background image

Korzeń goryczy 

Ale teraz, jesteś rozdzielona, rozdarta na pół, 
Ciało, do jego ciała, ale serce do mojego serca; 
I głęboki w nich korzeń goryczy.
 
I słodkie dla nas do końca życia będą kwiaty. 
— Algernon Charles Swinburne, The Triumph of Time 
 
 Tessa  naciągnęła  na  dłonie  aksamitne  rękawiczki,  kiedy  przechodziła  przez  drzwi  frontowe 
Instytutu. Zawiał silny wiatr wiejący od rzeki unosząc liście do góry na dziedzińcu. Niebo było 
burzliwe i szare. Will stał u podnóża schodów, trzymając ręce w kieszeniach i patrząc do góry na 
wieże kościoła. 
 Nie miał na głowie kapelusza, przez co wiatr podnosił jego czarne włosy, które opadały na jego 
twarz.  Zdawał  się  nie  zauważać  Tessy  w  momencie,  kiedy  stanęła  i  spojrzała  na  niego. 
Wiedziała, że to nie było w porządku; Jem był jej, ona jego, i inni mężczyźni powinni dla niej nie 
istnieć.  Ale  nie  mogła  powstrzymać  się  przed  porównywaniem  ich.  Jem,  z  połączeniem 
delikatności i siły, i Will, jak burza na morzu z niesamowitymi przebłyskami temperamentu, jak 
błyskawica bez grzmotu. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie taki czas, kiedy patrzenie na 
niego nie poruszy jej, nie spowoduje szybszego bicia jej serca. Może to uczucie ustąpiłoby wraz z 
przyzwyczajaniem  się  do  bycia  zaręczoną  z  Jemem.  Ale  to  było  wystarczająco  wciąż  nowe,  i 
wydawało się nieprawdopodobne. 
 Jedna  rzecz  jednak  zmieniła  się.  Kiedy  patrzała  teraz  na  Willa,  nie  czuła  już  jakiegokolwiek 
bólu. 
 Will zobaczył ją i uśmiechnął się przez włosy, które opadały na jego twarz. Wyciągnął rękę, by 
je odsunąć. - To nowa sukienka, prawda? – powiedział, kiedy schodziła po schodach. - Nie jest 
jedną z tych od Jessamine. 
 Kiwnęła  głową,  czekając  aż  powie  coś  sarkastycznego  o  niej,  Jessamine,  sukience,  albo  o 
wszystkim naraz. 
-  Pasuje  do  ciebie.  Dziwne,  że  szary  powoduje,  że  twoje  oczy  wyglądają  na  niebieskie,  ale  tak 
jest. 
 Spojrzała na niego ze zdumieniem, ale zanim mogła otworzyć usta by spytać go,  czy czuje się 
dobrze,  powóz  wyłonił  się  zza  rogu  Instytutu  z  Cyrilem  przy  lejcach.  Zatrzymał  się  przed 
schodami,  i  drzwi  powozu  otworzyły  się.  Charlotte  siedziała  w  środku,  ubrana  w  suknię  z 
aksamitu w kolorze wina i kapeluszu z przyczepionym do niego zasuszony kwiatkiem. Spojrzała 
nerwowo  na  Tessę.  -  Wsiądźcie  szybko,  -  zawołała,  trzymając  kapelusz,  kiedy  wychylała  się 
przez drzwi. - Myślę, że zaraz zacznie padać.  
 

background image

 
 Ku  zdziwienia  Tessy,  Cyril  zawiózł  ją,  Charlotte  i  Willa  nie  pod  dom  w  Chiswick,  ale  do 
eleganckiego domu w Pimlico, który był najwyraźniej rezydencją uczęszczaną w dni powszednie 
przez  Lightwoodów.  Zaczęło  padać,  a  ich  mokre  rzeczy  -  rękawiczki,  kapelusze,  płaszcze  - 
zostały  wzięte  przez  zdegustowanego  lokaja,  zanim  zostali  zaprowadzeni  w  dół  korytarza, 
wyczyszczonego  do  połysku  i  do  dużej  biblioteki,  gdzie  buzujący  ogień  palił  się  na  dużym 
ruszcie. 
  Za  masywnym  dębowym  biurkiem  siedział  Benedict  Lightwood,  jego  ostry  profil  był  jeszcze 
ostrzejszy  przez  padające  światło  i  cienie  w  pomieszczeniu.  Zasłony  zasłaniały  okna,  przy 
ścianach  stały  regały  z  ciężkimi  tomami  oprawionymi  w  ciemne  skóry,  na  których  były 
wygrawerowane złote napisy. Po jego obydwóch stronach stali jego synowie. Gideon z prawej, 
jego  blond  włosy  opadały  mu  na  czoło,  ręce  miał  skrzyżowane  na  szerokiej  piersi.  Po  drugiej 
stronie  był  Gabriel,  jego  zielone  oczy  błyszczały  z  rozbawienia,  dłonie  trzymał  w  kieszeniach 
spodni. Wyglądał, jakby miał zaraz zacząć gwizdać. 
-  Charlotte.  -  powiedział  Benedict.  -  Will.  Panna  Gray.  Zawsze  mile  widziani.  -  Wskazał  im 
siedzenia, stojące przed jego biurkiem. Gabriel uśmiechnął się złośliwie do Willa, kiedy siadał. 
Will  spojrzał  na  niego,  ale  jego  twarz  była  pusta,  a  następnie  odwrócił  wzrok.  Bez  sarkazmu, 
pomyślała Tessa zbita z tropu. Nawet bez blasku zimna. Co się dzieje? 
-  Dziękuje,  Benedict.  -  Drobna  Charlotte  wyprostowała  się  i  powiedziała  spokojnie.  - 
Widzieliśmy się niedawno. 
-  Oczywiście.  -  uśmiechnął  się.  -  Wiesz,  że  nie  można  nic  zrobić,  by  zmienić  zdanie.  To  nie 
zależy ode mnie w co Konsul gra. To jest ich decyzja. 
 Charlotte  przechyliła  głowę  do  tyłu.  -  W  rzeczy  samej,  Benedict.  Ale  to  ty  to  spowodowałeś. 
Jeśli nie zmusiłbyś Konsula Waylanda do pokazu dyscyplinowania mnie, nie byłoby sprawy. 
 Benedict  wzruszył  wąskimi  ramionami.  -  Ach,  Charlotte.  Pamiętam  cię,  kiedy  byłaś  Charlotte 
Fairchild.  Byłaś  taką  uroczą  dziewczynką,  i  uwierz  w  to,  lub  nie,  nadal  cię  lubię.  Robię  to 
wszystko w najlepszym interesie dla Instytutu i Clave. Kobieta nie może prowadzić Instytutu. To 
nie  w  jej  naturze.  Będziesz  mi  dziękować,  kiedy  wrócisz  do  domu  z  Henrym,  hodując  nową 
generację Nocnych Łowców, tak jak powinno być. Pewnie to zabolało twoją dumę, ale w głębi 
serca wiesz, że tak powinno być. 
 Klatka piersiowa Charlotte opadała i wznosiła się szybko.  - Kiedy narzuciłeś mi abdykację, by 
prowadzić  Instytut  przed  decyzją,  czy  naprawdę  sądziłeś,  że  będzie  to  taką  katastrofą?  Ja, 
prowadząca Instytut? 
- Cóż, nigdy się nie dowiemy, prawda? 
-  Och,  nie  wiem.  -  powiedziała  Charlotte.  -  Myślę,  że  większość  rady  wybrałaby  kobietę,  niż 
rozwiązłego nikczemnika, który nie brata się tylko z podziemnymi, ale z demonami też. 
 Nastąpiła chwila ciszy. Benedict nie drgnął. Tak samo jak Gideon. 
 Wreszcie Benedict przemówił, przez zęby, dziwnie aksamitnym głosem. - Plotki i insynuacje. 
- Prawda i obserwacje, - powiedziała Charlotte. - Will i Tessa byli na twoim ostatnim spotkaniu, 
w Chiswick. Zaobserwowali całkiem sporo. 
- Ta kobieta demon  z którą wylegiwałeś się na sofie, - zaczął  Will.  -  nazywasz ją przyjaciółką, 
czy może wspólniczką? 
 Ciemne oczy Benedicta zabłysły. - Bezczelny szczeniak.. 
-  Och,  ja  powiedziałabym,  że  była  przyjaciółką.  -  Powiedziała  Tessa.  -  Kto  pozwoliłby  swojej 
wspólniczce lizać się po policzku. Chociaż, mogę się mylić. Co ja mogę o tym widzieć? Jestem 
tylko głupią kobietą. 

