background image

HALINA SNOPKIEWICZ 

 
 

Tabliczka Marzenia 

 
 
 

 

Stanisławowi Pyszniakowi –  
którego życzliwości, radom 
 i serdecznej pomocy  
zawdzięczam napisanie tej książki 

background image


Ludka rozmyślała właśnie, czy Marek Korcikowski jest już na dnie upadku moralnego – 

ponieważ przed dzwonkiem dowodził, że jego ulubioną rozrywkę stanowi wciąganie żywych 
much w odkurzacz elektryczny – kiedy pani Mareszowa wywołała jego nazwisko. 

– Marek, szkoda, żeby twoja wspaniała twórczość tak się marnowała. Niechże te perły nie 

będą przeznaczone dla jednego adresata. Przeczytaj nam. 

– Pani profesorko – Marek oczy miał wbite w ławkę, jakby wstydził się spojrzeć na panią 

Mareszowa – czy nie mógłbym zamiast tego dostać dwói? 

–  Dwóję  już  dostałeś,  o to  nie  musisz  zabiegać  –  powiedziała  pani  Mareszowa  wesoło 

i zaraz  zmieniła  ton:  –  Tylko  widzisz,  na  pewno  pisząc  wydawałeś  się  sobie  szalenie 
dowcipny.  I odważny.  Więc  bądź  w odwadze  konsekwentny.  Dziś  mieliśmy  przerabiać 
partykułę,  a to  jest  dość  nudne.  Więc  chętnie  się  wszyscy  rozerwiemy  utworem  klasowego 
satyryka. Masz zeszyt. Czytaj. 

Marek zbliżył się do stolika pani Mareszowej i wziął zeszyt. Otworzył i zaczerwienił się. 

Spróbował jeszcze raz: 

– Pani profesorko, kiedy teraz to już mi się nie wydaje dowcipne. I nie mam zdolności do 

wypracowań, pani profesorka wie. 

–  Nie  zamierzam  z was  robić  Hemingwayów,  chcę  tylko,  abyście  nauczyli  się  myśleć. 

I wierzę, że ty należysz do tych ludzi, którzy się tej trudnej sztuki nauczą. Jeśli uważasz, że 
można się wygłupiać i nie ponosić za to odpowiedzialności, to siadaj i nie czytaj. 

–  Co  widzę  z okien  mojego  domu  –  zaczął  czytać  Korcikowski.  Lewą  rękę  zacisnął 

w pięść.  –  Z okien  mojego  domu  na  pierwszy  rzut  oka  widzę  drugi  dom.  Na  drugi  rzut  oka 
widzę  trzepak.  Na  trzeci  rzut  oka  widzę  śmietnik.  Na  czwarty  rzut  oka  widzę  kawałek 
trawnika.  Na  piąty  rzut  oka  widzę  przejeżdżający  tramwaj.  Na  szósty  rzut  oka...  
głąb 
kapuściany jestem, pani profesorko. 

– W tym wypadku zgadzam się. Nie przerywaj sobie samokrytyką. Dwóję postawiłam ci 

na dziewiąty rzut oka, więc sama jestem ciekawa, co i na ile rzutów widzisz. Ile tych rzutów? 

– Dwadzieścia pięć – wymamrotał Korcikowski. 
Masa  roześmiała  się  już  teraz  głośno,  a Ludka  odczuła  głębokie  zadowolenie.  Nieźle 

Marek dostał po nosie. Pani Mareszowa zawsze potrafiła odwrócić każdy wątpliwy dowcip na 
właściwą stronę, tak że klasa mogła ocenić jego rzeczywistą wartość. Teraz przyglądała się 
Markowi, jakby chciała wysondować, czy już ma dosyć, czy też należy pognębić go jeszcze 
trochę.  Ale  widocznie  zauważyła,  że  zawstydzona  twarz  Korcikowskiego  powoli  wraca  do 
normy, bo kazała mu czytać dalej. 

– Na piętnasty i szesnasty – zaczął Marek. 
– A co na dziesiąty, jedenasty? Bo nie dosłyszałam? Chcesz się przemknąć nad nimi? 
–  Przedszkole  czy  żłobek  –  szepnął  Marek.  Widać  było,  że  już  ma  dosyć.  Klasa,  która 

wiedziała, że pani Mareszowa odwoła się teraz do jej sądu, umilkła. 

– No i co, moi drodzy? Słuchamy dalej czy niech nam i sobie wstydu oszczędzi? 
– Niech czyta – powiedziała Ludka cicho. 
– Niech oszczędzi – powiedział Kazik, wierny satelita Korcikowskiego. 
–  Może  Marek  nam  powie,  czym  się  kierował  tworząc  to  arcydzieło?  Chciałeś  sobie 

zakpić z nauczycielki? Masz w tym okresie dwie trójki i jedną trójkę minus. Umówiliśmy się, 

background image

że co to jest minus? 

– Zero pięć dziesiątych stopnia. 
– To jaką będziesz miał przeciętną? 
– Zależy, w którą stronę pani profesorka zaokrągli. 
– Jak zwykle, do dołu. 
– No to dziesięć i pięć dziesiątych podzielić przez cztery, to jak do dołu... 
– No widzisz. Masz jakieś pretensje? 
– Nie mam, pani profesorko. Przepraszam bardzo. Tak mi się jakoś głupio napisało. 
– To teraz mam nadzieję, że będzie ci głupio mieć na okres dwójkę z polskiego. Możesz 

usiąść. 

Wszyscy  się  zdziwili.  Zwykle  po  każdym  wybryku  pani  Mareszowa  długo  wałkowała 

sprawę. Ale dziś była chyba zmęczona albo wypadek nie  wydał jej się godny drobiazgowej 
analizy. Przeszła do lekcji jak gdyby nigdy nic. 

A  Ludka  miała  nadzieję,  że  Marka  spotkają  większe  przykrości.  On  nie  oszczędzał 

nikogo,  a już  najmniej  Ludkę.  Sam  potrafił  się  znakomicie  bronić  przed  drwinami  innych. 
Tego  jednego  Ludka  mu  zazdrościła  z całego  serca.  Ona,  kiedy  spotkało  ją  jakieś 
upokorzenie,  połykała  łzy.  Nigdy  cięta  riposta  nie  przychodziła  jej  na  myśl  od  razu,  wtedy 
kiedy  była  najbardziej  potrzebna.  Później  tak.  Lecz  taki  odwet  jedynie  w myślach  nie 
przynosił żadnej satysfakcji. 

I jakkolwiek od chwili, kiedy wydarzyło się to ze Stefanem – o czym nawet pomówić nie 

było  z kim  –  Ludka  nie  reagowała  na  wszystko  z dawną  żywiołowością,  Marek  umiał  ją 
wyprowadzić  z równowagi.  Miał  w klasie  zawsze  chętnych  słuchaczy,  ale  Ludka 
przysięgłaby, że na przykład w tych bredniach o muchach i elektroluksie nie o ich podziw mu 
chodziło.  Wyraźnie  chciał  zgnębić  Ludkę,  która  trzy  dni  temu  przyznała  się  na  lekcji 
wychowawczej,  że  marzy  o tym,  aby  zostać  biologiem  i wziąć  udział  w jakiejś  wielkiej 
wyprawie  naukowej,  gdzieś  w dorzecze  Amazonki,  albo  uczestniczyć  jako  naukowiec 
w podróży dookoła świata. 

Pani  Mareszowa  pochwaliła  jej  zamiary,  połowa  klasy  zachichotała,  połowa  zamarła 

w podziwie, ale Korcikowski natychmiast rozpuścił jęzor: 

– A koleżanka biolog głaszcze na ulicy każdego parszywego kotka? A kiedy osa wpadnie 

przez  okno,  to  w jaki  sposób  koleżanka  umila  jej  ostatnie  chwile?  Miód?  Gruszki  klapsy? 
A potem  lu  ją  szpileczką  i do  korka?  A skrzydełka  motylkom  będzie  koleżanka  wyrywać 
w celach  badawczych?  Skoro  koleżanka,  dając  przykład  kameleona,  dowodzi  o logice 
przyrody, to może zechce nam łaskawie wyjaśnić cel i sens istnienia pluskiew i much? 

Ludka  nie  dała  się  sprowokować,  wiedziała,  że  nie  sprosta  dyskusji  z Markiem.  Jego 

zaczepki  zresztą  były  idiotyczne.  Trudno  było  z nim  w ogóle  rozmawiać.  Ale  szyderstwa 
bolały. Nazajutrz były roboty, dziewczęta miały sobie szyć spódniczki z płótna harcerskiego. 
Ludka  miała  więc  w teczce  centymetr.  Szybko,  zanim  Korcikowski  zdążył  się  zorientować, 
o co chodzi, podeszła do niego, kiedy stał odwrócony do niej tyłem, i zmierzyła mu czaszkę, 
a właściwie  starała  się  wywołać  wrażenie,  że  udało  jej  się  zmierzyć  makówkę 
Korcikowskiego  dokładnie.  Machając  centymetrem,  powiedziała  powoli,  głośno  i jakby 
z głębokim namysłem: – Obwód głowy jak u rezusa, więc objętość mózgowia nie może być 
większa. – Nie była to prawda. Ludka wiedziała, że rozum nie zależy od objętości mózgowia, 

background image

poza  tym  Korcikowski  miał  głowę  zupełnie  przeciętną,  wielkości  średniego  arbuza,  ciemną, 
ostrzyżoną najeża. Ale ważne było, że coś tak lekceważącego usłyszał. Potem Ludka mówiła 
do  Jadzi,  że  przekrój  mózgowia  i przekrój  kapusty  są  zastanawiająco  podobne  i u  jednych 
z czasem  podobieństwo  przechyla  się  na  stronę  mózgowia,  a u  drugich  na  stronę  kapusty. 
Może to wszystko było bronią brudną, ale efekt też był. Korcikowski zaniemówił. Wszyscy to 
widzieli. Chociaż w klasie mówiło się na niego „Bourbonik”, w czym niby miała się mieścić 
pogarda dla jego elegancji, w tonie, którym wypowiadano to ironiczne określenie, było jednak 
sporo  szacunku.  A tu  gdy  Ludka  po  tym  rezusie  wyszła  z klasy,  prawie  szczęśliwa,  że 
Korcikowskiego zatkało, on się podobno zaczerwienił ze złości i nazwał ją zieloną pluskwą. 
Dobrze, że nie wymyślił czegoś ciekawszego, czegoś, co przylgnęłoby do Ludki. Wszyscy (z 
wyjątkiem  niej)  natychmiast  o tym  przezwisku  zapomnieli,  no  bo  kto  to  widział  zieloną 
pluskwę.  Świadczyła  tylko  o bezsilności  Marka  i o  tym,  że  nawet  u niego  złość  zabijała 
refleks... 

Zorientowała się, że prawie nie słyszy, co mówi pani Mareszowa, tak ją pochłonęły myśli 

o Korcikowskim.  Teraz,  jakby  chciał  wynagrodzić  pani  Mareszowej  swój  wygłup,  siedział 
upozowany  na  wzorowego  ucznia.  Wyprostowany,  uważny,  grzeczny,  rozumiejący...  „Ach, 
baran  jeden  –  pomyślała  Ludka  –  gdybym  była  chłopcem!  Tak  palnęłabym  go  pięścią 
w arbuz, że raz na zawsze by się ode mnie odczepił”. 

background image


Kiedy pani Mareszowa kilka dni temu zadawała im to wypracowanie domowe „Co widzę 

z okien  mojego  domu”  i tak  pięknie  o tym  mówiła,  że  trzeba  umieć  patrzeć  nie  tylko 
w gwiazdy,  ale  i blisko,  bliziutko,  że  może  ktoś  obok  nas  potrzebuje  pomocy,  że  może 
moglibyśmy  być  użyteczni  i tak  dalej  –  Ludka  zdrętwiała.  Przeraziła  ją  myśl,  że  może  pani 
Mareszowa jakimś cudem odgadła, co Ludka widzi tak wyłącznie i naprawdę z okien swojego 
mieszkania.  Pani  Mareszowa  wiedziała  o nich  najrozmaitsze  rzeczy,  pojęcia  nie  mieli  skąd. 
Nie znosiła skarżypytów, było więc sprawą wykluczoną, żeby miała w klasie swojego agenta, 
jakiegoś lizusa. 

Zresztą  jaki  agent  mógłby  przeniknąć  tajemnicę  serca  Ludki?  Nigdy  nikomu  nie 

zwierzyła się z tego, nawet Jadzi. 

Wypracowanie było więc – musiało być – zwyczajnym zbiegiem okoliczności. Ale tego 

dnia  Ludka  wyciągnęła  swój  piękny  zeszyt  oprawiony  w skórę,  zamykany  na  kluczyk 
i zamiast wypracowania do szkoły, zaczęła pisać: 

Nigdy nie napiszę do Pana listu, bo mi z pewnością braknie odwagi. Ale chciałabym, żeby 

Pan wiedział, że... 

Nie  potrafiła  sprecyzować,  co  chciałaby,  żeby  wiedział  Ten  Pan.  Chciałaby,  żeby 

wiedział  wszystko.  Przeświadczenie,  że  Ten  Pan  nigdy  się  o tym  nie  dowie,  właściwie  nie 
przeszkadzało  jej.  I tak  mówiła  mu  wszystko,  może  tylko  właśnie  w ten  sposób  umiała  do 
niego  mówić.  Bo  kiedyś  Temu  Panu  upadło  w sklepie  dziesięć  złotych.  Ludka  podniosła  je 
i podała  bez  słowa.  Ten  Pan  powiedział:  „O,  dziękuję  ci  bardzo”,  i kupił  słoik  zielonego 
groszku,  puszkę  kawy  Marago  i majonez.  Włożył  to  do  zamszowej  aktówki  i wyszedł  ze 
sklepu.  Ludka  miała  kupić  kilogram  mrożonego  szpinaku,  ale  kupiła  groszek.  W domu 
powiedziała, że coś jej się pokręciło. Dawno nic jej nie smakowało tak, jak ten obiad. Ten Pan 
i ona  jedli  tego  dnia  to  samo.  Lecz  kiedy  rozmyślała  o zdarzeniu  w sklepie,  była  na  siebie 
wściekła.  Taka  szansa!  Można  by  powiedzieć  po  prostu.  „Proszę  Pana,  to  jest  Nike,  ja 
zbieram, może Panu dam Kościuszkę”. Nie zbierała, ale można było tak powiedzieć. Ten Pan 
na  pewno  by  się  zgodził,  co  by  mu  na  tym  zależało.  A tu  nic.  Oddała  Nike,  nawet  nie 
powiedziała:  „Proszę,  pieniądze  Panu  wypadły  i w  ogóle  to  Pan  ma  rozprutą  z boku 
portmonetkę”.  Cudownie  było  pomyśleć,  że  Temu  Panu  nie  miał  kto  zaszyć  dziury 
w portmonetce.  No  a Ten  Pan  nie  mógł  zwracać  uwagi  na  takie  drobiazgi,  bo  Ten  Pan,  Ten 
Pan... 

Ten  Pan  był  wielkim  biologiem  i samotnym  żeglarzem,  i genialnym  pisarzem, 

i Abelardem,  i zwycięzcą  w wyścigach  samochodowych,  i Frankiem  Sinatrą,  i odważnym 
pilotem, ale nade wszystko był Thorem Heyerdahlem. Już nie tylko zewnętrzne podobieństwo 
–  choć  i to  było  uderzające  –  ale  także  jakiś  zapał,  entuzjazm,  jakaś  energia,  która  z niego 
promieniowała, kiedy szedł ulicą, bardzo wyprostowany, z podniesioną głową, czy kiedy się 
schylał,  żeby  zajrzeć  pod  maskę  swojej  skody  1000  MB.  Nawet  kiedy  wynosił  śmieci 
w żółtym  plastykowym  kubełku,  nie  było  to  zwyczajne  wynoszenie  śmieci.  Na  pewno 
utrzymywał swoje mieszkanie w idealnym porządku, ale czynił to (chyba) mechanicznie, nie 
poświęcając temu żadnej myśli. Ludka była o tym głęboko przekonana. Ich bloki mieszkalne 
stały naprzeciwko siebie, oddzielone małym skwerkiem, na którym rosły bratki i anemiczna 
topola.  W oknie  Tego  Pana  wisiała  żółta  zasłona  (co  w zestawieniu  z kolorem  kubełka 

background image

upewniło Ludkę, że on ma słabość do żółtej barwy), która często zakrywała okno przez cały 
dzień.  Ludka  wyobrażała  sobie,  że  Ten  Pan  siedzi  wtedy  w fotelu,  może  pali  fajkę  i w 
półmroku  obmyśla  jakieś  wspaniałe  rzeczy,  z których  wszyscy  się  trochę  podśmiewają,  nie 
wierzą  w nie,  ale  ona,  Ludka,  pojęłaby  to  natychmiast,  gdyby  jej  tylko  powiedział.  A to 
z kaczeńcami na wiosnę przebaczyła mu  już dawno, to zresztą wcale nie była jego wina,  po 
prostu sam pomysł był rozpaczliwy, żałosny. Niepotrzebnie to odchorowała i zupełnie durnie 
dostała  przez  to  dwóję  z fizyki.  Już  kiedy  wyjmowała  wieczorem  te  kaczeńce  ze  swojego 
wazonu,  były  nieco  zmaltretowane,  bo  trzymała  je  od  południa  i chyba  uliczna  kwiaciarka 
sprzedała je niezbyt świeże, więc co dopiero mówić, skoro przeleżały na masce samochodu 
całą noc, bez wody. Tak całkiem bez wody to nie. Ludka zawinęła końce w wilgotną watę, 
okręciła kawałkiem folii, którą odcięła z woreczka do przechowywania pieczywa. Więc niby 
powinny się trzymać, powinny przetrwać. Nie przetrwały. Kiedy rano, z bijącym sercem, stała 
w oknie i czekała, aż wyjdzie Ten Pan, już wiedziała, że jest źle. Smutno wyglądał ten bukiet, 
ale nic się już nie dało zrobić, nie można było pójść i zabrać go, bo mógłby ją ktoś zobaczyć 
i cała  sprawa  wyszłaby  na  jaw.  Żeby  jeszcze  Ten  Pan  wyrzucił  kaczeńce  jakoś  tak 
z namysłem, żeby to choć świadczyło, że je dojrzał, że coś mu to powiedziało, ale nie, on je 
zsunął z samochodu nieuważnym ruchem, takim  jakim się otrzepuje pyłek ubrania. Właśnie 
przez  ten  gest  chorowała,  nie  mogła  jeść  i nie  wiedziała  na  lekcji,  co  to  są  wektory.  Bo 
oczywiście nawet nie marzyła o tym, żeby je zabrał, zasuszył czy coś podobnego, on miał je 
tylko dostrzec, uśmiechnąć się, zorientować, że jest ktoś, kto go... kto... No, mniejsza z tym, 
o co  chodziło,  on  się  tylko  powinien  uśmiechnąć,  jechać  sobie  radosny  przez  miasto, 
powinien mieć cudowny dzień, wszystko mu się miało tego dnia udać... 

Ludka dałaby  wiele, żeby  wiedzieć,  gdzie Ten Pan pracuje i kim jest. Mieszkał  sam,  to 

było  poza  wszelkimi  wątpliwościami.  Na  jego  drzwiach  nie  było  żadnej  wizytówki, 
naturalnie, jeśli jej się nie pomyliły drzwi, kiedy wreszcie zebrała się na odwagę i po długich 
rachunkach – trzecie okno od lewej na drugim piętrze, to będą drzwi na lewo albo środkowe” 
–  poszła  tam.  Właśnie.  Albo.  Zdecydowała,  że  środkowe,  bo  przed  nimi  leżała  piękna 
puszysta  wycieraczka,  a przed  tymi  na  lewo  zwykła  brudna  szmata.  I zaraz  uciekła,  a drugi 
raz tam pójść to było ponad jej siły. Nic nie pomagało tłumaczenie sobie, że może mieć kogoś 
znajomego  w tej  klatce  schodowej,  że  idzie  z wizytą  albo  coś  takiego.  Zbiegła  ze  schodów 
pędem i była przekonana, że pani z siatką pełną zakupów, ciągnąca za rękę rozwrzeszczanego 
chłopca,  którą  minęła  na  schodach,  domyśliła  się  wszystkiego.  Przeprowadzenie 
jakiegokolwiek  wywiadu  także  było  przeciwwskazane  –  każdy  by  się  zapytał:  „A  o co 
chodzi?”, a zresztą jaki wywiad, u kogo, gdzie? A czy to w końcu było takie ważne? Istotne 
było, że taki ktoś żył, oddychał, chodził i że Ludka mogła na niego patrzeć. 

Któregoś dnia wpadła na pomysł tak genialny, taki bez pudła, że aż ją oszołomiła własna 

mądrość.  Gdzie  jest  powiedziane,  że  ona  ma  trzepać  chodniki  na  ich  trzepaku?  Tamten 
trzepak,  jego  trzepak,  był  bardzo  blisko  skody  1000  MB.  Więc  jak  on  tylko  zejdzie  do 
samochodu, to ona natychmiast za chodnik i trzepaczkę... i tak raz, drugi... 

To było takie proste, tak na pewno miało się powieść, że odkładała ustawicznie realizację 

tego planu na następny dzień. Bo najlepiej było o tym rozmyślać. Na przykład, że on powie: 
„A co to pani tak ciągle trzepie?” A ona odrzeknie: „A, tak sobie, proszę pana”. Albo jeszcze 
jakoś inaczej to się potoczy. Tylko czy ona zdąży dolecieć z chodnikiem do jego bloku, zanim 

background image

on odjedzie? Postanowiła zmierzyć dokładnie czas, co do sekundy. 

background image


Ludka miała tę przewagę choćby nad takim Markiem Korcikowskim, że była za granicą. 

Nie  bardzo  co  prawda  daleko,  ale  zawsze.  Była  wpisana  do  paszportu  mamy,  mogła  sobie 
wymienić pieniądze i celnik otworzył jej walizkę. Po powrocie było co opowiadać Jadzi. Ale 
tych  spraw  najważniejszych,  tych  naprawdę  opowiedzenia  wartych  –  opowiedzieć  nie  było 
można.  Jadzia  by  doszła  do  wniosku  (o,  jeszcze  jedno  z błazeństw  Korcikowskiego:  „Tak 
szedłem, szedłem i doszedłem do wniosku, że e równa się mc kwadrat, a potem się okazało, 
że  ktoś  już  tam  był”),  że  Ludka  jest  stuknięta.  W ogóle  ta  sprawa,  te  wszystkie  myśli, 
marzenia  i plany  sięgały  bardzo  daleko  w przeszłość,  tak  ze  siedem  lat  wstecz,  może  sześć, 
kiedy  Ludka  na  urodziny  dostała  od  Stefana  globus.  Owszem,  globus  miał  pewien  związek 
nawet  z Tym  Panem.  Tak,  od  globusa  to  się  zaczęło.  Z Tym  Panem  konkretnie  to  od  Kon 
Tiki. Bardzo to była dla Ludki skomplikowana historia. Ale co nie było skomplikowane poza 
zjedzeniem  obiadu?  Zresztą  nawet  zjedzenie  obiadu  w stołówce  szkolnej  nie  było  proste,  to 
do kotletów nie dają noży, bractwo się rozpycha łokciami i Ludka w połowie przez nieuwagę 
wylała  Korcikowskiemu  na  spodnie  trochę  zupy  pomidorowej  z makaronem.  To  już  za 
zieloną pluskwę, a nie z podłości charakteru. Potem nawet było jej jakby żal Korcikowskiego, 
bo to taki elegancik, zaraz poleciał do umywalni, szukał z woźną jakichś szczotek i czyścił, 
czyścił... A do Ludki nie odezwał się ani słowem, tylko ją zmiażdżył spojrzeniem. Przez dwa 
dni  nawet  jej  nie  zaczepiał,  z pogardą  i niesmakiem  odwracał  od  niej  wzrok.  Nie,  no 
zdecydowanie  w stosunku  do  Korcikowskiego  nie  miała  żadnej  taktyki.  Nawet  jeśli  coś 
zaplanowała,  wystarczyło,  żeby  spojrzała  Korcikowskiemu  w oczy,  zobaczyła  tę  straszliwą 
kpinę  ze  wszystkich  i wszystkiego,  tę  bezczelność  –  i zaraz  zapomniała  o postanowieniach 
i robiła  albo  mówiła  zwyczajną  głupotę.  Co  na  przykład  z tego,  że  mu  raz  powiedziała:  „A 
odejdźże ode mnie, ty zakuty łbie”, skoro i cała klasa, i Ludka, i Korcikowski wiedzieli, że on 
nie ma zakutego łba. Nerwy i tyle. 

 
Ludka skończyła chyba osiem lat, kiedy dostała od Stefana ten globus. Zdumiona patrzyła 

na kolorową kulę. 

– To jest ziemia, ziemia się kręci – powiedział brat. 
– Eeeee tam, się kręci – zakwestionowała Ludka. 
– A jednak się kręci – odparł Stefan. 
Długo przyszło  Ludce czekać, żeby zrozumiała, że kogoś i kogo cytował, i dlaczego się 

z niej tak serdecznie śmiał. Stefan popchnął globus palcem i rzeczywiście ziemia obróciła się 
parę razy. Mogła się kręcić, ale co to za ziemia na stole w kuchni, nędzna, mała karykatura, 
którą można objąć w każdej chwili jedną ręką. 

Ale  Ludka  dorosła  przecież,  udało  jej  się  zdobyć  pewne  wyobrażenie  o tym,  czym  jest 

ziemia. Pokochała globus. Starannie polakierowała jego powierzchnię chemolakiem, żeby się 
nie  uszkodził,  bo  kiedy  jeszcze  mieszkali  w tym  starym  domu,  globus  od  wilgoci  zaczął 
łysieć, złaził z niego kawałek Kanady i wybrzuszała się Ameryka Południowa. Zauważyła, że 
słowo  „ziemia”  często  pisze  się  małą  literą.  I to  nie  tylko  ziemia  taka  w doniczkach  pod 
pelargonie, ale ziemia, planeta, okruch Kosmosu, na którym wypadło ludziom żyć, rozumieć, 
poznawać.  A taki  Mars,  Wenus,  Jowisz  czy  Saturn,  o których  mało  wiemy,  zaledwie  coś 
o atmosferze  i ilości  księżyców  –  zawsze  dużą.  Na  znak  protestu  przeciwko  temu  brakowi 

background image

szacunku ona postanowiła manifestacyjnie pisać „Ziemia” zawsze dużą literą. 

Było  ich  czworo  rodzeństwa,  a teraz  została  tylko  Ludka.  Stefan  „przedwojenny”, 

najbardziej  przez  rodziców  ukochany,  najstarszy  brat,  najmądrzejszy,  najlepszy...  o Boże, 
dlaczego on tak postąpił... 

Teresa „okupacyjna”, co to „aż strach, żeby dziecko rodziło się w takich czasach”. Jakaś 

bomba podobno wybuchła parę metrów od domu, i to właśnie w momencie, kiedy Teresa się 
urodziła.  Mama  się  przeraziła,  sądziła,  że  Teresa  będzie  głucha,  ale  na  szczęście  nic  się 
takiego nie stało i Teresa skończyła szkołę muzyczną. 

Barbara, która „jak tylko się urodziła, to było od razu widać, że nie będzie żyć, taka była 

ładna, no i umarła w dwie godziny po urodzeniu się „. Ale Barbara żyła nadal w każdą wigilię 
Bożego Narodzenia, przy  każdym  dzieleniu  się opłatkiem, czwartego  grudnia każdego  roku 
i jeszcze  w inne dnie. Wszyscy  wtedy z szacunkiem dla załzawionych oczu mamy zaczynali 
mówić szeptem, wyobrażali ją sobie piękną  i doskonałą,  a marna liczyła,  ile to  by  już Basia 
miała lat, i przewidywała, co by robiła. 

I Ludka. Jakaś taka niechciana i przypadkowa, taka „nie wiadomo po co ludziom dziecko 

na starość, ale już jak ma być, to niech będzie”, rocznik tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt trzy. 
Mama mówiła tak do swojej przyjaciółki, że nie myślała już o żadnych dzieciach, że sobie nie 
wyobrażała,  że  ją  coś  takiego  spotka,  i mówiła  to  w czasie,  kiedy  Ludka  miała  właściwy 
pogląd  na  malignę  o bocianach.  No  więc,  taka  trochę  na  początku  niepotrzebna,  trochę  nie 
wiadomo  skąd,  a potem bardzo  przez  wszystkich  kochana  i rozpieszczana,  „jedyna  pociecha 
w domu na podeszłe lata”, żyła sobie i chodziła do dziewiątej klasy ogólniaka. 

Teresa  po  skończeniu  średniej  szkoły  muzycznej,  zaledwie  wzięła  udział 

w podyplomowym  koncercie  (Ludka  siedziała  w pierwszym  rzędzie  i aż  puchła  z dumy), 
wyjechała  na  jakiś  obóz do  Związku  Radzieckiego.  Wszyscy  w domu  byli  tym  niesłychanie 
przejęci,  bo  poza  służbowymi  wyjazdami  Stefana,  był  to  ich  jedyny  bezpośredni  kontakt 
z zagranicą.  Mama  proroczo  i słusznie  się  bała,  że  taka  młoda  dziewczyna  pojedzie  na 
wakacje tak daleko. Teresa podczas zwiedzania Leningradu poznała Alka, Łotysza, i po roku 
dramatycznych  pertraktacji  z mamą  wyszła  za  niego  za  mąż.  „No  to  teraz  będą  koncerty  na 
rondelki  i pralkę  elektryczną”  –  ubolewał  ojciec,  który  chciał  widzieć  córkę  jako  wielką 
pianistkę.  Sceptycyzm  ojca  nie  sprawdził  się.  Teresa  zamieszkała  z mężem  w Rydze 
i wstąpiła do konserwatorium. To właśnie u nich była z wizytą Ludka. Teresa i Latawiec (tak 
się w rodzinie nazywało Łotysza, bo był specjalistą od maszyn elektronowych i ciągle gdzieś 
jeździł) zaprosili całą rodzinę na miesiąc do siebie. Wszyscy codziennie jeździli do Jurmali, 
wczasowej  miejscowości  położonej  nad  morzem  i odległej  od  mieszkania  Teresy  w Rydze 
o pół  godziny  jazdy  pociągiem  elektrycznym.  To  był  dla  Ludki  niezapomniany  miesiąc. 
Zwiedzała  starą  Rygę  i ryski  port,  była  w filharmonii,  operze,  operetce  i w  teatrze  (nic  nie 
zrozumiała,  ale  to  tylko  potęgowało  jej  zachwyt).  Latawiec  dał  jej  gruby  album  znaczków 
z florą.  Wyraźnie  jej  się  podlizywał,  bo  choć  rodzice  przełamali  już  nieufność  do 
zagranicznego  zięcia,  Latawiec  nadal  podrywał  rodzinę  bez  wytchnienia.  Znosił  bilety, 
próbował  mówić  po  polsku,  przygotowywał  na  kolację  łotewskie  specjalności.  Ludka 
zrozumieć nie mogła, jak on z pogodnym uśmiechem wytrzymuje rodzinne leżenie na plaży, 
koce  i ciągłą  obawę  mamy  o to,  że  będzie  deszcz.  Latawiec  był  sierotą,  wychowanym 
w Domu Dziecka, ojciec jego zginął na wojnie, a matka umarła. On sam rzadko o tym mówił, 

background image

ale  jeśli  tylko  coś  mówił,  Ludka  od  razu  miała  łzy  w oczach,  a i  mama  podejrzanie  szybko 
szła  do  kuchni  robić  herbatę.  Wszyscy  w końcu  znakomicie  zrozumieli  to,  co  Teresa 
wiedziała od początku  i co cierpliwie tłumaczyła mamie, że on się cieszy, iż ma rodzinę, że 
jest  ktoś,  o kogo  on  może  się  troszczyć  i kto  się  troszczy  o niego.  To  właśnie  Ludka 
opowiadała  Jadzi  jakieś  dziesięć  razy,  i jeszcze  to,  jak  z Latawcem  tańczyła  charlestona 
w Jurmali, w bardzo eleganckiej restauracji nad samym morzem (tylko szkoda, że to morze to 
był  ten  sam  Bałtyk,  co  i u  nas,  a nie  jakieś  inne),  i że  zwiedzała  obóz  pionierów,  i że 
pionierzy, kiedy się dowiedzieli, że mają zagranicznego gościa, prześcigali się we wręczaniu 
jej  drobnych  upominków,  a ona  dla  nich  nie  zabrała  nic  i było  jej  niewymownie  głupio... 
Dopiero  Latawiec  zawiózł  ją  tam  na  drugi  dzień  samochodem  i dał  jej  swój  album 
z fotografiami  Warszawy  i dwie  lalki  z naszej  Cepelii...  Że  jak  dała  to  pionierom,  oni  ją 
poprosili  o dedykację  i że  pierwszy  raz  w życiu  żałowała,  że  nie  dość  pilnie  uczyła  się 
w szkole  „iwana”,  ale  na  szczęście  oni  też  chcieli  mieć  zagraniczną  dedykację,  więc  mogła 
pisać po polsku, i że szarpnęła się na wielki gest, bo napisała: Przedstawicielka klasy IX A, ze 
Szkoły  Ogólnokształcącej  w Warszawie,  Ludmiła  Balwikówna,  
w czym  zresztą  było  drobne 
szachrajstwo – przecież wtedy zaledwie zdała do dziewiątej klasy... No, ale w każdym razie, 
dzięki niej, ich klasa figuruje w albumie i Księdze Pamiątkowej. 

Ale  to  najważniejsze  zdarzyło  się  na  cmentarzu.  Było  to  w przeddzień  wyjazdu 

i nareszcie prognozy pogody wygłaszane przez mamę sprawdziły się. Padał  deszcz. Rodzice 
z Latawcem  poszli na jakąś  techniczną wystawę, gdzie była  eksponowana maszyna projektu 
Latawca. Ojciec poszedł z prawdziwego zainteresowania, mama z grzeczności, a Ludka była 
już  tam  któregoś  dnia  z Teresą,  kiedy  wracały  ze  sklepów,  długo  stała  przed  maszyną  i dla 
przyzwoitości z uznaniem kiwała głową nad tym dziwolągiem. 

– Ludziku – powiedziała Teresa – chcę cię zawieźć na ten cmentarz. Rodziców już tam 

zaprowadziłam, kiedy ty byłaś z Alkiem w kinie. 

– Na cmentarz?! Teresa, ty jesteś kopnięta. A kogo ja tam mam na tym cmentarzu? 
– Ludziku, to nie o to chodzi. Nie będziemy palić świeczek jak u nas, tylko zobaczysz, jak 

oni to pielęgnują, no zobaczysz. Kto nie był na tym cmentarzu, ten nie był w Rydze. 

–  Daleko  to?  Bo  gdybym  miała  przez  jakiś  cmentarz  nie  być  w Rydze,  to  jedźmy  – 

odparła Ludka bez przekonania, bo w telewizji akurat nadawali polski film. 

– Dosyć daleko, ale warto – powiedziała Teresa. 
– Czyja naprawdę muszę... – spróbowała Ludka. 
– Musisz, absolutnie musisz. To jest niezwykły cmentarz. Ubieraj się, boża krówko, leniu 

przebrzydły. 

Nie było wyjścia. Charakter Teresy, zdaje się, wyleciał wprost z pieca hutniczego, jeszcze 

nikt  niczego  z Teresą  nie  wygrał.  Kiedy  Ludka  sobie  przypominała,  jak  Teresa  ćwiczyła 
godzinami  w czasie  upałów  przy  zamkniętych  oknach,  żeby  sąsiedzi  nie  zwariowali  –  nie 
wiedziała, czy ma siostrę bardziej podziwiać, czy bardziej nad nią ubolewać. 

– A kto tam leży na tym cmentarzu? – pytała Ludka w autobusie. W ogóle lubiła głośno 

po  polsku  mówić  w środkach  miejskiej  komunikacji,  bo  wtedy  czuła  się  cudzoziemką, 
zagraniczną turystką, ludzie się do niej uśmiechali i często odstępowali jej miejsce przy oknie, 
żeby lepiej mogła przyjrzeć się miastu. 

– Bohaterowie ich wojny narodowej i Rajnis. 

background image

Na nazwisko „Rajnis” kilka osób natychmiast zareagowało. Zaczęli coś mówić do Teresy, 

po  rosyjsku  i po  łotewsku  na  przemian.  Teresa  odpowiadała,  kiwała  głową,  pewnie 
dziękowała. 

– Widzisz – powiedziała do Ludki – tu wszyscy to wiedzą, informowali mnie, jak mamy 

tam dojść. 

