. 

Policja śledziła Greene'a.

background image

 - Wiedziałem, co robi Cam. Opowiedziała mi o tym, tylko 

mówiła, że chodzi o kogoś innego - poinformował Paul.

Mark spojrzał na niego.
 - O kogo?
  - Jej przyjaciółkę, wiesz, Jean McKenzie. Powiedziałem 

ci, Romy, że spotyka się z tym człowiekiem. Cam mówiła, że 
gdyby   ktoś   mnie   pytał,   to   mam   zapisane   w   notesie   daty 
spotkań.

Nawet teraz nie chciałam pozbawiać Paula złudzeń. Nie 

mogłam   powiedzieć,   że   Cam   prosiła   Jean,   by   zastąpiła   ją 
podczas jej nieobecności, a Jean nie umiała odmówić. Greene 
bez skrupułów wykorzystał je obie.

  - Nie wierzę, że policja chciała aresztować Cam - rzekł 

Paul. - Nie zrobiła nic złego. Była ofiarą jak mój ojciec. Tak 
mi powiedziała.

Miałam nadzieję, że Camilla stanie się legendą jak Pierre 

Vardier,   a   prawda   pójdzie   z   czasem   w   zapomnienie.   Nie 
byłam   zazdrosna   o   uczucia,   jakie   Paul   i   być   może   Mark 
zachowali dla mojej siostry, bo ja też na swój sposób nigdy 
nie przestałam jej kochać.

  -   Wracajmy   -   powiedział   Mark,   pomagając   mi   wstać. 

Jego silne ramię podtrzymywało mnie. Przygarnęłam  do nas 
Paula. We troje udaliśmy się do domu.