background image

 Kąciki ust Willa uniosły się do góry. Gabriel wciąż się na nich patrzył. Gideon miał oczy wbite 
w podłogę. Charlotte siedziała prosto, z rękami na kolanach. 
- Cała wasza trójka jest niemądra. - powiedział Benedict, wskazując pogardliwie na nich. Tessa 
dostrzegła  coś  na  jego  nadgarstku,  cień,  jakby  bransoletkę  kobiecą,  zanim  rękaw  ją  zakrył.  - 
Myślicie, że Rada uwierzy wam w wasze kłamstwa? Ty. - rzucił lekceważąco patrząc na Tessę. - 
Jesteś podziemną, twoje słowo jest bezwartościowe. A ty - wskazał na Willa. - jesteś uważany za 
szaleńca, który brata się z czarnoksiężnikami.  Nie tylko  z tymi stąd, ale z Magnusem  Bane. A 
kiedy  sprawdzą  mnie  śmiertelnym  mieczem  i  obalą  twoje  zarzuty,  w  które  wierzysz,  kogo 
wybiorą, mnie czy ciebie?  
 Will wymienił szybko spojrzenie z Charlotte i Tessą. - Miał rację, pomyślała Tessa, że Benedict 
nie obawia się miecza. - Są inne dowody, Benedict. - powiedział. 
- Och. - usta Lightwooda zwinęły się w górę szyderczo. - Jakie? 
 -  Dowody  względem  twojej  zatrutej  krwi.  -  powiedziała  Charlotte.  -  Właśnie  teraz,  kiedy 
wskazałeś  na  nas,  widziałam  twój  nadgarstek.  Jak  szybko  się  rozprzestrzenia?  Zaczęło  się  na 
tułowiu, prawda i rozprzestrzenia się na ręce i nogi. 
- O czym ona mówi? - głos Gabriela był mieszaniną wściekłości i przerażenia. - Ojce? 
- Ospa demoniczna. - powiedział Will z satysfakcją, że wie co to jest. 
- Co za obrzydliwe oskarżenie... - zaczął Benedict. 
- Obal je więc. - powiedziała Charlotte. - Podciągnij rękaw. Pokaż ramie. 
 Mięśnie twarzy koło ust Benedicta drgnęły. Tessa przyglądała mu się z fascynacją. Nie przerażał 
ją tak, jak Mortmain, ale degustował ją, w taki sposób jak robak wijący się w ogrodzie. Patrzyła 
jak spogląda na najstarszego syna. 
- Ty. - warknął. - Powiedziałeś im. Zdradziłeś mnie. 
- Tak - powiedział Gideon, unosząc głowę i opuszczając ręce. - i zrobiłbym to jeszcze raz. 
- Gideon? - To był Gabriel, brzmiąc zdezorientowanie. - Ojcze? O czym oni mówią? 
- Twój brat zdradził nas, Gabrielu. Powiedział nasze tajemnice Branwellom?. - Słowa Benedicta 
brzmiały jak trucizna. - Gideon Arthur Lightwood. - Mówił dalej Benedict. Jego twarz wyglądała 
na starszą, zmarszczki przy jego ustach był bardziej wyraziste, a ton jego głosu się nie zmienił. - 
Sugeruję, że przemyślisz bardzo ostrożnie to, co zrobiłeś i to, co zrobisz następnie.  
-  Myślałem  o  tym  -  zaczął  Gideon  miękkim,  cichym  głosem  -  od  czasu,  kiedy  zadzwoniłeś  do 
mnie do Hiszpanii. Jako dziecko myślałem, że wszyscy Nocni Łowcy żyją tak jak my. Potępiają 
demony w świetle dnia, a bratając się z nimi pod osłoną mroku. Teraz zdaje sobie sprawę, że to 
nie  jest  prawdą.  To  nie  nasza  droga,  ojcze,  to  twoja  droga.  Splamiłeś  nasze  nazwisko, 
ośmieszyłeś je. 
- Nie bądź melodramatyczny... 
- Melodramatyczny? - W głosie Gideona była mieszanina pogardy i obojętności. - Ojcze, boje się 
o  przyszłość  Enclave,  jeśli  dostaniesz  w  swoje  ręce  Instytut.  Mówię  ci  teraz,  będę  świadkiem 
przeciwko  tobie  przed  Radą.  Trzymając  Miecz  Anioła  w  dłoniach,  powiem  Konsulowi 
Waylandowi  dlaczego  myślę,  że  Charlotte  jest  tysiąc  razy  lepsza  w  zarządzaniu  Instytutem  od 
ciebie.  Wyjawię  im  co  się  tutaj  działo  w  nocy,  każdemu  członkowi  Rady.  Powiem  im,  że 
pracujesz dla Mortmaina. Powiem im dlaczego. 
- Gideon! - To był Gabriel, o ostrym głosie, idąc w stronę brata. - Wiesz, że taka była wola twojej 
umierającej matki, żebyśmy przejęli Instytut. To wina Fairchildów, że umarła.. 
-  To  kłamstwo  -  powiedziała  Charlotte.  -  odebrała  sobie  życie,  ale  nie  z  powodu  tego,  co  mój 
ojciec zrobił. - Spojrzała prosto na Benedicta. - Z porodu tego, co raczej zrobił twój ojciec. 
Głos Gabriela wzrósł. - Co masz na myśli? Dlaczego o tym mówisz? Ojcze... 