– Kto to jest ten Rajnis? 
– Wielki łotewski poeta. Wysiadaj, to tutaj. 
– Tłumaczony na polski? 
– Wiesz, że nie wiem, chyba nie. Ja już czytam po łotewsku. 
– Trudno? 
– Jak w każdym obcym języku na początku. No, to jest ten cmentarz. 
– To jest cmentarz?! 
– Właśnie. Widziałaś coś takiego? 
Weszły  przez  bramę  do  pięknego  parku  i długą  aleją  wysadzaną  drzewami  szły  obok 

różnokolorowych klombów z kwiatami. Tylko tabliczki mówiły, że to nie są zwykłe klomby. 
Istotnie nigdy nie widziała takiego cmentarza–parku. 

Zatrzymały  się  na  końcu  alei,  gdzie  rosły  dwie  brzozy.  Jedna  z nich  miała  gałęzie 

opuszczone  do  dołu,  a druga  –  co  niesłychanie  zdziwiło  Ludkę  –  wszystkie  liście  miała 
zwrócone ku górze. 

– To jest właśnie grób–pomnik Rajnisa – powiedziała Teresa. 
Podeszły blisko. „Nie Mickiewicz, co mam się wzruszać” – pomyślała Ludka, która czuła 

się trochę niewyraźnie. Te brzozy, żywe symbole żalu i triumfu życia. 

– Teresa, co tu jest napisane na podstawie tego pomnika? 
– W takim dowolnym przekładzie to będzie, no to jest fragment wiersza Rajnisa, „stanę 

silny naprzeciw słońca”. 

Stanę  silny  naprzeciw  słońca...  To  musiał  być  wielki  poeta.  Wystarczyło  jej  tych  kilka 

słów, żeby wiedzieć. W tych słowach było wszystko to, o czym wiedziała Ludka, a czego nie 
potrafiła  nazwać.  Całe  ludzkie  zuchwalstwo,  i mądrość,  i siła,  i słabość,  i lekkomyślność, 
i szaleńcze  wyzwanie  rzucone  światu,  i nierealne  zamierzenia  alchemików,  i eliksiry, 
i lekarstwo na raka, i śmierć Lumumby, i wyprawa Kon Tiki, i pracownie wielkich biologów, 
i plany  Leonarda  da  Vinci,  i nawadnianie  pustyni,  i piramidy  faraonów,  i państwo  Inków, 
i świat  taki,  jakim  będzie  za  paręset  lat,  i loty  kosmiczne,  i wędrówki  przez  dżunglę,  i jej 
wahania, czemu poświęcić życie – biologii czy archeologii, i to, od czego się chciało płakać 
bez  powodu,  i to,  co  Ludka  czuła  do  Tego  Pana,  i ona  cała,  ze  swoimi  śmiesznymi 
marzeniami, kiedy pokochała globus – że chciałaby objąć świat. 

background image


Być może mucha nie stanowi dobrego przykładu na mądrość natury, ale żeby tak żywe, 

w elektroluks!  Chociaż  czy  nie  stanowi?  Ludka  zastanawiała  się  nad  tym.  Bo  powiedzmy 
sobie  otwarcie,  pożytku  z muchy  nie  ma,  pewnie  że  to  jest  obmierzłe  utrapione  świństwo, 
które  się  tępi  rozsądnie  i metodycznie.  Ale  skoro  przenosi  zarazki,  a zarazki  wytwarzają 
w żywych  organizmach  przeciwciała,  wytwarzają  więc  swojego  rodzaju  odporność  na 
choroby,  no  to  coś  w tej  musze  jest,  tak  czy  nie?  Niby  mucha  nie  ma  systemu  nerwowego 
albo ma bardzo słabo rozwinięty i tego Ludka nie wiedziała dokładnie), więc się nie męczy 
w pojemniku  elektroluksa.  Może  nawet  tam  nie  ginie,  jakoś  sobie  radzi.  Coś  jednak  z tym 
Korcikowskim  było  nie  w porządku.  Trucizna,  proszek  DDT  („Zupełne  DDT,  Dogłębne 
Delirium  Tremens”  –  mówiło  się  w klasie,  kiedy  ktoś  zabredził  zgoła  wyjątkowo),  to  były 
sposoby  humanitarne.  Ale  takie  historie,  i jeszcze  się  tym  chwalić.  Że  też  on  po 
powszechniaku nie poszedł do innej szkoły. Ludka tak się z nim męczy już... zaraz, czwarta 
klasa,  piąta,  szósta,  siódma,  ósma...  szósty  rok.  Jedynie  pani  Mareszowa  zaraz  się 
zorientowała, co to za drań, i nigdy nie pozwoliła się wyprowadzić w pole. A na przykład taki 
pan  Kasperski,  od  fizyki,  dał  się  nabierać.  W ósmej  klasie,  na  koniec  roku  pytał 
Korcikowskiego  o prawo  Archimedesa.  Korcikowski  był  dobry  z fizyki,  świetny  można 
powiedzieć.  Toteż  sobie  za  dużo  pozwalał.  Kiedy  Korcikowski  poszedł  do  tablicy  po  tym 
pytaniu o prawo Archimedesa, rzekł: 

– Zapomniałem. Może mi pan profesor powie pierwsze zdanie. 
– Zmiłuj się, Korcikowski, co ty wygadujesz, całe prawo to jest jedno zdanie. 
– O, to niedobrze – odparł Korcikowski. – Całe szczęście, że dwói nie mogę mieć, bo mi 

wypada wyższa przeciętna. 

– Mówisz? – zainteresował się pan Kasperski. – Uważaj, żeby ci z mojego rachunku nie 

wyszło dwa. 

– Pan profesor policzy. Na pierwszy okres pięć, na półrocze cztery, na trzeci pięć, jakby 

teraz dwa, to szesnaście przez cztery jest cztery. 

– Dwa – rzekł twardo pan Kasperski. – Ja po prostu dzielę przez osiem. 
– A dlaczego? 
– A ponieważ nie lubię takich dowcipnisiów – powiedział pan Kasperski, choć wszyscy 

nauczyciele, niestety, lubili  Korcikowskiego.  –  Oj, korci  cię, korci,  Korcikowski, żeby mieć 
poprawkę. 

– Nie wydaje mi się to możliwe. 
– A to ja ci udowodnię. 
– A to ja się nie będę uczył w czasie wakacji, daję panu profesorowi słowo honoru. 
– A to już jest twoja sprawa. 
Tak  wymienili  jeszcze  parę  zdań  zaczynających  się  na  „a”  i pan  Kasperski  udowodnił 

Korcikowskiemu. Zatrzymał mu świadectwo. Marek naturalnie zdał poprawkę i jeżeli Ludka 
wracała do tego w myślach, jeżeli chciała kiedyś porozmawiać z nim tak zwyczajnie, to tylko 
dlatego, żeby się dowiedzieć, czy on się naprawdę nie uczył fizyki w czasie wakacji. Jaki był 
ten Korcikowski, taki był, ale, zdaje się, należał do tych, którzy dotrzymują słowa... Żeby to 
wiedzieć. Tak na pewno. Och, jakby go chciała zobaczyć ślęczącego nad książką, kiedy łamie 
swoje słowo honoru. Jakże by mogła nim pogardzać, z jaką wyższością odwracałaby się do 

background image

niego plecami. A tak to co? On się odwracał plecami, kiedy go w klasie pytali, czy zakowalał. 

Ludka  stała  na  przednim  pomoście  tramwaju  i jechała  na  Kółko  Biologiczne  do  Pałacu 

Kultury.  Przy  Świerczewskiego  wsiadł  Korcikowski,  stanął  przy  automacie  i wszystkim 
stemplował  bilety.  Ciekawe,  czy  sobie  podstemplował.  Gdzie  on  tak  jedzie?  Na  zajęcia  do 
Pałacu Młodzieży nie chodził, ale wysiadł razem z Ludka przy Świętokrzyskiej. Szedł w tym 
samym  kierunku  parę  kroków  za  Ludka,  ale  zachowywał  się  tak,  jakby  jej  nie  znał.  Ludka 
postanowiła skupić myśli na jęczmieniu ozimym. Miała przeczytać swój referat. Ten bałwan 
nie może jej przeszkadzać w karierze naukowej. Nagle zobaczyła, że od strony Emilii Plater 
idzie Ten Pan. Zapomniała o Korcikowskim i o jęczmieniu ozimym. Szybko oceniła sytuację. 
Miała  granatowe  rajstopy  w zielony  wzorek,  kozaczki  wyczyszczone  do  połysku,  płaszcz 
granatowy, białą pilotkę i czerwony szalik. Tarczę nosiła chytrze przypiętą do kołnierza. Więc 
choćby  się  Ten  Pan  odwrócił,  nie  dostrzegłby  nic  strasznego.  Takiej  okazji  nie  mogła  już 
przefujarzyć. Trudno, na kółko chodziła i tak zbyt pilnie, raz może zachorować. Szła za Tym 
Panem.  Okrążyli tak pół  Pałacu  Kultury, Ten Pan wszedł  do kas kina  „Przyjaźń” i „Młoda 
Gwardia”. Ludka zaczęła gorączkowo szukać po kieszeniach. Stanęła w kolejce tuż za Tym 
Panem.  Cztery  pięćdziesiąt.  Za  mało.  O Boże,  a w  SKO  miała  sto  dwadzieścia  złotych! 
Przypomniała sobie Korcikowskiego. Powiedziała pani,  która stanęła za nią, że zaraz wróci. 
Ale gdzie mógł pójść Korcikowski? Widocznie szedł też do kina, bo człapał niedbale w stronę 
kas, kiedy Ludka wybiegła na schody i rozglądała się bezradnie. 

– Marek! – wykrzyknęła radośnie. – Pożycz mi do jutra pięć złotych. 
– Pięć złotych? – zastanowił się Korcikowski. – Tyle to mogę ci powierzyć. Jeśli wziąłem 

z sobą portfel. 

– Bilonu nie nosi się w portfelu – zgasiła go – szukaj w portmonetce. Jutro ci oddani. 
– To nie chodzisz już na biologię? – zaczął przeraźliwie wolno grzebać w kieszeniach. 
– Szybko, bo mi kolejka ucieknie. A ty też idziesz do kina? 
– Chciałem tylko zobaczyć, co za obraz dają w tym kinematografie. Właściwie to idę się 

zapisać do szkutników. 

– Do szkutników?! – zapytała, ale nie dosłyszała odpowiedzi, bo znalazł wreszcie te pięć 

złotych. – Szufla! – krzyknęła i wbiegła do kas. 

Przelotnie pomyślała, że Korcikowski nigdy się nie dowie, ile mu zawdzięcza. Może całe 

jej życie zależy od tych pięciu złotych. Uświadomiła sobie, że kiedy z nim rozmawiała, miała 
głos piskliwy i odrażający. Ta pani, przed którą stała Ludka, uśmiechnęła się do niej i zrobiła 
jej miejsce w kolejce. Ale to już nie miało żadnego znaczenia, bo ziemia zawirowała jeszcze 
raz i zatrzymała się w innym punkcie niż Ludki wyobraźnia. Ten Pan już nie stał sam. Obok 
niego tkwiła żywa, realna dziewczyna (nie tak jak żona Thora Heyerdahla, której  Ludka nie 
znała  i poza  tym  to  było  w Norwegii,  więc  co  jej  to  mogło  przeszkadzać),  w czerwonych 
wysokich  botach,  jasnym  futerku  i z  mocno  wymalowanymi  oczami.  Wydała  się  Ludce 
bardzo  piękna.  Ludka  oparła  się  plecami  o ścianę  i wtedy  ta  pani  z kolejki,  która  wyglądała 
tak sympatycznie, zapytała podle: – Co ci słabo, dziewczynko? 

I na to dopiero zareagował Ten Pan, odwrócił się i spojrzał na Ludkę. Ale nie wiedziała, 

czy ją poznał, tę Ludkę ze sklepu, która podniosła mu dziesięć złotych, bo wypadła na dwór 
i nie chciała już wiedzieć o niczym na świecie. 

Szła jak robot zasilany dobrze naładowanym akumulatorem w kierunku wejścia do Pałacu 

background image

Młodzieży,  choć  wcale  nie  miała  zamiaru  tam  pójść  ani  odczytywać  żadnych  referatów. 
I jeszcze w dodatku wyszedł z Pałacu Korcikowski i ogłosił, że się zapisał do szkutników. 

– Masz piątkę i cześć – powiedziała Ludka i wprost nie mogła uwierzyć, że jest w stanie 

wydobyć z siebie głos. 

– To nie idziesz do iluzjonu? 
– Nie. 
– DDT. Biletów nie ma? 
– Są bilety, Bourbonik, daj mi spokój. 
–  Jak  tak  to  Marek,  a jak  piątka  niepotrzebna,  to  Bourbonik.  Jutro  klasówka 

z matematyki, a nikt nie słyszał, żeby Bourboni robili komuś ściągi. 

– Ja nie biorę. 
–  Jadźka  bierze.  Jak  Jadźka  zwala  ode  mnie,  a ty  od  Jadźki,  to  od  kogo  ty  właściwie 

zwalasz? 

– Raz jedyny zwaliłam, głąbie kapuściany, bo chorowałam i miałam zaległości. To i tak 

lepsze  niż  twoje  rzuty  oka  i „przemysł  za  Tyzenhausa,  który  się  rozwijał  jak  grzyby  po 
deszczu”. 

–  Ale  kiedy  tobie  miłość  Zbyszka  do  Jagienki  wyszła  w końcu  na  jaw  jak  szydło 

z worka... 

–  A jak  tobie  w szóstej  Kopernika  nagle  oświeciło  i odkrył,  że  ziemia  kręci  się  wokół 

słońca... 

– A jak dla ciebie małemu Fryderykowi coś grało w uszach i w wierzbinie... 
– A jak dla ciebie Kochanowski usiadł pod lipą i napisał trele... 
–  A jak  dla  ciebie  mały  Janek  Kochanowski  miał  bardzo  długie  i podwinięte  rzęsy... 

A skąd  ty  mogłaś  wiedzieć,  jakie  on  miał  rzęsy,  skoro  nie  było  wtedy  żadnych  fotografii, 
a malarze malowali, tak jak leci... 

–  A jak  ty  dałeś  słowo  honoru  panu  Kaspierskiemu,  że  nie  będziesz  się  uczył  fizyki 

i wkuwałeś całe dwa miesiące... – strzeliła Ludka i od razu zorientowała się, że za mocno. 

Korcikowski zachwiał się, zbladł, zaczerwienił i wykrztusił: 
– Żebyś mi się nie odzywała do mnie nigdy w życiu. To jest ohydne, wredne kłamstwo. 
– No, to cześć – powiedziała niepewnie. 
Ale  Korcikowski  nie  odpowiedział,  szedł  do  Marszałkowskiej,  kopiąc  nogą  rozmiękły 

śnieg.  Kurtkę  miał  rozpiętą,  a końce  szalika  powiewały  mu  na  plecach.  Ludka  wzruszyła 
ramionami. No cóż, z nim się tak zawsze wszystko kończyło. Może nie posłałaby mu zatrutej 
strzały,  gdyby  nie  to  pod  kasą...  Nieszczęście,  przyczajone  pod  gardłem  na  czas  kłótni 
z Korcikowskim,  dopadło  ją  w jednej  chwili.  Pociągnęła  się  wolno  w stronę  domu.  Nie 
mogła, nie była w stanie wsiąść do tramwaju. Mijali ją ludzie, i Ludka myślała, jaki straszny 
i podły  jest  świat,  że  wszyscy  dookoła  niej  idą  sobie  pogodni  i szczęśliwi,  każdy  się  gdzieś 
śpieszy, czeka go coś przyjemnego, a przed nią nie ma już nic, tylko pustka i otchłań, nie ma 
po  co  spać  i wstawać,  ani  chodzić  do  szkoły,  ani  się  zbliżać  do  okna.  Bo  kto  teraz  oceni 
i zrozumie te wszystkie plany, to wszystko, co całymi latami gromadziło się w sercu, komu to 
powiedzieć.  Najlepiej  byłoby  już  teraz,  natychmiast,  prosto  z przystanku  pośpiesznego  „A” 
pojechać choćby do Afryki i dać się pożreć krokodylowi. Budrewicz pisał, że kiedy krokodyl 
atakuje, należy mu wbić palec w oko. Nie, to zbyt straszna śmierć w paszczy krokodyla. I sam 

background image

krokodyl ohydny gad. Płaska czaszka... O, szkoda, że nie porównała głowy Korcikowskiego 
do krokodyla. To byłoby mocniejsze. Rezus w systematyce stoi znacznie wyżej. Krokodyl jest 
jedynym  zwierzęciem,  którego  przepisy  nie  zabraniają  oślepiać  w czasie  polowania  –  tego 
także dowiedziała się od Budrewicza. To jeszcze było wtedy, kiedy kochała się w Stanisławie 
Hemplu.  Ale  potem  Stanisław  Hempel  umarł  i to  się  skończyło.  Ludka  na  Wszystkich 
Świętych,  kiedy  była  z rodzicami  na  grobach  dziadka  i Barbary,  postawiła  świeczkę  dla 
Hempla na jakiejś opuszczonej mogile. 

A  potem  dostała  od  Stefana  książkę  „Wyprawa  Kon  Tiki”,  a potem  zobaczyła  Tego 

Pana... 

Niosła ze sklepu kartofle w siatce i dwie butelki śmietany (tego dnia na obiad miała być 

zupa  ogórkowa  i placki  ziemniaczane),  kiedy  zobaczyła  Tego  Pana,  jak  stał  pod  topolą, 
w jasnych spodniach i brązowej koszulce, z rakietami do tenisa pod pachą. Doszedł do niego 
zaraz drugi pan, taki jakiś blady i nieważny, bo już wszystko było blade i nieważne, i wsiedli 
do  skody  1000  MB.  Jak  Ten  Pan  ruszał  spod  bloku!  Ludka  jeździła  często  ze  Stefanem 
i Elizą, znała się na tym. Wszystko tego dnia odbywało się w rozśpiewanym rytmie He–yer–
dahl, He–yer–dahl – wszystko, i lekcje, i tarcie kartofli na placki, i sen. I potem, potem... 

Ludka  zbliżała  się  do  domu.  W zaciśniętej  pięści,  sinej  z zimna,  bo  zapomniała  włożyć 

rękawiczkę,  trzymała  pięć  złotych  Korcikowskiego.  Nie  wziął  ich  przez  tę  awanturę  i teraz 
trzeba mu będzie jakimś sposobem oddać. Nowe zmartwienie. Zresztą, przez Jadzię. Oni się 
nie żarli. 

W domu była zapłakana Eliza. Jeszcze i to. Dzisiaj. Ojciec siedział na krawędzi starego 

fotela wpatrzony w firankę i co jakiś czas stukał szklaną fifką o brzeg doniczki z pelargonią.” 
Następnie  przełamywał  „sporta”  równiutko,  na  pół,  i wkładał  do  lufki  brązowej  od  kropli 
osiadłej  na  niej  nikotyny.  Milczeli.  Eliza  na  pozdrowienie  Ludki:  „Dobry  wieczór,  Eliza”, 
zaledwie kiwnęła głową. To już był zupełny koszmar. Ludka pomyślała, że nie wytrwa, nie 
wytrzyma dłużej w środku tego milczenia, które zamieniało dom w kamienną pustynię. Całą 
drogę gdzieś tak w podświadomości wiedziała, że wejdzie do domu, mama zapyta, dlaczego 
tak wcześnie, czy dziś nie było zajęć, a potem powie, że w niedzielę pewnie będzie duży mróz 
i że  to  lekkomyślność  chodzić  w zimie  na  basen,  ale  skoro  już  Ludka  pójdzie,  to  niech 
przynajmniej  dobrze  wysuszy  włosy.  Da  jej  na  kolację  twarogu  i dżemu  żurawinowego, 
a może  kotlet,  który  został  z obiadu.  I Ludka  w swoich  papuciach,  przy  swoim  stoliku,  nad 
swoim globusem łatwiej będzie mogła myśleć. Ale Eliza ze wszystkich możliwych dni akurat 
dzisiejszy wieczór wybrała na wizytę. 

Na  Ludkę  nikt  nawet  nie  spojrzał.  „Przecież  z Ludka  wszystko  w porządku  –  myśleli  – 

kto by się nią przejmował wobec takiego rodzinnego nieszczęścia”. A z nią było to samo, co 
ze  Stefanem  i Elizą,  albo  jeszcze  gorzej,  bo  tamci  byli  dorośli,  mądrzy,  wszystko  już 
rozumieli  i każde  ich  zmartwienie  od  razu  dzielili  inni.  Czekała  jeszcze  chwilę,  stojąc 
demonstracyjnie  w kozaczkach  na  dywanie,  ale  mama  i na  to  nie  zwróciła  uwagi.  Eliza  też 
zresztą siedziała w butach i dwa krążki brudnej wody z trudem wsiąkały w igielitowy dywan. 
Ludka marzyła, żeby mama jednak powiedziała coś ze swoich zwykłych zdań: „Kwiatki mi 
się  zmarnują  od  tego  popiołu”,  albo  „Żeby  tak  palić  w kółko  tę  machorkę”,  czy  coś  w tym 
rodzaju,  coś  ze  swojego  swarliwego  repertuaru,  co  byłoby  znakiem  codzienności,  ale 
rozumiała, że nic takiego nie może nastąpić. 

background image

Weszła  do  kuchni.  Wszystko  ją  drażniło.  W zlewie  stały  brudne  garnki,  z lodówki 

wylewała się woda. Widocznie zaraz po południu, kiedy było jeszcze widno, zabrakło prądu. 
Na ceracie leżał przewrócony dżem żurawinowy i żurawiny wyłaziły ze słoika jak obrzydliwe 
małe  karaluchy.  Z glinianego  dzbanka  smutno  zwisał  pęd  suszonego  majeranku.  Nie, 
w kuchni  nie  było  żadnej  nadziei.  Przeszła  do  swojego  pokoiku  i wyciągnęła  zamykany 
zeszyt, który dostała od Teresy. Zaczęła pisać: 

Chcę Panu powiedzieć, że zrobił mi Pan wielką, choć nie zamierzoną przykrość. 
„A to niby dlaczego?” – zastanowiła się. Tak mało warte jest jej uczucie, że nie potrafi 

przetrwać jednych czerwonych botów? Dlaczego Thor Heyerdahl i Stanisław Hempel mogli 
sobie właściwie na wszystko pozwalać, bo ich nigdy nie widziała na oczy, i to między nimi 
(to  znaczy  z jednym  z nich)  miało  się  zacząć,  dopiero  jak  Ludka  będzie  absolutnie  dorosła 
i wykształcona?  Poszła  do  łazienki.  Na  szklanej  półce  pod  lustrem  osiadła  cienka  warstwa 
kurzu.  Ludka  napisała  palcem:  No  i jak?,  a po  namyśle  jeszcze  dorysowała  trzy  znaki 
zapytania.  Rozdzieliła  palcami  włosy  przed  lustrem,  żeby  znaleźć  siwy.  Podobno  można  ze 
zmartwienia nagle osiwieć. A u niej nic. Ani śladu. Jakby nie cierpiała naprawdę. 

Wyszła do pokoju i usłyszała mechaniczne odezwanie się matki: 
– Ludka, odrobiłaś lekcje? 
– Nie – powiedziała. 
– To dobrze, moje dziecko, to dobrze – odparła matka. 
Oczywiście,  zajęta  była  wyłącznie  Elizą.  Przycupnęły  na  tapczanie  blisko  siebie 

i rozmawiały  szeptem.  Ojciec  siedział  w kuchni  i stukał  teraz  fifką  o spodeczek,  z którego 
sobie zrobił popielniczkę. Podniósł na nią zmęczone oczy. 

– Ludka, jadłaś kolację? 
– Nie – powiedziała Ludka. 
– To zrób sobie coś, bo widzisz, że mama nie ma głowy. 
– Nie będę jadła. 
– No to połóż się spać. 
– Lekcji nie odrobiłam. 
– To odrób, dziecko – i stuknął fifką. 
Ludce zrobiło się serdecznie żal rodziców. Pewnie, dziś jej się należało, żeby ktoś się nią 

zajął, choćby tak, jak przy grypie – herbata z sokiem malinowym, polopiryna czy coś – ale nie 
mogła  nie  pamiętać,  że  rodzice  też  przeżywają  swój  dramat.  I to  spowodowany  przez 
ukochanego syna, kryształowego Stefana. Przyszedł jej do głowy pomysł rozbicia paru sztuk 
z serwisu, ślubnego prezentu mamy, tego „co to całą wojnę z nami przeżył”. No, z Ludka nie 
przeżył.  Dla  niej  te  bohaterskie  skorupy  w niebieskie  róże  i ze  złotym  szlaczkiem 
niepotrzebnie zajmowały miejsce w szafie, tylko musiała je myć w „Ludwiku”, ostrożnie, trzy 
razy  do  roku.  A jadali  na  tym  wyłącznie  w Wigilię  i mama  tak  wtedy  wszystkich 
hipnotyzowała  wzrokiem,  że  człowiek  truchlał  trzymając  widelec.  Ludka  nie  pojmowała 
przywiązania  do  czegoś  takiego.  Ale  gdyby  teraz  roztrzaskała  salaterkę  (salaterki  to  się  już 
nie używało absolutnie nigdy), zrobiłaby to nie z przekory czy małpiej złości, tylko z litości 
dla mamy. Bo mama nawet postukać sobie nie miała czym, 

Ludka wiedziała, że po wyjściu Elizy przepłacze pół nocy. Mama bardzo kochała Elizę, 

naprawdę  jak  swoją  córkę,  zdaje  się,  że  widziała  w niej  Barbarę.  Więc  jakby  tak  Ludka 

background image

rąbnęła salaterką o linoleum,  mama zaczęłaby na nią krzyczeć, zbierać  drogocenne szkiełka 
i w ten sposób miałaby choć chwilę odpoczynku. Albo Ludka mogłaby udać, że szuka czegoś 
w kredensie, że to przez nieuwagę, i wysypać kilo mąki wrocławskiej. Albo wypuścić pierze 
z poduszek. Mama musiałaby się tym zająć. Bo przecież nie kto inny, a właśnie Stefan uczył 
Ludkę ciągle: „Ludziku, jak masz jakieś poważne zmartwienie, to się najpierw zajmij czymś 
konkretnym.  Posprzątaj.  Przerób  sobie  sukienkę,  zmuś  się  do  nauki  i zobaczysz,  takie 
odczekane zmartwienie będzie trochę mniejsze”. No, Stefan się zajął konkretnie, tyle że kimś, 
a nie czymś. 

– Woda w lodówce – powiedziała do ojca. – Prądu nie było? 
– Mieliśmy rozmrozić, jest wyłączona, ale przyszła Eliza i zostało tak. 
– Tatusiu, czy oni się rozejdą? – zapytała cicho. 
–  Chyba  tak,  moje  dziecko,  chyba  tak.  Co  my  z mamą  możemy  na  to  poradzić.  Matka 

mówiła mu, prosiła... co zrobisz. Idź spać. 

Nic nie można na to poradzić, kiedy ktoś przestanie kogoś kochać? Czy nie ma takiego 

słowa, takiego zaklęcia, które mogłoby to wszystko cofnąć? I od czego to zależy, chyba nie 
od urody, bo Eliza jest piętnaście razy ładniejsza niż tamta. Ludka widziała Stefana z tamtą na 
ulicy, choć jeszcze nie rozumiała, co to znaczy. 

W pokoju już nie było Elizy, dwie kałuże z jej kozaczków zdawały się wysychać. Mama 

siedziała w zastygłym bezruchu. 

– Odrobiłaś lekcje? – zapytała. 
– Odrobiłam – odparła Ludka. Musiała liczyć tylko na siebie. 
– To idź spać. 
– Dobranoc – powiedziała w ciszę. 
Zwariowali  wszyscy  z tym  spaniem.  Jak  tylko  coś  w domu  źle,  to  idź  spać  i idź  spać, 

w kółko. Gdyby Teresa dłużej wychodziła za Alka za mąż, Ludka byłaby najlepiej wyspanym 
ssakiem na kuli ziemskiej. No, wtedy była dużo młodsza, toteż nawet było jasne, że chcieli 
gdzieś  dziecko  upchnąć  na  czas  poważnych  rozmów.  Ale  teraz?  Poszła  do  siebie  i napisała 
w dzienniczku: 

Proszę o usprawiedliwienie mojej córki, Ludmiły Balwikówny, z powodu nieodrobionych 

lekcji. Wczoraj bardzo bolała ją głowa. 

Z poważaniem... 

 Zaniosła to ojcu do kuchni. 
– Podpisz, tatusiu. 
– A co to? 
– A nic takiego, nie dwója. 
– To daj długopis. Głowa cię boli? 
– Boli. 
– To idź spać. 
– Właśnie idę – powiedziała, trochę za głośno zamykając dzienniczek. 
Rzuciła  się  gwałtownie  na  swoje  metalowe  łóżko,  aż  skrzypnęły  sprężyny.  Próbowała 

zastosować  się  do  tych  dobrych  rad  cioci–Kloci.  Próbowała  zasnąć.  Chodziła  do  łazienki, 
zrobiła  sobie  prysznic,  wtulała  głowę  w poduszkę.  Bezsenność  znała  dotąd  jedynie 
z opowiadań dorosłych, a teraz zaczynała jej doświadczać na własnej skórze. To było uczucie 

background image

zdumiewające  i dziwaczne.  Powieki  opadały  na  oczy,  a coś  w piersiach  gniotło,  takie  zimne 
i ciężkie, i odpędzało sen. Powieki otwierały się znowu, zupełnie jakby ktoś w środku Ludki 
pociągał  za  jakiś  sznureczek.  Chciała  to  zgnieść,  wyobrażała  sobie,  że  to  jest  czymś 
fizycznym i materialnym, jakieś oślizłe zwierzę na przykład, więc zdławi to, kiedy się położy 
na  brzuchu,  zgniecie,  udusi,  to  zwyczajnie  zdechnie.  Więc  kładła  się  na  brzuchu,  na  lewym 
boku,  na  prawym  boku,  na  plecach,  a potem  znów  na  brzuchu,  gniotła  się  pięściami,  i nic 
z tego.  Tak  mijały  godziny  i w  końcu  przestała  przed  sobą  odgrywać  komedię  ze  spaniem. 
Usiłowała przypomnieć sobie wszystkie kowbojskie filmy, odtworzyć, o co w którym z nich 
chodziło. W teorii  była  to  absorbująca  praca  myślowa,  która  powinna  ją szybko  znużyć,  bo 
tych filmów widziała bardzo dużo, a lepsze po dwa razy. Ale przypominanie sobie akcji było 
zajęciem niemożliwym do wykonania, nierealnym. Denerwowało. Podobieństwo krajobrazów 
sprawiało,  że  i losy  bohaterów  stawały  się  podobne.  Przerzuciła  się  na  inne  filmy,  chcąc 
znaleźć  w nich  odpowiedź  na  pytanie,  dlaczego  Stefan  przestał  kochać  Elizę.  Wreszcie 
poczuła,  że  płynie  na  lodowej  krze  przez  mroczną  zimną  rzekę,  a na  brzegu,  w słońcu,  stoi 
Ten  Pan  i wyciąga  do  niej  ręce.  Kra  znosiła  ją  na  środek  rzeki,  wreszcie  nadludzkim 
wysiłkiem  udało  jej  się  dosięgnąć  dłoni  Tego  Pana.  Stali  naprzeciw  siebie  uśmiechnięci 
i zakłopotani, a na drugim brzegu, w mroku, w oddali, niknęły długie czerwone boty. 

background image


– Ludziku – zaczął Stefan. 
–  Nie  –  powiedziała  Ludka.  –  Nie.  Nie  jestem  już  dla  ciebie  Ludzikiem.  Jestem 

człowiekiem. Skończę w lipcu piętnaście lat. Pójdę sobie stąd, Stefan. Nie jestem Ludzikiem, 
którego mogłeś przekupić rurkami z kremem. 

– Albo ogrodem zoologicznym. 
Ludka uśmiechnęła się mimo woli. 
– To było dawno, Stefan. Sto lat temu. 
–  Rok  temu,  Ludziku.  Tylko  rok.  Rodzice  mówią,  że  bardzo  to  przeżywasz,  toteż 

chciałem ci wyjaśnić... 

– Co mi chciałeś wyjaśnić? Czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego przestałeś kochać Elizę? 
– Nie, tego nie. Tego nie potrafię wyjaśnić. 
– Czy Eliza zrobiła coś takiego, no coś okropnego? 
– Nie, niczego takiego nie zrobiła. 
– Więc dlaczego, Stefan? Ja tego nie rozumiem. 
– Nikt tego nie rozumie. Tak to jest. 
– Nie rozumiem, że to mija. 
– Kochasz się jeszcze w Hemplu? 
– Nie. Ale to nic nie było, rozumiesz, to nie było prawdziwe. 
– A teraz? 
–  Stefan  –  Ludka  gwałtownie  odsunęła  krem  z mrożonymi  poziomkami.  –  Ty  tego  nie 

zrobisz,  to  byłoby...  brudne.  Eliza  cię  kocha,  i płacze.  Tyją  oszukiwałeś,  okłamywałeś,  ja 
wiem. 

– Właśnie nie chcę jej oszukiwać, nie chcę, żeby płakała. Ludziku, nie zajmuj się tym. To 

wszystko się ułoży, zobaczysz. Mnie jest jeszcze trudniej niż tobie. Liczę na ciebie. 

– To źle liczysz – odparła. 
Od paru minut przyglądała się samotnej pani siedzącej w kącie kawiarni. Coś jej mówiła 

ta wąska twarz i ta ciemna grzywka sięgająca do oczu. 

– Stefan, nie znasz tej pani, która tam siedzi? Tam, pod oknem? 
– Znam, Ludziku. To właśnie ona. Myślałem, że zechcesz ją poznać. 
Ludka  poczuła,  jak  wszystko  się  w niej  kurczy,  sztywnieje,  krzyczy  z oburzenia.  Nim 

Stefan  i ona  sama  zdążyli  się  zorientować,  podbiegła  z miską  kremu  do  stolika  tamtej 
i wywaliła całą zawartość na jej głowę. 

– Miło mi panią poznać – dodała. 
Zdaje się, że Stefan chwycił ją mocno za ramię i wypchnął z kawiarni, w której  zrobiło 

się  wielkie  zamieszanie.  Kiedy  potem  usiłowała  sobie  to  wszystko  przypomnieć,  gubiła  się 
w szczegółach.  Czy  ona  ten  krem  wyjęła  ręką?  Bo  rękę  miała  całą  popapraną,  kiedy  biegła 
ulicą, zanosząc się płaczem, oszukana, wystawiona do wiatru. Pamiętała, że kiedy szła do jej 
stolika,  tamta  podniosła  na  nią  z nadzieją  swoje  rybie  oczy.  Pamiętała,  że  ktoś  krzyknął: 
„Dajcie spokój, żeby już takie młode!”, i że ktoś chciał ją zatrzymać, ale Stefan utorował jej 
drogę do drzwi. A kiedy wpadła do domu, na środku dywanu siedział Jacek i seplenił: 

– Ciocia Ludka nie będzie na Jacka ksyceć, ze Jacek wziął znacki? 
–  Będę  krzyczeć!  –  powiedziała,  bo  najbardziej  na  świecie  pragnęła  krzyczeć, 

background image

wrzeszczeć, wydzierać się na całe gardło. – Połóż znaczki, szczeniaku. 

– Zostaw dziecko w spokoju – rzekła łagodnie mama. – Zabierz znaczki, ale daj mu coś 

do zabawy. Eliza jutro wyjeżdża. Dopiero rano Stefan przyniesie mu zabawki. 

– Teraz nie ma czasu, bo musi umyć jedną panią – burknęła. 
– Ludka, co ty wygadujesz? 
–  Jutro  się  pewnie  ukochany  syn  mamusi  poskarży,  to  mamusia  zrozumie.  Gdzie  Eliza 

wyjeżdża? 

–  Nie  wiem,  moje  dziecko,  ja  już  nic  nie  wiem.  Jacek  będzie  u nas  przez  pewien  czas. 

Może się jeszcze jakoś pogodzą? Nie kłócili się nigdy przecież. 

– Tatuś kupił mi tlaktol – wygłosił Jacek spod stołu. 
Rozbity  dom,  rozbita  rodzina.  Wszystko  dlatego,  że  miłość  się  kończy.  Jak  żyć  w tym 

świecie i czego szukać? Trzeba by chodzić z czarną opaską na oczach, żeby być szczęśliwym. 
Najlepiej nie myśleć, nie patrzeć, nie przyglądać się, nie czytać gazet, nie oglądać telewizji; 
albo wziąć wielgachną łopatę i przekopać ten świat wzdłuż i wszerz. Ten, który przyczynił się 
do  zamordowania  Lumumby,  teraz,  zdaje  się,  stawia  mu  pomnik.  I cześć.  Ma  to  z głowy. 
Przeszedł na wyższy etap, już kokietuje, mizdrzy się, już go wożą długą limuzyną i ściskają 
mu grabę. I jeszcze ktoś tam może wierzy, łudzi się, że Ludka zapomniała albo nie myśli. Że 
tak  jej  można  podsuwać  świeczkę,  niczego  nie  tłumaczyć,  a ona  będzie  żuć  spokojnie 
i obojętnie  jak  krowa  i mieć  zawsze  czysty  kołnierzyk  i dobre  wyniki  w nauce.  Będzie 
wynosić  śmieci,  zmywać  garnki  po  obiedzie  i grzecznie  się  zachowywać,  żeby  rodzice 
pozwolili  jej  obejrzeć  wieczorem  „Świętego”.  Otóż  nie  będzie  miała  czystego  kołnierzyka, 
nie  będzie  wynosić  śmieci,  nie  będzie  zmywać  garnków  po  obiedzie,  nie  będzie  miała 
dobrych  wyników  w nauce,  nie  będzie  grzecznie  się  zachowywać  i nie  będzie  oglądać 
„Świętego”. Pożałowała, że nie dołożyła tamtej z kawiarni butelki  oranżady. A jak wszyscy 
naokoło nie przestaną jej wmawiać, że całe jej życie to big–beat, to zobaczą. Czy ona sama 
się pcha do tego big-beatu, czy ten big–beat się pcha do niej? To się już chce wymiotować na 
to uszczęśliwianie. Chyba ze trzy osoby w klasie żyją tym, a i tak można podejrzewać, że się 
zgrywają. A reszta tańczy, bo modne, tak jak kiedyś modny był lizak, i nie zawraca sobie tym 
głowy.  Najlepiej  to  mieć  nieślubne  dziecko  albo  życie  sobie  odebrać,  to  się  człowiek  robi 
ważny, nabiera znaczenia. A kiedy tak maszeruje jak ten jełop do szkoły, ze szkoły, na kółko, 
z kółka, na basen, z basenu, na piłkę ręczną, z piłki ręcznej, zasuwa z siatką po kartofle, stoi 
w kolejce  po  karpie  jak  ten  osioł,  na  wywiadówce  mówią:  „No  raczej  dobrze,  mogłaby  być 
lepsza z chemii i z fizyką trochę słabo” – to taki człowiek właściwie dla nikogo nie istnieje. 
A tak mieć pięć porządnych dwój albo jeszcze lepiej zostać w klasie na drugi rok, ho, ho! Jak 
wszyscy się od razu zlecą! A może w czymś ci pomóc, dziecinko? A może chcesz zegarek? 
Za  mało  się  trochę  tobą  zajmowaliśmy,  to  wszystko  nasza  wina,  koteczku,  magnetofon  ci 
kupimy... 

Ludka  trzęsła  się  z wściekłości.  Czy  ona  o cokolwiek  rodziców  prosiła?  Czegoś 

wymagała, poza tym żeby jej nie ruszać niczego na stole? Czy jej się zachciało magnetofonu, 
choć jej się chciało? Pół klasy miało magnetofony albo radia tranzystorowe. (Korcikowski nie 
miał.)  A przecież  jej  rodzicom  nie  powodziło  się  źle,  ojciec  był  technikiem  budowlanym 
i dobrze  zarabiał,  a mama  przestała  pracować  i dostawała  emeryturę.  Ludka  otrzymywała 
tygodniówkę,  ubranie  i prezent  od  czasu  do  czasu.  I to  jej,  naiwnej,  wystarczało.  Miała  tyle 

background image

innych spraw, problemów. To był pewnie ten błąd. Przez to była taka przeciętna i bezbarwna. 
Nie wybijała się niczym z tłumu ani w klasie, więc uważali, że nie ma także spraw, kłopotów 
i problemów. To teraz ona pokaże! 

Zakręciła globus. „Oj, Ziemio, Ziemio, gdzie my tak lecimy, i po co? Bo Korcikowski to 

potrafi choć wyliczać rozmaite odległości, a ja co? Ja nic”. 

background image


Chociaż „budą” nazywało się zawsze szkołę w sensie moralnym, a nie architektonicznym, 

nawet i tak to określenie w zestawieniu z tysiąclatką Ludki było pozbawione dowcipu. Szkoła 
była  wspaniała.  Na  początku,  zanim  się  do  tego  nie  przyzwyczaili,  nazywali  ją 
„ministerstwem”,  a klasy  „departamentami”.  Było  w tym  coś,  tak  chodzić  sobie  do 
Departamentu  IX  A,  a nie  do  klasy.  Jakoś  się  człowiek  inaczej  czuł,  choć,  konsekwentnie, 
nosił  miano  „petenta”.  Było  to  Ministerstwo  Płaczu  i Zgryzoty  Społecznej.  Ale  potem 
przestało ich to w klasie bawić, porzucili i budę, i ministerstwo. Została szkoła. Ze Związku 
Plastyków  przyszły  jakieś  piękne  dziewczyny  i panowie  w skórzanych  kurtkach  i zawiesili 
picassami  całe  korytarze.  Ludka  specjalnie  nie  znała  się  na  tym  (choć  pani  Mareszowa 
włóczyła  ich  do  Zachęty  raz  w miesiącu,  na  szczęście  nie  parami,  tylko  grupą),  ale  picaśsy 
były wesołe. Natomiast do klas wtrynili czarno–białą grafikę. Może to była wielka sztuka, ale 
coś smutna i przygnębiająca. Komitet Rodzicielski się szarpnął i kupił w Cepelii białe firanki, 
a ktoś,  zdaje  się,  prawdziwe  ministerstwo,  niestety,  doskonale  wyposażyło  pracownie  i nie 
było  już  żadnego  pretekstu,  żadnego  usprawiedliwienia,  jak  w powszechniaku,  gdzie 
pracowni nie mieli: „Jakbym zobaczył, tobym uwierzył albo i zrozumiał” (Korcikowski). 

Lecz  w szkole  najwspanialsza  była  pani  Mareszowa.  („No,  i możecie  mieć  z tego 

nieprzyjemność.  Nas,  młodych,  często  źle  rozumieją,  musimy  się  twardo  trzymać”.)  Pani 
Mareszowa  już  niedługo  miała  iść  na  emeryturę,  podobno  ich  klasę  ostatnią  prowadziła  do 
matury. Właśnie. Pani Mareszowa nic i nikogo nie prowadziła, pani Mareszowa kroczyła na 
czele.  Była  to  tęga  blondynka,  z energicznymi  ruchami,  i choć  nigdy  nie  nosiła  wełnianych 
podkolanówek  ani  pionierek,  ani  chlebaka,  przewieszonego  przez  ramię,  coś  w jej  sylwetce 
przypominało  przewodnika  wycieczek  w wysokie  Tatry.  Powoli,  rytmicznie,  równiutko, 
z kondycją, pewnym krokiem, tu wdech, a tu wydech... 

Kiedy pierwszy raz zobaczyli jej chabrową czapeczkę z pomponem, to ich trochę śmiech 

zebrał,  ale  potem  czapeczka  tak  wrosła  w koloryt  szkoły  i klasy,  że  jak  kiedyś  pani 
Mareszowa przybyła w futrze i kapeluszu, to wszystkich zamurowało i poczuli się głupio. Ich 
pani  Mareszowa  to  nie  była  damulka  w futrze,  to  była  ta  w beżowej  pelisie,  z kołnierzem 
z rudego  lisa  i w  chabrowej  czapeczce  z włóczki.  Zdaje  się,  że  sama  pani  Mareszowa  czuła 
się  nieszczególnie  w rym  stroju,  bo  jakby  się  usprawiedliwiała;  zadając  im  trochę  więcej, 
powiedziała, że zaraz po lekcjach wyjeżdża „i niech Opatrzność nad wami czuwa, jeśli mi tu 
coś  narozrabiacie”.  Swoją  drogą,  trudno  było  wyobrazić  sobie  panią  Mareszowa  na 
emeryturze,  chyba  że  w jakimś  pochodzie  maszerującą  na  czele  Związku  Emerytów.  Tak, 
transparent  w ręku  pani  Mareszowej  byłby  na  swoim  miejscu.  Próbowali  ją  rozmaicie 
nazywać,  tak  i siak,  był  i „Pomponik”,  ale  wszystko  okazywało  się  jakieś  nie  takie,  nie 
pasowało,  było  śmieszne  albo  głupie,  i została  najbardziej  oryginalnie  –  panią  Mareszowa. 
Jak szkoła – też pewnie dla szkoły nieoczekiwanie. 

I pani Mareszowa nigdy nie powiedziała: „Oj, korci cię, korci, Korcikowski”. 
Chociaż  wiedziała  o serdeczności,  jaką  pani  Mareszowa  ich  darzyła,  Ludkę  ścisnęło 

w żołądku,  kiedy  się  okazało,  że  ma  zostać  po  lekcjach.  Po  trzydziestu  minutach  osobistej 
rozmówki  z panią  Mareszowa  delikwent  wychodził  w takim  stanie,  jakby  przez  pół  godziny 
wirował  w pralce  „Frania”.  Bardzo  rzadko,  co  prawda,  wzywała  na  tortury,  ale  jak  już,  to 
już... 

background image

– Jak ty, Ludka, od tygodnia wyglądasz! – powiedziała pani Mareszowa, a Ludka poczuła 

ogromną ulgę. – Jak ostatnia flądra, nie mogę tego inaczej nazwać. Masz tłuste włosy, brudny 
kołnierzyk, brudne paznokcie, podarty lewy papuć, chodzisz do szkoły w zabłoconych butach 
i przy  płaszczu  brakuje  ci  dwóch  guzików.  Śliczna,  piętnastoletnia,  wiośniana  panienka. 
Dziurę  w granatowych  rajstopach  masz  zeszytą  czerwoną  nitką.  Tarczę  zawsze  nosiłaś  przy 
kołnierzyku, czego udawałam, że nie widzę, bo jak moda, to moda, choć to głupie, tarczy nie 
ma się czego wstydzić, chyba tego wstydu. Ale teraz jeszcze lepiej, bo nie nosisz jej wcale. 
Co to wszystko znaczy? Masz jakieś kłopoty? I dostałaś dwóję z chemii. No więc? Kłopoty 
w domu? 

– Nie, pani profesorko, nie mam kłopotów w domu. Ja tylko... ja tylko pro... – zamilkła 

i spuściła głowę. 

–  Siadaj,  Ludka,  bo  mowa  będzie,  niestety,  dłuższa.  Co  ty  pro,  jak  ty  jesteś  wyraźnie 

anty? 

– Tak, pani profesorko – Ludka usiadła w ławce, a pani Mareszowa naprzeciwko niej. – 

Ja właśnie pro... protestuję. 

–  Przeciwko  czemu?  –  przez  okrągłą  twarz  pani  Mareszowej  przemknął  cień  jakiegoś 

dalekiego uśmiechu. 

Ludka zdobyła się na odwagę i spojrzała jej w oczy. 
– Przeciwko porządkowi na świecie, pani profesorko. 
–  A to  wspaniale!  Dawać  nam  takich  jak  najwięcej.  Osiemdziesiąt  procent  w każdej 

szkole  protestuje,  ale  twój  sposób  jest  trochę  dziwny.  Jak  ty  protestujesz?  Przy  pomocy 
brudnego kołnierzyka? Zabłoconych butów? 

– A jak mam protestować, pani profesorko, ja nie wiem? 
–  Właśnie  kiedy  zrozumiesz,  jak  masz  protestować,  to  będziesz  dorosła.  A wiesz  na 

pewno przeciwko czemu? 

– Wiem. To wiem na pewno. 
–  To  już  bardzo  dużo  –  westchnęła  pani  Mareszowa.  –  Ludka,  jest  sprawa,  którą  chcę 

z tobą  poruszyć.  Wprost  uwierzyć  w to  nie  mogłam,  bo  jestem  drugi  rok  twoją 
wychowawczynią  i byłaś  zawsze  cicha  i zdyscyplinowana.  Czy  w kawiarni  protestowałaś 
przy pomocy kremu? 

–  Taaak,  pani  profesorko.  Skąd  pani  profesorka  wie?  To  niemożliwe,  żeby  Stefan 

powiedział. 

– Kto to jest Stefan? 
– Mój starszy brat. 
–  Rzeczywiście,  niemożliwe.  Brat  nie  powiedział.  Więc  to  był  twój  brat...  –  Pani 

Mareszowa  wyciągnęła  papierosy  i jeden  z nich  zaczęła  długo  gnieść,  jakby  usłyszała 
rewelację i chciała teraz zyskać na czasie. – A kim była ofiara twojego protestu? 

– Pani profesorko, ja nie mogę tego powiedzieć. 
„Siedziała tam jedna pani z Komitetu Rodzicielskiego i miała na talerzyku wuzetkę i trzy 

ptysie.  Tak  to  małpę  rozczuliło,  że  zaraz  przyleciała  do  szkoły  złożyć  donos”  –  myślała 
Ludka. Trzęsły jej się ręce. 

–  Widziała  tę  scenę  jedna  pani  z Komitetu  Rodzicielskiego.  Niestety,  rozchorowała  się 

i dopiero wczoraj przyszła z tym do szkoły. 

background image

„Z przeżarcia się rozchorowała” – pomyślała Ludka. 
–  A ty  sobie  cały  tydzień  chodzisz  z tym  do  szkoły...  Nie  mogłaś  przyjść  do  mnie?  Bo 

zaniemówiłam, kiedy usłyszałam. Nie myśl  źle  o tej pani,  to  był  jej moralny obowiązek. To 
jest  moralny  obowiązek  każdego  z nas.  Ta  pani  nie  przyleciała  na  skargę,  tylko  wierz  mi, 
z troski  o ciebie.  Myślałyśmy,  że  się  wpakowałaś  w jakieś  sercowe  tarapaty.  Co 
w zestawieniu  z twoim  ostatnio  poetycznym  wyglądem...  Posłuchaj  uważnie.  To  się  nazywa 
chuligański wybryk, tak czy nie? 

– Tak, pani profesorko. 
– Chciałam jednak z tobą porozmawiać, zanim wezwę mamę. Dowiedzieć się najpierw od 

ciebie, co to wszystko znaczy. 

– Nie! Mamy nie. Ja bardzo proszę. Mama nic o tym nie wie. Myślałam, że Stefan powie, 

ale  nie  powiedział.  Tylko  że  nie  odzywał  się  do  mnie  ani  jednym  słowem,  kiedy  przyniósł 
Jackowi zabawki. Mama ma teraz tyle kłopotów i jeszcze ja... Nie chcę... 

– Poczekaj, po kolei. Czy mama nie martwi się twoim wyglądem? 
– Mama teraz tego nie widzi. Zajmuje się tylko Jackiem, i płacze. 
– Jacek to twój młodszy brat? 
– Nie, to jest syn Stefana i Elizy. Mój bratanek. 
– Czy to Elizie wywaliłaś ten krem na głowę? 
– Nie, pani profesorko, skądże. Elizę wszyscy bardzo kochamy. Tamtej. 
– Aha. No to już właściwie wszystko powiedziałaś, teraz musimy się nad tym zastanowić 

wspólnie. 

–  Ja  już  wszystko  powiem,  tylko  żeby  mama  nie  musiała  teraz  przychodzić  do  szkoły. 

Później. Jak to się jakoś ułoży. Jak mama się przyzwyczai. 

–  Dobrze,  zrobimy  tak.  Jakoś  to  wytłumaczę  dyrektorowi,  bo  dyrektor  był  przy  tej 

rozmowie. Mamę zostawimy na później, ale ciebie nie. Dlaczego to zrobiłaś? Nie wiedziałam, 
że  z ciebie  jeszcze  taka  smarkula.  Dorośli  ludzie  nie  używają  kremu,  jeśli  mają  przeciwne 
zdanie. 

–  Ja  nie  wiem,  dlaczego  to  zrobiłam.  To  znaczy  wiem.  Już  teraz  wiem.  Wtedy,  w tej 

kawiarni,  to  mi  się  ciemno  zrobiło  przed  oczami  i nie  wiedziałam,  ale  już  wiem.  Bo,  pani 
profesorko, on mnie oszukał. Jakby mi przedtem powiedział, że tamta będzie w tej kawiarni, 
to ja bym nie poszła. Albo gdybym nawet poszła, to na tamtą bym nie spojrzała i do niczego 
takiego strasznego by nie doszło. Ale jak on ją tam przyprowadził, a potem mnie, i kazał jej 
czekać,  to  znaczyło,  że  on  był  z góry  przekonany,  że  weźmie  mnie  na  piękne  słówka, 
zafunduje  mi  dwie  michy  kremu  i ja  już  się  przekonam.  A potem  ją  poznam,  ona  roztoczy 
przede  mną  swoje  wydro...  swoje  wdzięki,  i ja  już  się  dam  złapać,  i będę  jej  i jego  bronić 
przed rodzicami. 

Potraktował mnie jak szczeniaka, on w ogóle mówi do mnie „Ludziku”. 
– To bardzo ładnie mówi, naprawdę. 
–  Ja  się  do  tego  Ludzika  przyzwyczaiłam,  wszyscy  w domu  tak  od  dziecka  do  mnie 

mówią,  jak  miałam  chyba  cztery  lata,  to  Stefan  powiedział:  „A  skądże  taki  ludzik  do  nas 
zawitał”, i tak zostało. Ale w kawiarni to było lekceważenie, i Ludzik, i to, że tamta siedziała 
pod  oknem  i tylko  czekała,  jak  to  Stefan  mnie  zaraz  przełamie,  i ten  podwójny  krem...  Pani 
profesorka rozumie? O, przepraszam, że ja tak mówię... 

background image

–  Pani  profesorka  rozumie.  Nie  szkodzi.  Ale,  Ludzi...  Ludka,  bywa  tak,  że  ludzie  się 

rozwodzą. To są zwyczajne, choć smutne sprawy. 

– Ja wiem, pani profesorko, że tak się zdarza, ja nie spadłam z księżyca. Jadzi rodzice się 

rozwiedli, zresztą pani profesorka wie, bo z Jadzią rozmawiała. Ale u nich to było co innego, 
oni  się bardzo kłócili,  nigdy nie było  spokoju, i to  lepiej,  że się rozwiedli, bo wszystkim  to 
wyszło na dobre i Jadzia od razu podciągnęła się w nauce. Ale Stefan, pani profesorko, to co 
innego. Stefan tak kochał Elizę, że ją dosłownie nosił na rękach, ją wnosił na schody na jednej 
ręce,  a mnie na drugiej, bo Stefan jest bardzo silny.  I Eliza nic poza nim nie widziała.  I jak 
Jacek się urodził, to Stefan z radości rozebrał płot koło ich willi, a na drugi dzień postawił go 
z powrotem.  Bo  bardzo  chciał  mieć  syna.  A teraz  ma  i ten  syn  siedzi  u nas  pod  stołem,  bo 
mamy  ciasne  mieszkanie,  takie  nowoczesne,  pani  profesorka  wie.  A oni  mają  pięknie 
urządzony  domek  jednorodzinny,  bo  Stefan  jest  architektem.  Kominek  nawet  mają 
i siedzieliśmy  tam  często,  i zaśmiewali  się  ze  wszystkiego.  I żeby  to  Eliza  była  jakąś  gęsią, 
kurą domową, ale, pani profesorko, Eliza się świetnie ubiera, ma smak, ma styl. Ma zgrabne 
nogi i jest bardzo ładna, i dobrze gotuje, i zawsze była pogodna, i nigdy Stefanowi nie robiła 
wymówek,  i prowadzi  samochód,  i jest  dowcipna,  i sam  Stefan  mówił,  słyszałam  na  własne 
uszy, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. A teraz powiedział Elizie, że dłużej 
tak  być  nie  może.  Jak,  pani  profesorko,  spakował  walizkę,  położył  jej  na  stole  kluczyki  od 
samochodu i w ogóle wszystkie klucze, i wyprowadził się, nie wiemy gdzie, pewnie do tego 
czupiradła z rybimi oczami. Więc jak to tak może być, czego on jeszcze potrzebuje, czego on 
jeszcze chce, czego on szuka? Pewnie, Stefan jest przystojny, ale jak szli razem, to na Elizę 
ludzie zwracali uwagę, nie na niego, więc Eliza, jak zechce, to znajdzie sobie trzech mężów, 
a nie  jednego,  ale  ona  go  kocha.  I to  już  nie  będzie  całkiem  nasza  Eliza.  I nikt  się  tego  nie 
spodziewał,  a teraz  Stefan  powiedział  mamie,  że  się  od  dawna  łamał...  łamał  się,  pani 
profesorko.  Że  chciał  to  dawno  rozstrzygnąć.  To  rozstrzygnął.  Położył  klucze  i tak 
rozstrzygnął. Jak już nie można na zawsze kochać takiej Elizy, to już chyba nikogo... 

– Nie płacz, kochanie – powiedziała pani Mareszowa. – Sama sobie nie zdajesz sprawy, 

że wygłosiłaś mowę obrończą brata. 

–  Stefana?!  Nigdy.  Ja  go  nienawidzę  za  Elizę.  I teraz  zupełnie  inaczej  na  niego  patrzę. 

Tatuś powiedział, że gdyby wiedział, że to coś pomoże, toby go zbił. Ale on jest taki twardy, 
jak Teresa, moja siostra. On by się nawet pozwolił zbić ojcu, a potem by zrobił, co by chciał. 
Ja  nie  rozumiem  Stefana,  a kiedyś  on  mnie  uczył  wszystkiego.  Ja  mu  wiele  zawdzięczam, 
pani profesorko. Jak jechał służbowo do Norwegii, to ja mu dałam list do Thora Heyerdahla. 

– Do kogo?! 
– Do Thora Heyerdahla, autora „Wyprawy Kon Tiki” i „Aku–Aku”. 
– Czytałam – uśmiechnęła się pani Mareszowa. – Tak lubisz te książki? 
– Te książki mnie trzymają przy życiu, pani profesorko. Thor Heyerdahl też protestował 

przeciwko  teoriom,  zdawałoby  się,  nie  do  podważenia.  Zbudował  tratwę  z drzewa  balsa 
i przepłynął ocean. 

– Ciekawa jestem, gdzie popłynie nasz Korcikowski, bo też łódź buduje. 
–  Wiem,  zapisał  się  do  szkutników.  Stefan  szukał  Thora  Heyerdahla,  choć  mógł  sobie 

zwiedzać  miasto,  a miał  mało  czasu.  Żeby  mi  zrobić  przyjemność.  Tylko  że  Thora 
Heyerdahla nie było w Norwegii, ale sekretarka powiedziała Stefanowi, że to bardzo miło, że 

background image

pani  z Polski  –  bo  ona  nie  wiedziała,  ile  mam lat  –  interesuje  się  pracami  pana  Heyerdahla, 
i że mu będzie bardzo przyjemnie. I choć pan Heyerdahl nie zna polskiego, to z pewnością po 
powrocie  do  kraju  napisze  do  tej  pani  parę  słów  po  angielsku.  Stefan  tego  mojego  listu  nie 
przetłumaczył  tak  dokładnie,  nic  tam  zresztą  ciekawego  nie  było,  że  mii  gratuluję  i że  się 
wspaniale wywiązał, tylko powiedział, że chodzi o autograf na „Kon Tiki”. I zostawił tę moją 
książkę, a mnie kupił drugą. Taki był Stefan. 

– Taki jest twój brat, Ludmiła. Ja naturalnie nie znam szczegółów, nie chcę ich znać, i ty 

ich  nie  znasz,  znają  to  tylko  oni,  Eliza  i Stefan.  Ale  z tego,  co  mówisz,  jego  decyzja  nie 
wygląda na pochopną. Nie musisz tego aprobować, ale  go nie sądź. Czasami  wydaje się, że 
człowiek już wszystko osiągnął, a on sobie zadaje pytanie: „Jak to, to wszystko?” I czuje, że 
go  nic  nie  cieszy,  ani  kolory,  ani  zapachy.  I jeśli  zdarzy  się  coś,  że  zieleń  znów  staje  się 
zielenią,  a słońce  –  słońcem,  to  ryzykuje.  Szuka  czegoś  więcej.  Rozumiesz?  Coś  takiego 
musiało  spotkać  twojego  brata...  Oczywiście,  niedobrze  postąpił,  że  przyprowadził  tamtą 
panią.  To  wszystko  u ciebie  jest  zbyt  świeże.  Pomylił  się.  Ale  jeśli  szukał  jakiejś  twojej 
zgody,  potwierdzenia,  to  znaczy,  że  się  z tobą  liczy,  a nie  lekceważy  cię.  Zostaw  to,  Ludka 
czasowi. Wszystko się wyjaśni. No, życzę ci, żeby Heyerdahl przysłał ci autograf... Ludmiła, 
powiedziałaś,  że  on  protestował.  Czy  chodził  niechlujnie  ubrany?  Nie,  chodził  i starał  się 
przekonać  ludzi,  że  ma  rację.  A jak  mu  nie  wierzyli  –  udowodnił  im.  Zbudował  tratwę. 
Przepłynął  ocean.  Wiedział,  co  chce  udowodnić  i dlaczego.  Miał  wolę,  energię,  zapał, 
wytrwałość,  wiedzę.  Pamiętasz:  Jeżeli  wszystko  wyglądało  niepewnie,  to  jedna  rzecz  nie 
budziła w nas wątpliwości. Nasza wyprawa miała zamierzony naukowy cel Nie chcieliśmy, by 
nas  zaliczano  do  akrobatów,  skaczących  w beczce  z wodospadu  Niagara,  albo  do  ludzi 
siedzących...
 

– ...przez siedemnaście dni na szczycie masztu – dokończyła Ludka. 
–  Me  zgodzimy  się  na  reklamowanie  coca–cola  albo  gumy  do  żucia.  Ludka,  nie  siedź 

siedemnaście dni na szczycie masztu! Nigdy! Nie skacz w beczce! 

– Pani profesorka też to tak lubi, że aż umie? 
–  No,  dosyć  lubię.  Mam  dobrą  pamięć.  Pamiętam  wszystkie  wasze  grzechy.  Ale  wolę 

„Aku–Aku”. Kto by to pomyślał... Ludmiła, jutro tarcza przy rękawie, buty wyczyszczone do 
połysku,  włosy  umyte  i wyszczotkowane,  czyściuteńki  kołnierzyk,  guziki  przyszyte,  papuć 
zreperowany, rajstopy zacerowane granatową nitką. I dziś uczymy się chemii. Jasne? 

– Jasne, pani profesorko. 
– No, to do widzenia. – Pani Mareszowa wrzuciła do kosza papierosa, którego dokładnie 

pogniotła i zapomniała zapalić. Zatrzymała się jeszcze w progu. 

– A przymknij dobrze tamto okno, jak będziesz wychodzić, bo woźny może nie zauważyć 

i szyby polecą. 

background image


Z panią Mareszowa były jeszcze dwie rozmowy, choć Ludka przychodziła już do szkoły 

ubrana  tak  starannie,  że  aż  dziwiła  się,  iż  fabryka  „Lechia”  nie  zaproponowała  jej  pracy 
modelki reklamującej proszek „lxi”. Jednak człowiek ogarnięty zewnętrznie trochę lepiej się 
czuł  wewnętrznie,  choćby  się  wiedziało,  że  flejtuchostwo  to  tylko  demonstracja,  a nie 
głębokie umiłowanie nieróbstwa. 

Ale tylko trochę lepiej. Ludka po pierwszej rozmowie z panią Mareszową pomyślała, że 

nie może jej tego robić, to znaczy tych urwanych guzików i tak dalej. No i po co Korcikowski 
miał  gdzieś  w przestrzeń  wykrzykiwać”  „Ludzie,  hej,  ludzie!  Czy  widzieliście  kiedyś  coś 
takiego?!  Ee–ech!”  Niby  to  nie  były  okrzyki  na  jej  cześć,  bo  udawali,  że  się  w ogóle  nie 
widzą, ale już Ludka dobrze wiedziała, o co chodzi. 

Marek te pięć złotych najpierw kazał Jadzi przesłać na Fundusz Pomocy dla Stukniętych 

Panienek z Dobrego Domu,  a kiedy Jadźka się upierała, kupił za piątkę  miętówek  i paśli się 
nimi»  z»  Kazikiem  na  biologii,  aż  profesorka  usłyszała  chrupot  i przydybała  ich  na  tej 
działalności rozrywkowej. Tylko że Korcikowski jak zwykle się wykaraskał. Oświadczył, że 
temat  niesłychanie  go  zainteresował  i że  z wrażenia  pogryzł  szkiełko  podstawowe  od 
mikroskopu „Zeissa”. Profesorka krzyknęła: 

– Chryste Panie! Natychmiast do gabinetu lekarskiego, jeszcze jest pani doktor! 
Korcikowski  ją  uspokoił,  że  tylko  pogryzł,  a nie  połknął,  i wyszedł  z klasy  „wypluć 

i dokładnie przepłukać jamę ustną”. Profesorka po jego powrocie już trochę ochłonęła i jakby 
podejrzewając, że Korcikowski robi z niej balona, zadała mu dwuznaczne pytanie, czy się nie 
wygłupia. 

–  Może  nieco  –  przyznał  Korcikowski,  przez  co  znowu  rozbudził  inne  podejrzenia 

„Meduzy”, która do końca lekcji pytała: 

– Czy jesteś pewny, że nic ci nie poleciało do gardła? Naprawdę? 
– Nie, tego nie jestem pewny, pani profesorko. 
– Korcikowski, idź do pani doktor, ja cię bardzo proszę. 
No i w końcu poszedł i tam podobno istotnie płukał usta, żeby się nie wydało. Chyba im 

się na długo odechciało miętówek, bo jednak to był duży raban w klasie. A najgorsze, że nie 
można się było śmiać, żeby nie sypnąć tego błazna przed Meduzą, a Kazik musiał schować 
szkiełko  podstawowe.  Tak  z własnej  inicjatywy  to  nie  schował,  Kazik  lotny  specjalnie  nie 
był, tylko  Ludka kazała Jadzi napisać do Kazika kartkę, żeby schował. To nie miało nic do 
rzeczy. Korcikowski czy nie Korcikowski, zawsze to kolega z klasy, brat w nieszczęściu, ale 
ponieważ to akurat był Korcikowski, Ludka poczuła się bardzo szlachetna i jakby wymazała 
z siebie  ten  głos  cietrzewia,  który  jej  kazał  szepnąć  pani  Mareszowej:  „Niech  czyta”,  kiedy 
parę  miesięcy  temu  była  ta  chryja  z wypracowaniem  Marka  o rzutach  oka.  Meduza, 
sprawdzając potem mikroskopy, dostrzegła brak szkiełka, kręciła głową i deklamowała: 

–  Naprawdę,  naprawdę,  co  to  są  za  pomysły,  to  naprawdę  przecież  można  się  ciężko 

rozchorować, już czasami naprawdę ręce opadają, macie taką piękną szkołę i naprawdę takie 
warunki do nauki i żebyście to chociaż umieli docenić, ale skądże, naprawdę w tych głowach 
to już nie wiadomo co wy macie, żeby szkiełko podstawowe pogryźć, to już naprawdę... 

Korcikowski  nie  tylko  że  się  ciężko  nie  rozchorował,  ale  ostatnio  jakby  wyrósł  czy 

wyprzystojniał, jak się to mówi, no coś takiego z nim było. Wyrósł to może nie, zawsze był 

background image

z niego  kawał  drąga,  jakby  siedział  trzy  lata  w tej  samej  klasie,  ale  chodził  teraz  do  szkoły 
w szarym swetrze z granatowym przodem, ekler miał trochę pod szyją rozpięty i widać było 
ładne koszulki polo raz granatową, to znów szarą. Chłopaki sobie przyszywali łaty skórzane, 
na łokciach i teksasach, gdzie popadło, nie to, żeby były dziury, tylko tak, ale Korcikowski łat 
nie nosił. Za to ręce mu się zrobiły takie jakieś jakby męskie, nie takie oczywiście piękne jak 
u Maurizio Polliniego (Ludka była na jego recitalu z Teresą i Teresa szepnęła jej w przerwie: 
„On  ma  ręce  jak  Chopin”),  i czerwony  długopis  energicznie  śmigał  mu  na  lekcjach  po 
zeszycie – choć Ludka wątpiła, żeby Marek uczciwie notował. Może rysował karykatury albo 
co.  Nie  mogła  tego  dojrzeć,  bo  Marek  siedział  w rzędzie  przy  oknie,  a ona  w rzędzie  przy 
drzwiach.  I ona  w szóstej  ławce,  a on  w trzeciej.  I absolutnie  by  jej  to  wszystko  nie 
przychodziło na myśl – co ją Korcikowski obchodził, poza tym, że ją niesłychanie irytował – 
gdyby nie to, co jej Jadzia powiedziała. 

Któregoś dnia powiedziała Ludce, że musi z nią porozmawiać. Więc po lekcjach na ulicy 

odpięły od rękawów agrafki z tarczą (przecież tego Ludka pani Mareszowej nie obiecywała, 
pani  Mareszowa  w ogóle  nie  wpadła  na  agrafki)  i poszły  sobie  na  spacer  do  parku 
Krasińskich. Ale tam było błoto i Ludce żal się zrobiło butów, więc wolno ruszyły do Ogrodu 
Saskiego, gdzie niektóre ścieżki były wybetonowane. Jadzia jakoś zwlekała z powiedzeniem 
tego, co miała do powiedzenia. 

Ludka nie ponaglała jej, wiedziała, jak to jest. Musi przyjść właściwy moment, a sądząc 

po wyrazie twarzy Jadzi, Jadzia szykowała jakąś bombę. Doszły do pomnika Konopnickiej. 

– Z Konopnickiej zrobić taką kwokę – powiedziała Ludka. 
– No, zupełnie jak bałwan. 
– To chodźmy sobie popatrzeć na Nike. Lubię tamten plac, choć Stefan mówi... – urwała, 

nie chciała myśleć o tym, co Stefan mówi. 

– Jesteś pewna, że Nike tak powinna wyglądać? – zapytała Jadzia. 
Ciągle dreptały pod Konopnicką. Smutny był Saski Ogród w marcu, nikt nie siedział na 

ławkach,  robotnicy  w długich  butach  wysypywali  z ciężarówek  żwir  i klęli.  Nagie  drzewa 
budziły chłód. 

–  Chodźmy.  Przyjdziemy  tu  sobie  w niedzielę  obejrzeć  zmianę  warty  pod  pomnikiem 

Nieznanego  Żołnierza.  Jak  będzie  padał  deszcz  albo  śnieg,  albo  będzie  duży  mróz.  Bo  jak 
pogoda jest tylko trochę lepsza, to się nie można dopchać, tyle ludzi. Jeszcze nie widziałam 
całości, tak od początku do końca. Bo albo ktoś z bachorkiem, albo z wiekiem sędziwym na 
karku wypchnie, a ścisnąć się nie można, wiesz. Zaraz zaczynają... 

–  Wiem  –  kiwnęła  głową  Jadzia.  –  W kolejce  po  świeże  pieczywo  zawsze  ktoś  przed 

ciebie wejdzie, a tylko spróbuj coś powiedzieć. 

– Nie, no różni oni bywają. 
– A tam, głowę sobie będziemy zawracać. Idziemy pod Nike? 
– Idziemy – powiedziała Ludka. – Kiedyś napisałam kartkę do Koniecznego i położyłam 

pod  pomnikiem.  Do  tego,  co  projektował  Nike,  nie  do  tego  z Piwnicy  pod  Baranami,  co 
komponuje dla Demarczyk. Ale korby ci dwaj Konieczni, co? 

– Korby – zgodziła się Jadzia. – Jak Demarczyk śpiewa te liryki Pawlikowskiej, to mnie 

mróz  przechodzi,  o,  wiesz  to:  „jestem  dla  ciebie  i niebem,  i światłem,  sami  mi  mówiłeś”  – 
posmutniała. – Co napisałaś do Koniecznego? Znalazł kartkę? 

background image

–  Nie  wiem,  na  drugi  dzień  kartki  nie  było.  Więc  albo  wziął,  albo  zamietli,  i już.  Na 

pewno tam nie przychodzi codziennie. Napisałam, że mi się bardzo pomnik podoba i że to jest 
protest, i że ja bym tego nigdy nie wymyśliła. 

– To nie jest protest, tylko zwycięstwo. 
–  A właśnie,  że  to  jest  protest  –  upierała  się  Ludka.  –  Ta  Nike  krzyczy:  „Nie!”  Nie 

widzisz tego? 

Doszły do pomnika. 
– Ludka, zakochałam się – powiedziała Jadzia. 
– Nie mów! Rany boskie, w kim? 
– Nikomu nie powiesz? Daj słowo. 
– Słowo. 
– W Marku Korcikowskim. Dwa tygodnie temu. 
I tu zamiast się cieszyć czy zdziwić, wesprzeć trochę Jadzię moralnie, Ludka się oburzyła. 
– Nie! – krzyknęła i złapała Jadźkę za guzik. – Ty nie możesz się kochać w takim idiocie! 

Jesteś dla niego za mądra, za ładna, za zgrabna, za dobra! On jest ciebie niewart i w ogóle nic 
nie jest wart! Odkochaj się. 