background image

- Bądź cicho, Gabriel. - Głos Benedicta był szorstki i władczy, ale po raz pierwszy było słychać i 
widać nutkę strachu w jego oczach i głosie. - Charlotte, o czym ty mówisz? 
-  Wiesz  bardzo  dobrze  o  czym  mówię,  Benedict.  -  powiedziała  Charlotte.  -  Pytaniem  jest,  czy 
chcesz, żebym podzieliła się tą wiedzą z Clave. I z twoimi dziećmi. Wiesz, co będzie to dla nich 
oznaczać.  
 Benedict oparł się o krzesło.  
- Wiem, kiedy mnie ktoś szantażuje, Charlotte. Czego chcesz ode mnie? 
 Odpowiedział Will, nie mogąc dłużej się powstrzymywać.  
-  Wycofaj  się  z  przejęcia  Instytutu.  Porozmawiaj  z  Radą  o  Charlotte.  Powiedz  im  dlaczego 
myślisz,  by  Instytut  powinien  zostać  pod  jej  opieką.  Jesteś  dobrym  mówcą?  Wymyślisz  coś, 
jestem pewny. 
 Benedict spoglądał to na Willa to na Charlotte. Jego usta zwęziły się.  
- To twoje warunki? 
 Zanim  Will  odpowiedział,  zrobiła  to  Charlotte.  -  Nie  wszystkie.  Musimy  wiedzieć  jak 
porozumiewałeś się z Mortmainem i gdzie jest. 
 Benedict zachichotał.  
-  Porozumiewałem  się  z  nim  dzięki  Nathanielowi  Gray.  Ale,  odkąd  go  zabiłeś,  stwierdzam,  że 
chodzące źródło informacji zniknęło.  
 Charlotte wyglądała na przerażoną.  
- Masz na myśli, że nikt nie wie gdzie jest? 
- Ja na pewno nie -powiedział Benedict. - Mortmain nie jest głupi, co jest niestety niedobre dla 
ciebie. Chciał, bym przejął Instytut, który byłby jego główną siedzibą. Ale to był tylko jeden z 
jego planów, nitka jego sieci. Czekał na to przez kawał czasu. Chce przejąć Clave. I będzie mieć 
ją. - Jego oczy wbiły się w Tessę. 
- Jakie ma intencje względem mnie? - domagała się Tessa. 
- Nie wiem. - Benedict powiedział z chytrym uśmiechem. - Wiem, że konsekwentnie dopytywał 
się o twoje dobro. Zaniepokojony i wzruszony jak potencjał oblubieńca. 
- Powiedział, że mnie stworzył. - powiedziała Tessa. - Co miał na myśli? 
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Jesteś w błędzie, jeśli myślisz, że jestem jego powiernikiem.  
-  Tak  -  powiedział  Will.  -  Obydwoje  nie  wydajecie  się  mieć  wiele  wspólnego,  z  wyjątkiem 
upodobania do kobiet demonów i zła. 
- Will - rzuciła Tessa. 
- Nie miałem na myśli ciebie - powiedział Will, wyglądający na zaskoczonego. - mam na myśli 
Klub Pandemonium. 
-  Jeśli  już  skończyłeś  swój  wątek,  -  powiedział  Benedict.  -  chciałbym  wyjaśnić  jedną  rzecz 
bardzo  wyraźną  do  mojego  syna.  Gideon,  chyba  rozumiesz,  że  jeżeli  wesprzesz  Charlotte 
Branwell w tym, już nigdy nie będziesz mile widzialny pod moim dachem. Nie na darmo mówią, 
że mężczyzna nigdy nie powinien wieszać kilku dzwonów na jednym koniu. 
 W odpowiedzi, Gideon uniósł swoje ręce przed siebie, jakby miał się modlić. Ale Nocni Łowcy 
nie modlili się, i Tessa szybko zdała sobie sprawę, co robi - ześlizguje srebrny pierścień z palca. 
Pierścień,  podobny  do  pierścienia  Jema  Carstairsa,  tylko  ten  miał  pasmo  wzoru  płomieni. 
Pierścień rodziny Lightwood. Położył go na brzegu biurka ojca i zwrócił się do brata.  
- Gabriel - zaczął. - idziesz ze mną? 
Zielone oczy Gabriela były pełne złości.  
- Wiesz, że nie mogę. 
- Tak, możesz. - Gideon wyciągnął rękę w stronę brata. Benedict patrzył na nich. Jego mina nieco 
zbladła, jakby nagle zdał sobie sprawę, że może stracić nie tylko jednego syna, a dwóch. Złapał 

background image

ręką  krawędź  biurka,  a  jego  palce  zbielały.  Tessa  nie  mogła  przestać  wpatrywać  się  w  jego 
nadgarstek,  skóry  ukazywał  kawałek  jego  skóry.  Była  bardzo  blada,  z  czarnymi  paskami, 
okrągłymi,  prążkowanymi.  Poczuła  mdłości  na  ten  widok.  Wstała  z  siedzenia.  Will,  obok  niej, 
już stał. Tylko Charlotte nadal siedziała, bez wyrazu na twarzy jak zawsze.  
- Gabriel, proszę - powiedział Gideon. - Chodź ze mną. 
-  Kto  zajmie  się  ojcem?  Co  ludzie  powiedzą  o  naszej  rodzinie,  jeśli  obydwoje  go  opuścimy?  - 
spytał Gabriel, a w jego głosie było słychać gorycz i rozpacz. - Kto będzie zarządzać majątkiem, 
Rada... 
- Nie wiem. - powiedział Gideon. - Ale to nie należy do ciebie. Prawo... 
 Głos Gabriela zadrżał.  
-  Rodzina  przed  prawem,  Gideon.  -  Jego  oczy  były  utkwione  w  bracie  przez  chwile,  po  czym 
odwrócił się, zagryzając wargę i stanął za Bendictem, opierając dłonie na oparciu siedzenia, na 
którym siedział jego ojciec. 
 Benedict  uśmiechnął  się:  był  to  uśmiech  triumfalny.  Charlotte  wstała  i  uniosła  wysoko 
podbródek. – 
 Wierzę,  że  zobaczymy  się  jutro,  w  sali  posiedzeń  Rady,  Benedict.  Ufam,  że  wiesz  co  masz 
zrobić. - powiedziała i wyszła z pokoju, a zaraz za nią Gideon i Tessa. Tylko Will zawahał się 
przez  chwilę  w  drzwiach,  mając  utkwione  oczy  w  Gabrielu,  ale  chłopak  nie  spojrzał  na  niego. 
Wzruszył ramionami w końcu i doszedł do reszty, zamykając za sobą drzwi. 
 
 
 Jechali z powrotem do Instytutu w milczeniu. Deszcz uderzał głośno o szyby powozu. Charlotte 
próbowała  kilkakrotnie  porozmawiać  z  Gideonem,  ale  milczał,  wpatrując  się  nieprzytomnie  w 
niewyraźny widok ulicy przez szybę. Tessa nie mogła powiedzieć, czy był zły, że żałuje swoich 
czynów, czy czuje ulgę. Był niewzruszony jak zawsze, nawet kiedy Charlotte wyjaśniła mu, że 
zawsze będzie miał miejsce w Instytucie i że nie mogą wyrazić wdzięczności za to, co zrobił. W 
końcu, przerwał milczenie i powiedział:  
- Naprawdę myślałem, że Gabriel pójdzie ze mną. Wie o Mortmainie... 
- On tego jeszcze nie rozumie - powiedziała Charlotte. - daj mu czas. 
- Skąd wiesz? - Will spojrzał uważnie na Gideona. - Dopiero co odkryliśmy co się stało z twoją 
matką. Sophie powiedziała, że nie masz pojęcia... 
-  Przekazałam  Cyrliowi  dwie  wiadomości  -  zaczęła  Charlotte.  -  Jedną  dla  Benedicta,  drugą  dla 
Gideona. 
- Wsunął ją w moją rękę, kiedy mój ojciec nie patrzył. - powiedział Gideon. - Miałem tylko czas, 
aby przeczytać zanim przyszliście. 
- I uwierzyłeś w to? - spytała Tessa. - Tak szybko?  
 Gideon  spojrzał  w  kierunku  okna,  w  którego  uderzał  deszcz.  Jego  szczęka  była  mocno 
zarysowana.  
- Historia opowieści ojca o śmierci matki nigdy nie miała dla mnie sensu. To miało sens. 
 Zatłoczeni  w mokrym  powozie, z Gideonem  tylko kilka stóp  od niej, Tessa czuła dziwną chęć 
dotarcia  do  niego,  powiedzenia  mu,  że  też  miała  brata,  którego  kochała  i  straciła  to,  co  było 
gorsze  od  śmierci,  że  rozumie  go.  Widziała  teraz,  co  Sophie  w  nim  lubiła.  Wrażliwość  pod 
beznamiętnym obliczem, stała uczciwość pod ładnymi kośćmi jego twarzy. 
 Nie mówiła nic, czując, że nie będzie to mile widziane. Will w tym czasie siedział koło niej, jak 
paczka zwiniętej energii. Raz na jakiś czas złapała błysk w jego niebieskich oczach, kiedy patrzył 
na  nią,  lub  krawędź  jego  uśmiechu,  który  był  zaskakująco  słodki,  przyprawiający  ją  o  zawrót 
głowy, którego nigdy nie spodziewałaby się po Willu. To tak, jakby dzielił się prywatnym żartem 