– Miłość nie wybiera – westchnęła Jadzia, a po chwili dodała: – Nie mogę się odkochać – 

i aż oczy zaszły jej łzami. – Tak ci łatwo powiedzieć, odkochaj się, bo ty nie jesteś zakochana. 
Nie mogę. Próbowałam. Próbowałam nawet klin klinem i poszłam do kina z Kądzielskim, ale 
Kądzielski  tupał,  jak  ekran  był  ciemny,  i gwizdał  na  palcach,  i robił  głupie  miny,  kiedy  się 
całowali, więc co to jest za klin. 

– Nie, Kądzielski to nie jest klin – zgodziła się Ludka – i raczej „jejek”. 
– Tak, Kądzielski jest z jejków. 
– Byle do jedenastej klasy. W jedenastej mało jejków. Wyjdą z tego. Pamiętasz, jak pani 

Mareszowa mówiła na żeńskiej godzinie wychowawczej, że my ich przerastamy. 

– No, fizycznie i umysłowo. 
– Umysłowo, to znaczy pod względem dorosłości. 
– Rzeczywiście tak jest. To smarkacze. 
–  I że  my  powinnyśmy  im  narzucać  sposób  zachowania.  No,  ale  narzucać  coś 

Korcikowskiemu.  Z wzajemnością?  –  zapytała  Ludka.  Przełknęła  ślinę,  jakoś  zaschło  jej 
w gardle. Wiatr był. – Masz szansę? 

– Widzisz, dlatego to jest takie tragiczne, że nie wiem. Nie wiem, jak by się dowiedzieć. 

Jak się zastanawiam, to nikt nie ma szans u Korcikowskiego. Co mam zrobić? 

– Zapisz się do szkutników – poradziła Ludka. 
Wstyd  jej  było  za  to  oburzenie  i za  guzik.  Tyle  lat  przyjaźniła  się  z Jadzią  i nie  mogła 

pohamować  wściekłości  w momencie, kiedy ta wyznała jej taką  wielką tajemnicę.  I to  tylko 
dlatego, że Marek ją denerwował. 

–  Dziewczynki  też  chodzą  do  szkutników.  Będziesz  miała  basen  tuż  przede  mną,  bo 

szkutnicy mają przed nami, przed biologią. 

– Pływać nie umiem. 
– To jak było w piątej klasie? Nie pamiętam? Jak cię puścili? 
– Wujek skombinował mi zaświadczenie lekarskie. Bo się mama bała, że się przeziębię. 

Oni  łódź  budują  i w  lecie  będą  mieli  zajęcia  nad  Wisłą.  Łódź  się  będzie  nazywać  „L  jak 

background image

Lucy”.  Z Meissnera. Marek by się jeszcze zapisał do modelarni, ale nie wolno. Trzeba mieć 
same czwórki i piątki, a on ma troję z historii, z iwana, z biologii, no i ta dwója z polaka. Na 
dwa kółka nie zapiszą przy takim stanie wiedzy. Ale on ich i tak wyrolował, bo jak mu już nie 
dali  do  modelarni,  to  poszedł  do  Domu  Kultury  na  fotografię.  Tam  się  kierownik  nie  pyta 
o stopnie, tylko proszę bardzo. Ale w Domu Kultury to trzeba mieć setkę. Wpisowe. Najpierw 
to samolot miał być „L jak Lucy”. A teraz łódź. Jak myślisz, oni budują prawdziwą łódź czy 
modele? 

–  Pojęcia  nie  mam.  O to  to  mogę  ci  się  dowiedzieć  w Pałacu.  A po  co  Korcikowski 

poszedł na fotografię? 

–  Będzie  kręcił  jakieś  filmy  na  wąskiej  taśmie.  I będzie  robił  zdjęcia  wykopalisk 

z samolotu. Podobno najlepiej widać. Mówi, że od czegoś trzeba zacząć. 

– Skąd ty to wszystko wiesz? 
–  Chłopaki  gadają  między  sobą.  Ty  ostatnio  nie  masz  pojęcia,  co  się  dzieje  w klasie. 

Wyłączyłaś się. Ale nie tylko stąd. Z Korcikowskim do szkutników chodzi jeden z dziesiątej 
klasy,  co  mieszka  w naszej  klatce.  Czasem  sobie  porozmawiamy  na  schodach.  On  mi 
powiedział, jak się łódź nazywa i o tych wykopaliskach. Bo Marek to jak i coś powie, to się 
nie wie, czy prawda. Ja to rozróżnić nie mogę. Zabawa będzie, to może coś na tej zabawie... 

– Z rodu Pawiowych to Korcikowski nie pochodzi. 
– Ale letskisa umie. 
– I charlestona umie. Podwójnego. Ale podwójnego to umie tylko prawą nogą, lewą nie. 
– Twista umiał. Słabo, ale pojmował. 
– Za to lizaka, ni w ząb. 
– Twist, rupieć. 
– Średniowiecze. 
– Kądzielski taśmy przyniesie. 
– Sam big–beat. Fioletowo–brązowi. 
– Nie, ma Luis Prime. I Nat King Cole’a. 
– Nieboszczyk. 
– No. Szkoda człowieka. 
– Przyjdziesz na zabawę? 
– Nie przyjdę. 
– Czemu? 
– Nie chce mi się. 
Ludka była zdumiona, że tak nagle zdecydowała się nie pójść na zabawę. No, ale przecież 

także  przedtem  nie  zdecydowała  się,  że  pójdzie.  Więc  w porządku.  Decyzje  podejmuje  się 
zawsze  w jakimś  momencie.  A ona  podjęła  w tej  chwili.  Choć  tak  lubiła  tańczyć.  Wszystko 
jedno co, nawet krakowiaczek by obleciał. Wspaniale, wspaniale się człowiek czuł, kiedy tak 
ze cztery godziny potańczył.  Lecz na tę zabawę nie pójdzie, bo jej się zwyczajnie nie chce. 
Dobrze  byłoby,  żeby  Jadzia  odkochała  się  w Korcikowskim.  To  taka  wartościowa 
dziewczyna.  Jakoś  zupełnie  gwałtownie,  w jednej  sekundzie  doszła  do  wniosku,  że  nie  ma 
sensu ukrywanie przed Jadzią, że ona, w Tym Panu, to też jakby, a właściwie na pewno... 

– Też jestem zakochana. Wiesz. Ja też. 
Nareszcie  to  powiedziała,  przez  co  Ten  Pan  i cała  ta  sprawa  zobiektywizowały  się, 

background image

nabrały konkretnych wymiarów. Jadzia podniosła na nią zdziwione oczy: 

– Też? W kim? 
– W takim jednym. 
– Pewnie, że w jednym. W dwóch się nie można kochać. 
– Można. 
– Nie gadaj. Nie można. 
– Pewnie, że jak ktoś jest taki zwyczajny, no, taki, co to jest blisko, to nie. 
– Pleciesz coś. A ten jeden jest nie zwyczajny? 
– Pewnie, że nie. 
– Masz szansę? Kto to jest? Jak mu na imię? 
–  Nie  wiem.  Jadziu...  czy  nie  mogłabyś  iść  do  niego  po  makulaturę?  Pokażę  ci,  które 

drzwi. Bo ja go znam tylko z widzenia. 

– Dziwna jesteś. Ja bym się nie potrafiła kochać w kimś takim, kogo bym nie znała. 
– Ja go znam. Pójdziesz po makulaturę? 
– Pójdę, ale co powiedzieć? 
– Nic. „Dzień dobry, czy pan nie ma starych gazet, bo my musimy oddać do szkoły... albo 

innego papieru”. Wepchnij się za drzwi i zobacz, jak on mieszka. Czy ładnie, i co tam takiego 
jest, w tym mieszkaniu. Może jakieś mapy, stare książki, rozejrzyj się dobrze. 

– Kiedy iść? Teraz? 
– Nie, jeszcze się zastanowię. Dam ci cynk. Tylko sobie to dokładnie umyślę. Muszę już 

iść do domu, bo mam robotę. Jedziesz tramwajem? 

–  Idę  pieszo.  W godzinach  szczytu  chodzę  pieszo.  Bo  jak  się  wpycham  do  środka,  to 

krzyczą, że się wpycham, a jak wiszę, to krzyczą, że wiszę. Odegram się na starość. 

Ludka  słuchała  już  nieuważnie.  Pozwoliła  Jadzi  odejść,  nie  pocieszyła  jej,  niczego  nie 

doradziła, nie potrafiła powiedzieć nic pokrzepiającego. A wiedziała doskonale, że dzisiejsza 
gadanina  zwykle  małomównej  Jadzi  –  miała  przesłonić  wielki  smutek.  Tak,  z pewnością  to 
musiało być smutne kochać się w Marku Korcikowskim. Tymczasem Ludka tkwiła ciągle pod 
pomnikiem Nike i nie wiedziała, dlaczego czuje się tak, jakby miała w przełyku ostrą pestkę 
z moreli. 

background image


Jednak zawsze najlepiej, jak było coś nie tak, niedobrze, nie kleiło się – zawsze najlepiej 

było  poczytać  sobie  Kon  Tiki.  Obojętne,  w którym  miejscu  książka  się  otworzyła. 
W zestawieniu z tym, z całą tą wyprawą, z tym donośnym protestem, głośnym podważaniem 
zasiedziałych  (I  to  gdzie?  Na  sławnych  uniwersytetach!)  teorii,  wiele  spraw  wyglądało  na 
szczeniacko śmieszne, na przejściową chorobę umysłową, DDT, nic więcej. 

Była niedziela, trwożne, kwietniowe słońce próbowało coś zdziałać, ale szybko opuściło 

okno  pokoju,  w którym  na  tapczanie  wylegiwała  się  Ludka.  Była  sama  w domu,  rodzice 
pojechali do  ciotki.  Ludka stwierdziła z irytacją, że człowiek  w niedzielę nie może nadrobić 
porannych  zaległości  w leżeniu.  Kiedy  się  musi  wstawać  o siódmej,  myśli  się:  „Byle  do 
niedzieli”,  a jak  przyjdzie  niedziela,  o siódmej  same  nogi  z łóżka  wyskakują,  niczym 
emerytowany strażak na dźwięk alarmowego gwizdka. 

Przeniosła się więc do większego pokoju na tapczan i włączyła radio. Do koncertu życzeń 

było jeszcze daleko. Spojrzała na zdjęcie Thora Heyerdahla i zamknęła książkę. 

Poszła  do  kuchni.  Na  kuchence  w garnku  naturalnie  była  owsianka  na  mleku,  a na 

lodówce stał talerzyk z szynką i masło. Ludka rozkroiła dwie kajzerki, posmarowała masłem, 
obłożyła szynką. Nie spiesząc się, wylała owsiankę do zlewu, a garnek napełniła wodą. Niech 
odmięknie.  Przez  dziesięć  miesięcy  w roku  na  śniadanie  musiała  jeść  owsiankę  albo  kaszę 
mannę. A dopiero potem bułkę z czymś, jak się już nienawidziło wszelakiego jadła. 

Owsianka.  Proszę  bardzo.  Ale  może  nie  na  stole  w kuchni.  Pewnego  ranka,  kiedy 

siedzieliśmy przy śniadaniu, nieoczekiwanie chlusnęła do owsianki fala i wtedy przekonaliśmy 
się, że plotki owsiane usuwały przykry smak wody morskiej. 
Więc i do jej owsianki chlusnęła 
dzisiaj  fala,  tyle  że  z kranu.  Przyjdzie  i na  jej  owsiankę  prawdziwa  morska  fala,  przyjdzie 
kolej  na  Ludkę.  Pewnie,  że  gdyby  w tej  chwili  poszła  gdzieś  (gdzie?!)  i powiedziała: 
„Państwo pozwolą, ja chciałabym  wziąć udział  w wyprawie naokoło  świata”, toby zapytali: 
„A co panienka umie? W jakim niby charakterze?” I co Ludka miałaby w odpowiedzi? Nic. 
Ale  kiedy  będzie  wielkim  biologiem  i jej  prace  będą  szeroko  znane,  sami  do  niej  pokornie 
przyjdą.  Wejdą  do  Ludki  pracowni,  będą  trochę  spłoszeni,  że  oko  w oko  stoją  z kimś  tak 
znakomitym,  i poproszą  ją:  „Pani  magister...”  nie,  nie  pani  magister,  poproszą  ją:  „Pani 
docent,  czy  pani  docent  nie  zgodziłaby  się  uczestniczyć  w wyprawie  naukowej  do  Brazylii? 
Mamy  już  dziennikarza,  ornitologa,  meteorologa,  dwóch  biologów  się  zgłosiło,  ale  my 
chcielibyśmy  bardzo,  pani  prace...  czy  możemy  mieć  nadzieję...”  A Ludka  odsunie  swoje 
preparaty, zdejmie powoli okulary (bo przez to wieczne ślęczenie nad mikroskopem wzrok jej 
się pewnie popsuje), wsadzi ręce w kieszenie fartucha... albo nie, powoli zapali papierosa, oni 
wszyscy podskoczą z ogniem, tak że Ludka nie będzie wiedziała, od kogo przypalić, wypuści 
z ust długą strugę dymu i zapyta: „A nie ma tam wśród was jakiegoś mięczaka albo kwękajły, 
który będzie się użalał, że musi jeść codziennie owsiankę?” Do Nowej Gwinei też właściwie 
można by pojechać. Ojciec powiedział, że to są mrzonki. Dobre mrzonki. Tyle, tyle ludzi na 
świecie dokonuje rozmaitych rzeczy, więc co za mrzonki? Jak już ktoś bardzo, bardzo czegoś 
chce,  to  zrobi,  spokojna  głowa.  A jacht  „Śmiały”?  A Teliga?  A polskie  wyprawy 
w Hindukusz? Zawracanie głowy z mrzonkami. Pewnie, jak się szybko wychodzi za mąż albo 
nic sobą nie reprezentuje, albo myśli tylko o dorabianiu się – to mrzonki. Na uniwersytet na 
biologię Ludka się dostanie. Jak dwa razy dwa – cztery. Nie dlatego, że jedyną piątkę, jakiej 

background image

jest skromną właścicielką, ma właśnie z biologii, tylko że przecież niemożliwe, żeby ją skosili 
na egzaminie... Westchnęła i dojadła drugą kajzerkę. Przyszłość była olśniewająca, co do tego 
nie było dwóch zdań. Tylko teraźniejszość miała wiele minusów. Ludka zrobiła sobie herbaty 
z cytryną  i podeszła  do  okna.  Skody  1000  MB  nie  było  już  drugi  tydzień.  Ten  Pan  gdzieś 
wyjechał. Gdzie? W końcu marca to Ludka wyobrażała sobie, że pojechał na narty. W górach 
o tej  porze  leży  dużo  śniegu.  Niemalże  widziała,  jak  Ten  Pan  wsiada  z nartami  do  kolejki 
linowej,  w skafandrze,  szarych  nausznikach.  W schronisku  na  Kasprowym  sprawdza  narty, 
zdejmuje na chwilę skafander, pije herbatę, dziewczyny z wymalowanymi oczami patrzą na 
niego,  a on  nic.  Jest  ponad  to.  Właściwie  Ludka  już  tak  dużo  nie  myślała  o Tym  Panu,  jak 
dawniej. Pewnie brak czasu na to wpłynął. Ale taki widok Tego Pana, jak szusuje nartostradą 
z Kasprowego, robił wielkie wrażenie, ciągle zapierał dech  w piersi z podziwu. Nie było  go, 
więc nie wysłała Jadzi po makulaturę. A jak wróci, to Ludka się jeszcze namyśli. A może on 
jest asystentem profesora Michałowskiego i pojechał do Egiptu kopać? Przecież nie wszyscy 
asystenci  profesora  Michałowskiego  muszą  być  na  zdjęciach  w „Archaniołach  i szakalach”. 
A może on jest wielkim chirurgiem i w tej chwili życie komuś ratuje, a Ludka wcina trzecią 
kajzerkę? I myszkuje po lodówce? 

Odstawiła nie dopitą herbatę. Koncert życzeń się rozpoczął i oczywiście na początku była 

jakaś  „nieznośna  klasa”.  Nieznośna  to  na  pewno,  skoro  nie  mogła  wymyślić  nic 
dowcipniejszego.  Ludka  by  chętnie  posiała  życzenia  pani  Mareszowej,  ale  mogłoby  to 
wyglądać, że się liże. Głos w radio oznajmił: 

To one tańczą z Curdem Jurgensem,  
w ramiona bierze je Jean Marais! 
Jak on całuje, jak ściska ręęęce. 
Nie  można  było  jednak  wyłączyć  radia,  bo  mogli  nadać  jakąś  korbę.  Och,  jak  Ludka 

żałowała,  że  nie  była  na  żadnym  filmie  z Montgomerym  Cliftem.  Z takim  tańczyć.  Umarł. 
W ogóle  to  są  straszne  rzeczy,  jak  ktoś  młody  umiera.  A może  ona,  w swoim  laboratorium, 
w swojej pracowni... No tak, a tymczasem dwója z fizyki. Z chemii się wyciągnęła na trójkę, 
ale  z fizyki  pan  Kasperski  obojętnie  wstawił  dwa,  a Korcikowski  w tym  czasie  grał 
z Kazikiem  w okręty.  Teraz się musi wyciągnąć  z fizyki i uważać, żeby nie wpaść  z chemii. 
Życie.  W ogóle  musiała  w szkole  uważać  wyjątkowo,  bo  dyrektor  trzymany  na  postronku 
przez  władcze  ręce  pani  Mareszowej,  zerwał  się  w końcu,  wierzgnął  i kazał  wezwać  panią 
Balwikową.  Pani  Mareszowa  przygotowała  jakoś  do  tego  panią  Balwikową  i podczas 
rozmowy  była  obecna  w charakterze  piorunochronu,  ale  dyrektor  –  choć  uznał  okoliczności 
łagodzące  i podobno  wziął  wszystko  pod  uwagę  –  rzucił  żer  swojemu  nienasyconemu 
sumieniu  pedagogicznemu  i zaproponował  dla  Ludki  czwórkę  ze  sprawowania.  Propozycja 
przeszła, mimo że pani Mareszowa klarowała jak komu dobremu: jeżeli się obniża uczennicy 
stopień ze sprawowania, to wszyscy powinni wiedzieć dlaczego, a tego nie można rozgłaszać 
ze względu na delikatny rodzaj sprawy. Dyrektor ze słowami: „A niech no tylko Balwikówna 
teraz  cokolwiek  zmaluje”  –  poszedł  na  ugodę,  że  Ludka  będzie  miała  obniżony  stopień  ze 
sprawowania oficjalnie za lekceważące podejście do tarczy. 

W  klasie  moda  gwałtownie  się  skończyła,  wszyscy  dumny  emblemat  szkoły  przepięli 

z kołnierzyków  na  lewy  rękaw  i żałowali  Ludki,  że  jednostkowo  padła  ofiarą  zbiorowego 
układu. Włączył się nawet samorząd klasowy, który zeznał pani Mareszowej, że przecież nie 

background image

tylko Ludka. Ale pani Mareszowa, wyjątkowo nie patrząc w czterdzieści par klasowych ocząt 
(zawsze patrzyła we wszystkie naraz), powiedziała sucho, tonem wykluczającym dyskusję, że 
akurat  tym  razem  podpadła  Balwikówna,  i zaczęła  pytać  z Sępa–Szarzyńskiego  oraz  z tych 
kawałków „Dworzanina polskiego”, które były zadane, a których nikt nie czytał, więc od razu 
się uciszyło. Korcikowski tylko  coś węszył i orzekł, że rzecz jest podejrzana, bo „jak dotąd 
nie było wypadku i być może koleżanka Ludmiła Balwikówna spotkała obywatela dyrektora 
w nocnym kabarecie, tylko łeb sprawie ukręcono, żeby nie siać zgorszenia wśród maluczkich, 
a Balwikównie dano szansę powrotu na łono normalnego społeczeństwa”. 

W każdym  razie osoba  Ludki  trochę wyskoczyła ponad sztormową powierzchnię klasy, 

tyle tylko, że teraz ciągle, jeśli chciała zrobić coś, co nie wisiało w ramach regulaminu szkoły, 
pytała się: „Czy przypadkiem czegoś nie zmaluję?” Trzymała się, nie miała innego wyboru. 
Mama po powrocie z tego seansu spirytystycznego powtarzała bez przerwy: „No, Józiu, żebyś 
ty to słyszał na własne uszy, no ja rozumiem, ale żeby panienka, uczennica, no, Józiu, żebyś 
ty  słyszał”.  A pan  Józef  Balwik  wypowiedział  się,  że  za  jego  czasów  to  jakby  ojciec  zdjął 
pas... ale teraz to i bić niemodnie. 

I  zaraz  kazali  Ludce  wyrzucić  śmieci,  żeby  jej  się  w głowie  nie  przewróciło,  i na  tym 

mniej  więcej  skończyła się ta sprawa w chałupie. Rodzice modni  to szczytowo  nie byli, ale 
rozumieli  intencje  wybryku  Ludki  i poza  tym  pierwszy  raz  w życiu  ktoś  musiał  iść  z Ludki 
powodu do szkoły nie na wywiadówkę. 

Koncert  życzeń  się  skończył,  bez  korby,  i dzień  topił  się  jak  zuchelek  masła  na  ciepłej 

patelni.  Już  wkrótce  Ludka  musiała  się  zbierać  na  basen,  a nic  nie  zrobiła.  Umyła  więc 
garnek,  talerzyk  i szklankę  oraz  odkryła  dziurę  w czepku  kąpielowym.  Ach,  żeby  tak  mogła 
mieć  biały  elastyczny  kostium.  Ale  mama  na  nieśmiałą  sugestię  Ludki  oświadczyła,  że 
jeszcze nie zwariowała. Ludka zastanawiała się, jak by tu zarobić na taki kostium. Gdyby była 
na studiach, sprawa byłaby prosta. Zarobiłaby w jakiejś studenckiej spółdzielni. Ale tak? Kto 
i do  czego  wynajmie  uczennicę  dziewiątej  klasy?  Choć  Ludka  umiała  i pastować,  i trzepać, 
i dziecka  by  mogła  przypilnować,  i zakupy  by  komuś  zrobiła,  i na  dobrą  sprawę  samochód 
potrafiła umyć na cacy. Z przyjemnością pomogła kiedyś Stefanowi pucować fiata 850. Jakby 
zaczęła  składać  na  kostium  z tygodniówki,  to  chociażby  nie  jadła  wafli,  nie  kupiła  nigdy 
gumy do żucia, chodziła pieszo, nie gubiła długopisów, nigdy nie kupiła książki, uskładałaby 
na  taki  kostium  w okresie  robienia  pracy  doktorskiej  albo  tak  mniej  więcej  w czasie 
kończenia uniwersytetu. Z butelek miała dochód nieduży, goście do nich przychodzili rzadko, 
grzyby  marynowało  się  w jesieni,  a do  zupy  mama  używała  cytryny  zamiast  octu.  A po 
rozpuszczalniku zanim domyło się butelkę, to się człowiekowi odechciało złotówki. Słoików 
po  dżemie,  których  w domu  było  zatrzęsienie,  nie  brali.  Nawet  po  miodzie,  czyściutkich, 
z całymi zakrętkami. Jednej zimy tylko Ludka się obłowiła, bo w cukierni kupowali suszone 
skórki  z cytryn  i pomarańcz,  ale  potem  był  komunikat  w gazecie,  że  cytrusy  są  skrapiane 
trującymi  utrwalaczami,  i ta  pani  zdjęła  kartkę  z wystawy.  Potem  w „Samie”  naprzeciwko 
zaczęli kupować suchy chleb, ale akurat ojcu lekarz kazał jeść czerstwe pieczywo i też interes 
wziął  w łeb.  Ach,  co  tu  w ogóle  mówić  o oszczędzaniu,  jak  w kinie  rzadko  były  ulgowe 
bilety, a na western to już zawsze brakło. 

Ludka z westchnieniem  włożyła do torby biały trykotowy kostium. Torbę to miała za to 

przebojową.  Nie  żadna  tam  „Sabena”  ze  Świętym  w plastykowym  prześwicie,  tylko  czarny 

background image

skaj  łączony  ze  szkocką  kratą.  Prezentowała  się,  owszem.  I płaszcz  był  niczego  sobie. 
Granatowy  gruby  sztruks  na  białym  misiu,  zapinany  na  zamek  błyskawiczny.  Kurtkę  miała 
jak trzeba i teksasy, i swetry, i bluzki, można by wytrzymać, gdyby dodać do tego elastyczny 
kostium. Na plaży to tam cokolwiek wystarczało, ale do pływania nie ma jak cały elastyczny 
kostium.  I wygląda  się  w takim.  Dwie  dziewczynki  miały,  z tych,  co  z Ludka  chodziły  na 
basen,  i to  aż  grzech,  że  najpiękniejsze  kostiumy  opinały  najgorzej  ruszające  się  w wodzie 
ciała. A tu człowiek chciał mieć jakiś przyzwoity czas, jakieś wyniki i zasuwał w trykocie za 
czterdzieści osiem złotych. I czepek jak sflaczała piłka, a inne miały te strzępione, te liście, te 
kwiatki,  Ano,  jakby  była  w sekcji  pływackiej,  a potem  w jakimś  klubie,  toby  klub  może 
odpalił  na  zawody.  Ale  nie  mogła  być  w sekcji  pływackiej,  bo  wtedy  nie  mogłaby  być  na 
biologii,  z tych  samych  powodów,  z których  Korcikowski  nie  mógł  być  w szkutnikach  i w 
modelarni  jednocześnie.  Błędne  koło.  „Ach  –  pocieszyła  się  –  wcześniej  czy  później  chlor 
w basenie  i tak  by  mi  załatwił  ten  elastyczny  kostium.  A trykotu  to  nie  żal.  Zresztą  trykot 
zdaje  się  nie  wchodzi  w chemiczne  reakcje  z chlorem,  bo  już  drugi  rok  nie  może  się 
wykończyć. Jakby się wykończył, to może i mama by...” 

 
Po basenie wałęsali się jeszcze szkutnicy, choć ich czas się skończył, a nie wolno się było 

ociągać  z wychodzeniem  z wody,  bo  w ten  sposób  każde  kółko  by  sobie  przedłużało  pobyt 
i byłby zdrowy bałagan. Korcikowski zawzięcie nurkował, jakby w Pałacu Kultury, w środku 
Warszawy,  spodziewał  się  złowić  żywego  delfina.  Wreszcie  instruktor  uprzejmie  na  niego 
gwizdnął  i poprosił  go,  żeby  był  łaskaw  zmiatać  z basenu,  bo  nie  przyjdzie  przez  trzy 
tygodnie.  Marek  miał  już  styl  w pływaniu,  dobry  był  w motylku,  nie  dało  się  ukryć.  Ludka 
o motylku nie miała pojęcia, ćwiczyła żabkę. I jakkolwiek z niechęcią, należało przyznać, że 
dłużej niż Ludka wytrzymywał pod wodą. Chudzielec był z Korcikowskiego, w tym swetrze 
z granatowym  przodem  nie  wyglądał  na  to.  Instruktor  zagwizdał,  i biologia  wskoczyła  do 
basenu.  Korcikowski  obejrzał  się,  jakby  chciał  złapać  Ludkę  na  zachłyśnięciu  się  wodą. 
Niestety, niestety, piąty  rok chodziła na basen,  i choć tylko  raz  w tygodniu czterdzieści  pięć 
minut,  o połykaniu  wody  dawno  nie  było  mowy.  Musiał  się  w tym  szybko  połapać,  bo 
wyszedł na swoich mokrych patykach. Krzywawych jakby. Ludka uparcie trenowała żabkę, 
ale nie wytrzymała, i spróbowała motylka. 

– Ludka, nie tak! – krzyknął instruktor z ławki. – Chcesz się uczyć motylka? 
– Nie! Skądże! – I dała nura, bo dziwnie się zawstydziła. 
Po  co  jej  motylek,  zawodniczo  startować  nie  będzie.  Otworzyła  oczy  pod  wodą,  ale  nic 

szczególnego nie udało jej się zobaczyć, poza czyjąś różową piętą. Brakło jej tchu, wypłynęła. 
Słaba  była  w nurkowaniu.  Postanowiła  poćwiczyć  w domu,  w wannie,  wszystko  jedno 
przecież,  gdzie  się  głowę  wsadzi  pod  wodę,  byle  nie  było  dostępu  powietrza.  Potem  trochę 
pływali  na  czas,  i tu  już  Ludka  odniosła  sukces.  Była  najlepsza  w dowolnym.  Piąty  rok, 
a opuściła  basen  trzy  razy,  kiedy  miała  anginę.  Czasami,  jak  bywały  duże  mrozy,  mało 
towarzystwa  przychodziło  na  basen,  to  pływali  godzinę  albo  i dłużej.  Ale  tak  w ogóle,  to  te 
czterdzieści  pięć  minut  mijało  nie  wiadomo  kiedy.  W lecie  to  dochodziła  „Legia”,  Wery 
Kostrzewy, wakacje. 

I już trzeba było wychodzić z basenu, bo następna grupa białych kostiumów niecierpliwie 

przestępowała z nogi na nogę. Ludka wzięła poduszeczkę szamponu jajecznego i myła włosy 

background image

pod prysznicem. Niedobrze mieć dziurawy czepek kąpielowy. Chlor bardzo wysuszał włosy. 
A żeby tak natrzeć oliwą, to wykluczone, bo kiedy?  I tak była w lepszej sytuacji niż zabytki 
przeszłości  z tapirem,  bo  kiedy  wychodziła  spod  suszarki,  fryzura  wymagała  tylko 
dokładnego  przyklepania  ręką.  A jak  sobie  radziły  te  biedne  zawodniczki,  które  musiały 
trenować  codziennie?  Biły  swoje  własne  rekordy  z sianem  na  głowie,  to  jest  charakter, 
owszem.  Ubrała  się  i wyszła  na  Emilii  Plater.  Jeść  jej  się  chciało  straszliwie,  ale  sama 
wstydziła się wejść na ciastko do kawiarni. Gdzie te czasy, kiedy kupowała „na wynos” dwa 
pączki i załatwiała na ulicy. A tu teraz tak: wejść do kawiarni, usiąść przy stoliku  – głupio; 
kupić  ciastko,  jeść  na  ulicy  –  też  nie  wypada.  Na  szczęście  w lodówce  była  grochówka  na 
kiełbasie, z krajanką. Przygrzeje sobie i trzeba będzie wziąć się za lekcje, nie ma rady. Sobotę 
jak  zwykle  przebąblowała,  a to  kołnierzyk,  a to  telewizorek,  a to  łazienkę  posprzątaj,  a to 
wyskocz no po chleb, a to idź już spać, bo taki młody organizm potrzebuje snu – i po sobocie. 
Tylko  że  po  sobocie  jest  niedziela,  a po  niedzieli  poniedziałek.  W tym  błąd.  Dwa  dni 
w tygodniu  powinny  być  wolne.  Toby  może  i coś  się  zrobiło.  Poczytało,  kina  obleciało  jak 
należy,  słówek  by  się  wkuło  choć  dwadzieścia,  na  uczciwy  spacer  poszło,  miasto  i ludzi 
pooglądało!... 

Jechała  tramwajem  i nagle  głośno  się  roześmiała.  Ludzie  popatrzyli  na  nią  z nadmierną 

i zbędną uwagą, a jakaś pani obok niej wyciągnęła lusterko i obejrzała w nim dokładnie swoją 
twarz. Ludka zawstydzona przytknęła nos do szyby. Też miało jej się gdzie przypomnieć, jak 
Korcikowski  gotował  pyzy  na  robotach.  Ta  pani  od  zajęć  praktycznych  może  i uczyła  ich 
życia  –  umieli  prasować,  szyć  w ręku  i na  maszynie,  czyścić  obuwie,  robić  broszki, 
świeczniki,  reperować  korki  –  ale  pyzów  Korcikowskiego  gotować  nie  nauczyła.  Marek 
najpierw nawet dosyć się zapalił do dzieła, ustawił się przy gotowych pyzach i robił kciukiem 
w nich  dziurki,  żeby  były  ładniejsze,  potem  pierwszą  partię  wrzucił  do  garnka,  zagotował 
i już  było  widać  wyraźnie,  że  mu  przeszło.  A tu  pariasi  ciągle  tarli  kartofle  i ciasta 
przybywało,  przybywało...  Najpierw  więc  zaproponował,  żeby  z ciasta  ulepić  bałwana, 
a kiedy spotkało się to ze złowrogim milczeniem nauczycielki, powiedział: 

–  Pani  profesorko,  to  może  byśmy  tak  zrobili  jedną  wielką  pyzę  i wrzucili  do  garnka? 

A potem sobie pokroimy po kawałku. 

Ale  i tu  nauczycielka  nie  wykazała  należytego  zrozumienia  i posłała  go  do  obierania 

cebuli do sosu. Obierał i mruczał: 

– No, to ja cię tu, cebulko, załatwię w ramach politechnizacji. 
Nagotowali pyzów tyle, że nie dali rady zjeść, i zaprosili do kuchni na ucztę IX B, która 

tydzień  przedtem  mało  wytwornie  i mniej  pracochłonnie  podejmowała  ich  kartoflanką 
i rozlatującymi  się  naleśnikami  z serem.  Korcikowski,  nie  można  powiedzieć,  zajadał 
godziwie, o mało się nie udławił, ale przełknął i wyrzęził liryczny sonet: 

– O pyzo, o pyzo, cóż byś uczyniła, o małoś Mareczka nie zadusiła. 
„Mareczek”! Ludka pogardliwie wzruszyła ramionami i wysiadła z tramwaju. 
Słońce  zdecydowanie  przestało  się  mieszać  do  spraw  kwietniowej  niedzieli,  zrobiło  się 

mrocznie  i chłodno.  Kwiecień,  maj,  czerwiec...  no,  można  przetrwać,  jak  człowiek  zatnie 
zęby. 

W  domu  Ludka  z talerzem  dymiącej  grochówki  usiadła  przed  telewizorem.  Nadawali 

reportaż  z Mongolii,  stada  baranów  malowniczo  włóczyły  się  po  pastwiskach,  i Ludka  już 

background image

zaczęła  rozważać,  co  by  mogła  ewentualnie  badać  w Mongolii,  kiedy  operatorzy  się  widać 
zmęczyli  i zaczęli  pokazywać  takie  bloki,  jak  w całej  Warszawie  i dzielnicy  Ludki.  Potem 
była  syrenka  (a  czas  walił  z kopyta  jak  tarpan)  i zapowiedzieli  Fredrę.  Fredro  mógł  się 
przydać,  ale  w żadnym  razie  nie  na  fizyce.  Nikt  nie  zatelefonował  przez  całą  niedzielę 
i Ludka  nakręciła  sobie  zegarynkę,  a potem  rozkład  jazdy.  Nigdzie  się  tak  zaraz  nie 
wybierała, ale dobrze było posłuchać, gdzie i o której można pojechać. Potem zadzwoniła do 
informacji „Lotu” i zapytała, czy jutro odlatuje samolot do Warny i jakie będzie mieć stamtąd 
połączenie  do  Istambułu.  Samolot  najprawdopodobniej  miał  odlecieć,  bo  prognozy  pogody 
były  dobre,  a połączenie  do  Istambułu  było  znakomite,  akurat  tyle  czasu,  żeby  trochę 
odpocząć  na  lotnisku  w Warnie  czy  kupić  prasę.  Podziękowała  tej  pani  i powiedziała,  że  to 
wspaniale, że będzie mogła zjeść obiad podczas lotu do Warny, bo w Warnie ma dużo spraw 
do załatwienia i nie wie, czyby zdążyła. 

No i już nie było rady. Musiała zgasić Fredrę i wziąć się za fizykę. 

background image


Koniec roku zbliżał się do Ludki żwawo, jak kot do okrawków szynki. Lekcje, jak zwykle 

na  wiosnę,  wydawały  się  dłuższe.  Pani  Mareszowa  przyłapywała  ich  tęskne  spojrzenia 
w stronę okna i informowała: 

–  Chciałaby  dusza  do  raju,  ale  grzeszki  nie  dają.  Kamińska,  zrobiłaś  dwa  błędy,  i to 

niestety  ortograficzne.  Błędów  na  „rz”  nie  robi  szanujący  się  uczeń  klasy  piątej  szkoły 
podstawowej, moje dziecko. Poczytaj sobie w parku na ławce zasady pisowni. 

A pan Kasperski szantażował: 
–  Piętnaście  procent  zostawię.  Piętnaście  procent.  Piętnaście  –  powtarzał,  jakby  się 

obawiał, że ma złą dykcję i widownia go nie zrozumie. – Przeliczycie sobie w dniu rozdania 
świadectw, jeżeli naturalnie umiecie obliczyć piętnaście procent od trzydziestu dziewięciu. 

– To ułamek jakiś pan profesor zostawi – zaczął obliczać Jacek Rachwalski. 
– Korcikowski, uważaj, żebym nie dołożył jeszcze trochę procentów. 
– Co znowu ja, panie profesorze, ja nic nie mówię – obudził się Marek. 
–  To  nie  Korcikowski,  tylko  Rachwalski  –  szlachetnie,  acz  nieco  drżąco,  przyznał 

Rachwalski i wypiął dumnie pierś. 

–  Rachwalski?!  Jak  jesteś  taki  mądry,  Rachwalski,  to  chodź  no  tu  do  tablicy. 

Balwikówna, ty dobrze wiesz, czego nie umiesz, i uważaj, żebyś nie zaokrągliła ułamka. 

– Kiedy ja się nauczyłam tego, czego nie umiałam, panie profesorze. 
– Chodź no tu do tablicy. 
– A ja nie? – ucieszył się Rachwalski. 
–  Rzeczywiście  –  zreflektował  się  pan  Kasperski.  –  Gdzie  się  dwóch  bije,  tam  trzeci 

korzysta. Balwikówna, siadaj. Rachwalski, siadaj. Przepytamy sobie Abanowicza, bo chłopak 
aż się wyrywa do odpowiedzi, od razu widzę. Abanowicz, do tablicy. 

– Abanowicz to zawsze kozioł ofiarny, bo w pierwszej ławce siedzi i pierwszy na liście – 

upomniał się o swoje ludzkie prawa Abanowicz. 

–  Jak  kozioł  ofiarny,  no  to  raz  kozie  śmierć  –  powiedział  pan  Kasperski.  –  Smaruj, 

kochasiu. Zadanie sto siedemdziesiąt cztery. Bierz książkę. A w jakim to piśmie przerwałem 
ci rozwiązywanie krzyżóweczki? 

–  W niedzielnym  „Życiu  Warszawy”,  panie  profesorze.  W pierwszej  ławce  to  człowiek 

nic nie może. W dziesiątej to będę siedział w ostatniej. 

– Obawiam się,  że będziesz siedział w dziewiątej. 
– Pan profesor nie wykładał, a brakowało mi osiem poziomo na pięć liter i sześć pionowo 

na sześć. Ja bardzo przepraszam. 

–  Nic  nie  szkodzi,  kochasiu,  nic  nie  szkodzi.  Sto  siedemdziesiąt  cztery  poziomo,  zaraz 

zobaczymy,  na  ile  liter,  ale  chyba  na  trzy.  Albo  na  pięć.  Zależy,  jak  to  powiemy,  ale  nie 
uprzedzajmy  faktów,  zależy,  jak  to  rozwiążemy.  No,  czego  się  gapisz,  Abanowicz? 
Przerabialiśmy  to  w pracowni  i nie  ma  nad  czym  się  zastanawiać.  Korcikowski,  co  ja 
powiedziałem? Powtórz moje ostatnie słowa, bo coś na skupionego nie wyglądasz. 

– Kiedy uszom własnym nie uwierzyłem, panie profesorze. O ile zmysł słuchu mnie nie 

zawiódł, to pan profesor powiedział, że nie ma nad czym się zastanawiać, a mnie pan profesor 
zawsze mówi: „Zastanów się, Korcikowski”. Czuję się dyskryminowany, panie profesorze. O, 
już  czuję,  jak  wpadam  w kompleksy,  panie  profesorze.  Abanowicz  to  się  może  nie 

background image

zastanawiać. 

–  Ty  wpadniesz  w końcu,  Korcikowski,  bo  moje  nerwy  mają  swoją  maksymalną 

wytrzymałość.  Ale  zanim  wpadniesz,  sprawdź,  mój  drogi,  z łaski  swojej,  jak  sobie  tam 
poczyna na tablicy twój znakomity kolega. 

– Całkiem dobrze, panie profesorze. Abanowicz to szachista. 
– Druga szachownica – wtrącił Abanowicz spod tablicy. – W ogóle to rezerwowy. 
– W międzyszkolnej? – zainteresował się pan Kasperski. – Nie widziałem cię na turnieju. 
– Bo Korcikowskiego wystawiają i Tomalę z jedenastej. Ale jak Tomala  zda maturę, to 

wskoczę  do  reprezentacji.  No,  powinno  być  dobrze.  –  Abanowicz  obejrzał  tablicę  z pewnej 
odległości jak malarz świeżo ukończony obraz. Przechylił głowę i pokiwał nią z uznaniem. 

– Stwierdza ktoś błędy? – zapytał pan Kasperski. – Nie widzę, nie słyszę, ustalamy przez 

aklamację, że Abanowicz dobrze się wywiązał z ciężkich zadań powierzonych jego barkom. 
Co  prawda  nie  było  to  zadanie  ponad  jego  młodzieńcze  siły,  ale  też  nie  mamy  powodów 
zrzucać  na  niego  za  to  odpowiedzialności.  Zrobił,  co  mógł  i co  do  niego  należało. 
Korcikowski, na ostatnim turnieju grałeś jak lampa naftowa. 

– Potem jestem lepszy, ale otwarcia mam słabe, panie profesorze. 
– W znajomości naszych błędów tkwi nasza siła. Powinieneś przestudiować otwarcia. 
–  To  świństwo,  panie  profesorze.  Amerykanie  podłożyli  się  Norwegom,  żeby  Polskę 

wyeliminować – powiedział Abanowicz. – Nasi szli jak burza, wyjątkowo. 

– Tylko odczepcie się od Norwegów – wyrwała się Ludka. 
– A właśnie, że się podłożyli – zdenerwował się Korcikowski, a potem zdenerwował się 

jeszcze bardziej, bo się zorientował, że jakby się do Ludki odezwał. 

– Przegrywaliście te partie? – pan Kasperski nie podjął sporu narodowościowego. 
– Wszystkie. Mamy wycięte. Możemy panu profesorowi pokazać. 
– Po lekcjach. Kto jest dziś asystentem? 
– Ja – przyznała się Kurkówna. 
–  To  szanowna  koleżanka  poprowadzi  zgłodniały  wiedzy  naród  do  pracowni.  Zrobimy 

sobie pewne doświadczenie. Tylko nie idziemy jak burza, a wyjątkowo cicho, bo naokoło nasi 
koledzy  w trudzie  i znoju  czołgają  się  właśnie  z suchymi  gardłami  do  krynicy  nauki. 
I bylibyśmy  okrutni  i niehumanitarni,  gdybyśmy  im  w tym  przeszkadzali.  Kurkówna,  po  co 
wleczesz krzesło do pracowni? 

– Dla pana profesora. 
–  „Eureka!”  –  krzyknięto  w wannie,  natomiast  na  siedząco  jeden  pan  przejechał  stację 

i spóźnił  się  na  ślub.  Czego  zresztą  nigdy  nie  żałował.  Kowalski!  Za  co  dałeś  pod  żebro 
Frączakowi? 

– A tak, panie psorze. 
– Frączak to nie jest worek treningowy, mimo że niekiedy podczas jego odpowiedzi nie 

jestem  tego  taki  pewny.  No  jazda,  już  was  widzę  w pracowni,  chyba  że  jest  to  objaw 
długoletniej pracy pedagogicznej i wkrótce będę widział białe myszki albo zielone wielbłądy. 

„Zielone  wielbłądy”  –  nie  było  to  najlepsze  określenie  pana  Kasperskiego,  bo  mogło 

klasie przypomnieć o pluskwie. Ale od tamtego czasu padło tyle rozmaitych wyzwisk na tylu 
rozmaitych  ludzi,  że  –  Ludka  bacznie  rozejrzała  się  po  twarzach  –  nikomu  to  się  nie 
skojarzyło. Pewnie i Korcikowski o tym zapomniał, tkwiło to tylko jeszcze w niej, w Ludce, 

background image

ponieważ jej dotyczyło. 

Ludka czuła się w klasie bardzo osamotniona, odkąd z ich szkoły odeszła Jadzia. Tyle lat 

przyjaźni!  A mama  Jadzi  spokojnie  wyprowadziła  się  do  spółdzielczego  mieszkania 
w odległej dzielnicy i zdecydowała, że Jadzia nie może tak daleko dojeżdżać do szkoły. Trzy 
miesiące  przed  końcem  roku!  Jadzia  płakała,  ale  to  nic  nie  pomagało,  bo  Jadzia  podobno 
w dzieciństwie  miała  krwotoki  z nosa,  choć  sobie  sama  nie  mogła  czegoś  takiego 
przypomnieć. 

Z  nauką  jakoś  jej  szło,  bo  wszędzie  pi  razy  oko  przerabia  się  to  samo,  ale  przez  dwa 

miesiące nie mogła się przyzwyczaić ani do szkoły, ani do dzielnicy, ani do nauczycieli. Raz 
przyjechała do nich na wagary, ale nie mogła przecież być w klasie – bo zaraz by poszedł po 
miedzianym  drucie  meldunek  do  jej  szkoły  –  więc  przesiedziała  pięć  godzin  w ubikacji, 
a godzinę z woźnym w szatni. Była z nimi w klasie tyle co na przerwie. 

Ludka  siedziała  przez  trzy  dni  w ławce  sama,  a potem  parę  dni  z Frączakiem,  dopóki 

Frączakowi  nie  zaczęły  w głowie  rozrabiać  ołowiane  żołnierzyki  i nie  ukłuł  jej  w nogę 
cyrklem  na  geometrii.  Ludka  wrzasnęła  na  całe  gardło,  a matematyczka,  nie  wikłając  się 
w wyjaśnienia,  że  to  „czysty  przypadek”,  dała  im  obojgu  po  uwadze  do  dzienniczka 
i rozsadziła ich natychmiast. 

– Ten szpikulec był zatruty – szepnął Ludce na pożegnanie Frączak. 
Pani  Mareszowa  przemeblowała  trochę  klasę  i na  miejsce  Jadzi  posadziła  Krysię 

Kamińską,  którą  Ludka  nawet  i lubiła,  ale  to  nie  była  Jadzia.  Krysia  Kamińska  kochała  się 
w Tomali z jedenastej klasy i miała puderniczkę. Ludka powiedziała jej o Tym Panu, i o tym, 
że jak wrócił kiedyś swoją skodą 1000 MB, to wyniósł z niej cztery duże paczki. Doszły do 
wniosku, że on zbiera antyki, bo bardzo ostrożnie te paczki niósł, jakby w każdej z nich była 
drogocenna waza etruska. 

Krysia,  która  czytywała  kryminały  i namiętnie  oglądała  „Kobry”,  zastanowiła  się 

wprawdzie,  czy  w tych  paczkach  nie  było  poćwiartowanego  trupa,  ale  wycofała  się  zaraz 
wobec  argumentu  Ludki,  że  trupy  się  na  ogół  wynosi,  a nie  wnosi.  Ale  o makulaturze  to 
Ludka  nie  miała  odwagi  jej  powiedzieć.  Z Jadzią  nie  zdążyły  tego  zrobić,  a choć  Jadzia 
czasem  przyjeżdżała  do  Ludki  po  południu,  Ludka  jakoś  doszła  do  wniosku,  że  byłoby  to 
wścibstwo. Zresztą może kiedyś. Zobaczy się. 

Jedną  tylko  korzyść  miała  Jadzia  z tej  zmiany  szkoły.  Nie  musiała  być  w jednej  klasie 

z Korcikowskim, nie przypominał jej tego upadku. Bo choć Jadzia się długo w Korcikowskim 
nie  kochała,  to  jednak  głupio  patrzeć,  że  się  kiedyś  tak  fatalnie  zlokalizowało  uczucia.  I to 
jeszcze  uczucie  bez  wzajemności.  Wzajemność  była  naturalnie  sprawą  drugoplanową, 
najważniejsze to było kochać się w kimś i móc mu się w myślach zwierzać z różnych rzeczy 
i wyobrażać  sobie,  co  to  będzie,  jeśli  coś  będzie  –  Ludka  to  rozumiała  doskonale  –  ale 
wzdychać  do  Korcikowskiego,  którego  się  ma  nieszczęśliwy  zaszczyt  oglądać  przez  pięć, 
sześć,  siedem  godzin  sześć  razy  w tygodniu,  to  nie  było  takie  szaleńczo  wesołe. 
A Korcikowski  wiedział,  że  Jadzia  do  niego  wzdycha.  Jadzia  nie  potrafiła  wzdychać 
w ukryciu. Odkąd – jak Kopernik – nagle ją oświeciło i doszła do wniosku, że się kręci wokół 
Korcikowskiego,  patrzyła  na  niego  przez  czterdzieści  pięć  minut  lekcji,  z wyjątkiem 
klasówek, a i tu też można by parę minut uzbierać. Na przerwach zawsze miała do niego kilka 
interesów i w ogóle tak manewrowała, żeby być blisko niego. Skończyły się spacery pod rękę 

background image

z Ludka  po  korytarzu,  porzuciła  drużynę  piłki  ręcznej  i przestała  przychodzić  do  szkolnego 
klubu  –  a każdy  gamoń  wiedział,  że  Korcikowski  nie  gra  w piłkę  ręczną  (czasem  trochę 
ćwiczył kosza) i nie przychodzi do klubu, bo mówi, że nie posiada czasu. Zajęty, patrzcie go, 
minister. 

Kiedy dla wszystkich w klasie – i trochę poza – wszystko było jasne, Ludka była pewna, 

że Korcikowski da Jadźce taki wycisk, że się jej odechce miłości na całe życie. Ale tak się nie 
stało. Jak Korcikowski napotkał wzrok Jadzi – trudno było zresztą nie napotkać, uśmiechał się 
do  niej,  zwyczajnie,  jak  człowiek,  nie  jak  małpa  czy  jakiś  cyrkowy  clown,  i Ludka  na 
początku  myślała,  że  Jadźka  ma  szansę.  Kiedy  miała  do  niego  na  pauzie  te  swoje  durne, 
wykombinowane rozpaczliwe interesy, Korcikowski był uprzejmy. To było nie do wiary, ale 
był  uprzejmy.  I ta  uprzejmość  coś  Ludkę  tknęła.  Zastanowiła.  Temperował  Jadźce  ołówki, 
pożyczał  gumkę,  zmieniał  wkłady  w długopisie,  tłumaczył  fizykę,  przyklejał  wycinki  do 
gazetki i przede wszystkim mówił: „proszę”. „Proszę” Korcikowskiego było czymś znacznie 
więcej, niż gdyby pan Kasperski wegnał do klasy dobrze utuczonego byka i walczył z nim na 
fizyce przy pomocy swojego czarnego parasola, nie mówiąc już o wylądowaniu Marsjan, bo 
tego  Ludka  się  spodziewała  w każdej  chwili,  na  to  była  od  dawna  przygotowana.  Ale  takie 
„proszę”  Korcikowskiego  było  absolutnie  nie  do  przewidzenia  i Jadźka  była  jedynym 
przypadkiem,  wobec  którego  to  stosował.  Czasem  nawet  posuwał  się  tak  daleko,  do  tego 
stopnia, że mówił: „Proszę cię bardzo. Naprawdę nie zrobiłaś mi żadnego kłopotu”. To trzeba 
słyszeć,  a Ludka  słyszała,  chociaż  ciągle  podejrzewała,  że  słyszy  głos  jak  Joanna  d’Arc 
i wkrótce będzie musiała stanąć na czele jakiegoś wojska. 

Kiedy  Jacek  Rachwalski  powiedział  głośno:  „Tyyy,  ta  Jadźkaaa”,  to  już  nie  dokończył 

tego, co miał do ogłoszenia, bo Korcikowski zasunął mu taką fangę w nos, że Jacek potoczył 
się pod kaloryfer jak wałek do ciasta. Z trudem Jacek się podniósł na komunikat o zbliżaniu 
się matematyczki i dzielnie, choć boleśnie, przeżył matematykę. To była na szczęście ostatnia 
lekcja.  Po  szkole  chłopaki  kazali  dziewczynkom  „natychmiast  opuścić  klasę”,  a kiedy  te 
zaprotestowały,  chłopcy  sami  wyszli.  Długo  stali  na  boisku,  Rachwalski  z Korcikowskim 
w środku,  dyskutowali  o czymś  z przejęciem,  ale  dziewczyn  nie  dopuszczali  blisko.  Ludka 
wprawdzie zdołała usłyszeć: „Jutro o piątej nad Wisłą”, ale choć domyślała się, że będą się 
prać, nie wiedziała – rano czy po południu, a i trudno było oblecieć cały warszawski odcinek 
Wisły,  szczególnie,  jak  się  nie  wiedziało,  po  którym  lecieć  brzegu.  Musiało  się  to  dziać 
o piątej rano, bo Korcikowskiego i Rachwalskiego nie było w szkole, a Kowalski przyniósł do 
klasy  dwie  pary  rękawic  bokserskich  i był  okropnie  tajemniczy.  Dopiero  po  czwartej  lekcji 
puścił trochę pary z gęby i powiedział, że wszystko było jak należy i jest o key, co w końcu 
też wiele nie wyjaśniło. No, obtłuc, to oni się dokładnie obtłukli, bo Jacek nazajutrz w szkole 
miał  zamiast  nosa  dobrze  wyrośnięty  buraczek,  a twarzyczka  Korcikowskiego  straciła 
jakąkolwiek symetrię, odchylenia w prawo prawego policzka były dość znaczne, a na oczach 
miał ciemne okulary „w myśl ostatnich wskazań okulisty”. 

Ludka  z szacunkiem  i jakby  z cieniem  zazdrości  patrzyła  na  Jadźkę.  Bili  się  o nią. 

Korcikowski  się  o nią  bił...  Korcikowski...  Ale  diabli  wiedzą,  o co  się  bił  Korcikowski, 
w każdym razie nie o Jadźkę, to wszystkim łatwo było zauważyć. Traktował ją jak przedtem, 
to  znaczy  jak  po  tym  swoim  przełomie,  znowu  było  „proszę”  i czasami  dochodziło  aż  do 
„proszę cię, Jadziu”, tyle, że teraz nikt już nie ośmielił się zrobić żadnej uwagi ani Jadźce, ani 

background image

jemu,  nikt,  kto  nie  miał  ochoty  stanąć  o piątej  rano  na  ringu  gdzieś  w krzakach  nad  Wisłą. 
A ponieważ ślady tej masakry przez dwa tygodnie były widoczne na obliczach obu chłopców, 
nikt  się  nie  kwapił,  może  z wyjątkiem  Artura  Kowalskiego,  który  by  najwyraźniej  jeszcze 
komuś posędziował, tak się coś puszył, zaczynał z chłopakami albo ich podpuszczał. Ale nie 
na temat Jadźki i Korcikowskiego. Bo takiego tematu po prostu wcale nie było. Te wszystkie 
„proszę”  mówione  ludzkim  głosem  to  była  zawsze  odpowiedź,  Ludka  się  w końcu  w tym 
połapała. Korcikowski nigdy nie miał do Jadźki żadnego interesu i nigdy się pierwszy do niej 
nie zwracał. Podobno na ulicy kłaniał jej się nawet po południu, ale nigdy do niej nie doszedł, 
choć  była  sama.  I nie  przychodził  na  zabawy  szkolne,  a przedtem  frekwencję  miał  raczej 
stuprocentową. I o ile Ludka po tym pojedynku rozmyślała, że Jadzia jednak ma szansę, o tyle 
wkrótce już wiedziała, że stoi ona na pozycji całkowicie spalonej. Korcikowski jej unikał. Nie 
demonstracyjnie,  ale  bardzo  konsekwentnie.  Do  Jadźki  to  w końcu  dotarło.  Różne  rzeczy 
mogła podejrzewać i kombinować, ale nie coś podobnego. To ją zbiło z tropu. Zwierzała się 
Ludce  potem,  że  była  dziwnie  niespokojna,  jak  oni  poszli  się  bić,  że  już  wtedy  coś  jakby 
przeczuwała.  Tak  naprawdę,  to  wtedy  nic  nie  przeczuwała  –  Ludka  ją  obserwowała  cały 
prawie czas – ale teraz już wiedziała na pewno. Nie było tu innego wyjścia, tylko odkochać 
się  w Korcikowskim.  Powzdychała  jeszcze  trochę,  jakoś  rzewnie  i smutno,  i cała  sprawa 
przeszła  bezboleśnie.  Kądzielski  był  poza  wszelkimi  rozważaniami,  ale  ten  szkutnik 
z dziesiątej, z którym  sobie czasem  rozmawiała  na schodach, okazał  się  pomocny. Poszli do 
kina na „Strzelby Apaczów”, i to już w czasie, kiedy Jadźka chodziła do innej szkoły, to coś 
znaczyło.  Poza  tym  Jadzia  raczej  nigdy  nie  zakochałaby  się  w Korcikowskim  od  „dzień 
dobry” i „proszę bardzo”. 

Korcikowski zresztą natychmiast  zapomniał o tych słowach, jak tylko  Jadzia odeszła ze 

szkoły, zupełnie jakby je wyjął z jakiegoś słownika, a potem wpadły mu nagle do włazu od 
kanalizacji. Kiedy Jadźka przyszła wtedy do nich na wagary, co to z nudów uczyła się pięć 
godzin w ubikacji, zapytał ją już normalnie: 

– Jak ci leci, wszystko klawisz? 
No, coś tak, jak się mówi. 
Ale już i Jadzia była w tym położeniu, że mogła rzec: 
– Git, szafa gra. 
A przedtem? Jaki git, jaka szafa, kiedy nic nie grało, języka w gębie zapominała i mogła 

tylko wybełkotać: 

– Marek, czy móóóóógłbyś mi zatemperować ołówek? 
Ale  tak  swoją  drogą,  o co  się  ten  Korcikowski  bił?  Ludka  to  jednak  zrozumiała. 

Zrozumiała  któregoś  popołudnia,  kiedy  napisała  ostatnie  już  w tym  roku  szkolnym 
wypracowanie z polaka i mama kazała jej wyczyścić dywan w większym pokoju. Wyciągnęła 
więc „omegę” z szafki w kuchni, ale nie mogła od razu zabrać się do czyszczenia, bo wpadł 
Kądzielski z IX  B pożyczyć książkę. Mama na  widok plerezy Kądzielskiego wychodziła do 
kuchni i tam się, zdaje żegnała. W każdym razie zawsze, jak ktoś wpadał do Ludki, to mama 
czymś częstowała, pogadała chwilę, a jak przychodził Kądzielski, z trudem coś odpowiadała 
na jego „bry ani” i już jej nie było. Kądzielski zerżnął wypracowanie – choć nie mieli tego 
zadane,  ale  mogli  mieć  –  wziął  książkę  i poszedł,  rzucając  w stronę  kuchni  „eenia  ani”,  co 
zostało skwitowane milczeniem. 

background image

Ludka  włączyła  elektroluks.  Na  ścianie,  tuż  nad  podłogą  siedziały  dwie  muchy.  Ludka 

ostrożnie zbliżyła do nich końcówkę elektroluksa. Nie chciała ich wciągać, tylko sprawdzić. 
Odfrunęły. Choć okna były otwarte, więcej much w pokoju nie było, więc pilnie śledziła lot 
tych dwóch. Jedna usiadła na suficie, co było stanowczo za wysoko na eksperymenty, a druga 
krążyła  nad  stołem.  Ludka  siedziała  na  tapczanie  i czekała.  Wreszcie  znowu  obydwie 
spoczęły na ścianie, w zasięgu elektroluksowej rury.  I znowu uciekły. Ścigała je trzy jeszcze 
razy, trzy razy miała je tuż, tuż i zawsze odfruwały. Wniosek był prosty: nie można wciągnąć 
żywej muchy w odkurzacz elektryczny. Mucha to był pretekst, nie problem, w rozważaniach 
Ludki, ale kiedy to odkryła, kiedy uświadomiła sobie tę straszną prawdę, na tropie której była 
już  dawno,  przejechała  dywan  po  łebkach,  powiedziała,  że  boli  ją  głowa,  i poszła 
pospacerować  po  ulicach.  Musiała  się  trochę  pozbierać,  żeby  móc  jutro  i pojutrze  iść  do 
szkoły, żeby móc mu spojrzeć w oczy i żeby móc na niego nie patrzeć. Bo nade wszystko nie 
chciała, żeby Marek się o nią bił. W ten sposób. Dlatego. 

background image

10 
– No i jak, Ludziku? 
– Wszystko dobrze, Stefan. A u ciebie? 
Siedzieli w tej samej kawiarni. Stefan postarzał się, skronie mu posiwiały, choć to nie te 

lata minęły, a miesiące. Ludki oburzenie i protest trwały, ale w tej lodowej skorupie były już 
rysy  i dlatego  mogła  siedzieć  w tej  chwili  w kawiarni  naprzeciw  niego.  Przy  stoliku  pod 
kaloryferem  dwóch  starszych  panów  zerkało  od  czasu  do  czasu  na  świat  zza  płacht  gazet. 
Stefan pominął pytanie Ludki. 

– Jakie masz świadectwo? 
– Trzy piątki. Ze sprawowania, z biologii i z WF. 
– To nie ma specjalnego tłoku w tych piątkach. A w trójkach? 
–  W trójkach,  owszem,  tłoczno.  Fizyka,  chemia,  roboty  praktyczne  –  bo  mi  się 

porozklejały  wszystkie  pierogi  z kapustą.  Wiesz,  w soboty  gotujemy  przez  trzy  godziny.  Ta 
młoda  nauczycielka  ma  trochę  szmera,  chce  nas  na  głupich  robotach  wszystkiego  naumieć. 
W pierwszym  okresie  źle  podłożyłam  listwę,  niby  się  miała  strzępić,  bo  nie  obrzuciłam, 
i wyczyściłam buty bez wody. 

– Co?! 
– Nie zwilżałam szmatki przy pastowaniu. To już dwie krechy. Potem miałam sprawdzić, 

który  nawalił  bezpiecznik,  bo  ona  najpierw  psuła.  Znalazłam,  i z  tej  skrzynki  na  narzędzia, 
którą  chłopaki  musieli  zrobić,  wzięłam  po  prostu  za  gruby  drucik,  wiesz,  nie  taki  rdzawy, 
cieniutki,  tylko  taki,  którym  związany  był  szczypiorek.  Wrzucili  tam,  barany,  do  skrzynki. 
Wywaliło wtedy korki na całym piętrze. Powiedziała, że mnie przez roboty nie zostawi, ale 
mi  przyrzekła,  że  w dziesiątej  klasie  będę  reperować  korki  w ciemno.  Potem  zaczęliśmy 
przerabiać  „Kuchnię  polską”  i nakrywanie  do  stołu,  to  znowu  widelec  kładłam  z prawej 
strony, a nie z lewej, choć ona „dziesięć razy to wszystko tłumaczyła”. Potem znowu tak jak 
mama zebrałam szumowiny z rosołu, a to wcale nie są szumowiny. 

– A co to jest, na miłość boską?! 
–  To  jest  skoagulowane  białko.  Bo  jak  mięso  jest  dobrze  wymyte,  to  co  to  może  być. 

I trzeba  pozwolić  się  temu  dobrze  wygotować,  a potem  rosół  trzeba  przecedzić,  żeby  był 
czysty i klarowny. 

– Co ty mówisz? Wszyscy zbierają. 
– Feudalizm. No i włoszczyzny nie związałam nitką, tylko rozwalała się po całym garnku. 
– A pierogi? 
– Mąka była słaba. Nie kleiły się. 
– A skąd wy macie pieniądze na te studia gastronomiczne? 
– Ona to załatwiła z intendentką, na naszą zgubę. W soboty sami sobie gotujemy obiad, 

wiesz,  z tych  pieniędzy,  co  to  byśmy  zjedli  w stołówce,  i co  kwartał  przynosimy  po 
dwadzieścia złotych. 

– Chłopcy też gotują? 
– Ich przede wszystkim piłuje. Gdybyś zobaczył, jak piekli pączki, tobyś się ze śmiechu 

nie pozbierał do końca życia. Abanowicz nadział pączek gumką „myszką” i, wyobraź sobie, 
akurat  na  niego  ten  pączek  trafił.  Potem  kazała  chłopakom  podsuwać  nam  krzesła,  jak 
mieliśmy  zasiąść  do  stołu,  to  połowa  dziewczynek  była  pod  stołem,  bo  oni  odsuwali,  a nie 

background image

przysuwali. W innych szkołach to chyba tego nie ma. W Jadzi szkole nie. I jeszcze ćwiczyła 
chłopaków, jak nas mają prosić do tańca i odprowadzać na miejsce. Oni najpierw powiedzieli, 
że na zabawach będą tańczyć sami z sobą, że krochmalą taki interes. Ale teraz nas już proszą, 
choć  jeszcze  co  drugi  wznosi  oczy  do  nieba,  jak  szura  nogami.  No,  można  mieć  piątkę 
z takich  robót?  Powiedziała,  że  na  wyplatanie  koszyczków  to  jest  specjalne  miejsce,  a my 
mamy umieć coś zrobić z tym, co jest w koszyczku. Łatwo? 

– Trudno. Nas takich rzeczy nie uczyli. 
– To mieliście klawo. 
– O, tak. 
– Ja wiem, Stefan. Wojna, powstanie. 
– Tak, my mieliśmy inne zajęcia praktyczne. 
–  Ale  robiliście  coś  wielkiego.  A my  skrobiemy  pietruszkę.  Cieniutko,  bo  witaminy, 

uprzednio  wyszorowaną  szczoteczką.  Czy  można  pietruszkę  traktować  poważnie?  No,  nie 
migaj się, tylko mi odpowiedz. Widzisz? To się nie dziw, że protestujemy. 

– Nie migam się, tylko ty mylisz dość różne rzeczy. 
–  Ja  wiem,  Stefan.  Ja  rozumiem.  Ale  taka  Teresa  to  chociaż  miała  kłopoty 

światopoglądowe. 

– Rany boskie! Jestem stary koń, ale jak z tobą siedzę, to czasami nie nadążam. A ty nie 

masz? 

– Żadnych. Nigdy nie miałam. Jakie to można mieć kłopoty? Wszystko jest jasne. Kto nie 

ma materialistycznego poglądu na świat, tego się nie bierze pod uwagę, ten od razu wylatuje 
z konkurencji. Kłopoty mogą być tylko wewnątrz tego światopoglądu, rozumiesz? To trzeba 
sobie poukładać w głowie, kapujesz. 

–  Nie  rozumiem,  nie  kapuję.  Bo  to  wcale  nie  jest  takie  proste.  Nikt  nie  wylatuje 

z konkurencji  tylko  dlatego,  że  nie  ma  materialistycznego  poglądu  na  świat.  Porozmawiaj 
kiedyś z takim, może ci mieć coś bardzo ciekawego do powiedzenia. 

– No, ale jakby tak za jakiegoś Innocentego któregoś wypuścić statek kosmiczny, to taki 

kosmonauta byłby przeklęty i spalony? Co? 

– W ten sposób do niczego nie dojdziemy. Widzisz, za Innocentego któregoś tam nie było 

warunków  technicznych,  żeby  wypuścić  statek.  I nie  było  warunków  psychicznych,  żeby 
Innocenty  to  zniósł.  Te  rzeczy  są  we  wzajemnej  zależności,  rozumiesz?  W pewnym 
obopólnym uwarunkowaniu. Czy mama zna twój materialistyczny pogląd na świat? 

– Mama zna, tylko ojciec nie zna. Ojciec by mnie stłukł, co mi już parę lat obiecuje. Co 

mama  może  powiedzieć,  jak  mama  przeszła  dla  ojca  z religii  ewangelickiej  na 
rzymskokatolicką? Mama nic nie mówi. A ty masz przecież materialistyczny pogląd na świat? 

– Pięknie mówisz. Całym zdaniem. Widać, że pachnące farbą świadectwo w torbie. Mam 

materialistyczny  pogląd  na  świat.  Tylko  że  kosztowało  mnie  to  wiele  nieprzespanych  nocy 
i nawet  czterdzieści  stopni  gorączki.  Poradzę  ci  coś.  Jedziesz  na  wakacje.  Będziesz  miała 
dużo czasu,  na początek zwątp w materialistyczny  pogląd na świat.  Przerażenie ogarnia, jak 
się słucha tego, co ty wygłaszasz. 

– Poważnie? Dlaczego? 
– A potem zwątp we wszystko. Ponieważ nie można we wszystko wątpić, po paru latach 

dojdziesz do jakichś wniosków. Albo jeszcze później. 

background image

– Ja chcę teraz, nie po paru latach albo i później. 
– Chcesz być biologiem, a możesz nim być już teraz? Jak chcesz zacząć wszystko ostro 

i prawdziwie, to wywróć sobie najpierw w głowie do góry nogami... Będziesz miała straszny 
zamęt, galimatias, ale potem zrozumiesz, co chcesz wywracać tak do końca. A jak trafisz na 
tę  swoją  najważniejszą  w życiu  sprawę,  to  się  nie  daj,  bij  i wierzgaj,  bądź  twarda... 
Chciałbym,  żeby  ci  się  to  lepiej  udało  niż  mnie.  I chyba  ci  się  lepiej  uda,  bo  masz  ku  temu 
bardziej sprzyjające warunki. Nie martwisz się o chleb dla matki, o lekarstwo dla Teresy, o to, 
że... – nie dokończył i przez chwilę trwali w milczeniu. 

–  Stefan...  –  Ludka  cofnęła  się  przed  pytaniem.  –  Stefan...  Teresa  w tym  roku  nie 

przyjedzie. Alek nie ma czasu przyjechać, a nie chce Teresy puścić w takim stanie. 

– Pisała do mnie. 
– Zawiadomiłeś ją... o tym? Stefan, wiesz, bardzo mi ciebie brakowało. 
– Mnie też, Ludziku. Nie zawiadamiałem jej, właśnie ze względu na to, że będzie miała 

dziecko. 

– Stefan... ja myślę, tak jak myślałam. 
– Wiem. 
– Ale się zachowałam wtedy jak gówniarz. Jak mały szczekający pinczerek, który leci za 

samochodem i ujada. 

– Tak. 
– Przykro mi. 
– Rozumiem. 
– Ja nie powinnam sądzić... 
– Tak. 
– Przebaczyłeś mi? 
– Nie ma już o czym mówić. Co tam jeszcze w szkole? 
– A nic. Zmoczyli kota sekretarce. 
– A skąd tam się wziął kot? 
– Bo ona uwielbia tę, uważasz, Mirellę i żeby się nie nudził w domu, to go czasem brała 

z sobą do pracy. No, kotu to się już szkoły na zawsze odechciało, taką dostał edukację. Jak tak 
można męczyć zwierzęta? Sjamka. 

– Była draka? 
– Oo! Znaczna. Ale musieli wykrycie sprawców odłożyć na po wakacjach, a wiesz, przez 

dwa miesiące kot wyschnie. Moja czwórka ze sprawowania też wyschła. 

–  Mogłaś  wylecieć  ze  szkoły,  Ludziku.  Bardzo  trudno  było  to  wszystko  wytłumaczyć 

dyrektorowi. 

– Rozmawiałeś z nim? Nie wiedziałam. 
– A po co miałaś wiedzieć? Masz wspaniałą profesorkę, tę panią Mareszową. 
–  No.  Wszyscy  wiedzą.  Ona  kiedyś  mówi  do  Rachwalskiego:  „Jacek,  ty  zdaje  się 

podpalasz pety po klozetach”. A Rachwalski się tak oburzył, że aż się zapomniał i mówi: „Ja? 
Pety? Pani profesorko? Ja nie palę! Pety! O, proszę, mam tu całą papierośnicę”, i wyciągnął 
z kieszeni  papierośnicę  pełniutką  sportów.  Pękaliśmy  ze  śmiechu  przez  kwadrans.  Ale  on 
potem przestał się śmiać, jak go wzięła do magla. Nie wiemy, co mu powiedziała, bo za nic 
się nie chciał przyznać, ale przestał podpalać, i pety, i całe. Fakt. A jak się chłopcy raz pobili, 

background image

nieraz się pobili, bo oni od czasu do czasu załatwiają tak gdzieś te męskie sprawy, naleją się 
po  pysku,  i klawisz,  ale  jak  ten  raz  się  pobili,  wtedy  kiedy  to  Rachwalski  miał  prawo  do 
pierwszego ciosu, którym podobno z mety zwalił z nóg przeciwnika... 

– Kochasz się w tym Rachwalskim? Bo coś dużo o nim mówisz. 
– W Rachwalskim?! – Ludka roześmiała się, jak zwykle w sposób nieopanowany. – Nie! 

Ale  przeciwnik  się  podniósł,  wiesz,  oni  czekają  spokojnie,  dopóki  się  nie  podniesie,  a jak 
stanie na nogach, to lu go, wiesz, naprawdę, przeciwnik stoi spokojnie, czeka i łup... 

– Wiem. 
– Biłeś się tak? 
–  No  pewnie.  Tylko  raz  przeciwnik  mnie  wepchnął  w pokrzywy,  a byłem  w krótkich 

spodniach. I pokrzywy mnie wykończyły. Podobno podskakiwałem jak pajac na sznurku. 