background image

z  nią,  tylko  ona  nie  była  całkowicie  pewna,  czy  wiedział,  co  to  jest  żart.  Nadal  czuła  jego 
napięcie tak dotkliwie, jak jej własny spokój lub to, co pozostało po nim, kiedy w końcu dotarli 
do  Instytutu  i  Cyrill  -  przemoczony,  ale  przyjazny,  jak  zawsze  -  podszedł  do  drzwi  powozu  i 
otworzył je. 
 Pomógł  Charlotte,  a  następnie  Tessie,  koło  której  wylądował  Will,  zeskakując  z  powozu  i 
omijając kałuże. Przestało padać. Will spojrzał w niebo i chwycił ramię Tessy.   
- Chodź. - szepnął, idąc w stronę drzwi Instytutu. 
 Tessa obejrzała się przez ramie, w miejscu gdzie stała Charlotte, u stóp schodów, która odniosła 
sukces, bo wreszcie Gideon zaczął z nią rozmawiać. Żywo gestykulowała rękami.  
- Powinniśmy zaczekać na nich, nie powinniśmy... - zaczęła Tessa. 
 Will potrząsnął czarną głową szybko. - Charlotte będzie ględzić mu przez wieki o tym, w którym 
pokoju chce zostać, i jak wdzięczna jest za jego pomoc, a ja chcę z tobą porozmawiać.  
 Tessa patrzyła na niego, kiedy wchodzili do Instytutu. Will chce z nią porozmawiać. Powiedział 
to wcześniej, to prawda, ale nie mówił jej to wprost, co było niepodobne do niego. 
 Will chwycił ją. Czy Jem powiedział mu o tym, że się zaręczyli? Był wściekły, myśląc, że nie 
była warta jego przyjaciela? Ale kiedy Jem miałby na to szansę? Możliwe, kiedy się przebierała, 
ale później, Will nie wyglądał na złego. 
- Nie mogę się doczekać, aby powiedzieć Jemowi o naszym spotkaniu. - powiedział, kiedy zaczął 
się wspinać po schodach. - Nigdy nie uwierzy w tamtą sytuację. Że Gideon w taki sposób obrócił 
się przeciwko ojcu! To jedno, powiedzieć tajemnicę Sophie, a co innego zrzec się całej lojalności 
wobec rodziny. Oddał swój rodzinny pierścień.  
-  Jest  tak,  jak  mówisz.  -  powiedziała  Tessa,  zdając  sobie  sprawę,  że  są  na  szczycie  schodów  i 
kierują  się  w  stronę  korytarza.  Czuła  ciepłą  dłoń  Willa  przez  jego  rękawiczkę  na  ramieniu.  - 
Gideon jest zakochany w Sophie. Ludzie zrobią wszystko dla miłości. 
 Will  spojrzał  na  nią,  jakby  jej  słowa  wstrząsnęły  nim,  po  czym  uśmiechnął  się,  w  taki  sam 
sposób jak w powozie, irytująco słodkim uśmiechem. - Niesamowite, prawda? 
 Tessa nie wiedziała co odpowiedzieć. Doszli do salonu. Było to jasne pomieszczenie, pochodnie 
były  powieszone  wysoko  i  nie  było  ognia  w  kominku.  Zasłony  były  odsłonięte,  pokazując 
ołowiane niebo. Tessa zdjęła czapkę i rękawiczki, kładąc je na mały stoliku Marokańskim, kiedy 
dostrzegła Willa, który za nią podążał i zaczął zasuwać zasuwę drzwi. 
 Tessa zamrugała. - Will, dlaczego zamknąłeś...    
 Nigdy  nie  dokończyła  zdania.  Przekroczenie  przestrzeni,  dzielącej  ich,  Will  pokonał  w  dwa 
długie  kroki  i  dosięgnął  jej,  chwytając  ją  w  ramiona.  Wstrzymała  oddech  ze  zdziwienia,  kiedy 
wziął ją w ramiona, idąc z nią do tyłu w stronę ściany, zatrzymując się w jej połowie, kiedy jej 
krynolina zaprotestowała.   
- Will. - powiedziała ze zdziwieniem, kiedy przyparł ją do ściany całym ciałem, dotykając dłońmi 
jej ramion, jej wilgotnych włosów, jego gorące usta dotknęły jej ust. Czuła nacisk, dzikość w tym 
pocałunku, jakby tonęła. Jego usta były miękki, a jego ciało napierało na jej ciało, i smakował jak 
deszcz.  Gorąco  rozlało  się  po  jej  brzuchu,  jego  usta  poruszyły  się  niespokojnie  na  jej  ustach, 
czekając na odpowiedź. 
 Twarz  Jema  przemknęła  przez  jej  zamknięte  powieki.  Położyła  płasko  dłonie  na  klatce 
piersiowej  Willa  i  odepchnęła  go  od  niej,  tak  mocno,  jak  tylko  mogła.  Nabrała  gwałtownego 
wdechu. - Nie. 
 Zaskoczony Will, zrobił krok do tyłu.  Jego głos, gdy mówił, był  niski i gardłowy.  -  A ostatnia 
noc? W szpitalu? Objęłaś mnie... 
- Ja? - Z ostrym szokiem zdała sobie sprawę, że to, co było dla niej snem, wcale nim nie było. A 
może kłamał? Nie. Nie było sposobu na to, by mógł wiedzieć, o czym marzyła. 