–  Więc  przeciwnik  wstał  i tak  przyrżnął  Rachwalskiemu,  że  Rachwalski  był  liczony  do 

dwunastu, bo oni  liczą do dwunastu,  te dwa to  poprawka na brak treningu  i podobno szkoła 
odbiera kondycję. 

– W przeciwniku? 
– Stefan! To oni mieli potem przez dwa tygodnie spuchnięte nosy i pod oczami im żółkło, 

kiedy przestało być fioletowo, to wszyscy profesorzy się pytali, co się stało, pan Kasperski nie 
pytał,  bo  wiedział,  to  znaczy  natychmiast  się  domyślił  i nawet  podśpiewywał  w pracowni: 
„Koguty  don  Josego  na  śmierć  zadziobały  się,  kto  piórka  chce  z czarnego,  a kto  z białego 
chce”. Tylko pani Mareszowa udała, że nic nie widzi. Klasa, co? 

Kiwnął głową z uznaniem. Ludka nie mogła oprzeć się wrażeniu, że on od początku chce 

jej powiedzieć coś ważnego i zwleka. Dopiła swój „Fruktowit” i zjadła szarlotkę. Stefanowi 
kawa już zupełnie wystygła, odsunął ją i poprosił o drugą. 

–  Zamówić  ci  krem?  –  zapytał  z takim  uśmiechem,  że  dla  niego  jedynego  na  świecie 

Ludka byłaby gotowa skoczyć w beczce z wodospadu Niagara i reklamować cocacolę. 

–  Zamów.  Myślałam,  że  będę  miała  dwóję  z francuskiego  –  powiedziała,  żeby  coś 

powiedzieć,  bo  dwója  z francuskiego  nigdy  jej  nie  groziła,  ale  Stefan  zawsze  bardzo  się 
interesował jej stopniami. 

–  Może  wpadnę  na  trochę  w lipcu  do  ciebie,  to  cię  podciągnę  –  rzekł  tym  nieważnym 

tonem, który nic nie znaczy. Tak zwane mielenie ozorem. 

Znowu zamilkli. Ludka gorączkowo szukała, co by tu jeszcze powiedzieć. 
– Durzyłam się cały rok. W jednym panu. 
– Co ty mówisz? To niesłychane! Sensacja wprost. No i co? 
– A nic. Przestałam się durzyć. Bo on wozi plastyk w skodzie 1000 MB. 
– Cooo?! No to co? – Stefan gwałtownie odstawił filiżankę i sięgnął po chusteczkę. – Nie 

wolno wozić plastyku w samochodzie? I zmiłuj się, co za plastyk? 

– On miał zbierać dzieła sztuki i być asystentem profesora Michałowskiego. 
–  I nie  udało  mu  się?  To  jakiś  już  całkiem  dorosły  facet?  Nie  durz  się  w dorosłych 

facetach. Stracisz bardzo wiele. A dlaczego nie został tym asystentem? 

– Był pisarzem, wiesz, Stefan... poetą. 
– Nie ma nic do powiedzenia? Muza przewrotna? 
– I miał być biologiem. 
– Szerokie miał plany. 

background image

– On nie wiedział o żadnych planach. Ja zresztą tego nie wiem. 
– Aaa! To o to chodzi! Zastrzeliłaś mnie tym plastykiem. Więc ty sobie wyobrażałaś, że 

on  jest  naj...  naj...  naj...  a chłopczyna  zarabia  na  życie,  handlując  jakimiś  tworzywami 
sztucznymi, tak? 

– Wiesz, wtedy kiedy odkryłam, co on wozi, to mi już na jego widok para z mózgu nie 

buchała,  ale zawsze to  był wstrząs. Bo jak  go pierwszy  raz zobaczyłam,  to  miał  pod pachą 
dwie tenisowe rakiety. Ale to wcale nie były rakiety. 

– A co to było? Tak cię zamroczył jego widok, że nie poznałaś? 
– Może on i gra w tenisa, ale nie tymi rakietami. To były próbki. Bo on robi – nylonowe 

naciągi. Między innymi. Może w pokoju za żółtą kotarą. 

– No to niech sobie robi i dajmy mu spokój. 
–  Wiesz,  ale  kręciłam  się  tak  koło  topoli,  jak  osa  koło  gruszki,  kiedy  on  rozmawiał 

z takim drugim. Stefan, mówię ci, ja już wtedy nie byłam tak zadurzona, właściwie wcale, ale 
myślałam, że zemdleję, jak oni mówili: „To skoczymy, stary, do Legionowa, jeszcze ta partia, 
piętnaście  kawałków,  kurs  do  Częstochowy,  skok  na  naciągi...”  Wiesz,  my  też  mówimy 
rozmaicie, ale to  nie  o to chodzi.  To było  co innego.  W każdym razie przestałam  się kręcić, 
poszłam do domu  i wydarłam  kartkę  z zeszytu,  gdzie coś kiedyś do niego chciałam  napisać. 
I szufla,  jak  mówią  nasze  chłopaki  po  mordobiciu.  Mam  go  z głowy.  Kiedyś,  jak  podnosił 
maskę skody, to ja o mało co z okna nie wypadłam, a jak rozmawiał z tym drugim, to też coś 
tam robił, ale to już było zwyczajne grzebanie. 

–  Biedaczyna.  Nigdy  się  nie  dowie,  jak  go  przepięknie  przystroiłaś,  ile  mu  wieńców 

wepchnęłaś na głowę. W tym jeden laurowy. 

– A co by było, gdybym tak nie wytrzymała nerwowo i jakoś go o tym zawiadomiła? 
– Coś by ci jednak chyba powiedziało: „Przepraszam, pan mi kogoś przypomina, ja pana 

wzięłam za kogoś innego”. 

– Ale nie zawsze tak jest? 
– Nie. Nie zawsze. Ludziku, chodźmy już. 
– Nie masz mi nic do powiedzenia? 
– Mam. Ale chodźmy. 
I tego dnia Ludka się już niczego nie dowiedziała. Stefan nawet nie wszedł na górę. 
– Szufla – powiedział i odszedł, lekko przygarbiony, choć zawsze się trzymał prosto jak 

narciarski kij. 

Nazajutrz  rano  przyszedł  –  Ludka  pomyślała,  że  Stefan  coś  nie  marzy  o spotkaniu 

z ojcem  –  i bardzo  niewiele  słów  zamienił  z mamą,  bo  wpadł  do  pokoju  Ludki  i nawet  nie 
dotknął jej ramienia, co zwykł czynić na powitanie, tylko zamknął drzwi i wyrzucił z siebie: 

– Wracam do Elizy. 
– Stefan! – Ludka w piżamie wyskoczyła z łóżka i rzuciła się mu na szyję. – Stefan! To 

cudownie! 

Wziął ją na ręce i posadził na krześle. 
–  A ja  ci  nie  powiedziałem  tego  wczoraj  w kawiarni,  bo  się  bałem,  że  z kolei  mnie 

wyrżniesz kremem. 

– Rozum ci pomieszało? – zapytała w osłupieniu i zaraz ocknęła się. – Proszę, niech pan 

spocznie – wskazała mu krzesło. – Zawiało cię, jak mówi mama? 

background image

– Nie obrazisz się? Nie będziesz niczym we mnie rzucać? 
– Nie. Słowo. 
– No więc cię przeceniłem. Czasami wydajesz mi się prawie dorosła. A ty tylko skoczyłaś 

w górę jak tyka od chmielu i ubierasz się ładnie. 

– Pan wybaczy, ale ja nie rozumiem pańskiej mętnej mowy. 
– O, jaka ładna spódnica! 
–  No!  Co?  Sama  ją  uszyłam.  Mojej  dorosłości  nie  można  przeceniać.  Należy  ją  tylko 

docenić i to mi zupełnie wystarczy. 

– No, to  nie mówmy już o tym,  odwiozę cię jutro samochodem  do naszej  uroczej  cioci 

nad Liwiec. 

–  Zdechnę  tam,  ciotka  mi  każe  szydełkować!  Ale  w sierpniu,  stary!  W sierpniu  jadę  na 

obóz. 

– Nie mówi się „zdechnę tam”, tylko „obawiam się, że tam będzie trochę nudno”, proszę 

wytwornej panienki. 

–  Miałam  jechać  pociągiem,  ale  to  klawo,  że  mnie  odwieziesz.  Stefan,  przestańmy  się 

wygłupiać. Gdzie ta mama wyszła? – spytała Ludka, bo usłyszała zamykanie zatrzasku. – Czy 
mama wie? 

–  Jeszcze  nie.  Przyszedłem  do  ciebie  wczoraj  pod  szkołę,  bo  chciałem  cię  zobaczyć 

i chciałem, żebyśmy razem powiedzieli. I jak mama wróci ze sklepu, bo pewnie tam poszła, to 
jej powiemy. 

– Jakby tam nie było, to mama zawsze wyruszy dla synusia po świeże jajeczka i zaraz mu 

usmaży omlecik z pieczareczkami. 

–  Tak,  właśnie  tak.  Mama  zaraz  przyjdzie  i usmaży  synusiowi  omlet  z pieczareczkami, 

które zresztą stale przechowuje w lodówce na wypadek, gdyby synuś wpadł. 

– Taka jest między nami różnica, że mama przechowuje niektóre rzeczy przede mną, jak 

na przykład borówki. O, już czuję, jak wpadam w kompleksy – jak mówi... 

– Jak kto mówi? 
– A nikt. 
– Aha. 
– A Eliza już wie? 
– Wie. 
– Cieszy się? 
– Nie. To znaczy tak. 
– Wybaczyła ci to czup... no... 
– Nie, tego mi nigdy nie wybaczy i o tym chcę z tobą porozmawiać, ale pod warunkiem, 

że nie będziesz zadawać głupich pytań. Pamiętaj, żebyś nigdy w życiu przy Elizie nie zrobiła 
na  ten  temat  żadnej  uwagi.  Żadnej.  Żebyś  sobie  miała  ozór  przygryźć  tymi  swoimi  trochę 
wystającymi zębami. Nie chciałaś spać w szynie, szczeniaku, to teraz pięknaś, korę drzewną 
powinnaś obgryzać. 

–  Zarzucasz  coś  mojej  urodzie?  Stefan,  tak  się  cieszę!  Znowu  wszystko  będzie  jak 

dawniej. 

– Nigdy już nie będzie tak jak dawniej, i myślałem, że ty to już zrozumiesz i oburzysz się 

po raz drugi. 

background image

– Ale dlaczego, Stefan? Dlaczego wtedy... a teraz... 
– Wtedy, to już nieważne. Teraz... Widzisz, nie można dwunastu lat życia spakować do 

walizki ani wyjąć z kieszeni i położyć na stole. I Jacek. 

– A czemuś taki filozof nie był przedtem? Dobrodzieju? 
– Byłem taki filozof. Tylko myślałem, że jestem mocny. Ano nie. I sądziłem, że pojęłaś tę 

moją  cechę  i będziesz  uważała,  że  teraz  robię  jeszcze  gorzej.  Że  już  wolałabyś,  żebym  był 
konsekwentny. Usprawiedliwiam się przed tobą, smarkaczu, bo się czuję za ciebie moralnie 
odpowiedzialny.  Chcę,  żebyś  wszystko  zrozumiała,  skoro  nie  ma  osobnych  klatek  dla 
podlotków  –  choć  bardzo  by  się  przydały  –  i podfruwajki  muszą  żyć  w naszym 
skomplikowanym świecie, stykać się z tym i owym i błędnie to sobie interpretować. No więc 
czuję się za ciebie odpowiedzialny, zupełnie tak jak za Jacka Balwika. A wiesz dlaczego? 

– Rada bym wiedzieć. 
– Tego nigdy dobrze wiedziała nie będziesz, bo miałaś szczęście urodzić się w roku tysiąc 

dziewięćset pięćdziesiątym trzecim. 

– Tak, tak, i nic z tego nie rozumiem, możesz nie kończyć, w kolejce po mięso umoralnią 

mnie  tak  samo.  To  chyba  nie  moja  wina?  I mam  całe  buty,  a wy  chodziliście  boso,  i szkołę 
mam  bezpłatną,  i nie  pod  górkę,  i jeść  mi  się  nie  chce,  a tylko  mara  wymagania,  i nie 
doceniani  warunków,  jakie  mi  stworzyliście  własną  krwią,  odwal  się,  wiem,  że  mam  dobre 
warunki, i dla twojej przyjemności w podartych butach nigdzie uczęszczać nie zamierzam. 

– No, słucham, słucham. Teraz powinnaś powiedzieć, że się na świat nie prosiłaś, tylko że 

wtedy tak cię huknę w głowę, że klepek będziesz szukać do końca świata. Powiedziałem ci 
sam. W głowie masz mieć wszystko rozkudłane, ale myśl, a nie wstawiaj mi takich banałów, 
bo mnie mdli i nie będę  mógł  zjeść omletu z pieczarkami. Jak dotąd jeszcze słowo  o butach 
nie padło. Ale padnie. 

– Domyślam się. 
– Ale nie o twoich. 
– To też wiem, biedny Stefanku w drewniaczkach. I o zeszyciku, co to był z jednej strony 

do polskiego, a z drugiej do matematyki. A w środku? Do czego służył środek? 

–  Ze  środka  wyrywałem  kartki,  robiłem  łódeczki  i puszczałem  w rynsztokach  – 

powiedział Stefan spokojnie, aż Ludkę przeszło mrowie ze strachu, że on ją naprawdę huknie. 

Włożyła szlafrok chcąc ukryć zmieszanie, bo jej się zrobiło całkiem głupio. Nie myślała 

tak,  jak  powiedziała,  ale  jego  słowa,  podobne  do  tylu  słyszanych  już  słów,  zapaliły  w niej 
przekorę  i bunt.  Można  w końcu  zbłądzić,  ale  trzeba  się  zreflektować  i do  tego  błędu 
przyznać. 

– Przepraszam cię, Stefan. 
– No, no. W porządku – i ujął ją ręką za ramię – ja cię rozumiem. Ale uważaj, to, żeby 

zrozumieć  ciebie,  stanowi  dla  mnie  pewnego  rodzaju  wysiłek,  muszę  wchodzić  w inny 
całkiem odrębny świat. Więc i ty się może potrudź i chciej zrozumieć mnie. Nie rozmawiałem 
o tym z tobą wcześniej, bo czekałem, aż trochę dorośniesz. Dorosłaś już, do cholery, czy nie? 

– Dorosłam, proszę wytwornego pana. 
–  Zacząłem,  że  nie  zrozumiesz  tego  nigdy  dobrze  i tego  nikt  absolutnie  od  ciebie  nie 

wymaga,  nikt  nie  chce  cię  niczym  obarczać,  ale  musisz  coś  wiedzieć,  żeby  chociaż  trochę 
zrozumieć innych. 

background image

– No dobrze już, dobrze. 
– Nasi rodzice są starzy i zmęczeni. 
–  Tak,  wiesz,  ojciec  faktycznie  ostatnio...  ale  ja  robię  w domu,  co  mogę,  choć  mi  się 

czasem  nie  chce.  Za  to  ty  im  nie  oszczędziłeś  ostatnio  wstrząsów.  „Wnuczek!”  Żebyś  ty  to 
słyszał. 

– Bo to jest jedyna rzecz na świecie, której nie można zrobić dla rodziców. I nawet nie 

wolno. Tu każdy człowiek musi decydować absolutnie sam. No więc, do ciężkiego pioruna, 
zaczęłaś to swoje nędzne życie w jako tako uporządkowanym świecie. 

– Tego to bym nie powiedziała. 
–  Huknę  cię!  Swoją  drogą,  nauczyciel  to  ostatni  bohaterski  zawód  w tej  epoce.  Mieć 

takich czterdzieści łbów, wściec się można! Kosmonauta to betka przy tym. 

– Wiesz, ja jestem cicha na ogół i niekłótliwa. Tylko mnie prowokujesz. Ja sobie myślę 

często coś wprost przeciwnie, ale dla świętego spokoju nie ogłaszam. 

– Zamknij swoje krostowate oblicze, bo w ten sposób do niczego nie dojdziemy. Każde 

twoje odezwanie wymaga albo fizycznego unieszkodliwienia cię, albo dłuższego wywodu. Bo 
na  przykład  teraz  powinienem  powiedzieć,  że  nie  należy  niczego  nie  ogłaszać  dla  świętego 
spokoju, ale nie powiem, bo zmierzam do czego innego. 

–  Mam  tylko  dwie  krostki  na  czole  i jedną  na  policzku,  więc  sobie  wypraszam  obelgi. 

I zaraz je przypalę spirytusem salicylowym, i do jutra śladu. Już tak z piętnaście załatwiłam. 

– Ludziku... 
– Dobrze. Słowo. 
– Kiedy się miałaś urodzić, to mama się bardzo cieszyła. 
– Do pani Ziuty wyraziła się odwrotnie. 
– Na początku, głąbiu. Ale potem cieszyła się niesłychanie. Kiedy jednak już zaistniał ten 

godny  ubolewania  fakt,  że  się  zjawiłaś  na  świecie,  matka  się  rozpłakała  i powiedziała:  „No 
chociaż jednemu mojemu dziecku nie będzie zimno i nie będzie głodne”. 

–  To  znaczy,  że  nawet  w tym  radosnym  momencie  myślała  o swoim  ukochanym 

Stefanku. 

–  Biedne,  niekochane  maleństwo,  dziewczynka  z zapałkami.  Myślała  o swoim 

ukochanym Stefanku i o swojej ukochanej Tereni, bo im nigdy nie mogła dać tego, co tobie. 
Ale w pewien sposób matka Stefankowi i Tereni dała więcej, choć to jej nie przyszło na myśl. 
Dała im niejedne pół metra kartofli, przyniesione na własnych plecach, w butach, do których 
zelówka była przywiązana konopnym sznurkiem, bo papierowy raz rozmiękł i matka zelówkę 
zgubiła  po  drodze.  A potem  matka  tarła  te  kartofle  odmrożonymi  rękami  przez  całe  długie 
godziny  i sprzedawała  z nich  krochmal,  żeby  Stefankowi  i Tereni  kupić  do  reszty  kartofli 
mleka czy sacharyny. 

– Kiedy tak było i co to jest sacharyna? 
– Kiedy Teresa się urodziła, a ojciec poszedł do obozu. Nie musisz wiedzieć, co to jest 

sacharyna.  Takie  pigułki  bardziej  słodkie  niż  cukier,  a po  których  było  gorzko,  jakby  się 
wypiło pół litra wyciągu z piołunu. Żebyś ty wiedziała, jaki był kiedyś ojciec! Pamiętam, jak 
w zimie wychodził przed dom, mieszkaliśmy wtedy tam, gdzie nasza urocza ciocia, rozebrany 
do pasa, nacierał się śniegiem, żartował, dowcipkował, śmiał się. 

– Ojciec dowcipkował? Śmiał się? 

background image

–  A kiedy  wrócił  z obozu,  opuchnięty,  przekonany,  że  tylko  Pan  Bóg  go  stamtąd 

wyratował,  bo  w ludzi  już  nie  wierzył...  no,  nic.  Jedliśmy  obiad.  Teresa  nie  chciała  wyjść 
z kąta i przywitać się z ojcem, nie znała go, bała się go. Ale i ja nie mogłem nic powiedzieć. 
Jedliśmy obiad i ojciec nie umiał nabrać marchewki na widelec, pochylał się nad talerzem, i w 
końcu  jadł  łyżką.  Ale  wreszcie  wziął  widelec,  bo  widział,  jak  mu  się  przyglądam, 
i marchewka poleciała mu po brodzie, po marynarce, na spodnie. Wstał od stołu i na tydzień 
zamknął  się  w pokoju,  wpuszczał  do  siebie  tylko  raz  dziennie  matkę,  która  przynosiła  mu 
jeść.  I chodził.  Po  calutkich  dniach  chodził  po  pokoju,  a ja  za  ścianą  myślałem,  że  sobie 
głowę  rozwalę  choćby  o poręcz  żelaznego  łóżka...  Potem  poszedł  do  pra–  cy,  powoli 
wszystko  się  normowało,  mama  poszła  do  pracy,  a wreszcie  Stefanek  na  studia.  Rodzice 
chcieli  Stefankowi  wynagrodzić  te  kartofle  i robili  dla  Stefanka  więcej,  niż  mogli.  Ale 
Stefanek  tego  już  nie  widział,  bo  doszedł  do  wniosku,  że  jest  młody  i coś  mu  się  od  życia 
należy.  I nie  widział,  do  głowy  mu  nie  przyszło,  że  rodzice  są  jeszcze  także  bardzo  młodzi 
i im  się  także  coś  od  życia  należy.  Więc  Stefanek,  ten  domowy  geniuszek,  zawalił  rok 
studiów, bo myślał, że poza nauką ma jeszcze wiele rzeczy do odrobienia. Stefanek był już 
wyżartym,  zdrowym  byczkiem,  przyzwoicie  ubranym,  a Teresa  wspaniale  śpiewała  „wlazł 
kotek  na  płotek”  i trzeba  jej  było  kupić  pianino.  Matka  ciągle  nosiła  jedyne  swoje 
przedwojenne palto i opowiadała, jak to się świetnie nosi ten przedwojenny bielski materiał. 
Na łokciach to on się już wcale nie nosił, łokci nie było. Kiedy Stefanek wreszcie to wszystko 
zobaczył, to przysiągł sobie, że teraz on się nimi zajmie, teraz jego zmiana. Tylko że rodzice 
powoli wyciągali się z tej biedy i łatwo było Stefankowi dojść do wniosku, że nie ma takiej 
palącej  potrzeby.  I szedł  już  pan  architekt  swoją  drogą,  duma  rodziny,  tak  świetnie  zrobił 
dyplom,  sąsiadki  zazdrościły  takiego  syna,  a potem  synowej,  pani  architekt...  Kiedy  ty  się 
urodziłaś, to było dla rodziców wielkie szczęście, ale ja już wiedziałem, że oni są zmęczeni, 
i postanowiłem  zająć  się  tobą.  Czego  ryczysz,  idiotko.  Teraz  już  wszystko  jest  dobrze. 
Rodzice  się  cieszą,  że  „wykierowali  dzieci  na  ludzi”.  Oni  naprawdę  nie  zdają  sobie  z tego 
sprawy,  że  coś  już  mają  poza  sobą  i że  najpiękniejsze  lata  wpakowali  w swoje  rozkoszne 
bachorki.  Nie  wyobrażają  sobie,  że  mogłoby  być  inaczej.  Czy  słysza–  łaś,  żeby  któremuś 
z nich coś było potrzebne? Jak sobie coś kupują, to się usprawiedliwiają sami przed sobą: „No 
muszę  kupić  nowe,  bo  to  mi  się  już  całkiem  rozlatuje”.  To  jest  już  jakiś  nawyk.  Przestań 
buczeć, nie chciałem cię rozczulić, chodziło mi o to, żebyś z pewnych rzeczy zdawała sobie 
sprawę. 

– Stefan... gdybyś mi nie powiedział... ja chciałam zacząć truć o elastyczny kostium... 
–  Teraz  kostium  nie  ma  nic  do  tego.  Chciałem  tylko  żebyś  umiała  spojrzeć  na  matkę 

i ojca  i zastanowiła  się  kapkę  od  czasu  do  czasu.  Kiedy  cię  ofukną  albo  są  zdenerwowani, 
albo cię nie rozumieją. To wszystko. Mama wraca. 

– Stefan, ja wiem. Ale dziś mama się tak ucieszy, że może byś ty... mam prośbę. 
– No? 
– Żebyś ty w mamie zmienił stosunek do żółwi. 
– Do żółwi?! 
–  Bo  mama  już  powiedziała,  że  dobrze,  że  mi  kupi  dwa  na  urodziny,  a kiedy  tam 

poszłyśmy  do  tego  sklepu  na  Nowym  Świecie,  to  mama  mi  wstydu  narobiła,  krzyknęła: 
„Nigdy  w życiu!  Zemdlałabym,  jakby  mi  po  domu  chodziło  coś  takiego!”  Złapała  mnie  za 

background image

rękę  i uciekła  ze  sklepu.  Mam  stówę,  dołożyłabym,  chodzi  głównie  o mamy  uczuciowe 
podejście.  Ja  im  sama  będę  trzeć  marchewkę  i kupować  sałatę  z tygodniówki,  chodzi  tylko 
o to, żeby mama się zgodziła. Mama mi kota za to chce kupić, ale kotów nie lubię. Widzisz, 
żółw jest pozostałością... 

– Spróbuję – jęknął Stefan. – Pakuj się, jutro jedziemy. 
Ale o piątej rano. Bo muszę cię tam zainstalować i wrócić do Warszawy. 
– O piątej rano? To ja pojadę pociągiem. 
– Pół do szóstej. Ostatnie słowo. Choć w ten sposób minie jeszcze jeden rok, w którym 

nie uda ci się obejrzeć wschodu słońca, staruszko. 

– Ludka? Jadłaś śniadanie? To chodźcie do kuchni. Zrobiłam wam omlet z pieczarkami. 

Ale szybko, bo wystygnie – powiedziała mama w szparę uchylonych drzwi. 

background image

11 
Dwa były miejsca na świecie, gdzie Ludka się nie wybierała, dwa miejsca, które uważała 

za  szmirę,  reklamę  gumy  do  żucia.  Były  to  Hawaje  i Monte  Carlo.  No,  chyba  żeby  już 
objechała  absolutnie  cały  świat  i na  Hawajach  albo  w Monte  Carlo  miała  jakąś  przesiadkę. 
A trzecie  –  to  urocza  ciotka  i jej  dom.  Tymczasem  jednak  całe  dnie  spędzała  nad  Liwiec–
River i przyglądała się narybkowi płoci, który trzymała przed oczami w słoiku, a wieczorem 
po  zachodzie  słońca,  wylewała  z powrotem  do  rzeki.  „Urocza  ciocia”  zajmowała  połowę 
domku,  który  pomalowany  był...  Ano  właśnie,  bardzo  dziwacznie  był  pomalowany.  Ciotki 
połowa  wyglądała  jak  karawan,  a ta  druga  jak  negatyw  karawanu.  Było  to  znakomitym 
tegorocznym wynikiem wieloletnich sporów – nie tylko w kategoriach estetycznych – między 
ciotką  a współwłaścicielką  tej  wstrząsającej  wyglądem  willi.  Jeśli  kłócącym  się  od  zawsze 
i dożywotnio  paniom  zależałoby  na  zwiększeniu  atrakcyjności  tego  obiektu,  żadne 
konsultacje  z plastykami  nie  dałyby  tak  piorunujących  efektów.  Nie  było  takiego  mocnego, 
który  by  się  przed  tym  domem  nie  zatrzymał.  Trudniej  trochę  przychodziło  ciotce  złowić 
lokatora.  Wynajmowała  dwa  pokoje  –  jeden  na  stałe,  a drugi  bez  pieca  –  na  lato.  Jaki 
przypadek  przy  pomocy  sterty  spróchniałego  drewna  złączył  na  życie  i śmierć  te  dwie 
szanowne  damy,  tego  Ludka  nie  wiedziała,  w każdym  razie  nie  był  to  przypadek  ślepy. 
Przypadek  wiedział,  co  robi.  Życie  obydwu  pań  bez  tych  zmurszałych  desek  byłoby  puste 
i czcze, pozbawione sensu i życiowych soków. Kiedy dojechali, Ludka pomyślała, że Stefana 
fiat  850  nie  zechce  tam  parkować  przez  pół  godziny,  sam  włączy  trzeci  bieg  i odgazuje 
stamtąd czym prędzej. A ona miała tu mieszkać cały miesiąc! Stefan omalże nie wjechał na 
sosnę i całkiem wyraźnie odjęło mu mowę, kiedy się gramolił z auta, a potem wlókł w stronę 
uroczej  cioci  oczekującej  dumnie  na  ganku,  ze  świeżo  wyszydełkowanym  szalem  na 
ramionach. 

– Dobrze, że nareszcie przyjechaliście. Chodź no tu, dziecko. Jak wyrosłaś od ubiegłego 

roku! A owsianki na mleku to zjecie?  

– Ciociu, na miłość boską, co ciocia zrobiła? – jakoś zdołał zapytać Stefan. 
– Aaaa! Pewnie masz na myśli przemalowanie! A co! Jak ona przemalowała, to chyba nie 

mogłam założyć rąk i biernie czekać. 

Stefan  też  nie  czekał  biernie.  Wniósł  walizkę  i torbę  Ludki,  zrezygnował  z owsianki, 

pocałował  cioteczkę  w rękę,  docisnął  gaz  do  dechy,  aż  wpędził  dwie  ciotki  kury 
w przejściowy szok nerwowy. Ludka weszła do mrocznego pokoju i z rezygnacją usiadła przy 
stole. 

– Śniadanie jadłam w domu, dziękuję. A tu mamusia przysłała cioci placek. Ciociu, czy 

ciocia nie mogłaby sprzedać tego domu i nie użerać się tak z tą panią? 

– Zwariowałaś? Sprzedać ten dom? Moją krwawicę? 
–  Jaką  krwawicę,  ciociu.  Podobno  wujek  kupił  te  pół  domu  na  letnisko  z wygranej  na 

loterii. 

– No, ćwiartka mu wtedy padła. Duża suma. A ty się nie wymądrzaj, bo to ci nie wypada. 

Kino,  telewizja,  filmy,  które  powinny  być  od  dwudziestu  sześciu  lat,  kolonie  letnie 
z chłopakami, nago nad rzeką i tak to jest. Bo ja tego niby nie widzę. 

– Ciociu, nikt nago na plażę nie chodzi. 
– To co, chcesz powiedzieć, że te dwie wstążeczki to są kostiumy do opalania się? I po co 

background image

się opalać? Jaka to karnacja? 

–  Ciociu,  nad  morzem  w ten  sposób  ciało  chłonie  więcej  jodu,  i w  ogóle,  promieni 

ultrafioletowych. 

–  Jak  jakieś  przyzwoite  ciało  potrzebuje  jodu,  to  połyka  w tabletce  albo  w soli,  jak 

w Szwajcarii. Za głupią mnie masz? Za zacofaną? 

– Ciociu, jak ciocia może. 
– Duża dziewczyna się z ciebie zrobiła, już nie jesteś dzieckiem i w tym roku ci już tak 

nad rzekę chodzić nie pozwolę. Sama ci kostium uszyję. O, z tego – pokazała cienką kapę na 
łóżku. 

– Mam cały, nie dwuczęściowy. 
– Ano to sobie obejrzę. 
–  A dlaczego  filmy  od  dwudziestu  sześciu  lat?  A nie  od  dwudziestu  pięciu?  –  zapytała 

Ludka chcąc zagadać jakoś sprawę kostiumu. 

– Bo są takie rzeczy, których nie powinna wiedzieć mężatka z dwojgiem dzieci. A ty to 

pewno już wiesz wszystko. W szkole podobno uświadamiają. 

– No. U nas to późno. A w Szwecji to podobno w dziewiątym roku życia. 
– Nie. No tego to mi już nie powiesz. 
– Zapobiegają, żeby dzieci nie przeżywały wstrząsów, jak się gdzieś na lewo dowiedzą. 
– Ciebie pewnie uświadamiali już po wstrząsie? Skoro jesteś taka mądra? 
– Żadnego wstrząsu nie przeżywałam, bo ja będę biologiem. Z tego powinny być czytanki 

w elementarzu i nikt by się niczemu nie dziwił. 

–  No  i przez,  te  mądrości  tacy  wy  jesteście.  Żadnych  uczuć.  Nic  romantyzmu.  Czekaj, 

wody się napiję. 

–  Kto  takich  głupstw  cioci  nagadał?  To  jest  przyroda,  biologia,  natura,  a uczucia, 

a romantyzm, o, ciociu, to... to zupełnie co innego. 

– Powiedz mi prawdę. Ale tak z ręką na sercu. Ty się już pewnie całowałaś z chłopakami? 
– Ciociu! Co ciocia... to trzeba się z kimś... nie  całowałam się, co ciocia sobie w ogóle 

wyobraża. 

– Sama już rzeczywiście nie wiem, co sobie wyobrażać o tych czasach. Czekaj, śniadanie 

ci przyniosę. Dobrze, że przyjechałaś, wniesiesz tu trochę życia. Szkoda, że wujka swojego 
nie znałaś, mojego męża. Ale to nawet Teresa nie znała, bo umarł przed wojną. Przyjrzyj mu 
się, o tam, na portrecie... 

– Co roku się przyglądam. 
– To dobrze. Nigdy dość przyglądania się takiemu człowiekowi. 
– Ładne wąsy miał wujek. 
–  Ach!  Przecudne!  Teraz  długie  wąsy  niemodne,  a mężczyzna  bez  wąsów  wcale  nie 

wygląda, nie ma żadnego uroku. 

– Czyja mogę już iść nad Liwiec? 
– O ósmej rano? 
– Nie opalać się, tylko swoje stare miejsca odwiedzę. 
– A to idź. Tylko wróć, jakbyś była głodna. Naleśników zrobić na obiad, co? 
– No, pomogę cioci smażyć. O pierwszej przyjdę. 
Codziennie  największych  wysiłków  wymagało  wyjście  z domu.  Wymanewrować  tak, 

background image

żeby  wyjść  i ciotki  nie  urazić,  nie  przerwać  jej  w pół  zdania.  Bo  potem  ciotka  zapominała. 
Pogrążała  się  w swoje  sprawy  i obojętne,  czy  Ludka  wracała  po  godzinie,  czy  po  ośmiu, 
witała ją: 

– A to dobrze, moje dziecko, że już przyszłaś. 
Ludka  wolałaby  ten  miesiąc,  kiedy  nie  wyjeżdżała  na  kolonie  czy  na  obóz,  spędzać 

w domu, chodzić sobie na basen czy nad Wisłę, ale stało się to już rodzinnym zwyczajem, że 
się jeździło do ciotki, której można było potem wręczać jakieś pieniądze, mówiąc: „No, daj 
spokój,  Ludka  całe  wakacje  u ciebie  siedzi  i pokój  ci  zajmuje”,  jakby  ktokolwiek  wierzył 
w pomyślny  rezultat  polowania  na  lokatora  do  pokoju  bez  pieca.  Ciotka  była  wielką 
skrupulantką,  a utrzymywała siebie  i te pół budy z renty. No i jeszcze ten lokator „na stałe”, 
który najczęściej okazywał się przelotnym ptaszkiem. Ale ciotka, mimo gderań i utyskiwań, 
była  z życia  szalenie  zadowolona.  Jej  pogoda  ducha  była  niezachwiana,  a unia  ze  światem 
kompletna, wyłączając może tylko „młodzież współczesną”.  I jakoś ładnie była stara. Ludka 
nie  wiedziała,  na  czym  to  polega.  Ale  była  złośliwa,  czasem  wprost  dziecinnie.  Jak  z tym 
malowaniem. Od dwóch lat – po „śmiertelnej” kłótni – nie rozmawiała z właścicielką drugiej 
połówki  (czego  sobie  obydwie  bardzo  widocznie  nie  mogły  darować),  ale  wystarczyło,  że 
tamta pomalowała swoje zewnętrzne ściany na niemal czarno, żeby się nie brudziły, a futryny 
drzwi  na  biało,  żeby  było  wesoło,  ciotka  natychmiast  („natychmiast”  trwało  trzy  tygodnie) 
swoje  ściany  wypacykowała  na  biało,  a futryny  na  czarno.  Największym  jednak  numerem 
ciotki była krowia kołatka – no tym to już Ludka była zachwycona. Gdzie tę kołatkę ciotka 
zdobyła, nie wiadomo, w każdym razie chciało jej się wyjść z łóżka pewnej wietrznej nocy, 
wziąć  drabinę  i zawiesić  kołatkę  na  sośnie,  która  rosła  tuż  przy  oknie  współwłaścicielki. 
Tamta  miała  myśleć,  że  ją  straszy  jej  nieboszczyk  mąż,  i rzeczywiście  tak  myślała,  bo 
zanosiła  świeczki  do  kościoła,  a ciotka  za  firanką  zanosiła  się  ze  śmiechu.  Ciotki  gadanina 
czasem  Ludkę  złościła,  czasem  bawiła,  ale  przyznać  trzeba,  że  jak  niekiedy  ciocia  rąbnęła 
pytanie, to Ludce tchu brakowało, jak choćby z tym całowaniem, kiedy ze wstydu nie mogła 
podnieść  głowy  i liczyła  frędzle  w lnianym  obrusie.  Ludka  zawsze,  wchodząc  na  ten  ganek 
(ganek  miał  pośrodku  olejną  czerwoną  farbą  wymalowany  pas  –  strefa  neutralna),  myślała 
sobie:  „To  niemożliwe,  żebym  tu  wytrzymała  dwa  dni”.  A potem  była  cały  miesiąc 
i odjeżdżała  jakby  z żalem.  Tylko  kury  tu  zgodnie  kwokały  i gwizdały  na  piaszczyste  wody 
terytorialne.  Najpierw  ciotka  miała  jedną  kurę,  to  tamta  kupiła  dwie,  to  ciotka  dokupiła 
trzecią, to tamta jeszcze jedną i tak doszły do szesnastu czy siedemnastu na głowę. Nie było 
tego  drobiu  czym  wykarmić  ani  gdzie  trzymać,  więc  musiały  zgodnie  uciąć  kurom  łby 
i sprzedać  ciała  na  targu.  Od  trzech  lat  stan  kurzego  meczu  był  2:2,  przy  czym  ciotki  kury 
były podobno bardziej tłuste i miały w jajkach „żółtsze żółtka”. Ciotka groziła czasem Ludce 
wieczorem: 

–  Jak  będziesz,  moje  dziecko,  przyzwoitą  panienką,  to  ci  te  pół  domu  zapiszę 

w testamencie.  Chciałam  zapisać  Stefankowi,  bo  tu  się  urodził,  ale  Stefankowi  to  już 
niepotrzebne. 

Ludka myślała wtedy, jak to czasem ryzykownie być przyzwoitą panienką. 
W  odległości  pół  kilometra  od  tego  głośnego  bądź  milczącego  frontu,  niedbale 

i nonszalancko – wiła się? płynęła? ciągnęła? – leżała rzeka Liwiec. Tak, rzeka Liwiec leżała, 
bo ani nie płynęła, ani się nie wiła. Wić to się może i wiła w znaczeniu rysunku, ale na pewno 

background image

nie  w znaczeniu  ruchu.  Stała  sobie  w słońcu  i wygrzewała  stare  kości.  Jeśli  Ludka  rzuciła 
w jej  rozszalały  nurt  patyk,  po  piętnastu  minutach  patyk  gnany  spienionymi  wodami  Liwca 
przesuwał  się  o jakieś  piętnaście  centymetrów.  Ludka  nazywała  więc  rzekę  Leniwcem. 
Głębokość Leniwca równała się długości ołówka. Ludka w towarzystwie słoika spędzała nad 
Leniwcem  długie  godziny.  Brodziła  w rzece,  płukała  stopy  (bo  pływać  tam  mogła  tylko 
płotka w średnim wieku, karp by już nie zdzierżył) i od czasu do czasu polewała się wodą. 

Coraz  trudniej  było  nad  Leniwcem  znaleźć  spokojne  miejsce,  takie,  co  to  można 

wyciągnąć  się,  zamknąć  oczy  i założyć  ręce  pod  głowę,  bo  starsi  wszystkie  wady  Leniwca 
uznali  za  zalety  i upstrzyli  obydwa  jego  wiklinowe  brzegi  koloniami  dla  maluchów. 
Faktycznie,  potopić  się  szczeniaki  nie  miały  gdzie,  choćby  nie  wiem  jaką  przejawiały 
gorliwość. Co najwyżej  wody mogły się z Leniwca ożłopać, która mogła im się mylić z nie 
dostudzonym  kompotem  z suszonych  śliwek.  Maluchy  odwalały  swoje  dzieciństwo  z takim 
piskiem i wrzaskiem, że Ludka brała kocyk i torbę i szła sobie rzeką powoli, pod prąd, w tak 
zwaną  górę,  co  wymagało  fizycznego  wysiłku  równego  możliwościom  motyla.  Żeby  sobie 
spokojnie pomyśleć. A myśleć sobie było o czym, oj, było. I to było takie myślenie, że lepiej, 
żeby ludzie człowieka przy tym nie oglądali. 

 
Możliwe, że mijał kolejny rok, podczas którego Ludka nie widziała wschodu słońca, ale 

wtedy,  o pół  do  szóstej,  zobaczyła  coś  bardziej  dla  niej  przejmującego.  Wschód  słońca 
w ogóle  w życiu  widziała,  był  piękny  i kolorowy,  kiedy  trwał,  ale  we  wspomnieniu, 
w myśleniu  o nim,  już  tak  nie  wzruszał,  nie  ściskało  się  serce  i do  oczu  nie  napływały  łzy. 
A kiedy myślała o tym, co zobaczyła... 

Wstała  wtedy  pół  do  piątej,  chciała  zaimponować  Stefanowi.  Cicho,  żeby  nie  budzić 

rodziców,  poszła  do  łazienki,  ubrała  się,  a potem  zrobiła  sobie  śniadanie.  Kiedy  Stefan, 
punktualny jak strażak  z wieży Mariackiej  w Krakowie, wszedł  w drzwi, Ludka siedziała na 
walizce  z możliwie  najbardziej  obojętnym  i wyniosłym  wyrazem  twarzy,  na  jaki  mogła  się 
wysilić. Położyła na stole swoją kartkę do rodziców. 

 
No to jadę. Odwiedźcie mnie w niedzielę. Placek dla cioci wzięłam i będę pilnować, żeby 

się nie pokruszył. Całuję Was 

Ludka 

 
Zatrzasnęli drzwi i zeszli szybko po schodach, bo Stefan naprawdę się spieszył. Wsiedli 

do samochodu, Stefan nacisnął sprzęgło i przekręcił kluczyk w stacyjce. 

– Poczekaj chwilę! Zgaś silnik! – krzyknęła Ludka. 
– Co się stało? 
– Nic. Możesz już jechać. 
– Kuku? – i ruszył. 
Ludka nie odpowiedziała. Bo w czasie tego krótkiego dialogu zobaczyła na własne oczy, 

co jest takiego niezwykłego w Marku Korcikowskim. 

Zza  zakrętu  bocznej  uliczki,  prostopadłej  do  ulicy  Ludki,  wyjechał  wózek  z mlekiem 

niedbale  popychany  przez  Marka  Korcikowskiego.  Pchał  go  lekko,  powoli,  ostrożnie,  jakby 
mu  się  tego  robić  nie  chciało  albo  jakby  starał  się  nie  narobić  hałasu.  Przed  wejściem  do 

background image

jednej  z klatek  schodowych  zatrzymał  wózek,  zdjął  z niego  metalową  skrzynkę 
z przegródkami na butelki, dźwignął ją do góry, opierając przez sekundę na kolanach i wniósł 
w drzwi.  Był  w teksasach  i choć  poranek  był  chłodny  –  w rozchełstanej  pod  szyją  czarnej 
koszulce polo. 

Milczała przez całą drogę do ciotki, co Stefan kąśliwie przypisał wczesnemu zerwaniu się 

z łóżka  przez  osobę  w tak  podeszłym  wieku.  Teraz  dopiero  nasuwały  jej  się  różne 
skojarzenia,  łączyła  w całość  rozmaite  wypowiedzi  Marka,  które  zawsze  traktowała  jako 
przejaw  zgęszczonego  kabotyństwa,  zgrywy  albo  pozy.  Przypomniała  sobie  prywatę 
u bliźniaków – Kurków, kiedy to państwo Kurkowie byli tak szlachetni i uczciwi, że poszli na 
film  dwuseryjny  i pozwolili  zwinąć  dywany.  Było  przygotowanych  dużo  kanapek 
i dwadzieścia  pięć  lodów  „bambino”  w lodówce,  napojów  gazowanych,  ile  kto  chciał,  a na 
deser litr rozpuszczalnika benzynowego i pudło pasty „słońce”, bo dziewczynki zobowiązany 
się, że doprowadzą do porządku parkiet po tańcach w pantoflach. Były to piętnaste urodziny 
bliźniaków  i bliźniacy  przygotowali  piękne  dekoracje,  wszędzie  na  nitkach  zwieszały  się 
owoce:  jabłka  i pomarańcze,  osadzone  na  wbitych  w nie  ostruganych  zapałkach.  Bardzo 
ładnie to wyglądało i Ludka zazdrościła im pomysłu, bo ona na swoje imieniny zrobiła tylko 
sałatkę jarzynową i kotyliony oraz kupiła kilo cukierków. Śmiechu było  u bliźniaków dużo, 
bo niech ktoś spróbuje ugryźć sobie takie dyndające jabłko, nie przytrzymując go rękami. 

Marek Korcikowski wkroczył elegancki jak prawdziwy Burbonik, w ciemnym garniturze, 

dżersejowym  czarnym  krawacie  i w  białej  koszulki,  u której  rękawy  wystające  spod 
marynarki  były  zapięte  na  spinki.  Przyniósł  im  w prezencie:  kwiatki  dla  Jasi  (reszta 
chłopaków aż zsiniała z zazdrości, że im coś takiego nie przyszło do globusów, takie to było 
wytworne), scyzoryk dla Heńka, ale taki poważny scyzoryk, nie żeby tam były dwa ostrza na 
krzyż,  tylko  z dziesięć  różnych  końcówek,  i dwa  bilety  do  teatru  „Komedia”,  w drugim 
rzędzie i, jak się okazało po fakcie, w środku. 

Jaśka, która pierwszy raz w życiu dostała kwiatki, zaczerwieniła się i zaczęła je wąchać 

od końców, wreszcie wsadziła do wazonu i wybełkotała: 

– Coś tyle forsy wydał, z choinki się urwałeś? 
– A co to, nie pracuje się czy jak? 
Ludka  też  na  książki  wybuliła  dwie  tygodniówki  –  piętnastolecie  to  powiedzmy  sobie 

szczerze  nie zwyczajne  urodziny,  tylko  to  już jest  coś  –  ale  nie  można  się  pochwalić,  żeby 
książki były takim znów oryginalnym prezentem. 

– A gdzież to szanowny kolega się zaczepił? – chcieli się dowiedzieć chłopcy. 
–  Dostojny  jubilacie.  Mógłbyś  zobaczyć  na  własne  oczy,  gdybyś  nie  był  susłem  – 

powiedział Marek. – Ale tak, słaba nadzieja. Firmę z dziadkiem prowadzę. 

– Oczyszczanie powietrza od wyziewów nauki? Nareszcie ktoś się tym zajął. Szacunek. 

A co robi pański czcigodny dziadek w tej instytucji? 

– Figurant. Firmuje. Wódz, który nigdy nie był na froncie. Rozkazy tylko z fotela wydaje: 

„Żebyś  mi  nie  zhańbił  nazwiska!  Wszystko  ma  być  w porządku!”  Bo  mnie  nie  chciano 
powierzyć  kierownictwa  ze  względu  na  młody  wiek.  Doceniano,  co  prawda,  moje  wysokie 
kwalifikacje... 

– Kolega jest na pensji u dziadunia? 
–  Podział  dóbr  materialnych  między  mną  a moim  Wielkim  Dziadkiem  wygląda 

background image

rozmaicie. Ogólnie rzecz biorąc dochody dzielimy na trzy. 

– A któż trzeci jest w tej spółce? 
–  Moja  czcigodna  matka,  która  bierze  interesy  przedsiębiorstwa  na  swoje  barki  przez 

jeden miesiąc w roku, kiedy wyjeżdżam na obóz. 

–  Tyy,  już  przestań  zasuwać,  bo  mdło  się  robi  od  twoich  bredni.  Adapter  puszczać. 

Udajemy się w pląs. 

Więc  Marek  wtedy  mówił  prawdę  i ani  jedna  osoba  w to  nie  uwierzyła.  Więc  ani  się 

z tym  nie  krył,  ani  nikogo  nie  przekonywał.  Powiedział,  nie  uwierzyli,  nie  rozpaczał  z tego 
powodu. A nikt nie mógł się przekonać na własne oczy, bo kto i po co wstawał o piątej rano! 
To  pewnie  dlatego  Marek  zaproponował,  żeby  się  naparzali  o piątej  rano  nad  Wisłą,  że  dla 
niego  takie  wstawanie  było  rzeczą  zwyczajną!  Czy  tego  dnia  ludzie  zastali  pod  drzwiami 
puste  butelki,  czy  też  Czcigodny  Dziadunio  ruszył  się  z fotela  i zrobił  inspekcję  swoich 
okopów? 

Ludka  położyła  się  na  brzuchu  i zaczęła  pisać  w swoim  zamykanym  zeszycie,  znowu 

pustym po wyrwaniu kartki z tym Panem: 

Marek, to jest męskie i wspaniale. Ja się kuliłam w samochodzie mojego brata, Stefana, 

bo  nie  chciałam,  żebyś  mnie  zobaczył.  Chciałabym  bardzo,  żebyśmy  się  zaczęli  do  siebie 
odzywać. Jestem nad rzeką, która się nazywa Leniwiec, i codziennie nastawiam sobie budzik 
na piątą rano. Ty się nigdy o tym nie dowiesz, boja ci tego nigdy nie powiem, choćbyśmy się 
zaczęli odzywać, ale wiedz, że... Jak budzik zadzwoni, to ja się budzę, ale nie mam co robić, to 
czytam  do  ósmej  książkę  albo  sobie  myślę,  jak  Ty  tam,  w Warszawie,  chodzisz  po  ulicach, 
a czasem sobie wyobrażam, że ja chodzę z Tobą. Wiesz, że mówić to ja nawet umiem, ale tego 
mówienia nie umiem przetłumaczyć na pisanie, więc nie gniewaj się, że tak głupio piszę, ale 
Ty  też  nie  jesteś  w pisaniu  specjalny  kozak.  Teraz  to  sobie  myślę,  że  ja  już  od  początku  to 
wiedziałam, co wiem teraz, a to z Tym Panem to były głupie wymysły i ja to wszystko, co jemu 
mówiłam, to mówiłam Tobie. Ale Ty byłeś dla mnie zawsze niegrzeczny i kanciasty. Teraz to 
mi  już  nie  przeszkadza  i możesz  sobie  być,  jaki  chcesz,  bo  wiem,  jaki  jesteś.  I od  dziecka 
uważałam,  że  wzajemność  jest  sprawą  drugorzędną,  najważniejsze,  że  jesteś  i że  jesteś  tego 
wart. Chociaż mi jest bardzo smutno i właściwie w tego rodzaju nagłych wypadkach powinno 
istnieć  jakieś  pogotowie.  Liczę  dni,  ile  to  jeszcze  do  obozu,  to  sobie  razem  popływamy 
w jeziorze.  Na  obozie  będą  płetwy  i maski  płetwonurków,  to  będziemy  razem  nurkować, 
choćbyśmy  się  dalej  do  siebie  nie  odzywali.  Myślę  sobie  czasami,  że  ty  mnie  lubisz,  bo 
dlaczego  mnie  jedyną  tępisz  i zwalczasz,  a żadnej  innej  dziewczynki  nie.  Tylko  jesteś  hardy 
i nie chcesz się narazić na jakiś obciach, choć ja bym ci obciachu nigdy nie zrobiła, tak sobie 
myślę, bo złapałam, cię dwa razy, jak na mnie patrzyłeś w klasie, kiedy myślałeś, że nie widzę, 
i nigdy dla mnie nie byłeś uprzejmy. Kiedy tak sobie myślę, to serce mi się zamienia w mokrą 
gąbkę. Ale jeśli nie patrzyłeś na mnie, tylko na pierwiastki chemiczne, które wiszą nad moją 
głową, to też nie szkodzi. Choć nie powiedziałabym, że nic... 

A  słońce  spiekło  jej  –  polanę  wodą  w kolorze  kompotu  z suszonych  śliwek  –  plecy  na 

ugotowanego raka. 

background image

12 
W  pociągu  wiozącym  ich  na  obóz  Ludka  była  skazana  na  towarzystwo  Henia  Kurka, 

z którym  przedtem  nie  rozmawiała  prawie  nigdy,  bo  Henio  nie  miał  materialistycznego 
poglądu na świat. Ale nie miał też innego. I tu Stefan popełnił błąd w ocenie, Henio nie miał 
jej nic ciekawego do powiedzenia. 

Reszta towarzystwa w przedziale spała, tylko Henio i Ludka trzymali się. Ludka – bo nie 

umiała spać na siedząco, a Henio – bo mu mama dała za dużo żarcia na drogę. 

– A wyrzućże to już przez okno, nie ćpaj tyle – zdenerwowała się Ludka. 
– Kiedy mama mi powiedziała, żebym nie wyrzucał. 
– Och, ty maminsynku. To ja ci wyrzucę i będziesz miał czyste sumienie. Dobra? 
– Dobra! – Ucieszył się i Ludka cztery jajka na twardo posłała nocy na kolację. 
– A może Jaśka ma mało? – zastanowił się. 
– Wierzysz w to? 
– Nie. Nam dają wszystko równo. 
–  Przyjedziemy  na  śniadanie,  człowieku,  dawaj  kiełbasę  –  mówiła  Ludka,  której 

mlaskanie Henia przeszkadzało w wyglądaniu przez okno, chociaż nic nie było widać. 

– A może kto zje? 
– Kto ci zje, jak każdy targa swój tobół. Pies jaki sobie znajdzie, to zje. 
– Ale to grzech. 
– Nie grzech, tylko nie w porządku. Równoważnik pieniężny by lepiej wypłacili. 
– Noo! – zapalił się Henio. – Nam dali na razie po stówie. A tobie? 
– Sto dwadzieścia i swoich miałam sto. Dwieście dwadzieścia. 
– Niemało. 
– Mało. Na miesiąc? 
– Pewnie że mało – zgodził się Henio. – Może przyślą. Napisze się, że słabe jedzenie. 
– To ci z walizką kopytek przyjadą. Człowiek się ze wstydu nie może podźwignąć. Lepiej 

napisać, że ci się buty rozwaliły. 

– To ci kupią kamasze i wyślą pocztą – rzekł Henio. – Cholera, Korcikowski to tam ma ze 

trzy stówy, najmarniej. Kino dziewuchom funduje. 

– Komu kino funduje? 
– Spotkał Jaśkę i Zośkę w „Muranowie” i... 
– ...i co, jąkało. 
– I nic. Biletów im nie zafundował. 
– No przecież mówisz, że zafundował, durniu. 
– Tak mi się powiedziało. 
– Zielone wielbłądy widzisz? 
–  Nie.  Tylko  je  po  kinie  zabrał  do  „Uśmiechu”  i zapłacił  cały  rachunek.  Dwadzieścia 

osiem  pięćdziesiąt.  Starzy  pewnie  bogaci.  Możesz  wyrzucić  tę  kiełbasę,  bo  faktycznie  nie 
zjem, a nie będę miał grzechu. 

– A nadziej ty się swoją kiełbasą. Nie mam co robić, tylko byle komu kiełbasę wyrzucać. 

Sam sobie wyrzuć. 

– Tąpnięta – obraził się Henio. 
– Daj kawałek ugryźć, bo ja paczkę z jedzeniem wsadziłam do garnka w kuchni. 

background image

– Zjedz całą. Chcesz bułkę? 
– A z czym? 
– Z żółtym serem. 
– Dawaj. A co było w tym „Uśmiechu”? 
– A nic. Potańc. I jakaś pogadanka. 
– To Korcikowski do Jaśki? 
– Nie. Tak sobie tylko poszli, bo już lekcji nie było żadnych. Szli ulicą i doszli. 
– To daj drugą bułkę. 
– A chcesz kotleta? 
– Jakiego? 
– Mielonego. 
– Możesz dać. Masz kompot? 
– No, trzy półlitrówki. O, diabli nadali. Jedna mi pękła. Leje się. 
– Cud boski, żeś ty nie pękł. 
– Co się śmiejesz, jak sama zasuwasz. 
– Ty, Koziołek Matołek. Nie śpij, bo cię okradną. 
–  A to  niech  mnie  okradną  –  zdecydował  Henio  Kurek  i po  ostatniej  sylabie  zapadł  od 

razu w głęboki sen. 

Ludka zdążyła jeszcze się ucieszyć, że nie jadą na obóz linią elektryczną i że lokomotywa 

wyrzuca  z siebie  długie  snopy  świetlików,  kiedy  z niemałym  zdumieniem  przekonała  się 
rano, iż potrafi spać na siedząco. 

Jeszcze wszyscy nie wysiedli z pociągu, kiedy zaczęła się afera, bo Machowskiej z byłej 

dziesiątej  zginęły  złote  myśli.  I nie  tylko  myśli  samej  Machowskiej,  ale  i takie,  które 
Machowska  przepisywała  przez  dwa  lata  do  grubego  brulionu  z książek  nie  figurujących 
w spisie  lektur  obowiązkowych.  Kto  konkretnie  myśli  rąbnął,  nigdy  nie  dało  się  dociec, 
natomiast  chłopaki  w marszu  zgrupowali  się  wokół  Patowskiego  (z  byłej  dziesiątej) 
i wykrzykiwali: 

– O rany, niech ja skonam! No niech mnie świnia powącha! 
Wreszcie Machowska wpadła jak kamień  w środek  grupy, huknęła Patowskiego pięścią 

w głowę  i wyrwała  brulion.  Ale  chłopcy  byli  już  tacy  rozweseleni,  że  Machowskiej  nie 
wypadało nic innego, jak iść na końcu i pochlipywać. 

Ludka,  nauczona  smutnym  doświadczeniem  Machowskiej,  postanowiła  natychmiast  po 

przyjściu na miejsce wyrwać kartkę z Markiem ze swojego zeszytu i spalić albo zakopać. No, 
niechby to się dostało w czyjeś ręce! Ci chłopcy to naprawdę czasami zupełne świnie, sami 
siebie  powinni  wąchać.  Niby  dorośli,  niby  to,  niby  tamto,  a zachowują  się  jak 
z powszechniaka!  Nie  wiadomo  kiedy  i skąd  naładowali  Heniowi  Kurkowi  kamieni  do 
plecaka  i ten  to  targał  przez  pół  kilometra,  aż  mu  się  pasy  w plecy  wrzynały,  zanim  się 
zorientował,  że  coś  nie  tak.  Marek  Korcikowski  szedł  w czołówce  i podrygiwał,  jakby  się 
z czegoś  cieszył  albo  ćwiczył  hali–gali.  Wreszcie  przerwał  te  igraszki  i wziął  w drugą  rękę 
walizkę Lucyny Krzemińskiej z byłej dziewiątej B. 

Lucyny Krzemińskiej. Lucyny! To imię poraziło Ludkę jak ostre światło, kiedy się długo 

przebywa  w ciemności  i potem  gwałtownie  otworzy  oczy  na  blask.  Aż  się  skuliła,  jakby 
dostała cios w żołądek. To imieniem Lucyny nazwał łódź! Nie, nie, nie, co by tu zrobić, żeby 

background image

o tym  nie  myśleć.  Lucyna  Krzemińska  miała  aktualnie  z piętnaście  krostek,  widocznie  nie 
znała  sposobu  ze  spirytusem  salicylowym,  i w  ogóle  nie  była  żadną  Sophią  Loren.  A może 
miała  bogate  życie  wewnętrzne?  Czym  mogła  tak  zaimponować  Markowi,  że  wziął  jej 
walizkę,  choć  sam  taszczył  swoją  torbę? Pani  Mareszowa  co  prawda  mówiła  im  na  męskiej 
godzinie  wychowawczej,  że  powinni  pomagać  nosić  coś  koleżankom,  ale  od  tego  czasu 
minęły trzy miesiące i były wakacje, a w wakacje zapominało się o różnych rzeczach. 

Ludka  zastanowiła  się  nad  swoim  wyglądem.  No,  nie  było  z tym,  jak  należy.  Zęby  nie 

były  bardzo  wystające,  ale  jednak.  A ona  ciągle  o tym  zapominała  i śmiała  się  od  ucha  do 
ucha. Postanowiła się nie śmiać. To będzie korzystne dla zębów, i może dawać do myślenia, 
że  ona  ma  bogate  życie  wewnętrzne.  A włosy?  Krzemińska  miała  włosy  na  topielicę.  Czy 
Ludka  musi  się  strzyc  na  kretyna?  Ma  taką  samiutką  fryzurę  jak  Marek.  I ma  bliznę  na 
brodzie,  pozostałość  głupiego  dzieciństwa,  kiedy  chciała  pokazać  przed  blokiem,  co  umie, 
i jeździła  na  rowerze  „bez  trzymania”.  Oczy  miała  ładne,  nie  można  narzekać,  ciemne 
i błyszczące,  rzęsy  długie  –  ale,  niestety,  nie  rosły  do  góry  jak  u innych  dziewczynek,  tylko 
zupełnie prosto, jakby jakieś czułki. Rzęsy można podwinąć na nożu albo zalotką, zobaczy. 
Na  twarzy  nie  miała  żadnych  zmarszczek,  za  to  za  długie  ręce  i za  długie  nogi.  Mało 
w środku. Podobno z tego wyrośnie, ale czy wyrośnie wszerz, i to przez miesiąc? Bo pionowe 
wyrośnięcie  nie  jest  już  właściwie  potrzebne.  A stopę  jaką  ma  wielką?!  Ciotka  mówiła,  że 
„jak  podolski  złodziej”.  I że  kobieta  powinna  mieć  małą  nóżkę.  A Ludka  nosiła  damską 
siódemkę. To była łopata, nie kobieca stopka. Tyle że wąska. Ale czy jest taki chłopak, który 
by to dostrzegł? Nos zwyczajny, ani duży, ani mały, jak pół przysadzistej pietruszki. Usta... 
no,  żeby  górna  warga  nie  wystawała  trochę...  A co  do  życia  wewnętrznego,  to  Ludka  nie 
miała  zdania.  Było,  ale  czy  to  było  bogate  życie  wewnętrzne?  Pewnie,  Aleksandra  Śląska, 
Gustaw  Holoubek,  profesor  Kotarbiński,  profesor  Michałowski  to  w telewizji  od  razu 
wyglądali  na  bogate  życie  wewnętrzne.  Załoga,  jachtu  „Śmiały”,  Gagarin,  Wala 
Tierieszkowa,  jeszcze  przedtem  premier  Nehru,  i pani  Bandaranaike...  To  od  razu  widać, 
z kim się ma do czynienia, że to jest Ktoś, mają coś takiego w wyrazie twarzy... Stefan, Eliza, 
Pablo  Picasso,  Ludmiła  Biełousowa...  Albo  ta  dziewczyna,  która  przepłynęła  kanał  La 
Manche  i przez  dwie  ostatnie  godziny  płakała  w wodzie,  płynęła  i płakała...  Ludka 
zapomniała, jak się nazywa... Ci faceci z łodzi asekuracyjnej krzyczeli: „Wsiadaj!”, a ona nie, 
i jak wreszcie zobaczyła białe brzegi Dover, to płakała znowu, ale już ze szczęścia... 

Albo Lumumba, takim jakim go Ludka widziała w Kronice Filmowej. Z jaką wyższością, 

z jaką  pogardą  patrzył  na  prowadzących  go  żołdaków.  Ile  dumy,  ile  godności  było  w jego 
twarzy...  Czy  ona,  Ludka,  miała  w sobie  coś  z Lumumby?  Śmiała  wątpić.  No,  ale  Lucyna 
Krzemińska  też  nie.  Tylko  to  imię  było  niepokojące,  choć  mógł  to  być  zwykły  zbieg 
okoliczności... 

Te rozważania uleciały nagle, tak jak nagle się zjawiły, bo Marek Korcikowski obojętnie 

postawił walizkę Lucyny na ziemi i wziął tobół od Hani Karwińskiej. Hania Karwińska razem 
z Krysią  Kamińską  kochała  się  w Tomali  z byłej  jedenastej,  z tym  że  Hania  miała  jakby 
większe szansę, o czym Korcikowski wiedział, a nie należał do tych, którzy komuś wchodzą 
w paradę. Tomala zdał maturę i dostał się na inżynierię sanitarną. Abanowicz pewnie wejdzie 
do  międzyszkolnej  reprezentacji,  bo  udział  w szkolnej  to  już  ma  w kieszeni.  W czerwcu 
z Markiem  w czasie  przerwy  ustawicznie  przegrywali  jakiegoś  orangutana,  ale  nie  tak  jak 

background image

małpa  to  się  nazywało,  tylko  z „g”  na  końcu,  co  Abanowicz  wszystkim  przypominał 
odburkując:  „O  gggggg  zapomniałeś,  synu”.  Bo  ich  przedrzeźniali.  Fajowy  był  Abanowicz. 
Kiedyś już nie mieli innego  wyjścia, tylko  musieli przyłożyć Heniowi  Kurkowi, bo doniósł 
panu  Kasperskiemu,  że  popsuli  specjalnie  światło  w pracowni  (a  chłopaki  tak  mądrze 
rozłączyli obwód, że sam pan Kasperski by długo szukał, w którym miejscu). Położyli więc 
Henia  na  środku  klasy  i każdy  miał  mu  dać  w pośladki.  Raz,  żeby  było  sprawiedliwie.  Pan 
Kasperski wszystkich przepytał, i okazało się, że tylko pierwszy na liście Abanowicz nie bił. 
Więc pan Kasperski z triumfem kazał mu wstać. 

– Powiedz temu stadu baranów, mój drogi Abanowicz, jakie to szlachetne względy tobą 

kierowały,  że  nie  brałeś  udziału  w tej  zbiorowej  masakrze.  I,  Kurek,  dlaczego  ty  leżałeś 
posłusznie? 

–  Bo  mi  się  tak  powiedziało  panu  profesorowi,  mnie  to  się  zawsze  tak  coś  wypsnie. 

Wiedziałem,  że  i tak  muszę  dostać  swoje,  panie  profesorze.  Nie  dziś,  to  jutro  –  wyjaśnił 
Kurek. 

–  Jeden  Abanowicz  ma  trochę  rozumu.  No,  powiedz  nam,  Abanowicz,  dlaczego  ty  nie 

biłeś? 

– Bo się nie mogłem dopchać, panie profesorze. Tłok był nad Kurkiem. 
Wtedy pan Kasperski powiedział, że absolutnie nie ma do kogo apelować, że wszyscy są 

pozbawieni  wyższych  uczuć  i obraził  się  na  cały  tydzień,  ale  nie  mógł  dłużej  ciągnąć,  bo 
widocznie paliła go zbyt mocno ciekawość, w jaki sposób klasa każe dziewczynki. Wtedy mu 
wyjaśnili,  że  dziewuchy  nie  leją,  tylko  przydzielają  Anioła  Stróża,  który  jej  pilnuje  jakiejś 
kartki  na  plecach,  np.:  Jestem  zdrajca  klasowy  i siano  mi  wychodzi  z głowy,  albo:  Jestem 
chlopaczara, gdzie się znajdzie dla mnie para, skoro wygadałam profesorce, choć nie byłam 
na marach, 
czy temu podobne poezje. 

Zbliżali  się  do  obozu  i w  prześwicie  sosen  zalśniło  jezioro.  Jezioro  i obóz  były  w lesie 

świetnie zakonspirowane. Jakby dobrze poszło, to żadni rodzice nie mogliby tu trafić. 

 
Trzeciego  dna  Ludka  zrobiła  kartę  pływacką,  bo  w Warszawie  jakoś  to  przeoczyła.  Na 

szczęście ich ratownik  był uprawniony do  wystawiania i miał  stempelek  PZP. Marek wcale 
się nie zadawał z Lucyną ani z Karwińską. I prawdę mówiąc, Ludka przez te trzy dni mało go 
widywała,  bo  było  bardzo  dużo  roboty.  Stoły  na  dworze  jacyś  wandale  z lipcowego  obozu 
prawie  zupełnie  zniszczyli,  kompletował  się  zespół  artystyczny,  ustalano  trasy  wycieczek, 
trzeba było załatwiać formalności z kierownikiem kina w dość odległym miasteczku i zakupić 
z góry seanse dla całego obozu, uprosić kierownika LZS, żeby wypożyczył dwa razy rowery, 
boisko do piłki ręcznej  było zdewastowane, słupki się chwiały, tor dla lekkoatletów był nie 
wysypany,  a parę  dziewcząt  poważnie  się  szykowało  do  kariery  Ireny  Kirszenstein  i Ewy 
Kłobukowskiej. Ludka to tam już dobrze wiedziała, że jej droga do Japonii, Meksyku czy Rio 
de Janeiro nie prowadzi przez biegi. Słaba była, miała kompromitujące wyniki, zresztą miasta 
miały  dla  niej  raczej  znaczenie  węzłów  komunikacyjnych,  choć,  owszem,  zobaczyć  można 
by! 

Ludka  dwa  i pół  dnia  tyrała  w pocie  czoła,  po  południu  zdała  na  kartę  i natychmiast 

wzięła  kajak.  Płynęła  wzdłuż  ocienionego  brzegu  i zrobiło  jej  się  chłodno,  choć  dzień  był 
gorący,  zupełnie  tak,  jak  się  idzie  ulicą,  mija  polewaczkę  i czuje  na  nogach  podmuch 

background image

rozpryskiwanej  wody.  Skierowała  więc  kajak  na  środek,  z błogą  ulgą,  że  zostawia  za  sobą 
awanturę,  bo  ktoś  kogoś  z czegoś  zepchnął  i ten  ktoś  wpadł  do  beczki  na  deszczówkę. 
Postanowiła wypłynąć daleko i poczekać na jeziorze, aż słońce ostatnich kresów nieba będzie 
dochodzić  i mniej  silnie,  ale  szerzej  niż  we  dnie,  świecić,  całe  zaczerwienione  jak  zdrowe 
oblicze  gospodarza,  gdy  prace  skończywszy  rolnicze  na  spoczynek  powraca.  Już  krąg 
promienisty... Nie, jeszcze nie spuszczał  się na wierzch boru i nic na  razie nie zapowiadało 
mglistego pomroku. Ciągle było bardzo ciepło. 

Jezioro wydawało się nieduże, kiedy się stało na brzegu albo pływało w pobliżu pomostu. 

Ale kiedy wypływało się na nie dalej – rosło i drugi brzeg stawał się jakby bardziej odległy. 
Ludka nie miała wprawy w wiosłowaniu. Po jakimś kilometrze była zmęczona, rozbolały ją 
ramiona.  Tak,  brak  treningu  i kondycja  odbierana  przez  szkołę.  Postanowiła  dopłynąć  do 
szuwarów i tam odpocząć. 

Zatrzymała się, położyła wiosło na przodzie kajaka i wyciągnęła się na dnie. Przypiekało 

słońce, ale Ludka po miesiącu spędzonym nad Leniwcem mogła się nie obawiać, że jej będzie 
schodzić skóra, choćby  z nosa. Doroczną porcję kwaśnego mleka dostała skóra już w lipcu. 
Trzy  ptaki  bezszelestnie,  wysoko  przefrunęły  nad  nią,  nie  łopocząc  skrzydłami,  jak  małe 
samoloty. Ludka pomyślała, że jest tak pięknie, iż dobrze byłoby napisać wiersz. 

Próbowała  coś  złożyć.  Czuła  jakoś  ten  wiersz  w sobie,  w środku,  była  w nim  ta  cisza 

i szuwary,  i ptaki  przelatujące  z wyciągniętymi  głowami,  lekka  fala  na  jeziorze  kołysząca 
delikatnie kajak, dalekie głosy dobiegające z obozu i zapach słońca – co, owszem, wydało jej 
się  dobrą  przenośnią  poetycką.  Ale  poza  „zapachem  słońca”  jakoś  słowa  do  wiersza  nie 
przychodziły.  Nie,  to  nie.  A co  to,  jest  Frączakiem,  który  w ósmej  klasie  przyznał  się  pani 
Mareszowej,  że  nie  może  zasnąć,  dopóki  nie  napisze  przynajmniej  ze  trzech  wierszy? 
Przyniósł  jej  nawet  to  do  przeczytania.  Pani  Mareszowa  powiedziała:  „Frączak,  ty  spróbuj 
pisać  przynajmniej  sześć  każdego  wieczoru.  To  po  wielu  latach  może  trafi  ci  się  dobry 
siódmy”,  z czego  Frączak  wywnioskował,  że  ma  talent  i wielką  przyszłość  przed  sobą.  Ale 
w byłej dziewiątej widział wielką przyszłość w szermierce. 

Fala mocniej  uderzyła o kajak,  Ludka podniosła głowę i zobaczyła odpływające wiosło. 

Woda  zniosła  je  w stronę  szuwarów,  zatrzymało  się  na  pierwszej  kępce  trzciny.  Chciała 
rękami  doholować  tam  kajak,  ale  ślamazarnie  to  szło.  Nie  miała  zamiaru  pływać,  bo  nie 
zabrała  kostiumu  na  zmianę,  ale  stanęła  w kajaku  i chlupnęła  do  wody.  Nie  można  było 
w trzcinie  nurkować,  a i  pływało  się  ciężko,  trzeba  było  się  rozglądać  i szukać  wąskich 
przesmyków  między  wodorostami,  żeby  się  nie  zaplątać.  W końcu  stało  się  to  zabawne, 
Ludka wyobraziła sobie, że „bierze wpław” jakąś rzekę w dżungli, której nie widziało jeszcze 
oko białego człowieka, i wkrótce zapomniała o wiośle, bo musiała wystrzegać się krokodyli. 
„Palec w oko, jakby co” – upomniała się... Należało też zwrócić uwagę na piranie. 

I  powinna  coś  złapać  na  obiad,  bo  na  tych  wodach  nie  było  latających  ryb,  nie  można 

więc było liczyć, że coś wpadnie samo na pokład, niemalże z nieba. 