background image

- Ja... Myślałam, że śnię... 
 Mglisty  wzrok  pragnienia  szybko  zniknął  z  jego  oczu,  zastępując  bólowi  i  zmieszaniu.  Prawie 
wyjąkał: 
- Ale nawet dziś. Myślałem, że ty... Powiedziałaś mi, że chętnie zostałabyś ze mną sama, jak ja...  
-  Myślałam,  że  chcesz  wyjaśnień!  Uratowałeś  mi  życie  w  magazynie  herbaty  i  jestem  ci 
wdzięczna, Will. Myślałam, że chcesz powiedzieć mi, że... 
 Will wyglądał tak, jakby ktoś uderzył go w twarz. - Uratowałem twoje życie, więc powinnaś być 
zadowolona! 
- Więc co? - jej głos drżał. - Zrobiłeś to, bo to twój obowiązek? Ponieważ prawo mówi...  
-  Zrobiłem  to,  bo  cię  kocham!  -  powiedział  półkrzykiem,  a  następnie,  dostrzegając  szok  na  jej 
twarzy, powiedział bardziej stonowanym  głosem.  - Kocham cię, Tessa, umiłowałem cię prawie 
od momentu, w którym cię poznałem. 
 Tessa  splotła  swoje  dłonie.  Były  lodowato  zimne.  -  Myślałam,  że  nie  możesz  być  bardziej 
okrutny, niż na dachu, tamtego dnia. Myliłam się. To jest okrutne. 
 Will stał nieruchomo. Nagle, potrząsnął głową powoli, z boku na bok, jak pacjent zaprzeczający 
śmiertelnej diagnozie lekarza. - Ty... Nie wierzysz mi? 
- Oczywiście, że ci nie wierzę. Po tym, co mówiłeś, sposób w jaki mnie traktowałeś. 
- Musiałem. - powiedział. - Nie miałem wyboru... Tessa, posłuchaj. - Zaczęła iść w stronę drzwi, 
przez co zablokował jej drogę, a jego niebieskie oczy płonęły. - Proszę, posłuchaj. Proszę. 
 Tessa zawahała się. Sposób w jaki mówił ,,proszę'', nie usłyszała w tym żadnej nutki, którą miał 
mówiąc  na  dachu.  Potem  ledwie  był  w  stanie  patrzeć  na  nią.  Teraz  patrzył  desperacko,  jakby 
pragnął by została. Głos, którym ją skrzywdził, teraz był miękki, bez oznak kłamstwa, co kazało 
jej się zatrzymać. By usłyszeć go. 
- Tessa. - Will wsunął palce w swoje czarne włosy, a jego dłoń zadrżała. Tessa pamiętała dotyk 
jego włosów, jak przechodziły przez jej palce. - To, co ci teraz powiem, nie powiedziałem żadnej 
żywej duszy prócz Magnusowi, a powiedziałem to jemu, bo potrzebowałem jego pomocy. Nawet 
Jemowi. - Will wziął głęboki wdech. - Kiedy miałem dwanaście lat, mieszkałem z rodzicami w 
Walii. Znalazłem Pyxis w biurku mojego ojca. 
  Nie była pewna czego ma oczekiwać z wypowiedzi Willa. 
 - Pyxis? Ale dlaczego twój ojciec trzymał Pyxis? 
-  Pamiątka  z  czasów  dni  Nocnych  Łowców?  Kto  mógł  wiedzieć?  Czytałaś  w  Kodeksie  o 
przekleństwach  i  o  tym,  jak  można  je  zdjąć?  Cóż,  kiedy  otworzyłem  pudełko,  wypuściłem 
demona,  Marbasa,  który  mnie  przeklął.  Przysiągł,  że  każdy,  kto  mnie  pokocha,  umrze.  Nie 
uwierzyłem  mu,  nie  byłem  jeszcze  wyszkolony  w  magii,  ale  moja  siostra  umarła  tamtej  nocy, 
straszną śmiercią. To był początek przekleństwa. Uciekłem z domu i pojawiłem się w Instytucie. 
Wydawało mi się, że to jedyny sposób, aby zapewnić im bezpieczeństwo, aby nie spowodować 
ich  śmierci.  Nie  wiedziałem  na  początku,  że  idę  do  drugiej  rodziny.  Henry,  Charlotte,  nawet 
Jessamine… Musiałem się upewnić, że nikt tutaj nie może nigdy mnie pokochać. Aby to zrobić, 
myślałem  umieścić  ich  w  śmiertelnym  niebezpieczeństwie.  Od  lat  trzymałem  wszystkich  na 
dystans - ale wszystkich nie mogłem odsunąć całkowicie.  
 Tessa spojrzała na niego. Jego słowa były echem w jej głowie. Trzymać wszystkich na dystans. 
Pomyślała  o  jego  kłamstwach,  ukrywaniu  się,  przykrości  względem  Charlotte  i  Henrego, 
okrucieństw, do których musiał się zmusić, nawet historię Tatiany. Kochała go tak, jak kochają 
dziewczyny, a której uczucia zmiażdżył. A potem...  
- Jem. - szepnęła. 
 Spojrzał na nią żałośnie.  
- Jem jest inny. - szepnął. 

background image

- Jem umiera. Nie odsuwałeś Jema, bo był już bliski śmierci? Myślałeś, że klątwa nie wpłynie na 
niego? 
-  Mijały  lata,  a  on  żył,  co  wydawało  się  niemożliwe.  Myślałem,  że  mogę  się  nauczyć  tak  żyć. 
Myślałem,  że  kiedy  Jema  nie  będzie,  kiedy  skończę  osiemnaście  lat,  będę  mieszkać  sam,  nie 
skazując nikogo na moje przekleństwo. A później wszystko się zmieniło. Ze względu na ciebie.  
- Mnie? - Powiedziała cicho Tessa, oszołomiona. 
 Cień  uśmiechu  dotknął  jego  ust.  -  Kiedy  pierwszy  raz  cię  spotkałem,  pomyślałem,  że  jesteś 
przeciwieństwem  wszystkiego,  co  znałem.  Rozśmieszałaś  mnie.  Nikt  poza  Jemem  nie 
powodował  u  mnie  śmiechu,  dobry  Boże,  pięć  lat.  A  ty  zrobiłaś  to  z  łatwością,  jakby  to  było 
oddychaniem. 
- Nawet mnie nie znasz. Will... 
-  Spytaj  Magnusa.  Powie  ci.  Po  nocy  na  dachu,  poszedłem  do  niego.  Odepchnąłem  ciebie, 
ponieważ zdałem sobie sprawę, co zacząłem do ciebie czuć. W Sanktuarium tamtego dnia, kiedy 
myślałem, że nie żyjesz, zdałem sobie sprawę, że mogłaś przeczytać to na mojej twarzy. Byłem 
przerażony.  Chciałem  sprawić,  byś  mnie  znienawidziła,  Tess.  Próbowałem  tego.  I  chciałem 
umrzeć.  Myślałem,  że  mogę  znieść  to,  że  mnie  znienawidzisz,  ale  nie  mogłem.  Kiedy 
dowiedziałem się, że zostajesz w Instytucie, i za każdy raz, kiedy cię widziałem, był jak stanie na 
dachu cały czas, odpychając cię, czując się przy tym jakbym dławił się trucizną. Poszedłem do 
Magnusa  i  zażądałem,  żeby  pomógł  mi  znaleźć  demona,  który  mnie  przeklął,  by  przekleństwo 
zostało  zniesione.  Jeśli  tak  by  się  stało,  myślałem,  mógłbym  zacząć  jeszcze  raz.  Trwałoby  to 
długo i boleśnie, i byłoby niemożliwe, ale myślę, że mógłbym sprawić, byś znowu mi zaufała, 
gdybym powiedział ci prawdę. Że mogę ponownie zdobyć twoje zaufanie - zbudować coś z tobą, 
powoli. 
- Czy… Czy klątwa została zdjęta? Nie ma jej? 
-  Nie  ma  żadnej  klątwy,  Tessa.  Demon  oszukał  mnie.  Nigdy  nie  byłem  przeklęty.  Przez  te 
wszystkie lata, byłem głupi. Ale nie na tyle głupi, żebym nie wiedział, że pierwszą rzeczą którą 
chce zrobić, to nauczyć się mówić prawdę tobie, co czuję.  Zrobił kolejny krok do przodu, ale tą 
razom nie cofnęła się. Patrzyła na niego, bladego, na prawie przezroczystą skórę pod oczami, na 
ciemne kręcone włosy na skroniach i karku, na błękitne oczy i kształt jego ust. Patrząc na niego, 
w  sposób  w  który  mogła  się  wpatrywać  w  ulubione  miejsce,  którego  nie  była  pewna,  którego 
mogła  już  nie  zobaczyć,  próbując  zapamiętać  wszystko  w  pamięci,  namalować  na  zewnętrznej 
stronie powieki, żeby mogła zobaczyć go, kiedy zamykała oczy do snu.  
 Usłyszała swój głos jakby z daleka.  
- Dlaczego ja? - szepnęła. - Dlaczego ja, Will? 
 Zawahał się.  
-  Kiedy  cię  tutaj  przywieźliśmy,  po  tym  jak  Charlotte  znalazła  twoje  list  do  brata,  ja… 
przeczytałem je. 
 Tessa powiedziała spokojnie: - Wiem, że to zrobiłeś. Znalazłam je w twoim pokoju, kiedy byłam 
tam z Jemem. 
 Spojrzał na nią zaskoczony.  
- I nic mi nie powiedziałaś o tym? 
- Na początku byłam zła. - przyznała. - Ale to była noc kiedy znaleźliśmy cię w palarni opium. 
Zawiodłam  się  na  tobie,  przypuszczam.  Powiedziałam  sobie,  że  byłeś  ciekawy,  lub  Charlotte 
poprosiła cię, żebyś je odczytał. 
- Nie - powiedział - sam je wziąłem. Przeczytałem wszystkie. Każde słowo, które napisałaś. Ty i 
ja,  Tess,  jesteśmy  podobni.  Żyjemy  i  oddychamy  słowami.  To  książki  utrzymywały  mnie  przy 
życiu,  myślałem,  że  nie  mogę  nikogo  pokochać,  i  że  nikt  już  nie  pokocha  mnie.  Przez  książki 

background image

czułem,  że  nie  jestem  zupełnie  samotny.  Mogły  być  ze  mną  szczere,  a  ja  z  nimi  też.  Czytając 
twoje słowa, to, co napisałaś, jaka jesteś samotna czasami i przestraszona, ale zawsze odważna. 
Sposób,  w  jaki  widzisz  świat,  kolory,  tekstury  i  dźwięki,  czułem  -  Czułem  sposób  twojego 
myślenia,  nadzieję,  marzenia.  Czułem,  że  śnię,  myślę  i  czuję  z  tobą.  Śniłem  to,  co  ty  śniłaś, 
chciałem  tego,  czego  ty  chciałaś,  a  później  zdałem  sobie  sprawę,  że  chciałem  tylko  ciebie. 
Dziewczynę, która napisała listy. Kochałem cię od chwili, kiedy je przeczytałem.  I kocham cię 
nadal. 
 Tessa zaczęła się trząść. Powiedział dokładnie to, co chciała by ktoś jej powiedział. Oczekiwała 
tego w jakimś najciemniejszym kącie serca, żeby Will to powiedział. Will, chłopak, który kochał 
te same książki co ona, tą samą poezję co ona, który wywoływał u niej śmiech, nawet jeśli była 
wściekła. A teraz, stał przed nią, mówiąc jej, że kocha - słowa wypływające z jej serca, kształt jej 
duszy.  Mówiąc  jej  coś,  czego  nigdy  by  sobie  nie  wyobraziła,  by  ktokolwiek  jej  coś  takiego 
powiedział. Mówiąc jej coś, czego nie mogłaby powtórzyć, nie w taki sposób. I nie przez niego. 
 To nie miało znaczenia. 
- Za późno. - powiedziała. 
- Nie mów tak - mówił półszeptem. - Kocham cię, Tessa. Kocham cię. 
Potrząsnęła głową. - Will... przestań. 
 Wziął głęboki wdech. - Wiedziałem, że niechętnie mi zaufasz. - powiedział. - Tessa, proszę, nie 
wierzysz mi, lub nie wyobrażasz sobie, by kochać mnie kiedykolwiek? Jeśli przez to drugie... 
- Will. To nie ma znaczenia. 
- Nic nie jest  ważniejsze! - jego głos urósł. - Wiem, że mnie nienawidzisz, ponieważ zmusiłem 
cię  do  tego.  Wiem,  że  nie  masz  powodu,  by  dawać  mi  drugą  szansę,  uznanie  przez  ciebie  w 
innym świetle. Ale błagam cię o tą szansę. Zrobię wszystko. Wszystko. 
 Jego głos pękał, i usłyszała ciche echo innego głosu w głowie. Widziała Jema, patrzącego na nią, 
z miłością, światłem, nadzieją i wyczekiwaniem, jakby cały je świat był w jego oczach. 
- Nie. - szepnęła. - To nie jest możliwe. 
- Jest. - powiedział rozpaczliwie. - Musi być. Nie możesz nienawidzić mnie tak bardzo jak inni... 
-  Nie,  nienawidzę  cię  w  ogóle.  -  powiedziała  z  wielkim  smutkiem.  -  Próbowałam  cię 
znienawidzić, Will. Ale nigdy mi się to nie udało. 
- Więc, jest szansa. - nadzieja zapłonęła w jego oczach. Nie powinna mówić tak delikatnie - och, 
Boże, czy było  coś, co mogłoby zmniejszyć jego ból? Musiała mu powiedzieć. Teraz. Szybko. 
Prosto. - Tessa, jeśli mnie nie nienawidzisz, to istnieje szansa, że mogłabyś... 
- Jem mi się oświadczył - wypaliła. - A ja powiedziałam tak. 
- Co? 
-  Powiedziałam,  że  Jem  mi  się  oświdczył  -  szepnęła.  -  Zapytał,  czy  wyszłabym  za  niego.  I 
powiedziałam, że tak. 
 Will zrobił się chorobliwie blady. 
 - Jem. Mój Jem? 
 Skinęła  głową,  nie  odpowiadając.  Will  zachwiał  się,  kładąc  ręce  na  oparciu  krzesła  dla 
równowagi. Wyglądał, jakby ktoś kopnął go brutalnie w brzuch.  
- Kiedy? 
- Dzisiaj rano. Ale byliśmy bliżej, znacznie bliżej przez dłuższy czas. 
-  Ty  i  Jem?  -  Will  wyglądał  tak  jakby  ktoś  kazał  mu  uwierzyć  w  coś  niemożliwego  -  w  śnieg 
latem, zimę w Londynie bez deszczu. 
 W odpowiedzi, Tessa dotknęła placami naszyjnik z wisiorkiem z jadeitem od Jema. - Dał mi to. - 
powiedziała. Jej głos był cichy. - To był prezent jego matki, prezent ślubny. 