– Luuudkaaa! Luuudkaaa! – usłyszała nawołujący ją, pełen niepokoju głos. 
Nie odezwała się, ale z bijącym sercem, jakby źle brała powietrze, podpłynęła do miejsca, 

z którego  miała  dobrą  widoczność.  Marek  Korcikowski,  trzęsąc  kajakiem,  wydzierał  się  na 
całe gardło: 

–  Luuudkaaa!  Luuudkaaa!  –  I dał  szybko  nura  pod  kajak,  tylko  nogi  przez  sekundę 

background image

zaśmigały mu w powietrzu. Po chwili wypłynął i znowu zaczął: 

Luuudkaaaa! Luuudmiłaaa! 
Na  twarzy  miał  popłoch.  Ludka  cichutko  weszła  pod  wodę  i popłynęła  w jego  stronę. 

Wynurzyła się koło niego jak kaczka. 

– Czego krzyczysz? O co chodzi? 
Chciała  powiedzieć  tysiące  innych  rzeczy.  Jak  się  cieszy,  że  są  razem  na  jeziorze  i że 

woda  pachnie  mułem,  i że  w zębach  zgrzyta  jej  piach.  I że  on  się  o nią  boi,  i że  gdyby  się 
topiła, to on by jej skoczył na ratunek, i że... i że on bardzo dobrze pływa. Ale zamiast tego 
powiedziała: 

– No? 
–  No?  Kawały  spod  kiosku  z piwem.  Kajak  pusty,  wiosło  rzucone  o pół  kilometra.  Co 

sobie myślisz? 

– A nic. Co to, nie widziałeś mnie na basenie, pływać nie umiem czy co? 
–  To  nie  frazes,  tylko  prawda  –  pływali  wokół  kajaku,  jedno  za  drugim  –  topią  się  ci, 

którzy umieją pływać. Źle siły można obliczyć. A w trzcinie? Jakby się noga zaczepiła. Albo 
kurcz  – powiedział  i crawlem  zaczął  płynąć  w stronę brzegu.  –  Durne zagrywki!  – odwrócił 
się. 

– Marek, poczekaj! – krzyknęła. 
Płynął  crawlem,  więc  nie  wzięłaby  go  za  nic.  A już  się  ponownie  nie  odwrócił.  Ludka 

z całej siły dźwignęła kajak, aż woda plusnęła, i kajak wypłynął grzbietem do góry jak śnięta 
ryba. 

–  Kajak  mi  się  przewrócił!  –  krzyknęła  w stronę  oddalającego  się  Marka.  –  Choć  mi 

pomóc! 

Położyła się plecami na wodzie i czekała. Marek podpłynął, zabierając po drodze wiosło. 
– No? 
– Wywrócił się – powiedziała cicho. 
– No, to już – przekręcił kajak. – Wody się sporo dostało. 
– Wyciągniemy go na brzeg. 
– O key. Wylejemy wodę. 
– Nie udawałam, że się topię. Weszłam sobie w trzcinę. 
– Potem powiosłujemy na tamten brzeg. 
– No! Zobaczymy, jak tam jest. 
– Nie damy rady przeciągnąć go przez trzcinę. 
– To tak popłyniemy, wybiorę wodę ręką. 
– No, to wsiadaj. 
– Nie umiem wsiąść tak z wody. Znowu wywrócę. 
– Czekaj, to ja wskoczę i obciążę. Będzie miał lepszą równowagę. No, teraz wchodź. Daj 

rękę. W porządku. Ale się przeziębisz. 

– A ty? 
– Mnie to nic nie będzie. 
– Zaraz wyschnę. Ciepło. Skąd się wziąłeś na jeziorze? 
– Szedłem brzegiem i zobaczyłem, że na wodzie chyboce się pusty kajak. 
– To dlaczego krzyczałeś: „Ludka!” 

background image

– Bo przedtem widziałem, jak bierzesz kajak z pomostu. 
– Ty masz kartę? 
– No pewnie. Zrobiłem na Wery Kostrzewy. 
– Marek... 
Energicznie machnął wiosłem. Ludka siedziała do niego tyłem, nie mogła więc widzieć, 

jaki  on  ma  wyraz  twarzy.  Zresztą  nie  wiedziała  co  powiedzieć.  Czekała,  żeby  zapytał  „co” 
albo „no”, wtedy ona odpowiedziałaby „a nic”. Ale nie zapytał. 

– Marek... przestańmy drzeć koty. 
– No. No pewnie. Najwyższy czas. 
– Łódź budujesz? 
– No. Duża żaglówka. 
– Wiem, jak się nazywa. „L jak Lucy”. 
– A wcale nie. 
– Atak. 
– A nie. „L – jak L” jest namalowane. A jak się pytali, co to znaczy, to mówiłem „L – jak 

Lucy”. Dla zmyłki. Ale to się czyta inaczej. 

– A jak? 
–  „L  –  jak  Ludka”  –  powiedział,  rzucił  wiosło  na  kajak  i wskoczył  do  wody.  Zostawił 

Ludkę na środku jeziora. 

Poranek zapowiadał upalny dzień. Jezioro miało kolor posrebrzanej stali. Ludka stała na 

drewnianym  pomoście,  z ręcznikiem  kąpielowym  zarzuconym  na  plecy.  Wszystko  dookoła 
było  takie  piękne,  że  chciało  się  płakać  albo  latać  z rozłożonymi  rękami  i wydzierać  się  na 
cały głos. Od strony namiotów szedł Marek. Ludka zaczęła szybko wycierać plecy. 

– Cześć. 
– Cześć. Jeszcze za zimno na pływanie? 
– Myłam się. Wieczorem woda jest gładka i zielona. A teraz się marszczy. 
– Wieczorem wiatr ustaje. Masz – podał jej wielkie czerwone jabłko. 
– Dziękuję. 
– Adam Korcikowski zaczyna nową erę w dziejach ludzkości. Rwie Ewę Balwikównę na 

skradzione jabłuszko – zauważył Abanowicz, wbiegając na pomost z takim impetem, że aż się 
wszystko zatrzęsło i zadudniło. 

– Chcesz w zęby? – zaproponował Marek krótko. 
– Owszem – przyznał Abanowicz. – Poproszę. Ale nie ma Kowalskiego. 
– Weźmiemy Frączaka – rzekł Marek. 
– Frączak wziął Kurka i dwa patyki i ćwiczą w lesie pchnięcia. 
–  Dajcie  spokój  –  wtrąciła  się  Ludka.  –  Idziemy  do  kina  i jak  będziecie  wyglądać  ze 

śliwkami pod okiem. 

– No, to jakie wyjście? – Abanowicz się zamyślił. 
– Szufla – Marek wyciągnął rękę do Abanowicza.  – Jak chcesz koniecznie wiedzieć, to 

tak, uganiam się za Ludka. Może ci się coś nie podoba? 

– Szacunek – Abanowicz potrząsnął dłonią Marka. – Pardon. Stopy tylko przepłuczę i nie 

przeszkadzam  państwu.  Miałem  oko  na  Ludkę,  ale  nie  będę  stał  na  drodze  do  waszego 
szczęścia. 

background image

– Dziękuję ci uprzejmie – powiedziała Ludka. 
– Nie ma za co! – krzyknął Abanowicz, skacząc z pomostu do wody. Ale zaraz wyszedł, 

otrząsnął się jak pies i poleciał do obozu. 

– Dlaczego tak powiedziałeś, Marek? – Zapytała Ludka. 
– Jak? 
– No, to, że się... że się... 
– Uganiam się, fakt. Teraz namaluję na łodzi, jak trzeba. Niech się dowiedzą. 
– Śmiać się będą. 
– A to niech się śmieją. Zawsze się z czegoś śmieją. 
Ludka  usiadła  na  pomoście  i spuściła  nogi.  Nie  dosięgały  wody,  więc  machała  nimi 

w powietrzu. Marek usiadł koło niej. 

– A może nie mogłem tak powiedzieć Abanowiczowi? Przykrość ci zrobiłem? 
– Mogłeś mu tak powiedzieć, Marek. Zrobiło mi się bardzo miło. Nie wepchniesz mnie 

do wody? To ci coś powiem. Zimna woda, widziałeś, jak się trząsł Abanowicz i jak zsiniał. 

– Nie wepchnę cię, co ty. 
– To było bardzo ładnie, że się nie biłeś z Abanowiczem. 
–  Czy  ja  wiem?  Teraz  mi  bicie  nie  w głowie.  Przyzwyczajenie  tylko.  To  chciałaś 

powiedzieć? 

– Nie. 
– A powiesz? 
– Powiem. Ale ty wiesz. 
– Nie wiem. 
– Wiesz, Marek. Tak. 
– Naprawdę? Ludka, naprawdę? 
– Naprawdę. 
– Ludka! Ja to od siódmej klasy. 
– Ja w dziewiątej. Od początku dziewiątej. 
– Nie będziesz się śmiać? 
– Nigdy. Z ciebie nigdy. 
– Płakałem raz w nocy, jak mi zmierzyłaś głowę centymetrem, pamiętasz? Myślałem, że 

mnie trzymasz za kompletnego debila. 

– Teraz myślę, że ja tak nigdy nie myślałam. 
– Chodziłem przedtem na basen na Konwiktorską. 
– Fajnie było? 
– Przeniosłem się do Pałacu, żeby się z tobą spotykać. Ale na biologię to nie dałbym rady. 

I mogłabyś się zorientować, śmiać się. 

– Teraz już się nie boisz, to dobrze. 
– Bo widziałem, jak wczoraj specjalnie wywracałaś kajak. Ciężko ci szło. 
– Tak. Wywróciłam. Nie chciałam, żebyś odpłynął. Myślałam, że się nie oglądasz 
–  Ludka,  ja  namaluję  na  łodzi,  jak  trzeba...  dobrze?  Już  nawet  myślałem,  żeby  łódź 

nazywała się „Krasnoludek”. Ale nie „Krasnoludek, tylko „Kraso–Ludek”. 

– Nie, bo w domu mówią na mnie „Ludzik:, a tu byłabym „Ludek”. 
– To „KonTiki”. 

background image

– Skąd wiesz? 
– Dwa lata nosisz to w teczce. Całą ósmą i dziewiątą. Jak mam nie wiedzieć. 
– Nie, „Kon Tiki” nie. Musimy wynaleźć naszą nazwę. Nasze słowo. 
– Wspaniale. Będziemy się razem zastanawiać. Gdzie popłyniemy? 
– Wszędzie. Po wszystkich morzach. 
– Zapiszemy się do wodniaków? 
– Zapiszemy się. 
– A na co pójdziesz na studia? 
– Na archeologię albo na elektronikę; albo daleko wstecz, albo bardzo do przodu. 
–  Jakbyś  poszedł  na  elektronikę,  to  byś  nie  mógł  brać  udziału  w wyprawach  nad 

Amazonkę. 

–  Czemu  nie.  A jakbym,  tak  sobie  myślałem,  zrobił  łączność,  a był  archeologiem 

amatorem? 

– Cudownie! Mamy dwa lata czasu, to się dobrze namyślimy. 
– Ludka... ja nie mogę studiować biologii. No, nudzi mnie, choć próbowałem. Tyle tylko, 

żeby na trójkę, mogę. I myślę sobie, że tak powinno być, żeby każde z nas robiło to, co chce, 
i żebyśmy to robili razem. 

– Tak powinno być. Masz rację. 
– Ludka... ale ja się boję. Bo ja poważnie... wiesz. I wszystko teraz mówię poważnie. 
– Ja też poważnie. Nie wyobrażam sobie, żeby takie rzeczy mówić niepoważnie. Marek, 

tyle lat żyję na świecie, a dopiero wczoraj... od wczoraj... 

background image

13 
Abanowicz  mimochodem  i bez  zastanowienia  się,  ale  dobrze  powiedział.  Dla  Ludki 

zaczęła się nowa era  w dziejach ludzkości. Kiedy  kierownik obozu, ten sam,  który  w szkole 
prowadził  PW,  zabierał  chłopaków  na  jakieś  ćwiczenia  albo  strzelanie  do  sęków,  Ludka 
siadała na pomoście i patrzyła na środek jeziora, tam gdzie się wszystko zaczęło. Sensacja, że 
„Ludka i Marek”, trwała krótko, ze dwa dni, potem się z tym oswojono i niektóre dziewczyny 
nawet zaczęły wróżyć, kiedy się rozpadną. 

Pary obok nich rzeczywiście tworzyły się na dwa kinowe seanse albo na jedną wycieczkę 

do poniemieckich bunkrów, a potem rozlatywały się. Ludka nie miała czasu o tym myśleć, bo 
tyle  przecież  miała  do  myślenia  o sprawach  wielkich  i poważnych.  Długie  rozmowy 
z Markiem – a każda nowa i najważniejsza, zajęcia obozowe, wszystko to pochłaniało ją bez 
reszty. 

Wymykali  się  z Markiem  wieczorem,  już  po  apelu  i po  odtrąbieniu  ciszy  nocnej, 

z namiotów,  siadali  na  końcu  pomostu,  odwróceni  plecami  do  obozu,  spuszczali  nogi  nad 
wodę  i patrzyli  na  połyskujące  jezioro.  Czasami  nie  rozmawiali  wcale,  bo  nic  nie  chciało 
przejść przez gardło, wszystkie słowa cichły i zamierały, nie były potrzebne, nie miały sensu, 
i choćby nawet coś powiedzieć szeptem, cichutko, i tak nie byłoby o tym,  co się powiedzieć 
chciało,  a mogłoby  być  jak  uderzenie  kamieniem  z procy  w lśniącą  w słońcu  szybę.  Kiedy 
Ludka  wracała  potem  do  namiotu  i wślizgiwała  się  do  łóżka, zawsze  któraś  z dziewcząt  się 
rozbudziła  i pytała  żądnym  sensacji,  choć  zaspanym  głosem:  „No  i co,  całowaliście  się 
dzisiaj?” „Nie” – odpowiadała Ludka. „To co wy tam robicie, ofiara jakaś ten Korcikowski, 
choć nie wygląda”. 

I co tu takiej tłumaczyć? Można było tylko wzruszyć w ciemności ramionami. I nie mieć 

pretensji. Bo Ludka nie chciała być niesprawiedliwa i nikogo nierozsądnie potępiać czy ganić. 
Chciała być najlepsza na świecie i jakby naprawdę stawała się lepsza, bardziej wyrozumiała. 
Żadna dziewczynka nie mogła tego zrozumieć, nie może tego zrozumieć, dopóki sama tego 
nie przeżyje. Przecież gdyby  Ludce przed dwoma tygodniami  któraś powiedziała:  „Księżyc 
przeglądał się w jeziorze, jakiś nocny ptak krzyczał, że pewnie dostał chrypy, słuchaliśmy, jak 
głosy miasta zbliżają się do nas, ryba czasami plusnęła i nasze ręce czuły swoją bliskość” – 
Ludka popukałaby palcem w czoło. Po prostu tym rozbudzonym ciekawym jeszcze się to nie 
wydarzyło,  będą  same  tak  kiedyś  siedzieć  i przestaną  pytać.  A może  to  jest  u każdego 
inaczej? Wtedy żałowała wszystkich i uważała się za tę jedyną, wybraną, uskrzydloną i czuła 
w sobie tyle siły, że w każdej chwili była gotowa na wszystko: stanąć silna naprzeciw słońcu. 

Ale dlaczego Marek nie chciał jej pocałować? Przecież poza tym podobała mu się i nie 

może chyba być inaczej. Odkrył, dlaczego Ludka przestała się śmiać, i powiedział, że właśnie 
przez te lekko wystające zęby pierwszy raz zwrócił na nią tak uwagę. I już długo razem potem 
się  z tego  śmiali.  A z  tego,  że  Stefan  kazał  Ludce  obgryzać  korę  drzewną,  to  się  wprost 
zanosili,  bo  wyobrażali  sobie,  jak  Ludka  –  staje?  siada?  kładzie  się?  –  pod  drzewem 
i obgryza. I powiedział, kiedy pływali w jeziorze i kiedy Ludka miała mokre te swoje czułki, 
że te rzęsy są takie dziwne i bardzo ładne. Więc podobała mu się, a nawet nie dotknął jej ręki, 
nie było w zwyczaju w ogóle żadne witanie się, stawali koło siebie i mówili „cześć”. 

Jednego  z tych  milczących  wieczorów,  kiedy  siedzieli  na  pomoście,  Ludka  powtarzała 

w myśli ze sto razy pewne zdanie, aż wreszcie doszła do wniosku, że je umie na pamięć, że 

background image

głos jej się nie załamie, że się nie zająknie, i w końcu wykrztusiła: 

– Marek, gdybyś chciał mnie pocałować, to ja bym pozwoliła. 
–  Chciałbym  –  powiedział,  i zrobiła  się  taka  cisza,  jakby  za  chwilę  miało  się  coś 

strasznego wydarzyć. 

Zbliżył  się  do  niej  i dotknął  jej  policzka.  Ludka  zamknęła  oczy,  przejęta  tą  ciszą 

i czekaniem. I nagle rozpłakała się gwałtownie. Wycierał jej oczy rękami i powiedział cicho: 

– Nie płacz, Ludka, proszę cię. 
A  kiedy  Ludka  na  niego  spojrzała,  miał  oczy  pełne  łez.  Więc  teraz  ona  dotknęła  jego 

policzka i już nie mówili nic. Zdjął tylko sweter i zarzucił jej na plecy. 

 
Pod  koniec  obozu  doszli  do  wniosku,  że  nazwą  łódź  nie  jakoś  osobiście,  tylko 

patriotycznie. Bo i tak wiedzą swoje, a to cały świat się miał dowiedzieć, że para młodych (i 
w domyśle: dzielnych) Polaków wyruszyła... No, potem się zdecyduje, dokąd wyruszyła  i w 
jakim konkretnie celu. 

Tadeusz  Kościuszko  był  zbyt  oklepany.  Fryderyk  Chopin  znany  i bez  ich  łodzi, 

o romantycznym generale Świerczewskim pisał nawet Hemingway, wielcy i mądrzy królowie 
Polski schodzili na wodę, jeden po drugim, ze stoczni w Gdańsku, mniejszymi nie było się co 
chwalić,  Kopernik  reklamy  nie  potrzebował  –  zagwostka  była.  Ale  jak  uda  im  się 
zorganizować ekspedycję, nazwa się znajdzie. 

Marek  był  od  Ludki  wyższy  o jakieś  dziesięć,  piętnaście  centymetrów,  ale  przede 

wszystkim  starszy  prawie  o rok.  Jak  się  okazało,  chorował  w dzieciństwie  poważnie  i przez 
osiem miesięcy nie chodził do którejś klasy. Miał jakieś ciężkie powikłania po anginie, leżał 
w szpitalu, ale wyciągnął się i wyrósł z tego. To było od razu widać, w każdej rozmowie, że 
on jest od niej starszy i mądrzejszy. Ludka nawet doszła do wniosku, że on jest bardzo mądry 
i lepiej  żeby  studiował  elektronikę,  bo  wtedy  miałby  większe  szansę  na  nagrodę  Nobla. 
Archeolodzy  dostawali  rzadko,  chyba  w ogóle  nie  dostawali.  A tak,  to  by  było:  Reymont, 
Sienkiewicz,  Curie–Skłodowska  dwa  razy,  Korcikowski.  A Balwikówna?  To  już  nie  było 
takie  pewne.  Skoro  Balwikówna  w dziesiątej  klasie  jeszcze  nie  wiedziała,  nad  czym  będzie 
prowadzić badania? Jak więcej połknie tej swojej biologii, to przecież w końcu musi wpaść na 
to  miejsce,  gdzie  coś  jest  niejasne,  niedopowiedziane,  mgliste  –  i ona  właśnie  popędzi  tą 
ścieżką. Albo zobaczy tego potwora ze szkockiego jeziora, zbada i opisze. Albo – były jakieś 
ni  takie,  ni  owakie  wzmianki  o chlorofilu  poza  ziemią?  Albo  może  natknie  się  na  kawałek 
zaginionego świata jak w Conan Doylu? Dziwaczne rośliny, niby wymarłe zwierzęta... Albo 
około roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego może polecieć w ekipie naukowej na księżyc, 
jako  powiedzmy  jeden  z dwóch  biologów  i cała  ekipa  dostanie  zbiorową  nagrodę  Nobla... 
Wcale jej nie śmieszyły te plany. Każdy zaczynał od zera. Van Gogh miał tylko na początku 
puste płótno, a Einstein zeszyt w kratkę, a do czego doszło. 

Czasami, kiedy spacerowali z Markiem po lesie albo siadali pod drzewem i ona opierała 

głowę  o rękaw  jego  welwetowej  koszulki,  aż  jej  się  prążki  odciskały  na  policzku,  a Marek 
trzymał ramię na jej plecach – wierzyła, była pewna, że myślą o tym samym. O tej ogromnej, 
nieznanej  przestrzeni  czasu,  która  jest  przed  nimi,  i jacy  oni  tam  będą,  i jak  sobie  z tym 
wszystkim dadzą radę. 

Nie ponawiali tamtej próby z pomostu. Ludka sądziła, że Marek się boi, iż ona znowu się 

background image

rozbeczy.  Ale  nie.  Powiedział  któregoś  wieczoru,  kiedy  mżył  deszcz  i siedzieli  przykryci 
impregnowaną pałatką: 

– Bardzo dobrze, że to wtedy powiedziałaś. Bo chłopak jest zawsze w sytuacji cymbała. 
– Dlaczego? 
– Bo jak chodzi z dziewczyną i chce ją pocałować, to dziewczyna może pomyśleć, że on 

z nią  chodzi  dlatego,  że  chce  ją  pocałować.  A jak  chodzi  z dziewczyną  i nie  usiłuje  jej 
pocałować, to dziewczyna może pomyśleć, a cóż to za flimon, ofiara losu. Sama widzisz. 

– Właściwie to tak. Chociaż inni nie robią sobie tyle kłopotów. 
– To nie szermierka, że można wziąć pierwszą z brzegu sztachetę i trenować pod sosną. 
– Tak. 
– Już jak się nie ma szacunku do innych, to trzeba mieć choć dla siebie – myślał głośno, 

a Ludce serce z dumy puchło, że Marek mógłby się nazywać Sawonarola. I że była bez niego 
takim  smutnym  wiatrakiem  bez  skrzydeł,  który  stoi  w polu,  nie  wiadomo  po  co,  nikomu 
niepotrzebny  i pożytku  z niego  żadnego.  Wątpliwa  dekoracja.  A kiedy  wreszcie  Marek  ją 
pocałował,  oparła  mu  czoło  o ramię  i długo  milczeli.  Wiedziała,  że  spotkało  ją  coś  bardzo 
pięknego i chciała mu powiedzieć to, o czym myślała w Rydze. Ale jeszcze nie wiedziała, jak 
to powiedzieć. 

Nic jej nie obchodziły zakłady na obozie: „A ja wam mówię, że oni to mogą dociągnąć do 

matury”. „Nie wyciągną, za nic. Jak tak ciągle ze sobą  gadają, to  co. Nie pociągną długo”. 
„Mogą  pociągnąć,  Korcikowski  jest  długodystansowiec”.  „Stoi”.  Ludka  puszczała  to  mimo 
uszu,  a i  Marek  nie  wyzywał  nikogo  na  pojedynki.  Obóz  mijał  jak  jeden  słoneczny  dzień, 
przynosząc wciąż nowe tematy do rozmów, do śmiechu, do wspólnych zamyśleń. 

Któregoś  popołudnia,  kiedy  znosili  góry  chrustu  na  wieczorne  ognisko,  z krzaków 

wyszedł  żwawym  kroczkiem pan Kasperski. Wędrował  sobie pieszo przez Polskę,  a dłuższe 
trasy  odwalał  autostopem.  Targał  ze  sobą  witaminę  PP  –  plecak  i parasol,  prowokacyjnie 
przypięty  do  plecaka  rzemykiem.  Ubrany  był  w pumpy  i zielony  skafander  z kapturem. 
Wynurzył się tak z krzaczków i zastanowił się: 

– Czyżbym już gdzieś widział te osoby? A może to w moim poprzednim wcieleniu? 
A  kiedy  otoczyli  go  kołem,  pochyleni  nad  mapą,  i omawiali  imponującą  trasę,  jaką 

przebył, pan Kasperski przyznał się: 

Zabłądziłem.  Na  stare  lata  zabłądziłem.  Przecież  trudno  przypuszczać,  żeby  człowiek 

celowo  pakował  się  w środek  takiego  wrzasku.  Chyba  że  zabłądził  albo  jest  niespełna 
rozumu,  w związku  z czym  skłaniam  się  w stronę  wariantu  pierwszego.  Najwyższym 
zdumieniem napełnia mnie fakt, że wszyscy są w całości i wyglądają zdrowo pod względem 
fizycznym, bo o innym zdrowiu wolę się zbyt pochopnie nie wypowiadać. Dzisiaj będziemy 
piekli kartofle, a za kilka dni odbędzie się w naszej ukochanej szkółce pieczenie jednostronne: 
ja będę obracał rożen, na którym każde z was będzie się powoli zamieniać w jagniątko, przez 
co  odwrócimy  pewien  naturalny  proces,  bo  na  ogół  jagniątka  zamieniają  się  w barany. 
Dziękuję za miłe powitanie. 

A wieczorem, kiedy słup ognia buchnął do czubków najwyższych sosen, pan Kasperski 

zaintonował: 

– Ye, ye, ye, hali–gali!  
Śpiewali do północy. 

background image

 
Ludka  zawsze  –  jeszcze  w powszechniaku,  kiedy  jeździło  się  na  kolonie,  i na  obozie 

między  ósmą  a dziewiątą  –  zasadzała  się  mocno  w życie  zbiorowości,  uczestniczyła  niemal 
we  wszystkim,  co  robili.  W tym  roku,  jak  stwierdziła,  zasadziła  się  trochę  płyciej,  ale  też. 
Lubiła robić to, czego robić nie umiała, co stwarzało nastrój nowości i wprowadzało element 
ryzyka. Zawsze się pakowała do zespołu, który dawał na ogniskach część artystyczną – te– go 
roku  brała  w tym  wszystkim  udział  znacznie  rzadziej.  Była  zaledwie  zastępcą  szefa,  to  jest 
szefowej  namiotu,  i tu  działała  bezbłędnie,  a drobnych  potknięć  czy  braku  decyzji  nie  było 
widać,  Marek  też  był  zastępcą  komendanta  obozu,  „Pewuli”.  Marek  jakby  nie  miał  tremy 
w działaniu, potrafił publicznie się wahać, czego bardzo bała się Ludka. Ale i tak Ludka miała 
bardzo  dużo  pracy,  i to  rozmaitej.  Higienistka  obozowa  dostrzegła  wyrobienie  biologiczne 
Ludki, jej wiedzę w tej dziedzinie i zwaliła na Ludkę pogadanki z młodszymi dziewczętami. 
Poza  tym  Ludka  musiała  rozstrzygać  około  dziesięciu  sporów  dziennie  z serii  „to  jak  ja  jej 
powiedziałam,  to  ona mi na to  powiedziała”, takich, które nie nadawały się do roztrząsania 
przez komendanta ani Radę Starszych Obozu. 

Znaczne  oddalenie  od  miasteczka  i okolicznych  wsi  nie  sprzyjało  realizacji  ich 

szczytnych  zamierzeń.  Raz  poszli  zrywać  jabłka  w PGR,  ale  kierownik,  młody  inżynier 
rolnik, załatwił ich. 

– Najmilsi bracia. Odpalam wam dziesięć skrzynek jabłek w zamian za zobowiązanie, że 

nie  zechcecie  więcej  pomagać  nam  w pracy.  Niech  ktoś  tu  podpisze.  I weźcie  sobie  dwie 
bańki  kwaśnego  mleka.  Nie  fatygujcie  się  z odwożeniem  skrzynek  i baniek,  nasz  kierowca 
zabierze, jak wam przywiezie warzywa. 

Tu  był  więc  klops,  przez  chłopaków  naturalnie,  którym  jabłka,  jak  już  mieli  pełne 

brzuchy,  kojarzyły  się  wyłącznie  z Wilhelmem  Telem.  Potem  dzielni  warszawiacy  chcieli 
regulować ruch na ulicy miasteczka, ale komendant milicji im wyjaśnił, że jak nie ma targu, 
to jeden sierżant i tak na rynku tylko się opala,  a jak jest targ i dużo furmanek, to już lepiej, 
żeby oni się do tego nie mieszali. 

Potem  znowu  chcieli  odczytywać  głośno  turystom  z przewodnika,  to  co  było  tam 

napisane  o kawałku  baszty,  ale  kiedy  Karwińska  niemal  wyuczyła  się  na  pamięć  jednej 
stronicy i przy dybała szczęśliwie ze siedmiu słuchaczy, z baszty wyszła konkurencja nie do 
pobicia  –  upiór  w czerwonym  ubraniu  i masce,  istny  Belphegor,  który  po  bliższych 
oględzinach okazał się Jackiem Rachwalskim. Najpierw było dużo śmiechu, upiór pozował do 
zdjęć, a potem przyszła jakaś pani i podziękowała im za pomoc stanowczo, choć uprzejmie. 
I Rachwalski na etacie upiora występował już tylko na obozie i raz na ognisku. 

I tak więdła ich inicjatywa i marniała w oczach. Jeszcze chcieli reperować kajaki w LZS, 

ale  jakiś  ciężarowiec  w czarnym  kostiumie  kąpielowym  podziękował  im  za  koleżeńską 
pomoc  słowami:  „Stleń  się,  synu”,  więc  się  na  LZS  obrazili  i już  nie  wypożyczali  od  nich 
rowerów,  i nie  chodzili  do  klubu  ciężarowców,  choć  ciężarowcy  mieli  magnetofon  i taśmy 
z Beatlesami. 

Nie,  to  nie,  postanowili  się  zająć  swoimi  sprawami  i nie  przyczyniać  na  siłę  do  dobra 

ogółu. Łatwo było pani Mareszowej mówić w klasie, żeby starali się być użyteczni, jak tu ani 
powodzi,  ani  gradobicia,  ani  pożaru  lasów  nie  było  choćby  na  lekarstwo.  I tak  obóz  się 
kończył, a oni absolutnie nie mieli się czym wykazać. Fiasko. 

background image

Ale  pewną  swoją  satysfakcję  mieli.  Były  to  ogniska.  Na  pierwszym,  poza  obozowym 

towarzystwem  nie  było  zbyt  wielu  gości,  ale  potem  ich  sława  rozeszła  się  daleko  po  lesie 
i okolicy  i zaczęły  przychodzić  tłumy.  Liczba  artystów  także  rosła,  zespoły  ćwiczyły  taniec, 
śpiewy  chóralne,  soliści  wydzierali  się  od  rana  pod  co  drugą  sosną,  struny  w gitarach  nie 
pękały tylko najwyższym wysiłkiem woli.  Ludka śpiewała w chórze i dwa razy zapowiadała 
z Karwińska na spółkę poszczególne numery. Repertuar Beatlesów powodzenie miał mizerne, 
natomiast  wszystkie  ballady  z warszawskich  przedmieść  robiły  furorę  i po  takim  „Felku 
Zdankiewiczu”  czy  „U  starego  Joska”  oklaskom  nie  było  końca.  Nawet  ciężarowcy  nie 
wytrzymali  i przychodzili.  Skecze,  „żywe  obrazy”  czasem  układali  sami.  Najlepsze  były 
zmagania  Barona  i Świętego  na  spluwy,  pięści  i intelekt,  zamieszani  w to  byli  synowie 
starego  Cartwrighta,  później  zjawiał  się  kapitan  Kloss,  zaprowadzający  ład  i porządek, 
w końcu  doktor  Kildare  opatrywał  rany,  a pani  Matysiakowa  opłakiwała  trupy.  To  bisowali, 
takie  miało  powodzenie,  wszyscy  znali  bohaterów,  tyle,  że  każdego  z osobna.  A tu  mieli 
wszystkich  razem  i w  tak  wspaniale  zrobionych  kostiumach,  ze  każdego  rozpoznano 
natychmiast. Najtrudniej było z aureolą nad głową Świętego, ale w końcu Makowski z byłej 
dziesiątej wystąpił w wianku z polnych białych kwiatków. 

Z żalem myśleli, że w przyszłym roku obóz będzie gdzie indziej i że zostawią tak wierną 

i dobrą publiczność. 

background image

14 
– Pojutrze do szkoły – powiedziała Ludka. 
– Pojutrze – przytaknął Marek. 
– Tak to wszystko szybko się skończyło. 
– Ludka, nic się nie skończyło! 
– Tak. W przyszłym roku pojedziemy na obóz? 
– Może na autostop. 
– Wspaniale! Tylko czy mi wydadzą książeczkę? 
– To poczekamy. Lepiej ułożymy sobie trasę. Przemyślimy sobie wszystko dobrze. 
– Autostop! – powiedziała Ludka z rozmarzeniem w głosie. – Marek, ty masz cudowne, 

genialne pomysły. 

– Tylko mało odkrywcze. Cokolwiek wymyślę, już ktoś wymyślił przede mną. 
Szli  od  przystanku  tramwajowego  w stronę  domu  Ludki.  Ludka  pomyślała,  że 

przypominają  tych  śpiewaków  w operze,  którzy  wykrzykują:  „Więc  śpieszmy  się,  więc 
śpieszmy się!” – i stoją w miejscu energicznie przytupując nogami. 

Trudno  było  się  rozstać,  może  na  całe  popołudnie.  Ludka  bardzo  chciała  zobaczyć 

wszystkich, i mamę, i ojca, i Stefana, i Elizę, i Jacka, ale prosiła ich w liście, żeby nikt po nią 
na dworzec nie wychodził. Że to bardzo ważne. Stefan widocznie zrozumiał, jakie to ważne, 
i sterroryzował  rodzinę,  bo  nikogo  na  dworcu  nie  było.  Po  Marka  wyszła  jego  mama,  ale 
Marek  ją  wsadził  w taksówkę  pod  pretekstem  tłoku  w tramwajach.  Jego  mama  uśmiechnęła 
się,  zabrała  do  taksówki  jego  plecak,  a potem,  kiedy  już  Marek  stał  z Ludka,  a taksówka 
ruszała,  machnęła  do  Ludki  ręką.  Ludka  czuła,  że  się  straszliwie  rumieni,  i udała,  że 
zawiązuje sznurowadło u trampek. Zorientowała się potem, że zachowała się jak dziecko, ale 
już było za późno. Droga od przystanku do domu była stanowczo za krótka. 

– Tak, najpierw zjeździmy Polskę. 
– Wszystko. 
– Wszystko. 
– A potem? 
– Potem też wszystko. 
– Ustalimy trasy na globusie. 
– Mam atlas. 
– Ten duży? 
– Tak. Ciekawe jak oni wydali Afrykę. 
– No, faktycznie. 
– Mieli zagwostkę. 
– Będziesz do mnie przychodził? 
– No pewnie. A rodzice? 
– Są w porządku. Kądzielskiego tylko nie trawią. 
– Niezahartowani mogą zemdleć. Sygnet kupił jednej z namiotu „Koników Polnych” 
– Nie gadaj. 
– Słowo. Z oczkiem jak guzik od jesionki. 
– Wzięła? 
– Wzięła. I kupiła mu nożyczki. 

background image

– To morowa. 
– No. Z refleksem. 
– Jak to będzie? – zapytała Ludka. – W szkole? 
– To jest naprawdę, Ludka? Ten obóz? U ciebie? I to wszystko? 
– Naprawdę... 
– To jest najważniejsze. 
– Mama stoi w oknie – Ludka kiwnęła ręką – muszę iść. Daj torbę. 
–  Klawa  jest.  Odeszła  od  okna.  Masz,  weź  totem  z mojego  namiotu  –  podał  jej 

wyrzeźbionego z drzewa jastrzębia. 

–  A ty  weź  mój  na  pamiątkę.  Sowa.  Ptak  mądrości.  Wywalczyłam.  Będziemy  w zimie 

składać pieniądze na autostop. 

– Nie martw się tym. Mówiłem, że firmę prowadzę. Zawsze mam na wakacje. 
– Ja też chcę. Będę odkładać, żebyśmy nie musieli z głodu kraść kaczek. 
– Tym się nie przejmuj. Tylko trasę sobie obmyśl. Puszczą cię z domu? 
– Jakby mama kwękała nawet, to brat mnie puści. Wierzy mi. Idź pierwszy. No raz, dwa, 

trzy... 

– Ty idź pierwsza. Może jutro poszlibyśmy do kina? 
– Pójdziemy. 
– To jutro przyjdę tu o szesnastej. Odprowadzę cię jeszcze do drzewa. 
– No, to chodźmy, bo mama jednak się czai za firanką. 
– Nie, no naprawdę musimy... Do widzenia, Ludka... Jutro o szesnastej. 
– Cześć. 
– Cześć. 
Jesień w tym roku zaczynała się wcześnie i już przeżerała rdzawą żółcią liście topoli, ale 

kiedy Ludka podniosła głowę, nawet te liście były dziś zupełnie inne – całkiem różowe. 

 

Obory, 1967