background image

Will wpatrywał się w niego, na Chińskie pismo na nim, jakby naszyjnik był wężem okręcającym 
jej gardło. - Nigdy mi nic nie powiedział. Nigdy nie powiedział mi niczego o tobie. Nie w ten 
sposób.  -  Odgarnął  włosy  z  twarzy,  a  ten  charakterystyczny  gest  widziała  jak  robi  tysiąc  razy, 
teraz tylko jego ręka wyraźnie drżała. - Kochasz go? 
- Tak, kocham go. - powiedziała i zobaczyła, jak Will wzdryga się. - A ty? 
-  Ale  on  zrozumie  -  powiedział  nieprzytomnie.  -  Wyjaśnimy  mu  to.  Jeśli  mu  powiemy...  On 
zrozumie. 
 Przez  chwilę  Tessa  wyobraziła  sobie,  że  ściąga  naszyjnik  z  przywieszką,  idąc  przedpokojem, 
pukając do drzwi Jema. Oddając mu go. Mówiąc mu, że popełniła błąd, że nie może go poślubić. 
Mogła mu powiedzieć wszystko o sobie i Willu - jednak nie była pewna, że potrzebowała czasu, 
że nie mogła mu obiecać całego serca, że jakaś część należy do Willa i zawsze będzie należeć. 
 A następnie, pomyślała o pierwszych słowach, które usłyszała od Jema, zamknęła oczy, wracał 
do  niej,  jego  twarz  w  świetle  księżyca.  Will?  Will,  czy  to  ty?  Ton  głosu  Willa,  jego  twarz, 
zmiękczona  dla  Jema,  tylko  dla  niego.  Sposób  w  jaki  Jem  chwycił  rękę  Willa  w  szpitalu,  gdy 
krwawił, sposób w jaki Will wołał James!, kiedy automat go zrzucił. 
 Nie  mogę  ich  rozdzielić,  jednego  i  drugiego,  pomyślała.  Nie  mogę  być  odpowiedzialna  za  coś 
takiego. 
 Nie mogę powiedzieć prawdy żadnemu z nich. 
 Wyobraziła  sobie  twarz  Jema,  gdyby  odrzuciła  jego  zaręczyny.  Byłby  miły.  Jem  zawsze  był 
miły. Ale złamałaby coś w jego  środku, coś niezbędnego. Nie byłby już taki sam, i nie miałby 
Willa, który mógłby go pocieszyć. I miał tak mało czasu. 
 A Will? Co zrobi? Cokolwiek teraz myśli, wiedziała, że jeśli zerwie z Jemem, nawet wtedy, nie 
dotknie jej, nie będzie z nią, nie ważne, że ją kochał. Mógłby nie pokazywać swojej miłości do 
niej  przed  Jemem,  wiedząc,  że  jego  szczęście  spowodowało  ból  jego  najlepszego  przyjaciela? 
Nawet,  gdyby  Will  mówił  sobie,  że  może  to  robić,  ona  zawsze  byłaby  dziewczyną,  którą  Jem 
kocha, dopóki jego czas się skończy. Dopóki ona nie umrze. Nie zdradziłby Jema, nawet po jego 
śmierci.  Gdyby  był  kogoś  inny,  kogokolwiek  na  świecie  -  nie  pokochałaby  nikogo  innego  na 
świecie. Miała dwóch chłopaków, których kochała. Na szczęście. I na gorsze. 
 Spowodowała, że jej głos był zimny najbardziej jak mogła. I spokojny.  
- Powiedzieć co? 
 Will jedynie popatrzył na nią. W jego oczach było światło ,takie jak na schodach, zanim zamknął 
drzwi, zanim ją pocałował - olśniewające, pełne radości światło. 
 A teraz odchodziło, przygasając jak w oczach kogoś, kto nabierał ostatniego oddechu. Pomyślała 
o Nate, wykrwawiającym się w jej ramionach. Była bezsilna, nie mogla mu pomóc. Tak jak teraz. 
Poczuła  się  tak,  jakby  patrzyła  na  to,  jak  życie  krwawi  z  Willa  Herondale,  i  nie  było  niczego, 
czym mogła to zatrzymać. 
-  Jem  wybaczy  mi.  -  powiedział  Will.  W  jego  twarzy  była  rozpacz,  w  głosie.  Poddał  się, 
pomyślała Tessa. Will, który nigdy się nie poddawał w walce. - On... 
-  Zrobiłby  to  -  powiedziała.  -  nigdy  nie  potrafił  być  na  ciebie  zły,  Will.  Za  bardzo  cię  kocha. 
Myślę nawet, że nie byłby zły wobec mnie. Ale dziś rano powiedział mi, że nie mógłby umrzeć 
nie  kochając  nikogo,  jak  jego  ojciec  kochał  jego  matkę,  bez  odwzajemnionej  miłości.  Chcesz, 
żebym  przeszła  przez  przedpokój,  zapukała  do  jego  drzwi  i  zabrała  mu  to?  Kochałbyś  mnie 
nadal, 

gdybym 

to 

zrobiła? 

 Will  patrzał  na  nią  przez  długi  czas.  Wyglądał  jak  zgnieciony  od  środka,  jak  papier.  Usiadł  w 
fotelu i przystawił twarz do dłoni.  
- Przyrzeknij mi - powiedział. - że będziesz go kochać. Poślubisz go i uszczęśliwisz. 
- Obiecuję. - powiedziała. 

background image

- Więc, jeśli kochasz go  - powiedział cicho. - proszę, Tessa, nie mów mu tego, co ci mówiłem. 
Nie mów mu, że cię kocham. 
- A o przekleństwie? Nie wie... 
-  Proszę,  o  tym  też  mu  nie  mów.  Henremu,  Charlotte.  Nikomu.  Powiem  im  w  odpowiednim 
czasie,  we  właściwej  chwili.  Udawaj,  że  nic  ci  nie  powiedziałem.  Jeśli  dbasz  o  mnie  chociaż 
trochę, Tessa... 
-  Nie  powiem  nikomu  -  powiedziała.  -  przysięgam.  Obiecuję,  na  mojego  anioła.  Anioła  mojej 
matki. I, Will... 
 Spuścił swoje ręce, ale wciąż na nią nie patrzył. Chwytał boki fotela, a jego knykcie zbielały.  - 
Myślę, że lepiej jeśli pójdziesz, Tessa. 
 Nie  mogła  tego  zrobić.  Nie,  kiedy  wyglądał  tak  jak  teraz,  jakby  umierał  w  środku.  Nade 
wszystko,  chciała  podejść  i  objąć  go,  całować  jego  zamknięte  oczy,  sprawić,  żeby  się 
uśmiechnął.  
- To, co musiałeś znieść - powiedziała. - odkąd skończyłeś dwanaście lat - to zabiłoby większość 
ludzi.  Zawsze  wierzyłeś,  że  nikt  cię  nie  kocha,  że  nikt  nie  może  tego  zrobić,  a  to,  że  żyli, 
przetrwali, było dla ciebie dowodem, że nie kochają cię. Ale Charlotte kocha cię. I Henry. I Jem. 
I twoja rodzina. Zawsze będą cię kochać, Willu Herondale, nie potrafisz ukryć tego, co jest dobre 
w tobie, jakkolwiek mocno próbujesz. 
 Podniósł  głowę  i  spojrzał  na nią.  Zobaczyła płomień ognia w jego niebieskich oczach.  -  A ty? 
Kochasz mnie? 
 Wbiła paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. 
- Will. - powiedziała. 
 Spojrzał na nią, powodując, że pomyślała, że na oślep. - Kochasz mnie? 
- Ja... - wzięła głęboki oddech. Bolało. - Jem miał rację o tobie przez cały czas. Jesteś lepszy, niż 
myślałam, i przepraszam za to. Jeśli to ty, jaki jesteś naprawdę, myślę, że nie będzie trudności ze 
znalezieniem kogoś, kto cię pokocha, Will, ktoś kogo postawisz na pierwszym miejscu w sercu. 
Ale ja... 
 Wydobył dźwięk mieszaninę śmiechu, dławienia się i westchnienia.  
- Pierwszy w twoim sercu - powiedział. - Czy uwierzysz, że to nie jest pierwszy raz, kiedy to do 
mnie powiedziałaś?  
Potrząsnęła głową, zdezorientowana.  
- Will, ja nie... 
-  Nigdy  mnie  nie  pokochasz.  -  powiedział  stanowczo,  a  kiedy  nie  odpowiedziała,  zadrżał. 
Dreszcz przebiegł przez całe jego ciało i osunął się z fotela nie patrząc na nią. Wstał sztywno i 
przeszedł  przez  pokój,  po  omacku  otwierając  drzwi.  Przyłożyła  dłoń  do  ust.  Trwało  to  wieki, 
zanim odsunął zasuwę, i wyszedł na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi. 
 Will, pomyślała. Will, to ty? Bolały ją oczy. Odkryła, że siedzi na podłodze, niedaleko kominka. 
Wpatrywała  się  w  płomienie,  czekając  aż  nadejdą  łzy.  Nic  się  nie  stało.  Po  tak  długim  czasie 
zmuszania się, by nie płakać, wydawało jej się, że straciła zdolność do płaczu. 
 Wzięła  pogrzebacz  z  uchwytu  przy  kominku  i  skierowała  jego  końcówkę  w  stronę  serca.  Był 
gorący  jak  rozżarzony  węgiel,  czuła  bijące  od  jego  ciepło  na  skórze.  Zielonkawy  naszyjnik  z 
wisiorkiem wokół jej gardła palił jej skórę. 
 Przyłożyła  pogrzebacz  do  ognia  w  kominku.  Zrobił  się  czerwony  jak  jej  serce.  Objęła  jego 
końcówkę dłonią. 
 Przez  chwilę  czuła  absolutnie  nic.  A  potem,  jakby  z  bardzo  dużej  odległości,  usłyszała  samą 
siebie  płaczącą.  Czuła  się  tak,  jakby  klucz  obrócił  się  w  jej  sercu,  uwalniając  łzy  w  końcu. 
Pogrzebacz upadł z łoskotem na ziemię. 

background image

  Kiedy  Sophie  przyszła  szybko,  słysząc  jej  krzyk,  znalazła  Tessę  na  kolanach  przy  ogniu,  z 
poparzoną dłonią przyciśniętą do piersi, szlochającą tak, jakby jej serce pękło. 
 
 To  była  Sophie,  która  wzięła  Tessę  do  pokoju.  Sophie,  która  przebrała  ją  w  koszulę  nocną,  a 
następnie  położyła  do  łóżka.  Sophie,  która  umyła  jej  poparzone  dłonie,  posmarowała  maścią, 
pachnącą ziołami i przyprawami, która była tą samą maścią, której użyła Charlotte na policzku 
Sophie,  kiedy  pierwszy  raz  przyszła  do  Instytutu.  Owinęła  jej  dłonie  chłodnym  flanelowym 
materiałem. 
- Myślisz, że będę mieć bliznę? - spytała Tessa, bardziej z ciekawości, niż przez bliznę. Ogień, i 
płacz, które nadal ją trzymały, wydawały się wyprać z niej wszystkie emocje. Czuła się pusta jak 
skorupa. 
-  Prawdopodobnie  małą,  ale  nie  taką  jak  ja.  -  powiedziała  szczerze  Sophie,  zabezpieczając 
bandaż  wokół  dłoni  Tessy.  -  Ogień  boli  bardziej  niż  one,  jeśli  wiesz  co  mam  na  myśli... 
Posmarowałam je szybko maścią. Wszystko będzie dobrze. 
- Nie, nie będzie. - powiedziała Tessa, patrząc na dłoń, a później na Sophie. Sophie, piękna jak 
zawsze, spokojna i cierpliwa w czarnej sukni i białym czepku, z lokami opadającymi jej na twarz. 
-  Przykro  mi  ponownie,  Sophie.  -  powiedziała.  -  Miałaś  rację  o  Gideonie,  i  myliłam  się. 
Powinnam  cię  słuchać.  Jesteś  ostatnią  osobą  na  ziemi  skłonną  być  mądrzejszą  od  mężczyzn. 
Następną  razom,  gdy  mi  coś  powiesz,  będę  wiedzieć,  że  jesteś  godna  zaufania,  i  że  mogę  ci 
zaufać. 
 Uśmiech Sophie błysnął, chowając w cieniu jej bliznę. - Rozumiem dlaczego to powiedziałaś. 
- Powinnam ci ufać... 
- Nie powinnam być zła. - powiedziała Sophie. - Prawda jest taka, że nie byłam pewna co zrobi. 
Nie byłam pewna, dopóki nie wrócił z wami w powozie, z wami wszystkimi, że stanie po naszej 
stronie w końcu. 
-  To  musi  być  miłe  jednak.  -  powiedziała  Tessa,  bawiąc  się  pościelą.  -  Że  chce  tutaj  mieszać. 
Będzie tak blisko... 
-  To  będzie  najgorsza  rzecz  na  świecie.  -  powiedziała  Sophie,  i  nagle  jej  oczy  były  pełne  łez. 
Tessa zamarła w przerażeniu, zastanawiając się, czy powiedziała coś złego. Łzy stanęły w oczach 
Sophie, nie spadając jednak i podkreślając ich zielony kolor.  - Jeśli tu zamiesza, zobaczy mnie 
taką,  jaka  jestem.  Służącą.  -  jej  głos  pękł.  -  Wiedziałam,  że  nie  powinnam  się  nigdy  z  nim 
widzieć, kiedy zaproponował mi to. Pani Branwell nie jest typem poniżania służących, ale wiem, 
że to jest złe, ponieważ on jest kim jest, ja też, i nie należymy do swoich światów. - Wyciągnęła 
rękę i potarła oczy, a wtedy łzy popłynęły, rozlewając się po policzkach i bliźnie. - Mogę stracić 
wszystko, jeśli pozwolę sobie na to... A on co ma do stracenia? Nic. 
- Gideon taki nie jest. 
- Jest synem swojego ojca. - powiedziała Sophie. - Kto powiedział, że to nie ma znaczenia? On 
nie będzie zamierzał ożenić się z przyziemnym, którym jestem, widząc jak rozpalam mu ogień, 
robie pranie. 
- Jeśli cię kocha, nie będzie zwracał na to uwagi. 
- Ludzie zawsze zwracają uwagę na wszystko. Nie jest tak szlachetny, jak myślisz. 
 Tessa pomyślała o Willu, trzymającego twarz w dłoniach. Jeśli mnie kochasz, proszę, Tessa, nie 
mów  mu,  co  ci  właśnie  powiedziałem.
  -  Nie  jeden  znalazł  szlachetność  w  najdziwniejszych 
miejscach, Sophie. Poza tym, czy ty naprawdę chcesz być Nocnym Łowcą? Czy nie lepiej... 
- Och, chcę. - powiedziała Sophie. - Bardziej niż czegokolwiek na świecie. Zawsze chciałam. 
- Nie wiedziałam - powiedziała Tessa z podziwem. 

background image

 Kiedyś myślałam, że wyjdę za panicza Jema... - Sophie zabrała koc, a potem spojrzała w górę i 
uśmiechnęła się ponuro. - Nie złamałaś mu serca, prawda? 
-  Nie.  -  powiedziała  Tessa.  Po  prostu  rozdarłam  swoje  na  części.  -  Nie  złamałam  jego  serca  w 
ogóle. 

Tłumaczenie: 

JimmyK